background image

Nicola Cornick 

Sezon na zalotników 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

List podano wraz ze śniadaniem. 

List, nad którym unosiła się delikatna woń 

jaśminu, znak, że niewątpliwie napisała go ko­

bieca dłoń. 

Książę Sebastian Fleet wcale nie był tym 

faktem zachwycony. Listy od dam, zwłaszcza 

doręczane o tak wczesnej porze, nie mogą zawie­

rać pomyślnych wieści. Ten również. Zapewne 

jakaś nieszczęsna, wprowadzona w błąd istota 

grozi oskarżeniem o niedotrzymanie obietnicy 

małżeństwa albo cioteczna babka zapowiada 

swoją wizytę. Niestety, oba te warianty wzbu­

dzały w księciu największą odrazę. 

- Perch, co to jest? - spytał, postukując 

palcem w pergamin. 

- List od damy, milordzie - wyjaśnił kamer­

dyner zajęty rozładowywaniem srebrnej tacy. 

Na gładkim czole księcia pojawił się groźny 

background image

2 7 4 Nicola Cornick 

mars. Tego ranka umysł Sebastiana był stanow­

czo mniej lotny niż zwykle, bo minioną noc 

prawie w całości spędził w klubie White'a. Nie 

odchodził od stolika do gry, mocnych trunków 

też sobie nie szczędził, mimo to rozumu star­

czyło, by odrzucić zaloty jednej z najnowszych 

londyńskich kurtyzan. Nie miał ochoty obudzić 

się rano z widokiem wypacykowanej twarzy na 

poduszce obok. 

W ogóle od jakiegoś czasu był w nastroju nie 

najlepszym, dręczony podejrzeniem, czy na te 

hulanki i swawole nie jest już przypadkiem za 

stary. Czas mijał przecież nieubłaganie, nie oszczę­

dzając nikogo. Dlatego książę Fleet podjął już 

decyzję. Peruki nosić nie będzie ani smarować 

twarzy mazidłami, jak to czynią starzejący się 

dżentelmeni. Ma inne rozwiązanie. Poprosi Per-

cha, żeby go zastrzelił. Bo i po co dalej żyć? Oprócz 

wina, hazardu i kobiet niewiele miał zajęć. Może 

jeszcze tylko przechadzanie się po tym ponurym 

mauzoleum, tym starym domu, który w grudnio­

wy dzień tak bardzo trudno ogrzać. Tej nocy 

odczuł to wyjątkowo boleśnie, jako że gorąca 

butelka, mająca zapewnić komfort w łóżku, pękła, 

czyniąc jego sen raczej nieprzyjemnym. 

- Domyślam się, że to list od damy - powie­

dział chłodno. - Zastanawiam się tylko, od której. 

- List został doręczony przez lokaja w liberii 

Davencourtow, milordzie. 

background image

Sezon na zalotników  2 7 5 

- Aha. 

Zamyślony książę sięgnął po dzbanek i nalał 

sobie kawy, po czym wziął nóż i wsunął ostrze 

pod pieczęć. Kawałeczki wosku opadły na obrus, 

mieszając się z okruszkami tostu. Perch skrzywił 

się, lecz Seb zignorował to. Bo i jaka korzyść 

z tego, że jest się księciem, gdyby nie wolno było 

sobie czasami nakruszyć?- A poza tym, pominąw­

szy wszystko, Sebastian ze swoich książęcych 

obowiązków wywiązywał się wzorowo. Rodo­

we gniazdo, Fleet Castle, doprowadził do znako­

mitego stanu, dzierżawcom okazywał wielko­

duszność, do Izby Lordów zaglądał, kiedy toczy­

ła się jakaś szczególnie ważna debata. Niestety, 

pozostałe dni upływały według ściśle określone­

go porządku i były piekielnie nudne. Życie jest 

ciężkie, kiedy zrobiło się już wszystko, co miało 

się do zrobienia. 

Rozłożył pergamin i przede wszystkim rzucił 

okiem na podpis: 

Z wyrazami głębokiego szacunku 

Clara Davencourt 
Nagle zrobiło mu się dziwnie przyjemnie. Za 

bardzo, był tego świadom. Panny Davencourt 

nie widział od prawie osiemnastu miesięcy, skąd 

więc mógł wiedzieć, że aktualnie przebywa 

w Londynie. 

Wasza Miłość... 

Bardzo oficjalnie, choć podczas ich ostatniego 

background image

2 7 6 Nicola Cornick 

spotkania panna Davencourt zwracała się do 

niego bardziej bezpośrednio. O tak. Jej aroganc­

kie słowa doskonale zachował w pamięci. 

Od jakiegoś czasu jestem w wielkim kłopocie. 

Potrzebuję dobrej rady, rady ojcowskiej... 

Ojcowskiej! Seb uśmiechnął się i z niedowie­

rzaniem pokręcił głową. Przecież od tej panny 

starszy jest o dwanaście lat, nie więcej, a swego 

hulaszczego życia na pewno nie zaczął tak 

wcześnie, by kwalifikować się na jej ojca. 

Mój brat zajęty jest bardzo sprawami naszego 

Królestwa, a ci spośród jego przyjaciół, którzy byliby 
odpowiedni, w chwili obecnej przebywają poza Lon­
dynem. Pozostaje mi więc tylko Pan... 

Ostatni w kolejce! Seb skrzywił się. Jak to 

dziewczę potrafi ukłuć, niby delikatnie, ale jakże 

boleśnie. 

Nie mam innego wyjścia, muszę prosić o pomoc 

Waszą Miłość. Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby 

Pan przy najbliższej sposobności złożył wizytę w Da­

vencourt House. 

Seb rozparł się na krześle, podejmując w du­

chu natychmiastową decyzję. Żadnych wizyt 

w Davencourt House. Rola powiernika młodej 

damy - powiernika, który żywi wobec owej 

damy uczucia ojcowskie - była dla niego absolut­

nym novum, i w tym samym stopniu komplet­

nie niedorzeczna. Panna Davencourt, jeśli na 

gwałt potrzebuje dobrej rady, powinna zwrócić 

background image

Sezon na zalotników  2 7 7 

się raczej do jakiejś zaprzyjaźnionej damy, a nie 

do arystokraty, który prowadzi życie nader 

swobodne. 

Wyjrzał przez okno na jasny i mroźny zimo­

wy poranek. Ten poranek można spędzić roz­

maicie: wybrać się na konną przejażdżkę, poje­

chać do tatersalu i wydać jeszcze więcej pienię­

dzy na konie, albo pojechać do White'a, przej­

rzeć gazety, napić się przedniej brandy i pogawę­

dzić z kompanami... 

Ziewnął. 

Można też pojechać na Collett Square i złożyć 

wizytę Clarze Davencourt. 

Czemu nie? Złożyć wizytę i uświadomić 

pannie, że zapraszanie zdeklarowanego hulaki 

do swego salonu nie jest dobrym pomysłem. 

Wsunął list do kieszeni, szybko dopił kawę, 

wstał i przeciągnął się. Do drzwi podążał szyb­

kim krokiem, czując, że dzieje się z nim coś 

osobliwego. Znów novum, to uczucie, i to coraz 

silniejsze. Po prostu - podekscytowanie. Nie 

pamiętał, kiedy ostatnio czegoś takiego do­

świadczał. Kiedy po raz ostatni zbiegał po scho­

dach; przeskakując po dwa stopnie, i niecierp­

liwym głosem wzywał służącego. 

Panna Davencourt spędzała poranek w poko­

ju bibliotecznym, oddając się bardzo niemiłemu 

zajęciu, czyli haftowaniu. Pani Boyce, dama do 

background image

2 7 8 Nicola Cornick 

towarzystwa, miała zajęcie wdzięczniejsze, 

mianowicie przeglądała „Female Spectator", i co 

ciekawsze fragmenty czytała na głos. Clara słu­

chała jednym uchem, zerkając co chwilę na mały 

zegar w marmurowej obudowie ustawiony na 

gzymsie kominka. Książę Fleet zapewne otrzy­

mał już list. Ciekawe, kiedy będzie mógł złożyć 

wizytę? Ciekawe, czy w ogóle ją złoży... 

Seb Fleet był hultajem, to prawda, ale w obec­

nej sytuacji także człowiekiem niezastąpionym, 

jako że prawdziwy dżentelmen na nic by się nie 

przydał. Niestety ich ostatnie spotkanie, od 

którego minęło osiemnaście miesięcy, było ra­

czej burzliwe, bowiem Clara nazwała księcia 

łajdakiem pozbawionym uczuć. Rzuciła mu to 

w twarz, kiedy nie przyjął niekonwencjonalnej 

co prawda, ale bardzo uczciwej propozycji. Pro­

pozycji małżeństwa, należałoby dodać gwoli 

ścisłości. Wystąpienie z taką ofertą kosztowało 

Clarę niemało, a fakt, że nie została przyjęta, 

okazał się prawdziwym ciosem. Zraniona duma 

podyktowała słowa mocne i gorzkie, dlatego 

teraz nie należy wykluczać możliwości, że ksią­

żę jej list pominie milczeniem. 

- Książę Fleet, proszę pani - zaanonsował 

Segsbury, kamerdyner Davencourtow, ukazując 

się w progu. 

Clara aż podskoczyła w krześle i chociaż 

w jakimś stopniu spodziewała się tej wizyty, 

background image

Sezon na zalotników  2 7 9 

poczuła ciarki na plecach. Pani Boyce również 

podskoczyła, gazeta wypadła jej z rąk i z szele­

stem opadła na podłogę. Policzki zacnej damy 

wyraźnie się zaróżowiły, oczy rozbłysły tęskno­

tą i marzeniem. Clara szybko zagryzła wargi, 

powstrzymując uśmiech. Nie po raz pierwszy 

miała sposobność się przekonać, że Sebastian 

Fleet wywołuje piorunujące wrażenie na ko­

bietach, niezależnie od ich wieku. 

Książę skłonił się pani Boyce, a potem uśmiech­

nął w ten swój szczególny sposób, który spra­

wiał, że ręce dam zaczynały latać jak nerwowe 

ćmy. Clara ręce miała spokojne, ale kiedy książę 

zwrócił się do niej, spokój w środku został 

całkowicie zburzony, mimo że przez ostatnich 

osiemnaście miesięcy wyuczyła się obojętności 

na absolutnie wszystko, co wiązało się z księ­

ciem Niestety, zachowanie obojętności na jego 

widok graniczyło z cudem, był to bowiem męż­

czyzna imponujący. Wysoki, szeroki i władczy, 

jego dominacja w każdym miejscu, w każdej 

sytuacji wydawała się po prostu naturalna. Nie­

zależnie od swoich słusznych rozmiarów poru­

szał się z nonszalanckim wdziękiem, który nie­

odmiennie przykuwał wzrok. 

Oczy miał piękne, nieprawdopodobnie nie­

bieskie. Teraz dostrzegła w nich diaboliczne 

błyski, widomy znak, że książę doskonale pa­

mięta ich ostatnie spotkanie. Przykre, ale może 

background image

2 8 0 Nicola Cornick 

to i lepiej, może dzięki temu Clara będzie 

w stanie spojrzeć na niego z dystansem. 

Nonsens. Jej serce biło jak szalone, policzki 

płonęły. Na domiar złego książę ujął jej dłoń 

w swe ciepłe palce i ucałował, choć wcale mu 

ręki nie podała. Sam ją sobie wziął. 

- Wielka to dla mnie przyjemność znów 

ujrzeć panią, panno Davencourt. - Po jego twa­

rzy przemknął sardoniczny uśmiech. - Obawia­

łem się, że już nigdy się nie spotkamy. - Gdy 

Clara spojrzała na podłogę, książę zerknął na 

panią Boyce. - Pozwoli pani, że zamienię parę 

słów z panną Davencourt na osobności? Z pan­

ną Davencourt znamy się od dawna. 

Clara wielokrotnie przypominała pani Boyce, 

że nigdy nie wolno zostawiać jej samej w towa­

rzystwie dżentelmena, teraz jednak niczego bar­

dziej nie pragnęła niż właśnie tete-a-tete. Była 

pewna, że oczarowana księciem pani Boyce 

uczyni zadość jego prośbie, lecz, niestety, przeli­

czyła się. Zacna dama, choć oczarowana, zdecy­

dowana była nie ruszać się z obitej złocistą 

tkaniną sofy. 

- Proszę wybaczyć, Wasza Miłość - oświad­

czyła chłodno, przyjmując jeszcze bardziej 

dostojną pozę - ale pozostawienie panny Da­

vencourt samej w pana towarzystwie byłoby co 

najmniej niestosowne. 

- Chciałem zabrać pannę Davencourt na 

background image

Sezon na zalotników  2 8 1 

przejażdżkę, proszę pani. Na dworze jest wyjąt­

kowo pięknie. 

Twarz pani Boyce natychmiast się rozpogo­

dziła 

- Na przejażdżkę? Ależ bardzo proszę! Nie 

mam żadnych zastrzeżeń. Przecież w wolancie 

nie może zdarzyć się nic zdrożnego. 

Fleet uśmiechnął się szeroko. Zapewne, jak 

skonstatowała w duchu Clara, przypomniały 

mu się te wszystkie bezeceństwa, jakie mogą 

zdarzyć się i w wolancie, a którym książę bez 

wątpienia oddaje się od czasu do czasu. 

- Zapewniam panią - ciągnął, teraz już ze 

śmiertelną powagą - że w moim towarzystwie 

nic pannie Davencourt nie grozi. Żywię wobec 

niej uczucia prawdziwie ojcowskie. 

Clara zerknęła na niego spod oka. Napotkała 

spojrzenie łagodne, można by rzec, pełne ciepła. 

Szkoda, bo naprawdę chciała go ukłuć, czyniąc 

w liście aluzję do jego wieku. Zrobiła to z wielką 

ochotą, bo podczas ich ostatniego spotkania 

kwestia wieku była dla niego jednym z pod­

stawowych argumentów. 

- Dziękuję, milordzie, za miłe zaproszenie. 

- Dygnęła uprzejmie. - Pójdę coś na siebie 

włożyć. 

Nie kazała mu długo czekać, zjawiła się w ho­

lu po kilku minutach. Książę umiał to docenić. 

- Jest pani rzadkością, panno Davencourt! 

background image

282 Nicola Cornick 

Zwykle damy szykują się do wyjścia co najmniej 

godzinę. 

- Nie chciałam, żeby konie tak długo czekały 

na mrozie. - Spojrzała na niego niewinnie. 

- Konie-! A ja się nie liczę? Cóż, muszę to 

przełknąć! 

Wymienili coś w rodzaju półuśmiechów, po 

czym książę wziął Clarę pod ramię i wyprowadził 

przed dom. Pomógł jej usadowić się w wolancie, 

otulił nogi grubym pledem i wsunął pod stopy 

rozgrzaną cegłę. Jednym słowem zadbał, by mimo 

chłodu było jej miło i przytulnie. Potem zajął 

miejsce obok, chwycił za lejce i cmoknął na konie. 

Czyli książę raczy powozić sam, nie towarzy­

szy im żaden stajenny. Clara szybko zaniosła 

w duchu krótką modlitwę błagalną, żeby pani 

Boyce ze swego punktu obserwacyjnego za sto­

rami w oknie salonu nie dostrzegła owej kon­

figuracji. Na szczęście nic takiego się nie stało, 

pani Boyce nie pośpieszyła z interwencją. Konie 

ruszyły szybkim kłusem, a książę rozpoczął 

pogawędkę: 

- Zaskoczyła mnie pani swoim listem, panno 

Davencourt. Zważywszy na atmosferę naszego 

ostatniego spotkania, byłem pewien, że pani 

nigdy już nie będzie chciała oglądać mnie na oczy. 

Posłała mu uśmiech przepojony słodyczą. 

- Nie myli się pan, takie właśnie były moje 

odczucia. Niestety, bardzo pilna potrzeba zmu-

background image

Sezon na zalotników  2 8 3 

siła mnie do skontaktowania się z panem. Mia­

łam nadzieję, że ze względu na przyjaźń, jaka 

łączy pana z moim bratem, nie odmówi mi pan 

swojej pomocy. 

Jego ukłon natomiast przepojony był jawnym 

sarkazmem. 

- I w tym oto celu tu jestem, panno Daven-

court. Uniżony sługa... 

- .Dziękuję, bardzo pan łaskaw. - Również 

pozwoliła sobie na szczyptę ironii. - Mam 

nadzieję, milordzie, że uda nam się nie wracać do 

przeszłości. Jestem teraz nieco starsza, mam 

dwadzieścia jeden lat, jestem też o dwa lata 

mądrzejsza. Chociaż pan... 

- Słucham? 

- Pan wydaje mi się dokładnie taki sam jak 

przed dwoma laty. 

- Zapewne nie myli się pani. 

- Niemniej ciągle mam nadzieję, że uda nam 

się dojść do porozumienia, a może nawet za­

przyjaźnić. 

- Skoro pani tak twierdzi, panno Davencourt... 

Pooatrzył na nią tym swoim niebieskim spoj­

rzeniem. Wiele osób z towarzystwa widziało 

w Sebastianie tylko rozpustnika i hulakę, nie 

dostrzegając bystrości umysłu, widocznej właś­

nie w tym spojrzeniu, chłodnym i wnikliwym. 

Tę zaletę przystojnego księcia Clara bardzo sobie 

ceniła. I nie tylko tę zaletę... Och, ona ceniła 

background image

2 8 4 Nicola Cornick 

w nim wszystko! Także wijące się włosy w kolo­
rze ciemnego złota, które właśnie odgarniał. Ten 
drobny gest natychmiast wyzwolił w niej boles­
ną refleksję. Kiedyś znali się z księciem bardzo 
dobrze, spotykali się często, bywali przecież 
w tych samych kręgach towarzyskich. Ona, 
głupia gąska, wyobrażała sobie, że są sobie 

naprawdę bliscy, lecz Fleet jej aspiracje przekreś­
lił jednym zamachem, odrzucając panieńskie 
oświadczyny. Bo on nikomu nie pozwalał na 
bliskość. Po prostu taki był. 

Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie po­

winna do tego wracać, ale rzadko robiła to, co 
robić powinna. 

- Kiedy oświadczyłam się panu... 

Ściągnął brwi w sposób wielce onieśmielający 

i prychnął niemal: 

- Sądziłem, że nie będziemy mówić o prze­

szłości, panno Davencourt. 

- Niemniej chciałabym dokończyć moją 

kwestię. 

- Szkoda, bo łudziłem się, że pani podczas 

naszego ostatniego spotkania wypowiedziała się 
do końca. Arogancki pyszałek, grubianin, zadu­
fany w sobie stary nicpoń. Wszystkie te epitety 
zachowałem w pamięci, chociaż, nie ukrywam, 
pani oświadczyny mile pogłaskały moją próż­
ność. Niestety, nie należę do tych mężczyzn, 
którzy się żenią. 

background image

Sezon na zalotników  2 8 5 

- Bo jest pan zbyt wielkim hulaką. 

- Tak. 

Westchnęła cichutko. 

- Mrno to ja... cóż, pomyślałam sobie wtedy, 

że spytać nie zawadzi. 

Uśmiechnął się do niej wprost zniewalająco. 

- Zdobyła się pani na wielką odwagę, panno 

Davencourt! Doceniam to i nie kryję, że między 

innymi z tego właśnie powodu bardzo mi się 

pani podoba. 

- Podobam się panu! - Jej oczy błysnęły 

gniewnie. -Ale za mało, żeby się ze mną ożenić! 

- Jest akurat odwrotnie, panno Davencourt. 

Podoba mi się pani za bardzo, dlatego nie zamie­

rzam cbarczać pani swoją osobą. Jako mąż 

byłbym do niczego. 

Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu. 

Clara pierwsza odwróciła wzrok i westchnęła. 

Fleet pomilczał jeszcze chwilę, po czym zadał 

pytanie, które świadczyło jednoznacznie, że 

zapragnął zmiany przedmiotu konwersacji: 

- Panno Davencourt, proszę mi powiedzieć, 

w czym mogę pani pomóc. 

- Ja... - Nagle zbita z tropu, wyraźnie ociąga­

ła się z odpowiedzią. - Och! Chyba nie powin­

nam była pisać tego listu... 

- Owszem - zgodził się ochoczo. - Między 

innymi przez wzgląd na ten... incydent z prze­

szłości. 

background image

286 Nicola Cornick 

Wjeżdżali już do parku. Sprawiał wrażenie 

wyludnionego, nic dziwnego zresztą, było prze­
cież bardzo zimno. Mróz szczypał Clarę w policz­
ki, ale ten poranek wydawał jej się bardzo 

przyjemny i rześki. Konie biegły kłusem, jesien­
ne liście szeleściły pod kopytami, po błękitnym 
niebie przesuwały się białe obłoki, zza których 
wyglądało słońce. 

