background image

Marion Lennox  

 

Samotny z wyboru 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Powinienem  się  stąd  wyprowadzić,  pomyślał  Cal,  spoglądając  z  werandy  na  ocean 

skąpany w blasku księŜyca. Mieszkanie z całą bandą młodych lekarzy z róŜnych stron świata 

ma swoje dobre strony,  ale czasami przemienia się w koszmar. Na przykład teraz. StaŜystka 

Kirsty  i  kardiolog  Simon  zwinęli  manatki,  wyjaśniając,  Ŝe  zmuszają  ich  do  tego  sprawy 

osobiste. Zostawili za sobą dom lekarzy huczący od plotek, dwie zrozpaczone byłe sympatie 

oraz szpital z niebezpiecznie okrojonym zespołem.  

Crocodile  Creek  nie  ma  szczęścia  do  lekarzy.  W  tej  chwili  dwoje  wyjechało  na  urlop, 

trzeci  spadł  tydzień  temu  z  roweru  i  jest  w  gipsie,  a  czwartego,  aŜ  trudno  w  to  uwierzyć, 

zmogła  wietrzna  ospa.  Para,  która  ewakuowała  się  w  takim  pośpiechu,  nie  wzięła  tego  pod 

uwagę, angaŜując się w te swoje... sprawy osobiste.  

Szlag by to trafił. Teraz Emily tonie we łzach, a Mike cierpi z powodu uraŜonej godności. 

Oboje  są  świetnymi  lekarzami  i  wspaniałymi  kolegami,  ale  będzie  czuł  się  zmuszony  ich 

pocieszać,  a  nie  ma  na  to  najmniejszej  ochoty.  Jedyne,  czego  pragnie  od  Ŝycia,  to  uprawiać 

medycynę i pić piwo. Oraz przestać myśleć o Ginie.  

Dlaczego przypomniał sobie o niej akurat teraz? Ostatni raz widział ją pięć lat temu, więc 

powinna juŜ przejść do historii. Ale nie przeszła.  

Sentymentalne  bzdury,  mruknął.  Stary  szpital,  w  którym  teraz  mieszkają  lekarze, 

nieustannie jest areną przeróŜnych emocjonalnych zawirowań, i to one kaŜą mu o niej myśleć. 

O tym, jak odeszła i przepadła jak kamień w wodę. Musi wyrzucić ją z pamięci. Jeden jedyny 

raz jak skończony idiota pozwolił sobie na uczucie, ale juŜ mu to przeszło.  

MoŜna  by  poszukać  Mike’a  i  namówić  go  na  partyjkę  snookera.  To  by  uwolniło  jego 

umysł od niechcianych wspomnień i moŜe pomogłoby Mike’owi. Za mało czasu. Znowu ma 

nocny  dyŜur.  MoŜe  obejdzie  się  bez  operacji,  ale  z  powodu  tak  zdziesiątkowanego  zespołu 

moŜe  mu  przyjść  ratować  alergika  od  kataru  siennego  albo  i  ofiarę  ukąszenia  jadowitego 

węŜa. Oznacza to, Ŝe nie moŜe wypić drugiego piwa.  

Kirsty  i  Simon.  śeby  ich  pokręciło!  Ten  ich  Ŝałosny  romans  komplikuje  mu  Ŝycie. 

Wszyscy  ich  bardzo  lubili,  więc  teraz  wszyscy  są  nieszczęśliwi.  Dom  lekarzy  w  Crocodile 

Creek ma być miejscem tętniącym Ŝyciem i pełnym radości, jego wolną od trosk bazą, dzięki 

której on moŜe zajmować się medycyną.  

Skrzypnęły drzwi, po czym stanęła przed nim Emily, anestezjolog. Była zapłakana, blada 

i wyglądała najwyŜej na szesnaście lat. Stary, nie ulegaj emocjom! 

Mimo to przesunął się na ławce, by zrobić jej miejsce, objął ją i przytulił. Tak, emocje to 

nie jego specjalność, ale Emily jest taka kochana...  

– Simon to łachudra – zawyrokował.  

– Nieprawda – chlipnęła. – On wróci. On i Kirsty to pomyłka.  

– To nie jest Ŝadna pomyłka. – Nie warto, Ŝeby tak się oszukiwała. – Simon to łachudra – 

powtórzył.  

– Takiego drania nie warto kochać. Zasługujesz na kogoś lepszego.  

background image

–  Mądrala.  Ciebie  inna  łachudra  zostawiła  pięć  lat  temu.  I  co?  Lepiej  ci  bez  Giny? 

Wątpię.  

Ten atak tak go zaskoczył, Ŝe mało brakowało, a rozlałby piwo. Skąd Emily wie o Ginie? 

No  tak,  w  tym  cholernym  domu  lekarza  nie  uchowa  się  Ŝadna  tajemnica.  Czasami  lękał  się 

nawet o swoje sny.  

– Nie rozmawiamy o mnie – zauwaŜył obojętnym tonem. – Rozmawiamy o tobie. To ty 

masz złamane serce.  

–  Ale  ty  mi  nie  pomoŜesz!  –  jęknęła  Emily:  –  Minęło  pięć  lat,  a  nie  moŜesz  przestać  o 

niej  myśleć.  Charles  twierdzi,  Ŝe  kochasz  tę  Ginę  tak  samo  jak  pięć  lat  temu,  a  ja  jestem 

dopiero na początku drogi. Och, Cal, ja tego nie przeŜyję.  

 

Gunyamurra.  Pięćset  kilometrów  na  południe.  Poród.  Serce  bije?  Nie.  Tylko  jej  się 

wydawało.  

Zrozpaczona dziewczyna wpatrywała się w drobną istotkę, która miała być jej synem. Jak 

mogła się łudzić, Ŝe to dziecko przeŜyje? Sama jest dzieckiem, więc nie powinna o tym nawet 

marzyć. Nie zasłuŜyła na taki skarb. Co teraz? Gdyby to dziecko przeŜyło, nadałoby sens jej 

Ŝ

yciu. Ale teraz...  

Nic  się  nie  zmieni,  pomyślała.  Była  obolała  fizycznie  i  psychicznie,  od  kilku  miesięcy 

ledwie  się  poruszała  w  czarnej  otchłani  rozpaczy.  Delikatnie  powiodła  palcem  po 

pozbawionej Ŝycia twarzyczce. Jej dziecko.  

Musi je tu zostawić.  

–  Szkoda,  Ŝe  nie  zobaczył  cię  twój  ojciec  –  szepnęła,  czując,  jak  łzy  spływają  jej  po 

policzkach.  

Na  nic  płacz.  Musi  wracać.  JuŜ  słychać  szum  silników  odjeŜdŜających  aut.  Usiądzie  na 

tylnym  siedzeniu  samochodu  rodziców,  a  oni  nawet  nie  będą  pytać,  gdzie  była.  Nawet  nie 

zauwaŜyli, Ŝe zniknęła im z oczu.  

Teraz teŜ jej nie zauwaŜą. Dlaczego miałoby być inaczej? Jej Ŝycie nie ma sensu.  

 

– Tutaj jest dzidziuś! – zawołał CJ zza głazu, za którym się ukrył.  

Gina  westchnęła  zdesperowana.  Sprawa  zaspokojenie  prostej  wydawałoby  się  potrzeby 

fizjologicznej jej czteroletniego synka zaczynała ją przerastać, tym bardziej Ŝe ostatni autokar 

z terenów rodeo miał odjechać za dziesięć minut. Muszą do niego wsiąść. Nie zostaną na noc 

w samym sercu australijskiego buszu.  

– CJ, rób, co masz robić, i wychodź stamtąd! 

Bez  rezultatu.  On  jest  taki  sam  jak  jego  ojciec,  pomyślała.  NiezaleŜny  i  skłonny  za 

wszelką  cenę  podąŜać  przez  siebie  wyznaczonym  szlakiem.  Jak  dzisiaj.  Otworzył  drzwi  do 

jednej z przenośnych toalet i zastygł w bezruchu.  

– Ja tu nie wejdę. Tu śmierdzi.  

Trudno  temu  zaprzeczyć,  pomyślała.  Rodeo  juŜ  się  skończyło,  więc  tojki  obsłuŜyły 

kilkuset piwoszy, zatem opinia CJ-a jest w stu procentach uzasadniona.  

W tej sytuacji zaprowadziła go na koniec parkingu, gdzie zaczynały się zarośla. Ale i tam 

background image

spotkała się z jego protestem. Malec domagał się prywatności.  

– Ktoś mnie zobaczy.  

– Schowaj się za tym głazem.  

– Dobra, ale sam tam pójdę.  

– Idź juŜ.  

A teraz...  

– Tutaj jest dzidziuś! 

Mały ma kapitalną wyobraźnię, ale to nie pora na takie bajki.  

– CJ, pospiesz się – rzuciła, niespokojnie spoglądając na autokar, który juŜ ruszał. Byli za 

daleko, by kierowca usłyszał jej krzyk.  

Spokojnie, nie panikuj,  wyjazd z parkingu jest tutaj, więc  autokar musi tędy  przejechać. 

Zatrzymasz go. Kierowca będzie wściekły, ale to najmniejszy problem.  

Po  co  myśmy  tu  przyjechali?  Głupi  pomysł.  Ogarnęły  ją  wątpliwości.  Wcześniej  ta 

wyprawa wydawała się jej konieczna. Jeszcze w Stanach uwaŜała, Ŝe znajdzie siły, by spotkać 

się  z  Calem,  Ŝe  powie  mu  to,  o  czym  powinien  wiedzieć.  Do  Crocodile  Creek  przyjechali 

późnym wieczorem w czwartek. Zostawiła CJ-a  pod opieką właścicielki pensjonatu, a sama 

wyruszyła  na  poszukiwanie  Cala.  Poinformowano  ją,  Ŝe  dom  lekarzy  znajduje  się  na  cyplu, 

blisko plaŜy. W mroku prezentował się imponująco. Taka sceneria powinna dodać jej odwagi.  

Ale nie dodała. Gdy dotarła do drzwi wejściowych, miała wraŜenie, Ŝe serce jej zamiera. 

Jeszcze gorzej poczuła się, gdy nikt nie zareagował na jej pukanie.  

Obszedłszy  dom,  na  werandzie  dostrzegła  Cala.  Lecz  to  nie  był  jej  Cal.  To  zrozumiałe. 

Czas wszystko zmienia. Nie widział jej. Gdy zbierała się, by go zawołać, na werandę wyszła 

młoda kobieta.  

Gina  znieruchomiała.  Chwilę  później  Cal  objął  nieznajomą,  wtulił  twarz  w  jej  włosy  i 

przemawiał  do  niej  szeptem,  na  co  ona  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  To  nie  jest  namiętność, 

przeszło  Ginie  przez  myśl.  Gdyby  tak  było,  moŜe  zrealizowałaby  swój  zamiar.  Te  gesty 

jednak  były  wyrazem  czegoś  zdecydowanie  silniejszego  niŜ  namiętność.  Tak  obejmują  się 

ludzie,  którzy  siebie  potrzebują.  Wyczuwała,  Ŝe  łączy  ich  coś  głębokiego  i  szczerego. 

Dziewczyna  wyglądała  na  załamaną.  Gdy  Cal  ujął  jej  twarz  w  dłonie,  Ginę  ogarnął 

bezbrzeŜny smutek, poniewaŜ ta nieznajoma znalazła to, co jej, Ginie, nigdy nie było dane.  

Uciekła  spod  domu  lekarzy.  Czy  moŜna  jej  się  dziwić?  Potraktowała  Cala  z 

bezwzględnym okrucieństwem, a on znalazł nową miłość. Prawdziwą, taką, jaka ich nigdy nie 

łączyła. Ona nie ma prawa wtrącać się teraz w jego Ŝycie.  

Wróciła do pensjonatu, przytuliła CJ-a  i starała się dostosować swoje plany do sytuacji. 

Jak kobieta Cala zareagowałaby na jej widok? Czy wolno jej burzyć ten nowy związek? Nie, 

nie wolno. CJ jest dzieckiem z prawego łoŜa. Jego ojcem jest Paul i tak musi zostać.  

Ale  tyle  w  to  zainwestowała,  przebyła  taki  szmat  drogi.  Nie  wsiądzie  do  najbliŜszego 

samolotu do Stanów, mimo Ŝe właśnie to zrobiłaby najchętniej.  

Obiecała synkowi wiele atrakcji w Australii i musi tej obietnicy dotrzymać. Postanowiła 

odczekać kilka dni. Zapisała się na bezkrwawe łowy na krokodyle: nocną wycieczkę po ujściu 

rzeki. Nie zobaczyli krokodyla, za to poznali prawdziwego łowcę tych gadów. Zachwyt synka 

background image

wywołany  barwnymi  opowieściami  starego  wygi  nieco  ukoił  jej  zbolałe  serce.  Popłynęli  teŜ 

na  Wielką  Rafę,  gdzie  robili  wszystko,  by  nie  dać  się  ponieść  rozczarowaniu  z  powodu 

mętnej wody oraz brzydkiej pogody.  

Potem dowiedziała się o rodeo w Gunyamurze.  

Znalazła  teŜ  autobus,  który  z  tej  miejscowości  jechał  na  lotnisko,  więc  właśnie  tam 

postanowili  spędzić  ostatnie  przedpołudnie  przed  wylotem  z  Australii.  CJ  uwielbiał  konie, 

więc  rodeo  na  pewno  nie  było  stratą  czasu,  ale  ona  cieszyła  się,  Ŝe  juŜ  wyjadą.  Crocodile 

Creek jest oddalone stąd o pięćset kilometrów. JuŜ nigdy nie zobaczy Cala. Autokar zawiezie 

ich na lotnisko.  

Najpierw jednak musi wyciągnąć synka z zarośli.  

– CJ, pospiesz się! 

– Nie mogę tu siusiać, bo tu jest dzidziuś – upierał się chłopiec.  

– Nie ma Ŝadnego dzidziusia.  

Niesamowita  wyobraźnia,  pomyślała.  CJ  wszystko  wymyśli:  przyjaciół,  zwierzęta, 

rakiety, okręty podwodne, dzidziusie. Wszędzie je widzi.  

Ale nie teraz.  

–  Nie  ma  Ŝadnego  dzidziusia.  –  Nie  bacząc  na  jego  prawo  do  prywatności,  zajrzała  za 

głaz.  

Na  mchu,  między  dwoma  wielkimi  kamieniami,  tam,  gdzie  patrzył  jej  syn,  leŜał 

noworodek. Scena porodu. Jakaś kobieta urodziła tu dziecko. Wygnieciona trawa, krew...  

Noworodek. NieŜywy? Ruszyła do akcji zaalarmowana tym, Ŝe dziecko jest sine i się nie 

rusza.  Nie  Ŝyje.  Gdy  je  dotknęła,  poczuła,  Ŝe  to  maleńkie  ciałko  jest  ledwie  ciepłe.  Nie 

oddycha. Zaczęła szukać pulsu. Nie ma.  

Małym  palcem  oczyściła  drogi  oddechowe,  przetarła  usta  dziecka  brzegiem  T-shirta,  po 

czym przystąpiła do sztucznego oddychania. Poczuła, jak mała klateczka piersiowa lekko się 

unosi. Serce, bierz się do roboty! 

Wyszarpnęła  z  torby  kurteczkę  CJ-a  ,  ułoŜyła  na  niej  noworodka  i  zaczęła  go 

reanimować.  To  dla  niej  nic  nowego,  przecieŜ  jest  kardiologiem,  ale  w  takich  warunkach... 

Tutaj potrzebny jest szpital, tlen, zaplecze! Trzeba wezwać pomoc. CJ jest za mały, Ŝeby na 

nim polegać, ale ona ma tylko jego.  

– CJ, leć na parking i krzycz „Ratunku!”. Wydech, ucisk, ucisk, ucisk...  

–  Dlaczego?  –  Trudno  mieć  mu  za  złe  to  pytanie.  Złapać  dziecko  i  wybiec  w 

poszukiwaniu ratunku? 

Nie, bo wtedy przerwałaby sztuczne oddychanie, a ono potrzebuje tlenu. KaŜda sekunda 

bez tlenu zwiększa ryzyko uszkodzenia mózgu.  

–  Ten  dzidziuś  jest  chory  –  wysapała  między  wydechami.  –  Musisz  kogoś  wezwać. 

Wrzeszcz, jakby cię gonił tygrys.  

– Tu nie ma tygrysa.  

– Udawaj, Ŝe jest. Leć, synku, musisz mi pomóc. Musisz wrzeszczeć.  

– Dla tego malucha? 

– Tak, dla tego malucha.  

background image

CJ  namyślał  się  przez  sekundę,  po  czym  pokiwał  głową,  jakby  uznał,  Ŝe  jego  matka  nie 

do końca zwariowała. Po chwili za głazem rozległ się jego przeraźliwy krzyk: 

– Tygrys! Tygrys! Tam jest tygrys. I dziecko. Ratunku! 

Dobry  chłopiec,  włoŜył  całe  serce  w  te  okrzyki.  Jednak  jego  wysiłek  poszedł  na  marne, 

poniewaŜ zagłuszył go silnik autokaru wytaczającego się z parkingu.  

Gdy  juŜ  miała  się  podnieść,  by  wybiec  na  parking  i  go  zatrzymać,  usłyszała  ciche 

kaszlnięcie.  Wydawało  się  jej?  Jeśli  to  maleństwo  kaszlnęło,  to  znaczy,  Ŝe  nadal  ma 

zablokowane drogi oddechowe. Odwróciła je na brzuszek i przytrzymując główkę, lekko nim 

potrząsnęła. Zakasłało znowu, po czym z jego buzi wypłynęła brunatna maź.  

Gina  podjęła  sztuczne  oddychanie.  Tym  razem  drobniutka  klatka  piersiowa  zaczęła 

unosić się wyŜej i opadać. Miarowo. Samodzielnie. Przytulając maleństwo do piersi, sięgnęła 

do  torby  po  podręczny  ręczniczek.  Teraz,  kiedy  samodzielnie  oddycha,  jego  największym 

wrogiem jest utrata ciepła. Trzeba szukać pomocy.  

Autokar juŜ odjechał.  

– Chyba mnie słyszeli – oznajmił CJ. Widać jednak było, Ŝe nie jest pewny, czy ma być z 

siebie dumny. – Bo jedna pani w autokarze mi pomachała.  

Super,  pomyślała  Gina,  słysząc  oddalający  się  pomruk  silnika.  Na  lotnisko.  Do  Stanów. 

Do domu.  

Nie pora o tym teraz myśleć. Wydostała z torby swoją kurtkę, miękką i ciepłą, owinęła w 

nią noworodka, po czym kolejny raz upewniła się, czy oddycha. Bała się mieć nadzieję, Ŝe ten 

człowieczy okruszek przeŜyje.  

Lecz on, jakby czytał w jej myślach, otworzył oczy.  

– To prawdziwy dzidziuś – zdumiał się CJ, oszołomiony tak nagłą przemianą.  

To  był  prawdziwy  cud.  Gina  nagle  poczuła,  Ŝe  trzyma  osobę,  maleńkiego  chłopczyka. 

Dziecko,  z  którego  wyrośnie  męŜczyzna,  poniewaŜ  CJ  go  znalazł,  a  jej  metody  ratowania 

Ŝ

ycia okazały się skuteczne.  

Jak ma się do tego autokar, który uciekł? Albo noc spędzona na odludziu? 

Ile  on  waŜy?  Góra  dwa  kilogramy.  Na  pewno  jest  wcześniakiem,  bo  dopiero  zaczynają 

rosnąć  mu  paznokcie.  Ciągle  ma  sine  wargi  i  koniuszki  wszystkich  palców.  Sinica?  Kiedy 

zaczął oddychać, jego ciałko nabrało zdrowszego koloru, ale teraz...  

Nie  jest  wychłodzony,  bo  dzień  jest  bardzo  ciepły.  Jak  długo  tu  leŜał?  Prawdopodobnie 

jego  serce  nie  pracuje  jak  naleŜy.  To  nie  jest  kwestia  oddychania,  pomyślała.  Więc  skąd  te 

sine wargi? 

– Czym pojedziemy do domu? – zapytał nagle CJ, a ona mocniej przytuliła noworodka.  

– Poszukamy kogoś, kto nas stąd zabierze.  

– Wszyscy juŜ odjechali.  

– Na pewno nie wszyscy.  

A  jeśli  to  prawda?  Odjechał  juŜ  autokar  z  muzykami  country  and  western  oraz  ich 

sprzętem nagłaśniającym, a takŜe właściciele stoisk z jedzeniem i pamiątkami.  

CJ chyba ma rację.  

–  Ktoś  tu  musi  być  –  powiedziała  bez  przekonania.  –  Idziemy,  synku.  Chodźmy  się 

background image

rozejrzeć.  

CJ  przyglądał  jej  się  z  powątpiewaniem,  jakby  nie  bardzo  wiedział,  czy  chce  jej 

towarzyszyć.  

– Dzidziuś w porządku? – zapytał.  

– Chyba tak.  

– Masz krew na koszulce.  

Pal licho T-shirta. Ile krwi straciło to maleństwo? 

Noworodek zakwilił, a ona poczuła nagły przypływ otuchy. I coś więcej. Cztery lata temu 

trzymała  na  rękach  małego  CJ-a  .  Czuła  wówczas  to  samo,  co  teraz  wzbierało  w  jej  sercu. 

Bardzo  kochała  ojca  swojego  synka.  Cal  pokazał  jej,  co  to  jest  miłość,  więc  postanowiła 

przelać to uczucie na CJ-a . Mimo Ŝe Cal zniknął z jej Ŝycia, mimo Ŝe nie miał nic wspólnego 

z  tym  maleństwem,  złoŜyła  tę  samą  co  wtedy  przysięgę.  Będzie  chroniła  to  dziecko  za 

wszelką cenę.  

Jaka  matka  mogła  je  tu  porzucić?  Ile  musiało  ją  to  kosztować?  Przypomniała  sobie,  jak 

ź

le jej było, gdy CJ przyszedł na świat, jak tęskniła do Cala, jak niemoŜliwe wydawało się jej 

wychowywanie  syna  bez  ojca.  Mimo  to  jej  więź  z  nowo  narodzonym  synkiem  okazała  się 

nierozerwalna.  

CJ  łączył  ją  z  Calem.  Myślała  o  Calu,  gdy  urodził  się  CJ  i  teraz,  zupełnie 

niespodziewanie,  Cal  znowu  stanął  jej  przed  oczami.  Absurd.  Nie  wolno  jej  teraz  o  nim 

myśleć.  Ani  o  oddalającym  się  autokarze,  dzięki  któremu  miała  raz  na  zawsze  od  niego  się 

uwolnić.  

Musi szukać pomocy.  

– Chodźmy. Ktoś na pewno jeszcze tu się kręci. – Wzięła synka za rękę.  

Rodeo odbywało się w naturalnej scenerii, w niecce otoczonej wzgórzami. Gdy Gina i CJ 

wyszli  z  parkingu  w  stronę  areny,  ich  oczom  ukazała  się  samotna  sylwetka  siwowłosego 

aborygena.  Gina  zauwaŜyła  go  juŜ  wcześniej,  gdy  krzątał  się  w  trakcie  rodeo.  Dozorca? 

Zapewne.  Drapiąc  się  w  głowę,  z  niezadowoleniem  spoglądał  na  sterty  śmieci.  Na  widok 

Giny i CJ-a  zsunął czapkę na tył  głowy i uśmiechnął się szeroko, wyraźnie zadowolony, Ŝe 

ktoś odrywa go od tych ponurych rozmyślań.  

– Dzień dobry. Przyszliście mi pomóc sprzątać? 

– Znaleźliśmy noworodka – oznajmiła Gina. MęŜczyzna spowaŜniał.  

– Słucham? 

– Ktoś porzucił noworodka w zaroślach. – Wskazała na wybrzuszenie pod poplamionym 

krwią podkoszulkiem. – Potrzebujemy pomocy. Jak najszybciej.  

– Pani chyba Ŝartuje.  

– Nie Ŝartuję. – Opowiedziała mu, co się stało, a on słuchał jej z otwartymi ustami.  

–  Twierdzi  pani,  Ŝe  jakaś  kobieta  urodziła  w  buszu  i  zostawiła  tam  dziecko,  Ŝeby 

umarło?! 

–  Mogła  myśleć,  Ŝe  urodziło  się  martwe.  Nieźle  się  napracowałam,  Ŝeby  zaczęło 

oddychać.  

MęŜczyzna zerknął podejrzliwie w stronę jej T-shirta, po czym cofnął się o krok, jakby w 

background image

obawie, Ŝe ma do czynienia z wariatką.  

– I pani go tam ma? Pod koszulą? 

– Tak. MoŜe nas pan zawieźć do najbliŜszego szpitala? 

Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę, po czym wskazał ręką zdezelowany pickup.  

– Tylko tym moŜna się stąd wydostać. Czym tu przyjechaliście? 

– Autokarem.  

– Odjechał.  

Gina z trudem panowała nad zniecierpliwieniem.  

– Zawiezie nas pan do szpitala? 

–  Do  najbliŜszego  jest  trzydzieści  kilometrów  –  rzekł  bez  przekonania  –  ale  teraz  tam 

nikogo  nie  ma.  Przychodnia  jest  zamknięta,  bo  wszyscy  wyjechali  na  rodeo.  Nie  wystarczy 

pani lekarz? 

– MoŜe być lekarz. – Tłumaczenie mu, Ŝe sama jest lekarzem, skomplikowałoby sprawy 

jeszcze bardziej. – Jak moŜna się z nim skontaktować? 

–  Podczas  rodeo  dyŜurował  tu  helikopter  medyczny.  Jakąś  godzinę  temu  zabrał  stąd 

ujeŜdŜacza ze złamaną nogą, a Ŝe impreza się kończyła, juŜ nie wracał. Podobno w bazie mają 

za mało lekarzy.  

– Potrzebuję lekarza natychmiast – upierała się.  

Jedną ręką trzymała CJ-a , drugą podtrzymywała noworodka. Nie ruszał się. On nie moŜe 

umrzeć.  

– Mógłbym ich znowu wezwać. Jest pani pewna, Ŝe to noworodek? śywy? 

Puściła  rączkę  CJ-a  ,  by  podnieść  nieco  podkoszulek.  Wszyscy  utkwili  wzrok  w  jej 

zawiniątku, z którego wysunęła się rączka wielkości paznokcia. Twarz aborygena wykrzywiła 

się w dziwnym grymasie.  

–  Kto  by  pomyślał...  –  szepnął.  –  Mój  w  tym  wieku  był  taki  sam.  –  Przeniósł  wzrok  na 

Ginę. – Naprawdę go znaleźliście? 

– Tak. Mieliśmy juŜ wsiadać do autokaru, kiedy go znaleźliśmy. Robiłam wszystko, Ŝeby 

zaczął oddychać, ale bez pana pomocy nie przeŜyje.  

– JuŜ biorę się do dzieła. – Rzucił się biegiem do swojego auta.  

– Mamo – zaczął CJ tonem człowieka, którego cierpliwość jest na wyczerpaniu.  

– Słucham, synku.  

– Siusiu.  

 

– Cal...  

Cal  aŜ  podskoczył.  Układał  instrumenty  w  sterylizatorze.  Na  dźwięk  głosu  Charlesa 

skalpel wypadł mu z ręki. Zaklął pod nosem.  

–  Nie  rób  mi  tego  –  wycedził  przez  zęby  pod  adresem  szefa.  –  Przestań  oliwić  ten 

cholerny wózek i daj nam szansę! 

Charles  uśmiechnął  się  szeroko.  Piastował  funkcję  kierownika  przychodni  w  Crocodile 

Creek. Od osiemnastego roku Ŝycia był przykuty do wózka inwalidzkiego na skutek wypadku 

podczas  polowania,  ale  pomimo  paraliŜu  dolnej  części  ciała  został  lekarzem.  Wiedział 

background image

doskonale,  Ŝe  jego  podwładni  reagują  bardzo  nerwowo,  gdy  ich  zaskakuje,  bezszelestnie 

wjeŜdŜając  na  wózku,  ale  się  tym  nie  przejmował.  Nie  zaszkodzi  młodym  lekarzom 

ś

wiadomość, Ŝe w kaŜdej chwili szef moŜe pojawić się u ich boku.  

Cala  nie  musiał  sprawdzać.  UwaŜał  go  za  najlepszego  lekarza  pod  słońcem.  Normalnie 

lekarze nie zatrzymywali się na dłuŜej w Crocodile Creek. Praca była tu cięŜka, miejscowość 

niemal  na  końcu  świata  i  większość  lekarzy  traktowała  pobyt  tutaj  jak  misję.  Zatrzymywali 

się na dwa, trzy lata, a gdy Ŝądza przygody wygasała, znikali.  

Ale nie Cal. Przyjechał  cztery lata temu i nic nie wskazywało na to, by  miał ochotę coś 

zmienić.  Coś  go  tu  trzymało,  a  Charles  był  z  tego  zadowolony.  Z  jakiegoś  powodu  Cal  nie 

chciał  zmierzyć  się  ze  światem.  Kobieta?  Charles  nie  wiedział  wszystkiego,  ale  wiedział 

więcej,  niŜ  powiedział  mu  Cal,  oraz  poznał  Ginę.  Na  razie  nie  zadawał  pytań.  Cal  był 

niezastąpiony, a Charles to doceniał. Zwłaszcza teraz.  

– Wskakuj do śmigłowca – polecił mu.  

– Problemy? 

– Na rodeo.  

– PrzecieŜ Christina i Mike przed chwilą kogoś przywieźli.  

– Owszem. Josepha Longa ze złamaniem. Nie rozumiem, dlaczego te młodziaki upierają 

się dosiadać ogiera, który sobie tego nie Ŝyczy.  

– Ile miałeś lat, kiedy wybrałeś się na polowanie? – zapytał przymilnym tonem Cal. – No 

ile?  Osiemnaście.  UwaŜasz,  Ŝe  wystarczy  popatrzeć  na  ciebie,  Ŝeby  zrezygnować  z 

podejmowania ryzyka? 

–  Daj  sobie  siana,  stary.  –  Charles  uśmiechnął  się  szeroko.  Nie  kaŜdy  miał  prawo  do 

Ŝ

artów  na  temat  jego  przeszłości,  ale  Cal  pracował  tu  tak  długo,  Ŝe  został  jego  zaufanym 

przyjacielem. – Przestań prawić mi kazania i leć do śmigłowca.  

– Co się stało? 

– Noworodek.  

Cal o mały włos po raz drugi nie upuścił skalpela.  

– Noworodek na rodeo? 

– Jakaś kobieta utrzymuje, Ŝe go znalazła.  

– Kobieta? 

–  Nic  więcej  nie  wiem.  Brzmi  to  dziwnie,  ale  gdybym  mógł,  to  juŜ  bym  tam  leciał. 

