background image

MARY JO PUTNEY

ANIELSKI HULTAJ

(Angel Rogue)

background image

Futrzanemu przyjacielowi za stałą obecność.

Teresie Jemison - 

z wyrazami wdzięczności

za zgodę na użycie

indiańskiego imienia

Kanawiosta

background image

PROLOG

Okazały dwór Wolverhampton zdobił Dolinę York niczym królewska korona. 

Został wzniesiony w końcu XVII wieku przez pierwszego markiza Wolverton, którego 

wyrafinowany   smak   architektoniczny   dorównywał   wrażliwości   na   piękno   kobiece. 
Pan na Wolverhampton miał bowiem trzy żony.

W   następnym   stuleciu   dwór   zamieszkiwały   kolejne   generacje   lordów   i   ich 

dostojnych   małżonek.   Andreville’owie   byli   pierwszą   rodziną,   która   pochodziła   z 

północnej Anglii. Jej członkowie słynęli z honoru, powściągliwości i ogromnej dumy, 
a przynajmniej większość z nich.

Rozsądniej było wziąć bryczkę, ale Robin wolał jechać konno. Tyle lat minęło 

od jego ostatniej  bytności  w Anglii.  Jak  na wczesny  grudzień było  ciepło,  choć w 

cichym powietrzu czuło się nadchodzącą burzę śnieżną.

Stary   odźwierny   poznał   go   i   rzucił   się   do   bramy,   omal   się   przy   tym   nie 

przewracając. Robin posłał mu powitalny uśmiech, ale się nie zatrzymał.

Do   dworu   prowadziła   porośnięta   wiązami   aleja   dojazdowa.   Wkrótce   oczom 

Robina ukazała się granitowa fasada. Wolverhampton nie sprawiało miłego wrażenia, 
ale   to   był   jego   dom,   i   tu   właśnie   zamierzał   odpocząć   po   ciężkich   obowiązkach   w 

Paryżu.

Pod drzwiami powitał go lokaj. Robin zsiadł z konia, bez słowa oddał wodze 

służącemu, po czym wspiął się po schodach ku masywnym, wysokim na dziesięć stóp 
drzwiom. Powinien był powiadomić brata o swoim przyjeździe, ale postanowił tego 

nie robić. Tym sposobem nie usłyszy, że nie jest mile widziany.

Lokaj, który zjawił się w marmurowym holu, był młody i nie znał przybysza. 

Dopiero kiedy otrzymał kartę wizytową, szeroko otworzył oczy i wydukał:

- Lord Robin Andreville?

-   We   własnej   osobie   -   potwierdził   gość.   -   Czarna   owca   wróciła.   Czy   lord 

Wolverton przyjmuje?

- Zaraz zapytam - odparł służący, przywołując na twarz wyraz obojętności. - 

Czy jego lordowska mość zechce zaczekać w salonie?

- Znam drogę - powiedział Robin, widząc że lokaj zamierza go poprowadzić. - 

W końcu się tu urodziłem. Przysięgam, że niczego nie ukradnę.

Lokaj spłonął rumieńcem, ukłonił się i zniknął w głębi domu.
Robin   wszedł   do   salonu.   Przesadna   nonszalancja   ustąpiła   miejsca 

background image

zdenerwowaniu. Tak dawno nie widział starszego brata. Zastanawiał się, jak Giles go 

przyjmie.   Pomimo   różnych   temperamentów,   kiedyś   byli   przecież   przyjaciółmi.   To 
Giles   nauczył   go   jeździć   konno,   strzelać   i   z   niewielkim   powodzeniem   starał   się 

utrzymać   zgodę   między   nim   a   ich   groźnym   ojcem.   Nawet   po   wyjeździe   Robina   z 
Anglii bracia utrzymywali ze sobą kontakt.

Jednak   od   czasów,   kiedy   razem   mieszkali,   minęło   piętnaście   lat,   a   trzy   od 

ostatniego   spotkania   w   Londynie.   Nie   należało   do   najmilszych   i   zakończyło   się 

burzliwą kłótnią. Giles rzadko wpadał w gniew, a już nigdy z powodu brata, toteż ich 
sprzeczka   bardzo   Robina   przygnębiła.   Choć   udało   im   się   pogodzić   i   rozstać   w 

przyjaźni, nadal czuł niesmak na wspomnienie tamtego dnia.

Rozejrzał się po salonie. Wydał mu się jaśniejszy i przyjemniejszy niż kiedyś. 

Styl wersalski złagodzono nieco angielską przytulnością. To na pewno pomysł Gilesa. 
Starszy brat nigdy nie przepadał za pompatycznością. A może to dzieło kobiety, która 

przez krótki okres była jego żoną? Robin nigdy jej nie poznał.

Zastanawiał się, czy nie usiąść, ale odpoczynek był niemożliwy. Ożyły bowiem 

echa dawnych kłótni z ojcem. Zaczął nerwowo chodzić po salonie, rozcierając bolącą 
rękę.   Nie   zagoiła   się   jeszcze   od   czasu   wypadku   sprzed   ośmiu   miesięcy,   kiedy   to 

pewien niezbyt uprzejmy jegomość postanowił ją złamać.

Z wiszących na ścianie portretów patrzyły na niego surowe twarze przodków. 

Zapewne cele, którym służył Robin, nie wzbudziłyby ich sprzeciwu, za to nie poparliby 
metod, jakimi je osiągał.

Na   honorowym   miejscu   nad   rzeźbionym   kominkiem   wisiał   portret   braci 

Andreville, wykonany na dwa lata przed wyjazdem Robina z Wolverhampton. Ktoś 

obcy nie poznałby, że przedstawieni na nim młodzieńcy są braćmi. Nawet ich oczy 
miały   odmienny   odcień   błękitu.   Giles   był   wysoki,   mocno   zbudowany,   o   gęstych 

ciemnych włosach. Już w wieku dwudziestu jeden lat na jego twarzy  rysowała się 
powaga, jakby przygniatało go poczucie odpowiedzialności.

Młodszy   z   braci   był   średniego   wzrostu,   o   lekkiej   budowie   ciała   i   włosach 

przywodzących na myśl łan zboża. Malarzowi udało się uchwycić szelmowski błysk w 

lazurowych oczach chłopca.

Robin   nie   zmienił   się   od   tego   czasu,   choć   nie   był   już   szesnastolatkiem   z 

portretu,   lecz   trzydziestodwuletnim   mężczyzną.   Zachował   jednak   młodzieńczy 
wygląd, mimo że wiele już w życiu przeszedł.

Spojrzał   przez   okno   na   zielone   trawniki,   nieskazitelnie   równe   nawet   późną 

background image

jesienią. Migotały na nich pierwsze przezroczyste płatki śniegu.

Co ja tu robię? - pomyślał. Zupełnie nie pasował do Wolverhampton. Ale lord 

Robert Andreville nie pasował do żadnego miejsca.

Usłyszał,   że   drzwi   się   otwierają.   Odwrócił   się   i   zobaczył   markiza 

Wolverhampton, rozglądającego  się po salonie  z  niedowierzaniem,  jakby   wątpił   w 

przekazaną przez lokaja wiadomość. Robin z trudem opanował drżenie rąk. Surowa, 
acz przystojna twarz brata, przypomniała mu zmarłego ojca. Byli do siebie podobni, a 

lata tylko pogłębiły podobieństwo. Oczy braci spotkały się na dłuższą chwilę. Pierwszy 
odezwał się Robin.

- Powrót syna marnotrawnego - rzucił niedbałym tonem.
Na ustach markiza pojawił się słaby uśmiech i Giles podszedł do młodszego 

brata z wyciągniętą ręką.

- Wojna skończyła się wiele miesięcy temu. Co cię tak długo zatrzymało?

Robin z ulgą pochwycił dłoń brata.
- Pod Waterloo tak, ale potrzebowali mnie przy rokowaniach pokojowych.

- No tak - stwierdził oschle Giles. - Co zamierzasz teraz robić, kiedy nastał 

pokój?

Robin wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Dlatego pojawiłem się w twoich progach, jak zły szeląg.

- To także twoje progi. Miałem nadzieję, że w końcu przyjedziesz. Po latach 

zwodzenia Robin czuł potrzebę szczerości.

- Nie wiedziałem, czy będę mile widziany - powiedział. Giles uniósł wysoko 

brwi.

- A niby dlaczego nie?
- Zapomniałeś już o naszej kłótni?

- Nie zapomniałem  i cały  czas  tego żałowałem.  Nie powinienem był tak do 

ciebie mówić, ale martwiłem się o ciebie. Sądziłem, że jesteś na granicy załamania i 

obawiałem się, że twoja decyzja o powrocie na kontynent może cię kosztować życie.

Miał rację, to były ciężkie czasy. Robin spojrzał na okaleczoną rękę i pomyślał o 

Maggie.

- Byłeś bardzo bliski prawdy.

- Cieszę się, że tylko bliski. - Giles położył dłoń na ramieniu brata. - Masz za 

sobą długą podróż. Pewnie chcesz się odświeżyć i odpocząć przed obiadem?

Robin skinął głową.

background image

- Dobrze być znowu w domu - rzucił jakby od niechcenia.

Rozmawiali przy obiedzie i jeszcze do późna w nocy. Tymczasem za oknami 

padał   śnieg.   Poziom   brandy   w   karafce   stopniowo   się   obniżał.   Giles   z   uwagą 

obserwował brata. Już przed trzema laty dostrzegł na jego twarzy napięcie, ale teraz 
wzrosło do tego stopnia, iż markiz podejrzewał, że Robin jest na skraju wyczerpania 

nerwowego i fizycznego. Pragnął mu jakoś pomóc, ale nie wiedział, jak się do tego 
zabrać.

- Może zbyt wcześnie o tym mówić, ale czy masz jakieś plany na przyszłość? - 

zapytał w końcu, korzystając z przerwy w rozmowie.

- Już próbujesz się mnie pozbyć? - rzucił kpiąco Robin.
- Nic podobnego, tylko sądzę, że Yorkshire wyda ci się trochę nudnawe  po 

wszystkich twoich przygodach.

Robin odchylił głowę na oparcie bujanego fotela. W migotliwym świetle świec 

wydawał się bezbronny i delikatny.

- Doszedłem do wniosku, że przygody są śmiertelnie nudne. Nie wspominając 

już o niebezpieczeństwie i niewygodach.

- Żałujesz tego, co robiłeś?

- Nie, to było potrzebne. - Zaczął bębnić palcami w poręcz fotela. - Ale nie chcę 

spędzić na tym reszty życia.

-   Jesteś   w  tej  dobrej   sytuacji,   że   możesz   robić,   co   zechcesz.   Możesz   zostać 

nauczycielem,   sportowcem,   politykiem,   dandysem.   Niewielu   ludzi   ma   takie 

perspektywy.

-   Tak   -   przyznał   z   westchnieniem   Robin   i   zamknął   oczy.   -   Problem   nie   w 

dowolności wyboru, ale w tym, co się pragnie robić.

- Ponieważ byłeś na kontynencie, a listy tam nie dochodziły, nie miałem jak cię 

zawiadomić, że ojciec zostawił ci Ruxton.

- Co?! - Oczy Robina zrobiły się okrągłe. - Nie sądziłem, że coś mi się dostanie. 

Ruxton   to   najlepsza   po   Wolverhampton   posiadłość   rodzinna.   Co   mu   strzeliło   do 
głowy, żeby mi je zostawić?

- Ojciec cię podziwiał, ponieważ nigdy nie potrafił cię zmusić do czegoś, czego 

nie chciałeś robić.

- Podziwiał? - powtórzył Robin. - No to wybrał diabelnie dziwny sposób na 

okazywanie mi tego. Nie potrafiliśmy spędzić nawet dziesięciu minut razem, żeby nie 

doszło do kłótni. I nie zawsze wybuchała ona z mojej winy.

background image

- Niemniej jednak to ty byłeś jego ulubieńcem. - Giles posłał bratu ironiczny 

uśmiech. - Miał zwyczaj mawiać, że w moich żyłach płynie leniwa krew i że żałuje, iż 
jego spadkobierca jest tak nudny.

Robin zmarszczył brwi.
- Nigdy nie zrozumiem, skąd brałeś cierpliwość do tego starego złośliwca.

Giles wzruszył ramionami.
- Musiałem być cierpliwy albo opuścić Wolverhampton, a tego nigdy bym nie 

uczynił.

Robin zaklął, podszedł do kominka i poruszył ogień. Po powrocie z Oxfordu 

Giles przejął ciężar administrowania ogromnymi dobrami Andreville’ów. To on był 
zawsze tym odpowiedzialnym. Cicho wykonywał obowiązki, nie czekając na nagrodę 

czy słowa pochwały.

- To typowe dla ojca. Obrażał cię, a ty ułatwiałeś mu życie.

- Nie obrażał - zaprzeczył spokojnie Giles. - Jestem po prostu nudny. Zbiory 

bardziej mnie interesują niż hazard. Wolę wieś od Londynu i książki od plotek. Ojciec 

musiał czerpać pewną satysfakcję z faktu, iż jeden z jego synów jest odpowiedzialny, 
ale to nie oznacza, że za mną przepadał.

Robin patrzył na brata, zastanawiając się, czy rzeczywiście jest tak opanowany, 

na jakiego wygląda. Nie mógł go o to spytać, bo ich przyjaźń miała swoje granice.

- Ludzie są interesujący ze względu na to, kim są, a nie, czym się zajmują - 

powiedział zamiast tego. - Nigdy nie byłeś nudny.

Giles nie wyglądał na przekonanego i wolał zmienić temat.
- Pewnie będziesz chciał odwiedzić Ruxton - powiedział.  - Doglądałem  go i 

panuje tam porządek.

- Dziękuję. - Robin patrzył, jak polano rozpada się na pół, wyrzucając w górę 

snopy iskier. - Z Ruxton i spadkiem, który dostałem od wuja Rawsona, mam tyle 
pieniędzy, że nie wiem, co z nimi robić.

- Ożeń się. Żony wspaniale dają sobie radę z nadwyżkami dochodu. - Po raz 

pierwszy   w   jego   głosie   zabrzmiała   kpina.   -   Poza   tym   Wolverhampton   potrzebuje 

dziedzica - dodał już nieco spokojniej.

- O nie - odparł Robin z błyskiem rozbawienia w oku. - Dziedzic to już twoje 

zadanie.

-   Już   raz   próbowałem   małżeństwa   i   nie   udało   się.   Może   tobie   bardziej   się 

poszczęści.

background image

Robin miał ochotę zapytać o jego żonę, ale wyraz twarzy brata nie zachęcał do 

tego.

-   Przykro   mi,   ale   spotkałem   dotąd   tylko   jedną   kobietę,   z   którą   mógłbym 

spędzić życie, lecz miała dość zdrowego rozsądku, by odrzucić moje oświadczyny.

- Czy mówisz o nowej księżnej Candover? Robin rzucił mu ostre spojrzenie.

- Najwyraźniej nie tylko ja w tej rodzinie mam talent do szpiegowania.
- Trudno tu mówić o szpiegowaniu. Candover to mój stary przyjaciel, a kiedy 

wrócił do Anglii, wiedział, że będę ciekaw wiadomości o tobie. Domyśliłem się, że nie 
powiedział mi wszystkiego. - Głos Gilesa stał się cieplejszy. - Miałem okazję poznać 

księżnę. Wspaniała kobieta.

- To prawda - przyznał cicho Robin. Potem westchnął i przesunął dłonią po 

jasnych włosach. Choć nigdy nie był z bratem tak blisko, jakby chciał, wiedział jednak, 
że może mu ufać. - Skoro poznałeś Maggie, z pewnością rozumiesz, dlaczego zupełnie 

nie pociąga mnie perspektywa ożenienia się z jakąś angielską dziewicą.

- Wiem, o czym mówisz. Nie ma takiej drugiej. - Giles uśmiechnął się lekko. - 

Ponieważ żaden z nas nie chce wypełnić naszych powinności rodzinnych, pozostaje 
kuzyn Gerald. Zdążył się już postarać o cały kram małych Andreville’ów.

Robin pomyślał, że dzieci Geralda będą nudne, ale wartościowe.
Natomiast   dzieci   Maggie   tryskałyby   błyskotliwością.   Poczuł   znajomy   ból   w 

sercu i natychmiast go stłumił. Przeszłość to cholernie niezdrowe miejsce.

- Jak długo zamierzasz zostać w Wolverhampton? - zapytał nagle Giles.

- No cóż - zaczął z wahaniem, obawiając się, że prosta odpowiedź natychmiast 

spotka się z odmową. - Myślałem o świętach Bożego Narodzenia. Może dłużej, jeśli ci 

to nie przeszkadza.

- Możesz zostać tu do końca życia - zapewnił Giles.

Lord   Robert   Andreville,   zbuntowany   młodszy   syn,   szpieg   nad   szpiegami, 

czarna owca i bohater w jednej osobie, na krótką chwilę zamknął oczy, chcąc ukryć 

wrażenie, jakie wywarły na nim słowa brata. Potem usiadł w bujanym fotelu, czując, 
jak spokój Wolverhampton tłumi tkwiące w nim od wielu lat napięcie. Giles miał rację 

twierdząc, że to raczej niemożliwe, by spędził resztę swoich dni w Yorkshire. Jeden 
Bóg wie, co będzie robił w przyszłości.

Ale na razie, dobrze było wrócić do domu.

background image

1

Otaczające   Durham   wrzosowiska   różniły   się   od   lasów   i   pól   Ameryki,   lecz 

odznaczały się swoistym urokiem. Od śmierci ojca przed dwoma miesiącami Maxima 

Collins każdego dnia spacerowała po wzgórzach, napawając się wiatrem, słońcem i 
deszczem. Będzie jej brakowało tych wrzosowisk bardziej niż czegokolwiek innego, co 

spotkała po tej stronie Atlantyku.

Po dwóch godzinach wędrówki usiadła na zboczu wzgórza, bezmyślnie żując 

źdźbło trawy.  Wiosenne słońce łagodziło żal i smutek trawiące ją od śmierci ojca. 
Zdawała sobie sprawę, że nadszedł czas powrotu do Ameryki.

Jej wuj, lord Collingwood, traktował ją z oziębłą uprzejmością, a uczucia reszty 

rodziny   można   by   w   najlepszym   razie   nazwać   mieszanymi.   Maxie   ich   rozumiała. 

Uważano   ją   za   dziwadło,   które   nigdy   nie   powinno   postawić   stopy   w   angielskim 
dworze.   Podejrzewała,   że   miasto   przyjęłoby   ją   jeszcze   gorzej.   Nie   miała   jednak 

zamiaru wchodzić w ten wielki świat. W swoim własnym czuła się o wiele lepiej.

Największą przeszkodą w powrocie do domu był brak pieniędzy. Pocieszała się, 

że   wuj   pożyczy   jej   na   powrót   do   Ameryki   i   doda   coś   na   wydatki   po   przyjeździe. 
Początkowo   się   obruszy,   uznając,   że   porządna   angielska   panna   i   jedyne   dziecko 

zmarłego brata nie powinna nawet myśleć o samodzielnym życiu. Dobre wychowanie 
nakazywało   korzystać   ze   szczodrobliwości   rodziny.   Jednakże   Maxie   nie   była   ani 

porządną, ani angielską panną, co jej nieustannie wytykano w trakcie tych czterech 
miesięcy spędzonych w Durham. Nie ona postanowiła zostać rezydentką wuja. Nawet 

gdyby   z   niechęcią   odniósł   się   do   jej   planu   wyjazdu,   nie   mógł   jej   tego   zabronić. 
Skończyła dwadzieścia pięć lat i od dawna zajmowała się sobą i ojcem. Jeśli będzie to 

potrzebne, znajdzie pracę i zarobi na powrót do Ameryki.

Podjąwszy decyzję, wstała z miejsca i otrzepała resztki trawy z czarnej sukni. 

To   żałobne   odzienie   było   kompromisem   w   stosunku   do   jej   angielskich  krewnych. 
Osobiście wolałaby nie obnosić się z żałobą. Cóż, nie będzie to już długo trwało.

Po półgodzinnym, szybkim marszu ujrzała wyniosłą budowlę Chanleigh Court. 

Na nieszczęście, przechodząc przez ogród, natknęła się na dwie kuzynki bawiące się w 

strzelanie z łuku do tarczy. Starsza z dziewcząt, Portia, wycelowała i nie trafiła do celu 
z odległości nie większej niż dwanaście kroków. Maxie zamierzała się wycofać, lecz w 

tym momencie Portia uniosła wzrok.

-   Maximo,   jak   dobrze,   że   jesteś!   -   zawołała   z   nutą   złośliwości   w   głosie.   - 

background image

Mogłabyś pomóc nam udoskonalić nasze umiejętności? A może łucznictwo to jedna z 

rozrywek, której byłaś pozbawiona?

Osiemnastoletnia Portia od samego początku nie darzyła kuzynki sympatią, a 

kiedy   śmierć   Maximusa   Collinsa   odroczyła   jej   londyński   debiut,   znienawidziła   ją, 
jakby to ona była odpowiedzialna za zawód, który ją spotkał.

Maxie zawahała się, po czym niechętnie podeszła do kuzynek.
- Strzelałam kiedyś z łuku. Jak w każdej dziedzinie, wymaga to ćwiczeń.

- W takim razie powinnaś chyba więcej ćwiczyć układanie fryzury - stwierdziła 

Portia, patrząc na nią wymownie.

Maxie nauczyła się już ignorować takie zaczepki.
- Masz rację  - odpowiedziała spokojnie. - Wyglądam rzeczywiście strasznie. 

Chciałam niepostrzeżenie przemknąć się do domu.

Nawet starannie uczesane, włosy Maxie były za długie, zbyt proste i za ciemne 

jak na panującą w Anglii modę, a na dodatek rozrzucił je wiatr. Portia i Rosalinda 
natomiast   wyglądały   tak,  jakby   właśnie   przyjmowały   gości.   Przewyższały   też   małą 

Amerykankę   wzrostem.   Szesnastoletnia   Rosalinda,   uprzejmiejsza   od   siostry, 
popatrzyła na kuzynkę z zakłopotaniem.

- Może spróbujesz mojego łuku, Maximo? - zaproponowała nieśmiało.
Maxie wzięła od niej łuk i kilkakrotnie naciągnęła cięciwę. Dawno nie strzelała, 

ale nie zapomniała, jak to się robi.

- Powinnam była pamiętać, że strzelanie z łuku to dla dzikusów codzienność - 

mruknęła Portia.

Z jakiegoś powodu ta właśnie uwaga dotknęła Maxie boleśnie. Uniosła głowę i 

spojrzała tak groźnie na kuzynkę, że ta nieświadomie zrobiła krok w tył.

- Masz rację - przyznała Maxie podejrzanie słodkim głosem. - To zajęcie dla 

dzikusów, więc zejdź mi z drogi.

Kiedy   kuzynki   pospiesznie   się   odsunęły,   sięgnęła   po   garść   strzał,   po   czym 

oddaliła się na czterokrotną odległość. Następnie naciągnęła cięciwę i skupiła się na 
celowaniu. Najważniejszą sprawą było wyobrazić sobie siebie jako strzałę lecącą do 

celu. Puściła cięciwę  i w sekundę później strzała  utkwiła w samym środku tarczy. 
Jeszcze drżała, kiedy Maxie posłała następną. Po chwili pięć strzał tkwiło jedna przy 

drugiej. Naciągając ostatnią, odwróciła się w stronę starszej z kuzynek, która patrzyła 
na nią z przerażeniem, i strzeliła w drzewko owocowe, pod którym stały siostry. Portia 

wzdrygnęła się, kiedy kilka listów spadło jej na głowę.

background image

Maxie podeszła do kuzynek i oddała łuk Rosalindzie.

- Ponieważ jestem dzikuską, jak byłaś uprzejma zauważyć, mam skłonności do 

przemocy. Radzę ci o tym pamiętać - powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i z 

dumnie podniesioną głową ruszyła w stronę domu. W duchu zganiła się za ten brak 
opanowania, ale zarazem czuła wielką satysfakcję.

Kiedy weszła do domu, zatrzymała się w holu, zastanawiając się, czy iść od razu 

do wuja, czy może najpierw doprowadzić się do porządku. Zaraz jednak na końcu 

korytarza pojawił się lokaj, prowadząc zarośniętego jegomościa o nabrzmiałej twarzy. 
Obaj skierowali się do gabinetu wuja. Żaden z mężczyzn jej nie zauważył, toteż Maxie 

cichutko umknęła do swojej sypialni.

Cudowny pokój był okrasą przykrego pobytu w Chanleigh Court. Wiedziała, że 

będzie tęsknić za luksusową łazienką z ciepłą wodą i za bogatą, rzadko odwiedzaną 
przez domowników, biblioteką. Z pewnością jednak nie za kuzynką Portią.

W   godzinę   później   usiadła   przy   oknie   w   odświeżonej   sukni   i   włosami 

ułożonymi   w   węzeł   na   karku.   Nagle   jej   uwagę   przykuła   postać   wyłaniająca   się   z 

bocznych drzwi. Był to ten sam podejrzany jegomość, którego widziała wchodzącego 
do gabinetu wuja. Zastanawiała się, z jaką sprawą przybył do Chanleigh Court. Nie 

przypominał innych znajomych wuja.

Nie   zaprzątając   sobie   dalej   tym   głowy,   sprawdziła   w   lustrze   swój   wygląd. 

Prezentowała   się   teraz   znacznie   lepiej.   Wyszła   więc   z   pokoju   i   zeszła   na   dół   po 
schodach. Już miała zapukać do drzwi gabinetu, kiedy usłyszała dochodzący ze środka 

głos ciotki Althei. Zawahała się, lecz po namyśle uznała, że przedstawienie prośby w 
obecności   lady   Collingwood   może   jej   wyjść   na   dobre.   Choć   wujenka   traktowała 

bratanicę   uprzejmie,   nie   było   w   niej   ani   ciepła,   ani   prawdziwej   życzliwości.   Z 
pewnością poprze prośbę Maxie, wiedząc, że tym sposobem szybciej się jej pozbędzie.

W tym momencie doszedł ją ostry głos ciotki.
- Czy ten straszliwy człowiek wart był tego, co mu zapłaciłeś?

- Tak. Simmonsowi może i brak dobrych manier, ale tą nieprzyjemną sprawą z 

Maxem zajął  się jak ekspert. - Po kilku niezrozumiałych  słowach  dokończył: - ...z 

pewnością nie możemy dopuścić, by wieść o tym, jak zginął mój brat, dostała się do 
wiadomości publicznej.

Maxie   zamarła.   Ojciec   przeżył   już   kilka   zawałów,   więc   nie   zaskoczyła   jej 

wiadomość, że zmarł nagle w Londynie. Jego ciało odesłano do Durham i złożono z 

wszelkimi honorami w rodzinnym grobowcu. Nie było powodu podejrzewać, że umarł 

background image

śmiercią nienaturalną. Aż do tej pory.

Maxie rozejrzała się na boki czy nikt jej nie widzi, po czym przytknęła ucho do 

dębowych drzwi.

-   Twój   brat   sprawia   ci   tyle   samo   kłopotów   po   śmierci   co   za   życia.   Wielka 

szkoda, że nie został w Ameryce - powiedziała ciotka. - Sprawa ze spadkiem idzie 

bardzo opornie i co będzie, kiedy Maxima dowie się, jak naprawdę umarł?

-   Wątpliwości   co   do   spadku   są   już   prawie   rozwiązane,   a   Maxie   nie   pozna 

prawdy. Zatroszczyłem się o to.

- Lepiej, żebyś miał rację, bo inaczej dostaniemy skórkę za wyprawkę - rzuciła 

zjadliwie wujenka. - Ta mała diablica nie jest głupia.

- Czy byłabyś dla niej bardziej miła, gdyby nasze córki dorównywały jej urodą? 

- zapytał ostrzejszym tonem.

- Też pomysł! - prychnęła z oburzeniem. - Myślisz, że chciałabym, żeby nasze 

córki wyglądały jak ona? To dobrze wychowane angielskie panny, a nie jakieś tam 
ciemnoskóre dzikuski.

- Zgadzam się, że dobrze wychowane, ale nikt nie zwraca na nie uwagi, kiedy w 

tym samym pokoju znajduje się ich kuzynka.

- To oczywiste, że mężczyźni się za nią oglądają, tak jak ogiery reagują na klacz 

w   czasie   rui.   Żadna   prawdziwa   dama   nie   życzyłaby   sobie   tego   -   odparła   lady 

Collingwood. - Nigdy nie zrozumiem, jak twój brat mógł ożenić się z czerwonoskórą. 
Pytanie, czy w ogóle się z nią ożenił. Miał tupet, żeby przywieźć tu ze sobą tę pół - 

Indiankę!

- Wystarczy, Altheo - warknął jej mąż. - Max może i był nicponiem, ale należał 

do   rodziny,   a   Maxima   jest   jego   córką.   Nie   widzę   żadnych   braków   ani   w   jej 
zachowaniu, ani w rozumowaniu. Traktuje nas jak prawdziwa dama, czego nie mogę 

powiedzieć ani o tobie, ani o Portii.

- Przed godziną wystraszyła Portię, celując do niej z łuku! Cały czas umieram ze 

strachu, że ta dziewczyna postrada zmysły i wymorduje nas podczas snu. Jeśli ty się 
jej nie pozbędziesz, ja to uczynię.

- Bądź cierpliwa. Pokażemy ją w Londynie na wiosnę, kiedy skończy się żałoba 

po   ojcu.   Rosalinda   osiągnie   już   wtedy   odpowiedni   wiek,   będziemy   więc   mogli 

wypuścić wszystkie trzy dziewczyny naraz. Z jej wyglądem Maxima bez trudu znajdzie 
sobie odpowiedniego męża.

Na myśl o Londynie Maxie poczuła niechęć, ale to uczucie nie dorównywało 

background image

reakcji ciotki.

- Nie  przypuszczasz  chyba,  że  pokażę  nasze  córki   w towarzystwie  Maxie?   - 

sapnęła z oburzeniem. - To niedorzeczność.

- Nie ma nic niedorzecznego w pokazaniu kuzynek razem.
- Nie możemy trzymać jej tu przez cały rok - zaprotestowała lady Collingwood. 

- Wkrótce wraca Marcus, a wiesz, jaki on jest wrażliwy. Czy chcesz ryzykować, że twój 
własny syn zadurzy się w tej, tej dzikusce? Takiej właśnie pragniesz synowej?

- Nie takiej partii dla niego pragnę - odparł po dłuższej chwili. Odpowiedzi lady 

Collingwood Maxie nie dosłyszała. Najwyraźniej ciotka odsunęła się od drzwi.

Nie  miało   to   jednak   znaczenia,  bo   i  tak   wiedziała   już  więcej,   niż   pragnęła. 

Czując mdłości, wróciła do swojego pokoju. Po zamknięciu drzwi opadła na łóżko i 

zwinęła się w małą roztrzęsioną kulkę.

Z rozmowy wynikało, że jej ojciec nie umarł śmiercią naturalną. Czy zginął w 

wypadku, a może ktoś na niego napadł? Ale wtedy wuj nie miałby powodu, by to 
przed nią ukrywać. Może umarł w łóżku prostytutki? Nie było to niemożliwe, ale też 

nie   aż   tak   skandaliczne,   by   wymagało   zatuszowania.   W   końcu   uznała,   iż 
najprawdopodobniej   jej   ojciec   został   zamordowany.   Ale   dlaczego   ktoś   miałby 

pozbawiać życia czarującego i nieszkodliwego Maxa? Pieniądze i żądza to dwa główne 
motywy zbrodni. Tyle że ojciec nie miał przy duszy złamanego pensa. Jeszcze mniej 

prawdopodobna wydawała się zbrodnia z afektu. Max nigdy nie był kobieciarzem, 
poza tym minęło wiele lat, odkąd wyjechał z Anglii.

Lady Collingwood wspomniała coś o spadku. Maximus został wydziedziczony 

przez własnego ojca, ale być może otrzymał spadek po jakimś dalekim krewnym i 

zabito   go,   by   nie   mógł   upomnieć   się   o   schedę.   Jeśli   tak,   to   czy   ona   sama,   jako 
spadkobierczyni   ojca,   nie   znajduje   się   w   niebezpieczeństwie?   Potrząsnęła   głową   z 

niedowierzaniem. Takie rzeczy wydarzały się tylko w romansach, nie w prawdziwym 
życiu.

A może ojciec wplątał się w jakieś podejrzane przedsięwzięcie? Na dzień przed 

wyjazdem do Londynu obwieścił jej wesoło, że ich finansowe problemy wkrótce się 

skończą.  Jego kochana   córeczka  zostanie  damą  i  będzie  wiodła  dostatnie  życie   ze 
wspaniałym mężem, na jakiego zasługiwała. Nie po raz pierwszy ojciec rzucał takie 

obietnice, więc Maxie roześmiała się tylko stwierdzając, że dobrze jej tak jak jest.

Trudno jej było wyobrazić sobie, by ojciec mógł zarobić większe pieniądze w 

uczciwy sposób. Wcale by jej nie zdziwiło, gdyby próbował także nieuczciwych metod. 

background image

Bardzo   kochała   ojca,   ale   znała   też   jego   słabości.   Może   zdobył   jakieś   skandaliczne 

informacje na temat jednego ze szkolnych kolegów i próbował go szantażować? Jeśli 
tak, ofiara mogła uznać, iż łatwiej pozbyć się szantażysty niż mu płacić. Małe ryzyko, 

by ktoś tęsknił za nędznym hulaką.

Oczywiście prócz córki.

Jeśli ojciec próbował szantażu, to czy wybrał sobie na ofiarę własnego brata? 

Rodzinne sekrety stanowiły najłatwiejszy kąsek.

Maxie tak mocno zacisnęła dłonie, że paznokcie wbiły się jej w skórę. Musiała 

wziąć pod uwagę możliwość, iż lord Collingwood zamordował brata, a ten podejrzany 

typ z Londynu był wynajętym mordercą.

Czy   wuj   zdolny   byłby   do   tak   straszliwej   zbrodni?   Z   całego   serca   pragnęła 

odrzucić to podejrzenie, ale nie mogła. Wydawało się, że wuj lubił brata, jednak w 
obliczu   szantażu   ludzie   się   zmieniają.   W   ciągu   ostatnich   kilku   miesięcy   Maxie 

przekonała   się   o   jednym:   Anglicy   bardzo   dbają   o   pozory.   Max   wiele   ryzykował, 
strasząc kogoś skandalem. Wuj mógł podjąć decyzję o pozbyciu się brata z wielką 

niechęcią,   ale   Maxie   nie   wątpiła,   iż   uczyniłby   to,   gdyby   okoliczności   go   do   tego 
zmusiły.

Wszystkie   te   przemyślenia   wydały   się   zbyt   daleko   posunięte,   ale   też 

morderstwo   było   strasznym   uczynkiem.   Zamknęła   oczy,   zastanawiając   się   czy 

przypadkiem nie postradała zmysłów. Zawsze miała bujną wyobraźnię - zdaniem ojca 
skorą   do   sensacji   -   która   teraz   wyraźnie   się   buntowała.   Może   istniało   też   proste 

wytłumaczenie całej sprawy. Jeśli tak, nie potrafiła go znaleźć. Logika nakazywała 
zapytać wuja, ale nie wydawało się to roztropne. Nie wyjawi tego, co z takim trudem 

starał się ukryć. Gorzej, bo jeśli winien jest zbrodni, mógłby zaszkodzić jej samej. Nie 
sądziła, żeby chciał ją skrzywdzić, ale skoro skazał na śmierć brata, nie zawaha się też 

z bratanicą.

Zagryzła wargi, czując w głowie zamęt. Tylko dwie rzeczy wydawały się pewne: 

jej   ojciec   nie   umarł   naturalnie,   a   ona   sama  persona   non   grata  w   tym   domu. 
Wiedziała, że lady Collingwood jej nie lubi, ale zaskoczyła ją wrogość, ujawniona w 

trakcie   podsłuchanej   rozmowy.  Diablica...   ciemnoskóra   mała   dzikuska...   pół   - 
Indianka.

Musi opuścić Chanleigh Court i to jeszcze tej nocy, kiedy wszyscy pójdą spać. 

Ale nie wróci potulnie do Bostonu. Najpierw pojedzie do Londynu i dowie się prawdy 

o śmierci ojca.

background image

Usiadła. Konieczność zaplanowania ucieczki uspokoiła chaotyczne myśli. Znała 

adres   gospody,   w   której   nocował   ojciec,   a   także   nazwiska   kilku   jego   starych 
znajomych. To wystarczało do rozpoczęcia śledztwa.

Pozostawało  tylko pytanie, jak dotrzeć do Londynu. Wprawdzie  miała  kilka 

funtów, ale nie opłaci nimi podróży do Londynu. Będzie więc musiała dotrzeć tam 

pieszo.  To  jakieś  dwieście   pięćdziesiąt mil,  ale   dla  kogoś  kto pół życia  spędził  na 
wędrówkach po drogach Nowej Anglii, nie stanowiło problemu.

Tym   razem   jednak   nie   będzie   jej   towarzyszył   ojciec.   A   podróżowanie   w 

pojedynkę to wielkie ryzyko, zwłaszcza dla kobiety. Nigdy specjalnie nie przebierała 

się za mężczyznę,  ale czasami  była  do tego zmuszona z powodu niebezpieczeństw 
czyhających na drogach Ameryki. Na szczęście zabrała ze sobą męski strój. Z ukrytymi 

pod   bandażem   piersiami,   włosami   pod   kapeluszem,   w   luźnej   koszuli,   kaftanie   i 
pelerynie, będzie wyglądała  jak młodzieniec. A jeśli ktoś zechce przyjrzeć się jej z 

bliska, ma jeszcze nóż.

Z pakowaniem poradziła sobie bez większego problemu, bo nie miała wielu 

rzeczy.   Oprócz   męskiego   przebrania,  będzie   jej   potrzebna   suknia   na   Londyn   oraz 
peleryna, która posłuży też za koc. Drogocenna paczuszka z amerykańskimi ziołami 

także się przyda. Srebrny łańcuszek matki już wisiał na szyi. W wewnętrznej kieszeni 
płaszcza ukryła zegarek po ojcu, złote kolczyki i harmonijkę. Sztućce i garnki kupi 

gdzieś po drodze.

Wszystkie   te   dobra   upchnęła   w   wysłużonym   plecaku.   Teraz   musiała   tylko 

poczekać,  aż  wszyscy  usną.  Nie  mogąc spojrzeć  w  twarz  ciotce   i wujowi   przesłała 
wiadomość,   że   nie   zejdzie   na   obiad   z   powodu   migreny   i   poprosiła,   by   posiłek 

przysłano jej do pokoju.

Najtrudniejszym   zadaniem   okazało   się   napisanie   pożegnalnego   listu.   Była 

gościem  Collingwoodów,   więc  nie  wypadało  opuścić  domu  bez   słowa  wyjaśnienia. 
Dobre   wychowanie   nakazywało   zachować   się   przyzwoicie   mimo   podejrzeń,   jakie 

żywiła wobec wujostwa.  Poza tym nie chciała,  by domyślili się, iż podsłuchała ich 
rozmowę.

Przez   długi   czas   gryzła   pióro,   aż   wreszcie   wpadła   na   odpowiedni   pomysł. 

Napisze, że postanowiła wyjechać do Londynu z zamiarem odwiedzenia ciotki.

Desdemona   Ross   była   młodszą   siostrą   Cletusa   i   Maximusa,   wdową   i 

intelektualistką o otwartych poglądach. Ponieważ lady Collingwood serdecznie jej nie 

znosiła, Desdemona rzadko odwiedzała rodzinne siedlisko. Maxie nigdy nie widziała 

background image

ciotki, ale korespondowały ze sobą. Jeden z takich listów przyszedł właśnie wczoraj, 

tak więc będzie mogła napisać, że wyjeżdża na zaproszenie ciotki.

Pochyliła się nad papierem listowym. To niegrzecznie opuszczać dwór nocą, 

bez słowa uprzedzenia, ale nikt jej nie będzie gonił, a tylko to się liczyło. Wątpiła, czy 
ktokolwiek będzie się zastanawiał, jak jej się udało wynająć powóz nocą.

Postanowiła, że odwiedzi ciotkę, której listy zawsze wydawały jej się miłe. Z 

przyjemnością pozna członka rodziny, do którego czuje sympatię.

Nie   miała   trudności   z   opuszczeniem   Chanleigh   Court.   Z   radością   włożyła 

chłopięce przebranie po tylu miesiącach noszenia sukien. Kobiety z plemienia matki 

chodziły w spodniach. Maxie czuła się w nich równie dobrze jak w sukniach białych 
kobiet.   Pożegnalny   liścik   zostawiła   na   toaletce   w   swojej   sypialni.   Przy   odrobinie 

szczęścia odnajdą go dopiero następnego dnia.

Z kuchni zabrała ser, chleb, herbatę i połeć szynki, co zaoszczędzi jej wydatków 

przynajmniej  do   Yorkshire.   Po   chwili   zastanowienia   wzięła   także   z   gabinetu   wuja 
starą mapę okolic Londynu i wyszła bocznymi drzwiami. Uznała za dobry znak fakt, 

że po dżdżystym wieczorze niebo się rozpogodziło. Nocne powietrze było wilgotne i 
chłodne, lecz wciągnęła je głęboko w płuca, czując się szczęśliwa i wolna.

Szybko zeszła ze wzgórza i zatrzymała się, by ostatni raz spojrzeć na ogromny 

dwór. Ojciec cieszył się z powrotu do rodzinnego domu. Gdziekolwiek teraz jest, musi 

być szczęśliwy, że jego kości tu spoczywają. Chanleigh Court był domem ojca, ale nie 
jej,   i   nic   nie   wskazywało   na   to,   żeby   miała   tu   powrócić.   Nie   pasowała   do   tego 

otoczenia i z pewnością szybko tu o niej zapomną.

Przeszła   jakieś   pięć   czy   sześć   mil,   kiedy   wzeszedł   księżyc.   Zobaczywszy   w 

oddali   sylwetkę  jakiegoś  budynku,  ruszyła  w  tę  stronę  przez  mokre   od  rosy  pola. 
Znalazła w nim resztki zeszłorocznego siana. Ułożyła się na nim, a tobołek posłużył jej 

za   poduszkę,   peleryna   zaś   za   nakrycie.   Nie   była   to   jej   pierwsza   noc   spędzona   w 
przydrożnej szopie i pewnie nie ostatnia. Jednak po raz pierwszy nie towarzyszył jej 

ojciec. Ból ścisnął jej serce. Ogarnęła ją tęsknota i uczucie samotności. Zacisnęła w 
dłoni srebrny krzyżyk matki. Jest półkrwi Indianką, Amerykanką i Collinsówną, więc 

nie będzie się nad sobą użalała.

Czy śmierć ojca oznaczała, że już do końca życia pozostanie sama? - pomyślała, 

zapadając w sen.

background image

2

Bracia   siedzieli   przy   śniadaniu   w   ciszy,   przerywanej   jedynie   szelestem 

przekładanych   stron   gazet.   Prasa   nie   przynosiła   żadnych   ciekawych   wieści,   toteż 

markiz Wolverton zaczął przyglądać się bratu znad „Timesa”.

W młodości dzielące ich pięć lat stanowiło dużą różnicę. Giles miał nadzieję, że 

tej   zimy   staną   się   wreszcie   równymi   sobie  przyjaciółmi.   Tak   jednak   się  nie   stało. 
Pierwszego wieczoru Robin odkrył się nieco, ale już następnego dnia znowu schował 

się   w   swojej   skorupie.   Był   świetnym   kompanem,   zawsze   chętnym   do   pogawędki, 
wspólnego   milczenia   czy   do   uczestnictwa   w   miejscowych   przyjęciach.   Jednak 

prawdziwe uczucia i myśli krył za pełną uroku maską grzeczności.

Nie miałoby to znaczenia, gdyby Giles nie przeczuwał, że dzieje się coś złego. 

Robin utracił chęć do życia, swoją najbardziej znaczącą cechę charakteru. Giles często 
spotykał   brata   zamyślonego   i   zapatrzonego   w   przestrzeń.   Zastanawiał   się,   czy 

przypadkiem nie jest to wina kobiety, która była teraz księżną Candover. Może też 
istniały głębsze i trudniejsze do określenia powody.

Cokolwiek by to było, czuł że Robin coś stracił i to bezpowrotnie. Bardzo go to 

martwiło, ale nie wiedział, jak pomóc. Z westchnieniem odłożył gazetę na stół.

- Masz jakieś plany na dzisiaj? Robin zawahał się.
- Może przejdę się po zachodnich lasach. Nie odwiedzałem jeszcze tamtych 

stron.

- Trudno mi uwierzyć, że odpowiada ci tak spokojne życie - stwierdził Giles. - 

Cały czas zastanawiam się, kiedy znikniesz.

Robin uśmiechnął się.

- Jeśli to się zdarzy, nie martw się o mnie. Będzie to oznaczało, że natknąłem 

się   na   coś  interesującego,   na   przykład   na   grupę  Cyganów   i  nie   potrafiłem   im   się 

oprzeć.

Giles nie miałby nic przeciwko temu, żeby brat znalazł coś interesującego, czym 

mógłby się zająć.

-   Dziś   cały   dzień   spędzę   w   magistracie   -  powiedział.   -   Zobaczymy   się   przy 

kolacji, chyba że spotkasz Cyganów.

Po   wyjściu   brata   Robin   poszedł   do   kuchni,   by   poprosić   o   przygotowanie 

prowiantu. Kucharka zapakowała cztery razy więcej jedzenia, niż był w stanie zjeść. 
Koniecznie   chciała   go   trochę   podtuczyć.   Jak   na   złość   apetyt   zupełnie   mu   nie 

background image

dopisywał.

Ruszył na wędrówkę po zachodnich lasach pieszo, bo po tak zarośniętej okolicy 

nie dałoby się jeździć konno. Zresztą piesza wędrówka najbardziej pasowała do jego 

nastroju.   Miał   nadzieję,   że   spokój   Wolverhampton   ukoi   tkwiący   w   nim   ból.   Do 
pewnego stopnia tak się stało. Odzyskał siły i coraz rzadziej miewał nocne koszmary. 

Nie   miał   żadnych   celów   i   zobowiązań,   ale   właśnie   to   go   niepokoiło.   Kiedyś   stale 
musiał podejmować decyzje, które z fascynujących zadań wybrać. Teraz pogrążył się 

w ponurej melancholii, czego nigdy wcześniej nie doświadczał. Nie licząc krótkich 
wizyt   w   Ruxton,   całe   sześć   miesięcy   spędził   na   spaniu,   konnych   przejażdżkach, 

wędrówkach   po   okolicy   oraz   na   czytaniu   i   pisaniu   listów.   Najbardziej   aktywnym 
zajęciem   stało   się   unikanie   zakus   miejscowych   panien.   Bracia   Andreville   byli 

pożądanymi   gośćmi   zimowych   spotkań   towarzyskich.   Choć   to   Giles   miał   tytuł   i 
majątek, wątpiono, by zechciał powtórnie się ożenić, tak więc panie zwróciły się ku 

Robertowi. Jego pociągający wygląd, owiana tajemnicą przeszłość oraz fakt, iż być 
może kiedyś odziedziczy tytuł i majątek, czyniły z niego pierwszą partię w okolicy.

Robin westchnął, po czym zarzucił tobołek z prowiantem na ramię. Nie miałby 

nic przeciwko szalonej miłości, ale też nie wyobrażał sobie, że mógłby zakochać się w 

jednej z tych niewinnych angielskich dziewcząt, które spotykał w domach Yorkshire. 
Nie   znał   Maggie,   kiedy   była   jeszcze   panną   na   wydaniu,   ale   nawet   jako 

siedemnastolatka nie mogła zachowywać się tak naiwnie.

Dzień był gorący, z przyjemnością więc powitał cień lasu. Miał na sobie stare 

ubranie, toteż spokojnie mógł się teraz przedzierać przez najdziksze chaszcze.

Słońce   stało   już   wysoko,   kiedy   dotarł   do   małej   polanki   przy   strumieniu. 

Uśmiechnął się, widząc przed sobą małą kolonię grzybów. W dzieciństwie uważał, że 
takie   miejsca   są   zaczarowane.   Kładł   się   pod   drzewem,   zamykał   oczy   i   marzył   o 

dalekim, nieznanym świecie i o pojawieniu się wróżki. Może teraz zdarzy się jakiś 
czar. Położył na ziemi torbę i wyciągnął się na trawie. Splótł ręce pod głową i zaczął 

bezmyślnie wpatrywać się w niebo.

Popełnił błąd, pozwalając swobodnie przepływać myślom. Zaraz też ogarnął go 

smutek.   Za   dnia   nie   miał   trudności   z   odpędzeniem   demonów,   ale   wiedział,   że 
powrócą nocą w koszmarach. Bał się, że dłużej tego nie wytrzyma i w końcu oszaleje.

Zmusił się do myślenia o przyszłości. Pomimo szczodrobliwości brata, nie mógł 

do końca swoich dni pozostać w Wolverhampton. Może zostanie podróżnikiem. Znał 

Europę, jak matka twarz swojego dziecka, nigdy jednak nie był na Wschodzie ani też 

background image

w Nowym Świecie.

Tylko, że tak naprawdę, podróże już go znudziły.
Giles   podsuwał   mu   parlament;   wkrótce   zwolni   się   jedno   z   miejsc 

przynależnych Andreville’om, co dałoby mu możliwość przedstawienia swoich opinii 
na   forum   publicznym.   Mógł   też   zająć   się   dziennikarstwem.   Żurnaliści   to   butna   i 

czupurna wiara. Pasowałby tam, jeśli odzyska energię i chęć do życia.

Najwyraźniej  polanka  nie była  zaczarowana,  skoro jego umysł krążył  wokół 

tych   samych   dręczących   go   od   miesięcy   tematów.   Ciepło   promieni   słonecznych   i 
roztaczająca słodki zapach trawa zachęcały do drzemki. Zapadł w nią z nadzieją, że 

koszmary zaczekają do nocy.

Po   wędrówce   w   popołudniowym   słońcu   Maxie   powitała   leśny   chłód   z 

wdzięcznością.   Wieśniak,   który   podwiózł   ją   furmanką,   wskazał   właśnie   tę   drogę. 
Omijała główne trakty, a na bocznych drogach nikt nie zwracał uwagi na samotnego 

młodzieńca. Zresztą od kilku godzin nie spotkała żywej duszy. Jedyny kłopot to ten, że 
poprzedniego  dnia  skończyło   się jej jedzenie  i  żołądek  zaczął   domagać  się swoich 

praw.  Z tego co mówił wieśniak,  pierwsze domostwa napotka dopiero pod koniec 
dnia. W Ameryce umiałaby sobie poradzić, korzystając z darów natury, ale angielskie 

prawa własności były tak ostre, że bała się je naruszać. Jeśli głód porządnie da się we 
znaki, z pewnością zapomni o strachu.

Odgłos kopyt i toczących się kół zmusił ją do zatrzymania się i obejrzenia za 

siebie. Nadjeżdżał ciężki wóz. Uznała, że lepiej nie pokazywać się nikomu w takiej 

głuszy, szybko więc wspięła się na pagórek i zniknęła w lesie. W ciągu trzech dni 
podróży   nie   miała   żadnych   kłopotów.   Prócz   dwukrotnej   jazdy   furmankami   z 

małomównymi wieśniakami z nikim więcej nie rozmawiała. Wóz minął ją z brzękiem i 
stukotem. Zamierzała wrócić na drogę, kiedy usłyszała słodkie trele.

Zatrzymała się i uśmiechnęła szeroko. Poznawanie ptaków, zwierząt i roślin 

należało  do najprzyjemniejszej  strony tej  wędrówki.  Ten  ptasi  koncert wykonywał 

chyba najsłynniejszy słowik w Anglii. Już przed miesiącem wydawało jej się, że słyszy 
tego   ptaszka,   ale   kuzynki   nie   potrafiły   tego   potwierdzić.   Jedyne   ptaki,   jakie 

rozpoznawały, to te upieczone i podane na półmisku.

Zaczęła przedzierać się przez zarośla. Poszukiwania doczekały się nagrody, bo 

przez krótką chwilę widziała brązowe piórka. Ruszyła dalej ze wzrokiem utkwionym w 
gałęziach drzew.

Nagle potknęła się o coś. Zaklęła pod nosem, próbując bezskutecznie utrzymać 

background image

równowagę.  Upadła jak kłoda,  lecz ku swemu zaskoczeniu  poczuła,  że zamiast na 

twardej ziemi leży na czymś miękkim i ciepłym.

Ciepłym, miękkim i odzianym.

Zorientowała się, że to człowiek. Spał, ale obudził się, instynktownie obejmując 

ją ramionami.

Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. W niebieskich oczach nieznajomego 

pojawiły się najpierw zdumienie i zaniepokojenie, potem rozbawienie.

- Przepraszam, że znalazłem się na twojej drodze - powiedział w końcu.
- Proszę wybaczyć - mruknęła. Odsunęła się od nieznajomego, ciesząc się w 

duchu, że przy upadku nie spadł jej kapelusz i nadal ocienia twarz. - Nie patrzyłem 
pod nogi.

Wstała,   gotowa   odejść.   Potem,   zupełnie   jak   żona   Lotta,   uczyniła   błąd   i 

odwróciła się.

Wcześniej nie zdążyła  się przyjrzeć nieznajomemu i teraz  dostrzegła  piękne 

oczy, jasne włosy, ładnie zarysowane, zmysłowe usta. Doszła do wniosku, że nigdy 

wcześniej   nie   widziała   tak   przystojnego   mężczyzny.   Jego   nieco   przydługie   włosy 
mieniły się wszystkimi odcieniami brązu, a rysy twarzy zmusiłyby anioła do płaczu z 

zawiści.

Rozejrzała się po polance i nagle przyszła jej do głowy niedorzeczna myśl, że 

oto ma przed sobą Oberona, legendarnego króla wróżek. Nie, był zbyt młody, a poza 
tym król elfów nie miałby na sobie ziemskiego odzienia.

Jasnowłosy mężczyzna usiadł i oparł się o pień drzewa.
- Może raz albo dwa kobiety rzucały się w moje ramiona, ale nigdy z takim 

impetem - powiedział, a wokół oczu pojawiły mu się zmarszczki. - Jednakże możemy 
dojść do porozumienia, jeśli grzecznie przedstawisz mi swoją prośbę.

Maxie znieruchomiała.
-   Chyba   się   jeszcze   nie   obudziłeś   -   powiedziała   starając   się   mówić   niskim 

głosem. - Mam na imię Jack i nie jestem kobietą, a już z pewnością nie interesuje 
mnie wpadanie w twoje ramiona.

Nieznajomy uniósł brwi.
- Z daleka może i wyglądasz na chłopca, ale pamiętaj, że upadłaś na mnie, co 

rozbudziło mnie na tyle, by wiedzieć z kim mam przyjemność. - Przesunął wzrokiem 
po   jej   sylwetce.   -   Dam   ci   radę:   jeśli   chcesz   być   przekonująca,   postaraj   się   o 

odpowiednią koszulę i surdut albo wkładaj luźniejsze spodnie. Nigdy nie widziałem 

background image

chłopaka zbudowanego tak jak ty.

Maxie zarumieniła się, po czym obciągnęła wymięty kaftan. Chciała rzucić się 

do ucieczki, kiedy mężczyzna uspokajająco uniósł dłoń.

- Nie uciekaj. Nie jestem niebezpieczny. Pamiętaj, że to ty na mnie wpadłaś, a 

nie   odwrotnie.   -   Sięgnął   do   wypchanej   torby,   leżącej   kilka   stóp   dalej.   -   Czas   na 

popołudniowy posiłek, a ja mam tu o wiele więcej jedzenia niż potrzeba dla jednej 
osoby. Przyłączysz się?

Wiedziała,   że   powinna   się   trzymać   z   daleka   od   tego   zbyt   przystojnego 

mężczyzny, ale wydawał się przyjazny i niegroźny, a ona miała wielką ochotę z kimś 

porozmawiać.   Podjęła   decyzję,   kiedy   nieznajomy   wyciągnął   z   worka   mięsne 
paszteciki. Żołądek nigdy jej nie wybaczy, jeśli nie przyjmie zaproszenia.

- Jeśli jesteś pewien, że wystarczy, skorzystam z zaproszenia. Rzuciła tobołek 

na ziemię i usiadła, krzyżując nogi, w bezpiecznej odległości, w razie gdyby młody 

Apollo miał niecne zamiary.

Jasnowłosy   podał   jej   paszteciki,   potem   ponownie   sięgnął   do   worka,   wyjął 

pieczonego kurczaka, kilka bułek i butelkę. Odkorkował ją i postawił na środku.

- Piwem będziemy musieli się podzielić.

- Nie piję piwa.
Za   to   uwielbiała   paszteciki.   Z   trudem   powstrzymała   się,   żeby   nie   połknąć 

wszystkich naraz.

Mężczyzna jadł spokojnie, dokładnie przeżuwając każdy kawałek.

- W większości społeczności uważa się za niegrzeczne siadanie do posiłku w 

nakryciu głowy.

Z niechęcią pomyślała o pokazaniu twarzy, ale nie wypadało zignorować uwagi 

o dobrych manierach. Przyjęcie zaproszenia obligowało ją do grzeczności. Zdjęła więc 

kapelusz, uważnie przyglądając się towarzyszowi.

Przez   chwilę   patrzył   na   nią   bez   słowa.   Maxie   już   wcześniej   spotkała   się   z 

podobnymi reakcjami. Opuściła rękę, by móc swobodnie sięgnąć po nóż, gdyby zaszła 
taka potrzeba. Na szczęście powstrzymał się od głupich czy wulgarnych uwag.

- Masz ochotę na kurczaka? - zapytał z trudem przełykając ślinę. Rozluźniła się 

i kiwnęła twierdząco głową.

- Tak, poproszę.
Sam także wziął kawałek.

- Jak znalazłaś się w lesie markiza Wolvertona?

background image

-   Szłam   drogą,   kiedy   usłyszałam,   że   ktoś   nadjeżdża.   Uznałam,   że   mądrzej 

uczynię, jeśli się schowam, a potem zasłuchałam się w śpiew słowika. A ty... jesteś 
kłusownikiem?

Popatrzył na nią ze smutkiem.
- Czy wyglądam na kłusownika?

- Nie. A przynajmniej nie na takiego, któremu się powiodło. - Skończyła jeść, 

po czym z gracją oblizała palce. - Z drugiej strony nie wyglądasz też na markiza.

- Czy uwierzyłabyś, gdybym ci powiedział, że nim jestem?
- Nie. - Obrzuciła krytycznym spojrzeniem jego ubranie, wprawdzie szyte na 

miarę, ale bardzo wysłużone.

- Co za spostrzegawcza młoda kobieta - rzucił z podziwem. - Masz rację. Taki ze 

mnie markiz Wolverton jak z ciebie Angielka.

-   Skąd   takie   przypuszczenie?   -   zdziwiła   się,   dochodząc   do   wniosku,   że   jej 

dobroczyńca jest stanowczo zbyt spostrzegawczy.

-   Odróżnianie   akcentów   to   moja   specjalność.   Twój   należy   do   angielskiej 

szlachty, ale nie do końca. - Zmrużył oczy. - Domyślam się, że jesteś Amerykanką, 
prawdopodobnie z Nowej Anglii.

- Rozsądne rozumowanie - stwierdziła enigmatycznie.
- Nadal masz na imię Jack?

- Zadajesz zbyt wiele pytań.
- Pytanie, to jak mi wiadomo, najłatwiejszy sposób zaspokojenia ciekawości - 

odparł. - I bardzo skuteczny.

- Nie da się zaprzeczyć. - Zawahała się, ale nie znalazła powodu, dla którego 

miałaby ukrywać prawdę. - Zazwyczaj mówią mi Maxie, ale w rzeczywistości mam na 
imię Maxima.

- Dla mnie wyglądasz bardziej na Minimę - zauważył mężczyzna, obrzucając ją 

wzrokiem.

Wybuchnęła śmiechem.
- O tobie też nie da się powiedzieć, że jesteś Herkulesem.

- Tak, ale nie mam na imię Herkules i nie staram się nikogo wywieść w pole.
- Mój ojciec miał na imię Maximus, a mnie nazwano po nim. Nikt wtedy nie 

zastanawiał się, czy urosnę na tyle, by moje imię miało sens, a potem było już za 
późno. - Skończyła jeść bułkę. - Już wiem, że nie nazywasz się Herkules, więc jak?

-   Nie   noszę   wielu   innych   imion.   -   Upił   łyk   piwa,   jakby   rozważał,   co   ma 

background image

powiedzieć. Nie ulegało wątpliwości, że to wędrowny zabijaka, przybierający tak wiele 

imion, że sam nie pamięta, które jest prawdziwe.

- Ostatnio używałem tego: lord Robert Andreville - powiedział w końcu.

Spojrzała na niego zaskoczona.
- Naprawdę jesteś szlachcicem? - Pomimo starego odzienia, miał w sobie coś 

dystyngowanego.   Zaraz   jednak   zmarszczyła   brwi.   -   Żartujesz   ze   mnie,   co?   Ojciec 
tłumaczył   mi   kiedyś,   jak   to   jest  z   tytułami.   Prawdziwy   szlachcic   nie   używa   słowa 

„lord” z imieniem. Domyślam się, że lord Robert to wymyślony tytuł, którym chcesz 
zaimponować ludziom.

- A ja myślałem, że uda mi się zwieść przybysza z kolonii. - W oczach zabłysł 

mu   łobuzerski   ognik.   -   Masz   rację.   Jestem   z   pospólstwa,   żaden   tam   szlachcic. 

Przyjaciele mówią mi Robin.

Bez względu na imię, ten mężczyzna miał niezwykle wyrazistą twarz. Może nie 

był oszustem, ale raczej  aktorem. Oczywiście, może być i tym, i tym, pomyślała  z 
rozbawieniem.

-   W   takim   razie   powinieneś   dać   coś   swemu   imiennikowi   na   szczęście.   - 

Wskazała dłonią na słowika, zwanego po angielsku „robin”, który sfrunął na środek 

polanki.   Był   mniejszy   i   bardziej   żywotny   od   słowika   amerykańskiego   i   bardzo 
przypominał towarzysza Maxie.

-   Dobry   pomysł.   -   Wziął   kawałek   bułki   i   rzucił   ptakowi,   który   natychmiast 

porwał zdobycz i odleciał. - Należy pamiętać o szczęściu. - Sięgnął ponownie do worka 

i zapytał: - Masz ochotę na ciasto?

- Wielką. - Przyjęła poczęstunek, starając się nie okazywać zachłanności.

Nieznajomy miał uroczy uśmiech. Pewnie niejedną kobietę już nim zbałamucił. 

Wyglądał na wędrownego handlarza, który potrafi namówić każdego na zakup tuzina 

niepotrzebnych   rzeczy.   W   ciągu   rozlicznych   podróży   spotkali   z   ojcem   mnóstwo 
podobnych   mu   naciągaczy.   Tak   naprawdę   to   ojciec   też   do   nich   należał. 

Prawdopodobnie właśnie dlatego czuła słabość do szelmowskich włóczęgów.

Jadła   ciasto,   myśląc   o   tym,   że   już   dawno   nie   spożywała   tak   przepysznego 

posiłku.   Kiedy   skończyła,   wstała   i   poszła   do   strumienia.   Umyła   ręce   i   napiła   się 
chłodnej wody.

Robin   przyglądał   się   z   uwagą   tajemniczemu   gościowi.   Choć   ubiór   skrywał 

dziewczęce kształty, nie mógł zapomnieć zgrabnych krągłości.

- Czy mieszkasz gdzieś w okolicy? - zapytał, gdy się odwróciła.

background image

- Nie, zmierzam do Londynu. - Podniosła z ziemi kapelusz i tobołek. - Dziękuję 

za poczęstunek.

- Do Londynu?! - powtórzył zaskoczony. - I zamierzasz przejść całą tę drogę 

sama?

- To tylko   dwieście  mil.  Dojdę tam  za  jakieś  dwa   tygodnie.  Do  widzenia.   - 

Naciągnęła kapelusz na czoło tak, by osłonił jasnobrązowe oczy.

Z   trudem   powstrzymał   się,   by   nie   krzyknąć,   że   to   zbrodnia   zakrywać   tak 

cudowną twarz. Kiedy na niego wpadła, myślał, że to jakiś wiejski chłopak w ubraniu 
po starszym bracie. Kiedy jednak ściągnęła kapelusz, zaparło mu dech w piersiach.

Maxima   -   Maxie   -   miała   egzotyczną   urodę,   często   spotykaną   u   osób   o 

mieszanej krwi. Delikatna budowa ciała wskazywała na angielskie pochodzenie, ale 

śniada karnacja, lśniące czarne włosy i kształtne rysy twarzy z pewnością nie były 
angielskie.

Takiej twarzy nigdy się nie zapomina.
Jednak   nie   uroda   stanowiła   o   wyjątkowości   tej   kobiety,   lecz   odwaga, 

bezpośredniość, cięty język i ukryta siła, przejawiającą się w każdym słowie i geście. 
Jej widok przywołał całą falę dawno zapomnianych emocji, które stopiły serce Robina 

jak słońce wiosenne lody. Było to niepokojące uczucie. Jedno wiedział na pewno: nie 
może pozwolić, by ta niesamowita istota zniknęła z jego życia.

Zebrał resztki pożywienia, wstał, zarzucił tobołek na ramię i ruszył za Maxie.
- Do Londynu może i nie jest daleko - powiedział - ale samotnej kobiecie grozi 

wiele niebezpieczeństw.

-   Jak   dotąd   nie   miałam   kłopotów   -   odparła.   -   Nikt   prócz   ciebie   się   nie 

zorientował, że jestem kobietą, a w przyszłości będę bardziej uważała, żeby nie wpaść 
na kogoś tak spostrzegawczego.

-   Młodemu   chłopcu   grożą   takie   same   niebezpieczeństwa.   -   Patrząc   na   nią, 

pomyślał,   że   jest   bardzo   niska,   miała   najwyżej   pięć   stóp   wzrostu,   ale   była   tak 

proporcjonalnie   zbudowana,   że   na   pierwszy   rzut   oka   się   tego   nie   dostrzegało.   - 
Niektórzy wędrowcy wolą młodych chłopców.

Brązowe   oczy   spojrzały   na   niego   pytająco.   Dobrze   wychowana   panna   nie 

zrozumiałaby jego uwagi, ale nie Maxie. Może nie była tak całkowicie naiwna.

- Tutaj na północy drogi są względnie spokojne, ale im bliżej Londynu, tym 

gorzej   -   ciągnął   Robin,   kiedy   wychodzili   z   zarośli   na   porośniętą   trawą   ścieżkę, 

prowadzącą na południe.

background image

- Potrafię całkiem dobrze się bronić - odparła z odcieniem niecierpliwości w 

głosie.

- Tym nożem, który przy sobie kryjesz? Rzuciła mu ostre spojrzenie.

-   Upadłaś   na   mnie   dość   mocno,   a   trudno   pomylić   nóż   z   ludzkim   ciałem   - 

wyjaśnił. - Zwłaszcza z miękkimi krągłościami kobiety.

- Tak, mam nóż i wiem, jak go użyć - powiedziała z wyraźną nutą ostrzeżenia.
- Nie wtedy, kiedy napadnie cię kilka osób.

- Nie zamierzam wdawać się w żadne bójki.
- Czasami nie ma wyboru - zauważył sucho.

Szli   dalej   w   chłodnym   milczeniu.   Maxie   uparcie   ignorowała   jego   obecność, 

Robin  zaś   pogrążył  się  w  myślach.   Choć  znał   tę  dziewczynę  zaledwie  od  godziny, 

wiedział,   że   jej   nie   przekona.   Nie   była   osobą,   którą   łatwo   jest   zawrócić   z   raz 
wyznaczonego celu. Może uda jej się bezpiecznie dotrzeć do Londynu, a może i nie. 

Nawet gdyby nie był zafascynowany Maxie i tak nie pozwoliłby samotnej kobiecie - a 
zwłaszcza tak drobnej - wyruszyć w taką podróż.

Wniosek nasuwał się sam.
Kiedy przy granicy Wolverhampton lasy zaczęły rzednąć, powiedział:

-   Nie   ma   rady.   Jako   dżentelmen   zmuszony   jestem   odeskortować   cię   do 

Londynu.

- Co?! -  zatrzymała   się na  środku drogi  i spojrzała   na swego  towarzysza.   - 

Oszalałeś?

-   Nie.   Jesteś   samotną   młodą   kobietą   w   obcym   kraju.   Postąpiłbym 

niehonorowo, zostawiając cię teraz. - Także się zatrzymał i posłał dziewczynie jeden ze 

swych najbardziej pociągających uśmiechów. - Poza tym, nie mam nic lepszego do 
roboty.

Twarz kobiety wyrażała niedowierzanie i rozbawienie.
- Co daje ci prawo twierdzić, że jesteś dżentelmenem?

- Dżentelmen nie pracuje. Skoro więc nie pracuję, to muszę być dżentelmenem.
Wybuchnęła śmiechem.

- Co za absurdalne stwierdzenie. Twoja logika nie przekonałaby nawet dziecka. 

Zresztą nawet jeśli nie pracujesz, nie możesz tak po prostu wyruszyć w podróż.

- Ależ mogę. Tak po prawdzie już to zrobiłem.
Popatrzyła na niego uważnie. Był średniego wzrostu i choć przewyższał ją o 

głowę, nie nadawał się na obrońcę.

background image

- Sądząc po wyglądzie, nie bardzo nadajesz się na opiekuna - rzuciła i podjęła 

wędrówkę. - Skończy się na tym, że to ja będę cię bronić. Większość życia spędziłam w 
drodze i wiem, jak o siebie zadbać. Nie potrzebuję i nie chcę eskorty, bez względu na 

to jak honorowe są twoje intencje.

W odpowiedzi zobaczyła szeroki uśmiech.

- Jak znam świat, to grozi mi większe niebezpieczeństwo z twojej strony niż ze 

strony jakiegoś tam hipotetycznego wędrowca - dodała buńczucznie.

Cień urazy przemknął po twarzy mężczyzny.
- Ta pani mi nie ufa.

- Nie widzę powodu, dla którego miałabym ci ufać. - Przechyliła głowę na bok. - 

Jesteś aktorem, prawda? Cały czas grasz, a aktorzy często są bez pracy.

- Grałem wiele ról - przyznał. - Ale nigdy na scenie. Powinna się tego domyślić. 

Gdyby spróbował swoich sił w teatrze, odniósłby ogromny sukces, choćby dlatego, że 

kobiety   płaciłyby   za   możliwość   patrzenia   na   jego   anielską   fizjonomię.   -   Czy 
kiedykolwiek   zajmowałeś   się   czymś   pożytecznym,   czy   jesteś   typowym   niebieskim 

ptakiem?

- Praca mnie fascynuje - odpowiedział. - Mogę godzinami się jej przyglądać.

Z trudem walczyła o zachowanie powagi.
- Widzę, że nie da się z tobą rozsądnie porozmawiać. - Po chwili zaś dodała: - 

Mogłabym się zastanowić, gdybyś miał pieniądze na dyliżans do Londynu, ale nie stać 
mnie na wykarmienie dwóch osób. Może nie starczyć dla mnie jednej.

Uśmiechnął się i powiedział:
- W tej chwili nie mam przy sobie zbyt wiele, a mój bankier, niestety, jest w 

Londynie. Jednakże mogę wyczarować pieniądze, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Zanim Maxie zdążyła się odsunąć, sięgnął pod jej kapelusz i musnął palcami 

ucho. Choć uczynił to bardzo delikatnie, zadrżała jak od uszczypnięcia. Tymczasem 
Robin odsunął się i pokazał dłoń, na której leżał szyling.

- Nieźle - przyznała. - Ale zręczne palce to nie to samo, co zmienić metal w 

złoto.

- Zręczne palce? - powtórzył urażonym tonem. - To jest magia, a nie jakieś tam 

sztuczki. Daj mi rękę.

Zaciekawiona i rozbawiona, wyciągnęła dłoń. Robin położył na niej szylinga, po 

czym zacisnął palce. Miał ciepły i mocny uścisk.

- Zwiń dłonie w pięści, a ja sprawię, że szyling przeniesie się do drugiej ręki.

background image

Uczyniła, jak polecił. Robin pomachał rękami, mrucząc coś niezrozumiale, po 

czym oznajmił:

- Już szyling się przeniósł.

- Musisz jeszcze poćwiczyć, lordzie Robercie, ponieważ szyling nadal znajduje 

się w tej samej dłoni. - Rozwarła palce, chcąc udowodnić, że ma rację, i wciągnęła 

gwałtownie powietrze, bowiem na dłoni leżała niejedna moneta, ale dwie. - Jak to 
zrobiłeś? Uśmiechnął się z zadowoleniem.

-   Tak   naprawdę   to   sprawa   zręczności,   ale   jestem   całkiem   dobry   w   tych 

sztuczkach. Często je wykorzystywałem, żeby zarobić na kawałek chleba i miejsce do 

spania.

Jej towarzysz z pewnością był włóczęgą, ale za to ogromnie zabawnym. Maxie 

zwróciła mu monety.

- To było bardzo ciekawe, lordzie Robercie, ale teraz radziłabym ci wrócić do 

drzemki pod jakimś drzewem.

- Drogi należą do wszystkich. - Schował monety do kieszeni. - Postanowiłem 

już, że idę do Londynu i nie możesz mi tego zabronić.

Otworzyła   usta,   po   czym   szybko   je   zamknęła.   Miał   rację.   Dopóki   jej   nie 

krzywdził, na co się zresztą nie zapowiadało, mógł korzystać z tej samej drogi co ona. 
Cóż mogła na to poradzić?

Przypomniały się jej psy, które często wędrowały za nią i za ojcem. Tak jak i 

one Robin szybko się znudzi i zrezygnuje. To charakterystyczne dla zabijaków; ich 

determinacja jest mocna, ale krótkotrwała. Musi tylko uzbroić się w cierpliwość.

background image

3

Pokój   dzienny   w   Chanleigh   Court   pełen   był   najróżniejszych   przedmiotów   i 

bibelotów, ale po przejechaniu prawie trzystu mil Desdemona Ross nie traciła czasu 

na wyrażanie zachwytu.

-   Nie   rozumiem.   Maxima   wyjechała   do   Londynu,   żeby   mnie   odwiedzić?   - 

dopytywała się, unosząc w górę gęste kasztanowe brwi. - Przecież ja przyjechałam do 
Durham. Widzę jednak, że nie wyjdzie mi to na zdrowie.

Lady Collingwood posłała siostrze męża lodowate spojrzenie.
- Sama przeczytaj list od niej. - Podała Desdemonie złożoną kartkę papieru. - 

Ta niewdzięcznica uciekła przed trzema dniami, w środku nocy.

Desdemona przeczytała liścik ze zmarszczonym czołem.

- Maxima pisze, że zaprosiłam ją na dłuższy czas, co po prostu jest nieprawdą. 

Przyjechałam   tu,   zamierzając   zabrać   ją,   ze  sobą,   gdybyśmy   się   polubiły,   ale   nie 

wspominałam o tym w liście.

- Maxima to nieprzewidywalna osoba, bez wychowania i ogłady.

Lady   Collingwood   wzruszyła   ramionami,   taksując   wzrokiem   ubranie 

szwagierki. Jej brak gustu graniczył wręcz z geniuszem. Atrakcyjny wygląd musiał się 

kłócić z jej feministycznymi poglądami. Z drugiej jednak strony może i słusznie kryła 
się za czarnymi pelerynami i budkami. Jej płonące czerwienią włosy nie wyglądały 

dobrze, lepiej więc ukryć je pod kapeluszem. A figura... to sama rozpacz.

- Ucieczka w środku nocy, by złapać dyliżans pocztowy, to dokładnie to, czego 

się   można   spodziewać  po  tej   dziewczynie   -  oznajmiła   wyniośle,   myśląc  z   dumą   o 
własnej elegancji. - Nie mówiąc już o oszukiwaniu. - Ziewnęła dyskretnie, zakrywając 

usta   dłonią.   -   Wierz   mi,   Desdemono,   masz   szczęście,   że   się   rozminęłyście.   To 
zadziwiające, że Maximus odważył się przywieźć ją do Chanleigh Court. Jej miejsce 

jest w dzikich lasach, z tymi jej dzikimi krewnymi, czerwonoskórymi Indianami.

- A nie w towarzystwie dzikich angielskich krewnych? - rzuciła Desedemona z 

zabójczą słodyczą w głosie. - Jej matka może i była Indianką, ale przynajmniej nie 
zajmowała się handlem.

Althea   Collins   zaczerwieniła   się   na   tę   uszczypliwość.   Całe   lata   starała   się 

zapomnieć,   w   jaki   sposób   jej   ojciec   dorobił   się   majątku.   Nie   zdążyła   jednak 

odpowiedzieć, bo w tym momencie do pokoju wszedł jej mąż.

- Dizzy! - zawołał lord Collingwood, a na jego pociągłej twarzy pojawiło się 

background image

zaskoczenie   i  radość.  -  Trzeba   było  napisać,  że  zamierzasz   nas  odwiedzić.  Minęło 

wiele czasu od twojej ostatniej wizyty.

Pomimo   dwudziestu   lat   różnicy   oraz   całkowitego   braku   podobieństwa 

Desdemona i jej brat bardzo się lubili. Siostra serdecznie go objęła, choć wiedziała, że 
jest przeciwny takiej demonstracji uczuć. On zaś wiedział, że uczyni to mimo jego 

sprzeciwów. Zwyczaj ten stał się już rodzinną tradycją.

- Najwyraźniej powinnam się tu zjawić już trzy dni temu, Clete. Brat skrzywił 

się.   Nie   lubił,   kiedy   tak   się   do   niego   zwracano,   tak   jak   Desdemona   nie   znosiła 
zdrobnienia Dizzy.

Mając   już   formalności   powitalne   za   sobą,   siostra   popatrzyła   na   brata   z 

wyrzutem.

- Przyjechałam sprawdzić, jak miewa się moja siostrzenica i dowiaduję się, że 

uciekła i to podobno do mnie.

Zmarszczył brwi, bo wreszcie dotarło do niego znaczenie obecności siostry.
- Dlaczego nie jesteś w Londynie i nie czekasz na Maxime?

- Ponieważ wcale jej nie zapraszałam - warknęła Desdemona. - Najwyraźniej ta 

biedna   dziewczyna   była   tu   nieszczęśliwa   i   postanowiła   przenieść   się   do   mnie   z 

nadzieją, że ja potraktuję ją lepiej. Jak ty się opiekowałeś jedynym dzieckiem naszego 
brata?

- Maxima nie jest dzieckiem. To dorosła kobieta, zaledwie kilka lat młodsza od 

ciebie - próbował bronić się brat. - Nie zapytała mnie przed wyjazdem o zdanie.

-   Ciekawe,   skąd   miała   pieniądze   na   dyliżans   -   powiedziała   Desdemona.   - 

Myślałam, że Max umarł bez pensa przy duszy.

Nastąpiła cisza, a państwo Collingwood wymienili między sobą spojrzenia.
-   Masz   rację,   miała   niewiele   pieniędzy   -   przyznała   lady   Collingwood.   - 

Musiałam kupić jej strój żałobny, kiedy zmarł Maximus. Opiekowaliśmy się nią, choć 
nie otrzymaliśmy w zamian nawet cienia wdzięczności.

- Jeśli oczekiwano od niej wdzięczności, to się nie dziwię, że stąd wyjechała. - 

Desdemona ponownie odwróciła się do brata. - Może i jest już dorosła, ale nie zna 

Anglii. Może ją spotkać coś złego, zwłaszcza jeśli udała się do Londynu na piechotę.

- Wielki Boże, z pewnością nawet nie pomyślała o takim rozwiązaniu! - Twarz 

lorda   Collingwooda   zdradzała   zaniepokojenie.   -   Tamtego   rana   zauważyłem,   że   z 
biurka zniknęła moja stara mapa Londynu. Uznałem, że ktoś ją pożyczył.

-   Najwyraźniej   tak   się   właśnie   stało.   Ponieważ   większość   czasu   dziewczyna 

background image

spędzała   na   wędrówkach   po   drogach   Nowej   Anglii,   podróż   do   Londynu   musiała 

wydać się jej kusząca. - Desdemona przestała panować nad gniewem. - Powinniście 
się wstydzić! Max wierzył, że jego córka będzie bezpieczna w Chanleigh Court. A przez 

was musiała uciekać.

Collingwood oblał się rumieńcem.

-   Myślałem,   że   Maxima   jest   tu   szczęśliwa.   Miałem   zamiar   pokazać   ją   w 

Londynie razem z moimi córkami, ale nic jej o tym nie wspominałem. Wydawało mi 

się nie na miejscu mówić o przyszłości, dopóki nie upora się z bólem po stracie ojca.

Desdemona spojrzała ostro na szwagierkę.

-   Czy   ty   także   miło   ją   przyjęłaś,   Altheo?   Nie   było   żadnych   podstępnych 

komentarzy na temat jej pochodzenia? Czy zamówiłaś dla niej odpowiednią odzież, 

zapoznałaś z towarzystwem z sąsiedztwa?

- Jeśli tak się przejmujesz tą małą dzikuską, dlaczego sama czegoś nie zrobiłaś? 

- zapytała gniewnie lady Collingwood. - Mogłaś ją odwiedzić w czasie tych czterech 
miesięcy, ale ty naskrobałaś tylko kilka listów.

- Pracowaliśmy  nad ważną  ustawą  parlamentarną,  a ponieważ  wreszcie  coś 

ruszyło   do   przodu,   nie   mogłam   opuścić   Londynu   -   wytłumaczyła   ze   zmieszaniem 

Desdemona. - Ale masz rację, powinnam była bardziej się wysilić. Myślałam jednak, 
że dziewczyna będzie tu bezpieczna, dopóki nie znajdę czasu, żeby ją odwiedzić.

-   Nie   ma   sensu   obrzucać   się   oskarżeniami   -   wtrącił   lord   Collingwood   z 

nadzieją, że największą kłótnię mają już za sobą. - Najważniejsze teraz to odnaleźć 

Maxime.

- Jak zamierzasz tego dokonać?

Po chwili zastanowienia pokiwał głową.
- Znam człowieka, który ją odnajdzie. Simmons jest teraz w Newcastle. Poślę 

po niego i wyjaśnię, co ma robić. Przy odrobinie szczęścia Maxima już wkrótce wróci 
do domu.

- Posyłaj po swojego człowieka, jeśli tak ci się podoba, ale ja również będę 

szukać - stwierdziła Desdemona. - Ktoś z rodziny musi pokazać, że mu na niej zależy. 

Jak ona wygląda?

Miał   właśnie   powiedzieć,   że   to   absurd,   że   takie   przedsięwzięcia   należy 

pozostawić fachowcom, ale jedno spojrzenie na siostrę przekonało go, że lepiej do 
niczego jej nie namawiać. W końcu jest niezależną, znającą świat wdową. Nic jej nie 

grozi.

background image

Minęło popołudnie, a towarzysz Maxie nie okazywał nawet cienia zmęczenia. 

Nadal utrzymywał szybkie tempo marszu, jakie narzuciła od początku. Co jakiś czas 
rzucał zabawną uwagę na temat mijanych okolic, czasem też gwizdał bardzo zręcznie. 

Musiała przyznać, że w jego towarzystwie droga tak się nie dłuży.

Wyszli z lasu na szeroki trakt. Zbliżał się czas kolacji, kiedy dotarli do cichej 

wioski z domkami z szarego kamienia.  Robin wskazał  na zajazd  pod nazwą  „Król 
Ryszard”.

-   Czy   mogę   zaprosić   cię   na   obiad?   Wszystko   co   chcesz,   byle   tylko   nie 

kosztowało więcej niż dwa szylingi.

Maxie obrzuciła go zimnym spojrzeniem.
-   Możesz   się   zatrzymać,   jeśli   masz   ochotę,   ale   ja   zamierzam   iść   dalej. 

Przyjemnej podróży, panie Anderson.

- Andreville  -  poprawił   Robin.  -  Anderson na  nikim  nie zrobiłby   wrażenia. 

Jesteś   pewna,   że   nie   chcesz   się   zatrzymać?   Mam   wystarczająco   dużo   jedzenia   na 
następny dzień, ale ciepły posiłek pomógłby nam przetrwać chłód nocy.

- Jakie „nam”, panie Andreville? - zapytała Maxie starając się nie wypaść z 

oficjalnego tonu. - Jesteśmy obcymi, którzy przypadkowo idą w tę samą stronę.

- Nadal nie traktujesz  mnie poważnie,  prawda?  - Na  twarzy  mężczyzny  nie 

widać jednak było rozgoryczenia. - Zresztą podobnie jak inni. A więc wybierasz zimne 

stopy?

- Na litość boską! - mruknęła Maxie, mijając gospodę. Ten człowiek stawał się 

męczący.

Nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł. Jeśli zgodzi się zatrzymać na obiad, z 

pewnością nadarzy się okazja, żeby się wymknąć niepostrzeżenie. Skręci w którąś z 
bocznych dróg, a następnego dnia ruszy dalej na południe i tak pozbędzie się natręta 

na zawsze.

- Masz rację, ciepły posiłek może się przydać, ale sama za niego zapłacę.

Niebieskie oczy mężczyzny błysnęły  rozbawieniem i Maxie odniosła niemiłe 

wrażenie,   że   została   przejrzana.   Musi   się   rozluźnić   i   udawać,   że   pogodziła   się   z 

obecnością eskorty.

Weszli do zajazdu i znaleźli miejsce w rogu zadymionej sali. Było tak ciemno, 

że nikt nie zauważył, iż Maxie nie zdjęła kapelusza. Co do wyboru dań, to takowy nie 
istniał.  Zamówili  więc specjalność dnia i czekali aż podadzą im potrawę  o nazwie 

„krzyżówka z ziemniakami”. Na pytające spojrzenie Maxie Robin wyjaśnił:

background image

- Krzyżówka to mięso z uda świni. Nie jest zła. Wzięła kawałek do ust i zaczęła 

starannie żuć.

- Masz rację, niezła, ale też nic specjalnego.

- Jednak to ciepły posiłek i smakuje lepiej niż można się było spodziewać.
Ukryła uśmiech za widelcem z kawałkiem mięsa.

-   Jadałam   gorsze   rzeczy.   Jeżozwierz   na   przykład   jest   zjadliwy   tylko   wtedy, 

kiedy się umiera z głodu.

Postanowiła,  że będzie uprzejma.  Nie było to takie  trudne,  lecz  okazało  się 

zdradliwe. Atmosfera zajazdu, panujący w nim półmrok, miła rozmowa z przystojnym 

mężczyzną, który poświęcał jej całą uwagę, wszystko to tworzyło romantyczny nastrój.

Uzmysłowiwszy to sobie, natychmiast się opanowała. Ostatnią rzeczą, której 

teraz potrzebowała, to dać się uwieść włóczędze. Skupiła uwagę na talerzu, czekając 
na okazję, by wymknąć się z gospody.

Robin   skończył   pierwszy   i   spojrzał   na   ścianę,   gdzie   na   gwoździach   wisiały 

metalowe układanki.

- Czy w Ameryce macie takie zagadki? Chodzi o to, żeby rozłączyć części, a 

potem złożyć je na nowo. - Zdjął ze ściany jedną z nich. - Trudno się z tym uporać 

nawet po trzeźwemu. Pijacy często zabierają się do nich z obcęgami.

- Znam te zagadki z zajazdów. Przypuszczam, że można je spotkać wszędzie 

tam,   gdzie   są   kowale   i   tawerny,   do   których   ludzie   przychodzą   się   rozerwać.   - 
Przełknęła ostatnią porcję ziemniaków. - Pewnie z łatwością dajesz sobie z nimi radę.

-   Uważasz,   że   jestem   dobry   we   wszystkim   co   nieprzydatne?   Musiała   się 

uśmiechnąć.

- Tak.
Pochylił się nad układanką. Miała kształt przypominający dzwon, z kilkoma 

okręgami i trójkątami.

- Chyba ostatnio zbyt rzadko bywałem w tawernach. Nie jestem nawet pewien, 

która z tych części da się odłączyć.

Maxie spojrzała na układankę, dostrzegając jednocześnie zgrubienie na dłoni 

towarzysza,   jakby   kości   były   połamane.   Miał   eleganckie   dłonie,   którymi   często 
gestykulował, bardziej jak Europejczyk niż Anglik. Zrobiło jej się go żal, zwłaszcza że 

był mańkutem.

Z uwagą wpatrywała się w zgrubienia. Wydawały się dziwnie regularne, jakby 

były efektem umyślnego działania. Tortury? Dreszcz przebiegł jej po plecach. Może to 

background image

dzieło zazdrosnego małżonka, który szukał zadośćuczynienia za zraniony honor?

Wzięła do ręki układankę.
- Przypomina mi to zabawkę o nazwie „diabelskie strzemię”, tylko że ta wersja 

jest   bardziej   skomplikowana.   Chyba   trzeba   odłączyć   te   części.   -   Po   minucie 
zastanowienia, szybkimi i zwinnymi ruchami, rozłożyła układankę na trzy części.

Robin zachichotał.
- Które z nas ma nieprzydatne talenty?

- Rozłożenie układanki to dopiero połowa. Trzeba ją teraz złożyć, co jest tak 

samo   trudne.   -   Pchnęła   żelazne   części   w   stronę   towarzysza.   -   Założę   się   o   sześć 

pensów, że nie uda ci się jej złożyć do czasu jak wrócę z pewnego miejsca.

- Zakład stoi - powiedział, zabierając się do roboty.

Nadeszła ta odpowiednia chwila. Żaden mężczyzna nie pogodzi się z tym, że 

kobieta może go pobić w tego typu zadaniach. Zajmie się rozwiązywaniem głupiej 

zagadki i przez następną godzinę nie zauważy jej nieobecności.

Wstała   od   stołu,   ściskając   w   rękach   tobołek.   Za   jedzenie   zapłacili   w  chwili 

zamawiania,   mogła   więc   odejść   z   czystym   sumieniem.   Ruszyła   w   stronę   drzwi 
prowadzących na tylne podwórko. Kiedy znalazła się na zewnątrz, rzuciła się biegiem 

ścieżką za zabudowaniami, równoległą do głównego traktu.

Poczucie satysfakcji trwało jednak krótko. Ścieżka szybko się skończyła i kiedy 

dziewczyna musiała wyjść na główną drogę, niemal zderzyła się z Robinem opartym o 
parkan, z rękami złożonymi na piersi.

- Masz naprawdę niskie pojęcie o mojej inteligencji, jeśli sądziłaś, że tak łatwo 

mnie zwiedziesz - powiedział łagodnie.

Spojrzała na niego ze złością i po raz pierwszy uwierzyła, że ten zwariowany 

mężczyzna rzeczywiście chce towarzyszyć jej do Londynu.

- Problem leży nie w twojej inteligencji, ale w zarozumiałości. Nie chcę, żebyś 

mi   towarzyszył,   nie   chcę   twej   pomocy   ani   darmowych   posiłków.   Zostaw   mnie   w 

spokoju!

Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Robin nie odstępował jej na krok.

- Ostrzegałam cię! - warknęła. - Potrafię się bronić. Miała zamiar coś jeszcze 

dodać, kiedy chwycił ją za ramię.

- Idą jacyś ludzie. Jeśli chcesz ciągnąć swoją maskaradę, nie rób scen.
Zbliżało się kilku wieśniaków, którzy przyglądali się im z ciekawością. Pomimo 

ich obecności Maxie i tak wybuchnęłaby złością gdyby nie to, że w tym momencie 

background image

spojrzała w oczy swemu towarzyszowi. Jego błękitne oczy miały niezmierzoną głębię. 

Były to oczy człowieka, który widział więcej cieni niż słońca.

Początkowo sądziła, że jest mniej więcej w tym samym wieku co ona, ale teraz 

uznała,   że   skończył   już   trzydziestkę.   Wpatrywała   się   w   niego,   sparaliżowana 
przeczuciem,   że   znajduje   się   w   towarzystwie   niebezpiecznego   człowieka.   Zanim 

zdążyła cokolwiek zrobić, Robin złapał ją mocno za ramię i pociągnął za sobą. Kiedy 
mijali grupę zaciekawionych wieśniaków, odezwała się starsza kobieta:

- Ej, Daisy, czy ten dżentelmen, to nie...
- Nie - przerwał jej stanowczym głosem Robin i uśmiechnął się tak wspaniale, 

że kobiety aż westchnęły z zachwytu. Zanim zdążyły cokolwiek z siebie wydusić, Robin 
pociągnął Maxie za sobą.

Zastanawiała się, czy nie zawołać o pomoc, ale wtedy tłumaczeniom nie byłoby 

końca,   a   i   tak   podejrzewała,   że   Robin   by   ją   przegadał.   Poza   tym   nie   czuła   się 

zagrożona. Wręcz przeciwnie, to ona stanowiła dla niego zagrożenie.

Odczekała, aż zakręcą za róg i znikną wieśniakom z widoku. Wtedy zatrzymała 

się i uwolniła z uścisku.

-   Jeśli   miałam   jakieś   wątpliwości   co   do   twojego   towarzystwa,   w   tej   chwili 

jestem już pewna - rzuciła z furią. - Jesteś aroganckim, egoistycznym...

- Masz rację, jestem zarozumiały - przerwał jej. - Ale lepiej, żebyś się pogodziła 

z myślą, iż dopilnuję, byś dotarła bezpiecznie na miejsce.

Sięgnęła po nóż, ale Robin zdążył chwycić ją za nadgarstek. Choć nie trzymał 

mocno i tak nie mogła mu się wyrwać.

- Nie rób tego, Maxie - powiedział, a jego wzrok unieruchomił ją jak uścisk. - 

Jesteś wspaniałą i odważną kobietą. Wcześniej znałem tylko jedną taką damę, ale 
jesteś też cudzoziemką podróżującą po obcym kraju. Oprócz zwyczajnych bandytów, 

są jeszcze wygłodniali żołnierze zwolnieni z armii, zajadli radykałowie, którzy chcą 
obalić rząd i Bóg wie, kto jeszcze. Może i nie natkniesz się na nikogo takiego, ale to 

raczej mało prawdopodobne. Gwarantuję ci, że ze mną będziesz bezpieczniejsza.

Mogła z nim walczyć, ale jego słowa zmusiły ją do zmiany zdania. Wydawało 

się, że szczerze pragnie ją chronić. Prawdopodobnie kierowały nim także inne, mniej 
honorowe   motywy,   ale   Maxie   miała   doświadczenie   w   odrzucaniu   zalotów,   a   nie 

sądziła, by lord Robert chciał zmusić ją do czegokolwiek siłą. Jeśli pragnął kobiety, 
wystarczyło,   żeby   uśmiechnął   się   jednym   z   tych   swoich   obezwładniających 

uśmiechów, a kobiety ze wsi poszłyby za nim jak myszy za serem. Potem zastanowi 

background image

się, jak od niego uciec.

