background image

MAY GRETHE LERUM

NIEZNANE ŚCIEŻKI

background image

ROZDZIAŁ I

Zajazd Bjoberg, Hemsedal, październik 1743

Zmierzch dawno już przemienił się w ciemność. Na dwóch wielkich paleniskach w 

izbie języki ognia z rozbawieniem lizały korzenie górskiej brzozy, które paliły się czwartą 

godzinę.

Gospodyni wysoko położonej zagrody zatupała na progu, otrząsając błoto z butów. 

Wracała właśnie po zamknięciu na skobel kurnika i stajni, w której zmęczone konie posilały 

się korą odartą z gałęzi.

- Wieczór taki przejrzysty - rzekła do stojącego w drzwiach człowieka. - Będzie mróz, 

to pewne jak amen w pacierzu.

On wzruszył ramionami.

- My na szczęście mamy dach nad głową - mruknął tylko.

Kobieta wzięła lampkę i po drabinie wspięła się na stryszek, gdzie leżały wytrzepane 

sienniki. Należało  je rozłożyć  na podłodze tak, by ośmiu  wędrowców mogło  się na nich 

wyciągnąć po obfitym posiłku. Na wieczerzę dostali podpłomyki, wywar z mięsa i słoninę.

Dwaj mężczyźni już zdjęli kurtki, którymi zamierzali otulić się podczas snu.

-   Niech   was   Bóg   błogosławi   tej   nocy   -   powiedziała   kobieta,   a   oni,   mamrocząc, 

odwzajemnili się takim samym życzeniem.

Na górze pod belkowanym dachem wyraźnie dawał się już wyczuć zapach owiec. 

Przybysze zjawili się po południu wraz ze stadem owiec i kilkoma kozami, które zamierzali 

jeszcze przed nadejściem śniegu przepędzić przez dolinę, a może nawet aż do Kongsberg.

Kobieta,   ciężko   stąpając,   zeszła   z   ostatnich   stopni   i   osunęła   się   na   stołek   przy 

palenisku. Stała tam duża misa pełna brudnych drewnianych talerzy. Ze stryszku dobiegały 

zduszone   stęknięcia   i   postukiwanie,   najwidoczniej   ciała   mężczyzn   nie   odnalazły   jeszcze 

spokoju. Gospodyni słyszała też cichutkie bulgotanie, najpewniej wędrowcy popijali kolejno 

z flaszki krążącej tam, na górze. Znali jej zdanie na ten temat, wiedzieli też, że z Borgi z 

Bjoberg na tyle dobra chrześcijanka, że zniesie łyk gorzałki, wypity ukradkiem ot, po to, by 

się rozgrzać.

Przebyli   daleką   drogę   przez   góry   z   Laerdal,   zbierając   owce   i   kozy   z   zagród 

położonych  wzdłuż doliny.  Niektóre dostali prawie za darmo, rok bowiem był suchy i w 

wąskich   dolinach   ciągnących   się   w   stronę   Borlaug   nie   obrodziła   trawa   ani   nawet   liście. 

Chłopi   z   podziękowaniem   oddawali   zwierzęta   za   cenę   mięsa,   mając   świadomość,   że   w 

stodole jest pusto, a przed nimi długa zima. I przecież październik z wolna już zmieniał się w 

background image

listopad.

Wędrówka okazała się niełatwa, ścieżka bowiem biegnąca wzdłuż rzeki była wilgotna 

i śliska. Na razie jednak mężczyźni  nie stracili ani jednej sztuki, nawet tamtej nocy,  gdy 

musieli   kulić   się   w   starej   szopie,   w   miejscu   uboju   reniferów.   Panowało   wtedy   straszne, 

przenikające do szpiku kości zimno, lecz oni przywykli do surowego życia i nie brakło im 

spokoju ani odwagi, niezbędnej, by naciągając tylko mocniej kapelusz na uszy, trwać, nawet 

gdy chłód nie pozwalał zasnąć przez większą część nocy.

Zwierzęta mogły najeść się do syta paszą zgromadzoną w starej kamiennej oborze w 

samym   środku gór.  Napełniali   ją  ludzie   przebywający  w  letnich  zagrodach   w  zamian  za 

przysługi wyświadczane przez tych wędrowców.

Teraz najtrudniejszą część drogi mieli już za sobą. Pozostawał jeszcze dobry dzień 

marszu do traktu przez dolinę, w porównaniu z którym odcinek do Numedal wydawał się 

niemal   krótki.   Nie   minie   tydzień,   a   będą   mogli   się   wyciągnąć   na   równie   wygodnych 

posłaniach, jest nadzieja, że z cięższymi sakiewkami i pełniejszymi dzbanami.

Słyszeli, jak gospodyni śpiewa na dole przy palenisku w wielkiej izbie.

Borga być może nie była najpiękniejszą kobietą, jaką widziały ich oczy, przyłapywali 

się jednak na tym, że uważają ją za ładną. Była nieduża, rozłożysta, twarz miała naznaczoną 

zmarszczkami,   jak   gdyby   nie   cichnący   nigdy   wiatr   od   gór   wyrył   na   jej   twarzy   doliny, 

pootwierał przełęcze. Z tego, co wiedzieli, spędziła całe swoje życie tutaj, w tej najwyżej 

położonej zagrodzie w Hemsedal, na granicy między pustkowiem a doliną.

Usnęli zasłuchani w starą piosenkę Borgi.

Jakaś swojskość, jakaś dziwna łagodność wemknęła się w serca bijące pod grubymi 

kamizelami.

A tłuste jedzenie tak cudownie grzało w żołądku...

- Jeszcze tylko kawałek, Hanno, jeszcze zaledwie kilka kroków, i zaraz tam będziemy! 

Już niedługo zobaczymy światła, moja kochana. Naprawdę myślę, że Borga wciąż jeszcze nie 

zdjęła kociołka znad ognia...

Ravi usiłował węszyć w mroku, wyczuwał słaby zapach dymu, w nosie zakręciło też 

coś, co mogło być zapachem jedzenia.

Trzej inni mężczyźni z mozołem parli przed siebie, ich kroki także były ciężkie, lecz 

równe, zdecydowane. Z przodu kopytka owiec lekko stukały o kamienie, lecz zwierzęta już 

umilkły   i   nie   prowadziły   ludzi   chrapliwym   pobekiwaniem.   Słychać   też   było   rytmiczne 

uderzenia żelaznych podków o granit.

Ale Hanna pochyliła się do przodu, nie miała już nawet sił, by marzyć o znalezieniu 

background image

się na końskim grzbiecie. W dodatku oba konie i tak miały co dźwigać, były obładowane 

niemalże   do   ostateczności,   wielkie   skórzane   wory   wybrzuszały   się   po   obu   stronach   ich 

karków, w beczkach z rybami chlupało za każdym razem, gdy końskie ciała przechylały się z 

boku na bok.

- Już jesteśmy u celu, Hanno, już zaraz, niedługo... Wkrótce sobie odpoczniesz, kupię 

ci grzane piwo. Może mają krowę, która ocieliła się jesienią, dostaniesz słodkiego mleka...

- Nie jestem już dzieckiem! - prychnęła w odpowiedzi życzliwemu głosowi.

Poczuła,   że   podtrzymujące   ją   ramię   Raviego   drętwieje.   Oddychał   szybko, 

zorientowała się też, że mocno zacisnął szczęki.

Coś zakłuło ją w sercu. Doprawdy, przecież ona cały czas zachowuje się jak zapłakane 

dziecko, Ravi musi mieć anielską cierpliwość.

- Wybacz, Ravi, jestem po prostu tak strasznie zmęczona i śpiąca, całe ciało mnie boli.

- Wiem - odparł łagodnie, a uścisk wokół jej ramienia znów stał się mocny i pewny. - 

Moja Hanno... tak strasznie pragnąłbym ci tego oszczędzić...

Johanna   wzruszyła   się.   Chciała   mu   powiedzieć,   że   nie   ma   żadnego   znaczenia,   że 

mięśnie bolą, a noc jest taka ciemna, taka straszna. Chciała go zapewnić, że jedyne miejsce, w 

którym pragnęła się znaleźćjest właśnie tu, u jego boku. Zasłużył, by usłyszeć jeszcze raz, że 

nawet wtedy, gdy cały jej świat rozpadł się na kawałki i była tylko wyklętą uciekinierką, to 

tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia, nie liczyło się, kiedy on był przy niej.

Brakło jej jednak sił.

Powie mu później.

Wieczorem, kiedy położą się blisko siebie pod jakimś obcym dachem, bezpieczni.

Wtedy będą rozmawiać.

Wyszeptała więc tylko:

- Dziękuję.

Ich   wejście   na   podwórze   nie   wywołało   żadnego   zamieszania,   choć   kobieta,   która 

stanęła w drzwiach, miała już włosy zaplecione na noc, a płomień łojowej świeczki zdradził 

zmrużone, zaspane oczy. Przywykła zapewne do tego, że ludzie schodzący z gór pojawiali się 

tutaj o każdej porze dnia i nocy. Uśmiechnęła się przelotnie do handlarza, widać starego 

znajomego. Ravi stał na skraju mętnego kręgu światła i słuchał, jak towarzysze, z którymi 

wędrowali,  umawiają   się  z  gospodynią  na   miejsce  dla   zwierząt  i  coś,  czym  mogliby  się 

posilić.

Zaproszono ich do środka dopiero wówczas, gdy jeden z mężczyzn odstawił strzelbę 

przy drzwiach.

background image

Hanna   nie   potrafiła   zdobyć   się   na   uprzejmość,   skinęła   tylko   gospodyni   głową   i 

wyjąkała imię, jakie postanowiła przybrać.

- Anna... Anna Plassen.

Ravi przedstawił się jako Knut i podał takie samo nazwisko.

- A więc to komornicy idą przez góry w poszukiwaniu szczęścia? Cóż, tu czasy są 

jeszcze cięższe. Niewielka dla was nadzieja. Słyszałam, że niżej w dolinie wieśniacy kijami 

wypędzają najmitów. Nieurodzaj wygnał za chlebem niejednego.

Ravi mruknął, że jakoś to być musi, a dla człowieka, który ma znajomych, a poza tym 

parę rąk zdatnych do roboty, zawsze znajdzie się jakaś rada.

- Sporo ze sobą niesiecie - zdziwiła się gospodyni, gdy ustawił w izbie ciężki węzełek, 

nie dopinający się worek, dwa kosze z kory i nieduży kuferek z okuciami.

Ravi nic na to nie powiedział. Johanna rzekła zaś cicho:

- To wszystko, co posiadamy... W każdym razie nie skłamała.

Domyślała  się, że czekają ją teraz długie,  potworne lata  kłamstw.  Musi jednak je 

znieść, tak samo jak będzie musiała znosić ból członków, do jakiego nie nawykła, i posłanie 

ze starej zużytej słomy.

Jej życie całkiem się odmieniło. Jakże inne było od tamtego życia, życia Johanny z 

Karlsgard, Johanny ze Storlendet.

Niewiele   było   rozmowy.   Mężczyźni   pochłaniali   na   wpół   zastygły   tłusty   wywar, 

miażdżyli  zębami cieniutkie podpłomyki,  nie zakłócając jedzenia żadną rozmową. Kupiec 

burknął coś z niechęcią na widok gospodyni szykującej posłanie dla Johanny i Raviego przy 

palenisku. Przyzwyczaił się widać, że to jego miejsce, najlepsze miejsce w całej zagrodzie.

- Będziesz się musiał wczołgać na stryszek, zmieściłoby się tam tłustsze cielsko niż 

twoje - oświadczyła gospodyni zdecydowanie, uśmiechając się do Johanny.

-   Tej   małej   bardzo   potrzeba   ciepła,   to   widać.   Johanna   uśmiechnęła   się   z 

wdzięcznością.

- Nieczęsto spotyka się kobiety podróżujące o tej porze roku, Anno. Trzymajmy się 

razem.

Johanna musiała podziękować jeszcze raz.

Przez moment wystraszyła się, że Ravi zostanie wysłany na stryszek, złapała go więc 

za rękę i mocno przytrzymała.

- Tacy młodzi, na pewno dopiero co po ślubie. Kiwnęli głowami.

Johanna   pilnowała   się,   żeby   nie   zdjąć   z   głowy   chustki,   dopóki   gospodyni   nie 

zdmuchnęła świecy i nie życzyła im dobrej nocy. Kilka kosmyków wystających na czoło było 

background image

jedynie   pęczkiem   włosia   z   końskiej   grzywy,   który   wsunęła   pod   chustkę,   dość   grubego, 

sztywnego i dostatecznie jasnego, by mógł uchodzić za włosy człowieka. Gdyby ktoś więc 

pytał o młodą, zadbaną kobietę z ciemnymi włosami... Nikt nie przypomni sobie żałosnej 

ubogiej komornicy, która wędrowała przez góry ze swym cygańskim mężem.

Bali się uwierzyć, że wszyscy śpią, nawet gdy chrapanie przedarło się z góry, torując 

sobie drogę przez drewniany strop.

Hanna mocno przytuliła się do Raviego.

Miał całkowitą rację. Już teraz czuła się o wiele lepiej. Jedzenie w żołądku grzało, a 

zaledwie o kilka łokci od bardzo wygodnego właściwie siennika swojsko trzeszczały płonące 

gałązki.

W ciemności słyszała spokojny oddech Raviego.

Ostrożnie przysunęła rękę do jego ciepłej piersi, owinął ich oboje w gruby wełniany 

koc, który służył im jako chusta, peleryna i namiot.

- Poradzimy sobie...

Jej głos zabrzmiał tak niepewnie, krucho. Wyczuła, że Ravi lekko skinął głową.

Wcale nie była przekonana o prawdziwości swoich słów, lecz i tak powtórzyła mu je 

prosto do ucha, niczym zaklęcie.

- Dopóki jesteśmy razem, Ravi, nikt nie może zrobić nam nic złego. Nic tak naprawdę 

złego...

W odpowiedzi usłyszała jedynie coś jakby szloch.

- Boisz się?

Najbardziej ze wszystkiego obawiała się, że znów przytaknie. Gotowa była przyjąć 

jego strach, lecz nie teraz. Nie teraz, gdy ścigające ją lęki i koszmary przybliżały się z każdą 

godziną, tworząc wokół krąg nie do przebycia.

- Ja... ja się nie boję. Ale... obawiam się, że zostanę surowo osądzony za to, co ci 

zrobiłem, Hanno.

- Ty przecież niczemu nie jesteś winien - szepnęła słabym głosem. - To przecież ja...

Przełknęła ślinę, urwała. Lepiej milczeć, lepiej o niczym nie wspominać. Może ktoś 

leży tu gdzieś obok i nie śpi? Może przez góry już podąża ktoś ich śladem? Może ludzie 

lensmana właśnie w tej chwili dojeżdżają tam, do miejsca uboju... albo jeszcze bliżej.

- Oni nie przyjdą, dzisiejszej nocy nie przyjdą. Głos Raviego ledwie było słychać, lecz 

ton świadczył o tym, że wie, co mówi.

Hanna odetchnęła z ulgą, zmusiła się, by jeszcze bardziej rozluźnić mięśnie ramion.

- Jak tu przytulnie i miło przy palenisku... Ach, Ravi, przygarnij mnie mocniej...

background image

Zrobił tak, jak chciała, choć leżał w dość niewygodnej pozycji, obejmując ją obiema 

rękami. Czuł, jak ciało Hanny powoli się odpręża, staje się ciężkie od snu.

Lubił wtulić twarz w jej włosy, wdychać ich zapach, nieodłącznie związany tylko z 

nią. Wrył mu się na zawsze w pamięć owego lata dawno temu, jakie spędził w wiosce, o 

której wówczas nic nie wiedział...

Johanna, jego Hanna.

Serce mu się ściskało, nie dawało spokoju. Ona nie powinna leżeć tutaj, na brudnym 

sienniku, w obcym zajeździe wśród dzikich gór. Nie powinna być zmuszona do ukrywania 

swoich włosów, twarzy i nazwiska. Nie powinna drżeć, zdjęta strachem o przyszłość, była 

wszak najbogatszą kobietą w całej wiosce, właścicielką połowy dwóch zagród.

Albo dwóch całych zagród. Jako wdowa.

Albo żadnej.

Morderczynie nie dziedziczą.

Ravi poczuł znajomy ton rozdzierający mu czaszkę. Nie zdążył nawet przygotować się 

do obrony przed nim, a już wizje opadły go z pełną mocą.

Trafiła go prosto w twarz. Płaska dłoń uderzyła o grzbiet nosa i zawisła w powietrzu z 

rozstawionymi palcami.

- Nieee! Nie, nie, nie!

Spał,   lecz   obudził   go   ból   i   krzyk,   który   tylko   częściowo   zdołała   stłumić,   mocno 

przygryzając wełniany koc.

Hannie zaparło dech w piersiach, oddychała, jak gdyby we śnie biegła przez pół życia. 

A   przecież   była   to   zaledwie   jedna   jedyna   scena,   jeden   obraz,   od   którego   nie   mogła   się 

oderwać. Wspomnienie, które ją pojmało. Szczegóły wbijały jej się w głowę niczym ostre 

noże.

On był przy niej, na niej, bijący od niego odór piwa i kwaśnych wymiocin odgradzał 

ją od niego niczym ściana. Znów poczuła mdłości, lecz on cisnął ją w tył, odwrócił i ułożył na 

plecach jak owcę na rzeźnickim stole.

Szyderczy śmiech drażnił jej uszy, czuła, jak twarda jest podłoga, na której leżała... 

Kubrak,   kubrak,   to   on   tak   cuchnął!   Odwróciła   głowę,   chcąc   pochwycić   łyk   świeżego 

powietrza, lecz cały pokój był przesycony nim, a pas, który rozpiął... Wtedy poczuła pod ręką 

tę twardą kulę, poczuła i w tej samej sekundzie już wiedziała. To nóż, ten nóż, który on 

zawsze nosił przy sobie, kiedy był ubrany. Ledwie zdążyła pomyśleć, wszystko działo się tak 

prędko, a mimo to sekundy tkwiły w niej jakby skute lodem. Wirowały i powtarzały się w 

nieznośnym tańcu bólu, wstydu, gniewu i... krwi.

background image

Nigdy nie zapomni, jakie to uczucie, gdy ostrze noża szoruje po żebrze. Jak jej osłabła 

ręka, nie wiadomo skąd biorąc w sobie tyle siły, uderza w niego.

Nóż zanurzył  się w ciele  głęboko, rękojeść zwilgotniała,  stała się lepka. Palce jej 

zwiotczały, gdy ciepła ciecz popłynęła po nadgarstku.

Dłoń mężczyzny puściła jej włosy.

Wykręciła się od jego rąk, patrzyła, jak zgiął się wpół, nie widziała tylko oczu, niemal 

oślepła ze strachu.

Usłyszała jeszcze jakiś dziwny bulgot, aż wreszcie zrobiło się cicho.

Ta głowa na podłodze.

Niewielka kałuża krwi, sączącej się z ciała. Jego ręce zaciśnięte na rękojeści noża, 

wśród zabarwionych czerwienią palców błyskało srebro. A potem on podniósł głowę, krew 

płynęła mu już teraz z ust i z oczu, w uśmiechu odsłoniły się zęby. W oszalałym dzikim 

grymasie uśmiechu.

A potem zaczął iść w jej stronę.

Podniósł zakrwawione ręce, zgiął palce, zacisnął je na jej szyi.

- Nie...!

Ravi sam nie był całkiem przytomny, lecz krzyk Hanny dotarł do niego jakby przez 

grubą warstwę wełny. Zdołał pojąć, że musi ją powstrzymać, zanim obudzi cały dom.

- Hanno, to ci się tylko śni! Cicho, kochana, nie możesz...

- Ja... on... Erlend... on mnie ściga...

Ravi otrząsnął się z echa swego własnego świata, przebił się na powierzchnię, tak 

chciał być przy niej. Ledwie jednak mógł mówić.

- Hanno, to był tylko sen...

Ona z jękiem przecierała  twarz, już przytomna.  Drżała  w chłodzie  poranka, który 

delikatnie rysował już wzory u sufitu.

- Wiem, teraz wiem, ale to takie straszne. Znów stanęło mi to przed oczami i było 

jeszcze straszniejsze... Ravi, on się na mnie rzucił, chociaż przecież już nie żyje.

Ravi mógł jedynie gładzić ją po włosach.

Nie potrafił jej pocieszyć, mówiąc, że zmarli nie mają wstępu do świata żywych, nie 

mógł jej przekonać, że to wszystko tylko jej się przyśniło. Sam aż za dobrze wiedział, że 

najgorszymi wrogami jakże często bywają ci, którzy nie mogą już sięgnąć po nóż ani przelać 

krwi.

- Będziesz miała od niego spokój, Hanno. Nie możesz pozwolić, by wciąż cię dręczył.

Poczuł, że Hanna płacze.

background image

Czuł ciepło łez na palcach, drżenie warg.

I znów ogarnął go ów czarny strach, mroczne wyrzuty sumienia, świadomość, że bez 

jego obecności... te koszmary by jej nie nawiedzały.

Zabiła własnego męża.

Ocaliła dostatecznie wiele ludzkich istnień, by ten grzech został jej wybaczony, lecz 

mimo to rozdzielał już ich na podobieństwo grubego kamiennego muru. Jego Johanna nie 

była z tych, co to potrafią odrzucić zakrwawiony nóż i przeć przed siebie.

-   Nie   możesz   pozwolić,   by   dalej   cię   krzywdził...   Zaszlochała   cicho,   lecz   skinęła 

głową.

Zarzuciła mu ręce na szyję, przygarnęła jak najbliżej, przytrzymując tak mocno, jak 

gdyby był jedyną cienką liną ratunkową, jaka jej jeszcze została.

Leżeli teraz cicho, bacznie nasłuchując, może ktoś inny jeszcze usłyszał ten głośny 

krzyk.

Ale żaden ruch na stryszku nie zdradzał, by ktokolwiek zbudził się z głębokiego snu.

Z dworu dobiegały jakieś dalekie dźwięki. To zwierzęta niecierpliwie już oczekiwały 

poranka.

Ale wciąż jeszcze szarówka ledwie zdążyła zagościć na niebie od wschodu, resztki 

brzozowych polan w palenisku żarzyły się zaczarowanym blaskiem.

- Dzisiaj, jeśli wszystko ułoży się tak, jak spodziewa się tego handlarz, dotrzemy na 

samo dno doliny. Powinniśmy się może zastanowić, jaką drogą najlepiej tam iść.

- Nie teraz - szepnęła. - Droga będzie się otwierać przed nami w miarę, jak będziemy 

nią wędrować, nie należymy wszak do żadnego miejsca. Musimy iść jak najdalej stąd. To 

jedno tylko wiem.

Ravi   zastanawiał   się,   czy   zdołają   dotrzeć   dostatecznie   daleko.   Czy   Johanna 

kiedykolwiek zdoła zostawić za sobą dawne życie? Czy kiedykolwiek będzie mogła mieć 

nadzieję na odnalezienie czegoś w rodzaju spokoju?

Nie z nim.

Nie, z nim nigdy się to nie uda.

Ale powiedziała przecież, że nie potrafi żyć bez niego. I że przekleństwo, które na nim 

ciąży, jej nigdy nie dotknie.

- Tu nas nie poznają... nie tutaj. Przez dolinę wędruje tylu ludzi, niektórzy przychodzą, 

inni zostają. Widywano już wcześniej takich jak my. Takich, co to nasłuchali się o tłustej 

ziemi i bogatych lasach tu, na równinach. Ludzi znad fiordów, nam podobnych.

Hanna wiedziała o tym, lecz i tak uważała, że nie oddalili się dostatecznie.

background image

- Może wybierzemy się do wielkiego miasta, myślisz, że tam trafimy?

- Do Christianii? To daleko. Ale może tam dojdziemy. Chciałabyś?

Oczywiście,   że   bym   chciała,   pomyślała   Hanna.   Jak   dobrze   byłoby   znaleźć   się   w 

mieście,   w   którym   są   apteki,   gdzie   istnieją   prawdziwe   szpitale,   wspaniałe   domy   pełne 

rozmaitych ksiąg i medykamentów, gdzie można zdobyć nowe umiejętności...

Zaraz   jednak  przypomniała  sobie,  że  to  miałoby  związek  z  tym  innym  życiem,  z 

tamtym   dawnym   życiem   w   domu,   na   Vildegard,   na   Karlsgard.   A   ona   przestała   już   być 

cieszącą   się   powszechnym   szacunkiem   osobą,   która   umie   sporządzić   maści,   opanowaną 

akuszerką, kobietą, która swoimi umiejętnościami imponowała i pastorowi, i lensmanowi.

Teraz była Anną, uciekinierką.

Johanna, zabój czyni.

- Christiania... Nie, nie wiem. Ravi szczelniej otulił ją kocem.

- Damy sobie radę, moja Hanno.

- Anno.

Pocałował ją delikatnie.

- Nikt nie ma tylu imion co ty. I tak właśnie być powinno. Jesteś Johanną, Hanną, 

małą Hanną i... Anną.

- Ale też i dziwna ze mnie osoba - powiedziała głucho.

- Dlatego właśnie jesteśmy tutaj, razem.

Znów był tym, przy którym czuła się bezpiecznie.

Chciała   spytać   go   o   przyszłość,   wystawić   na   próbę.   Leżała,   tuląc   się   do   niego, 

odkrywając, że jego niezwykłość daje jej poczucie bezpieczeństwa.

- Ravi... Knut... muszę spytać cię o jedno. Wiem, że ci się to nie spodoba...

Jego dłonie nie przestawały jej rytmicznie gładzić.

- Gdyby coś złego miało spotkać mnie... nas... Wiedziałbyś o tym z góry?

Jego głos brzmiał cicho, jakby z oddali.

- Nie wiem... Być może. Ale tylu rzeczy nie przewidziałem.

Odrobina nadziei stopniała.

Nie mogła się do niego dostatecznie zbliżyć.

Teraz jednak chrapanie dochodzące ze stryszku zaczęło się przemieniać w ochrypły 

kaszel i głębokie suche chrząkanie.

Trzasnęły jakieś drzwi.

To Borga wychodziła z domu.

Odpowiedź, jaką Ravi dał Hannie, wymieszała się z szarymi  smugami  wstającego 

background image

poranka,   które   niezauważone   zaczęły   rozjaśniać   pogrążone   w   mroku   pomieszczenie. 

Odsunęła koc z oczu, teraz już widziała ukochanego.

- Hanno... twoja chustka.

Czym prędzej zawiązała ją na głowie, pilnując, by jasne kosmyki ledwie spod niej 

wyglądały.

- Twoje oczy, Hanno... są inne niż u wszystkich. Zamrugała.

- Moje przekleństwo... stało się twoim.

- Będę się strzec - oświadczyła, wiedząc, że nowe życie, które ją czeka, stawia przed 

nią wielkie wymagania.

Nie urodziła się do tego, by chodzić ze spuszczoną głową, gdyby jednak podróżny 

jadący   przez   góry   dowiedział   się   o   kobiecie,   która   ma   jedno   oko   niebieskie,   drugie   zaś 

zielone...

Ravi uśmiechnął się lekko.

Pogłaskał ją po policzku.

- Wiem - rzekł po prostu.

background image

ROZDZIAŁ II

Sildebakken

1

 nazywało się to miejsce, i trudno chyba o bardziej trafną nazwę. Konie 

stały spokojnie przy wielkim kamieniu, obwąchując słomę, którą wyłożył dla nich handlarz. 

Ludzie zasiedli w szerokim kręgu, dzieląc się jedzeniem: śledziami z beczek, które konie 

niosły w jukach, zwiniętymi namoczonymi podpłomykami z ostrym serem z kwaśnego mleka 

w środku. Dobre jedzenie o zdecydowanym smaku, które miało dodać im sił na ostatnim 

odcinku wspinaczki, zanim wreszcie ujrzą pod sobą główną dolinę.

Mogli iść wzdłuż Hemsedalen, w dół, mijając Tuv i Ulsak, okazało się jednak, że 

handlarz ma inne plany. Rozmawiał z ludźmi napotkanymi po drodze i dowiedział się, że w 

wyżej położonych wioskach nieurodzaj był szczególnie dotkliwy. Na górskie wsie ciągnące 

się aż do Hardangervidda przypadła więcej niż przynależna im część nieurodzaju. Ale wciąż 

jeszcze znaleźć się dało gospodarzy, którzy mieli szylingi i towary i chętnie wymieniali je na 

śledzie i suszone ryby. Na dodatek dobrze za to płacili, często pięknymi skórami, które łatwo 

można było sprzedać w miastach jeszcze dalej na południowy wschód.

-   Zwykle   się   tu   zatrzymujemy,   to   miejsce,   gdzie   można   złapać   oddech   przed 

następnym   etapem   wędrówki   -   powiedział   handlarz   i   przeciągnął   rybi   kręgosłup   między 

tępymi   zębami,   aż   drobniutkie   ości   rozprysnęły   się   na   boki.   Oblizał   usta   i   wyciągnął 

kolejnego surowego śledzia. Johanna poczuła, że przewraca jej się w żołądku. Ledwie zdołała 

zapanować nad mdłościami.

- Jaką drogę mamy przed sobą? To Ravi zadał pytanie.

Handlarz  westchnął  i obrócił  się w  poszukiwaniu tytoniu,  który trzymał  gdzieś  w 

podróżnym tobołku. Umieścił czarnobrunatną grudkę między wargą a zębami, cmoknął.

- No... nic szczególnego. Musimy przejść to wzgórze, potem kawałek w głąb... Cały 

czas po płaskim, jeśli tylko będziemy mieć dość szczęścia i pogoda się utrzyma. A potem już 

w dół, cały czas w dół. Aż do wioski przy kościele.

- Al?

Kiwnął głową.

- Mhm. Przynajmniej na początek. Zatrzymam się tam kilka dni. Jeśli szczęście nam 

dopisze, to ludzie z tingu nie rozjadą się jeszcze do domów. Późno ting tego roku, podobno 

sprawa jakiejś kradzieży czeka na rozpatrzenie...

Johanna przysłuchiwała się bacznie handlarzowym opisom wsi i doliny.

- Wielu dobrych ludzi mieszka w tych górskich wioskach, zacni i pracowici, ale łatwo 

1

 Śledziowe Wzgórze (przyp. tłum.)

.

background image

ich rozdrażnić. Powiadają, że nóż w pochwie Hallingdalczyka raczej nie zagrzeje miejsca. Nie 

mija rok, żeby nie doszło do jakiegoś morderstwa, i to niejednego. Ale cóż, tak to już bywa, 

kiedy pisarz jest daleko, w bezpiecznej odległości, a lensmanem jest ktoś taki jak Rimen...

- Jak to? - prędko wtrącił się Ravi.

Wymienili   przelotne   spojrzenia,   czyżby   coś   dla   nich?   Ospały   lensman,   daleko   do 

władz?

- No cóż, Rimen to robotny człowiek, dobrze sobie radzi ze swoim. Jak się widzi jego 

zagrody, człowiek od razu nabiera do niego szacunku. Zawsze też ma w zanadrzu szylingi i 

talary. Tak, tak, to dobry chłop. Niezbyt zapalczywy w służbie... jak większość tutejszych 

lensmanów.

- Ale na morderców nie może chyba przymykać oka...? Pytanie wisiało w powietrzu 

tak długo, że Johanna zapragnęła sięgnąć po nie, by powróciło nie wypowiedziane.

- No cóż, są mordercy i mordercy... Hallingdalczycy mają zwyczaj robienia porządku 

we   własnym   gnieździe   bez   proszenia   o   pomoc   obcych   wron.   -   Ogorzały   mężczyzna 

zachichotał. - Jakbyście mieli więc coś do ukrycia, przyjaciele, to ta dolina powinna wam 

odpowiadać...

On nie ma pojęcia, jak bliski jest prawdy, pomyślała Johanna z rozpaczą, serce tłukło 

jej   się   w   piersi   niczym   uwięziony   ptak.   Nadszedł   jednak   czas,   by   jaśniej   spojrzeć   w 

przyszłość.

Handlarz mruknął coś i przesunął prymkę w ustach z prawej strony na lewą.

- No cóż, nie martwcie się, niejeden ptaszek przeleciał przez te góry, by wydostać się z 

ciasnych fiordów. Ech, znam wiele tajemnic!

Ravi zerknął na pozostałych mężczyzn. Z jakiegoś powodu potrafił znieść domysły 

handlarza,   lecz   gdyby   tamci...   Na   szczęście   wydawało   się,   że   nie   zwracają   uwagi   na 

rozmowę, jaką prowadziło tych troje.

Już zaczęli z powrotem ładować juki i zbierać wychudzone owce, które poszły skubać 

zwarzoną mrozem trawę przy łożysku strumienia.

- Nie jesteście małżeństwem, prawda?

Oczy handlarza były teraz wąskie jak szparki, lecz nad szerokim nosem nie ukazała się 

zmarszczka potępienia.

Johanna postanowiła nie odrzucać wyciągniętej do niej ręki.

- Nie, nie jesteśmy. Skąd wiedziałeś...?

Starała się, by jej głos zabrzmiał możliwie słabo i krucho. Usłyszała śmiech rosłego 

mężczyzny.

background image

- Ach, ta miłość, ta miłość... Od razu się zorientowałem, że nie pobłogosławiła was 

ręka pastora, to jakby... wprost od was bije! Nigdy nie widziałem małżonków, którzy by tak 

jaśnieli. A poza tym stale zerkacie przez ramię, jak gdybyście się obawiali, że ktoś was będzie 

ścigał.

- Nie zdradź nas, handlarzu! Miej nad nami litość. Tak się kochamy...

Handlarz burczał zadowolony. Spostrzegł, że policzki Knuta pod czarnym kapeluszem 

mocno poczerwieniały. Co to za dziwak, taki brzydkopiękny mężczyzna? Cygan? Zauważył, 

że   kobieta   ma   białe   delikatne   dłonie,   czyżby   panna   z   lepszego   domu?   Córka   wielkiego 

gospodarza? Mówiła tak, jakby wychowała się w domu pastora. To ci dopiero para! Jeśli jego 

domysły są słuszne, nic dziwnego, że musieli uciekać.

Handlarza   bawiły   podobne   historie.   Gdzieś   w   głębi   jego   serca   wciąż   żyło 

wspomnienie   córki   lensmana,   która   kiedyś   gotową   była   oddać   mu   wszystko,   całe   swoje 

życie...

Ten Knut może nie jest równie bystry jak on sam kiedyś. Pewnie ciężko odpokutuje za 

swoją śmiałość, jeśli rzeczywiście nakłonił taką panienkę do ucieczki...

- Odważny jesteś, chłopcze. Doprawdy, mam nadzieję, że zapamiętasz sobie słowa 

starego handlarza. Wróblowi nie zawsze łatwo latać wśród jaskółek.

Ravi nie podniósł głowy.

Johanna zapomniała niemal o swej roli, uraza zapiekła ją w żołądku.

- On... on wcale nie jest wróblem, a ze mnie żadna jaskółka, handlarzu! My... jesteśmy 

sobie równi.

Mężczyzna pokręcił głową, lekko wypuścił powietrze przez nos. Gdy się uśmiechał, 

brunatna smuga podkreśliła zmarszczki w kąciku ust.

- No cóż, życzę wam powodzenia. Oby ta miłość warta była ceny, jaką musicie za nią 

zapłacić.

Zaproponował Raviemu, by poczęstował się zawartością brązowej puszki, ale prędko 

przyjął pełną wahania odmowę.

- No, musimy  się zbierać.  Znam pewien  przytulny  szałas,  jeśli  tylko  zdołamy  się 

przeprawić przed nocą...

Ravi poderwał się, Johanna prędko pozbierała resztki prostego posiłku. Mięśnie nie 

dawały już o sobie znać takim kłującym bólem, zmienił się on raczej w głęboką żarzącą się 

ciągle udrękę, jak gdyby w żyłach krążyła jej nie krew, lecz gęsta owsianka. Chyba nigdy już 

nie pozbędzie się tego zmęczenia.

Gdy tylko jednak stopy odnalazły z powrotem znajomy już rytm i pozostawili za sobą 

background image

kolejne wzniesienie, ona także nabrała otuchy.

Przed nimi rozciągały się nowe krajobrazy.

Nowe zbocza, nowe doliny, zupełnie inny las niż ten, w którym kiedyś się bawiła.

Również twarz Raviego nabrała otwartości, stała się jakby bardziej żywa, jak gdyby 

zdołał się wreszcie wyprostować i czerpał siły z powietrza, którym wcześniej oddychali tylko 

obcy.

- Byłeś już kiedyś w Al?

Z uśmiechem pokręcił głową.

-   Nie,   nigdy   nie   zapuszczałem   się   tak   wysoko.   Mam   wrażenie,   że   się   nam   tam 

spodoba. Wierzę, że w którejś z tych położonych na uboczu wiosek zdołamy znaleźć dla 

siebie jakieś miejsce na zimę.

Johanna uśmiechnęła się. Ravi widział, jak bardzo jest zmęczona, że czuje się, jakby 

wyrwano ją z korzeniami. Dopuścił już myśl, na którą ona wciąż nie chciała się ośmielić: Że 

ich ucieczka nie musi nie mieć końca, że być może, byle tylko przeszli za jedną albo za dwie 

góry, znajdzie się jakieś miejsce, gdzie będą mogli poczuć się bezpieczni.

Jakaś chata, służba? Może zdołają przeżyć dwa albo i trzy lata za pieniądze, które 

Johanna ukryła za stanikiem?

Może kiedyś będą mogli przesłać wiadomość na Meisterplassen, powiedzieć, że jakoś 

ułożyło im się życie?

Nie miała sił, by myśleć o rozpaczy matki, nie teraz. Nie chciała wyobrażać sobie żalu 

ojca, gdy dowie się o takim grzechu.

Zdawała sobie sprawę, że wszystko to runie na nią z całą mocą, gdy tylko zakończy 

się pierwszy etap ucieczki. Napłyną wtedy inne myśli, dręczące, czarne. Na razie jednak było 

w niej miejsce tylko na jeden strach: że ich dościgną, że pewnego ranka obudzi się i ujrzy 

wokół   siebie   ludzi   lensmana,   twardych  mężczyzn,   którzy  przyniosą   jej   przesłanie  prawa: 

morderczyni.

Nikt jednak nie szedł śladem niewielkiej grupki, która w milczeniu pięła się w górę 

stromego zbocza ze świadomością, że gdy je pokonają, mozolna wędrówka przynajmniej na 

jakiś czas się zakończy.

Stał z przymkniętymi  oczami na samej krawędzi skały.  Pod nimi leżała przyjazna 

dolinka, uśpiona w ostrych promieniach popołudniowego słońca.

-   Leveld   -   powiedział   handlarz.   -   Tam   widać   zagrodę,   do   której   zajrzymy.   Stary 

Sjugurd zawsze dobrze płaci za tytoń, a Sovrinie na pewno przydadzą się nici, chętnie też 

posłucha nowin z rodzinnej wioski. Ona sama przed laty przeszła przez góry, ale nie przestaje 

background image

mówić o tamtej wiośnie, której już nigdy nie przeżyje.

Ravi najwidoczniej nie słyszał ani słowa z tego, co mówił handlarz. Stal, prostując 

plecy, chciał chwilę odetchnąć. Owce podreptały dalej wąską ścieżką. Ciężko będzie schodzić 

po stromiźnie, lecz handlarzowi spieszyło się, wybrał najkrótszą, choć zarazem najbardziej 

stromą drogę do rzeki.

Johanna widziała jedynie plecy Raviego stojącego na krawędzi.

Podeszła   do   niego,   handlarz   już   zaczął   schodzić   w   dół   i   kiwnięciem   głową 

przywoływał ich, by ruszyli za nim.

- O czym myślisz, Ravi? Otworzył oczy.

- Zawsze tak się czuję... gdy stoję i mam zejść do ludzi.

- To piękna wioska, Ravi.

- Piękna... Tak myślisz?

Johanna kiwnęła głową. Delikatnie ujęła go za rękę, poczuła jej chłód i szorstkość.

- Może ludzie tutaj też są piękniejsi - powiedziała cicho.

Odwrócił się od niej.

- Nie miej takiej nadziei, Hanno.

Ale ona nie mogła dodawać jego rezygnacji do swej własnej.

- Nie mów tak, musimy mieć nadzieję. Inaczej moglibyśmy. ..

- ...zostać tam, gdzie byliśmy? Wiesz, niekiedy wydaje mi się, że tak właśnie powinno 

się stać. Może mimo wszystko w domu była dla ciebie jakaś łaska, Hanno. Może to ja...

- Mówiłam już, że nie wolno ci myśleć w ten sposób.

Odwróciła się tak gwałtownie, że Ravi zachwiał się na nogach, gdy puściła jego rękę. 

Przytrzymując   spódnicę,   pobiegła   takim   pędem,   że   aż   chustka   na   włosach   gniewnie 

załopotała.

Wolno poszedł za nią, wreszcie jednak i on musiał podbiec, żeby dogonić handlarza, 

poganiaczy bydła i pobekujące owce.

Chyba jednak go nie znam, przemknęło Johannie przez głowę.

Ach, Boże, myślałam, że wiem, kim on jest. Sądziłam, że kocham go tak otwarcie i 

szczerze, że żadna jego cząstka nie będzie mi obca.

Mocno stąpała po śladach, jakie ciężkie buty handlarza zostawiały w miękkim piasku 

na ścieżce.

Boże, dlaczego czuję się tak niezwykle samotna?

Przecież   on   mi   towarzyszy,   jest   za   mną   tylko   o   krok,   słyszę   jego   oddech,   czuję 

spojrzenie jego oczu na plecach. Gdybym tylko chciała, mogłabym się zatrzymać na moment 

background image

i pocałować go.

Dlaczego więc tego nie robię?

Dlaczego był mi bliższy, gdy żyliśmy oddzielnie, niż teraz?

Przyłapała się na pragnieniu, aby możliwe było zawrócić.

Niepewnym krokiem zbliżała się do szumiącej gromady ludzi wokół grupy handlarza. 

Ravi przysiadł pod chatą tingu na leżącej belce, która dobrze służyła za siedzisko. Miał stąd 

widok na plac, gdzie zebrali się ludzie, sam natomiast zlewał się niemal w jedno z brunatną 

ścianą z bali.

Handlarz   wziął   się   pod   boki   rękoma   przypominającymi   krótkie   pałki   i   głośno 

zachwalał:

- Piękne towary, ludzie! Śledzie z najgłębszych fiordów, prawie jak świeże! Chodźcie, 

posmakujcie! I nie bójcie się, nikt tu nie oszczędzał na soli, właściwie powinienem podnieść o 

nią cenę.

Kobiety mruczały coś do siebie, cmokały i oblizywały palce. Rzeczywiście zalewa, 

której pozwolił im spróbować, piekła w usta. Nie dało się też wyczuć smaku zgnilizny, która 

niekiedy przedzierała się przez odór śledzi z beczek. Naprawdę niezły towar, i ryba dobrze 

zasolona, gruba obrączka soli na beczce świadczyła też o tym, że pożywienie przetrzyma się 

długo, przez kilka miesięcy.

Zaczęli się targować.

Johanna podeszła ostrożnie.

Handlarz obiecał, że będzie miał uszy otwarte i może dowie się, że komuś tej zimy 

potrzeba dodatkowej pary rąk do pracy.

- Obawiam się, że będzie trudno po tym zarządzeniu - powiedział cicho, gdy Johanna 

stanęła obok niego. - Sam Rikandsruden ma podobno pełne izby parobków. Ale nie bój się, 

Anno, wiesz przecież, że stąd do pisarza daleko.

Wiedziała, o czym mówił. Nowe prawo miało zapobiec napływowi do wiosek ludzi, 

żyjących na drogach, którzy najmowali się do pracy, kiedy nadarzyła się okazja, albo też 

zarabiali   na   chleb   w   jeszcze   gorszy   sposób.   Nowe   zarządzenie   zabraniało   tego   rodzaju 

działalności. Teraz wszyscy musieli pokazywać umowę. Gdy ktoś był bez pracy, już samo to 

wystarczyło, by wysłać go do więzienia.

- Musi przecież być ktoś, kto potrzebuje służącej...

Może jacyś staruszkowie, którzy zechcą użyczyć nam dachu nad głową w zamian za 

pracę?

Handlarz uszczypnął się w brodę, wywinął wargi, nie spuszczając czujnego spojrzenia 

background image

ze swych towarów i z ludzi, którzy smakowali i komentowali.

- Ale co ty potrafisz, Anno? Tak mało o tobie wiem. Nie jesteś chyba z tych, co 

harowały przy palenisku i na polu.

Hanna i teraz nie patrzyła na niego.

Wiedziała,   że   jeśli   powie   coś   więcej,   całe   swe   życie   złoży   w   dłonie   tego 

przypadkowego towarzysza podróży. Może jednak nie miała nic do stracenia, może on będzie 

umiał trzymać język za zębami, nawet gdy prawda wyjdzie na jaw, kiedy wiosną znów ruszy 

przez góry i dowie się o zbiegłej morderczyni?

- Umiem czytać - powiedziała cicho.

- Czytać?

Handlarz zarechotał głośno.

- No cóż, może  mógłbym  zaprowadzić  cię na plebanię,  moja droga. Doszły mnie 

słuchy, że stary dzwonnik leży już i mamrocze ostatni werset.

Znów się roześmiał, teraz ciszej, wyczuwając jej rozpacz.

- Umiesz czytać? No tak, to zawsze coś. Pewnie też umiesz i pięknie pisać. Może 

mogłabyś   pomóc   staremu   Sorboenowi,   on   lubi   pokazywać   się   ze   słowami   na   papierze. 

Podobno nawet napisał całą księgę.

Johanna westchnęła.

- Zaczekaj!

Handlarz podskoczył ciężko na tobołkach z suszonymi rybami.

- Ten pomysł z plebanią nie jest może wcale taki głupi. Pastor Lund to nieduży, słaby 

mężczyzna, lecz nie bez miłosierdzia dla tych, którzy są jeszcze słabsi. Może znalazłby coś 

dla ciebie... może potrzebna mu pomoc w pracy, wiele ma kłopotów ten człowiek... - Uniósł 

brwi. - Możesz tam iść, Anno. I jeśli dobrze się przedstawisz, może nawet da wam ślub, bez 

dokumentów. Wydaje mi się, że dobry Lund lubi skruszonych grzeszników, takich jak on 

sam...

Znów wybuchnął śmiechem. Johanna miała uczucie, że ten śmiech jest niczym tarka 

przy kręgosłupie.

Podniosła głowę.

- Spróbuję - powiedziała cicho.

Handlarz   popatrzył   jej   prosto   w   oczy,   chyba   po   raz   pierwszy.   Oniemiał.   Hanna 

wiedziała, że zapamięta tę chwilę i jeśli ktoś wspomni o niezwykłych oczach morderczyni. ..

- Jeśli nie dostaniesz odpowiedzi, Anno, możesz ruszyć ze mną dalej. Pójdę przez 

Branes...   Wielu   wieśniaków   chce   przeze   mnie   posłać   skóry,   wełnę   i   masło.   Potrzebują 

background image

ziarna... Ale jeśli nie zobaczę cię jutro o świcie, wyruszam dalej bez pożegnania.

Johanna wolno skinęła głową.

- Dziękuję. Spytam Knuta. A tak w ogóle to dziękuję za wszystko i życzę dobrej 

podróży. Wiem, że pewnie jeszcze się spotkamy...

Lekki pocałunek w policzek, uśmiech prosto w oczy. Mimo wszystko spędzili razem 

te niezapomniane, jakże dramatyczne dla niej dni.

Handlarz, burcząc pod nosem, splunął brunatną śliną. Johanna zauważyła coś nowego 

w jego spojrzeniu, czyżby uznanie?

Tutejsza plebania nie przypominała tej w Lyster. Niski dom był dostatecznie duży, by 

się   wyróżniać,   zbudowany   z   najgrubszych   chyba   bali,   jakie   kiedykolwiek   widziała.   Na 

zewnątrz   ściany   obłożono   pionowymi   deskami,   a   deski   pod   kalenicą   przyozdobiono 

rzeźbieniami.

Niezwykła budowla na samym środku dziedzińca, niemal jaśniejąca jasną czerwienią. 

Imponujące rzeźbienia ganku i drzwi obite pięknym żelazem, ciężka sztaba miała metalowy 

zamek nad niedużą ciemną dziurką.

Na podwórzu stały sanie.

Ze swego tronu pod ścianą obory szczekał pies. Stał na stercie ułożonego opału i 

zdzierał   gardło   tak,   jak   gdyby   zapłacili   mu   za   to   aniołowie   zwiastujący   dzień   sądu 

ostatecznego.

Johanna ubrana była w niebieską suknię, którą podczas podróży nosiła na spodzie. 

Suknia na pewno nie była wolna od potu i zagnieceń, lecz przynajmniej nie poplamiona. Na 

szyi Johanna zawiązała zieloną chusteczkę, a na włosach tę samą szarą chustkę, tym razem 

bez fałszywych włosów z końskiej sierści. Czoło smagał chłodny wiatr gnający przez dolinę.

Dziedziniec plebanii był taki wielki.

Z oczami utkwionymi w drzwi zacisnęła dłonie i zmusiła się, by pewnie stąpać po 

ubitym żwirze. Pies dostrzegł to i przestał szczekać.

Nagle  usłyszała  kroki, odwróciła  się i zobaczyła  staruszka wychodzącego  z drzwi 

obory. Zmrużył oczy od jasnego światła i zakaszlał chrapliwie. Trzymał się za biodro, gdy 

zgięty wpół próbował przecisnąć naręcze starej słomy przez wąskie drzwi.

- Niech będzie pochwalony...

Wyprostował się tylko w połowie, jeszcze mocniej zmrużył oczy. Johanna zauważyła, 

że zmarszczki na obwisłej skórze twarzy są zdumiewająco czyste i delikatne.

Najstarszy z parobków?

- Czyżby obcy tu zawitali? - mruknął, z wielką troskliwością odkładając słomę.

background image

- Tak to jest, przychodzę pomówić z... pastorem. Obrzucił ją spojrzeniem od stóp do 

głów.

- No... pewnie znajdzie się jakaś rada. Niech panienka idzie i zapuka. Pastor jest w 

środku, tak, tak.

Uśmiechnęła się, skinęła głową.

Dostrzegła grymas bólu na twarzy staruszka, gdy znów się schylił i wbił powykręcane 

niczym szpony palce w wiązkę słomy.

Stawy miał grube, napuchnięte.

Przydałaby ci się któraś z moich maści, pomyślała.

Gdy krótko się pożegnał i z mozołem zaczął przesuwać wzdłuż ściany obory, poczuła 

się jeszcze mniejsza.

Tak dziwnie się jej przyglądał. Jej słowa miały zupełnie inną melodię niż jego, on był 

jak... zgięte drzewo, jak górska brzoza, która wciąż stała, przytrzymując się resztek gleby, 

nawet teraz, gdy odsłoniły się wyschnięte korzenie.

Johanna   wolnym   krokiem   podeszła   do   drzwi   plebanii.   W   wysokich   drzewach 

otaczających   górną   część   podwórza   rozlegał   się   cichy   szum.   Dom   sprawiał   wrażenie 

pogrążonego we śnie. Pies  pod ścianą obory popiskiwał żałośnie,  zeskoczył  już ze stosu 

drewna na ziemię.

Zastukała. Wyszła jakaś kobieta ubrana w suknię z prawie identycznego materiału jak 

jej.

Mogła mieć pięćdziesiąt lat, może nieco więcej. Coś w niej przypomniało Johannie 

historie,   jakie   matka   opowiadała   o   Gjertrud.   Kobieta   była   nieduża,   lecz   jednocześnie 

wyglądała na niezwykle silną. Szeroki fartuch skrywał krzepkie, na pewno bardzo mocne 

ciało.

- Słucham?

- Ja... przychodzę pomówić z pastorem.

- A o co chodzi?

Johanna podniosła głowę, żeby stawić czoło ostremu tonowi.

- Chodzi o... To osobista sprawa.

Kobieta lekko skinęła głową, najwyraźniej wcale nie obrażona, że nie dopuszcza się 

jej do tajemnicy.

- Bylebyś tylko nie była jedną z tych, co to się włóczą i szukają tu służby!

Johanna, przygnębiona, zgięła kark, ale drzwi zostały już otwarte i kobieta gestem 

zapraszała ją do środka.

background image

- Zaraz sprowadzę pana. Jest u pani, oby Bóg miał ją w swej opiece...

Nie   zaproponowała   Johannie   krzesła,   Johanna   stała   więc,   żałując,   że   nie   ma 

przynajmniej czegoś w rękach. Przez głowę przepływały jej myśli i obrazy ludzi, szarych 

ludzi, których tyle razy widywała, jak stali niczym cienie w drzwiach Karlsgard. I ona także 

nie proponowała, by usiedli. Teraz tego żałowała.

Pastor nadszedł cicho jak młoda dziewczyna, miękkie kroki po podłodze ledwie było 

słychać. Głos brzmiał równie miękko.

- Niech cię Bóg błogosławi, nieznajoma kobieto, która przychodzisz do mego domu.

Johanna szeroko otworzyła oczy. Takiego pastora dziwaka nigdy nie widziała. Był 

nieduży, chudy i niemal całkiem niknął w długiej do ziemi, przypominającej pelerynę kurcie, 

w którą był ubrany.

- Pokój temu  domowi  - odparła, pamiętając  o tym,  by ugiąć kolana ze wzrokiem 

wbitym w ziemię.

- Niewiele mam czasu, kobieto, lecz poczytuję sobie za honor wysłuchiwać wszelkich 

spraw, z jakimi przychodzą moje owieczki, jeśli tylko nie jest to zbyt wielki kłopot. Siadaj 

więc, zdaje mi się, że cię nie znam.

Hanna   poczuła,   jak   serce   jej   wali,   a   policzki   oblewa   fala   gorąca.   Zapomniała 

powiedzieć, kim jest, może usiłowała to od siebie odepchnąć. Ogromnie ją bolało, że musi 

kłamać w żywe oczy samemu pastorowi. Gdyby jeszcze był wielki i głośno grzmiał z surową 

miną jak ci, których znała z domu...

- Jestem Anna... Anna Plassen.

- A twoja sprawa, panienko Anno?

Hanna poczuła, że kolana się pod nią uginają. Tak rozpaczliwie pragnęła, by pastor 

usiadł, ale on stał tak samo wyprostowany jak ona, równy jej wzrostem.