Fleet ściągnął lejce, konie przeszły w stępa. 

- Może jednak zaspokoi pani moją cieka­

wość, panno Davencourt? 

- Dobrze. Więc ja... Po prostu pilnie potrze­

buję kogoś takiego jak pan. Potrzebuję hulaki. 

W twarzy Fleeta nie drgnął ani jeden mięsień. 
- A do czego raptem potrzebny pani hulaka?-
Wzięła głęboki oddech. 
- Potrzebuję jego rady. Chcę, żeby nauczył 

mnie, jak przechytrzyć łobuzów podobnych do 
niego. Myślałam, że znam się na tych ich sztucz­
kach, niestety, jest inaczej. Starczy wspomnieć, że 
ostatnio, w teatrze, ani się obejrzałam, a sir Peter 
Petrie ciągnął mnie już do ciemnego kąta, żeby 

pocałować. Takie incydenty zdarzają się raz po raz. 

Boję się, że w końcu któryś z tych nicponi dopnie 
swego i żeby uniknąć skandalu, będę zmuszona 
wyjść za niego za mąż! Pojmuje pan?- Nie mogę się 
od nich opędzić! I dłużej tego nie wytrzymam! 

Teraz w twarzy Fleeta drgnęły wszystkie 

mięśnie. Książę zaśmiał się głośno i serdecznie. 

background image

Sezon na zalotników  2 8 7 

- Trudno uwierzyć, panno Davencourt, żeby 

nie potrafiła pani uciec przed zalotami londyń­

skich gamoni. Na pewno pani przesadza. 

- Nie, nie przesadzam, milordzie. Odkąd jes­

tem spadkobierczynią, nie potrafię zapanować 

nad sytuacją. 

- Zaiste, pani chrzestna matka, opuszczając 

ziemski padół i zostawiając pani górę pieniędzy, 

postąpiła bardzo nierozważnie! - Znów się za­

śmiał, potem położył dłoń na jej dłoni. - Nie­

stety, panno Davencourt, taki już pani los! Jest 

pani zbyt ładna i zbyt bogata. 

Syknęła wściekle, ostentacyjnie odwróciła się 

do niego plecami. 

- Och! Powinnam była głęboko się zastano­

wić, zanim poprosiłam pana o pomoc! Pan, jak 

zwykle, droczy się ze mną, choć sam doskonale 

wie, że komuś takiemu jak ja trudno umknąć 

przed zalotami łowców posagu i innych nicponi. 

- Wiem. - Lekko uścisnął jej palce. Gdy 

odwróciła się, spostrzegła, że twarz księcia jest 

teraz pełna powagi. Mówił dalej: - W gruncie 

rzeczy jesteśmy w podobnej sytuacji, madame. 

Książę stanu wolnego nieustannie narażony jest 

na różne fortele matek obarczonych córkami na 

wydaniu oraz tychże córek. Gdyby pani wie­

działa, ile to już dam skręciło sobie kostkę przed 

portalem Fleet House... No cóż... trotuar w tym 

miejscu musi być wyjątkowo nierówny... 

background image

2 8 8 Nicola  C o r n i c k 

Clara stłumiła chichot. 

- Zapewne... Cieszę się, że pojmuje pan, na 

czym polega mój kłopot. Pomoże mi pani 

Ku jej rozczarowaniu Sebastian w zdecydo­

wany sposób przecząco potrząsnął głową. 

- Nie. Na pewno pani nie pomogę, bo podej­

rzewam, że pani prośba jest niczym innym jak 

tylko ponowną, zuchwałą próbą złapania mnie 

w sidła małżeńskie. 

- Jak pan śmie! - Szaroniebieskie oczy Clary 

aż pociemniały z oburzenia. - Jak pan może 

mnie o coś takiego podejrzewać po tym wszyst­

kim, co panu wtedy powiedziałam! Że jest pan 

aroganckim, próżnym, zarozumiałym, zadufa­

nym w sobie starym nicponiem! 

Wyraz oczu księcia sugerował, że gwałtowny 

wybuch temperamentu Clary jak najbardziej 

zyskał jego aprobatę, ale słowo „stary" wyraźnie 

go ubodło. 

- Mam zaledwie trzydzieści trzy lata, panno 

Davencourt. Daleko mi jeszcze do zniedołęż-

niałego starca! 

Westchnęła głośno z widomą przesadą. 

- Oczywiście, że nie. Dlatego proszę, niech 

pan zapomni o swej tragicznej obsesji na punk­

cie wieku i skupi się na mojej prośbie. Nie proszę 

pana o wiele, tylko o kilka wskazówek, jak nie 

dać się przechytrzyć hulace. Tylko tyle, nie mam 

żadnych ukrytych zamiarów. A już na pewno 

background image

Sezon na zalotników  2 8 9 

nie budzi pan we mnie żadnych uczuć! Roman­
tycznych, rzecz jasna. 

Na dłuższą chwilę zapadła cisza, widomy 

dowód nadzwyczaj ciężkiej atmosfery. Konie 
zatrzymały się pod bezlistnymi gałęziami dębu 
i Sebastian mógł całą swoją uwagę skupić na 
Clarze. Milczał i patrzył, a ona czuła, jak jakieś 
dziwnie musujące ciepło rozlewa się po jej ciele. 
Policzki płonęły, oddychanie sprawiało coraz 
większą trudność. 

- Nie budzę w pani żadnych uczuć? - spytał 

cicho. - Czy to może być prawdą? 

- Nie, nie może! - rzuciła gwałtownie, dławiąc 

się własnym oddechem. - Budzi pan we mnie ich 
mnóstwo. Przede wszystkim irytację! Pan mnie 
rozdrażnia, rozjusza, pan... Och! - Spojrzała w bok, 
smukłe palce zaczęły skubać nerwowo brzeg pledu. 

- Jestem zadowolona z życia. Mam wszystko, 

czego pragnę. Niby dlaczego miałabym raptem to 
zmieniać i wychodzić za mąż? A gdyby nawet... to 
na pewno nie za pana! Od pana oczekuję tylko 
pomocy. Jest pan osobą idealną, bo jest pan zepsuty 
do szpiku kości. Ledwie wszedł pan do mego domu, 
a zanim zdążyłam się zorientować, już całował 
mnie pan w rękę. W minutę oczarował pan moją 
damę do towarzystwa do tego stopnia, że bez 

kwestii zezwoliła nam na tete-a-tete. A ja chciała­
bym się nauczyć, jak nie dopuścić do obu powyż­

szych sytuacji. Pojmuje pan? 

background image

2 9 0 Nicola  C o r n i c k 

- Pojmuję, jakżeby nie. Ale moja odpowiedź 

nadal brzmi nie! 

- Dlaczego? 

- Nie sądzę, żebym był dla pani idealnym 

doradcą. Czy pani nie zauważyła, że wobec 

pani postępuję nieco inaczej niż człowiek, za 

jakiego raczy mnie pani uważać? Typowy hu­

laka skwapliwie przystałby na pani prośbę, trak­

tując to jako znakomitą sposobność, żeby pa­

nią uwieść. 

- Chwileczkę... - Spojrzała na niego scep­

tycznie. - Czyżby chciał mi pan dać do zro­

zumienia, że kieruje się honorem? 

- Zgadza się. Bo ja, panno Davencourt, nie 

jestem typowym hulaką. 

Wcale nie musiał jej tego mówić. Dla niej pod 

żadnym względem nie był osobą przeciętną. 

Wszystko w nim było nietypowe. Ta jego aro­

gancja, podszyta osobliwą melancholią, cięty 

język i dowcip, no i przede wszystkim męska 

siła... Och! Wszystko to razem czyniło go czło­

wiekiem wyjątkowym! 

Clara, choć otulona ciepłą peleryną, zadrżała. 

Teraz uzmysławiała sobie nader wyraziście, jak 

wielką lekkomyślnością było zwrócenie się 

z prośbą o pomoc do tego właśnie człowieka. 

Tłumaczyła ją tylko wielka desperacja, na każ­

dym kroku była przecież oblegana przez chłyst­

ków różnego autoramentu. 

background image

Sezon na zalotników  2 9 1 

A poza tym, jak zwykle, kiedy wbiła sobie coś 

do głowy, musiała to zrobić. 

- Czy nie ma sposobu, żeby pana jakoś 

przekonać'? - spytała. - Wcale nie chcę, żeby pan 

towarzyszył mi na każdym kroku, proszę tylko 

o kilka wskazówek, jak bronić się przed natrętami. 

- Nie sądzę, żeby znalazł się jakiś sposób, 

panno Davencourt. Nie przekona mnie pani, 

ponieważ to, o co pani mnie prosi, wiąże się 

z wielkim ryzykiem. Mimo że nie jestem typo­

wym hulaką, na pewno jestem mężczyzną 

i mógłbym zapomnieć, że jestem również dżen­

telmenem, a także przyjacielem pani brata. I ulec 

instynktowi. Zaznaczam, że wcale nie mam na 

myśli instynktu ojcowskiego. 

Oczywiście. Ten instynkt już dochodził do 

głosu, widać to było w spojrzeniu księcia. Męs­

ką, pierwotną żądzę. Clara wiedziała, że chętnie 

by ją pocałował, tutaj i teraz. Nigdy nie udawał, 

że mu się nie podoba. Była w pełni świadoma, że 

w innych okolicznościach książę bez żadnych 

skrupułów próbowałby ją uwieść. 

Tylko uwieść, bo przecież podczas ostatniego 

spotkania był wobec niej aż do bólu szczery. 

Postawił sprawę jasno. Nigdy się nie ożeni. Nie 

życzy sobie żadnych obowiązków i nie potrafi 

być wierny. Rozczarowanie było tak ogromne, 

że Clara nie potrafiła nad sobą zapanować. 

A teraz książę znów ją odtrącał, mimo że prosiła 

background image

2 9 2 Nicola  C o r n i c k 

go o coś całkiem innego. Odtrącał ją po raz 

wtóry, ona zaś po raz wtóry musiała przyznać 

w duchu, że książę jest człowiekiem bardzo 

rozsądnym. 

- Pojmuję, milordzie. Pojmuję wszystko, co 

pan powiedział, i podziwiam pańską uczciwość. 

Sebastian cmoknął na konie. Ruszyły, wolant 

nabierał prędkości. Po dłuższej chwili wypeł­

nionej ciszą pierwszy odezwał się książę: 

- Panno Davencourt, czy pani rzeczywiście 

nie zamierza nigdy wyjść za mąż? 

- Nie powiedziałam, że nigdy, ale na pewno 

nie teraz. 

- Wielka szkoda, gdyby taka kobieta jak pani 

nigdy nie zdecydowała się na ten krok. 

Omal nie prychnęła. Bo niby z jakiej racji 

książę Fleet ma oceniać ją pod kątem jej przydat­

ności jako żony? 

Żony, naturalnie, kogoś innego. No cóż... 

- Wątpię, czy pan w tej materii jest dobrym 

sędzią! 

Wyszło to bardziej ostro, niż zamierzała. Fleet 

zachował kamienną twarz, czuła jednak, że go 

uraziła, ale nie ciągnął kwestii i ponownie zapad­

ła cisza. 

Kiedy zaczynała się zastanawiać, czy go nie 

przeprosić, nagle usłyszała pytanie. 

- Czy to znaczy, że pani jest teraz całkowicie 

szczęśliwa? Ma wszystko, czego pragnie? 

background image

Sezon na zalotników  2 9 3 

Tak, wszystko. Oprócz ciebie, Sebastianie... 
To wyznanie, naturalnie, zachowała tylko dla 

siebie. 

- Oczywiście - stwierdziła stanowczo. 

- Mara kochającą rodzinę, liczne grono bliskich 

znajomych i mnóstwo ciekawych zajęć. A pan? 
Czy pan jest szczęśliwy? 

-Ja?- Szczęśliwy?- Hm... Uczucie szczęścia to 

coś gwałtownego, wszechogarniającego. Tego 
na pewno nie odczuwam. Jestem ze swego życia 
po prostu zadowolony. A wracając do pani 
kłopotów, panno Davencourt, myślę, że powin­
na pani zwrócić się do swojej bratowej, lady 
Juliany. To niezwykle bystra osoba, wątpię, czy 
w całym Londynie znajzie pani nicponia, które­
mu udałoby się wywieść ją w pole. 

Clara potrząsnęła smutno głową. 

- Niestety, nie mogę tego uczynić. Juliana 

jest teraz bardzo zaabsorbowana dziećmi i nie 
miałabym sumienia zawracać jej głowę swoimi 
kłopotami. To było zresztą głównym powodem, 
dlaczego zwróciłam się do pana. Za kilka tygodni 

wyjeżdżamy na święta do Davencourt, tam 
będzie już inaczej, ale do tego czasu zdana 
jestem na siebie. 

- Ma pani przecież przy sobie jeszcze tę 

groźną panią Boyce. 

- Groźną? - Zaśmiała się. - Sam pan widział, 

ile z niej pożytku! Bardzo ją kocham, ale ona, 

background image

2 9 4 Nicola Cornick 

niestety, pojmuje swoje obowiązki w bardzo 

ograniczony sposób. Przede wszystkim chce 

mnie wydać za mąż, stąd jej nadzwyczaj życz­

liwy stosunek do każdego dżentelmena, który 

się do mnie zbliży. Natomiast wszyscy ci dżen­

telmeni patrzą na mnie jak na idealny podarek 

gwiazdkowy. 

Fleet też na nią spojrzał, i to tak, że poczuła 

ciarki na plecach. 

- Nie dziwię im się, panno Davencourt. 

Uniosła dumnie głowę. 

- Ponieważ nie zamierza pan podzielić się ze 

mną swoim doświadczeniem, odmawiam panu 

prawa do flirtowania ze mną! I byłabym nie­

zmiernie wdzięczna, gdyby jak najprędzej od­

wiózł mnie pan do domu. Och... - Rozejrzała się 

dookoła niepewnym wzrokiem. - A gdzie my 

właściwie jesteśmy? 

Nawet nie zauważyła, kiedy wjechali w praw­

dziwy tunel z gęstych gałęzi i konarów, które 

zamykały się nad ich głowami i odgradzały od 

reszty świata. 

- Niech pani potraktuje to jako nauczkę, 

panno Davencourt - powiedział Sebastian 

z uśmiechem. - Proszę zwracać baczną uwagę 

na otoczenie. Każdy nicpoń zawsze będzie 

starał się odseparować panią od reszty towa­

rzystwa, bo wtedy... - Dłoń w rękawiczce 

delikatnie musnęła jej policzek. - Bo wtedy, 

background image

Sezon na zalotników  2 9 5 

droga panno Davencourt, nie będzie się ociągał 

z całowaniem. 

Przez jedną długą chwilę patrzyli sobie 

w oczy. Serce Clary ściskało się boleśnie z żalu 

i tęsknoty. Czy on mógłby tak na nią patrzeć, 

gdyby nie darzył jej uczuciem? Och nie, to 

niemożliwe! Choć on, naturalnie, wszystkiemu 

by zaprzeczał. Do żądzy przyznałby się bez 

oporu, ale do miłości - nigdy! 

Czuła, że drży. Szybko odsunęła jego dłoń, 

karcąc w duchu swoje rozdygotane palce. 

- Dziękuję, milordzie, za tę poradę - powie­

działa nieco zdyszanym głosem. - A teraz... 

bardzo proszę, niech pan odwiezie mnie do 

domu. 

Bez słowa popędził konie. Wyjechali spod 

drzew i znów znaleźli się w głównej alei. Jakiś 

dżentelmen, mijając ich na rączym gniadoszu, 

skłonił się i zgrabnie wykręcił koniem, dając 

mały popis umiejętności jeździeckich. 

- Fircyk! - rzucił z pogardą Fleet. 

Potem minął ich duży powóz. Siedział w nim 

inny dżentelmen w towarzystwie dwóch moc­

no umalowanych dam. Cała trójka słała uśmie­

chy, lornion dżentelmena cały czas wycelowane 

było w Clarę. 

- Pańscy znajomi? - spytała. 

- Tak, ale ponieważ jestem w towarzystwie 

pani wolę się do nich nie przyznawać... 

background image

2 9 6 Nicola  C o r n i c k 

Zamilkł, musiał bowiem zatrzymać konie, bo 

kilku młodych dżentelmenów, jadących wierz­

chem, zatarasowało drogę, pragnąc złożyć pan­

nie Davencourt swoje uszanowania. 

- Walton, Jeffers, Ancrum i Tarver - rzucił 

chłodno Fleet, kiedy odjechali. - Zaczynam 

pojmować, na czym polega pani kłopot. Może 

rzeczywiście gdybym zaczął pani asystować... 

- To i tak by nic nie dało - stwierdziła ze 

smutkiem. - Przecież wszyscy wiedzą, że pan 

nie ma zamiaru się żenić, więc pańska asysta 

tylko by ich zachęciła. Świadczyłaby przecież 

o tym, że nie stronie od towarzystwa hulaki. 

- Może i tak... Ale z drugiej strony co szkodzi 

spróbować? Przez tych kilka tygodni, które 

dzielą panią od wyjazdu do Davencourt, mógł­

bym pani wszędzie towarzyszyć i nie dopusz­

czać, żeby inni dżentelmeni się narzucali. Natu­

ralnie... - po twarzy księcia przemknął uśmiech 

- ...będę czynił to w iście ojcowski sposób. 

Mówił tonem bardzo uprzejmym, lecz i sta­

nowczym, jakby nie dopuszczał innej możliwo­

ści. To rzecz jasna sprawiło, że głowa Clary 

uniosła się nieco wyżej. 

- Proszę, niech pan nie traktuje udzielenia mi 

pomocy jako swój obowiązek. Nie chciałabym 

być dla pana ciężarem. 

- Poradzę sobie, proszę się nie martwić. Jedy­

ny szkopuł w tym, że podczas mojej asysty 

background image

Sezon na zalotników  2 9 7 

może spotkać pani dżentelmena, którego za­

pragnęłaby pani obdarzyć swoimi względami. 

Wtedy stanę się zawadą. Choć z drugiej strony 

może i nie ma się czego obawiać, skoro nie 

zamierza pani jeszcze wychodzić za mąż. 

Clara zagryzła wargi. Propozycja była kuszą­

ca, bo książę skutecznie odpędzi od niej wszyst­

kich nicponi. Niestety, przyjęcie tej kuszącej 

propozycji było czystym szaleństwem. Spędza­

jąc czas w towarzystwie Fleeta, Clara ani na 

chwilę nie będzie mogła zapomnieć o tym, że go 

kochć. i że nigdy go mieć nie będzie. A kuracja po 

ich ostatnim spotkaniu była długa i bolesna... 

- Nie - powiedziała stanowczym głosem, 

choć jej serce ściskało się z żalu. 

Sebastian wzruszył ramionami. 

- W porządku - powiedział obojętnym to­

nem. - Odwiozę panią do domu. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Fleet nie zgodził się z sugestią Clary, by 

pożegnać się przed drzwiami, i razem z nią wszedł 

do holu. Policzki Clary były zarumienione, zarów­

no od mrozu, jak i z emocji po rozmowie 

z księciem. Szła dostojnym krokiem, z dumnie 

uniesioną głową, i bardzo starannie unikała jego 

wzroku. On natomiast wzroku od niej nie 

odrywał. To całe jej sztuczne dostojeństwo bawiło 

go, a jednocześnie prowokowało. Miał wielką 

ochotę scałować wyniosłość z jej zaciśniętych 

warg, całować ją, aż jej twarz zarumieni się 

z namiętności, nie zaś z dumy. 

Do diabła! Osiemnaście miesięcy minęło, a on 

nadal jej pożąda. Pod tym względem nic się nie 

zmieniło. Tak samo jak to, że tej kobiety nigdy 

mieć nie będzie. Biorąc to wszystko pod uwagę, 

propozycja asystowania była pomysłem idiotycz­

nym, chwała więc Najwyższemu, że Clara się 

background image

Sezon na zalotników  2 9 9 

nie zgodziła. Tym bardziej że propozycję tę 

wysunął pod wpływem impulsu, kiedy przeko­

nał się na własne oczy, jak wielkie zainteresowa­

nie wzbudziła panna Davencourt w Tarverze, 

Waltonie i całej tej czeredzie gamoni. Ten impuls 

był sygnałem, że Clara budzi w nim instynk­

ty opiekuńcze, a przecież w ogóle nie powinna 

budzić w nim żadnych instynktów. 

W holu zastali lady Julianę Davencourt, która 

w niczym nie przypominała wytwornej damy, 

jaką Sebastian zachował w pamięci. Ubrana była 

w skromną starą suknię w paseczki, a w ramio­

nach trzymała obie swe pociechy. Uśmiechała 

się promiennie i wyglądała bardzo młodo. Dla 

Fleeta wszystko to razem było co najmniej 

dziwne, głównie zaś fakt, że Juliana sama nosi 

swoje dzieci, choć Davencourt jest na tyle zamoż­

ny, ze mógłby nająć tuzin nianiek. Prawdopodob­

nie on i jego żona ulegli nowej modzie, która 

nakazuje rodzicom osobiście niańczyć swoje 

dzieci. Na samą tę myśl po plecach Sebastiana 

przebiegł lodowaty dreszcz. 