-   Dobrze,   panie   Andreville   -   powiedziała   chłodno.   -   Przystaję   na   pańskie 

towarzystwo,   przynajmniej   na   jakiś   czas.   Pamiętaj   tylko,   żebyś   trzymał   ręce   przy 

sobie, bo inaczej może się zdarzyć, że pozostaną ci tylko nadgarstki.

-  Prędzej  rozdrażniłbym  tygrysicę.   -  Powaga  zniknęła  z  twarzy  mężczyzny  i 

ponownie stał się ujmującym czarusiem, którego spotkała w lesie.

- Kim jest ta druga wspaniała kobieta? - zapytała, kiedy uwolnił jej rękę.

- Moja stara przyjaciółka. Polubiłabyś ją.
- Wątpię. - Odwróciła się i podjęła wędrówkę. Jeszcze przez godzinę będzie 

jasno, więc równie dobrze mogą przejść jeszcze spory kawałek. - Mam nadzieję, że 
twoja pseudoarystokratyczna duma pozwoli ci spać pod drzewem, jeśli nie znajdziemy 

stodoły.

- Istnieją gorsze miejsca do spania - rzucił. - Na przykład więzienie.

-   Czy   byłeś   w  wielu?   -  Podejrzewała,   że   mówi   prawdę   i   miała   nadzieję,   że 

znalazł się tam jedynie za włóczęgostwo, choć bez wątpienia miał na sumieniu o wiele 

więcej.

-   W   kilku   -   przyznał.   -   Najlepsze   to   zamek   we   Francji   z   dość   znośnym 

jedzeniem i winem oraz księciem do towarzystwa.

Uznała, że wymyślił tę historię i że jest świadom, iż ona to wie.

- Brzmi zachęcająco. Jeśli to więzienie było najlepsze, jak wygląda najgorsze?
-   Chyba   więzienie   w   Konstantynopolu.   Nie   mówię   po   turecku   i   nie   znam 

tamtejszych gier. Przygnębiająca sytuacja. Ale spotkałem tam bardzo interesującego 
Chińczyka...

Szli   w   kierunku   wrzosowisk.   Miękki   głos   Robina   tkał   nieprawdopodobne   i 

zabawne historie o pojmaniu i ucieczkach. Bez wątpienia musiał być włóczęgą. Ale 

kiedy mówił, mogła przynajmniej na chwilę zapomnieć o smutku i tęsknocie za ojcem.

background image

4

Krótko   przed   zachodem   słońca   spotkali   rodzinę   cygańskich   druciarzy 

podróżujących na północ. Robin pomachał im dłonią i zawołał coś w języku, którego 

Maxie nigdy nie słyszała.

- Mówisz po cygańsku? - zapytała zdziwiona.

- Znam tylko kilka słów. - W kącikach oczu pojawiły mu się zmarszczki. - Chcę 

kupić od nich garnki, a kiedy zwracasz się do ludzi w ich własnym języku, nie próbują 

cię naciągać.

Wóz   zatrzymał   się,   a   woźnica   zeskoczył   z   kozła.   Choć   Robin   umniejszył 

znajomość   cygańskiego,   posługiwał   się   nim   dość   biegle.   Wdał   się   w   dyskusję   z 
Cyganem, w czasie której ręce mężczyzn wirowały w powietrzu jak wiatraki.

Z   wozu   wyskoczyły   dzieci,   a   za   nimi   ładna,   jaskrawo   ubrana   kobieta,   z 

niemowlęciem opartym na biodrze. Podeszła do Maxie i powiedziała coś po cygańsku.

Maxie potrząsnęła głową.
- Przykro mi, ale nie mówię twoim językiem.

- Nie? - Kobieta przechyliła głowę na bok i dodała po angielsku: - Myślałam, że 

jesteś didikois, pół - Cyganką, i że to ty nauczyłaś Gorgio mówić naszym językiem.

- Nie, pochodzę z Ameryki.
Oczy kobiety otworzyły się szeroko.

- Widziałaś tych krwiożerczych Indian?
Od   przyjazdu   do   Anglii   Maxie   często   spotykała   się   z   podobnie   głupimi 

pytaniami.

- Jestem jedną z tych krwiożerczych Indianek - stwierdziła sucho. - Podobnie 

jak ty należysz do złodziejskich Cyganów.

Czarne   oczy   kobiety   zabłysły   wściekłością.   Po   chwili   jednak   wybuchnęła 

śmiechem.

- Ludzie często opowiadają głupoty o innych narodach, prawda?

- Tak - przyznała Maxie. Zadowolona, że obroniła swoje zdanie, pożałowała 

jednak, że słyszał ją Robin. Nie była jeszcze gotowa, by dzielić się swoją przeszłością z 

tym tajemniczym mężczyzną.

Na   szczęście   nadal   zawzięcie   dyskutował   z   mężczyzną   i   nie   usłyszał   jej. 

Przyglądała mu się z podziwem; jego umiejętność przekonywania nie przyniosłaby 
wstydu handlarzowi koni.

background image

W   krytycznym   momencie   wyciągnął   zza   ucha   najbliżej   stojącego   dziecka 

błyszczącą sześciopensówkę, czym doprowadził dziewczynkę do śmiechu. Zachwycony 
ojciec   rozłożył   ręce   i   przystał   na   warunki   Robina.   Podał   mu   brzytwę,   kilka 

powyginanych garnków, sztućce oraz mały, podarty koc, w zamian za co otrzymał 
królewską   zapłatę   w   postaci   dwóch   szylingów.   Robin   przehandlował   też   swoją 

zupełnie jeszcze porządną torbę na worek na tyle duży, by pomieścił nowy dobytek.

Po przyjaznym pożegnaniu ruszyli w dalszą drogę. Kiedy odeszli na tyle daleko, 

żeby Cyganie nie mogli ich usłyszeć, Maxie zapytała:

- Gdzie nauczyłeś się cygańskiego? Robin wzruszył ramionami.

- Zdarzało mi się z nimi podróżować. Kiedy już cię zaakceptują, są najbardziej 

gościnnymi   ludźmi   pod   słońcem.   -   Zanim   Maxie   zdążyła   zadać   następne   pytanie, 

dodał: - Ten Cygan, Gregor, powiedział, że jakąś milę stąd znajdziemy przyzwoite 
obozowisko.

Rozejrzała się po gołych wrzosowiskach.
- Mam nadzieję, że się nie myli. Przez ostatnią godzinę nie widziałam żadnej 

stodoły ani chaty.

Szli dalej, aż Robin wskazał na małą piramidę z kamieni po prawej stronie 

drogi.

- To jest znak Cyganów, a to droga do obozowiska.

Po dziesięciu minutach marszu dotarli do niewidocznej z drogi dziury w ziemi. 

Małe drzewka osłaniały kryjówkę od wiatru, a pobliski strumień dostarczał wody do 

picia.   Pośrodku   znajdowało   się   otoczone   kamieniami   ognisko.   Sama   nigdy   nie 
odnalazłaby tego miejsca.

Robiło   się   chłodno,   korzystając   więc   z   ostatnich   promieni   słońca   zebrali 

drewno na ognisko. Maxie rozpaliła ogień, po czym na żelaznej poprzeczce zawiesiła 

garnek   z wodą.   Kiedy  woda  zaczęła  wrzeć,  z  cienia   wyłonił  się  Robin  z  naręczem 
paproci.

- To orlica - wyjaśnił, kładąc rośliny na ziemi. - Posłużą za wygodne posłanie.
- Rozumiem, że wystarczą na dwa łóżka? - zapytała, zalewając liście herbaty 

gorącą wodą.

- Oczywiście - potwierdził, ale w jego oczach błysnęło rozbawienie. Jeszcze trzy 

razy chodził do lasu po paprocie, które ułożył po dwóch stronach ogniska.

Tymczasem przestygła herbata. Maxie podała kubek Robinowi.

-  Jesteś  wariatem,   wiesz?  Z  pewnością   poprzednią  noc spędziłeś  w  o wiele 

background image

wygodniejszym miejscu.

- Zgodne z prawdą, ale nieistotne - odparł. - Już dawno tak dobrze się nie 

bawiłem.

- Zupełny wariat.
Ale   nieszkodliwy,   pomyślała.   Popijali   herbatę   w   ciszy.   Maxie   uznała,   że 

sytuacja  nie  jest aż   tak  zła,  w  dużej  mierze  dzięki   rzeczowemu   podejściu  Robina. 
Pogodziła   się   z   jego   towarzystwem   i   czuła   się   całkiem   rozluźniona.   Aż   trudno 

uwierzyć, że spotkali się zaledwie kilka godzin temu. Nalała więcej wody do garnka, a 
kiedy skończyli pić herbatę, zaproponowała swój specjał, mieszankę ziołową. Robin 

wykrzywił usta, czując zapach ziół.

- Co tam parzysz?

- To herbata dla kobiet - wyjaśniła i chcąc go zawstydzić, dodała: - Zapobiega 

ciąży. Kiedy wyruszałam w tę podróż, zakładałam, że mogę paść ofiarą napadu, za to 

przynajmniej umiem zapobiec konsekwencjom.

Twarz mężczyzny pozostała bez wyrazu.

- Ależ z ciebie zimna i wyrachowana  kobieta - powiedział po długiej chwili 

ciszy.

Upiła łyk gorącego i gorzkiego naparu.
- Niestety, często miałam okazję stykać się z nieprzyjemną rzeczywistością.

- Zostałaś zgwałcona? - cicho zapytał Robin.
- Nie.

Popatrzył na swój kubek.
- Cieszę się. Widziałem skutki takich czynów. Nie życzę tego żadnej kobiecie. - 

Na jego twarzy pojawił się cień smutku, który już wcześniej zauważyła.

Poruszyła się niespokojnie. Chciała z niego zażartować, tymczasem przywołała 

złe wspomnienia. Niemniej jednak te słowa utwierdziły ją w przekonaniu, iż Robin 
nigdy nie użyje przeciwko niej siły. Pragnąc zmienić nastrój, sięgnęła do kaftana i 

wyjęła harmonijkę. Kiedy zaczęła na niej grać, twarz Robina rozpogodziła się. Położył 
się na liściach paproci i wsunął ręce pod głowę.

Grając   jakąś   amerykańską   hałaśliwą   melodię,   przyglądała   się   swemu 

towarzyszowi.   Jego   mowa   i   ogłada   wskazywały,   że   pochodził   z   bogatej   rodziny. 

Dlaczego wygnano go do świata zwykłych ludzi, zmuszonych walczyć o przetrwanie? 
Grzechami jej ojca były hazard i kobiety, czuła jednak, że upadku Robina nie da się 

prosto wytłumaczyć.

background image

Migocące płomienie ogniska rzucały cienie na blond włosy i nieskazitelny profil 

mężczyzny. Może nie płaci wcale za swoje grzechy, ale kogoś z rodziny? A może jest 
nieślubnym dzieckiem, wychowanym z pewnymi przywilejami, potem wygnanym z 

domu, by sam o siebie zadbał. Prawdopodobnie nigdy nie pozna prawdy.

Grała   urywki   tradycyjnych   ballad   i   tematy   sławnych   utworów   europejskich 

kompozytorów. W końcu, kiedy ogień zaczął przygasać, zagrała pieśń Irokezów. Była 
to kołysanka, którą słyszała od matki. Znała też kilka pieśni obrzędowych Mohawków. 

Choć nie używali takich instrumentów jak harmonijka, nauczyła się wygrywać na niej 
ich płaczliwe, dziwne wirujące rytmy.

Myślała, że Robin usnął, ale kiedy zmieniła się melodia, odwrócił głowę w jej 

kierunku i patrzył na nią zamglonym i trudnym do odczytania wzrokiem. W końcu 

odłożyła harmonijkę i wyciągnęła z torby pelerynę.

-   Dobranoc   -   powiedział   cicho,   niczym   powiew   wiatru   tańczącego   na 

wrzosowiskach. - Dziękuję za koncert.

- Nie ma za co - odpowiedziała, zawinęła się w pelerynę i wygodnie ułożyła na 

posłaniu. Pomyślała, że jednak dobrze się stało, że ma tej nocy towarzystwo.

Obudziły ją dziwne odgłosy. Usiadła i sięgnęła po nóż. Najpierw myślała, że 

zduszony jęk wydaje jakieś dzikie zwierzę. Kiedy się powtórzył, zorientowała się, że 
dochodzi z drugiego posłania.

Zastanawiając   się,   czy   Robin   przypadkiem   nie   ma   ataku   duszności,   wstała, 

podeszła   do   jego   posłania   i   uklękła   przy   nim.   Miał   trupiobladą   twarz,   oddychał 

urywanie i rzucał się niespokojnie.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

- Robin?
Mięśnie stężały pod jej dotykiem. Robin szeroko otworzył oczy, ale w ciemności 

nie mogła dostrzec jego twarzy.

- Miałem zły sen - powiedział zduszonym głosem.

- Chyba tak. Pamiętasz co ci się śniło?
- Nie bardzo. - Odetchnął głęboko. - To cena za niespokojne sumienie.

- Często męczą cię takie koszmary?
- Dość często. - Przesunął dłonią po twarzy. - Przepraszam, że cię obudziłem.

Chciała  coś powiedzieć,  ale w tym momencie zauważyła  na  jego policzkach 

wilgotne ślady. Nic dziwnego, że tak bardzo stara się być nonszalancki. Położyła dłoń 

na dłoni Robina.

background image

- To nic. Mam lekki sen. - Palce miał zimne i chyba nie od chłodu nocy. - Lepiej 

że to ty mnie zbudziłeś, a nie wygłodniały wilk.

- W tych okolicach łatwiej spotkać owce niż wilki. - Uścisnął jej dłoń. - Nie 

żebym nie ufał, iż potrafisz obronić moją osobę przed demonami dzikich ostępów.

-   Jeśli   zaatakuje   nas  jakiś   wilk,   jestem  pewna,   że   zagadasz   go   na   śmierć  - 

stwierdziła z rozbawieniem. - Dobranoc.

Wróciła na swoje posłanie, zamierzając wykorzystać resztę nocy. Jednak sen 

nie nadchodził, mimo że oddech Robina szybko stał się równy i spokojny. Irokezi 
bardzo poważnie traktowali sny, uważając je za życzenia duszy, które należy spełnić. 

Matka  Maxie  twierdziła  nawet,  że  koszmary  to rany  zadane  duszy,  która  wymaga 
leczenia.

Zapadając w sen, zastanawiała się, co też męczy Robina.
Gdyby   Desdemona   Ross   wiedziała,   jak   trudno   będzie   odnaleźć   zbiega, 

pozostawiłaby to zadanie mężczyźnie, którego chciał wynająć brat. Ponieważ jednak 
już się tego podjęła, nie chciała przyznać, że nie daje sobie rady.

Poszukiwania wydawały się zwykłym ćwiczeniem z logiki. Znając pochodzenie 

bratanicy, wykalkulowała, ile mil może pokonać żywotna wędrowniczka. Następnie 

wytypowała trzy najbardziej prawdopodobne trasy i zaczęła rozpytywać o Maxie w 
zajazdach i stacjach dyliżansów. Pytała o chłopca, pewna, że bratanica miała na tyle 

zdrowego rozsądku, żeby nie wyruszać w drogę jako kobieta.

W wielu miejscach widziano różnych chłopców, lecz w gruncie rzeczy niczego 

się nie dowiedziała. Po trzech dniach bezowocnych poszukiwań miała dosyć. Jednak 
upór nie pozwolił jej się poddać.

Jechała   właśnie   do   Yorkshire,   kiedy   natrafiła   na   zajazd   o   nazwie   „Król 

Ryszard”.   Był   środek   dnia.   W   ciemnej   sali   okoliczni   mieszkańcy   popijali   piwo. 

Podeszła do kobiety stojącej za barem.

- Przepraszam, szukam mojego bratanka. Uciekł ze szkoły i możliwe, że właśnie 

tędy przechodził.

- Tak? - rzuciła kobieta z całkowitym brakiem zainteresowania.

- Mniej więcej tego wzrostu - pokazała Desdemona - o dość ciemnej karnacji, i 

pewnie miał kapelusz. Ubrany był tak, żeby nie rzucać się w oczy.

- Był tu wczoraj taki chłopak - odezwała się bezzębna starucha, siedząca w głębi 

sali. Podniosła się z trudem i ruszyła w stronę Desdemony. - Ale znalazł przyjaciela.

- Tak? - rzuciła Desdemona zachęcająco.

background image

Podeszła   do   nich   jeszcze   jedna   kobieta   tęgiej   budowy.   Trzymała   w   ustach 

glinianą fajkę.

-   Jeśli   to   pani   bratanek,   to   wszystko   w   porządku.   Był   z   nim   lord   Robert 

Andreville. Może go pani zna. Lord Robert pewnie zaprowadził chłopaka do domu.

- Ten mężczyzna mówił, że nie jest lordem Robertem - stwierdziła starucha.

- Mam zdrowe oczy, Granny. To był lord Robert, choć zaprzeczył - upierała się 

tęga kobieta. - Widziałam go w Yorku przed Bożym Narodzeniem. Ta jasna głowa nie 

mogła należeć do nikogo innego.

-   Co   się   stało?   -   zapytała   Desdemona,   zanim   starucha   zdążyła   ponownie 

zaprzeczyć.

-   Chłopak   i   lordowska   mość   zjedli   tu   obiad   -   wtrąciła   barmanka,   okazując 

zainteresowanie rozmową. - Siedzieli w tamtym kącie, dlatego nikt nie rozpoznał jego 
lordowskiej mości. Jak zjedli, to ten chłopak wymknął się tylnym wyjściem.

- Tak, próbował znowu uciec - stwierdziła palaczka fajki. - Dlatego myślę, że to 

ten, którego pani szuka. Lord dopadł go, a potem zmusił, żeby poszli razem.

Desdemona zmarszczyła brwi.
- Chcesz powiedzieć, że użył siły? Kobieta skinęła głową.

- Złapał go za ramię i wyprowadził ze wsi. Pewnie czekał na nich powóz. Nie 

wydaje się, by jego lordowska mość chciał iść piechotą.

Desdemona   słyszała   o   Andreville’ach   i   wiedziała,   że   ich   rodzinne   gniazdo 

znajduje się niedaleko stąd. Ale nikt z tej rodziny nie znał Maximy, która w Anglii była 

dopiero od kilku miesięcy, nikt też nie mógł rozpoznać w zbiegu dziewczyny z dobrej 
rodziny.

- Opowiedzcie mi o tym lordzie Robercie.
Entuzjastyczny chór głosów wyjaśnił jej, że lord Robert jest młodszym bratem 

markiza   Wolvertona,   że   w   czasie   wojny   dokonywał   odważnych   i   niebezpiecznych 
czynów,   że   jest   przystojny   jak   upadły   anioł,   a   z   kobietami   jest   jak   sam   diabeł. 

Zaangażowanie, z jakim wieśniacy dzielili się wiedzą o ich panu, świadczyło o tym, że 
dumni są ze swego bohatera i czarnej owcy.

Nawet jeśli połowa z tych opowieści była prawdziwa, portret był alarmujący. 

Lord i lady Collingwood przyznawali, że Maxima jest bardzo atrakcyjna, mogła więc 

przyciągać   różnych   zabijaków.   Możliwe,   że   lord   Robert   przejrzał   maskaradę 
dziewczyny, po czym zmusił ją, żeby mu towarzyszyła, a jego cele nie musiały być 

najuczciwsze.

background image

- Jak dojechać do Wolverhampton? - zapytała z ponurą miną. Po otrzymaniu 

wskazówek sięgnęła do torebki po złotą gwineę i położyła na ladzie. - Dziękuję za 
pomoc. Funduję wszystkim piwo.

Wyszła   do   czekającego   na   nią   powozu,   ignorując   toasty   wznoszone   za   jej 

zdrowie. Była zbyt zajęta planowaniem, co zrobi zdeprawowanemu arystokracie, jeśli 

się okaże, że nastawał na cześć niewinnej dziewczyny.

background image

5

Na   popołudnie   markiz   Wolverton   zaplanował   przejrzenie   korespondencji. 

Sekretarz Charles, przeczyta list, Giles podyktuje odpowiedź, i tak dalej, i tak dalej. 

Wszystko w ustalonym porządku i do znudzenia normalne.

Ustalony porządek został jednak pogwałcony, kiedy do biblioteki wparowała 

rozwścieczona Amazonka.

- Nie obchodzi mnie, że lord Wolverton jest zajęty! - krzyknęła. - Życzę sobie, 

żeby mnie przyjął, i to natychmiast.

Tuż za nią ukazał się czerwony na twarzy lokaj.

-   Przepraszam,   jego   lordowską   mość,   ale   lady   Ross   uparła   się,   żeby   pana 

zobaczyć - wyjaśnił przepraszająco. - Przyszła tu w sprawie lorda Roberta.

Giles   uniósł   głowę.   Robin   zniknął   przed   trzema   dniami.   Choć   wcześniej 

zapowiedział, żeby się o niego nie martwić, jednak trudno było się z tym pogodzić.

Patrzył   zaskoczony   na   damę,   która   płynęła   w   jego   stronę   jak   statek   z 

rozwiniętymi   żaglami,   w   pelerynie,   przekrzywionej   budce   i   groźnie   uniesionym 

parasolem. Wysoka i dość potężnie zbudowana, mogła być nawet ładna, gdyby nie 
malująca się na twarzy wściekłość. Zastanawiając się, cóż takiego łączy ją z Robinem, 

Giles wstał zza biurka.

- Nazywam się Wolverton. Czy przynosi pani wieści o moim bracie?

Lady Ross jęknęła.
- A więc pan także nie wie, gdzie on jest?

- Nie ma go od kilku dni. Nie wiem, kiedy wróci - wyjaśnił Giles, starając się 

sobie przypomnieć, co słyszał o lady Ross. Choć nazwisko wydawało mu się znajome, 

nie kojarzył go z żadnymi okolicznościami. - Jaką sprawę ma pani do brata?

-   Nie   chodzi   o   mnie,   lecz   o   moją   bratanicę   -   oznajmiła   gniewnie.   -   Fakty 

wskazują na to, że pana brat ją uprowadził.

- Co też pani opowiada! - wykrzyknął Giles. - Kto roznosi takie niedorzeczne 

plotki?

Koniec parasola Desdemony drżał jak koniuszek ogona rozzłoszczonego kota.

- Pańscy poddani widzieli, jak lord Robert zmuszał pewną młodą osobę, żeby z 

nim   poszła.   Z   opisu   wnioskuję,   że   była   to   moja   bratanica,   Maxima   Collins, 

Amerykanka.

Giles spojrzał na nią ostro.

background image

- W jaki sposób i kiedy ta dziewczyna została uprowadzona? Nie wierzę, że mój 

brat byłby zdolny porwać z rodzinnego domu niewinną dziewczynę.

Lady Ross poruszyła się niespokojnie.

- Nie jestem do końca pewna, co zaszło. Maxima mieszkała z moim bratem, 

lordem Collingwood, w Chanleigh Court. Jej ojciec zmarł wkrótce po ich przyjeździe 

do Anglii i dziewczyna wpadła w rozpacz. Jakiś tydzień temu, pod wpływem impulsu, 
opuściła dom Collingwoodów, pozostawiając wiadomość, że wybiera się do Londynu z 

zamiarem odwiedzenia mnie. Tymczasem ja przyjechałam do Durham, by się z nią 
zobaczyć. Szukam jej od czasu, kiedy się zorientowaliśmy, że zaginęła. - Szare oczy 

kobiety zwęziły się. - Trzy dni temu wieśniacy widzieli lorda Roberta w towarzystwie 
młodej osoby.

Twarz   Gilesa   pozostała   bez   wyrazu,   ale   w   środku   czuł   zamęt.   Robin   nie 

uprowadziłby   niewinnej   dziewczyny,   ale   mógł   zainteresować   się   uciekinierką, 

zwłaszcza miłą i chętną.

- Ile lat ma pani bratanica? Lady Ross zawahała się.

- Dwadzieścia pięć.
- Dwadzieścia pięć? Sposób, w jaki pani o niej mówiła, wskazywał, że nie ma 

więcej niż piętnaście czy szesnaście. Pani bratanica nie jest podlotkiem. W jej wieku 
większość  kobiet  zostaje  żonami  i   matkami.  Jeśli  poszła  z   moim  bratem,   musiała 

uczynić to z własnej woli.

- Maxima jest w Anglii zaledwie od czterech miesięcy i wkrótce po przyjeździe 

została   sierotą   -   rzuciła   lady   Ross   z   błyskiem   furii.   -   Jest   niewinną   dziewczyną, 
cudzoziemką w obcym kraju. Mężczyzna, który to wykorzystał, jest poniżej krytyki. 

Giles z trudem się opanował.

- Nie ustaliliśmy jeszcze co, jeśli w ogóle, się wydarzyło.

-   Jeśli   lord   Robert   nie   uciekł   z   moją   bratanicą,   to   gdzie   jest?   -   zapytała 

Desdemona. - Sam pan powiedział, że nie wie. Według mieszkańców wsi ma reputację 

rozpustnika, kogoś takiego, kto jest w stanie porwać młodą dziewczynę.

- To nonsens - odparował Giles. - Robina nie było w Anglii przez wiele lat. 

Przyjechał pół roku temu i przez ten czas nie zadawał się z żadną kobietą.

- Pańscy poddani wydają się mieć odmienne zdanie.

- Ludzie uwielbiają wymyślać różne bajki. Moja osoba to kiepska pożywka dla 

plotek,   ale   lord   Robert   jest   atrakcyjną   i   romantyczną   postacią.   Wystarczy,   że 

uśmiechnie się do którejś z dziewcząt ze wsi, a już mówi się o nim jak o zapamiętałym 

background image

uwodzicielu. - Giles zastanowił się przez chwilę. - Nawet jeśli bratu towarzyszyła jakaś 

kobieta, skąd pewność, że to pani bratanica? Uciekła i może być wszędzie.

-   Jestem   pewna,   że   Maxima   jest   gdzieś   w   okolicy.   Opis,   jaki   podali   mi 

wieśniacy, pasuje do niej jak ulał - upierała się lady Ross. - Obawiam się najgorszego.

Giles odetchnął głęboko.

- Nie dostarczyła mi pani żadnego dowodu na potwierdzenie niewłaściwego 

zachowania Robina. Nie wiadomo nawet, czy zna on pani bratanicę. Choć rozumiem 

w pełni pani zatroskanie, radzę, by nie obrzucała pani mego brata nieuzasadnionymi 
oskarżeniami. Żegnam, lady Ross. Lokaj odprowadzi panią do wyjścia.

Powiedziawszy to usiadł i pochylił się nad korespondencją. Oczekiwał, że gość 

spokojnie   wyjdzie,   tymczasem   kątem   oka   dostrzegł   szybki   ruch   oraz   usłyszał   jęk 

służącego. Podniósł głowę akurat w chwili, gdy parasol zaledwie o cal omijając jego 
twarz uderzył w biurko, rozrzucając leżące na nim listy.

- Niech panu się nie wydaje, że odprawi mnie jak jakąś służącą - wysyczała lady 

Ross. - Znam pańską reputację. Zamiast pracować w Parlamencie, siedzi pan tu w 

Yorkshire jak jakiś leń, zapominając o swoich obowiązkach. Przy takim przykładzie 
trudno się dziwić, że pański brat się stoczył. - Pełne usta kobiety wykrzywiły się w 

sarkazmie. - Choć może dobrze się składa, że nie korzysta pan ze swojego miejsca w 
Izbie Lordów. Przy pańskich poglądach  nawet wódz Hunów Attyla  wydawałby  się 

niewinną owieczką.

Giles nigdy jeszcze żadnej kobiety nie potraktował niegrzecznie, jednak te kilka 

minut w towarzystwie lady Ross bardzo zmieniły jego zasady. Poderwał się na nogi i 
pochylił ku niej, zaciśniętą dłoń opierając na blacie biurka.

-   Pojawiam   się   w  Parlamencie,   zawsze  kiedy   rozstrzygana   jest   jakaś   ważna 

sprawa,  ale moim głównym obowiązkiem  jest opieka nad tym majątkiem.  Nie ma 

lepszego   nawozu   dla   ziemi   niż   ciężar   stopy   właściciela,   a   praca   na   wsi   jest 
pożyteczniejsza   od   gry   w   faraona   i   niszczenia   własnej   reputacji   w   Londynie.   - 

Zorientował   się,   że   zachowuje   się   jak   dziecko   i   dalej   ciągnął   już   spokojniejszym 
tonem. - Zresztą to nie pani sprawa.

Parasol zadrżał i przez chwilę Giles myślał, że kobieta zrobi z niego użytek jak z 

kija do krykieta.

-   Przepraszam   -   wycedziła   zamiast   tego   przez   zaciśnięte   zęby.   -   Pańska 

posiadłość   słynie   z   doskonałego   zarządzania.   Nie   powinnam   o   niej   wspominać.   - 

Sprawiała   wrażenie,   jakby   przeprosiny   przychodziły   jej   z   wielką   trudnością,   lecz 

background image

dodała: - Nie wątpię, że nie przyczynił się pan do upadku brata.

- Radzę pani wyjść, zanim te bezpodstawne oskarżenia sprawią, że zapomnę, iż 

jestem mężczyzną - powiedział Giles. - Przykro mi, że pani bratanica zaginęła, ale nie 

mogę nic na to poradzić.

- Byłam naiwna, oczekując współpracy - rzuciła z obrzydzeniem lady Ross. - 

Bogaci panowie potrafią zbezcześcić niewinną dziewczynę z taką samą łatwością, z 
jaką wyrzucają niemodny fular. Przyszłam tu z nadzieją, że lord Robert spotkał moją 

bratanicę i jako dżentelmen odeskortował ją do rodziny. Zamiast tego dowiaduję się, 
że zmusił ją do towarzyszenia mu, a pan jeszcze go chroni. Jednakże Maxima nie jest 

samotna, ma rodzinę i przysięgam, że jeśli lord Robert ją skrzywdził, zapłaci za to.

- A więc o to chodzi! Pani bratanica chciała uwieść Robina. Potem pani się tu 

zjawia oświadczając, że dziewczyna jest niewinna i że powinienem zmusić brata do 
ożenienia się z nią. To się nie uda, madame, ani ze mną, ani z moim bratem. Jeśli ta 

dziewczyna z nim poszła to tylko z własnej nieprzymuszonej woli.

Pochylił się w stronę gościa, a jego szerokie ramiona drżały z gniewu.

- Niech mnie pani uważnie wysłucha, lady Ross. Ręczę własnym honorem, że 

brat nigdy nie ożeni się z żadną wywloką, która próbuje zastawić na niego pułapkę.

Gdyby parasol Desdemony był szablą, doszłoby do morderstwa. Jej szare oczy 

rzucały błyskawice.

- Niech mi pan wierzy, że nie mam zamiaru zmuszać tej biednej dziewczyny do 

ożenku z takim degeneratem, lecz sprzeciwię się każdemu, nawet rodzinie, jeśli będzie 

chciał   ją   skrzywdzić.   Pański   brat   wyląduje   w   więzieniu.   Proszę   pamiętać,   że   za 
porwanie   grozi   kara   śmierci.   Niech   pan   nie   myśli,   że   wykupi   go   dzięki   swoim 

znajomościom. Ja także takowe posiadam. Jeśli doszło do przestępstwa, dopilnuję, by 
sprawiedliwości stało się zadość.

Odwróciła się na pięcie i z zaciśniętym w dłoni parasolem ruszyła do drzwi.
- Jeśli pański barbarzyński brat się tu pojawi, proszę mu poradzić, żeby opuścił 

Anglię, najlepiej na zawsze - dodała jeszcze.

Kiedy była już przy drzwiach, Giles przypomniał sobie wreszcie, kim jest jego 

gość: feminizującą reformatorką, która znajdowała posłuch u najbardziej znaczących 
polityków obu stron. Giles słyszał o niej, lecz myślał, że jest starsza. Okazuje się, że 

płomienna feministka jest w jego wieku, jeśli nie młodsza. Ma chyba niewiele więcej 
ponad   trzydziestkę.   Do   diabła,   była   dość   wpływowa,   by   sprawić   rodzinie 

Andreville’ów niezłe kłopoty, nawet jeśli Robin nie uczynił nic występnego.

background image

- Lady Ross, proszę zaczekać - powiedział. Odwróciła się i spojrzała na niego 

złowieszczo.

- Tak?

Podszedł do gościa, zdobywając się na jak najłagodniejszy ton.
- Nie powinniśmy dać ponosić się nerwom. To oczywiste, że martwi się pani o 

bratanicę,   ale   sądzę,   że   popełnia   pani   błąd.   Teraz   liczy   się   tylko   odnalezienie 
dziewczyny,   lecz   wątpię,   że   znajdzie   ją   pani   w   towarzystwie   mego   brata.   Istnieją 

mężczyźni, którzy wykorzystują słabszą płeć, ale mój brat do nich nie należy.

Brwi kobiety uniosły się wysoko.

- Czy jest pan tego absolutnie pewny?
Giles już miał potwierdzić, lecz w ostatniej chwili się zawahał.

- Czy czegokolwiek w życiu możemy być absolutnie pewni?
- Brzmi to niezbyt przekonująco - stwierdziła sucho Desdemona.

- Nie mam żadnych wątpliwości co do honoru Robina. - Jednak chorobliwa 

uczciwość   kazała   mu   dodać:   -   Choć   niektóre   z   jego   poczynań   można   by   nazwać 

niekonwencjonalnymi.

Lady Ross zacisnęła usta.

- Im więcej mówi pan o uczciwości brata, tym większą mam ochotę przeliczyć 

sztućce.

- Ufam mu jak samemu sobie.
Wyraz twarzy lady Ross złagodniał i Giles ucieszył się, że zdołał ją przekonać. 

Po chwili znowu zacisnęła usta.

- Ma pan reputację człowieka uczciwego, a pańska lojalność w stosunku do 

brata jest godna pochwały. Na nieszczęście mężczyźni potrafią być uczciwi w stosunku 
do innych mężczyzn, ale za nic mają kobiety. Skoro lord Robin tak długo przebywał 

poza krajem, skąd pan wie, do czego jest zdolny?

Ta przeklęta kobieta ma rację. Giles wierzył w brata, ale był świadom, że Robin 

nie   mógł   przetrwać   dwunastu   lat   szpiegowania,   w   samym   sercu   napoleońskiego 
imperium bez pewnych twardych cech charakteru.

- Charakter Robina kształtował się pod wpływem sił innych niż angielski beau 

monde,  ale   jestem   przekonany,   że   nigdy   nie   wyrządziłby   krzywdy   bezbronnej   i 

niewinnej kobiecie.

Lady Ross wzruszyła ramionami i odwróciła się.

- Zobaczymy. Nie zaprzestanę poszukiwań, dopóki nie odnajdę bratanicy. Jeśli 

background image

pański brat ją skrzywdził, niech Bóg ma go w opiece.

Odeszła. Giles przez dłuższą chwilę wpatrywał się w drzwi, czując się tak, jakby 

dach runął mu na głowę. Jeszcze nikt nigdy nie wprawił go w taką wściekłość, ale 

mimo to nie był zadowolony ze sposobu, w jaki rozmawiał z lady Ross.

Odwrócił się, potrząsając głową.

- Co o tym myślisz, Charles? - zapytał sekretarza, który przyglądał się całej 

scenie z zafascynowaniem i przerażeniem.

Mężczyzna zawahał się.
- Myślę, że wolałbym nie rozgniewać niczym lady Ross - powiedział taktownie.

-   I   jeśli   Robin   zabawia   się   z   jej   bratanicą,   może   znaleźć   się   po   uszy   w 

kłopotach?

Charles uśmiechnął się ponuro.
- Obawiam się, że tak, sir.

Giles   usiadł   w   skórzanym   fotelu   i   zamyślił   się.   Choć   to   absurdalne, 

najwyraźniej ta zaginiona Maxima wybrała się do Londynu pieszo. W przeciwnym 

razie lady Ross nie byłaby taka pewna, że dziewczyna była w Yorkshire w tydzień po 
opuszczeniu   Durham.   Trudno   było   sobie   wyobrazić,   aby   panna   z   dobrego   domu 

zdecydowała   się   na   taką   podróż.   Musiała   znaleźć   się   w   sytuacji   bez   wyjścia   albo 
oszalała. A może chodziło o to, że jest Amerykanką?

W dniu, w którym zniknął, Robin wybierał się do zachodnich lasów. Droga, 

która przecinała tamte tereny, prowadziła do Durham. Robin był w stanie zachwiania 

emocjonalnego.   Jeśli   spotkał   atrakcyjną,   szaloną   dziewczynę,   mógł   pod   wpływem 
impulsu postanowić jej towarzyszyć. Nie jest złoczyńcą, ale też nie jest święty. Skąd 

jednak mógł wiedzieć, że wybuchnie skandal, jeśli zwiąże się z tą kobietą? Poza tym 
nie miał przy sobie pieniędzy,  a jeśli w ogóle,  to bardzo mało. Podobnie Maxima 

Collins,   inaczej  pojechałaby  do  Londynu  dyliżansem.  Gilesowi  wydawało  się  mało 
romantyczne, ale był przecież typem krańcowo nudnego konserwatysty.

Czy   Robin   zdecydował   się   eskortować   tę   dziewczynę   do   Londynu?   Takie 

niedorzeczne zachowanie pasowało do brata. Jednakże jeśli uciekinierka jest kobietą 

łatwą,   szybko   ich   stosunki   staną   się   intymne,   a   tego   nie   życzyła   sobie   ciotka 
dziewczyny.

Lady Ross zdawała się bardziej denerwować całą sprawą, niż na to zasługiwała. 

Może   nie   ujawniła   całej   prawdy?   A   może   jest   kobietą   wybuchową,   która   lubi 

wywoływać awantury? Przypomniał sobie oburzenie gościa, gdy zasugerował, iż wraz 

background image

z   bratanicą   uknuły   spisek   przeciw   Robinowi,   odrzucił   więc   ten   pomysł,   co   nie 

znaczyło,   że   sama   dziewczyna   jest   niewiniątkiem.   Robin   ze   swoim   wyglądem   i 
majątkiem stanowił bardzo pociągający kąsek. Prawdopodobnie dowiedziała się o tym 

i postanowiła wykorzystać sytuację.

Jeszcze   raz   przebiegł   w   myślach   wnioski.   Pozostawało   faktem,   że   Robin 

zniknął,   panna   Collins   również,   i   że   widziano   ich   razem.   Najprawdopodobniej 
podróżowali na południe w stronę Londynu. Jeśli po drodze napotkają jakieś kłopoty, 

Robin nie da sobie rady bez pieniędzy.

Za uciekinierami podążała pałająca żądzą zemsty lady Ross. Jeśli ich odnajdzie, 

konsekwencje mogą okazać się nieprzyjemne. Skandal dotknie dziewczynę  o wiele 
bardziej niż Robina, ale oszołomiona wściekłością lady Ross może nie brać tego pod 

uwagę.

Robin może nic nie robić sobie ze skandalu, ale on tak. Stawiłby czoło plotkom, 

jednak wolałby, aby cała sprawa, jeśli to możliwe, nie nabrała rozgłosu. Co oznacza, że 
sam musi odnaleźć zbiegów. Przy odrobinie szczęścia dotrze do nich przed lady Ross i 

zapobiegnie katastrofie.

Jeśli ta niewinna panna uprze się, że tylko ślub uratuje ją przed upadkiem, to 

wówczas   on   będzie   miał   coś   do   powiedzenia.   Żona   jego   brata   zostanie   matką 
przyszłego   markiza   Wolverton,   nie   pozwoli   więc,   żeby   jego   ród   splamiła   krew 

wulgarnej i podstępnej dzierlatki.

Z   niechęcią   myślał   o   podróży.   Długie   godziny   w   trzęsącym   się   powozie, 

rozmokłe drogi, niestrawne jedzenie. A w tej chwili nie miał nawet dobrego woźnicy, 
ponieważ ostatni odszedł i jeszcze nie znalazł następcy.

W   dodatku   będzie   czuł   się   jak   idiota,   wędrując   po   kraju   za   zwariowaną 

Amerykanką, szpiegiem na emeryturze i płomienną feministką. Na samą myśl o tym 

nie mógł powstrzymać uśmiechu.

background image

6

Maxie   zsunęła   kapelusz   na   oczy,   żeby   ochronić   je   przed   słońcem   i   ukryć 

spojrzenie,  jakie rzuciła  towarzyszowi.  Znowu naszedł ją jeden z tych momentów, 

kiedy   brakowało   jej   tchu,   a   zdarzało   się   to   za   każdym   razem,   kiedy   patrzyła   na 
Robina. Jest zbyt piękny, zbyt tajemniczy, żeby był prawdziwy.

Rozmowa z nim nie sprawiała jej trudności. Przeciwnie, rozmawiało się z nim 

równie łatwo jak z ojcem. Kiedy Robin zmęczył się milczeniem, słowa płynęły mu z ust 

jak   szemrzący   strumień.   Wciągał   ją   w   dyskusję   na   temat   mijanych   krajobrazów, 
pogody   oraz   godnej   pożałowania   wojny   pomiędzy   ich   krajami.   Nigdy   jednak   nie 

powiedział nic o sobie. Nadal nie znała jego prawdziwego nazwiska. Raz na zawsze 
porzuciła przesąd, że tylko ludzie cisi są tajemniczy.

Najdziwniejsze   było   to,   że   zachowywał   się   jak   prawdziwy   dżentelmen,   tak 

doskonały, że zaczęła się zastanawiać, czy z nią jest coś nie tak. Nie chodziło o to, że 

chciała, by ją obrażano, ale przynajmniej takie zachowanie rozumiała. Tymczasem 
miała przy sobie czarującego, lecz zagadkowego towarzysza. Wszystko to wytrącało ją 

z równowagi i dość często zapominała, że pomimo osobistego uroku Robin jest przede 
wszystkim włóczęgą.

Kiedy droga przeszła w wąską ścieżkę, Robin przerwał ciszę pytaniem:
-   Czy   opowiadałem   ci   o   mojej   pracy   w   cyrku   w   Austrii?   Uśmiechnęła   się, 

zastanawiając, cóż takiego wymyśli tym razem.

- Jeszcze nie. Twój repertuar zabawnych  historii wydaje się niewyczerpany. 

Opowiedz o tym cyrku. Nie wątpię, że byłeś mistrzem w chodzeniu po linie.

- Nie  trafiłaś  - odpowiedział.   - Konie  są o  wiele  łatwiejsze  do opanowania, 

byłem więc woltyżerem.

- Robin, czy kiedykolwiek powiesz mi prawdę? Popatrzył na nią z urazą.

- Każdy głupi mówi prawdę. Trzeba dużego talentu do kłamania.
Śmiała się głośno, kiedy zza krzaków wyłoniło się dwóch jeźdźców. Jeden z 

nich   zatrzymał   się   przed   Maxie   i   Robinem,   a   drugi   za   nimi.   Obydwaj   mieli   na 
twarzach maski, a w dłoniach pistolety.

-   Stać   i   ręce   do   góry!   -   krzyknął   przywódca.   Był   to   chudy   blondyn   o 

błyszczących oczach.

Serce Maxie skurczyło się ze strachu. Choć liczyła się z kłopotami w drodze, nie 

myślała, że zostanie napadnięta. Napastnicy wyglądali na zdenerwowanych i bardzo 

background image

niebezpiecznych.

Stojący za nią Robin podniósł posłusznie ręce do góry.
-   Musicie   być   w   prawdziwej   potrzebie,   jeśli   napadacie   na   takich   jak   my   - 

stwierdził ze spokojem, naśladując akcent wieśniaka. - Nie mamy nic wartościowego. 
Lepiej się obłowicie na Great North Road, napadając na bogate powozy.

- Cholerny tam tłok - mruknął mężczyzna z tyłu. Ciemnowłosy i przysadzisty, 

trzymał pistolet wycelowany w plecy Robina. - Łatwo dostać tam kulkę.

- Ciężkie czasy - dodał drugi. - Może nie macie dużo, ale kilka szylingów to 

więcej niż nic. Jem, sprawdź ich.

Jem zsiadł z konia i zabrał się do przeszukiwania kieszeni Robina. Znalazł w 

niej garść monet.

- Nie kłamał, nic nie ma - powiedział po przejrzeniu tobołka.
- Przeszukaj chłopaka - polecił blondyn. - To on może nieść coś wartościowego, 

bo na takiego nie wygląda.

Maxie stała  sztywno, modląc się w duchu, żeby przestępca nie poczuł mało 

chłopięcych   kształtów   ukrytych   pod   luźnym   ubraniem.   Choć   brała   pod   uwagę 
możliwość gwałtu, jednak w chwili, gdy szorstkie łapy rzezimieszka myszkowały po jej 

ciele, nie potrafiła zachować obojętności. Na szczęście obwiązała biust bandażem i 
złodziej nie zorientował się, jaka jest płeć jego ofiary. Nie znalazł też noża ukrytego w 

bucie. Szybko jednak odkrył wewnętrzne kieszenie peleryny i wyjął harmonijkę.

- Co to, Ned?

- Coś w rodzaju organków - wyjaśnił zapytany. - Pewnie warte szylinga albo 

dwa.

Maxie zagryzła usta, żeby głośno nie zaprotestować. Na szczęście złodziej nie 

znalazł kolczyków, ukrytych w tej samej kieszeni, za to natrafił na zegarek ojca.

- Miałeś rację - stwierdził. - Ten chłopak rzeczywiście coś ma. To chyba złoto i 

sporo za niego dostaniemy.

- Daj mi go. - Po obejrzeniu zegarka, Ned skinął głową z satysfakcją i wsunął 

zdobycz za pazuchę. - A teraz sprawdź szyję chłopaka. Ma tam srebrny łańcuszek.

Maxie   skrzywiła   się   z   obrzydzenia,   kiedy   brudne   łapska   wsunęły   się   pod 

kołnierz i wyłowiły srebrny krzyżyk.

- A nich to wszyscy diabli, mamy dzisiaj szczęście! - Otworzył zamek i ściągnął 

jej łańcuszek z szyi.

- Nie! - zawołała. - Nie zabierajcie tego. Należał do mojej matki. To jedyna 

background image

rzecz, która mi po niej została.

-   To   źle   -   stwierdził   Jem   z   obrzydliwym   rechotem,   po   czym   zabrał   się   do 

przeszukiwania jej tobołka.

Oślepiona   wściekłością   już   sięgała   po   nóż,   kiedy   poczuła   mocny   uścisk   na 

łokciu i usłyszała ostry szept Robina:

- Nie jest wart twojego życia. - Kiedy posłała mu wściekłe spojrzenie, dodał: - 

Pomyśl   trochę,   do   diabła!   Czy   twoja   matka   chciałaby,   żebyś   umarła   za   kawałek 

metalu?

Te   słowa   wróciły   jej   jasność   myślenia.   Uniosła   wzrok   i   zobaczyła,   że   lufa 

pistoletu Neda skierowana jest prosto na nią.

- Zrób krok w stronę Jema, a jesteś martwy, chłoptasiu - rzucił ostro. - Zresztą 

może zabiję was oboje, bo inaczej nas wydacie.

Poczuła, że Robin mocniej zaciska dłoń, ale jego głos brzmiał obojętnie.

- Zostawicie na drodze dwa trupy, to zaczną od razu was szukać. Lepiej tego nie 

róbcie. Nie dotrzemy do miasta na tyle szybko, żeby sprawić wam kłopoty.

- Chyba masz rację - powiedział z wyraźnym żalem Ned. Maxie odetchnęła z 

ulgą. Robin widząc, że się uspokoiła, puścił jej rękę.

Jem poklepał się po kieszeni.
- Nieźle się obłowiliśmy. Musimy częściej napadać na wędrowców.

- Zabrałeś wszystko co wartościowe? - zapytał go Ned. - A co z płaszczem tego 

faceta? Leżałby na tobie jak ulał.

Ned przyjrzał się wytartemu, ale dobrze skrojonemu, niebieskiemu płaszczowi 

Robina.

- Masz rację, pewnie kupił go na wyprzedaży, bo żaden wiejski krawiec by tego 

nie uszył. Brummel by się takiego nie powstydził. - Machnął pistoletem. - Zdejmuj go.

Robin spojrzał na niego z wyrzutem.
- Zdzieranie ostatniej kapoty z człowieka, to nikczemność. Jeśli chcecie mój 

płaszcz, będziecie musieli sami go sobie wziąć.

- Robin, miej rozsądek! - zaprotestowała Maxie.

- Jeśli do mnie strzelą, zniszczą płaszcz - odparł spokojnie.
- Zdejmij go z niego - rozkazał Ned towarzyszowi.

Jem   uśmiechnął   się   i   potarł   dłonią   zaciśniętą   pięść,   rozkoszując   się 

perspektywą walki. Nagle masywna pięść wylądowała w brzuchu Robina, a potem 

trafiła w szczękę. Robin sapnął z bólu i upadł na oprawcę.

background image

Jem odepchnął  go z obrzydzeniem i ściągnął  mu płaszcz.  Robin poddał się 

temu bez sprzeciwu. Miał pobladłą twarz, a ramiona drżały mu tak, jakby nie mógł 
złapać oddechu. Maxie miała ochotę go uderzyć za to zachowanie.

Jem rzucił płaszcz partnerowi. Ned skinął głową, a potem machnął pistoletem 

w stronę drogi.

- Ruszajcie, pókim dobry.
Maxie podniosła z ziemi tobołek i pociągnęła za ramię Robina. Nadal kulił się i 

ciężko oddychał.

- Idiota! - syknęła. - Jak mogłeś kłócić się o płaszcz? Już bardziej wartościowy 

był krzyżyk mojej mamy.

Dochodzili   do   zakrętu,   kiedy   powietrze   przeciął   odgłos   strzału.   Sądząc   po 

wybuchu   rechotliwego   śmiechu   miał   ich   raczej   postraszyć   niż   zabić,   lecz   Maxie 
pociągnęła za sobą towarzysza, chcąc zniknąć przestępcom z oczu. Kiedy tylko minęli 

zakręt, Robin wyprostował się, a z twarzy zniknął wyraz bólu.

-   Musimy   zniknąć,   zanim   się   zorientują,   co   się   stało   -   rzucił   przyciszonym 

głosem, odbierając od Maxie swój tobołek.

- O czym ty mówisz?

Uśmiechnął   się   i   rozwarł   dłonie.   W   lewej   trzymał   krzyżyk,   a   w   prawej 

harmonijkę.

Maxie w osłupieniu wpatrywała się w przedmioty.
- Jak ci się udało je odzyskać?

- Wyjąłem z kieszeni tego złodzieja. - Oddał jej krzyżyk i harmonijkę, a monety 

wrzucił   do   tobołka.   -   Chodźmy,   nie   mamy   czasu   do   stracenia.   -   Ruszył 

przyspieszonym krokiem.

- Z kieszeni? - powtórzyła ze zdumieniem, wsuwając odzyskane przedmioty do 

kieszeni kaftana. - Robin, jesteś okropny!

Spojrzał na nią z rozbawieniem.

- Bóg mi wybaczy  - powiedział,  lecz zaraz  spoważniał.  - Przykro mi, że nie 

odzyskałem zegarka, ale nie potrafiłem wymyślić sposobu, żeby dostać się w pobliże 

Neda.

Wielkie nieba! Pozwolił się pobić, żeby odzyskać krzyżyk. A ona uważała go za 

głupca. Jako złodziej nie miał sobie równych. Stała tuż obok niego i nic nie zauważyła. 
Miała   ochotę   zapytać   go,   gdzie   też   zdobył   takie   umiejętności,   lecz   zamiast   tego 

powiedziała:

background image

- Nie martw się. Dać się pobić, to wykracza poza twoje obowiązki.

- Jem nie uderzył mnie tak mocno, jak sądził - wyjaśnił, wspinając się na płot.
Maxie poszła za  jego przykładem  i miękko zeskoczyła  na ziemię po drugiej 

stronie.

- Jak to?

-   Istnieją   sposoby   na   bicie   i   sposoby   na   odbieranie   ciosów   -   odparł 

enigmatycznie.

- Ale i tak musiało boleć. Dziękuję, że ryzykowałeś. Ten krzyżyk wiele dla mnie 

znaczy.   -   Wydała   z   siebie   dźwięk   przypominający   coś   między   rozbawieniem   a 

zachwytem.   -   Masz   instynkt   prawdziwego   dżentelmena,   tyle   że   poważnie 
wypaczonego.

Usta mężczyzny zadrżały.
- Wiele osób by się z tobą zgodziło.

Pożałowała swojej uwagi, ale zanim zdążyła przeprosić, Robin ją ubiegł.
- Dobrze się składa, że ta okolica to labirynt pól i lasów. Z łatwością znikniemy. 

Myślę, że powinniśmy iść na północ. Jeśli będą nas ścigać, pomyślą, że kierujemy się 
na południe.

W tym momencie usłyszeli ryk wściekłości.
- Czas przestać gadać i zacząć uciekać - powiedziała  Maxie. Przez następne 

dwie   godziny   kluczyli   po   cichej   wiejskiej   okolicy,   na   zmianę   to   biegnąc,   to   idąc 
szybkim   krokiem.   Słońce   chyliło   się   ku   zachodowi,   kiedy   po   wejściu   na   szczyt 

wzgórza, ujrzeli w dole szeroki trakt. Jechały nim dwa wozy i mężczyzna na ośle. Szło 
również stado krów, co znaczyło, iż droga ta jest bardziej uczęszczana, a tym samym 

bezpieczniejsza od dróżek, którymi podążali do tej pory.

Maxie dopiero teraz poczuła zmęczenie. Opuściła tobołek na ziemię i objęła 

Robina   w   talii   dla   podtrzymania.   Kiedy   w   odpowiedzi   otoczył   ją   ramieniem, 
pomyślała, że zbyt pochopnie się na nim oparła. Jednak z drugiej strony to naturalne, 

że ludzie się do siebie zbliżają po wspólnie przeżytym niebezpieczeństwie.

-   Myślisz,   że   jesteśmy   już   bezpieczni?   -   zapytała   po   kilku   błogosławionych 

chwilach wytchnienia.

- Wątpię, żeby jechali za nami aż tak daleko - odparł nieco zdyszanym głosem. - 

Prawdopodobnie postanowili zaoszczędzić siły na następnych wędrowców.

Zmarszczyła brwi.

- Powinniśmy ich gdzieś zgłosić.

background image

-   I   co   powiemy?   Wszyscy   wiedzą,   że   na   drogach   grasują   złodzieje.   Kiedy 

zdążymy złożyć skargę, Ned i Jem będą już daleko stąd. - Zachichotał. - Myślę, że 
wyszliśmy z tego z około dziesięcioma funtami. Gdyby nie zegarek, to spotkanie ze 

złodziejami wyszłoby nam na dobre.

Oparła mu głowę na ramieniu i wybuchnęła głośnym śmiechem.

- Wyobrażasz sobie minę Jema, kiedy się przekona, że ma puste kieszenie? 

Zrobiłeś z niego głupca.

- Sam Bóg mnie do tego zmusił.
Zaczęła się śmiać jeszcze głośniej, a Robin jej zawtórował mocniej obejmując 

ramieniem. W pewnym momencie podniosła głowę, by coś powiedzieć, a Robin w tej 
samej   chwili   spojrzał   w   dół.   Koszulę   miał   rozpiętą,   a   włosy   w   mokrych   strąkach 

przykleiły mu się do głowy. Był pełny energii i piękny. Maxie zapragnęła go tak, jak 
jeszcze nigdy żadnego mężczyzny.

- Twoje poczucie humoru jest bluźniercze - powiedziała chcąc zyskać pewien 

dystans.

- Bluźnierstwo to jedna z moich specjalności. - Musnął lekko palcami jej usta. 

Dotknęła ich koniuszkiem języka. Słony smak, jaki poczuła, sprawił, że Robin przestał 

jej   się   wydawać   tajemniczy   i   stał   się   jak   najbardziej   rzeczywisty.   W   odpowiedzi 
wciągnął gwałtownie powietrze, chwycił ją za kark i pochylił głowę. Miał ciepłe wargi i 

delikatny   język.   Maxie   nieświadomie   otworzyła   usta.   Pocałunek   stał   się   bardziej 
namiętny, a ona poczuła, że słabnie. Zamknęła oczy, gładząc palcami szyję mężczyzny.

Wymamrotał jej imię i przesunął dłonią po plecach, przyciągając ją mocniej do 

siebie. Oparła mu dłonie na piersi. Pod palcami czuła muślin koszuli. Sądziła, że jest 

chłodnym mężczyzną, ale w gorących ustach i płonącym pożądaniem ciele nie było nic 
chłodnego. Wspięła się na palce i otoczyła ramionami jego szyję. Odchyliła głowę do 

tyłu, zrzucając przy tym kapelusz na ziemię. Poczuła chłodny powiew na rozpalonym 
czole. Dłoń Robina wśliznęła się pod kaftan i objęła kształtne biodro.

Rżenie   konia   przywołało   Maxie   do   rzeczywistości.   Uzmysłowiła   sobie   z 

niedowierzaniem, że właśnie całuje złodzieja kieszonkowego, oszusta, który pewnie 

nie   pamięta,   jak   się   nazywa.   Trudno   to   zresztą   było   nazwać   pocałunkiem.   Raczej 
pożerała go, jakby był pierwszym po bardzo długiej zimie kawałkiem ciasta polanego 

syropem   klonowym.   Otworzyła   oczy   i   odsunęła   się,   ciężko   dysząc.   Ich   spojrzenia 
spotkały   się.   W   oczach   Robina   dostrzegła   te   same   cienie,   które   już   raz   czy   dwa 

zauważyła.   Wyczuwając   niebezpieczeństwo,   instynktownie   wycofała   się   na 

background image

bezpieczniejszy obszar.

- Wyglądasz podejrzanie bez płaszcza. Jak sądzisz, daleko jest od miasta, gdzie 

kupiłbyś sobie drugi?

Odetchnął głęboko, a twarz mu złagodniała.
-   Myślę,   że   ta   droga   prowadzi   do   Rotherham   -   powiedział   spokojnie.   - 

Znajdziemy tam sklep z używanymi rzeczami.

Podniosła z ziemi tobołek i kapelusz.

-   Napad   i   ucieczka   na   północ   kosztowały   nas   co   najmniej   pół   dnia.   Robin 

podniósł swój tobołek.

- Mogło to nas kosztować o wiele więcej.
Przypomniała   sobie   pocałunek   i   pomyślała,   że   kosztowało.   Nieważne   jak 

bardzo obydwoje będą udawali, że do niczego nie doszło, coś się między nimi zmieniło 
i wcale nie na lepsze.

Kiedy schodzili ze wzgórza, zastanawiała się, czy powinna dalej podróżować w 

towarzystwie Robina.

Desdemona ze znudzoną miną wyglądała przez okno powozu. Zaczynała mieć 

już   dość   wiejskiego   krajobrazu,   lecz   na   szczęście   jej   poszukiwania   wkrótce   się 

skończą.   W   ostatniej   wiosce   otrzymała   dokładny   opis   Maximy   i   jej   niegodnego 
towarzysza. Jeśli wybrali tę drogę, do południa powinna ich dogonić. Dobrze, że nie 

wiedzą, iż są ścigani.

Miała nadzieję, że lord Robert nie zachowa się agresywnie, kiedy będzie mu 

chciała odebrać Maxime. Zresztą nie miało to znaczenia; jej woźnica i pomocnik byli 
żołnierzami i z pewnością dadzą sobie radę z zabijaką, który nigdy w życiu nie zrobił 

nic pożytecznego.

O tym, że sama Maxima zechce pozostać w szponach tego typa, wolała nawet 

nie   myśleć.   Nie   może   przecież   zmusić   jej   siłą,   by   wróciła   do   domu.   Ale   jeśli 
dziewczyna zdecyduje się zostać, ona będzie miała tę satysfakcjonująca świadomość, 

iż bratanica uczyniła to z własnej nie przymuszonej woli.

Z zamyślenia wyrwał ją tętent kopyt i głośny okrzyk:

- Stać i ręce do góry!
Drzemiąca w kącie powozu pokojówka Sally obudziła się przerażona.

- Na ziemię! - syknęła Desdemona.
Następnie   chwyciła   jeden   z   pistoletów,   które   zawsze   zabierała   w   podróż. 

Rozległ się wystrzał, po czym powóz stanął.

background image

Drżącymi palcami załadowała pistolet. Będzie gotowa, jeśli coś się zdarzy.

Markiz   Wolverton   kiwał   się   sennie   na   siedzeniu   powozu.   Dobrze,   że   ten 

idiotyczny pościg odbywał się przy ładnej pogodzie, a drogi były w znośnym stanie. 

Ziewnął,   automatycznie   zasłaniając   usta   dłonią,   choć   nikogo   przy   nim   nie   było. 
Sekretarz został w Wolverhampton.

Giles nie był pewien,  czy wybrał  dobrą trasę pościgu, ale jedno nie ulegało 

wątpliwości, jechał tuż za lady Ross. O wiele łatwiej śledzić jej żółty powóz, niż dwoje 

zakurzonych wędrowców. Ciekawe, jak lady Ross zareaguje, kiedy się dowie, że bierze 
udział   w   poszukiwaniach.   Miał   nadzieję,   że   nie   będzie   miała   pod   ręką   żadnych 

ciężkich przedmiotów.

Zapadał właśnie w drzemkę, kiedy posłyszał huk wystrzałów. W jednej chwili 

oprzytomniał.

- Czy widzisz, co się dzieje?! - krzyknął do woźnicy.

- To chyba napad, jaśnie panie - odpowiedział woźnica. - Przypuszczam, że nie 

zechce pan zawrócić, żeby uniknąć zamieszania?

- Słusznie przypuszczasz.  Przygotuj się do wkroczenia  do akcji,  jeśli zajdzie 

taka potrzeba.

Giles   wyciągnął   z   kabury   pistolet.   Nagle   przyszło   mu   do   głowy,   że   ofiarą 

napadu może być lady Ross. Z pewnością nie. Jednak jechała przed nim, a taki powóz 

jak   jej   stanowił   widoczny   i   pożądany   cel.   Wielki   Boże,   pewnie   zacznie   wyklinać 
złodziei i narazi się na kłopoty.

Jego   powóz   pokonał   zakręt   i   zahamował   z   impetem,   unikając   zderzenia   z 

drugim powozem, stojącym w poprzek drogi.  Giles otworzył  drzwi i wyskoczył  na 

ziemię. W chwilę później dołączył do niego służący ze strzelbą. Zobaczyli przed sobą 
uciekającego w stronę lasu konia bez jeźdźca.

Rzeczywiście   mieli   przed   sobą   żółty   powóz,   ale   ich   pomoc   nie   była   już 

potrzebna.   Lady   Ross   stała   nad   jednym   rozciągniętym   ciałem,   a   nad   drugim   jej 

służący.   W   powietrzu   unosiła   się   woń   krwi   i   woźnica   musiał   siłą   uspokajać 
podenerwowane konie.

Giles odetchnął z ulgą, widząc iż lady Ross nic się nie stało. Byłaby to ogromna 

strata, gdyby ta ekscentryczna kobieta zginęła w tak bezsensowny sposób.

Podniosła   wzrok   i   spojrzała   na   Gilesa.   Pomimo   wrogiej   atmosfery 

towarzyszącej   ich   pierwszemu   spotkaniu,   wyglądała   na   zadowoloną   widokiem 

znajomej twarzy.

background image

Giles opuścił pistolet i podszedł do niej.

- Czy nikomu nic się nie stało? - zapytał z troską. Pokręciła głową, próbując coś 

powiedzieć, ale nie była w stanie.

- Ci złodzieje nie spodziewali się chyba większego oporu - wydusiła z trudem. - 

Para amatorów. - Poprawiła kapelusz, po czym spojrzała na swój pistolet.

- Wielki Boże! - zawołał Giles. - Czy pani sama ich zabiła?
-   Na   szczęście   obeszło   się   bez   tego.   Moi   ludzie   to   weterani   z   Półwyspu.   - 

Uśmiechnęła   się   niepewnie.   -   Mieli   trudności   ze   znalezieniem   pracy,   po   tym   jak 
zwolniono ich z armii. Uznałam, że robię im przysługę, przyjmując na służbę. Nie 

spodziewałam się, że mój dobry uczynek zostanie wynagrodzony w tak dramatyczny 
sposób.

- To dobry powód dla dobroczynności. - Giles spojrzał na leżące obok powozu 

ciała. - Nie żyją?

- Tak sądzę.
Kiedy pochylił się nad rabusiami, serce mu zamarło. Jeden z rzezimieszków 

miał   jasne,   nieco   dłuższe   niż   nakazywała   moda   włosy.   To   niemożliwe,   żeby... 
Wpatrywał się w ciało z bijącym sercem.

- Ten płaszcz... - zaczął przez zaciśnięte gardło. - Podobny miał na sobie Robin, 

kiedy zniknął. Włosy tego człowieka także są podobne.

Desdemona  wstrzymała  oddech.  To  na   pewno  nie  jest lord  Robert.  Jednak 

zdarzało się, że panowie udawali złodziei, a ci dwaj wydawali się mało doświadczeni w 

swoim fachu. Z przerażeniem spojrzała na drugie ciało. Czyżby to była Maxima?

Jednak to wcale nie znaczy, że drugi złodziej nie jest lordem Robertem. Na 

myśl   o   tym,   że   ten   zabijaka   mógł   posunąć   się   do   tak   niecnego   czynu,   poczuła 
wściekłość. Całkowite przeciwieństwo brata.

Giles ukląkł przy martwym ciele i przekręcił je na plecy. Jęknął głośno i zakrył 

twarz ręką.

Złość w jednej chwili opuściła Desdemonę, a jej miejsce zajęło współczucie. 

Spojrzała na zmasakrowaną twarz, przekonana, że od tego dnia będzie ją nawiedzała 

w snach. Podeszła do Gilesa i położyła mu dłoń na ramieniu.

- Przykro mi, Wolverton. Czy to pański brat?

- Nie. - Podniósł głowę, wyraźnie próbując się opanować. - Ale przez chwilę 

myślałem, że to on.

A więc ten człowiek bronił brata nie tylko ze względu na rodzinną lojalność, ale 

background image

też z miłości. Desdemona zastanawiała się, czym ten zabijaka zasłużył sobie na takie 

uczucie.

- Uwierzył pan, że brat mógł brać udział w napadzie? Wolverton potrząsnął 

głową.

- Oczywiście, że nie. To absurdalne. - Dotknął płaszcza trupa. - Ale mogę się 

założyć,   że   ten   płaszcz   należy   do   Robina.   Widać   po   kroju,   że   jest   z   Francji. 
Zastanawiam się, w jaki sposób trafił do tego człowieka.

- Może pański brat go sprzedał?
- Jakoś trudno mi uwierzyć w taki zbieg okoliczności. - Z ponurą miną zaczął 

przeszukiwać kieszenie płaszcza. Znalazł kilka monet, nóż kieszonkowy, złoty zegarek, 
lecz oprócz tego nic, co by mówiło o osobie samego złodzieja.

- Proszę pokazać mi ten zegarek - powiedziała nagle Desdemona. Kiedy go jej 

podał,   podważyła   paznokciem   wieczko.   W   środku   wyryty   był   napis   „Maximus 

Benedict Collins”. W milczeniu podała zegarek Gilesowi.

Ten cicho zagwizdał.

- To własność pani brata? Skinęła głową.
- To był prezent na jego osiemnaste urodziny, o ile dobrze pamiętam. Kiedy 

umarł, dostał się prawdopodobnie Maximie. - Desdemona ze strachem popatrzyła na 
towarzysza.   -   To   oczywiste,   że   ci   złodzieje   napadli   na   pańskiego   brata   i   moją 

bratanicę. Chyba ich... nie zabili?

Stalowoniebieskie oczy Gilesa stały się niemal czarne.

- Wątpię. Nie mieli powodów, by zabijać parę wędrowców. Zresztą widziano ich 

w ostatniej wiosce, a morderstwo musiałoby się odbyć w tej okolicy. Przez ostatnie 

kilka mil niczego nie zauważyłem. Prawdopodobnie ci złodzieje na nich napadli, a 
płaszcz i zegarek to część łupu.

Dłoń Desdemony zacisnęła się na zegarku.
- Źli ludzie nie potrzebują specjalnych powodów do zabijania. A ukrycie dwóch 

ciał nie zajmuje wiele czasu.

Giles zmarszczył brwi. Tak jak jego towarzyszka zdawał sobie sprawę z sytuacji, 

ale wolał nie mówić tego głośno.

- Możliwe, ale mało prawdopodobne. Robin doskonale umie sobie radzić w 

kłopotliwych   sytuacjach.   Nie   wierzę,  żeby   tak   łatwo   dał   się  zabić,   albo   że  nie   dał 
należytej ochrony kobiecie, którą wziął pod opiekę.

- Ach, więc lord Robert umie sobie radzić. Uczciwi ludzie nie potrzebują takich 

background image

umiejętności   -  rzuciła   oskarżycielsko   Desdemona.   -  Pieniądze   i  wpływy   uratowały 

wiele ryb przed ugotowaniem, ale tym razem pański brat się nie wywinie.

Tego było już za wiele.

- Jeśli ta pani bratanica  bezpiecznie dotrze do Londynu, stanie się to tylko 

dzięki opiece mojego brata - wybuchnął. - Najwyraźniej brakuje jej rozumu, podobnie 

jak poczucia moralności. Która dobrze wychowana dziewczyna wpadłaby na pomysł, 
by   samotnie   wędrować   do   Londynu?   Może   przynajmniej   ma   tyle   rozumu,   żeby 

trzymać się mojego brata.

-   Ona   wcale   się   go   nie   trzyma,   lecz   została   do   tego   zmuszona!   -   warknęła 

Desdemona. - Musi pan się przejmować zachowaniem brata, w przeciwnym razie nie 
pojechałby pan za mną.

- To o panią się martwiłem, nie o brata - odparł Giles podniesionym głosem. - 

Po tym jak pani wypadła z mojego domu, postanowiłem, że muszę chronić Robina 

przed najbardziej postrzeloną i żądną zemsty kobietą, jaką spotkałem w życiu. Jak 
rozumiem, już pani zdecydowała, co zaszło, nie mając na to najmniejszego dowodu.

- Kogo pan nazywa postrzeloną i żądną zemsty kobietą?
Dłoń Desdemony zadrżała w instynktownym odruchu, by wytargać Wolvertona 

za uszy. Zapomniała jednak o pistolecie. Kiedy więc zacisnęła palce, broń wystrzeliła, 
a kula o cal przeleciała obok Gilesa. Jeden z woźniców krzyknął, a ludzie lady Ross 

porzucili swoje zajęcia i rzucili się do swojej pani.

- Jezu Chryste! - Giles uskoczył w bok z poszarzałą twarzą. - Czy pani oszalała?

Desdemona upuściła pistolet i torebkę, po czym przytknęła dłonie do skroni.
-   Nie   chciałam   tego   zrobić   -   wyszeptała   czując,   że   za   chwilę   zemdleje.   - 

Zapomniałam, że trzymam w ręku pistolet. - Spojrzała na broń leżącą w kurzu drogi i 
na dymek unoszący się z lufy. - Przysięgam, że to był wypadek.

Wolverton   gestem   dłoni   odwołał   służących,   potem   podał   ramię   kobiecie   i 

pomógł jej wsiąść do powozu. Myślała, że chce ją uderzyć, ale on tylko posadził ją na 

siedzeniu i nisko opuścił jej głowę.

-   Czy   lady   Ross   wozi   ze   sobą   brandy?   -   zapytał   pokojówkę.   Dziewczyna 

przytaknęła. Po chwili Wolverton wciskał w dłoń Desdemony butelkę.

- Proszę to wypić.

Uniosła głowę, upiła łyk i zakrztusiła się, ale jej pomogło.
- Mam okropny temperament - powiedziała patrząc na Gilesa - i zbyt często 

mówię rzeczy,  których później żałuję, ale nigdy, przenigdy, nie chciałabym nikogo 

background image

zranić.

- Wierzę pani - odparł uspokajająco. - Gdyby rzeczywiście miała pani zamiar 

mnie zabić, leżałbym już tam brocząc krwią.

Zadrżała mimowolnie.
- Proszę tak nie mówić.

- Przepraszam. - Wziął jej z rąk butelkę i sam upił łyk. - Obydwoje jesteśmy 

zdenerwowani i mamy ku temu powody. Lecz jestem przekonany, że nasi zbiegowie 

są cali i zdrowi.

Uśmiechnęła się słabo.

- Mam nadzieję, że się pan nie myli. Pewnie będę teraz musiała odwieźć ciała 

złodziei  do najbliższego   miasta   i  zgłosić wypadek  do  magistratu.   Jeśli  dopisze  mi 

szczęście, może spotkam gdzieś po drodze Maxime i lorda Roberta. Mają już pewnie 
dość przygód po tym napadzie.

- Być może. - Wyprostował się. - Ale mogli też pójść na skróty do bardziej 

uczęszczanej drogi, więc tam ich będę szukał.

Skinęła   głową,   wiedząc,   że   choć   uprzejmie   się   do   siebie   odnoszą,   nie   są 

sprzymierzeńcami.

-   Jeśli   ich   pan   odnajdzie,   czy   może   pan   wysłać   do   mnie   posłańca   z 

wiadomością, że Maxima jest bezpieczna?

- Dobrze. Byłbym wdzięczny, gdyby uczyniła pani to samo.
- Oczywiście. - Wstała. - I... dziękuję panu za to, że zechciał pomóc innemu 

podróżnemu i za wyrozumiałość wobec czynu, który mógłby skończyć się fatalnie.

Uśmiechnął się, a lady Ross doszła do wniosku, że jest przystojnym mężczyzną.

-   Lady   Ross,   od   dnia   poznania   pani   moje   życie   stało   się   niezmiernie 

ekscytujące. - Odwrócił się i ruszył do powozu, spojrzeniem przywołując do siebie 

służących.

Desdemona odprowadziła go wzrokiem, czując zamęt w głowie. Udział markiza 

w poszukiwaniach skomplikował sprawy, ale nie zmartwiłaby się, gdyby ponownie się 
spotkali.

background image

7

Po   półgodzinnym   marszu   drogą   prowadzącą   do   Rotherham   Maxie   i   Robin 

spotkali chłopa z furmanką, który zgodził się ich podwieźć. Robin mówił za oboje, 

ponieważ   wcześniej   umówili   się,   że   Maxie   powinna   jak   najmniej   się   odzywać. 
Ignorując wyciągniętą dłoń towarzysza, sama wskoczyła na wóz, przysiadła między 

workami ze zbożem i naciągnęła kapelusz na oczy.

Robin   usadowił   się   na   podłodze,   podkładając   sobie   tobołek   pod   głowę.   Od 

chwili pocałunku Maxie ani razu nie spojrzała mu w oczy. Nie miał jej tego za złe. On 
też czuł się niepewnie. Zaczęło się od impulsywnego, ciepłego uścisku, a skończyło na 

bólu.   Emocje,   uśpione   od   tak   dawna,   wypłynęły   na   powierzchnię   i   wywołały   falę 
cierpienia. Kiedy ostatnio tak prawdziwie pożądał kogoś albo czegoś? Bardzo dawno 

temu.

Zerknął na towarzyszkę. Biedna Maxie. Żadna kobieta, tak zdeterminowana i 

praktyczna jak ona, nie zaakceptowałaby romansu z włóczęgą. A jednak oddała mu 
pocałunek. Teraz tego żałuje. Wątpił, by należała do osób, które na długo pogrążają 

się w rozpaczy. Martwi się raczej tym, czy będzie się jej naprzykrzał. Musi ją jakoś 
przekonać, że ma uczciwe zamiary.

Uśmiechnął się w duchu. Daleko mu do uczciwości i tylko we własnym, dobrze 

pojętym   interesie   nie   będzie   próbował   uwieść   tej   dziewczyny.   Inaczej   zniszczyłby 

atmosferę, jaka im do tej pory towarzyszyła, a już od dawna nie czuł się tak dobrze.

Oczywiście pożądał Maxie. Fascynowała go od samego początku, a pocałunek 

sprawił, że uświadomił sobie, jak bardzo na niego działa. Przypomniał sobie rytm jej 
oddechu,   kształtne   nogi,   które   tak   dobrze   wyglądały   w   spodniach,   małe,   brązowe 

dłonie,   mocne   i   zarazem   kształtne.   Pociągała   go   jej   kobiecość,   ale   nie   mógł 
zapomnieć, że dla świata  jest teraz chłopcem. Jednak najbardziej  pociągała  go jej 

dusza, która radosna i pogodna, sprawiała, że czuł się młodszy. Starał się nie myśleć o 
tym, co się stanie, gdy ich podróż dobiegnie końca. Maxie miała jakiś cel, ale nie było 

w nim miejsca dla niego. Postanowił jak najdłużej odwlekać rozstanie. Tylko co może 
jej   zaoferować?   Uważała   go   za   bezwartościowego   włóczęgę,   a   on   wolał   tego   nie 

prostować, ponieważ prawda była jeszcze gorsza. Jako Amerykanka nie złapie się na 
lep jego wielkopańskiego pochodzenia i zamożności, jak angielska panna. Dobrze, że 

ma   o   nim   takie   złe   mniemanie.   Dzięki   temu   nie   uczyni   nic   szalonego,   gdyby   nie 
wytrzymał i postanowił ponownie ją pocałować.

background image

Nagle zdał sobie sprawę, że wpatruje się w piersi Maxie. Jak by wyglądały, 

gdyby ich nie przewiązała? Zmusił się do patrzenia w innym kierunku. Jego ciało 
niebezpiecznie reagowało na te myślowe dywagacje. Choć miło mu było znowu czuć 

pożądanie, bał się, że jeśli nie zachowa ostrożności, uczucie przerodzi się w cierpienie.

Z westchnieniem wtulił się w worek z ziarnem i zaczął się zastanawiać, w jaki 

sposób naprawić stosunki między nim a Maxie.

W następnej wsi znaleźli sklep, w którym kupili zupełnie przyzwoity płaszcz i 

kapelusz   dla   Robina.   Po   ciepłym   posiłku   w   wiejskiej   gospodzie   ruszyli   dalej   na 
południe.

Krótko po zachodzie słońca Robin wskazał na małą szopę stojąca na środku 

pola.

- Schronimy się tam na noc? Wygląda na spokojną.
- Dobrze.

Maxie zeskoczyła z wozu i ruszyła przez pole, zastanawiając się z niepokojem, 

co będzie dalej. Choć Robin zachowywał się ze zwykłą sobie bezpośredniością, nie 

mogła zapomnieć o pocałunku i swojej zawstydzającej reakcji.

Szopa okazała się przytulna, z kilkoma snopkami słodko pachnącego siana.

-   Zastanawiam   się   nad   napisaniem   przewodnika   po   szopach   i   nie 

zamieszkanych   chatach,   z   podaniem   ich   klasy.   Sądzisz,   że   spotka   się   z 

zainteresowaniem? - zapytał żartem Robin.

Odłożyła tobołek jak najdalej od miejsca, gdzie on się ulokował.

- Ci, którzy mogliby go potrzebować, nie mieliby na niego pieniędzy.
- Hmm. Wiedziałem, że jest jakiś błąd w moim rozumowaniu. I tym sposobem 

pada następny pomysł na zbicie fortuny.

Już miała się uśmiechnąć, lecz w porę przypomniała sobie, że ma zachować 

powagę.

- Zbiorę drzewo - oznajmiła sucho.

Robin poszedł nad strumień po wodę, podczas gdy Maxie zebrała całe naręcze 

suchych   gałęzi,   o   których   wiedziała,   że   palą   się,   prawie   nie   wydzielając   dymu. 

Następnie zbudowała małe ognisko w otoczonym kamieniami dołku blisko szopy.

Kiedy wieczór przeszedł w noc, Robin usiadł obok niej i zaczął zdzierać korę ze 

znalezionego w lesie patyka.

- Nie musisz się obawiać, Maximo, nie będę na ciebie nastawał - powiedział 

nagle.

background image

Uniosła gwałtownie głowę.

- Na nic przyjdzie nam udawanie, że się nie całowaliśmy - ciągnął. - Stało się. 

Podobało mi się. Tobie chyba także. Ale to nie oznacza, że widzę w tobie ofiarę.

- Jesteś bardzo szczery - przyznała niepewnie.
- Choć szczerość nie jest moją, ale twoją specjalnością, ja także jestem do niej 

zdolny. - Zaczął wygładzać czubek patyka kieszonkowym nożem. - Postanowiłem ci to 
powiedzieć,   ponieważ   nie   mam   ochoty   podróżować   do   Londynu   w   towarzystwie 

osoby, która zachowuje się jak przerażony zając.

- Przerażony zając? - wykrzyknęła z oburzeniem. Uśmiechnął się.

-   Wiedziałem,   że   to   porównanie   cię   poruszy.   Za   bardzo   się   martwisz   tym 

pocałunkiem. To przypadek, do którego doszło, ponieważ odczuliśmy ulgę i byliśmy 

szczęśliwi.

Teraz i ona powinna zrewanżować się podobną szczerością.

- Może i był to przypadek, ale od pierwszej chwili naszego spotkania, czułam, 

że... że ci się podobam.

- Oczywiście. Który mężczyzna pozostałby obojętny na twoje wdzięki? Jesteś 

piękna.

-   Nie   chodziło   mi   o   wyciąganie   z   ciebie   komplementów   -   odparła   z 

zakłopotaniem.

- Wiem. Słyszysz je prawdopodobnie tak często, że cię nudzą.
- Zazwyczaj słyszę, że jestem pociągająca, a to nie to samo co piękna - wyjaśniła 

sucho.

- Nie, to nie to samo - przyznał Robin. - Ale oba określenia są prawdziwe. Nic 

dziwnego, że nauczyłaś się nie ufać zainteresowaniu mężczyzn. - Mówiąc to, cały czas 
rzeźbił patyk. - Może to tylko sprawa mojej wyobraźni, ale odniosłem wrażenie, że ty 

także uważasz mnie za atrakcyjnego.

Twarz dziewczyny oblała się rumieńcem.

-   Która   kobieta   pozostałaby   nieczuła   na   twoje   wdzięki?   Jesteś   bardzo 

przystojny - powiedziała, siląc się na lekki ton.

Robin wybuchnął śmiechem.
-   Słyszałem   to   często   jako   dziecko   i   nienawidziłem.   Chciałem   mieć   czarne 

włosy, wstrętne blizny i piracką zaślepkę na oku.

- Dziękuj Bogu, że wyglądasz  jak anioł - stwierdziła  Maxie. - Założę się, że 

wygląd zaoszczędził ci wielu zasłużonych batów.

background image

- Zbyt mało. - Odrzucił kilka skrawków drewna. - Wracając do tematu, pociąg 

seksualny   to   zupełnie   naturalne   zjawisko   między   dwojgiem   zdrowych   ludzi.   - 
Popatrzył na nią intensywnie błękitnymi oczami. - Ale przecież nie trzeba od razu mu 

się   poddawać.   Potraktuj   nasz   wzajemny   pociąg   jako   szczyptę   przyprawy,   która 
wzbogaca znajomość.

Spojrzała z uwagą na swego towarzysza. Mówił tak rozsądnie. Jednak wciąż 

dręczyła ją myśl, że tak mało o nim wie.

- Nie wyglądasz na przekonaną. Pozwól, że coś ci pokażę. Odłożył patyk i nóż i 

przysunął   się   bliżej.   Chciała   się   odsunąć,   ale   popełniła   błąd,   patrząc   mu   w   oczy. 

Ujrzała w nich leniwą zmysłowość. Bezwiednie otworzyła usta i zamarła zupełnie jak 
oszołomiony zając,  do którego ją wcześniej  porównał.  Robin objął  ją  ramieniem i 

dotknął jej warg ustami. Pocałunek był lekki i słodki. Wargi mężczyzny były ciepłe i 
delikatne. Jednocześnie gładził japo plecach. Napięcie powoli ją opuszczało. Zanim 

nie zniknęło zupełnie, odwróciła głowę, a z jej gardła wyrwało się ciche westchnienie.

- To było miłe, ale co chciałeś mi pokazać?

- Że pocałunek nie musi budzić strachu. - Językiem dotknął jej ucha. W żyłach 

Maxie zapulsowała krew.

- W takim razie odniosłeś sukces - powiedziała oddychając nierówno. - Nie 

jestem przestraszona. Jeszcze nie.

Zachichotał i odsunął się.
- Bardzo dobrze wyglądasz w bryczesach. - Przesunął palcami po jej kolanie. - 

Ale chciałbym cię kiedyś zobaczyć w jedwabiach.

Oparła mu dłoń na piersi, wyczuwając twarde mięśnie.

-   Czy   wiesz,   że   płaszcz,   który   dzisiaj   kupiłeś,   wygląda   na   tobie   prawie   tak 

dobrze jak ten, który ci ukradziono?

- To dar natury - przyznał bez żenady. - Pewien przyjaciel powiedział mi kiedyś, 

że jestem w każdym calu dżentelmenem.

Kiedy   Maxie   zanosiła   się   śmiechem,   Robin   wyciągnął   spinkę   z   jej   włosów. 

Ciężkie pasma opadły na ramiona i plecy. Spojrzała na niego, nagle poważniejąc. W 

oczach Robina płonął ogień. Spinka za spinką uwalniał włosy, a potem oparł głowę 
Maxie na swoim ramieniu i zaczął palcami przeczesywać połyskliwe pasma.

-   Czarny   jedwab   -   mruknął.   -   To   najbardziej   oczywista   z   metafor,   ale   nic 

bardziej oryginalnego nie przychodzi mi w tej chwili do głowy.

Był   ciepły,   silny   i   dziwnie   bezpieczny,   choć   wiedziała,   że   to   tylko   iluzja. 

background image

Przymknęła   oczy,   rozkoszując   się   przyjemnym   pulsowaniem   ciała.   Sprytnie   ją 

podszedł.  Pokazał,  czego pragnie, jednocześnie łamiąc jej opór i udowadniając,  że 
potrafi   się   kontrolować.   Są   dorośli,   mogą   się   pieścić,   nie   musząc   spółkować   jak 

króliki.

Powinna się odsunąć, ale nie miała na to ochoty. Tak miło było czuć czyjąś 

bliskość. Nagle przypomniała sobie, dlaczego powinna obawiać się Robina. Byli tylko 
towarzyszami podróży, która wkrótce się skończy. Nie wolno jej ulec urokowi tego 

mężczyzny.

- Dopiąłeś swego. - Wyprostowała się i odsunęła. - Przestałam się zachowywać 

jak wystraszony zając.

Wrócił na swoje miejsce przy ognisku. Oddychał szybciej niż zazwyczaj, ale w 

jego głosie zabrzmiała żartobliwa nuta.

- Jeśli w przyszłości znowu zaczniesz się bać, w każdej chwili gotów jestem na 

następną prezentację.

Złocisty lok opadł mu na oko. Maxie przełknęła ślinę i odwróciła głowę.

- Ten raz wystarczy. Takie prezentacje mogłyby pobudzić do zachowań, którym 

mają zapobiec, zwłaszcza kiedy robi to tak szczwany lis jak ty.

Skrzywił się.
-   Nonsens.   Z   pewnością   zauważyłaś,   że   jestem   zbyt   leniwy,   by   zaplanować 

kampanię uwiedzenia cię.

- Nigdy nie musiałeś uwodzić żadnej kobiety. Wystarczyło, że się uśmiechnąłeś 

i poczekałeś, aż padnie zemdlona u twoich stóp.

Spoważniał.

- Niezupełnie.
Podniósł nóż i ponownie zabrał się do ostrzenia końca patyka.

- Co robisz z tym kawałkiem drewna? - zapytała, by przerwać milczenie.
- Po prostu go wygładzam.

Podał   jej   kijek.   Miał   około   sześciu   cali   długości   i   pół   cala   grubości.   Był 

naturalnie zakrzywiony, dzięki czemu wygodnie się go trzymało w dłoni.

- To taka zabawka dla dorosłych? - zapytała, oddając patyk.
- Tak. Noszę ją w kieszeni i kiedy mi się znudzi, wyciągam i bawię się. - Potarł 

palcem o zaokrąglony czubek. - Prostym ludziom takie przedmioty sprawiają wiele 
radości.

Maxie dorzuciła drewna do ognia i zawiesiła nad nim garnek z wodą.

background image

- Można cię określić na tysiące sposobów, ale nie można powiedzieć, że jesteś 

prosty.

Skrzywił się.

- Może nie, ale pracuję nad tym.
- Nie pracuje się nad prostotą. - Pod wpływem impulsu usiadła przed nim i 

wzięła go za rękę. - Zamknij oczy. Nic nie mów. Nie myśl. Po prostu bądź.

Pozwolił, by ich dłonie spoczęły na trawie, ale Maxie wyczuwała w jego palcach 

napięcie.

-   Posłuchaj   wiatru   -  powiedziała   miękko.   -   Wsłuchaj   się   w  mowę   kamieni, 

poczuj światło księżyca, ducha drzew, kwiatów i zwierząt, które są z nami tej nocy.

Były to słowa jej matki, kiedy w dzieciństwie uczyła ją poznawać świat.

Początkowo Robin się opierał. Był przepełniony energią, pełen przeciwności. 

Maxie starała się natchnąć go spokojem, ale nie zdołała, bo sama nie czuła spokoju. 

Zdała sobie sprawę, że nie medytowała tak od czasu, gdy dowiedziała się o śmierci 
ojca.   Choć   spędziła   wiele   godzin,   wędrując   i   jeżdżąc   konno   po   wrzosowiskach 

Durham, jej zapiekły żal nie pozwolił sięgnąć po jedyne źródło spokoju, które nigdy jej 
nie zawiodło.

Otworzyła  swoje zmysły na otaczający  świat.  W lesie zahukała  sowa.  Maxie 

poczuła   pod   sobą   tętniącą   życiem   ziemię.   Jej   głęboki   rytm   był   taki   sam   jak   w 

Ameryce.   Żyzna   gleba,   prastare   kamienie   i   małe,   dzielnie   walczące   o   przetrwanie 
żyjątka. Wiatr poruszający liśćmi wydał jej się znajomy, choć nigdy nie pozna nieba, 

po którym hulał. Ogarnął ją spokój ziemi, przepłynął przez ciało, aż dotarł do serca. 
Gdyby nie lekcja Robina, która napełniła jej nabrzmiałą żałością i smutkiem duszę 

zmysłowością,  nie byłaby w stanie znaleźć spokoju. Spróbowała  przekazać mu ten 
spokój. Robin był jednak spięty i gotowy do wybuchu.

- Jesteś częścią natury - szepnęła.
Stopniowo   uspokajał   się,   palce   stawały   się   rozluźnione,   oddech   coraz 

powolniejszy.   Przez   jakiś   czas   oddychał   w   harmonii   z   Maxie.   Chciała   go   nauczyć 
prostoty,   ale   wyczuła,   że   jest   człowiekiem   wewnętrznie   bardzo   pogmatwanym. 

Istniało w nim wiele sprzeczności. Miał jednak błyskotliwy umysł, poczucie humoru, 
ciekawość   świata   i   wiele   czułości.   Lecz   także   ciemność,   której   nie   potrafiła   sobie 

wyobrazić.   Pragnąc   złagodzić   jego   wewnętrzny   ból,   sięgnęła   do   jednego   z   takich 
cierpiących obszarów. Harmonia została zachwiana. Na sekundę przed puszczeniem 

jego   dłoni   poczuła,   że   odrywa   się   od   niej   emocjonalnie.   Odetchnął   urywanie   i 

background image

powiedział:

- Jakie to ciekawe. Nigdy mi nie przyszło do głowy, że można słuchać kamieni. 

Czyżbyś była czarownicą, młoda damo?

Ze   złośliwą   radością   uświadomiła   sobie,   że   przestraszyła   go   tak,   jak   on 

przestraszył   ją   wcześniej   tego   wieczoru.   Lepiej   jeśli   więcej   nie   będą   się   do   siebie 

zbliżali.

- Ani czarownicą, ani nawet damą - odparła tym samym tonem. Uśmiechała 

się,   przygotowując   dwa   kubki   herbaty,   normalną   dla   Robina,   ziołową   dla   siebie. 
Robin może sobie być kieszonkowcem, włóczęgą  i Bóg jeden wie, kim jeszcze, ale 

dopóki idą tą samą drogą, pozostanie jej przyjacielem.

I to musi wystarczyć.

background image

8

Na  znak  zgody  Maxie  przesunęła  posłanie   bliżej   Robina.   Aby  w  przyszłości 

zaoszczędzić sobie problemów, wystarczy, że będą unikali pocałunków i wspólnych 

medytacji.

Noc   minęła   spokojnie,   ale   nad   ranem   obudziło   ją   skrzypienie   drzwi.   Do 

mrocznego   wnętrza   wpadł   strumień   światła,   a   zaraz   potem   rozległo   się   wściekłe 
ujadanie.   Maxie   otworzyła   oczy   i   tuż   przed   sobą   zobaczyła   dwa   dogi   angielskie 

szczerzące kły.

Zamarła wiedząc, że jakikolwiek ruch może zachęcić zwierzęta do ataku. Nóż 

zostawiła w tobołku. Nie zdąży po niego sięgnąć. Nie poruszając głową, przeniosła 
wzrok   na   Robina.   Tak   jak   i   ona   leżał   nieruchomo,   patrząc   chłodno   na   ujadające 

histerycznie psy.

- Spokój! - rozległ się czyjś okrzyk.

Psy przestały szczekać, ale błyszczące ślepia i zdyszany oddech świadczyły o 

wielkiej ochocie do rozszarpania intruzów na strzępy. W drzwiach stał rozwścieczony 

gospodarz.

- Przebrzydłe włóczęgi! - warknął. - Powinienem was zgłosić do magistratu.

- Oczywiście może pan to uczynić, ale nie zrobiliśmy nic złego - powiedział 

przymilnie   Robin   z   perfekcyjnym   akcentem   z   Yorkshire.   Powoli   podniósł   się   z 

posłania. - Przepraszamy za naruszenie mienia, sir. Mieliśmy zniknąć z samego rana, 
żeby nikogo nie denerwować, ale przeszliśmy wczoraj długą drogę, a moja żona jest, 

hmm, w delikatnym stanie.

Maxie   także   usiadła,   posyłając   Robinowi   oburzone   spojrzenie.   Z 

rozpuszczonymi   włosami   nie   mogła   udawać   chłopca,   ale   czy   musiał   z   niej   robić 
ciężarną? Uśmiechnął się do niej rozbrajająco, po czym wstał i z czułością pomógł jej 

się podnieść.

