background image

LEIGH MICHAELS

Idealne rozwiązanie

(The Only Solution)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Na pierwszy delikatny jęk dziecka, Wendy zerwała się z łóŜka i sięgnęła po szlafrok. Nie

spała. Po tak wyczerpującym  dniu było to niemoŜliwe. Czuła ogromny cięŜar w nogach, a

słabe światło lampki nocnej w pokoju dziecięcym zdawało sieją oślepiać. 

Ciche pojękiwania Rory szybko przerodziły się w głośny płacz, lecz na widok Wendy

dziecko zaczęło machać rączkami i gaworzyć. 

– Myślałam, Ŝe będziesz juŜ przesypiała całe noce – powiedziała, biorąc małą na ręce.

Delikatnie pogładziła ją po policzku. – Czy nie mówiłam ci o tym wczoraj wyraźnie?

Rory uśmiechnęła się i  włoŜyła  piąstkę  do buzi.  Wendy  roześmiała się i  przytuliwszy

dziecko, zaniosła je do kuchni, by przygotować butelkę. 

Umieszczona w leŜaczku Rory rozglądała się z zainteresowaniem. Jednak ssanie piąstki

nie zadowoliło jej na długo i po chwili zaczęła znów płakać. 

– Dzięki Bogu, Ŝe istnieją kuchenki mikrofalowe – mruknęła pod nosem Wendy. Wsunęła

dziecku smoczek do ust i usiadła na bujanym fotelu. Rory ssała z zadowoleniem, a ona oparła

się wygodnie i wpatrywała w stojącą w rogu niewielką choinkę. Mimo Ŝe nie zapaliła lampek,

bombki poruszały się lekko i migotały w słabym świetle dochodzącym z kuchni. 

Ile  to juŜ  nocy spędziła,  darząc to dziecko  ciepłem,  troską  i  nadzieją? Rory  miała juŜ

prawie   pięć   miesięcy.   Kiedy   Marissa   powierzyła   jej   opiekę   nad   córką,   niemowlę   miało

niespełna sześć tygodni. 

– Wydaje się, Ŝe jesteśmy razem od zawsze – powiedziała do siebie Wendy. 

Usłyszawszy nutę skargi  we własnym  głosie,  nagle  zapragnęła  wytłumaczyć  małej,  Ŝe

mówiąc „zawsze” nie miała nic złego na myśli. Po prostu Rory stała się częścią jej Ŝycia i

myśl o rozstaniu rozdzierała jej serce. 

Wendy juŜ prawie nie pamiętała, jak wyglądało jej Ŝycie przed pojawieniem się Rory.

Oczywiście nie było źle – kochała swoją pracę, miała wielu przyjaciół i duŜo zainteresowań –

ale nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo się to wszystko zmienia, gdy pojawia się dziecko.

Od kiedy ich losy splotły się wzajemnie, kaŜda decyzja wydawała się bardziej znacząca. 

Oddać to dziecko, to utracić sens Ŝycia. 

Ale czy miała jakiś inny wybór? Przeanalizowała wszystkie moŜliwości; przez ostatnie

dwa dni o niczym innym nie myślała. Problem polegał na tym, Ŝe mogła zrobić tylko jedno –

coś, co złamie jej serce, ale dla Rory z pewnością będzie najlepsze. 

Na stoliczku obok leŜał list, który otrzymała dwa dni temu w pracy. Zawierał lakoniczną

informację, Ŝe za dwa tygodnie jej usługi nie będą juŜ firmie potrzebne. 

Przez chwilę poczuła, Ŝe znów ogarnia ją fala złości. Pracowała tam juŜ od pięciu lat, a

szef nie miał cywilnej odwagi, by poinformować ją osobiście... 

Rory przerwała jedzenie i zaczęła się wiercić, najwyraźniej niezadowolona z opasującego

ją silnego uścisku. Wendy westchnęła głęboko i starała się odpręŜyć. Nie powinna mieć Ŝalu.

W tym, co zrobił, nie było nic osobistego, niemal wszyscy pracownicy zostali potraktowani w

ten sam sposób. Nie było Ŝadnych znaków ostrzegawczych, jedynie ciche głosy, Ŝe ostatnie

background image

parę   miesięcy   nie   były   dla   firmy   najkorzystniejsze.   AŜ   do   dzisiaj,   gdy   poinformowano

personel o oficjalnym ogłoszeniu upadłości i zwolnieniu wszystkich pracowników. 

Na dwa tygodnie przed gwiazdką. Cudowny prezent, pomyślała gorzko Wendy. 

Na szczęście Rory była zbyt mała, by wiedzieć, co to znaczy udana gwiazdka. Jednak dla

wielu innych mieszkańców Phoenix, którzy takŜe zostali zwolnieni, będą to bardzo smutne

ś

więta. 

Ś

wiadomość, Ŝe inni są w jeszcze gorszej sytuacji jakoś nie przynosiła jej ulgi. 

Miała trochę oszczędności na koncie, ale znacznie je nadweręŜyła, gdy Rory wyrosła z

kołyski   i   potrzebne   było   nowe   łóŜeczko   oraz   mnóstwo   innych   akcesoriów.   Nigdy   nie

podejrzewała,   Ŝe   utrzymanie   dziecka   jest   tak   drogie.   Samo   mleko   i   pieluszki   kosztowały

krocie,   nie   mówiąc   juŜ   o   opiekunce,   którą   musiała   wynająć,   by   móc   poświęcić   czas   na

szukanie nowej pracy. 

Tak więc na koncie pozostało jej niewiele, a proponowana przez firmę odprawa była po

prostu Ŝałosna. 

Rory   ssała   spokojnie,   zacisnąwszy   ufnie   rączkę   na   palcu   Wendy.   Miała   niebieskie

przejrzyste   oczy   Marissy,   z   tęczówkami   otoczonymi   czarną   obwódką.   Marissa   zawsze

uwaŜała, Ŝe to oznaka ogromnej intuicji. 

A   jednak   zabrakło   jej   tej   intuicji   w   chwili,   gdy   zrezygnowała   z   ucieczki   przed

nadjeŜdŜającym samochodem. W przeciwnym wypadku sporządziłaby przecieŜ testament. 

Rory opróŜniła butelkę. Wendy podniosła ją, aby małej odbiło się, zmieniła pieluszkę i

ułoŜyła   w   łóŜeczku.   Pochyliła   się   nad   dzieckiem   i   przyglądając   się   śpiącej   twarzyczce,

przypomniała sobie dzień, w którym stała przy innym łóŜku... 

Piękna   twarz   Marissy   wyszła   z   wypadku   bez   szwanku,   łatwiej   więc   było   łudzić   się

nadzieją,   Ŝe   wszystko   będzie   dobrze.   Jednak   ogromne   poruszenie   personelu   i   liczba

otaczających   ranną   urządzeń   podtrzymujących   Ŝycie,   przywoływały   do   tragicznej

rzeczywistości. 

Właściwie   nie   oczekiwali,   Ŝe   Marissa   w   ogóle   odzyska   przytomność.   Tymczasem   w

pewnym momencie ocknęła się i chwyciła czuwającą obok Wendy za rękę. Zwróciła się do

niej słabym szeptem, w którym jednak wyczuwało się niezwykłą determinację. 

– Zaopiekuj się moją córką, Wendy. Nie pozwól, aby zagarnęli ją moi rodzice. Zniszczą

ją tak jak mnie. Obiecaj mi!

Wendy zmusiła się, by nie próbować uwolnić ręki z kurczowego uścisku umierającej. 

– Obiecuję – powiedziała. 

Usłyszawszy odpowiedź, Marissa puściła jej dłoń. Po chwili juŜ nie Ŝyła. 

DrŜącymi rękoma Wendy poprawiła kołderkę w łóŜeczku i próbowała wziąć się w garść

przed   tym,   co   czekało   ją   jutro.   Nie   mogła   dłuŜej   opiekować   się   Rory   w   sposób,   jakiego

Ŝ

yczyłaby sobie Marissa. Złamie więc daną jej obietnicę, złamie teŜ własne serce. 

Jednak nie ma innego wyboru. 

Wendy  nie przyznała  się  jeszcze  opiekunce  dziecka,  Ŝe  straciła  pracę.  Rana  była   zbyt

ś

wieŜa i głęboka, by o niej mówić. Jednak, gdy przyszła do niej następnego ranka, stało się

jasne, Ŝe Carrie słyszała juŜ o wszystkim. 

background image

–   MąŜ   kazał   mi   powiedzieć,   Ŝe   nie   mogę   pracować   na   kredyt   –   powiedziała  miękko,

unikając wzroku Wendy. – Czy nadal będzie ją pani przynosiła?

– Jeszcze nie wiem. Wkrótce dam pani odpowiedź. 

Pocałowała małą i szybko wyszła, by uniknąć dalszych pytań. 

Siedząc w samochodzie, oparła głowę o kierownicę. Czemu nie powiedziała prawdy? Nie

będzie juŜ przynosiła Rory, bo wkrótce mała będzie setki kilometrów stąd. 

Łudziła   się,   Ŝe   to,   co   nie   wypowiedziane,   nie   jest   faktem.   Odruchowo   odwlekała

czekającą ją rozmowę telefoniczną i rozstanie z Rory. 

Pocieszała się, Ŝe Marissa na pewno by ją zrozumiała. Co więcej, na pewno sama by ją do

tego namawiała. Wendy nie mogła zajmować się Rory, gdyŜ nie było jej na to stać. śadna

matka nie chciałaby, aby jej dziecko Ŝyło w ubóstwie, zwłaszcza wtedy, gdy dostępne są inne

moŜliwości. 

Jeśli   zaś   chodzi   o  tę  drugą   stronę,   o   to,   Ŝe  rodzice   Marissy  mieliby  zniszczyć  Rory...

Wendy z trudem przełknęła ślinę. Nigdy nie miała okazji poznać Burgessów. Nie pojawili się

nawet   po   rzeczy   Marissy,   zlecili   to   adwokatowi.   Wszystko,   co   wiedziała   o   rodzinie

przyjaciółki,   wiedziała   od   samej   Marissy,   która   zawsze   mówiła   o   tym   w   złości   i,   juŜ   na

samym   końcu,  w  cierpieniu.  Marissa  była   młoda  i   trochę  egocentryczna.   Być  moŜe  nieco

przesadzała. Tak czy inaczej, Wendy musi zaryzykować. 

Spóźniła   się   do   pracy   o   parę   minut.   Nie   sądziła,   by   miało   to   jakiekolwiek   znaczenie.

Prace,   które   do   niedawna   wydawały   się   takie   waŜne,   w   obliczu   najnowszych   wydarzeń

zupełnie straciły sens. Ostatnio pracowała nad katalogiem na następny sezon, ale czy jest sens

reklamować zawory i liczniki, których się nigdy nie wyprodukuje?

Sądziła,   Ŝe   zastanie   kolegów   skupionych   wokół   stolika   z   kawą,   deliberujących   nad

zaistniałą sytuacją. Tymczasem wszyscy siedzieli na swoich miejscach i zdawali się pracować

intensywniej niŜ zwykle. Prawdopodobnie cyzelowali swe nowe podania o pracę. 

Zjawił się szef i zwrócił jej uwagę na spóźnienie. Złość, stres i przemęczenie sprawiły, Ŝe

bez namysłu odparła:

– Więc zwolnij mnie. 

– Po co ten sarkazm?

Ugryzła   się   w   język.   W   zaistniałej   sytuacji   potrzebowała   od   Jeda   Landersa   jak

najlepszych referencji. 

– Przepraszam cię, Jed. Po prostu jestem w szoku. Co się dzieje?

– Musimy zaplanować kampanię sprzedaŜy wszystkiego, co nam pozostało. 

Wieszając płaszcz, doszła do wniosku, Ŝe lepsze takie zadanie niŜ bezczynność. Spytała

Jeda:

–   Czy   moŜemy   liczyć   na   jakąś   pomoc   firmy   w   szukaniu   pracy,   nawiązaniu   nowych

kontaktów?

– Nic o tym nie słyszałem. W razie czego dam ci znać. Zabrała się do pracy. Okazało się

tego więcej, niŜ myślała, i lunch zjadła dopiero wczesnym popołudniem. Nie miała apetytu.

Całe szczęście, Ŝe nikt nie dostrzega, jak okropnie wyglądam, pomyślała. Mają na to gotowe

background image

wyjaśnienie albo są zbyt pochłonięci swoimi sprawami, by cokolwiek zauwaŜyć. 

Gdy   skończyła   pracę   i   oddała   ją   Jedowi,   wiedziała,   Ŝe   teraz   juŜ   nic   nie   stoi   na

przeszkodzie, by odbyć  czekającą ją rozmowę. Wcześniej znalazła w ksiąŜce telefonicznej

numer   biura   Burgessów.   Pomyślała,   Ŝe   moŜe   być   za   późno.   W   Chicago   jest   przecieŜ   o

godzinę później niŜ w Phoenk. Jeśli Samuel Burgess przestrzega bankierskich godzin pracy,

moŜe juŜ być poza biurem. 

Zdaje się, Ŝe nie był tak po prostu bankierem. Wendy nie była pewna, kim jest naprawdę.

Zdała sobie sprawę, Ŝe choć mieszkała z Marissą przez parę miesięcy, to o jej rodzinie nie wie

prawie nic. Do tej pory nie miało to Ŝadnego znaczenia. W kręgach, w których się obracały,

nikt nie pytał o pochodzenie ani koneksje. 

Raz w miesiącu Marissa otrzymywała korespondencję, której nadawcą była, jak wynikało

z błyszczącej inskrypcji, firma Burgess Group. Zawartość tych  listów często doprowadzała

Marissę do szału. Kiedyś Wendy nie wytrzymała i spytała, czy to jakaś rodzina. 

– To mój cholerny ojciec – odparta Marissa. – Lubi się zabawiać Ŝyciem ludzi, tak jak

zabawia się ich pieniędzmi. 

Nie dodała nic więcej. 

W   okresie   ich   znajomości,   Marissa   nie   opowiadała   o   swojej   rodzinie.   Jednak   po

wypadku,   kiedy   szpital   zaczął   wypytywać   o   dane,   mogła   przynajmniej   wskazać   właściwy

kierunek poszukiwań. Dzięki temu czuła się nieco mniej bezradna. Teraz zaś przynajmniej

wie, gdzie szukać dziadka Rory. 

Stwierdziła, Ŝe lepiej będzie skontaktować się z ojcem niŜ z matką Marissy. Wiadomość,

Ŝ

e ich zmarła kilka miesięcy temu córka miała dziecko, będzie dla nich strasznym szokiem.

Samuel Burgess był biznesmenem i Wendy zakładała, Ŝe przyjmie tę wiadomość spokojniej

niŜ matka. 

Nawet   sygnał   telefonu   w   Burgess   Group   wydawał   się   bardzo   ekskluzywny,   a   głos

recepcjonistki nasuwał podejrzenie specjalnego treningu wokalnego. 

– Z kim mogłabym panią połączyć?

– Chciałabym rozmawiać z Samuelem Burgessem – powiedziała Wendy, zaczerpnąwszy

głębokiego oddechu. 

Po   chwili   w   słuchawce   odezwał   się   męski   głos.   Wendy   ledwo   usłyszała,   co   mówił,

zaskoczona jego brzmieniem. Było głębokie, a przy tym ciepłe. 

– Burgess – powtórzył z nutą zniecierpliwienia w głosie. Musiała przełoŜyć słuchawkę do

drugiej ręki, tak bardzo spociły się jej dłonie. 

– Dzień dobry, panie Burgess, nazywam się Wendy Miller. Dzwonię w sprawie... 

– Czy moŜe pani mówić głośniej?

–   Dzwonię   w   sprawie...   –   ZwilŜyła   usta.   –   Muszę   porozmawiać   z   panem   o   pańskiej

wnuczce. 

Spodziewała   się   długiej   przejmującej   ciszy,   a   tymczasem   zaskoczył   ją   głęboki   i

dobroduszny śmiech. 

– Moja wnuczka? Tak się składa, Ŝe nie mam wnuczki. Wendy przełknęła ślinę. 

– Przykro mi, Ŝe muszę to panu powiedzieć. Chodzi o córeczkę Marissy. 

background image

– Sądzę, Ŝe źle panią poinformowano. – Całe ciepło i wdzięk jego głosu ulotniły się w

ułamku sekundy. Stał się lodowaty. 

– Wiem, Ŝe Marissa nie Ŝyje – powiedziała – ale.... 

– A pani stara się na tym zarobić, tak?

–   Oczywiście,   Ŝe   nie.   Ja...   –   Przerwała.   Zrozumiała,   Ŝe   nie   ma   Ŝadnych   szans   na

porozumienie. 

Przypomniała   sobie   błagalny   szept   Marissy.   „Nie   pozwól,   aby   moi   rodzice   zagarnęli

małą. Zniszczą ją, tak jak mnie”. 

Wendy uwaŜała zawsze, Ŝe Marissa przesadza. Teraz zaczynała rozumieć jej niepokój.

Mała   Rory   była   taka   rozkoszna   i   szczęśliwa.   Jak   długo   pozostanie   taka   pod   opieką   tego

szorstkiego męŜczyzny?

PrzecieŜ   w   ogóle   go   nie   znam,   próbowała   się   uspokoić.   PrzeŜył   właśnie   duŜy   szok.

Jeszcze minutę temu był  czarujący.  Pewnie dlatego,  Ŝe oczekiwał  telefonu  klienta, nie zaś

nieznanej osoby, mieszającej się do jego rodzinnych spraw. 

Ogarnęła ją panika. Co ja robię? Uświadomiła sobie, Ŝe chce oddać coś najcenniejszego.

Dziecko   Marissy   znaczyło   dla   niej   więcej   niŜ   Ŝycie.   Uświadomiła   sobie   takŜe,   Ŝe   łamie

własne zasady moralne. Przysięga pozostaje przysięgą. Nie naleŜało działać aŜ tak pochopnie.

Zakładała, iŜ Marissa nie  miała racji i Ŝe dziadkowie byliby dla słodkiej Rory kochającymi

opiekunami. Teraz rozumiała ostatni szept Maiissy. 

– Proszę pani? – Głos w słuchawce stał się znowu szorstki. – Proszę powtórzyć swoje

nazwisko. 

Istniały na świecie gorsze rzeczy niŜ brak pieniędzy.  Ponadto ma jeszcze trochę czasu,

nim sytuacja stanie się naprawdę krytyczna. Znajdzie się inny sposób, znajdzie się inna praca.

Jakoś sobie poradzą. 

– Skąd pani dzwoni?

Wendy udała, Ŝe nie słyszy tego pytania. 

–   JuŜ   nic   –   powiedziała   zdecydowanie.   –   Musiałam   się   pomylić.   Przepraszam,   Ŝe

zawracałam panu głowę. 

Kiedy odkładała słuchawkę, wciąŜ słyszała jego głos. Nie obchodziło ją juŜ, co miał do

powiedzenia. 

W następnym  tygodniu wysłała całe mnóstwo podań o pracę i wzięła dzień wolny,  by

osobiście   objechać   wszystkie   znajdujące   się  w  Phoenk   firmy,   które  mogłyby   potrzebować

kierownika działu marketingu. 

Na   razie   jednak   nic   z   tego   nie   wynikało.   Jej   konkurentami   byli   przecieŜ   nie   tylko

przypadkowi   ludzie,   ale   takŜe   koledzy   z   jej   działu.   Nikt   nie   chciał   zatrudnić   pracownika,

zanim nie pozna wszystkich kandydatów. Usiłowała przekonać samą siebie, Ŝe wszystko się

uda. Była starannie wykształconą, sumienną pracownicą. Gdyby tylko miała nieco większe

oszczędności... Łatwiej byłoby jej znieść ten trudny przejściowy okres. 

Jej nastrój poprawiał się codziennie wieczorem, gdy odbierała Rory od opiekunki. Na jej

widok dziecko stawało się energiczne i radosne. Śmiało się w głos i wyciągało rączki, nie

background image

mogąc się doczekać czułego uścisku Wendy. Rory zapowiadała się na cudowną dziewczynkę.

Jednak podczas długich nocy, kiedy mała spała, a Wendy nie potrafiła się odpręŜyć nawet

na chwilę, sprawy nie wydawały się takie proste i łatwe. Czekało ją zaledwie parę dni pracy, a

jej ostatnia wypłata miała być skromniejsza niŜ zwykle, gdyŜ  zleciła odprowadzenie z niej

kwoty ubezpieczenia zdrowotnego. Oszczędności powinny starczyć im na miesiąc, najwyŜej

dwa. Gdyby do tego czasu nie znalazła satysfakcjonującej pracy, będzie musiała podjąć się

jakiejkolwiek. 

I   jeśli   nieraz,   podczas   tych   bezsennych   nocy,   zdarzało   jej   się   wracać   pamięcią   do

urzekającego głosu Samuela Burgessa, nie pozwalała sobie na to zbyt długo. O mały włos nie

popełniła jednego błędu, i na pewno nie zamierzała popełnić kolejnego. 

W   czwartek   po   południu   miała   wyznaczoną   rozmowę   w   jednej   z   firm   i   Jed   Landers

pozwolił jej wcześniej wyjść z biura. Teraz, kiedy praca została juŜ wykonana i czekała ich

ostateczna   likwidacja,   obecność   w   firmie   nie   miała   większego   znaczenia.   Z   myślą   o

czekającej  ją rozmowie,   włoŜyła   swój  najlepszy  kostium.  Jego  miedziany  kolor  doskonale

harmonizował z mahoniowymi pasemkami jej włosów. Wyglądała ładnie i profesjonalnie, ale

nie   nazbyt   wystrzałowo.   Robienie   z   siebie   modelki   nie   było   dobrze   widziane   przez

pracodawców. 

Kiedy   sprawdzała   teczkę   z   korespondencją,   dostrzegła,   Ŝe   obok   biurka   sekretarki   stoi

nieznany męŜczyzna. Wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat, był  całkiem przystojny,  choć

raczej z gatunku tych aroganckich. Takie wraŜenie robiły przynajmniej jego ciemne i gęste,

lekko zmarszczone brwi. Przy tak ciemnej oprawie oczu jego włosy były nadspodziewanie

jasne.   Połyskiwały   w   nich   słoneczne   pasma,   prawdopodobnie   efekt   długich   godzin

spędzanych   na   plaŜy.   Dobrze   zbudowany,   szczupły   i   wysoki,   ubrany   był   w   ciemnoszary

garnitur, który z pewnością nie pochodził ze zwykłego sklepu z odzieŜą. Miał nieskazitelnie

białą koszulę i Wendy była gotowa się załoŜyć, Ŝe jego krawat jest z prawdziwego jedwabiu,

a trzymana przezeń walizka – z najdelikatniejszej skóry. 

Nie rozpoznała w nim przedstawiciela Ŝadnej ze współpracujących fum. Uznała, Ŝe jak na

przedstawiciela agencji rządowej jest zbyt dobrze ubrany. Pomyślała więc, Ŝe to pewnie jeden

z   adwokatów   zaangaŜowanych   w  proces   likwidacji   firmy.   W  kaŜdym   razie   na   pewno   nie

przyszedł do niej. Zdziwiła się więc, gdy sekretarka ruchem dłoni wskazała mu jej biurko. 

Poczuła   gorąco.   Pospiesznie   wytłumaczyła   to   sobie   lękiem   przed   spóźnieniem   na

umówione spotkanie. MęŜczyzna niespiesznym  krokiem przemierzył  salę i podszedł do jej

biurka. Wendy spakowała swoje papiery i nie patrząc na niego, powiedziała:

– Przepraszam, ale właśnie wychodziłam. Z pewnością ktoś inny będzie mógł się panem

zająć... 

– Obawiam się, Ŝe nie, panno Miller. 

Zamarła. Nie. To niemoŜliwe. Powoli uniosła głowę, upewniając się, Ŝe to przecieŜ nie

moŜe być Samuel Burgess. Musiało jej się tylko zdawać. Była zdumiona, jak inaczej brzmiał

jego głos teraz, bez dzielących ich kilometrów kabla telefonicznego. 

PołoŜył dłoń na oparciu jej krzesła i powiedział:

background image

– Nasza rozmowa została przerwana. Przebyłem długą drogę, aby ją dokończyć. 

– Pan nie jest ojcem Marissy – powiedziała zdecydowanie, zauwaŜając jednocześnie, Ŝe

kolor jego oczu jest tylko trochę ciemniejszy od koloru oczu przyjaciółki. 

– Nie, jestem jej bratem. 

– Ale ja rozmawiałam... 

– Poprosiła pani Samuela Burgessa – wyjaśnił. – Od czasu przejścia ojca na emeryturę,

tylko   ja   w   firmie   tak   samo   się  nazywam,   więc   automatycznie   przełączyli   do   mnie.   O   co

chodzi,   panno   Miller?   Wolałaby   pani   mieć  do   czynienia   ze  staruszkiem?   Najlepiej   takim,

który juŜ cięŜko myśli i na którego łatwiej moŜna wpływać?

– Nie zamierzałam... 

– A tak przy okazji, to czego pani od niego chciała, co? Wtedy nie dałem pani moŜliwości

przedstawienia swoich Ŝądań, ale teraz cały zamieniam się w słuch. 

Wendy znów pochyliła się nad biurkiem. Jej ręce drŜały.  Pomyślała, ze woli umrzeć z

głodu, niŜ oddać słodką niewinną Rory w ręce tego brutalnego, sarkastycznego męŜczyzny. 

– Niczego. Nie mam Ŝadnych Ŝądań. śadnych próśb ani pytań. Powiedziałam juŜ panu,

zaszła pomyłka. 

Przez chwilę milczał. Siląc się na obojętność, spytał:

– A więc nie ma Ŝadnego dziecka?

– Nie ma. 

Wzięła teczkę do ręki i wyszła zza biurka. Nie mogła go jednak ominąć. 

– To dziwne, bo pani sąsiedzi powiedzieli mi, Ŝe dziecko istnieje. 

Nie przeszło jej przez myśl, Ŝe, zanim tu przyszedł, zebrał na jej temat tyle informacji. Po

chwili namysłu odparła:

– To nie jest dziecko Marissy. Jest moje. Zapadło milczenie. Po chwili odezwał się:

– A więc Burgessów cała ta sprawa nie dotyczy. Wendy spojrzała mu prosto w oczy. 

– Nic a nic. 

Miała wraŜenie, Ŝe stwierdzenie to nieco go uspokoiło. 

Nie dziwiła się. Musiał poczuć ulgę, Ŝe siostra nie zostawiła po sobie nie załatwionych

spraw. Nic dziwnego, Ŝe Marissa nie chciała, by wychowywali jej dziecko! Wendy ucieszyła

się, Ŝe nareszcie da jej spokój. Jednocześnie jednak  łatwość, z jaką przyjął jej słowa, trochę

bolała. Nieco zduszonym głosem powiedziała:

– A teraz, jeśli mi pan wybaczy... Nie ruszył się z miejsca. 

– A tak z ciekawości, panno Miller. Zamierzała pani sprzedać dziecko mojemu ojcu, czy

teŜ po prostu chciała go pani szantaŜować?

– Ani jedno, ani drugie – odrzekła ze złością. – JuŜ panu powiedziałam. Dziecko jest

moje. I doskonale daję sobie radę. Nie potrzebuję od nikogo pieniędzy. 

Uśmiechnął się lekko. W wyrazie jego ust nie było jednak łagodności, lecz raczej rodzaj

groźby. 

– Dlaczego więc pani zadzwoniła?

Miała uczucie, Ŝe na jej szyi zaciska się pętla. Odwróciła się od niego i przymknęła oczy.

Musi znaleźć jakieś wyjaśnienie, by wreszcie się od niej odczepił. 

background image

– Skoro to naprawdę pani dziecko... 

– To co? – spytała zduszonym głosem. 

– To nie miałaby pani nic przeciwko temu, abym je zobaczył. Uwielbiam dzieci. UwaŜam

się za ich znawcę. 

Wendy   nie  mogła   do   tego   dopuścić.   Miała   świadomość,   Ŝe   z   uwagi   na   zupełny   brak

podobieństwa   trudno   byłoby   ją   uznać   za   matkę   Rory.   Sama   róŜnica   w   kolorze   oczu   –

błękitnych dziecka i jej ciemno-piwnych – nasuwała wątpliwości. 

Ciągnął dalej:

– O ósmej w pani domu, dobrze? Przełknęła ślinę. 

– Mała będzie juŜ w łóŜku. 

– Ale chyba moŜe ją pani obudzić, prawda? I proszę nie próbować uciec. 

Podniosła głowę. 

– Nawet mi się nie śni. Nie mam nic do ukrycia. 

W kąciku jego ust pojawił się ironiczny uśmieszek. 

– Po pierwsze, dowodziłoby to pani winy. A po drugie, skoro juŜ raz panią odnalazłem,

bez problemu zrobię to po raz drugi. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Dopóki nie znikł jej z oczu, stała przy swoim biurku jak sparaliŜowana. Następnie opadła

na krzesło. 

Jak ją odnalazł? Przez telefon podała mu swoje nazwisko, ale zdawał się go nie słyszeć.

Poza tym nie mógł wiedzieć, skąd dzwoni, choć rozpoczęcie poszukiwań w Phoenut było z

pewnością krokiem logicznym. Zresztą jakie miało to teraz znaczenie. Pozostaje faktem, Ŝe ją

odnalazł, a ona musi sobie z tym jakoś poradzić. 

Przez   chwilę   pomyślała   o  tym,   by   odwołać  planowane   spotkanie;   czuła,   iŜ   nie   jest  w

odpowiednim nastroju. Jej sytuacja finansowa była jednak tak dramatyczna, Ŝe nie naleŜało

lekcewaŜyć najmniejszej nawet szansy na uzyskanie pracy. 

Poza tym nie miała nic lepszego do roboty przed godziną ósmą. Na pewno nie uda się jej

upodobnić Rory do siebie. Siedzenie i zastanawianie się, co pomyśli lub zrobi brat Marissy,

nie miało najmniejszego sensu i doprowadziłoby ją tylko do szaleństwa. Lepiej więc zrobić

przez ten czas coś poŜytecznego i iść na rozmowę w sprawie pracy. 

Brat Marissy. Ciekawe, czemu przyjaciółka nigdy o nim nawet nie wspomniała? Mogłaby

przynajmniej uprzedzić o jego niezwykłej pewności siebie i upartym dąŜeniu do celu. Gdyby

Wendy wiedziała wcześniej, z kim będzie miała do czynienia... 

No cóŜ, Marissa nie mogła niczego przewidzieć. Nie spodziewała się przecieŜ śmierci.

Zresztą nic chyba nie było w stanie przygotować Wendy na przemoŜną siłę oddziaływania

tego męŜczyzny. Kiedy znajdował się w pokoju, zdawał się wypełniać swoją osobą całą jego

przestrzeń i podnosić temperaturę o dobrych kilka stopni. Wendy nigdy nie przeŜyła czegoś

podobnego. 

WciąŜ o tym myślała, czekając, aŜ zostanie wywołana na rozmowę. Kiedy nagle usłyszała

swoje nazwisko, zerwała się na równe nogi i wchodząc do gabinetu, potknęła się. Z miejsca

przekreśliło   to   jej   szanse,   i   gdy   rozmowa   dobiegła   końca,   czuła   jedynie   wdzięczność,   Ŝe

nareszcie moŜe pójść po Rory i dać jej codzienną dawkę ciepła i miłości. 

Mała była jednak wyraźnie rozdraŜniona i nie miała najmniejszej ochoty się uśmiechnąć. 

– O co chodzi, kochanie? – spytała Wendy, przytulając ją. 

– Cały dzień była dziś nieswoja – odparła Carrie. – Wydaje mi się, Ŝe zaczyna ząbkować. 

– Tak wcześnie?

– Owszem, jest jeszcze mała, ale jej dziąsła wydają się obrzęknięte. 

Wendy wsunęła palec do ust dziecka. Natychmiast zapłakało. 

–   Powinna   pani   kupić   gryzaczek   –   poradziła   opiekunka.   W   drodze   powrotnej   Wendy

wstąpiła do apteki i gdy tylko znalazły się w domu, włoŜyła gryzaczek do lodówki. Gdy się

przebierała, mała zaczęła płakać, wyraźnie zaniepokojona spóźniającą się kolacją. Jeszcze na

bosaka Wendy zaniosła ją do pokoju dziecięcego  z postanowieniem,  Ŝe przed karmieniem

przebierze małą w czyste ubranko, a brudne wrzuci do pralki, by jeszcze przed północą je

rozwiesić. 

Jedno spojrzenie na twarzyczkę dziecka wystarczyło jej jednak, by zrezygnować z prania

background image

przed   karmieniem.   Szybko   przygotowała   butelkę   i   usiadła   z   Rory   na   bujanym   fotelu.   Po

zaspokojeniu pierwszego głodu mała poczuła się wyraźnie zadowolona i gotowa do zabawy. 

Wendy teŜ odzyskała dobry humor. Nie będzie martwiła się na zapas. MoŜe ten Burgess

wcale się nie pojawi? Usadowiła Rory w leŜaczku i próbowała nakarmić ją łyŜką. Dziecko

zrobiło sobie jednak z jedzenia zabawę – pluło papką – i juŜ po chwili było tak umazane, Ŝe

koniecznością stała się natychmiastowa kąpiel. Właśnie suszyła małej włosy, gdy rozległ się

dzwonek do drzwi. Wzięła ją na ręce i poszła otworzyć. 

Stojący w progu gość obrzucił spojrzeniem jej sylwetkę, od rozsypującego się końskiego

ogona po bose nogi. Uniósł brew. 

Wendy miała ochotę go uderzyć. To co, Ŝe wyglądała tak okropnie? Dziecko było czyste,

suche i szczęśliwe, opiekowała się nim bez zarzutu!

Kiedy   w   końcu   spuścił   z   niej   wzrok,   zaczął   przyglądać   się   Rory.   Odwzajemniła   mu

spojrzenie   szeroko   otwartych,   zaciekawionych   oczu,   po   czym   ukryła   twarz   w   ramionach

Wendy. 

– Trochę nieśmiała, co? – spytał. 

– Och, lubi ludzi, których ja lubię. – Natychmiast poŜałowała tych słów. Przygryzła wargi

i dodała: – Chyba wyrzyna jej się ząb, więc nie jest dziś w najlepszej formie. 

Bezpieczna w swym schronieniu, Rory przypatrywała mu się nadal. Sięgnął do kieszeni

płaszcza i wyjął pęk plastikowych, jaskrawych kluczy. Pomachał nimi przed oczyma małej i

powiedział:

– Cześć, berbeciu. Coś mi się zdaje, Ŝe jestem twoim wujkiem Maćkiem. 

Choć Wendy i tak podejrzewała, Ŝe dziś w biurze nie uwierzył  w jej słowa, to jednak

teraz była całkiem pewna. 

– Mack? – zdziwiła się. – Zdawało mi się, Ŝe przedstawił się pan inaczej?

–   Samuel   Mackenzie   Burgess   –   powiedział   spokojnie.   –   Tradycja   rodzinna   nakazuje

nazwać najstarszego syna imieniem ojca. 

– No pewnie – mruknęła pod nosem Wendy. Uśmiechnął się lekko. 

Rory próbowała uchwycić klucze, lecz nie trafiła. Mack Burgess przysunął je bliŜej, ale

cały czas przyglądał się Wendy. 

– Jednak dwóch Samuelów w jednym domu musiałoby wywoływać spore zamieszanie.

Dlatego matka postanowiła dać mi na drugie imię swe panieńskie nazwisko i nazywać mnie

jego skrótem. 

Rory odepchnęła się od ramion Wendy i sięgnęła po klucze. Gdy wreszcie zacisnęła na

nich piąstkę, Mack wypuścił zabawkę i wsunął ręce pod ramiona małej. 

Wendy   pozwoliła   mu   ją   wziąć.   Nie   będzie   się   przecieŜ   z   nim   szarpać.   Nagie   jednak

poczuła niezwykłą pustkę, samotność i chłód. 

Pomyślała z goryczą, Ŝe miał rację, nazywając siebie znawcą dzieci. Manewr, który przed

chwilą wykonał, był jednym ze zręczniejszych, jakie widziała. Zaabsorbowana swą zdobyczą

Rory   nawet   nie   zauwaŜyła,   Ŝe   przeniesiono   ją   z   rąk   do   rąk.   Równie   skutecznie   odwrócił

uwagę Wendy, zagadując ją na temat imion. Po chwili dodał:

– Teraz, kiedy juŜ wiesz o mnie tyle, czy ja mógłbym spytać o dziecko? Jak ma na imię?

background image

– Rory. Skrzywił się. 

– No cóŜ, lepsze to niŜ na przykład Płatek Śniegu lub coś w tym rodzaju. 

– Tak naprawdę jej pełne imię brzmi Aurora Dawn. 

– To w stylu Marissy. Przegadane, ale właściwie śliczne. Usiądziemy i porozmawiamy o

całej sprawie?

Dopiero w tej chwili dotarło do niej, Ŝe nadal stoją w progu. 

– MoŜe pan wejdzie? – zaproponowała niewinnie. Usłyszawszy to, przygryzł wargi, by

się nie roześmiać. 

Poszedł   za   nią   do   małego   pokoju   dziennego.   Wendy   widziała   pełen   aprobaty   wzrok,

którym wodził po mieszkaniu, na dłuŜej zatrzymując go na małej choince. 

Usiadł na brzegu sofy. Jednak Rory nie chciała siedzieć. Opierała stopki o jego biodra i

usiłowała wstawać. 

– Zdaje się, Ŝe jej rozwój fizyczny nie budzi najmniejszych zastrzeŜeń, prawda?

– A sądził pan, Ŝe jest inaczej?

– Sarkazm donikąd nas nie zaprowadzi, Wendy. Mów mi Mack. 

Miał rację,  była małostkowa. Spuściła głowę i przyglądała się swoim palcom.  Ciągnął

dalej:

– Jest oczywiste, Ŝe to dziecko Marissy. Nie miałbym najmniejszych wątpliwości, nawet

gdybym nie spędził dziś godziny w urzędzie i nie wydostał stamtąd jej aktu urodzenia. Teraz

musimy zdecydować, co naleŜałoby zrobić. 

– Nie ma nic do zrobienia. Marissa powierzyła dziecko mojej opiece. 

Była to szczera prawda, ale Wendy miała świadomość, Ŝe bez pisemnego oświadczenia

woli Marissy nie będzie w stanie niczego udowodnić. Nie sądziła, by Mack Burgess zechciał

uwierzyć w jej słowa. 

– A co z ojcem? Nazwisko widniejące w akcie urodzenia nic mi nie mówi. 

Wendy potrząsnęła głową. 

– Wiem, kto to jest, ale nic poza tym. Spotykali się z Marissa przez jakiś czas. Rozstali

się jeszcze przed narodzinami Rory. Nigdy nie zainteresował się dzieckiem. Kiedy Marissa

była... – Musiała przełknąć ślinę. Do tej pory nie oswoiła się z myślą o tragicznie przerwanym

młodym   Ŝyciu.   –   Kiedy  umarła,   zadzwoniłam   do   mego,   a   on   podziękował   mi   tylko   za

wiadomość i odłoŜył słuchawkę. 

– Więc zatrzymałaś dziecko. 

– Mówiłam juŜ, Marissa powierzyła ją mojej opiece. 