Przeszli do biblioteki. Gdy Clara zdjęła pelery­

nę, Fleet nie mógł się powstrzymać, żeby nie 

przemknąć wzrokiem po ponętnych krągłoś-

ciach podkreślonych modnym fasonem sukni. 

- Udała się przejażdżka? - spytała Juliana. 

- Tak, Ju, było bardzo przyjemnie - odparła 

Clara. - Choć jest bardzo zimno. Sądzę, że 

background image

3 0 0 Nicola Cornick 

wkrótce spadnie śnieg. Jak się czuje nasza mała 

Rose?- Czy ten wstrętny krup już jej nie doku­

cza? - Wzięła na ręce jedno z niemowląt. 

Zręczność i pewność, z jaką to uczyniła, za­

chwyciły Fleeta i zarazem przestraszyły. Dziec­

ko otworzyło różowe usteczka, ziewnęło szero­

ko, po czym z usteczek tych uleciało głośne 

beknięcie. Clara wybuchnęła głośnym śmie­

chem. -Wygląda na to, że nasz mały skarb zjadł 

z apetytem i czuje się o wiele lepiej! - Delikatnie 

pogłaskała pucołowaty policzek, cały czas 

uśmiechając się czule. 

Jej twarz była ślicznie zaróżowiona od mrozu, 

jedwabiste loki opadały na twarz. Fleet patrzył, 

niezdolny odwrócić oczu. Czuł się dziwnie, 

prawie kręciło mu się w głowie od tej wizji, która 

nagle w owej głowie powstała. Clara z dziec­

kiem na ręku. Jego dzieckiem. 

Nagle uzmysłowił sobie, że Juliana coś mówi 

do niego, i to już chyba od jakiegoś czasu. 

- ...bylibyśmy bardzo szczęśliwi, Sebastianie. 

Oczywiście, o ile pan będzie mógł. 

- Naturalnie, że mogę - odparł odruchowo. 

- Dla mnie to wielki zaszczyt i przyjemność. 

- Naprawdę?- Cudownie! Martin będzie za­

chwycony! 

W głosie Juliany słychać było radość i ulgę, 

jednak także i zdumienie. Ta mieszanka uczuć 

dała Sebastianowi do myślenia. Do licha, na co 

background image

Sezon na zalotników  3 0 1 

właściwie wyraził zgodę? Na pewno nie chodzi 
o zwykłe zaproszenie na kolację, bo Juliana jest 
zbyt przejęta. 

Spoirzał w szaroniebieskie oczy Clary, pat­

rzące na niego z wielką uwagą. 

- Zaskoczył mnie pan - powiedziała. - Ale, 

oczywiście, również uradował. - Uśmiechnęła 

się i pocałowała dziecko w czółko. - Myślę, 
skarbie, że powinnaś teraz pójść na ręce do 
swojego taty chrzestnego. 

W tym momencie Fleet pojął wszystko 

- i wszystko w nim na moment zamarło. Bo 
wychodzi na to, że przed chwilą zgodził się być 

ojcem chrzestnym. On! Fleet! 

Spojrzał przerażonym wzrokiem na tłumo-

czek, który podawała mu Clara. Z boku pod­
chodziła Juliana, słyszał jej głos. Mówiła, że 
mógłby wziąć na ręce oba maleństwa. 

Oba?! Czyżby zgodził się być ojcem chrzest­

nym tej parki? Otworzył usta, pragnąc zaprotes­
tować, ale zamknął je, świadom powagi sytuacji. 
Teraz nie wypadało niczego odwoływać. Juliana 
i Clara patrzyły na niego rozpromienionym 
wzrokiem. A on, szczerze mówiąc, poczuł się 
w pewnym sensie jak... no właśnie, jak? Jak 
bohater! 

Postanowił odczekać. Kiedy znajdzie się 

sam na sam z Martinem Davencourtem i szkla­
neczka, brandy, wtedy spokojnie mu wyjaśni, 

background image

3 0 2 Nicola Cornick 

że popełnił błąd. Nie słuchał uważnie, był pewien, 

że chodzi o zaproszenie na herbatę albo na bal. 

Tak. Później wszystko odwoła, lecz teraz nie 

pozostaje mu nic innego, jak włączyć się do tej gry. 

Opadł na duży fotel przed kominkiem. Sie­

dział w nim nieruchomo niczym rzeźba, kiedy na 

każdym jego ręku lokowano po jednym dzieciąt­

ku. Bał się poruszyć, żeby ich nie upuścić. Gorzej, 

bał się, że któreś z nich zwymiotuje na jego 

niebieski frak z najlepszego sukna. Słyszał prze­

cież, że małe dzieci zdolne są do takich ekscesów. 

Pachniały mlekiem, jakby trochę skwaśnia-

łym. Od tego zapachu robiło mu się w żołądku 

jakoś dziwnie. A jednocześnie to, co trzymał, 

było czymś nieskończenie słodkim i miękkim, 

nigdy jeszcze czegoś takiego nie dotykał. Ostroż­

nie pochylił głowę i powąchał czubek główki 

Rose. Poruszyła się i pisnęła. Drugie dziecko 

otworzyło oczy. 

Fleet odchrząknął. 

- Przepraszam, a jak nazywa się to drugie... 

- To chłopczyk - wyjaśniła uśmiechnięta 

Juliana. - Ma na imię Rory. Moje maleństwa 

nazywają się Rory i Rose. 

Fleet spojrzał na dwie niewielki postacie przy 

swojej szerokiej piersi. Czuł się co najmniej 

dziwnie, jakby cztery malutkie rączki złapały go 

za serce i leciutko ścisnęły, wyzwalając cały 

gejzer uczuć. 

background image

Sezon na zalotników  3 0 3 

Jednym słowem, sytuacja stała się naprawdę 

groźna i trzeba stąd zmykać. Spojrzał z niemą 

prośbą najpierw na Julianę, potem na Clarę. 

- Znakomicie jak na pierwszy raz - powie­

działa Clara zupełnie jak jego niania z odległego 

dzieciństwa. - Chociaż wygląda pan na przera­

żonego 

Odebrała od niego Rory'ego, Juliana sięgnęła 

po Rosy. Wtedy wstał i na nieco chwiejnych 

nogach podążył prosto ku drzwiom. Ku świeże­

mu powietrzu. Ku wolności. 

- Dziękuję za przejażdżkę! - zawołała z nim 

Clara. - Czy ujrzymy dziś pana na Śnieżnym 

Balu u lady Cardace? 

- O... oczywiście - odparł szybko, lekko się 

zacinając. 

Clara posłała mu kolejny, chwytający za serce 

uśmiech. Do diaska! Jeszcze kilka takich uśmie­

chów i koniec z nim. Wpadnie po uszy. Clara i te 

bliźniaki rozbrajały go kompletnie. 

- To dobrze. Będzie mi bardzo miło spotkać 

się z penem dziś wieczorem. 

Fleet wykręcił końmi, kierując się w stronę 

swego domu. Znów czuł się dziwnie. Kiedy 

nagle zabrakło w pobliżu tej uroczej dziew­

czyny, wszystko dookoła wydawało się jeszcze 

bardziej szare i nudne. A może to tylko ta 

pogoda ? Ciężkie chmury przesłaniały niebo, 

background image

3 0 4 Nicola  C o r n i c k 

zapowiadając opady śniegu, wiatr przybrał na 

sile, jego porywy były coraz bardziej dotkliwe. 

Ale co tam pogoda... Po prostu brakuje tego 

emanującego ciepłem dziewczęcia. 

Na wspomnienie bliźniąt zadrżał. Przecież 

absolutnie nie nadaje się na ojca chrzestnego! 

Kogokolwiek! Przede wszystkim nie jest żad­

nym wzorcem dla następnych pokoleń. Gdyby 

rola chrzestnego ograniczała się tylko do hoj­

nych podarków z okazji urodzin czy świąt 

Bożego Narodzenia, może czułby się pewniej­

szy, ale przytłaczała go myśl, że rola ta nakłada 

zobowiązania o wiele większe. Dlatego stanow­

czo trzeba się z niej wymigać, mimo że trochę 

szkoda, bo Clara najpewniej ma teraz o nim 

o wiele lepsze mniemanie niż w ciągu całego 

okresu ich znajomości... 

Z nieba zaczęły spadać białe płatki. Niestety, 

śnieg w Londynie nie jest białym puchem, bo­

wiem zmieszany z sadzami zalega brudną breją 

na ulicach. A we Fleet jest całkiem inaczej, tam 

śnieg jest bielusieńki, z konarów zwisają grube 

sople. Rzekę ścina lód, głębokie na dziesięć stóp 

zaspy pysznią się za żywopłotami. Och, jakże 

chciałby tam teraz być... 

Nie! Paniczny strach ścisnął go za gardło. 

Nigdy nie pojedzie do Fleet zimą, nigdy! Starł 

z powiek płatki śniegu i postarał się pomyśleć 

o czymś innym. Niestety, na myśl przyszły mu 

background image

Sezon na zalotników  3 0 5 

tylko bliźnięta. Rose i Rory, jego przyszłe chrześ-

niaki. Tragedia. Bo jeśli coś złego, nie daj Boże, 

stanie się z Julianą i Martinem, wtedy Fleet 

skończy jako opiekun tego drobiazgu, a to ozna­

cza dnie i noce wypełnione dziecięcym płaczem, 

niańki miotające się po całym domu i tak dalej, 

i tak dalej, całe to pandemonium. 

Ten dom po przyjeździe wydał mu się cał­

kiem przytulny. Ciepło, i co najważniejsze, 

cicho. W bibliotece czekały świeże gazety. Fleet 

rozsiadł się przed kominkiem, ale zamiast sięg­

nąć po ,,Morning Post", ręka jakoś sama wyciąg­

nęła się ku półce z książkami i natrafiła na tę 

właśnie powieść. „Życie i myśli J.W. Pana Trist-

rama Shandy'ego" Laurence'a Sterne'a. Sama 

otworzyła się na stronie tytułowej, na której 

widniał podpis właściciela książki. Podpis na­

kreślony dziecinną ręką. 

Oliver Fleet 

Gwałtownym ruchem zamknął książkę, 

wzniecając mały tuman kurzu. Wypadek z bra­

tem zdarzył się mniej więcej o tej porze roku, 

dlatego Sebastian nienawidził zimy, nienawidził 

świąt. Nigdy na Boże Narodzenie nie jeździł do 

Fleet. Nigdy, od tamtego dnia, od dnia śmierci 

Olivera. 

Oparł się wygodniej w krześle. Cisza panują­

ca w całym domu była przejmująca, wydawało 

mu się, że słyszy, jak płatki śniegu ocierają się 

background image

3 0 6 Nicola  C o r n i c k 

o szyby. A do rautu u lady Cardace pozostało 

jeszcze dziewięć godzin, za tyle godzin znów 

ujrzy Clarę. Starał się stłumić w sobie uczucie 

radości, ale nie udało się. Panna Davencourt 

podobała mu się przecież nadzwyczaj. Śliczna 

panna. Miała wielkie, szaroniebieskie oczy, włosy 

ciemnozłote jak łan dojrzałego żyta i bardzo 

ponętne kształty. Była ucieleśnieniem wszystkich 

męskich marzeń, marzeń, na jakie czasami pozwa­

lał sobie Fleet. Wiedział, że nie jest jedynym 

dżentelmenem, który oddaje się tego rodzaju 

rozmyślaniom, ale jedynym chyba, który podziwia 

w Clarze również inteligencję. Większość męż­

czyzn tej zalety u kobiet nie ceni, w przeciwieńst­

wie do niego, który rozmowy z bystrą i dowcipną 

Clarą kiedyś uwielbiał. To uwielbienie omal nie 

doprowadziło go do zguby, dwa lata temu, kiedy 

był o krok od zakochania się w pannie Davencourt. 

Teraz też powinien mieć się na baczności. Nie 

zamierza się przecież żenić, a Clarę mógł mieć 

tylko pod warunkiem, że stanie z nią przed 

ołtarzem. Dlatego, zamiast rozmyślać o tej pan­

nie, lepiej napić się mocnej kawy i poczytać 

„Morning Post". 

Zadzwonił po kawę, sięgnął po gazetę, ale 

i tak nie potrafił odgonić od siebie myśli o pew­

nej ekscytującej pannie. 

Kiedy powóz Davencourtow zajeżdżał przed 

background image

Sezon na zalotników  3 0 7 

Cardace House, śnieg był już głęboki na co 

najmniej stopę. 

- Pantofelki mi przemokną - mruczała pod 

nosem niezadowolona Juliana, podążając szyb­

ko wraz z Martinem i Clarą po wilgotnym, 

czerwonym dywanie, ciągnącym się aż do 

drzwi. -- Gdyby to nie był jeden z najważniej­

szych bali w tym sezonie, zostałabym w domu, 

chociaż z drugiej strony bardzo jestem ciekawa, 

co tam nowego przygotowała dla nas niezastą­

piona lady Cardace. 

Lady Cardace wiodła prym wśród dam wyda­

jących bale w sezonie zimowym. Każdego roku 

zaskakiwała gości nowym, bardzo oryginalnym 

pomysłem, który później naśladowały inne pa­

nie domu, co z kolei skłaniało lady Cardace do 

jeszcze bardziej ekstrawaganckich pomysłów 

w roku następnym. 

- Spójrzcie! - wykrzyknął Martin, kiedy 

wraz z towarzyszącymi mu damami znalazł się 

w holu. - W tym roku tematem przewodnim są 

po prostu tradycyjne święta. Bardzo mi się to 

podoba 

Lokaj odebrał od nich okrycia, drugi służący 

serwował gorącego negusa*, co przyjęto z ap-

lauzem. Clara, grzejąc sobie palce o kryształową 

* Negus - również: gorący napój z wina i wody 

z dodatkiem cukru, soku z cytryny i gałki muszkatołowej. 

(Przyp. tłum.) 

background image

3 0 8 Nicola Cornick 

szklaneczkę, rozglądała się z ciekawością po 

pięknie udekorowanym wnętrzu. Ściany zawie­

szone były gałązkami ostrokrzewu i jemioły. 

Ciemna zieleń wspaniale kontrastowała z czer­

wonymi i białymi jagodami. Sufit pokrywały 

chmury ze skrzącymi się płatkami śniegu, wy­

czarowane z białej gazy. We wszystkich czte­

rech kominkach w wielkim holu płonął ogień. 

A z pokoju, w którym znajdował się bufet, 

dolatywał smakowity zapach rosołu. Martin 

natychmiast podążył w tamtym kierunku, spoj­

rzenie Clary zaś ponownie przemknęło dookoła, 

tym razem bardziej dyskretnie, bo po twarzach 

zgromadzonych gości. Niestety, ku jej rozczaro­

waniu Sebastiana w tej sali nie było. 

Żałowała gorzko, że napisała ten list. Przez 

minionych osiemnaście miesięcy doskonale da­

wała sobie radę, a dzisiejsze spotkanie z księciem 

miało rezultat żałosny. Stare sentymenty ożyły, 

Clara prawie usychała z tęsknoty. 

- Wyglądasz tak, jakbyś przeżuwała skórkę 

od cytryny - powiedziała Juliana i objąwszy 

Clarę wpół, poprowadziła na koniec sali, gdzie 

ustawiono rząd krzeseł. 

Usiadły, pomilczały chwilę, po czym ode­

zwała się Juliana bardzo strapionym głosem: 

- Czuję, że to z powodu Sebastiana Fleeta, 

Claro. Nigdy tak do końca nie wyleczyłaś się 

z tej dolegliwości, prawda? 

background image

Sezon na zalotników  3 0 9 

- Starałam się, Ju, ze wszystkich sił, ale to 

uczucie jest ode mnie silniejsze. 

- Uczucia... One, niestety, potrafią zawład­

nąć człowiekiem bez reszty, ale proszę, tym 
razem staraj się im nie poddawać. Fleet jest dla 
ciebie za stary, zbyt doświadczony, no i to 
zdeklarowany hulaka. 

Clara westchnęła. Cóż z tego, że Juliana miała 

całkowitą rację, skoro i tak, wbrew rozsądkowi, 
jakiś głos wewnętrzny uparcie jej powtarzał, że 
najbardziej odpowiednią kobietą dla Sebastia­
na Flee:a jest ona, Clara Davencourt. Wierzyła 
w to, choć fakt, że odrzucił jej oświadczyny, 
nieco tą wiarą zachwiał. 

- Och, popatrz tylko... -Juliana zerknęła przez 

ramię. - O wilku mowa! Książę Fleet właśnie 
wszedł do sali. 

Istotnie, pojawił się w drzwiach, dojrzał je 

i zaczął zmierzać w ich kierunku. Po drodze 
natknął się na Martina. Uścisnęli sobie dłonie 
i zagłębieni w rozmowie, szli teraz razem. Nagle 
Clara zauważyła, że z drugiego końca sali podąża 
ku niej jeszcze dwóch innych dżentelmenów. Szli 
bardzo szybko, jakby starali się dotrzeć do niej 
pierwsi. 

Książę też ich zauważył i po jego twarzy 

przemknął osobliwy uśmieszek. Skręcił, dopadł 
do wspomnianych dżentelmenów, czyli lorda 
Eltona i lorda Tarvera. Stanął między nimi, 

background image

3 1 0 Nicola  C o r n i c k 

złapał ich za ramiona i przez chwilę coś im 

klarował. Potem popchnął ich, wcale nie lekko, 

zmuszając do zmiany kierunku. Clara, obser­

wując spod oka całą scenę, zacisnęła wargi. Mdłe 

zaloty Eltona czy Tarvera wcale jej nie nęciły, 

wręcz przeciwnie, ale nie życzyła sobie, żeby 

książę raptem odgrywał rolę despotycznego pro­

tektora, tym bardziej że przedtem zdecydowa­

nie odrzucił jej prośbę o pomoc. 

Fleet zbliżył się do dam i skłonił się. 

- Jak się panie miewają, lady Juliano, panno 

Davencourt? Wielka to przyjemność spotkać 

obie panie. 

- Dziękuję, Fleet - rzuciła nieco oschle Julia­

na. - Miło z pana strony. 

Clara uśmiechnęła się raczej kwaśno i z roz­

mysłem skierowała wzrok na środek sali, jakby 

tam właśnie działo się coś nadzwyczaj eks­

cytującego, przez co nie zauważyła, kiedy Fleet 

wziął ją za rękę. Odczuła to jednak bardzo, bo jej 

serce natychmiast zatrzepotało. 

- Panno Davencourt, mam nadzieję, że uczy­

ni mi pani zaszczyt i ofiaruje ten taniec. 

Powoli zwróciła ku niemu twarz. 

- Proszę mi wybaczyć, książę, ale dziś nie 

tańczę. 

- Nie tańczy pani... - powtórzył przeciągle. 

- Ma pani zamiar nudzić się przez cały wieczór? 

- Wcale nie, milordzie! - Uśmiech na twarzy 

background image

Sezon na zalotników  3 1 1 

Clary był przesłodki. - Będę tańczyć, ale nie 

z panem. Mówiłam już, że nie życzę sobie 

pańskiej asysty. 

Twarz Fleeta pozostała niewzruszona. 

- Lady Davencourt - zwrócił się do Juliany 

- czy nie zechciałaby pani wstawić się za mną 

u swojej szwagierki?- Może pani uda się ją 

przekonać? 

Juliana uśmiechnęła się miło, odpowiedź była 

jednak druzgocąca: 

- Ża:uję bardzo, Fleet, ale nie uczynię tego, 

ponieważ nie mogę pana rekomendować pod 

żadnym względem, a już na pewno nie jako 

odpowiedniego tancerza dla młodej, skromnej 

damy. Proponowałabym panu udanie się do 

pokoju karcianego, by tam otrząsnąć się z roz­

czarowania, jakiego pan teraz doznał. Jak są­

dzisz, Claro? 

- Lady Juliana ma rację, Wasza Miłość. Życzę 

panu miłego wieczoru! 

Fleet skłonił się z wdziękiem. 

- Dziękuję, na pewno nie będę się nudził. 

Moje uszanowanie, lady Juliano, panno Daven­

court... 

Odszedł, nie oglądając się za siebie. Clara 

odprowadzała go wzrokiem. W obojętności Flee-

ta było coś upokarzającego. Teraz żałowała, 

że ulegając dziecinnemu impulsowi, odmówiła 

mu tego tańca. Jakby wolała pląsać z lordem 

background image

3 1 2 Nicola  C o r n i c k 

Eltonem czy lordem Tarverem! Ależ skąd! 