- To już nie moja sprawa - warknął gospodarz, niewzruszony jego przemową. - 

Ale włóczędzy w mojej stodole tak. Wychodźcie, bo poszczuję psami.

- Jeśli ma pan coś do zrobienia, chętnie pomożemy w ramach zapłaty za nocleg 

- zaproponował Robin.

Tymczasem Maxie zajęła się psami, mrucząc coś cicho w języku Irokezów. Na 

początku   zwierzęta   powarkiwały,   ale   Maxie   umiała   obłaskawić   psy.  Wkrótce   ogon 
większego zaczął się kiwać. Wyciągnęła rękę. Pies podszedł i nieufnie ją powąchał, a 

background image

potem polizał. Maxie uśmiechnęła się i zaczęła drapać psisko za uszami. Podziękował 

jej głupkowatym psim uśmiechem. Drugi prychnął zazdrośnie, przepchnął się przed 
towarzysza, także domagając się pieszczot.

Gospodarz   właśnie   kończył   następną   tyradę   o   złodziejach   i   włóczęgach,   ale 

zamilkł w pół słowa, widząc, jak psy ocierają się o nogi Maxie, prawie przewracając ją 

na ziemię.

- Co to, do diabła...

- Zwierzęta lubią moją żonę - wyjaśnił Robin.
- To widać - przyznał gospodarz z niechętnym podziwem. - Każdy z nich waży 

więcej od niej. To pańska żona, mówi pan? A gdzie jej obrączka?

Maxie podniosła wzrok i zaniemówiła na widok zmiany, jaka zaszła w Robinie. 

Niedawny   światowiec   i   arystokrata   zmienił   się   teraz   w   pospolitego   szaraczka, 
przeżywającego ciężkie czasy. Doszła do wniosku, że będzie skończoną idiotką, jeśli 

kiedykolwiek uwierzy w jedno jego słowo.

- Musiałem ją sprzedać - wyznał ze smutkiem Robin. - Wojna się skończyła, 

nastały ciężkie czasy. Idziemy do Londynu. Mam nadzieję znaleźć tam pracę.

- Byłeś żołnierzem? - zapytał gospodarz. - Mój najmłodszy był w pięćdziesiątym 

drugim pułku piechoty.

Robin pokiwał głową z powagą.

- Jeden z najlepszych. Też byłem na Półwyspie. Miałem szczęście spotkać tam 

sir Johna Moora, kilka miesięcy przedtem, jak został zabity w Corunnie.

Wąskie usta gospodarza zadrżały.
- Mój chłopak zginął pod Vittoria. Mówił, że Moor to świetny żołnierz. - Jego 

wrogość gdzieś zniknęła. W przeciwieństwie do Maxie nie zwrócił uwagi, że Robin nie 
powiedział, iż służył w armii.

-   Śmierć   generała   to   był   straszliwy   cios   -   przyznał   Robin.   Gospodarz   zdjął 

kapelusz i przeciągnął ręką po przerzedzonych włosach.

- Nazywam się Harrison - powiedział. - Macie przed sobą długą drogę. Jeśli 

jesteście głodni, możecie zjeść coś u mnie.

Po piętnastu minutach marszu dotarli do domu wieśniaka. Przywitała ich żona, 

która po jednym uśmiechu Robina stała się jego oddaną wielbicielką. Przy obfitym 

śniadaniu   składającym   się   z   jajek,   kiełbasek,   gorących   bułeczek   i   konfitur 
truskawkowych   Robin   rozprawiał   o   kampanii   na   Półwyspie   i   żołnierskim   losie. 

Opowiadał   tak   przekonująco.   Gdyby   nie   fakt,   że   Maxie   go   znała,   sama   by   mu 

background image

uwierzyła. Jego notowania jeszcze wzrosły, gdy udało mu się naprawić zegar ścienny, 

który od lat nie działał.

Maxie   także   nie   żałowano   pochwał   i   musiała   przy   okazji   wysłuchać 

przygnębiających historii o nieudanych porodach, zwłaszcza u tak drobnych kobiet 
jak ona. Na drogę dostała cały kosz jedzenia z przykazaniem, żeby o siebie dbała ze 

względu   na   dziecko.   Gospodyni   pomachała   im   na   pożegnanie,   a   dwa   psy 
odprowadziły ich aż do granic posiadłości, gdzie niechętnie się zatrzymały.

Maxie odczekała, aż znajdą się na tyle daleko, żeby nikt jej nie usłyszał.
- Nie wstyd panu, lordzie Robercie? - zapytała lodowatym głosem.

- A niby czego? - zdziwił się. Popatrzyła na niego z rezygnacją.
- Nie masz cienia szacunku dla prawdy.

-  Przeciwnie,   bardzo   ją   sobie   cenię.   Z   tego  też   powodu  używam   jej  bardzo 

ostrożnie.

- Robin! - wykrzyknęła Maxie ostrzegawczo.
-   Daliśmy   naszemu   gospodarzowi   okazję   do   spełnienia   dobrego   uczynku, 

zjedliśmy wspaniały posiłek, psy znalazły przyjaciela, a zegar pani Harrison znowu 
działa. Widzisz w tym coś złego?

- Ale te wszystkie kłamstwa! - krzyknęła.
- Tylko kilka. Rzeczywiście byłem na Półwyspie i rzeczywiście spotkałem sir 

Johna Moora. Nie twierdziłem, że byłem jego żołnierzem czy jego bliskim znajomym. 
- Spojrzał na nią z udanym przerażeniem. - Wiem, dlaczego jesteś podenerwowana: to 

z powodu twojego stanu.

-   Ty,   ty...   Jesteś   niemożliwy!   -   wykrzyknęła   na   wpół   z   irytacją,   na   wpół   z 

rozbawieniem.   -   Jak   śmiałeś   im   powiedzieć,   że   jestem   twoją   żoną   i   na   dodatek 
ciężarną!

- Jeśli tak cię mierzi kłamstwo, możemy to naprawić, przynajmniej w części.
Prychnęła z oburzeniem, schodząc z drogi przejeżdżającej furmance.

- W swoim czasie otrzymałam wiele niemoralnych ofert, ale ta jest najmniej 

pochlebna. Nawet gdyby mi odpowiadała, to byłoby skrajną głupotą włóczyć się po 

Anglii w błogosławionym stanie.

- Myślałem o drugiej części. Musielibyśmy jednak skręcić na północ do Gretna 

Green, ponieważ tutaj nie otrzymamy zezwolenia.

Nawet Amerykanka wiedziała, że mowa jest o małżeństwie.

- Twoje żarty robią się coraz gorsze, lordzie Robercie - rzuciła hardo. - Dobrze 

background image

by ci zrobiło, gdybym przyjęła propozycję i uwięziła cię do końca życia.

- Wyobrażam sobie gorszy los.
Zatrzymała   się   i   spojrzała   na   niego   z   uwagą.   Iluzoryczna   bliskość   dawno 

zniknęła i teraz miała przed sobą zagadkowego Robina. Jednak w jego niebieskich 
oczach czaiła się powaga. Nagle zdała sobie sprawę, że gdyby się zgodziła, naprawdę 

zaprowadziłby ją do Gretna Green i wziął z nią ślub.

- Dlaczego mi to proponujesz? - zapytała cicho.

- Nie mam pojęcia - odparł ze złością. - Po prostu wydaje mi się, że to dobry 

pomysł.

Ostatnią rzeczą, jaka była jej potrzebna, to czarujący włóczęga. Zaszokowało ją 

jednak, że propozycja wcale nie wydała jej się odrażająca. Ze swoim zamiłowaniem do 

włóczęgostwa Robin nigdy nie zajmie się niczym pożytecznym, nigdy też nie będzie 
można   zaufać   ani   jego   słowom,   ani   uczynkom.   Był   za   to   miły,   zabawny   i   tak 

przystojny, że kiedy pozwoliłaby sobie dłużej o tym myśleć, owinąłby sobie ją wokół 
małego palca. Ale to zabijaka. Jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, wybierze mężczyznę, 

który   będzie   w   stanie   zapewnić   jej   dach   nad   głową.   Oderwała   wzrok   od   oczu 
towarzysza i podjęła przerwany marsz.

- Podejrzewam, że masz już kilka żon w całej Europie i następna to dla ciebie 

pestka. Tak się składa, że nie lubię tłoku, muszę więc odrzucić twoją propozycję.

- Nie jestem żonaty. Jak sama zauważyłaś, nie umiem się oświadczać. Kiedy 

pierwszy raz to uczyniłem... - Urwał.

- Co się stało? - ponagliła go.
- Ta dama oczywiście  odmówiła. To osoba o wielkim rozumie. Podobna do 

ciebie. - Uśmiechnął się. - Nie jestem pewien, czy chciałbym ożenić się z kobietą, 
która zgodziłaby się przyjąć moje oświadczyny.

Wrócił   do   kpiarskiego   tonu,   choć   Maxie   domyślała   się,   że   w   słowach 

towarzysza kryje się jakaś bolesna prawda. Chyba nigdy go nie zrozumie.

Wyśledzenie   bratanicy   lorda   Collingwooda   nie   stanowiło   dla   Simmonsa 

większego problemu. Ponieważ nie wie, że jej poszukują, będzie pewnie trzymała się 

jednej drogi, czekając, by wpaść w jego sidła.

Niestety, jej ubranie mało rzucało się w oczy, toteż nikt nie zwracał uwagi na 

niewysokiego   chłopaka   w  dużym   kapeluszu.   Kiedy   jednak   do   dziewczyny   dołączył 
nieznajomy   blondyn,   poszukiwania   stały   się   łatwiejsze.   Zapamiętały   go   wszystkie 

nagabywane po drodze kobiety.

background image

Ciekawe,   co   powie   lord   Collingwood,   kiedy   się   dowie,   że   jego   bratanica   to 

niezłe   ziółko,   pomyślał   ze   złośliwym   rozbawieniem.   Może   nic   go   to   nie   obejdzie? 
Najbardziej zależało mu na tym, żeby dziewczyna nie dotarła do Londynu, bo tam 

mogłaby się dowiedzieć prawdy o ojcu.

Zgubił   zbiegów,   kiedy   zmienili   trasę,   lecz   ponownie   odnalazł   ich   ślad   na 

południe od Sheffield. Znajdowali się najwyżej kilka godzin drogi przed nim. Za jakąś 
milę   czy   dwie   zatrzymają   się  w  przydrożnej   szopie   na  odpoczynek,   a   wtedy,   przy 

odrobinie szczęścia, znajdzie ich jeszcze tej nocy.

Wybuchnął   rechotliwym   śmiechem.   Ta   dziewucha   może   nie   mieć   ochoty 

opuścić swojego chłopaczka i wrócić do Durham, ale to bez znaczenia. Poradzi sobie z 
nimi.

background image

9

Szczęśliwa,   że   znaleźli   dogodne   miejsce   na   obóz,   Maxie   rzuciła   tobołek   na 

ziemię i poszła zebrać chrust. W tym czasie Robin ułożył kopczyk pod ognisko i starał 

się je rozpalić. Podniósł głowę, słysząc kroki Maxie.

- Kiedy już uda mi się rozpalić, przypilnuj ognia, a ja pójdę po wodę na herbatę.

Dziewczyna rzuciła chrust na ziemię i roztarła obolałe ramiona.
- Ja pójdę.

- Czy uznasz to za obrazę, jeśli zasugeruję, żebyś usiadła na chwilę i odpoczęła? 

Wyglądasz na zmęczoną, a do strumienia jest spory kawałek.

Perspektywa odpoczynku wydała jej się kusząca.
- Nie potrzebuję specjalnego traktowania.

- Wiem o tym. - Wreszcie udało mu się skrzesać iskrę i zaczął rozdmuchiwać 

mały ognik, który wkrótce zmienił się w wesoły płomień. - Jednakże zważywszy na 

różnicę długości naszych kroków, zrobiłaś ich o jedną trzecią więcej niż ja - dodał. - 
Skoro więc to ja miałem lżejszy dzień, ja powinienem przynieść wodę.

Roześmiała się.
-   Argument   nie   do   podważenia.   Potrafiłbyś   sprzedać   sznur   wisielcowi.   - 

Usiadła na trawie i ściągnęła buty. - Gdyby nie to, że brzydzisz się pracą, mógłbyś 
zostać prawnikiem.

Zdjęła kapelusz i rozpuściła włosy, wzdychając z ulgą, kiedy rozsypały się na 

ramionach.   Wysokie   botki,   upięte   włosy   i   skrępowany   biust,   zaczynało   ją   to   już 

męczyć. Na myśl o gorącej kąpieli chciało jej się płakać.

- Właśnie miałam cię zapytać, czy nie zajmowałeś się kiedyś prawem? Czasami 

mówisz jak adwokat.

Robin posłał jej przerażone spojrzenie.

- Wielki Boże, nie. Robiłem w życiu wiele dziwnych i obrzydliwych rzeczy, ale 

wiem, w którym miejscu się zatrzymać.

Krztusząc się ze śmiechu położyła się na trawie, podkładając pod głowę dłonie.
- Czy ty nigdy nie mówisz poważnie?

Długi czas nie otrzymywała odpowiedzi, podniosła więc wzrok i ze zdziwieniem 

stwierdziła, że Robin dziwnie się jej przygląda. Kiedy uświadomił sobie, że na niego 

patrzy, uśmiechnął się.

- Tak rzadko jak to tylko możliwe - odparł, po czym wziął garnek na wodę i 

background image

ruszył do strumienia.

Maxie   przymknęła   oczy.   Od   czasu   napadu   zapanowały   między   nimi 

przyjacielskie   stosunki.   Robin   już   więcej   nie   próbował   jej   pocałować,   a   ona   nie 

namawiała go do słuchania wiatru. Był to bezpieczny układ bez konfliktów, ale też bez 
prawdziwej   bliskości.   Wsłuchała   się   w   otaczający   las,   ptasie   trele,   szelest   liści, 

delektując słodkim zapachem igliwia. Spełnienie i zadowolenie.

W końcu zasnęła.

Robin dotarł do strumienia i postanowił się wykąpać. Opryskując się zimną 

wodą, myślał o Maxie. Od samego początku zwrócił uwagę na jej egzotyczną urodę i 

bystry umysł. Zaskakiwało go jednak to, że miała też w sobie coś z wiedźmy. A może 
należało   ją   nazwać   świętą?   Jak   inaczej   wytłumaczyć   ten   dziwny   wypadek,   kiedy 

próbowała   nauczyć   go   prostoty.   Poddał   się   jej   przewodnictwu   i   ze   zdumieniem 
stwierdził,   że   może   odczuwać   otaczający   go   świat   w   inny   niż   dotychczas   sposób. 

Zarazem ogarniał go dziwny spokój i miał wrażenie ogromnego zbliżenia z Maxie. 
Pomyślał nawet o tym, żeby ją znowu pocałować, ale tak na poważnie. Potem nagle 

coś   wyrwało   go   z   tego   błogostanu,   wpadł   w   panikę,   jakby   obudziły   się   wszystkie 
koszmary. Może nie jest stworzony do prostoty. Było to interesujące doświadczenie, 

ale   wolałby   go   nie   powtarzać.   Łatwiej   już   żyć   z   godziny   na   godzinę,   ciesząc   się 
towarzystwem Maxie. Już od wielu miesięcy tak dobrze się nie czuł.

Osuszył się, napełnił garnek wodą i ruszył w drogę powrotną do obozowiska. 

Na   granicy   polany   zatrzymał   się,   kryjąc   się   za   krzakami.   Śpiąca   Maxie   stanowiła 

uroczy widok. Leżała na plecach, z głową opartą na ramieniu i włosami zasłaniającymi 
twarz. Jej drobna postać wywołała w nim niepokojącą mieszankę czułości i pożądania. 

Miał ochotę chronić tą dziewczynę przed całym światem. Oprócz oczywiście siebie 
samego.

Znajomość życia i zioła zapobiegające ciąży świadczyły o doświadczeniu, ale 

miała   też   w   sobie   coś   niewinnego.   To   wrażenie   brało   się   prawdopodobnie   z   jej 

naturalnej otwartości. Jakakolwiek by była jej przeszłość, niebezpiecznie myśleć o niej 
jako o dziewicy. Musiał więc trzymać się od Maxie z daleka, co nie było proste.

Z zamyślenia wyrwał go odgłos ciężkich kroków i trzask gałęzi. Z drugiej strony 

polany   wyłonił   się   wysoki   i   przysadzisty   mężczyzna.   Na   widok   Maxie   jego   twarz 

rozpromieniła się szerokim uśmiechem.

-   Tu   jesteś,   panienko   Collins.   Czas   do   domu.   -   Nieznajomy   miał   ciężki 

londyński akcent, a za radością kryła się złośliwość.

background image

Maxie drgnęła i szybko usiadła.

- Widziałam cię u mojego wuja - odezwała się ostro. - Kim jesteś?
- Nazywam się Ned Simmons. Twój wuj wysłał mnie po ciebie. Robin spokojnie 

odstawił   garnek   z   wodą   i   cicho   okrążył   polankę,   tak   żeby   znaleźć   się   za   plecami 
londyńczyka. Nie spuszczając z niego wzroku, wyciągnął z kieszeni drewniany kijek, 

który niedawno wyrzeźbił.

Maxie wstała i z przestrachem patrzyła na Simmonsa. Wyglądali jak terier i 

byk.

- Nie masz prawa zmuszać mnie do powrotu - oświadczyła, cofając się w stronę 

lasu. - Wuj nie jest moim opiekunem, a ja nie popełniłam żadnego przestępstwa.

-   Chodźmy,   panienko   -   powiedział   spokojnie   Simmons.   -   Proszę   nie   robić 

kłopotów, bo zaprowadzę panienkę do magistratu i opowiem, jak ukradła panienka 
mapę i żywność. W Anglii za takie rzeczy się wiesza. Oczywiście, jeśli będzie panienka 

grzeczna i wróci do wuja, on nic panience nie zrobi. - Wyciągnął rękę z zamiarem 
pochwycenia   dłoni   dziewczyny.   -   A   gdzie   panny   zabawny   towarzysz?   Zostawił   cię 

samą?

Popełnił błąd chwytając Maxie za rękę, bo dziewczyna zrobiła unik, wyrzucając 

z impetem nogę w przód. Robin skrzywił się. Simmons miał szczęście, że Maxie nie 
miała butów, bo kopnięcie było doskonale wycelowane i potężne.

Mężczyzna uskoczył, ale nie uniknął ciosu.
- Ty mała... - wrzasnął.

Przekleństwo, które padło, było tak obrzydliwe, że Robin ucieszył się, iż oprych 

wypowiedział je w złodziejskiej gwarze, przez co Maxie nie mogła go zrozumieć. Nadal 

złorzecząc   londyńczyk   wyciągnął   zza   pazuchy   pistolet.   W   odpowiedzi   Maxie 
natychmiast wytrąciła mu go z ręki, po czym przeturlała się po trawie. Szybko jednak 

poderwała się na nogi, podczas gdy Simmons stał oniemiały z zaskoczenia.

- Wolałabym tego nie używać, panie Simmons - powiedziała, odciągając kurek. 

- Ale nie zawaham się, jeśli będzie mnie pan zmuszał. A teraz proszę odejść.

Simmons wpatrywał się w dziewczynę z rozdziawionymi ustami.

- Odłóż to, ty mała dziwko, bo pożałujesz, że się urodziłaś.
Popełnił następny błąd. Domyślając się, iż jeśli się nie wtrąci, dziewczyna zabije 

oprycha, Robin wyskoczył z krzaków na polankę. Maxie właśnie podnosiła broń.

Robin znajdował się tuż za plecami londyńczyka i nie wiedział, czy Maxie go 

zauważyła.   Z   nadzieją,   że   będzie   strzelała   w   górę,   rzucił   się   w   przód,   chwytając 

background image

Simmonsa za nogi. Kiedy padali na murawę, tuż obok przeleciała kula.

- Ty podstępny, strachliwy sukinsynu! Nauczę cię, co znaczy atakować kogoś od 

tyłu! - wrzasnął Simmons, niezdarnie podnosząc się z ziemi.

Walczył z brutalnością i doświadczeniem, ale Robin korzystał z zaskoczenia. 

Miał również w dłoni drewniany kijek, który dodawał mocy uderzeniom. Simmons 

zatoczył się w tył pod wpływem silnego ciosu w szczękę, ale zaraz wbił pięść w ramię 
Robina i złapał go za brzeg koszuli próbując przyciągnąć do siebie przeciwnika. Robin 

szarpnął się, a koszula pękła mu aż do pasa. Udał, że zamierza uderzyć Simmonsa z 
prawej,   a   kiedy   ten   instynktownie   się   osłonił,   wbił   mu   pięść   w   splot   słoneczny. 

Simmons padł na ziemię. Robin przewrócił go na twarz i wykręcił rękę na plecy.

- Zabawny towarzysz wciąż tu jest - wy dyszał. - Powinieneś bardziej uważać.

Simmons umiał znosić ból. Zaczął się wyrywać z taką szaleńczą determinacją, 

że   o   mały   włos   by   się   wyswobodził.   Robin   wyszukał   więc   punkt   tuż   pod   szczęką 

londyńczyka i nacisnął silnie palcem. Dopływ krwi do mózgu został odcięty. Simmons 
wydał z siebie zduszony kwik i opadł zemdlony.

Maxie opuściła pistolet.
- Imponująca sztuczka - stwierdziła. - Pokażesz mi, jak to się robi?

- Oczywiście, że nie. Jest niebezpieczna, ponieważ może spowodować śmierć 

lub trwałe kalectwo, jeśli trzyma się zbyt długo. - Przewrócił Simmonsa na plecy, po 

czym chustką, którą wyjął mu z kieszeni, związał ręce. - Nie wspominając już o tym, że 
mogłabyś użyć jej przeciwko mnie, gdybym cię czymś zirytował.

-   Może   i   masz   słuszność   -   przyznała.   -   Kiedy   tracę   nad   sobą   panowanie, 

wszystko się może zdarzyć.

- Zauważyłem - sucho stwierdził Robin. - Chciałaś go zastrzelić?
-   Nie,   choć   bardzo   mnie   kusiło.   -   Wciągnęła   buty   na   nogi.   -   Celowałam  w 

ramię, z nadzieją, że tym go powstrzymam. Gdyby tak się nie stało, miałam jeszcze 
jedną   kulę.   -   Zaczęła   zasypywać   ognisko.   -   Chyba   się   zgodzisz,   iż   powinniśmy 

natychmiast stąd zniknąć.

- Zgodzę. - Robin przeszukał kieszenie Simmonsa. - Wkrótce się obudzi. Nie 

związałem go mocno, więc szybko się uwolni.

Wyjął z kieszeni londyńczyka zapas amunicji i schował do kieszeni płaszcza. 

Stwierdził,   że   Simmons   nie   ma   przy   sobie   żadnych   dokumentów,   za   to   dobrze 
wypchany portfel. Tych pieniędzy wystarczyłoby na dwa bilety do Londynu, ale nie 

miał ochoty tak szybko odstawić Maxie do celu podróży.

background image

- Zamierzasz go okraść? - zapytała z niesmakiem.

- Tylko broń. - Wsadził portfel z powrotem do kieszeni Simmonsa. - I tak kiedy 

się ocknie, będzie nieźle rozzłoszczony.

- A więc twoja uczciwość jest raczej rezultatem pragmatyzmu niż moralnych 

skrupułów? - Zaczęła upinać włosy.

- Tak. Moralne skrupuły to luksus - stwierdził Robin.
W odpowiedzi prychnęła tylko, komentując w ten sposób jego pokrętną logikę.

Uśmiechnął się.
- Kradzież to nic w porównaniu z zabójstwem. To ty chciałaś odstrzelić mu 

głowę.

- Tylko w razie konieczności.  - Włożyła  na głowę pomięty  kapelusz.  - Skąd 

miałam wiedzieć, że przyjdziesz mi z pomocą?

Posłał jej karcące spojrzenie.

- Naprawdę sądziłaś, że zostawię cię samą?
Ich oczy spotkały się. Maxie szybko odwróciła wzrok.

- Nie miałam czasu się zastanawiać.
Nie była  typem kobiety,   która  bezczynnie   czeka   na pomoc.  Robin  odszukał 

garnek,   który   pozostawił   w   lesie.   Zaproponował   wodę   Maxie,   a   ona   przyjęła   ją   z 
wdzięcznością. Nadal wyglądała na roztrzęsioną. Robin również się napił, a potem 

wylał resztę i schował garnek do tobołka. Kiedy opuszczali polankę, jedynym śladem 
ich bytności był Simmons, leżący na plecach, z przewiązanymi rękami.

- Ten twój patyk to broń, prawda? - zapytała Maxie, kiedy wrócili na szlak.
- Tak. Po spotkaniu ze złodziejami uznałem, że potrzebujemy jakiejś broni. - 

Odsunął zagradzającą im drogę gałąź. - Taki patyk dodaje siły uderzeniu.

-   Wciąż   czymś   mnie   zaskakujesz   -   stwierdziła,   tym   razem   z   mniejszym 

sarkazmem.

- Korzystam z nich tylko dla dobra sprawy - rzucił z rozbawieniem.

Uśmiechnęła się słabo. Nadal wyglądała na przygnębioną. Domyślił się, że nie 

chodzi o sam atak, lecz o jego przyczynę. Spróbuje namówić ją do kilku wyjaśnień na 

temat przeszłości i tajemniczej misji w Londynie.

Przy drodze natknęli się na szczypiącego trawę konia. Robin zatrzymał się i 

przyjrzał zwierzęciu.

- Przypuszczam, że należy do twego przyjaciela?

- To nie jest mój przyjaciel, ale chyba ten koń rzeczywiście jest jego. Widziałam 

background image

go w... Już go kiedyś widziałam.

Robin odwiązał wodze i wskoczył na siodło.
-   Chyba   nie   zamierzasz   go   ukraść?!   -   wykrzyknęła   Maxie.   -   Co   z   twoim 

pragmatyzmem?

- I tak musiałbym go puścić wolno, żeby opóźnić pościg, więc równie dobrze 

możemy   na   nim   pojechać   i   zwiększyć   odległość   między   nami   i   Simmonsem.   - 
Wyciągnął dłoń. - To biedaczysko nie będzie miało sił zawieźć nas daleko, ale dobre i 

to.

- Jesteś królem praktyczności, lordzie Robercie.

Podała mu chłodną dłoń i pozwoliła się wciągnąć na konia. Pochwyciła go w 

pasie trochę zbyt mocno, niżby to nakazywał powolny krok konia. Robin postanowił 

zaczekać z pytaniami do czasu, aż Maxie odzyska równowagę.

Zatrzymali się kilka mil dalej, kiedy z nieba znikały ostatnie promienie słońca.

- Czas odesłać naszego ognistego rumaka do jego właściciela. Zsiedli, po czym 

Robin klepnął konia po zadzie.

- Jeśli skręcimy teraz na zachód, może uda nam się zmylić Simmonsa. Nie 

wygląda na kogoś, kto z łatwością się poddaje. Oddaj mi pistolet.

Maxie wręczyła mu broń, po czym krzyknęła z przerażenia, ponieważ Robin 

wystrzelił ostatnią kulę w kępę krzaków, a potem rzucił w nie pistolet.

- Po co to zrobiłeś? Pistolet mógł się nam przydać.
- Broń to diabelskie urządzenie. Giną przez nią ludzie.

- Może Simmonsa należy zabić.
- Czy zabiłaś już kogoś?

- Nie.
-   A   ja   tak   i   nie   jest   to   doświadczenie,   które   chciałbym   powtórzyć.   Maxie 

zarumieniła się, słysząc jego chłodny ton. Większość jego opowieści to zwykłe bajki, 
ale teraz na pewno nie kłamał.

- Tak naprawdę to wcale tak nie myślałam. To znaczy o zastrzeleniu.
- Wiem, że nie myślałaś - powiedział łagodniejszym tonem. Objął dziewczynę 

ramieniem i ruszyli w dalszą drogę.

Markiz Wolverton zastanawiał się właśnie, czy powinien zatrzymać się w Blyth, 

kiedy   nagle   powóz   znieruchomiał.   Wyjrzał   przez   okno   i   zobaczył,   że   woźnica 
rozmawia z przysadzistym jegomościem w brudnym ubraniu.

- Jakieś kłopoty?! - zawołał.

background image

- Obrabowali mnie i zabrali mi konia - odpowiedział nieznajomy. - Czy jego 

lordowska   mość   zechciałby   podwieźć   mnie   do   najbliższego   miasta?   -   zapytał 
spojrzawszy na herb wymalowany na drzwiach powozu.

- Oczywiście. - Giles gestem zaprosił go do środka, myśląc zarazem, że drogi są 

bardziej niebezpieczne niż przypuszczał. Zapalił dwie wewnętrzne lampki i wyciągnął 

ze schowka butelkę brandy. - Ma pan nieźle podbite oko - dodał, nalewając sporą 
porcję dla gościa.

- Nie pierwszy raz.
Giles przyjrzał się rozmówcy.

- Nie dziwię się. Jest pan chyba bokserem?
- Byłem. Nazywam  się Ned Simmons, ale  walczyłem  jako Cockney  Killer.  - 

Przełknął z zadowoleniem łyk brandy. - Widział pan może którąś z moich walk?

- Przykro mi, nie interesuję się boksem, ale jeden z moich przyjaciół wygrał 

dzięki   panu   sporą   sumkę.   Zdaje   się   za   zwycięstwo   nad   Game   Chicken   w 
dziewiętnastej rundzie - dodał po chwili.

- W dwudziestej pierwszej. Tak, to była najlepsza walka w moim życiu.
- Dzisiaj musiało pana pobić kilka osób.

Ta uwaga była błędem. Simmons zaczął się gęsto tłumaczyć, a chodziło mu o 

to, że pokonano go w nieuczciwej walce. Giles przysłuchiwał się temu bez większego 

zainteresowania, dopóki nie padły słowa „ten żółtowłosy facet”.

- Ten blondyn musiał być wielki? - zapytał, starając się ukryć zainteresowanie.

Simmons   zawahał   się,   najwyraźniej   zastanawiając   się,   czy   wyznać   niezbyt 

chlubną prawdę.

- Raczej chudzielec i gadał jak szlachcic - powiedział zgrzytając zębami. - Nawet 

bym nie pomyślał, że potrafi tak walczyć. Tak czy owak nie dostałby mnie, gdyby nie 

zaatakował mnie od tyłu i gdyby ta zdzira nie mierzyła we mnie pistoletem.

Giles pohamował uśmiech. Robin i jego niewinna panna muszą znajdować się 

gdzieś niedaleko, i wygląda na to, że panienka ma podobny charakter do swojej ciotki.

-   Jak   to   się   stało,   że   pana   zaatakowali?   Twarz   Simmonsa   stała   się 

nieodgadniona.

- Nie mogę nic więcej powiedzieć. Sprawa poufna.

Giles zaczął się zastanawiać, czy nie przekupić boksera i nie wyciągnąć z niego 

dalszych informacji, kiedy dobiegło ich rżenie konia. Simmons wyjrzał przez okno.

- To mój koń! Ten sukinsyn pewnie nie umiał na nim jeździć. Mam nadzieję, że 

background image

skręcił sobie kark.

Giles   nie   widział   jeszcze   konia,   który   zrzuciłby   brata,   a   tym   bardziej   taka 

zmęczona   szkapina.   Robin   musiał   puścić   ją   wolno.   Dzięki   Bogu,   że   do   innych 

występków nie dołączył kradzieży koni. W co on się, do diabła, wplątał?

Złapali   konia,   przywiązali   do   tyłu   powozu,   po   czym   ruszyli   do   najbliższego 

miasta.  Simmons  nie odzywał  się,  pozostawiając  Gilesa  z  domysłami.   Ten zaś  był 
pewien, że jego towarzysz musi być tym mężczyzną, którego lord Collingwood wysłał 

na   poszukiwanie   bratanicy.   Nie   bardzo   nadawał   się   do   eskortowania   porządnej 
panny, choć im więcej Giles słyszał na temat Maximy Collins, tym bardziej wątpił w 

jej delikatność. To oznaczało również, że lady Ross nie odnalazła jeszcze zbiegów. 
Jeśli dopisze mu szczęście, on pierwszy ich spotka. Kiedy już to nastąpi, będzie miał 

wiele pytań do swojego niesfornego młodszego brata.

Na   prośbę   Simmonsa   Giles   zostawił   go   w   zajeździe,   który   nie   wydawał   się 

lepszy   od   spelunki.   On   sam   zatrzymał   się   w   najlepszym   zajeździe   w   Worksop. 
Oczywiście   to   miejsce   nie   mogło   się   równać   z   Wolverhampton,   ale   przynajmniej 

pościel była czysta.

Kiedy zasnął, śnił nie o zbiegach i potencjalnym skandalu, ale o lady Ross. Była 

z niej prawdziwa Amazonka.

Tymczasem Simmons w ciągu godziny zdążył nabyć nowy pistolet i wynająć 

kilku mężczyzn do pomocy.

Później, kiedy trzymał przy podbitym oku kawałek świeżej wołowiny i wypił 

kilka kufli piwa, zaczął rozmyślać o jasnowłosym paniczu, który zaatakował go od 
tyłu. Collingwood nie byłby zachwycony, gdyby jego drogocennej bratanicy stała się 

krzywda, ale nic go nie powstrzyma przed skręceniem karku temu dandysowi.

background image

10

Prawie godzinę szukali ustronnej szopy. Gdyby zostali w poprzednim miejscu, 

Maxie ugotowałaby potrawkę z szynki i warzyw, a tak musieli zadowolić chlebem i 

serem.

Po posiłku Robin oparł się o snopek siana. Światło księżyca wpływające przez 

okienko w suficie złociło mu włosy.

- Uważam, że nadszedł czas, byś wyjaśniła, o co właściwie chodzi. Czy przez 

całą drogę do Londynu będziemy natykali się na czyhających na ciebie olbrzymów?

Nie   przywykła   do   zwierzeń,   jednak   winna   była   Robinowi   wyjaśnienie.   Był 

kłamcą i złodziejaszkiem, nawet nie znała jego prawdziwego imienia, ale pomógł jej w 
potrzebie. Po raz drugi tego wieczora rozpuściła włosy.

- Sama nie jestem pewna, co się dzieje. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Co 

chcesz wiedzieć?

- Cokolwiek zechcesz mi wyjaśnić - odparł miękko.
Nagle poczuła, że ma ochotę powiedzieć mu wszystko, o swoim nietypowym 

pochodzeniu i o tym, jak obco czuje się w Anglii.

-   Mój   ojciec,   Maximus   Collins,   był   młodszym   z   braci   z   tak   zwanej   dobrej 

rodziny.   Nie   był   bogaty,   a   to   co   miał,   szybko   roztrwonił   na   hazard   i   rozpustę.   - 
Uśmiechnęła się gorzko. - Dziadek doszedł w końcu do wniosku, że jego syn nie jest 

nic wart, a przy okazji drogo kosztuje, co prawdopodobnie nie mijało się z prawdą. 
Przyrzekł, że spłaci długi syna, jeśli ten wyjedzie z Anglii. Ojciec nie miał wyboru i 

musiał   się   zgodzić.   Podejrzewam,   że   ścigali   go   dłużnicy.   Postanowił   wyjechać   do 
Ameryki.

O  dach   zaczęły   uderzać   pierwsze  krople  deszczu.  Maxie   wbiła  się  głębiej   w 

siano i szczelniej otuliła peleryną, żałując, że jest taka cienka.

- Ojciec nie był złym człowiekiem, tylko że nie przejmował się takimi sprawami, 

jak pieniądze czy przedmioty materialne. Nowy Świat nawet mu się spodobał, bo pod 

wieloma względami panowały tam luźniejsze zasady. Zatrzymał się na jakiś czas w 
Wirginii, a potem powędrował na północ.

Jakiś czas mieszkał w Nowym Jorku, a następnie, na swoje nieszczęście, podjął 

błędną   decyzję   odbycia   zimą   podróży   z   Albany   do  Montrealu.   Omal   nie   umarł   w 

zawiei   śnieżnej,   ale   uratował   go   Indianin   z   plemienia   Mohawk.   Ojciec   całą   zimę 
spędził w jego chacie. Tam właśnie poznał moją matkę.

background image

Zamilkła, ciekawa reakcji Robina na wieść o tym, że jest pół - Indianką.

- Mohawkowie to jedno z sześciu plemion konfederacji Irokezów, prawda? - 

zapytał głosem wyrażającym wyłącznie zainteresowanie.

-   Tak   -   potwierdziła   zdziwiona   i   zarazem   zadowolona,   że   tyle   wie.   -   Byli 

„Strażnikami Wschodnich Drzwi”, broniącymi Irokezów przed zalewem Algonkinów z 

Nowej Anglii. Cztery z tych plemion żyją teraz w Kanadzie, ponieważ pozostali lojalni 
Brytyjczykom w czasie rewolucji. Ale dzięki temu lud mojej matki ocalił własną dumę 

i tradycję, w przeciwieństwie do Indian z Nowej Anglii, których wyniszczyły choroby i 
wojny.

- Nie jest to najprzyjemniejsza historia - cicho stwierdził Robin. - Z tego co 

słyszałem, kiedy zjawili się Europejczycy, Indianie byli ludźmi silnymi, zdrowymi i 

szczodrymi. Dali nam kukurydzę, lekarstwa i ziemię. My odpłaciliśmy się im odrą, 
tyfusem, cholerą i Bóg jeden wie czym jeszcze. - Zawahał się, po czym zapytał: - Czy 

bardzo nas nienawidzisz?

Nikt jej o to jeszcze nie pytał i nikt też nie podejrzewał, jaki gniew kryje w sobie 

za cierpienia ludu matki. Zainteresowanie Robina sprawiło, że jej gniew nieco zelżał.

- Musiałabym  zarazem  nienawidzić samej siebie.  W końcu jestem też pół - 

Angielką.   Więcej   niż   pół,   bo   większość   życia   spędziłam   z   Anglikami.   Jednak   to 
Mohawkowie mnie akceptowali i okazali więcej ciepła.

Zadrżała z zimna, bo wiatr wdarł się do szopy. Ale nawet wśród ludu matki nie 

czuła się jak u siebie.

Słysząc,   że   Maxie   szczęka   zębami,   Robin   przysunął   się   do   niej   i   objął 

ramieniem.   Zdrętwiała,   nie   mając   ochoty   na   karesy,   ale   rozluźniła   się,   kiedy 

stwierdziła, że towarzysz oferuje jej tylko wsparcie.

-   Rodzina   może   być   prawdziwym   utrapieniem   -   powiedział   gładząc   ją   po 

plecach.

- To prawda.

Oparła głowę na ramieniu towarzysza, czując, jak powoli jego ciepło i bliskość 

ją   rozgrzewają.   Było   jej   dobrze   w   objęciach   Robina.   Zbyt   dobrze.   Przypominając 

sobie,   że   ostatnią   rzeczą,   jakiej   potrzebuje,   to   mężczyzna   tak   czarujący   i 
nieodpowiedzialny jak jej ojciec, wyprostowała się i wróciła do opowieści.

-   Moja   matka   była   młoda   i   niespokojna.   Chciała   poznać   świat.   Pomimo 

dzielących ich różnic ojciec i matka zakochali się w sobie.

- Obydwoje buntowali się przeciwko stylowi życia, w jakim zostali wychowani - 

background image

domyślił się Robin. - To bardzo do siebie zbliża.

- Chyba masz rację.  Nie przeszkadzało  im,  że  matka  była  bardzo  piękna,  a 

ojciec raczej brzydki. Kiedy nadeszła wiosna, poprosił ją, by z nim odeszła, i matka się 

zgodziła. Urodziłam się rok później. Mieszkaliśmy w Massachusetts, ale każdego lata 
odwiedzaliśmy wioskę. Matka chciała, bym znała zwyczaje i język jej ludu.

- Czy ojciec też z wami jeździł?
-   Tak.   Zaprzyjaźnił   się   bardzo   z   rodziną   matki.   Indianie   są   z   natury 

romantyczni   i   kochają   opowieści,   gry   i   śmiech.   Ojciec   znał   mnóstwo   wierszy   po 
angielsku, francusku i grecku. Mówił też dobrze ich językiem. - Roześmiała się. - Boże, 

ależ on potrafił gadać. Pamiętam, jak oczarował całe obozowisko recytując  Odyseję. 
Przeczytałam   ją   później   i   wiem,   że   jego   tłumaczenie   było   raczej   dowolne,   ale 

urzekające.   -   Spoważniała.   -   Rodzice   mieli   jeszcze   dwójkę   dzieci,   ale   zmarły   przy 
porodzie. Matka umarła, kiedy miałam dziesięć lat. Jej rodzina zaproponowała, że 

mnie weźmie, ale ojciec się nie zgodził. Nie mógł znaleźć żadnej stałej pracy, która by 
mu  odpowiadała,   więc   został   domokrążcą   sprzedającym   książki   i   zabierał   mnie  w 

podróże.

- A więc wychowałaś się w drodze. Czy podobał ci się taki styl życia?

- Raczej tak. - Oparła się plecami o pierś Robina. - Amerykanie pragną się 

kształcić i kochają książki, a ponieważ wiele farm i wsi jest odizolowanych, zawsze 

byliśmy   witani   z   radością.   Czasami   zbyt   radośnie   -   dodała.   -   Indianie   mają   inne 
zwyczaje   niż   Europejczycy   i   panny   cieszą   się   u   nich   większą   wolnością,   co   przez 

białych często odbierane jest jako rozwiązłość. Zawsze zdarzali się tacy, którzy chcieli 
sprawdzić dziewictwo takiej pół - Indianki jak ja.

Robin objął ją mocniej na znak współczucia.
- Nic dziwnego, że nauczyłaś się być ostrożna.

- Musiałam. Gdybym choć słówko szepnęła ojcu, zabiłby winnego. A co bardziej 

prawdopodobne sam dałby się zabić. Większy był z niego gaduła niż wojownik. - Do 

dzisiejszego dnia mogłaby to samo powiedzieć o Robinie. - Nie wstydzę się zwyczajów 
ludu mojej matki - ciągnęła. - Dlaczego kobiety nie mogą mieć takiej wolności jak 

mężczyźni? To do mnie musi należeć wybór, a nie do jakiegoś spitego drwala, który 
sobie uroił, że ze mnie łatwa sztuka.

- Tylko idiota może tak myśleć - powiedział miękko Robin.
- Mieliśmy stałą trasę: Nowa Anglia i północna część stanu Nowy Jork - mówiła 

dalej, zadowolona, że ją zrozumiał. - Oprócz popularnych książek rozwoziliśmy także 

background image

te na zamówienie.

- Fascynujące. - Robin otoczył jej kibić ramionami. - Jakie książki zazwyczaj 

woziliście?

-   Głównie  Nowy   Testament,  kazania   i   pieśni,   pirackie   wydania   angielskich 

książek.   Ale   także   inne.   Pewien   farmer   z   Vermont   każdego   roku   zamawiał   jakąś 

pozycję   z   filozofii.   Podczas   wizyt   u   niego   dyskutowaliśmy   z   nim   o   książce,   którą 
zakupił w zeszłym roku. Zatrzymywaliśmy się tam na dwa dni. Myślę, że były to dla 

niego najważniejsze dni w roku. - Uśmiechnęła się. - Domokrążcy, tacy jak mój ojciec, 
wykonywali dobrą robotę i wielu wydawców drukowało specjalnie na ich potrzeby. Na 

przykład Marnotrawną córę, krytykującą niemoralne prowadzenie się.

- Z wszystkimi szczegółami - z rozbawieniem dodał Robin.

- Tak. Skąd ludzie braliby pomysły na złe uczynki, gdyby nie zostały opisane? - 

Maxie zachichotała. - Sprzedaliśmy mnóstwo egzemplarzy tej pozycji.

Opowieść   Maxie   pozwoliła   Robinowi   zrozumieć,   skąd   u   tej   dziewczyny   ta 

wspaniała mieszanka dojrzałości i niewinności. Wiodła ciekawe życie, wychowywała 

się pod wpływem dwóch kultur, lecz nie związała się z żadną z nich i nie miała stałego 
domu. To jasne, że jej ojciec musiał być wykształcony i czarujący, a ona go ubóstwiała. 

Musiał też być niezgułą, i to córka zarządzała jego interesami. Mimo, a może dzięki 
temu dziwacznemu pochodzeniu, wyrosła na niezależną młodą kobietę, którą teraz 

trzymał w ramionach. Sprawiało mu to wielką przyjemność. Ciało miał rozpalone i to 
nie od chłodnego wieczornego powietrza. Skarcił się w myśli, domyślając, że Maxie na 

pewno w tej chwili nie ma ochoty na amory.

- Interesujące życie, ale bardzo nieustabilizowane - powiedział.

- Zawsze mi się wydawało,  że niczego bardziej  nie pragnę jak prawdziwego 

domu - wyznała. - Zimę spędzaliśmy w Bostonie u pewnej wdowy, której dzieci już 

dorosły. Cieszyłam się, kiedy tam wracaliśmy, bo wiedziałam, że przez następne kilka 
miesięcy  będziemy  spali   pod tym  samym dachem.  Ale ogólnie  to moje  życie  było 

dobre. Nigdy nie brakowało  nam jedzenia,  mieliśmy książki  do czytania  i ludzi,  z 
którymi mogliśmy porozmawiać. Zawód domokrążcy odpowiadał ojcu. Nie potrafił 

wysiedzieć w jednym miejscu.

Nie zdziwiło go, że Maxie chwali przeszłość. Z opowieści wynikało, że Maximus 

Collins był czułym ojcem, czulszym niż świętej pamięci wyniosły markiz Wolverton. 
Choć   świat   by   się   z   nim   nie   zgodził,   Robin   uważał,   że   Maxie   doznała   więcej 

rodzinnego szczęścia niż on.

background image

- Co cię sprowadziło do Anglii?

- Ojciec chciał się spotkać z rodziną. Chciał także, żebym i ja ją poznała.
Poczuł, że ciało dziewczyny  sztywnieje. Już wcześniej  wspominała o tym, iż 

rodzina ojca potraktowała ją niezbyt uprzejmie. Znając angielską szlachtę, nie wątpił 
w jej słowa.

- Twój ojciec zmarł tutaj, w Anglii?
- W Londynie, dwa miesiące  temu. Nie czuł  się najlepiej. Myślę zresztą,  że 

właśnie   słabe   zdrowie   zmusiło   go   do   powrotu.   Chciał   przed   śmiercią   jeszcze   raz 
zobaczyć Anglię. - Głos jej się załamał. - Pochowaliśmy go w rodzinnym grobie w 

Durham.   Potem,   akurat   kiedy   podjęłam   decyzję,   że   czas   wracać   do   Ameryki, 
podsłuchałam rozmowę wuja z wujenką.

Pokrótce streściła tę przypadkowo usłyszaną wymianę zdań i opowiedziała, jak 

potem uznała, iż musi pojechać do Londynu i czegoś się dowiedzieć. Wspomniała też 

o swoich obawach, iż ojciec mógł kogoś szantażować.

-   I   tak   dochodzimy   do   dnia   dzisiejszego   -   zakończyła.   -   Nadal   trudno   mi 

uwierzyć, że śmierć ojca nie była naturalna. Jednak fakt, że wuj posłał za mną kogoś 
takiego jak Simmons, potwierdza moje podejrzenia. Może jest to wyraz troski, ale 

mnie się wydaje, że bardziej chodzi o to, żeby przeszkodzić mi w poznaniu prawdy. A 
ty jak sądzisz?

- To oczywiste, że twój wuj coś ukrywa - przyznał Robin. Przyszło mu do głowy, 

że   wiąże   się   to   z   czynem   przestępczym,   ale   wolał   nie   roztrząsać   tego   z   Maxie.   - 

Zgadzam się, że najszybciej dowiesz się prawdy w Londynie. Ale to niebezpieczne, a 
poza tym żadna prawda nie zwróci ci ojca. Czy warto ryzykować?

- Muszę poznać prawdę - odparła twardo. - Nawet nie próbuj mnie od tego 

odwodzić.

-   Nie   mam   zamiaru   -   zapewnił.   -   Ale   póki   co,   jest   późno   i   oboje   jesteśmy 

zmęczeni.   Z   samego   rana   zadecydujemy,   jak   wymknąć   się   Simmonsowi   i   bez 

przeszkód dotrzeć do Londynu.

- Pomożesz mi? - zapytała niepewnie.

- Tak. Czy będziesz tego chciała, czy nie. Nie mam nic lepszego do roboty, a ta 

przygoda wydaje się warta zachodu. - Położył się na sianie, pociągając Maxie za sobą.

Próbowała się odsunąć.
- To był męczący dzień i nie mam ochoty kończyć go na walce z tobą.

-   Nadal   nie   doceniasz   mojej   inteligencji   -   powiedział   uspokajająco.   -   Nie 

background image

wspominając już o moim instynkcie samozachowawczym. Przecież wiem, że gdybym 

czegoś próbował, wbijesz mi nóż w którąś z części mego ciała. Ale zwróć uwagę, że noc 
jest zimna i jeśli się do siebie przytulimy, będzie nam cieplej. Zgoda?

Przestała się bronić.
- Zgoda. Przepraszam, że jestem taka podejrzliwa.

- Teraz przynajmniej rozumiem dlaczego. - Cmoknął ją w czoło i nakrył kocem.
Snopek siana pachniał przyjemnie i był wygodny. Maxie odwróciła się tyłem i 

wtuliła w Robina.

- Jak zwykła mawiać pani Harrison, taka z ciebie maleńka kobietka. - Objął ją 

ramieniem i przyciągnął do siebie. - Myślałem, że Indianie są wysocy.

- Wszędzie zdarzają się wyjątki. Moja matka była niska, a ja jestem najniższą 

osobą w obu rodzinach.

- Ale bardzo starasz się to nadrobić. - W głosie Robina brzmiał ciepły uśmiech. 

- Czy masz też indiańskie imię?

-   Dla   rodziny   mojej   matki   jestem   Kanawiosta   -   odpowiedziała   po   chwili 

wahania.

- Kanawiosta. - Z trudnością wymówił dziwne słowo. - Czy to coś znaczy?

-   Nic,   co   da   się   łatwo   wytłumaczyć.   Wiąże   się   z   płynącą   wodą,   rozwojem, 

robieniem czegoś lepiej.

- Płynąca woda - powtórzył Robin. - To do ciebie pasuje. Roześmiała się.
- Nie ma w tym nic romantycznego. Równie dobrze można by je przetłumaczyć 

jako „upiększacz bagna”. Czy Anglicy znają znaczenie swoich imion?

- Robert znaczy „błyszcząca sława” - wyjaśnił.

- Ale ty wolisz kojarzyć je z Robin Hoodem?
Czy fakt, iż wiedział, co znaczy jego imię, dowodzi, że jest prawdziwe? Pewnie 

nie   świadczy   o   niczym.   Poczuła,   jak   ciepło   Robina   ogrzewa   jej   kości.   Wspaniale 
zastępował kołdrę.

- To mi przypomina gody - powiedziała sennie.
- Gody?

- Taki zwyczaj dla narzeczonych - wyjaśniła. - Ze względu na duże odległości 

czasami zdarza się, że narzeczony zostaje na noc w domu narzeczonej. Rzadko są tam 

pokoje gościnne, a więc młodzi śpią w jednym łóżku, ale obydwoje są ubrani, żeby 
sprawy nie wymknęły się spod kontroli. Zazwyczaj pośrodku łóżka znajduje się deska 

zakończona kolcami.

background image

-   Taki   zwyczaj   bardzo   by   się   przydał   w   Anglii.   Zdarza   się,   że   pocałunek 

skradziony ukradkiem dziewczynie kończy się dla zalotnika szybkim i nieodwołalnym 
ślubem. - Robin uśmiechnął się w ciemności. - Mam nadzieję, że twój naród rozumie, 

iż żadna deska ani ubranie nie przeszkodzą zdeterminowanym kochankom.

- Często pary omijają dzielącą ich deskę - przyznała. - Istnieje wiele ballad na 

ten temat, na przykład Niegrzeczne konie przewracają płot.

Robin wybuchnął śmiechem, a Maxie mu zawtórowała. Jego śmiech rozgrzewał 

równie mocno jak uścisk.

- Czasami ślub odbywa się wcześniej. - Ziewnęła głośno. - Ale gospodarstwa 

potrzebują dzieci, więc nikt nie uważa tego za wielki grzech.

Powiedziawszy   to   odpłynęła   w   spokojny   sen,   kołysana   śpiewem   wiatru, 

piosenką deszczu i miarowym biciem serca Robina.

background image

11

Maxie   obudziła   się,   czując   przyjemne   ciepło.   Nozdrza   wypełniał   jej   słodki 

zapach siana, a ciało Robina chroniło ją przed chłodem poranka. Jedną dłoń trzymał 

na jej piersi. Miłe - nawet bardzo - ale nic dobrego z tego nie wyniknie. Delikatnie 
odsunęła ją na bok. Przebudziła go tym ruchem. Leniwie przekręcił się na plecy i 

przeciągnął. Miał sprężyste mięśnie. Oparła się na łokciu, podziwiając zmierzwione 
złote włosy.

Musiał   tak   wyglądać,   kiedy   był   małym   chłopcem   marzącym   o   pirackiej 

przepasce na oku i bliznach na twarzy.

- Dzień  dobry  -  powiedziała.   - Ja  spałam  dobrze,  a  ty?  Uśmiechnął  się,  co 

stanowiło tak wspaniały widok, że Maxie zapragnęła oglądać go każdego ranka do 

końca życia.

- Bardzo dobrze - powiedział schrypniętym głosem.

Położył   dłoń   na   jej   ramieniu.   Ich   oczy   się   spotkały   i   przez   długie   i 

niebezpieczne sekundy trwali tak, świadomi swej bliskości.

Powoli, jakby wbrew woli, przesunął dłoń w dół. Maxie czuła, jak cierpnie jej 

skóra na ramieniu. Uświadamiając sobie, że zaczyna szybciej oddychać, pomyślała o 

pieśni narzeczonych i o tym, że ubrania nie stanowią granic dla zakochanych. Oczy 
Robina   pociemniały,   a   jego   dłoń   zatrzymała   się   przy   łokciu,   który   zaczął   gładzić 

kciukiem.   Maxie   wstrzymała   oddech,   zaskoczona   reakcją   ciała   na   tę   pieszczotę. 
Zsunął teraz dłoń do nadgarstka i wyczuł przyspieszone tętno.

Maxie nie mogła oderwać wzroku od jego szyi, widocznej spod naderwanej 

koszuli.   Miała   ochotę   dotknąć   jej   ustami.   Pragnęła   rozerwać   mu   koszulę,   by   móc 

zobaczyć to szczupłe i muskularne ciało, do którego tuliła się w nocy. Zapragnęła być 
teraz Indianką, która oddaje się mężczyźnie bez zawstydzenia i wątpliwości.

Jednak   właśnie   wątpliwości   ją   przed   tym   powstrzymały.   Jej   twarz   musiała 

zdradzać tę wewnętrzną walkę, bo Robin westchnął ciężko i szybko się odwrócił.

- Wspaniały sposób na spędzenie nocy - rzucił zduszonym głosem wstając. - Z 

wyjątkiem tej części, kiedy musimy się rozdzielić.

Drżącą ręką poprawiła włosy.
- Może to błąd, że tak spaliśmy. Spojrzał na nią z urazą.

- Nigdy w życiu nie popełniłem żadnego błędu. Przynajmniej takiego, którego 

potem nie umiałbym wyjaśnić.

background image

Wybuchnęła śmiechem i nagle wszystko znowu było jak dawniej.

- Następnym razem postaram się wstać, kiedy tylko się obudzę.
- Cieszę się, że będzie następny raz. Potrzeba nam praktyki. Nadal chichocząc 

wstała i zaczęła krzątać się po szopie. Na zewnątrz było szaro i chłodno, ale deszcz 
przestał   padać.   Poprzedniego   wieczoru   Robin   przyniósł   chrust,   mieli   więc   opał,   z 

którego przed wejściem zbudowali ognisko. Maxie przyniosła z kamiennego koryta 
czystą wodę na herbatę, a w tym czasie Robin upiekł nad ogniem chleb. Mieli do niego 

resztki szynki od pani Harrison.

-   Nie   będziesz   miała   nic   przeciwko   temu,   żebym   dzisiaj   ogolił   się   tutaj?   - 

zapytał Robin, kiedy Maxie sączyła swoją ziołową herbatkę. - Na dworze jest trochę 
nieprzyjemnie.

-   Proszę   bardzo.   -   Spojrzała   na   jego   poszarpaną   koszulę,   starając   się   nie 

dostrzegać gołej piersi. - Będziemy musieli ci znaleźć nową koszulę. Tej chyba nie da 

się już naprawić.

Skrzywił się.

- Tak czy inaczej już mi się opatrzyła. - Wyjął brzytwę i kawałek mydła, po czym 

ukląkł nad garnkiem, w którym pozostała resztka ciepłej wody.

Podchodził do golenia z tą samą pieczołowitością, co Maxie do przyrządzania 

herbatki, ale nigdy jeszcze nie golił się w jej obecności.

- Myślałeś o tym, żeby się nie golić? - zapytała. - Ja wyglądam niepozornie, ale 

ty rzucasz się w oczy. Broda by cię odmieniła, przez co Simmons miałby utrudnione 

zadanie.

Robin namydlił dłonie, po czym posmarował policzki i szczękę.

- Mam rudą brodę, a to wygląda  jeszcze bardziej podejrzanie.  Masz jednak 

rację, że powinniśmy zmienić nasz wygląd. Napadli nas złodzieje, Simmons jest na 

naszym tropie, czas na zmianę strategii.

Maxie  przyglądała  się  mu  znad  kubka.   Było  coś intymnego w patrzeniu   na 

golącego się mężczyznę. Choć wiele razy widziała przy tej czynności ojca, nigdy nie 
przyszło jej do głowy, że zarost jest taki męski.

- Co masz na myśli? Nadal brakuje nam pieniędzy na przejazd dyliżansem. 

Chyba że uda ci się je zarobić magicznymi sztuczkami.

- Mam pewien pomysł. Nie będzie to najszybsza droga, ale przynajmniej nas 

nie wyśledzą. Czy słyszałaś o poganiaczach bydła? - Przesunął brzytwą po krótkim 

pasku, po czym naciągnął skórę policzka, by zgolić rudawy zarost.

background image

To on łaskotał ją w nocy. Z trudem przełknęła ślinę.

- Mówisz o ludziach, którzy pędzą bydło do miast?
- Tak. Miasta potrzebują żywności, a Londyn jest tak wielki, że zaopatruje go 

cała Anglia. - Wytarł brzytwę wiązką słomy, po czym zabrał się do drugiego policzka. - 
Większość bydła zjadanego w Londynie pochodzi z Walii i Szkocji.

- Aż ze  Szkocji?  - Maxie uniosła  brwi.  - Zwierzęta  muszą  być wychudzone, 

kiedy docierają na miejsce.

-   Przed   sprzedażą   są   wypasane   na   południowych   pastwiskach   -   wyjaśnił.   - 

Zresztą poganiacze nie pędzą tylko bydła, ale też owce, gęsi, świnie a nawet indyki, 

choć nie na tak duże odległości.

- Jak się pędzi indyki? - zapytała ze zdziwieniem Maxie.

-   To   bardzo   skomplikowane   przedsięwzięcie   -   odparł   Robin   z   błyskiem 

rozbawienia w oku. - Ale ciekawy widok. Pod koniec dnia indyki usadawiają się na 

drzewach, całe tysiące.

- Ale co to ma wspólnego z nami?

-   Poganiacze   starają   się   unikać   płatnych   dróg.   Czasami   towarzyszą   im 

podróżni,   dla   towarzystwa,   bezpieczeństwa,   a   czasami   z   czystej   chęci   przeżycia 

przygody.

Skończywszy golenie policzków, naciągnął skórę na szyi. Z zafascynowaniem 

patrzyła, jak błyszczące krople wody spływają mu na grdykę, a potem na pierś.

Dostrzegł jej wbity w siebie wzrok.

- Czy coś się stało? - zapytał.
- To tylko kobiece nerwy - odpowiedziała pospiesznie. - Kiedy widzę brzytwę 

przytkniętą do gardła, zaczynam się denerwować.

Uśmiechnął się.

- Nie zrobiłem sobie jak dotąd żadnej poważnej krzywdy. Trzema zręcznymi 

ruchami zakończył pracę, potem wytarł brzytwę i wsunął z powrotem do rogowego 

pojemnika.

Może i nie, ale w jej głowie wywołał niezły zamęt.

- Czy niedaleko stąd przebiega jakiś szlak poganiaczy? - zapytała, odpychając 

od siebie zdradzieckie myśli.

- Jeden biegnie na zachód od Nottingham, kilka dni marszu stąd. O tej porze 

roku możemy znaleźć poganiaczy za dzień lub dwa.

- Czy wędrowałeś już z nimi?

background image

- Tak. Stąd znam ten szlak. - Zamoczył ręcznik w ciepłej wodzie i wytarł nim do 

czysta twarz i szyję. - Podróżowałem z nimi, kiedy uciekłem z domu.

-   Musiałeś   przysparzać   matce   wielu   zmartwień.   Odpowiedział   dopiero   po 

dłuższej chwili.

-   Wcale   nie.   Wystarczyło,   że   tylko   raz   spojrzała   na   mnie   po   porodzie   i 

natychmiast wyzionęła ducha.

Ani kpina, ani cynizm nie potrafiły ukryć bólu kryjącego się za tymi słowami.

- Przykro mi - rzuciła cicho.
- Bardziej przykro było mojemu ojcu. - Podszedł do drzwi szopy, otworzył je, po 

czym wylał na zewnątrz wodę po goleniu. - Jeśli wierzyć portretom, bardzo jestem do 
niej podobny. Ojciec nie mógł na mnie patrzeć, żeby nie odczuwać bólu.

Poczuła, że za chwilę się rozpłacze.
- Dlaczego mi to opowiadasz? - zapytała cicho. Milczał przez chwilę.

-   Nie   wiem,   Kanawiosta.   Może   dlatego,   że   czasami   męczy   mnie   mój 

obskurantyzm.

Na dźwięk tego imienia dreszcz przeszedł jej po plecach. Po raz pierwszy Robin 

wyjawił   coś,   co   tkwiło   za   tą   jego   wypolerowaną   i  nieodgadniona   maską.   Może   to 

dlatego,  że poprzedniego wieczoru tyle mu powiedziała  o sobie? A może wspólnie 
spędzona noc usunęła jakąś barierę, która ich dzieliła.

Przypomniała sobie uczucia, jakie ją ogarnęły, kiedy chciała go nauczyć, jak 

słuchać   wiatru   oraz   kiedy   opowiadał   o   kobiecie,   którą   chciał   poślubić,   lecz   mu 

odmówiła.   Tkwiło   w   nim   wiele   splątanych   nici   wesołości   i   smutku,   mądrości   i 
przebiegłości,   współczucia   i   dystansu.   Teraz   podawał   jej   koniec   jednej   z   nich 

proponując,   by   ją   rozplatała.   Jeśli   to   uczyni,   co   znajdzie   na   drugim   końcu?   I 
natychmiast   sobie   odpowiedziała:   Na   dnie   tego   sprytu   i   czarującego   zachowania 

leżała samotność.

Desdemona poczuła ulgę, kiedy otrzymała od lorda Wolvertona wiadomość, iż 

zbiegów widziano na drodze do Rotherham. Przynajmniej nic im się nie stało. Jednak 
markiz nie napisał nic więcej. Dalej musi radzić sobie sama.

Z   ciężkim   westchnieniem   wysiadła   z   powozu   na   zakurzoną   wiejską   drogę. 

Miała wrażenie, że od wieków podróżuje, a poszukiwania bratanicy i towarzyszącego 

jej   niepoprawnego   włóczęgi   nigdy   się   nie   skończą.   Fakt,   że   nadal   szli   piechotą, 
utwierdził ją tylko w złej opinii o lordzie Robercie Andreville’u. Najwyraźniej skąpił 

na przejazd dyliżansem. Ten człowiek nie ma klasy.

background image

Nauczyła  się zadawać pytania  i wiedziała,  że najwięcej  informacji  uzyska w 

małych wioskach, gdzie zwracano uwagę na każdą obcą twarz. Wypytywała zwłaszcza 
starszych   mieszkańców,   przesiadujących   w   lokalnej   gospodzie,   a   także   właścicieli 

sklepików.

Już   trzeci   raz   tego   dnia   przekraczała   próg   jednego   z   takich   sklepów.   Jak 

wszędzie było tu wszystko: igły, nici, role tanich materiałów i wstążki, gliniane garnki, 
sól, cukier oraz słoiki z cukierkami dla dzieci. Brunatny kot, wylegujący się na stercie 

używanej   odzieży,   na   widok   Desdemony   prychnął   cicho   i   przykrył   nos   ogonem. 
Właścicielka sklepu, postawna kobieta, z błyskiem chciwości w oczach rzuciła się do 

wejścia, by przywitać bogato ubraną klientkę.

- Czym mogę pani służyć?

-   Chciałabym   się   dowiedzieć,   czy   przypadkiem   nie   widziała   pani   mojej 

bratanicy i jej męża w ciągu ostatnich kilku dni - odparła Desdemona. - Bratanica ma 

ciemną karnację i jest dość niska, około pięciu stóp, i ubrana jak chłopiec. Jej mąż jest 
średniego wzrostu. To przystojny blondyn.

-   Tak,   tak,   byli   tu   wczoraj.   -   W   oczach   sprzedawczyni   nadal   czaiła   się 

przebiegłość.   -   Ten   pan   podarł   sobie   koszulę   i   potrzebował   nowej.   -   Zakaszlała 

znacząco. - Kupił też kapelusz i bieliznę. Nie mam w sklepie nic tak ekskluzywnego 
jak to, co miał na sobie, ale zdaje się że i tak był zadowolony.

Desdemona już wcześniej obmyśliła sobie odpowiednią historyjkę, więc teraz 

szybko zaczęła tłumaczyć:

- To największy nonsens. Mąż mojej bratanicy założył się, że dotrze pieszo do 

Londynu, a ona postanowiła mu towarzyszyć. Są małżeństwem od niedawna i taka 

wyprawa   wydała   się   jej   wspaniałą   przygodą.   Oczywiście   nie   pochwalałam   tego 
pomysłu, ale nie miałam nic do powiedzenia. - Westchnęła żałośnie. - Zresztą nic by w 

tym   nie   było   złego,   gdyby   nie   fakt,   że   ojciec   dziewczyny   bardzo   poważnie   się 
rozchorował.   Chcę   ich   dogonić,   żeby   bratanica   zdążyła   zobaczyć   ojca,   zanim   nie 

będzie   za   późno.   -   Głos   Desdemony   zadrżał   leciutko.   Jeszcze   kilka   razy,   a   sama 
uwierzy w tę historię. - Czy bratanica albo jej mąż wspominali coś o tym, którędy 

zamierzają iść?

Właścicielka  uniosła brwi,  a wyraz jej twarzy wskazywał  na to, że opowieść 

budzi jej wątpliwości, ale nie śmie nazwać swego dystyngowanego gościa kłamcą.

Następny   ruch   należał   do   Desdemony.   Zaproponowanie   łapówki   mogłoby 

obrazić sprzedawczynię, należało więc zastosować subtelniejszą metodę przekupstwa. 

background image

Rozejrzała się po sklepie i po chwili jej wzrok spoczął na odpowiednim obiekcie.

- Och, co za wspaniała wstążka! Od wieków szukam takiego odcienia błękitu. - 

Zdjęła szpulkę z półki. - Czy zechciałaby pani sprzedać mi to za, powiedzmy, pięć 

funtów?

- Pięć gwinei i należy do pani. - Błysk ironii w oku sprzedawczyni wskazywał, że 

doskonale zdaje sobie sprawę, czego dotyczy ich transakcja.

- Wspaniale - powiedziała Desdemona, jakby nie wiedziała, że wstążka nie jest 

warta nawet funta.

Sprzedawczyni zapakowała towar.

-   Tak   się   złożyło,   że   usłyszałam   rozmowę   młodej   pary.   Wspominali   coś   o 

poganiaczach.

- Poganiaczach? - powtórzyła ze zdziwieniem Desdemona.
- Tak,  na zachód  stąd biegnie  ich szlak.  Może zamierzali  do nich  dołączyć. 

Bogaci panowie często to robią, traktując jak przygodę.

Desdemona wydęła wargi. To, co usłyszała, miało sens, tyle że jej poszukiwania 

strasznie się skomplikują.

- Czy może mi pani dokładnie powiedzieć, jak dotrzeć do tego szlaku?

Oczy właścicielki sklepu powędrowały do dłoni klientki. Desdemona położyła 

pieniądze i zaraz usłyszała szczegółową instrukcję.

- Czy bratanica i jej mąż nie kłócili się? - zapytała na koniec. Sprzedawczyni 

wzruszyła ramionami.

-   Nie   wyglądali   na   bardzo   zażyłych,   ale   dużo   się   śmiali.   Desdemona 

uśmiechnęła się uprzejmie.

- Miło mi to słyszeć. Obawiałam się, że trud drogi i prymitywne warunki mogą 

doprowadzić   do   kłótni   między   nimi.   Byłaby   to   wielka   szkoda,   bo   tak   krótko   są 

małżeństwem.

Kiedy powóz lady Ross odjechał z turkotem w tumanie kurzu, sprzedawczyni 

pozwoliła sobie na szeroki uśmiech, odsłaniający braki w uzębieniu. Ta młoda para to 
jej najlepsi klienci. Po nich zjawił się londyńczyk, który twierdził, że ściga dwójkę 

złodziei,   potem   szlachcic   ze   znakiem   herbowym   na   drzwiach   powozu.   Dał   jej   tak 
wielki napiwek, że cała sprawa zaczęła jej się wydawać bardzo podejrzana. Szukał 

dwójki   kuzynów,   którzy   podobno   uciekli   z   domu.   Mówił,   że   musi   ich   odnaleźć, 
ponieważ umiera ich babcia. A teraz ta dama szukała bratanicy i jej męża. Zarobiła na 

tej sprawie dziesięć funtów.

background image

12

Zanim   zobaczyli   samotnie   stojący   budynek,   usłyszeli   ryczenie   bydła.   Był   to 

„Zajazd Poganiaczy”, stał na szczycie wzgórza, a u jego stóp rozciągały się zielone 

doliny. Wkrótce podeszli na tyle blisko, że mogli dostrzec stado pasących się na łące 
krów.

- Mamy szczęście - ucieszył się Robin. - Dobrze się składa, że to niedziela.
Maxie spojrzała na niego pytająco.

- Dlaczego?
- To bydło z Welsh. Metodyści z Welsh nie podróżują w niedzielę, dlatego też 

zastaliśmy ich tutaj, a nie gdzieś w drodze.

Dziewczyna z tęsknotą spojrzała na gospodę.

- Jak sądzisz, czy nasz budżet zniesie wynajęcie pokoju na noc i gorącą kąpiel?
- Pomyślałem o tym samym. Za prawdziwą kąpiel zgodziłbym się zmierzyć z 

Simmonsem z jedną ręką przywiązaną do pleców. - Spojrzał na nią z powagą. - Chyba 
nadszedł   czas   na   magiczne   sztuczki.   W   niedzielny   wieczór   ludzie   spragnieni   są 

rozrywki.

Zatrzymał się, wyjął chustkę i monety, które poutykał w różnych miejscach. 

Następnie pochylił się, zerwał stokrotkę i owinął ją w chustkę.

Przed zajazdem spotkali kilku mężczyzn wygrzewających się w popołudniowym 

słońcu.   Pogrążeni   w   rozmowie   i   paleniu   papierosów,   nie   zwrócili   uwagi   na   nowo 
przybyłych.

Maxie i Robin weszli do gospody. Przy barze stał właściciel i jego żona. Maxie 

ze zdziwieniem zauważyła błyskawiczną zmianę w zachowaniu Robina. Niby wygląd 

pozostał ten sam, ale miała teraz przy sobie człowieka o innej osobowości.

Robin przedstawił się jako lord Robert, po czym zaczął pokazywać sztuczki z 

pieniędzmi, które znikały i pojawiały się w najmniej spodziewanych miejscach. Popis 
nagrodzono salwami śmiechu. Widząc zainteresowanie, Robin wyciągnął talię kart i 

okraszając pokaz  dowcipnymi żartami,  oczarował  publiczność nowymi sztuczkami. 
Na koniec wyjął z chusteczki stokrotkę i składając głęboki ukłon, podarował kwiatek 

żonie właściciela.

Maxie   przyglądała   się   przedstawieniu   nieco   zasmuconym   wzrokiem.   Robin 

znowu stał się daleki. Po tym jak opowiedziała mu historię swojego życia, zbliżyli się 
do siebie, ale zaraz po wyruszeniu w drogę ta bliskość zniknęła. Na szczęście podróż 

background image

przebiegała spokojnie, mieli więc czas na śmiech i żarty. Noc spędzili przytuleni do 

siebie,   ale   bez   większych   emocji.   Uznała,   że   taki   związek   jej   odpowiada,   bo   jest 
bezpieczny, niemniej jednak pragnęła poznać prawdziwą twarz Robina, usłyszeć jego 

historię życia.

Po   skończonym   przedstawieniu   Robin   podszedł   do   stołu,   gdzie   na   niego 

czekała.

- Pełny sukces - oświadczył. - Dostaniemy dwuosobowy pokój na poddaszu. 

Oprócz   tego   obiad,   śniadanie   i   ciepłą   kąpiel,   wszystko   za   książęcą   sumę   czterech 
pensów.

- Wspaniale. Co musisz zrobić w zamian?
- Dać jeszcze dwa przedstawienia. A potem kąpiel - dodał z westchnieniem.

- Życie jest wspaniałe - stwierdziła Maxie.
-  Tak.   -  Przez  chwilę   w  oczach   Robina   błysnęła   szczerość,   ale   zniknęła   tak 

szybko,  jak  się  pojawiła.   - Teraz   pozostaje  nam  tylko  odnaleźć  szefa  poganiaczy  i 
zapytać, czy zgodzi się, byśmy do nich dołączyli. Wyruszają jutro o siódmej rano.

Maxie skrzywiła się.
- A więc mamy niewiele czasu, żeby nacieszyć się cywilizowanym życiem.

Uśmiechnął się.
-   Toczący   się   kamień   może   nie   obrasta   mchem,   ale   z   pewnością   nabiera 

połysku.

Śmiejąc się, wyszła za nim na podwórze.

Maxie z rozkoszą zanurzyła się w gorącej wodzie. Gdyby jakiś purytański pastor 

wiedział,   o   czym   myśli,   posłałby   ją   prosto   do   piekieł.   Po   wielu   dniach 

prowizorycznych toalet, w lodowatych strumieniach, prawdziwa kąpiel wydawała jej 
się błogosławieństwem.

Wyszła z wanny, kiedy zobaczyła, że skóra zaczyna się kurczyć. Zresztą wolała 

to zrobić przed powrotem Robina. Nagle wyobraziła go sobie w wannie i jej policzki 

się zaróżowiły. Ze zdwojoną energią zaczęła wycierać się ręcznikiem. To nie Robinowi, 
ale samej sobie powinna wbić nóż w plecy.

Widziała jego pierwszy występ i doskonale się bawiła. Nie czekała jednak na 

drugi, tylko wymknęła się do pokoju. Musiała jeszcze wyprać ich odzież, wcześniej 

odrzucając tę, która nie nadawała się już do noszenia. Rozwiesiła pranie na krześle 
przed kominkiem. Za węgiel dopłacili dodatkowe dwa pensy, ale rano, kiedy włożą 

czyste i suche ubrania, nie będą tego żałowali.

background image

Z   lubością   założyła   miękką   koszulę,   szczęśliwa,   że   wreszcie   jej   ruchów   nie 

krępuje  ciasny  chłopięcy  strój.  Tę  jedną noc spędzi  jak  kobieta,  choć rano  będzie 
musiała wdziać botki i bryczesy.

Wytarła włosy, po czym usiadła ze skrzyżowanymi nogami przed kominkiem i 

zabrała się do żmudnego rozczesywania czarnej gęstwiny. Oprócz dochodzących co 

jakiś czas z dołu wybuchów śmiechu i porykiwań bydła panowała cisza. Od dawna już 
Maxie  nie była  sama,  więc  teraz  rozkoszowała  się spokojem. Uzmysłowiła  sobie z 

irytacją,   że   nie   byłaby   taka   zadowolona,   gdyby   nie   świadomość,   iż   wkrótce   wróci 
Robin.

Pomyślała   o   Londynie   i   o   tym,   czego   może   się   tam   dowiedzieć.   Jej 

determinacja, by wyjaśnić tajemnicę śmierci ojca i dopilnować, by sprawiedliwości 

stało się zadość, nie osłabła w trakcie podróży. Jednak zaczęła obawiać się prawdy. 
Kochała   ojca,   ale   nie   chciała   poznać   nowych   faktów,   potwierdzających   jego   słaby 

charakter.   Z   niechęcią   będzie   się   domagała   wyciągnięcia   konsekwencji,   jeśli 
przestępstwa dopuścił się jej wuj, lord Collingwood, niemniej jednak nie cofnie się 

przed działaniem. Łatwiej już było żyć chwilą teraźniejszą, tą zaczarowaną i trochę 
nierealną   podróżą,   bo   przeszłość   kojarzyła   z   żałobą   i   podejmowaniem   ważnych 

decyzji. Dotyczyły nie tylko śmierci ojca, ale także jej przyszłego życia.

Jej myśli powędrowały teraz do Robina. Choć z początku sprzeciwiała się jego 

towarzystwu,   teraz   musiała   przyznać,   że   okazał   się   bardzo   pomocny.   Sumienie 
podpowiadało jej, że należy mu się jakaś rekompensata.

Najbardziej   oczywistą   nagrodą   wydawało   się   ofiarowanie   mu   samej   siebie. 

Miałaby z tego przyjemność, a ziołowa herbatka ochroniłaby ją przed niepożądanymi 

konsekwencjami.   Obawiała   się   jednak,   że   jej   obecne   uczucia   do   Robina   w   chwili 
intymnego zbliżenia przerodziłyby się w miłość. Nie potrzebowała takiego bólu, który 

tylko powiększyłby cierpienie spowodowane śmiercią ojca.

Istniała też możliwość, że jej dar nie zostałby przyjęty. Podobała się Robinowi, 

to oczywiste,  ale podejrzewała,  że podobnie jak ona, on także  nie jest pewny, czy 
dobrze by się stało, gdyby zostali kochankami.

Uśmiechnęła się smutno i wróciła do rozczesywania włosów. Nigdy nie lubiła 

być obiektem pożądania, teraz jednak przekonała się, że nie sprawia jej też radości 

platoniczny związek z Robinem.

Dla kogoś, kto wypił sporo piwa, wspinaczka po stromych schodach, z ciężkim 

miedzianym garnkiem wypełnionym wrzątkiem, to ryzykowne zadanie. A tak się rzecz 

background image

miała z Robinem. Jednak bez uszczerbku dotarł na górę. Zastukał do drzwi pokoju, 

odczekał kilka sekund, a potem wszedł.

Siedziała ze skrzyżowanymi nogami przed kominkiem, rozczesując włosy, które 

czarną kaskadą opadały jej na plecy.

- Jak się udał drugi pokaz? - zapytała z uśmiechem.

Robin znieruchomiał. Wiedział, że Maxie jest piękna, jednak po raz pierwszy 

zobaczył  w niej kobiecość.  Migotliwe  płomienie ognia  otulały  ją ciepłym  światłem 

sprawiając, że cienki materiał koszuli stawał się przezroczysty.

Naturalnie   zdawał   sobie   sprawę   z   tego,   że   pod   chłopięcym   ubraniem   kryje 

kobiece   kształty,   ale   rzeczywistość   przekroczyła   najśmielsze   wyobrażenia.   Miała 
cudownie proporcjonalne ciało, z krągłymi biodrami, wąską talią i piersiami, które 

doskonale pasowałyby do jego dłoni. Czuł, że zasycha mu w gardle i traci panowanie 
nad sobą.

Z   trudem   opanował   się,   by   nie   spoglądać   na   dekolt   sukni,   gdzie   srebrny 

łańcuszek   odbijał   się   od   śniadej   skóry.   Jeszcze   trudniej   było   mu   przezwyciężyć 

pragnienie, by nie pochwycić Maxie w ramiona. Na szczęście przypomniał sobie, że 
zadała mu pytanie.

- Wszystko poszło dobrze. Niestety, na koniec każdy chciał mi postawić drinka i 

nie mogłem odmówić.

Uśmiech na twarzy Maxie zbladł. Spojrzała na niego z lekką obawą.
- Zdaje się, że jesteś pijany.

-   Nie   tak   bardzo.   Przy   odrobinie   szczęścia   nie   czeka   mnie   jutro   kac,   ale   z 

pewnością zasnę jak niedźwiedź i będę miał kłopoty z obudzeniem. Musisz mi jutro 

oblać twarz zimną wodą.

Zachichotała.

-   To   mi   się   podoba.   Musimy   wstać   około   szóstej,   skoro   mamy   wyruszyć   o 

siódmej.

- Obawiam się, że tak.
Opanował  się i podszedł do parawanu  zasłaniającego  wannę  i nalał  do niej 

gorącej wody. Potem zdjął surdut i przewiesił przez parawan.

- To będzie długi dzień. Poganiacze podróżują wolno, ale za to bez przerwy 

przez jakieś dwanaście godzin.

Wstała i zaczęła zaplatać włosy w warkocz.

- W takim razie czas położyć się do łóżka.

background image

Wyglądała na zmieszaną. Domyślając się przyczyny, rzucił od niechcenia:

- To zaskakujące, jak inaczej czuję się w tej sypialni.
- Masz rację. Przez ostatnie kilka nocy spaliśmy razem, ale dzielenie jednego 

łóżka w prawdziwej sypialni to coś innego. - Zagryzła pełną, zmysłową wargę. - Mam 
wrażenie, że robimy coś niestosownego. Wcześniej tego nie czułam.

Tymi słowami dała mu do zrozumienia, że nie ma na co liczyć tej nocy.
- Szkoda, że nie mamy żadnej przegrody. - Zdjął koszulę i rzucił ją na parawan. 

- Prześpię się na podłodze.

Kątem oka zerknęła na jego gołe ramiona i część klatki piersiowej, i szybko 

odwróciła wzrok.

- To niedorzeczność. Dostaliśmy ten pokój dzięki twoim zdolnościom, nie skażę 

cię   więc   na   twardą   podłogę,   udając   pensjonarkę.   Do   tej   pory   zachowywałeś   się 
nienagannie, sądzę, że nadal tak będzie. Poza tym to duże łóżko - dodała.

Nie ufałaby mu, gdyby znała jego myśli. Na całe nieszczęście kobiety mu ufały, 

a ich wiara krępowała go bardziej niż żelazna opończa.

-   Nie   wyobrażam   sobie   ciebie   jako   pensjonarki.   Wśliznęła   się   pod   wytartą 

narzutę i zamknęła oczy.

- Myślę, że udawanie niewiniątka to błogosławieństwo dla zamożnych panien. 

Kobieta, która sama musi torować sobie drogę, nie ma na to czasu.

Robin rozebrał się do końca i z westchnieniem ulgi usiadł w cynowej wannie. 

Im stawał się starszy, tym bardziej doceniał proste przyjemności.

Umył   się,   wyszedł   z   wanny,  wytarł   się  i   włożył  wyprane   i  wysuszone   przez 

Maxie   kalesony.   Jego   towarzyszka   już   spała.   Oddychała   cicho   i   równomiernie.   W 

świetle płonącego na kominku ognia wyglądała bardzo młodo. Twarz miała gładka i 
niewinną. Jednak nawet we śnie rysowała się na niej niezależność.

Poświęcił jeszcze kilka minut na wypranie reszty swoich ubrań i rozwieszenie 

ich przed ogniem, potem położył się do łóżka uważając, żeby nie znaleźć się na stronie 

Maxie. Trudno sobie wyobrazić, jak amerykańscy narzeczeni znoszą spanie w jednym 
łożu. Gdyby nie fakt, że Maxie mu zaufała, nie uchroniłyby jej przed nim nawet grube 

futra Eskimosów. Miał ochotę przysunąć się do niej i objąć ramieniem, jak czynił to 
przez kilka ostatnich nocy. Maxie miała rację: leżenie w prawdziwym łóżku różniło się 

od spania na sianie. Było bardziej niebezpieczne. Łóżka  są po to, żeby się w nich 
kochać, choć z pewnością figle na sianie również należą do wielkich przyjemności.

Starał się zapomnieć, że tuż przy nim leży ponętne kobiece ciało. W gruncie 

background image

rzeczy łatwiej byłoby mu zasnąć w towarzystwie skorpiona.

background image

13

Maxie obudziła się wtulona w Robina. Zupełnie jej to nie zdziwiło. W pokoju 

było zimno, więc ciepłe ciało towarzysza przyciągało jak magnes.

W trakcie podróży z ojcem po Nowej Anglii niejednokrotnie dzieliła łóżko z 

innymi   dziećmi   lub   niezamężnymi   pannami.   Nocne   walki   z   łokciami,   kolanami   i 

zabieranie sobie kołdry nauczyło ją, że z niektórymi ludźmi trudno jest spać. Dlatego 
zaskoczyło ją, że ona i Robin tak doskonale dopasowali się w łóżku, w najbardziej 

dosłownym znaczeniu. Jednocześnie zmieniali pozycje, bez agresywnych ruchów. Co 
więcej Maxie zawsze budziła się przy nim w dobrym nastroju i wypoczęta, nawet po 

nocy, którą spędzili na twardej i zimnej ziemi. Robin chyba także dobrze przy niej 
spał.

Dzień   dopiero   się   zaczynał,   słońce   stało   jeszcze   nisko   nad   horyzontem. 

Wkrótce będą musieli ruszać, ale mogła jeszcze przez kilka minut poleżeć z głową na 

ramieniu   Robina   i   ręką   przełożoną   przez   jego   pierś.   Miał   na   sobie   kalesony,   co 
stanowiło   minimum,   żeby   zachować   przyzwoitość.   To   jednak   za   mało,   pomyślała 

sennie.

Przesunęła dłonią po piersi Robina. Pod palcami czuła miękkie włosy. Choć 

wydawał się szczupły, miał zaskakująco dobrze wyrobione muskuły. A może wcale nie 
zaskakująco? Przypomniała sobie, jak zręcznie walczył z Simmonsem.

Nieco niżej po lewej stronie wyczuła zgrubienie po starej bliźnie. Sądząc po 

kształcie była to blizna po kuli. Z jakiegoś powodu ktoś strzelał do Robina. Pomyślała 

z obawą, że chodziło o coś nikczemnego. Miał szczęście, że przeżył. Pewnie jak kot ma 
dwanaście żyć. Dzięki Bogu.

Czuła  pod dłonią  równomierne  bicie   jego  serca.  W  pokoju  było już  na  tyle 

jasno,   że   mogła   zobaczyć   doskonały   profil   i   spokojną,   niemal   chłopięcą   twarz. 

Przywodziła   na   myśl   anioła,   istotę   z   innego   świata,   przepełnioną   światłem   i 
przerażającą swą pięknością. Ciekawe, czy w gronie aniołów jest miejsce dla kilku 

buntowników? Nie tych złych, jak Lucyfer, ale takich, którzy są po prostu inni, zbyt 
żywi i niekonwencjonalni, by zadowalało ich śpiewanie w niebieskim chórze. Może 

jeden z nich spojrzał na ziemię i zobaczył, że ziemska kobieta potrzebuje ochrony w 
długiej i niebezpiecznej podróży, zszedł więc na dół, by jej pomóc.

Uśmiechnęła się, zastanawiając się, co takiego Robin ma w sobie, że budzi w 

niej takie skojarzenia. Kiedy spotkali się na polanie, pomyślała o Oberonie. A przecież 

background image

to   prawdziwy   człowiek   z   krwi   i   kości,   wyjątkowo   smakowity   kąsek.   Działając   pod 

wpływem emocji, uniosła się i lekko musnęła wargami jego usta.

Poruszył się i obrócił w jej stronę, oddając delikatną pieszczotę. Sprawdziło się 

przewidywanie, że wypite piwo podziała na niego usypiająco. Nie zdawał sobie sprawy 
z tego, co robi. Ucieszyło ją to, bo mogła go do woli całować i udawać przed sobą, że to 

się nie liczy, bo Robin i tak nie będzie niczego pamiętał.

Kiedy   poczuła   jego   język   na   wargach,   rozchyliła   je   lekko.   Pocałunek   się 

pogłębił, przypominał różę rozkładającą płatki do słońca. Ręka Robina zsunęła się po 
plecach Maxie i zatrzymała na biodrze. Cienki materiał koszuli nie stanowił żadnej 

przeszkody. Czuła zmysłowy nacisk wszystkich palców. Miała ochotę zamruczeć jak 
kot. Objęła szyję Robina, wiedząc, że najwyższy czas się zatrzymać. Niewinne uczucie 

przyjemności,   które   czerpała   ze   zbliżenia,   zmieniało   się   w   silne   pragnienie 
kontynuowania tego, co zaczęli. Robin zaraz rozbudzi się na dobre, a wtedy nie będzie 

już mogła przerwać, udając pruderyjność.

Postanowiła się odsunąć. Zanim jednak zebrała siły potrzebne do wykonania 

ruchu,   dłoń   Robina   spoczęła   na   jej   «biuście.   Sapnęła,   czując   jakby   rozgrzana   do 
czerwoności stal popłynęła jej w żyłach. Z trudem chwytała powietrze, ale nie mogła 

się zdobyć na przerwanie tego hipnotyzującego pocałunku.

- Jesteś taka piękna - wymamrotał Robin odrywając od niej usta.

Już wcześniej o tym mówił, ale wtedy w jego głosie nie brzmiało zmysłowe 

pożądanie. Odetchnęła głęboko. Poczuła na szyi jego rozgrzane usta. Miękki oddech, 

aksamitny język i ostry zarost stanowiły podniecającą mieszankę.

Powoli przesuwał językiem wzdłuż szyi, zbliżając się do piersi. Był jak słońce, 

gorący i silny, ożywiający wszystko, czego dotykał.

Zatopiona w zmysłowych emocjach,  nie zauważyła, że zsunął jej z ramienia 

koszulę i odsłonił pierś. Wilgotne usta spoczęły na jej sutku. Pieścił go językiem w 
rytm mocnych uderzeń jej serca.

- Robin, Robin... - Urwała nagle, bo zapomniała, czemu miała się sprzeciwiać. 

Leżał blisko niej, czuła na udzie nabrzmiałą męskość. Poruszyła nogą, rozmyślnie ją 

podniecając.

Z gardła Robina wydarł się zduszony jęk. Złapał za koszulę i zadarł powyżej 

bioder. Powolnymi i długimi ruchami zaczął gładzić wnętrze jej ud. Potem delikatnie 
musnął rozgrzane łono. Przez ciało Maxie przebiegł dreszcz rozkoszy.

-   Och,   Boże,   Maggie.   Tak   długo,   tak   straszliwie   długo,   na   to   czekałem   - 

background image

wyszeptał tuż przy jej uchu.

Zesztywniała. Pożądanie gdzieś się ulotniło. Wahała się jeszcze sądząc, że się 

przesłyszała, ale nie mogła się oszukiwać.

- Nie Maggie - powiedziała zimno. - Maxie. Otworzył oczy i spojrzał na nią z 

przerażeniem.

Po chwili paraliżującego milczenia odrzucił narzutę i wstał z łóżka. Drżał na 

całym ciele, z trudem próbując utrzymać się na nogach. W końcu usiadł niezręcznie 

na brzegu łóżka i ukrył twarz w dłoniach.

- Chryste, przepraszam - wydusił ochryple. - To nie powinno się zdarzyć.

Trząsł   się   cały.   Bóg   jeden   wie,   jakie   katusze   przechodził   w   tej   chwili,   ale 

wykraczały one daleko poza frustrację pożądania.

Usiadła   na   łóżku   starając   się   odnaleźć   jakiś   porządek   w   chaotycznej 

mieszaninie   skrępowania   i   stłumionego   gwałtownie   podniecenia.   Dobry   Boże,   ale 

zrobiła z siebie idiotkę. W końcu opanowała irracjonalną wściekłość.

-   To   nie   twoja   wina,   tylko   tego   łóżka   -   powiedziała   nienawidząc   siebie   za 

toczące jej serce uczucie zazdrości, po czym dodała zgryźliwie: - Chciałbyś, żebym była 
tą Maggie?

Mięśnie na karku Robina stężały. Po chwili ciężkiego milczenia, nie odejmując 

dłoni od twarzy, powiedział:

- Niektórych pytań nie należy zadawać. A jeśli już padną, nie należy na nie 

odpowiadać.

Policzki Maxie oblał krwisty rumieniec. Zrozumiała, że znowu się wygłupiła. 

Jednak nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać:

- Nie należy, czy się nie da?
Robin uniósł głowę. Na jego twarzy malował się głęboki ból.

- Przypuszczam, że się nie da.
Wstał   i   podszedł   do   okna.   Był   szczupłej   budowy,   ale   kiedy   patrzyło   się   na 

twarde   mięśnie,   napinające   się   przy   każdym   ruchu,   przypominał   lwa.   Gdyby   go 
obudziła, wiedziałby, że to ona przy nim leży. Gdyby była tą osobą, której pragnie, 

leżałaby w jego ramionach i kochaliby się nadzy w świetle poranka.

-   Czy   Maggie   jest   tą   kobietą,   z   którą   chciałeś   się   ożenić?   -   zapytała   cicho, 

próbując stłumić uczucie zawodu.

- Tak. - Westchnął ciężko. - Przez wiele lat byliśmy przyjaciółmi, kochankami i 

partnerami w przestępstwie.

background image

Partnerami w przestępstwie? Nie chciała teraz się nad tym zastanawiać.

- Czy ona umarła? Potrząsnął przecząco głową.
- Wprost przeciwnie. Jest szczęśliwą mężatką, a jej mąż może jej dać o wiele 

więcej niż ja byłem w stanie.

Ogarnęła ją niechęć do tej nieznanej Maggie. Kobieta, która porzuciła takiego 

człowieka jak Robin dla kogoś bogatszego, nie jest warta cierpienia.

Podzieliłaby się z towarzyszem tym wnioskiem, gdyby słowa mogły ulżyć jego 

smutkowi, ale logika podpowiadała, żeby nie poruszać teraz spraw sercowych. Poza 
tym   ta   Maggie   mogła   wybrać   innego   nie   ze   względu   na   majątek,   ale   w   trosce   o 

bezpieczeństwo.   Ona   sama   pragnęła   stabilizacji,   potrafiła   więc   zrozumieć   takie 
stanowisko. Życie przy Robinie mogło dostarczać wielu wrażeń, ale brakowało w nim 

spokoju.

