background image
background image

MARY MAXWELL 

Tylko pół prawdy 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- O, cholera! 

Przekleństwo, które wyrwało się z ust Travisa 

Crossa, zdecydowanie nie pasowało do obojętnej 

pozy, jaką przybrał. Nikt, patrząc na wysokiego, 

ubranego w dżinsy mężczyznę z rękami w kiesze­

niach, który stał oparty o ścianę, nie opodal wejścia 

do sklepu, nie domyśliłby się nawet, jak jest wściek-

ły. 

Jego niebieskie oczy, ukryte za niby-lotniczymi 

okularami słonecznymi, jeszcze raz powędrowały 

w kierunku prawie pustego parkingu, na którym stał 

jego wynajęty samochód. Nie rzucające się w oczy, 

zwyczajne, typowe auto było wyraźnie przechylone 

na lewą stronę. 

Travis zacisnął zęby. Cholera. Złapać gumę akurat 

wtedy, kiedy oni są tuż-tuż. 

Zaklął znowu. Przecież powiedział MacGregorowi, 

że jest na to za stary. Za stary na tę intrygę, zbyt 

zmęczony na takie knowania. 

A szef tylko się uśmiechnął. 

- Potrzebuję cię, Cross - powiedział. - Nikt tego 

nie zrobi tak dobrze jak ty... No, Cross, to może 

być nasza ostatnia szansa, żeby załatwić LeClaira. 

Chyba nie chcesz, żeby mordercy Joela uszło na 

sucho? 

Zgodnie z przewidywaniem MacGregora właśnie 

background image

to ostatnie zdanie przekonało Travisa. Pokrywało się 

z jego własnymi planami. Za zgodą ministerstwa, czy 

bez niej, postanowił bowiem pomścić śmierć swego 

najlepszego przyjaciela. 

Tyle tylko, że niezupełnie tak wyobrażał sobie całą 

akcję, kiedy siedział w kuchni na swej położonej na 

odludziu farmie i myślał o niej. 

No, bo kto mógłby przypuszczać, że czterdzieści 

osiem godzin później będzie stał przed domem 

towarowym na przedmieściach Seattle, z naładowanym 

pistoletem u boku, przywiązanymi do kostki kradzio­

nymi diamentami wartości trzech i pół miliona dolarów 

i samochodem, którym miał uciec, ale który, niestety, 

złapał gumę? 

Cholera. 

Alcx Wright pewnie siedziała za kierownicą swego 

czarnego ferrari, odsunęła unoszące się nad jej głową 

wypełnione helem balony i wrzuciła drugi bieg. 

Spojrzała na zegar. Do diabła! Już za dziesięć piąta, 

robi się późno. 

Sprawnie wjechała na parking przed swym ulubio­

nym sklepem. Spieszyła się, ale mimo to przez chwilę 

wsłuchiwała się w odgłos silnika swego szybkiego, 

sportowego auta. Z samochodowego magnetofonu 

rozbrzmiewała stara piosenka „The Supremes". Alexis 

uśmiechnęła się do siebie. Tak czy inaczej, primaap-

rilisowe przyjęcie, jakie urządzi dzieciakom, będzie 

najwspanialsze na świecie. 

Alexis wyłączyła silnik, wysiadła z auta i szybko 

weszła do sklepu. Po niecałych dziesięciu minutach 

była z powrotem. Szła objuczona ogromnym pudłem 

czekoladowych lodów. 

background image

Zadowolona z tych już ostatnich zakupów zapięła 

pas bezpieczeństwa i z uśmiechem przekręciła kluczyk 

w stacyjce. 

Kilka rzeczy zdarzyło się jednocześnie. 

Silnik zawarczał. Zabrzmiała muzyka. I jakiś obcy 

mężczyzna wśliznął się na siedzenie obok kierowcy 

i krzyknął: 

- Jedź! 

Zdziwiona tym nagłym wtargnięciem Alexis powie­

działa pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy: 

- Nie. 

- Co to znaczy: nie? - Nieznajomy spojrzał na nią 

zdziwiony. 

- Powiedziałam: nie - powtórzyła Alexis i nachyliła 

się, by wyłączyć magnetofon. 

Przekonana, że w takiej sytuacji spokój może być 

bardziej skuteczny niż histeria, oparła się wygodnie 

o skórzane oparcie, skrzyżowała ręce na piersiach 

i lekko obróciła się w jego stronę. 

- Nie znajdujemy się w Miami, a ty jesteś zdecy­

dowanie za wysoki jak na mój gust, a poza tym 

jestem już spóźniona i nigdy nie zabieram obcych. To 

niebezpieczne. 

Mimochodem zauważyła jego gęste, ciemne włosy, 

szerokie ramiona, wyraźne pod drogą skórzaną kurtką 

i długie muskularne nogi w kowbojskich butach 

robionych na zamówienie. Jednym słowem - wspaniały 

mężczyzna, od stóp do głowy. 

Rozpoznałaby go przy każdej konfrontacji. 

Nieznajomy mruknął coś, co nie miało nic wspólnego 

ani z bezpieczeństwem, ani z obcymi. Wyciągnął 

z kieszeni oprawną w skórę legitymację i machnął jej 

przed nosem. 

background image

- Travis Cross. SSMSZ - warknął. - A teraz 

ruszaj, do cholery. 

Alexis wyjęła mu legitymację z ręki. 

- Hm. Służby Specjalne Ministerstwa Spraw Za­

granicznych? Nigdy o czymś takim nie słyszałam. 

Nie dawała tego po sobie poznać, ale z ulgą 

przyjęła wiadomość, że facet, który tak gwałtownie 

wtargnął do jej samochodu, jest po „dobrej" stronie. 

Spojrzała na zdjęcie w legitymacji, a potem na twarz 

swego nieproszonego pasażera. 

- Zdejmij okulary - poleciła. 

Nieznajomy ściągnął okulary i spojrzał na nią 

swymi błękitnymi oczami. 

- No co, zgadza się? To ja? 

Rozbawiona jego wielką, choć wcale nie wrogą, 

irytacją Alexis z trudem powstrzymała śmiech. 

- Owszem. To na pewno ty. 

- Wspaniale. Identyfikacja zakończona. Czy mo­

żemy, do cholery, jechać? Proszę - dodał z sarkazmem. 

Przez okno od strony pasażera Alexis zobaczyła, że 

ze sklepu wybiegli dwaj potężni, wyraźnie zdener­

wowani mężczyźni. Choć ubrani byli w dobrze skrojone 

garnitury, wyglądali bardziej jak zapaśnicy niż biz­

nesmeni. Rozglądali się nerwowo dookoła. 

- Moja odpowiedź nadal brzmi nie - powiedziała. 

- Legitymacja nie jest podstemplowana. 

- Pokaż - warknął nieznajomy, wyrwał jej z ręki 

legitymację i studiował ją w nikłym, wczesnowieczor-

nym świetle. 

Obserwując rozgrywającą się przed sklepem scenę 

Alexis po raz pierwszy poczuła się niepewnie, kiedy 

jeden z mężczyzn wyraźnie zwrócił uwagę na jej 

samochód. Powiedział coś do swego towarzysza i obaj 

background image

ruszyli w kierunku ferrari. Jeden z nich wsunął rękę 

do kieszeni marynarki i wyjął pistolet. 

Alexis zawsze starała się postępować zgodnie z tym, 

co podpowiadał jej instynkt. Tym razem ten sam 

instynkt, który zapewnił ją, że Travis nie zrobi jej 

krzywdy, podpowiedział jej coś dokładnie przeciwnego 

o zbliżających się ku nim mężczyznach. 

- Czy ciebie przypadkiem ktoś nie ściga? - zapytała. 

Travis z niedowierzaniem oglądał swą nieważną 

legitymację i pytanie Alexis dotarło do niego dopiero 

po kilku sekundach. Wyjrzał przez okno. 

- O, cholera. 

- To twoi znajomi? 

- Nie. 

Travis rozejrzał się dokoła i ze zdziwieniem zauważył 

unoszące się lekko nad tylnym siedzeniem dwa tuziny 

balonów. 

Obrzucił Alexis spojrzeniem, które świadczyło 

wyraźnie, że ma wątpliwości co do jej zdrowia 

psychicznego. Jeszcze raz popatrzył na szybko zbliża­

jących się ku nim mężczyzn i podjął decyzję. 

Pewnym ruchem, świadczącym, że czynił to setki 

razy, wyciągnął pistolet i skierował go w Alexis. 

Alexis zesztywniała i patrzyła na niego zdziwiona. 

- No, moja pani, koniec rozmów - powiedział, 

z trudem zachowując spokój. - Ruszaj! Natychmiast! 

Alexis przyglądała mu się przez chwilę. Zdrowy 

rozsądek podpowiadał jej, że Travis Cross, pupilek 

Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wcale nie ma 

zamiaru jej zabić. Z drugiej jednak strony zbiry były 

coraz bliżej, więc może ucieczka będzie rozsądniejszym 

rozwiązaniem. 

Zwolniła ręczny hamulec i wrzuciła wsteczny bieg. 

background image

Mężczyźni przebiegli obok, w ogóle nie zwracając na 

nich uwagi. Z ulgą, ale i z niedowierzaniem Alexis 

patrzyła, jak biegną w kierunku zaparkowanego dalej 

białego auta z ciemnowłosym mężczyzną za kierow­

nicą. 

- Nieźle - powiedział Travis i delikatnie machnął 

w jej stronę pistoletem. - No jedź. Chyba nie chcesz 

czekać, aż zorientują się w swojej pomyłce? 

Zdaniem Alexis była już najwyższa pora, by dać 

panu Travisowi Crossowi nauczkę. Jego rządowe 

powiązania nie upoważniają go do straszenia pistoletem 

wolnych obywateli. 

Nadmierna pewność siebie także może być zgubna. 

- Zawsze uważałam, że jeśli naprawdę chce się 

kogoś nastraszyć pistoletem, to należy go odbezpieczyć. 

Bo może się tak zdarzyć - ciągnęła wrzucając drugi 

bieg - że przyszła ofiara zna się trochę na broni 

i postanowi wziąć odwet. 

Jednym ruchem kierownicy zakręciła i z szybkością 

korka wyskakującego z butelki szampana wjechała 

na zatłoczoną dwupasmówkę. 

Ferrari nabrało pełnej szybkości i z piskiem opon 

torowało sobie drogę wśród pędzących samochodów. 

Alex kątem oka spojrzała na Travisa. Był lekko blady. 

- Jezu, uważaj! - krzyknął, kiedy prawie otarli się 

o jakiś autobus. 

Alex nawet nie mrugnęła okiem. 

- Nie należy także - mówiła dalej - straszyć kogoś, 

kto dysponuje tak samo śmiercionośną bronią jak ty. 

Travis mruknął coś w odpowiedzi na tę ostatnią 

uwagę. Alex nie dosłyszała, ale uznała, że może 

i lepiej. Na pewno było to coś wulgarnego. Delikatnie 

odsunęła lufę skierowaną w jej stronę. 

background image

- Może się ze mną nie zgodzisz, ale uważam, że 

ferrari jadące w godzinach szczytu z prędkością sto 

trzydzieści kilometrów na godzinę można nazwać 

potencjalnie śmiercionośną bronią. 

Spojrzała na niego i bez trudu wyprzedziła jakieś 

auto jadące zaledwie setką. 

- Cholera jasna! - wrzasnął Travis, wsunął pistolet 

do kieszeni i gwałtownym ruchem zapiął pas bez­

pieczeństwa. - Uważaj na tę cholerną drogę i nie pędź 

tak! 

- Naprawdę powinieneś zrobić coś ze swoim 

językiem - odparła niewzruszona Alex. - Przeklinanie 

to bardzo trudny nałóg do przezwyciężenia. 

Travis patrzył na nią zdziwiony kontrastem między 

toczoną przez nią spokojną konwersacją, a prowa­

dzeniem samochodu godnym kamikadze. Oszołomiony 

podziwiał mistrzowski sposób w jaki zmienia biegi. 

Był mężczyzną, docenił więc jej doskonałą budowę, 

delikatną karnację i złoty, gruby jak ręka, zwisający 

do pasa warkocz. Był także agentem, przyzwyczajonym 

do walki o życie i słyszał ostrzegawczy głos: Uważaj! 

Uważaj! Ta kobieta może wygląda jak anioł, ale 

prowadzi jak diabeł z piekła rodem! 

- Jaki masz zawód? Testujesz nowe modele volvo? 

- Nic tak egzotycznego - odparła z niewinnym 

uśmiechem. - Jestem profesorem na uniwersytecie. 

Uczę języków. 

- Jasne, rozumiem. 

Nie wierzył jej ani przez chwilę. Jeśli ona jest 

wykładowcą, to on sopranistką w Metropolitan Opera. 

Wyjrzał przez okno i mimo ciemności zobaczył, że 

jadą teraz - z szybkością dźwięku - podmiejską 

dwupasmówką. 

background image

- Wysadź mnie przy najbliższym sklepie lub stacji 

benzynowej. 

Zdziwiona spojrzała najpierw na niego, potem na 

zegar. 

- Co, spieszysz się? Masz coś pilnego do załatwienia? 

- zapytała. 

Travis nie wierzył własnym uszom. Ona chyba 

żartuje? 

- Czyś ty zwariowała?! - krzyknął. Nie mogła 

wiedzieć o diamentach, ale przecież widziała tych 

dwóch zbirów! - Pamiętasz tych dwóch facetów? 

Jeden z nich miał pistolet! Myślisz, że trzymał go ot, 

tak, dla postrachu? Jasne, że się spieszę! Ty chyba 

uciekłaś ze szpitala dla wariatów, moja pani. 

- No, uspokój się. - Ku jego zdziwieniu poklepała 

go uspokajająco po udzie. - Po co się tak denerwujesz? 

Oczywiście, że ich widziałam i domyślam się, dlaczego 

jeden z nich miał pistolet - mówiła dalej tonem, 

jakim mówią zazwyczaj rodzice do histeryzujących 

dzieci. Albo właściciele do swych nieposłusznych psów! 

- Ale teraz, czy widzisz tu któregoś z nich? 

Oczywiście, że nie. Rozejrzyj się dobrze. - Jej druga 

ręka też puściła kierownicę, kiedy szerokim gestem 

wskazywała na okoliczny pejzaż. 

- Czy mogłabyś choć jedną rękę trzymać na tej 

cholernej kierownicy! - wycedził przez zaciśnięte 

zęby. 

Alex spojrzała na niego rozbawiona, ale lewą ręką 

jednak chwyciła kierownicę. 

- No co? Tak lepiej? - Prawą ręką poklepała go 

znowu po udzie. - O czym to ja mówiłam? Aha. 

Próbowałam cię przekonać, że niebezpieczeństwo, 

przynajmniej na razie, minęło. A poza tym już za 

background image

czterdzieści minut spodziewam się w domu czternaś-

ciorga dzieci w wieku od sześciu do jedenastu lat, dla 

których wydaję przyjęcie i nie mogę tracić teraz czasu 

na szukanie stacji benzynowej. Trzeba było powiedzieć 

wcześniej. 

Travis z trudem zachowywał spokój. 
- Ty chyba żartujesz? Wierzę ci oczywiście z tym 

przyjęciem, to przynajmniej wyjaśnia te balony, ale 

nie w sprawie stacji benzynowej. Gdzieś tu w pobliżu 

przecież musi być! Nie jesteśmy w afrykańskiej dżungli. 

To zresztą nie musi być coś specjalnego, wystarczy mi 

zwykła budka telefoniczna, dobrze? 

- Po prostu musisz skądś zadzwonić? 

- Właśnie. 

- Tylko tyle? 

- Tylko. 

- Skoro tak, to nie ma problemu. 

Travis odetchnął z ulgą. 

- Możesz zadzwonić ode mnie z domu - powiedziała 

spokojnie i zjechała w boczną drogę. 

- Mowy nie ma! - wrzasnął Travis. - Czy ty nic 

nie rozumiesz? Muszę się dostać z powrotem do 

Seattle. Ktoś więc musi mnie tam podwieźć! Są na to 

tylko dwa sposoby, moja pani, mogę wezwać taksówkę 

albo skontaktować się z centralą. W obu tych 

przypadkach będę musiał podać swoje namiary. Tamci 

dwaj mogą to wyśledzić i zechcieć odwiedzić ciebie 

i twoich jedenastu czternastolatków czy czterech 

pięciolatków, czy kogo tam zaprosiłaś, a nie wydaje 

mi się, żebyś tego właśnie chciała. 

- Zaprosiłam czternaścioro dzieci w różnym wieku 

i rzeczywiście tego bym nie chciała - przyznała 

spokojnie Alex i wjechała na podjazd przed dużym, 

background image

wiejskim domem. Zaparkowała pod wiatą, wyłączyła 

silnik, odpięła pas bezpieczeństwa i zwróciła się ku 

swemu rozgniewanemu pasażerowi: 

- Ale, mój drogi panie agencie, nie mam też zamiaru 

odwoływać tego przyjęcia tylko dlatego, że jakiś 

rządowy chłoptaś ma ważną randkę w mieście. Masz 

wobec tego dwa wyjścia - mówiła dalej. - Możesz 

zostać tutaj, odprężyć się przez jakiś czas, a po 

przyjęciu z przyjemnością zawiozę cię dokąd będziesz 

chciał albo możesz od razu ruszyć sam w drogę. Do 

autostrady jest jakieś dwadzieścia kilometrów, a ty 

wydajesz się być w niezłej formie. Nie powinno ci to 

zająć więcej niż dwie godziny. Wybór należy do ciebie 

- dodała otwierając drzwi. -I jeszcze jedno: nie mów 

do mnie moja pani. Nazywam się Alcx... Alexis 

Wright. A teraz muszę już iść, mam jeszcze coś do 

zrobienia. 

Alcx z wdziękiem wysiadła z samochodu. Travis 

poszedł w jej ślady, z wściekłością zatrzaskując za 

sobą drzwi. 

- Czy wiesz, moja pani, że cholernie działasz 

mi na nerwy? - zapytał patrząc jej prosto w oczy. 

- Wyjaśnijmy sobie najpierw parę spraw. Po pie­

rwsze, będę mówił do ciebie moja pani, jeśli tak 

będzie mi się podobało. Po drugie, nie jestem wcale 

w niezłej formie, jak byłaś łaskawa powiedzieć. 

Tak się składa, że jestem w znakomitej formie. 

I po trzecie... mam jeszcze trzecie wyjście - zakończył 

i patrząc na dyndające w jej ręce kluczyki zdał 

sobie sprawę, że zawsze marzył, żeby poprowadzić 

ferrari. 

- Naprawdę? - zapytała uprzejmie Alex. 

- Tak, naprawdę. 

background image

- Nie byłabym taka pewna - odparła słodko. 

Z uśmiechem, jakby odczytała jego myśli, zamach­

nęła się i rzuciła kluczyki za siebie. 

- Cholera jasna! Co ty wyrabiasz?! - wrzasnął 

Travis, kiedy zobaczył, że klucze lądują w gęstwinie 

krzaków przypominającej amazońską dżunglę. 

- Nic takiego. Domyślam się, że trzecie wyjście to 

kradzież mojego samochodu, radzę ci więc jeszcze raz 

się zastanowić. A gdyby wpadło ci do głowy połączyć 

przewody poza stacyjką, to ostrzegam. Zamontowałam 

dodatkowe zabezpieczenie przed kradzieżą, razi prądem 

każdego, kto zacznie manipulować przy stacyjce. Jeśli 

jednak bardzo ci zależy, to proszę. - Wkazała ręką 

w kierunku krzaków. - Odszukanie kluczyków nie 

powinno ci zająć więcej niż jakieś trzy godziny. 

Powtarzam jeszcze raz: wybór należy do pana, panie 

Cross. 

Odczepiła balony i objuczona torbą z lodami weszła 

do domu. Zapaliła światła na werandzie. 

Travis patrzył na duży, staromodny wiejski dom, 

na przytulną werandę, na wygodne ogrodowe meble 

i kolorowe poduszki. Było w tym widoku coś domo­

wego, przytulnego, a Travis przez całe swoje życie 

nigdzie nie czuł się jak w domu. A już na pewno nie 

w tych licznych internatach, do których wysyłała go 

matka, czy w domach, które wynajmowała na wakacje 

z kolejnym mężem. 

Zastanawiał się, co robić. 

Zazwyczaj był w stanie przebiec dwa kilometry 

w dziesięć minut, ale do tego potrzebował adidasów. 

Kowbojskie buty, które miał teraz na sobie, z trudem 

się do tego nadawały. 

Nie wątpił także, że Alexis Wright rzeczywiście 

background image

zamontowała w swoim samochodzie to specjalne 

urządzenie. Ferrari to łakomy kąsek dla złodziei. 

Mógłby, oczywiście, poszukać kluczyków. Mógłby 

je nawet znaleźć. W końcu. Choć -jeszcze raz zerknął 

na gęste krzaki - wątpił, czy zajęłoby mu to trzy 

godziny. Raczej trzy lata. Nie chciał także ryzykować 

życia. Niewykluczone - przy jego szczęściu - że 

panna Wright hoduje tam boa albo grzechotniki. 

Tak niesamowitej kobiety jeszcze nie spotkał. 

Jak wilk wywołany z lasu na ścieżce pojawiła się 

Alexis i pomaszerowała w kierunku samochodu. Przez 

chwilę Travis podziwiał jej pewny, płynny krok i złoty 

warkocz, kołyszący się jak wahadło zegara. 

- Przepraszam, że straciłam panowanie nad sobą 

- powiedziała cichym, spokojnym głosem. - Moja 

propozycja jest nadal aktualna. Z przyjemnością 

zawiozę cię do Scattle zaraz po przyjęciu. Przykro mi, 

że jesteś niezbyt zadowolony z tej sytuacji, ale przecież 

to ty wskoczyłeś do mojego samochodu. Ja cię nie 

zapraszałam. A teraz może raczej wejdziesz do środka. 

Tu jest przecież ciemno i zimno - dodała. 

Travis patrzył na nią zdziwiony. A więc ta jej 

spokojna przemowa była objawem utraty panowania 

nad sobą? Jeśli tak zachowuje się, kiedy straci 

panowanie nad sobą, to co robi, kiedy jest tylko 

trochę zdenerwowana? Daje ogłoszenie w gazecie? 

- No więc jeśli chcesz, to wejdź - powtórzyła 

i wróciła do domu. 

Travis stał jeszcze przez chwilę obok samochodu. 

To rzeczywiście wyjątkowa kobieta, myślał. Był w niej 

jakiś szczególny spokój i łagodność, a to pociągało go 

bardziej niż cokolwiek innego. 

Wiedział dobrze, że taka pokusa zawsze oznacza 

background image

kłopoty. Przez wiele lat obserwował, jak jego matka 

niszczy samą siebie poszukując miłości „do grobowej 

deski" i sam nigdy nie uległ tej mrzonce. Przynajmniej 

do teraz. Do chwili, kiedy spotkał Alexis Wright, 

która ze swym opanowaniem, jedwabistą skórą 

i przytulnym domem była chodzącym zaproszeniem 

do grzechu i pokusą, której bał się ulec. Miał przecież 

przed sobą zadanie - musiał pomścić śmierć przyjaciela. 

Nie mógł jednak stać tak całą noc. Westchnął 

i ruszył ku domowi. A co tam! Przecież to tylko na 

chwilę, do końca przyjęcia. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Co to, do cholery, znaczy, że masz diamenty? 

Travis odsunął słuchawkę od ucha i oparty o kuchen­

ny blat czekał, aż jego szef sobie ulży. 

Siłą przyzwyczajenia pierwszą rzeczą, jaką zrobił 

po wejściu do domu Alexis, była szybka, ale dokładna 

inspekcja wszystkich pomieszczeń. Nie było to, być 

może, konieczne, ale doświadczenie nauczyło go, że 

czasem sprawy życia lub śmierci zależą właśnie od 

drobnych szczegółów. Pozornie bezładna mieszanina 

przedmiotów starych i nowych, tradycyjnych, antycz­

nych i nowoczesnych, prezentujących najnowszą 

technologię tworzyła wnętrze ładne i bardzo przytulne. 

Tylko sypialnia była inna, jakby z filmu o haremie. 

Na samo wspomnienie Travis poczuł, jak puls zaczyna 

mu szybciej bić. Drewnianą podłogę pokrywał gruby, 

perski dywan, pod ścianami stały ogromne miedziane 

wazy z palmami i fikusami, a nad łóżkiem, o roz­

miarach boiska do piłki nożnej, zwisał koronkowy 

baldachim. 

Travis oczywiście od razu wyobraził sobie Alcx 

leżącą na tym łóżku. Alex z rozpuszczonymi, złotymi 

włosami, naga, wyciągająca ku niemu ramiona... 

- Hej, Cross! Jesteś tam? To może mi powiesz, jak 

mam wytłumaczyć dyrektorowi, że zamiast załatwić 

tych facetów, ty ich tylko obrabowałeś? 

- A co miałem zrobić? - warknął Travis. - Okazało 

background image

się, że nie jestem nawet legalny. Moja legitymacja jest 

już nieważna. Poza tym, to ty miałeś ich zdjąć, więc 

czemu cię nie było? 

- Przecież już ci mówiłem, że przepraszam. Po 

prostu nic nie mogłem zrobić. Co wcale nie tłumaczy 

twojego zachowania - zakończył groźnym tonem 

MacGregor. 

- Posłuchaj, LeClair wyszedł, zanim doszło do 

wymiany. Nie mogłem pozwolić, żeby diamenty 

zniknęły, skoro nie mamy przeciwko niemu żadnych 

konkretnych dowodów. Wpadł mi zresztą do głowy 

pewien pomysł, jak to wykorzystać. 

- Masz jakiś plan? - zapytał sceptycznym tonem 

Mac. 

Owszem, miał plan. Wiedział, że tak czy inaczej 

dostanie LeGaira. 

- Tak. 

- Nie zaszkodzi posłuchać - westchnął MacGregor. 

- W najgorszym razie możemy mieć nadzieję, że 

kiedy LeClair nie dostarczy towaru, jego klienci się 

wściekną i załatwią go za nas. A gdzie ty właściwie 

jesteś? Podaj adres, to wyślę po ciebie samochód 

i omówimy twój plan. 

- Raczej nie. 

Gdzieś w głębi domu rozległ się dzwonek. Travis 

czubkiem buta uchylił nieco drzwi oddzielające kuchnię 

od jadalni. Zobaczył, jak Alex otwiera frontowe 

drzwi i wpuszcza do środka hałaśliwą gromadkę. 

- Co to znaczy „raczej nie"? 

- Mac, uspokój się. Po prostu jest tu zbyt dużo 

cywilów, żeby ryzykować - wyjaśnił Travis, przeko­

nując sam siebie, że mówi prawdę i że jest to jedyny 

powód, dla którego niezbyt chętnie opuściłby ten 

background image

dom. Wmawiał sobie, że nie ma to nic wspólnego 

ze zgrabną blondynką, która wita gości w przed­

pokoju. 

- Dobrze, jestem spokojny, Cross. Jestem tak 

spokojny, że krew mi prawie przestała płynąć, a ty mi 

jeszcze nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Gdzie 

jesteś? 

W salonie Alex nachyliła się i pomagała rozpiąć 

kurtkę jakiemuś spóźnialskiemu, kilkuletniemu chło­

pcu. 

- Jestem za miastem, na przyjęciu primaaprilisowym 

- wyjaśnił Travis nie odrywając wzroku od Alexis. 

Co jest w tej kobiecie, że tak na niego działa? 

Przecież nawet nie jest w jego typie. 

- Co takiego?! - wrzasnął MacGregor. 

- Nie denerwuj się. Zadzwoniłem tylko po to, żeby 

ci powiedzieć, że mam diamenty, jestem cały i zdrowy 

i spotkamy się o dziesiątej, tak jak było umówione. 

Sam dostanę się do miasta. 

- Nie! Zaczekaj, Cross! Nie... 

- Muszę już kończyć. 

Ignorując wrzaski MacGregora Travis odwiesił 

słuchawkę. 

Alex wiedziała dokładnie, kiedy Travis zakończył 

rozmowę. Wiedziała także, że na nią patrzył. Czuła 

to jak fizyczny dotyk. Właściwie jej to nie prze­

szkadzało. Nie podobała jej się tylko własna reakcja. 

Poczuła się znów kobietą, a tego uczucia nie znała od 

lat. 

Był taki duży, taki skoncentrowany, taki... ponury. 

Wydawało się, że gdzieś po drodze zapomniał, jak się 

śmiać. Chciała zmierzwić mu włosy, dać sójkę w bok 

background image

czy w ogóle zrobić coś, co zniszczyłoby tę otaczającą 

go warstwę cynizmu. 

Alex wiedziała już, że życiem trzeba się cieszyć. 

Nauczyła ją tego boleśnie nagła śmierć męża, Stefana. 

Przez dwa lata odkładała ślub, przekonana, że mają 

przed sobą całe życie. Zbyt późno zrozumiała, że 

liczy się tylko dzień dzisiejszy. Teraz już wiedziała, że 

życiem trzeba się radować, a nie tylko je tolerować. 

Jeśli czegoś jej było brak, to może dziecka, ale 

tylko trochę, gdyż jej przyjaciele chętnie dzielili się 

z nią swoimi dziećmi. Nie żałowała zaś zupełnie, że 

w ciągu tych ośmiu lat, które upłynęły od śmierci 

Stefana, nie pojawił się żaden mężczyzna, z którym 

chciałaby być. Była zadowolona ze swego życia, lubiła 

swoją pracę, przyjaciół, dom. 

A teraz pojawił się Travis Cross. 

To niewiarygodne. Zupełnie do niej nie pasował. 

Nie miał poczucia humoru, klął jak szewc i był mniej 

więcej tak przystępny jak jeżozwierz. A na dodatek 

zarabiał na życie pistoletem, a Alex była gorącą 

przeciwniczką przemocy. 

A jednak... jednak podobał się jej. Był niegrzeczny 

i butny, ale było w nim coś, co stawiało na baczność 

wszystkie hormony w jej ciele. Może dlatego, że był 

taki cholernie zmysłowy. 

Stwarzało to pewien problem, bowiem Travis 

wydawał się mieć do niej taki sam stosunek jak do 

urzędu podatkowego. 

Na twarzy Alexis pojawił się przebiegły uśmiech. 

Zawsze lubiła trudne sytuacje, a ewidentna niechęć 

Travisa była bardzo obiecująca. Alex postanowiła 

więc ożywić Travisa. Może się to okazać niebezpieczne, 

jeśli bowiem ponury Travis Cross wydawał się jej taki 

background image

atrakcyjny, to co będzie, kiedy się uśmiechnie? 

Przedawkowanie hormonów? 

- Hej, ciociu Alex, będziesz się z nami bawić? 

- zapytał Brandon, sześcioletni syn Sary, sąsiadki 

i najbliższej przyjaciółki Alexis. 

- Jasne. Widzisz te maty? Przynieś je tutaj, dobrze? 

Promieniujący dumą Brandon z radością wypełnił 

polecenie. Ze wszystkich przyszywanych siostrzeńców 

i siostrzenic Brandon był jej ulubieńcem. Alexis 

klaśnięciem w dłonie poprosiła dzieci o ciszę. 

- A teraz wszyscy ustawiamy się w kółko. Brandon, 

rozłóż maty na podłodze. Niech każdy stanie na 

macie. Jak zauważyliście, mamy o jedną matę za 

mało i właśnie na tym polega gra. Ja zajmę się 

muzyką, a pan Cross będzie sędzią. 

Travis był tak przerażony, jakby Alex właśnie 

zaproponowała mu grę w rozbieranego pokera. Stał 

nieporuszony i patrzył na nią, jakby straciła rozum. 

- Ja chyba nie... 

- To proste - zapewniła go Alex. - Jest czternaścioro 

dzieci i trzynaście mat. Kiedy zatrzymam muzykę, 

osoba, która nie będzie akurat na macie, wypada 

z gry. Usuwamy jedną matę i gramy dalej. Ty będziesz 

rozsądzał spory, jeśli dwóch graczy będzie rościło 

sobie pierwszeństwo do jednej maty. Na pewno dasz 

sobie radę. 

Travis nadal stał w drzwiach. 

- A czemu ty nie możesz tego robić? - zapytał 

z wyraźną niechęcią. 

- Ponieważ magnetofon jest w miejscu, z którego 

nie będę dobrze widziała. 

- To może ja zajmę się muzyką, a ty będziesz 

sędzią? - zapytał i natychmiast sam odpowiedział 

background image

sobie na swoje pytanie. - A, już wiem. To tak jak 

z twoim samochodem. Nikt nie prowadzi twojego 

auta, nikt nie dotyka twojego magnetofonu. 

Alex nie pomyślała o tym. 

- Zgadza się - przyznała. Sama nie wymyśliłaby 

tak dobrego wytłumaczenia. 

Przez chwilę wydawało się, że Travis powie coś 

jeszcze, ale przypomniawszy sobie o obecności dzieci 

zmienił zdanie, z nonszalanckim wzruszeniem ramion 

wszedł do pokoju i stanął obok graczy. 

- No to włączaj - zwrócił się ostro do Alex. 