Chciała tylko sama dokonać wyboru, tymcza­

sem Fleet zrobił to za nią wcześniej, odganiając 

od niej obu lordów. 

Martin ujął dłoń żony i podążył z nią na 

środek sali, gdzie pary ustawiały się już do 

kadryla. Clara została na swoim krześle. Po 

chwili uzmysłowiła sobie, że jest jedyną pan­

ną, która nie tańczy. W tak dziwnej sytuacji 

znalazła się po raz pierwszy, wiedziała jednak, 

niestety, z jakiej przyczyny tak się stało. To, 

co Fleet powiedział Eltonowi i Tarverowi, mu­

siało roznieść się wśród pozostałych dżentel­

menów, dlatego żaden z nich nie prosił jej do 

tańca. A to drażniło ją niepomiernie. Kilka 

debiutantek chichotało za swoimi wachlarza­

mi, były zapewne zachwycone, że dla najład­

niejszej panny nagle zabrakło tancerza. Clara 

zacisnęła zęby. W tej sytuacji nie pozostawało 

jej nic innego, jak wycofać się dyplomatycznie 

do pokoju dla dam. 

Była tam, jak jej się wydawało, bardzo długo. 

Stała w półmroku, nieskończoną ilość razy od­

pinając srebrną broszkę, po czym przypinając ją 

w tym samym miejscu. Poprawiała nienagannie 

ufryzowane włosy i wygładzała fałdy sukni. 

W końcu stało się to już tak nudne, że powie­

działa sobie: dość. 

Dostojnym krokiem wyszła na korytarz, ci-

background image

Sezon na zalotników  3 1 3 

chy i mroczny, przystrojony gałązkami ostro-

krzewu i jemioły. Wszędzie unosił się zapach 

cytrusów i sosny, przywodzący na myśl święta. 

Clara przystanęła, uśmiechnęła się i mocno 

wciągnęła w płuca ten znajomy i jakże miły 

sercu zapach. 

Nagle drzwi z prawej strony otwarły się 

gwałtownie. 

- Nareszcie! - powiedział książę zniecierp­

liwionym głosem. - Wyczekałem się na panią. 

Seb Fleet już w dwie minuty po przekrocze­

niu progu sali balowej złamał obie przysięgi, 

związane z tym wieczorem. Przede wszystkim 

- wcale nie powiedział Martinowi, że zmienił 

zdanie w kwestii bycia ojcem chrzestnym bliź­

niąt. Nie powiedział, bo Martin na jego widok 

rozpromienił się i Fleet nie miał serca go roz­

czarować. 

A petem Fleet zobaczył pannę Davencourt. 

Clara, która dawno już przestała nosić białe 

muśliny młodziutkiej debiutantki, miała na sobie 

suknię popielatą, bardzo wytworną i podkreślają­

cą ponętne kształty. Piękne jasne włosy upięte 

były wysoko, smukła szyja odsłonięta. W sumie 

młoda dama wyglądała tak olśniewająco, że Fleet 

poczuł się, jakby dostał cios prosto w żołądek. 

I natychmiast zapomniał, że przyrzekał sobie 

tego wieczoru unikać tej panny jak ognia. 

background image

3 1 4 Nicola  C o r n i c k 

Prawie był już gotów biec do Martina i wy­

jawić mu, że jest zauroczony jego siostrą, ale 

wtedy dojrzał Eltona i Tarvera, którzy podążali 

ku Clarze. Wtedy krew w nim zawrzała. Dopadł 

do nich, złapał za ramiona i przekazał im bardzo 

dobitnie, że dzisiejszego wieczoru to on, książę 

Fleet, asystuje pannie Davencourt. Zrozumia-

no?! Oczywiście, że tak. Obaj dżentelmeni, 

potulni jak baranki, natychmiast się wycofali. 

A z nim dalej działo się coś dziwnego. Widok 

Clary pobudził go do tego stopnia, że zapragnął 

ją pocałować, natychmiast i tutaj, na oczach 

zgromadzonego tłumu gości. Na szczęście nie 

poddał się temu impulsowi. Chwała Bogu, prze­

cież na taką ekstrawagancję towarzystwo zarea­

gowałoby w jeden sposób. Albo żenisz się pan 

z panną Davencourt, albo jesteś pan wykluczo­

ny z towarzystwa. 

Pragnienie pocałunku panny Davencourt zo­

stało więc niespełnione, co jednak nie znaczy, że 

wygasło. Dziwne, przecież ponoć był łajdakiem 

i hulaką, a taki ktoś zawsze kieruje się chłodną 

kalkulacją i nigdy nie traci panowania nad sobą. 

Niestety, on zawsze je tracił, gdy na horyzoncie 

pojawiała się panna Davencourt. 

I to właśnie doprowadziło go do tego miejsca. 

Clara na jego widok stanęła jak wryta. Wykorzy­

stał to. Przyparł ją do drzwi i oparł rękę o ścianę, 

niedaleko jej głowy. Jednym słowem, złapał ją 

background image

Sezon na zalotników  3 1 5 

w potrzask. Było to głupie i niebezpieczne, lecz, 

o zgrozo, silniejsze od niego. 

Oczy Clary w mroku korytarza były prawie 

czarne, zaś głos, którym przemówiła, drżący. 

- Pan czekał na mnie? Przecież miał pan grać 

w karty 

- Ale nie gram. 

Była tak blisko niego, czuł rozkoszne ciepło jej 

ciała przenikające przez cienki muślin. Nie, nie 

mógł się powstrzymać. Pochylił głowę i deli­

katnie musnął wargami płatek różowego ucha, 

a potem szepnął: 

- Wiedziałem, że nie zostanie pani w sali, 

kiedy odstraszę pani adoratorów. Która dama 

nie umknęłaby przed takim upokorzeniem? Dla­

tego czekałem tu na panią. 

Widział, jak na zalęknionej twarzy Clary 

pojawia się gniew. 

- A ja nie pojmuję, w jakim celu pan to 

wszystko zrobił! Większość dżentelmenów nie 

przejęłaby się zbytnio jedną odprawą. 

- Ale ja się przejąłem. 

Jego oddech odsunął pasmo włosów z jej 

policzka o tak boleśnie słodkiej linii. Tak samo 

jak podbródek. Jakże rozkosznie byłoby przytu­

lić doń swą twarz i sycić się ciepłym zapachem 

kobiecej skóry... 

Obróciła nieco głowę, ich usta oddalone były 

zaledwie o cal, z jej ust wydobył się cichy szept: 

background image

3 1 6 Nicola Cornick 

- Dziś rano powiedział mi pan, że dama 

powinna zawsze zwracać uwagę na miejsce, 

w którym się znajduje. Dzięki temu uda jej się 

pokrzyżować plany hulaki. - Powoli podniosła 

głowę i spojrzała mu prosto w oczy. - Pańskie 

słowa wzięłam sobie bardzo do serca. Zegnam, 

milordzie! 

Od samego początku jedną rękę trzymała za 

plecami. Fleet usłyszał cichutki odgłos przekrę­

canej klamki. Drzwi otwarły się, Clara cofnęła 

się w głąb sali balowej i zamknęła drzwi tuż 

przed jego nosem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Sebastian w ostatniej chwili zdołał się opano­

wać i nie rąbnął pięścią w zamknięte drzwi. 

Panna Davencourt, której pożądał jak żadnej 

innej kobiety, po raz drugi tego wieczoru zagrała 

mu na nosie. Odtrąciła go, a on cierpiał. Cierpiała 

dusza, przeżywając rozczarowanie, cierpiało cia­

ło od niezaspokojonej żądzy. 

Pokręcił głową z niedowierzaniem, wycho­

dziło bowiem na to, że został uwiedziony przez 

własne uwodzenie. I jeśli ktoś tkwi w potrzasku, 

to na pewno on. 

- Wszystko w porządku, przyjacielu?-

Z biblioteki wyszedł pan domu, lord Cardace. 

Nadchodził korytarzem, spoglądając na Fleeta 

z niepokojem pomieszanym z ciekawością. Se­

bastian uzmysłowił sobie, że musi wyglądać co 

najmniej podejrzanie, stoi przecież zgięty wpół 

z głową wpartą w ścianę. 

background image

3 1 8 Nicola  C o r n i c k 

- Pokręciło mnie trochę - powiedział, pros­

tując się na całą swoją wysokość. - Podagra, 

pojmujesz. Palce u nóg. Kiedy tańczę, bolą jak 

diabli. 

- Rozkosze wieku dojrzałego? 

- I zbyt częstego zaglądania do butelki, nie­

stety. 

Cardace z uśmiechem klepnął go po ramieniu. 

- W takim razie radzę ci, Fleet, nie pląsaj, 

tylko poszukaj sobie wygodnego krzesła. Nie 

będziesz się nudził. Moja małżonka najęła kome­

diantów, więc będzie na co popatrzeć. 

- Dziękuję za dobrą radę, przyjacielu. 

Potulnie dał się Cardace'owi przeprowadzić 

przez salę balową do zacisznej wnęki, gdzie 

rozsiadł się wygodnie, rzekomo by dać odpocząć 

starym kościom, a tak naprawdę, by z tego 

ustronnego miejsca dyskretnie obserwować Cla­

rę, usadowioną między bratem i bratową. Sie­

działa w skromnej pozie idealnej debiutantki. 

Trudno było uwierzyć, że nie dalej jak przed 

kwadransem o mały włos nie uwiódł jej w kory­

tarzu pewien zdeklarowany hulaka. 

Wokół Clary znów zaczynali się kręcić adora­

torzy. Podchodzili do niej, zginając się w ukło­

nach, całowali ją po rękach, szeptali coś do ucha. 

Płaszczyli się przed nią, a Fleeta aż skręcało. 

Powtarzał więc sobie w duchu, że powinien 

wreszcie przestać zawracać sobie głowę panną 

background image

Sezon na zalotników  3 1 9 

Davenccurt. Nie zbliżać się do niej na krok, bo 

ona nie jest dla niego, czego on jest w pełni 

świadomy. Powtarzał to sobie do chwili, gdy 

Clara wstała i złożyła dłoń w dłoni lorda Eltona, 

który poprowadził ją na środek sali. 

Wtedy Fleet też wstał i ruszył do nich. Clara 

dostrzegła go, szaroniebieskie oczy spojrzały 

z nieskrywanym zdumieniem. Na Fleeta spojrzał 

również Elton, lord, który nie grzeszył odwagą. 

Ujrzawszy nadciągającego księcia, zbladł, po­

wiedział coś szybko do Clary i czmychnął, jakby 

jego frak stanął w ogniu. A damy i dżentelmeni, 

znajdujący się w pobliżu, z wielkim zaintereso­

waniem zaczęli zerkać na pannę porzuconą 

przez tancerza, nim jeszcze taniec się zaczął. 

- Do licha! - syknęła Clara - Coś pan zrobił 

lordowi Eltonowi? 

- Nic! 

- Pan doskonale wie, o co mi chodzi! Pan 

rozmawiał z nim wcześniej! Co mu pan powie­

dział? 

- Niewiele. Ostrzegłem tylko, że ma się pani 

nie narzucać. 

- Zety pan mógł mi się narzucać, jak teraz! 

- Ja? Ranisz mnie, pani! 

- A pan mnie irytujesz! Pańska despotyczna 

interwencja sprawiła, że pierwszy taniec prze­

siedziałam, a teraz ta sytuacja się powtarza. 

- Trudno. Już raz prosiłem panią do tańca 

background image

3 2 0 Nicola  C o r n i c k 

i pani odmówiła. Drugi raz nie zamierzam igrać 

z losem. 

Posłała mu mroczne spojrzenie, odwróciła się 

i ruszyła przed siebie, żeby opuścić środek sali 

przeznaczony dla tancerzy. Opuścić jak naj­

prędzej, starając się ignorować chichoty i zna­

cząco uniesione brwi. 

Fleet podążał za nią. Kiedy Clara przystanęła, 

poczuła na ramieniu jego dłoń. 

- Niech pani nie upaja się tym, że raz udało 

się pani, uciec, panno Davencourt - szepnął 

- i tak pocałuję panią, jeszcze zanim ten bal się 

skończy. 

Nagle ktoś zawołał, że nadchodzą komedian­

ci. Wirujące po sali pary znieruchomiały, drzwi 

otwarły się szeroko, komedianci wkroczyli do 

sali. Któryś z nich wystukiwał na bębnie głuchy 

rytm, orkiestra podjęła melodię, tym razem 

inną, już nie był to wytworny, zwiewny walc. 

Teraz wielką salę, oświetloną blaskiem ognia 

z kominków i migoczących świec, wypełniły 

głośne dźwięki skocznej muzyki. Tłum znów 

ruszył w tany, ruchy tańcujących migotały na 

tle ścian przystrojonych ostrokrzewem i jemio­

łą, były bardzo szybkie, prawie gwałtowne, 

jakby wszyscy jakimś cudownym sposobem 

przenieśli się wiele wieków wstecz, do średnio­

wiecznego zamku i tam radowali się z narodzin 

Pana na ówczesny, żywiołowy sposób. 

background image

Sezon na zalotników  3 2 1 

Złapał Clarę za rękę i przygarnął do siebie. Nie 

stawiała oporu, myślała zapewne, że będą tań­

czyć, ale ego zamiary były inne. Pociągnął pannę 

do chłodnej, mrocznej wnęki okiennej i nie 

marnując ani chwili, przywarł ustami do jej ust. 

Najpierw cała zesztywniała. Była wstrząś­

nięta, w końcu co się dziwić, jednak po krótkiej 

chwili Sebastian poczuł, jak Clara mięknie, wtu­

la się w niego mocniej i rozchyla usta. 

Jeden pocałunek, drugi, jeszcze bardziej za­

chłanny.,. 

- Claro... 

Wyszeptał jej imię i ich usta spotkały się po 

raz trzeci. Oczy miała zamknięte, długie czarne 

rzęsy muskały jego policzek, jej usta były słodkie 

i obrzmiałe. Drżała. 

On też, a w jego głowie panował zatrważają­

cy chaos. Sposób, w jaki Clara chwyciła za klapy 

jego fraka, żeby przyciągnąć go do siebie bliżej, 

smak jej ust, to połączenie słodyczy i namiętno­

ści, wywoływały w nim nieznane dotąd sensa­

cje. Przede wszystkim - pragnienie posiadania, 

i to nie na chwilę, ale na zawsze. Ta cudowna 

dziewczyna należy tylko do niego. On nigdy nie 

pozwoli jej odejść. 

Ich usta odsuwały się od siebie powoli, z ocią­

ganiem. Sebastian miał uczucie, jakby coś tracił. 

Jej oczy były półprzytomne, ale tylko przez 

chwilę. Zatrzepotała powiekami i wyraz jej 

background image

3 2 2 Nicola Cornick 

twarzy uległ raptownej zmianie. Oszołomienie 

zastąpił gniew. 

- Kiedy dziś rano prosiłam pana o pomoc, nie 

dopraszałam się o lekcje całowania! 

On też potrzebował chwili, żeby otrząsnąć się 

z intensywnych doznań, i dopiero potem udzie­

lił odpowiedzi: 

- Pani raczej nie potrzebuje lekcji, moja dro­

ga. Chociaż... - Nie odrywał wzroku od jej 

twarzy. Coś w niej było, co go zastanawiało 

i przywodziło na myśl tylko jedną konkluzję. 

- Chociaż, jak domyślam się, to były pani 

pierwsze pocałunki, czy tak? 

Jeśli tak, to zachował się jak cymbał. Roz­

palony pożądaniem zapamiętał się w tym poca­

łunku, nie zastanawiając się w ogóle nad od­

czuciami Clary, która przecież doświadczała 

czegoś nowego, dla niej zapewne wstrząsające­

go. Powinien był się tego domyślić, uzmysłowić 

sobie, jak ważna była dla niej ta chwila. 

Dla niego też, ale tej myśli starał się do siebie 

nie dopuszczać. 

- Tak - powiedziała ze spokojem, który zdą­

żyła już odzyskać. - Niech tylko panu nie 

przyjdzie do głowy mówić, jak bardzo mu 

przykro! 

Udało mu się uśmiechnąć. 

- Nie. Nie jest mi przykro. I było mi... bardzo 

miło. 

background image

Sezon na zalotników  3 2 3 

- Miło? 

W jej oczach dostrzegł urazę. Nie dziwił się. 

„Miło" to takie mdłe określenia, w ogóle nie 

oddające tej namiętności, która połączyła ich na 

kilka chwil. Do diaska! Jak mógł z tego wszyst­

kiego zrobić taki galimatias?- A ponoć jest czło­

wiekiem światowym! Owszem, tylko że z tego 

to właśnie powodu przywykł do obcowania 

z kobietami światowymi, a nie z niewinnymi 

pannami. Dlatego teraz, mimo że się uśmiechał, 

czuł się nieszczęśliwy. Czuł się jak zbity pies. 

- Żegnam Waszą Miłość - powiedziała Clara, 

nie po raz pierwszy zresztą tego wieczoru, 

potem odwróciła się na pięcie i oddaliła szybkim 

krokiem 

Była całowana po raz pierwszy w życiu. 

Całowana dogłębnie, umiejętnie i bezlitośnie 

przez człowieka, który był w tym szalenie 

biegły. Tak. Zdawała sobie sprawę, że powinna 

czuć się wstrząśnięta albo obrażona. Albo i tak, 

i tak. Kłopot w tym, że to, co się zdarzyło, było 

cudowne. 

Podeszła do okna i przysiadła na wyściełanej 

ławce. Spojrzała w górę, w niebo. Chmury 

przerzedzały się, światło księżyca przebijało 

mrok nocy i ślizgało się po ośnieżonych gałę­

ziach drzew. Śnieg prószył, małe płatki sfruwały 

z nieba i miękko opadały na ziemię. Cicha biała 

background image

3 2 4 Nicola Cornick 

noc... Clara oparła głowę o zimną ścianę i zatopi­

ła się w rozmyślaniach. 

Kochała księcia, to takie oczywiste, i to od 

dawna. Co do tego nie miała żadnych wątpliwo­

ści. Ale nic nie usprawiedliwia jej dzisiejszego 

zachowania. Powinna była mu się opierać, a na­

wet go spoliczkować. Tymczasem ona, sprag­

niona tego pocałunku, po prostu wczepiła się 

w jego frak. Spragniona tak bardzo, że w niej 

samej wzbudzało to lęk. A sam pocałunek był 

przeżyciem wstrząsającym. Dla niej, bo dla 

Fleeta zapewne nic nieznaczącym epizodem. 

Doświadczony hulaka i debiutantka, całowana 

po raz pierwszy w życiu! Przepaść między nimi 

nigdy jeszcze Clarze nie wydawała się aż tak 

głęboka. 

Trzeba pogodzić się z rzeczywistością i ponie­

chać marzeń. Sebastian Fleet nigdy nie pokocha 

jej tak, jak ona kocha jego. Nigdy nie pokocha 

tak, jakby ona chciała. Jak na to zasłużyła. 

Przycisnęła palce do zimnej szyby. Noc za 

oknem była tak piękna, choć mroźna. Drzewa 

trwały nieruchomo jak posągi. W górze, w czerni 

nieba migotała gwiazda. Chmury, przesuwając 

się po niebie, zasłaniały ją co jakiś czas, potem 

znów się pojawiała jaśniejąca coraz silniejszym 

blaskiem. 

Nie trać nadziei. 

Nie trać wiary. 

background image

Sezon na zalotników  3 2 5 

To wcale nie takie łatwe... 

Smutno potrząsnęła głową. Wstała z ławki 

i zasunęła story. W pokoju było ciepło i przytul­

nie. A ona... ona czuła się tak bardzo samotna. 

- Perch! - krzyknął książę Fleet, zajęty stu­

diowaniem nagłówków w porannej gazecie 

- czy znacie takie sklepy, gdzie kupuje się 

podarki gwiazdkowe dla dzieci? 

Pełne zdumienia brwi kamerdynera przesunę­

ły się niemal do nasady włosów. 

- Dla dzieci, milordzie?! 

- Tak. Czy z waszym słuchem coś nie tak, 

Perch? 

- Nie, milordzie. 

- Czy znacie odpowiedź na moje pytanie? 

- Nie, milordzie. 

- Ale jesteście w stanie ją znaleźć? 

- Naturalnie! Czy książę życzy sobie, żebym 

dokonał sprawunków? 

- Nie. Sam tym się zajmę. Dowiedzcie się 

tylko, dokąd mam się udać. 

Wsunął gazetę pod pachę i podążył do bi­

blioteki, zastanawiając się w duchu, co panna 

Davencourt porabia tego ranka. Dla niego po­

zostanie to niewiadomą, ponieważ dziś nie 

ma zamiaru składać porannej wizyty przy 

Collett Square. Lepiej odczekać, aż wszystko 

przyschnie, bo teraz, kiedy w jasnym świetle 

background image

3 2 6 Nicola Cornick 

mroźnego poranka wspomniał wypadki wczo­

rajszego wieczoru, włos jeżył mu się na głowie. 