W   sypialni   robiło   się   coraz   jaśniej.   Maxie   spojrzała   na   plecy   Robina   i   ze 

zdumieniem   zauważyła   niewyraźne   linie   blizn,   które   wyglądały   jak   ślady   po 
biczowaniu. Serce jej się skurczyło na myśl o tym, co mogły kryć te straszliwe znaki. 

Nie potrafiła nic zaradzić na stare blizny, ale mogła zrobić coś z gęsią skórką, która 
pojawiła się na ciele Robina. Wzięła schnącą na oparciu krzesła koszulę i okryła nią 

jego ramiona.

- Ta twoja Maggie jest skończoną idiotką - rzuciła ze złością. Spojrzał na nią i 

uśmiechnął   się   słabo.   W   bladym   świetle   poranka   jego   jasne   włosy   wydawały   się 
bardziej   srebrne   niż   złote.   Włożył   koszulę,   a   potem   objął   Maxie   ramieniem   i 

przyciągnął do siebie.

- Nie jest idiotką, ale dziękuję ci za współczucie.

Było   jej   zimno,   przylgnęła   więc   mocno   do   Robina,   obejmując   go   w   pasie. 

Zawsze  kiedy się dotykali,  ogarniało  ich ciepło. Niedawne  pożądanie zniknęło, ale 

nadal byli świadomi swoich ciał. Pomyślała, że tak pozostanie na zawsze, nawet jeśli 
nie będą się specjalnie o to starać.

W   tej   ich   bliskości   było   coś   jeszcze:   uczucie,   jakie   dzielą   żołnierze,   którzy 

wspólnie przetrwali bitwę.

-   Jaka   jest   ta   Maggie?   -   zapytała,   sądząc,   że   dobrze   mu   zrobi,   jeśli   się   jej 

zwierzy.

Zawahał się.
-   Silna,   inteligentna,   odważna.   Umie   nad   sobą   panować.   Jest   do   ciebie 

podobna,   Kanawiosta,   choć   różnicie   się   urodą.   -   Zacieśnił   uścisk.   -   Ale   obydwie 

background image

jesteście piękne.

Zamilkli,   wpatrzeni   we   wschodzące   słońce.   Maxie   domyślała   się,   że   to 

porównanie miało być komplementem, nadal jednak czuła ból na myśl o tym, iż jego 

niedawne pieszczoty były przeznaczone dla innej.

Przypomniała   sobie   jego   pogmatwane   myśli,   kiedy   próbowała   nauczyć   go 

słuchać wiatru. Niektóre miejsca w jego duszy wciąż krwawiły po stracie. Taki ból 
noszą w sobie osoby, które rzadko kogoś obdarzają miłością, a kiedy już to uczynią, 

nie ma ona granic. Przypomniała sobie jego zasady dotyczące honoru. Kochał inną 
kobietę,   lecz   ona   także   mu   się   podobała.   Mimo   to   potrafił   się   powstrzymać.   To 

tłumaczyło jego dystans; nic dobrego nie wynikłoby z ich związku, skoro jego serce 
było zajęte.

Te przemyślenia nie pomogły jednak Maxie opanować zamętu w głowie. Nagle 

poczuła złość na sytuację w której znalazła się przez swoje pochodzenie. Tkwiła na 

granicy   dwóch   kultur,   lecz   do   żadnej   z   nich   nie   należała.   W   świecie   jej   matki 
niezamężna kobieta mogła kochać się z mężczyzną bez żadnych konsekwencji. Gdyby 

była prawdziwą córką sześciu narodów, fakt posiadania kochanka stanowiłby wręcz 
powód   do   dumy.   Ale   nie   jest   przecież   Indianką.   Nie   jest   też   angielską   panną, 

wychowaną   w   wierności   dla   jednego   mężczyzny,   który   małżeństwem   płaci   za 
przywilej kochania się z nią. Znała obyczaje kraju ojca na tyle, by nie wyrażać głośno 

swoich pragnień. Gdyby zgodziła się na pozamałżeński seks, zyskałaby opinię kobiety 
lekkich obyczajów.

Ślub z Robinem nie wchodził w grę. Jej własny ojciec stanowił niezbity dowód, 

iż   nie   da   się   zmusić   urodzonego   włóczęgi   do   osiadłego   życia.   Nawet   gdyby 

powodowany   trawiącą   go   samotnością   Robin   ponownie   złożył   jej   małżeńską 
propozycję, to wywodzili się z tak różnych środowisk, że ich związek nie miałby szans 

na przetrwanie. Byłoby naiwnością z jej strony wierzyć w wieczną miłość, lecz nie 
mogła też godzić się na mniej. To jednak nie oznaczało, że między nimi nie może 

istnieć   coś   prawdziwego,   gdyby   jednak   uległa   pożądaniu,   złamałaby   sobie   serce   i 
zaprzepaściła przyszłość.

Powstrzymując łzy, wtuliła twarz w ramię Robina. Objął ją mocniej.
- Pewnie żałujesz, że się spotkaliśmy - powiedział. - Zdaje się, że zamiast służyć 

ci pomocą, sprawiam tylko kłopoty.

-   Nie   żałuję,   jeśli   ty   nie   żałujesz   -   odpowiedziała.   Przytulił   policzek   do   jej 

włosów.

background image

- Nie, Kanawiosta, nie żałuję.

Poczuła ucisk w gardle. Między nimi działo się coś ważnego, ale to nigdy nie 

będzie miłość. Postanowiła, że od tej chwili aż do Londynu będzie słuchać jedynie 

rozumu. Nie dopuści, by powtórzyło się to, co dzisiaj. Jednak w głębi duszy wiedziała, 
że za tę rozumową postawę przyjdzie jej zapłacić, kiedy już rozstanie się z Robinem. 

Nie będzie nawet miała co wspominać.

background image

14

Powóz   trząsł   się   i   kołysał   na   wyboistej   drodze.   Desdemona   starała   się   nie 

patrzeć w twarz pokojówki wyrażającą skrajne cierpienie. Modliła się w duchu, by 

powóz nie rozpadł się na kawałki, zanim dotrą do zajazdu, w którym mieli zwyczaj 
zatrzymywać się poganiacze bydła.

W końcu powóz stanął. Desdemona wysiadła, nie czekając na otwarcie drzwi. 

Przez   chwilę   stała   nieruchomo,   rozkoszując   się   twardym   podłożem   pod   stopami. 

Wiatr   hulał   po   nagim   wzgórzu,   pędząc   chmury   po   niebie.   Silny   zapach   bydła   w 
powietrzu wskazywał na to, że zupełnie niedawno ruszyło w drogę.

Mimo   że   poinstruowani,   jak   dotrzeć   na   miejsce,   z   trudem   odnaleźli   drogę. 

Ciekawe, czy dowie się tu czegoś o Maxie i lordzie Robercie. Ruszyła w stronę zajazdu.

Obchodząc   powóz,   zauważyła   drugi   ze   znajomym   herbem   na   drzwiach. 

Uśmiechnęła   się   z   satysfakcją.   Najwyraźniej   nadrobiła   przewagę   dzielącą   ją   od 

markiza Wolverton po incydencie z rabusiami.

W tym momencie drzwi zajazdu  otworzyły się i stanął w nich Giles. Na jej 

widok uśmiechnął się tak promiennie, że przez chwilę nie wiedziała, co ma robić. 
Natychmiast jednak przypomniała sobie, iż są przeciwnikami a nie przyjaciółmi.

-   Dzień   dobry,   lordzie   Wolverton   -   powiedziała.   -   Domyślam   się,   że   nie 

odnalazł pan naszych uciekinierów.

- Jeszcze nie. Chce pani, żebym podzielił się z nią wieściami, które do tej pory 

zebrałem?

Zawahała się, zerknęła na gospodę, a potem z powrotem na markiza. Odczytał 

jej wahanie jako odmowę.

-   Później   będzie   pani   mogła   przepytać   właściciela   zajazdu   i   sprawdzić,   czy 

czegoś nie ukryłem, ale sądzę, że dobrze się stanie, jeśli porozmawiamy - powiedział.

Dobry Boże, czy z jej twarzy tak łatwo jest wszystko wyczytać? Westchnęła. 

Nikt   nigdy   nie   miał   kłopotu   z   odczytaniem   jej   myśli,   a   to   wielka   przeszkoda   dla 

kobiety - polityka.

- Doskonale - odparła, zdając sobie sprawę, że jej ton nie należy do najbardziej 

uprzejmych.

Giles podał jej ramię, jakby byli na przechadzce w parku. Choć nie należała do 

niskich i tak przewyższał ją wzrostem.

- Mam nadzieję, że nie ucierpiała pani przez ten napad?

background image

-   Nie.   -   Rzuciła   mu   ukradkowe   spojrzenie.   Jest  naprawdę   przystojny.   -   To 

raczej pana należałoby o to zapytać. Przecież omal pana nie zastrzeliłam.

Oczy markiza zamigotały.

-   Wprost   przeciwnie   -   odparł   z   błyskiem   w   oku.   -   Moje   cudowne   ocalenie 

kazało mi na nowo docenić życie.

- W takim razie jestem do usług, jeśli kiedyś będzie pan potrzebować zachęty 

do życia.

Zachichotał.
- Nie wiem, czy mogę mieć do pani tyle zaufania, by wierzyć, że uda się pani 

spudłować po raz drugi. - Kiedy znaleźli się poza zasięgiem uszu służby, odezwał się 
poważniejszym głosem: - Dwa dni temu przeszła tędy grupa poganiaczy z Welsh. Mój 

brat i panna niewinna dołączyli do nich.

- Pański brat i kto?

- O przepraszam, przyzwyczaiłem się nazywać tak w myślach pannę Collins - 

wyjaśnił bez odrobiny skruchy.

Zmrużyła gniewnie oczy, ale powstrzymała się od komentarza. Najpierw musi 

wysłuchać, co ma jej do powiedzenia.

-   Teraz   pewnie   dotarli   gdzieś   w   okolice   Leicester   -   ciągnął.   -   Nie   jestem 

przekonany,   czy   była   tu   panna   Collins,   bo   nadal   udaje   jej   się   pozostać   osobą 

anonimową, ale ktoś zabawiał gości czarodziejskimi sztuczkami i żonglerką w zamian 
za jedzenie i pokój. To musiał być Robin. Jako chłopiec pasjonował się kuglarstwem i 

doszedł do niezłej wprawy.

To dobrze świadczyło o lordzie Robercie.

- Gdzie była moja bratanica, kiedy lord Robert robił z siebie głupka? - zapytała 

Desdemona tłumiąc cieplejsze uczucia dla włóczęgi.

- W sypialni,  kąpała  się. - Zmierzył  wzrokiem  Desdemonę.  - Panna  Collins 

najwyraźniej nie miała ochoty wykorzystać doskonałej sposobności do ucieczki, co 

tylko   potwierdza   moje   przypuszczenie,   że   podróżuje   z   Robinem   z   własnej,   nie 
przymuszonej woli.

Desdemona chrząknęła znacząco.
Usta Gilesa zadrżały, jakby starał się pohamować śmiech.

- Myślę, że brat zaproponował pannie Collins opiekę w drodze do Londynu. 

Taki dziwaczny i honorowy czyn bardzo do niego pasuje. To także oznacza, że pani 

bratanicy nic nie grozi. Wręcz przeciwnie. Jak również, że panna wcale nie zamierza 

background image

uciec od mojego brata.

Choć Desdemona skłonna była przyznać mu rację, nie miała ochoty mówić tego 

głośno.

- Ma pan bujną wyobraźnię, ja jednak nadal nie jestem przekonana.
Dotarli   w   pobliże   wielkiego   głazu.   Dalej   zaczynało   się   strome   zbocze,   więc 

musieli się tu zatrzymać. Desdemona przysiadła na kamieniu, sprawdzając przedtem, 
czy jej obszerna peleryna dokładnie ją otula.

- Może Maxime zamknięto w sypialni. Poza tym, prawdopodobnie jest już tak 

wystraszona, że nie myśli nawet o ucieczce. Nie uspokoję się, dopóki sama z nianie 

porozmawiam.

- Jakoś wcale nie jestem zaskoczony - mruknął Giles siadając obok. Popatrzyła 

na niego lodowato.

- Co pan zamierza, kiedy znajdzie ich pan przede mną? Zapłaci pan każdą cenę, 

żeby uniknąć rodzinnego skandalu?

- To jedna z możliwości - przyznał. - Jednak sprawa jest otwarta. Zdecyduję, 

kiedy nadejdzie odpowiedni moment.

-   Gdyby   miał   pan   wybierać   między   sprawiedliwością   a   bratem,   co   by   pan 

wybrał?

Westchnął i spojrzał na wznoszące się przed nimi wzgórza.

- Mam szczerą nadzieję, że nie dojdzie do takich wyborów. Lady Ross, zna pani 

tę dziewczynę. Jeśli jest taka porządna i uczciwa, to czy mogłaby się zachować poniżej 

swojej   godności?   Pani   bratanica   nie   jest   naiwna.   Słyszałem,   że   amerykańskie 
dziewczęta mają swobodniejsze zasady niż angielskie.

Zapędził   ją   w   kozi   róg   tym   pytaniem.   Poczuła,   jak   krew   napływa   jej   do 

policzków. Giles patrzył na nią przez chwilę z uwagą, po czym zapytał:

- Jak dobrze ją pani zna? Panna Collins jest w Anglii dopiero od kilku miesięcy, 

a wcześniej mówiła pani, że jechała do Durham, żeby ją odwiedzić.

Desdemona utkwiła wzrok w parasolce.
- Nigdy się nie widziałyśmy - przyznała cicho. - Niemniej jednak dużo ze sobą 

korespondowałyśmy i mam wrażenie, że dobrze ją znam. Jest wykształcona i zdaje się 
rozsądna. Nie zauważyłam śladów powierzchowności i braku moralności.

- Dobry Boże, nigdy jej pani nie widziała? - Z heroiczną wręcz siłą zmusił się do 

spokojnego tonu. - Być może zbytnio się pani o nią martwi. Z tego co zdążyłem się 

dowiedzieć, jest to osoba niezależna i energiczna. Jeśli jest też uczciwa, nic jej nie 

background image

grozi ze strony mojego brata. Może powinna pani zaczekać na nią w Londynie. Jestem 

pewien, że wkrótce tam dotrze, a pani oszczędzi sobie męczącej pogoni.

Lady Ross wstała i rzuciła mu gniewne spojrzenie.

- Może ma pan rację i Maxima dotrze bezpiecznie do Londynu. Brakuje mi 

jednak   pańskiego   wzruszającego   zaufania   do   osoby   brata,   tak   więc   będę 

kontynuowała pościg, aż osobiście się nie przekonam, że mojej bratanicy nic nie grozi.

Byłby zawiedziony, gdyby udało mu się odwieść lady Ross od dalszego pościgu. 

On także  wstał i zapatrzył się w twarz  kobiety,  która interesowała go bardziej niż 
bezpieczeństwo   panny   niewinnej.   Twarz   ocieniona   słomkowym   kapeluszem   miała 

ostre rysy, była jednak regularna i pociągająca.

- Jakie włosy kryją się pod tym dekoracyjnym kapeluszem? - zapytał.

Desdemona wytrzeszczyła oczy. Choć zazwyczaj Giles postępował jak wzorowy 

dżentelmen,   nagle   naszła   go   ochota   do   figlów.   Przysunął   się   i   jednym   ruchem 

rozwiązał   wstążkę   kapelusza   i   zdjął   go   z   jej   głowy.   Wstrzymał   oddech   na   widok 
gorejącej burzy czerwoności. Kilka pasemek uwolniło się z koka i zsunęło na szyję. Nie 

wyglądała   już   jak   dumna   feministka.   Gdyby   rozpuściła   włosy,   wyglądałaby   jak 
pogańska bogini.

- Sam pan rozumie, dlaczego je chowam - rzuciła niepewnie. - To nie są włosy 

porządnej kobiety. Mężczyźni nas kochają lub nienawidzą, ale nigdy szanują. Moja 

ciotka była zrozpaczona, kiedy się urodziłam. Powiedziała, że mój wygląd bardziej 
pasuje do kurtyzany niż do damy.

Giles   nigdy   nie   myślał   na   temat   rudych   włosów,   ale   teraz   ogarnęło   go 

gwałtowne pragnienie, by rozpuścić te pasma i zanurzyć w nich dłonie. Chciał, by te 

błyszczące, skręcone pukle przepływały między jego palcami i owinęły się wokół dłoni. 
Chciał zanurzyć w nich twarz, żeby czuć te płonące sploty.

Dobry   Boże,   o   czym   on   myśli?   Dobiegał   czterdziestki,   był   wzorem   trzeźwo 

myślącego,   odpowiedzialnego   mężczyzny.   Z   pewnością   przekroczył   już   wiek,   w 

którym pożądanie potrafi pomieszać zmysły. Odetchnął głęboko.

- W samych włosach nie ma niczego niemoralnego lub moralnego - powiedział 

lekkim tonem.

Dotknął jednego z loków, zaskoczony, że nie spalił mu palców.

- Pani włosy są bardzo piękne i nie ma w nich nic nieprzyzwoitego.
- Nie jestem tego taka pewna - odparła sucho. - Przekonałam się już, że gdy 

pragnę, by traktowano mnie poważnie, muszę je kryć.

background image

- Od początku uważałem, że martwi się pani o bratanicę bardziej niż wymagają 

tego okoliczności - powiedział. - Dlaczego nie ufa pani mężczyznom?

Odwróciła wzrok. Miała mleczną, typową dla rudowłosych cerę.

- Nie wszystkim. Ojcowie i bracia są w porządku i kilku innych także.
To wiele tłumaczyło.

- Obiło mi się o uszy, że pani świętej pamięci mąż, sir Gilbert, nie należał do 

statecznych mężczyzn.

Uniosła dumnie głowę.
- Jest pan arogancki, lordzie Wolverton. Jeśli ktoś taki jak pan, szczycący się 

prawością,   posuwa   się   do   takiej   impertynencji,   nic   dziwnego,   iż   pański   brat   jest 
zwykłym włóczęgą.

Wyrwała mu z rąk kapelusz i włożyła na głowę, zakrywając płomienne włosy, a 

wraz   z   nimi   swoją   bezbronność.   Potem   odeszła   dumnym   krokiem,   ze   sztywno 

wyprostowanymi plecami.

Uświadomił sobie, że nigdy nie widział jej ubranej inaczej niż Eskimos. Jak 

wyglądała   w   bardziej   zwiewnych   szatkach?   Nie   należała   do   szczupłych,   lecz   z 
pewnością miała się czym pochwalić. Lubił kobiety o pełnych kształtach. Żałował, że 

jego żona była taka filigranowa.

Desdemona nie mogła odejść tak szybko, jak by sobie tego życzyła, bo miała na 

nogach lekkie trzewiki i musiała torować sobie drogę przez wysoką trawę. Dogonił ją 
więc bez kłopotu.

- Za dwa dni poganiacze będą przechodzili przez Market Harborough. Zdąży 

pani tam dotrzeć, żeby ich zatrzymać.

- Czy pan także tam będzie? - Jej głos był chłodny, a twarz schowana w cieniu 

kapelusza.

- Naturalnie. Uważam, że to najlepsze miejsce na spotkanie naszych zbiegów.
Pomimo optymistycznych słów wątpił, że uda mu się pochwycić Robina, jeśli 

brat nie będzie sobie tego życzył. Każdy szpieg musiał umieć znikać, a Robin był w 
tym ekspertem, w przeciwnym razie nie przetrwałby tylu lat na kontynencie.

Uznał   jednak,   że   nie   należy   ujawniać   tej   ważnej   informacji.   Jeśli   Robin 

zamierza   dalej   podążać   tą   samą   trasą,   niedługo   znajdzie   się   w   pobliżu   swojej 

posiadłości Ruxton. Możliwe, że wraz z panną niewinną zatrzymają się tam na jakiś 
czas, zwłaszcza jeśli odkryją, że są śledzeni.

Jeśli nie znajdzie  ich  wcześniej,  to na pewno w Ruxton. Biorąc  pod uwagę 

background image

podejrzliwą naturę lady Ross, będzie lepiej, gdy dotrze tam przed nią.

background image

15

Maxie ugryzła swoją kanapkę złożoną z plasterka szynki obłożonego dwiema 

kromkami świeżego chleba i z zadowoleniem oparła się o nagrzany słońcem kamień.

-   Podróż   z   poganiaczami   ma   dwie   wady.   Robin   przełknął   kanapkę   i   popił 

piwem.

- Jakie?
- Ryk kilku tysięcy sztuk bydła, krzyki ludzi i ujadanie psów. No i ten zapach. 

Zwłaszcza on.

Robin zachichotał.

- Za jakiś czas przestaniesz zwracać na to uwagę.
-   Nie   tracę   nadziei.   -   Przełknęła   ostatni   kęs.   -   Ale   sami   poganiacze   mi   się 

podobają. Przypominają farmerów z Nowej Anglii. Mają w sobie twardość i prostotę 
ludzi, którzy żyją blisko ziemi.

- Ich sąsiedzi powierzyli im pieniądze, więc muszą być zgrani. Przypuszczam, 

że aby dostać licencję poganiacza, muszą mieć powyżej trzydziestki, być żonaci, a więc 

godni zaufania.

Maxie skrzywiła się.

- Zbyt wiele rzeczy w Anglii wymaga licencji i specjalnych przyzwoleń.
- To cena cywilizacji. - Oczy Robina zabłysły szelmowsko. - Anglik, kiedy się już 

zmęczy,   zawsze   może   wyjechać   do   Ameryki,   aby   tam   odnaleźć   prawdziwe   życie, 
wolność i szczęście.

- Ludzie rzeczywiście są wolniejsi w Ameryce - stwierdziła z powagą Maxie. - 

Ale szczęście można znaleźć wszędzie. Niestety, żadne prawo nie daje pewności, że je 

naprawdę znajdziemy.

Robin kiwnął głową na znak potwierdzenia, potem wrócił do kanapki. Stado 

szykowało się do nocnego odpoczynku, a poganiacze raczyli się wieczornym posiłkiem 
w gospodzie. Maxie i Robin zostali na dworze, raz z powodu ładnej pogody, dwa, żeby 

nikt się nie zorientował,  kim jest Maxie. Miała  już szczerze  dość tego przeklętego 
kapelusza.

Nagle jej uwagę przykuło nasionko klonu, wolno spływające na ziemię. W tym 

powolnym   locie   złapał   je   słoneczny   promień,   więc   przez   chwilę   stało   się   niemal 

przezroczyste. Powiał lekki wiatr i płatek opadł prawie przy dłoni dziewczyny. Maxie 
uśmiechnęła się z zadowoleniem.

background image

Nie zdawała sobie sprawy, że jest obserwowana, dopóki nie usłyszała cichego 

głosu Robina.

- Kiedy  patrzyłaś  na  to opadające  nasienie  klonu,  miałaś  na  twarzy  wprost 

religijne uniesienie.

Zamierzała pokryć jego uwagę śmiechem, ale zmieniła zdanie. Może Robin jej 

nie zrozumie, ale na pewno nie wykpi.

- Bo też po części tak się czułam. Naród mojej matki postrzega naturę jako 

jedną wielką całość. Liść jest tak samo uduchowiony jak chmura, wiatr czy ludzka 
dusza.

Robin słuchał jej w skupieniu.
- W Anglii podchodzi się do przyrody jak do wroga, którego trzeba okiełznać 

albo jak do służącego, który winien nam służyć. Indiański sposób myślenia jest lepszy 
i   zdrowszy.   -   Umilkła,   zastanawiając   się,   jak   przetłumaczyć   na   angielski   ulotne 

pojęcia. - Moja matka potrafiła dostrzec jedność natury. Widziała to, kiedy patrzyła na 
kwiat albo na obłok. Kiedy w takich chwilach ją obserwowałam, rozumiałam, co to 

znaczy czerpać z życia radość.

- Czy to była jakaś forma medytacji? Wzruszyła ramionami.

- To chyba najodpowiedniejsze angielskie słowo. Ja bym powiedziała, że sama 

stawała się częścią przyrody jak kropla deszczu w rzece.

- Czy ty też to potrafisz?
-   Kiedy   byłam   małą   dziewczynką,   potrafiłam   się   tak   skupić,   choć   tylko   do 

pewnego stopnia. Myślę, że wszystkie dzieci to potrafią. O tym przecież mówi poezja 
Wordswortha. - Zamilkła, znowu szukając właściwego słowa. - Nawet teraz, od czasu 

do czasu, kiedy podziwiam świat, czuję się tak, jakby... jakby energia ziemi spływała 
na mnie. Gdyby tak się stało, stałabym się częścią natury. - Westchnęła. - Jednak 

nigdy do tego nie dochodzi. Przypuszczam, że mam za sobą zbyt dużo przeczytanych 
książek i spędziłam zbyt wiele czasu z Białymi. Nie potrafię już całkowicie złączyć się z 

naturą. To frustrujące uczucie mieć to niemal w garści, a jednak nigdy do końca.

-   Harmonia   to   dla   mnie   ogromnie   tajemnicze   pojęcie.   -   Twarz   Robina 

spoważniała. - Prawdopodobnie dlatego, że sam jestem z natury bardzo pogmatwany.

-   To   nie   do   końca   prawda.   Myślisz   tak,   ponieważ   za   bardzo   kierujesz   się 

umysłem. Patrz i wyobraź sobie, że nagle stajesz się liściem. Użyj duszy, nie rozumu.

Zamierzała pochwycić rękę Robina, ale na wspomnienie niedawnych przeżyć 

cofnęła się. Zamiast tego podniosła nasionko klonu i podrzuciła je w powietrze. Złapał 

background image

je wiatr i uniósł w górę.

Dusza   Maxie   pofrunęła   za   nim,   radując   się   wolnością   szybowania   i 

przyjemnością ślizgania się na słonecznym promieniu. Gdzieś w dole znajdowało się 

odpowiednie miejsce, na które ziarno mogło upaść i zakorzenić się, dając początek 
nowemu życiu. Kiedy ponownie opadło na ziemię, nie wiedziała, czy tęsknota, którą 

czuła za domem, za swoimi korzeniami, to jej tęsknota czy nasionka. Prawdopodobnie 
obydwojga,   inaczej   jego   duch   nie   znalazłby   w   niej   takiego   odzewu.   Z   zamyślenia 

wyrwało ją mamrotanie Robina.

- Myślę, że trochę to rozumiem, Kanawiosta. Próba połączenia się z naturą to 

nie jest akt religijny, to sposób na życie.

-   Twój   przypadek   nie   jest   jeszcze   beznadziejny,   lordzie   Robercie.   -   Była 

zadowolona, że ją zrozumiał, lecz nie miała ochoty nic więcej mówić. Gestem dłoni 
wskazała na dziwne zamieszanie przed nimi. - Co robi Dafydd Jones?

Robin spojrzał w stronę barczystego, rumianego poganiacza.
- Rozkłada przenośną kuźnię. Bydło jest podkute, żeby nie okulało w drodze. A 

taka kuźnia oszczędza poszukiwań kowala.

- Jak się podkuwa rozszczepione kopyto?

-   Podkowa   składa   się   z   dwóch   części.   Zdaje   się,   że   kowal   zawczasu   je 

przygotował, dzięki czemu nie musi ich teraz wykuwać. W ten sposób uniknie pracy z 

rozgrzanym żelazem.

Maxie wstała zaintrygowana.

- Chyba pójdę popatrzeć.
Dafydd Jones jako jeden z niewielu poganiaczy mówił płynnie po angielsku, 

więc mogła się z nim porozumieć i już kilkakrotnie z nim rozmawiała. Jego walijski 
akcent był tak silny, że nie zawsze dobrze go rozumiała, ale uwielbiała słuchać jego 

melodyjnego barytonu.

- Masz ochotę mi pomóc, chłopcze? - zapytał.

Z powątpiewaniem popatrzyła na tuzin pasących się byków.
- Nie wiem, czy się na coś przydam. Nigdy nie pracowałem u kowala ani nie 

podkuwałem bydła.

- Wystarczy, że będziesz podawał mi podkowy i narzędzia, o które poproszę. - 

Jones wskazał na narzędzia, potem podniósł zwinięty sznur i rzucił go na pierwszego z 
brzegu byka, którego oddzielił od reszty pies pilnujący stada. Kiedy lina opadała na 

ziemię, Walijczyk zaciągnął ją mocno wokół nóg zwierzęcia i pociągnął. Byk upadł z 

background image

rykiem na ziemię, bardziej zaskoczony niż zły.

Maxie   podała   podkowę   poganiaczowi,   a   ten   szybko   przybił   ją   do   brzegów 

kopyta, cały czas kontrolując wierzgającego byczka. Ten akurat potrzebował wymiany 

tylko jednej podkowy, szybko więc został uwolniony i zaczął się niezgrabnie podnosić, 
nerwowo machając ogonem.

Reszta   stada   została   załatwiona   równie   zręcznie.   Z   gospody   dochodziły 

podniesione   głosy   i   walijskie   pieśni.   Maxie   nie   przestawała   podawać   podków   i 

gwoździ, zastanawiając się, jak to jest, że w tej części Anglii dzień trwa tak długo.

Robin skończył jeść kolację i także podszedł popatrzeć. Natychmiast wyczuła 

jego obecność. Będzie za nim tęskniła, kiedy się rozstaną, to pewne.

Trzynaste zwierzę nie miało tyle szczęścia co poprzednie, być może ze względu 

na   feralną   liczbę.   Nie   uciekło   tylko   dlatego,   że   bało   się   wyszczerzonych   kłów 
pilnujących go psów. Jones zarzucił linę, a kiedy rozwścieczony byk upadł, podszedł 

do niego z przygotowaną podkową. W tej samej chwili, nie wiadomo jakim cudem, 
byk uwolnił się i stanął na nogi, potrząsając potężną głową i rycząc wściekle. Ostrym 

rogiem trafił Walijczyka w żebro, rozpruwając mu ubranie i rzucając go na ziemię 
wprost pod swoje okute kopyta.

Maxie   zamarła,   nie   mając   pojęcia,   co   robić.   Inni   poganiacze   siedzieli   w 

gospodzie.   Zresztą   jej   krzyk   zginąłby   w   hałasie   rozśpiewanych   głosów.   Mogła 

spróbować sama wyciągnąć Jonesa, ale wtedy i ją byk powaliłby na ziemię.

Nagle zza jej pleców wyskoczył Robin i chwycił rozwścieczone zwierzę za rogi. 

Wytężając wszystkie  siły, próbował  przekręcić głowę byka na bok i powalić go na 
ziemię.

Kiedy zwierzę zaczęło tracić równowagę, zawołał do Maxie:
- Odciągnij Jonesa na bok!

Dziewczyna   pochyliła   się   nad   Walijczykiem.   W   tej   samej   chwili   kopyto 

strząsnęło jej z głowy kapelusz i przejechało po plecach. Poganiacz był od niej dwa 

razy większy, ale strach dodał Maxie sił. Zatrzymała się dopiero za przenośną kuźnią.

Podniosła głowę i zobaczyła, że Robin trzyma byka za rogi, przygniatając jego 

głowę   do   ziemi,   a   zwierzę   ryczy   przeraźliwie,   jednak   nie   może   się   uwolnić.   Z 
podziwem patrzyła na muskularne ciało Robina. Był taki silny i zręczny. Jednak jego 

przewaga mogła okazać się krótkotrwała. To tak jakby trzymał tygrysa za ogon. Bóg 
jeden   wie,   jak   mu   się   uda   uciec   bez   uszczerbku.   Chciała   już   biec   do   gospody   po 

pomoc, kiedy Robin zdołał wydać z siebie serię gwizdnięć. Natychmiast przybiegło 

background image

kilka psów. Wówczas puścił byka. Człowiek i zwierzę opadli na kolana. Po sekundzie 

byk poderwał się na nogi i zaatakował człowieka, który zadał mu tyle bólu. Robin 
zdążył się jednak uchylić. Ostry róg minął jego pierś zaledwie o cal. Zanim byk zdołał 

znowu   zaszarżować,   otoczyły   go   psy   i   podgryzając   pęciny   zwierzęcia,   zmusiły   do 
dołączenia do reszty stada.

Dysząc   i   ociekając   potem,   Robin   podszedł   do   klęczącej   nad   zranionym 

poganiaczem Maxie.

- Jak on się czuje?
Już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale w tej samej chwili Walijczyk usiadł, 

klnąc pod nosem po walijsku. Na jego spodniach widniały mokre ślady kopyt.

- Nie będę płakał, kiedy zrobią z niego pieczyste - rzucił po angielsku. - W 

przyszłości będę chyba podkuwał gęsi.

Z pomocą Maxie i Robina udało mu się stanąć na nogi. Wykrzywił usta z bólu i 

uważnie obmacał żebra.

- Dzięki wam wszystko jest na miejscu - oznajmił.

Robin zabrał się do zwijania lassa. Przez chwilę mu się przyglądał, a potem 

podniósł poszarpany koniec.

-   Lina   była   naderwana   i   pękła,   kiedy   byk   zaczął   wierzgać.   Jones   uważnie 

obejrzał sznur.

-   Taak,   łatwo   być   nieostrożnym,   ale   jeden   taki   błąd   może   człowieka   zabić. 

Jestem wam winien kolejkę piwa. - Spojrzał na Maxie i szeroko otworzył oczy. - Lepiej 

załóż kapelusz, panienko - dodał po chwili z uśmiechem.

Maxie   poczerwieniała   i   pospiesznie   naciągnęła   kapelusz   na   głowę.   Dłonie 

jeszcze jej drżały po mrożącym krew w żyłach widowisku.

- Uznałam, że bezpieczniej podróżować w przebraniu chłopca.

-   Nie   zdradzę   twojej   tajemnicy   -   zapewnił   poganiacz.   -   Mogę   wam   teraz 

postawić piwo?

- Może Robinowi. - Strzepnęła trawę z kolan. - Ja nie odmówię kubka herbaty.
- Z ochotą napiję się kufelek - powiedział Robin. - Ale obydwoje wolelibyśmy, 

żeby nikt się nie dowiedział o wypadku. Zresztą nic takiego się nie stało.

- Stałoby się, gdyby ta bestia mnie zabiła - sucho rzucił Jones. - Ale jeśli nie 

chcecie ściągać na siebie uwagi, nikomu nic nie powiem. - Wsunął rękę do kieszeni i 
wyjął z niej dwie monety, które podał Maxie.

Chciała mu je oddać, ale Walijczyk wybuchnął śmiechem.

background image

- To nie za uratowanie życia. Za takie rzeczy nie można zapłacić, a jeśli nawet, 

to moje życie warte jest więcej niż dwa szylingi. To daję ci za pomoc przy podkuwaniu.

- W takim razie dziękuję. To było... bardzo pouczające zajęcie.

Robin   i   Maxie   odeszli   pod   żywopłot,   a   poganiacz   zniknął   w   hałaśliwej 

gospodzie. Kilka minut później wyłonił się z niej właściciel, niosąc dzban piwa i drugi 

z parującą herbatą. Postawił przed nimi naczynia, po czym życzył im dobrej nocy i 
odszedł.

Maxie  usiadła  na  kocu  i  spróbowała  gorącego  napoju. Herbata  była  mocno 

doprawiona mlekiem i cukrem.

- Czy kiedyś już walczyłeś z bykami?
-   Nie,   ale   widziałem,   jak   robią   to   inni   -   wyjaśnił   Robin.   -   Już   w  młodości 

przekonałem się, że nigdy nie osiągnę takiego wzrostu, żeby pokonać innych posturą, 
więc nauczyłem się wygrywać sprytem. Sztuczka polega na tym, żeby nie pozwolić 

wrogowi wykorzystać całego potencjału jego siły. Trzeba wytrącić go z równowagi i, 
jeśli to możliwe, wykorzystać jego własną siłę przeciwko niemu.

- Innymi słowy, zastosowałeś tę samą technikę co w przypadku Simmonsa?
- Między nimi istnieje więcej niż powierzchowne podobieństwo. Przypomniała 

sobie masywny kark i szerokie ramiona Simmonsa i musiała przyznać mu rację.

- Kiedy Jones wspomniał o podkuwaniu gęsi, to mówił poważnie, czy żartował?

Robin uśmiechnął się. Choć zrobiło się już prawie ciemno, jego jasna czupryna 

odznaczała się na tle nieba.

-   Możesz   nie   wierzyć,   ale   mówił   poważnie.   Kiedy   pędzi   się   gęsi,   najpierw 

przechodzą   przez   smołę,   a   potem   przez   trociny   albo   potłuczone   muszle.   To 

zabezpiecza ich łapy przed zranieniem.

-   To   zajęcie   wydaje   się   bezpieczniejsze   niż   podkuwanie   byków.   -   Upiła   łyk 

herbaty.   -   Jesteś   kopalnią   nikomu   niepotrzebnych   informacji.   Jak   udaje   ci   się   je 
wszystkie zapamiętać?

- Ależ one nie są niepotrzebne - zaprotestował. - Nigdy nie wiadomo, kiedy 

przyjdzie mi podkuwać gęsi.

- Albo przywoływać gwizdem stado psów. - Postawiła dzban na kolanie. Jeśli 

Robin brał udział w jakichś kryminalnych aferach, to przetrwał tylko dzięki sztuce 

obserwacji. - Przypuszczam, że nauczyłeś się tak gwizdać na wypadek, gdybyś znalazł 
się w potrzebie.

- To „kiedyś” zdarzyło się bardzo szybko - stwierdził, unosząc do ust dzban z 

background image

piwem. - Czy pijasz czasami napoje, które zawierają w sobie alkohol?

- Nigdy. - Odpowiedź zabrzmiała  ostro, więc Maxie dodała  szybko: - Kiedy 

miałam dwanaście lat, uznałam, że picie alkoholu to przyzwyczajenie, bez którego da 

się żyć. Ludzie mojej matki mieli często kłopoty z alkoholem. Jest jednak faktem, że 
pewien pijak zainicjował powstanie nowego religijnego ruchu u Irokezów.

- Jak do tego doszło?
- Ganeodiyo, czyli Piękne Jezioro był starym człowiekiem, kiedy dostąpił wizji. 

Duchy powiedziały mu, że ognista woda została stworzona dla Białych i że nie wolno 
jej pić czerwonoskórym. Ganeodiyo przeklął alkohol i w kilka dni został uleczony. 

Zaczął głosić kazania o wierności w małżeństwie, miłości rodzinnej, posłuszeństwie 
dzieci rodzicom. Są w tym elementy chrześcijańskie, ale rdzeń jest indiański.

Zamilkła, bo w pamięci odżyły głosy matki i jej współplemieńców.
- Ganeodiyo mówił, że życie jest niepewne, dlatego też powinniśmy się kochać, 

mieć współczucie dla cierpiących i potrzebujących i cieszyć się zawsze z tymi, którzy 
są weseli. Umarł w zeszłym roku.

Gardło dziewczyny ścisnęło się na to wspomnienie. Nigdy nie mówiła o tym 

żadnemu   Białemu.   Z   drugiej   strony   nigdy   nie   przypuszczała,   że   pozna   takiego 

człowieka jak Robin.

- Najwyraźniej Ganeodiyo szedł tą samą ścieżką co inni wielcy duchowi prorocy 

- powiedział cicho. - Mówiłaś, że krzyżyk dostałaś od matki.

- Była chrześcijanką, ale to nie oznaczało, że nie wierzyła w rzeczy, w które 

wierzyli jej bracia. - Dotknęła krzyżyka skrytego pod zniszczoną koszulą. - Mówiła, że 
przetrwanie leży w połączeniu najmądrzejszych myśli Indian i Białych. Nazywała to 

drogą środka.

- Musiała być mądrą i wspaniałą kobietą.

- Była. - Głos Maxie zmiękł. - Papa zawsze twierdził, że nie ożeni się ponownie, 

bo nigdy nie znajdzie drugiej równie dobrej słuchaczki jak moja matka. Zazwyczaj 

powtarzał to, kiedy wygrywałam z nim słowną potyczkę.

-  Przynajmniej   z   tobą   rozmawiał   -   sucho  skomentował   Robin.   -  Mój   ojciec 

ograniczał się do wydawania poleceń.

- A ty wszystkie ignorowałeś.

- Obawiam się, że tak. - Westchnął teatralnie. - Cechuje mnie wrodzona odraza 

do wysłuchiwania rozkazów.

Z uśmiechem na ustach odstawiła dzbanek i okryła się kocem.

background image

-   Wielka   szkoda,   że   nie   poznałeś   mojego   ojca.   Jesteś   jedyną   osobą,   która 

zrozumiałaby jego zawiły sposób myślenia.

-   Zawiły?   -   Robin   także   się   położył.   -   To   obraźliwe.   Będę   musiał   wyrzucić 

wszystkie te cenne kamienie, które dla ciebie zbierałem.

Zachichotała,   podkładając   sobie   pod   głowę   tobołek.   Musieli   zachować 

przyzwoitą odległość, bo nie byli sami, ale tęskniła za spaniem w ramionach Robina.

Robin obudził się wcześnie. Był zimny i mglisty poranek. Z rozbawieniem, ale 

bez zaskoczenia stwierdził, że w nocy on i Maxie przytulili się do siebie. Spała z głową 
opartą na jego ramieniu. Uwielbiał jej egzotyczną urodę. Inne kobiety wydawały się 

przy niej blade i pozbawione życia. Nogę wsunęła mu między kolana, a jego dłoń 
spoczywała   na   krągłym   biodrze.   Pomimo   ubrania   poczuł,   że   wzbiera   w   nim 

pożądanie. Ale Maxie wzbudzała w nim coś więcej niż zwykłe pożądanie. Cechowała ją 
niewinna   zmysłowość,   całkowite   zadowolenie   z   własnego   ciała,   czego   nigdy   nie 

spotkał u Europejek. Była także inteligentna, dowcipna i odważna. Jednej rzeczy jej 
brakowało: nie szukała partnera. Jej początkowa nieufność zmieniła się w sympatię, a 

nawet czasami w coś więcej, podejrzewał jednak, że po wyjaśnieniu zagadki śmierci 
ojca, odejdzie jak kot, nie oglądając się za siebie.

Objął   ją   mocniej   ramieniem,   uzmysławiając   sobie,   jak   niechętnie   się   z   nią 

rozstanie. Pobudziła go do życia, czuł się tak, jakby zostawił za sobą jakiś ogromny 

ciężar. Po raz pierwszy otwarcie zapytał sam siebie, czego chce od tej dziewczyny. Nie 
interesował go flirt, a platoniczna przyjaźń wydawała mu się zbyt ograniczona. I choć 

pociągało   go   jej   drobne   piękne   ciało,   krótki   romans   by   mu   nie   wystarczył. 
Potrzebował   towarzyszki,   z   którą  mógłby   się   śmiać,   bawić   i   kochać.   Taki   związek 

łączył go z Maggie, dopóki nie odsunęła się od niego.

To nieuczciwe porównywać Maggie z tą, która leżała teraz w jego ramionach. 

Nawet  niemożliwe.  Jednak obydwie  miały  szczere  i żywe  natury  i może z czasem 
zbliży się do Maxie, tak jak to miało miejsce z Maggie. Zajmie to trochę czasu, zanim 

sobie zaufają, ponieważ oboje kryli przed światem swoje prawdziwe oblicza. Jednak z 
każdym   dniem   odsłaniali   coraz   więcej.   Maxie   opowiedziała   o   zwyczajach   ludu   jej 

matki, a on nie raz już powiedział coś, czego wcale nie zamierzał wyjawić, przez co 
czuł się bezbronny.

Uśmiechnął   się.   Z   chęcią   zniósłby   takie   niewygody,   gdyby   z   tego   związku 

powstało coś trwałego, ale obawiał się, że Maxie wcale nie jest tym zainteresowana. 

Pragnęła   prawdziwego   domu   i   mężczyzny,   którego   mogłaby   szanować.   Mógł   jej 

background image

zapewnić dom, ale niewiele uczynił w życiu, co byłoby godne szacunku.

Pochylił się i pocałował Maxie w czubek zgrabnego, maleńkiego noska. Długie 

czarne rzęsy zatrzepotały i spojrzały na niego orzechowe oczy.

- Które z nas przesunęło się w nocy?
- Myślę, że oboje.

- Wkrótce zaczną się budzić inni. Musimy wstać, a przynajmniej trochę się od 

siebie odsunąć.

Nadal jednak tuliła się do Robina. Dobrze, że byli ubrani, bo zapomniałby, że 

znajdują   się   w   miejscu   publicznym.   Na   szczęście   odezwały   się   zaspane   głosy 

poganiaczy i Robin niechętnie cofnął rękę.

- Jeśli się zorientują, że jesteś kobietą, ucierpi na tym twoja reputacja.

Uśmiechnęła się i usiadła.
- Oboje za to zapłacimy.

Wybuchnął śmiechem, wstał i przeciągnął się. Będzie się martwił przyszłością, 

kiedy dotrą do Londynu. Póki co, dawno nie czuł się tak dobrze.

background image

16

Desdemona nie zdawała sobie sprawy, że w Anglii jest tyle bydła. Przyglądała 

się   zatłoczonym   ulicom   Market   Harborough,   sącząc   trzecią   filiżankę   herbaty. 

Frontowy pokój w gospodzie „Pod Trzema Łabędziami”, w której się zatrzymała, był 
już przez kogoś zarezerwowany, ale złoto i ostry ton zrobiły swoje.

Kiedy bydło zaczęło przetaczać się pod jej oknem, obserwowała je z napięciem. 

Teraz jednak czuła znudzenie i obawę, że jej plan znowu zawiódł.

Obejrzała całe mnóstwo krów, dziesiątki walijskich poganiaczy, hordę psów z 

absurdalnie   krótkimi   nogami   oraz   wieśniaków   podróżujących   z   poganiaczami. 

Zauważyła też dwóch mężczyzn stojących po drugiej stronie ulicy, którzy podobnie jak 
ona uważnie przyglądali się przechodzącemu stadu. Może jeden z nich to ten osobnik, 

którego Cletus wysłał  za Maxie? Nie dostrzegła jednak nikogo, kto przypominałby 
Maxime Collins ani też tego nieodpowiedzialnego lorda Robina.

Odstawiając filiżankę, zastanawiała się, gdzie też może być markiz Wolverton. 

To pewne, że gdzieś w pobliżu i tak jak ona obserwuje ulicę. Oczywiście, jeśli jeszcze 

nie dotarł do zbiegów. Nieobecność Wolvertona budziła w niej mieszane uczucia. Ten 
człowiek   potrafił   jej   zajść   za   skórę,   a   wówczas   zachowywała   się   jak   idiotka.   Ale 

cieszyła się z ich spotkań.

Za   stadem   szła   trójka   zakurzonych   postaci   w   towarzystwie   dwóch   psów. 

Desdemona   pochyliła   się   do   przodu,   żeby   lepiej   widzieć.   Jeden   z   wędrowców   był 
poganiaczem, drugi mężczyzną średniego wzrostu, lekkiej budowy, a trzeci niskim, 

ubranym po wiejsku chłopak z przekrzywionym kapeluszem na głowie. Mężczyzna w 
środku   powiedział   coś,   co   pobudziło   pozostałą   dwójkę   do   śmiechu.   Desdemona 

biegiem rzuciła się do schodów.

Przemarszowi bydła towarzyszył straszliwy hałas, który w mieście, gdzie ryk i 

szczekanie psów odbijały się echem od budynków, stawał się nie do zniesienia. Maxie 
i Robin podążali za rzeką krów w towarzystwie Dafydda Jonesa i kilku byków, które 

zgubiwszy podkowy, nie wytrzymywały tempa. Jones miał pilnować maruderów, a 
dwa   psy   nadzorowały,   żeby   zwierzęta   nie   rozbiegły   się   na   boki.   Mieszkańcy 

miasteczka pochowali się po domach, czekając aż stado przejdzie, co trwało cały ranek 
i  pozostawiło   ulice  w takim   stanie,  że  nadawały   się jedynie do natychmiastowego 

sprzątnięcia. Trasy poganiaczy zazwyczaj omijały miasta, ale ta droga prowadziła do 
jednego   z   największych   targów   bydła.   Maxie   czuła   się   w  mieście   niepewnie,   choć 

background image

nigdzie nie dostrzegła Simmonsa. Pewnie zrezygnował z pościgu, pomyślała. Kiedy 

jednak dochodzili do targu, usłyszała znajomy głos.

- Tam są!

Po  chwili  tuż   przy   nich  pojawił   się Simmons  z  wyrazem   dzikiej   radości  na 

twarzy.   Towarzyszył   mu   drugi   zbir,   taki   sam   olbrzym,   o   jeszcze   bardziej 

odpychającym obliczu.

- Niech to diabli! - zaklął pod nosem Robin.

Odwrócił się, ale tam także pojawiło się dwóch zbirów. Byli w pułapce.
Nagle   powietrze   przeszył   ogłuszający   gwizd.   To   Dafydd   Jones   przejął 

inicjatywę w swoje ręce z szybkością, której nikt by się po tym ospałym mężczyźnie 
nie spodziewał. Gwizdem nakazał psom zawrócić ostatnią partię byków. Posłuszne 

zwierzęta   wykonały   dziwaczny   rozkaz.   W   kilka   sekund   ulica   została   zablokowana 
przez zdezorientowane bydło. Popędzane przez psy, które podgryzały im pęciny, byki 

zawróciły i zaczęły galopować po kamiennej ulicy. Inne ryczały i kręciły się w miejscu 
zdezorientowane.

Robin pochwycił Maxie za ramię.
- Wielkie dzięki!

- Życzę szczęścia! - zawołał Jones.
Maxie   zdążyła   jeszcze   zobaczyć   rozwścieczoną   twarz   Simmonsa,   który   bez 

powodzenia   próbował   utorować   sobie   drogę   między   ryczącymi   bykami. 
Skoncentrowała się na ucieczce. Pobiegła za Robinem w stronę następnego zaułka. 

Byki zajęły środek, pozostawiając jedynie wąskie przejście wzdłuż murów. W końcu 
udało im się dotrzeć do wąskiej uliczki. Tu Robin zatrzymał się na chwilę.

- W porządku?
-   W   porządku   -   odparła,   przesuwając   dłonią   po   czole.   -   Czy   znasz   Market 

Harborough?

- Nie, ale poznam - odparł z uśmiechem.

Poczuła przypływ irracjonalnej czułości. Robin może i jest huncwotem, ale w 

tej chwili nie wyobrażała sobie lepszego towarzystwa. Tak po prawdzie to w ogóle nie 

potrafiła sobie wyobrazić lepszego towarzystwa.

Desdemona   otworzyła   drzwi   gospody   w   chwili,   gdy   płynące   jednym 

strumieniem   byki   wpadły   w   chaos.   Wpatrywała   się   z   przerażeniem   w   ryczącą   i 
wierzgającą masę. Przez hałas przebijały się wściekłe pokrzykiwania. Spojrzała w głąb 

ulicy i zobaczyła kilku podejrzanie wyglądających mężczyzn, torujących sobie drogę 

background image

przez stado. Uznała, że jeśli tamci to potrafią, jej także się uda i dała krok na ulicę. Zza 

pleców dobiegł ją przerażony krzyk właściciela zajazdu. Ignorując go, przycisnęła się 
do ściany gospody i zaczęła przesuwać się do przodu. Żałowała, że nie zabrała ze sobą 

woźnicy, a raczej jednego z byłych żołnierzy. Tylko że z pewnością nie zgodziłby się na 
coś tak głupiego.

Zamierzała dotrzeć do miejsca, w którym ostatnio widziała Maxie. Spostrzegła, 

że   w  uliczce   obok  znika   dwóch   zbirów.   Trochę   dalej   stało   dwóch   następnych,   ale 

bratanica   zniknęła.   Wściekła   i   przerażona,   stanęła   na   palcach   i   przysłoniła   oczy 
dłonią, starając się dojrzeć, co dzieje się na ulicy. Okazało się to olbrzymim błędem. 

Przebiegający  obok  byk  zaczepił  rogiem o rękaw jej peleryny  i pociągnął  za  sobą. 
Kiedy   próbowała   utrzymać   równowagę,   nogi   zaplątały   się   jej   w   fałdy   spódnicy. 

Peleryna pękła, a Desdemona upadła na bruk. Zobaczyła nad sobą podkute kopyto i 
zrozumiała, że to koniec.

Maxie i Robin dotarli do następnej uliczki. Kiedy w nią skręcali, usłyszeli za 

sobą okrzyk, który odbił się echem od ścian. Simmons ze swoimi ludźmi byli tuż tuż.

Na ulicy panował tłok, bo cały ruch przeniósł się teraz do tego zaułka. Musieli 

więc lawirować między przechodniami. W końcu drogę zagrodził im stojący przed 

sklepem wóz, z którego wyładowywano towar. Maxie padła na ziemię i zaczęła się 
czołgać pod spodem, a za nią Robin. Kiedy wyszli z drugiej strony, im oczom ukazał 

się sklep tekstylny. Otrzepali ubrania, po czym weszli do środka. Robin uśmiechnął 
się zniewalająco do sprzedawczyni.

- Przepraszamy, że przeszkadzamy, ale potrzebujemy pilnie tylnych drzwi.
Wąski   korytarz   prowadził   do   kuchni   na   tyłach   budynku.   Robin   posłał 

zaskoczonej kucharce następny zniewalający uśmiech i wybiegli do przydomowego 
ogródka. Żelazna furtka wychodziła na następną ulicę.

Jak   wiele   starych   miast,   tak   i   Market   Harborough   zbudowano   na 

średniowiecznym planie. Przez zwykły pech zatoczyli koło i znaleźli się twarzą twarz z 

jednym ze zbirów Simmonsa. Mężczyzna krzyknął na kompanów. Nawet huk kopyt 
biegnącego bydła nie zagłuszył dudnienia stóp ścigających.

Maxie i Robin zrobili w tył zwrot i rzucili się pędem w następną uliczkę. Gdyby 

była noc, z łatwością zmyliliby pościg, ale za dnia przewagę miał Simmons, a wybór 

tras   ucieczki   był   ograniczony.   Za   zakrętem   zobaczyli   stromo   biegnący   zaułek   i 
tawernę. Piętrzyły się przed nią puste drewniane beczki po piwie. Maxie nagle wpadł 

do głowy pomysł.

background image

- Zaczekaj! - krzyknęła do Robina.

Przekręciła   jedną   z   beczek   na   bok,   czekając   na   pojawienie   się   ścigających. 

Wówczas  z radosnym uśmiechem pchnęła ją w ich stronę i sięgnęła po następną. 

Robin podjął jej pomysł i posłali w dół co najmniej pół tuzina beczek, które odbijając 
się  od  ścian   domów  z  hukiem  stoczyły  się  po  kamiennej  ulicy.   Odpowiedziały  im 

paskudne przekleństwa i jęki bólu.

Pomimo chwili odpoczynku Maxie czuła, że płuca jej płoną. Nie przestawała 

jednak biec, wdzięczna za aktywny tryb życia, jaki dotąd wiodła, dzięki któremu miała 
tyle sił.

Uliczka   ostro   skręcała   w   prawo.   Niestety   kończyła   się   wysoką,   murowaną 

ścianą.

Przebiegający byk pchnął Desdemonę na bok, a ostre kopyto pozbawiło ją tchu. 

Próbowała się podnieść, ale bez rezultatu. Za chwilę nic jej już nie będzie obchodziło.

Nagle   pochwyciły   ją   czyjeś   mocne   ręce   i   przyciągnęły   do   wąskich   drzwi. 

Desdemona   ukryła   twarz   na   czyimś   szorstkim   ramieniu.   Nie   spojrzała   na   twarz 

wybawcy, bo wiedziała, że to Wolverton. Oparł ją plecami o drzwi i własnym ciałem 
ochraniał   przed   bykami.   Desdemona   zaniosła   się   spazmatycznym   kaszlem. 

Pomyślała, że kobieta nie może wyglądać gorzej niż ona w tej chwili. Po raz pierwszy 
od   czasu   kiedy   skończyła   osiemnaście   lat,   zależało   jej   na   tym,   żeby   podobać   się 

mężczyźnie.   Ta   myśl   ją   zaskoczyła   i   rozgniewała,   jednak   musiała   przyznać,   że   w 
objęciach Wolvertona jest jej bardzo dobrze.

- Czy ktoś już pani powiedział, że pani odwaga przekracza zdrowy rozsądek? - 

usłyszała jego miły baryton.

Nie potrafiła powstrzymać chichotu.
- Tak. Wielokrotnie.

Huk   wywołany   kopytami   byków   zaczął   ucichać.   Z   żalem   odsunęła   się   od 

swojego   wybawcy.   Zaraz   jednak   zachwiała   się,   ale   nim   zdążyła   upaść,   Wolverton 

ponownie pochwycił ją w ramiona.

- Trzęsę się jak galareta - rzuciła drżącym głosem.

- Zupełnie typowa reakcja. Cudem uniknęła pani śmierci. Oparła się o ścianę, 

modląc się, by siły ponownie jej nie zawiodły.

-   Jestem   pana   dłużniczką.   Sam   mógł   pan   zostać   stratowany.   Wzruszył 

ramionami.

- Sporo czasu spędziłem przy bydle, więc wiem, jak się z nim obchodzić.

background image

Choć większość fortun brytyjskich arystokratów pochodziło właśnie z ziemi, 

tylko nieliczni przyznawali się tak otwarcie, iż są zwykłymi farmerami. Być może zbyt 
wiele   czasu   spędzała   w   Londynie.   Przesunęła   drżącą   dłonią   po   rozwichrzonych 

włosach. Jej suknia i pelisa były zniszczone, a kapelusz leżał na środku ulicy.

- Gdybym wiedziała, że wezmę udział w walce z bykami, założyłabym na siebie 

coś innego.

Stado   wróciło   już   do   porządku   i   spokojnie   podążało   na   plac   targowy.   Do 

Desdemony i Gilesa podszedł zaniepokojony poganiacz.

- Mam nadzieję, że nic się pani nie stało - powiedział z walijskim akcentem. - 

Nie wybaczyłbym sobie, gdyby została pani zraniona.

- Nic mi nie jest. - Dla potwierdzenia swoich słów Desdemona zrobiła ostrożny 

krok   w   stronę   drzwi.   Tym   razem   kolana   jej   nie   zawiodły.   -   Postąpiłam   głupio, 
wychodząc na ulicę.

Poganiacz zamierzał się już oddalić, ale Wolverton zatrzymał go pytaniem.
- Dlaczego pozwoliliście stadu tak się wzburzyć? To było niebezpieczne.

Poganiacz spojrzał na niego obojętnie.
- To był błąd, sir. Psy źle zrozumiały rozkaz.

- Słyszałem, że kiedy spęd się kończy, psy same wracają do domu aż do Walii. 

Trudno   uwierzyć,   że   takie   inteligentne   zwierzęta   nie   zrozumiały   rozkazu   -   nie 

ustępował Giles.

- Przyłapał mnie pan - powiedział z szacunkiem Walijczyk. - To nie psy się 

pomyliły, lecz ja. To ja podałem zły sygnał, a psy posłuchały. Szczęście, że nic złego się 
nie zdarzyło.

-   Teraz   pewnie   mi   pan   powie,   że   błędny   sygnał   nie   miał   nic   wspólnego   z 

dwójką, która z wami podróżowała i z tymi czterema typami, którzy ich ścigali - sucho 

rzucił Wolverton.

- Zupełnie nic. - Poganiacz dotknął ronda kapelusza dwoma palcami. - Muszę 

iść za moimi potworami. Życzę wszystkiego najlepszego panu i tej damie.

Desdemona utkwiła wzrok w szerokich plecach oddalającego się poganiacza.

- Sądzi pan, że zrobił to specjalnie, żeby pomóc w ucieczce Maxie i lordowi 

Robertowi?

-  Niewątpliwie.  To  był   z  pewnością  Robin,   ale  nie  dostrzegłem   twarzy   jego 

towarzysza, bo miał na głowie ten koszmarny kapelusz. - Uśmiechnął się lekko. - Mój 

brat ma talent do kaptowania sobie sprzymierzeńców.

background image

- Dlaczego tych czterech zbirów ich ściga? - zapytała marszcząc brwi.

W   odpowiedzi   wziął   ją   pod   rękę   i   poprowadził   do   gospody   „Pod   Trzema 

Łabędziami”.

- Możemy to przedyskutować przy obiedzie.
Zamierzała zaprotestować, ale szybko zamknęła usta. Tak naprawdę wcale nie 

chciała odmówić.

background image

17

Poczekaj tutaj - powiedział Robin, nie zniechęcony widokiem muru.
Rozpędził się i przed samym murem odbił mocno od ziemi na tyle wysoko, by 

zaczepić rękami o brzeg, po czym lekko podciągnął się w górę. Siedząc na murze, zdjął 
plecak i opuścił w dół jeden z pasków.

Maxie pochwyciła go. Zatrzeszczało pod jej ciężarem, ale wytrzymało. Robin 

zaczął   ciągnąć   w   górę,   a   ona   pomagała,   odpychając   się   stopami   od   muru.   Z 

uśmiechem na twarzy podał jej dłoń.

- To oczywiste, że nie spędziłaś dzieciństwa na tak nieprzydatnych zajęciach jak 

haftowanie.

Odwdzięczyła mu się uśmiechem.

- Za punkt honoru postawiłam sobie prześcignąć moich indiańskich kuzynów w 

pływaniu, wspinaniu się i bieganiu.

Goniący ich mężczyźni stanęli pod murem. Robin pomachał im na pożegnanie, 

po czym zeskoczył na drugą stronę. Następnie przytrzymując Maxie za biodra pomógł 

jej zejść na dół. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, jakie wywarł na niej dotyk jego 
mocnych dłoni. Dobrze, że uciekali przed śmiertelnym zagrożeniem.

Znajdowali   się   w   dobrze   utrzymanym   ogrodzie,   a   przed   sobą   mieli   sporej 

wielkości dom. Tuż przed nimi stała tarcza strzelnicza, a obok na ziemi leżał łuk i 

strzały, jakby ktoś przed chwilą je zostawił.

- Zaczekaj chwilę - powiedziała Maxie do Robina. Podniosła łuk i naciągnęła 

kilka razy cięciwę. Potem wzięła strzałę i zastygła w oczekiwaniu.

Zza muru dochodziły wściekłe pomrukiwania, a po chwili ukazała się chwiejna 

sylwetka   jednego   ze   zbirów.   Wówczas   Maxie   podniosła   łuk,   wycelowała   i   posłała 
strzałę prosto w kapelusz delikwenta. Zawył jak zarzynana owca i zniknął za murem.

- Doskonała robota! - zawołał Robin z podziwem.
Odłożyła łuk na trawę, a na jej twarzy rysowała się duma. Bycie dzikuską ma 

swoje dobre strony.

Wielki Boże, widziałeś, co zrobiła ta mała suka? - zapytał towarzysz Simmonsa 

z twarzą wykrzywioną wściekłością. - Mogła mnie zabić!

- Gdyby chciała cię zabić, zrobiłaby to - rzucił opryskliwie Simmons, lecz w 

duchu przyznał, że mają godnych przeciwników.

- Nie idę przez ten mur za nimi - sarknął drugi z jego ludzi.

background image

- Nie musimy tego robić - powiedział Simmons. - Znam okrężną drogę. Jeśli się 

pospieszymy, złapiemy ich.

Kiedy Maxie i Robin przebiegali przez ogród, z okna domu doszedł ich gniewny 

okrzyk.

- Staraj się nie podeptać kwiatów - ostrzegł Robin. - Nawet diabeł jest mniej 

straszny od angielskiego ogrodnika, kiedy ktoś zniszczy mu ukochaną różę.

Zbliżyli się do muru, przy którym rosły drzewa owocowe. Na jednym widać 

było maleńkie zielone brzoskwinie.

- Czy wolno nam zniszczyć drzewko owocowe? - zapytała Maxie zdyszanym 

głosem.

-   To   także   straszliwa   zbrodnia,   ale   nie   tak   poważna   jak   zdeptanie   róży   - 

zapewnił Robin, wspinając się po gałęziach.

Wspaniale   zastępowały   drabinę.   Zanim   ktokolwiek   z   domowników   zdążył 

wybiec z domu, oni byli już po drugiej stronie muru.

-   Te   zbiry   są   diablo   uparte   -   powiedział   Robin,   kiedy   zatrzymali   się   dla 

odzyskania oddechu. - To oczywiste, że twój wuj bardzo pragnie, żebyś wróciła do 
domu.

- Na to wygląda - przyznała Maxie niechętnie. Co takiego jej wuj tak zawzięcie 

próbuje ukryć? Spojrzała na towarzysza. - Przepraszam, że cię w to wciągnęłam. To o 

wiele więcej niż mogłeś się spodziewać, kiedy na początku podróży proponowałeś mi 
pomoc - powiedziała cicho.

Robin uśmiechnął się, a jego niebieskie oczy spojrzały na nią ciepło.
- Nie proponowałem ci pomocy, zmusiłem cię, żebyś ją przyjęła. I wcale tego 

nie   żałuję.   -   Machnął   ręką   w  lewo.   -   Tamtędy   na   północ   biegnie   kanał   z   Market 
Harborough do Leicester. Myślę, że powinniśmy pójść wzdłuż niego. Będziemy mniej 

widoczni, niż gdybyśmy wybrali którąś z dróg.

-   Naprawdę   sądzisz,   że   obserwują   wszystkie   drogi?   -   zapytała   Maxie   z 

przerażeniem. - Simmonsowi potrzebna by była do tego mała armia.

Robin wzruszył ramionami.

-   Może   i   nie,   ale   skoro   mamy   wątpliwości,   powinniśmy   spodziewać   się 

najgorszego.

To nie było pozbawione sensu. On na pewno ma większe od niej doświadczenie 

w uciekaniu.

Ta część miasta nie należała do ruchliwych, ale przed sobą mieli kilka dużych 

background image

budynków, wyglądających jak spichlerze. Prawdopodobnie kanał znajdował się po ich 

drugiej   stronie.   Nim   jednak   zdążyli   dojść   do   budynków   z   bocznej   uliczki   wypadł 
Simmons z uśmiechem dzikiej satysfakcji na ustach. Towarzyszył mu jeden ze zbirów. 

Maxie   obejrzała   się   za   siebie   i   zobaczyła,   jak   z   drugiej   uliczki   wypada   dwóch 
następnych. Znowu znaleźli się w pułapce, ale tym razem nie było przy nich Dafydda 

Jonesa ze stadem byków.

Tymczasem Simmons machnął ręką na swoich ludzi.

- Tym razem nie uda wam się wywinąć. Ta panieneczka wraca do wuja, a ty, 

pięknisiu, dostaniesz nauczkę za zaatakowanie mnie od tyłu.

-   Powinieneś   być   mi   wdzięczny.   Dzięki   temu   masz   wytłumaczenie   za 

przegraną. - Robin spokojnie podał Maxie swój tobołek.

- Chyba nie zamierzasz z nim walczyć - zapytała z przerażeniem w głosie. - Jest 

dwa razy taki jak ty.

Uśmiechnął się i ściągnął surdut.
- Można odmówić zaproszenia na obiad, gry w karty, ale jeśli ktoś wyzywa cię 

do walki, jesteś zobowiązany przyjąć wyzwanie.

- Masz cholerną rację - burknął londyńczyk.  - I nic mnie nie obchodzi, jak 

jesteś dobry. Wielki chłop zawsze pokona małego.

-   To   zależy   od   tego   jak   dobry   jest   ten   mały,   nie   sądzisz?   -   zapytał   Robin 

uśmiechając się szeroko, po czym szepnął do Maxie: - Ludzie Simmonsa będą zajęci 
walką. Wykorzystaj okazję i uciekaj. - Widząc, że dziewczyna zamierza zaprotestować, 

dodał: - Nie upieraj się. Nie martw się, nie zabije mnie. Będzie miał więcej kłopotów 
niż jest tego wart.

Nie zdążył powiedzieć więcej, bo Simmons podszedł i zaczął go przeszukiwać. 

Jego wielkie łapska obmacywały kieszenie i buty Robina.

-   Szukasz   ukrytej   broni,   czy   nie   możesz   się   powstrzymać,   żeby   mnie   nie 

pomacać? - zapytał słodko Robin.

- Parszywy zboczeniec! - zawołał z oburzeniem Simmons i jego wielka pięść 

poleciała w stronę szczęki przeciwnika.

Robin zręcznie uskoczył w bok, złapał go za ramię, wykręcił je, jednocześnie 

podcinając londyńczyka. Simmons padł na ziemię. Przez chwilę leżał nieruchomo, po 

czym wstał i spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.

- Nie nauczyłeś się tego w salonie.

- Nie - przyznał Robin.

background image

Sprawiał   wrażenie   rozluźnionego   i   spokojnego.   Jednak   cały   czas   uważnie 

śledził ruchy przeciwnika. - Chodziłem do twardszej szkoły, gdzie stawki były wyższe.

- Tak jak ja, chłoptasiu - odparł Simmons.

Obaj   mężczyźni   zaczęli   krążyć   wokół   siebie,   co   jakiś   czas   zbliżając   się   i 

wymierzając   cios.   Robin   trzymał   się   na   dystans,   przysuwając   się   tylko   na   czas 

uderzenia,   potem   szybko   odskakiwał.   Był   szybszy,   ale   jego   przeciwnik   silniejszy. 
Maxie dostrzegła, że Simmons dobrze się bawi.

- Jesteś dobry, zwłaszcza jak na arystokratę - powiedział z nutą podziwu po 

jednym z ataków Robina.

Po   tych   słowach   nastąpiła   seria   morderczych   uderzeń   w   głowę   i   ramiona. 

Robin   zrobił   unik,   ale   kilka   ciosów   pozbawiło   go   tchu   i   równowagi.   Simmons 

natychmiast   wykorzystał   okazję,   waląc   Robina   potężną   pięścią   w   żebra.   Ten 
przewrócił się na ziemię. Londyńczyk zawył z radości i podszedł, by dokończyć dzieło.

Mimo że   wyglądał   na  pokonanego,   Robin   wcale  nie  był   w tak  złym   stanie. 

Natychmiast podciął Simmonsa i rzucił się na niego. Nim Maxie zorientowała się, co 

się dzieje, siedział już na plecach przeciwnika i wbijał mu twarz w ziemię.

- Poddaj się! - krzyknął, wykręcając mu ramię.

Simmons z niechęcią podniósł dłoń na znak poddania. Niestety jego ludzie nie 

uznali   tego  gestu.   Z  przekleństwami   na   ustach  i   bez   żadnego   szacunku   dla  zasad 

sportowych rzucili się na człowieka, który pokonał ich chlebodawcę.

- Robin! - krzyknęła Maxie ostrzegawczo, cisnęła jego surdut, nabrała w garść 

piasku i sypnęła nim w oczy zbirów. Rozległ się ryk bólu.

Robin   wykorzystał   ten   moment   i   przyszedł   jej   z   pomocą.   Dokładnie 

wycelowany kopniak zwalił jednego z pomagierów na ziemię. Nie tracąc czasu kopnął 
drugiego   w   ramię.   Choć   jego   ruchy   przypominały   płynnością   tancerza,   obaj 

przeciwnicy jęczeli z bólu.

Trzeci z pomocników podniósł z ziemi kamień z zamiarem rzucenia w Robina. 

Maxie skoczyła w jego stronę i złapała za rękę. Kiedy usiłował się wyrwać, uderzyła go 
pięścią   z   ukrytym   w   niej   patykiem   prosto   w   pierś.   Stęknął,   ale   mimo   to   cisnął 

kamieniem w Robina. Ten osunął się na ziemię.

Wówczas Maxie rzuciła się z rozczapierzonymi palcami  do oczu mężczyzny. 

Kiedy   próbował   zasłonić   twarz,   kopnęła   go   z   całej   siły   w   krocze   i   jeszcze   raz 
wymierzyła cios w pierś. Zbir wydał z siebie dziwny kwik, po czym padł na ziemię jak 

sterta zużytych ubrań.

background image

W   tym   momencie   Simmons   podniósł   się   z   ziemi   i   unieruchomił   Maxie   w 

mocnym uścisku. Szamotała się zaciekle, ale nie mogła się uwolnić, choć drapała i 
gryzła napastnika.

- Przestań, ty mała diablico! - ryknął, wykręcając jej ręce do tyłu. Wyrwał jej z 

dłoni patyk i odrzucił. - Moi chłopcy nie powinni włączać się do uczciwej walki, ale, na 

Boga, jeśli nie przestaniesz wierzgać, to pożałujesz.

Uznając, że czas zmienić taktykę, przestała walczyć i spojrzała z przestrachem 

na leżącego Robina. Był nieprzytomny, włosy miał pomazane krwią.

Nie   wypuszczając   jej   z   uścisku,   Simmons   rzucił   w   stronę   gramolących   się 

pomocników:

-   Walczycie   jak   dziewuchy.   Nawet   gorzej,   bo   ta   mała   jest   zręczniejsza   i 

sprytniejsza od was trzech.

Jeden ze zbirów z mściwym uśmiechem kopnął Robina w bok.

- Dotknij go jeszcze raz, a przysięgam, że skręcę ci kark! - ryknął Simmons. - 

Idź i przyprowadź tu powóz.

Mrucząc coś pod nosem dwaj mężczyźni odeszli. Trzeci nadal leżał na ziemi 

nieprzytomny.

Maxie   zastanawiała   się   ze   złością,   gdzie   się   podziali   mieszkańcy   Market 

Harborough. W pobliżu nie było jednak domów mieszkalnych tylko magazyny, nic 

więc dziwnego, że nikt nie przyszedł z pomocą.

- Pozwól mi sprawdzić, co z Robinem - poprosiła. - Może być poważnie ranny.

- Przeżyje, choć mogło być źle, gdybyś nie wskoczyła na Wilby’ego. - Pokręcił 

głową. - Wiłby nie powinien tego robić. Trudno jest znaleźć pomoc, na której można 

polegać.

Nie zrobiło to na niej wrażenia, ale wolała się z tym nie zdradzać.

- Co z nami zrobisz? - zapytała z udaną rezygnacją w głosie.
- Ty wracasz do Durham, jeśli trzeba, związana jak świąteczna gęś. A co do 

twojego przyjaciela, sam jeszcze nie wiem. - Simmons zmarszczył brwi. - Mógłbym go 
tu zostawić, ale może mnie potem ścigać. Chyba odstawię go do konstabla i powiem, 

że   ukradł   mi   konia.   -   Zachichotał.   -   Tak,   to   jest   myśl.   Do   czasu   aż   go   tam 
odtransportują,   my   będziemy   już   w   Durham,   a   potem   to   już   problem   lorda 

Collingwooda. - Potarł policzek, na którym widniała szeroka szrama. - Cieszę się, że 
jego a nie mój.

Mówiąc to, zwolnił trochę uścisk. Uznając, że lepsza okazja może się nie trafić, 

background image

zaczęła się wyrywać. Na chwilę jej się to udało, ale nim zdążyła umknąć, Simmons 

złapał ją za nadgarstek. Nie poddawała się, choć wiedziała, że nie ma szans. Zdołała 
tylko podrapać Simmonsa w twarz, rozrywając mu ranę.

- Ostrzegałem cię, ty diablico! - ryknął, chwycił Maxie w pół i przeniósł pod 

ścianę   magazynu.   Tu   przyklęknął,   przełożył   dziewczynę   przez   kolano   i   wymierzył 

kilka silnych klapsów.

Przez chwilę Maxie nie mogła wydobyć z siebie głosu ze zdumienia i wstydu. 

Irokezi nie uznają bicia dzieci, jej ojciec także wolał tłumaczyć zamiast bić. Wcześniej 
walczyła   z   energią,   ale   bez   przeświadczenia,   że   chodzi   o   życie.   Teraz   resztki   jej 

angielskiego wychowania rozpłynęły się we wściekłości. Nabrała powietrza w płuca i 
wydała z siebie indiański okrzyk, od którego zadrżały szyby w budynku. Tak dzikiego 

wrzasku   żaden   Anglik   nigdy   nie   słyszał.   Simmons   znieruchomiał   z   ręką   w   górze. 
Wówczas Maxie wyciągnęła z buta nóż.

background image

18

Robin   nie   do   końca   stracił   przytomność,   ale   przez   długi   czas   nie   bardzo 

wiedział,   gdzie   się  znajduje.  Odzyskał   świadomość  akurat   w  chwili,  gdy   Simmons 

przekładał   Maxie   przez   kolano.   Chciał   przestrzec   londyńczyka,   że   to   nierozsądny 
pomysł, ale głos odmówił mu posłuszeństwa. Czując wirowanie w głowie, zaczął się 

podnosić na kolana.

Reakcja   Maxie   podziałała   na   niego   jak  rażenie   piorunem.   Podniósł   głowę   i 

zobaczył,   jak   jego   towarzyszka   wywija   nożem   przed   szyją   Simmonsa.   Ten   klnąc, 
odskoczył do tyłu. Pobłyskujące ostrze minęło jego gardło o milimetry, trafiając za to 

w ramię.

- Zatrzymaj się, Maxie - wy dyszał Robin, zanim jego żądna krwi towarzyszka 

wykonała następny ruch.

Dziewczyna   zawahała   się,   i   widać   było,   że   rozsądek   walczy   w   niej   z 

wściekłością.   W   tym   momencie   Robin   kuśtykając,   zaszedł   Simmonsa   od   tyłu   i 
nacisnął   szyję   w   odpowiednim   miejscu.   Simmons   padł   zemdlony.   Było   to 

niebezpieczne, ale londyńczyk miał większe szanse przeżycia w ten sposób, niż gdyby 
walkę zakończyła Maxie.

-   Powinieneś   mi   go   zostawić   -   warknęła.   Robin   ciężko   dysząc,   oparł   się   o 

ścianę.

-   Wybacz   -   powiedział.   -   Ale   nie   lubię   patrzeć,   jak   giną   ludzie.   Prychnęła 

pogardliwie, lecz po chwili zapytała:

- Możesz chodzić? Zaraz przyjdą tamci.
Robin zanurzył twarz w dłoniach, próbując zebrać myśli mimo rozdzierającego 

bólu w czaszce.

- Będziesz musiała mi pomóc.

Nie tracąc czasu schowała nóż do buta, po czym pomogła Robinowi założyć 

surdut. Następnie odnalazła patyk, złapała oba tobołki, podciągnęła Robina na nogi i 

objęła go w pasie. Opierając się na niej, nie mógł się nadziwić, ile siły jest w tym 
małym   kobiecym   ciele.   Na   szczęście   kanał   znajdował   się   zaraz   po   drugiej   stronie 

spichlerzy.

Pozostawało pytanie, co zrobią, kiedy tam dotrą?

Po   wejściu   do   gospody   Giles   poprosił   o   ustronny   stolik,   brandy   i   posiłek. 

Desdemona   nadal   nie   mogła   się   pozbierać   po   przygodzie   z   bykiem.   Giles 

background image

podprowadził ją do stolika, posadził na krześle, a potem obejrzał zranione przez byka 

ramię. Rana nie była głęboka i nawet bardzo nie krwawiła.

- Nic poważnego, choć jest pani nieźle poobijana.

Służąca przyniosła im brandy. Giles nalał i podał towarzyszce. Zakrztusiła się 

przy pierwszym łyku, ale kolor powrócił jej na policzki.

-   Mam   też   siniaki   na   mniej   godnych   wspomnienia   miejscach   -   dodała   z 

kwaśnym   uśmiechem.   -   Proszę   mi  dać   kilka   minut.   Pójdę   do   pokoju   i  trochę   się 

ogarnę. Potem chciałabym dowiedzieć się czegoś o człowieku, który ściga Maxime i 
lorda Roberta.

Bardzo   szybko   przywróciła   swojemu   wyglądowi   szacowne   pozory.   Kiedy 

wróciła, włosy miała utknięte pod czepkiem, przebrała się też w inną suknię, którą 

osłoniła szalem. Giles wolał ją w mniej uporządkowanym stanie, niemniej skromny 
wygląd towarzyszki nie zwolnił bicia jego serca.

Podano jedzenie. Obydwoje zgodnie uznali, że najpierw się pożywią, a dopiero 

potem przejdą do omawiania poważnych tematów. Przy kawie Desdemona uniosła 

pytająco brew.

- A więc co z tymi mężczyznami?

- Jednego z nich rozpoznałem i podejrzewam, że to człowiek, którego pani brat 

wysłał   za   panną   Collins.   -   Opowiedział   jej,   jak   kilka   dni   wcześniej   pomógł 

Simmonsowi.   -   Z   tego   wynika,   że   nie   tylko   my   ścigamy   uciekinierów,   ale   także 
Simmons i jego pomocnicy.

- W całej tej historii dostrzegam parę komediowych wątków. - Usta Desdemony 

zadrgały w mimowolnym uśmiechu. - Ale choć mało z tego rozumiem, to z pewnością 

nie spodobał mi się ten Simmons i reszta.

- Ludzie wynajmowani do takich zadań nie pochodzą z wyższych sfer - rzucił 

sucho Giles. - Jeśli zostali wynajęci, żeby odprowadzić pannę Collins do Durham, to 
nie spodziewam się, by chcieli zrobić jej krzywdę, natomiast jestem niespokojny o 

brata.

-   Z   tego   co   pan   opowiadał,   lord   Robert   zdołał   jak   dotąd   wygrać   wszystkie 

rundy. - Upiła spory łyk gorzkiej czarnej kawy. - Mówił pan, że nie był w Anglii przez 
kilka lat. Był dyplomatą czy żołnierzem?

Giles westchnął, wyraźnie zwlekając z odpowiedzią.
- Powiem pani, pod warunkiem, że zatrzymasz to dla siebie.

- Czy aż tak źle się prowadził? Spojrzał na nią zimno.

background image

- Wręcz przeciwnie. Ale to, co robił, jest objęte ścisłą tajemnicą. Nie do mnie 

też należy opowiadanie jego historii.

-   Pański   brat   był   szpiegiem?   Nie   było  to  trudne   do   odgadnięcia.   Teraz   już 

wiem, gdzie uczył się honorowego postępowania - dodała z sarkazmem.

Wolverton zmrużył oczy, słysząc jej ton.

-   Tak,   był   szpiegiem.   Zajmował   się   najniebezpieczniejszymi   i   najmniej 

przyjemnymi   zadaniami,   za   to   bardzo   ważnymi   dla   naszego   kraju.   Był   jeszcze 

młodzieńcem, kiedy po traktacie pokojowym w Amiens podróżował po kontynencie i 
natknął   się   na   coś,   o   czym   postanowił   zawiadomić   Ministerstwo   Spraw 

Zagranicznych.   Poproszono   go   o   współpracę   i   przez   dwanaście   lat   wielokrotnie 
ryzykował   życie   i   zdrowie,   żeby   ochronić   swój   kraj   i   doprowadzić   do   szybszego 

zakończenia wojny. Dzięki jego pracy tacy ludzie jak pani mogą tu siedzieć spokojnie i 
z zarozumialstwem go osądzać - dodał ostrzejszym tonem.

Czerwienienie się to przekleństwo rudowłosych, a Desdemona nie stanowiła 

wyjątku. Krwisty rumieniec zalał jej twarz, szyję i dekolt.

- Przepraszam - powiedziała  cicho. - Bez względu  na to, jak byłam zła,  nie 

powinnam tak o nim mówić.

-   Pani   reakcja   nie   jest   aż   tak   niespotykana   -   wyjaśnił   już   spokojniej.   - 

Szpiegostwo wymaga nerwów ze stali i umiejętności, których zwykły dżentelmen nie 

posiada.   Robin   był   w   tym   bardzo,   bardzo   dobry,   inaczej   by   nie   przeżył. 
Wykorzystywano go na różne sposoby, których przeciętny człowiek z pewnością by nie 

wytrzymał i przez to znalazł się na granicy załamania.

- Dlatego tak się pan o niego martwi? - zapytała cicho.

- Tak czy inaczej bym się o niego martwił. Jest jedyną bliską mi osobą i choć 

wiem,   że   zna   się   na   swoim   fachu,   zawsze   pozostanie   moim   młodszym   bratem.   - 

Westchnął.   -   Wiem   o   jego   pracy   bardzo   niewiele,   tylko   tyle,   ile   sam   mi   zechciał 
powiedzieć   po   powrocie   do   Anglii   i   jestem   mu   wdzięczny,   że   wcześniej   nic   nie 

wiedziałem. Cały czas obawiałem się, czy jeszcze go zobaczę, czy gdzieś nie zginął, a ja 
nigdy się nie dowiem jak i gdzie. - Urwał i zamyślił się. - Żeby pani przybliżyć jego 

karygodną   karierę   powiem,   że   w   zeszłym   roku   pomógł   przeszkodzić   w   planach 
wysadzenia brytyjskiej ambasady w czasie paryskiej konferencji pokojowej.

Desdemona aż sapnęła, kiedy pomyślała, ile osób mogło zginąć podczas takiego 

wybuchu.  Bardzo  prawdopodobne, że Castelereagh,  minister spraw zagranicznych, 

może   nawet   Wellington.   Polityczne   konsekwencje   byłyby   ogromne,   nie   tylko   dla 

background image

Anglii, ale dla całej Europy.

- Rozumie  pani  teraz,  dlaczego  chcę,  żeby  to pozostało  tajemnicą.  To tylko 

próbka   tego,   co   Robin   dokonał.   Mówiono   mi,   że   rząd   zamierza   nadać   mu   tytuł 

szlachecki za zasługi, tylko nie wiedzą, co mogą wyjawić.

-   To   chyba   pierwsza   osoba,   która   zostanie   odznaczona   szlachectwem   za 

szpiegostwo.

- Robin całe życie łamał konwenanse. Nie był zły jako dziecko, ale potrafił być 

zaskakująco  sprytny  i  pomysłowy.  - Twarz  Gilesa pojaśniała.  - Jako  jedyny został 
wyrzucony z Eton już pierwszego dnia szkoły.

Desdemona zachichotała.
- Wątpliwa zasługa. Jak tego dokonał?

- Wprowadził do gabinetu dyrektora sześć owiec. Nie mam pojęcia, jak mu się 

to   udało.   Był   to   przemyślany   plan,   ponieważ   nie   chciał   iść   do   Eton   tylko   do 

Winchester. - Uśmiechnął się na to wspomnienie. - Nawet jeśli zaproponują mu tytuł, 
wcale nie jestem pewien, czy go przyjmie. Kiedyś, jako mali chłopcy, kąpaliśmy się w 

jeziorze Wolverton. Złapał mnie straszliwy skurcz i zacząłem tonąć. Robin wyciągnął 
mnie z wody, a nie było to dla niego łatwe, bo byłem dwa razy większy od niego i 

rzucałem się jak wariat. Kiedy doszedłem do siebie, powiedziałem mu, że przecież 
mógł   mnie   zostawić   w   wodzie,   a   wtedy   to   on   zostałby   następnym   markizem 

Wolverton.

- I? - ponagliła go Desdemona. Oczy Gilesa zamigotały.

- Robin stwierdził, że to najlepszy powód, żeby mnie z tej wody wyciągnąć.
Zagryzła usta.

-   Im   więcej   słucham   o   pańskim   bracie,   tym   wydaje   mi   się   bardziej 

sympatyczny.

- Robin nosi w sobie cały czar i urok rodziny. I jest honorowy, wbrew temu co 

pani myśli.

Popatrzyła na Gilesa, na jego lekki uśmiech, błądzący mu po twarzy.
- Wydaje się, że pan także odziedziczył te trzy cechy.

Spojrzał na nią i zaczerwienił się. Zaraz też wstał i podszedł do okna. Po raz 

pierwszy Desdemona widziała go zakłopotanym.

Dobrze   mu tak,   pomyślała  z  satysfakcją.  On  wprawia  ją   w zakłopotanie  od 

pierwszego spotkania. Uznała jednak, że czas porzucić osobiste tematy.

-   Czy   myśli   pan,   że   Simmons   i   jego   ludzie   pochwycili   naszych   zbiegów?   - 

background image

zapytała.

Markiz przyglądał się widokowi za oknem.
- Być może - odpowiedział. - Ulicą idzie dwóch podejrzanych typków. Są nieźle 

poobijani. Zdaje się, że byli z Simmonsem. Próbowali pewnie pojmać Robina i pani 
bratanicę, ale chyba im się nie udało.

Desdemona podeszła do okna i z zaciekawieniem przyjrzała się dwóm zbirom.
- Pana brat tego dokonał?

-   Prawdopodobnie.   Jako   dziecko   był   niski   i   miał   dziewczęce   rysy.   Nasze 

angielskie szkoły zmuszają dzieci do podjęcia decyzji: walczyć, czy się poddać. Gdyby 

został w Eton, mógłbym się nim zająć, ale ponieważ... - Nie dokończył.

- To oczywiste, że pana brat nie lubi się poddawać. - Nagle uświadomiła sobie, 

że stoi zbyt blisko Wolvertona i szybko się cofnęła. - Co teraz, milordzie? Wątpię, by 
wrócili do poganiaczy.

Zmarszczył brwi.
- Zgadzam się. Teraz nasi uciekinierzy będą mieli się na baczności, więc nie 

odnajdziemy ich w drodze. Sądzę, że czas, aby wróciła pani do Londynu i tam na nich 
czekała.

Popatrzyła   na   niego   podejrzliwie.   Poczucie,   że   są   sprzymierzeńcami, 

natychmiast się ulotniło.

- Ma pan jakiś pomysł?
- Tak. Jeśli zgaduję właściwie, namówię dwójkę uciekinierów, żeby odwiedzili 

panią w Londynie.

Postanowiła nie pytać, czy powinna zaniechać poszukiwań.

- A jeśli się nie zgodzą?
- Przemówię im do rozsądku. - Uśmiechnął się półgębkiem. - Oczywiście, nie 

będę niczego robił na siłę, bo to nigdy nie skutkowało.

Przypominając  sobie  poobijanych  zbirów,  Desdemona musiała  przyznać mu 

rację.

Giles wziął kapelusz z zamiarem odejścia, ale nagle się zatrzymał.

- Dlaczego dano pani na imię Desdemona?
- To rodzinna tradycja. Chłopcom nadaje się imiona łacińskie, dziewczynkom 

szekspirowskie - wyjaśniła.

- Ale pani bratanica ma łacińskie imię?

- Wyjątkowo. Mój brat Maximus został tak nazwany po naszej ciotce Maximie, 

background image

więc przekazał to imię córce. Ciotka Maxima umarła kilka miesięcy temu. Będzie mi 

jej brakowało.

-   Mówi   pani   o   lady   Clendennon?   To   jedyna   Maxima,   jaką   znam.   -   Kiedy 

Desdemona kiwnęła głową twierdząco, dodał: - Silne kobiety to z pewnością następna 
tradycja  Collinsów.  Coraz   mniej  wierzę  w  to,  że  pani  bratanica  zostałaby   z  moim 

bratem wbrew woli.

- To się jeszcze okaże - odparła Desdemona, po czym przypomniawszy sobie cel 

swojej misji, otuliła się szalem i wzięła torebkę.

Markiz usunął się na bok, ale nim otworzył drzwi, zatrzymał się i spojrzał jej w 

oczy z napięciem. Jak zahipnotyzowany podniósł dłoń i dotknął palcami jej czoła, 
ucha, szyi, jakby starał się zapamiętać rysy twarzy kobiety.

Desdemona   stała   jak   zamurowana,   walcząc   z   oddechem.   Każde   miejsce, 

którego   dotknął,   płonęło   jak   od   ognia.   W   trakcie   małżeństwa   nigdy   nie   doznała 

delikatności   i   teraz   uzmysłowiła   sobie,   że   staje   się   bezbronna,   kiedy   ktoś   ją   tak 
traktuje. Podniosła wzrok na Wolvertona i natychmiast tego pożałowała. Ciepło, jakie 

ujrzała w jego oczach, było bardziej niebezpieczne od uderzenia. Wydał jej się taki 
potężny, nie tylko fizycznie, ale i z charakteru. Za chwilę pochyli się i pocałuje ją, a 

kiedy to się stanie...

Odsunęła się i sama otworzyła drzwi.

- Mam nadzieję zobaczyć pana i pańskiego brata w Londynie - powiedziała i 

wybiegła.

Giles patrzył na drzwi, które zamknęły mu się tuż przed nosem. Dlaczego ta 

światowa kobieta zachowuje się jak dziewica orleańska? Prosta odpowiedź: bo jej nie 

odpowiada. Jednak coś mu mówiło, że prosta odpowiedź nie wchodzi tu w grę. W 
oczach Desdemony nie dostrzegł niechęci, raczej strach.

Miał   reputację   człowieka   spokojnego   i   ustępliwego,   ale   kiedy   coś   sobie 

postanowił, nic nie mogło odwieść go od celu. Przysłuchując się pospiesznym krokom 

Desdemony zdecydował, że się dowie, co leży u podstaw strachu tej kobiety.

Potem może uda mu się coś na to zaradzić.

background image

19

Robin pomagał jak mógł, ale Maxie i tak prawie go niosła. Miała wrażenie, że 

do kanału jest straszliwie daleko i że czuje na plecach oddech Simmonsa lub jego 

ludzi. Z dwojga złego wolała już Simmonsa. Miał choć trochę skrupułów, tym zbirom 
ufała tyle co wygłodniałym wilkom u rzeźnika.

Łudziła się, że może natkną się na jakichś przechodniów, ale okolica wyglądała 

na   opuszczoną.   Była   pora   obiadu,   więc   mieszkańcy   pewnie   siedzieli   przy   stołach. 

Kiedy weszli w uliczkę między dwoma spichlerzami, zaczęła się modlić o cud. Dalej 
nie mogą tak iść.

Dotarli na oblane słońcem nabrzeże, przy którym stała barka. Na pokładzie 

krzątali się mężczyzna i chłopiec, szykując się do odpłynięcia. Mężczyzna był niskim 

człowiekiem   o   krępej   muskularnej   posturze   i   siwych   włosach.   Spojrzał   z 
zaciekawieniem na nowo przybyłych. Nic dziwnego, przecież prawie niosła Robina. 

Bezpośrednia prośba o pomoc wydała się jej najlepszym rozwiązaniem.

-   Czy   mógłby   nam   pan   pomóc?   -   odezwała   się   z   desperacją   w   głosie.   - 

Napadnięto na nas i mój mąż jest ranny.

Zdumienie na twarzy kapitana przypomniało jej, w co jest ubrana. Wolną ręką 

zerwała kapelusz. Mężczyzna zamrugał ze zdziwienia powiekami.

Maxie była pewna, że Robin jest nieprzytomny, tymczasem szepnął jej prosto 

do ucha:

- Wytoczyłaś najcięższe działo. Biedaczysko nie ma szans.

- Uspokój się! - syknęła.
Kapitan wyskoczył na brzeg i podszedł do nieznajomych.