- Moja sprawa... Ja... Niełatwo ją przedstawić, łaskawy panie.

- Przyszłaś tu może żebrać?

- Nie, nie to. Ale mam kłopoty.

Pastor kiwnął głową, Hanna usłyszała cmoknięcie języka o podniebienie.

-   Przyjdźcie   do  mnie   wy,   którzy   dźwigacie   wielki   ciężar...   powtarzam   za   Panem. 

Usiądź, kobieto, musimy porozmawiać.

Odpowiedziała mu uśmiechem, wdzięczna, że chciał jej wysłuchać. Malutki ksiądz już 

pokazał swoją ludzką twarz.

Usiadł   przy   prostym   stole   w   pomieszczeniu,   które,   jak   zrozumiała,   musiało   być 

przedłużeniem   kuchni.   Pokoje   pastora   znajdowały   się   zapewne   w   głębi   domu,   może   za 

background image

tamtymi pomalowanymi na niebiesko drzwiami, które dostrzegała nad jego ramieniem.

- Prawie nie znajduję słów, łaskawy panie. Nie wiem, jak mam przedstawić sprawę, z 

którą przychodzę.

- Jest może coś, co chciałabyś wyznać, kobieto.

- Na pewno, ale... - zdecydowała się. - Przyszłam prosić, żebyście przyjęli mnie na 

służbę tu, w zagrodzie. Nie jestem z twojej parafii, przybywam z daleka, z... z mężem. Mamy 

dość pieniędzy, by przeżyć zimę, lecz nie przywykłam do tego, by nic nie robić, do niczego 

się nie przydawać.

Jego   spojrzenie   miało   w   sobie   zaskakującą   intensywność   jak   gdyby   fizycznego 

dotyku. Hanna czuła się nieswojo, słowa jakby zbladły. Ten nieduży człowieczek potrafił ją 

przejrzeć, obnażyć, wyczytać kłamstwa z powietrza, w którym zawisły.

- Wydajesz mi się dość szczególną kobietą, odważną. Rzadko mi się zdarza spotkać 

niewiastę, która by tak prosto siedziała na krześle. Większość w ogóle nie chce siadać w 

mojej obecności, trzęsą się i jąkają, obracając słowa w ustach, gdy skarżą się na biedę.

- Ja też jestem w biedzie - oświadczyła Johanna z mocą.

Pastor złożył dłonie, przymknął oczy.

-   A   kto   nie   jest   -   padła   cicha   odpowiedź.   Johanna   z   trudem   zdołała   usiedzieć   w 

miejscu, podczas gdy pastor chyba się modlił.

Wreszcie otworzył oczy, lecz palce pozostały splecione.

- Co potrafisz? Jakie usługi możesz mi zaproponować? Poczuła, że słowa utkwiły jej 

w gardle, lecz jakoś udało jej się je wypluć:

- Umiem czytać i pisać. I wiele innych rzeczy. Widziałam wiele ksiąg i przyjmowałam 

na świat dzieci.

Pastor   drgnął.   Przez   moment   wystraszyła   się,   że   jej   sława   wyprzedziła   ją   w 

przemarszu przez góry, że ten kruchy człowiek w czerni już wie o uczonej Johannie, która 

uciekła,   zabiwszy   swego   męża.   Że   wie   już   wszystko,   że   zaraz   wezwie   swoich   ludzi   i 

dopilnuje, by ją zatrzymano.

- Jesteś akuszerką? Położną? Nie składałaś chyba jednak żadnego egzaminu?

Johanna   z   wahaniem   skinęła   głową.   W   jego   oczach   nie   widać   było   pogardy, 

wzburzenia ani potępienia. Jedynie łagodne zaskoczenie i przebłysk czegoś, co mogło być 

radością.

- Nie... Ale sporo się nauczyłam. Tam, skąd pochodzę... Urwała, znów chyba za wiele 

zdradziła. Ach, co też będzie dalej? Pastor spyta teraz, skąd pochodzi. Kto był jej pasterzem 

tam, w domu? Czy ma jakieś świadectwo, skoro wybrała się na poszukiwanie nowej służby?

background image

On   jednak   milczał,   siedział   tylko   z   podniesionymi   brwiami   i   czekał,   aż   Johanna 

dokończy zdanie.

- Tam, skąd pochodzę, ludzie w potrzebie stale do mnie się zwracali, niemal jak do 

was, łaskawy pastorze. Tyle że szukali pomocy na dolegliwości ciała, nie duszy.

-   Dusza   jest   na   stałe   związana   z   ciałem,   twoja   praca   więc   na   pewno   nie   miała 

mniejszej wartości niż moja - cicho rzekł pastor.

Znów   ją   zaskoczył,   cóż   to   za   człowiek?   Żaden   ksiądz   wszak   tak   nie   mówi.   Cóż 

bowiem jest ważniejsze od zbawienia i wiecznego królestwa?

- Jest pan niezwykłym człowiekiem, pastorze Lund, nie tylko poświęca pan czas... lecz 

jest także życzliwy dla mnie, pomimo mej bezczelności.

Pastor uśmiechnął się z zaciśniętymi  ustami. Pochylił się, oparł o kolana, huśtając 

leciutko na brzeżku krzesła.

- Doprawdy, Bóg znów dał mi znać o sobie i jeszcze raz pokazał, jak bardzo się o 

mnie troszczy w swej potędze. Jesteśmy nędznymi ludźmi z naszymi słabościami i małymi 

umiejętnościami, On jednak czuwa nad nami i wysłuchuje każdej najcichszej nawet prośby...

Johannie   wydawało   się,   że   mówi   bardziej   do   siebie   niż   do   niej,   dlatego   bała   się 

odpowiedzieć.

Ale pastor zaraz popatrzył jej prosto w twarz.

- Dostaniesz służbę u mnie, wydaje mi się, że zesłał cię tu Pan. Wiem, że nie uczyniłaś 

ani jednego kroku na swej drodze bez wskazówki Jego świętej ręki. Chodź!

Wstał. Wydawał się teraz większy, bardziej zapraszający. Szerokie rękawy kubraka 

były nieco zbyt długie, lecz teraz przydały jego ręce ciężaru. Johanna pospieszyła za nim 

drobnym, sztywnym krokiem.

Przeszli   przez   dwie   pary   drzwi,   potem   przez   izbę   pełną   kufrów,   pudeł   i...   jakże 

cudowny to widok, książek!

Było to ciemne, dość surowe pomieszczenie, niczym nie ozdobione, nie przypominało 

też alkowy pomimo wąskiej ławy przymocowanej do ściany. W pokoju panował chłód, nie 

było tu paleniska ani pieca.

Pastor poszedł dalej przez jeszcze jedne wąskie drzwi.

Odwrócił się do Johanny, jego twarz stała się nagle otwarta, wrażliwa.

- Poznasz moją żonę.

Johanna   weszła   do   pokoju   i   pierwszą   rzeczą,   na   jaką   zwróciła   uwagę,   był   ciężki 

zapach kamfory, kwaśnego potu i dymu z płonących ziół, a poza tym jakiś zapach, który 

sprawił, że zadrżała z tęsknoty. Tak niekiedy pachniało na Vildegard, czasami, gdy zbyt wielu 

background image

ludzi przebywało za długo wśród szczelnych ścian.

Choroba.

Śmierć?

Pastor poruszał się bezszelestnie, wręcz unosił się nad podłogą, Johanna spostrzegła 

teraz, że ma na stopach kapcie ze sfilcowanej wełny.

W półmroku pod ścianą zobaczyła łóżko.

Pastor pochylił się nad nim, potem podszedł do paleniska i na drewnianej drzazdze 

przyniósł płomień. Zapłonęła świeca.

Na ścianach wisiały gobeliny, być może za którymś z nich kryło się okno, w każdym 

razie jednak światło dzienne nie docierało do łóżka w kącie.

- Moja najdroższa Karen, śpisz? Szepczące głosy, jakaś kobieta.

- Jest tu ktoś, kogo chciałbym,  byś poznała, Karen, kto być może będzie umiał ci 

pomóc.

Johanna wahała się, lecz wreszcie podeszła krok bliżej.

-  Ona  ma  na  imię   Anna.  Anna...  Plassen?  Przybywa   z daleka,  wydaje  mi  się,  że 

zesłana   przez   Boga.   Jest   akuszerką,   młodą,   co   prawda...   Może   ona   właśnie   jest   tym 

narzędziem, o które prosiliśmy Boga?

Kobieta w łóżku zdołała usiąść przy pomocy męża. Dopiero teraz Johanna dostrzegła 

wielki biały krzyż, błyszczący w mroku nad posłaniem. Wyglądało to tak dziwnie, niczym 

ołtarz albo może grób? Kobieta była równie biała, od drobnych dłoni na okryciu po twarz. 

Tak biała jak koszula, widoczna spod czarnej chusty.

- Sądzę, że tylko Bóg jest w stanie nam pomóc - rzekła kobieta. Słowa przypominały 

raczej oddech, Johanna jednak wyczuła w nich łagodną odmowę.

-   Oczywiście,   masz   rację,   moja   droga   żono.   Modliłem   się   jednak   i   sądzę,   że   ta 

niewiasta jest odpowiedzią na moje modlitwy.

Blada pastorowa nie poruszyła nawet palcem, siedziała nieruchomo, oparta chudymi 

plecami o ustawione przez męża poduszki, ledwie tworząc przy tym zagłębienie w miękkim 

podłożu.

- Ona umie czytać, Karen.

W oczach chorej pojawiło się coś na kształt zainteresowania.

- Umie czytać?

Pastor kiwnął głową, wymienił spojrzenie z Johanna.

- Będzie mogła cię pielęgnować, moja droga. Wiem, jakie to dla ciebie przykre, gdy 

zajmują się tobą te służące o twardych rękach, wiem, że potrzeba ci kogoś... Zachowanie i 

background image

mowa tej kobiety wzbudzają we mnie zaufanie. Czy ty nie widzisz, Karen, że ona jest innego 

rodzaju? Będziesz mogła z nią wytrzymać.

Karen   kiwnęła   głową   niemal   z   namysłem.   Johanna   stała   sztywna,   czując   lekkie 

skurcze niepokoju w żołądku. Co to znaczy? Czego chce pastor? I ta jego żona w łóżku, co 

jest w niej takiego, że dłonie Johanny po przywitaniu zrobiły się zimne i lepkie?

- Moja małżonka jest... brzemienna. Znów... Nie mija dzień, bym  nie błagał i nie 

modlił się o życie jej i dziecka. Ona... ona... wszystkie straciliśmy.

Johanna popatrzyła pastorowi w oczy. Jego szczerość była w tej chwili wręcz przykra. 

Pojęła tragedię, którą opisał w tak krótkich słowach. Zrozumiała wstyd, choć takie słowo nie 

padło.

Grzech.

Kara?

Bezdzietność?

Inaczej patrzyła teraz na zapadnięte policzki kobiety, zmęczone oczy, napięte ścięgna 

szyi.

W pokoju unosił się zapach śmierci.

Ale w pastorowej kiełkowało życie.

- Jej czas nadejdzie dopiero w maju, ale każdego dnia... widzimy znaki i modlimy 

się...

Johanna zebrała się na odwagę.

- A więc taką służbę chcesz powierzyć nieznajomej kobiecie, pastorze? Chcesz, by 

była pociechą dla twej żony, by przyszła jej z pomocą, jeśli Bóg tym razem da jej dość sił?

Pastor z powagą kiwnął głową.

-   Tak.   Niejedna   już   próbowała,   przychodzą   tu   z   rozmaitymi   rozwiązaniami   i 

modlitwami, które i ja sam znam. Przynoszą wieści o sposobach leczenia, o cudotwórcach, a 

nawet o chirurgach, którzy umieją zaradzić takim dolegliwościom, ale nikogo nie chcę już 

słuchać. Moja żona... Ona tego nie zniesie, jest zbyt krucha.

Johanna zrozumiała, o co mu chodzi. Pastorowa zaliczała się do typu  niezmiernie 

delikatnych kobiet, stworzonych jakby według wzorca dziewicy, nie posiadających dość siły, 

o biodrach węższych niż u młodego chłopaka. Nie przyszła na świat po to, by zostać matką, 

by rodzić silne, zdrowe, tłuste dzieci.

Kobieta,   która   lekko   zadarła   delikatny,   ostro   zakończony   nos,   przypominała   teraz 

ptaka.

- Weź tę książkę i poczytaj mi, zobaczymy, czy się nadajesz.

background image

Johanna miała  w rękach niedużą  cienką  książeczkę,  trzymała  ją z szacunkiem jak 

noworodka. Na lekko dostrzegalny gest kobiety usiadła i otworzyła sztywne okładki. Złote 

litery na grzbiecie całkiem już się niemal wytarły. Pierwsze karty pociemniały od upływu 

czasu i być może od wilgoci. Pismo jednak było piękne, cudownie wydrukowane.

Zaczęła czytać:

Duchowa walka ludzi chrześcijan...

Kobieta w łóżku przymknęła oczy, teraz z wyrazem zadowolenia na twarzy. Ręce na 

posłaniu złożyła. Johanna, czytając pierwszą stronicę, usłyszała za plecami oddalające się 

kroki pastora. Jej głos brzmiał czysto i pewnie, gdy sama pozwoliła sobie, by wciągnęła ją 

treść, i wczuła się w niezwykły ton tej niedużej książeczki.

- Wystarczy.

Kobieta przerwała jej w pół zdania. Johanna opuściła książkę na udo. Oczy trochę ją 

piekły, w pomieszczeniu było mało światła, zbyt mało, by dało się czytać, nie mrużąc oczu, 

nie wysilając ich do odczytywania każdej litery.

- Rzeczywiście, dobrze czytasz. Czy umiesz także pisać?

Johanna kiwnęła głową.

- Przynieś więc pióro z tamtego stolika. Znajdziesz tam też arkusz papieru.

Johanna zobaczyła, że papier jest cienki, dobrej jakości.

- Teraz napisz: „Dzisiaj, 3 listopada błogosławionego roku pańskiego 1743, podejmuję 

się służby u zacnej rodziny Lundów na plebanii probostwa w Al na rok...

Johanna pisała, czując, jak radość pulsuje jej w piersi, a palce zaciskają się z miłością 

na przyrządzie, którego, jak jej się wydawało, nigdy już nie będzie używać.

background image

ROZDZIAŁ III

Spotkała go pod ścianą budynku, w którym zbierano się na tingi. Wciąż tam siedział, 

sprawiał wrażenie, jakby nie drgnął mu żaden mięsień, odkąd się rozstali, lecz dzban u jego 

stóp mówił co innego. Kupił tanią wódkę od handlarza, który dostał ją w zamian za kilka 

pęczków suszonych ryb.

- Ravi, długo czekasz? Przynoszę dobre nowiny, mój drogi. Wszystko tak dobrze się 

nam układa...

Spojrzał spod ronda ciemnego kapelusza, oczy mu błyszczały, twarz miał zdrętwiałą z 

zimna i czegoś, czego nie rozpoznawała.

- Naprawdę?

Poczuła, jak obojętność jego słów zmywa całą radość. Dotarł do niej ostry zapach 

wódki. Nie chciała go takiego. Pragnęła jednak za wszelką cenę ocalić tę maleńką iskierkę 

nadziei, którą rozpalił w niej pastor.

- Ravi, przyjęto mnie na służbę! I to wcale nie na byle jaką, choć przecież na taką 

właśnie się przygotowywałam. Będę służyć u pastora, pomyśl tylko, to dopiero szczęście!

- On nie wie, kogo zatrudnił, ale może się tego dowiedzieć - cicho zauważył Ravi.

- Być może, być może tak właśnie się stanie, ale w takim zagrożeniu tak czy inaczej 

musimy żyć,  Ravi. Sami  postanowiliśmy uciekać. A pastor to dobry człowiek, delikatny, 

niezwykły   człowiek,   a   jego   żona...   Właśnie   u   niej   mam   służyć,   jest   bardzo   chorowita, 

biedaczka, sama uważa, że ciąży na niej przekleństwo...

Ravi wstał, gdy podała mu rękę, dobrze było się przekonać, że jednak mocno trzyma 

się na nogach.

- Chodź, mój drogi - wciąż wesołym głosem powiedziała Johanna.

- Mamy gdzieś iść?

Johanna zerknęła na niego, już cieszyła się na widok jego twarzy, gdy przekaże mu 

radosną nowinę.

- Ravi, dostałam nie tylko służbę... dostałam też chatę, tylko dla nas!

Ravi otworzył usta, zamrugał oczami.

Czy   on   się   nie   roześmieje?   Nie   uśmiechnie?   Czy   choćby   słowami   nie   wyrazi 

zadowolenia? zastanawiała się Johanna.

A   Ravi   tylko   zatrzymał   się   na   środku   placu   i   mocno   przygarnął   ją   do   siebie. 

Przechodzące kobiety odwróciły głowy, niemal zgorszone.

- Ależ, Ravi, przecież ludzie patrzą!

background image

Nie puszczał jej, ona też nie zrobiła nic, by rozluźnić uścisk jego mocnych ramion.

-   Jesteś   niezwykła,   moja   Hanno!   Nie   zasłużyłem   na   to.   -   Jeśli   komuś   mogłabym 

uczynić dobro tu, na tym świecie, to właśnie ty najbardziej na nie zasługujesz - szepnęła 

Johanna.

Nie dodała jednak „biedny Ravi”, wiedziała, że tego by nie zniósł.

Maleńka   izdebka   była   niemal   całkiem   pusta.   Znajdował   się   w   niej   stół   na   stałe 

przymocowany do ściany, ciężka płyta opierała się tylko na jednej nodze, stały też tam zydle i 

ława. Klepisko pokrywał kurz, śmieci i resztki słomy sypiącej się z posłań. W jednym kącie 

wymurowano palenisko, Johanna stwierdziła z radością, że wyciąg pieca dobrze działa. Nie 

będą więc musieli poruszać się po omacku w szarym od dymu powietrzu. Zrozumiała, jak 

bardzo rozpieściły ją nowoczesne żelazne piecyki na Karlsgard. Zresztą nie tylko one...

Niemal ze smutkiem podeszła do okienka nad stołem. Był to właściwie tylko maleńki 

otworek   z   kawałkiem   szyby,   uszczelnionej   wiórami   z   desek   i   czymś,   co   wyglądało   na 

nasmołowane   końskie   włosie.   Okienko   miało   wewnętrzne   okiennice,   można   je   było 

zamocować, gdy zimowe wiatry zbyt mocno dawały się we znaki. Ta sama włochata, czarna 

masa wypełniała szczeliny między belkami w ścianach niskiej chaty, również w miejscach, 

gdzie bale po wyschnięciu mocniej odstawały od siebie.

Ravi   stanął   nieruchomo   na   środku   izby.   Zostawił   dźwigane   ciężary   przy   progu, 

Johanna zdjęła węzełek z pleców i cicho do niego podeszła.

- Nie najgorzej.

Usłyszała, jak słabo zabrzmiał jej głos. Ale kiedy Ravi odwrócił się do niej, na ustach 

nareszcie miał uśmiech, a oczy mu błyszczały.

- Tu możemy żyć. Tak, tu będę mógł spać, Johanno. Czujesz? Ta chata na nas czekała.

Musiała przyznać, że tego akurat nie czuła, lecz widok ożywionej twarzy Raviego 

sprawił,  że  serce  zaczęło  jej bić  nowym,  radosnym  rytmem.  A więc  radość była  jeszcze 

możliwa. Pocałowała go leciutko, lecz gorąco.

-   Tak   się   cieszę,   wszystko   się   ułoży!   Pożyjemy   tu   przez   jakiś   czas,   nikt   nas   nie 

odnajdzie, a już na pewno nie tej zimy.  A jeśli będziemy ostrożni, nikomu  z wioski nie 

przyjdzie na myśl, że bogata pani, która zakłuła nożem swego ślubnego małżonka, to nie kto 

inny jak Anna Plassen.

Ravi mocno pokiwał głową.

W chacie zrobiło się niemal przytulnie.

- Wybacz mi - poprosił cicho, gdy pocałunki nabierały coraz większej miękkości i 

czułości.

background image

Hanna wtuliła czoło w jego ramię.

- Nie mów tak więcej, Ravi, nigdy więcej...

Stali   na   środku   izby,   napawając   się   uczuciem,   że   oto   wreszcie   zamknęli   drzwi 

odgradzające ich od świata. W chacie unosił się lekki odór gnijącej wilgoci, należało usunąć 

starą  słomę   z  ławy,  a  porządne  szorowanie  piaskiem  i  ługiem   na pewno  dokona cudu  z 

szerokimi deskami ułożonymi pod zydlami. Może Johannie starczy też czasu, by wyczyścić 

ściany, a on naprawi piec w miejscu, gdzie kamienie obluzowały się i odstawały od siebie...

Johanna wysunęła się z objęć Raviego, rozejrzała dokoła. Podeszła do swego węzełka, 

rozwiązała narzutę na łóżko. Należała kiedyś do matki. Tu i ówdzie była teraz poplamiona, w 

jednym miejscu rozdarła się, gdy zaczepiła o jakiś krzak w drodze przez góry.

Ale mimo wszystko piękna.

- Jeszcze przez pewien czas będzie widno - powiedziała. - Postarajmy się, żeby ta 

pierwsza noc tutaj była jak najmilsza.

Ravi uśmiechnął się, już nie tylko wódka przydawała blasku jego oczom.

- Spróbuję poszukać czegoś, czym można by tu napalić. Ale kociołka nie mamy, ani 

pościeli.

- Ja mam, są nasze kurtki. Tej nocy jakoś sobie poradzimy. Spaliśmy przecież wprost 

na ziemi, mielibyśmy więc teraz nie przetrzymać jednej nocy bez materaca? Jest wszak piec i 

ściany, dach nad głową i...

Ravi roześmiał się.

- Moja mała Hanno, naprawdę jesteś niezwykłą osobą!

Czy już zdążyłaś zapomnieć o gładkich prześcieradłach i haftowanych pierzynach, w 

których zawsze sypiałaś?

Nie zmieniła radosnego wyrazu twarzy, lecz słowa były ciężkie od nieskrywanego 

bólu.

- Nie, nie zapomniałam o nich, ale też i nie zapomnę nigdy tego, z którym je dzieliłam. 

Taką karę muszę ponieść, Ravi.

Jego śmiech zawisnął w powietrzu, nie potrafił go cofnąć, widział jednak, że Johanna 

stoi spokojnie i o nic go nie oskarża.

A teraz nawet się uśmiechnęła.

- Z radością zapomnę o jedwabnych poszewkach i chętnie przyjmę twardą pryczę, 

byle bym tylko miała ciebie... jako kołdrę.

Wrócił   żartobliwy   nastrój,   chęć   zabawy.   Johanna   kokieteryjnie   podreptała   po 

podłodze,   potem   owinęła   się   narzutą   jak   peleryną.   Przedmioty,   które   w   niej   przyniosła, 

background image

rozsypały się po podłodze, a worek Raviego się przewrócił.

-   Pozwól   mi   posprzątać,   Ravi,   a   ty   przynieś   trochę   drewna.   Czy   myślisz,   że 

moglibyśmy pójść do tej zagrody i kupić tam coś do jedzenia? Zapasy nam się kończą...

- Na pewno, można, ale... ty idź. Ja tu ogarnę... Johanna zrozumiała.

Z powrotem zawiązała chustkę na włosach, wzięła jedynie kilka najmniejszych monet, 

nie warto bowiem pokazywać nikomu, że para obcych biedaków ma dość talarów na to, by, 

gdy zabraknie mleka i końskiej kiełbasy, kupić całą krowę i stajnię.

-   Będę   się   spieszyć   i   spróbuję   zdobyć   coś   naprawdę   dobrego.   Potem   nareszcie 

będziemy mieli trochę spokoju. Pożywimy się i będziemy radować się posiłkiem pod dachem.

- Tak, radować się. - Ravi kiwnął głową. Johanna, wychodząc na listopadowy chłód, 

czuła, że grzeje ją jego spojrzenie.

Chata,   którą   wypożyczył   im   pastor,   stała   na   skraju   wielkiej   zagrody.   Nad  małym 

domkiem wznosiła się skała, strome górskie zbocze przywiodło Johannie na myśl krajobraz w 

głębi fiordu. Ale tamte góry sięgały nieba, ten pagórek zaś był w porównaniu z nimi zaledwie 

niewielkim wzniesieniem, które zamykało widok na płaskowyż i inne doliny.

Ruszyła tą samą drogą, którą przyszli. Był to zaledwie krótki spacer do placyku z 

budynkiem, w którym odbywały się tingi, stanowiącym centrum życia wioski. Tuż obok stał 

kościół, stara świątynia podobna do tej, którą mijali w Borlaug.

Plebanię już poznała, choć z drogi widok na nią zagradzały wysokie drzewa.

Bała się iść prosto do zagrody, którą sobie upatrzyła. Przerażała ją świadomość, że 

nikt z mieszkających tu ludzi nie jest jej przyjacielem ani choćby znajomym.

Może znów udać się do pastora?

Tyle   jednak   już   od   niego   dostała.   Chata   przewidziana   była   dla   staruszków   na 

dożywociu,   lecz   w   ostatnich   latach   mieszkała   tu   tylko   wdowa   chałupniczka.   A   nowi 

dzierżawcy pastora mieli własne zagrody.

- Możecie tu zostać, przynajmniej do wiosny. Dopóki będziesz u mnie na służbie, 

okażesz dość pokory i chęci do pracy, nie będziesz się musiała martwić ani o strawę, ani o 

dach nad głową - zapewnił ją pastor.

Wydawało   jej   się,   że   czytała   kiedyś   podobne   słowa   w   wielkiej   księdze,   z   której 

najwidoczniej i on czerpał swoją mądrość. Dlatego z powagą tylko skinęła głową, szepcząc 

podziękowanie dla niego i dla Boga.

Pastorowi się to spodobało, długo patrzył na nią spokojnymi, życzliwymi oczyma. Coś 

widać jednak nagle mu się przypomniało, bo przeprosił ją i pospiesznie wrócił do żony. Mieli 

dłużej porozmawiać następnego dnia. Powiedziała mu tylko, że niewiele musi uporządkować, 

background image

tak mało wszak zabrali ze sobą.

Czy mogą poprosić o coś do jedzenia? Co by pomyślał, skoro przecież wiedział, że ma 

pieniądze? A może porozmawiać z tą surową kobietą, którą pierwszą spotkała na plebanii, 

albo z tamtym staruszkiem, pracującym w stajni?

Johanna,   idąc,   zastanawiała   się,   co   robić,   lecz   gdy   tylko   stanęła   przy   furtce 

prowadzącej na plebanię, zdecydowała się zawrócić.

Nadszedł jakiś mężczyzna, prowadził konia ciągnącego sanie, wyładowane sianem.

Pozdrowiła go ostrożnie.

Zatrzymał się, spytał, czy może jej w czymś pomóc.

- Nie jesteś stąd, jak widzę, nieszczęsna kobieto? Myślisz może, że ktoś ci otworzy tę 

furtkę?

Mówił tak dziwnie, nie słyszała nigdy takiej melodii języka, uśmiechnął się jednak, 

kontynuując:

- Byłem tylko maleńkim chłopcem, kobieto, stałem tu i pukałem, ale nikt nie słyszał. 

Musisz wejść do środka, jeśli masz jakąś sprawę, nie przejmuj się, że przeszkadzasz.

Johanna popatrzyła na niego, uniosła brwi, słysząc tę dziwną przemowę, ale widząc 

okrągłą jak księżyc twarz, otoczoną wianuszkiem jasnych sztywnych włosów, nie mogła się 

do niej nie uśmiechnąć.

Mężczyzna wyciągnął mocną dłoń.

- Mons Mogenssonn, do usług!

- Nie jesteś stąd?

- O, nie, pochodzę z niedużego miasta, o którym raczej nigdy nie słyszałaś. Leży na 

wielkiej wyspie. Boże, zmiłuj się, niemal już całkiem zapomniałem o morzu! Johanna czuła, 

że jego dłoń jest ciepła, przyjazna. Zdjął rękawice, w których powoził. Koń stał i parskał, z 

grzbietu unosiła się para.

- Jestem Anna... Anna Plassen, tak się nazywam. Ja też nie pochodzę stąd, przybyłam 

tu dzisiaj.

Mężczyzna puścił do niej oczko.

- Wiem o tym, handlarz to mój przyjaciel. Przyrzekłem mu, że będę miał na ciebie 

oko.

Johanna zadrżała. Ile zdążył opowiedzieć handlarz od czasu, gdy rozstali się wczoraj? 

I czy to przypadek, że ten wesołek o śpiewnej mowie pojawił się akurat teraz?

- Dostałam służbę - oznajmiła ostrożnie.

- U pastora? No, to wszystko w porządku.

background image

Johanna przyciągnęła rękę do siebie, chciała poprawić spódnicę, którą w zmieszaniu 

przydeptała własnym butem.

-   Przyszłam   prosić,   żeby   sprzedali   mi   trochę   jedzenia...   Kilka   podpłomyków   albo 

trochę...

Zastanowiła   się,   co   jedzą   tutejsi   ludzie?   Ryby   nie   stanowią   chyba   codziennego 

pożywienia? Mons pomógł jej, śmiejąc się lekko.

- W takich czasach jemy to, co się tylko nadarzy, a i tak w ustach stale tkwi smak 

kory. Winniśmy dziękować Bogu, że nie musimy karmić naszych dzieci wyłącznie tym, co 

owce ogryzają wiosną. Ale możesz rozpytać się o ser z kwaśnego mleka, zapewne w spiżarni 

pastora znajdzie się też nieco mąki na owsiankę. Masz pieniądze?

Szczerze się teraz tym zainteresował, oczy mu się zwęziły. Johanna odpowiedziała 

niechętnie:

- Trochę...

- Na pewno dostaniesz coś, żeby nakarmić siebie i męża.

Pokiwała głową i zaczęła się zastanawiać, czy mężczyzna nie ma zamiaru jechać dalej. 

Zimne błoto zaczęło się sączyć przez buty, zatęskniła już do ognia, który Ravi z pewnością 

właśnie rozpalał.

-   Dziękuję  ci   za   te   życzliwe   słowa,   Monsie   Mogenssonnie,   na  pewno   jeszcze   się 

spotkamy, na nabożeństwie...

Pozdrowił ją, i to ściągając czapkę.

A Anna Plassen przyłapała się na tym, że skinęła mu głową z taką dumą jak Johanna.

Mons cmoknął na zaniepokojonego konia, zwierzę otrząsnęło się, zarżało. Zaczynało 

się zmierzchać, a koń znał drogę do domu.

Johanna już drugi raz tego dnia otworzyła furtkę plebanii. Miała w uszach ostatnie 

słowa   pastora,   pamiętała   jego   litościwe   spojrzenie.   Wypytał   ją,   chciał   wiedzieć,   skąd 

pochodzi i dlaczego opuściła rodzinne strony. Powątpiewał w jej słowa, choć wykręcała się 

od bezpośredniego kłamstwa. Wreszcie kiwnął głową, mrucząc coś pod nosem, że Anna musi 

zdobyć świadectwo z poprzedniego miejsca, w którym służyła, tak by wszystko było zgodne z 

nowym rozporządzeniem władz.

Przyrzekła, że tego dopilnuje, w duchu już przepraszając go za oszustwo.

Kilka kroków na podwórze wydawało jej się nieznośnie długie, lecz zaraz napłynęła 

ulga, gdy ujrzała zgiętą wpół postać, grzebiącą w beczce przy ścianie obory. Staruszek!

Skierowała się wprost do niego i przedstawiła swój kłopot. Gdy zobaczył miedziaki, 

uśmiechnął się bezzębnym uśmiechem i ruchem głowy wskazał na drzwi.

background image

- Zajrzyj do Mathildy, ona wszystkim rządzi. Nikomu innemu nie wolno się nawet 

zbliżyć do schodów spichrza.

A   Mathilda,   mrużąc   oczy   na   błysk   metalowych   pieniążków,   czym   prędzej 

przygotowała węzełek dla Johanny.

- Skoro będziesz tu służyć, to mogę ci zaufać. A pieniądze dasz jutro pastorowi, ja nie 

chcę mieć z nimi do czynienia.

Johanna podziękowała, wycofała się tyłem, podczas gdy Mathilda, stojąc na szeroko 

rozstawionych nogach, nie kryła wcale zdziwienia, że pastor zgodził się zatrudnić tę dziwną 

obcą kobietę. Wszak tu, w wiosce, były całe tuziny dziewcząt bez środków do życia. Przecież 

jesienią płynął strumień młodych ludzi, wracających z letnich zagród, którzy nie mieli innego 

dachu nad głową niż ten dzielony z dziesięciorgiem rodzeństwa i umęczonymi rodzicami. 

Mathilda znała niejedną kobietę, która, gdyby udało jej się oddać córkę na służbę do pastora, 

uznałaby to niemal za cud. Nawet najstarsza córka ze Skrattegard przyjęłaby takie zajęcie z 

wielką ochotą. Przecież i córki gospodarzy będą tej zimy dosypywać kory do mąki. Nawet te, 

które stroją się w suknie z materiału kupionego w mieście  i w len, nieraz poczują głód, 

zaglądający do paradnej izby.

Ale   ta   obca   najwidoczniej   rzuciła   urok   na   pastora   Lunda.   Cóż   takiego   mu 

zaproponowała? Może i nie była leniwa, ale Mathilda nie widziała jeszcze służącej, która 

miałaby bielsze i szczuplejsze niż ona dłonie. Ta dziewczyna nie przywykła do oskrobywania 

sadzy   z   ciężkich   żelaznych   kotłów.   Mathilda   obserwowała   odchodzącą   Johannę.   Nad 

dziedziniec   nadpełzał   zmierzch,   zapaliła   więc   lampkę   oliwną,   którą   pastor   z   takiego   czy 

innego powodu zawsze kazał wieszać nad drzwiami.

- Jestem światłem w mroku, tak mówi Pan. Czyż nie powinniśmy więc słuchać jego 

nakazu we wszystkim, także i w tym, by biedacy mogli wiedzieć, że światło istnieje?

Mathilda tylko kręciła głową.

Rozrzutność   i   marnotrawstwo,   twierdziła.   Jak   można   wypalać   oliwę   na   potrzebę 

przechodzących tędy dzikich zwierząt, skoro już trzeciej zimy z rzędu połowa wioski nie ma 

mąki?

Mathilda westchnęła, rozżarzonym na końcu patyczkiem dotknęła lepkiego knota, a 

potem przykręciła klosz lampy. Przypominał kopułę z lodu. Pewnej nocy ktoś przyjdzie i 

ukradnie tę kosztowność, pomyślała, może wtedy pastor Lund się zastanowi. A potem weszła 

do środka, żeby dopilnować, czy ośmioro ludzi na garnuszku pastora przypadkiem za bardzo 

się nie najada.

Zdążył nie tylko zamieść i wyrzucić zgniłą słomę, znalazł też jałowiec i ułożył przy 

background image

drzwiach, a w maleńkiej obórce przy chacie natrafił na połowę żelaznego kociołka. Nie dało 

się go używać jako garnka, był bowiem przerdzewiały i pogięty, mieściło się w nim jednak 

dość wody, by po ustawieniu go na czterech kamieniach nad ogniem zagotować w nim trochę 

ciepłego napoju. Ravi miał cynowy kubek, a w jego worku znalazła się też drewniana misa i 

nóż.

Johanna   rozłożyła   jedzenie   na   stole,   fartuch   posłużył   za   obrus.   A   na   środku 

drewnianego stołu królowały dwa kieliszki, dostatecznie piękne, by ozdobić królewski stół. 

Ravi nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, gdy je wyjęła.

- Naprawdę zabrałaś je ze sobą? Ach, Hanno, jesteś niezwykła!

Zaśmiała  się cicho  i jeszcze raz wsunęła rękę między swoje rzeczy.  I tym  razem 

wyciągnęła coś, co błyszczało i lśniło.

- Srebrna łyżka? Ravi znów zamrugał.

- Nie byłam wtedy sobą... Zgarnęłam po prostu wszystko, co mi wpadło pod rękę. Na 

szczęście miałam dość przytomności umysłu, żeby zabrać i to...

Pokazała   mu   pojemniczki   i   pudełeczka   z   kory,   zawierające   suszone   zioła   i   inne 

składniki, których używała na Vildegard. Zadzwoniły też maleńkie apteczne flaszki, Ravi 

wiedział,   że   jest   w   nich   skoncentrowany   alkoholowy   wyciąg   z   wszelkich   dziwacznych 

leczniczych   substancji.   Johanna   ustawiła   je   na   stole   pod   ścianą   jakby   dla   ozdoby. 

Rzeczywiście były piękne, oznaczone jej najstaranniejszym pismem.

Johanna rozłożyła ręce, zaprosiła go do stołu.

Bezkształtna szarobiała masa na drewnianej deseczce. Ser? Kawałek ciemnego chleba, 

prawdopodobnie nie zakwaszonego, twardy i ciężki niczym drewno wyrzucone przez morze. 

Krążek podpłomyka, cienkiego chlebka, jakiego, jak się Johannie wydawało, nie jadła już 

całe   wieki.   Trochę   zimnej   owsianki,   najpewniej   resztki   śniadania   pastora.   I   prawdziwa 

świętość, osełka żółtego masła, właściwie tak maleńka, że mogłaby ją połknąć na jeden raz.

-   Nalej,   mój   panie,   nadszedł   czas   ucztowania!   Wsunęła   mu   rękę   pod   ramię   i   ze 

śmiechem pozwoliła poprowadzić się do stołu.

Za ich plecami trzeszczał ogień. Z porąbanych przez Raviego szczap unosił się dym i 

resztki wilgoci. Blask ognia wystarczał, by Johanna mogła popatrzeć mu w twarz i stwierdzić, 

że jest teraz przy niej.

Nie   wdawała   się   w   szczegóły,   opowiadając   o   wymaganiach   pastora,   ani   słowa   o 

świadectwie, o którym pastor wspomniał. Z tym kłopotem musi poradzić sobie sama. Gdzieś 

w   głębi   bowiem   wyrażającego   radość   spojrzenia   Raviego   zaczęła   domyślać   się   istnienia 

czegoś, co narosło podczas dramatycznych ostatnich dni. Ona go nie znała. A mimo to miała 

background image

wrażenie, jakby spędzili w tej maleńkiej chacie całe wieki, setki razy dzieląc się resztkami 

zimnej owsianki. Jedli z jednego talerza, Ravi kroił dla niej ser, ona karmiła go ze śmiechem, 

pozwalając oblizywać sobie masło z palców. A w przepięknych kieliszkach nawet gorzka 

wódka handlarza przybierała złoty odcień.

- Jesteśmy w domu - rzekła, gdy już się nasycili. Ravi nie odpowiedział. Siedział tylko 

i patrzył na nią, jak gdyby była aniołem, który objawił się w czas Bożego Narodzenia.

Trzasnęło w palenisku, kamienie poruszyły się od zapomnianego gorąca.

- Wszędzie będzie nasz dom, dopóki tylko będziemy razem.

On wciąż się nie odzywał.

Johanna obserwowała nieruchomość jego twarzy z pewnym niepokojem. Ravi siedział 

jednak z opuszczonymi ramionami, ręce spokojnie opierały się na starym stole. Ujęła jedną.

- Nad czym tak się zadumałeś, mój drogi? Powolutku kąciki ust podniosły mu się w 

uśmiechu.

Czarne włosy zabłysły, gdy schylił głowę, by ucałować oblizane do czysta palce.

- Muszę ci to powiedzieć po raz ostatni, Hanno, nawet gdybyś się miała rozgniewać. 

Nic nie poradzę na to, lecz nie potrafię odpędzić myśli, że nie zasłużyłem na takie szczęście.

Ale Johanna nie wpadła w gniew. Zmrużyła tylko oczy i głos jej trochę ochrypł, gdy 

zerkając na niego podniosła ręce nad głowę, by rozwiązać ciasno okrywającą włosy chustkę. 

Włosy rozsypały się na ramiona, przeczesała je palcami, przez cały czas nie przestając patrzeć 

mu w oczy.

- Oddaj mi go więc trochę, jeśli czujesz, że masz jakiś dług. Dobrze wiesz, że potrafię 

się z niego rozliczyć.

Wyciągnęła się na ławie, a Ravi przy niej ukląkł. Johannie łzy napłynęły do oczu, gdy 

jego twarz spoczęła na jej ciepłej skórze, którą przed nim odsłoniła.

- Bądź przy mnie, Ravi, ach, bądź przy mnie zawsze! I on był przy niej tak blisko, że 

bała się tracić siły na zaczerpnięcie oddechu. Wypełniał ją całą tak, że nie było już miejsca na 

żadne troski, nawet na najmniejszy smutek.

I jego ręce, takie gorące, nadziemsko gorące. Gorętsze niż dotyk  czegokolwiek, z 

czym   miała   kontakt.   Zdumiało   ją,   że   również   on   drżał   od   jej   pieszczot,   że   i   jej   ręce 

przebiegające po jego ciele najwyraźniej promieniowały jakąś magią.

Pozwoliła mu zamknąć oczy, zmusiła jego zapał i pożądanie, by się cofnęły, chciała, 

by odnalazł coś w rodzaju ukojenia w bierności. Mocne ręce Raviego leżały spokojnie wzdłuż 

boków, obserwowała grę mięśni brzucha, widziała, jak szczęki mu się napinają, gdy miękko 

wsunęła się na niego, nakrywając własnym ciałem.

background image

- Czy to ja miałam być twoją jedwabną kołdrą? - szepnęła z lekkim śmiechem w 

głosie. - Obojgu nam będzie ciepło...

Złapał   ją   teraz,   nie   chciał   dłużej   bawić   się   w   jej   grę,   wiedział,   że   i   ona   jest 

zadowolona. Ręce zdecydowanie chwyciły jej biodra, poczuła szorstkość wnętrza dłoni, a 

potem pozwoliła włosom ukryć ich twarze, gdy wyszła mu na spotkanie. Pokazała mu dumę 

sprężystego ciała, odwagę, jaką czuła przy nim. Jego twarz zdradzała jedynie czystą radość i 

pełną   niedowierzania   rozkosz.   Wsłuchiwała   się   w   swój   własny   zdyszany   oddech   i   znów 

poczuła uścisk jego rąk na biodrach. Leciutkie drżenie powoli ogarniało oboje.

Już w momencie, gdy Ravi otworzył oczy, Johanna wiedziała, że odbijają się w nich 

jej własne. A więc tak wygląda człowiek stojący u wrót raju, który właśnie odkrył, że drogę 

do niego wyłożono drogocennymi dywanami, anioły zaś już przygotowały trąby, by w nie 

zadąć.

Śmiała się z tych swoich niemądrych myśli, z wzbierającej w niej nieustannie radości i 

cielesnej  żądzy.  Jej włosy rzucały teraz  długie  cienie  na ciało  Raviego. Johanna ściskała 

kolanami jego biodra, była  tak otwarta i swobodna, że Ravi ośmielił się podnieść rękę i 

sięgnąć do jej wilgotnej twarzy. Gdy dotknął jej ust, utuliła go całą swoją siłą, przycisnęła 

piersi do jego ciała. Chciała go pocałować, lecz najpierw rozbawione usta odnalazły drogę do 

ucha,   ledwie   zdążyła   do   niego   dotrzeć,   aż   w   końcu   przestało   istnieć   wszystko   poza 

niesłychanym niezwykłym poczuciem szczęścia.

Za kilka takich świętych chwil jak ta jestem gotowa dźwigać swój krzyż, pomyślała 

zamroczona, gdy sen zabrał go z jej ramion i poprowadził swoją ścieżką. Z pulsującą w całym 

ciele   rozkoszą   wolniutko   ruszyła   za   nim,   jego   ramię   pod   głową   było   twarde   i   miękkie 

zarazem.

background image

ROZDZIAŁ IV

Przy łóżku Karen stało siedem zapalonych świec najlepszego gatunku. Miały ciepłą, 

żółtą   barwę   i   lekko   pachniały   miodem.   W   pokoju   unosił   się   też   inny   aromat,   świeższy, 

bardziej czysty, taki jak wtedy gdy rozetrze się w palcach jagodę jałowca i posmaruje sokiem 

pod nosem.

Drobna kobieta w łóżku wyglądała też dzisiaj lepiej, twarz nabrała nieco kolorów, a 

gdy usta ostrożnie rozciągnęły się w uśmiechu, Johanna spostrzegła, że Karen jest młodsza, 

niż wskazywałby na to wyraz jej oczu.

- Mówisz wiele dziwnych  rzeczy,  Anno. Wprost trudno uwierzyć,  że jesteś prostą 

wieśniaczką...   Ale  być   może   tam,   skąd   pochodzisz,   nawet   najmniejsze   boże   owieczki   są 

inaczej wyposażone.

Anna nagle zaczęła być bardzo zajęta przeglądaniem niedużej książeczki. Był to zbiór 

historii   o   życiu   duchownych,   urozmaicony   przez   autora,   również   duchownego,   opisami 

pewnych dziwnych zjawisk i niezwykle trafnymi spostrzeżeniami o ludzkiej naturze. Książka 

wyglądała na rzadko czytaną, choć skórzana oprawa już popękała.

- Pani Karen nie powinna przywiązywać zbyt dużej wagi do moich słów. Wiele z nich 

nie pochodzi ode mnie.

- Tak to już bywa z nami, którzy mamy książki. Niekiedy zastanawiam się, Anno...

Piwne oczy patrzyły teraz przytomnie, wręcz badawczo, dokładnie przyglądały się 

twarzy Johanny. Nie zadane pytanie zawisło w powietrzu.

Johanna głęboko wciągnęła oddech, a potem złożyła książkę, wstała i dołożyła gałązek 

jałowca do ognia. Zatrzeszczały, wonny dym, który się podniósł, dobrze służył chorej.

Karen obserwowała jej ruchy.

Tyle pytań ją paliło, domyślała się jednak, że jeśli je zada, obca kobieta może zniknąć. 

A była  to ostatnia  rzecz, jakiej Karen sobie życzyła.  Co wieczór splatała  szczupłe palce, 

modląc się długo i gorąco, aby tajemnica Johanny nie była z rodzaju tych, co to ściągają 

wstyd na cudzy dom. By ta z pozoru przynajmniej sprawiedliwa i czysta kobieta nie kryła w 

duszy grzechu większego niż ten, który Karen i Bóg mogli jej wybaczyć.

Ona miała takie miękkie, delikatne ręce.

Karen wciąż czerwieniła się na wspomnienie badania przeprowadzonego przez Annę. 

Zapewne było konieczne, wiele kobiet, które przychodziły na plebanię z dobrymi radami, 

dawało  także  do  zrozumienia,  że  nieodzowne   jest  zbadanie   ciała.  Karen  odpowiadała   im 

zawsze, że w takich sprawach liczy się tylko duch, a jałowość jej łona jest wynikiem kary 

background image

bożej i gdy ona sama osiągnie ukojenie, Bóg zatroszczy się o wyleczenie jej ciała i będzie 

mogła rodzić dzieci.

Mąż jednak kręcił tylko głową i z surową miną pokazywał ustęp w Piśmie, gdzie Pan 

jasno przedstawił swoją wolę. „Kto sam sobie pomaga...”

Karen   obserwowała   szczupłe   plecy   Johanny,   w   talii   miała   przewiązany   pas,   a   za 

fartuch   służył   jej   jedynie   prostokątny   kawałek   materiału   zatknięty   za   pasek.   Fartuch   był 

czysty i cały, Karen poznała materiał jednej ze swych własnych starych spódnic. Dziwna 

osoba z tej Anny, uboga, może i tak, w każdym razie miała jedynie dwie spódnice i stanik, 

uboga kobieta nieznanego pochodzenia, lecz jakże uczona, jakże pięknym językiem mówi. 

Karen pokręciła głową i wolnym ruchem podciągnęła okrycie akurat w momencie, gdy jęzory 

ognia z tysiącem trzasków pochwyciły w swe objęcia jałowiec.

- Nie zimno chyba pani?

- Nie, dziękuję, Anno, wszystko jest jak trzeba. Czy zechcesz mi trochę poczytać? 

Może o Bożym Narodzeniu, może coś z Lutra?

Johanna odwróciła się z uśmiechem.

- Oczywiście, że mogę, ale... miałam pewną myśl. Gdyby pani się zgodziła...

- Co takiego, Anno? Johanna zdecydowała się.

- Spędziłyśmy razem wiele miłych chwil, pani Karen, jest pani osobą, dla której aż 

przyjemnie pracować. Każdego dnia dziękuję Bogu, że trafiłam w takie miejsce. O lepszej 

służbie trudno nawet marzyć. Proszę spojrzeć, moje ręce od dwóch tygodni nie zaznały ługu, 

a   gdy   przychodzi   wieczór,   wracam   do   domu   silniejsza,   niż   tu   przyszłam.   To   niemal 

niesprawiedliwe... Wstyd mi, bo wczoraj otrzymałam zapłatę od pani męża, to zbyt szczodre.

- Jestem pewna, że on potrafi cię odpowiednio wynagrodzić - cicho odpowiedziała 

Karen.

Johanna podjęła:

-   Chętnie   uczyniłabym   dla   państwa   coś   więcej,   chciałabym   się   bardziej   przydać. 

Dlatego pomyślałam,  że mogłabym  na przykład  zabrać jakieś pranie, tyle  tu pokoi i tyle 

roboty przed świętami. Czy naprawdę nie znalazłoby się dla mnie coś do zrobienia?

Karen wyraźnie nie spodobała się jej propozycja. Władczo postukała białą rączką o 

krawędź łóżka, a znajome zmarszczki wokół ust wyostrzyły się i pogłębiły.

- Mamy dziewki do takich rzeczy. Nie wydaje mi się, żeby były zadowolone, gdybyś 

przyszła,   może   zaczęłyby   bać   się   o   swoje   posady,   Anno.   Twoje   miejsce   nie   jest   w 

zaparowanej kuchni. Jesteś moja.

Johanna delikatnie  kiwnęła głową, na twarzy Karen wykwitły czerwone plamy.  A 

background image

więc ta niemal przezroczysta, niszcząca siebie samą kobieta potrafiła też mieć własne zdanie! 

Teraz w jej głosie dźwięczał niemal gniew.

- Pozyskałaś sobie moje względy, masz więc rację, dziękując Bogu za swoje szczęście, 

lecz niechże wystarczy ci taka dobra zapłata i trzymaj się tam, gdzie twoje miejsce. Czyż nie 

mówiłam ci, że życzę sobie, byś jak najmniej stykała się z innymi kobietami tutaj? Czyż nie 

pokazałam ci, że jesteś z całkiem innego rodu niż one? One będą cię wypytywać, dokopywać 

się tajemnic, powodowane chęcią zaspokojenia ciekawości i plotkarstwem. Ty, która służysz 

mnie, nie możesz im na to pozwolić. Rozmawiałyśmy już o tym, Anno, i sądziłam, że to 

zrozumiałaś.

To była długa przemowa, Johanna mogła jedynie potulnie kiwać głową. Wyglądało na 

to, że Karen boi się, iż ją utraci. Obawiała się, że te chwile bliskości, gdy strach pastorowej 

szczerze wypływał na powierzchnię, zostaną poniesione dalej. A więc zaufanie, które Johanna 

tak szybko wyczuła z jej strony, mimo wszystko nie sięgało głębiej.

- Wie pani, że służę jedynie Bogu i pani, i że można mi zawierzyć.

Teraz   Karen  kiwała  głową.  Na palenisku  tylko   od czasu  do czasu  trzasnęła  jakaś 

gałązka, ogień palił się spokojnym płomieniem, z jałowca pozostały jedynie zwęglone resztki.

-   Poczytaj   mi,   Anno,   czuję   się   taka   zmęczona.   Johanna   patrzyła   na   pastorową, 

spostrzegła, że oczy kobiety się zamykają, jak gdyby ta długa tyrada odebrała jej resztkę sił.

Pod   okryciem   pęczniał   brzuch,   cienka   złota   obrączka   na   palcu   błyskała   w   cichej 

rozmowie z zapalonymi świecami. Karen wyglądała jak małe dziecko, lecz przecież sama się 

go spodziewała, a Johanna z każdym dniem nabierała pewności, że kobieta powije bliźnięta. 

Zamierzała dziś po południu porozmawiać o tym z pastorem, chciała poznać jego reakcję, 

poradzić się go, zanim powie o tym Karen. Nieszczęsna kobieta, tyle razy nie udało jej się 

znieść ciąży, nie donosiła płodu. A teraz...

Bliźniaczy   poród   zawsze   bywał   trudniejszy.   Johanna   zdawała   sobie   sprawę,   że   w 

takim przypadku zagrożeń jest o wiele więcej. Z tego, co mówiła Karen, pozostawało jeszcze 

sześć miesięcy, ale brzuch już był zbyt napięty. Czy to możliwe, by źle obliczyła? By poród 

miał nastąpić wcześniej? Czy też pierwsza myśl Johanny była słuszna, że oto w szczupłym 

ciele kobiety rozwija się więcej niż jedno życie?

Chuda postać Karen najbardziej przypominała tyczkę, na której ktoś zawiesił świński 

pęcherz.

Johanna westchnęła ledwo słyszalnie, postarała się nadać głosowi ciepły ton. Zaczęła 

czytać  cicho  i pewnie.  Słyszała,  jak oddech  Karen się uspokaja,  a gdy podniosła głowę, 

okazało się, że kobieta już śpi. Johanna musiała z całych sił wziąć się w garść, by nie podejść 

background image

do niej i nie odgarnąć z wysokiego białego czoła ciemnoblond włosów.

Jeszcze przez chwilę nie ruszała się z miejsca i czytała tylko dla siebie, zaraz jednak 

myśli oderwały się od tekstu i stronic książki. Coraz częściej przyłapywała się na tym, że 

spogląda na Karen, czując w sercu coś na kształt żalu. Czyżby to przeczucie? Czy to możliwe, 

że tę kobietę również teraz czeka tragedia? Czy także tym razem dziecko albo dzieci, które 

nosi w łonie, zostaną odrzucone? Co w takim razie pomyśli pastor? I co to będzie oznaczać 

dla niej samej?