– Ale nie masz oczywiście Ŝadnych prawnych dokumentów potwierdzających jej wolę.

Nie zostawiła przecieŜ testamentu. 

– Nie, ale powiedziała mi, czego chce. Jego głos stał się nagle szorstki. 

– Masz na to jakichś świadków? Powoli potrząsnęła głową. 

– Byłyśmy same na oddziale intensywnej terapii... Nie wierzysz mi, prawda?

–   Nie   widzę   powodu,   dla   którego   miałbym   ci   wierzyć.   W   ciągu   dzisiejszego

przedpołudnia przyłapałem cię na czterech kłamstwach. 

Wendy poczuła, Ŝe się czerwieni. 

background image

– Kobieta uczyni wszystko, aby ochronić swe potomstwo. 

– Tak, kiedy istnieje prawdziwe zagroŜenie. Ale w tym przypadku, kiedy nie masz nawet

prawa do tego dziecka... 

Rory zaczynała się niepokoić. Upuściła klucze i wyraźnie przestała się nimi interesować.

Zaczynała popłakiwać. Wendy powiedziała:

– JuŜ czas na ostatnią butelkę i sen. 

Zdziwiła się nieco, gdy Mack bez słowa komentarza podał jej dziecko. Być moŜe naleŜał

do tych, którzy lubią dzieci tylko wtedy, gdy są czyste, uśmiechnięte i grzeczne. 

Przygasiła lampy, owinęła Rory w kocyk i usiadła z nią na bujanym fotelu. Mała, ssąc,

obserwowała kolorowe ozdoby na choince. 

– Dlaczego zadzwoniłaś, Wendy?

Westchnęła i postarała się, by jej głos brzmiał obojętnie, ale przekonywająco:

– Pomyślałam sobie, Ŝe to nie w porządku, iŜ rodzina Marissy nawet nie wie o Rory. Ale

nie zamierzałam o nic prosić. 

–   A   więc   juŜ   pięć   –   odparł,   krzyŜując   nogi.   –   Kłamstw   –   dodał,   jakby   Wendy   nie

wiedziała, o co mu chodzi. 

Nie prowadziła własnych obliczeń, ale liczba ta wydała się jej mocno zaniŜona. Dla Rory

była w stanie zrobić znacznie więcej, niŜ tylko kłamać, zwłaszcza Ŝe to jej własna głupota i

panika doprowadziły do tej sytuacji. Mała nie powinna przez to cierpieć. 

– NiezaleŜnie od tego, co sobie myślisz – powiedziała stanowczo – Marissa naprawdę

Ŝą

dała, by Rory znalazła się pod moją opieką. 

Zapadło długie milczenie. Wreszcie powiedział:

– Tak w ogóle, znając Marissę, jestem w stanie to przyjąć. Nie była pewna, czy się nie

przesłyszała. 

– A więc wierzysz mi?

– Powiedzmy, Ŝe mogę sobie to wyobrazić. Po pierwsze, bardzo pasuje do Marissy, Ŝe

Ŝą

dała, a nie prosiła. Zaś zwaŜywszy na sytuację... Wzięłaś dziecko w nagłych i tragicznych

okolicznościach, czując, Ŝe Marissa nie pozostawiła ci wyboru, a potem... 

– Nie rozkazywała mi – sprzeciwiła się Wendy. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. 

– Potem, kiedy zaczęłaś się nad tym zastanawiać, doszłaś do całkiem słusznego wniosku,

Ŝ

e   spadła   na   ciebie   zbyt   wielka   odpowiedzialność.   Zadzwoniłaś   więc   po   pomoc,   ale

rozmawiając ze mną, stchórzyłaś i postanowiłaś ją zatrzymać. 

Wendy zdobyła się na odwagę:

– Doszłam do wniosku, Ŝe nie jesteś typem osoby, której chciałabym powierzyć dziecko!

– A moŜe uznałaś, iŜ haczyk został połknięty i lepiej będzie teraz udawać, Ŝe nie chcesz

się z nią rozstać?

– śe co proszę... ?

– Tak więc dochodzimy do decydującego momentu. Czego chcesz, Wendy?

– Chcę opiekować się Rory. Zapomnijmy, Ŝe do ciebie dzwoniłam, dobrze?

– Właśnie tego nie moŜesz chcieć. 

– Tego chciała Marissa Błagała mnie, bym zatrzymała małą. 

background image

– Ale na to mamy tylko twoje słowo, tak?

Mierzyli się wzrokiem. Powiedział, Ŝe jej wierzy, a teraz odbierał jej nawet tę odrobinę

nadziei. 

– Do cholery, mówię prawdę!

– Być moŜe, ale nie ma to teraz Ŝadnego znaczenia. Jak sądzisz, jaki byłby wyrok sądu w

tej sprawie?

Wendy nie musiała się nawet specjalnie zastanawiać. Gdyby Marissa zostawiła testament,

sprawa   wyglądałaby   zupełnie   inaczej.   Nawet   gdyby   wynajęła   adwokata,   nie   miała   szans

wobec tego, czym dysponowali Burgessowie. śaden prawnik nie zmieni faktu, Ŝe była tylko

przyjaciółką Marissy; oni zaś są jej rodziną. 

Najwyraźniej   czytał   w   jej   myślach.   Odezwał   się,   nadając   swemu   głosowi   łagodne

brzmienie:

–   Chyba   nie   sądzisz,   Ŝe   zostawię   tę  sprawę,   prawda?   Czuję  się   odpowiedzialny   za   tę

małą. W końcu to córeczka mojej siostry. 

– Nie moŜesz ode mnie oczekiwać, Ŝe tak od razu i po prostu ci ją oddam!

– A czemu by nie? Powinnaś to była uczynić juŜ przed paroma miesiącami, kiedy umarła

matka Rory. 

– Twoja rodzina tak mało dbała o Marissę, Ŝe nikt nawet nie przyjechał po jej śmierci do

Phoenk!

W jego spojrzeniu coś się zmieniło. 

–   Oczywiście   powinniśmy   byli   przyjechać.   Ale   wówczas   decyzja   wydawała   się

oczywista. Jej nie było, a drobiazgi nie miały Ŝadnego znaczenia. 

Wendy   przygryzła   wargę.   Nie   zgadzała   się   z   tym,   co   mówił,   ale   była   w   stanie   to

zrozumieć. 

– Jednak nie moŜesz jej tak po prostu zabrać. Co zrobisz? Wprowadzisz się do hotelu i

zaŜądasz kołyski, niańki i całego wyposaŜenia?

– Sadzisz, Ŝe hotel „Kendrick” nie sprosta tym wymaganiom?

Nie odpowiedziała. Spojrzała na uśmiechnięte przez sen dziecko i wyciągnęła rękę, by

dotknąć jej policzka. 

– Jestem dla niej dobra – powiedziała drŜącym głosem. 

– Widzę to i wcale nie umniejszam twych zasług. Ale ona ma rodzinę. Sama przyznałaś,

Ŝ

e nie powinna być od niej odcięta. 

Wendy nie śmiała na niego spojrzeć. 

– Czy mogę dostać szklankę wody? – poprosił. 

– Jest w kuchni. Jeśli wolisz mineralną, jest w lodówce. 

– Wystarczy zwykła. 

Usłyszała, jak otwiera drzwiczki szafki i odkręca kran. Po chwili zdała sobie sprawę, Ŝe

przedłuŜa swój pobyt  w kuchni, by mogła się pozbierać.  Jeśli naprawdę tak było,  musiała

przyznać, Ŝe dobrze to o nim świadczyło. Właściwie nie miało to juŜ Ŝadnego znaczenia. Te

parę minut nie robiło Ŝadnej róŜnicy. 

Wszystko skończone. Nie miała siły walczyć dalej. Jedyne, co mogła uczynić, to jeszcze

background image

przez chwilę potrzymać dziecko. 

Wrócił do pokoju i powiedział:

– Na blacie leŜy kawałek wyschniętej grzanki z masłem orzechowym. 

– Nie martw się. Nie karmiłam Rory masłem orzechowym. 

– Nawet przez chwilę tak nie sądziłem. Czy to była twoja kolacja?

– Na nic innego nie miałam czasu – przyznała Wendy. 

Bez słowa sięgnął po ksiąŜkę telefoniczną i znalazł wykaz restauracji z dostawą do domu.

– Wolisz chińszczyznę czy pizzę?

Wendy   wolałaby   grzankę   z   masłem   orzechowym,   gdyby   tylko   zechciał   ją   zostawić   i

pozwolił zjeść w spokoju. Ale przecieŜ oznaczałoby to, Ŝe Rory zniknie takŜe. 

– Chińszczyznę – odparła. 

Gdy złoŜył zamówienie, odłoŜyła butelkę i oświadczyła:

– PołoŜę ją do łóŜka. 

Powiedziane to było tonem tak kategorycznym,  jakby właśnie zapowiadała mu, Ŝe nie

zabierze dzisiaj dziecka, przynajmniej nie bez walki. 

– Czemu nie miałoby jej być wygodnie, gdy będziemy jedli – przyznał Mack. Nie dodał,

co nastąpi po kolacji, ale dla Wendy stało się oczywiste, co miał na myśli. 

Pomrukując przez sen, Rory zwinęła się w swój ulubiony kłębek. Wendy postała przy niej

chwilę,   bojąc   się,   Ŝe   zaraz   wybuchnie   płaczem.   Następnie   wzięła   do   ręki   koszyk   pełen

ś

pioszków, koszulek i skarpeteczek. Zajmie czymś ręce, a przy okazji spakuje juŜ wszystko i

skróci   ból   rozstania.   Niech   sam  zajmie  się   praniem,   pomyślała,   zdając   sobie  jednocześnie

sprawę, Ŝe z pewnością przekazałby ten obowiązek hotelowej słuŜbie. 

A moŜe nie. MoŜe miał doświadczenie z dziećmi. Mówił, Ŝe jest ich znawcą, a sposób, w

jaki zaprzyjaźnił się z Rory, nie sprawiał wraŜenia amatorszczyzny. Kto wie, moŜe ma tuzin

własnych dzieci. Rory byłaby cudownym uzupełnieniem – chyba Ŝe zginęłaby w ich tłumie... 

PrzecieŜ nie nosił obrączki... 

Dopiero teraz uświadomiła sobie, Ŝe zwróciła na to uwagę. 

Siedział na krześle z łokciami opartymi na kolanach i palcami dłoni podtrzymywał sobie

skronie, jak przy bólu głowy. 

Wendy podeszła do niego z koszem brudnych śpioszków opartym na biodrach i przyjrzała

się mu. Wyglądał na zmęczonego. Do cholery! Wcale nie miała zamiaru czuć sympatii do

męŜczyzny, który właśnie zamierzał zniszczyć jej Ŝycie!

– Schodzę do pralni – powiedziała. – Jeśli się obudzi... Skiną! tylko. 

Zanim  wywabiła wszystkie plamy i włączyła pralkę, dostawca z restauracji był  juŜ na

górze. W czasie gdy Mack regulował naleŜność, wypakowała jedzenie i nakryła do stołu. 

Mack ugryzł pierwszy kęs kaczki po pekińsku. 

– Zupełnie inaczej sobie ciebie wyobraŜałem. Spojrzała na niego. 

– To znaczy... 

– Sądziłem, Ŝe przyjaciółki Marissy są takie same jak ona... lekkomyślne, krótkowzroczne

i pozbawione środków do Ŝycia. 

Cyniczny ton tej wypowiedzi zmartwił ją. Jeśli naprawdę miał takie zdanie o Marissie...

background image

JuŜ poprzednio mówił o niej niezbyt dobrze. 

Z drugiej zaś strony, Wendy wcale nie była pewna, czy tak naprawdę odbiega od tego

opisu.   JuŜ   sam   telefon   do   Burgessów   był   przecieŜ   dowodem   jej   lekkomyślności   i

krótkowzroczności. 

– Marissa nie sprawiała wraŜenia osoby,  która nie moŜe związać końca z końcem. W

kaŜdym razie ode mnie nigdy nie poŜyczała pieniędzy. 

– A czy pracowała?

– No, nie. 

– OtóŜ to. Z całą pewnością skarŜyła się na mamę i ojca, Ŝe są pasoŜytami społecznymi, a

jednocześnie beztrosko przepuszczała pieniądze z załoŜonego przez nich konta bankowego.

Kiedy adwokat je zamykał, było niemal puste. 

Wendy poruszyła się niespokojnie na krześle. 

– Musiała przecieŜ wydawać na dziecko – zaczęła, ale po chwili stwierdziła, Ŝe sposób

dysponowania pieniędzmi przez Marissę nie miał juŜ teraz najmniejszego znaczenia. 

Mack takŜe nie miał ochoty kontynuować tego tematu, zapadło więc milczenie. Jedzenie

było dobre; juŜ od tak dawna Wendy nie jadła gorącej kolacji. Jednocześnie kaŜdy kęs zdawał

się jednak przyprawiony goryczą, gdyŜ nieuchronnie zbliŜał ją do chwili, w której siedzący

naprzeciwko niej męŜczyzna zabierze Rory. 

NałoŜył sobie ostatnią porcję kaczki i odłoŜył pojemnik. 

– Jutro wracam do Chicago. 

Choćby   nie   wiadomo   jak   długo   Wendy   przygotowywała   się   na   tę   wiadomość,   nie

osłabiłoby to uczucia rozpaczy, jakiego doznała. 

Patrzył   prosto   w   jej   oczy.   W   jego   spojrzeniu   było   współczucie,   za   które   niemal   go

nienawidziła. Jeśli było mu przykro, dlaczego jej to robił?

– Innym razem nie chcę zabierać ze sobą dziecka. Musiałam się przesłyszeć, pomyślała

Wendy. 

– Masz rację, Ŝe dla moich rodziców będzie to duŜy szok – ciągnął Mack. – Nie są juŜ

młodzi   i   nawet   dobre   wiadomości   mogą   być   dla   nich   zbyt   silnym   przeŜyciem.   Zamiast

pojawić się od razu z dzieckiem, lepiej będzie, kiedy najpierw im to powiem. 

Wendy przełknęła ślinę. 

– To znaczy, Ŝe ufasz mi na tyle, by jeszcze na jakiś czas ją tu zostawić?

Skinął głową. 

Wiedziała, Ŝe nie powinna o to pytać, ale nie mogła się powstrzymać. 

– Dlaczego? Po tym, jak ci skłamałam i... 

– Chyba dlatego, Ŝe odnalazłem cię bez najmniejszego problemu. 

– Nie rozumiem. 

– Przyjechałem tu przygotowany na to, Ŝe będę musiał cię długo szukać. A tymczasem

wystarczyło odnaleźć stary adres Melissy w ksiąŜce telefonicznej, i okazało się, Ŝe tu jesteś. 

Z uśmiechem dodał:

– Gdybyś chciała ukryć Rory, na pewno zmieniłabyś miejsce zamieszkania. 

Potrząsnęła głową, nadal nie do końca go rozumiejąc. 

background image

– Ale przecieŜ nie znałeś nawet mojego nazwiska. Skąd wiedziałeś, kogo szukać?

–   Rzeczywiście,   gdy   zadzwoniłaś,   nie   dosłyszałem   go.   Ale   adwokat,   który   zajął   się

sprawami Marissy, powiedział nam, Ŝe mieszkała z dziewczyną o nazwisku Miller. 

–   Dziwię   się,   Ŝe   to   zapamiętał.   Wydawało   mi   się,   Ŝe   interesuje   się   wyłącznie

wykreśleniem zmarłej z umowy najmu. Nie zatroszczył się nawet o jej rzeczy... oddałam je na

cele dobroczynne. 

– Nawet tu nie przyszedł?

– Oczywiście, Ŝe nie. Nigdy go nie widziałam. 

– Nic dziwnego, Ŝe nie wiedział o dziecku. No, to juŜ ja z nim porozmawiam. – Wstał. –

Jeszcze jedno, Wendy. Nie rób więcej błędów. Radzę ci, Ŝeby mała wciąŜ tu była, gdy wrócę. 

Wendy zdawała sobie sprawę, Ŝe nie ma sensu łudzić się nadzieją, ale nie mogła się przed

tym powstrzymać.  Przez weekend, kiedy wychodziła z Rory na spacery i bawiła się z nią,

narastał w niej nieuzasadniony optymizm. Z kaŜdą kolejną godziną, podczas której nikt nie

dzwonił   ani   nie   pukał   do   drzwi,   była   coraz   lepszej   myśli.   MoŜe   w   ogóle   się   nie   pojawi,

poniewaŜ   rodzina   nie   okazała   zainteresowania   dzieckiem   Marissy?   A   moŜe   chcieli

zatuszować całą sprawę?

Mack   powiedział,   Ŝe   rodzice   są   starzy   i   wszystko   to   będzie  dla   nich   szokiem.   MoŜe

odbyli właśnie rodzinną naradę i zdecydowali zostawić jej dziecko, gdyŜ  Mack powiedział

im, jak bardzo mała jest tu szczęśliwa?

Wiedziała, Ŝe to głupie, ale kiedy równieŜ w poniedziałek nikt się do niej nie odezwał, jej

nadzieje wzrosły. Po co zamartwiać się na zapas? Być moŜe wszystko się jeszcze ułoŜy. 

Wyszła z biura nieco wcześniej, odebrała Rory i wzięła ją do centrum handlowego, aby

pokazać   jej   Świętego   Mikołaja.   Być   moŜe   nie   był   to   najmądrzejszy   pomysł,   mała   była

bardziej   zaciekawiona   niŜ   zachwycona   i   przecieŜ   nie   będzie   pamiętała   tej   wyprawy.   Ale

przynajmniej   obrazek   zdziwionej   Rory,   dotykającej   brody   Mikołaja,   pozostanie

wspomnieniem dla Wendy. 

Wieczorem w domu, kiedy juŜ nakarmiła i uśpiła małą, u drzwi odezwał się dzwonek. 

Serce w niej zamarło. Niecierpliwy dźwięk gongu nie pozostawiał wątpliwości, kto stoi

za drzwiami. 

Powiedziała sama do siebie:

– PrzecieŜ wiedziałaś, Ŝe wróci. To, co sobie wmawiałaś, było tylko głupim marzeniem. 

Chwilę odczekała, próbując wziąć się w garść i ćwicząc powitalny uśmiech. Postara się

być miła i moŜe uda jej się nie płakać, gdy nadejdzie moment ostatecznego rozstania. Jedyne,

co jej zostało, to godność i powinna próbować ją ocalić. 

Otworzyła drzwi. ZdąŜyła juŜ zapomnieć smukłą sylwetkę Macka i przedziwne prądy,

które zdawały się przeszywać powietrze w jego obecności. Dopiero po chwili dostrzegła jego

rozgniewany wzrok. Wymuszony uśmiech znikł z jej twarzy. 

– Gdzie ty się do diabła podziewałaś? Wendy cofnęła się, a on przekroczył próg. 

– O co ci chodzi? Byłam tutaj. 

– Sąsiedzi mówili, Ŝe nie widzieli cię od wczoraj. 

background image

– Widocznie mnie nie szukali!

– Do cholery, mówiłem ci, Ŝebyś się nigdzie nie ruszała! Przez chwilę stała zaskoczona,

lecz tuŜ potem wybuchła histerycznym niemal śmiechem. 

– Na miłość boską, chyba nie rozumiałeś tego dosłownie! Naprawdę sądziłeś, Ŝe ja i Rory

będziemy czekały tu na ciebie zamknięte w czterech ścianach? Musiałam chodzić do pracy,

mogłeś mnie tam znaleźć przez cały dzień. 

Zmarszczył brwi i milczał. Wendy ciągnęła dalej. 

– Miałam siedzieć tu i czekać cały czas na ciebie, tak? Ale ty masz o sobie mniemanie! A

moŜe dręczyło cię co innego? Myślałeś, Ŝe ucieknę, tak? – Oparła ręce na biodrach i brnęła

dalej: – Podobno miałeś do mnie zaufanie. Co się z nim stało?

– Tak było, zanim się przekonałem, Ŝe wciąŜ kłamiesz!

– Co takiego?

Szybkim ruchem wyciągnął z kieszeni płaszcza gazetę. 

– Przeczytaj to – rozkazał. – Zobacz, w jakim świetle stawia to twoją prawdomówność!

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Wendy   nie   widziała   jeszcze   tego   dnia   gazet.   Zwykle   udawało   jej   się   przynajmniej

prześlizgnąć po nagłówkach, ale nie pamiętała, kiedy ostatnio przeczytała całe wydanie. Na

pewno nie w ciągu ostatnich paru miesięcy. 

Wzięła od niego gazetę i zamarła, ujrzawszy dół pierwszej strony – w całości poświęcony

dogłębnej analizie przyczyn i konsekwencji bankructwa fumy, w której pracowała. 

– Och jęknęła. 

– Mówiłaś, iŜ świetnie sobie radzisz i Ŝe nie potrzebujesz od nikogo pieniędzy. 

–  I  to  prawda.   Nigdy  nie zamierzałam  brać  od   nikogo   pieniędzy.   Jak  straciłam   pracę,

zadzwoniłam do ciebie, bo chciałam wam oddać Rory, bez Ŝadnych zobowiązań. Sądziłam, Ŝe

tak będzie dla niej najlepiej. A kiedy ty od razu zacząłeś mnie podejrzewać o jakieś podłe

zamiary,   zmieniłam   zdanie.   Pomyślałam   sobie,   Ŝe   choćbyśmy   miały   być   bardzo   biedne,

najbardziej potrzeba jej miłości. 

Mack mruknął pod nosem coś, czego Wendy nie usłyszała. Ciągnęła dalej:

–   Kiedy   się   pojawiłeś   i   postanowiłeś   ją   zabrać   bez   względu   na   okoliczności,   moja

sytuacja materialna przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Dlatego nic ci nie powiedziałam. 

Spojrzała na ubranka Rory i głos jej zadrŜał:

– To, czy mam pracę, czy teŜ nie, nie jest twoim zmartwieniem. 

Zapadło długie milczenie. Mack zdjął płaszcz i rzucił go na krzesło. 

– Przepraszam – powiedział. – Spanikowałem. Myślałem, Ŝe coś się wam przytrafiło. 

– To znaczy sądziłeś, Ŝe ją porwałam. Potrząsnął głową. 

– Nie. 

Patrzyła na niego, nie dowierzając. 

– Mogę do niej zajrzeć?

– Nie martw się, nie podrzuciłam zamiast niej szmacianej lalki. 

– Powiedziałem juŜ, Ŝe przepraszam, Wendy. Wyszedł do przedpokoju i skierował się do

pokoju dziecięcego. 

Kiedy wrócił, Wendy była juŜ nieco spokojniejsza, ale nadal unikała jego wzroku. 

– Poszłam z nią do sklepu, chciałam, Ŝeby zobaczyła Świętego Mikołaja. Gdybym mogła

przypuszczać,   Ŝe   to   spowoduje   tyle   zamieszania...   –   Zawahała   się,   po   czym   dodała

stanowczo: – I tak bym to zrobiła, bo nie było w tym nic złego. 

Usiadła na brzegu krzesła. 

– W porządku, powinienem do ciebie zadzwonić, jak tylko znalazłem się w mieście, ale

byłem na spotkaniu w interesach. Czy moŜemy juŜ to zostawić?

Była zła, choć nie dziwiło ją specjalnie, Ŝe sprawy Burgess Group okazały się waŜniejsze

niŜ Rory. Czego innego mogła oczekiwać?

Zimnym tonem powiedziała:

– Dobrze wiedzieć, Ŝe jesteś tak świetnie zorganizowany i potrafisz połączyć interesy z...

chciałam powiedzieć: przyjemnościami, ale przecieŜ Rory to bardziej cięŜar niŜ przyjemność,

background image

prawda? Do cholery, czemu nie posłuchałam Marissy i wplątałam cię w całą tę historię?

W bezsilnym geście zacisnęła pięść i uderzyła nią w poskładane ubranka małej. 

Poczekał, aŜ się uspokoi i powiedział:

– W czasie weekendu rozmawiałem z rodzicami. Chcą wychowywać Rory. 

Wendy   przygryzła   wargi.   To   dziwne,   ale   teraz,   kiedy   jej   najgorsze   obawy   zyskały

potwierdzenie,   nie   czuła   aŜ   takiego   bólu,   jakiego   się   spodziewała.   Albo   była   juŜ   na   tyle

dobrze przygotowana, albo był to szok, po którym dopiero nadejdzie cierpienie. 

– Sami? – spytała. 

– Masz jakąś lepszą propozycję?

– Myślałam, Ŝe moŜe ty... śe moŜe ty masz rodzinę? 

Potrząsnął głową. 

– Ciekawe, dlaczego tak sądziłaś?

– Jakie to ma znaczenie? Kiedy chcesz ją zabrać? Wydawał  się teraz mniej spięty,  jej

spokojna reakcja wyraźnie sprawiła mu ulgę. 

– Interesy zatrzymają mnie tu do środy. Chciałbym lecieć popołudniowym samolotem. 

– To na dzień przed Wigilią... – Powinno być dla niej oczywiste, Ŝe Burgessowie będą

chcieli spędzić święta z małą. Jednak nie pomyślała o tym  wcześniej i teraz poczuła silne

ukłucie w sercu. – Ale to juŜ tak niedługo – szepnęła. – I to jej pierwsza gwiazdka!

Skinął głową. 

– To samo powiedzieli rodzice. 

Nie   mogła   winić   Burgessów.   Pierwsze   święta   po   śmierci   córki   będą   dla   nich   bardzo

trudne.   Nagła   wiadomość,   Ŝe   Marissa   miała   dziecko,   musi   być   dla   nich   najpiękniejszym

prezentem. To oczywiste, Ŝe chcą je zabrać natychmiast. Ale przecieŜ będą mieli Rory przez

wszystkie inne święta BoŜego Narodzenia. Czy prosząc o te jedne, Ŝądałaby zbyt wiele?

Wiedziała,  Ŝe to nierealne.  Zresztą kalendarz nie miał tu Ŝadnego znaczenia. Rory nie

odróŜniała   jednego   dnia   od   drugiego,   wystarczy   więc,   Ŝe   Wendy   urządzi   jej   gwiazdkę

nazajutrz.   Oczywiście,   jeśli   Mack   pozwoli   zatrzymać   ją   przez   kolejne   czterdzieści   osiem

godzin. Przełknęła ślinę:

– Czy dopóki nie wyjedziesz, mała mogłaby zostać u mnie?

Przez   chwilę   przyglądał   się,   jakby   starając   się   odgadnąć   jej   intencje,   po   czym   skinął

głową. 

– Dziękuję ci. Pozbieranie wszystkich jej rzeczy zajmie trochę czasu. 

–   Nie   zajmuj   się   rzeczami,   których   nie   moŜna   przenieść.   Łatwiej   jest   kupić   nowe   na

miejscu. 

Widocznie   takie   było   podejście   Burgessów   do   wielu   spraw,   pomyślała   Wendy,

pamiętając,   jak   niefrasobliwie   adwokat   pozbywał   się   rzeczy   Marissy.   Nie   mogła   jednak

odmówić   Maćkowi   racji,   zwłaszcza   jeśli   chodziło   o   meble.   Koszt   wysyłki   łóŜeczka   Rory

przewyŜszałby z pewnością jego wartość. 

– Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby się okazało, Ŝe w domu nadal jest kołyska Marissy.

Ciekawe, czy matka o tym pomyślała. 

– Jest na pewno ładniejsza niŜ ta. 

background image

Wendy  starała  się ukryć   nutę  goryczy  w  głosie,   ale  wiedziała,   Ŝe chyba   jej  się  to  nie

udało. 

Mack wyciągnął do niej rękę w geście sympatii, ale po chwili ją cofnął. 

– To będzie bardzo trudne dla Rory. Tak nagle zostawić wszystko co znajome. 

Łzy napłynęły do oczy Wendy. 

– Myślisz, Ŝe nie zdaję sobie z tego sprawy? Mała jest bardzo do mnie przywiązana. Od

kiedy skończyła sześć tygodni, stanowiłam centrum jej świata... Nie mogła mówić dalej. 

– Moi rodzice zapraszają cię na święta, Ŝebyś pomogła jej się dostosować. 

– Jak to szlachetnie z ich strony. To jakby wziąć ze sobą jej ulubiony kocyk. 

Zacisnął usta. 

– Szczerze mówiąc uwaŜam, Ŝe to jest szlachetne. Przez kilka miesięcy ukrywałaś przed

nimi ich własną wnuczkę. Nie mają szczególnego powodu, by za tobą przepadać. 

Wendy poczuła się jak spoliczkowana. 

– Nie, dziękuję – odrzekła krótko. Szybko wstała. Natychmiast zrobił to samo. 

– Wendy, przepraszam. Nie chciałem być nieprzyjemny.  Wiem, jak bardzo przeŜywasz

rozstanie z małą. 

– Nie masz pojęcia o moich przeŜyciach! Wątpię, czy w ogóle potrafisz zrozumieć, Ŝe

moŜna kochać kogoś tak bardzo, by być gotowym za niego umrzeć!

Zacisnęła pięści. 

– No więc tym bardziej powinnaś pojechać, dla dobra dziecka. 

Czy   była   aŜ   taką   egoistką,   Ŝe   więcej   myślała   o   skróceniu   własnego   cierpienia,   niŜ   o

ułatwieniu   Kory   nowego   Ŝycia?   Nie   miała   złudzeń   co   do   czekającego   ją   przyjęcia.

Burgessowie będą pewnie udawali, Ŝe traktują ją jak oczekiwanego gościa, a tak naprawdę

atmosfera będzie sztywna i nieprzyjemna. Ale jakie to miało znaczenie? Nawet jeśli będzie

musiała przecierpieć parę dni pełnych goryczy,  kilka zawoalowanych upokorzeń, wytrzyma

to ze względu na małą. 

Czy   było   jakieś   inne   wyjście?   A   moŜe   kilkudniowy   pobyt   Wendy   w   Chicago   tylko

zwiększy   napięcie   dziecka   i   uczyni  je  później   jeszcze   bardziej   nieszczęśliwym?   Usiadła   i

bezradnie potrząsnęła głową. 

Mack odebrał to jako odmowę. 

– Czy masz jakieś inne zobowiązania w święta? Czy chciałaś je spędzić z rodziną?

– Nie. 

Nie miała juŜ nikogo z rodziny, ale to Macka nie powinno obchodzić. 

– MoŜe chodzi o chłopaka?

Jego   głos   stał   się   nagle   twardy,   jakby   oskarŜał   ją   o   niemoralne   prowadzenie   się   w

obecności dziecka. 

Wendy zdobyła się na mały uśmieszek. Sama myśl o jakimś romansie była śmieszna. Od

kiedy Rory pojawiła się w jej Ŝyciu, zapomniała, co to znaczy randka. Nawet nie zauwaŜała

męŜczyzn,   co   dopiero   mówić   o   zainteresowaniu   którymś   z   nich.   Mack   był   jedynym

męŜczyzną, z którym w ciągu ostatnich miesięcy spędzała czas poza pracą. MoŜe to dlatego

miała takie dziwne, obezwładniające uczucie, gdy tak niedawno otworzyła mu drzwi. 

background image

– Oczywiście nie rozumiesz, Ŝe gdy dziecko jest na pierwszym miejscu, kobieta zapomina

o męŜczyznach. Nie, miałyśmy być tylko we dwie, Rory i ja. 

– Więc dlaczego miałabyś nie pojechać? Dla jej dobra. – Ukląkł przy krześle Wendy. –

Spędzisz z nią jeszcze parę dni. MoŜe przy okazji przekonasz się, Ŝe moi rodzice nie są tak

straszni, jak opisywała to Marissa. 

Uniosła brwi w wyrazie powątpiewania. 

– A moŜe właśnie tego się obawiasz? Wolałabyś pielęgnować swe uprzedzenia, zamiast

je przełamać? – Ton jego głosu stał się chłodny. – MoŜe bardziej przypominasz Marissę, niŜ

sądziłem. 

Popatrzyła mu prosto w oczy. 

– Jeśli to ma być wyzwanie, to podejmuję je. 

–  Dobrze – powiedział, wstając.   –  Jutro wstąpię  zobaczyć   małą i powiem  ci, o  której

lecimy. 

Jak   wszystkie   dzieci,   Rory   wyczuwała   napięcie,   które   Wendy  rozpaczliwie  próbowała

przed nią ukryć. W środowe popołudnie, kiedy krzątała się wokół pakowania, mała zaczęła

płakać. Ani butelka, ani smoczek, ani kołysanki nie były w stanie jej uspokoić – krzyczała tak

głośno, Ŝe zrobiła się czerwona i zaczęła drŜeć. Kiedy pojawił się Mack, Wendy szczerze się

ucieszyła. Zaskoczyło ją to – nie powinna być szczęśliwa na widok męŜczyzny, który właśnie

rujnuje jej Ŝycie. Nie zastanawiając się nad tym głębiej, wręczyła mu dziecko. 

– Proszę bardzo. Zajmij się nią, bo ja mam teraz co innego do roboty. 

Zmiana   opiekuna   nie   uszczęśliwiła   Rory.   Mack   poszedł   za   Wendy   do   przedpokoju,

pytając:

– Co się z nią dzieje?

– Jest chyba wyposaŜona w specjalny czujnik stresu. 

– Aha. Za chwilę odetchniemy wszyscy. Taksówka czeka na dole. 

– Mów za siebie – burknęła Wendy. 

Przeniosła wzrok z Macka na stertę ubrań leŜących koło walizki. Nie miała nawet czasu

pomyśleć, co będzie jej potrzebne w Chicago. Przygotowała swetry, spodnie oraz swój nowy

miedziany kostium, ale na tym  jej inwencja się wyczerpała. Zerknęła na Macka. Był  teraz

ubrany mniej formalnie niŜ przedtem, w luźne spodnie i sweter na rozchylonej koszuli. Ramię

swetra było juŜ mokre od łez Rory, ale nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. 

Wendy   zatrzasnęła   walizkę.   To,   co   spakowała,   będzie   musiało   jej   wystarczyć.   Nie

oczekiwała   składania   wizyt   w   wielkim   towarzystwie.   Burgessowie   na   pewno   nie   zechcą

przedstawiać jej swoim przyjaciołom. 

Wyjęła z szafy trencz. 

– Powinnaś wziąć coś cieplejszego – ostrzegł ją Mack. – Na Środkowym Zachodzie jest

teraz zima. 

– Całe Ŝycie spędziłam w Arizonie, Mack. Nie mam nic cieplejszego. 

– Rory pewnie teŜ nie?

– Szukałam wczoraj – powiedziała pospiesznie. – Nic nie znalazłam. Sklepy w Phoenix

nie oferują zimowych kombinezonów. 

background image

– To po prostu owiniemy ją w kocyk. Masz jakiś w bagaŜu podręcznym?

Wendy potwierdziła skinieniem głowy.  W ramionach Macka Rory nieco się uspokoiła,

ale od czasu do czasu pociągała noskiem, przypominając światu o swoim nieszczęściu. Kiedy

Wendy zaczęła ubierać ją do wyjścia, znów rozpłakała się na dobre. 

Mack pochylił się i pogładził jej policzek. 

–   Jeśli   tak   bardzo   nie   lubisz   swetrów,   brzdącu,   poczekaj   tylko,   aŜ   znajdziesz   się   w

Chicago. Zobaczysz, co to znaczy dobrze się opatulić. 

Wendy westchnęła. 

–   Zwykle   się   tak   nie   zachowuje.   To   naprawdę   bardzo   dobre   dziecko.   Lubi   spacery   i

przygody... 

– Zaskakujesz mnie, Wendy. 

– Czemu?

–  Sądziłem,  ze będziesz  mi ją przedstawiała  jako  nieznośnego   bachora,  z  nadzieją,   Ŝe

zacznę się powaŜnie zastanawiać nad całą tą podróŜą. 

– Czy to by cokolwiek zmieniło?

– Oczywiście, Ŝe nie. 

–   Więc   po   co   miałam   sobie   zdzierać   gardło.   Umieściwszy   dziecko   w   nosidełku,   raz

jeszcze spojrzała na pokój. Mimo nadal stojącego tu łóŜeczka, nie przypominał  juŜ pokoju

dziecięcego. Bez rzeczy Rory wydawał się pusty i bez charakteru. Nie posłuchała rad Macka,

by zostawić część rzeczy małej. Znajome zabawki pomogą jej zaakceptować nowy dom. Nie

zachowała sobie na pamiątkę nawet jednego pluszowego zwierzaka. Wszystko, co było pełne

wspomnień   dla   Wendy,   było   równie   waŜne   dla   Rory.   Czułaby   się   winna,   Ŝe   zabiera   coś

dziecku. 

Westchnęła głęboko i skierowała się w stronę drzwi. Były juŜ spakowane. Mała walizka z

jej rzeczami, dwie duŜe oraz bagaŜ podręczny Rory. Całe Ŝycie dziecka spakowane w trzech

kufrach. 

Wendy   spodziewała   się   niezadowolenia   ze   strony   Macka,   ale   on   tylko   spokojnie

przyglądał się kierowcy, cierpliwie pakującemu wszystko do bagaŜnika. 

–   Jak   to   dobrze,   Ŝe  ja  mam   tylko   torbę  z   garniturem   i   walizkę.   Czy   to   jakaś   ogólnie

przyjęta zasada, Ŝe im mniejszy człowiek, tym więcej ma bagaŜu?

Wendy nie patrzyła mu prosto w oczy:

– Pomyślałam sobie, Ŝe jeśli będzie miała własne zabawki... 

Przez chwilę zdawało się jej, Ŝe w kącikach jego ust pojawił się delikatny uśmieszek, ale

nie upewniając się, wzięła walizkę do ręki. 

Na lotnisku panował ogromny tłok. Trudno było  się spodziewać pustego  samolotu tuŜ

przed świętami. Jeśli Rory postanowi przez całą drogę płakać, pasaŜerowie będą naprawdę

biedni.   Nie   panikuj,   skarciła   się   w   myślach.   Na   razie   zachowywała   się   grzecznie,   choć

oczywiście wyczuwała ogólne zamieszanie. 

Mack zarezerwował miejsca w pierwszej klasie, i kiedy pasaŜerowie zostali rozlokowani,

Rory wydawała się juŜ całkiem spokojna. Jednak, mimo iŜ po starcie zaczęła ssać butelkę,

zmiany w ciśnieniu powietrza zdawały się jej przeszkadzać. Zasłaniała uszy i popłakiwała.

background image

Mack   zdołał   ją   uspokoić   dopiero   w   połowie   drogi   do   Chicago.   Maksymalnie   odchylił

siedzenie i połoŜył sobie dziecko na piersi. Widocznie ciepło jego ciała i spokojny rytm serca

działały na nią kojąco, bo zasnęła. 

Po   chwili   Mack   takŜe   zasnął   i   Wendy   została   sam   na   sam   ze   swoimi   myślami.

Obserwując zachmurzone niebo, zastanawiała się, jakie przyjęcie spotka ją w Chicago. Dla

Rory będą pewnie pocałunki, łzy wzruszenia i uściski. A dla niej... 

Nie   oczekiwała   ciepłego   powitania.   Burgessowie   nie   mieli   Ŝadnego   powodu,   by

okazywać   jej   coś   więcej   niŜ   zwykłą   uprzejmość.   Mack   w   gruncie   rzeczy   teŜ   się   do   tego

ograniczył.   Wendy   rozumiała   to.   Gdyby   była   siostrą   Marissy   i   ktoś   przez   tyle   miesięcy

ukrywałby przed nią istnienie siostrzenicy,  z pewnością potraktowałaby tę osobę z chłodną

grzecznością. 