- Zostaliście napadnięci przez złodziei w środku dnia? - zapytał z wyraźnym 

niedowierzaniem.

Jaka   historyjka   poruszy   tego  flisaka?   Kiedy   nie   wiadomo   co   mówić,   trzeba 

łączyć prawdę z kłamstwem.

- To nie byli złodzieje tylko mój kuzyn z kompanami. Chce nam przeszkodzić 

dotrzeć do Londynu. - Zerknęła za siebie z udanym przestrachem. - Czy możemy się z 

wami zabrać? Wszystko wyjaśnię, ale oni zaraz tu będą.

Spojrzała   błagająco   na   kapitana,   starając   się   wyglądać   jak   kobieta,   którą 

mężczyźni chętnie się opiekują. Powinna była częściej obserwować kuzynkę Portię.

- Może oni tylko próbują przejechać się za darmo, tato - odezwał się chłopak o 

background image

piegowatej twarzy.

Kapitan popatrzył na chwiejącego się na nogach Robina.
- Ta krew wygląda na prawdziwą. W porządku - dodał po chwili. - Zabiorę was 

na pokład.

Zarzucił sobie Robina na plecy, jakby ten nie ważył więcej niż jego syn.

- Chodźmy.
Maxie weszła na pokład barki. Piętrzyły się na nim nakryte brezentem pakunki, 

wydzielające   mocny   zapach   wełny.   Pewnie   przewozili   dywany,   które,   jak   mówił 
Dafydd Jones, wyrabia się w tej okolicy.

-   Pewnie   wolelibyście   nie   być   na   widoku,   kiedy   zjawi   się   tu   wasz   kuzyn   - 

stwierdził kapitan. - Zdejmij przykrywę przedniego luku, Jamie.

Chłopiec pospiesznie otworzył luk, pod którym znajdowało się pomieszczenie 

również   wypełnione   dywanami.   Wszedł   do   środka,   żeby   zrobić   miejsce   dla 

nieprzytomnego Robina.

- Tylko nie pobrudźcie krwią ładunku.

- Postaramy się - obiecała Maxie. - Znajdzie pan może jakieś czyste szmaty i 

wodę do obmycia i opatrzenia rany?

Jamie natychmiast pobiegł spełnić jej prośbę.
Maxie uklękła przy Robinie, odsuwając złote włosy, żeby obejrzeć ranę. Guz 

nabrał już znacznych rozmiarów, ale stwierdziła z zadowoleniem, że rozcięcie nie jest 
głębokie i krwawienie prawie ustało.

Chwilę  później pojawił  się Jamie z opatrunkami  i sproszkowaną  bazylią  na 

ranę.   Maxie   zajęła   się   opatrywaniem   skaleczenia.   Robin   przyjmował   te   zabiegi   ze 

stoickim spokojem, choć widziała, jak zaciska dłoń na brzegu dywanu.

- Najlepiej będzie, jeśli zamkniemy luk - powiedział kapitan, kiedy skończyła.

- Ma pan rację - zgodziła się Maxie. - Mój kuzyn mógł nas śledzić. To... to 

strasznie pogmatwana historia.

W oczach kapitana błysnęła kpina.
- Nie wątpię.

Nasunął   przykrywę   i   w   pomieszczeniu   zrobiło   się   zupełnie   ciemno.   Potem 

przykrył  otwór  dywanami.  Maxie  błogosławiła  go  za   tę  przezorność.  Nawet   gdyby 

Simmons znalazł barkę, nie znajdzie ich kryjówki.

Pomieszczenie,   w   którym   się   znajdowali,   miało   sześć   stóp   długości,   cztery 

szerokości, trzy wysokości i całe było wypełnione dywanami. Jak przytulna trumna. 

background image

Maxie starała się o tym nie myśleć. Najważniejsze, że uciekli Simmonsowi, a kapitan 

był   ich   sprzymierzeńcem.   Usłyszała   jego   stłumiony   okrzyk   nakazujący   Jamie’emu 
odcumować i barka ruszyła. Nie mając nic lepszego do roboty, wyciągnęła się obok 

Robina.

- Jesteś tam?

- Przez ostatnie pół godziny byłem przytomny, choć musiałaś mnie taszczyć jak 

jakiś wór z odpadkami.

Uśmiechnęła się z ulgą.
- Wygląda na to, że kamień nie zaszkodził twojemu poczuciu humoru.

-   Oczywiście,   że   nie.   Głowa   to   najbardziej   wytrzymała   część   mojego   ciała. 

Zostało ci jeszcze trochę wody? - zapytał z lekkim napięciem w głosie. Uniosła go 

lekko i przytknęła butelkę do ust. Potem zakorkowała ją i spytała: - Czy doznałeś 
jeszcze jakichś obrażeń?

- Nic godnego uwagi - odpowiedział.
- W takim razie może pomyślisz o przekonujących powodach, dla których mój 

kuzyn i jego kompani nas ściągają.

- Jesteś taka dobra w wymyślaniu historyjek, że szkoda byłoby się wtrącać - 

odpowiedział.

- Ty jesteś mistrzem, ja tylko amatorką.

-   Możliwe,   ale   wspaniale   odegrałaś   swoją   rolę.   Gdybym   cię   lepiej   nie   znał, 

przysiągłbym, że jesteś przerażona i bezbronna.

-   Skąd   pewność,   że   tak   nie   było?   -   zapytała,   nie   wiedząc,   czy   ma   się   czuć 

obrażona, czy raczej dumna z pochwały.

- Ponieważ kobieta, która zaatakowała profesjonalnego boksera trzy razy od 

niej   wyższego,   musi   być   albo   odważna,   albo   jest   samobójczynią   -   rzucił   z   nutą 

rozbawienia i podziwu w głosie. Po czym przygarnął ją do siebie i wyszeptał: - Jesteś 
wspaniałą opiekunką.

Uśmiechnęła   się   i   wygodnie   oparła   o   Robina.   Choć   wiedziała,   że   to 

irracjonalne, czuła się bezpiecznie w jego ramionach, jakby zewnętrzny świat nie mógł 

jej zranić.

Oddech Robina wkrótce stał się wolniejszy. Zasnął. Ona także chętnie by się 

przespała,   ale   oparła   się   pokusie.   Zamiast   tego   wsłuchała   się   w   plusk   wody, 
uderzającej o burtę, i myślała nad historią, którą opowie kapitanowi.

Barka zbliżała się właśnie do pierwszej śluzy przy Foxton, kiedy nagle pojawiło 

background image

się dwóch zdyszanych mężczyzn.

- Ej, wy tam! - zawołał większy z londyńskim akcentem. - Zaczekajcie, chcę was 

o coś zapytać.

Kapitan wyjął z ust fajkę i zmierzył wzrokiem wołającego. Mężczyzna wyglądał 

tak, jakby przed chwilą skończył się z kimś bić.

-   Barka   nie   może   się   zatrzymać,   przepływając   przez   śluzę   -   odparł,   potem 

zawołał do syna. - Otwórz śluzę.

Jamie zakręcił kołem i woda zaczęła zalewać niższy poziom.
-   Do   diabła,   mówiłem   do   ciebie!   -   warknął   nieznajomy.   Kapitanowi   nie 

spodobał się jego ton.

- A ja mam robotę do wykonania - odburknął. - Lepiej pomóż przy otwieraniu 

wrót. Porozmawiamy po drugiej stronie.

Poziom wody wyrównał się i Jamie otworzył przegrody. Koń pociągnął barkę, 

wrota zamknęły się za nią i otworzyły następne, tak żeby woda mogła spłynąć niżej.

Nieznajomy patrzył przez chwilę niezdecydowany, po czym machnął ręką na 

kompana i obaj rzucili się do pomocy.

W końcu barka dotarła do dołu śluzy, siedemdziesiąt pięć stóp poniżej miejsca, 

w którym rozpoczęła swoją drogę.

Wówczas nieznajomy wskoczył na pokład.

- A teraz odpowiesz na kilka pytań? - zapytał z przesadną uprzejmością.
Kapitan napełnił glinianą fajkę świeżym tytoniem, skrzesał zapałkę.

- Co chcesz wiedzieć?
-   Szukam   dwójki   przestępców,   blondyna   i   młodej   kobiety.   Są   bardzo 

niebezpieczni.

- Tak? - Kapitan zrobił znudzoną minę.

Nieznajomy omiótł wzrokiem pokład, wypatrując jakichś śladów uciekinierów, 

jednocześnie opisując ich wygląd i wyliczając przestępstwa.

Miała wrażenie, że tkwią w tej gęstej ciemności od wieków, choć z pewnością 

minęła zaledwie godzina, góra dwie. Otrząsnęła się z drzemki, kiedy pokład nad jej 

głową zaczął trzeszczeć. Poprzez chlupot wody usłyszała czyjeś głosy.

Rozmawiało   dwóch   mężczyzn.   Choć   mocno   wytężała   słuch,   nie   potrafiła 

rozróżnić słów. Robin nadal spał. Usiadła, zbyt zdenerwowana, by leżeć. Przestała 
oddychać,  kiedy  usłyszała  skrzypienie  desek  nad głową.  Simmons w każdej  chwili 

może zrzucić dywany z przykrywy albo usłyszeć bicie jej serca. Kroki zatrzymały się 

background image

tuż nad jej głową. Czuła, że za chwilę zacznie krzyczeć albo walić pięściami w deski, 

byle tylko przerwać to napięcie.

Robin poruszył się i nabrał powietrza, jakby zamierzał coś powiedzieć. Maxie 

natychmiast poszukała jego ust i przymknęła je dłonią.

Nagle usłyszała wyraźny głos Simmonsa.

-   Każdy,   kto   pomaga   przestępcom,   łamie   królewskie   prawo   i   może   zostać 

ukarany.

Sapnęła   gniewnie,   oburzona   słowami   prześladowcy,   który   tak   dumnie 

odwoływał się do prawa. Ten drań zacytowałby Pismo Święte, gdyby musiał.

Robin   początkowo   spięty,   teraz   rozluźnił   się   i   pokiwał   głową.   Kiedy   kroki 

zaczęły się oddalać, Maxie cofnęła dłoń, lecz Robin pochwycił ją i złożył na niej gorący 

pocałunek.

Dziewczyna   wstrzymała   oddech.   Zaskakujące,   jak   podziałał   na   nią   ten 

pocałunek. Dlaczego akurat ta szybka i ulotna pieszczota tak ją poruszyła, skoro przed 
chwilą trzymała rękę na ustach Robina i nic nie czuła?

Otaczająca   ich   ciemność   przestała   nagle   przerażać   i   nabrała   intymności. 

Dotknęła dłonią włosów Robina, wyczuwając pod palcami bandaż, a potem pogłaskała 

twarz.   Wyczuła   różnicę   między   policzkiem   a   miejscem,   gdzie   zaczynał   się   zarost. 
Przypomniała   sobie,   co   czuła,   kiedy   obserwowała   Robina   w   trakcie   golenia. 

Zaczerwieniła się.

Przesunęła delikatnie palcami po jego ustach, a on dotknął ich końcem języka. 

Przeszedł ją dreszcz. Kiedy Robin przyciągnął ją do siebie, nie opierała się. Przysunęła 
wargi na spotkanie jego ust. Zapomniała o strachu, o ścigających ich zbójach. Nic nie 

istniało prócz tego mężczyzny, jego atłasowego języka i siły bijącej od niego. Ogarniał 
ją coraz większy żar.

Dłoń   Robina   wsunęła   się   między   ich   ciała,   aż   dotarła   do   czułego   miejsca 

między udami kobiety. Maxie westchnęła i mocniej przywarła do partnera. Wezbrało 

w  niej   pożądanie,   prowadząc   do  odwiecznego   tańca   miłości   i   odnowy.   Przesunęła 
dłonią   po   torsie   Robina.   Czuła   jego   napięte   mięśnie.   Pieściła   go,   zarazem   zła   na 

ubrania, które ich dzieliły. Robin wsunął jej dłoń pod koszulę i zaczął pieścić plecy. 
Rozkoszowała się dotykiem jego gorących palców.

W tym momencie pokład znowu zaskrzypiał pod ciężkimi krokami. Obydwoje 

zamarli w bezruchu. Bliżej, coraz bliżej... Posłyszeli głos Simmonsa. Mamrotał coś 

niezrozumiale, ale sądząc z tonu, można było wywnioskować, że jest zły.

background image

Wraz   z   nagłym   powrotem   do   rzeczywistości   Maxie   poczuła   złość   na   siebie 

samą.   Przecież   postanowiła   nie   dopuścić   do   zbliżenia   z   Robinem.   Nie   ma   więcej 
rozumu niż pospolita wiewiórka. Odsunęła się. Robin złapał ją za nadgarstek. Maxie 

zdrętwiała. Puścił ją, ale wcześniej pogładził jej rękę wolno i zmysłowo. Nie wiedział, 
jaki płomień w niej rozpalił tym ulotnym dotknięciem. Czuła pożądanie zmieszane z 

tkliwością. Nawet gdyby teraz leżeli obok siebie nadzy, nie byłaby bardziej świadoma 
jego ciała.

Żałując, że ich kryjówka jest tak mała, odsunęła się najdalej jak mogła i oparła 

o stertę dywanów. Serce biło jej tak głośno, że niemal zagłuszało chrapliwy oddech 

Robina.

Deski   ponownie   zatrzeszczały  pod   czyimiś   krokami.   Posłyszeli   szelest  jakby 

ktoś odsuwał dywany. Wielki Boże, czy Simmons wie, że pod dywanami znajduje się 
luk?

Z przodu barki  dobiegł czyjś głos i Simmons ruszył w tamtą  stronę. Potem 

nastąpiła długa cisza. Maxie cały czas modliła się, żeby londyńczyk już nie wrócił. 

Kiedy barka ruszyła, odetchnęła, choć nadal drżała.

- Przepraszam. Może to tak wyglądało, ale nie zamierzałam doprowadzić cię do 

szaleństwa - wyszeptała.

- Wiem. To moja wina  - odpowiedział  Robin, jednak w jego głosie brzmiał 

gniew. - Najwyraźniej uderzenie kamieniem źle wpłynęło na mój rozsądek.

Zadrżała na wspomnienie jego uścisku. Postanowiła, że trzeba wziąć byka za 

rogi.

- Odnoszę wrażenie, że ciąży nad nami jakaś klątwa i przez to nie potrafimy 

oprzeć się wspólnemu fizycznemu pociągowi. To bardzo uciążliwe, nie sądzisz?

Robin zakrztusił się śmiechem.

- Cały świat opiera się na wzajemnym pociągu. Ponieważ stale jesteśmy razem, 

ta sytuacja rzeczywiście czasami wydaje się dziwna, ale nie chciałbym, by cokolwiek 

się zmieniło. A ty?

Przypomniał   jej   się   rozkoszny   ból   w   ciele,   czysta   i   tajemnicza   radość,   jaką 

czuła, kiedy ją obejmował i pustka, jaka nastąpi, kiedy nadejdzie czas rozstania.

- Nie, raczej nie - odpowiedziała ku swemu zaskoczeniu.

- Cieszę się - powiedział cicho Robin.
Atmosfera   zmieniła   się,   opadło   napięcie   wywołane   pożądaniem.   Robin 

przyciągnął   Maxie   do   siebie   w   ciepłym   i   przyjacielskim   uścisku.   Rozluźniła   się   i 

background image

znowu poczuła spokój.

-   Jesteś   przygotowana   na   pytania   kapitana,   kiedy   już   nas   stąd   wypuści?   - 

zapytał szeptem Robin.

- Tak - odparła krótko.
Dłoń Robina zsunęła się na jej plecy.

- Czy powinienem coś wiedzieć, żeby cię w razie czego wesprzeć?
- Nie. Może to cię zaszokuje, ale postanowiłam powiedzieć prawdę.

- Prawdę? - powtórzył ze zdziwieniem. - Takie rozwiązanie rzeczywiście nigdy 

nie przyszło mi do głowy.

- Akurat w to jestem skłonna uwierzyć bez zastrzeżeń. Roześmiał się.
- Przysięgam, że mówię prawdę o wiele częściej, niż kłamię. Ciągłe oszukiwanie 

i pilnowanie się, żeby się nie pogubić, jest bardzo męczące.

- Doprawdy? - zapytała niewinnie. Poczuła, że Robin trzęsie się ze śmiechu.

- Nadal pozostaniesz moją żoną, czy może zaprzeczysz swoim wcześniejszym 

słowom?

- Sądzę, że powinniśmy nadal uchodzić za małżeństwo - uznała. - Wolałabym 

nie wyjaśniać, co nas naprawdę łączy. Trudno by mi było to opisać.

Znowu poczuła, że Robin trzęsie się ze śmiechu, ale nic nie powiedziała. Mogła 

teraz   odpocząć.   Oparła   głowę   na   ramieniu   towarzysza.   Już   wkrótce   znowu   będą 

musieli stawić czoło światu.

Obudziła   się,   gdy   do   środka   wpadły   promienie   słoneczne.   Uniosła   głowę   z 

przestrachem, ale zobaczyła tylko twarz kapitana.

- Jak się czujecie?

- Dobrze i bardzo panu dziękujemy! - odkrzyknął Robin. Wstał, wspiął się na 

pokład, następnie pomógł wyjść Maxie.

- Przy okazji nazywam się Robin Anderson, a to moja żona Maxima.
Natychmiast zauważyła, że teraz jest Andersonem a nie Andrevillem. Dzięki 

Bogu, że miał tyle zdrowego rozsądku, żeby nie użyć swojego szlacheckiego tytułu. I 
bez tego budzili podejrzenia.

Rozejrzała   się   dokoła   i   stwierdziła,   że   barka   stoi   na   dnie   wielkiej   śluzy. 

Niedaleko stała mała kamienna stajnia i domek śluzowego z maleńkim ogródkiem.

Kapitan wyjął fajkę z ust.
- Ja nazywam się John Blaine. Mój chłopak, Jamie, jest w stajni. Mężczyźni 

uścisnęli sobie dłonie.

background image

- Mam nadzieję, że Simmons nie był dla pana zbyt niegrzeczny - odezwał się 

Robin.

- Tak się składa, że był. - Za dymem z fajki pojawił się złośliwy uśmiech. - 

Obawiam się, że mieliśmy mały wypadek. Potknął się o linę i wpadł do kanału. Stracił 
zainteresowanie barkami i pokuśtykał w dal.

Maxie uśmiechnęła się. Ciekawe jak kapitanowi udało się doprowadzić do tego 

wypadku.

- Zjecie z nami kolację? - zapytał kapitan.
W tej chwili przypomniała sobie, że ostatni posiłek mieli w ustach wcześnie 

rano. Czy to naprawdę tego ranka pili herbatę i jedli chleb w towarzystwie Dafydda 
Jonesa?

- Z wielką ochotą, kapitanie.
Gestem nakazał im iść za sobą do prostej kabiny stojącej na środku barki. Stół 

zastawiony   był   zimnym   jedzeniem,   przygotowanym   przez   żonę   Blaine’a   jeszcze   w 
Market Harborough. Bardzo dbała o to, żeby jej mężczyźni nie zginęli z głodu, tak 

więc mieli i pasztet, i chleb, i ser, i marynowane cebulki. Cała czwórka zasiadła przy 
stole, ale drzwi zostawili otwarte, żeby wpuścić do środka trochę wiatru.

- Mówiła pani, pani Anderson, że potrafi wszystko wyjaśnić - odezwał się po 

skończonym posiłku. - Pani kuzyn twierdził, że jesteście złodziejami i zbrodniarzami.

Postanowiła nie owijać niczego w bawełnę.
-   Simmons   nie   jest   moim   kuzynem.   Powiedziałam   tak,   ponieważ   było   to 

prostsze niż prawda.

-   Nie   zauważyłem   żadnych   śladów   rodzinnego   podobieństwa   -   przyznał 

kapitan. - A więc jaka jest prawda?

Maxie opowiedziała  o śmierci ojca  w Londynie, o swoich podejrzeniach  i o 

wuju,   który   za   wszelką   cenę   chce   ją   powstrzymać   przed   dotarciem   do   Londynu. 
Starała się jak najmniej mówić o Robinie.

- Przysięgam, kapitanie, że nie jesteśmy bandytami - dodała na zakończenie. 

Przynajmniej nie ona, pomyślała. - Nigdy nic nie ukradłam prócz starej mapy wuja. 

Nikomu też nie wyrządziliśmy krzywdy, a tylko broniliśmy się przed Simmonsem i 
jego ludźmi.

Kapitan nabił fajkę.
- Czy wuj był pani opiekunem, zanim wyszła pani za mąż? Maxie pokręciła 

głową.

background image

- Nie. Nawet gdybym nie była mężatką, to niedawno skończyłam dwadzieścia 

pięć lat, tak więc nie potrzebuję opiekuna. Wuj nie ma żadnego prawa wtrącać się do 
moich spraw.

Nie tylko Blaine, ale także Robin popatrzyli na nią ze zdumieniem. Ze względu 

na jej niewielki wzrost ludzie brali ją za młodszą.

-  Brzmi  to  sensownie,  choć  może  to  nie  cała  prawda.  Żałuję,   że  nie  byłem 

świadkiem   waszej   bójki   z   Simmonsem   i   jego   kompanami.   -   Blaine   zaciągnął   się 

mocno fajką. - Podejrzewam, że jutro wyruszycie dalej do Londynu, ale jeśli chcecie 
spędzić tu noc, zapraszam.

Maxie pochyliła się nad stołem i ucałowała szorstki policzek kapitana.
- Niech pana Bóg błogosławi. Pan i Jamie jesteście wspaniali. Kapitan omal nie 

upuścił fajki.

- Jeśli będziesz opowiadał o tym matce, nie zapomnij dodać, że pocałunek nie 

był moim pomysłem - zwrócił się do syna, próbując ukryć uśmiech zadowolenia.

Wszyscy   wybuchnęli   śmiechem.   Potem   nastąpił   bardzo   miły   towarzyski 

wieczór. Z zaparzoną herbatą wyszli na pokład. Wkrótce dołączyli do nich śluzowy z 
rodziną, przynosząc ciepłe bułeczki.

Zapalili   latarnie,   a   wtedy   Robin  pokazał   kilka   swoich   magicznych   sztuczek. 

Potem namówił Maxie, żeby zagrała na harmonijce. Ten wieczór bardzo przypominał 

jej   sąsiedzkie   spotkania   w   Nowej   Anglii.   W   końcu   odeszli   z   Robinem   do   swojej 
kryjówki.   Leżąc   w   objęciach   towarzysza,   dziękowała   Bogu   za   tę   dziwną   podróż. 

Odkrywała inną Anglię od tej arystokratycznej i, jak do tej pory, była ona cieplejsza i 
milsza.

Najbardziej jednak była wdzięczna Robinowi.
Simmons z furią szukał uciekinierów, ale zapadli się jak kamień w wodę. Ten 

ospały kapitan barki wspominał coś o dwójce ludzi przejeżdżających na furmance, ale 
ten ślad nigdzie go nie zaprowadził.

Przeklinając   samego   siebie,   Simmons   wysłał   list   do   lorda   Collingwooda   z 

informacją, że zgubił ślad dziewczyny i że nie może zagwarantować, iż nie dotrze do 

Londynu. Kończył sugestią, by jego lordowska mość wymyślił inny sposób na to, by 
bratanica   nie   dowiedziała   się,   jak   naprawdę   zginął   jej   ojciec.   Będzie   jednak 

kontynuował poszukiwania.

background image

20

Robin   bez   entuzjazmu   przyglądał   się   ciemnemu   niebu.   Do   tej   pory,   dzięki 

Bogu, mieli dobrą pogodę, ale to miało się zmienić. W najlepszym razie czeka ich 

ulewa, a w najgorszym potężna burza z piorunami. Pomogło mu to podjąć decyzję.

- Masz ochotę spędzić dzisiejszą noc w wielkim stylu? - zapytał.

- Jeśli to oznacza kąpiel, to tak.
Temu oświadczeniu towarzyszył promienny uśmiech, który sprawiał, że Robin 

czuł   się   dziwnie,   a   jego   serce   chyba   zapominało,   że   ma   bić.   Ta   dziewczyna   była 
najodważniejszą   kobietą,   jaką   spotkał.   Z   radością   przyjmowała   wszystko,   co 

przytrafiało jej się w drodze. Wiedział, że czasami był dla niej męczący, ale nigdy nie 
płakała ani się nie użalała. Maggie też była taka. Z zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że 

od wielu już dni nie myślał o Maggie. Czarujące towarzystwo Maxie sprawiało, że 
przeszłość wydawała mu się bardzo odległa. I tak też powinno być.

Przeszli szmat drogi od opuszczenia  barki.  Dotarli  w pobliże Northampton, 

leżące   zaledwie   kilka   dni   drogi   od   Londynu.   Ich   podróż   barką,   z   zachowaniem 

szczególnej  ostrożności,  chyba  zmyliła  Simmonsa.  Nie spotkała  ich bowiem żadna 
nowa   przygoda.   Robinowi   to   wystarczało.   Pragnął   być   z   Maxie,   dlatego   starał   się 

trzymać   z   daleka   od   jej   wspaniałego   ciała.   Udało   mu   się   okiełznać   pożądanie, 
wmawiając   sobie,   iż   dziewczyna   jest   nieosiągalna,   tak   jak   mężatka   albo   młoda 

dziewica czy też ktoś z rodziny. Jakoś mu się to udawało, dzięki czemu nie musiał 
przepraszać za swoje zachowanie. Nieustannie jednak towarzyszyła mu świadomość, 

że   dziewczyna   bardzo   go   pociąga.   Tak   naprawdę   powstrzymywało   go 
przeświadczenie, iż jeśli jeszcze raz się zapomni, Maxie go odtrąci, a nawet zniknie. 

Bardzo prawdopodobne, że ona także go pożądała, ale wyraźnie pokazywała, iż to ona 
rządzi swoim ciałem a nie odwrotnie.

Z zamyślenia wyrwała go błyskawica, za którą niemal natychmiast odezwał się 

grzmot. Lunął deszcz, który w sekundę przemoczył ich do suchej nitki.

-   Jak   daleko   jest   do   tego   miejsca,   o   którym   mówiłeś?   -   zapytała   Maxie, 

przekrzykując szum ulewy.

- Niedaleko. - Przyspieszył kroku. - Ale ten deszcz to jeszcze nic. Żałuj, że nie 

widziałaś odwrotu Napolena spod Moskwy.

Roześmiała się, jak zawsze zdumiona jego pomysłowością.
- Chcesz mi powiedzieć, że tam byłeś? Następna błyskawica przeszyła niebo.

background image

-   Krótko   -   rzucił   lekkim   tonem.   -   Ale   nie   bawiłem   się   tam   dobrze,   więc 

ukradłem konia i wróciłem do Prus.

Zasypała go serią podchwytliwych pytań, na które odpowiadał bez namysłu.

-   Już   prawie   jesteśmy   na   miejscu   -   powiedział   w   pewnej   chwili.   Skręcili   z 

wąskiej drogi ku prześwitowi w żywopłocie. Za nim rozciągał się wysoki, kamienny 

mur.

- Być może mózg odmawia mi posłuszeństwa, ale nie widzę tu nigdzie żadnego 

schronienia - rzuciła skonsternowana.

- Musimy przejść przez mur.

Podskoczył,  chwycił  się ściany i lekko podciągnął w górę. Następnie spuścił 

pasek od tobołka dla Maxie.

- Wielki Boże, Robin, co robisz?! - zawołała z przerażeniem. - Ten mur otacza 

zapewne czyjąś posiadłość.

- Tak, ale właściciel jest nieobecny, a dom stoi pusty - wyjaśnił. Ponieważ nadal 

się wahała, dodał: - Uwierz mi, nie będzie żadnych kłopotów.

Popatrzyła na niego niepewnie. Jak zawsze wyglądał na kryształowo uczciwego. 

Przypomniała sobie, co pomyślała o nim, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy: że ma 

twarz   człowieka,   który   potrafi   wcisnąć   kupującemu   tysiące   niepotrzebnych 
szpargałów. Anielski hultaj, szelma, łobuz. Jednak jak do tej pory nie zawiodła się na 

nim. Chwyciła za pasek i wspięła się po murze.

Zeskoczyli na drugą stronę. Znaleźli się pod wielkimi drzewami, które osłaniały 

ich   nieco   od   ulewy.   Robin   prowadził   słabo  widoczną   ścieżką.   Ziemia   była   mokra, 
bagnista. W końcu doszli do lasu. Scenerię oświetliła błyskawica. Maxie stanęła jak 

wryta na widok majestatycznego budynku rysującego się na tle granatowego nieba. 
Przy takiej pogodzie pałace robiły upiorne wrażenie, jak z gotyckich romansów, ale 

nie ten. Budowla z okresu Jakuba I stała na lekkim wzniesieniu, otoczona dobrze 
utrzymanymi   trawnikami   i   ogrodami.   Nie   była   zadziwiająco   duża,   ani   też 

ostentacyjna. Miała doskonałe proporcje i wspaniale komponowała się z otoczeniem. 
Nawet przy burzy emanowała spokojem.

- Robin, nie powinniśmy tu przychodzić - stwierdziła Maxie.
-   Służba   jest   u   siebie.   Dom   stoi   pusty,   uwierz   mi   -   uspokajał.   -   Nikt   nie 

zauważy, że tu jesteśmy.

Nadal się opierała.

- Skąd możesz wiedzieć, że jest pusty?

background image

- To dla mnie punkt honoru wiedzieć takie rzeczy - wyjaśnił enigmatycznie. - 

Chodź. Nie wiem jak ty, ale ja jestem zamarznięty na kość.

Rozejrzała się na boki i ruszyła za Robinem.

- Jak nazywa się ta posiadłość i do kogo należy?
-  Ruxton.   Przez   wiele   lat   stanowiła   drugą   posiadłość   jednej  z   największych 

rodzin w Anglii. Doskonale utrzymana, ale rzadko używana - wyjaśnił, prowadząc ją 
do tylnych drzwi.

-   Jaka   szkoda.   -   Popatrzyła   na   ładną   fasadę.   -   Ten   dom   powinien   być 

zamieszkany. Angielscy szlachcice są beznadziejnie rozrzutni.

- Nie zaprzeczam.
Zatrzymali się przy drzwiach prowadzących do kuchni. Robin przekręcił gałkę, 

przekonując się, że drzwi są zamknięte. Nie zastanawiając się długo, ściągnął prawy 
but,   odsunął  obcas  i  wyciągnął   komplet wytrychów.   Włożył  but  i wetknął   jeden z 

drucików w dziurkę od klucza.

- Co ty wyprawiasz, do diabła? - prawie krzyknęła.

-   Chyba   to   oczywiste.   Teraz   bądź   cicho   -   dodał,   uprzedzając   jej   protest.   - 

Wyszedłem z wprawy, więc muszę się skoncentrować.

Chyba jednak nie wyszedł z wprawy. Zmienił wytrychy i już po minucie drzwi 

stały otworem.

- Masz przerażające talenty - rzuciła gniewnie.
- Ale użyteczne - odparł z niewinną minką. - Chyba wolisz znaleźć się w środku, 

przy gorącym kominku, niż sterczeć tu na deszczu?

- To niebezpieczne - mruknęła, przekraczając próg.

Przez zamknięte okiennice wpadało dość światła, by zobaczyć, iż kuchnia jest 

czysta i pusta. Na ścianie wisiały świecące garnki, ale nigdzie nie było śladu ludzi. 

Najwyraźniej Robin miał dobre informacje. Niemniej jednak, nie czuła się pewnie, 
kiedy   odkładała   na   podłogę   tobołek   i   ściągała   z   siebie   przemoczoną   pelerynę   i 

kapelusz.

Robin otworzył drzwi do spiżarni.

- Rozpalę ogień. W tej burzy nikt nie zauważy małego dymu z komina.
To oczywiste, że był tu już wcześniej. Może jako żebrak, proszący o jedzenie, w 

czasach kiedy dom był jeszcze zamieszkany. A może jako gość? Odnalezienie latarni 
zajęło mu tylko kilka sekund. Potem rozpalił ogień w kominku i wstawił wodę na 

kąpiel. Przemoczona do suchej nitki i drżąca z zimna, z wdzięcznością zbliżyła się do 

background image

gorących płomieni.

Robin   zniknął   na   chwilę   i   pojawił   się   z   grubym   szalem,   którym   okrył   jej 

ramiona.

-   Znalazłem   garderobę   z   mnóstwem   starych   ubrań   -   oznajmił.   -   Może 

wybierzemy pokoje do spania, zanim zagotuje się woda na kąpiel?

- Szczerze mówiąc, wołałabym zostać tutaj - odparła. - Czuję się niezręcznie, 

wdzierając się do tego domu, nawet jeśli nikt tu nie mieszka.

- Ale ten dom stoi pusty od wielu lat. - Robin zapalił kilka świec, po czym 

uśmiechnął się i poklepał japo dłoni. - Chodź, zobacz. Nikomu nie robimy nic złego.

Poszła   za   nim   z   przeświadczeniem,   że   kiedy   uśmiecha   się   w   ten   sposób, 

zrobiłaby wszystko, co powie.

Oglądała dom, który był ładny i przytulny, czego brakowało Chanleigh Court. 

Choć większość mebli zakrywały narzuty, mogła dostrzec ich eleganckie kształty. Stoły 

z   satynowego   drzewa   wymagały   jedynie   odkurzenia.   Wysokie   okna   czekały   na 
wpuszczenie światła, a grube orientalne dywany tłumiły ich kroki.

W pokoju muzycznym podniosła pokrywę klawikordu i zagrała gamę.
- To smutne, że nie ma nikogo, kto by się tym wszystkim cieszył.

- Ten dwór jest stary jak świat - zauważył melancholijnie Robin. - Dekada czy 

dwie to dla niego niezauważalna przerwa. Ruxton miało swojego gospodarza i tak też 

będzie w przyszłości.

Miała   nadzieję,   że   tak   się   stanie.   Poszli   na   górę.   Na   szczycie   schodów 

znajdowało się małe, nie zasłonięte okiennicami okienko. Zatrzymała się przy nim, by 
podziwiać malownicze wzgórza. Krajobraz był tu łagodniejszy niż w Durhamshire, ale 

równie piękny.

Zacisnęła wargi. Jak to możliwe, że właściciele nie chcą tu mieszkać? Czy nie 

mają   biednych  krewnych,   którzy   potrzebują  schronienia?  Kręcąc  głową  ruszyła  za 
towarzyszem.   Robin   otworzył   jakieś   drzwi   i   zajrzał   do   środka.   Pokój   był   duży,   z 

olbrzymim łożem o czterech kolumnach i różowym dywanem na podłodze.

- Czy ten ci odpowiada? Zdaje się, że to pokój pani domu. Sypialnia pana musi 

się znajdować za tymi drzwiami.

Popatrzyła na Robina, przypominając sobie zajazd poganiaczy.

- Innymi słowy łóżko jest bardziej niebezpieczne niż siano, krzaki czy sterta 

dywanów?

Spojrzał jej w oczy z powagą.

background image

- Już się o tym przekonaliśmy. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli prześpię się w 

drugim pokoju.

Oczywiście miał rację.

Po   raz   kolejny   podciągnęła   opadające   rękawy   eleganckiego   szlafroka.   Nie 

chciała,  żeby ubazgrały się w talerzu zjedzeniem. W ciągu ostatnich trzech godzin 

humor   znacznie   się   jej   poprawił.   W   czasie   gdy   Robin   się   kąpał,   udusiła   szynkę   z 
warzywami,   które   ze   sobą   przynieśli.   Choć   nie   piła   alkoholu,   to   używała   go   do 

gotowania. Szynka z dodatkiem sporej ilości białego wina i ziół była prawdziwą ucztą 
dla podniebienia.

W czasie kiedy ona zażywała kąpieli - zachwycającej, pachnącej lawendą kąpieli 

- Robin zbierał domowe skarby, by wykreować wspaniały nastrój do posiłku. Salon 

jadalny był za duży, by stworzyć intymną atmosferę, rozstawił więc stół w mniejszym 
pokoju. Kryształowe kielichy, srebrne sztućce i delikatna porcelana lśniły w świetle 

świec.  Znalazł  też dwa aksamitne szlafroki,  w które się przebrali,  podczas gdy ich 
ubrania schły przy ogniu. Maxie czuła się jak prawdziwa księżniczka.

Przełknęła   ostatni   kęs   jedzenia   i   odchyliła   się   na   oparcie   z   westchnieniem 

zadowolenia,   po   raz   kolejny   podciągając   rękawy.   Szlafrok   był   na   nią  za   duży,   ale 

doskonale   pasował   na   tę   niecodzienną   okazję.   Na   stopach   miała   grube   wełniane 
skarpety i jak dziecko rozpuściła włosy.

Postanowiła się odprężyć i cieszyć oko bogatym wnętrzem. Odnosiła dziwne 

wrażenie, że dom jest jej przyjazny. Być może cieszył się, że ma mieszkańców, choć 

tylko przypadkowych. Ukradkiem spojrzała  na Robina. Szlafrok doskonale na nim 
leżał  i pasował  kolorem do jego oczu. Podkreślał też płowy odcień włosów. Robin 

wyglądał   w   nim   niebezpiecznie   przystojnie.   Kiedy   sięgał   po   kieliszek,   szlafrok 
rozchylił się na piersi. Maxie zauważyła rudawe włosy. Przypomniała sobie, że tego 

samego koloru jest broda Robina.

-   W   takich   chwilach   przyjemnie   byłoby   pohuśtać   się   w   bujanym   fotelu   z 

kieliszkiem   brandy   w   dłoni   -   powiedziała,   nalewając   sobie   wody   ze   srebrnego 
dzbanka.

- A więc zrób to. Nie szkodzi, że pijesz tylko wodę. - Uniósł kielich z resztkami 

wina, którego użyła do przyprawienia szynki. - Wypijemy za przyszłość?

Roześmiała się i uniosła kieliszek.
- Czy można spełniać toast wodą?

- Liczy się intencja, a nie rekwizyty - zapewnił ją Robin.

background image

Nagle   ogarnęła   ją   dziwna   tęsknota.   Coraz   częściej   myślała   o   rozstaniu   z 

Robinem,   z   jego   niedbałym   wdziękiem,   inteligentnym   poczuciem   humoru   i 
niewiadomym pochodzeniem. Jednak przyszłość z nim pozostawała raczej w sferze 

marzeń niż rzeczywistości. Próba zatrzymania go to jak próba pochwycenia wiatru.

Uśmiechnęła się smutno, uniosła kielich i opróżniła go jednym haustem. Jest 

Amerykanką,   a   to   oznaczało,   że   dla   niej   nic   nie   jest   niemożliwe.   Nalała   sobie 
ponownie wody i sięgnęła po ciasteczko.

- Zdaje się, że kiedyś byłeś kelnerem. - Wskazała na elegancko zastawiony stół. 

- Wspaniale to zaaranżowałeś.

- Tak się składa, że byłem. Raz czy dwa usługiwałem jako kelner, byłem też 

woźnicą i odźwiernym.

Szeroko otworzyła oczy.
- Mówisz poważnie, czy znowu sobie ze mnie żartujesz?

- Całkiem   poważnie.   - Uśmiechnął  się.  - Tak   trudno ci  wyobrazić  sobie,  że 

wykonywałem prawdziwą pracę?

- To niełatwe. - Podparła się pod brodę i utkwiła wzrok w arystokratycznym 

profilu   mężczyzny.   Nie   powinna   się   dziwić.   Nawet   włóczący   się   dżentelmeni   z 

wrodzoną   odrazą   do   uczciwej   pracy   muszą   czasami   coś   robić,   żeby   nie   umrzeć   z 
głodu.

-   Na   pewno   byłeś   bardzo   zręcznym   służącym.   Potrafisz   jak   kameleon 

przystosować się do każdego otoczenia. - W tym krótkim zdaniu próbowała przekazać 

wszystko to, czego dowiedziała się o Robinie w trakcie podróży. - Jednak choć bez 
kłopotu dogadujesz się ze wszystkimi, zawsze wydajesz się jakiś obcy, na boku.

Dłoń trzymająca kielich znieruchomiała.
- Bardzo wnikliwa uwaga. - Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, dodał: - Wkrótce 

dotrzemy do Londynu. Gdzie zamierzasz rozpocząć śledztwo w sprawie śmierci ojca?

- W zajeździe, w którym zmarł. Jestem pewna, że tam się wszystkiego dowiem. 

Mam też listę starych znajomych ojca, których zamierzał odwiedzić.

- A potem? - W niebieskich oczach Robina pojawiło się napięcie. Potrząsnęła 

głową, bawiąc się srebrnymi sztućcami, bez skutku próbując odcyfrować wyryte na 
nich inicjały.

- Pewnie wrócę do Ameryki i znajdę pracę w sklepie z książkami. Jeszcze się 

nad tym nie zastanawiałam. Przyszłość wydaje mi się taka odległa. - Wrzuciła kostkę 

cukru do herbaty. - Nie, to nie tak. Zazwyczaj mam pewne pojęcie o tym, co przyniesie 

background image

przyszłość. To żadne wizje, ale przeczucie, że wszystko się jakoś ułoży. Na przykład, 

kiedy podróżowałam z ojcem, zawsze wiedziałam, kiedy dotrzemy do celu, a kiedy nie. 
Kiedy   płynęliśmy   do   Anglii,   nie   miałam   wątpliwości,   że   dotrzemy   bezpiecznie   na 

miejsce  i  wiedziałam,   że  spotkam   rodzinę   ojca.   Tak   przy   okazji,   opuszczając  dom 
wuja, wiedziałam, że dotrę do Londynu.

-   Czy   przeczuwałaś   także,   że   po   drodze   spotka   cię   tyle   przygód?   -   zapytał 

zaintrygowany.

- Nie i nawet przez myśl mi nie przeszło, że spotkam kogoś takiego jak ty. - 

Uśmiechnęła się. - Ale teraz, kiedy patrzę przed siebie, nie umiem przewidzieć, co się 

wydarzy. Podobnie było pewnego lata, kiedy postanowiliśmy dotrzeć do Albany. Nie 
istniał żaden powód, dla którego miało nam się to nie udać, a jednak nie widziałam 

nas tam. Potem się okazało, że ojciec zachorował. Kilka tygodni spędziliśmy w małej 
wiosce w Vermont i tego roku już nie wyruszyliśmy do Albany. Podobnie jest teraz.

Robin zmarszczył brwi.
- Co teraz czujesz?

- Jakąś ciemną plamę. Być może nie potrafię odczytać przyszłości, ponieważ 

zdarzy się coś bardzo niespodziewanego - powiedziała powoli. - Zawsze wiedziałam, 

że nie spędzę całego życia jako roznosicielka książek, choć nie wiedziałam, jak ta część 
mojego   życia   się   zakończy.   Jednak   kiedy   tylko   ojciec   powiedział,   że   jedziemy   do 

Anglii, wiedziałam, że nigdy już nie wrócę do roznoszenia książek.

-   Wielokrotnie   miałem   do   czynienia   z   intuicją   i   nauczyłem   się   jej   nie 

lekceważyć - powiedział z powagą Robin. - Gdybyś się skoncentrowała, to myślisz, że 
potrafiłabyś wyraźniej zobaczyć, co cię czeka w Londynie? Jeśli czyha na nas jakieś 

niebezpieczeństwo, lepiej żebyśmy byli na nie przygotowani.

- Nie wiem, czy to możliwe, ale spróbuję - odparła z powątpiewaniem w głosie.

Zamknęła oczy, rozluźniła się i wyobraziła sobie mapę Anglii. Srebrzysta nitka 

na południe od Durham rozświetlała się przy Yorkshire, gdzie spotkała Robina. Co z 

Londynem, pogmatwanym, pulsującym sercem Anglii?

Czerń, chaos, ból.

Z przerażeniem podskoczyła w krześle, przy okazji strącając ze stołu filiżankę 

ze spodkiem. Wpatrywała się w potłuczone kawałki, a serce biło jej jak oszalałe.

- Stłukłam filiżankę - powiedziała głupio.
- Do diabła z filiżanką. - W jednej chwili znalazł się przy niej i objął ramieniem. 

Kiedy schowała mu twarz na piersi, dodał cicho: - Czy poczułaś, że zdarzy się tam coś 

background image

strasznego?

Próbowała patrzeć na czarny, przerażający wir, który omal jej nie wciągnął, ale 

umysł przed nim uciekał.

- To... to przekracza moje wyobrażenie. To coś tak strasznego, że nie potrafię 

tego zrozumieć.

- Czy to może  być twoja  własna  śmierć?  - zapytał  cicho Robin.  - Jeśli  tak, 

wracamy, nawet gdybym musiał przywiązać cię do konia.

Potrząsnęła głową.
- Nigdy nie bałam się śmierci, więc chyba nie o nią chodzi. Nagle przyszła jej do 

głowy przerażająca myśl. Czy przypadkiem nie wyczuwała instynktownie zagrożenia 
życia   Robina?   Zaraz   jednak   odrzuciła   tę   myśl.   Strach   nie   miał   nic   wspólnego   z 

Robinem.

- Nie chodzi też o twoją śmierć. Chyba... chyba wiąże się to ze śmiercią taty. - 

Przełknęła głośno ślinę. - Chociaż pogodziłam się już z podejrzeniem, że wuj mógł 
zamordować   ojca,   to   w   głębi   serca   w   to   nie   wierzę.   Jeśli   jednak   jest   za   nią 

odpowiedzialny, to już wiem, dlaczego myślenie o przyszłości sprawia mi tyle bólu. 
Proces   o   morderstwo   przyniesie   tragiczne   skutki   dla   całej   rodziny.   Zostaną 

skrzywdzeni niewinni ludzie.

- A ty tego nie chcesz, chociaż twoi krewni nie byli dla ciebie szczególnie mili. - 

Podparł   jej   brodę   palcem   i   zmusił,   by   na   niego   spojrzała.   -   Przypuszczam,   że   to 
głupota pytać, czy pragnęłabyś o wszystkim zapomnieć.

-   To  nie  wchodzi   w   grę.   Może   nie   uda   mi   się   odkryć   prawdy,   ale  jeśli   nie 

spróbuję, nigdy sobie nie wybaczę.

Wcale nie zaskoczony jej słowami.
-   Masz   rację   -   powiedział.   -   Prawda   rzadko   jest   tak   straszna,   jak   się   tego 

obawiamy. - Odsunął jej włosy z czoła i wstał. - Zrobię jeszcze jeden dzbanek herbaty. 
Potem opowiem ci najbardziej niedorzeczne historie, żebyś mogła spokojnie zasnąć. - 

Uśmiechnął się. - A znam ich mnóstwo.

- Dziękuję, Robin - rzuciła za nim, kiedy szedł do kuchni z dzbankiem w ręce.

Nie wiedziała, jak długo jeszcze ze sobą będą, ale dopóki miała Robina był przy 

sobie, gotowa była znieść najtragiczniejszą prawdę.

background image

21

Giles Wolverton obliczył, że jeśli Robin i panna niewinna zamierzali zatrzymać 

się w Ruxton, dotarcie tam z Market Harborough zajmie im jakieś trzy do czterech 

dni. Ruszył więc na południe, rozpytując wszędzie o uciekinierów, ale bezowocnie. 
Wyparowali jak letnia mgła.

Zamierzał  trzecią  noc spędzić w Ruxton, ale nagła  burza zamieniła  drogi w 

bagnisko, więc powóz straszliwie się wlókł. Giles, poirytowany, ganił samego siebie za 

tę niepotrzebną stratę czasu. Czekała go kolejna noc w jakimś zajeździe. Powędrował 
myślami   ku   Desdemonie   Ross.   Z   niepokojem   stwierdził,   że   myśli   o   tej   kobiecie 

nawiedzają go zarówno na jawie jak i we śnie. Musiał coś z tym zrobić, tylko nie 
wiedział co.

Z   przyjemnych   marzeń   wyrwał   go   nagły   zgrzyt.   Karoca   zakołysała   się 

podejrzanie. Giles z westchnieniem wyszedł na ulewę. Defekt powozu to wspaniałe 

zakończenie dnia.

- Wickes, sprawdźmy jak to poważne! - zawołał do woźnicy. Wickes oddał lejce 

Millerowi, młodemu stangretowi, zeskoczył z kozła i wspólnie ze swoim panem poszli 
po błocie obejrzeć szkody.

- Oś pękła, milordzie - ponuro oświadczył Wickes. - Będziemy musieli posłać 

Millera po kowala.

- Jesteśmy jakąś milę lub dwie od Daventry. Tam znajdziemy kowala. - W tym 

momencie usłyszał turkot kół.

- Mamy szczęście - powiedział Wickes, wychodząc na środek drogi i machając 

do nadjeżdżającego pojazdu.

Nie był to wóz farmerski, lecz powóz z charakterystyczną żółtą obwódką. Na 

twarzy Gilesa rozkwitł szeroki uśmiech. Ktokolwiek powiedział, że nie ma tego złego, 

co by nie wyszło na dobre, miał rację. Burza też miała swoje dobre strony. Kiedy szedł 
w stronę powozu, wyszła z niego wysoka postać kobieca.

- Niech pani wraca, lady Ross! - zawołał do niej Giles. - Nie ma potrzeby, żeby 

pani mokła.

- Niech się pan nie obawia, nie rozpuszczę się. - Desdemona uśmiechnęła się 

złośliwie. Z ronda kapelusza spływała woda. - Teraz ja mam szansę na wybawienie 

pana z opresji. Jak mogłabym przepuścić taką okazję? Przypuszczam, że złamało wam 
się koło albo oś.

background image

Giles skinął głową twierdząco.

- Byłbym wdzięczny, gdyby przysłała pani kogoś z Daventry z pomocą.
-   Dlaczego   nie   pojedzie   pan   ze   mną?   Pańscy   służący   potrafią   przypilnować 

powozu,  a  ja  zamierzałam  zatrzymać  się w zajeździe   „Pod Pszenicznym  Snopem”. 
Znajdzie się tam pokój także dla pana. - Szczelniej otuliła się peleryną. - To nie jest 

pogoda na podróż.

Perspektywa spędzeniu czasu z tą wspaniałą kobietą była tak pociągająca, że 

nie mógł jej się oprzeć. Polecił ludziom czekać w powozie na pomoc, zabrał torbę z 
ubraniami na zmianę oraz kilka innych niezbędnych przedmiotów i wsiadł za lady 

Ross do powozu. Stwierdził wówczas, że są sami.

- Co się stało z pani pokojówką? - zapytał.

-   Ta   głupia   dziewucha   się   rozchorowała,   więc   odesłałam   ją   do   domu.   - 

Odchyliła głowę na bok. - To oczywiste, że nie zastosowałam się do pańskiej rady i nie 

wróciłam potulnie do Londynu. Dwa razy natknęłam się na ślad naszych zbiegów, ale 
ich nie znalazłam. A jak z pańskim szczęściem?

- Podobnie. - Uznał, że nie sensu dłużej milczeć na temat Ruxton. - Robin ma 

posiadłość w pobliżu Daventry. Chcę sprawdzić, czy się tam nie zatrzymali na dzień 

lub dwa. Może zechce pani mi jutro towarzyszyć?

-   Naturalnie.   Nawet   dobrze   się   stanie,   jeśli   odnajdziemy   ich   we   dwójkę   - 

dodała.

We dwójkę. Gilesowi bardzo się to spodobało.

Po dojechaniu do Daventry najpierw odnaleźli kowala, który za sowitą opłatą 

zgodził   się   natychmiast   pojechać   do   powozu,   potem   udali   się   do   zajazdu.   Giles 

poprosił zaraz o gorącą herbatę. Właściciel skłonił się gościom głęboko i zaprowadził 
do oddzielnego saloniku.

Giles zajął się ściąganiem przemokniętego płaszcza, a jego towarzyszka stanęła 

przy kominku.

- To dziwnie znajoma sceneria - zauważyła. - Bez przerwy spotykamy się w 

zajazdach.

Zdjęła   ociekający   wodą   kapelusz   i   wstrząsnęła   głową.   Czerwona   kaskada 

wilgotnych   loków   opadła   jej   na   ramiona.   Giles   z   przyjemnością   przyglądał   się 

Desdemonie,   która   nie   wiedząc,   że   jest   obserwowana,   rozczesywała   palcami 
płomieniste sploty. Doszedł do wniosku, że bardzo mu się podobają rude kobiety.

Właśnie   zamierzał   rzucić   jakąś   żartobliwą   uwagę   na   temat   ich   spotkań   w 

background image

gospodach i następstwach, jakie te spotkania mogą mieć dla ich reputacji, kiedy jego 

towarzyszka zdjęła z siebie przemoczoną pelerynę.

Już   wcześniej   zastanawiał   się,   jak   lady   Ross   wygląda   bez   tych   grubych 

bezkształtnych okryć. Na jej widok krew zaczęła mu szybciej krążyć w żyłach. Uważał 
Desdemonę za kobietę o pełnych kształtach, tymczasem miała wspaniałą sylwetkę, 

długie   i   zgrabne   nogi,   szczupłą   talię,   w   szczególności   zaś   posiadała   przecudowną 
parę...

Giles   pospiesznie   zmienił   wyraz   twarzy.   Dżentelmen   powiedziałby   w   takiej 

chwili, że ma przepiękną szyję i to była prawda, lecz także cała reszta była piękna.

W tym momencie Desdemona spojrzała na towarzysza.
- Pan się we mnie wpatruje - powiedziała oskarżycielsko. Giles utkwił w niej 

zachwycony wzrok.

- Lady Collingwood miała rację. Twarz Desdemony oblała się rumieńcem.

-   Nie   chciałem   pani   obrazić   -   pospiesznie   wytłumaczył   Giles.   -   Pani   jest 

oszałamiająco piękną kobietą. Trudno tego nie zauważyć.

- To oznacza, iż zgadza się pan z moją bratową, która twierdzi, że wyglądam jak 

kobieta łatwa - warknęła. - Obydwoje się nie mylicie, bo wielu mężczyzn uważa mnie 

za taką. - Sięgnęła po pelerynę, zamierzając się okryć.

Jej   gorzkie   słowa   uświadomiły   Gilesowi,   dlaczego   Desdemonę   tak   bardzo 

krępują   męskie   komplementy.   Zdjął   z   siebie   wełniany   płaszcz,   który   nosił   pod 
płaszczem od deszczu.

- Niech pani to włoży. Ten przynajmniej jest suchy. - Ponieważ się wahała, 

dodał najłagodniej jak potrafił: - Przykro mi za to, co powiedziałem. To dlatego, że 

byłem zaskoczony. Tak wspaniale się pani maskuje.

Przyjęła   nakrycie   z   ociąganiem,   jakby   się   spodziewała,   że   markiz   na   nią 

napadnie. Zarzuciła płaszcz na ramiona. Ku żalowi Gilesa znowu wyglądała bardzo 
porządnie.

Dostali herbatę wraz z talerzem ciasteczek. Początkowo Desdemona siedziała 

spięta na brzegu krzesła, ale kiedy gorący napój zaczął ją rozgrzewać, a Giles trzymał 

się   na   dystans,   zaczęła   się   rozluźniać.   Wówczas   uznał,   że   nadszedł   czas,   aby   się 
dowiedzieć, dlaczego jest taka strachliwa.

-   Musiała   mieć   pani   ciężki   pierwszy   sezon.   Panny   z   twarzami   aniołków 

zazwyczaj wzbudzają opiekuńcze instynkty, ale przy kobiecie z pani urodą mężczyźni 

mogą się zapomnieć, zwłaszcza młodzi, niezrównoważeni emocjonalnie i niecierpliwi.

background image

Desdemona wpatrywała się w swój talerzyk z ciasteczkami.

-   Kiedy   po   raz   pierwszy   pewien   młody   mężczyzna   odciągnął   mnie   od 

przyzwoitki, czułam się ogromnie winna i zastanawiałam się, czym go zachęciłam. W 

końcu zrozumiałam, że błąd nie leży w moim zachowaniu. - Zacisnęła  usta. - Dla 
obrony zaczęłam nosić we włosach długą, ostrą szpilę.

- Teraz rozumiem, dlaczego ma pani tak niskie mniemanie o mężczyznach - 

stwierdził Giles. - A to był dopiero początek, prawda?

- Dlaczego pan o to pyta, milordzie? - Desdemona spojrzała wyzywająco na 

swego rozmówcę. - Jeśli stara się pan w uprzejmej formie ukryć niecne intencje, to 

powiem otwarcie, że nic panu do mojej przeszłości.

Giles odetchnął głęboko.

- Moje intencje nie są niecne, tylko uczciwe.
Desdemona szeroko otworzyła usta i z głośnym stuknięciem odstawiła filiżankę 

na spodek. Ich oczy spotkały się na krótką chwilę, która wszystko zmienia. Na lepsze 
albo   na   gorsze,   ale   nie   ma   już   powrotu.   Kiedy   Desdemona   odezwała   się,   jej   głos 

brzmiał niedbale, ale Giles wiedział, że udaje.

- Spotkałam raz pana żonę, w trakcie jej pierwszego sezonu. Była wspaniała, 

jak porcelanowa figurka.

Odstawił filiżankę, pilnując, żeby uczynić to bezgłośnie. Takie odwrócenie ról 

było sprawiedliwe. Najpierw on ją wypytywał, teraz jej kolej.

- Tak, Dianthe była bardzo piękna.

- Nie istnieją dwie bardziej różniące się od siebie kobiety, jak ona i ja.
- Mam nadzieję, że to prawda - odparł, nie potrafiąc ukryć goryczy w głosie. - 

Inaczej popełniłbym drugi błąd mojego życia.

Desdemona nie czuła się pewnie w trakcie tej rozmowy, ale po tych słowach 

uspokoiła się. Stwierdziła z radością, że Giles jest tak samo wrażliwy jak ona.

- Co poszło źle?

Wstał i zaczął niespokojnie chodzić po pokoju.
- To nie jest jakaś wielka historia. Kiedy się pobieraliśmy, byłem zauroczony. 

Nie mogłem uwierzyć, że spośród tylu mężczyzn wybrała właśnie mnie. - Wzruszył 
ramionami.   -   Wielki   ze   mnie   głupiec,   że   się   wtedy   nie   domyśliłem,   dlaczego   to 

uczyniła. Tego roku byłem najlepszą partią. Ale ona bardzo zręcznie udawała słodką i 
kochającą. Łatwo dałem się zwieść.

- Ale przecież musiał się jej pan podobać. Żadna kobieta o zdrowych zmysłach 

background image

nie wyjdzie za mężczyznę, którego nie kocha, zwłaszcza jeśli może wybierać.

-   Nie   twierdzę,   że   mnie   nienawidziła,   ale   w   trakcie   jednej   z   naszych 

urzekających rozmów wyjawiła mi, że zanim skończył się nasz miodowy miesiąc, była 

już mną znudzona. Spodziewała się nudy, ale nie tak wielkiej i nie tak szybko.

Desdemona zamrugała powiekami. Ta historia bardzo przypominała jej własne 

małżeństwo.

- Dianthe była małą filozofką. Nudziłem ją, ale akceptowała mnie ze względu 

na majątek i pozycję. Miała talent do wydawania pieniędzy i pragnęła zostać markizą.

-   Umarła   przy   porodzie,   prawda,   razem   z   dzieckiem?   Desdemona 

przypominała sobie, że gdzieś czytała o tych przykrych wydarzeniach. Pamiętała, że 
żal jej było tej piękności, która tak wcześnie odeszła.

- Tak. - Oparł dłoń na gzymsie kominka i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w 

ogień. - Kiedy umierała, i wyglądało na to, że dziecko przeżyje, wyznała, iż jest prawie 

pewna, że nie jest moje. To żenujące. Kobiety jej pokroju starają się najpierw wydać 
na świat prawowitego dziedzica, żeby zabezpieczyć sobie kartę przetargową, dopiero 

później idą własną drogą. Jednak pomyłki się zdarzają.

Desdemonie zrobiło się żal Gilesa. Po raz pierwszy w życiu zapragnęła objąć 

mężczyznę, nie obawiając się zarazem jego reakcji. Położyła mu rękę na ramieniu.

- Tak mi przykro. Nie była pana warta.

- Tego nie wiem, ale jestem pewien, że mieliśmy całkowicie różne pojęcie o 

tym, czego pragniemy od małżeństwa. Tak bardzo się pomyliłem. Najgorsze, że po jej 

śmierci nie odczuwałem żadnego żalu - dodał prawie niedosłyszalnie.

- Rozumiem - powiedziała cicho. - Kiedy umarł mój mąż, czułam ulgę, wyrzuty 

sumienia i smutek z powodu tej bezsensownej śmierci. To było... skomplikowane.

Teraz Giles dotknął jej dłoni.

- Nie znałem sir Gilberta Rossa, ale miał reputację nałogowego karciarza.
- To prawda. Uczynił też wiele innych złych rzeczy.

Teraz   Desdemona   zapatrzyła   się   w   ogień.   Nigdy   z   nikim   nie   rozmawiała   o 

swoim małżeństwie, ale wyznanie Gilesa zasługiwało na podobną szczerość.

- Utopił się pewnej nocy. Był pijany. Raz w życiu postąpił wielkodusznie, bo 

zginął akurat wtedy, kiedy poszczęściło mu się w grze, miałam więc czym spłacić jego 

długi   i   jeszcze   trochę   zostało.   To   i   pieniądze   od   ciotki   pozwoliły   mi   pozostać 
niezależną. Odkryłam, że stan wdowieński pasuje mi o wiele bardziej niż małżeństwo.

Westchnął.

background image

- W naszych czasach zaręczyny to wielkie oszustwo. Nic dziwnego, że pani i ja 

wybraliśmy partnerów, którzy okazali się zupełnie inni niż sądziliśmy.

- To prawda, choć w gruncie rzeczy to nie ja wybrałam męża.

- A więc ślub zaaranżowała pani rodzina?
-   Nie,   mój   brat   z   pewnością   nie   wybrałby   Gilberta,   choć   był   jednym   z 

poważniejszych kandydatów. - Uśmiechnęła się kwaśno. - Nie miałam majątku, który 
mógłby równać się pańskiemu, lecz mój posag był spory, a poza tym podobałam się 

mężczyznom, nawet jeśli nie darzyli mnie szacunkiem. Gilbert bardzo zabiegał o moje 
względy,   ale   wiedział,   że   brat   odrzuci   jego   ofertę.   Pewnego   dnia   zabrał   mnie   na 

przejażdżkę do parku i odwiózł do domu dopiero następnego dnia.

Giles zmarszczył brwi.

- Czy on...
Ponownie spojrzała w ogień.

-   Nie,   zachował   się   bardzo   przyzwoicie.   Zabrał   mnie   do   domu   na   wsi   i 

przysięgał, że mnie kocha i nie może żyć beze mnie. Oczywiście byłam wściekła, ale 

także trochę dumna. Gilbert był bardzo przystojny, a ja bardzo młoda. Uznałam, że to 
takie romantyczne: sławny pożeracz serc jest we mnie śmiertelnie zakochany.

- Rozumiem. Nie musiał pani nawet tknąć. Wystarczyło, że spędziliście razem 

noc.

-   Właśnie.   Wszyscy   uznali,   że   nie   mam   wyboru   i   muszę   za   niego   wyjść.   - 

Zacisnęła usta. - Byłam zbyt młoda, by zdawać sobie sprawę, iż zawsze istnieje jakieś 

wyjście, tak więc zaakceptowałam swój los.

- Z tego powodu z taką determinacją chce pani uzmysłowić bratanicy, że ma 

wybór bez względu na to, co się wydarzy.

- Tak. Nie pozwolę nikomu zmusić jej do małżeństwa. - Wzięła pogrzebacz i 

poruszyła węgle. - Powinnam była się sprzeciwić, ale jak powiedziałam, trochę się 
cieszyłam, że Gilbert tak mnie pragnie. Lubiłam go. Był bardzo zabawny i myślałam, 

że szczerze mnie kocha. Na nieszczęście była to taka sama miłość, jaką żywiła do pana 
Dianthe.

- Interesował go tylko pani spadek?
- Przede wszystkim. Ale oprócz tego... - Z trudem przełknęła ślinę, niepewna, 

czy powinna mówić dalej. Giles objął ją ramieniem, a ona trochę się rozluźniła. - 
Pewnego razu, kiedy Gilbert był pijany, powiedział mi, że kiedyś zrobił listę dziewcząt 

z   odpowiednim   posagiem,   z   którymi   mógłby   się   ożenić.   Wybrał   mnie,   ponieważ 

background image

podobał mu się mój... mój biust.

Powiedziała to szybko, zaskoczona, że wreszcie wyjawiła to, co tyle lat raniło jej 

duszę.

Giles bez słowa przyciągnął ją od siebie. Wyczuła, że rozumie, jak poniżające 

było dla niej wyznanie męża. Jego przeżycia były równie poniżające.

-   Podstawą   małżeństwa   jest   seks   za   pieniądze   -   stwierdził.   -   Mężczyzna 

utrzymuje i ochrania kobietę w zamian za seksualne usługi. Nie jest to pochlebne dla 

żadnej ze stron. Oczywiście, nie byłem zadowolony, że przekonałem się o tym w tak 
bolesny   sposób.   -   Zacisnął   palce   na   ramieniu   Desdemony.   -   Pani   miała   to 

nieszczęście, że została zmuszona do małżeństwa ze względu na seks i na pieniądze. 
To podwójnie niesprawiedliwe.

- Boże, jakimi głupcami są ludzie! - roześmiała się gorzko. - Czy do tego właśnie 

sprowadzają   się   słowa   powtarzane   w   każdym   romansie:   mężczyzna   wybiera   tę 

kobietę, która najbardziej go podnieca, a kobieta akceptuje tego, kto najlepiej potrafi 
ją obronić?

-   Może   jest   to   podstawa,   ale   to   tylko   początek.   Ludzie   to   skomplikowane 

stworzenia, a dobre małżeństwo musi zaspokajać wiele różnych potrzeb i pragnień. - 

Jego   niebieskie   oczy   zalśniły   rozbawieniem.   -   Jednak   obok   uczucia,   przyjaźni   i 
zaufania dobrze jest, kiedy partner pociąga nas także fizycznie.

Odwróciła wzrok, ponownie zawstydzona, ale zadowolona, że nadal znajduje 

się w objęciach Gilesa.

- Czy znowu wracamy do tego, iż wyglądam jak ladacznica?
- Niezupełnie. Tego typu kobiety nigdy mnie nie interesowały, przynajmniej 

nie dłużej niż godzinę lub dwie. Pani natomiast jest ogromnie interesującą osobą. 
Podziwiam idealizm, z jakim odnosi się pani do swojej politycznej działalności i to, co 

czyni dla swojej bratanicy, której nigdy w życiu nie widziała. - Zakaszlał, dusząc się ze 
śmiechu. - Podoba mi się także to, że się pani rumieni i że wtedy wiadomo, co pani 

myśli.

Fala gorąca przepływająca przez policzki Desdemony potwierdziła jego słowa. 

Czuła, że za chwilę zacznie wiercić stopą w podłodze jak mała dziewczynka.

- Lubię panią i szanuję - dokończył swoją wyliczankę Giles - co wcale nie kłóci 

się z faktem, iż urzeka mnie pani wygląd tancerki operowej.

Wybuchnęła   śmiechem,   słysząc   to   absurdalne   porównanie.   Chyba   po   raz 

pierwszy   komplement   z   ust   mężczyzny   sprawił   jej   przyjemność,   a   nie   wprawił   w 

background image

zakłopotanie.

Podniosła wzrok i uśmiech zamarł jej na twarzy. W oczach Gilesa dostrzegła 

bowiem pożądanie,  ale także  czułość i delikatność.  Pochylił  się ku niej, a ona nie 

próbowała   usunąć   się   od   pocałunku.   Był   jak   lekka   pieszczota,   zupełnie   różna   od 
zaczepek młodzieńców, których doświadczała jako młoda dziewczyna. Jej mąż rzadko 

kiedy zawracał sobie głowę pocałunkami, od razu zabierał się do zaspokojenia chuci.

Giles nie lubił się spieszyć. Jego usta pieściły ją wolno i delikatnie, budząc w 

niej   uczucia,   których   nigdy   wcześniej   nie   doświadczała.   Początkowo   po   prostu 
przyjmowała   tę   pieszczotę,   ale   wkrótce   zapragnęła   na   nią   odpowiedzieć.   Objęła 

markiza za szyję i przytuliła się do niego. Ich ciała doskonale do siebie pasowały. Przy 
nim nie czuła się jak wulgarna Amazonka, lecz jak kobieta, która odnalazła swoją 

połowę, swojego partnera.

Giles zaczął pieścić jej plecy. Czuła ciepło jego dłoni na muślinie sukni. Nie 

zdawała sobie sprawy, jak wiele wysiłku kosztuje go panowanie nad sobą, dopóki nie 
dotknęła   koniuszkiem   języka   jego   warg.   Jęknął   i   przyciągnął   ją   do   siebie,   tak   że 

poczuła jego napiętą męskość. Zdrętwiała. Natychmiast przerwał pocałunek i odsunął 
się. Oddychał ciężko.

-   Przepraszam.   Tak   łatwo   jest   się   przy   pani   zapomnieć.   Nie   chciałem   pani 

przestraszyć.

-   Nie   przestraszył   mnie   pan.   Przynajmniej   nie   bardzo.   -   Sama   niepewnie 

trzymała się na nogach. - Dokąd to nas zaprowadzi, Wolverton?

Posłał jej ciepły uśmiech.
-   Może   do   bliższej   przyjaźni?   Spędzimy   ze   sobą   więcej   czasu,   poznamy   się 

lepiej. Zdecydujemy, czy pasujemy do siebie.

- To mi odpowiada. - Zaraz po wypowiedzeniu tych słów przestała nerwowo 

drżeć. - Ale to potrwa. Jak mówiłam, lubię niezależność.

-   Czy   lubi   pani   także   samotność?   -   zapytał   cicho.   Popatrzyła   na   swoje 

zrujnowane trzewiki i pokręciła głową.

-   Ale   jeśli   mamy   się   zaprzyjaźnić,   bądźmy   uczciwi.   Jeśli   zdecyduję,   że   nie 

zniosę   ponownego   małżeństwa,   powiem   to.   A   jeśli   pan   dojdzie   do   podobnego 
wniosku, też nie będzie tego krył. Żadnych nonsensownych zobowiązań, biorących się 

z przekonania, iż musi się pan ze mną ożenić, ponieważ wzbudziłeś moje oczekiwania. 
Podobno Wellington wziął z tego powodu ślub i wszyscy wiemy, jak katastrofalnie to 

się dla niego skończyło.

background image

-   Zgoda.   Bardzo   mi   się   podoba   takie   podejście.   A   tak   przy   okazji,   czy 

zechciałaby pani mówić do mnie Giles? Dianthe zawsze używała mojego tytułu, co 
zresztą było w porządku, ponieważ wyszła za lorda - dodał z uśmiechem.

- Głupia kobieta. Dobrze, Giles. - Przyjrzała mu się z uwagą. - Jak sądzisz, czy 

będziesz mógł zwracać się do mnie „Desdemona” bez wybuchania śmiechem?

- Prawdopodobnie nie. - Jego oczy błyszczały rozbawieniem. - Kiedy wpadłaś 

rozwścieczona   do   mojej   biblioteki,   przyszło   mi   na   myśl,   że   być  może   Otello   miał 

trochę racji, dusząc Desdemonę. Potem jeszcze raz albo dwa o tym pomyślałem.

- To poniżająca uwaga. - Starała się zachować srogą minę, ale nie potrafiła 

ukryć   wesołości.   Co   za   głupia   gęś   z   tej   Dianthe.   Jak   mogła   uważać,   że   Giles   jest 
nudziarzem.

- To prawda - przyznał wesoło. - Dlatego chichoczesz?
- Jestem dojrzałą i poważną wdową - przypomniała mu. - Ja nie chichoczę. - 

Potem jednak schowała mu twarz na ramieniu, żeby stłumić dźwięki, które wyraźnie 
przeczyły jej słowom.

background image

22

Robin nie mylił się co liczby zabawnych historyjek, które znał. Kiedy doszli do 

wniosku, że czas na spoczynek, Maxie była tak rozbawiona, że prawie nie pamiętała 

swojego   niedawnego   uczucia   niepokoju   wywołanego   niepewną   wizją   przyszłości. 
Ramię przy ramieniu weszli po schodach; Robin niósł świecę, Maxie rąbek sukni.

Odprowadził ją do pokoju, zapalił świecę przy łóżku, potem odwrócił się do 

drzwi prowadzących do sąsiedniej sypialni. Światło świecy rzucało mu na twarz długie 

cienie.   W   niebieskim   szlafroku   wyglądał   jak   jakiś   średniowieczny   pan.   Żadnego 
innego   mężczyzny   do   tej   pory   tak   nie   pragnęła.   Chciała   rozsunąć   mu   szlafrok, 

odsłonić jego anielskie ciało i pociągnąć na łóżko. Bez zastanowienia położyła dłoń na 
odkrytym   trójkącie   jego   piersi.   Czuła   pod   palcami   mocno   bijące   serce,   a   także 

seksualne napięcie między nimi.

- Czyja teraz kolej na bycie rozsądnym? - zapytała.

- Moja,  jak  sądzę.   - Dotknął  jej  włosów,  pozwalając,  by  złociste,   błyszczące 

pukle oplotły się wokół palców. Potem uniósł jej dłoń i pocałował. - Pamiętaj, jestem 

obok za drzwiami. Jeśli będą cię męczyły koszmary, zawołaj, a zaraz przyjdę.

- Wiem. - Powstrzymując się przed pocałunkiem na pożegnanie, cofnęła się i 

zajęła splataniem włosów. - Miłych snów.

Robin zniknął za drzwiami. Zdjęła szlafrok i wsunęła się pod kołdrę. Jednak 

mimo   wygodnego   łóżka   sen   nie   nadchodził.   I   to   nie   z   powodu   czarnych   wizji 
przyszłości. To wielkie łoże było dla niej zbyt duże, zimne i zbyt puste.

Przekręciła się na brzuch. Rozsądek kazał jej unikać intymnych kontaktów z 

Robinem, ale rozsądek to kiepski kompan w nocy.

Po godzinie nadal nie mogła zasnąć. Jęknęła z wściekłości i usiadła. Może jeśli 

otworzy drzwi łączące ich sypialnie, poczuje się bliżej Robina i będzie mniej samotna.

Wysunęła się z łoża i na palcach podeszła do drzwi, drżąc w cienkiej koszuli. 

Padało, a powietrze było chłodne i przypominało jej październikowe noce w Nowej 

Anglii. Cichutko otworzyła drzwi z nadzieją,  że mimo głośnych uderzeń deszczu o 
szyby usłyszy miarowy oddech Robina. Usłyszała, ale to jej nie uspokoiło. Oddychał 

płytko, urywanie, tak jak pierwszej nocy, kiedy spali na wrzosowiskach. Męczył go 
wtedy koszmar. Poruszył się i łóżko zaskrzypiało. Nagle zaczął coś gniewnie mówić w 

obcym języku. Zmarszczyła brwi i weszła do pokoju. To był niemiecki. Choć nie znała 
tego języka, rozpoznała poszczególne słowa: das Blut das Mord. Krew i morderstwo.

background image

-  Nein!   Nein!   -  krzyknął   nagle   głośno   i   zadrżał   gwałtownie.   Przestraszona, 

wskoczyła   na   szerokie   łóżko   i   potrząsnęła   Robina   za   ramię,   chcąc   wyrwać   go   z 
koszmaru. Poderwał się, błyskawicznie rzucił na nią i przyszpilił do materaca. Był 

mokry   od   potu,   oddychał   urywanie.   Przygniatał   ją   całym   ciałem,   ramieniem 
naciskając na gardło. Teraz dopiero odczuła, jaki jest silny. Gdyby zaczęła walczyć, 

mógł jej skręcić kark albo udusić. Starając się nie ruszać, wycharczała przez zaciśnięte 
gardło:

- Robin, obudź się! Robin!
Przez krótki przerażający moment ucisk na gardle zwiększył się, odbierając jej 

mowę. Potem zelżał.

- Maxie? - zapytał Robin zaspanym głosem.

- Tak, to ja - wy dyszała.
Odsunął się od niej gwałtownie i przewrócił na plecy. Jego twarz miała trupią 

bladość.

- Jezu, przepraszam - wychrypiał. - Nic ci nie zrobiłem? Odetchnęła głęboko.

- Nic.
Usiadła,   zapaliła   świecę,   potem   odwróciła   się   do   Robina.   Z   przerażeniem 

stwierdziła,   że   cały   się   trzęsie.   Objęła   go   ramionami   w   instynktownej   chęci 
pocieszenia.   Przytulił   się   do   niej   tak   mocno,   że   omal   nie   połamał   jej   żeber. 

Przyciągnęła mu głowę do piersi, jakby był dzieckiem.

- Czy masz atak gorączki? - zapytała.

- Nie. - Głos mu drżał, choć starał się mówić spokojnie. - To tylko koszmar.
Pogłaskała go po głowie.

- Nie ma czegoś takiego jak tylko koszmar. Irokezi to rozumieją i mówią, że 

koszmary pochodzą z duszy. Co ci się śniło?

Nastąpiła długa chwila ciszy, po której wydawało się, że nigdy nie odpowie.
- To co zwykle, przemoc, zdrada, śmierć ludzi, którzy w innych okolicznościach 

mogliby być moimi przyjaciółmi.

Od   jego   posępnego   głosu   wiało   grozą.   Przypomniała   sobie   farmera,   który 

zaskoczył   ich   w   szopie.   Robin   rozmawiał   wtedy   o   wojnie   na   Półwyspie,   choć   nie 
powiedział   wtedy,   że   był   żołnierzem.   Teraz   jednak   uprzytomniła   sobie,   że   nie 

powiedział też, że nim nie był.

- Ty naprawdę służyłeś w armii?

- Nigdy nie byłem żołnierzem - stwierdził z gorzkim uśmiechem. - Nic aż tak 

background image

czystego.

- Jeśli nie żołnierzem, to kim?
-   Szpiegiem.   -   Oparł   się   o   poduszki   i   otarł   drżącą   dłonią   twarz.   -   Przez 

dwanaście   lat,   od   kiedy  skończyłem   dwadzieścia   lat.   Kłamałem,   kradłem,   czasami 
mordowałem. Byłem w tym bardzo, bardzo dobry.

Zaniemówiła z wrażenia.
- To wiele wyjaśnia - odezwała się wreszcie. - Myślałam, że jesteś pospolitym, 

choć bardzo zręcznym, szulerem i włóczęgą.

- Byłoby lepiej, gdybym był zwykłym przestępcą. Miałbym mniej na sumieniu. - 

Wydało mu się nagle, że otaczają go powykrzywiane twarze tych, których znał oraz 
cały niewyraźny legion tych, których nie znał, a którzy zginęli przez to, że jemu udało 

się przekazać informację. Miał wrażenie, że zaraz rozpadnie się na kawałki. To był jak 
do tej pory najgorszy atak paniki. Żałował, że Maxie jest tego świadkiem, ale nie mógł 

się powstrzymać, by się do niej nie tulić jak do koła ratunkowego.

- Złodziej pracuje dla zysku - odezwała się, nim koszmarne zjawy zdążyły go 

pożreć w całości. - Nie uwierzę, że zostałeś szpiegiem z czystej chciwości.

-   To   prawda,   że   szpiegowanie   nie   jest   zajęciem   dla   kogoś,   kto   chce   się 

wzbogacić. Zająłem się tym, ponieważ uważałem, że pokonanie Napoleona to dobry 
powód,   a   mogłem   się   przydać   tylko   jako   szpieg.   Jednak   z   upływem   czasu   coraz 

bardziej byłem świadomy krwi plamiącej mi dłonie...

Maxie potrząsnęła głową, a jej czarne włosy spłynęły mu na twarz lawendową 

kaskadą.

-   Opowiedz   mi,   jak   zacząłeś.   Z   pewnością   nie   studiowałeś   szpiegowania   w 

Oxfordzie.

-   W   Cambridge.   -   Poczuł   się   trochę   rozbawiony   tym,   jak   łatwo   zdołała   go 

oszacować.   -   Kiedy   skończyłem   pierwszy   rok,   na   kontynencie   akurat   podpisano 
rozejm. Postanowiłem wybrać się na wakacje do Francji. Wkrótce zrozumiałem, że 

ponowny   wybuch   wojny   to   tylko   kwestia   czasu.   Przypadkowo   dowiedziałem   się 
czegoś,   co   mogło   zainteresować   Ministerstwo   Spraw   Zagranicznych,   przekazałem 

więc   wiadomość   mojemu   dalekiemu   kuzynowi,   który   tam   pracował.   Lucien 
natychmiast przyjechał do Paryża, by ze mną porozmawiać. Był pod wrażeniem tego, 

co udało mi się odkryć i zaproponował, żebym pozostał we Francji do zakończenia 
rozejmu. Oprócz wrodzonego mi sprytu, miałem również tę zaletę, że moja matka 

była Szkotką.  Dawało  mi to wstęp do szkockiej społeczności osiadłej w Paryżu po 

background image

upadku powstania Jakobitów w 1745. Nienawidzili Napoleona, byli więc doskonałymi 

sprzymierzeńcami.

Zawsze podziwiał swego kuzyna i bardzo pragnął zasłużyć na jego pochwałę. W 

rodzinnym domu rzadko go chwalono. Łatwo więc przekonał siebie, że będzie robił 
coś odważnego i wartościowego.

- Na początku traktowałem to jak zabawę. Byłem zbyt młody i głupi, by zdać 

sobie   sprawę,   że...   że   zaprzedaję   duszę.   -   Poczuł   znów   strach.   -   Kiedy   to   sobie 

uzmysłowiłem, po mojej duszy nic już prawie nie zostało.

- Interesująca metafora - miękko skomentowała Maxie. - Ale nieprawdziwa. 

Można nie wiedzieć jak odnaleźć duszę, ale nie można jej zgubić, sprzedać czy oddać.

Roześmiał się smutno.

- Jesteś tego pewna?
- Całkowicie. - Wzięła jego ręce w swoje, a wtedy strach się cofnął. - Gdybyś nie 

miał   duszy,   nie   cierpiałbyś   teraz   z   powodu   wyrzutów   sumienia.   Z   doświadczenia 
wiem, że prawdziwi dranie śpią snem niewinnego dziecka.

- W takim razie jestem święty - stwierdził.
- Powiedziałeś kiedyś, że w przestępstwie towarzyszyła ci twoja przyjaciółka 

Maggie. Ciekawa jestem, co miałeś na myśli? Ona także była szpiegiem?

- Tak. Jej ojca zabił francuski motłoch. Pomagałem jej w ucieczce. Nie miała po 

co wracać do Anglii, więc została moim partnerem. Większość czasu podróżowałem 
po kontynencie, ale dom był tam, gdzie Maggie, najczęściej w Paryżu.

- Towarzysze i kochankowie - mruknęła Maxie. - Ona była zatyczką, lontem. 

Kiedy cię opuściła, wszystko się rozsypało.

Pokiwał głową.
-   Kiedy   byliśmy   razem,   potrafiłem   utrzymać   demony   z   daleka.   Koszmary 

zaczęły mnie męczyć później. Skąd wiedziałaś?

-   Kobieca   intuicja   -   wyjaśniła   sucho.   -   Przypuszczam,   że   szlify   służącego 

nabyłeś przy okazji zbierania informacji?

-   Tak.   Ludzie   nie   zwracają   uwagi   na   służbę.   Odźwierny   czy   parobek   może 

wiedzieć o wszystkim, co się dzieje w domu.

Przykryła ich kocem. Robin przyjął to z wdzięcznością. Dotąd nie zdawał sobie 

sprawy, jak jest przemarznięty. Ale prawdziwe ciepło płynęło od Maxie. Była samą 
słodyczą, miała miękkie piersi, a jej delikatne dłonie sprowadzały na niego spokój.

- Właśnie sobie uzmysłowiłam, że wiele z twoich absurdalnych historii mogło 

background image

być prawdziwych - powiedziała. - Czy naprawdę siedziałeś w jednej celi z chińskim 

marynarzem w Konstantynopolu?

Uśmiechnął się słabo.

- Święta  prawda.  Li Kwan  nauczył  mnie kilku  technik walki,  dzięki którym 

kilkakrotnie udało mi się ujść z życiem. Uciekliśmy wtedy razem.

- A co z odwrotem Napoleona spod Moskwy?
Zakaszlał i znowu zaczął drżeć, jakby syberyjskie wiatry nadal owiewały jego 

ciało. Wzmocniła uścisk.

-   To   oczywiste,   dlaczego   takie   wspomnienia   przynoszą   tyle   bólu.   Ale   twoja 

praca z pewnością pomogła ojczyźnie, być może uratowała wiele istnień. Dzięki tobie 
wojna wcześniej się skończyła.

- Być może, choć wielokrotnie moje zadania były trywialne. - Skrzywił się. - Do 

moich tryumfów można zaliczyć to, że odkryłem, iż Bonaparte zamierza napaść na 

Rosję. A to przez to, że zauważyłem na jego półkach w bibliotece mnóstwo książek o 
Rosji.

Maxie zagwizdała cicho.
- Taki wniosek to nic zaskakującego, ale jak, do licha, udało ci się dostać do 

prywatnej biblioteki imperatora?

- Lepiej żebyś nie wiedziała.

Odsunęła   z   jego   mokrego   czoła   kosmyk   włosów.   Miał   głębokie   cienie   pod 

oczami. Po raz pierwszy wyglądał na swój wiek, a nawet starzej.

- Była wojna - powiedziała ze współczuciem. - Zabicie człowieka, żeby gdzieś 

się dostać, musi być straszne, ale to przecież jak zabicie żołnierza na polu bitwy.

- W tym przypadku nie chodziło o morderstwo, ale o uwiedzenie - wyznał z 

pogardą   w   głosie.   -   Pokojówka,   prosta   i   wstydliwa,   ale   słodka.   Jeanne   była   taka 

wdzięczna za okazaną jej uwagę. Udawałem lojalnego francuskiego żołnierza, który 
leczył się z ran i który bardzo pragnął zobaczyć miejsce pracy ukochanego imperatora. 

Bez trudu namówiłem ją, żeby mnie tam zaprowadziła. - Palce Robina wbiły się w 
ramię Maxie. - Nienawidzę wykorzystywać w ten sposób kobiety, brać to, co powinno 

być najszczersze i najlepsze między kobietą i mężczyzną, i zniszczyć. Ale to zrobiłem.

- Niektórzy mężczyźni niszczą kobiety dla sportu. Ty przynajmniej miałeś ku 

temu powód - powiedziała cicho. - Czy Jeanne dowiedziała się, że ją wykorzystałeś?

-   Nie.   Powiedziałem   jej,   że   mój   regiment   został   odwołany   do   Austrii   i 

pożegnałem się z nią czule. Ona... ona płakała i modliła się za mnie. Nadal widzę jej 

background image

twarz... - Głos Robina załamał się.

Maxie współczuła słodkiej Jeanne i współczuła Robinowi, który musiał złamać 

własne zasady moralne. Mimo to istniał w tej historii pozytywny aspekt.

-   Jeanne   płakała   po   tobie,   ale   na   pewno   wzrosło   jej   poczucie   wartości,   bo 

spodobała się takiemu mężczyźnie jak ty.

Chciał coś odpowiedzieć, ale położyła mu palec na ustach.
- Nie mów, że ją zdradziłeś, rozumiem to. Ale podarowałeś jej też odrobinę 

szczęścia i pozostawiłeś, nie odzierając z dumy i godności, a przecież mogłeś.

- Fakt, że unikałem zbędnego okrucieństwa, nie czyni moich działań dobrymi - 

odparł szczerze.

Zmarszczyła brwi, próbując wyobrazić sobie siebie na miejscu Robina.

- Brak moralności byłby bardzo pomocny dla szpiega. Dla kogoś takiego jak ty, 

uczciwego do szpiku kości, to tragedia. Jak ci się udało przetrwać tyle lat?

Westchnął ciężko.
- Starałem się zapomnieć o swoich najgorszych czynach. Udawało mi się to 

przez długi czas, ale po zakończeniu wojny, kiedy nie było już nic do roboty, ściany 
zaczęły się chwiać.

- I stąd te koszmary.
- Właśnie.

Delikatnie gładziła go po karku, wspominając chwilę, gdy próbowała nauczyć 

Robina słuchać mowy wiatru. Ponownie wyczuła pogmatwaną sieć jego uczuć, tylko 

tym razem rozumiała, dlaczego tak wiele nici obleczonych jest w czarny ponury ból. 
Jego dusza była bezbronna. Choć jeszcze jej nie stracił, znajdował się na pograniczu 

załamania nerwowego. To dziwne, ale ten cień czaił się nawet w jego śmiechu.

Poczuła nagle wielkie zmęczenie. Najłatwiej było teraz zostawić wszystko, jak 

jest.   Już   następnego   dnia   Robin   odbudowałby   ściany,   które   chroniły   go   przed 
popadnięciem w szaleństwo. Ale nie na długo. Matka nauczyła ją, że należy uwalniać 

się   od   koszmarów.   Żeby   uzdrowić   Robina,   należało   dotrzeć   ze   światłem   do 
najciemniejszych   zakamarków   jego   duszy.   Poczuła   się   nagle   bezsilna.   Robin 

potrzebował kogoś silniejszego i mądrzejszego, ale póki co, miał tylko ją. Zagłębienie 
się w jego cierpienie będzie bolesne i dla niego, i dla niej. Jednak musi spróbować, 

nawet jeśli on ją potem znienawidzi. Pozwoliła, by jej dusza odpłynęła w deszczową 
noc. Potem kiedy wchłonęła w siebie moc wiatru i deszczu, rozpoczęła uzdrawiającą 

terapię.

background image

23

Opowiedz mi o wszystkich swoich lękach - poprosiła cicho. Westchnął ciężko.
- Już i tak za dużo powiedziałem.

- Myślisz, że jestem zbyt słaba, żeby cię wysłuchać? Nie zapominaj, że nie masz 

do czynienia z niewinną angielską panną prosto z pensji. Widziałam niejedno i wiem, 

co to znaczy dokonywać trudnych wyborów.

- Ale zarazem jesteś uczciwa jak samo słońce. Jak mogłabyś mną potem nie 

pogardzać? - zapytał z rozpaczą w głosie.

Bo cię kocham, pomyślała. Z trudem powstrzymała się przed wypowiedzeniem 

tego na głos. Ale w tej chwili Robin najmniej potrzebował miłosnych deklaracji.

- Mam słabość do zabijaków, zwłaszcza honorowych. Przez cały ten czas, który 

spędziliśmy   razem,   nie   uczyniłeś   niczego   złego,   a   raczej   samo   dobro.   Uratowałeś 
Dafydda Jonesa przed stratowaniem. Nie pozwoliłeś mi zabić Simmonsa, za co byłam 

ci wdzięczna, kiedy tylko ochłonęłam ze wściekłości. - Ucałowała go w skroń, czując w 
niej silne pulsowanie. - Opowiedz mi, co zrobiłeś. Ciężar będzie lżejszy do zniesienia, 

kiedy się nim z kimś podzielisz.

-   Jest   tego   tyle   -   wyszeptał.   -   Kłamstwa,   informatorzy,   którzy   ze   mną 

współpracowali   i   którzy   zginęli   straszliwą   śmiercią,   francuski   major,   którego 
zamordowałem,   ponieważ   był   doskonałym   żołnierzem   i   dzięki   jego   talentom 

hiszpańskie miasto, którego bronił, nigdy nie zostałoby zdobyte.

- Jestem pewna, że twoi informatorzy zdawali sobie sprawę z ryzyka tak samo 

jak ty. Jeśli chodzi o morderstwo... - Zawahała się, szukając odpowiednich słów. - 
Żaden uczciwy człowiek nie cieszyłby się takim postępkiem, ale w czasie oblężenia 

dochodzi do prawdziwych rzezi. Czy obyło się bez tego po tym, co zrobiłeś?

-   Ponieważ   ich   dowódca   zginął,   żołnierze   wycofali   się   bez   walki.   Zostało 

uratowanych wiele istnień ludzkich. Ale nic nie tłumaczy zamordowania człowieka, 
który   po   prostu   uczciwie   wykonywał   swoje   obowiązki.   Poznałem   go   i   lubiłem.   - 

Nerwowo zaciskał i rozwierał dłoń, wbijając palce w pościel. - Mimo to wpakowałem 
mu kulę w plecy.

-   Ach,   Robinie   -   szepnęła   cicho,   przygnieciona   cierpieniem   towarzysza.   - 

Rozumiem   już,   dlaczego   powiedziałeś,   że   wojna   jest   bardziej   czysta.   Sytuacja 

żołnierza   jest   jasna,   on   tylko   wykonuje   rozkazy.   Twoje   zadanie   było   bardziej 
skomplikowane.   Musiałeś   wybierać   między   jednym   a   drugim   złem,   uwięziony   w 

background image

świecie szarości, bez czerni i bieli, niepewny, na co się zdecydować. Dwanaście lat to 

zbyt wiele dla każdego.

- Dla mnie z pewnością.

W oddali rozległ się odgłos grzmotu, a deszcz mocniej zabębnił o szyby. Czuła 

się, jakby błądziła po bagnisku, gdzie każdy krok groził utonięciem.

- Czy morderstwo to najgorsza rzecz, o jaką się oskarżasz? - zapytała.
Zadrżał, ale nie odpowiedział. Ponaglającym tonem poprosiła:

- Odpowiedz mi, Robinie. Może ból się zmniejszy, kiedy to z siebie wyrzucisz.
- Nie!

Spróbował   wyswobodzić   się   z   jej   objęć.   Trzymała   go   jednak   mocno,   nie 

pozwalając odejść.

- To było w Prusach - zaczął niechętnie. - Zdobyłem kopię rozejmu bardzo 

niekorzystnego dla Anglii.

Zaczęła sobie przypominać, co wie na ten temat.
- Pokój w Tylży. Francja i Rosja zawarły tajną umowę, planując rzucić Anglię 

na kolana.

Spojrzał na nią z podziwem.

- Jak na Amerykankę dużo wiesz o sprawach Europy.
-   Ojciec   interesował   się   polityką,   więc   razem   śledziliśmy   wiadomości   - 

wyjaśniła. - Czy rzeczywiście wiedziałeś, co zawierała ta umowa?