Zawstydziła się, że jest tak skupiona na sobie, bo gdyby Karen znów poroniła, byłoby 

to nieszczęście większe aniżeli to, że Anna i Knut Plassen będą zmuszeni odejść z tej wioski, 

uciekać dalej. Dla nich wioska była bezpieczną przystanią, a służba, którą w tak cudowny 

sposób zaproponowano Johannie, jedynie krótką chwilą odpoczynku.

Wiedziała o tym.

Ale w poczuciu bezpieczeństwa, które nie opuszczało jej na długie godziny, mogła się 

ogrzać. Przestało już jej się śnić, że pewnego ranka obudzi się w łóżku otoczonym przez 

dragonów i ludzi lensmana.

Johanna do oślepnięcia wpatrywała się w ścianę nad łóżkiem Karen, chciała modlić się 

o nienarodzone dzieci, o życie tej słabej kobiety, nie mogła jednak wymyślić słów i siedziała 

bezczynnie, czując tylko, jak ogarnia ją coraz większe odrętwienie.

Nie, nie wolno teraz popadać w melancholię.

Nie   pozwól,   by   ciężkie   myśli   znów   tobą   zawładnęły,   nie   teraz.   I   tak   dość   jest 

zmartwień, Johanno. Nie trzeba wyszukiwać większych kłopotów niż te, które już masz.

A mimo to nie mogła zapanować nad dreszczem, czuła, jak coś ściska ją w żołądku, a 

ręce trzymające otwartą książkę sztywnieją zmarznięte, nie pozwalają się złożyć.

Ściana nad głową uśpionej kobiety była ciemna, brązowa.

Przez moment Johanna zachwiała się na skraju przepaści, która nagle otworzyła się w 

jej duszy.

Potem ręką zasłoniła usta, czując, jak krzyk dusi się w piersiach.

Wpatrywała   się   przed   siebie,   aż   oczy   zaszły   jej   łzami,   tak   długo,   aż   przestała 

cokolwiek widzieć. Nie musiała już jednak na nic dłużej patrzeć, bo nawet gdyby zamrugała i 

jeszcze raz wbiła wzrok w ten punkt, nie zrobiłoby to żadnej różnicy.

Krzyża nie było.

Tego białego wielkiego krzyża, na który zwróciła uwagę, gdy tylko po raz pierwszy 

znalazła się w tym pokoju. Jęknęła, uświadamiając sobie, że krzyża nie widziała tu ani dzisiaj, 

ani w żaden inny dzień od tamtej pory. Dostrzegła go tylko wtedy, tamtego pierwszego dnia.

background image

Był taki realny, wystarczyło, że raz go zobaczyła, a wrył się jej w pamięć, później już 

się nigdy nad tym nie zastanawiała.

Dopiero teraz.

Pewność zadudniła jej w głowie.

Znak   Raviego,   wizje   Raviego.   Znała   je   jedynie   dzięki   urywkom,   o   których   jej 

opowiadał, lecz jedna z nich wryła jej się w pamięć niczym wschód słońca po deszczowej 

nocy.

Znamię śmierci.

Ravi opowiadał o białych krzyżach widniejących na plecach niektórych ludzi, mówił o 

rozterkach, jakie przeżywał na widok takiego znaku u jakiegoś człowieka. Czy powinien mu o 

nim powiedzieć, czy też raczej milczeć? Milczał i patrzył, jak ludzie umierają, nie załatwiając 

ostatecznych rachunków, nie zostawiając w pokoju najbliższych.

Johanna   wstała,   obolała   i   wstrząśnięta.   Czuła,   że   nogi   jej   słuchają,   że   dłonie 

posłusznie odkładają książkę, że starcza jej nawet oddechu do tego, by zdmuchnąć świece na 

stoliku Karen. Pozwoliła, by mniejsza paliła się jeszcze trochę, stała w wielkim mosiężnym 

świeczniku, nie będzie niebezpieczna.

Dla   pewności   odsunęła   nocny  stolik   od   łóżka   na   wypadek,   gdyby   Karen   zrzuciła 

okrycie   albo   przez   sen   zaczęła   wymachiwać   rękami   i   wywróciła   świecznik,   co   mogłoby 

spowodować pożar.

Potem Johanna wyszła  z pokoju, ledwie  żegnając się z pastorem.  Było  już późne 

popołudnie,   musiała   wracać   do   domu,   do   Raviego,   a   gdy   spoczęło   na   niej   wyrażające 

wdzięczność spojrzenie duchownego, poczuła się nędzna i mała.

Nie mogła mu o tym powiedzieć. Nie mogłaby patrzeć, jak jego strach staje się jeszcze 

większy, tak sobie powtarzała. Nie mogła im odbierać nadziei.

A poza wszystkim się bała. Gdyby Karen teraz umarła, jej własna delikatna plecionka 

życia rozerwałaby się na strzępy.

Johanna wracała do domu szybkim krokiem. Zmarzła. W powietrzu wyczuwało się już 

ostrość nadchodzącego śniegu, zimny wiatr wiał od gór, bezlitośnie omiatając otwartą dolinę.

Ravi   nie   czekał   na   nią,   Johanna   niemal   rozgniewała   się   na   samą   siebie   za 

rozczarowanie, jakie ogarnęło ją, gdy wróciła do domu,  do pogrążonej w spokoju izby i 

wygasłego   ognia.   Ravi   zwykle   przecież   siedział   przy   stole   i   uśmiechał   się   do   niej,   gdy 

wracała,   bez   względu   na   to,   czy   było   późno,   czy   wcześnie.   Kiełkujące   nieprzyjemne 

podejrzenie sprawiło, że irytacja jeszcze się wzmogła. Chyba nie poszedł po wódkę?

Mówiła mu wszak o swoich uczuciach, o tym, jak bardzo się boi tej strony jego osoby. 

background image

Było to trudne, wiedziała bowiem, że on czuje się bezradny wobec całej tej ciemności, jaka w 

nim   żyje.   Wiedziała,   że   wódka   przynosi   mu   coś   w   rodzaju   ulgi,   tłumi   i   uspokaja, 

przynajmniej na jakiś czas.

Ale   on   słuchał   jej   słów,   a   oczy   patrzyły   z   żalem,   gdy   wreszcie   szeptem   złożył 

obietnicę, że nie będzie już szukał takiej pociechy.

Przytuliła   go   wtedy,   mówiąc,   że   tak   czy   inaczej   potrafi   z   tym   żyć,   on   wszak   w 

oszołomieniu nigdy nie był dla niej zły, nie wpadał we wściekłość, tylko jeszcze bardziej się 

od niej oddalał.

Kochali się.

Ona dobrze sypiała, czuła się wzmocniona.

Powszednie dni jednak z każdym porankiem stawały się trudniejsze. Zmęczenie, jakie 

odczuwała   już   od   tamtej   pory,   gdy   uciekli   przez   góry,   nie   spłynęło   z   niej   wcale   mimo 

odpoczynku, najadania się do syta i całego tego szczęścia, które mimo wszystko przypadało 

jej w udziale.

Johanna siadła przy palenisku, zaczęła grzebać w nim kawałkiem drewna. W popiele 

wciąż tliły się resztki żaru, nie musiała więc szukać krzesiwa. Zadowolona zaczęła prosząco 

dmuchać równym rytmem w żar, a jej dłonie troskliwie podsuwały suchą trawę i kawałeczki 

kory, budując maleńkie gniazdko wokół czerwonego oka w ciemności.

Buchnął   płomień,   rozświetlił   mrok.   Johanna   ustawiła   kawałki   drewna   naokoło   i 

zabrała   się   do   napełniania   wodą   kociołka,   dobrego   kociołka,   który   dostali.   Dzielnie 

postanowiła   odsunąć   troski   na   bok   i   skupić   się   na   najprostszych   czynnościach.   Kiedy 

owsianka stygła już odstawiona w misce, zaczęła grzać wodę i przyniosła ługowe mydło. 

Wyszorowała najpierw stół i zydle, potem deski pod stołem, próg i kawałek jednej ściany. 

Zawzięcie   drapała   kawałkiem   drewna   stary   brud   i   spłukiwała   go   gorącą   wodą   z   silnym 

roztworem   ługu.   W   zapachu,   nie   całkiem   przyjemnym,   było   także   coś   swojskiego. 

Oczyszczającego.

Rozbolały   ją   ręce,   wiedziała,   że   owsianka   całkiem   wystygła.   Nie   chciała   jednak 

dopuścić zmartwień do siebie, nie chciała, by nią zawładnęły. Czy on nie był mężczyzną? Czy 

nie mógł wyjść z domu tak, by żona się o to nie gniewała? Naprawdę sądziła, że zawsze 

będzie tu siedział jak stara niańka i zawsze czekał na stołku na jej powrót do domu?

Johannie   bardzo   nie   podobało   się   rozczarowanie   ściskające   ją   za   serce.   Nie 

przestawała ganić się za to w duchu. Skóra na rękach powoli puchła, woda z ługiem spokojnie 

stygła, a od zapachu piekły oczy i gardło.

Wreszcie wrócił.

background image

Natychmiast   się   zorientowała,   że   jest   trzeźwy.   Ulga   była   niczym   wybuchająca 

gwiazda w piersi, w jednej chwili wszystko zmieniło się w samą tylko radość.

- Ravi, jesteś, nareszcie! Tak się niepokoiłam... Popatrzył na nią, uśmiechnął się blado.

- Przykro mi, przepraszam, ale wiesz, nie mogłem ci napisać żadnej wiadomości.

Wzruszył ramionami, jakby zawstydzony.

Johanna   chciała   wiedzieć   wszystko,   chciała   się   jeszcze   bardziej   uspokoić,   chciała 

usłyszeć słowa, które sprawiłyby, że zawstydziłaby się swoich podejrzeń i lęków.

- Wybrałem się tylko do lasu... poszukać kawałków drzewa, żeby spróbować coś z 

nich zrobić. Wiesz, dni tak mi się dłużą.

Johanna ujęła go pod ramię i podprowadziła do ognia. Przysunęli stołki, usiedli tuż 

przy palenisku, blisko siebie.

- Co się stało? Zabłądziłeś? Tutejsze lasy są chyba o wiele większe niż u nas w domu, 

i takie mroczne.

Zerknął na nią z ukosa, w końcu jednak kiwnął głową.

- Tak... tak właśnie się stało. Zabłądziłem po ciemku. Johanna jeszcze raz go uściskała 

i szepnęła:

- Dobrze, że znalazłeś drogę. Tak się bałam, lecz o coś zupełnie innego.

- O wódkę - szepnął ciężko. Kiwnęła głową wtuloną w jego szyję.

- Ale najbardziej o to, co pogania cię, żebyś jej szukał. Te wizje...

Ravi odsunął ją, lecz nie puszczał jej ręki.

- One są straszne - rzekł po prostu.

Johannę przeniknął dreszcz aż do szpiku kości. Spojrzenie Raviego było mocne, lecz 

jednocześnie świadczyło o przeraźliwej bezradności.

- Nie możesz się od nich uwolnić? Pokręcił głową.

- Nie, nigdy nie udało mi się dowiedzieć, w jaki sposób można to zrobić.

Johanna   milczała   przez   chwilę,   myślała   o   własnych   przeżyciach.   Zdawała   sobie 

sprawę, że to być może nie najwłaściwsza pora, by go wypytywać, ale ciekawość mało jej nie 

rozsadziła, musiała się dowiedzieć. Może najpierw zjedzą, może później wszystko pójdzie 

łatwiej, gdy oboje poczują się silniejsi.

Postawiła miskę przed Ravim.

- Aż mi w gardle staje to jedzenie, kiedy tylu ludzi głoduje - powiedział Ravi.

Ale Johanna podała mu łyżkę, patrząc mu prosto w oczy ponad stołem.

- Kto jak nie my potrzebuje się wzmocnić?

Ravi popatrzył na nią ze zdziwieniem, niemal z podejrzliwością w oczach. Johanna 

background image

pochyliła głowę i zaczęła jeść.

Usłyszała jego słowa:

- Masz może szczególne powody, by dziś się nad czymś zastanawiać, moja Hanno?

Jak miękko brzmiał jego głos.

Podniosła głowę. Płomień maleńkiej woskowej świeczki, którą zapalali tylko podczas 

posiłków, zamigotał nerwowo, gdy mocniej odetchnęła.

- Tak, rzeczywiście tak jest, ale nie wiem, jak mam...

- Chodzi ci o moje wizje?

Znów przytaknęła. Ravi oparł łyżkę o brzeg miski, z której wspólnie się posilali.

Johanna westchnęła, odchyliła się, żałując, że stołek nie ma oparcia, o które mogłaby 

naprawdę oprzeć bolący krzyż.

- Mówiłeś, że niekiedy widujesz białe krzyże nad głowami ludzi... jakby unoszące się 

w powietrzu.

- Mhm, albo na ich plecach.

Powiedział to takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie albo dyskutowali o cenach 

zboża. Johanna westchnęła, poszukała jego oczu.

- Ja... ja też to widziałam.

Ravi drgnął, ale na twarzy nie ukazał się żaden grymas.

- Karen... pierwszy raz, kiedy do niej weszłam... Ravi ciężko pokiwał głową, Johannie 

nie pozostawało nic innego, jak opowiadać dalej.

- Uświadomiłam to sobie dzisiaj. To było takie rzeczywiste, Ravi, wydawało mi się 

wręcz, że ktoś naprawdę powiesił krzyż na ścianie nad jej łóżkiem w tym pogrążonym w 

mroku pokoju. Nie zastanawiałam się nad tym więcej, dopiero dzisiaj... Dzisiaj zdałam sobie 

sprawę, że to niemożliwe. Co prawda już wtedy na to zareagowałam, bo jakaż żona pastora 

tak bawiłaby się krzyżem, udając, że łóżko, w którym leży, to ołtarz?

Ravi wciąż milczał.

Johanna wychyliła się w przód.

- Powiedz coś, Ravi! Uważasz, że żartuję? Wydaje ci się, że się z ciebie naśmiewam? 

Ale ja przecież mówię poważnie, muszę wiedzieć, co to znaczy!

Ravi nabrał powietrza w płuca. Odpowiedział jej cicho, niemal szeptem:

- Zobaczyłaś to, co zobaczyłaś, i wiesz także, co to oznacza, dlaczego więc pytasz 

mnie?

-   Ale   przecież   ja   nie   mam   daru   jasnowidzenia!   Poderwała   się   przy   tym   i   niemal 

wykrzyczała mu te słowa. Zorientował się, jak bardzo musi być zrozpaczona.

background image

- Nie jestem jasnowidzem, nigdy nie doświadczyłam tego, co ty przeżywasz. Jestem 

tylko...

- Masz to w sobie. Jesteś szczególną osobą. Jesteś... glebą.

Popatrzyła na niego, już nieco spokojniejsza.

- Nie rozumiem?

Zadane szeptem pytanie zawisło w powietrzu w maleńkiej izdebce. Płomień świecy na 

stole znów zamigotał. Ravi jęknął.

- Jest tak, że pewne rzeczy mogą się w nas ujawniać pod wpływem innych ludzi. Ze 

wszystkimi tak jest, także z nami, zwłaszcza z nami. A ty dzieliłaś ze mną moje najgłębsze 

myśli. Nigdy przedtem tak się nie działo. Bardzo wiele pozostaje ukryte nawet przed tobą, 

Hanno,   choć   ze   wszystkich   żywych   ludzi   wiesz   najwięcej.   Dlatego   sama   zostałaś   tym 

zarażona.

- Zarażona?

- Tak, albo pobłogosławiona.

Johanna   wróciła   do   stołu,   usiadła   na   zydlu.   Czuła   się   zmęczona,   wzburzona, 

zmieszana.

- Chcesz powiedzieć, że w pewnym sensie widzę część twoich obrazów?

Ravi wpatrywał się w coś ponad jej głową, zauważyła, że jego oczy są teraz ciemne, 

czarne, nieprzeniknione. Ale głos go słuchał.

- Tak. Tego właśnie obawiałem się przez cały czas. Tego, że w taki czy inny sposób 

wciągnę cię w tę potworność, i teraz właśnie tak się stało. Na wszystkie możliwe sposoby...

Widziała, jak Ravi spuszcza głowę i kryje twarz w dłoniach. Czarne włosy znalazły się 

tak blisko płomyka, że musiała przesunąć świeczkę, zanim przyłożyła rękę do jego policzka i 

zmusiła go do podniesienia głowy.

- Co się dzieje, Ravi? Jesteś taki dziwny. Mówisz tyle rzeczy, których nie rozumiem.

Ravi uśmiechnął się z goryczą.

-   No   tak,   nie   rozumiesz.   Pojmujesz   nawet   najbardziej   niezwykłe   rzeczy,   czytałaś 

księgi, ratowałaś chorych i wiodłaś życie, które czyni cię o sto lat starszą, niż mówi to twoja 

młoda piękna twarz, ale tego, co najbliżej ciebie, nie rozumiesz. Zapominasz wsłuchiwać się 

w siebie samą, tak bardzo martwisz się o mnie, o swoich rodziców, o lensmana, pastora, o 

Karen, o wszystko i wszystkich. Zagłuszasz się, Hanno, a musisz teraz poznać prawdę.

- Jaką prawdę?

Johanna wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, oczy miała okrągłe, w ustach 

suchość. Ravi westchnął, pokręcił głową.

background image

- Przez chwilę wydawało mi się, że po prostu to przede mną ukrywasz, ostatnio jednak 

zrozumiałem,  że sama nic nie wiesz. Wczoraj, kiedy zobaczyłem,  jak dźwigasz beczkę z 

wodą...

Urwał, nabrał głębszego oddechu, a potem, nie spuszczając z niej oczu, powiedział:

- Będziesz miała dziecko.

background image

ROZDZIAŁ V

Siedziała zachwycona i nie mogła się powstrzymać, by odrobinę za mocno nie zadrzeć 

głowy.  Po  raz  pierwszy znalazła   się w   tym   niezwykłym  kościele,   pełnym  zakamarków   i 

dziwacznych przybudówek, jakich nigdy dotychczas nie widziała. I te okna, naliczyła  ich 

ponad  tuzin,  kilka  większych,  kilka   mniejszych;   niemal   przypadkowo   rozmieszczone   nad 

głowami parafian wpuszczały do wnętrza dzień. Nawet podczas świątecznych nabożeństw w 

domu w Lyster Johanna nie pamiętała, by kościół był bardziej oświetlony. A przecież do 

świąt pozostało jeszcze trochę czasu, dopiero za trzy tygodnie na żyrandolu zwieszającym się 

z sufitu rozbłysną zapalone woskowe świece.

Johanna rozglądała się dokoła, ledwie mogła  uwierzyć  w prawdziwość wszystkich 

szczegółów, które wprost plątały jej myśli. Cały kościół zdobiły obrazy przedstawiające ludzi 

i zwierzęta, ilustrujące opowieści z Biblii, namalowane szerokimi, czerwonymi i czarnymi 

pociągnięciami pędzla na suficie i wzdłuż ścian.

- Piękne? Szczerze powiedziawszy, mnie to wszystko wydało się trochę niesmaczne, 

gdy tu przybyliśmy... No cóż, widywałam inne kościoły i katedry...

- A moim zdaniem to takie... inne, bardzo... ciekawe. Karen pokiwała głową z lekkim 

uśmieszkiem na ustach. Wystarczyła  krótka przejażdżka saniami z podwórza plebanii pod 

mur kościoła, by na policzkach wykwitły jej czerwone róże. Niels Lund bardzo bał się o żonę, 

ale Karen błagała, groziła i prosiła, a wreszcie się uparła. Musi jechać do kościoła. Dużo 

czasu   może   upłynąć,   zanim   znów   się   tam   wybierze,   i   przecież   zaniedbywała   się   już   w 

obowiązkach chrześcijanki przez blisko rok.

Niels   ustąpił   wreszcie   pod   wpływem   jej   gniewnych   argumentów,   musiał   też 

uszanować pragnienie poczucia wspólnoty z Bogiem. Nie mógł się jednak powstrzymać od 

komentarza, że przecież regularnie przyjmowała komunię i dostępowała błogosławienia. Nie 

musi się martwić o swoje przymierze z Bogiem.

Johanna uśmiechała się, gdy Karen opowiadała o wyprawie do kościoła. Na drobnej, 

szczupłej twarzyczce pojawiło się nowe światło, ożyła.

- Nie mam jeszcze takiego okrągłego brzucha, żebym się nie mogła pokazać. Owinę 

się najszerszą peleryną, nikt niczego nie zauważy. Moje krzesło stoi całkiem z przodu, a ty mi 

przecież pomożesz.

Johanna kiwała głową i uśmiechała się do pełnych zapału oczu.

- Naprawdę wygląda pani dziś na zadowoloną i zdrową. Dobrze pani spała? Jadła coś? 

A co z tym naparem, który zostawiłam?

background image

Karen zacisnęła usta, odwróciła głowę.

- Owszem, sypiam  i jem, umiarkowanie... Ale ten twój gorzki napój bardzo mnie 

dziwi. Coś, co ma tak paskudny smak... Czy nie ma w tym nic nieczystego?

Johanna wzruszyła ramionami.

- To tylko wzmacniająca mieszanka rozmaitych  kwiatów  i roślin bożych. Sama je 

zebrałam, ususzyłam, pokruszyłam i zalałam wódką, żeby naciągały. A ze względu na panią 

dodałam jeszcze miodu.

Karen już się nie uśmiechała.

-   No   cóż,   to   chyba   bez   znaczenia.   Osobiście   uważam,   że   moje   modlitwy   są 

ważniejsze, Anno. Ale możesz sobie przypisać pewną chwałę, moja wierna Anno, bo gdybyś 

się tu nie zjawiła i nie wydobyła mnie z tego zmęczenia, z tych dni, które zdawały się nie 

mieć końca... to nie leżelibyśmy tutaj tak i nie wierzgalibyśmy, ja i one tutaj.

Z przymkniętymi oczami znów się uśmiechnęła.

-   To   takie   dziwne   uczucie,   kiedy   pomyślę,   że   w   pewnym   sensie   zabieram   je   do 

świątyni, jeszcze zanim przyszły na świat. Lecz napisane jest przecież, że Bóg je zna, nawet 

jeszcze zanim matka zobaczy ich twarze.

Johanna z początku delikatnie zauważyła, że pomysł wyprawy do kościoła jest może 

nieco   zbyt  śmiały,  Karen  wszak  nie   stała   na  nogach  przez  blisko  pół   roku.  Po  ostatnim 

poronieniu zgodnie z radą medyka z Kongsberg i dobrej akuszerki musiała leżeć w spokoju. 

A  gdy nabrała   nieco  sił,   mąż   odwiedził   jej   sypialnię   i,  rzeczywiście,   to  prawdziwy  cud, 

Johanna musiała to przyznać, Karen znów zaszła w ciążę, tym razem podwójnie. Bliźnięta.

Johanna obawiała się strachu pastora, długo zwlekała, by im o tym powiedzieć. Karen 

przyjęła nowinę z wielkim spokojem, może sama już wcześniej zaczęła się tego domyślać?

Niels Lund mocniej ścisnął Biblię i przymknął oczy, Johanna spostrzegła, że pastor 

toczy ze sobą jakąś wewnętrzną walkę, na czole pojawiły mu się kropelki potu. Wreszcie 

szepnął:

- Dzięki ci, dobry Boże, za podwójne błogosławieństwo.

Johanna odetchnęła z ulgą. Tyle siły w krótkiej modlitwie pastora, siły wielkiej jak 

góra, nadziei i ufności, w którą Johanna w jednej chwili także uwierzyła. Czyżby było tej siły 

dość, by pokonać złe wróżby? Dość, by utrzymać Karen w świecie żywych? By ją zbawić?

Johanna pożegnała duchownego głębokim ukłonem. Był bardzo szczery, prawdziwy 

znak szacunku, jaki czuła wobec pastora.

Pastor stał teraz na kazalnicy, dźwiganej przez Samsona w stroju wojownika z lancą w 

dłoni. Wokół jego postaci pięknie połyskiwało złoto i czerwień, ambonę zdobiły rzeźbione 

background image

girlandy,   proporce   i   wzory  przyciągające   oczy.   Johanna   utkwiła   wzrok   w   wyrzeźbionym 

przez artystę ptaszku. Słuchała kazania Nielsa Lunda, czuła leciutkie ciepło bijące z ciała jego 

żony.  Karen miała nieco przyspieszony oddech, ale siedziała spokojna, wygodnie otulona 

grubym futrem, dyskretnie wsparta na poduszkach. Stopy okrywała jej baranica, a na rękach 

nosiła cieniutkie, pięknie uszyte rękawiczki z cielęcej skórki.

Spojrzenie   Johanny   rozpoczęło   wędrówkę.   Najpierw   spoczęło   na   postaci 

Ukrzyżowanego na ścianie, przeniosło się na pulchne aniołki, zdobiące szczyt ołtarza, potem 

na olbrzymie mosiężne świeczniki, błyszczące w całym swym ciężarze.

Chrzcielnica.

Chciała   wysnuć   obraz   Karen   w   tym   miejscu,   Nielsa,   gdy   woda   ze   świętej   misy 

pocieknie na jego własne dzieci. Czuła, jak sztywnieją jej szczęki, całą siłę woli skupiła na 

tym, by zobaczyć ich w tym miejscu.

Ale Karen siedziała przy niej, o głowę niższa, a jej oddech stawał się coraz płytszy i 

szybszy.

Czekał na nią w pewnej odległości od kościelnego muru. Stał za jednym z wysokich 

dębów. Johanna od razu wiedziała, w jakim jest nastroju. Był taki, jakim go pamiętała z 

tamtego, innego życia. Wtedy, gdy sama stała wśród ludzi przybyłych do kościoła, pławiąc 

się w życzliwości i szacunku całej wioski. I on stał tak wówczas, czuła na sobie jego wzrok, a 

do serca napływał jej dziwny niepokój.

Teraz pewnym krokiem podeszła do niego.

- Jesteśmy zaproszeni na plebanię, Ravi.

- Ja nie, ja ich nie znam.

Johanna poczuła powracającą beznadziejność.

- Ależ, Ravi, nigdy ich nie poznasz, jeśli...

- Nie mam siły.

Musiała to przyjąć, lekko pogładziła go po policzku, zdziwiła się, że jego twarz wciąż 

potrafi wzbudzić w niej coś na kształt radości odkrywcy. Znała wszak każdą jej linię, każdą 

wypukłość i wklęsłość, lecz ciągle jeszcze umiała znaleźć w niej coś nowego.

- Postaram się nie być tam długo. Może wrócę do domu, jeszcze zanim zrobi się 

ciemno.

Ravi uśmiechnął się i kiwnął głową. Widziała jednak, jak zgarbiony odchodzi, gdy 

wydawało mu się, że ona już zniknęła za drzwiami wielkiego pięknego Alsgarden.

Grudniowe słońce oślepiło ją, a może to ona zbyt mocno zmrużyła oczy. Przy plebanii 

stał cały rząd sań, konie wyprzężono i zaprowadzono do ciepłej stajni. Kilku sinonosych 

background image

woźniców   skupiło   się   wokół   niewielkiego   ogniska,   grzejąc   ręce   o   chlupoczące   flaszki   i 

dzbany. Wielkie skórzane czapy naciągnęli na twarze, stali na szeroko rozstawionych nogach 

i zabijali ręce przy wtórze głośnego śmiechu.

Ogłoszenia zostały odczytane, kościelne schody opustoszały. Równy strumień ludzi 

płynął   krótką   drogą   w   stronę   domostwa   pastora.   Ludzie   przypominali   kłaczki   wełny, 

przywiane z wiatrem na białą płaszczyznę, w futrach, okrągli, lekko stąpający.

Ludzie w ciemnych ubraniach z samodziału poszli w inną stronę.

Johanna   mocniej   otuliła   się   zniszczonym   płaszczem,   patrzyła,   jak   Ravi   znika   za 

zakrętem.

Pospieszyła w dół zbocza. Karen zapewne położy się do łóżka, gdy tylko przywita 

gości przybyłych uczcić jej powrót do zdrowia.

Uśmiechała się i rozmawiała z ludźmi, słuchała pochwalnych komentarzy, gdy mijała 

pastora i jego gościa, pogrążonych w cichej rozmowie pod pięknym żyrandolem zwisającym 

na środku pokoju.

Toczone kule były tak równiutkie i pięknie wyrzeźbione, że można by przypuszczać, 

iż przyszły na świat jako bliźnięta. A pozłota była najlepszego gatunku, rozsiewała taki sam 

iskrzący blask jak ten, który podziwiali w kościele.

Pastor przemawiał do nich, w bardzo osobisty sposób mówił o pokorze wobec Boga i 

o pociesze, jaką można znaleźć w Jego słowach. A potem wzniósł w górę kielich, głosząc 

błogosławieństwo dla świata i pokój boży na czas nadchodzących świąt. Wreszcie wniesiono 

też półmiski z jedzeniem, ludzie jęli tłoczyć się na długich ławach ustawionych przy wielkim 

stole.

Johanna nie spuszczała oka z Karen. Pastorowa siedziała niczym mała księżniczka na 

przesuwanym   łóżku   przy   ogniu.   Z   oczu   bił   blask,   lecz   na   czole   pojawiły   się   głębokie 

zmarszczki, świadczące o ogromnym zmęczeniu, jakie ta kobieta musiała odczuwać w ten 

niezwykle trudny dla niej dzień.

Johanna ostrożnie zbliżyła się do pastorowej, podała jej kubek słodkiego piwa.

- Czy odprowadzić panią do sypialni?

Karen   słabo   pokręciła   głową,   lecz   kiedy   ręce   sięgnęły   po   kubek,   nie   zdołały   go 

utrzymać.   Zalała   piwem   suknię   i   chustę.   Drżącym   głosem   musiała   przyjąć   propozycję 

Johanny. Niels Lund zorientował się, co się stało, i przyszedł życzyć żonie dobrej nocy.

Na dworze już się ściemniło.

Karen zaproponowała:

- Zapalmy wszystkie siedem świec, Johanno. Wiesz chyba, co to za noc?

background image

Johanna wolno pokiwała głową. Najdłuższa noc w roku, niebezpieczna noc. Ta noc, 

podczas której grasują wszelkie złe moce. Wstęp do uroczystego świętowania. Ale ludzie 

musieli się pilnować, gdy tego dnia wieczorem otuli ich mrok.

- Boisz się?

Pytanie Karen zabrzmiało tak dziwnie. Zapewne ona sama czegoś się lękała.

- Ja też mam o co się bać - cicho odparła Johanna.

- Widzę, że czegoś się boisz - kiwnęła głową zadowolona Karen. - Ale to dlatego, że 

nie   ośmielasz   się   złożyć   wszystkiego   w   ręce   Boga,   moja   droga   Anno.   Powinnaś   tego 

spróbować.

Johanna uśmiechnęła się leciutko.

- Na pewno. Ze wszystkim chciałabym radzić sobie sama. Pragnę wierzyć, że sama 

mogę pokierować własnym życiem, przynajmniej trochę.

- To niebezpieczna myśl. Ciężka droga - pokręciła głową Karen.

Johanna nie mogła powstrzymać się od pytania:

- Ale czy pani nie boi się śmierci?

Krucha kobieta roześmiała się ostrożnie, Johannę niemal przeraził dziwny delikatny 

dźwięk. Karen tak rzadko się śmiała.

- Czy się boję? Nie, a dlaczego miałabym się bać? Śmierć to wszak naprawdę podróż 

do domu, i tu, na ziemi, nie można chyba być tak szczęśliwym, by nie tęsknić za wiecznym 

odpoczynkiem.

Johannie nie mieściło się to w głowie, lecz szczera twarz Karen niemal jaśniała w 

poczuciu bezpieczeństwa. Johanna wolno wypuściła powietrze z płuc.

- Zazdroszczę pani tego spokoju, pani Karen. Chciałabym umieć go podzielać. Zbyt 

wiele jednak muszę znosić grzechów.

Pastorowa  przyglądała   jej   się  teraz  otwarcie.  Rozmowa   przybrała   nowy obrót.   To 

Karen teraz dominowała, Johanna była słabszą stroną.

- Nie ma ich chyba aż tyle, by On nie zdołał ich unieść? - spytała Karen.

Johanna zapatrzyła się na zapalone świece, ich blask zdawał się oczyszczać jej myśli i 

to sprawiło jej przyjemność.

- Ja także spodziewam się dziecka, pani Karen. Może dlatego niekiedy widzi mnie 

pani taką słabą, zbyt dużo myślę, za bardzo się boję. I nie mogę pojąć pani spokoju.

Karen nie odpowiedziała, ale gdy opadała z powrotem na miękkie poduszki, Johanna 

miała wrażenie, że pastorowa cała drży.

Jego gorące dłonie spoczywały jak martwe na jej plecach. Prosiła, by ją pogładził, 

background image

uczyniła się taką maleńką i zmusiła go, by był blisko niej przynajmniej ciałem. W pogrążonej 

w ciemności izbie nie mogła widzieć jego oczu, zapewne tak było nawet lepiej. Gdyby w nie 

spojrzała i nie wyczytała z jego twarzy znaku, że ją rozpoznaje, nie zniosłaby tego.

- To takie straszne, kiedy ode mnie odchodzisz, Ravi - szepnęła.

Nie miała pojęcia, czy ją słyszy. Może naprawdę całkiem już odpłynął. Jakiż okrutny 

los! Tak bardzo bała się tych jego wizji, wcale nie dlatego, że niekiedy bywały krwawe i 

wstrętne, lecz dlatego, że zabierały go daleko od niej.

- Przytul mnie! Bądź przy mnie, muszę cię czuć blisko siebie!

I on leżał tak, Johanna zerwała z niego ubranie, wtuliła się w jego ciało, czuła, jak 

piersi jej się spłaszczają, gdy zacisnęła splecione ręce na jego karku.

Ravi odpowiadał na pocałunki, lecz wargi miał suche, a oddech już zbyt prędki.

Johanna czuła, że płacz ściska ją w gardle, bliska była poddania się.

Znów ukazała się jej twarz matki, tęsknota nabrała takiej siły, że serce zamarło jej w 

piersi.

Akurat w tej chwili gotowa była oddać życie za to, by poczuć na czole rękę matki albo 

wtulić się w kolana ojca.

To jednak nie było możliwe.

Nie mogła im nawet wysłać listu, żadnemu posłańcowi nie mogła powierzyć swego 

losu.   Nie   wchodziło   w   grę,   by   upatrzyła   sobie   jakiegoś   starego   wojaka   albo   zapłaciła 

poganiaczowi bydła za zaniesienie listu z wiadomością. Gdyby ktoś przeczytał taki papier lub 

go   nie   dopilnował,   jej   los   byłby   przypieczętowany.   Pewnego   ranka   obudziłaby   się   i 

przekonała, że koszmar senny przemienił się w rzeczywistość.

Reszta życia w więziennym lochu.

Dwa lata, trzy...

A potem szubienica albo topór.

Dla morderczyni takiej jak ona nie było łaski, nawet gdyby sędziowie uwierzyli w 

historie o brutalnym traktowaniu jej przez Erlenda. Sędziami byli mężczyźni. To mężczyźni 

ustanawiali prawa. Nawet Bóg jest mężczyzną, pomyślała Johanna z goryczą.

Odsunęła się od ciała Raviego, czuła, jak chłód panujący w izbie owiewa jej drżące 

ciało, gdy na moment rozchyliły się okrycia. Johanna skuliła się, mocno objęła ramionami, 

przycisnęła kolana do piersi, czując lekki ciężar w dole brzucha.

Pozwoliła, by strach popłynął milczącymi strumykami po policzkach.

Tęsknota za dawnym życiem, i jeszcze żal.

Po raz pierwszy ośmieliła się pomyśleć: nie powinnam była tego robić. Nie powinnam 

background image

była dopuścić do tego, by Ravi tak mocno przyciągnął mnie do siebie. To sprowadziło na nas 

jedynie nieszczęście, tak jak obawiałam się tego już wtedy, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz. 

Nie jestem dostatecznie mądra i wiem tak mało. Brak mi cierpliwości i miłości.

A on nie jest zwyczajnym człowiekiem.

Pozwoliła,  by łzy spływały jej w  półotwarte usta, czuła  ich słony,  a jednocześnie 

łagodny smak.

Wreszcie   źródło   łez   wyschło   i   ogarnęło   ją   cudowne   odrętwienie.   Dopiero   wtedy 

dopuściła do siebie tę myśl:

Kto jest ojcem jej dziecka?

Wysilała umysł, próbowała sobie przypomnieć, lecz czas jakby wymazał z jej głowy 

wszystko, co nie było dramatyzmem, bólem, bezrozumną ucieczką. Poprzednie życie było 

niczym głębokie zielone morze.

Czy miała miesięczną przypadłość po ostatnim ataku Erlenda?

Nie.

Tak bardzo chciała sobie przypomnieć. Rachowała na palcach dni, obliczała tygodnie, 

próbowała wyobrazić sobie zakrwawione szmatki, które dziewka służąca nosiła do płukania 

w źródle.

Nic takiego nie mogła sobie przypomnieć.

Nic takiego od września.

Johanna uśmiechnęła się z goryczą. Ładna z niej akuszerka, nie miała nawet dość 

rozumu, by pojąć, że to oczarowanie, jakiego doświadczyła z Ravim, mogło sprawić, że po 

prostu zajdzie w ciążę. Nie umiała też liczyć swoich tygodni, a kiedy stała się brzemienna, 

mężczyzna zauważył to prędzej niż ona sama. Owszem, co prawda jasnowidz, lecz mimo 

wszystko to on sprowadził ją na ziemię, pomyślała z gorzką dozą ironii.

Erlend - Ravi, Erlend - Ravi...

W jej myślach ci dwaj obejmowali się ramionami w jakimś wirującym śmiertelnym 

tańcu, na koniec nie mogła już odróżnić jednej twarzy od drugiej, lecz tylko jeden mógł 

spłodzić w niej dziecko.

Czyżby Erlend odniósł ostateczne zwycięstwo? Czyżby zabił ją z taką samą pewnością 

siebie, jak ona wbiła w niego nóż?

Johanna wiedziała, że gdyby leżało to w mocy Erlenda, wysłałby za nią swój cień, 

wszędzie bez względu na to, dokąd by poszła. Może uczynił to w sposób jeszcze bardziej 

rzeczywisty, spłodził dziecko, które stanie się przyczyną jej udręki do końca życia? Będzie 

przypominało   jej   o   tym   haniebnym   postępku,   od   którego   uciekła.   Może   nawet   zechce 

background image

pomścić swego ojca?

Opętańcze   myśli   rosły   w   głowie   Johanny,   nie   mogła   już   nad   nimi   zapanować. 

Potworne obrazy przesuwały się przed załzawionymi znów oczyma.

Syn, syn Erlenda. Z nożem uniesionym nad matką.

Córka,   córka   o   cierpkim   uśmiechu   Erlenda,   która   ściągnie   nieszczęście   na 

morderczynię.

Ravi...

Czy on będzie umiał z nią żyć, jeśli to dziecko Erlenda? I czy w ogóle kiedykolwiek 

poznają prawdę?

Noworodki nie zawsze zdradzają swoje pochodzenie. Dzieci nie zawsze są odnóżkami 

identycznymi z macierzystą rośliną.

Johanna wiedziała, że ta wątpliwość nigdy jej nie opuści.

Może to właśnie będzie jej karą.

Może śmierć byłaby prostsza i o wiele łagodniejsza.

Ledwie starczyło jej sił, by położyć ręce na wyczuwalnym już zgrubieniu w pasie i 

pomyśleć:

Bez względu na wszystko i tak jesteś moje.

background image

ROZDZIAŁ VI

- Coś ty za jeden? Pokaż nam swoje ślepia, włóczęgo!

Twarde dłonie na ramionach, Ravi zdrętwiał, czując, że tym razem się nie wykręci.

Szedł   przez   wieś   o   zmierzchu.   Słyszał   nawoływania,   dobiegające   z   placu   przy 

budynku tingu, gdzie młodzi zebrali się w tę noc na świąteczną zabawę. Z wielu podwórzy 

dobiegały śpiewy i wybuchy śmiechu, gdy przekradał się wśród ludzkich siedzib.

Docierał do niego zapach z baryłek z wódką.

Wprost   namacalnie   wyczuwał   swój   własny   niemy   krzyk,   rozpaczliwą   prośbę   o 

ukojenie.

W kieszeni miał osiem szylingów, o których Johanna nigdy się nie dowiedziała.

Nie mógł już dłużej tego znieść. W ten czas Bożego Narodzenia jego głowę jakby 

otoczyła lepka pokrywa, nie zdały się na nic uśmiechy Johanny i łagodne próby przywrócenia 

mu   spokoju.   Gdy   zapalała   świece   w   maleńkiej   chacie,   on   widział   tylko,   że   kąty   są 

mroczniejsze   niż   nocne   niebo.   Piekła   pachnące   ciastka   i   placki,   z   kuchni   pastorostwa 

przynosiła mu najpyszniejsze smakołyki.

On jednak, chociaż słaniał się z głodu, nie chciał spróbować niczego poza tym, co na 

siłę, karmiąc go jak dziecko, w niego wmuszała.

Johanna  pożyczyła   od pastora  nawet  Biblię  do  domu  i  przeczytała   Raviemu   starą 

historię o stajence, żłóbku, trzech królach i pasterzach.

A on czuł się jak coś pośredniego między osłem a owcami.

I królem Herodem, który chciał zabić dzieciątko.

Ravi widział, jak blask w oczach Johanny z dnia na dzień przygasa coraz bardziej. 

Chciał wyciągnąć do niej ręce, ochronić ten delikatny płomyk, rozdmuchać go ostrożnie, by 

się wyprostował i nabrał mocy. Bał się jednak, że gdy tylko otworzy usta, płomień zaraz 

zgaśnie.

Ona była jego jedyną ostoją.

Dlaczego więc tak ją od siebie odpychał?

Wódka...

Przynosiła poczucie obezwładnienia, całe ciało stawało się ciężkie i obce, w głowie 

rozlegał się szum, lecz on sam nie musiał się przyłączać do diabelskiego tańca.

Zauważył czterech mężczyzn pod ścianą budynku tingu. Wymieniali pozdrowienia, w 

przepastnych   kieszeniach   kurtek   coś   chlupotało.   Nie   znał   ich,   lecz   dwóch   widział   już 

wcześniej. Mieli błyszczące  twarze i wielkie  uśmiechnięte  usta. Po świątecznych  ucztach 

background image

brzuchy wystawały zadowolone. To Torkjell Villand i malarz zwany Truge. Ravi widział 

dziwaczne wrony, jakie malował ten człowiek, widział też stół, który malarz proponował 

ludziom jesienią. A ten Villand, któż o nim nie słyszał? Podobno z rodu prawdziwych siłaczy, 

chociaż nikt jeszcze nie miał  okazji się przekonać, czy jest obdarzony równie potężnymi 

mięśniami jak jego ojciec.

Stali tam teraz i mieli tę jedną jedyną rzecz, której pragnął tak bardzo, że gotów był 

nawet się upokorzyć. Ciarki przeszły mu po plecach na myśl o tym, że będzie musiał zbliżyć 

się do tych ludzi. Bał się tego, czym go powitają i co powiedzą. Ich bliskość jawiła mu się 

niby najohydniejszy odór kręcący w nosie, ale  zapach  z  baryłek  i  cynowych  flaszek  był 

silniejszy.

Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę budynku. Pozdrowił ich. Przystanął. Patrzyli 

na niego.

Ach,   na   Boga,   jakże   oni   patrzyli!   Nawet   w   półmroku   czuł   spojrzenia   świdrujące 

duszę.

- Chciałem tylko spytać... czy macie coś do sprzedania...

- Spytaj raczej Hildę albo Sissel tam dalej - zachichotał jeden z dwóch nieznajomych, 

śląc Raviemu nieprzyjazne spojrzenie.

Ravi   zacisnął   pięści,   spostrzegł,   że   mężczyźni   rozstąpili   się,   przerywając   krąg,   w 

którym stali, i zwrócili ku niemu twarze niczym groźny mur.

- Chcę kupić trochę wódki - głos zabrzmiał szorstko, sucho.

Najlepiej ubrany wśród mężczyzn, właściciel wielu zagród i ludzi, odparł głośno:

-   Wódki,   mówisz!   A   dlaczego   mielibyśmy   ci   ją   sprzedawać?   Nie   wyglądasz   na 

człowieka, który miałby czym zapłacić. Nie powiedziałeś nam nawet, jak się nazywasz, obcy!

Ravi stał zmrożony, szylingi zaciążyły mu w kieszeni. A więc nawet jego srebro nie 

było dla nich dostatecznie czyste.

Cztery   twarze   były   jak   martwe,   ręce   zamarły   w   pół   ruchu.   Mężczyźni   szerzej 

rozstawili nogi, mierząc intruza od stóp do głów spojrzeniami, z których wyzierała odwaga 

gromady.

Ravi pojął, że ośmielił się odezwać do człowieka, w którego obecności większość 

biedaków musiała zadowolić się uniżonym pokłonem.

Instynktownie odwrócił się, by uciec.

Ale właśnie wtedy ich ręce opadły mu na ramiona.

Przyciągnęli go z powrotem, w sam środek kręgu obcych, zaciętych twarzy.

- Podobno unikasz ludzi, obcy! Podobno boisz się popatrzeć nam w oczy? Musisz 

background image

jednak wiedzieć, że my nie pozwalamy, by tu, w naszej wiosce, krążyły zawszone lisy.

Ravi poczuł, że go puszczają, lecz nie miał teraz już żadnej możliwości ucieczki. Czuł 

tylko w sercu palący opór. Złapali go, chcą do czegoś zmusić. Ale jakiś ostrzegawczy głos 

wciąż dał się wychwycić, choć zagłuszało go głośne bicie własnego serca.

- Dajcie mu wódki - cicho powiedział malarz. Proste słowa wywołały w Ravim falę 

ciepła, odwrócił się jednak i nie pozwolił, by dopłynęła do serca.

- Diabła tam, żądamy odpowiedzi! Coś ty za jeden? Układasz się z pastorem albo z 

wójtem? Czy raczej porzucili cię brudni włóczędzy? A może plądrujesz spichrze i zabijasz 

porządnych ludzi?

- Odpowiadaj, człowieku!

- I to zaraz!

- Nie myśl sobie, że pogodzimy się ze wszystkim tylko dlatego, żeś znalazł sobie 

chałupę, a twoja baba przymila się do pastora...

Pękło opanowanie Raviego, buchnął czerwony gniew. Spostrzegł, że krąg wokół niego 

się   zacieśnia.   Widział   wykrzywione   twarze,   czuł   obrzydliwy,   lecz   jakże   przyjemny   mu 

zapach,   buchający   im   z   ust.   Kątem   oka   zauważył   coś,   co   mogło   być   zwiniętą   pięścią. 

Odwrócił się, chciał spotkać cios albo człowieka obróconego do niego twarzą. Był to krępy 

mężczyzna o okrągłym obliczu. Do tej pory jeszcze się nie odezwał.

- Puśćcie tego chłopaka...

Jakaś dziwna, jakby śpiewna melodia języka, Ravi nigdy nie słyszał takiej mowy.

- O co ci chodzi, Monsie - Duńczyku? Przecież i ciebie denerwował ten obcy!

- To nic, puśćmy go - odparł cicho człowiek nazwany Monsem - Duńczykiem. Nawet 

się przy tym uśmiechał.

Ravi nie spuszczał wzroku z jedynej pary oczu, która miała w sobie ślad życzliwości, i 

niemal zaskoczony pozwolił, by pulchna dłoń ujęła go za rękę w geście przywitania. Mons 

długo nią potrząsał.

- Zobacz, ode mnie możesz kupić łyk. Masz czym płacić? Jak nie, to możesz przyjść 

po Nowym Roku. Sporo u mnie w domu rzeczy do zrobienia... A parobek, biedny stary, długo 

już choruje.

Dwaj  mężczyźni  z powrotem schowali ręce  w kurtki i peleryny,  ale ciemnowłosy 

Villand   wciąż   przyglądał   się   Raviemu   zmrużonymi   oczami   spod   futrzanej   czapki.   Ten 

olbrzym, do diaska, nie może być starszy niż on sam, Ravi.

- Uważaj, kogo karmisz własną piersią - powiedział cicho młody bogacz, a potem 

odwrócił się do nich plecami i opróżnił swoją flaszkę.

background image

Świat dookoła spowijała już teraz ciemność, lecz światło nocy odbijało się od białej 

powierzchni śniegu, można było więc odróżnić wyraz twarzy. Pod ciężkimi butami Raviego 

zatrzeszczało, gdy zrobił krok w tył, żeby poszukać szylinga dla Monsa.

Chciał stąd odejść, złapać drogocenną beczułkę i biec. Biec aż do utraty tchu i sił, a 

potem resztki szalonego wiru myśli zabić zawartością beczułki.

Pozwoli,   by   wódka   objęła   go   mocno,   jak   najmocniej,   poniosła   daleko   od   tego 

wszystkiego, do krainy, w której żaden człowiek nie będzie mógł go dotknąć.

Unikał ich spojrzeń, ręka drżała mu lekko, gdy moneta zmieniała właściciela.

- Dziękuję, i niech cię Bóg błogosławi w przyszłym roku - wydusił z siebie Ravi.

Krępy mężczyzna o śpiewnym głosie uśmiechnął się lekko.

- Na zdrowie, nieznajomy!

Ravi poczuł pieczenie w żołądku, lecz zmusił się, by jeszcze raz podnieść głowę.

- Knut. Knut Plassen...

Zabrzmiało to głucho, lecz Mons - Duńczyk spojrzał nań zadowolony.

- Dobrze, Knucie, może jednak zobaczę cię u nas mimo wszystko, gdy miną już te 

długie noce?

Ravi tylko zdziwiony pokiwał głową. Uścisk w żołądku nieco zelżał, trzej pozostali 

mężczyźni gdzieś zniknęli.

Odwrócił się, by uciec w mrok, na drogę do domu, i wtedy wizja niczym migocząca 

błyskawica   pojawiła   się   przed   jego   oczami.   Od   białego   światła   rozbolały   oczy,   wiedział 

jednak, że zakrywanie ich na nic się nie zda.

- One żyją - wymamrotał.

Ledwie zauważył, że mężczyźni znów podchodzą bliżej.

Poczuł, że kolana dotykają śniegu, a w rękach nie ma już beczułki. To nadeszło tak 

niespodziewanie, że nie zdołał nawet ocalić drogocennego napoju.

- Co się dzieje z tym człowiekiem? Do diabła, czy on jest chory?

- Ma chorobę księżycową, widywałem takich już wcześniej. Ni z tego, ni z owego 

padają na ziemię i wyglądają, jakby potrząsał nimi sam anioł śmierci. A potem się z tego 

budzą.

- Uważaj, Mons! Nie podchodź za blisko! Tacy jak on... Możliwe, że ta choroba...

Słyszał  wokół siebie ściszone, lecz zarazem podniecone głosy.  Z wolna w głowie 

zaczęło się kręcić, rozluźnił ręce zaciśnięte  na uszach, w nos buchnął mu zapach wódki. 

Otrząsnął się jak pies po wrzuceniu do zimnej wody.

Resztki   czerwonych   fal   wciąż   waliły   w   czoło   od   środka   i   przelewały   się   tępym 

background image

krótkim bólem.

Ostrożnie   poruszył   głową,   widział   kontury   czterech   postaci.   To   Mons   podniósł 

wywróconą baryłkę z wódką i ustawił ją na śniegu. A potem złapał Raviego za przedramię i 

ostrożnie pomógł dźwignąć się na nogi.

- Co się z tobą dzieje, chłopcze? Chory jesteś?

I w jego głosie pobrzmiewał lęk, ale nie ten sam obezwładniający strach, za którego 

przyczyną trzej pozostali mężczyźni tkwili nieruchomo niczym kamienne słupy w odległości 

kilku kroków.

- One żyją, wieśniaku. Twoje owce... jeszcze żyją. W szopie na podwórzu, otoczonym 

trzema domami. W najwyższej szopie pod skalnym nawisem, tam gdzie brzozy rosną tak 

gęsto, że splatają się ze sobą... One żyją!

Mons patrzył na niego z niedowierzaniem, rozdziawił gębę.

A potem cicho spytał:

- Co ty wygadujesz, Knut? Wiesz coś o owcach, które mi zginęły jesienią?

Ravi znów podniósł ręce do uszu, marzł teraz okropnie.

Mówił głównie do siebie:

- Tak, jedna ciągnie nogę za sobą, a inna ma oderwane ucho. Jest ich dziewięć, dużych 

i małych... dziewięć sztuk, i żyją.

- W górach, w Sangerfjell?

Ravi popatrzył na niego zmieszany.

- Co? Nie, nie wiem. Ale szopa jest wysmołowana, naprawdę porządna, a w kącie... 

coś ciężkiego. Czarnego... To chyba garnek!

Kociołek   do   gotowania   sera,   należący   do   Ewaldy.   Zostawili   go,   gdy   się   stamtąd 

zabierali.  Miał  przyjść  po  niego  sąsiad.  Mimo  wszystko   jednak  został  na  zimę   w  letniej 

zagrodzie. Kiedy Mons z parobkiem jesienią przemierzali wyżyny w poszukiwaniu ostatnich 

dwunastu owiec, nie byli w stanie go zabrać. Umęczyli się niemal do ostateczności przez te 

zwierzęta, a w końcu i tak musieli się poddać. Dwanaście owiec zniknęło, jakby zapadło się 

pod ziemię. Tylko jedno truchło znaleźli w wypełnionym wodą zagłębieniu.

Ravi trząsł się z zimna, ledwie trzymał się na nogach.

Wieśniak stał teraz zaskoczony, nie krył zdumienia. Potem w milczeniu sięgnął do 

kieszeni, wyciągnął rękę do Raviego.

- Weź z powrotem swoje pieniądze, niewiele zostało z tej wódki, którą kupiłeś.

Ravi oniemiały przyjął monetę. Mons - Duńczyk zaraz podał mu baryłkę. Zachlupało 

w niej cicho, widać na dnie został jeszcze łyk. Może wystarczy.

background image

- Jesteś z tych, którzy widzą - cicho rzekł Mons. Trzej mężczyźni za jego plecami 

sprawiali   wrażenie   jakby wstrzymali  oddech,   z  całych  sił   starając   się  przybrać   normalny 

wyraz twarzy.

Ravi zaklął cicho.

Odszedł.