Pierwsze rundy przeszły gładko. Na końcu został 

tylko Brandon i trochę starszy od niego, ale dużo 

większy chłopiec imieniem Sean. 

Obaj chłopcy zajęli swoje pozycje, a reszta dzieci 

zamarła w oczekiwaniu. Alex włączyła muzykę. Travis 

obserwował. Chłopcy maszerowali w takt muzyki 

wokół samotnej maty. Muzyka ucichła. Brandon 

skoczył. Skoczył także Sean, ale jego wzrost stawiał 

go w lepszej sytuacji. Mniejszy chłopiec był ciągle 

jeszcze w ruchu, kiedy Sean, stojąc obiema nogami 

na macie, zawołał: 

- Wygrałem! Wygrałem! Wygrałem!" 

Brandon rzucił się na niego z krzykiem: 

- Wcale nie! Wcale nie! On oszukiwał, panie Cross! 

Chłopcy mocowali się chwilę ze sobą, po czym 

zażądali, by Travis rozstrzygnął spór. 

Ponad głowami chłopców Travis spojrzał na Alex. 

Był wyraźnie niezadowolony z sytuacji. Alex obdarzyła 

go współczującym spojrzeniem, ale nie ruszyła mu na 

pomoc. 

Musiał sam podjąć decyzję. Zdusił w ustach 

przekleństwo. Problem polegał na tym, że Sean był 

background image

typowym tyranem. Po dwunastu rundach zabawy 

Travis nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Nie 

lubił takich ludzi. Chciał ogłosić zwycięzcą Bran-

dona. Zawsze stawał po stronie słabszych. Ale 

niestety, tę akurat rundę Sean wygrał czysto i zdecy­

dowanie. 

- Bardzo mi przykro, stary - zwrócił się do 

Brandona. - Sean wygrał. 

- Wygrałem! Wygrałem! - podśpiewywał rozpro­

mieniony Sean. 

Brandon stracił całą ochotę do życia. 

Travis marzył o łyku alkoholu i jednocześnie 

zastanawiał się, gdzie Alex trzyma zapasowe kluczyki 

do ferrari. W kuchni już sprawdził. Więc może 

w gabinecie? 

Alex tymczasem wręczyła Seanowi nagrodę, zebrała 

maty i zarządziła kolejny konkurs, który także wygrał 

Sean. Wiedząc, że to śmieszne, Travis nie potrafił 

zwalczyć niechęci, jaką czuł do tego chłopca. Kiedy 

w trzecim konkursie Seanowi nie udało się zjeść 

jabłka wiszącego na nitce, Travis poczuł przewrotną 

radość. 

- Ostatnia gra - ogłosiła Alex podnosząc zwój 

poplątanych nylonowych lin. Z jednego końca liny 

przywiązane były do nogi stołu. Każde dziecko dostało 

do ręki drugi koniec. Przedostatni koniec podała 

Travisowi. 

- Nie gram w żadne gry - powiedział Travis 

i patrząc jej prosto w oczy oddał linę. 

Alex jej nie przyjęła. 

- Nigdy? - zapytała unosząc brew. 

- Nigdy. 

- No to teraz zagrasz - powiedziała wesoło. - Jedno 

background image

dziecko nie przyszło, więc jeśli jeden koniec pozostanie 

wolny, cała gra na nic. Zagrasz? 

Do tej pory Travis nie był w stanie zrozumieć, jak 

Helena Trojańska mogła jednym słowem wysłać tylu 

ludzi na śmierć. Teraz już wiedział. 

- Dobrze - zgodził się z ciężkim westchnieniem. 

- Daj mi tę linę. 

Biorąc linę do ręki wiedział już, że popełnia straszny 

błąd. 

Nie mylił się. Gra polegała na tym, żeby rozplatać 

linę nie wypuszczając jej końca z ręki. Dzieci rzuciły 

się jedne na drugie, pełzając nad i pod sobą nawzajem, 

krzycząc i popychając się. Każdy chciał pierwszy 

dotrzeć do stołu. 

Travis znalazł się w samym środku zamieszania. 

Jakaś lina owinęła mu się wokół kostek, ktoś gwał­

townie pociągnął i oto leżał już na dywanie z całą 

czeredą pełzających po nim maluchów. Ostre, małe 

łokcie i kolana waliły go w brzuch, małe buciki 

deptały po piersi, dziecięce piski dzwoniły w uszach. 

Oderwał jakąś małą rączkę ściskającą go za nos 

i już wydawało mu się, że wszystko będzie dobrze, 

kiedy nagle ktoś upadł prosto na niego i twarz 

zakryła mu chmura pachnących, złotych włosów. 

Nie trzeba było być Albertem Einsteinem, żeby 

zorientować się, że to nie dziecko. Travis odgarnął 

włosy i znalazł się twarzą w twarz z Alex. Patrzyli na 

siebie. Travis czuł na sobie całe jej ciało. Jej oczy 

pociemniały i Travis zrozumiał, że ona też jest 

świadoma jego dotyku. Ku swemu zdziwieniu poczuł, 

jak całe jego ciało tężeje, a co gorsza - okazało się, 

że jest mężczyzną. Z każdą sekundą było to coraz 

bardziej oczywiste. 

background image

Alcx też to zauważyła. Jej usta rozchyliły się 

w przyspieszonym oddechu. Spojrzała na niego 

zdumiona. 

- O raju - wyszeptała. 
Travis z przerażeniem poczuł, że się czerwieni. Co 

się, do cholery, dzieje? Dlaczego zachowuje się jak 

napalony nastolatek na swej pierwszej prywatce? 

- Dlaczego pan jest taki czerwony? - Nad ramie­

niem Alcx pojawiła się głowa Brandona. 

Brandon zniknął i Travis nie zdążył odpowiedzieć. 

Alex spojrzała na niego ze słodkim uśmiechem. 

- Dobrze się pan bawi, panie Cross? 

- Nie nazwałbym tego zabawą, panno Wright 

- odparł Travis. Tortury seksualne wydawały się tu 

lepszym określeniem. 

Z podejrzanie niewinną miną Alex lekko wzruszyła 

ramionami. 

- Mnie było nieźle - szepnęła i szybko zmieniła 

ton. - No, trzeba się ruszyć - powiedziała i sturlała 

się z niego. 

Travis był pewien, że się przesłyszał. Przecież 

niemożliwe, że powiedziała to, co wydawało mu się, 

że powiedziała... Potężny kop w żołądek przerwał te 

rozmyślania. To któryś z chłopców pomylił jego 

brzuch z workiem treningowym. Z grymasem bólu 

Travis wyprostował się i zrzucił z siebie kilku 

maluchów, kurczowo trzymających swoje końce lin. 

Zrobił krok do tyłu i wpadł na stół. 

- No, dobra! - ryknął. - Wystarczy. 

- Wygrał pan! Wygrał pan! - wykrzykiwał urado­

wany Brandon. 

Travis zdziwiony spojrzał na trzymaną w ręku linę 

i rozejrzał się dokoła. Brandon miał rację. Tak się 

background image

porobiło. Z siłą wiązki laserowej jego błękitne oczy 

przywarły do Alex. Elegancka panna Wright nie była 

teraz szczególnie elegancka. Włosy złocistymi puklami 

spływały jej do pasa, policzki miała zarumienione, 

oczy błyszczące, a usta rozchylone w nieświadomym 

zaproszeniu. Zdaniem Travisa wyglądała jak kobieta, 

która właśnie zaspokojona opuściła czyjeś łóżko. 

Ta myśl prawie go powaliła, ale postanowił się nie 

dać. Pokaże Alex, że nie tylko ona potrafi być 

spokojna, chłodna i opanowana. 

- A więc, panno Wright, co dostanę w nagrodę? 

- zapytał dwuznacznym tonem. 

Alex chyba musiałaby być ślepa i głucha, żeby nie 

zrozumieć o co mu chodzi. Jego ton odniósł jednak 

skutek zupełnie przeciwny do zamierzonego. Alcx nie 

była w najmniejszym nawet stopniu zakłopotana czy 

zmieszana. Travis nie zdawał sobie z tego sprawy, ale 

Akx osiągnęła swój cel. Travis dał się wciągnąć do gry. 

- Dostaniesz coś, co sprawi, że twoje brodawki 

smakowe staną na baczność, a usta będą wołać 

o jeszcze. 

- Ach tak? 

- A tak - odparła Alex biorąc do ręki torbę 

z nagrodami. 

Podeszła do niego z wyciągniętą ręką. 

- Co to jest? - zapytał patrząc ze zdziwieniem na 

kolorowe kółko na patyku. 

- Ależ panie Cross, nie poznaje pan? Oto pańska 

nagroda. Coś do ssania na cały dzień. 

Przez moment wydawało się jej, że może trochę 

przesadziła. Gdyby wzrok mógł zabijać, to pod 

wpływem spojrzenia, jakim obrzucił ją Travis, powinna 

już leżeć na ziemi. 

background image

- Jeszcze się policzymy, moja pani - odparował, 

ale tak cicho, że tylko ona to usłyszała. 

Alex nie dała się zbić z tropu. 

- To może dopisz coś jeszcze do rachunku i pomóż 

mi przygotować coś do jedzenia dla tych żarłoków. 

No co, dzieciaki, zjedlibyście coś? 

Chór uradowanych głosów nie pozostawił wątp­

liwości co do następnego punktu przyjęcia. 

Travis musiał przyznać, że Alcx jest znakomitą 

organizatorką. Sam nawet nie wiedział, jak do tego 

doszło, ale już po chwili, umazany po łokcie, rozdzielał 

lody, podczas gdy ona kroiła ciasto. 

Kiedy wszyscy zostali już obsłużeni, Alex westchnęła 

z zadowoleniem i ze swobodnym uśmiechem zwróciła 

się do Travisa: 

- Dzięki za pomoc. A może piwko? Zasłużyłeś na 

nie. 

- Zasłużyłem na coś więcej. 

Ledwie wypowiedział te słowa, już ich żałował. 

Najwyraźniej jego libido nadawało na innych falach 

niż rozum. 

- Zapomnij, że to powiedziałem. Owszem, chętnie 

napiję się piwa. 

Alex, gestem całkowicie naturalnym, nachyliła się 

i obdarzyła go krótkim uściskiem. 

- Nic nie szkodzi. 

Cholera jasna. Jak ma poskromić swój nagły pociąg 

seksualny, skoro ona nie chce trzymać rąk przy 

sobie? Bez słowa przyjął podane mu piwo. Miał 

nadzieję, że chłodny napój uspokoi jego niesforne 

ciało. Rozejrzał się za czymś, co dodatkowo odciąg­

nęłoby jego uwagę. 

Nie musiał długo szukać. Przy stole brakowało 

background image

jednego gościa. Brandona. Kątem oka zauważył, że 

mała, zwinna figurka wymyka się przez drzwi frontowe. 

Nie mówiąc nic Alex, zajętej podawaniem Seanowi 

dokładki ciasta, ruszył za nim. 

Znalazł go zwiniętego w kłębek na wiszącej na 

werandzie huśtawce. 

- Cześć, stary - powiedział cicho. - Mogę się 

przysiąść? 

- Jasne. - Brandon wzruszył obojętnie ramionami. 

Travis usiadł obok chłopca. 

- Wygram, jak urosnę - odezwał się Brandon. 

- Ciocia Alex tak mówi. 

- Chyba ma rację. To był dobry pomysł, żeby tu 

przyjść - rzucił mimochodem i pociągnął łyk piwa. 

- Tam zrobiło się już za głośno. 

- Tak i ten paskudny Sean ukradł różę z mojego 

kawałka tortu. Myśli, że może robić co mu się 

podoba, bo jest większy. 

- Tak często bywa. Ale twoja pora też nadejdzie, 

bo dobrzy w końcu wygrywają. Czasem trzeba trochę 

na to poczekać. 

- Tak, chyba tak. Wie pan, to samo zawsze Potwór 

mówi Jasonowi. 

- Potwór? - zdziwił się Travis. 

- Tak. To z mojej ulubionej książki pod tytułem 

„Przyszłe życie". Tam jest taki dobry potwór, który 

pomaga małemu chłopcu o imieniu Jason dorosnąć 

i nie popełnić różnych głupich błędów. Jason jest 

sierotą, mieszka w krainie zwanej Przyszłe Życie i ma 

różne przygody, bo chce znaleźć swoje miejsce w życiu. 

- Aha - powiedział obojętnym tonem Travis. 

- Brzmi nieźle. Są tam dobre rysunki? 

- Super. Ciocia Alcx mówi - Brandon aż zmarszczył 

background image

brwi, próbując dokładnie przypomnieć sobie jej słowa 

- że to jest książka myśląca. To znaczy, że oprócz 

fajnej historyjki jest w niej także pewien morał. 

- Chyba morał, stary - poprawił go delikatnie 

Travis. 

- Tak właśnie mówiłem. No więc kupiła mi ją 

ciotka Alex... Jak na dziewczynę, był to znakomity 

pomysł, prawda? 

Jasne, pomyślał Travis. 

- Podoba ci się ciocia Alex, co? - zapytał. 

- Tak. A kiedy dorosnę, ożenię się z nią. Chy­

ba... chyba, że pan się z nią ożeni. Ożeni się pan 

z nią? 

- Nie, raczej nie. I wiesz co, Brandon? Mów do 

mnie Travis, dobrze? 

- Dobrze. Ale jesteś chłopakiem cioci Alex, prawda, 

Travis? Od śmierci męża nie miała żadnego. 

A więc Alex była kiedyś zamężna. Sam nie wie­

dział, czemu go to zdziwiło. Była piękną kobietą, 

bez żadnych widocznych wad, oprócz jednej - spo­

sobu, w jaki prowadzi samochód. Dziwne, że nikt 

się przy niej nie kręcił. Głupio mu było wyciągać te 

informacje od dziecka, ale nie mógł się powstrzy­

mać. 

- Dawno umarł mąż Alex? 

- Tak. Jeszcze zanim się urodziłem. Kiedyś słysza­

łem, jak mama mówiła do taty, że to wielka szkoda, 

że ciocia spotyka w pracy tylko samych nudziarzy. 

Jej potrzebny jest prawdziwy mężczyzna, a nie nadęty 

belfer. 

- To ciekawe. 

Potrzebny jej raczej opiekun, ktoś, kto nie dopuści, 

by wdawała się w dyskusje z uzbrojonymi facetami, 

background image

kto nie pozwoli jej zapraszać obcych mężczyzn do 

domu. Ktoś, kto nie pozwoli jej prowadzić... 

- Tak - mówił dalej Brandon. - A kiedyś, jak 

byłem z tatą na meczu, to słyszałem jak mówił do 

swego kolegi, że ten, kto ożeni się z ciocią Alex, 

będzie miał anioła w życiu i ogień w łóżku. Co to jest 

ogień w łóżku, Travis? Czy to jest to, co dzieje się 

w niedzielę rano, kiedy moi rodzice zamykają się 

w sypialni na klucz i nie pozwalają mi wejść? 

Travis nie miał zamiaru omawiać z sześciolatkiem 

łatwopalności Alcx, ani tego, co dzieje się w sypialni 

jego rodziców w niedzielę rano czy w jakikolwiek 

inny dzień. 

Zastanawiał się, co powiedzieć. W końcu wpadł 

mu do głowy pomysł: 

- Może zapytasz Alex, stary? Ona przecież zna się 

na wszystkim. 

- Nic z tego, ona też mi nie powie. Zawsze mówi, 

że dowiem się, kiedy będę wyrosły. 

Wyrosły? Travis pociągnął łyk piwa i zastanawiał się. 

- Raczej dorosły, Brandon. 

- Może. Ale nikt mi nic nie mówi, więc jak mam 

się czegoś nauczyć? 

- Nie wiem - przyznał Travis. Nie wiedział, co 

powiedzieć. Dzieciak miał rację. 

Po chwili stwierdził ze zdziwieniem, że Brandon 

przytula się do niego. 

- Hej, mały - powiedział serdecznie. 

- Kiepsko się czuję - wyznał Brandon. - Boli mnie 

pod włosami. 

Travis z trudem powstrzymał uśmiech. 

- To posiedzimy sobie tutaj w ciszy - powiedział. 

- Ja tak zawsze robię, kiedy bolą mnie włosy. 

background image

- Dobrze. 

W pełnym porozumieniu obaj mężczyźni zamknęli 

oczy i pogrążyli się w rozmyślaniach. 

Dopiero kiedy przyszła Sara, Alex zorientowała 

się, że Brandona nie ma. Trudno było nie zauważyć 

zniknięcia Travisa, ale w całym tym zamieszaniu 

Alcx nie zdała sobie sprawy, że Brandona też 

nie ma. 

Przeszukała oba piętra domu i trochę już zaniepo­

kojona wyszła na werandę. Przekonywała samą siebie, 

że nie ma powodu do paniki, że Travis Cross nie jest 

przecież złoczyńcą, który mógłby skrzywdzić dziecko. 

Skierowała się od razu ku huśtawce, gdzie często 

zastawała małego. 

- Szsz... - rozległ się w ciemnościach szept Travisa. 

Dzięki Bogu. A więc nie tylko Brandem lubi 

huśtawkę. 

- Travis? Nie widziałeś małego chłopca z ciemnymi 

włosami? 

- Chodzi ci o Brandona? Jest tu obok mnie. Zasnął. 

Nie znam się specjalnie na dzieciach, ale jest chyba 

bardzo rozpalony. 

Oczy Alex przyzwyczaiły się już do ciemności. 

Uklękła i położyła rękę na czole Brandona. 

- Masz rację - powiedziała, wzruszona troską 

Travisa. - Rzeczywiście jest gorący. Chyba bierze go 

przeziębienie. Wszyscy już poszli. Przyszła po niego 

matka, ale szkoda byłoby go budzić. Mieszkają tuż 

obok. Może mógłbyś go zanieść? 

- Jasne - odparł szybko Travis. 

Z przyjemnością zajmie się czymś pożytecznym. 

Wolał przenieść dwudziestokilogramowe dziecko parę 

metrów, niż mieć Alex u swoich stóp. 

background image

- Pójdę po Sarę - powiedziała wstając Alex, 

Travis odetchnął z ulgą. Wszystko wymyka mu się 

spod kontroli. Najpierw zaszła mu za skórę Alcx, 

a teraz ten dzieciak. 

Miał przecież do wyrównania rachunki z LeGairem. 

To śmieszne, że stoi tak w bladym blasku księżyca 

i zastanawia się, jakby to było, gdyby on, Alex i to 

dziecko byli prawdziwą rodziną. 

Po chwili wróciła Alex z matką Brandona i Travis, 

ze śpiącym dzieckiem w ramionach, ruszył za nimi. 

Wkrótce chłopiec leżał już w swoim łóżeczku, a Alex 

i Travis wrócili do domu. 

Po raz pierwszy od wielu lat Alex nie bardzo 

wiedziała, jak się zachować. Widok Brandona śpiącego 

słodko w silnych ramionach Travisa jakoś dziwnie na 

nią podziałał. Z niewiadomego powodu czuła dziwny 

ucisk w okolicy serca, niejasne, nie znane jej dotąd 

uczucie tęsknoty. Nie wiedziała, co powiedzieć, 

ograniczyła się więc do lakonicznego podziękowania, 

popartego delikatnym uściskiem muskularnego ra­

mienia Travisa. 

Ku jej zdziwieniu Travis odskoczył jak oparzony. 

- Nie ma sprawy - odparł szorstko. - Zrobiłem to 

tylko po to, żeby jak najszybciej się stąd wyrwać. 

Obiecałaś, że mnie odwieziesz zaraz po przyjęciu. 

Alex zrozumiała, że temu niby-groźnemu agentowi 

głupio jest, że przyłapano go siedzącego na huśtawce 

z małym dzieckiem w ramionach, ale powstrzymała 

się od komentarzy. 

- Rzeczywiście tak obiecałam - przyznała. - Pójdę 

tylko po torebkę. 

Przyniosła ją z pokoju, wróciła do kuchni, ominęła 

Travisa i ruszyła ku drzwiom. 

background image

- Czy nie zapomniałaś czegoś? - zapytał kwaśno 

Travis. 

- A, chodzi ci o klucze. Nie. Uważaj. 

Włożyła palce do ust i wydała ostry, krótki gwizd. 

Gdzieś z krzaków odpowiedziało jej podobne gwiz­

danie. Idąc za dźwiękiem Alex zanurkowała w krzaki 

i znalazła klucze. Odwróciła się z uśmiechem do 

Travisa. 

- To jedna z moich nielicznych wad. Ciągle gubiłam 

klucze, więc mój brat kupił mi to urządzenie na 

gwiazdkę. Pogrążyło to wszystkich ślusarzy w żałobie. 

- Może jednak wsiądziesz i pojedziemy? - przerwał 

jej Travis. 

- Do usług - zgodziła się wesoło Alex. 

Travis wsiadł do auta i tym razem zapiął pasy, 

zanim zamknął drzwi. I całe szczęście, w chwili bowiem, 

kiedy drzwi trzasnęły, Alex ostro wrzuciła wsteczny 

bieg i Travis poczuł gwałtowne szarpnięcie do 

przodu. 

- Czy mogłabyś tym razem jechać poniżej stu 

trzydziestu?! - wrzasnął próbując przekrzyczeć warkot 

silnika. 

Była to najdłuższa i najszybsza podróż w jego 

życiu. W rekordowym czasie zajechali przed hotel. 

Alcx obrzuciła budynek podejrzliwym spojrzeniem. 

Elegancki to może on i był, ale czterdzieści lat temu. 

Rząd chyba nie najlepiej płaci, pomyślała. Sama nie 

wiedziała dlaczego, ale wcale nie chciała się z nim 

rozstawać. 

- Wiesz co - zaczęła ostrożnie, nie chcąc urazić 

jego dumy - mój dom jest dużo za duży dla jednej 

osoby. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś się u mnie 

zatrzymał. 

background image

Travis spojrzał na nią zdziwiony i z trudem 

powstrzymał się od śmiechu. Ta kobieta prowadzi 

auto tak, że przestraszyłaby nawet autora horrorów, 

a martwi się, że on będzie musiał mieszkać w obskur­

nym hotelu. 

- Dzięki - odparł. - Jestem tu umówiony. 

- O - powiedziała Alex odrywając wzrok od 

zrujnowanego hotelu. Ich oczy się spotkały. Alex 

puściła kierownicę i wyciągnęła ku niemu prawą 

dłoń. - No, to do widzenia. Miło było. 

Travis uścisnął wyciągniętą ku niemu rękę. Była 

gładka i delikatna. Patrzył na Alex, na jej ciemno­

brązowe oczy, nieskazitelną cerę w kolorze bitej 

śmietany, na pełne, czerwone wargi. 

- Cholera - mruknął pod nosem. Uległ pokusie, 

przyciągnął Alcx do siebie i pocałował. 

Alex zabrakło tchu, kiedy ich usta połączyły się jak 

dwa elementy układanki. Pożądanie eksplodowało 

w jej żyłach. Jego usta były ciepłe i twarde, nigdy 

w życiu nie doświadczyła czegoś tak podniecającego. 

Przysunęła się bliżej i zatraciła w Travisie. 

Smakował egzotycznie, mieszaniną lodów, niebez­

pieczeństwa i piwa. Czuła, jak wali mu serce. Objęła 

go mocno, nie zważając na wbijającą się jej w bok 

kierownicę. Czuła, że płonie i choć wiedziała, że 

później zapłaci za swe nieopanowanie, teraz było jej 

wszystko jedno. Chciała być po prostu jak najbliżej 

źródła takiej dużej przyjemności. 

I wtem, ku jej zdziwieniu, wszystko skończyło się 

tak samo nagle, jak zaczęło. Travis odsunął się 

gwałtownie. 

Alex stłumiła protest i spojrzała w jego błękitne 

oczy. Nic w nich nie wyczytała. 

background image

- Travis? - szepnęła. 

Travis otworzył drzwi. Czuł, że musi uciekać. 

- Dzięki za podwiezienie, Alex. Niestety muszę 

lecieć. 

Nie mogła pozwolić mu tak odejść. 

- Zaczekaj! 

Przytrzymała go mocno za ramię i drugą ręką 

wyjęła z torebki wizytówkę. 

- Masz. Jak kiedyś znów tu przyjedziesz i będziesz 

potrzebował kryjówki, to zadzwoń. 

- Jasne. 

Travis schował wizytówkę do kieszeni i wysiadł 

z samochodu. Odszedł parę kroków, po czym wrócił 

i nachylił się do okna. Alex odsunęła szybę. 

- Nie jedź tak szybko, dobrze? - poprosił, odwrócił 

się na pięcie i odszedł. 

- Dobrze - mruknęła Alex do pustej ulicy. - Ty 

też uważaj, panie Tajny Agencie Cross. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Sara znowu się spóźnia - zauważyła Connie 

Slater sadowiąc się na jednym z superwygodnych 

krzeseł w kuchni Alex. 

- Cóż za oryginalna obserwacja - stwierdziła 

ironicznie siedząca po przeciwnej stronie stołu DeeDee 

Kelly. Pięćdziesięciokilkuletnia blondynka machnęła 

swym młodzieżowym, platynowym końskim ogonem 

i westchnęła dramatycznie. 

Alex uśmiechnęła się wiedząc, że złośliwość DeeDee 

jest tylko pozorna. Od dwóch lat grywała w brydża 

z obydwiema kobietami i wiedziała, że te uszczypliwości 

są przejawem ich głębokiej przyjaźni. 

Nalała białe wino i rozejrzała się po kuchni. Jak to 

miło być znowu w domu. Wróciła przed dwoma 

dniami. Po naukowej konferencji w Arizonie skorzys­

tała z okazji i spędziła kilka dni w Denver u brata. 

Jak zwykle znakomicie się bawiła z Rickiem i Sally 

i ich córeczkami, ale nie ma to jak w domu. 

Drzwi frontowe otworzyły się nagle i wpadła Sara 

Nelson, matka Brandona i ich czwarta do brydża. 

- No, wreszcie - wykrzyknęła. - Myślałam, że już 

nigdy nie przyjdę! 

Biodrem zatrzasnęła za sobą drzwi i postawiła na 

stole grzesznie wysokokaloryczny tort czekoladowy. 

- Co się stało? - zapytała Sara wręczając jej kieliszek 

wina. 

background image

- Nawet nie pytaj! Od dwóch tygodni mieszkam 

w domu wariatów. Nie życzę nikomu dwójki dzieci 

chorych na ospę wietrzną. Można się powiesić! 

- Ospa wietrzna? Chcesz powiedzieć, że Brandon 

i Lizabeth są chorzy? 

- Spokojnie, ciociu Alex. Już teraz nic im nie jest. 

To tylko ja jestem wykończona. W kółko czytam im 

przygody Potwora. Ten pisarz mógłby się pospieszyć 

i napisać coś nowego, przydałaby mi się jakaś odmiana. 

Właściwie to mieliśmy szczęście. Wysypka Lizabeth 

była raczej łagodna, a choć Brandon wciąż się drapie, 

to tylko przez pierwsze dni czuł się naprawdę źle. 

Jutro idzie do szkoły. Najgorsze było to, że zachorował 

dzień po twoim przyjęciu, więc musiałam obdzwonić 

rodziców wszystkich dzieci. 

- Wygląda na to, że wyjechałam w samą porę 

- śmiejąc się powiedziała Alex. 

- Rzeczywiście. - Sara pokazała jej język. - Były 

takie chwile, że oddałabym wszystko za twoją pomoc. 

Wiesz, jak Brandon cię uwielbia. Brad twierdzi, że 

trzy słowa, których Brandon najczęściej używa to 

„ciocia Alex mówi". 

- No, dosyć już tych macierzyńskich żalów - prze­

rwała jej DeeDee. - Mnie dużo bardziej interesuje 

konferencja Alex. No, poznałaś kogoś ciekawego? 

- Niestety, DeeDee, wciąż nie spotkałam swego 

księcia z bajki. 

- Czyżby? - wtrąciła się Sara. - A ten wspaniały 

bysio, który przyniósł Brandona do domu po przyjęciu? 

Skąd go wytrzasnęłaś? 

DeeDee uniosła głowę jak pies, który złapał trop. 

- Wiedziałam! Alex, ty paskudo, czemu nam nic 

nie powiedziałaś? - Oczy DeeDee błyszczały z ciekawo-

background image

ści jak neon. - Kto to jest? Naprawdę jest taki 

wspaniały? 

Mimo że Alexis przez dwa tygodnie próbowała 

zapomnieć o podnieceniu, jakie czuła w ramionach 

Travisa Crossa, jego obraz natychmiast stanął jej 

przed oczami. Zobaczyła gęste, ciemne włosy, cudowne 

niebieskie oczy, atramentowe, gęste rzęsy rzucające 

cień na policzki. Wciąż czuła na wargach jego 

pocałunek. 

- No? - nalegała DeeDee. - Jest wspaniały czy 

nie? Mów, Alex! 

- Ja mogę odpowiedzieć - wtrąciła się Sara. 

- Wiecie, jak bardzo kocham Brada, ale gdybym 

miała kiedykolwiek ochotę na małą odmianę, to ten 

facet byłby pierwszy w kolejce. 

- Saro! 

- Chwileczkę! Zamężna, to nie znaczy martwa, 

a ten facet jest naprawdę wart grzechu. Na skali od 

jednego do dziesięciu przyznałabym mu dwanaście 

punktów - dodała z przebiegłym uśmiechem. 

- Alex? - DeeDee nie ustępowała. 

No, dobrze, powiem wam - zgodziła się zre­

zygnowana Alex. - U mnie ma dziewięć punktów. 

Gdyby się jeszcze czasem uśmiechał, miałby dzie­

sięć. 

- Mój Eldon ma dziesiątkę - oświadczyła z dumą 

Connie. 

- Nie mówimy o rozmiarze buta, Con, a w ogóle, 

to nie przerywaj. Jeszcze nie skończyłam z Alex. 

Poznałaś go na uniwersytecie? Co wykłada? Może 

jest specjalistą od edukacji seksualnej? 

Alex westchnęła ciężko. Lepiej chyba od razu 

wszystko im powiedzieć i mieć to z głowy. 

background image

- Nie jest wykładowcą. Poznaliśmy się w centrum 

handlowym. Miał kłopot z samochodem, więc obie­

całam, że po przyjęciu podwiozę go do Seattle. To 

wszystko. A teraz może jednak pogramy w brydża? 

- Brandon twierdzi, że ten twój Travis wypytywał 

go o mężczyzn, z którymi się spotykasz, i nawet 

wspomniał o małżeństwie. Nie wyglądał na takiego, 

któremu chodziło tylko o podwiezienie. 

Alcx była więcej niż pewna, że Brandon przekręcił 

całą rozmowę. Prawdopodobnie to Brandon gadał 

i Travis dowiedział się dużo więcej, niż chciał. 

- Podwiozłam go tylko do hotelu i koniec - po­

wtórzyła Alex. 

Mimo pozorów obojętności Alcx myśląc o Travi-

sie poczuła bolesną tęsknotę. Wydało jej się to raczej 

śmieszne. Spędziła przecież z nim tylko kilka godzin 

i jest mało prawdopodobne, by się jeszcze kiedyś 

mieli spotkać. A poza tym sposób, w jaki zarabiał 

na życie, dyskwalifikował go jako osobę, z którą 

chciałaby się związać. Byłoby to uczuciowe samo­

bójstwo. Już raz straciła w gwałtowny sposób ko­

chaną osobę i nie miała zamiaru przechodzić przez 

to jeszcze raz. 

- Wiesz co, Alex, już pora, byś sobie kogoś znalazła. 

Nie możesz być sama do końca życia - powiedziała 

cicho Sara. 

- No, cóż, może macie rację, ale Travis Cross 

naprawdę nie jest dla mnie. A poza tym i tak pewnie 

go nigdy więcej nie spotkam. 

Lekkie ukłucie w okolicy serca uznała za skutek 

nadmiernej ilości wina. 

- Grajmy wreszcie. Ja otwieram. 

background image

Travis wiercił się w samolotowym fotelu, próbując 

jakoś ulokować swoje metr osiemdziesiąt pięć wzrostu 

na miejscu zaprojektowanym chyba dla Pigmejów. 

Jedyną dobrą stroną nocnego lotu do Seattle było to, 

że samolot okazał się dość pusty i Travis miał do 

dyspozycji trzy siedzenia. Bolała go głowa i marzył 

o chwili spokoju. 

Sięgnął do kieszeni po kupioną na lotnisku aspirynę 

i ze zdziwieniem wyciągnął razem z nią wizytówkę 

Alexis Wright. 

Zupełnie zapomniał, że mu ją dała. Alex ze złotym 

warkoczem, miękkimi wargami i uśmiechem, za który 

wielu mężczyzn oddałoby życie. 

To zabawne, że przypomniał sobie o niej akurat 

teraz, kiedy leciał ponownie do Seattle. Nie chciał się 

do tego przyznać, ale załatwiła go tym jednym 

pocałunkiem. 

Przypomniał sobie jej małe, krągłe biodra, piersi 

jak brzoskwinie, niesamowicie długie, zgrabne nogi, 

błyszczące słońcem włosy. 

