background image

 
 
 
OD AUTORÓW 
Tam,  gdzie  było  to  moŜliwe,  rekonstrukcji  dialogów  i  zdarzeń  dokonano  przy  pomocy  nagrań  i  rozmów  z 
udziałem uczestników, świadków i osób, którym udało się przeŜyć. Pozostałe przypadki zostały do pewnego 
stopnia  zbeletryzowane,  tak  by  moŜna  je  było  połączyć  z  brakującymi  ogniwami  całej  historii.  Jak  sądzą 
autorzy, zabiegi te będą łatwo zauwaŜalne w kontekście całości. 
Wielu osobom naleŜą się w tym miejscu ogromne podziękowania, szczególne wyrazy wdzięczności składa-
my  wydawnictwu  Hard/Empire  Books  za  pozwolenie  wykorzystania  fragmentów  nieukończonej  powieści 
Jacka  Scagnettiego,  jak  równieŜ  rodzinie  Katherine  Ginniss,  która  wspaniałomyślnie  udostępniła  nam  swe 
osobiste archiwum. Bez ich współpracy, wiele kwestii poruszonych w tej ksiąŜce nie ujrzałoby nigdy światła 
dziennego. 
 

JOHN AUGUST, JANE HAMSHER 

URODZENI MORDERCY 

na podstawie opowiadania 

QUENTINA TARANTINO 

i scenariusza autorstwa 

DAVIDA VELOZA, 

RICHARDA RUTOWSKIEGO I 

OLIVERA STONEA 

 

Przekład 

Jędrzej Polak, Witold Ozimek, Tomasz Szmajter 

 

Tytuł oryginału: NATURAL BORN KILLERS 

 

Wstęp 
Gdy pod koniec roku 1992 zabieraliśmy się do pracy nad Urodzonymi mordercami, cała historia wyda-

wała się być czystą fikcją. Gdy po dwóch latach film został ukończony, fikcja zdąŜyła przerodzić się w rze-
czywistość. Przez cały ten czas — trochę koszmarny  i trochę pokręcony - postaci w rodzaju Bobbita, Me-
nendeza, Toni, O.J.'a, Buttaffucco i paru jeszcze innych, zdołały przyciągnąć uwagę całego społeczeństwa. 
KaŜdego  tygodnia  Amerykę  zalewały  nowe  wersje  pseudo-tragicznych  mydlanych  oper,  zapewniających 
telewizyjnym stacjom oglądalność i pieniądze, a nade wszystko ciągłą histerię widzów. 

Gdy Toni Harding udało się w końcu wylądować na pierwszej stronie powaŜnego dziennika, jakim jest 

„New York Times" -  mówimy o pięcio czy sześciokrotnej obecności na łamach w związku z niewątpliwie 
niewielkim wykroczeniem, jakiego się dopuściła — poczuliśmy wówczas podświadomie, Ŝe oto Era Absur-
du zdominowała i ostatecznie zamknie obecne stulecie. 

„StaroŜytni mieli do dyspozycji wizje", napisał ostatnio Octavio Paz. „My zaś mamy telewizję. 
Cywilizacja widowiska jest jednak okrutna. Cechą współczesnego widza jest brak pamięci, a co za tym 

idzie, brak poczucia Ŝalu i rzeczywistej świadomości (...). Szybko zapomina się i rzadko zwraca uwagę na 
sceny  śmierci  i  zniszczenia  w  Zatoce  Perskiej,  czy  na  meandry  karier  Madonny  i  Michaela  Jacksona  (...). 
Wszyscy  czekają  na  Wielkie  Ziewnięcie,  anonimowe  i  powszechne,  które  dla  kultury  widowiska  będzie 
Apokalipsą lub Sądem Ostatecznym (...). Wszelako skazani jesteśmy na nową wizję piekła, zarówno ci, któ-
rzy pojawiają się na ekranie, jak i ci, którzy ich oglądają. Czy istnieje jakieś wyjście? Nie wiem. Trzeba go 
po prostu szukać." 

Mallory i Mickey Knox mogą pojawić się między nami juŜ jutro. Albo dziś wieczorem. Mieliby wtedy 

swoje pięć minut zanim TV Guide zajęłoby się po dwóch tygodniach ich następcami, prowadząc przy tym 
nieustającą wojnę sondaŜy (sondaŜe prezydenckie na przykład, donoszą nam o kaŜdorazowym skurczu jelit 

background image

pana  prezydenta).  SondaŜe  stają  się  zresztą  powoli  czymś  w  rodzaju  konkursów  popularności,  których  za-
pewne wszyscy musieliśmy doświadczyć, będąc jeszcze w szkole. 

Zasługami nigdy nie interesowano się jako takimi, a raczej jako wdzięcznym obiektem plotek; dla duszy 

przeciętnego Amerykanina jest to o wiele waŜniejsze niŜ bycie postrzeganym jako prymus. Bankier, w na-
szej kulturze, to ktoś nieznany i niepopularny. W odróŜnieniu od westernowego Billy Kida. 

Tylko  twórcom  greckiego  dramatu  klasycznego  udało  się  stworzenie  postaci  wielkich  ofiar  —Elektry, 

Medei, Antygony, czy Edypa, którymi my dziś nie jesteśmy. Stanowimy jednak rasę, która umiejętnie potrafi 
zadawać cierpienie, która odpłaca pięknym  za nadobne; Wietnam, sport, procesy sądowe — te skojarzenia 
nasuwają się błyskawicznie. W amerykańskiej tradycji epickiej gwałt jest motywem niosącym zbawienie, a 
przynajmniej tak opisywali go Fennimore Cooper, Jack London, czy Ernest Hemingway. 

Prawo  przeŜycia,  prawo  natury,  to  pojęcia  obecnie  wykoślawione  przez  PG  (instytucje  nadzoru  rodzi-

cielskiego), które w pogoni za strumieniami złota ściekającymi z wynicowanych z wszelkiej przemocy „se-
riali rodzinnych", przekonują nas, Ŝe przemoc jest czymś niewłaściwym. 

Czy na pewno? Czy  moŜe  po prostu ten świat jest juŜ tak urządzony,  Ŝe pod kaŜdym cichym  źdźbłem 

trawy, maleńkie, a przecieŜ okrutne chrząszcze poŜerają się nawzajem w nieprzytomnym cyklu niszczenia i 
tworzenia? 

Eddie  Vedder  napisał:  „W  dawnych  czasach  samobójstwo  wystarczało  w  zupełności  ...  było  zwykłym 

skróceniem  cierpienia.  Dziś  ludzie  chcą  oglądać  nowe  cierpienia  ...  niewinni  byli  kiedyś  ...  teraz  są  tylko 
bezradni. Stworzyliśmy potwora — całe stado potworów." 

I Ŝadne prawodawstwo zrodzone w Waszyngtonie, Ŝaden telewizyjny czy filmowy cenzor nie będzie w 

stanie zapobiec dalszej ekspansji tej nowej multimedialnej, wirtualnej rzeczywistości. Nie da się juŜ uniknąć 
coraz bardziej realistycznego portretowania scen gwałtu i przemocy, w czym swój wydatny udział mają gry, 
wirtualne okulary, interaktywne przyciski czy coraz większa ilość wiadomości, takŜe tych z ostatniej "nano-
sekundy". PoniewaŜ telewizja i niektóre filmy starają się łagodzić zawarte w nich elementy przemocy (Ŝad-
nych  ręcznych  granatów,  Ŝadnej  krwi,  Ŝadnego  szoku  towarzyszącemu  aktowi  umierania),  nadrabiają  to  z 
nawiązką dzienniki, zdobywając sobie jednocześnie coraz większą widownię. I podobnie jak niegdyś wymy-

ś

lono  C-Span  czy  Court  Channel  (przekazujące  bezpośrednie  relacje  z  sądów  i  akcji  policji),  obecnie  nie-

uniknione  wydaje  się  powstanie  Execution  Channel, transmitującego  obrazki  z  komór  gazowych,  śmiertel-
nych zastrzyków, „ostatnich nocy" skazańców czy „ostatnich posiłków". Przy uŜyciu nowych technik filmo-
wych moŜliwe stanie się dokładne odtwarzanie scen zabójstw. 

(Zwróćmy przy okazji uwagę na obserwację poczynioną przez Robina Andersona z Wydziału Technik 

Komunikacyjnych Uniwersytetu w Fordham. Anderson zauwaŜył, Ŝe o ile „telewizyjne przekazy z policyj-
nych akcji cieszą się obecnie 62-procentową oglądalnością, o tyle, według statystyk FBI, jedynie 18 procent 
spraw  zostaje  doprowadzonych  do  końca.  Programy  ukazujące  wymierzanie  sprawiedliwości  siłą  niosą  ze 
sobą  zrozumiałe  dla  kaŜdego  przesłanie.  Agresywna  postawa  policji  w  stosunku  do  podejrzanych  jest  ko-
nieczna  dla  ochrony  szanujących  prawo  obywateli  przed  niebezpieczną  mniejszością...  dajemy  im  nasze 
upowaŜnienie. Gdy policjanci z bojowymi okrzykami na ustach szturmują kolejny dom  kładąc jego miesz-
kańców  na  podłodze  i  zakuwając  w  kajdany  «podejrzanych»,  odczuwamy  wówczas  specyficzny  dreszcz 
emocji,  towarzyszący  wszelkim  momentom  konfrontacji.  I  trzymamy  stronę  sankcjonowanego  przez  pań-
stwo gwałtu. ") 

Do  pracy  nad  Urodzonymi  mordercami  nie  przystępowaliśmy  jednak  z  zamiarem  naturalistycznego 

przedstawienia aktów  przemocy,  tak  jak  w  Plutonie, Urodzonym  4  lipca, czy  JFK.  Widziałem  róŜnego  ro-
dzaju pomysły na zbrodnie, mistrzowsko zaprezentowane w filmach In Cold Blood, Henry — Portrait of a 
Serial Killer, Reservoir Dogs i wielu innych. Przyjmuję teŜ do wiadomości przytłaczającą obecność cywili-
zacji zbrodni wokół nas (choć statystyka pokazuje, Ŝe wskaźnik najcięŜszych przestępstw utrzymuje się od 
jakiegoś  czasu  na  prawie  takim  samym  poziomie;  według  danych  Departamentu  Sprawiedliwości,  które 
uwaŜam za dokładniejsze od zestawień FBI, wskaźnik przestępczości w przeliczeniu na 1000 osób wynosił 
w roku 1973 32, 6%, a w roku 1994 32, 1%). 

Jednak przy całym szacunku dla przedstawionego w Mechanicznej pomarańczy czy u Sama Peckinpaha 

dramatycznego obrazu zbrodni, postanowiłem poprzez obecność elementów satyry (przesada, czarny humor) 
nieco inaczej przedstawić tę kwestię. Problem, który doszedł juŜ do fazy obłędu, wydostał się poza wszelką 
kontrolę i skutecznie otępił i znieczulił nas wszystkich. Podobny zabieg zastosowano w słynnej kreskówce 

background image

„Beavis & Butthead", gdzie temat zwyrodnienia i przestępstwa traktowany jest wręcz komediowe. Dotyczy 
to równieŜ zachłannych na wszelką przemoc mediów. 

Nasze  społeczeństwo  przesycone  jest  nie  tylko  samym  zjawiskiem  przestępczości,  ale  równieŜ  sposo-

bem,  w  jaki  media  je  przekazują.  Przesyceni  jesteśmy  takŜe  szaleństwem  wyścigu  zbrojeń,  budowaniem 
coraz  to  większych  więzień  dla  „przestępczej  podklasy",  antyprzestępczą  retoryką,  która  doprowadziła  do 
wydawania przez sądy orzeczeń typu „trzy wyroki i doŜywocie". Po uszy mamy teŜ jednakowo w kaŜdym ze 
stanów obłudnego i odraŜającego ustawodawstwa związanego z narkotykami. 

Gliniarze,  klawisze,  więzienia,  dziennikarze-oni  wszyscy  muszą  zdawać  sobie sprawę,  Ŝe  stali  się  czę-

ś

cią  ogromnej  i  zwariowanej  sieci  okrutnego  i  totalitarnego  systemu  wymiaru  sprawiedliwości.  W  takim 

otoczeniu,  nieuniknione  jest  pojawienie  się  Mickeya  i  Mallory,  samotnych  morderców,  stuprocentowych 
antybohaterów,  którzy  wypłyną  na  powierzchnię nieludzkiego  aparatu  opresji,  zdobywając sobie jednocze-

ś

nie serca i dusze mieszkańców Ameryki oczekujących na pojawienie się ludzkiej twarzy — czy to pod po-

stacią Bobbitta, Buttaffucco czy Anity Hill — narzekającej na niesprawiedliwości współczesnego świata. 

Kafka  nie  miał  racji  —  człowiek  nie  musi  dłuŜej  pozostawać  bezustannie tłamszoną  i  bezimienną jed-

nostką, jeśli tylko potrafi dostać się na telewizyjne ekrany. A czy jest to udział w teleturnieju, czy w morder-
stwie,  to  chyba  nie  stanowi  większej  róŜnicy  ...  Gdy  całe  Ŝycie  spędza  się  w  więzieniu,  chwila  dziennego 

ś

wiatła jest właśnie chwilą dziennego światła. 

Mickey i Mallory, nie okazując szacunku temu światu, pozostają jednak (tak!) bez winy, upodobniając 

się do stworzonych przez Swifta i Woltera karykatur naszych najgorszych nocnych koszmarów. Ale Mickey 
i Mallory „zrodzeni" zostali dzięki przemocy, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, z rodziców 
na dzieci — i tak dalej, bez końca. Tak jak końca nigdy nie będą miały gwałt i przemoc. Jednak coś szcze-
gólnie  obrzydliwego  wyróŜnia  i  tak  juŜ  nieludzki  i  ludobójczy  wiek  XX.  Ukazując  obecnym  i  przyszłym 
pokoleniom korzenie hitleryzmu, stalinizmu, wojen w Wietnamie czy w Armenii, dokonujemy kolejnej pro-
jekcji tego  samego  filmu,  który  opowiada jak  głęboko  siedzimy  w  dwudziestowiecznym  bagnie,  z  którego 
rozpaczliwie próbujemy się „wydostać" (jak określił to Octavio Paz). 

Nie zamierzałem zbytnio rozwodzić się czy wręcz gloryfikować przemocy w wydaniu Mickeya i Mallo-

ry,  choć  z  pewnością  będę  o  to  oskarŜany.  Ujęcia  są  krótkie  i  szybkie,  film  trzyma  w  napięciu  —  tak  jak 
powinien; nie zmierza w kierunku wywoływania u widza reakcji Ŝołądkowych, tak jak miało to miejsce w 
scenie  z  piłą  tarczową  w  filmie  Scarface  czy  w  scenie  odgryzania  języka  w  Midnight  Express;  nic  z  tych 
rzeczy. Szok w Urodzonych mordercach ma — jak sądzę — podłoŜe raczej ideologiczne. MoŜliwość zaist-
nienia przedstawionych w filmie sytuacji, wprawia w zakłopotanie niektóre osoby zarówno z prawego, jak i 
lewego skrzydła sceny politycznej. Jednak z drugiej strony, jeśli satyra ma spełniać swoje zadanie, powinna 
szokować. 

Ducha czasów niezmiennie psują — juŜ od lat — alternatywne czy teŜ obrazoburcze idee. CzyŜ Kubrick 

w swej filmowej wersji Mechanicznej pomarańczy nie przekroczył akceptowanych granic ukazywania prze-
mocy?  Czy,  wiele  lat  wcześniej,  Bunuel  i  Dali,  mając  do  dyspozycji  „jedynie"  gałkę  oczną  i  brzytwę  nie 
szokowali równie odraŜająco? A Eisenstein i jego motyw stłuczonych okularów w dziecinnym wózku? Są-
dzę,  Ŝe jest  to jedynie  kwestią  stylu. Wszystko  na tym  świecie  znajduje  się  w  ciągłym  ruchu.  A  szokować 
potrafili juŜ staroŜytni Grecy — naczynia pełne krwi, wydłubane oczy... Nie uwaŜam, Ŝe konieczne jest róŜ-
nicowanie kwestii przedmiotowych z artystycznego punktu widzenia. Motyw oka i brzytwy ma tę samą wa-
gę,  co  kontrolowana  przez  państwo  agresja  w  Mechanicznej  pomarańczy  Umierający  na  AIDS  człowiek, 
rewolucje w Rosji czy „urodzeni mordercy" kładą się cieniem na współczesnej rzeczywistości, bo pozwalają 
im na to system i media. Takie zachowania stały się jednak czymś normalnym w świecie, który od momentu 
zderzenia  się  ze  sobą  pierwszych  molekuł,  rządzi  nieprzerwanie  naszymi  duszami.  Gdy  zaczynamy  jakąś 
rzecz  określać  jako  „politycznie  poprawną",  podkopujemy  tym  samym  całość  systemu  naszych  podstawo-
wych wolności. 

Ale ja jednak wierzę, Ŝe ostatecznie zwycięŜy miłość. I wierzę teŜ, Ŝe, jak ujął to jeden z bohaterów fil-

mu, „miłość pokona demona". Nie zdradzam tu zakończenia całej historii, jednakŜe ironicznym wydaje się 
fakt, Ŝe to właśnie Mallory i Mickeyowi udaje się uciec przed Wielkim Ziewnięciem. Ale decydujące zdanie 
naleŜy i tak do Ciebie. 

Oliver Stone 
 

background image

„Dopiero w ciemności oczy zaczynają widzieć” 
Theodore Roethke 
 

Z pomrukiem, właściwym rozgniewanym władcom niebios, czerwony Dodge Challenger 383 Magnum 

RT, rocznik 1970, wcisnął się w dogodne miejsce na parkingu, tuŜ przy drzwiach do Kankakee Sonic. 

Słysząc  takie  dudnienie  silnika,  kaŜda  matka  kaŜe  swym  bawiącym  się  na  podwórku  dzieciom  wracać 

natychmiast do domu. 

Był to odgłos nadciągającej znad horyzontu burzy. 
Odgłos, który nagle ucichł, gdy Mickey Knox gasił silnik. 
Wracający  do  zacisznych  internatów  stali  bywalcy  Sonic  —  uczniowie  ostatnich  klas  w  towarzystwie 

swych o dwa lata młodszych koleŜanek — przystanęli, otwierając w zdumieniu usta na widok dwóch nowo 
przybyłych osób. Ta para z pewnością nie pochodziła stąd. 

Osiemnastoletnia Mallory Wilson bez słowa wyszła z samochodu i ruszyła w stronę restauracji, ignoru-

jąc  po  drodze  spojrzenia  ze  strony  męŜczyzn,  kobiet,  i  dziewcząt  w  strojach  wodzirejek.  Pomiędzy  stani-
kiem, a ciasno opasującymi jej biodra dŜinsami, znajdowało się 13-calowe pasmo nagłej, białej skóry—tak 
napiętej i gładkiej, Ŝe wydawała się wyrzeźbiona z kawałka kości słoniowej. A w środku tego piękna tkwił 
pępek, jedyne w swoim rodzaju wcięcie, w którym kaŜdy zdrowy, dorosły męŜczyzna obecny tego wieczoru 
na parkingu, chciałby umieścić swój palec. Przynajmniej dla zmierzenia się z reakcją własnej twarzy. 

Co do jednej rzeczy nie było wątpliwości — dziewczynę otaczała wręcz chmura seksu i niebezpieczeń-

stwa. 

Gdy Mallory zniknęła wewnątrz klubu, moŜna było popatrzeć jeszcze na Mickeya Knoxa, który pozostał 

na parkingu w swych przyciemnionych „lennonkach" i postrzępionych dŜinsach. Wyglądał trochę jak nafa-
szerowany sterydami Timothy Leary. Poruszał się z ogromną pewnością siebie — krokiem prowincjonalne-
go  gangstera,  który  obejrzał  zbyt  wiele  filmów  z  Lee  Marvinem.  Był  typem  faceta,  który  przyszedł  na  ten 

ś

wiat z obciąŜeniem. I którego mało ten fakt obchodził. 

Najbardziej nieprzystępna para, jaka kiedykolwiek przestąpiła próg Kankakee. 
Zwykła pogawędka dwudziestoparu nastolatków stojących na zewnątrz Sonic ucichła, gdy Mickey szedł 

w kierunku frontowych drzwi. Nagle odezwał się pierwszoklasista Randall Krevnitz: 

—To najbardziej czadowy samochód, jaki widziałem. 
Mickey  Knox  szedł  dalej;  ku  przeraŜeniu  pozostałych,  Randall  przemówił  ponownie.  Tym  razem  gło-

ś

niej. 

—Stary, to twój samochód? 
Mickey stanął i zdjął okulary. 
—Chodzi ci o to, czy ukradłem ten wóz? To miałeś na myśli? 
Mówił tonem mafiosa rodem z parkingu dla przyczep samochodowych. Akcentował przy tym kaŜdą sy-

labę, nawet gdy zlały się juŜ w całe zdanie. 

— OtóŜ nie. Dałem za niego niezłą kasę. 
— Niezła bryka, nie? 335 koni mechanicznych, co? 
— No, nie bardzo — odparł Mickey, wyraźnie zadowolony z tego, Ŝe jego samochód stał się obiektem 

rozmowy. — Ma nisko zawieszony tył, Mopar, spoilery, kurewskie zagłówki ... Sam to wszystko zrobiłem. 
Odpowiednie podrasowanie i teraz ma jakieś 390. 

— Dałbym się zabić za taki samochód. 
— Teraz, od razu? 
— Pewnie, Ŝe tak. 
Mickey Knox uśmiechnął się, co sprawiało, Ŝe wzbudzał jeszcze większy respekt. 
—Jak się nad tym zastanowić, to ja chyba teŜ. 
Późniejsza rekonstrukcja zdarzeń przeprowadzona przez policję wykazała na podstawie rejestru rachun-

ków, Ŝe Mickey Knox zamówił dwa cheeseburgery, jednego hamburgera. Coca Colę i jej dietetyczną wersję. 
Razem pięć dolarów, osiemdziesiąt sześć centów. Rozmienił pięćdziesiątkę. 

Tego wieczoru swój dyŜur miał Bud "Konus" Wilkins, który miał zwyczaj trzymania telewizora pod la-

dą, tak by mógł oglądać swoje ulubione programy w czasie, gdy Jimmy na zapleczu przygotowywał posiłki 

background image

do wydania. Przed siedmiu laty, gdy zaczął przynosić do pracy rozregulowany telewizor swojej matki, wła-

ś

ciciel baru zabronił mu oglądania podczas godzin szczytu. Po kilku miesiącach właściciel jednak uległ, jako 

Ŝ

e telewizja była właściwie jedyną rzeczą, jaka pozostała temu biednemu człowiekowi. Bud „Konus" Wil-

kins  nie odznaczał  się drobną  posturą,  co,  rzecz jasna,  wywoływało  spekulacje odnośnie  prawdziwego  po-
chodzenia jego przezwiska. To, Ŝe nigdy się nie oŜenił, jedynie podsycało plotki wokół jego osoby. 

Mickey Knox stał w milczeniu, a zamówione przez niego danie było właśnie przyrządzane. Obserwował 

więc ladę, na której tłuste, błyszczące hot dogi leŜały jeden za drugim pod ogrzewającymi je lampami. 

Gdyby  „Konus"  Wilkins  oglądał  tamtego  wieczoru  serwis  Action  7,  ujrzałby  przekazywaną  na  Ŝywo 

przez Ally Bree relację, a w niej ostre światła reflektorów padające wprost na zmarszczki wokół oczu kore-
spondentki, gdy opisywała to, co działo się za jej plecami: trzy samochody policyjne, jednostka śledcza poli-
cji  kryminalnej i  stojący  dalej  wóz  koronera.  Umundurowani  oficerowie  policji  po  raz  drugi  otaczali  Ŝółtą 
taśmą dwupiętrowy budynek przy Hickamore Lane 113, począwszy od zgiętego palika w płocie, aŜ do mar-
twego dębu, na którym wyryto litery „M & M". 

Gdyby „Konus" Wilkins oglądał wiadomości „News 9", usłyszałby, jak Ruth Mambers, sąsiadka zamor-

dowanych, wyjaśnia dlaczego postanowiła tamtego wieczoru porozmawiać z Edem Wilsonem i jego Ŝoną na 
temat ich córki Mallory, jej byłego chłopaka i niedopałków papierosów Marlboro, jakie kaŜdego ranka znaj-
dowała na swoim trawniku. Gdy nikt nie reagował na dzwonek, postanowiła sama zajrzeć do środka przez 
kuchenne okno, odkrywając ślady krwawej jatki. 

Gdyby Wilkins oglądał „News Star 4", zobaczyłby wielkie zdjęcie Mickeya Knoxa, pochodzące z kroni-

ki Lansing High School. Prezentacji zdjęcia towarzyszył opis śmierci Eda Wilsona, którego siłą zanurzono w 
dziesięciogalonowym  akwarium.  Wilkins  dowiedziałby  się  równieŜ,  Ŝe  Mallory  Wilson  i  Mickeya  Knoxa 
poszukują policje pięciu stanów. Zdałby sobie w końcu sprawę, Ŝe jego Ŝycie zawisło na włosku. 

Ale „Konus" Wilkins oglądał program "Fox". 
—Mógłbyś tak po prostu przerŜnąć Kelly Bundy? — zapytał Mickeya wręczając mu resztę. —To zna-

czy, zobacz, jak ona łazi z tym tyłkiem. Seksowna jak skurwysyn. I jeszcze wiadomo, Ŝe stary Al teŜ coś z 
tego ma. Skubnie ją trochę tu czy tam. 

Mickey do połowy napełnił styropianowy kubek  ketchupem ze stalowej pompki, stojącej obok innych. 

Pierwszą warstwę ketchupu posypał solą, a potem dodał jeszcze ketchupu. 

„Konus" kontynuował swój wywód. 
—Pomyśl tylko — jak to jest, Ŝe Al nigdy nie  chce pieprzyć swojej Ŝony? Wiesz, czemu? Bo on to robi 

z własną córką. Naprawdę, przysięgam na Pana Boga. A wiesz, czemu nigdy nie pokazują pokoju Kelly? Bo 
to jest magazyn sprzętu dla sadomasochistów, właśnie tak. Bicze, łańcuchy, wszystko... On ją tam zabiera, 
związuje ją i jedzie. Wyobraź to sobie. Jesteś Alem Bundy, twoje Ŝycie jest do dupy, nie masz po co Ŝyć. A 
moŜe skosztować by tak własnego dzieła? To w końcu jego córka i to przede wszystkim on ją zmajstrował. 

— Coś jak ssanie własnego kutasa — zauwaŜył Mickey. 
— Jasne, kurwa. Byłbym chyba najszczęśliwszym facetem w Illinois gdybym potrafił to zrobić. 
— Potrafisz — uspokoił go Mickey, wkręcając w ketchup za pomocą słomki drobiny soli. — Potrafisz, 

moŜesz mi wierzyć. 

Damska toaleta w Kankakee Sonic stanowiła coś w rodzaju arsenału wypełnionego środkami do pielę-

gnacji włosów, czyli specyfikami, o których większość mieszkańców Ameryki ery post-Nancy-Sinatra zdą-

Ŝ

yła juŜ zapomnieć. W arsenale tym wyróŜniała się 48-uncjowa butla sprayu o nazwie Aqua-Net ($ 2,39 w 

sieci sklepów Wal-Mart), który niepodzielnie panował pośród pokrewnych mu eliksirów, odznaczając się nie 
tylko objętością, ale równieŜ odpornością na działanie wiatru (warunek konieczny dla Ŝeńskiej części uŜyt-
kowników kabrioletów i pickupów). Aqua-Net nadawał włosom sztywność, której Ŝadna maść, ani Ŝaden Ŝel 
nie mogły im zapewnić. 

Przy  takim  nagromadzeniu  chemikaliów,  konieczne  było  zachowanie  pewnej  ostroŜności  i  dlatego 

klientki  Kankakee  Sonic  uznały  przednią  część  toalety,  tuŜ  przy  umywalkach  i  lustrach,  za  „strefę  objętą 
zakazem palenia". Lokalna legenda głosi, Ŝe kilka lat wcześniej pewna pierwszoklasi-stka spaliła sobie wło-
sy włącznie z cebulkami, gdy leŜący obok papieros spowodował eksplozję chmury aerozolu Aqua-Net. Wło-
sy tej dziewczyny juŜ nigdy nie odrosły, w związku z czym skończyła jako lesbijka, gdzieś w stanie Misso-
uri. I chociaŜ autentyczność tej opowieści pozostaje mocno wątpliwa, to jednak klientki Sonic łączyła niepi-
sana umowa: wypal papierosa ZANIM zaczniesz uŜywać sprayu do włosów. 

background image

I  dlatego  Mallory,  zapalając  swego  Marlboro  przy  umywalce,  złamała  pierwsze  tabu  —  zupełnie  tak, 

jakby  kogoś  zamordowała  czy  ustąpiła  miejsca  pierwszoklasiście.  Do  Tiny  Hopkins,  jako  jedynej  seniorki 
(IV klasa) w toalecie, naleŜało zatem wyegzekwowanie surowego prawa. 

—  Zgaś  to  gówno  —  powiedziała  do  Mallory  bez  śladu  podniecenia  w  głosie.  Pozostałe  dziewczyny 

podświadomie cofnęły się o krok, robiąc miejsce na wypadek ewentualnego starcia. 

— Przepraszam, co powiedziałaś? — spytała Mallory. 
Tina nie miała ochoty się powtarzać. Zamiast tego, wyciągnęła ze spokojem rękę, wyjęła papierosa z ust 

Mallory i umieściła go w odmętach wody bulgoczącej w umywalce. Niedopałek, z pomarańczowym śladem 
szminki wokół ustnika, wirował przez chwilę, a potem zniknął, wessany razem z wodą, w gardzieli zlewu. W 
toalecie zaległa cisza. Tina i Mallory przymknęły oczy, niczym dwa krąŜące wokół siebie wśród pustynnych 
piasków węŜe. Tina stała prosto przed nieznajomą— przybłędą nie wiadomo skąd, ze zbyt wąską talią, i z 
tymi butami typu przerŜnij mnie. Jej, to znaczy Tiny, pozycja wśród koleŜanek z Sonic niewątpliwie umocni 
się  po  tym  incydencie.  Zaczną  teŜ  krąŜyć  opowieści  jak  to  Tina  Hopkins  zmierzyła  się  z  gówniarą,  która 
przyjechała podrywać tutejszych chłopaków. 

Pierwsza ciszę przerwała Mallory, przepychając się do ubikacji. Czyli wygrana Sonic. Tina, która zdąŜy-

ła juŜ uwierzyć w swoje zwycięstwo, głośno wypowiedziała słowa „pierdolona pizda", gdy Mallory zamyka-
ła za sobą drzwi do kabiny. Siedząc na sedesie, słyszała niewyraźne odgłosy i szepty — wymianę zdań na jej 
temat. Głosy osądzające ją. Porównujące. Wybuchł nagle przytłumiony śmiech, któremu towarzyszył chichot 
i wzajemne uciszanie się uczestniczek rozmowy. Siedząc na kiblu, Mallory wyrysowała jaskrawo-czerwoną 
szminką na drzwiach kabiny dwie litery, „M & M", otoczone wielkim sercem. 

Gdy woda dokładnie wypłukała muszlę, Mallory odemknęła zasuwkę, stając oko w oko ze swymi nie-

przyjaciółkami, ustawionymi w zwartym szeregu i odcinającymi jej drogę do wyjścia. Mallory podeszła do 
Tiny, stanęła przy drzwiach i słodkim głosem spytała: 

—Czy mogę cię o coś zapytać? 
Tina uśmiechnęła się bez słowa. 
—Czy Ŝałujesz tego, co mi przed chwilą zrobiłaś? 
Z lekko wygiętymi plecami i świeŜo postawioną fryzurą, Tina była o dobre dwa cale wyŜsza od Mallory. 
—Jesteś pieprzoną, małą dziwką — powiedziała. 
Mallory zrobiła krok do tyłu. Jakiś nieokreślony smutek przysłonił jej twarz, a jednocześnie dłonie zwi-

nęły się w pięści. 

—Wiesz co, ja tego bardzo nie lubię. Naprawdę nie lubię, gdy ludzie grają sobie ze mną w kulki. Wiesz 

dlaczego? Bo dziewczyna nie Mo Ŝe przejść przez Ŝycie i nie odegrać się choćby raz. 

Jednym, jakby instynktownym ruchem, Mallory chwyciła Tinę za jej lepkie od lakieru włosy i wytrąca-

jąc ją z równowagi uderzyła pięścią w mostek. Nie mogąc złapać powietrza, Tina nie była w stanie podjąć 
walki, gdy Mallory zaczęła walić jej głową o suszarkę do rąk. Rozbiwszy w dwóch miejscach lustro, głowa 
Tiny wylądowała na kancie porcelanowej umywalki. Wydział Zabójstw stwierdził później, Ŝe śmierć nastą-
piła po czwartym uderzeniu, na jedenaście zadanych (o umywalkę, ścianę i podłogę). Złamaniu uległ ponad-
to nadgarstek, choć nie stwierdzono, w jaki sposób. 

Pierwszoroczna Kerry Jacobsen stała wówczas najbliŜej drzwi do toalety. Gdy pozostałe dziewczęta w 

przeraŜeniu obserwowały całe zajście, Kerry zdąŜyła uchylić drzwi. W tym momencie gwałtownie pchnęła 
je Mallory. Drzwi, zatrzymawszy się na koszu od śmieci, złamały przy okazji dwa Ŝebra Kerry. 

—A ty gdzie się pakujesz? — wrzasnęła Mallory. Im głośniej krzyczała, tym brudniejszy stawał się jej 

język. Kerry, uwięziona między drzwiami a ścianą, była bezbronna. Mallory krzyknęła w głąb korytarza. 

—Mickey, kochanie, chodź tutaj! 
Słysząc wołanie Mallory, Mickey zostawił swoje dwie Cole i kubek z ketchupem, który zresztą strącił w 

biegu ze stołu. Ketchup rozlał się grubą czerwoną plamą na białych kafelkach podłogi. Później, pewien mło-
dy, niedoświadczony pomocnik koronera omyłkowo wziął ją za ślad krwi. 

Zanim  Mickey  doszedł  do  drzwi  toalety,  Mallory  wgniotła  obcas  swego  wysokiego,  zamszowego  buta 

(uznanego później za jej firmowy znak) w pozbawioną juŜ Ŝycia twarz Tiny; triumfalny gest nie pozostawiał 
choćby  cienia  wątpliwości  kto  był  zwycięzcą,  a  kto  pokonanym  w  tej  szczególnej  konfrontacji.  Pozostałe 
uczestniczki  zajścia  utworzyły  pod  ścianą  zbitą  gromadkę,  niczym  szczenięta  podczas  burzy  z  piorunami. 
Dwie dziewczyny w strojach wodzirejek schroniły się w kabinie. 

background image

Uzbrojony w pistolet kalibru 0.357, Mickey spojrzał z niedowierzaniem na Mallory. 
— Gdzie masz broń? — spytał. 
— Zostawiłam w samochodzie — odparła. 
— Co zrobiłaś? 
— No dobra, kurde, moja wina — stwierdziła Mallory. — Poszłam się tylko odlać. 
— Mal — odezwał się trochę ojcowskim tonem Mickey. — Jeśli ja bym szedł... 
— W porządku, dosyć — zawołała Mallory. — Zajmiesz się tym wszystkim, czy mam wrócić do samo-

chodu i poczekać aŜ skończysz pieprzyć? 

Mickey odbezpieczył 0.357. 
—Powiedz mi tylko, która to była. 
Mallory ściągnęła nieco brwi; jej głos przeszedł w wyŜszy rejestr i zabrzmiał złowieszczą radością. 
— Wszystkie. 
Osłupiałe, niczym sarny oświetlone snopem samochodowego reflektora, padły liderki druŜyn, a zaraz po 

nich absolwentka szkoły. Kerry Jacobsen rzuciła się znienacka na Mickeya, co nawet zbiło go z tropu; Mal-
lory musiała odrywać ją z jego pleców. Po otrzymaniu dwóch kopniaków, Kerry skuliła się w kącie, gdzie 
stanowiła wyjątkowo łatwy cel. Z braku lepszego zajęcia, Mallory wycelowała Aqua-Net w dwie dziewczy-
ny, które cofnęły się w przeraŜeniu jakby miała je oblać kwasem. Ich cierpienie nie trwało zbyt długo. 

Kabiny w toaletach przeznaczone są dla osłony, a nie dla ochrony, toteŜ wystarczyło jedno kopnięcie, by 

drzwi  stanęły  otworem.  Dwie,  ubrane  w  klubowe  barwy  dziewczyny.  Mary  Proctor  i  Judy  Kane,  stały  na 
muszli drŜąc ze strachu. Mickey pociągnął za spust, jeden strzał przebił na wylot obie ofiary, które bezwład-
nie opadły na przeciwległe ściany kabiny. 

Judy  Kane,  blondynka,  miała  więcej  szczęścia;  ciało  jej  koleŜanki  wyhamowało  pęd  pocisku,  dzięki 

czemu wnętrzności Judy zostały ocalone przed całkowitym spustoszeniem. Chirurdzy w lokalnym Kankakee 
General Hospital odratowali ją po szesnastogodzinnej operacji. 

Judy Kane była jedyną ocalałą osobą ze słynnej później „masakry w toalecie w Kankakee". 
Gdy Mickey i Mallory torowali sobie drogę z łazienki do wyjścia, kucharz Jimmy pomyślał w pierwszej 

chwili o uŜyciu gaśnicy jako ewentualnego oręŜa. Na swe nieszczęście, nie brał nigdy udziału w obowiąz-
kowym  szkoleniu  przeciwpoŜarowym  w  Sonic,  podczas  którego  z  pewnością  nauczono  by  go  wyciągania 
czerwonej  zawleczki  (co  poprzedza  uruchomienie  gaśnicy).  Zawleczka  niestety  tkwiła  na  miejscu,  co  sku-
tecznie  unieruchamiało  przycisk,  i  co  z  kolei  pozwoliło  Mickeyowi  na  oddanie  strzału  prosto  w  zbiornik. 
Chwilę potem, podłoga przy automatach telefonicznych pokryła się dwucalową warstwą krwawej piany. 

„Konus" Wilkins nie próbował nawet podejmować walki. Po dwóch szybkich ciosach zadanych myśliw-

skim  noŜem  upadł  krwawiąc  obficie.  Mickey  zastanawiał  się  przez  chwilę  czy  nie  zrobić  uŜytku  ze  swej 
wcześniejszej groźby, ale nie miał juŜ czasu ani ochoty na rozpinanie dŜinsów „Konusa". Zamiast tego, za-
dowolił się „nakarmieniem" swej ofiary jednym z hotdogów wygrzewających się na barowej ladzie. 

Na parkingu, gdzie odgłosy strzelaniny zagłuszone były płynącym z głośników „Mony Mony", rozgry-

wający Troy Hallowell opierał się o Dodge'a Challengera i spoglądał na rozrzucone po siedzeniu taśmy.  Z 
wyciągniętą  spluwą,  Mickey  kazał  mu  cofnąć  się  o  krok,  a  po  chwili  rozległ  się  huk  wystrzału.  Siedzenia 
pokryte były sztucznym obiciem, mimo to wolał nie ryzykować. 

Wyciągnąwszy z auta swoją dwudziestkę dwójkę, Mallory z wściekłą dokładnością rozprawiła się z za-

chodnią częścią Sonic, podczas gdy Mickey zajął się częścią wschodnią. Wszyscy starali się uciec, lecz trud-
no jest umknąć karabinowej kuli. 

Tylny obrońca Larry Dean rozpaczliwie poszukiwał szansy ocalenia. 
— Hej, ty — odezwał się Mickey do spanikowanego chłopaka. — Na tym świecie są dwa rodzaje ludzi: 

Fordy i Chevrolety. Co ty jesteś? 

— N...n...n...nie wiem — wybełkotał Larry. — MoŜe Ford? 
—  Źle  —  odparł  Mickey,  po  czym  oddał  strzał.  — No  tak,  gdybyś  powiedział  „Chevrolet",  moŜe  po-

zwoliłbym ci Ŝyć. 

Ostatecznie, ocalał jedynie entuzjasta pojazdów marki Dodge, Randall Krevnitz. Wyszedłszy cało z ma-

sakry na parkingu, zdobył później nagrodę jako autor mowy pogrzebowej wydrukowanej w kronice Kanka-
kee High School. 

Pozostali spośród jego przyjaciół zginęli. 

background image

 

Detektyw Jack Scagnetti przybył na miejsce zbrodni o 3.25 rano, eskortowany przez sznur policyjnych 

krąŜowników, które wyjąc przecierały mu szlak przez ostatnie sto mil z Chicago, testując przy okazji jazdę 
po amerykańskiej szosie przy maksymalnej bezpiecznej prędkości. O tej porze ulica była prawie pusta, ofice-
rowie policji nie uznali zatem za konieczne wyłączenia syren — z kolei dla Scagnettiego, ten przenikliwy, 
dwutonowy jęk był jedną z najpiękniejszych melodii tego świata. Napełniał go szczególną euforią, której nie 
był w stanie wyzwolić Ŝaden chemiczny środek. ChociaŜ jeden Bóg wie, czy Scagnetti kiedykolwiek czegoś 
podobnego próbował. Syreny swym rykiem zwiastowały nieszczęście w promieniu jednej mili. Obwieszcza-
ły  strach,  trwogę  i  śmierć.  W  dniu  Sądu  Ostatecznego,  jeźdźcy  apokalipsy  przyjadą  w  czterodrzwiowych 
policyjnych fordach, nie zaś na swych ognistych rumakach. 

„DruŜyna" Scagnettiego dołączyła do stojących juŜ wokół Kankakee Sonic niezliczonych karetek pogo-

towia, policji i wozów oficerów śledczych. Niedaleko stał równieŜ wóz straŜacki; w pozostawionej bez opie-
ki kuchni zapalił się tłuszcz. Sytuację dałoby się łatwo opanować, niestety, pod ręką nie było gaśnicy. 

Trzech,  pozostających  pod  zbawiennym  działaniem  kofeiny,  członków  cywilnego  patrolu  drogowego 

starało się utrzymać jako taki porządek na drodze, odgradzając wścibskich dziennikarzy od placu parkingo-
wego. Ujrzawszy ekipę Scagnettiego — rzucili się, by utorować mu drogę, odpychając przy okazji wysłan-
ników CNN, którzy rozpoczynali właśnie bezpośredni przekaz. 

Dziobaty  zastępca  szeryfa,  Jimmy  Hale  dostrzegł  Scagnettiego  jeszcze  w  samochodzie  i  dzielnie  prze-

dzierał  się  przez  plątaninę  policyjnej  taśmy,  rozciągającej  się  pomiędzy  wszelkimi  moŜliwymi  słupami  i 
naroŜnikami. 

—Panie  Scagnetti,  chciałem  tylko  panu  powiedzieć,  Ŝe  to  chyba  dzięki  panu  zostałem  gliniarzem  — 

oświadczył Hale. — Przeczytałem pana ksiąŜkę i to chyba ona odmieniła moje Ŝycie. To znaczy, na pewno 
je odmieniła. 

Scagnetti musiał poczekać chwilę przy drzwiach do restauracji, gdy wywoŜono stamtąd ciała z przycze-

pinymi identyfikatorami. 

—  Wie  pan,  ja  staram  się  codziennie  wykorzystywać  to,  co  pan  napisał  o  wczuwaniu  się  w  psychikę 

mordercy.  Jestem  w  jakimś  miejscu,  siadam  i  myślę  „co  zrobiłbym  teraz  gdybym  był  mordercą--
psychopatą?" Albo „co zrobiłby Jack Scagnetti?" — Hale miał nadzieję na uśmiech czy jakąkolwiek reakcję 
ze strony Scagnettiego, ale słynny detektyw nie poświęcał mu zbyt wiele uwagi. 

—  Czytałem  tę  ksiąŜkę  Anthony'ego  Robbinsa,  w  której  pisał,  Ŝe jeśli  chce się odnieść sukces,  naleŜy 

znaleźć sobie kogoś, kto jest mistrzem w swojej dziedzinie i wzorować się na nim. No więc ja chyba wzoruję 
się na panu. 

Scagnetti zapalił zapałką papierosa. Trzydziestopięcioletni, lekko siwiejący na skroniach i konsekwent-

nie  rosnący  wszerz  odezwał  się  głosem  faceta,  który  od  dziesiątego  roku  Ŝycia  pali  papierosy  (co  w  jego 
przypadku odpowiadało prawdzie). 

— A „Scagnetti o Scagnettim”? 
— O taaaaak, podobała mi się ta ksiąŜka. Strasznie. Naprawdę. Byłem autentycznie zaskoczony, Ŝe nie 

sprzedawała się lepiej. 

Hale wyznał później, Ŝe Scagnetti wręczył mu wciąŜ palącą się zapałkę. Osłonił płomień dłonią, jakby 

był to najcenniejszy podarunek. 

—To był najwspanialszy moment mojego Ŝycia — wspominał Hale. — Nie obchodzi mnie, co inni po-

tem o nim mówili. To było zachowanie godne wielkiego człowieka. 

Scagnetti klepnął go w plecy i uśmiechnął się. 
 — Kawę, czarną — zadysponował. — I Ŝeby mi tam w niej krew nie pływała. 
ChociaŜ kompetencje Jacka Scagnettiego nie rozciągały się na Illinois, nie ulegało wątpliwości, Ŝe był 

on kluczową figurą śledztwa w sprawie morderstw popełnionych przez Mickeya i Mallory. Sam gubernator 
wytropił go telefonicznie poprzez jego literackiego agenta; Scagnetti beztrosko spędzał czas w jakiejś nędz-
nej spelunie ze stripteasem, na południu miasta. A potem juŜ tylko 200 mil, gaz do dechy, syreny i parę gra-
mów  skonfiskowanego  wcześniej  przez  Wydział  Narkotykowy  „dowodu".  To  wszystko  otrzeźwiło  go  do 
tego stopnia, Ŝe jego spojrzenie łańcuchowego psa moŜna było wziąć za oznakę intensywnej koncentracji. 

background image

Scagnetti nie znajdował się juŜ na rządowej liście płac. Utrzymywała go amerykańska opinia publiczna, 

która chętnie płaciła 24 dolary i 95 centów za egzemplarz jego „z Ŝycia wziętej" kryminalnej beletrystyki — 
dodajmy, po raz pierwszy  wydanej w twardej oprawie.  I choć krytycy nie pozostawili suchej nitki na jego 
ostatnim dziełku „Scagnetti o Scagnettim”, które ich zdaniem było niczym więcej, jak tylko samopromującą 
się przeróbką sprawy F. Scarwina, ksiąŜka i tak kaŜdego tygodnia znajdowała 750 tysięcy nabywców. Wy-
stępy Scagnettiego w programie Montell Williamsa przyciągały co dwa tygodnie rekordową liczbę widzów, 
w czym swój udział miała teŜ sceniczna konfrontacja pomiędzy nim samym a trzema kobietami, które twier-
dziły, Ŝe jednocześnie zaszły w ciąŜę z pochodzącymi z probówki dziećmi Richarda Ramireza. 

Morderstwa dokonywane przez Mickeya i Mallory stanowiły niezwykłą miksturę krwi, seksu i rock'n'r-

olla, co w dalszej perspektywie gwarantowałoby Scagnettiemu powrót na szczyt. Jego wydawcy poszukiwali 
juŜ  pisarzy,  którzy  przygotowaliby  następną  ksiąŜkę  („Scagnetti  o  Scagnettim”  była,  jak  dotąd,  pierwszą  i 
ostatnią ksiąŜką napisaną w całości przez Scagnettiego). 

Detektyw  dokonał  inspekcji  śladów  działalności  Mickeya  i  Mallory  w  Kankakee  Sonic,  zaczynając  od 

damskiej toalety. Zwłoki zaczęto juŜ pakować w plastikowe worki i oznaczać, ale objechane taśmą klejącą 
zarysy ciał i ślady krwi, dawały niezłe wyobraŜenie o całym zajściu. Dwie dziewczyny w strojach wodzire-
jek  zostały  na  przykład  potraktowane  jedną  kulą,  co,  według  Scagnettiego,  było  dosyć  zabawne;  taki  styl 
musi wzbudzać podziw. 

Scagnetti  zorientował  się  teŜ,  Ŝe  był  pierwszym  policjantem,  który  pomyślał  o  zajrzeniu  do  kabin.  W 

końcu Mallory musiała po coś tu przyjść. I oto na wewnętrznej stronie drzwi drugiej kabiny widniały dwie 
litery  „M  &  M"  tkwiące  pośrodku  narysowanego  szminką  serca.  „Ona jest  słodka  jak  cukierek",  pomyślał 
Jack. „Taki, co rozpuszcza się w ustach". 

Przechodząc  obok  rozbitego  lustra,  Scagnetti  dojrzał  w  nim  swoje  odbicie,  poprzecinane  zbiegającymi 

się w środku nitkami pajęczej sieci pęknięć. Nie potrafił przy tym stwierdzić, czy linie rzeczywiście zbiegały 
się w środku, czy teŜ z niego wychodziły. Znajdował się tam jednak ślad krwi i detektyw przyłapał samego 
siebie na wpatrywaniu się w ten właśnie punkt i jednocześnie we własne odbicie. Roześmiał się. 

Fascynacja morderstwem nie była u Jacka Scagnettiego kwestią świadomego wyboru. Raczej rezultatem 

dziwnego zrządzenia losu. 

Tydzień  po  swych  piątych  urodzinach,  Jack  maszerował  poprzez  teren  campusu  Uniwersytetu  Teksa-

skiego w stronę biblioteki, gdzie jego matka, jako nauczycielka w publicznych szkołach w Austin, cieszyła 
się pewnymi przywilejami przy wypoŜyczaniu ksiąŜek. 

Krótko po dwunastej w południe, o czym ani Jack, ani jego matka nie wiedzieli, do obserwatorium, zało-

Ŝ

onego  na  dachu  najwyŜszego  budynku  w  Austin,  wszedł  student  architektury  Charles  Whitman.  W  tym 

samym czasie zdąŜał w tę stronę Jack wraz ze swoją matką. Whitman miał ze sobą futerał zawierający 6 mm 
karabin z celownikiem optycznym, 35 mm Remmingtona, magnum 0.357, 9 mm pistolet Luger, podrasowa-
ny, wojskowy karabinek 30.06, strzelbę i wielki sztylet. 

Znalazłszy  się  juŜ  na  samej  górze,  Whitman  —  a  powody  jego  zachowania  nigdy  nie  zostały  poznane 

(chyba Ŝe było nim czternaście zaległych godzin zajęć na uczelni, które zaczynały ciąŜyć mu coraz bardziej) 
— zaczął z szatańską precyzją wybierać sobie cele spośród ludzi, którzy akurat przechodzili dołem. 

Jedną  z  jego  pierwszych  ofiar  była  Katherine  Culip  Scagnetti.  Nie  było  nawet  słychać  huku  strzałów, 

które rozerwały jej klatkę piersiową. Katherine upadła wprost po nogi małego Jacka. Strzały padły z wyso-
kości  dwudziestego  siódmego  piętra.  Jakiś  dzielny  przechodzień  chwycił  chłopca  i  wepchnął  go  gdzieś  w 
krzaki, rzucając się po chwili samemu do ucieczki. 

W  swojej  ksiąŜce  „Scagnetti  o  Scagnettim”,  detektyw  opisał  całą  resztę  tamtego  dnia,  którą  spędził  w 

krzakach wystawiony na widok zwłok własnej matki i... obłaŜony przez bezlitosne mrówki. W rzeczywisto-

ś

ci wystarczyło 75 minut, by policja wtargnęła do obserwatorium i zastrzeliła Whitmana, lecz niewielu do-

magało się sprostowań ze strony prokuratury odnośnie „rozdmuchania" rozmiarów tragedii. 

Odtąd obsesją Jacka Scagnettiego stała się zemsta. Oficerowie policji często naginają prawo dla potrzeb 

swych  własnych  teorii.  Podobnie  Scagnetti,  który  swą  burzliwą  przeszłość  nierzadko  wykorzystywał  dla 
usprawiedliwienia swego zachowania. Opinia publiczna widziała w nim symbol całkowitego braku pobłaŜa-
nia w stosunku do znajdującej się w ciągłej ofensywie cywilizacji przemocy, która pod koniec dwudziestego 
wieku zawładnęła całym krajem. Koledzy Scagnettiego myśleli o nim z pewnym zakłopotaniem — był dla 
nich czymś w rodzaju myśliwskiego psa, którego lekcewaŜący stosunek do oficjalnej procedury rekompen-

background image

sowała jego niemalŜe wrodzona zdolność wczuwania się w rolę mordercy i przejmowanie jego sposobu my-

ś

lenia. 

Wydawało się, Ŝe jest to wyjątkowy dar. 
Choć moŜe nie do końca. 
PoniewaŜ z uczestników  masakry wewnątrz restauracji nie ostał się nikt, Scagnetti, przy pomocy Ran-

dalla Krevnitza usiłował złoŜyć całą historię do kupy. Przez następne pięć lat Randallem zajmowali się tępi 
psychiatrzy,  podczas  gdy  on  sam  zastanawiał  się  jedynie  dlaczego  nie  potrafi  utrzymać  swej  erekcji  przez 
czas dłuŜszy i dlaczego ten świat jest taki okropny. Jednak teraz Scagnetti domagał się wyjaśnień. 

Objął chłopaka ramieniem i razem odeszli w nieco spokojniejsze miejsce. Scagnetti stanął o kilka cali za 

blisko, mocno przyciskając chłopca. Randall nie mógł odsunąć się od niego. Jack poczęstował go papiero-
sem. Chłopak co prawda skorzystał, ale nie uczynił najmniejszego ruchu, by umieścić papierosa w ustach. Po 
prostu nigdy nie palił. 

Pozostając  w  nieomal  mistycznym  uniesieniu,  którego  Scagnetti  juŜ  kiedyś  doświadczył  (osobiście), 

Randall opisał scenę przyjazdu Mickeya i Mallory: grzmoty, spaliny, łomot uwięzionych we wnętrzu Chal-
lengera koni mechanicznych. Dałbym się zabić za taki samochód — dokładnie tymi słowy odezwał się do 
Mickeya  Knoxa.  Co  ciekawe,  Randall  miał  wtedy  ochotę  zabić  Mickeya.  Gdyby  tylko  miał  okazję.  Nie  z 
powodu nienawiści, strachu czy konieczności obrony, lecz dla tego właśnie samochodu. Zabijając Mickeya, 
stałby się taki jak on. 

Scagnetti spytał o dziewczynę. Czy była zakładniczką? Czy Mickey zmuszał ją do czegokolwiek czy ro-

biła to z własnej woli? 

— Jestem pewien, Ŝe została zmuszona — odparł Randall po długim namyśle. — Zmusili ją do tego. 
— To znaczy Mickey, tak? Mickey kazał jej zrobić to wszystko? 
Oczy Randalla rozwarły się szeroko gdy spoglądał na dół i w bok. Jego pamięć na nowo odtwarzała ko-

lejne  zdarzenia  wieczoru.  —  Nie,  ja  mówię  o  nich.  O  ludziach  tam,  w  środku.  Obojętnie,  co  uczynili,  ale 
było to coś, czego nie powinni byli robić. Zresztą, kto ma to wszystko oceniać i w ogóle, ale nie powiedział-
bym na sto procent, Ŝe Mickey i... 

—Mallory ... 
Randall uśmiechnął się nieco słysząc jej imię. — Nie powiedziałbym na sto procent, Ŝe to, co zrobili by-

ło złe. To chyba tak nieszczęśliwie się złoŜyło. To znaczy, w zasadzie nikt nie zasłuŜył na śmierć. Randall 
wytarł sobie rękawem smark z nosa. — Ale jak tak pomyśleć, to chyba wielu z nich zasłuŜyło, więc kto to 
ma oceniać? 

Scagnetti pochylił się. Chłopak być moŜe poczuł od niego zapach whiskey. — MoŜesz mi powiedzieć, 

dlaczego spośród tylu osób ciebie jednego zostawili? 

Po raz pierwszy Randall spojrzał mu prosto w oczy. 
—Chyba po prostu nie zasłuŜyłem na śmierć. 
Z tajemniczym spokojem podniósł papierosa, 
którego  ciągle  trzymał  w  dłoni.  Ustąpiło  drŜenie  rąk.  Zaciągając  się  po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu,  Randall 

Krevnitz nie zakrztusił się ani razu. 

WyjeŜdŜając o 6.35 rano z Sonic, Jack Scagnetti skierował się do odległego o 9 mil na wschód Motelu 6. 

Musiał  walczyć  z  naturalnym  instynktem  prowadząc  samochód,  szukając  morderców  (zachód  ...  musieli 
uciec na zachód ... dlaczego przestępcy zawsze uciekają na zachód?) ... Szukała ich juŜ policja w pięciu sta-
nach — dwóch charakterystycznych postaci w bardzo charakterystycznym samochodzie. Logika nakazywała 
przypuszczać, Ŝe mordercy zostaną złapani do wieczora. 