A jednak, choćby czekały ją trudne chwile, nie Ŝałowała, Ŝe podjęła wyzwanie Macka. W

ten sposób zobaczy na własne oczy, jak będzie wyglądało teraz Ŝycie Rory. A jeśli w nowym

domu małej zobaczy coś niepokojącego? No cóŜ, spróbuje coś z tym zrobić. Nie wiedziała

jeszcze co, ale na pewno przynajmniej spróbuje. 

Przechodząca stewardesa zatrzymała się przy nich. 

– Jakie piękne macie państwo dziecko! I jakie podobne do tatusia! – powiedziała, zniŜając

głos, by nie obudzić Macka i Rory. 

Wendy   uśmiechnęła   się   lekko.   Stewardesa,   widząc   męŜczyznę,   kobietę   i   dziecko,

wyciągnęła oczywiste wnioski, nie było sensu niczego prostować. 

Znaleźli  się  teraz   w tak   gęstej   chmurze,  Ŝe  nic nie  było  widać.   Wendy  pomyślała,   Ŝe

zaczynają  podchodzić  do  lądowania.   Nie  poczuła  jednak  zmiany  wysokości,   a  Rory  nadal

grzecznie spała. 

Kapitan zakomunikował, Ŝe w Chicago pada śnieg i wieje silny wiatr, więc przez jakiś

czas będą musieli pokołować. Mack otworzył oczy. 

– No, to pięknie. A juŜ miałem nadzieję, Ŝe nie wpadniemy w śnieŜycę. 

– Nawet nie wiedziałam, Ŝe ma być śnieŜyca. Czy myślisz, Ŝe będą jakieś problemy?

– Trudno powiedzieć. ŚnieŜyce w Chicago są legendarne. Kiedyś wracałem z Detroit i po

trzech   godzinach   kołowania   znaleźliśmy   się   w   punkcie   wyjścia.   Równie   dobrze   moŜemy

spóźnić się o pół godziny lub wylądować gdzie indziej. Na pewno jednak nie wrócimy do

Phoenbo, bo nie mamy tyle paliwa. 

– To fatalnie dla kogoś, kto ma nas odebrać. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

– A co, nikt po nas nie wyjdzie?

– Jestem juŜ duŜy, Wendy. Sam umiem dojechać z lotniska do domu. 

No   pewnie,   pomyślała   z   ironią,   czemu   dziadkowie   Rory   mieliby   śpieszyć   się,   by   ją

zobaczyć? A moŜe postanowili przywitać małą w spokojniejszej atmosferze? Skarciła samą

siebie za zbyt pochopną wrogość. 

Po   godzinie   kołowania   kapitan   oznajmił,   iŜ   widoczność   spadła   poniŜej   wymaganego

minimum i Ŝe wylądują na lotnisku oddalonym od Chicago o dwieście kilometrów. 

W tym momencie Rory zbudziła się z płaczem, jakby oświadczenie kapitana było dla niej

osobistym afrontem. 

background image

– Daj mi ją – poprosiła Wendy, a Mack posłusznie wręczył jej dziecko. 

– Co się z nią dzieje? – spytał poirytowany. 

Jego  irytacja,   nie  wiedzieć czemu,  przyniosła Wendy  pewną ulgę.  JuŜ myślała,  Ŝe ma

przed sobą kandydata na świętego. 

– Pewnie bolą ją uszy – wyjaśniła. – Nie poczułeś zmiany ciśnienia?

– Jestem juŜ tak przyzwyczajony, Ŝe nie zwracam na to najmniejszej uwagi. 

–   A   dla   Rory   to   przecieŜ   pierwszy   lot.   Poproś   stewardesę,   Ŝeby   podgrzała   butelkę,

dobrze?

Dopiero czując w ustach smoczek, Rory uspokoiła się. 

– Słodka cisza – powiedział Mack, biorąc małą za rączkę. Zacisnęła piąstkę na jego palcu

i wpatrywała się w niego. 

Mack połoŜył ramię na oparciu i choć nie dotykał Wendy, czuła ciepło jego ciała. 

Zerknęła   na   niego   kątem   oka.   Sprawiał   wraŜenie   bardzo   zmęczonego.   Być   moŜe   był

rozczarowany, Ŝe Rory nie jest idealnym bobasem, jakie widuje się na reklamówkach. Mimo

Ŝ

e   deklarował   się   jako   znawca   dzieci,   Wendy   miała   wraŜenie,   Ŝe   naleŜy   raczej   do   mało

odpornych na ich kaprysy. Jednak przecieŜ to on tak skutecznie wcześniej ją uspokoił, a teraz

wcale nie musiał trzymać jej za rączkę. 

A moŜe wcale nie rozmyślał teraz o dziecku, lecz o swych sprawach zawodowych? JuŜ

kiedy   po   nie   przyjechał,   był   wyraźnie   zmęczony.   W   kącikach   jego   oczu   dostrzegła

zmarszczki,   których   dotąd   nie   zauwaŜała.   Miała   nieprzepartą   ochotę   dodać   mu   otuchy,

wygładzić jego zmęczone rysy, sprawić, by znów się uśmiechał. 

AleŜ   byłoby   to   głupie!   To   normalne,   iŜ   przebiegają   jej   po   głowie   takie   myśli.   Przez

ostatnie   miesiące   była   bardzo   samotna,   nic   więc   dziwnego,   Ŝe   bliskość   tego   męŜczyzny

rodziła w niej mieszane uczucia. 

Czując na sobie wzrok dziewczyny, Mack odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. 

Był bardzo atrakcyjny. Kto wie, w innych okolicznościach, być moŜe... Nie bądź idiotką,

skarciła   samą   siebie.   Nigdy   nie   naleŜała   do   kobiet   zakochujących   się   w   męŜczyznach   z

powodu przystojnej twarzy, bez wnikania w ich charakter. 

–   Jakie   interesy   prowadzisz   w   Phoenk?   –   spytała,   natychmiast   zdając   sobie   sprawę   z

niestosowności pytania. – Przepraszam. To nie moja sprawa. Uniósł brwi. 

–  Dlaczego  miałabyś   nie pytać?  Inna   sprawa,   czy naprawdę  cię to  interesuje.  Burgess

Group zainwestowała w rozwój jednej z tamtejszych  firm. WiąŜe się to z wprowadzeniem

nowego   produktu   i   dlatego   jest   bardziej   ryzykowne   niŜ   inne   nasze   przedsięwzięcia.   Co

pewien czas sprawdzam, jak się sprawy mają. Tym razem nie było najlepiej. 

Ustawiła   Rory   w   pionie.   W   tym   czasie   Mack,   wycofując   swój   palec   z   rączki   małej,

niechcący musnął policzek Wendy. Sam chyba tego nie zauwaŜył, ale dla Wendy było to jak

oparzenie. Przechylił się ponad nią, by wyjrzeć przez okno. Odgłos silników zmienił się teraz,

podchodzili   do   lądowania.   Na   szyby   samolotu   zaczął   padać   śnieg.   Wendy   z   trudem

dostrzegała widniejące w dole światła. Jeśli to miały być dopuszczalne warunki lądowania, z

przeraŜeniem myślała, co musiało się dziać na lotnisku O’Hare w Chicago. Rory zapłakała,

pogłaskała ją więc po plecach, mrucząc:

background image

– Jeszcze tylko kilka minut, kochanie, i będziemy na ziemi. 

– Przez chwilę – mruknął Mack. 

Zafascynowana patrzyła, jak samolot zbliŜa się do terminalu. Oczywiście widywała juŜ

ś

nieg,  ale  nigdy  aŜ  tak   wielki. Zdawało  się, Ŝe  miliony  malutkich  białych  płatków usiłują

wedrzeć się do samolotu. 

Stewardesa obwieściła, Ŝe w budynku lotniska otwarto właśnie punkt informacyjny dla

wszystkich zainteresowanych noclegiem lub ewentualną dalszą podróŜą. 

– Cholera – powiedział Mack. – Tego się obawiałem. Wendy zdziwiła się. 

– A co w tym złego? Chyba lepsze to, niŜ gdyby mieli nas zostawić na pastwę losu. 

Samolot   kołował   w   stronę   terminalu.   Mack   zdjął   z   półki  bagaŜ   podręczny   i   zaczęli

ubierać Rory. Kiedy silniki przestały pracować, umieścili małą w nosidełku. 

– WłóŜ płaszcz – rozkazał Mack. 

– PrzecieŜ mamy tylko przejść rękawem do budynku. 

– Tam będzie zimno. 

Wendy wręczyła mu dziecko i posłusznie włoŜyła płaszcz. Mack, mimo protestów Rory,

opatulił ją dodatkowym kocem. 

Nie przesadzał. Lodowate powietrze, które przedostawało się do rękawa, zapierało dech

w piersiach Wendy. 

– Miałeś rację – przyznała, wbiegając do budynku. Nigdy przedtem nie była na tak starym

i malutkim lotnisku. Mack rozejrzał się dokoła i zdecydował:

– Tam. Na prawo. 

Znacznie od niego niŜsza Wendy nie dostrzegała, o czym mówił. 

– Masz na myśli punkt informacyjny?

– Nie, bar. – Wziął ją pod rękę i poprowadził przez salę. Musiała wydłuŜyć krok, by za

nim nadąŜyć. 

– Rozumiem, Ŝe masz ochotę się napić, ale... 

– Nie mam ochoty na drinka, tylko szukam telewizora z prognozą pogody. 

– Po co? – zdziwiła się. 

– Zwykle, kiedy O’Hare jest zamknięte, tankują samolot i w stanie gotowości czekają na

zmianę   pogody   i   otwarcie   lotniska.   To,   Ŝe   zaczynają   juŜ   myśleć   o   organizacji   noclegów,

znaczy najprawdopodobniej, Ŝe dziś juŜ lotniska nie otworzą. 

– A kiedy, jak myślisz?

Mack podsunął jej krzesło przy małym stoliczku ustawionym w ciepłym, oddalonym od

szerokich okien miejscu, i dopiero odpowiedział:

– Jeśli śnieŜyca jest aŜ tak wielka, jak na to wygląda, moŜemy utknąć tu na dłuŜej. 

– Na całe święta?

– Widziałem śnieŜyce,  które kończyły  się po paru  godzinach,  ale widziałem teŜ takie,

które trwały tydzień. Problem polega na tym, Ŝe zanim poznamy dalszą prognozę, drogi staną

się nieprzejezdne. Jeśli jednak wyruszymy natychmiast, nim zdąŜą zamknąć autostrady... 

– A jak mielibyśmy to zrobić?

– Nigdy nie słyszałaś o samochodach do wynajęcia?

background image

– Mack, jeśli niebezpieczny jest lot, jak moŜesz w ogóle myśleć o podróŜy samochodem?

– Pomachała ręką w kierunku okna. Śnieg stawał się coraz gęstszy i coraz szybciej szalał na

wietrze. 

– Skarbie, to jeszcze nic. Zaufaj mi, jeździłem juŜ w znacznie gorszych warunkach. Ale

gdybyśmy mieli poczekać do jutra... 

Podeszła kelnerka i Mack zamówił kawę. Wendy poprosiła o sok marchewkowy z myślą

o Rory, ale mała nie była nim zainteresowana. O tej porze dziecko oczekiwało solidniejszego

posiłku. 

– Poza tym – ciągnął Mack – czy naprawdę masz ochotę na kolejny start i lądowanie z

tym małym ludzkim ciśnieniomierzem wrzeszczącym nad uchem?

Wendy westchnęła. 

– Nie, ale... 

– Tak właśnie myślałem. Ja teŜ nie mam na to ochoty. Uznawszy sprawę za uzgodnioną,

wziął kubek z kawą i oddalił się, by zobaczyć najnowszą prognozę pogody. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Z punktu widzenia Macka decyzja została podjęta, pomyślała z goryczą Wendy. 

Wyjęła   z torby  opakowanie   odzywki   i  poprosiła  kelnerkę  o   mały  talerz.   Zanim   Mack

wrócił do stolika, karmiła juŜ Rory. 

– Widzę, Ŝe nie jesteście jeszcze gotowe. 

– Jak tam pogoda?

– Na razie niezła, ale śnieŜyca nadciąga od północy, a więc im szybciej wyruszymy, tym

lepiej. W czasie, kiedy karmisz Rory, pójdę po samochód. 

Dziecko zasnęło, juŜ najedzone, a Macka wciąŜ nie było. Gdy minęła godzina, Wendy

zaczęła wpadać w panikę. Kiedy pojawił się wreszcie, nie wiedziała, czy robić mu awanturę,

czy rzucić mu się na szyję z radości. 

Rzucić mu się na szyję? Co za pomysł. Musi być bardziej zmęczona, niŜ jej się wydaje. 

– Gotowe? – spytał. – Samochód jest juŜ ogrzany, ale dla pewności owiń ją jeszcze. 

Zaspana   Rory   próbowała   zaprotestować   przeciwko   ponownemu   umieszczeniu   w

nosidełku. Mack wziął bagaŜ podręczny i skierował się do głównego wyjścia. 

Lodowate powietrze bez trudu przenikało przez płaszcz Wendy. 

– Czy tu jest zawsze tak zimno? – spytała. 

– Tak naprawdę ziębi cię ten wiatr. Temperatura nie jest aŜ tak niska, bo wtedy by nie

padało. Chodzi o tak zwaną wilgotność względną. Nie pamiętam szczegółów, ale nieraz bywa

za zimno na opady śniegu. 

– Och, marzę, by się o tym przekonać. 

Mack uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się wesołe błyszczące ogniki. 

– Poczułeś się wyraźnie lepiej – mruknęła. 

– Oczywiście, Ŝe tak. Odzyskałem kontrolę nad własnym Ŝyciem. 

Ś

redniej   wielkości   ciemny   samochód   czekał   na   nich   tuŜ   przy   wejściu,   dokładnie   pod

znakiem zakazu parkowania. Miał włączony silnik i zapalone światła. Mack otworzył tylne

drzwi   i   zabezpieczył   nosidełko   małej.   Wendy   osłoniła   je   jeszcze   jednym   kocem,   a   sama

usiadła z przodu. 

Kiedy Mack próbował włączyć  się do ruchu, samochodem  wyraźnie zarzuciło. Wendy

zauwaŜyła z ironią:

– Mówiłeś coś o kontroli nad własnym Ŝyciem?

– Tutaj jest bardziej ślisko z powodu tłoku, na autostradzie będzie lepiej. 

Przełknęła ślinę. Jesteśmy w rękach szaleńca, pomyślała. 

– Skąd moŜesz wiedzieć?

– Bo byłem juŜ tam. 

Z zadowoleniem przyjęła wiadomość, Ŝe sprawdził warunki. MoŜe nie był aŜ tak bardzo

nieodpowiedzialny, jak sądziła. Z drugiej jednak strony, mógł przecieŜ mieć wypadek, a ona,

siedząc   z   dzieckiem   na   lotnisku,   nawet   by   się   o   tym   nie   dowiedziała.   Nic   się   jednak   na

szczęście nie stało i nie było sensu do tego wracać. Postanowiła powiedzieć coś miłego. 

background image

– Całkiem fajny samochód, jak na poŜyczony. 

Wóz miał sportowy wygląd, skórzane siedzenia i akcesoria, jakich dotąd nie widziała. 

– Nie jest poŜyczony. Kupiłem go. 

– Co takiego? – spytała słabym głosem. 

–   Są   święta   i   wypoŜyczalnie   były   zamknięte.   Przejechałem   się   do   miasta   i   kupiłem

samochód. 

– Tak po prostu... No tak... 

Gdyby   potrzebowała   dowodu   dzielącej   ich   róŜnicy,   przykładu   perspektyw,   jakie   teraz

będzie   miała   przed   sobą   Rory,   nie   mógłby   wymyślić   nic   lepszego.   Na   pewno   chciał   jej

pokazać coś więcej niŜ tylko silne pragnienie powrotu do domu. 

– Oczywiście nie jest nowy – dodał, jakby to mogło zmienić jej odczucia. 

– Jak daleko do Chicago?

– W normalnych warunkach dwie godziny, przy tej pogodzie pewnie około czterech. 

Ruch był niewielki i spokojny. Kiedy Wendy po raz pierwszy ujrzała porzucony w rowie

samochód, spojrzała pytająco na Macka. 

– Ktoś wpadł po prostu w panikę. Zaczął się ślizgać, nacisnął hamulec i wylądował na

poboczu. Łatwo o taką przygodę.  Ale wierzysz chyba, Ŝe ja, wioząc taki cenny bagaŜ, nie

będę ryzykował?

Odwróciła głowę i popatrzyła na śpiące dziecko. 

– No, nie, ale... 

– Dokumenty w mojej walizeczce warte są jakieś pół miliona dolarów. 

Zanim zdąŜyła poczuć irytację, dostrzegła ironiczny uśmieszek błąkający się w kącikach

jego ust. 

Posuwali się z mozołem. Nie chciała pytać Macka o odległość, zamiast tego starała się

ś

ledzić tablice informujące o dystansie dzielącym ich od Chicago. 

– Jesteś straszliwie milcząca – powiedział w końcu. 

– Nie chciałam cię dekoncentrować. 

– Wolałbym jakieś urozmaicenie. 

Wendy zaczęła mówić, co tylko przychodziło jej do głowy. Opowiadała o filmach, które

chciała zobaczyć  i o przeczytanych  ksiąŜkach, pytała  o jego  ulubione lektury.  Tak  minęły

dwie, potem trzy godziny. Zmrok juŜ dawno zmienił się w wieczór, ale nie było tak ciemno,

jak się spodziewała. Śnieg odbijał światła i chwilami wydawało się, Ŝe to wcale nie noc. 

Kiedy   wyczerpali   juŜ   tematy   rozmów,   jedynym   odgłosem   stał   się   ciągły,   hipnotyczny

szum wycieraczek, pracowicie odśnieŜających szybę. 

Ze względu na Kory włączyli  pełne ogrzewanie i po chwili Wendy poczuła się senna.

Wiedziała, Ŝe to niebezpieczne. Sama mogłaby się zdrzemnąć, ale gdyby  przytrafiło się to

Maćkowi... 

Zaczęła więc znowu mówić i, uspokojona jego wyraźną Ŝyczliwością, spytała, czy jest

coś, co powinna wiedzieć przed przyjazdem do domu jego rodziców. 

Wzruszył ramionami. 

– Chcesz wiedzieć, czego oczekiwać? Zwykle w święta mamy tłumy gości, ale tym razem

background image

ograniczymy się do samej rodziny. 

– Tylko ty i rodzice, tak?

– I moi bracia, Mitch i John, oraz Ŝona Johna, Tessa. Myślę, Ŝe będzie mniej formalnie

niŜ zwykle. 

Nie  było   to wielkie pocieszenie,  bo  nie wiedziała,   co  to  znaczy mniej  formalnie?  Nie

spytała   jednak.   Cokolwiek   by   odpowiedział,   nie   zmieni   to   zawartości   jej   walizki.   Będzie

musiała zrobić jak najlepszy uŜytek z tego co ma. MoŜe wystarczy jej nowy kostium. Spytała:

– Odebrałeś nasze bagaŜe, prawda?

– Nie. Nie rozładowywali samolotu. 

Przymknęła   oczy   w   niedowierzaniu.   Do   bagaŜu   podręcznego   zmieściły   się   jedynie

niezbędne rzeczy Kory, więc nie miała przy sobie nawet bielizny na zmianę. Jej spodnie były

wygniecione, a sweter poplamiony jedzeniem małej. 

– O, to cudownie – powiedziała z ironią. – Całe szczęście,  Ŝe nie wieziesz mnie jako

swojej dziewczyny na pierwsze spotkanie z rodzicami. To byłoby jeszcze gorsze. 

Mack spojrzał na nią spod oka. 

– A skąd taki pomysł?

Zakłopotana, poczuła, jak płoną jej policzki. Czemu powiedziała coś tak idiotycznego?

Gdyby tylko zastanowiła się choć przez chwilę!

– Nie mam pojęcia... – wypaliła. – Pewnie wrodzony optymizm. W trudnych sytuacjach

zawsze pocieszam się, Ŝe mogłoby być jeszcze gorzej. 

Mack zastanowił się. 

– Rozumiem. 

Wendy z ulgą zmieniła temat – Opowiedz mi o Marissie. 

– Po co? Znałaś ją przecieŜ. Nie widziałem jej od paru lat Mój kontakt z nią ograniczał się

do wysyłania czeków raz w miesiącu. 

Gorzki ton Macka sprawił, Ŝe miała ochotę się wycofać. Ciągnęła jednak dalej:

–   Powiedziałeś   kiedyś   o   niej   bardzo   nieprzyjemne   rzeczy.   Sadzę,   Ŝe   powinieneś   to

wyjaśnić. 

– Bo ona sama nie moŜe się juŜ obronić? Jeśli podejrzewasz, Ŝe nienawidziłem siostry, to

się mylisz. Po prostu znałem ją lepiej niŜ inni. 

– Powiedz coś więcej. – Widząc, Ŝe się waha, dodała miękko: – Proszę. 

–   Marissa   była   piękna,   zepsuta   i   myślała   głównie   o   sobie.   Nie  była   z  gruntu   zła,   ale

bywała zimna, wyrachowana i manipulatorska. 

Wendy skrzywiła się, usiłując dopasować to, co usłyszała, do własnego obrazu Marissy.

Mack   miał  rację  –  była   piękna.   Zepsuta   i  myśląca   tylko   o  sobie  –  być  moŜe,  ale czy nie

dotyczy to większości młodych ludzi?

Jeśli zaś chodzi o chłód i wyrachowanie, nie miała zdania. Albo Marissa tak bardzo się

zmieniła, albo udało jej się ukryć te cechy przed Wendy. 

Z drugiej zaś strony – dlaczego zakładała, Ŝe Mack ma rację?

–   MoŜe   to   nie   była   tak   do   końca   jej   wina   –   ciągnął   zamyślony.   –   Kiedy   po   trzech

chłopcach   pojawia   się   długo   oczekiwana   dziewczynka...   Od   dnia   swych   narodzin   była

background image

traktowana jak księŜniczka. 

– Czy tego właśnie chciała?

– Nie wiem, co mówiła tobie, więc nie mam pojęcia, czego pragnęła. 

Nie zamierzała mu tego mówić, ale uznała, Ŝe nadszedł właściwy moment. 

– Nie chciała, by Rory trafiła do twoich rodziców. Twierdziła, Ŝe zniszczą jej córkę, tak

jak zniszczyli ją samą. – Naśladując Marissę, wyraźniej zaakcentowała ostatnie słowa. 

Przez   chwilę   wydało   się   jej,   Ŝe   spostrzega   na   twarzy   Macka   wyraz   bólu.   Nic   nie

odpowiedział. Byli juŜ w Chicago i przemierzali kolejną willową dzielnicę. Boczne ulice były

ruchliwsze i bardziej śliskie niŜ autostrada. Padał coraz gęstszy śnieg i Mack nie spuszczał

oczu z przedniej szyby. To nie był moment na dalsze dyskusje o Marissie. 

Pewna,   Ŝe   teraz,   w   mieście,   Maćkowi   nie   grozi   juŜ   zaśnięcie,   Wendy   zamilkła.

Przyglądała się śladom opon na jezdni i płatkom śniegu iskrzącym się w świetle latarń. 

Rory mruknęła coś przez sen, chwilę się powierciła, po czym znów ucichła. 

Milczenie przerwał ciepły głos Macka, tak cichy, Ŝe w pierwszej chwili go nie usłyszała. 

– Dziękuję, Ŝe ze mną pojechałaś. Sam nie poradziłbym sobie w tej podróŜy. 

Powoli   odwróciła   głowę,   by   na   niego   spojrzeć.   Patrzył   prosto   przed   siebie.   Z

niedowierzaniem zauwaŜyła, Ŝe w jego twarzy nie ma nawet cienia delikatności, którą przed

chwilą usłyszała w jego głosie. 

Zanim   zdołała   pomyśleć   nad   odpowiedzią   lub   choćby   zastanowić   się,   dlaczego   jego

słowa mają dla niej takie znaczenie, Mack oznajmił, Ŝe są na miejscu. 

Samochód   skręcił   na   podjazd   i   zatrzymał   się   przed   bramą.   Było   to   właściwie   kilka

mosięŜnych   bram,   największych,   jakie   Wendy   kiedykolwiek   widziała.   Za   nimi,   na   końcu

długiej   alei,   widniał   dom   –   elegancka   rezydencja   w   stylu   jakobińskim,   z   kamiennymi

stiukami okalającymi drzwi i okna. 

– Mój BoŜe! – szepnęła mimo woli. 

Dopiero kiedy odpowiedział, zorientowała się, Ŝe ją usłyszał. 

– Owszem, robi to na ludziach wraŜenie. 

Wyjął z portfela kartę magnetyczną,  wsunął ją do małej czarnej skrzyneczki na końcu

podjazdu. Brama otworzyła się bezszelestnie. 

– To o wiele rozsądniejsze, niŜ trzymanie stróŜa na tym mrozie – powiedziała Wendy.

Paplała bzdury, bo była rozdraŜniona. Mógł ją przygotować!

Nie,   pomyślała   po  chwili.  Nic  nie  mogło   przygotować   jej  na   to,   co   zastała.   Owszem,

spodziewała się ekskluzywnej dzielnicy, cichej uliczki, duŜego domu, ale nawet gdyby Mack

opisał   jej   swoją   siedzibę,   nie   potrafiłaby   wyobrazić   sobie   wiejskiej   rezydencji

wkomponowanej w środek miasta, połoŜonej w ogromnym parku, z olbrzymią fontanną przed

drzwiami   wejściowymi.   Pomiędzy   dwiema   kolumnami   portalu   stała   jaskrawo   oświetlona

choinka. 

Odwróciła się i sięgnęła, by okryć Rory. Dziewczynka miała szeroko otwarte oczy, które

w słabym świetle lampy nad portalem wydawały się jeszcze większe. 

– Witaj – powiedziała pieszczotliwie. – Od jak dawna nie śpisz?

Rory uśmiechnęła się i wyciągnęła rączki. Zaprotestowała przed ponownym opatulaniem

background image

i nim dotarli do rzeźbionych drzwi, głośno płakała. 

Drzwi   otwarły   się,   a   Wendy   starała   się   zmobilizować   przed   spotkaniem   z   rodzicami

Macka. Kto wie, czy nie wyjmą jej po prostu dziecka z rąk i... 

MęŜczyzna  przytrzymujący drzwi  był   bardzo wysoki  i ubrany w strój wieczorowy.  W

zestawieniu z jego nienagannym wyglądem Wendy poczuła się jeszcze bardziej niechlujna i

odruchowo   mocniej   przytrzymała   Rory.   Dziecko   wymagało   przewinięcia   i   nie   chciała

dopuścić do zetknięcia jej mokrej pieluszki z wytwornym ubiorem męŜczyzny. 

– Dobry wieczór panu – skłonił się Maćkowi. – Dobry wieczór pani. Pan Burgess jest w

bibliotece, panie Maćku. Niestety, pani Burgess nie doczekała się państwa i udała się juŜ do

swoich pokoi. 

Poszła spać? – pomyślała Wendy z niedowierzaniem, ale zaraz skarciła samą siebie za

dokonywanie pochopnych ocen. Nie wiedziała, czy Mack zawiadomił rodziców o spóźnieniu.

Jeśli nie, matka miała pełne podstawy przypuszczać, Ŝe zjawią się dopiero nazajutrz. 

Mack skinął głową bez zdziwienia. 

– Czy mógłbyś powiedzieć jej pielęgniarce, Ŝe juŜ jesteśmy? MoŜe jeszcze nie zasnęła. 

Pielęgniarce? Wendy poczuła się zawstydzona. Jeśli pani Burgess była chora, wyjaśniało

to wiele. 

– Oczywiście, proszę pana. Czy zaanonsować państwa w bibliotece?

– Nie, dziękuje ci, Parker. Weź tylko nasze płaszcze, a z resztą sami sobie poradzimy. 

Zrzucił płaszcz, wziął od Wendy nosidełko i postawił je na stoliku, by rozwinąć małą.

Dziewczyna   wzdrygnęła   się   na   myśl   o   zadrapaniu   błyszczącej   drewnianej   powierzchni

stolika. Raz jeszcze spojrzała na stojącą w holu choinkę. Była olbrzymia i musiało na niej

wisieć chyba z tysiąc światełek i bombek. Na dole leŜały paczki z prezentami. To nazywał

Mack skromnymi świętami?

Kamerdyner pomógł jej zdjąć płaszcz, ale nie spuszczał oczu z Rory. Kiedy Mack uniósł

małą   z   nosidełka,   zamrugała   oczami,   po   czym   dostrzegłszy   Wendy,   uśmiechnęła   się

promiennie. 

–   A   więc   to   jest   maleństwo   panny   Marissy,   tak?   –   spytał   cicho   Parker.   –   Tak   się

cieszymy, Ŝe sprowadził ją pan do domu. 

Wendy wyjęła z torby pieluszkę i czyste śpioszki, a Parker zaprowadził ją do wyłoŜonej

róŜowymi kafelkami garderoby, która była znacznie większa niŜ łazienka w jej mieszkaniu.

Przebranie   i   toaleta  małej,   nie   zajęło   duŜo  czasu.   Śpioszki  nie  były   nowe  ani   szczególnie

ładne, ale przynajmniej dziecko było teraz czyste. 

Sama   takŜe   zdąŜyła   się   odświeŜyć.   W   pracy   nauczyła   się   podstawowej   zasady

marketingu,   Ŝe  najwaŜniejsze   jest   opakowanie   produktu.   W   równym   stopniu   dotyczyło   to

Rory,   jak   i   jej   samej.   Nie   chciała,   by   Burgessowie   odnieśli   wraŜenie,   Ŝe   ich   wnuczka

znajdowała się pod opieką abnegatki. Niewiele mogła zrobić, upięła tylko kok i umalowała

usta. Uznała, Ŝe i tak nie będą jej się specjalnie przyglądać. 

Kiedy wróciła, Mack stał oparty o ścianę. Nad jego głową wisiało przepięknie zdobione

lustro. Wyprostował się, a jego wzrok spoczął przez chwilę na jej wargach. Wendy poczuła

przypływ gorąca, najwyraźniej dostrzegł jej wysiłki. 

background image

– Gotowa? – spytał delikatnie. Miała ochotę zaprzeczyć, ale skinęła tylko głową. 

W bibliotece było ciepło. W kominku płonął ogień, i w połączeniu ze słabym światłem

bocznych   lamp,   nadawał   wnętrzu   szczególny   nastrój.   Ze   skórzanego   fotela   stojącego   przy

kominku   wstał   im   na   przywitanie   męŜczyzna.   Był   nieco   niŜszy   od   Macka,   ale   rysy   jego

twarzy i osadzenie brwi wyraźnie wskazywały na pokrewieństwo. 

– O, nareszcie jesteś, Mack. I panna... 

– Miller – podpowiedział Mack. – Wendy, to mój ojciec. 

Wendy przełoŜyła dziecko na lewe ramię, by uwolnić prawą rękę do powitania. Samuel

Burgess   nie   uczynił   Ŝadnego   gestu.   Jego   wzrok   utkwiony   był   w   Rory.   Nie   poruszył   się

jednak, by ją dotknąć, z rękoma splecionymi z tyłu kołysał się nieznacznie, jakby niepewny,

co ma uczynić i wyraźnie tym faktem zirytowany. 

Rory przyglądała mu się z uwagą, po czym uśmiechnęła się szeroko i przyjaźnie. 

Samuel Burgess uśmiechnął się w odpowiedzi. Wendy poczuła nagle ogromną radość, Ŝe

jest świadkiem tej chwili. 

– MoŜe zechciałby ją pan potrzymać? – zaproponowała uprzejmie. 

Mack  spojrzał  na nią zaskoczony,   co   rozzłościło Wendy.  CzyŜby  przypuszczał,  Ŝe nie

wypuści dziecka z rąk? PrzecieŜ im szybciej mała przyzwyczai się do nowego otoczenia, tym

lepiej. 

– No cóŜ – powiedział Samuel Burgess schrypniętym głosem – tak, chyba tak. 

Niezgrabnym ruchem wziął wnuczkę z rąk Wendy, wyraźnie nie wiedząc, jak się trzyma

niemowlęta. Wendy wstrzymała oddech, ale Rory najwyraźniej wyczuła jego dobre intencje i

wykazała cierpliwość. 

Po chwili starszy pan głaskał małą po policzku, aŜ zaczęła rechotać. 

Rory to urodzona dyplomatka, pomyślała Wendy. Po nieznośnym zachowaniu w podróŜy,

jakby zrozumiała, Ŝe nadszedł teraz moment prawdziwej próby. 

Wendy  uśmiechnęła   się   do   Macka.   On   takŜe,   pamiętając   niedawne   wrzaski,   powinien

dostrzec komizm tej sytuacji. 

Ale   Mack   przyglądał   jej   się   dziwnym   wzrokiem.   Jego   spojrzenie   było   powaŜne   i

przenikliwe. Uśmiech zamarł na ustach Wendy i poczuła dziwny niepokój w Ŝołądku. Czemu

tak na nią patrzy?

Zmieszana,   zwróciła   się   w   stronę   Samuela   i   Rory.   Rozległo   się   pukanie   do   drzwi.

Usłyszawszy pozwolenie Samuela, do pokoju weszła młoda kobieta. 

Pielęgniarka,   domyśliła   się   Wendy,   choć   kobieta   nie   była   ubrana   w   fartuch,   lecz   w

spodnie   i   kolorową   bluzkę.   Jedynie   buty,   typowe   dla   osób   wykonujących   stojącą   pracę,

zdradzały jej funkcję. 

Przybyła zwróciła się cicho do Macka:

– Pani Burgess zaprasza państwa na górę. Odpowiedział Samuel:

– Chłopcze, weź Aurorę na górę i pokaŜ ją babci. 

U podnóŜa masywnych schodów Wendy zatrzymała się i odchyliła głowę do tyłu. Mack

spojrzał na nią wyczekująco. 

– No, co?

background image

– Nie będę ci chyba potrzebna – powiedziała, podając mu Rory. 

Mack zwrócił się do przechodzącego właśnie Parkera. 

–   Mam   prośbę,   Parker.   Widzisz,   nie   zatrzymywaliśmy   się   na   kolację,   więc   moŜe

zechciałbyś uprzedzić panią Cardozę, Ŝe chcielibyśmy wkrótce pobuszować w kuchni. 

– Zobaczę, co się da zrobić, proszę pana. 

–   Dobry   z   ciebie   człowiek,   Parker   –   powiedział   z   uśmiechem   Mack   i   zwrócił   się   do

Wendy: – Chodź. Tracisz odwagę, bo jesteś głodna. 

Była   to   prawda,   być   moŜe   niedawny   niepokój   Ŝołądka   był   wynikiem   głodu   i

narastającego poczucia samotności. Nie była jednak tego całkiem pewna. 

Nadal nie ruszała się z miejsca. 

– Matka na pewno wolałaby widzieć tylko ciebie i Kory. Skoro nie czuje się najlepiej... 

– Być moŜe. Ale niezaleŜnie od tego, co by wolała, zobaczy nas wszystkich. Podał jej

rękę. – Czy nie lepiej poznać ją dzisiaj, kiedy będzie skupiona na Kory? Do jutra będziecie

juŜ dobrymi znajomymi. 

Wendy musiała przyznać mu rację. NiewaŜne, kiedy pozna matkę Macka. Wendy Miller

nie jest w Ŝyciu Burgessów osobą na tyle waŜną, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Lepiej

mieć to juŜ za sobą. Teraz przynajmniej jest przy niej Mack. 

Co się z nią dzieje? Nigdy przedtem nie potrzebowała wsparcia ze strony męŜczyzny!

Mack   poprowadził   ją   przez   szerokie   schody   i   hol   przedzielający   główne   skrzydło

budynku. Następnie skręcili w wąski korytarz i zatrzymali się przed potęŜnymi, łukowatymi

drzwiami. 

Zapukał i uchylił je nieco. 

– Mamo?

– Wejdź, Mack. 

Usłyszawszy   te   słowa,   Wendy   zrozumiała,   po   kim   Mack   odziedziczył   swój   głęboki

wibrujący głos. Zapewne takŜe od matki nauczył się tak wspaniale nim posługiwać. 

Była   pewna,   Ŝe   pani   Burgess   okaŜe   się   wysoką,   szczupłą   i   elegancką   kobietą.   Mimo

choroby   będzie   zapewne   odziana   w   powłóczystą   jedwabną   szatę   i   poruszała   się   z

niewymuszoną gracją. 

Mack otworzył drzwi na ościeŜ. 

– Przyprowadziłem kogoś. 

Wendy otworzyła oczy ze zdumienia. Ujrzała drobną, starannie uczesaną kobietę. Ubrana

w   niebieską   piŜamę,   siedziała   na   wózku   inwalidzkim.   Jej   ciało   było   wykrzywione,   jedno

ramię znajdowało się znacznie wyŜej niŜ drugie. Długie, strasznie zdeformowane palce jej

dłoni spoczywały na kolanach. 

– Mamo, to jest Wendy. 

Oczy starszej pani były identyczne jak Marissy – i jak Rory. Nic dziwnego, Ŝe ujrzawszy

małą   po   raz   pierwszy,   Mack   nie   miał   najmniejszych   wątpliwości.   Jednak   spojrzenie   pani

Burgess  było  pełne dystansu,  jak gdyby  unikała wszystkiego,  co mogłoby ją zranić. Przez

dłuŜszą chwilę przyglądała się Wendy. 

– Jestem Elinor – powiedziała łagodnie. – Podałabym  ci rękę, ale obawiam się, Ŝe nie

background image

dam rady. 

– Rozumiem – odparła szybko Wendy. Leciutko dotknęła dłoni kobiety. Jej skóra była

sucha i pomarszczona. 

Wzrok Elinor spoczął teraz na dziecku. 

– A więc przywiozłaś nam Aurorę. 

– MoŜesz ją potrzymać, mamo?

Bardzo   ostroŜnie   Wendy   ułoŜyła   dziecko   na   kolanach   Elinor,   przytrzymując   je   lekko

przed ześlizgnięciem. Niestety, okazało się to konieczne i w oczach pani Burgess pojawił się

na chwilę wyraz nie skrywanego bólu. 

Kobieta   nie   rezygnowała   jednak   łatwo.   Przez   kilka   chwil   po   prostu   przyglądała   się

dziecku, które odpowiadało jej uwaŜnym spojrzeniem. 

Nie spuszczając wzroku z Rory, spytała:

– Jedliście kolację?

– Nie – odparł Mack. – Nie chcieliśmy się zatrzymywać i ryzykować jazdy w narastającej

ś

nieŜycy. 

– Zadzwoń po Parkera, by się tym zajął. 

– Nie martw się, mamo, juŜ to zrobiłem. – Pochylił się i ucałował matkę w policzek. – Do

zobaczenia rano. 

Wendy wyciągnęła ręce po dziecko. 

– Nie – sprzeciwiła się Elinor. 

Dziewczyna odskoczyła jak oparzona. Najwyraźniej w ciągu tych paru minut cała władza

przeszła w inne ręce. Nadszedł moment, w którym nie ma juŜ nic do powiedzenia w sprawach

Rory. 