Choć prowadziła jak wariatka, była niesamowicie 

sexy. Skoro i tak ma być w mieście przez kilka dni, 

może warto do niej zadzwonić... 

Wepchnął wizytówkę z powrotem do kieszeni, jakby 

go paliła. Co jest, do cholery? Czeka na niego robota, 

a on sobie marzy o jakiejś panience. 

Skrzyżował ręce na piersi i przymknął oczy, przy­

sięgając sobie, że nie będzie już więcej o niej myślał. 

Zasnął i oto znalazł się na jakiejś małej, zaśmieconej 

uliczce w New Jersey. 

Powłócząc ciężkimi jak z ołowiu nogami szedł 

w kierunku metalowego pojemnika. Był cały spocony, 

miał mokre włosy i koszulę. Bał się. 

background image

Wiedział, że musi zajrzeć do pojemnika, bo ktoś, 

a może coś zginęło, i on musi to znaleźć. 

Słyszał jakiś głos, który kazał mu uciekać, ale 

zignorował go. Bardzo wolno uniósł pokrywę pojem­

nika. 

Ogromnym wysiłkiem woli zmusił się, by nie 

odwracać wzroku. W pojemniku, na kupie śmieci, 

leżało ciało jego przyjaciela, agenta Joela Gibsona. 

Martwy Joel otworzył oczy i patrzył na niego 

z wyrzutem. 

- To twoja wina, Travis - powiedział. - To twoja 

wina, że nie żyję. 

Te straszne słowa sprawiły mu ogromny ból. 

Zrobił krok do tyłu, chciał uciekać, ale nagle 

usłyszał głośny huk i w tej samej chwili poczuł 

piekący ból w udzie. 

Nagle ból zniknął i Travis znalazł się w windzie. 

Wyczuwał nieokreślone niebezpieczeństwo. Winda 

zatrzymała się i Travis wyszedł do jakiegoś ciemnego 

holu. Miejsce wydawało mu się znajome. Co to może 

być? 

Ach, tak, hotel. Obskurny hotel w Seattle, do 

którego przywiozła go Alexis Wright. Miał się spotkać 

z szefem, ale coś było nie tak. 

W głębi korytarza otworzyły się jakieś drzwi 

i w ciemności Travis rozpoznał dwóch zbirów z cen­

trum handlowego. Zauważyli go i wycelowali w niego 

pistolety. Kule zaczęły latać jak oszalałe, rozpryskiwały 

się o ściany i podłogę. 

Travis wycelował i strzelił. Nie chciał umierać. 

- Proszę pana? 

Głos uśmiechniętej stewardesy wyrwał go z tego 

koszmarnego snu. 

background image

- Przepraszam, że pana budzę, ale za chwilę 

lądujemy. Kapitan prosi o zapięcie pasów. 

Travis patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem. 

Serce mu waliło, było mu niedobrze, w ustach czuł 

smak popiołu, bolało go całe ciało. Słowem - było 

z nim bardzo kiepsko. 

- Czy dobrze się pan czuje? - zapytała zaniepoko­

jona stewardesa. 

- Tak. Dziękuję. 

Niezbyt przekonana odeszła i zajęła się innymi 

pasażerami. 

Travis tępym wzrokiem wyglądał przez okno. Co 

się dzieje? Już od wielu miesięcy w swoich snach nie 

widywał ciała przyjaciela... No i dlaczego akurat 

dzisiaj śniło mu się, że te zbiry chcą go zabić? 

Owszem, chcieli, ale tamtego wieczoru, kiedy Alexis 

Wright przywiozła go do hotelu. Wszystko wtedy 

poszło znakomicie. Mac z policjantami zjawił się 

w samą porę i aresztował chłopaków LeClaira. Travis 

leci teraz do Seattle, żeby zeznawać na ich procesie. 

Próbował się uspokoić. Przekonywał samego siebie, 

że to przecież tylko sen, a nie jakieś ostrzeżenie. Jego 

plan był przecież znakomity. 

Nie mógł się dopatrzeć w nim żadnych niedo­

skonałości. Tłumaczył szefowi, że zamach na jego 

życie udowodnił dwie rzeczy - że LeClair bardzo chce 

odzyskać diamenty i że ktoś w ministerstwie sypie, bo 

skąd tamtej nocy LeClair tak szybko wiedział, gdzie 

jest Travis? 

Przekonywał Maca, że oba te fakty ułatwią realizację 

planu. 

- Słuchaj - mówił. - Musimy to wykorzystać. 

Teoretycznie jestem na zwolnieniu lekarskim, nikt 

background image

więc nie zdziwi się, kiedy zaczniesz opowiadać, że 

odsuwasz mnie chwilowo od wszystkiego, bo jestem 

w kiepskiej formie psychicznej. Po śmierci Joela, po 

próbie zamachu na moje życie i tej zadymie w Seattle 

będzie to zrozumiałe. Ten, kto kabluje LeClairowi, 

da mu znać o moim zwolnieniu, więc kiedy rozpuszczę 

wici, że jestem gotów oddać LeClairowi diamenty, za 

małą dopłatą do mojej emerytury, ten skurczybyk na 

pewno to kupi. 

- Sam nie wiem, stary - powątpiewał Mac. - To 

może być niebezpieczne. 

- Nie, bo to będzie sprawa tylko między tobą, 

mną i LeClairem. Nawet nie będę musiał spotykać 

się z tym skurczybykiem. Będę zwodził go tak 

długo, aż znajdziesz coś, żeby go przyprzeć do 

muru. 

Spojrzał szefowi prosto w oczy i powiedział swe 

pierwsze, prawdziwe kłamstwo: 

- Wcale nie mam zamiaru sam go załatwiać, 

poczekam, aż ty go przygwoździsz. 

- Wiesz, to może się nawet udać. Podobno ma na 

pieńku z Urzędem Skarbowym. Wpierw oskarżymy 

jego zbirów o próbę zabójstwa, mogą się przestraszyć 

i zacząć sypać. Jeśli nie, to zawsze jeszcze możemy 

wykorzystać wniosek Urzędu Skarbowego. 

A jeśli nie? Travis po raz setny zadawał sobie to 

pytanie. Jeśli facet odpowiedzialny za śmierć Joela 

nie zostanie skazany albo jeśli kara będzie za niska? 

Co wtedy? 

Wtedy już Travis uczyni wszystko, żeby LeClair 

zapłacił za to, co zrobił. 

Tyle że w tej chwili, z tym okropnym bólem głowy 

i wszystkich mięśni, całkiem do tego się nie nadaje. 

background image

Klnąc pod nosem zastanawiał się, co mu jest. 

Nawet po postrzale nie czuł się tak kiepsko. Oczywiście 

bolało go, ale nie był taki osłabiony. 

Może to efekt słabej wentylacji w samolocie albo 

choroby lokomocyjnej? Tak, to może być to. A skoro 

tak, to po wylądowaniu powinien znowu poczuć się 

normalnie. 

A to ważne. Czeka go bowiem zabawa w kotka 

i myszkę i musi być przygotowany na wszystko. 

Tylko Mac wiedział, że Travis leci do Seattle, by 

negocjować „zwrot" kamieni LeClairowi. 

Nie może teraz pozwolić sobie na chorobę. Jego 

ciało jednak nie chciało tego słuchać. Po wylądowaniu 

był jak ogłuszony. Na miękkich nogach po prostu 

wlókł się za pozostałymi pasażerami. Czekając na 

bagaż poczuł tak silny ból w tyle głowy, że musiał 

oprzeć się o filar, by nie upaść. Czuł mdłości. 

Znajdująca się na końcu korytarza toaleta wyda­

wała mu się oazą. Gdyby tylko udało mu się tam 

dojść. Zacisnął zęby i ruszył do przodu. Drzwi do 

łazienki migały mu przed oczami. W końcu dotarł 

do celu. Otworzył drzwi i skierował się do umywa­

lki. Miał nadzieję, że chłodna woda postawi go na 

nogi. 

Nie zauważył, że nie jest sam. 

- Hej, ty, co z tobą? - zapytał krępy, młody 

człowiek blokując mu drogę. 

Travis potrząsnął głową dla otrzeźwienia. Instynkt 

podpowiadał mu, że jest w niebezpieczeństwie. 

- Kiepsko wygląda - powiedział drugi mężczyzna, 

kiedy Travis przytrzymał się umywalki. 

Łazienka zawirowała Travisowi przed oczami 

i osunął się na podłogę. 

background image

Słyszał rozmowę dwóch mężczyzn, ale nie rozróżniał 

słów. Na próżno próbował usiąść. 

Ktoś się nad nim nachylił i wyjął mu portfel 

z kieszeni. Travis bez powodzenia próbował chwycić 

go za rękę. Poczuł kopnięcie. 

Opadł do tyłu, głową uderzył o posadzkę. Sufit 

zawirował i wydawało mu się, że to, co nastąpiło 

później, przydarza się komuś innemu. Słyszał jakieś 

głosy, jacyś ludzie w mundurach nachylali się nad 

nim z zatroskanymi minami. Potem zjawili się dwaj 

sanitariusze i położyli go na nosze. 

A potem znów wszystko zaczęło wirować, przypom­

niał sobie pewną szaleńczą podróż samochodem 

i blondynkę... A później nie pamiętał już nic. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Travis obudził się i zobaczył pochyloną nad sobą 

Alex. 

Z początku uznał, że to kolejny sen. Myślał o niej 

w samolocie i oto jest tu przy nim, tak blisko, 

w różowym, kaszmirowym swetrze opinającym jej 

miękkie kształty, z luźnym, złotym warkoczem prze­

rzuconym przez ramię. 

- Cześć - powiedziała cicho. 

Uniósł rękę chcąc chwycić ten długi, złoty warkocz 

i przyciągnąć ją do siebie. Nagle zauważył, że ubrany 

jest w biało-niebieską piżamę. 

- Co jest? - wyjąkał i próbował usiąść. 

- Spokojnie - powiedziała Alex i delikatnie, ale 

zdecydowanie oparła go z powrotem o poduszki. 

Travis rozejrzał się dookoła. Zauważył aparat do 

elektrokardiogramu, poczuł zapach środków dezyn­

fekcyjnych. To nie sen. Ten akurat zapach wszędzie 

jest taki sam, w Senegalu i na Grenlandii. A więc jest 

w szpitalu. 

- Czy znowu ktoś do mnie strzelał? - Travis 

wyciągnął jedyny logiczny wniosek. 

- Znowu? - przestraszyła się Alex. - Nie, oczywiście, 

że nie. 

Ignorując jej słowa dokonał przeglądu swego ciała, 

od stóp począwszy. 

- Masz rację - przyznał w końcu. Wciąż jednak, 

background image

tak jak na lotnisku, okropnie bolała go głowa i czuł 

się słaby. 

Na lotnisku? Mgliście przypomniał sobie wydarzenia 

w łazience. Pomyśleć, że dał się tak zrobić jakimś 

dwóm nędznym złodziejaszkom. 

Spojrzał na Alcx. To dziwne, że zawsze, kiedy ma 

kłopoty, ona jest pod ręką. 

- Jaki dzisiaj dzień? - zapytał z irytacją. - I co ty 

tutaj robisz? 

- Sobota. Przywieziono cię tu dzisiaj rano. Szpi­

tal zadzwonił do mnie o siódmej. Znaleźli w twojej 

kieszeni moją wizytówkę i poprosili, żebym przyszła 

cię zidentyfikować. Nie miałeś żadnych dokumen­

tów. Naprawdę musisz być ostrożniejszy, szczególnie 

w twoim zawodzie. A gdybyś nie miał mojej wizytó­

wki i rzeczywiście ktoś by cię postrzelił? Nikt by nie 

wiedział, kim jesteś, a ty byś nie mógł im powie­

dzieć. 

- Przecież miałem legitymację, nie? Ktoś musiał 

ukraść mi portfel, kiedy straciłem przytomność. 

Dlaczego kłamał? Czemu nie chciał, żeby wiedziała, 

że był tak słaby, że nawet dziecko by sobie z nim 

poradziło? Dlaczego go obchodzi, co ona sobie 

pomyśli? 

- To okropne - szepnęła Alex i delikatnie ścisnęła 

go za rękę. 

Była tak cholernie... fizyczna i ostatnią rzeczą, 

której by chciał, było jej współczucie. Już wiedział, 

dlaczego kłamał. Właśnie dlatego. Ostentacyjnym 

gestem wyrwał rękę i podciągnął prześcieradło pod 

brodę. 

- Więc skoro nikt mnie nie postrzelił, to do cholery, 

co mi jest? 

background image

Milczenie. Travis podniósł wzrok i zauważył, że 

Alex jest wyraźnie zakłopotana. Pierwszy raz widział 

ją taką. Poczuł strach. 

- Co mi jest? - powtórzył, starając się nie okazywać 

niepokoju. Czy to może być coś poważnego? Jakaś 

śmiertelna choroba? Nie, niemożliwe. Przecież jeszcze 

przed dwoma tygodniami mówił Alex, że jest w zna­

komitej formie. 

Poza tym, gdyby było to coś poważnego, musiałby 

wcześniej coś odczuwać. Będąc w takiej formie nie 

umiera się w wieku trzydziestu czterech lat od zwykłego 

bólu głowy, prawda? 

Znowu próbował usiąść i znowu zakręciło mu się 

w głowie. 

- Co mi jest, do cholery? Mów! 

- Ja... to... 

- Ospa wietrzna, panie Cross. 

Zmęczony, młody lekarz w zielonym fartuchu 

podszedł do łóżka Travisa. Obrzucił Alex pełnym 

uznania spojrzeniem, spojrzał na kartę choroby 

i niespodziewanie włożył Travisowi do ust termo­

metr. 

- Przynajmniej tak nam się wydaje - mówił dalej 

lekarz. - Pan pozwoli, że się przedstawię. Jestem 

doktor Schadelman. Z tego, co mówi pani Wright, 

wynika, że zetknął się pan z tą chorobą dokładnie 

piętnaście dni temu. Czuł się pan ostatnio zmęczony? 

Bolała pana głowa? Chcę pana teraz zbadać. 

Lekarz odsunął prześcieradło. Pewnymi ruchami 

dłoni badał ciało Travisa - klatkę piersiową, płaski, 

umięśniony brzuch, okolice nerek, żołądka, śledziony. 

- Hm - mruknął - jest pan świetnie zbudowany. 

-I osłoniwszy prześcieradłem dolną część ciała Travisa, 

background image

kontynuował badanie. - Kiedy powstała ta rana na 

udzie? 

- Piec miesięcy temu - odparł Travis. 

- Goi się na panu jak na psie. Wojskowy czy stróż 

prawa? 

Lekarz mówił swobodnym tonem, ale bacznie 

spoglądał na pacjenta. 

- Agent rządowy, ale już na emeryturze - odparł 

spokojnie Travis, świadomy, że Alex chłonie każde 

jego słowo. - Teraz jestem już tylko farmerem 

z Connecticut. 

W zeznaniach, a szczególnie w fałszywych, wszystko 

musi się przecież zgadzać. 

- Tak, to wietrzna ospa - powtórzył lekarz spo­

glądając na termometr. - Ma pan wszystkie objawy. 

Temperatura powyżej trzydziestu ośmiu, czuje się 

pan zmęczony i boli pana głowa. Ma pan czerwone 

plamy na ciele i gdzieniegdzie pojawiły się już krostki. 

Czeka pana niezłe swędzenie. Dobrze, że pani Wright 

się panem zajmie. 

- Chwileczkę, doktorze. Po pierwsze, nie mam 

ospy. Chorowałem już na nią, gdy miałem pięć lat. 

Pamiętam dokładnie. Węzły chłonne za uszami miałem 

tak spuchnięte, że wyglądałem jak chomik. 

- To wszystko wyjaśnia - wtrącił wesoło doktor. 

- Co wyjaśnia? 

- To, o czym pan mówi, panie Cross - tłumaczył 

cierpliwie lekarz - to nie wietrzna ospa. Miał pan 

świnkę. 

- Tłumaczę panu, że nie mam ospy. Nie zgadzam 

się na ospę. I nie rozumiem, co z tym wszystkim ma 

wspólnego pani Wright. 

- To Brandon - wyjaśniła szybko Alex. Jej brązowe 

background image

oczy prosiły o wybaczenie. - Tego wieczora na moim 

przyjęciu akurat zarażał. 

Travis ze spokojem przyjął tę wiadomość. 

- Ale ponieważ nie mam wietrznej ospy - wy­

wnioskował logicznie - to nie może być jego wina. 

Nie potrzebuję także pomocy pani Wright. Sam się 

sobą zajmę. A teraz chciałbym zobaczyć prawdziwego 

lekarza. 

- No, no, no - skomentował jego słowa doktor 

Schadelman. - Widzę, że pani Wright nie przesadzała, 

mówiąc, że denerwuje pana, jeśli ktoś się panu 

przeciwstawia. 

- Wcale się nie denerwuję. 

- No, dobrze - wzruszył ramionami doktor Schadel­

man. - Zaraz przyprowadzę panu drugiego lekarza, 

a przez ten czas radzę, żeby się pan jeszcze zastanowił. 

Pani Wright zaproponowała, że zapłaci pański rachu­

nek i weźmie pana do siebie, a to nie jest zła 

propozycja. Ja, na pańskim miejscu, bym się zgodził. 

- Ale nie jest pan na moim miejscu - warknął 

Travis. 

- No, dobrze, pójdę po kogoś - westchnął lekarz. 

- Ale niech się pan naprawdę zastanowi. Już teraz 

źle się pan czuje, zanim się poprawi, będzie jeszcze 

gorzej. 

Travis rzeczywiście nie czuł się dobrze. Skóra na 

twarzy i szyi zaczynała go piec, ból głowy nie ustępował 

i odnosił wrażenie, że mógłby spać przez tydzień. Co 

postanowił zrobić, jak tylko pozbędzie się Alex. 

- Posłuchaj - zaczął pojednawczym tonem - nie 

chciałbym być niewdzięczny, ale naprawdę mogę sam 

zadbać o siebie. Od lat tak robię. 

Alex skrzyżowała ręce na piersiach. 

background image

- To rzeczywiście godne podziwu, ale może mi 

powiesz, gdzie masz zamiar dbać sam o siebie? 

- W hotelu, oczywiście. 

- A jak masz zamiar za to zapłacić? 

- Ja... 

O, cholera, o tym nie pomyślał. Te smarkate 

złodziejaszki! 

- Załóżmy, że uda ci się znaleźć jakiś hotel. Jednak 

nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek zameldował 

gościa, który ledwie trzyma się na nogach i którego 

twarz jest tak czerwona jak surowe mięso. Oczywiście, 

kiedy wytłumaczysz im, że nie masz bagażu, dokumen­

tów ani pieniędzy i że będziesz zarażał jeszcze tylko 

przez tydzień, na pewno przyjmą cię z otwartymi 

ramionami. 

Postanowił udusić ją, jak tylko odzyska siły. 

- Skończyłaś? 

- Może już wystarczy tej głupiej obsesji z samowy­

starczalnością? To oczywiście pozytywna cecha, ale 

ty już przesadzasz. Marnuję przez ciebie sobotę, co 

mnie samej właściwie nie przeszkadza, ale przywiozła 

mnie tutaj sąsiadka, bo moje ferrari jest w warsztacie, 

więc marnujesz czas dwóm osobom. 

- Posłuchaj, moja pani. To nie ja cię tu sprowadzi­

łem. Powiedziałem ci, żebyś sobie poszła, więc idź! 

- A więc dobrze - poddała się Alex i zdjęła z krzesła 

swój zamszowy żakiet. 

Travis oparł się o poduszki i patrzył na nią 

podejrzliwie. 

- Co to znaczy „dobrze"? 

- Chcesz, żebym poszła, więc idę. 

- Tak? - Czy naprawdę odchodzi? Ot, tak sobie? 

- No to cudownie. 

background image

- Do zobaczenia, Cross. 

Alex wyszła, zanim Travis zdążył cokolwiek od­

powiedzieć. A więc wystarczyło, żeby poprosił. Na­

prawdę sobie poszła, pozostał po niej tylko słaby 

zapach perfum. 

Dlaczego więc nie skacze ze szczęścia? Dlaczego, 

prawdę mówiąc, czuje się... opuszczony? 

Próbował przekonać samego siebie, że nie ma to 

nic wspólnego z Alex Wright. Nie potrzebował jej, 

potrzebował tylko telefonu. Zadzwoni do Maca i ten 

wszystkim się zajmie. 

Chyba że Mac już wyjechał. 

Travis nawet nie dopuszczał do siebie tej myśli. 

W rogu pokoju, równiutko ułożone na krześle, leżało 

jego ubranie. O właśnie. Po prostu się ubierze, znajdzie 

jakiś telefon, zadzwoni do Maca i wydostanie się 

stąd. Zacisnął zęby, zsunął nogi z łóżka i sięgnął po 

spodnie. 

Alcx stała na korytarzu i przez uchylone drzwi 

patrzyła na poczynania Travisa. Uśmiechnęła się 

widząc, jak po raz trzeci próbuje wciągnąć spodnie. 

Co ja tu robię, pomyślała. I to z facetem, którego 

niedawno postrzelono? Wciąż pamiętała, jak lekko 

o tym mówił, jak o ukąszeniu komara. No, ale może 

w jego świecie to rzeczywiście nic takiego. 

W jego byłym świecie, poprawiła się i od razu 

poczuła się lepiej. Wciąż nie mogła zrozumieć, czemu 

zaoferowała gościnę człowiekowi, o którym wiedziała 

tylko to, że do niedawna był agentem i że to ona 

odpowiedzialna jest za jego wietrzną ospę. 

No i że znakomicie całuje. 

Poczuła zapach środków odkażających i zmarszczyła 

nos. Przez Travisa prawie zapomniała, jak bardzo nie 

background image

lubi szpitali. Kiedy ostatnio była w szpitalu? Kiedy 

urodzili się Lizabeth i Brandon? Nie, za każdym 

razem Sara tak szybko wracała do domu, że nawet 

nie zdążyła jej odwiedzić. 

Więc kiedy? To musiało być... O, Boże. Jak mogła 

zapomnieć? To musiało być, kiedy Stefan... 

Nie, nie można się poddawać. No, więc dobrze 

- ostatni raz była w szpitalu, kiedy zginął Stefan. Ale 

teraz nikt nie umiera i jedynym powodem, dla którego 

się tutaj znalazła jest fakt, że Travis Cross nie ma 

nikogo. Wcale jej na nim nie zależy, wyświadcza mu 

tylko drobną przysługę. Poopiekuje się nim, dopóki 

Travis nie skontaktuje się z kimś ze swoich znajomych. 

Zadowolona z takiego pomysłu oparła się o ścianę 

i czekała. Postanowiła dać mu pięć minut. Jeśli do tej 

pory nie uda mu się ubrać, to... To co? Wyjdzie bez 

niego? Czy pomoże mu włożyć spodnie? Ciekawe, jak 

ten chorobliwie niezależny typ na to zareaguje? 

Na szczęście nie musiała podejmować decyzji. 

Dokładnie cztery i pół minuty później w drzwiach 

pojawił się Travis. To był bardzo ciekawy widok. 

Miał na sobie koszulę, ale nie zapiętą i wyrzuconą na 

spodnie. Rozporek w dżinsach był zasunięty, ale 

guzik nie zapięty. Był boso, a włosy miał zmierzwione. 

W jednej uniesionej ręce trzymał swoje kowbojskie 

buty, w drugiej skórzaną kurtkę, jakby dla utrzymania 

równowagi. 

Doktor Schadelman miał rację. Facet był rzeczy­

wiście znakomicie zbudowany. Tylko dlaczego wi­

dok jego pępka wywoływał u niej takie erotyczne 

myśli? 

Jest przecież osobą dorosłą. Zazwyczaj nie reaguje 

tak na mężczyzn. No, przynajmniej tak było, dopóki 

background image

nie spotkała Travisa Crossa i nie zobaczyła jego 

oszałamiającego pępka. 

Travis nawet jej nie zauważył. Z ogromnym wysił­

kiem szedł w kierunku telefonu wiszącego obok pokoju 

pielęgniarek. Kilka razy oparł się o ścianę i Alex 

z trudem powstrzymała się, by nie rzucić mu się na 

pomoc. 

Travis cisną) buty i kurtkę na podłogę. Przez 

chwilę stał ze słuchawką w ręce, próbując przypo­

mnieć sobie jeden z numerów Ministerstwa Spraw 

Zagranicznych w Waszyngtonie, następnie nerwowo 

go wykręcił. 

- Z Derwinem MacGregorem proszę - rzekł ostrym, 

niecierpliwym tonem. 

- Bardzo mi przykro, ale pana MacGregora chwi­

lowo nie ma - wyjaśniła mu jakaś kobieta, której 

głosu nie znał. 

- Dla mnie jest. Proszę mu powiedzieć, że dzwoni 

Travis Cross. 

- Rozumiem, ale pana MacGregora nie ma w biu­

rze. 

Cholera, a więc Mac już wyjechał. 

- To poproszę z jego sekretarką Stellą. 

Stella będzie nawet lepsza. Pracuje w departamencie 

od niepamiętnych czasów i to ona praktycznie 

wszystkim rządzi. 

- Bardzo mi przykro, ale pani Walford nie ma. 

- A gdzie jest, do cholery? Kiedy będzie? 

- Niestety, pani Walford będzie dopiero po pierw­

szym. 

- Po jakim pierwszym, na miłość boską? 

Przecież nie po pierwszym maja? To dopiero za 

dwa tygodnie! 

background image

rozumowanie. Pilnował swych własnych uczuć jak 

złota w skarbcu. Był uparty, niezależny i zdecydowany 

zachować dystans. 

Jej to nie przeszkadzało, nie szukała przecież 

męsko-damskiej przygody, była tylko dobrą samarytan­

ką. Nie miało to nic wspólnego z faktem, że jeden 

jego pocałunek rozpalił ją jak zapałka wysuszony las 

w gorący, letni dzień. 

Nie był to bynajmniej pierwszy pocałunek w jej 

życiu. Miewała chłopaków w czasach szkolnych, no 

i przecież kiedyś była zamężna. To osobowość zawsze 

najbardziej ją pociągała. 

Czyżby? 

Jedno spojrzenie w twarz śpiącego Travisa powie­

działo jej, że to nieprawda. Wyglądał jak niewinny, 

grzeczny chłopiec - chciała się nim opiekować, 

a równocześnie palce aż ją świerzbiły, żeby go 

dotknąć. 

Odetchnęła z ulgą, kiedy samochód zatrzymał się 

przed jej domem. Nie chciała już dłużej nad tym 

rozmyślać. 

Wysiadła z auta i wpadła prosto w ramiona Sary. 

Obok niej stał Brandon. 

- Gdzie on jest? - dopytywał się niecierpliwie 

chłopiec. - Gdzie jest Travis? 

Zajrzał do samochodu i zdziwił się, ujrzawszy 

siedzącego nieruchomo Travisa. 

- Co mu zrobiłaś, ciociu Alex? - zapytał zaniepo­

kojony. 

- Ććć! - Sara odciągnęła małego na bok. - Alex 

niemu nie zrobiła. On po prostu jest chory. Pamiętasz, 

jak ty się czułeś, kiedy miałeś ospę? 

- Tak - mruknął Brandon, ale kiedy tylko Sara się 

background image

odwróciła, wgramolił się do samochodu. W tej właśnie 

chwili Travis otworzył jedno oko. 

- Obudził się - wrzasnął Brandon. 

- Cześć, mały - wyjąkał półprzytomny Travis. 

- Wyłaź stąd, Brandon - powiedziała Sara i wyciąg­

nęła chłopca z samochodu. 

Travis uniósł rękę, przetarł łzawiące z gorączki oczy. 

- Jesteśmy na miejscu - usłyszał głos Alex. 

Przez chwilę nie bardzo wiedział, co to znaczy „na 

miejscu". 

- Gdy wejdziemy do domu, od razu się lepiej 

poczujesz - powiedziała Alex. 

Travis znów zamknął oczy. 

- Zostaw mnie w spokoju i daj mi umrzeć - wymam­

rotał. 

Alex poczuła ogromne współczucie dla tego męż­

czyzny, który wyglądał jak wczoraj wyżęte pranie. 

- Mamo, czy Travis będzie teraz mieszkał z Alex? 

- Och, nie - odparła szybko Sara. - Tylko dopóki 

nie wyzdrowieje. 

Aiex podtrzymała wysiadającego z auta Travisa. 

Próbowała go objąć, ale odsunął się gwałtownie. 

- Sam sobie poradzę - warknął i tak też próbował 

zrobić. Niepewnym krokiem, lekko się zataczając 

wszedł na werandę. Alex minęła go, otworzyła drzwi 

i nie oglądając się za siebie ruszyła na górę. 

Zaprowadziła go do dużego, jasnego pokoju goś­

cinnego na piętrze. Było to bardzo miłe wnętrze, 

z oknami na północ i wschód, z grubym, kremowym 

dywanem na podłodze i prostymi, dębowymi meblami. 

Kapa na łóżku i zasłony były w geometryczny, 

niebiesko-beżowo-kremowy wzór. Z jednej strony 

łóżka stał stary, bujany fotel z giętego drewna, który 

background image

należał kiedyś do jej babki; po drugiej stronie nocny 

stolik z mosiężną lampą i telefonem. 

- Jesteśmy na miejscu - powiedziała Alex, wy­

gładzając nieskazitelnie gładką kapę. Ze zdziwieniem 

stwierdziła, że jest zdenerwowana. Dlaczego? Przecież 

już nieraz bywała w sypialni z mężczyzną. Nawet 

w tej sypialni i to z kilkoma różnymi mężczyznami. 

No, tak, ale to było podczas remontu, a ci mężczyźni 

byli murarzami i żaden nie działał na nią tak jak Travis. 

Odwróciła się i spojrzała w kierunku mężczyzny, 

który powodował u niej tyle niepokoju. Travis stał 

w drzwiach, oparty o framugę, i sam jego widok, tak 

potężnego i prawdziwego, zdenerwował ją jeszcze 

bardziej. Była tak zakłopotana, że powiedziała pierwszą 

rzecz, jaka jej przyszła do głowy: 

- Może się rozbierzesz? 

- Dlaczego? - zapytał podejrzliwie Travis. 

Ciekawe, co by zrobił, gdyby powiedziała: Bo chcę 

z tobą pofiglować w łóżku? Alex z trudem po­

wstrzymała się od tego eksperymentu. 

- Bo będziesz już leżał, kiedy ja zadzwonię do 

apteki sprawdzić, czy lekarstwa dla ciebie są już 

gotowe. 

Travis wahał się jeszcze przez chwilę, po czym 

jednak wszedł do pokoju i usiadł na brzegu łóżka. 

Pocierając nogą o nogę ściągnął buty. 

Alex patrzyła na jego stopy, przypominając sobie, 

jak wyglądał w szpitalu - z bosymi nogami i gołym 

pępkiem. 

- Co się stało z twoimi skarpetkami? - zapytała 

głosem, który nawet w jej własnych uszach nie brzmiał 

wcale swobodnie. 

Travis spojrzał na nią, ale trudno było poznać, czy 

background image

zauważył jej zakłopotanie. Wstał z łóżka, zdjął kurtkę 

i rzucił ją na fotel. 

- Nie wiem. Nie mogłem ich znaleźć w szpitalu. 

Zaczął rozpinać koszulę, guzik po guziku, a Alex 

po prostu gapiła się na jego nagą, szeroką klatkę 

piersiową, na ciemne, jedwabiste loczki, na rękę, 

która zaczęła rozpinać rozporek dżinsów. 

Wzdrygnęła się. Wydawało jej się, że pokój staje się 

coraz ciaśniejszy, było jej gorąco. Czyżby miała 

gorączkę? 

Wiedziała tylko jedno - musi jak najszybciej wyjść 

z tego pokoju. 

- No to idę zadzwonić - powiedziała zduszonym 

głosem. 

- Dobrze. 

Travis nawet na nią nie spojrzał. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Travis Cross spał w slipach. 

Alex stała w kuchni, wpatrując się tępo w tacę, 

a przed oczami wciąż miała obraz Travisa w bieliźnie. 

O, nie, pan Cross nie nosi kalesonów, tylko czarne 

lub niebieskie slipy i to bardzo, bardzo skąpe. 

Ponieważ jego bagażu nie udało się jeszcze odnaleźć, 

Alex była więc w dość intymnych stosunkach z jego 

bielizną. Travis nie mógł sam zrobić zakupów, więc 

Alex miała wątpliwą przyjemność zrobić to za niego. 

Wiedziała, że nosi dżinsy numer trzydzieści cztery, 

adidasy numer dwanaście, koszulki z krótkimi ręka­

wami, także tylko czarne lub granatowe. I, jak 

zauważyła, żadnych piżam. 

Czemu poczuła się tak dziwnie uświadomiwszy 

sobie ten ostatni fakt? Czyżby dziewczyny miały 

rację? Może tak długo była bez mężczyzny, że 

sfiksowała? Może... 

Lepiej o tym nie myśleć. Alcx wyprostowała się, 

wygładziła oliwkowozielone szorty, poprawiła koł­

nierzyk bladożółtej bluzki i przygładziła swój francuski 

warkocz. Skupiła się na inspekcji zawartości tacy. 