A jeśli nie? Logika nie brała pod uwagę takiej moŜliwości. Ale ludzie pokroju Mickeya Knoxa potrafili 

wykorzystywać siły natury i potęgę zbiegu okoliczności na swoją korzyść, drwiąc sobie potem z przeznacze-
nia. Scagnetti wiedział, Ŝe będą się przeciskać przez oczka sieci, przejeŜdŜać z hukiem obok posterunków, 
akurat gdy policjant sięgać będzie po kolejną kawę. Podobnie jak on sam, ta para narodziła się by umrzeć. 
Umrzeć jednak pięknie. 

Będą ciągle pozostawać na wolności. 
Polowanie dopiero się zaczęło. 
 

background image

Wayne Gale był szczęśliwym człowiekiem. 
Po trzykroć szczęśliwym. 
Prawdę powiedziawszy, przez całe Ŝycie nie odczuwał jakichś szczególnych trosk. Urodził się w Melbo-

urne, w kochającej i kultywującej dobre obyczaje rodzinie, która zachęciła Wayne'a, by nauczył się wyko-
rzystywać swój spryt i charyzmę w codziennym Ŝyciu. Wayne przeprowadził się do Ameryki, gdzie poślubił 
uroczą i oddaną mu kobietę, która, mimo nieznośnego charakteru, utorowała mu z czasem drogę ku wyma-
rzonemu zajęciu. śycie Wayne'a toczyło się nienajgorzej — do momentu, w którym miały miejsce wcześniej 
opisane wypadki, 

Mickey i Mallory stali się jego zbawieniem. Odpowiedzią na jego wznoszone ku niebu błagania. Gdyby 

wierzył w Boga, musiałby ucałować go z całej siły w usta za to, Ŝe zadał sobie tyle trudu i stworzył tak do-
skonałe istoty. ŚwieŜe. Pełne nienawiści. Telefotogeniczne. I nieszablonowe. 

Wayne Gale prowadził program American Maniacs. 
Na  antenę  wszedł  dwa  miesiące  przed  tragedią  w  domu  Wilsonów  (pierwszą  rzeczą,  która  zwróciła 

wówczas uwagę przybyłych na miejsce policjantów był grający telewizor), lecz krzykliwe brukowce dosyć 
szybko  zaczęły  obwieszczać  spadek  popularności  programu  Wayne'a.  Premierowe  wydanie  uświetnił  wy-
wiad z Charlesem Mansonem, jednak z czasem, obecność Amerykańskich Maniaków na ekranie stanęła pod 
znakiem zapytania. Ani Wayne, ani producenci nie przyznawali tego otwarcie, ale formuła programu zdecy-
dowanie się wyczerpywała. Tak naprawdę nie było zbyt duŜego wyboru psychopatów, poza tym rzadko kie-
dy przydarzało im się cokolwiek, gdy juŜ siedzieli w więzieniach. 

Czary  goryczy  dopełnił  sąŜnisty  artykuł  w  tygodniku  „Entertainment  Weekly",  określający  Wayne'a 

Gale'a  i  jego  program  jako  wcielenie  wszelkiego  zła,  jakie  dzieje  się  obecnie  w  telewizji.  Wayne  nie  brał 
sobie tego do serca — moŜe za wyjątkiem złośliwych komentarzy dotyczących jego australijskiego akcentu, 
który zresztą był jak najbardziej prawdziwy i wymagał ochrony przed wpływami suchych i szarych akcen-
tów środkowoatlantyckich. 

Najnowsze  plotki,  wymieniane  przez  sekretarki  z  jedenastego  piętra  (z  których  dwie  były  szczególnie 

cięte  na  Wayne'a  za  jego  wyjątkowo  niechlujny  sposób  ubierania  się)  głosiły,  Ŝe  American  Maniacs  mają 
zostać przesunięci na godzinę 21.30, zaraz po nowym programie Bronsona Pinchota. Oznaczało to wydanie 
na Wayne'a wyroku śmierci. 

AŜ tu nagle pojawili się Mickey i Mallory. 
Gdy  zadzwonił  telefon,  Wayne  zwisał  akurat  głową  w  dół  z  sufitu  swego  mieszkania  na  Manhattanie. 

Zignorował po raz kolejny rady jednej ze swych doradczyń, Ingę, która przestrzegała go bezustannie przed 
zakładaniem butów umoŜliwiających chodzenie po suficie. Wierzył, Ŝe dzięki temu nietypowemu ćwiczeniu 
zyska  jeszcze  kilka  dodatkowych  centymetrów  wzrostu.  Był  to  zresztą  jego  jedyny  kompleks;  kompleks, 
który sprawiał, Ŝe Wayne nie zawsze czuł się „po trzykroć szczęśliwy". „Twój kręgosłup straci kiedyś pra-
widłowe  ustawienie"  —  ostrzegała  go  łnge.  Dla  jego  kolegów  ciekawostką  był  sam  fakt  posiadania  przez 
Wayne'a kręgosłupa. 

Wiadomość nadeszła o 12.30 w południe od producentki Wayne'a, Julii. Wayne automatycznie włączył 

aparat dla głuchoniemych. Nie, nie był głuchoniemy. To Julie urodziła sie bez języka. 

W towarzystwie kamerzysty Rogera I dźwiękowca Scotty'ego, ekipa Amerykańskich Maniaków wystar-

towała z lotniska La Guardia o 13.47 lecąc do Kankakee Sonic. Spotkanie z przeznaczeniem. Oglądalność. 

Wayne Gale był szczęśliwym człowiekiem. 
Nawet w wyjątkowych sytuacjach, Julie starała się rezerwować miejsce dla Wayne'a z dala od towarzy-

szącej mu trójki. Wayne — choć miał dwie karty regularnego klienta linii lotniczych — na pokładzie samo-
lotu  zachowywał  się  nieznośnie.  Kiedy  leciał  następowała  w  nim  zbadana  i  opisana  przez  specjalistów, 
zmiana  o  podłoŜu  fizjologicznym,  czyniąca  z  Wayne'a  Najbardziej  Denerwującego  Człowieka  Na  Ziemi. 
Podobne reakcje wywoływało u niego w zasadzie kaŜde zamknięte pomieszczenie, ale kombinacja dodatko-
wych czynników w postaci ryku samolotowych silników i zwiększonego ciśnienia powietrza na bębenki w 
uszach sprawiała, Ŝe podróŜ w towarzystwie Wayne'a stawała się niezwykle uciąŜliwą przygodą. 

Albowiem podczas lotu Wayne Gale uwielbiał rozprawiać o: 
1) swoim dzieciństwie, 
2) swych ambicjach oraz 
3) swym programie American Maniacs, 22.00, w kaŜdą środę. 

background image

Eileen Murchovsky, księgowa z biura konstrukcyjnego w Arlington Heights potraktowana została półto-

ragodzinną dawką opowieści na pierwszy z wymienionych tematów. 

Postanowiła nigdy więcej nie wsiadać na pokład samolotu. 
Drobnemu i szczupłemu chłopcu o nazwisku Wayne Montciaire Galenovitch przypadła w udziale jedna 

z głównych ról w Wally Wallabi, w przez krótki czas obecnym na ekranach serialu-popłu-czynie po przeboju 
australijskiej  telewizji  Skippy  The  Bush  Kangaroo.  Serial  skończył  się  zaledwie  po  dziesięciu  odcinkach, 
lecz  Wayne  zdąŜył  zyskać  status  gwiazdeczki.  ZdąŜył  takŜe  odkryć  rozliczne  uroki  występowania  przed 
telewizyjną kamerą. 

Będąc jeszcze nastolatkiem, Wayne „Gale" — bo tak, ku przeraŜeniu rodziców postanowił skrócić swoje 

nazwisko  —  odgrywał  drugoplanowe  role  w  komediach  i serialach  obyczajowych,  wcielając się  zwykle  w 
chłopaka, zakochującego się w nastoletniej córce głównego bohatera. Często jednak wylatywał z hukiem z 
obsady  — jego  Ŝądania lepszej  pracy  kamer  i  bardziej  ciętych  dialogów  nie  znajdowały  naleŜytego  zrozu-
mienia u producentów. 

Po paru latach, Wayne powrócił na łono cichych i spokojnych przedmieść Melbourne. Mały i niezdarny, 

szybko stał się obiektem lokalnych „byczków", bezlitośnie egzekwujących od niego pieniądze na lunch czy 
kolejne prace semestralne. Znalazł jednak dla siebie przytulną niszę jako wydawca szkolnej gazety „Queen's 
Cross Tattler". Jego złoŜone z sześciu części expose na temat szkolnych obiadów zaowocowało zwolnieniem 
całego  personelu  kuchni,  a  sprawozdanie,  dokumentujące  romans  pomiędzy  dyrektorem  szkoły,  Colinem 
Waverly a nauczycielem francuskiego, Jacques'em Plerre Dumasem sprawiło, Ŝe szkoła została na dwa tygo-
dnie zamknięta, a całe ciało pedagogiczne poddane przesłuchaniom ze strony policji i władz kościelnych. 

Mając lat osiemnaście, Wayne odrzucił ofertę pracy jako terenowy asystent prducenta programu Austar-

lia Weekly. Dostał się za to na ekrany w charakterze korespondenta Public Eye, trzeciorzędnej konsumenc-
kiej  nowinki,  finansowanej  przez  jakiś  singapurski  koncern.  Kontrakt  przewidywał,  Ŝe  co  trzeci  odcinek 
dotyczyć  ma  śmierci  lub  trwałego  kalectwa,  spowodowanych  uŜytkowaniem  produktów  konkurencyjnej 
firmy prezentowanej w programie. W rezultacie Wayne spędził dwa tygodnie, szukając jak opętany kogoś, 
kto odniósł obraŜenia korzystając z nieholofilowych poduszek. Własne okienko w tym programie stanowiło 
prawdopodobnie najjaśniejszy punkt początkowego etapu jego kariery. 

Gdy Public Eye zakończyło swój Ŝywot, Wayne spakował walizki i pojechał do Stanów. Tam, na krótko, 

wylądował  w  dwóch  chorych  brukowcach,  aŜ  wreszcie  zakotwiczył  się  w  telewizji,  gdzie  szybko  stał  się 
podporą programu American Maniacs. Co prawda, jako drugi z prowadzących, lecz konkurent został szybko 
wykluczony ze względu na wykrycie jego miłosnej przygody z pewnym wysoko ustawionym, Ŝonatym akto-
rem. Gdyby ów konkurent zaczął podkopywać Wayne'a, to zamiast funkcji podpory, Wayne prawdopodob-
nie wcieliłby się w rolę ostatniego gwoździa do trumny Amerykańskich Maniaków. 

Gdy  program  był  jeszcze  w  fazie  wstępnego  rozwoju,  a  wiecznie  zmieniająca  sie  opalenizna  Wayne'a 

stawiała kolejne wymagania operatorom świateł, nasz bohater poznał i zakochał się w Dolores Morgan, bę-
dącej dziwnym zbiegiem okoliczności córką szefa całej sieci. Po krótkim i gorącym romansie oboje uciekli 
do Meksyku — na tydzień przed premierą American Maniacs. Po powrocie, na dorobek Wayne'a składały 
się:  popularny  show  w  telewizji,  pełne  worki  listów  od  wielbicieli  oraz  Ŝona  — przeraŜająco  zwyczajna.  I 
nawet nie tyle nudna, co źle wychowana. 

Ale to juŜ była inna historia. Gdy samolot lądował w Chicago, Wayne zapytał swą towarzyszkę podróŜy, 

Eileen Murchovsky, gdzie i jako kto pracowała ... 

Ekipa przyjechała do Kankakee Sonic o 6.15 rano, bijąc się o miejsce na parkingu z lokalną telewizją i 

współpracującymi  z  siecią Wayne'a  stacjami.  Przy  akompaniamencie  potęŜnej,  niemalŜe  okrętowej  syreny, 
Wayne poprzerywał trzy pary łączy (w tym jedno naleŜące do jego macierzystej sieci). Taktyka, jaką obrał, 
okazała  się  jednak  skuteczna  —  oczyszczone  zostało  pole  do  działania  jego  własnej  ekipy,  aŜ  do  granicy 
wyznaczonej przez Ŝółte, policyjne linie. Będąc tak blisko mógł zacząć pertraktować z policjantami odnośnie 
wpuszczenia go do środka. 

Lustrując miejsce tragedii i przeglądając listę ofiar, Julie połączyła się za pomocą telefonu komórkowe-

go z centrum i zarezerwowała półgodzinne specjalne okienko w wieczornym programie. Przekazy z ostatniej 
chwili nie były domeną jej sieci, ale rekwirując jedną z cięŜarówek, naleŜących do stacji współpracujących, 
Julie była pewna, Ŝe program będzie gotowy i w duŜej części nadany na Ŝywo o godzinie 22.30. 

background image

Widząc,  Ŝe Jack  Scagnetti ma  zamiar  odjechać,  Wayne  zawołał  go  z  przeciwległej  strony  parkingu  — 

chciał  umówić  się  z  detektywem  na  wywiad.  Jack  zmruŜył  oczy  przed  oślepiającym  blaskiem  porannego 
słońca, próbując dojrzeć osobnika, który woła go po imieniu. Poznał Wayne'a Gale'a, pokazał mu środkowy 
palec i odkrzyknął najgłośniej jak mógł „odpieprz się Wayne!". Nie było to bowiem pierwsze spotkanie Jac-
ka Scagnettiego i Wayne'a Gale'a. Dwa wcześniejsze miały swoją historię. 

Przed  kilku  laty,  pierwszy  amerykański  program  Wayne'a  Supergliny,  przedstawiający  sylwetkę  Jacka 

Scagnettiego wywołał falę skarg na brutalność policjantów, ich rozwiązłość seksualną i nieumiejętne wyko-
rzystywanie dowodów. Czyli wszystko to, co producenci programu w liście do wydawcy Scagnettiego okre-

ś

lili jako bałwochwalcze bicie piany. W jego koszty wliczono teŜ 50 tysięcy dolarów, przeznaczone na od-

szkodowania dla osób, które poczuły się dotknięte lub zniewaŜone zawartością programu. Nie obyło się teŜ 
bez  ataków  ze  strony  krytyków  na  ksiąŜkę  „Scagnetti  o  Scagnettim”.  Jeśli  chodzi  o  Wayne'a,  to  wszystko 
spłynęło po nim jak woda po psie. Dla Scagnettiego był to jednak bardzo zimny prysznic. 

Specjalne,  wieczorne  wydanie  American  Maniacs  przyciągnęło  przed  telewizory  30-procento-wą  wi-

downię, miaŜdŜąc z łatwością konkurencję w osobie m.in. Victorii Principal i przeglądu najlepszych filmów 
tygodnia z jej udziałem (Zbyt młode dziecko, w którym grała matkę śmiertelnie chorego chłopca i Dalej niŜ 
sięga wiara: Historia Constantine'a Euvornosa, opowiadającego historię zastępczej matki walczącej o prawo 
do opieki nad śmiertelnie chorą dziewczynką). O Scagnettim nie było w reportaŜu ani słowa, wyjąwszy uję-
cie  detektywa,  pokazującego  do  kamery  środkowy  palec.  Mickey  i  Mallory,  oglądający  program  w  swym 
motelowym  pokoju  w  Sterling,  Colorado,  byli  zaskoczeni  i  nieco  zszokowani  ogromem  zniszczeń,  jaki  po 
sobie zostawili. Do tego czasu zdąŜyli teŜ zapomnieć kogo i kiedy zatłukli. 

Mallory przypuszczała, Ŝe około czternastu osób. Wayne twierdził, Ŝe dwadzieścia. Później, siedząc juŜ 

w  ośrodku  resocjalizacji  stanu  Illinois  w  Joliet,  Mickey  wyznał  jednemu  ze  swych  towarzyszy  niedoli,  Ŝe 
fragmentem  tego  programu,  który  najbardziej spodobał się jemu  i  Mallory  był występ  Randalla Krevnitza, 
znanego miłośnika pojazdów marki Dodge, który, wyliczając kolejne ofiary masakry, określał jednocześnie 
parę morderców jako „bogów śmierci i zniszczenia". Podobnie jak Grace Mulberry, jedyny ocalały świadek 
„ataku na sypialnianą prywatkę", której nadmiar wraŜeń wręcz zapierał dech. 

Mallory zastanawiała się, dlaczego nie wspomniano przy tym o ajencie stacji benzynowej Arco, którego 

zamordowali w Boulder, Colorado. Mickey przestrzelił mu na wylot kolano, następnie wetknął mu w gardło 
wąŜ,  napełnił  benzyną  i  przy  pomocy  zapalniczki  Bica  zmusił  nieszczęśnika  do  złoŜenia  ofiary  z  samego 
siebie. 

To  właśnie  wtedy  Mickeyowi  przyszedł  do  głowy  pomysł,  dzięki  któremu  oboje,  z  pozycji  „zwykłych 

morderców"  dostąpili  zaszczytu  wejścia  do  panteonu  wiecznie  Ŝywych  legend.  —  Wcześniej  zabijaliśmy 
wszystkich — zwierzał się Mickey swemu współwięźniowi. — Ale postanowiliśmy pozostawiać przy Ŝyciu 
jedną osobę, która mogłaby zaświadczyć, kto to zrobił. „Powiesz, Ŝe to dzieło Mickeya i Mallory" — mówi-
liśmy im. Nie wiem, czemu dopiero wtedy na to wpadliśmy. 

* * * 
Owen  Traft  był  chyba  ostatnim  kawalerem  spośród  niezliczonej  armii  łysiejących  czterdziestolatków. 

Wynajmował swą kawalerkę we wschodniej części Palo Alto, na wąskim skrawku ziemi, przylegającym do 
autostrady. Stamtąd teŜ, przez pięć dni w tygodniu, dojeŜdŜał do pracy w San Francisco. Wychodził o 6.30 
rano, wracał o 19.00, a podróŜ w kaŜdą stronę zabierała mu półtorej godziny, bo firma, dla której pracował 
przez ostatnie osiem lat przeniosła się do centrum miasta. Takie dojazdy do pracy zdolne byłyby zrujnować 

Ŝ

ycie towarzyskie kaŜdemu mieszkańcowi Zachodniego WybrzeŜa. Owen Traft nie prowadził jednak Ŝycia 

towarzyskiego. 

Zamiast tego, miał 45-calowy, szerokoekranowy telewizor, wyposaŜony w funkcję PiP (obraz w obrazie) 

i  panoramiczny  dźwięk.  Sprzęt  zainstalowany  został  za  pomocą  dźwigu,  który  wciągnął  go  na  wysokość 
trzeciego piętra. Owen zwykł podkręcać głośność w swym telewizorze jedynie nieznacznie poniŜej poziomu, 
który nieuchronnie spowodowałby nerwowe reakcje sąsiadów. Podłączony był do sieci, do systemu telewizji 
kablowych i płatnych co tydzień programów pay-per-view. Razem ponad 70 godzin na dobę. Dzięki dwuka-
setowemu  magnetowidowi,  podłączonemu  do  drugiego  „kabla",  Owen  pozostawał  na  bieŜąco  z  codzienną 
ramówką TV. Ostatnio napisał list do człowieka, który w programie Beyond 2000 demonstrował magneto-
wid, sterowany i programowany na odległość za pomocą telefonu — czegoś podobnego Owenowi straszli-
wie brakowało. 

background image

Jeśli ktoś miałby szczególną ochotę dowiedzieć się, ile odcinków serialu Pełna chata powstało do tej po-

ry, lub jak nazywał się aktor grający rolę partnera Stephanie Zimbalist w pierwszej części Remmington Ste-
ele i gdzie występował później, Owen Traft udzieliłby mu wyczerpujących wyjaśnień. Nie były to dla niego 
nic nie znaczące informacje, lecz coś w rodzaju klucza, niezbędnego dla zrozumienia całości procesów za-
chodzących  w  jego  „oknie  na  świat".  WyposaŜony  w  zapewniającego  mu  poczucie  bezpieczeństwa  pilota, 
rządził tym światem niczym dobry król. 

Jednak  spośród  wszystkich  programów,  jakie  miał  okazję  oglądać,  uwagę  jego  najbardziej  przykuwali 

Amerykańscy  Maniacy.  W  odróŜnieniu  od  programu  60  Minut,  który  równieŜ  oglądał  z  zapartym  tchem, 
Owen  określał  show  Wayne'a  Gale'a  jako  inspirujący.  Mickey  i  Mallory  przypominali  mu  inne,  doskonale 
znane z ekranu postacie w rodzaju Charlesa Mansona, Teda Bundy'ego czy Jeffreya Dahmera. Im wszystkim 
telewizja poświęcała więcej uwagi niŜ problematyce AIDS i upadkowi komunizmu razem wziętym. 

Były to postaci, które wiedziały, czego chcą od Ŝycia. Postaci, które, w odróŜnieniu od innych, potrafiły 

spełnić swoje marzenia. Owen był zbyt wątły, by załapać się do szkolnej druŜyny piłkarskiej, za mało wy-
róŜniał  się  teŜ  z  tłumu,  by  zostać  dostrzeŜonym  przez  nauczycieli.  Jego  szerokie,  płaskie  czoło  i  bardzo 
dziwnie ułoŜone brwi sprawiły, Ŝe Ŝadna dziewczyna nie chciała się nigdy z nim umówić. „Ale na tym świe-
cie zostało jeszcze trochę wielkich rzeczy do zrobienia" — myślał Owen i w tym właśnie momencie posta-
nowił, Ŝe wyjdzie na ten świat. I spróbuje ... 

 

DO:  DETEKTYWA  JACKA  SCAGNETTIEGO  GŁÓWNEGO  ŚLEDCZEGO  ODDZIAŁU  DO  ZA-

DAŃ SPECJALNYCH W SPRAWIE MICKEYA KNOXA I MALLORY WILSON 

OD:  AGENTA  KATHERINE  GINNISS  WYDZIAŁ  STUDIÓW  NAD  ZACHOWANIAMI,  FBI  QU-

ANTICO,VIRGINIA 

Odebrałam Pańską notatkę z dnia 24 kwietnia, dotyczącą mojej prośby o informacje odnośnie postępów 

ś

ledztwa  w  sprawie  morderstw  popełnionych  przez  Mallory  Wilson  i  Mickeya  Knoxa.  Muszę  tu  dodać,  iŜ 

aczkolwiek zwrot „odpierdol się i zgiń, stara biurwo" jest jedną z najbardziej soczystych i zabawnych odzy-
wek  jakie  słyszałam,  to  uwaŜam,  Ŝe  w  bieŜącej  sytuacji  jest  to  absolutną  stratą  czasu  i  energii,  jakŜe  nie-
zbędnych przy dochodzeniu, jakie, na dobre czy na złe, wspólnie prowadzimy. 

MoŜe zainteresuje to Pana, Drogi Detektywie, Ŝe przeczytałam Pańską ksiąŜkę, dzięki czemu zaznajomi-

łam  się  z  Pana  śledczą  strategią.  Dokładniej  rzecz  biorąc,  przypomina  mi  Pan  w  tym  momencie  młodego, 
dorodnego wilka, przewodnika stada napędzanego testosteronową brawurą, instynktownie podchodzącego i 
osaczającego swą zdobycz. Taka cecha moŜe rzeczywiście okazać się wyjątkowo przydatna u szefa oddziału 
do zadań specjalnych; z drugiej strony, ma ona równieŜ swe ograniczenia, skoro wyklucza jakikolwiek ro-
dzaj naukowego czy analitycznego podejścia do sprawy,  które z pewnością pomogłoby w uzyskaniu wielu 
cennych informacji. 

Proponuję zatem, Panie Scagnetti, by, zamiast skakać sobie nawzajem do gardeł, rozpocząć współpracę. 

Jak  panu  wiadomo.  Wydział  Studiów  nad  Zachowaniami  jest  zespołem  złoŜonym  z  młodych,  pełnych  po-

ś

więcenia pracowników śledczych, wyspecjalizowanych w odtwarzaniu ludzkiej psychiki na podstawie wy-

wiadów środowiskowych, obserwacji otoczenia czy zawartości kartotek medycznych. Wszystkie informacje, 
jakie  jesteśmy  w  stanie  zdobyć,  mogą  być  pomocne  w  przewidywaniu  kolejnych  posunięć  podejrzanego, 
pozwalać  na  reagowanie  z  odpowiednim  wyprzedzeniem  i  mają  niewątpliwą  wyŜszość  nad  metodą  „reak-
tywną", przy stosowaniu której, zawsze będziemy pozostawać w tyle za mordercą, mając do dyspozycji je-
dynie ciała jego ofiar. 

Do niniejszego listu załączam odpisy rozpoznań, jakie nasi terenowi wywiadowcy przeprowadzili do tej 

pory.  Większość  spośród  mieszkańców  rodzinnej  miejscowości  Mickeya,  Wilmington,  Kentucky,  bardzo 
niechętnie  wdawała  się  w  rozmowy  na  jego  temat,  co  wskazuje,  Ŝe  Mickey  pochodzi  z  wyizolowanego  i 
bardzo nieufnego rolniczego klanu, z natury podejrzliwego w stosunku do obcych i chroniącego swych wła-
snych członków. Nawet, jeśli jeden z nich okazuje się zbrodniarzem na duŜą skalę. 

JednakŜe latem 1987 Mickey utrzymywał stosunki z niejaką Donną Wooley, która prawdopodobnie była 

jego  ostatnią  dziewczyną  przed  poznaniem  Mallory.  Wydaje  się,  Ŝe  najciekawszy  (i  rzucający  najwięcej 
nowego światła) dokument dotyczący jego osobowości, jak równieŜ jego ukrytych skłonności do posługiwa-
nia się przemocą, pochodzi z dziennika Donny Wooley, datowanego na lato 1987. Zawarte tam zapiski po-

background image

ś

więcone  Mickeyowi  zawierają  równieŜ  co  ciekawsze  listy  jego  autorstwa;  są  to  zresztą  jedyne  dostępne 

nam źródła, w których Mickey Knox opowiada sam o sobie. 

Jeśli mogę słuŜyć jakąkolwiek dalszą pomocą, proszę bez wahania kontaktować się ze mną. 
Kartoteka FBI #32061-A17    Pozycja # 17042 
Sprawa #914-376 
1. Fragmenty dziennika Donny Wooley 
11  czerwca
.  Kochany  dzienniczku.  Uffff...  Wreszcie  koniec  szkoły.  Musieliśmy  odrabiać  jeszcze  cały 

tydzień, który straciliśmy z powodu huraganu — myślałam, Ŝe do końca Ŝycia będę w pierwszej klasie. Cas-
sie, Carla i ja zdąŜyłyśmy się juŜ trzy razy solidnie opalić od początku wakacji, a to chyba nie koniec. La-
to!!!  ...  Jest  taki jeden  gość,  Mickey  Knox,  który  szwenda  się  po  basenie  Pres-by,  ale  nigdy  się  nie  kąpie, 
tylko łazi tam i  z powrotem w tych swoich kowbojkach. Chciał dzisiaj z nami  pogadać, ale Cassie powie-
działa mu, Ŝe nie zadaje się z robolami I wieśniakami. Nie odezwał się ani słowem, tylko splunął do basenu. 
Co za matoł. 

28 czerwca. Kochany dzienniczku. Czas szybko mija, gdy człowiek dobrze się bawi. Dostałam pracę u 

Woolwortha.  To  trochę  głupio  pracować  razem  z  matką,  ale  podczas  przerw  jest  bardzo  fajnie.  Po  pracy 
jeździmy  zwykle  całą  paczką  nad  jezioro  Spoon.  Jedziemy  tam  w  cięŜarówce  ojca  Bobby'ego,  pijemy  Ta-
nquery i moje ulubione wino. Wczoraj nad jeziorem był równieŜ Mickey Knox i grzebał w swoim samocho-
dzie,  który  nie  chciał  zapalić.  Miał  ze  sobą  butelkę  ginu,  który  według  mnie  smakuje  jak  „siki  górskiego 
Iwa". Mimo to, siedząc w jego wozie, przegadaliśmy prawie całą noc. Mickey jest zupełnie „inny", ale po-
dobno o to właśnie w Ŝyciu chodzi. Powiedział, Ŝe napisze do mnie, bo nie cierpi telefonować. 

P.S. Całowaliśmy się. Było w porządku, ale Mickey powiedział, Ŝe byłam słona. 
1 lipca. Kochany dzienniczku. Dostałam list od 
Mickeya. Oto on. 
Donna,  To  właśnie  jest  ten  list,  o  którym  mówiłem  ostatnio  nad  jeziorem,  gdy  powiedziałaś,  Ŝe  jestem 

wariatem.  Pamiętasz?  Okazało  się,  Ŝe  miałaś  rację,  bo  rzeczywiście,  trzeba  być  wariatem,  Ŝeby  pisać  do 
kogoś, kogo się ledwo poznało. Obserwowałem Cię na basenie Presby przez cały czas, ale odkąd porozma-
wialiśmy ze sobą, wiem juŜ, Ŝe nie jesteś jednym z tych „PP" (piesków preriowych). One spędzają większość 
czasu pod ziemią, podobnie jak większość ludzi. Rzygać mi się chce na samą myśl... Chciałbym Ŝyć w takim 
miejscu, gdzie będę widział niebo i słońce i nie będę musiał chować się do mojej nory. Nawet, jeśli będzie to 
najbardziej gówniane słońce i najbardziej gówniane niebo. 

Większość  ludzi  nie  chce  mnie  znać  i  nawet  chyba  Ty  myślisz,  Ŝe  jestem  tylko gościem,  który  dłubie  w 

samochodach i szwenda się po basenach. Ale wszystko dlatego, Ŝe chcę usłyszeć jakieś inne głosy. Bo słyszę 
je cały czas. Gdy jestem sam, robi się tak głośno, Ŝe wydaje mi się, Ŝe jestem w klubie The Trail (Byłaś tam 
kiedyś. Co wtorek gra tam zespół, który swoją muzyką miaŜdŜy ci mózg, a ty prosisz o jeszcze. Przysięgam.) 

A ja? Donna, musisz się jeszcze wiele nauczyć. Czy wiesz, Ŝe: 
1. Większość ludzi Ŝyje dłuŜej niŜ powinni. A powinni Ŝyć dopóki nie powypadają im zęby. To taki baro-

metr, który stworzyła Natura. 

2. Przeciętny człowiek kłamie przez 9/10 swego Ŝycia. Przy okazji, ja nie kłamię. A jeśli Ty kłamiesz, to 

więcej się juŜ nie spotkamy. 

3. Kiedyś jabłka nie były większe od wiśni. Osobiście uwaŜam, Ŝe ludzie są zbyt zachłanni. 
4. Ziemia Ŝyje. Jeśli coś w Nią wbijasz, Ziemia cierpi. Wstrząsy sejsmiczne i huragany są tego oznaką. 

Większość „piesków preriowych" ze strachu nie jest w stanie tego dostrzec. 

5. Mógłbym tak bez końca. 
Jeśli jesteś dobra w szkole, słuchasz swoich rodziców i robisz wszystko, czego Ŝyczą sobie „PP", to nigdy 

nie znajdziesz czasu, by zastanowić się, w czym naprawdę jesteś dobra. A o to mi właśnie chodzi. Nikt nie 
powie ci tego lepiej niŜ ty sama; a zatem, co masz zamiar robić? 

„UzaleŜniony od złych myśli". To właśnie ja według piesków preriowych. 
Byłaś słona, poniewaŜ wewnątrz byłaś pełna łez. Nie pociągniesz długo Ŝyjąc w ten sposób. Wypłacz to 

wszystko, a staniesz się słodka niczym cukier. Nieźle to brzmi, co? Podoba mi się ten pomysł. 

A więc teraz widzisz, jaki jestem naprawdę. Moim ulubionym programem w telewizji był serial MASH — 

a teraz obojętnie, co leci. Potrafię zrobić meksykańskie taco z kaŜdym rodzajem mięsa, jaki sobie zaŜyczysz, 
a i tak nie zgadniesz, co to będzie. Potrafię pakować się w kłopoty, ale potrafię teŜ z nich wychodzić obronną 

background image

ręką. Pracuję teraz w rzeźni, ale w przyszłym roku chciałbym wstąpić do Marines. Jestem praworęczny, jak 
być moŜe się spodziewałaś. 

Muszę juŜ kończyć. Zgodzisz się chyba, Ŝe jestem na poziomie. Pozdrowienia. Mickey Knox. 
Jestem juŜ zmęczona gadaniem o tym wszystkim. Dobranoc, dzienniczku. 
 
2  lipca.  Kochany  dzienniczku.  Pokazałam  Bobbyemu  list  od  Mickeya.  On  uwaŜa,  Ŝe  to  wszystko  jest 

bardzo chore i Ŝe nie powinnam poszukiwać wyłącznie najłatwiejszych dróg wyjścia. Ale jeśli rzeczywiście 
istnieją jakieś  „pieski  preriowe", jak  to  określa  Mickey,  to  jednym  z  nich  jest  na  pewno  Bobby.  KaŜdemu 
włazi w dupę, włącznie z samym sobą. Chciałabym zobaczyć coś takiego w cyrku. Carla jest w ciąŜy. BoŜe, 
co  za  pieprzona  idiotka.  MoŜe  to  sprawka  Garyego,  a  moŜe  Bobbyego,  mówi.  To  duŜa  niespodzianka.  Ze 
mną nigdy nie udało mu się dotrzeć do pierwszego stadium orgazmu. 

5 lipca. Mam strasznego „kaca". Wczoraj, czwartego lipca, odbyła się „totalna" impreza: do starego ma-

gazynu broni przyszło około dwustu osób, tak Ŝe była kupa śmiechu. 

Zanim przejdę do szczegółów, będę musiała zdradzić jedną tajemnicę: Mickey i ja zgrzeszyliśmy. To by-

ło zupełne zaskoczenie, moŜecie mi wierzyć, ale w sumie podobało mi się. On ma w sobie tyle energii. Gdy 
dotykasz jego ciała to tak, jakby doznawało się szoku. Chyba zachowywałam się jak idiotka, bo za kaŜdym 
razem gdy Mickey mnie całował, wydawałam z siebie najróŜniejsze odgłosy. I chyba „doszłam" — czułam 
się potem taka pusta, jeśli o to właśnie chodzi. Mickey powiedział, Ŝe nie jestem juŜ słona. On ma cudowną 
skórę. A zrobiliśmy to w trawie, na zboczu jakiegoś pagórka, tak Ŝe nikt nie widział i wydawało się, Ŝe trwa-
ło to całą godzinę. Jakiś pieprzony „piesek preriowy" uruchamiał niedaleko swój samochód i wystraszyłam 
się. Mickey więc juŜ nie „kończył", ale stwierdził, Ŝe było OK i Ŝe następnym razem odrobi to z nawiązką. 
Przypuszczam, Ŝe teŜ się bał, ale starał się zatuszować to śmiechem. 

Głowa mnie boli stanowczo zbyt mocno. Napiszę coś jutro. 
18 lipca. Kochany dzienniczku. Jestem wciąŜ z Mickeyem. Wczoraj, wjeŜdŜając do Fayetteville, Mickey 

kupił karty tarota. Będzie mógł odczytywać naszą przyszłość. Poprzedniego dnia „pieprzyliśmy się" w łóŜku 
moich  rodziców  i  zwracaliśmy  się  do  siebie  ich  imionami,  Bertha  i  Paul.  To  było  raczej  niesmaczne,  ale 
Mickey powiedział, Ŝe jest to naturalna kolej rzeczy — I miał rację. Nie czuję się juŜ młoda. 

1 sierpnia. Kochany dzienniczku. PrzeŜyłam najwspanialsze trzy tygodnie mojego Ŝycia. Znalazłam ko-

goś,  kto  sprawia  mi  radość  zwykłym  uśmiechem  czy  dotykiem  swego  naelektryzowanego  ciała.  Mickey 
Knox. Mickey Knox. Mickey Knox. Donna Knox? Mickey i Donna Knox? Pragnę tego bardziej niŜ czego-
kolwiek innego. 

Ale ostatnio wszystko zaczyna się psuć. Chcę umrzeć. To znaczy, zdarzyła się jedna dobra rzecz. Mic-

key nauczył mnie jak przyrządzać jajko na gorącym winie. Okazało się, Ŝe jest to pyszne i od tego momentu 
nie jem niczego innego. 

Ale ten Bobby... Co za „piesek" ... Powiedział moim rodzicom, Ŝe „chodzę na randki" z Mickeyem. Mo-

Ŝ

ecie  to  sobie  wyobrazić?  Przyjechał  do  mojego  domu,  oczywiście  gdy  mnie  tam  nie  było,  i  wszystko  im 

powiedział. Mój ojciec sądzi teraz, Ŝe Bobby jest porządnym człowiekiem, ale dla mnie jest on pieprzonym 
chujem i jak spotkam go następnym razem, to tak mu wejdę w tę jego pieprzoną dupę, Ŝe mocno tego poŜa-
łuje. 

Mój ojciec jest wściekły. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Powiedział, Ŝe Mickey Knox ma nie-

złą opinię w naszym mieście, ale ja o tym nic nie słyszałam, więc skąd on moŜe coś takiego wiedzieć? Pier-
doli tylko trzy po trzy, Ŝeby wszyscy myśleli jaki to on jest mądry. 

Moja mama trzyma w swoim kartonowym pudle, powycinane ze starych czasopism, artykuły na kaŜdą 

okazję. Zwłaszcza, jak się okazuje, dotyczące dziewcząt uwodzonych przez starszych facetów. Wiem, Ŝe ona 
mnie kocha, ale ja mam juŜ 15 lat. Jeśli teraz nie dowiem się „jak to jest", to potem moŜe być juŜ za późno. 

Ojciec od trzech dni nie pozwala mi wychodzić z domu. Wczoraj w nocy Mickey wrzucił przez okno do 

mojego pokoju kartkę z listem. On jest po prostu poetą. 

Donna, Po części pragnę umrzeć i być pochowany odkąd ten dupek, pedał i skurwysyński „piesek", Twój 

ojciec, zamknął cię na cztery spusty. Sporządziłem jednak po raz pierwszy moją listę, na której zajmuje on 
pierwsze miejsce. Na razie wygląda to tak: 

1. Paul 
2. Mój nauczyciel z piątej klasy 

background image

3. Jamie Farr 
4. Bobby 
5. Rod Stewart 
Bobby być moŜe przesunie się wyŜej, ale nie jestem pewien. Trzy razy byłem juŜ u niego, ale gdzieś się 

chowa. To zresztą jest kwestią czasu. Nie spiesz się kochanie, poczekam na ciebie. Ale pospiesz się, bo nie 
będę czekał do końca świata. 

Musiałam obiecać rodzicom, Ŝe nie będę spotykać się juŜ z Mickeyem. W końcu mnie wypuścili. Carla 

przerwała ciąŜę i nawet mi o tym nie powiedziała. Stwierdziła, Ŝe na pewno było to dziecko Bobbyego, ale 
skąd ona mogła o tym wiedzieć? Bobby jest teŜ na mojej liście, i to raczej w czołówce. Nie wiem, kto to jest 
Jamie Farr. 

8 sierpnia. Kochany dzienniczku. Coraz trudniej spotykać się z Mickeyem, a ja go tak pragnę przez cały 

czas. Przechodziłam po szkole koło rzeźni i całowaliśmy się w chłodni aŜ nie zrobiło się tak zimno, Ŝe nie 
mogłam wytrzymać. Mickey znosi nawet największy chłód. On znosi wszystko. 

Zaciągnął się do Marines. Za parę tygodni powiedzą mu, czy się dostał. Nie mogę uwierzyć, Ŝe odcho-

dzi. Chyba umrę z tęsknoty za nim. 

Poszłam  na  urodzinowe  przyjęcie  do  Cassie.  „Słodka  szesnastka".  Mam  nadzieję,  Ŝe  gdy  będę  miała 

szesnaście lat, to nie spalę się na słońcu tak jak ona. Jej łuszcząca się skóra wpadała prosto w urodzinowy 
tort. BoŜe, co za obrzydliwstwo. 

10 sierpnia. Kochany dzienniczku. Mickey dopadł Bobbyego. Bili się ze sobą w starym magazynie bro-

ni, ale Bobby miał ze sobą myśliwską strzelbę swojego ojca. Dzięki Bogu, Mickey wycofał się. Jest odwaŜ-
ny, ale nie jest idiotą. 

16 sierpnia. Kochany dzienniczku. Mój BoŜe — ostatniej nocy po raz pierwszy pokłóciliśmy się. Mic-

key  chciał  włamać  się  do  sklepu  Kellmanna.  Powiedziałam  mu,  Ŝe  nie  chcę  Ŝeby  mnie  złapali,  bo  ojciec 
mnie  wtedy  zabije.  Nazwał  mnie  pieskiem  preriowym.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Płakałam  jak  szalona, 
prawie nie mogłam złapać oddechu i myślałam, Ŝe zaraz zemdleję. 

Mickey siedział cicho i nie odezwał się ani słowem gdy ryczałam. 
Kiedy przestałam, zapytał mnie czy kiedykolwiek pieprzyłam się z Bobbym. Odparłam, Ŝe nigdy. Prze-

nigdy. Ale gdy bili się z Bobbym, to on mu chyba powiedział, Ŝe byłam „niezła"! Przysięgam, Ŝe zabiję tego 
„preriowego kutasa". I niewaŜne co mówiłam, Mickey i tak mi nie uwierzy. Stwierdził, Ŝe potrafi czytać w 
mojej duszy, falującej niczym flaga na wietrze, dwa cale od mojego ciała i Ŝe była to czerwona flaga, ostrze-
gająca go przed oszustwem. Ryczałam jak niemowlę, prawie wypłakałam sobie oczy. Tłumaczyłam mu, Ŝe 
zrobiliśmy to tylko raz i Ŝe nawet nie osiągnęliśmy pierwszego stadium. 

Mickey wysiadł, podszedł do moich drzwi, otworzył je i wyciągnął mnie z samochodu. Następnie wsiadł 

z powrotem i bez słowa odjechał. 

24  sierpnia.  Kochany  dzienniczku.  Bobby  Gunter  jest  rośliną.  Podtopił  się  w  stawie  rybnym  swojej 

matki, na tyłach ich domu. Mimo, Ŝe była tam zaledwie jednocalowa warstwa wody, ale podobno to wystar-
czy. Carla mówi, Ŝe Bobby będzie juŜ do końca Ŝycia opóźniony w rozwoju i nie będzie mógł nawet sikać. 
Dość przykre, ale według mnie zasłuŜył sobie na to. Chyba nie pójdę do piekła mówiąc takie rzeczy? 

Nie widziałam się z Mickeyem od „tamtej nocy" ani razu i codziennie za nim płakałam, ale przypusz-

czam teŜ, Ŝe chyba ma on coś wspólnego z wypadkiem Bobbyego. To się nazywa „kobieca intuicja". 

Nienawidzę go. Pierdolony Mickey Knox. 
30 sierpnia. Kochany dzienniczku. Mój ojciec otworzył dziś rano samochód i znalazł tam pełno zwie-

rzęcych wnętrzności. Zanim wezwał policję, „zrobiło mu się słabo" pięć czy sześć razy. Powiedział im, Ŝe to 
dzieło Mickeya, który wcześniej pracował w rzeźni i tak dalej. To by chyba się zgadzało. 

Moja matka nie moŜe opanować drŜenia. 
I wielka nowina. Przeprowadzamy się do Tallahassee. Ojciec mówi, Ŝe to moja wina, ale jak wiadomo 

jest on wielkim kawałem gówna jakiegoś preriowego pieska. Nie chcę juŜ nigdy oglądać ani tego miasta ani 
Mickeya Knoxa. 

Co za okropne lato. Mam nadzieję, Ŝe mój drugi rok w szkole będzie o wiele lepszy niŜ ten. Inaczej chy-

ba naprawdę oszaleję. 

 

background image

Gdyby Scagnetti wiedział cokolwiek na temat ludzi zakochanych, gdyby wiedział cokolwiek o samej mi-

łości,  by  dopaść  swą  zdobycz  nie  traciłby  z  pewnością  czasu  na  planowanie  blokady  dróg  i  rozstawianie 
punktów  kontrolnych.  Pojechałby  za  to  wprost  do  Las  Vegas.  PodąŜając  ku  zachodowi  śladem  Mickeya  i 
Mallory nie ryzykowałby niczym. 

Rozrzucone  na  jałowej,  pustynnej  ziemi  miasto  —  niczym  jakieś  klocki  Lego,  którymi  przed  chwilą 

przestał  bawić  się  Bóg  —  stanowiło  coś  w  rodzaju  surrealistycznego  placu  zabaw.  Czas  zatrzymał  się  w 
obrębie jego murów, dzień zamieniał się w noc, a wszystko to działo się w oszałamiającym tempie. 

Las  Vegas  było  miastem  zbudowanym  ku  chwale  prawdziwej  i  szalonej  miłości.  Wszystko  inne  było 

zbyt kruche by przetrwać. 

* • * 
Zajechali do miasta tuŜ przed zmierzchem, gdy tysiące neonów migotaniem obwieszczało swój powrót 

do Ŝycia. 

Gdy Mickey poszedł rozejrzeć się za jakimś pokojem do wynajęcia, Mallory przeszła przez kasyno, mi-

nęła oazę pełną tropikalnej roślinności, wielkie akwaria, bufet, zespół reggae i wielkie koło ruletki. Najbar-
dziej  uderzył  ją  tu  zupełny  brak  jakichkolwiek  ścian.  Przestrzeń  wyznaczały  jedynie  ścieŜki  kwiecistych 
wijących się w róŜnych kierunkach chodników. Tym tropem Mallory dwukrotnie dotarła do dwóch karcia-
nych  stolików,  przy  których  siedziało  osobno  dwóch  identycznych  japońskich  biznesmenów.  Zwisające  z 
sufitu strzałki pokazywały drogę do róŜnych miejsc, ale Ŝadna z nich nie wskazywała wyjścia. 

No i wszędzie — dosłownie wszędzie — stały zwarte szeregi „jednorękich bandytów", nieustannie kar-

mionych ćwierćdolarówkami przez opętane nałogiem hazardu ludzkie mrówki. Te mrówki po chwili przeno-
siły  się  do innych  automatów  lub  sygnalizowały  innym  mrówkom,  Ŝe  potrzebne  im  są  drobne  albo  coś  do 
picia. Na maszyny składały się wyłącznie kolorowe światełka i dźwignie.Obok stał rząd otwartych automa-
tów  jednodolarowych  —  pracownik  kasyna  zbierał  z  nich  „miód",  systematycznie  odnotowując  wyniki  w 
specjalnym zeszycie. 

Mallory usiadła sobie w dziale astrologicznym i zagrała na maszynie oznaczonej symbolem KozioroŜca. 

To był znak Mickeya, nie jej... 

Maszyna była w stanie pokazywać wyniki najwyŜej czterocyfrowe, podobnie jak bilardy — zresztą cały 

ten szum,  który słychać było w kasynie opierał się na powtarzających się i nakładających się na siebie cy-
frach, zlewających się w jeden ogłupiający i niekończący się zgiełk. Mallory miała jedynie dwie ćwierćdola-
rówki, toteŜ szybko uchwycona została przez kamerę wideo, zaraz po tym, jak wygrała piętnaście dolarów 
by po chwili przegrać dziesięć. Minie jeszcze parę dni, zanim tę taśmę, na której, po sześciu kolejnych prze-
granych, Mallory kopie automat, obejrzy sobie policja. 

Ale wówczas oboje będą juŜ daleko od Vegas, a liczba ich ofiar wzrośnie o kolejne dwanaście. 
Kilka  rzędów  dalej,  słynny  bywalec  kasyn,  pochodzący  z  Teksasu  Peter T.  Rice  zauwaŜył,  Ŝe  Mallory 

znalazła dla siebie nową maszynę. Nazywała się „WieŜa", a ozdobiona była rysunkiem trzech linii, zbiegają-
cych sie pośrodku przykrywającej jakąś twarz pajęczej sieci. Wyglądało to tak, jakby szyba została zbita, a 
następnie złoŜona z powrotem przy pomocy srebrnej taśmy klejącej. W tym rzędzie automatów znajdowała 
się tylko Mallory, opierając się plecami o ścianę (ścianę!) luster, które wydawały się spoglądać w głąb jakie-
goś innego, pustego kasyna. 

Rice zapamiętał zwłaszcza, jak Mallory, wrzucając kolejne ćwierćdolarówki (po trzy za jednym razem) 

usiadła  na  maszynie  z  szeroko  rozłoŜonymi  nogami.  „Nigdy  nie  wygrała  większej  sumy,  ale  zawsze  tyle, 

Ŝ

eby mogła grać dalej" — wyznał później. 

Zerkał na nią raz po raz myśląc, Ŝe skądś ją chyba zna, ale nie bardzo wie skąd. W pewnym momencie 

zauwaŜył, Ŝe wyglądający na studenta gość, który stał przy jednym z sąsiednich automatów, równieŜ się jej 
przygląda. 

„Wiem, co on robił, opowiadał Teksańczyk. „Wpatrywał się w miejsce, gdzie uda przechodzą w poślad-

ki. Wiem, bo sam się tam gapiłem." 

Gość  z  college'u  postanowił  zmienić  maszynę  i  przesunął  się  nieco  bliŜej  Mallory.  Pocierał  przy  tym 

palcami o wnętrze dłoni tak, by usunąć z nich ślady brudu po monetach. Miał krótko przycięte, jasne włosy, 
a z jednej z kieszeni jego oksfordzkiej koszuli wystawał wetknięty tam papieros. Student nagle znalazł się za 
plecami Mallory. 

—Przepraszam, ale chyba coś mówiłaś? —spytał z otwartym uśmiechem na twarzy. 

background image

Mallory wrzuciła następne trzy monety i pociągnęła za rączkę. 
Gość z college'u postawił swojego Heinekena przy maszynie Mallory i usiadł na stołku obok. 
— Chyba słyszałem jak wypowiadałaś moje Imię. 
— Jeśli masz na imię Pojeb, to tak — odparła. 
— MoŜe być, jeśli sobie Ŝyczysz — pociągnął trochę piwa z butelki, chwilę potrzymał je w ustach i w 

końcu przełknął. 

Mallory wydawała się być raczej nieświadoma obecności chłopaka. „Całą swą uwagę skupiała na "jed-

norękim  bandycie»",  zeznawał  Rice.  „Przynajmniej  tak  wówczas  myślałem.  Wyglądało  to  tak, jakby  z  du-

Ŝ

ym wysiłkiem starała się zrozumieć zasadę działania automatu." 

Chłopak nie zniechęcił się. 
—Ty chyba jesteś najseksowniejszą dziewczyną w całym kasynie — powiedział. — I byłby to dla mnie 

ogromny zaszczyt doprowadzić cię do orgazmu. 

Rice uśmiechnął się i pomyślał, Ŝe na razie był to chyba najmocniejszy tekst, na jaki ten gość mógł sobie 

pozwolić. śadnego śladu zmieszania. Ale dziewczyna nie reagowała. 

—RozwaŜyłbym  nawet  pokrycie  kosztów,  jakie  ewentualnie  mogłabyś  ponieść,  Ŝe  tak  powiem.  Jeśli 

oczywiście zaŜądałabyś czegoś takiego. Chyba, Ŝe masz kogoś, kto zajmuje się ustalaniem twojego kalenda-
rza spotkań? 

Teksańczyk zdąŜył juŜ zapomnieć, Ŝe próbował zachowywać się w miarę dyskretnie — przechylił się by 

dojrzeć, czy twarz dziewczyny wyraŜała jakąś reakcję. Wyznał potem, Ŝe „po paru sekundach wiedziała, o 
co gościowi chodziło. Ale zdumienie szybko zniknęło z jej twarzy." 

Mallory z uśmiechem wzięła z jego rąk butelkę Heinekena i solidnie pociągnęła. W jej oczach zamigota-

ły dwie iskierki, które dojrzeć było moŜna spoglądając w martwą czeluść źrenic. Następnie przycisnęła lekko 
butelkę do kolana chłopaka i powoli przesunęła ją po wewnętrznej stronie ud, aŜ do krocza, które z wolna 
zaczynało sztywnieć. Potarła wzniesienie butelką, obserwując, jak jej nowemu znajomemu szeroko otwierają 
się oczy. Gdy student miał juŜ złapać jej dłoń, Mallory oddała mu butelkę. 

— Podaj mi numer twojego pokoju, Pojebie. 
— Tysiąc sześćset sześćdziesiąt dziewięć — powiedział z uśmiechem. — To znaczy, Ŝe mogę się ciebie 

spodziewać? 

— Jeszcze się nie zdecydowałam — odparła Mallory odwracając głowę. — Ale jeśli przyjdę, to przy-

prowadzę jeszcze kogoś. 

— Kogo?! — wrzasnął chłopak, wykrzywiając swą twarz tak, jakby przed chwilą zjadł kilo gówna. 
— Spodoba ci się — odrzekła tajemniczo prawie niewidoczna Mallory. — Szczęka ci opadnie. 
Teksańczyk  patrzył  przez  chwilę  jak  szczęśliwy  podrywacz  podrygiwał  w  jakimś  dziwnym  tańcu  po 

tym, jak dziewczyna znikła na dobre. Następnym razem ujrzał jego twarz w telewizyjnych wiadomościach o 
godzinie 21.00; o 12.15 następnego dnia sprzątaczka Connie Rodriguez znalazła jego nagie ciało w pokoju 
1669, po czym zemdlała na sam widok. 

Koronerzy skrupulatnie pozbierali wszystkie 27 odłamków zielonego szkła tkwiących w szczękach stu-

denta  pierwszego  roku,  Chipa  Burkharta.  Autopsja  wykazała,  Ŝe  został  on  prawdopodobnie  zmuszony  do 
trzymania  pustej  butelki  po  Heinekenie  w  ustach  na  podobieństwo  stosunku  oralnego.  Butelkę  następnie 
rozbito jakimś twardym przedmiotem, być moŜe nogą od stołu, którą znaleziono obok. Resztki szkła przebiły 
miękkie podniebienie, dostając się do niŜszych partii komory mózgu. Przerwaniu w kilku miejscach uległa 
teŜ tchawica, a krew, która w ten sposób trafiła do płuc, okazała się bezpośrednią przyczyną zgonu. 

PoniewaŜ na znajdujących się w pokoju monetach wykryto ślady działania kwasu, postanowiono doko-

nać takŜe sekcji Ŝołądka, gdzie znaleziono 18 dolarów i 75 centów drobnymi (głównie ćwierćdolarówki, ale 
teŜ  kilka  jednodolarowych  Ŝetonów).  Burkhart  został  zatem  przed  swą  śmiercią  zmuszony  do  połknięcia 
monet, którymi grał. Większość została w Ŝołądku, ale kilka z nich zdołał zwymiotować. 

W  policyjnym  raporcie  wyraŜono  przypuszczenie,  Ŝe  mordercy  bawili  się  ze  swą  ofiarą  w  automat  do 

gier. 

* * * 
Jak się okazało, ciało Burkharta było pierwszym, pochodzącym z serii morderstw, która zapoczątkowana 

została wraz z przybyciem Mickeya i Mallory do Las Vegas. 

background image

Gdy jego słoneczko grało sobie grzecznie w kasynie na „jednorękich bandytach", Mickey poszedł rozej-

rzeć się za noclegiem, bez słowa omijając hotelową recepcję. 

Przemierzając powoli korzytarz na jedenastym piętrze, Mickey przekonał się, Ŝe drzwi do pokoi okazały 

się odporne na tradycyjne metody włamań. Klucze w hotelu Mirage nie posiadały bowiem ząbków, a jedynie 
magnetyczne paski, które uruchamiały odpowiednie kody w pamięci centralnego komputera. „Chciałoby się 
wziąć teraz jakiegoś kochającego matematykę maminsynka i tłuc ile wlezie tym jego zakutym, zezowatym 
łbem o ścianę", pomyślał Mickey. Trochę go to speszyło, Ŝe jego nóŜ nie dawał rady nowoczesnej technice 
(policja znalazła rysy i zadrapania na dziewięciu drzwiach) i Mickey szedł juŜ do windy, gdy spostrzegł, Ŝe 
w jego stronę zbliŜa się jakaś kobieta. 

Miała około 45 lat, była szczupła i ciągle atrakcyjna, szła lekko rozkołysanym krokiem niosąc ze sobą 

dwa pliki folderów. Mickey odwrócił się i udając, Ŝe otwiera drzwi obserwował kobietę, gdy ta poszukiwała 
kluczy.  Po  chwili,  gdy  foldery  zaszeleściły,  a  zamek  zazgrzytał,  Mickey  zaatakował.  Zachodząc  od  tyłu, 
wepchnął kobietę do pokoju. Dłonią zatkał jej usta tak, by nie mogła wydobyć najmniejszego krzyku. Zaraz 
potem drzwi zamknęły się cicho, a zamek automatycznie je zablokował. 

Mickey po paru minutach znalazł w zatłoczonym kasynie Mallory, która chodziła sobie po jego obrze-

Ŝ

ach,  zaszywając  się  w  ciemnych,  cichych  zakamarkach,  które  oprócz  niej  samej  nie  interesowały  nikogo. 