- W kilka godzin po jej podpisaniu. - Uśmiechnął się gorzko. - Mówiłem już, że 

byłem   dobry.   Ale   uzyskanie   tego   dokumentu   stanowiło   łatwiejszą   część   zadania. 
Należało go jeszcze dostarczyć do Anglii. Francuzi bardzo szybko odkryli, co się stało i 

rzucili   się   w   pościg.   Musiałem   jechać   do   Kopenhagi,   więc   przez   wiele   dni 
podróżowałem na zachód, wykorzystując wszystkie sztuczki, jakie znałem, żeby zwieść 

pogoń. W końcu, kiedy już byłem pewny, że wywiodłem ich pole, mogłem się wreszcie 
zatrzymać i odpocząć. Mój koń ledwo żył, podobnie jak ja. Znałem w okolicy pewną 

rodzinę bogatego farmera. Nienawidzili Francuzów i już wcześniej mi pomogli. - Głos 
mu się załamał. - Powitali mnie jak dawno nie widzianego syna. Powiedziałem, że 

udało mi się uciec przed pościgiem i że już nic mi nie grozi. Myliłem się - dodał cicho.

- Francuzi cię znaleźli? Skinął głową.

- Spałem przez dwanaście godzin. Herr Werner obudził mnie następnego dnia, 

kiedy się dowiedział,  że francuscy  żołnierze  przeszukują  okolicę.  Powiedziałem,  że 

natychmiast odjeżdżam i poszedłem do stajni, ale mój koń zniknął.

background image

-   Potem   uprzytomniłem   sobie,   że   nie   ma   Willego,   najmłodszego   syna 

gospodarzy. Miał szesnaście lat, był prawie mojego wzrostu i miał jasne włosy. Czcił 
mnie jak jakiegoś bohatera. Kiedy stwierdziłem, że zniknął mój koń, domyśliłem się, 

że   chłopak   jest   w   niebezpieczeństwie.   Pobiegłem   przez   las   do   głównej   drogi,   by 
zapobiec temu, co mogło się wydarzyć. - Zacisnął powieki. - Spóźniłem się.

Wyczuwała jego ból, ale musiała go zmusić do skończenia opowieści.
- Co się stało?

- Willi postanowił, że odciągnie żołnierzy od farmy. Patrzyłem ze wzgórza, jak 

pozwolił, by patrol Francuzów go zauważył. Miał mojego konia, podobny płaszcz i 

jasne włosy. Rzucili się za nim w pogoń. Mój koń był szybki, chłopakowi udałoby się 
uciec, gdyby nie to, że nagle pojawił się drugi oddział. Kiedy zdał sobie sprawę, że jest 

w pułapce, rzucił się w las, ale miał za małą przewagę. Dopadli go. Nie dali mu szansy, 
tylko zastrzelili na miejscu. Trafiło go co najmniej dwanaście kul. - Robin zadrżał, 

twarz miał mokrą od potu. - Willi był sprytnym chłopakiem i udało mu się wywieść 
ich w pole. Przez las przepływała mała rzeczka. Chłopak dotarł do niej i rzucił się z 

wysokiej skarpy do wody.

Robin ukrył twarz na piersi Maxie. Trząsł się jak człowiek, który znalazł się u 

granic   wytrzymałości.   Maxie   nie   pytała   o   nic   więcej,   tylko   gładziła   go   po   głowie, 
szepcząc   jakieś   słowa   w  języku   matki.   Mówiła,   że   wszystko   będzie   dobrze,   że   był 

żołnierzem i że kocha go, pomimo tego, co uczynił - wszystko to, czego nie mogła 
powiedzieć   po   angielsku.   Domyślała   się,   że   dla   Robina   śmierć   chłopaka 

symbolizowała   utratę   niewinności,   uczciwości   i   całe   zło   świata.   Pokój   w   Tylży 
podpisano przed dziewięciu laty. W tamtym czasie Robin sam był jeszcze chłopcem. 

Nic dziwnego, że jest na pograniczu załamania nerwowego. Cud, że w ogóle przetrwał 
z takim obciążeniem.

Przez chwilę  słychać było tylko  uderzenia deszczu i odległe  grzmoty.  Robin 

stopniowo się uspokajał, choć nadal kurczowo trzymał się Maxie, jakby była jedyną 

nadzieją na wyzwolenie. Po chwili znowu zaczął mówić schrypniętym głosem.

- Francuzi chcieli odzyskać dokument, ale ponieważ rzeka była głęboka, uznali, 

że dokończyła za nich dzieło, więc się wycofali. Pomogłem Wernerom odnaleźć ciało 
Willego.   Nie   powiedzieli   mi   ani   jednego   złego   słowa.   To   było   najgorsze   ze 

wszystkiego. Nawet mnie przepraszali, bo Willi zamęczył mi konia i nastawali, żebym 
wziął ich najlepszego rumaka.

- Brzmi to tak, jakby Willi sam sprowadził na siebie nieszczęście - stwierdziła 

background image

Maxie. - Gdyby się nie wtrącił, uciekłbyś i nikomu nic by się nie stało.

-   Może   tak,   może   nie.   Ale   prawdą   też   jest,   że   gdybym   nie   zatrzymał   się   u 

Wernerów, Willi nadal by żył.

- Tylko Bóg to wie, Robinie. Może Willemu pisana była śmierć i nawet gdybyś 

się   nie   pojawił,   mógł   się   na   przykład   potknąć   na   schodach   i   skręcić   kark.   Może 

zaciągnąłby się do wojska i zginął w bitwie. To naturalne, że odczuwasz smutek i żal, 
ale zamęczanie się wyrzutami sumienia nie wyjdzie ci na dobre.

Przesunęła dłonią po jego czole, pragnąc, by ten ruch zmył z niego cierpienie.
- Zawsze starałem się robić to, co należy - powiedział niewyraźnie. - Ale często 

nie wiedziałem, co jest dobre, a co złe.

Westchnęła.

- Wydaje  mi się,  że  większość z  nas  ma podobne dylematy.  Nic więcej  tak 

naprawdę nie da się zrobić.

- Ale ja niewystarczająco się starałem.
Cierpienie w głosie Robina świadczyło o tym, że Maxie nie dokonała jeszcze 

wszystkiego. Sięgnęła pamięcią do własnej przeszłości.

- Po śmierci matki uczestniczyłam w ceremonii pogrzebowej zorganizowanej 

przez członków plemienia. To bardzo mi pomogło.

Modląc się o to, by niczego nie zapomniała, przyłożyła dłonie do uszu Robina i 

wyrecytowała:

- Kiedy człowiek jest w żałobie, nic nie słyszy. Niech te słowa sprawią, żebyś 

ponownie mógł słyszeć. - Przykryła dłońmi jego oczy. - Przestałeś dostrzegać słońce i 
pogrążyłeś się w ciemności. Teraz zwracam ci jasność. - Uniosła dłonie i zobaczyła, że 

Robin przygląda się jej ponuro. Położyła mu dłonie na piersi. - Pozwoliłeś, by rozpacz 
zawładnęła twoim umysłem. Musisz oddalić rozpacz i pozwolić jej umrzeć. - Czuła 

pod   palcami   ruchy   jego   klatki   piersiowej.   -   Twoje   łoże   stało   się   niewygodne,   nie 
możesz spać. Pozwól mi usunąć niepokój z twojego miejsca spoczynku. - Przesunęła 

dłońmi po ramionach i plecach mężczyzny, potem dodała ciszej: - Willi odszedł na 
spoczynek, Robinie. Czy ty też nie powinieneś już odpocząć?

Zamknął oczy i przyciągnął ją do siebie. Początkowo jego serce biło tak mocno, 

jakby chciało się wydrzeć z piersi, lecz stopniowo zaczęło się uspokajać. Maxie czuła, 

że ciemność w jego duszy powoli się rozjaśnia.  Choć proces zdrowienia  nie został 
zakończony, nastąpił jego początek.

Robin wsunął dłoń w jej włosy.

background image

- Skąd zdobyłaś tę mądrość, Kanawiosta?

- Oczywiście ucząc się na błędach - odparła. Czuła się tak zmęczona, że oczy 

same jej się zamykały.

-   Jesteś   bardzo   mądra.   -   Dłoń   Robina   przesunęła   się   na   jej   biodro.   -   Zbyt 

mądra, by zgodzić się za mnie wyjść.

To   zdanie   podziałało   na   nią   jak   kubeł   lodowatej   wody.   Natychmiast 

oprzytomniała. Przez chwilę odtwarzała w myślach jego słowa, niepewna, czy dobrze 

usłyszała, potem usiadła i popatrzyła na towarzysza.

Leżał na poduszkach, spokojny i zmęczony. Płomienie świec rzucały cienie na 

twarz i tors, ale było zbyt ciemno, by dostrzec wyraz jego oczu. Zaskoczenie mieszało 
się w niej z rozbawieniem i pożądaniem.

-   Czy   to   propozycja,   czy   też   tylko   wytwór   twojego   pokrętnego   poczucia 

humoru? - zapytała.

Westchnął i spojrzał na sufit.
- To nie miał być żart. Zdaje się, że nie potrafię otwarcie złożyć ci takiej oferty. 

Gdybyśmy   się   pobrali,   tylko   ja   bym   na   tym   zyskał.   Postąpiłabyś   niemądrze, 
przyjmując moją ofertę, a jesteś zbyt inteligentna, żeby tego nie wiedzieć.

Nie  wiedziała,   czy   ma  się   śmiać,   płakać,   czy   krzyczeć.   Tego  wieczoru   zdała 

sobie sprawę, że kocha Robina, choć nie była pewna, czy go rozumie, a nawet czy do 

końca mu ufa. Ale nie oznaczało to, że mu nie ufała. Nie wątpiła, że wypełniłby każde 
przyrzeczenie, jakie by złożył. Zresztą po tej godzinnej rozmowie rozumiała go o wiele 

lepiej. Mimo to...

-   Małżeństwo   z   tobą   to   bardzo   pociągająca   propozycja,   ale   nie   wyobrażam 

sobie wspólnego życia z tobą. Nasze korzenie są tak różne. I choć w przeszłości wiele 
podróżowałam, nie zamierzam tego robić w przyszłości.

- Ja także nie. Potrafię zapewnić ci dach nad głową. - Skrzywił się ironicznie. - 

Nie jestem takim niebieskim ptakiem, na jakiego wyglądam.

-   Robinie,   popatrz   na   mnie.   -   Kiedy   odwrócił   ku   niej   wzrok,   zapytała:   - 

Dlaczego chcesz się ze mną ożenić? Nie mówiłeś ani słowa o miłości.

Zacisnął powieki.
- Mogę ci przyrzec wiele, Kanawiosta. Bezpieczeństwo, wierność, to, że będę się 

starał dać ci szczęście. Ale miłość? Nie sądzę, abym był w tym dobry. To jedyne, czego 
wolałbym nie przyrzekać.

Nawet po śmierci ojca Maxie nie odczuwała takiego bólu jak teraz. Poczuła, że 

background image

za chwilę się rozpłacze. Zamiast tego uniosła jego dłoń do ust i ucałowała, a potem 

przytknęła do policzka.

- Czy pragniesz mnie dlatego, że nie ma tu Maggie?

- Nie. - Otworzył oczy i zacisnął palce na jej dłoni. - To, co do ciebie czuję, nie 

ma nic wspólnego z Maggie. Zależało mi na niej i nadal bardzo zależy. Tak będzie 

zawsze, ale ty nie masz mi jej zastępować. - Przez jego przystojną twarz przebiegł cień 
rozbawienia. - Jesteś tak bardzo sobą, że nie da się ciebie z nikim pomylić.

Nie bardzo wiedziała, jak ma zareagować.
- Opieka i lojalność są bardzo potrzebne, ale czy wystarczą?

- Nie zapominaj o pożądaniu. - Przyciągnął ją do siebie. - Ja nie zapomniałem 

nawet przez sekundę, odkąd cię poznałem.

Przekręcił się na bok i przywarł do jej ust. Maxie miała wrażenie, że za chwilę 

roztopi   się   w   gorącym   pocałunku.   Do   tej   pory   pieszczotom   zawsze   towarzyszyły 

wątpliwości. Tym razem Robin był dla niej i tylko dla niej.

Odpowiedziała   z   żarliwą   namiętnością.   Dramatyczna   noc   sprawiła,   że 

wszystkie jej obronne mechanizmy przestały działać i uczucia obydwojga zespoliły się 
tak mocno jak ich ciała. Przez dziką i słodką chwilę nie dzieliło ich nic. Maxie nie 

myślała o tragicznej przeszłości Robina, o jego cierpieniach i niepewnej przyszłości, 
wiedziała tylko, że go kocha.

Całował   japo   szyi,   potem   zsunął   jej   z   ramion   koszulę,   odsłaniając   piersi. 

Przykrył je dłońmi i wyszeptał:

- Piękne, skończenie piękne.
Przyglądała się jego ciału zdziwiona, że mimo jasnych włosów ma taką ciemną 

karnację.   Potem   kiedy   dotknął   językiem   sutek,   zapomniała   o   tym.   Został   tylko 
płomień   pożądania.   Przesunęła   mu   dłońmi   po   plecach,   wyczuwając   blizny   po 

biczowaniu. Kiedyś go o nie zapyta, a także o ranę po kuli i o zniekształconą dłoń, o 
wszystkie   niebezpieczne   zdarzenia,   które   mogły   zakończyć   jego   życie,   zanim   go 

poznała. Ale nie teraz, nie tej nocy.

Nagle Robin uniósł głowę i ukrył twarz w poduszce.

- To zbyt proste - powiedział urywanym głosem. - Żadne z nas nie jest w tej 

chwili w stanie podejmować decyzji.

Maxie   oddychała   spazmatycznie.   Zacisnęła   dłonie   na   pościeli   i   próbowała 

pozbierać myśli. Dlaczego, do diabła, nie poznała mężczyzny, którego interesowałoby 

jedynie zaspokojenie własnej przyjemności? Ponieważ takiego nie mogłaby pokochać.

background image

- Rozumiem, że znowu ogarnęły cię wyrzuty sumienia - powiedziała.

- Właśnie - odparł z półuśmiechem.
Delikatnie   naciągnął   jej   koszulę   na   ramiona.   Przez   chwilę   jego   dłonie 

spoczywały na jej piersiach, potem cofnął rękę.

- Jesteś wspaniała. Po tym wszystkim, co ci powiedziałem, powinnaś wpaść w 

histerię.

- To rzeczywiście kuszące. - Nadal drżąc z emocji, obróciła się na bok i oparłszy 

się na łokciu, popatrzyła na Robina. - Jak poważna jest twoja propozycja małżeństwa?

- Bardzo - odparł.

Przymknęła powieki, żeby móc zebrać myśli. Chciała powiedzieć, że go kocha, 

ale nie śmiała, nie po tym, jak wyznał, iż wątpi, czy sam potrafi kochać. Nie chciała też 

dać mu nowego powodu do wyrzutów sumienia ani, żeby jutro zmienił zdanie co do 
swojej propozycji. Czy właśnie ślubu z Robinem nie potrafiła dostrzec w przyszłości? 

Pomyślała   o   Londynie   i   natychmiast   ogarnął   ją   strach.   Nie   miał   on   jednak   nic 
wspólnego z Robinem. To było raczej jak ściana ognia, przez którą musiała przejść, 

żeby poznać przyszłość.

- Masz rację - powiedziała. - Nie czas teraz na podejmowanie decyzji. Muszę się 

dowiedzieć, co przytrafiło się ojcu, a ty także masz wiele do ułożenia w życiu.

Pochylił się i ucałował ją w czoło.

- Poukładam tak szybko jak tylko się da. Cieszę się jednak, że nie powiedziałaś 

nie. - Owinął sobie wokół palca jej ciemny lok. - Chyba zachowuję się jak wariat, ale 

przysięgam,   że   nigdy   nie   czułem   się   szczęśliwszy   niż   przez   te   ostatnie   kilka   dni. 
Chciałbym,   żeby   ta   podróż   nigdy   się   nie   skończyła.   No,   ale   skoro   ostateczną 

odpowiedź mam otrzymać dopiero po wyjaśnieniu twoich spraw w Londynie, musimy 
tam dotrzeć jak najszybciej. Tylko że... - Urwał i odwrócił wzrok. - Nie wiem, czy to 

rozsądne, iż pragnę ożenić się z kobietą, której tak bardzo pożądam. To może się 
okazać zwodnicze dla nas obojga.

Spojrzała na niego z uwagą. Przestał już udawać obojętnego, więc rozkoszowała 

się uczuciem bliskości. Tylko tak trudno było myśleć, kiedy krew buzowała w żyłach. 

Nadal trawiło ją pożądanie oraz głębokie przeświadczenie, że razem tworzą całość.

Z   nagłym   niesmakiem   uzmysłowiła   sobie,   że   zachowuje   się   zupełnie   jak 

kuzynki Collins. Od pierwszego spotkania z Robinem broniła dziewictwa, martwiąc 
się o przyszłość i chroniąc serce przed zranieniem, zamiast żyć teraźniejszością.

Jednak udawanie wstydliwej angielskiej panny nie uchroni jej przed bólem, 

background image

zagłuszy jedynie zew serca. Najwyższy czas porzucić moralność Białych i wypróbować 

zwyczaje   Irokezów.   Pragnęła   Robina.   Pragnęła   dać   i   otrzymywać,   stać   się   pełną, 
mądrą, zmysłową kobietą jak jej matka, nawet jeśli miałoby to trwać godzinę. W tej 

chwili chciała być wolna jak deszcz. Czuła, że czyniąc tak, uczyni dobrze.

Uśmiechnęła się do Robina z miłością.

- Twoim największym problemem jest to, że za dużo myślisz. Potem pochyliła 

się i pocałowała go.

background image

24

Nie potrafił się jej oprzeć, ale kiedy pomyślał o wszystkich ludziach, których 

skrzywdził, musiał się upewnić.

- Jesteś pewna, że tego chcesz? Uśmiechnęła się i uniosła na łokciu.
- Całkowicie pewna.

Fale hebanowych włosów opływały jej egzotyczną twarz, która zauroczyła go od 

samego początku. To jest Kanawiosta, córka innej ziemi, innej rasy. Z tymi włosami 

opadającymi   na   piersi   wyglądała   jak   jakaś   pogańska   bogini,   zbyt   tajemnicza   dla 
zwykłego śmiertelnika, by ją do końca poznać czy posiąść, tak kobieca, że zmysły przy 

niej szalały. Jednak kiedy się nad nim pochyliła, jej usta były gorące i prawdziwe, a 
małe, zręczne dłonie chętne do pieszczot. Poddał się i rozchylił wargi, delektując się 

upajającym pocałunkiem.

Pragnął wchłonąć ją w siebie, żeby wyleczyła ziejące w jego wnętrzu bolesne 

rany. Pragnął zapaść się w nią, ukryć przed sztormami, które rozrywały mu duszę. 
Ciepłe dłonie Maxie błądziły po ramionach i torsie. Czuł, jak ich ciepło przenika do 

wnętrza i łagodzi cierpienia. W końcu oderwała się od niego i oparła na łokciu. Jej 
oczy płonęły pożądaniem. Oddychała spazmatycznie.

- Cieszę się, że zmieniłeś zdanie.
- To tyje za mnie zmieniłaś.

Objął   dłońmi   jej   piersi,   kciukami   masując   sutki.   Stwardniały   pod   koszulą. 

Dziewczyna   przymknęła   powieki   i   zamruczała   jak   kotka.   Zsunął   z   niej   koszulę, 

odsłonił piersi i przez chwilę wpatrywał się w ich cudowne kształty. Były wspaniałe, 
doskonałe, nie za duże i nie za małe.

- Powinnaś żyć w raju, gdzie ubrania są niepotrzebne - wychrypiał.
- W raju jest cieplej niż w Anglii - odparła, po czym spojrzała na jego kalesony i 

rysujące się pod nimi wybrzuszenie.

- Jeśli mamy udawać, że jesteśmy w raju, to musisz je zdjąć. Pociągnęła za 

sznurek w pasie. Gdyby nie pomagała, trwałoby to sekundę, ale gładziła go przy tym 
pieszczotliwie, doprowadzając do szaleństwa.

Kiedy obydwoje byli już nadzy, Robin pociągnął Maxie na siebie i przywarł do 

jej   ust.   Nie   mógł   się   nasycić   ich   słodyczą.   Przesunął   dłońmi   wzdłuż   jej   pleców, 

zatrzymał   się   na   krągłych   pośladkach.   Płonąc   z   pożądania   zacisnął   palce   na 
sprężystych wzgórkach. Maxie wstrzymała  oddech, poruszyła biodrami i rozchyliła 

background image

nogi, a wtedy pomiędzy udami poczuła naprężony członek. Jęknęła i zacisnęła zęby. 

Robin chciał, by wszystko odbywało się wolno, ale Maxie na to nie pozwalała. Złapał 
ją więc za ramiona i przekręcił na plecy.

- Nie tak szybko, Kanawiosta. - Przytrzymał jej ręce po obu stronach głowy. - 

Sprawiedliwości musi stać się zadość: mnie także należy się szansa doprowadzenia cię 

do szaleństwa.

-   Bardzo   sobie   cenię   sprawiedliwość   -   odpowiedziała   z   urzekającym 

uśmiechem.

Nie spiesząc się, otarł się podbródkiem o jej piersi, aż ciało dziewczyny zaczęło 

pulsować pożądaniem. Pochylił  się i wziął  jeden sutek w usta i ssał  tak  długo, aż 
stwardniał. Potem zrobił to samo z drugim. Kiedy Maxie westchnęła i zaczęła się pod 

nim wić, zniżył usta do jej brzucha. Zatrzymał się przy pępku, łaskocząc go językiem. 
Maxie napięła się jak struna.

- Twoje życzenie się spełniło, za sekundę oszaleję.
- Wspaniale.

Wyprostował się i powrócił do ust. Przestał udawać, że się kontroluje. Puścił 

ręce Maxie i objął ją za szyję. Druga ręka powędrowała tą samą trasą, którą przed 

chwilą sunęły jego usta, aż dotarła do łona. Maxie zadrżała pod tym dotykiem. Była 
wilgotna i rozgrzana. Zanurzył głębiej palce w poszukiwaniu czułego punktu. Odnalazł 

go i począł delikatnie pieścić. Maxie z trudem łapała powietrze. Zamknął oczy, by nie 
patrzeć na jej urzekające  ciało,  by nic nie przeszkadzało  mu w dawaniu  rozkoszy. 

Powietrze przesycał zapach zmysłowości. Robin dawno nie kochał się w ten sposób z 
kobietą i nigdy przedtem nie czuł takiej namiętności.

Napięcie rosło, rozjarzony płomień stawał coraz jaśniejszy. Kiedy poczuła, że 

więcej już nie zniesie, krzyknęła i zacisnęła uda. Tylko dzięki mocnemu uściskowi 

Robina nie odpłynęła w przestworza.

Powróciła   na   ziemię,   oszołomiona   i   drżąca.   Robin   leżał   obok,   przesuwając 

dłońmi   po   jej   ciele.   Spojrzała   mu   w   oczy   i   zobaczyła   w   nich   satysfakcję,   która 
napełniła   ją   dumą.   Wiedziała   jednak,   że   pod   tą   maską   spokoju   kryje   się   płonąca 

namiętność.

- Teraz twoja kolej - szepnęła.

Wystarczyło jedno powolne poruszenie biodrami, by zburzyć jego opanowanie. 

Rozchylił   kolanem   jej   uda,   delikatnie   sprawdził,   czy   jest   gotowa.   Była   wilgotna   i 

gorąca. Wszedł w nią jednym szybkim ruchem. Poczuła krótki, intensywny ból, który 

background image

jednak zaraz ustąpił. Pozostało uczucie zadowolenia, że oto obydwoje uczestniczą w 

odwiecznym tańcu życia.

To co działo się z Robinem, było o wiele gorsze. Zamarł, a jego twarz wyrażała 

całkowite zdumienie.

- Wielki Boże, Maxie! Dlaczego  nic mi nie powiedziałaś?  Uśmiechnęła się i 

przycisnęła do bioder jego twarde pośladki.

-   Ponieważ   wiedziałam,   że   wtedy   sprowokuję   jeden   z   tych   twoich 

zwariowanych ataków dżentelmeństwa. Nic na to nie poradzisz, jesteś Anglikiem. - 
Uniosła biodra, wchłaniając go głębiej. - Znowu za dużo myślisz, Robinie.

Nie   mógł   się   oprzeć.   Zaczął   się   w   niej   poruszać,   szybciej,   coraz   szybciej. 

Oddychał   ciężko   i   urywanie.   Choć   nigdy   wcześniej   się   nie   kochała,   wyczuwała 

intuicyjnie, jak ma reagować, jak dopasować się do jego rytmu, do jego podniecenia. 
Nagle ciało Robina wygięło się w łuk.

- Och, Boże... - jęknął ochryple. Maxie także osiągnęła spełnienie, choć już nie 

tak ekscytujące jak poprzednie.

Kiedy   Robin   opadł   na   nią,   przesunęła   mu   dłonią   po   plecach   i   dotknęła 

językiem słonego od potu ramienia. Potarł policzkiem o jej policzek, potem przekręcił 

się i zsunął z łóżka. Zbyt wyczerpana, by czuć choćby zaciekawienie, po prostu go 
obserwowała.   Cudowny   widok.   Robin   z   pewnością   przyzwyczajony   był   do 

pokazywania się nago, ale dla niej była to nowość i to nowość sprawiająca największą 
przyjemność. Wyglądał jak lew, zwinny, szczupły i na wskroś męski. Na wspomnienie 

jego ciała, zaczęła szybciej oddychać.

Robin tymczasem podszedł do umywalni i otworzył szufladę. Po chwili wrócił 

do   Maxie   i   podał   starannie   złożony   ręcznik.   Wytarła   się   nim,   z   zadowoleniem 
stwierdzając,   że pozostało   na  nim  tylko  kilka   kropli krwi.  Nie  chciałaby  zniszczyć 

czyjegoś łóżka. Kiedy skończyła, Robin wyciągnął się obok niej i wziął ją w ramiona.

- Czy jestem dla ciebie aż tak patetycznie nieszczęśliwy, że postanowiłaś za 

wszelką cenę mnie pocieszyć? - zapytał z lekkim rozbawieniem.

Uśmiechnęła się.

- Przypuszczam, że w tym, co mówisz, jest ziarnko prawdy, ale to nie do końca 

sprawiedliwe   dla   nas   obojga.   Pożądałam   cię   od   pierwszej   chwili.   Dzisiejszej   nocy 

postanowiłam przestać zachowywać się jak pruderyjna angielska dziewica i stać się 
Indianką.  - Wykrzywiła  twarz  dramatycznie  i uszczypnęła  go w ramię. - Jesteśmy 

znane z płomienności, biały człowieku. Same bierzemy to, co chcemy.

background image

Robin delikatnie masował jej plecy.

- Zrobiłaś mi nie lada niespodziankę. Biorąc pod uwagę twój wiek, tajemną 

herbatkę antykoncepcyjną i brak pruderii, sądziłem, że nie jesteś dziewicą.

- U Irokezów pod jednym dachem żyją całe rodziny. Dzieci szybko uczą się 

naturalnych zachowań między mężczyzną a kobietą.

- Wspominałaś też, że kobiety z plemienia twojej matki mają większą swobodę 

w   zaspokajaniu   swoich   pragnień.   Muszę   przyznać,   że   jesteś   pewniejsza   siebie   niż 

wiele kobiet, które znałem. Tym bardziej nie rozumiem, jak to się stało, że jestem 
pierwszy. Czy Amerykanie to idioci?

Skrzywiła się.
-   Jak   ci   już   wcześniej   tłumaczyłam,   mężczyźni   nie   traktowali   mnie   z 

szacunkiem, ponieważ jestem mieszańcem. Ja zaś postanowiłam, że nie pozwolę się 
tak traktować. Z drugiej strony, ciągle byliśmy z ojcem w drodze i nie miałam czasu 

się przekonać czy zalotnik traktuje mnie poważnie.

Nie dodała, że łatwo jej było odrzucać zaloty, ponieważ nigdy wcześniej nikt jej 

tak nie pociągał jak Robin. Pocałował ją w czoło.

- Bez względu na powody, jestem zaszczycony, że mnie wybrałaś. Popatrzyła na 

niego z namysłem.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   powiesz   teraz,   iż   po   tym   co   się   stało,   czujesz   się 

zobowiązany ożenić się ze mną.

- Mógłbym, gdybym uważał, że mam jakiekolwiek szanse na powodzenie, ale 

wiem, że takie argumenty na ciebie nie działają. - Przesunął dłonią wzdłuż jej boku. - 
Poza tym nie wyglądasz na zrozpaczoną, raczej na bardzo zadowoloną.

Zachichotała.
- Ty również. Warto było poczekać. Pocałował ją w ucho.

- Dobranoc, Kanawiosta - wymruczał. - Jestem pewien, że tej nocy obydwoje 

będziemy spokojnie spali.

Przytuliła   się   do   niego.   Po   fizycznym   i   emocjonalnym   zbliżeniu   bez   trudu 

potrafiła   wyczuć   nastrój   partnera.   Wyznanie   grzechów   oraz   namiętny   stosunek 

rozjaśniły jego wewnętrzną ciemność. Nawet jeśli nie czekała ich wspólna przyszłość, 
przez   następne   dni   i   tygodnie   proces   leczenia   nie   ustanie.   Czuła   zadowolenie,   że 

mogła   pomóc,   choć   domyślała   się,   że   wiele   w   tej   sytuacji   zdziałał   fakt,   iż   jest 
cudzoziemką.   Czasami   łatwiej   jest   opowiedzieć   o   swoich   kłopotach   komuś,   kto 

pozostaje poza kręgiem naszego codziennego życia.

background image

Westchnęła cichutko. Pomimo propozycji Robina nadal nie wyobrażała sobie, 

że mogliby być razem.  Nie musiał się obawiać,  iż odkrył przed nią swoje sekrety, 
ponieważ   w  przyszłości   nie   będzie   przy   nim,   żeby   wytknąć   mu  dzisiejszą   słabość. 

Teraz to ona za dużo myśli. Liczyło się jedynie to, że proces zdrowienia Robina się 
rozpoczął, a ona doświadczyła słodyczy i uniesienia, o których nigdy nie zapomni.

background image

25

Kiedy Maxie się obudziła, przemyte burzą niebo było jasne i czyste. Nadchodził 

czas letniego przełomu i słońce wstawało bardzo wcześnie, co oznaczało, że spała nie 

więcej niż dwie, trzy godziny. Mimo to czuła się zadziwiająco wypoczęta.

Robin   jeszcze   spał,   ze   złocistą   głową   opartą   na   jej   ramieniu,   z   ręką 

spoczywającą na jej kibici. Twarz miał spokojną i bardzo młodą. Aż trudno uwierzyć, 
że tej nocy tak cierpiał, a potem zrobił to, co zrobił. Młodzieńczy wizerunek psuła 

blizna   na   boku.   Maxie   przyjrzała   się   jej   uważnie.   To   cud,   że   kula   nie   naruszyła 
jakiegoś ważnego narządu. Przytuliła się mocniej do Robina. Powinna go obudzić, ale 

nie miała sumienia. Miniona noc należała do szczególnych. Może już nigdy nie będą 
sobie tak bliscy. Nie chciała niszczyć tego czaru. Dotknęła ustami włosów kochanka. 

Śmiesznie  długie  rzęsy  zadrgały  i  uniosły  się w górę.  Z  takiej  bliskości   spojrzenie 
lazurowych oczu porażało jak kula armatnia. Gdyby już go nie kochała,  straciłaby 

głowę po tym leniwym, zmysłowym spojrzeniu.

- Zawsze dobrze przy tobie śpię - wymruczał.

- Podobnie ja. - Dotknęła blizny po kuli. - Podejrzewam, że zdobyłeś ją w czasie 

służby.

Skinął głową.
- W Hiszpanii.

- A co ze znakami na plecach? Wykrzywił ironicznie usta.
- Nie zrobiłem tego, za co mnie wybatożono, ale ponieważ za moje prawdziwe 

przewinienie należał się stryczek, wolałem się nie bronić.

- Areka?

- Pewien bardzo zdeterminowany dżentelmen upierał się, żebym napisał list, 

który zagroziłby mojemu przyjacielowi. Nie miałem na to ochoty, więc połamał mi 

kilka kości. Dopiero wtedy wyjawiłem, że jestem leworęczny i że już niczego nie mogę 
napisać.

Zadrżała, słuchając tych okrutnych relacji.
- To musiało straszliwie boleć.

Na potwierdzenie wydał z siebie niezrozumiały dźwięk.
- Kości złożono mi dopiero po kilku dniach, dlatego też nierówno się zrosły. 

Szczęście, że nie wdała się infekcja, i że w ogóle ręka do czegoś się nadaje.

- Prowadziłeś bardzo ekscytujące życie, powiedziałabym, że zbyt ekscytujące.

background image

Pochyliła się i z czułością dotknęła ustami blizny po kuli. Tuż obok znajdował 

się sutek. Ogarnięta nagłą ciekawością objęła go wargami. Ucieszyła się, kiedy zaczął 
twardnieć. Nic dziwnego, że Robin tak lubił całować jej piersi.

Kiedy przesunęła się do drugiego sutka, Robin wstrzymał oddech.
- Ostrożnie,  Maximo, bo dostaniesz więcej  niż chcesz. Spojrzała  na niego z 

miną niewiniątka.

-   Ile   więcej?   -   Jej   dłoń   wolno   zsunęła   się   po   brzuchu   mężczyzny.   Zacisnął 

dłonie na pościeli.

- Nie boli cię po zeszłej nocy? - zapytał.

- Nie bardzo. To chyba dzięki latom spędzonym w siodle. - Zaczęła łagodnie 

pieścić jego męskość. - Nie jestem pewna, czy pojęłam, na czym polega sztuka miłości. 

Myślę, że przyda mi się następna lekcja.

Wybuchnął śmiechem.

- Wygrałaś, czarownico.
Poderwał się szybko błyskawica, podobnie jak poprzedniego wieczora, kiedy 

starała się obudzić go z koszmaru i nim zdążyła mrugnąć, leżał już na niej, tylko tym 
razem był przytomny, w oczach płonęła radość, a dłonie i usta zapowiadały rozkoszne 

pieszczoty. Pamiętał, co poprzedniej nocy sprawiło jej przyjemność i znalazł też tuzin 
nowych sposobów, żeby ją zadowolić.

Kiedy drżała z pożądania, wszedł w nią delikatnie. Przekonał się jednak, że nie 

sprawia jej bólu, przyspieszył więc, wypełniając ją szybką, słodką, gorącą rozkoszą. W 

chwili gdy jej ciałem wstrząsnął dreszcz zapowiadający spełnienie, przewrócił się na 
plecy, pociągając ją za sobą. Przywarła do niego, bo czuła się tak, jakby zaraz miała 

wznieść się do nieba. Uniosła ich fala ekstazy.

Opadła bez tchu na pierś Robina. Nie mylił się, ostrzegając, iż da jej więcej, niż 

prosiła. Za taką rozkosz niejedna kobieta sprzedałaby duszę. Na szczęście duszy nie 
da   się   sprzedać,   inaczej   byłaby   przeklęta   na   wieki.   Robin   głaskał   japo   plecach   z 

czułością, rozgrzewającą podobnie jak niedawna zmysłowość.

- Nie pozwolę, by dalej przypadek rządził naszą podróżą - odezwał się, kiedy 

doszli do siebie. - Dzisiaj jedziemy do Londynu.

-   Jak?   -   zapytała.   -   Nie   mamy   pieniędzy   na   dyliżans.   Uśmiechnął   się 

promiennie.

- Później ci wyjaśnię. Teraz musimy wstać i zmykać, nim służba się obudzi.

W   ciągu   godziny   uprzątnęli   wszelkie   ślady   swojej   bytności.   Zjedli   szybkie 

background image

śniadanie, zabrali tobołki i opuścili kuchnię. Poszli ścieżką w stronę stajni. Zamiast ją 

minąć,   Robin   skręcił   do   drzwi.   Zaskoczona   pospieszyła   za   nim.   W   boksach   stały 
drzemiące jeszcze konie.

- Co my tu robimy? - zapytała z przestrachem Maxie.
-   Szukamy   środków   transportu.   -   Rozglądając   się   na   boki,   ruszył   głównym 

korytarzem. Większość koni służyła do pracy w polu, ale było też kilka wierzchowców.

Kiedy wyprowadzał jednego z przegrody, Maxie zastąpiła mu drogę.

- Do diabła, Robinie, nie mam ochoty zostać koniokradem. A może zamierzasz 

puścić je wolno po kilku milach, tak jak to uczyniłeś z koniem Simmonsa?

Wyminął ją i osiodłał konia. Potem poszedł po następnego.
- Nie tym razem. Potrzebujemy tych zwierząt do końca podróży.

- Robin!
- Nie martw się. Napisałem list z wyjaśnieniem. - Wyciągnął z kieszeni złożoną 

kartkę papieru, którą wbił na sterczący z żerdzi gwóźdź.

- Twierdzisz, że nie jesteś ani złodziejem ani oszustem - powiedziała. - Nie 

jesteś już też szpiegiem. Wojna się skończyła. Więc co ty, do diabła, wyrabiasz?

- Nie będzie żadnych kłopotów. - Podniósł siodło ze stojaka. - Znam właściciela 

dworu.

Wpatrywała się w niego z zaciśniętymi dłońmi. Wrażenie bliskości i zaufania 

rozwiało się. Zostało zdumienie i zmieszanie.

- Dlaczego, na Boga, mam ci wierzyć? Zbladł.

- Przykro mi, że o to pytasz.
Wciągnęła głęboko powietrze, uświadamiając sobie, że za chwilę wybuchnie i 

powie coś przykrego. Opanowała się z trudem.

- Wierzę, że zeszłej nocy byliśmy wobec siebie szczerzy. Ale dzisiaj jest nowy 

dzień, a ja nadal wiem o tobie bardzo mało.

- Odpowiem na każde twoje pytanie - odparł. - Ale... wolałbym to odłożyć na 

później.

Miała ochotę krzyczeć z bezsilności. Może Robin rzeczywiście znał właściciela 

posiadłości, ale wcale nie była tego pewna. Dla kogoś, kto zabijał, uwodził i zdradzał, 
uprowadzenie dwóch koni może wydawać się nic nie znaczącą błahostką.

Robin oparł siodło na biodrze i musnął palcami jej policzek.
- Zaufaj mi jeszcze trochę, Kanawiosta.

Kiedy mówił w taki sposób, nie pozostawiał jej wyboru. Westchnęła ciężko.

background image

- Dobrze, ale nie możesz w nieskończoność odkładać dnia obrachunku.

Robin także westchnął.
- Wiem. Ale ta podróż to dla mnie bardzo ważne przeżycie. Nie chodzi tylko o 

to,   że   poznałem   ciebie,   ale   w   pewnym   sensie   odnalazłem   też   samego   siebie.   Nie 
jestem jeszcze gotów na stawienie czoła rzeczywistości.

Uśmiechnęła się trochę krzywo, ale szczerze.
- Pewnie cieszysz się, że potrafisz zrobić ze mnie bezwolną idiotkę. A może nic 

cię to nie obchodzi, bo działasz tak na wszystkie kobiety?

- Przeceniasz mój urok. - Pochylił się i pocałował ją szybko. - Jednak cieszę się, 

że jesteś podejrzliwa. To utrzymuje nas w pewnej równowadze.

Ruszył w stronę koni.

- Cóż ty opowiadasz? - wykrzyknęła. - Od samego początku wodzisz mnie za 

nos.

Robin zapiął popręg, potem się odwrócił.
- Jestem pewien,  że wiesz,  iż  gdybyś  mi kazała  czołgać się na  kolanach  po 

rozgrzanych węglach, zrobiłbym to.

- A nie chciałbyś najpierw poznać powodu, dla którego prosiłabym cię o coś 

takiego?

Uśmiechnął się.

-   Tak,   i   założyłbym   przy   okazji   spodnie   z   azbestu.   Niemniej   jednak 

wykonałbym o co prosisz.

Popatrzyła na niego, ogarnięta jakimś dziwnym i obezwładniającym uczuciem. 

Albo mówi serio, albo jest najlepszym kłamcą na świecie. Może też być szalony. Nie 

wolno   jej   zapomnieć   o   takiej   ewentualności.   Z   westchnieniem   rezygnacji   wzięła 
drugie siodło - najstarsze i najbardziej zniszczone - i założyła na drugiego konia.

Robin wyprowadził zwierzęta ze stajni i cicho przeszli do małej bramy. Była 

zamknięta, więc Robin wyważył zamek, a w tym czasie Maxie z uwagą oglądała czubki 

swoich butów.

- Czy dzisiaj dotrzemy do Londynu? - zapytała, kiedy znaleźli się w bezpiecznej 

odległości od Ruxton.

- Tak, choć dopiero wieczorem.

Zmarszczyła brwi, przeliczając w myśli ich wspólny majątek.
- Czy będzie nas stać na wynajęcie pokoju?

- Raczej nie. Wystarczy nam na rogatkowe i na jedzenie, ale to wszystko. Mam 

background image

jednak przyjaciół, którzy nas przenocują.

- Nie będą zadawać pytań?
- Nie oni. - Westchnął. - Będziemy musieli zachowywać się bardziej oficjalnie, 

między innymi dlatego nie chciałem, żeby nasza podróż dobiegła końca. Gdyby ktoś 
się  o  nas dowiedział,   twoja  reputacja  ległaby  w gruzach.  W  Londynie zaczyna   się 

prawdziwy świat. Pewnie będziesz chciała odwiedzić ciotkę. Musimy zachować pozory 
i zadbać, aby nasze kłamstwa pasowały do siebie.

Skrzywiła się.
- To pewnie oznacza oddzielne łóżka.

-   Obawiam   się,   że   tak.   Jeśli   twoja   lub   moja   rodzina   dowie   się,   że 

podróżowaliśmy   razem,   dojdzie   do   skandalu.   Będą   się   domagali,   żebyśmy 

natychmiast wzięli ślub.

- Dlaczego tak cię to martwi? - zapytała oschle. - Myślałam, że tego pragniesz.

Zachichotał.
- Uciekłabyś, gdyby kazano ci wyjść za mnie.

- Potrafię oprzeć się społecznemu naciskowi, zwłaszcza osób, których nie znam 

- odparowała.

- Ja także, ale już dawno się przekonałem, że udawanie konformizmu bardzo 

ułatwia życie.

- Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one?
- Właśnie. A to dotyczy zwłaszcza Londynu. - Zerknął na Maxie. - Na szczęście 

jutro dostanę pieniądze, więc nie będzie problemu.

- Czy wolno mi zapytać, skąd je weźmiesz, milordzie?

- Od bankiera, bardzo nudnego i oficjalnego. - Spojrzał na nią z rozbawieniem. 

- Czy zdajesz sobie sprawę, że nazywasz mnie milordem zawsze wtedy, kiedy masz mi 

coś za złe?

Pomyślała przez chwilę, po czym się uśmiechnęła niechętnie.

- Przypuszczam, że ten śmieszny feudalny tytuł symbolizuje wszystko, czego o 

tobie nie wiem i czego się obawiam.

- Naprawdę mi nie ufasz? - zapytał cicho.
Nie zdziwiła się, że to pytanie wreszcie padło. Leżało zawsze u podstaw ich 

związku. Na szczęście dojeżdżali do wioski, co dało jej czas na zastanowienie się nad 
odpowiedzią. Minęli wąską główną drogę wioski i znowu wyjechali na trakt.

-   Podejrzewam,   że   nie   świadczy   to   dobrze   o   moim   rozsądku,   ale   ufam   ci, 

background image

przynajmniej do jakiegoś stopnia - powiedziała, kiedy minęli zabudowania.

- To znaczy do jakiego?
Zadając pytanie, nie patrzył na nią, a jego twarz była chłodna i obca.

- Wiem, że świadomie nie wyrządziłbyś mi krzywdy i wiem, że zawsze starałbyś 

się dotrzymać danego słowa. - Westchnęła ciężko. - Ale może się mylę. Pewna mądra 

kobieta powiedziała mi kiedyś, że miłość ogłupia ludzi i zakłóca możliwość uczciwego 
osądu. - Zatrzymała się zmieszana, uzmysławiając sobie, co właśnie powiedziała.

Robin odwrócił się ku niej, złapał za wodze jej konia i zatrzymał go. Potem 

przysunął się do niej, pochylił i pocałował długo i namiętnie. W odpowiedzi zarzuciła 

mu ramiona na szyję, zaskoczona głębią uczucia, jakie wzbudziła w nim jej deklaracja. 
Nie   potrafił   mówić   o   miłości,   ale   wyglądało   na   to,   że   jej   wyznanie   sprawiło   mu 

ogromną radość.

Ruszyli w dalszą drogę, pogodzeni, i na nowo w przyjaźni.

Przy ubieraniu pomagała Desdemonie specjalnie wyznaczona do tego zadania 

pokojówka.  Niestety,  suknia, którą  zamierzała  założyć,  była równie ponura jak  ta, 

którą miała na sobie poprzedniego dnia. Postanowiła, że w przyszłości odświeży swoją 
garderobę.

W czasie gdy pokojówka układała jej włosy, wróciła myślami do poprzedniego 

wieczoru. Zaraz po namiętnym wybuchu zarówno ona, jak i Giles zachowywali się 

oficjalnie, i przy obiedzie rozmawiali już tylko o rzeczach ogólnych. Musiała przyznać, 
że   choć   Giles   należał   do   bogatych   właścicieli   ziemskich,   przeciwko   którym 

wielokrotnie   występowała   w   parlamencie,   to   zdołał   ją   zaskoczyć   swoimi 
humanitarnymi i tolerancyjnymi poglądami. Chyba nawet bardziej tolerancyjnymi niż 

jej własne. Obawiała się, że na zakończenie wieczoru zacznie jej składać niemoralne 
propozycje,   jednak   potraktował   ją   z   nieskazitelną   elegancją,   nie   licząc   jednego 

gorącego   pocałunku   na   dobranoc,   na   wspomnienie   którego   usta   układały   się   do 
uśmiechu.

Pospiesznie zmieniła wyraz twarzy, dała pokojówce napiwek, po czym zeszła na 

dół do jadalni. Przygotowała się, że na widok Gilesa ogarnie ją zmieszanie, ale okazało 

się, że jeszcze go nie ma. Z nadzieją, że za chwilę się pokaże, kazała podać posiłek na 
dwie osoby. Wkrótce pojawił się Giles.

- Mogę się przyłączyć?
Fakt,   że   był   tak   samo   skrępowany   jak   ona,   pomógł   jej   opanować 

zdenerwowanie.

background image

-   Proszę   -   odparła.   -   Nie   wiem   jak   wątróbka,   ale   jajecznica   i   parówki   są 

wspaniałe.

Zajął miejsce naprzeciwko.

- Byłem u kowala. Mój powóz będzie gotowy najwcześniej jutro.
- Nic nie szkodzi. - Jak dobra żona nalała mu herbaty, dodając mleka, bo już 

poprzedniego dnia zauważyła, że je lubi. - Możemy pojechać moim powozem. Potem 
odwiozę cię do Daventry albo zabiorę ze sobą do Londynu, jeśli nie będziesz chciał 

czekać na naprawę powozu.

- To miło z twojej strony. - Nałożył sobie jajecznicy i parówkę. - Nie uśmiecha 

mi się spędzać tu jeszcze jednego dnia.

- Sądzisz, że spotkamy uciekinierów w Ruxton?

- Wątpię. Zaczynam o nich myśleć jak o jakichś ulotnych zjawach - stwierdził 

sucho. - Czy twoja bratanica odwiedzi cię po przyjeździe do Londynu?

Wzruszyła ramionami.
-   Mam   nadzieję,   choć   nie   założyłabym   się   o   to.   A   twój   brat   przyjedzie   do 

Wolverton House?

Potrząsnął głową.

- Dom jest pusty. Myślałem o sprzedaniu go, ale jeszcze nie podjąłem decyzji. - 

Spojrzał z zastanowieniem na towarzyszkę. - Być może w przyszłości będę spędzał 

więcej czasu w mieście.

Desdemonie spodobało się to, co usłyszała. Uświadomiła sobie, że znowu się 

uśmiecha.   Boże,  zachowuje  się  jak  jakaś  zadurzona  uczennica.  Nie,  to  nieprawda. 
Smarując   kromkę   chleba   marmoladą,   doszła   do   wniosku,   że   nigdy   wcześniej   nie 

kochała.   Była   nieśmiałą   dziewczyną,   na   dodatek   molem   książkowym   i   nie 
interesowała ją płeć przeciwna. Później cierpiała z powodu uciążliwych zalotów, a za 

mąż wyszła bez miłości. Należało się jej więc trochę szaleństwa.

- Jak zamierzasz odnaleźć lorda Roberta? - zapytała, podnosząc wzrok.

- Pewnie brakuje mu pieniędzy, więc zostawię wiadomość u jego bankiera - 

odparł Giles. - Skontaktuję się też z kilkoma znajomymi Robina i uprzedzę ich, że go 

szukam.

Drogi były rozmokłe i błotniste, dotarli więc do Ruxton dopiero koło południa. 

Stróż   przy   bramie   z   radością   powitał   Gilesa,   ale   nic   nie   wiedział   o   wizycie   lorda 
Roberta.   Ruszyli   do   budynku   administracyjnego.   Zastali   tam   Haslipa,   zarządcę 

majątku, pogrążonego w lekturze. Uśmiechnął się na widok człowieka, który od lat go 

background image

zatrudniał i zapewniał utrzymanie.

- Lord Wolverton! - Wstał pospiesznie. - Cóż za niespodziewana przyjemność, 

milordzie. Przyjechał pan tu na dłużej?

Giles pokręcił przecząco głową.
- Przyjechałem tylko po to, żeby zapytać, czy był tu mój brat. Haslip zawahał 

się.

- Chyba tak, choć nie jestem pewien.

Kiedy Giles pytająco uniósł brew, Haslip wytłumaczył:
- Nikt go nie widział, ale tego ranka zniknęły dwa wierzchowce i znaleziono tę 

notatkę w stajni. - Podał kartkę markizowi. - Nie wiem, czy to pismo pańskiego brata. 
Jeśli  tak,  to wszystko  w porządku,  ale  może list napisał  sprytny  złodziej.  Tak  czy 

inaczej, ten ktoś zabrał dwa najlepsze konie.

Giles przeczytał list. Znalazł tam tylko krótkie zdanie:  Potrzebowałem koni, 

Lord Robert Andreville. Rozpoznał jednak charakter brata.

- To jego pismo. - Podał kartkę Desdemonie. - A więc był tu zeszłej nocy. O 

której godzinie zauważono, że konie zniknęły?

- Około dziewiątej.

-   Obejrzę   dom   i   sprawdzę,   czy   spędził   tu   noc.   Jeśli   przyjechał   późno,   z 

pewnością   nie   chciał   nikogo   budzić   -   zręcznie   wyjaśnił.   Lepiej   nie   wspominać   o 

pannie niewinnej. Im mniej się o niej mówi, tym lepiej.

Haslip   miał   ochotę   zapytać,   jak   jego   nowy   pracodawca   dostał   się   na   teren 

otoczonej murem posiadłości, dlaczego opuścił ją nic nikomu nie mówiąc i na co mu 
dwa konie, ale powstrzymał się.

- Dobrze, milordzie. Przyniosę klucze - powiedział.
Kiedy   znaleźli   się   we   dworze,   Giles   odesłał   służącego,   po   czym   wraz   z 

Desdemoną przeszukali dom, kończąc na kuchni.

- Byli tu, to pewne - orzekła lady Ross, obejrzawszy spiżarnię, szafki z zastawą 

stołową i cynową wannę, w której na dnie lśniło kilka kropel wody. Podniosła do góry 
świeżo wyczyszczony kryształowy kielich. - Wygląda na to, że posilali się w wielkim 

stylu.

- Robin zawsze dbał o nastrój - stwierdził Giles. - Sprawdziłem szafę z bielizną. 

Sądząc   po   liczbie   zużytych   prześcieradeł,   a   potem   starannie   złożonych,   spali   w 
oddzielnych łóżkach. Być może nasze obawy nie mają podstaw.

- Może - odparła.

background image

Teraz   już   mniej   upierała   się   przy   tezie,   że   to   niemożliwe,   aby   mężczyzna, 

podróżujący sam na sam z kobietą, nie próbował nastawać na jej godność. Jeszcze 
dzień wcześniej nie żywiła co do tego żadnych wątpliwości, jednak towarzystwo Gilesa 

przekonało ją, że dojrzały mężczyzna nie musi koniecznie zachowywać się jak opętany 
pożądaniem samiec. Być może lord Robert rzeczywiście zaoferował pomoc Maximie, 

kierując   się   wyłącznie   czystym   altruizmem.   Ale   nawet   jeśli   nie   doszło   do   niczego 
zdrożnego i tak reputacja bratanicy pozostawała zagrożona.

- Mają konie, więc mogą dotrzeć do Londynu już dziś wieczorem.
Opuszczając dwór, Desdemoną pomyślała, że sprawa Maximy powoli dobiega 

końca, jednak na jej drodze pojawiło się nowe wyzwanie, markiz Wolverton.

background image

26

Po   długim   i   monotonnym   dniu,  spędzonym   w   siodle,   Londyn   tak   pobudził 

zmysły  Maxie,   że   w   porównaniu   z   nim   Boston  wydał   jej   się   małym   jarmarcznym 

miasteczkiem.   Ogromnie   zmęczona,   jechała   za   Robinem   przez   ciemne   uliczki, 
pragnąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Zdziwiła się, kiedy jej towarzysz zatrzymał 

się przed okazałą kamienicą.

-   Tu   się   zatrzymamy?   -   zapytała   zaskoczona.   Zeskakując   z   konia,   Robin 

uśmiechnął się do niej zachęcająco.

- Kołatka jest podniesiona, co znaczy, że moi przyjaciele są w domu.

- Z naszym wyglądem nie wpuszczą nas nawet do kuchni, a co dopiero mówić o 

salonie - mruknęła Maxie, z trudem schodząc z konia.

Robin zachichotał.
- Nie martw się, widywali mnie w gorszym stanie.

Maxie   obrzuciła   wzrokiem   masywną   fasadę   i   natychmiast   poczuła   się   jak 

biedna   prowincjuszka.   Przywołała   na   pomoc   dumę.   Niech   sczeźnie,   jeśli   teraz 

stchórzy. Jakie to ma znaczenie, co angielscy arystokraci sobie o niej pomyślą? Jeśli 
Robin uznał za słuszne ją tu przywieźć, nie będzie się kuliła jak jakiś bezpański pies.

Przytrzymała   konie,   a   Robin   uderzył   kołatką   w   drzwi.   Otworzył   je   lokaj   w 

liberii i peruce. Zlustrował gości z pogardą, a twarz wykrzywił mu grymas, jakby na 

schodach znalazł beczkę starych ryb. Zanim jednak zdołał otworzyć usta, Robin rzucił 
rozkazująco:

- Zawołaj kogoś, kto zajmie się naszymi końmi. - Znowu się zmienił, tym razem 

w stuprocentowego arystokratę.

Odźwierny cofnął się niepewnie pod groźnym wzrokiem przybysza. W ciągu 

minuty zjawił się kamerdyner.

Maxie   z   trudem   powstrzymała   się,   by   nie   kulić   ramion,   wchodząc   do 

marmurowego holu, tak olbrzymiego, że pułk kawalerii mógłby tu spokojnie odbyć 

musztrę. Sufit znajdował się na wysokości dwóch pięter, w rogach na podwyższeniach 
stały   posągi,   wierne   kopie   greckich   rzeźb.   Środek   holu   zajmowały   podwójnej 

szerokości schody. Nie bywała wcześniej w tak znakomitych domach, toteż ten wydał 
jej się królewskim pałacem. O ile się nie myliła, znajdowali się w Carlton House, w 

rezydencji samego księcia regenta. Robin zachowywał się z taką swobodą, jakby był tu 
częstym gościem.

background image

- Czy księżna jest w domu? - zapytał kamerdynera.

- Jej wysokość nie przyjmuje - odparł służący dumnie.
- Nie  o  to pytałem  -  rzucił   Robin  cicho,  ale   zdecydowanie.   - Księżna   mnie 

przyjmie. Powiedz, że przyjechał lord Robert.

Twarz   służącego   zdradzała   pospieszną   kalkulację.   Nieznajomy   miał 

arystokratyczny   akcent   i   maniery   światowca,   ale   był   biednie   odziany.   Na   wszelki 
wypadek skłonił się i odszedł.

Księżna? Maxie zaczęła się zastanawiać, czy ta dostojna dama nie okaże się 

babką   Robina,   a   on   sam   czarną   owcą   albo   kimś   równie   kontrowersyjnym.   Od 

początku domyślała się, że Robin jest dobrze urodzony, ale jak dobrze? Najwidoczniej 
bardzo dobrze.  Zdrętwiała  ze zmieszania  i dzielnie  nadrabiała  miną,  kryjąc strach 

przed nie znanym jej i wrogim światem. Każdy mięsień miała napięty. Chodziła po 
holu jak kot obwąchujący nowe miejsce.

Znajdowała   się   akurat   w   najodleglejszym   kącie,   kiedy   doszedł   ją   odgłos 

pospiesznych   kroków.   Odwróciła   się   i   ujrzała,   jak   po   schodach   spływa   wspaniała 

złocista istota. Tajemnicza nieznajoma nie zauważyła Maxie i rzuciła się w ramiona 
Robina, nie przejmując się jego brudnym ubraniem.

- Robin, ty wstręciuchu! Dlaczego nie zawiadomiłeś mnie o przyjeździe?
Z uśmiechem objął ją ramionami.

- Opamiętaj się, Maggie! Pomyśl o przyszłym markizie Wilton, jeśli nie o sobie.
- Jesteś nieznośny jak Rafe - rzuciła z grymasem. - To może być dziewczynka.

- Nonsens. Ty z pewnością urodzisz syna i dasz mężowi spadkobiercę.
Przez   chwilę   trwali   w   czułym   uścisku.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   długo   i 

dobrze się znają. Księżna wzrostem dorównywała Robinowi, a jej włosy były tak samo 
jasne jak jego.

Ukryta   w  rogu   Maxie   przeżywała   katusze,   od  których  aż   jej  pociemniało   w 

oczach. Sądziła, że przygotowała się na wszystko, co mogło ją spotkać w tym domu, 

ale nie na to! Wielki Boże, nie na to! Jak on mógł przyprowadzić ją do domu swojej 
kochanki? W trakcie ich długiej podróży Robin nigdy nie wydawał się jej tak odległy 

jak  teraz.   Jego  złote   włosy  lśniły   w blasku  kandelabrów  i  nawet  w  zniszczonym  i 
brudnym odzieniu każdy rozpoznałby w nim prawdziwego arystokratę. Nigdy w całym 

swoim   życiu,   nawet   wtedy   gdy   dokuczały   jej   białe   dzieci,   nie   czuła   się   bardziej 
mieszańcem i odmieńcem jak w tej chwili.

-   Chcę,   byś   poznała   kogoś   wyjątkowego   -   powiedział   Robin   wypuszczając 

background image

księżnę z objęć.

Kiedy prowadził Maggie w jej stronę, Maxie targały wściekłość i zmieszanie. 

Jak   ma   się   zachować   w   obecności   tej   kobiety,   zwłaszcza   że   występuje   w   męskim 

stroju?   Przypomniała   sobie   odpowiedź   pewnej   dystyngowanej   damy   z   Bostonu: 
Amerykanin  nie kłania  się żadnemu śmiertelnikowi  tylko Bogu i tylko wtedy, gdy 

poczuje wezwanie. Tym samym kochanka Robina nie zasługiwała na ukłon. Skoro 
jednak była przebrana za chłopca, należało zdjąć kapelusz. Uczyniła tak, ale nic nie 

zdołała zrobić z wyrazem twarzy, na której rysowała się płomienna wrogość.

Księżna zatrzymała się zdumiona.

- Maggie, to jest panna Maxima Collins. Maxie, oto księżna Candover. - Położył 

dłoń na ramieniu Maxie. - Próbuję namówić Maxie, żeby za mnie wyszła.

W szarozielonych oczach księżnej zamigotało zaskoczenie, lecz zaraz za nim 

przyszło rozbawienie. Rysom księżnej brakowało symetrii, ale promieniował z niej 

czar, którego pozazdrościłaby niejedna piękność. Nic dziwnego, że Robin o niej śnił.

Widząc rozbawienie księżnej, wściekłość Maxie sięgnęła zenitu. To oczywiste, 

że   Maggie   wzięła   za   żart   wyznanie   Robina.   Gniew   jej   zelżał   nieco,   kiedy   księżna 
odezwała się głosem brzmiącym szczerą życzliwością.

-   Moja   droga,   to   cudownie,   że   mogę   cię   poznać.   -   Uśmiechnęła   się 

konspiracyjnie.   -   Mam   nadzieję,   że   przyjmiesz   oświadczyny   Robina.   Ma   kilka 

wspaniałych zalet, choć podejrzewam, że w tej chwili marzysz o tym, żeby udusić go 
gołymi rękami, prawda?

Uwaga ta była tak zgodna z rzeczywistością, że zbiła Maxie z tropu.
- Szczerze mówiąc, zastanawiam się nad najlepszym sposobem zamordowania 

go.   -   Choć   wprost   zgrzytała   zębami,   postanowiła   dorównać   księżnej   w   poczuciu 
humoru. - Utopienie we wrzącym oleju wydaje mi się zbyt szybkie.

Maggie parsknęła śmiechem.
- Domyślam się, że przywiózł cię tu bez słowa uprzedzenia?

- Dokładnie tak,  wasza wysokość. - Maxie zerknęła na Robina,  który nawet 

wcale nie wyglądał na zawstydzonego. Jego dłoń nadal spoczywała na jej ramieniu, co 

zresztą   podtrzymywało   ją   na   duchu,   choć  miała   ochotę   skręcić  mu   kark.  -   Robin 
wspominał tylko o odwiedzinach u przyjaciół, nic więcej.

- To rezultat wielu lat pracy w charakterze szpiega. Im mniej się mówi tym 

lepiej. - Maggie wskazała na hol. - Ja także doznałam szoku, kiedy po raz pierwszy 

zobaczyłam to mauzoleum. - Przechyliła głowę na bok. - Jesteś Amerykanką?

background image

To   oczywiste,   że   podobnie   jak   Robin   miała   wyczulony   słuch.   Zresztą   wiele 

rzeczy ich łączyło. Ta myśl jednak nie poprawiła Maxie nastroju.

-   Tak.   Ale   ojciec   był   Anglikiem,   młodszym   synem   szóstego   wicehrabiego 

Colingwooda.   -   Natychmiast   zawstydziła   się,   że   wspomina   o   swoich   szlacheckich 
krewnych, ale było już za późno.

Księżna zmarszczyła brwi.
- Collingwood? Z Durham?

- Tak. - Zabrzmiało to szorstko, więc dodała: - Spędziłam u wujostwa wiosnę.
Robin popatrzył na nią ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział.

-   Przyjechaliśmy   do   Londynu   bez   grosza   -   wyjaśnił.   -   Mamy   nadzieję,   że 

Candover House ugości nas przez dzień lub dwa.

- Jestem pewna, że znajdzie się dla was miejsce. - Księżna odwróciła się do 

Maxie. - Pokażę ci pokój, w którym będziesz się mogła odświeżyć i odpocząć.

-   Jeśli   wasza   wysokość   pozwoli,   najpierw   chciałabym   zamienić   słówko   z 

Robinem.

- Oczywiście. - Księżna wskazała jakieś drzwi. - W saloniku nikt wam nie będzie 

przeszkadzał.

Robin poszedł za Maxie z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Spodziewał się, że 

towarzyszka będzie zaskoczona, kiedy się dowie, iż znalazła się w domu Maggie, ale jej 

wściekłość, okazała się większa niż przypuszczał.

Kiedy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Maxie okręciła się na pięcie, a każdy 

kawałek jej drobnego ciała drżał z furii.

- Jak śmiałeś sprowadzić mnie do domu swojej kochanki?

- Maggie nie jest moją kochanką już od wielu lat - powiedział uspokajająco. - 

Pozostała   jednak   moją   przyjaciółką   i   obydwoje   mamy   zwyczaj   pomagać   sobie   w 

potrzebie. Ponieważ ty i ja potrzebujemy noclegu, wydawało mi się naturalne, żeby tu 
przyjść.   -   Podszedł   do   kominka   i   oparł   się   o   marmurowy   blat.   -   Wiedziałem,   że 

Maggie  i jej mąż przyjmą dwoje obdartusów bez zbędnych pytań i sensacji.  Tutaj 
możesz bez przeszkód przekształcić się w szanowaną młodą damę.

- Kamerdynerowi przedstawiłeś się jako lord Robert, a księżna zwracała się do 

ciebie w ten sam sposób. Mówiłeś, że twój tytuł nie jest prawdziwy.

- To ty tak twierdziłaś. Ja tylko niczego nie prostowałem - zauważył Robin. - 

Najwyraźniej ojciec nie wytłumaczył ci, na czym polega angielski system tytularny. Na 

przykład   użycie   tytułu   lord   z   imieniem   wskazuje   na   młodszego   syna   księcia   lub 

background image

markiza, więc lord Robert Andreville to poprawny tytuł.

Oczy Maxie zwęziły się, jakby przyswajała sobie słowa towarzysza. W tej chwili 

wyglądała bardziej egzotycznie i niebezpiecznie niż kiedykolwiek.

- Mówiłeś, że nie jesteś szlachcicem.
- Nie jestem. Lord Robert to tytuł grzecznościowy. Jestem tak jak ty zwykłym 

obywatelem. Gdyby mój brat zmarł, niech Bóg broni, wtedy szlachectwo przeszłoby 
na mnie. - Wzruszył ramionami. - To wszystko nie ma sensu.

- Twój ojciec był księciem? Pokręcił głową.
- Markizem. Jeden szczebel niżej.

-   A   więc,   kiedy   się   spotkaliśmy,   znajdowałeś   się   na   terenie   rodzinnej 

posiadłości? - Wpatrywała się w niego, jakby po raz pierwszy go widziała. - Co z ciebie 

za człowiek? Od samego początku świadomie mnie zwodziłeś, pozwalając sądzić, że 
jesteś bezdomnym włóczęgą, może złodziejem albo kimś jeszcze gorszym. W czym 

jeszcze mnie oszukałeś?

- Zawsze mówiłem ci prawdę. - Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, 

unikając wzroku Maxie. Zaczynał się robić się oziębły, jak zawsze, kiedy czuł się winny 
albo zdenerwowany. Mimo że zdawał sobie sprawę, że to błąd, nie potrafił usunąć 

chłodu   z   głosu.   -   Choć   przyznaję   się   do   kilku   kłamstw,   które   w   twojej   obecności 
powiedziałem innym.

Złość Maxie przeszła w niepohamowaną furię. Sięgnęła po porcelanową figurkę 

stojącą   na   stole   i   cisnęła   nią   w   Robina.   Statuetka   roztrzaskała   się   o   marmurowy 

kominek, o kilka cali od dłoni Robina. Nie poruszył się nawet, gdy uderzyły w niego 
odłamki. Zacisnął tylko palce na gzymsie.

-   Nic   mnie   nie   obchodzi,   że   za   prawdziwość   każdego   twojego   słowa   może 

poręczyć sam pan Bóg! Musieli cię wychowywać prawnicy albo Jezuici! - krzyknęła 

pogardliwie. - Chciałeś mnie oszukać, nawet jeśli twierdzisz, że tylko manipulowałeś 
prawdą. - Załamał jej się głos. - Jaka byłam głupia, że ci uwierzyłam.

Ból w głosie Maxie przeszył go jak błyskawica. Odetchnął głęboko.
- Masz rację. Wykorzystywałem prawdę, żeby wywołać złudne wrażenie. Ale 

przysięgam, że nie miałem zamiaru kpić z ciebie.

- W takim razie, po co te kłamstwa?

Wpatrywała   się   w   niego   ze   skurczoną   twarzą.   Ganił   się   w   duchu   za   to,   że 

nieumyślnie sprawił jej tyle bólu. Co gorsza, akurat w tym momencie przypomniał 

sobie, jak się kochali, jej słodycz, hojność, zmysłowość i pasję. Kiedy ich spojrzenia się 

background image

spotkały, czuł, że pragnie Maxie z całej siły, fizycznie i emocjonalnie. Pragnął jej od 

chwili,   kiedy   ujrzał   nad   sobą   urzekającą,   pełną   czaru   leśną   nimfę.   Nie   rozumiał, 
dlaczego   w   takim   razie   postępował   tak   idiotycznie?   Jak   mężczyzna,   ceniący 

subtelność i uczciwość, może zachować się jak skończony głupiec? Kiedy się głębiej 
nad tym zastanawiał, odpowiedź wydała mu się oczywista.

- Nie bardzo przepadam za lordem Robertem Andreville - wyrzucił z siebie. - 

Jeśli ja go nie lubiłem, nie spodziewałem się, żebyś ty go zechciała  polubić. A od 

chwili, kiedy cię poznałem, pragnąłem, żebyś mnie polubiła.

Pomyślała, że trochę się spóźnił z tą szczerością. Czuła jednak, że się uspokaja, 

a złość mija. Patrzyli na siebie przez chwilę. Złość zniknęła, jednak smutek pozostał. 
Przeszła przez salonik i oparła się o gzyms kominka, krzyżując ramiona na piersi.

-   Czy   sprowadziłeś   mnie   tutaj,   żeby   uzyskać   aprobatę   Maggie?   -   zapytała 

chłodnym głosem. - Czy tylko chciałeś ją zaszokować pokazując, jak nisko upadłeś, 

odkąd   cię   opuściła?   Trudno   spotkać   drugą   tak   szacowną   i   piękną   kobietę, 
przypuszczam więc, że postanowiłeś wybrać przeciwny kierunek.

- Wielki Boże, chyba nie wierzysz w ani jedną z tych rzeczy, które powiedziałaś! 

- Zrozumiawszy powód jej wściekłości Robin poczuł się nieswojo. - Jesteś kobietą 

mądrą i z charakterem, chlubą każdego mężczyzny, którego zechciałabyś obdarzyć 
zaufaniem. I nawet umazana błotem nadal jesteś piękna.

Zacisnęła usta.
-   Zawsze   potrafisz   znaleźć   odpowiednie   słowa.   Tylko   że   czasami   słowa   nie 

wystarczą.

Zasłużył sobie na to, niemniej jednak czuł się tak, jakby walnęła go pięścią 

prosto w splot słoneczny.

-   Wybacz   mi.   Przyznaję,   że   zachowałem   się   jak   niewrażliwy   dureń.   To 

nieprawda,  że przyprowadziłem cię tutaj,  żeby uzyskać aprobatę Maggie, chciałem 
tylko,   żebyś   ją   poznała.   Jesteście   dwiema   kobietami   mojego   życia   i   sądziłem,   że 

mogłybyście się zaprzyjaźnić.

Oparła dłoń o gzyms kominka.

- A jeśli jej się nie spodobam, co z pewnością się stanie, co wtedy?
- Spodobasz się jej. - Przykrył jej dłoń swoją. Poruszyła palcami, ale nie cofnęła 

ręki. - Przypuszczam, że tak naprawdę obawiasz się, którą z was dwóch wybiorę. - 
Zacisnął dłoń. - Nawet gdyby Maggie miała na tyle mało rozumu, żeby czynić w moim 

kierunku jakieś kroki, i tak wybrałbym ciebie. Jesteś jedyną osobą, która ma moc nas 

background image

rozdzielić.

Zamknęła   oczy,   wzruszona   tym,   co   powiedział.   Nie   potrafiąc   się   dłużej 

powstrzymywać, objął ją ramionami. Wtuliła się w niego, jakby zrezygnowała z dalszej 

walki.   Mimo   kłótni,   fizycznie   zawsze   między   nimi   panowała   harmonia.   Robert 
trzymał ją w ramionach z nadzieją, że uspokoi jato tak samo jak koiła jego nerwy. 

Silny  charakter  Maxie sprawiał,  że ciągle  zapominał,  jaka  jest niska.  Poczuł  nagłą 
potrzebę bronienia jej. Głową ledwie sięgała mu do podbródka, a sam przecież nie był 

wysoki.

- Twoja głowa jest na wysokości mojego serca. - Jedną ręką wyjął z włosów 

spinki,   żeby   opadły   hebanową   masą   na   plecy.   -   Jestem   skończonym   idiotą, 
Kanawiosta. Chciałem zablokować przeszłość i przyszłość, bo po raz pierwszy od wielu 

lat czułem się szczęśliwy.

Delikatnie pogładził japo plecach.

-   Wiedziałem,   że   wcześniej   czy   później   będę   musiał   wszystko   wyjaśnić,   ale 

bałem się i wolałem odwlekać tę chwilę, jak długo się da. Nie przyszło mi do głowy, że 

traktuję cię niesprawiedliwie. Przypominałaś mi ziemię, mądrą i nieskończenie silną. 
Zapomniałem, że ty także możesz mieć własne strachy.

-   Jakie   jeszcze   niespodzianki   kryjesz   w   rękawie?   -   zapytała,   nie   podnosząc 

głowy.

- Jestem dość bogaty. Między innymi jestem właścicielem Ruxton. Słysząc to, 

podniosła głowę, a w jej oczach błysnęło rozbawienie.

- Chcesz powiedzieć, że ukradłeś własne konie? - Kiedy skinął głową, dodała: - 

A ja tak się bałam.

- Mówiłem ci, że nie ma takiej potrzeby.
- Księżna ma rację. - Ton jej głosu był surowy, ale usta drżały ze śmiechu. - 

Jesteś draniem.

- Tak. - Westchnął z powagą. - Dlatego pomysł, by stać się kimś innym, tak mi 

się spodobał.

Popatrzyła mu w oczy.

- Musimy o tym jeszcze porozmawiać, ale chyba już nie tej nocy.
-   Dobrze.   Teraz   nie   miałbym   na   to   sił.   Podobnie   jak   ty   nie   masz 

prawdopodobnie sił na podejmowanie decyzji, czy za mnie wyjdziesz. - Wypowiedział 
to   zdanie   lekkim   tonem,   ale   zarazem   wstrzymał   oddech,   czekając   na   odpowiedź 

Maxie.

background image

Potrząsnęła głową ze smutkiem.

- Nie wiem, Robinie. Jesteśmy sobie jeszcze dalsi niż sądziłam. - Chwyciła za 

klapy jego surduta. - Nie wiem, czy potrafię dostosować się do twojego angielskiego 

świata, a nawet czy zechcę spróbować.

-   Jesteśmy   sobie   bliżsi   niż   podejrzewasz,   a   ten   świat   to   nie   jest   jedyna 

możliwość.   -   Musnął   ustami   jej   włosy.   -   Ale   teraz   nie   czas   o   tym   rozmawiać. 
Najważniejsze,  że nie powiedziałaś  nie. - Uśmiechnął  się lekko. - Dziękuję, że nie 

trafiłaś mnie tą porcelanową figurką. Choć może powinnaś. Moje zachowanie było 
całkowicie nie na miejscu.

-   Chciałam   podkreślić   swoją   wypowiedź,   a   nie   zrobić   ci   krzywdę.   Jednak 

powinnam była nad sobą panować. - Skrzywiła się. - Mam nadzieję, że ta figurka nie 

jest rodzinną pamiątką. - Spojrzała na jego poszarpaną koszulę. - Kiedy jestem zła, 
mówię do ciebie „lord Robert”, a ty co czujesz, kiedy nazywasz mnie Kanawiosta?

Nie spieszył się z odpowiedzią.
-   Przypuszczam,   że   to   oznacza,   iż   mówię   od   serca   i   z   nadzieją,   że   mnie 

wysłuchasz.

- To wcale   niezły  powód.  - Po  chwili  milczenia  popatrzyła   na  towarzysza  z 

iskierką przekory w oczach. - Jeśli za ciebie wyjdę, to jaki zyskam tytuł?

- Będziesz się nazywała lady Robertowa Andreville. W skrócie lady Robertowa 

a być może lady Robinowa.

Oczy Maxie stały się okrągłe jak talerze.

- Mówisz poważnie? Nie żartujesz sobie znowu?
- Nie, na Boga. Wybuchnęła śmiechem.

- Co za absurd! Nic dziwnego, że Amerykanie odrzucili ten system.
Otworzyły się drzwi i stanęła w nich księżna Candover. Na widok przytulonej 

pary chciała się pospiesznie wycofać.

- Przepraszam, zapewne nie słyszeliście mojego pukania.

- Nie uciekaj. - Robert bez pośpiechu wypuścił Maxie z objęć. - Zawarliśmy 

pokój.

Była zbyt rozsądna, by komentować tę wypowiedź.
- Rafe właśnie przysłał wiadomość, że wyjeżdża z Westminster wcześniej niż się 

spodziewał - powiedziała. - Czy zechcecie zjeść z nami kolację za godzinę lub dwie? 
Bardzo bym tego pragnęła, ale jeśli jesteście zbyt zmęczeni, możecie zjeść w swoich 

pokojach.

background image

Maxie zerknęła na Robina.

- Z przyjemnością przyjmuję zaproszenie, wasza wysokość, ale ostrzegam, że 

mam ze sobą tylko jedną suknię, a na podróż wybrałam najgorszą.

- Moja pokojówka może ją odświeżyć. - Wzrok księżnej spoczął na odłamkach 

porcelany. Jej twarz się rozjaśniła.

- Wspaniale! Stłukliście tę koszmarną replikę grupy Laokoona. Twarz Maxie 

spłonęła czerwienią.

- Przepraszam. To moja wina. Postaram się odkupić ją jak najszybciej.
-   Nawet   się   nie   waż.   -   Księżna   uśmiechnęła   się   złośliwie.   -   To   był   ślubny 

prezent od jednego z kuzynów, który nie aprobował mojego małżeństwa z Rafe’em. 
Troje ludzi zjadanych przez węża to raczej mało sympatyczny prezent, nie sądzicie? 

Stawiałam ją na brzegu stołu z nadzieją, że któraś ze służących przypadkowo ją strąci.

Maxie zachichotała. Tylko prawdziwa dama potrafi sprawić, żeby gość czuł się 

dobrze, mimo że coś zniszczył.

- Jeśli ma pani coś jeszcze do stłuczenia, służę pomocą.

-   Umowa   stoi!   -   Księżna   obróciła   się.   -   Zaprowadzę   was   teraz   do   waszych 

pokoi. Macie jeszcze czas na kąpiel i drzemkę.

Maxie podążyła za gospodynią. Myślała po drodze o przyszłości z Robinem i 

problemach, jakie musieliby rozwiązać. Znalazła się w obcym świecie, gdzie niewiele 

osób   będzie   ją   życzliwie   witało.   Im   szybciej   się   przekona,   czy   potrafi   żyć   w   tym 
świecie, tym lepiej.

background image

27

Po kąpieli w pokoju Maxie zjawiła się Lavalle, francuska pokojówka księżnej. 

Służąca   nie   zdradziła   się   słowem,   że   jest   niezadowolona   z   pojawienia   się 

niespodziewanego gościa, ale na jej twarzy malował się ból, kiedy podawała nowej 
pani świeżo wyprasowaną suknię. Maxie znała język francuski, choć pobrzmiewał w 

nim lekki akcent kanadyjski, czym szybko zdobyła sobie sympatię służącej.

Założyła prostą białą suknię, po czym usiadła, a Lavalle zajęła się upinaniem jej 

ciemnych włosów w elegancki węzeł. Rezultat był zadowalający, kiedy jednak pojawił 
się   lokaj   wzywający   ją   na   kolację,   Maxie   z   niepokojem   zerknęła   w   lustro.   Potem 

wysoko uniosła głowę i zeszła na dół do małego salonu.

Robin i księżna pogrążeni byli w rozmowie, ich złote głowy pochylały się ku 

sobie. Robin miał na sobie nową koszulę i halsztuk, prawdopodobnie prosto z szafy 
samego księcia. Wydawał się rozluźniony i obawy Maxie powróciły. On pasuje do tego 

otoczenia, ale co, u diabła, ona tu robi? W tym momencie uniósł wzrok i jego oczy 
rozszerzył zachwyt. Podszedł do Maxie.

- Wyglądasz cudownie - powiedział.
Poczerwieniała, czując jak jego gorące spojrzenie rozgrzewa ją aż po palce u 

stóp.

- Miło mi, że to mówisz, ale ta suknia nie jest już modna nawet w Bostonie, a co 

dopiero mówić o Londynie.

- Uwierz mi, mężczyzn nie interesuje moda tylko ogólny efekt. A twój widok 

zwala z nóg. - Wziął ją pod rękę i poprowadził do krzesła stojącego między jego a 
księżnej. - Przypomnij sobie też, że po raz pierwszy widzę cię w prawdziwej sukni.

Zachwyt Robina rozluźnił Maxie na tyle, że bez skrępowania usiadła przy stole. 

Księżna miała na sobie suknię tak samo prostą jak jej, co było kolejnym przykładem 

wielkiego taktu gospodyni. Robin musiał wcześniej uprzedzić o stosunku Maxie do 
alkoholu, bo poczęstowano ją lemoniadą, choć pozostała dwójka piła sherry.

W   pewnej   chwili   księżna   spojrzała   na   zegar,   ale   w   tym   samym   momencie 

otworzyły się drzwi i Maxie nie miała cienia wątpliwości, że nieznajomy, który się 

pojawił, to książę Candover. Robin był jak kameleon, potrafił ciągle się zmieniać, ale 
książę, dystyngowany do szpiku kości, nie mógłby odgrywać nikogo prócz siebie. Był 

też wyjątkowo przystojny - doskonały partner dla Maggie.

-   Przepraszam   za   spóźnienie,   kochanie   -   powiedział   -   ale   akurat   kiedy 

background image

wychodziłem, złapał mnie Castelereagh. - Zauważywszy gości przystanął, a na twarzy 

wykwitł mu szeroki uśmiech. - Robin, ty hultaju, co cię sprowadza do Londynu?

Mężczyźni   wymienili   ciepły   uścisk   dłoni,   potem   Robin   przedstawił   księciu 

Maxie. Kiedy Candover pochylił się nad jej dłonią, zobaczyła, że jego włosy i cera są 
tak samo ciemne jak jej, tylko oczy miał zimnoszare, ale pełne humoru i życzliwości.

- Collins - powtórzył, prostując się. - Czy jest pani spokrewniona z Collinsami z 

Chanleigh?

- Obecny lord Collingwood jest moim wujem, wasza wysokość.
- W takim razie jesteśmy w pewnym sensie kuzynami, w drugiej albo trzeciej 

linii. - Uśmiechnął się do Maxie. Jego uśmiech był równie zniewalający jak Robina. - 
Zawsze   z   wielką   radością   poznaję   nowe   kuzynostwo,   zwłaszcza   tak   atrakcyjne.   - 

Podając  jej  ramię,  dodał:  -  Ponieważ   jestem  wprost  nieludzko  głodny,  proponuję, 
żebyśmy   od   razu   udali   się   do   jadalni.   Jestem   o   wiele   milszy,   kiedy   mam   pełny 

żołądek.

Uśmiechnęła się i przyjęła ramię, myśląc jednocześnie, że w przeciwieństwie do 

Robina   książę   to   ucieleśnienie   szczerości.   Być   może   Robin   słusznie   postąpił, 
sprowadzając ją tutaj.

Zgodnie z przyrzeczeniem księżnej kolacja była prosta, choć jedzenie gustowne 

i doskonale doprawione. Maxie z wdzięcznością przyjęła fakt, iż nie praktykowano tu 

długich   i   nudnych   zwyczajów   stołowych   uznawanych   w   Chanleigh   Court   za 
obowiązkowe.   Obawiała   się,   że   w   Londynie   panują   jakieś   wyrafinowane   formy 

zachowania   przy   stole,   a   ona   wyjdzie   na   nieokrzesaną   prowincjuszkę.   Jej   strach 
okazał się bezpodstawny. Widywała więcej łyżek i widelców w Bostonie.

Przy kolacji toczyła się lekka rozmowa, prowadzona w taki sposób, żeby Maxie, 

jako jedyna Amerykanka w towarzystwie, nie czuła się z niej wyłączona. Wzruszyła ją 

ta delikatność, a także trochę rozbawiła. Czy aż tak wyraźnie pokazywała po sobie, że 
Candover   House   ją   onieśmiela   i   przytłacza?   Najwyraźniej   tak,   choć   z   pewnością 

księżna mylnie odczytywała powody jej skrępowania.

Panowie pragnąc towarzyszyć damom przy kawie, postanowili nie wychodzić 

na kieliszek porto. Maxie była z tego zadowolona. Choć księżna traktowała ją miło i 
uprzejmie, nie czuła się jeszcze na siłach, żeby przebywać sam na sam z kochanką 

Robina. Byłą kochanką.

Kiedy gospodarze  wdali  się w dyskusję na  temat zbliżającej  się podróży na 

wieś, goście z filiżankami kawy w dłoniach odeszli pod drzwi balkonowe. Za nimi 

background image

znajdował się ogród tak obszerny, że trudno było uwierzyć, iż znajdują się w jednym z 

największych miast świata.

Maxie obserwowała gospodarzy. Między księciem i księżną istniała tak mocna 

więź, że aż zauważalna.

- Nawet jeśli wyszła za niego dla pieniędzy, łączy ich o wiele więcej - mruknęła.

Robin popatrzył na nią ze zdziwieniem.
- Skąd ci przyszło do głowy, że Maggie wyszła za Rafe’a dla pieniędzy?

-   Ty   tak   powiedziałeś,   tego   ranka   w   zajeździe   w   Drover.   Powiedziałeś,   że 

Maggie poślubiła mężczyznę, który mógł jej dać więcej niż ty. - Zatoczyła ręką szeroki 

łuk. - To wszystko plus tytuł. To dużo. Jednak wcale nie jestem przekonana. Księżna 
nie wygląda na osobę wyrachowaną, a ty sam też nie jesteś biedakiem.

- Następny przykład, jak cię zwiodłem. Instynkt cię nie zawodzi. Maggie nie 

jest kobietą, którą można kupić, jedynie zdobyć. - Odwrócił się i popatrzył na ogród. - 

Kiedy powiedziałem, że odeszła do mężczyzny, który mógł jej dać więcej, myślałem o 
uczuciach nie finansach. Pieniądze i pozycja nigdy nie stanowiły w tym wypadku celu.

- Czy nadal to cię tak boli, Robinie? - zapytała cicho. - Teraz kiedy ją poznałam, 

rozumiem, dlaczego tak trudno jest ci o niej zapomnieć.

- Ból pozostaje w przeszłości. - Spojrzał na nią znacząco. - W tej chwili myślę o 

przyszłości.

Teraz   Maxie   spojrzała   na   ogród.   Wydawało   się,   że   tańczą   coś   w   rodzaju 

emocjonalnego kontredansa. Jedno odkrywało swoje uczucia, potem się rozdzielali, 

by przemyśleć to, co zostało powiedziane. Potem następne wyznanie i znowu odwrót. 
Ale za każdym razem kroczyli razem i powoli się do siebie zbliżali. Być może tak 

musiało być, że mieli się poznawać małymi kroczkami. Maxie nie wiedziała jeszcze, 
jak ma skomentować ostatnią wypowiedź Robina. Zbyt wiele się zdarzyło. Spojrzała 

na   swoje   odbicie   w   oknie.   W   prostej   sukni,   wykwintnie   uczesana,   przypominała 
elegancką bostońską damę. Usta jej zadrżały.

- Utytłana w błocie, tak?
- Mało poetyczny komplement, ale szczery - przyznał. - Pierwszą, a raczej drugą 

rzeczą, którą zobaczyłem wtedy w Wolverhampton, kiedy na mnie wskoczyłaś, to to, 
że jesteś bardzo piękna.

- Wcale na ciebie nie wskoczyłam, tylko potknęłam się - poprawiła z naciskiem. 

- Gdybyś nie skradał się tam jak wąż w raju...

Uśmiechnął się, potem dopił kawę i odstawił filiżankę na stolik przy oknie.

background image

- Jak na kogoś, kto obawia się londyńskiej socjety, wyglądasz na całkiem pewną 

siebie - powiedział.

- Chyba nie zaczniesz mnie przekonywać, że wszyscy w towarzystwie są tacy jak 

Candoverowie.

- Oni są wyjątkowi - zgodził się Robin. - Ale towarzystwo składa się z różnych 

jednostek. Można znaleźć kółko osób o pokrewnym charakterze i nie przejmować się 
innymi. Zresztą nie trzeba w ogóle przebywać w Londynie.

-   Moje   doświadczenia   związane   ze   śmietanką   towarzyską   nie   zawsze   były 

szczęśliwe  - stwierdziła  z goryczą w głosie. Pomyślała,  że w tym miejscu powinna 

przerwać, ale mówiła dalej.

- Choć Ameryka jest republiką, żyją w niej ludzie zafascynowani szlachectwem. 

Jako   syn   lorda,   osoba   mądra   i   inteligentna,   ojciec   był   przyjmowany   w   domach 
należących do tak zwanych lepszych rodzin. Oczywiście uważano go za ekscentryka, 

dlatego że zajmował się dystrybucją książek i nie miał złamanego grosza przy duszy. 
Ale mimo tego zapraszano go na uroczyste obiady dwa, trzy razy w tygodniu, kiedy 

mieszkaliśmy w Bostonie. Klerycy, profesorowie, zamożni kupcy, wszyscy z radością 
witali w swych progach szacownego Maximusa Collinsa.

Skończyła kawę i odstawiła filiżankę na bok, po czym spojrzała w okno.
- W trakcie jednego z takich wieczorów, miałam wtedy chyba dwadzieścia lat, 

podsłuchałam panią Lodge rozmawiającą z przyjaciółką. To wtedy się dowiedziałam, 
że   ojciec   nie   przyjmował   zaproszeń,   jeśli   ja   nie   byłam   zapraszana.   Pani   Lodge 

tolerowała moją obecność, żeby tylko móc gościć uroczego i szlachetnie urodzonego 
pana Collinsa, ale twierdziła, że jeśli ta mała dzikuska, jak o mnie mówiła, rzuci urok 

na któregoś z mężczyzn z rodziny, gotowa jest zerwać znajomość. Dziwiła się też, że 
taki dżentelmen jak pan Collins ożenił się z dzikuską, ale tłumaczyła to faktem, iż 

mężczyźni niestety często padają ofiarą własnego pożądania. - Spojrzała na Robina 
przeciągle. - Oczywiście wszyscy wiedzieli, jakie są te lubieżne, rozwiązłe Indianki.

Robert zaklął pod nosem.
- Nic dziwnego, że masz złe zdanie o osobach z towarzystwa. Dotknął delikatnie 

jej ramienia. Ciepło płynące od jego ręki podniosło Maxie na duchu.

-   Nie   wszyscy   byli   tacy.   W   niektórych   domach   nie   traktowano   mnie   jak 

niewygodnej konieczności. Nigdy nie powiedziałam ojcu o podsłuchanej rozmowie. 
On tak bardzo lubił te wieczory. Szkoda mi było odbierać mu tę przyjemność.

Palce Robina zacisnęły się mocniej.

background image

- Pani Lodge to zwykła bigotka, ale też jej stosunek mógł się brać z zazdrości, 

jaka się budzi w starszych kobietach w obecności młodej, atrakcyjnej dziewczyny.

- Naprawdę tak sądzisz?

- Wątpię, żeby bostońskie megiery różniły się od londyńskich. Odejmij rasowe 

uprzedzenie, a to co pozostanie, to zazdrosna matrona.

-   Może   masz   rację.   Pani   Lodge   miała   trzy   córki,   brzydkie   i   pulchne.   - 

Uśmiechnęła się złośliwie, nagle rozbawiona incydentem, który przez lata sprawiał jej 

tyle bólu. - Dlaczego łatwiej jest nam zrozumieć problemy innych, a nie własne?

- To prawo natury, jak to, że słońce wschodzi na wschodzie, a jabłko spada z 

drzewa na dół, a nie w górę. - Widząc, że odzyskała humor, zdjął dłoń z jej ramienia. - 
Jutro, jak sądzę, wybierzemy się do zajazdu, w którym umarł twój ojciec?

Chciała kiwnąć głową, ale nagle ogarnęła ją panika. Przeszła taki szmat drogi, 

żeby poznać odpowiedź, a teraz zaczęła się bać. Czy bała się prawdy, czy faktu, że 

kiedy   będzie  już  po wszystkim,   stanie  przed  koniecznością  podjęcia   decyzji   co  do 
Robina? Kochała go, on chciał się z nią ożenić, to powinno być proste, ale nie było.

- Najpierw chyba powinnam odwiedzić ciotkę Desdemonę. Spotkała się z ojcem 

kilkakrotnie przed jego śmiercią. Może powie mi coś na jego temat.

Robin skinął głową.
- Mam ci towarzyszyć, czy wolisz, żeby poszła z tobą pokojówka Maggie?

Skrzywiła się.
- Zachowanie dobrego imienia jest tak uciążliwe. Skoro nie mogę poruszać się 

samotnie powozem po mieście, wolę już, żebyś to ty mi towarzyszył. Poza tym, jeśli 
ciotka Desdemona okaże się osobą niebezpieczną, bardzo mi się przydasz.

- Dziękuję za tę oznakę zaufania - rzucił. - Prosiłbym tylko, żebyś poczekała do 

południa. Najpierw chciałbym odwiedzić bankiera i krawca. Już wcześniej zamówiłem 

nowe ubrania i mam nadzieję, że nie zostało jeszcze wysłane do Yorkshire. - Spojrzał z 
niesmakiem na wytarty rękaw surduta. - Nie będę go żałował.

- Czy mogę go wziąć? Wiążę z nim bardzo miłe wspomnienia.
- Bierz  wraz z moim błogosławieństwem.  - Zawahał  się. - Czy zgodzisz się, 

żebym zamówił dla ciebie jedną lub dwie suknie? Z tą jednanie dasz sobie rady w 
Londynie.

- Chyba masz rację - przyznała bez entuzjazmu. - Ale nie chcę tracić czasu na 

przymiarki.

-   Nie   ma   takiej   potrzeby.   Pokojówka   Maggie   weźmie   miarę   z   tej   sukni.   - 

background image

Spojrzał z podziwem na jej figurę. - Wydaje się prosta, ale ma doskonały krój i jest 

wspaniale dopasowana.

-   Dziękuję.   Sama   ją   uszyłam.   Brak   funduszy   sprawia,   że   człowiek   staje   się 

wszechstronny.   -   Podniosła   dłoń,   żeby   ukryć   ziewnięcie.   -   Jestem   gotowa   do 
spoczynku. To był bardzo długi dzień.

- Tej nocy będę bardzo samotny - wyznał ściszonym głosem. Ich spojrzenia się 

spotkały. Boże, przecież to dopiero zeszłej nocy zostali kochankami. Powitali ranek 

jak   pogańscy   bogowie   płodności,   nadzy   i   pozbawieni   wstydu.   Na   to   wspomnienie 
zrobiło jej się gorąco. Robin też to wyczuł.

- Pocałowałbym cię na dobranoc - powiedział napiętym głosem. - Obawiam się 

jednak, że porwałbym cię w ramiona, zaniósł do sypialni i nie wypuścił do rana.