Czysta mata, dwie serwetki, sztućce. Rosół z kur­

czaka z kluskami, więcej klusek niż płynu, w kubku, 

bo tak podobno wolniej stygnie. Malinowa galaretka, 

herbatniki, mrożona coca cola w wysokiej szklance. 

Po raz setny w ciągu ostatnich sześciu dni nakazała 

background image

sobie cierpliwość. Przecież sama się o to prosiła. Co 

prawda było to, zanim pan Agent się u niej osiedlił 

i odkrył, że bardzo lubi, kiedy go obsługują, ale jednak. 

Alex postawiła jeszcze na tacy buteleczkę z lekars­

twem przepisanym przez doktora Schadelmana i ru­

szyła na górę. 

Travis powitał ją podejrzliwie. 

- Czy to rosół? 

- Owszem - uśmiechnęła się słodko Alcx. - Nie 

musisz mi przypominać. Już wiem, że nie ma co 

próbować rozszerzać twoich kulinarnych horyzontów. 

Moje geranium nadal pamięta krupnik, którym je 

poczęstowałeś. 

- Bo mnie chodziło tylko o rosół. Udowodniono 

już dawno, że ma wartości lecznicze. O krupniku nic 

nie słyszałem. 

Jak przez ostatnie kilka dni, tak i dziś Alex usiadła 

w fotelu, by towarzyszyć mu przy jedzeniu. Wyjęła 

z koszyka robótkę. 

- Krupnik przynajmniej był domowy. Czy wiesz, 

ile sodu jest w zupie z puszki? 

- Nie, ale obawiam się, że zaraz mi powiesz - odparł 

rozkoszując się rosołem. 

- Może lepiej, żebyś nie wiedział. 

Travis rozkruszył kilka herbatników i wrzucił je do 

kubka. 

- Posłuchaj, niewiele piję, nie palę i nie łajdaczę 

się, więc zostaw moją zupę w spokoju. 

Alex uznała, że lepiej będzie nie odpowiadać. 

Skupiła się na robótce. Zastanawiała się tylko przez 

chwilę, czy informację, że Travis się nie łajdaczy, 

przyjęła z ulgą, czy z rozczarowaniem. Kiedy Travis 

skończył jeść, Alex odstawiła tacę na podłogę i z wes-

background image

tchnieniem wzięła do ręki buteleczkę z lekarstwem 

i łyżkę. 

Travis od razu przybrał wrogi wyraz twarzy 

i skrzyżował ręce na piersi, która, jak z ulgą zauważyła 

Alex, zakryta była czarną koszulką. 

- Możesz ją sobie zabrać. 

Alcx żałowała, że brak jej odwagi, by walnąć go 

łyżką między oczy. 

- Czemu jesteś taki uparty? Nie rozumiem - dodała, 

widząc, jak gwałtownie drapie się za lewym uchem. 

- Nie wyglądasz mi na masochistę. 

Travis patrzył na jej gołe nogi i z trudem po­

wstrzymywał się, by nie wciągnąć jej do łóżka. 

Wiedział, że Alcx nie robi tego celowo, ale jej cichy 

głos, delikatne ręce i aksamitna skóra doprowadzały 

go do szaleństwa. 

Jak bardzo chciał jej dotknąć! Chciał wsunąć dłonie 

pod szorty i gładzić smukłe, silne uda, przycisnąć 

usta do zagłębienia jej szyi, poczuć smak skóry, 

całować jej piersi. 

Nie istniało żadne lekarstwo, które złagodziłoby te 

cierpienia. 

- Nie jestem masochistą - odparł. - Po prostu 

z zasady nie tykam niczego, co smakuje jak balonowa 

guma do żucia - dodał drapiąc się po piersi. 

- Sara twierdzi, że Brandon je uwielbiał. 

- A czego można się spodziewać po kimś, kto 

oszukuje w warcaby i twierdzi, że jego ulubioną 

potrawą są lentilki? A cóż to są te lentilki? 

Jasne już było, że Travis nie weźmie lekarstwa, 

więc Alex odstawiła je na tacę i zabrała się za 

robótkę. 

- Lentilki to takie wielokolorowe cukierki, w kształ-

background image

cie pastylek o różnych smakach. Dzieci często roz­

rzucają je po dywanie i potem zatyka się odkurzacz. 

- Właśnie tego można się spodziewać po Brandonie. 

- Lcntilki nie są wcale gorsze od wielu rzeczy, 

które myśmy jadali jako dzieci. Pamiętasz oranżadę 

w proszku? 

- Oranżadę w proszku? - zdziwił się Travis. - Nie. 
- Naprawdę? Była modna w czasie, kiedy byliśmy 

w szkole. Taki kwaskowy proszek w torebkach. 

Wysypywało się go na język. 

- Ja, moja pani, chodziłem do szkoły wojskowej 

i w szkolnym sklepiku nie było niczego, co choć 

trochę przypominałoby to, o czym mówisz. 

Alex nie wiedziała, co powiedzieć. Po raz pierwszy 

Travis zaczął mówić o swojej przeszłości. Chciała 

dowiedzieć się więcej, ale pewnie byłoby to wścibstwo. 

- Długo tam byłeś? 

Alex uświadomiła sobie, że choć spędzili razem już 

tydzień, w ten sposób rozmawiają ze sobą właściwie 

po raz pierwszy. 

- W tej szkole? Osiem lat. Drugi mąż mojej matki 

uznał, że przyda mi się trochę dyscypliny i przekonał 

ją, żeby mnie tam wysłała. On przetrwał w małżeństwie 

z moją matką tylko do Bożego Narodzenia, a ja już 

tam zostałem do końca. 

Alex próbowała wyobrazić sobie Travisa w surowej 

atmosferze akademii wojskowej, nie był przecież osobą, 

której można rozkazywać. 

- Na pewno z radością wróciłeś do domu. 

- Nie mówiłem, że wróciłem do domu - odparł. 

Alex zmarszczyła brwi. 

- Rozumiem. Poszedłeś na studia? 

- Nie, do szkoły przygotowawczej. 

background image

Alcx szybko policzyła w pamięci. 

- To ile miałeś lat, kiedy cię wysłano do szkoły? 

- Pięć. 

Pięć! Właśnie tyle ma Brandon. Jaką kobietą była 

jego matka, że wysłała z domu takie małe dziecko? 

Z uwag, które przez ostatni tydzień rzucał od czasu 

do czasu Travis, Alex wyrobiła sobie już pewien 

pogląd. Była to na pewno kobieta próżna i niedojrzała, 

zmieniająca mężów jak rękawiczki. I najwyraźniej 

Travis przeszkadzał jej w życiu. 

- Rozumiem - powiedziała powstrzymując się od 

komentarza. 

- Matka była młoda - dodał po chwili milczenia 

Travis. - Ojciec umarł, kiedy nie miałem jeszcze roku. 

Zdaje się, że byłem nieznośny i matka po prostu 

będąc sama, nie mogła sobie ze mną poradzić. 

Alex zdziwiła się, słysząc, jak próbuje usprawiedliwić 

kobietę, która tak go skrzywdziła. Może czuje się 

winny i myśli, że matka musiała się go pozbyć? 

Wiedziała jednak, że nie powinna głośno wyrażać 

swych podejrzeń. Westchnęła tylko smutno i zaczęła 

składać robótkę w milczeniu. 

- Nie potrzebuję twojej litości. - Travis kwaśno 

skomentował jej współczujące milczenie. 

- Nie wygłupiaj się. Moim zdaniem, to po prostu 

smutne, że twoja matka nie doceniła tego, co miała. 

Travis spojrzał na nią zdziwiony. 

- Ech, nie było tak źle. Matka była jaka była 

i w sumie źle na tym nie wyszedłem. W moim 

zawodzie lepiej nie mieć zbyt bliskich stosunków 

z ludźmi... 

- Ale przecież mówiłeś, że przeszedłeś już na 

emeryturę. 

background image

- Owszem, choć właściwie należałoby powiedzieć, 

że jestem w trakcie. To zawsze trochę trwa. 

Tak miło się z nią rozmawiało, uspokajał go jej 

cichy głos i delikatny sposób bycia. Ciągle myślał 

o jej wspaniałych nogach i chwilami zapominał, że 

ma także bystry umysł. 

- A więc co robiłeś tego dnia, kiedy się poznaliśmy? 

Travis wiedział, że musi uważać. Dużo o tym 

ostatnio rozmyślał - leżąc w łóżku nie miał przecież 

nic lepszego do roboty - i doszedł do wniosku, że 

dom Alex jest znakomitą kryjówką, nie wiadomo 

bowiem, kiedy wróci Mac. 

Zgodził się schronić u niej na czas choroby, bo był 

pewien, że nic jej nie grozi. Ale teraz był już najwyższy 

czas, żeby skontaktować się z LeClairem i Travis 

zastanawiał się, czy telefon do niego nie zagrozi 

bezpieczeństwu Alex. 

Wydawało mu się, że nie. Eleganckie przedmieście 

było chyba ostatnim miejscem, gdzie LeClair mógłby 

go szukać. 

A poza tym, choć pewien był, że nie ma żadnego 

niebezpieczeństwa, nie przypuszczał, by Alex była 

zadowolona, gdyby stworzył w jej domu bazę operacyj­

ną. Ludzie tacy jak ona żyli w spokojnym i bezpiecz­

nym, wolnym od przemocy świecie. Jej kontakt 

z prawem to, co najwyżej, od czasu do czasu mandat 

za przekroczenie szybkości. Od czasu do czasu? Ej, 

jeśli policja stanu Waszyngton rzeczywiście robi co 

do niej należy, to Alex pewnie mogłaby wytapetować 

mandatami cały pokój. 

Byłoby nierozsądne powiedzieć jej o wszystkim. 

Mogłaby natychmiast wyrzucić go z domu... 

Wiec dlaczego z taką niechęcią myśli o tym, że 

background image

będzie musiał ją oszukiwać? W swojej karierze 

oszukiwał przecież wielu ludzi i nigdy mu to nie 

przeszkadzało. Ale w Alex było coś takiego... 

Jak się dobrze zastanowić, to właściwie wcale nie 

musi kłamać. Może po prostu powiedzieć jej tylko 

część prawdy. 

Nie będzie jej przecież zdradzał ważnych pań­

stwowych tajemnic w rodzaju numeru buta prezydenta. 

Poza tym za tydzień już go tu nie będzie, a ona 

pewnie nawet nie zauważy tego... 

- Usiądź wygodnie - powiedział. - Jeśli masz 

wszystko zrozumieć, musimy zacząć od początku. 

Zadowolony, że podjął właściwą decyzję, Travis 

oparł się wygodnie o poduszki. Jego spokój prysł 

jednak, kiedy Alex usiadła naprzeciwko i założyła 

nogę na nogę. Od razu zaczął wyobrażać sobie, jakby 

to było, gdyby wsunął rękę pod materiał szortów 

i lekko dotykał delikatnej linii jej biodra. Rozstawiłby 

palce i... 

- A więc? 

- A więc co? - Przez moment patrzył na nią nic nie 

rozumiejącym wzrokiem. 

- Masz zamiar to zrobić, czy nie? 

Ależ o tym marzył! 

- Zrobić co? 

Alex nachyliła się i przyłożyła mu rękę do czoła. 

- O, już nie jesteś rozpalony - mruknęła. 

Ależ się myliła! Czuł się, jakby miał za chwilę 

spłonąć. A ona w dodatku jeszcze się nad nim 

nachylała, pozwalając mu zajrzeć głęboko w swój 

dekolt. Miała satynową, pachnącą kwiatami skórę. 

Travis zacisnął pięści, by nie chwycić jej w ramiona. 

Alex odsunęła się. 

background image

- Travis? Co się stało? 

Stało się to, że czuł, jak przegrywa. Z trudem 

oderwał wzrok od jej pełnych piersi. O czym to 

rozmawiali? 

- Powiesz mi, co się z tobą dzieje, czy nie? 

Owszem, tyle mógłby jej powiedzieć. Otóż czuł, że 

umiera z nie spełnionego pożądania. 

Alex jednak nie to miała na myśli i on dobrze 

o tym wiedział. Całą siłą woli zmusił się do koncentracji 

nad zredagowaną przez siebie wersją prawdy. 

- Dwa lata temu - zaczął - porwano uczęsz­

czającego do szkoły na Wschodnim Wybrzeżu naj­

młodszego syna jednej z najstarszych europejskich 

rodzin królewskich. Sprawę wyciszono. W prasie nie 

było o tym ani słowa. 

- Aha - powiedziała w zamyśleniu Alex. 

- Ministerstwo miało koordynować akcję. Za 

uwolnienie chłopca porywacze zażądali trzech i pół 

miliona dolarów w diamentach. Rodzina gotowa 

była zapłacić i zrobiła to, choć wszyscy im odradzali. 

Chłopiec na szczęście wrócił cały i zdrowy, ale kamienie 

i porywacze zniknęli. 

Później, jakieś sześć miesięcy temu, dostaliśmy cynk, 

że pewien drobny jubiler nazwiskiem Gordon LeClair 

chciał sprzedać te diamenty. LeOair miewał małe 

kłopoty z prawem, był podejrzany o paserstwo, ale 

nigdy nie został skazany. 

Wyznaczyłem agenta, żeby go poobserwował. 

Nie był to pierwszy lepszy agent. Powierzyłem to 

zadanie swemu najbliższemu przyjacielowi, Joelowi 

Gibsonowi. Jocl, choć często w gorącej wodzie kąpany, 

był znakomitym agentem. 

Myślałem, że to czysto rutynowe zadanie, dopóki 

background image

pewnego wieczora mój agent, który obserwował sklep 

LeClaira, nie poinformował mnie, ze ma dowody, że 

to LeClair był mózgiem całego porwania. Kazał mi 

natychmiast przyjeżdżać. - Oczy Travisa pociemniały. 

- Zanim tam dojechałem, mój człowiek już nie żył, 

a dowody zniknęły. Potem ktoś do mnie strzelał 

i zanim zdążyłem wezwać posiłki, LeClair zniknął bez 

śladu. 

Najgorsze chwile w życiu Travisa, to czas, kiedy po 

postrzale leżał w szpitalu. Cierpiał z powodu niepo­

trzebnej śmierci Joela. Był wściekły, że LeClairowi 

udało się uciec. To właśnie wtedy przysiągł sobie, że 

dostanie tego człowieka. Nawet, jeśli miałoby to 

zająć mu całe życie, facet zapłaci za wszystko. 

- Byłem jeszcze na zwolnieniu lekarskim, kiedy 

parę tygodni temu wezwał mnie mój szef, MacGregor. 

Dostali następny cynk, że LeClair jest w Seattle 

i znów próbuje sprzedać diamenty. Do sprzedaży ma 

dojść w małym, podmiejskim centrum handlowym. 

- W moim centrum? - zapytała z przerażeniem Alex. 

Travis kiwnął głową. 

- Ponieważ znałem wszystkich zamieszanych w tę 

sprawę, MacGregor uznał, że to ja powinienem się 

tym zająć z ramienia naszego departamentu. Nie­

stety sprawy trochę się skomplikowały i potrzebo­

wałem podwiezienia. Wtedy zjawiłaś się ty. Koniec 

opowieści. 

- Chwileczkę - powiedziała Alex po krótkim 

namyśle. - Rozumiem już, dlaczego byłeś tam przy 

sklepie. O ile dobrze zrozumiałam, te zbiry miały być 

aresztowane. Dlaczego wobec tego cię ścigali? 

- No cóż, chyba mogę ci powiedzieć. Ja miałem 

być tylko obserwatorem. To policja miała ich aresz-

background image

tować, ale radiowóz się nie pojawił. Okazało się, że 

utknął w korku na jednym z mostów. 

A ja byłem tam przed sklepem i widziałem, że 

przyjechali kupcy, a potem zjawili się dwaj ludzie 

LeClaira. Wiedziałem, że mają diamenty i że nikt im 

nie przeszkodzi w sprzedaży. Nie pozostało mi nic 

innego, jak ukraść diamenty. 

- Co? - Alex nie kryła zdziwienia. - Ukradłeś je? 

A dlaczego nie aresztowałeś tych zbirów? 

- Bo nie jestem policjantem, Alex - odparł zniecier­

pliwiony Travis. - Jestem prawie już emerytowanym 

agentem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, mam 

małą farmę w Connecticut, trzy kozy, mleczną krowę 

i pięć koni. Przedstawiciele prawa bardzo nie lubią, 

kiedy ktoś spoza ich stanu wymachuje pistoletem 

i aresztuje ich obywateli. 

- Masz kozy? 

Alex zupełnie nie mogła wyobrazić sobie Travisa 

w otoczeniu kóz. Z końmi lub krowami owszem, ale 

z kozami? 

- Dał mi je jeden z sąsiadów. No więc nie miałem 

uprawnień, aby móc ich aresztować, a poza tym zbyt 

wiele było tam osób postronnych. Chodziło o to, 

żeby przyłapać facetów na wymianie, a nie wdawać 

się z nimi w strzelaninę w środku centrum handlowego. 

Alex milczała, rozważając to, co przed chwilą 

usłyszała. 

- A dlaczego teraz jesteś tutaj? - zapytała w końcu. 

- Mam wietrzną ospę, zapomniałaś? 

- Pytam o Seattle. 

- Ci dwaj, którym ukradłem diamenty, to ci 

sami, którzy gonili mnie tego dnia, kiedy się po­

znaliśmy. Kiedy podwiozłaś mnie pod hotel, już tam 

background image

na mnie czekali. Strzelili do mnie kilka razy, ale 

tym razem moja obstawa była na miejscu i zostali 

aresztowani. Oskarżono ich o próbę zabójstwa. 

Wczoraj mieli stanąć przed sądem, ale ponieważ nie 

mogłem się stawić, przełożono rozprawę na przyszły 

tydzień. 

- Rozumiem. - Alex z trudem ukrywała przerażenie. 

Dlaczego Travis tak obojętnie przyjmuje fakt, że ktoś 

chciał go zabić. 

- Co? - zapytał Travis widząc przestrach na jej 

twarzy. 

- Nic - odparła, sama zdziwiona siłą swojej reakcji. 

- Daj sobie spokój, Alex, z twojej twarzy można 

czytać jak z gazety. Powiedziałem coś niewłaściwego, 

tak? 

- Nie, tylko... tylko nigdy nie zrozumiem, jak 

można tak obojętnie mówić o przemocy. 

- Świat jest pełen przemocy - odparł po prostu 

Travis. - Możesz skryć się na jakimś spokojnym 

przedmieściu i udawać, że jest inaczej, ale to nie 

zmienia faktu, uwierz mi. I wcale nie mówię o tym 

obojętnie. 

- Czy ty naprawdę myślisz, że ja żyję w izolacji, 

zupełnie nieświadoma tego, co dzieje się w „praw­

dziwym" świecie? 

Travis zrozumiał, że ją uraził. 

- Nie oskarżam twego stylu życia, Alex - próbował 

ją udobruchać. - Twierdzę tylko, że na świecie jest 

dużo więcej zła niż myślisz. 

- No, cóż. - Alex pozornie się z nim zgodziła. 

- Jak to się stało, że zostałeś agentem? - zapytała 

zmieniając temat. 

Travis z ulgą powitał neutralny temat rozmowy. 

background image

- Na ostatnim roku studiów pojechałem w ramach 

wymiany do Berlina. Tam zaprzyjaźniłem się z Jodem 

Gibsonem. Jego ojciec był podsekretarzem w am­

basadzie amerykańskiej. Po dyplomie ojciec Joela 

załatwił nam pracę kurierów ambasady na czas wakacji 

i tak to się zaczęło. Chyba każdy z nas czuł się 

wówczas młodym Jamesem Bondem. 

- Ale przecież skończyłeś studia, miałeś robić coś 

innego? 

Jej pytanie przypomniało mu o czymś, nad czym 

pracował przez cały czas zwolnienia lekarskiego, a co 

zginęło bezpowrotnie wraz z jego bagażem. 

- Byłem magistrem sztuki, ale nikt do mnie nie 

przybiegł z jakimiś oszałamiającymi ofertami pracy. 

Nie musiałem pracować. Miałem pieniądze po ojcu 

i po matce, mogłem więc robić co chciałem. 

- I chciałeś być szpiegiem? - nie mogła uwierzyć 

Alex. 

- Wtedy tak. 

- A co będziesz robił teraz, po wycofaniu się z tej 

roboty? 

Ze zdziwieniem spostrzegła, że jego odpowiedź 

miała dla niej duże znaczenie. Kiedy i dlaczego zaczęła 

ją obchodzić jego przyszłość? 

Zamiast odpowiedzi, Travis przymknął oczy i wy­

mownie westchnął. 

Nic mnie ten człowiek nie obchodzi, przekonywała 

samą siebie. Robię mu tylko uprzejmość, jak zrobiła­

bym każdemu w podobnej sytuacji. 

A więc dlaczego moje serce reaguje przyspieszonym 

biciem na każdy jego uśmiech? 

Dlaczego dziesięć razy dziennie podchodzę do drzwi 

jego pokoju, żeby popatrzeć jak śpi? 

background image

Dlaczego każdej nocy odkąd on tu jest, marzę, by 

znaleźć się w jego ramionach? 

To wcale nie znaczy, że mi na nim zależy. To po 

prostu znaczy, że przyjaciółki miały rację. Za długo 

byłam sama. Zareagowałabym w ten sposób na 

każdego mężczyznę. 

Sama w to nie wierzyła. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Travis odłożył słuchawkę i oparł się o poduszki. 

A więc LeClair połknął przynętę. Uważał, że przy 

odpowiedniej perswazji - w tym przypadku znaczyło 

to pół miliona dolarów - uda mu się przekonać 

Travisa, by zdradził ministerstwo i sprzedał mu 

diamenty. 

Ponury uśmiech to pojawiał się, to znikał z twarzy 

Travisa. Cieszył się, że w końcu może zrobić coś, co 

pomoże w aresztowaniu LeClaira, ale z drugiej strony 

był wściekły, że LeClair tak nisko go ceni i spodziewa 

się, że przyjmie łapówkę. Tylko ciekawe, dlaczego, 

choć w przeszłości często odgrywał podobne role, 

teraz tak bardzo go to niepokoiło. 

Odsunął od siebie te myśli i skupił się na planowaniu 

następnego etapu gry. Za czterdzieści osiem godzin 

znów zadzwoni do LeClaira, udając z początku, że 

się boi. Później niby się zgodzi, ale zażąda więcej 

pieniędzy, a tuż przed odłożeniem słuchawki wspomni, 

że właściwie ma innego kupca. To powinno załatwić 

LeClaira. 

Nagle wydało mu się, że słyszy jakiś delikatny 

odgłos, trudny do określenia, dochodził z okolicy 

drzwi. Travis, który po latach praktyki umiał nad 

sobą panować, czekał w napięciu. 

Drzwi leciutko się uchyliły. 

Na poziomie klamki pojawiła się burza ciemnych 

background image

włosów, zarys piegowatego policzka i szeroko otwarte 

piwne oko. Travis odetchnął z ulgą. Brandon. Codzien­

nie przez ostatni tydzień dzieciak przychodził tu, by 

mu towarzyszyć. 

- Cześć, mały - powiedział Travis, opierając się 

o poduszki. 

- O, nie śpisz - ucieszył się Brandon wchodząc do 

pokoju. Wyciągnął zza pleców pogniecioną kartkę 

i podał ją Tr a vi sowi. - Przyniosłem ci obrazek. 

- Wspaniały - powiedział Travis patrząc na plamy 

zieleni i błękitu, tu i ówdzie przetykane beżem. Trzymał 

obrazek niebieskim kolorem do góry, mając nadzieję, 

że jest to niebo. 

- Wiesz, co to? Moja drużyna baseballowa. A tu 

jestem ja - chłopiec wskazał największą plamę 

pośrodku obrazka. - Chciałem narysować tak jak 

w tym komiksie, ale mieliśmy dzisiaj na plastyce 

zastępstwo i ta pani powiedziała, że coś takiego nie 

istnieje - dodał z żalem. 

- Ja ci narysuję - rzekł bez zastanowienia Travis, 

przypomniawszy sobie nauczycielki ze swego dzie­

ciństwa, które też były takie surowe i bez wyobra­

źni. 

- Naprawdę? 

- Jasne. Masz ołówek? 

- Tak. 

- Powiedz, jak mam rysować, żeby było tak jak 

chciałeś. 

Brandon namyślał się przez chwilę. 

- No więc mam być duży, z małymi oczami, małymi 

uszami i dużym nosem, jak trąba, i cały owłosiony. 

Ołówek w ręce Travisa skakał po papierze, wypeł­

niając polecenia Brandona. 

background image

- No i jak ci się podoba? - zapytał Travis pokazując 

chłopcu rysunek. 

- Ojej! Jak to zrobiłeś? Wygląda całkiem jak Potwór. 

Powinieneś dać jeszcze autografię na dole. 

- Chodzi ci o autograf, co? - zapytał Travis 

i automatycznie umieścił swój podpis w rogu rysunku. 

- Proszę - podał obrazek zachwyconemu chłopcu. 

- A więc grasz w baseball, tak? 

- W taki dziecięcy baseball - wyjaśnił Brandon. 

- Alex i mój tata są trenerami, tylko że tata ciągle 

wyjeżdża. Teraz znowu jest w Mamopolis... 

- Chodzi ci o Minneapolis? 

- To właśnie powiedziałem. No więc nie będzie go 

w ten weekend, a ciocia Alex dopiero się uczy, 

a w ogóle to tylko dziewczyna. Umiesz grać w baseball, 

Travis? 

- Tak - odparł Travis i pomyślał, że nazwać Alex 

„tylko dziewczyną", to tak, jak powiedzieć o oceanie 

„tylko kałuża". 

- A więc dobrze. Pomożesz cioci Alex. 

- Wątpię - odparł Travis czując, że mały wpuścił 

go w maliny. 

- Proszę... -jęknął chłopiec. 

- Powinniśmy chyba porozmawiać z AIex. 

- Dobrze - powiedział z uśmiechem Brandon. 

- Wiem, że ciocia się zgodzi. 

Nie, jeśli ja pierwszy z nią porozmawiam, pomyślał 

Travis i głośno dodał: 

- Zobaczymy. 

Kiedy Alex weszła do pokoju, zastała Brandona 

siedzącego po turecku na łóżku. Opowiadał ze 

szczegółami o swoim dniu w szkole, a Travis, trzeba 

mu przyznać, starał się wyglądać na zainteresowanego. 

background image

Jak na faceta, który udaje twardziela, było to raczej 

dziwne. 

- Cześć - powiedziała. - Co słychać? 

- Wszystko fajnie - odparł za nich obu Brandon. 
- Bardzo fajnie - zawtórował mu Travis z lekką 

domieszką ironii. 

- Popatrz, ciociu, co mi Travis narysował! 

Alex rzuciła okiem na rysunek, ale zaraz przyjrzała 

mu się uważniej, zdumiona talentem Travisa. Kilkoma 

pociągnięciami ołówka stworzył pełną życia, przeko­

nującą postać. 

- To naprawdę dobre - powiedziała szczerze. Jeszcze 

raz spojrzała na rysunek. Było w nim coś znajomego... 

- Travis mówi, że ponieważ tata wyjechał, to on ci 

pomoże w treningu, ciociu. 

- Ej, chwileczkę, mały. To wcale nie... 

- A właśnie, że tak - przerwał mu Brandon. 

- Powiedziałeś, że tak, jeśli ciocia się zgodzi. Zgodzisz 

się, ciociu, prawda? 

- Alex i ja musimy to jeszcze omówić - zaryzykował 

Travis. - Jestem przecież chory - dodał rzucając Alex 

błagalne spojrzenie. 

- Z tym nie będzie problemu - odparła Alex nie 

odrywając wzroku od rysunku. - Rozmawiałam dziś 

rano z doktorem i zapewnił mnie, że już na pewno nie 

zarażasz. Jesteś prawdopodobnie trochę osłabiony, 

ale jak zaczniesz się ruszać, wkrótce odzyskasz siły. 

Świeże powietrze dobrze ci zrobi - zakończyła i dopiero 

wtedy spojrzała na Travisa. Błysk w jego oczach 

uświadomił jej od razu, że powiedziała coś niewłaś­

ciwego. 

Brandon nie był głupi. Zrozumiał od razu, że 

wygrał i błyskawicznie zeskoczył z łóżka. 

background image

- Wspaniale! Lecę powiedzieć Barry'emu i Seanowi 

- wrzasnął uradowany i wybiegł z pokoju, jakby 

goniła go sfora wilków. 

Alex wystarczyło jedno spojrzenie na Travisa, by 

też pójść w ślady chłopca. 

Dlaczego po prostu nie powiedział „nie"? - za­

stanawiała się Alex spoglądając kątem oka na siedzą­

cego obok niej na przednim siedzeniu naburmuszonego 

Travisa. 

Nie zrobił jednak tego i teraz siedział obok niej 

w ferrari i jechali na boisko, a Alex bardzo się 

cieszyła. 

Właściwie może nawet za bardzo. To zadziwiające, 

jak bardzo przez tak krótki czas go polubiła - i jak 

bardzo bała się, że odejdzie. A co do tego, że odejdzie, 

nie miała najmniejszych wątpliwości. 

Ale dlaczego jeszcze tu był? Już tylko nieliczne 

blade plamki na jego skórze świadczyły o przebytej 

chorobie. Właściwie wyglądał znakomicie. Jego nieco 

już za długie włosy błyszczały i, choć ciągle czuł się 

słaby, trudno było się tego domyślić - taka emanowała 

z niego energia. Alcx nie mogła zrozumieć, czemu 

jeszcze nie odszedł. 

- Wyglądasz już zupełnie dobrze - zauważyła. 

A może on, nie przyzwyczajony, by dzielić się z kimś 

swymi planami, po prostu zapomniał jej powiedzieć 

o swym rychłym wyjeździe? 

Travis spojrzał na nią obojętnie, ale w głowie 

słyszał ostrzegawczy dzwonek. Czy za chwilę powie 

mu, że ma sobie pójść? 

Przygotowywał się na ten moment właściwie od 

chwili, kiedy powiedziała mu, że rozmawiała z lęka-

background image

rzem. Zastanawiał się, jak by ją ubiec. Na razie uznał, 

że najlepiej będzie zmienić temat. 

- Owszem, chyba już nieźle wyglądam - przytaknął 

i dodał szybko: - Brandon mówił, że byłaś zamężna. 

Kto to był? Kolega z dzieciństwa? 

Alex nie była pewna, czy dobrze słyszała. 

- No? Kto? 

- Poznaliśmy się na uczelni, na jego wykładzie 

- odparła, nadal zaskoczona tym niespodziewanym 

pytaniem. 

- Był profesorem? - dopytywał się Travis. Zapom­

niał, że jego pytanie miało służyć tylko do odwrócenia 

uwagi od głównego tematu rozmowy i teraz był 

autentycznie zaciekawiony. 

- Nie. Był przedsiębiorcą i wynalazcą. Może nawet 

o nim słyszałeś? Był pionierem w dziedzinie kom­

puterów osobistych. Nazywał się Stefan Zbresky. 

Poznaliśmy się, kiedy byłam na roku przeddyp-

lomowym. Zaproszono go na cykl wykładów na 

temat przyszłości komputerów osobistych. 

Pochlebiało jej, że wybrał akurat ją, ale równocześnie 

jego sukcesy i pozycja oszałamiały ją. Nie czuła się 

jeszcze dojrzała do trwałego związku, a Stefan 

oświadczył się jej już na trzecim spotkaniu. Dopiero 

po roku zgodziła się na zaręczyny, a po następnym, 

już po jej dyplomie, na ślub. Stefan się niecierpliwił 

i choć bez przekonania, ale uznał jej racje. Alex ciągle 

mu przypominała, że mają przed sobą całe życie. 

- Byliście szczęśliwi? - zapytał Travis. 

Tak szczęśliwi, jak tylko można być przez całe 

cztery dni i siedem godzin. 

- Tak - odparła Alex. Czując na sobie ciężar jego 

spojrzenia nie odrywała wzroku od szosy. 

background image

- Co się stało? 

Alex rzuciła mu krótkie spojrzenie. 

- Umarł. 

Zazwyczaj to proste stwierdzenie faktu śmierci 

męża wystarczało, by zniechęcić do dalszych pytań 

nawet najbardziej ciekawskich. Ale, jak się okazało 

- nie Travisa. 

- Jak? 

Travis wiedział, że jest teraz niegrzeczny, ale nie 

przejmował się tym. Na dźwięk nazwiska Zbresky'ego 

coś nieprzyjemnie kojarzyło mu się w pamięci, ale 

zupełnie nie potrafił tego określić. Może czytał o ich 

małżeństwie w gazetach? Zbresky był znaną postacią, 

Alcx zaś jest taka piękna, że na pewno chętnie o nich 

pisano. 

- Zginął w wypadku - odparła, nie ukrywając już 

zniecierpliwienia. 

To pewnie było to, pomyślał Travis i w tej chwili 

Alex zamieniła się z nim rolami. 