Jadąc  juŜ  wyłoŜoną  lustrami  windą,  zatańczyli  do  piosenki  Franka  Sinatry  Witchcraft.  Dłonie  Mickeya 
obejmowały dokładnie talię Mallory, a palce dotykały brzegów jej dŜinsów, podczas gdy ona sama wspinała 
się po jego nodze. Zanurzyła paznokcie w gęstwinie bujnych, mocnych włosów Mickeya, które opadały da-
leko za uszy aŜ po linię kilkudniowego zarostu na jego twarzy. Mallory całowała szyję Mickeya, zagłębiając 
się we wcięcie poniŜej jabłka Adama. To wcięcie nazywała „dziurką Pana Jezusa", poniewaŜ przypominało 
jej głowę siedzącego na tronie człowieka; obojczyk symbolizował w tym układzie rozciągnięte ramiona owej 
postaci. Tu właśnie najmocniej poczuła zapach Mickeya, jej największy narkotyk. 

Mickey niósł ją przez korytarz. Mallory całowała jego twarz, tak Ŝe prawie niczego nie widział, a jej no-

gi ściśle opasywały  mu biodra. W pokoju, nie rozdzielając się, zrzucili z siebie ubrania. Rzucony niedbale 
but  pozostawił  na  ścianie  czarny  ślad.  Oboje  poruszali  się  i  wyginali  niczym  jeden  mięsień,  niczym  yin  i 
yang, skóra przesuwająca się po skórze bez jakichkolwiek zakłóceń. Wewnątrz niej, pomiędzy nim. Razem. 
Mickey objął ją swymi wielkimi ramionami niczym matka osłaniająca dziecko. Taki uchwyt mógłby zmiaŜ-
dŜyć Mallory gdyby Mickey podczas pocałunków nie wdychał w nią swego powietrza. 

Mallory zacisnęła dłonie na jego plecach i poczuła bardzo wyraźnie gdy Mickey w nią wchodził. Stano-

wili  w  tym  momencie  jakby  dwa,  splecione  w  jedno,  włókna.  Nierozerwalne  do  momentu,  w  którym  nie 
rozdzieli ich przeznaczenie. 

A zakneblowana i związana niczym prosię, siedząca w schowku Liz Delacroix obserwowała kochającą 

się parę nieznajomych. Działo się to na łóŜku w jednym z hotelowych pokoi, które przygotowywała do nad-
chodzącego  zjazdu.  Jej  usta  zaczynały  powoli  puchnąć,  zaczynał  przenikać  je  takŜe  ostry  ból,  wywołany 
wsiąkaniem w skórę substancji, pokrywających taśmę klejącą. Napis na niej brzmiał: „Cześć, mam na imię 
..." 

Liz patrzyła na kochanków przez ponad dwie godziny. A potem straciła świadomość. 
 

 

WAYNE: Dziś, w programie Amerykańscy maniacy gościmy zawodowych kulturystów, Simona i Nor-

mana Hunów. Panowie, wasza opinia na temat Mickeya i Mallory Knox... 

SIMON: Podziwiam ich. 
NORMAN: Ja teŜ. 
WAYNE: Jak moŜecie mówić coś takiego? 
SIMON: Oni hipnotyzują człowieka. 
NORMAN: Stajesz się jednym z nich. 
SIMON: Widziałeś film Pumping Iron? 
WAYNE: Tak. 
NORMAN: No więc widziałeś scenę, jak Arnold Schwarzenegger rozmawia z Lou Ferrigno. 
WAYNE: Tak, widziałem. 

background image

SIMON: Za pomocą zwykłego słowa — 
NORMAN: — i węŜowego spojrzenia — 
SIMON:  —  i  węŜowego  spojrzenia,  Arnold  zdołał  całkowicie  zmiękczyć  tę  pewność  siebie,  jaką  miał 

Ferrigno. 

NORMAN: ZmiaŜdŜył go psychicznie, jeszcze przed fizycznym pokonaniem go. 
SIMON: On miał moc. Moc duszy. 
NORMAN: Mickey i Mallory mają taką moc. 
SIMON: Tylko, Ŝe na o wiele większą skałę. 
NORMAN: Oni zahipnotyzowali cały kraj. 
SIMON: Zanim oni się pojawili, królem mocy pozostawał Schwarzenegger. 
WAYNE: Mówicie takie rzeczy, a przecieŜ ... obaj jesteście ofiarami Mickeya i Małłory. (Kamera nieco 

odjeŜdŜa, by pokazać Simona i Normana siedzących na wózkach inwalidzkich. Obaj są pozbawieni nóg.) 

SIMON: Tak. 
NORMAN: Tak. 
WAYNE: Więc jak moŜecie mówić, Ŝe ich „podziwiacie"? 
NORMAN:  To  jest  tak,  Wayne.  Dwoje  ludzi  stoi  naprzeciw  siebie  w  ciemnym  pokoju  i  kaŜdy  z  nich 

czeka na atak z drugiej strony. Ci dwaj nie widzą się wzajemnie, ale wiedzą, Ŝe są tutaj. I teraz — albo mogą 
stać w tym ciemnym pokoju aŜ umrą z nudów, albo jedna z tych osób wykona pierwszy ruch. 

WAYNE: Dlaczego po prostu nie uścisną sobie rąk i nie zostaną przyjaciółmi? 
NORMAN:  Nie  mogą,  bo  Ŝadne  z  nich  nie  wie,  czy  przypadkiem  druga  osoba  nie  jest  mordercą-

degeneratem w rodzaju Mickeya i Mallory. A zatem naleŜy wykonać ten pierwszy ruch. 

WAYNE: Ale to oni go wykonali... 
NORMAN: Niestety, tak. 
SIMON: Ale wszystko jest w porządku, Wayne. 
WAYNE: Dlaczego? 
SIMON: Bo oni przekazali swą moc nam. 
WAYNE: Jak to? 
SIMON: Odcinając nam nogi. Musimy teraz walczyć z większym wysiłkiem, by nie dać się wyprzedzić 

przez nikogo w całej szkole. A moŜe i w całym mieście. Oni przekazali nam ducha walki. Przed tą całą hi-
storią byłem z siebie zadowolony. Teraz jestem do dupy. Jestem powłoką człowieka i muszę pracować nad 
sobą jak diabli, Ŝeby odzyskać drugą połówkę. 

WAYNE: AleŜ ty jej nigdy nie odzyskasz. 
SIMON:  Wayne,  „nigdy", to  długi  okres.  A  takŜe  słowo,  którego  uŜywa  słaby  człowiek.  Ja  nie jestem 

taki. Nawet, jeśli nie będę w stanie stanąć na własnych nogach, podniosę się i będę walczył z całym światem 
by znów być najlepszy. 

NORMAN: Tak, jak robią to Mickey i Mallory. 
SIMON: Tak, jak robi się to na całym świecie. 
NORMAN: Szokują po prostu cały świat przez to, Ŝe przypomnieli wszystkim stare, pierwotne prawa. 
SIMON: PrzeŜyje tylko najsprawniejszy. 
WAYNE:  Ostatnie  pytanie.  Mickey  i  Mallory  zabijają  zwykle  wszystkie  swoje  ofiary.  Dlaczego  wam 

pozwolili przeŜyć? 

NORMAN: No więc najpierw nas związali, gdy plądrowali cały dom, widziałeś zresztą nagłówki w ga-

zetach, następnie zabrali się za odpiłowywanie naszych nóg — a potem mieliśmy zostać zabici. 

SIMON: Chyba tak dla zabawy. 
NORMAN: I wtedy Mallory powstrzymała Mickeya mówiąc: „Hej, przecieŜ to są bracia Hun." 
SIMON: Mickey przestał wtedy piłować moją nogę i zawołał — „O BoŜe, a ja jestem waszym najwięk-

szym fanem!" 

NORMAN: Ponoć widzieli wszystkie nasze filmy. 
SIMON: Szczególnie podobał im się Conquering Huns of Neptune. 
NORMAN: Więc Mallory zadzwoniła po pogotowie i oboje się zmyli. 
SIMON: I nawet nas przeprosili. 
 

background image

Następnego dnia, po przebudzeniu się, Mallory była wściekła, Ŝe Mickey nie powiedział jej o uwięzionej 

w garderobie kobiecie. 

—Branie zakładników to jedna sprawa, ale Ŝe nie powiedziałeś mi, Ŝe ta stara kurwa cały czas 
patrzyła na nas, to juŜ jest świństwo — powiedziała Mallory, budząc swego ukochanego I przytykając 

mu do podbródka lufę jego własnego magnum 0.357. 

Liz Delacroix wciąŜ starała się złapać oddech — miała złamane dwa Ŝebra po solidnym kopniaku, jakim 

poczęstowała ją Mallory, odkrywając rankiem Liz zamkniętą w schowku. 

Mickey trochę jeszcze nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na Mallory. Liz zastanawiała się później, jak 

bardzo naturalna była ta niepewność, a na ile było to po prostu sztuczne zmieszanie, wypełniające Młckeyo-
wi czas na znalezienie odpowiednio celnej riposty. 

—No  wiesz,  kochanie  —  Mickey  z  trudem  szukał  właściwych  słów.  —  Postanowiliśmy  przecieŜ,  Ŝe 

zawsze będziemy pozostawiać przy Ŝyciu jedną osobę, Ŝeby mogła o wszystkim opowiedzieć. 

— Taaaak? O czym? — spytała Mallory. 
— Nooo ... pomyślałem, Ŝe ta kobieta mogłaby być koronnym świadkiem naszej miłości. 
Mallory spojrzała na Mickeya z niedowierzaniem. 
— Czym mogłaby być??? 
— No właśnie — Mickeyowi wracała powoli przytomność, a jego głos zyskiwał na pewności siebie. — 

Po prostu chciałbym, Ŝeby cały świat wiedział, Ŝe my nie tylko  zabijamy ludzi. Ta kobieta moŜe  zaświad-
czyć o naszej wiecznej i dozgonnej miłości. 

Mickey rzucił okiem na Mallory, by przekonać się, czy „kupiła" juŜ tę gadkę. Wyglądało na to, Ŝe jesz-

cze nie, więc ciągnął dalej. 

—Doszedłem do wniosku, Ŝe gdybym ci powiedział, Ŝe ona tam siedzi, twoje zachowanie mogłoby być 

w jakiś sposób wykalkulowane, sztywne i nie wyglądałoby to wszystko naturalnie. 

Mallory pomyślała o tym przez chwilkę, tak jakby koniecznie chciała w to uwierzyć. 
— Naprawdę? — spytała w końcu. 
— No jasne — odparł Mickey. — Gdybyśmy jeszcze ją załatwili, to nikt by o niczym nie wiedział. 
Mallory, całkowicie juŜ przekonana, rzuciła się Mickeyowi w ramiona. 
—No  juŜ  dobrze,  kochanie  —  mruknął  Mickey  całując,  a  potem  sadzając  Mallory  obok,  tak  by  sam 

mógł wstać i pójść pod prysznic. 

Mallory usiadła na rogu łóŜka i spojrzała na uwięzioną w schowku Liz. 
—Czego się gapisz? — wrzasnęła. 
Ale  usta  Liz  były  wciąŜ  zaklejone  taśmą;  nie  mogła  więc  w  Ŝaden  sposób  odpowiedzieć,  nawet,  jeśli 

miałaby  cokolwiek  do  powiedzenia.  LeŜąc  związana w  schowku,  Liz  nie  mogła  raczej  stanowić  wielkiego 
zagroŜenia. W tym momencie, ku wielkiemu zdumieniu Liz, Mallory postanowiła otworzyć przed nią duszę. 

—  Wiesz,  ci  faceci...  nie  moŜna  im  ufać,  prawda?  —  stwierdziła,  szukając  w  oczach  Liz  poparcia  dla 

swojej tezy. Zaskoczona kobieta kiwnęła głową. 

—  To  znaczy,  przez  większość  czasu  wydaje  mi  się,  Ŝe  Mickey  jest  moim  najlepszym  przyjacielem, 

wiesz? Wydaje mi się, Ŝe myślę dokładnie o tym, o czym on myśli. Wiem dokładnie jak to jest. I to samo 
tyczy  się Mickeya.  On  chyba  zna  kaŜdą  myśl,  która  przechodzi  mi  przez  głowę.  Odkąd  go  poznałam,  nikt 
inny mnie nie interesuje. 

Mallory na moment umilkła. 
—To chyba tak juŜ jest z kobietami, co? 
Liz skinęła głową. 
— Więc jak to się stało, iŜ nie wpadłam na to, Ŝe on cię zamknął w tym schowku? — zastanawiała się 

Mallory, a jej twarz przysłoniła nagle chmura gniewu. Gdy Mallory wstała i zaczęła przemierzać pokój, ser-
ce Liz wypełniła nagle obawa o jej własne Ŝycie. 

— Ciekawe, czy on wtedy myślał o tobie gdy kochał się ze mną — powiedziała. — Nie cierpię myśleć o 

tym,  Ŝe  on  coś  przede  mną  ukrywa.  Nie  jesteśmy  nawet  dwójką  ludzi.  Jesteśmy  jedną  duszą.  To  właśnie 
zawsze mówi Mickey. Jedna osoba w dwóch ciałach. Więc jak doszło do tego, Ŝe gdy byliśmy z sobą razem, 
gdy leŜeliśmy w swoich objęciach, on mnie okłamywał. MoŜe nie tak do końca, ale wiesz — coś przede mną 
ukrywał. 

background image

Mallory chwyciła szczotkę i zabrała się do rozprostowywania długich włosów na peruce koloru blond, 

którą podniosła z podłogi, a którą zrzuciła poprzedniej nocy, kiedy to uczucie i ekstaza zawładnęły nią bez 
reszty. Rozczesując perukę, wyglądała na osobę, która nie ma zamiaru przepuścić ani jednemu skudlonemu 
włosowi. Przy okazji, na kaŜdym z nich starała się wyładować swój gniew. 

—Mickey lubi blondynki — stwierdziła sarkastycznie. Jej własne włosy były czarne jak węgiel, trudne 

do ułoŜenia i cienkie. Tę ostatnią cechę Mallory przypisywała zawsze włosom białych dziewcząt. — Mówi, 

Ŝ

e czuje się wtedy jakby kochał dwie kobiety naraz. 

W  pewnym  momencie  Mallory  spojrzała  na  Liz  oczyma  pełnymi  zimnej,  zwierzęcej  drapieŜności.  Liz 

poczuła wówczas, jak na sam widok zachłannego wyrazu twarzy Mallory przestaje jej bić serce. 

—Ty masz włosy blond — powiedziała Mallory rzucając szybkie spojrzenia to na nieszczęsną Liz, to na 

swą perukę. 

Liz zaczęła się modlić w duchu, by odgłos przysznica, pod którym siedział Mickey, wreszcie umilkł, by 

Mickey w końcu wylazł spod niego i wcielił w Ŝycie swą obietnicę o pozostawieniu jej przy Ŝyciu, tak by 
mogła  całemu  światu  opowiedzieć  o  miłosnych  dokonaniach  tej  niezwykłej  pary.  Przysięgała  Bogu  i  Mic-
keyowi, Ŝe uczyni to, jeśli tylko ta dziewczyna się uspokoi. 

Ale dziewczyna się nie uspokoiła. 
Mallory rzuciła perukę, biorąc do ręki 0,357 i powoli podeszła do schowka. 
—Nie mam pojęcia, co tu się działo zanim ja tu dotarłam — powiedziała. — Mickey mógł cię chwycić, 

przedmuchać i zatrzeć wszelkie ślady w ciągu pięciu minut. Jeśli tylko by chciał. 

Liz usłyszała odgłos odbezpieczania automatu. Zaczęła płakać. 
—KaŜdy potrafiłby to zrobić. Mickey Knox, mały sprytny Mickey, jest szczególnie dobry właśnie w ta-

kich rzeczach, nie? 

Prysznic  nieustannie  szumiał.  Dawał  się  teŜ  słyszeć  głos  Mickeya  podśpiewującego,  nieco  ironicznie, 

piosenkę Dwighta Yoakama To, czego nie wiem. 

Było jasne jak słońce, Ŝe nie przyjdzie z odsieczą. 
Mallory stała o kilka centymetrów od schowka, gdy nagle rozległo się stukanie do drzwi sypialni. 
Mallory zatrzymała się. 
— Liz, czy to ty? — odezwał się męski głos dochodzący z przedpokoju. 
— Ty jesteś Liz? — spytała Mallory. 
Liz gorliwie przytaknęła skinieniem głowy. 
—No dobrze, zobaczmy więc, któŜ to przybywa do ciebie z wizytą — powiedziała Mallory, a złowiesz-

czy uśmiech wypełzł na jej oblicze. 

Mallory otwarła drzwi, stając oko w oko z niejakim Carlosem Imenezem, asystentem managera Centrum 

Konferencyjnego w Las Vegas. Imenez, z uwodzicielskim wyrazem twarzy opierał się o framugę, choć wi-
dok stojącej w drzwiach Mallory zaskoczył go, i to mocno. 

— Gdzie jest Liz? — spytał. 
—  A  moŜe  juŜ  się  zmęczyła  czekaniem,  kurwa,  na  ciebie!?  —  odparła  Mallory,  wypychając  gościa  z 

powrotem do przedpokoju. Przypominała w tym momencie tornado, które znienacka pojawiło się na tle bez-
chmurnego nieba — dziewięćdziesiąt osiem funtów czystej, nieposkromionej wściekłości, które wypchnęły 
Imeneza aŜ pod drzwi hotelowego pokoju. 

— Co ty se myślisz, Ŝe moŜesz, kurwa, stukać do drzwi jak tylko masz ochotę, a jakaś kurewka będzie 

zawsze rozkraczać giry przed tobą? 

Liz dokładnie słyszała wydzierającą się niczym jędza Mallory. 
— Hej, słuchaj, ja pomyliłem pokoje — usprawiedliwiał się Carlos. 
— Niestety, kurwa, nie pomyliłeś — odpowiedziała mu Mallory. 
Wymierzyła mu potem prawego sierpowego, prosto w szczękę, poczęstowała go ciosem w Ŝołądek, kop-

niakiem w podbrzusze i dwoma uderzeniami w kark. Zgięty wpół (choć jeszcze nie zakrawawiony) Carlos 
rzucił się na Mallory, ścinając ją z nóg i wpadając razem z nią przez drzwi do sypialni. 

Liz ujrzała, jak oszołomiona Mallory pada na podłogę. Odetchnęła z ulgą, widząc w drzwiach Carlosa. 

Spała z nim od czterech dni, dziewczynę znała od sześciu godzin, ale przeczucie mówiło jej, Ŝe nie docenia-
jąc Mallory, Carlos popełnia duŜy błąd. 

I miała rację. 

background image

Imenez powoli wszedł do pokoju, pozwalając, by drzwi zamknęły się za nim same. Po chwili przekręcił 

w nich klucz. 

Do oczu zaczęły napływać mu krople potu. Obserwował, jak Mallory przygląda mu się z drugiego końca 

sypialni. 

—Teraz  wujek  Carlos  da  ci  lekcję  —  oznajmił,  chichocząc  obleśnie.  Zdejmował  przy  tym  pasek  od 

swych spodni, złoŜył go na pół i trzasnął nim parę razy dla wywołania przestrachu u Mallory. 

Ale dziewczyna posłała mu szeroki, a zarazem bardzo dziwny uśmiech. I zaatakowała. 
Wskoczyła na niego z naroŜnika łóŜka niczym zwariowany uliczny kot, spychając go pod hotelowy te-

lewizor, na ekranie którego para nowoŜeńców uczyła się podstaw hazardu. Lustro zostało całkowicie zgru-
chotane. Mallory przewróciła się na plecy, wbijając swoje paznokcie w klatkę piersiową przeciwnika. Ime-
nez wrzasnął, starając się oderwać ją od siebie, ale dziewczyna przylegała do niego coraz mocniej, łapiąc go 
ramieniem za gardło. Carlos upadł na podłogę rozbijając się o sypialnianą toaletę. Przez cały czas starał się 
uwolnić od swej napastniczki. 

Mallory tymczasem wykonała pół salta w stronę drzwi. 
—Co za cholerna dziwka! — zawołał Carlos widząc na swym T-shircie ślady krwi w miejscach, w któ-

rych Mallory wbiła swoje szpony. Z wyrazem niedowierzania na twarzy próbował je teraz wytrzeć. 

Do Mickeya Knoxa dotarły w końcu odgłosy zamieszania, bo w tym właśnie momencie wbiegł do poko-

ju, mokry i nagi. Carlos akurat sięgał po krzesło, by rzucić nim w Mallory. Mickey instynktownie schylił się 
do swego buta po nóŜ. Chwilowo jednak nie miał na sobie niczego. 

— Nie wpierdalaj się! — wrzasnęła Mallory. — On jest mój! 
— O kurczę, w porządku, uszanuję twoją decyzję — odparł Mickey, cofając się, by oprzeć się o drzwi i 

nacieszyć swe oczy porywającym widowiskiem. 

Tymczasem  Mallory  poderwała  się  na  równe  nogi,  jeszcze  zanim  krzesło  znalazło  się  w  zasięgu  ręki 

Carlosa. Okazało się ono zresztą o wiele za cięŜkie, by mógł nim efektywnie operować — nawet przy swo-
ich  sześciu  stopach  wzrostu.  Trzasnął  tym  krzesłem  o  nogę  łóŜka,  ale  Mallory  zdąŜyła juŜ  rozłoŜyć  się  na 
pościeli. 

Ś

lepym  zrządzeniem losu Carlos złapał Mallory za kostkę, starając się ściągnąć ją na podłogę. Dziew-

czyna chwyciła się jednak stojącego na nocnym stoliku telefonu, którego przewód wyrwał się z gniazdka w 

ś

cianie, a ona sama przesuwała się po łóŜku ku Imenezowi. 

Jednym z czynników, jakie Mallory potrafiła wykorzystać w tego rodzaju bójkach na swoją korzyść, był 

jej niewielki wzrost. Dawał on jej nie tylko niezwykłą sprawność fizyczną, której trudno było stawić czoło, 
lecz takŜe powodował, Ŝe przeciwnicy Mallory rzadko kiedy w pełni potrafili ją docenić. 

Carlos Imenez nie stanowił pod tym względem wyjątku. 
Zanim zdąŜył zadać jej choćby jeden przyzwoity cios, Mallory owinęła telefoniczny przewód wokół jego 

szyi. Carlos zaczął się dusić. Z resztką gasnącej nadziei, Liz obserwowała, jak Mallory obraca się za Imene-
zem, kopiąc go kolanami w plecy i „dosiadając" go niczym jakiegoś dwunogiego byka. Jeszcze raz Carlos 
spróbował zrzucić dziewczynę, przygniatając ją plecami do ściany. Jednak Mallory owinęła oba końce tele-
fonicznego  kabla  wokół  nadgarstków,  waląc  go  po  głowie,  trzymaną  w  ręku  słuchawką.  Rozwaliła  w  ten 
sposób i słuchawkę, i głowę Imeneza. 

—Moja szkoła — stwierdził z dumą Mickey. 
Gdy Carlos ostatecznie stracił przytomność, 
Mallory  trzymała  zaciśnięty  na  jego  szyi  kabel jeszcze  przez  około  pół  minuty  -tak,  by  ostatecznie  się 

upewnić, Ŝe nie Ŝyje. 

A potem podpełzła do nocnego stolika i zapaliła papierosa. 
—Jeśli znajdziesz pan kobietę, która robi to lepiej ode mnie, to lepiej oŜeń się pan z nią, panie Knox — 

odezwała się Mallory, gdy ciało Carlosa ześlizgiwało się z łóŜka, ściągając za sobą resztę pościeli i koców, 
tworząc na podłodze bezładne kłębowisko. 

Stojący wciąŜ w stroju Adama Mickey nie przestawał się uśmiechać. Mallory rzuciła mu paczkę Marlbo-

ro i zapalniczkę. Zapalając papierosa w drzwiach łazienki, Mickey starał się zachowywać jak najnaturalniej. 
W tej samej chwili Mallory zaśmiała się, a Mickey jej zawtórował. 

—Liz, mamy tu dla ciebie towarzystwo — oznajmiła Mallory, wrzucając zwłoki Carlosa do garderoby. 

background image

Oczy  Liz  przesłoniło  wyczerpanie  i  smutek,  nie  mogła  w  tym  momencie  wykonać  prawie  Ŝadnego  ru-

chu, zaś Carlos zwalił się prosto na jej piersi. Wyglądało to na idiotyczną parodię tego, co oboje planowali 
przed kilkunastoma godzinami. 

— Pieprz się Liz — powiedziała Mallory zamykając drzwi. — Razem ze swoim chłopcem. 
Niedługo  potem  Nora  Hafferty  otworzyła  salę  konferencyjną,  którą  właśnie  miała  zacząć  przygotowy-

wać dla uczestników zjazdu. Mieli zjawić się jeszcze przed południem. 

Z wyjątkiem swojego akcentu. Nora była uderzająco podobna do prowadzącej w TV programy kulinarne 

Julii Childs — dobrze zbudowana, o nieco męskim obliczu, lecz zawsze pełna wdzięku i czułości. W końcu 
przez  prawie  całe  swoje  Ŝycie  pełniła  rolę  matki.  Mieszkając  na  przedmieściach  Detroit  dochowała  się 
czwórki  cudownych  dzieci.  Miała  teraz  57  lat,  a  ostatnią  z  jej  pociech,  która  opuściła  rodzinne  gniazdko 
(półtora  roku  temu)  była  córka  Kelly,  pracująca  jako  higienistka  jamy  ustnej.  Nora  została  więc  sama  ze 
swym męŜem Pete'em (emerytowanym inŜynierem), mieszkając w przytulnym domku. 

Jej  macierzyński  instynkt  dał  znów  znać  o  sobie.  Nora  ujrzała  bowiem,  wyglądającą  na  bezdomną 

dziewczynę, która wystawiła swą głowę zza naroŜnika i rozglądała się po pomieszczeniu. Nora pamiętała, Ŝe 
w pierwszej chwili chciała wziąć to dziecko w ramiona, dać mu coś ciepłego do zjedzenia i opatrzyć wszyst-
kie siniaki i rany, pokrywające prawie całe ciało. 

I moŜe właśnie ten instynkt uratował jej Ŝycie. 
—  Czy  tu  się  odbywa  zjazd  Towarzystwa  Anielskiego?  —  spytała  pokornie  dziewczyna,  nie  wiedząc, 

czy wejść, czy teŜ nie wejść do środka. 

— Nooo, tak — odparła Nora. — Ale zaczyna się dopiero przed południem. I dlatego jeszcze nikogo tu 

nie ma. 

Dziewczyna wydawała się nieco zbita z tropu. 
— Och... — westchnęła. 
— Ale moŜesz przecieŜ przyjść później — doradziła jej Nora. — Wszystko zacznie się koło dziesiątej. 
—  No  właśnie,  Ŝe  nie  mogę  —  odpowiedziała  zawiedzionym  głosem.  —  Razem  z  moim  chłopakiem 

niedługo wyruszamy. 

Nora  spojrzała  w  głąb  korytarza  i  dostrzegła  młodego  człowieka  z  mokrymi  włosami  na  głowie,  który 

niecierpliwie trącał nogą dywan. Miała przy tym nadzieję, Ŝe to nie on urządził tak dziewczynę. 

Tymczasem nieznajoma rzuciła Norze małą, róŜową broszurkę. 
—Znalazłam  to  w  księgarni,  w  moim  rodzinnym  mieście  w  Illinois  —  powiedziała.  —  Czy  pani  jest 

Aniołem? 

Nora  Hafferty  była  rzeczywiście  „Aniołem".  Jej  Ŝycie  zmieniło  się  diametralnie  odkąd  przeczytała 

ksiąŜkę,  zatytułowaną  Anioły  są  wśród  nas,  napisaną  przez  Mariannę  Gaines.  Model  wszechświata  przed-
stawiony przez panią Gaines, zakładał wszechobecność aniołów, które opiekowały się nami i nie dopuszcza-
ły, by coś złego działo się dobrym i bogobojnym ludziom. Znalezienie szczęścia, to według autorki, nawią-
zanie kontaktu ze swymi osobistymi aniołami. Był to zatem dosyć wygodny rodzaj „kosmologii", określany 
przez popularną prasę jako „religia dla ubogich", oferująca zainteresowanym wszelkie elementy i korzyści, 
jakie niosły ze sobą prawdziwe religie — bezpieczeństwo, szczęście, miłość, oddawanie czci, pokuta, bądź 
groźba wiecznego potępienia. 

Nora  wydawała  dwutygodnik  Anielskie  Rozmowy  i  nadzorowała  amerykańskie,  telefoniczne  forum 

dyskusyjne, najszybciej rozwijającą się usługę tego typu. Tydzień po tym, jak udzieliła wywiadów tygodni-
kom „Time" i „Newsweek", zdecydowała się na zorganizowanie w Las Vegas pierwszej krajowej konferen-
cji poświęconej aniołom. 

— Czy ty przyjechałaś tu specjalnie na zjazd? — spytała dziewczynę, wokół której unosiła się niespo-

kojna i potęŜna aura. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyła. „Musi się gdzieś odbywać jakiś anielski Ar-
mageddon", pomyślała. 

—  To  znaczy,  właściwie  jedziemy  do  ...  no,  niewaŜne,  Mickey  wściekłby  się  gdybym  powiedziała  — 

odparła dziewczyna. — Ale przyjechaliśmy tu dlatego, Ŝe wcześniej słyszałam o tej konferencji i chciałam tu 
być. Tak się niestety złoŜyło, Ŝe nie będę mogła wziąć w tym udziału, ale myślałam, Ŝe moŜe coś mogłabym 
dostać? 

background image

Nora  spojrzała  na swe  nie rozpakowane  walizki,  tak jakby  chciała  sobie  przypomnieć,  w  której  z  nich 

znajdują się wszystkie materiały promocyjne. Jeśli ktoś potrzebował czegoś o aniołach, to na pewno była to 
ta dziewczyna. 

—Mal, pośpiesz się, musimy juŜ jechać —odezwał się młody człowiek w korytarzu. 
 
— Chwileczkę, Mickey ... 
— JuŜ! — zawołał takim tonem, Ŝe Norze zrobiło się jeszcze bardziej Ŝal dziewczyny. 
Zaczęła rozgrzebywać tekturową teczkę, w której trzymała notatki do popołudniowego wykładu, znala-

zła jakąś broszurkę i dała ją dziewczynie. 

—Proszę bardzo, kochanie — powiedziała 
Nora wręczając prezent nieznajomej. 
— Dziękuję, Noro — odparła z wyraźną wdzięcznością. — Mam na imię Mallory. 
— Mal!!! — wrzasnął chłopak, wchodząc do sali, chwytając dziewczynę za ramię i siłą wyciągając ją na 

zewnątrz. 

— ... I będę zawsze pamiętać, jaka byłaś dla mnie dobra. Wiesz, ja widzę anioły. Naprawdę. Jest ich peł-

no wokół ciebie. 

Był  piątek,  godzina  6.15  rano.  Za  kilka  godzin  przybędzie  tu  policja  i  przy  pomocy  soli  trzeźwiących 

wydobędzie od Nory zeznania. Nora zda sobie wówczas sprawę, Ŝe miała właśnie miejsce najbardziej spek-
takularna przemiana, jaka zaszła w trakcie tej konferencji. A moŜe w całym jej Ŝyciu. 

Liz Delacroix przeszła przez naprawdę cięŜką próbę. Później otrzymała jednak główną rolę (grała samą 

siebie)  w  prezentowanym  przez  NBC  filmie  tygodnia  Thrill  Killers:  Mickey  And  Mallory  At  The  Mirage 
Hotel.  Aby  obejść  surowe  przepisy  cenzury,  dotyczące  pokazywania  przemocy  na  telewizyjnym  ekranie, 
reŜyser Shannon Sikes przedstawił bójkę w zwolnionym tempie, wycinając ujęcia bezpośrednio obrazujące 
zadawanie ciosów, kosztem dokładniejszego przedstawienia reakcji Liz. Jeden z recenzentów zauwaŜył, Ŝe 
dzięki wykorzystaniu tego rodzaju techniki, odnosiło się wraŜenie oglądania jakiegoś podwodnego baletu. 

Zmieniono  ponadto  kilka  elementów  całej  historii.  Przede  wszystkim  Carlos  wałczył  z  Mickeyem,  nie 

zaś z Mallory. Scenarzystom wydawało się, Ŝe taki wariant będzie bardziej realistyczny. Po drugie, filmowy 
Carlos był biały, był szefem centrum konferencyjnego i nosił na ręku złoty pierścień, który zamierzał ofia-
rować Liz, prosząc ją o rękę. I w  końcu, walka na ekranie trwała trzy i pół minuty, choć w rzeczywistości 
dobiegła końca po niecałych 60 sekundach. 

Dokładne ramy czasowe znane były dzięki zeznaniom Liz Delacroix, a takŜe innych hotelowych gości 

— Rona i Marthy Kuhlmannów z pokoju 1142, którzy część bójki oglądali i podsłuchiwali przez wizjer w 
drzwiach.  Pochodzący  z  Milwaukee  Kuhlmannowie  przyznali,  Ŝe  nie  zawiadomili  kierownictwa  hotelu  o 
awanturze, poniewaŜ myśleli, Ŝe jest to jedynie kłótnia między kochankami — Carlosem i Mallory. Spytana 
dla potrzeb niniejszej ksiąŜki, Martha wyznała, iŜ uwaŜała wówczas, Ŝe Carlos był alfonsem Mallory, i Ŝe u 
podstaw całego sporu legły pieniądze czy narkotyki. Nie chciała mówić tego wcześniej, starając się wyka-
zywać bardziej pozytywny i otwarty stosunek do rzeczywistości. Przyjechała w końcu do Las Vegas na trzy-
dniową konferencję aniołów. 

 
 

Tak się pechowo złoŜyło, Ŝe nigdy nie poznamy przebiegu trasy, jaką wyjeŜdŜając wieczorem z Las Ve-

gas obrali Mickey i Mallory, a która zawiodła ich do Gallup w Nowym Meksyku. Dwa dni podróŜy, 600 mil 
odległości. ChociaŜ co najmniej ośmiu właścicieli ośmiu prowincjonalnych stacji benzynowych twierdziło, 

Ŝ

e para morderców odwiedziła w przeciągu owych dwóch „zgubionych" dni właśnie ich stacje, to jednak ich 

zeznania zostały z miejsca odrzucone przez FBI i policję stanową jako nieprawdziwe. Właściciele stacji nie 
byli bowiem w stanie podać najbardziej podstawowych szczegółów, takich jak marka samochodu, tatuaŜ ze 
skorpionem  u  Mallory  czy  akcenty  obu  poszukiwanych  (  Mickey  —  Arkansas,  Mallory  —  Illinois).  Pete 
Bucane  (stacja  Pump-n-Go  w  Arizonie)  zdąŜył  na  przykład  telefonicznie  zamówić  przez  swojego  szwagra 
Stana, 350 koszulek z nadrukiem „Mickey i Mallory: ale czad". Potem zaś zadzwonił do szeryfa, powiada-
miając go o „odwiedzinach" szatańskiej pary. 

background image

Według rachunków znalezionych później w firmie GeoMetro, Owen Traft jak pamiętamy, mieszkający 

w Palo Alto w Kalifornii okazał się jednym z pierwszych, którzy kupili sobie taką właśnie koszulkę. 

Rozmiar XL. 

Ś

wiadków, potrafiących podać aktualne miejsce pobytu morderców było bardzo niewielu, Mickey i Mal-

lory pozostawili jednak po sobie zaskakująco wyczerpujące źródło w postaci dzienniczka, dokumentującego 
owe kilka dni. Zapiski znajdowały się w „anielskim zeszyciku", podarowanym Mallory przez Norę Hafferty 
(nawiasem mówiąc, autorkę pytań). Notatnik odkryto w schowku na desce rozdzielczej Challengera i, jak się 
okazało,  przyniósł  on  wiele  szczegółów,  dotyczących  „ślubu"  Mickeya  i  Mallory,  a  takŜe  jej  zazdrości  w 
odniesieniu do Innych kobiet. 

Mając na uwadze, iŜ w Gallup popełnione zostały dwa moderstwa, moŜemy przypuścić, Ŝe swoje odpo-

wiedzi  Mallory  wpisywała  podczas  dwóch  kolejnych  dni  podróŜy,  kaŜdego  dnia  wypełniając  po  połowie 
ksiąŜeczki.  Kolor  długopisu  po  sześciu  pytaniach  zmienia  się  z  czarnego  na  czerwony  —  prawdopodobna 
przerwa w zapiskach musiała nastąpić właśnie wtedy. 

A oto kilka pytań i odpowiedzi z „anielskiego kwestionariusza" Mallory. 
W  swej  ksiąŜce  Anioły  są  wśród  nas,  Marianne  Gaines  opisuje  teorię  „poszukiwania  anioła".  W  myśl 

owej teorii, kaŜda osoba próbuje w trakcie swojego Ŝycia rozpoznać i nawiązać kontakt z tego rodzaju isto-
tami. Jak daleko ty zaszedłeś w poszukiwaniu swego anioła? 

Jedziemy teraz do Nowego Meksyku. Za kierownicą siedzi Mickey. Kieruje od czterech godzin, to jest 

od chwili, gdy opuściliśmy Las Vegas. Mówi, Ŝe jesteśmy w Arizonie — jeszcze nie w Nowym Meksyku, 
ale wkrótce tam dojedziemy. Dookoła nie widzę Ŝadnych aniołów oprócz Mickeya, który według mnie jest 
aniołem,  ale  prawdopodobnie  nie spełnia  ogólnie  przyjętych  kryteriów. Jeśli  oznacza  to,  Ŝe szukamy  anio-
łów,  to  być  moŜe  znajdziemy  je,  jak  dojedziemy  do  Nowego  Meksyku.  Obecnie  poszukuję  mojego  anioła 
razem z Mickeyem. ChociaŜ on raczej nie ma o tym  pojęcia. Nie mówię mu tego, chociaŜ go kocham, ale 
teraz wygląda na to, Ŝe zaczynamy miewać przed sobą tajemnice, a to jest właśnie moja. No cóŜ, panie Mic-
key Knox! 

Czy  wierzysz  w  to,  Ŝe  anioły  są  normalnymi,  cielesnymi  istotami,  czy  funkcjonują  one  jedynie  jako 

uproszczenia takich pojęć jak miłość czy szczęście? 

Tak, uwaŜam, Ŝe anioły mają wiele wspólnego z miłością. Mickey i ja dopiero co wzięliśmy ślub — nie-

całą godzinę temu (jestem teraz MALLORY KNOX i proszę o tym nie zapominać!) i jeszcze wciąŜ czuję ten 
klimat. Byliśmy tylko we dwójkę —Mickey i ja na moście nad najpiękniejszym kanionem, jaki widziałam w 

Ŝ

yciu. I, naprawdę, było jak w niebie. Mickey powiedział coś o Bogu, duszach i czymś tam jeszcze, a potem 

przeciął moją i swoją dłoń. Ścisnęliśmy je razem, a kropelki krwi kapały prosto do rzeki, która była pewno 
milę pod nami. Pamiętam, pomyślałam wtedy, Ŝe prędzej czy później te kropelki rozpłyną się po wszystkich 
oceanach na świecie i moŜe któregoś dnia, gdy będę miała osiemdziesiąt lat (ha! ja juŜ wtedy umrę!), będę 
sobie piła jakąś lemoniadę, w której znajdzie się odrobinka naszej „ślubnej" krwi. Mickey miał teŜ dla nas 
obrączki — miały kształt dwóch splecionych ze sobą węŜy. 

Jako welon miałam na sobie obrus, który ściągnęłam z konferencyjnego stołu (był bardzo długi), a gdy 

skończyliśmy się całować, zerwał się wiatr i zdmuchnął mi go. Welon bardzo powoli wlatywał w głąb ka-
nionu, tak jakby frunął, jakby to był jakiś anioł zstępujący z niebios. Jeśli kiedyś go tam (gdzie???) znajdę, to 
będę chciała, Ŝeby mnie pochowali zawiniętą w ten welon i spowitą w naszą miłość. 

Jak przedstawia sie twoja znajomość religii? Czy chodzisz regularnie do kościoła? Czy uwaŜasz się za 

osobę religijną? 

Moja  matka,  ojciec,  brat  i  ja  chodziliśmy  razem  do  kościoła  św.  Andrzeja  —  mniej  więcej  do  moich 

dwunastych urodzin. Pamiętam, Ŝe bardzo mi się tam podobało — muzyka, chór i wiszący na krzyŜu nagi 
Jezus. Pamiętam, Ŝe myślałam wówczas, jaki on jest śliczny. Choć Mickey jest o wiele większy, przypomina 
mi Jezusa, zwłaszcza, gdy czasem śpi z rozpostartymi ramionami na łóŜku. Wygląda wtedy, jakby wpadał do 
morza mroŜonej herbaty. 

Pewnej niedzieli ojciec oświadczył, Ŝe nie idzie do kościoła — i odtąd nie poszedł juŜ ani razu. Miałam 

jakieś 12 czy 13 lat, gdy ojciec równieŜ mi zabronił iść do kościoła, bo nie chciał, Ŝebym flirtowała tam z 
chłopakami. Podobno „podsuwałam się" im klęcząc podczas modlitwy. 

Matka to była taka cipka I nie chciała się kłócić z ojcem, tak więc jakiś czas potem, gdy z bratem była w 

kościele, ojciec zaczynał się do mnie dobierać. Najczęściej nie było to nic wielkiego, ale później chciał coraz 

background image

więcej. Początkowo po prostu wyłączałam się — jak Ŝarówka — i choć po wszystkim czułam się okropnie, 
to wydawało mi się wtedy, Ŝe nie brałam w tym udziału. Ale raz się nie wyłączyłam I gdy on przyszedł do 
mnie, zaczęłam myśleć o Jezusie i o tym, Ŝe on tam wisiał cały tydzień, czy coś takiego, a to trwało tylko 
godzinę. I zabawne, Ŝe do następnego tygodnia przestałam mu smakować (nigdy nie mówiłam o tym Mic-
keyowi, ale on I tak uwaŜa, Ŝe jestem najlepsza, więc jeśli w tajemnicy przede mną wybierze się w najbliŜ-
szym czasie na jakiś „rekonesans porównawczy", nie będę go o nic pytała). Ojcu nie mógł stanąć z powodu 
tych jego lekarstw na serce. Wiedziałam, Ŝe doprowadzało go to do szału, ale mógł tylko nadrabiać miną, a 
gdy miałam 14-15 lat właściwie wszystko się skończyło. Opowiadał jeszcze o pieprzeniu się ze mną, nazy-
wał mnie dziwką czy pizdą, ale była to tylko gadanina — do niczego później nie doszło. 

Moja matka była bardzo religijna dopóki jej nie zabiliśmy, ale przypuszczam, Ŝe wiedziała, czym zajmu-

je się ojciec przez cały czas, więc pewnie skończyła w piekle. Co zresztą bardzo mi odpowiada. 

Czy doświadczyłaś kiedyś momentu, w którym czułaś, Ŝe anioł przejmuje kontrolę nad twoim ciałem? 
Gdy  jacyś  ludzie  zaczynają  nam  się  naraŜać,  to  jest  to  fajne  uczucie,  bo  chcę  wtedy,  Ŝeby  okazali  się 

jeszcze  większymi  sukinsynami  —  wiem,  Ŝe  doprowadza  mnie  to  do  szaleństwa  i  Ŝe  nagle  wybuchnę  jak 
jakaś Super-Kobieta. BUU-UM!!! Prosto na nich. Czasami nie wiem, jak ja to robię. Wydaje się to zupełnie 
naturalne.  Tak  jakby  ktoś,  kto  potrafi  odpowiednio  „rozmawiać"  z  ludźmi  mówił  mi,  co  i  jak.  Nawet  jeśli 
jesteś takim mocarzem jak Mickey, to cały czas nie moŜesz robić z siebie psychopaty. Ja nie jestem Mickey-
em, więc muszę zawsze uderzać tam, gdzie trzeba — i trafiam. Nie wiem, dlaczego — po prostu udaje mi się 
to i juŜ. Chyba pomaga mi w tym jakiś anioł. 

Daj twemu aniołowi jakieś imię. Nie myśl za długo — za chwilę sam poznasz jego imię! 
Farrah. 
Czy twój anioł-stróŜ jest kobietą, męŜczyzną czy nie ma płci? 
Farrah jest dziewczyną, tak jak ja, ale jest super-twarda. Ma piękne, jasne włosy. Da sobie radę z kaŜ-

dym facetem, nawet z Mickeyem, jeśli będzie to konieczne. Ale ja jej nie pozwalam, bo kocham go, choć na 
jej miejscu czasami miałabym ochotę kopnąć go raz czy dwa w tyłek. Farrah nie mogłaby być facetem, bo 
zaraz zaczęłaby zadzierać z Mickeyem — Ŝe niby on jest takim skurwielem. Nie byłabym w stanie jej po-
wstrzymać,  bo  nie  jesteś  w  stanie  panować  nad  męŜczyzną,  którego  doprowadzono  do  szału.  Na  przykład 
nad Mickeyem Knoxem. 

Wydaje mi się, Ŝe to ja jestem jego aniołem. W wielu sytuacjach postępuję jak anioł — chronię go, ob-

serwuję, śpiewam mu do snu. Mickeya prawdopodobnie nie byłoby tu gdyby nie to, Ŝe tak mocno go kocha-
łam jak siedział w więzieniu za kradzieŜ samochodu mojego ojca. Opowiadał później, Ŝe gdy tam był, śniłam 
mu się kaŜdej nocy. Z kolei mi się śniło, Ŝe unoszę się nad nim — tak Ŝe coś w tym musi być. Zanim poznał 
mnie, nigdy nie był w nikim zakochany — a nawet zabijał małe koty, tak więc to ja wniosłam w niego jakąś 
część dobra, a to na pewno naleŜy właśnie do aniołów. Nie sądzę jednak, Ŝe wokół niego lata jakaś Farrah — 
jestem tylko ja. Beze mnie Mickey byłby totalnym psychopatą— pamiętajcie o tym, gnoje! 

DojeŜdŜamy do stacji benzynowej, Ŝeby kupić Mickeyowi coś do jedzenia (ciastko), więc zaraz wracam. 
Czy według ciebie, zwierzęta mają swoje anioły, czy moŜe same mogą stać się aniołami? 
Kurwa, nie wiem. 
Czy byłeś kiedyś zły na anioły? 
No więc ostatniej nocy, mały sprytny Mickey zadecydował, Ŝe potrzebujemy nowego zakładnika — NIE 

PYTAJCIE MNIE, DLACZEGO — i dorwał jakąś kurewkę ze szkoły średniej, którą związał I posadził w 
kącie pokoju, starając się później zabrać za mnie i chodziło o to — MOGĘ TO POWIEDZIEĆ — Ŝe on pa-
trzył na nią — SKURWIEL — przecieŜ nie jestem, kurwa, ślepa. Więc mówię mu, Ŝe moŜe sobie sam być 
małym sprytnym Mickeyem, a ja idę na papierosa i odjeŜdŜam, prawie juŜ odjeŜdŜam na zawsze. Przysię-
gam. Skurwiel! 

Potem, na stacji benzynowej, myślę sobie tej nocy ha ha hal panie Knox, jak ty moŜesz, to, cholera, ja 

teŜ mogę. I widzę pracownika stacji, który podchodzi do mnie, mówi „ty jesteś Mallory Knox, nie?" i zaczy-
na się wydurniać. SKURWYSYN! 

Czy anioły kiedykolwiek pomogły ci odnaleźć to, co zgubiłaś? 
Mały sprytny Mickey nie wie o tym, ale właśnie się zgubiliśmy. Zjechaliśmy z drogi, gdy zobaczyliśmy 

patrol policji za nami. Na wąską drogę, potem na jeszcze węŜszą. WIEM, Ŝe on chce powiedzieć, Ŝe to moja 
wina, WIEM na pewno, ale to nie jest moja wina. Zgubiliśmy drogę jeszcze zanim powiedziałam „w lewo", 

background image

ale oczywiście on nie pomyślał o tym, jak pozbyć się gliniarzy, więc ZNOWU musiałam myśleć za niego, 
mam juŜ tego dosyć. To MOJA WINA, Ŝe zgubiliśmy drogę, MOJA WINA,  Ŝe wjechaliśmy na tereny In-
dian, MOJA WINA, Ŝe jego ojciec strzelił sobie w łeb z karabinu, gdy Mickey był mały. Naprawdę? MoŜe-
cie się dziwić. Mały sprytny Mickey z wielką spluwą. Ale gdybym ja miała na głowie takiego gówniarza jak 
Mickey, to teŜ chybabym popełniła samobójstwo. 

 

Treść  niniejszego  rozdziału  stanowią  fragmenty  niewydanej  ksiąŜki  Jacka  Scagnettiego  Urodzeni  by 

umrzeć, opisującej śledztwo w sprawie Mickeya i Mallory Knoxów, a powstałej bezpośrednio przed śmiercią 
detektywa. Powstałej, dodajmy, w okropnych bólach, poniewaŜ jak stwierdzały źródła zbliŜone do wydawcy, 
poszczególne rozdziały nadchodziły bardzo powoli, a sama ksiąŜka wylatywała z bieŜących planów co naj-
mniej trzy razy. 

Powody  opóźnień  nie  zostały  nigdy  ogłoszone  w  sposób  jednoznaczny.  Jeden  z  byłych  pracowników 

wydawnictwa twierdził, jakoby do pracy nad ksiąŜką Scagnettiego zaangaŜowana została cała ekipa anoni-
mowych dublerów, z których kaŜdy po jakimś czasie rezygnował ze współpracy, czy to na własne Ŝyczenie, 
czy  teŜ  zostawał  odwoływany.  śaden  z  wymienionych  przez  pracownika  pisarzy  nie  potwierdził,  ani  nie 
zaprzeczył  tym  doniesieniom,  choć  niejaki  Doug  Workman,  który  wcześniej  uŜyczał  swych  talentów  Sca-
gnettiemu  przy  pracy  nad  Supergliniarzem  przyznał,  Ŝe  umowa  zabraniała  mu  udzielania  wypowiedzi  na 
temat Urodzonych by umrzeć. 

„ChociaŜ jak na tytuł ksiąŜki, to brzmi to nieźle, prawda?"—stwierdził w udzielanym przez telefon wy-

wiadzie, z tym chytrym uśmieszkiem na twarzy, który słuchawka telefoniczna potrafi wiernie oddać. „Jestem 
pewien, Ŝe kaŜda ksiąŜka o takim tytule stanowiłaby fascynującą lekturę." 

I rzeczywiście, taka ksiąŜka juŜ istniała i, jak potwierdziło w wydawnictwie dwóch recenzentów, miała 

co najmniej sto dziesięć stron. Według ich opinii, początek, to „klasyczny Scagnetti", James Ellroy dla ubo-
gich. Styl pisania stawał się jednak później nieco mniej przejrzysty i spójny, a stron było coraz mniej. Jeden 
z recenzentów opisał poszczególne rozdziały jako „mięsiste i ironiczne; coś w rodzaju upraszczania samego 
zła". Natomiast pewna recenzentka poprosiła o wycofanie jej z udziału w przedsięwzięciu. Nieszczęsna nie-
wiasta  stwierdziła  bowiem,  Ŝe  ksiąŜka  wywołuje  u  niej  nocne  koszmary.  Oboje  zgodzili  się  jednak  co  do 
tego, Ŝe końcowe rozdziały odstawały od poziomu reszty, nie będąc wcześniej przedmiotem Ŝadnego opra-
cowania czy teŜ weryfikacji. Wydawca Scagnettiego, pani Sue Berger, odmawiała udzielania wszelkich wy-
wiadów,  wysyłając  jedynie  faksy  z  oświadczeniami,  głoszącymi,  iŜ  „plany  wydania  ksiąŜki  o  Mickeyu  I 
Mallory uległy odwołaniu. Przedwczesna śmierć Jacka Scagnettiego nie miała jednak nic wspólnego z pod-
jęciem tej decyzji." 

Pikanterii  całej  sprawie  dodawał  fakt,  Ŝe  wydawnictwo  wysłało  juŜ  przedpremierowe  kopie  jednego  z 

rozdziałów  ksiąŜki  Scagnettiego  do  największych  ogólnokrajowych  czasopism,  wietrząc  w  tym  szansę  na 
nadanie  premierze  większego  rozmachu.  Dobrze  poinformowane  źródła  sugerują,  Ŝe  pani  Berger  była  w 
duŜym  stopniu  osobiście  odpowiedzialna  za  całościowe  przygotowanie  fragmentów,  które  poszły  w  świat. 
Towarzyszyła temu wszystkiemu wielka niepewność, związana z tym, czy współpracę z takim nazwiskiem 
uda się utrzymać, skoro jego właściciel nieustannie przesuwa terminy. Po śmierci Scagnettiego Sue Berger 
wykonała  serię  telefonów  do  wspomnianych  czasopism,  by  odzyskać  wysłane  tam  wcześniej  rozdziały 
ksiąŜki; był to jednak zbędny wysiłek. Kserokopiarki pracowały jak szalone, zwłaszcza gdy okazało się, Ŝe 
wydanie  ksiąŜki  zostało  odwołane.  Zblazowani  nowojorczycy,  którzy  wcześniej  nie  czytali  Ŝadnej  pozycji 
autorstwa słynnego detektywa, zaczęli rozczytywać się we fragmentach Urodzonych by umrzeć tylko dlate-
go, Ŝe była to zupełna nowość na rynku. 

Największym przebojem Jacka Scagnettiego okazało się jego pośmiertne dzieło. 
Dzięki specjalnym układom z wydawnictwem, moŜemy zamieścić tu przedruk wspomnianego rozdziału, 

tym bardziej, Ŝe pasuje on w tym miejscu do naszej opowieści. Dokonano jedynie nieznacznych zmian, usu-
wając — w celu uzyskania większej przejrzystości — jedynie kilka fragmentów. 

URODZENI BY UMRZEĆ 

Jack Scagnetti 
Wezwanie  nadeszło  o  8.45  rano.  Dwadzieścia  minut,  sześć  kaw, pół  paczki  Kools i  byłem  juŜ  na auto-

stradzie wiodącej do Las Vegas. PodróŜ ku nieznanemu. 

background image

Kierunek: The Mirage. 
Parę  godzin  temu  nasza  nieobliczalna  parka  wpakowała  do  schowka  w  hotelowym  pokoju  jakąś  blon-

dynkę  i  jej  meksykańskiego  narzeczonego.  Sprzątaczka  z  porannej  zmiany  myślała,  Ŝe  przyłapała  ich  na 
uprawianiu miłości w szafie. Dopóki nie ujrzała krwi. 

I od razu cały hotel obiegła nowina — morderstwo. Ponoć wszędzie są trupy... 
Szum zaczął się akurat, gdy szedłem przez kasyno. Rzędy smarkaczy, jeden za drugim, przepuszczających 

swe miesięczne wynagrodzenia z szybkością dwudziestu pięciu centów na jedną grę. Kasyno było idealnym 
miejscem na kręcenie scen z ukrytej kamery. Silikonowe biusty, blask neonów i nadzieja na łatwą a wysoką 
wygraną przyciągała ich tu i nie pozwalała oddalić się choćby na krok. 

Przy windzie na szesnastym piętrze postawiono dwóch tutejszych mundurowych. Podskoczyli jak oparze-

ni, gdy zajechałem tam, otwarłem drzwi i wyszedłem. Nawet w takim mieście jak Las Vegas, zabawy Mickeya 
i Mallory mogą przynieść rezultaty w postaci takich właśnie reakcji. 

Mignąłem im przed oczyma legitymacją. Zeszli mi z drogi. 
Pokój: dziękujemy naszemu drogiemu Mickeyowi. Zakrwawione ćwierćdolarówki przy łóŜku. Puste bu-

telki po Heinekenach. Złamana noga od krzesła. A ofiarą był jakiś smarkacz nazwiskiem Chip Burkhart, jak 
głosiła przyczepiona do jednego z palców u nóg metka. Nie wyglądało przy tym, by stoczył jakąkolwiek wal-
kę. Musiał zdawać sobie sprawę, Ŝe wkopał się w to wszystko sam. Ale nie miał pojęcia jak bardzo, dopóki 
kochany Mickey nie przyłoŜył mu nogą od krzesła w krtań. 

Olśnienie: chłopak dobierał się do Mallory. Wściekłość, strach, wpada Mickey Knox. Zazdrosny sukin-

syn. 

Na jedenaste piętro. I bez pomocy pani Wyoming odgadłem, Ŝe Mallory osobiście zabiła Meksykanina. 

Ś

lady pazurów, kabel telefoniczny — tak właśnie walczy z męŜczyzną dziewczę o wadze pięćdziesięciu kilo-

gramów. A Mickey prawdopodobnie przyglądał się, jak Mallory pozbawia tego gnojka resztek Ŝycia. MoŜe 
mu  nawet  stanął?  Dlaczego  nie?  Dama,  która  gołymi  rękoma  potrafi  zabić  dwa  razy  cięŜszego  od  siebie 
faceta niewątpliwie zasługuje na taki rodzaj uznania. 