– Przepraszam – powiedziała szybko starsza pani. – Nie chciałam zrobić ci przykrości.

Pomyślałam   sobie   tylko,   Ŝe   moja   pielęgniarka   zajmie   się   połoŜeniem   jej   do   łóŜka,   a   wy

będziecie mogli spokojnie zjeść i odpocząć. Musicie być wyczerpani podróŜą. 

Wendy przełknęła ślinę i zdobyła się na uprzejmą odpowiedź. 

– Oczywiście. To bardzo miło z pani strony. 

I   w   gruncie   rzeczy   tak   było.   Zmęczona   i   głodna,   rzeczywiście   nie   bardzo   miała   silę

zajmować   się   teraz   Rory.   Powinna   być   wdzięczna,   Ŝe   Elinor   Burgess   to   dostrzegła.   Nie

powinna czuć się dotknięta ani zlekcewaŜona. A jednak, kiedy podeszła, by pogłaskać małą

na dobranoc, miała nieodparte wraŜenie, Ŝe rozstaje się z nią ostatecznie. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wbrew   zapowiedzi   Macka,   nie   udali   się   do   kuchni.   Poprowadził   ją   do   przestronnego

pokoju  śniadaniowego   na tyłach   domu.   Parker  nakrywał   właśnie  do  stołu.  Mack  podsunął

Wendy krzesło, po czym usiadł koło niej. 

Parker zapalił stojące na środku stołu świece, napełnił winem dwie szklaneczki, po czym

nalał zupę ze stojącej na pomocniku wazy. 

– Pani Cardoza przeprasza za tak skromny posiłek – powiedział, stawiając przed Wendy

ozdobny talerz z chińskiej porcelany. 

Delikatny zapach przyjemnie podraŜnił jej nozdrza – była to zaprawiana śmietanką zupa z

krabów.   Przypomniała   się   jej   kanapka   z   masłem   orzechowym,   którą   Mack   znalazł   w   jej

kuchni. Zdaje się, Ŝe pani Cardoza nie miała pojęcia, co to znaczy skromny posiłek. 

Kamerdyner podał zupę Maćkowi. 

– Przy okazji, proszę pana, poleciłem jednemu z chłopców odstawić samochód do garaŜu.

– Dzięki. Zupełnie o tym zapomniałem. MoŜe mogliby go jutro umyć. – Mack rozłoŜył

serwetkę i wziął do ręki łyŜkę. – Dopiero, jak zobaczę go w świetle dziennym, zdecyduję, czy

go zatrzymać. 

Cicha krzątanina obsługującego  ich Parkera nie zakłócała spokojnej atmosfery pokoju.

Wendy   była   zbyt   głodna,   by  rozmawiać,   więc   obecność   kamerdynera   zupełnie   jej   nie

przeszkadzała. 

Po zupie podano zieloną sałatę z sosem winegret i ciepłą bułeczkę grahamową. Parker

zabrał jej pusty talerz. JuŜ miała podziękować, gdy pojawił się z przykrytą tacą i spytał:

– MoŜe plasterek fileta?

Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, ze znawstwem ukroił kilka plasterków polędwicy i ułoŜył

je na talerzu Wendy. Dodał łyŜkę gotowanych warzyw i postawił przed nią. 

– Kiedy mówiłeś, Ŝe pobuszujemy w kuchni, sądziłam, Ŝe masz na myśli małą kanapkę –

powiedziała Wendy. 

Mack uśmiechnął się. 

– Pani Cardoza rozpieszcza mnie. Sama widzisz, Ŝe jestem wdzięcznym łakomczuchem. 

Parker upewnił się spojrzeniem, Ŝe wszystko zostało podane, po czym wyszedł z pokoju.

Mack dolał Wendy wina. 

Spróbowała fileta. Był dokładnie taki, jak lubiła – zrumieniony na brzegach, a w środku

róŜowy i soczysty. Najlepszy, jaki kiedykolwiek jadła. 

Panujące między nimi milczenie nie było wrogie ani kłopotliwe, ale nie czuli się w nim

komfortowo. Od kiedy wyszedł kamerdyner, zdawało się, Ŝe przez pokój przechodzą jakieś

dziwne prądy. Powietrze wypełnione jest ładunkami elektrycznymi. 

Po dłuŜszym milczeniu Wendy spytała:

– Co dolega twojej matce?

– Reumatyczne zwyrodnienie stawów. 

– Oj, to paskudna sprawa. 

background image

– Owszem. Ma lepsze lub gorsze okresy. Teraz nadeszło kolejne zaognienie. Stres bardzo

niekorzystnie wpływa na artretyzm i od czasu śmierci Marissy czuje się fatalnie. 

– To dlatego wolałeś uprzedzić ją przed przywiezieniem Rory?

Mack przytaknął. 

– Sądzisz, Ŝe nastąpi poprawa?

– Mam nadzieję. Dotąd tak zwykle bywało. 

– Czy będzie w stanie zająć się niemowlęciem?

–   Rozpoznano   to   u   niej   tuŜ   po   narodzinach   Marissy   i   jakoś   sobie   poradziła.   Miała

oczywiście pielęgniarki, które bardzo jej pomagały. 

– A moŜe to miała Marissa na myśli, mówiąc o zniszczonym Ŝyciu? Pielęgniarki zamiast

matki? – mruknęła Wendy pod nosem. 

Głos Macka przybrał szorstkie brzmienie. 

– Mogło to być gadanie egzaltowanej idiotki. 

– Ale była wychowywana przez pielęgniarki, tak?

– Owszem. 

Wendy odłoŜyła widelec i dodała uprzejmym tonem:

– A teraz twoja matka ma się jeszcze gorzej, tak? Wiesz, Ŝe tak naprawdę nie jest w stanie

zająć się dzieckiem, prawda, Mack? Skoro samo połoŜenie dziecka na jej kolanach wywołuje

ból... 

– Coś wymyśli. 

– Pielęgniarki? Opiekunki? Tego chcesz dla Rory? Matka nie moŜe nawet jej przewinąć,

ojciec wykazuje umiarkowane zainteresowanie, zresztą Ŝaden ojciec nie... 

W   tym   momencie   drzwi   pokoju   otworzyły   się   gwałtownie   a   rozmowę   przerwał   im

radosny okrzyk:

– A więc udało ci się!

Młody człowiek szybkim krokiem zbliŜył się do Macka i poklepał go po ramieniu. 

Wendy  domyśliła   się,  Ŝe to   jeden  z   braci.   Nie  tak  wysoki   jak   Mack   był   chyba   jakieś

dziesięć lat młodszy. A moŜe tylko się taki wydawał przez swą spontaniczność i otwartość. 

W niczym nie przypominał dojrzałego, powaŜnego Macka. Nie znaczyło to bynajmniej,

Ŝ

e Mack jest nudny, cięŜki i pozbawiony polotu. Po prostu moŜna było na nim polegać. To co

wcześniej,   na   schodach,   przemknęło   jej   przez   myśl,   wcale   nie   było   takie   głupie.   Kobieta

naprawdę mogła znaleźć w Maćku oparcie. 

Na szczęście ona zupełnie tego nie potrzebowała. 

– WyobraŜam sobie, jaką miałeś drogę, nie ma co! – Wyciągnął rękę w stronę Wendy. –

Cześć, jestem Mitchell. 

Podszedł do pomocnika i obejrzał pozostałości kolacji. Wyjął z serwantki talerz i ukroił

sobie   porządny   kawał   polędwicy.   Usiadł   naprzeciwko   Wendy   i   przyglądając   się   jej   z

zainteresowaniem, zaczął jeść. 

Mack spojrzał na jego talerz i spytał:

– Nie jadłeś kolacji?

– Jadłem, ale nie była tak dobra jak to. Dlaczego pani Cardoza zawsze tak bardzo cię

background image

wyróŜnia?

– Bo jestem wyrafinowanym smakoszem i doceniam jej wysiłki. Ciebie zadowoli byle co.

Mitch puścił uwagę mimo uszu. Zwrócił się do Wendy:

– Jak tam pierwsze wraŜenia z Chicago? Wybrała odpowiedź dyplomatyczną:

– Właściwie nie widziałam jeszcze nic oprócz śniegu. 

– Paskudnie, co? To najgorsza pora roku na składanie wizyt w tym mieście. Jak skończę

college, przenoszę się na Hawaje. Byłbym tam juŜ dawno, gdyby nie obawy Macka, Ŝe będę

Ŝ

eglował, zamiast się uczyć. A propos, Mack, muszę z tobą porozmawiać o statystyce. 

– Nie teraz,  Mitch. Co byś  powiedziała na deser,  Wendy?  Jak spod ziemi wyłonił się

Parker, ale Wendy odmówiła. 

– Nie mogłabym przełknąć nic więcej. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, zostawię was i

połoŜę się spać. 

Mitch podskoczył, by odsunąć jej krzesło. 

–   Właściwie   to   nie   chciałem   cię   wyganiać,   ale   szczerze   mówiąc   mam   bardzo   waŜną

sprawę. Dzięki za zrozumienie. 

Wiesz, Mack, naprawdę trudno o kobiety,  które chwytają w lot wszelkie aluzje. MoŜe

powinieneś się zastanowić... 

– Co właściwie chciałeś mi powiedzieć, Mitch? 

Parker zwrócił się do Wendy:

– Proszę za mną. Pani Parker zaprowadzi panią do jej pokoju. 

Wendy zerknęła jeszcze za siebie. Bracia rozmawiali juŜ z oŜywieniem. Mitch ilustrował

swój wywód, przestawiając nakrycia na stole. 

Pani Parker była niska, pulchna i ubrana na czarno. 

Gdy weszły na górę, Wendy zatrzymała się i spytała:

– A gdzie jest pokój dziecięcy? Kobieta wskazała drogę. 

– W tamtym skrzydle, gdzie pokoje pielęgniarek. Wendy przygryzła wargę. 

– Nie powinna się pani martwić o maleństwo – uspokoiła ją pani Parker. – Z tego, co

wiem, śpi juŜ. I będzie miała doskonałą opiekę. 

– Ma pani rację – odparła, a w myślach dodała: powinnam przyzwyczajać się do myśli o

rozstaniu, inaczej tylko obu nam je utrudnię. 

– Mam nadzieję, Ŝe będzie tu pani wygodnie – powiedziała pani Parker, otwierając przed

Wendy łukowate drzwi i zapalając światła w przestronnym  pokoju. Na starym  orientalnym

dywanie   przed   kominkiem   stały   wygodne   fotele   i   kanapka.   Przez   szerokość   trzech   okien

ciągnęła się wygodna ława zapraszająca, by na niej usiąść i delektować się widokiem stojącej

przed   domem   fontanny.   –   Sypialnia   i   łazienka   są   tam   –   słuŜąca   wskazała   na   drzwi

przecinające   jedną   ze   ścian   pokoju.   –   Pan   Mack   powiedział   mi,   Ŝe   zostaliście   państwo

pozbawieni bagaŜu?

Pytanie   to   przypomniało   Wendy   bolesną   prawdę.   Znajduje   się   w   tak   eleganckim

otoczeniu i nie ma co na siebie włoŜyć. 

– Niestety, to prawda. 

–   Pozwoliłam   sobie   przygotować   dla   pani   rzeczy   na   noc.   Mam   nadzieję,   Ŝe   się   pani

background image

spodobają.   Kiedy   skończy   się   pani   rozbierać,   proszę   zadzwonić.   Przyślę   słuŜącą   po   pani

ubranie, tak by na jutro rano wszystko było wyprane i świeŜe. 

Wendy odparła odruchowo:

– To za wielki kłopot... – Przerwała. Nie znosiła robić wokół siebie szumu, ale nie mogła

przecieŜ odmówić. 

Pani Parker uśmiechała się przyjaźnie. 

– Proszę zadzwonić, gdy będzie pani gotowa. 

– To cudownie z pani strony. Ratuje mi pani Ŝycie. Pani Parker zatrzymała się w progu. 

– Zapewniam  panią,  Ŝe cała słuŜba postara się zrobić wszystko co w naszej mocy,  by

przyjaciółka pana Macka czuła się u nas dobrze – dodała cicho. 

Czy  Wendy  tylko   tak  się   zdawało,  czy  teŜ   przed   słowem  przyjaciółka  pani  Parker   na

chwileczkę zawiesiła głos? To oczywiste,  odpowiedziała sama sobie. SłuŜba nie wiedziała

przecieŜ, jaka była jej pozycja ani dlaczego tu się znalazła. 

Ziewnęła,   po   czym   przeszła   się   po   swoim   apartamencie.   Pani   Parker   miała   rację;

wszystko, czego tylko Wendy mogła potrzebować, czekało na nią. Na posłanym łóŜku leŜała

jasna bawełniana koszula nocna, pod łóŜkiem – miękkie kapcie, a na wieszaku w łazience –

szlafrok. 

Kiedy   była   pod   prysznicem,   rozkoszując   się   silnym,   gorącym   strumieniem   wody,

przeznaczone do prania rzeczy znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej róŜdŜki. 

PołoŜyła się w ogromnym łoŜu i przytuliła do poduszki, marząc, by Rory, zamiast piętro

niŜej, spała obok w kołysce. 

Ś

niło jej się, Ŝe słyszy płacz małej i nie moŜe jej znaleźć w plątaninie pokoi, korytarzy i

schodów. Dopiero po jakimś czasie udało się jej zapaść w spokojny, głęboki sen. 

Obudziła   się,   gdy   jaskrawe   światło   dnia   wpadło   przez   szerokie   okna   do   pokoju.

Pomyślała, Ŝe Rory juŜ pewnie nie śpi i przeraziła się. Dlaczego dziecko nie płakało rano?

Musiało się stać coś strasznego. Usiadła wyprostowana i dopiero teraz zdała sobie sprawę,

gdzie się znajduje. 

Z   pokoju   obok   dobiegł   ją   jakiś   szmer   i   po   chwili   ujrzała   słuŜącą   w   ciemnozielonym

kostiumie i białym fartuszku, trzymającą w rękach tacę. Ujrzawszy siedzącą na łóŜku Wendy,

zatrzymała się w progu. 

– Przepraszam, nie chciałam pani przeszkadzać. Pani Parker pomyślała, Ŝe moŜe miałaby

pani ochotę na poranną kawę lub herbatę. 

Postawiła tacę na stoliczku przy łóŜku. Oprócz dzbanków leŜała na niej mała kwadratowa

koperta. 

Wendy poprosiła o kawę i sięgnęła po list. Znajdujący się w środku papier miał elegancki

monogram, ale wiadomość napisana była na maszynie. „Proszę wybaczyć, Ŝe to maszynopis,

ale pisanie odręczne bywa dla mnie zbyt trudne. Czy nie zechciałabyś, w dogodnej dla siebie

chwili, zajrzeć przed południem do mego pokoju?” PoniŜej widniał niezbyt wyraźny podpis

Elinor Burgess. 

Wendy  łyknęła  kawy  i  przeczytała  liścik  ponownie.   Był   prosty,   rzeczowy i  trudny do

rozszyfrowania. Równie dobrze mogłoby to być zaproszenie na przyjacielską pogawędkę, jak

background image

i na rozmowę poŜegnalną, w której zasugeruje się Wendy natychmiastowy wyjazd. Był tylko

jeden sposób, aby to sprawdzić: naleŜało stawić się na zaproszenie. I, zamiast zadręczać się

domysłami, lepiej będzie zrobić to od razu. 

SłuŜąca cały czas stała przy łóŜku, najwyraźniej oczekując dalszych instrukcji. 

– Czy mam przygotować pani kąpiel?

– Na Boga, nie. Jeszcze potrafię sama odkręcić kurki – powiedziała Wendy, odsuwając

kołdrę. Zrobiła to tak energicznie, Ŝe zrzuciła satynową kapę leŜącą w nogach łóŜka. – Ojej,

przepraszam. 

–   Nic   nie   szkodzi,   to   zdarza   się   bez   przerwy.   Trzeba   było   widzieć,   jak   pogniotła   to

ostatnim razem jedna z przyjaciółek pana Macka... 

SłuŜąca ugryzła się w język i zacisnęła usta. 

– Przepraszam, nie powinnam poruszać tego tematu w pani obecności. 

Wendy   zrozumiała,   Ŝe   pewne   rzeczy   naleŜy   szybko   wyjaśnić.   Najwyraźniej   słuŜąca

uwaŜała, Ŝe łączy ją z Maćkiem romantyczny związek. 

–   Rzeczywiście   –   zgodziła   się   uprzejmie.   –   PoniewaŜ   jednak   nie   jestem   jedną   z

przyjaciółek pana Macka, mało mnie obchodzi, co któraś z nich uczyniła. 

Wstała z łóŜka. 

– Tak, proszę pani. – Głos słuŜącej był pełen niedowierzania. – Czy mogę coś jeszcze dla

pani zrobić?

– Nie, dziękuję. 

Po kąpieli Wendy znalazła swe ubrania w nienagannym porządku. Upięła włosy w kok i

mając   do   dyspozycji   tylko   kosmetyki   z   bagaŜu   podręcznego,   spróbowała   zrobić   makijaŜ.

Efekt   był   całkiem   zadowalający.   Zaledwie   w   piętnaście   minut   od   momentu   otrzymania

liściku, pukała do drzwi Elinor Burgess. 

Wózek znajdował się teraz przy biurku w rogu  pokoju. Elinor była  sama. Zaskoczona

widokiem Wendy zwróciła się w stronę drzwi. 

–   Moja   droga,   wcale   nie   zamierzałam   cię   popędzać.   Powinnaś   była   spokojnie   sobie

wypocząć. Mam nadzieję, Ŝe słuŜąca nie zrozumiała mnie źle i nie obudziła cię?

No, przynajmniej nie wygląda to na rozmowę poŜegnalną, pomyślała Wendy. 

– Nie, obudziłam się juŜ wcześniej. Wyspałam się wspaniale. 

Elinor połoŜyła ręce na kolanach. 

–   Mack   twierdzi,   Ŝe   uraziłam   cię   wczoraj   wieczorem.   Wendy   spojrzała   z

niedowierzaniem. Czy Mack nie mógłby się zająć własnymi sprawami? Do czego zmierzał?

– Uświadomił mi, Ŝe zachowywałam się tak, jakbym nie Ŝyczyła sobie twoich kontaktów

z Rory ani twojej pomocy w jej wychowywaniu. 

– Doskonale to rozumiem, to trudne... 

– Tymczasem miałam jedynie na myśli, byś nie czuła się zobligowana do zajmowania się

nią. Chciałam, Ŝebyś w czasie swego pobytu odpoczęła, a moje pielęgniarki mają aŜ za duŜo

wolnego   czasu.   Doktor   mówi,   Ŝe   muszę   je   mieć   w   pobliŜu,   a   tymczasem   ja   sądzę,   Ŝe

samodzielność   pomoŜe   mi   opóźnić   rozwój   choroby.   Z   przyjemnością   więc   zajmę   się

dzieckiem przez te kilka dni. Po świętach zatrudnimy opiekunkę na stałe. 

background image

– Zajmowanie się Rory nie jest obowiązkiem, pani Burgess – odparła Wendy cicho. – To

największa radość. 

– Aurora miała ogromne szczęście, Ŝe trafiła na ciebie. Jednak... 

Zapukano   do   drzwi  i  weszła  pielęgniarka   z  Rory  na  ręku.   Mała  miała  na  sobie  nowe

niebieskie   wdzianko.   Na   widok   Wendy   zaczęła   gaworzyć   i   wyrywać   się,   jakby   chciała

przefrunąć dzielącą je odległość. 

Wendy marzyła, by móc rozumieć, co mała chce jej przekazać. Nie panowała dłuŜej nad

ogarniającą   ją   falą   najczulszej   miłości.   Przestało   ją   obchodzić,   co   sobie   pomyśli   Elinor

Burgess. Nie mogła odwrócić się od dziecka, które pragnęło znaleźć się w jej ramionach. 

Małe ciałko Rory pasowało do jej własnego tak idealnie, jakby nigdy się nie rozstawały.

Wendy wtuliła głowę pod policzek małej, z rozkoszą wdychając zapach szamponu i pudru.

Przymknęła oczy. 

– Jest słodziutka – powiedziała pielęgniarka. – Trochę marudziła przed zaśnięciem, ale w

końcu przespała całą noc. 

Rory odsunęła na chwilę główkę i cicho zakasłała. Po czym z wyczekującym uśmiechem

patrzyła na Wendy. 

– Co to było? – zdenerwowała się Elinor. 

Wendy zaczęła naśladować ten kaszel, a Rory roześmiała się i kaszlnęła ponownie. 

– Kiedy wydaję z siebie śmieszne dźwięki, mała śmieje się. Ostatnio odkryła, Ŝe kiedy

ona robi to samo, ja teŜ się śmieję. Od czasu do czasu bawimy się w udawanie kaszlu. 

Pani Burgess zmarszczyła się. 

– Czy wezwałaś pediatrę, by wykluczył coś powaŜniejszego?

– Oczywiście, Ŝe nie. To tak zwany kaszel towarzyski. Elinor powinna o tym doskonale

wiedzieć.   Z   początku  Wendy   teŜ   była   przeraŜona,   ale   na   szczęście   szybko   znalazła

wyjaśnienie w poradniku dla matek. ZwaŜywszy na jej brak doświadczenia nie było w tym

nic dziwnego, ale Elinor jako matka czwórki dzieci, z pewnością znała to zjawisko. Dlaczego

więc była taka zdziwiona? CzyŜby Mack i Mitch teŜ byli wychowywani przez pielęgniarki?

PołoŜywszy   Rory   na   kocu,   uklękła   przy   niej   i   zaczęła   zabawę   w   koci   łapki.   Było   to

pierwsze   ćwiczenie   z   serii,   którą   starała   się   codziennie   wykonywać,   by   pobudzić   mięśnie

małej do rozwoju. 

Elinor   nie   wyglądała   na   przekonaną,   ale   nie   kontynuowała   tematu.   Przez   chwilę

przypatrywała im się w milczeniu. 

– Mam do ciebie prośbę, Wendy. 

Wendy   znów   poczuła   niepokój.   Nie   przestając   patrzeć   na   dziecko,   odparła   tak,   jak

wymagała tego kurtuazja:

– Z przyjemnością spełnię kaŜdą. 

– PoniewaŜ nie mogę chodzić po sklepach, chciałabym, byś zajęła się skompletowaniem

zimowej garderoby Rory. Tobie samej teŜ by się coś przydało. 

– Och, nie zostanę tu na tyle długo, by potrzebować nowych ubrań – zapewniła ją Wendy.

Nie chciała się przyznawać do braku pieniędzy, a nie zamierzała popadać w długi z powodu

zakupów potrzebnych na parę dni. 

background image

Uświadomiła sobie nagle, Ŝe nie spytała Macka o datę powrotu. Zaproszenie dotyczyło

wspólnego   spędzenia   świąt   i   nie   zawierało   bliŜszych   szczegółów.   Czy   oczekiwano,   Ŝe

wyjedzie   tuŜ   po   BoŜym   Narodzeniu,   czy   Ŝe   zostanie   jeszcze   dzień   lub   dwa?   Nawet   nie

widziała swojego biletu, Mack trzymał oba razem. Jakie to głupie, skarciła samą siebie. Miała

nadzieję,   Ŝe   Mack   przedstawi   matce   swoją   koncepcję.   Tymczasem   nie   umiałaby   nawet

odpowiedzieć na ewentualne pytanie Elinor o planowaną długość wizyty. 

Miała   jednak   nadzieję,   a   właściwie   pewność,   Ŝe   Elinor   nie   zada   tak   niegrzecznego

pytania. Przeszła do następnego ćwiczenia – zabawy w rowerek. 

–   AleŜ   oczywiście,   Ŝe   potrzebujesz   czegoś   ciepłego.   Zimą   w   Chicago   naleŜy   być

odpowiednio   ubranym.   Mack   prosił   mnie   o   przekazanie,   Ŝebyś   zarezerwowała   dzisiejsze

popołudnie dla niego. 

Czy   Elinor   zdawała   sobie   sprawę,   Ŝe   sposób   przekazania   tej   prośby   przypomina

zaproszenie na randkę? Oczywiście, Ŝe nie, zapewniała samą siebie. Nawet nie przemknęłoby

jej  to przez  głowę!  Dlaczego  więc sama Wendy  odniosła takie wraŜenie?  Przestała  o tym

myśleć i przeszła do kolejnego ćwiczenia. 

– Czy on jest teraz gdzieś tutaj? Jeśli chciałby ze mną porozmawiać... 

– Nie, musiał wyjść na parę godzin do pracy. Dlatego tak bardzo chciał się upewnić, Ŝe

nie zaplanujesz sobie nic innego i Ŝe będziecie mogli wybrać się po zakupy. 

Ach  tak. Teraz nareszcie rozumiała. Elinor zaplanowała całą tę eskapadę.  Starsza pani

ciągnęła dalej:

– Zrobiłam listę sklepów, które powinny okazać się przydatne, oraz rzeczy, których mała

potrzebować będzie na zimę. 

Rzuciła okiem na treść karteczki. Przypominało to raczej inwentarz wielkiego magazynu

z   odzieŜą   dziecięcą   niŜ   plan   zakupów   dla   jednej   małej   dziewczynki.   Nie   mogła   jednak

skomentować czegoś, co przestało juŜ być jej sprawą. Wsunęła listę do kieszeni spodni. 

Nagle spostrzegła wyraz zadumy, jaki pojawił się na twarzy starszej pani, jej rysy wydały

się nagle wyostrzone, a bruzdy głębsze. 

– Podobno mówiłaś Maćkowi, Ŝe Marissa nie chciała, by dziecko znalazło się w naszym

domu. 

Wendy postanowiła być szczera. 

– Przykro mi, ale to prawda. 

Elinor westchnęła i jej twarz wydała się nagle jeszcze bardziej zmęczona. 

– Chciałabym to zrozumieć. – W jej głosie było tyle bólu, Ŝe Wendy poczuła przypływ

współczucia.   –   Była   taką   piękną   dziewczynką.   Upartą   i   na   pewno   bardziej   zepsutą   niŜ

chłopcy.   Wszyscy   litowali  się nad  nią  i  starali   się wynagrodzić  to,  Ŝe  ja...   nie  czułam  się

dobrze. 

Wendy pomyślała, Ŝe to zbyt łagodne określenie. Wystarczyło spojrzeć na powykręcane

ręce Elinor, by wyobrazić sobie, jak bardzo musiała cierpieć. 

Ciągnęła dalej:

–   Potem,   właściwie   z   dnia   na   dzień,   odwróciła   się   od   nas.   Odrzucała   wszystko,   co

mówiliśmy i w co wierzyliśmy. W pierwszym dogodnym momencie opuściła dom. – Elinor

background image

przymknęła oczy. – Mogłoby się zdawać, iŜ nie dbaliśmy o nią, Ŝe nie staraliśmy się nawet

utrzymywać z nią kontaktu. Ale widzisz, Wendy, myśleliśmy, Ŝe jeśli spełnimy jej Ŝądanie i

damy czas na opamiętanie się i nabranie dystansu, sama do nas wróci. Tylko Ŝe tego czasu

okazało się zbyt mało. – Przygryzła wargi i powtórzyła raz jeszcze: – Tak bardzo chciałabym

to zrozumieć. 

A ja chciałabym móc wyjaśnić lub w jakiś sposób pocieszyć, dodała w myślach Wendy.

Ale nie było słów, które mogłyby przynieść ukojenie. 

Gdy jej uwaga skupiona była na pani Burgess, dziecku udało się przeczołgać z koca na

podłogę.   Dotknąwszy   rączkami   zimnego   drewna,   mała   wydała   zirytowany   okrzyk.   Elinor

spojrzała na nią, próbując jednocześnie dyskretnie wytrzeć łzę spływającą po jej policzku. 

– Myślę,  Ŝe niedługo  zacznie raczkować – skomentowała, kończąc tym samym  chwilę

zwierzeń. 

Resztę przedpołudnia spędziły na niemal koleŜeńskich pogawędkach i wspólnej zabawie

z Kory. Kiedy nadeszła pora lunchu, Wendy nie mogła uwierzyć, Ŝe czas minął tak szybko.

Nie mając Ŝadnego pretekstu, by dłuŜej zatrzymać dziecko, oddała je jednej z pielęgniarek i

udała się za Elinor do windy. 

Serwowany   w   duŜej   jadalni   lunch   miał   charakter   dosyć   formalny,   obecni   byli   oboje

państwo   Burgess.   Nie   było   Macka   ani   Mitchella,   a   rozmowa   toczyła   się   wokół   spraw

obojętnych.   Wendy   zdawało   się,   Ŝe   pani   Burgess   specjalnie   unika   powrotu   do   tematu

Marissy. 

Po lunchu Elinor udała się do swego pokoju, a Samuel do biblioteki. Wendy zaś usiadła

przy   kominku   w   salonie,   przeglądając   magazyny   ilustrowane.   Przy   okazji   miała   świetny

widok na drzwi wejściowe i rozkoszowała się ostrym, cudownym zapachem choinki. Nie była

jednak   przyzwyczajona   do   bezczynnego   siedzenia.   Na   widok   Macka,   przemarzniętego   i

objuczonego jakąś duŜą paczką, zerwała się z krzesła i wykrzyknęła:

– Jak to dobrze, Ŝe juŜ jesteś!

Zmarszczył brwi:

– Taki entuzjazm moŜe przyprawić o przyspieszone bicie serca, Wendy. 

W jego głosie wyczuła nutę szczerego rozbawienia i teŜ zachciało jej się śmiać. Musiała

się wysilić, by zwrócić w jego stronę pełne powagi spojrzenie. 

– Nie podniecaj się zanadto. To nic osobistego. 

Mack uśmiechnął się i delikatnie powiódł palcem po jej policzku. 

W   pierwszej   chwili   chciała   się   odsunąć,   ale   nie   wiedzieć   czemu   nie   poruszyła   się.

Miejsca, których dotykał, zdawały się płonąć. 

– Dzięki za sprostowanie. Naprawdę ulŜyło mi. Przyszedłem tak późno, bo odbierałem

nasze bagaŜe z lotniska. 

– A więc samolot jednak wystartował? Mogliśmy zaczekać i przylecieć dziś rano. 

– Pomyśl jednak, co byśmy stracili. 

Przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego dnia i nie przyszło jej do głowy nic, czego

naleŜałoby Ŝałować. Musiała przyznać, Ŝe nie było tak najgorzej. 

–   W   kaŜdym   razie   ty   straciłeś   lunch   –   powiedziała   rzeczowo.   –   A   moŜe   dziś   znów

background image

spodziewasz się specjalnych względów pani Cardozy?

–   Przed   wyjściem   z   biura   zamówiłem   sobie   hamburgera.   Nawet   trudno   byłoby   to

porównać z wytwornym  lunchem, który serwowano, jak zwykle na chińskiej porcelanie. A

jednak uświadomiła sobie, Ŝe bez wahania zamieniłaby go na hamburgera z Maćkiem. 

Nie była zaskoczona tym odkryciem. W towarzystwie Macka czuła się swobodnie. Nie

starała się wywierać na nim jak najlepszego wraŜenia, mogła być sobą. Nie wiedziała tylko,

dlaczego kaŜde jego spojrzenie wywoływało w niej uczucie gorąca?

– Gotowa na wyprawę do sklepów?

Zerknęła na przyniesioną przez niego paczkę i odparta:

– Wygląda na to, Ŝe juŜ tam byłeś. 

– Kupiłem tylko coś na prośbę matki. Postawił pudełko na stole i uchylił wieko. Wendy

zaprotestowała:

– Nie chciałam być wścibska, Mack. 

Uśmiechnął się. 

– To przedgwiazdkowy prezent dla ciebie. 

Wyjął   piękny  ciemnozielony  wełniany  płaszcz  z  dopasowanym   kolorystycznie   szalem.

Był to ulubiony kolor Wendy – mimochodem zaczęła sobie wyobraŜać doskonałe zestawienie

ciemnej zieleni z miedzianymi pasemkami w swych włosach. 

– Nie mogę tego przyjąć – powiedziała. 

– Bez tego zamarzniesz. Na prośbę matki będziesz teraz chodziła po mrozie. Chciała ci to

uprzyjemnić.   Pośpieszmy   się   lepiej,   bo   nie   zdąŜymy   przed   zamknięciem   sklepów.   Nie

uwierzysz, jaki wciąŜ panuje w nich tłok. 

Przytrzymał jej płaszcz i, po króciutkiej zaledwie chwili wahania, wsunęła go na ramiona.

Nie było sensu robić z siebie bohaterki, wciąŜ jeszcze pamiętała przenikliwe uczucie zimna,

jakiego doświadczyła w starym płaszczyku. 

Tym razem czekał na nich inny samochód. Był to bardzo niski samochód sportowy, jeden

z tych, jakich Wendy zawsze się bała. 

Usiadłszy za kierownicą, Mack spytał:

– Gdzie najpierw?

Wendy   zajrzała   do   listy   Elinor   i   wymieniła   nazwę   sklepu.   Z   podziwem   patrzyła   jak

sprawnie   Mack   się   porusza   po   zatłoczonych   ulicach.   Cieszyła   się,   Ŝe   nie   musi   sama

prowadzić. A kiedy po kaŜdej kolejnej wizycie w sklepie przybywało na tylnym  siedzeniu

pudełek i paczuszek, jej radość z męskiej asysty była coraz większa. 

Pod koniec eskapady Wendy powiedziała:

– Rachunki za tę wyprawę przyprawią twoją matkę o ból głowy. 

–  PrzecieŜ kupujemy tylko  to,  co  znajduje się  na  jej liście.  Była  to  prawda,   ale nagle

Wendy   zamyśliła   się.   OdłoŜyła   przetykaną   wstąŜkami   sukieneczkę   i   odwróciła   się

gwałtownie. 

– O co chodzi? Chyba nie sądzisz, Ŝe matka będzie robiła wyrzuty o taki drobiazg?

Przygryzła wargi i potrząsnęła głową. 

– Oczywiście, Ŝe nie. O to właśnie chodzi. Ta hojność jest cudowna... płaszcz dla mnie i

background image

tyle rzeczy dla Rory. Ale to nie wystarczy, Mack. 

– Wendy, proszę cię. 

– Znów robi to samo. Rzeczami materialnymi zastępuje to, czego nie potrafi dać. Marissa

to właśnie musiała mieć na myśli. 

– Marissa była... 

– Niedojrzała, egoistyczna i zepsuta. Przyjmuję to na wiarę. I bardzo lubię twoją matkę,

ale   pewnych   rzeczy   nie   da   się   ukryć.   Elinor   jest   zbyt   mało   sprawna,   by   móc   zająć   się

dzieckiem.   Nie  moŜe  poświęcić   Rory  wystarczająco   duŜo  uwagi.   Po  pierwsze,   nie  bardzo

nawet wie, czego jej trzeba. 

– Co ty opowiadasz, po czwórce własnych?

– MoŜe zapomniała, ale... na przykład, kiedy mała rano zakasłała, twoja matka chciała od

razu wzywać lekarza. 

– A co to znowu? Chyba się wczoraj nie przeziębiła?

–   Oczywiście,   Ŝe   nie.   Bawiła   się   ze   mną.   To   taka   nasza   gra,   ale   twoja   matka   nie

dostrzegła róŜnicy. Nie zna się na dzieciach. 

– Tak jak ty, to masz na myśli? Wendy przytaknęła z Ŝalem. 

–   Pielęgniarki   zapewnią   jej   właściwą   opiekę,   ale   czystość   i   dobre   odŜywianie   nie   są

najwaŜniejsze.   To   nie   to   samo   co  wychowywanie   przez   osobę,   która   kocha   i   rozumie

psychiczne,   a   nie   tylko   fizyczne   potrzeby   dziecka.   Jeśli   jesteś   uczciwy,   Mack,   sam   to

przyznasz. Wiesz, ze twoi rodzice nie dadzą jej tego. 

– A co ty proponujesz? Odpowiedziała cicho:

– Chcę ją zabrać z powrotem do Arizony. 

– Wiesz, ze to niemoŜliwe. 

– śałuję, Ŝe do ciebie wtedy zadzwoniłam. 

Kiedy się w końcu odezwał, jego głos pozbawiony był swej zwykłej głębi:

– Rozumiem, Wendy. Uwierz mi, naprawdę to rozumiem. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Wendy raz jeszcze sięgnęła po sukienkę, nie dlatego, Ŝe zamierzała ją kupić, po prostu

chciała uniknąć wzroku Macka. Mocno zacisnęła powieki, by powstrzymać łzy. Jakie to było

głupie,  skarciła samą siebie.  Jedyne,  co  osiągnęła,  to  zniszczenie  cudownej,  kumplowskiej

atmosfery, w jakiej spędzili całe popołudnie. 

Mack wydawał się zniechęcony, rozczarowany i niemal sfrustrowany. śałował pewnie, Ŝe

nie zostawił jej w Arizonie. No bo chyba niemoŜliwe, by przyznawał jej rację!

Wendy   wiedziała,   Ŝe   nie   ma   sensu   robić   sobie   niepotrzebnych   nadziei.   Nawet   gdyby

ogarnęły go teraz jakieś wątpliwości, nie zmieniało to faktu, Ŝe jej pragnienia były nierealne.

Od kiedy Burgessowie dowiedzieli się o dziecku, nie moŜna było cofnąć czasu. Nigdy nie

pozwolą jej zabrać małej tak daleko. Chyba Ŝe... 

– Twoja matka ma reumatyczne zwyrodnienie stawów – przypomniała nagle. 

Mack wyjął z jej rąk sukienkę i dołoŜył do reszty zakupów. 

– No to co?

–   A   więc   cieplejszy   klimat   z   pewnością   byłby   dla   niej   wskazany,   prawda?   Czy

kiedykolwiek o tym pomyślała?

– Co masz na myśli? Phoenix? – Zaczął się śmiać. – Rozumiem. Wszyscy moglibyście

Ŝ

yć długo i szczęśliwie w małym bungalowie na pustyni. Och, Wendy. 

– Słyszałam głupsze pomysły. Ponownie odwiesiła sukienkę na wieszak. 

– A ja nie. Tak bardzo chciałaś wyjść dziś z naszego domu, Ŝe w pełni gotowa stałaś w

holu i przestępowałaś z nogi na nogę. 

– Nieprawda! Siedziałam w salonie, bo twoja matka odpoczywała, a Rory odbywała swą

popołudniową drzemkę i... 

Mack potrząsnął głową. 

– A wiec jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to takie, Ŝe nie mogłaś się

mnie doczekać. 

Znów ogarnęło ją to dziwne uczucie duszności. Starała się nie zwracać na nie uwagi. 

– Tak, w pewnym sensie tak. Chciałam cię zapytać... 

– Wiedziałem. To entuzjastyczne powitanie było jednak adresowane do mnie. 

Serce   gwałtownie   zabiło   jej   w   piersiach.   Nagle   zauwaŜyła,   Ŝe   w   jego   oczach   znów

pojawiły się łobuzerskie ogniki. A więc droczył  się z nią tylko.  Nie zauwaŜył  jej dziwnej

reakcji. 

– Nawet nie próbuj tak myśleć, Mack. Jeśli zaś chciałbyś, abym wyznała, Ŝe nie mogę Ŝyć

bez twoich rodziców, nie kłopocz się. Nie to miałam na myśli. Ale gdyby zamieszkali w tym

samym mieście, chyba pozwoliliby mi zatrzymać Rory, prawda?