Wezwał nas przez radio Pete Sargent, dozorca. Powiedział, Ŝe jest tam kobieta i noworodek, 

ale  jego  zdaniem  nie  są  do  siebie  podobni.  Twierdzi,  Ŝe  znalazła  tego  noworodka.  Mike  juŜ 

uzupełnia paliwo, a ty jesteś jedynym lekarzem pod ręką. Na co czekasz? 

 

Gina  była  równie  zniecierpliwiona.  W  przypadku  noworodków  sinica  jest  objawem 

nieprawidłowej  pracy  serca,  a  ona  nie  miała  nawet  stetoskopu.  Zasiadła  w  ławkach 

sędziowskich i czekała na helikopter.  

Pete, niech Bóg ma go w swojej opiece, zajął się CJ-em. Zatrudnił go do zbierania śmieci. 

Dał mu rękawice robocze dłuŜsze niŜ jego ramiona, ale CJ był zachwycony.  

Dzięki  temu mogła  skupić  się  na  noworodku,  mimo  Ŝe  niewiele  była  w  stanie  dla  niego 

background image

zrobić.  Czuwała,  by  drogi  oddechowe  były  droŜne.  Obserwowała  oddychanie.  Siedziała 

pochylona, by dać mu jak najwięcej swojego ciepła.  

Modliła się, by przeŜył. I czekała. Trwało to tak długo, Ŝe zaczęła się bać, Ŝe go straci.  

W  końcu  jednak  na  niebie  pojawił  się  śmigłowiec.  Jeszcze  nie  dotknął  ziemi,  a  ona  juŜ 

biegła  w  jego  stronę.  Przezornie  zatrzymała  się  poza  zasięgiem  łopat  wirnika.  Pete  trzymał 

CJ-a  za rękę i na wszelki wypadek połoŜył jej dłoń na ramieniu.  

Nadal uwaŜa, Ŝe postradałam rozum, pomyślała.  

Ze  śmigłowca  wysiadał  wysoki  męŜczyzna,  jednocześnie  odwracając  się  po  torbę 

lekarską.  Gdy  ruszył  w  ich  stronę,  a  ona  ujrzała  jego  twarz,  poczuła,  Ŝe ziemia  przestała  się 

kręcić.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Od lat marzyła o tej chwili. Od dawna zastanawiała się, co wtedy powie.  

Słowa,  które  sobie  wcześniej  przygotowała,  straciły  sens.  Pogodziła  się  z  tym  trzy  dni 

wcześniej, kiedy zobaczyła go na werandzie. MoŜe jednak dobrze się stało, Ŝe teraz ich słowa 

i reakcje nie będą miały Ŝadnego związku z przeszłością.  

Zatrzymał się tuŜ przed nią i dopiero wówczas zauwaŜył, z kim ma do czynienia.  

– Gina... – Był nieprzygotowany na takie spotkanie w jeszcze większym stopniu niŜ ona. 

Ona  przynajmniej  miała  świadomość,  Ŝe  znajdują  się  na  tym  samym  kontynencie  oraz 

widziała go trzy dni wcześniej.  

Niewiele się zmienił, przeszło jej przez głowę.  

Cal niechętnie mówił o swojej przeszłości, ale Gina wiedziała o nim wystarczająco duŜo. 

Jego rodzice byli farmerami, ale ich gospodarstwo z trudem zaspokajało ich potrzeby. Matka 

odeszła  od  nich,  gdy  Cal  był  całkiem  mały,  więc  juŜ  w  dzieciństwie  poznał  smak  biedy  i 

cięŜkiej pracy. Pierwszym wspomnieniem z tych czasów była scena, w której tuŜ przed burzą 

dźwiga bele siana niewiele mniejsze od niego. Wtedy wierzył jeszcze w Świętego Mikołaja.  

I ciągle miał nadzieję, Ŝe coś się zmieni. Ale nic się nie zmieniło. Nawet on sam. Mimo to 

Gina poczuła, Ŝe nadal go kocha. Czy to moŜliwe? Po pięciu latach? 

KaŜde  z  nich  poszło  swoją  drogą,  więc  nie  czas  na  takie  emocje.  Ale  jej  syn  ma  takie 

same ciemno-rude włosy jak on...  

Skup się na ratowaniu ludzkiego Ŝycia. Medycyna trzymała cię przy Ŝyciu przez pięć lat, 

więc i teraz potraktuj ją jak koło ratunkowe. A miłość? 

Zapomnij.  

– Cal... noworodek...  

Wpatrywał się w nią, jakby zobaczył zjawę.  

– Co ty tu robisz?! – wykrztusił.  

Odebrała te słowa jak policzek, ale jednocześnie czuła, Ŝe w tej chwili najwaŜniejsze jest 

maleństwo.  

– Przyjechałam na rodeo – odparła rzeczowym tonem. – I znalazłam noworodka.  

– Znalazłaś noworodka...  

–  Owinęła  go  kurtką  i  trzyma  pod  koszulą  –  wyjaśnił  dozorca.  Wodził  wzrokiem  od 

jednego do drugiego, jakby nie pojmował, dlaczego nie biorą się do roboty. – Ona mówi, Ŝe 

jakaś kobieta urodziła go w buszu.  

– Co takiego?! 

– Potrzebny jest tlen. – Zmusiła się, by myśleć tylko o medycynie. – Cal, on potrzebuje 

natychmiastowej  pomocy.  Bo  nie  przeŜyje.  Sinica.  Płytki  oddech.  Z  kaŜdą  chwilą  jest  coraz 

słabszy. – Nadal trzymała noworodka pod Tshirtem, nic więc dziwnego, Ŝe Cal ciągle jej nie 

dowierza. – Ma zaledwie kilka godzin. Stracił sporo krwi. Moim zdaniem to wcześniak. Ma 

sine wargi i paznokcie, za szybką pracę serca. Masz sprzęt? 

– Noworodek... – Spojrzał na nią badawczo. – Nie twój? 

background image

– Nie. – Jej T-shirt był poplamiony krwią, ona sama blada i zmęczona, więc moŜna by ją 

wziąć za kobietę wkrótce po porodzie. – Potrzebny jest tlen. I to szybko.  

– Na pokładzie jest inkubator i wszystko, co moŜe okazać się potrzebne. – Ze śmigłowca 

wysiadł pilot z drugą torbą lekarską. – Bierzmy się do roboty.  

Przez  dziesięć  kolejnych  minut  pracowali  jak  dawniej.  Pomagał  im  pilot  Mike,  który 

okazał  się  takŜe  ratownikiem  medycznym.  Nadał  tworzymy  zgrany  tandem,  pomyślała, 

szukając cieniutkiej Ŝyłki, by podłączyć kroplówkę. Noworodki mają tak mało krwi, Ŝe nawet 

niewielka jej utrata moŜe stać się przyczyną zgonu.  

–  Dzieje  się  coś  niedobrego  –  mruknęła,  obserwując  na  monitorze  pracę  serca.  –  Za 

szybko. Na dodatek ta sinica...  

– Podejrzewasz zwęŜenie ujścia tętnicy płucnej? 

– Albo coś gorszego. Trzeba zrobić echo.  

–  Jasne.  –  Zerknął  na  nią  z  powątpiewaniem.  –  Zrobiliśmy  juŜ  wszystko.  Teraz  trzeba 

przewieźć go do bazy.  

Zawahała  się.  Tak,  malca  trzeba  ratować,  ale...  co  będzie  z  nią?  Po  raz  pierwszy  od 

znalezienia noworodka miała chwilę na zastanowienie. Mały został ogrzany, dostał tlen oraz 

kroplówkę. Jest stabilny, moŜna więc pomyśleć, co dalej.  

Czy  nadal  powinna  w  to  się  angaŜować?  Teraz  mogłaby  się  wycofać.  NaleŜy  rozwaŜyć 

trzy czynniki.  

Po  pierwsze,  transport.  Z  Crocodile  Creek  jeŜdŜą  autobusy  na  lotnisko.  MoŜe  nawet 

zdąŜyliby na swój samolot? Po drugie, jej wiedza specjalistyczna moŜe okazać się potrzebna 

temu maluchowi.  

– Czy w Crocodile Creek jest kardiolog? 

Cal pokręcił głową, a ona wyczuła, Ŝe myśli o tym samym co ona.  

– Opuścił nas kilka dni temu.  

Sposób, w jaki to powiedział, kazał jej zastanowić się nad trzecim czynnikiem. Mimo Ŝe 

rozsądnie byłoby polecieć do Crocodile Creek, mimo Ŝe poczucie obowiązku nakazywało jej 

to  samo,  nie  chciała  lecieć  z  Calem,  Ŝeby  nie  przedłuŜać  tych  chwil.  Ale  ten  mały  moŜe 

potrzebować kardiologa...  

Ostatecznie  doszła  do  wniosku,  Ŝe  jako  lekarz  nie  ma  wyboru,  a  sprawy  osobiste  musi 

odłoŜyć na bok.  

– NaleŜałoby zająć się matką. – W końcu się przemogła. Gdy Cal przytaknął, stwierdziła, 

Ŝ

e jak dawniej ich myśli biegną podobnym torem.  

–  Bez  wątpienia.  –  Przeniósł  wzrok  na  Pete’a,  który  najwyraźniej  postanowił  się 

sprawdzić  w  roli  przedszkolanki  i  wraz  z  CJ-em  układał  na  ziemi  sylwetkę  kangura  z 

kamyków. – Pete, nie wiesz, czyje to dziecko? 

– Przez to miejsce przewinęło się kilkaset osób. – Pete podniósł głowę znad kangura.  

– Ten mały urodził się kilka godzin temu. Nie widziałeś kobiety w zaawansowanej ciąŜy? 

–  Dorothy  Curtin  ma  wielki  brzuch,  ale  wyjechała  z  Maxem  i  dziećmi  jeszcze  przed 

lunchem.  

– Dorothy na pewno by nie porzuciła dziecka w krzakach – orzekł Cal. – Ale ktoś inny? 

background image

Młoda dziewczyna? Przyjezdna? 

–  Kilka  obcych  przyjechało  autokarem.  Nie  wiem.  –  Aborygen  podrapał  się  w  głowę.  – 

Nie mam pojęcia.  

– W moim autokarze nie było Ŝadnej cięŜarnej – wyjaśniła Gina.  

– Trzeba zawiadomić policję – skonstatował Cal. – I odnaleźć matkę. Na razie zabieram 

Ginę...  tę  panią,  do  Crocodile  Creek.  Pete,  wskaŜesz  policji,  gdzie  znaleziono  tego 

noworodka? 

– Jasne. I tak muszę tu posprzątać.  

–  PokaŜę  wam  dokładnie  miejsce,  gdzie  go  znaleźliśmy  –  rzekła  Gina.  –  Cal,  musimy 

przeszukać okolicę, bo moŜemy natknąć się na dziewczynę w powaŜnych tarapatach.  

–  To  prawda  –  odrzekł  ponurym  tonem.  –  To  dopiero  początek.  –  Teraz  zwrócił  się  do 

Mike’a. – Idź z Gina, ja zostanę przy dziecku.  

Ratownik przytaknął, szacując Ginę wzrokiem, po czym przeniósł spojrzenie na CJ-a .  

– To twój syn? – zapytał. – Leci z nami? 

Cal, do tej pory zajęty noworodkiem, dopiero teraz zauwaŜył chłopca. Rudowłosy chudy 

chłopaczek,  klęcząc  na  piachu,  jak  zaczarowany  słuchał  wykładu  aborygena  na  temat 

układania z kamyków sylwetek zwierząt.  

Ma takie same włosy i oczy jak jego ojciec.  

Troje  dorosłych  wpatrywało  się  w  Cala.  Gina  dostrzegła  w  jego  oczach  błysk 

niedowierzania. ZauwaŜyła, jak tęŜeją mu rysy. Domyśliła się, Ŝe liczy daty.  

Widziała, jak w jego Ŝyciu następuje przełom, tak jak w jej Ŝyciu, gdy urodził się CJ. A 

moŜe wydarzyło się to juŜ wcześniej? W dniu, kiedy spotkała Cala.  

–  Ten  mały  ma  twoje  włosy  –  rzucił  beztrosko  aborygen,  po  czym  nagle  zamilkł.  On 

takŜe wyczuł to napięcie.  

–  Piękne.  –  Mike  patrzył  Calowi  prosto  w  oczy.  –  No  dobrze.  Masz  na  imię  Gina? 

Domyślam się, Ŝe jesteś lekarzem. – Pracowała z Calem jak równy z równym, więc jej zawód 

nie budził wątpliwości.  

– Tak, kardiologiem. Mieszkam w Stanach – odparła, nie odrywając oczu od Cala.  

–  Najpierw  obejrzyjmy  to  miejsce  –  zaproponował  Mike.  Przejął  inicjatywę,  poniewaŜ 

obaj  lekarze  sprawiali  wraŜenie  bezradnych.  –  Dostrzegam  tu  sporo  innych  pytań,  na  które 

naleŜy poszukać odpowiedzi. – Jeszcze raz powiódł wzrokiem od Cala do CJ-a .  

Lot  do  Crocodile  Creek  trwał  bardzo  krótko.  CJ-a    posadzono  na  fotelu  obok  pilota,  co 

wprawiło  go  w  stan  ekstazy.  Gina  i  Cal  zaś  usiedli  w  głębi,  by  czuwać  przy  inkubatorze, 

jednak było tam za mało miejsca dla dwóch lekarzy. Korzystając z okazji, Gina się wycofała. 

Opadła na siedzenie i zapięła pasy.  

– Pacjent naleŜy do ciebie – oznajmiła.  

W porządku, pomyślał. Noworodek jest moim pacjentem. Synek Giny...  

Cholera,  na  widok  chłopczyka  poczuł  się,  jakby  ktoś  dał  mu  w  zęby.  Nie  mógł  się 

pozbierać. Jak mogła urodzić jego dziecko i go o tym nie zawiadomić?! 

MoŜe się myli? Wyciąga pochopne wnioski. Miała męŜa. Tyle wiedział. Czy ten człowiek 

teŜ miał kręcone rude włosy? Oraz takie same oczy jak on? 

background image

Zerknął  na  Ginę.  Postarzała  się,  pomyślał.  Wygląda  o  wiele  powaŜniej  niŜ  wtedy,  gdy 

widział ją po raz ostatni.  

Przypomniał  sobie,  jak  ją  poznał.  Dopiero  co  przyjechała  ze  Stanów  do  Townsville,  by 

zakosztować  Ŝycia  lekarza  w  australijskim  buszu.  Była  szczupła,  wręcz  chuda,  miała  bardzo 

jasną karnację, od której wyraźnie odcinały się wielkie piwne oczy oraz kasztanowe włosy.  

Obawiał  się,  Ŝe  jest  zbyt  młoda  i  delikatna  do  tak  cięŜkiej  pracy.  Jednak  pracując  z  im 

przez ponad rok, pokazała mu, jak bardzo się mylił.  Błyskawicznie stała się niezastąpionym 

członkiem  zespołu.  Była  niezmordowana  i  bez  reszty  oddana  pacjentom.  Cały  zespół 

zachodził w głowę, co sprawiło, Ŝe dla buszu zerwała kontrakt w wielkim mieście na północy 

kraju.  

–  Wpakowałam  się  w  związek,  który  nie  wypalił.  Sprawy  przybrały...  nieprzyjemny 

obrót. – Więcej na ten temat nikt od niej nie usłyszał.  

Była jednak osobą bardzo otwartą. Po kilku miesiącach w bazie rozkwitła – przybrała na 

wadze, z jej oczu zniknął smutek, ustępując miejsca uśmiechowi. Jej obecność wnosiła siłę i 

radość Ŝycia.  

Do jego świata.  

Uznał, Ŝe nie spotkał kobiety piękniejszej od Giny. Teraz siedziała z dłońmi splecionymi 

na  kolanach  i  patrzyła  przed  siebie  pustym  wzrokiem.  Znowu  jest  smutna,  pomyślał.  I  taka 

mizerna. A to zaplamione krwią ubranie sprawia, Ŝe wygląda jak ofiara jakiegoś kataklizmu. 

Nagle wyobraził sobie, Ŝe i bez tego wyglądałaby tak samo.  

Nie zna jej. Co kryje się za tą nieprzeniknioną maską? Odeszła od niego pięć lat temu i od 

tej pory jej nie widział. Zadzwonił do niej jeden jedyny raz, prowokując jej okrutną reakcję: 

–  Cal,  jestem  męŜatką.  Nie  mogę  z  tobą  rozmawiać.  Jestem  męŜatką.  Pochylił  się  nad 

inkubatorem,  by  zmierzyć  tętno  noworodka,  po  czym  znowu  przeniósł  na  nią  wzrok.  Nie 

patrzyła na niego, lecz na swoje ręce. Na jednym z palców zauwaŜył prostą złotą obrączkę. Po 

co przyjechała do Australii? 

Pytania,  wszędzie  pytania.  Teraz  jednak  liczy  się  tylko  jedno:  czy  ten  malec  przeŜyje? 

Skoncentruje  się  na  nim,  by  nie  patrzeć  na  Ginę  ani  na  chłopczyka  w  fotelu  obok  pilota. 

Pytania. Za duŜo pytań.  

Pytania go przeraŜają.  

 

Gina nie mogła się nadziwić, jak mało wymagający jest jej synek. Poruszał się w swoim 

niewielkim  wyimaginowanym  świecie,  od  niej  oczekując  jedynie  zaspokojenia 

podstawowych  potrzeb  ducha  i  ciała.  Pogodnie  akceptował  kolejne  opiekunki,  traktując  je 

jako poszerzenie audytorium dla swoich niesamowitych opowieści.  

Teraz, gdy wysiedli ze śmigłowca w Crocodile Creek, Cal przywołał jedną z pielęgniarek 

i poprosił ją, by zaopiekowała się chłopcem.  

–  Gina  jest  lekarzem  –  wyjaśnił.  –  Kardiologiem,  którego  w  tej  chwili  potrzebujemy 

najbardziej. Grace, znajdziesz kogoś, kto się nim zajmie? 

Młoda pielęgniarka uśmiechnęła się radośnie, po czym na powitanie wyciągnęła dłoń do 

CJ-a .  

background image

– Podobno oglądaliście rodeo – zagadnęła. – DuŜo było koni? 

– Pełno.  

– Opowiesz mi o nich w drodze do kuchni? Myślę, Ŝe znajdzie się tam jakiś sok i kawałek 

ciasta.  Pani  Grubb,  nasza  gosposia,  piecze  teraz  ciasto  z  czekoladą.  Ona  teŜ  lubi  konie. 

Podejrzewam, Ŝe moŜemy się załapać na miskę do wylizania.  

CJ  bez  mrugnięcia  powieką  połknął  przynętę,  rzucił  tylko  matce  pytające  spojrzenie,  po 

czym w podskokach oddalił się za Grace.  

–  Kapitalny  dzieciak  –  stwierdził  Mike,  pchając  wózek  z  inkubatorem,  na  co  Gina 

zareagowała uśmiechem pełnym wdzięczności.  

Przeniosła wzrok na Cala. Szedł obok z kamienną twarzą. MoŜe cztery lata temu powinna 

była do niego zatelefonować? A moŜe nie.  

MoŜe  nie  powinna  znaleźć  się  dzisiaj  w  Crocodile  Creek?  Gdyby  tu  się  nie  znalazła,  to 

dziecko by umarło.  

– Trzeba mu zrobić echo – powiedział Cal.  

– Mówiłeś, Ŝe nie macie kardiologa – zaczęła.  

– Nie.  

– A pediatrę? 

– Hamish jest na urlopie. Próbujemy się do niego dodzwonić.  

–  Brak  lekarzy  jest  naszą  zmorą  –  odezwał  się  Mike  ponurym  głosem.  –  Ostatnio 

mieliśmy do czynienia z powaŜnymi... kataklizmami. Mamy szczęście, Ŝe moŜemy liczyć na 

ciebie.  

Popatrzyła  na  Cala.  Z  jego  twarzy  wyczytała,  Ŝe  według  niego  nie  ma  mowy  o  Ŝadnym 

szczęściu.  

Nie będzie na niego patrzyła, poniewaŜ całą energię musi skoncentrować na noworodku. 

Z  cięŜkim  sercem  oglądała  wynik  badania  echografem.  JuŜ  nie  w  głowie  jej  była  myśl,  Ŝe 

wieczorem uda im się dotrzeć na lotnisko.  

– ZwęŜenie ujścia tętnicy płucnej. – Jej obawy się potwierdziły.  

– Nie zaryzykujemy przewoŜenia go do Brisbane – stwierdził Cal. – Umrze.  

– Co robimy? – zapytał Mike, podczas gdy Jill, kolejna pielęgniarka, odwoziła inkubator 

z przykazaniem, by czuwała nad małym i monitorowała jego oddychanie.  

–  Operujemy.  –  Gina  spuściła  wzrok  na  swoje  dłonie,  jakby  tam  spodziewała  się 

odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Noworodkiem powinien zająć się pediatra kardiolog, ale 

najbliŜszy jest w Brisbane...  

Gdyby nie ona, byliby zmuszeni go tam przewieźć.  

Operowanie tak maleńkiego dziecka...  

Zastawka  pnia  płucnego,  którą  mieli  operować,  jest  wyjątkowo  cienka,  nawet  u 

dorosłych.  Trzeba  wykonać  plastykę  balonową  zastawki  płucnej.  Normalnie  doradzałaby 

odczekać,  podając  tlen,  aŜ  dziecko  będzie  silniejsze,  starsze.  Operację  przeprowadziłaby  za 

parę tygodni.  

– Macie sprzęt? – zapytała. – Fluoroskopowe monitorowanie cewników? 

–  Chyba  mamy  wszystko,  czego  moŜesz  potrzebować  –  powiedział  Cal.  –  Simon, 

background image

kardiolog, który niedawno nas opuścił, wyposaŜył bazę we wszystko, co jest nieodzowne do 

operacji serca.  

Takiej odpowiedzi się spodziewała.  

Ludność  w  tym  rejonie  to  przewaŜnie  aborygeni,  rdzenni  Australijczycy,  którzy 

wyjątkowo niechętnie rozstają się z bliskimi. Wyprawa do szpitala w Crocodile Creek jest dla 

nich powodem ogromnego stresu, a co dopiero wyprawa samolotem do Brisbane. Nie ma tam 

ich  współplemieńców,  nikt  nie  rozumie  ich  języka.  Taki  szok  kulturowy  mógłby  ich  zabić. 

Domyśliła  się,  Ŝe  jest  to  główna  przyczyna,  dla  której  baza  w  Crocodile  Creek  jest 

wyposaŜona  jak  szpitale  kliniczne  w  wielkich  miastach.  Śmiertelność  jest  tu  wyŜsza,  ale 

miejscowi to akceptują, a lekarze muszą się z tym pogodzić.  

– Nie mamy pediatry ani kardiologa – powtórzyła.  

–  Normalnie  nie  mamy  aŜ  takich  braków  –  wyjaśnił  Cal.  –  Po  prostu spotkało  nas  kilka 

katastrof.  

– Mamy połoŜnika? 

– Georgie poleciała z synkiem do Sydney na pogrzeb matki. Postanowiliśmy nie wzywać 

jej bez istotnego powodu – tłumaczył się Cal. – Miała do pomocy Kirsty, staŜystkę, ale Kirsty 

z Simonem opuścili nas bez ostrzeŜenia. Afera na tle emocjonalnym.  

– Na tle emocjonalnym? 

– Hm, no tak. – Cal wyglądał na speszonego. – Nie będziemy wchodzić w szczegóły.  

Jasne. On jest ponadto. Zostawmy na razie jego problemy emocjonalne.  

Mike czekał, aŜ Gina podejmie decyzję. Sprawiał wraŜenie zainteresowanego w równym 

stopniu chemią między nimi, jak i losem noworodka. Gina przypomniała sobie bliskość, która 

łączy  łudzi  pracujących  w  tak  ścisłym  gronie.  Pamiętała  teŜ,  Ŝe  dawniej  bardzo  jej  się  to 

podobało, teraz jednak złościły ją pytania zawarte w spojrzeniach ratownika.  

–  Poczekam  jeszcze  godzinę,  potem  ponownie  go  zbadam.  –  Starała  się,  by  jej  głos 

brzmiał spokojnie i stanowczo. – Musimy mieć absolutną pewność, Ŝe nie jest wychłodzony 

oraz Ŝe ustąpił wstrząs porodowy. Liczę na poprawę krąŜenia.  

– To nie jest takie pewne – powiedział Cal.  

– Nie jest.  

–  To  znaczy,  Ŝe  Gina  musi  tu  zostać.  –  Mike  nie  bardzo  wiedział,  co  się  dzieje,  ale 

postanowił być uprzejmy w nadziei, Ŝe w końcu się tego dowie. – Dobrze się składa, Ŝe mamy 

tyle wolnych miejsc w naszym domu.  

– Gina nie będzie tam nocować – zaprotestował Cal.  

– Dlaczego? – zapytał Mike.  

–  Znajdę  jakieś  lokum  w  miasteczku  zaproponowała  pospiesznie,  ale  Mike  pokręcił 

głową. 

Był 

doświadczonym 

ratownikiem 

przyzwyczajonym 

do 

podejmowania 

błyskawicznych decyzji. I teraz dał tego dowód.  

– Nie, Gino, to dziecko jest bardzo chore. – Popatrzył na Cala z powątpiewaniem, jakby 

ten postradał zmysły. – Wszyscy wiemy, Ŝe jest w grupie wysokiego ryzyka. Wydaje mi się, 

Ŝ

e kardiolog jest niezbędny tutaj, na miejscu. Cal, mam rację? 

–  Oczywiście  –  odrzekł  Cal  bezbarwnym  głosem,  po  czym  odwrócił  się,  by  spakować 

background image

sprzęt.  

Mike pokręcił głową, nie rozumiejąc, o co chodzi.  

– Cal zrobił się nieznośny – wyjaśnił Ginie. – Z przepracowania. Ale jest tu jeszcze paru 

dŜentelmenów.  

– Uśmiechnął się sztucznie. – Choćby ja. – Zawahał się, czekając, jak Cal zareaguje. Zero 

odzewu. – Trudno. Chodźmy po twojego synka. Poszukamy wam pokoju.  

–  Zostanę  przy  małym.  –  Cal  nadal  stał  odwrócony  plecami.  –  Ktoś  musi  przy  nim 

siedzieć.  

– AleŜ tak, doktorze – mruknął uprzejmie Mike.  

– Jakbym nie wiedział, Ŝe to powiesz – westchnął, zwracając się do Giny. – Wychodzi na 

to, Ŝe tylko ja tu jestem dŜentelmenem. Do twoich usług.  

Charles  bezszelestnie  wjechał  do  sali  i  zatrzymał  się  przy  inkubatorze,  nad  którym 

pochylał się Cal. Widząc jego minę, Charles pomyślał, Ŝe nie jest dobrze.  

– Stracimy go? – zapytał.  

– Nie wiem. Ma szansę. – Zawahał się. – Bo jest przy nim Gina.  

–  JuŜ  wiem.  –  Charles  widział  ją  jeden  jedyny  raz.  Nie  mógł  wyjść  z  podziwu,  jak  ta 

kobieta  zmieniła  jego  przyjaciela,  a  gdy  ich  związek  się  rozpadł,  mocno  to  przeŜył.  Teraz 

Mike  zdał  mu  relację  z  wydarzeń  minionych  godzin,  co  tylko  na  nowo  obudziło  jego 

niepokój. Charles przeczuwał, Ŝe prędzej czy później przeszłość dopadnie Cala, ale nie akurat 

teraz.  

Zawiodło go zbyt wielu lekarzy. Nie Ŝyczył sobie, by kolejny członek jego zespołu padł 

ofiarą emocjonalnej burzy.  

– Radzisz sobie? – zapytał, na co Cal wzruszył ramionami.  

– Radzę. Widziałeś tego chłopca? 

– Owszem.  

– Charles, on jest do mnie podobny.  

– Mógłbyś być jego ojcem.  

To  stwierdzenie  wyrwało  Cala  z  odrętwienia.  RozwaŜał  je  przez  dłuŜszą  chwilę,  ale 

odpowiedź była tylko jedna.  

– Tak. To moŜliwe.  

– Jak się z tym czujesz? 

–  A  jak  myślisz?  –  Dopiero  teraz  Cal  spojrzał  przyjacielowi  prosto  w  oczy.  –  Jeśli  tak 

jest... Zaszła w ciąŜę i wyjechała do Stanów, wróciła do męŜa? – Zamknął oczy. – Stary, nie 

chcę się nad tym zastanawiać. Nie mogę. Nie mam na to czasu. Musimy ratować tego małego. 

Trzeba  go  operować  i  tylko  Gina  jest  w  stanie  się  tego  podjąć.  Jesteśmy  na  nią  skazani.  – 

Spojrzał  na  inkubator.  –  Biedaczek,  został  porzucony.  Ludzie  są  dziwni.  Płodzą  dzieci  z 

róŜnych powodów. Kto wie, dlaczego urodził się ten maluch oraz ten chłopiec, który jest teraz 

w naszej kuchni. Ja tego nie rozumiem. Ale...  

Trzymajmy się medycyny. To jedno wiem na pewno. I więcej nie chcę wiedzieć.  

W sali zapadła cisza. Stary, odpuść sobie i daj mi spokój, pomyślał Cal. W końcu Charles 

pojął, Ŝe nic innego mu nie pozostało.  

background image

–  Emily  zajmie  się  narkozą  –  zaczął  ostroŜnie,  starając  się,  by  Cal  nie  wyczuł  jego 

niepokoju.  –  JuŜ  rozmawiała  z  pediatrą  w  Brisbane,  który  przez  całą  operację  będzie  przy 

telefonie. Chcesz asystować, czy mam oddelegować kogoś innego? 

–  Kogo?  – W  promieniu  kilkuset  kilometrów  nie  było  drugiego  chirurga.  –  Dobra,  będę 

asystował.  

– Zniesiesz jej obecność? 

–  Wydawało  mi  się,  Ŝe  ją  kocham  –  zaczął  powoli  Cal.  –  Kiedyś.  Byłem  naiwny,  ale... 

jasne, Ŝe zniosę jej obecność. Muszę. Jeśli to naprawdę mój syn...  

– Bierzmy się do roboty. Musimy ocalić to Ŝycie. Cal, teraz nie myślimy o niczym innym.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Podczas  operacji  Cal  obserwował  precyzyjne  ruchy  Giny  z  nieskrywanym  podziwem. 

Wprowadzanie cewników i kontrolowanie nacisku na wadliwą zastawkę jest trudne nawet w 

przypadku serca człowieka dorosłego, a co dopiero takiego maleństwa.  

RównieŜ  Emily  w  roli  anestezjologa  przechodziła  samą  siebie.  Pomagała  jej  Jill,  siostra 

przełoŜona.  Obydwie  pracowały  w  niesamowitym  skupieniu,  skrupulatnie  wykonując 

polecenia anestezjologa pediatry, który instruował je przez telefon.  