Postanowiłem teŜ trochę powęszyć (dosłownie i w przenośni), zanim chłopaki z laboratorium zabrali ze 

sobą pościel z Mirage. 

Jego powłoczka na poduszkę: tłuste, brudne włosy. Musiał wziąć prysznic. 
Jej powłoczka: słodka jak miód. Włosy myte w szamponie jabłkowym. 
Mokra plama na łóŜku zdąŜyła juŜ wyschnąć. Mickey tu był, ale więcej zdziałała słodka Mallory. Wie-

działem,Ŝe ten zapach będę pamiętał do końca Ŝycia. 

Czynność pakowania i oznaczania zwłok pozostawiłem juŜ chłopcom z kostnicy. Ciała powoli zaczynały 

puchnąć. A ja wróciłem na trasę. Z powrotem w pościg. Gdybym miał trochę czasu, popatrzyłbym, jak wywo-

Ŝą

 „sztywniaków" przez kasyno. Tak dla zabawy. Ciekawe, czy te wszystkie aniołki podniosłyby swoje oczęta 

znad automatów? 

MoŜe tak. A moŜe nie. 
Sześć minut temu minąłem granicę Nowego Meksyku. Jak okiem sięgnąć, wszędzie skorpiony i toczące 

się po pustyni suchokrzewy.Ale powietrze jest aŜ gęste od zapachu Mickeya i Mallory. 

PrzejeŜdŜali tędy. Nerwowe reakcje Ŝołądka i łomot pulsującej w skroniacłi kn/vi nigdy mnie nie zawo-

dzą. Bum, bum, bum. Radar Scagnettiego. 

Dzwoni  komórkowy.  To  zmęczona  Katherine  Ginnis  z  Ouantico.  Mówi,  Ŝe  mózg  jej  się  lasuje.  A  teraz 

pewnie chciałaby, Ŝeby mi się jaja zlasowały. 

—Wykorzystałeś jedynie  połowę  potrzebnych  ci  blokad  drogowych  na  drodze  do  Kalifornii —mówi. — 

Teraz będą mogli przecisnąć się bez Ŝadnych problemów, nie starając się nawet świa domie omijać punktów 
kontrolnych. Musimy przynajmniej skupić się na drogach B i C. 

Zaciągnąłem się Koolem — mocno, długo, dokładnie. Który to juŜ był? Setny? 
— Oni nie wyruszyli w stronę Kalifornii, Kathy. 
— Wiesz co, nie pouczaj mnie w ten sposób, Scagnetti. Wszystko wskazuje na to, Ŝe jadą na zachód. Ma-

ją po prostu taki rozkład, obsesję ksiąŜkowych wyrzutków. I — na Boga! — dwadzieścia trzy trupy rozciąga-
jące się dokładnie na linii wschód-zachód. Nie opowiadaj mi, Ŝe nagle skręcili o 180 stopni. 

Nie moŜna powiedzieć, Ŝe nienawidziłem Katherine Ginniss. Kurczę, w innej sytuacji moglibyśmy zostać 

przyjaciółmi. Kathy była gwiazdą w banku mózgów w Ouantico, miniaturowym Har-yardzie, który zajmował 

background image

się Gacy'm, Mansonem i innymi osobami, o których nikt nigdy nie słyszał O których ja nigdy nie słyszałem. 
Niedoświadczeni rozbójnicy, ściągani z ulic zanim jeszcze kogokolwiek zdąŜyli zatłuc — w myśl kryminolo-
gicznej teorii zapobiegania. Stanowisko raczej trudne do obrony z punktu widzenia Temidy. 

Lecz gdy ktoś pyta mnie, co sądzę o FBI — a pyta, i to często — odpowiadam wtedy, Ŝe przypomina mi to 

wszystko  dorabianie  naukowej  ideologii  do  pieprzenia  kobiety.  Jasne,  moŜna  to  zmierzyć,  sfotografować, 
nagrać; podejść do tego w ten sposób — pod ścianą, w samochodzie, w łóŜku; poprzyczepiać kabelki i poli-
czyć te cholerne impulsy nerwowe. Ale wszystko i tak sprowadza się do tego, czy moŜesz się pieprzyć, czy nie 
i nie zmienią tego nawet setki lat klinicznych badań. 

Na  marginesie:  Katherine  Ginniss  nie  złapałaby  prawdziwego  profesjonalisty,  nawet  gdyby  miała  go 

pod nosem. I wiedziałem o tym aŜ za dobrze. 

Wyciągnąłem okulary słoneczne. Ostre słońce Nowego Meksyku zaczynało przypiekać. I odezwałem się z 

uśmiechem na twarzy (ach, ten czarujący Jack): 

— Blokady dróg ich nie dotyczą — powiedziałem. — Oni tam nie pojechali. 
—Jeśli uderzyli na Los Angeles, czy nawet na Dolinę, to moŜemy spodziewać się masakry — 
odparła ostrym tonem, starając się zrobić ze mnie jakiegoś dupka, który pokornie słucha tego, co 
ona ma do powiedzenia. — Jedynym powodem tak małej liczby ofiar w Las Vegas było to, Ŝe 
nikogo nie uznali za zagroŜenie dla siebie. Wszyscy byli zbyt zajęci wyrzucaniem pieniędzy w błoto 
i nikt nie sprawiał im kłopotu. Wyobraź sobie, co stanie się w Los Angeles, jeśli tam wyruszą. Oni 
juŜ są gwiazdami. Nie istnieje Ŝadna kontrola nad tym, co się o nicłi pisze. KaŜdy moŜe spróbować 
zostać bohaterem, kaŜdy chce być częścią Mickeya i Mallory. A jak to wszystko się zacznie, 
wówczas oni nie przestaną zabijać dopóki ktoś ich 
nie zabije. LA to Czarnobyl dla morderców większego kalibru. Nie moŜemy ryzykować ich prze- 
puszczenia. 
Zgasiłem papierosa w popielniczce, która zresztą była pełna niedopałków po brzegi. 
—Dodaj jeszcze sto jednostek. I powołaj się na mnie, jeśli to potrzebne. 
Cisza. Uderzyłem z zaskoczenia. Niech sobie myśli, Ŝe wygrała. Niech sobie myśli, Ŝe ma to jakieś zna-

czenie. 

Ale blokady nie były dla nich. One były dla niej. I dla Joe'ego Barbecue w Ojai, który chciał połoŜyć có-

reczkę do łóŜka i poczuć się bezpiecznie. Co było szytym grubymi nićmi kłamstwem. W tych dniach polowano 
na niego z wielu róŜnych powodów, a Mick i Mal byli jego najmniejszym zmartwieniem. Zza kaŜdego naroŜ-
nika wiało grozą. Faceci, którzy przez pięćdziesiąt lat byli sumiennymi, zdyscyplinowanymi ludźmi, nagle nie 
mogli dłuŜej tego znieść. A najniebezpieczniejszym z nich wszystkich był Joe Barbecue. W kaŜdej chwili mógł 
prześlizgnąć się do strefy ciemności, chwycić za gardło swoje dziecko i zadrŜeć, słysząc, jak jego Ŝona odda-
je ducha w trakcie stosunku ...Na całym świecie nie było wystarczającej ilości blokad dla wylewających się 
zewsząd strumieni zła. Rozpoczął się sezon polowań na ludzi. 

Mickey i Mallory mieli nade mną zaledwie cztery godziny przewagi, gdy dojechałem do baru Two Forks 

Diner na przedmieściach Buttfuck w Nowym Meksyku. Sceneria wydawała się znajoma, ale krew była świeŜ-
sza. Byli niedaleko. 

Na skraju drogi tańczą dwa skorpiony. Podjechałem tak, by przyjrzeć się leŜącemu w Ŝwirze trupowi z 

noŜem pomiędzy łopatkami i roztrzaskanymi okruchami okiennego szkła na plecach. Jedyne wyjście — nóŜ 
rozbił okno i wbił się w tego biednego gówniarza. Niesamowita trajektoria. 

No, ale w końcu była to robota Mickeya Knoxa. 
Jedyny ocalały: kierowca cięŜarówki nazwiskiem Townsend. Martwe spojrzenie przed siebie — tak, jak-

by chciał jeszcze wypatrzyć Challengera wjeŜdŜającego z rykiem w głąb pustyni. 

Mallory wygrzebała ćwierćdolarówki ze skarbonki na czyjąś rzecz, by wrzucić je do szafy grającej. Za-

grał Robert Gordon, a ona rozpoczęła swój węŜowy taniec w rytm rockabilly — diablica w czerwonych, ob-
cisłych spodniach i zamszowych kozaczkach. 

Early  Hickey,  kierowca  cięŜarówki,  który  zatrzymał  się  tu  na  chwilę  podczas  odbywanych  dwa  razy  w 

tygodniu w pojedynkę podróŜy do Denver, pomyślał, Ŝe mógłby spróbować z Mallory. Wydawało mu się, Ŝe 
kaŜda słodka idiotka tańcząca samotnie, w biustonoszu marzyłaby jedynie o tym, by przelecieć starego Earla 
w szoferce jego Peterbilta. Townsend zeznał, iŜ nie pamiętał, co takiego powiedział Earl, Ŝe Mallory aŜ prze-
stała tańczyć. 

background image

Zamiast tego, zaczęła się popisywać. 
Dwa szybkie w szczękę. Earl się śmieje. Z kolana w pachwinę i Earl łapie się za jaja. Kopniak w głowę 

i—BACH—Earl ląduje na stoliku. BA CH—i  juŜ jest za oknem. 

—Ale jestem teraz seksowna, co skurwysynku!? — wrzeszczy Mallory gruchocząc mu kark. 
Ketchup, musztarda i Mallory podśpiewująca sobie słowa piosenki L7 „Wylądowałeś na mojej czarnej 

liście". Wiedźma z piekła rodem. Earlowi nie było juŜ do śmiechu. 

Mickey Knox z olimpijskim spokojem dokończył swoje ciastko, dopił mleko i załatwił kolegę Earla, który 

starał się przeszkodzić Mallory: jeden, dwa, trzy zadane noŜem ciosy. A potem kucharz—jeden strzał w czo-
ło, mózg rozpryśnięty na tylnej ścianie. I kelnerka — nieszczęsna, starała zasłonić się dzbankiem na kawę. 
Pozostał jedynie Townsend.  Jego jedynego nie wysłali do krainy wiecznych łowów. 

—Jak ludzie będą cię pytać kto to zrobił, to powiesz im, Ŝe Mickey i Mallory Knox, OK? —nakazała mu 

Mal. 

Oni nie tylko Ŝyli dzięki swej własnej legendzie. Oni ją tworzyli. 
Do tej pory wiedziałem doskonale, Ŝe Mickey i Mallory stanowią nierozłączną parę. Odskoczyli o parę 

mil dalej, bez określonego kierunku. Wygłodniałe wilki, przemierzające pustynię. Zamelinowałem się w ja-
kimś  tanim  hotelu,  czekałem  aŜ  zaatakują  znowu.  Czas  umilały  mi  tutejsze  dziewczynki  oraz  butelka  Wild 
Turkey. 

Nie czekałem zbyt długo. 
Siedemnastoletni  Jimmy  Lupont  zameldował  się  w  pracy  na  stacji  Camel  Rock  Unico  punktualnie  o 

16.00. Nocną zmianę chciał poświęcić na wymianę łoŜysk w swojej Corvecie, rocznik '68. Do 22.00 robota 
była prawie skończona. AŜ tu nagle na stację wtoczył się kłopot i zaŜądał pełnego baku bezołowiowej super. 

Czerwony Challenger. Prowadzony przez Mallory Knox. 
Nie  było  Ŝadnych  świadków  zdarzenia  poza  zainstalowaną  w  oknie  biura  kamerą.  Swym  okiem  powoli 

omiatała przestrzeń z lewa na prawo. Jimmy prawdopodobnie wiedział o kamerze; pomyślał wtedy, Ŝe gdy 
będzie  juŜ  po  wszystkim,  puści tę  taśmę  swoim  znajomym.  W  przeciwnym  razie nikt  nie  uwierzyłby  w  opo-
wieść o długonogiej blondynce, która taaaakim wozem przyjechała na stację i poprosiła go o „numerek" na 
masce  Corvetty.  Pomyślał  teŜ,  Ŝe  warto  byłoby  wybrać  się  do  klubu  La-Z-Boy,  gdy  jego  rodzice  będą  juŜ 
spali. 

Zastępca szeryfa obejrzał juŜ sobie cały materiał, gdy zjawiłem się na miejscu. Obraz był biało-czarny i 

raczej niewyraźny. Bez dźwięku. Ale nie trzeba było umieć czytać z ruchu warg, by domyśleć się, co nastąpi-
ło. 

Jimmy'ego  Luponta  znaleziono  z  rozpiętym  rozporkiem  i  tkwiącą  w  skroniach  kulą.  LeŜał  jak  długi  na 

chodniku, a jego krew mieszała się z cieknącym ze skrzyni korbowodu olejem. 

Na Corvecie zidentyfikowano krople śliny. Zapach na turkusowo-metalicznym lakierze: czysta Mallory. 

Otworzyłem mu usta —pomiędzy zębami tkwił jeden włos łonowy. Był porządnie wyglądającym chłopakiem, 
który chyba juŜ nieraz lądował z dziewuchą w łóŜku. 

Ale nigdy nie ponosił za to takich konsekwencji. 
Dlaczego  Mallory  była sama  ?  Gdzie  podział  się Mickey? Jak  się  okazało,  bawił  się  w  swojej  własnej 

piaskownicy. Wziął sobie zakładniczkę nazwiskiem Elly Maisel, której udało się przeŜyć noc ze swym opraw-
cą na Farmie Strachu Mickeya Knoxa. Tak po prostu. 

Gdy  znaleziono  ją  w  kanałach  przebiegających  pod  lokalną  drogą  numer  5,  jej  twarz  spuchła  do  tego 

stopnia, iŜ nie była w stanie oddychać przez nos. Sanitariusze próbowali zrobić jej sztuczne oddychanie. To 
tylko  pogorszyło  stan  dziewczyny.  Elly  wykręciła  sobie  ramię  starając  się  uwolnić,  a  rany,  jakie  odniosła, 
wymagały załoŜenia trzynastu szwów. 

Ta dziewucha nie poddała się; moŜe dlatego ocalała. 
Wypaliłem dwa papierosy zanim załadowali ją do karetki. I nagle: błyskawica. Jeden, dwa, trzy. Buuum! 

BoŜy pomruk zwiastujący nadzieję na deszcz. Wiedziałem, Ŝe Mallory jest niedaleko. I teŜ liczy. Słyszałem to. 

CóŜ stało się z ich nieomal Ŝywcem wyjętą z jakiegoś romansu miłością? 
Nie tylko niebo było w tej chwili wzburzone. Mickey stał się gwiazdą. I podobnie jak wszystkie gwiazdy, 

miał tendencję do rozprzestrzeniania się. Taśma wideo z Mallory i chłopakiem ze stacji benzynowej: ona się 
boi, juŜ się odsłoniła. 

background image

Obojętnie, jaka była tego przyczyna — wiedziałem, Ŝe zaczną teraz popełniać błędy. I to bardzo niedłu-

go. 

Zostali  juŜ  zmuszeni  do  poruszania  się  po  bocznych  drogach.  MoŜe  nawet  nie były to  drogi  asfaltowe. 

Piękno  pustyni,  z  punktu  widzenia  prawnika,  polega  na  tym,  Ŝe  nie  ma  tam  tuzinów  przecinających  się  ze 
sobą autostrad. Zamkniesz cztery drogi i ograniczasz ich wolność do promienia stu mil. Oczka sieci stają się 
coraz drobniejsze. 

Aby mnie ominąć, musieliby wjechać na tereny Indian. MoŜe i wjechali — coś jednak mi mówiło, Ŝe nie 

posiedzą tam zbyt długo. Było w tym krajobrazie coś niepokojącego. Coś, do czego nie stosowały się prawa 
natury. Coś, co ciągle cię obserwowało i kazało się obawiać, Ŝe za chwilę moŜesz dostać takiego kopniaka, 
po którym juŜ się nie podniesiesz. 

Mickey i Mallory zaczęli się odkrywać. A to miejsce mogło sprawić, Ŝe rozstaną się na dobre. 
Dwadzieścia mil od Gallup — na autostradzie leŜy martwy rowerzysta. Jeden strzał z przejeŜdŜającego 

samochodu.  Jaskrawo-neonowy  kombinezon  Spandex  uczynił  z  niego  doskonały  cel.  Ale  i  tak  był  to  niezły 
strzał. Gość leŜał juŜ niecałą godzinę — a więc pętla się zaciskała. Obwodnica wokół miasta ze mną w sa-
mym środku. 

Nie ma innej moŜliwości, Knox. Dziś wieczorem staniesz oko w oko z Jackiem Scagnettim... ty gnoju... 
A wieczorem zebrali się w Gallup chyba wszyscy mieszkający na zachód od El Paso, stróŜe prawa i po-

rządku.  Czekali  na  hasło. Połączone  ze  sobą  radiostacje.  Podniecenie i  nerwowość.  Czuli  na  kaŜdy  sygnał 
operatorzy.  Lokalne  zakłócenia  w  eterze  postawiły  na  nogi  siedem  radiowozów.  Naładowane  pistolety...  A 
wszystko dlatego, Ŝe jakiś smarkacz słuchał zbyt głośno muzyki na swym sprzęcie stereo. 

Nawiedzony  miejscowy  gliniarz  —  kaŜdy  wydział  ma  takiego  —  wymyślił  specjalne  urządzenie,  które 

włączało  wszystkie  czerwone  światła  drogowe  na  wypadek  pościgu.  Ale  Ŝadnego  pościgu  nie  będzie.  Znaj-
dowaliśmy  się  wszyscy  w  jakimś  Alamo.  I  to  stary,  dobry  Jack  Scagnetti  będzie  ostatnim,  Ŝywym  obrońcą 
oblęŜonej twierdzy. 

Byłem rozpalony do białości. śadna ilość Wild Turkey nie mogła ugasić tego ognia. Parę godzin spędzi-

łem  z jakąś  dziewczyną,  ale  nawet  ona  nie  była  wstanie  mnie  uspokoić.  Zacząłem  szwendać  się po  okolicy 
niczym wściekły, zawszony kundel. 

Zaparkowałem w końcu przy jadłodajni Grampa's Grand. Dwie godziny kawy, papierosów i pogawędek. 

Szum stawał się przez cały ten czas coraz głośniejszy. Przypominało to niedostrojoną stację radiową. Szumy 
i przebijająca się tu i ówdzie muzyka. 

Im bliŜej jestem celu, tym więcej słyszę muzyki. 
Odzywa się Kathy Ginniss. Dwieście mil stąd. Nie zgadzamy się co do rezerwatu; twierdzi, Ŝe pozostają-

cy na wolności bandyci chronią się tam przed wymiarem sprawiedliwości. Dzisiaj nic ich nie ochroni, chcia-
łem powiedzieć. W kaŜdym razie nie przede mną. Dzisiejszego wieczoru jestem nie do pobicia. 

I nagle — poczułem, Ŝe juŜ są. 
„Radio" wciąŜ nie mogło się dostroić, szum sięgał szczytu. Wymknąłem się z knajpy, wyłączyłem telefon. 

Stałem potem bez ruchu niczym bryła lodu przez dobre dziesięć sekund. Wcześniej palce same bębniły mi po 
stole — wszyscy bezczelnie gapili się na mnie, jakbym był jakimś zwariowanym czarnuchem. 

I wszyscy rzucali cienie na ścianach. Z sufitu, pośrodku pomieszczenia, zwisała kołysząc się nieco, jasno 

ś

wiecąca lampa, omiatająca swym blaskiem otoczenie niczym latarnia morska. Cienie za plecami przecho-

dzących obok mnie osób poruszały się bezustannie. 

Ale nikt oprócz mnie nie dostrzegał światła. 
I wtedy zobaczyłem tego faceta na tyłach baru. Zakrywa twarz dłonią. Obserwuje, jak cień przysłania mu 

oczy. On teŜ zauwaŜył światło. Tylko on i tylko ja. Wylegitymowałem go szybko—łysiejący czterdziestolatek 
w tej cholernej koszulce z Mickeyem i Mallory. Wrzeszczy coś do mnie nie patrząc w światło. Nie wiem, co 
wrzeszczał. Ale wiem, Ŝe czas się zmywać. 

Mój cień podąŜył za mną. 
Bezwiednie prowadzę samochód. Nie pamiętam, jak go uruchamiałem, nie pamiętam, jak wyjeŜdŜałem z 

parkingu. Po prostu jadę. Czuję się coraz lepiej. Będzie dobrze. Nie wiem, czy Gallup róŜni się od Egiptu, w 
kaŜdym razie ulice są proste i wyludnione. 

background image

Zaczynam teŜ powoli myśleć logicznie. Poziom szumów wzrósł do dziesięciu jednostek. Nie mogę go ob-

niŜyć, ale mogę go zignorować. Jestem w centrum tej sieci, tam, gdzie sam się wpakowałem. I ktoś w końcu 
wdepnął w moją zasadzkę. 

Znajduję ich nie zdając sobie z tego sprawy. Po nitce do kłębka. Sygnał nadszedł przez radio — cichy 

alarm ogłoszono w Hayworth. 24-godzinna apteka Drug Zone. Bez Ŝadnych jaj. 

Nim  się  spostrzegłem,  juŜ  tam  byłem.  Niemal  opera  w  wykonaniu białych  i  czarnych —  odbezpieczone 

spluwy, zapalone reflektory. Wszyscy półkolem ustawieni wokół jedynego wejścia. Sam odbezpieczyłem swo-
ją broń. Mogłem „wbuchnąć" do środka, gdyby ktoś nie poczęstował mnie megafonem w głowę. Ale zanim 
cokolwiek mogłem powiedzieć — Mallory Knox przeszła przez rozsuwane drzwi. Jej skóra była dziewięć razy 
bielsza od najbielszej bieli. Gdy dostrzegła gliniarzy, było juŜ za późno. Obskoczyły ją dzikie psy i rzuciły się 
na nią jak muchy na gówno. 

Choć na chodnik ściągnęło ją aŜ pięciu policjantów, Mallory szamotała się niczym dzika kocica. 
Zawlokłem ją pod drzwi. Wydzierała się jak opętana: „Zabij ich, zabij ich wszystkich!!!" 
Wyciągając nóŜ z kieszeni chwyciłem ją za brzuch, a moje palce zaczepiły o brzeg jej paska, zagłębiając 

się nieco poniŜej. Wyglądało to, jakbym starał się postawić ją na nogi. Ale nie to miałem na myśli. 

—Pierdol się — bluznęła mi prosto w twarz. ZdąŜyła juŜ pozielenieć i zamienić się w jadowitego węŜa. 

Jej nogi opuchły nieco w kostkach, ale i tak ciągle mogła dać sobie radę dwa razy silniejszemu i większemu 
od siebie facetowi. Nie mi jednak. 

Krzyknąłem przez megafon: 
—Mickey Knox! Mówi Jack Scagnetti! Jest tu ze mną twoja kobieta! 
Wokół mnie gliniarze sprawdzają spluwy i wycelowują prosto w drzwi. 
— Jeśli nie wyjdziesz, stanie się jej coś złego. Zobaczysz! Odetnę jej cycuszki, Mickey! 
— Kupię jej silikonowy biust, Scagnetti!—padła odpowiedź z wnętrza sklepu. 
Nie przejmowałem się tym. Mickey się bał. 
— Nie rób tego, kochanie! — wrzasnęła Mallory gryząc mnie w rękę. 
— Zrobię to — zagroziłem. Ale ani o tym nie myślałem, ani tego nie planowałem. NóŜ zaczął jednak krą-

Ŝ

yć po jej biodrach. Popłynęły pierwsze krople krwi. 

Wewnątrz, Mickey przykucnął i schronił się za jedną z kas. Nie miał juŜ dokąd uciekać. Trochę mi było 

go Ŝal—jedyna rzecz, która cokolwiek go obchodziła znajdowała się w moich rękach, a poza jego zasięgiem. 

— Dobra, wychodzę — zawołał Mickey. Rzucił broń i podniósł ręce. Od razu otoczyła go sfora gliniarzy. 

Mam  ochotę  wrzasnąć:  Nie  doceniacie  Mickeya  Knoxa,  gnojki!  Nie  byłem  jednak  w  stanie.  Mickey  rzucił 
tylko okiem — był szybki niczym grzechotnik. 

A wszyscy mieli ochotę go zabić. Wyczuli zapach zabójcy policjanta. Cała akcja była jednak na bieŜąco 

filmowana przez ekipę telewizji japońskiej. Ja nie chcę, Ŝeby zrobili z tego drania jakiegoś Rodneya Kinga. 
Poza tym on naleŜy do mnie. 

Zaatakowali go pociskami wyposaŜonymi w rozwijające się linki, które zaczęły oplatać jego ciało, okryte 

jedynie skórzaną motocyklową kurtką. Trzecie z kolei szarpnięcie ściągnęło go na ziemię. A potem wyłado-
wali na nim swą wściekłość policjanci podlegli wszystkim szeryfom stanu Nowy Meksyk. Poszły w ruch pałki, 
wysokie policyjne buty. Dwanaście złamanych Ŝeber, jeden wstrząs mózgu i w końcu go mieli. 

Mallory teŜ dostała, co jej się naleŜało. Wrzaski tak długo unosiły się pod samo niebo, aŜ nie była w sta-

nie  wydobyć  z  siebie  głosu.  Duch  walki  opuścił  Mallory  całkowicie,  co  stwierdziłem,  prowadząc  ją  do  ra-
diowozu. Śpiewała jedynie cichym, zachrypniętym szeptem starą piosenkę Nancy Sinatry. 

„Te buty są po to, by w nich chodzić". 
 

10 

W oczekiwaniu na przyjazd Mickeya i Mallory Knoxów, tłum przed gmachem sądu hrabstwa Cook za-

czął gromadzić się juŜ o 3.30 rano. 

Miejsca dla publiczności w sali sądowej zostały rozdzielone przez losowanie; prasie przypadło 60 z 75 

dostępnych wejściówek. Pozostając w zgodzie z opinią Sądu NajwyŜszego, głoszącą iŜ kaŜdy obywatel po-
winien mieć moŜliwość bezpośredniego uczestnictwa w postępowaniu karnym (orzeczenie to wyraźnie od-
zwierciedla  wciąŜ  rosnącą  popularność  programów  typu  Court  TV),  resztę  miejsc  udostępniono  widzom. 
Aby wziąć udział w loterii, zainteresowani mieli obowiązek stawić się osobiście w urzędzie sekretarza hrab-

background image

stwa na co najmniej cztery tygodnie przed terminem rozprawy, okazać tam waŜne prawo jazdy i potwierdze-
nie miejsca zamieszkania oraz wypełnić formularz DR-47 w trzech kopiach. W ciągu trzech lat funkcjono-
wania tego systemu, największą liczbę zgłoszeń, jaką przyjęła 60-letnia Dolores McGuire było 239 podań o 
udział w rozprawie o zabójstwo znanego w wyŜszych sferach Buffy'ego Hamsteda. Chętnych do obejrzenia 
procesu Mickeya i Mallory było 3782. Dolores McGuire bez większego rozgłosu podała się do dymisji. 

Początkowo, policja starała się rozproszyć tłumy gapiów, lecz jeszcze przed 7.00 rano koniecznym stało 

się wzniesienie barykad, mających powstrzymać, jak oceniano, pięć tysięcy Ŝądnych sensacji osób. Zgroma-
dzony przed sądem tłum stanowił swego rodzaju kulturowy przekrój całej Ameryki, ale ci, którzy naprawdę 
chcieli w tym wszystkim uczestniczyć, oddani wielbiciele Mickeya i Mallory, rekrutowali się spośród człon-
ków „pokolenia siekiery", jak określił je magazyn „Details". Rozpiętość wieku wynosiła od 14 do 30 lat, a 
członków tej specyficznej subkultury jednoczył jedynie wygląd I przekonania. Kobiety ubrane były w obci-
słe spodnie, skórzane staniki i sztuczne tatuaŜe, aczkolwiek poprzyklejane z wielką starannością. „Pierwszy 
rzut" fanek zdecydował się jedynie na rozjaśnienie sobie włosów, jednak bardziej ortodoksyjne wielbicielki 
przyozdabiały  juŜ  swe  głowy  perukami.  Ogromne  zapotrzebowanie  na  ten  produkt  sztuki  fryzjerskiej  wy-
windowało  jego  cenę  w  okolice  700  dolarów.  MęŜczyźni  dysponowali  większym  wyborem  odzieŜy,  choć 
przy czasami marnej powłoce fizycznej delikwenta, obcisły kostium rowerowy wyglądał co najmniej zabaw-
nie.  Najwierniejsi  wyznawcy  uznawali  za  prawdziwą  legendę,  jakoby  Mickey  miał  nosić  bieliznę  swojej 

Ŝ

ony. Jesienna kolekcja Calvina Kleina przytomnie podchwyciła ów trend, wychodząc naprzeciw szerokie-

mu zapotrzebowaniu i prezentując wcześniej swą ofertę na wielkich ulicznych plakatach. 

Dla  tych,  którym  nie  starczało  ciała,  ani  ducha,  by  pójść  w  ślady  swych  Idoli,  pozostawały  jeszcze  T-

shirty. Oto niektóre spośród wzorów, jakie moŜna było tego dnia spotkać przed gmachem sądu: 

• Piracka reprodukcja wściekłej myszki Mickey z automatem w ręku. Napis brzmiał: DLACZEGO? BO 

CIĘ NIENAWIDZĘ. 

• Fotos z filmu Super Killers, animowanego serialu japońskiego, przedstawiający nieprzyzwoicie wręcz 

umięśnionego Mickeya i zmysłową Mallory. 

• Parodię plakatu filmu The Dying Gama. 
•  Imitację  postaci  Roya  Lichtensteina,  z  Mallory,  wychylającą  się  zza  bębenka  wielkiego  rewolweru. 

Tekst w dymku: 

NIE MAMO, TY WYRZUCISZ TE ŚMIECI!! 
• Czarno-biała tarcza strzelnicza. Napis na plecach: ZABIJ MNIE TERAZ. 
Show  Wayne'a  Gale'a  American  Maniacs  konsekwentnie  plasował  się  na  czele sondaŜy  firmy  Nielsen. 

Poproszono więc go o włączenie reportaŜu z sali sądowej do porannych wiadomości nadawanych przez jego 
sieć.  Wayne jednak  odmówił. Jak  sam  stwierdził  (według  pewnego  lekarza-staŜysty,  który  przyznał  się  do 
podsłuchania rozmowy), „w Ŝyciu nie będzie pokazywał się w tym zwiastunie — nadziei — dla — tych — 
co — mają— kłopoty — z — pęcherzem". Szefostwo sieci uległo — a ostatnio czyniło to w rozmowach z 
Wayne'em coraz częściej — i obiecało mu okienko o 22.30, w którym przekaŜe najwaŜniejsze fakty z proce-
su Mickeya i Mallory". 

Przeciskając się przez tłum, Wayne zajął miejsce przy wejściu. Za pomocą małego lusterka, jakie zawsze 

nosiła  przy  sobie  Julie,  dokonał  inspekcji  uzębienia,  skontrolował  teŜ  swą  fryzurę.  Z  zaciśniętym  nosem 
wyśpiewał kilka dźwięków, by rozgrzać struny głosowe, a w końcu rozciągnął wargi, by nieco je rozluźnić. 
Operator kamery, Scott, który wycierał popluty przez Wayne'a obiektyw więcej razy niŜ byłby w stanie spa-
miętać, nie omieszkał wysłać pod jego adresem złośliwej uwagi. 

— Dzisiaj, właśnie dzisiaj postanowiłem się zmienić — oznajmił Wayne. Nie wiadomo czy do Scotta, 

czy do Julie, bo patrzył prosto w nagrywającą jego wypowiedź kamerę. — Koniec z hipokryzją, osądzaniem 
jednego człowieka na podstawie tego, co zrobił, a innego na podstawie tego, czego nie zrobił. BoŜe, nigdy 
więcej! Urodziłem się wolny i umrę wolny. Będę Ŝył tak, jak będę uwaŜał to za stosowne. Będę kochał tych, 
których będę chciał kochać. Wolny i bez Ŝadnych obciąŜeń. Wolny! Wolny! Wolny! Nigdy mnie nie stłam-
szą! Nigdy! 

— Wayne, czy ty jesteś pedałem? — spytał Scott. 
— Nie! Jestem Ŝywym człowiekiem! I nie dam się! Daj mi buzi Julie. — I obdarował ją pocałunkiem z 

potęŜną dawką śliny, którą Julie zaraz wytarła rogiem swego notatnika. 

background image

—  Nagrywaj  to  Scott:  Dziś  Wayne  Gale  przestał  być  dupkiem.  Włączymy  to  do  programu.  Mówię  to 

prosto z serca, jak człowiek. Będę się kochał! I to często! 

Julie zaczęła się juŜ rozglądać za jakąś ochroną przed nacierającą tłuszczą, która wręcz wgniatała ją w 

Wayne'a i Scotta. Nagle rozbłysły światła i nadjechały jeszcze dwa, eskortujące zwykły brązowy samochód, 
radiowozy. Nadjechała pierwsza bohaterka dnia. 

Osiemnastoletnia Grace Mullberry, jako jedyna, która przeŜyła „atak na sypialnianą prywatkę" w wyko-

naniu Mickeya i Mallory, była koronnym świadkiem oskarŜenia. Mimo ogromnej ilości materiału dowodo-
wego i rejestracji dokonanej przez kamerę na stacji benzynowej, prokurator rejonowy, Wanda Bisbing uzna-
ła, Ŝe całą grozę wydarzenia odda najlepiej relacja jednej z ofiar. Grace była przy tym jedynym świadkiem, 
który  zdecydował  się  zeznawać  przed  sądem.  Decyzja  zapadła,  dodajmy,  w  momencie,  gdy  pojawiła  się 
plotka,  Ŝe Mickey  będzie się  sam  bronił.  Grace  miałaby  spotkać  się  z  nim  przy  przesłuchiwaniu obu stron 
przez sąd. 

(Później okazało się, Ŝe znany miłośnik samochodów marki Dodge, Randall Krevnitz, który jako jedyny 

ocalał z pogromu w Kankakee Sonic, równieŜ zamierzał złoŜyć przed sądem zeznania. Jednak po kilku roz-
mowach  z  młodzieńcem,  pani  Bisbing  wykreśliła  jego  nazwisko  z  listy  w  obawie,  Ŝe  jego  zeznania  raczej 
usprawiedliwiały niŜ potępiały popełnienie zbrodni.) 

Z  kolei  Grace  Mullberry  stanowiła  wprost  wymarzony  materiał  na  świadka.  Była  metodystką,  uroczą 

„dziewczyną z sąsiedztwa", której w dodatku udało się wyjść cało z okropnej próby. 

Wszystko zaczęło się około pół godziny po krwawej jatce w Sonic. Grace i jej najlepsza koleŜanka Katie 

Hoyle przybyły do domu Grace obładowane Coca Colą i cheeseburgerami. Jej brat, Tim, wraz z piątką przy-
jaciół  rozkładał  na  podłodze  śpiwory,  przygotowując  się  do  kolejnego  programu  Rocky  Horror  Picture 
Show, a potem do całonocnego szaleństwa. 

Które trwało w najlepsze, dopóki nie przerwali go Mickey i Mallory. 
Pani Mullberry, czy boi się pani zeznawać przeciwko Mickeyowi Knoxowi? — spytał Grace jeden z re-

porterów, bezceremonialnie przyciskając mikrofon do jej ust. 

— Czy przyglądała się pani, jak mordowani są jej przyjaciele? — dopytywał się inny. 
— Czy on panią zgwałcił? 
— Czy uwaŜasz, Ŝe Mickey jest atrakcyjnym facetem? 
— Czy przyjmie pani ofertę CBS ? 
Grace gwałtownie odwracała głowę w kierunku dziennikarzy  zadających pytania, lecz na Ŝadne z nich 

nie  udzieliła  odpowiedzi. Wanda  Bisbing  towarzyszyła  Grace  przez  cały  czas obawiając  się,  Ŝe  atakowana 
przez  media  dziewczyna  moŜe  stracić  poczucie  rzeczywistości.  Ustawieni  za  rozciągniętymi  przez  policję 
linami, fani Mickeya i Mallory, wykrzykiwali: „Przejebać tę sukę!", „Zdrajczyni!", „Powinnaś była zdech-
nąć, ty pizdo!" 

Miała nadzieję, Ŝe Grace tego nie słyszała. 
Wayne'owi udał się przecisnąć między dwoma rzędami policjantów i przystawić Grace mikrofon do twa-

rzy. 

— Jak czuje się jedyna ocalała uczestniczka pogromów dokonywanych przez Mickeya i Mallory? — za-

pytał, a jego australijski akcent zabrzmiał wyjątkowo dźwięcznie. 

— W porządku — odparła przestraszona. Wayne chciał wydusić z niej coś więcej, lecz policjanci, pro-

wadząc Grace w górę schodów, wydostali dziewczynę spoza zasięgu Wayne'a. 

Nic się nie stało — nadjechała bowiem główna atrakcja. Wayne usłyszał ryk tłumu, gdy Grace znikała w 

ciemnej bramie gmachu sądu. Odwróciwszy się, ujrzał opancerzony radiowóz, który podjeŜdŜał właśnie pod 
schody, wiodące do budynku. 

Kontyngent fanów wznosił zgodne okrzyki na cześć: „Kochamy Mickeya! Kochamy Mallory!" i wyrzu-

cał w powietrze garście czekoladek M&M's, tak, jak młodej parze rzuca się na szczęście drobne monety. Po 
chwili spadł róŜnokolorowy deszcz słodkości — nie było tam jednak cukierków w kolorze brązowym, gdyŜ, 
jak głosiła fama, tego koloru Mickey nie znosił. 

Policjanci, nawołując przez  megafony, nakazali tłumowi gapiów cofnąć się i przestać rzucać rzeczami. 

Jakaś szczupła studentka drugiego roku, nadludzkim wysiłkiem swych płuc marki Marlboro, krzyknęła: 

—Pieprzcie się świnie! 

background image

Jednak poza tym jednorazowym zrywem nie była w stanie przewodzić Ŝadnej zorganizowanej rewolcie. 

Została teŜ natychmiast aresztowana, a rodzice za karę zarekwirowali jej złotą kartę kredytową. 

 
Otwierając  drzwi  pancernej  furgonetki,  sierŜant  George  Kipcitz  poczuł  nagły  przypływ  paniki.  Drzwi 

otwarły się odsłaniając siedzących osobno i skutych łańcuchami Mickeya i Mallory. Kajdany połączone były 
ze  specjalnymi  pasami  wokół  bioder,  od  których  z  kolei  odchodziły  łańcuchy,  krępujące  skazańcom  nogi. 
NiemoŜliwością było poruszanie się pieszo, jako Ŝe skrępowane w ten sposób nogi mogły wykonywać kroki 
o długości dokładnie szesnastu cali. Mimo to, kaŜde z nich było jeszcze dodatkowo złączone łańcuchami z 
czwórką  oficerów  policji,  co  w  rezultacie  przypominało  jakąś  wielką,  kroczącą  pajęczynę.  Gdyby  było  to 
moŜliwe, Knoxowie juŜ dawno pozabijaliby policjantów dla jednej chwili odpoczynku. 

„Nie jest to niemoŜliwe", pomyślał Kipcitz widząc, jak straŜnicy przypinają sobie łańcuchy. „Z Mickey-

em i Mallory wszystko moŜe się wydarzyć." 

Mimo  ograniczonej  swobody  ruchów,  Mickey  zdołał  pomachać  ręką  zgromadzonej  wokół  furgonetki 

ciŜbie. Fani wznieśli radosne okrzyki. 

— Kochamy cię, Mickey! — zawołała jakaś czterdziestoletnia, mocno zbudowana kobieta. Jej, będąca w 

wieku  licealnym,  córka  miała  na  sobie  koszulkę  z  napisem  ZAMORDUJ  MNIE  MICKEY!  T-shirt  matki 
głosił: MICKEY KAZAŁ Ml TO ZROBIĆ. 

— Mallory, chcę cię przerŜnąć — wydarł się jeden z członków bractwa Pi Kap, gdy pani Knox wycho-

dziła z pomocą policjantów z furgonetki. Jej kruczoczarne włosy były mocno przycięte. 

—  Sam  się  przerŜnij  —  odkrzyknęła  mu  z  szerokim,  złowieszczym  uśmiechem.  Tłum  chłonął  kaŜde 

słowo swych bohaterów. 

Tawny Moore, odznaczająca się charakterystycznym uczesaniem „na pazia" spytała, czy Mickey czegoś 

Ŝ

ałuje. 

—Taaa ... zawsze Ŝałowałem, Ŝe nie mogłem rozprawić się z moją byłą nauczycielką historii, panią Ba-

inbridge. śyje sobie teraz jak samotna, wielka suka, nie potrzebna ani sobie, ani nikomu innemu. 

Tę „kwestię" wygłosił z uśmiechem na twarzy, jakby czekając na podany z taśmy głośny rechot publicz-

ności. 

Chuck Watson, reprezentujący WGN News spytał: 
— Mallory, jeśli miałabyś to zrobić jeszcze raz, czy postąpiłabyś inaczej? 
— Zabiłabym sędziów, zabiłabym ciebie, i ciebie — zabiłabym was wszystkich! 
— Mickey, jaka jest twoja ulubiona rozrywka? 
— To znaczy, oprócz tego, za co mam być sądzony, tak? — Tłum, pomimo wzmoŜonych starań policji, 

napierał na więźnia. Kilku reporterów roześmiało się. Mickey Knox był super. — Myślę, Ŝe oglądanie tele-
wizji. 

Dziennikarze zgodnym chórem zapytali: 
— A jaki jest twój ulubiony program? 
— Have Gun Will Travel. 
Kręcący się bez przerwy w ścisku Wayne zadał ostatnie pytanie. 
—Mickey, czy chciałbyś powiedzieć coś mieszkańcom Ameryki? 
Mickey zatrzymał się i spojrzał nieruchomym okiem prosto w obiektyw kamery. — To, co widzieliście, 

to było NIC. 

Rozprawa rozpoczęła się tego dnia od pełnego łez zeznania Grace Mullberry, opisującego po raz kolejny 

„nalot", którego rezultatem była śmierć jej brata i szóstki najlepszych przyjaciół. Grace wypowiadała staran-
ne, odmierzone zdania, przedstawiając dobroczynną działalność swej przyjaciółki Pam w lokalnym szpitalu, 
czy dumę, jaką odczuła, gdy jej brat Tim został jesienią przyjęty do Princeton. 

Wanda  Bisbing  za  pomocą  uprzejmych  wtrąceń  i  miłych  uśmiechów  kontrolowała  treść  składanych 

przez  Gracę  oświadczeń.  Całość  dokładnie  przećwiczono  w  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni.  Grace  w  tym 
czasie korzystała niejednokrotnie ze słownika, naleŜącego do jej brata, by znaleźć odpowiednią ilość syno-
nimów dla słowa „zwyczajny", określającego jej Ŝycie przed spotkaniem z Mickeyem i Mallory. 

„... te dni były tak bezbarwne ..." „... regularne i nudne sobotnie wieczory ..." „ ... w typowy dla siebie 

sposób Tim powiedział ..." 

„... wasze przeciętne rancho ..." 

background image

zwykły martwy błysk, nic takiego ..." 
Opisując hałasy, które tamtego wieczoru kazały wyjrzeć jej z okna („najgłośniejszy, najbrzydszy samo-

chód, jaki chyba w Ŝyciu widziałam"), spojrzenie Grace prześlizgnęło się na Mickeya, który oklapnięty sie-
dział  na  swoim  miejscu  i  obserwował  ją  przez  druciane  okulary.  W  barwnym  krawacie  i  tanim  garniturze 
wyglądał jak Ŝywcem wzięty z reklamy Mickey Rourke. 

Patrzył na nią bez przerwy, uśmiechając się, gdy składała zeznania. Jego prawa ręka, jakby niezaleŜnie 

od  reszty  ciała  bawiła  się  ołówkiem  tak,  Ŝe  końcówka  z  gumką  podskakiwała  na  blacie  stołu.  Zaostrzony 
koniec wbijał się w nieruchomą przestrzeń sali sądowej. Sytuacja przypominała uśpiony dom  z cieknącym 
kranem, co wystarczyło, by Grace została wyprowadzona z równowagi. 

—To był kabriolet. Chyba Ford — mówiła Grace. — Powiedziałam Timowi, czyli mojemu bratu, Ŝeee 

... tam jest ktoś, kogo nie znam i czyyy ... zapraszał kogoś jeszcze ... Bo wiedziałam, Ŝe tamci nie są stąd. 
Nie wyglądało na to, Ŝe są. 

Zaczęła okręcać sobie wokół palca obrączkę oznaczającą przynaleŜność do uniwersyteckiej druŜyny fut-

bolowej. NaleŜała do Tima. Grace ściągnęła ją z palca Tima, zanim jeszcze koronerzy wynieśli jego zwłoki. 
To było wszystko, co po nim miała — plus wspomnienie jego Ŝycia i przedwczesnej śmierci. 

Mickey  Knox  musiał  dostrzec  zachowanie  dziewczyny.  Wyprostował się  na  swym  krześle,  nie  przery-

wając kontaktu wzrokowego. Starał się, by pewność siebie opuściła Grace. 

Ale na razie dziewczyna pozostawała niewzruszona. 
—Pan Knox, to znaczy Mickey pojawił się na ścieŜce przed domem, ominął krzewy jałowca i coś sobie 

pogwizdywał. A potem nacisnął dzwonek ... 

Pani  Bisbing  wyszła  poza pole  widzenia  Grace,  zasłoniwszy  jednocześnie  Mickeya.  Grace  gwałtownie 

uniosła wzrok, jakby wracając ze świata marzeń do rzeczywistości. Powiodła spojrzeniem za panią prokura-
tor, lecz ta, wyciągniętym palcem wskazała jej stół sędziowski. 

Siedząca  obok  swojego  męŜa  Mallory  Knox  podniosła  oczy  jedynie  w  momencie,  w  którym  padło  jej 

nazwisko, wymienione w kontekście krótkiego, lecz dokładnego opisu śmierci Angie Childress. Narzędziem 
egzekucji był tym razem odkurzacz. Przez resztę czasu Mallory zabawiała się gryzmoląc beztrosko po Ŝół-
tym notatniku prawniczym. Rysunki zostały później potraktowane jako materiał dowodowy, a potwierdzały 
one zarówno artystyczne talenty autorki, jak i ogromną wszechstronność jej zainteresowań. 

Detektyw Jack Scagnetti usiadł w trzecim rzędzie, był nerwowy i rozkojarzony. Jego spojrzenie podąŜa-

ło raz po raz w stronę Mallory, prześlizgując się z góry na dół po jej smukłej sylwetce. Gdy Mallory zajęta 
była  rysowaniem,  jej  długie  ramiona  wykonywały  serię  niespokojnych  ruchów,  a  usta  nieomal  dotykały 
kartki papieru. Jej zeznanie nie było przewidziane przez porządek trzeciego dnia rozprawy. 

Bezczynne  siedzenie  na  oczach  opinii  publicznej  w  roli  amerykańskiego  supergliny  numer  jeden  spra-

wiało, Ŝe Scagnetti czuł się nieswojo. Miał wielką ochotę wysikać się i zapalić papierosa. 

 
Melvin  DeForest  męczył  się  z  zaciętym  podajnikiem  papieru  toaletowego,  siedząc  w  ostatniej  kabinie 

sądowego WC. Nagle usłyszał odgłos otwieranych drzwi. Ktoś, pogwizdując wszedł do środka. 

Pogwizdywał oczywiście Jack Scagnetti, który chwilę potem stanął twarzą w twarz z rzędem dwunastu, 

ś

wieŜo  wypucowanych  pisuarów.  Gdy  naturalnej  potrzebie  stało  się  zadość,  Jack  zapalił  Koola,  ignorując 

tym samym obecność znaków, surowo zakazujących tego rodzaju działalności. 

Drzwi otwarły się po raz kolejny. Tym razem „był to osobnik około czterdziestki, łysiejący i w ogóle ta-

ki jakiś przeciętny", według relacji DeForesta. 

—Pan Jack Scagnetti? — spytał nieznajomy. 
Jack zapiął rozporek i wydmuchnął kłąb dymu. 
— Tak, to ja. Na pewno czytał pan moje ksiąŜki, co? 
— Nigdy — odpowiedział męŜczyzna. — Ale widziałem pana zdjęcie w telewizji. Był pan tam, gdzie 

złapano Mickeya i Mallory. 

— To ja ich, kurwa, złapałem — uświadomił mu Scagnetti podchodząc do umywalki i gasząc tam nie-

dopałek papierosa. — MoŜe nie było tego widać na pana małym telewizorku. 

Przybysz stanął przy umywalce i w milczeniu mył ręce. 

background image

—MoŜe pan spytać kaŜdego. To ja ich złapałem — powtórzył Scagnetti. Wygrzebał po chwili z paczki 

kolejnego Koola i wetknął go sobie w usta. Potem zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, ale 
nie mógł tam niczego znaleźć. 

—A  czy  pan  mnie  poznaje?  —  zapytał  nieznajomy  z  niezmąconym  spokojem.  —  Wielu  ludzi  nie  zna 

mnie bez mojej karty American Express. 

— Restauracja — powiedział Scagnetti. — Pan był w tej restauracji w Gallup, gdy ... 
—  No  właśnie  —  potwierdził  męŜczyzna.  —  Obaj  tam  byliśmy.  Obaj  to  widzieliśmy.  To  taka  jakby 

wieŜa straŜnicza — pan jest jedyną znaną mi osobą, która to widziała. 

— Kim ty kurwa jesteś? I skąd się tu wziąłeś? 
—  Nazywam  się  Owen,  Jack.  Owen  Traft  —  uśmiechnął  się.  —  I  jestem  jedną  z  osób  zaintere-

sowanych. 

Wtem z sali sądowej dobiegł krzyk. „Tak przeraźliwy, Ŝe moŜna było go usłyszeć przez najgrubsze ścia-

ny", opowiadał później DeForest. 

— Co tam się cholera ... — mruknął detektyw otwierając drzwi toalety i wystawiając głowę na korytarz. 
— Jak myślisz, co to mogło być? — spytał, odwracając się do swego rozmówcy. Ale Owen nie udzielił 

mu juŜ Ŝadnej odpowiedzi. 

DeForest wyszedł z ubikacji i ujrzał Scagnettiego wpatrującego się w zamyśleniu w rząd otwartych ka-

bin. 

— Nie widział pan takiego małego gościa ...? — spytał Jack urywając w połowie, tak jakby pytanie nie 

miało juŜ dłuŜej sensu. 

— Czy do tego sracza jest jakieś inne wejście? Inne niŜ to frontowe? 
— Nie, proszę pana, tylko to frontowe — odparł DeForest. 
Scagnetti  przetarł  sobie  czoło,  starając  się „wmasować"  w  nie  choćby  odrobinę  realnego  spojrzenia  na 

ś

wiat. 

— PrzecieŜ ten mały fagas był tu, właśnie tu -zastanawiał się detektyw. 
— Wydawało mi się, Ŝe pojawił się w wyjątkowo złym momencie — mówił później DeForest. -I wtedy 

zdałem sobie sprawę, dlaczego. Rozejrzałem się za nim, ale jego nigdzie nie było. Tak, jakby znikł zupełnie. 

Scagnetti bezsilnie wzruszył ramionami, tak jak robi to kaŜdy człowiek stojący w obliczu tajemnicy, któ-

ra na zawsze pozostanie nie rozwiązana. A potem wyszedł. Prosto do sali rozpraw. Tam, gdzie Mickey Knox 
miał zacząć składanie swych zeznań. 

 

11 

Wrzask, jaki usłyszał Jack Scagnetti, pochodził z galerii w sali rozpraw. 65-letni sędzia okręgowy, pan 

Bert Steinsma, zwrócił się wówczas tymi słowy do Mickeya: 

—Pański świadek, panie Knox. 
Mickey Knox wstając, przerzucił jedną nogę ponad oparciem krzesła — nieprzypadkowo mogło to przy-

pominać zsiadanie z konia. Rozluźniwszy pas, Mickey kontynuował temat, opierając czubek kowbojskiego 
buta o podłogę. 

—PokaŜ im, co potrafisz — szepnęła mu Mallory. W odpowiedzi, Mickey złoŜył jej ukłon ogromnym, 

choć  niewidzialnym  kapeluszem.  Dodatkowo,  wygładził jeszcze  jego  „rondo". Mallory  roześmiała się,  po-
dobnie  jak  kilku  obecnych  nasali  widzów.  Mickey  odwzajemnił  uśmiechy  i  na  tym  zakończyła  się  część 
„rozrywkowa". 

Sędzia Steinsma miał sięgnąć juŜ po drewniany młotek, by przywołać salę do porządku. 
— Panie Knox, czy zgadza się pan na pytania z obu stron? 
— Tak jest, zgadzam się. 
Mickey rzucił okiem na siedzącą przy stole, rozleniwioną protokolantkę. 
—Czy ona musi zapisywać wszystko, co mówię? — spytał. Odpowiedział mu stukot czcionek. 
Mickey z uśmiechem na ustach odwrócił się doMallory, która tymczasem powróciła do rysowa 
nia. 
—Ancay, ouyay, eakspay, igpay, atinlay ... 
Stenotypistka robiła, co mogła, ale w pewnym momencie palce odmówiły jej posłuszeństwa. 
— Panie Knox! — ryknął Steinsma. 

background image

— To w języku Navajów znaczy „Jestem cipą". Mallory roześmiała się nie podnosząc oczu. 
Mickey zlustrował trybuny. Były przepełnione jego fanami. 
—Albo zaczynamy przesłuchanie, albo skaŜę pana za obrazę sądu! 
Mickey nagle wyprostował się, pręŜąc ramiona. 
—Tak jest, przepraszam bardzo. 
Jedno chuchnięcie w dłoń, poprawienie włosów i Mickey wcielił się najlepiej jak potrafił w Arnie Bec-

kera: zwycięski uśmiech i grobowa powaga. Podszedł powoli do stanowiska dla świadka. Był w pełni świa-
dom swoich słów, pozbywając się na tę okazję nosowego sposobu mówienia. 

— Niezła historia co, panno Mullberry? 
— MoŜe dla ciebie. 
— Grace ... mam nadzieję, Ŝe nie będzie ci przeszkadzać, jeśli będę mówił ci po imieniu — zwrócił się 

do  dziewczyny.  Grace  spojrzała  na  Mickeya,  wpatrując  się  głęboko  w  jego  oczy.  Tak,  jakby  chciała  sobie 
coś przypomnieć. Tak, te same słowa zostały wypowiedziane juŜ wcześniej, w trakcie odczytywania przez 
Mickeya  napisów  na  zdobytych  przez  Grace  trofeach  jeździeckich.  LeŜała  wtedy  związana  na  dywanie,  a 
nylonowa Ŝyłka wpijała się bezlitośnie w jej gołe nogi. Przemawiając do niej, Mickey zajęty był równocze-

ś

nie szatkowaniem gardła przyjaciółki Grace z dzieciństwa, Pam Ripley. 

—Grace? 
Dziewczyna powróciła do rzeczywistości. 
— Eee... tak? 
— Chciałbym zapytać cię o śmierć twojego brata Tima, jeśli oczywiście masz ochotę o tym mówić. Słu-

chasz mnie? 

— Mniej więcej. 
— Mniej więcej... co to znaczy? 
— No więc Tim, to mój starszy brat — zaczęła Grace, odzyskując równowagę duchową i odwagę, by 

spojrzeć  Mickeyowi  prosto  w  twarz  i  odpowiadać  na  jego  pytania.  —  Gdy  dorastaliśmy,  zdarzało  się,  Ŝe 
potrafiliśmy doskonale obyć się bez siebie. Ale jak trzeba było, byliśmy bardzo blisko. 

—  Chciałbym  zapytać  się o  uzdolnienia Tima  w  dziedzinie sztuk  walki —  powiedział  Mickey.  — Jak 

długo juŜ ćwiczył? 

—  Zaczął,  będąc  w  siódmej  klasie,  tak  Ŝe  razem  będzie  dziewięć  lat  —  odpowiedziała  Grace,  niezbyt 

pewna, do czego ta wymiana zdań doprowadzi. 

— Jakiego koloru miał pas? 
— Styl wałki, jaki uprawiał Tim, nie przewidywał pasów. 
Siedząca  przy  stole  oskarŜyciela  Wanda  Bis-bing,  obserwowała  bardzo  uwaŜnie  całą  scenę.  Nie  prze-

ć

wiczyła z Grace Ŝadnych pytań związanych ze sztukami walki i właściwie usłyszała o tym po raz pierwszy. 

Nieomal odgadując prokuratorskie myśli, Mickey odwrócił się ku pani Bisbing. 
— śadnych pasów, naprawdę? No cóŜ. Grace, czy mogłabyś więc nam powiedzieć, jakim stylem walki 

interesował się Tim? 