Nie do wiary! Tak się zapomnieć! Chyba był 

pijany albo urzeczony. Albo też pijany i urzeczo­

ny jednocześnie. 

Zachował się, delikatnie mówiąc, bardzo nie­

stosownie. Trzeba posłać Clarze bukiet ze sło­

wami przeprosin, z nadzieją, że go przyjmie i ze 

złości nie połamie biednych kwiatów. A łodyżki 

odeśle mu z powrotem. 

Po obu stronach drzwi do biblioteki wisiały 

portrety. Fleet spoglądał na nie rzadko. Przy­

wykł do nich, były jak jeszcze jedno krzesło czy 

lampa w tym domu. Teraz jednak przystanął 

i przyjrzał się uważniej namalowanym twa­

rzom. Ojciec, odziany w szkarłatny płaszcz 

podszyty gronostajami, wyglądał bardzo dum­

nie. Korona opleciona była listkami poziomki 

- znak, że to korona książęca. Matka również 

miała na głowie książęcą koronę, ale wyglądała 

o wiele łagodniej. Bo i taka była, mądra, pełna 

czułości, wniosła wiele ciepła w dzieciństwo 

Sebastiana. 

Na jej dłoni połyskiwał olbrzymi rubin w pier­

ścieniu zaręczynowym Fleetów. Obok, na sąsied­

nim palcu, skromna małżeńska obrączka. Pier­

ścień i obrączka przechowywane były teraz 

w podziemiach pewnego banku. I tam, jak 

zadecydował Fleet, powinny pozostać. 

background image

Sezon na zalotników  3 2 7 

Po śmierci Olivera matka nigdy już nie doszła 

do siebie. Ilekroć Sebastian pomyślał, jakie brze­

mię dźwigali rodzice z jego powodu, czuł przera­

żający, lodowaty chłód. Gdyby uratował Olive­

ra, wszystko byłoby inaczej. Ale nie udało się. 

Ktoś cicho zastukał do drzwi. Do biblioteki 

wszedł Perch. 

- Najlepszym sklepem z podarkami dla dzieci 

jest Hamley's Emporium, Wasza Miłość. 

- Czyli Hamley. - Czuł niebywałą ulgę, że 

teraz właśnie może czymś się zająć. - Dziękuję, 

Perch. Każ zaprzęgać konia. Zaraz tam pojadę. 

Było już późno, kiedy zapukano do drzwi 

domu przy Collett Square. Clara siedziała w bib­

liotece sama, bo Martin i Juliana udali się na 

proszoną kolację, a pani Boyce położyła się już 

spać. Miała szczery zamiar pójść za jej przy­

kładem ale książka panny Austen „Rozważna 

i romantyczna" okazała się lekturą nadzwyczaj 

zajmującą. I choć ogień w kominku dogasał, 

a północ już minęła, Clara nie mogła się od 

książki oderwać. 

Pukanie do drzwi o tak późnej porze za­

intrygowało ją. Poderwała głowę i nadstawiła 

uszu. Słyszała kroki Segsbury'ego, potem skrzy­

pienie zawiasów i przyciszone głosy. 

- Bardzo mi przykro, Wasza Miłość, ale pana 

Davencourta i lady Juliany nie ma w domu... 

background image

3 2 8 Nicola Cornick 

Wasza Miłość*?-! 

Clara siadła prosto jak świeca. Książka zsunę­

ła się z podołka i głucho uderzyła o podłogę. 

Książę Fleets O tej godzinie przybył z wizytą ? 

Nie może być! Chyba że umówił się z Martinem 

na szklaneczkę brandy i przedyskutowanie ostat­

niej ustawy, która czytana jest teraz przez obie 

izby parlamentu. Ale Martina przecież nie ma... 

- Nic się nie stało, Segsbury. Prawdopodob­

nie coś pokręciłem. -W głosie Fleeta słychać było 

wyraźnie zakłopotanie. - Przekażcie to, proszę, 

panu Davencourtowi. To podarki gwiazdkowe 

dla bliźniąt. 

Teraz słychać było szelest, a ciekawość Clary 

była tak wielka, że całkowicie usprawiedliwiała jej 

działanie. Zerwała się z fotela i pomknęła do holu. 

- Panno Davencourt! - zaczął Segsbury i jak 

każdy doświadczony kamerdyner zrobił odpo­

wiednio zaskoczoną minę. - Przepraszam! By­

łem pewien, że udała się pani już na spoczynek. 

- Nic się nie stało, Segsbury. - Ozdobiwszy 

swą twarz miłym uśmiechem, zwróciła się do 

księcia. - Dobry wieczór, milordzie. 

- Dobry wieczór, panno Davencourt. 

Fleet skłonił się, ale wcale się nie uśmiechnął 

i Clara zaczęła żałować w duchu, że uległa 

impulsowi. Niepotrzebnie wybiegła z biblioteki. 

Owszem, bardzo chciała zobaczyć się z księciem, 

ale z tym ponurakiem na pewno nie. 

background image

Sezon na zalotników  3 2 9 

- Proszę wybaczyć, panno Davencourt. 

Chciałem tylko doręczyć podarki dla pani brata­

nicy i bratanka. Mam nadzieję, że dokonałem 

trafnego wyboru. Niestety, nie jestem przy­

zwyczajony do robienia sprawunków dla dzieci. 

Clara wcale nie kryła zdumienia. 

- Sam pan wybrał te podarki? Trudno mi 

uwierzyć! 

- Tak. Sam. 

Nareszcie się uśmiechnął, a w sercu Clary 

zrobiło się nieco cieplej. 

- Segsbury, proszę, połóżcie te prezenty w ja­

kimś stosownym miejscu, a ja pożegnam księcia 

Fleeta. 

Segsbury - mimo że obyty z niekonwen­

cjonalnym zachowaniem, służył przecież u lady 

Juliany jeszcze przed jej zamążpójściem - po­

zwolił scbie spojrzeć na Clarę z przyganą, jednak 

spokojnie wytrzymała jego wzrok. Potem w mil­

czeniu, tak samo jak Fleet, odczekała, aż kroki 

Segsbury'ego ucichną. 

- Chciałam zobaczyć się z panem. 

- Takie też odniosłem wrażenie, ale to nie 

była chyba pani najmądrzejsza decyzja. 

Cała jego postać jakby stężała. Clara była 

pewna, ze książę czuje gniew. 

- Wczoraj wieczorem... 

- Sądzę, panno Davencourt, że wczorajszy 

wieczór lepiej pominąć milczeniem. 

background image

3 3 0 Nicola Cornick 

- Tak pan sądzi?! - Czuła, jakby coś w niej 

nagle się zatrzasnęło. -Woli pan schować głowę 

w piasek, a nie przyznać szczerze, że to, co 

wczoraj się zdarzyło, o czymś świadczy? Oboje 

znajdujemy się w sytuacji kłopotliwej, bo nasze 

zachowanie... 

- Och, panno Davencourt! Postąpiłem tak, 

bo pragnę pani! - Jego oczy jakby nagle pociem­

niały. Podszedł do niej i chwycił za ramiona. Jego 

usta po prostu spadły na jej usta, szybko i pew­

nie, czym natychmiast wznieciły w Clarze pło­

mień, który ogarnął wszystkie jej zmysły, 

a wszelkim racjonalnym myślom nakazał błys­

kawicznie wywietrzeć z głowy. 

Objęła go mocno, wsunęła palce w jego wło­

sy. Czynami Fleeta w niewielkim stopniu kiero­

wała brandy, natomiast w stopniu zasadniczym 

- pożądanie, pocałunek stawał się więc coraz 

bardziej szalony, prawie brutalny. Niecierpliwe 

ręce Sebastiana rozsuwały jedwab i koronki, 

szukały nagiego ciała, a kiedy jego ciepłe, mocne 

palce zamknęły się na obnażonej piersi, nogi pod 

Clarą się ugięły. Wtedy Fleet porwał ją na ręce, 

zaniósł do biblioteki i zatrzasnął drzwi. 

Sekundę potem znaleźli się na dywaniku 

przed kominkiem. Wczepiona w ramiona księcia 

Clara wprost wiła się z rozkoszy pod wpływem 

jego coraz śmielszych pieszczot. 

Drżała. On też. Mimo rozkosznego oszoło-

background image

Sezon na zalotników  3 3 1 

mienia zauważyła to i zdumiała się. Przecież ten 

człowiek był ponoć rozpustnikiem, ale jego 

pieszczoty, tak pełne biegłości, miały w sobie 

jeszcze coś: niedowierzanie. Jakby stało się to, 

czego wcale się nie spodziewał. 

Namiętne usta księcia powróciły do ust Clary, 

ciepłe palce pieściły udo, powoli zmierzały coraz 

wyżej... 

- Och, Sebastianie... 

Nagle znieruchomiał, potem odsunął się, wresz­

cie wstał i chwycił ją za ręce, zmuszając, by też 

wstała z tego dywanika. Nie pojmując zupełnie, 

dlaczego tak postąpił, osunęła się na krzesło 

i machinalnie zaczęła doprowadzać do porządku 

swoją garderobę. 

- Wybacz, Claro... - wyrzucił z siebie ochryp­

łym głosem. - Nie powinienem był tego robić... 

- Sebastianie! - Jej palce zaczęły nerwowo 

drapać poręcze krzesła. - Dlaczego to mówisz? 

Nie możesz brać na siebie całej odpowiedzialnoś­

ci! Przecież pragnęłam tego tak samo jak ty! Och, 

gdybyś nie przestał... - Umilkła, gdy uświadomi­

ła sobie, jak niewiele brakowało, by bez żadnego 

oporu, ba! z własnej woli, oddała się księciu. 

Jednak on zachował trzeźwy umysł, dlatego się 

odsunął. - Nie powinnam była pisać do pana 

tego listu - powiedziała bezbarwnym głosem. 

- Owszem! - potwierdził kategorycznie. 

- A ja nie powinienem był składać pani wizyty. 

background image

3 3 2 Nicola Cornick 

-

 Tyle czasu minęło... - Z rezygnacją po­

trząsnęła głową. - Byłam pewna, że moje uczu­

cie do pana straciło na sile, a tymczasem... Och 

Boże! Doskonale wiem, że pan nie może ofiaro­

wać mi tego, czego pragnę. 

- Masz rację, Claro, nie mogę. Choć pragnę 

ciebie i dałbym wszystko, byś była moja 

choć jeden raz... Nie, nie jeden! Ale o to 

nie wolno mi ciebie prosić, nawet gdybyś 

sama tego chciała. Nie jesteś kobietą, która 

byłaby szczęśliwa w innym związku niż mał­

żeństwo. 

Miał rację, oboje o tym wiedzieli. Clara czuła, 

jak w środku cała zamienia się w kamień. Bo to 

naprawdę był koniec. 

- I co my teraz zrobimy, milordzie? 

- Nie będziemy się więcej widywać. To jedy­

na droga. 

- To niemożliwe! Nie unikniemy spotkań, 

obracamy się przecież w tych samych kręgach 

towarzyskich. 

- W takim razie wyjadę. 

- Nie! - Nie mogła powstrzymać tego okrzy­

ku pełnego rozpaczy. Bo i jakże to tak? Miałby 

wyjechać?! Z jej powodu skazywać się na wy­

gnanie? - Może nie będzie to potrzebne, może 

z czasem pogodzimy się z sytuacją... 

- Wątpię! - W jego głosie pobrzmiewała 

gorycz. - Przecież po tym, co między nami 

background image

Sezon na zalotników  3 3 3 

zaszło, nigdy już nie będę umiał spojrzeć na 

panią obojętnie. Zawsze na pani widok krew 

wzburz)' się we mnie, za każdym razem budzić 

się będą pragnienia pocałunków, pragnienie, by 

zedrzeć z pani suknię i kochać się do utraty 

zmysłów, póki nie zaśnie pani wyczerpana 

w moich ramionach! Nie, Claro! Inaczej już nie 

będzie. Ja... 

Zamilkł. Gwałtownie poderwali głowy i spoj­

rzeli ze strachem na drzwi. Już nie były zamk­

nięte. W progu stały trzy osoby. Segsbury pat­

rzył na księcia ze zdumieniem, miał przecież 

opuścić ten dom dobre pół godziny temu. Juliana 

była wstrząśnięta, Martin zaś wściekły. 

Clarę ogarnął pusty śmiech. Z pozoru trudno 

było im cokolwiek zarzucić. Siedziała na krześle, 

książę stał w odpowiedniej odległości. W ich 

zachowaniu nie było nic zdrożnego. Ciekawe 

jednak, co można wyczytać z ich twarzy... 

- Bardzo niebanalna pora na składanie wizyt, 

Seb - odezwał się Martin, niby w miarę uprzej­

mie, ale głosem podniesionym o ton. - Segsbury 

powiedział nam, że przyniosłeś podarki dla 

dzieci. 

- Tak, przyniosłem... - Sebastian z trudem 

odzyskiwał panowanie nad sobą. - Proszę, wy­

baczcie państwo, wiem, że jest już bardzo późno. 

- W istocie. - Juliana podeszła do niego 

i delikatnie popchnęła w stronę drzwi. - Segsbury 

background image

3 3 4 Nicola Cornick 

odprowadzi pana. Mam nadzieję, że wkrótce się 

zobaczymy. 

Kamerdyner skwapliwie wysunął się do przodu, 

bardzo czujny, tak na wszelki wypadek, gdyby 

książę ponownie zapomniał drogi do wyjścia. 

- Tędy proszę, milordzie. 

Gdy drzwi biblioteki zamknęły się z głuchym 

łoskotem, Martin zdecydowanie ruszył ku siost­

rze. Clara skuliła się, na szczęście przyszła jej 

w sukurs nieoceniona bratowa, która zaszcze-

biotała: 

- Mężu mój, kochanie, może zajrzałbyś do 

dzieci? Byłabym o nie spokojniejsza. - Dała 

Martinowi dyskretny znak głową. 

Gdy po krótkiej chwili wahania opuścił biblio­

tekę, Clara zerwała się z krzesła. 

- Och, Ju! - Objęła mocno Julianę, nie dbając, 

co ona sobie pomyśli. W każdym razie milczała, 

serdecznie tuląc Clarę. - Wybacz, Ju! 

- Nic się nie stało, moja droga. - Usiadły na 

sofie. - Powiedz, proszę, co się stało? 

- On wyjeżdża! Uznaliśmy, że będzie to 

najlepsze wyjście z tej... kłopotliwej sytuacji. 

- Pewnie tak... A może ty też powinnaś 

wyjechać na jakiś czas? Po świętach mogłabyś 

razem z twoją siostrą Kitty i Edwardem poje­

chać do ich posiadłości w Yorkshire. 

- Masz rację. Zmiana otoczenia na pewno 

dobrze mi zrobi. 

background image

Sezon na zalotników  3 3 5 

- Claro... Wybacz, że o to pytam, ale czy... To 

znaczy wiem... że nigdy byś... 

W innych okolicznościach zapewne wybuch-

nęłaby śmiechem, było bowiem zabawne, kiedy 

tak zawsze elokwentna bratowa nagle zaczyna 

się jąkać. Jednak Clarze wcale nie było do 

śmiechu. 

- Niczego nie zrobiliśmy, Ju - powiedziała 

cicho, opuszczając głowę. - Muszę ci jednak 

wyznać, że... że byłam gotowa oddać się Sebas­

tianowi. Tak, Ju. Jednak on wykazał się większą 

rozwagą niż ja. 

- I chwała Bogu! - z wielką ulgą krzyknęła 

bratowa. 

Natomiast w sercu Clary panoszył się szary, 

beznadziejny smutek. 

- Padam z nóg. Idę spać, Jułiano. 

- Idź, kochanie. I pamiętaj, zawsze możesz 

ze mną o wszystkim porozmawiać. 

- Dziękuję... Nawet nie wiesz, jak wiele dla 

mnie znaczy, że mam w tobie starszą siostrę. 

- Cieszę się, że tak to ujmujesz. A więc do 

zobaczenia rano. 

Clara, wchodząc powoli po schodach, za­

stanawiała się w duchu, czy zdoła tej nocy 

zasnąć. Okazało się jednak, że wystarczyło przy­

tknąć głowę do poduszki. Tylko sny wcale nie 

były kolorowe. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Sebastian wyszedł z kancelarii swego praw­

nika. Zbiegając po schodach, włożył rękawiczki. 

Na dworze był siarczysty mróz, wszystkie brudy 

przykrył świeży śnieg. Idealny dzień, by opuścić 

miasto, zachowując w pamięci piękny obraz 

spowitego w panieńską biel Londynu... 

Minęły dwa tygodnie od chwili, gdy obwieścił 

wszystkim swój wyjazd na kontynent. Wtedy 

nie miał jeszcze pojęcia, ile to spraw trzeba 

będzie przedtem pozałatwiać. Nieoceniony 

Perch sekundował mu co prawda w przygotowa­

niach do podróży, wieloma jednak sprawami 

Seb musiał zająć się osobiście. Przede wszystkim 

należało zadbać o sprawne zarządzanie dobrami 

podczas jego nieobecności. Spotkał się też ze 

swoim spadkobiercą. Kuzyn Anthony zaniepo­

koił się bardzo, gdy książę poruszył sprawy 

ostateczne, jakby zamierzał już za chwilę opuś-

background image

Sezon na zalotników  3 3 7 

cić ziemski padół, Sebastian natomiast pokrzepił 

się myślą, że w razie jego nagłej śmierci (nikt 

przecież nie zna dnia ani godziny) rodowy 

majątek przejdzie w dobre ręce. 

Owe myśli o rychłym zgonie nie wzięły się 

znikąd. Po prostu Sebastian, choć nie miał w sobie 

nic z samobójczej natury, w skrytości ducha 

z nadzieją wyglądał kresu żywota, bo w ten sposób 

okropna sytuacja zostałaby w radykalny sposób 

rozwiązana. Z drugiej jednak strony pragnął żyć. 

Miał nadzieję, że zmiana otoczenia i obcy klimat 

pomogą mu spojrzeć na wszystko z dystansem 

i odzyskać równowagę. Od ostatniego spotkania 

z Clarą upłynęły dwa tygodnie i przez tych 

czternaście dni myślało niej nieustannie. O tym, 

jak bardzo jej pragnął, także o tym, że te pragnienia 

nigdy się nie spełnią, co zwiastowało prawdziwą 

katastrofę, jako że chodziło nie o zwykłe pożąda­

nie, które można zaspokoić z kimś innym, lecz 

o inne uczucia, dalece delikatniejsze od owego 

pożądania i pozbawione powiązanemu z nim 

egoizmu. Bał się jednak wnikać w swe uczucia 

głębiej, bo już sam fakt, że znajdzie się od 

ukochanej tak daleko, rozszarpywał na strzępy 

jego duszę. Jednocześnie miłość Clary i zaufanie, 

jakim go obdarzyła, legły na tej sfatygowanej 

duszy jak ciężkie brzemię, zdaniem bowiem 

Sebastiana ani miłość, ani tym bardziej zaufanie 

nie należały mu się. 

background image

3 3 8  N i c o l a  C o r n i c k 

Dlatego musi odejść. Nigdy przecież nie bę­

dzie w stanie spełnić oczekiwań panny Daven-

court, nigdy nie będzie człowiekiem, na jakiego 

zasługiwała. Kimś, kto weźmie za nią całą od­

powiedzialność. A temu raz już nie sprostał. 

Pozwolił umrzeć młodszemu bratu, czym przy­

sporzył rodzicom największych cierpień. Nigdy 

czegoś takiego już nie uczyni. 

Pogrążony w myślach nie zauważył, kiedy 

doszedł do Peerless Pool*. W lecie było tu zawsze 

mnóstwo amatorów kąpieli w czystej, źródlanej 

wodzie, teraz na zamarzniętym stawie pojawili 

się łyżwiarze. Jeździli w kółko po błyszczącej tafli, 

śmiech i wesołe okrzyki mieszały się ze zgrzytem 

łyżew. Pokryte zamarzniętym śniegiem gałęzie 

lip i wisien zdawały się radośnie temu asystować. 

Sebastian przystanął. Był to bardzo miły 

obrazek, a poza tym wśród łyżwiarzy dojrzał 

pannę w jaskrawoczerwonym spencerku. Clara, 

otoczona przez rodzinę i przyjaciół. Ludzi, któ­

rych towarzystwo Sebastian bardzo sobie cenił, 

dlatego odruchowo zaczął schodzić po marmu­

rowych schodach, prowadzących nad staw. Do­

piero po chwili opamiętał się i przystanął. Spra­

wa jest już postanowiona, nie ma sensu narzu­

cać się swoim towarzystwem... 