Pomimo wódki i zmęczenia wizje nie zostawiły go w spokoju. Zatrzymał się w drodze 

do domu i wypił parę pokaźnych łyków z beczułki; Wargi przymarzły do cienkiej żelaznej 

obrączki, otaczającej dziobek, musiał niemal odrywać je siłą, zapiekło. Smak krwi zmieszał 

się z ostrym smakiem gorzałki.

Ravi   zgiął   się   wpół,   zakaszlał   chrapliwie.   Do   oczu   napłynęły   mu   łzy,   ale   wargi 

wykrzywiały się w uśmiechu.

Chwila triumfu. Niebezpiecznego triumfu! W pewnym sensie uratował swój honor, bo 

mężczyźni   długo   jeszcze   spoglądali   za   nim,   gdy   odchodził.   Żaden   nie   zdołał   ukryć 

niepewności, a jemu się to podobało.

Ale jednocześnie...

Wyszło szydło z worka.

Ravi zatrzymał się tuż przed chatą i jeszcze raz podniósł baryłkę do ust. A w duchu 

jednocześnie jakby się modlił: Oby wódki nigdy nie zabrakło!

Na dnie beczułki wciąż jeszcze chlupotał płyn, gdy całym ciężarem ciała oparł się o 

drzwi i pchnął.

Cicho, martwo.

Dostatecznie dobrze znał drogę do łóżka, rzucił się na nie, gdy tylko poczuł twardą 

krawędź przy udzie.

W baryłce wreszcie pokazało się dno.

Wódka krążyła w żyłach, otwierała je, grzała i znieczulała. Poczuł to dopiero, gdy 

skutek był wyraźny,  napięte ramiona rozluźniły się, szum w uszach ucichł. Ravi czuł się 

słaby,  niezdolny do stawiania jakiegokolwiek oporu, jakby całkiem pusty,  a jednocześnie 

napełniony gęstą płynną żywicą.

Leżał ze świadomością, że gorzałki było akurat tyle, by otworzyć tylne drzwi do jego 

myśli, lecz nie dość, by popchnąć go dalej w zapomnienie.

Widział samego siebie, jak leży, jak z pozoru bezsilne palce desperacko zaciskają się 

na dziobku baryłki, jak gdyby była wilgotną szmatką, z której da się jeszcze wycisnąć kilka 

kropli. Widział białka własnych oczu, po ciemku nabierały niebieskiego odcienia, a szeroko 

otwarte usta zanosiły się niemym krzykiem strachu, kierowanym w pustą przestrzeń.

background image

Czuł   dreszcze   targające   jego   ciałem,   był   odrętwiały   i   dostatecznie   pijany,   by   nie 

zważać na fizyczny ból.

W jego głowie znów zawirowali ci czterej  mężczyźni,  objęci ramionami,  jakby w 

parodii tańca. Patrzył, jak sztywnieją, widział beczące owce, wybałuszone zwierzęce oczy, 

mądre,   takie   mądre...   Dziękowały   mu   za   to,   że   sprowadził   je   do   domu,   zaraz   jednak 

rozpłynęły się, zmieniły myśli  w białe kłaczki wełny,  którą ktoś dalej prządł na wielkim 

kołowrotku.

Johanno, Johanno, to ty przędziesz, i to z mozołem. Dzień po dniu tkasz, wplatasz 

kolejne kawałeczki przędzy, z każdym dniem coraz bardziej zajęta własną tkaniną.

Odrzuć czółenko, zanim będzie za późno.

Ach,   Johanno,   przetnij   teraz   osnowę,   zanim   będziesz   mogła   ujrzeć   wzór,   jaki 

tworzysz.

Zobaczył, jak Johanna pięknie się uśmiecha. Widział nóż w jej rękach, patrzył, jak 

ciemne włosy wiją się wokół uszu i zmieniają ją w... w niedźwiedzia?

Niedźwiedź   ruszył   w   tan   z   tamtymi   czterema.   Czterej   mężczyźni   i   niedźwiedź. 

Widział płynącą krew, a od rzeki, która się z niej utworzyła, czuł bijący lodowaty powiew.

Ravi rzucał się na łóżku, wreszcie w ciemności otworzył oczy.

Nic nie było widać, izba zniknęła, nie zauważał jej już.

Napłynęło to do niego jak wtedy, gdy fala powodzi narasta, najpierw jako zmarszczka, 

która później zmienia się w wysoką grzywę, spokojna, niemal rozluźniona, popędzana jedynie 

własnym obojętnym ciężarem.

A kiedy fala zaledwie odrobinę wzniosła się nad brzegiem, Ravi stał drżący i nie mógł 

pobiec   na   ląd.   Uderzyła   go   prosto   w   pierś,   poczuł,   że   go   zatapia,   płuca   wypełniły   się 

krzykiem, a usta smakiem soli.

Chata Torkjella Villanda miała jedno okno wychodzące na zachód, jego oczy mogły 

więc   spocząć   na   białej,   równej   płaszczyźnie   rozpościerającej   się   na   dnie   doliny.   Woda 

zamarzła, lecz wszyscy wiedzieli, w którym miejscu wśród lasów rzeka płynie rwąca, czarna. 

Zagroda w Torpo stała się jego domem zaledwie rok temu, przybył  z Hol, przynosząc tu 

swoje   dumne   nazwisko,   gdy   stryj   przepisał   to   gospodarstwo,   zresztą   nie   tylko,   na   braci 

Villand. Jemu przypadło najwięcej, i tak chyba powinno być, lecz chociaż cielaka miał w 

oborze, to krowa wciąż pasła się na łące stryja.

Za kilka miesięcy ludzie znów zbiorą się w budynku, gdzie odbywają się tingi, już 

widział siebie, jak tam stoi, a słowa płyną między uczonych i mniej uczonych w pojedynku 

sprawiedliwości, władzy, wizji i chciwości.

background image

Miał poprowadzić sprawę przeciwko Sigrid Hadze i wiedział, że ta sprawa pochłonie 

mu   dużo   czasu.   Czuł   się   niemal   jak   postać   ze   sztuki.   Świadomość,   że   oto   w   jego   ręku 

spocznie czyjś los, że będzie trzymał w rękach nitki życia innych ludzi - to uczucie napawało 

go rozkoszą taką, jaką daje słodkie wino. Za pierwszym razem przegrał, właściwie za drugim 

także, ale ludzie wciąż tracili mowę na wspomnienie gry, jaką prowadził na sali sądowej. 

Sigrid Haga powinna była zrezygnować już w momencie, gdy została wyrzucona z sań na 

podwórzu w domu ojca. Głupia kobieta nie zniesie więcej szumu wokół siebie. To prawda, że 

zwiodła tego starego wariata i wymusiła na nim obietnicę małżeństwa. Zapewne dała mu to 

czy owo w zastaw, bo też i wcale tego nie kryła. Ale rozbijanie jedności braci i żądanie 

uznania   ją   za   ślubną   żonę   to   po   prostu   zbyt   bezczelne   ze   strony   tej   zdesperowanej 

dziewczyny. Stryj miał zupełnie inne plany co do swoich dóbr. A Torkjell wiedział, że stary 

będzie walczył o nie, dopóki tli się w nim bodaj resztka oddechu, a może jeszcze dłużej.

Sigrid   pozyskała   współczucie   pisarza.   Zapłakana   stała   ze   swoim   bękartem, 

przysięgając, że ojcem dziecka jest stryj „adwokata”. Torkjell złożył ręce i przymknął oczy 

podczas składania przez nią świadectwa, jak gdyby modlił się za krzywoprzysiężczynię. Ale 

to nie powstrzymało Sigrid, jej słowa płynęły jak gdakanie kury nioski. I sąd przyznał jej 

słuszność,   bękarta   należało   uznać   jako   jedynego   spadkobiercę   włości   starzejącego   się 

bogacza. Torkjell nie mógł tego przyjąć, zamierzał, gdyby okazało się to konieczne, wnieść tę 

sprawę aż do sądu najwyższego. Będzie to wymagało czasu i pieniędzy, których Sigrid Haga 

na pewno nie miała. I, co gorsza, gdyby przegrała, przypłaci to życiem.

Torkjell poczuł coś na kształt głodu kobiety w ciele, co dało mu większe zadowolenie 

i podnieciło mocniej niż kieliszek dobrej ziołowej nalewki w brzuchu.

Może powinien jeszcze przed końcem świąt wyciągnąć dokumenty i księgi prawnicze, 

rozpocząć przygotowania? Wietrzył sensację i katastrofę, zwycięstwo i niepewność wroga. 

Powróciło uczucie z młodzieńczych lat, gdy stawał na brzegu rzeki i obserwował spławiaczy 

drewna.

Jakże chętnie chwyciłby za bosak i równie lekkonogi jak oni skakał po spienionych 

masach wody, oddzielony od kipieli zaledwie jednym toczącym się balem. Dosłownie czuł, 

jak drzewo obraca się pod nim, nieobliczalne, równie potężne jak woda, która je unosiła. 

Śliskie i okrągłe.

Tak właśnie czuł się teraz. Miał dopiero dwadzieścia trzy lata i napawało go dumą, że 

rówieśnicy jego ojca przychodzą prosić go o radę. Wiedzieli, że Torkjell nie tylko zna prawa i 

należne procedury, lecz jest również niezwykle bystrym, szczwanym jak lis strategiem. Ci, 

którzy mu zaufali, wygrywali zwykle. Ci, których wystraszały jego ścieżki i zgadzali się iść 

background image

nimi tylko do połowy, często opuszczali salę tingu ze zgiętym karkiem.

Uwielbiał to pulsowanie w głowie. Już wyobrażał sobie, jak podniesie rękę i słowami 

zmusi, by balansowali, chwiali się i obracali w wodzie.

Torkjell uśmiechnął się do siebie. Węgielkiem z otwartego paleniska zapalił fajkę, nie 

odrywając oczu od olśniewającego widoku.

Słońce   już   powróciło,   lecz   tylko   o   poranku   przydawało   krajobrazowi   złocistego 

blasku. Teraz było białe, białe jak sam śnieg z refleksem niebieskiego nieba, które mroziło 

nieruchomy, spokojny obraz za oknem.

Palił, aż wreszcie po tłustym angielskim tytoniu nie pozostał nawet cień zapachu.

Odłożył   wtedy   fajkę   na   stojak   i   postanowił,   że   całe   popołudnie   poświęci   na 

rozkoszowanie się słodkimi przygotowaniami do triumfu.

A wieczorem do jego drzwi zastuka młoda kobieta.

Torkjell  znów  się uśmiechnął,  poczuł,  że  pulsowanie  rozprzestrzenia  się od karku 

wzdłuż kręgosłupa. Część tego samego uczucia, utkanego z tej samej materii, lecz w innym 

kształcie. Jak wtedy gdy odwraca się monetę i widzi znak króla na jednej stronie, a Boga na 

drugiej.

Kiedy   pukanie   do   drzwi   stało   się   rzeczywiste,   zirytowany   poszedł   otworzyć. 

Zapomniał o kobiecie, zatopił się całkiem w rozłożonych przed sobą papierach, a w głowie 

migotały   mu   obrazy   rzeczywistości,   którą   będzie   formował   starannie   zaplanowanymi 

słowami.

Ale kilka kroków z pokoju oświetlonego blaskiem płonących świec do zewnętrznych 

drzwi nieco go otrzeźwiło. Zdążyło też pojawić się wyczekiwanie, które, jak wiedział, kobieta 

zauważy, zresztą będzie go od niego wymagać.

Gdy   jednak   szarpnięciem   otworzył   ciężkie   drzwi,   zobaczył   tuż   przed   sobą   twarz 

Monsa - Duńczyka.

- Znaleźliśmy zwierzęta - oznajmił Mons, nawet się nie przywitawszy.

W jego głosie zabrzmiało ciche wyzwanie.

Torkjell przytrzymywał drzwi otwarte.

W momencie gdy Mons, ciężko dysząc, przekroczył próg, Torkjell dostrzegł jakiś cień 

za węgłem. Spódnicę omiatającą zaspy ze śniegu zwianego przez wiatr z dachu. Nie widział 

twarzy, tylko gołą rękę, która gwałtownie poderwała się do góry, gdy zdecydowanym ruchem 

zamknął drzwi i zaryglował je od środka. Ona mogła zaczekać. Zresztą miała przed sobą 

więcej czekania, gdy nadejdzie wiosna, a on wyjedzie do królewskiego miasta służyć jego 

wysokości i krajowi.

background image

Ona na pewno będzie czekać. Nie przestanie tu przychodzić. Coś w nim warknęło z 

irytacją i rozczarowaniem, ale spokojnie popatrzył na Monsa i powiedział:

- Wejdź, wypijesz kieliszek na rozgrzewkę, przyjacielu. Chciałbym usłyszeć o tym coś 

więcej...

Mons   przeniósł   ciężar   ciała   z   jednej   nogi   na   drugą   i   ukradkiem   zerknął   na   stół 

Torkjella,   na   którym   płomienie   trzech   świec   rzucały   migotliwy   cień   na   gęsto   zapisane 

stronice.

Tu, gdzieś w kufrze pod ścianą, leżały jego listy.

Listy, które przywiązywały go do tego młodego mężczyzny, łączyły go z nim równie 

mocno jak żelazne kajdany. Zaciągnął zbyt wielki dług, by dało się go spłacić samymi tylko 

pieniędzmi. W latach takich jak ten rok trudno żądać zwrotu, ale Mons więcej niż raz stawał z 

podniesioną głową, spoglądając młodemu, urodziwemu wieśniakowi prosto w oczy. Owszem, 

wiedział, że jego życie spoczywa w tych szczupłych dłoniach, lecz miał także świadomość, że 

Torkjell Villand akceptuje bardzo wiele rozmaitych sposobów spłaty.

- A więc ten Knut Plassen zwrócił ci twoje owce? To doprawdy wielkie szczęście w 

tym świątecznym okresie - Torkjell nalał brunatnej wódki do dwóch metalowych kubeczków 

i dopełnił je ciepłym piwem z dzbanka.

Mons podziękował i wypił, na przemian pocierając rzadką brodę i kiwając głową.

- Nie powinieneś  się odwracać do niego plecami, Torkjellu. Nie powinieneś robić 

sobie wroga z tego obcego.

Powagi dźwięczącej w jego głosie Torkjell na razie nie bardzo umiał zrozumieć.

Gładko wygolona twarz błysnęła do Monsa grymasem uśmiechu.

-   Ach,   tak?   Mons   nie   uważa   chyba,   że   jakiś   zbiegły   komornik   może   wyrządzić 

krzywdę Torkjellowi Villandowi?

Monsowi pociemniała twarz.

- Może i nie, ale może ci się przydać. A wtedy nie zapomnij, kto cię naprowadził na 

taką myśl, Torkjellu.

Młody człowiek  przez  chwilę   zapatrzył   się  przed  siebie,  zamarł   w  pół   ruchu,  jak 

gdyby   coś   nagle   mu   się   przypomniało.   Już   nieraz   zachowywał   się   podobnie,   wtedy  gdy 

prowadził   jakąś   grę.   Działało   to   dobrze   na   obserwujących   go,   zarówno   wrogów,   jak   i 

przyjaciół. Każdemu natychmiast nasuwało się na myśl objawienie.

Uśmiech stał się szerszy, niczym otwarte drzwi.

- Dziękuję ci bardzo za to, że przyszedłeś. Czuję, że w istocie przyniosłeś mi dzisiaj 

dobrą radę. Ale opowiedz mi teraz coś więcej o tych owcach.

background image

Mons - Duńczyk zaczął więc mówić o tym, jak wraz z najmłodszym synem wybrał się 

na nartach do Langstolen, do letniej zagrody, o strzelbie, którą ze sobą zabrali, i o soli, którą 

postanowili poświęcić. Dotarcie na miejsce kosztowało ich dzień mozolnej wspinaczki, choć 

po śniegu jechało się dobrze, a niebo było wysokie. Przez cały czas mieli w głowie myśl, że 

cała ta wyprawa może okazać się jednym wielkim niepowodzeniem. Ten Knut to taki dziwak, 

nikt też jeszcze nie słyszał, by kiedykolwiek wykazał się zdolnością jasnowidzenia. Owszem, 

znano   innych   ludzi,   do   których   pomocy   się   uciekano,   często   starzy   mężczyźni   i   kobiety 

zajmowali się udzielaniem rad o zaginionych zwierzętach i rzeczach.

Ale ten zapijaczony obcy...

Żaden rozumny człowiek by w to nie uwierzył, a co dopiero zapuszczał się w dzikie 

góry, opierając się tylko na jego słowach.

Gdyby jednak okazało się to prawdą... Gdyby owce rzeczywiście znalazły się w szopie 

i jakimś cudem zdołały przetrwać tę surową zimę przed świętami...

W grę wchodziły duże pieniądze.

I spokojny sen w nocy.

Mons bowiem nie zaliczał się do tych, którzy ze spokojnym sumieniem mogli spać z 

obrazami   udręczonych   zmarzniętych   zwierząt,   zdychających   powoli   tylko   dlatego,   że 

człowiekowi nie chciało się wysilić i wolał siedzieć przy ogniu.

-   Zostało   ich   osiem.   Jedna   samica   leżała   sztywna   w   kącie.   Ogryzały   skórzane 

rzemienie w drzwiach szopy i chyba to im uratowało życie. Wylizały też do czysta klepisko, 

widziałem ślady języków, pewnie żyły nasionami traw, które wysypały się z siana. Może też 

znalazły parę kęp suchej trawy, które zostawiliśmy jesienią. Strasznie były wychudzone i 

kościste,   ale   mogły   jeszcze   chodzić,   dopóki   wyznaczaliśmy   szlak   na   hartach   i   rakietach 

śnieżnych. Osiem sztuk! Powiem ci, baba zrobiła wielkie oczy, jak wróciliśmy do domu, 

myślała  pewnie, że  mam  jakąś  kobietę  na boku albo coś  w  tym  rodzaju, kiedy razem z 

chłopakiem zwinęliśmy się trzeciego dnia świąt.

Torkjell wciąż zachowywał powagę, podczas gdy Mons prychał i przekładał kieliszek 

z ręki do ręki.

- To znaczy, że nie powiedziałeś jej o Knucie? Mons zmieszał się.

- Nie, nie było na to czasu. Tyle babskiego gadania...

- Bardzo rozsądnie - pochwalił go Torkjell. Monsowi spodobało się szczere uznanie w 

głosie młodego bogacza.

- Przekonasz się, że ten obcy jeszcze nam się do czegoś przyda, Mons. I to może na 

więcej niż jeden sposób. Ale nie rozpowiadaj nic o tym ludziom. I poproś Trugego, żeby 

background image

trzymał język za zębami, bo może się zdarzyć, że sufit u Villanda nie będzie pomalowany. 

Porozmawiaj z nimi obydwoma, i tylko się nie zapominaj, Mons.

W słowach tych tkwiło jasne ostrzeżenie. Mons był niemal zaskoczony, że Torkjell tak 

bez   oporów   zaakceptował   ową   niesamowitą   zdolność   obcego   przybysza   i   natychmiast 

zrozumiał, do czego może wykorzystać zdobytą dzięki niemu wiedzę. Nawet przez moment 

nie wydawał się przestraszony tym, co Monsowi nie dawało spać i sprawiało, że tylko kręcił 

się na łóżku przez ostatnie noce.

Jakież to moce tkwią w tym  obcym przybyszu?  Jakimiż mrocznymi  siłami włada, 

skoro potrafi zobaczyć to, o czym inni nie mają nawet pojęcia? I czy sprawiedliwy Bóg okaże 

łaskę tym, którzy szukają rady u takiego człowieka?

Mons jeszcze tego nie wiedział.

Domyślał się jednak, że list w kufrze Torkjella zostanie teraz przełożony jeszcze bliżej 

dna. I być może zapomniany na dość długi czas. Zwrotu pięciu talarów, które miał zapłacić 

około Nowego Roku, być może nikt nigdy od niego nie zażąda. Wtedy naprawdę on i jego 

żona będą mogli szczerze złożyć ręce i z podniesioną głową, z nową otuchą wejść w ten nowy 

rok.

Osiem owiec to jak dar niebios, jakby urodziły się na nowo.

Pięć talarów.

I życzliwość Torkjella Villanda.

W   roku   nieurodzaju,   jak   ten,   który   mieli   za   sobą,   nie   było   lepszej   pociechy   na 

przyszłość. Wędrując wąską ścieżką w śniegu do konia i sań, które stały w stajni komornika 

poniżej wielkiej pięknej zagrody, Mons poczuł, jak napitek grzeje go w żołądku, a spokój 

ogarnia serce.

Kobieta  też się rozpromieni,  gdy zrozumie,  jak wielki  zdjęto z nich ciężar.  Może 

Monsowi uda się nawet ją nakłonić, by powiedziała kilka dobrych słów o młodym Villandzie, 

który   okazał   się   akurat   tak   wdzięczny,   jak   Mons   na   to   liczył.   Z   dwoma   pozostałymi 

mężczyznami już będzie umiał porozmawiać, Torkjell nie musi się o nic martwić. Nie będzie 

babskiego gadania o niezwykłości tego obcego przybysza.

Mons zastanawiał  się tylko  nad jednym,  ta myśl  przyszła  mu  do głowy,  gdy koń 

zmienił rytm i sanie z wizgiem wjechały w zakręt.

W jaki sposób Torkjell zdoła powstrzymać tego Knuta? Jakiż to list zastawny dzierżył 

w ręku na tego człowieka?

Mons instynktownie wyczuwał; że czarnowłosy obcy przybysz nie jest człowiekiem, 

którego łatwo do czegoś przymusić. Ani groźbą, ani przekupstwem. Bóg jeden wie, w jaki 

background image

sposób znalazł sobie kobietę? Ale pewnie dzięki tej jego tajemnicy, dzięki owemu trudnemu 

do wyjaśnienia, leciutkiemu drżeniu niepewności, które, Mons musiał to przyznać, podrażniło 

jego ciekawość już wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzał, jak Knut Plassen nieśmiało idzie przez 

plac tingu, nie oglądając się ani w prawo, ani w lewo.

Dziwak.

Być może niebezpieczny dziwak, lecz nie groźniejszy od tego człowieka, który teraz 

zagiął na niego palec i tak dobrze wiedział, w jaki sposób dodać do swego bogactwa nowe 

włości i nowych ludzi.

background image

ROZDZIAŁ VII

Truge siedział  i wyśpiewywał  sam dla siebie,  a w  wielkim kotle  wrzało i zapach 

cielęcych kości wypełniał całą izbę. Właściwie powinien to robić w szopie, a jeszcze lepiej 

pod gołym niebem, bo gotowanie kleju to przykra rzecz, którą niechętnie zatruwał swoje 

miejsce pracy. Gdyby tylko nie było tak przeklęcie zimno! Trzeszczało już we wszystkich 

ścianach, a śnieg pod butami był suchy jak mąka. Maleńka szyba w izbie pokryła się grubą 

warstwą lodu, para buchająca z kotła sprawiła, że małe lodowe różyczki rysowały się już pod 

sufitem, przy zewnętrznej ścianie i na grubej szybie. No cóż, wyschną, zanim tam dotrze z 

pędzlem. Mógł się najpierw zająć szafą, stołkiem i belkami. Byle tylko starczyło mu kleju.

Cielęce kości były ogryzione, całkiem prawie pozbawione szpiku, ale przy stawach 

zachowało się sporo chrząstki. Gotował ją razem z kredą, odrobiną oleju i tranu. Wytworzy 

się z tego szara, gęsta i bardzo lepka masa, którą potem rozrobi z olejem, a na koniec doda 

sproszkowany   barwnik.   Z   wypraw   wzdłuż   Skarvet   przynosił   pełne   worki   porostów, 

chrobotka, i niezwykłego niebieskiego kamienia, kredowego łupku i czerwonobrunatnej rudy 

żelaza   z  trzęsawisk.  Przytaszczył  też   glinę  z  jeziora,   ze  Strandafjorden, piękny  zielono  - 

niebieski barwnik szczególnie łatwo łączył się z klejem z cielęcych kości i rozsmarowywanie 

go pędzlem sprawiało prawdziwą przyjemność.

Liczył na to, że dzięki tej pracy zdoła jakoś przetrwać zimę, a może nawet pożyć 

dłużej. Po suficie u samego Torkjella malarz mógł się poczuć naprawdę uprzywilejowany. Ta 

zima oznacza głód, tak samo jak poprzednia i jeszcze wcześniejsza. Pewnego dnia skończy 

się wreszcie ten nieurodzaj, tej nadziei wszyscy się czepiali, Truge jednak potrafił otworzyć 

usta i śmiać się w poczuciu prawdziwego szczęścia na myśl o pełnych miskach, które staną 

przed nim nawet w najchłodniejszy dzień zimy.

W garnku bulgotało i parowało. Zapach był tak intensywny, że przeniknął nawet we 

włosy Trugego. Wreszcie mógł wetknąć palec w stygnącą masę i, owinąwszy ręce w grube 

worki, wynieść ciężki garnek na dwór.

Gospodyni szła przez dziedziniec, otulona w kurtę i rańtuch, przypominała okrągłą 

żonę krasnala z bajek dla dzieci. Na głowie powiewała jej czerwona chustka, a zmarznięty 

nos niemal świecił wśród zimowej bieli. Dźwigała coś ciężkiego, pewnie wywar z kory dla 

świń.

Para z ust kobiety unosiła się za nią jak ogon, ta buchająca z kociołka Trugego otuliła 

go chmurą mgły. Wciągnął powietrze, poczuł zimno drapiące w gardle. Wesoło zawołał coś 

do kobiety, spostrzegł, że odęła tylko wargi i podreptała dalej.

background image

Strasznie harują ci ludzie, to odwieczna prawda. A ta drobna kobieta nie była zbyt 

zadowolona,   że   do   wykarmienia   przybył   jej   jeszcze   malarz,   i   to   tylko   dlatego,   że 

gospodarzowi przewróciło się w głowie i chciał pomalować nową chatę, jakby to był pański 

dwór albo siedziba wójta.

- Można by dostać nową baryłkę? - zawołał za kobietą. - Mam cały tyłek w farbie, a 

naczynie puste.

Kobieta warknęła coś, że powinien oszczędzać wódkę, chyba że ma zamiar wypić 

wielkanocnego kielicha już w lutym.

Truge wrócił do izby i gniewnie zanurzył się w zapach kleju, postanawiając, że nie 

będzie się przejmować żadnymi przykrościami. Zrobił kilka tanecznych kroków po deskach i 

zrzucił kurtkę, pomimo że niedawno wyciosane skośne belki wprost trzeszczały od mrozu.

- Ależ tu się będzie malowało, zaraz zobaczycie! I tak całkiem pusto nie jest, ani w 

misce z klejem, ani w baryłce!

Pociągnął   tęgi   łyk,   zadrżał   w   samej   tylko   cienkiej   zniszczonej   koszuli   i   strzepnął 

palcami, aż zatrzeszczało w każdym stawie.

Złapał potem średni płaski pędzel z włosia kuny i z językiem w kąciku ust zaczął pisać 

staranne, kształtne litery na jednej z belek. Stołek, na którym balansował, nie był całkiem 

suchy, ale zapomniał już o wronie, namalowanej na nim dla zabawy.

Nikt nie potrafił namalować takiej wrony jak Truge.

Nikt nigdy nie malował wron.

Pochłonęły go girlandy kwiatów, na których miały się opierać mądre słowa wypisane 

na  belce.  Ważne,   by były   równiutkie,  a  jednocześnie  na  tyle  splątane,   by ludzie  musieli 

przyglądać im się z wielką uwagą i naprawdę je podziwiać. Czuł chłodną lepkość na karku, 

farba w skrzynce zasychała zbyt prędko, stale musiał dolewać do niej oleju i wody. Teraz 

trzeba było jeszcze mrużyć oczy, bo robiło się coraz ciemniej, zapadał właśnie popołudniowy 

zmierzch. Maleńkie okienko być może i było zalodzone, ale trochę światła dawało, ostrego, 

niebieskiego. Dłonie mu lekko drżały, kurczowo zaciśnięte na pędzlu, narzędzie sztywniało, 

nie chciało go słuchać. Truge wypił dwa ostatnie łyki z dzbana, pędzle wszak zawsze można 

oczyścić w oleju albo w tranie. A niedługo pewnie sam gospodarz tu zajrzy, by obejrzeć 

pracę, jaką wykonał tego dnia. Dziś powinien być bardzo zadowolony. Inskrypcja na suficie 

godna była potężniejszego człowieka, pomyślał Truge z chytrym uśmieszkiem.

Właśnie prostował kark i opuścił malującą  rękę, by odpoczęła,  gdy drzwi za jego 

plecami zatrzeszczały i wraz z chłodnym przeciągiem poczuł na plecach czyjeś spojrzenie. 

Widać gospodarz naprawdę się interesuje jego prącą. Wciąż z uśmiechem igrającym na ustach 

background image

obrócił się z radością, że oto zaraz zobaczy podziw wieśniaka.

Ale w drzwiach stal Torkjell otulony olbrzymim futrem.

- Niech będzie pochwalony - powiedział Truge zaskoczony. - O, doprawdy, jeździ się 

po takim zimnie?

- Owszem - odparł bogacz krótko, a za oszronionymi kłaczkami futra, otaczającymi 

jego twarz, Truge wyczuł jeszcze ostrzejsze zimno. - Chciałem się przekonać, jak pracujesz, 

mój dobry człowieku. Sprawdzić, czy twoja robota rzeczywiście jest warta tych pieniędzy, 

jakie ci zaproponowałem, kiedy skończę budować mój nowy dom!

Truge zeskoczył ze stołka, poczuł, że podeszwy przylepiły mu się do zniszczonego 

obrazka na siedzeniu. Na podłodze pojawiły się plamy, zauważył je dopiero teraz, i już miał 

rzucić się na kolana ze ścierką, ale w porę się opamiętał i popatrzył wielkoludowi w oczy.

- Czy gospodarz z Leksvol jest zadowolony?

- Tak mi się wydaje, chociaż pani narzeka i bardzo kręci nosem, kiedy proszę o więcej 

wódki.

Głos Trugego brzmiał nieco za wesoło i za głośno.

-   Dostajesz   pewnie   zapłatę,   na   jaką   zasługujesz,   malarzu.   Nie   wydaje   się,   by   ci 

czegokolwiek brakowało, tłuściejszy jesteś niż latem.

- Owszem, miewam się nie najgorzej - odparł Truge z rosnącą podejrzliwością.

Kroki Torkjella Villanda ubranego w futro wydawały się jeszcze cięższe. Podłogowe 

deski zatrzeszczały, gdy odchylił się w tył, by popatrzeć na sufit.

Światło jest marne, pomyślał Truge, on nie widzi kolorów, nie widzi tych małych 

delikatnych kropek ani tego, jak moje kwiaty niemal tańczą ze swymi własnymi cieniami...

Mężczyzna   w   futrze   pociągnął   nosem   i   bez   wstydu   wysmarkał   się   w   chustę   w 

niebieską kratkę. Potem wbił wzrok w Trugego.

- Nie będziesz miał u mnie pracy przed przyszłym rokiem.

Truge szeroko otworzył oczy.

- Ale... Dom... Nająłeś już przecież ludzi na wiosnę...

- Dom będzie zbudowany, piękniejszy niż jakikolwiek, ale nie tej zimy, jeszcze nie. I 

być może wcale nie tam, gdzie zamyślałem go postawić. Mam inne plany. Jedyne, czego 

potrzebujesz się dowiedzieć, to to, że przydasz mi się dopiero w przyszłym  roku albo w 

jeszcze następnym.

Malarz wsadził pędzle do naczynia z tranem, zapomniał jednak o tym jednym, który 

zwykle przygryzał.

Torkjell sprawiał wrażenie zagniewanego, wzburzonego. Coś musiało go zirytować. 

background image

Sam Truge? No cóż, to nie jest groźne. Torkjell miewał takie humory, w jednej chwili potrafił 

śmiać   się   z   żartu   chałupnika,   żeby   później   pozwać   człowieka   pod   sąd   za   to,   że   zbyt 

swobodnie się odezwał do osoby jego pochodzenia.

- Widziałeś sufit w kościele w Torpo?

Truge kiwnął głową, poczuł suchość w ustach. Pomyślał, że Torkjell być może pod 

obszernym futrem chowa flaszkę z wódką.

- No, owszem, widziałem.

- Uważasz, że jest ładny?

- Najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek namalowano. Piękniejszy od tego, pod którym 

sami siedzimy tu w głównej parafii - odparł Truge spokojnie.

Torkjell roześmiał się.

- Sam nie potrafisz lepiej namalować?

- Co za pytanie, panie? Jestem tylko nędznym wiejskim malarzyną...

Skromnie spuścił wzrok, wiedząc, że Torkjell za niego wypowie te słowa.

- Bzdury! Wiesz, co potrafisz! Ale mnie to nie wystarczy. Nie wystarczy mi, dopóki 

nie powiesz, że potrafisz namalować piękniej niż sufit w Torpo. Mój sufit!

Truge   zorientował   się,   że   nie   ma   krzesła,   które   mógłby   zaproponować   temu 

mężczyźnie. Był jedynie pobrudzony stołek, na którym wrona zmieniła się w szaroczarną 

mazaninę,   pozbawioną   konturów   plamę   wśród   resztek   czerwonych   bukietów   kwiatów   i 

niebieskich liści akantu.

- Potrafię - oświadczył krótko. Ostrzej i zwięźlej niż zamierzał, ale żądanie bogacza 

zapiekło w sercu. Czuł łagodne łaskotanie gniewu, lecz jednocześnie pusty brzuch nakazywał 

mu rozsądek.

Torkjell charknął jak starzec i wyciągnął ręce z rozcięć futra. Wyłoniła się z nich 

nieduża szklana butelka. Dzięki Bogu, pomyślał Truge.

- Na zdrowie, malarzu. Nie zapominaj, że nikt nie jest doskonały. Wydaje ci się, że 

zobaczyłeś   niebo,   a   to   jedynie   sufit   w   Torpo.   Ja   widywałem   kościoły   w   mieście   króla, 

malarzu, a gdybyś tyje poznał, nigdy już nie tknąłbyś pędzla.

- Dobrze więc, że ich nie widziałem.

Truge pił łapczywie, w gardle piekło i paliło, ledwie czuł smak wódki i wiedział, że to 

irytuje   Torkjella.   Bogacz   zwykł   przechwalać   się   swą   francuską   gorzałką,   teraz   jeszcze 

częściej i głośniej niż kiedyś, ponieważ nie był  to towar, którym  można było swobodnie 

handlować.

Gdy oddawał mu butelkę, zauważył, że w złocistym szkle wyryte są inicjały Torkjella.

background image

- Piękna rzecz - wskazał ruchem głowy flaszkę, a Torkjell uśmiechnął się do niego 

szeroko, zanim opróżnił ją do dna.

- Rozmawiałem z Monsem - Duńczykiem - powiedział cicho, gdy butelka była już 

pusta.

Truge oblizał usta, spojrzenie utkwił w wąskich dłoniach Torkjella.

- Odnalazł swoje owce, tak jak przepowiedział mu ten obcy.

Truge zmieszany kiwnął głową.

- On wie więcej niż zwykli ludzie, ten Knut.

- Może i tak - odparł Truge wymijająco.

O takich sprawach nieczęsto się rozmawiało. Zresztą sam Torkjell zawsze prychał i 

grzmiał, słysząc plotki o czarach i pogaństwie.

-   Chcę,   żebyś   trochę   przypilnował   naszego   przyjaciela,   aby   przypadkiem   nie 

pobłądził. I nie rozpowiadał o tych swoich... wróżbach. Niech nie mówi o nich każdemu, bo 

to tylko sprowadzi na niego kłopoty.

-   Knuta   i   tak   czekają   kłopoty,   bez   względu   na   wszystko.   Taki   już   z   niego   typ, 

tajemniczy i dziwny.

- Nie! My go przypilnujemy, a raczej ty to zrobisz w moim imieniu. Jeśli on naprawdę 

jest jasnowidzem, to dobrzy, rozumni ludzie mogą go sprowadzić na właściwą drogę. To 

powołanie   dla   mnie,   Truge,   a   ty   mi   w   tym   pomożesz.   Od   tej   poryto   równie   ważne   jak 

malowanie chałup.

-   I   pan   równie   wysoko   sobie   ceni   mój...   wkład?   Oczy   Torkjella   na   moment   się 

zmrużyły, a usta przypominały wąskie pęknięcie w granicie.

- Dostaniesz zapłatę za swój trud, malarzu. Ale nie posuwaj się za daleko...

Bogacz w futrze zaczął się teraz pocić, znów otworzył drzwi.

- Odprowadź mnie do sań - rzucił krótko.

Truge narzucił kurtkę na ramiona i ruszył za potężną postacią.

W saniach stała nowa skrzynka, z naprędce zbitą pokrywą z grubymi okuciami. Prosty 

kształt był dość niezwykły, pokrywa miała równie czworokątną formę jak spód. Nie zdobiły 

jej   żadne   rzeźbienia,   jedynie   wzorek   z   dziwacznych   kwiatów   na   dole.   Wycięły   je   ręce 

Torkjella, Truge zaraz to poznał. Jego ręce zbiły też skrzynkę, żadna to robota dla takiego 

stolarza jak on.

-   Wnieś   ją   do   środka.   Znajdziesz   tam   wszystko,   czego   potrzeba   dla...   naszego 

przyjaciela. I pewnie, jak przypuszczam, dla ciebie samego.

Torkjell   uchwycił   skrzynkę   z   jednego   końca,   a   Truge   jęknął,   gdy   poczuł   ciężar 

background image

zawartości. Twarz bogacza pozostawała zamknięta, nie było tu miejsca na kolejne pytania. 

Wnieśli   do  środka  pachnące  drewno,  lecz  Torkjell   nawet  miną  nie   zachęcił   Trugego,  by 

uchylił pokrywy.

Pogładził tylko skrzynkę takim gestem, jak gdyby się z nią żegnał.

- Dobra robota - cichym głosem zauważył Truge.

-   Pomaluj   ją,   a   będzie   jeszcze   lepsza   -   odparł   Torkjell   natychmiast   i   zaraz   się 

pożegnał.

Lekkonogi  malarz  podśpiewywał,  wędrując w dół zbocza. Wybierał  się dzisiaj do 

przykościelnej wioski. Zmył cielęcy klej i tłustą glinę z palców tak starannie, jak tylko się 

dało. Po drodze mijał zagrodę ojca, ale ledwie tam zerknął. Brat miał się czym zajmować, 

zawsze tak było, choć to Truge był starszy. Nie odgrywało to teraz tak wielkiej roli, a już 

zwłaszcza dla kogoś, kogo utrzymywał Torkjell Villand! W żołądku czuł pieczenie dobrej 

wódki, płynęła w jego żyłach cienkim, rozgrzewającym strumykiem, a za jej sprawą nogi 

same rwały się do tańca, nawet na tej gładkiej błotnistej drodze. Wiedział, że gdy dojdzie do 

skraju wąskiej wsi, zapewne spotka jakiegoś wieśniaka z sankami, zmierzającego do głównej 

wioski, był to bowiem czas, gdy ludzie wybierali się do Sundre przygotować ting.

Mróz   sprzed   kilku   dni   ustąpił   i   wyglądało   na   to,   że   zima,   która   aż   trzeszczała   i 

przenikała   do   szpiku   kości,   całkiem   dała   za   wygraną.   Drogą   płynęły   teraz   strumienie,   a 

wielkie wybrzuszone bryły lodu błyszczały w zimowym świetle, gdy woda z wolna z nich 

spływała, pozostawiając szczeliny jak w lodowcu.

Truge miał na sobie najlepsze niedzielne ubranie i buty.

Dźwigał ciężki worek z grubego płótna ze skórzanym dnem i szelkami. Mimo to jego 

usta ułożyły się w dziobek i maszerując pogwizdywał jakieś melodie.

Trochę  podwiózł   go  komornik,  który  wybrał   się  z  polecenia  gospodarza   wywieźć 

nawóz z przepełnionej piwnicy. Było na to stanowczo zbyt wcześnie, ale ciepła pogoda mogła 

podsunąć wieśniakowi myśl, że wiosna jest już blisko. Do Wielkanocy wciąż pozostało kilka 

tygodni i pola przecież leżały białe, choć spod miękkiego śniegu tu i ówdzie wyglądały już 

plamy brunatnej ziemi i trawa.

Komornik   siedział   otoczony   chmurą   smrodu,   bijącego   od   ładunku,   ale   Truge   nie 

przejmował   się   tym   wcale,   gdy   zaproponowano   mu   miejsce.   Przytrzymywał   się   rękami, 

pewnie stojąc na belce przed ładunkiem.

Woźnica   zmierzał   na   dół,   żeby   rozrzucić   nawóz   na   jałowych   polach,   będących 

wspólną   własnością,   Truge   więc   zeskoczył   na   ziemię   i   poszedł   piechotą   przez   wielki 

świerkowy las poniżej Baklien w stronę placu tingu.

background image

Skupił się teraz na swoim zadaniu, właściwie prawie się z niego cieszył.  Knut to 

interesujący człowiek, inny niż wszyscy. Ludzie na pewno poszeptu ją o nim, że nie jest w 

pełni przy zdrowych zmysłach, nie całkiem normalny jak oni.

Truge odchylił głowę tak mocno, że karkiem dotknął plecaka.

Śmiał się głośno.

Knut to dziwak, Torkjell także tak uważał, ale to ważny dziwak. Niezwykła osoba, na 

której wcale nie trzeba się wyrozumieć, by mogła się do czegoś przydać.

Tak jak i on!

Ravi usłyszał pukanie do drzwi. Próbował właśnie na tyłach maleńkiej chaty porąbać 

twarde pnie topoli na odpowiedniej długości polana, zanim bowiem przyjdzie wiosna, stos 

drewna zrówna się z ziemią. Siekiera jednak była tępa i lekka po całych latach ostrzenia i 

ciosania   kamieni.   Cienkie   pniaki   uskakiwały   spod   niej,   nie   dając   się   rozszczepić   dobrze 

wymierzonym uderzeniem. Musiał je w końcu obedrzeć z kory, ociosać z gałęzi i łamać na 

pół na kolanie. Teraz naręcze postrzępionych patyków kłębiło się w skrzyni na opał, którą 

zabrał z sobą. Johanna nie będzie zadowolona, świeże drewno bardziej dymi niż grzeje.

Ravi   otarł   zimny   pot,   spostrzegł,   że   drżą   mu   ręce.   Echa   uderzeń   siekiery   wciąż 

rozbrzmiewały   mu   w   głowie,   pod   czaszką   coś   dudniło,   waliło.   Wiedział,   że   ulgę   może 

przynieść   jedynie   wódka.   A   jej   już   nie   było.   Tam,   gdzie   jeszcze   się   nie   skończyła, 

sprzedawano ją za cenę, jaką mogli zapłacić jedynie ci, którzy mieli pełne beczki ziarna.

Z   siekierą   w   dłoni   zdrętwiał,   słysząc   nawoływanie,   które   rozległo   się   zaraz   po 

stukaniu. Kto to? Na pewno ktoś z tych ludzi, którzy zaczynali się tu zjawiać wieczorami, 

dowiedzieli  się bowiem jakoś o zaufaniu, jakim Johanna cieszy się u pastora, i wreszcie 

zebrali się na odwagę, by przedstawić jej swoje kłopoty. Czy znała jakąś radę na rany po 

porodzie? A może wiedziała, co pomoże na chorobę brzucha od jedzenia chleba z kory? Czy 

ma jakieś lekarstwo, które zdołałoby przywrócić siły wycieńczonemu ciału?

Johanna rozmawiała z nimi, udzielała rad, jeśli je znała, ale potem zawsze siedziała 

długo i płakała, a w głosie pojawiał się gniew, gdy wykrzykiwała, że tym nieszczęśnikom 

pomóc może wyłącznie jedno: jedzenie, owsianka, porządny posiłek.

Po takich wizytach Ravi musiał wprost wciskać jej do ust małe kawałki chleba albo 

wlewać owsiankę. Raz oddała wszystko, co mieli, i przez dwa dni chodzili głodni, zanim 

wreszcie ugięła karku i przyjęła od pastora woreczek mąki.

Nic nie dało się już kupić, chyba że ktoś mógł zapłacić naprawdę krwawą cenę.

Ale   z   niektórych   zagród   wciąż   jeszcze,   nawet   teraz,   w   okresie   postu,   dobiegały 

niekiedy hałasy i śpiewy.

background image

Ravi z podniesioną siekierą okrążył węgieł chaty, oczy patrzyły niepewnie, czaił się w 

nich lęk, bardzo nie w smak mu była świadomość, że jacyś obcy ludzie stoją u jego drzwi w 

nieznanej sprawie.

Truge uskoczył w tył na widok długowłosego mężczyzny z ręką podniesioną jakby do 

zadania ciosu.

- Knut! To przecież ja, malarz, nie strasz mnie tak tą siekierą!

Ravi opuścił rękę, siekiera nie wydawała się już groźna.

- Ty? A czego chcesz?

Jasnowłosy mężczyzna uśmiechnął się przebiegle i ściągnął worek z ramienia.

- Przychodzę w przyjaznych zamiarach, Knut. Nie myśl sobie nic innego, chciałbym o 

czymś z tobą porozmawiać, nieznajomy...

Ravi, wciąż nieufny, podszedł do niego. Ten człowiek najwidoczniej nie przybył tu z 

bronią, jeśli nie brało się pod uwagę noża podrygującego na pasku. Na pewno wisiał pod 

kurtką, to równie oczywiste jak to, że portki tych ludzi z dolin mają skórzaną łatę na tyłku. 

Pamiętał też głos Trugego z tamtego upokarzającego wieczoru, kiedy kupił wódkę od Monsa 

- Duńczyka.

Obrzucił   Trugego   uważnym   spojrzeniem,   próbował   zmusić   oczy,   by   zajrzały   do 

wnętrza   tego   człowieka.   Niekiedy   przy   spotkaniu   z   kimś   potrafił   ujrzeć   najbardziej 

zdumiewające  obrazy,  ale   nie,  nie  dzisiaj,  dziś  czuł   tylko   bolesne,  ciężkie  pulsowanie  w 

głowie, jak gdyby przelewała się w niej czarna smoła.

Zadrżał, oparł się o futrynę.

Oczy   Trugego   były   jasne,   niebieskoszare   jak   morze   w   krainie   fiordów,   z   której 

pochodziła Johanna. Ravi poczuł ukłucie w piersi.

- Wejdź więc, malarzu - rzekł zmęczonym głosem. Truge z uśmiechem kiwnął głową, 

obaj mężczyźni chwilę stali, patrząc sobie w oczy, Ravi zastanawiał się, czy powinien puścić 

gościa jako pierwszego przez niskie drzwi, czy też sam iść i wskazać mu drogę.

Wreszcie  Truge pierwszy zrobił  krok w  półmrok.  Ravi z pewnym  zawstydzeniem 

zobaczył niepozmywane talerze, które jeszcze stały na stole. W izbie unosił się lekki zapach 

zjełczałego tłuszczu i mieszanki, nocą gotowanej przez Johannę.

Prędko zebrał talerze, kubki i żelazną rynkę ze stołu i postawił to wszystko w kącie, 

gdzie stało wiadro do połowy napełnione wodą po porannym myciu Johanny.

- No to... siadaj. Nie bardzo mam co zaproponować gościowi, ale może masz ochotę 

na kubek gorącego naparu? Joha...

Kaszlnął. W porę urwał. Wiedział, że mało brakowało, a by się pogrążył. Ale Truge 

background image

tylko się uśmiechnął i postawił swój worek między nogami.

Worek wyglądał na ciężki.

- Owszem, dziękuję, przyda się wlać coś ciepłego do brzucha nawet w taki słoneczny 

dzień jak dzisiaj. Słyszałem też, że twoja żona nieźle się na tym zna, a jej herbatki potrafią 

wyleczyć i żołądek, i serce. Że wręcz dodają ludziom siły, prawie jak gorzałka.

- No, nie całkiem - mruknął Ravi właściwie do siebie.

- To by dopiero było! Wszędzie nastały złe czasy, ale zdarzyło się tak, że trafiłem na 

takiego, co jeszcze ma wieprzka do zarżnięcia. I właśnie dlatego ciągnę ten worek, obcy 

przybyszu.

Ravi próbował spojrzeć w morskoszare oczy, ale malarzowi grzywka zasłoniła twarz, 

gdy pochylił się, żeby rozsznurować swój worek.

Gdy go otworzył,  po izbie  rozniósł się  lekki zapach.  Ravi  znieruchomiał  i  zaczął 

węszyć jak zwierzę. W wodzie, którą wlał do kociołka, pojawiły się już małe bąbelki.

- Wódka? Sprzedajesz wódkę, malarzu? Truge wypuścił powietrze przez nos.

- No cóż, sprzedaję... Można powiedzieć, że w tych czasach cały handel odbywa się 

beż srebra, ale ludzie mają tyle rzeczy, które mnie interesują, mnóstwo różności, których sami 

nie potrafią docenić, a wtedy wódka sprawia, że z nimi wygrywam.

Ravi   przeszedł   wolno   przez   izbę   i   usiadł   na   stołku   twarzą   w   twarz   z   Trugem. 

Delikatne dłonie mężczyzny były otwarte, zauważył, że są poplamione rdzawą czerwienią i 

zielenią   zgniłej   trawy.   Że   brzuch,   na   którym   opina   się   kamizelka,   lekko   się   odznacza, 

świadcząc o tym, że ten człowiek nie ogryzał kory z drzew jak dzikie zwierzę.

Truge Gunhildgard miał z czego żyć. W jego oczach paliła się iskierka, nie musiał 

myśleć wyłącznie o tym, jak nakarmić siebie i rodzinę. Ravi poczuł jednak, że coś ściska go 

w żołądku.

- Przychodzisz tu i chcesz mnie kupić wódką? Truge od razu nie odpowiedział, ale nie 

spuścił wzroku.

- Ty i ja jesteśmy ulepieni  z tej samej  gliny,  obcy przybyszu.  Jeśli z kimkolwiek 

chciałbym   się   podzielić   moją   gorzałką,   to   właśnie   z   tobą.   Jesteś   człowiekiem,   z   którym 

można porozmawiać nie tylko o niedostatku i pogodzie.

Malarz poczuł, że każde wypowiedziane przez niego słowo jest prawdą.

Serce   Raviego   mocniej   uderzyło   w   piersi,   dawny   strach   odezwał   się   znów,   gnał 

niczym umęczony koń. Wciągnął głęboki oddech, przymknął oczy. I teraz napłynęły obrazy. 

Obrazy malarza.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Karen, zdaniem Johanny, z każdym dniem wydawała się coraz mniejsza. Brzuch już 

miała taki, jak u bliskiej rozwiązania kobiety, a przecież wciąż pozostawały tygodnie, nawet 

miesiące do porodu, którego spodziewano się w końcu maja bądź na początku czerwca. Ale 

sama kobieta jak gdyby nikła w oczach.

Upierała się przy tym, by pościć wraz z mężem, ale Johannie udało się przynajmniej 

namówić   ją,   by   zjadała   choć   trochę   pożywnej   zupy   na   mięsie,   którą   codziennie   kazała 

gotować Mathildzie. Dosypywała do niej sporo pieprzu, a także mieszanki przypraw z szafki 

pastora. Z własnych ubogich zapasów Johanna przynosiła odrobinę pokruszonego korzenia 

waleriany i dobrego na wszystko proszku z łodyg arcydzięgla. Na kłopoty z wypróżnieniem u 

tak   długo   leżącej   w   łóżku   kobiety   Johanna   dosypywała   suszony   kwiat   czarnego   bzu, 

podawała jej też wywar z kory jesionu i listków brzozy brodawkowatej do picia.

Karen   uśmiechała   się   lekko,   przestała   już   protestować   przeciwko   niesmacznym 

napojom. Otwierała usta jak posłuszne dziecko, gdy Johanna, żartobliwie ją napominając, 

karmiła ją owsianką ugotowaną na maśle. I choć Karen niewiele łyżek zdołała przełknąć, to i 

tak wystarczyły one, by dodać jej trochę sił, których tak bardzo potrzebowała. Później zaś 

prowadziły długie rozmowy o łasce bożej.

Wiele czytały.

Johanna z radością odkryła, że w szafach pastora znajdowały się książki, z których, 

jak wiedziała, Karen nie miałaby żadnej uciechy, lecz ona, Johanna, mogła je pożyczać i 

przeglądać, gdy chora drzemała i odpoczywała.

Ważne księgi.

Niektóre   z   nich   niezrozumiałe,   lecz   z   ilustracjami,   z   najlepszych   instytutów 

medycznych   na   świecie.   Na   jednej   z   kart   tytułowych   widniało   nazwisko   francuskiego 

medyka, książka wyglądała na zupełnie nową, Johanna przypuszczała, że pastor sprowadził ją 

całkiem niedawno.

Na ostatnich stronach mogła studiować cztery rysunki, przedstawiające poród przez 

nacięcie brzucha kobiety.

Johanna zadrżała na ten widok, wiedziała jednak, że takie rzeczy się praktykuje.

Nawet jej matka kiedyś o tym wspominała.

Usiłowała   odczytać   litery,   lecz   obcy   język   sprawiał,   że   tekst   był   niemożliwy   do 

zrozumienia.   Mimo   to   z   rysunków   pojęła,   że   kobieta   przeżyła.   Medyk,   mężczyzna   w 

szerokiej opończy, przy użyciu igły i nici zeszył worek, w którym leżało dziecko, macicę, 

background image

zanim wreszcie zamknął powłoki skórne i złożył ręce, kierując modlitwę do Boga.

O cierpieniach, przez jakie musiała przejść rodząca, Johanna nawet nie chciała myśleć. 

By   przeprowadzić   taki   zabieg,   prawdopodobnie   potrzeba   czegoś   więcej   niż   tylko   wódki. 

Eteru? Opium? Te substancje istniały, i to zaledwie o dzień podróży stąd, wiedziała, że w 

Branes są lekarze używający eteru, a być może w Christianii dokonywano też takich sztuk, 

jak te przedstawione na obrazkach.

Czy Karen powinna tam pojechać?

Czy istniała dla niej większa szansa, gdyby zajęli się nią kształceni na uniwersytetach 

medycy albo akuszerki? Tutaj było to nawet dość powszechne, słyszała o ludziach, którzy po 

to, by poradzić się medyka, wyprawiali się aż do Branes lub nawet do Christianii. Czy sam 

pastor   nie   prosił   kiedyś   o   radę   takiego   uczonego   człowieka?   Dlaczego   teraz   był   temu 

niechętny? Czyżby nie rozumiał powagi sytuacji?