– A co takiego jest w tym Phoenut? Do czego musisz wracać?

Dobre  pytanie.  W całym  tym  zamieszaniu Wendy zapomniała, Ŝe przecieŜ  nie ma  juŜ

pracy.   Nie  ma  środków  na  utrzymanie   samej   siebie,   a  co   dopiero   Rory.   Gdyby   naprawdę

złoŜyła Burgessom taką propozycję, musiałaby prosić ich o wsparcie finansowe, przynajmniej

background image

na najbliŜszą przyszłość. 

W   sumie   więc   nie   był   to   najmądrzejszy   pomysł.   Nie   mogła   sobie   wyobrazić   siebie,

nakłaniającej   Burgessów,  by porzucili swój dom oraz  środowisko  i przenieśli  się na  drugi

koniec Stanów. I wszystko to z powodu maleńkiego dziecka, któremu jest dokładnie wszystko

jedno, gdzie mieszka... 

– Masz rację. Proponując im przeprowadzkę, zrobiłabym z siebie idiotkę. 

– Dobrze, Ŝe sama zdajesz sobie z tego sprawę. – Mack wręczył jej torbę, sam sięgnął po

kolejne dwie i spojrzawszy na zegarek, powiedział:

– To juŜ cała lista, prawda?

– Powiedziałabym, Ŝe nawet z nawiązką – odparła Wendy cierpko. Przypomniała sobie,

jak trudno było powstrzymać go w sklepach z zabawkami. Musiała zresztą przyznać, Ŝe sama

nie mogła się oprzeć pokusom – podniecenie towarzyszące przedświątecznym zakupom było

zaraźliwe. 

– Czy nie masz nic przeciwko temu, Ŝe zatrzymamy się na chwilę w moim mieszkaniu i

wezmę prezenty dla reszty rodziny?

Wendy zdziwiła się. 

– Oczywiście, Ŝe nie. Ale sądziłam, Ŝe mieszkasz z rodzicami. 

– Od kiedy poszedłem do college’u, juŜ nie. Widzisz, dokładnie rozumiem, co to znaczy

chcieć za wszelką cenę opuścić ten dom. 

– To bzdura! Twoi rodzice są... 

Mack zatrzymał się na środku sklepu i nie zwracając najmniejszej uwagi na mijających

ich ludzi, spojrzał jej prosto w oczy. 

– Tak, słucham, Wendy?

Zmarszczyła nos i postanowiła odpowiedzieć szczerze:

– Trudno byłoby z nimi zamieszkać. 

– Brawo. 

Zaoferował jej ramię i Wendy odruchowo wsunęła rękę pod jego łokieć. 

– Ale teraz, kiedy w kaŜdej chwili mogę wycofać się do swojego mieszkania, spędzam z

nimi wakacje i święta w całkiem przyjemnej atmosferze. Właściwie widujemy się częściej niŜ

w czasach, gdy mieszkałem z nimi i rozpaczliwie kombinowałem, jak się stamtąd wyrwać. 

Mieszkanie znajdowało się w jednym z wieŜowców połoŜonych nad jeziorem Michigan.

W szybko zapadającym zmroku, metalowo szklana konstrukcja budynku malowniczo odbijała

ś

wiatła uliczne.  Gdy zatrzymali  się przed wejściem,  Wendy zaproponowała,  Ŝe zaczeka w

wozie. 

– Chcesz zmarznąć? Nie wygłupiaj się. Wstąp na drinka. 

Winda   zawiozła   ich   na   górę   w   zawrotnym   tempie   i   zatrzymała   się   w   obszernym   i

wytwornym   holu.   Mack   otworzył   drzwi   i   zebrał   nagromadzoną   przez   kilka   dni   pocztę.

Zaprosił Wendy do małego, lecz schludnego saloniku z widokiem na jezioro. 

– Trochę sherry? A moŜe lampkę wina? – Wzdrygnęła się lekko. Mack uśmiechnął się. –

Rozumiem. Cappuccino. 

– Jeśli to nie zajmie zbyt wiele czasu. 

background image

– To sekunda. 

Weszła za nim do małej kuchenki i patrzyła, jak sypie kawę do dwóch filiŜanek i zalewa

ją gorącą wodą ze specjalnego kraniku na końcu zlewu. 

–   Matka   wspomniała   coś   o   wyprawie   na   Pasterkę.   Wręczył   jej   filiŜankę   i   zerknął   na

zegarek. 

– Powinniśmy się pospieszyć, bo pójdą bez nas. To tradycja rodzinna. Pasterka, a potem

późna kolacja. 

Dostrzegłszy pulsujące światełko automatycznej sekretarki, spytał:

– Czy mógłbym jeszcze posłuchać zostawionych dla mnie informacji?

– Oczywiście. Zaczekam w salonie. 

– Nie trzeba. Nie spodziewam się niczego, co mogłoby wprawić cię w zakłopotanie. 

Wendy  rzuciła  mu   ironiczne  spojrzenie  i  zamknęła   za  sobą  drzwi.  Stanęła   przy  oknie

wychodzącym   na   jezioro.   W  falującej   tafli  wody  odbijały  się  kolorowe   światełka  choinek

otaczających jego brzegi. 

Mimowolnie dosłyszała nagrany na sekretarkę uwodzicielski kobiecy głos. 

–   Cześć,   kochanie.   Wesołych   Świąt!   Zobaczymy   się,   prawda?   Mam   dla   ciebie

najwspanialszy prezent Mack roześmiał się. 

Trudno   wyobrazić   sobie   bardziej   przesłodzony   ton,   pomyślała   Wendy.   No   cóŜ,   to,   w

jakich kobietach gustował Mack, absolutnie nie powinno jej obchodzić. 

Zanim  wysłuchał  wszystkich  wiadomości, Wendy prawie skończyła swoje cappuccino.

Chcąc  nie  chcąc,   zastanawiała   się,   na które   telefony   zamierza  odpowiedzieć.   Mogłaby  się

załoŜyć, Ŝe na pierwszym miejscu znajdzie się przesłodzona panienka. 

– Przepraszam – powiedział. – Trwało to dłuŜej, niŜ przypuszczałem. 

Gdy  wkładał   pięknie  opakowane   prezenty  do   torby,   Wendy  umyła   i   wytarła   filiŜanki.

Nim skończył, zapinała płaszcz. Postanowiła go o coś spytać. 

– Mack, czy nie sądzisz, Ŝe twój brat John i jego Ŝona mogliby wziąć Rory?

Zastanowił się przez chwilę. 

– Dlaczego o to pytasz?

– Dziś rano twoja matka wspomniała, Ŝe Tessa nie moŜe się doczekać, by poznać małą.

Sama nie wiem, ale brzmiało to jakby... 

Mack podniósł szal i owinął go dokładnie wokół szyi Wendy. 

–   Wszystko   jest  moŜliwe.   Nie  umiem   przewidzieć,  jakie  są  plany  Johna i   Tessy.   Być

moŜe,   jeśli   Tessa   zapragnie   nagle   dziecka,   takie   trochę   odchowane   moŜe   wydać   się   jej

atrakcyjne. 

Nie wyglądał na zaskoczonego. Widocznie myślał juŜ o takim wariancie i uwaŜał go za

całkiem prawdopodobny. 

Przygryzła   wargę.   Z   opisu   Macka   nie   wynikało,   by   John   i   Tessa   mogli   okazać   się

ciepłymi i kochającymi rodzicami, na jakich zasłuŜyła sobie Rory.  Nie w porządku byłoby

jednak wyciągać wnioski na temat ludzi, których się jeszcze nie poznało. MoŜe zresztą nie

mieli wcale zamiaru jej wychowywać. 

Tak czy inaczej, decyzja co do przyszłości Rory nie będzie przecieŜ naleŜała do niej. Ani

background image

do Macka. Jednak ufała, Ŝe on nie pozwoli przekazać dziecka w nieodpowiednie ręce. 

Dopiero kiedy dojeŜdŜali do domu, przypomniała sobie niepewność co do długości swej

wizyty w Chicago. 

– Mack, jeśli chodzi o mój bilet powrotny... Zmarszczył się. 

– No, o co znowu chodzi?

Zezłościło ją to. CzyŜby nie rozumiał, skąd to pytanie?

– Chciałabym  wiedzieć, na jak długo zostałam zaproszona, zanim ktoś zada to pytanie

mnie. Nie chciałabym dowiedzieć się jako ostatnia, Ŝe na mnie juŜ czas!

Samochód   zatrzymał   się   na   podjeździe.   Mack   obszedł   go   dookoła   i   otworzył   jej

drzwiczki. 

–  Mack?   –  pytała   dalej.   –  Potrzebuję jedynie   daty  biletu.  Szczegóły   moŜemy  omówić

później. 

Pomagając jej wysiąść, rzucił od niechcenia:

– Nie kupiłem biletu powrotnego. 

–   Słucham?   –   wyrwało   się   jej   odruchowo,   choć   przecieŜ   doskonale   zrozumiała   słowa

Macka. – Mack... 

Jeden ze słuŜących zbiegł po schodach i zaczął pomagać we wnoszeniu paczek. 

Wendy bezradnie opuściła ręce i weszła do domu. Nie było sensu dyskutować na mrozie.

Ale jak tylko dopadnie go sam na sam!

Dlaczego nie kupił jej tego biletu? Czy uwaŜał, Ŝe sama powinna zapłacić za powrót? To

nie miało sensu; doskonale wiedział, Ŝe nie stać jej na to. I na pewno nie chciał zatrzymywać

jej w Chicago do czasu aŜ sama zarobi sobie na podróŜ. 

W holu paliły się chyba wszystkie światła, słychać było kolędy, a w powietrzu unosił się

zapach świerku i wanilii. Z drzwi salonu wyłoniła się młoda, ubrana na niebiesko kobieta.

Jasne włosy upięte miała w nieco staromodny kok, pasujący stylem do romantycznej sukni. W

ręku trzymała kieliszek z szampanem. 

–  To   ty jesteś  Wendy,  prawda?   –  spytała.   –  Wejdź,  kochanie,   musisz  być   kompletnie

przemarznięta. Ja mam na imię Tessa. 

Kobieta nie przypominała wyrafinowanej, kapryśnej osoby, jak określał ją Mack. Miała

ciepły i przyjemny głos zaradnej domatorki. 

Taka kobieta z pewnością natychmiast zakocha się w Rory. Problem polegał na tym, Ŝe

Wendy jakoś nie chciała jej polubić. I nie chciała, by okazała się idealną matką dla małej. 

CzyŜby była aŜ tak egoistyczna?

SłuŜący wziął od niej płaszcz, a Tessa zaprosiła ją do salonu, gdzie byli juŜ wszyscy. 

– Powinnam się przebrać – zaoponowała Wendy. 

– Bzdura, kochanie. – To Elinor włączyła się do rozmowy, siedząc na swym wózku koło

kominka. – Wyglądasz dokładnie tak jak trzeba. 

Pochyliła się i skinęła palcem w stronę Wendy. 

– Oczywiście znasz juŜ Mitcha. A oto nasz syn, John. Wendy zbliŜyła się do męŜczyzny,

którego przynaleŜność do rodziny Burgessów nie mogła budzić najmniejszych wątpliwości.

Był jednak niŜszy od Macka i miał lekką nadwagę. Uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego

background image

rękę.   Miał   mocny   uścisk   i   przyjemny   uśmiech.   Na   pierwszy   rzut   oka   nie   było   w   nim,

podobnie jak w Tessie, nic, czego nie moŜna by polubić. A jednak Wendy poczuła, Ŝe coś

staje jej w gardle. 

Do salonu wszedł Mack. Ucałował matkę i dopiero wtedy przywitał się z bratem. Wendy

nie usłyszała krótkiej wymiany zdań pomiędzy nimi. W tym bowiem momencie otworzyły się

drzwi i weszła pielęgniarka z Rory na ręku. 

– Oto i osoba, na którą czekaliśmy – powiedziała Elinor z zadowoleniem. – Grzeczna

dziewczynka, która nie zamierzała skracać swej drzemki, tak?

Tym   razem   ubrali   ją   w   róŜowy   komplecik,   w   którym   wyglądała   niezwykle   dorośle.

Trudno   było   uwierzyć,   Ŝe   w   tak   krótkim   czasie   dziecko   moŜe   się   tak   bardzo   zmienić.

Pomogło   to   tylko   Wendy   zdać  sobie  sprawę,   iŜ  w  przyszłości   czekają   ją  jeszcze  większe

niespodzianki. Kiedy znowu ujrzy Rory, jeśli w ogóle będzie jej to dane... 

Musi spytać o to Macka. Pewnie nikt nie będzie się sprzeciwiał, by od czasu do czasu

spotkała się z małą, ale lepiej się upewnić. A moŜe będzie potrzebowała zgody Johna i Tessy?

Pielęgniarka   zatrzymała   się   przed   choinką,   od   której   Rory   najwyraźniej   nie   mogła

oderwać oczu. 

Wendy   zerknęła   na   Tessę.   Wpatrywała   się   w   dziecko   z   uwagą,   ale   nie   wykonała

najmniejszego ruchu, by się do niego zbliŜyć. 

Ciszę przerwała Elinor. 

– Wendy, czy mogłabyś wziąć dziecko?

W mgnieniu oka Wendy znalazła się przy małej, rzucając Elinor pełne niedowierzania

spojrzenie. Rory wybuchnęła radosnym śmiechem, po czym właściwie wyrwała się z ramion

pielęgniarki i przytuliła do Wendy.  Elinor szeptała coś do Macka,  ale gaworzenie dziecka

zagłuszyło jej głos. Usłyszała jedynie jego odpowiedź:

– Wiem, mamo. Pracuję nad tym. 

Wendy poczuła, jak robi jej się zimno. Roześmiawszy się, Tessa powiedziała:

– Jaka ona cudowna!

Wendy zaczerpnęła powietrza i moŜliwie najspokojniejszym głosem spytała:

– Czy chciałabyś ją potrzymać? Tessa zaprzeczyła ruchem głowy. 

–   Nie   teraz,   kiedy   jest   taka   szczęśliwa   w   twoich   objęciach.   Nie   śmiałabym   w   tym

przeszkodzić. 

Usiadła na krześle i przyglądała się Rory w zamyśleniu. 

–   Wiesz,   kilku   moich   klientów   pytało,   czy   projektuję   takŜe   dla   dzieci.   Zawsze

odmawiałam,   bo   nie   czułam   inspiracji.   Ale   muszę   przyznać,   Ŝe   teraz   ten   pomysł   mi   się

spodobał. 

– Ubrania?

– Elinor nie mówiła ci, czym się zajmuję? Bluzka, którą ma dziś na sobie to moje dzieło.

Ta sukienka takŜe pochodzi z mojej kolekcji. Prawie zawsze noszę własne projekty. To dobra

reklama. 

Głos   Tessy   był   bardzo   rzeczowy.   Przyglądała   się   Rory,   jakby   dokonywała   w   myśli

wstępnych pomiarów. 

background image

– Wendy,  jak długo  tu będziesz? – spytała zaciekawiona. Nie wiedzieć jednak czemu,

zadając to pytanie, zwróciła się w stronę Macka. 

Wendy   nie   śmiała   na   niego   spojrzeć.   Odczekała   chwilę,   mając   nadzieję,   Ŝe   odpowie

Tessie. Jednak nie odezwał się słowem. Mogła liczyć jedynie na siebie. 

– Tylko parę dni. W Phoenix czekają na mnie sprawy do załatwienia. 

Musiała jednak przyznać, Ŝe nie określając daty powrotu, Mack okazał hojność, jakiej nie

oczekiwała.   Być   moŜe   większą,   niŜ   skłonni   byli   okazać   Samuel   i   Elinor   Burgessowie.   Z

drugiej strony, hojność bywa nieraz narzędziem szantaŜu. MoŜe tu zostać pod warunkiem, Ŝe

nie będzie sprawiała kłopotu i mąciła. Wystarczy jednak najmniejsze nieporozumienie, a w

ciągu kilku godzin znajdzie się w samolocie. 

To głupota, skarciła samą siebie. PrzecieŜ mógłby to zrobić od razu. Dlaczego więc nie

kupił jej biletu?

Rory wychyliła się z jej ramion i sięgnęła po długopis wystający z kieszeni Macka. 

–   Oho,   zachciewa   ci   się   drogich   zabawek,   brzdącu   –   zaŜartował,   a   kiedy   mała

uśmiechnęła się do niego, wziął ją od Wendy i oparł wygodnie na swej piersi. 

– CzyŜ to nie jest wspaniały widok?! – mruknęła Tessa. Podskoczyła i chwyciła Wendy

za rękę. – Chodź na górę. Chcę ci pokazać jedną sukienkę. To próbka, nie mogę na razie

zdecydować się, czy uruchomić produkcję, ale myślę... 

Przypomniały   się   jej   słowa   Macka   o   tym,   Ŝe   Tessa   jest   osobą   nieprzewidywalną.

Najwyraźniej w centrum jej uwagi znajdowały się stroje – i oczywiście miała do tego prawo,

ale Ŝeby nie chcieć potrzymać dziecka nawet przez chwilę?

Zaczęła mieć do siebie pretensje za brak zdecydowania. Jeszcze parę minut temu miała

nadzieję,   Ŝe   Tessa   nie   zechce   Rory,   a   teraz,   kiedy   kobieta   nie   wykazała   zainteresowania

dzieckiem, czuła się osobiście dotknięta. 

Kiedy   parę   minut   później   zeszła   ponownie   na   dół,   miała   na   sobie   kreację   z   kolekcji

Tessy.   Była   to   piękna,   lejąca   się   suknia   w   kolorze   szmaragdu,   którą   Tessa   postanowiła

ofiarować   Wendy   w   prezencie.   Rodzina   zebrała   się   juŜ   w   holu,   a   samochody   czekały   na

podjeździe.   Mack   wkładał   Rory   róŜowy   kombinezon,   który   kupili   tego   popołudnia.

Ujrzawszy to, Tessa roześmiała się. 

– Chyba nie zamierzasz brać jej do kościoła, Mack. 

– Czemu nie? To tradycja rodzinna, a ona jest członkiem naszej rodziny. Poza tym dzieci

są takŜe zaproszone na mszę. 

– Ale chyba nie niemowlęta. Dlaczego nie zwrócisz się do pielęgniarek, by się nią zajęły?

Po to są. 

Mack spojrzał na Wendy spod lekko zmarszczonych brwi. 

– Sądzę, Ŝe odpowiedź na postawione dziś przez ciebie pytanie brzmi: nie – mruknął pod

nosem. 

Wendy wzruszyła tylko ramionami. Sama nie wiedziała juŜ, co ma myśleć. 

Kościół   był   ogromny,   ale   msza   miała   bardzo   ciepły   i   intymny   charakter.   Rory

zniecierpliwiła się dopiero w czasie ostatniej godziny i jak zwykle postanowiła nie ukrywać

swej irytacji. Mack i Wendy przekazywali ją sobie nawzajem, ale bez większego rezultatu. Po

background image

paru takich próbach Mack szepnął do Wendy:

–  Opatulmy  ją  ciepło   i  wróćmy  do  domu  na piechotę.   Długi   spacer  był   teraz  ostatnią

rzeczą, na którą Wendy miała ochotę, ale mogła to być jedyna okazja, by być z Maćkiem sam

na sam. 

Kiedy byli w kościele, znów zaczęło padać i wielkie płatki śniegu snuły się leniwie w

bezwietrznym powietrzu. 

– Prawdziwy gwiazdkowy śnieg – powiedział Mack, układając Rory na jednym ramieniu,

a drugie proponując Wendy. Mała oparła główkę na jego piersi i leŜała spokojnie. 

Wendy   kilka   razy   przymierzała   się   do   rozpoczęcia   rozmowy,   ale   za   kaŜdym   razem

kończyło się na przełykaniu śliny. Pierwszy odezwał się Mack:

– Chcesz wiedzieć, czemu nie kupiłem ci biletu powrotnego. 

–   Nie.   To   znaczy   tak,   ale   chcę   przede   wszystkim   wiedzieć,   co   stanie   się   z   Rory?

Słyszałam,  jak  mówiłeś   matce,   Ŝe  pracujesz   nad   tym,   to  znaczy  nad   jej  przyszłością.   Tak

przypuszczam. Ale jeśli Tessa nie będzie zainteresowana... 

– Nie zrozum mnie źle, bardzo lubię Tessę, ale nie jest to urodzona mamusia. 

Spojrzała na niego z wyrazem bólu w oczach. Spory płatek śniegu zatrzymał się na jego

rzęsach i zapragnęła nagle go strząsnąć. Zacisnęła dłonie i przygryzła wargi. Nie miała prawa

kwestionować   jego   pomysłów.   W   przeciwnym   razie   moŜe   znaleźć   się   w   najbliŜszym

samolocie do Phoenix. 

Jednak postanowiła zaryzykować. Chodziło o przyszłość Rory. 

– Nie widzisz tego, Mack? Jeśli Tessa i John nie wezmą jej, wrócimy do punktu wyjścia.

Co będzie z Rory?

Zapadło długie milczenie i Wendy straciła juŜ nadzieję, Ŝe Mack odpowie na jej pytanie.

W końcu jednak odezwał się zduszonym głosem:

– Ja ją wezmę. Adoptuję ją i wychowam jak własną. 

W pierwszej chwili poczuła ogromne zaskoczenie i szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.

Po chwili jednak  zdała sobie sprawę,   Ŝe  słowa Macka nie  są pozbawione sensu. Był   zbyt

przywiązany do małej, by nie rozwaŜyć takiej moŜliwości. Nie mógł tak po prostu się od niej

odwrócić,   obojętność   wobec   znajdującego   się   w   potrzebie   dziecka   byłaby   wbrew   jego

naturze. Jednak to teŜ nie było najlepsze rozwiązanie. 

–   To   wzruszające  –   powiedziała Wendy.   –  Czy  przemyślałeś  sobie,   co   to  znaczy  być

samotnym ojcem? Wierz mi, wiem, co mówię. Co zrobisz, gdy będziesz musiał wyjechać?

Zapakujesz małą do walizki i weźmiesz ze sobą? A moŜe po prostu wynajmiesz opiekunkę?

–  Nie muszę tak  wiele podróŜować.  A  poza tym  wcale  nie zamierzam  być  samotnym

ojcem. 

No oczywiście. Teraz wszystko się zgadzało. Gdyby się oŜenił, Rory znalazłaby się w

najlepszej sytuacji, miałaby zapewniony dobrobyt, harmonię uczuciową i dwoje kochających,

troskliwych   rodziców.  Mack  znalazł  idealne,  wręcz  jedyne  rozwiązanie i  Wendy czuła, Ŝe

powinna przyjąć je z uczuciem prawdziwej ulgi. 

Tymczasem   po   usłyszeniu   jego   słów   poczuła   silny   niepokój.   Kto   będzie   tym   drugim

rodzicem?   MoŜe   ta   przesłodzona  kobieta,   która   zostawiła   wiadomość   na   automatycznej

background image

sekretarce   Macka?   Czy   będzie   w   stanie   zaakceptować   Rory   jak   swoje   własne   dziecko?

Choćby nie wiadomo jak zaleŜało jej na Maćku, będzie dla niej szokiem, Ŝe poślubia nie tylko

jego, ale od razu całą rodzinę. A jeśli nie uda się jej pokochać małej?

Wendy postanowiła nie martwić się na zapas. Równie dobrze moŜe to być bardzo miła

kobieta. To, Ŝe nie spodobał się jej głos, nie ma tu nic do rzeczy. Nadal zszokowana, zdobyła

się na odpowiedź:

– Rory zasługuje na to, by stać się częścią prawdziwej rodziny. 

Rozstanie z dzieckiem, które tak szczerze pokochała, złamie jej serce, czuła to juŜ teraz.

A przecieŜ to właśnie robiła. W tej sytuacji nawet nie poprosi o moŜliwość widywania małej.

Gdyby   zostawała   u   Burgessów,   w  Ŝyciu   Rory   byłoby   miejsce   dla   kogoś   w   rodzaju   matki

zastępczej. Skoro jednak będzie miała pełną rodzinę, nie naleŜało wprowadzać w jej Ŝycie

niepotrzebnego zamieszania. 

Mack przełoŜył Rory na drugie ramię, by otworzyć bramę. Mruknęła przez sen, po czym

spokojnie przytuliła się do niego. 

Było jej z nim bardzo dobrze. I to właściwie od początku. Jakby instynktownie czuła, Ŝe

jest to męŜczyzna, który nie pozwoli jej skrzywdzić. Niedługo pewnie zapomni Wendy, tę

zabawną panią, która od czasu do czasu śmiesznie kasłała. 

–   Sama   powinnam   była   o   tym   pomyśleć   –   powiedziała   Wendy   słabym   głosem.   –   To

znaczy o twoim... małŜeństwie. 

Dlaczego z takim trudem przychodzi jej wypowiedzenie tego słowa? Czemu jest to tak

bardzo bolesne? Pewnie dlatego, Ŝe oznacza początek rozstania z małą. 

– Okoliczności są rzeczywiście niezwykłe – powiedział z goryczą. – Nie sądzę, abyś w

normalnej sytuacji  choćby przez chwilę rozwaŜała moŜliwość poślubienia mnie. Ale skoro

jest tak, jak jest, cieszę się, Ŝe wszystko zostało ustalone. 

Chodnik, po którym szli, wydał się nagle Wendy ruchomym piaskiem, usuwającym się

spod jej nóg. 

Nie   dostrzegła   zbliŜającej   się   do   nich   długiej   czarnej   limuzyny.   Nawet   nie   usłyszała

szmeru jadącego  obok wozu. Z odrętwienia wyrwał  ją dopiero głos Elinor, która zawołała

przez otwartą szybę – Niechcący was podsłuchałam. A więc ustalone, tak? Wendy otworzyła

usta, ale nie mogła wydobyć z siebie słowa. Mack milczał. 

Elinor   popatrzyła   na   nich   oboje   i   wydawała   się   wyraźnie   zadowolona   wyrazem,   jaki

dostrzegła w ich twarzach. Nie bacząc na ból w swych chorych rękach, wyciągnęła ramiona w

stronę Wendy i wykrzyknęła:

– Och, moja droga! Jak cudownie będzie mieć taką córkę jak ty!

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Wendy nie pamiętała, w jaki sposób udało się jej pokonać schody wiodące do wejścia.

Miała tak silny zawrót głowy, Ŝe właściwie nie wiedziała, dokąd ma iść. Całe szczęście, Ŝe

nie niosła Rory, bo pewnie by ją upuściła. Zapomniała równieŜ kompletnie o jednej z zasad

nowo poznanej etykiety, Ŝe o istotnych sprawach nie mówi się w obecności słuŜby. Mimo Ŝe

kamerdyner przytrzymywał im drzwi, zwróciła się do Macka i spytała zdziwiona:

– Ja? Powiedziałeś, Ŝe chcesz się ze mną oŜenić?

– Nie wiem, czemu jesteś taka zaskoczona. Sama powiedziałaś, Ŝe małŜeństwo to idealne

wyjście. 

– Bo nie wiedziałam jeszcze, Ŝe masz na myśli mnie!

– To jedyne rozsądne rozwiązanie. Moja matka najchętniej nie rozstawałaby się z Rory,

ale   nawet   ona   przyznaje,   Ŝe   zajmujesz   specjalne   miejsce   w   sercu   małej.   Cały   poprzedni

tydzień szukałaś sposobów, by dalej istnieć w jej Ŝyciu. Więc... 

– To dlatego nie kupiłeś mi biletu?

–   Niezupełnie.   UwaŜałem,   Ŝe   nie   naleŜy   podejmować   Ŝadnych   decyzji,   dopóki   nie

przekonamy się, jak Rory zareaguje na wszystkie te zmiany. Musisz jednak przyznać, Ŝe moja

propozycja   jest   lepsza   niŜ   twoja,   łatwiej   jest   przeprowadzić   ciebie   do   Chicago   niŜ   całe

gospodarstwo Burgessów do Phoenix. 

Wendy nie mogła zaprzeczyć, ale poczuła nagle niesmaki Ŝe cała ta propozycja jest tak

wyłącznie pragmatyczna i rzeczowa. 

– Nie jestem słuŜącą – powiedziała w końcu. – Nie moŜesz mnie wynająć, by zapełnić

lukę w swoim personelu!

Mack odparł spokojnym tonem:

– Nikt nie proponuje ci posady słuŜącej, Wendy!

Poczuła   wstyd.   W   końcu   Elinor   powitała   tę   nowinę   w   sposób,   którego   mogłaby

pozazdrościć niejedna prawdziwa narzeczona. 

Westchnęła. Poczuła się straszliwie zagubiona i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Był to

najbardziej zwariowany pomysł, jaki kiedykolwiek słyszała. Całe szczęście, Ŝe reszta rodziny

jeszcze o niczym nie wie, w pierwszym samochodzie jechali jedynie Elinor i Samuel. Drugi

juŜ się jednak zbliŜał i Wendy uznała, Ŝe im szybciej przerwie cały ten absurd, tym lepiej. 

– Będziesz musiał powiedzieć rodzicom, Ŝe jeszcze się zastanawiam. I poproś Elinor, by

na razie nic nikomu nie mówiła. 

– Wiesz przecieŜ, Ŝe nie chciałem, by nas podsłuchała. Wendy przytaknęła. 

– Wiem. Jeszcze by tego brakowało. ZauwaŜyła, Ŝe Rory zaczęła się niepokoić. 

– Jest jej za gorąco i zrobiło się późno. Zaniosę ją do pokoju. 

– Ucieczka? – Głos Macka był delikatny. 

– Być moŜe. Ale nie zapominaj, Ŝe ty miałeś czas, by to wszystko przemyśleć. Ja nie. 

– A o czym tu myśleć? To tylko partnerstwo dla dobra Rory. Nic poza tym. 

Przeszła juŜ połowę schodów, gdy Mack zawołał za nią:

background image

– Fajny z ciebie kumpel. 

Spojrzała w dół i przez dłuŜszą chwilę mierzyła go wzrokiem. Gdy wchodziła na piętro,

czuła, jak drŜą jej kolana. Wiedziała, Ŝe Mack stoi na dole i obserwuje ją. 

Miała świadomość, Ŝe udawanie romantycznej fascynacji byłoby niezręczne, a poetyckie

słowa brzmiałyby fałszywie. Czy jednak zupełną głupotą byłoby nieśmiałe Ŝyczenie, by Mack

widział w niej coś więcej niŜ tylko fajnego kumpla?

Nie bądź idiotką, pomyślała. Przynajmniej ten komplement był szczery. 

Przytulny i ciepły pokój dziecięcy wydał się jej oazą bezpieczeństwa. Wendy zmieniła

małej pieluszkę i kołysząc ją do snu, rozmyślała. 

Gdyby przystała na propozycję Macka, mogłaby spędzić z Rory resztę swego Ŝycia. Nie

pozbawiając małej niczego, co jej się naleŜy, mogłaby być jej matką, a tak bardzo przecieŜ

tego   pragnęła.   Rory   miałaby   dziadków,   nazwisko,   dziedzictwo   i   dwoje   kochających   ją

rodziców. Mack miał rację, to było najlepsze rozwiązanie. 

A   z   drugiej   strony...   zobowiązać   się   na   całe   Ŝycie   wobec   męŜczyzny,   którego   ledwo

znała... 

Nazwał to partnerstwem. A więc nie prawdziwe małŜeństwo tylko zwykła formalność.

Nie była pewna, czy będzie w stanie zaakceptować to z taką łatwością jak Mack. 

Nie chodziło o to, Ŝe była w kimś zakochana. W czasach, kiedy nie miała Rory i była

wolna,   nigdy   nie   spotkała   męŜczyzny,   bez   którego   nie   mogłaby   Ŝyć.   I  gdyby   taki   istniał,

pewnie do tej pory by się juŜ pojawił. W końcu miała dwadzieścia osiem lat. 

Poślubienie Macka nie oznaczałoby zatem poświęcenia jakiejś istotnej wartości. Wręcz

przeciwnie.   Będzie   miała   wszystkie   swobody   i   przyjemności,   do   jakich   przywykła,   a   w

dodatku będzie zupełnie wolna od trosk finansowych i kłopotów samotnej matki. 

A jednak... 

Usłyszawszy dzwonek gongu wzywającego na kolację, z ociąganiem połoŜyła Rory do

kołyski. 

W holu minęła się z pielęgniarką. Przez całą drogę zastanawiała się, czy Mack zdąŜył

porozmawiać z matką i ostrzec ją przed pochopnym zawiadamianiem rodziny. 

Wchodząc   do   salonu,   czuła   się   jak   pod   ostrzałem.   Czekali   juŜ   tylko   na   nią.   Jednak

zamiast wścibskich spojrzeń, dostrzegała na ich twarzach wyraz sympatii. 

Przez większą część wieczoru Mack trzymał się jakby z daleka. Nie sądziła, by specjalnie

jej unikał. Po prostu posadzono ich z dala od siebie. A jednak, nawet na niego nie patrząc,

przez cały czas czuła jego obecność. 

Miała świadomość, Ŝe w rozmowach uczestniczy mało przytomnie, a jej odpowiedzi na

pytania siedzącej obok Tessy nie zawsze mają sens. Przy pierwszej sposobności przeprosiła

zebranych i udała się do swego pokoju. 

Około  północy,   po dokładnym  przemyśleniu   sprawy,  doszła do  wniosku,  Ŝe  dla  dobra

Rory powinna przyjąć propozycję Macka. Podjąwszy taką decyzję, zapadła w tak twardy i

głęboki sen, jakiego nie pamiętała od miesięcy. 

Nie spała jednak długo. Kiedy się obudziła, było jeszcze ciemno. Ogarnęły ją powaŜne

wątpliwości.   Z   punktu   widzenia   logiki   wszystko   się   zgadzało,   ale   przecieŜ   mieli   tu   do

background image

czynienia z ludzkim Ŝyciem, a w takich wypadkach logika nie zawsze wystarcza. Jeśli chodzi

o nią, potrafiła zrezygnować ze swego dawnego marzenia o prawdziwej romantycznej miłości

zakończonej   ślubem   i   szczęśliwym   Ŝyciem   aŜ   po   grób.   Nie   istniał   zresztą   obiekt   takiej

miłości, więc nie było czego Ŝałować. Ale Mack? W jego Ŝyciu z pewnością nie brakowało

kobiet i, jak się wydawało, Ŝadna z nich nie zajmowała jakiegoś szczególnego miejsca. Ale

jeśli było inaczej? Jeśli jedna z tych kobiet znaczyła dla niego więcej, moŜe nawet więcej, niŜ

sam dotąd przypuszczał?

W gruncie rzeczy wiedziała o nim bardzo mało, a tam, gdzie w grę wchodzą decyzje na

całe Ŝycie, nie moŜna kierować się domysłami i intuicją. 

Rankiem, w BoŜe Narodzenie, Wendy wślizgnęła się do pokoju dziecięcego i pochyliła

nad śpiącą Roty. 

Nie mogła przyjąć propozycji Macka. Ale jeśli ją odrzuci, co ma uczynić? Nie ma innego

wyjścia. Wróci do Phoenbc, znajdzie pracę i od czasu do czasu będzie odwiedzała Rory, jeśli

pozwoli na to Mack i jej własne ograniczone fundusze.  Ale co  to da? Parodniowe wizyty

wprowadzą w Ŝycie dziecka jedynie zamęt Nie zdziwiłaby się wcale, gdyby Mack się temu

sprzeciwił,   zwłaszcza   jeśli   się   oŜeni.   Tak   więc   powrót   do   Phoenbc   oznacza   rezygnację   z

jakiejkolwiek więzi z Rory. 

Mogłaby, odrzuciwszy ofertę Macka, pozostać w Chicago. W Arizonie istotnie nic na nią

nie czekało, a tu być moŜe miałaby większe szanse na zdobycie pracy. Nawet gdyby Mack się

oŜenił, mogłaby widywać małą regularnie, być moŜe raz w tygodniu. 

Czy  to  by jednak   wystarczyło?   Rory  potrzebowała  silnego  punktu  oparcia,   kogoś,   kto

byłby przy niej zawsze. 

Zawsze. 

Mała przeciągnęła się i otworzyła oczy. Ujrzawszy Wendy, wydała cichy okrzyk radości. 

– Wesołych Świąt, kochanie – szepnęła Wendy. – Mama jest przy tobie. 

Ś

wiąteczny   poranek   w   domu   Burgessów   przebiegał   w   zadziwiająco   swobodnej

atmosferze. Mitch, ubrany w niemoŜliwie jaskrawą zieloną piŜamę, leŜał na dywaniku przed

choinką. Tessa pojawiła się w jedwabnej podomce i nawet Elinor wystąpiła w stroju bardzo

nieformalnym. 

Wendy rozłoŜyła kocyk Rory w pobliŜu choinki i podała dziecku butelkę. 

W   parę   minut   później   pojawił   się   Mack,   ubrany   w   dŜinsy   i   sweter   narciarski,   który

podkreślał   szerokość   jego   ramion.   Świadomość,   Ŝe   juŜ   wkrótce   będzie   musiała   dać   mu

odpowiedź, sprawiła, Ŝe poczuła przyspieszone bicie serca. 

Wyglądał na wypoczętego i rozluźnionego. Nie miał powodu, by czuć się inaczej. Podjął

juŜ decyzję i prawdopodobnie nic nie zakłócało jego snu. Wendy spojrzała na trzymany przez

niego kubek kawy z nie skrywaną zazdrością. 

– Jest czarna. 

Gdy się skrzywiła, zaproponował, Ŝe zastąpi ją przy karmieniu Rory, a ona w tym czasie

przyniesie   sobie   kawę   z   mlekiem.   Kiedy   brał   od   niej   butelkę,   niespodziewanie   intymnym

gestem   zamknął   jej   dłoń   w   swojej.   Całe   ciało   Wendy   przeszył   prąd   i   jedynie   siłą   woli

background image

powstrzymała się, by nie wyszarpnąć ręki. Wysuwając ją powoli, zerknęła na niego. Z ulgą

zauwaŜyła, Ŝe wpatrzony w Rory, nie zwraca na nią uwagi. To dobrze, Ŝe nie zauwaŜył jej

reakcji. 

Wstała, nieświadoma spojrzenia, jakim ją odprowadził. Zerknęła na Elinor, która siedząc

sztywno na swym wózku, bacznie obserwowała całą ich trójkę. 

– Jest coś szczególnego w obecności dzieci podczas świąt – powiedziała starsza pani. 

Nagle na jej twarzy pojawił się cień smutku. Pomyślała pewnie o osobie, której zabrakło.

Zwróciwszy się do Samuela, wyciągnęła do niego rękę. Ujął ją delikatnie i powiedział:

–   Jesteśmy   winni   Wendy   ogromną   wdzięczność   za   obdarowanie   nas   najcenniejszym

prezentem gwiazdkowym. 

Elinor   przytaknęła,   odzyskując   swą   Ŝelazną   samokontrolę.   Wendy   zdąŜyła   jednak

dostrzec migoczące w jej oczach łzy. Umiała takŜe odczytać dręczące starszą panią pytanie.

Miała  ochotę   natychmiast   na   nie   odpowiedzieć,   ale   postanowiła   najpierw   porozmawiać   z

Maćkiem. 