* Peerless Pool - park ze stawem, pierwsze publiczne 

kąpielisko w Londynie (od 1743 r.). (Przyp. tłum.) 

background image

Sezon na zalotników  3 3 9 

Miał już zawrócić, gdy nagle dojrzał coś, co 

zirytowało go niepomiernie. Wśród osób otacza­

jących Clarę było dwóch lordów, Tarver i Elton, 

oczywiście. Jakby Clara miała teraz wybierać 

między nimi! 

Zdawał sobie sprawę, że kiedy powróci 

z kontynentu, może być już mężatką. Ta 

myśl zasadniczo powinna przynosić mu ulgę, 

przecież nie potrafi dać jej szczęścia, nie po­

trafi dla niej postawić wszystkiego na jedną 

kartę. Wcale to jednak nie oznaczało, że ży­

czył sobie, by znalazła szczęście u boku in­

nego. O nie! 

Mimo to postanowił odejść, gdy nagle dopadł 

go odźwierny i zaczął domagać się opłaty za 

wstęp. Sebastian kątem oka zerknął jeszcze raz 

na lód. Clara oddaliła się od reszty towarzystwa. 

Jechała wzdłuż brzegu, pochylając się co chwilę 

pod bez istnymi, pobielonymi mrozem gałęzia­

mi drzew. W karmazynowym stroju wyglądała 

jak Królowa Śniegu. Wyglądała urzekająco. 

Nagle usłyszał złowrogi trzask. Tuż przed nią 

w błyszczącym lodzie pojawiła się ciemna pla­

ma. Lód pękł! Zobaczył jeszcze, jak Clara próbu­

je złapać się gałęzi, ale nie może jej dosięgnąć. 

I znika mu z oczu. 

Zaczął biec co sił. Odźwierny, nieświadomy 

tego, co się stało, wołał za nim, domagając 

się pieniędzy. Pozostali łyżwiarze, również 

background image

3 4 0 Nicola Cornick 

nieświadomi niczego, kręcili piruety po drugiej 

stronie stawu. 

Biegł jak szalony, gałęzie szarpały poły pła­

szcza i drapały jego twarz, aż niemal już dotarł 

do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą widział 

Clarę. 

Była do połowy zanurzona w ciemnej wodzie, 

ręce kurczowo wczepiła w lód, próbowała się 

podciągnąć. Nadaremnie. Lód pękł, ręce Clary 

zatrzepotały rozpaczliwie. Chwycił jej dłoń, 

pociągnął z całej siły, ale mokre palce wyślizg­

nęły się z jego uścisku. 

Woda zamknęła się nad głową Clary. 

Jak wtedy. 

Oliver próbuje rozpaczliwie wydostać się na 

lód. Mokre ręce wymykają się z dłoni Sebastiana. 

Jeszcze tylko przez moment w ciemnej wodzie 

majaczy biała twarz. Usta otwarte w niemym 

krzyku. 

Nie! 

Osunął się na lód. Za pierwszym razem jego 

ręka siekła tylko wodę, ale za drugim razem, ku 

niewysłowionej uldze, poczuł w palcach materiał 

sukni. Zacisnął palce mocniej, pociągnął. Słyszał 

odgłos rozrywanego materiału, ale ciągnął, ciąg­

nął z całej siły, póki ciężka, nasiąknięta wodą 

spódnica nie wydostała się na powierzchnię. 

Jeszcze jeden wysiłek i już trzymał Clarę 

w ramionach. Przetoczyli się po lodzie na brzeg. 

background image

Sezon na zalotników  3 4 1 

Przywarł ustami do jej głowy, jego ręce bezwied­

nie zaciskały się wokół Clary coraz mocniej 

i mocniej, póki nie usłyszał stłumionego protestu. 

Szybko zgromadził się wokół nich tłumek. 

Juliana i Kitty wydobyły Clarę z ramion Sebas­

tiana. Martin ściskał mu rękę, usiłował coś 

powiedzieć, ale wzruszenie odebrało mu głos. 

Potem wziął siostrę na ręce i zaczął wchodzić na 

wysoki brzeg. Ktoś pognał po powóz, przecież 

Clarę trzeba natychmiast wieźć do domu. 

Seb słyszał ciche protesty Clary, zapewniają­

cej Martina, że czuje się dobrze. Widział, jak 

odwraca głowę i daje mu znak ręką, żeby pod­

szedł, ale nie ruszał się z miejsca. Był jeszcze zbyt 

oszołomiony tym, co się stało, i przerażony tym, 

co mogło się stać. Przed oczami miał twarz 

Olivera .. 

Nie chciał, żeby Clara mu dziękowała. Pragnął 

być sam. Ogólny rwetes i bieganina dały sposob­

ność do ucieczki. Poszedł do pobliskiej kawiarni 

i ukrywszy się w ciemnym kącie, widział przez 

szybę, jak szukano go po całej ulicy. Kiedy 

ostatni powóz odjechał, siadł przy stoliku i za­

mówił kawę. Musiał posiedzieć chwilę, wyci­

szyć emocje, w najdalszym zakątku pamięci 

znów schować straszny obraz z przeszłości. 

Ale spokoju nie odzyskał, bo przed chwilą, 

kiedy trzymał Clarę w ramionach, wyznał jej 

miłość. Może i nie wyraził tego słowami, ale na 

background image

3 4 2 Nicola Cornick 

pewno było to w jego oczach, w jego rękach, tak 

mocno obejmujących Clarę. Wiedział o tym. 

Wiedział też, że ona to dostrzegła i będzie starała 

się z nim spotkać. Znał jej upór i był pewien, że 

dopnie swego. 

Clara przyszła do niego jeszcze tego samego 

dnia wieczorem. Naturalnie, mógł uniknąć tego 

spotkania, na przykład pójść do klubu. Jednak 

następnego dnia o świcie wyjeżdżał i ostatni 

wieczór chciał spędzić w domu. Więc został, 

licząc się z tym, że Clara przyjdzie. Może to 

i lepiej, będą mogli sobie wszystko wyjaśnić do 

końca. Opowie o Oliverze i wyzna jeszcze raz, że 

nie jest jej wart. 

Usiadł w gabinecie, na stoliku obok postawił 

szklaneczkę z nietkniętą brandy i wpatrzony 

w ogień w kominku, zatopił się w rozmyś­

laniach o Clarze. Kogóż on w końcu oszukiwał, 

udając, że nie zależy mu na niej ? Przecież kochał 

ją, to oczywiste. Sprawiła, że prawdziwe uczu­

cie w końcu doszło do głosu. Kochał ją jak 

szaleniec, kochał ją od bardzo dawna. 

Zegar tykał niezmordowanie. Była już prawie 

północ, a Clara nie przychodziła. Sercem Sebas­

tiana zaczął targać niepokój. Mogło się przecież 

zdarzyć, że z tej przygody wcale nie wyszła bez 

szwanku, potłukła się lub przeziębiła. 

Albo i nie. Po prostu nie przyszła i chyba 

background image

Sezon na zalotników  3 4 3 

dobrze, że tak się stało. On jutro o świcie 

wyjedzie z Londynu niezauważony przez niko­

go. Po prostu się wymknie, a kilka godzin 

później Perch wyśle posłańca z kwiatami na 

Collett Square wraz z bilecikiem, w którym 

książę powiadomi o swoim wyjeździe, życząc 

jednocześnie pannie Davencourt szybkiego po­

wrotu do zdrowia... 

- Panna Davencourt, milordzie! - zaanon­

sował Perch. 

Do gabinetu wkroczyła Clara. Twarz miała 

nieco bledszą niż zwykle, ale wyglądało na to, że 

nic jej nie dolega. 

- Niech pani spocznie, panno Davencourt 

- przemówił Sebastian. - Nie powinna była pani 

wychodzić z domu, na pewno jest pani osłabio­

na po tej niemiłej przygodzie. Może pani naba­

wić się influency... - Uzmysłowił sobie, że 

trzepie językiem jak zdenerwowany młokos. 

Ona też musiała tak to odebrać, bo w jej 

oczach zapaliły się wesołe iskierki. 

- Czuję się znakomicie, książę. Musiałam tu 

przyjść, żeby podziękować panu, ku czemu nie 

miałam jeszcze sposobności. Pan znikł tak nagle... 

Zakłopotany, wzruszył lekko ramionami. 

Zdumiony był swoim brakiem kontenansu. Spo­

dziewał się, że swobodnie pokieruje rozmową, 

lecz czuł się osobliwie skrępowany. Wyglądało 

na to, że w jego relacjach z Clarą nastąpiła 

background image

3 4 4 Nicola Cornick 

zasadnicza zmiana, polegająca na tym, że prze­

stał być stroną dominującą. 

- Czy Martin wie, że pani jest tutaj 4? 

- Nikt nie wie. Wymknęłam się z domu, 

kiedy wszyscy zasnęli. 

Chciało mu się śmiać, a jednocześnie czuł 

rozpacz. Cała Clara! Jego Clara. Jak zwykle pełna 

determinacji, gdy zamierzała zrobić coś, co uwa­

żała za słuszne. 

Jego Clara? Wcale nie... 

Spojrzała mu prosto w twarz. 

- Czy pan nadal zamierza jutro wyjechać na 

kontynent? 

- Tak. 

Cała promienność znikła z jej twarzy jak za 

dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

- Miałam nadzieję, że zmienił pan zdanie... 

Cóż, przyszłam tu, jak już mówiłam, podzięko­

wać panu... 

Poderwał głowę i spojrzał na Clarę tak twar­

do, że aż drgnęła. 

- Czy pani naprawdę przyszła tylko mi po­

dziękować ? 

- Nie. - Jej policzki pokrył delikatny rumie­

niec. - Nie, milordzie. - Jej spojrzenie było jasne 

i spokojne. - Przyszłam powiedzieć, że kocham 

pana. 

Była najpiękniejszą istotą, jaką Sebastian kie­

dykolwiek spotkał, bo nie tylko jej powierzchow-

background image

Sezon na zalotników  3 4 5 

ność była godna największego podziwu. Także jej 

szczerość, odwaga, upór. Niewiele kobiet potrafi­

łoby postawić sprawę tak otwarcie i uczciwie. 

On jednak musiał postąpić całkiem inaczej 

i jak najstaranniej ukryć swoje uczucia. 

- Claro, zdaje sobie pani sprawę, jak wielkim 

szacunkiem ją darzę. 

- Szacunkiem? - Przyklękła obok krzesła 

Sebastiana. - Nie, milordzie... - Położyła mu 

dłoń na kolanie. - To nie szacunek. Pan mnie 

kocha. 

Ta nagła bliskość była nie do zniesienia. 

Zerwał się z krzesła i stanął parę kroków dalej. 

- Panno Davencourt, proszę, niech pani 

uświadomi sobie, jak wiele nas dzieli. Nigdy nie 

będziemy pasować do siebie. A pani... pani 

zawstydza mnie swoją uczciwością. Pani jest po 

prostu dla mnie zbyt dobra, a ja... Kimże ja 

jestem?- Zepsutym do szpiku kości i znudzonym 

życiem birbantem. Moje ciało jest jeszcze młode, 

ale dusza stara. 

Patrzyła na niego z uśmiechem, co jeszcze 

pogarszało sytuację. 

- To tylko wymówki, Sebastianie. Pan broni 

się przed miłością, trzyma swoje serce pod 

kluczem. 

Miała rację. Od pierwszej chwili, gdy się 

poznali, instynktownie budował mur między 

nimi, czując, że nie sprosta tej miłości. Jednak 

background image

3 4 6 Nicola Cornick 

ten mur okazał się bardzo lichy, dlatego Clara 

powinna wyjść stąd jak najprędzej, póki jeszcze 

udaje mu się trzymać swoje serce i duszę w zamk­

nięciu. Jeśli je otworzy, jeśli zacznie opowiadać 

o Oliverze - będzie zgubiony. Nigdy się już z te­

go nie wyplącze. 

- Pani zakochana jest w samej miłości. - Sta­

rał się ze wszystkich sił, żeby jego głos brzmiał 

spokojnie. - A z mojej strony jest to tylko coś 

pośredniego między sympatią a żądzą. Niech 

pani nie próbuje upiększać pożądania uczuciem, 

skoro ono nie istnieje. 

Jej oczy błysnęły gniewnie. 

- Dlaczego pan mnie okłamuje, Sebastianie? 

Czego pan się boi? 

Chociażby tego, że dając jej swoją miłość, da 

Clarze również moc i stanie się pionkiem w jej 

ręku. Ale najbardziej bał się odpowiedzialności 

za życie drugiego człowieka. Raz już się z tego 

nie wywiązał i Oliver zginął. 

A tu chodziło o Clarę. Jego jedyną, największą 

miłość. 

- Sebastianie, przecież wiem, że pan mnie 

kocha. Widziałam to na pańskiej twarzy dziś 

rano, nad stawem. Dlatego tu przyszłam. Z ja­

kiego powodu sam pan sobie nie pozwala na 

miłość? Proszę, niech pan dopuści serce do głosu 

i wszystko będzie dobrze! 

- Pani nie jest mi całkowicie obojętna, Claro. 

background image

Sezon na zalotników  3 4 7 

Przyznaję. Ale to za mało. - Widział, jak jej 

twarz poszarzała, a oczy straciły blask. Dosko­
nale zdawał sobie sprawę, jak bardzo ją rani, ale 
mówił dalej, choć sam nie mógł słuchać kłam­
liwych słów, które wychodziły z jego ust przy 
akompaniamencie bijącego jak oszalałe serca. 

- Niektórym ludziom to wystarcza, trochę sym­

patii i namiętność, ja jednak uważam, że to za 
mało, by cokolwiek pani obiecywać. 

Powoli wstała z kolan. Zachwiała się, trącając 

stolik, na którym stała szklaneczka z brandy. 

- Pan kłamie - powiedziała drżącym głosem. 

- Albo też nie wie, co to miłość. Bo serce pana 

jest jak pustynia, bez kropli wody, bez życia. Nie 
ma w nim miejsca na uczucia. 

Nie patrzył na nią, było to ponad jego siły. 

Podniósł głowę dopiero wtedy, gdy szybkie kroki 
Clary cichły w korytarzu. W lustrze zobaczył 
swoją twarz. Twarz człowieka złamanego. 

Ale dopiął swego. Clara odeszła, on zaś uchro­

nił się przed ogromnym, przerażającym ryzy­
kiem, jakim jest obdarzenie miłością drugiego 
człowieka, którego w każdej chwili można stra­
cić. Udało mu się, powinien więc być zadowolo­
ny, ale nie czuł żadnej satysfakcji. Tylko pustkę. 
Jak na pustyni... 

- Panno Davencourt? Panno Davencourt! 

Clara, prawie nic nie widząc przez łzy, 

background image

3 4 8 Nicola Cornick 

potknęła się o brzeg perskiego dywanu. Za­

chwiała się i w ostatniej chwili złapała się za 
brzeg stołu. Piękny wazon na stole, zapewne 
bezcenny, też się zachwiał. 

- Panno Davencourt! 

Ktoś chwycił ją mocno pod rękę. Podniosła 

głowę i zobaczyła Percha. Zauważyła, co w tym 
momencie było całkowicie irracjonalnie, że ka­
merdyner spogląda na nią bardzo życzliwie. 

Zauważyła też, że drzwi, prowadzące na schody 
dla służby, są otwarte i za progiem, w półmroku, 
widać kilka strapionych twarzy. 

- Na Boga, Perch! Czy coś się stało?! 
- Panno Davencourt, proszę wybaczyć, ale 

może będzie pani tak łaskawa... - Poprowadził ją 
do pokoju jadalnego. Wszyscy służący księcia 
Fleeta, od krzepkiego pomocnika ogrodnika po 
chuderlawą pomywaczkę, dzierżąc zapalone 
świece, postępowali za nimi. Kiedy weszli do 
pogrążonego w gotyckich ciemnościach pokoju, 
ustawili się przed Clarą w milczący szereg. 
Posępne twarze podświetlały płomyki świec. 

- Panno Davencourt, jeszcze raz proszę wyba­

czyć nam naszą śmiałość - powiedział Perch - ale 
pomyśleliśmy, że może pani mogłaby wyper­
swadować księciu... - Przez chwilę z wielką 
uwagą wpatrywał się w Clarę. - Przepraszam, 

panno Davencourt. To nieważne. Czy wezwać 
dorożkę? 

background image

Sezon na zalotników  3 4 9 

Szereg służących poruszył się niespokojnie, 

wydając z siebie pomruk dezaprobaty. Było 

oczywiste, że bardzo chcą, by panna Davencourt 

jeszcze nie odjeżdżała. 

- Myśleliśmy, że zostanie pani żoną księcia 

Fleeta - oznajmiła z rozbrajającą szczerością 

jedna z pokojówek, młoda dziewczyna o okrąg­

łej, rumianej twarzy. - I to chciał powiedzieć 

pani pan Perch. A ja, jak się tu najęłam, od razu 

zauważyłam, że nasz pan czuje do pani miętę. 

Clarze udało się wykrzesać nikły uśmiech. 

- Dziękuję wam, ale nie sądzę, żebym kiedy­

kolwiek została księżną Fleet. 

- Milord pewnikiem oszalał - szepnął chło­

pak do posług. 

- Przykro nam to słyszeć, proszę pani - po­

wiedział Perch. Przedtem, oczywiście, spioruno-

wał chłopaka wzrokiem. - Bo gdyby tak się stało, 

my wszyscy, za pozwoleniem, bylibyśmy bar­

dzo zadowoleni. 

W znękanym sercu Clary zrobiło się jakby 

nieco cieplej, a w głowie jakby jaśniej. 

- Pojmuję. Książę wyjeżdża na kontynent 

i zamyka dom. 

- No właśnie, panno Davencourt. Każdy 

z nas szuka sobie nowego miejsca - wyjaśnił 

Perch. - Oprócz Dawsona, który jedzie z naszym 

panem za granicę. 

- Bardzo mi przykro... 

background image

3 5 0 Nicola Cornick 

- Przecież to nie pani wina - odezwał się 

jeden z lokai. - Nasz pan jest wielkim panem, ale 

w tym przypadku, za przeproszeniem, pomie­

szało mu się w głowie. 

- Nasz pan ma w kufrze pani portrecik 

- dodała jedna z pokojówek, rumieniąc się jak 

piwonia. - Widziałam, jak go tam chował. 
Myślał, że go nikt nie widzi. 

Na chwilę zapadła cisza. Cisza, przepełniona 

nadzieją, choć nie u wszystkich. 

- Myślę, że pani nie zechce dać milordowi 

jeszcze jednej szansy - powiedział Perch zrezyg­
nowanym głosem. 

- Dawałam mu już kilkakrotnie - wyznała 

nadspodziewanie szczerze Clara. - Ale skrzydła 
mi już opadły... 

Drugi z lokai wysunął się nieco do przodu. 
- Proszę pani, a gdyby tak... Bo mężczyźnie, 

jak ma porządnie w czubie, język zawsze się 
rozwiąże... Może Jego Miłość by się wtedy pani 
oświadczył! 

Dawson, osobisty służący księcia, skinął 

skwapliwie głową. 

- Święta prawda, proszę pani. Gdyby nasz 

pan się upił... 

Clara stłumiła śmiech. 

- Nie jestem pewna, czy chciałabym za męża 

człowieka, który tylko po pijanemu może wy­
znać mi miłość. 

background image

Sezon na zalotników  3 5 1 

- A ja wiem, dlaczego on taki jest - oznaj­

miła gospodyni. - Wszystko z powodu tego 

nieszczęścia z paniczem Oliverem. Ci z nas, 

co służą u Fleetów od dawna, wiedzą, co się 

wtedy wydarzyło. Nasz pan był takim słod­

kim dzieckiem, miał dobre serduszko, ale kie­

dy lód się załamał i panicz Oliver, jego młod­

szy brat, utopił się, stał się całkiem innym 

człowiekiem. 

- Tc straszne - szepnęła Clara. Nigdy nie 

słyszała o Oliverze Fłeecie, nie wiedziała, że 

książę miał brata. Nigdy jej o tym nie wspomi­

nał, Martinowi także. 

- Milord obwinia siebie za śmierć brata - po­

wiedział Perch. - Od tamtego dnia jest w środku 

zimny jak lód. My wiemy, że pani dla naszego 

pana jest za dobra, ale gdyby mogła pani dać mu 

jeszcze jedną szansę... 

Nie, nie mogła zignorować tych błagalnych 

spojrzeli. Ci ludzie naprawdę byli w potrzebie. 

Zarabiali na chleb dla swoich rodzin. Bali się 

o swoją pracę, o dach nad głową. 

W równie wielkiej potrzebie było jej serce. 

- Więc co wymyśliliście w tej sprawie? - spy­

tała. - Z chęcią was wysłucham. 

Perch spojrzał na zegar ustawiony na gzymsie 

kominka. 