— Uczył się kilku, ale jego ulubionym był Jeet Kune Do. 
— Jeet Kune Do... otóŜ miałem okazję poczytać co nieco o tym stylu walki i okazało się, Ŝe Jeet Kune 

Do rozwinął głównie Bruce Lee. Czy wiedziałaś o tym? 

— Tak, właśnie dlatego Tim go uprawiał. Dlatego, Ŝe był to styl walki Bruce'a Lee. 
Przemierzywszy  salę  rozpraw  wszerz,  Mickey  przystanął  obok  sądowej  protokolantki,  która,  zde-

nerwowana jego bliskością, potknęła się na ostatnim zdaniu Grace. Mickey nachylił się i szepnął jej wprost 
do ucha: 

— Nic się nie stało. I tak cię kocham. 
— Panie Knox, proszę z nią nie rozmawiać — odezwał się sędzia Steinsma. 
Ale Mickey go nie słuchał. 
—Mallory była zawsze moją Barbarellą, ale ty mogłabyś być naszą lesbijską królową. 
Steinsma trzykrotnie zastukał młotkiem. Mickey odwrócił się na pięcie i nieruchomym okiem spojrzał na 

Grace. Kontynuował swą wypowiedź tak, jakby Ŝadna przerwa nie miała miejsca. 

—I myślę, Ŝe moŜna w tym miejscu powiedzieć, iŜ kaŜdy, kto zajmował się stylem rozwiniętym przez 

samego Bruce'a Lee — prawdopodobnie najwspanialszego mistrza sztuk walki w historii—kaŜdy, kto ćwi-

background image

czył to przez dziewięć lat, musiałrównieŜ nabyć umiejętność samoobrony. Czy podpisałabyś się pod takim 
stwierdzeniem, Grace? 

— Tak. 
— Przy okazji, czy nogi i ręce Tima nie były bronią, podobnie, jak noŜe czy pistolety? Czy to się zga-

dza? 

— Tak, zgadza się — potwierdziła Grace. 
—  W  twoim  zeznaniu,  złoŜonym  tu  i  teraz,  opisałaś,  jak  Tim  czterokrotnie  kopnął  mnie  w  głowę—tu 

Mickey uderzył się otwartą dłonią w głowę, demonstrując zadawanie ciosów. — Jednak jego mistrzowskie 
kopniaki odniosły efekt niewielki, lub wręcz Ŝaden. 

Grace milczała. 
—I potem, gdy niczym Superman otrząsnąłem się po ciosach, podniosłem Tima „dziewięć — lat—Jeet 

— Kune — Do" Mullberry'ego z podłogi i rzuciłem nim przez cały pokój. 

Grace wciąŜ nie odpowiadała, częściowo dlatego, Ŝe nie było to pytanie, częściowo dlatego, Ŝe wszyst-

ko, co Mickey powiedział, odpowiadało prawdzie. Wydawało się, iŜ nie ma moŜliwości, by ktokolwiek mógł 
coś takiego zrobić z Timem. Ale Mickey Knox to nie był „ktokolwiek". 

Podszedł powoli do stolika, na którym zgromadzono dowody. Jego ręka błądziła przez chwilę nad rozło-

Ŝ

onymi  tam  przedmiotami.  Po  chwili  cała  sala  wstrzymała  oddech  widząc,  jak  Mickey  Knox  podnosi  ze 

stolika nóŜ. 

Zakrwawiony nóŜ, którym wcześniej zabił Tima Mullberry'ego. 
—Potem wziąłem ten nóŜ ... 
Mickey zbliŜył się do Grace, kładąc z bolesnym wyrazem twarzy palec na czubku noŜa. 
— Wziąłem go i zacząłem rozpruwać twojego brata od jednej kończyny do drugiej. A twój brat, którego 

ręce stanowią broń śmiertelną... 

— Sprzeciw — zawołała pani Bisbing, wyskakując ze swego miejsca i nie mogąc uwierzyć, Ŝe Steinsma 

dopuścił do takiej sytuacji. — OskarŜony zastrasza świadka narzędziem zbrodni. 

— ... nie miał się juŜ czym bronić — ciągnął Mickey, przysuwając się coraz bliŜej. 
— Odbieram panu głos — oświadczył Steinsma, zdając sobie nagle sprawę z niebezpieczeństwa, jakie 

zawisło nad salą. 

—Panie Knox, proszę odłoŜyć nóŜ! 
Grace nie dawała się jednak zastraszyć. 
— Nie wiem jak to zrobiłeś, ale to ty to zrobiłeś! 
— Panie Knox, nóŜ! — krzyknął Steinsma, kiwając na prawnego doradcę szeryfa, by ten przywołał stra-

Ŝ

e. 

Mickey zatrzymał się i powąchał nóŜ. 
— Ciągle pachnie kochanym Timmym — orzekł, odkładając go na stół. Wziął za to z powrotem swój 

ołówek. 

— No i co, Grace? Jak sądzisz, czy istota ludzka byłaby moŜe w stanie uczynić coś podobnego? — spy-

tał Mickey. 

— Nie wiem! — wrzasnęła Grace, zaskakując w ten sposób nawet samą siebie. 
— Tak... ale ja w to nie wierzę — stwierdził Mickey. Wydawało się, Ŝe pilnie wpatruje się w jakiś zaką-

tek jej duszy, który tylko on mógł dostrzec. — I myślę, Ŝe masz juŜ konkretną opinię na temat tego, jak ja 
byłem w stanie zrobić to, co byłaś łaskawa opisać. Więc pytam cię raz jeszcze. I chcę, Ŝebyś pamiętała, Ŝe 
zeznajesz pod przysięgą. 

Stojący naprzeciw podium dla świadka Mickey Knox uŜył całej siły swojej osobowości, by skupić ją na 

biednej, młodziutkiej Grace. Znów zaczął powoli i rytmicznie stukać gumką swego ołówka, odbijając ją od 
mahoniowej barierki tak, by jeszcze bardziej zdenerwować dziewczynę. 

—Pani zdaniem, panno Mullberry, jak byłem zdolny zamordować pani brata Tima Mullberry w sposób, 

jaki przed chwilą opisano? 

Grace,  która  ponownie  zaczęła  okręcać  wokół  palca  obrączkę  Tima,  spojrzała  Mickeyowi  głęboko  w 

oczy. W jej sercu zagościło nagle uspokojenie. 

—  Nie  jesteś  człowiekiem  —  jej  usta  wykrzywiły  się  nieznacznie,  ale  Grace  pozostawała  śmiertelnie 

powaŜna. Przez cały czas trwania rozprawy starała się powstrzymywać, ale teraz rozpłakała się na dobre. 

background image

— Bardzo duŜo o tym myślałam. I jedyną rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy jest to, Ŝe ty nie jesteś 

człowiekiem ... Nie wiem, czy jesteś wampirem, diabłem, potworem czy cyborgiem, ale na pewno nie jesteś 
człowiekiem! 

— Dziękuję ci, Grace — powiedział Mickey, wyraźnie zadowolony z otrzymanej odpowiedzi. Prawdo-

podobnie nie mógłby sobie wymarzyć lepszej. — Mam tylko jedno pytanie. 

— Jakie — spytała Grace, szczęśliwa, Ŝe cała sprawa zmierza powoli do końca. 
— Czy wierzysz w przeznaczenie? 
— Co? — zdziwiła się zmieszana Grace. 
— Czy uwaŜasz, Ŝe istnieje dla ciebie jakiś wybór w momencie, gdy twój czas juŜ nadszedł? 
Wanda Bisbing miała juŜ dosyć. 
— Sprzeciw, Wysoki Sądzie. Co to ma wspólnego z Grace Mullberry? 
—  Chce  pani  wiedzieć,  co  to  ma  wspólnego  z  Grace  Mullberry,  pani  Sprzeciw?  —  zagadnął  Mickey 

odwracając się do pani prokurator. — Powiem pani, co to ma wspólnego. Nadszedł po prostu jej czas! 

Szybciej, niŜ ktokolwiek z obecnych na sali był to w stanie uchwycić, Mickey Knox zatopił ołówek głę-

boko w klatce piersiowej Grace Mullberry. Dłubał tam przez chwilę, a gdy dotarł ostrzem do aorty, szerokim 
strumieniem trysnęła krew. Potem były płuca, a potem samo serce. 

—Super! — krzyknęła radośnie Mallory zbierając swoje rysunki do kupy. 
Jack Scagnetti wkroczył do sali w momencie, gdy wybuchło tam istne pandemonium. KaŜdy starał się 

pośpieszyć z pomocą dziewczynie, o której Scagnetti doskonale wiedział, Ŝe nic jej pomóc juŜ nie moŜe. 

—Jak się masz, Mallory? — zapytał, wyciągając papierosa. 
— No cóŜ, nie jest to ParyŜ. 
Pomocnik  szeryfa  i  dwaj  agenci  ochrony  rzucili  się  na  Mickeya  odciągając  go  w  chwili,  gdy  odłamał 

kawałek ołówka znajdujący się w ciele Grace. A fragment, który pozostał mu w ręku wbił jednemu ze straŜ-
ników w nogę. Nie doszło jednak do bójki na duŜą skalę. Nie było sensu i Mickey o tym wiedział. 

Tym razem cała broń znajdowała się w rękach policji. 
 

12 

Kochana Mallory, 
Po pierwsze, chciałabym, Ŝebyś wiedziała, Ŝe to właśnie Ty jesteś moją największą bohaterką. Odkąd po 

raz pierwszy usłyszałam o Tobie w telewizji, wiedziałam, Ŝe muszę Cię w końcu kiedyś poznać. 

Przypuszczam, Ŝe list to nie to samo co spotkanie w cztery oczy, ale wydaje mi się, Ŝe znam Cię juŜ od 

dawna,  więc  potraktuj  to  moŜe  jako  rodzaj  mojej  własnej  prezentacji,  jeśli  będzie  Ci  się  chciało.  Gdybym 
była taka super słynna jak Ty, to chyba teŜ nie miałabym ochoty czytać takich rzeczy. 

W porównaniu z moimi przyjaciółmi, którzy twierdzą, Ŝe ich Ŝycie jest do dupy, moje jest jeszcze gorsze. 

Wiem, Ŝe myślisz, Ŝe przesadzam, ale tak nie jest. Musisz mi uwierzyć, zresztą dlaczego miałabym Cię okła-
mywać? Chłopaki mnie nie cierpią, a nauczyciele uwaŜają, Ŝe jestem głupia. Nawet mój kot juŜ mnie nie lubi. 
Nie śmiej się, to wszystko jest prawdą. Tak, jakby czuł ode mnie zapach psa, ale przecieŜ ja w ogóle nie mam 
kontaktu z psami. Stałam się tym strasznym potworem, którego wszyscy nienawidzą, a Ty jesteś jedyną oso-
bą, która, jak sądzę, moŜe mi pomóc. 

Potrzebuję Twojej porady jeśli chodzi o zabicie moich rodziców. Wiem, Ŝe nie będziesz taka drętwa i nie 

wyperswadujesz  mi  tego  (tak  jak  juŜ  mówiłam,  wydaje  mi  się,  Ŝe  jesteśmy  siostrami  czy  coś  takiego  —  to 
niesamowite), ale chcę, Ŝebyś wiedziała, Ŝe oni są naprawdę okropni i nie wygląda na to, Ŝe będą choć tro-
chę lepsi w przyszłości. śadne „poczekamy-zobaczymy", rozumiesz? No to w porządku. 

Powinnam ci chyba napisać coś więcej o swojej sytuacji, tak byś mogła przekonać się, dlaczego muszę to 

zrobić (pomysłowo!) i nie dać się złapać. Byłoby to głupie, ale z drugiej strony romantyczne — wyobraŜam 
sobie teraz jak siedzisz w więzieniu z Mickeyem, który bronił Cię zawsze i wszędzie. Nie mam obecnie chło-
paka, więc tak naprawdę, to nie spieszy mi się do pierdla. 

I tu pojawia się moje pierwsze pytanie, trochę nie na temat, ale dobra... Czy najpierw powinnam mieć 

chłopaka ?  Jeśli tak,  to  jakiego?  No jasne.  Ty  nie  wiesz, kto  jest  „pod  ręką",  więc  napiszę  Ci  parę  słów o 
kaŜdym z „kandydatów" (taka jakby prezentacja druŜyny!) 

RANDY — chodzi ze mną na angielski i jest naprawdę niezły. Nie popisuje się w klasie i ma rację, bo 

gdyby spróbował, to wyleciałby z hukiem i kazaliby mu przyjść na lekcje dobrego wychowania, które u nas 

background image

są bardzo cięŜkie. Ale ja wiem, Ŝe on jest niezły, bo zawsze opowiada najfajniejsze rzeczy na korytarzu czy 
podczas obiadu. W ogóle by mi to nie przyszło do głowy — śmierć, nieskończoność, te klimaty. Po stronie 
plusów: jest niezły, tak jak Mickey, interesuje się śmiercią, co ma znaczenie jeśli mamy zacząć zabijać ludzi. 
Minusy: ma raczej więcej w głowie niŜ w nogach i mój ojciec mógłby zrobić z nim wszystko, na co miałby 
ochotę gdyby zaczęli walczyć na pięści (ale i tak uŜylibyśmy broni palnej). 

MANNIE — włączyłam go, bo jest moim najlepszym, najlepszym kumplem na świecie, chociaŜ nie sta-

nowi raczej materiału na chłopaka. Czyta moje „Cosmopolitany" i ogląda „Power Rangers" tylko po to, by 
popatrzeć na tyrannozaury (ale w ogóle jest super). 

GARRETT— nie cierpię go, ale odpowiada mi z paru powodów. Po pierwsze, potrafi juŜ prowadzić sa-

mochód, chociaŜ jest jeszcze za młody (parkuje zawsze kilka przecznic od szkoły — nieźle!), a po drugie, ma 
juŜ broń. Nie wiem za bardzo jakiego typu (jaki byś polecała?), ale wiem, Ŝe ma do niej dostęp, bo słyszałam 
jak inne chłopaki opowiadały jak on kilka tygodni wcześniej strzelał sobie do puszek i wszystkie trafił. Plusy: 
samochód,  broń,  dobry  cel,  być  moŜe  będzie  miał  ochotę  zabić  moich  starych.  Minusy:  dupek,  niedomyty, 
słucha „Poison" (tak, ciągle!). 

Czy powinnam skumać się z Garrettem, z Randym czy po prostu działać w pojedynkę? Czy według ciebie 

jest w porządku, Ŝe planowałam teŜ spółkę z jedną z moich koleŜanek? W ten sposób mogłybyśmy obie zała-
twić naszych rodziców i odjechać w siną dal niczym Thelma i Louise. Widziałaś ten film? Ja go uwielbiam. 
Coś, co na pewno trzeba wypoŜyczyć. Gdy myślę o tobie i Mickeyu jadących przez pustynię, przypomina mi 
się ten film, z tym, Ŝe zamiast Susie Sarandon prowadzi Mickey. Wraz z moją przyjaciółką Tisch chcemy coś 
takiego zrobić. Tisch zaczęła uczyć się judo po tym, jak w ubiegłym roku jeden facet zaatakował jej matkę, 
więc teraz jest twarda jak nie wiem co. 

Z góry dziękuję Ci za Twoje rady. Muszę juŜ kończyć, bo piszę ten list na lekcji higieny (moja rada: nie 

daj się zastrzelić!) i lekcja juŜ się kończy. A więc trzymaj się, mam nadzieję, Ŝe wkrótce wydostaniecie się na 
wolność! Pamiętajcie o mnie 

Sara Wu, Kalifornia 
*** 
Droga Mallory Knox 
Nie znasz mnie. Nie znałaś takŜe mojej siostry. Ale nie powstrzymało Cię to od zabicia jej. Była jedną z 

czterech osób, które 15 lipca ubiegłego roku zastrzeliłaś w Dair-E-Freeze w Genoa, Kolorado. Miała trzyna-

ś

cie lat. 

Czy Ty w ogóle pamiętasz Genoę? To małe miasteczko, kilka mil od szosy międzystanowej, zaraz po na-

szej stronie granicy z Kansas. Podobnie jak wielu ludzi, podjechałaś by zatankować, załoŜywszy, Ŝe na Twej 
trasie pojawią się inne miasta, których jednak nie było. Chodzi mi o to, Ŝe większość ludzi tankuje benzynę, a 
potem odjeŜdŜa. Nie zaczynają przy tym strzelać do innych. 

Piszę  ten  list,  by  uświadomić  Ci,  kim  konkretnie  była  osoba,  którą  zamordowałaś.  Przy  takiej  liczbie 

ofiar, jakie pozostawiłaś po sobie tu i tam, ich twarze prawdopodobnie zacierają się w twej pamięci. Posta-
ram się jednak by w tym przypadku stało się inaczej. Jeśli czasami miewasz nocne koszmary, to chciałbym, 
by  ten  obraz  pojawiał  się  w  nich  jak  najczęściej.  Chciałbym,  Ŝebyś  trafiła  do  piekła  i  Ŝeby  ta  scena  stale 
obecna była w Twojej głowie. 

Katie McCaslin była blondynką siedzącą w tylnym naroŜniku przy oknie, wraz ze swą przyjaciółką Lisą 

(brunetką, krępej budowy ciała). Wspólnie jadły frytki z jednego talerza. Według relacji Earla, kasjera, któ-
rego  zdecydowałaś  się  pozostawić  przy  Ŝyciu,  by  mógł  rozgłosić  legendę  (po  co?),  zamówiłaś  dietetyczną 
Coca-colę w barze, w którym sprzedaje się wyłącznie Pepsi. I z tego powodu zginęły cztery osoby. Earl ze-
znał  potem,  Ŝe  Katie  była  ostatnią  osobą,  którą  zastrzeliłaś.  Właśnie  Ty  ją  zastrzeliłaś,  nie  Twój  chłopak 
(mąŜ) czy ktokolwiek to u diabła jest. Ty wycelowałaś w nią swój pistolet i Ty ją zabiłaś. 

Co działo się w Twojej duszy, gdy pociągnęłaś za spust? Czy Katie przypominała Ci kogoś, coś, jakieś 

odległe czasy? Chciałbym dowiedzieć się kto Cię „zaprogramował" na potwora, który uwaŜa, Ŝe trzynasto-
letnia dziewczynka moŜe stanowić dobry cel. 

Jestem pewien, Ŝe pochodzisz z zepsutej rodziny, w której rodzice albo kochali Cię zbyt mocno, albo w 

ogóle.  A  moŜe  wtykali  Ci  palce  do  dupy,  gdy  Cię  kąpali?  NiewaŜne.  KaŜdy  kiedyś  przechodzi  przez  jakieś 
okropne chwile, ale nie daje to nikomu prawa do dokonywania seryjnych mordów. 

background image

Mallory Knox, dopadnę Cię i zabiję jeśli kiedykolwiek opuścisz to więzienie. Śmierć jako taka prawdo-

podobnie niespecjalnie Cię przeraŜa, więc postaram się byś zaczęła się o nią modlić. Przysięgam na Boga, 

Ŝ

e za to, co zrobiłaś znajdziesz się w samym piekle. 

Eugene McCaslin, Genoa, Kolorado 
*** 
Droga MALLORY KNOX 
Kara  doŜywotniego  więzienia  moŜe  sprawić,  Ŝe  człowiek  zaczyna  się  czuć  jakby  opuścił  go  Bóg,  jakby 

Chrystus, Syn BoŜy umarł na krzyŜu za grzechy innych ludzi, a w Jego sercu nie znalazło się miejsce na mi-
łość do morderców, gwałcicieli i pozostałych zbrodniarzy. 

Wszelako poprzez cud zbawienia, Ty, MALLORY KNOX, będziesz mogła poznać chwałę światłości i po-

czuć jak Twoja dusza pozbywa się brzemienia Zła i Niewiary, dzięki którym znalazłaś się w obecnym połoŜe-
niu. I nawet jeśli resztę swego Ŝycia spędzić masz w więzieniu, pamiętaj, Ŝe dany Ci jest dar błagania o łaskę 
Pana, tak byś Twój wieczny Ŝywot mogła spędzić ciesząc się wolnością i Jego miłosierdziem. 

MALLORY  KNOX,  jedynym  kluczem  do  Odkupienia  jest  Pismo  Święte,  testament  BoŜego  dzieła,  jakie 

dokonało się na Ziemi. Na tych chwalebnych stronach znajdziesz odpowiedzi na pytania dotyczące planów 
Pana w odniesieniu do Ciebie, ludzkości i całego BoŜego Królestwa. Moc Jego słowa moŜe sprawić, Ŝe zaj-
miesz miejsce pośród anielskich chórów, wyśpiewując Mu wieczne uwielbienie. Gorąco namawiam Cię, byś 
zaczęła poszukiwać ukojenia w Jego sercu. A jest ono wystarczająco duŜe, by zawrzeć w sobie cały świat — 

ś

więtych, grzeszników i Ciebie. 

Głoszący chwałę BoŜą 
Jack Alamanenti 
Chrześcijańska SłuŜba 
Duchowego Wsparcia Morderców i Gwałcicieli 
*** 
Droga Mallory Knox 
Piszę ten list w imieniu słynnego dziennikarza, Wayne'a Gale'a, powszechnie znanego i darzonego wiel-

kim szacunkiem animatora czołowego programu telewizyjnego „American Maniacs". Postanowiliśmy popro-
sić Cię o ewentualną zgodę na udzielenie nam przez Ciebie i Twego męŜa wywiadu do najbliŜszego odcinka 
naszego programu. Jest to juŜ trzeci list, jaki wysłałam zarówno do Ciebie jaki i do Mickeya, przyjmuję za-
tem iŜ: 

a) listy nie są Ci przekazywane (w myśl więziennych! przepisów) 
b) otrzymałaś listy, ale nie masz ochoty uczestniczyć w programie. 
Jeśli miała miejsce pierwsza z moŜliwości, moŜesz być spokojna, Ŝe w związku z zaistniałą sytuacją uru-

chomione zostaną nasze kontakty na wysokim szczeblu rządowym, a grupy nacisku w rodzaju Amnesty Inter-
national zgodnie oprotestują tę raŜącą niesprawiedliwość. 

Jeśli zaistniał przypadek drugi, to chciałabym wyjaśnić w tym miejscu, dlaczego „Amerykańscy Mania-

cy" idealnie nadają się do wyraŜenia Waszych opinii i punktów widzenia: 

• program nasz jest najwyŜej ocenianym spośród nadawanych obecnie w telewizji kronik kryminalnych 
• w odróŜnieniu od innych, przygotowywanych na zamówienie programów typu „Hard Copy" czy „Insi-

de  Edition",  „American  Maniacs" jest  opracowywany  przez  naszą  stację,  co umoŜliwi  nam  ogólnokrajową 
promocję i reklamę tego konkretnego odcinka 

• stary wyga, Wayne Gale jest w naszej branŜy jednym z najlepszych specjalistów od przeprowadzania 

wywiadów.  Rozmawiał  juŜ  chyba  z  kaŜdym,  począwszy  od  Charlesa  Mansona,  a  skończywszy  na  Davidzie 
Berkowitzu.  Jest  on  takŜe  gwarancją  nieskrępowanej  wymiany  poglądów  na  oczach  amerykańskiej  opinii 
publicznej. 

Mam więc nadzieję, Ŝe otrzymasz ten list i powaŜnie rozwaŜysz udzielenie nam wspomnianego wywiadu. 

Jeśli tak, to w majestacie prawa stanu Illinois, moŜesz nawiązać z nami kontakt poprzez wyznaczonego przez 
sąd  prawnika,  do  którego  naleŜeć  będzie  przekazanie  nam  Twojego  Ŝyczenia.  ZapobieŜenie  tego  rodzaju 
kontaktom stanowi, nawet dla przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości, cięŜkie przestępstwo. 

Szczerze oddana 
Julie Gwenkeiler 
Producent programu „American Maniacs" 

background image

Do rąk: Dwighta McClusky'ego, Naczelnika Więzienia 
*** 
Droga Mallory 
Jeśli to moŜliwe, to chciałbym prosić cię o rozstrzygnięcie naszego sporu, który rozgorzał pewnego wie-

czoru  pod  wpływem  dość  sporej  dawki  określonych  substancji,  które  spoŜyte,  bądź  wchłonięte,  wywołały 
burzliwą dyskusję, obejmującą swym zasięgiem zarówno teleologię jak i telewizję. 

Pamiętasz ten program pod tytułem „Fantasy Island" (Wyspa Marzeń)? Myślę, Ŝe tak. To ten po „Statku 

Miłości". A oto moje pytanie: 

Czy Ricardo Montalban (Mr. Roark) miał być Bogiem czy Diabłem? 
Pomyśleliśmy sobie, Ŝe to właśnie Ty w wyjątkowy sposób upowaŜniona jesteś do udzielenia nam odpo-

wiedzi. 

Ja twierdziłem, Ŝe w „Fantasy Island" jest pewien fragment, który niezmiennie jest wycinany— moment, 

w którym Tattoo rozdaje porcje kwasu pasaŜerom wychodzącym z samolotu. Próbowano to ukryć, wstawia-
jąc tam hawajskie dziewczyny, które zakładały kaŜdemu róŜowe i Ŝółte naszyjniki z kwiatów, ale mały Tattoo 
wcisnął się wszędzie i wszyscy i tak otrzymali przepisowe dawki. 

I potem, pod koniec ostatniej części, mieliśmy się chyba przekonać, Ŝe Roark był wcieleniem zła, a wszy-

scy ludzie, którzy go spotkali, skazali swe dusze na wieczne potępienie poprzez uleganie pokusom tego świa-
ta. Ale wtedy, goście z telewizji pomyśleli sobie — hej, a moŜe zamiast tego damy coś z Las Vegas, z panien-
kami  w obcisłych  kostiumach  z  cekinami?  (Komu  się zresztą  coś  takiego podoba?  Nie  sądzę, Ŝebym  chciał 
poznać kogoś, komu podobają się takie kostiumy. Choć w stosunku do Ciebie, Mallory, zrobiłbym wyjątek). 

Ci — którzy — głosili — Ŝe — Roark —jest — Bogiem, twierdzili, iŜ kaŜde ze spotkań było zaplanowane 

jako rodzaj osobistej próby i w ten sposób stawało się manifestacją wymyślonego przez Josepha Campbella 
epickiego modelu poszukiwania własnego raju. 

Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  moim  marzeniem  byłoby  odwiedzić  Wyspę  Marzeń.  Ale  nie  byłby  to  dobry  po-

mysł— wysiadłbym z samolotu i bach, koniec marzeń. Mr. Roark powiedziałby wtedy „Oto marzenia, w ja-
kich teraz Ŝyjesz". I gdzie bym się znalazł? Pokazaliby mnie przez moment na początku i końcu programu. 
Mnie i Jorge Luisa Borgesa (argentyńskiego pisarza surrealistę. Wygląda na to, Ŝe jestem jakimś nadętym 
dupkiem, co? Przepraszam. ChociaŜ to trochę dziwne, przepraszać kobietę, która pozbawiła Ŝycia ponad 75 
osób). 

No więc Mallory, jak mogli zareagować przeciętni Amerykanie na formułę tego programu, skoro zawie-

ra on tak oczywiste odniesienia do narkotyków? Chciałbym chociaŜ raz zobaczyć jak w sekwencji poświęco-
nej marzeniom, kamera podjeŜdŜa bliŜej i pokazuje gościa zaciągającego się gigantycznym skrętem. 

Nieźle to brzmi, co? 
Chad Calley, student II roku w Yale 
*** 
Droga Mallory 
Jesteś wredną, okrutną i godną politowania kreaturą. Tu, w Sigma Phi chcielibyśmy trochę possać Two-

ją gorącą cipkę. Jak się wydostaniesz, to moŜe uda Ci się zajrzeć na jedno z naszych przyjęć „tematycznych". 
„Noc zabijania świnki morskiej" okazała się duŜym sukcesem —przyszło ponad dwieście osób. DuŜą, tłustą 

ś

winkę powiesiliśmy pośrodku duŜego pokoju za tylne nogi i kolejno wbijaliśmy w nią kolce do lodu, a do jej 

pyszczka przystawialiśmy zapalniczkę. Wtykaliśmy teŜ ołówki w jej tyłek, a świnka piszczała jak opętana. W 
całej  zabawie chodziło  o to,  Ŝeby zwierzątko przetrwało  jak  najdłuŜej,  co  w  sumie  trwało  moŜe  sześć  i  pół 
godziny. Dlatego chyba nazywa się je świnkami morskimi. Moja dziewczyna, Tish tak się wczuła w to wszyst-
ko, Ŝe próbowała z całej siły przebić świnkę oczywiście musiałem ją powstrzymywać (jesienią zaczyna stu-
diować prawo — jest podobna do Ciebie). Później połoŜyłem się z Tish na tapczanie i pieprzyliśmy się, a ona 
stwierdziła,  Ŝe  nigdy  się jeszcze  tak  wspaniale  nie  kochała,  jak  przy  dźwiękach umierającego  futrzaka.  Od 
tamtej pory urządziliśmy sobie teŜ „Noc zabijania kociaka", „Noc zabijania szczeniaka" a takŜe „Noc zabi-
jania świnki wietnamskiej" — o rany, ta to się wydzierała! Usłyszała to jakaś panienka ze szkoły weteryna-
ryjnej i wleciała do pokoju z wrzaskiem, Ŝeby przerwać nam zabawę, więc Tish musiała usiąść na jej brzu-
chu. Potem przywiązaliśmy ją do barku i wyglądało na to, Ŝe sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, bo 
dwóch piłkarzy zaczęło ją jakby gwałcić, ale — wierz lub nie — jej się to w końcu spodobało. Skończyło się 
na tym, Ŝe ci dwaj ładowali ją z obu stron niczym jakąś profesjonalistkę. W tym samym czasie Brent, który 

background image

kończy medycynę, wydłubywał śwince oczy (Tak! Ona ciągle Ŝyła! Ciekawe, gdzie była jej mamusia — albo 
czy coś ją to obchodziło?). Mieliśmy teŜ maty problem, który jednak obrócił się na naszą korzyść. Inez, nasza 
dozorczyni, zagroziła, Ŝe poskarŜy się dziekanowi. Ale powiedzieliśmy jej, Ŝeby się zamknęła, bo doniesiemy 
na nią do Urzędu Imigracyjnego. Aby dać jej nauczkę, zaimprowizowaliśmy „Party z torturowaną dozorczy-
nią". Nie, nie zabiliśmy jej — ale jak juŜ napędziliśmy jej stracha, to wszyscy po kolei zaczęli na nią sikać (a 
następnego dnia zwolniła się). 

Później, jak juŜ się pieprzyliśmy, Tish wyznała mi, jak bardzo chciała ją zabić — stwierdziła, Ŝe po czymś 

takim cudownie byłoby się trochę po-pierdolić. Nie wiem, bo nigdy nikogo nie zabiłem. Czasami wydaje mi 
się,  Ŝe  miałbym  ochotę,  ale  byłby  z  tego  za  duŜy  kanał  gdybym  wpadł  Mam  rok  do  skończenia  studiów,  a 
potem jeszcze trzy lata szkoły biznesu, więc nie chcę ryzykować Ŝadnych długoterminowych spraw. Słyszałem 
o  róŜnych  miejscach  w  Tajlandii,  gdzie  moŜna  kupić sobie  kogoś do zabicia  (zwykle  jest to jakiś  małoletni 
obdartus  płci  męskiej  lub  Ŝeńskiej,  który  musi  wyŜywić  swoją  rodzinę).  Byłaby  niezła  zabawa.  MoŜe  poje-
dziemy tam podczas naszego miesiąca miodowego? Tish zawsze mówi, Ŝe przemoc, to najprawdziwszy duch 
Matki  Natury.  Markiz  de  Sade  twierdził,  ze  okrucieństwo  jest  czymś  absolutnie  naturalnym.  Jesteśmy  więc 
chyba  ekologami,  co?  A  Ty  i  Mickey  jesteście  naszymi  pogańskimi  boŜkami.  Gdybyśmy  z  Tish  nie  byli  tak 
daleko z naszymi studiami, to robilibyśmy to samo, co Wy. Zabijcie tam parę sztuk za nas! 

Josh G. Stanford University Palo Alto, Kalifornia 
*** 
Pani Mallory Knox 
W imieniu przedsiębiorstwa Interpacific Product Company Ltd., jesteśmy upowaŜnieni do zaproponowa-

nia  Pani  15  tysięcy  dolarów  za  prawo  do  wykorzystania  jej  sylwetki  i  podobizny  jako  wzoru  do  produkcji 
dziecięcych zabawek, np. 

(1) Pluszowa lalka Mallory Knox „do ściskania", 30 centymetrów 
(2) Pudełko na lunch i termos „Mallory Knox" 
(3) SpręŜynowy grzebień „Mallory Knox" 
(4)  Nalepki na rower „Mallory Knox" 
Prosimy o konsultację 
Galen Eng (numer faksu załączony) 
*** 
Droga Mallory 
W magazynie „Spin"przeczytałam, Ŝe nie wolno Ci mieć nawet ołówka, więc chcę Ci powiedzieć, Ŝe nic 

się nie stało, Ŝe nie odpisałaś. Odpisałabyś, gdybyś mogła. 

No więc zaczęłam chodzić z Garrettem (ten gość ze spluwą) i okazuje się, Ŝe on jest jeszcze bardziej su-

per niŜ myślałam. W głębi serca, tak naprawdę, to on jest „pluszowym misiem". Zakłada tylko tę „maskę" 
dupka, Ŝeby ludzie trzymali się od niego z daleka, poniewaŜ obawia się, Ŝe jeśli ktoś podejdzie zbyt blisko, to 
moŜe  temu  komuś  zrobić  coś  złego.  Parę  miesięcy  temu  Sassy  ułoŜył  całą  teorię,  tak  Ŝe  teraz  wszystko  ma 
sens. 

I  tak,  dosyć  zabawnie,  od ostatniego razu  moje  Ŝycie  staje  się  coraz  fajniejsze. Ma  w tym z  pewnością 

swój  udział  jakaś  psychiczna  więź  pomiędzy  nami,  Twoje  rady  docierają  do  mnie,  nawet  jeśli  nie  zdajesz 
sobie z tego sprawy. Garrett stanowił niewątpliwie właściwy wybór. 

Tak więc dam Ci znać, kiedy zabiję moich rodziców. Ćwiczę teraz, Ŝeby mieć dobre oko, tak Ŝe nie po-

trwa to zbyt długo. 

Sara Wu Newhall, Kalifornia 
*** 
Mallory 
Na razie nie znasz mnie, ale przysłano mnie, abym Ci pomógł. 
Początkowo  myślałem,  Ŝe  będzie  odwrotnie,  poniewaŜ  Ty  i  Mickey  pomogliście  mi  przejrzeć  na  oczy, 

wtedy, w „WieŜy StraŜniczej". Ale teraz wiem, Ŝe była to tylko część jakiegoś większego planu. Trudno wy-
obrazić sobie, jak daleko sięga ta sieć, albo jak mocne są te nici, które trzymają nas razem. Zaufaj mi — gdy 
nadejdzie czas, będę we właściwym miejscu. 

Owen 
 

background image

Po  śmierci  naczelnika  więzienia,  Dwighta  McClusky'ego,  w  jego  biurze  znaleziono  ponad  1100  nie 

otwartych i nie przeczytanych listów, zaadresowanych do Mallory Knox. Podczas pobytu w więzieniu Sta-
teville, Mallory oficjalnie otrzymała jedynie cztery przesyłki: dwa czasopisma i dwa rachunki. 

 

13 

Zgromadzonym w więzieniu Batongaville i trawiącym tam czas wyrzutkom, odmieńcom i potępieńcom, 

nastrój miejsca dyktowały nieodmiennie agresywne odgłosy muzyki gangsta rap. Regularne, niczym uderze-
nia serca, dźwięki docierały do najgłębszych wnętrzności, mieszając jednocześnie swe nikczemne jestestwo 
z potem, strachem i prymitywną wściekłością, które trzęsły całym budynkiem więzienia wraz z jego posa-
dami. 

To właśnie owa natarczywa muzyka stanowiła ścieŜkę dźwiękową do skąpanej w nudzie atmosfery tego 

więzienia, do rozciągających się pod cięŜarem trudnych do zniesienia godzin, minut i sekund, których nie-
przerwany  strumień  wyznaczał  przemijanie  kolejnych  dni.  Dzięki  muzyce,  mroczna  natura  ludzkiej  duszy 
mogła przemówić własnym głosem — tę mroczną naturę, prawomyślne społeczeństwo zawczasu odgrodziło 
od  siebie  ścianami  kolczastego  drutu  i  szeregami  uzbrojonych  straŜników.  Tak,  jakby  chciało  zaprzeczyć 
istnieniu mocy, jaką wyzwalały jej własne, najbardziej prymitywne zachowania. 

Batongavllle nie dawało Ŝadnej szansy ucieczki. 
Dwudziestodwuletni  straŜnik,  Shawn  Devlin  nosił  krzyŜyk  na  szyi.  Przemierzając  więzienne  korytarze 

doznawał często sprzecznych odczuć jeśli chodzi o wiarę w Boga. Nie miał jednak ochoty brać pod uwagę 
swego błędu i skazywać się na nieskończone męki ogni piekielnych (nie przypuszczał zresztą, Ŝe owe męki 
mogłyby  być  czymś  gorszym  niŜ  spędzony  w  Batongaville  dowolny  okres  czasu).  Ale  pieniądze,  które 
otrzymywał  były  nienajgorsze,  godziny  pracy  rozsądne,  a  dla  faceta  o  wzroście  ponad  190  centymetrów  i 
wadze prawie 120 kilogramów, który dodatkowo lubił pograć sobie w piłkę, takie zajęcie nie było specjalnie 
wymagające. Z drugiej strony, powierzone mu zadanie eskortowania tego słynnego Wayne'a Gale'a z telewi-
zji (który od momentu przybycia do Batongaville, zachowywał się jakby wylądował na swej nowej posiadło-

ś

ci), było chyba najdziwniejsza rzeczą, o jaką kiedykolwiek go poproszono. 

O  piątej  nad  ranem  pod  więzienie  zajechał  ogromny  konwój  półcięŜarówek,  ale  przeprowadzenie  wy-

wiadu odłoŜono na wieczór, po zakończeniu meczu Superbowl. Shawn postawił na Buffalo, choć wiedział, 

Ŝ

e najprawdopodobniej wygra Dallas; do tego stopnia nie znosił druŜyny Cowboys. śałował teŜ, Ŝe nie bę-

dzie mógł pobiegać trochę z kolesiami za piłką, wypić kilku piw i powydzierać się na druŜynę z Buffalo za 
to, Ŝe okazali się takimi tyłkami I oddali prowadzenie juŜ w pierwszej kwarcie, co zresztą prawdopodobnie 
nastąpi.  Shawn  pomyślał  jednak,  Ŝe  oglądanie  tego  małego  natręta  rozmawiającego  na  Ŝywo  z  Mickeyem 
Knoxem da mu na następne kilka lat temat do niezliczonych rozmów z kobietami, które będzie miał okazje 
spotykać w barach. 

Gdy przyjmował to zadanie, nie miał najmniejszego pojęcia, w jak burzliwą historię się wplątuje. 
Eskortując ekipę, podąŜającą centralnym korytarzem ku sali odwiedzin, czyli tam, gdzie miało odbyć się 

„odkrycie kart", jak określał to Wayne, Shawn otrzymał notatkę od producentkł programu Wayne'a, Julie, u 
której  szybko  zdołał  rozpoznać  wrodzony  brak  języka.  Julie  zabrała  się  do  wypisywania  liścików  swoim 
przeraźliwie nieczytelnym charakterem i podsuwała je Shawnowi gdy tylko chciała się czegoś dowiedzieć. 

„Czy to miejsce jest niebezpieczne dla kobiet?" — zasięgnęła informacji. 
Przez  moment  Shawn  pomyślał  o  Helen  0'Halloran,  którą  znał  z  kościoła  Baptystów  w  Joliet,  a  która 

przywędrowała do Batongavllle w przypływie ekstatycznych wizji. Duch Święty przysłał ją tu z misją odku-
pienia, by mogła uratować te najbardziej zbłąkane, grzeszne duszyczki. Ale to, co pewnej niedzieli ujrzała w 
Batongaville,  w  korytarzu  odchodzącym  od  skrzydła  B,  przypominało  jedną  z  przepowiedni  Apokalipsy. 
Gdy przez  moment znalazła się sama, momentalnie stała się ofiarą zbiorowego gwałtu, jaki urządzili sobie 
na niej ci sami grzesznicy, których przyszła tu nawracać. 

W opinii Shawna, Bóg odwróciłby się od Batongaville nawet gdyby znalazły się tam jakieś anioły. Nie 

chciał jednak zbytnio przeraŜać dziewczyny. 

— Tak samo niebezpieczne dla kobiet jak dla kaŜdej innej osoby — odparł. 
W powietrzu czuć było obrzydliwy smród, było to jednak normalne zjawisko, występujące Ilekroć „ska-

ziki", jak pieszczotliwie nazywał skazanych Devlin (przynajmniej w dobrym towarzystwie), dostawały amo-
ku  („skaziki"  z  kolei  nazywały  straŜników  „policjantami"  nie  czyniąc  tym  samym  Ŝadnego  rozróŜnienia 

background image

wśród umundurowanych gnojków). Ostatnio miał miejsce wypadek pobicia kliku straŜników, stąd naczelnik 
McCIusky pozamykał wszystkie cele na cztery spusty. Nie było jednak nikogo, kto regularnie opróŜniałby 
pojemniki  na  śmieci.  W  pozbawionym  wentylacji  więzieniu,  powietrze  było  parne  i  duszne  nawet  zimą,  a 
personel  przesiadywał  w  korytarzach,  pokrywając  się  z  wolna  pleśnią.  Teraz  „skaziki"  znajdowały  się  na 
zewnątrz,  wszelkie  śmieci  w  obawie  przed  wszystko  widzącym  okiem  kamery  wywoŜono,  ale  zaduch 
utrzymywał się w dalszym ciągu. Później, maszerując juŜ korytarzem, więźniowie albo spoglądali spode łba 
na członków ekipy TV, albo podchodzili do nich wdając się w pogawędki o dupie Maryni. Devlin Ŝyczyłby 
sobie jednak, by cała ta banda jak najszybciej znalazła się pod kluczem — w celach, przestępcy naprawdę 
sprawiali o wiele mniej kłopotu. Z czasem Shawn uodpornił się na te wszystkie wyssane z palca historyjki, w 
wymyślaniu których „skaziki" wręcz celowały. Chętnie mógł ich wysłuchiwać jedynie jakiś dobroczyńca z 
zewnątrz — dowiadywał się wówczas o tym, jak jeden więzień został niesprawiedliwie pozbawiony wolno-

ś

ci, a Innemu odmówiono prawa do naleŜytego procesu. Shawn czasem zastanawiał się, dlaczego znajduje 

się tu tak wielu Murzynów strzeŜonych przez białych i jak czułby się gdyby role kiedyś się odwróciły. Starał 
się nie myśleć jednak o tym zbyt często. 

— Powiedz mi jedną rzecz. MoŜesz mi powiedzieć Shane, prawda? — zagadnął Wayne. 
— Devlin. Po prostu Devlin. 
— Dobra, powiedz mi Devlin — czy przybycie Mickeya Knoxa miało jakiś wpływ na nastroje tutejszej 

zbiorowości? Wiesz, mordowanie straŜników, więźniów i w ogóle. Z punktu widzenia kogoś, kto tu pracuje. 

Devlin  wzruszył  ramionami  i  odparł,  Ŝe  nie,  raczej  nie.  Ale  gdyby  miał  być  szczery,  gdyby  sądził,  Ŝe 

Wayne'owi moŜna zaufać, powiedziałby, Ŝe odkąd Mickey zawitał do Batongaville, zaczął obawiać się cze-
goś  bliŜej  nieokreślonego.  W  więzieniu  panowały  nastroje  rewolucyjne.  MoŜna  było  to  wręcz  wyczuć  w 
powietrzu — czasem było ono gorące i przypominało falę niepokoju i zmęczenia, które dosięgają człowieka 
jeszcze  zanim  pojawi  się  u  niego  uczucie  strachu,  a  czasem  zimne  jak  lodowe  palce  dotykające  czyjegoś 
grzbietu. Wszyscy nagłe przestają rozmawiać, a zaczynają nasłuchiwać, bo TO moŜe nadejść w kaŜdej chwi-
li  i  z  kaŜdej  strony.  Wszechobecna  cisza  pogłębiała  nastrój  niesamowitości.  W  warunkach  więziennej  rze-
czywistości cisza jest niebezpiecznym zjawiskiem; to cisza przed burzą. 

Przyjazd tego „domu wariatów na kółkach" gwarantował pogorszenie sytuacji. Devlin nie miał pojęcia, 

dlaczego McCIusky wpuścił tu tego gościa i jego kompanów — w więzieniu wrzało jak w ulu, a ci rządzili 
się tu jak u siebie. Nie miał pojęcia dlaczego naczelnik pozwolił wjechać na teren zakładu karnego furgonet-
ce pełnej sprzętu i ludzi i wyładować jej zawartość, jeszcze bardziej podgrzewając ogólny nastrój podniece-
nia. Ojciec Shawna nie pracował juŜ w Departamencie Więziennictwa, ale jego wuj, Vernon, nadal był pra-
cownikiem Batongaville. Lubił powtarzać, Ŝe "niewaŜne, jak bardzo sytuacja moŜe się pogorszyć; nigdy nie 
będzie  tak,  jak  podczas  zamieszek  w  roku  1975".  Odradzał  Shawnowi  wszelką  obawę,  uspokajał  go,  mó-
wiąc,  Ŝe  Knoxowie  wkrótce  znajdą  się  w  innym  więzieniu  i  Ŝe  z  czasem  sytuacja  wróci  do  normy.  Ale 
Shawn nie pytał go o to. A Vernon — niby przypadkowo — wybrał się na półtora tygodnia z wędką do Ko-
lorado. 

—Postawmy sprawę jasno — podjął Wayne. 
—Chcę wiedzieć wszystko, co tylko moŜliwe o BatongaviHe. 
To  ostatnie  słówko  wyartykułował  z  niemal  lubieŜnym  zachwytem.  Podobało  mu  się  jego  brzmienie, 

więc powtórzył je kilka razy. 

—Batonga, Batonga, Batongaville. Opowiedz mi o tym miejscu. O jego... jego... — odwrócił się w stro-

nę Julie oczekując wsparcia. Pomoc nadeszła natychmiast. — No właśnie, o jego Duchu. Duchu tego wię-
zienia.  Muszę  wiedzieć,  jak  to  jest—być  pozbawionym  wolności,  z  duszą  zgruchotaną  przez  okrutne  koła 
amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. 

Wayne rozpędził się na dobre, błądząc w meandrach swego krasomówstwa. Shawn nie pamiętał jednak 

dalszego ciągu, jako Ŝe odbierał właśnie rozkazy przesyłane mu za pomocą krótkofalówki —jego przełoŜony 
nakazywał mu pozostanie wraz z ekipą w holu budynku. 

—Dlaczego się zatrzymujemy? — zapytał, pełen najróŜniejszych przeczuć Wayne. — Czy coś jest nie 

tak? Coś ukrywasz przed nami? Coś, czego nie powinniśmy zobaczyć, tak? 

Nie, wyjaśniał Shawn, to tylko więźniowie z AO, którzy idą do jadalni i nikomu nie wolno się z nimi po-

rozumiewać. 

Julie błyskawicznie wyjęła długopis i z furią zaczęła coś wypisywać, ale Wayne okazał się szybszy. 

background image

— AO? Co to jest? Czy to są więźniowie polityczni? Przebywający w odosobnieniu? Czy to administra-

cja zabrania im kontaktów z prasą? — niecierpliwie dopytywał się Wayne. Oczyma duszy wpasowywał ten 
motyw do wcześniej zaplanowanego wywiadu. 

— Nie — odparł Shawn. — AO oznacza „Areszt z Ochroną". To głównie drobni przestępcy, którzy mo-

gliby paść ofiarą więziennego ogółu, a takŜe starsi goście nie mający ochoty mieszać się z bandziorami, któ-
rzy nieformalnie trzęsą więziennymi blokami. 

— To znaczy, Ŝe oni są w tej grupie, poniewaŜ tego chcą, tak? — zawołał z niedowierzaniem Wayne. — 

Niesamowite.  Musisz  mi  o  tym  opowiedzieć  więcej  —  domagał  się,  nie  oczekując  jednak  odpowiedzi. 
Wchodzili właśnie w gigantyczne pięciopiętrowe skrzydło B. 

Było  to  najdłuŜsze  w  kraju  więzienie  typu  korytarzowego.  Dosyć  obrzydliwe  miejsce;  przebywali  tam 

głównie  starsi  i  co  bardziej  zatwardziali  osobnicy.  Gwałtowne  wybuchy  niepokoju  nie  zdarzały  się  tu  tak 
często jak w rotundzie, gdzie znajdowała się cała masa młodych i gniewnych łobuzów, ale jeśli dochodziło 
juŜ do awantury, to w rezultacie zawsze wywoŜono kogoś nogami do przodu. 

— Za co ten tu siedzi? A ten? A ten? — dopraszał się szczegółów Wayne. — O BoŜe, podoba mi się tu. 

To wszystko jest takie ... takie ... prawdziwe. 

Shawn zmienił się więc w więziennego przewodnika. 
CELA  NR  2543:  Raymond  Sojack.  56  lat,  jeden  z  bardzo  niewielu  białych  w  skrzydle  B.  Skazany  w 

styczniu 1993 za zamordowanie noŜem swojej Ŝony i dwójki dzieci na przedmieściach Chicago. Księgowy, 
którego największym w Ŝyciu majątkiem była chyba karta parkingowa. Jego prośba o uznanie go niepoczy-
talnym  z  powodu  nadmiernych  obciąŜeń  natury  ekonomicznej  została  odrzucona  przez  ławę  przysięgłych. 
Od momentu przybycia do Batongaville, Raymond odnalazł Boga i wyraził Ŝal za swoje grzechy. Poświęcił 
duŜo czasu pomagając więziennemu kapelanowi, co pozwoliło mu na dodatkowe przywileje, niedostępne dla 
innych więźniów. Devlin wyraŜał się o nim dosyć sceptycznie, ale w końcu co go to obchodziło. 

CELA  NR  2544:  Big  Al  Forrester.  Drugi  w  hierarchii  członków  największego  gangu  w  kraju.  Prawie 

dwa metry wzrostu, uszkodził wagę w gabinecie lekarskim, która była w stanie waŜyć do 140 kilogramów. 
Nikt nie dowiedział się, ile waŜy naprawdę. Gdy w skrzydle B pojawili się nowi goście, którzy dodatkowo 
spodobali się Alowi, jego „przyboczny", Dave „Mad Dog" MacMillan zapraszał klienta na spotkanie z Alem 
w  jego  celi  —  zaraz  przed  wieczornym  zamknięciem.  Dlaczego  warto  iść?  Al  poczęstuje  cię  taką  ilością 
„medykamentów",  Ŝe  prawdopodobnie  nie  będziesz  w  stanie  niczego  odczuwać.  Dlaczego  nie  warto  iść? 
Skończysz z połamanymi gnatami. Big Al lubował się w bolesnych i rozległych złamaniach — zwykle kości 
bioder.  Porada  „Mad  Doga"  dla  potencjalnych  ofiar Big  Ala:  „powinieneś  ładnie  pachnieć i  mieć  na sobie 
coś ozdobnego". 

CELA NR 2545: „Slim" Acosta. 16 lat, ale nie wygląda na więcej jak 12. Skazany za strzelanie i zamor-

dowanie innego  nastolatka  w  celu  zdobycia jego  kurtki.  Do  Batongaville  przybył  bez  Ŝadnych  powiązań  z 
gangami, które uchroniłyby go przed staniem się „poŜywką" dla Big Ala lub teŜ kogokolwiek, kto miałby na 
niego  ochotę.  „Takiego  gościa  moŜesz  znaleźć  któregoś  dnia  zwisającego  na  prześcieradle  pod  sufitem", 
dopełnił prezentacji Devlin. 

CELA  NR  2556:  Devlin  określił  tego  „pensjonariusza"  mianem  Chester-Molester.  Po  raz  pierwszy  i 

ostatni zapytał więźnia co takiego zrobił, Ŝe tu wylądował. „Moja praca jest znacznie łatwiejsza, gdy po pro-
stu niczego nie wiem" — wyjaśnił potem. 

CELA NR 2558: Owen Traft. Na pewno nie był to typ, jakich zwykle spotyka się w Batongaville. Zbyt 

przeciętny. Devlin pamiętał, Ŝe gdy Wayne przechodził obok celi, Owen wstał, chwycił za kraty i zawołał— 
„Ty jesteś Wayne Gale! To wszystko nie jest chyba tak prawdziwe jak w telewizji, co, panie Gale?" Devlin 
pomyślał, Ŝe był to Ŝart czy coś w tym rodzaju, ale jeśli rzeczywiście był to Ŝart, to nie wyglądało na to, Ŝe 
facet się na nim poznał. Skomentował go bez cienia uśmiechu na twarzy. Devlin poczuł nieprzyjemny skurcz 

Ŝ

ołądka. 

Do  beztrosko  przemierzającego  więzienne  korytarze  Wayne'a  nie  dotarło  jednak  ani  jedno  słowo  — 

rozmawiał bowiem przez swój telefon komórkowy, który o mały włos zostałby mu najzwyczajniej w świecie 
odebrany przy bramie. Ekipie w zasadzie nie pozwolono na wejście na teren zakładu karnego, ale straŜnicy, 
do których naleŜało sprawdzenie wnoszonego sprzętu byli akurat czymś bardzo zajęci. Producent filmowy, 
Don  Murphy,  rozkładał  więc  aparaturę rodem  z  Hollywood  domagając  się  widzenia  z  Mickeyem  Knoxem 
zanim zostaną wypatroszone jego półkule mózgowe i nie będzie w stanie podpisać kontraktu na przeniesie-

background image

nie  praw  do  sfabularyzowania jego  Ŝyciorysu.  Wayne  nie  przyjmował  do  wiadomości  pozycji  Murphy'ego 
jako najlepszego fachowca (największego gnoja) w Hollywood. Chętnie przy tym wyzwałby go na pojedy-
nek za to, Ŝe ten ośmielił się wkroczyć na jego grunt, postanowił to jednak odłoŜyć do następnego razu — 
kiedy  to  dorwie  Murphy'ego  nad  półmiskiem jego  ulubionych  ostryg.  Na  razie  dziękował  Bogu  i Murphy-
'emu za okazję do przemycenia swojego komórkowca. 

Gdy  w  skrzydle  B  Wayne mijał  celę  Owena Trafta, Devlin  zauwaŜył,  Ŝe  gwiazda TV była  zbyt  zajęta 

rozmową  ze  swoją  dziewczyną  by  coś  w  ogóle  zauwaŜyć.  Ming  nie  była  specjalnie  zachwycona  ostatnim 
prezentem Wayne'a i chciała go wymienić. 

— Wymienić? To jest bransoletka od Tiffany'ego, a nie bilet lotniczy — krzyczał podenerwowany Way-

ne. 

Gdyby telefon nie absorbował go aŜ tak bardzo, Wayne zwróciłby być moŜe uwagę, Ŝe więźniem, który 

z nieprzytomnym wręcz uporem podąŜał za nim, był Owen Traft. Ten sam Owen Traft, który swego czasu 
przysporzył  dodatkowej  widowni  największej  konkurentce  Wayne'a,  Oprah  Winfrey.  Incydent  sprawił,  Ŝe 
Wayne  miał  ochotę  na  miesiąc  zanurzyć  się  po  uszy  w  wielkiej  butli  Prozaku  —  z  pewnością  wylazłby  z 
wściekłości ze skóry gdyby tylko uświadomił sobie, kim jest ów Owen. Ale nasz bohater nie naleŜał do osób 

ś

wiadomych w stu procentach tego, co się wokół nich dzieje; nie zdał sobie teŜ sprawy, Ŝe nieprzypadkowo 

wszyscy razem znaleźli się jednocześnie tu, w Batongaville. 

Tematem dnia były wtedy „kobiety, które kochają zbyt mocno". Był to stary slogan, przyciągający gości 

i róŜnego rodzaju specjalistów, którzy jednak sami nie byli w stanie wypełnić całego programu. Wybrzmie-
wała  właśnie  muzyczna  czołówka,  gdy  na  scenie  pojawiła  się  Oprah  Winfrey,  a  kamera  omiatała  swym 
obiektywem radosne twarze widzów, klaszczących głównie dla samego klaskania — przypominało to odgło-
sy morskich fal przeciskających się przez nadbrzeŜne skały. Jak zwykle, oklaski trwały około dwunastu se-
kund, po czym gospodyni programu zadała pierwsze pytanie: „Drogie panie, czy kiedykolwiek zastanawia-
łyście się nad tym, czy nie kochacie swych męŜów za bardzo? Dziś porozmawiamy o tym z trzema kobieta-
mi, które wobec swoich męŜczyzn zastosowały miłosną dietę, a takŜe dowiemy się od ekspertów, jak powie-
dzieć ukochanemu, Ŝe traktujemy go lepiej niŜ na to zasługuje. Rozumiemy, w czym rzecz, moje panie?" 