W najbliŜszym czasie wydawało się to jednak niemoŜliwe. Przystąpiono bowiem właśnie

do   otwierania   prezentów.   Większość   była   dla   Rory,   której   kocyk   w   okamgnieniu   usłany

został ubrankami i zabawkami. 

Zaskakująco duŜo prezentów otrzymała Wendy.  Mitch dał jej ogromny przewodnik po

Chicago   i   jego   okolicach.   Od   Elinor   i   Samuela   dostała   naszyjnik   z   opalem   oprawnym   w

delikatne złoto. Była to z pewnością najdroŜsza ozdoba, jaką kiedykolwiek posiadała, choć

ofiarodawcy uwaŜali ją pewnie za skromny niekrępujący prezent. 

Ostatnia paczka była od Macka. Specjalnie zostawiła ją na koniec i z ulgą ujrzała brązową

skórzaną torebkę. Uznała to za wspaniały prezent. Gustowny,  przemyślany i, podobnie jak

naszyjnik, niezbyt osobisty ani wyrafinowany. 

Kiedy   podniosła   wzrok,   by   podziękować   Maćkowi,   wydało   się   jej,   Ŝe   przez   ułamek

sekundy ujrzała wyraz rozczarowania w oczach Tessy. 

–   Lepiej   sprawdź   wszystkie   kieszonki   –   roześmiała   się   Tessa.   –   Kto   wie,   czy   Mack

czegoś do nich nie schował. 

W   tym   czasie   Rory   zajęła   się   pluszowym   misiem   od   Johna   i   Tessy.   Nieopatrznie

nacisnęła go i miś zaczaj mówić. Przestraszona, rozpłakała się. 

Przynajmniej odwróci to uwagę Tessy od torebki. 

Ś

niadanie   było   podane   w   formie   zimnego   bufetu.   KaŜdy   brał   sobie   w   dowolnym

momencie   to,   na   co   właśnie   miał   ochotę.   Towarzystwo   przemieszczało   się   swobodnie   z

talerzami i prezentami w dłoniach. Wendy rozgniotła dla Rory banana, którego mała zjadła z

apetytem, ale tak się przy tym wybrudziła, Ŝe trzeba ją było umyć i przebrać. 

Kiedy   po   jakimś   czasie   zeszły   znów   na   dół,   w   salonie   był   juŜ   tylko   Mitch,   który

zajmował się układaniem puzzli. 

– Gdzie wszyscy? – spytała Wendy. Mitch uśmiechnął się. 

– Masz na myśli Macka?

Walcząc z uczuciem gorąca na policzkach, Wendy odparła swobodnie:

– MoŜesz zacząć od niego, jeśli chcesz. 

background image

– Zszedł na dół do siłowni. 

Wendy  odnalazła  go   tam,  gdy   ćwiczył   na  przyrządach.   Ubrany  był   tylko   w  czerwone

spodenki   treningowe   i   Wendy   mogła   podziwiać   rytmiczną   pracę   jego   doskonale

wyrzeźbionych mięśni. 

Kiedy ją zobaczył, odłoŜył przyrządy i wstał, sięgając po ręcznik. 

– Macie obie takie zdziwione oczy, Ŝe muszę chyba bardzo śmiesznie wyglądać. 

Słowo śmieszny nie wydało się Wendy najwłaściwsze. Nie było bowiem nic śmiesznego

w jego wąskiej talii, szczupłych udach i potęŜnej klatce piersiowej. Czując nagły przypływ

gorąca, zaczęła się zastanawiać, czy siłownia jest lepiej ogrzewana niŜ reszta domu, czy teŜ

tylko tak jej się zdaje. 

– Zniknąłeś mi z oczu. 

– Przepraszam, Ŝe musiałaś mnie szukać. Myślałem, Ŝe skończę, nim przebierzesz Rory.

MoŜe pójdziemy w jakieś bardziej dogodne miejsce. 

– Myślę, Ŝe musimy na serio porozmawiać. Uniósł brwi. 

– W takim razie proponuję zostać tutaj, gdzie nikt nie powinien nam przeszkodzić. 

Rory zaczęła gaworzyć i wyciągnęła rączki w kierunku Macka. 

– De ona waŜy?

– Jakieś osiem kilo. 

– Świetnie. To duŜo zabawniejsze, niŜ podnoszenie cięŜarków. 

PołoŜył się na ławce i delikatnie zaczął unosić Rory do góry,  aŜ rozpostarła rączki, po

czym opuścił ją z powrotem na piersi. Zadowolona z nowej zabawy zapiszczała radośnie, a

Wendy usiadła na ławeczce obok. 

Nie patrząc na Wendy, Mack zaczął mówić:

– Wiem, Ŝe to wszystko bardzo cię zaskoczyło. Nie zamierzałem występować z tym tak

wcześnie i nie popędzam cię. Wiem jednak, jak bardzo martwi cię nieokreślona przyszłość

Rory. Ja teŜ się tym zadręczam i uwaŜam, Ŝe musimy podjąć decyzję. 

Wendy przełknęła ślinę. 

– I to bardzo powaŜną. 

– To prawda. Nie proszę o deklarację na parę miesięcy czy nawet lat. 

– Tylko na zawsze – powiedziała Wendy drŜącym głosem. 

– No, moŜe nie aŜ tak – próbował rozładować napięcie. 

Wcześniej nie przyszło jej to do głowy, ale teraz uświadomiła sobie, Ŝe przecieŜ kiedyś

Rory dorośnie. Nadejdzie taki moment, kiedy nie będzie juŜ dla niej waŜne, czy ludzie, którzy

ją wychowali, są nadal razem. 

– No tak, oczywiście – zgodziła się. 

–   Masz   jednak   rację,   Ŝe   to   bardzo   powaŜna   decyzja.   Gdyby   za   kilka  lat   któreś   z  nas

uznało, Ŝe nie wychodzi nam, byłby  to dla Rory cios. Jeśli więc masz jakieś wątpliwości,

Wendy, teraz jest najlepszy moment, Ŝeby je ujawnić. 

– Wątpliwości? – Chwyciła głęboki oddech. – Dobrze. Co z moją pracą?

– Nie potrzebujesz pracować. 

– Ale jeśli będę chciała? Oczywiście nie w tej chwili, ale później. To cudowne, Ŝe na

background image

razie nie musiałabym łączyć obu  obowiązków, ale jak Rory pójdzie do szkoły,  będę miała

duŜo wolnego czasu. 

Spojrzenie,   którym   ją   obdarzył,   nie   było   całkiem   czytelne,   ale   zdawało   się   jej,   Ŝe

dostrzega tam coś pomiędzy Ŝalem a irytacją. 

– Lubię moją pracę, Mack. Zawsze chciałam łączyć ją z innymi obowiązkami Ŝyciowymi.

– Nie mam nic przeciwko temu, Ŝebyś wróciła do pracy. Ufam ci, Ŝe niezaleŜnie od tego,

jak postanowisz spędzać czas, Rory na tym nie ucierpi. Jeśli obawiasz się o pieniądze... 

– Właściwie nie. 

– W tym zakresie takŜe proponuję pełne partnerstwo. To co moje, jest równieŜ twoje i tak

dalej. 

– To... bardzo szczodre. 

– Czy coś jeszcze?

Wendy zastanowiła się, po czym zaprzeczyła ruchem głowy. 

– Rozumiesz oczywiście, Ŝe częścią naszej umowy będzie całkowita lojalność?

Popatrzyła na niego przez dłuŜszą chwilę. 

– Masz na myśli innych męŜczyzn? Wierność?

– Jeśli tak chcesz to nazwać. 

Zaczerwieniła się. Pojęcie wierności zakładało intymną relację miedzy nimi. Rozumiała,

Ŝ

e   prosił   o   to   ze   względu   na   Rory.   Gdyby   pozwoliła   sobie   na   burzliwy   romans,   dziecko

mogłoby na tym ucierpieć. 

Postanowiła zatem nie ujawniać złości, jaką wywołało w niej to pytanie. W końcu sama

zastanawiała się nad kobietami w jego Ŝyciu. Jednak kiedy się odezwała, w jej głosie było

sporo jadu. 

– Czemu nie powiesz wprost, Mack? Zastanawiasz się, czy pewnego dnia nie ucieknę do

Rio z jakimś panem spotkanym w supermarkecie przy stoisku z mroŜonkami, tak?

Uśmiechnął się. 

– No, szczerze mówiąc, nie myślałem akurat o stoisku z mroŜonkami. 

Wendy nie była rozbawiona. 

–  Jeśli  zgodzę się  na  to  małŜeństwo,  moŜesz być   pewien,   Ŝe  nie  będę  szukała  innych

rozrywek. Rory jest dla mnie zbyt waŜna. Nie zamierzam jej naraŜać dla przelotnych flirtów. 

– Jesteś taka niewinna, Wendy. A co będzie, jeśli się zakochasz?

– Będę  zbyt  zajęta – odparła,  nie patrząc mu w oczy.  Po chwili dodała: – Mogłabym

ciebie zapytać o to samo, Mack. 

Milczał tak długo, Ŝe nie spodziewała się juŜ odpowiedzi. 

– Byłem juŜ zakochany – odparł powoli. – I wcale za tym  nie tęsknię. Myślę, Ŝe o to

moŜesz być spokojna. 

– A... lojalność?

Jego głos stał się nagle głębszy niŜ zwykle, nie było w nim juŜ ani odrobiny Ŝartu. 

– To obiecuję ci na pierwszym miejscu, i to na zawsze. • Brzmiało to jak przysięga –

znacznie   donioślejsza   niŜ   zwyczajowa   formuła,   której   wygłoszenie   miało   ich   ewentualnie

czekać. Wiedziała jednak, Ŝe, podobnie jak ona sama, Mack składa tę przysięgę Rory. 

background image

– No więc – spytał – wyjdziesz za mnie? Skinęła głową. 

– Kiedy? – chciała wiedzieć. 

– Jak najszybciej. Jutro wszystko ustalę, ale sądzę, Ŝe będzie to moŜliwe juŜ w połowie

przyszłego tygodnia. 

– Tak, im szybciej stworzymy jej normalną rodzinę... Dokończył jej myśl. 

– Tym mniej będzie zepsuta. Jeśli pozwolisz, poinformuję o tym rodzinę przy kolacji. 

Przytaknęła.   Mimo   panującego   w   siłowni   ciepła,   teraz   gdy   zrozumiała,   Ŝe  nie  ma   juŜ

odwrotu, zaczęła drŜeć. 

Mack pochylił się i połoŜył dłoń na jej policzku. Miała ochotę oprzeć głowę na jego silnej

ręce. Czuła zapach jego rozgrzanej skóry, zmieszany z wodą kolońską i dziecięcą oliwką. 

Przez chwilę sądziła, Ŝe Mack zamierza ją pocałować. Ale on musnął tylko kciukiem jej

usta i szepnął:

– Wszystko będzie dobrze, Wendy. Zobaczysz. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Elinor przyjęła wiadomość z zachwytem i natychmiast zaczęła snuć wizje uroczystego

ś

lubu kościelnego, przyjęcia w klubie pod miastem, z wynajętą orkiestrą i od razu zaczęła

układać wstępną listę gości. 

Mack, widząc, Ŝe Wendy coraz bardziej blednie, wziął ją za rękę i zaproponował skromny

ś

lub w gronie rodzinnym w domu Burgessów. Wendy z wdzięcznością uścisnęła jego dłoń i

poparła go. 

Tessa wyraziła ubolewanie, Ŝe w jej bieŜącej kolekcji nie ma nic, co byłoby odpowiednie

na   cichy   elegancki   ślub   i   udała   się   wraz   z   Wendy   na   objazd   najelegantszych   butików   w

Chicago. 

Kiedy,  spragnione odpoczynku, usiadły w barze, by napić się gorącej czekolady,  Tessa

powiedziała:

– Tak się cieszę, Ŝe wszystko się dobrze skończyło. UwaŜam, Ŝe Rory to prawdziwe cudo

i   sądząc   z   tego,   jaka   była   Marissa,   to   chyba   przede   wszystkim   twoja   zasługa.   Ja  jeszcze

zupełnie nie dojrzałam do dzieci. I nie wiem, czy kiedykolwiek dojrzeję. Mówiąc szczerze, o

mało nie osiwiałam ze strachu, Ŝe Elinor moŜe oczekiwać ode mnie zaopiekowania się Rory.

Doszedł do tego lęk, Ŝe na kaŜdym kroku porównywano by mnie z tobą... 

– Na pewno nikt by cię nie krytykował. 

– Otwarcie na pewno nie. Ale Mack to męŜczyzna, który nie musi nic mówić. Wystarczy

na   niego   spojrzeć,   by   wiedzieć,   kiedy   coś   mu   się   nie   podoba.   Ty   oczywiście   tego   nie

zauwaŜyłaś, bo wszystko, co ty robisz, zachwyca go w najwyŜszym stopniu. 

Wendy musiała przyznać,  Ŝe ostatnio Mack  był  rzeczywiście bardzo miły.  Oczywiście

wszyscy w rodzinie wiedzieli, jakie są naprawdę motywy ślubu, ale osoba obca mogłaby mieć

powaŜne   problemy   z   odróŜnieniem   ich   od   prawdziwej   pary.   To,   Ŝe   nie   zachowywali   się

szczególnie   romantycznie,   mogłoby   być   uznane   za   dowód   ich   powściągliwości.   Mack

zachowywał się nienagannie. 

Zdała sobie nagle sprawę, Ŝe to określenie nie jest właściwe, gdyŜ Mack wcale nie był

chłodny. Był delikatny i doskonale rozumiał jej uczucia i Ŝyczenia. Nie wpatrywał się w nią

jak nieopierzony nastolatek, ale wydawało się, Ŝe uwaŜa ją za osobę interesującą, a nawet

atrakcyjną. I chociaŜ miał pełne prawo robić z siebie bohatera, nigdy nie dał Wendy odczuć,

Ŝ

e powinna być mu wdzięczna za to, Ŝe umoŜliwił jej Ŝycie razem z Rory. 

Nie było najmniejszych wątpliwości, Ŝe Mack to człowiek wyjątkowy. 

Tessa mówiła dalej, nie czekając na odpowiedź:

– Kiedy ty wchodzisz do pokoju, dziecko całe się rozpromienia. Nic dziwnego, Ŝe Mack

jest taki zachwycony. Ja nigdy nie dorastałabym ci do pięt. – Zerknęła na zegarek. – No, juŜ

ostatni butik i musimy się decydować, Ŝeby zdąŜyć jeszcze dobrać buty. Aha, i Ŝebyśmy nie

zapomniały   odebrać   twojego   pierścionka.   Myślę,   Ŝe   jubiler   zdąŜył   juŜ   go   zmniejszyć   i

oczyścić. 

Pierścionek naleŜał tak naprawdę do Elinor. Po kolacji w pierwszy dzień świąt wezwała

background image

Macka i Wendy do salonu i wyjęła swoją zaręczynową i ślubną biŜuterię. Sama z powodu

artretyzmu nie mogła juŜ jej nosić, chciała więc, by Mack ofiarował ją narzeczonej. 

Kiedy Wendy ujrzała połyskujące w dłoniach pani Burgess złoto i brylanty,  próbowała

nieśmiało odmówić. Elinor naciskała jednak:

– Wiem, Ŝe nie są w twoim guście, Wendy, ale moŜesz przecieŜ zmienić ich fason. Myślę

jednak, Ŝe kamienie są ładne i sprawiłoby mi ogromną przyjemność widzieć, Ŝe je nosisz. 

Co   mogła   na  to   powiedzieć?   Tylko   prawdę.   Pierścionki   bardzo   się  jej   podobały   i   nie

miała najmniejszego zamiaru niczego w nich zmieniać. 

Najpierw wstąpiły do jubilera. Kiedy czekały na odbiór biŜuterii, Wendy nie mogła się

powstrzymać, by nie spytać Tessy:

–  Nie  masz  Ŝalu?   Mam  na  myśli  te pierścionki.  W końcu   to  ty  byłaś   pierwszą  panną

młodą i powinny naleŜeć do ciebie. 

–   śal?   AleŜ   skąd.   Nie   chciałabym   ich.   Takie   wielkie   kamienie   na   moich   dłoniach

wyglądałyby  fatalnie i zupełnie nie podoba mi się ich oprawa.  Poza tym  rodowa biŜuteria

powinna naleŜeć do Ŝony najstarszego syna. 

Wendy nie pomyślała o tym. Oczywiście w przyszłości będą naleŜały do Rory, uspokoiła

się.

Oczyszczony i wypolerowany pierścień wyglądał przepięknie. Dopiero zachęcona przez

Tessę   ośmieliła   się   go   przymierzyć.   Pasował   idealnie.   Obrączka   miała   być   gotowa   na

następny dzień, ale nie stanowiło to problemu, gdyŜ ślub miał się odbyć pojutrze. 

Gdy wychodziły od jubilera na dalsze poszukiwania kostiumu, Tessa spytała:

– Czemu tak się wzdragasz przed kupnem białego lub kremowego?

– JuŜ ci mówiłam, w bladych kolorach wyglądam koszmarnie. 

Tessa przyjrzała jej się uwaŜnie. 

–   Wiesz,   Ŝe   wszystko   zaleŜy   od   odcienia.   Ale   skoro   tak   się   upierasz,   kupimy   coś

krwistego i jadowitego. 

Wendy nie spierała się. Była zadowolona, Ŝe Tessa tak łatwo przyjęła jej wyjaśnienie.

Prawdziwą przyczyną nie była bowiem niechęć do pasteli, ale nie miała ochoty nikomu się z

tego zwierzać. 

Panna   młoda   w   bieli   kojarzyła   się   jej   z   romantycznymi   nadziejami   i   marzeniami   o

przepełnionej   miłością   przyszłości.   Białe   suknie,   welony   i   woalki   były   dla   prawdziwych

kochanków nie zaś dla partnerów zawierających układ. 

Gdyby jednak próbowała wyjaśniać to Tessie, zabrzmiałoby jak skarga. Odpowiedziała

więc:

– Świetny pomysł. Poza tym pomyśl, na co by mi był po ślubie beŜowy kostium? Nie

włoŜyłabym go nigdy, idąc gdzieś z Rory, bo zaraz by mi go ubrudziła. 

Tessa zamrugała powiekami. 

– No wiesz, jeśli będziesz się dobrze sprawowała, być moŜe raz do roku Mack weźmie

cię na kolację bez Rory. Daj spokój, Wendy, czy naprawdę ani przez chwilę nie przyszło ci do

głowy, Ŝe gdyby Mack chciał tylko opiekunki do dziecka, po prostu by ją sobie wynajął?

Nagle przerwała i stanęła jak wryta, wskazując na pobliską wystawę. 

background image

– Popatrz, moja droga, oto twój ślubny kostium. 

Tessa miał rację. Kostium był idealny. Bladoniebieski materiał doskonale harmonizował z

pasemkami   we   włosach   Wendy   i   z   jej   kremową   karnacją.   Marynarka   była   nieco   bardziej

obcisła,   a   spódnica   nieco   krótsza   niŜ   to,   co   zwykle   nosiła.   Jednak   kiedy   w   dniu   ślubu

przyglądała  się  sobie  w  lustrze,  musiała  przyznać,   Ŝe  wygląda  po  prostu   świetnie.   W  tym

stroju zupełnie nie odstawała od klanu Burgessów. 

Gdy zapadł zmierzch, Tessa zapukała do jej pokoju. 

– Jest juŜ Mack. Przyniósł ci orchidee. – Mówiąc to, postawiła na parapecie okiennym

dwa spore pudełka. 

Patrząc na nie ze zdziwieniem, Wendy spytała:

– Ile orchidei?

– Trzy. Ach, myślisz o tych pudełkach. Nie panikuj. To ode mnie. Wiem, co sądzisz o

welonach, ale ten jest taki malutki, Ŝe być moŜe się zgodzisz. – Wyjęła z pudelka przepiękny

welonik w odcieniu idealnie dopasowanym do kostiumu. 

– Jest cudowny – powiedziała Wendy. Do pokoju weszła teraz słuŜąca. 

– Wszystko juŜ spakowane, proszę pani. 

– Spakowane? – zdziwiła się Tessa. – To jedziecie w końcu w podróŜ poślubną?

–   Nie   –   odparła   Wendy   krótko,   świadoma,   Ŝe   słuŜąca   nie   oddaliła   się   jeszcze

wystarczająco. 

–   Czy  to   znaczy,   Ŝe  Mack   zabiera   cię  do  tego   swojego   małego   mieszkanka?   ChociaŜ

właściwie   moŜe   być   tam   całkiem   przytulnie.   Czy   nie   cudowne   te   orchidee?   No,   musimy

schodzić na dół. Mack chodzi juŜ pewnie w kółko ze zniecierpliwienia. 

Wendy   nie   sądziła,   by   była   to   prawda   i   nie   pomyliła   się.   Mack   stał   przy   poręczy,

trzymając na rękach  Rory i rozmawiał z pastorem.  Gdy Wendy zeszła, popatrzył  na nią z

uśmiechem i otoczył ramieniem, by dołączyła do rozmowy. Tak bardzo przywykła ostatnio

widywać go w codziennych ubraniach, Ŝe elegancki czarny garnitur zaskoczył ją. 

Wskazując na bukiet orchidei, szepnęła:

– Dziękuję, Mack. Uśmiechnął się tylko. 

Mała   wyciągnęła   ręce   w   kierunku   Wendy,   ale   ku   swemu   wielkiemu   niezadowoleniu

została przechwycona przez Tessę. 

Przez cały czas trwania ceremonii Mack otaczał Wendy ramieniem. W jego dotyku nie

było nic władczego, raczej podtrzymującego i była mu za to wdzięczna. DrŜały jej kolana, a

kiedy przyszedł czas na przysięgi, poczuła takie dławienie w gardle, Ŝe nie była pewna, czy

zdoła wypowiedzieć choćby słowo. 

Głos   Macka   powtarzającego   prastarą   formułę   był   jak   zwykle   głęboki   i   piękny.   Kiedy

przyszła kolej Wendy, Rory zaczęła głośno płakać. Tessa starała się jak mogła, ale stało się

oczywiste, Ŝe nie da sobie rady. 

– Widzicie? – mruknęła Tessa. – Mówiłam wam, Ŝe jestem w tym beznadziejna. 

Wendy spojrzała przez ramię. 

– MoŜe czuje, Ŝe dzieje się coś waŜnego. 

background image

–  Wybieraj,   albo   weźmiesz  ją  na  ręce,   albo  będziecie  się przekrzykiwać   –  powiedział

Mack. 

– MoŜe odesłać ją na górę?

– PrzecieŜ nie chcesz tego, prawda?

– Nie. 

Wzięła   Rory,   która   przywarła   do   niej   na   chwilę,   po   czym,   zupełnie   juŜ   spokojna,

rozejrzała się dokoła triumfującym spojrzeniem. 

Kiedy   powtarzała   przysięgę,   w   jej   głosie   nie   było   juŜ   właściwie   drŜenia,   a   w   sercu

wątpliwości.   Gdy   Mack   wkładał   jej   na   palec   pierścionek   i   obrączkę,   Rory   ochoczo

wyciągnęła dłonie w stronę błyszczących  kamieni. W czasie końcowego  błogosławieństwa

odkryła, jak śmiesznie moŜna podrzucać do góry welon Wendy. Pastor z trudem zachowywał

powagę. ‘

– Oby ta nowa rodzina zawsze była sobie tak bliska jak dzisiaj. Ogłaszam was męŜem i

Ŝ

oną. 

Rory wyraziła swoje niezadowolenie krzykiem. 

– I córką, oczywiście – dodał z uśmiechem. – Będzie to mój pierwszy raz, ale z chęcią

potrzymam dziecko, abyś mógł pocałować Ŝonę. 

– Świetny pomysł – odparł Mack, wyplątując raczki małej z welonu i wręczając dziecko

pastorowi. 

Wendy podniosła głowę, śmiejąc się na widok wyrazu niemego oburzenia w oczach Rory.

Jednak ujrzawszy nad sobą pociemniały nagle wzrok Macka, spowaŜniała. Jedną ręką otoczył

jej ramiona, a drugą uniósł jej brodę. Spodziewała się symbolicznego muśnięcia wargami, a

tymczasem   jego   pocałunek,   choć   delikatny,   okazał   się   jednak   prawdziwy   i   zdecydowany.

Trwał krótko, ale ta ulotna chwilka zdawała się rozciągać w nieskończoność, wypełniając całe

ciało Wendy rozkosznym ciepłem. Mack podniósł głowę i jeszcze przez chwilę trzymał ją w

objęciach, drŜącą i zaskoczoną. 

Ktoś   zaczął   bić   brawo,   co   chętnie   podchwyciła   Rory,   przerywając   napięcie.   Kiedy

pojawił się Parker ze szklaneczkami szampana, wszyscy się śmiali. 

Tessa przytuliła się do Wendy. 

– No, pani Burgess, witamy w bardzo ekskluzywnym klubie!

Kolacja minęła szybko i przyszedł czas ich odjazdu. Jedna z pielęgniarek zniosła Rory na

dół. Kiedy tylko  znalazła się w samochodzie, mała zrobiła się senna. Wendy uświadomiła

sobie, Ŝe jeśli nie znajdą jakiegoś tematu do rozmowy, będzie to jej najdłuŜsza jazda ulicami

Chicago. 

– Ceremonia była bardzo piękna – powiedziała w końcu. – Mimo interwencji Rory. 

– Sadzę, Ŝe wiele osób mogłoby uznać, iŜ mamy bardzo zepsutą córeczkę. 

– Nie moŜna zepsuć dziecka w tym wieku. Jest świadome jedynie własnych potrzeb. 

– Wierzę ci na słowo. 

Starała się obserwować ulice. Jeśli ma się tu zadomowić, musi nauczyć się poruszać po

Chicago sama, bez eskorty Macka. 

Zamiast  wjechać na autostradę zbliŜającą ich do samego  centrum i mieszkania Macka,

background image

mijali   kolejną   willową   ulicę,   po   czym   zatrzymali   się   przed   sporym   domem   w   stylu

angielskim. 

– Witaj w domu – powiedział Mack. 

W domu? Zaskoczona, poczuła, Ŝe drŜy. A więc tak ma wyglądać to partnerstwo? Nawet

nie spytał, czy jej się podoba. 

– Co o tym myślisz?

Wydawał się bardzo z siebie zadowolony, co dodatkowo pogłębiło irytację Wendy. 

– Jest... bardzo ładny – odparła sztywno i otworzyła drzwiczki wozu. 

– O co chodzi?

– O nic. Mówię, Ŝe jest bardzo ładny. Zaczęła wyjmować Rory z tylnego siedzenia. 

– To nie jest dobry początek, Wendy. 

Zimny podmuch wiatru wycisnął z jej oczu łzy. 

– W porządku – powiedziała zapalczywie. – Zapowiadałeś partnerstwo. A moŜe ja nie

chcę takiego wielkiego snobistycznego domu. 

– Wcale go nie masz. 

– Aha, więc jest na twoje nazwisko. Nie zdziwiłeś mnie. 

– NaleŜy do mojego przyjaciela, który musiał wyjechać do Bostonu. Wynająłem go na

sześć   miesięcy,   Ŝebyśmy   mogli   spokojnie   się   rozejrzeć.   Chciałem   uchronić   cię   przed

dodatkowym stresem poszukiwania na gwałt odpowiedniej siedziby. 

Wendy przygryzła wargę i poczuła spływającą po policzku łzę. 

Ton jego głosu złagodniał. 

– Nie spytałem ciebie o zdanie, gdyŜ wydało mi się to idealnym rozwiązaniem na nasze

pierwsze trudne miesiące. Zostawił nam nawet meble. 

– Przepraszam, Mack – wydusiła z siebie. 

Z pęku kluczy wysupłał właściwy, ale zanim pchnął otwarte drzwi, zwrócił się do niej:

– To co, Wendy, zaczynamy jeszcze raz? Skinęła głową. 

– A więc... witaj w domu. Spróbowała się uśmiechnąć. 

– Jest bardzo piękny. 

Mack   przyglądał   się   jej   dłuŜszą   chwilę.   Po   czym,   zanim   zdołała   się   domyślić,   co

zamierza, porwał ją i Rory w ramiona i przeniósł przez próg. Krzyknęła cicho i przywarła do

niego. Roześmiał się i postawił ją na wypolerowanej marmurowej posadzce przedpokoju. 

Wendy   obróciła   się   na   pięcie   i   rozejrzała   dookoła.   W   przedpokoju   było   dwoje

podwójnych  drzwi – jedne wiodły do duŜego salonu, a drugie do długiego holu. Masywne

schody   prowadziły   na   piętro,   a   ogromny   kandelabr   dawał   pomieszczeniu   ciepłe   przytulne

ś

wiatło. 

– Wspaniałe – powiedziała właściwie sama do siebie. – Jak duŜy jest ten dom?

– Sześć sypialni, osiem łazienek i... 

– O BoŜe. 

– W jednej z sypialni Tom zostawił swoje rzeczy, więc jej moŜesz nie liczyć. 

– Co za ulga – mruknęła Wendy. Mack uśmiechnął się. 

–   Zajmijmy   się   tym   co   najwaŜniejsze.   Ulokujmy   Rory.   Przerzucił   płaszcz   przez

background image

balustradę i poprowadził Wendy na górę. 

– Tom nie ma dzieci, więc podczas kolacji Parker przewiózł mebelki małej na miejsce.

Musimy tylko teraz je znaleźć. O, są tutaj. 

Pomógł   jej   zdjąć   płaszcz   i   zgasiwszy   światło,   zaczął   zdejmować   ze   śpiącego   dziecka

kombinezon. 

Rory otworzyła oczy i, zaintrygowana nowym miejscem, próbowała się rozejrzeć. Walka

ze snem zmęczyła ją jednak i jak tylko Wendy ułoŜyła ją w łóŜeczku, zasnęła ponownie. 

Mack okrył ją kocykiem i wyszli z pokoju. Przed kolejnymi drzwiami zatrzymał się. 

–  Pomyślałem  sobie,  Ŝe tu  będzie ci  najlepiej.  Zajrzała  do  środka.  Pokój  wydawał  się

bardzo duŜy, stało w nim ogromne łóŜko i eleganckie biureczko. 

Gdy znaleźli się na dole, Mack powiesił jej płaszcz w szafie i powiedział:

– Parker zaopatrzył nam lodówkę. Masz ochotę na małą przekąskę?

– CzyŜby pani Cardoza przysłała ci ulubione dania?

– Mam taką nadzieję. 

Kiedy szli długim korytarzem, stwierdził:

– Dziwnie znaleźć się w domu Toma, kiedy jego samego tu nie ma. 

– WyobraŜam sobie. Ja czuję się tu jak w eleganckim hotelu, ale ty musiałeś być starym

gościem. 

– Myślę, Ŝe się przyzwyczaimy. Parker polecił mi małŜeństwo, które mogłoby ci pomóc

w prowadzeniu domu. 

Wendy  nie   potrafiła   ukryć   zdziwienia.   Owszem,   do   słuŜby   Burgessów   zdołała   się  juŜ

przyzwyczaić, ale na myśl, Ŝe miałaby posiadać własnych pracowników... 

Mack musiał chyba czytać w jej myślach. 

– Dwoje ludzi, Wendy, a nie tabuny słuŜby, jak nalega matka. Nad garaŜem znajduje się

osobne  mieszkanko,   do   którego   udawaliby   się   wieczorem,   jeśli   nie  byliby   nam   potrzebni.

Nazywają się Morgan i przyjdą tu jutro. Jeśli ci się spodobają, mogliby zacząć od zaraz. 

Przytaknęła z ociąganiem. Było oczywiste, Ŝe sama nie da sobie rady z tym ogromnym

domem i z dzieckiem. 

Kiedy weszli do kuchni, Wendy poczuła nagle, Ŝe wcale nie jest głodna. Zachciało jej się

płakać. 

– Mack, nie mam ochoty na jedzenie, chcę tylko spać. – Nie mogła opanować ziewnięcia.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu... 

–   Oczywiście,   Ŝe  nie.   Muszę  jeszcze  wstawić   samochód,   więc  nie  przestrasz  się,  jeśli

usłyszysz,   Ŝe   odjeŜdŜam.   Przy   okazji,   ten   nasz   drugi   samochód   jest   juŜ   w   garaŜu.   MoŜe

chciałabyś zamienić go na inny?

Wendy potrząsnęła głową. 

– Nie, to ładny wóz. 

Resztkami sił wspięła się na schody i z uczuciem ogromnej ulgi zamknęła za sobą drzwi

sypialni.   Rozejrzała   się   dokoła.   Jej   ubrania   były   juŜ   poukładane   w   szafach   i   szufladach.

Widocznie Parker wysłał tu całkiem sporą ekipę. 

Zdjęła  swój   nowy   niebieski   kostium  i   sięgnęła   po  szlafrok,   który  pani  Parker   dała  jej

background image

pierwszej nocy w domu Burgessów. Nie wiedzieć czemu, poczuła się w nim mniej obco. Oto

jej noc poślubna. Łzy stanęły jej w gardle. Na miłość boską, skarciła siebie, nie ma powodu

ulegać  emocjom.  Była  po prostu zmęczona,  zarówno  fizycznie,  jak  i psychicznie.  I trochę

przestraszona swoją nową rolą. 

Szczotkowała   włosy,   gdy   usłyszała   warkot   silnika.   Odsłoniła   okno   i   ujrzała   Macka

wychodzącego z garaŜu. Spojrzał w górę i Wendy natychmiast opuściła zasłonę. UłoŜyła się

na   satynowych   poduszkach,   Ŝałując,   Ŝe   nie   ma   nic   do   czytania   przed   snem,   gdy   nagle

usłyszała ciche pukanie. 

Drzwi uchyliły się i wszedł Mack. 

– JuŜ się rozlokowałaś?

Czuła,   jak   zasycha   jej   w   ustach.   Po   raz   pierwszy   zaczęła   zastanawiać   się,   czego   tak

naprawdę   Mack   oczekuje   po   tym   małŜeństwie.   Fakt,   Ŝe   nie   pomyślała   o   tym   wcześniej,

sprawił, iŜ poczuła się jak idiotka. Mówiąc o partnerstwie i lojalności, nigdy nie zasugerował

nawet moŜliwości prawdziwej intymnej więzi. A moŜe nie zrozumiała go?

Tessa   wspomniała   kiedyś,   Ŝe   gdyby   potrzebował   niani   do   dziecka,   wynająłby   jakąś.

Tymczasem oŜenił się z Wendy. Ale czego od niej oczekiwał?

Usiadł na brzegu łóŜka. Był bez marynarki i krawata, a długie rękawy jego koszuli były

podwinięte niemal do łokci. 

Dopiero dziś pocałował ją po raz pierwszy. Chyba nie zamierza się z nią teraz kochać?

Ale co to był za pocałunek! Jeszcze teraz zadrŜała na jego wspomnienie. 

Odsunęła się lekko, a on pochylił się do przodu, kładąc rękę na jej poduszce i zbliŜając do

niej swoją twarz. 

– Mack! – zaprotestowała, a on natychmiast się odsunął. Dopiero teraz zauwaŜyła, Ŝe w

jego dłoni leŜy końcówka interkomu Rory. PołoŜyła ją sobie na poduszce, by słyszeć choćby

najcichszy szmer. 

–   Przypomniałem   sobie  o   tym,   kiedy   juŜ   poszłaś   na   górę   –   wyjaśnił.   –   Dziś   ja   będę

czuwał, a ty sobie wypocznij. 

Wendy o mało nie zapadła się pod ziemię ze wstydu. 

– O, dzięki – zdołała wymamrotać, modląc się w duchu, by wyszedł, nim zrobi się jeszcze

bardziej czerwona. 

Wsunął palce w jej włosy i odgarnął je do tyłu. Musnął ustami jej szyję i szepnął:

– Dobranoc, Wendy. 

Kiedy wyszedł, zacisnęła powieki. Oczywiście nie zamierzał zostać. To nie było częścią

ich umowy, więc nawet gdyby chciał, a zresztą na pewno nie chciał... AleŜ się wygłupiła!

Nieco później, juŜ w półśnie, próbowała pytać samą siebie, co by mu powiedziała, gdyby

jednak zapragnął spędzić z nią tę noc? I co by zrobiła?

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Po tygodniu fatalnej pogody nastąpiła, wedle słów meteorologów, poprawa. Wendy była

innego zdania, według niej koszmarny mróz ustąpił po prostu nieprzyjemnemu zimnu. Dobre

i to, pomyślała i zaraz po lunchu wybrała się z Rory na spacer. 

Początkowo miała obawy przed wychodzeniem z małą w taką pogodę, ale pewnego dnia

Mack stwierdził:

–  Nie hodujemy tutaj rośliny  cieplarnianej.  Im  szybciej  przyzwyczai   się do chłodnego

powietrza, tym bardziej odporna będzie w przyszłości. 

Chłód wyraźnie Rory słuŜył. W czasie weekendu Mack wyciągnął je na długi spacer, po

którym, rumiana i szczęśliwa, spała jak nigdy dotąd. 

Wendy  zazdrościła  małej   tego   świetnego   przystosowania.   Ona   sama  nie  mogła   znieść

chicagowskiego   wiatru,   który   zdawał   się   przenikać   całe   jej   ciało,   niezaleŜnie   od   tego,   ile

warstw ubrania miała na sobie. 

Jednak tego dnia było bezwietrznie i wyjrzało słońce. Wracały juŜ do domu, gdy Wendy

przystanęła, by poprawić małej kocyk. Wysiadająca właśnie z samochodu kobieta zaczepiła

ją, pytając:

– Czy to pani wprowadziła się właśnie do domu Toma Exetera?

Wendy przytaknęła. 

– Jestem Wendy Burgess – przedstawiła się, choć wciąŜ niełatwo jej było łączyć swoje

imię z nazwiskiem Macka. 

– Ja nazywam się DeCarlo – powiedziała kobieta. – Czy mogłabym zobaczyć maleństwo?

Wendy   odsłoniła   kocyk.   Rory   zmruŜyła   oczy   w   jaskrawym   słońcu,   po   czym   znowu

przysnęła. 

– Niepodobna do pani – zauwaŜyła kobieta. – Pewnie wygląda jak tatuś. 

„W   pierwszej   chwili   Wendy   zamierzała   powiedzieć,   Ŝe   mała   jest   podobna   do   matki.

Jednak perypetie rodzinne dziecka nie powinny obchodzić sąsiadów. Poza tym nie dalej jak

wczoraj   Mack   powiedział   jej,   Ŝe   biologiczny   ojciec   Rory   zgodził   się   zrzec   praw

rodzicielskich. Oznaczało to, Ŝe procedura adopcyjna powinna przebiegać bez zakłóceń i juŜ

za parę tygodni Rory stanie się ich legalną córką. 

Skinęła   więc   tylko   głową   i   uśmiechnęła   się.   Poza   tym   właściwie   nie   kłamała.   Rory

naprawdę   wyglądała   jak   Mack.   Najwyraźniej   wszyscy   Burgessowie   dziedziczyli   karnację

Samuela i niesamowite oczy Elinor. 

Kiedy dotarła do domu, ze zdziwieniem ujrzała w drzwiach Macka. 

– Nareszcie jesteście, zaczynałem się juŜ niepokoić. 