Cal  asystował  Ginie.  TuŜ  za  nim  stała  w  gotowości  Grace,  druga  pielęgniarka, 

maksymalnie skoncentrowana na przewidywaniu potrzeb lekarza operującego.  

Wszystkich  łączyło  pragnienie  uratowania  maleństwa,  wszystkim  zaleŜało,  by  wyszło  z 

tego cało. O jego Ŝyciu miały zadecydować umiejętności i doświadczenie Giny.  

Mamy  szczęście,  Ŝe  ona  tu  jest,  pomyślał  Cal.  NiewaŜne,  po  co  przyjechała, 

najwaŜniejsze,  Ŝe znalazła  się  tu  we  właściwym  czasie.  Dzięki  temu  to  dziecko  będzie Ŝyło. 

Prawdopodobnie.  

– Za bardzo krwawi – mruknęła. – Musi być jeszcze jakiś inny problem.  

– Hemofilia? – zasugerował Cal, lecz Gina pokręciła głową.  

–  Raczej  nie.  Krwawienie  byłoby  bardziej  obfite.  Ale  i  tak  jest  za  duŜe.  Badanie  krwi. 

Kompleksowe. Krzepliwość, czas krwawienia, poziomy czynnika VIII. Błyskawicznie.  

– Czego szukamy? 

– Nie wiem. Nie mam czasu na kombinowanie. Ty pomyśl.  

Układając  instrumenty,  analizował  fakty.  Tak,  to  krwawienie  jest  zbyt  duŜe.  Z  trudem 

udawało im się utrzymać właściwe ciśnienie krwi. Dlaczego? 

– Choroba von Willebranda? – zasugerował ostroŜnie.  

Podobnie  jak  hemofilia,  choroba  ta  naleŜy  do  grupy  chorób  dziedzicznych.  Nie  jest  tak 

groźna  jak  hemofilia,  niemniej  naleŜy  ją  leczyć.  Spoglądając  jej  w  oczy  sponad  maski, 

wyczuł, Ŝe Gina rozwaŜa w myślach jego sugestię.  

– MoŜe masz rację – przemówiła po dłuŜszej chwili. – To by pasowało.  

– Mimo to zlecę badanie krwi.  

Cisza.  W  sali  panowała  atmosfera  niesamowitego  napięcia.  W  pewnej  chwili  Gina 

podniosła głowę.  

– Twarz – szepnęła, na co Jill natychmiast otarła krople potu z jej czoła. Gina wróciła do 

pracy.  

Ona  jest  dobra,  pomyślał  ponuro  Cal.  Widział  kiedyś  taką  operację  na  sercu  dorosłego 

pacjenta,  ale  to,  czego  świadkiem  był  w  tej  chwili,  przechodziło  jego  wyobraŜenie.  Jako 

„zwyczajny” chirurg za nic w świecie nie podjąłby się takiej operacji. Po prostu by nie mógł. 

Przez te lata Gina posiadła niesamowitą umiejętność.  

Stała się genialnym kardiochirurgiem.  

I to ona jest matką jego syna? 

Ona tymczasem dotarła do najtrudniejszego etapu procedury balonikowania tętnicy. Jeśli 

background image

to się nie powiedzie, nastąpi natychmiastowy zgon.  

Balonik wypełnił się raz, drugi, za trzecim razem zastawka się rozciągnęła.  

– Wystarczy – powiedziała Gina zmęczonym głosem.  

Ale  to  nie  był  czas  na  odpoczynek.  Teraz  naleŜy  sprawdzić  ciśnienia.  Jeśli  się  nie 

wyrównały, trzeba zaczynać od nowa, stosując baloniki o innych parametrach. BoŜe, pomóŜ...  

Nagle  usłyszeli  bardzo  niepewny  głos  Jill,  wyjątkowo  rzeczowej  i  opanowanej  siostry 

przełoŜonej: 

– Ciśnienie wyrównane.  

– Na to wygląda – szepnęła Gina, spoglądając na anestezjologa.  

– Chyba wygrałaś – powiedziała Emily drŜącym głosem. – Gino, byłaś rewelacyjna.  

– Ja? Rewelacyjna? To jest cud. Pod warunkiem Ŝe naprawdę wygraliśmy. On jeszcze nie 

wyszedł na prostą.  

NaleŜało  liczyć  się  z  komplikacjami  pooperacyjnymi.  No  i  było  ryzyko  choroby  von 

Willebranda. Czeka go długa droga do wyzdrowienia.  

– PrzeŜyje – odezwał się Cal, który nie wiadomo dlaczego był tego absolutnie pewny. – 

Wiem, Ŝe będzie Ŝył. Dzięki tobie, Gino.  

– Bogu niech będą dzięki – powiedziała półgłosem. – Nie byłabym tego taka pewna, ale 

na  pewno  ma  szansę.  MoŜe...  moŜe  po  raz  pierwszy  udało  mi  się  w  tym  kraju  zrobić  coś 

dobrego.  

Pięćset  kilometrów  od  Crocodile  Creek  leŜała  w  łóŜku  dziewczyna  wstrząsana  silnymi 

dreszczami. Było bardzo gorąco. Jej rodzina nie mogła sobie pozwolić na klimatyzator, lecz 

ona pomimo upału trzęsła się z zimna.  

Dziecko... Umarło.  

– Córciu, co ci jest? – Matka chyba po raz szósty od powrotu z rodeo zapukała do drzwi 

jej pokoju. W jej głosie dźwięczał niepokój.  

Ś

miechu warte. Od kiedy matka się o nią niepokoi? 

– Daj mi spokój.  

– Co ci jest? 

– Mam okres. Źle się czuję. Zostaw mnie.  

Po chwili wahania matka zapytała zalęknionym tonem: 

– I nie masz siły nakarmić cieląt? 

– Nie. Daj mi spokój.  

– Ale ojciec...  

Megan próbowała się podnieść, ale była zbyt osłabiona, by wstać z łóŜka.  

– Wiem, Ŝe tata jest chory – szepnęła na tyle głośno, by matka usłyszała ją za drzwiami. – 

Wiem,  Ŝe  nie  dajesz  sobie  rady,  ale  ja  nie  mogę.  Naprawdę  nie  mam  siły.  Dzisiaj  musisz 

poradzić sobie beze mnie.  

 

Gina  odstąpiła  od  stołu  operacyjnego  w  przeświadczeniu,  Ŝe  zrobiła  wszystko,  co  było 

moŜliwe. Na jej twarzy widać było zmęczenie. Wyczerpała całą swoją rezerwę energii.  

–  Czy  juŜ  mogę  go  wam  zostawić?  Wyjdę  na  dwór.  W  razie  czego  wezwijcie  mnie 

background image

pagerem. Muszę... zaczerpnąć świeŜego powietrza.  

– NaleŜy ci się – odezwała się Emily. – Myślę, Ŝe zasłuŜyłaś nawet na coś mocniejszego. 

Na  drinka  albo  cygaro.  Idź  juŜ,  idź.  Cal  i  ja  się  nim  zajmiemy.  Bogu  dziękować,  Ŝe  się  tu 

znalazłaś.  

Odchodząc  od  stołu,  zawahała  się,  po  czym  delikatnie  powiodła  palcem  po  maleńkim 

policzku.  

– Walcz, mały, walcz – szepnęła na odchodnym.  

– Niesamowity z niej lekarz – odezwała się Emily, gdy Gina zniknęła za drzwiami.  

– Taaa... – Cal nie miał innego wyjścia, jak jej przytaknąć.  

–  Charles  mi  powiedział,  Ŝe  poznaliście  się  pięć  lat  temu.  –  Emily  zerknęła  na  niego  z 

zaciekawieniem. – Charles twierdzi, Ŝe to Gina jest tą twoją łachudrą.  

– Em, daj spokój. – To nie jej sprawa.  

Czy  tutaj  ktokolwiek  kiedykolwiek  przestrzegał  zasady  niewtykania  nosa  w  nie  swoje 

sprawy? 

– Charles wspomniał o jakimś chłopcu. – Emily nie dawała za wygraną.  

– Em, odczep się.  

Emily odwaŜyła się na szeroki uśmiech.  

– Tak jest, doktorze.  

– To twój chłopak? – Za ich plecami stała Grace.  

– Nie wasz interes.  

– Ej, Cal, mieszkamy pod jednym dachem – obruszyła się Emily. – Mike teŜ zauwaŜył, Ŝe 

dziwnie  się  zachowujecie.  Nawet  chciał  się  załoŜyć,  Ŝe  to  twój  syn,  ale  my  nie  będziemy 

ryzykować,  dopóki  go  nie  zobaczymy.  Więc  lepiej  nam  to  po  prostu  powiedz  i  oszczędź 

wyrzucania pieniędzy w bioto. Czy to prawda? 

Nadal  krzątali  się  przy  małym  pacjencie,  lecz  napięcie  w  sali  zdecydowanie  opadło. 

Silniejsze z kaŜdą minutą bicie małego serduszka sprawiało, Ŝe nawet tak powaŜny temat juŜ 

moŜna było potraktować z przymruŜeniem oka.  

– Lepiej nam o tym powiedz – ciągnęła Emily.  

– PrzecieŜ wiesz, Ŝe dzielimy z tobą wszystkie troski.  

– Innymi słowy – zachichotała Grace – daje to nam prawo wtrącania się w twoje Ŝycie.  

–  Cal,  nie  rozumiem,  jak  ty  to  wytrzymujesz  –  zakpiła  Jill,  ta  do  bólu  zasadnicza  i 

nieugięta siostra przełoŜona. – Takie dzielenie się troskami, dziesiątka medyków pod jednym 

dachem...  

– Od wtorku ósemka – wtrąciła Grace, na co Emily spochmurniała.  

– Serdeczne dzięki – burknęła.  

– Simon to dupek. Em, dobrze o tym wiesz – upierała się Grace. – Odmawiam przyjęcia 

do wiadomości, Ŝe opłakujesz jego zniknięcie.  

– Mogę opłakiwać kogo zechcę – odcięła się Emily.  

– Nie moŜesz mieć romansu z Calem? 

– On juŜ ma romans – warknęła Emily. – Od dzisiaj.  

–  Uśmiechnęła  się  blado.  –  Romans  z  małym  dodatkiem.  Więc  skup  się  na  jego 

background image

sercowych problemach, a nie na moich.  

– W porządku. – Grace nie miała nic przeciwko temu. – Skoro tak się upierasz... Sprawa 

Cala  jest  fascynująca.  Oto  zjawia  się  znikąd  kobieta  z  dzieckiem,  chociaŜ  my  wszyscy 

Ŝ

yliśmy w przekonaniu, Ŝe mamy do czynienia z zatwardziałym starym kawalerem...  

– Przestań.  

– Oto nasz bohater. Z synkiem.  

– To naprawdę jest twój syn? – zapytała dociekliwa Jill.  

– ChociaŜ ty – jęknął Cal – mogłabyś się nie wtrącać.  

– Cal, my cię kochamy – zapewniła go Emily. – Powinieneś do tego przywyknąć.  

– To chyba nigdy nie nastąpi.  

–  To  się  nazywa  Ŝycie.  –  Emily  popatrzyła  na  noworodka.  –  Ten  mały  człowieczek 

dopiero zaczyna Ŝyć.  

– Westchnęła. – Dobrze się spisaliśmy. Teraz musimy znaleźć mu mamusię i tatusia.  

– Oraz dowiedzieć się, czy Cal teŜ jest tatusiem – dodała Grace z szatańskim uśmiechem.  

–  Wystarczy  tych  wygłupów!  –  ofuknęła  ich  Jill.  W  sali  operacyjnej  zapanowało 

rozprzęŜenie, a to było niedopuszczalne. – Do roboty.  

– Tak jest! – zawołali zgodnym chórem.  

 

Gdzie  jest  Gina?  Cal  nie  mógł  jej  znaleźć.  Czekało  go  jeszcze  mnóstwo  pracy:  zlecenie 

badania  krwi,  telefon  do  Harry’ego  Blake’a,  policjanta,  który  rozpoczął  poszukiwania  matki 

noworodka, cała masa papierkowej roboty. I wszystko teraz.  

– Obawiam się, Ŝe sprawa trafi do większości mediów – ostrzegł go Charles. – Wszystko 

musi być dopięte na ostatni guzik. – Charles wjechał do sali i pochylił się nad maleństwem. – 

Mamy jakieś wskazówki, kto moŜe być matką? – zapytał.  

– śadnych – odrzekł Cal. – Przeglądamy karty naszych cięŜarnych, Ŝeby  sprawdzić, czy 

jest to ktoś z okolicy.  

– MoŜe to któraś z aborygenek? 

– Charles, przyjrzyj mu się lepiej. On jest biały. Bielusieńki. Oboje rodzice są biali.  

– Więc powinniśmy mieć jej kartę.  

– Chyba Ŝe była przejazdem.  

W zadumie przyglądali się dziecku, szukając odpowiedzi. Nic z tego.  

–  Zostawmy  to  policji  –  stwierdził  Charles.  –  Harry  juŜ  do  mnie  dzwonił.  Przeszukują 

busz.  Trzeba  mu  powiedzieć,  Ŝeby  posłał  w  to  miejsce  dodatkowych  ludzi.  Jak  pomyślę,  Ŝe 

gdzieś tam jest młodziutka matka kilka godzin po porodzie...  

– Być moŜe z chorobą von Willebranda. Charles znieruchomiał.  

– To znaczy, Ŝe mocno krwawi. To powaŜna sprawa.  

– Tę chorobę przenosi ojciec, o ile dobrze pamiętam. ZauwaŜyliśmy, Ŝe dziecko krwawi. 

To są tylko nasze domysły.  

– To myśl dalej. Byle szybko. Trzeba bezwzględnie odnaleźć tę dziewczynę.  

– Wysyłamy go do Brisbane? – zapytał Cal.  

–  Jeszcze  nie.  Ściągnę  Hamisha  z  urlopu.  Jeśli  matka  się  znajdzie,  mały  powinien  być 

background image

tutaj,  Ŝeby  miała  szansę  na  wytworzenie  z  nim  więzi...  albo  podjęcie  konkretnej  decyzji. 

Łączy się z tym pewne ryzyko, ale jeśli uda mi się zatrzymać Ginę, jestem gotowy je podjąć.  

Cal  przytaknął.  Dlaczego  nie?  Jeśli  zapewnią  noworodkowi  opiekę  pediatry  oraz 

kardiologa...  

Ale czy Gina zechce zostać w Crocodile Creek? 

– Charles, muszę z nią porozmawiać.  

–  Oczywiście.  Zorganizuj  badanie  krwi,  zadzwoń  do  Harry’ego  i  idź  do  niej.  Siedzi  na 

werandzie.  

Jasne, Charles zawsze wie, gdzie kto jest.  

Była sama. Siedziała na schodkach i patrzyła na ocean. Między domem lekarzy a morzem 

ciągnął  się  piękny  ogród.  Rosły  tam  wspaniałe  okazy  tropikalnych  roślin:  gigantyczne 

paprocie,  storczyki,  łaciate  krotony.  Była  teŜ  i  niewielka  sadzawka.  Wieczorami  z  werandy 

moŜna  było  słuchać  koncertów  Ŝab.  Teraz,  przy  zachodzie  słońca,  Cal  uznał,  Ŝe  jest  to 

najpiękniejszy widok na ziemi.  

Gina teŜ jest najpiękniejsza.  

To samo pomyślał, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Nic się nie zmieniło. Ani na jotę.  

Gina nigdy nie ubierała się na pokaz, a teraz miała na sobie spłowiałe dŜinsy, poplamiony 

krwią Tshirt, zakurzone mokasyny. Tak, ona jest piękna.  

Przysiadł obok niej na stopniu i zapatrzył się w morze, jakby chciał dostrzec to samo co 

ona.  

–  Przepraszam  –  powiedziała.  –  To  był  bardzo  męczący  dzień.  Rodeo.  Noworodek. 

Operacja. Muszę wziąć prysznic.  

– Nie przeczę. Ale warto było stoczyć tę krwawą bitwę. Spisałaś się na medal.  

– Dzięki.  

Patrzyli  na  ocean,  zastanawiając  się,  jak  zacząć  tę  rozmowę.  Co  on  ma  jej  do 

powiedzenia? To, jak go potraktowała...  

Milczała, dając mu wolną rękę.  

– Powiesz mi, co się dzieje? – zapytał.  

– Chyba uratowaliśmy Ŝycie jednemu noworodkowi.  

– Gino! 

– Przepraszam.  

– Czy CJ jest moim dzieckiem? 

Odwróciła wzrok, jakby nie mogła na niego patrzeć.  

– Tak.  

– Koszmar.  

– Chyba tak.  

Czuł, jak stopniowo wzbiera w nim złość tak silna, Ŝe z trudem się hamował, by nie wstać 

i  nie  walnąć  pięścią  w  słupek,  by  nie  krzyczeć...  Krzykiem  niczego  nie  osiągnie,  musi 

zachować zimną krew.  

– Zostałem wykorzystany.  

– Ja... Jak mam to rozumieć? 

background image

– Ty i twój mąŜ wykorzystaliście mnie jako dawcę nasienia.  

– Cal, nie. – Spojrzała na niego przeraŜona. – To nie tak. Dowiedz się, Ŝe...  

–  Z  mojej  perspektywy  to  tak  wygląda  –  powiedział  z  naciskiem.  –  PrzyjeŜdŜasz  tu, 

wyznajesz mi miłość, idziesz ze mną do łóŜka...  

Z wraŜenia Gina aŜ zachłysnęła się powietrzem.  

– Cal, tak nie było.  

– A potem wyjeŜdŜasz. – Nie ukrywał oburzenia. – Po prostu znikasz.  

– Napisałam list.  

– Tak, napisałaś. śe potrzebuje cię twój mąŜ, który podobno nie był juŜ dla ciebie waŜny. 

Nie odpowiedziałaś na moje pytania, a kiedy zadzwoniłem do ciebie, zdobywając twój numer 

w szpitalu, nie chciałaś ze mną rozmawiać.  

– Nie byłam w stanie odpowiedzieć na twoje pytania. Nie miałam siły.  

– Nie miałaś siły przyznać się do tego, Ŝe mnie wykorzystałaś.  

– Cal, nie mów tak – wyszeptała. – Dobrze wiesz, Ŝe tak nie było. Byliśmy szczęśliwi.  

– Jasne – parsknął. – Odlotowy seks. I nic więcej? Wspaniały seks, potem ciąŜa i powrót 

do męŜusia, Ŝebyście mogli bawić się w szczęśliwą rodzinkę, tak? 

– Nie dajesz mi dojść do słowa.  

– Mamo... – Na progu stał CJ. – Pani Grubb powiedziała, Ŝe operacja juŜ się skończyła. 

To prawda? 

–  Tak,  synku.  –  Przyciągnęła  go  bliŜej.  – Synku,  to  jest  Cal.  Ten  serdeczny  przyjaciel  z 

Australii, o którym tyle ci opowiadałam. Ten, którego zamierzałam tu odwiedzić.  

– Ten, który nazywa się tak samo jak ja? 

– Tak, to on.  

–  Cześć.  –  Chłopczyk  zamaszystym  ruchem  podał  mu  rękę.  –  Callum  James  Michelton. 

Miło mi pana poznać.  

Cal z powagą potrząsnął rączką chłopca.  

–  Mama  mówi,  Ŝe  jest  pan  najlepszym  doktorem  pod  słońcem.  I  Ŝe  nie  ma  drugiego 

takiego Ŝonglera jak pan.  

– Mama ci o tym powiedziała? – Cal z trudem wydobył głos.  

– Ciągle mi o panu opowiada. Ona uwaŜa, Ŝe pan jest wspaniały. – CJ przyglądał mu się 

uwaŜnie. – Pan ma takie same włosy jak ja.  

– Takie same jak włosy  twojego taty? – Głupie pytanie.  Idiotyczne.  Zadał je, więc teraz 

musi wysłuchać odpowiedzi.  

– Mój tata umarł – odparł CJ. – Jeździł na wózku, miał czarne włosy i bliznę na policzku. 

– Westchnął.  

–  Oglądał  ze  mną  telewizję  i  czytał  mi  bajki,  ale  potem  rozchorował  się  tak  bardzo,  Ŝe 

umarł. Bardzo za nim tęsknię. Bardzo.  

– Rozumiem.  

Nic nie rozumiał. W głowie kłębiły mu się dziesiątki pytań.  

– To był Paul? – Cal zwrócił się do Giny.  

– Tak.  

background image

– Więc kiedy mówiłaś, Ŝe twoje małŜeństwo...  

– CJ, bądź dobrym dzieckiem i przynieś mi szklankę wody. Poprosisz panią Grubb? 

– Jasne. Upiekliśmy ciasteczka, w których jest dwa razy więcej wiórków czekoladowych 

niŜ w przepisie, bo pani Grubb dała mi torebkę z wiórkami, a ja wsypałem wszystkie. Jeszcze 

są ciepłe. Panu teŜ przynieść ciasteczko? 

– Poproszę – wykrztusił Cal. – CJ, mów mi po imieniu.  

– Tak, proszę pana... to znaczy Cal. Będę samolotem. Od rana nie byłem samolotem. – Z 

rozpostartymi ramionami zatoczył półkole na werandzie.  

– CJ! – zawołała Gina.  

– Słucham.  

– To jest szpital i pacjenci chcą spać. MoŜesz być cichym szybowcem? 

– Mogę. – CJ zamknął buzię. – Ciii... – nakazał sobie. – Bo się orły wystraszą.  

Poszybował do kuchni. Cal nie mógł oderwać od niego wzroku.  

– Superdzieciak – rzekł ostroŜnie.  

– Tak. Podobny do tatusia.  

– Do Paula.  

– Do ciebie.  

Westchnął.  JuŜ  nie  był  zły,  ale  znuŜony.  Przygniatała  go  świadomość,  Ŝe  został 

wykorzystany, Ŝe to dziecko przyszło na świat cztery lata temu, a on o tym nie wiedział.  

– Opowiedz mi o was. Wzruszyła ramionami.  

– W skrócie? 

– Jak chcesz. – Nie bardzo chciał poznać prawdę. Jeśli ona nie chce mówić...  

–  Część  juŜ  znasz  –  zaczęła.  –  Kiedy  się  poznaliśmy,  powiedziałam  ci,  Ŝe  jestem  w 

separacji...  

– Ale...  

– Pozwól mi mówić – szepnęła.  

– Słucham.  

– Dzięki za wspaniałomyślność.  

– Gino...  

–  Wyszłam  za  Paula,  mając  osiemnaście  lat  –  mówiła  bezbarwnym  głosem.  –  Znaliśmy 

się od dziecka. Kiedy mieliśmy po dwanaście lat, postanowiliśmy, Ŝe się pobierzemy. Razem 

studiowaliśmy,  byliśmy  serdecznymi  przyjaciółmi,  kiedy...  Paulowi  nagle  coś  odbiło.  Jego 

rodzicom bardzo zaleŜało, Ŝeby został lekarzem. śeby się oŜenił. śeby osiągnął sukces. W ich 

oczach. Byłam za głupia, Ŝeby zauwaŜyć, jak potworną presję na niego wywierają.  

– Kiedy tu byłaś, nie wyraŜałaś się o nim zbyt przychylnie.  

Przytaknęła.  

–  Byłam  młoda  i  czułam  się  skrzywdzona.  Zdobyliśmy  dyplomy,  mieliśmy  cały  świat  u 

stóp,  ale  on  juŜ  nie  chciał  być  ze  mną.  Oznajmił,  Ŝe  musi  się  odnaleźć  i  zniknął.  Prawdę 

mówiąc, dopiero jak tu przyjechałam, jak poznałam ciebie, zrozumiałam, Ŝe postąpił słusznie. 

Byliśmy  młodzi  i  tylko  bawiliśmy  się  w  dorosłych.  Pobraliśmy  się  z  niewłaściwych 

powodów.  

background image

–  Co  było  dalej?  –  Postanowił,  Ŝe  nie  da  się  wziąć  na  lep  takich  sentymentalnych 

opowieści.  

– Zakochałam się w tobie – oznajmiła cicho. – I zaszłam w ciąŜę.  

Opuścił powieki, starając się przypomnieć sobie tamte zbliŜenia. Coś tu nie pasuje. Nigdy 

nie ryzykował. Doskonale zdawał sobie sprawę z ryzyka.  

– Jakim cudem? UwaŜaliśmy.  

– Nie wierzysz mi? – Hamowała złość. – UwaŜasz, Ŝe sobie tę ciąŜę zaplanowałam? 

– Nie wiem, co mam myśleć.  

–  Co  chcesz.  To  była  ciąŜa  nieplanowana.  Brałam  pigułkę.  Wiedziałam,  Ŝe  nie  chcesz 

dzieci,  a  sama  teŜ  nie  byłam  na  to  przygotowana.  Więc  oboje  byliśmy  ostroŜni.  Ale 

podejrzewam,  Ŝe  jest  sporo  prawdy  w  powiedzeniu,  Ŝe  najlepszym  środkiem 

antykoncepcyjnym  jest  szklanka  wody  zamiast.  Zawiodły  zabezpieczenia,  które 

stosowaliśmy. Trudno było mi w to uwierzyć. Zorientowałam się, Ŝe jestem w ciąŜy, kiedy ty 

poleciałeś  w  głąb  kraju  z  misją  ewakuacyjną.  Nie  było  cię,  kiedy  ja  w  Townsville 

wpatrywałam się jak sroka w  gnat w test  ciąŜowy. Nie mogłam ci  wtedy o tym powiedzieć. 

Po prostu nie mogłam.  

Spojrzał jej w oczy.  

– Niby dlaczego? 

– Bądźmy szczerzy – szepnęła. – Jak byś zareagował? 

– Skąd mam wiedzieć? 

–  A  ja  wiem  –  powiedziała  zmęczonym  tonem.  –  Stale  powtarzałeś,  Ŝe  nie  zamierzasz 

załoŜyć rodziny, Ŝe twoja rodzina była beznadziejna. Tak, to, co nas łączyło, było wspaniałe, 

ale to za mało, Ŝebyś zechciał się Ŝenić. Albo mieć dzieci. Taka perspektywa  cię przeraŜała. 

W kółko to powtarzałeś. Jakbyś chciał mnie ostrzec: musisz mnie kochać pomimo to. I ja cię 

kochałam, przystałam na twoje warunki. Ale kiedy okazało się, Ŝe jestem w ciąŜy, poczułam, 

Ŝ

e  nie  mogę  pozbyć  się  tego  dziecka.  To  chyba  wtedy  stałam  się  dorosła.  Pragnęłam  go. 

Naszego dziecka...  

– Gino, gdybym wiedział...  

–  To  moŜe  nawet  zdobyłbyś  się  na  ten  honorowy  gest  –  dokończyła.  –  Wzięłam  to  pod 

uwagę. Ale mnie nie zaleŜało na twoim honorze, Cal. A ty nic poza tym nie byłeś w stanie mi 

dać.  

– Mógłbym...  

– Nie, nie. – Pokręciła głową. – Znałam twoją przeszłość, nie ty mi o niej opowiedziałeś, 

inni.  

– Moja przeszłość nie ma z tym nic wspólnego.  

–  O,  bardzo  duŜo.  Mimo  Ŝe  tego  nie  akceptuję,  potrafię  to  zrozumieć.  Matka  opuściła 

was,  kiedy  jeszcze  byłeś  dzieckiem,  przez  co  musiałeś  opiekować  się  dwiema  młodszymi 

siostrami. Ojciec pił. Przerwałeś naukę, Ŝeby utrzymać rodzinę, a kiedy twoje siostry zaczęły 

być  samodzielne,  niespodziewanie  zjawiła  się  wasza  matka  i  zabrała  je  do  siebie  i  swojego 

nowego  partnera  w  Stanach.  Ciebie  nie  wzięła.  Po  tym  wszystkim,  co  dla  nich  zrobiłeś, 

odjechały w siną dal. Kiedy umarł ojciec, harowałeś, Ŝeby dokończyć studia.  

background image

Nauczyłeś  się  niezaleŜności  w  sposób  najtrudniejszy  z  moŜliwych.  Nie  miałam  prawa 

znowu cię ograniczać.  

– Koszmar...  

– Tak, koszmar – przyznała. – Dla nas obojga. Z róŜnych powodów.  

– Więc uciekłaś.  

–  O  dziwo,  wcale  nie  uciekłam.  –  Wysoko  uniosła  głowę.  Poczuła,  Ŝe  odzyskuje  grant 

pod  nogami.  Ta  część  jej  opowieści  będzie  łatwiejsza.  –  Kiedy  zastanawiałam  się,  co  z  tym 

fantem zrobić, zadzwoniła matka Paula. Takie... zrządzenie losu. Dowiedziałam się od niej, Ŝe 

Paul miał wypadek, powaŜny wypadek motocyklowy w Katmandu. Była zrozpaczona. Sama 

nie  mogła  tam  pojechać.  Błagała  mnie,  Ŝebym  ja  to  zrobiła.  Nie  miała  nikogo  innego,  poza 

tym  ja  byłam  lekarzem,  a  tego  Paul  potrzebował  najbardziej.  Rodziny  i  leczenia  na 

przyzwoitym poziomie. Więc... – patrzyła przed siebie – więc pojechałam.  

– Nie czekając na mnie? 

–  Nie  było  cię  dwa  dni,  a  matka  Paula  była  przeświadczona,  Ŝe  on  umiera.  Musiałam 

działać błyskawicznie. Dotarłam tam w ostatniej chwili. LeŜał w wiejskim szpitaliku. Ledwie 

go ustabilizowałam. Miał pogruchotany kręgosłup, a załatwienie transportu do Stanów zajęło 

mi  parę  tygodni.  Kiedy  juŜ  lekko  oprzytomniałam,  byłam  w  trzecim  miesiącu...  i  znowu 

byłam jego Ŝoną.  

– Tyle mi napisałaś. – Westchnął. – śe Paul miał wypadek, Ŝe wróciłaś do roli Ŝony oraz 

Ŝ

e go nie opuścisz.  

– Nie kłamałam.  

– Rozumiem.  

Zapadła  cisza.  Napięcie  minęło,  jakby  wszechświat  się  zatrzymał,  aby  zmienić  szyki. 

Potem zaczęły padać nowe pytania.  

– Jak powaŜne były jego obraŜenia? 

–  Pęknięcie  kręgów  szyjnych.  ParaliŜ  wszystkich  kończyn.  Nie  oddychał  samodzielnie. 

Motocyklista,  z  którym  się  zderzył,  miał  podstawową  wiedzę  medyczną,  więc  udało  mu  się 

przywrócić  oddychanie.  MoŜe  to  dobrze.  Sama  nie  wiem.  Tak  czy  inaczej,  Paul  Ŝył  jeszcze 

prawie pięć lat, dopóki infekcje nie stały się tak częste, Ŝe jego organizm nie wytrzymał.  