- Mniej więcej za dwie minuty nasz pan 

podejmie decyzję, że swoje smutki najlepiej 

background image

3 5 2 Nicola Cornick 

utopić w kieliszku. Gdzieś poza domem. Od­

czekamy kilka godzin, żeby naprawdę miał 

porządnie w czubie, potem zawieziemy tam 

panią i pani z powrotem go tu sprowadzi. 

Wszyscy wierzymy, że nasz pan wyzna pani 

miłość. Na pewno. Doszedł już do takiego stanu, 

że dłużej nie może tego ukrywać. 

- Perch! - Drzwi od biblioteki otwarły się 

z trzaskiem i cały korytarz wypełnił gniewny 

głos Sebastiana. - Perch?! Gdzie, u diabła, jesteś? 

Chcę wyjść! 

- Wszystko idzie jak z płatka - szepnął jeden 

z lokai. 

Perch wygładził surdut, podszedł powoli do 

drzwi, otworzył je i zamknął ze zwykłą sobie 

starannością. 

- Pan mnie wzywał, Wasza Miłość? 

- Tak. Wychodzę! - oznajmił rozdrażniony 

Fleet. 

- A czy wolno wiedzieć, dokąd milord się 

udaje? 

- Nie, nie wolno! Przynieś mi płaszcz! 

- Pozwolę sobie przypomnieć, że jutro o świ­

cie Wasza Miłość wyjeżdża. 

Sebastian skwitował to słowem nadzwyczaj 

dosadnym. 

- Proszę wybaczyć, że musi pani tego słuchać 

- szepnęła gospodyni - ale dobrze, że milord jest 

w takim właśnie nastroju. 

background image

Sezon na zalotników  3 5 3 

Clara zagryzła wargi, żeby powstrzymać, 

śmiech. 

Trzasnęły drzwi frontowe, po chwili w poko­

ju jadalnym pojawił się Perch i powiedział: 

- Wysłałem Jackmana za naszym panem. 

Będziemy wiedzieli, dokąd poszedł. Panno Da-

vencourt, czy wolno mi zaproponować coś do 

picia? Trzeba będzie poczekać kilka godzin... 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Seb Fleet swoje smutki postanowił utopić nie 

u White'a, lecz w miejscu, które jeszcze bardziej 
niekorzystnie wpływało na zdrowie, czyli w go­

spodzie Moona i Goldfincha przy Goldhawk 
Road. Tam mógł sif upić do nieprzytomności, 
nie zwracając niczyjej uwagi. Gospodarz, kiedy 
zorientował się, że ma do czynienia z człowie­
kiem majętnym, skwapliwie podawał mu moc­
ne trunki, dzięki czemu Sebastian w krótkim 
czasie przeżył prawdziwą huśtawkę nastrojów. 
Najpierw poczuł się rzewnie, potem radośnie, 
potem znów żal rozszarpywał mu duszę. O trze­
ciej nad ranem miał już kilku nowych przyjaciół, 
zdołał też opędzić się przed pocałunkami natar­
czywej córki gospodarza. Na koniec oparł się 
o kontuar i zasnął jak dziecię. Spał słodko, lecz, 
niestety, obudzony został brutalnie, kiedy to 
przez otwarte drzwi do gospody wdarł się ostry 

background image

Sezon na zalotników  3 5 5 

podmuch wiatru, zimne płatki śniegu oraz ko­

biecy, podniesiony głos. Głos, który Fleet rozpo­

znał od razu i dlatego jęknął. 

- Sebastianie! Proszę się obudzić! Zaraz! Na­

tychmiast! 

- Małżonka szanownego pana? - spytał cie­

kawski gospodarz. 

- Jeszcze nie! - rzuciła Clara ze złością. 

Fleet potrząsnął głową, odrzucając włosy opa­

dające na oczy, i podjął się rozpaczliwej próby 

zmiany pozycji. Chciał mianowicie usiąść pros­

to. Udało mu się to z niejakim trudem, choć 

komfortu żadnego nie pozyskał. Cała sala wiro­

wała mu przed oczami, twarz miał mokrą, 

w ustach dziwny smak. Nic dziwnego, przecież 

spał z twarzą w kałuży piwa rozlanego na 

kontuarze. 

- A fe! Cuchnie pan rynsztokiem! - mówiła 

dalej wielce niezadowolona panna Davencourt. 

- Perch, Dawson, możecie go podnieść? 

- Wi... witaj, najdroższa! -wybełkotał Seba­

stian, kiedy kamerdyner i służący starali się 

ustawić go na nogach, a czynili to z gracją 

węglarza podnoszącego worek. Uśmiechał się do 

Clary, raczej do jej kwaśnej miny, która przesu­

wała mu się przed oczami. Widok panny Daven­

court sprawiał mu wielką radość, ponieważ, jak 

przypominał sobie mgliście, miał jej już więcej 

nie zobaczyć. No i proszę! Jak się pomylił! 

background image

3 5 6 Nicola Cornick 

- Cudownie, że pa... pani tu jest, Claro 

- bełkotał, pozwalając służącym holować się do 

drzwi. - Ale nie rozumiem, Perch. Spało mi się 
całkiem dobrze, dlaczego więc mnie tu nie 
zostawicie? 

- Lepiej będzie milordowi pod swoim da­

chem. No i panna Davencourt bardzo się o pana 
martwiła. 

- Jak pra... prawdziwa kobieta - zauważył 

rozczulony Fleet. Głowę miał ciężką, niezdolną do 
wytwarzania klarownych myśli. Oprócz tej jed­
nej. Clara jest tutaj i ten radosny fakt nagle 
obudził jego serce. Był tym bardzo przejęty, jak 
jakiś niedoświadczony młodzik. Trudno jednak, 
żeby się nie przejmował. Przecież kochał Clarę tak 
gorąco, że na samą myśl o tym ściskało go 
w gardle. Kochał, tym bardziej więc cierpiał, że 

Clara widzi go w takim stanie. Na pewno wygląda 
okropnie, na pewno cuchnie. Wstyd i hańba. 

- Nie wiem, czy pani obecność w tym miejscu 

jest stosowna, panno Davencourt... 

Uśmiechnęła się. 

- Jestem tutaj, żeby przekonać się, czy pan 

mnie kocha, czy nie, Sebastianie. 

- Czy kocham?!  - T o pytanie wydało mu się 

tak absurdalne, że wybuchnął śmiechem. - Oczy­
wiście! Miłość do pani po prostu rozsadza mi serce! 

- Cudownie. A kiedy pan wytrzeźwieje, czy 

nadal będzie mnie kochać? 

background image

Sezon na zalotników  3 5 7 

- Naturalnie, że tak! W tej miłości całkiem 

już się zatraciłem! 

- Pojmuję, ale cóż, nie jest to jeszcze prośba 

o moją rękę. Już kiedyś oświadczyłam się panu, 
nie będę tego czynić po raz wtóry. Każda dama 
ma swoją dumę. 

- Ależ ja to uczynię! Ja! Błagam, niech pani 

zostanie moją żoną! 

Próbował paść przed nią na kolana, ale Perch 

i Dawson nie dopuścili do tego. Może i dobrze, 
Fleet bowiem miał przeczucie, że jeśli raz znaj­
dzie się na dole, zostanie tam na zawsze. 

- Porozmawiamy o tym rano - powiedziała 

Clara. - A teraz proszę, Sebastianie, niech pan 
bez oporu da się poprowadzić do powozu. 

Potulny jak baranek ruszył ku wyjściu, za­

trzymał się tylko na chwilkę i nadzwyczaj wy­
lewnie podziękował gospodarzowi za gościnę. 
Mroźne powietrze nieco go otrzeźwiło, a zimne 
płatki śniegu padające na twarz przywróciły 
nagle zdrowy rozsądek. Dlatego kiedy on i Clara 
ulokowali się już w powozie, odezwał się zmart­
wionym głosem: 

- To naprawdę nie jest eskapada dla damy. 

Pani nie powinna tu być. 

- Gdyby nie pan, nie byłoby mnie tutaj 

- stwierdziła ze spokojem, otulając i siebie, 
i księcia pledem. - Martwiłam się o pana, Sebas­

tianie. 

background image

3 5 8 Nicola Cornick 

- Ależ wcale tego nie chcę! Nie chcę, żeby 

pani się o mnie martwiła! Właśnie tego chcę 
uniknąć! Ile razy jeszcze mam to pani tłuma­

czyć? - krzyczał nieledwie. 

Demonstracyjnie zasłoniła rękami uszy. 

- Wydaje mi się, Sebastianie, że pan zbytnio 

przesadza, nie pozwalając nikomu troszczyć się 
o ciebie. 

- Nie przesadzam! 
W nikłym świetle latarni powozu widział 

wpatrzone w niego oczy, a także twarz Clary, po 
której błąkał się uśmiech pełen satysfakcji. 

Jęknął. Oparł głowę o miękkie oparcie i zamk­

nął oczy. Czuł rozpacz, przypomniał bowiem 
sobie, że przed chwilą wyznał pannie Daven-
court miłość. 

- Madame! - Oderwał się od poduszek i choć 

w głowie łupało, pochylił się ku Clarze. - Ko­
cham panią do szaleństwa, ale wcale tego nie 
chcę! Nie! Poszedłbym za panią na kraj świata, 
i co z tego? Tej myśli nie mogę znieść! Bo 

odpowiedzialność za drugą osobę okropnie mnie 
przeraża... 

- Przecież to takie proste, milordzie. Ja 

dbam o pana, pan o mnie, nic więcej. 

- Uśmiechnęła się, pchnęła go lekko w pierś. 
- Niech pan oprze się wygodnie i trochę się 

prześpi. 

Chciał dyskutować, ale nie miał już na to siły. 

background image

Sezon na zalotników  3 5 9 

Zaśnięcie wydawało mu się czynnością o wiele 

łatwiejszą i bardziej pociągającą, po prostu po­
kusą nie do odparcia. 

Obudziło go zimne, białe światło śnieżnego 

poranka. Przez jedną krótką błogosławioną 
chwilę pozostawał w stanie cudownej nieświa­
domości, ale potem przeklęta pamięć wróciła. 
Zasłonił ramieniem twarz, jęknął głucho. 

- Przygotowałam panu posset* - usłyszał głos 

Clary. - Proszę wypić, dzięki temu przejaśni się 
panu w głowie. 

Otworzył oczy. Powinien był się tego spo­

dziewać. Clara bez wątpienia całą noc przesie­
działa przy jego łóżku, choć wyglądała tak ładnie 

i świeżo, jakby właśnie wybierała się na bal. 

Suknia wcale nie pomięta, oczy pełne blasku. 
Patrzył na nią smętnym wzrokiem. Ogarniało go 
uczucie beznadziei. 

Westchnął, usiadł na łóżku i odebrał od niej 

filiżankę z gorącym napojem. 

- Pani jest nadzwyczaj troskliwa. Dziękuję. 

Wczcraj sporo wypiłem, ale chyba przeżyję. 

- Oczywiście. Wczoraj wyznał mi pan rów­

nież miłość! Pamięta pan? 

Niestety, trudno było temu zaprzeczyć. 

* Posset (ang.) - gorący napój z mleka i piwa, przy­

prawiony korzeniami. (Przyp. tłum.) 

background image

3 6 0 Nicola  C o r n i c k 

- Pamiętam. Och, Claro, naturalnie, że pa­

miętam! 

Uśmiechnęła się słodko. 

- Wygląda pan na przerażonego, Sebastianie. 

Dlaczego? Miłość to nie dżuma czy wietrzna 

ospa. Nie zabije pana. 

Dla niego jednak tak właśnie było. Jakby 

zaraził się jakąś nieznaną, bardzo groźną choro­

bą. Nigdy przecież dotąd nie żywił tego uczucia, 

nie miał pojęcia, do jakiego stopnia można się 

mu poddać. I jednocześnie - poddawał się. Bo 

teraz poczuł nagle gwałtowną potrzebę otwarcia 

się przed Clarą, ujawnienia jej, co kryło się 

w najgłębszych zakamarkach jego duszy. 

- Kiedy pani wczoraj wpadła pod lód, byłem 

przerażony - powiedział drżącym głosem. - My­

ślałem, że na moich oczach stracę panią. Tak 

było z Oliverem. 

- Pański brat... 

- Młodszy o cztery lata. Zawsze go chro­

niłem, ale tamtego dnia nie zdołałem... - Tama 

pękła. Teraz, choćby starał się ze wszystkich 

sił, nie potrafiłby zamilknąć. - To stało się 

o tej właśnie porze roku, przed świętami Bożego 

Narodzenia. Mieliśmy mieć lekcje, ale nasz 

nauczyciel zdrzemnął się, więc wymknęliśmy 

się z pokoju. Dzień był taki piękny... Wzięliśmy 

łyżwy i pobiegliśmy nad wodę, koło starego 

młyna. Do dziś mam Olivera przed oczami... 

background image

Sezon na zalotników  3 6 1 

jeździł na samym środku kanału. Lód był 

twardy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z nie­

bezpieczeństwa. Nagle Oliver rozłożył ręce, 

zakręcił się w kółko... I po prostu już go 

nie było... - Urwał. Clara milczała. - Pędziłem 

do niego najszybciej, jak mogłem. Lód trze­

szczał. Wołałem o pomoc, ale nikt się nie 

pojawi. Widziałem Olivera pod tym lodem, 

lecz nie mogłem go dosięgnąć. Za każdym 

razem kiedy zbliżałem się do brata, lód łamał 

się i musiałem się cofnąć. W końcu ktoś nas 

zobaczył. Ile czasu minęło, nie wiem. A woda 

była lodowata... Przyniesiono liny i drabiny, 

ale wiedziałem, że jest już za późno. Byłem 

taki duży i silny, a Oliver taki mały, miał 

zaledwie osiem lat! Nie potrafiłem go uratować. 

- Podświadomie czekał, że Clara powie to, 

co mówili wszyscy. Że to nie jego wina. Po­

wtarzali to przez całe lata, póki tym się nie 

zmęczyli albo też doszli wniosku, że Sebastian 

wreszcie pogodził się z tragedią. Jednak nie 

odezwała się ani słowem, tylko przykryła jego 

dłoń swoją małą, ciepłą dłonią. I czekała. - To 

była moja wina - powiedział zdławionym gło­

sem. - Bo to ja powiedziałem, żebyśmy poszli 

na łyżwy, a Oliver... on zawsze szedł za mną, 

zawsze chciał robić to co ja. A potem, kiedy 

tak bardzo mnie potrzebował, nie mogłem 

mu pomóc. A ci ludzie, co nadeszli... - Usta 

background image

3 6 2 Nicola  C o r n i c k 

Sebastiana wykrzywił gorzki grymas. - Oni 

najpierw ratowali mnie. Byłem dziedzicem. 

Młodszego syna złożono w ofierze... - Oczy mu 

się zaszkliły. Zamrugał szybko, ale łzy już po­

płynęły. - Z nikim... z nikim jeszcze o tym nie 

rozmawiałem. To straszne wspomnienie ukry­

łem głęboko pod skorupą chłodu. Pani sprawiła, 

że skorupa pękła. Znów zacząłem czuć. I poko­

chałem panią. Och, Claro... 

W milczeniu przesunęła się z krzesła na brzeg 

łóżka. Objęła mocno Sebastiana ciepłymi, dają­

cymi ukojenie ramionami i przytuliła twarz do 

zroszonego łzami policzka. 

Zawahał się, co było nieistotne, bo zrobił to 

tylko z przyzwyczajenia i trwało zaledwie ułamek 

sekundy. Kiedy ten ułamek minął, wtulił się 

w Clarę i spleceni z sobą opadli na poduszki. Nie 

wiedział, jak długo tak leżeli. Kiedy otworzył oczy, 

twarz Clary znajdowała się w odległości cala. 

Pocałował ją, wkładając w ten pocałunek całą 

swoją miłość. 

Ciemne rzęsy zatrzepotały. Clara otworzyła 

oczy. 

- Powinieneś się ogolić - powiedziała sen­

nym głosem i powiodła palcem po jego brodzie 

pokrytej świeżym zarostem. 

- Masz rację. I umyć się. Obawiam się, że 

jestem bardzo niepociągający. 

- Ty?! - Potarła policzkiem o jego zarośnięty 

background image

Sezon na zalotników  3 6 3 

policzek. - Dla mnie zawsze jesteś cudowny. 

Kocham cię, Sebastianie. 

Rozkoszował się jej słowami. Smakował je. 

Całe jego ciało było odprężone, uwolnione od 

straszliwej udręki. Powieki stały się ciężkie. Po 

kilku chwilach, ku swojemu zdumieniu, zaczął 

zapadać w sen. 

Clara nie zasnęła, tylko leżała wpatrzona 

w Sebastiana. Wyglądał uroczo, nieogolony i po­

targany. Jeśli w podobnym stanie jest taki słod­

ki, to co dopiero, gdyby go rozebrać... 

Przysunęła się bliżej i pogłaskała szeroką męską 

pierś. Sebastian wymamrotał coś przez sen i przy­

garnął ją do siebie. Czuła delikatną woń wyprawio­

nej skóry, tytoniu i wody kolońskiej. Cudowna... 

Ten zapach i ciepło bijące od dużego, mocnego ciała 

przyprawiały ją o zawrót głowy. Dobrze, że spał, 

bo z nią zaczynały dziać się rzeczy niebezpieczne. 

Czułe, dziwne mrowienie w całym ciele, zwłaszcza 

tam, gdzie Sebastian ją pocałował. A całował ją 

przecież nie tylko w usta, także w szyję i w piersi... 

Jego powieki drgnęły, odsłoniły półprzytom­

ne od snu oczy. Widziała, jak ciemnieją z pożą­

dania. Sebastian poruszył się, uniósł, żeby przy­

kryć ją swoim ciałem... 

Nagle ktoś załomotał do frontowych drzwi. 

Chwilę później z holu dobiegł chór podniesio­

nych głosów. 

background image

3 6 4 Nicola Cornick 

Sebastian, zawieszony nad Cłarą, gwałtownie 

znieruchomiał. 

- A komu to przyszło do głowy składać 

wizytę o takiej porze? 

Zerknęła na zegar na kominku. 

- Wpół do drugiej, Sebastianie. Spałeś całą 

dobę. 

Wstał z łóżka. W tej samej chwili spoza drzwi 

dobiegł głos Percha, spokojny i pełen szacunku, 

a potem inne głosy, które Clara rozpoznała bez 

trudu. Głos Martina, niebezpiecznie groźny. 

Głos lady Juliany, pełen niepokoju. 

- My wiemy, że ona tu jest. Zostawiła liścik! 

- Zostawiłaś liścik? - szepnął Sebastian 

z niedowierzaniem. 

- Musiałam! - odparła równie cicho. - Wie­

działam przecież, że będą się o mnie martwić. 

- A teraz będą zachwyceni, kiedy dowiedzą 

się, że całą noc spędziłaś w moim łóżku. Twój 

brat nazwie mnie łajdakiem, a ja chyba po raz 

pierwszy w życiu nie zasłużyłem na to, czuję się 

całkowicie niewinny... 

Drzwi otwarły się z trzaskiem. Pierwszy do 

pokoju wpadł Martin Davencourt. Juliana dep­

tała mu po piętach. Za nimi, ku największemu 

przerażeniu Clary, tłoczyło się jeszcze kilka 

osób. Kitty, siostra Clary, wraz z mężem Edwar­

dem. Joss, brat Juliany, z żoną Amy, oraz brat 

Edwarda, Adam, z żoną Annis. 

background image

Sezon na zalotników  3 6 5 

Clara jęknęła rozpaczliwie. 

- Boże... Po co wyście tu wszyscy przyszli? 

I natychmiast zasłoniła rękoma uszy, bo nad 

jej głową zaczęła się przetaczać prawdziwa 
kakofonia damskich i męskich głosów: 

- On jest do połowy rozebrany! 
- Ale ona jest ubrana! 
- Ona jest w łóżku. 
- Cuchnie tu jak w spelunie! 
- Och, Claro! 

Martin nie przebierał w słowach: 

- Nicpoń! Łajdak! Zawsze uważałem cię za 

swojego przyjaciela! A ty co?! Uwodzisz moją 
siostrę! 

W czynach też nie przebierał. Rzucił się do 

Sebastiana, chwycił za zwisające z ramion końce 
halsztuka i zacisnął je wokół szyi nieszczęśnika, 
którego twarz spurpurowiała. 

- Niczego złego nie zrobiłem! - wycharczał 

i osunął się na łóżko. - Przysięgam, ja... 

Martin znów ścisnął z całej siły końce białej 

chustki. Clara, krzycząc przeraźliwie, dopadła 
do brata i wczepiła się w jego ramię. 

- Martin! Błagam, zostaw go! Nic się nie 

stało! To ja jestem wszystkiemu winna! 

Brat poczęstował ją mrocznym spojrzeniem. 