Spróbowała się uśmiechnąć.
- Nie wolno nam posunąć się tak daleko i nadużywać gościnności gospodarzy.

- Nikt tu nie czatuje na korytarzach. - Dotknął jej dłoni. - Moglibyśmy spędzić 

razem noc i nikt by tego nie zauważył.

Zaczął wolno pieścić wewnętrzną stronę jej dłoni. Spojrzała na ich złączone 

dłonie.   Nawet   najzagorzalszy   moralista   nie   zobaczyłby   niczego   zdrożnego   w   tym 

dotyku,   jednak   czuła   się   tak,   jakby   stała   bez   sukni,   zupełnie   naga.   Palce   Robina 
przesunęły się na delikatną skórę nadgarstka. Błądziły w górę i w dół, a Maxie czuła, 

że krew w żyłach osiągnie zaraz punkt wrzenia. Przełknęła z trudem ślinę, gotowa 
zgodzić się na wszystko.

- Mam do ciebie później przyjść? - zapytał ochryple Robin. Byli kochankami, 

znali   swoje   ciała,   a   on   ze   zręcznością   złodzieja   wyłamywał   zamek   jej   oporu.   To 

skojarzenie sprawiło, że Maxie zebrało się na chichot. Tym samym czar prysł.

- Wybacz - powiedziała. - Ale to niestosowne, żebyśmy kochali się w tym domu.

Miała na myśli dom Maggie, oczywiście. Robin zamknął oczy, a jego twarz się 

zmieniła,  stężała  i stwardniała.  Kiedy ponownie spojrzał na Maxie, widać było, że 

wrócił mu rozsądek.

- Rozumiem, dlaczego tak się czujesz, choć wolałbym, żeby było inaczej.

- Nie będziesz miał koszmarów śpiąc sam? - zapytała.
-   Jeśli   nawet,   to   nie   będą   tak   straszne   jak   w   przeszłości.   -   Uśmiechnął   z 

czułością. - Miałaś rację, lżej jest nieść ciężar, kiedy się nim z kimś podzieli.

Odchodząc,  by   pożegnać  się  z  gospodarzami,  zdała   sobie   sprawę,  jak  łatwo 

Robin mógł wykorzystać jej współczucie i namówić ją do spędzenia razem nocy. Pod 

background image

niebezpiecznym   urokiem   i   niebezpiecznymi   umiejętnościami   krył   się   prawdziwie 

uczciwy człowiek. Z tą ciepłą myślą łatwiej jej się szło do pustej sypialni.

Książę Candover rozczesywał długie włosy żony. Margot oparła się wygodnie, 

przymykając oczy z zadowolenia.

- Co myślisz o przyjaciółce Robina? Uśmiechnął się.

- Polubiłem ją. Czy Robin mówił ci, jak się u nas znaleźli?
- Ani słowa. - Po chwili dodała: - Chce się z nią ożenić.

- Naprawdę? - Dłoń Rafe’a zamarła. - Przecież nie zna jej długo.
-   Co   to   ma   za   znaczenie?   Ja   chciałam   za   ciebie   wyjść   tej   nocy,   kiedy   cię 

poznałam.

- Nigdy przedtem mi tego nie mówiłaś. - Poczuł absurdalne zadowolenie.

- I tak jesteś wystarczająco zarozumiały - stwierdziła i podskoczyła z piskiem, 

bo połaskotał ją w żebra.

- Nie jest pospolita - zauważył Rafe. - Jest inteligentna, niekonwencjonalna i 

wszechstronna. Podobna do Robina. I bardzo piękna, w oryginalny sposób.

- Wiedziałam, że to zauważysz - stwierdziła. Uśmiechnął się.
- Ja wolę blondynki. - Odłożył szczotkę i zaczął masować żonie kark i plecy. - 

Czy ci to przeszkadza, że widzisz go z inną kobietą? Trochę mnie zaskoczyło, że ją tu 
przyprowadził.

- A mnie nie. Czułabym się wręcz urażona, gdyby uważał, że nie może zwrócić 

się do mnie o pomoc. - Uśmiechnęła się. - Podejrzewam, że każda kobieta chciałaby, 

żeby jej były kochanek na zawsze miał złamane serce i powtarzał: „To była wspaniała 
kobieta. Gdyby tylko sprawy ułożyły się inaczej”.

- Tak jak ja myślałem o tobie przez dwanaście lat.
-   Dokładnie   tak   -   przyznała   z   chichotem.   -  Jednak   naprawdę   zależy   mi   na 

szczęściu Robina i nie chcę, by zadręczał się przeszłością albo łapał pierwszą lepszą 
pannę, powodowany samotnością i brakiem kogoś lepszego na podorędziu.

- Nie wyobrażam sobie, żeby był zdolny do czegoś tak idiotycznego.
- Nie jestem pewna. - Na jej czole pojawiła się zmarszczka. - Martwiłam się o 

niego od czasu, kiedy wyjechaliśmy z Paryża. Choć pisał pełne humoru listy, coś mi w 
nich nie pasowało, tak jakby nie mówił prawdy o tym, jak się czuje. Ale dzisiaj, kiedy 

go zobaczyłam, był taki jak niegdyś. - Po chwili zastanowienia dodała: - Nie, lepszy niż 
niegdyś.

- A więc akceptujesz tę małą Maxime?

background image

- Tak. - Zachichotała. - Biedaczka prychała jak rozzłoszczona kotka, kiedy nas 

sobie przedstawiono, ponieważ Robin nie uprzedził jej, dokąd ją zabiera, ale koniec 
końców potrafiła się opanować. W świecie pełnym nijakich ludzi to wyjątkowy okaz.

-   Uważaj   na   swoje   zachowanie   względem   Robina   -   ostrzegł   Rafe.   -   Panna 

Collins może nie być zachwycona waszą przyjaźnią.

Domyślając się ukrytego znaczenia, uniosła głowę i popatrzyła na męża.
- Mam nadzieję, że wiesz, iż nie musisz być zazdrosny o Robina. Myślałam, że 

jesteście przyjaciółmi.

Przesunął   pieszczotliwie   dłonią   po   jej   szyi.   Choć   nauczył   się   akceptować 

związek   istniejący   między   żoną   a   Robinem,   to   jednak   dojście   do   takiego   stanu 
sprawiło mu wiele trudności.

- Nie jestem zazdrosny. Może tylko trochę o te lata, przez które miał ciebie, a ja 

nie.

Potrząsnęła głową, patrząc na niego szczerymi szarymi oczami.
-   On   miał   Maggie,   szpiega,   ale   okoliczności,   które   ją   stworzyły,   przestały 

istnieć, tak jak i ona.

- Wiem. Teraz jesteś Margot. - Pochylił się i pocałował żonę wolno i namiętnie. 

- I ta Margot należy do mnie.

Porwał   ją   na   ręce,   zaniósł   do   łóżka,   dając   dowody   swej   miłości   w   sposób 

najwspanialszy i najbardziej satysfakcjonujący.

Było  bardzo   późno  kiedy  lord  Collingwood  dotarł  do  hotelu  Clarendon,   ale 

pomimo zmęczenia nie mógł usnąć. Po półgodzinnym przekręcaniu się z boku na bok, 
usiadł   i   sięgnął   po   butelkę   z   alkoholem,   którą   zostawił   na   stoliku   nocnym.   Nie 

zapalając światła popijał z butelki, rozmyślając nad swoją misją. Maxima może już być 
w Londynie. Może, niech Bóg broni, odkryła już prawdę o śmierci ojca. Na tę myśl 

zrobiło mu się słabo.

Sytuacja i tak groziła skandalem, a pozostawał jeszcze ten blondyn, z którym 

Maxima podróżowała. Jeśli nadal jej towarzyszy, może przysporzyć wielu kłopotów. 
Trzeba go będzie usunąć.

Jakby   na   to   nie   patrzeć,   sprawy   nie   układały   się   dobrze.   Co   gorsza,   lord 

Collingwood   raczej   lubił   Maxime,   pomimo   jej   nietypowego   pochodzenia   i 

wychowania. Właśnie dlatego tak się starał. Gdyby zawiódł, Althea uznałaby, że to 
jego wina, bo nie był wystarczająco okrutny.

Powstrzymując jęk, ponownie przytulił głowę do poduszki. Rodzina to piekło.

background image

28

Desdemona   weszła   do   słonecznego   salonu   ciesząc   się,   że   znowu   jest   we 

własnym domu. Wszystko wydawało się takie normalne. Prawie uwierzyła, iż ostatnie 

zwariowane tygodnie były tylko ułudą, rezultatem przejedzenia się homarami albo 
zbyt wielu politycznych przyjęć.

Wyjrzała   przez   okno   na   dźwięk   powozu   zatrzymującego   się   przed   domem. 

Uśmiechnęła się. Nie było nic złudnego w szerokich ramionach i atletycznej figurze 

markiza   Wolvertona,   który   właśnie   wspinał   się   po   schodach.   Zapowiedział,   że 
odwiedzi ją tego ranka o niezbyt wytwornej porze, bo o jedenastej. Kiedy wchodził, 

zegar wybijał pełną godzinę. Desdemona lubiła mężczyzn, na których słowie można 
polegać. Czekając na gościa, zadzwoniła po kawę.

- Mój brat jest w Londynie. Był dziś rano w banku - powiedział po powitaniu.
- Wspaniale! Czy wiedzą może, gdzie się zatrzymał?

-   Niestety   nie,   ale   przynajmniej   wiadomo,   że   jest   w   Londynie,   i   że   się   nie 

ukrywa. Znajdę go za dzień lub dwa, a on już z pewnością będzie wiedział, gdzie jest 

twoja bratanica.

Chciała już odpowiedzieć, ale do salonu weszła pokojówka.

- Przepraszam, jaśnie pani, ale przyszli panna Maxima Collins i lord Robert 

Andreville. - Skrzywiła się z dezaprobatą. - Żadne z nich nie ma karty wizytowej.

Desdemona mimowolnie otworzyła usta.
- Wprowadź ich, Alice - rzuciła bez tchu.

Chwilę później do saloniku wszedł obiekt długich poszukiwań lady Ross.
Mówiono jej, że bratanica jest mała, ciemna i niezwykle atrakcyjna, ale opis nie 

oddawał   rzeczywistości.   Młoda   kobieta   o  hebanowych   włosach   była   drobniutka,   o 
zachwycającej   twarzy   i  wspaniale   proporcjonalnym   ciele.   Miała   na   sobie   skromny 

ubiór, ale i tak robiła ogromne wrażenie. Nie wyglądała na kogoś, kto łatwo poddaje 
się przeciwnościom losu.

Maxima przyglądała się ze zdumieniem wysokiej kobiecie o płomienno rudych 

włosach.   Desdemona   pomyślała   z   rozbawieniem,   że   muszą   przypominać   dwa 

obwąchujące się koty.

Pierwsza odezwała się Maxima.

-   Mam   nadzieję,   że   wybaczysz   nam   tę   nie   zapowiedzianą   wizytę,   ciociu 

Desdemono. - Wskazała na towarzysza. - To mój przyjaciel, lord Robert Andreville. 

background image

Robinie, lady Ross.

Desdemona rzuciła wzrokiem w stronę mężczyzny i już nie mogła oderwać od 

niego oczu. Złocistowłosy towarzysz bratanicy wyglądał jak dżentelmen, a nie żaden 

hultaj, i był przy tym tak przystojny, że mógłby zawrócić w głowie każdej kobiecie. Nic 
dziwnego, że Maxima z nim uciekła.

Skłonił się elegancko gospodyni.
- Lady Ross.

Potem   wyprostował   się   z   uśmiechem,   który   bardziej   wrażliwą   kobietę 

przyprawiłby o palpitację serca.

Nieskłonna do uniesień, przynajmniej nie w tej chwili, Desdemona powitała go 

chmurnym spojrzeniem i krótkim skinieniem głowy.

- Moja droga - zwróciła się do bratanicy - jestem taka szczęśliwa, że w końcu 

cię spotkałam. Bardzo się martwiłam o twoje bezpieczeństwo.

- Z jakiego powodu? - zapytała Maxima ze zdziwieniem.
Desdemona   usłyszała   zduszony   śmiech   markiza.   Najwyraźniej   bawiła   go   ta 

sytuacja.

Robin nie zauważył brata, ale słysząc śmiech, spojrzał w tamtą stronę.

-   Giles!   Cóż   za   niespodzianka.   Nie   wiedziałem,   że   planujesz   wyjazd   do 

Londynu, ani że znasz lady Ross.

-   Nie   znałem   tej   pani   i   nie   planowałem   żadnej   podróży   -   odparł   markiz 

Wolverton. - To ty jesteś odpowiedzialny za obydwie okoliczności.

- Naprawdę?
- Przez ostatnie dwa tygodnie lady Ross i ja przemierzaliśmy osobno, a czasami 

razem, Anglię, starając się was dogonić - wyjaśnił. - A wy wchodzicie tu tak po prostu, 
jakbyście składali zwykłą poranną wizytę starszej pani.

- Ciocia Desdemona nie jest starszą panią - zauważyła Maxima.
- Dziękuję - mruknęła Desdemona, czując,  że sytuacja  wymyka się jej spod 

kontroli. Choć, oddając sprawiedliwość, nigdy nie była pod kontrolą.

- To była metafora. - Giles zerknął na Desdemonę z zalotnym uśmiechem. - 

Sam już zdążyłem to zauważyć. Panno Collins, ponieważ nastąpiło lekkie zamieszanie, 
pozwoli   pani,   że   sam   się   przedstawię.   Nazywam   się   Wolverton,   jestem   starszym 

bratem pani eskorty.

-   Ach   tak   -   powiedziała   z   zastanowieniem   Maxima.   -   To   ten,   po   którego 

śmierci, niech Bóg broni, Robin odziedziczy szlachectwo.

background image

Wolverton zamrugał powiekami, po chwili jednak skinął głową.

- Dokładnie.
-   Myślę,   że   powinniśmy   wszyscy   usiąść   i   napić   się   kawy   -   zaproponowała 

Desdemona, powstrzymując wybuch histerii, i potrząsnęła dzwonkiem.

Maxima usiadła naprzeciwko ciotki.

- Dlaczego się o mnie martwiłaś, ciociu Desdemono? Czy wuj Cletus do ciebie 

napisał?

- Przyjechałam do Chanleigh Court zaraz po twoim wyjeździe. Cletus i Althea 

przyznali,   że   wyjechałaś   niespodziewanie   i   prawdopodobnie   nie   masz   przy   sobie 

pieniędzy. Doszłam do wniosku, że jeśli udałaś się do Londynu, to czeka cię ciężka 
przeprawa.

Służąca wniosła tacę. Lady Ross nalała gościom kawy, po czym kontynuowała 

swą wypowiedź.

- Samotna młoda kobieta, przemierzająca samotnie setki mil, w obcym kraju, 

gdzie pełno jest zbirów,  złodziei  i Bóg wie kogo jeszcze  nie może być bezpieczna. 

Postanowiłam więc udać się za tobą.

- To bardzo miło z twojej strony, ale niepotrzebnie się martwiłaś. - Brązowe 

oczy Maximy wyrażały zaskoczenie, że ktokolwiek się o nią bał. - To była przyjemna i 
interesująca podróż i nic złego się nie zdarzyło.

Robin nie mógł powstrzymać chichotu. Maxima spojrzała ostro na towarzysza. 

Wyglądał jak sama niewinność.

- A jak ty się w to wplątałeś, Giles? - zapytał brata.
- Lady Ross dowiedziała się, że jej bratanica została porwana przez mojego 

brata, pożeracza kobiecych serc - wyjaśnił.

Robin uniósł brwi.

-   Pożeracza   serc?   -   powtórzył.   -   Cóż   takiego   uczyniłem   podczas   tych 

niewinnych miesięcy w Yorkshire, żeby zasłużyć sobie na takie miano?

- To są słowa okolicznych wieśniaków - wyjaśniła Desdemona. - Pojechałam 

więc do Wolverton, żeby to sprawdzić.

- Lady Ross zbyt łagodnie przedstawia wydarzenia - skorygował wesoło Giles. - 

W   rzeczywistości   wparowała   do   mojej   biblioteki   jak   żądna   zemsty   furia,   walnęła 

parasolem w biurko, oskarżyła cię o wszelkie możliwe zbrodnie, zagroziła więzieniem 
i jak wpadła, tak wypadła.

Desdemona rzuciła markizowi wściekłe spojrzenie. Tamtego dnia była nieco 

background image

podenerwowana,   postąpił   więc   nie   po   dżentelmeńsku,   napomykając   o   jej   mało 

dystyngowanym zachowaniu.

- Pożeracz niewieścich serc i przestępca? - Robin popatrzył współczująco na 

gospodynię. - Nie pozostało więc pani nic innego, jak próbować ratować bezbronną 
bratanicę.

Na te słowa Maxima aż sarknęła.
- Ciociu, lord Robert uparł się, żeby mi towarzyszyć wyłącznie ze względu na 

moje   bezpieczeństwo.   -   W   głosie   dziewczyny   pojawiło   się   lekkie   zmęczenie.   - 
Podobnie jak ty uznał, że jestem bezbronna i zbyt słaba, by przetrwać samotnie tę 

podróż.

Robin uśmiechnął się ciepło do dziewczyny.

- To błędne przeświadczenie nie trwało długo, Maxie.
- Maxie? - powtórzyła Desdemona. - Cóż za wulgarne przezwisko.

Maxie aż podskoczyła.
- Tak nazywał mnie ojciec, ciociu Desdemono.

- Twój ojciec mówił do mnie Dizzy, ale ja za tym nie przepadałam - sucho 

odparła Desdemona.

- Dizzy? - powtórzył z zainteresowaniem Giles. Lady Ross udała, że tego nie 

słyszy.

-   Ale   jeśli   wolisz   Maxie,   spróbuję   się   przyzwyczaić   do   tego   zdrobnienia   - 

powiedziała, obrzucając wzrokiem małą, zgrabną figurę bratanicy. - Chyba powinnaś 

przestać nazywać mnie ciotką. Dzieli nas tylko kilka lat, a ja, zdaje się, nie najlepiej 
wykonałam ciotczyne obowiązki. Może więc spróbowałybyśmy się zaprzyjaźnić.

Maxie uśmiechnęła się nieśmiało.
- Bardzo tego pragnę.

Desdemona upiła kawy, potem westchnęła.
- To niezręczny  temat,  ale  nie mogę się powstrzymać,  by  nie  wspomnieć o 

twojej reputacji. - Spojrzała na Robina. - To oczywiste, że w Ameryce niektóre sprawy 
mają się inaczej, ale z pewnością znasz angielskie zwyczaje? - Miała nadzieję, że nie 

będzie musiała szczegółowo zagłębiać się w temat.

- Jeśli chodzi ci o to, o czym myślę - odezwała się Maxima lodowatym głosem - 

to zapewniam cię, że lord Robert zachował się jak prawdziwy dżentelmen. - Po czym 
już ciszej dodała: - To raczej mnie należy obwiniać za brak manier.

Desdemona wpatrywała się w bratanicę, przekonana, że się przesłyszała. Giles, 

background image

który   siedział   bliżej   dziewczyny,   dostał   nagłego   ataku   kaszlu.   Uznała,   że   mądrzej 

zrobi, jeśli zmieni temat.

- Gdzie się zatrzymałaś? Z wielką przyjemnością będę cię gościć u siebie.

- To bardzo miłe, ale zatrzymaliśmy się w Candover House. Książę i księżna 

byli ogromnie gościnni.

Markiz wyprostował się, wyraźnie zaskoczony.
- Mieszkacie u Candovera i jego żony?

- Tak - odezwał się Robert, a w jego głosie zabrzmiało wyzwanie. - Dlaczego 

nie?

- Właśnie, dlaczego nie? - mruknął Giles.
Desdemona spojrzała na niego z zaciekawieniem. Poprosi o wyjaśnienia, kiedy 

będą sami.

- Czy tak nagle opuściłaś Chanleigh Court, ponieważ Althea ci dokuczała? - 

zwróciła się z pytaniem do bratanicy. - Nigdy nie potrafiła zaakceptować kogoś, kto 
się z nią nie zgadza.

Maxie zawahała się.
- To jeden z powodów - przyznała w końcu. - Chciałam także poznać ciebie 

przed powrotem do Ameryki.

- Opuszczasz Anglię? - Ta możliwość nigdy nie przyszła Desdemonie do głowy.

W oczach dziewczyny pojawił się dziwny wyraz.
- Nie mam jeszcze do końca sprecyzowanych planów.

W pewnym sensie wieść, że Maxima zamierza wrócić do Ameryki, ucieszyła 

lady Ross. Tym sposobem może unikną skandalu. Potem jednak pomyślała ponuro, że 

przecież przyszłość może przynieść inne, nie mniej przykre rewelacje.

Maxie odstawiła filiżankę, pochyliła się do przodu i zacisnęła dłonie.

- Jeśli ci to nie sprawi kłopotu, Desdemono, czy... czy mogłabyś mi powiedzieć 

coś o pobycie ojca w Londynie przed jego śmiercią?

Patrząc   na   wyraz   twarzy   bratanicy,   lady   Ross   domyśliła   się   prawdziwej 

przyczyny przyjazdu dziewczyny do Londynu. Max bardzo kochał córkę i najwyraźniej 

ona darzyła go równie mocnym uczuciem. Musi jej być ciężko ze świadomością, iż 
ojciec zmarł samotnie i w oddaleniu.

- Oczywiście - odparła z nostalgicznym uśmiechem. - Ucieszyłam się bardzo, 

kiedy go zobaczyłam. Byłam dzieckiem, kiedy wyjeżdżał do Ameryki, ale pisał do mnie 

wspaniałe listy. - Uśmiechnęła się. - Przypadkowo jestem w posiadaniu jego złotego 

background image

zegarka. Znaleźliśmy go przy ciele zmarłego złodzieja.

Po   tym   zdaniu   zapanowało   niezwykłe   ożywienie.   Każdy   miał   coś   do 

powiedzenia. W końcu, kiedy wszystko już wyjaśnili, Giles wstał z fotela.

-   Panie   mają   sobie   wiele   do   powiedzenia.   Jeśli   chcesz,   Robinie,   możesz 

zostawić swój powóz pannie Collins, a ja podwiozę cię, dokądkolwiek zechcesz.

Robin   wymienił   spojrzenie   z   Maxie,   a   ta   skinęła   przyzwalająco   głową.   Po 

pożegnaniach panowie opuścili dom i wsiedli do powozu.

- Dokąd cię zawieźć? - zapytał Giles.
- Do Whitehall. Skoro mam wolne popołudnie, odwiedzę dawnych kolegów. - 

Robin spojrzał na brata. - Jak słyszałem, lady Ross dała ci popalić.

- Nie bardziej niż jej bratanica tobie. Ponieważ ta dama straszyła, że zniszczy 

wszystkich   Andreville’ów,   uznałem,   że   muszę   cię   pierwszy   odnaleźć   i   zapobiec 
skandalowi.   -   Giles   położył   kapelusz   na   siedzeniu.   -   Czy   Simmons   was   w   końcu 

dopadł? Robin uniósł brwi.

- Tak, w Market Harborougłi. Skąd o nim wiesz?

- Spotkałem go w okolicy Blyth. Podwiozłem go. Wylizywał się z ran i knuł 

zemstę na jakiegoś jasnowłosego paniczyka, który zaatakował go od tyłu.

- To oczywiste, że skoczyłem na niego od tyłu. Ten gość jest dwa razy większy 

ode   mnie   -   stwierdził   Robin   z   niezaprzeczalną   logiką.   -   Przez   te   wszystkie   lata 

nauczyłem się jednego, a mianowicie, że uczciwa walka to niebezpieczny luksus.

- Zakładam, że jest to jegomość, którego lord Collingwood wysłał za panną 

Collins?

- Zgadza się. - Robin wzruszył ramionami. - Nie chciała z nim pójść.

- Najwyraźniej. Simmons mówił, że celowała do niego z pistoletu.
-   Życie   w   Nowym   Świecie   różni   się   nieco   od   londyńskich   salonów,   więc   i 

Maxima   w  swoisty   i   otwarty   sposób  rozwiązuje   problemy.  Na  przykład   w  Market 
Harborough musiałem ją powstrzymywać, żeby nie wbiła noża w żebra Simmonsa. Na 

początku   miałem   trudności   z   przekonaniem   jej,   iż   powinna   zaakceptować   moją 
eskortę, ponieważ uważała, że jestem słabeuszem i na nic się jej nie przydam.

Markiz uśmiechnął się na jakieś wspomnienie.
- Panna Collins jest zupełnie inna, niż sądziłem. W pewnym momencie zbiłem 

oskarżenie lady Ross, iż jesteś uwodzicielem, sugestią, że ona i jej bratanica umyślnie 
zaplanowały pochwycenie cię w sidła.

Robin wybuchnął śmiechem.

background image

- Nikt, kto zna Maxie, nigdy by czegoś podobnego nie pomyślał. W niej nie ma 

odrobiny oszustwa. Jej styl to otwarty atak w świetle dnia a nie podstępne knowania. 
- Spojrzał bystro na brata. - Poprosiłem ją o rękę. Czy będziesz miał jakieś obiekcje, 

jeśli się zgodzi?

Giles uniósł brwi.

- Czy to ma znaczenie? Obydwoje jesteście pełnoletni.
- Jeśli masz na myśli, że twój sprzeciw by mnie powstrzymał, to odpowiedź 

brzmi   nie.   Ale   bardzo   bym   pragnął,   byś   ją   zaakceptował.   Nie   zawsze   bywała 
przyjmowana, tak jak na to zasługuje. - Robin utkwił wzrok w elegancko skrojonym 

rękawie surduta. - Pomyślałem sobie, że najwyższy czas się ustatkować.

Giles roześmiał się.

-   Nie   jestem   przekonany,   czy   ślub   z   małą   awanturnicą,   która   ma   odwagę 

przemierzać Anglię pieszo, zaatakować profesjonalnego boksera i siadać do posiłków 

z   księciem,   można   nazwać   ustatkowaniem,   ale   masz   moje   błogosławieństwo. 
Pasujecie do siebie. Czy ta dama ci się opiera?

-   Ma   pewne   wątpliwości   -   mruknął   Robin.   -   Ale   używam   całego   swojego 

legendarnego czaru, żeby ją przekonać.

Po rozstaniu przed Whitehall Giles odmówił w myśli gorączkową modlitwę, by 

dziewczyna przyjęła oświadczyny brata. Kiedy tylko on i jego towarzyszka pojawili się 

w salonie lady Ross, było oczywiste, że Robin wyleczył się z choroby duszy, która mu 
dotąd   doskwierała.   Ta   mała   ciemnooka   Amerykanka   sprawiła,   że   brat   znowu   się 

śmiał. Z wielką ochotą przyjmie ją do rodziny.

background image

29

Kiedy Maxie wróciła do Candover House, z ulgą stwierdziła, że Robina jeszcze 

nie   ma.   To   oznaczało,   że   wizyta   w   gospodzie,   w   której   zmarł   ojciec,   musi   zostać 

odłożona   do   następnego   dnia.   Coraz   bardziej   obawiała   się   tego,   czego   miała   się 
dowiedzieć.   Zdaniem   Desdemony,   w   czasie   pobytu   w   Londynie   Max   wydawał   się 

spięty. Słuchając ciotki, Maxie czuła, że ogarnia ją niepokój. Bardzo możliwe, że ojciec 
wplątał się w jakiś podejrzany interes, który sprowadził na niego nieszczęście.

Sama Desdemona okazała się wspaniała. W końcu odnalazła krewną, z którą 

znalazła   wspólny   język.   Ojciec   wielokrotnie   powtarzał,   że   przypomina   mu   jego 

siostrzyczkę. Teraz go rozumiała. Mimo powierzchownych różnic obie panie bardzo 
były do siebie podobne. W oczach angielskiej socjety Desdemona mogła uchodzić za 

ekscentryczkę,   ale  Maxie   była   pewna,   że  ciotka  doskonale  dawałaby   sobie  radę   w 
Ameryce.

Mile zaskoczył ją też brat Robina. Choć z wyglądu nie byli do siebie podobni, 

ujął ją urzekającym uśmiechem i tolerancyjnym podejściem. Traktował ją życzliwie, 

mimo jej nietypowego pochodzenia. Może nie będzie się sprzeciwiał, żeby weszła do 
arystokratycznej rodziny.

Po   wejściu   do   swojej   sypialni   Maxie   skierowała   się   do   szafy,   z   zamiarem 

odwieszenia peleryny. Otworzyła drzwi i aż sapnęła ze zdumienia. Podczas tych kilku 

godzin, które minęły od chwili, kiedy Robin zasugerował wzbogacenie jej garderoby, 
w   szafie   pojawiły   się   cztery   nowe   suknie   z   dopasowanymi   kolorem   trzewikami. 

Znalazły się również wszystkie potrzebne dodatki, jak rękawiczki, pończochy i szale.

Maxie odwiesiła kapelusz i wyjęła z szafy najbardziej wykwintną suknię. Była 

uszyta z jedwabiu w odcieniu szkarłatu, który doskonale pasował do jej karnacji. Nie 
traciła czasu na przymierzanie sukien. Biorąc pod uwagę połączone talenty Robina i 

Maggie,   nie   wątpiła,   że   będą   na   niej   leżały   jak   ulał.   Zamykając   drzwi   szafy, 
uśmiechnęła się nieco zmęczonym uśmiechem.

Wiedziała, że oferta małżeństwa jest bardzo pociągająca i powinna ją przyjąć, 

zanim Robin nie zmieni zdania. Ale nie potrafiła pozbyć się natrętnej myśli, że oto 

ona   jest   wolna,   podczas   gdy   kobieta,   którą   Robin   wybrał   jako   pierwszą,   nie   jest. 
Gdyby  go   nie   kochała,   mogliby   stworzyć   dość  układną   parę   małżeńską,   znajdując 

przyjemność we wspólnym życiu bez większych konfliktów. Może nie docieraliby na 
wyżyny miłości, ale nie groziłyby im też niziny. Ponieważ jednak go kochała, huśtawki 

background image

uczuć mogły okazać się tragiczne w skutkach. Życie z Robinem byłoby jak zażywanie 

trucizny w małych dawkach, bowiem nie byłaby w stanie przestać myśleć, że wybrał 
ją, ponieważ była przy nim, gdy dręczyły go nocne koszmary.

Przetarła czoło. Dopóki Robin nie przekona jej, że naprawdę chce się z nią 

ożenić, Maxima Collins, pół - Amerykanka, w żadnym wypadku nie dama, postąpiłaby 

głupio, przyjmując oświadczyny. Gdyby wróciła do Ameryki, Robin szybko by o niej 
zapomniał.

Westchnęła i postanowiła szybko się czymś zająć, bo z niepokoju zacznie gryźć 

meble. Zamierzała odmówić Robinowi, zachowując rozsądek i uczciwość, ale spokój 

to zbyt wiele.

Postanowiła   zejść   do   biblioteki.   Kiedy   była   tam   wczoraj,   książę   Candover 

zauważył, jaką przyjemność sprawiają jej książki, i zaproponował,  by zaglądała  do 
biblioteki, kiedy tylko zechce.

Ogromny pokój był pusty, nie licząc puszystej czarnej kuli na jednym z krzeseł. 

Przyglądała   się   jej   przez   chwilę,   po   czym   uznała,   że   jest   to   zostawiona   tu   przez 

przypadek czyjaś futrzana mufka lub ogromny śpiący kot.

Zaczęła przechadzać się wzdłuż półek, co jakiś czas wyciągając jakąś książkę. 

Wiele z nich zawsze pragnęła przeczytać, ale nigdy nie miała ku temu okazji. Były tu 
tomiki poezji, eseje historyczne i filozoficzne, które stanowiły wyzwanie i rozkosz dla 

umysłu.   Decydując   się   na   metodyczność,   przesunęła   drabinę   na   koniec   regałów   i 
wspięła się na górę. Nie zważając na przyzwoitość, podciągnęła suknię, przycisnęła ją 

kolanami i sięgnęła po jeden z tomów. Doszła do wniosku, że przeglądanie zbiorów 
zakończy gdzieś koło roku 1850.

Pochłonięta powieścią Monteskiusza, zapomniała, gdzie się znajduje. Z lektury 

wyrwała ją czyjaś obecność w pokoju. Uniosła wzrok znad książki i ujrzała księżną, 

która weszła, zamknęła za sobą drzwi i ciężko się o nie oparła. Nie patrzyła w górę, 
sądziła więc, że jest sama. Maxie zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy powinna 

zawiadomić o swojej obecności.  Zanim zdążyła  to uczynić,  księżna zachwiała  się i 
szybko usiadła na sofie. Zaalarmowana Maxie pospiesznie zeszła z drabiny.

- Czy dobrze się wasza wysokość czuje? Mam kogoś wezwać? Twarz księżnej 

przybrała szary odcień.

- Proszę tego nie robić - uśmiechnęła się z trudem. - Ukryłam się tu przed 

wszystkimi.   I   tak   już   Rafe   każe   mnie   śledzić   wszystkim   służącym,   a   on   sam   jest 

najgorszy.

background image

Odchyliła się na oparcie sofy i przymknęła oczy.

- Nic mi nie jest, tyle tylko, że w przeciwieństwie do innych kobiet, które mają 

mdłości z rana, ja dostaję ich po południu.

- Rozumiem - rzuciła ze współczuciem Maxie. Sądząc po wąskiej talii księżnej, 

ciąża była bardzo wczesna. - Proszę się położyć i unieść wyżej stopy.

Księżna posłusznie wykonała polecenie, a w tym czasie Maxie znalazła koc i 

okryła nim kobietę. - Może powinna pani coś zjeść. Księżna zadrżała, więc Maxie 

szybko ją uspokoiła.

-   Wiele   ciężarnych   kobiet   się   przekonało,   że   mdłości   ustępują,   kiedy   je   się 

mało, ale za to często. Nic wyszukanego, herbata z ciasteczkiem.

-   Mogę   spróbować   -   zgodziła   się   księżna   po   zastanowieniu.   Kiedy   przyszła 

matka z trudem zjadła dwie bułeczki i wypiła filiżankę herbaty, na jej twarz powrócił 
naturalny kolor.

- Dziękuję za radę - powiedziała, moszcząc się w rogu sofy. - Czuję się o wiele 

lepiej. - Skrzywiła się. - Przynajmniej do następnego razu.

- Proszę się nie martwić, wasza wysokość, nudności znikną jak za dotknięciem 

około trzeciego miesiąca.

-   Mówisz   tak,   jakbyś   się   znała   na   położnictwie   -   powiedziała   księżna   ze 

zdziwieniem.

- Nie jestem położną, ale mam bogatą przeszłość. - Maxie przełknęła ostatni 

kęs bułeczki. - Czy Robin mówił o moim pochodzeniu?

- Oczywiście, że nie. - Gospodyni spojrzała na nią z powagą. - Jest ostatnią 

osobą, która opowiadałaby o czyimś prywatnym życiu. Czasami trudno wyciągnąć od 

niego cokolwiek. I wolałabym, żebyś mówiła mi Margot.

- Nie Maggie?

-   Moje   prawdziwe   imię   brzmi   Margot   i   takiego   teraz   używam.   Maggie   to 

przezwisko, które nadał mi Robin i przestałam go używać wraz z zakończeniem pracy 

szpiega. Dla niego na zawsze pozostanę Maggie, tak jak ja nigdy nie przestanę o nim 
myśleć jak o lordzie Robercie. - Przechyliła głowę na bok, jakby się zastanawiała, czy 

powinna   powiedzieć   więcej.   Po   chwili   dodała:   -   Wiem,   że   czujesz   się   przy   mnie 
niezręcznie,  ale nie stanowię dla ciebie zagrożenia.  Wręcz przeciwnie, chciałabym, 

żebyśmy zostały przyjaciółkami.

Maxie   musiała   przyznać,   że   księżna   we   wspaniały   sposób   potrafi   wszystko 

wywrócić do góry nogami.

background image

- Nie chciałabym okazać się niewdzięczna, jestem tu tak wspaniale goszczona, 

przyznam jednak, że nie rozumiem tego, co łączy ciebie i Robina.

- Nie jesteś niewdzięczna i uważam, że zachowałaś się wspaniale w sytuacji, w 

której inne kobiety prawdopodobnie wpadłyby w histerię. - Margot upiła łyk herbaty. 
- Poznałam Robina w dość przykrych dla mnie okolicznościach. Uratował mi życie, 

narażając własne. Pragnęłam walczyć przeciw Napoleonowi w każdy możliwy sposób, 
zdecydowaliśmy więc pracować razem. Byliśmy młodzi i mogliśmy zaufać tylko sobie. 

Troszczyliśmy się o siebie nawzajem. Zostaliśmy kochankami, to było jakby logicznym 
następstwem. Niemniej jednak, choć znałam Robina przez dwanaście lat, nie miałam 

pojęcia, jak naprawdę ma na imię, jaką ma pozycję w życiu czy narodowość.

Odstawiła filiżankę i nieświadomie zaczęła okręcać obrączkę wokół palca.

- Może trudno jest zrozumieć nasz związek bez wojny. Zdarzało się, że Robin 

znikał na długie miesiące, ryzykował życiem na różne sposoby, o których wolę nie 

myśleć. Potem pojawiał się, radosny i pogodny, tak jakby wyszedł tylko po zakupy. 
Myślę,   że   wielu   rzeczy   nie   mówił,   żeby   oszczędzić   mi   zmartwienia.   Pod   wieloma 

względami byliśmy sobie bardzo bliscy. Jednak istniały dziedziny życia, w których 
zupełnie   nic   nas   nie   łączyło.   Ostatecznie   okazało   się,   że   decyzja   o   zostaniu 

kochankami była błędna i to się skończyło. Ale pozostała przyjaźń i zaufanie i tak 
będzie   zawsze.   -   Szare   oczy   księżnej   zapatrzyły   się   w   dal.   -   Może   wszystko 

zakończyłoby   się   inaczej,   gdybym   nie   pokochała   Rafe’a,   jeszcze   zanim   spotkałam 
Robina,   trudno   osądzić.   Ale   podejrzewam,   że   ja   i   Robin   jesteśmy   zbyt   podobni, 

żebyśmy stanowili dobraną parę. Może teraz zrozumiesz, dlaczego szczerze pragnę 
szczęścia Robina.

Maxie poczuła ucisk w gardle. Niełatwo było księżnej otworzyć się przed drugą 

kobietą, w dodatku prawie obcą.

- Doceniam twoją szczerość, Margot.
-   W   moim   interesie   jest   zawrzeć   z   tobą   pokój.   Gdybyś   mnie   nie   polubiła, 

odbiłoby się to na naszej przyjaźni z Robinem, a tego bym nie chciała. - Uśmiechnęła 
się zawadiacko. - Mogłabyś spróbować myśleć o mnie i Robinie jak o siostrze i bracie. 

Rafe’owi to pomogło.

Żeby ukryć uczucia, Maxie pochyliła się nad dzbankiem z herbatą. Robinowi i 

Rafe’owi   nie   było   łatwo   zaprzyjaźnić   się   ze   sobą   skoro   kochali   jedną   kobietę,   ale 
wyglądało na to, że im się udało. Postanowiła zrobić, co się da, żeby dorównać im w 

dojrzałej   postawie.   Poza   tym   już   polubiła   Margot.   Zerkając   na   gospodynię, 

background image

powiedziała:

-   To,   co   robisz,   jest   więcej   niż   wspaniałomyślne,   zarówno   w   stosunku   do 

Robina, jak i do mnie - powiedziała. - Nietrudno zrozumieć, dlaczego Robin cię kocha.

- Robin nigdy mnie nie kochał. Ani wtedy, ani teraz - oświadczyła stanowczo 

Margot. Chciała jeszcze coś dodać, ale się powstrzymała. - Nie powiem nic więcej. 

Chyba i tak powiedziałam za dużo.

Przekonała   Maxie,   że   nie   kocha   Robina,   ale   czy   on   jej   nie   kochał?   Jednak 

musiała docenić mądrość i wyrozumiałość księżnej, postanowiła więc to wykorzystać.

-   Robin   poprosił   mnie   o   rękę   -   zaczęła   z   wahaniem.   -   Ale   trudno   sobie 

wyobrazić,   żeby   ktoś   z   takim   rodowodem   jak   mój   został   zaakceptowany   przez 
towarzystwo.

- Nonsens. Masz odpowiednie maniery, jesteś wykształcona i piękna. Z tym 

oraz z odrobiną arogancji będziesz przyjmowana z otwartymi rękami. Sztuka polega 

na tym, żeby nigdy nie przepraszać za to, kim się jest.

Maxie uśmiechnęła się.

- Mówisz  tak,  jakbyś  sama  się  tego nauczyła.  Ale przecież   z pewnością  bez 

trudu zdobyłaś miejsce w towarzystwie.

-   Kiedy   wychodziłam   za   Rafe’a,   moja   pozycja   nie   różniła   się   od   twojej   - 

stwierdziła   księżna.   -   Obydwie   jesteśmy   córkami   młodszych   synów   szlacheckich 

rodzin. Szlachetnie urodzone, ale nie do końca. Ty masz swoje pochodzenie, ja znów 
miałam ciemną przeszłość. Znalazło się wielu chętnych do plotkowania, a i rodzina 

Rafe’a wymarzyła sobie lepszą partię dla głowy rodziny.

Maxie zmarszczyła brwi.

- Wszyscy wiedzą o tobie i Robinie?
-   Tylko   niewielu   i   są   dyskretni.   Ale   nie   mogłam   ukryć   mojej   kariery 

szpiegowskiej.   Zbyt   wiele   osób   znało   mnie   w   czasach,   kiedy   odgrywałam   rolę 
ekscentrycznej węgierskiej księżniczki.

- A mimo to towarzystwo cię zaakceptowało? - zapytała ze zdumieniem Maxie.
Księżna uśmiechnęła się przebiegle.

-   Szczęśliwie   wśród   przodków   Rafe’a   znajdowała   się   mitologiczna   Meduza. 

Kiedy ktoś mu się przeciwstawia, potrafi jednym spojrzeniem zamienić go w kamień. 

Od samego początku dał jasno do zrozumienia, że każdy kto będzie dla mnie niemiły, 
zostanie przeklęty.

Maxie wybuchnęła śmiechem.

background image

- Czy tak się stało z tym krewnym, który podarował wam grupę Laokoona?

- Niezupełnie, ale ich drogi spotkały się wkrótce na jakimś balu i od tamtego 

czasu ta osoba zachowuje się zaskakująco grzecznie.

- Z twoich słów wynika, że życie tu może być nawet znośne - stwierdziła Maxie.
- Jeśli masz ochotę to sprawdzić, proszę bardzo. - Księżna spojrzała na nią z 

uwagą. - Gotowa jesteś podjąć wyzwanie? Dziś wieczór wydaję małe przyjęcie. Nie 
będzie   to   jedno   z   politycznych   przyjęć   Rafe’a,   po   prostu   przyjdzie   kilku   bliskich 

przyjaciół i bardzo miłych osób. Nie musisz w nim uczestniczyć, ale jeśli masz ochotę 
spróbować, mogę zaprosić twoją ciotkę i brata Robina, żebyś miała koło siebie kilka 

znajomych twarzy.

Zdusiła w sobie panikę.

- Dzisiejszy wieczór jest dobry jak każdy inny.
- Wspaniale. Jestem przekonana, że będziesz się doskonale bawiła.

Być może, ale nawet miłe przyjęcie nie rozwieje ponurych chmur wiszących 

nad   jej   przyszłością.   Ta   myśl   wystarczyła,   by   przyćmić   radość   z   nadchodzącego 

wieczoru. Tłumiąc w sobie strach wskazała na czarną futrzaną kulę na krześle.

- Czy to kot, czy mufka?

- Kot, Rex.
- Jest chory? Odkąd tu jestem, nawet się nie poruszył.

- Nie przejmuj się, nie jest chory tylko leniwy. - Margot zachichotała. - Bardzo 

leniwy.

Jakby czując, że o nim mówią, Rex przeciągnął się niedbale, potem przekręcił 

się na drugi bok i usnął.

Obie panie wybuchnęły śmiechem i w tej chwili zniknęło napięcie między nimi. 

Maxie uznała, że bez względu na to, co przyniesie jej przyszłość, powinna się cieszyć, 

że poznała Margot.

Spotkanie z bratanicą sprawiło Desdemonie wielką radość. Na poszukiwanie 

nieznanej   bratanicy   wyruszała   z   obowiązku.   Teraz   cieszyła   się,   że   ją   poznała,   bo 
dziewczyna okazała się ogromnie interesująca. Desdemona przekonała się, że jej brat 

był szczęśliwy w życiu, jakie wybrał. Ta świadomość sprawiła jej radość. Być może to 
pobyt w Londynie sprawił, że wydawał się taki spięty. Dostrzegła też podobieństwo 

zarówno psychiczne, jak i fizyczne między Maxem a jego córką. Dziewczyna miała 
poczucie humoru, była oczytana, inteligentna i bystra. Niektórzy uważali, że Maximus 

Collins   zmarnował   życie,   ale   córka,   którą   wychował,   była   ze   wszech   miar   godna 

background image

uznania.

Lord   Robert   także   ją   mile   zaskoczył.   Odnosił   się   do   Maximy   z   niezwykłą 

kurtuazją, a dziewczyna wyraźnie go lubiła. Byłaby z nich doskonała para. Desdemona 

ułożyła się na sofie i utkwiła wzrok w suficie, ganiąc się za te staromodne myśli. Jest 
nowoczesną,   niezależną   kobietą   i   pomoże   bratanicy,   jeśli   ta   nie   zechce   wyjść   za 

mężczyznę,  który  ją  skompromitował.   Ale to oczywiste,   że taka  pomoc  nie będzie 
potrzebna,   nie   tylko   dlatego,   że   Maxima   doskonale   poradzi   sobie   sama.   Ostatnio 

Desdemona doszła do wniosku, że małżeństwo nie musi być takim złem, przynajmniej 
nie wtedy, kiedy opiera się na wzajemnym szacunku i uczuciu.

Uśmiechnęła się szerzej, bo przyszła jej do głowy następna myśl. Lord Robert 

jest bogaty, inteligentny, przystojny. To prawda, że jest ekscentryczny, ale za to godny 

zaufania   i   dobrze   urodzony.   Althea   dostanie   zawału   serca,   jeśli   znienawidzona 
bratanica wyjdzie za takiego arystokratę. To kusząca perspektywa.

Lady Ross pozwoliła sobie na chwilę marzeń, po czym poszła do gabinetu, zająć 

się korespondencją, której sporo się zebrało w czasie jej nieobecności. Uderzyło ją, że 

większość listów związanych jest z jej pracą. Kiedy przestała mieć czas dla znajomych? 
Musi coś z tym zrobić.

Po południu do gabinetu weszła pokojówka z listem na tacy.
- Właśnie go przyniesiono, jaśnie pani. Posłaniec czeka na odpowiedź.

Desdemona zerknęła na nadawcę. Księżna Candover zapraszała ją na przyjęcie 

dziś   wieczorem.   Ponieważ   panna   Collins   mogłaby   się   czuć   skrępowana   w 

towarzystwie nie znanych jej osób, księżna wyrażała nadzieję, że lady Ross zaszczyci 
ich swoją obecnością. Dodawała też, że na przyjęciu będzie obecny markiz Wolverton.

Czarujący  liścik.  Desdemona znała  księcia  z politycznych kręgów,  nie miała 

jednak   okazji   poznać  jego   żony.   To   miłe,  że   księżna  tak   się  przejmowała   dobrym 

samopoczuciem swojego gościa. Odpisała więc, że przyjmuje zaproszenie i przekazała 
odpowiedź pokojówce, która oddała go posłańcowi.

Wtedy ogarnęła ją panika. Wielkie nieba, co ona na siebie włoży? Natychmiast 

zadzwoniła   po   służącą.   Wyleczona   już   z   grypy   Sally   Griffin   weszła   do   gabinetu   z 

zaciekawieniem w oczach.

- Czy coś się stało, jaśnie pani?

- Dziś wieczór idę na przyjęcie do Candover House, Sally. Zatrzymała się tam 

moja bratanica, a księżna była tak uprzejma, że mnie także zaprosiła. - Desdemona 

zawahała się, po czym dodała: - Mamy tylko kilka godzin. Czy uważasz, że da się 

background image

przerobić którąś z moich sukien, żeby wyglądała bardziej... bardziej... modnie?

Oczy Sally zapłonęły.
-   Czy   to   oznacza,   że   w   końcu   wykorzysta   pani   to,   czym   obdarowała   panią 

natura? Zawsze powtarzałam, że żadna dama w Londynie nie ma takiej figury jak 
pani.

Desdemona poczerwieniała, ale służąca nie przestała trajkotać.
- Zawsze uważałam, że po kilku poprawkach ta brązowa suknia z Devonshire 

będzie wspaniała. Ale nie mamy czasu do stracenia. - Nim jej pani zdążyła zmienić 
zdanie, dziewczyna złapała ją za rękę i pociągnęła na schody. - Gdyby wtedy, kiedy 

przyszłam   tu   bez   referencji,   odrzuciła   mnie   pani,   głodowałabym   teraz   albo 
musiałabym iść na ulicę. Od dawna pragnęłam czymś się odwdzięczyć. Dzisiaj wieczór 

będzie pani piękna jak nikt albo nie nazywam się Sally Griffin.

Pozwolenie Sally na popuszczenie wodzy fantazji mogło okazać się tragiczne w 

skutkach, ale z pewnością rezultat jej pracy nie będzie nudny. A lady Ross nie chciała 
okazać się nudną ze względu na Gilesa.

background image

30

Po ubraniu i uczesaniu Maxie Lavalle, francuska pokojówka, poszła do swojej 

pani, by teraz jej pomóc w toalecie. Maxie nie pozostawało nic innego, jak czekać 

cierpliwie na rozpoczęcie przyjęcia. Bardzo się denerwowała. To idiotyczne martwić 
się   na   zapas,   tym   bardziej   że   miała   poważniejsze   sprawy   na   głowie   -   tajemniczą 

śmierć ojca i związek z Robinem. Obawiała się jednak, że może ośmieszyć siebie i 
Robina. Chodząc niespokojnie po pokoju od czasu do czasu mruczała pod nosem:

- Najważniejsze nie przepraszać za to, kim się jest.
Z ulgą przywitała pukanie do drzwi. Pewnie Lavalle przyszła dokonać ostatnich 

poprawek.

- Proszę! - zawołała.

Do pokoju wkroczył Robin. Miał na sobie wieczorowy strój, w którym wyglądał 

tak wspaniale, że Maxie przełknęła ślinę. Podniósł brwi, udając zdumienie.

- Przepraszam, panienko, szukam pewnej utytłanej w błocie osóbki, ale zdaje 

się, że pomyliłem pokoje.

Maxie wybuchnęła śmiechem, podeszła do niego i gorąco go uścisnęła.
- Mam wrażenie, że od naszego ostatniego spotkania minęły dni, a nie godziny.

Jak   na   prawdziwego   dżentelmena   przystało,   Robin   uściskał   dziewczynę, 

uważając, żeby nie pognieść jej sukni i starannie ułożonych włosów.

- Wspaniale.   Moim celem  jest  doprowadzić  cię  do  takiego  stanu,   żebyś  nie 

mogła znieść rozstania ze mną na dłużej niż dziesięć minut.

Pomyślała, że to już się stało, ale nie powiedziała tego głośno. Cofnęła się i 

okręciła na palcach, aż karmazynowa suknia zawirowała jej wokół kostek.

- Nigdy w życiu nie miałam na sobie czegoś tak wspaniałego. Czy naprawdę 

dobrze w niej wyglądam?

-   Zachwycająco.   -   Powoli   przesunął   wzrokiem   po   jej   sylwetce,   od   wysoko 

upiętych włosów, po wciętą talię. - Egzotycznie, dojrzale i zmysłowo. Niebezpiecznie 

zachęcająco. - Nabrał głęboko powietrza. - Lepiej się tu zatrzymam, bo jeszcze krok, a 
zedrę z ciebie tę kreację. Dodam tylko, że wyglądasz także inteligentnie, elegancko i 

jak pewna siebie osoba.

- To oszałamiająca lista. - Skrzywiła usta. - Cieszę się, że wyglądam na pewną 

siebie, bo to oznacza, że przejęłam od ciebie trochę twych aktorskich talentów.

- Z chęcią oddam ci cały mój talent.

background image

Ponownie wybuchnęła  śmiechem. To oczywiste,  że przyszedł ją rozweselić i 

uspokoić, co mu się zresztą doskonale udawało. Wzięła do ręki długie rękawiczki.

-   Czy   istnieją   jakieś   angielskie   zwyczaje,   które   powinnam   poznać,   zanim 

ośmieszę się do tego stopnia, że do końca moich dni nie będę mogła spojrzeć ludziom 
w oczy?

Robin pokręcił głową.
- Wychowanie rodziców i maniery, których nabyłaś na bostońskich salonach, w 

zupełności wystarczą.

- Mówiąc o manierach, to chciałam zauważyć, że nie wypada, abyś przebywał 

sam na sam w sypialni z niewinną panienką.

- Prawda.   - Uśmiechnął   się zawadiacko.   - Ale obydwoje  wiemy,  jak  bardzo 

złudne jest to określenie w twoim przypadku.

Próbując zachować powagę, chwyciła towarzysza za ramię i odprowadziła do 

drzwi.

- Winniśmy poczekać na gości w bardziej neutralnym miejscu, na przykład w 

bibliotece.

-   Zanim   tam   się   udamy,   chciałbym   ci   coś   podarować.   -   Wyciągnął   wąskie, 

wyłożone aksamitem pudełko. - Wspomniałaś kiedyś, że większość mężczyzn jest jak 
sroki,  które zbierają  błyskotki,  żeby  podarować  je wybrankom  swoich  serc.  To na 

potwierdzenie twojej tezy.

-   Chyba   wiesz,   że   panny,   nawet   te   tylko   z   nazwy,   nie   przyjmują   drogich 

prezentów od dżentelmenów - odparła z karcącym wzrokiem.

- Jakie to szczęście, że nie jestem dżentelmenem. - Po chwili dodał z powagą w 

głosie. - Nie wiem, co przyniesie przyszłość, Kanawiosta. Wierzę, że będziemy razem, 
ale nawet gdybyś wybrała inną drogę, chciałbym, żebyś miała coś ode mnie.

Spojrzała na niego krytycznym wzrokiem.
-   Pragniesz   także,   żebym   miała   coś,   co   zabezpieczy   mnie   przed   przyszłymi 

kłopotami finansowymi.

Kąciki ust Robina zadrgały.

-   Szkoda,   że   cię   nie   znałem,   kiedy   byłem   szpiegiem.   To   niepokojące,   jak 

potrafisz czytać w myślach.

- Nie we wszystkich. - Otworzyła pudełko i aż wstrzymała oddech. Na białym 

jedwabiu leżał naszyjnik i kolczyki. Wspaniałe rubiny i malutkie błyszczące brylanty 

osadzone w misternej roboty złotych medalionach. - Och, Robinie, jakie to piękne. 

background image

Nie robisz niczego połowicznie, prawda?

- W tym przypadku chyba tak - odparł. - Gdybym wiedział, że je przyjmiesz, 

kupiłbym cały zestaw, od grzebienia po diadem do włosów i pasek.

Otworzyła szeroko oczy.
- Żartujesz, prawda?

- Nie tym razem.
Spuściła wzrok, nie mogąc wytrzymać jego gorącego spojrzenia. Nie ulegało 

wątpliwości,   że   jej   pragnął.   Bardzo   chciała,   by   pożądanie   płynęło   z   właściwych 
przesłanek.

- Będą doskonale pasowały do tej sukni.
Podeszła   do   lustra,   zdjęła   proste   złote   kolczyki,   a   w   to   miejsce   włożyła 

rubinowe. Kiedy obróciła głowę, w błyszczących klejnotach zamigotało światło. Robin 
podszedł,   by   zapiąć   jej   naszyjnik.   Potem   przesunął   dłonią   wzdłuż   szyi,   ramion   i 

zatrzymał   się   na   talii.   Nie   mogła   wyjść   z   podziwu,   jak   tym   jednym   dotknięciem 
potrafił wzbudzić w niej podniecenie.

Odetchnęła   głęboko   i   spojrzała   w   lustro.   Jeszcze   nigdy   nie   wyglądała   tak 

pięknie.   Miała   cerę   wprost   wymarzoną   do   rubinów.   Nie   przypominała   już 

niegdysiejszej roznosicielki książek. Wyglądała jak prawdziwa dama. Nawet jeśli czuła 
się jak oszustka, nie dała tego po sobie poznać. Spojrzała na Robina. Był prawdziwym 

arystokratą: swobodny, opanowany, elegancki. A jednak tulił ją do siebie, jakby była 
najdroższą rzeczą na świecie.

- Mówisz tak, jakbyśmy mieli do wyboru tylko Anglię, ale to nieprawda. Jeśli 

chcesz, możemy zamieszkać w Ameryce - powiedział cicho.

Podniosła na niego zdumione oczy.
- Zrobiłbyś to dla mnie?

Pocałował ją poniżej ucha.
- Bez chwili wahania. Zamożność ma to do siebie, że czyni człowieka wolnym. 

Możemy wybrać takie życie, jakiego zapragniemy. Nawet gdybyś postanowiła zostać w 
Anglii i tak bardzo bym chciał odwiedzić Amerykę, poznać rodzinę twojej matki, kraj, 

który cię ukształtował.

- Ale przecież ty chcesz zostać tutaj. Zawahał się, po czym skinął głową.

-   To   dziwne.   Prawie   całe   moje   dorosłe   życie   spędziłem   w   obcych   krajach. 

Mówię   tuzinem   obcych   języków   i   znam   wielu   ludzi,   którzy   przyjęliby   mnie   z 

otwartymi rękami. Jednak gdy zeszłej zimy wróciłem do Anglii, poczułem się jak w 

background image

domu, nawet bardziej niż wtedy, kiedy tu mieszkałem.

Przytrzymała jego dłoń, spoczywającą na talii.
- Wyjeżdżałeś stąd jako chłopiec, wróciłeś jako mężczyzna. To duża różnica.

- Masz rację, nie czuję już tej młodzieńczej potrzeby buntowania się przeciw 

wszystkiemu. - Pochylił się i pocałował Maxie w zagłębienie szyi.

Zaczęła   szybciej   oddychać.   Ze   zdwojoną   siłą   czuła   zniewalającą   męskość 

Robina.   W   lustrze   zobaczyła   rozjarzone   oczy   i   nabrzmiałe   wargi.   On   także   to 

spostrzegł. Uścisk jego dłoni wzmocnił się.

- Dobrze  się składa,  że  większość mężczyzn,  którzy  zjawią   się tu  dzisiaj,  to 

szczęśliwi   mężowie,   inaczej   bałbym   się,   że   ktoś   cię   porwie.   Jesteś   zachwycająca, 
Kanawiosta.

W tym momencie postanowiła, że nieważne, co się wydarzy, ale przynajmniej 

jeszcze raz musi kochać się z Robinem. Gdyby nie to przyrzeczenie, nie miałaby sił 

opuścić pokoju, tylko rzuciłaby się na niego.

- Lepiej zejdźmy na dół - powiedziała drżącym głosem. Robin odetchnął ciężko.

- Bo inaczej nie opuścimy tego pokoju przez następne dwie godziny. - Cofnął 

się i podał jej ramię. - Gotowa zmierzyć się z lwami?

Gdyby opuścili Anglię, Robin bardzo by cierpiał, o wiele bardziej, niż gdyby 

ona zdecydowała się tu zostać. Musi dołożyć wszelkich starań, żeby się przekonać, czy 

znajdzie tu dla siebie miejsce.

-  Lwy   nie  mogą   mieć  ostrzejszych   pazurów  niż   niektóre   damy   z  Bostonu   - 

powiedziała, biorąc go pod ramię.

Mając go u swego boku potrafi stawić czoło wszystkiemu.

Wolverton   przysłał   list   z   propozycją,   że   zawiezie   Desdemonę   na   wieczorne 

przyjęcie.   Zgodziła   się,   a   teraz   było   już   za   późno   na   wycofanie   się.   Przerażona 

wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze.

- Sally, nie mogę nigdzie wyjść w tej sukni. Kiedy mówiłaś, że ją przerobisz, nie 

przypuszczałam, że zamierzasz wyciąć ją do pępka.

- No, no, jaśnie pani, to już przesada - stwierdziła służąca. - Dekolt jest stylowy 

i wcale nie za duży.

-   Suknia   może   nie   jest   przesadzona,   ale   moja   figura   na   pewno.   -   Rzuciła 

służącej pełne wyrzutu spojrzenie. - Umyślnie nie pozwalałaś mi spojrzeć w lustro, a 
teraz za późno już na przerobienie sukni i zmianę uczesania.

-   To   prawda   -   wyznała   Sally   bez   cienia   skruchy.   -   Proszę   mi   uwierzyć,   że 

background image

wygląda pani ładnie i modnie, a ten przystojny markiz będzie skamlał u pani stóp.

Twarz Desdemony spłonęła rumieńcem.
- Czy ja już nie mam prawa do prywatności?

- Oczywiście, że tak, jaśnie pani - odparła spokojnie pokojówka. - Ale tylko 

głupiec nie widzi, co ma przed nosem.

Innymi   słowy   pewnie   wgapiam   się   w   markiza   jak   cielna   krowa,   pomyślała 

ponuro Desdemona. Równie dobrze mogłaby powiesić sobie tabliczkę z odpowiednim 

napisem na szyi, w dodatku tak obnażonej.

- Powinna pani założyć perły, zamiast kamei - powiedziała Sally, najwyraźniej 

czytając w jej myślach. - Sprawią, że nie będzie się pani czuła taka naga.

Potrójny sznur pereł nieco zakrył dekolt, mimo to Desdemona nadal czuła się 

jak uczestniczka najgorszego koszmaru, kiedy to śnimy, że znaleźliśmy się w tłumie 
tylko w nocnej koszuli. Ponownie spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Koszula nocna 

nie byłaby nawet w połowie tak obnażająca.

- Wyglądam jak dziwka.

- Ale za to bardzo droga - zauważyła Sally z miną rozradowanego dziecka.
Desdemona zaśmiała się.

-   Zachowuję   się   absurdalnie,   prawda?   -   Znowu   odwróciła   się   do   lustra, 

próbując popatrzeć na siebie obiektywnie. Brąz sukni miał ciemny odcień z odrobiną 

czerwieni. Taki kolor pasował niewielu kobietom, ale Desdemona musiała przyznać, 
że   przy   jej   płomiennych   włosach   i   jasnej   karnacji   tworzył   wspaniałą   całość.   Sally 

zmieniła też fryzurę pani i na jej głowie pojawiła się burza loków przetykanych złotym 
łańcuszkiem.   Udało   jej   się   nawet   namówić   lady   Ross,   żeby   lekko   się   umalowała. 

Desdemona uświadomiła sobie, że gdyby odbicie w lustrze należało do innej kobiety, 
uznałaby ją za zachwycającą i atrakcyjną.

Rozległ się stuk kołatki. Przyjechał markiz i teraz już na pewno za późno było 

na zmiany. Wyprostowała się. Na nieszczęście ten ruch wyeksponował tę część ciała, 

która i tak już mocno rzucała się w oczy, jednak jedynym rozwiązaniem było udawać, 
że jest zadowolona ze swego wyglądu.

Giles czekał u stóp schodów. Na widok Desdemony odebrało mu mowę. Ona 

zaś wpadła w panikę i przytrzymała się poręczy. Czuła się jak stara i zużyta sowa 

przebrana za papugę. Zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Sięgnęła po szal, zamierzając 
się nim osłonić. Markiz szybko wspiął się po schodach i pochwycił jej rękę.

-   Wybacz   mi   moje   głupie   zachowanie,   Desdemono.   Wiedziałem,   że   jesteś 

background image

piękna, ale dzisiaj na twój widok po prostu zabrakło mi tchu. - Podniósł jej dłoń do 

ust i pocałował.

Desdemona   wypuściła   powietrze,   które   nieświadomie   wstrzymywała.   Jego 

podziw   był   szczery,   a   ciepło   bijące   z   jego   oczu   sprawiło,   że   nie   czuła   się   już 
zawstydzona. Wręcz przeciwnie, czuła się... czuła się zadowolona. Uśmiechnęła się do 

markiza i przyjęła jego ramię.

- Idziemy.

To będzie wspaniały wieczór.
Maxie i Robin rozmawiali tak długo, że kiedy zeszli na dół, goście zaczęli się już 

schodzić. W małym saloniku witała ich Margot. Znajdowało się tam sześć albo osiem 
osób pogrążonych w swobodnej i przyjacielskiej rozmowie.

Księżna uśmiechnęła się z aprobatą do młodej pary.
- Maxie, wyglądasz wspaniale - powiedziała. - Dzięki niebiosom, że Rafe woli 

blondynki. Pozwól, że przedstawię cię pozostałym gościom. - Odwagi! - szepnęła. - 
Większość osób w tym pokoju ma równie niekonwencjonalne pochodzenie jak twoje.

W tym momencie podeszła do nich młoda para: wysoki blondyn i szczupła 

brunetka   o   spokojnej   urodzie.   Mężczyzna   powitał   ich   szerokim   uśmiechem   i 

wyciągnął dłoń do Robina.

- Robin, żałuję, że nie spotkałem cię w Whitehall dziś po południu. Wyglądasz 

o wiele lepiej niż kiedy cię ostatnio widziałem w Paryżu.

- Miałem wiele czasu na poprawę. - Robin przyciągnął do siebie Maxie. - Panna 

Maxima Collins, Lucien Fairchild, earl Strathmore. Ta dama, jak sądzę, to jego żona, 
ale nie miałem przyjemności poznać pani.

Młoda kobieta uśmiechnęła się.
- Zgadza się. Jestem Kit Fairchild. Miło mi panią poznać, panno Collins.

Imię Luciena coś Maxie przypominało.
-   Pan   zdaje   się   jest   dalekim   krewnym   Robina   pracującym   w   Ministerstwie 

Spraw Zagranicznych?

Lord Strathmore zakaszlał.

- Drugim kuzynem - sprostował.
- Luce zawsze był lepszy w szczegółach ode mnie - rzucił Robin. A więc to jest 

mężczyzna, który namówił Robina do szpiegowania.

Nie wyglądał niebezpiecznie, ale Robin przecież także nie.

- Być może jest pan dalekim kuzynem, ale jest pan bardziej podobny do Robina 

background image

niż jego rodzony brat - stwierdziła Maxie po namyśle.

- Gdyby byli końmi, warto by było hodować ich potomków, nie sądzi pani - 

odezwała się Kit z powagą, ale z rozbawieniem w oczach.

Maxie uznała, że polubi żonę Luciena. Już po kilku minutach mówiły sobie po 

imieniu. Nie martwiąc się więcej o swojego amerykańskiego gościa, Margot odeszła 

do innych.

Do   Maxie   i   Robina   podeszła   następna   para.   Na   ich   widok   Robin   przerwał 

rozmowę. Maxie nie widziała go jeszcze tak zdumionego. Pospiesznie wyciągnął dłoń 
do nowo przybyłego, ciemnego i przystojnego mężczyzny.

-   Ostatnim   razem   kiedy   się   widzieliśmy,   nazywałeś   się   Nikki   i   oszukiwałeś 

austriackiego porucznika na targu końskim pod Wiedniem.

- Zasługiwał na to - odparł mężczyzna ściskając dłoń Robina. - Ten srokaty, 

którego ode mnie dostałeś, był dobry, prawda?

- Pierwsza klasa. Miał ogromną siłę, co bardzo pasowało do takiego ciemnego 

charakteru   jak   mój.   -   Robin   potrząsnął   głową.   -   Przez   cały   ten   czas,   kiedy 

przekazywaliśmy   informacje,   nie   przyszło   mi   do   głowy,   że   nie   jesteś   cygańskim 
handlarzem   koni.   Ale   ponieważ   tu   jesteś,   przypuszczam,   że   mam   do   czynienia   z 

lordem Aberdare, niesławnym cygańskim hrabią.

Aberdare zachichotał.

- Nie dręcz się, że nie domyśliłeś się, kim jestem naprawdę. Nie każdy w siatce 

Luciena należał do jego starych szkolnych kolegów.

- Nie wynikało  to z barku starań  - sucho dorzucił  Strathmore.  Wszyscy się 

roześmieli. Potem towarzystwo rozbiło się na dwie grupy, kobiet i mężczyzn. Panowie 

chcieli   podzielić   się   najświeższymi   wiadomościami.   Przejmując   na   siebie   rolę 
przedstawienia Maxie Kit dopełniła prezentacji.

- Maxie, to jest Clare Davies, hrabina Aberdare.
Lady Aberdare nie była wiele wyższa od Maximy, miała ciemne włosy i żywe 

niebieskie oczy.

- Jestem zachwycona, że mogę panią poznać. - Przyjrzała się Maxie, a potem 

uśmiechnęła z satysfakcją. - Ta suknia leży na pani o wiele lepiej niż na mnie.

Maxie dopiero po chwili zrozumiała, co to oznacza.

- Wielkie nieba! - wykrzyknęła. - Czy Robin i Margot splądrowali pani szafę?
- Niezupełnie. Kazałam sobie uszyć kilka  sukien. Ponieważ jesteśmy prawie 

tego samego wzrostu, Margot zapytała, czy nie zechciałabym sprzedać którejś z nich. - 

background image

Uśmiechnęła   się.   -   Najbardziej   żałowałam   właśnie   tej.   Materiał   jest  cudowny,   ale 

córka pastora nie może pokazywać się w takim kolorze. Pani jednak wygląda w niej 
przepięknie.

- Spodziewałam się, że zostanę tu rozdarta na kawałki, tymczasem wszyscy są 

dla mnie tacy mili - stwierdziła niepewnie Maxie.

Panie roześmiały się.
- Śmietanka londyńska ma swoich ludożerców, ale tu ich nie spotkasz. - Kit 

wskazała dłonią zebranych. - Muszę powiedzieć, że jak na grupę starych Etończyków 
nasi chłopcy wyszli na ludzi.

Rozmowa zeszła na politykę i wszystkie panie zgodnie uznały, że wojna między 

Anglią a Stanami Zjednoczonymi była całkowitym nonsensem i że nigdy by do niej nie 

doszło, gdyby w rządzie zasiadały kobiety. W trakcie rozmowy podszedł do nich lokaj 
z sherry i lemoniadą dla Maxie. Dziewczyna czuła się rozpieszczana i nigdy wcześniej 

nie bawiła się tak dobrze na żadnym przyjęciu.

Desdemona i Giles przyjechali razem i zachowywali się, jakby byli parą. Ciotka 

wyglądała oszałamiająco. Giles z trudem odrywał od niej wzrok. Po przywitaniu się z 
nimi Maxie rozejrzała się za Robinem, ale nigdzie go nie widziała. W pobliżu stała 

lady Strathmore, więc Maxie zwróciła się do niej z pytaniem.

- Kit, czy widziałaś... - Zamilkła, bo kiedy kobieta odwróciła się do niej, okazała 

się, że to nie Kit.

- Pani nie jest lady Strathmore, prawda? - stwierdziła zaskoczona Maxie.

Kobieta zachłysnęła się śmiechem.
- Ma pani rację, nie jestem Kit, lecz jej siostrą. Kira Travers, do usług. Jest pani 

bardzo spostrzegawcza. Niektórzy ludzie nie potrafią nas odróżnić. I oczywiście nie 
planowałyśmy założyć takich samych toalet. To po prostu nam się zdarza. Zeszłego 

roku obie urodziłyśmy córki. Jedna jest starsza od drugiej tylko o dwadzieścia cztery 
godziny.

Maxie uśmiechnęła się.
- Cieszę się, bo już myślałam, że mam przywidzenia.

- Pani jest panną Collins, Amerykanką, prawda? Mój mąż także pochodzi z 

tamtej strony Atlantyku. - Kira rozejrzała się po salonie i wskazała ręką na męża.

Maxie   zesztywniała,   kiedy   podszedł   do   nich   wysoki   blondyn.   Z   pewnością 

pozna, że jest pół - Indianką i jak większość Brytyjczyków odwróci się od niej.

- Panno Collins,  mój mąż, Jason Travers, earl Markland  - przedstawiła  ich 

background image

sobie Kira.

Mężczyzna ukłonił się uprzejmie. Przez chwilę Maxie sądziła, że współczucie 

rysujące się na jego twarzy zarezerwowane jest dla niej. Szybko jednak rozwiał jej 

przypuszczenie.

- Żona uwielbia używać mojego tytułu, mimo iż wie, jak bardzo rani to moje 

jankeskie   serce.   -   Obrzucił   ją   czułym   spojrzeniem,   po   czym   dodał:   -   Ma   pani 
domieszkę indiańskiej krwi?

Maxie wyprostowała się dumnie.
-   Moja   matka   była   z   plemienia   Mohawk   -   rzuciła   buntowniczo.   Może   ją 

obrażać, jeśli chce, ale jeśli powie coś obraźliwego na temat jej matki, pójdzie na górę 
po nóż.

Musiał się chyba domyślić, co dzieje się w jej głowie.
- Mam nadzieję, że nie pielęgnuje pani starych uraz - powiedział z błyskiem w 

oku. - Mój pradziad był Huronem, a to czyni z nas wrogów.

Musiała się roześmiać. To tyle, jeśli chodzi o antyindiańską bigoterię.

-   Czy   jest   pan   tym   Jasonem   Traversem,   właścicielem   towarzystwa   usług 

żeglugowych z Bostonu?

Twarz mężczyzny rozświetliła się.
- Pani pochodzi z Bostonu?

Zajęło im tylko kilka minut, by ustalić, iż mają wspólnych znajomych. Mogliby 

o nich rozmawiać do końca wieczoru.

Robin pojawił się u boku Maxie, kiedy zabrzmiał gong wzywający na posiłek.
-   Jak   ty   to   robisz?   Jesteś   jak   kot,   który   materializuje   się   w  miejscu,   które 

jeszcze przed sekundą było puste - stwierdziła z rozbawieniem.

- Najważniejsze lekcje przydatne przy szpiegowaniu brałem właśnie od kotów. 

Ciche stąpanie, spanie z jednym okiem otwartym i ciągła gotowość do ucieczki, jeśli 
sytuacja zmienia się na gorsze. - Uśmiechnął się ciepło do towarzyszki. - Wchodzisz 

do mrocznej i żarłocznej socjety londyńskiej jak zdobywca.

- Wspaniale się bawię. Margot słusznie powiedziała, że jej goście to bardzo mili 

ludzie.

Widząc, jak bardzo cieszy to Robina, poczuła się jeszcze lepiej. Być może w 

Londynie istnieje gwardia rekinów - ludożerców, ale z tą grupą przyjaciół, których 
właśnie poznała, nie musiała się ich obawiać.

background image

31

W   połowie   wieczoru   Giles   postanowił,   że   będzie   spędzał   więcej   czasu   w 

Londynie.   Lubił   swoich   sąsiadów   z   Yorkshire,   ale   rozmowy   z   nimi   nie   były   tak 

zajmujące jak tutaj.

Po krótkiej przerwie na porto panowie ruszyli na poszukiwanie swoich dam. 

Wzrok   Gilesa   natychmiast   powędrował   do   Desdemony.   Jego   poważna   i   surowa 
reformatorka jaśniała jak uczennica, choć w jej wyglądzie nie było nic dziewczęcego. 

Kiedy siedział obok niej podczas kolacji, czuł się jak rozpalony młodzik. Starał się jak 
mógł nie wgapiać się w jej piękny... na szyję. Za każdym razem, kiedy się śmiała albo 

unosiła kieliszek, miał ochotę porwać ją i wywieźć do bardziej ustronnego miejsca. I 
ona to wiedziała, ta rudowłosa czarownica.

To byłoby nawet zabawne, gdyby nie fakt, że czuł ukłucia zazdrości za każdym 

razem, kiedy inny mężczyzna patrzył na Desdemonę. Ona i Candover znali się od 

wielu lat, ale Giles założyłby się, że książę nigdy jeszcze nie patrzył na nią z takim 
podziwem jak tego wieczoru.

Gdyby od lat nie przyjaźnił się z Candoverem i nie wiedział, że jest całkowicie 

oddany żonie, wyzwałby go na pojedynek.

Uśmiechnął się na tę absurdalną myśl i z rozmysłem odwrócił do innych gości. 

Przyjęcie toczyło się swobodnie, a Maxima Collins bez kłopotów dopasowała się do 

reszty. Inteligencją i prezencją dorównywała innym paniom. Będzie wspaniałą żoną 
dla Robina.

Po ożywionej dyskusji na temat szkół z lady Aberdare postanowił, że najwyższy 

czas odnaleźć Desdemonę. Zobaczył, że rozmawia z Robinem. Tym razem trudniej mu 

było opanować zazdrość. Dlaczego ona wygląda tak pociągająco? Głupie pytanie, to 
Robin wywierał taki wpływ na każdą kobietę. Nienawidząc się za odrazę, którą czuł do 

własnego  brata,  ruszył w ich stronę. Robin właśnie strzelił  z palców i wyczarował 
stokrotkę, którą musiał zwędzić z jednego z bukietów. Desdemona przyjęła kwiat z 

uśmiechem zachwytu. Irytacja Gilesa sięgnęła zenitu, a dobry humor gdzieś pierzchł. 
Do diabła z urokiem Robina, z jego elokwencją i kamiennym sercem, które pozwalało 

mu tak okrutnie używać swoich talentów!

Nie widząc nadchodzącego markiza, Desdemona odeszła do bratanicy. Zamiast 

pójść za nią, Giles zatrzymał się przy bracie.

-   Wyjdźmy   na   świeże   powietrze   -   rzucił   opryskliwie.   Robin   zdziwił   się,   ale 

background image

usłuchał.

- Jak sobie życzysz - powiedział uprzejmie.
Zawsze   był   uprzejmy.   To   następna   jego   irytująca   cecha.   Walcząc   z 

rozdrażnieniem, Giles wyszedł na obszerne kamienne patio. Nie miał pojęcia, co chce 
powiedzieć bratu, ale, do diabła, coś z pewnością wymyśli.

Podeszli   do   muru   otaczającego   patio.   Sławne   ogrody   Candover   House   były 

rzeczywiście   przepiękne,   ale   Giles   nie   zwracał   na   nie   uwagi.   Robin   z   niepokojem 

obserwował pochmurną twarz brata, zastanawiając się, co się stało. Szczęście, że Giles 
wpadał w zły nastrój bardzo rzadko, bo Robin zawsze ciężko to przeżywał.

-   Lady   Ross   jest   zachwycająca   -   stwierdził,   pragnąc   rozładować   napiętą 

atmosferę. - Żałuję, że nie było mnie przy tym, jak wparowała do twojego gabinetu ze 

swoim sławetnym parasolem.

Giles oparł się o ścianę i zagapił w niebo.

- Gdybyś tam był, uniknęlibyśmy mnóstwa kłopotów. Zastanawiam się, co cię 

naszło?

- Chyba się o mnie nie martwiłeś? - zdziwił się Robin. - Jeszcze tego samego 

ranka powiedziałem, że mogę zniknąć, jeśli coś, albo ktoś, mnie zainteresuje. Może to 

było przeczucie.

- Pamiętam - odrzekł Giles z oschłością. - Ale czułbym się lepiej, gdybyś wysłał 

do mnie list albo zostawił wiadomość we wsi.

- Przepraszam. Przyznaję, że nawet o tym nie pomyślałem.

- To oczywiste. - Giles zacisnął dłonie, aż pobielały mu kostki. - Zawsze myślisz 

tylko o sobie.

Robin zesztywniał.
- Co to ma znaczyć?

Oczy Gilesa były lodowato zimne.
-   Przez   te   wszystkie   lata,   kiedy   zabawiałeś   się   w   bohatera,   czy   choć   raz 

pomyślałeś o ludziach, którym na tobie zależy? Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, 
jakie to uczucie czekać na ciebie miesiącami, zastanawiając się, czy żyjesz, a jeśli nie 

to jak zginąłeś? Oczywiście, że nie. Twoja głowa zajęta była przecież ciekawszymi i 
poważniejszymi sprawami.

Robin wpatrywał się w brata, czując, jakby między nimi otwierała się głęboka 

przepaść. Istniał między nimi pewien dystans, ale obydwaj woleli go nie zauważać. 

Udało im się pozostać przyjaciółmi,  ponieważ  nigdy nie rozmawiali  o tym, co ich 

background image

bolało.

Teraz,   nie   wiadomo   z   jakich   powodów,   Giles   chciał   przerwać   milczenie   i 

wciągnąć   ich   obu   w   zasadzkę.   Jeśli   to   się   stanie,   łącząca   ich   więź   może   zostać 

nieodwracalnie   zerwana.   Modląc   się   w   duchu,   by   brat   zechciał   powrócić   na 
bezpieczne terytorium, spróbował załagodzić jego gniew.

-   Większość   moich   zajęć   była   straszliwie   nudna,   nie   miała   w   sobie   nic   z 

heroizmu.   Oczywiście   cały   czas   ryzykowałem,   ale   starałem   się   zawsze,   by   jeśli 

cokolwiek mi się przytrafi, wiadomość o tym dotarła do Wolverton, tak szybko jak to 
możliwe.

-   Jakie   to   wzruszające   -   sarknął   Giles.   -   Jestem   pewien,   że   gdybym   o   tym 

wiedział, byłbym spokojniejszy.

Robin poczuł przypływ buntu.
- Czy chodzi ci o fakt, iż niedostatecznie cię szanuję? Nie znosiłem tego u ojca i 

nie chcę słuchać tego od ciebie.

-   Mówię   o   zwykłej   grzeczności   -   odparował   Giles.   -   Nieustannie   słałeś 

informacje do Anglii, ale do rodziny potrafiłeś wysłać tylko jeden list rocznie.

Robin zmrużył oczy.

- A co miałem pisać? Że oszukuję, kradnę i od czasu do czasu zabijam? Że kiedy 

nie kradnę, żyję z kobietą zbyt rozsądną, by zgodziła się za mnie wyjść? Że jeszcze nie 

umarłem, że mam nadzieję, że czujesz się dobrze, a tegoroczne zbiory są pomyślne? Z 
szacunkiem, Robert, tak?

Tego było już za wiele. Giles obrócił się i spojrzał z wściekłością na Robina.
-   Chcesz   powiedzieć,   że   jestem   tchórzem?   Przecież   nie   z   własnego   wyboru 

zostałem   w   Wolverhampton.   Oddałbym   wszystko,   żeby   pójść   do   wojska,   kiedy 
skończyłem Oxford.

Jego   gwałtowna   reakcja   była   dla   Robina   szokująca.   Uświadomił   sobie,   że 

niechcący dotknął czułego punktu, żalu od lat trawiącego brata.

-   Wiem   doskonale,   że   nie   jesteś   tchórzem   -   odparł.   -   Mówiąc   szczerze, 

pozostanie pod jednym dachem z ojcem wymagało o wiele więcej odwagi niż to, co 

robiłem.

Giles nie dał się jednak udobruchać.

- Ktoś musiał zająć się rodzinnym majątkiem. Z pewnością nie mogłeś to być 

ty. Byłeś zbyt zajęty poznawaniem świata i ryzykowaniem życia.

Robin poczuł, że i jego ogarnia gniew.

background image

- Nie miałem żadnych rodzinnych obowiązków - odparował. - Ledwo dostałem 

miejsce przy stole. Nie byłem ukochanym synkiem i moja obecność czy nieobecność 
nie sprawiały nikomu różnicy. Uważałem, że trzymanie się jak najdalej od Anglii to 

najlepsze, co mogę zrobić dla zacnej rodziny Andreville’ów.

- Nie bądź dzieckiem - warknął Giles. - Byłem dziedzicem, więc ojciec spędzał 

ze mną więcej czasu, ale traktował nas na równi. Był jednak hojny, biorąc pod uwagę 
twoje zachowanie, które nawet świętego wytrąciłoby z równowagi.

- Tak, mój hojny, sprawiedliwy ojciec - rzucił z goryczą Robin. - Nie byłeś nigdy 

przy tym, jak łapał mnie za ramię i patrzył prosto w oczy z takim wyrazem, jakby nie 

mógł uwierzyć, że jestem jego synem. Raz wyrwało mu się, że to ja jestem winny 
śmierci matki, że wolałby, żeby to ona przeżyła, nie ja. Tę myśl zawsze widziałem w 

jego oczach.

- Ojciec naprawdę tak powiedział? - zapytał z niedowierzaniem i zdumieniem 

Giles.

- Tak. - Robin popatrzył gniewnie na brata, wściekły, że wymknęło mu się to, o 

czym   nawet   nie   chciał   myśleć.   -   Ty   nigdy   nie   powiedziałeś   tego   głośno,   ale 
wiedziałem, że czujesz to samo.

Zaległa cisza.
- Skąd ten pomysł? - zapytał w końcu Giles.

- Czy muszę to mówić? - wyrzucił przez zaciśnięte zęby Robin. - Była twoją 

matką,  jego żoną. Miałeś pięć lat i uwielbiałeś  ją, a ona ciebie. Każdego wieczoru 

przychodziła do twojego pokoju, czytała ci bajki, śpiewała kołysanki, uczyła cię czytać.

- Skąd o tym wiesz? - zapytał z poszarzałą twarzą Giles.

-   Służba   mi   opowiadała.   Nigdy   nie   miałem   matki,   więc   to   oczywiste,   że 

chciałem się dowiedzieć, jak to jest, kiedy się ją ma. To były moje pierwsze ćwiczenia 

w zbieraniu informacji. Służba ją uwielbiała, bo zachowywała się, nie jak przystało na 
wielką   panią.   -   Robin   przymknął   oczy,   walcząc   z   uczuciem   osamotnienia,   które 

nieodłącznie  towarzyszyło mu w dzieciństwie. - Boże, jak ja ci zazdrościłem,  że ją 
miałeś,   nawet   jeśli   trwało   to   tylko   pięć   lat.   Na   twoim   miejscu   zaaranżowałbym 

śmiertelny wypadek brata, który zabił ci matkę.

- Do diabła, Robin, ja nigdy tak nie myślałem, ani nie czułem! - wykrzyknął 

Giles. - To jasne, że rozpaczałem po jej stracie, bo było to najgorsze wydarzenie w 
moim życiu. Ale nigdy nie winiłem ciebie za jej śmierć.

- Ojciec tak. I nigdy nie pozwolił mi o tym zapomnieć. Giles odwrócił się w 

background image

stronę ogrodu.

- Kiedy kobieta umiera przy porodzie, większość rodzin traktuje to jako wolę 

bożą - powiedział. - Tylko nieliczni, tacy jak ojciec, winią za to dziecko. Inni, tacy jak 

ja, cieszą się i kochają rodzeństwo, bo jest... wszystkim, co im zostało po matce.

- Dobrze ci to wychodziło - odparł już nieco łagodniej Robin. - Zmniejszałeś 

moje poczucie winy. Byłem odpowiedzialny za śmierć matki,  ty jednak miałeś dla 
mnie tyle cierpliwości.

Giles machnął dłonią z irytacją.
-   Przestań   mówić   tak,   jakbyś   popełnił   morderstwo.   Mama   kochała   dzieci. 

Wiem, że przynajmniej dwa razy poroniła, być może więcej. Była zachwycona, kiedy 
wyglądało na to, że tym razem urodzi. Opowiadała mi o braciszku albo siostrzyczce, 

która niedługo się pojawi, i że będę musiał na nią uważać. - Głos uwiązł mu w gardle. - 
Zastanawiam się, czy przeczuwała, że umrze. Zawsze była delikatnego  zdrowia i z 

pewnością wiedziała, że ciąża jest dla niej niebezpieczna. A mimo to bez wątpliwości 
podjęła to ryzyko. Czy twoi informatorzy powiedzieli ci o tym?

- Nigdy nie pytałem o okoliczności związane z jej śmiercią. Nie chciałem... nie 

chciałem wiedzieć więcej.

Giles westchnął i przesunął dłonią po włosach.
- Urodziłeś się kilka tygodni za wcześnie i nie spodziewano się, że przeżyjesz. 

Po śmierci matki ojciec zamknął się w sobie i nie chciał z nikim rozmawiać. Służba 
była zagubiona. Usłyszałem, jak jedna ze służących mówiła, że umrzesz bez mamki, 

więc   wsiadłem   na   swojego   kucyka   i   pojechałem   do   wsi.   Żona   młynarza   właśnie 
straciła   dziecko,   więc   poszedłem   do   niej   i   praktycznie   zmusiłem   do   przyjazdu   do 

Wolverhampton. Uparłem się, żeby twoja kołyska stała w moim pokoju, żebym mógł 
czuwać nad tobą w nocy i sprawdzać, czy oddychasz.

Robin wpatrywał się w brata ze ściśniętym sercem.
- Nie wiedziałem o tym.

- Trudno się dziwić. Byłeś wtedy malutki. - Giles poruszył się niespokojnie, 

jakby walczył z wybuchem emocji. - Byłeś taki podobny do mamy. Nie chodzi nawet o 

wygląd, tylko o język i urok. Twoja energia zachwycała każdego, kto cię poznał, choć 
często zachowywałeś się jak dziecko diabła. Oburzałem się, kiedy uchodziły ci figle, za 

które ja dostałbym porządne rózgi.

-   Ponieważ   ojciec   mnie   nienawidził,   postanowiłem   dać   mu   powód   -   sucho 

wyznał Robin. - Był ze mnie lepszy rozrabiaka niż posłuszny syn.

background image

Giles wzruszył ramionami.

- Przeceniasz kwestię posłuszeństwa. Moje zdolności były ojcu przydatne, ale 

nigdy nie byłem dość dobry, choć bardzo się starałem.

- Dlaczego mówisz o tym po tylu latach? - zdziwił się Robin. - Czego ode mnie 

oczekujesz?

Giles popatrzył na swoją dużą dłoń. Wyglądał przy tym dziwnie bezbronnie. 

Odezwał się po bardzo długiej przerwie.

-   To   może   zabrzmi   dziecinnie,   przypuszczam   jednak,   że   chciałem   się 

przekonać, że... że naprawdę coś dla ciebie znaczę. Jesteś jedyną bliską mi osobą. 

Próbowałem być dobrym bratem, ale ponieważ ty zawsze wybierałeś własną drogę, 
niewiele mogłem ci pomóc. Ani z ojcem, ani ze szkołą, ani, oczywiście, wtedy, kiedy 

podjąłeś   tę   niedorzeczną   decyzję,   żeby   w   tak   młodym   wieku   zająć   się   jednym   z 
najniebezpieczniejszych fachów na ziemi.

Robin zmarszczył brwi.
- Oczywiście, że wiele dla mnie znaczysz. Powinieneś o tym wiedzieć. Na pewno 

pamiętasz, jak za tobą łaziłem, kiedy tylko wracałeś ze szkoły. Byłeś taki cierpliwy. 
Pragnąłem   desperacko   być   taki   jak   ty.   To   było   frustrujące,   kiedy   w   końcu   się 

przekonałem, że to niemożliwe. Po prostu jesteśmy inni.

- To prawda - przyznał Giles, nadal wpatrując się w dłoń.

- Ale to nie oznacza, że mi na tobie nie zależy - dodał Robin. - Byłeś dla mnie 

ojcem   bardziej   niż   nasz   szacowny   rodzic.   To   co   wiem   o   honorze,   dyscyplinie   i 

szacunku, nauczyłem się od ciebie. - Westchnął. - Myślę, że jeden z powodów, dla 
których zostałem szpiegiem, to to, iż chciałem, żebyś był ze mnie dumny. To prawda, 

że ta praca jest poniżająca, ale walka przeciw takiemu potworowi jak Bonaparte była 
ważną   sprawą.   Bardzo   mnie   bolał   twój   brak   akceptacji   dla   tego   co   robię,   ale   nie 

mogłem się wycofać.

Giles podniósł na brata oczy.

-  Nigdy  nie  pogardzałem  tym,   co  robisz.  W  rzeczywistości   byłem  ogromnie 

dumny z twojej odwagi i sprytu.

Robin uniósł brwi w zdziwieniu.
- Naprawdę? Kiedy się kłóciliśmy, zawsze dotyczyło to mojej pracy. To czuło się 

w twoich listach,  a do wybuchu  doszło w czasie  naszej ostatniej kłótni cztery lata 
temu.

Giles odwrócił wzrok.

background image

- Przepraszam za tamtą noc, ale martwiłem się o ciebie. Wyglądałeś, jakbyś był 

bliski załamania nerwowego. Pomyślałem, że czas, żeby Anglia walczyła bez ciebie.

-   Nie   byłem   wtedy   w   najlepszej   formie   -   przyznał   Robin.   -   Ale   powrót   do 

spokojnego życia w Wolverhampton doprowadziłby mnie do szaleństwa. Wtedy lepiej 
dla mnie było zająć się pracą i ryzykować.

-   Jak   powiedziałeś,   bardzo   się   różniliśmy.   Dla   mnie   Wolverhampton   było 

zawsze schronieniem i miejscem odpoczynku.

Znowu zapadła długa cisza.
- Po śmierci matki w Wolverhampton nie było zbyt wiele miłości - odezwał się 

w końcu Robin. - Ojciec rozpaczał, a gniew zatruwał nas wszystkich. Nie śmiałem cię 
o nic prosić, bo się bałem, że zabraknie ci cierpliwości.

Giles uśmiechnął się smutno.
- Czułem się bardzo podobnie. Wiedziałem, że jeśli uczynię coś, co mogłoby 

bardziej napiąć nasze stosunki, odlecisz jak motyl i nigdy nie wrócisz.

Robin z trudem przełknął ślinę. W tej chwili był bardziej bezbronny niż gdy 

przeszukiwał bibliotekę Napoleona.

- Byłeś zbawieniem mojego dzieciństwa, Giles. Jesteś jednym z dwojga, nie, z 

trojga ludzi, za których oddałbym życie. Żałuję, że nie powiedziałem ci tego wcześniej. 
Tak mi przykro, że choć przez sekundę myślałeś, że mi na tobie nie zależy.

Giles ukrył twarz w dłoniach. Kiedy opuścił ręce, w oczach lśniły mu łzy.
- Bracia winni się kochać, ale sądziłem, że w naszym przypadku większość tych 

uczuć żywię ja.

Giles miał rację, bracia powinni się kochać i oni się kochali. Dopiero teraz zdał 

sobie z tego sprawę, prawie po trzydziestu trzech latach. To było takie proste. Bez 
słowa wyciągnął dłoń do Gilesa. Ten pochwycił ją skwapliwie. Teraz wreszcie Robin 

poczuł, że wrócił do domu.

Puścił dłoń brata i powiedział:

- Ta rozmowa powinna się odbyć już wiele lat temu - powiedział. - Mimo to 

dziwię się, dlaczego akurat teraz, w samym środku przyjęcia?