– Nie sądzisz, Ŝe naleŜało mi powiedzieć? – zapytał cicho.  

– Co miałam ci powiedzieć? śe ciągle cię kocham, ale muszę być przy Paulu? Jeśli z nim 

zostałam, to po co miałam ci mówić, Ŝe cię kocham? Poza tym... wiedziałeś, Ŝe cif kocham. 

Tyle razy ci to wyznawałam, ale ty ani razu mi tego nie powiedziałeś. Cal, ani razu.  

– Bo...  

– To nieistotne. Teraz ani wtedy. Paul miał tylko starzejącą się, schorowaną matkę. Kiedy 

CJ się urodził...  

– Nie pojmuję, jak Paul mógł zaakceptować dziecko innego męŜczyzny.  

–  Cieszył  się  tym  dzieckiem.  Czerpał  z  jego  istnienia  ogromną  przyjemność.  Kiedy 

dowiedział  się,  Ŝe  jestem  w  ciąŜy,  nawet  nie  zapytał  z  kim.  Wyjaśniłam  mu,  Ŝe  miałam 

romans, który się skończył, a on nie pytał o więcej. Przyjął tę ciąŜę z radością. Póki Ŝył, CJ 

był jego oczkiem w głowie. Nie mogłam mu tego odebrać.  

background image

– Ale mnie tego pozbawiłaś.  

–  Bo  sobie  tego  nie  Ŝyczyłeś.  Kiedy  odkryłam,  Ŝe  jestem  w  ciąŜy,  byłam  przeraŜona. 

Wiedziałam, Ŝe nie chcesz mieć dzieci. Ani rodziny. Nie mam racji? 

Czy ona ma rację? Nie potrafił na to odpowiedzieć. Nie chciał dzieci, to jasne. Po tym, co 

przeszedł w dzieciństwie? Dzieci to kanał. Zobowiązania wobec rodziny to kanał.  

– Chyba masz – odparł niechętnie. Nareszcie na niego spojrzała.  

– No widzisz. Więc uznałam, Ŝe mojemu synowi będzie lepiej z kimś, kto go chce. Paul 

był jego tatą i kochał go bezgranicznie.  

– A ty? Kochałaś Paula? 

– Cal, jak moŜesz zadawać takie głupie pytanie?! Spoglądał na nią, zastanawiając się nad 

odpowiedzią.  

– Ciasteczka. Niosę wam ciasteczka – usłyszeli  teatralny szept CJ-a , który  w skupieniu 

niósł  tacę  z  wodą  i  ciasteczkami.  –  Bruce  jest  w  kuchni.  –  Odetchnął  głęboko,  ostroŜnie 

stawiając tacę. – Ucieszył się, Ŝe wróciliśmy i pyta, czy moŜe zabrać nas na kolację.  

– Bruce? – zdziwił się Cal.  

–  Bruce  Hammond  –  wyjaśniła  Gina.  –  Był  naszym  przewodnikiem  na  bezkrwawym 

polowaniu na krokodyle. Ale krokodyli nie było.  

– Były. Ale dorośli mówili, Ŝe to pnie drzew – poŜalił się CJ.  

– JuŜ wcześniej byliście w Crocodile Creek? – zdziwił się Cal.  

– Przez trzy dni mieszkaliśmy w pensjonacie Athina. Po śmierci Paula pomyślałam... Ŝe 

masz  prawo  dowiedzieć  się  o  synu.  Przyjechaliśmy  tutaj.  Pierwszego  wieczoru  zobaczyłam 

cię  na  werandzie  z  Emily...  –  Szukała  słów.  –  Poczułam,  Ŝe  po  tylu  latach  byłby  to  z  mojej 

strony narzucaniem się.  

– TeŜ tak to widzę – warknął. Nie oczekiwała innej reakcji.  

– Więc wyjechałam.  

– Nie spotykając się ze mną? 

–  Nie  chciałeś  tego.  –  Patrząc  mu  w  oczy,  wysoko  uniosła  głowę.  –  Od  początku 

wiedziałam, co myślisz o rodzinie. Bruce był dla nas bardzo miły. Zapraszał nas ponownie na 

krokodyle, ale powiedziałam, Ŝe wyjeŜdŜamy. Pewnie dowiedział się, Ŝe znowu tu jesteśmy. – 

Spojrzała na zegarek. – Chyba jeszcze zdąŜymy pójść z nim na krótką kolację.  

– Tutaj teŜ jest kolacja. – Ściągnął brwi. – MoŜesz być potrzebna temu małemu.  

– Nie będę daleko. Poza tym sądzę, Ŝe znajdzie się dla mnie jakaś komórka.  

– Bruce powiedział, Ŝe zna ulubione miejsce krokodyli – wtrącił się CJ.  

– Dzisiaj, synku, krokodyli nie będzie. Mieliśmy przygód  aŜ za duŜo. –  Zwróciła się do 

Cala.  –  Przykro  mi,  Ŝe  cię  tak  zaskoczyłam,  ale  przynajmniej  poznałeś  prawdę.  Niczego  od 

ciebie  nie  oczekuję.  Zostaniemy  tu  nie  dłuŜej,  niŜ  będę  potrzebna  wcześniakowi.  I  nie 

zamierzamy przeszkadzać tobie i Emily. – Zawahała się, po czym musnęła wargami jego usta 

i  się  odsunęła.  –  Ta  wiedza  naleŜała  ci  się  od  dawna.  NiezaleŜnie  od  tego,  co  kiedyś  było 

między  nami.  Cal,  muszę  ci  powiedzieć  coś  jeszcze.  Dziękuję  ci  za  syna.  Tylko  jemu 

zawdzięczam, Ŝe nie oszalałam przez te lata. Rozjaśniał moje Ŝycie oraz Ŝycie Paula. Kocham 

go  całym  sercem,  Paul  kochał  go  równie  mocno.  Mam  nadzieję,  Ŝe  Emily  da  ci  tyle  samo 

background image

miłości.  Zapewniam  cię,  Ŝe  nie  będę  się  wtrącać.  Jeśli  nareszcie  znalazłeś  prawdziwy  dom, 

nie będę wam przeszkadzać.  

Nim zdąŜył zastanowić się nad odpowiedzią, wzięła CJ-a  za rękę, po czym oboje weszli 

do domu. Został na werandzie w towarzystwie dwóch szklanek wody oraz czterech pysznych 

ciastek.  

 

W  szpitalu  wrzało:  Cal  ma  dziecko.  Syn  Cala  oraz  była  sympatia  Cala  pojechali  na 

kolację z miejscowym łowcą krokodyli. Wszyscy domagali się więcej informacji.  

Rzucając złowrogie spojrzenia ponad stołem, Cal walczył o swoje prawo do prywatności, 

ale ta strategia jeszcze bardziej rozpaliła ich ciekawość.  

Dobrze,  Ŝe  nie  było  tam  Giny.  Przez  jakiś  czas  razem  z  Emily  zajmowała  się 

noworodkiem.  Później  wraz  z  CJ-em  zniknęła  z  Bruce’em.  Gdy  odjeŜdŜali,  wzrok  mu 

pociemniał jeszcze bardziej.  

Emily dała jej komórkę, a Bruce obiecał, Ŝe w razie czego dowiezie ją do szpitala w ciągu 

paru  minut.  Mimo  to  Cal  czuł,  Ŝe  się  w  nim  gotuje.  Przyjaciele  ostatecznie  dali  mu  spokój, 

wyczuwając, Ŝe nic z niego nie wyciągną, ale on wiedział, Ŝe prędzej czy później dopadną go 

róŜne pytania. On sam miał wiele wątpliwości.  

Po kolacji wrócił na werandę. Obiecał sobie, Ŝe zajmie się porządkowaniem papierów, ale 

w  ogóle  go  do  nich  nie  ciągnęło.  Minęła  ósma,  potem  ósma  trzydzieści.  Powinni  juŜ  być  z 

powrotem, pomyślał, nasłuchując szumu silnika.  

W końcu zrezygnował. Wstał i ruszył do drzwi szpitala. Tam na pewno znajdzie się coś 

do roboty. Coś, co zmusi go do myślenia o czymś innym. Okazało się jednak, Ŝe nikt go nie 

potrzebuje, nawet wcześniak. Mimo to zaszedł do niego. On jest taki mały, pomyślał, Ŝe nie 

wiadomo, jak sprawy się potoczą, niezaleŜnie od postępów medycyny oraz zaawansowanych 

technologii.  

Kolejny  raz  przedyskutowali  sprawę  przewiezienia  malca  do  większego  szpitala,  lecz 

Emily i Gina były temu przeciwne. Ze względu na ryzyko związane z samą podróŜą poparł je 

pediatra z Brisbane.  

Gdy Cal wszedł do sali, Emily podniosła głowę znad inkubatora i słabo się uśmiechnęła.  

– Co z nim? – zapytał.  

–  Walczy.  Nazwałyśmy  go  Lucky,  bo  ma  szczęście,  Ŝe  Ŝyje.  –  Zawahała  się.  –  I  chyba 

nadal przyda mu się taka przychylność losu.  

Cal dotknął palcem rączki noworodka.  

– Lucky, musisz Ŝyć – powiedział, zniŜając głos.  

– Wiadomo coś o jego matce? – zapytała Emily.  

–  Trwa  przeszukiwanie  buszu.  Na  razie  wszystko  wskazuje  na  to,  Ŝe  kobieta  była  tam 

przejazdem.  

– Porzuciła własne dziecko.  

– MoŜe myślała, Ŝe jest martwe. Miał tak nieruchomą klatkę piersiową, Ŝe dla osoby bez 

medycznego wykształcenia mógł wyglądać jak nieŜywy. Zwłaszcza dla kobiety wyczerpanej i 

z problemami.  

background image

Emily pokiwała głową.  

–  On  nadal  ledwie  trzyma  się  Ŝycia  –  szepnęła.  –  Był  o  włos  od  śmierci.  Tylko  dzięki 

Ginie... A teraz drugi chłopiec...  

–  Em...  –  warknął.  Wiedział,  do  czego  Emily  zmierza.  Tym  warknięciem  chciał  ją 

onieśmielić.  

– Wiedziałeś, Ŝe masz dziecko? 

– Nie. Em...  

– Trudno mi uwierzyć, Ŝe jesteś tatą.  

Cal  się  nastroszył,  ale  ułamek  sekundy  później  wzruszył  ramionami.  Taka  jest  Emily, 

jego przyjaciółka. Wiedział, Ŝe nie da mu spokoju, więc niech się dowie, co on o tym myśli.  

–  Skoro  tobie  trudno  w  to  uwierzyć,  to  spróbuj  sobie  wyobrazić,  jak  ja  się  czuję!  – 

wybuchnął.  

Oczekiwał oburzenia, nawet litości, lecz Emily miała czelność się uśmiechnąć.  

–  WyobraŜam  sobie,  Ŝe  masz  prawo  czuć  się,  jakbyś  dostał  obuchem  w  łeb.  Nieślubne 

dziecko. Czy ona Ŝąda alimentów? 

– Nie.  

– To po co przyjechała? 

– Uznała, Ŝe powinienem się dowiedzieć.  

– Po tylu latach? Dlaczego nie wcześniej? 

– Miała męŜa. Była męŜatką, kiedy ją poznałem. Zaszła w ciąŜę i wróciła do męŜa.  

–  O  kurczę.  –  Emily  zagwizdała  przez  zęby,  po  czym  opuściła  wzrok  na  kartę  małego 

pacjenta,  dając  Calowi  chwilę  wytchnienia.  –  Skomplikowana  sprawa.  Wiedziałeś  wtedy  o 

tym? 

– Tak, ale myślałem, Ŝe to się juŜ rozpadło.  

– Co wobec tego się zmieniło? 

– MąŜ zmarł.  

– Zmarł? 

– Tetraplegia. Powikłania.  

– Och, Cal, to straszne.  

Straszne?  Wolał  nie  myśleć  o  tym,  co  Gina  przeszła  przez  te  lata.  Wolał  nie  myśleć  o 

Ginie.  

– Czy ona cię wykorzystała, Ŝeby zajść w ciąŜę? 

– dociekała Emily, sprawdzając zawartość kroplówki.  

– Z powodu jego paraliŜu? 

–  Nie!  –  Nie  mógł  znieść  myśli,  Ŝe  koleŜanka  powzięła  takie  podejrzenie,  mimo  Ŝe  na 

początku sam tak uwaŜał. – Miał wypadek wkrótce po tym, jak zaszła w ciąŜę.  

Emily spojrzała na niego kątem oka, po czym szybko odwróciła wzrok.  

– To stąd ta lojalność – powiedziała. – I dlatego do niego wróciła.  

– Em, nie moŜemy zamknąć tego tematu? Przyglądała mu się z namysłem.  

– MoŜe moŜemy, a moŜe nie. Więc po śmierci męŜa przyjechała do Crocodile Creek...  

– Em...  

background image

–  To  stawia  tę  sprawę  w  całkiem  innym  świetle  –  stwierdziła.  –  Zawsze  mnie 

intrygowało, co facet czuje, kiedy nagle się dowiaduje, Ŝe jest ojcem. Podziwiam jej odwagę, 

na pewno nie przyszło jej to łatwo. Ale moŜe postąpiła słusznie. – Przechyliła głowę. – Czy to 

nie  jest  tak,  Ŝe  nawet  jeśli  się  to  robi  przez  bank  nasienia,  to  istnieje  moralny  obowiązek 

poinformowania dawcy o sukcesie? śe gdzieś tam jest dziecko z jego rysami.  

– On nie wziął się z banku nasienia! Em, zajmijmy się tymi papierzyskami.  

– Mhm. Charles twierdzi, Ŝe to był bardzo gorący romans – ciągnęła. – Zdecydowanie nie 

bank. Wieść niesie, Ŝe byłeś niepocieszony. Charles uwaŜa, Ŝe w całym twoim Ŝyciu tylko jej 

udało się przebić przez twoją skorupę.  

– Em...  

–  Cal,  ona  tu  jest,  więc  juŜ  nie  musisz  być  niepocieszony.  –  Rzuciła  mu  promienne 

spojrzenie. – Przez pięć lat wykręcasz się tym, Ŝe kochałeś i przegrałeś. Nikogo do siebie nie 

chcesz dopuścić. Ale teraz dostałeś szansę. Przestała być męŜatką.  ZałoŜę się, Ŝe to ci się w 

niej  spodobało.  Rozwódka  o  podobnych  do  twoich  poglądach  na  zobowiązania.  A  teraz? 

Ciekawe, na co się zdecydujesz? 

– Jakim prawem...  

–  Zasłaniałeś  się  nią.  Przez  pięć  lat  wmawiałeś  sobie,  Ŝe  nie  chcesz  się  angaŜować,  bo 

Gina złamała ci serce, a myśmy wierzyli, Ŝe ty ciągle ją kochasz.  

– Wcale nie. – Na pewno? 

– Więc dlaczego nie spotykałeś się z innymi kobietami? 

– To nieprawda. Em, daj spokój.  

–  Dobrze,  ale  wróćmy  do  tych  innych.  Owszem,  umawiasz  się,  ale  jak tylko  wyczujesz, 

Ŝ

e one oczekują jakiegoś emocjonalnego rewanŜu, natychmiast je porzucasz. Jeśli myślisz, Ŝe 

reszta  twoich  kolegów  i  koleŜanek  ci  odpuści,  to  się  grubo  mylisz.  Przychodzisz  na  dyŜur  o 

dziewiątej? 

– Tak.  

Emily odwróciła się w stronę inkubatora.  

– Musimy walczyć o twoje Ŝycie, okruszku. – Jej rysy złagodniały. – Potem będzie przy 

tobie  doktor  Cal.  Albo  doktor  Gina,  zaleŜy,  kto  będzie  miał  dyŜur.  Wszyscy  będziemy 

walczyć o twoje Ŝycie.  

Jej nabrzmiały uczuciem głos do głębi nim wstrząsnął.  

~ Tak, zrobimy wszystko, Ŝeby cię ratować. – Przeniósł wzrok na Emily.  

W jej oczach dostrzegł łzy.  

–  Gdzieś  tam  jest  młoda  matka  bez  dziecka  –  szepnęła.  –  Musimy  utrzymać  go  przy 

Ŝ

yciu, dopóki jej nie znajdziemy. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności, Ŝe tego samego dnia, 

kiedy go znaleziono, ty poznałeś swojego syna? – Uśmiechnęła się niepewnie. – Idź juŜ, Cal. 

Mam  tu  co  robić.  Ty  teŜ  powinieneś  wziąć  się  do  roboty.  Przed  dyŜurem  zajmij  się  CJ-em. 

Masz pięcioletnie zaległości.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

W  domu  zalegała  cisza.  Wszyscy  wyszli,  pomyślał  Cal.  Albo  są  zajęci.  Sięgnął  do 

lodówki po piwo, ale natychmiast je odstawił. Ma przecieŜ dyŜur.  

Dlaczego  kuchnia  świeci  pustkami?  TakŜe  salon.  Gdzie  oni  się  podziali?  W  tym  domu 

zawsze było pełno ludzi. Bardzo ich potrzebował.  

Odwrócił się na odgłos otwieranych drzwi, ale to nie ci, na których mu zaleŜało. A moŜe 

jednak to oni? 

– Cześć.  

Gina i CJ. Śmiali się, pomyślał, bo CJ ciągle miał na wargach szeroki uśmiech. Gina się 

przebrała,  któraś  z  dziewcząt  poŜyczyła  jej  dŜinsy  i  bluzkę  w  biało-niebieską  krateczkę. 

Wyglądała...  

– Dobrze się bawiliście? – zapytał, czując jednak, Ŝe nie jest to stosowne pytanie.  

Na szczęście CJ niczego nie zauwaŜył.  

–  Bruce  zabrał  nas  do  restauracji,  do  pani  Poulos,  bo  ona  najlepiej  gotuje  w  całym 

miasteczku – paplał. – A jutro znowu z nim popłyniemy na krokodyle.  

– To jeszcze nic pewnego – ostrzegła go Gina.  

– Musimy. Dał mi swój kapelusz! 

Zdaje  się,  Ŝe  było  to  najwaŜniejsze  wydarzenie  całego  wieczoru.  Chłopiec  z  dumą 

wskazał  na  mocno  zniszczony  kapelusz  charakterystyczny  dla  australijskich  łowców 

krokodyli.  

–  Bruce  dał  ci  swój  kapelusz?  –  zdumiał  się  szczerze  Cal,  poniewaŜ  wiedział,  Ŝe  Bruce 

niemal sypia w kapeluszu. Widać coś mu się odmieniło.  

– Powiedział, Ŝe pora kupić nowy. – CJ zdjął z głowy kapelusz i wsadził palec w pokaźną 

dziurę. – Zapytałem go, czy to od kuli, a on odpowiedział, Ŝe chyba tak.  

– Marsz do łóŜka, synu. – Gina pchnęła go w stronę drzwi, ale CJ zaparł się z całej siły.  

– Czy Cal moŜe mi poczytać na dobranoc? 

– Cal jest zajęty.  

– Wcale nie.  

– CJ...  

– Mogę mu poczytać.  

– Ale...  

– Wszystko mu o mnie powiedziałaś? – Był zły. Spośród emocji, które w nim buzowały, 

wybrał  pierwszą  z  brzegu.  Dopiero  teraz  poznał  swojego  syna,  a  on  paraduje  w  kapeluszu 

innego męŜczyzny! 

–  Powiedziałam  CJ-owi,  Ŝe  znamy  się  od  dawna  –  odparła  spokojnie.  – Jeśli  chcesz  mu 

poczytać, to nie mam nic przeciwko temu.  

– Chcę.  

–  Wobec  tego  przypilnuję,  Ŝeby  umył  zęby  i  włoŜył  piŜamę.  Jill  poŜyczyła  nam  trochę 

ubrań, dopóki nie odzyskam naszego bagaŜu. Za pięć minut w jego pokoju? 

background image

 

Dlaczego się na to zdecydował? Idiotyczna sytuacja. PrzecieŜ nie chciał się angaŜować! 

Ale się zaangaŜował.  

Uradowany CJ wpatrywał się w niego spod ronda sfatygowanego kapelusza. A on wpadł 

w to po samą szyję.  

Gina siedziała na werandzie. Okna w pokoju CJ-a  były otwarte na ościeŜ, więc wszystko 

słyszała. Wsłuchiwała się w niski głos Cala, który czytał bajkę jej synowi.  

Była to ulubiona ksiąŜeczka CJ-a . Wszędzie ją ze sobą woził. Czytała mu ją tysiąc razy, 

a Paul chyba jeszcze częściej. Teraz tę opowieść czyta mu jego ojciec.  

Zamrugała  powiekami.  Tylko  bez  łez!  To  nie  jest  podróŜ  sentymentalna,  upominała 

siebie,  wpatrując  się  w  ciemność.  Miałaś  tu  przyjechać,  przedstawić  Calowi  jego  syna  i 

wyjechać. Więc dlaczego powiedziałaś mu, Ŝe go kochasz? 

Nie miała takiego zamiaru, ale nie umiała inaczej wytłumaczyć istnienia swojego synka. 

CJ był owocem miłości, a ona była z tego dumna. Bolała, Ŝe Cal tego nie zaakceptuje. „Łódka 

pirata powolutku wymykała się z portu. Plusk, plusk, plusk...” 

Cal czyta jej synowi. Swojemu synowi.  

Znalazła  się  na  niebezpiecznym  terytorium.  MoŜe  powinna  wyjechać  jutro  rano?  Jak 

najszybciej.  Ale  wcześniak  ciągle  nie  jest  stabilny.  Ingerencja  kardiologa  jeszcze  moŜe 

okazać się niezbędna. Za mały na kolejną operację, pomyślała. Zdecydowanie za mały. Więc 

co ona tu jeszcze robi? Ten maluch jej potrzebuje.  

„Gdzie jest moja łódka! ? – ryknął pirat, a łódka, która juŜ była na pełnym morzu, cicho 

zachichotała”.  

Gdzie  jest  mój  samolot?  –  pomyślała  Gina.  Moja  łódka  do  domu.  Gdzie  jest  mój  dom? 

Przestała być tego pewna. Siedziała tu i usiłowała myśleć o tym, jak piękna jest ta noc, ale nie 

mogła.  

Nagle w mroku rozległo się wołanie.  

– Gina! – Ogrodową ścieŜką pędził Charles na wózku inwalidzkim. – Jest tam Cal? 

– Tak. Zawołam go.  

– Jesteście mi potrzebni oboje. Dzwonię do niego i dzwonię, a on nie odbiera. Wyłączył 

komórkę czy co?! Jest mi potrzebny. Ty teŜ.  

– Wcześniak? 

– Nie, on jest w porządku.  

To dobra wiadomość. Bardzo dobra. Gina jednak wyczuła, Ŝe stało się coś złego.  

– Em zostanie na dyŜurze – ciągnął Charles – a w razie czego ja jej pomogę. Ale mamy 

wypadek drogowy.  

Przez otwarte okno Cal słyszał tę wymianę zdań. Pospiesznie dokończył czytanie bajki i 

stanął obok Giny.  

– Gdzie? – zapytał.  

–  Na  wysokości  O’Flatteryodparł  Charles.  –  Śmigłowiec  jest  w  drodze.  To  kilkanaście 

kilometrów  stąd,  więc  moŜecie  wziąć  auto.  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  jacyś  gówniarze 

zabawiali się na szosie. Zderzenie czołowe. Są ranni i ofiary. Jeden samochód juŜ wysłałem, 

background image

wy weźmiecie drugą karetkę. Em pomoŜe mi przygotować sale operacyjne. Zgadzasz się? 

– Jasne. Ale co z CJem? Charles pomyślał o wszystkim.  

– Poprosiłem panią Grubb, Ŝeby w razie czego nim się zajęła. Dobrze? 

– Kogo jeszcze mamy do dyspozycji? – zapytał Cal.  

– Mike i Christina polecieli śmigłowcem po rybaka na trawlerze. Z podejrzeniem zawału. 

Pewnie jest to fałszywy alarm, ale trzeba sprawdzić. – Przeniósł wzrok na Ginę. – Wiem, Ŝe 

nie  mam  prawa  prosić  cię  o  więcej,  bo  juŜ  duŜo  dla  nas  zrobiłaś,  ale  mamy  potworne  braki 

kadrowe i jesteś nam bardzo potrzebna. PomoŜesz nam? 

– Oczywiście. – Ruszyła w stronę pokoju CJ-a . – Wyjaśnię mu, co się stało, i zaraz do 

was wrócę.  

– Nie będzie miał ci tego za złe? 

– JuŜ się nauczył nie mieć mi za złe – odparła bezbarwnym głosem.  

Jechali z taką prędkością, Ŝe w normalnych warunkach włosy stanęłyby jej dęba.  

Prowadził Cal. W pierwszej karetce pojechali ratownicy, oni za nimi. Cal brał zakręty z 

piskiem opon, zmuszając ją, by kurczowo trzymała się fotela.  

– Ja mam syna... – szepnęła.  

– Ja nie ryzykuję.  

To  prawda.  Prowadził  kapitalnie.  Musiał  się  tego  nauczyć.  Praca  na  głuchej  prowincji 

wymaga od lekarza wielu talentów. Cal jest rewelacyjny.  

Tylko w pracy, tylko w pracy, pomyślała.  

W głośniku zaskrzeczał głos Charlesa: 

– Cal? Gina? 

–  Wciśnij  przycisk,  Ŝeby  mówić  –  rzucił  Cal.  Niepotrzebnie,  bo  Gina  juŜ  kiedyś 

pracowała w buszu i podobała się jej kaŜda chwila tam spędzona. Gdyby tu została, mogłaby 

wiele zdziałać. Ale tu nie zostaniesz, upomniała sama siebie. Po co? 

– Słucham cię, Charles.  

–  Pierwsza  karetka  jest  juŜ  na  miejscu  wypadku.  –  Ton  głosu  Charlesa  zwiastował 

najgorsze.  –  Dwie  ofiary  śmiertelne,  siedem  osób  rannych,  reszta  uwięziona  we  wraku. 

Wezwaliśmy, kogo się dało, ale tylko wy dwoje jesteście lekarzami.  

– Okej.  

– Jeden z miejscowych zostanie przy zwłokach, dopóki ich tu nie przewieziemy. Jak będę 

mógł,  wyślę  do  was  śmigłowiec,  ale  na  razie  musicie  przewozić  rannych  karetkami.  Dajcie 

znać, jeśli uznacie, Ŝe zachodzi konieczność wezwania zespołu ratowniczego z Brisbane.  

– Masz doskonale wyposaŜone sale operacyjne – zauwaŜyła Gina.  

– Na podstawie tego, co mi powiedziano, podejrzewam, Ŝe to moŜe nie wystarczyć. Poza 

tym Cal jest naszym jedynym chirurgiem. Mogę liczyć na twoją pomoc? 

– Oczywiście.  

– Zatem powodzenia.  

– Dzięki. – Z cięŜkim sercem wyłączyła mikrofon.  

–  WyobraŜam  sobie,  jak  bardzo  jest  mu  cięŜko,  Ŝe  nie  moŜe  brać  udziału  w  takich 

akcjach. – Cal przytaknął.  

background image

– Opowiedz mi o nim.  

Wyjechali juŜ z miasteczka i mieli teraz przed sobą pustą i prostą drogę.  

– Charles jest doskonałym lekarzem. Nie znam lepszego. Jego  rodzina ma w tej okolicy 

wielką farmę hodowlaną, Wetherby Downs. Zrobili pokaźny zapis na rzecz szpitala. Charles 

uległ  wypadkowi,  kiedy  miał  osiemnaście  lat.  Podczas  polowania  na  świnie  postrzelił  go 

przypadkiem  najbliŜszy  przyjaciel.  Potem  Charles  pojechał  na  studia  i  tu  wrócił. 

Zorganizował  najlepszy  prowincjonalny  ośrodek  medyczny  w  całej  Australii,  z  bazą 

ś

migłowców  ratowniczych  i  szpitalem.  Jest  mózgiem  całej  tej  placówki.  –  Zapatrzony  w 

drogę  na  chwilę  zawiesił  głos.  –  Ale  myślę,  Ŝe  w  chwilach  takich  jak  ta  oddałby  wszystko, 

Ŝ

eby znaleźć się w centrum akcji. Unieruchomiony w wózku...  

– Ale coś robi. Pomimo kalectwa dalej działa i moŜe być z tego dumny.  

– Paul nic nie mógł robić? – zapytał łagodnym tonem, jakby nie był pewny, czy ma prawo 

o to pytać.  

– Mógł tylko wychowywać CJ-a . Być z nim. Ja pracowałam, Ŝeby nas utrzymać, ale Paul 

nigdy  nie  był  sam.  Wynajęliśmy  pielęgniarkę,  która  była  z  nimi  w  ciągu  dnia.  Nie  masz 

pojęcia, jak bardzo nam to pomogło.  

–  Umilkła  na  moment.  –  Cal,  głównie  dlatego  tu  przyjechałam.  śeby  ci  powiedzieć,  jak 

bardzo jesteśmy ci wdzięczni.  

Milczał, ale ona wyczuła, Ŝe kipi ze złości.  

– Nawet twój mąŜ był mi wdzięczny – parsknął w końcu. – Jak ja mam na to zareagować? 

– Nie wiem. Nie wiem nawet, czy dobrze zrobiłam, informując cię, Ŝe masz dziecko.  

– Jak moŜesz w to wątpić? 

– Nie chciałeś mieć dzieci.  

– Nie chciałem, ale skoro CJ istnieje... Przeszył ją dreszcz strachu.  

– Skoro istnieje, to co? 

– Jest moim synem.  

– W nie większym stopniu, niŜ gdybyś był dawcą nasienia.  

– Dobrze wiesz, Ŝe w znacznie większym stopniu.  

– Tak wyszeptała, instynktownie zaciskając pięści.  

– Tak, wiem.  

– Jak długo zamierzasz tu zostać? 

– Do jutra.  

– Powinnaś zostać dłuŜej.  

– Cal, nie musisz...  

– Czego nie muszę? 

– Nie masz obowiązku nim się opiekować.  

– Jest do mnie podobny jak dwie krople wody.  

– Mimo to nie ma powodu, Ŝebyś się angaŜował.  

– Gino, to jest mój syn! Zadumała się.  

– Tak, CJ jest twoim synem – zaczęła, starannie dobierając słowa. – Ale weź pod uwagę 

całość sytuacji. CJ wierzy, Ŝe jego ojcem był Paul. Czy jesteś pewien, Ŝe chcesz to zmienić? 

background image

Poza tym nie chcę psuć tego, co jest między tobą i Emily.  

– Między mną i Emily nic nie ma.  

– Oczywiście – powiedziała z westchnieniem.  

– O co ci chodzi?! 

– Ciebie z nikim nic nie łączy.  

– Ty i ja... – zaczął.  

– Byliśmy kochankami. Ale nic nas nie łączyło.  