– Co robisz w domu w środowe popołudnie? – spytała, a jej głos zabrzmiał tak, jakby

miała lekką zadyszkę. Wytłumaczyła sobie, Ŝe widocznie szła szybciej, niŜ sądziła. 

Z uśmiechem zaczaj rozpinać jej płaszcz, jakby była dzieckiem w wieku Rory. 

–   Zmęczyłem   się   papierami.   Oczywiście   wziąłem   sobie   pracę   do   domu,   ale   tu

przynajmniej sceneria jest inna. Pani Morgan teŜ chyba gdzieś wyszła. 

background image

–   Tak,   do   supermarketu.   Pan   Morgan   podrzucił   ją,   a   potem   wziął   mój   samochód   do

warsztatu na zmianę oleju. Czy chciałbyś wiedzieć coś jeszcze?

–   Nie,   i   nie   prosiłem   o   raport.   Po   prostu   dom   wydał   mi   się   opustoszały   i   smutny   –

powiedział rzeczowo. 

W   jego   słowach,   a   juŜ   zwłaszcza   w   sposobie   ich   wypowiedzenia,   nie   było   nic,   co

powinno przyprawiać o drŜenie, uspokajała samą siebie Wendy. Po prostu wrócił popracować

do domu, gdzie nikt nie będzie mu przerywał. 

Do   diabła,   powinna   się   juŜ   do   tego   przyzwyczaić.   Nie   mówił   ani   nie   robił   nic,   co

wykraczałoby poza ich umowę. Nawet nie co dzień całował ją, wychodząc do pracy, a jeśli

juŜ,   to   były   to   zaledwie  delikatne  muśnięcia   w  policzek.   I  mimo   Ŝe  niemal   kaŜdego   dnia

przychodził   wieczorem   do   jej   pokoju,   to   zawsze   miał   ku   temu   jakiś   powód   i   nigdy   nie

zostawał długo. Ostatnio postanowiła nawet nie kłaść się do łóŜka przed tymi wizytami. 

Na całe szczęście chyba nie zdawał sobie sprawy, Ŝe nawet najlŜejszy jego dotyk działa

na   nią,   jak   poraŜenie   prądem.   Nie   chciała,   Ŝeby   o   tym   wiedział.   Po   prostu   potrzebowała

trochę więcej czasu, by przyzwyczaić się do tej nowej sytuacji. Tymczasem powinna udawać

swobodną i wesołą. 

– Powiem pani Morgan, Ŝe tęskniłeś za nią. 

– Oczywiście, Ŝe tak. Nie jadłem lunchu. 

– Ja teŜ nie, ale sądzę, Ŝe uda mi się coś wykombinować. Mack wyjął  Rory z wózka.

Dziewczynka przytuliła się do jego ramienia i ziewnęła szeroko. Spojrzał na nią i powiedział:

–   To   miało   chyba   znaczyć,   Ŝe   czas   na   drzemkę,   tak,   brzdącu?   Wendy   przytaknęła   i

dotknęła policzka małej. 

–   Odpocznij   sobie,   kochanie.   I   nie   zapomnij   powiedzieć   tatusiowi   o   swoim   nowym

ząbku. 

Mack wsunął palec do buzi małej. 

– Mamy nowy ząbek? Ałć! Wendy stłumiła śmiech. 

Zanim wrócił na dół, nakryła do kuchennego stołu i zagrzała przygotowaną przez panią

Morgan zupę jarzynową. Postawiła takŜe tacę z chrupiącym ciemnym chlebem i serami. 

– Dosyć skromnie – powiedziała przepraszająco. Mack podał jej krzesło. 

– Ale duŜo lepiej niŜ przeciętnie. 

Wendy przekroiła chleb i podała mu pierwszą kromkę. Smarując ją masłem, powiedział:

– W przyszłym tygodniu muszę wyjechać z miasta. Ręka Wendy zatrzymała się w pół

ruchu. 

– Och – wyrwało się jej spontanicznie. 

Zanim   przypomniała   sobie   o   samokontroli,   patrzył   juŜ   na   nią   z   wyraźnym

zainteresowaniem. 

– Będziemy za tobą tęsknić – powiedziała lekko i dokończyła krojenie chleba. 

Była to prawda – obu będzie im go brakowało. Rory nie reagowała na Macka tak silnie

jak   na   Wendy,   ale   miała   pewien   specjalny   uśmiech   zarezerwowany   wyłącznie   dla   niego.

AngaŜował się w codzienną opiekę nad dzieckiem w duŜo większym stopniu, niŜ mogłaby

tego oczekiwać. Co najmniej w połowie przypadków to Mack wstawał do niej, gdy wesoła i

background image

rześka witała o świcie nowy dzień. 

Wendy zdawała sobie sprawę, Ŝe to nie jego pomocy będzie jej brakowało, ale właśnie

takich chwil  jak ta. Czegoś tu nie rozumiała, ale postanowiła na razie o tym  nie myśleć i

zamiast tego spytała szybko:

– Jak długo cię nie będzie?

– Tylko parę dni. A moŜe pojedziesz ze mną? To znowu Phoenix. 

Myśl o wizycie w domu napełniła ją uczuciem prawdziwego szczęścia. Niemal poczuła

juŜ na sobie ciepłe promienie południowego słońca, z radością pomyślała o widoku palm i

kaktusów. 

Mack odkroił kromkę chleba i dodał:

– Na pewno chciałabyś osobiście zlikwidować swoje mieszkanie. 

Dotąd nie zdąŜyła się nawet nad tym zastanowić. Mieszkanie stało puste od kilku tygodni,

gdy   zostawiła   je   w   przekonaniu,   Ŝe   za   parę   dni   wróci.   Trzeba   spakować   resztę   ubrań,

posegregować   rzeczy,   pozbyć   się   mebli   i   zorganizować   transport   Propozycja   Macka   była

rozsądna.   Nie   było   sensu   utrzymywać   mieszkania,   więc   równie   dobrze   mogłaby   z   nim

pojechać   i   zamknąć   miniony   rozdział   swego   Ŝycia.   Rozmiar   czekających   ją   prac   był

przygnębiający, ale musiała je wykonać. 

Nie,   to   nieprawda.   To   nie   z   powodu   czekającej   ją   pracy   stała   się   nagle   smutna   i

poirytowana.  Chodziło   jej   o  to,   Ŝe  Mack   zaproponował   wspólny  wyjazd   tylko   dlatego,   Ŝe

naleŜało zlikwidować mieszkanie. Przez chwilę myślała, Ŝe chciał ją zabrać jedynie z powodu

niej samej... 

To   nie   pomysł   powrotu   do   domu   tak   ją   ucieszył,   ale   perspektywa   wspólnej   z   nim

podróŜy. 

Albowiem odnalazła juŜ swój dom. I tak długo, jak długo Mack będzie przy niej, nie musi

szukać innego. 

Ś

wiadomość tego odkrycia spadła na nią jak potęŜny cios. Przekonywała samą siebie, Ŝe

chodzi wyłącznie o dobro dziecka, a tymczasem Rory była tylko wygodnym pretekstem dla

realizacji własnego, skrywanego przed sobą, pragnienia. Marzyła o małŜeństwie z Maćkiem.

Poślubiła go dla dobra Rory, ale kochała dla niego samego. 

Doznania,   które   towarzyszyły   kaŜdemu   jego   dotykowi,   nie   miały   nic   wspólnego   z

poczuciem obcości czy zmieszaniem, oznaczały one fascynację i poŜądanie. I nie zanosiło się

na poprawę, bo za kaŜdym razem pragnęła go coraz bardziej. 

Kiedy to się stało? Oczywiście pierwotna niechęć nie trwała długo. Dosyć szybko zastąpił

ją podziw dla sposobu, w jaki udało mu się zdobyć  uczucie Rory.  Kiedy jednak szacunek

przekształcił   się   w   zachwyt,   a   potem   miłość?   I   w   jaki   sposób   udawało   jej   się   tak   długo

oszukiwać samą siebie? Mack przerwał te rozmyślania. 

– Obawiam się, Ŝe niektóre wieczory mogę mieć zajęte słuŜbowymi kolacjami. 

Z trudem przeniosła na niego swą uwagę. 

– Oczywiście. 

–   Jeśli   nie   będziesz   chciała   w   nich   uczestniczyć,   doskonale   to   zrozumiem.   Mówiąc

prawdę, gdybym tylko mógł, sam chętnie bym ich unikał. 

background image

Wendy chciała uczestniczyć we wszystkim, w czym uczestniczy Mack. Nie mogła jednak

tego powiedzieć. A on podsuwał jej gotowy pretekst, jakby chciał, by z niego skorzystała.

Bezbarwnym głosem odpowiedziała:

– Będę miała dostatecznie duŜo zajęć. 

–   Na   pewno.   Rozmawiałem   juŜ   z   pielęgniarkami   matki   i   z   zachwytem   przyjęły

propozycję   zajęcia   się   przez   ten   czas   Rory.   Chyba   Ŝe   wolisz   zostawić   ją   tutaj,   a   wtedy

wystarczy tylko wynająć kogoś do pomocy pani Morgan. 

– To znaczy, Ŝe nie bierzemy jej ze sobą?

– Mówiąc szczerze, myśl o lataniu z nią, nim ukończy lat osiemnaście, nie napawa mnie

zachwytem. Poza tym nie dasz rady pozałatwiać swoich spraw, jednocześnie się nią zajmując.

Miał rację. 

– Porozmawiam z panią Morgan. 

–   Spytaj   ją,   czy  mogłaby  równieŜ   zostać  na  sobotni  wieczór.   Jest  otwarcie  galerii,   na

którym   powinniśmy   się   pokazać.   Opuściliśmy   parę   imprez   noworocznych   i   zewsząd

dokuczają mi, Ŝe ukrywam moją Ŝonę przed światem. – W jego oczach pojawiły się wesołe

ogniki, zapraszające do wspólnego śmiechu. – Tłumaczę im, Ŝe jestem zbyt zazdrosny. 

Udało   jej   się   roześmiać,   ale   był   to   gorzki   śmiech.   Skończyła   zupę   i   szybko   wstała,

odwracając się od niego. 

– Kawy? – spytała. 

– Świetny pomysł. 

Kiedy   napełniała   dzbanek   wodą,   Mack   bezszelestnie   podszedł   do   niej   i   stanął   z   tyłu.

Odwróciwszy się, wpadła na niego i trochę wody wylało się na podłogę. 

– Przepraszam – powiedział swobodnie – nie chciałem robić zamieszania. 

Jego   głos   zdawał   się   wibrować   w   całym   ciele   Wendy.   Niezdolna   do   wykonania

najmniejszego ruchu, patrzyła tylko na niego, jakby zaczarowana ciepłem jego rąk i oddechu,

muskającego włosy na jej skroniach. 

–   Wykorzystamy   tę   okazję   najlepiej   jak   się   da   –   ciągnął   miękko.   –   MoŜe   znajdziesz

trochę czasu, by oprowadzić mnie po mieście. 

MoŜe naprawdę zaleŜało mu na jej obecności. Jeśli tak... 

ZauwaŜyła, Ŝe przygląda się jej ustom i gwałtownie uciekła wzrokiem, próbując wyjść z

dziwnego odrętwienia. Ale po chwili zrozumiała, Ŝe nie potrafi uciec, i ich spojrzenia znów

się spotkały. 

– Bardzo bym chciała. 

– Naprawdę, Wendy?

Dotyk   jego   ust   był   tak   delikatny   jak   pieszczota   wiosennego   wietrzyku.   Przez   chwilę

zawahała się. Powinna się odsunąć, ale nie chciała. Czy pozwolić mu na pocałunek, jakiego

sama pragnęła? A jeśli Mack zorientuje się w jej uczuciach? Jeśli odkryje sekret, który do

niedawna skrywała nawet przed sobą? Nie, to zbyt niebezpieczne. 

Zanim   jednak   zdołała   rozwaŜyć   wszystkie   moŜliwe   implikacje,   jej   ciało,

zniecierpliwione,   samo   odpowiedziało   na   te   pytania.   Rozchyliła   usta.   Mack   przysunął   się

nieco bliŜej i otoczył ramieniem jej talię. 

background image

Ś

wiat zdawał się wirować i Wendy poczuła, Ŝe traci nad sobą kontrolę. Zamknęła oczy.

Cudownie było być tak blisko niego i marzyć, Ŝe on czuje to samo. 

Podniosła rękę, by objąć go za szyję i przyciągnąć jeszcze bliŜej. Zapomniała jednak o

dzbanku. Zimna woda chlusnęła na piersi Macka, zmoczyła jego jedwabny krawat, koszulę i

sweter. 

Wendy otworzyła szeroko oczy z przeraŜenia. Mack jęknął cicho i odsunął się od niej.

Sięgnęła po ręcznik i zarzuciła mu go na ramię. 

W tej samej chwili od strony drzwi kuchennych dobiegł głos gospodyni:

– Przepraszam, Ŝe przeszkadzam, ale czy mam zaczekać z zakupami na zewnątrz?

Mack potrząsnął głową i zaśmiał się gorzko. 

– Nie, kuchnia naleŜy do pani, pani Morgan. Po czym wyszedł. 

W   pierwszym   odruchu   Wendy   chciała   go   dogonić,   ale   usłyszawszy,   jak   wbiega   po

schodach, zrozumiała, Ŝe poszedł się przebrać. Przeprosi go innym razem. 

Odwróciła się do pani Morgan i poprosiła ją o opiekę nad dzieckiem w sobotni wieczór.

Miała wraŜenie, Ŝe pani Morgan dziwnie się jej przygląda. NiezraŜona, ciągnęła dalej:

– A w przyszłym  tygodniu  ja i pan Burgess  wyjedziemy na kilka dni. Nie weźmiemy

małej, ale jeśli nie czuje się pani na siłach, by się nią zająć, moŜemy zostawić ją z... Czy coś

jest nie tak, pani Morgan?

– AleŜ skąd. Zajmę się nią. 

– Dziękuję. 

Dziwny wyraz nie opuszczał twarzy gospodyni. Wendy uznała, Ŝe to następstwo szoku.

Pani   Morgan   z   pewnością   nie   była   przyzwyczajona   do   widoku   całujących   się   w   kuchni

pracodawców. Wendy zadrŜała, czując, jak mokry sweter nieprzyjemnie przylega do jej ciała.

Wychodząc, powiedziała:

– Będę u siebie w pokoju. 

– Pani Burgess – odezwała się gospodyni niepewnie. Wendy odwróciła się. 

– Tak?

–   Czy   pani   zamierza   zrobić   kawę,   czy   teŜ   jest   pani   po   prostu   przywiązana   do   tego

dzbanka?

Dopiero   teraz   spostrzegła,   Ŝe   cały   czas   ściska   w   ręku   pusty   dzbanek.   Z   dumnie

podniesioną głową przeszła przez kuchnię i postawiła go na miejscu. Jej godność zostałaby z

pewnością ocalona, gdyby mijając się z panią Morgan, nie spojrzała prosto w jej roześmiane

oczy.  Wybuchnęła histerycznym  śmiechem. Jak to dobrze, Ŝe gospodyni  przerwała całą tę

scenę, zanim nie wygłupiła się jeszcze bardziej. Nie dość, Ŝe rzuciła się Maćkowi na szyję, to

jeszcze tak zupełnie straciła kontrolę, iŜ zapomniała o wodzie! Nic dziwnego, Ŝe uciekł przy

pierwszej nadarzającej się okazji. 

Jej śmiech coraz wyraźniej przeradzał się w rozpacz i kiedy tylko znalazła się w swoim

pokoju, rzuciła się na łóŜko i rozpłakała. 

CzyŜby była aŜ tak głupia, Ŝe dotąd nie rozumiała, co się w niej dzieje? Zaczęła wątpić,

czy naprawdę była tą niewinną dziewczyną, tak bardzo skupioną na dziecku, Ŝe inne sprawy

nie miały dla niej znaczenia. A moŜe przez cały czas podświadomie dąŜyła do małŜeństwa z

background image

Maćkiem?

Kiedy   tamtego   wieczora   oświadczył,   Ŝe   nie   zamierza   wychowywać   Rory   sam,

postanowiła nie proponować swoich wizyt Wtedy sądziła, Ŝe robi tak dla dobra dziecka, ale

czy prawdziwa przyczyna nie leŜała gdzie indziej? MoŜe czuła, Ŝe przyjeŜdŜając do Chicago

w odwiedziny, nie zniesie widoku Macka na łonie nowej rodziny?

Teraz rozumiała juŜ takŜe swoje rozŜalenie w noc poślubną, gdy Mack przyszedł do jej

sypialni. To prawda, była zaskoczona jego wizytą, ale była takŜe zadowolona. I chciała, by

został, by pragnął jej tak, jak ona podświadomie pragnęła jego. Kiedy wyszedł, poczuła się

dotknięta. 

Poprosił   ją   o   lojalność.   Sam   przysiągł,   Ŝe   jego   zobowiązanie   wobec   Rory   ma

pierwszeństwo przed wszystkimi innymi, a Wendy zapewniła go, Ŝe myśli tak samo. 

Ale to nie była prawda. Uwielbiana Rory nie była juŜ najwaŜniejszym celem Ŝycia. Jej

miejsce zajął Mack. NiepostrzeŜenie wślizgnął się do jej serca, a teraz nie było juŜ odwrotu. 

Podświadomie uŜyła zatem dziecka, by dostać to, czego pragnęła – Macka. Mimo Ŝe jej

działania w Ŝaden sposób nie szkodziły małej, poczuła się winna. 

Teraz miała wszystko, na czym jej zaleŜało. Miała Rory. Choćby tylko na papierze, to

jednak  była  Ŝoną Macka  i miała  jego  gwarancję,  Ŝe w  dającej  się przewidzieć  przyszłości

będzie nią nadal. Na razie będzie musiała się tym zadowolić. 

A w przyszłości jeszcze wszystko moŜe się zdarzyć. Mack, nim został oblany, wyraźnie

delektował się tym pocałunkiem. Nie był oziębły i chyba nie uwaŜał jej za mało atrakcyjną. Z

czasem, gdy lepiej się poznają, przyjdzie czas na przyjaźń i przywiązanie. 

Wiedziała, Ŝe na więcej nie moŜe chyba liczyć,  ale nie zapominała teŜ, jak zdradliwie

miłość zakradła się do jej własnego serca. MoŜe to samo stanie się z Maćkiem? Jeśli będzie

się bardzo starała... 

Było   to   najtrudniejsze   zadanie   w   dotychczasowym   Ŝyciu   Wendy.   Najprościej   byłoby

zdobyć Macka czułymi gestami – była to jej naturalna reakcja na ludzi, o których dbała. Cały

czas musiała jednak przypominać sobie, Ŝe przecieŜ on wcale nie musi być tym zachwycony.

Dlatego tak starannie obmyślała kaŜdy krok. 

W piątek nieoczekiwaną wizytę złoŜyła jej Tessa. 

– Nigdy, ale to nigdy nie zdarza mi się do nikogo przychodzić bez zapowiedzi – zaczęła. 

– Oczywiście – zgodziła się Wendy. Tessa wybuchnęła śmiechem. 

– No dobrze, tym razem tak zrobiłam. Mam jednak pewne pomysły na ciuszki dla dzieci i

mam   nadzieję,   Ŝe   zechcesz   na   nie   popatrzeć.   A   gdyby   pani   Morgan   poczęstowała   mnie

filiŜanką herbaty, byłabym jej dozgonnie wdzięczna. 

– Sprząta teraz na górze i nie ośmielę się jej przerywać. Poprowadziła gościa do kuchni i

połoŜyła Rory na kocyku. 

Tessa połoŜyła na blacie swoje projekty. 

– To tylko takie wstępne przymiarki, sama rozumiesz. Wendy wstawiła wodę i popatrzyła

Tessie przez ramię. 

Rysunki były na pewno robione w pośpiechu, ale oddawały styl Tessy. 

background image

Potrząsnęła głową. 

– Jak na sukienkę wyjściową jest to zbyt  banalne, a na codzienną musiałoby być  zbyt

drogie. – Widząc wyraz twarzy Tessy, poŜałowała, Ŝe nie była bardziej dyplomatyczna. – To

znaczy... 

– Nie, zaleŜy mi na twojej pierwszej reakcji. 

Wendy przygotowywała herbatę w milczeniu. Zastanawiała się, jak załagodzić sytuację.

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, był rodzinny konflikt, zwłaszcza z Tessą, która była dla

niej taka miła. 

– Przepraszam, ale to zboczenie zawodowe. Jak pokazujesz nam, ludziom z marketingu,

nowy   produkt,   natychmiast   zaczynamy   odgrywać   rolę   adwokatów   diabła   i   wytykać

niedociągnięcia. 

Tessa popatrzyła na nią znad filiŜanki i odparła:

– Masz szczęście, Ŝe cię lubię, Wendy. 

– Przepraszam, Ŝe byłam taka nietaktowna. 

– Ach, to nie o to chodzi. Jestem profesjonalistką. Gdybym nie umiała przyjąć uczciwej

krytyki swoich projektów, odeszłabym z branŜy. Tak naprawdę chodzi o Elinor. 

– Jak to? – spytała zaskoczona Wendy. 

–   Dostała   bzika   na   twoim   punkcie,   chyba   zdajesz   sobie   z   tego   sprawę.   Nie   dalej   jak

wczoraj   mówiła   mi,   jaka   jesteś   cudowna   i   jak   szczęśliwy   jest   Mack,   i   Ŝe   od   początku

wiedziała,   iŜ   wszystko   się   dobrze   ułoŜy.   Mogłoby   to   załamać   niejedną   synową,   ale   na

szczęście  moja  samoocena  jest   wystarczająco  wysoka.   –  Przerwała,   wskazując  na  Rory.   –

Mała zaczyna raczkować do tyłu. 

Wendy przesunęła Rory z podłogi z powrotem na kocyk. 

– To jeszcze nie jest tak naprawdę raczkowanie, tylko takie wstępne przymiarki. – Raz

jeszcze rzuciła okiem na projekty Tessy. – Wiesz, jak ja bym je sprzedawała?

– Sądziłam, Ŝe ci się nie podobają. 

– Tego nie powiedziałam. No więc ja reklamowałabym to jako wykroje. Klientka wysyła

pieniądze  i   dostaje   paczkę   z  gotowymi   wykrojami,   które   następnie   tylko   zszywa.   Gdybyś

produkowała   je,   musiałabyś   narzucić   zbyt   wysoką   cenę.   Na   wieszaku   nie   wyglądałyby

wystarczająco odświętnie. Ale jeśli matka uszyje je sama... 

–   Będzie   zadowolona,   Ŝe   poradziła   sobie   z   takim   skomplikowanym   projektem   –

dokończyła za nią Tessa. – Coś w tym jest. Kto wie, czy nie zaproszę cię do współpracy. 

Rozbawiona, opowiadała o tym Maćkowi przy kolacji, ale on najwyraźniej nie widział w

tym   nic   śmiesznego.   Kiedy   Wendy   przedstawiała   mu   swoje   pomysły   dotyczące   kampanii

reklamowej kolekcji Tessy, zmarszczył brwi, jakby się czymś martwił. 

– Tęsknisz za tym, prawda?

– Za marketingiem? – Spojrzała na resztki jedzenia na talerzu. Problem Tessy tak bardzo

ją   wciągnął,   Ŝe   nawet   nie   zauwaŜyła,   kiedy   zjadła   kolację.   –   No   cóŜ,   to   fascynujące.

Oczywiście ubrania nie są moją specjalnością. 

– A co nią jest?

–   NiewaŜne.   W   kaŜdym   razie,   Ŝeby   pomóc   Tessie,   musiałabym   jeszcze   sporo   się

background image

poduczyć. 

Tak naprawdę, w innych okolicznościach, chętnie włączyłaby się w kampanię reklamową

Tessy.   Ale   teraz   miała   waŜniejsze   sprawy   na   głowie.   Kiedy   Rory   podrośnie,   nadarzą   się

pewnie inne okazje. Tessa wyskoczy z niejednym  jeszcze pomysłem, a być  moŜe równieŜ

realizacja   jej   obecnych   planów   potrwa   tak   długo,   Ŝe   Wendy   zdąŜy   się   w   nie   włączyć.

Spróbowała więc nadać swemu głosowi beztroski ton:

– Gdybym  nie była teraz tak zajęta przy dziecku, przyznaję, Ŝe chętnie bym się zajęła

kolekcjami Tessy.  Aha,  wygląda  na to, Ŝe mała zacznie wkrótce raczkować,   więc  uwaŜaj,

gdzie ją kładziesz. 

Mack skinął głową, t – Wezmę to pod uwagę. 

– A poza tym, kiedy gaworzyła sobie po południu, zdawało mi się, Ŝe usłyszałam tam coś

w rodzaju słowa tata. CzyŜ nie jest to najlepszy dowód wdzięczności? – Wendy pozbierała

talerze ze stołu. – Gdzie chcesz deser i kawę? Tutaj czy w bibliotece?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Otwarcie galerii w sobotni wieczór było imprezą pełną przepychu, biŜuteria połyskiwała

na tle drogich futer, a szampan lał się strumieniami. 

Dzięki   Bogu,   Ŝe   Tessa   zawczasu   spytała   ją,   co   zamierza   na   siebie   włoŜyć,   po   czym

zmusiła   do   kolejnej   wyprawy   po   sklepach.   Przynajmniej   była   odpowiednio   ubrana   i

wyglądała,   jakby   naleŜała   do   tego   towarzystwa.   Nie   była   obwieszona   biŜuterią,   ale

brylantowy  pierścionek  Elinor mógłby  śmiało  konkurować  z  kaŜdą  z błyszczących  dokoła

ozdób.   A   jednak   nie   czuła   się   najlepiej.   Otaczające   ją   artystyczne   towarzystwo   było   jej

zupełnie   obce.   Niechcący   podsłuchała   uwagi   stojącej   obok   pary   i   nie  mogła   uwierzyć,   Ŝe

mówią o tych samych bohomazach, które ona takŜe ogląda. 

–   Ujarzmiona   namiętność...   niewiarygodna   kontrola...   mistrzowska   wizja...   –   Słowa  te

wypowiadane były z najwyŜszym szacunkiem. Dla Wendy była to farba powyciskana z tubek

wprost na płótno, bez najmniejszej myśli ani planu. 

Westchnąwszy, stwierdziła, Ŝe będzie chyba musiała zapisać się na kurs dla koneserów

sztuki. 

W dodatku nikogo tu nie znała oprócz męŜa. Nie wszystko naraz, uspokoiła samą siebie.

Lada   chwila  dołączy  do   niej   Macic,   unieruchomiony   teraz   w  ogromnej   kolejce  do   szatni.

Wtedy poczuje się duŜo lepiej. 

Nagle   dostrzegła   jedną   znajomą   twarz.   O   parę   kroków   dalej   stała   kobieta,   która

zatrzymała   ją  w   zeszłym   tygodniu   na  ulicy   i   podziwiała   małą.   Przedstawiła   się  jako   pani

DeCarlo. Stała z inną, młodszą kobietą i popijając szampana, przyglądały się Wendy. 

Uśmiechnęła się nieśmiało, nie wiedząc, czy zostanie rozpoznana. W nowej sukni mało

przypominała ubraną w dŜinsy dziewczynę z dzieckiem. 

Kobieta powiedziała coś do swej towarzyszki i przecisnęła się w stronę Wendy. 

– Dobry wieczór, pani Burgess. Pozwoli pani, Ŝe przedstawię panią mojej przyjaciółce,

Yvette Abbott. 

– A więc pamięta mnie pani – powiedziała Wendy. 

– Oczywiście. Trudno panią zapomnieć. 

Uśmiech Wendy stał się jakby sztywniejszy. W przyjaznych skądinąd słowach czaiła się

jakaś zimna nuta. Było to dla niej zupełnie niezrozumiałe, ale wzmogła czujność. 

Druga kobieta zaśmiała się lekko. 

– Słyszałam, Ŝe ma pani cudowne dziecko, pani Burgess. 

W jednej chwili Wendy zrozumiała, dlaczego jest atakowana. JuŜ raz słyszała ten głos –

nagrany   na   automatyczną   sekretarkę   Macka.   Pretensjonalny   i   przesłodzony   ton   nie  budził

najmniejszych wątpliwości. 

– Dziwię się, Ŝe zostawiła je pani dla kiepskiego przyjęcia. Z pewnością czułaby się pani

lepiej w domu niŜ tutaj. 

Nie było sensu stać tak dalej i wysłuchiwać złośliwości. 

– Jeśli mi panie wybaczą... 

background image

– Och, doprawdy... Nie moŜe pani odseparować Macka od przyjaciół, tylko dlatego, Ŝe

nie do końca wierzą w pani zgrabną historyjkę. Niedługo nie mielibyście do kogo otworzyć

ust. – Pani DeCarlo wpatrywała się w tańczące w kieliszku bąbelki. – Wie pani, ludzie nie

mogą się nadziwić, jak to się wygodnie złoŜyło, Ŝe Marissa nie moŜe juŜ stanąć w obronie

swej reputacji. 

– Nie wiem, o czym pani mówi – powiedziała Wendy, czując, Ŝe robi się jej niedobrze. 

Pani DeCarlo parsknęła śmiechem. 

– Oświadczenie, Ŝe to dziecko Marissy było bardzo wielkoduszne ze strony Elinor... to

znakomite wytłumaczenie podobieństwa małej do Macka. Powiedzmy sobie szczerze: nikomu

juŜ nie zaleŜy na reputacji Marissy. 

Młodsza kobieta dodała:

– Gdybym wiedziała, Ŝe aby złapać Macka wystarczy urodzić mu bobasa i poinformować

o tym jego matkę... – Przerwała. – ChociaŜ uwaŜam, Ŝe wrabianie męŜczyzny w nie chciane

dziecko to tani chwyt W tym momencie u boku Wendy pojawił się Mack. 

– Znalezienie cię zabrało mi trochę czasu. Oto twój szampan, kochanie. 

Wcisnął jej do ręki wąską szklaneczkę i musnął wargami jej policzek. 

Wendy   z   zainteresowaniem   obserwowała,   jak   Yvette   Abbott   robi   się   kompletnie

czerwona. 

–  Cześć,  Yvette  –  powiedział   swobodnie  Mack.   –  Witam  panią,   pani  DeCarlo.   Jak  to

miło, Ŝe zajmujecie się Wendy. 

Yvette rozluźniła się nieco. 

–   Jak   to   miło   poznać   twoją   Ŝonę,   Mack.   Powiedz,   Wendy,   kiedy   zamierzasz   zacząć

przyjmować   przyjaciół   i   klientów   Macka?   Wiesz,   Ŝe   na   jego   stanowisku   nie   wypada   juŜ

dłuŜej ich zaniedbywać. 

Wendy z podziwem pomyślała o zimnej krwi Yvette. 

– Będzie ich przyjmowała, kiedy będzie gotowa – odpowiedział Mack. – Na razie jest

bardzo zajęta przy dziecku. I skoro juŜ jesteśmy przy tym  temacie, Yvette,  chciałbym  coś

zaznaczyć.   OtóŜ   wrabianie   mnie   w   nie   chciane   dziecko   trudno   nazwać   tanim   chwytem.

ZwaŜywszy   na   to,   ile   zainwestujemy   w   Rory   do   czasu   ukończenia   przez   nią   studiów,

nazwałbym  to raczej  bardzo drogim  zabiegiem.  Ale poniewaŜ to nie był  Ŝaden  chwyt  i w

dodatku nie jest to dziecko nie chciane, przyznasz, Ŝe nie ma to Ŝadnego znaczenia, prawda? –

Z   rozbrajającym   uśmiechem   wsunął   rękę   pod   ramię   Wendy.   –   Chciałbym   poznać   twoje

zdanie o jednym z obrazów. Jeśli nam panie wybaczą... 

– Dzięki za ratunek – powiedziała Wendy cicho i Mack, z trudem słysząc ją w hałaśliwej

sali, pochylił się tak blisko, Ŝe czuła na sobie jego oddech. – Wiesz, co one mówiły?

– Oczywiście. śałuję, Ŝe musiałaś tego wysłuchać. 

– Nie przejmujesz się tym? Mack westchnął. 

– Staram się nadać temu odpowiednie proporcje. Ludzie, którzy naprawdę coś dla mnie

znaczą,   znają   prawdę.   Kiedyś   poznają   równieŜ   Rory.   A   reszta,   cokolwiek   by   im   nie

powiedzieć,   i   tak   będzie   snuła   najdziwniejsze   domysły.   Tak   czy   inaczej,   zamierzamy

wychować Rory jak naszą córkę. Co nam w końcu przeszkadza, Ŝe parę małodusznych osób

background image

uwaŜa ją za nasze prawdziwe dziecko?

Wiedziała, Ŝe miał rację, ale nadal czuła się niedobrze. Nigdy dotąd nie przejmowała się

plotkami, ale te wyraźnie ją zabolały. Długo zastanawiała się, dlaczego. W końcu przyznała

sama przed sobą, Ŝe wszystko byłoby w porządku, gdyby byli kochającym się małŜeństwem.

Gdyby Maćkowi naprawdę na niej zaleŜało, wszelkie pomówienia traktowałaby jako nic nie

znaczącą błahostkę. Miłość Macka wynagrodziłaby jej spekulacje sąsiadów i znajomych. 

Ale być Ŝoną tylko na papierze, a do tego jeszcze mieć opinię niemoralnej oszustki, było

zbyt wielkim cięŜarem. 

– Co o tym sądzisz? – spytał Mack, wskazując na obraz. Tym razem było to rozłoŜone

wprost   na   podłodze  płótno,   w  całości   pokryte   czarną   farbą.   Nie   było   nawet   oprawione   w

ramę. 

– No, jest raczej niezwykłe. 

– Chcę znać twoją szczerą opinię. 

– W porządku. MoŜesz uznać mnie za kretynkę, ale dla mnie wygląda to jak wstępny etap

prac nad przyklejaniem wykładziny podłogowej. 

Mack   zakrztusił   się.   Wendy   poczuła   się  jak   głupiec,   ale  juŜ   po   chwili   zrozumiała,   Ŝe

ś

miech Macka jest szczery i zaraźliwy. Nie śmiał się z niej, ale z jej dowcipu. 

Przypomniała sobie wcześniej zasłyszane uwagi znawców. 

– To znaczy, Ŝe ty teŜ nie widzisz w tym niewiarygodnej samokontroli? Mistrzowskiej

wizji? Ani ujarzmionej namiętności?

– Jedyne uczucie, jakie budzi we mnie ten obraz, to litość wobec ewentualnego nabywcy.

Nie świadczy to o mnie najlepiej, prawda? – Rozejrzał się dookoła. – Myślę, Ŝe zostaliśmy

juŜ zauwaŜeni przez wystarczającą liczbę ludzi. Chodźmy do domu. 

Tej   nocy   Wendy   wyjątkowo   długo   rozczesywała   włosy,   z   nadzieją   oczekując   wizyty

Macka.   Nie przyszedł   jednak.   Nie  pojawiał  się w  jej  sypialni  od  czasu,  gdy   pani  Morgan

zastała   ich   w   kuchni   i   kiedy   powiedział,   Ŝe   postarają   się   jak   najpełniej   wykorzystać

nadarzającą się okazję. Mówił to w kontekście podróŜy do Phoenix, ale Wendy wiedziała, Ŝe

chciał powiedzieć o wiele więcej. Myślał o całym ich małŜeństwie, ale to zrozumiała dopiero

dzisiaj.   Po   spotkaniu   z   panią   DeCarlo   i   Yvette,   słowa   te   nabrały   nagle   całkiem   innego

znaczenia. 

Wedle słów pani DeCarlo, architektem całego tego pomysłu była Elinor Burgess, która

wpadła   na   przebiegły   pomysł   ogłoszenia   Rory   dzieckiem   Marissy.   Kobieta   myliła   się

oczywiście, ale czy nie było moŜliwe, Ŝe u podstaw tego oskarŜenia kryje się ziarnko prawdy?

MoŜe Elinor nie tylko zaakceptowała małŜeńskie plany Macka, ale wręcz była ich autorką?

PrzecieŜ wtedy w Wigilię, usłyszawszy tak niewiele,  od razu domyśliła się,  o co chodzi i

pospieszyła z błogosławieństwem. 

To niemoŜliwe, uspokajała Wendy samą siebie. Nikt nie jest w stanie zmusić Macka do

niczego. 

MoŜe  jednak   nie  było   to   zmuszanie  wprost.   Sama   najlepiej   wiedziała,   jak   trudno   jest

odmówić  prośbom   Elinor.   Pamiętała,   jak   próbowała   nie   przyjąć   pierścionka,   ale  spokojne

background image

argumenty Elinor czyniły dyskusję bezprzedmiotową. 

Być   moŜe   tak   samo   argumentowała   wobec   Macka.   Ich   małŜeństwo   było   naprawdę

najrozsądniejszym rozwiązaniem. Mitchell był zbyt młody i narwany, John i Tessa zbyt zajęci

swoimi sprawami.  Poza tym  Wendy była najwaŜniejszą osobą w Ŝyciu Rory i nierozsądne

byłoby   niszczenie   tego   związku.   A   tak   mogli   mieć   jednocześnie   zapewnione   szczęście

dziecka i kontynuację rodu. 

Jeśli   takimi   argumentami   posługiwała   się   Elinor   w   rozmowie   z   Maćkiem,   co   mógł

odpowiedzieć? W końcu była to taka racjonalna prośba. 

Wszystko to niewaŜne, pomyślała Wendy. NiezaleŜnie od tego, czyj to był pomysł, Mack

podjął decyzję z własnej nieprzymuszonej woli. Tak samo jak ona. I oboje postarają się, aby

wszystko ułoŜyło się jak najlepiej – dla dobra Rory. 

Wendy zaś pozostaje tylko jedno – nie dać po sobie poznać, Ŝe pragnęłaby czegoś więcej.

Gdyby   kiedykolwiek   odkrył,   Ŝe   się   w   nim   zakochała,   byłoby   to   trudne   do   zniesienia

upokorzenie. 

Gdy Wendy wyłoniła się ze swojej części apartamentu w hotelu „Kendrick” w Phoenix,

Mack pił juŜ kawę i przeglądał poranne gazety. 

Ujrzawszy jej dŜinsy i luźną bluzę, powiedział:

–   Wygląda   na   to,   Ŝe   jesteś   gotowa   do   pracy.   Ja   teŜ   muszę   juŜ   iść.   Zobaczymy   się

wieczorem w hotelu. 

– Masz kolację z klientem? Przytaknął. 

– Czy masz coś przeciwko temu?

– Oczywiście, Ŝe nie – odparła pogodnie. – Ja chyba po prostu przygotuję sobie kanapki i

popracuję, jak długo się da. Jest tyle do zrobienia. 

– MoŜe zwróć się do firmy organizującej przeprowadzki. 

–   Wiesz,   Ŝe   nie   zrobią   wszystkiego.   Przed   naszym   wyjazdem   nie   rozebrałam   nawet

choinki.  Poza  tym  większość  moich  rzeczy  nie  zasługuje  na  to,  by  przewozić  je  na  drugi

koniec kraju. Muszę więc najpierw dokonać selekcji. 

Nie patrzyła na niego. Nie zauwaŜyła więc, Ŝe do niej podchodzi i kładzie ręce na jej

ramionach. 

– Jeśli coś przedstawia jakąś wartość dla ciebie, zasługuje na przewiezienie. 