- A ty? - zapytała. 

- Co ja? - zdziwił się Travis, jakby w ogóle nie 

wpadło mu do głowy, że w dwadzieścia pytań można 

grać w obie strony. 

- Byłeś kiedyś żonaty? 

- Nie ma mowy - pokręcił głową. - Nie lubię 

zobowiązań. A w ogóle, to całe: „i odtąd żyli długo 

i szczęśliwie" to bzdura wymyślona przez speców od 

reklamy, by lepiej szły ich samochody i pasty do zębów. 

- Nie zgadzam się. Od początku świata mężczyźni 

i kobiety łączyli się w pary. To kamień węgielny 

trwałości społeczeństw. Kiedy tylko jakaś cywilizacja 

próbowała to odrzucić, kończyło się chaosem, ruiną 

i, w końcu, upadkiem. Popatrz na starożytny Rzym. 

background image

- Wcale nie mam ochoty - odparł Travis z nie 

ukrywanym rozbawieniem. - Być może ma pani 

rację, pani profesor Wright, ale z małym wyjątkiem. 

To po prostu nie jest rozwiązanie dla kogoś takiego 

jak ja. 

- Co to znaczy: dla kogoś takiego jak ty? 

- Spójrz prawdzie w oczy, moja pani. Ja naprawdę 

nie nadaję się do siedzenia przy domowym ognisku. 

- A skąd wiesz, skoro nigdy nie spróbowałeś? 

- zapytała cicho. 

- Nigdy nie byłem żonaty, ale bynajmniej nie żyję 

jak mnich. Kiedyś nawet spróbowałem tej zabawy 

w dom, ale, biorąc pod uwagę historię mojej rodziny, 

nie powinienem tego robić. To była istna katastrofa. 

Beth była naprawdę wspaniałą kobietą, a przy mnie 

przeżyła piekło. 

Beth? Nie wiadomo dlaczego wiadomość o istnieniu 

w życiu Travisa jakiejś kobiety, nawet jeśli to było 

w przeszłości, zabolała Alex. 

- Ale... - próbowała mu zaprzeczyć. 

- Daj sobie spokój, moja pani. Wniosek jest jeden: 

nie nadaję się na męża. - Właśnie pokonywali ostry 

zakręt, więc Travis przechylił się w jej stronę. 

- Czyżbyś nie zauważyła, że zawsze wychodzi na 

moje? 

Jego bliskość wytrąciła ją z równowagi. Musiała 

zwolnić. 

- Raczej nie - skłamała. 

Oddech zamarł jej w piersiach, kiedy jego wzrok 

zaczął wolno przesuwać się po jej ciele, był jak ogień, 

szedł od warkocza, poprzez szyję, piersi, talię aż po 

uda w obcisłych dżinsach. 

- No to uważaj - powiedział cicho. 

background image

Uważaj? Zupełnie zapomniała, o czym rozmawiali. 

Była cała w płomieniach. W oczekiwaniu patrzyła, 

jak jego ręka sunie w jej kierunku. 

- Travis? - Alex nie była pewna, czy rzeczywiście 

wypowiedziała to imię głośno. 

Zwolniła jeszcze bardziej. Jego ręka, która przesunęła 

się z jej kolana i spoczęła na udzie, była cudownie 

męska. 

- O, Boże, Alex. Masz przepiękne nogi. 

Na dźwięk jego słów przebiegł ją dreszcz. Zjechała 

z szosy i stanęła na poboczu. Ręce jej drżały. Spojrzała 

mu w twarz. 

- Travis? 

Chciała mu coś powiedzieć, ale zapomniała co. 

Jego ręka pieściła ją, zataczała małe kółeczka na 

wewnętrznym szwie jej dżinsów, jego usta zbliżały się 

do jej ust. 

- Cholera, to wszystko nie tak... 

Wiedziała, że ją pocałuje, zanim jeszcze powiedział 

te słowa. 

Czyżby? Możliwe, ale kiedy Alex przymknęła oczy, 

a jego usta dotknęły jej warg, wszystko przestało się 

liczyć. To o tym marzyła, tego pragnęła. 

Oddychała z trudem, kiedy zamknął ją w uścisku. 

Rozchyliła wargi na powitanie jego języka. 

Czuła bicie jego serca, wsłuchiwała się w przy­

spieszony oddech. 

Wspaniale pachniał, czysto i męsko. Jego usta 

współgrały z jej ustami, ale było w tym pocałunku coś 

nowego. Czymś bardzo niewielkim, ale bardzo istotnym 

różnił się od tego, który wymienili tamtej nocy przed 

hotelem. Tamten był namiętny i podniecający. Ten 

także - ale było w nim coś więcej. 

background image

Zanurzyła ręce w jego jedwabistych włosach, 

przyciągnęła go bliżej, usuwając wszystkie bariery. 

Chciała być z nim blisko, skóra w skórę, serce w serce. 

Kiedy to się stało? - zastanawiała się oszołomiona. 

Kiedy zapragnęła takiego zjednoczenia ciał i dusz 

z Travisem Crossem? Kiedy zaczęła go kochać? 

Trzymała się go jak jedynej kotwicy. 

I nagle drzwi samochodu otworzyły się gwałtownie 

i Alex zobaczyła kilku małych chłopców, z otwartymi 

ustami wpatrujących się w nią i Travisa. 

- O raju! - krzyknął Sean, a Travis błyskawicznie 

oparł się o fotel. 

Właśnie wtedy Alex przypomniała sobie, co chciała 

powiedzieć Travisowi. 

- Travis - szepnęła i zaczerwieniła się, kiedy ich 

oczy się spotkały. Drżącymi palcami poprawiła włosy. 

- Jesteśmy na miejscu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Półtorej godziny później Alex nadal była oszoło­

miona. 

Było piękne, wiosenne popołudnie. Słońce jasno 

świeciło, świeżo skoszona trawa pachniała jak perfumy 

Matki Natury i drużyna Brand ona po raz pierwszy 

wygrywała. 

Powinnam się cieszyć, pomyślała Alex. Ale zamiast 

radować się ze swoją drużyną, zamiast zagrzewać ich 

do walki, ciągle borykała się z odkryciem, które 

pojawiło się nie wiadomo jak i skąd i o którym nie 

mogła zapomnieć. 

Była zakochana w Travisie Crossie. 

Przez ostatnie dziewięćdziesiąt minut wymyślała 

coraz to nowe argumenty przeciwko tej konkluzji 

- począwszy od tego, że Travis po prostu zupełnie się 

dla niej nie nadaje, że całe życie otaczała go przemoc, 

że nie wierzy w miłość i zdecydowanie odrzuca ideę 

małżeństwa, aż po jego spodziewaną reakcję, gdyby 

przyznała mu się do tego uczucia. Pan Cross natych­

miast przekonałby ją, jak głęboko się myli i zmyłby 

się, zanim doszłaby do litery „m" w słowie kocham. 

Wszystko to jednak było bez znaczenia. Czy 

jej się to podobało, czy nie, czy tego chciała, 

czy nie, kochała go. 

Co nie zmieniało faktu, że najrozsądniejszą rzeczą, 

jaką mogła zrobić, było zapomnieć o całej sprawie. 

background image

A byłoby to dużo łatwiejsze, pomyślała patrząc na 

otoczonego przez małych graczy Travisa, gdyby nie 

potrafił tak znakomicie bawić się z dziećmi. 

Kiedy kilka godzin później wchodziła pod prysznic 

w swoim domu, wciąż miała przed oczami jego twarz. 

Szczęśliwą, niesamowicie przystojną twarz. 

No, dobrze, myślała, pozwalając wodzie spływać 

jej po plecach. Przyznaj się. Wpadłaś. Zakochałaś 

się w absolutnie wspaniałym mężczyźnie. W męż­

czyźnie, który bez wysiłku przyprawia cię o bicie 

serca i przez którego wrze twoja krew. W mężczyź­

nie, który raczej pozwoli wyrwać sobie wszystkie 

zęby, niż przyzna, że istnieje coś takiego jak trwała 

miłość. 

A więc co chcesz zrobić? - posłyszała w sobie jakiś 

cichy głos. 

Oparła czoło o chłodne kafelki i przyznała, że nie 

ma zielonego pojęcia. 

A więc odpręż się, mówił dalej głos. Poddaj się 

biegowi rzeczy. Przypomnij sobie, od jak dawna nie 

byłaś z mężczyzną. 

Też mi rada! Zakochała się w mężczyźnie, do 

którego pasuje jak sierotka Marysia do Kevina 

Costnera, a ten głos każe jej poddać się biegowi rzeczy. 

Zastanawiając się, co też się z nią porobiło, Alcx 

namydliła gąbkę i zaczęła metodycznie szorować swoje 

ciało. 

Ów wewnętrzny, cichy głos nie miał jednak zamiaru 

się zamknąć. Alex, mówił, wszystko jest w porządku, 

po prostu zbyt długo czekałaś na miłość. 

Alex przerwała szorowanie i jęknęła. Kolejny 

odkrywczy wniosek. Bo cóż to jest osiem lat bez 

background image

mężczyzny? Co najwyżej dowód, że nie jest osobą 

szczególnie namiętną. 

Głos nie dawał jednak za wygraną. Czyżby? - pytał. 

Więc jak nazwiesz to, co robiliście z Travisem 

w samochodzie? Może to był aerobik? Taniec ust? 

Aerobik ust? Och, nie. Alex szorowała się coraz 

mocniej. 

Głos całkowicie ignorował jej argumenty. Czemu 

jesteś taka pruderyjna? Tylko popatrz na swoją 

sypialnię. Czy jest skromna i niewinna jak pokój 

pensjonarki? Nie. Jest jakby stworzona dla Rudolfa 

Valentino. Śpiąca bogini miłości czeka tam, by zjawił 

się odpowiedni mężczyzna i obudził ją. 

Alex zachłysnęła się wodą. Bogini miłości? Mój Boże! 

Czy Doris Day jeździ ferrari? Czy skromna wdowa 

poderwałaby nieznajomego na parkingu? 

- Nie poderwałam Travisa! - krzyknęła Alex. 

Cudownie! Na dodatek zaczęła mówić do siebie. 

Na głos. 

Och, Alex, bądź poważna, mówił niestrudzony 

głos. Po prostu odpowiedz sobie na pytanie, czy 

chcesz kochać się z Travisem, czy nie. 

Konieczność znalezienia odpowiedzi na to pytanie 

wymazała wszystkie inne myśli z jej głowy. 

Czy chcę kochać się z Travisem? 

A czy doba ma dwadzieścia cztery godziny? Czy po 

wiośnie przychodzi lato? Czy słońce wschodzi na 

wschodzie? 

Oczywiście, że chce się z nim kochać. Po raz 

pierwszy spotkała mężczyznę, który jednym spoj­

rzeniem przyprawia jej krew o wrzenie. 

Jaki więc głupiec zrezygnowałby z takiego uczucia? 

- pytał głos. 

background image

Może ktoś taki jak Alex? 

Próbowała wyliczyć wszystkie za i przeciw wiązaniu 

się z Travisem, ale głos znowu zainterweniował. 

Przestań, Alex. Korzystaj z życia. Stefan umarł i to 

nie była twoja wina. Wiesz o tym dobrze. Czemu więc 

wciąż siebie karzesz? Czemu żyjesz życiem innych ludzi? 

Ej, a to co? Płynąca z prysznica woda stała się 

nagle lodowata, a w rurach rozległo się głośne buczenie. 

Alex wymacała kurek i zakręciła wodę. Jednym susem 

wyskoczyła z kabiny i owinęła się różowym ręcznikiem. 

Za ścianą, w gościnnej łazience, słychać było lecącą 

do wanny wodę. 

Alex nie wierzyła własnym uszom. Ten zdrajca, 

Travis Cross, najwyraźniej przygotowywał sobie kąpiel. 

Czyż nie umówili się, że najpierw ona się wykąpie, 

a dopiero potem on? 

No właśnie, a on w najlepsze chyba się kąpie. Co 

będzie, jeśli się pośliżnie, uderzy o coś głową i straci 

przytomność? Będzie musiała prosić przyjaciółki, by 

przyszły pomóc go podnieść. 

Teoretycznie wszystko było w porządku. Travis 

przez całe popołudnie uganiał się z bandą małych 

chłopców i wcale nie wyglądał na zmęczonego. 

Najwyraźniej jednak cała zdolność Alex do logicz­

nego myślenia ulotniła się wraz z parą z gorącego 

prysznica. 

Owinęła włosy ręcznikiem, narzuciła krótki, różowy 

szlafrok i nie zważając na spływającą z niej wodę 

pomaszerowała wojskowym krokiem do sąsiedniej 

łazienki. 

Nawet nie zwróciła uwagi na otwarte drzwi, 

wparowała jak burza do środka i natknęła się na 

nagie plecy Travisa. 

background image

Odskoczyła z piskiem. 

- Alex? - odwrócił się zdziwiony Travis. Przebiegł 

wzrokiem od jej pokrytej kropelkami wody twarzy, 

przez delikatnie zarumienioną szyję aż do wspaniałych, 

długich nóg znakomicie wyeksponowanych przez 

krótki szlafrok. 

- Myślałam, że się kąpiesz - powiedziała owijając 

się szczelniej szlafrokiem. 

- Tak? Przyszłaś mi towarzyszyć? 

- Nie. - Alex z trudem powstrzymywała się, by nie 

spuścić wzroku poniżej jego brody. 

- To może przyszłaś popatrzeć? 

- Nie! Chciałam... - Przerwała, gdy zobaczyła 

pływające w wypełnionej płynem do kąpieli wannie 

kije baseballowe. 

- Ty chyba zwariowałeś. Wietrzna ospa rzuciła ci 

się na mózg. Czy wiesz, że kąpiesz te kije w najdroż­

szym płynie w całym mieście? 

- Zgadza się, rzeczywiście zwariowałem - odparł 

Travis podchodząc bliżej. - Ale nie ma to nic 

wspólnego z kijami, ani z płynem do kąpieli. 

Po raz pierwszy od wejścia do łazienki Alex spojrzała 

na Travisa. Miał na sobie tylko lekko wilgotne, 

czarne spodenki gimnastyczne. Cofnęła się o krok 

i wpadła na toaletkę. 

- Alex - rzekł cicho Travis, podszedł bliżej i wyciąg­

nął rękę, by zsunąć ręcznik z jej głowy. 

- Ja... ja sama umyłabym te kije - powiedziała bez 

przekonania. 

- Alex. - Travis ujął ją za ramiona i spojrzał jej 

w oczy. - Wkrótce wyjeżdżam. Rozumiesz? Nie mogę 

się wiązać. 

Alex wiedziała tylko, że za chwilę ją pocałuje i, jak 

background image

to było przy poprzednich dwóch pocałunkach, czuła, 

ze krew pieni się w jej żyłach jak szampan. Nie mogła 

oddychać, nie mogła myśleć - i wcale się tym nie 

przejmowała. Obchodziło ją tylko jedno. Chciała być 

bliżej Travisa, bliżej jego ciepła, chciała czuć jego 

dotyk. 

- Wiem - szepnęła. -To... to nieważne. 

W tym momencie zrozumiała, że to prawda. 

Może miało to jakiś związek ze Stefanem, ale nie 

miała zamiaru rezygnować z „teraz" na rzecz jakiegoś 

nieokreślonego „później". Już raz popełniła ten błąd 

i okazało się, że owe „później" może czasem zniknąć 

wraz z odbitą rykoszetem kulą. 

Travis odczytał to z jej spojrzenia, przyciągnął ją 

mocno do siebie, poszukał jej ust, zanurzył palce 

w wilgotne, jedwabiste włosy. 

Alex puściła klapy szlafroka i nagle pozbyła się 

wszelkich wahań, zapomniała o skromności. Pieściła 

gładką, delikatną skórę na jego piersi, dłońmi ob­

rysowy wała mięśnie, które przedtem podziwiała tylko 

z daleka. Był taki ciepły, taki męski, taki silny. 

Czy to dobrze, że pożąda go tak bardzo, skoro 

powiedział wyraźnie, że interesują go tylko tymczasowe 

związki? 

A niech tam. W ciepłych ramionach Travisa nie 

miała nic do stracenia, a tak wiele do zyskania. 

Poddała się pokusie i otoczyła ramionami jego talię. 

Travis przerwał pocałunek. 

- Och, moja pani - szepnął, obrysowując wargami 

linię jej szyi. Jego ręce sunęły po jej plecach, w dół, 

aż na pośladki. 

- Travis - szepnęła Alex. 

- Wiem - odparł. Gryzł delikatnie koniuszek jej 

background image

ucha, jego niecierpliwe ręce uniosły rąbek jej szlafroka. 

- Wiem, wiem. 

Alex poczuła dziwną słabość w kolanach. Instynk­

townie objęła go za szyję. Travis uniósł ją do góry, 

posadził na toaletce i stanął w kołysce jej ud. 

Alex chwyciła jego rękę, podniosła do ust i poca­

łowała dziko pulsujące miejsce na nadgarstku. 

Travis wzdrygnął się. 

- Przestań - zażądał. 

Odsunął się pół kroku i prawie czarnymi z pożądania 

oczami patrzył na zarumienione policzki Alex. Patrząc 

jej prosto w oczy delikatnie rozchylił szlafrok. Nie 

odrywając wzroku od jej oczu zsunął wilgotny materiał 

z jej ramion, potem rozrzucił jej gęste, błyszczące 

włosy na nagich, pełnych piersiach. 

Alex zamknęła oczy. 

Travis patrzył teraz z zachwytem na odkryty przez 

siebie różowozłoty skarb. Kiedy Alex zacisnęła ręce 

na jego ramionach, oferując mu siebie z pełnym 

ufności oddaniem, Travis odszukał ustami jej pierś. 

- Och -jęknęła czując przepływające przez całe jej 

ciało gwałtowne fale pożądania. Odchyliła głowę, 

wysunęła do przodu biodra, jej nogi otoczyły jego 

uda. Kierowana instynktem starym jak świat lekkim 

ruchem bioder powitała dowód jego pożądania. 

Travis przestał całować jej pierś, nachylił się nad 

nią i przez chwilę przyglądał się różowej, pulsującej 

sutce, ożywionej dotykiem jego warg. 

- Travis? 

- Jeszcze nie - szepnął ochrypłym głosem. 

Drżącymi dłońmi ujął obie piersi i powoli ob-

rysowywał je koniuszkiem języka. Pieszczotę powoli 

przesuwał coraz wyżej, aż do ucha. 

background image

- Chcę ciebie - szepnął. 

- Tak - odparła po prostu, ale wiedziała, że jeśli 

każe jej jeszcze dłużej czekać, zacznie go błagać. 

Travis zacisnął powieki i odmówił krótką modlitwę 

dziękczynną za jej odpowiedź. Następnie pogratulował 

sobie szczęścia z powodu swojej wizyty w męskiej 

toalecie przy boisku, gdzie przyłapał Seana pokazu­

jącego kolegom, jakie wspaniałe balony można robić 

z kondomów. 

Po raz pierwszy w życiu skonfiskował coś, co jemu 

samemu mogło się przydać. 

Wyprostował się, zrobił pół kroku do tyłu i, nie 

odrywając wzroku od oczu Alex, sięgnął do kieszonki 

swoich szortów, wsunął kciuki pod gumkę i zsunął je 

w dół. W jego oczach pojawiło się rozbawienie, kiedy 

zobaczył reakcję Alcx. Szybko wykorzystał łup zdobyty 

od Seana. 

Zrzucił na podłogę jej szlafrok i znowu zamknął ją 

w swoich ramionach. Poszukał jej ust, dłońmi objął 

pośladki, a ona wyszła mu na spotkanie. Nagle 

znalazł się w niej, napełnił ją sobą i sam poczuł pełnię. 

To było coś wspaniałego. Przez chwilę Travis myślał, 

że nie wytrzyma i zachowa się jak nieopanowany 

nastolatek. Później spojrzał na uniesioną ku niemu 

twarz Alex, na jej przymknięte oczy, zarumienione 

policzki i słodko rozchylone usta. 

Zaczął się poruszać. Z początku wolno, dając jej 

czas na dopasowanie się do jego tempa, a potem 

szybciej, mocniej, łapczywiej. 

W pewnej chwili kątem oka zauważył w lustrze 

odbicie ich postaci i zwiększył tempo. Na tle delikatnej 

linii jej pleców jego ręce wydawały się duże i ciemne, 

przy każdym silniejszym pchnięciu jej włosy jak płynny 

background image

jedwab omiatały jego ramiona. Brąz jego ciała 

kontrastował z jej skórą koloru kości słoniowej, heban 

jego włosów ze złotem jej splotów, jego twardość z jej 

miękkością. Obraz ich zespolenia oszołomił go. 

Mocnym pchnięciem pokonał ostatnią barierę 

między nimi i połączyli się. 

Długo później wciąż byli ze sobą połączeni, sple­

ceni nogami i rękami. Ich serca biły jednym ryt­

mem. 

Gdzieś z oddali dobiegł ich odgłos zamykanych 

drzwi. 

Travis ledwo go usłyszał. Jego gęste, czarne rzęsy 

rzucały cień na jego policzki. Czoło oparł o czoło 

Alex. Dopiero teraz zrozumiał, czemu mężczyźni po 

kochaniu się z kobietą czasem obiecują jej dozgonną 

miłość. Jeżeli przeżyli coś podobnego do tego, czego 

on przed chwilą doświadczył z Alex, nie dziwił się, że 

próbowali zapewnić sobie takie szczęście na całe życie. 

Tylko że naprawdę rzadko kiedy tak bywało. 

Oczywiście nie znaczyło to, że nie ma ochoty 

znowu kochać się z Alex. Miał, i to bardzo. 

Zza drzwi znowu dobiegł jakiś odgłos. Travis 

nastawił ucho i zmarszczył brwi. Schody. Ktoś idzie 

po schodach. 

Ktoś idzie po schodach? 

Delikatnie, ale szybko wyswobodził się z objęć 

Alex. Jednym ruchem rzucił się ku drzwiom i zatrzasnął 

je. Alex patrzyła na niego zdziwiona. 

Nie zdążyła powiedzieć ani słowa, a co dopiero 

zażądać wyjaśnienia, kiedy oboje usłyszeli natarczywe 

pukanie do drzwi. 

- Travis? - rozległ się znajomy, dziecięcy głos. 

- Jesteś tam? 

background image

Alex zaczerwieniła się i sięgnęła po szlafrok. 

Brandon! Travis odetchnął z ulgą. Mimo to, kiedy 

wreszcie odezwał się, jego głos brzmiał tak, jakby 

przed chwilą ukończył maraton i przegrał. 

- Czego chcesz? - warknął. 

- Wyjdziesz się pobawić? 

- Nie - odparł Travis tonem zniechęcającym do 

dalszej dyskusji. 

Brandon najwyraźniej nie zrozumiał. 

- Dlaczego? - zapytał niezrażony. 

Travis z trudem zachowywał cierpliwość. 

- Bo jestem zajęty. 

- Tak? 

- Tak. 

- O. A co robisz? Mogę pomóc? 

- Nie - odparł Travis tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. 

- O - nie dawał się zbyć Brandon. - A szybko 

skończysz? 

- Tak. Cholera jasna - dodał pod nosem. 

Alex uśmiechnęła się, rozbawiona absurdalnością 

sytuacji. 

- To przyjdziesz na przejęcie dla uczczenia naszego 

zwycięstwa? 

- Chodzi ci o przyjęcie, co? - westchnął Travis. 

- No, tak właśnie mówiłem. Przejęcie z tortem, 

lodami i w ogóle. 

Travis oparł czoło o drzwi. 

- Wracaj do domu, mały. 

- Obiecujesz, że zaraz przyjdziesz? 

- Obiecuję. 

- Aha, Travis. Przyprowadzisz ciocię Alex? Nigdzie 

nie mogę jej znaleźć. 

background image

- Dobrze. 

Na dźwięk oddalających się kroków Alex przestała 

już nad sobą panować, osunęła się bezwładnie na 

podłogę i wybuchnęła szalonym śmiechem. 

Travis patrzył na nią zdumiony. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Ubrany w czarne dżinsy i czarną koszulę Travis 

stał przy grillu na werandzie domu Sary. Otaczała go 

hałaśliwa grupka małych chłopców, do uda kleiła się 

dwuletnia siostra Brandona. 

Co ja tu robię? - zastanawiał się. 

W głębi ogrodu stała Alex z trzema kobietami 

- wysoką brunetką, pulchną, starszą blondynką 

i z Connie, która przywiozła go ze szpitala. Skrzywił 

się, przypomniawszy sobie grad pytań, jakim za­

rzuciła go wcześniej ta trójka kobiet. Zachowywały 

się, jakby były najbliższą rodziną Alex i miały 

pełne prawo znać jego intencje wobec niej. Wyobraził 

sobie ich reakcję, gdyby dowiedziały się, że kochał 

się z nią - w łazience. Upiekłyby go na grillu. 

Nie, chętniej przyrządziłyby z niego potrawkę. 

Ale skąd mógł wiedzieć, że Alex, tak bardzo 

amerykańska, spokojna i zasadnicza, roztopi się od 

jednego jego pocałunku jak świeca? Że pod chłodnym 

wyglądem Grace Kelly kryje się namiętność Madonny 

i tylko czeka, żeby wybuchnąć. 

Ta kobieta oznacza kłopoty. Czyż nie wiedział tego 

od początku? Czyż od ich pierwszego spotkania nie 

zalazła mu za skórę, nie zmieniła jego zazwyczaj 

zimnej racjonalności w coś tak chłodnego i przewidy­

walnego jak erupcja wulkanu. 

Sean pociągnął go za koszulę. 

background image

- Wciąż nie rozumiem - powiedział rozkapryszonym 

głosem, który działał na Travisa jak skrzypienie 

paznokcia pocierającego o tablicę. - Jeżeli ptaki 

i samoloty mogą latać, to dlaczego ja nie? 

Travis westchnął zniecierpliwiony. Już po raz trzeci 

musiał odpowiadać na to pytanie. 

- Bo tak. To wynika z zasady aerodynamiki. Masa... 

- Cześć, chłopaki. 

Alex bezskutecznie machała ręką, by rozwiać gryzący 

dym i uśmiechnęła się widząc pełne wdzięczności 

spojrzenie Travisa. 

- Ukradnę wam pana Crossa na chwilę. Ktoś chce 

go poznać - powiedziała do dzieci i odkleiła Lizabeth 

od uda Travisa. 

- Dzięki - rzekł Travis. 

- Nie spiesz się z tym - odparła tajemniczo Alex 

i poprowadziła go do brunetki, z którą wcześniej 

rozmawiała. - Travis, to jest Dawn. - Choć jej ton 

był poważny, w oczach dostrzegł złośliwe błyski. 

Zastanawiał się, o co chodzi, ale uprzejmie ujął 

wyciągniętą ku niemu dłoń. 

- Miło cię poznać, Dawn. 

- To ja się cieszę - odezwała się Dawn głosem 

pasującym do kogoś o połowę mniejszego. - Mój 

syn jest tobą zachwycony, w odróżnieniu od nie­

których - dodała rzuciwszy złośliwe spojrzenie 

w stronę Alex. 

Travis gwizdnął cicho, zastanawiając się, czym też 

Alcx zasłużyła na taką niechęć, i próbując zgadnąć, 

który z chłopców jest synem brunetki. 

Nie musiał długo spekulować, bo kobieta chwyciła 

go za rękę i rzekła kokieteryjnie: 

- Jestem matką Seana. Seana Lawna. 

background image

Scan Lawn. Travis pierwszy raz usłyszał nazwisko 

małego byczka. Spojrzał z ukosa na Alex, która nie 

wydawała się urażona wrogością pani Lawn. 

- Poznałeś już Johna, męża Dawn. 

- Rzeczywiście. Chyba był z córką. 

- O, tak - odparła pani Lawn. - Oni się uwielbiają. 

Tak bywa miedzy ojcem a córką. A ja z kolei mam 

lepsze stosunki z synami. No, ale Ronnic i Scan to 

prawdziwe skarby, choć niektórzy - tu znowu spojrzała 

na Alex - są innego zdania. To właściwie zrozumiałe 

- mówiła dalej do Travisa, choć jej słowa bez wątpienia 

przeznaczone były dla Alex. - Ludzie, którzy nie 

mają własnych dzieci, nie rozumieją matczynego 

oddania ani naturalnej, dziecięcej żywotności. Prawda, 

Travis? 

Travis miał już dosyć ostrych, złośliwych szpil, 

które ta ogromna baba bez przerwy wsadzała Alex 

i zastanawiał się, jak by zareagowała, gdyby opowie­

dział jej o „balonach", którymi bawi się jej „skarb". 

Sam nie wiedział, czemu czuł się zobowiązany bronić 

Alex, która jakby to wyczuła i ścisnęła go znacząco 

za ramię. 

- Och, sam nie wiem - odparł. - Wydaje mi się, że 

to zależy od tego, co rozumiesz przez żywotność. Ja 

na przykład uważam, że jeśli sześcioletnie dziecko 

bawi się... 

- Popatrz - krzyknęła Alex i prawie wyrwała mu 

ramię, odciągając go na bok. - Przepraszam cię, 

Dawn, ale Sara nas woła. 

Travis nie protestował. 

- Tchórz - rzekł z uśmiechem, kiedy byli już sami. 

- Szsz... - uciszyła go Alex. 

- No, dobrze - zgodził się i popatrzył leniwie na 

background image

jej zarumienione policzki i wargi, wciąż lekko spuch­

nięte od jego pocałunków. Miała na sobie obcisłą 

bawełnianą sukienkę, która czyniła zadziwiające rzeczy 

z jego ciśnieniem. 

Alex też patrzyła na niego. Pożądanie widoczne 

w jego błękitnych oczach pogłębiło rumieńce na jej 

policzkach. 

- Czym sobie zasłużyłaś na ten wyjątkowy podziw 

ze strony Dawn Lawn? - zapytał, ale pytanie, które 

zadawały jego oczy, było zupełnie inne. 

Wargi Alex rozchyliły się w mimowolnej odpowiedzi 

na to nie wypowiedziane pytanie. Całe jej ciało 

wyrywało się ku niemu. 

- Ja... 

W tym momencie przebiegło obok nich dwóch 

małoletnich zawodników i Alex przypomniała sobie, 

gdzie się znajduje. Podeszła do ogrodowego stolika 

i zaczęła machinalnie zbierać zużyte papierowe kubki 

i talerze. 

Dobry Boże! Przecież właściwie rzuciła mu się 

w ramiona i oczami błagała o pocałunek! Z trudem 

przypomniała sobie jego pytanie. 

- Popełniłam błąd i powiedziałam Dawn prawdę 

o jej „skarbie". Nie toleruję kłamstwa, niezależnie od 

okoliczności, a Sean nigdy nie nauczył się mówić 

prawdy. - Rozejrzała się za jakimś koszem, gdzie 

mogłaby wyrzucić brudne nakrycia. - Pewnego razu 

przesadził i zawiesiłam go na dwa mecze. Dawn 

nigdy mi tego nie wybaczyła. 

- No, tak, to typowe - westchnął Travis, wziął od 

niej papierowe nakrycia i wyrzucił do stojącego 

niedaleko kubła. Przekonywał sam siebie, że dziwny 

ucisk w jego żołądku spowodowały dwa zjedzone 

background image

niedawno hamburgery. Wciąż odwrócony tyłem do 

Alex odezwał się z udawaną nonszalancją: 

- A więc nie znosisz kłamców, co? 

- Chyba można tak powiedzieć - odparła układając 

serwetki na stoliku. - Kłamstwo zawsze wydaje mi się 

jakieś bez sensu. Gdyby ludzie byli ze sobą szczerzy, 

oszczędziliby sobie wiele bólu. 

- No tak, ale przecież wszyscy kłamią - zauważył 

Travis. - Słyszałem, jak zapewniałaś Connie, że bardzo 

ci się podoba jej sukienka. Przecież wygląda w niej 

jak ogromny, gadający pomidor. 

- Travis! - syknęła, ale musiała mu przyznać rację. 

- Owszem, ja też od czasu do czasu kłamię, ale tylko 

po to, by nie ranić czyichś uczuć. Nie toleruję natomiast 

kłamstw, które mają przynieść korzyść kłamiącemu. 

Ten rodzaj kłamstw doprowadza mnie do szału 

i wszystkie dzieci o tym wiedzą. Zawsze im mówię, że 

nie obchodzi mnie, co zrobiły, że zawsze im wybaczę, 

ale kłamstwa nie zniosę. 

- No tak, ale... - Nie dokończył, bo w tej chwili 

rzucił mu się w ramiona Brandon. 

- Myślałem, że już nigdy nie przyjdziesz - rzekł 

tuląc się do szyi Travisa, potem nachylił się i pocałował 

Alex. - Gdzie byłaś? Wszędzie cię szukałem. 

- Byłam zajęta - odparła po prostu Alex, wymie­

niając z Travisem porozumiewawcze spojrzenie. 

- Dorośli zawsze tak mówią, kiedy nie chcą 

powiedzieć prawdy - zauważył sprytnie Brandon. 