– Bo uciekłaś.  

–  Dobrze  wiesz,  Ŝe  nie  miałam  wyboru.  Nie  zgrywaj  się,  udając  zrozpaczonego 

porzuconego  kochanka.  Wiesz,  Ŝe  emocjonalnie  do  niczego  nie  jestem  ci  potrzebna.  Nie 

byłam i nie będę, a CJ...  

– Co on ma do tego?! – niemal ryknął Cal.  

–  Jeśli  go  teraz  uznasz, będziesz  musiał zaangaŜować  się  emocjonalnie.  Nie  moŜesz  mu 

nagle powiedzieć, Ŝe to ty jesteś jego tatą, a potem więcej go nie widywać.  

– UwaŜasz, Ŝe akurat tego chcę? 

– Nie wiem, czego chcesz. A ty wiesz? Milczenie. Skupił się na prowadzeniu, poniewaŜ 

zbliŜali  się  do  miejsca  wypadku.  Droga  prowadziła  teraz  między  niebezpiecznymi  skałami. 

Tutaj się ścigali? – pomyślała Gina przeraŜona perspektywą tego, co ich czeka.  

– Gówniarze – mruknął Cal, zapewne myśląc o tym samym.  

– Miejscowi? 

–  Jak  amen  w  pacierzu.  Jesteśmy  niedaleko  wioski  aborygenów.  Większość  rdzennych 

Australijczyków Ŝyje w grupach plemiennych, tak jak Ŝyli od tysięcy lat, ale ci, którzy osiedli 

w  wioskach...  –  Zamilkł,  poniewaŜ  weszli  w  ostry  zakręt.  –  Ich  sytuacja  jest  nie  do 

pozazdroszczenia.  Pozbawieni  tradycji  znaleźli  się  na  rozdroŜu.  Nie  mają  Ŝadnych 

perspektyw, nie czują Ŝadnej więzi. I to ich popycha do samozniszczenia.  

– Wiem coś o tym.  

– Tak. Kiedy byłaś w Townsville, miałaś wielkie plany. Wydawało mi się, Ŝe chcesz im 

pomagać, ale wyjechałaś, Ŝeby zrobić specjalizację.  

– Jesteś niesprawiedliwy.  

– Twoja grupa śniadaniowa rozpadła się wkrótce po twoim wyjeździe. Lekarze mieli inne 

zadania. Zabrakło entuzjazmu oraz funduszy, Ŝeby to kontynuować.  

– UwaŜasz, Ŝe to moja wina? 

– Nie trzeba było zaczynać.  

– MoŜliwe – wycedziła przez zęby.  

Zebrała wtedy grupkę nastolatek. Niektóre były juŜ w ciąŜy, innym to groziło. Zapraszała 

je na śniadania, które dwa razy w tygodniu odbywały się w kawiarence nad rzeką. Wyłącznie 

dla dziewczyn. Pływały, a potem dostawały obfite śniadanie złoŜone z produktów, które Gina 

dostawała od lokalnych firm. Takich śniadań nie miały w domu: mleko, mięso, świeŜe owoce. 

Po  śniadaniu  zapoznawały  się  z  kosmetykami  i  artykułami  higieny  osobistej,  równieŜ 

wyproszonymi przez Ginę u właścicieli sklepów. Bardzo starała się czymś je zainteresować: 

zapraszała  na  te  spotkania  fryzjerki,  modelki,  kosmetyczki.  Udało  jej  się  teŜ  przemycić 

background image

ginekoloŜkę, dietetyczkę oraz pracownicę opieki społecznej.  

Dziewczętom bardzo się spodobał taki zamknięty  klub dla kilkunastolatek. To był spory 

sukces,  pomyślała.  I  tylko  ona  wie,  ile  ją  kosztowało  wycofanie  się  z  tego  przedsięwzięcia. 

Ale nie ona jedna prowadziła taką działalność.  

– Co stało się z twoim klubem dla chłopców? TeŜ ich porzuciłeś? 

– Przeprowadziłem się do Crocodile Creek.  

–  To  znaczy,  Ŝe  ich  porzuciłeś.  –  Przygryzła  wargę.  –  Cal,  ja  miałam  powód. 

Wyjechałam, Ŝeby ratować Paula. A ty? 

– Nie twoja sprawa.  

– Nie moja. – Westchnęła. MoŜe on ma rację? MoŜe nie warto w nic się angaŜować. – Te 

ofiary zderzenia...  

– Znam ich. W takich wioskach młodszym małolatom z nudów odbija palma.  

– I z nudów się zabijają? 

– JeŜdŜą zdezelowanymi autami. To praktycznie wraki. Ale oni je naprawiają i szaleją w 

nich jak wariaci. Czeka nas nieprzyjemny widok.  

Wyjechali zza zakrętu. Ich oczom ukazała się sterta groteskowo pogniecionego Ŝelastwa: 

zderzenie  czołowe,  bez  Ŝadnych  śladów,  by  któryś  z  kierowców  usiłował  w  ostatniej  chwili 

uniknąć kolizji.  

Bawili  się  w  kto  kogo  przetrzyma,  pomyślała  Gina.  Kilka  razy  widziała,  jak  ta  zabawa 

wygląda:  dwa  auta  pełne  nastolatków  jadą  na  wprost  siebie.  Chodzi  o  to,  kto  pierwszy 

stchórzy i skręci. Tym razem Ŝaden kierowca tego nie zrobił.  

Oprócz pierwszej karetki na miejscu było juŜ kilka innych samochodów.  

Dwie  ofiary  śmiertelne?  –  przeszło  jej  przez  myśl  na  widok  dwóch  czarnych  płacht  na 

poboczu.  

–  Cal!  –  Podbiegł  do  nich  jeden  z  ratowników.  –  Dwoje  jest  uwięzionych  we  wrakach. 

Gasną w oczach. Na poboczu leŜy dziewczyna, która z trudem oddycha...  

– Gino, ty idź do dziewczyny, a ja zajmę się tymi w aucie.  

ZauwaŜyła,  jak  Cal  się  mobilizuje.  Wykona  zadanie  sprawnie  i  profesjonalnie,  ale  nie 

pozwoli sobie na emocje.  

– Zrobię, co potrafię – powiedziała. – Ale będzie mnie to duŜo kosztowało.  

– A mnie nie? 

– Nie wiem. – Pospiesznie wkładała ubranie ochronne. – Kiedyś teŜ tym się zajmowałam. 

Myślałam  wtedy,  Ŝe  ciebie  znam.  Ale  się  zmieniłeś.  Jak  gruba  jest  ta  skorupa,  w  której  się 

zamknąłeś? – Nie czekała na odpowiedź.  

 

Pracowała  bez  wytchnienia,  stosując  procedury,  które,  wydawałoby  się,  juŜ  zapomniała, 

lecz musiała je sobie przypomnieć, bo inaczej ci smarkacze by umarli.  

Dziewczyna  na  poboczu  miała  popękane  Ŝebra  i  prawdopodobnie  przebite  płuco.  Gina 

podała jej tlen i przekazała Frankowi, młodszemu ratownikowi.  

Potem  były  złamania  kończyn,  głębokie  rany,  wstrząs.  JuŜ  samo  to  było  potworne.  Cal 

jednak  miał  do  czynienia  z  prawdziwym  horrorem.  Jedna  z  osób  uwięzionych  we  wraku 

background image

zmarła na jego rękach pięć minut później. Na miejscu wypadku zaległa wówczas cisza.  

Spoglądając  w  stronę  Cala,  Gina  zauwaŜyła  jego  głowę  zwieszoną  w  geście  poraŜki  i 

smutku. No cóŜ, kilka sekund później wszyscy wrócili do swoich zadań.  

Jak gruba jest ta jego skorupa? Chyba nie bardzo.  

Zderzenie  czołowe.  Trzy  ofiary  śmiertelne,  jedna  osoba  w  stanie  cięŜkim.  Jej  obraŜenia 

przekraczały  moŜliwości  placówki  w  Crocodile  Creek.  I  jeszcze  dziewczyna,  która  doznała 

tak głębokiego wstrząsu, Ŝe popadła w kompletne otępienie. Inna nastolatka tkwiła uwięziona 

w samochodzie. Był przy niej Cal, który wcisnął się między pogięte blachy.  

StraŜacy  juŜ  się  przygotowywali  do  cięcia  tego  złomowiska.  Gdy  włączono  reflektory, 

Gina  dostrzegła,  Ŝe  Cal  przytrzymuje  rurkę  do  tracheotomii.  Pomagał  mu  drugi  ratownik 

medyczny,  Mario.  TuŜ  obok  w  roli  stojaka  na  kroplówkę  stał  jeden  z  kierowców  wozu 

straŜackiego.  

Wróciła  do  pracy.  Miała  zbyt  wiele  na  głowie,  by  rozpraszać  się  tym,  czym  zajmuje  się 

Cal.  

– Doktor Lopez... – Niespodziewanie przykląkł obok niej Mario. Młodziutki ratownik był 

zielony  z  przeraŜenia,  a  mimo  to  trzymał  się  dzielnie.  –  Ja  to  zrobię  –  powiedział,  gdy 

unieruchamiała złamaną nogę. – Jest pani potrzebna doktorowi Jamiesonowi.  

Rób, co do ciebie naleŜy, powiedziała sobie, podchodząc do wraku.  

Karen,  na  oko  piętnastoletnia  pacjentka  Cala,  nie  ruszała  się,  a  straŜacy  przerwali  cięcie 

karoserii. Po co Cal ją wezwał? Oceniła sytuację. Rozległe uszkodzenie twarzy. Co jeszcze? 

–  Noga  –  powiedział  Cal.  –  Nie  mogę  tam  się  dostać,  a  wyczuwam  krew.  Tylko  ciekła, 

ale gdy ją nieco przesunęliśmy, zaczęła tryskać. Mario usiłował tam dosięgnąć, ale nie mógł 

przepchnąć się obok mnie. Jesteś drobniejsza. Jeśli nie zatamujemy...  

Nie potrzebowała dalszych wyjaśnień. JuŜ przeciskała się do środka obok nóg Cala.  

Ktoś, chyba Frank, podał jej latarkę.  

– Mam ranę. Tampon! 

– Zatamujesz? 

W  głosie  Cala  dźwięczał  strach.  Skorupa?  On  nie  ma  Ŝadnej  skorupy.  To  tylko  maska, 

pomyślała.  

LeŜąc  praktycznie  pod  jego  nogami,  czując,  jak  wszędzie  wbija  się  jej  blacha, 

przyciągnęła brzegi rany i docisnęła opatrunek. Krwawienie zmalało. Dzięki jej wysiłkom czy 

dlatego, Ŝe ciśnienie krwi dziewczyny gwałtownie spadło? 

Wyczołgała się spod Cala, ale nie zadała tego pytania na głos.  

–  Zaraz  cię  stąd  uwolnimy.  –  Cal  przemawiał  do  dziewczyny,  podtrzymując  ją 

ramieniem.  Sprawiała  wraŜenie  nieprzytomnej,  ale  oni  zdawali  sobie  sprawę,  Ŝe  w  tych 

warunkach nie są w stanie określić stopnia utraty przytomności. Było bardzo prawdopodobne, 

Ŝ

e dziewczyna wszystko słyszy.  

Gina  spojrzała  na  jej  twarz.  Czy  jest  szansa,  Ŝe  ta  bitwa  zakończy  się  zwycięstwem? 

Chyba nie. Lecz Cal się nie poddawał.  

– Panowie – zwrócił się do straŜaków – Gina opanowała krwawienie, więc bierzcie się do 

roboty. Karen, jesteśmy przy tobie. Gina i ja cię nie opuścimy.  

background image

Gina i ja.  

Ź

renice  dziewczyny  nie  reagowały  na  światło,  jej  twarz  była  zakrwawiona,  a  za  uchem 

krwawiło głębokie wgniecenie. Uraz czaszki. Do jakich uszkodzeń doszło wewnątrz? 

Cal  nie  wychodził  z  wraku.  Zaraz  posypią  się  kawałki  metalu.  To  niebezpieczne. 

Beznadziejna sprawa, pomyślała, ale on stamtąd nie wyjdzie.  

Gina i ja. Kocha go. Ale on tego nie widzi.  

Z  cięŜkim  sercem  wróciła  do  pozostałych  poszkodowanych.  Chłopak  ze  złamaną  nogą 

tracił przytomność, ale zapewne był to efekt morfiny, którą mu wcześniej podała. Dziewczyna 

w  szoku  nadal  nie  reagowała,  więc  Frank  przywołał  do  niej  Ginę.  Szła  w  ich  stronę,  stale 

mając przed oczami Cala, który obejmuje ranną i walczy o jej Ŝycie.  

Od dziecka zmaga się z przeciwnościami losu.  

– Śmigłowiec w drodze  – poinformował ją policjant. To znaczy, Ŝe moŜna przygotować 

dziewczynę  z  przebitym  płucem  oraz  tę  w  szoku  do  transportu  karetką.  Śmigłowiec  będzie 

potrzebny dla Karen, pod warunkiem...  

Do akcji przystąpiły wielkie stalowe szczypce, nazywane szczękami Ŝycia. Gdy na chwilę 

się zatrzymały, Gina usłyszała głos Cala: 

– Karen, kochanie, oddychaj. Oddychaj.  

Kochanie. Wszystkie jego działania na miejscu wypadku są przepełnione miłością, ale on 

nawet  nie  zdaje  sobie z  tego  sprawy.  Zrozumiała,  Ŝe  jeszcze  raz musi  wszystko  przemyśleć. 

Nie teraz.  

Gdy  śmigłowiec  wylądował,  nie  miała  czasu  na  myślenie.  Drgnęła,  czując 

niespodziewanie na ramieniu dłoń Cala. Karen...  

ś

yje. Jeszcze Ŝyje. Cal szacował wzrokiem stan jej pacjentów, ustalając priorytety.  

–  Zabieram  Karen  śmigłowcem  do  naszego  szpitala  –  powiedział  tonem,  który 

wskazywał, Ŝe przeczuwa dalszy rozwój wypadków. – Jej rodzice chcą się z nami zabrać. W 

tej  sytuacji  to  chyba  sensowne.  –  Zbadał  puls  jednego  z  chłopców.  Mimo  Ŝe  chłopak  był 

ranny, jego Ŝyciu nie zagraŜało niebezpieczeństwo, ale powinien stale pozostawać pod okiem 

lekarza.  

Nie da się wszystkich przewieźć jednym śmigłowcem.  

– Natychmiast odeślę wam helikopter – powiedział.  

– W porządku.  

W  porządku?  Zostać  na  poboczu  szosy  ze  zwłokami  trzech  ofiar,  dwójką  rannych 

dzieciaków oraz kilkunastoma rozpaczającymi krewnymi...  

– Zostaniesz tu sama. –  Na jego twarzy malowała się rozterka. – Cholera, przydałby się 

jeszcze jeden lekarz.  

– Cal, lećcie juŜ.  

– Przyślę tu kogoś, Ŝeby zajął się zwłokami.  

– Idź. Poradzę sobie.  

Pogładził  ją  po  włosach,  po  czym  zupełnie  niespodziewanie  ją  pocałował.  Pospiesznie, 

ale mimo to w tym pocałunku zamiast tkliwości wyczuła rozpacz.  

MoŜe w ten sposób chciał jej dodać otuchy? Pierwszy raz tak ją pocałował. JuŜ wsiadał 

background image

do śmigłowca; znowu był lekarzem i znowu się od niej oddalał.  

 

W  końcu  udało  się  jej  opanować  chaos  na  poboczu.  Niestety,  nie  była  cudotworczynią: 

troje  nastolatków  nie  Ŝyło.  Krewnych  innych  poszkodowanych  przekonała,  by  jechali  do 

szpitala  i  tam  oczekiwali  na  swoich  bliskich.  Z  szefem  policji,  który  przyjechał  pomóc 

kolegom, uzgodniła, Ŝe ciała ofiar śmiertelnych pozostaną na poboczu do przyjazdu koronera.  

Gdy  powrócił  śmigłowiec,  dwie  kolejne  osoby  były  juŜ  przygotowane  do  ewakuacji. 

UłoŜyła je na noszach z karetki, którą przyjechała z Calem. Gdy wraz z ratownikiem wsuwała 

je  na  pokład,  odbierał  je  od  nich  nieznajomy  lekarz.  Lecz  to  nie  była  pora  na  prezentacje. 

Wsiadając, jeszcze raz ogarnęła spojrzeniem miejsce katastrofy, po czym skoncentrowała się 

na tych, którzy przeŜyli. Trzeba iść naprzód.  

To nie jest takie proste...  

Gdy tylko nieznajomy otworzył usta, zorientowała się, Ŝe ma do czynienia ze Szkotem.  

–  A,  to  ty  jesteś  Gina  –  powiedział  przez  ramię,  zawieszając  kroplówki.  –  Hamish 

McGregor, mów mi Hamish.  

– Kroplówka tego chłopca jest niestabilna – powiedziała. – On ma nogę...  

– ZauwaŜyłem. – Bacznie obserwował pacjentów oraz Ginę. – Wyglądasz jak upiór, więc 

przejmuję twoje obowiązki. Powiem ci, jeśli będziesz mi potrzebna. A teraz usiądź wygodnie 

i zamknij oczy.  

– Ale...  

– Rób, co ci mówię.  

Posłusznie  zapięła  pas  i  opuściła  powieki,  ale  natychmiast  zrobiło  się  jej  tak  słabo,  Ŝe 

musiała zwiesić głowę między kolana, by nie zemdleć.  

Hamish  popatrzył  na  nią  kątem  oka,  ale  nie  ingerował.  Takie  chwile  słabości  znane  są 

kaŜdemu lekarzowi.  

W końcu odetchnęła głęboko i otworzyła oczy.  

– Jesteś Gina Cala – rzekł półgłosem Hamish.  

– Ja? Nie.  

– Nie? 

– Jestem lekarzem – odparła zmęczonym głosem. – Gdzie on jest teraz? 

–  Ostatnio  widziałem  go,  jak  przewiercał  komuś  czaszkę,  Ŝeby  zmniejszyć  ciśnienie. 

Rozpaczliwa próba... Mamy za mało personelu. W tej chwili kaŜdy z lekarzy w naszej bazie 

robi dwie rzeczy naraz.  

– A ty skąd się wziąłeś? Szkot uśmiechnął się krzywo.  

–  Podobno  jestem  na  urlopie  –  wyjaśnił.  –  Ale  popełniłem  wielki  błąd,  informując  ich, 

dokąd  jadę.  Charles  skontaktował  się  przez  radio  z  szyprem  jachtu,  z  którego  spokojnie 

łowiłem sobie ryby. Dostarczono mnie tu na sygnale.  

– To znaczy, Ŝe naleŜysz do tego zespołu. – Ściągnęła brwi. – Hamish pediatra? 

–  W  rzeczy  samej.  Powiedzmy,  Ŝe  jestem  najlepszym  pediatrą  na  dziecięcym.  Jestem 

takŜe dyplomowanym ratownikiem.  

Poczuła,  Ŝe  kamień  spadł  jej  z  serca.  Nareszcie  fachowiec,  który  zajmie  się 

background image

wcześniakiem.  

– Widziałeś naszego Lucky’ego? 

– Oczywiście. Trzyma się. Jak wrócimy, dokładniej go sobie obejrzę. Muszę przyznać, Ŝe 

ty, Cal i Emily zrobiliście genialną robotę. Daliście mu szansę.  

– Czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast ciebie przyleciała po nas Emily? 

– Em jest w operacyjnej z Calem. Jemu anestezjolog jest najbardziej potrzebny. Christina 

i  Charles  zajmują  się  tymi  z  karetki.  I  to  koniec  naszych  lekarskich  zasobów.  Jest  jeszcze 

patolog  Alix,  na  zwolnieniu  po  wietrznej  ospie,  ale  wyciągnęliśmy  ją  z  łóŜka.  Musieliśmy 

zaryzykować  i  zostawić  Lucky’ego  pod  fachowym  okiem  Grace.  Są  takie  dni,  kiedy  nie 

wiemy, w co ręce włoŜyć, i jesteśmy wtedy zmuszeni wybierać.  

Westchnęła,  przypominając  sobie,  ileŜ  to  razy  musiała  zostawiać  swojego  synka  tak  jak 

teraz. Co więcej, musi odejść od Cala. Tyle decyzji...  

Myśl o czymś innym. O czymkolwiek.  

– Dobrze znasz Cala? 

– Jak przyjaciela.  

– Wątpię, Ŝeby Cal miał przyjaciół.  

Dlaczego  zadała  to  pytanie?  Zwłaszcza  w  tak  tragicznych  okolicznościach.  Spojrzała  za 

siebie. Ci chłopcy  odnieśli lŜejsze obraŜenia, podano im juŜ silne środki uśmierzające, a tuŜ 

obok  siedzieli  ich  rodzice,  trzymając  ich  za  ręce.  Lekarze  zatem  mogą  chwilę  odpocząć  i 

porozmawiać.  Ku  swojemu  zdziwieniu  czuła,  Ŝe  bardzo  tego  potrzebuje.  Byle  nie  myśleć  o 

wydarzeniach tego wieczoru.  

–  Nasz  Cal  rzeczywiście  trzyma  się  na  uboczu  –  mówił  Hamish.  –  Gino,  czegoś  tu  nie 

rozumiem.  Ledwie  pojawiłem  się  w  miasteczku,  dowiedziałem  się,  Ŝe  przyjechałaś  z  jego 

synem. Z synem Cala! Czy to prawda? 

–  Tak.  Ale  go  stąd  zabiorę  –  szepnęła.  –  Jak  bym  śmiała  pogwałcić  jego  bezcenną 

niezaleŜność? 

Hamish się zadumał.  

– Wiesz co? Chyba nie byłoby źle, gdybyś to zrobiła.  

– Beze mnie jest mu bardzo dobrze. Poza tym on ma sympatię w osobie Emily.  

– Emily? Teraz? – Zerknął na rannych. – Nic mi o tym nie wiadomo, a znam ich bardzo 

dobrze. Cal nie miewa sympatii – orzekł stanowczo.  

– Wydawało mi się... Widziałam, jak ją przytulał.  

Hamish uśmiechnął się lekko.  

–  Niedawno  rzucił  ją  narzeczony  pod  pretekstem,  Ŝe  chce  się  zastanowić,  ale  w 

rzeczywistości  ma  kogoś  innego.  Em  domyśla  się  tego,  mimo  Ŝe  udaje,  Ŝe  jest  inaczej. 

Podejrzewam, Ŝe Cal ją przytulał, Ŝeby ją pocieszyć. W tym Cal jest doskonały. – Hamish się 

zawahał. – Ale on nie wie, co potem z tym zrobić.  

– Jesteś pediatrą, a nie psychologiem. – Zaskoczyła ją ta diagnoza.  

–  W  naszej  bazie  wszyscy  są  specjalistami  od  wszystkiego.  Nie  mamy  wyraźnie 

określonych ról. Jeśli potrzebny jest psycholog, proszę bardzo, będę psychologiem. Poza tym 

uwaŜam się za przyjaciela Cala, nawet jeśli jest to w duŜej mierze jednostronne. – Rzucił jej 

background image

wymowne spojrzenie. – Myślę, Ŝe wiesz, co mam na myśli.  

Gina  poczuła  śmiertelne  zmęczenie.  Takie  dramatyczne  sytuacje  zawsze  kosztowały  ją 

duŜo energii. Za parę minut wylądują pod szpitalem i wpadnie w wir zabiegów oraz rozmów 

ze zrozpaczonymi rodzicami. Do tego Cal...  

Przez  ten  czas  powinna  złapać  oddech  i  odwaŜnie  spojrzeć  w  przyszłość.  Nie  mogła  się 

zebrać. Cal...  

– Nie wiem, co robić – wyszeptała. – Nie wiem, jak mam przebić ten mur.  

– Ten mur jest potęŜny – przyznał Hamish. – Znasz historię Cala? 

– Na tyle, na ile pozwolił mi ją poznać.  

– Zawiedli go chyba wszyscy. To cud, Ŝe on funkcjonuje jak normalny człowiek.  

– Jest nieufny, przez co stał się osobnikiem...  

– Zaburzonym? 

– Chyba tak. Zdecydowanie.  

– Jesteś gotowa to zmienić? 

– Jestem tu tylko po to, Ŝeby poinformować go o istnieniu jego syna.  

– Wątpię. Mimo Ŝe znam cię... Ile? Piętnaście minut? Mocno w to wątpię.  

Tak  jak  się  spodziewała,  w  szpitalu  panował  totalny  chaos.  Od  samego  wejścia  do  izby 

przyjęć.  Stanęła  między  noszami,  trzy  razy  głęboko  odetchnęła,  po  czym  zabrała  się  do 

selekcji rannych. Po chwili zajrzała do niej równie zmęczona Grace.  

– Gdzie się wszyscy podziali? – zapytała Gina.  

– Operują. Hamish, zostałeś tylko ty. Skoro juŜ tu jesteś, to zbadaj naszego wcześniaka. 

Przyszłam zapytać, czy nie trzeba wam pomóc, ale i bez tego widzę, Ŝe się wam przydam.  

Przez  dwie  godziny  nie  miały  chwili  wytchnienia,  ale  gdy  w  końcu  zjawił  się  Charles, 

Gina  z  czystym  sumieniem  poinformowała  go,  Ŝe  część  pacjentów  jest  przygotowana  do 

zabiegów, a część do ewakuacji do szpitala w Brisbane.  

– Jeszcze tylko drugi raz przejrzę ich karty – powiedziała.  

–  Nie  trzeba.  –  Podjechał  do  biurka  po  notatki,  które  zaczęła  spisywać  juŜ  na  miejscu 

wypadku. – Zajmę się tym z Christiną.  

Christina właśnie stanęła w drzwiach.  

– Co z Lilly? – zwróciła się do niej Gina.  

– Wyjdzie z tego. Jutro rano zostanie przewieziona śmigłowcem na chirurgię plastyczną. 

Jest stabilna.  

– A Karen? 

– To będzie twoje drugie zadanie – cięŜko westchnął Charles. – Przykro  mi, ale jeszcze 

nie puszczę cię do łóŜka.  

– Jestem jej potrzebna? 

– Karen zmarła dwadzieścia minut temu – powiedział. – Cal i Emily robili wszystko, co 

w  ich  mocy,  ale  ponieśli  poraŜkę.  Przed  chwilą  Cal  skończył  rozmawiać  z  jej  rodzicami.  – 

Zawahał  się.  –  Gino,  w  takich  sytuacjach  Cal  zamyka  się  w  sobie.  Jest  teraz  w  ogrodzie. 

Potrzebuje czyjegoś towarzystwa.  

Rzuciła mu przestraszone spojrzenie.  

background image

– Dlaczego mnie o to prosisz? Nie mogę.  

–  Owszem,  moŜesz.  –  Charles  nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  –  Przez  ciebie  Cal  przeŜył 

dzisiaj największy szok w swoim Ŝyciu, więc teraz przynajmniej spróbuj to załagodzić.  

– To nie moja sprawa.  

– Chyba Ŝartujesz. Wybór naleŜy do ciebie. Idź spać albo idź do Cala i spróbuj do niego 

dotrzeć.  Jeśli  pójdziesz  spać,  wątpię,  Ŝebyś  mogła  zasnąć.  –  Rozejrzał  się  po  sali.  –  Są 

sprawy, od których nikt z nas nie moŜe uciec. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Powinna pójść spać. Idąc teraz do Cala, zrobi więcej złego niŜ dobrego, pomyślała. Poza 

tym CJ na nią czeka. Rezolutnym krokiem przeszła do domu lekarzy, przekonana, Ŝe podjęła 

właściwą decyzję.  

ŁóŜko CJ-a  było puste, za to na poduszce leŜał list: 

 

Droga doktor Lopez! 

CJ  nie  mógł  zasnąć.  Był  bardzo  niespokojny.  Mamy  w  domu  małego  szczeniaczka. 

Mieszkamy w niebieskim domku za szpitalem. Przed chwilą przyszedł mój mąŜ i powiedział, Ŝ

piesek okropnie rozpacza. Pomyślałam, Ŝe zabiorę CJ-a  do nas. Będzie spał z psiaczkiem w 

jednym pokoju. Poszłam po radę do doktora Charlesa, a on powiedział, Ŝe Pani bardzo długo 

będzie zajęta oraz Ŝe jeśli weźmiemy małego do siebie, Pani będzie miała szansę jutro dłuŜej 

pospać.  Jeśli  chce  go  Pani  dzisiaj  zabrać,  to  proszę  się  nie  krępować  i  przyjść.  Albo 

zadzwonić, to go przyprowadzimy. Jeśli będzie płakał, zadzwonię do Pani.  

Dora Grubb  

 

CJ  mnie  nie  potrzebuje,  pomyślała,  przeczytawszy  list  napisany  przez  kobietę,  którą 

Charles darzy bezgranicznym zaufaniem. CJ na pewno się ucieszył, Ŝe będzie spał z pieskiem. 

Wobec tego co ona ma ze sobą zrobić? 

Chciała przytulić się do CJ-a , przyznając w duchu, Ŝe w chwilach kryzysu bardzo jej to 

pomaga.  W  osobie  synka  otrzymała  od  losu  bezcenny  dar.  Ale  teraz  wiązałoby  się  to  z 

obudzeniem CJ-a , państwa Grubb oraz zapewne szczeniaka... Bądź dorosła.  

Popatrzyła  na  zegarek.  Trzecia  rano.  NaleŜałoby  wziąć  prysznic  i  się  połoŜyć.  Czuła 

jednak, Ŝe nie zaśnie. Cholera, chciałaby teraz być z Calem. On jest...  

Idź spać! 

Podeszła do okna, by zaciągnąć zasłony. Cal stał na brzegu. Widziała go wyraźnie. No to 

co,  Ŝe  on  tam  stoi?  Nie  będzie  mu  się  narzucać.  Ale  to  jest  Cal.  Patrzyła  na  plaŜę  ze 

ś

ciśniętym sercem, z tym samym uczuciem, które towarzyszyło jej codziennie przez pięć łat – 

jakby  ten  męŜczyzna  był  jej  częścią,  a  opuszczenie  go  równało  się  amputacji  którejś  z 

kończyn.  

Raz juŜ od niego odeszła. I przeŜyła. Ale CJ śpi bezpiecznie u pani Grubb, więc nic nie 

stoi  między  nią  i  Calem.  Pięć  lat  smutku  i  ponure  dzieciństwo,  które  odebrało  mu  wiarę  w 

ludzi.  

On nigdy z tego nie wyjdzie, pomyślała. Wadliwy towar. Niebezpieczny. Mimo to czuła, 

Ŝ

e nie potrafi odejść. Nie teraz. Ruszyła na plaŜę.  

Wyczuł  instynktownie,  Ŝe  Gina  się  do  niego  zbliŜa.  Zebrał  się  w  sobie,  jakby  w 

oczekiwaniu na cios.  