Spojrzała  na   niego,   zdziwiona  powagą   i   głębią   jego   spojrzenia.   Nie   bardzo   umiała   je

odczytać. Czy były to wątpliwości? Troska? A moŜe nagły wgląd we własne uczucia?

Powoli pochylił  się, wyjął   z jej  rąk  filiŜankę  i postawił  ją na  stoliku. Zwróciła się ku

niemu, a ich usta zetknęły się. 

Zamykając   oczy,   prosiła   samą   siebie   o   rozwagę.   Od   tamtego   momentu   w   kuchni   nie

pocałował jej. Tym razem musi być bardziej powściągliwa. 

Nie moŜe dać Maćkowi do zrozumienia, jak głębokie są jej uczucia. Jeśli nawet miała

rację,   Ŝywiąc   nadzieję,   Ŝe mąŜ  powoli  zaczyna   coś  do  niej   czuć,   nie  naleŜało  go   płoszyć.

Ujawnienie   własnych   pragnień   i   oczekiwań   mogłoby   jedynie,   zamiast   podsycić   jego

zainteresowanie, osłabić je. 

A jednak, choćby nie wiadomo jak chciała,  nie potrafiła stłumić dręczącej ją tęsknoty.

background image

Zwykły pocałunek...

Nie,   tego   nie   moŜna   było   nazwać   zwykłym   pocałunkiem!   W   pieszczocie,   która

elektryzowała całe jej ciało, a krew doprowadzała do wrzenia, nie było nic prostego. KaŜde

jego   dotknięcie   zdawało   się   pozbawiać   ją   wszelkich   sił,   ale   jednocześnie,   w   jakiś

niewytłumaczalny sposób, koiło ją i dawało nadzieję, Ŝe kiedyś wszystko się zmieni. 

– Muszę iść – powiedział Mack zduszonym głosem. Przez chwilę ścisnął jej ramiona, po

czym wziął teczkę i wyszedł. 

Przez następny kwadrans siedziała, dotykając palcem ust, jakby chciała zatrzymać na nich

niedawny pocałunek. 

Wendy postawiła duŜy krok ponad stertą poczty, która nagromadziła się przed drzwiami

mieszkania.   Pozbierała   ją   i   włoŜyła   do   duŜej   torby,   planując   przejrzeć,   gdy   zrobi   sobie

przerwę na lunch. 

Postanowiła   zacząć   od   sypialni,   najwięcej   czasu   zajmie   jej   posegregowanie   rzeczy.

Kuchnia   będzie   mniej   pracochłonna.   Weźmie   zaledwie   parę   rzeczy,   a   po   resztę   wezwie

organizację charytatywną. 

Przy okazji uświadomiła sobie,  Ŝe będzie  musiała poprosić o  odłączenie  telefonu  oraz

wody. No i jeszcze samochód. Co ma zrobić z samochodem?

– Wszystko po kolei – rozkazała sobie. – Nie pozwól, by cię to wszystko przerosło. 

Około południa, kiedy posegregowała juŜ garderobę, wyszła kupić jakieś drobiazgi i coś

do jedzenia. Gdy tylko weszła do domu, usłyszała telefon. 

– JuŜ zaczynałem się martwić – usłyszała w słuchawce głos Macka. Nie potrafiła ukryć

radości. 

–   O,   cześć!   Wyszłam   na   chwilę   po   papier   toaletowy,   by   pozawijać   w   niego   ozdoby

choinkowe. 

– Mówisz jak prawdziwa domatorka. 

– No cóŜ, ze wszystkiego, co posiadam, są to chyba rzeczy najcenniejsze. Niektóre z nich

naleŜały jeszcze do mojej babci. 

– W takim razie zabierzemy je do domu. Wendy roześmiała się. 

– Czy to nie ty radziłeś mi oddać wszystko w ręce firmy przewozowej?

– NiemoŜliwe. 

– Nie przejmuj się, nie wzięłam tego na serio. Zdziwiłbyś się, ujrzawszy, jak wiele rzeczy

wyrzucam. – Zerknęła na zegarek. – CzyŜbyś skończył juŜ swoje spotkania, Ŝe dzwonisz?

Byłoby cudownie, gdyby okazało się, Ŝe jest wolny. W ciągu piętnastu minut oczyściłaby

się   z   kurzu   i   mieliby   dla   siebie   całe   popołudnie.   Na   pewno   spodobałby   mu   się   ogród

botaniczny... 

– Nie, nie skończyłem. I co gorsza, ciebie muszę w to wciągnąć. Prezes firmy przychodzi

dziś na kolację z Ŝoną. 

– I ja teŜ jestem zaproszona, tak?

Miała   mieszane   uczucia.   Chciałaby   spędzić   z   Maćkiem   wieczór,   poznać   jego

współpracowników,   ale   tylko   pod   warunkiem,   Ŝe   on   sam   tego   chce.   W   tym   wypadku

background image

najwyraźniej nie był to jego wybór. 

W kaŜdym razie, jeśli nawet miała jakiekolwiek opory,  do wieczora nie został po nich

nawet ślad. Kiedy przyszedł po nią do hotelu, była juŜ gotowa. Wydawał się zadowolony z jej

stroju – łososiowej sukni z małym  Ŝakiecikiem, który moŜna było  zdjąć i odsłonić niemal

nagie   ramiona,   gdyby   kolacja   okazała   się   bardziej   uroczysta.   Powiódł   spojrzeniem   po   jej

sylwetce, po czym skinął głową z aprobatą i uśmiechnął się. 

Dla Wendy było to niemal jak otrzymanie nagrody. Kiedy Mack poszedł wykąpać się i

przebrać, usiadła przy stoliczku i zaczęła przeglądać przyniesioną z domu pocztę. Większość

wyrzucała.   PrzewaŜnie   były   to   negatywne   odpowiedzi   na   składane   przez   Wendy   przed

wyjazdem podania o pracę. 

O mało nie wyrzuciła kolejnej koperty, nie przeczytawszy nawet znajdującego się w niej

listu. Wymieniona w nagłówku nazwa firmy nic jej nie mówiła. Kiedy jednak zobaczyła, Ŝe

list nadany był ekspresem, zajrzała do środka. Tym razem, o dziwo, było to zaproszenie do

biura spraw  personalnych   w  celu   wypełnienia  pisemnego  zgłoszenia  do  pracy.   Zdziwiona,

dostrzegła dopisaną ręcznie notkę: „Proponuję ci objęcie funkcji szefa marketingu w moim

nowym zespole. Razem moŜemy tu czegoś dokonać. Jed Landers”. 

Spojrzała na datę i westchnęła. Dzwoniąc do Jeda po dwóch tygodniach od otrzymania

listu, zachowałaby  się  jak niepowaŜny  i  nieodpowiedzialny pracownik.  Ale  przecieŜ  teraz,

kiedy opuściła juŜ tutejszy rynek pracy, nie miało to Ŝadnego znaczenia. OdłoŜyła Ust na bok.

Zadzwoni   do   niego   z   samego   rana   i   poinformuje   o   zmianie   planów.   Przyjemnie   było

wiedzieć, Ŝe jej  dawny szef nie zapomniał o mej. Swoją drogą powinna była  mieć więcej

wiary w siebie; gdyby nie wpadła wówczas w panikę i nie wykonała tego telefonu... 

Nie poznałaby Macka. A to byłoby znacznie gorsze, niŜ najbardziej dotkliwa utrata pracy.

Siedziała   zatopiona   w   lekturze   długiego   listu   od   szkolnej   koleŜanki,   gdy   pojawił   się

Mack. Z ociąganiem odłoŜyła list na stolik, ale gdy tylko przyjrzała się Maćkowi, zwariowane

przygody przyjaciółki zupełnie przestały ją interesować. W czarnym smokingu wyglądał tak

rewelacyjnie, Ŝe wstrzymała oddech. 

Okazał   się   takŜe   cudownym   towarzyszem   wieczoru.   Pomógł   jej   wysiąść   z   hotelowej

limuzyny,   a   kiedy   wchodzili   do   ekskluzywnego   klubu,   ujął   ją   delikatnie  pod   rękę.   Kiedy

gospodarze   wieczoru   wstali,  by  się  z   nimi   przywitać,   mrugnął   do   niej   porozumiewawczo,

dodając otuchy. 

Kolacja była tylko dla nich czworga i Wendy została natychmiast wciągnięta do rozmowy

przez   Ŝonę   prezesa   firmy.   Po   wysłuchaniu   półgodzinnego   monologu   na   temat   wszystkich

szczegółów Ŝycia jej dzieci, poczuła się nieco zdezorientowana i znuŜona. Uwagę jej przykuła

druga   tocząca   się   przy   stole   rozmowa.   Znacznie   ciekawsze   były   plany   ekspansji   kapitału

fumy prowadzonej przez gospodarza wieczoru i jego problemy z utrzymaniem ceny nowego

produktu na rozsądnym poziomie. 

Przy deserze Wendy nie wytrzymała i włączyła się do rozmowy:

– Jeśli produkt jest naprawdę dobry, nie powinien pan tak bardzo przejmować się jego

ceną. 

Przy   stole   zapadło   milczenie.   Prezes   zmarszczył   brwi,   a   Mack   odłoŜył   widelec   i

background image

przyglądał się jej w zamyśleniu. Milczenie przerwała Ŝona gospodarza. 

– Nasza córka jest taka sama. Zawsze ma jakiś pomysł. To dlatego tak dobrze radzi sobie

w swoim nowym... 

Gospodarz gestem dłoni uciszył Ŝonę. 

– Proszę, Wendy, mów dalej. 

– No, jeśli produkt jest lepszy niŜ u konkurencji... 

– Oczywiście, Ŝe jest lepszy – powiedział niemal oburzony. – Zupełnie nowy, naturalny

substytut   oleju   i  innych   tłuszczów,   który  nie  rozpada   się   w  wysokich   temperaturach   i  nie

zwiększa liczby kalorii w poŜywieniu, bije na głowę wszystko co było dotąd. 

Wendy wzruszyła ramionami. 

– Więc reklamujcie to jako towar luksusowy, wart choćby najwyŜszej ceny. 

Prezes uśmiechnął się. 

– Łatwo to powiedzieć, ale jeśli chodzi o ludzi z marketingu. .. 

– Wystarczy ich przekonać, Ŝe klienci zapłacą tę cenę. 

– A jak mielibyśmy to zrobić?

–   Oczywiście  myślę   teraz   na  głos,   ale   najlepsze   byłyby   chyba   metody   pośrednie.   Nie

radziłabym   dyskutować   z   odbiorcami.   NaleŜałoby   ich   ominąć   i   zwrócić   się   od   razu   do

klientów.   Firma   mogłaby   otworzyć   własne   ośrodki   degustacji   i   prowadzić   zakrojone   na

szeroką   skalę   testy  jakości   i   smaku.   Jeśli   to   jest   naprawdę   takie  dobre,   nie  będzie  trudno

przekonać ludzi, Ŝe mogą, jedząc ciastko, frytki lub smaŜoną kurę, pozbyć się niepotrzebnych

kalorii. Kiedy juŜ uda się wam zachęcić klientów, zaczną oni Ŝądać uŜywania tego produktu

w cukierniach, restauracjach i fabrykach Ŝywności. 

– To oczywiste – powiedział Mack. 

Jego oschły ton zirytował ją i odparła cierpko:

– Jeśli tak, to nie rozumiem, dlaczego sam na to nie wpadłeś. 

– Marketing to nie moja dziedzina – odparł rozsądnie. 

–  To  prawda.   To  moja dziedzina.  –  Zobaczyła,   Ŝe mięśnie jego   twarzy tęŜeją,  ale nie

mogła się powstrzymać. – Więc moŜe nie powinieneś mi mówić, co jest oczywiste. 

– Jest pani specjalistką od marketingu? – spytał prezes. 

– Specjalistka to za duŜe słowo, ale pracowałam w tym. 

– Czy miałaby pani ochotę... – Zerknął na Macka i westchnął. – Aha, raczej nie. Ale jeśli

kiedyś byłaby pani zainteresowana konsultacjami... 

–   Będę   o   tym   pamiętała   –   mruknęła,   zwracając   się   do   Ŝony   gospodarza:   –

Rozmawiałyśmy o pani córce. 

Prezes   nalegał   na  odwiezienie   ich   do   hotelu   i   dopiero   tam   mieli   okazję  do   prywatnej

rozmowy. Mack nie odzywał się jednak, a Wendy tylko przyglądała mu się z uwagą. 

Czy naprawdę był na nią zły? To prawda, wtrąciła się do rozmowy, do której nikt jej nie

zapraszał. Ale taka reakcja nie była w Macka stylu. 

Tylko Ŝe teraz nie miała do czynienia z Maćkiem, jakiego znała od paru tygodni. Była na

kolacji   z   Samuelem   Mackenzie   Burgessem,   człowiekiem   biznesu,   jakiego   zapamiętała   z

pierwszej rozmowy telefonicznej. Człowiekiem, który wtargnął do jej biura i w jednej chwili

background image

zmienił całe jej Ŝycie. 

– Przepraszam, Ŝe się wyrwałam przy kolacji – powiedziała niepewnie. 

Mack zamknął drzwi. 

– Dlaczego? Nasz gospodarz był tym zachwycony. Masz ochotę na brandy?

Potrząsnęła głową. Mack nalał sobie kieliszek i spytał:

– CzyŜbyś była specjalistką od Ŝywności?

– Słucham?

–   Powiedziałaś   kiedyś,   Ŝe   nie   interesowałaś   się   marketingiem   odzieŜy,   ale   nie

odpowiedziałaś mi na pytanie, w czym się specjalizowałaś. 

Wendy powoli skinęła głową. 

– Większość moich badań w college’u dotyczyło marketingu Ŝywności. 

– Aha. – Zamyślony, wypił swoją brandy. Wendy odparła z wahaniem:

– Chyba pójdę spać. To był męczący dzień. 

Przez chwilę sądziła, Ŝe jej nie dosłyszał. Dopiero po jakimś czasie odpowiedział:

– Oczywiście. Dziękuję, Ŝe ze mną poszłaś, Wendy. 

W   jego   słowach   nie   było   nic   ponad   zwykłą   uprzejmość.   Jego   głos   był   grzeczny,   ale

chłodny. 

Tak,  jakby pocałunek,  który połączył  ich rano  w  tym  samym  pokoju,  w ogóle  się  nie

zdarzył. Tak, jakby powiększająca się z kaŜdym dniem wzajemna bliskość istniała tylko w jej

wyobraźni. Tak, jakby byli sobie obcy. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Jak tylko znalazła się w swoim pokoju, zaczęła płakać. Dlaczego nie okazała się na tyle

mądra, by zachować swoje doskonałe pomysły dla siebie?

To proste; tak długo musiała walczyć  o swoją pozycję zawodową, Ŝe demonstrowanie

pewności siebie weszło jej w krew. Jeśli Mack oczekiwał milczącej, niemo adorującej męŜa

Ŝ

ony, musi być teraz bardzo rozczarowany. 

Czy  jednak   naprawdę   tego   chciał?   PrzecieŜ   przez  cały  czas  zachęcał   ją  do  mówienia.

Dlaczego   nagle   zamilkł   obraŜony?   CzyŜby   jej   uwagi   nie   były   dostatecznie   błyskotliwe?

Faktem   jest,   Ŝe   niewiele   wiedząc   o   sprawie,   zaczęła   się   na   jej   temat   wypowiadać.   Ale

przecieŜ prezes firmy wydawał się szczerze zachwycony jej pomysłem. Dlaczego więc Mack

tak się od niej odsunął?

Łzy przynosiły jej wyraźnie ukojenie, postanowiła więc się wypłakać. Zgasiła światło,

wskoczyła do łóŜka i ukryła twarz w poduszce. 

Nie   zauwaŜyła,   Ŝe  do   pokoju   wszedł   Mack.   Usiadł   na  brzegu   łóŜka  i  połoŜył   dłoń   w

zagłębieniu jej szyi. 

– Nie płacz, skarbie – szepnął – proszę cię, nie płacz. Mówił do niej jak do dziecka, co

tylko wzmagało jej smutek. Pozbierała się jednak i wymamrotała:

– Jaka ze mnie idiotka. 

–   Nieprawda.   –   Scałował   łzę   spływającą   po   jej   policzku.   –   Wszystko   będzie   dobrze.

Zobaczysz. 

Jego   delikatne   pieszczoty   budziły   w   jej   ciele   długo   skrywane   tęsknoty.   Nadal   nie

rozumiała, co się z nim działo, ale załoŜyła, Ŝe skoro do niej przyszedł, nie był juŜ widocznie

zły. 

– Obejmij mnie – szepnęła. 

Otoczył  ją ramionami, a kiedy musnął wargami jej skroń, zwróciła się w jego stronę i

podała mu usta. Był  to długi i namiętny pocałunek. Wendy poczuła falę ciepła ogarniającą

całe jej ciało. Po chwili odsunął się i oparł policzek na jej czole. 

– To niezbyt rozsądne. Chcę czegoś więcej, niŜ tylko cię obejmować. 

– Wiem – szepnęła i zarzuciła mu ręce na szyję. 

Mack   zdawał   się   wahać,   jakby   nie   do   końca   przekonany,   czy   Wendy   wie,   co   robi.

Pocałowała   go   z   całą,   ukrywaną   dotąd   namiętnością   i   powtórzyła   to,   co   sama   od   niego

usłyszała parę minut temu:

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, Mack. Mruknął cicho i przyciągnął ją do siebie. 

KaŜdy   pocałunek,   kaŜdy   szept   i   pieszczota   wydawały   się   tak   naturalne,   jakby   –

przynajmniej w marzeniach – byli razem juŜ od dawna. Rozkoszne oczekiwanie podsycało

kolejne doznania. Wendy poddała się fali radości i poŜądania, które narastało w niej z siłą

morskiej fali nieuchronnie zbliŜającej się do brzegu. 

Jej ciało ogarnęło teraz cudowne wyczerpanie. Z trudem znalazła w sobie siłę, by unieść

rękę i przesunąć palcami po ukochanej twarzy. 

background image

Mack złoŜył na jej ustach długi leniwy pocałunek i okrył ją kocem. Wendy przytuliła się

do  niego,   z  radością   wsłuchując  się w  bicie  jego   serca.   W  rytmicznym   oddechu  było   coś

niezwykle kojącego. Rozczuliła się i znów zachciało jej się płakać, tym razem ze szczęścia. 

Usłyszała,   Ŝe   Mack   krząta   się   juŜ   po   pokoju,   ale   czuła   się   wciąŜ   tak   cudownie

rozleniwiona, Ŝe nie mogła zmusić się do Ŝadnego mchu. Która to moŜe być godzina?

Odgłos zamykanych drzwi gwałtownie i ostatecznie ją obudził. 

– Mack? – zawołała, ale nie było odpowiedzi. 

Zerwała   się   z   łóŜka,   sięgając   po   szlafrok   i   zanim   dotarła   do   salonu,   jedynym   śladem

obecności Macka był tylko delikatny zapach wody kolońskiej. Nie zostawił nawet liściku. 

Widocznie   był   spóźniony,   uspokajała   samą   siebie.   Śpieszył   się   i   nie   zamówił   nawet

ś

niadania. Tym bardziej nie miał czasu zostawić jej wiadomości. 

Albo   nie   chciał.   Skreślenie   paru   słów   zajmuje   chwilkę.   A   spóźnienia   bali   się   zwykle

rozmówcy Macka, nie zaś on. 

Ogarnęły   ją   bolesne   wątpliwości   i   upokarzająca   świadomość,   Ŝe   właściwie   nie   ma

podstaw,   by   czegokolwiek   od   niego   oczekiwać.   Jeśli   na   razie   moŜe   liczyć   jedynie   na

przelotne chwile namiętności, niech i tak będzie. 

Pomyślała sobie, Ŝe dalsza praca w mieszkaniu przyniesie jej ukojenie. 

Do południa pozbyła się juŜ darów na rzecz organizacji dobroczynnej i czekała na ludzi,

którzy mieli zabrać mebelki i rzeczy Rory. Miała do nich taki sentyment, Ŝe specjalnie prosiła

pastora, by przekazał te rzeczy w dobre ręce. Rzeczywiście, pojawiła się urocza młoda para,

która nie posiadała się ze szczęścia, gdy Wendy oświadczyła, Ŝe jako zapłaty oczekuje od

nich jedynie zdjęcia dzidziusia. 

Teraz poczuła się juŜ naprawdę wolna od przeszłości i gotowa do rozpoczęcia nowego

Ŝ

ycia z  Maćkiem.  Pielęgnując  w sobie wspomnienia minionej  nocy,   pocieszała  się, Ŝe  jak

tylko wrócą do domu, wszystko się ułoŜy. 

Gdy   pakowała   ostatnie  ozdoby   choinkowe,   pojawił   się  Mack.   Było   zaledwie   wczesne

popołudnie i ujrzawszy go, poczuła jednocześnie szczęście i niedowierzanie. Mack wyglądał

na równie zaskoczonego. 

– Co się stało z meblami?

– Nie było sensu wlec ze sobą kanapki i dwóch rozpadających się krzeseł, więc oddałam

je. I zrobiłam dzisiaj znacznie więcej, jestem z siebie naprawdę zadowolona. – Nawet się nie

uśmiechnął. – Czy coś poszło nie tak na twoich spotkaniach? – spytała cicho. 

– Nie. Zrobiliśmy wszystko, co jest na razie do zrobienia. 

– W takim razie dobrze się składa, Ŝe ja dziś teŜ jestem taka produktywna. Myślę, Ŝe do

wieczora wszystko skończę, więc jeśli chcesz zarezerwować na jutro bilety... 

– Właśnie przyszedłem, Ŝeby o tym porozmawiać. 

Jego ton przestraszył ją. Starając się ukryć drŜenie w głosie, odparła:

– Dobrze. Zaproponowałabym ci, Ŝebyś usiadł, ale... Mack machnął ręką, wskazując na

niemal pusty pokój. 

– Powinienem powiedzieć ci coś, zanim to wszystko zrobiłaś. Przepraszam, Wendy. 

– Za co?

background image

– Jeśli nie chcesz wracać ze mną do Chicago, w porządku. Zrozumiem to. 

Resztki lęku przerodziły się w niej w nieopanowaną złość. 

– Co oczywiście znaczy,  Ŝe to ty nie chcesz, Ŝebym  z tobą jechała. Do diabła, Mack,

właśnie pozbyłam się wszystkiego, co posiadałam, a ty... ty mi robisz coś takiego?

Z   trudem   łapała   oddech   i   jej   głos   był   wysoki   i   napięty.   Nie   chodziło   jej   o   rzeczy

materialne, ale o to, Ŝe ją odrzucił... 

– Oczywiście, Ŝe chcę, abyś jechała – powiedział bezbarwnym głosem. 

A wczorajsza noc? – miała ochotę krzyczeć. 

Nagle zrozumiała odpowiedź. Wczorajszej nocy wahał się, rozdarty pomiędzy fizycznym

poŜądaniem a niechęcią do komplikowania sobie Ŝycia. To Wendy popchnęła go do działania

wbrew rozsądkowi. W dodatku musiał zrozumieć, Ŝe ona go kocha – i przestraszył się. 

Potrząsnęła   głową.   Miała   tylko   nadzieję,   Ŝe   Mack   zaoszczędzi   jej   niepotrzebnych

wyjaśnień. 

– Do czasu wczorajszej kolacji nie rozumiałem, Ŝe prowadziłaś tu w Phoenix normalne,

atrakcyjne   Ŝycie,   którego   wcale   nie   zamierzałaś   porzucać.   To   ja   tobą   manipulowałem,

zmusiłem do poświęceń... 

Zaskoczył ją. CzyŜby był aŜ takim dŜentelmenem, by teraz brać na siebie winę? A moŜe

naprawdę tak sądził?

– Straciłam pracę, Mack. A Ŝycie, które tu wiodłam, wcale nie było takie wspaniałe. 

– Ale to był przecieŜ tylko stan przejściowy, prawda?

– spytał cicho. – Wczoraj dostałaś propozycję pracy. 

Zdziwiona, zmarszczyła brwi i dopiero po chwili przypomniała sobie list Jeda. LeŜał na

stoliczku i Mack najwyraźniej zobaczył go. Ale robić z tego problem... 

– I to bardzo dobrą propozycję – kontynuował. –  Ale  w międzyczasie zobowiązałaś się

wobec  mnie  i  kiedy  tu  wróciłaś,  było  juŜ  za  późno.  –   Jego   glos   był  ciepły  i  delikatny.   –

Marketing to dla ciebie nie tylko praca. To twój prawdziwy talent, którego nie powinnaś, ot

tak sobie, odrzucać. 

Coś tu się nie zgadzało, ale nie mogła myśleć na tyle spokojnie, by zrozumieć, co. 

– Ten mój talent, czy jak chcesz to nazwać, jeszcze parę tygodni temu nie stanowił dla

ciebie problemu. 

–   Wtedy   nie   rozumiałem,   jak   bardzo   jest   to   dla   ciebie   waŜne.   Powinienem   był,   ale

sądziłem, Ŝe wystarczy ci Rory. 

– Nie uwaŜasz, Ŝe powinnam sama za siebie decydować?

– Chwyciła głęboki oddech. – Bądź uczciwy, Mack. O co tak naprawdę chodzi?

Milczał tak długo, Ŝe przestała oczekiwać odpowiedzi. Wreszcie powiedział:

– Przekonałem się o jednym, Wendy. Poświęcamy całej tej sprawie wszystko, co mamy,

ale okazuje się, Ŝe to za mało. Nie jesteśmy oboje zadowoleni. 

CóŜ za dyplomatyczny sposób informowania, Ŝe nie czuje się szczęśliwy, pomyślała. I jak

bardzo to do niego podobne – do końca zachowywać się po dŜentelmeńsku. 

– Dziękuję za uczciwość. Skinął tylko głową. 

– A co z Rory?

background image

– Jeszcze o tym nie myślałem. Ale chyba lepiej zerwać teraz niŜ za parę lat, nie uwaŜasz?

–  Chyba  tak.  Ale  czy to  nie skomplikuje  sprawy  adopcji? Jak bardzo  musiał  się czuć

zdeterminowany, by do złoŜonej sytuacji dziecka dodawać jeszcze rozwód. 

– Nie wiem – odparł zduszonym głosem. – Sądzę, Ŝe będziemy mogli sprawować nad nią

wspólną opiekę. 

Wendy pomyślała, Ŝe odwiedzanie Rory i Macka ze świadomością, iŜ została przez niego

odrzucona, będzie dla niej katorgą. Nie mogła jednak odwrócić się od dziecka. 

– A moŜe pozwoliłbyś mi ją tu sprowadzić i zapomnielibyśmy o tym wszystkim?

– Wendy... 

–   PrzecieŜ   jesteśmy  w   punkcie   wyjścia,   czyŜ   nie,   Mack?   Tyle   Ŝe  teraz,   w  przypadku

sprawy   sądowej,   będę   dla   ciebie   znacznie   trudniejszym   przeciwnikiem.   To   nie   najlepszy

pomysł z twojej strony. 

– Sądzę, Ŝe to pomysł zupełnie fatalny. 

W   jego   głosie   nie   było   zaczepki,   tylko   głęboki   smutek.   Czując,   Ŝe   ból   i   cierpienie

zaczynają ją przerastać, odwróciła się od niego. 

– Muszę się zastanowić, jak będzie najlepiej dla Rory. 

– Przykro mi, Wendy. 

Usłyszała, Ŝe zmierza w stronę drzwi. 

– Poczekaj, Mack!

Zdjęła z ręki pierścionki Elinor i wręczyła mu je. 

– Przeproś matkę za to, Ŝe nam nie wyszło. 

Mack wziął pierścionki i delikatnie podrzucał je na dłoni. 

– Dlaczego akurat ją?

Wendy odwróciła się raz jeszcze, by nie widział napływających do jej oczu łez. 

– No cóŜ, przecieŜ to wszystko był jej pomysł, prawda? Mała idealna rodzinka dla Rory?

– Dlaczego tak sądzisz?

– Zdziwiło mnie, Ŝe tak doskonale wiedziała, co planujesz. 

– To jasne. Powiedziałem jej to tego wieczora, kiedy przyjechaliśmy do Chicago. 

– A ona wciąŜ na to naciskała, prawda? Raz słyszałam cię mówiącego ze złością, Ŝe nad

tym pracujesz. Co ty jej właściwie powiedziałeś?

– śe chcę się z tobą oŜenić. 

Nadal   nie   zmieniało   to   faktu,   Ŝe   pomysł   małŜeństwa   był   jedynie   wyrazem   zdrowego

rozsądku. 

– Wydawało się to takie sensowne, prawda? – powiedziała z goryczą. 

– Tak sądziłem. Ale ty potrafisz wszystko wywrócić do góry dnem. Od chwili, kiedy cię

poznałem,   zrozumiałem,   Ŝe  jesteś   osobą,   która   raz   na  coś   zdecydowana   woli   umrzeć,   niŜ

pokazać słabość i zwrócić się o pomoc. Nawet jeśli musiałabyś okłamywać innych i siebie.

Podziwiałem ten twój upór. Nie wiedziałem, Ŝe nadejdzie dzień, kiedy będę go przeklinał.

Tylko ten upór pozwalał ci przetrwać nasze małŜeństwo, prawda? – dodał cicho. 

– Sam mówiłeś, Ŝe powinniśmy starać się czerpać z niego tyle, ile się da. 

– Okazało się, Ŝe to nie wystarcza. 

background image

– Szkoda, Ŝe nie pomyślałeś o tym trochę wcześniej. 

–   Wendy,   przysięgam   ci,   Ŝe   nie   planowałem   tego,   co   stało   się   ostatniej   nocy.   Kiedy

usłyszałem twój płacz, chciałem ci po prostu powiedzieć, Ŝe cię rozumiem i Ŝe masz prawo

odzyskać swoją wolność. Wiem, iŜ prosiłem o zbyt wiele, i zrozumiałem, Ŝe juŜ nigdy mnie

nie pokochasz. 

Wendy   próbowała   spokojnie   oddychać,   ale   kaŜdy   mięsień   jej   ciała   zdawał   się

sparaliŜowany. 

–   Łzy   tańczyły   w   twych   oczach   jak   małe   klejnociki   –   ciągnął   zduszonym   głosem.   –

Potem objęłaś mnie i choć widziałem, Ŝe próbujesz tylko przekonać samą siebie, nie mogłem

się zatrzymać. Zacząłem wierzyć, Ŝe moŜe wystarczy nam to co jest... w Chicago teŜ są oferty

pracy, a poza tym tak bardzo kochasz małą. Ale kiedy znowu zaczęłaś płakać, po tym, jak się

kochaliśmy, zrozumiałem, Ŝe nigdy cię nie uszczęśliwię. 

– Nie płakałam – odparła. 

– Owszem. Szlochałaś przez sen. Ujrzawszy dziś rano list, zrozumiałem dlaczego. 

– Ty głupcze – mruknęła, ale chyba jej nie usłyszał. 

– I wtedy musiałem przyznać sam przed sobą, Ŝe opieranie naszego małŜeństwa na dobrej

woli przestało mi wystarczać. Nie mogę juŜ dłuŜej znosić tego, Ŝe okłamujesz mnie i siebie. 

– Przestań, Mack. 

Sprawiał teraz wraŜenie zmęczonego i jakby starszego. 

– Właściwie powinnaś usłyszeć całą prawdę. Pozycja drugiego po Rory w twoim Ŝyciu

satysfakcjonowała   mnie.   Wczorajszego   wieczora   uznałem,   Ŝe  mogę   być   nawet   na  trzecim

miejscu, po twojej pracy. Ale nie mogę znieść, Ŝe jestem kompletnie nikim. Zniszczyłoby to

mnie i ciebie. – Musnął ręką jej policzek. – Skarbie, przepraszam cię za wszystko. Pójdę juŜ. 

Musiała go zatrzymać. 

– MoŜe powinieneś od samego początku powiedzieć mi, co czułeś. 

Odwrócił się i zmarszczył brwi. 

– Nie sądzę, aby wyznanie miłości zrobiło na tobie jakiekolwiek wraŜenie. 

Nieśmiało postąpiła parę kroków w jego stronę. 

– Oszczędziłoby to nam sporo kłopotów. 

– Bo uciekłabyś natychmiast. 

– Być moŜe. – Wyciągnęła rękę i zacisnęła ją na przegubie jego dłoni. – Bo jeszcze wtedy

nie. zdawałam sobie sprawy, Ŝe cię kocham. 

Stał   jak   sparaliŜowany.   Jedynie   wpatrujące   się   w  nią   oczy   zdawały   się   mieć   w   sobie

odrobinę Ŝycia. 

– Ale przecieŜ płakałaś – powiedział niepewnie. 

– Bo mnie nie potrzebowałeś. Nie chciałeś nawet, Ŝebym poszła z tobą na kolację i... 

–   Oczywiście,   Ŝe  chciałem.   Postanowiłem   tylko   nie  wywierać   na  ciebie  Ŝadnej   presji,

dopóki nie będziesz gotowa. Te spotkania są tak nudne. 

– A kiedy odezwałam się, zamilkłeś. 

– Byłem zaskoczony. Bez chwili namysłu rzuciłaś najlepszy pomysł. 

–   A   kiedy   właściwie   błagałam   cię,   byś   zechciał   się   ze   mną   kochać,   musiałeś   się

background image

zatrzymać i pomyśleć, czy warto!

– No cóŜ, jeszcze w zeszłym tygodniu zostałem oblany zimną wodą z powodu jednego

pocałunku. 

– Sądziłeś, Ŝe zrobiłam to naumyślnie?

– Anie?

–   Oczywiście,   Ŝe  nie!   To  ty  próbowałeś   mnie  zmrozić!   Wpadałeś   do  mojej   sypialni   i

nigdy nic z tego nie wynikało. 

– Sądziłem, Ŝe powinienem stopniowo przyzwyczajać cię do swojej obecności, dotyku,

pocałunków. Gra szła o wysoką stawkę, Wendy. I gotów byłem czekać tak długo, jak będzie

trzeba.   Nie   wiedziałem   tylko,   Ŝe   okaŜe   się   to   takie   trudne.   Nie   zauwaŜałaś   mnie   jako

męŜczyzny i nie mogłem tego dłuŜej znieść. Więc postanowiłem przestać torturować samego

siebie... aŜ do wczorajszej nocy. 

Objął  ją ostroŜnie.  Jego  pocałunek  był   delikatny,  ale  tak  namiętny,   Ŝe  zanim podniósł

głowę, cała drŜała. 

– Ale jednak płakałaś przez sen. 

–   Skoro   tak   twierdzisz.   Pewnie   nie   mogłam   się   pogodzić   z   faktem,   Ŝe   nigdy   nie

pokochasz mnie tak, jak ja kocham ciebie. 

Uśmiechnął się. 

– Jeśli tak, to nie masz juŜ powodów do płaczu. Kocham cię. I to bardzo. Wiedziałem to

juŜ chyba wtedy, gdy przyjechałem po was do Phoenbc i nie zastałem cię. 

– Nie zastałeś Rory. 

– To teŜ. Ale nie przez Rory spanikowałem. 

– Chwileczkę. Kiedy się oświadczyłeś... 

–   Oczywiście,   Ŝe   miałem   na   myśli   dobro   dziecka.  Ale  rozpoczynałem   równieŜ   iście

pokerową zagrywkę. 

Wendy potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 

–   Chyba   zbyt   dobrze   blefujesz.   Następnym   razem,   gdy   będziesz   chciał   mnie   uwieść,

moŜe mógłbyś robić to w sposób nieco bardziej jawny?

Uśmiechnął się. 

– Dobrze. Jeśli tego chcesz.... 

Gwałtownym   ruchem   zdjął  marynarkę   i  rzucił   na  ziemię.   Porwał   Wendy  w  ramiona  i

usiadł z nią na bujanym fotelu – jedynym meblu znajdującym się w opustoszałym salonie. 

– Co powiesz na to?

Nie   czekał   na   odpowiedź.   Zaczął   ją   całować   tak   mocno,   Ŝe   zabrakło   jej   powietrza.

Wtulając się w niego, nareszcie bezpieczna, składała delikatne pocałunki na jego policzkach i

czole. Mack zaś mówił jej rzeczy, o których usłyszeniu marzyła. On teŜ, jak się okazało, juŜ

od paru tygodni pragnął się nimi podzielić, chciał napisać je wszystkie rano, przed wyjściem. 

– Nie znalazłam Ŝadnego listu. 

– Bo zanim skończyłem go pisać, zobaczyłem ofertę nowej pracy dla ciebie. Wiedziałem,

Ŝ

e  nie  mogę  wprawiać   cię   tym   listem   w dodatkowe  zakłopotanie.   Nie  było   to  zresztą  nic

szczególnie   pięknego.   Czy   wiesz,   jak   trudno   znaleźć   właściwe   słowa,   kiedy   się   chce

background image

powiedzieć po prostu: kocham cię?

– Wyobraź sobie, Ŝe tak. 

– To dobrze. Od kiedy wiem, Ŝe cierpieliśmy razem, jest mi trochę lŜej. A przy okazji,

czy   naprawdę   sądzisz,   Ŝe   nie   umiałbym   przekonać   rodziców,   by   wyznaczyli   ciebie   jako

opiekunkę Rory? Jak sądzisz, co mówiła moja matka wtedy, kiedy ty myślałaś, Ŝe wydaje mi

rozkazy?

– Nigdy nie wątpiłam, Ŝe sam o sobie decydujesz, tylko... 

– NiewaŜne. Mówiła mi: Rory ma juŜ matkę, Mack. 

– I wtedy ty powiedziałeś, Ŝe nad tym pracujesz?

– Tak. I nie byłem wcale zły. Bytem po prostu sfrustrowany, bo nic mi nie wychodziło.

Przez chwilę myślałem nawet, Ŝe chcesz jak najszybciej pozbyć się Rory. 

– Co takiego?

– No, pierwszego wieczora, nie znoszącym sprzeciwu gestem wręczyłaś ją mojemu ojcu. 

– Starałam się ułatwić wszystkim tę sytuację. 

– To zrozumiałem dość szybko, ale zostało mi przekonanie, Ŝe nie znosisz mnie. PrzecieŜ,

gdybyś   uwaŜała  mnie  za  choć  trochę   atrakcyjnego,   ty  teŜ   wpadłabyś   na  pomysł   jedynego

idealnego rozwiązania. Wszystkim się to udało... matce, Tessie, Mitchowi... 

–   Zaraz,   zaraz.   Jedyne   rozwiązanie?   Sam   powiedziałeś,   Ŝe   mogliście   uczynić   mnie

opiekunką Rory. 

Mack uśmiechnął się. 

– Mówię o jedynym idealnym rozwiązaniu. Chyba lepiej, kiedy mała ma dwoje rodziców,

nie uwaŜasz? Swoją drogą, zobacz, jak wiele zawdzięczamy dziecku, które nie umie jeszcze

nawet mówić... 

Wendy przytaknęła. 

– Wracajmy do naszej małej córeczki, Mack. 

– Natychmiast? Czy moŜe nieco później? – spytał leniwie, całując ją coraz mocniej. 

–   O   wiele   później   –   odparła   Wendy,   kiedy   udało   jej   się   znów   chwycić   oddech.   –   A

tymczasem,   jeśli   chciałbyś   popracować   nad   technikami   uwodzenia,   miałabym   dla   ciebie

pewne wskazówki...