Kobiety  na  widowni  podniosły  radosną  wrzawę,  kilka  domowych  gospodyń  w  bawełnianych  bluzach 

uniosło ręce do góry niczym jakieś wyleniałe wodzirejki. WciąŜ świecił się napis OKLASKI. „Powiem wam 
coś — dziś program tylko dla pań! Zgadza się?" Oprah z kamiennym wyrazem twarzy obróciła się ku kame-
rze: „Dziewczyny, przysuńcie teraz wasze fotele bliŜej telewizorów, mamy wiele spraw do obgadania." 

Po  czterech  konkursach,  którym  towarzyszyły  nieustanne  okrzyki  zawodników  i  publiczności,  trzech 

łzawych wyznaniach i dwóch przerwach na reklamy, Oprah rozpoczęła część poświęconą pytaniom i odpo-
wiedziom. Owen rozpoznał dwie pierwsze kobiety, które widział juŜ wśród publiczności w dwóch czy trzech 
poprzednich programach. „Mają wyjątkowe zaufanie do amatorów", pomyślał. 

Przez cały czas Owen trzymał w górze obie ręce, ale Oprah konsekwentnie udzielała głosu tylko kobie-

tom, które stały i jak szalone machały ramionami chcąc wyrazić swą opinię na temat kolejnych wypowiedzi 
gościa programu. 

I  nagle,  bardzo  niewyraźnie,  zaczął  docierać  do  niego  odgłos:  pulsujące  dźwięki,  głębokie  i  trudne  do 

uchwycenia, niczym kotły w odległej sali koncertowej. W miarę przybliŜania się, dudnienie stawało się sły-
szalne, a dźwięk przypominający szelest miotły po podłodze, następujący przed i po kolejnych uderzeniach, 
głośniejszy. Słyszał teŜ dźwięk bardzo wysoki. A raczej echo tego dźwięku. Przecierając oczy, Owen spoj-
rzał przed siebie widząc o wiele wyraźniej niŜ kiedykolwiek przedtem źródło tych odgłosów. 

Pośrodku  sceny  zwisała  świetlista  kula,  bez  przeszkód  poruszająca  się  po  przestrzeni  studia.  Źródłem 

pulsowania był oślepiający blask reflektora obracającego się wokół siebie o 360 stopni. Owen rozejrzał się, 
ale nikt poza nim nie dostrzegał tego  zjawiska. Banda ślepych idiotów — pojawia się WieŜa, a oni jej nie 
widzą. 

Gdy Oprah odwróciła się, Owen uniósł rękę. Dostrzegła go kątem oka i, cofnąwszy się nieco, podeszła 

do niego. Gdy wstawał, uniosła rękę kaŜąc mu poczekać aŜ skończy jego przedmówca. Stojąc w odległości 
dosłownie  kilkunastu  centymetrów,  Owen  poczuł  zapach  jej  perfum  i  lakieru  do  włosów.  Gdy  widzowie 
zaczęli wyraŜać swą dezaprobatę w stosunku do tego, co właśnie usłyszeli, Oprah przystawiła mikrofon do 
twarzy  Owena,  kiwnięciem  głowy  pozwalając  mu  na  zadanie  pytania.  Do  organizmu  trafiła  nowa  dawka 
adrenaliny. 

background image

— Ehe ... ja mam jedno py-py-pytanie. 
— Słucham. 
Gdy Owen obserwował wirujące światło, wydało mu się, Ŝe czas się wydłuŜa. Dodatkowe sekundy dały 

mu moŜliwość obejrzenia się w monitorze; studyjne reflektory eksponowały jego rzednącą fryzurę. Miał teŜ 
mnóstwo czasu na sięgnięcie do kieszeni marynarki i chwycenie tego, co naleŜało chwycić. Wreszcie zdąŜył 
teŜ wyrazić swą kwestię. 

Chciałbym tylko dowiedzieć się — zaczął — czy śmierć jest bolesna. 
Z  kieszeni  wyciągnął  niewielki,  srebrzysty  pistolet,  zaopatrzony  w  niewielkie,  srebrzyste  naboje.  Pod-

niósł go na wysokość ramienia, wycelował w siedzącą najdalej na lewo parę i strzelił. 

Przypominało to uŜycie pilota. Tylko, Ŝe było znacznie głośniejsze. Uczestnicy programu, jeden za dru-

gim, pochylali się na swych krzesłach do przodu bądź do tyłu, uderzając się w głowę lub w klatkę piersiową. 
Jak na człowieka, który nigdy w Ŝyciu nie strzelał z broni palnej, strzał Owena był zaskakująco brzemienny 
w skutki. Nieludzki, jak określił go potem jeden z detektywów. 

Na  widowni  uformowało  się  kółko,  podobne  do  tego,  jakie  powstaje  po  wrzuceniu  kamyka  do  wody. 

Ludzie chcieli nagłe znaleźć się jak najdalej od Owena — matki i córki, tratując się nawzajem, pchały się ku 
przejściom  między  siedzeniami.  Było  to  jednak  zbyteczne  —  po  wystrzeleniu  wszystkich  czterech  naboi, 
Owen  próbował  przekazać  wciąŜ  dymiący  pistolet  Oprze  Winfrey,  która  upadła  na  podłogę  i  pośpiesznie 
starała się przedostać po schodach w górę widowni. 

Gdy tłum szturmował drzwi, Owen spokojnie usiadł na krześle i czekał na policję. Nie stawiał Ŝadnego 

oporu,  gdy  przyciskali  mu  twarz  do  podłogi  i  skuwali  na  plecach ręce  kajdankami  tak  ciasnymi,  Ŝe  dłonie 
szybko pozbawione zostały dopływu krwi. Mogli go bić, kopać, pluć mu w twarz, ale on nie przeciwstawiłby 
się w Ŝaden sposób. Starałby się raczej w jak najlepszej formie dotrwać do momentu, w którym przyzna się 
do winy. 

Sprawiedliwości szybko stało się zadość i w ciągu miesiąca Owen Traft znalazł się tam, gdzie chciał się 

znaleźć — w Batongaville. Obecnym domu Mickeya Knoxa. A teraz, co najwaŜniejsze, była tu teŜ Mallory 
Knox,  przynajmniej  na  ten  wieczór,  i  aŜ  do  następnego  dnia,  kiedy  to  oboje  zostaną  wysłani  do  Nystrom 
Asylum,  ośrodka  zwanego  „Zatoką  Lobotomiczną". Gdy  Owen  obserwował  znikającego  w  głębi  korytarza 
Wayne'a,  był  pewien,  Ŝe  wszystkie  elementy  tej  historii  skupiają  się  właśnie  tu,  w  Batongaville.  Wraz  z 
Wayne'em i jego załogą więzienne bramy przekroczyło teŜ coś, co moŜna było wyczuć juŜ wszędzie. Cichy i 
trudny  do  opisania  niepokój,  elektryczny  prąd  oczekiwania,  który  promieniował  ze  wszystkich  korytarzy. 
Owen nie wiedział, jaką rolę wyznaczył  mu los, gdy  po raz pierwszy usłyszał  głosy nakazujące mu rzucić 
pracę, pojechać do Chicago i kupić tam broń. Na razie nie zawiódł się i słyszał je w swych myślach, choć nie 
było jeszcze zbyt jasne, co do niego mówiły. 

To, co miało nadejść, nadchodziło bardzo szybko. 
 

14 

W tym samym czasie, gdy ekipa Wayne'a Gale'a instalowała się w Batongaville, samolot Katherine Gin-

niss lądował w Albuquerque w Nowym Meksyku. 

Podczas ostatnich 12 miesięcy, jakie upłynęły od ujęcia Mickeya i Mallory, Katherine Ginniss przeczy-

tała chyba wszystko, co zostało na ich temat napisane i to z dokładnością, z jaką w Quantico bada się zwykle 
zawartość  kartotek.  Była  to  zresztą  część  jej  manii  „całościowego  podejścia  do  statystyki",  twierdził  Dan, 
chirurg-ortopeda, z którym Katherine widywała się raz po raz. Do pewnego stopnia jego diagnoza była traf-
na.  Kathy  była  kobietą,  która  ułoŜywszy  puzzle'a  przyklejała  go  do  kartonu,  po  czym  zamykała  dzieło  w 
jakimś ustronnym miejscu. 

Prawdę powiedziawszy, nie była do końca przekonana, Ŝe wszystkie elementy układanki z Mickeyem i 

Mallory pasują do siebie jak naleŜy. Nie moŜna było co prawda odrzucić kluczowej kwestii całej sprawy — 
ofiarą Knoxów padło co najmniej pięćdziesiąt osób — tu i ówdzie znajdowały się jednak pojedyncze ogni-
wa, które inni w trakcie śledztwa mieli ochotę po prostu pominąć. Wyciągano wówczas wnioski, upychając 
je na siłę tam, gdzie zupełnie nie pasowały. Jako doktor psychologii kryminalnej, Katherine nie była skłonna 
do tego rodzaju domysłów. Coś jednak w tym wszystkim nie grało. 

W  Albuquerque  wynajęła samochód  i  pojechała  do Gallup,  zanim  słońce  wstało  na  firmamencie.  Była 

niedziela, pora nietypowa jak na oficjalne spotkanie z koronerem hrabstwa Gallup, ale Katherine poświęciła 

background image

na to swój własny czas. A takŜe swoje własne pieniądze. Na miejsce zajechała po paru godzinach, kiedy to 
niebo nabierało jasno-błękitnych barw nowomeksykańskiego południa. 

Earl Johnson wzorowo pełnił obowiązki koronera i eksperta medycznego w Gallup, działając głównie w 

pojedynkę. Wyjątkiem były wypadki w rodzaju kraksy trzech samochodów, z których jeden lądował na dru-
gim,  czy  poŜar  hotelu  dla  pielęgniarek.  Gdy  Katherine  zadzwoniła  do  niego  z  Waszyngtonu,  Johnson  nie 
przejawił zbyt wielkiego entuzjazmu. A dokładniej rzecz biorąc, był wrogiem tego pomysłu. 

— Mam nadzieję, Ŝe nie będzie panu przeszkadzało, jeśli nagram naszą rozmowę — spytała Kathy, włą-

czając magnetofon. — W naszej firmie to standardowa procedura. 

— Nie, w porządku — odparł Earl. 
GINNISS: Próba mikrofonu, raz, dwa, trzy. Katherine Ginniss rozmawia z Earlem Johnsonem, eksper-

tem medycznym, w jego domu w Gallup, Nowy Meksyk. Godzina 14.30. 

JOHNSON: TeŜ uŜywam czegoś takiego. Sony? 
GINNISS: Panasonic. Przy autopsjach, co? 
JOHNSON: TeŜ. I piszę ksiąŜkę. 
GINNISS: Chyba nie o Mickeyu i Mallory? 
JOHNSON: Proza. O ekspercie medycznym z małego miasta, który rozpracowuje morderstwa, z którymi 

nikt inny nie daje sobie rady. 

GINNISS: Tak jak w tym programie Quincy. 
JOHNSON: Nie bardzo. Proszę, oto coś, co moŜe się pani przydać. 
GINNISS: Czy to wszystko, co ma pan na temat Hailey Robbins? 
JOHNSON: Tylko to będzie pani potrzebne. 
GINNISS: To nie jest odpowiedź na moje pytanie. 
JOHNSON: Przykro mi. 
GINNISS: Czy będę mogła zobaczyć inne materiały? 
JOHNSON: To, co jest pani potrzebne, znajduje się tutaj. 
GINNISS: Powiedzmy, Ŝe zadowolę się tą odpowiedzią. 
JOHNSON: Jestem pewien, Ŝe pomyśli pani równieŜ nad następnymi pytaniami. 
GINNISS: Panie Johnson — doktorze Johnson — nie chcę, by pomyślał pan, Ŝe odbywa się tu śledztwo 

przeciw panu, bo tak nie jest. Przyjechałam do pana, poniewaŜ stwierdziliśmy pewne nieścisłości pomiędzy 
morderstwem Hailey Robbins, a innymi, które przypisywano Mickeyowi i Mallory. 

JOHNSON: Na przykład? 
GINNISS: Na przykład, dlaczego ona jedna została zabita, podczas gdy resztę zakładników puszczono 

wolno — jeśli w ogóle była zakładnikiem. śadna z wcześniejszych ofiar Knoxów nie została uduszona. śad-
nej z ofiar nigdy nie ruszano z miejsca wypadku. Nie potrafimy równieŜ wpasować tej śmierci w znany nam 
ciąg wypadków. Nie oskarŜam pana o Ŝadne błędy, oczekiwałam jedynie, Ŝe odpowie pan na kilka pytań. 

JOHNSON: MoŜe więc za jednym zamachem odpowiem na pani zarzuty, jeśli zadowoli to wysoki sąd. 

Po  pierwsze,  tę  młodą  kobietę  trzymano  jako  zakładniczkę  w  podobny  sposób  jak  pozostałe  trzy  ofiary. 
Szczegóły są prawie identyczne. 

GINNISS: Poza tym, Ŝe trójka zakładników Ŝyje, a Hailey Robbins nie. 
JOHNSON: Pani Ginniss, to pani wydział ma zajmować się tym dlaczego została zamordowana. Ja zaj-

muję się konkretnymi faktami —jak została zamordowana. Uduszono ją—dowody na to są niepodwaŜalne. 

GINNISS: Nasi znajomi dokonywali tego zwykle za pomocą noŜa lub broni. 
JOHNSON: Korzystali teŜ czasem z ognia, akwarium i Heinekena, jeśli się nie mylę. Uduszenie nie jest 

aŜ takim odstępstwem od zasad, jeśli rozwaŜymy wszystko w tym kontekście. 

GINNISS: UwaŜa pan, Ŝe podobnie jak pozostali, Hailey Robbins została przed uduszeniem związana? 
JOHNSON: Zgadza się. 
GINNISS: A przecieŜ pański raport nie stwierdza w Ŝadnym punkcie, Ŝe znaleziono jakieś rany na nad-

garstkach  czy  kostkach.  śadnych  śladów  włókien,  odparzeń  —  nic.  Jeśli  ją  związano,  to  chyba  starała  się 
jakoś pokonać opór więzów—choćby do momentu, w którym rany zaczęły krwawić i stało się to zbyt bole-
sne. 

JOHNSON: Jeśli sugeruje pani, Ŝe mogłem przeoczyć coś tak waŜnego, to proszę rzucić okiem na foto-

grafie. Przejrzeć materiały. Znajdzie tam pani zdjęcia całych i zdrowych nadgarstków i kostek. Ale fakt, Ŝe 

background image

nie  ma  na  nich  Ŝadnych  odparzeń,  nie  oznacza,  Ŝe  dziewczyna  nie  była  związana.  Mogli  ją  skrępować  na 
wiele sposobów — na przykład taśmą klejącą. 

GINNISS: Zostałyby jakieś resztki na skórze — a pan tego widocznie nie sprawdził. Taśma wyrwałaby 

teŜ włosy na nadgarstkach gdyby ją odklejano. A zresztą po co Mickey i Mallory mieliby ją odklejać? Czas 
spędzony  na  „sprzątaniu  po  sobie"  wskazywałby  na  pewną  niekonsekwencję  w  postępowaniu,  lub  na  jego 
zrytualizowanie. Nie wiem, czy przejrzał pan pozostałe czterdzieści dziewięć raportów — Mickey i Mallory 
nie słynęli raczej z tego, Ŝe pozostawiali po sobie porządek. 

JOHNSON:  W  porządku,  pani  Ginniss.  Chciałbym  teraz  dowiedzieć  się,  dlaczego  pani  tu  przyjechała. 

Chciałbym dowiedzieć się, dlaczego uwaŜa pani za konieczne rozdrapywanie tej tragedii na nowo, ponowne 
przysparzanie  bólu  i  cierpień  nie  tylko  moim  ludziom,  ale  równieŜ  rodzinie  Robbinsów,  która  przez  cały 
ostatni rok starała się, by ich córka spoczywała w spokoju. 

GINNISS: Panie doktorze ... 
JOHNSON:  PrzyjeŜdŜa  tu pani  ze swą  legitymacją  i ze  swym  gównianym  nastawieniem  i  wmawia  mi 

pani, Ŝe niewłaściwie zabrałem się do sporządzania ekspertyz, choć tak naprawdę, to tylko ja mam tu odpo-
wiednie  kwalifikacje  do  wypowiadania  się  w  kwestiach  medycyny  sądowej.  Pani  tu  nie  ma  nic  do  roboty, 
nikt tu pani nie zapraszał. Na biurku w moim pokoju leŜy wizytówka inspektora Clarka, pani przełoŜonego, 
jeśli dobrze pamiętam — i nie zawaham się zadzwonić do niego jeśli natychmiast nie przestanie pani zada-
wać tych wszystkich pytań. 

GINNISS: Panie doktorze, oglądam w tej chwili sprawozdanie pochodzące z materiałów, które mi pan 

wręczył — stwierdza się tu, Ŝe spod trzech paznokci lewej ręki wydobyto fragmenty tkanki skórnej. Prawdo-
podobnie znalazły się tam, gdy ofiara broniła się przed napastnikiem. 

JOHNSON: To zdarza się bardzo często. 
GINNISS: Ale nie znalazłam tego w raporcie. 
JOHNSON: Z pewnością musiała pani to przeoczyć. 
GINNISS: Dzięki temu moŜemy przyjąć, Ŝe Hailey nie była związana. Trochę trudno jest drapać kogoś, 

mając ręce związane na plecach. 

JOHNSON: Zdecydowanie nie nadąŜam za panią. Przykro mi, ale muszę zadzwonić do Inspektora Clar-

ka. 

GINNISS: W sprawozdaniu napisano, Ŝe w tkance znajdowała się grupa krwi 0, a wiadomo, Ŝe zarówno 

Mickey,  jak  i  Mallory  mają  grupę  krwi  A,  prawda?  Kogo  więc  ta  dziewczyna  drapała?  Swego  mordercę? 
Jeśli tak, to jedno wiemy na pewno — nie byli to Mickey i Mallory Knox. 

JOHNSON: Jest na to jeszcze jedno wytłumaczenie. Jeśli moŜe się pani zamknąć na dwie sekundy, tak 

Ŝ

ebym mógł się skupić ... 

GINNISS: Pan wiedział, Ŝe nastąpiła pomyłka, dlatego nie włączył pan tego do raportu. Świadomie zata-

ił  pan jeden  z  dowodów  w  sprawie  prowadzonej  przez  władze  federalne.  Oprócz  tego,  Ŝe  jest  to  przestęp-
stwo, to równieŜ znalazł się pan na najlepszej drodze do utracenia licencji eksperta. 

JOHNSON: To tylko przeoczenie. Nic więcej. ZauwaŜyłem je miesiąc po ukończeniu całej dokumenta-

cji. 

GINNISS: Miał pan moŜliwość uzupełnienia kartotek. Jest to normalna rzecz przy takich sprawach. 
JOHNSON: To nie jest Waszyngton, pani Ginniss. Jesteśmy w Gallup. I proszę mi wierzyć, albo i nie, 

takie rzeczy nie zdarzają się tu co dzień. Najczęściej stwierdzam „No cóŜ, to było samobójstwo", albo „Nie, 
kierowca był pijany". To, co zrobili ci ludzie jest najbardziej przeraŜającą rzeczą, jaką w Ŝyciu widziałem. 
Ten  Azjata,  którego  Mickey  załatwił  w  aptece  Drug  Zone  ...  proszę  mi  wierzyć,  to  było  naprawdę  cięŜkie 
sprzątanie. Mam na myśli kawałki jego czaszki, które tkwiły w ścianie ... 

GINNISS: Wierzę panu. 
JOHNSON: I wtedy zauwaŜyłem, Ŝe grupy krwi nie zgadzają się. Zapytałem wówczas samego siebie — 

kto naprawdę skorzysta na dalszym ryciu w tej całej sprawie? Ta dziewczyna, Hailey Robbins juŜ dawno nie 

Ŝ

yje, obojętnie co by tu mówić. A więc, czy naprawdę warto ciągnąć jej rodzinę przez to wszystko jeszcze 

raz? Oni wierzą, tak jak i ja, Ŝe ich córkę zabili Mickey i Mallory. Nie potrafię umieścić ich na miejscu prze-
stępstwa, ale w głębi serca wiem, Ŝe tak wygląda prawda. Przykro ml, ale nie widzę sensu w rozdrapywaniu 
starych ran. 

GINNISS: PoniewaŜ prawdziwy zabójca Hailey Robbins uniknął kary. 

background image

JOHNSON: Jest pani osobą Ŝądną rozgłosu. Proszę się przyznać. 
GINNISS: Panie doktorze, gdzieś na wolności znajduje się morderca. 
JOHNSON:  Proszę  zaufać  człowiekowi  z  dwudziestoletnim  staŜem,  pani  Ginniss.  Mordercy  są  wszę-

dzie. 

Katherine  Ginniss  zadzwoniła  do  swojego  sekretarza,  przerywając  mu  przy  okazji organizowaną przez 

lokalną parafię zabawę na wolnym powietrzu, połączoną z jedzeniem pieczonego na roŜnie mięsa. Sekretarz 
miał, tak szybko, jak było to moŜliwe, znaleźć Jacka Scagnettiego. I oto po paru minutach napłynął meldu-
nek  —  Scagnetti  znajdował  się juŜ  na terenie  Batongavllle  mając  w  perspektywie  eskortowanie Mickeya  i 
Mallory podczas jutrzejszego przewoŜenia ich do ośrodka Nystrom. 

Katherine oceniła, Ŝe do Albuquerque wróci na godzinę 11.00. Startując o 11.45, powinna stamtąd dole-

cieć do Chicago na 15.00 i, biorąc pod uwagę uliczne korki, około 17.00 znaleźć się w Batongaville. Naka-
zała więc sekretarzowi zarezerwowanie miejsca w samolocie. 

Powoli wszystko zaczynało układać się w całość. 
Jack Scagnetti wędrował po korytarzach Zakładu Karnego Batongaville, starając się przypomnieć sobie 

ilu, na przestrzeni ostatnich lat, wpakował tu morderców. Obliczył, Ŝe około tuzina, choć ich twarze nieco 
pozacierały mu się w pamięci. 

Oprócz  twarzy  Mallory  Knox.  Oprócz  tej  jedynej  na  świecie  twarzy.  Pamiętał  dobrze,  jak  legła  mu  w 

ramionach, gdy niósł ją tej pamiętnej nocy — z zewnątrz wyglądał na sumiennego policjanta wykonującego 
powierzone mu zadanie, ale tak naprawdę, to ukradkiem troskliwie otoczył Mallory ramieniem niczym Sa-
lome, niosąca głowę Jana Chrzciciela. Teraz, Scagnetti miał ponownie spotkać swą ofiarę. 

Mijała właśnie połowa meczu, który, miał okazać się pogromem Buffalo Bills — wynik brzmiał 20 : 3 

na ich niekorzyść. Prawie całe więzienie z zapartym tchem obserwowało, jak Bills dostają po dupskach, a nie 
niepokojony przez nikogo Scagnetti postanowił odświeŜyć znajomość z Mallory. 

Oto dlaczego zgodził się tu przyjechać. Nie po to, jak wyobraŜał to sobie ten idiota McCIusky, by roz-

trzaskać  mózg  Mickeyowi  w  trakcie  nierównej  walki,  podczas  której  tego  biednego  sukinsyna  przykutoby 
kajdanami do krat jakiegoś więziennego autobusu w samym sercu pustyni Mojave. Scagnetti chciał jeszcze 
raz ujrzeć Mallory. 

Zastanawiał się, jak trudne okaŜe się zgubienie dwóch "napakowanych" kowboi, których zadaniem było 

chronić słynnego detektywa. Tak, jakby ten potrzebował jakiejkolwiek ochrony. 

—Czuję jej zapach — oznajmił mając do niej jeszcze dwa piętra. — A wy? To ten sam zapach, który 

poczułem na jej pościeli w Las Vegas. 

Scagnetti  poczuł  nagle,  Ŝe  oblewa  się  potem.  Słychać  było  odgłos  jego  kroków  po  linoleum  —  czy  to 

dlatego Mallory zaczęła śpiewać? Co to za dźwięk, rodzący się gdzieś w oddali? 

—To chyba u pana coś brzęczy, panie Scagnetti — powiedział jeden ze straŜników. 
W pokoju sierŜanta, Jack wystukiwał numer nieświadomie, kolejne kliknięcia i trzaski powiedziały mu 

jednak, Ŝe prawdopodobnie dodzwonił się do telefonu w samochodzie. Po chwili odezwał się kobiecy głos. 

—Detektyw Scagnetti? Tu Katherine Ginniss. 
Ten kurczaczek z FBI... Ostatnia osoba, której się spodziewał, lub od której chciał coś usłyszeć. 
—Kathy, co jest? Szafa nie gra? — zaciekawiło go, czy Kathy zrozumiała delikatną aluzję do własnego 

tyłka. Jeśli zrozumiała, to i tak nie miała ochoty na słowne potyczki. 

— Po pierwsze, drogi detektywie, muszę cię poinformować, Ŝe ta rozmowa jest nagrywana. 
— CóŜ to, zostałaś moim agentem ubezpieczeniowym czy moŜe bookmacherem? 
— W myśl prawa federalnego, rozmowa musi być jawna. 
— Oj, wy federalni, wy zawsze musicie być najwaŜniejsi, nieprawdaŜ? 
— Chciałabym zapytać cię o parę rzeczy związanych z jednym z morderstw popełnionych w Gallup. 
— Cholera, znowu Mickey i Mallory? To juŜ historia, pani detektyw — Scagnetti otwarł jedną z szuflad 

biurka i znalazł tam stertę starych „Playboyów". — Oh, przepraszam, ty jesteś detektywem? Nie pamiętam, 
jak oni do ciebie tam mówią. 

— Mówią do mnie „Dr Ginniss", a nie Kathy. Poza tym jestem pracownikiem śledczym FBI. 
— No właśnie. Dobrze, czym mogę pani słuŜyć, pani doktor? — na linii narastały szumy. Katherine mu-

siała zbliŜać się do granicy zasięgu sieci komórkowej. Jack miał cichą nadzieję, Ŝe połączenie zostanie moŜe 

background image

w ten sposób przerwane. Dopadła go jednak inna myśl. Gdzie ona się znajdowała, skoro juŜ nie obejmowała 
jej sieć komórkowa? Na pewno nie na Wschodnim WybrzeŜu. 

— Co moŜesz powiedzieć mi na temat Hailey Robbins? 
— Szczerze mówiąc, nie pamiętam tego nazwiska. Czy to była jedna z ofiar? 
—  Jej  ciało  znaleziono  w  śmietniku  kina  dla  zmotoryzowanych.  Niewątpliwie  była  prostytutką,  znaną 

szerzej jako Pinky. 

Scagnetti wyciągnął rękę i jednym pchnięciem zamknął drzwi. 
— I mówisz, Ŝe było to w Gallup? 
— Tak. I wiemy teŜ, Ŝe byłeś na miejscu zbrodni. 
— Jak to? 
— Podpisałeś policyjny raport, który dokonanie zabójstwa przypisywał Mickeyowi i Mallory Knoxom. 
Siadając z powrotem na krześle, Scagnetti wyjął papierosa z pogniecionej paczki znajdującej się w jego 

marynarce. 

—Taaak,  teraz  sobie  przypominam.  To  było  jedno  z  ich  ostatnich  morderstw.  To  znaczy,  jedno  z  ich 

ostatnich morderstw popełnionych na wolności!—ostatnie zdanie próbował obrócić w Ŝart, ale nie był nawet 
w stanie wymusić uśmiechu na swej własnej twarzy. 

Zanim padło następne pytanie, Jack wtrącił: 
—  Nie  widzę  powodu,  dla  którego  miałoby  cię jeszcze  coś  w tej  sprawie interesować, skoro Mickey  i 

Mallory podpisali oświadczenie, w którym przyznawali się do zabicia tej kobiety. 

— Podobnie jak czterdziestu dziewięciu innych osób. 
— Dokładnie. Dlatego nazywa się to „masowym morderstwem". 
— W tym tygodniu rozmawiałam z prokuratorami, którzy przygotowywali te zeznania I dowiedziałam 

się,  Ŝe  Mickey  i  Mallory  nie  byli  wypytywani  o  kaŜde  popełnione  przez  nich  morderstwo.  Do  podpisania 
przedłoŜono im w zasadzie listę nazwisk — bez Ŝadnych opisów czy lokalizacji. NiemoŜliwe, Ŝeby zdawali 
sobie sprawę, kim były kolejne osoby z tej listy. 

Scagnetti zapalił papierosa, kładąc na biurku wciąŜ palącą się zapałkę, która, na stalowym blacie wypali-

ła ciemną aureolę. 

—  Pozwoli  więc  pani,  Ŝe  jej  pomogę  —  obecnie  znajduję  się  w  więzieniu  i  przygotowuję  się  do  roli 

przyzwoitki,  towarzyszącej  naszym  mordercom  w  drodze  do  szpitala  dla  czubków,  dokąd  jedziemy  jutro 
rano. Z przyjemnością zapytam jedno z nich o to, tak, Ŝeby się upewnić. 

— To nie będzie konieczne, drogi detektywie. Ja właśnie tam jadę. 
Jackowi zaschło w gardle. Ręka, w której trzymał papierosa nieco zadrŜała. 
— Nie rozumiem za bardzo, po co. 
— Pogadamy o tym, jak juŜ tam będę, detektywie. Po prostu zadzwoniłam, by dać ci znać, Ŝe wkrótce 

przyjeŜdŜam i umówić się na spotkanie w pokoju naczelnika. 

— Pogadamy o tym teraz, pani doktor, Kathy, czy jak tam  kurwa chcesz, Ŝeby  cię nazywać — odparł 

Scagnetti, a jego głos wyraźnie zmienił barwę. — Czy ty podajesz w wątpliwość moje umiejętności śledcze? 

Pani Ginniss na moment zamilkła. Na ogół była uprzejmą, rzeczową osobą, jednak po tym, co usłyszała 

od Scagnettiego, po tych wszystkich kąśliwych uwagach i zniewagach jakie musiała znosić, po ciągłym pre-
zentowaniu przez niego typowej dla filmowych „macho" pewności siebie, nie mogła oprzeć się pokusie „od-
gryzienia się". 

—Nie, panie detektywie, uwaŜam, Ŝe są najwyŜszej próby—jeśli tylko tego chcesz. Być moŜe są nawet 

za wysokie. Zawsze zadziwiała mnie twoja niesamowita umiejętność wczuwania się w rolę mordercy. 

Nigdy nie dowiemy się, co działo się wówczas w duszy Jacka Scagnettiego, z ciszy jaka zaległa na linii 

wywnioskował jednak, Ŝe gra się zaczęła. Instynktownie, wiedział, Ŝe Katherine przypuściła atak; a jeśli tak 
rzeczywiście było, to detektyw stanowił w tym momencie łatwy obiekt działań zaczepnych. Dopiero później, 
gdy opisywane wypadki były juŜ odległą przeszłością i przestały interesować Jacka Scagnettiego i Katherine 
Ginniss,  wyniki  badań  laboratoryjnych  potwierdziły  związek  zdartej  tkanki,  znalezionej  pod  paznokciami 
Hailey Robbins z zadrapaniami na twarzy Scagnettiego widocznymi na taśmie przedstawiającej ujęcie Mic-
keya i Mallory w aptece Drug Zonę. 

Kathy miała go w garści. Obsesja Scagnettiego na tle morderców, zrodzona w dniu, w którym Charles 

Whitman  wdrapawszy  się  na  wieŜę  obserwatorium  Uniwesytetu  w  Teksasie  zaczął  wybierać  sobie  cele 

background image

wśród przechodniów, kropla po kropli wypełniała kaŜdą kolejną minutę jego Ŝycia. AŜ nadszedł moment, w 
którym Jack nie mógł juŜ dłuŜej opierać się pokusie. Ten okropny wypadek, który odebrał Ŝycie jego matce, 
miał w sobie jakąś nęcącą moc, równie przyciągającą, co odpychającą; i w końcu Jack nie był juŜ w stanie 
opanować się.  Tęsknił  za dreszczykiem  emocji,  za  seksualnym  uniesieniem,  zarezerowanym  dotąd jedynie 
dla tych, których tak wytrwale tropił. 

To był koniec. 
 
Jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości: dla Scagnettiego nie istniała Ŝadna droga ucieczki. Musiałby 

natychmiast opuścić więzienie. Być moŜe ten telefon był ze strony Katherine wskazaniem ewentualngo wyj-

ś

cia? MoŜe chciała go dodatkowo pognębić ścigając go po całym kraju? A moŜe, jako koleŜanka po fachu, 

pragnęła, by do końca kariery Jack mógł zachować swą godność. Scagnetti nie był niczego pewien. Ale nie-
zaleŜnie od tego, co myślał, oczywistym stało się, Ŝe zdecydował się ulec przeznaczeniu. 

— Dobra robota, pani doktor. Wiele osób po prostu przeoczyłoby tak drobne szczegóły. Oprócz pani. 
— Dziękuję, drogi detektywie. Przyjmuję to jako komplement i dobrą wróŜbę na przyszłość. 
Cisza. 
— A więc — podjęła — spotkamy się na miejscu. 
— Na pewno nie, jeśli spotkam cię pierwszy — roześmiał się Scagnetti. 
OdłoŜył  słuchawkę  i  wyszedł  z  pokoju.  Miał  przed  sobą jeszcze jedno  słuŜbowe  spotkanie.  Z  Mallory 

Knox. 

 

15 

Dwight McCIusky nie był szczęśliwym człowiekiem. 
WyraŜając  zgodę  na  wkroczenie  Wayne'a  Gale'a  i  jego  wędrownej  trupy  na  teren  Batongaville  w  celu 

przeprowadzenia  wywiadu  z  Mickeyem  Knoxem,  nie  miał  ani  przez  chwilę  zamiaru  dotrzymywać  swojej 
obietnicy.  Bawiło  go,  gdy  ten  tak  zwany  „dziennikarz"  myślał  sobie,  Ŝe  zawsze  będzie  dostawał  to,  czego 
zaŜąda. Obecnie, Mickey i Mallory mieli zostać wysłani na trzy tygodnie do Nystrom, a na skutek niewiary-
godnej wręcz biurokracji, jaka towarzyszyła uzyskaniu zezwolenia na zrobienie czegokolwiek za pośrednic-
twem Departamentu Więziennictwa stanu Illinois, niemoŜliwością wydawała się w miarę szybka realizacja 
podania  o  przydział  spinaczy  biurowych,  nie  mówiąc  juŜ  o  zgodzie  na  zrealizowanie  na  terenie  więzienia 
telewizyjnego wywiadu na Ŝywo. 

Ale skąd miał wiedzieć, Ŝe ten fajfus Gale nosił w swym tornistrze generalską buławę? 
Jeszcze w roku 1975, poprzednik McClusky'e-go, Santino Gonzalez, który był przedstawicielem „nowe-

go chowu" funkcjonariuszy więziennych i posiadał wyŜsze wykształcenie jako pracownik socjalny, w swej 
pracy magisterskiej wypowiadał się przeciwko karze śmierci. Pewnego dnia w więziennej jadalni doszło do 
zamieszek — odzyskanie kontroli nad rotundą zajęło straŜnikom resztę dnia. Śmierć poniosło sześć osób. 

Gonzalez podał się po tym do dymisji, a obecnie objeŜdŜał kraj z serią odczytów popierających najwyŜ-

szy wymiar kary. 

W dniu wybuchu buntu, na dostanie się do więzienia w godzinach szczytu, Gonzalez stracił półtorej go-

dziny, dojeŜdŜając, jak zwykle z Chicago do Joliet. Zanim dotarł na miejsce, zginęło juŜ dwóch straŜników. 
Komisja do spraw więziennictwa zadecydowała wówczas, Ŝe jego następca będzie rezydował w Joliet, dzięki 
czemu praca naczelnika straciła na atrakcyjności; naprawdę niewielu kandydatów miało ochotę na osiedlenie 
się wraz z rodzinami w prowincjonalnej, „więziennej" miejscowości. 

Jednak Dwight McCIusky toczył otwartą walkę o posadę naczelnika Batongavllle. Nie był moŜe najbar-

dziej błyskotliwym kandydatem, nie odznaczał się teŜ najwyŜszymi kwalifikacjami, kusiła go jednak myśl o 
sprawowaniu Ŝelazną ręką kontroli nad jednym z najostrzejszych zakładów karnych w Stanach. Nie musiał 
martwić się o dzieci, odkąd jeden z jego synów, Dwight poległ w Wietnamie w roku 1968, a drugi, Bryon, 
podjął pracę w firmie Alpo w CIncinnati, Ohio. Jego czterdziestoczteroletnia Ŝona Maxine prowadziła sklep 
1001 drobiazgów w centrum Joliet. Nie przeszkadzało jej Ŝycie w takim mieście — do momentu, kiedy po 
powrocie do domu, Dwight raczył ją wieczorną porcją opowieści o nowym miejscu pracy. 

Napięty do granic moŜliwości McCIusky obserwował, jak ta banda pismaków i gryzipiórków (jak lubił 

ich określać) próbuje przejąć kontrolę nad jego więzieniem. Tacy ludzie potrafili miesiącami błagać władze 
sądowe o pozwolenie na uczestniczenie w egzekucjach wykonywanych przez władze federalne, a potem, juŜ 

background image

w trakcie „widowiska" rzygać na siebie nawzajem. Zbudowali sobie juŜ specjalne pomieszczenie w Baton-
gaville, tak by po ewentualnym „przedstawieniu" mogli doprowadzić się do porządku. 

Z niesmakiem przyglądał się temu cyrkowi. Shawn Devlin, którego postawiono przy bramie z bronią go-

tową do strzału na wypadek gdyby sprawy naprawdę wymknęły się spod kontroli, nigdy jeszcze nie widział 
McCIusky'ego tak podenerwowanego. Naczelnikowi, jak zwykle, towarzyszyła para wiernych goryli, Kava-
naugh i Wurlitzer, dwójka nienasyconych sadystów, chłonąca z oddaniem kaŜde słowo swego pana. Shawn 
wspominał później, Ŝe McCIusky nerwowo obracał w palcach przypięte łańcuszkiem do pasa szczypce, któ-
rymi osobiście miaŜdŜył nosy więźniom, obserwując jak inŜynierowie dźwięku, kamerzyści, asystenci pro-
ducenta,  charakteryzatorki i  inni  „niezbędni  pracownicy"  (jak  określono  ich  w  podaniu o  wejście  ekipy  na 
teren więzienia), urządzają sobie w ponurym budynku więzienia jarmarczne widowisko. Rośliny w donicz-
kach,  dywaniki  ze  skóry  zebry  i  skórzane  fotele  stanowiły  jedynie  początek  tego,  co  w  głębi  swej  duszy 
Dwight widział jako jedną wielką, idiotyczną klapę. W tle toczył się mecz SuperbowI, a McCIusky, niemal 
płonąc z nienawiści, przyglądał się Gale'owl. 

ZbliŜał się koniec czwartej kwarty. Wynik meczu,  który okazać się miał dla Buffalo „przesławnym la-

niem", brzmiał 20 : 17 na korzyść Dallas. Spanikowani goście, odpowiedzialni za program stacji wydzwa-
niali od jakiegoś czasu do Wayne'a, ostrzegając go, Ŝe w wypadku dogrywki, wywiad zostanie opóźniony. 

Ś

widrujący w uszach, przeraźliwy skrzek, jaki wydawał z siebie wówczas Wayne, był w zasadzie niemoŜli-

wy do odszyfrowania, Devlin zwrócił jednak uwagę, Ŝe padła tam groźba poskarŜenia się teściowi. 

I jeśli Wayne Gale sprawiał ogromne kłopoty, to Mickey Knox okazywał spokój ducha, właściwy jedy-

nie pogrąŜonym w kontemplacji mistrzom Zen. Z okazji wywiadu zgolił sobie włosy na głowie, a jego spoj-
rzenia rodem z amerykańskich seriali komediowych, kontrastowały z własnoręcznie wykonanymi tatuaŜami, 
co w sumie sprawiało, Ŝe wyglądał bardziej niepokojąco niŜ kiedykolwiek. McCIusky i Gale wydawali się 
nie dostrzegać jego obecności w pokoju, ale Devlin był pewien, Ŝe mimo tego pozornego oderwania się od 
rzeczywistości, nawet najdrobniejsze szczegóły pozostawały w zasięgu uwagi Mickeya. 

Gdy  wprowadzono  go  tu  przed  dziesięcioma  minutami,  cała  ekipa  wstrzymała  w  napięciu  oddech  pa-

trząc na jego łysą głowę, białą jak śnieg skórę rozciągniętą na ogromnej czaszce, a takŜe na większe i ciem-
niejsze niŜ zwykle oczy. Jako pierwszy z szoku otrząsnął się Scotty, szybko poprawiając ustawienie świateł, 
tak aby wyeliminowany został efekt „blikowania", jaki na telewizyjnym ekranie wywołać mogła łysina. 

—  Miło  cię  znów  widzieć,  Mickey  —  odezwał  się  Wayne  wyciągając  na  powitanie  rękę.  Mickey  był 

jednak ciągle skrępowany łańcuchami, a ręce przymocowane miał kajdankami do pasa. Nie odezwał się teŜ 
ani słowem, obserwując spode łba, niczym tygrys w klatce całe pomieszczenie. 

— Czy moglibyśmy ucharakteryzować ci trochę twoją głowę? — spytał Wayne, starając się wypaść jak 

najbardziej przyjacielsko. Julie cofnęła się nieświadomie, podobnie, jak uczyniła to reszta ekipy. Ale Mickey 
jedynie uśmiechnął się i potrząsnął głową. 

Gdy straŜnicy sadzali Mickeya na krześle, Wayne oczyma duszy ujrzał strzępy jego dotychczasowej ka-

riery. Obojętnie, ofiarą jakich zabiegów padł tutaj Mickey, musiały one odcisnąć swoje piętno na jednym z 
ośrodków  jego  mózgu.  Do  przeszłości  naleŜało  jego  poczucie  humoru,  błyskotliwość,  indywidualizm  — 
słowem, wszystko to, dzięki czemu stał się „Mansonem lat 90-tych". Zamiast tego, przed Wayne'em siedział 
kolejny Gacy, nudny jak flaki z olejem. 

Nagle, Gale rozejrzał się po pokoju, tak jakby zobaczył go po raz pierwszy. 
„Było nas dwunastu, uzbrojonych w karabiny Mossberga i rozstawionych naokoło", wspominał Devlin. 

„Trudno sobie to wyobrazić, Ŝe Wayne po prostu nas wcześniej nie zauwaŜył." Ale Wayne podskoczył ni-
czym dekorator wnętrz, który w pewnym momencie odkrył na ścianach domu Franka Lloyda Wrighta obraz 
z jeleniem na rykowisku. 

—O BoŜe!!! — wrzasnął, popychając jednocześnie McClusky'ego w bardziej ustronne miejsce. — Dwi-

ght — nie masz chyba nic przeciwko mówieniu do ciebie po imieniu, co? Dwight, moŜemy chwilę pogadać? 

McCIusky przeczuwał coś niedobrego, ale nerwowym kiwnięciem głowy wyraził swą zgodę. Wayne ob-

jął naczelnika ramieniem i przeszedł się z nim po sali. 

— Widziałeś tych kolesiów, którzy dla mnie pracują? — spytał Wayne. 
— Tak, widziałem. 
— Fajna paczka, co? 
— Wygląda na to, Ŝe tak ... 

background image

Wayne nie czekał na dokończenie zdania. 
— Scott to genialny kamerzysta. Roger jest magikiem od dźwięku. Ten tam, Josh, to świetny operator 

playbacku, jakiego nigdzie nie znajdziesz. Herb i Frank to moi ludzie od świateł, daleko bym bez nich nie 
zajechał. Marla, moja asystentka, absolutnie nieodzowna. I Julie, producent — bez tej „Julii-Ciotuli" to jak 
bez ręki. 

— Ona się tak nazywa? 
— To tylko taka ksywka — odparł Wayne. — No więc to są moi ludzie i tylko oni mi są potrzebni. Po 

paru latach przepracowanych razem, stanowimy coś w rodzaju dobrze naoliwionej maszyny. Albo nie, moŜe 
raczej  samochód  wyścigowy.  Nie,  to  się  nie  nadaje.  A  tak  naprawdę,  to jesteśmy  jak  szwajcarski  zegarek. 
Mały, złoŜony i zwarty ... niby nie powinien działać tak dobrze, a jednak działa. A wszystko dzięki znakomi-
temu rzemiosłu, fachowości i czułej ręce artysty. 

Wayne przerwał na moment, tak aby McCIusky mógł to wszystko strawić. Nie szło za dobrze. 
— Dwight, nie wiem, czy kiedykolwiek występowałeś przed kamerą... 
— No wiesz, zdarzyło się — z dumą potwierdził McCIusky. 
— Naprawdę? — zawołał z udanym entuzjazmem Wayne. 
Devlin  obserwował  rozbawienie,  jakie  malowało  się  na  twarzach  członków  ekipy,  którzy  z  pewnością 

podobne sceny musieli oglądać wcześniej. McCIusky cierpiał jednak na największą chyba w stanie Illinois 
manię wielkości, a pochlebstwa Wayne'a tylko ją podsycały. 

— Wystąpiłem jakieś osiem lat temu w programie KsiąŜęta Hazardu. 
— No taaak, świat jest mały — westchnął Wayne. — No więc na własne oczy miałeś okazję przekonać 

się, jak takie rzeczy robi się w Hollywood. Wszędzie światła, generatory, stu pięćdziesięciu członków eki-
py... 

 
— Tamten program przygotowywało chyba dziewięćdziesiąt pięć osób, moŜe trochę więcej. Nie mówiąc 

juŜ o Generale Lee — tym od Dodge'ów — mieli tam chyba ze trzy czy cztery auta. Wydaje mi się, Ŝe na co 
dzień nie idzie im tak dobrze w wypadkach, jak w telewizji. 

—  Dobra  —  Wayne  zdecydowanie  przerwał  początek  opowieści  o  wiekopomnym  spotkaniu  McC-

lusky'ego z Tomem Wopatem — tak czy inaczej, wiesz juŜ, o co mi chodzi. Jest to na pewno niezła zabawa, 
prawda? 

— Pewnie. 
— No i teraz zobacz — tu siedzi jakiś dupek — Wayne pokazał palcem na lewo. — Następny siedzi so-

bie tam i czyta gazetę. Jeszcze jeden dupek usadowił się gdzie indziej. Wszędzie same dupki. MoŜe gdyby-

ś

my  robili  coś  w  rodzaju  „Bach-bach-buzi-buzi",  to  byśmy  ich  tu  potrzebowali.  Ale  nam  chodzi  o  nastrój 

intymności. Dwóch ludzi rozmawia ze sobą. Powiedzmy, Ŝe przeprowadzam z tobą wywiad. Jedyną rzeczą, 
o jaką masz się w tym momencie martwić jest to, o co cię będę pytał. Między nami musi pojawić się zaufa-
nie. Jeśli myślisz o tym wszystkim — tu Wayne ręką odsłonił niewidzialną kurtynę — nie zrelaksujesz się 
nigdy, nie wytworzy się Ŝadne zaufanie. Będziemy mówić jakby obok siebie zamiast do siebie. Nie będzie 
szans na jakąkolwiek intymność. 

Wayne dał McClusky'emu  czas na wchłonięcie tego potoku słów. Devlin musiał oddać mu sprawiedli-

wość — Wayne był dobry w swoim fachu. Znalazł słaby punkt Dwighta i wykorzystywał ten fakt bez skru-
pułów. 

— I to doprowadza nas do kwestii, o której chciałem z tobą pomówić. — Wayne zaprowadził McClus-

ky'ego w przeciwległy kąt sali, tak by Mic-key nie był w stanie usłyszeć na jaki temat toczy się rozmowa i 
szeptem kontynuował: 

— Muszę mieć Mickeya Knoxa odpręŜonego ... Mickeya Knoxa, który będzie mówił... Mickeya Knoxa, 

który powie wszystko, co do tej pory nie zostało opowiedziane. Mickeya Knoxa, który otworzy przed nami 
zamknięte po dziś dzień drzwi. A jak moŜna tego od niego oczekiwać skoro nad głową stoją mu więzienni 
straŜnicy? 

McCIusky zorientował się nagle do czego zmierzał Wayne i podskoczył jak oparzony. 
— To znaczy, co chcesz Ŝebym u diabła zrobił? 
— Zwolnił ich. 
— Panie Gale, czy ma pan choćby najmniejsze pojęcie, jak niebezpieczny jest Mickey Knox? 

background image

— Naczelniku McCIusky, zapewniam pana, Ŝe przebieg kariery Mickeya Knoxa jest mi bardzo dobrze 

znany. 

Rękawice zostały rzucone. Powietrze wypełniła wzajemna wrogość. 
— Odkąd on i jego kobieta znaleźli się tu, zdąŜyli zamordować... 
— Proszę nie przypominać mi faktów, panie naczelniku, znam je na pewno lepiej niŜ pan. 
— A więc powiem panu o czymś, o czym pan jeszcze nie wie. Jeśli zabiorę stąd moich ludzi, Mickey 

Knox ukręci panu łeb jak kurczakowi. 

Wayne zrezygnował na chwilę ze swego australijskiego akcentu. 
— Po pierwsze, potrafię dać sobie radę sam. Wychowałem się w takiej okolicy, Ŝe miałem swego czasu 

okazję zmierzyć się z kilkoma takimi klientami. Nie obawiam się Mickeya Knoxa. Po drugie, jestem dzien-
nikarzem I przygotowany jestem na wszelkie ryzyko. Po trzecie, nic takiego się nie zdarzy. Stary, uwierz mi, 
w najlepiej pojętym interesie Mickeya Knoxa leŜy to, aby rozegrać tę grę zgodnie z przepisami. 
Wayne uświadomił sobie w tym momencie to, o czym reszta osób zgromadzonych w pokoju przekonała się 
juŜ wcześniej; Dwight McCIusky nie był osobą, którą moŜna było do czegoś zmusić. W tej chwili równieŜ 
trzymał w ręku wszystkie karty. Wayne zmienił taktykę. 

— Chwileczkę — powiedział. — Zrobiło się trochę nieprzyjemnie, a tego chciałbym uniknąć. Mówiąc 

powaŜnie, Dwight, popatrzmy na to inaczej. — Wayne rzucił okiem na salę i policzył straŜników. — Jeden 
... dwóch ... trzech ... czterech ... siedmiu ... dwunastu ... facetów. Chryste Panie, Dwight, to za duŜo. Zwol-
nijmy kilku z nich. 

— Wayne, gdyby to był ktoś inny... 
—  Dwight,  ja  po  prostu  się  obawiam,  Ŝe  on  się  zamknie  przede  mną  mając  na  karku  tych  wszystkich 

„szeryfów", którzy z wycelowanymi w niego spluwami zaczną strzelać, zanim jeszcze zdąŜy podrapać się w 
nos. Prawdopodobnie mi teŜ się wtedy dostanie. Oni go nienawidzą. On nienawidzi ich. Jaką to intymność 
mam tu stworzyć? Przy takiej nienawiści, jaka wisi w w powietrzu? Nawet my ją czujemy! 

— Konkrety? — spytał McCIusky. 
— Dwóch gości? 
— Dobra, dwóch mogę zabrać. 
— Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Chodziło ml o to, Ŝeby dwóch zostało. 
— Nie mogę tego zrobić. Siedmiu. 
— Trzech. 
— No to połowa. Sześciu facetów i dosyć tego. 
Wayne uśmiechnął się radośnie po odniesionym zwycięstwie. Rozległ się sygnał kończący mecz i jedno-

cześnie  obwieszczający  przegranie  przez  Devlina  trzydziestu  dolarów  —  Buffalo  Bills  dostali  w  skórę  od 
Dallas Cowboys 17 : 20. W tym momencie pieniądze zbytnio go nie interesowały; bardziej martwiło go to, 

Ŝ

e nie znalazł się pośród sześciu kumpli, których McCIusky właśnie odkomenderowywał z pokoju. Ale nic 

nie mógł na to poradzić. 

I tak oto Mickey Knox pozostał pod pieczą szóstki straŜników — kamery rozpoczęły pracę. 
Devlin usłyszał jeszcze jak Wayne, prawie nie-dosłyszalym szeptem, wypowiedział, chyba do siebie sa-

mego, trzy słowa: 

— Przedstawienie się zaczęło ... 
 

16 

NajdroŜsza Mallory, 
Powiedziałaś mi kiedyś, Ŝe jestem pozbawiony uczuć. Miałaś rację i byłaś w błędzie zarazem. Obecnie, 

jest we mnie więcej uczuć niŜ kiedykolwiek przedtem. Nigdy nie tęskniłem za kimś tak, jak tęsknię teraz za 
tobą.  Moja  cela  jest  taka  zimna,  nocami  drŜę  z  chłodu.  WyobraŜam  sobie,  Ŝe  leŜysz  obok  mnie  trzymając 
mnie od tyłu, jedna z Twoich nóg leŜy na mojej, a Twe ramiona obejmują mnie z całej siły. LeŜę w tej mojej 
celi  i  wyobraŜam  sobie  Ŝe Cię  całuję.  Nawet  nie  kocham  się  z  tobą,  tylko  godzinami  całuję  cię.  Pamiętam 
kaŜdą chwilę, którą spędziliśmy razem. Pamiętam kaŜdy dowcip, który opowiedziałaś. KaŜdą tajemnicę, któ-
rą się ze mną podzieliłaś. „Podzieliłaś" czy „odkryłaś przede mną"? Chyba „podzieliłaś" pasuje tu lepiej. 

Pamiętam  twój  kaŜdy  wybuch  śmiechu.  Pamiętam  kaŜdy  posiłek,  jaki  wspólnie  spoŜyliśmy.  Pamiętam, 

jak  gotowałaś.  Pamiętam, jak  oglądałaś  „Davida  Lettermana".  Pamiętam  szybką  jazdę  naszym  Dodge 'em 

background image

Challengerem i Ciebie, kochanie, obok mnie. Twoje bose nogi spoczywały na desce rozdzielczej, a Ty śpie-
wałaś razem z Twoim ulubionym Patsy Kline'em. I tańczyłaś — BoŜe, tańczyłaś na masce samochodu. Lecia-
ło wtedy „Sweet Jane", a wokół Ciebie unosiły się anioły. Nigdy Ci wcześniej tego nie mówiłem, poniewaŜ 
nie chciałem zakłócać ich spokoju kierując ku nim Twą uwagę. Bałem się, Ŝe odlecą od Ciebie. Gdy jednak 
ujrzałem Cię po raz pierwszy, zauwaŜyłem, Ŝe otaczała Cię świetlista aura. Widziałem teŜ jak one tańczyły i 
wirowały wokół Ciebie i wiedziałem, Ŝe to Ty jesteś moim zbawieniem. 

Czasami cięŜko jest mi mówić o tym wszystkim, co znajduje się wewnątrz mnie. Dlatego tak bardzo wku-

rzają  mnie  ci  wszyscy  tępi  psychiatrzy  i  ta  cała  banda,  która  chce  poddać  mnie  psychoanalizie  i  porąbać 
moją  osobowość  w  kawałki,  tak  by  moŜna  potem  połoŜyć  je  na  stole  i  powiedzieć  "Proszę  bardzo,  ta  oto 
część jest odpowiedzialna za zabijanie, ta za kochanie, ta za to, Ŝe jego tatuś ciągnął go za kutasa, a ta za to, 

Ŝ

e  nie  dali  mu  na  szóste  urodziny  nowego,  błyszczącego  rowerka,  na  punkcie  którego  oszalał".  Ten  gość, 

doktor Reingold, on juŜ nie zajmuje się psychoanalizą, prawda? Chyba zdąŜyłaś pokazać mu, co potrafisz, 
co? No właśnie, taka jest moja dziewucha. Wiesz, za kaŜdym razem, gdy oddawałem strzał i kula trafiała do 
celu, za kaŜdym razem, gdy rzucałem noŜem, który lądował tam, gdzie chciałem, odkrywało się przede mną 
prawdziwe oblicze tego świata. Nadchodził ten moment krystalicznej jasności i wiedziałem — po prostu wie-
działem, Ŝe w tym wszystkim chodzi o to samo. Nie ma Ŝadnych części. To tylko złudzenie. To ja jestem kaŜdą 
osobą i rzeczą, jaka kiedykolwiek istniała. To właśnie ludzie nazywają Bogiem, a ty kochanie jesteś zwier-
ciadłem, które mi to wszystko pokazało. Ty i Twoje anioły. Uczysz mnie rzeczy, o jakich wcześniej nie miałem 
pojęcia. Uczysz mnie kochać. 