- Och, tylko sobie nie wyobrażaj, że uważam 

cię za niewinną! Jak skończę z nim, rozprawię 
się z tobą! 

background image

3 6 6 Nicola Cornick 

Znów zacisnął halsztuk. Z gardła Sebastiana 

wydobył się charkot. Martin puścił końce chust­

ki, złapał Sebastiana za ramiona i poderwał go do 

góry. Sebastian wstał tylko po to, żeby otrzymać 

potężny cios w szczękę. 

Runął na podłogę. 

Zapadła cisza. 

- To niesprawiedliwe! - krzyknęła oburzona 

Clara. -Jak mogłeś, Martinie! Nie pozwoliłeś mu 

niczego wyjaśnić! 

Pomogła Sebastianowi podnieść się z podłogi. 

Wstał z niejakim trudem i masując dyskretnie 

obolałą szczękę, oświadczył: 

- Gdybym miał siostrę, też bym tak postąpił, 

Davencourt. Przyjmij, proszę, moje przeprosiny. 

Postąpiłem obrzydliwie, chociaż, wiedz, że nie 

tknąłem Clary. 

- Bo byłeś za bardzo pijany! -warknął wście­

kły Martin. 

- To też, nie ukrywam, ale przede wszystkim 

dlatego, że szanuję twoją siostrę. Tak, bardzo 

szanuję, ale przede wszystkim bardzo ją kocham 

i pragnę poślubić jak najprędzej. 

Całe zebrane towarzystwo jak jeden mąż 

wydało z siebie okrzyk największego zdumienia, 

a Clarze zdało się, że po tak zawsze nieruchomej 

twarzy Percha przemknął uśmiech. 

- Czy mógłbym pierwszy złożyć powinszo­

wania, Wasza Miłość? - spytał. 

background image

Sezon na zalotników  3 6 7 

- Powinszowania?! - Wyraz twarzy Martina 

można było porównać tylko do kipiącego mleka. 

- Powinszowania?! Nigdy nie pozwolę, żeby 

moja siostra wyszła za tego łajdaka! 

- Martin, kochanie... - odezwała się łagod­

nym głosem Juliana, kładąc mężowi dłoń na 

ramieniu. - Doskonale pojmuję twoje obawy, 

sądzę ednak, że powinniśmy to spokojnie roz­

ważyć, a nie tak na łapu-capu... 

- Spokojnie rozważyć! Dobre sobie! Wcale 

nie jestem spokojny! 

- Widzimy to wszyscy, dlatego teraz wracaj­

my do domu. Claro, bardzo proszę! Sebastianie, 

zapraszam pana jutro na kolację. Bawi u nas 

cioteczna babka Eleanor. Jeśli zdoła pan pozyskać 

jej przychylność, sądzę, że nikt nie będzie prze­

ciwny pańskim staraniom o rękę naszej drogiej 

Clary. - Wzięła ją pod ramię i ruszyła do drzwi. 

- Froszę państwa! - odezwał się Sebastian 

donośnym głosem. - Czy zgodzą się państwo, 

abym odbył krótką rozmowę z moją narzeczo­

ną? - Złapał Clarę za rękę. 

- Narzeczona?! - Martin łypnął na niego 

groźnie. - Czy aby nie przesadzasz, Fleet?! 

- Tylko na chwilę. Proszę! 

Wszyscy zebrani wydali z siebie pomruk 

wyrażający aprobatę. Juliana puściła Clarę i dla 

odmiany złapała mocno męża za łokieć i pociąg­

nęła go do drzwi. 

background image

3 6 8 Nicola Cornick 

- Ale tylko chwila! - rzuciła ostrzegawczo 

przez ramię. 

Tłumek nieproszonych gości powoli wyległ 

na korytarz. 

Kiedy zostali sami, Sebastian porwał Clarę 

w objęcia. 

- O ile dobrze pamiętam, to pytanie zadałem 

ci już wczoraj. Wyjdziesz za mnie?-

- Tak! - odparła bez wahania. - Jestem 

szczęśliwa, że mnie o to prosisz. Bo ja, Sebas­

tianie, już po raz drugi postawiłam wszystko na 

jedną kartę, a damie nie uchodzi okazywać zbyt 

wielkiej desperacji. 

Uśmiechnął się, czule pogłaskał Clarę po 

ciemnozłocistej głowie. 

- Mam wystarać się o zezwolenie arcybis­

kupa? Wtedy będziemy mogli pobrać się bardzo 

szybko. 

- Tak! Proszę! A teraz... Pocałuj mnie, poca­

łuj mnie, Sebastianie... 

Niestety, przeklęte drzwi znów się otwarły, 

wpuszczając do środka Percha. 

- Pan Davencourt kazał przekazać, że jeśli 

jego siostra natychmiast nie zejdzie do powozu, 

wyzwie Waszą Miłość na pojedynek - oświad­

czył jak zwykle z kamienną twarzą. - Na 

pistolety. 

Seb Fleet stał w śniegu przed domem przy 

background image

Sezon na zalotników  3 6 9 

Collett Square. Było późno, niebo czarne i zimne, 
gwiazdy bardzo jasne Ten wieczór we wszyst­
kich istotnych kwestiach okazał się pełnym 
sukcesem. Lady Eleanor Tallant, seniorka licznego 
rodu, łaskawie zaaprobowała związek Clary z Se­
bastianem, rozwiewając ostatnie wątpliwości 
Martina. 

- Książę Fleet jest wypłacamy, poza tym na 

tyle jeszcze młody, że ma własne włosy na 
głowie i nie musi nosić gorsetu. Jest również 
człowiekiem wpływowym i może pomóc ci 
w karierze połitycznej. Aha, i coś jeszcze... - Na 
twarzy sędziwej damy pojawił się uśmiech. 

- Książę naprawdę jest bardzo zajęty twoją 

siostra, jeśli więc masz jeszcze jakieś obiekcje co 
do tego małżeństwa, Martinie, znaczy to, że 
brakuje ci piątej klepki. 

Martin wahał się jeszcze przez chwilę, ale 

podał rękę Sebastianowi, który uścisnął ją 
z wdzięcznością. 

- Kocham twoją siostrę, Davencourt, i ty 

dobrze o tym wiesz. Nie wyobrażam sobie życia 
bez niej. 

Ten ważny wieczór Sebastian miał już za 

sobą. Teraz powinien wracać do domu, a jutro 
złożyć swojej narzeczonej oficjalną wizytę w ce­
lu poczynienia ustaleń odnośnie zbliżającego się 
Bożego Narodzenia, a przede wszystkim ślubu, 
który miał odbyć się w święto Trzech Króli. 

background image

370 Nicola Cornick 

Nie odchodził jednak spod domu przy Collett 

Square. Trwał tam, ponieważ bardzo pragnął coś 

jeszcze uczynić, a co dotąd było niemożliwe. 

Chciał wręczyć Clarze pewien... drobiazg, ale na 

osobności, nie pod obstrzałem oczu jej licznej 

rodziny. 

Przeszedł przez małą bramę, która prowadziła 

do ogrodu, i brnąc przez śnieg, doszedł na 

tyły domu, gdzie znajdował się pokój narze­

czonej. Ślady na śniegu zdradzały go, ale nie 

dbał o to ani trochę. Za wszelką cenę chciał 

dotrzeć do celu. 

Oparł stopę na mocnym splocie gałęzi blusz­

czu, pnącym się po ścianie, i podciągnął się. Pod 

ciężarem rosłego ciała krzew zadrżał, ale gałęzie 

były mocne i sztywne. Podążył więc dalej, 

wysyłając w dół pióropusze śniegu i klnąc w du­

chu na małe, złośliwe gałązki, które kłuły go po 

rękach. Kiedy dotarł na wysokość pierwszego 

piętra, chwycił się za gzyms i przesunął do okna 

narożnego pokoju. Za storami migotało nikłe 

światełko. Miał nadzieję, że pokojówka opuściła 

już sypialnię swej pani, ale Clara jeszcze nie śpi. 

Miał też wielką nadzieję, że przez to okno 

rzeczywiście można wejść do pokoju Clary, 

a nie, na przykład, do sypialni lady Eleanor 

Tallant. 

Był mokry, zziębnięty i podrapany. Cena, 

jaką przychodzi mu zapłacić za miłość! 

background image

Sezon na zalotników  3 7 1 

Uśmiechnął się i cichutko zastukał w szybę. 

Cisza. Zastukał więc ponownie, tym razem nieco 

głośniej. Gałęzie bluszczu zaskrzypiały niebezpiecz­

nie, na szczęście za szybą mignęła zalękniona 

twarz Clary. Natychmiast otworzyła okno. 

- Sebastianie... - Jej przerażony szept niósł 

się w czystym, mroźnym powietrzu. - Na litość 

boską, co ci przyszło do głowy? Możesz spaść! 

Chwyciła go za rękę i pociągnęła z całej siły, 

w wyniku czego, obijając się boleśnie, po gwał­

townych staraniach znalazł się w środku. A do­

kładniej, wpadł w objęcia Clary. 

- Przyszedłem powiedzieć ci, jak bardzo cię 

kocham - wydyszał, kryjąc twarz w złocistych, 

pachnących lokach narzeczonej. 

Odsunęła się od niego odrobinę. 

Uśmiech w jej szaroniebieskich oczach był 

zachwycający, tak samo zachwycająca była po­

stać w przeźroczystym peniuarze zarzuconym 

na równie przeźroczystą koszulę. 

- Już mi o tym dziś mówiłeś, Sebastianie. 

- Ale nie mogłem się doczekać jutrzejszego 

dnia, żeby to powtórzyć. A poza tym - wskazał 

ręką na skatowany bluszcz za oknem - chciałem 

udowodnić, że gotów jestem uczynić dla ciebie 

wszystko. Nie tylko narażać swoje zdrowie, 

a może i życie, lecz także wystawiać na szwank 

kondycję flory i fauny. 

Zachichotała. 

background image

3 7 2 Nicola Cornick 

- Najdroższy Sebastianie, nie musisz mi ni­

czego udowadniać. Przecież wiem, jak bardzo 
mnie kochasz. 

- Kocham wprost nieprzytomnie, ale chyba 

nigdy nie pozbędę się myśli, że nie jestem ciebie 
wart. Claro... - Wyjął z kieszeni niewielkie, 

płaskie pudełko. - Proszę, to dla ciebie. Podarek 
zaręczynowy. Chciałem ci go dać, kiedy będzie­
my sami. 

- Dla mnie?! - Nie ukrywała zaskoczenia. 

Przecież podczas uroczystej kolacji Sebastian, ku 
aprobacie pilnie asystującej całej rodziny, wręczył 
jej pierścionek z przepięknym rubinem. Powoli 

wyciągnęła rękę. Zanim otworzyła pudełko, jej 

palce bezwiednie musnęły wieczko obite cieniutką 
skórą. - Och! 

Na jej dłoni leżał naszyjnik. Na złotym łań­

cuszku przepiękna gwiazda ułożona z rubinów, 
które skrzyły się w blasku świecy. 

- Jest prześliczny! Dziękuję ci, Sebastianie! 
Jeszcze przez chwilę trzymała w dłoni piękny 

klejnot, wpatrując się w niego zachwyconym 
wzrokiem. Potem niemal z czcią włożyła go 

z powrotem do pudełka, które położyła na 
wyściełanej ławce pod oknem i uśmiechnąwszy 
się czule do Sebastiana, chwyciła go za rękę 
i pociągnęła w stronę łóżka. 

Kiedy usiedli bliziutko siebie, złożyła złocistą 

głowę na ramieniu narzeczonego i westchnęła. 

background image

Sezon na zalotników  3 7 3 

- Och, Sebastianie! Dlaczego powtarzasz, że 

nie jesteś mnie wart? Ty? Jesteś silny, odważny, 

lojalny Masz tyle zalet, które podziwiam... 

Panieńska biel nocnego stroju ustąpiła z jed­

nego białego ramienia. Sebastian, pożerając to 

ramię oczami, myślał o tym, że pod resztą 

koszuli kryje się reszta miękkiego ciała, ciepłego, 

pachnącego, tak bardzo ponętnego... 

Odwrócił głowę. Clara też poruszyła głową. 

Jedwabiste włosy otarły się o jego policzek, tak 

ufnie i niewinnie. Podała mu usta, a jemu ze 

zdenerwowania aż zaschło w gardle. Dlatego 

musnął tylko wargami słodkie usta Clary i szyb­

ko cofnął głowę. 

- Sebastianie! -Wyprostowała się. Szaronie-

bieskie oczy spojrzały na niego z wielką uwagą. 

- Nie zamierzasz zostać ze mną tej nocy? 

- Zostać z tobą? Ależ Claro! Jak możesz! 

Byłoby to co najmniej niestosowne! 

Zdawał sobie sprawę, że w jego ustach za-

brzmicło to śmiesznie, jakby raptem zmienił się 

w szacowną, pełną pruderii wdowę. 

Z niedowierzaniem pokręciła głową. 

- I to mówi największy ponoć londyński 

hulaka! 

- Właśnie tak mówię, Claro. Przecież już 

niebawem zostaniesz moją żoną! Do tego faktu 

trzeba podchodzić z należytą powagą. - Dys­

kretnie otarł pot z czoła. Wykręcał się, robił 

background image

3 7 4 Nicola Cornick 

z siebie świętoszka, chociaż gorąco pragnął potrak­

tować Clarę bez tej należytej powagi. 

Jej dolna warga zaczęła drżeć. 

- Och! Jaki zrobiłeś się nagle sztywny i układ­

ny! Nie podoba mi się to! Wcale nie chcę za męża 

nawróconego hulaki, co to jak każdy neofita 

zacznie przesadzać w drugą stronę. Wolę już 

rozbuchanego rozpustnika, który nie będzie się 

przed niczym ociągał! 

- Ależ Claro! Wiesz przecież, że jestem twój 

i duszą, i ciałem. 

- Tak?- W takim razie wyznam ci, Sebastianie, 

że w tym momencie bardziej niż dusza interesuje 

mnie twoje ciało... Wybacz... - Nieco skonfundo­

wana, zerknęła na niego spod oka. - Może wydaję 

ci się trochę bezwstydna, ale skoro i tak masz być 

moim mężem... - Powiodła palcem po jego 

rękawie, musnęła palcem dłoń. On jednak drgnął 

i szybko cofnął swoją rękę. - Sebastianie! - W jej 

głosie słychać było rozżalenie. 

I słusznie. Wykazała tyle odwagi, tyle dobrej 

woli, a on znów ją ranił swoją odmową. Wie­

dział, że powinien szczerze jej wszystko wyjaś­

nić, tylko tak byłoby fair. Kłopot w tym, że 

trudno było znaleźć właściwe słowa. 

- Claro, bo to jest tak. Kocham... kocham cię 

nad życie, nigdy przedtem nie darzyłem tym 

uczuciem żadnej kobiety. Nigdy z żadną nie 

chciałem się żenić. I dlatego... dlatego... 

background image

Sezon na zalotników  3 7 5 

Zamilkł. Clara też milczała. Szaroniebieskie 

spojrzenie przeszywało go na wylot. Nagle jej 

oczy rozszerzyły się. 

- Sebastianie! Rozumiem! Właśnie dlatego 

nagle zabrakło ci śmiałości! 

Uśmiechnął się kwaśno. 

- Przyznaję, że tak. Chociaż jest to nieco 

bardziej skomplikowane. 

Bo było. Z jednej strony gotów był zedrzeć 

z niej te wszystkie przeźroczyste peniuary, 

rzucić ją na łóżko i kochać namiętnie w najbar­

dziej szalony sposób. Lecz z drugiej jakaś siła 

sprawiała, że do powyższych czynności był 

absolutnie niezdolny. 

Dlatego był na dnie rozpaczy. 

Clara nie. W jej oczach pojawiły się wesołe 

iskierki, kąciki ust drgnęły. Opuściła głowę i nie­

spiesznie przesunęła palcem wzdłuż wzoru na 

adamaszkowym prześcieradle. 

- A może... spróbować? - spytała cicho, nie 

patrząc na niego. - Moja guwernantka mawiała, 

że jeśli czegoś nie chce się zrobić, lepiej zacisnąć 

zęby . zrobić to jak najszybciej. Odkładanie na 

później tylko pogarsza sytuację. - Przysunęła się 

do niego, ciepłe miękkie piersi wparły się w jego 

ramię. - Mój drogi Sebastianie... - Ujęła jego 

dłonie:. 

Było to takie przyjemne i kojące, poza tym 

twarz Clary była tak blisko, że widział dokładnie 

background image

3 7 6 Nicola Cornick 

każdą rzęsę. Te rzęsy, bardzo czarne i bardzo 

gęste, rzucały cień na miękkie i gładkie policzki... 

Delikatnie uwolnił dłoń i musnął palcami 

atłasową skórę. 

- To wszystko jest chyba nieco zabawne... 

- mruknął. 

- Tak. 

Podniosła jego dłoń do ust i pocałowała kciuk. 

Kiedy poczuł na palcu jej ciepłe wargi, na­

tychmiast znalazł w sobie wielką ochotę, żeby 

je pocałować. Ochotę tak wielką, że aż zamarł 

na chwilę. 

Usłyszał cichy głos: 

- Nie bój się, Sebastianie. Nie będę cię prosić 

o nic, czego nie jesteś jeszcze gotów mi dać. 

Przyrzekam. - Popchnęła go lekko. Opadł na 

poduszki, zamknął oczy i nie poruszył się, kiedy 

Clara układała się obok niego. - Proszę, obejmij 

mnie - szepnęła. 

Wtedy nagle zawstydził się. On, jak zwykle 

skończony egoista bez reszty pochłonięty swoi­

mi rozterkami, nie dba o to, co czuje, czego 

pragnie najdroższa mu osoba. 

Clara. 

Objął ją i przygarnął do piersi. Wsunęła głowę 

pod jego brodę, jej serce biło przy jego sercu. 

Clara... Pachnąca jaśminem, miękka i ciepła. 

Obsypał jej twarz drobnymi pocałunkami, 

szczególną uwagą darząc drobne piegi, które 

background image

Sezon na zalotników  3 7 7 

zawsze go kusiły. Tuliła się do niego, głaskała, 

zsunęła z jego ramion wilgotny frak. 

Kiedy w kąciku swoich ust poczuł wilgotne 

dotknięcie jej języka, krew w nim zawrzała. 

Skończyły się rozterki. Jednym zdecydowa­

nym ruchem wciągnął ją pod siebie. Jego usta 

miażdżyły jej usta. Ciało Clary błagało o speł­

nienie. 

- Będzie bolało... 

- Och! nie dbam o to. Kochaj mnie, Sebas­

tianie, kochaj. Proszę... 

Zabolało, lecz jego usta stłumiły jej krzyk. Ale 

krótki ból ustąpił miejsca rozkoszy. Coraz więk­

szej, największej, póki cały świat nie rozpadł się 

na kawałki. I znów stał się całością, kiedy 

nasyceni oboje leżeli na białych prześcieradłach. 

Kiedy słyszała cichy szept Sebastiana: 

- Kocham cię. 

Był jej, na zawsze. Jakże długą musiała prze­

być drogę do tego mężczyzny, który na tyle lat 

sam pozbawił się uczuć. Drogę długą i bolesną, 

ale zwycięską. 

Objęła go, na chwilkę i bardzo mocno. 

- Ja też cię kocham, Sebastianie. 

- Jestem szczęśliwy, Claro. I chciałbym coś 

jeszcze wyjaśnić. Zawsze wobec mnie jesteś 

taka słodka, taka otwarta i pełna uczciwości. 

Zawstydzasz mnie tym, gdy zaś ja... może 

czasami wydam ci się niemiły, oschły, ale proszę, 

background image

3 7 8 Nicola Cornick 

nie czuj do mnie urazy. To wcale nie będzie 

znaczyć, że cię nie kocham. 

Pojęła od razu, co chciał jej przekazać. Po­

trzebował czasu, żeby otworzyć się, pozbyć 

goryczy towarzyszącej mu przez tyle lat. 

- Nie obawiaj się, Sebastianie. Wszystko bę­

dzie dobrze, jeśli obiecasz, że będziesz mnie 

kochał i pozostaniesz mi wierny. 

Uśmiechnął się. 

- Czy może być inaczej? Zawsze będę cię 

kochał i będę ci wierny. Obiecuję. 

- Jestem taka szczęśliwa... - Wtuliła się w je­

go ramiona, przymknęła oczy. -I kto by pomyś­

lał... - szepnęła po chwili. - Nie spodziewałam 

się, że w tym sezonie znajdę konkurenta, które­

go potraktuję poważnie... 

Ramiona Sebastiana zacisnęły się wokół niej 

jeszcze mocniej. 

- Mnie też spotkała niespodzianka. W tym 

sezonie znalazłem sobie żonę, Clarę Davencourt, 

miłość mojego życia.