Johanna westchnęła,  zerkając  na słabą  kobietę  w  łóżku. Gdyby  ktoś  zmusił  ją do 

podróży,   umarłaby,   nie   dojeżdżając   nawet   do   Gol,   a   prawdopodobieństwo,   że   i   tak   nie 

przeżyłaby porodu, było tak samo duże.

Ale czy Niels  Lund nie mógłby sprowadzić  któregoś  z wielkich uczonych?  Może 

istniał  jakiś   sposób,  by  go  do  tego   nakłonić?   To  nic,   że  z   pogardą  wyrażał   się  o  pysze 

medyków, o ich braku szacunku dla porządku bożego, może mimo wszystko dałby się na to 

namówić?

Johanna usłyszała, że oddech Karen zmienia się w ciche popiskiwanie. Czym prędzej 

zamknęła książkę, podeszła do łóżka i, uniósłszy górną połowę ciała chorej, wepchnęła za nią 

jeszcze więcej poduszek. W taki sam sposób uniosła jej nogi, aż wreszcie śpiąca kobieta 

leżała jakby zgięta wpół z brzuchem wystającym pod przykryciem.

Świece w siedmioramiennym świeczniku już się wypaliły, wymieniono tylko jedną, 

jej płomień samotnie migotał teraz w sypialni chorej. Nadszedł czas ciemności, najczarniejsza 

zima.

Johanna dołożyła więcej drew do ognia, a potem cichutko zamknęła za sobą drzwi i 

zapukała do pokoju pastora.

Siedział zgarbiony przy swoim biurku, głowę opierał na rękach. Zaczerwienione oczy 

popatrzyły na nią, gdy delikatnie nacisnęła klamkę i weszła do środka.

- Och, Anno, to ty? Wszystko chyba w porządku?

Nie mogła ot, tak po prostu się uśmiechnąć i zapewnić, że nic się nie stało, ale skinęła 

głową.

- Nic złego się nie wydarzyło, mój panie. Pani śpi spokojnie. Muszę przyznać, że 

background image

dałam jej nieco więcej jedzenia, trochę owsianki.

Pastor lekko zmarszczył czoło, lecz w końcu się uśmiechnął.

- Nie wydaje mi się, aby Pan miał na myśli takich jak ona, gdy nakazywał nam post. 

W dodatku Karen nie musi odmawiać sobie jedzenia po to, by móc się modlić. Znam ją na 

tyle, by tak mówić.

Johanna znowu kiwnęła głową. Usiadła na miejscu, które jej wskazał, na krześle tuż 

przy jego stole, na wielkim krześle z prostym oparciem i rzeźbionymi głowami na poręczach, 

na których można było zacisnąć dłonie. Pod palcami Johanny poręcze wydawały się takie 

gładkie i ciepłe. Wyczuwała lepkość, zdenerwowanie setek wieśniaków, którzy siedzieli tu 

przed nią, przychodząc ze swoimi kłopotami.

- Zacny panie... drogi gospodarzu. Być może rozgniewasz się na mnie, gdy jeszcze raz 

przedstawię ci tę sprawę, wiedz jednak, że robię to z troski o panią.

Johanna nabrała powietrza, usiłowała przy tym odczytać wyraz twarzy pastora. Ale 

Niels Lund siedział nieruchomo. Oczy wciąż miał czerwone, mrugał wolno, widziała, jak 

pierś mu się unosi, spodziewała się westchnienia rezygnacji - reakcji takiej jak na nieustanne 

marudzenie dziecka.

- Pani Karen... Obawiam się, że moja pomoc jej nie wystarczy, brak mi wiedzy, i że 

ten poród może okazać się zbyt trudny dla nas obu...

Pastor   wciąż   siedział   nieruchomo,   jego   twarz   przypominała   teraz   maskę.   Ale 

przynajmniej jej słuchał.

- Ona jest taka słaba... słabnie z dnia na dzień. Dzieci... wysysają z niej resztki sił.

- Tak właśnie Bóg urządził rozmnażanie ludzi - odparł cicho pastor.

-   Och,   tak,   na   pewno,   większość   kobiet   tego   doświadcza,   i   ja   sama   w   niektóre 

wieczory wprost drżę z wycieńczenia, ale w przypadku pani Karen chodzi o co innego.

Nie chciała go straszyć, w każdym razie nie bardziej niżby należało, chciała tylko, by 

pojął ogrom zagrożenia i posłał po lekarza.

- Być może potrzebna jej pomoc chirurga - powiedziała Johanna cicho, nie mając 

dłużej odwagi spoglądać pastorowi w oczy.  Prędko jednak podniosła głowę, gdy uderzył 

pięścią w stół i zaraz potem głośno zamknął książkę.

-   Zapominasz   się,   Anno!   Dopuszczasz   do   siebie   takie   myśli,   których   nie   mogę 

tolerować. Nie wiesz, że bezgranicznie ufam Panu? Nie wiesz nic o moich modlitwach, o 

nieprzespanych nocach pełnych niepokoju i strachu, który On wreszcie zdołał zgasić? Moje 

życie   spoczywa   w   ręku   mego   Pana,   tak   samo   jak   życie   Karen.   Czy   widziałaś,   żeby   się 

niepokoiła? Czy słyszałaś, żeby prosiła o jakiegoś nieczystego chirurga? Na Boga, ona przez 

background image

cały czas jest jak opoka, nawet wtedy gdy ja w rozpaczy sądziłem, że taka pomoc ze strony 

ludzi będzie dla nas ratunkiem...

Johanna spostrzegła, że gniew zaczyna barwić czerwienią zapadnięte policzki pastora, 

nadzieja lodowatą rzeką wyciekła jej z serca.

- Bóg odpowiedział na nasze modlitwy, Anno, bo teraz nie tylko jedno dziecko rośnie 

w łonie mojej żony. On, od którego pochodzą wszystkie dary, wynagrodził nam w dwójnasób. 

Widział bowiem, jak jesteśmy cierpliwi wobec jego planów.

- Bóg dał, Bóg wziął - mruknęła Johanna z uporem. Ku jej wielkiemu zdumieniu 

pastor, który na wpół się podniósł, by wygłosić przemowę, osunął się z powrotem na krzesło i 

niebieską chustką otarł pot z czoła.

Mówił dalej, teraz już cichym, spokojnym głosem:

- Masz co do tego rację, moja droga, ale nikomu z nas nie jest dane, by przewidzieć, 

co się stanie. To drwina z tego, który nami kieruje, i już zna te małe nienarodzone dzieci, 

które ja dopiero pokocham.

Johanna   kiwnęła   głową,   gotowa   była   zgodzić   się   z   ostatnimi   słowami   pastora, 

widziała teraz jednak jego obnażony strach, zrozumiała, że zmagał się z tą myślą przez wiele 

nieprzespanych nocy. Karen mogła umrzeć, a dzieci wraz z nią.

-   Czy   nie   byłoby   zgodne   z   wolą   Boga,   gdybyś   był,   panie,   przygotowany   i   sam 

zapewnił żonie najlepszą pomoc, jaką może otrzymać?

Popatrzył na nią, wolno pokręcił głową.

-   Anno,   Anno,   czyś   ty   niczego   nie   zrozumiała?   Zostałaś   do   mnie   zesłana.   Tak, 

naprawdę w to wierzę, zesłana przez samego Boga. To ty jesteś osobą, która ma pomóc 

Karen, zostałaś do tego wyznaczona, a ja mam się o ciebie troszczyć. Czy źle to robię? Nie 

chcesz, abyśmy dłużej korzystali z twoich umiejętności, z twojej troskliwości? A może ktoś w 

tych ciężkich czasach zaproponował ci lepsze miejsce?

Johanna była wstrząśnięta.

- Nie, och, nie, panie Lund! Nie wolno tak myśleć... Pozostanę na zawsze wdzięczna 

za waszą życzliwość. Pan przyjął mnie do swego domu, obcą, bez przyjaciół.

Urwała,   znów   ogarnęło   ją   dawne   drżenie   na   myśl,   że   być   może   już   niedługo   do 

pastora dotrą wieści z zachodu.

- Będę służyć panu i pani Karen, dopóki starczy mi sił, a wam potrzebna będzie moja 

marna służba. Ale być może, być może uznacie także, że nie potrafię sprostać zadaniu, a 

chodzi wszak o życie pana żony. O życie dzieci!

Pastor   usiadł   teraz   wygodniej,   poszukał   fajki.   Johanna   nosiła   w   sobie   mgliste 

background image

wspomnienie babki, siedzącej tak ze srebrną fajką w ręku, w otoczeniu chmur dymu, które 

spowijały   pokój   szarym   welonem.   Ale   serce   zatrzepotało   ostrzegawczo,   gdy   powróciło 

wspomnienie Erlenda, on wszak także często napełniał izbę ciężkim zapachem tytoniu.

- Życie, moja droga... to coś, nad czym żadne z nas nie ma władzy.

Johanna zrozumiała, o co chodzi pastorowi.

- Życie i śmierć... to nie nasza sprawa, Anno. Ani nie twoja, ani nie moja. To, co ma 

się stać, i tak się stanie. Jeśli nie będziemy zachowywać się zupełnie niemądrze i sami nie 

napytamy sobie biedy, nasze dni będą płynąć, dopóki Bóg napełniać będzie źródło wodą. A 

gdy   ono   wyschnie,   nie   potrafimy   zrobić   nic,   co   zdołałoby   zapobiec   temu,   że   i   ludzie 

wysychają.

Johanna przysłuchiwała się jego słowom i czuła tylko lekki smutek. Spokój pastora 

Lunda otulił jej zatroskane serce niczym wełniana peleryna. Na pewno prawdą było to, co 

mówił.   Nawet   gdyby   sprowadził   tu   medyka,   nawet   gdyby   kupił   wszystkich   lekarzy   na 

świecie, to Karen i tak mogła utracić życie. Jeśli zaś w planach Boga leżało, że ma żyć, będzie 

żyła. Johanna musiała się z tym pogodzić.

-   Widzę,   że   zastanawiasz   się   nad   tym,   co   usłyszałaś,   moja   droga   Anno,   i   że 

zrozumiałaś. Bardzo mnie to cieszy. Odejdź w pokoju i rób dla Karen, co tylko w twej mocy. 

I,   na   Boga,   wiem,   że   staniesz   się   świadkiem   cudu.   Nawet   kiedy   wszystko   wydaje   się 

najmroczniejsze, nie trać wiary. Ja mam jej za dwoje, Anno, lecz Karen nie może widzieć, jak 

płaczesz i boisz się tego, co ma się stać.

- Nie zobaczy ani jednej łzy, panie - obiecała Johanna cicho. - Obawiam się jednak, że 

w dniu, gdy nie będzie już widziała łez, oboje gorzko zapłaczemy.

Wiedziała, że poważyła się na zbytnią śmiałość, być może głęboko zraniła pastora, ale 

mężczyzna na wielkim krześle spokojnie cmokał fajkę.

- Jakże małą wiarę mają ludzie - szepnął głównie do siebie. - Jakże słabo wierzą w to, 

że nasz dobry pasterz strzeże nas nawet w najmroczniejsze, najstraszniejsze noce.

Johanna przeprosiła, pokłoniła się głęboko, zanim wyszła  z niespokojnym  sercem. 

Pastor Lund nigdy nie przestanie jej zadziwiać.

Łaskotanie w podbrzuszu sprawiło, że ciarki przeszły jej po plecach. Już niedługo to, 

co w niej rosło, stanie się dla niej rzeczywiste. Równie rzeczywiste, jak te maleństwa, których 

zapach czuła codziennie przez cienką skórę na brzuchu Karen.

Dziecko Raviego?

Czy Erlenda?

Poszła do domu o zmroku, ślizgając się po topniejącym śniegu. Zaskakująco łagodny 

background image

wiatr lekko szarpał chustkę na włosach.

Z okna chaty biło światło.

A kiedy się zbliżyła, dobiegi ją głośny męski śmiech.

Truge miał świeżo w pamięci epizod z placu przed budynkiem tingu, lecz mimo to 

pobladł, gdy oczy Raviego wywróciły się, a na ustach rosłego, czarnowłosego mężczyzny 

pokazała się piana. Widział, jak Ravi osuwa się na kolana, a ręce zaciska na stołku tak mocno, 

aż bieleją mu kostki. Wyglądał na człowieka w agonii, całym ciałem targały konwulsje.

Truge widział takie rzeczy już wcześniej, padaczka była budzącą strach złą chorobą, w 

której bardziej przydawał się ksiądz aniżeli rady znachorek.

Niektórzy twierdzili, że w takich ludziach mieszkają demony. Truge niewiele o tym 

wiedział, szeroko otwartymi oczami obserwował tylko tę niesłychaną przemianę.

Glos Raviego, daleki i ochrypły.

Oczy,   zapatrzone   po   chwili   przed   siebie,   jakby   coś   wysadzało   je   od   środka. 

Przerażający   widok,   lecz   mimo   wszystko   bardziej   niewiarygodny   niż   straszny.   A   słowa 

wydobywające się z posiniałych warg były wyraźne, choć przeciągane, wydłużone.

Mówił jakby przez sen, mówił o ludziach, których Truge poznawał wyłącznie dzięki 

krótkiej charakterystyce.

O nożu, który brat ukradł ojcu.

O tym,  jak malarz kiedyś  wypadł z sań i tylko dzięki temu ocalił życie. O koniu 

walczącym   z   załamującym   się   lodem,   najdramatyczniejszym   wspomnieniu   z   dzieciństwa 

Trugego.

Obcy uśmiechnął się z przymkniętymi oczami i wyszeptał imię kobiety.

Po raz pierwszy Truge zadrżał zdjęty lękiem.

O niej wszak nie powiedział nikomu.

Ravi, gdy przyszedł do siebie, drżał jak liść. I Truge nawet się nie zawahał, podając 

mu   jeden   z   dzbanów   z   gorzałką.   Ciężkie   gliniane   naczynie   zamknięte   było   brązowym 

korkiem, który wyskoczył z głuchym odgłosem, gdy Ravi wyjął go zębami. Odchylił głowę w 

tył i pił, jakby to była woda, a on wędrowcem na pustyni.

Nie kaszlnął nawet ani nie chrząknął po wypiciu ostrego płynu, ale oczy zaszły mu 

łzami, które popłynęły, gdy chwytał powietrze, cmokając z zadowoleniem na ostry smak.

- Dziękuję, malarzu, to dobre lekarstwo na moją chorobę.

- Pewnie tak - przyznał Truge i popchnął dzbanek w kierunku Raviego, gdy ten chciał 

mu go oddać.

- Dlaczego się mnie nie boisz?

background image

Zadane wprost pytanie zaskoczyło Trugego, który spodziewał się, że będzie musiał 

odegrać całe przedstawienie, zanim Knut niczym opierająca się ryba pozwoli wyciągnąć się 

na brzeg.

- Nie boję się ciebie, jasnowidzu. Niejeden zapewne nie zdołałby się powstrzymać od 

krzyku i plecenia bzdur o demonach, ale ja się ciebie nie boję. Jesteś po prostu inny, wcale nie 

bardziej niebezpieczny ode mnie, jak mi się wydaje.

Truge poklepał się po udzie, przy którym wisiał nóż.

Ravi nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Ten człowiek mówił szczerze, w jego 

głosie nie dawało się wyczuć nawet cienia lęku, nie uciekał tym swoim morskim spojrzeniem, 

a jego twarz była dostatecznie naznaczona zmarszczkami, by Ravi uwierzył, że ma też pewne 

doświadczenie.

- Czego ode mnie chcesz, malarzu?

Truge   sam   upił   porządny   łyk   z   dzbana,   a   Raviemu   nagle   przypomniały   się   dwa 

kieliszki. Wystawił je, podczas gdy niespodziewany gość zaczął mówić:

- Nie znasz tej wioski, obcy przybyszu. My znamy twoje imię: Knut Plassen, ale też 

nie wiemy nic więcej. Z nikim nie rozmawiasz, chodzisz po lesie i gdzieś daleko po górach. 

Dziwny   lis,   tak   mówią   o   tobie   ludzie,   a   kobiety,   musisz   wiedzieć,   wzdragają   się   na 

wspomnienie twojego imienia. One się ciebie boją, jakby widziały coś, nie widząc.

- Kobiety często rozumieją więcej - burknął Ravi.

Truge z zadowoleniem kiwnął głową. Obcy, o dziwo, był rozluźniony i dalsza droga 

wydawała się łatwa. Zaczynał przypuszczać, że kłamstwa okażą się niepotrzebne.

-   Mam   przyjaciela,   poznałeś   go,   to   Torkjell   Villand,   naprawdę   potężny   człowiek 

pomimo swych młodych lat. Można powiedzieć, że rządzi nie tylko swoimi zagrodami. Za 

kilka lat ocali dziedzictwo po stryju dla siebie i swoich braci. O, tak, na koniec wygra, tak jak 

zawsze, a wtedy nikt nie będzie mógł tu żyć bez pieczęci Torkjella.

- Nie ma takiego, który rządziłby wszystkimi przez cały czas, nawet gdyby bardzo 

tego chciał.

- Może i tak, ale wiem, że to nam, przyjaciołom Torkjella, będzie o wiele łatwiej. On 

już prowadzi sprawy, nazywa się „adwokatem”, skończy jako lensman albo zajdzie jeszcze 

wyżej, musisz o tym wiedzieć, Knut.

- A więc to on przysłał cię, żebyś mnie kupił za wódkę? Co takiego chce osiągnąć?

Truge poczuł, że lepiej będzie, jak położy ręce na kolanach.

-   Słyszał,   co   mówiłeś   o   owcach   Monsa   -   Duńczyka.   Uratowali   wszystkie   oprócz 

jednej, niemało talarów zaoszczędził. Torkjell ma nosa do takich spraw. Sądzi, że możesz w 

background image

przyszłości oszczędzić mu wydatków i nieszczęść, chce się z tobą zaprzyjaźnić i zaopiekować 

tobą, oczywiście w granicach rozsądku.

Ravi wpatrywał się w niego, jak gdyby nie rozumiał.

Truge chwycił jeden z pięknych kieliszków, nie mogąc ukryć zdumienia, że podobne 

przedmioty mogły się znaleźć w prostej chałupie. Inskrypcje były doprawdy prześliczne, a 

szkło całkiem przezroczyste, bezbarwne, nie miało nawet tego zielonkawego odcienia, co 

piersiówka samego Torkjella Villanda.

- Pewnie nie chce, żeby więcej osób się o mnie troszczyło.

Ravi powiedział to z goryczą, Truge zrozumiał. Gadano już o tym obcym, który nie 

potrafił wykazać się szlachetnym herbem pracy. Knut Plassen włóczył się tylko po lasach, nie 

widywano prawie, by ściągnął do domu choćby naręcze drewna, by napalić pod garnkiem. 

Nie   wyprawiał   się   też   wcale   na   polowania,   jego   włóczęgi   nie   łączyły   się   więc   ze 

zdobywaniem pożywienia, wracał do domu z równie pustymi rękami, jak z niego wyszedł. W 

dodatku   ludzie   rzadko   widywali   go   wychodzącego   w   jakiejkolwiek   sprawie,   najchętniej 

przebywał wśród czterech ścian.

Jak jakaś baba!

Tymczasem jego dumna żona zarabiała więcej na plebanii niż niejeden parobek, choć 

na jej pięknych białych rączkach nie pojawiał się ani jeden odcisk. Utrzymywała i siebie, i 

tego dziwnego mężczyznę, wykorzystując naiwność i niezwykły kaprys  pastora. Truge na 

własne uszy słyszał, jak mówiła o tym w karczmie Mathilda. Tam kubek z piwem kosztował 

drogo,, lecz nie aż tyle, by sam karczmarz nie stawiał gościom, którzy mieli do przekazania 

interesujące nowiny.  To przyciągało  innych  klientów, bo przecież  nic w takich nędznych 

czasach nie pociesza lepiej niż słuchanie o nędzy innych. Można też było rozprawiać o bladej 

pastorowej, podejrzewano, że nie przeżyje raczej tej wiosny, nawet gdyby całą piwnicę miała 

po brzegi wypełnioną cukrem i mąką.

Niemal co tydzień biły dzwony, żegnające zagłodzoną duszę. Niemal co tydzień na 

cienkiej pokrywie śniegu na cmentarzu pojawiały się nowe doły. Od niedawna pomór padł na 

dzieci, ale choroba żołądka atakowała również zdrowych mężczyzn w sile wieku. To kora, tak 

mówili starzy, kora jest w tym roku zatruta. Często się tak zdarzało, gdy lato było gorętsze niż 

zwykle, a potem spłynęło deszczem wraz ze zbiorami.

- Nie myśl sobie o mnie źle - rzekł malarz ostrożnie. - O mnie też tak gadali, przez 

wiele lat. Głodowałem i marzłem, bo nikt nie wierzył, że jestem cokolwiek wart. Biegałem 

tylko w koło, zbierałem mech i kamienie, gnój i gliniastą  ziemię, i gotowałem cuchnące 

mieszanki jak jakaś czarownica. Naśmiewali się ze mnie, kiedy ozdobiłem pierwsze siedziska 

background image

stołków, rechotali jeszcze głośniej, gdy namalowałem wielkie tablice i chciałem umieścić je 

w kościele. Oczywiście pastor sobie ich nie życzył, ale byłem młody i potrafiłem znieść taki 

cios. Nie poddawałem się, nauczyłem się na nic nie zważać.

Ostatnie słowa wymówił szeptem, lecz z naciskiem. Wychylił się przy tym przez stół, 

jego twarz niemal dotykała Raviego.

- I ty tak musisz. Ale zdołasz to osiągnąć jedynie wtedy, gdy będziesz swobodnym 

człowiekiem, gdy nie będzie cię niewolił pusty brzuch. Potrzebujesz Torkjella, Knut.

Ravi drżał.

Kieliszki dzwoniły.

A potem Truge zaczął się śmiać.

Zaintonował starą pieśń handlarzy koni, która, o dziwo, wydała się Raviemu znajoma. 

A po kolejnych dwóch czy trzech kieliszkach i jeszcze kilku zwrotkach obcy przyłączył się do 

pieśni. Nie mógł powstrzymać się od radości, która zdawała się pęcznieć mu w brzuchu i 

sprawiła, że czarne oczy, spoglądające w szaroniebieskie oczy malarza, zabłysły.

Żaden z nich nie dostrzegł Johanny, dopóki nie docisnęła za sobą drzwi i nie powitała 

ich wyraźnymi słowami:

- Niech będzie pochwalony ten wieczór, gospodarzu.

Ravi   drgnął,   a   głos   Trugego   umilkł   w   pół   strofki.   Dwie   zaczerwienione   twarze 

zwróciły się do Johanny.

- Już przyszłaś... tak wcześnie?

- Tak, poczułam się zmęczona, więc pastor pozwolił mi odejść, kiedy tylko pani Karen 

zasnęła.

Ravi   poderwał   się,   ręce   gorączkowo   przebiegły   po   stole,   kieliszki,   do   połowy 

wypełnione wódką, przechyliły się groźnie.

- Nie ma owsianki... Całkiem się zapomniałem... Poznałaś już malarza, Anno?

Johanna   nie   mogła   powstrzymać   się  od   uśmiechu   na   widok   zawstydzonej   radości 

Raviego.

- Zaraz rozpalę ogień, gospodarzu, i przyrządzę posiłek dla ciebie i twojego... naszego 

przyjaciela.

Truge chrząknął, odgarnął w tył jasnobrązowe włosy i poprawił koszulę, zanim wstał i 

ukłonił się Johannie.

Wyciągnął   do   niej   poplamioną   rękę,   a   ona,   wciąż   się   uśmiechając,   uścisnęła   ją 

mocnymi palcami.

- Truge Gunhildgard, pani, do usług...

background image

- No tak, tak to wygląda. Widzę, że tu prawdziwa Wigilia.

Johanna   z   uśmiechem,   nie   zdejmując   chusty,   przesunęła   kociołek   nad   żar.   Ravi 

poderwał się, żeby jej pomóc, lecz ona posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Ludzie na pewno 

i tak już poszeptywali, że Ravi jest służącą własnej żony.

- Zaczekajcie tylko chwilę, moi panowie, a zaraz na stole będzie jęczmienna polewka. 

Zostało chyba jeszcze parę garści płatków, a od Mathildy dostałam spory kawałek skóry od 

słoniny, przyda nam się do smaku.

Obsmażyła płatki w tłuszczu, a potem dolała wody, pozwoliła sobie też na szczyptę 

soli. Szara masa zabulgotała wesoło.

Mężczyźni na nowo podjęli rozmowę, lecz Johanna wyczuła w głosie Raviego ton 

napięcia. Dostrzegła, jak zesztywniał ze strachu na myśl, że ona zobaczy, jak bardzo podziałał 

na niego alkohol. Poznawała to po jego oczach, widziała, że się boi jej reakcji. Zauważyła 

także spojrzenia, jakie wymienili między sobą mężczyźni, i wyczuła kiełkującą przyjaźń.

Uszczęśliwiona napełniła trzy talerze, żałując, że w maselniczce nic już nie zostało.

-   Mam   nadzieję,   że   pan   nie   odmówi,   panie   Gunhildgard.   Truge   kiwnął   głową 

roześmiany i wyciągnął do niej kieliszek.

- Głupi byłby ten, kto by odmówił takiemu zaproszeniu z waszych ust, piękna pani.

Bezczelnie puścił do niej oko, ale Ravi tylko się śmiał. Johanna poczuła w żołądku 

gorące odrętwienie.

Ravi właśnie zdobywał  przyjaciela.  Nie miała  pojęcia,  jak do tego doszło, od jak 

dawna ci dwaj się znają, nie wiedziała też, dlaczego Truge Gunhildgard zainteresował się tym 

dziwakiem, z którym postanowiła dzielić życie. Bez względu jednak na wszystko przynosiło 

to nową nadzieję, nadzieję na to, że Ravi prędzej czy później stanie się jednym  z ludzi, 

przestanie wałęsać się samotnie jak spłoszony wilk.

Zjedli. Johanna popijała z kieliszka Raviego, a Truge stale podnosił dzban i dolewał. 

Cienkie topolowe patyki już wyschły i paliły się jasnym płomieniem na palenisku pod ścianą. 

Sytość wniosła do chaty atmosferę spokoju, Johanna ziewnęła.

Truge poderwał się jak na komendę.

- Wydaje mi się, że już dostatecznie długo wykorzystuję waszą gościnność, najwyższy 

czas życzyć sobie dobrej nocy...

- Ależ nie możesz przecież teraz wracać do domu, jest czarna noc, człowieku, miejże 

rozum! Wprawdzie możemy ci zaproponować jedynie bardzo skromne posłanie na ławie, a 

nam Anna pościele przy palenisku...

Truge protestował, Ravi zerknął więc na Johannę, to ona musiała nalegać.

background image

Gdy stanęła na progu w świeżym nocnym powietrzu, a zza pleców doszły ją odgłosy 

świadczące o tym, że dwaj mężczyźni układają się do snu, poczuła, że pierś jakby nagle się 

rozszerza i... dawno już nie mogła  oddychać  tak swobodnie. Ravi miał  przyjaciela,  Ravi 

siedział razem z tym Trugem, śmiał się i żartował. Wydawał się swobodniejszy, weselszy, 

otwarty wobec tego człowieka o poplamionych rękach. Johanna podniosła wzrok na gwiazdy, 

podziękowała.   Może   teraz   nastąpi   przełom,   może   to   będzie   ich   pierwszy   krok   w   stronę 

nowego spokoju. Bo nic z tego, co robiła, odkąd przybyli tu zza gór, nie skłoniło Raviego, by 

odważył się pokazać swoją twarz obcym.

Izba leżała pogrążona w ciemności, nawet na palenisku wygasł ogień, ale ona dobrze 

znała drogę i bez kłopotów pokonała te kilka kroków do rozścielonych na podłodze baranic. 

Ravi już się na nich skulił, rozgrzany oddychał równo. Bardzo chciała opowiedzieć mu o 

radości,   jaka   ją   ogarnęła,   wiedziała   jednak,   że   nie   może,   Truge   był   przy   nich   niczym 

czuwający ptak, wtuliła się więc tylko w owczą skórę, by chronić się przed zimnem.

Ravi leżał na plecach, w samej koszuli bez rękawów i długich wełnianych kalesonach, 

Johanna czuła swój własny zapach bijący z nocnej koszuli uszytej z dwóch prostokątnych 

kawałków grubego płótna.

Nie   byli   tak   blisko   ze   sobą   od   wielu   tygodni.   Ona   przez   ten   czas   usiłowała   go 

pochwycić, wedrzeć mu się pod skórę, przyciągnąć do siebie, obejmując rękami i nogami, on 

niekiedy odsuwał się od niej, jęcząc z bólu, innym razem leżał nieruchomo, poddawał się, 

nawet obejmował.

Ale wciąż pozostawał taki daleki, nie całkiem obecny.

Teraz tu był. Johanna czuła, że Ravi żyje, i to żyje przy niej.

Coś lekko zakłuło ją w podbrzuszu, jak gdyby się przebudziło i chciało wydostać.

Poczuła też, że go pragnie teraz, w tej chwili, by naprawdę móc go pochwycić, tak 

żeby rankiem znów nie odfrunął.

Lecz oddech Trugego świadczył o tym, że mężczyzna wciąż jeszcze nie śpi. Słyszeli 

też,   że   wyciąga   się   wygodnie,   sapie,   a   ława   trzeszczy,   gdy   stara   się   znaleźć   jak 

najwygodniejszą pozycję.

Johanna wyciągnęła rękę do Raviego, lekką, delikatną rękę, która, odnalazłszy okrytą 

koszulą pierś, powędrowała w górę.

Leżała teraz na boku, lecz dotykała go jedynie palcami. Było tak ciemno, że nie mogła 

dostrzec nawet zarysu jego profilu, zamknęła więc oczy i postanowiła tylko czuć.

Ten sam kochany łuk warg, napięte mięśnie szczęki i ten pejzaż, dolina, wyżyna, gdy 

palec wędrował od czoła wzdłuż nosa poprzez wargi aż do brody.

background image

Ravi   oddychał   urywanie,   jak   gdyby   zaraz   miał   wybuchnąć   płaczem.   Drżał,   choć 

bardziej się tego domyślała, niż wyczuwała.

Johanna poczuła ucisk w piersi, ale nie chciała płakać.

W pieszczotach krył się teraz smutek.

Żal za wszystkim, co utracili, za tym, co przepadło, z czym coraz częściej musiała 

porównywać życie, jakie teraz wiodła. Patrząc sobie samej w oczy, stawiała pytanie: Czy 

warto było? Czy on wart był całego tego bólu?

I coraz częściej musiała odpowiadać: Nie.

Ale nie teraz.

Wiedziała, że nigdy nie wolno jej wątpić. On nie był z tych, którzy okazują uczucia. 

Ravi bał się kochać, zawsze tak było, a od brzemienia, jakie dźwigał, nawet ona nie mogła go 

uwolnić. Skoro ona czuła, że życie jest przegrane, że tęsknota za rodzicami i wieczny strach, 

iż zostanie odkryta, jest zbyt ciężki do zniesienia, to cóż musiał myśleć on, który brał na 

siebie całą winę?

Czy kiedykolwiek będzie w stanie pojąć, że ona o nic nie ma do niego żalu?

Dłonie   Johanny   szukały   kolejnych   znaków,   wiedziała,   że   Ravi   nic   nie   może 

powiedzieć, i wcale się tego nie spodziewała. Nigdy nie słyszała od niego zaklęć miłości, nie 

ogarniała   go   dzikość   ani   szaleństwo   z   tęsknoty.   Nadejdzie   jeszcze   pora   gwałtownych 

wybuchów radości, nadejdą nowe czasy. Teraz odczuwała jedynie potrzebę poczucia jego 

bliskości, przelotnego dowodu na to, że mimo wszystko ją kocha. Gotowa była dźwięcznym 

głosem zawołać z jednego szczytu na drugi, a najbardziej miała ochotę mu dziękować.

Milczała jednak, powalając, by ręce szukały kolejnych dowodów jego uczuć.

background image

ROZDZIAŁ IX

Erlend unosi rękę nad głowę, jest wielki niczym góra, schyla się nad swoją ofiarą, a 

jego ciało wciąż rośnie, aż wreszcie przesłania całe niebo. Z noża coś kapie, coś lepkiego,  

białawego jak pozbawiona barwy krew. Kwadratowa twarz jest jego twarzą, a  zarazem nie 

jego, usta błyszczą śliną, oczy są wielkie, otwarte, i nie ustępują. Dźwięk jego głosu wypełnia 

uszy, nabiera intensywności i wdziera się w głowę, tłoczy się w niej, aż cały świat zmienia się 

w końcu w wirujący gwiaździście ból i strach. On jednak wciąż tam stoi, ani drgnie, uśmiecha  

się teraz, a z noża w zastygłej ręce zaczyna kapać krew.

Ktoś śpiewa!

Słowa mieszają się z ryczącym echem nienawiści, hymn formowany przez anielski  

chór   szaleństwa,   on   nie   chce   tego   słuchać,   chce   stąd   odejść,   lecz   ani   mruganie,   ani  

zasłanianie oczu spoconymi dłońmi na nic się nie zdaje. Nóż wciąż tam jest. Spotykają się w  

śmiertelnym tańcu, wirują jak jesienne liście, gdy pochwyci je wiatr, a nóż przez cały czas nie  

znika mu z oczu. Widzi ból i strach malujący się na twarzy, ma dużo czasu, przed oczami  

pojawia się pobladła mała Hanna. Widzi ją, wyciąga ręce, jak gdyby błagała o litość. Nie 

wie, czy nóż w ręce olbrzyma dosięgnie jej czy też jego, a może obojga, lecz strach i wstrząs  

przenoszą się z serca do serca. To jej bólu on nie może wytrzymać.

Wyrwał się z szalonego tańca, wreszcie zdołał się od niego uwolnić, lecz uwierzył w 

to dopiero wtedy, gdy zrozumiał, że leży na ławie pod ścianą, a światło dzienne sączy się 

przez klapę, którą Johanna uchyliła, zanim wyszła z domu.

Serce Raviego waliło niczym końskie kopyta po ubitym żwirze. Trwał nieruchomo, 

zaciskając ręce wokół głowy, groziła bowiem, że rozpadnie się na kawałki.

Wizja pojawiła się w środku snu. Gdy wreszcie wydostał się spod przepoconych okryć 

i ochlapał twarz kilkoma garściami zimnej wody, sam nie wiedział, ile z niej było snem, a ile 

wizją. Rozejrzał się, przełknął ostrzegawcze ukłucie w ustach i zaraz sięgnął po dzban z 

resztką   wódki.   Truge   na   pewno   niedługo   znów   zajrzy,   zwykle   przychodził   parę   razy   w 

tygodniu, a w zeszłą sobotę Ravi towarzyszył mu do Torpo, żeby poznać Torkjella Villanda. 

Bogaty młody człowiek, siedząc we własnej chacie, wyglądał zupełnie inaczej niż wtedy, gdy 

w szerokim okryciu stał podpity na placu tingu. Ravi mógł patrzeć mu w oczy i napawać się 

uczuciem, że ten mężczyzna przy nim słabnie.

O niewiele rzeczy spytał, zgubił gdzieś tylko jakiś list i pewien bardzo szczególny 

pierścień. Ravi spodziewał się, że będzie coś więcej, a jakiś głos w jego głowie szeptał do 

niego: Niech ten człowiek dostanie to, czego chce, traktuj to jako dobrze płatną pracę.

background image

Truge także był zadowolony - i za własne pieniądze zafundował pół baraniego udźca.

Ach, Boże, byle tylko przyszedł dzisiaj!

Ravi zirytowany potrząsnął pustym dzbanem.

Wizja wciąż tkwiła w jego głowie, nie chciał jej oglądać, lecz obraz żywego Erlenda 

nabrał wyrazistości przez szpony, które od dawna przeorywały serce Raviego.

Czy to wizja? Czy też po prostu najzwyklejszy koszmar senny?

Czy to prawda, że Erlend żyje? Że ich ściga, pragnie zemsty, chce ich zabić?

Ravi znów potrząsnął głową, ból był tak wielki, że miał kłopoty ze skupieniem się na 

jednej myśli. Z powrotem osunął się na ławę, poczuł, że świeża wilgoć na twarzy na nowo 

miesza się z zimnym potem.

Zamknął oczy, dłonie same zacisnęły mu się w pięści przy bokach.

Zmusił bóle w głowie, by cofnęły się od tej jego części, która zdolna była odczuwać. 

A potem przywołał ów sen.

Pragnął go zniewolić, zapanować nad nim, ujrzeć więcej tych strasznych obrazów, tak 

by zdążył im się przypatrzyć, zrozumieć i odczytać.

Leżał tak długo, że smuga światła zdążyła przewędrować przez pół izby, a jego i tak 

nie nawiedziła żadna myśl. Ani jedna z tych przeklętych wizji.

Wreszcie otworzył pięści i znów poczuł ból napływający do czaszki. Myśli wciąż były 

gęste, lepkie, nasmołowane, teraz jednak mógł z wysiłkiem uchwycić ich okruchy.

Być może to nie wizja, być może tą postacią, którą zobaczył, wcale nie był Erlend, 

lecz ten obraz stanął mu przed oczami tak żywy, tak rzeczywisty, że trudno go odrzucić jako 

zjawę z sennego koszmaru. Ravi rozluźnił się i wreszcie się z tym pogodził. Erlend istniał, 

jeśli nie inaczej, to przynajmniej we wspomnieniach Johanny, a noża, który podniósł, ona 

sama   tysiąc   razy   pożałowała.   Być   może   właśnie   na   tym   polegała   zemsta,   na   życiu   w 

wiecznym strachu, że prędzej czy później dopadnie ich przeszłość.

A może nie.

Może Erlend osobiście zatroszczy się o zemstę?

Może uczyni to syn Erlenda?

Ravi przyłożył otwarte dłonie do twarzy i oddychał ze szlochem.

Tak właśnie mogło być. Takie przesłanie należało z tego wyczytać. Jego niezwykłe 

sny zawsze dawały się zrozumieć, gdy tylko zechciał.

Ta prawda już zdążyła skuć jego ciało lodem.

Syn   Erlenda,   to   dziecko,   które   nosiła   w   łonie,   syn   Erlenda   pomści   ojca.   Dziecko 

spłodzone w nienawiści. Dziecko, które niesie w sobie gniew ojca. Dziecko, które przyjdzie 

background image

na świat już przeklęte i prędzej czy później stanie się nożem, który rozkroi ich serca i rozrzuci 

ich każde w swoją stronę.

Ravi nie mógł już dłużej tego znosić, ale dzban z wódką był pusty, nie miał więc 

żadnego wyjścia, leżał pogrążony w myślach, bez sił, by je odpędzić.

Erlend żył.

Albo żył naprawdę, nie wykrwawił się po zadanym przez Johannę ciosie nożem.

Albo też żyła jego krew w dziecku, które nosiła w łonie.

Ravi nie wiedział, z czym trudniej mu się pogodzić.

Było to doprawdy zdumiewające, całkiem niewiarygodne, ale żadne inne rozwiązanie 

nie istniało, nie dało się znaleźć rozsądnego wyjaśnienia tej sprawy.

Torkjell wiercił się na krześle, na poły z radością, na poły ogarnięty wątpliwościami.

Obcy był prawdziwym jasnowidzem. Jednym z tych, których tyle razy wyrzucał za 

drzwi z pogardą. Kimś takim jak tamten obdartus, co tak go wystraszył,  gdy jeszcze był 

dzieckiem.

Wróżby, czarne księgi, czarodziejska moc i bezbożne formuły...

Torkjellowi bardzo się to nie podobało. Bał się tego, czując instynktowny respekt 

przed mocami, które, jak się domyślał, są o wiele potężniejsze nawet od niego, najbogatszego 

człowieka w całym probostwie Al.

Torkjell żył w przymierzu z Bogiem, lubił czytać jego księgę.

Ale ten obcy...

On nie był  czarownikiem,  nie otaczała  go taka aura zła,  którą zawsze dawało się 

wyczuć u jasnowidzów czy proroków w łachmanach. Nie miał też w sobie owego błysku 

szaleństwa, choć wiele z tego, co robił i mówił, mogło budzić zdziwienie.

Należało  jednak pamiętać,  jakie życie  wiódł ten człowiek. Sam Knut mało  o tym 

mówił,   lecz   Truge   nakreślił   mu   obraz   samotności   tak   przytłaczającej,   że   nawet   Torkjell 

poczuł ukłucie litości w sercu.

Knut był inny, zupełnie inny niż przypuszczał, a ta jego moc! Nie mieściło się to 

nawet w wyobraźni Torkjella. Obcy bez wahania powiedział, że stary pierścień, który zgubił 

stryj, wciąż leży pod trzecią deską podłogową w izbie z niebieską ławą.

Knut nie mógł chyba znać pomalowanej na niebiesko ławy w komorze, nie mógł też 

wiedzieć, że to komora stryja. Jego noga nigdy nie postała w tym pokoju, nie mógł zobaczyć 

szczeliny   między   drugą   a   trzecią   deską   w   podłodze,   zresztą   tak   wąskiej,   że   aż   trudno 

uwierzyć, by pierścień tam się zmieścił. Ale może wtedy, przed dwudziestoma laty, kiedy 

pierścień zaginął, szczelina była szersza?

background image

Truge i Torkjell podważyli deskę i Knut podszedł do tego miejsca.

W   milczeniu   pokazał,   gdzie   szukać.   Torkjell   sam   tam   sięgnął,   pod   różowymi 

paznokciami  pojawiły się czarne obwódki, kiedy wyrzucał  na czystą  podłogę starą glinę, 

ziemię i trociny.

Pierścień uderzył o koniuszki palców z delikatnym stuknięciem, trochę poczerniał, ale 

spod warstwy kurzu i brudu lekko błyszczało złoto. A gdy Torkjell zwilżonym śliną rękawem 

kurtki przetarł klejnot, zamigotał kamień.

O liście także obcy wiedział.

O tym liście, przez który Kjell przegrał całą sprawę, o liście potwierdzającym jego 

prawa do połowów w jeziorze, który niestety gdzieś zaginął. Teraz go znaleźli, był wetknięty 

między deski a bale w ścianie przy ławie starego ojca. Leżał tam całymi latami od czasu, gdy 

rozbudowano chatę, a staruszka wyniesiono w trumnie.

Torkjell nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, niemal cieszył się, że będzie mógł 

opowiedzieć Knutowi o sukcesie. To zainspiruje nieszczęśnika, ucieszy go niewątpliwie, gdy 

się dowie, że sam Torkjell Villand wierzy, że jego wizje to dar boży, a nie wpływ złych mocy, 

których ludzie przez cały czas muszą się wystrzegać. Samotnego biedaka uraduje, że ma tak 

potężnego przyjaciela i opiekuna. Jeśli wszystko ułoży się tak, jak chce Torkjell, Knut nigdy 

nie będzie musiał się przejmować ani pastorem, ani wójtem. Ani też pustą spiżarnią. A z 

czasem,   gdy  na   pewno   pojawią   się   dzieci,   Knut  jeszcze   lepiej   zrozumie,   jakie   to   ważne 

trzymać się Torkjella.

Jutro osobiście wybierze się do tej małej chaty i zaproponuje mu inny dom. Teraz 

Knut mieszkał w chałupie należącej do plebanii, w samym środku wsi, a przez to na pewno 

więcej się o nim gada. Nie mogło wyjść mu na dobre mieszkanie w takim miejscu, gdzie w 

każdej chwili ktoś mógł zakraść się za węgieł, żeby przyjrzeć się wszystkiemu, czym on się 

zajmuje. Ten człowiek to samotny wilk, poczuje się lepiej, gdy będzie miał wokół siebie 

więcej przestrzeni.

W dodatku bardzo możliwe, że inni ludzie nie będą mieli tyle rozumu co Villand. A 

gadanie   wkrótce   znajdzie   punkt   zaczepienia,   tak   jak   dzieje   się,   gdy   nieostrzyżoną   owcę 

wypuszcza się w góry, a ona tłustą wełną zaczepi o cierniste zarośla.

Knuta należało chronić.

Przed nim samym i przed ludzkimi językami.

Torkjell wiedział o tym i już zastanawiał się nad rozwiązaniami. Niemało zagród i 

chałup oddano mu w zastaw, właściwie wystarczyło wybrać jedną z nich, taką, w której, jak 

przypuszczał, Knut dobrze się poczuje. A i żona na pewno się ucieszy, gdy nie będzie musiała 

background image

w zamian za strawę służyć księdzu. I nią także Torkjell się zajmie, czekają ich teraz dobre 

dni.   Torkjell   już   cieszył   się   jak   dziecko,   że   ujrzy   wdzięczność   w   oczach   młodej   pary, 

szczególnie w jej oczach. Były takie niezwykłe, pamiętał tamto słodkie wzburzenie, gdy po 

raz pierwszy spojrzał w nie i zobaczył, że różnią się kolorem, jedno było niebieskie jak niebo, 

drugie dziwacznie cieniowane, zielone.

Kobieta kocica.

Dobrze, że to nie ona posiada tę moc.

Torkjell zadrżał  lekko, wiedząc,  że wtedy jako pierwszy wśród ludzi  nazwałby ją 

czarownicą.

O dziwo, ta krótka myśl wzbudziła niepokój w ciele, myśli poszybowały dalej. Do 

młodej, smukłej najstarszej córki gospodarza, którą tak długo zaniedbywał.

Tyloma rzeczami musiał się zająć od momentu, gdy posłaniec przyniósł wiadomość, 

że król znów oczekuje od niego służby. Torkjell miał w głowie tysiąc spraw. Kobiety musiały 

poczekać. Ale tego wieczoru roześmiana twarz Birgit stanęła mu przed oczami i zaczęła go 

kusić. Wiedział, że siedzi w tej chwili, piękna i cierpliwa, i czeka w izbie swego ojca.

Torkjell   wstał   ze   zrobionego   własnoręcznie   krzesła   na   biegunach   przy   ogniu   i 

postanowił poprosić któregoś z parobków o sprowadzenie Birgit. Jeśli chłopak się pospieszy, 

mogła tu być jeszcze przed obiadem. Łatwiej byłoby, gdyby wciąż chodził po podwórzu ojca, 

bo wtedy wystarczyłoby przejść parę kroków do sąsiedniego gospodarstwa i do Birgit...

Ale lepiej to wygląda,  gdy wysyła  po nią konia i sanie. Dumnej córce Jakoba na 

pewno to pochlebi.

Oczywiście towarzyszyć jej będzie stara służąca, wszystko musiało odbywać się jak 

należy, młodzi nie mogą ściągać na siebie hańby, spotykając się sam na sam, i to tak jadąc w 

biały dzień przez wioskę, na oczach wszystkich... Nie, to nie wypada, chociaż każdy wiedział, 

co się dzieje podczas wizyt na stryszkach i świątecznych uczt.

Torkjell poczuł słodkie pieczenie w dołku. Krew już zaczęła szybciej krążyć mu w 

żyłach i wiedział, że te godziny, które upłyną, zanim ona stanie w drzwiach, zamienią się w 

udrękę.

Nalał   sobie   kieliszek   francuskiej   wódki   i   z   uśmiechem   popatrzył   na   płomienie 

tańczące w otworze najokazalszego w całej wiosce żelaznego pieca. Napawał się widokiem 

zamożności,   pogłaskał   materiał   własnej   kamizelki,   przesunął   wzrok   na   pięknie   rzeźbione 

meble, jakimi się otaczał. Niektóre wyrzeźbił ojciec, inne były dziełem jego własnych rąk. Już 

zdobył   sławę   niezwykle   zdolnego   rzemieślnika,   który   robi   takie   rzeczy,   jakich   nikt   inny 

jeszcze   nie   wymyślił.   Meble,   dekoracje,   piękne   skrzynie   i   kufry,   przywodzące   na   myśl 

background image

wyposażenie kościoła, świętość, prawdziwe piękno.

Niektóre pomalował Truge.

Inne połyskiwały, lekko natarte olejem i delikatnym roztworem smoły. Pewnego dnia 

zbuduje dom, jakiego nikt jeszcze nie widział. Pokoje tego domu na wieki upamiętnią go jako 

zdolnego rzemieślnika i wielkiego człowieka. Torkjell już wytyczył swoją ścieżkę życia i był 

pewien, że pobiegnie ona wedle jego woli. Na pewno natrafi na niej na uparty opór, wiatry nie 

zawsze będą wiały mu w plecy.

Ale on sobie z tym poradzi. Liczył sobie zaledwie nieco ponad dwadzieścia lat, lecz w 

wielu sprawach zdobył doświadczenie godne starego człowieka. Pochłaniał życie wielkimi 

kęsami, zdążył poznać już więcej kobiet niż inni mężczyźni w ciągu całego życia. Być może 

przegrał pierwszą bitwę o majątek, który miał wynieść go jeszcze wyżej po śmierci stryja, 

wiedział   jednak,   że   to   tylko   tymczasowe   drobne   klęski.   Słyszał,   że   niektórzy   z   ironią 

nazywają go „adwokatem”, i przysięgał sobie, że kiedyś  im o tym przypomni. Stanie się 

człowiekiem, którego będzie słuchał sam asesor. Będzie tym, który mocno chwyci cugle i 

pokieruje każdym krokiem ludzi.

Łagodnie przyprawiona  wódka miała w sobie ciężki smak  lat. Droga i aksamitna, 

pieściła wnętrze ust, kusząc go, by zamknął oczy i myślał o ustach Birgit.

Pozwoli i jej spróbować.

Niedzielne słońce ledwie zdążyło zetrzeć lodową pokrywę z okien kościoła. Nadszedł 

dzień nabożeństwa. Dzwonnik już od kilku godzin nosił drewno do wielkiego pieca, który 

niedawno  zainstalowano   w  obszernym   pomieszczeniu.   Pod  sufitem  czekały   już  woskowe 

świece   przygotowane   do   zapalenia.   Miały   się   palić   podczas   samego   kazania,   lecz   nie 

wcześniej i nie później.

Niels Lund stał ubrany w czarną sutannę, biała kryza sprawiała, że twarz wydawała się 

jeszcze bledsza i szczuplejsza. Przez okienko widział ciemny sznur ludzi zmierzających do 

kościoła,  słyszał  też parskanie  koni dobiegające ze stajni. Ponieważ było  ciepło  i ładnie, 

ludzie przyprowadzą też do kościoła dzieciaki i starców, podróżując ze wszystkich parafii 

należących do probostwa. Mieszkańcy najdalszych wiosek w bocznej dolinie jeździli przez 

góry do Hol, lecz z Leveld przybywali do głównego kościoła całymi wielkimi grupami.

Znów będzie mówił do nich o zaufaniu.

Widział, jak uginają się podczas tej kolejnej zimy po nieurodzaju, widział, jak twarze 

zebranych kurczą się za każdym razem, gdy przyglądał się im z wysokości złoconej ambony. 

Widział kobiety z maleńkimi dziećmi w ramionach, popłakiwały, ustami chwytając matczyne 

ubranie, i wiedział, że nie mają czego szukać w wyschniętych piersiach.

background image

Głód, głód, głód.

Czyż to nigdy nie będzie miało końca? Znał ich beznadziejność, widział, jak kładzie 

się cieniem na oczach i ustach. Nawet rozmowy po nabożeństwie na placu przed kościołem 

toczyły się w ciszy, bez entuzjazmu.

Nieliczni stanowili wyjątek, ci, którzy mieli w saniach dzbany i flaszki. O tym także 

zamierzał mówić, o wstrętnym nałogu picia, o drwinie z bożej woli, skoro nawet w taką 

niedzielę ludzie nie potrafili zachować trzeźwości i czystości.

Niels Lund czuł się bardzo zmęczony.

Złożywszy ręce, modlił się o siłę na przekazanie im bodaj części tej ufności, w jakiej 

sam spoczywał. Modlił się o jakiś znak, że nadejdą lepsze czasy, również dla tych owieczek, 

za które niebo złożyło na niego odpowiedzialność.

Idzie Anna, prosta, sprężystym krokiem, jak zawsze.

I jak zawsze sama.

Pochylił się do okienka, odprowadził wzrokiem szczupłą postać. Widział, jak inne 

kobiety przelotnym grymasem na twarzy odpowiadają na jej skinienia. Nie przypatrywała im 

się długo, obdarzała tylko lekkim powitalnym uśmiechem i wpatrzona we własne stopy szła 

dalej.

Musi z nią trochę porozmawiać. Przecież ona unika ludzi, owszem, zachowuje się 

przyjaźnie, jest uprzejma, ale ściągnięta twarz i skąpe odpowiedzi sprawią, że ludzie zaczną 

się   dziwić.   Miejscowi   nie   zaliczali   się   być   może   do   ludzi   o   najbardziej   otwartych, 

najgorętszych sercach, gdy jednak raz już wyciągnęli rękę do obcego, można ich było głęboko 

urazić, nie przyjmując jej. Anna zazna tego, jeśli nie usłucha dobrej rady.

Pastor westchnął, zobaczył, że Johanna znika za rogiem.

Znów rozdzwoniły się dzwony.

Niels Lund uczynił znak krzyża w powietrzu, na moment zamknął oczy i pozwolił 

dzwonieniu unieść się pod przejrzyste niebo.

- Następnym razem pójdziesz ze mną, powtarzam! Nie możesz dłużej się chować, 

Ravi! Ludzie gadają, a kiedy już się nami zainteresowali, nie ustąpią, dopóki nie dowiedzą się 

wszystkiego!

Patrzył na nią zmrużonymi oczami, nie bardzo wiedziała, czy jej słucha. Dzieląca ich 

odległość była po tysiąckroć większa niźli te dwa kroki.

- Lund powiedział mi to dzisiaj, po nabożeństwie. Mówił, że musimy się zastanowić, 

jeśli nie chcemy urazić ludzi takim życiem w odosobnieniu.

- Chodziło mu pewnie o podrażnienie ich przeklętej ciekawości - zimno odparł Ravi.

background image

Johanna westchnęła.

- Tak, może i tak, i to bardzo ważne, Ravi, jeśli mamy tu zostać przez zimę. Potrafi już 

minąć kilka ładnych dni, kiedy nie przywidują mi się ścigający nas ludzie lensmana, wiele 

dni, kiedy... nie myślę o... Erlendzie.