- Ty też tak będziesz mówił, jak dorośniesz - sko­

mentował Travis i bardzo skutecznie zmienił temat. 

Podrzucił Brandona w powietrze, obrócił go kilka 

razy, po czym postawił zachwyconego na ziemi. 

Chłopiec chwycił Travisa za rękę. 

background image

- Chodź zobaczyć mój pokój, dobrze? Wiesz, mam 

piętrowe łóżko i w ogóle. Ty też chodź, ciociu. Mama 

oprawiła mój plakat - paplał ciągnąc ich do małego, 

wesoło umeblowanego pokoju. - Popatrzcie - rzekł 

z dumą, kiedy przekroczyli próg jego królestwa. 

- Czy nie jest piękny? 

Alex, która znała pokój Brandona jak własną 

kieszeń, kiwnęła tylko głową i przyglądała się świeżo 

oprawionemu plakatowi z Potworem, podczas gdy 

mężczyźni poważnym tonem omawiali zalety pięt­

rowego łóżka. Alex dobrze znała i lubiła Potwora, 

jego łagodne oczy i szelmowski uśmieszek. Podeszła 

bliżej i zobaczyła przyklejony na ścianie obok plakatu 

rysunek, który Travis narysował dla Brandona. 

Było w nim coś znajomego. Jakby... jakby rysowała 

go ta sama ręka co Potwora. Z przechyloną głową 

porównywała oba obrazki. Nie, to niemożliwe, by ten 

jej wielki, zły agent był autorem książek dla dzieci. 

Wiedziała, że autor „Przyszłego życia" nie nazywa 

się Travis Cross, tylko Triggs, Tripps, czy jakoś tak... 

- Chodź do nas, ciociu! 

Brandon leżał na górnym łóżku i poklepując materac 

namawiał ją, by się do nich przyłączyła. 

- Raczej nie - Alex spojrzała na chłopca i mężczyznę 

leżących obok siebie. 

- Co jest, ciociu Alex? - prowokował ją Travis. 

- Masz lęk wysokości? 

Alex popatrzyła wymownie na jego potężną postać 

zajmującą prawie całe łóżko. 

- Nie, tylko za mało tam miejsca. 

- Wcale nie - zaprotestował Brandon i próbował 

wcisnąć Travisa w ścianę. - Widzisz? 

- Widzisz? - z udawaną powagą powtórzył Travis. 

background image

Alex wiedziała, że popełnia błąd, ale ponieważ 

zawsze lubiła podejmować wszelkie wyzwania, uniosła 

do góry spódnicę i wspięła się po drabince. Spojrzała 

na wąziutki kawałek łóżka, który jej zostawili. 

- Co jest? - zapytał Travis. - Czyżby te wszystkie 

hamburgery weszły ci w biodra? 

AIex z westchnieniem wsunęła się na łóżko. Ułożyła 

się twarzą do Travisa. Brandon leżał ściśnięty między 

nimi. 

- Ale fajnie - powiedział. - Zawsze śpię na dole, 

bo mama boi się, że spadnę, ale ja wolę górę. A ty, 

Travis? Wolisz być na górze czy na dole? 

- Sam nie wiem - odparł wpatrując się w Alex. 

- To zależy... - Jego wzrok był teraz zamglony i Alex 

czuła, jak przenika ją dreszcz. 

- A ty, ciociu Alex? - zapytał niewinnie Brandon. 

- Ja schodzę - odparła spokojnie, odwróciła się 

i z wdziękiem zeskoczyła na ziemię. 

Serce jej waliło i to wcale nie z powodu skoku. 

Kiedy Travis patrzył na nią w ten sposób, jej ciało 

odmawiało posłuszeństwa, sutki stawały na baczność, 

w udach czuła dziwne, omdlewające ciepło, mimo że 

nie było to ani miejsce, ani czas na takie reakcje. 

- No, no! Ale skok! - krzyknął z podziwem 

Brandon. - Ja też chcę skoczyć. Mogę? 

- Tak - zgodziła się niezbyt chętnie Alex. - Ale 

tylko raz i ja cię złapię. 

Ledwo zdążyła wypowiedzieć te słowa, kiedy 

Brandon radośnie zeskoczył i wpadł prosto w jej 

ramiona. Wciąż jeszcze próbowała złapać oddech, 

kiedy usłyszała nad sobą głos Travisa: 

- A ja? Czy mnie też złapiesz? - i zanim zdążyła 

odpowiedzieć, Travis zsunął się na dół. 

background image

Wylądował właściwie na niej, otoczył ją ramionami 

dla równowagi, przycisnął do niej swe wielkie, silne 

ciało. Alex poszukała jego oczu, ale właściwie nie 

potrzebowała tego robić, żeby wiedzieć, że działa na 

niego tak samo, jak on na nią. Stojąc tak blisko niego 

miała po prostu jeszcze jeden namacalny dowód. 

Jej palce, jakby kierowane swą własną wolą, gładziły 

ciepłą, miękką skórę opinającą jego bicepsy, Alex 

jeszcze raz zdziwiła się, jak wiele ten człowiek dla niej 

znaczy. 

- Chodźmy do domu - powiedziała cicho, przejęta 

intensywnością ogarniających ją uczuć. 

Travis zesztywniał. 

- Jesteś tego pewna? - nieświadomie zadał jej to 

samo pytanie, co kilka godzin wcześniej w łazience. 

I tak jak wtedy, wszelkie ewentualne wątpliwości, 

jakie Alex mogłaby odczuwać, roztopiły się pod jego 

gorącym spojrzeniem. 

- Tak - odparła. 

I tak też zrobili. Zeszli z Brandonem na dół, Alex 

z daleka pomachała Sarze na pożegnanie, po czym 

zniknęli dyskretnie. 

Zmrok już zapadł, w domu Aiex paliło się tylko 

małe światełko nad kuchnią. Trzymając się za ręce 

weszli na górę. 

Travis cały czas pamiętał, jakie wrażenie zrobiła na 

nim sypialnia Alex, ale teraz, kiedy stał w jej progu 

i patrzył, jak Alex zapala świece, stojące na sek-

retarzyku, okazało się, że rzeczywistość przeszła jego 

wyobraźnię. 

W świetle świec liście palm i fikusów zdawały się 

tańczyć na ścianach, lekki wiaterek poruszał muślinowe 

zasłony, gdzieś w ogrodzie śpiewał ptak. 

background image

Travis stał jak wmurowany i patrzył na Alex, 

która w niemym zaproszeniu zdjęła sukienkę i rzuci­

ła ją na podłogę. Wyjęła z włosów szpilki i potrząs­

nęła głową - złota kaskada zalała ją aż do pasa. 

Tego było już dla Travisa za wiele. Trzema szyb­

kimi krokami przebiegł przez pokój i zanurzył ręce 

w tej złotej wspaniałości, spijając rozkoszną woń jej 

skóry, bardziej podniecającej niż najlepszy afrody­

zjak. 

Alex odsunęła go delikatnie. 

- Czy nie jesteś trochę zbyt grubo ubrany? - zapy­

tała, sama zdziwiona swą śmiałością. Z trudem nad 

sobą panowała, ale dopóki w pokoju Brandona nie 

wziął jej w ramiona, nie zdawała sobie sprawy, jak 

bardzo głodna była jego dotyku. Jak wytrzymała tak 

długo bez tej przyjemności, tej bliskości, tego ognia 

przepływającego w jej krwi? 

Alex już znała odpowiedź. Potrzebny był jej nie 

jakikolwiek mężczyzna, potrzebny jej był Travis Cross. 

Kochała go. 

Rozpięła guziki jego koszuli. 

- O, tak - mruknął Travis, trochę zdziwiony swą 

niecierpliwością. 

Alex zrozumiała. Też dziwiła się, że jej własne ciało 

zupełnie nie pamięta, jak bardzo było zaspokojone 

zaledwie kilka godzin wcześniej. Niecierpliwym ruchem 

wyszarpnęła mu koszulę z dżinsów i zsunęła z ramion. 

Pozwoliła sobie zaledwie na parusekundową zwłokę, 

aby przez moment podziwiać jego silną pierś. W rekor­

dowym tempie uwolniła go z butów i dżinsów. Po 

chwili stał przed nią tylko w mikroskopijnych, 

granatowych slipach. 

- Jesteś taki piękny - szepnęła i zafascynowana 

background image

patrzyła, jak na policzkach Travisa wykwita lekki 

rumieniec. 

Travis ujął ją pod brodę. 

- Przez całe to cholerne popołudnie tylko o tym 

byłem w stanie myśleć - wyznał. 

- Ja też, 

Travis przesunął niecierpliwymi palcami po blado­

różowej koronce jej stanika i jedwabnych figach 

w tym samym kolorze. Chwycił ją w ramiona. 

- Nie wiem, czy dotrę do łóżka - wymamrotał 

szukając jej ust. 

- Mam nadzieję, że tak. - Alex rozchyliła usta 

i z radością powitała jego ruchliwy język. Wciąż nie 

miała go dosyć, jego czystego, męskiego zapachu 

skóry, jego ust, jego dotyku. 

Kiedy położył ją pośrodku ogromnego, miękkiego 

łóżka i błyskawicznie zdejmował z niej resztki ubrania, 

Alex zdała sobie sprawę, że to, co czuła do Stefana, 

choć szczere, było tylko bladą kopią uczuć, jakie 

wzbudzał w jej sercu Travis. 

Ta świadomość ożywiła jej pożądanie. Później będzie 

czas na miłosne gry, na czułe słowa i pieszczoty, na 

naukę i wyjaśnienia. Ale teraz, ogarnięta pragnieniem, 

nad którym nie była w stanie zapanować, pragnęła 

go w sobie. Teraz. 

Jęknęła, kiedy w nią wszedł, zamknęła go w kołysce 

swoich ud, gładziła napięte mięśnie na karku. 

- Travis! - wykrzyknęła. 

- Przepraszam, ale już nie mogę czekać - szepnął 

z wysiłkiem.- Następnym razem, moja pani... 

Alex otoczyła go mocno ramionami. 

- Nie, nie czekaj. Chcę ciebie teraz. 

- Och, Alex. 

background image

Jej imię zabrzmiało jak błaganie, jak modlitwa. 

Wziął ją jednym długim, delikatnym pchnięciem. 

Alex miała wrażenie, że stała się jego częścią, 

przedłużeniem jego ramion, tak mocno ją obej­

mujących. 

- Travis! - krzyknęła i zachwyt w jej głosie wywołał 

natychmiastową reakcję Travisa. Orgazm wstrząsnął 

całym jego ciałem. 

Parę chwil później zsunął się z niej i ułożył na 

plecach. Alex zagłębiła się w łuku jego ramienia, 

jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Poczuła, 

jak sztywnieje, a zanim zdążyła zapytać, co się stało, 

przyciągnął ją ciasno do siebie i gestem posiadacza 

przerzucił rękę przez jej biodro. 

- Mmm - zamruczała z zadowoleniem, całując go 

w szyję. - Było cudownie. 

1 ku zdziwieniu Travisa natychmiast zasnęła. 

Postanowił powiedzieć jej rano, że to przecież 

zazwyczaj facet zasypia pierwszy w takiej sytuacji. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Śpiąca Alex, oświetlona księżycowym blaskiem, 

wyglądała jak niewinne dziecko. 

Travis stał przy oknie i przez chwilę przyglądał się 

jej z zazdrością. Nie mógł spać. 

Zastanawiał się, co robić. 

Wychylił się przez okno i patrzył na ogród. Noc 

była piękna, drzewa poruszał tylko leciutki wiet­

rzyk. Księżyc zbliżał się do pełni, migotały blade 

gwiazdy. 

Nie znoszę kłamstwa, przypomniał sobie słowa Alex. 

Z początku nadużywał tylko jej gościnności, ale 

teraz wszystko się zmieniło. Czuł się dziwnie i wcale 

mu się to nie podobało. 

Miał trzydzieści cztery lata i od prawie dwudziestu 

naczelna zasada jego życia brzmiała: nie angażuj się. 

Zaangażowanie oznaczało zgodę na ból i porzucenie, 

fałszywe nadzieje, przyszłość, która nigdy nie będzie 

taka, jakby się chciało. 

Samotność trzymała te demony na przyzwoitą 

odległość. Bez zobowiązań mógł cały oddać się swojej 

pracy, nie miał bowiem nic do stracenia i nikogo, 

komu by na nim zależało. 

Była to więc w sumie chyba dobra dewiza życiowa. 

Bóg świadkiem, że kiedy tylko o niej zapominał 

- kończyło się to katastrofą. 

Co najmniej dwa razy otworzył się, pozwolił, by na 

background image

kimś mu zależało i w obu przypadkach wszystko się 

rozpadło. Najpierw Beth, a potem, choć przecież 

inaczej, Joel. 

Niech cię diabli, Joel, pomyślał i walnął pięścią 

w parapet. Dlaczego wykorzystałeś naszą przyjaźń 

i poprosiłeś mnie o to właśnie zadanie? I dlaczego, do 

cholery, choć raz nie mogłeś być ostrożniejszy? 

Mówiłem ci, że mu nie ufam. Dlaczego nie słuchałeś, 

kiedy kazałem ci trzymać się od niego z daleka? 

Dlaczego na mnie nie poczekałeś? Dlaczego dałeś się 

zabić? 

Doświadczenie nauczyło go, jak bezsensowne są 

takie rozmyślania. 

Joel nie żyje, a po okresie wściekłości i smutku 

Travis znalazł pocieszenie. Nie pozostało mu nic 

innego, jak dopilnować, by człowiek odpowiedzialny 

za tę śmierć zapłacił za nią. 

I tu oczywiście znowu zaczął myśleć o Alex. 

Co powinienem zrobić? 

Było to w zasadzie pytanie retoryczne. Tak, jakby 

zastanawiał się, czy naprawić zwalony płot, kiedy 

koń już dawno uciekł. 

No, dobrze. Kochali się. Było wspaniale, nigdy 

czegoś takiego nie doświadczył i jak dziecko, które 

po raz pierwszy zakosztowało słodyczy, wcale nie 

chciał z tego rezygnować. 

Ale to nie znaczy, że mu zależy. 

No to co, że jest piękna i dowcipna, i ciepła jak 

ogień buzujący na kominku w ponury, zimowy dzień? 

Co z tego, że dała mu siebie z takim zaufaniem 

i szczerością? Co z tego, że przy niej czuł się taki 

wielki i wspaniały? Co z tego, że zawsze potrafi go 

rozchmurzyć? 

background image

Za kilka dni wróci Mac i, seks czy nie seks, Travis 

ruszy w drogę. 

Czemu więc się martwi? 

Przecież niczego nie obiecywał, wprost przeciwnie. 

Zanim oboje się zaangażowali upewnił się, czy Alex 

wie, że odejdzie. 

Znowu to słowo. Zaangażowanie. Może właśnie 

to go niepokoi, a nie obawa, że jeśli Alex kiedyś 

pozna całą prawdę i dowie się, że kłamał mówiąc, że 

jest na emeryturze, że zrobił z jej domu bazę wypa­

dową do swej zabawy w kotka i myszkę z LeC-

lairem, uzna to za nadużycie jej zaufania i będzie jej 

przykro. 

Może i nie zależało mu na niej, ale na pewno nie 

chciał sprawić jej bólu. Zasługuje na coś lepszego, co 

najmniej na szacunek i opiekę. A przede wszystkim 

na miłość. Tyle że on nie wierzy w takie rzeczy. 

Była to jednak bardzo natrętna myśl. To Alex 

sprawiła, że wrócił do marzeń, przed którymi skutecz­

nie bronił się przez tyle lat. 

Alex poruszyła się. 

- Travis? - zawołała cichym, zaspanym głosem. 

Travis rzucił ostatnie spojrzenie na gwiazdy, podszedł 

do łóżka i wśliznął się w ciepło jej ramion. 

- Mmm - zamruczała Alex obejmując go za szyję. 

- Tak jest dużo lepiej. 

Jemu też było dużo lepiej, ale nie opuszczało go 

natrętne pytanie. 

Co mam zrobić z Alex? 

Co mam zrobić z Travisem? 

Następnego dnia rano Alex szorowała nieskazitelnie 

czysty blat w kuchni i próbowała znaleźć odpowiedź 

background image

na pytanie, które zadawała sobie od świtu, od chwili, 

kiedy wysunęła się z objęć śpiącego Travisa. 

Tyle się wydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu 

czterech godzin. Czy to dopiero wczoraj zdała sobie 

sprawę ze swoich uczuć wobec Travisa? Od tej pory 

tyle się zmieniło. Ona się zmieniła. 

Od śmierci Stefana przekonywała samą siebie, że 

niepotrzebny jej ktoś, z kim mogłaby dzielić życie, że 

nie potrzebuje ani mężczyzny, ani własnych dzieci. 

Twierdziła, że cieszy ją takie życie, jakie ma. Była 

dobrą przyjaciółką, wypróbowaną sąsiadką, najlepszą 

ciocią, o jakiej dziecko może marzyć, uważała jednak, 

by nie stać się główną podporą czyjegokolwiek życia. 

A gdyby zawiodła? Gdyby popełniła błąd? 

A gdyby ten ktoś umarł? 

Przerwała szorowanie i patrzyła tępo przez okno. 

W końcu przyznała, że to jest właśnie sedno sprawy. 

Kiedy obudziła się rano, wszystko było takie oczywiste; 

ona, która tak dumna była ze swego życia po śmierci 

Stefana, po prostu samą siebie oszukiwała. 

Robiła oczywiście wszystko, co należy. Stawiła 

czoło prasie taka spokojna i pełna godności w swym 

smutku, że szybko ją porzucono na rzecz czegoś 

bardziej widowiskowego. Spokojnie sprzedała posia­

dane przez Stefana akcje i złożyła je na konto 

wspierające potrzebujących, dla siebie zachowała tylko 

skromną sumkę, rezygnując z wystawnego stylu życia. 

Jak grzeczna mała dziewczynka zrobiła magisterium, 

zdobyła pracę, kupiła dom. Stworzyła sobie życie, 

wypełniła je pracą i przyjaciółmi, mówiąc, że to 

wystarczy. 

Dobrze się czuła w tym mieszczańskim życiu. Jedyną 

ekstrawagancją, na jaką sobie pozwoliła, było ferrari. 

background image

Dopiero teraz zrozumiała, że ten szybki, zgrabny 

samochód był jedynym zewnętrznym wyrazem bardziej 

emocjonalnej strony jej natury. 

A potem Travis wręcz dosłownie wtargnął w jej życie. 

I choć wydawałoby się, że połączył ich po prostu 

zbieg okoliczności, Alex wiedziała, że to nieprawda. 

Nie musiała wieźć go do domu tamtego pierwszego 

dnia, a kiedy zachorował na wietrzną ospę, też mogła 

znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Ale od chwili, kiedy 

wskoczył do jej samochodu, jego urok był silniejszy 

niż jej obawy, niż wszystkie „gdyby tylko", które, jak 

dopiero teraz zdała sobie sprawę, prześladowały ją od 

śmierci Stefana. 

Gdyby tylko wybrali inne miejsce na miesiąc 

miodowy. Gdyby zadowoliła się herbatą, a nie chciała 

kawy. Gdyby zażądała, że pojadą parę przecznic 

dalej do ich zaprzyjaźnionego samu. Gdyby weszła 

do tego sklepu sama, gdyby weszła do niego pierwsza, 

gdyby akurat nie było tam napadu, gdyby zareagowała 

szybciej. Gdyby, gdyby, gdyby - a wszystko to było 

bez znaczenia, bo nic nie przywróci życia jej mężowi. 

Zadrżała przypomniawszy sobie twarz Stefana 

i krew, która była wszędzie. 

A teraz wszystko już skończone. 

Była jednak szczęśliwa, że Travis opuszcza Minis­

terstwo Spraw Zagranicznych. Bowiem, choć nie 

spodziewała się, że ich znajomość przekształci się 

w coś trwałego, sama myśl o tym, że każdego dnia 

staje twarzą w twarz z niebezpieczeństwem mroziła 

jej krew w żyłach. Lepiej by sypiała wiedząc, że jest 

bezpieczny. 

Jednak te wszystkie rozmyślania nie przyniosły 

odpowiedzi na pytanie, co zrobić w sprawie Travisa. 

-

background image

Czy powinna mu powiedzieć, że go kocha? Omawiała 

ten problem sama z sobą przez wiele godzin. Z jednej 

strony chciała mu powiedzieć, uważając, że zasługuje 

na to, by wiedzieć, że jest kochany, z drugiej zaś 

obawiała się, że przyniesie to więcej szkody niż pożytku. 

Nie chciała, żeby czuł się zobowiązany. Ona weszła 

w to wszystko z otwartymi oczami; on bardzo ostrożnie 

mówił o swoich poglądach i nadziejach - bądź o ich 

braku - i Alex nie chciała kłopotać go swymi 

oświadczynami. Mógł także po prostu od razu wziąć 

nogi za pas, a Alex, wiedząc jak niewiele czasu im już 

pozostało, nie chciała tracić z tego ani sekundy. 

A poza tym... 

- Dzień dobry. 

Niski, cichy głos położył kres tym dywagacjom. 

Alex spojrzała ku drzwiom i zobaczyła Travisa, 

ubranego tylko w dżinsy. 

- Cześć - odpowiedziała. Pewna, że wszystkie jej 

uczucia wobec niego wymalowane są wyraźnie na jej 

twarzy, wyjęła z szuflady sztućce i zaczęła układać je 

na stole. 

- Jesteś głodny? Chcesz już śniadanie czy może 

najpierw weźmiesz prysznic? - gadała jak najęta. 

- Myślałam, że potem moglibyśmy wybrać się na 

zakupy. Muszę... 

- Alex - przerwał jej cicho Travis. 

- Co? 

- Czy mógłbym dostać filiżankę kawy? 

Alex zamarła z widelcem w ręku. Pomyślała, że to 

nie w porządku, że potrafi wprawić ją w taki stan 

tylko dlatego, że jest nagi do pasa i ma rozwichrzone 

włosy. 

- Tak, oczywiście, już, ja... 

background image

- Sam sobie naleję - powiedział odrywając się od 

drzwi i podchodząc do stołu. 

Nalał sobie gorącego, aromatycznego płynu do 

filiżanki i oparty o blat popijał go małymi łyczkami 

patrząc na Alex. 

Była już po kąpieli, włosy miała porządnie sple­

cione, ubrana była w bladoniebieską bluzkę i białe 

spodnie. Wyglądała elegancko i „nietykalnie" . Tyl­

ko przy bliższym przyjrzeniu się widać było lekkie 

drżenie jej rąk, cienie pod oczami i lekko opuch­

nięte wargi. Nie mógł sobie odmówić prymitywnej 

satysfakcji z tych oczywistych dowodów ich noc­

nego zbliżenia. 

- No więc? Będziesz teraz jadł? - zapytała tym 

sztucznie wesołym tonem, który nagle zaczął działać 

mu na nerwy. 

Zastanawiając się, o co chodzi, Travis wzruszył 

ramionami, przeczesał ręką włosy i podszedł do stołu. 

- Dobrze, mogę zjeść. 

Usiadł przy stole, spojrzał na jedzenie - kiełbasa, 

szynka, baleron, jajka, grzanki, naleśniki, miód, dżem 

- i to wszystko w ilościach, które ocaliłyby od głodu 

co najmniej jeden kraj Trzeciego Świata. 

I to wszystko przygotowała kobieta, która zazwyczaj 

na śniadanie jada chudy jogurt lub płatki z odtłusz­

czonym mlekiem. Która kilka dni wcześniej, kiedy 

poprosił na śniadanie o pączka i kawę, nie chciała 

przyczyniać się do jego arteriosklerozy. Która uważała 

rosół z puszki za groźny dla zdrowia. Gwałtownym 

ruchem odłożył widelec. Stuk metalu o porcelanę 

zabrzmiał jak wystrzał. Spojrzał jej prosto w oczy. 

- O co chodzi? - Wpadła mu do głowy tylko jedna 

odpowiedź i poczuł dziwny skurcz w żołądku. - Czy 

background image

w końcu zdałaś sobie sprawę, że spanie ze mną było 

błędem? 

Oczy Alex na moment rozszerzyły się ze zdziwienia, 

potem usiadła obok niego i pogłaskała go po policzku. 

- Nie, to nie to - odparła cicho. - Zachowuję się 

tak, bo - przerwała i zaczerpnęła tchu - bo cię 

kocham i nie wiem, czy ci to powiedzieć, czy nie. 

Travis wiedział, że to oświadczenie właściwie nie 

powinno go dziwić. Od pierwszej chwili nie miał 

wątpliwości, że nie jest to kobieta łatwa, potwierdziła 

to jeszcze wczorajsza reakcja jej przyjaciółek z sąsiedz­

twa, a także informacje tak chętnie udzielone przez 

Brandona. Czyż gdzieś w głębi duszy nie wiedział, że 

nie byłaby tak swobodna, hojna i otwarta, gdyby nie 

była prawdziwie zaangażowana? 

Czemu więc siedzi tu i gapi się na nią tak taktownie, 

jak wyrzucony na brzeg pstrąg? Czy dlatego, że nie 

wie co powiedzieć? A może poczuł potajemną ulgę? 

Choć tego uczucia nie odwzajemnia, choć zaprzeczałby 

temu do ostatniego tchnienia, to jakaś cząstka jego 

osobowości odczuwa jednak desperackie pragnienie 

usłyszenia tych dwóch małych słów? 

Pogładził ją po ręce, zachwycony szczupłością jej 

palców. 

- Czemu się bałaś? - zapytał. 

Alex uniosła lekko brwi, zdziwiona, że o to pyta. 

- Znam twoją opinię o miłości. Nie chciałam, 

żebyś czuł się osaczony czy... zobowiązany. Nie 

chciałam, żebyś odszedł. 

- Dlaczego więc w końcu to powiedziałaś? 

Wzruszyła lekko ramionami. 

- A co miałam zrobić? Siedzieć cicho, a ty myślałbyś 

najgorsze? 

background image

Oplotła palcami jego palce i lekko ścisnęła. 

- Nie mogłam pozwolić, byś myślał to, co myślałeś, 

tylko dlatego, że boję się powiedzieć prawdę. 

Jej słowa poraziły go. Znowu mu to robiła. Czuł się 

najważniejszy na świecie słysząc, że go kocha - i jed­

nocześnie jak świnia, kiedy uświadomił sobie, że 

zaryzykowała odrzucenie i ból, by go nie urazić. 

- Alex, nie... - zaczął i przerwał. Czy ma jej 

powiedzieć? Przyznać się, że kłamał, że wcale nie jest 

na emeryturze, że choć tego nie chciał, wykorzystał ją 

i jej dom? 

Alex westchnęła i obdarzyła go uśmiechem, który 

był samą słodyczą. 

- Szsz... - powiedziała i przyłożyła sobie jego dłoń 

do policzka. - Nie musisz nic mówić. Miedzy innymi 

dlatego nie chciałam ci mówić, żebyś nie czuł się 

zobowiązany też coś powiedzieć. Zapomnijmy o tym, 

dobrze? A poza tym - jej oczy zabłysły figlarnie, 

kiedy wsunęła sobie jeden jego palec do ust i skubnęła 

leciutko - znam już tę twoją głęboką tajemnicę. Dziś 

rano poskładałam wszystko do kupy. Dlaczego mi 

nie powiedziałeś? 

Strach prawie sparaliżował Travisa. Przez zaciśnięte 

zęby wycedził tak grube przekleństwo, że Alex oblała 

się rumieńcem. 

- Travis! 

Jednocześnie poczuł także ulgę - poznała najgorszą 

prawdę i nadal jej na nim zależało. Chwycił ją mocno 

za rękę. 

- Co się stało? - zapytał, przeklinając się w duchu 

za to, że naraził ją na niebezpieczeństwo. Cholera 

jasna, przecież był taki ostrożny! - Czy ktoś tu 

dzwonił? Co ten skurczybyk powiedział? 

background image

Skąd, do diabła, LeClair ma jej numer? Travis 

wstał od stołu i zaczął nerwowo chodzić po kuchni, 

przerażony myślą, że coś złego mogło spotkać Alex. 

Zachowywał się jak uwięziona w klatce pantera. 

Alex patrzyła na niego zdziwiona, ale i rozbawiona. 

Kiedy obudziła się rano, nagle przypomniała sobie, 

że nazwisko autora „Przyszłego życia" nie pisze się 

Tracks, tylko Trax. A przecież właśnie tak podpisał 

się Travis na rysunku Brandona! Na końcu nazwiska 

jest „X" zamiast Cross*. 

A więc jego pseudonim artystyczny zawiera połowę 

liter imienia „TRA" i znak krzyża X. Pod nazwiskiem 

Trax ukrywa się Travis Cross! Kiedy to odkryła, była 

zdziwiona i zachwycona - i jeszcze bardziej się w nim 

zakochała, uświadomiwszy sobie, że choćby nie wiem 

jak się tego wypierał, samotne dzieciństwo nie po­

zbawiło go wrażliwości i optymizmu, którym dał 

wyraz w swojej książce. 

Nigdy nie przypuszczała, że Travis tak gwałtownie 

zareaguje na jej odkrycie. W przeciwnym razie nie 

powiedziałaby ani słowa. 

- Travis, nie denerwuj się. Jeśli nie chcesz, żeby 

ktoś wiedział, że to ty stworzyłeś Potwora, to tylko 

powiedz. Nie zdradzę twojej tajemnicy. 

Travis zatrzymał się w pół kroku. 

- Co? 

- Nie powiem nikomu, że to ty wymyśliłeś Potwora. 

Przysięgam. 

- O Potworze też wiesz? - rzekł Travis z niedowie­

rzaniem. 

- Czegoś tu nie rozumiem - powiedziała Alex 

* Cross po angielsku znaczy krzyż (przyp. tłum.). 

background image

patrząc na niego uważnie. - Co to znaczy „też"? 

Wiem o Potworze, kropka. 

Przecież to idealna okazja. Powiedz jej, krzyczało 

coś w Travisie. Powiedz jej wszystko. 

A jeśli będzie nim gardzić za kłamstwo? Jeśli 

przestanie na niego patrzeć z taką czułością? Jeśli 

odwróci się od niego tak, jak jego matka? 

A co będzie, jeśli go wyrzuci? Czy mu się to 

podoba, czy nie, ma zadanie do wykonania. Mac 

lada dzień będzie z powrotem i prawdopodobnie 

będą mieli dość dowodów, by załatwić LeClaira raz 

na zawsze. Głupio byłoby teraz wszystko zepsuć. 

No, dobrze, ale co powiedzieć Alex? 

Alex, nieświadomie, podsunęła mu wyjście z sytuacji. 

- Napisałeś jeszcze jakąś inną książkę? - zapytała. 

Czyż nie uznał, że to, o czym Alex nie wie, nie 

może sprawić jej przykrości? Lepiej, żeby to on 

nienawidził siebie za takie świńskie zachowanie, niż 

gdyby ona miała cierpieć. No a poza tym - robota 

przede wszystkim. A Bóg mu świadkiem, że miał 

zamiar wykonać ją jak najlepiej. 

- Tak - przyznał siadając przy stole. Ugryzł spory 

kawałek szynki i dopiero wtedy uświadomił sobie, że 

właściwie nie wie, jak Alex skojarzyła go z autorem 

„Przyszłego życia". Dokładając sobie szynki zapytał 

ją o to, a ona mu wszystko wyjaśniła. 

- ... to przez ten podpis - zakończyła. - A teraz 

powiedz mi o swojej nowej książce. Ona też jest 

o Potworze? 

- Była - odparł. Zrobiło mu się bardzo przyjemnie, 

że może dzielić się z nią swoimi kłopotami. - Zniknęła. 

- Zniknęła? 

- Wraz z moim bagażem. - Nie wiadomo, czy jego 

background image

torby zginęły gdzieś na lotnisku, czy też ktoś odebrał 

je posługując się kwitami bagażowymi skradzionymi 

wraz z portfelem, nigdy się jednak nie odnalazły. 

- Była już prawie skończona. Chciałem ją jeszcze 

tylko trochę wygładzić i stąd wysłać do wydawcy. 

Cóż, a teraz... - Wzruszył ramionami. 

Nadrabiał miną, ale widziała, jak go to boli. 

- Och, Travis. Tyle roboty... - rzekła z głębokim 

współczuciem i zanim zdążył zaprotestować, przytuliła 

go mocno do siebie. - Tak mi przykro. Ale może te 

torby jeszcze się odnajdą. A poza tym na pewno 

potrafisz wszystko odtworzyć, co? 

Jasne. Jak tylko wyleczy się z poczucia winy, które 

dzięki niej czuje. Chyba że najpierw umrze na 

śmiertelne pożądanie, pomyślał wtulając twarz w jej 

szyję. Zaczerpnął tchu, próbując się opanować. 

Pachniała jak słońce i kwiaty, z lekką domieszką 

własnego zapachu, który miał taki niesamowity wpływ 

na jego libido. 

Uległ pokusie, objął ją mocniej. 

- Travis! - zaprotestowała. 

- Alex - przedrzeźnił ją Travis. 

- Mieliśmy iść na zakupy... 