Wszystkie BoŜe stworzenia wiedzą, jak cięŜko jest rozwijać się. Ale ja naprawdę się rozwijam. Wiem, Ŝe 

miałaś mnie juŜ dosyć zaraz przed tym, jak nas złapano. Na sumieniu miałem wtedy zabicie tego Indianina, 
acha i było teŜ coś z tą zakładniczką, ale moŜe pogadamy o tym później. Tak czy inaczej, zamordowanie In-
dianina było przypadkowe. Czasami jednak musisz za takie „przypadki" płacić długi — bo w pierwszym rzę-
dzie, popełniasz je dzięki własnej karmie. Nie ma ludzi niewinnych, kochanie, w Ŝadnym wypadku. Nawet ty 
nie jesteś niewinna. Ale czas naszego ocalenia zbliŜa się, czuję to. Ta cząstka mojej osoby po prostu wie o 
takich rzeczach, o których inni ludzie nie wiedzą — no tak, chyba przed chwilą wspominałem o tym, Ŝe nie 
ma Ŝadnych cząstek i tak dalej, ale przypuszczam, Ŝe istnienie jakiejś całości zawiera w sobie teŜ pieirwiastek 
odrębności — zatem ta właśnie cząstka mówi mi, Ŝe nasz czas jest juŜ blisko. Czas, który zmieni nasze Ŝycie i 
wydobędzie nas z tego nędznego świata złudzeń i cierpienia. Rozszerzy się wtedy nasza świadomość i prze-
niesie nas na zupełnie inne poziomy istnienia. Czuję to. Mal. A ból jest wciąŜ tak ostry. Moja skóra jest czuła 
nawet na dotyk słonecznego światła, a zapach kropel deszczu na wietrze sprawia, Ŝe oddychanie staje się dla 
mnie męką. Przypomina to nieustający ból narodzin, ale ja przychodzę właśnie na świat, którego zwykli lu-
dzie nie są w stanie sobie wyobrazić. A ty, kochanie, znajdziesz się w tym świecie obok mnie. Dlatego, w tym 
okresie transformacji, tak bardzo inspiruje mnie wspominanie wspólnie spędzonego przez nas czasu, które-
mu  poświęcam  całe  godziny.  Nie  wyrywam  się  naprzód.  Przyjmuję  to  na  spokojnie  i  przeŜywam  kolejny 
dzień. Tak, jak robiliśmy to w dniu naszego pierwszego pocałunku ... 

(Ten nie dokończony list, policja stanu Illinois znalazła 30 stycznia w celi Mickeya Knoxa po zamiesz-

kach w więzieniu Batongaville. List zniknął w tajemniczy sposób, by w lipcu tego roku znaleźć się na aukcji 
w Domu Aukcyjnym Christie. Cena sprzedaŜy wyniosła 25 tysięcy dolarów.) 

 

17 

W chwili, gdy powstaje ta ksiąŜka, w całej Ameryce nie ma chyba nikogo, kto nie oglądałby nadawane-

go  na  Ŝywo  z  Batongaville,  bezpośrednio  po  meczu  SuperbowI,  głośnego  wywiadu  z  Mickeyem  Knoxem, 
przeprowadzonego  przez  Wayne'a  Gale'a.  Był  to  rodzaj  kuracji  wstrząsowej,  która  uświadomiła  Ameryka-
nom,  do  jakiego  stopnia  posunęło  się  zwyrodnienie  mediów  w  ich  własnej  fascynacji  procesem  ciągłego 
szokowania widzów. I podobnie jak wypadek drogowy na autostradzie — wywiad przyciągał przed odbior-
niki nawet tych, którzy usiłowali nie zwracać na niego uwagi. 

Punktualnie  o  godzinie  19.42  czasu  centralnego,  bezpośrednio  po  zwycięstwie  Dallas  Cowboys  nad 

Buffalo Bills, na ekranie telewizora w świetlicy więziennego skrzydła B, pojawiła się zapowiedź wywiadu, 
której towarzyszyła podobizna Mickeya Knoxa. 

background image

— A teraz proszę państwa, Wayne Gale oko w oko z Mickeyem Knoxem — prosto z zakładu karnego w 

Batongaville  i  w  przeddzień  badania  mózgu  Mickeya.  Winien  czy  nie?  Niech  sędzią  w  tej  sprawie  będzie 
cała Ameryka ... 

„To tak, jakby w tym momencie jakaś brzytwa pocięła powietrze w plasterki", wspominał później „Mad 

Dog" MacMillan, który program oglądał właśnie w więziennej świetlicy, w skrzydle B. „Pocięła nas wszyst-
kich.  Nikt  nie  wstawał i  nie  odchodził  do  swoich  zajęć  —  na  ekranie  pojawiła się twarz  Mickeya.  Faceta, 
który odkąd zjawił się tu rok temu, bez przerwy robi jakieś zadymy. A teraz cały kraj moŜe sobie oglądać 
tego skurwiela. Który opowiada, Ŝe wilk nie wie, o tym, Ŝe jest wilkiem, a jeleń, Ŝe jest jeleniem, bo to Bóg 
tak wszystko urządził. 

Nie pamiętam dokładnie kiedy to się stało, ale chyba wtedy, gdy on zaczął pieprzyć o tych demonach — 

tak, to było to — on coś mówił o jakimś demonie, który Ŝyje wewnątrz kaŜdego z nas, Ŝe kaŜdy w sobie go 
ma.  I  ten  demon  karmi  się  twoją  nienawiścią.  Rani,  gwałci,  morduje,  wykorzystuje  twoje  słabości,  twój 
strach. I mówił, Ŝe przetrwać mogą tylko ludzie źli. 

Wiesz,  gdybyś  miał  kiedyś  ochotę  na  własne  oczy  ujrzeć  nienawiść  i  strach  i  przyszedłbyś  do  Baton-

gaville, to na pewno trafiłbyś we właściwe miejsce. Mickey wypowiedział te słowa, a po chwili wszystkim 
nam wydawało się, Ŝe coś nagle wybuchło. Ale tak się złoŜyło, Ŝe wówczas nikt nie potrzebował pretekstu. 
Spoglądam i widzę tego młodego Slima, który zresztą zawsze miał coś dzikiego w oczach — patrzy na ekran 
i widzi wszystko, obojętnie, o czym w tej chwili mówi Mickey Knox. 

I potem, z tego, co sobie przypominam, przez salę przeleciał blaszany kosz na śmieci. Rąbnął prosto w 

telewizor, który eksplodował niczym sztuczne ognie na Święto Niepodległości. Gdy dzieje się coś podobne-
go,  to  uzbrojeni  policjanci  —  tak  czy  inaczej,  zawsze  są  trochę  nerwowi  —  pojawiają  się  na  pomostach, 
zaczynają krąŜyć po blokach z celami, oddają ostrzegawcze strzały w powietrze.Nie mam pojęcia, o czym 
ten pojebany sukinsyn opowiadał, ale faktem jest, Ŝe wszystkich «wzięło» jednocześnie. 

Dalej, pamiętam, Ŝe wszyscy robią jeszcze większe zamieszanie. Policjantów w świetlicy zatłuczono na 

ś

mierć krzesłami i nogami od stołów. Policjanci na pomostach strzelają jak opętani i biegają w górę i w dół 

po ostrych jak brzytwa siatkach. Strzelają, strzelają i strzelają. I jest ich coraz więcej. 

Ktoś  zaczął  wyciągać  materace  z  cel  i  podpalać je.  Nie  wiem  co  sobie  wówczas  pomyślał,  bo chociaŜ 

więzienny budynek jest duŜy, to materace, które wykonane są z gumowej pianki, a nie wypychane pierzem, 
zaczęły dymić, powietrze wypełnił smród palonego plastiku i nie moŜna było oddychać. Do tego czasu poli-
cjanci odłączyli dopływ wody, tak Ŝe nie moŜna było tego ugasić, więc zaczęliśmy wyłamywać rury ze ścian 
i spod sufitów, Ŝebyśmy nie zadusili się na śmierć. 

Jeśli jakieś miejsce kiedykolwiek wyglądało jak piekło, to mówię ci stary, było to właśnie nasze więzie-

nie. Elektryczność trafił szlag, więc jedyne światło dawały płonące materace. Z sufitów spływa woda, a para 
wypełnia cały blok. Spoglądam pod nogi, a tam woda na trzy cale. I zabarwia się na czerwono, naprawdę, 
nie okłamuję cię. Te sukinsyny przez poręcze schodów wyrzucają sterty papierów, policjantów i cokolwiek 
wpadnie im w łapy. Unoszę oczy i mówię sam do siebie: David, stary kumplu, wygnij ty się lepiej do tyłu i 
pocałuj na do widzenia swoją dupę, bo tu się dopiero zaczyna..." 

Dobiegła właśnie końca druga przerwa na reklamy, która nastąpiła zaraz po tym, jak Mickey Knox wy-

znał Wayne'owi, Ŝe uwaŜał się za „urodzonego mordercę". Shawn Devlin dostrzegł wówczas przy telefonie 
Dwighta  McClusky'ego.  „Cokolwiek  docierało  do  niego  z  drugiego  końca  linii,  McCIusky  wyglądał jakby 
zakorkował się własnym hemoroidem." 

— Gdzie? O cholera! ... Dobra ... W porządku...Zmobilizuj ludzi. Ja juŜ idę — McCIusky odłoŜył słu-

chawkę i zaczerpnął swój ostatni łyk świeŜego powietrza. — Wyłączyć kamery!!! — wrzasnął. 

— Ty chyba Ŝartujesz — zawołał Wayne nie wierząc własnym uszom. — Mamy kończyć!? Na miłość 

boską, przecieŜ to idzie na Ŝywo! Mamy jeszcze dziesięć minut! Dwieście milionów obywateli tego kraju ... 

— W świetlicy skrzydła B wybuchł bunt. Mają broń, zakładników,  materiały wybuchowe. Kończyć to 

natychmiast!—  powiedział  McCIusky  tonem,  któremu  w  ciągu  ostatnich  dziewiętnastu  lat,  nikt  w  Ba-
tongaville nie miał odwagi się przeciwstawić. 

Ale Wayne Gale nie dawał sobie dmuchać w kaszę. 
— No to moŜe pójdziemy z tobą i sfilmujemy to, co? Dwight, na litość boską, to jest na Ŝywo! 
— Zostaniesz tu i morda w kubeł! — rozkazał mu McCIusky, który w tym momencie był o krok od de-

finitywnego zakończenia dylematów i rozterek Wayne'a. — Muszę do jasnej cholery sam zobaczyć, co się 

background image

tam  dzieje  zanim  pozwolę  ci  cokolwiek  filmować.  To  wszystko  w  pierwszym  rzędzie  zaczęło  się  od  tego 
twojego pieprzonego wywiadu. 

Wayne wybiegł za nim z pokoju. W desperackim geście próbował rzucić się na naczelnika. — Dwight, 

przecieŜ to ogląda cały świat! To juŜ się nigdy nie powtórzy! Będziesz sławny. Przejdziesz do historii! Dwi-
ght! 

Gwałtowny atak, przypuszczony przez Wayne'a sprawił, Ŝe wściekłość McClusky'ego przerodziła się w 

nieufność. Dwight zwrócił się do Kavanaugha. 

—Ten dupek chce mówić mi co ja mam robićw moim własnym więzieniu. Niech idzie do diabła! Ten 

neandertalczyk  nie  ma  pojęcia  w  co  się  tu  wpakował,  ale  my  wiemy  doskonale.  To  nie  on  będzie  za  to 
wszystko  odpowiadał,  tylko  my,  więc  sprawdźcie  spluwy,  palce  na  spuście  i  przygotujcie  się  na  oddanie 
strzału w kaŜdej chwili! 

Opowiada  Shawn  Devlin:  „Wtedy  jakoś  tak  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  nie  mam  najmniejszej  ochoty  iść 

razem z naczelnikiem w samo serce tej zadymy, i Ŝe zostanie w pomieszczeniu, w którym przeprowadzano 
wywiad byłoby chyba bezpieczniejsze. Ale muszę powiedzieć, Ŝe byłem zadowolony, gdy McCIusky kazał 
mi iść ze sobą. Pamiętam, Ŝe wychodząc, spojrzałem na Duncana Homolkę, który jadł juŜ chyba dziesiątego 
pączka tego dnia, i podziękowałem Bogu za wyciągnięcie mnie z tego cholernego pokoju. Mogłem znajdo-
wać się wszędzie, byle nie obok tego szaleńca, Mickeya Knoxa." 

Gdy zamykały się drzwi, Devlin po raz ostatni rzucił okiem na czterech straŜników i Kavanaugha, któ-

rych pozostawiono z Mickeyem. Jego przyjaciele i kumple od kielicha. 

Za godzinę wszyscy będą leŜeć martwi. 
*** 
ZbliŜając się wraz z dwójką więziennych straŜników do celi Mallory, Jack Scagnetti nie miał pojęcia, co 

działo się w skrzydle B. Gdyby nawet ktoś mu o tym powiedział, niewiele by z tego dotarło do świadomości 
słynnego detektywa. Wchodził właśnie do tunelu, z którego nie było ucieczki, nie pozostawało mu więc nic 
innego jak podąŜać w jego głąb, do samego końca. Znajdowała się tam Mallory Knox. Swym śpiewem przy-
ciągała go coraz bliŜej, niczym syreny, wzywające Eneasza do rzucenia się w morskie fale, prosto w objęcia 

ś

mierci. 

„Mówiłem  mu,  Ŝe  nie  powinien  wchodzić tam  w  pojedynkę",  opowiadał  później  Frank  Lesh, straŜnik, 

który towarzyszył Scagnettiemu w jego spotkaniu z przeznaczeniem. „On chyba myślał, Ŝe da jej radę. Wie-
lu facetów popełniało wcześniej ten błąd i nie doŜywało momentu, w którym mogliby tego poŜałować. Ale 
nic na to nie poradzisz. Ten facet był jakimś federalnym supergliniarzem czy coś w tym rodzaju. Naczelnik 
powiedział, Ŝeby robić to, co kaŜe. Myślę sobie, cholera, moŜe gość jest silniejszy ode mnie, ale ja za Ŝadne 
skarby nie chciałbym znaleźć się w tym pokoju oko w oko z tą dziewczyną." 

— Wstawaj, moje słoneczko — powiedział Scagnetti stukając do drzwi. Otworzył mu je Lesh. Scagnetti 

wszedł do środka i nakazał obu straŜnikom opuszczenie celi. „Popatrzyłem na Austina, drugiego straŜnika, 
zastanowiliśmy się chwilę, ale w końcu Ŝaden z nas nie miał zamiaru mu się sprzeciwiać, więc wyszliśmy. 

Poszliśmy w  głąb korytarza i Ŝaden z nas nie próbował nasłuchiwać, ale dochodziły nas ich pomruki i 

ś

miech tej Mallory. Miała taki przeraźliwy śmiech, jak jakaś psychopatyczna dziwka. 

Taki śmiech moŜe ci się przyśnić w nocy, w jakimś koszmarnym śnie. Nieczysty, lubieŜny rechot. I my-

ś

lę sobie, Ŝe moŜe coś tam się dzieje pomiędzy supermordercą a supergliniarzem. MoŜe on ma  zamiar do-

brać się do niej? Ja w kaŜdym razie wolałbym  wsadzić swego kutasa w tłuczone szkło. Austin i ja docho-
dzimy do wniosku, Ŝe za to, o czym nie wiemy nie będziemy odpowiadać — jeśli będzie z tego jakiś gnój — 
więc idziemy sobie w stronę holu na papierosa. 

I potem, pamiętam, Ŝe nagle Scagnetti zawył jak szlachtowana świnia. Biegnę pod drzwi celi, ale klucze 

ma Austin. Stoimy jak wryci, widząc dziewczynę o wadze pięćdziesięciu kilo, która temu wielkiemu faceto-
wi łamie kręgosłup. Z trudem otwieramy drzwi, odciągamy ją na bok, a Scagnetti, wściekły jak nie wiem co, 
wyjmuje swój pistolet. Przysięgam, Ŝe zastrzeliłby ją wtedy gdybyśmy nie zaczęli wrzeszczeć, Ŝeby przestał. 
Wyglądało na to, Ŝe ona powiedziała Scagnettiemu, Ŝe on ma najmniejszego na świecie czy coś w tym ro-
dzaju, bo przez chwilę on po prostu nie mógł znieść jej obecności na tym świecie. Potem wziął głęboki od-
dech, potem jeszcze jeden, a potem odetchnąłem ja, bo wiedziałem, Ŝe Scagnetti nie ma juŜ zamiaru jej za-
strzelić. 

background image

I nagle Scagnetti łapie gaz Austina i zaczyna polewać nim Mallory. Początkowo czułem ulgę, bo jej nie 

zastrzelił, ale zaczął ją oblewać gazem, a dziewczyna darła się wniebogłosy, i moŜe faktycznie jest morder-
czynią, ale jest teŜ kobietą, więc trochę cięŜko było na to patrzeć. Zacząłem myśleć o powstrzymaniu go, ale 
w tym momencie otwarły się piekielne wrota i do celi wkroczył uzbrojony w karabin Mickey Knox. Zanim 
cokolwiek  przyszło  mi  do  głowy.  Austin  wylądował na  ziemi.  Wszystko  zaczyna  się  dziać  w  zwolnionym 
tempie, czuję gorąco płynące od karabinowego wystrzału, który rzuca mnie pod ścianę. Dostałem. 

I to była ostatnia rzecz, jaką pamiętam." 
Gdy Dwight McCIusky opuścił „studio", Mickey Knox postanowił odegrać małą komedię. 
StraŜnicy, którzy pełnili słuŜbę w bloku z izolatkami pamiętają, Ŝe Mickey cały czas wystawał przed lu-

strem czytając sobie w kółko na głos dowcipy z ksiąŜeczki wydanej przez „Playboya". Nigdy go to nie znu-
dziło i zawsze stanowił dla siebie najlepszą widownię. Niektóre z tych dowcipów były nawet zabawne. 

Mickey był zatem w dobrej formie, gdy zabrał się do opowiadania kawału o małym Jasiu, który razem 

ze swą starszą siostrą i jej chłopakiem Bobbym pojechał do kina dla zmotoryzowanych. 

„KrąŜył  po  pokoju  tak,  jakby  chciał,  Ŝeby  kaŜdy  z  obecnych  poznał  się  na  jego  dowcipie",  wspomina 

Herb  Gaines,  członek  ekipy  American  Maniacs.  „Pomyślałem  wtedy,  o  rany,  ten  gość  naprawdę  pragnie 
znajdować się w centrum zainteresowania. Ale potem, pamiętam, Ŝe zauwaŜyłem, jak Mickey uwaŜnie przy-
patruje się kaŜdemu z nas. Bada, który ze straŜników okazuje czujność, a który pochłonięty jest słuchaniem, 
dzięki czemu nie byłby w stanie oddać natychmiastowego strzału. Coś niesamowitego, naprawdę. I nadal nie 
wiem,  jak  on  to  robił.  I  nie  wiem  teŜ,  kto  opiekował  się  mną  podczas  tej  strzelaniny,  z  której  wyszedłem 
cało, a która rozegrała się w pokoju nie większym niŜ pięć na pięć, ale korzystając z okazji, chciałbym tej 
osobie podziękować, kimkolwiek by była." 

A dowcip z „Playboya" brzmi mniej więcej tak: 
„Mamusia mówi do córki: 
—Dobrze, moŜesz jechać do kina z Bobbym, ale pod warunkiem, Ŝe weźmiesz ze sobą Jasia. 
Córka się zgadza, wszyscy jadą razem do kina i po paru godzinach wracają. Mamusia bierze Jasia na bok 

i pyta: 

—No i co się działo? Gdzie pojechaliście? 
A mały Jasio, który nie potrafi mówić, udaje, Ŝe kogoś całuje. 
—Całowali się — domyśla się mama. — I co jeszcze? 
Mały Jasio ściska niewidzialne piersi. 
— Dobierał się do niej! I co jeszcze? Mały Jasio zaczyna się rozbierać. 
— Rozebrali się! No i co dalej? Jasio symuluje stosunek płciowy. 
— Zrobili to?! A ty? 
Jasio zaczyna się onanizować." 
„W  tym  momencie  wszyscy  obecni  w  pokoju  wybuchają  śmiechem",  wspomina  Gaines,  „włącznie  z 

Mickeyem, który trzyma w ręku pączek, który wziął sobie z pudełka, podchodząc do Kavanaugha. Gdy rzu-
cał go Homolce, który na pewno by go złapał, Mickey kończył swój dowcip wrzeszcząc: Jasiu, nie!" 

„Myślę,  Ŝe  Mickey  szybko  uświadomił  sobie,  Ŝe  najbardziej  czujny  z  nas  wszystkich  był  Kavanaugh, 

który miał teŜ najlepsze oko", opowiadał później Devlin, „Być moŜe doszedł do wniosku, Ŝe jako pupil na-
czelnika, Kavanaugh miał najwięcej do stracenia." 

Homolka w mgnieniu oka złapał rzuconego mu przez Mickeya pączka. W tym momencie Mickey rzucił 

się na karabin Kavanaugha i strzelił przed siebie, jako pierwszego trafiając straŜnika Zendela, a zaraz potem 
Powella. Prowadzący śledztwo opisali to później jako szczęście w nieszczęściu— gdy Powell upadał na pod-
łogę, jego strzelba wypaliła, śmiertelnie trafiając Kurtha, wielkiego, ale sympatycznego kolesia, który znany 
był głównie ze swej powolności. 

— Ty chyba śnisz Knox, nigdy się stąd nie wydostaniesz — odezwał się leŜący w stanie szoku na pod-

łodze  Kavanaugh.  Strzelanina  juŜ  przycichła  i  dla  wszystkich  w  pokoju  było  juŜ  jasne,  Ŝe  bohaterem  dnia 
jest  rzeczywiście  Mickey  Knox.  Aby  przypieczętować  odniesione  zwycięstwo,  pochylił  się  i  zgruchotał 
Kavanaughowi wskazujący palec prawej ręki. 

— Jestem najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na świecie, Kavanaugh. — Mickey zabierał się teraz 

za wskazujący palec lewej ręki. Kavanaugh wydał przeraźliwy okrzyk. — A jeśli najbardziej niebezpieczny 
człowiek kaŜe ci coś wykonać, to powinieneś dobrze się zastanowić zanim mu odmówisz. 

background image

Było  jasne,  Ŝe  Kavanaugh  nie  zamierzał  przysparzać  Mickeyowi  Ŝadnych  dodatkowych  kłopotów.  Po-

dobnie, jak reszta znajdujących się w pokoju osób. Niedobitkom ekipy Wayne'a — kamerzyście Rogerowi 
Brinksowi, operatorowi dźwięku Herbowi Gainesowi, zajmującemu się playbackiem Joshowi Richmondowi 
i producentowi, Julie Gwenheiler — Mickey kazał iść za sobą. NaleŜy tu dodać, Ŝe trzęsącego się ze strachu 
Wayne'a Gale'a znaleziono pod biurkiem. 

Wydając Rogerowi polecenie (pod karą śmierci) uzyskania jakiegoś obrazu na przenośnej kamerze beta-

cam,  Mickey  dał  zakładnikom  sygnał  do  wyjścia.  Za  członkami  ekipy  podąŜali,  trzymając  ręce  w  górze, 
Homolka i Kavanaugh. Pozostali wypadli z rejestru Ŝywych. 

— Kavanaugh, prowadź do celi Mallory — rozkazał Mickey. — I módl się, Ŝeby była cała i zdrowa. 
Gdy otwierały się drzwi, Wayne, w chwilowym przypływie geniuszu, chwycił ze stołu swój komórkowy 

telefon. W rezultacie, Ameryka stała się świadkiem najbardziej zuchwałej i skandalicznej w dziejach ludzko-

ś

ci ucieczki z więzienia. 

Swoje miejsce w historii światowego dziennikarstwa, Antonia Chavez zapewniła sobie dzięki znalezie-

niu się we właściwym miejscu o właściwej porze. 

Zaczynając  jako  reporter  od  spraw  lŜejszego  gatunku,  przekazując  obszerne  relacje  z  róŜnego  rodzaju 

uroczystości i spotkań śmietanki towarzyskiej, trafiła później do jakiejś trzeciorzędnej stacji telewizyjnej w 
Chicago,  gdzie  znalazła  miejsce  jako  drugi  prezenter  nadawanych  o  godzinie  dziesiątej  wiadomości.  Dwa 
miesiące  później  kierownictwo  zadecydowało,  Ŝe  konieczna  jest  pewna  modyfikacja  formuły  programu, 
który stopniowo zaczął podupadać. Na szczęście Antonia ze swą tendencją do ubierania się w przeźroczyste 
bluzeczki wydatnie pomogła w powiększeniu, w okresie ostatnich kilku tygodni, widowni programu. 

Styliści i charakteryzatorzy przygotowywali właśnie Antonię do pojawienia się na ekranie z zapowiedzią 

programu,  kiedy  nadeszła  informacja,  Ŝe  stacja  uzyskała  połączenie  z  nadającym  na  Ŝywo  z  Batongaville, 
prosto z epicentrum więziennych zamieszek, Wayne'em Gale'em. Producent, Scott Mabutt spojrzał na Anto-
nię i pomyślał „ona nie jest gotowa na coś takiego". Ale wiadomość przekazał nie kto inny jak teść Wayne'a 
Gale'a, szef całej sieci, nakazując stacji natychmiastowe rozpoczęcie przekazu na Ŝywo. 

Faceci odpowiedzialni za techniczną i merytoryczną zawartość programu oszaleli. Transmisja na Ŝywo 

jest  niemoŜliwa  —  mówili.  NiemoŜliwe  było  bowiem  kontrolowanie  tego  zalewu  informacji  trafiającego 
poprzez fale radiowe do tysięcy domów w całej Ameryce. Całe pokolenie dzieci mogłoby doznać psychicz-
nego uszczerbku oglądając tę szatańską paradę. Z drugiej strony, sieć Wayne'a dojrzała wyjątkową okazję do 
zajęcia pozycji bezdyskusyjnego lidera wśród stacji telewizyjnych w tym sezonie. Przy okazji, zaowocowa-
łoby to w przyszłości rekordowymi dochodami z reklam. Postanowiono więc, Ŝe transmisja rozpocznie się z 
sześćdziesięciosekundowym opóźnieniem, co stworzyło wygodną dla sieci sytuację; cokolwiek pojawiało się 
na  ekranie,  było,  z  punktu  widzenia  dziennikarskiej  autentyczności,  całkowicie  uzasadnione.  W  rezultacie, 
osoba odpowiedzialna za ewentualne cięcia w programie, nie miała tej nocy zbyt wiele do roboty. 

Po chwili, telewidzowie w całej Ameryce ujrzeli na swych odbiornikach napis: 
WIADOMOŚCI — WYDANIE SPECJALNE 
Po grzbiecie amerykańskiej widowni przeszły ciarki, które wywołał metaliczny głos spikera: 
—Przerywamy  w  tym  momencie  nadawanie  naszego  programu  by  połączyć  sie  z  naszym  specjalnym 

wysłannikiem. 

Antonia Chavez, wypchnięta przed oblicze telewizyjnej kamery, zmagała się z krnąbrną słuchawką, któ-

ra za nic w świecie nie chciała wpasować się w jej ucho. 

—Dobry  wieczór  państwu,  mówi  Antonia  Cha-vez.  Rozpoczynamy  nadawanie  specjalnego  programu 

stacji WDN. 

Na  monitorach  kontrolnych  pojawił  się obraz.  Scott Mabutt  gwizdnął  cicho,  widząc  spektakl, jaki roz-

grywał się przed jego oczyma. Nigdy wcześniej, w całej historii telewizyjnych wiadomości, nie widział cze-
goś podobnego. Przemówił cichym, spokojnym szeptem, prosto w ucho Antonii: 

— Przenosimy się teraz do zakładu karnego Batongaville... 
— Dowiaduję się właśnie, Ŝe przenosimy się do zakładu karnego Batongaville — powtórzyła bezbłęd-

nie, — gdzie Wayne Gale, znajdujący się w samym sercu więziennego buntu na duŜą skalę, kontynuuje swój 
przerwany wcześniej wywiad. 

background image

Na ekranie pojawiła się nieruchoma postać Wayne'a. Na pierwszy rzut oka, trudno było dokładnie doj-

rzeć, co właściwie się dzieje, ale chociaŜ ostrość obrazu zmieniała się co chwila, Amerykanie, jak zamuro-
wani, siedzieli w swych fotelach, obserwując ze zdumieniem burzliwy przebieg wypadków. 

— Z Batongaville mówi do państwa Wayne Gale — krew i ludzkie zwłoki, których wokół mnie jest cała 

masa, mówią nam, Ŝe ostatni rozdział księgi zatytułowanej „Mickey i Mallory" wciąŜ czeka na napisanie — 
oznajmił Wayne drŜącym głosem. Kamera, kołysząc się jak szalona na ramieniu Rogera, przekazywała obraz 
chaosu, który panował juŜ w całym więzieniu. Korytarze wypełnione były dymem i odgłosami strzelaniny. 
Więźniowie skakali po wewnętrznych rusztowaniach atakując i tak juŜ okrutnie zdziesiątkowanych straŜni-
ków, a takŜe tłukąc się z wściekłością między sobą. Wayne stał nieco skulony, cofając się gdy Roger celował 
w niego swą kamerą. 

— Tu, w Batongaville wybuchła niesamowita wojna. Czegoś takiego wcześniej nie widziałem. Grenada. 

Zatoka Perska...Batongaville — nazwy tych miejsc będą wkrótce wymieniane jednym tchem ... 

Roger  gwałtownie  zakołysał  kamerą,  tak  by  złapać  Mickeya,  który  pojawił  się  w  korzytarzu  i,  prowa-

dząc  za  sobą  posklejanych  taśmą  zakładników,  jednym  strzałem  unieszkodliwiał  właśnie  jednego  z  więź-
niów. Pozostali pensjonariusze zakładu karnego przebiegali z dzikim wrzaskiem tam i z powrotem, zatrzy-
mując się czasami przed obiektywem by popatrzeć lub strzelić głupią minę. 

„To trochę  dziwne, ale spojrzałem  na  Mickeya  i  jego  spluwę  z  uczuciem  bezpieczeństwa",  wspominał 

później  Herb  Gaines.  „To  było  jak  spełnienie  najgorszych  obaw.  Gdziekolwiek  spojrzałeś,  tam  wieszano, 
gwałcono, przebijano na wylot. Zanim ujrzałem więźniów niosących na kiju niczym totem głowę jednego ze 
straŜników,  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  dzieje  się  tu  coś,  co  zobaczyć  mogłem  jedynie  w  najokropniejszych 
nocnych koszmarach." 

Kavanaugh gorliwie wypełniał rozkazy Mickeya, czyli prowadził go do celi Mallory. Było to moŜliwe 

dzięki temu, Ŝe grupa buntowników, zabijając przy okazji trzech straŜników, wdarła się do więziennego cen-
trum operacyjnego, uzyskując tym samym dostęp do wszystkich bram, które natychmiast otwarto na ościeŜ, 
jak równieŜ do tajnych kartotek, w których — na nieszczęście zainteresowanych — znajdowały się nazwiska 
więziennych konfidentów. 

ś

adna z tych rzeczy nie interesowała jednak Mickeya Knoxa, który przez korytarze podąŜał na spotkanie 

ze swym przeznaczeniem. 

—To tu — oznajmił Kavanaugh wskazując przed kamerą rozpostartymi palcami zamknięte drzwi do ce-

li. 

Przy oślepiającym blasku reflektorów, Mickey, trzymając broń w pogotowiu, kopniakiem utorował sobie 

drogę do środka. 

—Kochanie, juŜ jestem. 
Oczom jego i całej amerykańskiej widowni ukazał się obraz leŜącej na podłodze, sponiewieranej Mallo-

ry. Mickey, jak to Mickey  — najpierw strzela, potem myśli, jako pierwszy rozstał się więc z tym światem 
straŜnik  Austin.  Drugi  straŜnik,  Lesh,  chwycił  swój  pistolet  strzelając  na  prawo  i  lewo,  ale  i  on,  trafiony 
przez Mickeya, przeleciał na drugi koniec celi. 

Prawdopodobnie zanim zorientował się do kogo strzela, Scagnetti otworzył ogień. Pierwsze strzały zabi-

ły  technika  American  Maniacs  Josha  Richmonda,  który  nie  zdąŜył  schować  się  za  martwym  Austinem. 
RównieŜ Mickey padł na ziemię, kryjąc się za wciąŜ ciepłym ciałem Richmonda. Broń wycelował prosto w 
Scagnettlego. 

Przedstawienie toczyło się dalej. Jeden z nich musiał dzisiaj zginąć. 
Przypominało to pojedynek w „O.K. Corral". Po jednej stronie Mickey Knox, nadzwyczajny okaz  ma-

sowego  mordercy,  facet,  który  wie  czego  chce,  posiadający  charyzmę,  zdolną  ująć  za  sobą  amerykańskie 
społeczeństwo. Po drugiej stronie Jack Scagnetti, osławiony stróŜ prawa, obrońca milczącej większości, któ-
rego krucjata na rzecz sprawiedliwości sprawiła, Ŝe miliony ludzi mogły spokojnie chodzić spać. 

— Wygląda na to, Ŝe mamy pata — te słowa Mickeya utkwiły w świadomości telewidzów mocniej niŜ 

Schwarzeneggerowskie „Jeszcze tu wrócę" czy „Tak naprawdę, kochanie, to mam to wszystko gdzieś" Rhet-
ta Butlera. 

Po raz pierwszy w swojej trzydziestodwuletniej karierze Scottowi Mabbuttowi zabrakło słów. Stan taki 

zawdzięczał przytomności umysłu Antonii Chavez, która dzielnie domagała się od Wayne'a jakiegoś komen-
tarza. 

background image

— Wayne? Wayne? Słyszysz mnie? Co tam się u was dzieje ...? 
Wydawało się, Ŝe słowa Antonii przywracają Wayne'owi kontakt z rzeczywistością. Być moŜe sprawiła 

to równieŜ wzrastająca w błyskawicznym tempie liczba widzów przed telewizorami. Wayne zdjął kamerę z 
ramienia Rogera i wycelował ją prosto w oblicze Scagnettiego, niepomny faktu, Ŝe gdyby detektyw  zaczął 
strzelać, Wayne niechybnie wylądowałby na stercie martwych ciał tuŜ obok Mickeya. 

Scagnetti  nie  miał  zamiaru  wycofywać  się.  Zbyt  wiele  siedziało  w  nim  profesjonalnego  gliniarza,  by 

mógł pozwolić temu cwelowi na ucieczkę. 

— Rzuć karabin, gnojku, ręce na kark i twarzą do ziemi! 
— Bo co? Chcesz mnie zranić, czy co? — spytał niebezpiecznie opanowany Mickey. 
— Ja nigdy nikogo nie zraniłem. Moja spluwa jest wycelowana prosto między twoje oczy, Knox. Jeśli 

nie rzucisz tej zabawki, to rozwalę cię w trzy dupy, a jeśli masz mnie na muszce, to lepiej strzelaj. Raz... 

Scagnetti był zdecydowany na wszystko. 
— Wayne, co tam się dzieje? — dopytywała się Antonia Chavez. 
— Dwa ... — odezwał się Mickey. 
Scagnetti był o włos od pociągnięcia za spust, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie Mickey postanowił 

się poddać. 

— Dobra Jack, udało ci się — powiedział, unosząc z rezygnacją lufę karabinu. 
Większość spośród członków rekordowej, studwudziestomilionowej publiczności (na taki wynik wska-

zywały teŜ zwykle konserwatywne sondaŜe firmy Nielsen), uwaŜało, Ŝe Jack Scagnetti był tak zaprzątnięty 
swym zwycięstwem, Ŝe na parę chwil zapomniał o pozostającej w stanie szoku po oblaniu gazem, i leŜącej 
tuŜ za nim Mallory. Potem jednak przyszło olśnienie — spekulowano, Ŝe być moŜe detektyw po prostu cze-
kał  na  to  aŜ  Mallory  podniesie  się  i  własnoręcznie  go  wykończy,  co  wydawało  sie  lepszym  wyjściem  niŜ 
spędzona po tej stronie krat reszta Ŝycia. 

Grupy feministyczne były jednak mniej wyrozumiałe; co bardziej bojowe niewiasty twierdziły, Ŝe boha-

terski  zryw  Mallory  z  widelcem  w  dłoni  był  zasłuŜoną  karą  dla  Scagnettiego  za  to,  co  wcześniej  zrobił  z 
Hailey Robbins. Sto dwadzieścia milionów widzów wiedziało o tym, o czym Jack nie miał zielonego pojęcia 
— jego zwycięstwo było iluzoryczne, a czas spędzony na tym padole dobiegał końca. 

Z dziką wściekłością, Mallory chwyciła Scagnettiego za włosy, odsłaniając przy tym jego gardło i wbija-

jąc w nie zwykły kuchenny widelec. Dławiąc się, detektyw bezradnie upadł na podłogę. 

Wayne przeŜywał euforię widząc, jak Mallory potykając się o martwe ciała ląduje w bezpiecznych ra-

mionach Mickeya. Jego wrodzony instynkt bulwarowego reportera dał znać o sobie, przyćmiewając jedno-
cześnie wszelkie odruchy samoobrony i ochrony. Wayne bezceremonialnie „najechał" kamerą na szatańską 
parę. 

—  Ten  pocałunek  nadchodził  przez  cały  rok.  AŜ  wreszcie  nadszedł  —  oznajmił  triumfalnie,  wtykając 

swą głowę przed obiektyw, upewniwszy się wcześniej, Ŝe kamera pokazuje go z właściwej strony. — Dzieje 
się właśnie coś, co, jak wszyscy byli święcie przekonani, miało nigdy nie nastąpić. W tym momencie, Mic-
key i Mallory są jedynymi ludźmi na tej planecie! 

Cała  Ameryka  z  zachwytem  obserwowała,  jak  Roger  okrąŜa  wraz  ze  swą  kamerą  szczęśliwą  parę  — 

jednak  to,  przed  czym  widzowie  z  niedowierzaniem  przecierali  oczy,  było  teŜ  niestety  łabędzim  śpiewem 
kamerzysty American Maniacs. 

Dla Mickeya Knoxa było to spełnienie przepowiedni, w którą wierzył tak  mocno, Ŝe gotów był dla jej 

spełnienia, bez cienia wątpliwości czy strachu, przewędrować bez szwanku przez piekielną otchłań. 

Dla Mallory Knox było to niewiarygodne ukoronowanie jej Ŝycia i miłości, niepodwaŜalny dowód na to, 

Ŝ

e anioły naprawdę się nią opiekują. 

Dla Wayne'a Gale'a było to osiągnięcie nirwany, wywołanej przez mówiące same za siebie wyniki son-

daŜy firmy Nielsen. 

Dla Ameryki było to odrodzenie idei prawdziwej miłości. 
Dla Jacka Scagnettlego był to koniec drogi. 
Mickey Knox spojrzał na niego, trzymając w dłoni pistolet. Wymierzył... i strzelił. 
I nic. 
— Spaprałeś sprawę, Jack. Miałeś mnie w garści. Ja wtedy nie miałem juŜ naboi. 

background image

Była jeszcze jedna nadzieja, jeszcze jedna szansa. Choć widelec cały czas przebijał na wylot gardło Sca-

gnettiego, detektyw, plując krwią i desperacko walcząc o kaŜdy łyk powietrza, wychodził ze skóry, by do-
sięgnąć leŜący na podłodze pistolet. 

 
Mallory była jednak szybsza. Jeśli przemówił wówczas do niej jakiś anioł, gdy schylała się by podnieść 

broń, to być moŜe był to anioł Hailey „Pinky" Robbins. 

— No i jaka seksowna jestem teraz, co? — spytała Mallory wysyłając Scagnettiego przed oblicze Stwór-

cy. 

Jak  Ameryka  długa  I  szeroka,  tabuny  nastolatków  wyległy  na  ulice  i  place,  zapełniając  równieŜ  bary  i 

kluby, by przy świetle świec oczekiwać ponownego nadejścia Knoxów. Historia Stanów Zjednoczonych nie 
znała dotąd wypadku, który w podobny sposób jednoczyłby amerykańską młodzieŜ w chorej fascynacji i, co 
pozostaje niewytłumaczalne i przeraŜające zarazem, moralnym poparciu, udzielanym parze morderców. 

Powskakiwali do swych samochodów i wyruszyli przed siebie z dziką beztroską, w głębokiej pogardzie 

mając wszelkie znaki drogowe, prawo i porządek na drogach. Szaleństwo, które znalazło swe ujście w Ba-
tongaville, udzieliło się poprzez fale eteru niemal całemu społeczeństwu. Policja zrezygnowała z zatrzymy-
wania  choćby  najbardziej  zuchwałych  chuliganów,  koncentrując  swe  wysiłki  na  próbach  zapanowania  nad 
przewalającą się przez ulice tłuszczą. Sytuację pogarszała dodatkowo obecność wracających do domów pija-
nych kibiców futbolu amerykańskiego, nie mogących się nadziwić, skąd nagle wzięło się tu tak wielu mło-
docianych wielbicieli druŜyny z Dallas. Cała Ameryka z zapartym tchem zastanawiała się czy miłość Mic-
keya i Mallory okaŜe się dostatecznie mocna, by bezpiecznie wyprowadzić ich z Batongaville. 

 

18 

Gdy Dwight McCIusky wkraczał do posterunku straŜników na zewnątrz głównego wejścia, wiedział, Ŝe 

przegrał z kretesem. 

Wychodził właśnie ze swego pokoju, gdzie przed chwilą zbierał solidne cięgi od wysokiego urzędnika 

policyjnego — w pierwszej kolejności za dopuszczenie do przeprowadzenia telewizyjnego wywiadu na tere-
nie więzienia — gdy dotarła do niego wiadomość, Ŝe więźniowie przejęli kontrolę nad posterunkiem dowód-
cy warty,  znajdującym się wewnątrz głównego budynku. PoniewaŜ bramy były juŜ pootwierane na ościeŜ, 
naleŜało za wszelką cenę nie pozwolić buntownikom na wydostanie się na zewnątrz. 

Shawn  Devlin  podąŜał  niczym  cień  za  McCIuskym.  Obaj  weszli  do  pomieszczenia  straŜników,  gdzie 

ostatecznie Devlin zdał sobie sprawę ze skali obecnych rozruchów. „StraŜnik Towery wpatrywał się w rząd 
monitorów i odchodził od zmysłów", wspominał Devlin. „Gdy sam spojrzałem na ekran, nie musiałem się 
dłuŜej zastanawiać, dlaczego Towery oszalał." 

I nawet obecnie, po upływie sześciu miesięcy, głos Devlina załamuje się wraz z przypływem okropnych 

wspomnień. Ręce zaczynają drŜeć, a Shawn, dla uspokojenia skołatanych nerwów sięga po kolejnego papie-
rosa, rozpoczynając jednocześnie opisywanie grozy i chaosu, jakie jawiły się wówczas jego oczom: 

„W  więziennym  zakładzie  fryzjerskim  ujrzałem  siedzącego  na  fotelu  Baltina.  Trzymało  go  dwóch  ło-

trów, podczas gdy trzeci przykładał mu do gardła brzytwę. Z kolei Surran tkwił jakoś tak do góry nogami w 
płonącym  kontenerze  na  śmieci.  Jakiś  biedny  gnojek,  nawet  nie  byłem  w  stanie  go  rozpoznać,  wisiał  pod 
dachem rotundy, cały we krwi, gardło roztrzaskane. I Zoumas...", Devlin na chwilę zamilkł starając się zna-
leźć odpowiednie słowa. „Zoumas, gość, z którym chodziłem na ryby i który pomagał mi w przeglądzie sil-
nika mojego Camaro 396 R/S, rocznik 68 ... nie, naprawdę, nie mam ochoty opowiadać o tym, co oni z nim 
robili w jadalni. Byłem prawie szczęśliwy, gdy usłyszałem, Ŝe go zaraz potem zabili, bo nigdy później nie 
chciałbym spojrzeć mu prosto w twarz. Wiedziałem, Ŝe gdybym to był ja, to wolałbym natychmiast umrzeć." 

Devlin, patrząc na krwawą jatkę, w której ginęli jego przyjaciele, znalazł się na skraju psychicznego wy-

czerpania. McCIusky aŜ trząsł się z wściekłości. Dla Sparky Nimitza, fana muzyki bluesowej, który dwa lata 
temu przeniósł się do Chicago aŜ z Brooklynu, nadeszły cięŜkie chwile. Przekazywał właśnie naczelnikowi 
najnowsze wiadomości: 

— Wydostali się na wolność, panie naczelniku— oznajmił podekscytowany. 
Początkowo jednak do McCIuskyego nie docierało to, o czym mówił Sparky. 
— Co takiego? — spytał. 
— Oni ... oni są na wolności, szefie. Mickey i Mallory są na wolności. 

background image

Do McClusky'ego w końcu coś trafiło. 
— Co to znaczy, „są na wolności"? 
— Są uzbrojeni — ciągnął Sparky. Słowa i zdania zaczęły zlewać się w jeden potok. — Wzięli ze sobą 

ekipę Wayne'a Gale'a, Kavanaugha i Homolkę. Scagnetti nie Ŝyje. Mają ze sobą kamerę i to wszystko jest 
teraz w telewizji! 

McCIusky  popatrzył  nieruchomym  wzrokiem  tak,  jakby  jakaś  wewnętrzna eksplozja  zablokowała jego 

władze umysłowe. Po chwili jednak odzyskał zdolność mówienia. 

—O nie! — wrzasnął. — Te dwa zdeprawowane dupki, te pierdolone skurwysyny zrobiły coś takiego w 

moim więzieniu. JuŜ ich widzę, jak wiszą! Dosyć tego, Sparky, albo ja, albo oni! 

„Sparky nie był geniuszem", opowiadał później Devlin, ale wiedział, podobnie jak my wszyscy, Ŝe nie 

był to dobry omen. Słyszeliśmy wcześniej opowieści o zamieszkach w więzieniu w Santa Fe w roku 1982 
znanych powszechnie jako „Diabelska Rzeźnia". NajpowaŜniejszy bunt w historii amerykańskiego więzien-
nictwa. Ale te opowieści nijak miały się do tego, czego właśnie byliśmy świadkami. A obecność faceta, któ-
ry  wykazywał  wręcz  psychiczne  skrzywienie  na  tle  brania  odwetu,  czym  był  zainteresowany  bardziej  niŜ 
odzyskaniem  kontroli  nad  sytuacją  w  więzieniu,  stanowiła  dla  nas  niezłą  gwarancję  tego,  Ŝe  moŜemy  nie 
doczekać jutra. 

Byliśmy wstrząśnięci jego reakcją, ale tylko Sparky miał odwagę odezwać się w takiej sytuacji. 
— O czym pan mówi, szefie? — zdziwił się. — Całe więzienie stoi w płomieniach, a pan tu nawija o 

tych dwóch wypierdkach. 

McClusky'ego jednak poŜerała wściekłość. 
— Będę śledził te dwa szczurze bękarty, będę ich gonił jak jakieś dwa zasyfione kundle, którymi 
zresztą  są!  —  wypluwał  z  siebie.  A  potem  rozkazał  przysłać  „zieloną  bandę",  specjalną jednostkę  tak-

tyczną, która pozostawała w ciągłej gotowości bojowej na wypadek, jaki właśnie miał miejsce w Batongavil-
le.  Nazwa  wzięła  się  od  fluoryzujących,  cytrynowozielonych  kombinezonów,  jakie  nosili  członkowie  jed-
nostki. 

Devlin w równym stopniu emanował wściekłością i niedowierzaniem; mógł od ręki zaproponować inne, 

znacznie bardziej sensowne sposoby wykorzystania „zielonej bandy", jak na przykład ratowanie Ŝycia straŜ-
ników.  Ale  to  McCIusky,  a  nie  on,  decydował  o  takich  rzeczach.  Naczelnik  zaś  wydawał  się  być  opętany 
tylko jedną myślą. 

— Ta dwójka dziś jeszcze będzie gryźć ziemię. 
Mickey  i  Malłory  mogliby  zostać  najsłynniejszą  parą  kochanków  na  świecie,  ale  wrodzony  instynkt 

mówił im, Ŝe teraz naleŜy walczyć o przetrwanie, miłość zaś nakazywał odłoŜyć na później. Amerykańskich 
telewidzów zdumiewał fakt, iŜ oboje poruszali się niczym jedna całość, porozumiewając się bez słów, intu-
icyjnie wskazując sobie nawzajem drogę i ustalając, kto w danym momencie ma iść pierwszy, i z której stro-
ny. 

Mickey pociągnął Wayne'a za kołnierz jego koszuli. 
— Hej, przyjacielu, jak ty się tu dostałeś? 
— Przyjechaliśmy dobrze wyposaŜonym wozem transmisyjnym — odparł poufale Wayne. 
— Gdzie go zaparkowaliście? 
— Na zewnątrz, przed główną bramą. 
— No to idziemy tam. Pozwól, Ŝe zaopiekuję się kluczami. 
Wayne bez szemrania wypełnił polecenie. 
—Mamy wóz, hurrraaa! — zawołał Mickey. 
Nagle,  gdzieś  pomiędzy  więzienną  kafeterią  a  zakładem  fryzjerskim,  odezwał  się  komórkowy  telefon 

Wayne'a.  Jak  okiem  sięgnąć,  trwały  zamieszki.  Więźniowie,  uodpornieni  na  przetaczające  się  raz  po  raz 
obłoki gazu łzawiącego, podpalali co się dało i rzucali własnoręcznie wykonanymi  granatami. Najpopular-
niejsza „dyscyplina sportu", zabijanie straŜników, zaczęła ustępować innej konkurencji, a mianowicie tortu-
rowaniu  kapusiów.  Zasoby  Ŝywych  straŜników  kończyły  się,  a  szturmowano  juŜ  pomieszczenia  dla  więź-
niów z ochroną — AO. Tajne kartoteki więzienne znalazły się w rękach buntowników, nie istniały juŜ Ŝadne 
tajemnice. Kto doniósł kiedyś na swego kumpla, od tej chwili pozostawał na jego łasce i niełasce. Demon zła 
zwycięŜał. 

—Kochanie, nic się nie stało! Przysięgam! Jestem ci cały czas wierny! — krzyczał Wayne. 

background image

W tym momencie wleciał na niego jakiś umierający więzień. Był dokładnie oskalpowany, a na jego ple-

cach widniał napis DONOSICIELSKA ŚWINIA. — Pogadamy o tym, jak wrócę ... Oczywiście, Ŝe nie ... To 
jest gorsze niŜ jakiś zasrany Bagdad! Dolores, słuchaj, ja cię kocham! 

Wayne wyłączył telefon. — Pieprzona krowa! 
— Dalej! — zawołał Mickey, gdy całą grupą przebijali się przez hol. Kolumna zakładników składała się 

teraz z Wayne'a, Julie, Rogera, Franka, Kavanaugha i Homolki. Herb Gaines skorzystał z okazji i rzucił się 
do szaleńczej ucieczki w momencie, gdy jeden z więźniów zaatakował Wayne'a i Mickey zmuszony był go 
bronić. 

„Od  początku  było  jasne,  kto  był  najcenniejszym  zakładnikiem  Mickeya",  opowiadał  Gaines.  „Przy-

puszczam, Ŝe wówczas jego własne bezpieczeństwo zaleŜało bardziej od utrzymania Wayne'a przy Ŝyciu niŜ 
od zabicia mnie." Gainesowi udało się opuścić budynek i schować się pod stertą śmieci, którą jakimś niezba-
danym  wyrokiem  opatrzności  pozostawiono  nie  sprzątniętą.  Ukrywał  się  tam  do  następnego  dnia,  dopóki 
teren więzienia nie został oficjalnie zabezpieczony. 

Znajdujące  się  w  górze  reflektory,  omiatały  przestrzeń  tam  i  z  powrotem.  Z  południowego  korzytarza 

wybiegła grupa zielono ubranych, uzbrojonych komandosów i skierowała się ku skrzydłu G. 

Mickey Knox nie miał wyboru i musiał skierować swój „zastęp" w drugą stronę korytarza. Ale na jego 

końcu czekało juŜ pięciu straŜników, którzy wybrali na swój „okop" właśnie to miejsce. 

Wydawało się, Ŝe nie ma juŜ Ŝadnej ucieczki. 
StraŜnicy otworzyli ogień i po chwili Ich strzały trafiały kolejnych zakładników. Najpierw Roger, a ra-

zem  z nim na podłodze wylądowała kamera betacam. Potem Julie, która rozpaczliwie próbowała rozerwać 
taśmę klejącą wokół nadgarstka, usiłując w ten sposób oddzielić się od martwego Rogera. Zupełnie niepo-
trzebnie.  Potem  przyszła  kolej  na  Franka,  którego  klatka  piersiowa  eksplodowała  na  cały  korytarz  niczym 
jakiś gigantyczny pomidor. 

Wayne  Gale  oszalał.  W  ułamku  sekundy  jego  mózg  zaczął  pracować  na  zwiększonych  obrotach,  grad 

pocisków zatarł wszelkie róŜnice pomiędzy tym, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. W desperackim odru-
chu ratowania skóry za wszelką cenę, Wayne rozerwał taśmę, łączącą go z Kavanaughem, wyciągnął półau-
tomat Glocka ze swego wysokiego buta i rzuciwszy się na podłogę zaczął strzelać do straŜników, znajdują-
cych się na drugim końcu korytarza. 

Szczęście powoli zaczynało opuszczać Mickeya i Mallory, choć nie przestawali strzelać na prawo i lewo. 

Zarówno „zielona banda" z jednej strony, jak i oddział straŜników z drugiej nie zmniejszały siły ognia. Mic-
key krzyknął na Mallory, która natychmiast i bez słowa rzuciła mu nowy magazynek. 

Gdy  Mickey  zajęty  był  ładowaniem  broni,  strzelanina  nagle  ucichła.  Spojrzał  w  głąb  korytarza,  gdzie 

przed chwilą stała czwórka straŜników. Wszyscy zginęli. 

Chwilę  później  zza  martwych  ciał  wyłoniła  się  jakaś  postać.  Szczupła,  mająca  około  lat  czterdziestu  i 

nieco wyłysiała — osobnik ów wyglądał raczej na państwowego urzędnika niŜ na mordercę. 

— Kim ty, kurwa jesteś? — spytał Mickey spoglądając na osobnika trzymającego dymiący jeszcze kara-

bin, dzięki któremu straŜnicy rozstali się z tym światem. 

— Jestem Owen — padła odpowiedź. 
— Czego od nas chcesz? — spytał Mickey. 
—Chcę, Ŝebyście poszli ze mną — odparł Owen. 
Batongaville było ostatnim miejscem, w którym Mickey spodziewał się spotkać członka swego własne-

go fan klubu. 

—Teraz nigdzie nie idziemy — oświadczył Mickey. 
Owen uśmiechnął się zagadkowo. 
—Chodźcie — powiedział. 
Zresztą niewaŜne, kim był ten facet — nosił więzienną bluzę i nie strzelał do nich, czego nie moŜna było 

powiedzieć o zbliŜających się w ich stronę zielonych komandosach. 

—Dalej, kochanie. Chodź, Wayne — powiedział Mickey. — I weź kamerę. 
— Dzień dobry, mówi Antonia Chavez. Jeśli dopiero teraz zaczęli nas państwo oglądać, to spieszę do-

nieść, Ŝe nadajemy na Ŝywo z więzienia Batongaville, gdzie Wayne Gale jest zakładnikiem Mickeya i Mallo-
ry uciekających w tym momencie na wolność pod osłoną ogromnego buntu, jaki tam wybuchł. Wayne, czy 
nas słyszysz? 

background image

Technicy  stawali  na  głowie  by  ze  zniszczonej  kamery  betacam  wydobyć  jako  taki  obraz.  Wayne  znaj-

dował się w jakimś ciemnym i wąskim korytarzu; bez dodatkowego oświetlenia, trudno było odgadnąć, kto 
spośród członków ekipy pozostaje przy Ŝyciu. Wayne'a nieustannie paraliŜował strach — maszerował pochy-
lony,, starając się uniknąć spotkania z jakąś zdradliwą kulą, rozmawiając jednocześnie przez telefon komór-
kowy ze swą Ŝoną Dolores, której imię z czasem stało się w amerykańskiej świadomości synonimem słowa 
„suka". 

— Nie wiem za bardzo, dokąd w tej chwili idziemy — meldował Wayne. ZdąŜył juŜ zdjąć z szyi swój 

krawat i niczym stary komandos przewiązać go wokół głowy, przy okazji prowizorycznie opatrując zranione 
od karabinowego wystrzału ucho, które krwawiło coraz intensywniej. 

—  Jesteśmy  w  korytarzu  łączącym  część  zachodnią  i  wschodnią  skrzydła  B  —  oznajmił  beznamiętnie 

Owen. — Te dziury, które widzicie, odchodzą do kaŜdej z cel. To, co spływa tymi rurami, to ścieki. Ale to 
nasza jedyna droga ... 