Skrzywdziła go. Nie, to on ją skrzywdził. Nie było go przy niej, kiedy dowiedziała się, Ŝe 

jest w ciąŜy.  

background image

Byłby, gdyby mu o tym powiedziała.  

Kłamca. Uciekłby, gdzie pieprz rośnie.  

– Cal, tak mi przykro...  

– Czego chcesz? – Nie ukrywał złości, ale tej nocy miał do tego prawo.  

–  Masz  za  sobą  bardzo  trudny  dzień  –  zaczęła  łagodnym  tonem.  –  Dowiedziałeś  się,  Ŝe 

jesteś ojcem, a potem ten straszny wypadek, tyle ofiar...  

–  Nie  potrafiłem  jej  uratować  –  mruknął.  Stał  w  wodzie  z  nogawkami  dŜinsów 

podwiniętymi do połowy łydki i dalej patrzył przed siebie. – Tak się starałem i... na nic.  

– Zrobiłeś, co w twojej mocy. Jesteś lekarzem, Cal, a nie cudotwórcą.  

– To przez to ciśnienie. – Rzucił przed siebie wodorost, który zaczepił mu się o nogę. – 

Niemal  rozpłataliśmy  jej  czaszkę,  usiłując  ją  ratować.  Kiedy  zobaczyliśmy  jej  posiniaczony 

mózg, zrozumieliśmy, Ŝe zabiło ją ciśnienie...  

Słuchała go w milczeniu. Patrzyła na wodę i widziała to samo co on: umierające dziecko.  

–  To  była  heroiczna  operacja.  Na  dodatek  w  beznadziejnej  sytuacji  –  odezwała  się 

półgłosem.  –  Nie  moŜesz  mieć  do  siebie  pretensji.  MoŜliwości  medycyny  są  ograniczone.  – 

PołoŜyła mu dłoń na ramieniu, a on aŜ drgnął.  

– Nie rób tego.  

– Mam cię nie dotykać? Cal, mówisz to od lat. Boisz się zbliŜyć do kogokolwiek.  

– Skąd wiesz, jaki jestem teraz? 

– Hamish mówi, Ŝe twoja zaŜyłość z Emily jest platoniczna. – Nie cofnęła ręki. – Mówi 

teŜ, Ŝe odpychasz ludzi.  

– Ciebie nie odepchnąłem.  

– Nie? 

– Gino...  

–  Dobrze,  nie  mówmy  o  tym.  –  Zdjęła  rękę  z  jego  ramienia,  ale  nie  dała  za  wygraną. 

Chwyciła jego dłoń i nią szarpnęła. – Nie poruszajmy tego tematu.  

– Co ty robisz?! – Pociągnęła go. – Dokąd... ? 

– Przez te wszystkie lata Ŝycie mnie czegoś nauczyło. – Ciągnęła go tak mocno, Ŝe ruszył 

za  nią  przez  wodę.  –  Dodatkowo  wzmocniły  to  takie  tragiczne  sytuacje  jak  ta  na  szosie. 

Wiem,  Ŝe  nie  da  się  Ŝyć  w  cieniu  przeszłości,  bo  wtedy,  kiedy  odchodzą  najbliŜsi,  lepiej 

byłoby ze sobą skończyć. Ale dane jest nam tylko jedno Ŝycie. Nie zamierzam go marnować.  

– I co z tego? 

– To, Ŝe mam ochotę na spacer przy księŜycu. CJ śpi u pani Grubb. Jest pełnia i odpływ. 

Mamy dla siebie setki kilometrów plaŜy. Poza tym wątpię, Ŝeby się nam udało zasnąć. Więc 

się przejdźmy.  

Cal zarył się stopami w dno.  

– To nie jest dobry pomysł.  

– Fenomenalny – powiedziała udręczonym tonem.  

– Nie chcę się do ciebie zbliŜać.  

– Coś ci powiem, Cal. – Wzięła go pod ramię. – Jesteś ojcem mojego syna i nie chcesz się 

zbliŜać? Cal, juŜ przez sam ten fakt jesteś blisko nas.  

background image

Z  początku  musiała  lekko  go  ciągnąć,  ale  gdy  się  rozluźnił  i  zaczął  iść  bez  ponaglania, 

poczuła, Ŝe odniosła spore zwycięstwo.  

On  zawsze  bierze  do  siebie  śmierć  pacjenta.  To  w  nim  kochała.  Większość  lekarzy 

wypracowuje  profesjonalny  dystans,  ale  nie  Cal.  W  pracy  nie  był  do  tego  zdolny, 

zdecydowanie inaczej było w Ŝyciu prywatnym.  

Ale  teraz  szedł  obok  niej,  walcząc  z  emocjami,  które  budziła  w  nim  ona  oraz  syn.  To 

dobrze,  bo  nie  myśli  o  śmierci  Karen.  Najtrudniejszy  jest  czas  po  takim  zgonie,  kiedy 

analizuje  w  myślach  cały  przebieg  operacji,  zastanawia  nad  tym,  co  się  zrobiło,  czego  nie 

wzięło się pod uwagę. Oboje wiedzieli, Ŝe z powodu sytuacji w szpitalu nie mogą zapędzić się 

za daleko. Lecz gdy doszli do cypla, Gina uznała, Ŝe to za mało, więc zawrócili, by dojść na 

drugi  koniec  zatoczki.  Zawracali  kilka  razy.  Szli  w  milczeniu.  Tyle  przemilczanych 

tematów...  

– Zadepczemy plaŜę – odezwał się nagle Cal, gdy po raz trzeci szli po swoich śladach.  

Gina uśmiechnęła się do siebie.  

– To dobrze. Wolę plaŜe lekko uŜywane. Nie masz pojęcia, jak mi brakuje plaŜ.  

– Gdzie mieszkasz? 

Prawie normalna rozmowa, pomyślała. To bardzo dobrze.  

– W Idaho. Tam, gdzie dawniej. Cal, są rzeczy, które się nie zmieniają.  

– Ale i tak lubisz plaŜe.  

– Jasne. Moja rodzina i przyjaciele mieszkają w Idaho, więc chociaŜ tęsknię do plaŜ, tam 

jest moje miejsce.  

– Zawsze miałaś zamiar wrócić? 

– MoŜe ci się to wydawać dziwne, ale nie zawsze – odparła. – Pięć lat temu, kiedy Paul 

mnie rzucił, przyjechałam tu na krótko. Ale poznałam ciebie. I wtedy miałam zamiar zostać tu 

na zawsze.  

– Wzięłaś pod uwagę moŜliwość rozstania z rodziną i przyjaciółmi? 

– Miałam nadzieję, Ŝe ty mi ich zastąpisz – powiedziała cicho. – Byłam naiwna. Ale teŜ 

byłam młoda. Wyciągnęłam wnioski. I wracam do Idaho.  

– Chcę mieć kontakt z CJ-em.  

– Będę ci przysyłać jego fotografie.  

– Nie to miałem na myśli.  

– A co? 

– Nie wiem – mruknął. – To mój syn.  

–  UwaŜasz,  Ŝe  twój  ojciec  i  matka  jako  twoi  biologiczni  rodzice  automatycznie  nabyli 

jakieś prawa związane z twoją osobą? 

– To nie jest kwestia praw.  

–  Właśnie.  Mieli  obowiązki,  z  których  się  nie  wywiązali.  Ale  prawa...  Na  prawa  trzeba 

zapracować.  Jeśli  kocha  się  swoje  dziecko,  to  ma  się  prawo  mieć  nadzieję,  Ŝe  i  ono  nas 

pokocha. Cal, jesteś na samym początku drogi.  

– On jest do mnie podobny – rzucił bez związku.  

– Czy mam rozumieć, Ŝe go kochasz? – To pytanie wyraźnie go przestraszyło.  

background image

– Ej...  

Kopnęła  wodę  tak  wysoko,  Ŝe  sekundę  później  spadła  na  nich  cała  kaskada.  Wystarczy. 

Ta rozmowa jest zbyt powaŜna. Nie wiadomo, dokąd ich zaprowadzi. Gina przestraszyła się, 

Ŝ

e nie potrafi nią pokierować. Puściła rękę Cala, po czym weszła dalej w morze. Jej ubranie 

juŜ i tak było mokre, więc uznała, Ŝe jeszcze trochę morskiej soli mu nie zaszkodzi.  

Podeszła do pierwszej fali, uklękła i pozwoliła, by woda ją przykryła. Wspaniałe uczucie. 

Woda  ukoiła  jej  złość,  niepewność  oraz  smutek,  Ŝe  juŜ  nie  trzyma  Cala  za  rękę.  Klęczała, 

pozwalając się obmywać kolejnym falom. Przestała przejmować się czymkolwiek.  

Po  jakimś  czasie  dotarło  do  niej,  Ŝe  Cal  klęczy  obok.  Gdy  następna  fala  ją  przewróciła, 

chwycił ją wpół. MoŜe wyczuł, Ŝe juŜ opadła z sił, a moŜe kierował się potrzebą kontaktu? To 

nieistotne.  Jej  zmęczony  umysł  przestał  cokolwiek  rozumieć.  Oparła  się  o  Cala,  lecz  nadal 

koncentrowała się na wodzie, jej oczyszczających właściwościach, na tym, co jest teraz.  

– Ocean jest wspaniały – szepnął Cal w przerwie między falami, a ona nawet chciała coś 

powiedzieć, ale nadchodziła nowa fala, więc musiała nabrać powietrza w płuca. – Co robisz w 

Idaho, jak jesteś w takim nastroju? – zapytał jakiś czas później.  

To jest bezpieczne pytanie, nie prowadzi na manowce.  

–  JeŜdŜę  autem.  Tej  nocy,  kiedy  Paul  umarł,  przejechałam  osiemset  kilometrów.  CJ  był 

wtedy u mojej przyjaciółki.  

– śałuję, Ŝe o tym nie wiedziałem.  

– Naprawdę? 

– MoŜesz mi nie wierzyć, ale tak jest.  

–  Twój  kolega  Hamish  twierdzi,  Ŝe  jesteś  mistrzem  pocieszania  oraz  Ŝe  nie  wiesz,  co 

potem z tym zrobić.  

– Rozgryzł mnie. – W jego głosie dźwięczała rezygnacja.  

– Bo masz w nim przyjaciela.  

Nadal zanurzeni w wodzie musieli stawić czoło kilku falom.  

– Czy to, Ŝe on uwaŜa się za mojego przyjaciela, daje mu prawo do plotkowania o mnie? 

– zapytał, gdy się wynurzyli.  

Nie, tu nie chodzi o Hamisha.  

– Daje mu to prawo martwić się o ciebie. Tak samo jest z dziećmi. ZaangaŜowanie daje 

pewne prawa.  

– Gino...  

– Dajmy temu spokój. – Chciała się wyzwolić z jego uścisku, ale wysoka fala wręcz ją do 

niego przycisnęła.  

– Chyba nie potrafię.  

– Musimy wracać do szpitala.  

– Nie wszystko sobie wyjaśniliśmy.  

– Tak uwaŜasz? 

– Gino...  

Nagle wszystko się zmieniło. Jego ręce, jego  ciało. Kiedyś byli kochankami i teraz jego 

dłonie  przypomniały  jej  o  tamtych  czasach.  Wróciło  teŜ  to,  co  wówczas  do  niego  czuła.  I 

background image

czuje w dalszym ciągu.  

Cal.  Jej  Cal.  Pokochała  go  pięć  lat  temu.  Przez  ten  czas  usiłowała  o  nim  zapomnieć,  a 

teraz  wystarczyło,  by  jej  dotknął,  a  ona  czuje,  jakby  to  uczucie  narodziło  się  wczoraj.  Nie 

wczoraj, dzisiaj.  

On doświadczał podobnych doznań. Gdy na niego spojrzała, na jego twarzy malowało się 

zdumienie.  

To, co jest między nimi, nie jest uczuciem jednostronnym. Tej prawdziwej i wyczuwalnej 

więzi nie naruszył ząb czasu.  

– Cal, nie rób tego – szepnęła.  

– Muszę.  

Powinna  się  bronić.  To  oczywiste.  Wcale  nie  chciała,  by  ją  całował.  Nie  pozwoli  się 

całować, budzić na nowo tego, co było...  

Czuła  potworne  zmęczenie.  Nie  potrafiła  logicznie  myśleć  ani  działać.  Zdawała  sobie 

jedynie sprawę z bliskości Cala, jego dłoni, z tego, Ŝe pochyla się nad nią i przenosi w inny 

wymiar. W inny czas? 

Pięć lat wstecz.  

Zna tego człowieka. Pokochała go w chwili, gdy po raz pierwszy się do niej uśmiechnął. 

Przekonywała się wtedy, Ŝe to nierozsądne, Ŝe miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje, Ŝe 

ona nawet nie ma rozwodu.  

Oto jej męŜczyzna. Jej przystań. Druga połowa.  

Kilka  lat  temu  Paul  odszedł,  poniewaŜ  czuł  niedosyt,  a  ona  była  załamana,  nie  mogła 

pojąć, dlaczego tak się stało. Potem spotkała Cala i wszystko stało się jasne.  

Paul  miał  rację.  To  nie  jego  wina,  Ŝe  ich  związek  się  rozpadł.  Paul  ruszył  w  pogoń  za 

czymś,  co  gdzieś  na  niego  czekało.  Rozbił  się,  zanim  to  dogonił,  za  to  ona  znalazła  to  w 

Australii. Znalazła Cala.  

Objęła  go  mocniej.  Co  między  nimi  teraz  jest?  Nie  wiedziała.  Zwyczajna  Ŝądza?  Na 

pewno.  Czuła,  jak  kipią  w  niej  zmysły,  czego  nie  doświadczyła  przez  pięć  długich  łat.  Jego 

bliskość sprawia...  

Czy  to  trzeba  wyjaśniać?  Nie  warto  marnować  tej  chwili.  Bezwiednie,  tak  przynajmniej 

się jej wydawało, bo była bezgranicznie zmęczona i odrętwiała, zaczęła go całować. Mimo Ŝe 

otaczała ją morska woda, poczuła, jak zalewa ją fala wszechogarniającego gorąca, a jej ciało 

kaŜdym  nerwem  reaguje  na  jego  bliskość.  Czasami  woda  sięgała  im  do  szyi,  ale  nie  była  w 

stanie ugasić ich wzajemnego pragnienia. Było cudownie.  

Ten pocałunek stawał się coraz bardziej natarczywy i zaborczy, a wraz z nim zacieśniała 

się  więź  zadzierzgnięta  pięć  lat  wcześniej.  Jeszcze  poprzedniego  dnia  wydawało  się  jej,  Ŝe 

zerwała tę więź, ale teraz pojęła, Ŝe jest to niemoŜliwe.  

Ten męŜczyzna jest ojcem jej syna. Oraz jej największą miłością. Ale o tym nie wie. Nie 

godzi się z myślą, Ŝe mogliby stać się rodziną.  

– Jesteś piękna – wyszeptał głosem nabrzmiałym poŜądaniem.  

– Ty teŜ jesteś niebrzydki. ChociaŜ trochę rozmoczony...  

– Rozmoczone jest piękne.  

background image

– Nie gadaj tyle. Pocałuj mnie, Cal.  

Co ona robi? To jasne: korzysta z okazji, bo wie, Ŝe druga taka juŜ się nie nadarzy. Nawet 

jeśli Cal myśli o odnowieniu dawnej zaŜyłości, nie odda się jej ciałem i duszą. Nadal będzie 

niezaleŜny. Nauczył ją tego i z tego nie zrezygnuje. Ale teraz Cal naleŜy do niej, a ona musi 

nacieszyć się tym do woli, zanim wyjedzie z Crocodile Creek. Jutro.  

Znaczenie  tego  słowa  dotarło  do  niej  tak  nagle,  Ŝe  aŜ  się  otrząsnęła.  Cal  to  wyczuł. 

Odsunął ją od siebie na odległość ramienia i zapytał: 

– Kochanie, co ci jest? 

Pan  doktor  ratuje  kobietę  w  tarapatach,  pomyślała  smutno.  A  potem  nie  wie,  co  z  tym 

zrobić. Honor mu na to nie pozwala. On jest taki dobry, taki delikatny...  

ś

e nie potrafi zrobić następnego kroku.  

– Nie jestem twoim kochaniem.  

– Kocham cię, od kiedy zobaczyłem cię pierwszy raz.  

– CzyŜby? 

– Przysięgam.  

Czar chwili prysł. Wróciła rzeczywistość.  

– I co dalej, Cal? Jeśli naprawdę mnie kochasz, to co będzie dalej? Chcesz, Ŝebyśmy byli 

razem? 

Rysy mu stęŜały.  

–  Gino,  daj  spokój  –  powiedział  zmienionym  głosem.  –  Jeszcze  nie.  Nie  potrafię. 

Cieszmy się tą chwilą.  

–  Tak  jak  pięć  lat  temu?  Rezultatem  jest  CJ.  Dlaczego  tak  mówi?  Nie  o  to  jej  chodziło. 

Taka  chwila  moŜe  się  nie  powtórzyć,  a  ona  wszystko  psuje,  poniewaŜ  pozwala,  by  złość 

zastąpiła poŜądanie.  

– Wcale nie proponuję, Ŝebyśmy poszli do łóŜka – powiedział Cal.  

– Ja teŜ nie – warknęła.  

– Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie.  

Groteskowa  sytuacja.  Stoją  po  szyję  w  wodzie  i  rozmawiają  o  przyszłości.  Albo  braku 

szansy na nią.  I  chociaŜ  Cal nadal mocno trzymał ją w pasie, czuła, Ŝe ciągle coś ich dzieli. 

To zrozumiałe.  

– Musisz wracać do Stanów? Wzmogła czujność.  

– Co sugerujesz? 

– Musimy się nad tym zastanowić.  

– MoŜliwe. – Bądź ostroŜna, ostrzegał ją wewnętrzny głos. Mimo to iskierka nadziei tliła 

się nadal...  

– Gino, pamiętam, Ŝe lubiłaś pracę w Townsville. Tak, bo ty tam byłeś.  

– No to co? 

– Prowadziłaś klubik dla dziewcząt. Podobała ci się praca na oddziale ratownictwa...  

– Nie przeczę.  

–  Mogłabyś  tam  wrócić.  To  tylko  godzina  drogi  z  Crocodile  Creek.  Bywam  tam  bardzo 

często.  

background image

Ś

wiat stanął w miejscu.  

– Po co miałabym wracać do Townsville? 

–  Moglibyśmy  się  widywać  –  wyjaśnił.  –  Przez  trzy  tygodnie  pracuję,  czwarty  mam 

wolny. Mógłbym wtedy was odwiedzać, Ŝeby zaprzyjaźnić się z CJem.  

–  MoŜe  i  mógłbyś.  –  Iskierka  nadziei  zgasła.  Czego  się  spodziewała?  –  A  co  ja  bym  z 

tego miała? 

– Podobało ci się Ŝycie w Townsville.  

– Moi bliscy są w Idaho.  

– A ja bym był w Townsville.  

– Raz w miesiącu.  

– Moglibyśmy spróbować – rzekł przekonującym tonem, pochylając się do jej warg.  

O nie! Odepchnęła go.  

–  Moglibyśmy.  –  Czuła,  Ŝe  jest  bliska  ataku  wściekłości.  –  Mam  zrezygnować  z  bardzo 

dobrej  posady  w  Stanach,  mam  porzucić  przyjaciół.  Po  co,  Cal?  Po to, Ŝebyś  ty  mógł  raz  w 

miesiącu odwiedzić CJ-a ?! 

– CJ jest moim dzieckiem.  

– Udowodnij to. Co sprawia, Ŝe zostaje się ojcem? Jedna upojna noc? 

– Dobrze wiesz, Ŝe to nie była zwyczajna przygoda.  

– Ja to wiem, a ty? 

–  Gino,  mówię  ci,  Ŝe  cię  kocham.  –  Przeganiał  palcami  mokre  włosy.  Jest  tak  samo 

zmęczony  jak  ja,  pomyślała,  hamując  odruch,  by  dotknąć  jego  ramienia.  –  Przez  te  łata 

przeŜyłem istne piekło.  

–  Ale  za  mało  straszne,  Ŝebyś  teraz  potrafił  powiedzieć:  bądźmy  rodziną.  Nawet  nie 

chcesz, Ŝebym mieszkała w tej samej miejscowości.  

– Ja nie...  

– Nie Ŝyczę sobie Ŝadnych zobowiązań – dokończyła za niego. – To dla mnie nie nowina.  

– Pomyśl o tym, co stało się na tej szosie za naszymi plecami. W jednej chwili ci dorośli 

stracili  swoich  roześmianych  młodocianych  krewnych.  Ty  miałaś  Paula,  ale  on  umarł.  Ja... 

doświadczałem  tego  wielokrotnie.  Jedynym  lekarstwem  na  to,  by  przetrwać,  jest 

niezaleŜność. MoŜna kochać kogoś i ją zachować. To nieodzowne.  

– Ty to potrafisz? Potrafisz kochać naprawdę? 

– Właśnie ci to mówię – tłumaczył jak dziecku.  

– Bzdura – wykrztusiła. – Twierdzisz, Ŝe mogę kochać CJ-a , zachowując niezaleŜność? 

Wątpię.  

– Oto mi chodzi. Jesteś w pułapce. Gdyby coś mu się stało, serce by ci pękło, więc po co 

stawiać  się  w  takiej  sytuacji?  –  Przymknął  powieki.  –  Jak  moŜna  zapomnieć  o 

antykoncepcji?! Jak mogłem narazić cię na coś takiego...  

Tego było jej juŜ za wiele. Przyglądała mu się przez dłuŜszą chwilę, po czym uderzyła go 

w twarz.  

W tej samej chwili podcięła ją fala, więc ten cios nie był mocny, ale ona nie była juŜ w 

stanie niczym więcej się przejmować. Z całej siły odtrąciła jego pomocną dłoń.  

background image

Zalewając się łzami, rzuciła się w stronę plaŜy.  

– Zostaw mnie, ty draniu! 

– Gino, nie chciałem powiedzieć... – wołał za nią przeraŜony.  

– Ale powiedziałeś! Spadaj, Cal! Mówisz, Ŝe mnie kochałeś. To nieprawda. Ty nie wiesz, 

co  to  znaczy.  Wracam  do  szpitala.  Rano  zbadam  wcześniaka  i  jeśli  nie  będę  mu  potrzebna, 

wyjeŜdŜam.  Znikam  z  twojego  Ŝycia.  Raz  w  roku,  z  okazji  urodzin  CJ-a  ,  przyślę  ci  jego 

fotografię. Wiem, Ŝe nie chcesz niczego więcej, zresztą na więcej nie zasługujesz.  

Pięćset kilometrów od plaŜy rozgrywał się inny dramat.  

– Megan...  

– Idź sobie. – Na dźwięk stłumionego głosu córki matka zadrŜała. Co się dzieje? 

Honey miała nadzieję, Ŝe ten dzień będzie inny. Gdy udało się jej namówić męŜa i córkę 

na wypad na rodeo, jej nastrój znacznie się poprawił. Liczyła, Ŝe choć na parę godzin depresja 

opuści mieszkańców tego ponurego domu.  

Ale przez całą podróŜ Megan siedziała z naburmuszoną miną, a potem zniknęła w buszu. 

Nic  nowego.  Przez  kilka  minionych  miesięcy  snuła  się  po  obejściu  w  obszernym  męskim 

ubraniu roboczym, pracowała w milczeniu i jadła za trzech, nie przejmując się tym, Ŝe tyje...  

Honey Cooper szczerze martwiła się o córkę, ale równieŜ była przeraŜona pogarszającym 

się  stanem  zdrowia  męŜa.  Co  więcej,  dodatkowo  przygnębiała  ją  myśl,  Ŝe  w  kaŜdej  chwili 

bank  zajmie  obciąŜoną  długami  farmę.  Bała  się,  Ŝe  mąŜ  targnie  się  na  Ŝycie.  To  ogromne 

brzemię  jak  na  barki  jednej  kobiety,  więc  przygnębienie  córki  było  jej  najmniejszym 

problemem.  

Ale dzisiaj jest jeszcze gorzej. W drodze do domu Megan skuliła się na tylnym siedzeniu 

jak  ranne  zwierzę.  Odczekała,  aŜ  Honey  wprowadzi  Jima  do  domu,  przemknęła  do  swojego 

pokoju i zamknęła się na klucz.  

Teraz wszyscy są juŜ w łóŜkach, a Megan od godziny siedzi w łazience. Honey stała pod 

drzwiami łazienki i bezradnie słuchała szlochania córki. Tego dziecka, które trzymało razem 

całą rodzinę. Za wiele od niej wymagam, pomyślała Honey. Megan jest inteligentna. Chciała 

iść na uniwersytet, ale gdyby wyjechała, cięŜka praca zabiłaby Jima. Więc Honey odwiodła ją 

od studiowania. Megan harowała jak wół...  

– Córciu, otwórz drzwi.  

– Nic mi nie jest. – Słychać było wyraźnie, Ŝe mówi przez łzy. – Nic mi nie jest. Idź juŜ.  

– Nie wierzę. Nie odejdę, dopóki nie otworzysz. Megan, proszę. Ojciec się martwi.  

Ojciec  się  martwi.  Ojciec  jest  chory.  Ojciec  cię  potrzebuje.  Ciągle  to  samo.  SzantaŜ 

emocjonalny, pomyślała Honey. Nie miała innego wyjścia.  

Poskutkowało, jak zwykle. Dziewczyna uchyliła drzwi.  

–  Nic  mi  nie  jest  –  powiedziała  zdławionym  głosem.  –  Powiedz  tacie,  Ŝeby  się  nie 

martwił.  

– Mogę wejść? Porozmawiajmy.  

– Dlaczego? Nie ma o czym.  

Megan  miała  na  sobie  obszerny  szlafrok,  ale  gdy  się  odwróciła,  stając  w  snopie 

księŜycowego światła, matka ujrzała profil jej sylwetki. Całymi miesiącami spoglądała na ten 

background image

profil, myśląc: nie, to niemoŜliwe, to na pewno by Jima zabiło. Ona tylko przybrała na wadze. 

Za duŜo je.  

Teraz...  

– O BoŜe, straciłaś dziecko – wyszeptała.  

– Jakie dziecko? 

– Byłaś w ciąŜy.  

–  No  to  co?  –  zapytała  Megan  zmęczonym  głosem.  Matka  chwyciła  ją  za  ramiona, 

popchnęła do pokoju, po czym zamknęła za sobą drzwi.  

– Byłaś w ciąŜy – powtórzyła przeraŜona.  

– Byłam, ale juŜ nie jestem.  

– Co się stało? 

–  Umarło.  Urodziło  się  przed  czasem.  NieŜywe.  Poroniłam  i  juŜ  jest  po  wszystkim.  Nie 

przejmuj się. Nic mi nie jest.  

– Córeczko... – Honey chciała ją przytulić, ale ona się odsunęła.  

–  Zostaw  mnie.  Wracaj  do  taty.  Powiedz,  Ŝe  nie  ma  powodu  do  zmartwień.  Dalej  będę 

jego grzeczną córeczką i nie będzie musiał dostawać zawału.  

– Megan, jesteś niesprawiedliwa.  

–  Moje  dziecko  umarło.  Czy  to  jest  sprawiedliwe?  –  Opadła  na  łóŜko  i  ukryła  twarz  w 

dłoniach. – Nie ma sprawiedliwości. Cały świat jest niesprawiedliwy.  

–  Zawiozę  cię  do  szpitala  –  zaproponowała  Honey  niepewnie,  a  Megan  rzuciła  jej 

spojrzenie pełne złości.  

– Po to milczałam tyle  miesięcy, Ŝebyś teraz o tym mówiła tacie?! – syknęła. – Chronić 

tatę  za  wszelką  cenę.  Więc  go  chroniłam,  a  teraz  moŜna  tylko  iść  do  łóŜka  i  o  wszystkim 

zapomnieć.  

– Ktoś powinien cię zbadać...  

– Nic mi nie jest.  

– Kochanie...  

– Nigdzie nie pojadę. Cokolwiek komukolwiek powiesz, wszystkiemu zaprzeczę. JuŜ po 

wszystkim. Wracaj do łóŜka.  

Siedziała bez ruchu, czekając, aŜ matka wyjdzie. Chciała zostać sama.  

Honey bezradnie przyglądała się córce.  

– Dziecko nie Ŝyje. Koniec sprawy – szepnęła Megan. – Wszystko ma swój koniec.  

– Och, kochanie...  

– Nie ma mowy o Ŝadnym kochaniu – mruknęła ponuro dziewczyna. – Zostaw mnie.  

– Honey...! – usłyszały wołanie ojca.  

Jim się niepokoi. Honey rzuciła córce ostatnie smutne spojrzenie i wyszła z pokoju.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Obudziwszy się koło południa, przez chwilę nie mogła się zorientować, gdzie jest ani co 

się dzieje.  

Jednak  chwilę  później  wróciło  do  niej  wspomnienie  koszmaru  poprzedniej  doby. 

Wcześniak, trupy nastolatków, cięŜkie obraŜenia pozostałych ofiar wypadku, Cal...  

Popatrzyła na budzik. Tak późno?! JuŜ miała zerwać się z łóŜka, gdy zauwaŜyła sylwetkę 

męŜczyzny w drzwiach.  

–  Zastanów  się  najpierw,  czy  rzeczywiście  chcesz  wstać  –  odezwał  się  Cal.  –  Mam 

wraŜenie, Ŝe nie jesteś stosownie odziana.  

Stał na werandzie, a ona w nocy, praktycznie nad ranem, nie zamknęła drzwi do swojego 

pokoju,  czując  ogromną  potrzebę  napawania  się  orzeźwiającym,  morskim  powietrzem. 

Wziąwszy zimny prysznic, aby ostudzić rozpalone ciało, od razu połoŜyła się spać.  

– Odejdź – mruknęła, podciągając prześcieradło.  

– Przyniosłem ci bagaŜ. – Wszedł do pokoju i postawił walizkę przy łóŜku. – Mogłabyś 

mi podziękować.  

– Dziękuję. – Patrzyła na niego spode łba. – Miałam dwie walizki. Czerwoną i zieloną.  

– Czerwona jest wystarczająco cięŜka.  

– A gdzie ta mniejsza, zielona? 

– Nie przywieźli. Kurier przekazał mi tylko czerwoną. Problem? 

– Nie będzie problemu, jak sobie pójdziesz – powiedziała opryskliwym tonem, na co on 

tylko się uśmiechnął.  

– Dobrze. Ale przyprowadziłem teŜ twojego syna.  

– Co z nim zrobiłeś? 

– Podejrzewasz, Ŝe mogę go zdeprawować przez samo to, Ŝe istnieję? 

– Przestań. – Czy ten drań musi tak się uśmiechać? – Gdzie on jest? 