- Masz tyle innych zmartwień, to dlatego.

Johanna spuściła oczy, poszedł za jej wzrokiem, zobaczył, że podniosła rękę z kolana. 

Materiał sukni marszczył się nieco w pasie, lecz wciąż jeszcze nie było widać, że tam w 

środku rośnie dziecko. Nie rozmawiali o nim więcej, jak gdyby nie istniało, jeśli nie będzie 

się o nim głośno mówić.

Johanna zdecydowała się teraz i szepnęła:

- Najbardziej się martwię o to maleństwo.

Zatrzeszczało  cicho grube bierwiono, które Ravi przyciągnął do domu  z jednej ze 

swych włóczęg. Utrzymywało ciepło w maleńkiej chacie od wczesnego ranka, a pod żarem 

widać było, że jest jeszcze twarde i okrągłe.

Ravi czekał, by powiedziała coś więcej, by on nie musiał się odzywać.

Ale Johanna odwróciła głowę i milczała.

-  A  czego  boisz  się  najbardziej?  -  spytał  wreszcie.  Ochrypły  głos  aż  trudno  było 

zrozumieć.

- Nie wiem, nie wiem...

Johanna podniosła twarz do niego, oczy jej teraz błyszczały.

- Owszem, wiem, boję się, że... że nie zdołam się o nie troszczyć. Jeśli to dziecko 

Erlenda... nie wiem, czy potrafię znieść jego widok przy własnej piersi.

Ravi ciężko skinął głową.

Zamierzał  opowiedzieć  jej o wizjach, o tym  śnie, którego sam nie zrozumiał,  i o 

przesłaniu, które się w nim być może kryło.

Mała Hanna siedziała  skulona z rękami wsuniętymi  pod pachy.  Skrzyżowane ręce 

sprawiały, że wyglądała na jeszcze mniejszą i bardziej bezradną. Raviego ścisnęło w sercu, 

tak bardzo pragnął powiedzieć jej to, co chciała usłyszeć.

I zanim zdołał nad sobą zapanować, wyrwało mu się:

- To nie jest dziecko Erlenda, Johanno, ono jest moje, moje, moje!

Na głośny krzyk drgnęła jakby ze strachu, lecz w oczach pojawiło jej się światło. Ravi 

nie mógł już teraz zawrócić.

- Ono jest moje, słyszysz? Ja to wiem. Ja... widziałem. Erlend nie żyje, pozostawił po 

sobie tylko złe wspomnienie, a nie syna, nic.

background image

Sam był zdumiony, jak słusznie i prawdziwie to zabrzmiało, ale w ustach czuł już 

pieczenie strachu przed kłamstwem.

Johanna nie spuszczała z niego wzroku.

- Naprawdę uważasz, że tak jest? Widziałeś to? Można temu ufać?

Ravi machnął ręką, w głosie zabrzmiała uraza.

- Ze wszystkich ludzi na świecie ty chyba mi wierzysz? Ja przecież wiem to, czego 

nikt nie powinien wiedzieć. Myślisz, że mówiłbym tak, gdybym nie miał pewności?

Rozpacz   w   jego   głosie   zmusiła   ją   do   uwierzenia,   ale   Ravi   nie   mógł   jej   oszukać. 

Prawda   i   tak   wyjdzie   na   jaw,   kiedy   dziecko   się   urodzi.   Nie   mógł   ryzykować,   że   jego 

kłamstwo zostanie odkryte, nie mógł tak narażać się na utratę jej zaufania.

Patrzyła,  jak  Ravi   wstaje,  poczuła  jego  ramiona   na  ciele.   Jakie  cudowne,  chociaż 

drżały. Tulił ją niezgrabnie, chciał, by przyłożyła twarz do jego twarzy, niezdarnie przesuwał 

ręką po włosach, które wysunęły się z warkocza splecionego w koronę na głowie.

- Moja piękna mała Hanna... Co się z nami stało... Hanna wiedziała, że jej włosy, które 

przeczesywał długimi szczupłymi palcami, są równie ciemne i połyskliwe, że jego ręce są 

tymi   samymi   rękami,   które   swym   dotykiem   wprawiły   ją   w   drżenie   pewnego   lata   tak 

niezmiernie dawno temu.

- Pamiętasz tamtą noc w szałasie, moja Hanno? Pamiętasz, jak pachniały kwiaty?

Hanna lekko kiwnęła głową.

- Wrócimy tam kiedyś, wrócimy do naszego szałasu, chcesz?

Hanna pozwoliła łzom płynąć, a sercu trzepotać z bezrozumnej tęsknoty.

- Oczywiście, kiedyś... Weźmiemy też z sobą naszego syna.

Wszystko stało się dla niej takie jasne. Marzenie, które pragnęła zachować i którego 

nie miała sił odsunąć, absolutnie niezniszczalne...

- Spójrz, szałas wciąż stoi - szepnął Ravi.

Teraz obejmujące ją ręce nabrały siły. Utonęła w objęciach Raviego, jakikolwiek świat 

poza jego ramionami przestał istnieć.

- Tak, stoi i czeka na nas.

- Zabierzemy ze sobą jedzenie i piwo, tak jak zrobiłaś, a na pryczy ułożymy ogromne 

naręcze siana.

- Właśnie.

Ravi ciągnął jeszcze ciszej:

- A potem zapomnimy o wszystkim, co wydarzyło się między nami w tym czasie. O 

wszystkim, co nas niepokoi i czyni tak zimnymi i obcymi wobec siebie.

background image

Serce Johanny mocno uderzyło z radości, że to właśnie on wypowiedział te słowa. A 

więc   mimo   wszystko   nie   pozostał   niewzruszony   ani   obojętny,   wciąż   zachował   zdolność 

marzenia.

- Zabiorę cię tam z sobą, moja Hanno, przyrzekam.

- Ach, dobrze, Ravi, wiem, że tak będzie. Musnął wargami jej twarz, poczuła, że 

oddycha płytko, nierówno.

Nie mówił  już nic więcej  o marzeniu,  ona jednak wiedziała,  że pozostało w nich 

obojgu, gdy ujął ją za ręce i pragnął, by poszła z nim.

Gdy jednak leżała półnaga pod przykryciem, czując jego dłonie błądzące po ciele, nie 

mogła zapanować nad zdziwieniem, że tak omija lekko zaokrąglony brzuch, który odznaczał 

się wyraźnie, gdy była wyprostowana.

A kiedy w nią wniknął, zrobił to z taką intensywnością, że przez moment pomyślała o 

nienawiści.

Ten krótki moment minął i znów go objęła, mocno przytrzymała. Tak nieskończenie 

dawno temu mogła się cieszyć jego bliskością. Czuła, jak Ravi z wolna rozpływa się między 

jej rękami, aż wreszcie pozostało w nich tylko powietrze, w pewnej chwili nawet pomyślała 

coś strasznego: żeby tak zniknął bez walki.

- Trzymaj mnie mocno, Johanno, trzymaj mnie, nawet jeśli ja sam cię puszczę!

Pokryła się gęsią skórką, choć przecież w jego objęciach spociła się od gorąca. Ravi 

teraz już szlochał.

- Ach, Boże, Johanno, trzymaj mnie mocno przy sobie! Zrobiła to, a on odważył się 

poddać własnej rozpaczy. Potem to on ją trzymał i pozwolił się jej wypłakać, dość bowiem 

wiedział o łzach, by rozumieć, że one nie mają nic wspólnego z ich miłością. Głaskał ją teraz 

jak dziecko, po policzkach i szyi, po rękach i po włosach, ani razu jednak nie dotknął brzucha. 

Wzbudziło to w niej wielki niepokój, ale zaraz tego pożałowała. . Sama położyła dłonie na 

gładkiej skórze i wreszcie po pewnym czasie oboje się uspokoili.

- Następnym razem pójdziesz ze mną do kościoła - szepnęła w ciemność.

Ravi nie spał, była tego pewna. Dopiero kiedy doznała już zawodu, że nie doczeka się 

odpowiedzi, poczuła, że kiwnął głową.

- Jak chcesz - rzucił z udawaną lekkością.

- Może Truge się do nas przyłączy - odparła z taką samą beztroską.

On znów kiwnął głową.

- Tak, bardzo możliwe, on lubi kościoły.

- A ty nie? Krótkie prychnięcie.

background image

- Kościoły są chyba przyjemne, przeraża mnie raczej to, co je wypełnia - odpowiedział 

Ravi.

Miała ochotę wypytać go o więcej, wychwyciła jednak senność w jego głosie, poczuła 

też, że i jej ciało z wolna zapada w sen. Ta rozmowa mogła jeszcze poczekać, o kościołach 

mogła porozmawiać z Ravim innym razem, obiecał już przecież, że z nią pójdzie. To będzie 

drugi krok do życia wśród ludzi. Truge na pewno to zrozumie, był prawdziwym przyjacielem. 

Johanna pilnowała się, by okazywać mu życzliwość nawet wtedy, gdy mężczyźni wypili o 

kilka kieliszków za dużo. Wyglądało na to, że Truge jest jedynym, który zna lekarstwo na lęki 

Raviego.   Johanna   nie  mogła  uwierzyć,  że   sama  tylko   wódka   sprawiała,  iż   Ravi   był   taki 

spokojny i uśmiechnięty za każdym razem, gdy Truge spędził z nimi kilka godzin.

- Ravi... jesteś pewien? Wiedział, o co jej chodzi.

- Dziecko jest moje - odrzekł grubym głosem. - Moje.

Johanna westchnęła z ulgą, czuła, jak wargi rozciągają się w uśmiechu, od którego już 

niemal całkiem odwykła. Dawno już nie zasypiała z tak lekkim sercem.

background image

ROZDZIAŁ X

Dwaj   mężczyźni   w   biało   -   czarnym   obrazie.   Ravi   i   Truge   poruszali   się   szybkim 

krokiem, grube drewniane narty znaczyły drogę w lekkim śniegu, z ust buchała im biała para, 

lecz oczy błyszczały żywo, a ruchy długich kijków były mocne, pełne zapału.

- Spójrz, troll z Sanger się budzi! Truge ze śmiechem wskazał kijkiem.

Podmuch   wiatru   porwał   śnieg   z   zaokrąglonego   wierzchołka,   na   który   właśnie   się 

wspinali, i teraz śnieżyca hulała niczym rozszalałe włosy wokół zarośniętego oblicza.

Ravi wybuchnął śmiechem.

- Wydaje mi się, że ten troll wielu nie przestraszy - powiedział.

-   Prawie   nie   widać   kamiennego   kopca   -   stwierdził   Truge,   oddychając   ciężko,   bo 

zbocze stawało się coraz bardziej strome.

Brzozowy lasek był tu ubogi, drzewka poskręcane. Gdy się skończy, będą się ślizgać 

tylko po gładkich białych zaspach.

- Owszem, widzę kopiec, stoi tam na górze jak człowiek - zapewnił Ravi.

Truge przyspieszył kroku.

- Dalej, człowieku, zobaczymy, komu lepiej idzie pod górę!

Pojechali na wyścigi, aż śnieg pryskał spod kijków i nart, ciężko dyszeli, sapali jak 

rozwścieczone byki, ciała napinały się, broniąc się przed bólem mięśni, a krew krążyła w 

żyłach niczym woda spuszczona z tamy.

To Ravi pierwszy zrobił ostatnie kroki, zanim Truge doslizgał się na końcówkach nart. 

Skręcił, chciał pokonać ostatni metr niedużym skokiem, ale potknął się i wpadł na przyjaciela. 

Ze śmiechem walczyli w śniegu, aż wreszcie w płucach już tak nie piekło, a dudnienie w 

piersiach ustało. Truge zrzucił narty, Ravi dłużej mocował się z wiązaniami z łyka, wreszcie 

jednak i on się uwolnił. Zapadli się w śnieg aż ponad skórzane osłony na nogach. Ravi miał 

łydki obwiązane tylko płótnem, czuł teraz, że lodowaty śnieg przedziera się do skóry. Nie 

miało to znaczenia, był rozgrzany, wprost parujący po tej przeprawie.

Staliw milczeniu, rozglądając się po dolinie. Za nimi ciągnęły się białe wyżyny, a za 

wzgórzami inne doliny.

-   Piękny   krajobraz   -   cicho   powiedział   Ravi.   -   Ale  nie   mogę   się   powstrzymać   od 

marzenia o otwartej wodzie, na której mógłby spocząć wzrok.

Truge roześmiał się.

- Tak to bywa, gdy ktoś przyzwyczaił się do soli w powietrzu. Skąd ty właściwie 

pochodzisz, nigdy o tym nie mówiłeś?

background image

Ravi   otrzepał   trochę   śniegu   ze   spodni,   złożył   ręce   i   zaczął   chuchać   na   wilgotne, 

czerwone palce.

- Z zachodu, mówiłem ci już kiedyś, Truge...

- Z zachodu... zza gór. Nie mówisz jak bergeńczyk ani jak ktoś pochodzący z wiosek 

nad fiordem przy wybrzeżu. Twoja mowa... no, doprawdy, nie wiem.

-   Nigdy   chyba   nie   przebywałam   dostatecznie   dość   długo   w   jakimś   miejscu,   by 

porządnie nauczyć się jednego języka - prychnął Ravi.

W Trugem obudziła się czujność, pilnował się jednak, by za mocno akurat teraz nie 

drążyć.

Ravi podszedł do kopca z kamieni, z jednego boku pokrywał go śnieg, lecz od strony, 

gdzie najbardziej hulały wiatry, odsłaniał się granit.

- Dobra robota - pochwalił. Truge uśmiechnął się z dumą.

- Mój ojciec go budował, jego znak, odciśnięty na skórze, leży tu na dnie.

W głosie Trugego dźwięczała duma. Ravi wolno pokiwał głową.

- Dla mężczyzny dobrze jest pozostawić po sobie kilka takich znaków.

Truge zerknął na niego zdziwiony.

- Mówisz prawdę? Nigdy nie sądziłem, że możesz w ten sposób myśleć...

- A nie dlatego tak bardzo chciałbyś malować kościoły? Żeby wszyscy je podziwiali 

przez całe wieki? Żeby twoje wnuki mogły zasiadać w ławkach i opowiadać swoim dzieciom 

o wielkim malarzu Trugem?

Starszy z mężczyzn roześmiał się nerwowo, chciał odebrać tym słowom powagę, ale 

ciemne oczy Raviego powstrzymały śmiech. Pokiwał głową.

- Na pewno tak jest, przyjacielu.

Usadowili się na nartach pod osłoną kopca. Roztańczony wiatr nie bardzo chciał się 

zdecydować, od której strony ma zaatakować, ruch powietrza tu na górze prędko sprawił, że 

rozgrzane ciała zaczęły drżeć, ale żaden z nich nie narzekał.

Ravi oparł się plecami o kopiec, nie przejmując się, że śnieg i chłód granitu przenikną 

zaraz   przez   mokrą   od   potu   kurtkę.   Przymknął   oczy,   wizje,   które   nadeszły,   nie   były 

gwałtowne, wywołujące zimny pot, bolesne. Przypominały cichy sen.

Widział mężczyzn, wielkich silnych mężczyzn, krajobraz nagle się zmienił, był nagi, 

letni, czuło się wręcz ciepło bijące od skały pod obutymi w drewniaki stopami mężczyzn. 

Tylko dwóch z nich miało porządne buty, i to właśnie oni dwaj stali, patrząc, jak inni zbierali 

odpowiednie, ciężkie kamienie.

Jeden z mężczyzn ubrany był w szarą koszulę, której rękawy oddarto na łokciach. 

background image

Ravi obserwował go przy pracy, znał jego rysy z innego snu i instynktownie wyczuwał w nim 

dobro. Mężczyźni ciągnęli, dźwigali i kopiec rósł powoli. Od kwitnącego wrzosu bił mocny 

zapach, nad ich głowami krzyczały i ćwierkały ptaki, chmury były okrągłe, pulchne i leniwe.

Ravi otworzył oczy, wizja zniknęła.

- Dobry człowiek z twojego ojca. Truge zerknął na niego, splunął w śnieg.

- Widziałeś go, tutaj?

Ravi kiwnął głową bez strachu. Truge gwizdnął przez zęby.

- Bardzo to dziwne, staruszek leży w domu w łóżku osłabły i złamany bólem kości.

- Miał wtedy mniej więcej tyle lat co ty teraz - powiedział Ravi powoli. - Piękny 

mężczyzna, podobny do ciebie.

Zaśmiali się głośno z tego stwierdzenia. Ravi zaraz znów spoważniał.

- Widziałem też innego człowieka, który szedł za twoim ojcem i przyglądał mu się 

spod oka. Wyczułem między nimi napięcie, tamten nosił skórzane buty... i wybierał najlżejsze 

kamienie, mógł więc wyprzedzić twego ojca w drodze na górę... Długa broda, włosy jak u 

kobiety.

- Nasz sąsiad, Simmen - stwierdził Truge, krzywiąc się. - Wydaje mi się, że mojego 

staruszka w dużej mierze trzyma przy życiu wola, aby żyć dłużej niż równie schorowany 

Simmen. Nie było dnia, żeby ci dwaj o coś się nie starli.

Ravi milczał, znów przymknął oczy. Na powrót pojawiły się mgliste obrazy, widział 

zwierzęta, krążące wokół szczytu, orła, który rzucił się do ataku, zająca, który ledwie zdołał 

schronić się w zaroślach, i goniącego go wśród wrzosów lisa.

Nie pojawili się już ludzie.

- To dobre miejsce, cieszę się, że mnie tu zabrałeś, Truge.

Malarz skinął głową, ale zaraz rozłożył ręce.

- Zamarzniemy tutaj, jak jeszcze trochę posiedzimy i pomarudzimy, Knut. A jak się 

zmienimy w sople lodu, to nie trafimy nawet po własnych śladach.

Ravi   podniósł   się   na   nogi,   nie   czuł   już   zimna,   ale   Truge   podskoczył   kilka   razy, 

zabijając ręce, zanim sztywnymi palcami umocował znów wiązanie do buta.

Wiatr ucichł, wiał im teraz tylko trochę w plecy. Posłali sobie krótkie spojrzenia, a 

potem rzucili się obaj równocześnie w dół zbocza.

Ravi czuł, jak powietrze świszczę mu wokół uszu, jak mróz szczypie go w wargi, w 

całą twarz, coraz bardziej w miarę jak rosło tempo. Nie pierwszy raz miał narty na nogach, 

zjeżdżał już z równie stromych i nierównych zboczy, ale robił to dawno temu, był wtedy 

jeszcze małym chłopcem i mając w uszach głośne krzyki ojca, nieraz musiał siadać w biegu i 

background image

tworzyć głębokie jamy w białej płaszczyźnie.

Teraz cały czas stał, chociaż czuł, że mało brakuje, by stracił panowanie nad ciężkimi 

deskami  przypiętymi  do  nasiąkniętych  wodą  butów. A  ponieważ  zjeżdżał   coraz  szybciej, 

narty sunęły z coraz większą lekkością. Pasmo lasu było już blisko, Truge jechał tuż obok, 

Ravi słyszał, jak głośno się cieszy. Elegancko skręcając, z jednym mocno zgiętym kolanem, 

Truge zatrzymał się tuż przy pierwszych karłowatych drzewkach.

Raviemu serce zamarło w piersi. Był świadom każdego swego gorączkowego ruchu, 

gdy usiłował naśladować tę sztukę. Wjechał jednak w niedużą zaspę, wyniosło go nad niski 

grzbiet, a w powietrzu nie miał czasu, by o czymkolwiek pomyśleć.

Wylądował na nartach, ale nawet przez moment nie sądził, że to się dobrze skończy. 

Tylna narta poślizgnęła się, druga zapadła głęboko w puszysty śnieg i tam się zatrzymała.

Leżał z twarzą w zaspie i ze strachem czekał na twarde drwiące słowa.

Ale Truge uderzał się tylko rękami po udach i śmiał się bez odrobiny złośliwości.

- Wspaniale,  Knut, doprawdy wspaniale!  Prawdziwa sztuka, dosłownie frunąłeś  w 

powietrzu. Zróbmy to jeszcze raz, żebym i ja spróbował skoku!

I Ravi zobaczył,  że Truge cofa się spory kawałek w górę zbocza, a potem rusza, 

kierując się na tę przeklętą zaspę.

Nigdy się nie dowiem, czy on się wyłożył i ośmieszył dla mnie, czy też naprawdę po 

prostu nie umie skakać, myślał Ravi, gdy spokojnie sunęli przez płaszczyzny lasku.

Bez względu na wszystko i tak mógł to zrobić tylko przyjaciel.

- Od jak dawna wiesz, że jesteś takim dziwakiem? - spytał Truge bezpośrednio, gdy 

otoczyły ich ciężkie świerki.

Poruszali się wzdłuż zachodniej strony jeziora w kierunku wioski. Dzień chylił się już 

ku zachodowi, słońce było tylko bladoróżowym cieniem za górami.

- Od zawsze - krótko odparł Ravi i zrobił kilka szybkich kroków.

Truge z łatwością dostosował się do szybszego tempa.

- Spokojnie, człowieku, jeszcze sporo czasu, zanim całkiem się ściemni.

Ravi popatrzył  na niego w poczuciu winy. Truge rozumiał, że przyjaciel nie chce 

mówić.

- Moja matka... Ona też była taka. Prawie jej nie pamiętam, ale ojciec opowiadał. 

Dużo.

- Też miała zdolność widzenia?

- Tak - burknął Ravi. - To odebrało jej życie. Nie, życie odebrali jej ludzie swoją 

podejrzliwością i strachem. Ona... została... zabita. A najdziwniejsze, że ojciec ją jakby o to 

background image

obwiniał, w każdym razie próbował wybić ze mnie ten brud, kiedy zrozumiał, że jestem taki 

jak ona.

Truge poczuł suchość w ustach. To były pierwsze oznaki prawdziwego zaufania ze 

strony Knuta. Torkjell prosił, by dowiedział się o nim jak najwięcej. Ważne było poznać 

historię człowieka, jeśli naprawdę chciało się nim kierować.

Truge przełknął ślinę, właściwie zapragnął, by Knut nie mówił już nic więcej.

Ale Raviemu rozwiązał się język.

Słowa   wprost   wylatywały   mu   z   ust,   a   narty   poruszały   się   coraz   spokojniej   po 

zaśnieżonym poszyciu w lesie.

- Pamiętam każdy cios, każde słowo, jakim mnie zranił. Nie był ojcem, którego można 

by sobie obrać za wzór, niemal mnie zniszczył, ale ja mimo wszystko okazałem się silniejszy.

- On nie żyje? Ravi kiwnął głową.

- Lepiej o tym nie mówić. Nie miał godnej śmierci, nic dobrego po sobie nie zostawił. 

Mój ojciec nie był... budowniczym kopców.

Truge posłał mu pełne współczucia spojrzenie.

- A potem, po śmierci ojca, krążyłeś po świecie samotnie?

I znów Ravi przytaknął.

- Tak, przez wiele lat.

- Nigdy nie miałeś domu?

- Nigdy.

- Później spotkałeś Annę?

- Mhm, Anna...

- Ona jest niezwykła?

Ravi zatrzymał się, oparł na grubym kiju, patrząc Trugemu prosto w oczy.

- Anna jest wprost niesamowita.

Truge świetnie pojął, co kryło się w tym prostym komplemencie. Knut znal uczucia, 

jakich   większość   mężczyzn   mogła   mu   pozazdrościć,   szkoda,   że   tak   rzadko   je   okazywał 

równie wyraźnie jak teraz.

- Gdzie ją spotkałeś? - spytał Truge beztrosko, gdy ruszyli dalej.

Ravi długo milczał, zanim odpowiedział.

Zanim jednak dotarli  do krańca jeziora  i mieli  właśnie przejść przez skutą lodem 

rzekę,   Truge   usłyszał   dużą   część   historii   o   młodej   córce   bogatego   gospodarza   i   ubogim 

chłopaka O mężu jednak nie wspomniano,  nie padły też żadne nazwiska i Ravi ku swej 

radości zobaczył, że Truge kręci głową, uważając, że dowiedział się więcej niż dość.

background image

- A potem musieliście uciekać. Dla miłości! Do diaska, to historia jakby wprost rodem 

z pieśni, jesteście jak Bendik i Arolilja!

- Nie mów o tym nikomu, mamy wrogów...

- Obiecuję, że nikomu nie powiem, nikt się o tym nie dowie. Nikt nie pozna twojej 

historii, ale... Knut, naprawdę nazywasz się Knut Plassen?

Ravi nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

- Oczywiście, że tak. Miałem wiele imion, Truge, akurat teraz nazywam się Knut 

Plassen.

Truge też się uśmiechnął.

Zatrzymali   się   tylko   jeden   jedyny   raz,   gdy   na   horyzoncie   pojawił   się   kościół   i 

zobaczyli,   jak   ostatnie   promienie   słońca   złocą   brunatny   budynek.   Przy   placu   tingu   się 

rozdzielili, Truge bowiem miał do załatwienia inną sprawę i musiał odmówić zaproszeniu do 

chaty Plassenów na wieczorną owsiankę.

- Zajrzę jutro w drodze do domu, to może być późno.

- U nas zawsze czeka na ciebie miejsce do spania, przecież wiesz. Anna też uważa, że 

miło się z tobą rozmawia.

Truge pożegnał się, po raz pierwszy Ravi wyczuł jego mokre dłonie, gdy rozstając się 

je sobie podali, ale też i dzisiaj porządnie się spocili.

Malarz patrzył, jak wysoki, szczupły mężczyzna macha mu i sprawnie ślizga się w dół 

pagórków   od  placu   w  stronę  jarzębinowego   lasku,  rosnącego  wzdłuż   drogi.  Wkrótce  już 

będzie w domu, być może Anna czeka już z jedzeniem, przy rozpalonym ogniu.

Truge zadrżał z zimna, bez radości myśląc o dalszej drodze do Torpo.

Zapadnie już prawie noc, zanim dotrze do zagrody Torkjella.

Miał   wielką   ochotę   zawrócić,   dać   się   skusić   dźwiękom   dobiegającym   z   karczmy, 

poprowadzić w ciepło. Tyle rzeczy musiał przemyśleć. Zakłuło go w sercu, okropne będzie 

przekazać historię Knuta dalej Torkjellowi, lecz jeśli bogacz domyśli się, że Truge nie spisuje 

się jak trzeba, to można zapomnieć o malowaniu, o ławkach w kościele i o wszystkim innym, 

o co kiedyś w przyszłości zatroszczyć miał się Torkjell.

Truge jeszcze raz wrócił pamięcią do jednej z pierwszych rozmów o zdolnościach 

Knuta. Wybrali się na którąś ze swych wypraw i nagle Knut zorientował się, że gdzieś zginął 

mu   nóż.   Długo   go   szukali,   grzebali   w   śniegu,   kręcili   się   po   własnych   śladach.   Ale   nóż 

przepadł na dobre i Knut z irytacją uderzał się pięścią po udzie. Truge zarechotał.

- Nie śmiej się, to wcale nie zabawne.

Starszy z mężczyzn wprost zanosił się śmiechem i uderzał po kolanach.

background image

- Nie zabawne? Nie zabawne? Szkoda, że cię teraz nie widzą, Mons - Duńczyk  i 

Torkjell, tak strasznie im zaimponowałeś swoimi zdolnościami. Tak ci ufają, że uwierzyliby, 

że zdołałbyś odnaleźć kroplę wódki w oceanie, a ty zgubiłeś nóż i szukasz go z płaczem jak 

dziecko!

- Tak to już jest - odparł Ravi z irytacją. - Tak jest i zawsze tak było, bardzo rzadko 

widzę coś, co jest ważne dla  mnie  samego...  Prawie nigdy nie otrzymuję  odpowiedzi na 

własne pytania.

- A o co chciałbyś spytać?

Ravi pokręcił tylko głową, Truge więc nie naciskał więcej.

Tak to chyba powinno być, rozmyślał Truge, biegnąc na nartach zaśnieżoną drogą do 

Torpo. Żaden jasnowidz nie mógłby chyba żyć, przez cały czas patrząc w oczy własnemu 

losowi.   Widzieć   jutrzejszy   dzień,   zanim   on   jeszcze   nastanie.   Ale   byłoby   to   wspaniałe, 

przynajmniej przy handlu końmi albo kiedy się zawrze jakiś zakład. A kobiety... Doprawdy, 

trudno   się   na   nich   wyznać,   króciutkie   zajrzenie   w   ich   śliczne   główki   na   pewno   by   się 

przydało. Nie mówiąc już o alkowach! Ach, dowiedzieć się, co myślą i mówią, kiedy są 

same...

Knut jednak twierdził, że jeśli chodzi o niego, nie jest to możliwe. Owszem, potrafi 

niekiedy   czytać   w   myślach   innych   ludzi,   oglądać   ich   czyny,   lecz   nigdy   nic   takiego,   co 

dotyczyło jego samego.

- Nawet gdybyś wypuścił z rąk tę gałąź, którą strugasz, i zamierzał wbić nóż we mnie, 

Truge, zrozumiałbym to dopiero wtedy, gdy pociekłaby krew - powiedział Knut ze smutkiem 

w glosie.

Nie, nie, nie wolno teraz myśleć o jego niezwykłych  czarnych oczach. Nie wolno 

myśleć akurat o tym zdaniu.

Trzeba iść naprzód i cieszyć się z solonego mięsa, ryby albo jajecznicy, Torkjell na 

pewno go ugości, gdy przybędzie do niego zmęczony, przynosząc nowiny.

- A więc ona jest córką bogacza - powtórzył Torkjell powoli. Cmoknął, z lubością 

przymknął  oczy,  rozkoszując się smakiem perfumowanego  tytoniu,  który zapalił  w fajce. 

Truge kaszlnął i zaraz też dostał fajkę.

- Jak się nazywa jej ojciec? Truge pokręcił głową.

-  Nie  wiem,   Torkjellu.   Nie podobałoby  mu  się,  gdybym   spytał.  Nie  chciał   nawet 

powiedzieć, skąd pochodzą. Gdzieś z Vestlandet, przypuszczam. Z jej mowy można wnosić, 

że być może z Ardal.

- No, dowiemy się tego, jak poszukamy. Gdy córka gospodarza ucieknie z włóczęgą, 

background image

ludzie gadają o tym całymi latami. Na pewno się powiedzie, jeśli będzie konieczne. Czego 

więcej się dowiedziałeś?

Truge poczuł się nieswojo. Kręcił się na szerokim krześle z wyściełanym siedzeniem.

- Torkjellu, on jest moim przyjacielem...

- I bardzo dobrze, a ty moim, prawda?

To ostatnie pytanie sprawiło, że pokój zawirował Trugemu przed oczami. Doskonale 

wiedział, jak należy je rozumieć. Z wielką ostrożnością zaczął szkicować Torkjellowi to, co 

Knut opowiedział mu o swojej matce, ojcu i młodzieńczych latach.

Torkjell z zadowoleniem kiwał głową.

Wyciągnął fajkę w stronę Trugego.

- Za tym kryje się coś więcej, człowieku. Dowiedz się, co, musi być jakiś powód, dla 

którego on nie wspomina żadnych nazwisk ani miejscowości. Za tym kryje się coś więcej niż 

tylko szalona młodzieńcza miłość.

Truge myślał tak samo, bał się jednak, że Torkjellowi nie wystarczy zastanawianie się. 

Torkjell chciał wiedzieć.

Młody mężczyzna w brokatowej kamizelce poderwał się gwałtownie. Fajka uderzyła o 

posrebrzany statyw.

- Późno już, Truge, bardzo ci dziękuję. Jak poprosisz Line, to przygotuje ci jakieś 

łóżko   na   noc,   na   razie   żegnam   się   z   tobą,   bo   jutro   wybieram   się   do   Hovet   w   pewnej 

szczególnej sprawie...

Uśmiechał się przebiegle i tajemniczo, oczy mu zabłysły.

- Torkjell Villand zbyt dobrze zna się na rzeczy, by tym razem nie wysyłać kogoś, kto 

ma przemówić w jego sprawie - szepnął poufale.

A Truge tylko kiwnął głową.

Wszyscy znali historię o pięknej dziewczynie z Aurland, którą Torkjell utracił przez 

swego   najlepszego   kolegę   Guttorma.   Wysłał   przyjaciela,   by   w   jego   imieniu   pomówił   z 

dziewczyną i jej rodzicami, taki był zwyczaj. Przyjaciel jednak wywarł takie wrażenie, że 

dziewczyna do niego zaczęła strzelać oczami. A teraz mała ślicznotka poślubiła tego łotra. 

Nieźle się śmiano z młodego Villanda, gdy sprawa wyszła na jaw.

- Pozdrów Birgit, to dobra dziewczyna - rzekł Truge wesoło.

Miała najbardziej błyszczące brązowe włosy, jakie Torkjell widział u człowieka. A 

poza tym tak mocne barwy skóry i warg, że chodząc przypominała raczej obraz.

Dumna i piękna. Ubrana w najlepsze rzeczy, jakie tylko mógł zdobyć ojciec. Gdy 

jechała do kościoła saniami zaprzężonymi w dwa konie, niejeden młody panicz cmokał na jej 

background image

widok.   I   niejedną   miłosną   piosenkę   zaśpiewano   Birgit   od   czasu,   gdy   przystąpiła   do 

konfirmacji jako najpierwsza dziewczyna w swojej parafii.

Jak królowej  pomagano  jej  wysiadać  z sań, srebrne brosze dzwoniły na wydatnej 

piersi, zmuszając oczy wszystkich, by skierowały się właśnie na nią Nosiła czapkę ozdobioną 

pomponami z barwnej jedwabnej przędzy, a haftowany stanik wabił oczy bielą i czerwienią 

wśród srebra i aksamitnych wstążek, jakimi ozdobiony był strój. W talii miała pas z barwionej 

na niebiesko skóry, zapięty na małe srebrne klamry, które odziedziczyła po matce.

Tak, tak, w jej zagrodzie nie było strachu, urodzaj czy nieurodzaj. Gospodarz miał 

dość rozumu, by zrobić zapasy wystarczające na siedem chudych lat.

Birgit promieniała, rumiana i świeża, najstarsza córka, żywy dowód na to, że w domu, 

z którego pochodziła, wciąż niczego nie brakuje.

Torkjella nie obchodziło to, co wniesie w wianie.

Sam miał dość srebra i ziemi, a przynajmniej dość na tyle, by szukać narzeczonej, nie 

zważając na takie sprawy. Były wszak bogatsze panny we wsi, nie mówiąc już o wszystkich 

podstarzałych wdowach, które mogły wnieść w posagu dobra, mogące się niemal równać z 

tym, co posiadał młody syn Villanda.

Ale Birgit...

On szukał zupełnie czego innego.

Birgit potrafiła posłać mu spojrzenie, od którego ciało stawało w płomieniach, tak jak 

wtedy gdy wiatr dmuchnie w ogień na wyschniętym leśnym poszyciu. Niejednej się to udało 

w ciągu tych lat, odkąd zaczął rozglądać się za dziewczynami, żadna jednak nie robiła tego z 

taką dumą jak Birgit. Z taką odrobiną pogardy, jaką lubiła mu zademonstrować.

On jej pokaże.

Nie podda się, dopóki nie będzie równie uległa i chora z miłości jak inne. Dopóki i 

ona nie będzie patrzeć na niego tym łzawym spojrzeniem, które znał tak dobrze.

Birgit zasługiwała na coś innego niż kilka ulotnych spotkań w tajemnicy pod osłoną 

nocy czy na potajemne zakradnięcie się na stryszek po uczcie.

Birgit była godna.

Napomknął   już,   że   upatrzył   ją   sobie   na   tę,   która   będzie   z   nim   dzielić   wszystko. 

Uśmiechnęła   się  wtedy,   mówiąc,   że   to   niezwykłe   jak   na   Torkjella   Villanda,   słyszała,   że 

niechętnie mówi o małżeństwie.

- Nie rozmawiałem o tym z żadną inną, Birgit, z żadną inną oprócz ciebie.

Ale   ona   nawet   wtedy   nie   całkiem   zmiękła   w   jego   ramionach.   Musiał   znów   ją 

wypuścić, nie zaznając smaku niczego innego poza muśnięciem ciemnoczerwonych warg.

background image

Zimno mówiła o innych dziewczynach, o kobietach po wioskach, z których niejedna 

miała do szepnięcia parę słów na temat Torkjella.

O Gro.

Torkjell   był   na   pół   zawstydzony,   a   na   pól   dumny   z   tego,   że   jeszcze   raz   szukał 

towarzystwa nieszczęsnej Gro. Przysięgał sobie, że będzie się trzymał od niej z daleka po 

wszystkich tych nieprzyjemnościach z dzieckiem, które urodziła, a które rocznie kosztowało 

go więcej talarów, niżby mógł o tym myśleć ze spokojem. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że 

dziewczynka miała w sobie krew Villandow. Gro zresztą dotrzymała swej części obietnicy i 

trzymała  język za zębami, nawet wtedy, gdy wywołano ją na środek kościoła i nakazano 

spowiedź przed całą zgromadzoną parafią Torkjell hojnie ją za to wynagrodził, nigdy jednak 

nie zapomniał bladej twarzy, gdy stała tam w prostej płóciennej sukience i cała drżąc, kłamała 

przed ołtarzem.

Gro nie spodobałoby się, gdyby się ożenił. Nieraz był świadkiem, jak płacze, choć z 

całych sił starała się nad sobą panować. Wiedziała, że za każdym razem, gdy pokaże mu 

zapłakaną twarz, upłynie dłuższy czas, zanim do niej wróci.

Trzeba położyć temu kres.

Jeszcze raz to sobie poprzysiągł.

Birgit na pewno nie jest z tych, które patrzą przez palce na sprawy, jakie mąż ma do 

załatwienia w łóżkach innych kobiet. Zresztą na pewno nie będzie do tego powodu, przecież 

nikt tak jak Birgit nie potrafi wzbudzić w nim tęsknoty, na pewno też żadna tak jak ona nie 

potrafi dać jej ujścia.

Byle tylko doszło do tego, by zaręczyny potwierdził pastor.

Musi to nastąpić jak najprędzej, bo jesienią wozy z żołnierzami ruszą na południe, i 

Torkjell Villand też wdzieje niebieski mundur. Nie wiedział, kiedy wróci do domu, i miał 

teraz tylko pół roku, by zdobyć względy Birgit. Budowę domu już odłożył.

Czy ośmieli się spytać Knuta o Birgit?

Czy jasnowidz nie zobaczy zbyt wiele, gdy już Torkjell zwróci się do niego w tej 

sprawie?

Czy Torkjell zniesie upokorzenie, jeśli wyjdzie na jaw jego silne pożądanie i jej upór?

Poszedł na górę po schodach do swojej sypialni, słyszał jeszcze, jak dziewczyny w 

czeladnej z zachwytem witają Trugego. Malarz był mile widzianym  gościem, sypał jak z 

rękawa niezliczonymi dość pikantnymi opowieściami o swych wyprawach do Branes i do 

Kongsberg, miasta srebra. Truge na pewno nie będzie tej nocy przewracał się na łóżku w 

samotności, bez miękkiego kobiecego ramienia, na którym położy głowę.

background image

Torkjell wziął ze sobą puchar wódki i wsunął się pod ciepłe kołdry. W nogach łóżka 

pod kocami ułożono gorące kamienie i ich ciepło sprawiło ciału prawdziwą rozkosz.

Na pewno zdobędzie Birgit. Dziewczyna nie ma szans w tej swojej grze.

Torkjell czuł się młody i silny. Lubił tak leżeć z lekkim uśmiechem na ustach, gdy 

myśli wprawiały ciało w leciutkie drżenie. Niemal tęsknił za chłopięcymi latami, gdy jako 

bardzo młody człowiek mógł w pełni oddać się marzeniom i sam ukoić tęsknoty.

Teraz zdmuchnął świecę i opróżnił puchar.

Wciąż miał przed oczami twarz Birgit, okrągłe piersi ukryte za delikatną białą lnianą 

koszulą,   jej   wąską   talię,   którą   tylko   kilka   razy   miał   okazję   uścisnąć.   I   krótki   przebłysk 

okrągłych kolan i mocnych ud, wtedy, gdy, jeden z jej braci nieco za mocno okręcił ją w 

tańcu.

Wreszcie   jednak   odsunął   od   siebie   te   obrazy,   pozwolił,   by   myśli   powędrowały 

ścieżkami budzącymi mniejsze podniecenie.

Co ma zrobić z Knutem?

Nowe   informacje   przyniesione   przez   Trugego   nie   zadowoliły   Torkjella,   chciał 

wiedzieć wszystko. Powinien wreszcie przystąpić do działania, wkrótce bowiem nadejdzie 

wiosna, a wtedy będzie musiał znów wyprawić się na południe i przed swoim wieśniaczym 

nazwiskiem umieścić jeszcze tytuł kaprala.

background image

ROZDZIAŁ XI

Ledwie marcowe słońce zaczęło grzać, a wioska, gdy święta Wielkiej Nocy stały już u 

progu, obudziła się do życia. Od spichrzy do domów ognia rozciągnięto sznury, wisiały na 

nich ubrania i pościel, przygotowane do wietrzenia i trzepania. Wynoszono je trzy razy do 

roku, a w ten słoneczny piątkowy dzień przed Wielkanocą kobiety mozoliły się, dźwigając 

ciężkie skóry i zakurzone narzuty. Nad wieloma zagrodami unosiła się mgła z jałowcowego 

dymu i pary. Mężczyźni wyprawiali się do lasu rąbać drzewo albo znosić siano, żeby tylko 

uciec z domu, kobiety bowiem potrafiły zużyć chyba każdą ilość naniesionej wody.

Na dole, tam gdzie jezioro znów zmieniało się w rwącą rzekę, zebrały się kobiety z 

kilku zagród. Łagodny brzeg wykorzystywano  często  latem  do prania ubrań, czyszczenia 

mięsa z uboju, a także do zabawy i śmiechów.

Dziś jednak pasmo otwartej wody otaczały ostre lodowe krawędzie, a trzy niewiasty o 

zaczerwienionych   policzkach   stały   tam   ze   swymi   koszami   dlatego,   że   nie   miały   swojej 

osobnej kuchni ani strumienia przy domu. Były to żony chałupników, wśród nich wdowa po 

Kjettelu, który zmarł około Bożego Narodzenia na krwawą biegunkę.

Szmatki, które prały, były znoszone i cerowane na wszystkie chyba sposoby, nie miały 

ich też tak wiele. Kobiety drżały z zimna, okryte narzutami, podczas gdy ich chusty czekało 

takie samo traktowanie jak dziecinne ubranka i pościel. W każdym razie będą równie czyste 

jak obrusy u samego wójta.

Kobiety miały sinobiałe ręce i niemal fioletowe obwódki przy paznokciach. Podkasały 

spódnice,   lecz   podczas   pracy   grube   koszule   sięgały   wody,   przylepiając   się   do   marnie 

osłoniętych przed chłodem łydek.

Słońce   świeciło   i   na  pochylonych   karkach   czuły  już  obietnicę   wiosny.   Ale  wciąż 

jeszcze, nawet teraz, w najjaśniejszej porze dnia, ubrania w koszach zamarzały na lód. Będą 

musiały wiele dni wisieć mokre na stryszku, zanim znów ktoś się w nie ubierze albo wsunie 

pod okrycie.

Kobietom się spieszyło, musiały prać nie tylko dla siebie. Kosze czekające na brzegu 

były obficiej wypełnione niż ich własne, ale przyjemność im sprawiało, że upiorą najpierw 

swoje rzeczy.

- Odpoczniemy chwilę, dziewczęta, zasłużyłyśmy na to. Chodźcie, siądźcie tu pod 

kamieniem, wcale nie jest zimny! Dotknijcie, naprawdę czuje się słońce, w każdym razie 

wtedy gdy zapomni się o palcach.

Dwie   pozostałe   wytarły   ręce,   a   potem   wycisnęły   brzegi   spódnic   w   piękny   kilim, 

background image

leżący na górze jednego z koszy. Jedna z nich nie mogła się powstrzymać, wysmarkała się i 

wytarła palce w piękną tkaninę.

Z jakiejś kieszeni wyłoniła się nieduża skrzyneczka, któraś z kobiet przyniosła parę 

sucharów.   Żuły  chleb,   rozmiękczały   go   w   ustach,   mieszały   ze   śliną,   dopóki   całkiem   nie 

zniknął, zostawiając po sobie jedynie dojmujące pragnienie, by dostać jeszcze więcej.

Ale nic więcej nie było. Zdarły więc po kawałku kory z brzozy i teraz żuły, czując, jak 

usta wypełniają się ostrym smakiem.

- Niedługo zaczną krążyć soki - stwierdziła jedna, wypluwając resztki kory do rzeki.

Ciemna woda pod pokrywą lodu płynęła rwącym nurtem, nieco dalej w dole całkiem 

znikała pod niebiesko - białym dachem i ukrywała się przed wszelkimi oczyma.

- Boże, obyśmy przeżyli do czasu, aż szczaw zakiełkuje! Byleśmy dotrwali do czasu, 

kiedy kminek za chatą wyrośnie.

Oparły się o kamień, siedziały blisko siebie. Wymieniały nowiny o najbliższych, jedna 

skarżyła   się   na   męża,   druga   wychwalała   swego.   Marzyły   o   lecie,   przypominały   sobie 

nawzajem   o  radościach   Bożego   Narodzenia,   o   jakże   dalekich   dniach,   kiedy   to  na   trzech 

niezgrabnych komorniczych stołach stała owsianka z prawdziwego ziarna.

Ale zima wciąż jeszcze nie ustąpiła i wkrótce wszystkie trzy zatrzęsły się od chłodu. 

Podniosły  się,  wzdychając,  widać   teraz   było,  że   jedna   z  nich  spodziewa   się  dziecka.  Po 

zapadniętej twarzy przesunął się grymas bólu, gdy chwyciła za ciężki kosz z czystym praniem 

i   zaczęła   się   piąć   po   śliskich   kamieniach,   by   postawić   go   w   bezpiecznym   miejscu   na 

zaśnieżonym brzegu.

Mało   brakowało,  by się  przewróciła,   bo  drewniane  chodaki  od  spodu  pokryły  się 

warstwą lodu, a przybrzeżne kamienie, po których  stąpała, oszroniła wilgoć, ciągnąca  od 

otwartej wody.

Wcale   jednak   nie   dlatego   jej   dwie   towarzyszki   zaniosły   się   krzykiem   strachu. 

Dostrzegły jakąś postać tuż przy miejscu, gdzie prały, postać, która pojawiła się tam nagle, a 

żadna nie słyszała jej nadejścia.

Ravi przychodził w to miejsce wiele razy,  bo skały były  tutaj akurat dostatecznie 

wysokie, by tworzyć miłe schronienie tuż ponad rzeką. Nie bał się wcale, że ktoś go zobaczy, 

po prostu z wielką przyjemnością siadywał właśnie tutaj, żeby popatrzeć na wiry, tworzące 

się w zimowej rzece, zanim znów zniknęła pod lodem.

Czasami  widywał  tu ryby,  udało mu  się nawet złapać kilka  chudych  rybek,  które 

smakowały tak pysznie, gdy Hanna usmażyła je na smalcu. Dlatego zabierał ze sobą haczyk, 

zrobiony   z   igły   oderwanej   od   jej   pięknej   broszy.   Nigdy   nie   nosiła   tego   klejnotu,   leżał 

background image

owinięty w kawałek delikatnego materiału w skrzynce razem z innymi  pamiątkami, które 

zabrała z domu. Papierem do pisania, odrobiną atramentu, dwoma gęsimi piórami, jakimiś 

papierami, paroma książkami. Broszką. I kieliszkami, z których codziennie pili, nawet jeśli 

mieli jedynie odrobinę cienkiej herbatki ze skrzypu. Ravi dawno już zrozumiał, że na wódkę 

Johanna nie ma ochoty. Chował więc gorzałkę w szopie, dbał jednak o to, aby w niedużej 

miseczce   zawsze   zostawała   odrobina   na   wypadek,   gdyby   Hanna   jej   potrzebowała.   Na 

przykład jako lekarstwo.

Truge dotrzymał słowa. Być może wiele brakowało, by w chacie Plassenów żyło się 

naprawdę dostatnio, ale nigdy nie kładli się do łóżka beż zjedzenia przynajmniej jednego 

porządnego posiłku w ciągu dnia. Doprawdy, jest za co dziękować, pomyślał Ravi.

Mimo wszystko jednak ryby, które przynosił do domu, były mile widziane. Miał też 

wtedy   czym   zapełnić   dni,   gdy   Truge   się   nie   pojawiał,   a   ludzie   wydawali   się   dalsi   niż 

kiedykolwiek. Johannę ledwie widywał od rana do ciemnego wieczora, Karen podobno czuła 

się teraz gorzej. A gorycz Johanny rosła wraz z jej brzuchem. Wystarczało, że poczuła zapach 

wódki, a już ogarniał ją gniew. Ravi wycofywał się wtedy, wolał uciec w ciemną noc i szukał 

pociechy w dzbanach, które miał pochowane. Potem mógł wrócić i bezszelestnie wsunąć się 

pod baranicę, która znalazła teraz swoje stałe miejsce przy palenisku.

Ravi wpatrywał się cieniutki sznurek z końskiego włosia, aż oczy napełniły mu się 

łzami i przestał go zupełnie widzieć. Ręka, która go trzymała, była sztywna i zimna, widział, 

jak skóra zmienia barwę z czerwonej na białą, a później siną. On jednak nie marzł, nie czuł 

chłodu.

Rzeka płynęła, śpiewając cichą piosenkę. Być może jakaś ryba uzna haczyk za dość 

kuszący, by się złapać.

Ravi popijał przez całe przedpołudnie, ale gdy podnosił dzban do ust, wciąż dawał się 

wyczuwać jego uspokajający ciężar.

W   jego   głowie   najstraszniejsze   koszmary   rozwiewały   się,   rzedły   i   oddalały.   Nie 

myślał już o nich, były bowiem niemal śmieszne, śmieszne jak ludzie, których spotyka się na 

drodze i nigdy potem już nie widzi.

Mruczał coś cicho pod nosem, przyglądając się ich niemądrym twarzom, bawił się 

fragmentami ich życia, których nie byli w stanie przed nim ukryć.

Czy ona wie, ta nadęta Mathilda z plebanii,  że on zna miejsce,  w którym  chowa 

kawałki   słoniny   i   resztki   wódki,   skradzionej   pastorowi?   A   ten   wyniosły   wieśniak 

zarządzający chałupą, w której mieszkali, może zrobił się ostrożniejszy po tym,  jak Ravi 

popatrzył mu w oczy i powiedział:

background image

- Chcesz być taki elegancki, nosisz srebro na kamizelce i nóż w pochwie, a gacie masz 

dziurawe i z przodu, i z tyłu!

Ravi nie czuł, że siedzenie przymarzło mu do belki, nie słyszał też śmiechu kobiet i 

nie widział tej trójki, która przyszła tu ze swymi  koszami,  a potem zaczęła tłuc bieliznę 

płaskimi kijankami.

Widział tylko daleki, ciemny ląd, na którym pozbawieni twarzy ludzie spadali przez 

powietrze, a nad ich głowami błyszczały białe krzyże. Widział brzeg rzeki, lecz nie dostrzegał 

kobiet. Tylko jakieś dziecko bawiło się nad wodą i ten widok napełnił go lękiem. Widział, jak 

dzieciak potyka się i wpada, wezbrana rzeka nagle popłynęła rwącym wiosennym nurtem, 

unosząc dziecko, które nawet nie zdążyło zawołać. W głowie dźwięczał tylko krzyk matki, 

lecz wódka w cudowny sposób go tłumiła, wystarczyło jedynie, że mrugnął mocniej, a wizja 

się rozwiała i strach matki już do niego nie docierał.

Ale teraz otworzył szerzej oczy.

Trzy postacie, trzy spódnice uderzające o chude łydki. Trzy podskakujące chustki, na 

jedną naciągnięta wełniana czapka.

Sam nie wiedział, dlaczego, lecz nagle bez zastanowienia poderwał się, zachwiał przez 

moment i ruszył w stronę brzegu. Postacie nie zniknęły jak tonące dziecko, nie rozwiały się, 

gdy próbował ich dotknąć, a ich krzyk wciąż rozbrzmiewał w uszach.

Ravi patrzył na nie oszołomiony.

Otworzył usta, chciał powiedzieć coś, by je uspokoić, odezwać się tak, jak Johanna 

kazała   mu   rozmawiać   z   ludźmi,   uprzejmie,   nie   uciekając   wzrokiem   zagadać   o   czymś 

obojętnym, na przykład o pogodzie.

One jednak krzyczały, wcale nie mając zamiaru przestać, a on, ku swemu zdziwieniu, 

usłyszał   jąkające   się   słowa   wypowiadane   własnym   zachrypniętym   głosem,   mówiące   o 

zupełnie innych rzeczach.

Język jakby słuchał tej jego części, która wciąż pozostawała w mocy wizji, tej części 

jego samego, której nigdy do końca nie poznał.

- Dzieciak - powiedział. - Musicie pilnować dzieciaka, on się utopi.

I   wtedy   kobiety   umilkły,   a   Ravi   na   chwiejnych   nogach   zatrzymał   się   przed   tymi 

dwiema, które krzyczały najgłośniej. Trzecia wciąż stała na brzegu, zasłaniając usta rękami, i 

przyglądała mu się przerażona. Poczuł, że dawny gniew znów wybucha w głowie. Czego one, 

do diabła, się boją? On wszak nigdy nie uniósł ręki na żadnego człowieka, chyba że pierwszy 

przyszedł do niego w złych zamiarach.

Wytrzymał  jej spojrzenie, czuł, jak brwi marszczą się z wysiłku. Kobieta opuściła 

background image

ręce,   wargi   miała  blade,  a  oczy  wciąż   patrzyły   niepewnie.   Ale  uśmiechała   się  teraz,  już 

spokojna. Tamte dwie się odsunęły.

- To jasnowidz, ten szaleniec, który mieszka przy Lindstad, w zagrodzie należącej do 

plebanii. Knut Plassen.

Usłyszał jej szept, choć usta przyciskała do ucha przyjaciółki.

-   Knucie   Plassen,   czego   od   nas   chcesz?   Przychodzisz   tu,   żeby   napadać   na   zajęte 

uczciwą pracą kobiety? Pijany jesteś czy co?