- Później - wyszeptał ssąc jej ucho. - Najpierw 

chyba odbędziemy krótką wycieczkę... na górę. 

- Och... -jęknęła Alex. 

Było to jej ostatnie słowo. Potem bardzo, bardzo 

długo nie mówiła nic. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Ze słuchawką przyciśniętą do ucha Travis czekał, 

by ktoś w ministerstwie odebrał telefon. Dopiero po 

ośmiu dzwonkach odezwał się znany mu już nosowy 

głos. 

- Ministerstwo Spraw Zagranicznych, słucham? 

- Tu Travis Cross. Chcę rozmawiać z Derwinem 

MacGregorem - powiedział tak samo jak wielokrotnie 

już w ciągu ostatnich trzech dni. Przygotowany był 

na tę samą odpowiedź - Maca wciąż nie ma. 

- Chwileczkę, już łączę. 

Po serii trzasków na linii dał się słyszeć męski głos. 

- MacGregor - warknął. 

- Cross - odwarknął Travis. 

- Cześć, stary, cudownie, że dzwonisz! - W głosie 

szefa brzmiała wyraźna radość. - Gdzie jesteś? Wczoraj 

wieczorem zaraz po powrocie zadzwoniłem do hotelu 

i podałem twój pseudonim, ale oni nigdy o tobie nie 

słyszeli. Zaniepokoiłem się. Wszystko w porządku? 

- Z początku miałem trochę kłopotów, ale o tym 

możesz przeczytać w moim raporcie - odparł Travis, 

zręcznie unikając odpowiedzi na pytanie dotyczące 

miejsca jego pobytu. - Najważniejsze jest to, czego ty 

się dowiedziałeś. 

- Księgowy LeClaira wił się jak piskorz, ale dał 

nam wszystko oprócz własnych skarpetek - oznajmił 

z wyraźną satysfakcją Mac. 

background image

- Dzięki Bogu. - Ciężar spadł Travisowi z serca, 

ale ku własnemu zdziwieniu nie odczuwał jakiejś 

szczególnej satysfakcji. 

- Michaels, ten księgowy - mówił dalej Mac 

- zachował wszystkie rachunki, te prawdziwe. Wygląda 

na to, że LeClair ma fioła na punkcie zapisywania 

wszystkiego. Kazał Michaelsowi zapisać nawet wydatki 

związane z porwaniem. - MacGregor przerwał i jego 

głos stracił wszelką jowialność. - Rozumiesz pewnie, 

że nie będziemy mogli oskarżyć LeClaira o porwanie 

chłopca ani o śmierć Joela? Przygwoździmy go tylko 

oskarżeniem o oszustwa podatkowe. 

Jeszcze miesiąc temu ta wiadomość rozwścieczyłaby 

Travisa. Po raz pierwszy od momentu, kiedy znalazł 

martwe ciało Joela, zależało mu już tylko na ukaraniu 

LeClaira, obojętnie za co i jak. 

Wyczuł, że Mac z zapartym tchem czeka na jego 

reakcję. No cóż, szef aż za dobrze zna jego charakter. 

- Skoro to jedyny sposób, to trudno - odparł 

spokojnie. 

- A niech cię cholera, Cross - odezwał się po 

chwili Mac. - Nigdy nie wiem, czego się po tobie 

spodziewać. 

- Tak, i właśnie na tym polega mój wdzięk. 

Mac skomentował tę wypowiedź zdecydowanie 

niesympatycznym odgłosem. 

- No, może. - Głos Maca był znowu poważny. 

- Czasami wydaje mi się, że pracujemy dla niewłaś­

ciwego ministerstwa. Wygląda na to, że w dzisiejszych 

czasach uchodzi na sucho porwanie obywatela obcego 

kraju czy zlecenie zabójstwa agenta federalnego, ale 

nikt nie uniknie długiego ramienia urzędu podat­

kowego. 

background image

- Tak, na to wygląda - zgodził się bez przekonania 

Travis. Popatrzył na wesołą, słoneczną, pełną roślin 

kuchnię Alex i nagle ogarnęło go niespodziewane 

poczucie straty. 

Żachnął się na to niepożądane uczucie. Przed oczami 

stanął mu jego własny dom w Connecticut, ale 

przekonywał sam siebie, że różnica polega wyłącznie 

na urządzeniu wnętrza, a jemu po prostu nigdy nie 

chciało się tym zająć. Każdy, kto spędził jakiś czas 

w wygodnym domu Alex, bardzo niechętnie by wracał 

do czterech ścian, w których stoi tylko łóżko, stolik 

karciany, trzy składane krzesła i mosiężny wieszak. 

- Hej, Cross, jesteś tam? 

Travis z przyjemnością porzucił te przygnębiające 

rozmyślania. 

- Tak, Mac, jestem. No to kiedy zaczynamy? 

- Za jakieś pół godziny mam się spotkać z chłop­

cami z urzędu podatkowego. Pewnie po południu 

będę już miał akt oskarżenia i nakaz aresztowania. 

Możesz zorganizować spotkanie z LeClairem na 

jutro? 

Jutro. Bardzo typowe. A więc aresztowanie już 

jutro. Najpierw przez całe tygodnie nic, a potem 

nagle wszystko naraz. 

- Nie ma sprawy. Ten skurczybyk tak cholernie 

chce odzyskać diamenty, że aż słyszę przez telefon, 

jak się ślini. 

- Dobra. Podaj mi swój numer, zadzwonię do 

ciebie rano, gdy tylko przyjadę do miasta. 

Travis zrozumiał, że nie ma innego wyjścia. 

- Ale nie dawaj go nikomu, Mac - ostrzegł. 

- Zatrzymałem się u przyjaciółki i... nie chcę, żeby 

miała jakieś kłopoty, rozumiesz? 

background image

MacGregor nie miał żadnych uprzedzeń do wścibs­

twa. 

- Przyjaciółka, tak? Ktoś szczególny? 

Travis nie miał ochoty na zwierzenia. 

- Nie, po prostu znajoma - skłamał. - Na pewno 

z przyjemnością pozbędzie się mnie. 

Mac nie dał się nabrać. 

- Mowa. Ile to już lat się znamy? Dziesięć? 

Dwanaście? Ty nie masz „przyjaciół". To musi być 

niezła sztuka, co? - rzekł porozumiewawczym tonem, 

ale kiedy odpowiedzią było tylko absolutne milczenie, 

szybko pojął aluzję i zmienił temat. - No, tak 

- odchrząknął.- Rozmawiałeś może ze Stellą? 

Travisa zdziwiło to pytanie. Stella była wyjątkowo 

sprawną i kompetentną sekretarką Maca. 

- Nie, myślałem, że jest z tobą. 

- Nie. Już nic nie rozumiem. Zostawiła wiadomość, 

że ma jakieś rodzinne kłopoty. Zadzwoniłem do jej 

siostry, ale ona o niczym nie wie. Niepokoję się, bo 

Stella od kilku miesięcy była jakaś dziwna... 

- Kurczę. Czy myślisz o tym samym co ja? 

- Owszem, ale mam nadzieję, że się mylę. O, 

cholera, mam rozmowę na drugiej linii. To na razie, 

zadzwonię jutro rano. Tymczasem nie rób nic, czego 

ja bym nie zrobił. 

- No to mam wiele możliwości - odparł sucho 

Travis. - Złożysz za mnie kaucję? 

Mac zaproponował coś, co było nie tylko nieprzy­

zwoite, ale także fizycznie niemożliwe. 

Travis odpłacił mu pięknym za nadobne i odłożył 

słuchawkę. 

Gapiąc się przed siebie Travis bujał się na huśtawce 

background image

na werandzie i zastanawiał, czemu rozmowa z Macem 

nastroiła go tak ponuro. 

Siedzący obok niego Brandon spojrzał na niego 

zdziwiony. 

- Wyglądasz jak burzowa chmura - powiedział. 

- No, może - burknął Travis i pomyślał, że chłopcu 

tym razem chyba przez pomyłkę udało się znaleźć 

dobre określenie. Świadomie przybrał łagodny wyraz 

twarzy. - Nie bój się, nie ugryzę. 

- Dobra - odparł po chwili namysłu mały. 

Przez dłuższą chwilę jedynym odgłosem słyszanym 

na werandzie było słabe skrzypienie huśtawki. 

- Zwariowałeś z powodu cioci Alex? - nie wytrzymał 

w końcu Brandon. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - Travis spojrzał 

na niego zdziwiony. 

Brandon wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni 

gruby, czerwony flamaster. Znalazł na nogawce swoich 

dżinsów małą dziurkę i zaczął mazać sobie po udzie. 

- Słyszałem, jak rodzice mówili - wyznał rzucając 

okiem w kierunku sąsiedniego domu, gdzie w ogro­

dzie zaszczekał jakiś pies. 

- Tak? 

- Tak - kiwnął głową Brandon. - Mama powie­

działa, że zwariowałeś z powodu cioci Alex. 1 że to 

widać w twoich oczach. - Przerwał na chwilę koloro­

wanie uda i popatrzył Travisowi w oczy. - Nie. Nic 

tam nie widzę. 

Na ustach Travisa pojawił się lekki uśmiech. Zmrużył 

oczy od słońca i wsunął na nos okulary przeciw­

słoneczne. 

- Nie zwariowałem z powodu cioci Alex. Zwariować 

na czyimś punkcie, to nie to samo, co zwariować 

background image

z czyjegoś powodu. Jeśli się kogoś bardzo lubi, to 

czasem się mówi, że się zwariowało na jego punkcie. 

- O - skomentował Brandon, powiększył dziurę 

w dżinsach i z zapałem kolorował kolejny fragment 

skóry. - Mama mówiła tacie, że ciocia Alex cię 

kocha. - Ostatnie słowo wymówił z naciskiem i spojrzał 

pytająco na Travisa. 

Nie po raz pierwszy Travis pożałował, że Sara 

i Brad Nelsonowie rozmawiają o takich rzeczach nie 

zważając na obecność dziecka. Nie miał jednak 

zwyczaju okłamywać Brandona. 

- Tak. Wydaje mi się, że tak. 

Brandon z zachwytem wpatrywał się w swe ja-

skrawoczerwone udo. 

- Więc dlaczego ty jej nie kochasz? Przecież ona 

jest super. 

- Zgadza się - przyznał Travis z pełnym przeko­

naniem. - Ale widzisz - mówił dalej, starając się 

formułować swoje myśli w sposób zrozumiały dla 

dziecka - miłość nie jest dla każdego. Twoja mama 

jest w porządku, prawda? Moja była inna. Mój tata 

umarł, kiedy byłem jeszcze młodszy od Lizabeth 

i moja mama okropnie chciała mieć męża, więc 

znowu wyszła za mąż. Małżeństwo było nieudane, 

więc spróbowała jeszcze raz. A potem jeszcze i jesz­

cze... 

- Ale to przecież normalne - wtrącił Brandon. 

- Sam tak mówiłeś w czasie treningu. 

- Co takiego mówiłem? 

- Powiedziałeś, że jak nie uda się złapać piłki, to 

nie można się poddawać, tylko próbować znowu. 

- Możliwe, ale... 

- Może twoja mama była samotna. Moja mama 

background image

też czuje się samotna, kiedy tata wyjeżdża, a przecież 

ma mnie i Lizabeth. 

Ku swemu zdziwieniu Travis dopiero w tej chwili 

zdał sobie sprawę, że nigdy nie myślał o swojej matce 

po prostu jak o kobiecie, która po śmierci męża czuła 

się samotna. Zawiodła go jako matka i nie był 

w stanie dostrzec w niej człowieka, który miał własne 

potrzeby i słabości. 

Brandon ujął go za rękę i choć jego krótkie paluszki 

nie były w stanie objąć potężnej dłoni Travisa, był to 

bardzo serdeczny gest. 

- Ona przynajmniej próbowała - podsumował 

z niebywałą logiką Brandon. - Mówiłeś, że to nieważne, 

że brat Seana jest najlepszy w drużynie licealnej, że 

liczy się to, co robi Sean. To mi się podobało, bo 

Sean zawsze się sadzi, tylko dlatego, że jego brat jest 

taki ważny, a on jest tak samo beznadziejny jak... 

- Brandon przerwał na chwilę, a potem w jego głosie 

po raz pierwszy pojawiło się wahanie. - Naprawdę 

tak myślisz? Bo czasem dorośli mówią dzieciom takie 

różne rzeczy... 

Travis zdjął okulary i potarł oczy. Czuł się trochę 

tak, jakby zderzył się z autobusem. 

- Tak - odparł wolno. - Naprawdę tak myślę. 

Wyciągnął rękę i założył swe okulary na zadarty 

nos Brandona. 

- Czeka cię wielka kariera w dyplomacji, mały. 

Masz pamięć słonia i jesteś uparty jak osioł. Na 

pewno daleko zajdziesz. 

Brandon oczywiście nie miał pojęcia, co to jest 

dyplomacja, ale z wyrazu twarzy Travisa wywnios­

kował, że to coś ważnego. 

- No więc jak? Kochasz ciocię Alex? - zapytał, 

background image

jakby chciał zademonstrować ów upór, o którym 

wspomniał Travis. 

Oczy Travisa pociemniały, pojawiło się w nich 

pożądanie i coś bliskiego czułości, kiedy przypomniał 

sobie zabawne zaczepki Alex, miękkość, która poja­

wiała się w jej oczach, kiedy na niego patrzyła, 

otwartość, z jaką oddawała mu się w łóżku, szczodrość, 

z jaką dzieliła się z nim swymi przyjaciółmi i życiem. 

Myślał o tym, jak przyjęła go do siebie, kiedy 

zachorował, o fortelach, jakich używała, by zgodził 

się na to, co dla niego najlepsze, o jej bezkrytycznej 

akceptacji tego, kim i jaki jest. 

Wciąż jednak to ciepło, jakie czuł, kiedy o niej 

myślał, nie było miłością. Travis nie wierzył w miłość. 

- Ja już nic nie rozumiem - westchnął zniecier­

pliwiony milczeniem Brandon. - Dorośli są czasami 

tacy głupi. 

- Znakomicie to ująłeś - przytaknął mu delikatny 

damski głos. Alex podeszła do nich z uśmiechem 

i usiadła obok Brandona. 

Travis zastanawiał się, jak długo Alex stała nie 

zauważona przez nich na werandzie, ile słyszała z ich 

rozmowy. Choć właściwie, znając skłonności Brandona 

do powtarzania wszystkiego co usłyszy, wcześniej czy 

później i tak dostanie pełne sprawozdanie. 

- Jak minął dzień? - zapytał, z uznaniem patrząc 

na jej elegancki granatowy lniany kostium. 

- W porządku - westchnęła Alex, z ulgą zrzucając 

z nóg pantofle. - Ciągle jednak nie mogę sobie 

poradzić z jedną klasą. Wszyscy tak źle mówią po 

angielsku, jakby to był dla nich obcy język. 

Oparła się wygodnie i wyciągnęła przed siebie nogi. 

Spódnica podjechała jej do góry odsłaniając podwiązki. 

background image

Kątem oka zauważyła, że Travis z zachwytem przy­

gląda się jej udom. Zobaczyła rumieniec na jego 

twarzy i obciągnęła spódnicę. Spokojnie. 

- A co u ciebie? 

- W porządku. - Później powie jej, że zaczął na 

nowo pisać „Przyszłe życie". Nie miał przecież nic do 

roboty. 

- Wiesz co, ciociu? - wtrącił się Brandon. - Mam 

nowe buty do baseballa, z gumowymi kulkami. 

W sobotę na meczu będę najszybszy, zobaczysz! 

- Chodzi ci chyba o kolce, Bran - poprawiła go 

delikatnie Alex. 

- Właśnie tak powiedziałem. Z pomocą Travisa na 

pewno wygramy, prawda, ciociu? 

- Na pewno. 

Travis odchrząknął i, choć jego słowa skierowane 

były do Brand ona, nie spuszczał oczu z Alex. 

- Niestety, stary, będziesz musiał sam sobie pora­

dzić. W sobotę mnie tu nie będzie. 

Uśmiech zamarł na twarzy Alex, miała wrażenie, 

że krew stanęła jej w żyłach. Całą siłą woli próbowała 

się uspokoić. 

- A co z procesem? - zapytała lekkim tonem. 

- Jutro będzie po wszystkim - odparł krótko Travis. 

Alex nie nalegała. Nie obchodziły jej szczegóły, 

chciała uciec, opanować się, uspokoić. Już kiedy 

usłyszała wymowne milczenie Travisa na pytanie 

Brand ona, czy ją kocha, było jej bardzo ciężko, 

a teraz, kiedy tak jasno powiedział, że odchodzi, 

miała wrażenie, że otrzymała cios nożem. 

- Ale ja nie chcę, żebyś wyjeżdżał! -jęknął Brandon, 

nieświadomie wtórując głosowi jej serca. 

Travis oderwał wzrok od bladej twarzy Alex 

background image

i z trudem skupił się na Brandonie. Przecież wiedziała, 

że wyjadę, pomyślał. Nigdy jej nic nie obiecywałem. 

- Rozumiem, mały, ale to nie jest mój dom. Byłem 

tu tylko z wizytą, przecież wiesz. 

I znowu, jego słowa, choć skierowane do Brandona, 

przeznaczone były dla Alex. 

Przecież wiedziałaś, że odjedzie, powtarzała sobie 

brutalną prawdę Alex. Nigdy niczego nie udawał, nie 

składał pustych obietnic. Nie niszcz tych chwil, które 

ci jeszcze zostały, zastanawianiem się nad tym, „co by 

było, gdyby". 

- Travis ma rację, Bran - udało jej się powiedzieć 

w miarę spokojnie. -I choć będzie go nam brakowało, 

jakoś damy sobie radę. A poza tym tyle was już 

nauczył, że na pewno wygracie. 

Ponad głową chłopca złote oczy Alex napotkały 

błękitne spojrzenie Travisa. Tyle w nich było niemych 

pytań, ale żadnej zadowalającej odpowiedzi. 

A kiedy w końcu oderwali od siebie wzrok, trudno 

było powiedzieć, które z nich było bardziej wstrząśnięte. 

Wieczorem poszli na kolację do małej włoskiej 

restauracyjki. Rozmawiali o polityce i religii, o pracy 

Alex i studiach Travisa w Europie. Alex wspominała 

swoje dzieciństwo w Idaho, Travis opowiedział jej, 

jak to kiedyś dla zabicia czasu stworzył Potwora, 

a Joel wysłał gotową książkę do wydawnictwa. Ku 

zdziwieniu Travisa redaktor był zachwycony i za­

proponował mu kontrakt na trzy książki. 

Alex z trudem powstrzymała się, by nie zauważyć, 

że jako pisarz może pracować - i mieszkać - właściwie 

wszędzie. 

Jej wahanie znakomicie oddawało nastrój całego 

background image

wieczora. Było bardzo miło, rozmawiali niby swobod­

nie, ale właściwie o niczym, starannie omijając to, co 

najbardziej zaprzątało myśli ich obojga - rychły wyjazd 

Travisa. 

Dopiero później, w domu, pozwolili sobie na 

ujawnienie prawdziwych uczuć. Alex, świadoma jak 

nigdy przedtem, że będzie to już ich ostatnia wspólna 

noc, nie potrafiła ukryć rozpaczy. Zarzuciła mu ręce 

na szyję, przywarła do niego, poszukała jego ust. 

- Kochaj mnie - szepnęła. Pragnęła go tak bardzo, 

a została im już tylko jedna noc. 

Travisowi wydawało się, że eksploduje, jeśli natych­

miast się nie połączą. Ich ciała rozpoczęły swą własną 

rozmowę. 

- Chcę ciebie - szeptała Alex. Jej wargi były gorące 

i naglące. 

- Mamy przed sobą noc. -Travis przymknął oczy, 

jakby chciał uciec od bólu, jaki sprawiły mu jego 

własne słowa. Niewiele to pomogło, ale tylko na tyle 

go było stać. 

Rozebrali się błyskawicznie, tylko na te kilka sekund 

przerywając pocałunek. Travis wziął ją w ramiona 

i pociągnął za sobą na łóżko. Całował delikatną 

skórę za jej uchem. 

- Smakujesz miodem - szepnął. Jej nagie ciało 

było jak chłodny jedwab. Podciągnął ją wyżej na 

siebie i spojrzał jej w oczy. - Tej nocy, kiedy się 

poznaliśmy, wyobrażałem sobie nas oboje tak leżących. 

Przytulił jej głowę do swojej piersi i gładził satynową 

skórę na jej karku. 

Z cichym okrzykiem Alex mocno przywarła do 

niego, jej ręce tańczyły oszalały taniec na jego ciele. 

- Kocham cię, Travis. 

background image

Nie mogła już dłużej powstrzymać tych słów 

płynących z głębi serca. Uniosła się lekko, obejmując 

go w pasie udami. Pieściła delikatnie jego tors. 

Zadowolenie malujące się na jego twarzy wzmagało 

jeszcze jej podniecenie. 

Travis uniósł ręce i objął jej piersi. 

- Jakie piękne - szepnął. 

Alex oblała się rumieńcem. 

- Travis... 

- Chcę być głęboko w tobie. Chcę poczuć twoje 

włosy na twarzy. Chcę ssać twoje sutki... 

Jęknęła z rozkoszy. Zesztywniała i zacisnęła mocno 

dłonie na jego ramionach. Jej piersi były tak wrażliwe, 

że kiedy przyciągnął ją do siebie i jego język zbliżył 

się do jej sutki, poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. 

Przywarła do niego całym ciałem. 

- Spokojnie, moja pani - szepnął Travis, próbując 

uspokoić i ją, i siebie. Obrysowywał wolno kontury 

jej ciała, od szyi przez piersi, szczupłą, delikatną talię, 

pełne, ale smukłe biodra. Potem jego ręce zsunęły się 

niżej i spoczęły na miękkich loczkach wieńczących jej 

uda. 

Alex jęknęła. 

- Jakie delikatne - mruczał Travis, a jego palce 

tańczyły. 

Alex wydawało się, że stoi na skraju przepaści. 

- Proszę - szepnęła błagalnie. 

Połączyli się więc. 

- Alex. - Travis znieruchomiał na chwilę i dotknął 

jej policzka. - Spójrz na mnie. 

Spojrzała na niego zachwycona, malujące się na 

jego twarzy pożądanie oszołomiło ją. 

Nie odrywając od niego wzroku poruszała się wolno 

background image

i delikatnie, odchodząc i wracając. Uwielbiała go 

dłońmi, ciałem, ustami. A potem byli już jednym. 

Dużo później, kiedy Travis przytulił się do niej 

i zasnął, Alex leżała nieruchomo i wsłuchiwała się 

w jego równy, mocny oddech. 

Przecież zostanie mi wspomnienie tej nocy, pocie­

szała się. 

To mi będzie musiało wystarczyć. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Było jeszcze ciemno, kiedy obudził ją telefon. 

Półprzytomnie podała słuchawkę Travisowi i słu­

chała krótkiej, zdawkowej rozmowy, zbyt zaspana, 

by zorientować się o co chodzi. Myśląc, że ma to 

związek z mającym się odbyć tego dnia procesem, 

pozwoliła mu wziąć swój samochód i zasnęła znowu. 

Kiedy po paru godzinach obudziła się, Travisa nie 

było. 

Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie odszedł 

na dobre - przynajmniej na razie. Leżała w łóżku 

i przyglądała się przesuwającym się po niebie chmurom. 

Wyglądało na to, że i pogoda dostroiła się do jej 

nastroju. 

Nie mogła uwierzyć, że Travis naprawdę odejdzie. 

Ale tak będzie. W ciągu najbliższych dwudziestu 

czterech godzin wsiądzie w samolot i poleci. 

Oczywiście, przekonywała samą siebie, nie jest to 

jeszcze koniec świata. Da sobie radę. Z początku na 

pewno będzie trudno, ale za parę tygodni albo miesięcy 

- albo lat - smutek rozstania przyblaknie i znów 

będzie patrzeć na świat z radością. 

Ciekawe, odezwał się gdzieś w niej jakiś nieśmiały 

głos, czy to będzie tego samego dnia, kiedy na wierzbie 

pojawią się gruszki? Albo kiedy Brandon przestanie 

zadawać pytania? A może, kiedy DeeDee przestanie 

interesować się mężczyznami? 

background image

Nagle zachciało jej się płakać. 

Postanowiła jednak nie użalać się nad sobą, wstała 

z łóżka, wciągnęła jakieś stare dżinsy, bluzę i zabrała 

się do porządków. O jedenastej cały dom błyszczał, 

a Alex właśnie kończyła składać świeżo uprane 

ubrania Travisa. Znów rozmarzyła się na chwilę, 

wygładzając nie istniejące załamania na jakiejś jego 

koszulce. Dzwonek telefonu powitała jak wybawie­

nie. 

Pobiegła do kuchni z nadzieją, że to może być Travis. 

- Halo? 

Niestety. 

- Alex? Cześć, tu Sara. Co słychać? 

Bardzo zasadniczy ton, jaki przybrała tego ranka 

jej przyjaciółka, był najlepszym dowodem, że Brandon 

poinformował ją o wyjeździe Travisa. 

- Wszystko dobrze. Travis musiał coś załatwić 

w Seattle, więc korzystam z okazji i nadrabiam 

zaległości w robieniu porządków. 

- A więc naprawdę wyjeżdża? - spytała ze współ­

czuciem Sara. 

- Tak - odparła Alex wesołym głosem, który jednak 

był tak fałszywy jak trzydolarowy banknot. - Praw­

dopodobnie dziś po południu. 

Sara oczywiście nie dała się nabrać. 

- Posłuchaj, Alex. Czy nigdy nie wpadło ci do 

głowy, że mogłabyś go poprosić, żeby został? Trzeba 

być ślepym, żeby nie zauważyć, że jest w tobie 

zakochany. 

- Saro... 

Sara nie zwróciła uwagi na ten protest. 

- Powiedz mu, że przez niego nie będziesz już 

chciała patrzeć na innych mężczyzn. Powiedz, że to 

background image

okrutne z jego strony zostawiać cię taką napaloną. 

Powiedz mu cokolwiek, na miłość boską, ale nie 

pozwól mu odejść. Widzę, że chcesz być męczennicą, 

ale kto cię będzie grzał w nocy? 

Alex wiedziała, że Sara chce dobrze, ale to było już 

więcej niż była w stanie znieść. 

- Czy po to tylko dzwonisz? Bo jeśli tak, to mam 

kupę roboty... 

- Ale pomyślisz o tym, co? 

A niby co robi od tylu dni? 

- Obiecujesz? 

- Dobrze - zgodziła się Alex. 

Sara zawsze wiedziała, kiedy należy zostawić sprawy 

ich własnemu biegowi. 

- Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Oczywiście 

wiem, że jesteś teraz bardzo zajęta, ale czy mogłabyś 

przez jakąś godzinę popilnować Brandona i Lizabeth? 

Muszę skoczyć do pralni i rozejrzeć się za jakimiś 

pantoflami na to przyjęcie w biurze Brada. 

- Jasne - zgodziła się bez wahania Alex. Przy 

Brandonie i Lizabeth na pewno nie będzie mogła 

sobie pozwolić na sentymenty. - Mam przyjść do 

was, czy też podrzucisz ich tutaj? 

- Dzięki - rzekła z wdzięcznością Sara - ale nie 

ma mowy, żebyś tu przychodziła. Mogłabyś zmienić 

zdanie, bo dom wygląda jak po przejściu tornado. 

Przyjdziemy, gdy tylko Brandon wróci z przed­

szkola. 

- No to do zobaczenia. 

Następne pół godziny Alex spędziła piekąc po­

dwójną porcję czekoladowych ciasteczek. Akurat 

skończyła, kiedy zapukano do drzwi i zjawiła się Sara 

z dziećmi. 

background image

- Cześć - powitała ich wesoło Alex. 

- Kiedy wrócę, nie będziesz już taka wesoła 

- zapewniła ją Sara. 

- Myślisz? - Alex patrzyła, jak Brandon, udając 

bombowiec, z rykiem ruszył w kierunku kuchni, 

dokąd przyciągnął go zapach stygnących na blacie 

ciastek. Lizabeth podreptała za nim. 

- Jeśli naprawdę istnieje reinkarnacja, to w przy­

szłym życiu rezygnuję z dzieci i zajmę się wspaniałą 

karierą zawodową - powiedziała Sara. 

Alex zaśmiała się i lekko popchnęła Sarę ku 

drzwiom. 

- No, w drogę. Załatw sprawy, a potem strzel 

sobie podwójną kawę. Porządna dawka kofeiny 

poprawi ci humor. 

- Dzięki, Alex - odparła Sara. - Ale nie mów, że 

cię nie ostrzegałam - dodała już w ogrodzie. 

Alex szybko zrozumiała, o co jej chodziło. Lizabeth, 

która właściwie nigdy nie płakała, tym razem, kiedy 

zorientowała się, że Sara wyszła, uderzyła w płacz, 

a potem nie odstępowała Alex nawet na krok. Brandon, 

który zazwyczaj znakomicie zajmował się sam sobą, 

tym razem chyba postanowił odgrywać rolę Wielkiego 

Inkwizytora. 

- Co robisz? - zapytał idąc za Alex na górę. 

- Przygotowuję rzeczy do pakowania - odparła 

stawiając Lizabeth na ziemi. 

- Co, jedziesz na wycieczkę? Tata też wyjechał do 

San Franciszko. 

- Do San Francisco, Bran - Alex nie mogła 

powstrzymać śmiechu. 

- Właśnie. Więc dokąd jedziesz? 

- Ja nigdzie. To Travis przecież wyjeżdża. 

background image

- A dlaczego nie może zostać na nasz jutrzejszy 

mecz? 

Alex z trudem panowała nad swoim głosem. 

- Po prostu nie może. Musi wracać do Connecticut. 

- Ale dlaczego? 

- Bo tam mieszka. Mówił ci, że ma konia i krowę 

i kozy, prawda? Musi się nimi zająć. 

- Myślisz, że za nim tęsknią? Dlaczego nie mogą 

przyjechać tutaj? Czy przywiezie je, jak będzie 

wracał? 

A ten ciągle swoje. 

- Zrozum wreszcie, Brandon, że Travis nie wróci. 

- Dlaczego? 

- Bo to nie jest jego dom. Mieszka w Connecticut 

ze swoimi kozami. 

- To ty już nie chcesz, ciociu, żeby on z tobą 

mieszkał? 

- Oczywiście, że tak, Brandon, ale nawet dorośli 

nie zawsze mają to, czego chcą. 

- Dlaczego? 

- Bo mają różne obowiązki, na przykład dom 

i pracę i rodzinę. To przede wszystkim muszą brać 

pod uwagę. 

- Nie rozumiem - odparł Brandon. - Myślałem, że 

Travis jest teraz twoją rodziną. Przecież nie masz 

nikogo - dodał z typowym dla dzieci, choć nie 

zamierzonym okrucieństwem. 

- Rzeczywiście - zgodziła się Alex. Lizabeth na 

szczęście przysnęła na dywanie, więc cicho wyprowa­

dziła Brandona z sypialni i przymknęła drzwi. 

- Dorośli są czasami tacy głupi - zauważył Brandon 

idąc krok w krok za nią. - Gdzie idziesz? 

- Na strych. 

background image

- O, to wspaniale! 

- Nie ma mowy, Brandon. Zostań na dole. Lizabeth 

może się obudzić. 

- Ale ja chcę zobaczyć. 

- Brandon! 

- Proszę! 

- Musisz pilnować siostry. Umówmy się na przyszły 

tydzień. Będziemy sami i urządzimy sobie wyprawę 

na strych. 

- Naprawdę? - ucieszył się Brandon. 

- Przyrzekam. 

- Scan zzielenieje z zazdrości. Nie pozwolisz mu 

przyjść, prawda? Obiecaj! 

- Obiecuję. 

Alex znalazła na strychu walizkę, której szukała 

i ledwo zdążyła znieść ją na piętro, kiedy usłyszała 

cichy płacz Lizabeth. 

- Cholera jasna! 

- Po co ci ten grat? - zapytał stojący na podeście 

Brandon. 

- Travis włoży tu swoje rzeczy, ale najpierw muszę 

znieść ją na dół i umyć. 

- Ja to mogę zrobić. Mama mówi, że jestem bardzo 

silny. Często jej pomagam. - Spróbował unieść 

zakurzoną walizkę, ale aż ugiął się pod jej ciężarem. 

- Nie wątpię, ale to jest na pewno za ciężkie. Pełno 

tam starego sprzętu wędkarskiego mojego brata. 

Chwyciła walizkę i w tej samej chwili zadzwonił 

telefon. 

- Jeszcze tego brakowało - jęknęła Alex. - Od­

bierzesz? - zapytała wskazując Brandonowi pokój, 

w którym mieszkał Travis. 

- Jasne! - ucieszył się chłopiec i wbiegł do pokoju. 

background image

- To do Travisa! - wrzasnął po chwili. - Mam 

powiedzieć, że go nie ma? 

Alex odstawiła walizkę i weszła do pokoju, myśląc, 

że ten ktoś po drugiej stronie i tak wszystko słyszał. 

- Halo? 

- Cross jeszcze nie wrócił? - zapytał ponury męski 

głos. 