– Był tu przed chwilą, ale jego pies pognał do ogrodu. Widzę ich. Szczeniak przygląda się 

papuŜkom, a CJ go pilnuje.  

– CJ ma psa? – Przestała cokolwiek rozumieć.  

– Państwo Grubb sprezentowali twojemu... naszemu synowi... szczeniaka.  

To zdanie naleŜy dogłębnie przeanalizować, więc zaczęła od sprawy najprostszej.  

– CJ nie moŜe mieć psa.  

– Mnie teŜ tak się wydaje. – Sprawiał wraŜenie rozbawionego. – Ale zostawiłaś go na noc 

u pani Grubb.  

– Tak wyszło.  

–  Wiem.  Państwo  Grubb  mają  wielkie  serce,  chociaŜ  czasami  nadto  ulegają  jego 

podszeptom. Mają szczeniaka, którego nie chcą, bo ich suka ma niewybredne upodobania. W 

Crocodile Creek pełno jej potomstwa. Połapali się, Ŝe CJ zakochał się w ich szczeniaku, więc 

skorzystali z okazji.  

Zdecydowanie za duŜo informacji. I dlaczego on nie przestaje się uśmiechać? 

background image

– Wracamy do Stanów – przypomniała mu.  

– To znaczy, Ŝe szczeniak leci z wami.  

– Nie wygłupiaj się – prychnęła, odrzucając prześcieradło, ale przypomniawszy sobie, Ŝe 

nie jest ubrana, pospiesznie się zasłoniła. – Wyjdź, bo chcę wstać.  

– Zaczekam na werandzie.  

– Czekaj, gdzie chcesz, byle nie tutaj.  

– Będę pilnował CJ-a , mogę? 

– Pilnuj go, ile chcesz.  

– Gino...  

– Słucham? 

– Nie jesteś sympatyczna.  

–  Dlaczego  miałabym  być  sympatyczna? Jak  na ciebie  patrzę,  to  wcale  nie  mam  ochoty 

być sympatyczna.  

 

Nareszcie moŜe ubrać się we własne ciuchy. Wyszła na werandę w lekkiej spódnicy z lnu 

i T-shircie. Nie był to strój odpowiedni do pracy w szpitalu, ale nareszcie czysty i normalny. 

Oraz jej własny. Poczuła przypływ pewności siebie, lecz gdy ujrzała Cala i CJ-a , to budujące 

uczucie prysło jak bańka mydlana.  

Jacy  oni  są  do  siebie  podobni,  pomyślała  z  bólem  serca.  Stojąc  na  werandzie,  widziała, 

jak  szczeniak  strącił  CJ-owi  z  głowy  kapelusz  Bruce’a,  po  czym  odskoczył  w  bok.  Cal 

podniósł  kapelusz  i  wraz  z  chłopcem  oglądał,  czy  jest  cały.  Usłyszała,  jak  Cal  surowym 

tonem  strofuje  psa  i  jak  CJ,  naśladując  Cala,  powtarza  naganę.  Moment  później  rozległ  się 

jego śmiech, bo pies podskoczył i znowu porwał kapelusz. Ruszyła w ich kierunku.  

Na odgłos jej kroków Cal uniósł głowę, a pies rzucił się w jej stronę. Pierwszy raz skupiła 

się na psie. Co to za rasa? Mieszaniec dalmatyńczyka i boksera z domieszką spaniela. Biały w 

czarne łaty, płaski pysk i długie obwisłe uszy.  

Skoczył  na  nią,  omal  jej  nie  przewracając.  Gdy  na  nią  spojrzał,  mogłaby  przysiąc,  Ŝe 

uśmiecha  się  do  niej  całym  pyskiem.  Jednocześnie  jak  opętany  wymachiwał  czarnobiałym 

ogonem.  

–  Co  to  jest?  –  zapytała,  odsuwając  się.  Pies  tańczył  wokół  niej,  szczekając  i  okazując 

radość na przemian.  

–  Wabi  się  Rudolph  po  pewnym  tancerzu,  którego  pani  Grubb  oglądała  w  telewizji  – 

oznajmił syn, zerkając na nią z niepokojem. – Pani Grubb powiedziała,  Ŝe wyrośnie z niego 

najlepszy pies pod słońcem. On naprawdę skacze jak baletnica. Weźmiemy go? 

Rudolph  zawrócił  do  swojego  przyszłego  właściciela,  przewrócił  go  na  ziemię,  polizał  i 

pogalopował  z  powrotem  do  Giny.  Cofnęła  się,  ale  tak  niefortunnie,  Ŝe  całym  cięŜarem 

opadła na stopień werandy.  

Szczeniak natychmiast skorzystał z okazji, by i ją polizać jęzorem wielkim jak naleśnik.  

– Fuj! – prychnęła, wycierając twarz, a Rudolph pognał do Cala.  

– Siad.  

Pies usiadł, ale jego ogon wcale się nie uspokoił.  

background image

– CJ, nie moŜemy go wziąć – zaczęła. – Jak zabierzemy go do domu? Mam w samolocie 

trzymać go na kolanach? 

– To ja go potrzymam – odrzekł rezolutnie CJ, na co Cal wybuchnął śmiechem.  

–  Uduszę  cię  za  ten  śmiech  –  powiedziała  swobodnym  tonem.  –  CJ,  bardzo  było  ci 

smutno u pani Grubb? 

–  Nie,  bo  miałem  Rudolpha.  Mamo,  pan  Grubb  powiedział,  Ŝe  musi  wywieźć  złamane 

drzewo na wysypisko i Ŝe mnie zabierze, i Rudolpha teŜ. Ale kazał mi się zapytać, czy nam 

pozwolisz. I wtedy Cal powiedział, Ŝe musimy cię obudzić.  

– Wielkie dzięki, Cal – mruknęła.  

–  Nie  ma  za  co.  –  Uśmiechnął  się  szeroko.  –  Pan  Grubb  czeka.  Pozwolisz  CJowi z  nim 

jechać? Grubb jest bardzo odpowiedzialny.  

Wpatrywały się w nią trzy pary oczu.  

– Tak, niech jedzie.  

CJ z indiańskim okrzykiem puścił się pędem przez trawnik ku atrakcjom, którego czekały 

go na miejscowym wysypisku śmieci. Rudolph za nim.  

–  Jeszcze  nie  zdąŜyłam  pomyśleć  o  wyjeździe  –  mruknęła,  patrząc  z  przeraŜeniem  na 

swoje dziecko.  

– To dobrze.  

– A ty znowu swoje na temat Townsvilłe.  

– Nie, Gino. Przepraszam za to, co ci wczoraj nagadałem.  

– Słusznie.  

– To był bardzo egoistyczny plan.  

– Owszem.  

– I wcale nie chciałem powiedzieć, Ŝe Ŝałuję, Ŝe CJ się urodził. Naprawdę.  

– Cieszę się.  

– Ale byłoby lepiej, gdyby CJ mieszkał gdzieś, gdzie mógłbym dojechać.  

– Przeprowadź się do Stanów.  

– Moje miejsce jest tutaj.  

– Nie. Ty nie masz swojego miejsca – zauwaŜyła z przekąsem.  

– Mieszkam tu cztery lata.  

– Ale nikogo tu nie kochasz.  

– To nie jest konieczne.  

– Nie, nie jest.  

– Gino...  

– Ludzie nie są ci potrzebni do szczęścia – zauwaŜyła. Nim zasnęła, doszła do wniosku, 

Ŝ

e  jego  propozycja  złoŜona  minionej  nocy  ostatecznie  usunęła  wszelkie  bariery,  Ŝe  od  tej 

chwili moŜna mówić, co się myśli. – Cal, poświęcasz się przywracaniu ładu w medycynie i w 

Ŝ

yciu  prywatnym.  Jestem  tego  przykładem.  Przyjechałam  tu  pięć  łat  temu  bardzo 

nieszczęśliwa.  Postawiłeś  mnie  na  nogi,  a  ja  się  w  tobie  zakochałam.  Ale  nie  zrobiłeś 

następnego kroku. Ty nigdy się nie przyznasz, Ŝe kogoś potrzebujesz. Cal, jest ktoś taki? 

– Ja...  

background image

–  Nie  ma.  PoniewaŜ  twoi  rodzice  cię  zawiedli,  postanowiłeś  sobie,  Ŝe  nigdy  nikogo  nie 

będziesz potrzebował.  

– Na co ta psychologia? 

– Wiem, Ŝe to nie moja sprawa – dodała nieco łagodniejszym tonem – ale właśnie z tego 

powodu  muszę  wrócić  do  Stanów.  PoniewaŜ  mnie  potrzebna  jest  moja  rodzina  i  moi 

przyjaciele.  –  Oraz  Cal,  ale  tego  mu  nie  powie.  Wyznała  mu  to  lata  temu  i  co  z  tego 

wyniknęło?  –  Mieszkając  w  Townsville,  uwaŜałabym,  Ŝe  dzieje  mi  się  krzywda.  Owszem, 

miałabym dobrą pracę...  

– Poznałabyś nowych ludzi.  

– Tak. Ale to nie byliby ci, których kocham.  

– Z czasem byś ich pokochała.  

– Cal, ty ciągle czegoś nie rozumiesz. Ja potrzebuję moich bliskich i nie boję się do tego 

przyznać.  

– Twierdzisz, Ŝe ja się boję? 

– Nic nie twierdzę. – Miała juŜ dosyć tej rozmowy.  

– Nie zamieszkam w Townsville. Rudolph teŜ nie pojedzie do Stanów, więc nie namawiaj 

na to CJ-a .  

– Na nic go nie namawiam.  

– Po prostu przestań. – Przymknęła powieki. – Jak wcześniak? 

– Trzyma się dzielnie. Ani śladu infekcji, serce w porządku.  

– Zrobię mu echokardiogram.  

– Spodziewaliśmy się, Ŝe tak powiesz, ale czekaliśmy, aŜ się obudzisz.  

– Powinniście...  

– Nie było potrzeby – rzekł łagodnym tonem. Denerwowało ją, kiedy tak łagodniał, kiedy 

stawał się taki... BoŜe, jak ona go kocha. – Są wyniki badania krwi? 

– Niedługo je dostaniemy.  

– Nie podałam mu Ŝadnych leków przeciwzakprzepowych. U tak maleńkich wcześniaków 

występuje duŜe ryzyko skrzepów, ale jeśli on ma skłonność do krwawienia...  

– Hamish jest tego samego zdania. Twierdzi, Ŝe von Willebranda nie moŜna wykluczyć.  

W  chorobie  tej,  podobnej  do  hemofilii,  kaŜde  skaleczenie  czy  siniak  mogą  zagraŜać 

Ŝ

yciu,  ale  zastosowanie  odpowiednich  leków  zdecydowanie  zmniejsza  to  ryzyko.  W 

przypadku  noworodka  w  takim  stanie  jak  Lucky  moŜe  to  okazać  się  nawet  korzystne, 

poniewaŜ uniemoŜliwia powstanie skrzepów.  

Teraz  myśli  Giny  powędrowały  do  matki,  do  tej  kobiety,  pewnie  jeszcze  dziewczynki, 

pozbawionej opieki podczas porodu, przeraŜonej, samotnej. Czy moŜna przyjąć, Ŝe nie miała 

skłonności do krwawienia? Jeśli dostała krwotoku po porodzie...  

– Czy wiadomo juŜ coś o jego matce? 

– Nic. – Cal sprawiał wraŜenie zaniepokojonego.  

–  Policja  przeczesała  busz  dookoła  terenów  rodeo,  ale  nikogo  nie  znaleźli.  Pewnie 

przyjechała i odjechała samochodem.  

– Albo autobusem.  

background image

– Albo autobusem.  

– I moŜe mieć von Willebranda.  

– Ona albo ojciec.  

– Ojcem bym się nie przejmowała – mruknęła Gina.  

–  Nie  mogę  przestać  myśleć  o  niej  i  o  tym,  co  przeszła.  Rodziła  w  buszu  i  odjechała 

przekonana, Ŝe dziecko jest martwe.  

Obojgu  w  tej  samej  chwili  przyszło  do  głowy,  Ŝe  dziewczyna  mogła  popełnić 

samobójstwo. Gdzie ona jest? 

– Nie pasuje do Ŝadnej z cięŜarnych z naszej poradni prenatalnej.  

– Wydawało mi się, Ŝe tutaj wszyscy się znają.  

– Nikt nie wie, kto to jest.  

– Ktoś musi – upierała się Gina, a on przytaknął.  

–  Charles  mówi,  Ŝe  jego  ojciec  miał  von  Willebranda  –  odezwał  się  Cal  po  chwili 

namysłu.  

– Charles? 

– Nasz szef. Ten w wózku.  

– Wiem, kim jest Charles – prychnęła. – Jego ojciec ma skazę krwotoczną? 

– Stary Wetherby juŜ nie Ŝyje.  

–  Charles  jest  tutejszy?  –  zapytała.  –  To  rzadka  choroba.  W  takiej  małej  społeczności 

powinni być jacyś jego krewni.  

–  Wczoraj  o  tym  rozmawialiśmy.  Kiedy  wróciłem  z  plaŜy,  Charles  jeszcze  nie  spał. 

Gadaliśmy do samego rana. Kiedy mi to wyjawił, podobnie jak ty powiedziałem, Ŝe powinien 

mieć tu krewnych. Ale to jest mało prawdopodobne.  

– Dlaczego? Wiesz coś o jego rodzinie? 

– Jego rodzina ma tu jedną z największych posiadłości, Wetherby Downs. Teraz mieszka 

tam  brat  Charlesa.  –  Cal  się  zawahał.  –  Nie  wiem  dlaczego,  ale  Charles  nie  utrzymuje 

kontaktów  z  rodziną.  Kiedy  miał  osiemnaście  lat,  został  postrzelony  podczas  polowania. 

Pojechał na leczenie do miasta, potem skończył medycynę, aŜ w końcu tu wrócił. I załoŜył tę 

placówkę. Od lat nie odzywa się do nikogo z rodziny. Wracając do von Willebranda... Charles 

nie  ma  dzieci.  Jego  brat  nie  choruje  na  tę  chorobę,  a  dzieci  brata  mają  dopiero  szesnaście  i 

czternaście lat.  

– Dziewczynka jest starsza? To by pasowało.  

– Tak, ale...  

– Nastolatka, która boi się powiedzieć rodzicom o swoim problemie...  

–  Dziś  rano  Charles  to  sprawdził.  Dowiedział  się,  Ŝe  dziewczyna  uczy  się  w  Sydney  w 

szkole z internatem i nie była w domu od dwóch miesięcy.  

– Czyli moŜna ją skreślić z naszej listy. Inni krewni? 

–  Charles  ma  jeszcze  siostrę,  która  dwadzieścia  lat  temu  przeniosła  się  do  Sydney.  Ten 

trop donikąd nas nie zaprowadzi.  

– Dziwny splot okoliczności – rzekła w zadumie.  

– Ojca Charlesa trudno nazwać człowiekiem honoru. Charles sam mi to powiedział. Jego 

background image

stary był potwornie bogaty i nie jest wykluczone, Ŝe zabawiał się na boku.  

– Ale juŜ nie Ŝyje. Nie zapytamy go, czy nie spłodził dziewczyny, która urodziła naszego 

wcześniaka. – Westchnęła. – Wystarczy tych dywagacji.  Idę do małego.  – Zatrzymała się  w 

pół kroku. – Ten wczorajszy wypadek, jego reperkusje...  

– Ludzie długo o nim nie zapomną. Po południu jadę do wioski aborygenów.  

– Chcesz, Ŝebym z tobą pojechała? 

– Oczywiście.  

Popatrzyła na niego podejrzliwie.  

– MoŜe jednak nie powinnam.  

–  Gino,  bardzo  przyda  mi  się  twoja  pomoc.  Masz  świetny  kontakt  z  ludźmi.  Wiesz,  co 

powiedzieć.  

– Ty takŜe – zauwaŜyła z goryczą w głosie. – To specjalność doktora Jamiesona. Łatanie, 

cerowanie,  pocieszanie.  –  Potrząsnęła  głową.  –  Przepraszam,  juŜ  nie  będę.  Pojadę  z  tobą.  A 

teraz bierzmy się do roboty.  

Cal  spieszył  się  do  pacjentów,  więc  szybko  się  oddalił,  za  co  była  mu  ogromnie 

wdzięczna. W pewnym sensie. Nareszcie została sama.  

Ruszyła na poszukiwanie farmaceuty. Pójdzie do wcześniaka, ale najpierw musi zadbać o 

siebie.  W  aptece  nikogo  nie  zastała.  Otwierają  ją,  kiedy  zaistnieje  potrzeba,  pomyślała, 

zastanawiając się, do kogo z tym się zwrócić. Na pewno nie do Cala. Odwracając się, o mało 

nie wpadła na wózek inwalidzki.  

Chwyciła się za serce.  

– Jak moŜesz... ?! 

– Przepraszam. Szukałem wózka, który tupie, ale niestety, takich nie produkują.  

– To ja przepraszam.  

–  Drobiazg.  Przyzwyczaiłem  się,  Ŝe  wszystkich  straszę.  Przy  okazji  chciałem  cię  teŜ 

przeprosić za to, w co wczoraj cię wpakowałem. Rzuciłem cię na głęboką wodę...  

– To było piekło. Ale sądzę, Ŝe dła kogoś z zewnątrz zdecydowanie mniejsze niŜ dla tych, 

którzy będą zmuszeni radzić sobie z konsekwencjami.  

–  Wiem  od  Cala,  Ŝe  w  Townsville  prowadziłaś  klub  młodzieŜowy.  –  Charles  nieco 

zmienił temat.  

– To prawda.  

– Nie miałabyś ochoty go reaktywować? Bardzo by się tu przydał.  

– Cal proponował mi to samo. Ale w Townsville.  

– Cal jest durny.  

– Nie, on wcale nie jest durny. – Wzruszyła ramionami. – Wracam do Stanów. Tutaj nie 

ma dla mnie miejsca.  

–  Tutaj  zawsze  jest  dla  ciebie  miejsce  rzekł  z  naciskiem.  –  W  Townsville  miałaś  opinię 

doskonałego  lekarza,  więc  bylibyśmy  zaszczyceni,  gdybyś  u  nas  pracowała.  Nie  tylko 

dlatego, Ŝe przydałby się nam kardiolog.  

– Co na to Cal? 

– Będzie zmuszony stanąć oko w oko z sytuacją, z którą nie poradził sobie pięć lat temu.  

background image

Gina potrząsnęła głową.  

– Charles, dajmy temu spokój.  

Mierzył ją wzrokiem przez chwilę, po czym westchnął.  

– Okej, dajmy temu spokój. Szukałaś czegoś? 

– Farmaceuty.  

– U nas nie ma farmaceuty. Sami bierzemy, co jest nam potrzebne. Czego potrzebujesz? 

– Insuliny.  

– Dla siebie? 

– Tak. Ściągnął brwi.  

– Cal wie, Ŝe masz cukrzycę? 

–  Cal  wie  o  mnie  bardzo  mało.  Ale  nie  o  to  chodzi.  Miałam  insulinę  w  drugiej  walizce, 

tylko gdzieś przepadła. Zawsze mam przy sobie zapas na dwa, trzy dni, więc nie mam nic na 

jutro.  

– Załatwię ci to. Co jeszcze jest ci potrzebne? 

– Bilet do Stanów.  

– To teŜ załatwię – obiecał, ale lekko się zawahał.  

–  Gino,  daj  nam  jeszcze  czterdzieści  osiem  godzin.  Chciałbym,  Ŝeby  Lucky  wyszedł  na 

prostą, zanim wyjedziesz.  

– Nie jestem mu potrzebna. Jest przecieŜ pod opieką Emily i Hamisha.  

– Nie chcę stracić tego malucha. Ty teŜ nie.  

– Tak, to prawda.  

– Zostaniesz dwa dni dłuŜej? 

– Dobrze. – Jest jeszcze tyle spraw do załatwienia, pomyślała. Trzeba jakoś dogadać się z 

Calem, zorientować się, jak bardzo zamierza wczuć się w rolę ojca.  

– Przydałyby mi się te dwa dni – dodała zrezygnowanym tonem.  

– Lepiej gdyby to były dwa lata.  

– Charles, uwaŜaj, co mówisz...  

Następny na jej liście był Lucky. Gdy weszła do sali, natknęła się nie na jednego, lecz na 

dwóch  lekarzy,  którzy  krzątali  się  kolo  inkubatora.  Hamish  regulował  kroplówkę,  a  Em 

przeglądała kartę wcześniaka. Oboje rzucili jej pełne skruchy spojrzenia.  

– Niech zgadnę – roześmiała się Gina. – Oboje powinniście być gdzie indziej, tak? 

– Wpadliśmy tylko na chwileczkę – wyjaśnił Hamish.  

Bez trudu domyśliła się, co ich tu przyciągnęło. Po takiej nocy jak miniona chciałoby się 

mieć  do  czynienia  z  chociaŜ  jednym  happy  endem.  Nie  tylko  ona  czuła  taką  potrzebę. 

Noworodki są w takich razach doskonałą terapią. Hamish najwyraźniej czytał w jej myślach.  

– Minęłaś się z Calem – dodał Hamish.  

– Przed nim zajrzał tu Charles – uzupełniła Emily. – Nasz maluszek ma gości od samego 

rana. – Ustąpiła miejsca Ginie. – Teraz twoja kolej. Zbadaj go.  

Wygląda  znacznie  lepiej,  pomyślała  Gina.  MoŜe  nawet  jest  trochę  pełniejszy.  Wczoraj 

ledwie kwilił, a teraz ma szeroko otwarte oczy i energicznie wymachuje piąstkami. Ach, jak 

przyjemnie byłoby wziąć go na ręce i przytulić.  

background image

Było to jednak niemoŜliwe, poniewaŜ Hamish podłączył go do tylu róŜnych aparatów, Ŝe 

dostęp  do  niego  był  mocno  utrudniony.  Wsunęła  ramiona  do  inkubatora,  a  gdy  maleńkie 

paluszki  zacisnęły  się  na  jej  palcu,  musiała  zamknąć  oczy,  by  powstrzymać  głupie  łzy 

wzruszenia.  

– Wcale nie jestem ci potrzebna – mruknęła półgłosem, delikatnie uwalniając palec.  

Zanim się odwróciła, poczuła na ramieniu dłoń Hamisha.  

–  Gino,  jesteś  potrzebna  nam.  To,  czego  dokonałaś,  graniczy  z  cudem.  Właśnie 

przeczytałem  sprawozdanie  z  operacji,  którą  przeprowadziłaś.  Nigdy  czegoś  takiego  nie 

widziałem. Dzwoniłem rano do kardiologa w Sydney, Ŝeby mu o tym opowiedzieć. Był pełen 

uznania dla twojego kunsztu.  

– Miałam szczęście.  

– To ten maluch miał szczęście. – Hamish uśmiechnął się radośnie. – Wczoraj szczęście 

dopisało takŜe nam, bo mieliśmy ciebie. Cal teŜ jest szczęściarzem, bo cię spotkał.  

– Jesteśmy przekonani, Ŝe on cię kocha – powiedziała nagle Emily.  

– Słucham? 

– Od lat Ŝyje w celibacie.  

– UŜywa mnie jako pretekstu.  

–  Niewykluczone,  ale  jesteś  teŜ  czymś  więcej  niŜ  pretekstem  –  zauwaŜyła  Emily.  – 

Charles powiedział. 

– Wszyscy mnie obgadujecie.  

–  Bo  to  jest  dom  lekarzy  –  odparł  Hamish,  jakby  to  miało  cokolwiek  wyjaśnić.  – 

Rozmawiamy o wszystkich. I martwimy się o Cala.  

– Cal jest dorosły, sam moŜe się o siebie martwić.  

– Gdyby miał syna... – zaczęła Emily.  

–  Odczepcie  się  ode  mnie,  dobrze?  –  Gina  nie  wytrzymała.  Hamish  zerknął  na  Emily, 

jakby szukał w jej oczach przyzwolenia, po czym podjął wątek.  

– Gino, walczyłaś o małego Lucky’ego – rzekł powoli. – Emily, Charles i ja uwaŜamy, Ŝe 

powinnaś zawalczyć o Cala. On na to zasługuje.  

– Walczyłam przez wiele lat. – Nie kryła rozgoryczenia. – JuŜ nie mam siły.  

– Ale on...  

– Tak, wiem, nie miał lekko. Ja teŜ nie miałam łatwo. Walczyłam o Ŝycie męŜa, o to, Ŝeby 

utrzymać syna, o swoje zdrowie. – Przygryzła wargę bardziej zła na siebie niŜ na Hamisha i 

Emily. Oni są jego przyjaciółmi. Tak, są bardziej dociekliwi, niŜby jej się to podobało, ale to 

nie jest jej terytorium, więc lepiej będzie się wycofać. Tak teŜ uczyniła, ponownie pochylając 

się nad inkubatorem. – Jadę z Calem do aborygenów.  

– Cudownie – ucieszyła się Emily.  

– Nie, wcale nie cudownie, ale... doglądajcie Lucky’ego pod moją nieobecność.  

–  Oczywiście  –  zapewnił  ją  Hamish.  –  Czy  w  rewanŜu  obiecasz  nam,  Ŝe  zachowasz 

otwarty umysł? 

– Umysł czy serce? – zapytała, spoglądając mu w oczy. – O to wam chodzi? Zapewniam 

was,  Ŝe  pięć  lat  temu  robiłam,  co  w  mojej  mocy,  ale  nic  z  tego  nie  wyszło.  Dlaczego 

background image

uwaŜacie, Ŝe teraz mi się to uda? 

 

Obudziwszy  się,  Megan  przez  chwilę  o  niczym  nie  pamiętała.  LeŜała  w  przepoconej 

pościeli, czując, Ŝe ma w głowie pustkę. Ale była to bardzo krótka chwila.  

Potem zorientowała się, Ŝe matka siedzi na łóŜku i trzyma ją za rękę. Jest przeraŜona.  

– Tata... – szepnęła Megan przywykła do tego grymasu strachu na jej twarzy. – Tacie coś 

się stało.  

Nie, to chodzi o nią.  

– Dziecko, trzeba wezwać lekarza – mówiła Honey. W tej samej chwili do Megan wróciło 

wspomnienie koszmaru poprzedniego dnia.  

– Nie.  

– Jesteś chora. Cała spocona i masz dreszcze.  

– Przejdzie mi.  

– Megan, pozwól, Ŝebym cię zabrała...  

– To nie jest konieczne. – Starała się mówić stanowczym głosem. – Tak, jestem chora, ale 

wyzdrowieję.  

Powiedz  tacie,  Ŝe  mam  grypę.  I  niech  do  mnie  nie  przychodzi,  Ŝeby  się  nie  zarazić. 

Przepraszam, mamo, ale będziesz musiała wziąć na siebie moje obowiązki...  

– Skarbie...  

– Przez dzień albo dwa – wyszeptała. – Nie powiesz tacie? Proszę.  

– Nic mu nie powiem.  

–  To  dobrze.  –  Megan  westchnęła.  Tata  nie  moŜe  się  o  tym  dowiedzieć.  Trzeba  za 

wszelką cenę go chronić. – Idź juŜ. Nic mi nie będzie.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Dlaczego  zgodziła  się  pojechać  z  Calem  do  aborygenów?  Co  ją  podkusiło?  Po  tym 

jednak,  jak  spędziła  parę  godzin  w  domu  lekarzy,  jak  obserwowała  igraszki  syna  z  psem, 

nabrała przeświadczenia, Ŝe pozostanie na miejscu jest marną alternatywą.  

Tego  dnia  w  szpitalu  panował  spokój.  Myślała,  Ŝe  zajmie  się  Luckym,  ale  uprzedziła  ją 

Emily.  

–  Emily  spotkała  ostatnio  duŜa  przykrość  –  poinformował  ją  Cal.  –  Powinna  czymś  się 

zająć, a jeśli tym zajęciem moŜe być nasz wcześniak, to nie będziemy jej przeszkadzać.  

Ten szpital bardziej przypomina rodzinę niŜ placówkę słuŜby zdrowia, pomyślała, czując 

się  bardzo  nieswojo  pod  wpływem  przenikliwego  spojrzenia  Charlesa.  Co  on  jeszcze 

wymyśli? Zaproponowała, Ŝe zajmie się młodzieŜą poszkodowaną we wczorajszym wypadku, 

ale i tu nie jest potrzebna.  

–  NajcięŜsze  przypadki  są  w  drodze  do  Cairns  –  oświadczył  Charles.  –  Miałaś  jechać  z 

Calem – przypomniał sobie.  

– Mogę zmienić zdanie.  

– Jesteś mu potrzebna.  

– On nikogo nie potrzebuje.  

Charles uśmiechnął się ironicznie i wyjaśnił, Ŝe Calowi przyda się pomoc medyka oraz Ŝe 

on,  Charles,  byłby  szczęśliwy,  gdyby  została.  Czując,  Ŝe  wyczerpała  wszystkie  argumenty, 

tylko pokiwała  głową.  Wyglądało na to, Ŝe CJ i pan Grubb zaprzyjaźnili się nad Ŝycie, bo z 

całą  powagą  zajęli  się  zbiórką  niepotrzebnych  rzeczy  i  wywoŜeniem  ich  na  wysypisko.  Nie 

pozostało jej nic innego, jak dotrwać do końca dnia.  

Nie  było  to  takie  proste.  Przez  dłuŜszy  czas  jechali  w  milczeniu,  w  atmosferze 

nieprzyjemnego napięcia, aŜ nagle Cal zapytał: 

– Od kiedy masz cukrzycę? 

– Skąd o tym wiesz? 

– Od Charlesa. Nim wyjechaliśmy, zasypał mnie pytaniami, a ja nawet nie wiedziałem, Ŝe 

jesteś diabetyczką! Pięć lat temu byłaś zdrowa.  

Bardzo by chciał, Ŝebym to potwierdziła, pomyślała.  

– Mam cukrzycę od dwunastego roku Ŝycia. Typ pierwszy.  

– Kiedy byłaś w Townsville, nie miałaś cukrzycy.  

– Miałam.  

– Mieszkałaś ze mną! – wybuchnął. – śyłaś ze mną. Spaliśmy ze sobą. ZauwaŜyłbym...  

– Nie, Cal. To nie było wspólne Ŝycie. Byliśmy tylko kochankami. Niczym więcej.  

– Byliśmy razem.  

– Cal, uwaŜasz, Ŝe bym ci o tym nie powiedziała, gdybyśmy naprawdę byli razem? 

– Ukrywałaś to przede mną.  