- To szaleniec! - syknęła druga kobieta i mocno zacisnęła usta.

A potem pociągnęła tę pierwszą o krok w tył. Ravi się nie ruszał.

- On mówi o jakimś dziecku, o takim, które się tu utopi.

- Niech powie coś więcej, to może być ważne.

- Ech, ten pijaczyna! Wszystko to brednie, nie jest lepszym jasnowidzem niż ja! Mój 

mąż słyszał, że cała ta sprawa z owcami Monsa - Duńczyka to wszystko brednie, ten Knut 

krążył po tamtych okolicach i na własne oczy widział zwierzęta.

Ravi słyszał szum głosów w uszach, ale kobiety go nie obchodziły, mówił cicho, a 

słowa   i   spojrzenie   kierował   na   tę   trzecią.   Stała   zbyt   daleko   i   słowa   Raviego   zagłuszało 

gadanie przyjaciółek i szum rzeki.

Wkrótce jednak i tamte dwie kobiety ucichły.

-   Dziecku   nie   wolno   się   tutaj   bawić   samemu.   Ona   powinna   dostać   lanie,   starsza 

siostra,   która   go   pilnowała...   Chociaż   nie,   biedna   dziewczyna   i   tak   poniesie   karę...   ale 

chłopiec... ten nieszczęsny chłopiec... tak mu zimno i strasznie.

Kobiety wpatrywały się w niego w milczeniu.

- Biedny, biedny... Słyszę, jak jego pies wyje, tak tęskni za małym... Powiedzcie psu, 

że on wróci, że piłka leży za wiadrem ze smołą... I że nikomu nie wolno się nią bawić, tylko 

tym, którzy już nie żyją...

Teraz   kobiety   miały   już   dość.   Pozbierały   prane   spódnice   i   pobiegły   po   śliskich 

kamieniach.   Prędkie,   ukradkowe   spojrzenia,   jakie   słały   Raviemu,   zdradzały   ich   lęk,   lecz 

błyski w oczach mówiły także, że czym prędzej chcą wrócić do domu i opowiedzieć o tym, co 

je spotkało.

Nie zwracały uwagi na tę trzecią, nie widziały, że ona wciąż stoi, sądziły pewnie, że 

chce jeszcze tylko zabrać kilim, wciąż unoszący się w wodzie.

Kobieta drobnym, lekkim krokiem zbliżyła się do Raviego. Za każdym razem, gdy 

mrugnął, widział ją wyraźniej.

Co   on   takiego   zrobił?   Co   oni   powiedzą?   Co   powie   Johanna,   gdy   dowie   się,   jak 

background image

dziwnie się zachował?

Ale wódka spokojnie płynęła przez żyły i nie zdołał się wystraszyć. Nawet wtedy, gdy 

twarz obcej kobiety znalazła się tuż przy nim i padło pytanie:

- Potrafisz wróżyć, Knut?

Przytaknął. Kobieta musiała zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy, splatała w palcach 

zniszczone frędzle chusty.

- Czy ty... czy możesz zobaczyć coś o mnie? O mojej rodzinie?

Ravi przymknął oczy, poczuł, że robi mu się słabo. Mówił słowami zimnymi jak lód:

- Urodzisz czworo dzieci, ale twój mąż nie będzie dobry. Zanim skończysz trzydzieści 

lat, odprowadzisz do grobu dwoje starych i jednego młodego. Będziesz widziała, jak wielcy 

ludzie  robią   się mali,  i  pójdziesz  ścieżkami,   którymi  nie  będziesz   chciała   iść.  Nigdy nie 

będziesz bogata... nie tak, jak masz na to nadzieję. Nie wywróżę ci srebra, ale... pewnego dnia 

znachorki będą szukać u ciebie rady. Zdobędziesz też władzę nad siostrą, wielką władzę, 

będziesz mogła ją skrzywdzić, jeśli zechcesz.

Twarz kobiety była jak skamieniała.

- A upiorne koty, które dręczą mnie dniem i nocą, nie widziałeś ich?

-   Najgorszy   jest   ten   rudy,   przysłany   z...   zagrody   na   zboczu.   Musisz   zabić   go 

płonącymi drzazgami z nagrobnego krzyża i ołowiem z okna kościoła... Obejdź kościół osiem 

razy o północy, a wtedy on pójdzie za tobą. Jeśli nie, daj mu mleko z kobiecych piersi... ze 

swoich własnych...

Kobieta popatrzyła na brzuch.

- To już trzecie - powiedziała cicho. - A nie mam jeszcze trzydziestu lat.

Ravi   wypuścił  powietrze  przez   zdrętwiałe   nozdrza,  oczy  kobiety  patrzyły   z  takim 

smutkiem.   Miał   ochotę   wyciągnąć   do   niej   rękę,   powiedzieć   jej,   że   wszystko   to   tylko 

kłamstwo, głupi dowcip, coś, co każdy naprędce zdołałby wymyślić. Bał się jednak, że ona 

wtedy zmruży oczy tak jak tamta.

Drwina,   niedowierzanie,   wstręt.   Jak   wtedy,   gdy   zauważy   się   starą   brudną   szkapę 

wśród najlepszych rozpłodowych ogierów.

Dlatego stał nieruchomo i nie powiedział, że jest mu coś winna. Pomyślał jednak: 

Mów o mnie dobrze, kobieto. Okaż mi życzliwość, wiem, że ją masz. Uśmiechnij się do mnie, 

chociaż raz jeszcze tak jak wtedy, gdy mnie zobaczyłaś.

Ona jednak cicho podziękowała mu za radę i bez uśmiechu pochyliła się nad lodem, 

by wyciągnąć z rzeki ciężki materiał.

Ravi nie zaofiarował się z pomocą. Już czuł, że nogi trzęsą się pod nim z osłabienia, 

background image

kołyszącym krokiem wrócił więc do pnia drzewa, dzbana i sznurka na ryby.

Przynęta zniknęła. Haczyk wisiał nagi.

background image

ROZDZIAŁ XII

Johanna wpatrywała się w niego oczami, które tak pociemniały, że cofnął się jakby w 

obawie, że jej spojrzenie zmieni go w kamień.

- Jak mogłeś być taki głupi? Jak mogłeś, po tym wszystkim, o czym rozmawialiśmy? 

Czy masz głowę równie pustą jak... jak...

Trzymała   się   za   brzuch,   który   w   ostatnich   tygodniach   wyraźnie   się   powiększył. 

Perełki potu błyszczały jej na czole, gdy z irytacją zerwała chustkę z głowy i rzuciła ją na 

ławę.

- Ravi, jak można być tak głupim? Cała wieś o tobie mówi! Ta dziewczyna przez 

ostatnie tygodnie nie robiła nic innego, tylko biegała po ludziach i gadała!

Raviemu   trzęsły   się   ręce,   przede   wszystkim   dlatego,   że   od   pewnego   czasu   nie 

odwiedzał go Truge. Zapasy się skończyły, ale dziś wieczorem malarz na pewno już się zjawi.

- O czym ty mówisz, moja Hanno?

- Nie stój tak, taki słaby i żałosny! A może wystraszyłeś jeszcze więcej bab poza tymi 

trzema   nad   rzeką   około   Wielkanocy?   Może   włóczyłeś   się   po   wsi   i   jeszcze   z   innymi 

rozmawiałeś o upiornych kotach?

Wrzeszczała teraz, lecz wcale nie gniewnie zadarta broda i zmarszczki złości wokół 

oczu najbardziej go bolały.  Największy ból sprawiły mu jej błyszczące oczy i zmęczenie 

widoczne w ruchach, gdy osunęła się na stołek, a potem zasłoniła twarz rękami.

- Co mam zrobić? Co mam z tobą zrobić...? Zaciągną cię przed ting, nie wytrzymam 

tego!

Ravi chrząknął, chciał spróbować coś jej wytłumaczyć. Na próżno usiłował przywołać 

tamtą scenę nad rzeką. To było tak dawno, kilka tygodni temu, kiedy chłód miał w sobie 

jeszcze biel zimy, a nie wilgoć wiosny tak jak teraz.

- To tylko gadanie... ludzie nie wiedzą, co jest gadaniem, a co prawdą...

Hanna gwałtownie podniosła głowę, brązowe włosy zafalowały.

- I w tym właśnie cały kłopot, Ravi. Kiedy ludzie nie wiedzą, przypuszczają najgorsze.

Zaszlochała, wytarła oczy i wbiła w niego spojrzenie. Potem zaś powiedziała cicho:

- Przyszli dzisiaj do pana Lunda, Ravi. Dwie kobiety z mężami, chcieli, żeby pozbył 

się czarownika, tego obcego włóczęgi, który jest mężem kobiety służącej w domu pastora.

Ravi wpatrywał się w nią wystraszony.

- Czy ty... chyba cię nie zwolnił?

Hanna zmęczonym ruchem pokręciła głową.

background image

-   Nie...   Ale   pan   Lund   rozmówił   się   ze   mną   na   poważnie,   on...   on....   Musiałam 

przyznać, że nie jesteśmy małżeństwem, że... uciekłam z tobą... i że właściwie niewiele wiem 

o tym, kim jesteś, ani skąd pochodzisz.

- A reszta?

-   Nic   więcej   nie   powiedziałam.   Wie   jedynie,   że   uciekliśmy...   Sądzi,   że   ściga   nas 

rozgniewany bogaty gospodarz, mój ojciec.

Ravi niepewnie stąpał po podłodze, nalał wody do czerpaka, wypił.

- Sprowadzisz na nas nieszczęście tym swoim pijaństwem, Ravi! Pojmujesz chyba, że 

nie wolno ci ujawniać przed ludźmi swoich zdolności, ukrywałeś je przecież przez większą 

część swego życia.

- Tak - odparł z goryczą i wylał resztkę wody z czerpaka do wiadra stojącego przy 

drzwiach. - Tak, do pioruna, trzymałem całe to diabelstwo w środku, tak że zdołało prawie 

pozbawić mnie życia.

Johanna zamknęła oczy, dziecko w brzuchu obróciło się niespokojnie. Czuła się źle, w 

skroniach jej pulsowało, a rozmowa z pastorem Lundem wprawiła ją w drżenie, wystraszyła. 

Pastor   bowiem   przyglądał   jej   się   tak   przenikliwie.   Mówił,   że   potrafiłby   się   pogodzić   z 

wieloma rzeczami, z cudzołóstwem i zdradą, ale czary... Do tego musi podejść poważnie.

- Przysięgłam w twoim imieniu, Ravi, przysięgłam... na zbawienie własnej duszy.

Ravi stał sztywno przy drzwiach, nie wypuszczając czerpaka z dłoni.

- Przysięgłam na wszystkie świętości, z ręką na Biblii zaklinałam się, że nie ma w 

tobie   nic,   co   by   pochodziło   ode   Złego,   że   przeciwnie,   jesteś   całkiem   zwyczajnym 

człowiekiem, obdarzony zostałeś jedynie dobrymi mocami, że za ich sprawą niekiedy masz 

wizje, których my, inni, nie możemy wraz z tobą oglądać. Uspokoiło go to, ale on nie zrobił 

tego dla ciebie, Ravi!

Z  ręką przyciśniętą  do krzyża  podniosła się z  wysiłkiem,  żeby rozdmuchać  ogień 

uśpiony na palenisku. Ravi natychmiast ją uprzedził, ale zobaczył, że skrzynka z drewnem 

jest pusta. Johanna zsunęła kawałki węgla i roznieciła ogień bez nowego opału. Ravi stał jak 

sparaliżowany,  w milczeniu, obserwując jej szczupłe dłonie grzebiące w popiele. Johanna 

splunęła i wierzchem dłoni przetarła skroń. Na gładkim czole pojawiła się czarna smuga. 

Słabym głosem podjęła kazanie:

- Nie ze względu na ciebie odesłał tych rozgadanych ludzi, Ravi, zrobił to, ponieważ 

nie zna nikogo, kto zdołałby pomóc Karen, kiedy nadejdzie jej czas. A gdy będzie już po 

wszystkim... przestanę mu być już potrzebna. Wiedz, że ludzkiego gadania nie da się uciszyć, 

jeśli dalej będziesz tak postępował.

background image

Ravi poczuł w ustach kwaśny smak.

Johanna przemawiała do niego jak do dziecka. Znów był małym chłopcem, któremu 

za wyrządzone psoty przyjdzie posmakować ciężaru ojcowskiej dłoni. Czując, jak uszy płoną 

mu ze wstydu, spuścił wzrok, miał  wrażenie,  że słowa Johanny latają wokół jego głowy 

niczym podniecone mewy, które chcą odpędzić złodzieja jaj.

- Musisz odesłać Trugego, Ravi, to on i wszystko, z czym przychodzi, sprawia, że 

stajesz się taki. Nic już cię chyba nie obchodzi, ani to, co mówią ludzie, ani... ja.

Ostatnie słowa padły z tak wielkim wyrzutem, że nie zdołał odpowiedzieć. Nie umiał 

znaleźć odpowiedzi, wiedział, że Johanna będzie płakać. Ale odniósł wrażenie, jakby serce 

otoczyła mu mroczna skorupa, i brakło mu sił, by do niej podejść, przytulić do siebie, tak jak 

w głębi duszy tego pragnął. Coś powstrzymywało go przed uczynieniem tych kilku kroków 

od drzwi do paleniska, przy którym Johanna siedziała na niskim stołku. Dzieliło ich morze, 

równina tak szeroka jak tamta, którą przeciął kiedyś, idąc śladami ojca. Powinien jej wszak 

powiedzieć, że Truge jest mu życzliwy i ma potężnego przyjaciela, który zatroszczy się o to, 

by   Knutowi   Plassenowi   nic   nie   zagrażało.   Kogoś,   kto   potrzebuje   Knuta   Plassena   i   jego 

niezwykłych   zdolności.   Ale   to   było   niemożliwe,   w   dodatku   ona   jeszcze   mocniej   by   się 

rozgniewała, gdyby zrozumiała, co się kryje za życzliwością malarza.

Gdyby   uświadomiła   sobie,   że   Ravi   sprzedał   się   najsprytniejszemu   człowiekowi   w 

całej wsi. Nie przynosiło to wielkiego zaszczytu, a Johanna bardzo uważała na wszystko, co 

łączyło się z honorem i dumą. Mogła rozgniewać się jeszcze bardziej, a on już i tak czuł się 

jak robak, którego chciałaby rozgnieść stopą.

Po omacku sięgnął do klamki.

Johanna gwałtownie się odwróciła, wygrażając mu ' pięścią. Ravi widział jej odstający 

brzuch, wygięte plecy, zauważył, jak bardzo zmieniła się cała jej sylwetka. Gotów był oddać 

życie za jedno słowo, które wygładziłoby zmarszczki niepokoju na jej twarzy,  gotów był 

umrzeć, gdyby to tylko miało jej pomóc i wróciło jej dawne życie. Nic jednak nie mógł 

zrobić. Nawet gdyby rzucił się do wodospadu, niczego by jej nie ułatwił. Dalej gnębiłoby ją 

poczucie winy, dręczyłaby się myślą, że powinna była pomóc, wesprzeć, zrozumieć. Znał już 

ją, wiedział, że nie może okazać się tak tchórzliwy i złożyć własnego ciężaru na jej barki.

Ale musiał stąd odejść.

Daleko, jak najdalej od tych udręczonych oczu. Daleko od bólu, jaki wywoływało w 

nim jej wycieńczenie.

- Tak, uciekaj sobie, odejdź stąd tak jak dziecko... Nic nie pomaga to, co mówię, Ravi, 

wydaje mi się, że oszaleję!

background image

Nawet przez drzwi dobiegał go jej szloch.

Każdy dźwięk był niczym kropla kwasu w gardle, a serce z każdym uderzeniem coraz 

bardziej bolało.

On nie ma siły, nie wytrzyma tego.

Jego mała Hanna, ze wszystkich ludzi na nią spadały najgorsze ciosy.

Ravi przeszedł przez trawiastą polanę, na której śnieg ledwie zdążył ściemnieć, ruszył 

między świerki, aż ciężkie zwały śniegu spadały mu na głowę.

Zakradł   się   z   powrotem   dopiero,   gdy   zapadł   zmrok,   a   z   drogi   prowadzącej   do 

maleńkiej chałupy rozległo się podśpiewywanie i gwizd samotnego wędrowca.

Ravi pognał za dźwigającym wielki plecak malarzem i zatrzymał go, zanim zdążył 

zapukać.

Gdy wiadra z mlekiem stukały w oborach, a ludzie w okolicznych chatach zbierali się 

na   skromny   posiłek,   dwaj   mężczyźni   siedzieli   blisko   siebie,   dzieląc   przesycony   wódką 

oddech.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Ich   poranek   był   równie   pełen   cierpienia.   Johanna   drżała,   stawiając   gołe   stopy   na 

podłodze. Patrzyła na długie ciało na ziemi, owinięte w koc, wijące się niczym wąż. Spod 

okrycia wystawały tylko czarne włosy, bawił się nimi przewiew ciągnący od drzwi. Na myśl 

o tym, co stało się między nimi, pochwycił ją ból. Długo siedziała w koszuli. Widok Raviego 

sprawiał, że trzęsła się z zimna. Dziecko mocno kopało ją w żebra, jak gdyby i ono się 

zaniepokoiło i podzielało jej gniew.

Co opętało Raviego?

Jakie   moce   nim   zawładnęły,   czyniąc   umysł   takim   mrocznym?   Domyślała   się,   że 

żadnemu człowiekowi nie będzie dane go zatrzymać.

Jej jednak wydawało  się, że sobie z tym  poradzi.  Niemądra  mała  Hanna, co ona, 

żyjąca na łące wśród motyli, mogła o tym wiedzieć?

W jednej chwili poczuła się stara i przegrana, dziecko stanowiło tylko  dodatkowy 

ciężar, przez który trudno jej było podnieść ciało z łóżka.

Na palcach przeszła po podłodze do wiadra, opłukała twarz przejrzystą wodą, która, 

jak zawsze, ochłodziła ją i odświeżyła. Zwilżyła palce i przeciągnęła je przez włosy, ale nie 

rozplatała warkocza. Zaledwie przed dwoma dniami umyła ciemną grzywę wodą z mydłem, 

sobotnie  kąpiele  stanowiły jedyną  pozostałość  po dawnym  życiu.  Upierała  się przy nich, 

nawet jeśli musiała nosić i grzać całą wodę sama. W tę sobotę Ravi napełnił jej balię, jakby 

tym właśnie odprawiał pokutę. Stał długo pod ścianą, a Johanna czuła, że nie jest w stanie się 

przed nim swobodnie rozebrać. Może to zrozumiał, bo ze smutkiem w oczach zniknął w 

drzwiach i wrócił dopiero następnego wieczoru.

Johanna patrzyła na niedzielną sukienkę, martwo leżącą na stołku razem z lekkimi 

trzewikami, które zaczęła nosić teraz, gdy wiosna osuszyła już błoto na najszerszych drogach.

Ale dzisiaj nie było święta, tylko zwykły powszedni dzień pełen trosk i zmartwień. A 

po tym, co zaszło wczorajszego wieczoru, zrozumiała, że tej wiosny popłynie więcej łez.

Zmusiła się do uśmiechu. Policzki wydawały się sztywne i suche.

Karen na nią czeka. Zawsze tak pełna zapału i radosna, gdy widziała Johannę po paru 

dniach.

Może   powinna   zabrać   haftowany   kawałek   jedwabiu   z   monogramem   Karlsgard? 

Mięsisty   połyskujący   materiał   zdobiły   drobniutkie   delikatne   ściegi,   a   Karen   tyle   razy 

wspominała o swoim dawnym zamiłowaniu do pięknego haftu.

Johanna westchnęła, posłała ostatnie spojrzenie Raviemu, któremu nie drgnął nawet 

background image

mięsień.

Nie słyszała jego oddechu.

Na pewno nie spał, leżał tylko i w milczeniu czekał, aż ona wyjdzie. Nie chciał z nią 

rozmawiać, nie śmiał spojrzeć jej w oczy.

Johanna musiała mocno wziąć się w garść, by powstrzymać łzy. Gorycz ścisnęła ją za 

gardło, szarpała, zdusiła dobre wspomnienia. Pozwoliła, by narastał w niej gniew, wolała, by 

tak było. Potrzebowała sił, jakich jej dodawał, a których nie potrafił jej dać żal nad utratą 

Raviego.

A więc taki był Ravi, mały i bezradny. To ten mężczyzna, którego tak bezrozumnie 

pokochała. Uciekał jak zbity pies, gdy tylko ujawniła cząstkę swego rozczarowania i bólu.

To był ten mężczyzna, który, jak jej się wydawało, będzie ją kochał bez względu na to, 

co   się   stanie,   ten,   o   którym   snuła   niebezpieczne   marzenia   na   długo   przedtem,   zanim 

dowiedziała się, czym jest miłość. Mężczyzna, dla którego poświęciła swoich rodziców, swe 

własne życie, wszystko!

Drgnęła, gdy nagle się poruszył. Wkładała właśnie najlepsze trzewiki, upięła warkocz 

w koronę pod chustką, zawiązała fartuch, który zawsze nosiła, tuż pod piersiami. Spływał 

prosto, miękko na ziemię, bo choć pozostało jej jeszcze tylko parę miesięcy, nosiła dziecko 

głęboko przy kręgosłupie, przynajmniej wtedy, gdy była wypoczęta na tyle, by wyprostować 

plecy i napiąć mięśnie.

Ravi stęknął cicho.

Drgnęła przestraszona, w jednej chwili niepewna. Czy miała powiedzieć mu „dzień 

dobry” i udawać, że nic się nie stało? A może raczej dać mu do zrozumienia, jak mocno ją 

zranił? Cóż, i tak nie było teraz czasu na żadne wyjaśnienia. Żaden cud nie mógł się zdarzyć 

przed jej wyjściem na plebanię. Może lepiej więc będzie milczeć.

Czym prędzej podeszła do drzwi i wtedy usłyszała jego głos:

- Hanno... wychodzisz? - Tak.

- Hanno... wrócisz?

- Jeśli Bóg pozwoli.

Jakże słabo zabrzmiał jej głos.

Usłyszała teraz jego oddech, głęboki i bolesny.

- A więc żegnaj, Hanno, do zobaczenia... jeśli Bóg pozwoli.

Poczuła, że mięśnie jeszcze bardziej tężeją, ból piekł w żołądku, lecz i tak nie zdołał 

roztopić lodu między nimi. On także cierpiał i to dodało jej sił. Nie mógł dalej skrywać się za 

odwieczną udręką, nie mógł naciągnąć okrycia na twarz i za wszystko obwiniać złe wizje.

background image

Nie żałowała żadnego słowa, które wypowiedziała.

Drzwi z cichym skrzypnięciem wróciły na miejsce.

Kwietniowy dzień miał w sobie coś, co przypominało lato. Johanna poszła znajomą 

drogą w stronę placu i kościoła. Z daleka pozdrowił ją jakiś człowiek z wózkiem, zmierzający 

dokądś o tak wczesnym poranku. To Mons - Duńczyk, widok jego wesołej okrągłej twarzy 

wprawił ją w nieco lepszy humor.

- Dzień dobry, piękna pani, jakże wspaniale dzisiaj pani wygląda!

Uśmiechnął się szeroko i cmoknął, głównie na jej widok, ale koń zareagował, napiął 

lejce i Mons zaraz zniknął.

Wszyscy mogliby odnosić się do nas z taką samą życzliwością, pomyślała Johanna. 

Gdyby tylko Ravi potrafił zachowywać się inaczej. Ale nikt nie będzie miał szacunku dla 

człowieka, który leży pijany po rowach, a w dodatku urządza skandal w kościele i wszędzie, 

gdzie się pojawi. Nie wątpiła w to, że większość historii, jakie się o nim opowiada, to czyste 

wymysły,   musiał   jednak   zrobić   coś   takiego,   co   rozpaliło   ludzką   wyobraźnię.   Z   grozą 

wspomniała obrzydzenie na twarzy Nielsa Lunda, gdy mówił o tym, jak Ravi rozprawiał o 

czarach z chałupniczką, którą tak wystraszył nad rzeką.

A przecież właśnie przed takimi historiami go przestrzegała.

Właśnie przed takimi.

Kilkoma wypowiedzianymi w pijackim widzie słowami zniszczył zaufanie, jakie ona 

próbowała zbudować dla nich w tej wiosce. Teraz znów ziemia zaczęła im się palić pod 

stopami.

Szła coraz cięższym krokiem, zorientowała się, że mimowolnie zwolniła, ruszyła więc 

szybciej, niż powinna, tylko po to, by poczuć szarpanie oddechu w piersiach.

Doszła  na  miejsce   za  wcześnie.  Piękny  dziedziniec  plebanii  drzemał  w  porannym 

słońcu, kogut skubał zielone kępki gwiazdnicy pod ścianą obory. Na widok Johanny zapiał 

przenikliwie,   złajała   go   cicho,   ale   on   tylko   potrząsnął   grzebieniem   i   popatrzył   na   nią 

czerwonożółtymi oczami.

W kuchni Mathildy było gorąco i duszno. Z wielkiego garnka postawionego na ogniu 

unosiła się para. Czyżby Mathilda zaplanowała na dzisiaj wielkie porządki albo zamierzała 

gotować ług? Dlaczego nie robiła tego w domu ognia, w osobnej kuchni?

Mathilda wzięła się pod boki i wbiła wzrok w Johannę.

- Anno... czas nadszedł, dla pani. Johanna zdrętwiała.

- Co ty mówisz?

Mathilda z surową miną ruchem głowy wskazała garnek.

background image

- Tu u mnie wszystko w porządku, znam swoje obowiązki i wiem, co należy zrobić. 

Słodkie piwo i czyste prześcieradła są przygotowane w pokoju, a do kołyski już włożyłam 

żelazo...

Johanna zerwała z siebie rańtuch i chustkę, Mathilda podała jej koszulę, która od 

dawna leżała przygotowana, czysta i wyprasowana. Biały strój uszyty został z niemal całkiem 

nowiutkich prześcieradeł, był najczystszą rzeczą, jaką Johanna mogła na siebie włożyć.

- Pastor siedzi w zakrystii  i się modli,  poprzysiągł sobie, że nie wyjdzie  stamtąd, 

dopóki nie będzie po wszystkim. Ale to zapewne potrwa, biedna pani, nie jest zbyt szeroka w 

biodrach, słaba i chudziutka, nieboraczka...

Johannie nie podobał się sposób, w jaki Mathilda odęła wargi, nie podobał jej się brak 

optymizmu u szorstkiej gospodyni.

-   I  ty  powinnaś   się  modlić   zamiast   mamrotać,   że   coś   może   pójść   źle   -   warknęła 

Johanna i wyszła.

A więc odeszła. I został po niej tylko powiew świeżego powietrza, które wpadło przez 

drzwi, które zaraz nieodwracalnie się zatrzasnęły. W izbie zapanowała pustka.

Słyszał   ćwierkanie   ptaków   dobiegające   z   zewnątrz,   uświadomił   sobie,   że   po   raz 

pierwszy naprawdę je słyszy tej wiosny. Być może wcześniej ich nie zauważył, a może to one 

dopiero dzisiaj zrozumiały, że czas budować gniazda.

Ravi odrzucił przykrycie, leżał wyprostowany na podłodze, bez koszuli.

Wbił wzrok w sufit.

Nie miał już siły, by dłużej na nią patrzeć. Z jej oczu wyzierał zbyt wielki smutek, a 

każdy, nawet najdrobniejszy ruch zdradzał, jak bardzo cierpi.

Słowa...

Przestały już być ciche i bliskie, wypełnione tym, w co ledwie śmiał wierzyć.

Ona już nie była Hanną, jego Hanną.

Wiedział, co ona myśli, zanim jeszcze otrzymał odpowiedź na swoje pytanie. Johanna 

żałowała, Johanna pragnęła usunąć go ze swego życia, gdyby to było możliwe. Być może w 

istocie sama wybrała własną drogę, lecz to on ją jej wskazał. Gdyby nie wrócił do Lyster... 

Gdyby nie przyjął jej rozpaczy... Gdyby nie był sam tak przeklęcie słaby...

Ona wciąż mieszkałaby w tamtej wiosce nad fiordem jako najbogatsza, najpiękniejsza 

i   ta,   której   wszyscy   najbardziej   zazdroszczą.   Miałaby   swój   czyściutki   szpitalik,   otoczona 

przyjaciółmi, rodziną, wytęsknionymi rodzicami, wszystkim.

Zazdrość Erlenda jakoś by zniosła.

Zresztą gdyby nie on, Ravi, być może wcale by się w nim nie obudziła.

background image

Rozumiał teraz Erlenda.

Rozumiał, jaką udręką musiało być dla niego, gdy zaczął się domyślać, że Johanna się 

od niego oddala.

Doprawdy, jakże trudno ją utracić!

Ravi, zacisnąwszy pięści, usiłował pogodzić się z tą myślą.

Zrozumienie dla męża Johanny przepełniało go goryczą.

Wiedział,   że   gdyby   istniał   ktoś,   kogo   mógłby   zabić,   byle   tylko   złagodzić   ból 

wywołany tą stratą, on sam by to zrobił.

Utracił ją.

Był równie opętany jak Erlend.

Chociaż wiedział, że może tu tak leżeć, do czasu, gdy ona za kilka godzin stanie w 

drzwiach, i tak tego nie wytrzyma. Musi odejść.

A więc nadeszła ta chwila.

Odpowiedziała na jego pożegnanie i Ravi sądził, że wiedziała, iż żegna się z nim nie 

tylko na ten dzień.

Karen leżała w łóżku, Johanna nie dostrzegła w jej twarzy żadnej zmiany. Była równie 

spokojna i dostojna wśród koronek, jak wtedy gdy Johanna życzyła jej miłej niedzieli przed 

dwoma dniami.

-   Anno...   moja   droga,   jesteś   więc!   Wiedziałam,   że   przyjdziesz,   ty   nigdy   nie 

zawiedziesz!

- A dlaczego miałabym nie przyjść, pani? Słyszałam, że dzieją się wielkie rzeczy. Jest 

pani całkiem pewna?

W   odpowiedzi   wargi   Karen   zadrżały   i   Johanna   nawet   bez   odsłaniania   wielkiego 

brzucha dostrzegła szarpiące nim skurcze.

Karen zabrakło  tchu, przygryzła  wargę i odrobinę poróżowiała na twarzy,  skurcze 

jednak zaraz minęły, a splecione białe palce z takim samym spokojem spoczywały na brzegu 

kołdry.

- Tak. Sądzę, że mój czas nadszedł, wiem o tym.

- Pewnie ma pani rację - z namysłem powiedziała Johanna. - Ale... ale to chyba o 

miesiąc za wcześnie, nie nastał jeszcze maj...

- Mamy dwudziesty trzeci kwietnia - odparła pastorowa mocnym głosem. - Piękny 

dzień na przyjście na świat, a ty jak myślisz? Mathilda mówiła, że poranek wstał naprawdę 

śliczny, w powietrzu czuje się już lato.

Johanna wolno kiwnęła głową.

background image

- Tak, ja też o tym  myślałam,  gdy tu szłam.  Ranek jest taki ciepły,  ptaki głośno 

śpiewają na zboczach... Pani Karen, widziała pani jaskółki? Budują gniazdo tuż nad oknem.

Karen kiwnęła głową.

- Słyszałam je. Zawsze robią tyle hałasu, stale mnie budzą, ale im to wybaczam. Ten 

ich świergot i straszenie piórek są takie radosne.

Johanna wyczuła spokój w głosie Karen, kobieta najwidoczniej nie bała się tego, co 

ma   nastąpić.   Jak   zawsze   pozostawała   silna   w   swej   wierze,   jak   zawsze   wzruszająco 

bezpieczna, pokorna, pomimo strachu, który musiał przecież kryć się gdzieś w głębi jej serca.

- Jak się pani czuje, pani Karen? Drobniutka kobieta zastanowiła się przez chwilę.

- Gotowa - odparła cicho. - Jestem gotowa. Tak bardzo chciałabym, żeby to się już 

skończyło. Chciałabym je zobaczyć...

Johanna zorientowała się, że pastorowa mówi szczerze, uśmiechnęła się.

- Zobaczy je pani, na pewno. Ciekawe, czy to będą synowie?  A może chłopiec i 

dziewczynka? Może...

- Wydaje mi się, że masz rację, jest ich więcej. Jest jeszcze więcej. Troje... troje dzieci.

Johanna zauważyła to już przed kilkoma tygodniami, przez skórę na brzuchu Karen 

wyczuła małe okrągłości w trzech miejscach. Trzy główki, troje dzieci. A brzuch był tak 

ogromny, że Johanna mocno musiała brać się w garść, by nie dopuścić do siebie przerażenia 

za każdym razem, gdy badała ciężarną.

- Jakiś czas temu tak bardzo się wystraszyłam... Pomyślałam nagle, że one wszystkie 

umrą we mnie, miałam takie okropne sny. Śniło mi się, że jestem żywą trumną, czarną i 

cuchnącą... Ale Niels przywołał mnie do porządku, mówił, że nie wolno mi dopuszczać do 

siebie złych myśli i straszyć dusz nie narodzonych dzieci. Twierdził, że muszę myśleć tylko o 

przyjemnych rzeczach. I na pewno miał rację.

- Powinna pani porozmawiać ze mną o tych złych myślach, pani Karen. To bardzo 

pomaga, gdy się o nich mówi. A to, co pani przyniesie ulgę, jest też dobre dla dzieci...

Karen uśmiechnęła  się blado.  Przymknęła  oczy i dopiero  gdy minęła  kolejna fala 

skurczów, odpowiedziała:

- Tak... Ty jesteś taka mądra, Anno. Nie wiem, co mnie naszło, ale akurat tamtego 

dnia tak mocno poczułam bliskość śmierci. A w brzuchu zapanował taki spokój.

- Ale teraz się ruszają? Teraz je pani wyczuwa? Karen z uśmiechem kiwnęła głową.

- Tak, strasznie się wiercą. Może wiedzą, że już niedługo spotkają się z ojcem?

Johanna przyniosła miskę i do gorącej wody dodała trochę zimnej z wiadra.

- Trochę panią obmyję, pastorowe Odświeżę i upiększę, zanim zacznie pani walczyć 

background image

na poważnie. Jadła pani coś?

- Nie, nic nie jadłam od wczoraj.

- Może to i dobrze, ale potrzebuje pani sił... Przyrządzę napój.

- Ty z tymi swoimi napojami... a najgorzej, że chyba pomogły, tak mi się wydaje.

W oczach Johanny pojawił się błysk wdzięczności. To były doprawdy wielkie słowa 

ze strony Karen, która bardzo długo narzekała na dziwaczne lecznicze mieszanki Johanny. 

Teraz przełykała je bez protestów, a one naprawdę skutkowały, Johanna widziała to wyraźnie. 

Patrzyła na kruche ciało kobiety z rosnącym zdumieniem. Teraz, gdy decydująca godzina 

przestała już być punkcikiem na dalekim horyzoncie, Karen nabrała sił takich, że Johanna 

musiała ją podziwiać.

- Pomyśl tylko, że to nareszcie się skończy - powiedziała Karen z uśmiechem.

Johanna dobrze ją rozumiała. Ciąża dobiegła końca, rozpoczął się poród. Najbliższe 

godziny mogły być ostatnimi godzinami Karen.

Albo też pierwszymi godzinami jej nowego życia. - Niels tak bardzo się ucieszy... 

Prawie nie mogę się już doczekać.

Niewiele   załadował   do   podartego   worka.   Wcisnął   tylko   koc,   nóż   i   małe   gliniane 

naczynie, w którym zwykle trzymali resztki owsianki. Nie zabrał mąki ani suszonego mięsa, 

ani też solonych śledzi czy dwóch świeżych pstrągów, które Johanna ułożyła w fasce przy 

drzwiach. Zawahał  się chwilę,  a potem oderwał wąski pasek z dołu jej koszuli, szmatką 

przewiązał włosy, tłumacząc się w duchu, że musi mieć jakąś przepaskę podczas wędrówki. 

Stary kapelusz zostawił.

Przy jej wełnianej czapce na półce. Na wypadek, gdyby chciała zrozumieć.

Poszedł potem do szopy, odrzucił patyki i starą sieć, pod którą chował dzbany. Dwa 

były pełne, trzeci prawie pusty. Wyciągnął zębami korek i wlał wódkę wprost do gardła, nie 

czując nawet jej smaku.

Dwa dzbanki ułożył w worku, starannie owijając je kocem. Ciężko mu to będzie nieść, 

ale wiedział, że nie może wyprawić się w drogę bez czegoś na wzmocnienie.

Z wysiłkiem pozbierał rozsypane drewno w stos i zaniósł do chaty, ułożył je starannie 

przy palenisku, a przy okazji zauważył, że wiadro z wodą jest niemal puste.

Poszedł do strumienia, napełnił je i także postawił na miejscu.

Potem jeszcze chwycił za szczotkę i zmiótł śmieci, które osypały się z drewna, wytarł 

też plamki wody, układające się w mroczne figury na klepisku wokół paleniska.

Deski pod stołem jaśniały wyszorowane piaskiem. Ustawił porządnie stołki, starł ze 

stołu   niewidzialny   kurz   i   przez   moment   stal   niepewnie,   gdy   nagle   dłoń   zawadziła   o   jej 

background image

kieliszek.

Dotknął rantu, wspominając wargi, które piły z pięknego szkła. Myślał o tym,  jak 

wyglądała wtedy, gdy oczy błyszczały jej nad brzegiem kryształu, a on dał się jej opętać.

Oderwał   się   od   wspomnień,   niezgrabnym   ruchem   wygładził   spódnicę   Johanny. 

Poczuł, że wełniany materiał jest martwy i pusty pod dotykiem jego rąk, a nie przytulny i 

ciepły jak wtedy, gdy zwisał z jej bioder.

Ravi napiął mięśnie szyi, chciał być silny. Jednym ruchem zarzucił worek na plecy, a 

kiedy   już   wyszedł   z  chaty,   poczuł,   jak  łatwo   stawiać   kroki   w   dół   doliny  ku   wzgórzom, 

których nie znał.

Wybrał trudną, wydeptaną przez owce ścieżkę, prowadzącą wśród pokrytych śniegiem 

zboczy. Świerki wznosiły się przy niej jak niemi strażnicy, od czasu do czasu tylko zrzucając 

z gałęzi śnieżną czapę na samotnego wędrowca. Ptaki ćwierkały, w powietrzu czuło się już 

wiosnę, chociaż w cieniach w lesie śnieg leżał jeszcze mokry i ciężki. Ravi wędrował prędko, 

lekkim krokiem. Z zadowoleniem czuł, jak pracują mięśnie i płuca, jak jego własna siła niesie 

go w przód, bez zbyt wielu myśli. A gdy zmrok zaczął wreszcie nadciągać nad dolinę, dotarł 

do wioski stanowiącej punkt węzłowy między wschodem a zachodem. Nie poszedł do zajazdu 

ani   do   chaty   karczmarza,   zmęczony   ułożył   się   na   obcej   podłodze   z   ziemi,   gdy   znalazł 

opuszczoną letnią szopę na zboczu ponad Gol.

Czuł, że jest w domu.

To było jego dawne życie.

A   kiedy   wyciągnął   dzbanek   z   wódką,   z   niezwykłą   łatwością   zdołał   uwierzyć,   że 

wszystko,   co   przydarzyło   mu   się   tej   jesieni   i   zimy,   było   jedynie   długim,   niesłychanie 

rzeczywistym snem.

Powinna   być   może   posłać   wiadomość   Raviemu,   poprosić,   by   któraś   z   dziewczyn 

Mathildy zaniosła mu informację, pewne bowiem było, że to potrwa. Minął już cały dzień i 

noc, a Karen wciąż leżała dręczona skurczami. Uśmiechała się jeszcze, spokojna i wdzięczna 

za wszelkie podejmowane przez Johannę próby, by jej ulżyć.

Nie traciła też otuchy, choć poród naprawdę się przeciągał. Johanna z drżącym sercem 

badała brzuch, czuła, że dzieci się ruszają, że tam w środku w rytmie skurczów faluje życie. 

Coś jednak zagradzało drogę. Ciało matki nie chciało widać całkiem ich wypuścić, broniło się 

przed rozwarciem.

Podała Karen do picia odprężającą mieszankę, choć nie za dużo. Kobiety nie powinno 

ogarnąć otępienie, nie mogły też ryzykować, by skurcze całkiem ustały.

W środku dnia, gdy Johanna siedziała przy łóżku Karen i jadła rzadką zupę, Karen 

background image

gwałtownie   drgnęła.   Johanna   rozpromieniła   się,   widząc,   co   się   stało.   Wody   płodowe 

przemoczyły wierzchnią warstwę pokrycia łóżka i Karen odczuła wyraźną ulgę. Zaraz jednak 

skurcze zaatakowały ją z nową siłą, a oczy, tak błyszczące wyczekiwaniem, przymknęły się w 

walce z ostrym bólem.

Ravi   obudził   się,   gdy   jakaś   ręka   chwyciła   go   za   gardło.   Oszołomiony   zaczął 

wymierzać  ciosy zaciśniętymi  pięściami,  wijąc się po zaśmieconym  klepisku w nędznym 

szałasie.

Sporo czasu upłynęło, zanim zrozumiał, że jest tu sam, że w pomieszczeniu panuje 

mrok, a to, co chce go udusić, nie jest wcale ręką żywego człowieka.

Z   trudem   chwytał   powietrze,   kaszlał,   masował   szyję,   a   ręka   po   omacku   szukała 

dzbana, który, jak pamiętał, ustawił porządnie pod ścianą, żeby przypadkiem nie wywrócił go 

ani nie rozbił.

Dzbanek stał tam, gdzie go zostawił. Ravi wypił kilka łyków, od których zapiekły go 

usta.

Co mu się przydarzyło?

Bez przekonania usiłował pochwycić ten sen czy też wizję, lecz ona się oddalała. 

Mieszała z mgłą, która zawsze otaczała mu głowę po takich przeżyciach.

Wycieńczony osunął się z powrotem na poduszkę, za którą służył mu worek ułożony 

na twardej podłodze. Marzł, wiedział jednak, że na chłód nic nie pomoże, nawet gdyby miał 

wszystkie królewskie pierzyny.

Co ona teraz myśli?

Wróciła   wczoraj   do   domu   i   zastała   pustą   chatę.   Zdarzało   się   to   już   wiele   razy 

wcześniej, więc na pewno się położyła zmęczona, jak zawsze myśląc, że znów wyruszył na 

kolejną włóczęgę, że znów pozwolił się porwać temu czemuś, nie miał siły, żeby z nią zostać.

Zdrada...

Miała wszelkie powody, by odczuwać gorycz.

Gniew.

Miał nadzieję, że się gniewa, bo wtedy byłoby jej łatwiej .

Prędko też się przekona, że życie bez niego jest lżejsze.

Ravi przymknął oczy i zacisnął szczęki tak mocno, że aż zęby zazgrzytały o siebie. 

Będzie jej o wiele lepiej. Stanie się jedną z nich, będzie żyła wśród ludzi ze swoim dzieckiem. 

Ludzie chętniej ją przyjmą, będą myśleć, że jest nieszczęsną ubogą wieśniaczką, porzuconą 

przez męża. Będą mieli dla niej współczucie, pomogą jej. Wiedzieli wszak, co z niego za 

dziwny   typ.   Wiedzieli,   że   jest   szaleńcem,   być   może   uważali   nawet,   że   potrafi   być 

background image

niebezpieczny.  Jego odejście wszystkim przyniesie ulgę w tej spokojnej wiosce. Johannie 

także. Ale konwulsje nie ustępowały, musiał wreszcie przekręcić się na brzuch i w końcu 

zwymiotować. To go oczyściło, poczuł się słaby i zmęczony, a zaraz potem znów zapadł w 

sen i obudził się dopiero wtedy, gdy światło dzienne na powrót pojawiło się w dolinie.

Maleńki synek Karen przyszedł na świat przy wtórze przeciągłego krzyku. Johanna 

wstrzymała oddech, gdy rodząca nie mogła już dłużej panować nad bólem i zaczęła wyć, 

resztę sił wkładając w skurcz, który wypchnął wreszcie główkę noworodka.

Johanna pomogła dziecku, wsunęła palec pod maleńkie ramię i wyciągnęła chłopca. Z 

krzykiem osunął się na poplamione krwią posłanie. Miał malusieńkie niebieskawe piąstki i 

prawie czarne wargi, uszy leżały przyciśnięte do głowy, a całe ciałko pokrywał puch. Na 

plecach i buzi widniała cienka warstwa białawej mazi.

Co najmniej  miesiąc  za wcześnie, przemknęło  Johannie przez głowę. Ale dziecko 

wyglądało na dość silne, oddychało gwałtownie między kolejnymi krzykami.

- Piękny chłopczyk, jest doskonały, Karen!

Matka wyciągnęła drżące ręce do dziecka, ale zaraz pochwycił ją kolejny skurcz i 

przestała widzieć synka.

Przyszła Mathilda i zajęła się małym, Johanna chciała to zrobić sama, lecz wiedziała, 

że nikt inny nie zdoła teraz pomóc Karen.

Ślady wędrowca kierowały się ku zachodowi, w górę zbocza, wiodły przez wzgórze 

drogą, po której o tej porze roku nie chodził żaden człowiek. Letnie zagrody i szopy stały 

puste, pozamykane i opatrzone znakiem krzyża.

Sam nie do końca wiedział, dlaczego jego kroki prowadziły akurat tędy. Znał jednak 

okolicę na tyle, by właściwie obierać kierunek.

Brodził w coraz głębszym śniegu, ale nie przeszkadzał mu ani mróz szczypiący w 

palce, ani wilgoć w butach.

Worek był ciężki, Ravi nie tknął więcej wódki, szedł tylko jak nieprzytomny, coraz 

dalej, czując, że w głowie kształtuje się nowa myśl.

Przed nim leżała góra, a gdzieś za horyzontem zajazd na pustkowiu, w którym młoda 

para uciekinierów kiedyś się odnalazła. Dotarcie choćby tam zajmie mu pewnie z tydzień, bał 

się bowiem iść gościńcem, wijącym się zakrętami dnem doliny.

Nie śmiał spotykać się z ludźmi, nie chciał ich widzieć i nie chciał, by oni widzieli 

jego, jak gdyby z wolna docierała do niego świadomość, że powinien ukryć swoją sprawę 

przed światem.

Raviemu stanął przed oczami zielony fiord, mur kościoła z zapomnianym grobem. 

background image

Widział niedużą, ciemnowłosą dziewczynkę, która kiedyś uciekała przed nim wystraszona. 

Widział szeroką, czerwoną twarz, zniekształconą zazdrością i gniewem.

I   widział   zagrodę   na   zboczu,   jaśniała   w   słońcu   niczym   korona   na   głowie   króla. 

Symbol zamożności, spokoju, samego dobra. Dom Johanny, jej jedyny dom.

Skurcze znów się uspokoiły, a pod wieczór Karen zdrzemnęła się, trzymając swego 

maleńkiego synka w zagłębieniu łokcia. Johanna wiedziała, że kobieta zdaje sobie sprawę z 

niebezpieczeństwa, jakie nad nią zawisło. Dzieci w Jej łonie wciąż jeszcze żyły,  ich puls 

dawał się wychwycić jako cichutkie podwójne echo pulsu matki. Było ich jeszcze co najmniej 

dwoje. Johanna czuła strach pełznący wzdłuż kręgosłupa, zmuszała się jednak, by podzielać 

spokój Karen. Pastor także widział przez moment synka w ramionach Johanny. Wyglądał na 

przestraszonego.

- Jaki maleńki, jaki... malusieńki...

- To prawda, jest malutki, ale płakał i oddychał od razu, silny chłopczyk. Ma w sobie 

upór i odwagę twojej żony, panie.

Niels Lund sztywno kiwnął głową i delikatnie dotknął palcem czoła dziecka.

- Powinienem go ochrzcić... teraz.

Johanna milczała. A więc pastor nie wierzył, że jego synowi dane będzie życie.

Niels Lund stęknął cicho i ukrył twarz w dłoniach.

- Jakąż małą mam wiarę... Wybacz mi, Boże! Odwrócił się i wyszedł, nie mówiąc już 

więcej o pospiesznych chrzcie.

Johanna dziwiła się tylko trochę, że nie pytał więcej o żonę.

Rankiem znaleźli chłopczyka martwego w łóżku, wyglądał, jakby spał, jak gdyby w 

pół oddechu przyszli do niego aniołowie i dziecko postanowiło odejść wraz z nimi.

Jednocześnie Mathilda przyniosła wiadomość, że Raviego niestety teraz też nie ma w 

domu i że nikt nic o nim nie słyszał.

W   wizji   Erlend   był   wyraźniejszy   niż   ostatnio,   bardziej   rzeczywisty,   bliższy.   Ravi 

chciał wyciągnął rękę, by go dotknąć, uzyskać ostateczne potwierdzenie, że ten człowiek nie 

jest ani upiorem, ani wytworem wyobraźni. Akurat jednak gdy już spodziewał się poczuć 

chłód srebrnych guzików na kamizelce Erlenda, tamten roześmiał się i znów zniknął.

Ravi   przytomny,   trzeźwy   i   niezwykle   spokojny,   stał   wśród   obsypanych   śniegiem 

świerków i wpatrywał się w dolinę, podczas gdy do oczu z wolna napływały mu łzy. I czuł, 

jak wielkie kłamstwo powiedział Johannie.

Głód   zaczął   już   szarpać   mu   kiszki,   był   jednak   znajomym   towarzyszem   i   Ravi 

rozumiał, że będzie umiał go wytrzymać. Właściwie w głowie się rozjaśniało, gdy żołądek 

background image

krzyczał w udręce, zmuszony do całkowitej odmiany.

Rozpieściły cię te wszystkie resztki z plebanii, mówił sobie Ravi w duchu. Zagwizdał 

fałszywie, świadom, że już to samo w sobie jest oznaką szaleństwa, które, jak czuł, drapało go 

w plecy.

Z chat w dole wzdłuż rzeki unosił się dym.  Ravi przysiadł na wielkim kamieniu, 

zapatrzony w dolinę. Popijał wódkę. Czuł, że gorzałka uwalnia z gardła trochę gorzkie, a 

trochę   wesołe   zwrotki   piosenki.   Pięty   uderzały   w   kamień   nie   do   rytmu,   rozgrzane   ręce 

zaczęły wywijać. Wyobrażał sobie przerażenie ludzi, gdyby tak się przed nimi odsłonił.

Ha, bledli, i takie mieli dziwne twarze, gdy zacisnął oczy i udawał tajemniczego. Jak 

ta kobieta nad rzeką. Na ileż właściwie była głupia i naiwna? Upiorne koty? Ha! Co to za 

wymysły? Ale skoro chciała wierzyć, że on się na tym wyznaje, no to niech sobie wierzy. 

Owszem, było nawet dość zabawne obserwować, jak trzęsą się ze strachu, bo nie bardzo 

wiedzą, ile on jest w stanie zobaczyć. Kobiety na pewno się zastanawiają, czy ktoś taki jak on 

potrafi widzieć na wskroś, przejrzeć spódnice i skórzane spodnie. Lubił je tym drażnić.

Raz   kiedyś   dostał   porządne   lanie   za   taką   uwagę;   był   to   zarazem   jeden   z   owych 

nielicznych przypadków, kiedy ojciec poklepał go po plecach i śmiał się razem z nim.

Ojciec...

Śpiew i wesołość Raviego minęły jak ucięte nożem.

Ojciec został tam,  w Lyster,  w miejscu,  które nie było  jego domem.  Pod dwoma 

łokciami nie poświęconej ziemi, w grobie, którym nikt się nie opiekował. Taki był koniec 

Reina. Ravi pamiętał swe młodzieńcze rozgoryczenie losem, jaki spotkał ojca, pamiętał swój 

żal za tym człowiekiem, którego, jak mu się wydawało, nienawidził.

Rein odszedł, niewinnie osądzony i zabity. Ironia losu wciąż piekła Raviego. Ojciec 

być może wręcz zasłużył na śmierć, i to nie raz. Miał na sumieniu nie tylko kradzieże w 

spichrzach,   powodowane   czystym   głodem.   Ale   gdy   wreszcie   dopadli   go   myśliwi 

sprawiedliwości, był jedynie ofiarą. A gdy zrobili z nim co chcieli i odebrali mu życie, Ravi 

został z niespodziewanie gorącym pragnieniem zemsty, przywrócenia honoru imieniu ojca, 

sprawiedliwości.

W bólu poprzysiągł sobie wtedy, że odkryje, co jest prawdą w historiach krążących po 

wsi, i zmyje ze wspomnienia ojca ślady krwi.

Ale nie zdołał tego uczynić.

Nie wzniesiono żadnego pomnika na cześć Reina ani też Raviego syna Reina. Ravi 

śnił   kiedyś   o   tym,   widział   to   jak   żywe,   widział,   jak   nazwisku   ojca   wraca   honor.   Takie 

marzenia   na   zawsze   pozostawały   marzeniami.   On   sam   stał   się   jeszcze   bardziej   obcy   i 

background image

niechciany niż kiedykolwiek. Zarówno w Lyster, jak i w Al.

Ale zamierzał wrócić do wioski nad fiordem.

Być może poruszał się chwiejnym, niepewnym krokiem, potykał o kamienie i wpadał 

w zarośla, ale kierunek obrał zdecydowany.

Na zachód, na zachód.

Drugi chłopczyk urodził się martwy rankiem trzeciego dnia. Trzecie maleńkie ciałko 

obudziło nadzieję i radość zarówno w Johannie, jak i w Karen, zaraz bowiem, gdy tylko 

Johanna uwolniła go z łona matki, zaczął cichutko protestować.

Nielsa Lunda nikt nie widział, Mathilda mówiła, że zamknął się w zakrystii, a ktoś 

słyszał, jak wykrzykuje w głos do niebieskich mocy. Na dwóch zmarłych synków nie chciał 

patrzeć, a co gorsza, nie chciał też zobaczyć tego, który żył. Mathilda i Johanna nie na żarty 

zaniepokoiły się o stan umysłu pastora.

Nie miały jednak dla niego czasu, bo przez udręczone ciało Karen przetaczały się 

kolejne fale bólu, kolejne skurcze. Wreszcie ucichły, krwawienie ustało i akurat w momencie, 

gdy Johanna już myślała, że tylko śmierć zdoła uwolnić pastorową, kobieta otworzyła oczy i z 

nową siłą popatrzyła na swą pomocnicę.