- Nie, jeszcze nie. Czy coś mu przekazać? 

- Pani jest pewnie tą jego przyjaciółką. - Ostatnie 

słowo wymówił z lekkim, trochę wymownym nacis­

kiem. - Mówi jego szef, Derwin MacGregor. Właśnie 

wyjeżdżamy, ale chciałem mu jeszcze pogratulować 

znakomitej roboty. LeClair wścieka się na samo 

wspomnienie tego kitu, który Travis mu wcisnął. Wie 

pani, o tym, że niby jest już na emeryturze i chce 

swojej działki za zwrot diamentów. A fagasy LeClaira 

już śpiewają jak skowronki. 

Więc proszę powiedzieć Crossowi, że znakomicie 

to rozegrał. I dziękuję pani za opiekę nad nim. 

LeClair zatrudnił połowę wszystkich lumpów w Seattle, 

żeby szukali Travisa, ale nikomu nie wpadło do 

głowy zajrzeć na przedmieście. Dzięki Bogu, że 

niektórzy ludzie są tacy głupi.- Przerwał na chwilę, 

jakby nasłuchiwał. - Właśnie zapowiadają mój lot. 

Proszę powiedzieć Crossowi, że oczekuję go w Waszyn­

gtonie najpóźniej w poniedziałek. Mam dla niego 

ważną robotę w Grecji. I jeszcze coś. Proszę mu 

powiedzieć, że znaleźliśmy źródło przecieku. To była 

Stella, później mu wyjaśnię. Muszę już lecieć - zakoń­

czył i odłożył słuchawkę. 

Alex wydawało się, że zaraz zemdleje. Usiadła na 

łóżku, nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze wrzaski 

Lizabeth. 

background image

Nie była w stanie się ruszyć. Była zdruzgotana. 

Czuła się oszukana i zdradzona. Słowa MacGregora 

wciąż jeszcze brzmiały w jej uszach. 

Znakomita robota. Kit. Znakomicie to rozegrał. 

Połowa lumpów Seattlc. Niektórzy ludzie są głupi. 

Czy więc wszystko było jednym wielkim kłamstwem? 

Częścią jego pracy? Czy była dla niego tylko po 

prostu bezpiecznym portem na czas burzy, dobrą 

kryjówką, jakąś chwilową odmianą? 

Nigdy niczego jej nie obiecywał, to prawda. Nie 

mówił, że mu na niej zależy i takich tam. Wiedziała 

też, że nigdy nie naraziłby jej na niebezpieczeństwo. 

Albo przynajmniej tak jej się wydawało. 

A teraz nie była już pewna niczego. 

- Ciociu! - Nagle uświadomiła sobie, że zaniepo­

kojony Brandon szarpie ją za rękę. - Ciociu! Lizabeth 

strasznie się wydziera. Nie pójdziesz do niej? 

Niepokój w jego głosie wyrwał ją z odrętwienia. 

- Tak, chyba muszę. Idziesz ze mną? - zapytała 

widząc, że Brandon się nie rusza. 

- Nie, nie znoszę, kiedy Liza się drze. Bębenki mi 

pękają. 

Ledwo udało się jej trochę uspokoić Lizabeth, 

kiedy zza drzwi dobiegł ją jakiś głuchy stuk. Potem 

nastąpiła seria pełnych przerażenia okrzyków i kolejne 

stuki. Cisza, jaka potem zapanowała, była niesamowita 

i złowróżbna. 

Czuła, jakby jakaś ogromna ręka zaciskała się jej 

na gardle. Tuląc do siebie Lizabeth, Alex wybiegła 

z pokoju. Zatrzymała się na podeście schodów 

i spojrzała w dół. 

Na dolnym podeście leżał bez ruchu Brandon, 

przywalony ciężką walizką. Alex czuła, jak wali jej 

background image

serce, wydawało jej się, że za chwilę zemdleje. Było jej 

niedobrze. 

Dopiero kiedy Lizabeth zauważyła Brandona i za­

częła cicho popłakiwać, Alex udało się jakoś opanować. 

Wciąż trzymając małą w ramionach zbiegła błys­

kawicznie na dół. Uniosła ciężką walizę, jakby to 

było piórko, i odrzuciła ją na bok. Potem opadła na 

kolana obok nieruchomego chłopca. 

Drżącą ręką próbowała wymacać mu puls, drugą 

delikatnie szukała jakiegoś guza czy rany na jego 

głowie. 

Dwie rzeczy zdarzyły się prawie równocześnie. 

Kiedy Alex wsunęła dłoń pod głowę Brandona, 

poczuła coś ciepłego i lepkiego. Wyciągnęła rękę 

i zobaczyła, że cała pokryta jest krwią. W tej samej 

chwili, kiedy patrzyła z przerażeniem na swoje palce, 

uświadomiła sobie, że nie jest w stanie wyczuć pulsu 

dziecka. 

Pokój zawirował jej przed oczami. Było jej na 

przemian zimno, to znów gorąco. Nie mogła złapać 

tchu. Nie mogła myśleć. Nie chciała myśleć. 

W całej tej scenie było coś przerażająco znajomego. 

Zamglonymi oczami patrzyła na wyciągnięte na 

podłodze nieruchome ciało, ale nie widziała już 

Brandona. 

Widziała Stefana. Przed chwilą był wesoły i roze­

śmiany, a zaraz potem... Zaraz potem leżał bez życia 

na podłodze sklepu, w kałuży krwi, z dziurą w karku. 

Alex wepchnęła do ust pięść, by nie krzyczeć, 

potem złapała Lizabeth na ręce i wybiegła z domu. 

Wiele godzin później Travis odnalazł ją w szpitalu. 

Siedziała na krześle w poczekalni izby przyjęć 

background image

i patrzyła, jak zbliża sie ku niej swym spokojnym, 

zdecydowanym krokiem. 

Targały nią sprzeczne uczucia. 

Kocham cię, Travis, chciała mu powiedzieć. 

„Znakomita robota", przypomniała sobie słowa 

MacGregora, a także dwulicowość Travisa. 

Nie podjęła jeszcze żadnej decyzji, kiedy Travis był 

już przy niej i trzymał ją w ramionach. 

- Bogu dzięki - szepnął jej do ucha z uczuciem, 

którego jednak nie było na jego twarzy. - My­

ślałem, że zwariuję z przerażenia, kiedy wróciłem 

do domu i Connie powiedziała mi, że jesteś w szpi­

talu. 

Przez malutką chwilę Alex cieszyła się, że Travis 

mówił o powrocie „do domu" i zapomniała o roz­

mowie z MacGregorem. Wtuliła się w niego - jego 

siła dodawała jej sił, ciepło jego ciała ogrzewało 

ją, równe bicie serca uspokajało. Dopiero później 

spróbowała wyswobodzić się z jego uścisku, ale 

ręce obejmujące ją w pasie były nieruchome jak 

granit. 

- Nie powiedziała ci, że to Brandon miał wypadek? 

- Nie czekałem na wyjaśnienia. Dopiero tu spot­

kałem Sarę i powiedziała mi, co się stało. 

Alex zadrżała mimowolnie, przypominając sobie 

wydarzenia ostatnich paru godzin. 

Travis wyczuł jej drżenie i przytulił mocniej, 

przypominając sobie równocześnie to, co powiedziała 

mu Sara o tym, jak zginął Stefan Zbresky. 

- Wyjdźmy stąd - powiedział kierując ją ku 

drzwiom. 

- A co z Brandonem? - zaprotestowała. 

- Nic mu nie będzie. Lekarz mówi, że praw-

background image

dopodobnie nawet nie będzie musiał tu zostać na 

noc. I Brad już jest w drodze. 

Ciągnąc i popychając prowadził ją w kierunku 

ferrari, nieprawidłowo zaparkowanego na wprost 

wejścia. Dopiero kiedy posadził ją na siedzeniu, 

zwrócił uwagę na jej wygląd. Włosy, zazwyczaj tak 

porządnie uczesane, wyglądały jakby spędziła ostat­

nią godzinę na silnym wietrze, jej sprane dżinsy 

i rozciągnięta, stara bluza były całe w rdzawoczer-

wone plamy, które, jak się domyślił, powstały z krwi 

Brandona. 

- O nic się nie martw - mówił siadając za kierow­

nicą. - Kilka szwów i lekki wstrząs mózgu to bardzo 

niewiele, jak na taki upadek. 

- Chyba tak - zgodziła się niezbyt przekonana Alex. 

- Nie chyba, tylko na pewno - poprawił ją 

delikatnie. - Jestem z ciebie dumny. Nie ruszyłaś 

Brandona, tylko zadzwoniłaś po pogotowie, ściągnęłaś 

Connie, żeby zajęła się Lizabeth i kazałaś Sarze 

jechać do szpitala. Na pewno byłaś przerażona, ale 

wszystko zrobiłaś jak trzeba. 

- Z początku trochę straciłam głowę - przyznała 

z zażenowanym uśmiechem Alex. - Myślałam, że 

Brandon nie żyje i... i wybiegłam z domu, ale wtedy 

uświadomiłam sobie, że uciekam od czegoś, co zdarzyło 

się dawno temu. 

- No, może, ale w końcu jednak nie uciekłaś. 

Kiedy w przelocie, w korytarzu, Sara opowiedziała 

mu, jak wspaniale - mimo tragicznych wspomnień 

- zachowała się Alex po wypadku Brandona, coś 

zaskoczyło w jego pamięci. Przypomniał sobie okolicz­

ności śmierci Stefana Zbresky'ego i zdjęcie, które 

jakiś fotograf amator zrobił tuż po strzelaninie - na 

background image

zdjęciu Alex przyciskała do piersi poranione ciało 

męża. Walczyły w nim sprzeczne uczucia. Z jednej 

strony głęboko współczuł Alex, z drugiej był na nią 

wściekły. Dlaczego mu nie powiedziała? Dlaczego 

zataiła przed nim tak ważny fakt ze swojego życia? 

Przypomniał sobie ich rozmowę. Mówił: Możesz 

sobie siedzieć bezpiecznie na swoim cichym przed­

mieściu i udawać, że jest inaczej, ale w prawdziwym 

świecie pełno jest przemocy, uwierz mi, AIex. 

Wówczas powiedziała: Tak uważasz, Travis? Sądzisz, 

że żyję nieświadoma tego, co dzieje się w twoim 

„prawdziwym" świecie? 

Wzdrygnął się, przypomniawszy sobie swój protek­

cjonalny ton, jakim wówczas do niej mówił. Nieumy­

ślnie, ale jednak. 

- A więc ucięliście sobie z Sarą rozmówkę - po­

wiedziała Alex, raczej niezadowolona, że omawiali jej 

zachowanie. 

- Owszem. Dlaczego mi nie powiedziałaś? - zapytał 

z wyrzutem. 

- O czym? 

- O Stefanie - odparł prosto z mostu. 

Alex zesztywniała. 

- Umarł. Czy to nie wystarczy? 

Czuła, że za chwilę przestanie nad sobą panować. 

Travis zbyt zajęty był próbą opanowania własnych 

emocji, by to zauważyć. 

- Cholera jasna, nie! - krzyknął i, wbrew swoim 

zasadom, nacisnął pedał i przekroczył setkę. - Po­

zwoliłaś, bym wierzył, że był ofiarą wypadku, nic nie 

mówiłaś, że zastrzelił go jakiś gnojek podczas napadu. 

Każde jego słowo było dla niej jak uderzenie 

młotkiem. 

background image

- Stefan nie żyje - powiedziała, z trudem po­

wstrzymując się od nakazania mu, by zostawił ją 

w spokoju. - Czego ty chciałeś? Żebym ci opowiedziała, 

jak czwartego dnia miodowego miesiąca widziałam, 

jak ktoś strzelił mojemu mężowi w głowę? Chcesz 

szczegółów? Mam ci powiedzieć, że siła strzału rzuciła 

go w moje ramiona? Że umarł natychmiast? Że byłam 

cała w jego krwi i że śniło mi się to po nocach przez 

wiele tygodni, miesięcy, lat? To było dawno. Nie 

mówmy o tym, Travis. 

Travis nie potrafił. Sama myśl o tym, co przeszła, 

doprowadzała go do szaleństwa. 

- Nie o to chodzi, Alex - powiedział i z piskiem 

opon zajechał na podjazd pod jej domem. - Dobrze 

wiesz, że nie chodziło mi o szczegóły. Chciałem tylko, 

żebyś powiedziała mi prawdę. 

- Prawdę? - To słowo akurat w jego ustach 

zabrzmiało jak gorzki żart. - Jeśli mamy rozmawiać 

o prawdzie, agencie Cross, to może zaczniemy od 

ciebie. Dzwonił do ciebie niejaki MacGregor. Prosił, 

żeby ci pogratulować znakomitej roboty w sprawie 

LeClaira. Ma dla ciebie nowe zadanie, chyba w Grecji. 

I mówił jeszcze, jak to dobrze, że niektórzy ludzie są 

głupi. Miał chyba na myśli przestępców, ale może 

i mnie! 

Wysiadła z samochodu, z trudem powstrzymując 

się, by nie trzasnąć drzwiami. 

Travis też wysiadł, ale bynajmniej nie starał się 

panować nad swoimi emocjami. Omal nie wyrwał 

drzwi z zawiasów. 

- Wcale nie jesteś głupia! - krzyknął. 

- Nie? To dlaczego wierzyłam w te wszystkie twoje 

kłamstwa? 

background image

- Wcale nie kłamałem. Po prostu nie mówiłem ci 

wszystkiego. Miałem zadanie do wykonania i co 

miałem powiedzieć? Przepraszam, czy mogę skorzystać 

z twojego telefonu? Przepraszam, ale mam pewne 

porachunki z facetem, który zabił mojego przyjaciela. 

Ciekawe, co byś na to powiedziała? 

- O mój drogi, ty chyba miałeś nie tylko wietrzną 

ospę, ale i amnezję. Czy nie mówiłeś mi, że przechodzisz 

na emeryturę? 

Travis z wściekłością walnął pięścią w dach samo­

chodu. 

- No dobrze! Po prostu pozwoliłem ci wierzyć 

w to, co chciałaś. Tak było prościej... 

- Dla kogo? - przerwała mu. - Dla mnie, czy dla 

ciebie? Ufałam ci. Nigdy bym się w tobie nie zakochała, 

gdybym wiedziała, że wcale nie wycofałeś się z tej 

roboty! 

Było to oczywiste kłamstwo. Alex sama w nie nie 

wierzyła - nic nie mogło powstrzymać jej miłości do 

niego. Jednak wydarzenia ostatnich godzin nie minęły 

bez śladu. Kiedy tylko przymykała oczy, widziała 

najpierw leżącego nieruchomo Stefana, a potem 

Brandona. Nie trzeba było specjalnej wyobraźni, by 

zobaczyć w takiej samej sytuacji także Travisa. 

- Jednego męża już mi załatwił jakiś zbir z pi­

stoletem! Nie zniosłabym, gdyby to samo przydarzyło 

się drugiemu. 

- Więc kto cię prosi! - warknął i za chwilę 

pożałował tych słów widząc łzy spływające jej po 

policzkach. 

Cholera! To wszystko jego wina! To on zniszczył 

jej miły, uporządkowany świat. Przypomniał sobie, 

jak wyglądała tego dnia, kiedy się poznali. Była taka 

background image

spokojna, pewna siebie, opanowana. A teraz miał 

przed sobą bladą, rozdygotaną, zupełnie inną osobę. 

- Nie jestem mężczyzną dla ciebie, Alex - powie­

dział, próbując przekonać ją o czymś, o czym sam 

wiedział od dawna. - Zasługujesz na kogoś, kto umie 

marzyć o przyszłości. Ja zrezygnowałem z tego już 

dawno temu. 

- Kłamiesz, Travis, i najsmutniejsze jest to, że 

sam w to wierzysz. Jest w tobie dwóch ludzi. 

Jeden z nich uczył Brand ona grać w baseball, 

stworzył Potwora, mówił dzieciom, że przyszłość 

należy do ludzi dobrych. Dzięki tobie znowu po­

czułam się kobietą. Jest w tobie taki człowiek, 

prawda? 

Najbardziej ze wszystkiego na świecie pragnął jej 

wierzyć, ale długie, puste lata samotności nie minęły 

bez śladu. Naprawdę nie jest dla niej odpowiednim 

mężczyzną. Ona jest słońcem, kwiatem i marzeniem, 

a on - deszczem w zimny, ponury dzień, łzami. 

Dlaczego ona tego nie widzi? 

- O co ci chodzi, Alex? - wybuchnął. - Chcesz 

mnie, ale nie chcesz mojej pracy, tak? No więc 

przyjmij do wiadomości, że to transakcja wiązana. 

Jeśli chcesz mnie, będziesz miała także moją pracę, 

i nie mogę ci zagwarantować, że pewnego dnia nie 

przyniosą mnie w trumience. 

Ta ostatnia okrutna uwaga sprawiła, że z twarzy 

Alex odpłynęła reszta krwi. Bezwiednie zrobiła krok 

do tyłu. 

- Nie - szepnęła. - Proszę. 

- To nie mów do mnie o miłości, moja pani 

- powiedział zimno. - Nic od ciebie nie chcę. Dam 

sobie znakomicie radę sam. 

background image

Travis z bólem obserwował reakcję Alex na te 

słowa. Wiedział, że pozbawia ją nadziei, ale wiedział 

też, że musi to zrobić. 

- Alex... 

Czy naprawdę wymówił jej imię, czy tylko je 

pomyślał? Nie zdając sobie nawet sprawy z tego co 

robi, wyciągnął ku niej ramiona, ale Alex odsunęła się. 

- Przepraszam - szepnęła ocierając z twarzy łzy. 

Bezwiednie wytarła rękę o poplamione krwią dżinsy 

i wbiegła do domu. 

Travis nie zdążył jej powstrzymać. Porażony własną 

bezsilnością walił znowu pięścią w dach samochodu. 

Ból, jaki odczuwał był niczym w porównaniu z tym, 

jaki czuł w sercu. Co jest, do cholery! A czego się 

spodziewał? Czyż nie wiedział od początku, że się dla 

niej nie nadaje, że ona nie zasługuje na kłopoty, jakie 

wniósłby w jej życie? 

Czyż nie powiedział Alex, że nie jest stworzony do 

długiego i szczęśliwego życia w małżeństwie? 

No więc o co chodzi? Czyż nie przeżył trzydziestu 

lat samotnie? Da sobie radę z kolejnymi trzydziestoma. 

Wcale nie potrzebuje ciepłego, rodzinnego domu ani 

tych trochę zwariowanych sąsiadów, ani żadnego 

gadatliwego dzieciaka z dużą wyobraźnią. Nie po­

trzebuje też tej serdecznej, pięknej blondynki, która 

jeździ jak wariatka, a kocha się jak anioł. 

Przekonując się w kółko o trafności własnej decyzji, 

Travis wskoczył za kierownicę ferrari i z piskiem 

opon odjechał. Czuł w środku jakąś dziwną pustkę 

i wiedział, że to dlatego, że zostawił za sobą własne 
serce. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Travis zamknął za sobą drzwi swego domu w Con­

necticut i z torbą przewieszoną przez ramię ruszył 

przez podwórze w kierunku starej, zdezelowanej 

furgonetki. Bardziej z przyzwyczajenia niż z sentymentu 

rzucił przez ramię ostatnie spojrzenie na swą skromną, 

małą farmę. 

Przez czas jego pobytu w Seattle, a potem w Grecji, 

nic się tu nie zmieniło. Było czysto i porządnie, ale 

stajnia aż się prosiła o nowy dach, płot tu i ówdzie 

wymagał naprawy, a sam dom od lat był nie malowany. 

Teraz nie jest to już mój kłopot, pomyślał bez 

najmniejszego żalu. Z westchnieniem ruszył ku małej 

zagrodzie, chciał pożegnać się z Bonzo. 

Nachylił się, by pogłaskać głowę małego, czarnego 

kozła. Nie zdążył cofnąć ręki. Drobne zęby zwierzęcia 

uderzyły lekko o jego dłoń. 

- Lepiej uważaj, stary - ostrzegł Travis kozła. 

- Do dziś Jack był tylko kimś, komu płaciłem, by się 

tobą opiekował. Teraz jest twoim właścicielem i mogą 

mu się wcale nie podobać twoje sztuczki. Może cię 

przerobić na walizkę. 

Bonzo wydał dźwięk podejrzanie podobny do 

śmiechu i odszedł machając ogonem. 

Travis popatrzył na ślady drobnych zębów bielejące 

na jego brązowej ręce. Był bardzo opalony, no, ale 

przecież wrócił z Aten. Było tam nie tylko gorąco, ale 

background image

i nudno. Miał dużo czasu na myślenie. A już pierwszego 

dnia wiedział, że popełnił poważny błąd. 

Uświadomił sobie coś, o czym w nawale wydarzeń 

ostatnich miesięcy nie myślał. Miał dosyć swojej 

pracy. Jeszcze przed śmiercią Joela widział jej bez­

nadziejność i niebezpieczeństwa, gdzieś głęboko tliła 

się w nim maleńka tęsknota za zwykłym szczęściem 

i spokojem. 

Zaczął więc pisać „Przyszłe życie". Jak słusznie 

zauważyła Alex, stało się to jego drugim zajęciem, 

dzięki któremu mógł pozwolić sobie na nadzieję 

i marzenia, było jego ucieczką przed samotnością. 

Kiedy wydawnictwo przyjęło książkę, zaczął myśleć 

o opuszczeniu ministerstwa na dobre. 

A potem zabito Joela i tak go opanowała żądza 

zemsty, że wszystko inne przestało się liczyć - dopóki 

nie ocaliła go Alex, nie zburzyła wszystkich murów, 

jakie wokół siebie zbudował, gotowa wszystko mu 

wybaczyć - nawet to, że nadużył jej zaufania. 

A on po prostu się przestraszył. Nie tego, że nie 

potrafi być takim mężczyzną, jakiego widziała w nim 

Alex. Przy niej był takim mężczyzną. Nie, najbardziej 

bał się tego, że Alex go opuści, tak jak ojciec, matka 

i Joel. 

Poczuł znajomy skurcz w żołądku. Przez ostatnie 

kilka tygodni nie było takiej godziny, w której by nie 

pomyślał o ich ostatnim spotkaniu. Jechał na lotnisko 

jak szalony, po drodze zostawił jej auto w garażu 

i odleciał najbliższym samolotem do Waszyngtonu. 

Przez następne dwadzieścia cztery godziny działał jak 

automat. W stolicy zgłosił się do ministerstwa, odebrał 

paszport, pieniądze i instrukcje i wkrótce już cieszył 

się wątpliwym dobrodziejstwem upalnej, greckiej 

background image

pogody, próbując ocalić od śmierci pewnego pracow­

nika ambasady, który wdał się w romans z żoną 

innego pracownika ambasady. 

Wciąż jednak uparcie powracało do niego wspo­

mnienie Alex i myśl, że ją zawiódł. Nie zdążył jej 

powiedzieć, ile dla niego znaczy. Bo gdzieś pomiędzy 

wietrzną ospą i rosołem, między „murałami" a „San 

Franciszko" zakochał się w niej, a potem tak głupio 

uciekł. 

Alex nauczyła go jednak, że błąd można naprawić, 

a zaufanie odzyskać. W ciągu tych ostatnich tygodni 

tylko w tej myśli znajdował pocieszenie. 

Jeszcze raz popatrzył na to miejsce, które nigdy nie 

było jego domem. Wsiadł do auta i zamknąwszy 

drzwi za swoją przeszłością odjechał bez żalu. 

Problemy z mężczyznami wynikają z całkowitej 

nieprzewidywalności ich zachowań, pomyślała Alex 

wjeżdżając wolno na podjazd. Nigdy nie wiadomo, 

co im przyjdzie do głowy - mogą ci nawet ukraść 

auto i zniknąć z kraju. 

Zagryzła wargę przypomniawszy sobie własne 

słowa, które spowodowały takie właśnie zachowanie 

Travisa. Wyłączyła silnik i oparła się wygodnie, 

próbując zebrać siły. Podjęła na nowo wewnętrzną 

rozmowę. Znakomita robota, powiedział cichy głos 

w jej głowie. 

Nie zaczynaj, upomniała samą siebie. Nie miała już 

ochoty na samooskarżenia, pragnęła tylko wytłumaczyć 

Travisowi, że miłość do niego zrobiła z niej zupełnie 

inną kobietę, że przestała chować się przed życiem 

i gotowa jest walczyć o wspólną z nim przyszłość. 

Gdyby tylko mogła mu to powiedzieć. 

background image

Ale, o ile wie, wciąż nie ma go w kraju. Obdzwoniła 

całe Ministerstwo Spraw Zagranicznych, próbując go 

odnaleźć. Po trzech tygodniach była już po imieniu 

z telefonistką, która obiecała, że zadzwoni do niej, 

jeśli będzie miała jakieś wiadomości o jego powrocie. 

Jeszcze nie dzwoniła. 

Alex machinalnie chwyciła torbę, wysiadła z auta 

i pogrążona w myślach ruszyła ku drzwiom. Dopiero 

po chwili poczuła jakiś nieznany, ale przyjemny zapach. 

Rozejrzała się dokoła i stanęła jak wryta. 

Kwiaty były wszędzie. Białe, różowe i czerwone 

róże, petunie, azalie, nagietki, żonkile i jeszcze co 

najmniej dziesięć innych, których nazw nie znała. 

W miskach i starych dzieżach, w wiadrach lub po 

prostu na podłodze, nawet w jej starej tenisówce. 

Travis. Przecież to niemożliwe, przekonywała samą 

siebie, ale jej serce ani myślało słuchać - waliło jak 

oszalałe. No bo któż by inny? Sara, Brandon - nie, 

oni nie wymyśliliby czegoś takiego, nawet żeby ją 

pocieszyć. 

Travis. To musi być on. 

Z sercem w gardle ruszyła ku schodom i wtedy go 

zobaczyła. Ukryty w cieniu werandy patrzył na nią. 

Tak samo przystojny jak w jej snach. 

- Cześć, Alex - powitał ją cicho. 

Tak bardzo za nim tęskniła, a teraz nie wiedziała 

co powiedzieć. 

- Czy to ty? - zapytała wskazując kwiaty. 

Wolno, jakby bojąc się ją wystraszyć, zszedł po 

schodach i wyjął jej z ręki torbę. 

- T a k . 

- Ale dlaczego? 

Ujął ją za łokieć i wprowadził na werandę. 

background image

- Nigdy jeszcze nie dałem ci kwiatów - rzekł 

ochryple. 

- Aha. - Nie potrafiła wymyślić nic mądrzejszego. 

Wygląda na zmęczonego, pomyślała. Jednocześnie 

czuła, jak ściska się jej serce. Jego ubranie było 

wygniecione, włosy potrzebowały fryzjera, a wokół 

nosa i ust pojawiły się nowe bruzdy. 

- Alex - rzekł cicho Travis. - Musimy porozmawiać. 

Nie tak wyobrażała sobie ich ponowne spotkanie. 

Zaplanowała sobie, co mu powie i chciała doprowadzić 

do tego w jakiś subtelny sposób. W jego głosie 

wyczuła jednak pewną obojętność i nie mogła już 

czekać ani sekundy dłużej. 

- Myliłam się - wybuchnęła. 

- Myliłaś się? - powtórzył. W głosie Travisa pojawiła 

się nuta niepokoju. 

- Wtedy, na podjeździe, byłam zmęczona, zła 

i bałam się, więc zapomniałam o czymś ważnym. 

- Tak? A co to było? 

- Zapomniałam, że wolę nawet cię kiedyś stracić, 

niż nigdy nie mieć okazji okazać ci, jak bardzo cię 

kocham - mówiła z trudem przez zaciśnięte gardło. 

- Kocham cię, Travis, i nie obchodzi mnie, kim 

jesteś... pisarzem, artystą czy agentem. 

Bała się mieć nadzieję, ale nie mogła się jej wyzbyć. 

Czekała na jego reakcję, a on milczał. Tego się 

zupełnie nie spodziewała. 

Travis zsunął okulary i przez chwilę masował grzbiet 

nosa. Alex wydawało się, że minęły wieki, nim znowu 

na nią spojrzał. 

- A co powiesz na bezrobotnego? - zapytał. - Dziś 

rano zrezygnowałem z pracy. 

Ich spojrzenia się spotkały i Alex ze zdumieniem 

background image

spostrzegła łzy w jego błękitnych oczach, ale pełnia 

szczęścia i tęsknoty malujące się na jego twarzy 

pomogły jej zrozumieć ich przyczynę. 

- Och, Travis - krzyknęła, jednym skokiem poko­

nała dzielącą ich odległość i rzuciła mu się w ramiona. 

Objął ją z desperacją człowieka czepiającego się 

ostatniej nadziei. 

- Pojechałem do siebie - wykrztusił. - Ale bez 

ciebie to nie był dom, więc sprzedałem go sąsiadowi. 

- Przytulił ją mocno do siebie. - Nie dlatego wtedy 

wyjechałem, że powiedziałaś coś o mojej pracy. Bałem 

się. Przekonywałem sam siebie, że robię to z myślą 

o twojej przyszłości, ale to była tylko część prawdy. 

Przy moim szczęściu... - Wzruszył ramionami i nie 

dokończył ostatniego zdania. - Wszyscy, których 

kiedykolwiek kochałem, opuścili mnie, więc bałem się 

nawet próbować. Ale kocham cię, Alex, i jeśli nadal 

mnie chcesz, spróbujmy. 

Zacisnął wokół niej ramiona, jakby już nigdy w życiu 

nie chciał jej wypuścić i złożył na jej ustach czuły, 

delikatny pocałunek. 

Oczy Alex wypełniły się łzami i całą sobą od­

wzajemniła pocałunek. Kiedy w końcu przerwali, by 

zaczerpnąć tchu, oparła głowę o jego piersi i powie­

działa cicho, ale zdecydowanie: 

- Już nigdy nie pozwolę ci odejść. Rozumiesz? 

Tylko głupiec dyskutowałby z taką deklaracją. 

- Trzymam cię za słowo - odparł Travis. 

Kiedy wypuścił ją z ramion, by spojrzeć jej w oczy, 

na jego twarzy malowała się niebywała czułość. 

Delikatnie pogładził ją po brodzie. 

- Chcę wszystkiego, Alex. Wyjdziesz za mnie? 

- Czy jesteś tego pewny? - zapytała bardzo, bardzo 

background image

wolno. Zapierająca dech w piersiach radość rozświetlała 

jej twarz. 

- Całkowicie! 

Travis roześmiał się radośnie i zaczął obsypywać 

pocałunkami jej twarz. 

- Pewien wysokiej rangi autorytet powiedział mi 

kiedyś, że facet, który się z tobą ożeni, będzie miał 

anioła w życiu i ogień w łóżku. 

- No, cóż - odparła obejmując go za szyję - w takim 

razie muszę ci dać odpowiedź twierdzącą. -I pocało­

wała go. 

Ich usta nadal były połączone, kiedy z ogrodu Sary 

rozległ się wesoły okrzyk: „Brawo!" To Brandon 

radował się ich widokiem, ale oni byli zbyt zajęci, by 

zwrócić na to uwagę. 

background image

EPILOG 

Travis i Alex mknęli czarnym, wygodnym ferrari. 

Był ciepły letni wieczór. Travis nie zwracał na to 

uwagi, ale już dawno przekroczył dopuszczalną na tej 

drodze prędkość. Od czasu do czasu patrzył z niepo­

kojem na bladą twarz żony. 

- Mówiłem, że nie powinniśmy czekać na tę ostatnią 

rozgrywkę. 

- Ale to już był finał, Travis. Musiałeś tam być. 

Drużyna Brandona bardzo cię potrzebowała. 

Mimo częstych skurczów udało się jej zachować 

spokój. 

- Aż trudno mi uwierzyć, że naprawdę wygrali. Ta 

radość na twarzy Brandona była absolutnie wyjąt­

kowa. 

Kolejny skurcz zdusił jej słowa. Odetchnęła głęboko 

i nie chcąc straszyć Travisa, z całych sił powstrzymy­

wała okrzyk bólu. Między skurczami odprężała się 

i z uśmiechem wspominała noc, kiedy ich dziecko 

zostało poczęte. Była to ta sama noc, kiedy Travis 

otrzymał telefoniczną wiadomość, że mu przyznano 

prestiżową nagrodę literacką za drugą książkę o Po­

tworze. 

- Alex? - Travis spojrzał na nią pytająco. Właśnie 

zajechali przed szpital. 

- Chyba już rodzę, Travis. Teraz! 

- Cholera jasna! - krzyknął Travis i nacisnął 

background image

klakson. Wysiadł szybko z auta, otworzył drzwi, 

chwycił ją na ręce i biegiem ruszył do izby przyjęć. 

- Kocham cię, Travis - szepnęła Alex. 

Travis przystanął na ułamek sekundy i pocałował 

ją krótko, ale niezwykle czule. 

- Och, moja pani, ja też cię kocham. I to jak! 

Gwałtownym ruchem otworzył drzwi i biegnąc 

korytarzem wołał o pomoc. 

Niewiele później urodził się Joel Alexander Cross.