— Zamknij się — ostrzegł go Mickey. — Ten sprzęt — tu wskazał na kamerę, — wciąŜ pracuje. 
I  rzeczywiście,  kamera  wciąŜ  działała.  Na  zewnątrz więzienia Katherine  Ginniss  w  towarzystwie  bata-

lionu policji stanu Illinois, siedziała przed ekranem maleńkiego telewizora firmy Sony i obserwowała drama-
tyczny przebieg wypadków. 

Przybyła do Batongaville przed godziną, oczekując ostatecznego rendez-vous z Jackiem Scag-nettim w 

biurze naczelnika więzienia. Teraz nie miała tu nic do roboty. Ale i jej, podobnie jak reszcie kraju, udzieliła 
się fascynacja przeraŜającym spektaklem (a moŜe było to nieznośne uczucie niedokończonej roboty) — dość 
powiedzieć, Ŝe Katherine Ginniss z zapartym tchem obserwowała, jak Mickey Knox i jego świta wychodzą z 
więziennych ciemności na światło dnia. 

I wyszli — wydostając się otworem kanalizacyjnym na drugim piętrze wschodniej części skrzydła B. 
Wayne prowadził okrojoną do osób Kavanaugha i Homolki karawanę zakładników. Na zewnątrz czekał 

juŜ straŜnik z karabinem wycelowanym w Wayne'a. 

— Nie strzelaj! Jestem Wayne Gale! Nie strzelaj!!! — wrzasnął Wayne. Pechowy straŜnik zawahał się 

przez moment, co wystarczyło, by Wayne władował w niego całą zawartość magazynka swojego Glocka. 

Dmuchnął potem, niczym Brudny Harry, w dymiącą lufę pistoletu, a krąŜąca w Ŝyłach adrenalina wywo-

łała w nim uczucie własnej potęgi. Jedno zabójstwo sprawiło, Ŝe osiągnął to, czego nie były w stanie wywo-
łać u niego całe lata jungowskiej psychoanalizy. 

—Jestem Ŝywy! Po raz pierwszy w moim Ŝyciu! Ja Ŝyję! Dziękuję ci, Mickey! 
Mickey Knox od samego początku buntu zachowywał jednak przytomność umysłu i uświadomiwszy so-

bie, Ŝe zabić moŜe cię kaŜdy idiota z bronią w ręku, skwapliwie skorzystał z okazji i rozbroił Wayne'a i na 
powrót obarczył go kamerą. 

—Musisz wziąć się w garść, stary — zwrócił uwagę rozczarowanemu dziennikarzowi. 
Za najbliŜszym naroŜnikiem, mieli zamiar zejść na pierwsze piętro. Ale na podeście między kondygna-

cjami, blokując uciekinierom drogę na główny korytarz, a co za tym idzie na wolność, stał Dwight McCIu-
sky,  osłaniany  z  obu  stron  przez  swych  komandosów,  którzy  zresztą  przed  chwilą  odzyskali  parter  we 
wschodniej części skrzydła B. 

—Koniec zabawy, Knox. Zostaw ich! 
Mickey chwycił Kavanaugha i wypchnął go na schody. 
— Nie strzelaj, albo go rozwalę — ostrzegł naczelnika. 
McCIusky zauwaŜył to, co zdołało umknąć uwadze Mickeya, 
— On juŜ jest martwy, ty śmieciu! Gówno będziesz miał z tego wszystkiego! Ognia! 
Shawn  Devlin  wiedział,  Ŝe  przekroczył  w  tym  momencie  jakąś  nienaruszalną  do  tej  pory  granicę,  gdy 

wraz z członkami oddziału specjalnego faszerował Kavanaugha seriami karabinowych pocisków. Ciało nie-
szczęśnika wykonywało jakiś niesamowity taniec, a pochylony Mickey złapał juŜ Homolkę. 

Ale  Mallory  była  szybsza,  chwytając  Wayne'a  za  szyję,  przyciskając  mu  do  skroni  pistolet  i,  wyprze-

dziwszy Mickeya, zaczęła przeciskać się przez wąską klatkę schodową. 

—Cofnąć się śmierdziele, albo go rozpieprzę! Cofnąć się albo go rozpieprzę! 

ś

aden z policjantów nie opuszczał broni. „Ten facet specjalnie nas nie obchodził", wyznał później Dev-

lin. Wayne zaczął pochlipywać. 

— Nie strzelajcie! Błagam was, nie strzelajcie! Proszę, proszę, proszę... 

background image

— Gale, zamknij paszczę, ty fiucie! — wrzasnął McCIusky, zdziwiony, Ŝe jeszcze w takiej sytuacji ta 

dwójka potrafi wzbudzić w nim jakiś Ŝal. 

— Mickey i Mallory, słuchajcie no tylko... 
— Sam zamknij paszczę! Nic nie chcę słyszeć! — zawołał Mickey. 
— Mallory, jestem pewien, Ŝe to rozumiesz — jeśli zabijesz tego fiuta ... 
Mallory popchnęła Wayne'a od tyłu. 
—Łapa do góry! 
Wayne posłusznie uniósł rękę. Mallory przestrzeliła na wylot jego dłoń. 
Telewizyjni cenzorzy byli do tego stopnia zaszokowani tym , co widzieli na ekranie, Ŝe zapomnieli wy-

ciszyć Wayne'a, wrzeszczącego „cholerni bandyci!!!" 

Policjanci odskoczyli do tyłu. 
Po północnej stronie schodów pojawiła się sylwetka Owena Trafta. 
—Mickey, chodźcie tu. Znalazłem wyjście! 
Kamera na ramieniu Wayne'a powędrowała w stronę łaźni na drugim piętrze, kiedyś lśniącej bielą 
kafelków, dziś zbryzganej krwią, co przypominało sklep rzeźnika z ludzkim mięsem. Spod sufitu zwisali 

zarówno więźniowie, jak i straŜnicy. Z ich rozprutych ciał bezładnie zwisały wszelkie wnętrzności. 

Wołanie stojącego na schodach McClusky'ego było wyraźnie słyszalne. 
— Sześćdziesiąt sekund i zjawiam się tam u was! 
KtóŜ  z  nas  nie  pamięta  tego  nieznośnego  napięcia,  towarzyszącego  ostatnim,  jak  wówczas  sądziliśmy, 

chwilom spędzonych na Ziemi przez Mickeya i Mallory Knoxów? 

Antonia Chavez, ze spokojem obsługiwała pośpiesznie organizowane telefoniczne rozmowy z gośćmi z 

róŜnych stron kraju. Była pośród nich ciotka Mickeya, Ofelia, był teŜ Darryl Gates z uni-versytetu Harvarda, 
specjalista od psychologii kryminalnej, czy w końcu przekonany o własnej wyŜszości, obraŜony na wszyst-
kich,  wysoki  urzędnik  policyjny  stanu  Illinois.  Antonia  zdołała  zapełnić  luki  w  transmisji  komentarzami  i 
rzeczowymi  pytaniami.  Obserwowała  ją  cała  Ameryka,  a  Antonia,  niczym  wycieczkowy  pilot  prowadziła 
wszystkich poprzez tę jedyną w swym rodzaju orgię nadawanej na Ŝywo przemocy i sensacji. 

Nikt  teŜ  nie  musiał  dawać  jej  znać.  gdy  trzeba  było  przerwać  reminiscencje  ciotki  Ofelii  dotyczące 

pierwszej  szkolnej  zabawy  Mickeya  —  nadchodziło  ostateczne  rozstrzygnięcie,  McCIusky  miał  ich  juŜ  w 
garści i nie wyglądało na to, Ŝe naczelnik, wraz z oddziałem osłaniających go wściekłych straŜników pozwo-
li wyjść uciekinierom cało. 

Oddająca  się  uroczystemu  czuwaniu  młodzieŜ  zamarła.  Nastoletnie  dziewczęta  zaczęły  płakać,  przera-

Ŝ

one  perspektywą  bezpośredniej  transmisji  masakrowania  demona  miłości,  który  był  obiektem  ich  mło-

dzieńczych marzeń i fantazji. 

Widzieliśmy to wszyscy, a oczekiwanie zapierało nam dech, gdy nagle odezwał się komórkowy telefon 

Wayne'a. Była to Dolores. Ale Wayne odnalazł w końcu swą prawdziwą toŜsamość, w co zresztą wierzyła 
cała widownia. W ostatnich, jak się wówczas wydawało, chwilach swego Ŝycia, Wayne zwrócił się do Ŝony 
z uczuciem nowej mocy, jaka w niego wstąpiła, wydzierając się nad tracącymi swą moc bateriami telefonu. 

—Zapomnij o wszystkim ty suko! Słyszysz? ... Nie wracam do domu! Uwolniłem się od ciebie. I Ŝyję! 

Po raz pierwszy mogę powiedzieć, Ŝe śYJĘ! No więc — odpierdol się ode mnie! 

Wayne rozłączył się. A kaŜdy,  kto w tym  momencie miał jeszcze nadzieję, Ŝe ucieczka się powiedzie, 

musiał srogo się zawieść, widząc, jak Mickey pochyla się by pomóc Mallory w bandaŜowaniu krawawiącej 
rany. 

— Cokolwiek się stanie, pamiętaj, Ŝe cię kocham ... — powiedział cicho, okazując jej, po raz pierwszy 

od  tego  dramatycznego  momentu  ponownego  spotkania,  odrobinę  prawdziwej  czułości.  Dla Mickeya  waŜ-
nym wydawało się uczynienie tego właśnie teraz; mogła to być przecieŜ ostatnia ku temu okazja. 

— Kochałem cię bardziej, niŜ samego siebie ... 
Mallory spojrzała mu prosto w oczy z miłością i przebaczeniem. Ta scena wzruszyła wszystkich. 
—Wiem juŜ. Nie wydostaniemy się stąd, co?— powiedziała. — Do diabła więc z wracaniem do naszych 

cel. Zbiegnijmy tymi schodami strzelając przed siebie, wyjdźmy na zewnątrz i rozwalmy tych skurwysynów 
— tylu, ilu będziemy w stanie. 

Oczyma duszy Mickey ujrzał to, o czym mówiła Mallory. Lecz była to perspektywa, której, ze względu 

na swą ukochaną, nie mógł zaakceptować. 

background image

— To romantyczna fikcja — stwierdził. — Ale postąpimy tak, jeśli zawiodą wszystkie inne sposoby. 
Wyczerpanie powoli ustępowało, a w umyśle Mickeya zaczął rodzić się nowy plan. Wstał, przyglądając 

się rozhisteryzowanemu Duncanowi Homolce. 

—Masz Ŝonę? 
—Ja nie chcę umierać — zaszlochał Homolka. 
Uderzeniem otwartej dłoni Mickey przywrócił go do zmysłów. 
—Pytałem, czy masz Ŝonę? 
Tymaczsem Wayne ponownie starał się nawiązać łączność telefoniczną. Tym razem ze swą dziewczyną 

Ming. 

—Będę dziś wieczorem z nową dawką podniecających rozkoszy. Nasypię trochę ostrego pieprzu na two-

ją... 

Ale Ming nie wydawała się być zachwycona nowym wcieleniem Wayne'a, co zasygnalizował krótki sy-

gnał przerywanego połączenia. 

—Ming!  Ming!  —  krzyknął  Wayne,  rzucając  w  końcu  komórkowcenn  o  ścianę,  zresztą  ku  uldze 

wszystkich, którzy mieli juŜ dość wysłuchiwania opowieści o domowych problemach Wayne'a. 

—  Powszechnie  szanowany  dziennikarzu  —zawołał  Mickey,  zajęty  obecnie  czynnością  przymocowy-

wania  lufy  swego  karabinu  do  szyi  Duncana  Homolki.  —  Chciałbym,  abyś  poznał  Duncana  Homolkę  — 
powiedział zabierając się dopodobnych zabiegów na Wayne'ie. 

Gdy Mickey okręcał taśmę klejącą wokół jego szyi, Wayne grzecznie przywitał się z Duncanem. 
—Jedyny sposób, w jaki moŜemy przedostać się do bramy frontowej polega na tym, Ŝeby oni bardziej 

nie chcieli zabić was niŜ chcą zabić nas— oznajmił Mickey. — Na kolana, Wayne. 

Mickey chwycił kamerę i umieścił ją na ramieniu Wayne'a. 
—Zdaje się, Ŝe pragnąłeś kontaktu z rzeczywistością, co? 
—Nazywam się Wayne Gale! Jestem gwiazdą programu American Maniacs! 
Wayne dostał się w zasięg wzroku McCIusky-'ego i jego goryli. Trzymał kamerę w ręku i filmował sie-

bie samego. 

„ZauwaŜyłem,  Ŝe  prawa  ręka  Mickeya  przytwierdzona  jest  do  spustu,  a  kolba  jego  spluwy  dokładnie 

przywiązana do szyi Wayne'a," opowiadał Devlin. 

—KaŜdego  tygodnia ogląda  mnie  czterdzieści  milionów  ludzi!  — ciągnął Wayne,  a jego  głos przepeł-

niony  był  histerią.  —  Jestem  cenionym  dziennikarzem,  zdobywcą  nagrody  Edwarda  R.  Murrowa  i  wielu 
Innych! 

McCIusky  zastygł  w  bezruchu,  nie  bardzo  wiedząc,  co  czynić.  Pragnął  tylko  jednej  rzeczy  —  zadusić 

własnoręcznie  Mickeya  Knoxa,  co  na  pewno  próbowałby  zrobić,  gdyby  nie  powstrzymywał  go  przed  tym 
Sparky Nimitz. 

„Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, Ŝe jeŜeli załatwimy Mickeya albo Mallory, zginą równieŜ Wayne i Ho-

molka. Moglibyśmy próbować, gdyby nie było tam kamery, ale Ŝaden z nas nie miał ochoty odgrywać po-
wtórki ze sprawy Rodneya Kinga — sądziliby nas ludzie, którzy całe zajście znaliby jedynie z taśm wideo, 
nie byli tam obecni i nie mogli wiedzieć, co wówczas czuliśmy", wspominał Devlin. 

I właśnie na to liczył Mickey Knox. 
— Jesteście na wizji! — krzyczał Wayne. — To wszystko idzie na Ŝywo! Jeśli któryś z was zrobi mi co-

kolwiek, moja sieć poda do sądu Dwighta McClusky'ego, cały urząd szeryfa i samego gubernatora. Moi lu-
dzie podadzą do sądu kaŜdego, kto otworzy ogień ... 

Mickey wiedział co robi. Na policjantach zrobiło to duŜe wraŜenie. 
— Przejście! — wrzasnęła Mallory. śywa ściana stróŜów prawa i porządku zaczęła się cofać. 
Kamera  śledziła  cudowny  pochód  całego  konwoju  pod  swego  rodzaju  namiotem.  Przed  nimi,  z  jedno-

stajnym  odgłosem  rozwierała  się  gęsta  gromada  karabinów  i  policjantów,  tworząc  dwa,  równoległe  rzędy, 
wychodzące z klatki schodowej i poprzez ostatni korytarz osiągające więzienny plac apelowy. 

Wolność. Po drugiej stronie wrót. 
Wayne  wył,  Duncan  bełkotał.  Policjanci  trzymali  broń  w  pogotowiu,  ale  konsekwentnie  ustępowali 

uciekinierom z drogi, rozstępując się niczym Morze Czerwone. 

Gdy było juŜ widać więzienne wrota, naczelnik McCIusky ustawił się na ich tle. 
— Jak daleko wydaje się wam, Ŝe zajdziecie? 

background image

— Poza główną bramę — oznajmił z olimpijskim spokojem Mickey. 
— Nigdy wam się to nie uda—odparł McCIusky. 
Ale  na razie  wszystko  się udawało.  Karawana  maszerowała  naprzód,  Wayne i Duncan  Ŝałośnie  „Man-

trowali" i nikt nie odwaŜył się wykonać jakiegokolwiek ruchu w ich stronę. 

„Byliśmy totalnie sfrustrowani i poniŜeni", wyznał Devlin. 
Gdy uciekinierzy wraz z zakładnikami przebili się do przodu, Mickey i McCIusky stanęli oko w oko. 
— Osobiście będę cię tropił, odstrzelę głowę twojej pierdolonej, kurewskiej kobiecie, a twoją ofajdaną 

dupę sam zakopię w ziemi — wycedziłMcCIusky. 

Nic juŜ jednak nie mogło zmącić spokoju Mickeya Knoxa. 
—Innym razem. Nie dzisiaj, drogi naczelniku. 
McCIusky wyglądał, jakby jego kora mózgowa miała za chwilę rozprysnąć się na kawałki. I rzeczywi-

ś

cie — po dokładnym obejrzeniu taśmy wideo, eksperci medyczni stwierdzili, Ŝe właśnie w tym momencie u 

Dwighta McClusky'ego rozpoczął się atak serca. 

„StraŜnik po drugiej stronie bramy, Pruce, widział jak przechodzimy przez korytarz, widział teŜ kamerę, 

ale nie chciał być tym, który odpowiedzialny byłby za strzelaninę. Gdyby McCIusky odwrócił się i zabronił 
otwierania drzwi, Pruce prawdopodobnie pozostawiłby je zamknięte. Ale McCIusky zaczynał juŜ zmagać się 
z bólem, więc straŜnik otwarł bramę, a Mickey i Mallory wyszli na zewnątrz." 

Mickey zamknął drzwi za sobą. Kamera podąŜała za nim po schodach i dalej, ku wolności. Drzewa. Pta-

ki. I Ŝadnych krat. 

Kamera  nie  zdołała juŜ  zarejestrować  tego, jak  setki  rozwścieczonych  więźniów,  przebiwszy  się  przez 

blokadę straŜników biegły ku McClusky'emu, uzbrojone w broń palną, kije, nunczaki, brzytwy i połamane 
krzesła. 

„Zanim wyszedł zamykając za sobą drzwi, Mickey wepchnął Pruce'a w głąb korytarza, tak Ŝe nie było 

dla nas Ŝadnej ucieczki. Zaczęliśmy strzelać w tłum, tuziny padły trupem, ale za nimi pojawiali się następni. 
Ciągle skądś nadchodzili," wspominał Devlin. 
 

McCIusky  wspiął  się  na  kraty  i  mając  do  obrony  jedynie  pojemnik  z  gazem,  którym  polewał  nieprzy-

tomnych z szaleństwa buntowników, desperacko próbował ratować swoje Ŝycie. Został jednak ściągnięty na 
dół, a jego serce ostatecznie odmówiło posłuszeństwa. Więźniowie podawali go sobie nad głowami, niczym 
muzyka rockowego uprawiającego skoki ze sceny w trakcie koncertu. 

„Ostatnią  rzeczą,  jaką  pamiętam  zanim  straciłem  przytomność,  była  głowa  McClusky'ego  nadziana  na 

jakiś kij, którą przekazywano sobie z rąk do rąk." 

Shawna Devlina pozostawiono przywalonego ciałami swych martwych kolegów. 
 

19 

Wbrew wszelkiej logice, Mickey i Mallory po prostu wyszli z najlepiej strzeŜonego więzienia Ameryki 

trzymając jedynie przytknięte do podbródków swych zakładników lufy pistoletów. 

Kamera  pracowała  przez  cały  czas  i  Ŝaden  z  obserwujących  więzienie  z  zewnątrz  policjantów  stano-

wych, członków Gwardii Narodowej, czy policji drogowej, nie ośmielił się sprzeciwić poleceniom Mickeya 
Knoxa  odnośnie  nieposyłania  w  ślad  za  firmową  furgonetką  American  Maniacs  jakichkolwiek  oficjalnych 
czy słuŜbowych samochodów. 

W  ten  sposób  ucieczkę  Mickeya  i  Mallory  mogły  na  terenie  Joliet  śledzić  jedynie  cywilne,  nie-

oznakowane wozy. 

Jeden z nich pochodził z wypoŜyczalni, a za jego kierownicą siedziała Katherine Ginniss. 
Gigantyczny korek, jaki powstał po zakończeniu meczu SuperbowI i towarzysząca mu ogólna anarchia 

wywołana przez szalejących w swych ryczących autach nastolatków, stanowiły dla uciekających niezwykle 
sprzyjającą okoliczność — furgonetka zdąŜyła juŜ zgubić większość spośród śledzących ją samochodów. Ci, 
którym udało się przedrzeć przez ten kocioł, kontynuowali pościg aŜ do momentu, w którym Mickey gwał-
townie skręcił  w jakąś  wiejską  drogę,  a  Mallory  przez  tylne  drzwi  wyrzuciła  na  drogę  Duncana  Homolkę. 
Pisk opon, zapach palonej gumy i piramida czterech nieoznakowanych samochodów to wynik rozpaczliwych 
prób ominięcia toczącego się po szosie ciała. 

Ale dziwnym zrządzeniem losu, uchowała się jeszcze jedna drogowa blokada. 

background image

Kierując się na południe, Katherine Ginniss wybrała drogę nr 5 — jakby kierował nią instynkt. Mickey 

Knox podąŜał tą samą drogą, tyle, Ŝe na północ. Oba samochody minęły się z prędkością 75 mil na godzinę, 
co zmusiło panią Ginniss do natychmiastowego zatrzymania się, a potem zawrócenia o 180 stopni i wyru-
szenia  w  pościg  za  furgonetką.  Obyło  się  przy  tym  bez  piszczących  opon  —  jeśli  cztery  lata  spędzone  w 
waszyngtońskich korkach nauczyły ją czegoś, to oczywiście tego, Ŝe „mniej" oznaczało czasami „więcej". 

Prędkościomierz  jej  Forda  Taurusa  wskazywał  maksymalną  szybkość  90  mil  na  godzinę.  Gdyby  spró-

bowała  uŜyć  swego  telefonu  komórkowego  by  namierzyć  połoŜenie  Knoxów,  a  spróbowałaby  prawie  na 
pewno,  nie  znalazłaby  wolnego  pasma  —  eter  po  brzegi  wypełniony  był  gorączkowymi  rozmowami  funk-
cjonariuszy policji. 

Katherine musiała zdawać sobie sprawę, Ŝe nie istniał na razie Ŝaden sposób zatrzymania uciekającego 

samochodu. Sama nie miała przy sobie broni, podczas gdy Mickey i Mallory najprawdopodobniej uzbrojeni 
byli po zęby. Najbezpieczniejszym planem wydawało się więc oddalenie się nieco od furgonetki, śledzenie 
jej z pewnej odległości i znalezienie w końcu wolnego pasma tak, by moŜna było skontaktować się z policją, 
która przygotowałaby blokadę dróg. Na zdrowy rozum, była to normalna procedura operacyjna. 

Katherine  Ginniss  spędziła  jednak  w  FBI  stanowczo  zbyt  duŜo  czasu  za  biurkiem,  pozwalając  innym 

cieszyć się słodyczą zwycięstw, a sama przekopując się przez kolejne ryzy dokumentów, co z drugiej strony 
pozwalało na odnoszenie wspomnianych zwycięstw. 

Silnik był juŜ u kresu swych moŜliwości. 
I nagle Taurus władował się prosto w tylny zderzak furgonetki z siłą, która zmiaŜdŜyła atrapę chłodnicy, 

roztrzaskując takŜe oba reflektory. 

Uderzenie  było  duŜym  zaskoczeniem  dla  pasaŜerów  furgonetki.  Mallory  załadowała  oba  magazynki  i 

przygotowywała się do wypełnienia swej ostatniej groźby. 

— Czy oni się w końcu nie uspokoją? — zawołał Mickey, starając się przekrzyczeć hałas silnika. 
Odpowiedział mu Wayne: 
— Wilk nie wie dlaczego jest wilkiem, a jeleń nie wie dlaczego jest jeleniem. Tak to juŜ Pan Bóg urzą-

dził,  prawda  Mickey?  —  Ta  wypowiedź  skłoniła  później  psychologów  do  przypuszczeń,  iŜ  biedny  Wayne 
cierpiał wówczas na syndrom Patty Hearst, polegający na tym, Ŝe strach przed sytuacją, w jakiej się znalazł 
wywołał u niego uczucie sympatii w stosunku do swych oprawców. 

Inni badacze doszli do wniosku, Ŝe Wayne po prostu zwariował. 
Mickey uśmiechnął się i gwałtownie skręcił, próbując zepchnąć Taurusa z drogi. 
— Mal, zbliŜa się do ciebie z lewej strony! —krzyknął. 
Gdy Mallory przygotowywała się do oddania strzału, Owen Traft z twarzą przyciśniętą do szyby wyglą-

dał  przez  tylne  okno  furgonetki.  Obserwując  Katherine  zdecydowaną  wyprzedzić  samochód  albo  umrzeć, 
poczuł nagle, Ŝe czas zaczyna płynąć coraz wolniej. 

Wpatrując się bez przerwy w Taurusa, Owen zaczął ściągać buty, skarpetki a takŜe rozpinać koszulę. 
— Co ty kurwa robisz? — zawołał Wayne widząc jak gość rozbiera się do naga. 
— Dobra, zostaw go — odpowiedziała mu Mallory. — Wygląda na to, Ŝe on ma tu do spełnienia jakąś 

misję. MoŜe jest aniołem, którego przysłano, Ŝeby nam pomógł? Zbawił nas ode złego ... 

Anioł  albo  i  nie  —  w  kaŜdym  razie  Owen  Traft  rozebrał  się  juŜ  do  naga  i  skulony  stał  przy  tylnych 

drzwiach. Jak przez mgłę Wayne patrzył jak Owen je otwiera, doprowadzając do nagłego podmuchu powie-
trza, który uniósł do góry znajdujące się w samochodzie papiery. Mickey nie spuszczał nogi z gazu ani na 
chwilę. 

Katherine przyhamowała nieco, spodziewając się gradu pocisków. 
Zamiast tego ujrzała nagiego faceta kulącego się z tyłu furgonetki niczynn jakiś Golem. Jego oczy wbite 

były  w  jej  samochód.  I  zanim  Katherine  zdąŜyła  zareagować  w  jakikolwiek  sposób,  ten  człowiek  skoczył 
prosto na nią. 

Będąc juŜ w powietrzu, Owen Traft ułoŜył się w pozycji ludzkiego płodu — tę technikę skoku wyćwi-

czył jeszcze w dzieciństwie podczas letnich zabaw na miejskim basenie. Jako pierwsza wylądowała podsta-
wa  kręgosłupa  pozostawiając  na  szybie  samochodu  pęknięcie  w  postaci  tysiąca  maleńkich  pajęczyn.  W 
ułamku sekundy cała reszta ciała znalazła się wewnątrz Taurusa. Katherine Ginniss poniosła śmierć w wyni-
ku złamania — na skutek uderzenia—trzech kręgów szyjnych. Poduszka powietrzna otwarła się, gdy samo-
chód staczał się z szosy prosto do rowu melioracyjnego. 

background image

Mallory Knox wspięła się na bocznym siedzeniu. 
— Widziałeś to, Mickey? On leciał. Przysięgam, on leciał. Czy moŜna, cholera, w coś takiego uwierzyć? 
— To juŜ tajemnica, kochanie — odparł ujmując ją delikatnie za podbródek. — Kto wie, jak to jest na-

prawdę? Kto to wie? ... 

Przygotowując się do ostatniego w swojej burzliwej karierze wywiadu, Wayne Gale wykazywał rozsąd-

ne w takiej sytuacji skupienie i spokój. Krajobraz stanu Illinois rozkwitał bujną zielenią. Pomimo licznych 
ran i obtarć, a takŜe, rzecz jasna, przestrzelonej na wylot dłoni, Wayne przedstawiał całkiem przekonywują-
cy obraz dzielnego korespondenta wojennego. Nie odgrywał bohatera jak Arthur Kent, ale Wolf Blitzer był-
by z niego dumny. W przekazie, który dotarł wówczas do amerykańskich domów, dało się zauwaŜyć pewne 
kłopoty z synchronizacją, co związane było z uszkodzeniami, jakie odniosła kamera w trakcie więziennych 
zamieszek, ale i bez tego wiadomo było, co dzieje się na ekranie. 

—Mówi Wayne Gale — niestety, nie wszyscy jesteśmy juŜ „cali i zdrowi". Ja odniosłem rany,  a człon-

kowie mojej ekipy zginęli. 

Kamerę obsługiwała Mallory, bawiąc się regulatorami ostrości i odległości — szczęśliwa, Ŝe policja nie 

depcze im juŜ po piętach. 

—Rzuciłem  mą  Ŝonę,  mnie  rzuciła  moja  dziewczyna—ciągnął  Wayne,  przerywając  na  chwilę,  by  do 

końca  móc  nasycić  się  swym  własnym  melodramatem.  —  Plan  Mickeya  Knoxa  powiódł  się.  Wyszliśmy-
przez główne drzwi, wsiedliśmy do telewizyjnej furgonetki I rozpoczęliśmy ucieczkę. W jej trakcie,Mallory 
Knox zabiła zastępcę szeryfa, Duncana Homolkę, wyrzucając jego ciało przez tylne drzwi. 

Tak naprawdę, gdy Mallory pozbywała się Homolki, ten jeszcze Ŝył i, jak się później okazało, przeŜył, 

ale wersja Wayne'a bardziej pasowała do okoliczności. 

—Mickey, wykorzystując policyjną częstotliwość radiową, zagroził, Ŝe ja będę być moŜe następny, jeśli 

władze nie zaniechają pościgu. Dlaczego nie uŜyto śmigłowców? Nie wiem. Podejrzewam, Ŝe wszystko zda-
rzyło się zbyt szybko, by mogły zostać poczynione odpowiednie ustalenia. Właśnie zjechaliśmy z drogi, tak 
by przeprowadzić ten wywiad. Proszę państwa, napięcie rośnie... 

Dalej, nie będziemy tu stać cały dzień! — wrzasnął Mickey zza kamery. 
Wayne zdjął kamerę z ramienia Mallory i odwrócił się ku uciekinierom. 
— I juŜ bez dalszego gadania — Mickey i Mallory ... 
Przed kamerą, Mallory w ciągu minuty doprowadziła siebie i swoje więzienne szaty do porządku; Way-

ne rozpoczął zadawanie pytań. 

— Mallory, co sądzisz o waszej niesamowitej ucieczce? — Wayne zaczynał powoli dochodzić do siebie. 

Dotarło do niego, Ŝe okazja, jaką miał przed sobą mogła okazać się największym osiągnięciem jego dzienni-
karskiej kariery. 

— Zastanawiałam się jak długo potrwa, zanim znów będziemy mogli być razem — powiedziała Mallo-

ry. — I zastanawiałam się, czy wytrzymam tak długo. 

WyobraŜając sobie nieodległe juŜ miłosne uniesienia, Mickey i Mallory zaczęli pieścić się nawzajem ni-

czym dwa gołąbki. Ale Wayne chciał usłyszeć jeszcze odpowiedzi na kilka następnych pytań. 

—Czy mieliście coś wspólnego z buntem w więzieniu? 
—Nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Ten bunt to było ... nie wiem jak to nazwać ... 
—Przeznaczenie — pośpieszył z pomocą Mickey. 
— Przeznaczenie — powtórzyła Mallory. — Nie mieliśmy zielonego pojęcia o Ŝadnym buncie. Jak mo-

gliśmy coś takiego zorganizować skoro przez cały rok trzymano nas w odosobnieniu co, Wayne? To znaczy, 
to nas raczej nie obchodzi... Jeśli ludzie mówią, Ŝe to my staliśmy za tym wszystkim, to niech sobie mówią. 
To nie są rzeczy, przez które nie będziemy mogli spać w nocy. Ale prawda jest taka — tu Mallory uśmiech-
nęła się do ukochanego, a na jej twarzy odmalowała się odzyskana wiara w potęgę wszechświata — Ŝe było 
to przeznaczenie. 

— I było to rzeczywiście przeznaczenie! — dokończył Wayne. — Oglądacie państwo program Ameri-

can Maniacs. 

Mickey pstryknął palcami. 
—Dalej, dalej, pośpieszmy się trochę. 
Ale Wayne odzyskał juŜ poczucie bezpieczeństwa, powracała teŜ powoli jego wścibska natura. 
—Jeszcze jedno pytanie, jeszcze jedno pytanie. Co dalej? 

background image

Mallory objęła Mickeya. 
—No cóŜ, Mickey I ja podejdziemy do tego spokojnie. MoŜe poleŜymy sobie w jakimś królewskim łoŜu 

przez następne kilka dni. Ciesząc się sobą nawzajem. Myślałam teŜ o macierzyństwie. Myślę, Ŝe juŜ niedłu-
go zaczniemy coś wokół tego robić. 

Mallory zachichotała kładąc głowę na ramieniu swego męŜa. Mickey pogłaskał ją czule, ale świadomość 

upływającego czasu I niebezpieczeństwa jakie pociągało za sobą zbyt długie przebywanie pary uciekinierów 
w jednym miejscu zaczęła mu trochę ciąŜyć. Mickey miał bowiem jeszcze jedną sprawę do załatwienia. 

— Musimy juŜ kończyć ... — powiedział. 
— Zaraz! — wrzasnął Wayne nie mając ochoty na to, by jego plany „doŜywotniej" sławy i kariery wzię-

ły w łeb. — W jaki sposób macie zamiar się ulotnić? W tej chwili jesteście chyba najsłynniejszą parą w całej 
Ameryce. 

No cóŜ, w epoce niewolnictwa było coś takiego jak kolej podziemna... 
—Dobra, koniec wywiadu — uciął Mickey, obawiając się, Ŝe wyjawienie przez Mallory dalszych szcze-

gółów mogłoby stanowić zagroŜenie dla ich cięŜko wywalczonej wolności. 

Obraz gwałtownie pogorszył się, gdy Wayne opuścił kamerę. 
—OK', to moŜe zamienimy się rolami i ja będę filmował samego siebie w trakcie zadawania pytań. Po-

tem trochę się ogarnę i moŜemy się poŜegnać. 

ś

aden z widzów nie był przygotowany na to, co miało nastąpić za chwilę. 

—Tak, tak — ogarniemy się trochę, w porządku, Wayne. Ale to nie ty swym tępym wzrokiem będziesz 

gapił się w kamerę i wygłupiał się przednią— oznajmił Mickey biorąc do ręki swój pistolet. 

— Będziesz natomiast spoglądał w głąb luf naszych spluw, a my będziemy strzelać. 
Na twarzy Wayne'a pojawił się wymuszony uśmiech niedowierzania. 
—To jakiś Ŝart, prawda? 
W odpowiedzi Mickey załadował broń. 
—Poczekaj  jeszcze  jedną  minutę  —  błagał  go  Wayne.  —  Poczekaj!  Wydawało  mi  się,  podczas  tej  ... 

ucieczki, Ŝe coś jakby więź zrodziła się między nami. Razem w tym wszystkim siedzimy, nie? 

— No, nie bardzo — odparł Mickey. — Wayne, ty jesteś po prostu kanalia. ZaleŜało ci tylko na popu-

larności. Miałeś w nosie nas i całą resztę —oprócz siebie samego. I dlatego nikt się tobą nie interesuje. Dla-
tego nikt nie wysłał za nami helikopterów. 

W oczach Wayne'a pojawiła się trwoga. 
— Zaraz! A co z tym Indianinem? 
— Co z nim? — spytał Mickey. 
— PrzecieŜ mówiliście, Ŝe to juŜ koniec zabijania, Ŝe „miłość zwycięŜa demony"... 
— Zgadza się — w tym momencie Wayne zaczynał juŜ trochę wkurzać Mickeya. — Chodzi o to, Ŝe ty 

jesteś ostatni w kolejce, Wayne. 

Wayne załamał się nerwowo i rozpłakał się. 
—Nie, kurwa, nie zabijajcie mnie! 
Wyglądało na to, Ŝe uderzył w czułe miejsce —Mickey podszedł do Wayne'a kładąc mu dłoń na ramie-

niu. 

—Tu nie chodzi o ciebie, ty stary egomaniaku. Ja nawet trochę cię lubię. Po prostu zabijając ciebie i to, 

co sobą reprezentujesz, składamy coś w rodzaju ... oświadczenia — wyjaśnił mu Mickey. 

A  pochylając  się,  wyszeptał  mu  prosto  do  ucha:    Sam  nie  jestem  na  sto  procent  pewien,  co  w  tym 

oświadczeniu jest napisane ... 

Wayne pomyślał, Ŝe w tej nieco intymnej sytuacji, Mickey trochę jakby zmiękł. Zerwał się na równe no-

gi I rzucił się do ucieczki, przedzierając się daremnie przez leśny gąszcz. 

Dobiegło go wołanie Mickeya. 
—Wayne! Wayne! 
Dziennikarz zatrzymał się i załamany skapitulował. 
—MiejŜe trochę godności — upomniał go Mickey. 
Wayne przygotował się juŜ na odejście z tego padołu, ale nie mógł podarować sobie kilku słów na poŜe-

gnanie. 

background image

— No dobrze, jestem pasoŜytem — całkowicie juŜ pogodzony ze swoim losem Wayne powrócił przed 

oblicze uzbrojonej pary. — Świat jest okrutny. Byliście w błędzie. Nic nowego. Odkąd zaczęliście zabijać 
ludzi, my musieliśmy włazić wam w dupy. Wy robiliście, co do was naleŜało i ja robiłem, co do mnie nale-

Ŝ

ało. W ten sposób wzięliśmy ze sobą ślub. 

Mallory roześmiała się — nie wiadomo, czy z pojawienia się u Wayne'a nowych poziomów samoświa-

domości, czy na myśl o wysłaniu go do krainy wiecznych łowów. 

Trybiki w móŜdŜku Wayne'a pracowały jednak nadal. Zdecydował się spróbować po raz ostatni. 
—Pomyślcie tylko. Moglibyśmy zrobić coś w rodzaju Salmana Rushdiego — ksiąŜki, programy telewi-

zyjne, a wszystko w ukryciu. Przenosilibyśmy się z jednego miejsca w drugie, i w pewnym momencie poja-
wilibyśmy się na ekranie. Donahue, Oprah Winfrey ... wyobraŜacie sobie jacy bylibyśmy wtedysławni? 

Mickey Knox nie miał jednak zamiaru kupować niczego, co Wayne chciał mu wcisnąć. 
Niech nam teraz zagra jakaś muzyka — zarządził. 
— Nie, zaraz! — wrzasnął Wayne. — PrzecieŜ Mickey i Mallory zawsze pozostawiali jedną Ŝywą oso-

bę, która ma opowiedzieć, co się stało. 

— No i pozostawiamy — odpowiedzieli chórem. — Twoją kamerę. 
Wayne Montclaire Galenovitch rozprostował swe ramiona tak, jakby chciał ogarnąć cały wszechświat, a 

gdy Knoxowie pakowali w niego siedemnaście kul, zdąŜył wydać jedynie krótki okrzyk. 

Amerykańska opinia publiczna w przeraŜeniu oglądała martwe ciało Wayne'a osuwające się bezwładnie 

na stojące za nim drzewo. Słychać było śpiew ptaków, szum poruszanych wiatrem liści drzew. Na ostanim 
ujęciu przekazanym przez stację telewizyjną widać było Mickeya kładącego rękę na ramieniu swej ukocha-
nej. Po chwili kochankowie oddalili się, oświetlani przez promienie zachodzącego słońca. 

—  Wayne?  Wayne?  —  zawołała  Antonia  Chavez.  Jej  wysiłki  w  celu  utrzymania jako  takiej  spójności 

całego przekazu legły ostatecznie w gruzach. — O BoŜe! 

Scott Mabutt nie miał ochoty prezentować jej rozpaczy na ekranie ogólnokrajowej telewizji, zwłaszcza 

po tym, jak Antonia dzielnie przetrwała na swym posterunku przez cały czas trwania transmisji. Nie pytając 
nikogo o zgodę, włączył nagraną wcześniej taśmę z zaplanowanymi na godzinę osiemnastą wiadomościami. 
Ta decyzja miała go jednak kosztować w przyszłości utratę pracy. Dziwnym zbiegiem okoliczności, dziennik 
zaczął  się  od  reportaŜu  z  masakry  na  weselu,  które  odbyło  się  poprzedniego  dnia.  Scott  zszedł  później  do 
studia, objął Antonię ramieniem i w milczeniu pogratulował jej dobrej roboty. Wcześniej, nigdy nie trakto-
wał jej jako powaŜnej dziennikarki, uznając ją jedynie za gadającą głowę wyposaŜoną w ładną fryzurę I po-
zazdroszczenia godne uzębienie. Opadła cięŜko na jego ramię, popłakując cicho jeszcze przez parę sekund 
— ładunek emocji gromadzący się w trakcie trwania przekazu dał w końcu znać o sobie. Ale po chwili An-
tonia poczuła w sobie jakąś wcześniej nieznaną, wewnętrzną moc, która kazała jej wziąć się w garść. 

—Dlaczego nikt dotąd nie odkrył, Ŝe z ciebie jest taka twarda sztuka? — spytał Mabbutt. 
Spojrzała na niego tak, jakby odpowiedź na to pytanie była czymś oczywistym. 
—Nikogo to po prostu nie interesowało. 
 
20 
Kochana Noro, 
Być moŜe juŜ mnie nie pamiętasz, ale spotkałyśmy się w Las Vegas, na organizowanej przez ciebie konfe-

rencji, poświęconej „aniołom". Wtedy prawdopodobnie nic o mnie nie wiedziałaś, ale od tamtej pory zdąŜy-
łaś chyba juŜ coś o mnie usłyszeć —jeśli tylko posiadasz telewizor. 

Piszę ten list, by dać Ci znać, jak bardzo poruszyła mnie ta konferencja i Ŝe Ty zmieniłaś moje Ŝycie. Nie 

cłiciałabym, byś w związku z tym listem popadła w jakiekolwiek kłopoty, a jeśli masz wątpliwości co do tego, 
czy powinnaś go pokazać policji czy nie, to proszę bardzo, moŜesz go im pokazać, bo i tak wysłałam go naj-
pierw znajomemu, który wysłał go innemu znajomemu, który z kolei wysłał go jeszcze komuś innemu (to po-
mysł Mickeya). Nie ma więc moŜliwości, by mogli wyśledzić skąd naprawdę został wysłany. On jest napraw-
dę sprytny, to znaczy Mickey. Myślę, Ŝe ma jakieś specjalne zdolności do wyprowadzania policji w pole. 

W kaŜdym razie, poniewaŜ nie mam Ŝadnej rodziny ani przyjaciół z czasów, kiedy byłam młodsza (zdzi-

wiłabyś  się,  gdybyś  zobaczyła  jak  ludzie  reagują  na  informację,  Ŝe  jesteś  mordercą  własnych  rodziców), 
chciałabym komuś przekazać, co nastąpiło po naszej ucieczce i poinformować, Ŝe mamy się nie najgorzej. 

background image

Mam nadzieję, Ŝe opublikujesz to w klubowej gazetce, tak Ŝeby ludzie, którzy do tej pory uwaŜali, Ŝe ma-

my szczęście, dowiedzieli się, Ŝe to szczęście zawdzięczamy aniołom. Jeden z nich siedzi na moim ramieniu, a 
zajmuje się pewnym chłopcem. Ani na chwilę nie spuszcza oka z Mic-keya i jego demonów—jeśli odwrócisz 
się choćby na minutę, to one od razu — bach — wydostają się spod kontroli. 

Gdy zastrzeliliśmy tego dziennikarza, Mickey obiecał mi, Ŝe będzie to jego ostatnie morderstwo. Ciągle 

byłam zła na niego za to, Ŝe zabił wtedy tego Indianina i w ogóle, ale cieszyłam się, Ŝe po roku znów mogę go 
zobaczyć, więc nie było sensu robić z tego problemu. Nie miałam dotąd pojęcia, Ŝe jedna osoba moŜe kochać 
drugą tak mocno, Ŝe los po prostu musi ich na nowo połączyć, bez względu na wszelkie przeszkody. Gdy jed-
nak ujrzałam Mickeya, jak ze spluwą wchodzi do mojej celi, uświadomiłam sobie, Ŝe nic nie jest w stanie nas 
rozdzielić, nawet śmierć — dlatego nigdy nie bałam się umrzeć razem z nim (gdyby było to konieczne). 

Na  szczęście,  do  tego  akurat  nie  doszło,  wyruszyliśmy  więc,  a  Mickey  obiecywał  otworzyć  nową  kartę 

naszego Ŝycia. śadnych morderstw, idziemy prostą drogą. Nie minęła jednak godzina i przyszedł czas próby. 

W naszej furgonetce kończyło się paliwo, musieliśmy więc podjechać na stację by napełnić bak. To chy-

ba  była  stacja  Shella.  Musieliśmy  przetrząsnąć  samochód  w  poszukiwaniu  jakichś  drobnych,  bo  sami  nie 
mieliśmy ani centa. Musieliśmy zapłacić za paliwo, a nie chcieliśmy nikogo zabijać. 

No więc Mickey podchodzi do faceta w budce i kładzie pieniądze. Ale ten rozmawiał przez telefon ze swą 

dziewczyną czy coś takiego. I Mickey stoi tam, patrzy na mnie, siedzącą w furgonetce a ja juŜ wiem, o czym 
on  myśli  — zabiłbym  tego gościa,  ale zobacz, jak  grzecznie się  zachowuję,  nie mam  nawet  odbezpieczonej 
broni,  dumna  jesteś  ze  mnie,  prawda?  Uśmiechnęłam  się,  bo  rzeczywiście,  byłam  dumna.  Myślałam  o  tym 
jaki był przystojny i jak dzielnie starał się być dobrym człowiekiem. 

Ale ten gnojek zdecydował się chyba przetestować cierpliwość Mickey a czy coś w tym rodzaju, bo ciągle 

gadał i gadał, nie zwracając na nic Ŝadnej uwagi. Widziałam, jak w Mickeyu wszystko zaczyna się gotować. 
Zastukał więc w szybę. 

— Przepraszam cię amigo, ale ja trochę się śpieszę. — mówi. Gość ciągle gada, więc Mickey znów ude-

rza w szybę, tym razem trochę mocniej. Facet w końcu się odwraca i pyta się czy Mickey nie widzi, Ŝe on jest 
zajęty. Mickey mówi, Ŝe jego pracą jest chyba kasowanie pieniędzy od klientów, tak Ŝeby mogli zatankować. 
A ten ma go w nosie. 

I Mickey przybiegł do samochodu po swoją strzelbę. To chyba jest tak, Ŝe jak w przeszłości wypracowa-

łeś  sobie  metodę  pokonywania  kłopotów,  która  cię  nie  zawiodła,  to  później  trudno  jest  zerwać  ze  starymi 
przyzwyczajeniami. I, prawdę mówiąc, ten mały dzięcioł teŜ mnie wkurzył. Nigdy nie słyszałam, Ŝeby ktoś tak 
się odnosił do mojego najdroŜszego. 

Ale wiedziałam, Ŝe jeśli zabijemy tego jednego, to potem moglibyśmy zabijać znów wszystkich naokoło. 

Usłyszałam wówczas mojego anioła: „MalIory, juŜ czas, byście razem z Mickeyem wkroczyli na nową dro-
gę". 

PołoŜyłam  więc  ręce  na  ramionach  Mickeya  i  nawet  nie  musiałam  nic  mówić,  bo  i  tak  oboje  zawsze 

wiemy, co kaŜde z nas rria zamiar pomyśleć, jeszcze zanim o tym sobie powiemy. Spojrzał mi w oczy, a ja 
przez chwilę widziałam w nim tego demona — on chyba jednak zobaczył mojego anioła i po chwili odłoŜył 
spluwę. Szturchnął tylko obojętnego na wszystko gościa, a po chwili zmierzaliśmy juŜ ku innej stacji. 

Gdy wyjeŜdŜaliśmy, zdąŜyłam jeszcze za nim zawołać: „To najszczęśliwszy dzień w twoim Ŝyciu, skurwie-

lu!" 

A teraz napiszę ci o największej radości i dumie mojego Ŝycia, o moim maleństwie Farrah. 
Jest po prostu ziemskim aniołem. Ma jasne włosy, tak jak Mickey i ma ich całe mnóstwo. Mickey i ja nie 

mieliśmy pojęcia, Ŝe ktoś moŜe być tak piękny i tak doskonały jak Farrah. Gdy pojawiła się wśród nas, oba-
wiałam się trochę, Ŝe Mickey będzie kochał ją jeszcze bardziej niŜ mnie. Ale ja teŜ jestem teraz do niej przy-
wiązana.  Farrah  zawsze  znajduje się  w  centrum tego,  co  robię  i tego,  o czym myślę.  Przysięgam  Ci  Noro, 
Farrah jest aniołem zrodzonym na Ziemi. 

Powinnaś zobaczyć, jak Mickey się z nią bawi. To cudowny obraz szczęśliwej rodziny. Nie wiem, jak coś 

takiego jest moŜliwe po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, no ale okazuje się, Ŝe jest moŜliwe (nie mogę Ci 
powiedzieć, gdzie to dokładnie jest, ale wierz mi, jest wspaniale). MoŜna by pomyśleć, Ŝe będąc tak sławnymi 
osobami nie mogliśmy nigdzie się ruszyć nie będąc rozpoznanymi. Ktoś mógłby teŜ nas wsypać. Ale ci wszy-
scy dziennikarze szybko przerzucają się na nowe rzeczy, a przecieŜ minął juŜ ponad rok. Czasami Ŝal mi, Ŝe 

background image

zostaliśmy zastąpieni przez kogoś innego. Chyba jednak było warto, skoro moŜemy znów być razem i wycho-
wywać Farrah. 

Jedyny  problem,  z  jakim  musimy  się  jeszcze  codziennie  borykać,  to  kobieciarstwo  Mickeya.  Pod  tym 

względem jestem nieomylna. Po tej całej historii Mickey powinien niby nabrać jakiegoś szacunku dla mnie i 
dla moich uczuć. Nabrał, to fakt, ale tylko zrozumienia, a to trochę za mało. Jest jednak wystarczająco roz-
garnięty,  by  wiedzieć,  Ŝe  pewnego  pięknego  poranka  moŜe  obudzić  się  z  jajami  w  gardle  i  Ŝe  ja  jestem  w 
stanie mu to zrobić, więc na razie trzyma hormony na wodzy. Czy nie jest to zabawne, Ŝe czasami w Ŝyciu 
trzeba nieźle kombinować, by dostać to, co ci się naleŜy? 

Mogłabym  tak  bez  końca,  ale  tak  naprawdę,  to  nie  pozostało  juŜ  zbyt  wiele  interesujących  rzeczy  do 

opowiedzenia. Odkąd przestaliśmy mordować ludzi, nasze Ŝycie nie jest juŜ tak burzliwe, jak kiedyś. Pozosta-
ły same drobiazgi — zmienianie pieluszek, zabawa z dziećmi i spotkania z przyjaciółmi. Których zresztą ma-
my  zaskakująco  wielu.  Bardzo  pomogli  nam  w  rozpoczęciu  nowego  Ŝycia,  za  co  jesteśmy  im  naprawdę 
wdzięczni.  Bardzo  fajnie,  Ŝe  znalazł  nas  ten  producent  filmowy  i  wypłacił  nam  ogromną  ilość  pieniędzy. 
Opowiedzieliśmy mu nasze Ŝyciorysy i odtąd nie musimy juŜ liczyć na hojność naszych przyjaciół, ale chyba 
nie powinnam tyle o tym mówić, Mickey się wścieknie i nazwie mnie gadułą. 

Chciałabym  jeszcze  raz  podziękować  Ci  za  wszystko,  co  dla  mnie  zrobiłaś  i  za  wszystko,  co  robisz  w 

imieniu aniołów. Myślę, Ŝe ty teŜ jesteś aniołem, Noro. I powiedz wszystkim, Ŝeby się o nas nie martwili. 

Jest nam tu dobrze. 
Pozdrawiam Cię 
Mallory Knox 
 
POSTSCRIPTUM 
REUTER — Newhall, Kalifornia — Policja aresztowała dziś piętnastoletnią Sarę Wu i jej szesnastolet-

niego chłopaka Garretta Reynoldsa w związku  z zamordowaniem rodziców dziewczyny, Fredericka i Mai-
Ling Wu, małŜeństwa z Newhall, zabitych we własnym łóŜku strzałami z broni palnej w ostatni piątek, wie-
czorem. 

Para nastolatków aresztowana została po tym, jak ich znajomy ze szkoły, którego danych policja nie po-

daje, złoŜył zeznanie, w którym przyznał, Ŝe podsłuchał jak oboje chwalili się jakimś zabójstwem w lodziar-
ni Ben & Jerry's, dokąd przyszli na deser, zaraz po popełnieniu morderstwa. 

Choć policja nie doszukała się oczywistego motywu zbrodni, rzecznik przyznał, Ŝe ślady prochu na dłu-

giej peruce blond i zamszowych spodniach, znalezionych w szafie Sary, wskazują, Ŝe mogła to być kolejna z 
serii nieudolnych imitacji morderstw popełnianych przez Mickeya i Mallory. Eksperci oceniają ich liczbę na 
120-150. 

Rodziny podejrzanych odmawiają komentarzy poza stwierdzeniem, Ŝe interesy obu stron w negocjacjach 

z czterema stacjami telewizyjnymi odnośnie praw do ekranizacji całej historii reprezentować będzie Justin P. 
Stanley, prawnik z Beverly Hills. 

 
EPILOG 
MICKEY i MALLORY KNOX
 znajdują się wciąŜ na wolności, mimo prowadzonego przez FBI śledztwa 

w sprawie ustalenia ich miejsca pobytu. Ich oficjalny fan klub, Towarzystwo im. Owena Trafta, liczy ponad 
15 tysięcy członków, którzy płacąc roczną składkę w wysokości 35 dolarów, w zamian otrzymują fanklubo-
wy magazyn i serię pamiątek. 

NORA  HAFFERTY  —  jej  emitowany  przez  telewizję  kablową  program  Anielskie  rozmowy  jest  jed-

nym z pięciu najpopularniejszych programów jej stacji. Nora pracuje równieŜ nad ksiąŜką, która ma zostać 
wydana przez wydawnictwo Pen-guin wiosną, tego roku. 

ANTONIA CHAVEZ podpisała, opiewający na sumę 8 milionów dolarów, trzyletni kontrakt z telewizją 

NBC,  która,  przeciągając ją  na  swoją  stronę,  wygrała  przetargową  wojnę  z  dwoma  pozostałymi  głównymi 
stacjami TV. „Wiecznie trzecia" NBC planuje w przyszłości stworzenie autorskiego programu Antonii, który 
konkurować mógłby z nadawanym przez ABC 20/20 czy ostatnim przebojem CBS 60 Minut. Nowy program 
nieprzypadkowo prezentowany będzie w czasie zajmowanym do tej pory przez Amerykańskich Maniaków 
Wayne'a Gale'a. 

background image

SIMON i NORMAN HUN — ich próby uzyskania atestu na autorski program ćwiczeń gimnastycznych 

MUSCLE  2000  zakończyły  się  niepowodzeniem  i obaj  bracia  złoŜyli  w  ubiegłym  roku  wniosek  o  uznanie 
bankructwa ich firmy. 

SHAWN  DEVLIN  po  stłumieniu  zamieszek  zrezygnował  z  posady  straŜnika  w  zakładzie  karnym  Ba-

tongaville. Jego filmowa aparycja została jednak w porę dostrzeŜona przez filmowców — to jego twarz wi-
doczna była obok Dwighta McCIu-sky'ego w trakcie buntu w skrzydle B. ZdąŜył podpisać juŜ dwa kontrakty 
z producentem Moshe Diamantem, zapewniające mu udział w filmach akcji. Pierwszy, zatytułowany Kulo-
odporny, w którym Shawn wystąpi jako goryl Dolfa Lundgrena, pojawi się na ekranach juŜ w maju. 

DUNCAN HOMOLKA wyszedł cało z ucieczki, podczas której wyrzucony został z furgonetki American 

Maniacs. Po powrocie do zdrowia otrzymał 100 tysięcy dolarów za wyłączność na udzielenie wywiadu ja-
kiemuś  brukowemu  programowi  telewizyjnemu.  Rozpoczął  teŜ  serię  występów,  podczas  której dzieli  się  z 
publicznością swymi przeŜyciami. Za jednorazowe spotkanie bierze w granicach 25 tysięcy dolarów. 

RANDALL KREVNITZ studiuje obecnie na pierwszym roku uniwersytetu stanu Illinois. Jeździ Dodge-

'em Challengerem 383 Magnum RT, kabriolet, rocznik 1970 i odmawia wsiadania do Fordów. 

DON MURPHY jest przesłuchiwany obecnie przez FBI jako jedyna jak na razie osoba, która dzięki swej 

wytrwałości dotarła do Mickeya i Mallory po ich ucieczce, zapewniając sobie przy okazji prawa do wyko-
rzystania  ich  Ŝyciorysów.  Razem  ze  swą  partnerką,  Jane  Hamsher,  pracuje  nad  filmem  dla  wytwórni  New 
Regency  Entertainment/Warner  Brothers  Pictures,  opowiadającym  historię  Mickeya  i  Małlory.  ReŜyserem 
ma być Oliver Stone. 

SPARKY NIMITZ przeniósł się z powrotem na Brooklyn, zatrudnił się w porannym programie Howarda 

Sterna i załoŜył swój własny klub bluesowy. 

WANDA  BISBING  zrezygnowała  z  urzędu  prokuratora  rejonowego,  zmieniła  nazwisko  i  od  tej  pory 

słuch o niej zaginął. 

 
KONIEC