- Musisz ochrzcić tego tutaj, daj mu na imię Andreas.

Johanna usłuchała.

Karen usnęła i spała przez całą noc, nie czując, że brzuch znów się napina, a woda 

pomieszana z krwią wciąż moczy łóżko.

Johanna   posłała   samą   Mathildę   do   domu   z   wiadomością   dla   Raviego.   W   głowie 

łomotało   jakieś   złe   przeczucie,   lecz   brak   snu   i   smutek   przejęły   panowanie   nad   sercem, 

skupiając na sobie całą jej troskę. Gdy więc Mathilda wróciła, mówiąc, że nikt wciąż nie 

słyszał nic o Ravim, Johanna nie mogła się o to dłużej martwić. Na pewno leży gdzieś w 

jakimś rowie, pijany do nieprzytomności. Przy tak ciepłej pogodzie nie zamarznie. Pozwoliła 

jednak, by w głowie rozgorzał płomień gniewu, i zaklinała się w duchu, że tym razem miarka 

się przebrała. Ravi musi mieć więcej względów na nią, zacząć wreszcie traktować jej życie z 

większą powagą. A jeśli nie potrafi kochać i nie potrafi być kochanym, to może chyba wziąć 

się w garść i przynajmniej jeszcze bardziej nie utrudniać życia im obojgu.

Rozprawi się z nim kiedy indziej.

W świetle tej walki o życie, jaka toczyła się w pokoju chorej, jej własna walka była 

taka mała i nieważna.

Dziecko obróciło się w niej, tym, co uderzyło w kierunku biodra, mogła być maleńka 

stópka. Johanna uśmiechnęła się drżąco do siebie. Za kilka miesięcy ona sama będzie tak 

background image

leżeć i wić się w porodowej walce.

Czując pulsowanie w skroniach i ból w krzyżu, położyła się na łóżku, które Karen 

kazała   wstawić   do   swojej   sypialni.   Z   prześlicznej   maleńkiej   kołyski   dobiegało   słabe 

popiskiwanie. Andreas był jeszcze mniejszy od tamtych dwóch, którzy zmarli, Johanna w 

oczach jego matki dostrzegała już pogodzenie się z żałobą również po tym synku. Karen 

powiedziała nawet wprost, że nie spodziewa się, aby i temu dziecku pisane było dorosnąć. 

Blada i prawie nieprzytomna po utracie takiej ilości krwi pastorowa narysowała na małym 

ciałku  znak krzyża  i  pocałowała  je jakby na pożegnanie.  Dopiero  potem  Johanna  wzięła 

dziecko z jej rąk i wpuściła między maleńkie usta kropelki mleka z cukrem.

Mały spał teraz, nic mu nie dokuczało. Może śnił o tym, że wrócił do przytulnego 

mrocznego świata w łonie matki.

A matka oddychała słabo, równie bezbronna jak dziecko. Zaczynała się już czwarta 

doba, a poród jeszcze się nie skończył.

Jeśli Erlend żyje, dziecko jest moje. Jeśli moje wizje oznaczają, że Erlend żyje, to 

powiedziałem jej prawdę.

Ale jeśli Erlend żyje, to ona nie jest moja. Jeśli Erlend żyje, dziecko jest moje.

Myśli kłębiły mu się pod czaszką, od dwóch dni nie mógł nad nimi zapanować. Jak 

opętany parł na zachód, a w głowie miał tylko jedno:

Jeśli Erlend żyje, dziecko jest moje.

Jeśli Erlend żyje, ona nie jest moja. I być może zdołam uzyskać wybaczenie za to, co 

jej skradłem.

Łyknął   z   dzbana,   wiedząc,   że   tylko   odsuwa   ból   od   siebie.   Wkrótce   wódki   już 

zabraknie,  a on sam zacznie  rozdzierać  się od środka, nie mając już ani kieliszka,  który 

zdołałby mu pomóc.

Mimo to siedział nieruchomo w wilgotnym zimnie, czując, jak piekąca wódka spływa 

w dół do gardła. Upłynęły już trzy doby, a on jeszcze nie dotarł do zajazdu u podnóża gór.

Co ona teraz myśli, przemknęło mu przez głowę.

Jakiś   cichy głos   w  nim  szlochał:   może  ona  za  mną   tęskni,  może  jest smutna,   bo 

zrozumiała, że odszedłem?

Wiedział jednak, z bolesną wyrazistością zdawał sobie sprawę, że Johannie będzie 

teraz nieskończenie lepiej.

A gdyby mógł zrobić dla niej ostatnią rzecz... gdyby mógł zastać Erlenda żywego... 

wówczas koło się zamknie. I tak przed nimi nie ma żadnej przyszłości.

Ravi sam znał wszak drogę, która na zawsze uwolni go od udręki.

background image

-   Śmierć   nie   jest   wcale   najgorszą   rzeczą,   jaka   może   spotkać   człowieka   -   cicho 

powiedziała Karen.

Trzeci   chłopczyk   umyty   i   owinięty   leżał   w   drewnianej   skrzynce,   przeznaczonej 

właściwie do przechowywania suszonego mięsa albo ziarna. Upłynęło już pięć dni, odkąd 

Johanna przybyła na plebanię w piękny poniedziałkowy ranek.

Twarz położnicy całkiem  się już skurczyła,  Johanna przerażona  wpatrywała  się w 

maskę, jaką przywdziała Karen.

- On odnalazł spokój, biedny maleńki. Ja sama też czuję ten spokój, wpełza mi do 

serca, taki piękny, cudowny i łagodny jak sama wiosna..!

Johannie ból rozsadzał serce. Chciała krzyknąć, chciała zawołać, powiedzieć Karen, 

że przecież póki życia, póty nadziei. Ona sama wciąż jej nie traciła, dopóki biło serce i dusza 

nie opuściła ciała. W dodatku obie wiedziały, że poród jeszcze się nie skończył. Karen wciąż 

miała w swym wnętrzu nie narodzone życie.

- Ja wiem, że on nie żyje, ten ostatni też. Wiedziałam to już od tamtej pory, gdy mój 

mąż... Nie, nie będę o tym mówić, nie teraz, ale ja to wiem. Bóg przemówił do nas, Johanno, 

jest doprawdy mądry... i dobry.

Johanna słuchała łagodnych słów Karen z rozdziawionymi ustami, czując bunt, który 

ledwie zdołała ukryć.

Jak   ona   może   tak   tkwić   na   skraju   królestwa   śmierci,   patrzeć   na   troje   nowo 

narodzonych dzieci, takich zimnych i martwych? Jak może się z tym pogodzić bez odrobiny 

goryczy?

Johanna musiała mocno wziąć się w garść, by nie wykrzyczeć swej złości wobec losu, 

który pozwalał dobrej Karen przeżywać taki koszmar.

Prawdopodobnie była to tylko senna mara. W głowie Raviego dudniło i łupało, za 

każdym razem gdy płuca otwierały mu się z bólem, miał wrażenie, że chwyta właśnie ostatni 

oddech. Wreszcie  poślizgnął  się i bezsilny w  tej  udręce legł  w  roztopionym  śniegu.  Był 

daleko, bardzo daleko od uczęszczanej drogi i wiedział, że zwierzęta, które przyglądają mu 

się ze zdumieniem ze swej kryjówki pod ciężkim drzewem, w niczym nie zdołają mu pomóc.

Widział   samego   siebie.   Tylko   raz   wcześniej   przeżył   coś   podobnego,   a   wówczas 

zabrakło mu siły, by zrozumieć ostrzeżenie. Skończyło się to katastrofą dla ojca, dla niego 

samego, dla Johanny.

Tym   razem   tak   bardzo   chciał   usłuchać   znaku,   tym   razem   z   dźwięczną   jasnością 

wiedział,  co oznacza  ta wizja. Wszystkie  opętane myśli  odeszły,  całe  wirowanie, Erlend, 

dziecko, Erlend, dziecko...

background image

To były nieistotne sprawy.

Teraz już to rozumiał.

Ale jego ciało przestało należeć do niego.

A   śnieg   był   zimniejszy   od   jakiegokolwiek   posłania,   jakie   był   w   stanie   sobie 

przypomnieć.

Pięć dni po tym, jak widziano Annę Plassen, idącą na plebanię, z probostwa nadeszła 

kolejna żałobna wieść. Ludzie ledwie mogli uwierzyć własnym uszom. Przekleństwo, jakie 

spadło na pobożnego bożego sługę, było wprost nie do uwierzenia.

Czworo dzieci i wszystkie zmarły.

A pastorowa... Niemożliwe, by przeżyła.

Czy ktoś słyszał kiedyś o czymś podobnym? Czy ktoś słyszał, by jakakolwiek kobieta 

została przeklęta czworgiem dzieci naraz? Jak zwierzę. Jak suka. Jak maciora.

Ludzie rozmawiali o Annie, o znachorce, której nikt tu w wiosce nie zaakceptował. 

Tak, tak, od samego początku mówili, takim obcym nieznajomym nigdy nie towarzyszy nic 

dobrego. A jej mąż... kto wie, jakimi siłami obdarzony jest ten czarnowłosy? Czyż sam nie 

przyznał, że zna tajemnicę upiornych kotów? Że jego wizje pochodzą od samego Złego?

Teraz zniknął, uciekł. Ukrył się.

Aż za dobrze się to wszystko składało.

To ten wysłannik piekieł rzucił swe mroczne przekleństwo na nieszczęsnych państwa 

Lundów. Teraz zniknął, ale wieść o jego ohydnym  uczynku obiegała wioskę szybciej niż 

wici.

Zło dopadło najświętszego wśród nich. Nawet sługa Pana nie zdołał się przed nim 

ochronić.

Posuwała   się   chwiejnie   na   krótkim   odcinku   między   plebanią   a   kościołem,   ledwie 

rozpoznawała drogę przed sobą, choć był jasny wiosenny dzień. Johanna nie widziała, że 

pierwsze podbiały kiełkują na placu przed kościołem, a jęzory śniegu na polach cofnęły się o 

kilka łokci, śnieg zaś pokrywający dach kościoła zsunął się w lepkie gładkie zaspy.

Musi go sprowadzić, musi namówić, przekonać, by przyszedł, zmusić, by zobaczył 

żonę i ostatecznie się z nią pojednał.

Muszą się pożegnać.

Nie było innej drogi.

Karen sama to powiedziała tego ranka, głosem tak jasnym i pewnym, że Johannie 

przeszły ciarki po plecach. To nieludzkie znosić ten koszmar z taką siłą i zupełnie bez lęku. 

Obawiała się, że Karen dawno już straciła rozum i że jej spokój kiedyś wreszcie musi pęknąć.

background image

On powinien wtedy przy tym być, jej mąż. On, który przed Bogiem i ludźmi przyjął za 

nią odpowiedzialność.  Była  to być  może  ostatnia  rzecz, jaką mógł zrobić dla swej żony: 

towarzyszyć jej w chwili, gdy pęknie ostatnia nitka i nadejdzie kres wszystkiego.

W dodatku Johanna zdawała sobie sprawę, że wkrótce i ona się załamie, że siły, które 

w tak  niezwykły  sposób odnowiły się podczas  tych  strasznych  pięciu  dni  porodu Karen, 

wkrótce się wyczerpią.

Czołgała się raczej niż szła stromą drogą na skróty do brunatnego budynku kościoła.

Wołała go po imieniu jeszcze na zewnątrz. Ciężko oparła się o ścianę, podtrzymując 

dziecko we własnym brzuchu, i patrzyła, jak świat wiruje jej przed oczami.

Pastor był  obecny przy narodzinach czwartego dziecka, nie zdążył  wyjść. Siedział 

tylko i trzymał żonę za rękę, nie bardzo wiedząc, co oznacza nagły grymas bólu na chudej 

twarzy i cichy jęk. Ale stojąca przy drzwiach Johanna natychmiast to zrozumiała i czym 

prędzej podbiegła akurat w czas, by przyjąć chłopca. Był podobny do innych, ale trzeba było 

nim   brutalnie   potrząsnąć,   zanim   wciągnął   pierwszy   świszczący   oddech   i   wydał   z   siebie 

dźwięk, przypominający pisk ptaka. Ciałko miało zdrowszy kolor niż braci, ale rączki i nóżki 

były sine i zimne. Johanna naciągnęła okrycie na Karen, leżącą teraz sztywno jak martwa. 

Obmyła dziecko w naczyniu, które stało już gotowe, i natarła je tłuszczem gotowanym z 

jałowcem, pieprzem, płatkami róż i całymi ziarnami pszenicy.

Niels Lund siedział jak skamieniały i tylko patrzył. Rozmyte oczy rozszerzyły się od 

widoku, jakiego nie powinien być świadkiem. Srebrny krzyż na szyi połyskiwał w półmroku, 

czoło mu błyszczało od gorąca w pokoju położnicy.

- Karen, on żyje.

Resztką sił odwróciła się w jego stronę.

- Ten ostatni jest martwy, mój drogi, pójdzie wraz ze mną, biedne maleństwo...

Pastor nie chciał wziąć dziecka na ręce, gdy Johanna je obmyła. Ale nie chciał też 

wyjść z pokoju, choć policzki płonęły mu z zażenowania i bezradności, gdy Johanna odsłoniła 

ciało Karen, żeby ją umyć.

Johanna   była   rozdarta   i   odrętwiała,   ale   ból   do   niej   nie   docierał.   Słyszała   szept 

małżonków i czuła się jak intruz. Musiała jednak to zrobić, ważne było, by obmyć Karen. 

Skóra pustego brzucha wisiała na biodrach jak przebity bukłak na wodę. Wybrzuszała się 

tylko w jednym miejscu, Johanna z lękiem powiodła po nim ręką.

Jeszcze jedno dziecko?

Zbyt nieprawdopodobne, by mogło być prawdziwe.

- Jeszcze jednego zabiorę ze sobą - szepnęła Karen. - Ale wszędzie jest teraz tak cicho, 

background image

mój mężu, tak cicho.

- Karen, masz w sobie siłę bożą! Ja się modliłem... nie tracę nadziei.

Karen pokręciła głową, kosmyki włosów pod koronkowym czepkiem zatańczyły w 

blasku świec na siedmioramiennym świeczniku.

- Nie, mój drogi, nadszedł czas, by się pożegnać. Johanna poszła do Mathildy, czując, 

że   łez   dłużej   już   nie   da   się  zatrzymać.   Usiadła   w   kuchni,   tuląc   w   ramionach   ostatniego 

chłopczyka   Karen,   i   patrzyła   w   granatowe   oczy,   spoglądające   z   taką   zdumiewającą 

bystrością.

Były aż za mądre. Maleńkie ciałko leżało bezwładnie, chwilami tylko drżało, walcząc 

o oddech.

Zrozumiała nagle, że Karen miała rację.

Nadszedł czas pożegnania.

Ostrożnie pocałowała dziecko w czoło i oba policzki, chłopczyk leżał nieruchomo i 

patrzył na nią, jak gdyby rozumiał każdą jej myśl.

- Idź do nich z dzieckiem i poproś, żeby pastor je ochrzcił - powiedziała Mathilda z 

niesłychaną jak na nią łagodnością.

Johanna wstała ciężko, jak gdyby dźwigała młyński kamień.

Pastor nawet się nie odwrócił, kiedy znów skrzypnęły drzwi. Johanna podeszła tylko i 

położyła dziecko na piersi matki.

- Czyż on nie jest piękny jak anioł? - uśmiechnęła się, a łzy płynęły jej po policzkach. 

Nawet nie starała się ich wytrzeć. Poddała się, to Karen okazała się silniejsza, teraz liczyła się 

jej wola.

- Z wami dwojgiem, moi najukochańsi, chcę się pożegnać jak należy. Zobaczymy się, 

jestem tego pewna, będę na was czekać, razem z tymi maleńkimi...

Dźwięki   dobywające   się   z   gardła   pastora   brzmiały   jak   rzężenie.   Odwrócił   twarz, 

Johanna nie widziała więc, czy płacze.

Cichy głos Karen wypełnił cały pokój.

- Ochrzcij go, Niels.

Pastor wolno pokręcił głową. Johanna przyglądała mu się przez zasłonę łez, nie mogąc 

pojąć takiego uporu.

Karen z przymkniętymi oczami głaskała dziecko po główce.

- A więc dobrze, mam inne życzenie. To moja ostatnia wola, nie możesz mi więc tego 

odmówić, Niels.

Mężczyzna w czerni odwrócił się teraz, Johanna zauważyła, jak strasznie zgarbiony i 

background image

mały wydaje się w tym pokoju.

- Ludzie gadają o Annie, nie życzą jej dobrze. Być może obciążą ją tym, co się tutaj 

stało. Wiesz o tym, Niels, i nie wolno ci na to pozwolić, kiedy mnie zabraknie. Jedno ci 

oświadczę, mój wierny mężu: innej przyjaciółki prócz Anny nigdy nie miałam. Ona ma swoje 

tajemnice... Być może z niejednego będzie musiała się rozliczyć przed Bogiem, ale nie przed 

ludźmi, Niels, nie przed ludźmi z tej wioski!

- Prosisz mnie, abym uchronił ją przed ludzkim gadaniem? Nie mam takiej władzy.

- Owszem, masz i musisz ją wykorzystać. Drobna kobieta oddychała teraz z trudem.

- Musisz mi obiecać, że nie pozwolisz im oskarżyć Anny...

Teraz pastor ciężko kiwnął głową.

- Musisz się o nią troszczyć, mój drogi.

Jeszcze raz skinął i nagle cała duma i dostojeństwo jakby się w nim załamały, padł na 

swą kruchą żonę takim ciężarem, od którego i ona, i dziecko się zatrzęśli.

- Nie odbieraj mi jej! Ach, nie, nie odbieraj mi jej za moje grzechy!

Ślady zasypał śnieg, wciąż jednak dało się je dostrzec wśród niskich krzaków. Postać 

leżąca na ziemi w lesie wydawała się martwa, dzban obok niej się wywrócił, lecz i tak nie 

było w nim nawet kropli, która wsiąkłaby w szaroburą masę. Niebo było wysokie, a słońce 

mocno ogrzewało brunatne zbocza. Jego promienie wprost łaskotały delikatne gałązki brzóz. 

Ale w tej górskiej dolinie soki wolno zaczynały krążyć w drzewach, a wkrótce nadejdzie noc i 

przepędzi wspomnienie ciepłego wiosennego dnia.

Nagle jakby coś go trafiło. Strzał? Albo lanca? Drgnął, zanosząc się krzykiem bólu.

Nikt nie widział, jak pełznie po śnieżnym  błocie, nikt nie widział, jak walczy,  by 

stanąć   na   nogi.   Zostawił   worek,   dzbanki,   wszystko.   Bez   sił   zsuwał   się   ze   zbocza,   przy 

wchodzeniu na które prawie się zamęczył. Minął wielki kamień, ale nie poznał ani jego, ani 

ścieżki, którą sam wydeptał pół doby wcześniej. Nadciągał wieczór, a on wędrował już od 

trzech dni.

A teraz wracał tą samą drogą, którą przyszedł.

Nie zawiódł Karen. Gdy sprawy naprawdę zaczęły się ważyć, był przy niej, szczery i 

bliski. Nie okazał się wcale słabym człowieczkiem, miał w sobie tyle troskliwości. Johanna 

ani trochę go o nią nie podejrzewała, gdy zrozumiała, że pastor ukrył się w zakrystii i nie miał 

sił, by pójść do walczącej o życie żony.

Obiecał jej wszystko, co chciała usłyszeć, i zamierzał dotrzymać słowa. Ujął ją za 

rękę, mówił tak ciepło i odprowadził aż do drogi, którą miała pójść. Karen nie musiała czuć 

się samotna. Nawet przez moment nie zachwiała się w wierze, że gdzieś dla niej i dla dzieci 

background image

istnieje lepszy świat. Tak pięknie jej pomagał i strzegł, by ani jedna zła myśl nie wdarła się do 

jej zmęczonego umysłu w te ostatnie minuty.

Johanna siedziała w wózku pastora prawie nieprzytomna, pozwalając odwieźć się do 

domu. Zapatrzyła się przed siebie, widziała, że w ciągu tych pięciu dni, jakie spędziła na 

plebanii, na drzewach wzdłuż krótkiej drogi przez wioskę pojawiły się maleńkie jasnozielone 

pączki. Wszystko wokół wprost promieniało siłą. Dzieci w drewniakach skakały w rowie, 

zrywały gałązki z zielonymi pączkami i z uśmiechem wkładały je do ust. Wydawało jej się 

nawet, że z daleka dobiegają dźwięki wierzbowej piszczałki.

Parobek pomógł jej zsiąść, podprowadził aż do drzwi, chciał też wejść do środka.

- Pastor prosił, bym wam pomógł, żebyście nie byli tu sama...

- Ja nie jestem sama - słabym głosem powiedziała Johanna.

Słyszała, jak niepewnie brzmią te słowa.

- Wracaj teraz prosto do domu, tyle przecież trzeba załatwić... przed pogrzebem.

Łysawy mężczyzna ukłonił się z czapką w garści, nerwowo rozejrzał dokoła, a potem 

jeszcze raz schylił głowę i chwycił lejce.

background image

ROZDZIAŁ XIV

- Ach, Ravi... jesteś tutaj... mój najdroższy... Jakże ja za tobą tęskniłam!

Ledwie zdążył ściągnąć z siebie podarte spodnie i znaleźć jakąś inną parę z tych, które 

zostawił. Obmył twarz zimną wodą, ale jeszcze nie napalił w chacie. Pachniało tu obco, jakby 

stęchlizną,   jak   tamtego   pierwszego   wieczoru,   gdy   przybyli,   wnosząc   własne   zapachy   i 

przydając własnego charakteru maleńkiej izdebce.

Patrzył  na nią zaskoczony,  stała w drzwiach, chwiejąc się na nogach. Z zapartym 

tchem przeszedł te kilka kroków w jej stronę i podtrzymał  ją akurat w momencie, kiedy 

osuwała się na ziemię.

- Hanno moja, co ci się stało?

Przerażony patrzył w zapadnięte oczy. Twarz, ta droga twarz, w pewnym sensie się 

zmieniła. Skóra na kościach policzkowych tak się napięła, dziwne oczy zapadły głęboko, a 

pod nimi rysowały się mroczne cienie.

Gorączkowo gładził ją po włosach, wymykających się spod niestarannie zawiązanej 

chustki. Johanna bezwładnie osunęła się w jego ramiona. Upadli na wilgotną zimną ławę, na 

której okrycia leżały nietknięte tak, jak Ravi je zostawił.

- Gdzie byłaś? - spytał i świat w jednej chwili wydał mu się taki dziwny, przecież to 

ona powinna zadać takie pytanie.

- Na plebanii... Pięć... sześć dni... już sama nie wiem. Nic nie słyszałeś? Nic nie wiesz 

o Karen?

Pokręcił głową.

- Nie. Nie miałem głowy do tego... Byłem gdzie indziej.

- Dzięki Bogu, że teraz tu jesteś - szepnęła i Ravi poczuł uszczęśliwiony, jak mocno 

jej palce wpijają się przez kurtkę w ramiona.

- Bogu niech będą dzięki, że tu jesteś. Chyba nie wytrzymałabym dłużej... sama.

Wiedziała, że to ostateczna próba. Przez wszystkie te dni za serce ściskał ją tępy ból, 

który nie miał nic wspólnego z Karen, porodem i tragedią, jaka rozegrała się na jej oczach. To 

było coś innego i, choć mogło się wydawać niewiarygodne, coś jeszcze większego.

I w  tym  momencie  zrozumiała,  że  to jego tak żałowała,  wraz  z żałobą  po Karen 

cierpiała własną stratę.

A przecież on tu był.

Odwróciła   teraz   do   niego   twarz,   musnęła   ją   ustami,   odsłaniając   się,   bez   tego 

niepokoju, który dręczył ją już zbyt długo. Ravi wydawał się dziwnie zimny, policzki miał 

background image

szorstkie,   nie   ogolone,   jak  gdyby   właśnie   wrócił   do  domu   z   długiej   zimowej   wędrówki. 

Poczuła jednak, jak pod dotykiem jej ust jego skóra lekko się czerwieni, zaczyna żyć. A całe 

ciało w jednej chwili staje się bliskie i znajome.

Ogarnęło go ciepło, odszedł strach, odrętwienie i ból nie miały już znaczenia. Przed 

oczami co prawda wciąż krążyły czerwone gwiazdy, wiedział, że doprowadził organizm do 

ostateczności, ale wytrzymał, wytrzymał dla nich obojga.

- Karen nie żyje - powiedział cicho. Johanna skinęła głową.

- Dzieci także?

Podniosła zapłakaną twarz, popatrzyła na niego.

- Ty to oczywiście wiesz. Przecież wiesz wszystko. Nie miał sił mówić jej, że to 

odgadnąć mógł każdy.

- Wszystkie nie żyją, wszystkie czworo... albo pięcioro, chyba tak trzeba powiedzieć. 

Ostatnie się nie urodziło. Karen twierdziła, że umarło w niej już przed wieloma dniami, ale 

nikt jej nie wierzył. Ach, Ravi, ona powinna była jechać do miasta, do szpitali, tam gdzie być 

może chirurdzy...

- Cicho, cicho, to tylko przypuszczenia - łagodził Ravi z czułością. - Jeśli ani ty, ani 

Bóg nie mogliście na to zaradzić, nikomu by się nie udało.

-   Pastor   też   tak   mówił,   myślę   jednak,   że   już   wie,   jak   bardzo   się   pomylił   - 

odpowiedziała Johanna z goryczą.

Ravi   odsunął   się   nieco,   ściągnął   kurtkę   i   sięgnął   po   koc,   który   suszył   się   nad 

wygasłym   paleniskiem.   Okrył   ją,   otulił   jeszcze   kurtką,   a   pod   głowę   podsunął   zwiniętą 

koszulę.

- Odpocznij teraz, moja Hanno, a ja rozpalę i przygotuję nam coś gorącego do picia.

Uśmiechnęła się z przymkniętymi oczami. Szepnęła:

- Co ja bym zrobiła bez ciebie? W tych najważniejszych chwilach...

Raviemu ręce się trzęsły, gdy nalewał wody do maleńkiego kociołka.

Znów wrócili do pierwszej nocy, tamtej pierwszej nocy w maleńkiej chacie. Otaczały 

ich niemal te same zapachy, szara stęchlizna nie zamieszkanego domu, wilgotny chłód, który 

z wolna wychodził ze ścian. Buchnął ogień na palenisku, Johanna zauważyła, że skrzynka na 

opał i wiadro są pełne, stół sprzątnięty, a podłoga zamieciona.

Biedny, biedny Ravi...

Tak się namęczył i czekał, zrobił co tylko mógł, przez cały czas cierpliwie, pewny, że 

ona wróci. Nic dziwnego, że uciekał na te wyprawy do lasu, nic dziwnego, że musiał się stąd 

wydostać,   żeby   pomyśleć.   Ostatniego   wieczoru   przed   jej   wyjściem   na   plebanię   nie 

background image

zapomniało chyba żadne z nich.

- Cóż za niezwykłe zrządzenie boskie, że pozostawaliśmy daleko od siebie - rzekła, 

gdy razem leżeli na wąskiej ławie, obserwując cienie przesuwające się po ich twarzach. - 

Musieliśmy się zastanowić, prawda? Potrzebowaliśmy trochę od siebie odpocząć, za długo 

pozwalaliśmy na takie tarcia i niedopowiedzenia.

Leżała szczęśliwa w jego ramionach, nie zauważając, że przede wszystkim to ona 

mówi.

-   Ravi,   jak   bardzo   byłam   niesprawiedliwa,   obwiniałam   cię...   Gniewałam   się,   że 

rozmawiasz o tym z obcymi, ale rozumiem przecież, jak bardzo jest ci trudno. A kiedy nie 

możesz nawet porozmawiać ze mną...

- Ależ ja mogę, mogę, moja Hanno!

- Kiedyś być może mogłeś, ale nie teraz. Wydaje ci się, że to będzie dla mnie zbyt 

wielkim ciężarem.

Ravi nie odpowiedział, przyjęła to więc za potwierdzenie.

W przypływie nowej siły uniosła się na łokciu.

- Nie myśl tak, Ravi. Wszystko zniszczysz, bojąc się zdradzić mi te swoje trudne 

myśli. Musisz mi ufać, wiedz, że ja chcę o tym słuchać.

Ravi zamyślony kiwał głową, ale w jego wnętrzu płakało małe dziecko, które nie 

chciało uwierzyć w te słowa.

Hannie   wydawało   się   być   może,   że   jest   silniejsza   niż   olbrzym   z   Sanger.   Hanna 

sądziła, że jej miłość wszystko zniesie.

Ravi jednak wiedział, że nawet maleńka cząstka tego, co przed nią ukrywał, złamałaby 

ją do reszty.

-   Jesteś   mądrą   kobietą,   Hanno,   ale...   istnieją   rzeczy,   których   zrozumienie   nie   jest 

ludziom dane. W każdym jest chyba coś, czego nie można rzucić, by wysychało na polach, 

widoczne dla każdego przechodzącego drogą.

- Spróbuj - powiedziała Johanna i rozbawiona znów zaczęła go całować.

Johanna obudziła się oszołomiona i zdrętwiała, bo przez całą noc leżała na plecach. 

Natychmiast ogarnęło ją poczucie szczęścia i przez ułamek sekundy nie mogła zrozumieć, 

skąd się bierze. To było tak, jakby musiała mocno mrugać oczami po długim nieprzytomnym 

śnie. Wkrótce jednak poczuła ciepło bijące od ciała uśpionego u jej boku. Jakie to niezwykłe, 

wytęsknione, a jednocześnie tak cudownie znajome.

Sztywna obróciła się na bok, zapatrzyła w uśpioną twarz. Przypominała sobie inne 

takie   poranki,   kiedy   leżała   zatopiona   we   własnych   myślach,   lecz   bacznie   obserwowała 

background image

wszystkie drobne ślady na jego twarzy. Te, które mówiły jej, że on wkrótce się obudzi i 

będzie mogła wreszcie powitać czarne spojrzenie.

Ravi wyglądał na zmęczonego.

O wiele lat starszego niż tamten młody człowiek, za którym zaledwie przed kilkoma 

miesiącami poszła przez las do ukrytego szałasu.

Głębokie zmarszczki na czole i sine półksiężyce pod oczami.

Powiodła palcami po jego twarzy, potem po swojej.

U siebie wyczuła te same linie.

Ale to, co spotkało ich tej nocy, było dostatecznie wielkie, by wytrzymać wszystko.

Wrócą im siły, otworzą się nowe drzwi.

Dziecko w jej brzuchu było spokojne. Na myśl o nim poczuła łagodny smutek.

Słowa Raviego uspokoiły ją, tak dobrze pasowały do jej własnych pragnień.

To musi być jego dziecko.

Absolutnie nie do pomyślenia, że ktoś tak wstrętny jak Erlend zdołałby spłodzić coś 

tak błogosławionego jak dziecko.

Nie, to niemożliwe.

Johanna patrzyła, jak Raviemu drga mięsień w kąciku ust, słyszała, że nie oddycha już 

tak głęboko. Poruszył się w łóżku, może rozbolało go ramię, na którym tak długo opierała 

głowę. Ona sama czuła się obolała i zdrętwiała, zmęczenie i żal ostatnich dni uczyniło z 

ramion i pleców bolący węzeł.

To bez znaczenia, bo głowę miała jasną i lekką, gotową, by dopuścić ból, jaki niósł ze 

sobą jasny dzień.

Karen umarła.

I dzieci także, wszystkie pięcioro.

To zbyt straszne, by dało się pojąć.

Johanna   leżała   spokojnie,   zmuszając   myśli,   by   przestały   wirować   jej   w   głowie. 

Bezpieczna u boku budzącego się Raviego mogła wreszcie zapatrzeć się w sufit i zapłakać 

nad losem Karen.

Ale w ostatniej godzinie tej kobiety jej spokój wreszcie z gwałtowną siłą udzielił się 

Johannie.

Karen nie płakała.

Karen   wiedziała,   dokąd   prowadzi   ta   droga,   i   poszła   nią   swoim   zwykłym,   lekkim 

krokiem ze spokojnym sercem.

Dlaczego więc płakać?

background image

Karen sama to powiedziała: Śmierć nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać 

człowieka. Dziwne, że aż tak łatwo się z tym pogodzić.

Nielsowi Lundowi przyjdzie to trudniej.

Ravi całkiem już się teraz obudził, ziewnął głośno, wtulając się w nią mocniej jak 

spragniony pieszczot kocur. Hanna uśmiechnęła się i otarła łzy.

On patrzył na nią.

- Płaczesz za Karen?

Skinęła głową, czując się obnażona.

Ravi przytulił się do niej zarośniętym policzkiem.

- Nie wiem, co mam ci mówić... wszystko to jest mi takie dalekie, lecz jednocześnie 

tak niepojęcie wprost okrutne, gdy o tym pomyślę.

Johanna chrząknęła, teraz już mogła się odezwać.

- Karen wiedziała, co ją czeka, i wydawała się zadowolona, że nie musi rozstawać się 

ze swymi maleństwami.

- Pastor pewnie pospieszy za nimi, wierzy wszak, że się spotkają.

- O czym ty mówisz?

-   Nie,   o   niczym...   Zastanawiam   się   tylko,   jak   to   jest   z   tym   niebem.   Tak   trudno 

wyobrazić  mi  sobie Karen i te maleńkie dzieci, jak siedzą i grają na harfie, czekając na 

pastora...

- Wygadujesz bzdury, Ravi! - powiedziała surowo. - Tak mówić nie można.

Ugryzła się jednak w język. Czyż nie chciała, by jej ufał? Czyż nie chciała poznać 

jego najskrytszych myśli? To nie był najlepszy sposób, by do niego dotrzeć.

- Opowiedz mi więcej, Ravi, o niebie, o tym, jak je sobie wyobrażasz...

Ale on zaczął mówić ze śmiechem, żartobliwie:

- Niebo jest pełne... miękkiego brzucha... gorących małych rączek... twoich. I jest tam 

dużo ciemnych włosów, lśniącej czupryny, a z silnych ramion być może wyrastają skrzydła. I 

wszędzie są puchowe kołdry, całe niebo jest wypełnione puchowymi kołdrami, na których 

będziemy leżeć całymi dniami i...

- Ach, Ravi, jesteś niemal bezczelny! - parsknęła śmiechem Johanna i ręką zakryła mu 

usta.

Ravi natychmiast zaczął łaskotać jej palce językiem.

Tylko przebłysk wyrzutów sumienia przemknął jej przez głowę, gdy dała się wciągnąć 

w jasną radość, odejść daleko od wspomnienia nieszczęsnej Karen, od powszedniego dnia, 

który, jak wiedziała, uderzy ich teraz ciężko niczym siekiera rozszczepiająca twarde drewno.

background image

Wśród   zgromadzonych   w   wypełnionym   ludźmi   kościele   poniósł   się   szum,   gdy 

kobieca postać wstała w ciemności przy drzwiach do zakrystii.

Ci, których najłatwiej było przestraszyć, pomyśleli w pierwszej chwili, że to pojawił 

się upiór, cień, coś złego, co wydobyło się z otwartej trumny zmarłej.

Kobieta bowiem wydawała się maleńka i krucha pod wysokim sklepieniem kościoła, a 

promienie słońca, wpadające do środka przez nieregularnie rozmieszczone okna, nie trafiały 

jej w twarz.

Za  jej   plecami  połyskiwały  złocenia  ołtarza,  ludzie   w  ławkach  widzieli,  że  bijąca 

stamtąd poświata tworzy wokół jej głowy coś na kształt aureoli.

Przez kilka nie kończących się sekund głos pastora wciąż wisiał w powietrzu, słowa, 

które wypowiedział ze swego miejsca przy ołtarzu, unosiły się pod sklepieniem kościoła.

-   Ostatnie   pożegnanie   Karen   usłyszy   od   tej,   która   była   jej   naprawdę   wierną 

towarzyszką, od człowieka, którego Karen opuszczała z większą troską aniżeli mnie, swego 

męża.  Karen była  nie tylko  dobrą, silną żoną, kobietą  zgodną z wzorcem,  jaki sam Bóg 

ustanowił dla słabej płci. Była  też bardzo mądrą kobietą,  która potrafi odróżnić węża od 

przyjaciela.

Johanna ubrana w prostą czarną suknię postąpiła o krok naprzód.

Przeszyła niedzielną sukienkę, odpruła z niej czerwone i niebieskie wstążki i zamiast 

nich wykończyła rękawy i dekolt na biało. Rozpruła też szwy w talii i przesunęła spódnicę 

pod   piersi,   by   starczyło   jej   na   zakrycie   rosnącego   brzucha.   Teraz,   gdy   stała   z   rękami 

złożonymi do modlitwy, odznaczał się wyraźniej niż dotychczas.

Może   właśnie   dlatego   ktoś   w   tłumie   jęknął,   ktoś   w   gromadzie   tych,   na   których 

czarnych ubraniach błyszczało srebro, tych w pierwszych rzędach, wśród przyjaciół i rodziny 

pastora, krewnych jego wysoko urodzonej żony. Przybyli tu z daleka, nie przyzwyczajeni, by 

w taki sposób ukazywać realia życia oczom wszystkich.

- Słuchajcie jej, bo każde słowo przez nią wypowiedziane jakbym ja wypowiadał i 

moja świętej pamięci żona.

Głos rozpłynął się, zmienił w tysiące drobinek kurzu, tańczących wśród drewnianych 

ścian kościoła.

Biel dłoni Johanny rzucała się w oczy na tle czarnej sukni. Włosy zaczesała w tył, 

schowała   pod   czarną   chustką.   Gdy   otworzyła   usta,   zgromadzeni   ucichli   i   zesztywnieli, 

wstrzymali oddech, jak gdyby przemawiała nagle jakaś niezwykła istota.

-   Pan   jest   moim   pasterzem,   nie   brak   mi   niczego...   Ale   jednogłośnie   wypuścili 

powietrze z płuc, gdy przeczytała inny ustęp o tym, co czeka człowieka, który roznosi plotki i 

background image

obmawia drugiego.

Widzieli, jak pastor kiwa głową, był to zaledwie cień ruchu, lecz i on wystarczył. 

Wyraźniejszego ostrzeżenia nie usłyszą. Za tę kobietę gwarantował sam pastor, postawił na 

nią nawet duszę zmarłej żony. Gdyby ją zaatakowali, oznaczałoby to jednocześnie, że atakują 

także pana Lunda i jego stanowisko głosiciela słowa Bożego. Któż ośmieli się sprzeciwić 

takiej władzy? Któż lepiej niż pastor potrafi ocenić, czym Anna i Knut Plassen są dla ludzi? 

Skoro on nie dostrzegał tu czarów, skoro on nie obwiniał ich o to, co się stało... to któż w jego 

imieniu ośmieli się rzucić gorzkie słowo?

Cisza wśród ludzkiej gromady trwała przez cale nabożeństwo. Trwała nawet wtedy, 

gdy zebrali się wokół ogromnej trumny i słuchali twardych uderzeń młotka, pieczętujących 

pokrywę dwoma tuzinami kołków z jasnego drewna.

Gromada ciemno ubranych ludzi wypłynęła niczym rzeka smoły przez wrota kościoła 

i nikt z nich się nie zatrzymał, by uścisnąć pastora za rękę, wypić z nim kieliszek, zapytać o 

nowiny.

Niels   Lund   także   tego   nie   widział,   stał   zapatrzony   w   mrok   najświętszego 

pomieszczenia w kościele i wiedział, że kobiety w czerni, która stała przed wszystkimi, już 

tam nie ma.

Wyszedł bezszelestnym krokiem, a kościelny zdmuchnął ostatnią świecę na ołtarzu.

Z podłogi kościoła usunięto już deski, Karen miała w pokoju spocząć na dole, wśród 

grubych kamiennych ścian.

Ona także odeszła, lecz nie na zatracenie.

Jakże już za nią tęsknił.

Pastor Lund uświadomił sobie, że utracił nie tylko żonę i pięcioro dzieci, lecz także 

swą jedyną podporę w chaosie wiary i zwątpienia, bezpieczną kotwicę, która dodawała mu sił 

w kontynuowaniu dzieła bożego.

Schronił się w swym własnym gabinecie i nie chciał się zobaczyć z nikim z tych, 

którzy   przyszli   okazać   swoje   współczucie   i   skosztować   smakołyków   i   dobrego   piwa   z 

piwniczki na plebanii.

Gdy do drzwi rozległo się pukanie, Johanna drgnęła. Nie był to zwyczajny dźwięk, 

jaki słyszało się w tym domu, malarz bowiem stał się już tak częstym gościem, że rzadko się 

zdarzało,   by   zaskoczył   Raviego.   Ravi   przeważnie,   jakby   przeczuwając   jego   przyjście, 

wychodził z domu, a po krótkiej chwili Johanna słyszała, jak rozmawiają i poklepują się po 

ramionach.

Widziała dzbany, widziała, jak Ravi w poczuciu winy chowa je za stosem starego 

background image

siana. Nie posmakował wódki od śmierci Karen, po raz pierwszy od wielu miesięcy minął 

tydzień, a on nie wypił ani kropli. Cieszyła się, przede wszystkim dlatego, że wcale go o to 

nie prosiła.

Lecz ten gość wcale nie przyniósł wódki, nie miał też poplamionych na niebiesko 

dłoni ani koszuli pokrytej czerwonymi kropkami farby.

Gdy Johanna otworzyła drzwi, popatrzyła prosto w twarz Nielsa Lunda.

Zaskoczona ukłoniła się nisko i wyjąkała powitanie:

- Ach, panie Lund... przychodzi pan tutaj... dzisiaj?

Pastor miał szarą, ściągniętą twarz, ale to nie zaskoczyłoby nikogo, kto słyszał o jego 

tragedii. Johanna jednak zwróciła uwagę na jego ręce: ściskał w nich czarną księgę, zawsze 

leżącą na ołtarzu w kościele. Liturgię.

Chrząknął, odpowiedział na jej powitanie, życząc pokoju temu domowi.

- Czy mogę wejść, Anno? Przychodzę w ważnej sprawie, muszę z wami porozmawiać.

Ravi zmrużył oczy i jakby zmalał, zdrętwiał, gdy pastor schyliwszy głowę przekroczył 

próg   i   znalazł   się   w   kręgu   światła   samotnej   lampki.   Johanna   zaproponowała   mu   jedyne 

krzesło, jakie mieli, to, na którym zwykle siadywał Ravi.

-  Podgrzeję  może   trochę   polewki,  jeśli  pastor   Lund  nie  jadł?   A  może  przyrządzę 

herbatkę, taką, która dodaje sił?

-   A   może   raczej   kieliszek?   -   rozległ   się   głos   Raviego.   A   pastor   kiwnął   głową, 

uśmiechnął się surowo matowymi oczami.

- Dziękuję, wasza gościnność  jest zaprawdę  godna prawdziwych  chrześcijan. Jeśli 

więc pan Plassen miałby kieliszek...

Ravi ze źle skrywaną dumą  postawił przed pastorem piękny kryształowy kielich i 

napełnił go zawartością niezgrabnych dzbanów Trugego.

Ale mężczyzna w czarnej sutannie nie miał widać głowy, by zdziwić się widokiem 

takiego naczynia w prostej wieśniaczej chacie. Ujął w rękę piękny kieliszek i opróżnił go 

jednym długim łykiem. Ravi znów nalał do pełna, nie bardzo wiedząc, jak powinien wznieść 

toast za zmarłą.

Wypili, teraz w twarzy pastora pojawiło się jakby więcej życia.

-   Jak   już   mówiłem,   droga   Anno   i   Knucie,   przybywam   do   was   dzisiaj   jako   wasz 

pocieszyciel  dusz, jako wasz pastor i pasterz. Szczerze  bowiem niepokoi mnie sprawa, o 

której doszły mnie słuchy.

Johanna zdrętwiała, pastor zauważył nerwowe spojrzenia, jakie wymieniła z Ravim.

- Nie lękajcie się, moi drodzy. Nie przybywam tu, by czegokolwiek od was żądać. Być 

background image

może powinniście zapłacić grzywnę, a dziecko, które wkrótce się urodzi, również winno być 

opłacone.

Znów uśmiechnął się tym swoim martwym uśmiechem i wyciągnął kieliszek na znak, 

by jeszcze go napełnić.

- Będę mówił z wami wprost, przez wzgląd na własne sumienie i dla dobra waszego 

życia wiecznego muszę to zrobić. Znam waszą tajemnicę, wasz grzech. Anna wie, że od 

dawna się domyślałem, jak się mają sprawy.

Ravi patrzył na księdza przerażony.

- Wiedział pastor o tym... przez cały czas... i nie doniósł pan na nas... ale...

Johanna szturchnęła go łokciem. Pastor kiwnął głową.

- Tak, wiedziałem o tym, ale was nie osądzam, bo to nie do mnie należy, przeciwnie, 

przynoszę wam boże wybaczenie i chęć, by to naprawić.

Johanna przyglądała się wychudzonemu pastorowi. Co z niego właściwie za człowiek, 

skoro w chwili takiej osobistej tragedii myśli o jej nędznym życiu?

Niels   Lund   wstał   w   tej   resztce   potęgi,   jaka   mu   jeszcze   została.   Sutanna   omiotła 

podłogę, przeciągając drobiny ziemi i błota na jasne deski.

-   Wstańcie   teraz   i   wyznajcie   wasze   grzechy,   uklęknijcie   przed   tym   ubogim   sługą 

bożym i porzućcie grzeszne życie!

Ravi bliski był wybuchu.

Johanna miała wrażenie, że stoi z boku, przyglądając się tej niezwykłej scenie i nie 

bardzo wiedząc, co się dzieje.

- Połączę was, tu i teraz, taki bowiem otrzymałem nakaz.

Johanna jęknęła głośno.

Ravi pokręcił głową, wyglądał na całkowicie zagubionego, ale to on odzyskał z wolna 

zdolność mowy.

- A więc to pastor miał na myśli, mówiąc o naszej grzesznej tajemnicy? To, że nie 

jesteśmy małżeństwem?

Lund popatrzył na niego zaskoczony, ściągnął brwi.

- Tak, mój dobry człowieku, tak cię to dziwi? Uśmiechasz się, czyżbyś nie rozumiał 

powagi sytuacji? Żaden ksiądz nie udzieliłby wam ślubu, zwłaszcza  teraz, gdy tak długo 

żyliście w grzechu przed Bogiem i ludźmi.

-   Pastor   ma   rację   -   wtrąciła   się   Johanna   uspokajająco.   -   Pan   Lund   robi   dla   nas 

naprawdę wielką rzecz, przychodząc tutaj z taką propozycją. Niewielu by to zrobiło, niewielu 

by zrozumiało.

background image

-   Przez   cały   czas   wiedziałem,   że   coś   ci   ciąży,   Anno,   jesteś   bowiem   dobrą, 

sprawiedliwą kobietą. Twój grzech jest być może wielki, nie większy jednak niżby Bóg mógł 

go wymazać, pamiętaj o tym.  A teraz podejdźcie do mnie tak, bym mógł odczytać  wam 

słowa, a potem potwierdzić to małżeństwo własnym podpisem w obecności świadków...

Ravi sprawiał wrażenie, że najchętniej chciałby stąd uciec i gdzieś się schować. Rysy 

jego twarzy wyglądały jak oblicze chorego na chorobę księżycową tuż przed samym atakiem. 

Johanna widziała jego zmieszanie. Co to znaczy? Czyżby nie chciał?

Chrząknęła i poprosiła pastora:

-   Niech   nam   pan   da   chwilę,   panie   Lund,   i   pozwoli,   by   moja   kobieca   próżność 

zatrzymała pana jeszcze przez moment. Chciałabym umyć przynajmniej ręce i twarz.

Pociągnęła Raviego za sobą na zewnątrz i popatrzyła mu prosto w oczy.

- Nie chcesz się ze mną ożenić?

A on wciąż patrzył na nią z niedowierzaniem w oczach.

Johanna przez moment czuła rozczarowanie i urazę, ogarniające serce, w końcu jednak 

przymknęła oczy i roześmiała się chrapliwie.

- Doprawdy, widzę, że mi się oświadczasz!

- Nigdy bym się na to nie poważył - wyszeptał z ustami w jej włosach.

- Wiem. Być może ktoś powiedziałby, że to fałsz mówić o tym, że bierze się ślub z 

miłości, gdy przedtem...

Zabiło się swego męża.

Nie odważyła się wypowiedzieć tych słów, wiedziała jednak, że i on o tym pomyślał.

- Pastor uważa, że taka jest wola boża, a jego Bóg wie o wszystkim, co zrobiłaś - cicho 

rzekł Ravi z namysłem.

- Ja też tak sądzę - z mocą oświadczyła Johanna.

- A więc będę musiał powiedzieć „tak” - szepnął Ravi niepewnym głosem.

Ręka mu drżała, gdy Johanna ujęła ją i zanurzyła w beczce pod rynną. Chłodna woda 

przyjemnie obmyła twarz i Johanna poczuła się niemal oczyszczona, gdy wróciła do chaty i 

zobaczyła, że pastor czeka nad księgą rozłożoną na środku prostego stołu.

Zostawił im gotowy dokument, nie pozwolił jednak rozwinąć papieru, dopóki się nie 

pożegna.

- Niech Bóg będzie z tobą, Anno, życzę ci wszystkiego dobrego... Zasłużyłaś na moją 

wielką wdzięczność. Miałaś rację, cały czas miałaś rację.

Nie zrozumiała, o co mu chodzi, ukłoniła się tylko niezgrabnie, mocno trzymając się 

ramienia poślubionego przed chwilą człowieka.

background image

Ravi wyciągnął rękę do pastora i patrzył na duchownego spokojnym spojrzeniem.

- Dziękuję, panie Lund. Słyszałem, co pan zrobił na pogrzebie, dla Anny... i dla mnie.

-   Musicie   się   pilnować,   szczególnie   ty,   mój   dobry   człowieku.   Igrasz   z 

niebezpiecznymi rzeczami, może z groźnymi mocami, pamiętaj o tym, i obyś nie zbłądził.

Oczy pastora błyszczały teraz, jak gdyby zyskał nową siłę. Ten ślub był widać ważny i 

dla niego, może teraz ulżyło mu na sumieniu, pomyślała Johanna.

- Przyjdę jutro, jak zawsze.

Pastor zatrzymał się w drzwiach i obrócił w jej stronę.

- Nie, odpocznij raczej, i tak dość już zrobiłaś. Potrzeba ci spokoju, Anno. Zresztą co 

to byłby za gospodarz, który odmówiłby świeżo upieczonym  małżonkom  odrobiny czasu 

spędzonego ze' sobą.

Uśmiechnął się lekko.

- Zostań w domu, Anno. Na plebanii już nie jesteś potrzebna.

Zaniepokoiły ją te słowa, wiedziała jednak, że tak właśnie jest. Karen odeszła, ona 

więc nie miała tam już nic do roboty.

- Ale czy pastor pozwoli, że jednak mimo  wszystko  zajrzę, porozmawiam?  Może 

jednak mogłabym się do czegoś przydać, panie Lund, w tym bolesnym czasie?

Pastor zmęczonym ruchem spuścił głowę, mamrotał coś pod nosem, Johanna nie była 

pewna, czy dobrze rozumie jego słowa.

- Chyba nie... chyba nie... Anna wie przecież, że sam muszę znaleźć swoją pociechę.

Odszedł, patrzyli, jak wtapia się w mrok, tam gdzie świerki stały niczym czarna ściana 

na tle wiosennego wieczoru.

Był  jakiś  niezwykły   smutek   w  widoku tego  człowieka,  który samotny,  zgarbiony, 

opuszczał ciepłą izbę.

Johanna powoli rozwinęła papier, który im zostawił.

Ravi patrzył z podziwem na czerwone i czarne pieczęcie, na zawiłe splątanie liter.

A Johanna ze zdumienia otworzyła usta.

„Świadectwo małżeństwa”, głosił napis na samej górze, a na dole podpis pastora i 

pieczęć   kościelna.   Szokujące   jednak   były   nazwiska   obok.   Zobaczyła   prześliczne   pismo 

Karen, niczym krótkie pozdrowienie, w które litery układały się nad pieczęcią. I jeszcze inne 

nazwisko, Johanna ledwie zdołała je odczytać. Jako świadek podpisał się sam brat pastora. W 

dacie widniał zupełnie inny rok i inny miesiąc, na długo przedtem, zanim dziecko zostało 

spłodzone.

Dokument zawierał też wszelkie osobiste informacje o małżonkach.

background image

Knut Plassen i Anna Plassen, miejsce i data urodzenia poświadczone ręką pastora. A 

więc   poświęcił   własne   imię.   Okazał   im   swą   wdzięczność   za   cenę   kłamstwa.   To   zbyt 

niewiarygodne, Johanna musiała przeczytać dokument jeszcze raz. Wszystko się zgadzało, 

nikt tego nie podważy. Ogarnęła ją radość.

- Teraz możemy stąd wyjechać - szepnęła, ciągle jeszcze nie dowierzając. - Jesteśmy 

wolni, Ravi, rozumiesz? Jesteśmy wolni, mamy dokument, który za nas świadczy. Możemy 

stąd odejść i na zawsze być już Knutem i Anną Plassen. A nasze dziecko będzie takie jak 

wszystkie inne dzieci. Żaden wstyd nie będzie teraz na nim ciążył. Ludzie nie mogą już nas 

osądzić, mamy przed sobą nową przyszłość.

Ravi stał przez moment zamyślony, Johanna dziwiła się, że zmarszczki bólu na jego 

czole nawet teraz nie całkiem się zatarły.

Przymknął oczy, jak wtedy gdy nachodziły go wizje, a on nie chciał na nie patrzeć. 

Ale jego głos brzmiał jasno i mocno, gdy jej odpowiadał, a ona czuła, że uspokajają ją słowa i 

ciepła dłoń ściskająca za rękę.

- Może masz rację, moja Hanno, może masz rację.

background image

POSŁOWIE

Autorka   pragnie   poinformować,   że   malarz   Truge   Gunhildgard,   który   tak   pięknie 

malował wrony, gospodarz Torkjell Villand, o którego poczynaniach wciąż krążą legendy 

wśród mieszkańców Hallingdal, oraz pastor Lund są postaciami historycznymi.