Giles roześmiał się z zakłopotaniem.
-   Kiedy   zauważyłem,   jak   zauroczyłeś   Desdemonę,   na   powierzchnię   wyszły 

wszystkie braterskie uprzedzenia. Nie przeszkadza mi, kiedy uwodzisz inne kobiety, 
ale ona jest dla mnie ważna.

- Uwierz mi, że nie masz się czego obawiać. Cała nasza rozmowa dotyczyła 

background image

ciebie.   Ta   kobieta   wyobraża   sobie,   że   potrafisz   chodzić   po   wodzie.   Nie 

wyprowadzałem jej z błędu. Domyślałem się, że masz w stosunku do niej jakieś plany 
i nadzieje.

- To prawda - uśmiechnął się Giles. - Chyba pójdę teraz jej poszukać. Jestem 

szczęśliwszy, kiedy jest przy mnie.

Robin  doskonale   go rozumiał.  Rozmowa   z  bratem   była   bardzo  cenna,  choć 

bardzo spóźniona, ale czuł się, jakby przepuszczono go przez maszynę oczyszczającą. 

Bardziej niż czegokolwiek na świecie potrzebował teraz Maxie.

background image

32

Robin znalazł Maxie rozmawiającą z lordem Michelem Kenyonem, wysokim 

mężczyzną   o orzechowych  włosach  i  twardych  rysach  doświadczonego  wojownika. 

Maxie spojrzała na Robina ze złośliwym błyskiem w oku.

-   Lord   Michael   opowiadał   mi,   że   spotkał   cię   w   Hiszpanii.   Kiedy   trochę   go 

nacisnęłam, wspomniał, że udawałeś tam irlandzkiego księdza.

Robin przewrócił oczami.

- Niestety, to prawda. W czasie wojny na Półwyspie pracowało wielu księży 

szpiegów z irlandzkiego Uniwersytetu Salamanca. Tak się zdarzyło, że musiałem się 

za takiego przebrać. - Skrzywił wargi. - Udało mi się także dać się postrzelić. Jestem 
pewien, że lord Michael nie wspominał, iż znalazł mnie broczącego krwią i że miał tyle 

zdrowego rozsądku, żeby zaciągnąć mnie do centrum dowodzenia Wellingtona.

A więc to w takich okolicznościach Robin nabawił się tej straszliwej szramy po 

kuli.   Nie   przejmując   się,   że   zgorszy   gości,   wspięła   się   na   palce   i   cmoknęła   lorda 
Michaela w policzek.

- Dziękuję. O życie Robina musiała się troszczyć cała gwardia aniołów stróżów.
Lord Michael spojrzał na nią zdumiony, ale zadowolony.

-   Słyszałem,   że   Amerykanki   są   zachwycająco   bezpośrednie,   ale   nigdy   nie 

miałem szczęścia osobiście się o tym przekonać. Czy w Bostonie jest więcej takich 

kobiet jak pani?

- Maxima jest wyjątkowa - stwierdził Robin.

- Tego się obawiałem.
Po wymienieniu jeszcze kilku zdań, ich rozmówca odszedł. Maxie odprowadziła 

go wzrokiem.

- Czy istnieje lady Michael?

- On nie jest żonaty. Interesuje cię miejsce przy jego boku? - zapytał sucho 

Robin.

- To absurdalne pytanie, nawet jak na ciebie - prychnęła gniewnie. - Po prostu 

byłam ciekawa. Ten pan wspaniale flirtuje, ale jego serce nie jest wolne.

-   Interesujące.   Według   Margot   spędza   czas   w   towarzystwie   Luciena   i   Kit, 

szukając   odpowiedniej   kandydatki   na   żonę.   Może   już   ją   znalazł.   -   Porzucając   ten 

temat powiedział: - Przyszedłem cię zapytać, czy nie masz ochoty zaczerpnąć świeżego 
powietrza. Ogrody Candover w nocy to niezwykły widok.

background image

Maxie była zachwycona gośćmi, lecz bardzo chętnie przystała na propozycję 

spędzenia chwili sam na sam z Robinem. Zanim jednak wyszli na zewnątrz, Robin 
rozejrzał się po salonie.

- Jest trochę chłodno. Jak znam Maggie, położyła tu gdzieś szale dla dam, w 

razie gdyby zechciały wyjść do ogrodu.

I   rzeczywiście   na   stoliku   przy   drzwiach   na   taras   znalazł   kilka   miękkich 

narzutek.

-   Maggie   myśli   o   wszystkim   -   z   podziwem   skomentowała   Maxie.   Robin 

pieczołowicie otulił szalem ramiona towarzyszki. Wyszli na kamienne patio i zeszli po 

schodach na ścieżkę, przy której stały małe lampiony, wysyłające delikatne światło. 
Obszerny   szal   sięgał   Maxie   do   kolan,   ochraniając   przed   chłodnym   wieczornym 

powietrzem. Jeszcze cieplejsze było ramię Robina, którym ją objął, kiedy zniknęli z 
widoku gości. Szli o wiele za blisko siebie niż wymagała tego przyzwoitość. Jednak 

Maxie   to   nie   przeszkadzało.   Wręcz   odwrotnie.   Byli   sobie   tak   bliscy,   że   z   trudem 
pamiętała o dobrych manierach. Podniosła oczy, chcąc coś powiedzieć, ale zamiast 

tego zmarszczyła brwi, bo z twarzy Robina zniknął pogodny wyraz, ustępując miejsca 
zmęczeniu.

- Czy coś się stało? - zapytała. Rzucił jej przelotne spojrzenie.
-   Powinienem   wiedzieć,   że   to   zauważysz.   Właśnie   miałem   z   Gilesem 

najpoważniejszą kłótnię w życiu.

Maxie zatrzymała się gwałtownie.

-   To   okropne.   Nic   dziwnego,   że   masz   taką   poszarzałą   twarz.   Myślałam,   że 

dobrze się rozumiecie.

- Bo tak jest, ale istniało wiele zadawnionych problemów. - Westchnął. - Dzisiaj 

wyrzuciliśmy wszystkie nasze żale.

- Z tego co zauważyłam, siostrom łatwiej jest się ze sobą przyjaźnić niż braciom 

- stwierdziła  Maxie. - Bracia często ze sobą rywalizują.  Musi być jeszcze trudniej, 

kiedy starszy jest dziedzicem i spadkobiercą wielkiej fortuny.

- Masz rację. Też to zauważyłem. Całe szczęście, że my z Gilesem jesteśmy pod 

tym względem odmienni. - Uścisnął Maxie i ruszył dalej. - Ustaliliśmy, że podłożem 
naszej  dzisiejszej  kłótni  jest  śmierć  naszej  matki.  Ojciec  mnie za   nią  obwiniał,   co 

rzutowało   na   całą   rodzinę.   Giles   stał   się   nad   wiek   poważny   i   odpowiedzialny, 
opiekował   się   wszystkimi,   czego   nie   powinno   robić   żadne   dziecko,   a   ja   znowu 

zostałem buntownikiem. W rezultacie nie umieliśmy pokazać, ile dla siebie znaczymy. 

background image

Kiedy wróciłem z Francji zeszłej jesieni, nie byłem pewien, czy Giles przyjmie mnie do 

Wolverhampton.   Nie   zdawałem   sobie   sprawy,   że   jest   urażony,   iż   wyjechałem   tak 
daleko i na tak długo.

- Czy zdołaliście rozwiązać wasze konflikty? Uśmiechnął się.
- Tak, dzięki Bogu. Jesteśmy sobie teraz bliżsi niż dawniej.

- Cieszę się - powiedziała, nie potrafiąc ukryć rozdrażnienia. - Twojemu ojcu 

należałyby   się   baty.   Jak   można   zrzucać   własne   poczucie   winy   za   śmierć   żony   na 

bezbronne niemowlę?

- Poczucie winy? Nie rozumiem.

- Twoja matka nie zaszła w ciążę bez pomocy - zauważyła. - Miała może już 

jakieś kłopoty z porodami?

- Giles mówił, że była słabego zdrowia i poroniła kilkakrotnie. Wcale jej to nie 

zaskoczyło.

- Gdyby twój ojciec bardziej się pilnował, nie nadszarpnąłby jej zdrowia.
- Nigdy o tym nie pomyślałem - powiedział po długiej chwili milczenia.

-  Każda  kobieta  pomyślałaby   o tym  na   pierwszym  miejscu.  Uśmiechnął   się 

gorzko.

- Szkoda, że w Wolverhampton nie mieliśmy tak wrażliwej kobiety jak ty. Ona 

by nas poustawiała.

Doszli do niewielkiej greckiej świątyni. Była tak proporcjonalna, że wyglądała 

na   prawdziwą.   Kilka   schodów   prowadziło   do   zacisznego   miejsca   z   wygiętymi 

ławeczkami i kamiennym ołtarzykiem, schowanym trochę w tyle. Pasował raczej na 
piknik niż na ofiarnego barana. Widok był zachwycający.

Robin   popatrzył   na   towarzyszkę.   Światło   księżyca   oświetlało   jej   kształtną 

figurę. Nie mogąc się oprzeć, uniósł jej podbródek i pocałował. Chciał, by pocałunek 

był delikatny i czuły, ale kiedy tylko dotknął jej ust, stracił panowanie nad sobą. W 
ciągu ostatnich dni prześladowały go wspomnienia z przeszłości i nie przetrwałby, 

gdyby   nie   ta   kobieta   w   jego   ramionach.   Potrzebował   jej   jak   wędrowiec   wody   na 
pustyni.

Wciągnął ich powolny taniec pożądania, który zaczął się, kiedy Robin przyszedł 

do sypialni Maxie i trwał przez cały wieczór. Ale to co czuł w tej chwili, wykraczało 

poza   namiętność,   to   była   czysta   potrzeba   doświadczenia   jej   ciepła   i   czarujących 
tajemnic jej ciała. Wsunął dłonie pod miękki szal, pragnąc czuć cudowne krągłości. 

Kiedy Maxie jęknęła, chwycił palcami jej sutek. Natychmiast stwardniał. Jednak on, 

background image

pragnął więcej, o wiele więcej. Objął Maxie w talii i posadził na kamiennym ołtarzu. 

Zdumiona wciągnęła głęboko powietrze, lecz zaraz się rozluźniła, opierając dłonie na 
brzegu ołtarza.

Robin oparł dłonie na jej rękach, pochylił się i potarł policzkiem o jej policzek. 

Miała skórę delikatną jak płatek kwiatu, chłodną na powierzchni, z pulsującym pod 

skórą życiem. Lekko dmuchnął jej w ucho i czubkiem języka obrysował jego kształt. 
Maxie   westchnęła   z   rozkoszy,   wyciągając   szyję   jak   kotka.   Zsunął   brodą   szal   z   jej 

ramion. Spłynął w dół na ich dłonie oparte o ołtarz. Robin pochylił się i dotknął jej 
szyi. Całe jego ciało domagało się połączenia w jedno z tą mądrą i namiętną kobietą. 

Niechcący dotknął naszyjnika i szybko przesunął usta niżej. Ta błyskotka kosztowała 
go małą  fortunę, ale rubiny i brylanty  wydały  mu się bryłą  lodu w porównaniu z 

gorącym ciałem Maxie. Z żarliwą czułością przywarł do jej piersi, wdychając kobiecy 
zapach.  Próbując hamować pożądanie,  wolno przesunął dłonie na pośladki  Maxie, 

potem na brzuch i niżej do wrażliwego miejsca między nogami.

- Czas się zatrzymać - sapnęła.

- Jeszcze nie. - Rozsunął szerzej jej uda i stanął między nimi, żeby nie mogła 

ich   złączyć.   Ponownie   odnalazł   usta   kochanki,   pragnąc,   żeby   mu   się   całkowicie 

oddała, żeby o nic nie pytała. Podciągnął brzeg sukni i oparł dłonie na kolanach, nie 
przerywając   pocałunku.   Potem   jego   dłonie   powędrowały   wyżej,   w   poszukiwaniu 

kobiecej esencji.

Maxie poddawała się tym pieszczotom, ale była zbyt mądra, by dać się zwieść. 

Kiedy poczuła dotyk jego rąk na wewnętrznej stronie ud, spróbowała złączyć nogi. Nie 
pozwolił na to, a nacisk jej kolan na jego biodra tylko bardziej go rozpalił. Złapana w 

pułapkę, zamarła.

-   Robin   -   odezwała   się   zdyszanym   głosem.   -   Musimy   wracać.   To   nie   jest 

odpowiednie miejsce ani czas.

Nie bała się, jeszcze nie. Nie wybaczyłby sobie, gdyby ją przestraszył, ale nie 

mógł   się   od   niej   oderwać.   Oddychał   z   trudem.   Wyprostował   się   i   otoczył   Maxie 
ramieniem. W skroniach mu pulsowało, lecz jeszcze mocniej w lędźwiach. Była taka 

drobna, tak bezbronna, a jednak miała nad nim taką władzę.

- Przepraszam - wyszeptał. - Masz rację, ale, Chryste, mam wrażenie, że jeśli 

cię teraz nie wezmę, to umrę.

Chciał, żeby zabrzmiało to żartobliwie, nie chciał, by usłyszała w jego słowach 

melodramatyczną nutę, ale tym razem głos go zawiódł. Ciało domagało się spełnienia. 

background image

W uszach dźwięczały mu własne słowa. Jeśli cię teraz nie wezmę, to umrę. Jeśli cię  

teraz nie wezmę, to umrę.

Nie chodziło tylko o zaspokojenie fizycznej potrzeby. Pragnął jej na zawsze, 

jako kochanki, partnerki, żony. Ale musiał się z nią kochać, teraz i w tym miejscu. Nie 
potrafiąc oprzeć się pragnieniu, chwycił się ostatniej deski ratunku.

- Nie chciałaś kochać się ze mną w domu Maggie, ale teraz nie jesteśmy w 

domu.

-   Och,   Robinie,   Robinie,   ty   zdradziecki,   srebrnousty   diable.   -   Westchnęła, 

wyrażając tym niechęć i rozbawienie. - Co ja mam z tobą zrobić?

Zamknął oczy, zawstydzony, że tak dobrze go znała, ale wdzięczny, że nadal 

mówiła do niego z czułością.

Przesunęła   dłonią   po   jego   włosach,   potem   po   twarzy.   Ostudziła   chłodnymi 

palcami rozgorączkowane skronie. Dotknęła kciukiem rozwartych ust, potem objęła 

jego głowę  rękami   i pocałowała.  Kiedy  ich  usta  się złączyły,   zsunęła  dłoń w dół i 
dotknęła wypukłości w spodniach.

Robin zesztywniał, przez ciało przeszedł mu dreszcz.
- Mam nadzieję, że nikt nie zdecyduje się na spacer po ogrodzie - wymamrotała 

i sięgnęła do górnego guzika rozporka.

Po chwili zaskoczenia sam rozpiął guziki i uwolnił rozpaloną męskość. Wsunął 

palce między jej uda. Była gorąca i wilgotna.

Maxie westchnęła namiętnie, doprowadzając go tym do szału. Uniósł jej prawą 

nogę i otoczył nią biodro, potem to samo zrobił z drugą. Była teraz otwarta i gotowa. 
Wszedł w nią jednym silnym pchnięciem. Jęknęła z rozkoszy i bólu i ukryła twarz na 

jego   ramieniu.   Już   samo   zagłębienie   się   w   niej   przyprawiało   go   o   ekstazę.   Ciało 
pulsowało mu jak szalone. Czuł się tak, jakby dobił do bezpiecznego portu, jednak 

wciąż szalała w nim burza. Wokół nich unosił się zapach namiętności, tak intymny jak 
ich złączone ciała. Robin prawą ręką podtrzymał plecy Maxie, a prawą wsunął między 

nogi i odnalazł wrażliwy punkt. Jęknęła i zaczęła poruszać biodrami, aż przeszedł ją 
konwulsyjny   dreszcz.   W   tej   chwili   i   nim   wstrząsnęła   seria   spazmów,   jednak   w 

centrum obezwładniającego, szalonego orgazmu był spokój. Dysząc przytulił czoło do 
czoła Maxie.

- O Boże! Chciałbym... chciałbym dać ci coś, co sprawiłoby ci tyle rozkoszy, ile 

ty mi dajesz.

Rozkoszy. Była zadowolona, że nie mógł widzieć jej twarzy. Kiedy zobaczyła, 

background image

jak   bardzo   jej   potrzebuje,   oddała   mu   się   bez   zahamowań.   W   zamian   otrzymała 

oszałamiające   przeżycie.   Jednak   pragnęła   być   czymś   więcej   niż   tylko   źródłem 
seksualnego spełnienia. Nieprawda.

Robin dawał jej wszystko, co mógł. Nie jego wina, że jej nie kochał. Z nadzieją, 

że mięśnie jej nie zawiodą i się nie przewróci, odsunęła się od kochanka.

- Chyba pogniotłam ci halsztuk.
- Zachowam go na pamiątkę do końca swoich dni.

To   romantyczne   wyznanie   przypieczętował   pocałunkiem.   Maxie   zadrżała. 

Wcześniej  przyrzekła  sobie, że musi oddać się Robinowi  jeszcze jeden raz.  Czy to 

szybkie i zwariowane przeżycie to było to? Próbowała spojrzeć w przyszłość z wiarą, że 
mają przed sobą całe życie na uprawianie miłości, ale nie widziała nic prócz ciemnej 

mgły rozpaczy.

-   Zimno   ci?   -   zapytał   z   troską,   kiedy   ponownie   zadrżała.   -   Czas   poprawić 

ubrania  i wrócić do domu. - Pochwycił  ją w pasie i postawił  na ziemi. Wyciągnął 
chusteczkę, by mogła się wytrzeć i dodał: - Wystarczy, że będziemy wyglądać godnie. 

W niewinność nikt nie uwierzy.

- Nie mamy szans, żeby ukryć to, co się między nami zdarzyło. - Wygładziła 

suknię.   -   Mam   nadzieję,   że   wszyscy   pomyślą,   że   poprzestaliśmy   tylko   na   kilku 
pocałunkach.

- Naturalnie, że tylko tyle się wydarzyło - stwierdził z powagą. - W końcu ty 

jesteś niewinną panną, a ja dżentelmenem.

- W naszym przypadku to bardzo złudne pojęcia.
Włosy jej się rozpadły, więc je poprawiła, wsuwając spinki na miejsce. Robin 

objął ją ramieniem i ruszyli w stronę domu.

- Zabrałem cię do Ruxton między innymi po to, żeby sprawdzić, czy ci się tam 

spodoba - powiedział z wahaniem. - Zawsze lubiłem to miejsce, choć byłem tam może 
ze dwanaście razy w życiu. Czy myślisz, że mogłabyś być szczęśliwa w Ruxton?

Przypomniała sobie ciepłe mury, zielone wzgórza i miłą, zachęcającą atmosferę 

domu. Ruxton pragnęło być domem, a ona jest kobietą, która pragnie stałego miejsca.

-   Tak,   jeśli...   jeśli   między   nami   się   ułoży,   mogłabym   być   tam   szczęśliwa   - 

odparła cicho.

Pozostawało to - jeśli.

background image

33

W drodze powrotnej do domu Desdemona i Giles rozmawiali o nieistotnych 

sprawach.   Duża   dłoń   markiza   spoczywająca   na   jej   ręce   sprawiała,   że   Desdemona 

czuła się absurdalnie szczęśliwa.

Giles   odprowadził   ją   pod   drzwi,   przytrzymał   za   ramiona   i   spojrzał   w   oczy. 

Zastanawiała się, czy zamierza ją pocałować na samym środku Mount Street. W tej 
chwili pokojówka otworzyła drzwi i markiz cofnął ręce.

-   Dobranoc,   Desdemono.   To   był   wspaniały   wieczór.   Tak   i   zbyt   szybko   się 

skończył.

- Jeszcze nie jest późno. Może wejdziesz na kilka minut, na kieliszek brandy?
Zawahał   się,   jakby   zamierzał   odmówić.   Zaskoczona   własną   natarczywością, 

uśmiechnęła się do niego.

- Dobrze?

- W takim razie na kilka minut - odparł po zawstydzająco długiej chwili.
Desdemona odesłała służbę do łóżek, wprowadziła gościa do saloniku i nalała 

im po kieliszku brandy. Usiedli naprzeciwko siebie i rozpoczęli zdawkową rozmowę. 
Wcześniejsza swobodna atmosfera zniknęła. Giles przyglądał się gospodyni z chmurą 

w   oczach.   Przez   cały   wieczór   myślała,   że   mu   się   podoba,   teraz   nie   miała   już   tej 
pewności.   Być   może   jego   zainteresowanie   było   chwilowe,   a   teraz   nie   wie,   jak   się 

wycofać.

Skończył swoje brandy i wstał.

- Chyba już pójdę.
Popatrzyła na niego, przekonana, że popełniła jakiś błąd.

- Nie patrz tak na mnie, jakbym właśnie oddał głos przeciw jednemu z twoich 

projektów ustaw - powiedział z rozbawieniem.

Odwróciła   wzrok,   starając   się   zapanować   nad   wyrazem   twarzy.   Kobieta 

powinna od najmłodszych lat uczyć się ukrywać uczucia. A ona, grubo po trzydziestce, 

zachowuje się jak naiwny podlotek.

Giles zaklął pod nosem.

- Nie chodzi o ciebie, Desdemono, ale o mnie - powiedział otwarcie. - Jeśli 

zostanę, nie powstrzymam się, żeby trzymać ręce z dala od ciebie, co prawdopodobnie 

nie   bardzo   by   ci   się   spodobało.   Nie   zgadzałoby   się   to   również   z   moimi   planami 
subtelnych zalotów.

background image

Zalotów? Desdemona odetchnęła z ulgą.

- Nie przypuszczam, żebyś zaczął się zachować jak ogarnięty żądzą potwór. A 

nawet jeśli, jestem gotowa zaryzykować - dodała ze wstydliwym uśmiechem.

Uśmiechnął się i potrząsnął przecząco głową.
-   Może   i   udałoby   mi   się   zachować   jak   dżentelmen,   ale   nie   mogę   ci   tego 

zagwarantować.

- Dobrze - odparła bez zastanowienia. Wybuchnął śmiechem.

-   Czy   zdajesz   sobie   sprawę,   jak   bardzo   się   zmieniłaś   przez   ostatnie   dwa 

tygodnie?

- Mam nadzieję, że na lepsze.
- Naturalnie. - Oparł się o gzyms kominka i założył ręce na piersi. - Może za 

wcześnie na oficjalne oświadczyny, ale chciałbym, żebyś przemyślała taką możliwość.

Desdemona   popatrzyła   na   niego   z   przestrachem.   Do   tej   pory   cieszyło   ją 

towarzystwo   Gilesa  i  okazywany   jej podziw,  ale  rzeczywistość  zawisła  nad  nią  jak 
ciemna chmura.

Widząc zaniepokojenie na jej twarzy, Giles uniósł brwi.
- Chyba nie jesteś zaskoczona. Już mówiliśmy o tym w Daventry.

- Sądziłam, że kiedy to sobie przemyślisz, nie oświadczysz się - odrzekła cicho.
Uśmiechnął się krzywo. Uwielbiała ten jego uśmiech.

- Nie jestem pewien,  czy  mam twą  odpowiedź  odebrać jako  brak  wiary  we 

mnie,   czy   w   samą   siebie.   -   Spoważniał.   -   Stanowisz   żywy   dowód,   że   kobiecie 

niepotrzebny   jest   mąż,   by   wieść   wartościowe   życie.   Pewnie   wolałabyś   też   kogoś 
bardziej obiecującego. Powiedz mi... powiedz mi to teraz, a nigdy więcej nie poruszę 

tego tematu.

To zdanie uzmysłowiło Desdemonie, że nie tylko ona może się czuć niepewnie.

- Jestem przekonana, że byłbyś doskonałym mężem. Problem w tym - z trudem 

przełknęła ślinę - że nie wiem, czy ja byłabym odpowiednią żoną.

Giles spojrzał jej w oczy.
- Jesteś szczera, piękna, masz dobre serce i nie znosisz głupców. Jak dla mnie 

to wspaniałe kwalifikacje na żonę.

Uśmiechnęła się, ale unikała jego wzroku.

-   Nie   wiem,   czy   będę   w   stanie   dać   ci   dziedzica.   To   prawda,   że   niedługo 

dzieliłam łoże z moim mężem, więc może nie jestem bezpłodna, ale skończyłam już 

trzydzieści lat...

background image

- To nieistotne - wszedł jej w słowo. - Oświadczam ci się, bo pragnę, żebyś 

została moją żoną, a nie cielną krową. Nie przeszkadza mi myśl, że Robin albo jego 
syn   odziedziczą   Wolverhampton.   -   Przez   jego   twarz   przemknął   cień   bólu.   -   Moja 

matka   i   moja   pierwsza   żona   umarły   w   połogu.   Nie   chciałbym   tego   powtórnie 
przeżywać.

Desdemona   popatrzyła   na   swoje   dłonie   złożone   na   kolanach.   Wiedział,   że 

problem leży w czymś innym. Zmusiła się, by spojrzeć na markiza.

- Jest jeszcze jedna rzecz, z powodu której obawiam się, że nie będę dla ciebie 

odpowiednią żoną. Jesteś ciepłym, zmysłowym mężczyzną. Z pewnością pragniesz też 

takiej żony, a ja nie wiem, czy potrafię być taka.

Miała nadzieję, że zrozumie, o co jej chodzi, ale liczyła na zbyt wiele.

- Czy mogłabyś mi to bliżej wyjaśnić? - zapytał cicho. Spuściła głowę i głos jej 

się załamał.

- Mój mąż... on zawsze powtarzał, że dzielenie ze mną łoża to jak mieć obok 

sopel lodu, że pierwsza lepsza dziwka z ulicy byłaby cieplejsza ode mnie.

Giles przeszedł pokój, usiadł na poręczy fotela i objął ją ramieniem.
- Ciii, kochanie - szepnął, kołysząc ją lekko i opierając policzek na jej głowie. - 

Niewiele kobiet potrafi okazać namiętność w nieudanym związku. Nie bierz do siebie 
słów tego egoistycznego brutala.

Drżąc przywarła do Gilesa. To, co powiedział, podniosło ją na duchu.
Pogładził japo włosach.

- Jesteś tak niewiarygodnie szczera. Chyba nie ma w Londynie drugiej kobiety, 

która świadomie uczyniłaby podobne wyznanie w sytuacji, gdy oświadcza się jej sam 

markiz.

Odchyliła się i spojrzała mu w oczy.

-   Nie   chcę   wyjść   za   markiza,   lecz   za   Gilesa   Andreville’a,   najmilszego, 

najzabawniejszego i najprzystojniejszego mężczyznę w Anglii.

Na twarz Gilesa powoli wypływał uśmiech.
- Wygląda na to, że obydwoje uważamy małżeństwo za dobry pomysł, a więc na 

kiedy ustalamy datę ślubu?

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo pochylił się i przycisnął usta do jej ust. Pożądanie 

stłumiło   jej   niedawne   obawy.   Z   zapałem   oddała   pocałunek   żałując,   że   nie   ma 
większego doświadczenia.

Giles uniósł głowę i uśmiechnął się.

background image

- Nie całujesz jak oziębła kobieta.

Wstał pociągając ją za sobą i mocno przytulił.
Uwielbiała jego muskularne ciało. Był jedynym mężczyzną, który sprawiał, że 

czuła się delikatna i kobieca. Przywarła do niego, zatracając się w pocałunku.

Oderwał się od niej, ciężko oddychając.

-   Sądzę,   że   dojdziemy   do   porozumienia,   prawda?   Może   miał   rację,   ale   nie 

chciała ryzykować.

- Małżeństwo jest na zawsze, Giles - powiedziała. - Będzie lepiej, byśmy później 

nie musieli niczego żałować. Powinnam mieć pewność, że... że potrafię wypełnić moją 

cześć umowy.

- Nigdy nie uzyskamy takiej gwarancji, Desdemono - odparł Giles. - Myślę, że 

wystarczy wierzyć, iż miłość pomoże nam przetrwać. - Dotknął czule jej policzka. - A 
ja cię kocham.

- Ja też cię kocham - wyszeptała. - Ale nie mam tyle wiary co ty. Myślę, że 

będzie lepiej, jeśli najpierw... spróbujemy.

Popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Desdemono, czyżbyś składała mi propozycję? Skinęła głową, czerwieniąc się i 

spuszczając oczy.

Objął   ją   ramieniem   i   wybuchnął   śmiechem.   Zawstydzona   i   upokorzona 

próbowała wyrwać się z objęć. Przytrzymał ją mocno i nie pozwolił odejść.

-   Czy   zdajesz   sobie   sprawę,   jakie   to   paraliżujące   dla   mężczyzny,   kiedy   się 

dowiaduje, iż całe jego życie zależy od jednej nocy?

Kiedy zrozumiała, że śmiał się nie z niej, lecz z siebie oraz z absurdalności 

ludzkiej natury, również zaczęła się śmiać.

- To nie musi być wcale jedna noc. - Uśmiechnęła się figlarnie i wtuliła mocniej 

w   jego   ramiona.   -   I   choć  już   bardzo   dawno   nie   byłam   z   mężczyzną,   nie   odnoszę 
wrażenia, żebyś był sparaliżowany.

Giles wciągnął gwałtownie powietrze i przycisnął ją do siebie.
- Sprawdzimy, czy zdołam cię przekonać, iż będziesz najlepszą z żon? - Pochylił 

się i przywarł do jej ust w pocałunku, który odebrał im dech w piersiach.

Bez   słowa   poprowadziła   go   do   pokoju   na   górze.   Z   głową   opartą   na   jego 

ramieniu czuła się niewymownie szczęśliwa. W czasie pocałunku nagle zrozumiała, że 
Giles miał rację, że to tajemnicze przyciąganie, które do niego czuła, sprawi, iż będzie 

ciepłą i namiętną żoną. Ale szkoda było zaprzepaścić taką okazję.

background image

-   Pozwól   mi   na   siebie   popatrzeć   -   powiedział   Giles   po   zamknięciu   drzwi 

sypialni.

Pokojówka   zostawiła   zapaloną   lampkę   na   nocnym   stoliku.   W   jej   świetle 

Desdemona dostrzegła namiętność płonącą w oczach Gilesa. Stała na środku pokoju, 
a   Giles   obszedł   ją   dokoła.   Odpiął   perły   z   szyi,   dotykając   karku   ustami,   a   potem 

rozpuścił jej włosy i zanurzył w nich twarz.

- Już dawno pragnąłem to uczynić. Twoje włosy są jak jedwabisty ogień, jak 

zresztą ty cała.

Jego oddech rozpalił w niej krew, a zachwyt w głosie rozgrzewał serce.

- Ja także chcę cię widzieć, Giles - powiedziała z budzącą się pewnością siebie.
Odwiązała mu halsztuk, potem rozpięła guziki koszuli i dotknęła dłonią jego 

szerokiej piersi. Czuła, jak mocno bije mu serce.

Powoli   rozbierali   się   nawzajem,   rozbudzając   płomień   pożądania   gorącymi 

słowami i pieszczotliwym dotykiem.

-  Jesteś  piękna  -  wyszeptał  Giles,   kiedy  zsunął  jej  z  ramion  koszulę.   - Tak 

wspaniale piękna. Tak musiała wyglądać Boedicea, brytyjska królowa - wojownik, o 
złocistorudych   włosach   i   kobiecych   kształtach.   -   Uśmiechnął   się.   -   Od   Daventry 

nieustannie miałem w oczach twoją cudowną szyję.

Zarumieniła się.

- Czy to w nią się wpatrywałeś przez cały wieczór?
- Oczywiście. Jestem przecież dżentelmenem. - Wsunął ręce pod obfity biust, 

obejmując go i pieszcząc. - Marzyłem o tym. - Zanurzył twarz w miękkich, ciepłych 
krągłościach i zaczął ssać jej sutki.

Desdemona westchnęła i odchyliła głowę. Po raz pierwszy w życiu cieszyła się z 

posiadania   takiego   ciała,   bo   dawało   Gilesowi   tyle   przyjemności,   a   najbardziej   na 

świecie pragnęła go zadowolić i zrewanżować za uczucie, które dzięki niemu w niej 
rozkwitało.

Kiedy położyli się obok siebie, byli jak partnerzy. Desdemona nie mogła się 

doczekać,   kiedy   wreszcie   staną   się   jednym.   Nawet   spełnienie   przeżywali   razem,   z 

okrzykiem uniesienia na ustach.

To była noc odkrywania, zmysłowości i radości, zbyt cenna, by marnować ją na 

sen. Desdemona przekonała się, że nie jest oziębła, wręcz odwrotnie. Udało jej się też 
przekonać   Gilesa,   że   tylko   idiotka   mogła   go   uważać   za   nudziarza.   Kiedy   się   nie 

kochali, leżeli w swoich objęciach i rozmawiali, dzieląc się myślami równie intymnie 

background image

jak ciałami.

- O tej porze roku słońce wstaje stanowczo za wcześnie - stwierdził z niechęcią 

Giles. - Nie chcę odchodzić, ale już czas.

Oparła   mu   podbródek   na   piersi.   Zniknęła   gdzieś   zagniewana,   agresywna 

kobieta,   która   wpadła   do   jego   biblioteki   i   spokojnego   życia.   Teraz   była   samą 

łagodnością.

- Po co masz wychodzić? Służba i tak się już wszystkiego domyśla.

- No może prócz mojego woźnicy - uśmiechnął się. - Przyznaję, że dla osób w 

naszym   wieku,   przyzwoitość   nie   stanowi   najistotniejszej   kwestii,   ale   nie   chcę,   by 

wokół twojej osoby krążyły plotki.

Uśmiechnęła się uwodzicielsko i wygięła ciało. Nie mógł się powstrzymać, by 

jej nie pocałować. Oderwał od niej usta dopiero, kiedy zabrakło mu tchu.

-   Jesteś   bezwstydną   kobietą,   a   ja   szczęściarzem.   Desdemona   spłonęła 

rumieńcem.

-   Te   zachwycające   rumieńce   sięgają   dalej   niż   przypuszczałem   -   zauważył   z 

zainteresowaniem.

Desdemona zaczerwieniła  się jeszcze  bardziej.  Giles doszedł do wniosku, że 

musi sprawdzić jak daleko sięga rumieniec. Tym sposobem upłynęło następne pół 
godziny.

- Nie wiedziałam, że może tak być - wyznała, przytulając się do niego.
- Ja też nie.

Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Naprawdę?

-   Naprawdę.   -   Pogłaskał   japo   nagim   ramieniu.   -   Sądziłem,   że   mam   w  tym 

doświadczenie, ale nigdy wcześniej nie spałem z kimś, kogo kocham. Nic się z tym nie 

może   równać.   -   Znowu   ją   pocałował.   -   Czy   jesteś   gotowa   podjąć   decyzję   co   do 
małżeństwa, czy potrzebujesz więcej czasu?

Roześmiała się i objęła go za szyję.
- Czy sądzisz, że jestem aż tak głupia, by wypuścić cię z rąk?

background image

34

Zajazd „Abingdon” stał przy Long Acre blisko Covent Garden.  Kiedy powóz 

zatrzymał się przed wejściem, Maxie czuła, że ciało drętwieje jej od napięcia. Od rana 

miała wrażenie, że zawisła nad nią czarna chmura strachu. Przeczucie mówiło jej, że 
kroczy  drogą, która wstrząśnie  jej życiem.  Jednak nie miała  wyboru, jak  tylko iść 

dalej. Uzgodnili z Robinem, że najlepiej będzie, jeśli po prostu odwiedzą zajazd i na 
miejscu zadadzą kilka pytań. Z pewnością ktoś pamiętał śmierć jednego z gości. Jeśli 

odpowiedzi okażą się wykrętne, to również naświetli im sytuację.

Robin pomógł Maxie wysiąść z powozu. Zatrzymała się na chwilę, by przyjrzeć 

się   budynkowi.   Był   mały   i   schludny.   Ojciec   nie   miał   pieniędzy   na   kosztowniejsze 
miejsca.

Wzięła Robina pod ramię, uniosła głowę i ruszyli do drzwi.
Kiedy   młoda   para   wchodziła   do   zajazdu,   właściciel   sklepu   tytoniowego   po 

drugiej stronie ulicy obserwował ich z uwagą. To muszą być oni, pomyślał. Blondyn o 
arystokratycznym wyglądzie i ciemna mała Wenus. Pokiwał głową. Tak, to na pewno 

oni. Odwrócił się do młodego asystenta.

- Idź i powiedz Simmonsowi, że ludzie, o których pytał, weszli do Abingdon. 

Pospiesz się, a jak go tam nie znajdziesz, to go poszukaj. Dostaniesz pół korony, jeśli 
się dobrze spiszesz.

Był ogromnie zadowolony, bo sam miał dostać trzy gwinee.
Wcześniej   umówili   się,   że   mówić   będzie   Robin,   bo   mężczyźni   są   zazwyczaj 

traktowani poważniej. Podeszli do młodego krostowatego recepcjonisty.

-   Czy   możemy   rozmawiać   z   właścicielem?   -   zapytał   Robin.   Chłopak   uniósł 

głowę i obrzucił Maxie taksującym spojrzeniem.

-   Mogę   wam   wynająć   pokój,   ale   zapłacicie   za   cały   dzień,   nawet   jeśli 

potrzebujecie go tylko na godzinę - powiedział.

- Nie chodzi nam o pokój - odparł Robin głosem twardym jak stal. - Chcemy 

rozmawiać z właścicielem. Natychmiast.

Recepcjonista chciał coś odburknąć, lecz w porę zrezygnował.

- Dowiem się, czy Watson was przyjmie.
Maxie nerwowo zaciskała dłonie. Gdyby nie obecność Robina, chodziłaby po 

ścianach.   Była   wdzięczna,   że   nie   wdał   się   w   niepotrzebną   dyskusję,   bo   jeszcze 
mogłaby   temu   młodemu   chłopakowi   odgryźć   głowę.   Pomyślała,   że   powinna   się 

background image

opanować. Zamknęła oczy, zmuszając się do wolniejszego oddychania. Prawda jest 

lepsza niż zadręczanie się strachem.

Wrócił recepcjonista i wskazał kciukiem za siebie.

- Przyjmie was. Tym korytarzem, ostatnie drzwi po lewej. Właściciel był chudy i 

łysy z wyrazem chronicznej irytacji na twarzy. Nie trudząc się podnoszeniem, warknął 

zza biurka:

- Mówcie szybko, o co chodzi. Jestem zajętym człowiekiem.

-   Nazywam   się   lord   Robert   Andreville   -   odparł   sucho   Robin.   -   Jakieś   trzy 

miesiące temu jeden z pańskich gości, pan Collins, zmarł nagle w tym zajeździe.

- Ach, ten Amerykanin. - Twarz Watsona przybrała nieodgadniony wyraz. - 

Tak, mieszkał tu.

-   Czy   mógłby   pan   coś   powiedzieć   na   temat   okoliczności   jego   śmierci?   - 

Ponieważ Watson milczał Robin dodał: - Kto go znalazł i o której? Czy pan Collins żył 

jeszcze, kiedy go znaleziono? Czy wezwano lekarza?

Twarz właściciela spurpurowiała.

- A co to was obchodzi?
- To był mój ojciec! - wybuchnęła Maxie. - Mam prawo wiedzieć, jak wyglądały 

jego ostatnie godziny.

Watson spojrzał na nią nerwowo.

- Przykro mi, panienko - odparł, odwracając wzrok, po czym dodał: - Znalazła 

go pokojówka. Nie żył już. Lekarz powiedział, że to musiało być serce. Zmarł nagle.

- Jak nazywał się lekarz? - zapytał Robin. Watson wstał.
- Zajęliście mi już i tak dużo czasu. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Collins 

umarł i to wszystko. Mogło się to zdarzyć gdziekolwiek i szkoda, że zdarzyło się tutaj. 
A teraz do widzenia. Jestem zajęty.

Maxie otworzyła usta, by zaprotestować, ale Robin pochwycił ją za ramię.
- Dziękujemy za pański czas, panie Watson.

- Chcę z niego więcej wyciągnąć - syknęła Maxie, kiedy wyszli z biura.
- Ale on nic więcej nie powie, chyba że go zmusimy, a na to jest jeszcze za 

wcześnie. Istnieją inne sposoby zdobycia informacji, których potrzebujemy. - Zamiast 
skierować się do wyjścia, Robin ruszył w głąb zajazdu. - Służący zawsze wiedzą, co się 

dzieje i może nikt im nie kazał trzymać języka za zębami.

Drzwi na końcu korytarza wychodziły na kamienne podwórko, z trzech stron 

otoczone stajniami. Maxie poszła za Robinem w stronę otwartych drzwi jednej z nich. 

background image

W środku stajenny oliwił uprząż, pogwizdując fałszywie przez zęby.

- Dzień dobry - rzucił wesoło Robin. Służący spojrzał na niego zaskoczony.
- Dobry dobry. W czym mogę pomóc?

- Nazywam się Bob Andreville. - Robin wyciągnął dłoń. Jego akcent stał się 

amerykański. - Ciekawe, jak długo pan tu pracuje?

-   Dziewięć   czy   dziesięć   lat.   -   Mężczyzna   wytarł   tłustą   dłoń   w   spodnie   i 

potrząsnął ręką Robina. - Will Jenkins. Pan z Ameryki?

- Zgadza się, ale ojciec urodził się w Yorkshire. To moja pierwsza wizyta w 

Anglii. Przyjechałbym wcześniej, ale ta wojna. - Pokręcił głową. - Ohydna sprawa. 

Amerykanie i Brytyjczycy powinni się przyjaźnić.

-   To   prawda   -   zgodził   się   służący.   -   Mam   kuzyna   w   Wirginii.   Pan   może 

stamtąd?

Rozmawiali tak jakiś czas, a Maxie stała obok niespokojna, ale domyślała się, 

że Robin wie, co robi. Od tego służącego dowiedzą się o wiele więcej niż od wrogo 
nastawionego właściciela zajazdu.

W końcu Robin przeszedł do sedna sprawy.
-   Mój   przyjaciel,   Max   Collins,   przyjechał   tu   z   wizytą   kilka   miesięcy   temu, 

niedługo   przed  moim   wypłynięciem.  Słyszałem,   że  umarł,   ale   nikt  nie   wie,   co   się 
dokładnie wydarzyło. Pamiętam, że mówił, że się zatrzyma w zajeździe „Abingdon”, 

więc  skoro  już  jestem  w mieście,   pomyślałem,   że  wpadnę  tu   i  dowiem   się o  nim 
czegoś. Podobno Londyn jest niebezpieczny. Czy może napadli go złodzieje?

-   Nic   podobnego.   Pan   Collins   zmarł   w   swoim   łóżku.   -   Jenkins   potrząsnął 

rozczochraną głową. - Przykra sprawa. To był miły człowiek, uprzejmy dla wszystkich, 

nawet dla tego robaka Watsona. To był szok, kiedy okazało się, że się zabił.

Słowa starca uderzyły Maxie jak pocisk. Poczuła straszliwy ból. Zabił się. Zabił 

się.

Nie, Max by tego nie zrobił - powiedziała.

- Przykro, że to mówię, bo widzę, że to jakiś panienki przyjaciel, ale to prawda - 

powiedział Jenkins ze współczuciem. - Starał się to tak urządzić, żeby nikt się nie 

dowiedział, ale nie był ostrożny. Musiało go coś przygnębić i pewnie nie mógł tego 
dłużej znosić. Każdy czasami ma takie chwile. Z tym że pan Collins należał do tych, 

którzy coś z tym zrobili.

Jako  dziecko   Maxie  topiła   się  w pokrytym  lodem  jeziorze.  Nawet   teraz  nie 

mogła zapomnieć, co przeżyła, kiedy lód się pod nią załamał. Próbowała desperacko 

background image

dotrzeć do brzegu, ale lód dalej pękał. Utonęłaby, gdyby ojciec nie usłyszał jej krzyku i 

nie   uratował.   Teraz   czuła   się   podobnie   jak   wtedy.   To,   co   powiedział   Jenkins, 
wydawało   się   niemożliwe.   Tym   razem   jednak   to   nie   woda   ją   pochłaniała,   lecz 

nieznośny strach.

- Nie - powtórzyła, chowając twarz w dłoniach. - Papa nigdy by się nie zabił. 

Nigdy! - Jednak wszystkie  części łamigłówki ułożyły się ze straszliwą precyzją. To 
wyjaśniało wszystko, czego nie rozumiała. Jak we śnie ruszyła w stronę ulicy. Słyszała, 

jak Robin ją woła, ale głos dochodził jakby z bardzo daleka.

Wypadła na Long Acre i zderzyła się z mężczyzną cuchnącym cebulą. Kapelusz 

spadł jej z głowy i omal się nie przewróciła, ale zdołała utrzymać równowagę. Jak 
nieprzytomna wybiegła na ulicę, nie zważając na ruch. W uszach zagrzmiał jej głośny 

krzyk.   Ktoś   złapał   ją   za   ramię,   wyciągając   spod  konia,   który   wierzgnął   przednimi 
kopytami, a podkowy zalśniły nad jej głową. Nie patrząc na wybawcę rzuciła się do 

biegu,   tak   jakby   gdzieś   przed   nią   znajdowało   się   miejsce,   w   którym   przeszłość 
wygląda  inaczej,  gdzie nie musiałaby  uwierzyć,  iż jej ojciec popełnił samobójstwo. 

Potknęła   się  i   jak   długa   runęła   na   zabłocony   chodnik.   Kolana   i  łokcie   uderzyły   o 
twardy bruk. Wstała i chciała biec dalej, lecz zatrzymały ją silne ręce.

- Stój! - krzyknął Robin. - Na Boga, zatrzymaj się, zanim się zabijesz.
Wyrywała się, ale jej nie puszczał. Odsunął ją w bezpieczniejsze miejsce, a ona 

zaczęła go okładać pięściami.

-   Ojciec   nigdy   by   się   nie   zabił,   nie   zostawiłby   mnie!   -   krzyknęła,   a   z   oczu 

popłynęły łzy. - Kochał życie i mnie. Nigdy by tego nie zrobił!

Robin domyślił się, że próbuje przekonać samą siebie. Trzymał ją mocno za 

ramiona, choć nadal się wyrywała. W końcu łokciem trafiła go w żołądek, aż stęknął. 
Nie było łatwo ją powstrzymać, ale nie odważył się potraktować jej brutalnie.

- Nie wiemy na pewno, co się zdarzyło, Kanawiosta - powiedział ostro, próbując 

ją uspokoić. - Może Jenkins się myli. Musimy dowiedzieć się więcej.

Dziewczyna przestała się wyrywać, ale jej drobnym ciałem wstrząsały dreszcze. 

Robin   zrozumiał,   że   swoimi   słowami   wywołał   odwrotny   skutek   do   zamierzonego. 

Zamiast   ją   przekonać,   że   służący   się   mylił,   sprawił,   że   nie   była   w   stanie   dalej 
zaprzeczać   prawdzie.   Współczuł   jej   wiedząc,   że   znalazła   się   w   swoim   prywatnym 

piekle,   do   którego   on   nie   ma   dostępu,   chyba   że   sama   go   wpuści.   Ignorując 
zaciekawione spojrzenia przechodniów, szeptał jej do ucha uspokajające słowa.

Nagle instynkt, który wyćwiczył w ciężkich dniach walki na kontynencie, kazał 

background image

mu   unieść   głowę.   Ulicę   dalej,   za   toczącymi   się   pojazdami,   zobaczył   Simmonsa. 

Olbrzym   wpatrywał   się   w   nich   z   ponurą   miną.   Chryste,   czy   ten   sukinsyn   musiał 
pojawić się właśnie teraz? Robin machnął na przejeżdżającą dorożkę, złapał Maxie i 

odpychając jakiegoś jegomościa otworzył drzwi i wepchnął dziewczynę do środka.

- May fair, tak szybko jak tylko się da! - krzyknął do woźnicy. - Dodam coś 

ekstra, jeśli uda ci się pokonać tę trasę w krótszym czasie.

Konie ruszyły z kopyta, a Robin usiadł i mocno objął Maxie. Potem zaczął się 

modlić o mądrość, która pozwoli pomóc przyjaciółce, tak jak ona jemu.

Simmons   patrzył   z   wściekłością   za   oddalającym   się   pojazdem.  To   jasne,   że 

dziewczyna dowiedziała się prawdy i przyjęła ją gorzej, niż się tego spodziewał jej wuj. 
Londyńczyk odwrócił się do chłopaka, który dla niego pracował.

- Dowiedz się, dokąd pojechali.
Chłopak rzucił się za pojazdem, dogonił go i wskoczył na tył. Simmons miał 

nadzieję, że przynajmniej będzie mógł powiedzieć Collingwoodowi, gdzie zatrzymała 
się jego bratanica. To niewiele, ale może choć tyle uda mu się wykonać z zadania, 

które od początku okazało się katastrofą.

Maxie znajdowała się w głębokim szoku. Drżała na całym ciele i zdawało się, że 

nie dostrzega Robina. Trzymał ją w objęciach przez całą drogę do Candover House, 
próbując bez skutku ogrzać ją własnym ciałem.

Kiedy po raz pierwszy powiedziała mu o śmierci ojca, przyszła mu do głowy 

możliwość   samobójstwa,   co   tłumaczyłoby   dziwne   zachowanie   Collingwooda.   W 

Ruxton Maxie mówiła coś o przyszłości, że nie może jej sobie wyobrazić. Widocznie 
przeczuwała coś, choć nie wiedziała, co to może być. Znała swojego ojca jak nikt inny i 

nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że mógłby odebrać sobie życie. A jednak to zrobił.

Kiedy   dojechali   do   Candover   House,   Robin   wniósł   Maxie   do   środka,   a 

zdziwionej służbie nakazał przynieść do jej sypialni gorącą wodę, ręczniki i bandaże. 
Kiedy już ułożył Maxie na łóżku, pospiesznie ściągnął z niej porwaną suknię. Potem 

delikatnie   obmył   z   krwi   i   żwiru   poranione   kolana   i   dłonie.   Skaleczenia   nie   były 
poważne,   ale   musiało   ją   mocno   szczypać,   kiedy   je   dezynfekował.   Jednak   nie 

protestowała. Leżała nieruchomo, nie patrząc na Robina. Kiedy skończył, podwinęła 
nogi   i   ukryła   twarz   w   poduszce.   Ze   zdumieniem   stwierdził,   że   bardzo   boli   go   jej 

reakcja. Pomyślał, że to może indiański zwyczaj, niemniej było mu przykro. Okrył 
dziewczynę pledem, potem dotknął jej dłoni zwiniętej w pięść.

- Czy potrzebujesz czegoś? Potrząsnęła głową.

background image

- Kanawiosta, kiedy pogrążyłem się w rozpaczy, powiedziałaś mi, że łatwiej jest 

znosić ból, gdy się nim z kimś podzielimy - przypomniał łagodnie. - Dlaczego nie 
chcesz, abym ci pomógł?

- Nie teraz - odparła zduszonym głosem. - Przepraszam.
- Chcesz, żebym wyszedł? Pokiwała głową.

Wstał z ciężkim sercem. Mimo niskiego wzrostu Maxie nigdy nie sprawiała 

wrażenia bezbronnej, ale teraz zarys drobnej sylwetki pod kocem obudził w nim falę 

głębokiego współczucia. Nie próbował określić swoich uczuć, wiedział tylko, że bardzo 
pragnie uczynić coś, co przyniesie ulgę jej cierpieniu. Pogładził czule krucze włosy i 

wyszedł z sypialni.

Na korytarzu czekała na niego Maggie, zaalarmowana przez służbę.

- Co się stało? - zapytała cicho. Westchnął i przeciągnął ręką po włosach.
- Zdaje się, że ojciec Maxie popełnił samobójstwo.

-  O   dobry   Boże!   -  Twarz   Maggie   zbladła.  Sama   straciła   ojca   w  tragicznych 

okolicznościach, rozumiała więc cierpienie Maxie.

- Tak bardzo chciałbym jej pomóc, ale ona chce być sama.
- Daj jej czas na oswojenie się z tą wiadomością - powiedziała Maggie. - Żal 

trzeba   przeżyć   w   samotności.   Czasami   musimy   wejść   wewnątrz   siebie   i   najpierw 
pogodzić się ze smutkiem, zanim przyjmiemy pomoc innych.

- Na pewno masz rację - Robin spróbował się uśmiechnąć. - Ale tak ciężko mi 

na nią patrzeć.

- Miłość boli, Robinie. - Starając się poprawić mu nastrój dodała: - Tak jak 

uczucie głodu, a ja często jestem głodna. Chodź, napij się ze mną herbaty. - I biorąc go 

pod ramię, poprowadziła do salonu.

Herbata to niewiele, ale więcej niż nic.

background image

35

Kończyli pić herbatę, kiedy pojawił się kamerdyner z kartą wizytową. Margot 

uniosła brwi.

- Przyszedł lord Collingwood.
Z zaniepokojeniem w oczach Robin zapytał:

- Czy mógłbym zostać? Bardzo jestem ciekaw, co ma do powiedzenia.
- Naturalnie.

Służący   wprowadził   gościa.   Lord   Collingwood   był   wysokim   mężczyzną   o 

szczupłej, zmęczonej twarzy. Ukłonił się księżnej.

- Proszę wybaczyć najście, księżno, ale mam podstawy przypuszczać, że moja 

bratanica, panna Maxima Collins, jest pani gościem. Chciałbym się z nią zobaczyć.

- To prawda - przyznała Margot - ale nie czuje się dobrze i nie przyjmuje gości. 

Czy chciałby pan zostawić dla niej jakąś wiadomość?

Collingwood zawahał się. Jego wzrok padł na Robina, który siedział cicho w 

rogu pokoju. Oczy wicehrabiego zwęziły się.

- Moja bratanica podróżowała w towarzystwie mężczyzny o pana wyglądzie.
- Nazywam się lord Robert Andreville - odpowiedział Robin.

- Jest pan bratem Wolvertona? - zapytał ze zdziwieniem gość.
- Tak.

Collingwood pokręcił głową z niedowierzaniem.
- A ja się martwiłem, że dziewczyna została porwana przez jakiegoś zabijakę.

- Szlachetne urodzenie nie zapewnia bezpieczeństwa - sucho odparł Robin. - 

Jednakże moje intencje w stosunku do panny Collins były uczciwe. Spotkaliśmy się 

przez przypadek. Wiedząc, czym ryzykuje, zaproponowałem, że będę jej towarzyszył 
do Londynu.

Mówiąc to przyglądał się uważnie Collingwoodowi. Dostrzegał podobieństwo 

do siostry,  choć rysy mężczyzny  były surowsze i  bardziej  pospolite  niż lady  Ross. 

Jednak wyglądał na prawdziwego angielskiego dżentelmena. Nie pasował na osobę, 
która kazałaby zamordować własnego brata. Nic dziwnego, że Maxie nie mogła w to 

uwierzyć.

- Na pewno udało się panu ochronić ją przed prywatnym detektywem, którego 

za nią posłałem - powiedział Collingwood z nutą wesołości w głosie.

- Wielki Boże, Simmons to detektyw? - Po chwili Robin również się roześmiał. - 

background image

Powinienem się domyślić. Myśleliśmy, że to pospolity zbir.

- Detektywi często na takich wyglądają - przyznał Collingwood. - Ale Simmons 

jest najlepszy w swoim fachu. Wynająłem go, żeby dowiedział się, jak umarł mój brat i 

utrzymał całą sprawę w tajemnicy. Oprócz uniknięcia skandalu zależało mi także, by 
bez kłopotów pochowano brata w poświęconej ziemi. Simmons był akurat na północy, 

kiedy bratanica uciekła, więc wynająłem go, żeby sprowadził ją z powrotem.

Margot ruchem dłoni zaprosiła gościa, by usiadł.

- Z relacji Simmonsa wiem, że bratanica bardzo się zdenerwowała po wizycie w 

zajeździe „Abingdon” - powiedział po chwili.

Robin skinął głową.
- Dowiedziała się, że jej ojciec popełnił samobójstwo. Właściciel nie chciał nic 

powiedzieć. Podejrzewam, że pan albo Simmons zapłaciliście mu za milczenie. Ale 
jeden ze służących wyjawił prawdę. Maxie bardzo źle ją przyjęła.

Collingwood westchnął ciężko.
- Obawiałem się tego. Bardzo kochała Maxa. Zazdrościłem bratu córki. Moje 

własne...   -   Urwał,   ale   zaraz   znowu   zaczął   mówić.   -   Pragnąłem   zaoszczędzić   jej 
przykrości. Dlatego nie chciałem, żeby dotarła do Londynu.

- Właśnie fakt ukrywania przed nią prawdy zmusił ją do tej wyprawy - kwaśno 

zauważył Robin. - Podsłuchała pańską rozmowę z żoną, z której wynikało, że śmierć 

ojca nie była naturalna.

- A więc to dlatego. Na początku myślałem, że postanowiła odwiedzić moją 

siostrę, lady Ross. Dopiero kiedy siostra pojawiła się w Durham, zrozumiałem, że coś 
jest nie tak. Z każdą wiadomością od Simmonsa coraz bardziej się denerwowałem. 

Jestem   wdzięczny,   że   nie   spotkała   jej   żadna   krzywda.   Teraz   kiedy   już   nie   muszę 
martwić się o jej życie, mogę zacząć martwić się o jej reputację - dodał.

- Nikt nie musi wiedzieć, jak dotarła do Londynu, więc jej reputacja pozostanie 

nienaruszona - zauważyła księżna. - Rzeczywisty problem to czy przyjdzie do siebie po 

szoku, jaki przeżyła.

- Mam dla niej dobre wiadomości. - Collingwood przyglądał się Robinowi. - Jak 

rozumiem, ustanowił się pan jej opiekunem?

- Słusznie pan rozumie.

-   W   takim   razie   mogę   panu   wyjawić,   że   Maxima   została   kimś   w   rodzaju 

dziedziczki. To tylko pięćset funtów rocznie, ale pozwoli na wygodne życie tu albo w 

Ameryce.

background image

Robin uniósł brwi. Suma wcale nie była mała.

- Po kim ten spadek? Mówiła, że ojciec nic nie miał.
- Nasza ciotka, lady Clendennon, była matką chrzestną Maxa. Zawsze go lubiła. 

Mówiła o nim, że jest nicponiem, ale darzyła go sympatią. Uwielbiała czytać jego listy. 
- Collingwood westchnął. - Gdyby rozwaga Maxa równała się jego urokowi, zostałby 

premierem.   Ciotka   Maxima   wiedziała,   że   pozostawienie   Maxowi   pieniędzy   byłoby 
absurdem, więc postanowiła przekazać je jego córce albo jej dzieciom. Zmarła zeszłej 

zimy, a jej notariusz napisał do brata do Bostonu, dlatego Max zjawił się w Anglii. 
Ponieważ notariusz opieszale zajmował się egzekucją woli zmarłej, Max wybrał się do 

Londynu, żeby osobiście z nim porozmawiać.

- Dlaczego pański brat nie powiedział o tym Maxie? Odniosłem wrażenie, że to 

ona zajmowała się ich finansami.

- Max zabronił mi o tym mówić, dopóki nie załatwi wszystkiego pomyślnie. Nie 

chciał sprawić córce zawodu, gdyby okazało się, że nic z tego nie wyjdzie - wyjaśnił 
Collingwood. - Jak się okazało, ciotka zarządziła, że Maxima ma po niej dziedziczyć, 

dopiero   kiedy   skończy   dwadzieścia   pięć   lat.   Potem   pieniądze   miały   pozostać   w 
zarządzie powierniczym, aż do śmierci Maxa. Ciotka nie chciała dopuścić do tego, 

żeby brat zmarnował spadek córki. Po śmierci Maxa, ta część testamentu nie miała już 
racji   bytu,  ale   lord   Clendennon   robił   wszystko,   żeby   obalić   spadek.   Niestety,   mój 

kuzyn   to   chciwy   diabeł.   Dziedziczyłby   po   matce,   gdyby   nie   istnienie   Maximy. 
Dowiedział się gdzieś, że jest półkrwi Indianką i wysunął wniosek, iż prawdopodobnie 

jest nieślubnym dzieckiem, wynikiem romansu, a może nawet wcale nie jest córką 
Maxa. Robin zagwizdał cicho.

- Nic dziwnego, że nic nie mówił pan Maxie. Byłaby oburzona.
-   I   słusznie.   Kiedy   Clendennon   wystąpił   ze   swoimi   sugestiami,   kazałem 

adwokatowi napisać do kolegi w Bostonie. W zeszłym tygodniu otrzymałem kopię 
aktu małżeństwa mojego brata. Max i jego żona otrzymali ślub z rąk anglikańskiego 

księdza.   -   Uśmiechnął   się   z   lekką   satysfakcją.   -   Nawet   gdyby   nie   było 
chrześcijańskiego ślubu i tak zamierzałem dowieść, że małżeństwo jej rodziców było 

zgodne   z   prawem   ludu   matki   Maxie.   Wtedy   kwestia   nieślubnego   dziecka   nie 
wchodziłaby   w   grę,   jednak   Clendennon   mógł   zaskarżyć   ważność   roszczeń,   a   to 

przeciągnęłoby sprawę. Tak jest o wiele prościej.

- Dołożył pan wielu starań, żeby pomóc bratanicy.

- Przecież należy do rodziny. Poza tym lubię tę dziewczynę. Pragnąłbym, by 

background image

moje   córki   były   choć   trochę   do   niej   podobne.   -   Po   raz   pierwszy   uśmiechnął   się 

szeroko. - Ale tylko trochę. Niełatwo jest wychować taką osobę jak Maxima i mój 
ekscentryczny brat z pewnością był dla niej lepszym ojcem. - Wstał. - Zatrzymałem się 

w hotelu Clarendon. Przed wyjazdem chciałbym się zobaczyć z Maxima. Czy przekażą 
jej państwo, że tu byłem?

-   Naturalnie   -   powiedział   Robin.   -   Czy   chce   pan   osobiście   wszystko   jej 

wyjaśnić?

Wicehrabia wzruszył ramionami.
- Proszę samemu zadecydować. Jeśli uzna pan, że ta wiadomość ją pocieszy, 

proszę jej o wszystkim powiedzieć. Obawiam się, że trochę powikłałem całą sprawę.

- To szczęście, że Maxie ma tak troskliwego wuja - zauważył Robin. - Biorąc 

pod   uwagę   okoliczności,   prawdopodobnie   nie   dałoby   się   uniknąć   całego   tego 
zamieszania.

- Dziękuję. - Twarz Collingwooda się rozjaśniła. - Żegnam państwa.
- Jestem pewien, że po opowieści Colingwooda domyślasz się, jakie mnie czeka 

zadanie - powiedział Robin, kiedy zostali sami.

Margot pokiwała głową z zastanowieniem. Wyciąganie wniosków ze skąpych 

danych to podstawa szpiegostwa, a oni byli w tym bardzo dobrzy.

- Ale czy istnieje jakiś sposób, żeby to udowodnić?

-   Jeszcze   nie,   ale   jeśli   zbiorę   więcej   informacji,   sprawa   stanie   się   jasna. 

Absolutne dowody nie będą w tym wypadku konieczne. - Zadowolony, że jest coś, co 

może zrobić dla Maxie, Robin ruszył do drzwi. - Od razu biorę się do roboty. Bóg wie, 
kiedy wrócę.

-   Dam   ci   klucz   od   domu.   To   bardziej   eleganckie   niż   włamywanie   się,   jeśli 

wrócisz późno - stwierdziła.  - Zaopiekuję się Maxie i postaram się, by nie zrobiła 

czegoś nierozsądnego. Daj znać, jeśli będziesz jeszcze czegoś ode mnie potrzebował.

- Dziękuję. - Robin uśmiechnął się lekko. - Tak się składa, że doskonale wiem, 

gdzie znajdę pomoc.

Drzwi były otwarte, więc Robin tylko lekko w nie zastukał. Lord Strathmore 

uniósł głowę znad biurka.

-   Cieszę   się,   że   wróciłeś   do   Whitehall,   Robinie   -   powiedział   wstając.   - 

Wczorajszy   wieczór   był   bardzo   przyjemny,   ale   nie   mieliśmy   czasu   na   prawdziwą 
rozmowę.

- Dzisiaj będzie podobnie. - Po przywitaniu Robin usiadł naprzeciwko niego. - 

background image

To krótka wizyta z prośbą o pomoc.

- Wszystko, czego potrzebujesz - odrzekł Lucien. - O co chodzi?
-   Chcę   dowiedzieć   się   czegoś   na   temat   samobójstwa,   które   miało   miejsce 

niedaleko Covent Garden, dwa, nie, prawie trzy miesiące temu.

Lucien zmarszczył brwi.

- Ojciec twojej przyjaciółki Maxie?
Robin   skinął   głową   twierdząco.   Kuzyn   był   mistrzem   w   łączeniu   faktów   w 

całość.

- Jest ogromnie przygnębiona. Bardzo kochała ojca. Pragnę dowiedzieć się jak 

najwięcej,   żeby   śmierć   ojca   stała   się   dla   niej   łatwiejsza   do   zniesienia.   Chcę 
porozmawiać z pokojówką, która znalazła jego ciało, z lekarzem, który stwierdził zgon 

i z każdym, z kim spotkał się w Londynie. I to wszystko muszę zrobić dzisiaj.

Lucian uniósł wysoko brwi.

- Chcesz, żebym ci towarzyszył? We dwójkę pójdzie nam szybciej.
Robin zerknął na dokumenty leżące na biurku.

- Nie jesteś zajęty?
- To może poczekać.

- Dobrze. Nie znam Londynu, więc przyda mi się pomoc. - Robin zmarszczył 

czoło.   -   Żałuję,   że   wcześniej   o   tym   nie   pomyślałem,   ale   tak   zwykle   bywa,   kiedy 

jesteśmy osobiście w coś zaangażowani. Rodzina Collinsów wynajęła detektywa, by 
wyciszył   całą   sprawę.   Nazywa   się   Ned   Simmons.   Jeśli   bym   go   odnalazł,   może 

powiedziałby mi większość tego, czego chcę się dowiedzieć. Lucien skinął głową.

- Znam Simmonsa. Jest bardzo wszechstronny. Często bywa w zajeździe przy 

Covent Garden. Przy odrobinie szczęścia znajdziemy go tam teraz.

Robin   wstał,   zadowolony,   że   cała   sprawa   może   okazać   się   prostsza,   niż   się 

spodziewał.

Lucien wziął laskę z rogu pokoju i zatrzymał się przy biurku.

- Chciałbym ci coś powiedzieć.
- Tak?

- To dziwne - zaczął po chwili. - Od lat dręczy mnie sumienie. Chodzi mi o 

ciebie, ale nie wiem, jak to ująć w słowa. - Spojrzał z powagą na Robina. - Chciałbym 

cię zapytać, jak bardzo mnie nienawidzisz za to, że wciągnąłem cię do wywiadu.

Robin zrobił zdumioną minę.

- Nie trzymałeś mi noża przy gardle, Luce. Sam podjąłem decyzję.

background image

- Tak, ale nie zdawałem sobie sprawy, o co cię proszę. - Lucien westchnął. - 

Wtedy wyglądało  to na przeznaczenie.  Byłeś sprytny i miałeś zdolności do obcych 
języków. Oczywiście mogłeś zostać na kontynencie i organizować siatkę wywiadowczą 

na połowę Europy. Mówiąc między nami, złamalibyśmy Bonapartego. Któż jednak 
mógł przypuszczać, że wojna będzie trwała dwanaście lat?

- Nie obwiniaj się za to, że mnie wciągnąłeś - powiedział Robin. - Jesteś tylko 

dwa lata starszy ode mnie. To oczywiste, że nie mogłeś wiedzieć, w co się pakujemy. 

Sam zdecydowałem o podjęciu ryzyka i o swoim życiu.

- Giles tak nie uważał - stwierdził Lucien. - Nie sądzę, żeby kiedykolwiek mi 

wybaczył   mój   udział   w   twojej   karierze.   Jednak   ryzykowanie   życiem   to   relatywnie 
prosta   sprawa.   Najgorsza   część   tego   fachu   to   duchowa   cena,   jaką   ponosimy   za 

prowadzenie podziemnej wojny. - Niespokojnie kręcił w palcach gałkę laski. - Sam 
tego doświadczyłem, ale większość czasu spędziłem w cywilizowanych warunkach w 

Anglii. Działałem na odległość, ktoś inny wykonywał moje polecenia. To co ty robiłeś, 
było o wiele trudniejsze. Z czasem zacząłeś wyglądać jak rozgrzane żelazo, tak samo 

roztrzęsiony.

-   Czy   żałujesz,   że   zwerbowałeś   mnie   do   pracy   w   Ministerstwie   Spraw 

Zagranicznych, czy że się zgodziłem? - zapytał Robin wzruszony troską kuzyna.

- To właśnie najgorsze - uśmiechnął się Lucien. - Jestem okrutnym szefem i nie 

potrafię  żałować  tego, co zrobiłeś.  Twoje  zasługi  są nieocenione. Podejrzewam,  że 
najbardziej czuję się winny za to, co ci zrobiłem.

Robin wybuchnął śmiechem. Doskonale rozumiał, co to są wyrzuty sumienia.
- Jeśli potrzebujesz rozgrzeszenia, Lucien, to je masz. Przyznaję, że byłem na 

granicy załamania, ale już pogodziłem się z moją odrażającą przeszłością. Nigdy nie 
będę dumny z niektórych moich uczynków, ale nie zamierzam dłużej się katować. - 

Mówiąc to słyszał głos Maxie.

Lucien obserwował twarz towarzysza.

- Właściwa kobieta potrafi sprawić cuda.
- To prawda. A teraz czas, żebym oddał dług wdzięczności tej właśnie kobiecie. 

Idziemy?

Z pomocą Luciena nie będzie trudno dowiedzieć się, jak wyglądały ostatnie dni 

Maxa Collinsa. Robin modlił się w duchu, żeby to, czego się dowie, coś dało.

background image

36

Maxie czuła się tak, jakby śniła najczarniejszy koszmar, z którego nie miała się 

nigdy   przebudzić.   Ojciec   popełnił   samobójstwo.   Świadomość   tego   faktu   bolała   ją 

bardziej, niż mogła sobie wyobrazić.

Zakopana   w   poduszki,   jak   leśne   stworzonko   szukające   kryjówki,   straciła 

poczucie czasu.  Promienie słońca powoli przesuwały się po podłodze, aż zniknęły, 
kiedy   niebo   zasłoniły   ciemne   chmury.   Ktoś   wszedł   i   postawił   na   szafce   tacę   z 

jedzeniem, potem w milczeniu opuścił pokój. Robiło się coraz ciemniej, odgłosy domu 
cichły.

Kiedy gdzieś w oddali zegar wybił północ, Maxie przełamała się i usiadła. Nie 

może spędzić reszty życia, chowając się w sypialni. Ile czasu minie, zanim Margot 

uzna,   że   należy   ją   wyrwać   z   tego   stanu?   Dwadzieścia   cztery   godziny?   Trzy   dni? 
Tydzień?   A   może   pozwoli   jej   zostać   tu   na   zawsze   i   będą   jej   usługiwały   milczące 

pokojówki? Nawet jeśli księżna by na to przystała, zaprotestuje Robin. Maxie zakryła 
twarz   dłońmi,   zastanawiając   się   ponuro,   co   dalej   robić.   W   końcu   się   wyjaśniło, 

dlaczego nie potrafiła zobaczyć przyszłości. To niewiarygodne zdarzyło się, a teraz 
trwała w zawieszeniu, nie potrafiąc zrobić kroku do przodu, nie widząc możliwości 

odwrotu, zbyt przygnębiona, by wrócić do normalnego życia.

Zsunęła się z łóżka i wyjęła szlafrok, który w cudowny sposób znalazł się w jej 

szafie dzień wcześniej. Czy naprawdę jest w Londynie tylko dwa dni? Miała wrażenie, 
że minęły wieki od czasu, kiedy przyjechała, poznała Margot, ciotkę i pozwoliła sobie 

na występny uczynek w ogrodzie.

Zasznurowała pasek szlafroka,  zapaliła  świecę i zeszła do biblioteki. Książki 

zawsze poprawiały jej nastrój. Być może w ich otoczeniu odzyska jasność myślenia.

Na   końcu   pokoju   stało   biurko.   Zasiadła   w   wyłożonym   skórą   fotelu.   Było 

chłodno, a w okna biły krople deszczu. Tysiące książek piętrzyły się na półkach, ich 
złote tytuły odbijały się w świetle świecy. Kiedy wchłonęła w nozdrza zapach skóry i 

mebli, zmieszany z nikłym zapachem dymu z cygar, ucisk w sercu nieco zelżał.

Na brzegu biurka stało orzechowe pudełko z tytoniem do fajki. Otworzyła je, 

wzięła szczyptę tytoniu i wysypała go na płytką miseczkę, służącą za popielniczkę i 
podpaliła. Mocny zapach przeniósł ją w czasy dzieciństwa, kiedy często uczestniczyła 

w ceremonii palenia fajki. Tytoń uważany był wśród Indian za świętą roślinę i palono 
go przy odprawianiu modlitw. Jednak przyglądając się wąskiej strużce dymu, Maxie 

background image

nie wiedziała nawet, o co ma się modlić.

Po długim dniu, późną nocą, Robin wrócił wreszcie do Candover House. Przy 

znaczącej pomocy Luciena i zaskoczonego Simmonsa udało mu się zebrać informacje, 

których potrzebował. Być może jutro Maxie zechce go wysłuchać.

Wszedł do domu, używając klucza, który dała mu Maggie i natychmiast zamarł 

w   bezruchu.   Zorientował   się,   że   coś   jest   nie   tak.   Mimo   późnej   pory,   w  holu   czuł 
zapach tytoniu. Być może to służący zamykał drzwi i palił fajkę albo Rafe pracował do 

późna.   Robin   poszedł   za   zapachem   do   drzwi   biblioteki,   spod   których   sączyło   się 
światło. Wszedł cicho do środka. Przy biurku siedziała Maxie. Jej czarne jak heban 

włosy spływały kaskadą na plecy. Nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w unoszący 
się dym. Ucieszył się, że wstała, ale zmartwił go nieobecny wyraz jej twarzy. Może to, 

czego się dowiedział, rozpali na nowo wewnętrzny płomień. Podniosła wzrok.

- Dobry wieczór. Wymknąłeś się do miasta?

- Właśnie. - Przeszedł przez pokój i usiadł obok Maxie. Miała bose stopy i tylko 

lekki szlafroczek, zdjął więc surdut, wyjął z wewnętrznej kieszeni kilka kartek papieru 

i podał Maxie. - Zmarzniesz. Załóż to.

Przyjęła płaszcz i okryła nim ramiona. Wydawała się w nim taka drobna.

- Dowiedziałem się kilku rzeczy, które mogą cię zainteresować - powiedział. - 

Możesz mnie teraz wysłuchać, czy mam zaczekać?

Machnęła dłonią.
- Możesz mówić teraz, jeśli chcesz.

- Był tu dzisiaj lord Collingwood. Okazuje się, że wbrew pozorom miał dobre 

intencje,   kiedy   wynajmował   Simmonsa,   żeby   przeszkodził   ci   dotrzeć   do   Londynu. 

Simmons jest detektywem.

Skinęła głową bez zainteresowania.

- Collingwood powiedział także, że twoja ciotka Maxima zostawiła ci w spadku 

pięćset funtów rocznie, ale z zastrzeżeniem, że nie otrzymasz tych pieniędzy, zanim 

nie   skończysz   dwudziestu   pięciu   lat   i   dopiero   po   śmierci   ojca.   Najwyraźniej   nie 
wierzyła w jego finansowe zdolności.

Słaby uśmiech rozświetlił twarz Maxie.
- I słusznie. Ojciec nie umiał gospodarować pieniędzmi.

- Ukrywał to przed tobą, ale już od dłuższego czasu niedomagał - ciągnął Robin. 

- Po przyjeździe do Londynu nie tylko odwiedził adwokata ciotki, ale też udał się do 

dwóch   lekarzy.   Obydwaj   stwierdzili,   że   ma   chore   serce.   Żyłby,   ale   jako   inwalida, 

background image

cierpiąc bóle i nie mogąc wieść życia, do którego był przyzwyczajony.

Na te słowa Maxie uniosła głowę. Jej brązowe oczy spotkały się ze wzrokiem 

Robina. Prawie nie oddychała.

-   Rozmawiałem   z   kilkoma   osobami,   które   widziały   twojego   ojca   w   dniach 

poprzedzających jego śmierć. - Wziął papiery, które wyjął z kieszeni surduta i położył 

je na biurku. - Opierając się na spisanych tu zeznaniach, chętnie przysięgnę nawet w 
sądzie, że twój ojciec odebrał sobie życie po to, byś mogła odziedziczyć spadek i żebyś 

nie musiała patrzeć na jego długie, bolesne umieranie. Przypuszczam, że nie chciał 
czekać na taką śmierć. Wiedział, że wuj się tobą zajmie, a więc nie zostawiał cię samej.

Maxie zwilżyła wyschnięte usta.
- Jak... jak on to zrobił?

- Zażył zwiększoną dawkę lekarstwa. Przepisali mu je lekarze ostrzegając, że 

przedawkowanie grozi śmiercią. Wygląda na to, że sądził, iż przed śmiercią uda mu 

się jeszcze  pozbyć butelek  po lekarstwie,  ale  podziałało  szybciej,  niż przypuszczał. 
Gdyby   miał   trochę   więcej   czasu,   nikt   by   się   nie   domyślił,   że   nie   umarł   śmiercią 

naturalną.

Umilkł dając Maxie czas na oswojenie się z wiadomością.

- Ojciec nie zostawił cię bez zastanowienia, ale właśnie dlatego, że tak bardzo 

mu na tobie zależało. Myślę, że zabił się, by zapewnić ci bezpieczeństwo, którego nie 

mógłby ci dać za życia. Mylił się, bo nie wiedział, że wolałabyś być z nim w chorobie, 
ale jego czyn płynął z miłości.

Maxie ukryła twarz w dłoniach.
- Nie wiem dlaczego, ale to wszystko zmienia.

- Byliście dla siebie wszystkim - powiedział cicho Robin. - Nieważne ile osób cię 

obrażało,   nieważne   jak   bardzo   gardzono   tobą   za   domieszkę   indiańskiej   krwi,   ty 

wiedziałaś,   że   jedno   się   nie   zmieni:   miłość   ojca   do   ciebie.   Przez   chwilę   mogłaś 
uwierzyć,   że zabił  się  nie myśląc o  tobie,  ale  to by  oznaczało,  że  całe   twoje  życie 

opierało się na kłamstwie.

Otarła wierzchem dłoni mokre od łez oczy.

- Skąd to wiesz, skoro ja tego nie wiedziałam?
- Zagłębiłem się w najciemniejsze zakamarki mojego umysłu, które ty przede 

mną otworzyłaś. - Podszedł i przykrył dłońmi jej uszy. - Kiedy kobieta jest w żałobie, 
nic nie słyszy -  
zacytował. -  Niech te słowa sprawią, byś znowu mogła słyszeć. -  

Położył   dłonie   na   jej   oczach.   -  Przestałaś   dostrzegać   słońce   i   pogrążyłaś   się   w 

background image

ciemności. Teraz zwracam ci jasność. - Ukląkł przed nią, żeby ich oczy znajdowały się 

na   tej   samej   wysokości   i   położył   dłonie   na   piersi.   Czuł   mocne   uderzenia   serca.   - 
Pozwoliłaś,   by   rozpacz   zawładnęła   twoim   umysłem.   Musisz   oddalić   rozpacz   i 

pozwolić  jej umrzeć.  -  Wziął   ją za   rękę.  -  Twoje  łoże stało  się niewygodne  i nie  
możesz  spać.   Pozwól   mi  usunąć   niepokój   z  twojego  miejsca  spoczynku.  -  
Uniósł 

dłonie Maxie do ust. - Twojemu ojcu bardzo zależało na twoim szczęściu. To dla niego 
musisz odszukać drogę prowadzącą z ciemności.

Maxie przymknęła powieki, spod których spływały łzy.
- Jak ci się udało to wszystko zapamiętać, Robinie?

- Te słowa są wyrzeźbione w moim sercu, Kanawiosta. Otworzyła oczy.
- Nigdy nie rozmawiałam z ojcem o zdrowiu. Nienawidził słabości. Odebrał 

sobie życie, przez co zabezpieczał moją przyszłość, a sobie oszczędzał cierpienia. To do 
niego podobne. A ja egoistycznie pogrążyłam się w rozpaczy i niczego nie widziałam. - 

Zaśmiała się przez łzy. - Ojciec nie potrafił nawet porządnie ze sobą skończyć. Zawsze 
był niezorganizowany.

-   Najtrudniej   jest  zobaczyć   te   najważniejsze   rzeczy.   -   Ciesząc   się,   że   Maxie 

znowu   może   się   śmiać,   wstał   i   oparł   się   o   biurko.   Wraz   z   ulgą   poczuł   przypływ 

pożądania. Szukając czegoś, co zmusi go do zmiany toru myślenia, spojrzał na palący 
się tytoń. - Czy to ma jakieś specjalne znaczenie?

- Tytoń jest dla ludu mojej matki świętą rośliną. Palą go, kiedy modlą się do 

duchów.

Wziął w palce szczyptę tytoniu i rzucił ją na popielniczkę.
- O co prosisz? - zapytała Maxie.

- Czy jeśli ci powiem, życzenie się nie spełni? Uśmiechnęła się.
- Nie sądzę, żeby to coś zmieniło.

Jeszcze przed chwilą przekonywał siebie, że nie czas teraz na rozmowę, ale 

widząc zniewalający uśmiech Maxie, porzucił obawy.

- Prosiłem o to, żebyś zgodziła się za mnie wyjść.
Wesołość znikła z jej twarzy. Odchyliła się na oparcie krzesła i mocniej otuliła 

surdutem. Pachniał Robinem. Chciała mieć go na pamiątkę, żeby w przyszłości, kiedy 
będzie sama, wspominać, jak trzymał ją w ramionach.

- Masz niebezpieczny zwyczaj ciągle się oświadczać. Jeśli nie będziesz uważał, 

mogę się zgodzić.

- Niczego bardziej nie pragnę - zapewnił.

background image

Westchnęła   i   spojrzała   na   swoje   splecione   dłonie.   Robin   stał   od   niej   na 

wyciągnięcie   ręki,   jednak  ten  pewny  siebie   przystojny   arystokrata  wydawał  jej  się 
nieosiągalny.

- Myślę, że za bardzo się różnimy, Robinie. Jestem córką hulaki, roznosiciela 

książek, kobietą, którą w twoim kraju uważa się za dzikuskę. Ty pochodzisz ze starej i 

szanowanej rodziny. - Chciała, by jej argumenty brzmiały jasno i logicznie. - Teraz 
chcesz się żenić, ale później byś tego żałował.

- A ty żałowałabyś? - zapytał ciepło.
- Naturalnie, że tak, gdybyś ty żałował - odparła szczerze wiedząc, że to zdanie 

wyraża   całą   esencję   dylematu.   Kochała   go   i   nie   mogłaby   znieść   jego   cierpienia. 
Choćby nie wiadomo jak próbował ukryć rozczarowanie i tak by je rozpoznała.

-   Bardzo   się   mylisz.   Różnimy   się   jedynie   powierzchownie   -   stwierdził 

stanowczo. - Obydwoje jesteśmy urodzonymi samotnikami. Ty z powodu mieszanej 

krwi nie czułaś się na swoim miejscu ani wśród ludu matki, ani z krewnymi ojca. 
Wiem coś na ten temat, bo pomimo mojego szlachetnego urodzenia i czcigodnych 

przodków, nie pasowałem do nich i nigdy nie czułem się w domu jak u siebie. Być 
może stałoby się inaczej, gdybym miał matkę, a ojciec nie odwracał się na mój widok. 

-   Uśmiechnął   się  ironicznie.   -  Ale   i   tak   pewnie  zostałbym   nieudacznikiem,   nawet 
gdyby matka żyła.  W każdej  generacji  Andreville’ów rodzi się czarna  owca,  a moi 

opiekunowie   byli   przekonani,   że   to   ja   nią   jestem,   jeszcze   zanim   nauczyłem   się 
chodzić.  Wystarczy  mi czegoś zabronić,  a już przyciąga  mnie to ze zdwojoną siłą. 

Wszystko   co   robiłem,   było   złe,   a   to   dowodzi,   jak   złą   z   gruntu   mam   naturę. 
Podważałem   rzeczy,   których   nie   należało   podważać,   nie   słuchałem   poleceń, 

sprzeczałem się, wymyślałem historie, które brano za złośliwe kłamstwa. - Wyciągnął 
pokiereszowaną   dłoń.   -   Byłem   mańkutem.   Wiadomo,   jaki   jest   do   nich   stosunek. 

Guwerner, który mnie uczył, zanim poszedłem do szkoły, uważał, że używam lewej 
ręki, żeby zrobić mu na złość. Czasami przywiązywał mija do pleców, kiedy indziej bił 

metalową linijką aż do krwi. - Uśmiechnął się gorzko. - Zdaje się, że byłem jedynym 
chłopcem w Anglii, który uważał pójście do szkoły publicznej za polepszenie losu.

Wreszcie zrozumiała, jak samotne było dzieciństwo Robina. Nic dziwnego, że 

myślał,   iż   nie   potrafi   kochać.   Jak   mu   się   udało   przetrwać   i   pozostać   wesołym, 

zdrowym   na   umyśle   i   dobrym?   Z   bólem   serca   myślała   o   nim   i   Gilesie,   dwóch 
samotnych chłopcach,  którzy zasługiwali na więcej,  niż otrzymali.  Dzięki Bogu, że 

przynajmniej mieli siebie.

background image

- To pewne, że obydwoje rośliśmy z poczuciem wyizolowania  - powiedziała 

wolno. - Ale czy to wystarczy? Czy mają nas łączyć słabości?

- Nie słabości, tylko zaufanie. - Oparty o biurko, w białej koszuli, wyglądał 

czysto,   silnie   i   niesamowicie   atrakcyjnie.   -   Ujawniamy   nasze   słabości   tylko   tym, 
którzy,   jak   sądzimy,   rozumieją   nas   i  akceptują  mimo  naszych   wad.   Nie   znam  cię 

długo, a mimo to powiedziałem ci o rzeczach, o których nigdy nikomu nie mówiłem. 
Nawet przed sobą się do nich nie przyznawałem.

- To właśnie mnie martwi, Robinie - odparła szczerze. - Zastanawiam się, czy 

nie chcesz się ze mną ożenić, bo byłam przy tobie, kiedy cierpiałeś. Czy nie uznałeś 

mnie za kogoś wyjątkowego, bo potrzebowałeś się zwierzyć, a ja słuchałam? Czy inna 
kobieta nie zrobiłaby tego samego?

- Czy tak nisko mnie cenisz? - Uśmiechnął się ze słodyczą i intymnością, które 

roztopiły jej serce. - Żadna inna kobieta nie może się z tobą równać. Przy tobie czuję, 

że żyję pełnią życia. - Widząc, że nadal się waha, dodał czule: - Nauczyłaś mnie wielu 
rzeczy, ale przede wszystkim nauczyłaś mnie kochać. - Nabrał głęboko powietrza w 

płuca. - Kocham cię, Kanawiosta.

Wstrzymała oddech słysząc słowa, o których myślała, że nigdy nie padną.

- Mówiłeś, że nie jesteś najlepszy w miłości.
- Bo tak myślałem, ale ty i Giles daliście mi cenną lekcję - odparł. - Wierzyłem, 

że kocham Maggie i że porzuciła mnie, bo czegoś mi brakuje, bo jest we mnie coś 
złego. Teraz wiem, że nie chodziło o to, iż nie potrafię kochać, ale że po prostu nie 

spotkałem kobiety, którą mógłbym prawdziwie pokochać. Maggie próbowała mi to 
kiedyś wyjaśnić, ale wtedy tego nie rozumiałem.

Umilkł, szukając właściwych słów.
- Przy Maggie zawsze czułem, że istnieje jakaś emocjonalna granica. Przy tobie, 

Kanawiosta, nie ma żadnych granic. - Tak mocno zacisnął dłonie na brzegu biurka, że 
aż   pobladły   mu   kostki   u   palców.   -   Tego   ranka,   kiedy   wyjeżdżaliśmy   z   Ruxton, 

powiedziałaś, że mnie kochasz. Czy mi się wydawało?

Jego słowa były dla niej jak radosne promienie słońca.

- Boże, Robin, oczywiście, że cię kocham - wyszeptała. - Cała ta gadanina o 

różnicach, o wątpliwościach związanych z pozostaniem w Anglii, to tylko dym. Tak 

naprawdę to bałam się, że ponieważ tak bardzo cię kocham, nie zniosę życia z tobą, 
jeśli ty nie będziesz mnie kochał.

Wstała i wyciągnęła ku niemu ręce. Ich ciała od samego początku wiedziały, że 

background image

są dla siebie stworzone. Tym razem nie było już żadnych wątpliwości, jedynie paląca 

namiętność.   Leżeli   na   perskim   dywanie,   prawie   nadzy,   kiedy   nagle   Robin   uniósł 
głowę.

- Do diabła, znowu to zrobiłem. - Oparł czoło na nagich piersiach Maxie. - 

Zapominam,   że   nie   chcesz   się   ze   mną   kochać   w   tym   domu.   Przepraszam.   - 

Uśmiechnął się. - Szkoda, że jest za zimno i za mokro, żeby wyjść do ogrodu.

Chciał się podnieść, ale Maxie objęła go za szyję i przyciągnęła.

- Nie musisz być taki szlachetny. Teraz kiedy wiem, że mnie kochasz, wcale mi 

to nie przeszkadza.

Twarz Robina zapłonęła radością.
- Bardzo się cieszę.

Pochylił się ku jej piersiom. Wygięła się w łuk w odpowiedzi na pieszczotę jego 

ust  i   dłoni.   Przeszył   ją   ogień   zmysłowości   zmieszanej   z   czułością   i  radością   bycia 

razem. Ich ciała osiągnęły idealną harmonię, serca biły wspólnym rytmem. Zniknęły 
nękające ich strachy i niepewność. Razem stanowili całość.

Po wybuchu namiętności Maxie, jeszcze drżąc, osunęła się na jego pierś. Czule 

odgarnął jej włosy, by móc widzieć jej twarz.

-   Musimy   zacząć   robić   to   w   łóżku.   Kamienne   ołtarze   i   podłoga   biblioteki 

oczywiście są od czasu do czasu uzasadnione, ale z pewnością niezbyt wygodne.

Wyciągnęła się na nim, czując smukłe i silne ciało.
- Mnie jest wygodnie. Uśmiechnął się.

- A ty jesteś wspaniałym pledem.
Skrzyżowała ręce na jego piersiach i oparła na nich podbródek.

- Samotność w dzieciństwie to okropne uczucie - powiedziała z namysłem. - Ale 

jak się przekonałam, wiele interesujących osób tak zaczyna.

- Zauważyłem to. - Musnął wargami jej szyję. - Zauważyłem także, że nikt nie 

musi pozostać nieudacznikiem.

Uśmiechnęła się.
- Doskonale do siebie pasujemy.

-   Naprawdę   nie   przeszkadza   ci,   że   się   tu   kochamy?   -   zapytał   po   chwili 

milczenia.

- Naprawdę - odparła leniwie.
Objął ją i przewrócił na plecy. Krucze włosy rozsypały się w hebanowe wzory na 

wzorzystym dywanie, otaczając egzotycznie piękną twarz dziewczyny.

background image

- W takim razie zróbmy to jeszcze raz.

background image

EPILOG

Dzień był wymarzony na ślubną ceremonię, a Ruxton wspaniale się do tego 

nadawało. Lista gości nie była długa i w większości składała się z osób, które Maxie 

poznała na swoim pierwszym przyjęciu w Londynie. Za parą młodą kroczyli Giles i 
Desdemona. Za dwa tygodnie Maxie i Robin odwzajemnią się starszej parze, kiedy oni 

będą brali ślub.

Po uroczystym śniadaniu i wielu toastach, Robin nachylił się do żony.

-   Przejdziemy   się?   -   zapytał.   -   Nasi   goście   dadzą   sobie   bez   nas   radę   przez 

chwilę.

- Z chęcią.
Poszli przez ogród mieniący się kolorami letnich kwiatów i przepełniony ich 

wonią.   W   ciągu   kilku   krótkich   tygodni   Ruxton   stało   się   dla   Maxie   prawdziwym 
domem.

- Czy mówiłem ci już, jak bardzo podoba mi się twoja suknia? - zapytał Robin, 

kiedy   weszli   w   las.   -   Nigdy   nie   widziałem   czegoś   takiego,   ale   wspaniale   w   niej 

wyglądasz.

Z   zadowoleniem   spojrzała   na   ślubną   suknię,   bogato   zdobioną   koralikami   i 

frędzlami. Był to prezent ślubny od Margot.

- Jest wzorowana na ślubnych strojach Mohawków. Sama ją zaprojektowałam, 

a Margot znalazła krawcową, która zechciała ją uszyć.

Przez   gałęzie   przebijały   promienie   słońca,   a   tysiące   ptaków   napełniały 

powietrze wdzięczną muzyką.

- Posłuchaj ich śpiewu, Robinie. Jakby wiedziały, że mamy święto.

Robin uśmiechnął się pod nosem.
Ogarnięta podejrzliwością, uważniej przyjrzała się trawie.

- Boże, Robin, kazałeś ogrodnikowi wysypać ziarno, żeby przyciągnąć ptaki?
Roześmiał się głośno.

- Cóż złego w małym czarowaniu. Kiedy cię pierwszy raz ujrzałem na polanie w 

Wolverhampton, przypominałaś mi Tytanie, królową wróżek.

- A ja pomyślałam o Oberonie. Nasze wyobraźnie biegną podobnym torem.
- Jak i inne rzeczy. - Po chwili wahania dodał: - Chyba nie powinienem pytać, 

ale czy teraz, kiedy myślisz o przyszłości, widzisz już, jaka będzie?

Skinęła głową.

background image

- Czeka nas wiele wspólnych lat w szczęściu. Uniósł jej dłoń do ust.

- Taką miałem nadzieję.
Dróżka   zaprowadziła   ich   na   polankę,   której   Maxie   wcześniej   nie   widziała. 

Przypominała   tę   w   Wolverhampton.   Dziewczyna   stanęła   oniemiała.   Poczuła   się 
niewymownie szczęśliwa.

Robin wziął ją w ramiona i pocałował z wręcz bolesną słodyczą.
- A teraz, Kanawiosta, pokaż mi jeszcze raz, jak się słucha wiatru - wyszeptał.