– Niczego nie ukrywałam. To ty byłeś zamknięty  w sobie. Kochałam cię do szaleństwa, 

ale  ty  nie  chciałeś  się  ze  mną  dzielić.  Musiałam  z  ciebie  wyciągać  wspomnienia  z 

background image

dzieciństwa.  Wracałeś  do  domu  po  jakiejś  tragedii  w  szpitalu  i  brałeś  mnie  tak,  jakby  za 

chwilę  miał  być  koniec  świata,  ale  nigdy  nie  mówiłeś,  co  czujesz.  Cal,  dostrzegałeś  to,  co 

chciałeś widzieć. Pamiętam, jak pod koniec, kiedy zaczęłam podejrzewać, Ŝe jestem w ciąŜy, 

przyszedłeś  do  domu,  stwierdziłeś,  Ŝe  jestem  blada,  zapytałeś,  co  mi  jest,  a  jak 

odpowiedziałam, Ŝe brzuch mnie boli, przytuliłeś mnie i wysłałeś do łóŜka. Tej nocy łaskawie 

mnie  nie  dotknąłeś.  A  ja  tak  bardzo  tego  potrzebowałam.  Rano,  chociaŜ  ciągle  źle 

wyglądałam  i  byłam  roztrzęsiona,  pojechałeś  z  tą  bardzo  pilną  misją.  Uznałeś,  Ŝe  jestem 

zdrowa, bo to pasowało do twojego obrazu, do tego, ile chciałeś mi z siebie dać.  

– Masz cukrzycę. – Był zmieszany i zarazem zirytowany. – Po co to ukrywać? 

– Bo przez to byłabym w jeszcze większej potrzebie.  

– W potrzebie...  

–  Przyjechałam  do  Townsville  po  tym,  jak  Paul  zaŜądał  separacji.  Byłam  kompletnie 

rozbita. A ty mnie ratowałeś, pozbierałeś, pomogłeś stanąć na nogi. A potem... nie wiedziałeś, 

co z tym zrobić.  

– Nie rozumiem, o czym mówisz.  

– Nie spodziewam się tego – zauwaŜyła smutno. – Chciałam być ci potrzebna, ale to nie 

było moŜliwe. Byłam dla ciebie atrakcyjna, poniewaŜ mogłeś mnie ratować, ale gdy uznałeś, 

Ŝ

e  juŜ  cię  do  tego  nie  potrzebuję,  poczułeś  się  nieswojo.  ZauwaŜyłam  to  dosyć  szybko. 

Zrozumiałam,  Ŝe  źle  zrobiłam,  korzystając  z  twojego  wsparcia  oraz  Ŝe  jeśli  dowiesz  się  o 

cukrzycy, nadal będziesz uwaŜał, Ŝe cię potrzebuję, ale w ten sposób nasza znajomość nigdy 

nie wyszłaby poza etap, na którym ty byłbyś moją podporą.  

– Nonsens.  

– Tak sądzisz? Aleja nie Ŝyczę sobie litości z powodu choroby.  

– Ja bym się nad tobą nie litował.  

–  MoŜliwe,  ale  otoczyłbyś  mnie  szczególną  troską,  uwaŜając,  Ŝe  jesteś  mi  potrzebny 

jeszcze bardziej. Walczyłam, Ŝeby wyzwolić w tobie jakieś ludzkie emocje. Potem zaszłam w 

ciąŜę, Paul miał wypadek i wszystko to zeszło na dalszy plan.  

Potrząsnął głową.  

–  Twoja  cukrzyca...  –  zaczął,  zmieniając  temat  na  łatwiejszy.  –  Zakładam,  Ŝe  jest  pod 

kontrolą.  

– Dlaczego tak zakładasz? 

– Bo nic o niej nie wiem. – Słychać było, Ŝe znowu jest wzburzony.  

–  Nie  zawsze  tak  było.  CiąŜa  była  koszmarem.  Ale  rok  temu  weszła  na  rynek  nowa 

insulina. Od tej pory nie miałam hipoglikemii.  

– Kiedy byłaś ze mną, nigdy ci się to nie zdarzyło.  

– Jasne, Ŝe się zdarzyło.  

– Kiedy? 

–  Głównie  w  nocy.  Budziłam  się  z  zawrotami  głowy.  Szłam  wtedy  do  kuchni  napić  się 

soku, a zastrzyk robiłam w łazience.  

– Nigdy nic takiego nie słyszałem.  

– Mogło być inaczej? 

background image

– Jak mam to rozumieć? 

–  Jak  kończyliśmy  się  kochać,  odsuwałeś  się  na  dragi  brzeg  łóŜka,  Ŝebym  ci  nie 

przeszkadzała. – ZniŜyła głos. – Twierdziłeś, Ŝe potrzebujesz przestrzeni.  

– ZauwaŜyłbym ślady po zastrzykach – mruknął po chwili namysłu.  

– Cal, to wymaga prawdziwej bliskości. Kochania się za dnia i z otwartymi oczami. Nie 

dotarliśmy do tego etapu. Nie wiem, czy kiedykolwiek byśmy dotarli.  

– Po co mi to mówisz? 

– Jestem szczera. Nie mam wyjścia.  

– Nie musisz go szukać.  

– Jak mam to rozumieć? 

– Powinnaś tu zostać.  

Jest wściekły, pomyślała. Na siebie.  

– Nie moŜesz wrócić do Stanów.  

– A to dlaczego? 

– Gino, potrzebujesz...  

–  Niczego  nie  potrzebuję!  –  rzekła  z  oburzeniem.  –  Wbij  to  sobie  do  głowy.  Ja  nie 

potrzebuję  ciebie,  a  CJ  ojca.  Ma  tak  piękne  wspomnienia  związane  z  Paulem,  Ŝe  wystarczą 

mu do końca Ŝycia. Nie potrzebuję męŜa. Mam krewnych, przyjaciół oraz piękny zawód. Cal, 

nie jestem osobnikiem specjalnej troski.  

– Będę się tobą opiekował – odparł, jakby w ogóle nie słyszał jej wywodu.  

– Sama się sobą zaopiekuję.  

–  Przyznaję,  Ŝe  pomysł  z  Townsville  był  nietrafiony.  UwaŜam  jednak,  Ŝe  moglibyśmy 

być razem. Mieć wspólny dom.  

– Proponujesz, Ŝebyśmy się pobrali? 

– Tworzymy dobraną parę.  

– Nie tworzymy pary. W ogóle mnie nie słuchałeś.  

– Jak ty sobie poradziłaś z ciąŜą, cukrzycą i sparaliŜowanym męŜem? 

– Sama nie wiem. – Westchnęła. – Ale zrobiłam to bez ciebie. Zdumiewające, prawda? 

– To nie jest zdumiewające. – To ironiczne pytanie nieco ostudziło jego złość. – Przeszłaś 

piekło.  

–  MoŜliwe,  ale  to  nie  ma  Ŝadnego  związku  z  tym,  co  jest  tu  i  teraz.  Ani  z  moją 

przyszłością.  

– Mówisz, Ŝe mnie kochasz.  

– To teŜ nie ma z tym nic wspólnego.  

– Gino, gdybym wiedział... śebyś ty wiedziała, ile o tobie myślałem...  

– W te pędy przygalopowałbyś mnie ratować – szepnęła.  

– Oczywiście, Gino, bo cię kocham.  

–  I  tu  jest  pies  pogrzebany.  –  Czuła,  Ŝe  rozmowa  wymyka  się  jej  spod  kontroli.  –  Nie 

jestem pewna, czy mnie zrozumiałeś. UwaŜasz, Ŝe źle zrobiłam, nie mówiąc ci o cukrzycy i 

nie wiesz, dlaczego tak się zachowałam.  

– Nie wiem, ale...  

background image

– Cal, milcz, po prostu milcz.  

Busz po obu stronach drogi stopniowo ustępował miejsca kamienistej pustyni. Bez słowa 

przejechali obok miejsca kolizji, do której doszło poprzedniego dnia. Oboje naszła wtedy taka 

sama  refleksja:  Ŝe  była  to  przeraŜająca  strata  oraz  Ŝe  Ŝycie  ludzkie  moŜe  zgasnąć  w  kaŜdej 

chwili.  

Gina  zastanawiała  się  teŜ,  czy  dobrze  robi,  odrzucając  propozycję  Cala.  Pobierzmy  się, 

mówił, zamieszkajmy w Crocodile Creek. I Ŝyjmy długo i szczęśliwie? 

MoŜe jest głupia, ale czuła, Ŝe to ona ma rację.  

– Cal, nie chcę związku opartego na tym, Ŝe cię potrzebuję. Tak, kocham cię, ale...  

– Więc o co ci chodzi? 

– Spróbuję ci to wyjaśnić. – Pewnie łatwiej byłoby jej napisać list. – Kocham cię i w tym 

sensie  cię  potrzebuję,  bo  bez  ciebie  jest  mi  źle.  Ty  twierdzisz,  Ŝe  mnie  kochasz,  ale  tylko 

dlatego,  Ŝe  jesteś  przekonany,  Ŝe  cię  potrzebuję.  Nigdy  nie  powiedziałeś,  Ŝe  ty  mnie 

potrzebujesz.  

– Bo nikogo nie potrzebuję.  

–  I  o  to  chodzi.  Z  tej  przyczyny  nie  będzie  happy  endu.  Bo  nie  chcesz  nikogo 

potrzebować.  Nie  przytulisz  mnie,  bo  moŜesz  stać  się  zaleŜny.  Nie  wiedziałeś,  Ŝe  mam 

cukrzycę,  bo  tak  broniłeś  swojej  prywatności,  Ŝe  przeoczyłeś  moją.  Przykro  mi,  ale  CJ  i  ja 

wymagamy znacznie więcej.  

– Gino, proszę cię, Ŝebyś została moją Ŝoną.  

– Mam być wdzięczna? 

– Nie. Tak. Ale...  

– Jestem wdzięczna. – Złagodniała, widząc smutek malujący się na jego twarzy. – Bardzo 

bym chciała być twoją Ŝoną, ale ja takŜe potrzebuję być potrzebna i nie chcę przez całe Ŝycie 

być  wdzięczna.  –  Zamyśliła  się  nad  swoją  wypowiedzią.  Są  bliscy  porozumienia,  a  czas 

ucieka.  –  Cal,  chciałabym,  Ŝebyś  spał  obok  mnie,  Ŝebyś  mnie  obejmował  i  Ŝebyś  za  mną 

tęsknił,  kiedy  gdzieś  wyjadę.  Nie  chcę,  Ŝebyś  zasypiał  na  drugiej  połowie  łóŜka.  Oczekuję 

związku, w którym zawsze będziemy razem. Jasne, pewnego dnia to się skończy i to będzie 

straszne,  ale  tak  jak  ty  to  widzisz,  ten  smutek  będzie  przez  cały  czas.  A  po  co,  skoro 

moglibyśmy  przeŜyć  czterdzieści  lat  w  swoich  objęciach?  –  Oj,  chyba  się  zagalopowała.  – 

Chyba Ŝe chrapiesz. – Postanowiła ratować sytuację. – Wtedy będziesz relegowany na swoją 

połowę materaca.  

Cal się nie uśmiechnął. Nawet nie próbował.  

– Gino, ja tak nie mogę – rzekł powoli. – Dobrze wiesz, Ŝe tak nie potrafię. śądasz ode 

mnie...  

– Za duŜo. Wiem. I dlatego wracam do Stanów. – Wzięła głęboki wdech. – Więc darujmy 

sobie  rozmowę  o  małŜeństwie.  Zajmijmy  się  tymi  ludźmi,  medycyną.  Tylko  ona  ma  sens  w 

tym  zwariowanym  świecie.  Jutro  jedziemy  z  CJem  i  Bruce’em  na  krokodyle,  a  pojutrze 

wyjeŜdŜamy.  Będziemy  wysyłać  sobie  Ŝyczenia  świąteczne  oraz  urodzinowe  i  to  nam 

wystarczy, a twoja ukochana niezaleŜność pozostanie nienaruszona.  

– Musi być jakieś pośrednie rozwiązanie.  

background image

– Nie ma. Pogódź się z tą myślą.  

 

Jim Cooper obserwował z progu, jak Honey wprowadza krowę do obory. Ściągnął brwi. 

PrzecieŜ to Megan zawsze doi krowy. Od ósmego roku Ŝycia. Coś się stało.  

– Gdzie jest Meg? 

– Chora – odparła krótko Honey.  

Wydało  mu  się  to  podejrzane,  bo  jego  Ŝona  zazwyczaj  była  pogodna  i  rozmowna.  To 

wtedy  Jim  po  raz  pierwszy  poczuł  strach.  Przejmujący  strach.  MoŜe  poczuł,  Ŝe  nadchodzi 

koniec.  

Honey  opuścił  optymizm.  To  ten  optymizm  trzymał  całą  rodzinę,  pomyślał.  Honey 

zawsze  wierzyła,  Ŝe  będzie  dobrze.  Kiedy  Wetherby  odciął  im  dostęp  do  strumienia, 

powiedziała,  Ŝe  sobie  poradzą.  Nie  będzie  suszy.  Będą  deszcze,  przynajmniej  dopóki  nie 

uzbierają na swoją emeryturę oraz na studia Megan.  

Kiedy  przyszła  uporczywa  susza,  Honey  stwierdziła,  Ŝe  przetrwają.  Sprzedadzą  część 

stada, a Megan moŜe iść na uniwersytet później. Kiedy dostał zawału, uwierzyła lekarzom, Ŝe 

był  to  mały  zawał.  Tak,  potrzebny  jest  mu  bajpas,  ale  nie  stać  ich  na  operację.  Trudno.  A 

skoro zawał był mały, to ten bajpas moŜe poczekać.  

Ona i Megan są silne i mogą pracować.  

Kiedy  Megan  zakochała  się  w  tym  chłopaku,  Honey  zapewniała,  Ŝe  jej  to  przejdzie,  Ŝe 

jest młoda, Ŝe jest mnóstwo innych kawalerów, ale daj BoŜe, by tego innego poznała w porze 

suchej,  bo  teraz  jest  bardzo  potrzebna  na  farmie.  Bogu  dziękować,  Ŝe  mamy  takie  dobre 

dziecko.  

Honey. Niepoprawna optymistka. Ale teraz... Opiera czoło o bok krowy,  a na jej twarzy 

maluje się wyraz rezygnacji.  

– Co jej jest? – zapytał.  

– Babskie sprawy.  

– Tak? 

– I chyba jakiś stan zapalny – dodała niechętnie. – Nie idź do niej, Jim, nie chcę, Ŝebyś się 

zaraził.  

Przyglądał się Ŝonie przez dłuŜszą chwilę.  

–  Zajrzę  do  niej  –  powiedział.  –  Honey,  nie  moŜesz  w  nieskończoność  mnie  przed 

wszystkim chronić.  

 

Było to bardzo długie popołudnie.  

Cal  przyjeŜdŜał  do  wioski  aborygenów  raz  w  tygodniu.  Wizytowało  ją  na  zmianę  troje 

lekarzy trzech róŜnych specjalności. Mieszkało tu ponad dwieście osób, lecz ta liczba stale się 

zmieniała  w  miarę,  jak  zatrzymywały  się  tu  róŜne  plemiona  koczownicze.  Najwięcej 

problemów mieli ci aborygeni, których  grupy  plemienne uległy rozpadowi, a oni zostali bez 

historii, tradycji oraz widoków na przyszłość.  

Za kaŜdym razem Cal zastanawiał się, jak moŜna pomóc tym ludziom. Nie angaŜując się 

emocjonalnie.  

background image

Pierwszym  jego  pacjentem  był  chłopak,  który  wdał  się  w  bójkę  na  obtłuczone  butelki, 

drugim  jego  przeciwnik.  Rany  obu  były  zaognione  i  wymagały  starannego  oczyszczenia, 

wyrównania oraz podania szybko działającego antybiotyku.  

Pięć lat wcześniej za namową Giny Cal załoŜył w Townsville klub dla kilkunastoletnich 

chłopców. Gdy wyjechała, zorientował się, Ŝe praca z młodzieŜą daje mu duŜą satysfakcję. śe 

jej  los  nie  jest  mu  obojętny.  I  ta  świadomość  sprawiła,  Ŝe  uciekł  do  Crocodile  Creek. 

Wmawiał sobie, Ŝe musi skoncentrować się na medycynie, a zaangaŜowanie emocjonalne mu 

w tym przeszkadza.  

– Dlaczego chwyciliście za butelki? – zapytał chłopaka. – Wydawało mi się, Ŝe ty i Aaron 

jesteście kumplami.  

–  Nawąchaliśmy  się  benzyny  –  wyznał  Chris.  –  Byliśmy  nawaleni.  Po  tym  wypadku... 

zginęli  w  nim  nasi  kumple...  nie  wiedzieliśmy,  co  robić...  śeby  zabić  czas,  zanim  starzy 

wrócą  ze  szpitala,  zaczęliśmy  wąchać  i  chyba  Aaron  powiedział  coś,  co  mnie  wkurzyło,  ale 

nie pamiętam co. Dobrze, Ŝe to tak bolało, bo wtedy oprzytomnieliśmy.  

– Zanim przybyło trupów – mruknął ponuro Cal. – Mogliście się wykrwawić na śmierć.  

– Eee tam.  

Cal westchnął. W tej osadzie wąchanie benzyny jest powszechne. Ma łagodzić poczucie 

nudy, samotności, wyobcowania.  

Popatrzył  na  Ginę,  która  siedziała  pod  eukaliptusami  z  grupką  kobiet.  Wśród  nich 

dostrzegł Mary Wingererrę, babcię Karen. Gina otaczała ją ramieniem. Szybka jest, pomyślał. 

MoŜe i on powinien tak działać? 

Ona uwaŜa, Ŝe powinien. Zarzuca mu obojętność. I na tym polega problem. Bo on bardzo 

to przeŜywa.  

– Kiedy ostatni raz byłeś w szkole? – zapytał trzynastolatka, który popatrzył na niego jak 

na idiotę.  

– W szkole? 

– Tak, w szkole.  

– Nikt nie chodzi do szkoły. To nie jest cool.  

To jest jedyne wyjście, pomyślał. Tylko dzięki wykształceniu moŜna wydostać się z tego 

marazmu.  

Ale  jak?  To  za  trudne.  Kiedyś  spróbował,  ale  Gina  wyjechała,  a  on  porzucił  klub  dla 

chłopców  i  wyniósł  się  z  Townsville.  To  było  bardzo  bolesne,  więc  nie  będzie  drugi  raz 

skazywał się na takie katusze.  

Nie angaŜuj się. Zalecz to, co boli, i idź dalej.  

Gina  się  angaŜuje.  Język  jej  ciała  jest  bardzo  czytelny.  Ona  łączy  się  w  bólu  z  tymi 

kobietami.  Na  pewno  rozmawiają  o  wypadku.  Będzie  oczekiwała  od  niego,  by  coś  zrobił. 

Będzie go oceniała...  

Nie.  Ona  niczego  od  niego  nie  oczekuje.  Pojutrze  wraca  do  Stanów,  więc  on  nie  musi 

spełniać jej oczekiwań. Nie ma z nią nic wspólnego. Oprócz syna.  

– Będę miał szramę? – zapytał chłopak.  

– To nie jest bardzo głęboka rana.  

background image

– Mogę mieć szramę.  

– JuŜ masz co najmniej sześć. To sporo jak na chłopca.  

– Szramy mają dorośli męŜczyźni.  

– Pod warunkiem, Ŝe doŜyją wieku męskiego – zauwaŜył Cal. – Co moŜe ci się nie udać, 

jak będziesz wąchał benzynę i bił się szkłem. Blizny waszych męŜczyzn są oznaką mądrości, 

ale twoje blizny niewiele mają z nią wspólnego.  

–  Chyba  nie  –  mruknął  chłopak,  kątem  oka  spoglądając  na  kolegę.  –  Trochę  się 

przestraszyłem,  jak  mu  poleciała  krew.  –  Odchrząknął.  –  To  niedobrze,  Ŝe  oni  się  zabili. 

Chyba teŜ wąchali benzynę.  

– Więc nie rób tego.  

– Ale tu nie ma nic do roboty.  

Gina  nadal  obejmowała  zapłakaną  Mary.  Sama  teŜ  była  bliska  łez.  Ona  ich  nie  zna,  nie 

powinna się tak przejmować.  

Spojrzała na niego, uśmiechając się blado, jakby oczekiwała, Ŝe on podzieli jej smutek.  

– Przydałby się wam basen – powiedział Cal ni stąd, ni zowąd.  

– Basen? – zapytali chórem obaj chłopcy.  

–  Tak,  basen.  –  Za  późno,  by  się  wycofać.  –  Stąd  do  oceanu  jest  z  sześćdziesiąt 

kilometrów,  ale  i  tak  przez  pół  roku  nie  moŜna  się  tam  kąpać  z  powodu  parzących  meduz. 

Powinniście mieć basen.  

– Pewnie, ale kto go nam zbuduje? – zainteresował się Aaron. – Pan chyba ma na myśli 

basen z plastiku – dodał z przekąsem. – Mieliśmy taki, ale juŜ drugiego dnia zrobiła się w nim 

dziura.  

– A gdyby udało mi się namówić władze, Ŝeby wam tu wybudowały basen, to będziecie 

chodzić do szkoły? 

– Nie. Dlaczego? 

–  Dlatego  Ŝe  na  lekcjach  pana  Robbinsa  i  pani  Cook  nigdy  nie  ma  więcej  niŜ  sześciu 

uczniów. Gdybyście nauczyli się czytać i pisać, to moglibyście duŜo osiągnąć.  

– Na przykład co? 

– Moglibyście zostać wybrani do druŜyn  futbolu australijskiego – rzucił  Cal, widząc, Ŝe 

zbliŜa się do nich Gina z Mary. – Tam nie przyjmują takich, którzy nie umieją czytać.  

– Ale trzeba mieć szesnaście lat. Nie doŜyjemy tego – zauwaŜył Chris.  

Ś

więta prawda, pomyślał Cal. Czuł na sobie wzrok Giny. Sumienie podpowiadało mu, Ŝe 

w  Crocodile  Creek  jest  teraz  mały  chłopiec,  jego  wierna  kopia.  To  mu  uświadomiło,  Ŝe 

powinien się zaangaŜować. ChociaŜ trochę.  

– Postaram się załatwić wam basen – oznajmił. Patrzyli na niego z niedowierzaniem.  

– Pan chyba Ŝartuje.  

–  Nie  Ŝartuję.  –  Popatrzył  w  stronę  Giny,  ale  jego  uwagę  przyciągnęła  twarz  Mary. 

Staruszka była zapłakana, ale na jej twarzy malowało się wyczekiwanie.  

W co on się pakuje?! PrzecieŜ on zawsze utrzymuje dystans. ZaangaŜował się.  

–  Czytałem  reportaŜ  o  jakiejś  osadzie  w  rejonie  Darwin  –  brnął.  –  Miejscowi  zrobili 

składkę,  dostali  wsparcie  z  funduszy  rządowych  i  wybudowali  basen.  Zasilany  przez  wody 

background image

podskórne.  

– Nam to się nie uda.  

– Jeśli udało się tam, to i tu się uda – oświadczył Cal.  

– Wystarczy się o to upomnieć.  

– U nas nie ma takiego lidera – odezwała się Mary głosem chropawym od płaczu. – My tu 

jesteśmy tak...  

–  szukała  słowa  –  apatyczni,  niezdolni  do  inicjatywy.  Spadają  na  nas  coraz  większe 

nieszczęścia. A teraz... zginęła cała nasza młodzieŜ.  

– Nie cała – zauwaŜył Cal. – Boleję razem z wami z powodu tego wypadku, ale są jeszcze 

inni  i  o  nich  naleŜy  walczyć,  natychmiast  zabrać  się  do  roboty.  Jestem  gotowy  w  waszym 

imieniu tego się podjąć.  

– Pan? – spytała Mary z niedowierzaniem.  

Trudno się dziwić jej sceptycyzmowi, pomyślał z goryczą. Od lat przyjeŜdŜał do wioski i 

dopiero teraz okazał zaangaŜowanie.  

– Tak, ja. – Odwrócił wzrok od Giny, by nie widzieć zdumienia na jej twarzy. – Basen nie 

będzie  wyłącznie  rozrywką  dla  waszej  młodzieŜy.  MoŜna  w  ten  sposób  nakłonić  ich  do 

chodzenia do szkoły.  

– Niby jak? – spytał zadziornie Aaron.  

– Nie ruszaj się – mruknął Cal, nakładając mu opatrunek. – To bardzo proste. Kto opuści 

bez  waŜnego  powodu  jeden  dzień  nauki,  będzie  miał  zakaz  wstępu  na  basen  przez  cały 

miesiąc.  

– Chyba pan Ŝartuje. To niesprawiedliwe.  

– To na pewno zmusiłoby ich do chodzenia na lekcje. – Mary z aprobatą kiwała głową. – 

Tutaj jest tak gorąco i tak nudno, Ŝe groźba obserwowania przez siatkę, jak inni pływają...  

– Tak nie moŜna – jęknął Aaron.  

– MoŜna czy nie moŜna, będziecie chodzić na lekcje – oświadczył Cal.  

– To dopiero początek – odezwała się Gina.  

– Mówi pan, Ŝe mógłby się pan tym zająć? – nieśmiało zapytała Mary.  

– Przyjadę do was w przyszłym tygodniu i zrobimy zebranie. MoŜe być środa? 

– Tak szybko? 

– Dobrze wam to zrobi. Powinniście się czymś zająć.  

– Mary nękają napady strachu – wtrąciła Gina.  

– Przydałaby się jej recepta na coś, co przez jakiś czas zapewni jej względny spokój.  

– Nie, nie trzeba – szepnęła Mary, nie spuszczając wzroku z Cala. Jej spojrzenie mówiło, 

Ŝ

e nie wolno mu wycofać się z danej obietnicy. – Nie widziałam dla nas Ŝadnej szansy, ale ten 

basen... Skoro pan doktor uwaŜa, Ŝe to jest do załatwienia...  

– Jestem o tym święcie przekonany.  

–  To  ja  juŜ  nie  chcę  proszków  na  uspokojenie.  JuŜ  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy 

zaczniemy działać.  

 

– Naprawdę uwaŜasz, Ŝe to da się zrobić? – zapytała, gdy wracali do Crocodile Creek.  

background image

– Oczywiście.  

– Wybudujesz im basen? 

– To nie jest niewykonalne. Przyszło mi to do głowy juŜ wtedy, kiedy czytałem o tamtej 

wsi.  UwaŜam,  Ŝe  to  bardzo  dobre  rozwiązanie.  Przy  okazji  moŜna  bachory  zmusić  do 

chodzenia do szkoły.  

– Załatwisz fundusze? 

– Spróbuję wciągnąć w to Charlesa.  

– On jest taki bogaty? 

–  On  nie,  ale  jego  rodzina.  W  jej  posiadaniu  jest  ogromny  szmat  ziemi.  Jego  ojciec  był 

wyjątkowo ponurym typem. Co więcej, nie mógł znieść widoku kaleki, co było Charlesowi na 

rękę, poniewaŜ mógł się od niego uwolnić. Teraz rodzinną posiadłością zarządza Philip, brat 

Charlesa.  Charles  osobiście  nie  chce  mieć  nic  wspólnego  z  tym  majątkiem,  ale  potrafi 

przemówić  do  sumienia  brata,  kiedy  czegoś  potrzebuje  dla  szpitala.  Na  pewno  coś  by  od 

niego wyciągnął na budowę basenu. Philipa stać na taką szczodrość.  

– Myślisz, Ŝe to moŜliwe? 

– Nie do końca rozumiem układ, który łączy obu braci,  ale wiem, Ŝe Philip ma miękkie 

serce i bardzo gruby portfel. Chętnie da kaŜdą sumę na szlachetny cel, pod warunkiem, Ŝe do 

niczego nie będzie zobowiązany.  

– Za to ty wziąłeś na siebie powaŜne zobowiązanie.  

– Na to wygląda.  

– Dlaczego to robisz? – zapytała cicho.  

– Ktoś musi. Źle się stało, Ŝe te dzieciaki zginęły.  

–  Tak,  ale  nie  one  pierwsze.  Mary  opowiadała  mi  o  całym  ciągu  podobnych  tragedii. 

Ś

miertelność wśród tutejszej młodzieŜy przybiera zastraszające rozmiary.  

– To prawda.  

– Więc dlaczego akurat dzisiaj postanowiłeś coś dla nich zrobić? 

– Nie wiem. – Była to najświętsza prawda.  

– Przeze mnie? 

– Gino...  

– Bo ci zarzuciłam, Ŝe nikt i nic cię nie obchodzi? 

– Obchodzi.  

–  Oczywiście.  Przejmujesz  się  nawet  wtedy,  kiedy  za  wszelką  cenę  starasz  się  nie 

przejmować. To jest nieuniknione, Cal. Uniknięcie przykrości jest niemoŜliwe.  

– Proszę, skończ juŜ to kazanie.  

– Przepraszam.  

Zapanowało nieprzyjemne milczenie. Przerwał je Cal.  

– Mimo to moglibyśmy się pobrać.  

– Słucham? 

– Mogłabyś tu zostać. Wzięlibyśmy ślub. Opiekowałbym się tobą oraz CJ-em.  

– Opiekował... ! – prychnęła z pogardą.  

– Tak, opiekowałbym się wami.  

background image

– Dlaczego miałabym potrzebować twojej opieki? 

– Kurczę, Gina...  

– Zgodziłabym się, gdybyśmy mieli opiekować się sobą nawzajem.  

– Jak by to miało wyglądać? 

–  Mógłbyś,  na  przykład,  powiedzieć,  Ŝe  dzisiejsza  wizyta  w  tej  wiosce  poruszyła  cię  do 

łez,  Ŝe  to  było  straszne  i  Ŝe  muszę  cię  przytulić,  aby  dodać  ci  sił  do  walki  o  ten  cholerny 

basen.  

Cal zesztywniał. Przez dłuŜszą chwilę wsłuchiwał się w jej słowa, które ciągle dźwięczały 

mu w uszach. Cudowny, niesamowity, kuszący sen. Wystarczy jeden krok...  

By wpadł w bezdenną otchłań, z której juŜ nigdy się nie wydostanie. JuŜ raz tam był. Nie, 

nie  powtórzy  tego.  Dzisiaj  zrobił  jeden  mały  kroczek  i  nadal  jest  na  powierzchni,  ale  to,  o 

czym mówi Gina, wymaga wielkiego kroku. Gigantycznego.  

Przyznania, Ŝe kogoś się potrzebuje. Potrzebuje Giny. Nie, wcale nie.  Nie zdobędzie się 

na to.  

– Nie ma mowy.  

–  To  oczywiste.  Nadal  mamy  ten  sam  problem.  Ty  uprawiasz  medycynę  w  Crocodile 

Creek, ja wracam do Idaho. Nasze drogi po prostu nie mogą się spotkać.  

– Gdybyś nie była taka uparta...  

– Nie jestem uparta, jestem rozsądna.  

– Dlaczego? 

– Bo juŜ raz miałam przez ciebie złamane serce. Drugi raz do tego nie dopuszczę.  

– Wcale tego od ciebie nie oczekuję.  

–  Bo  mieszkając  z  tobą,  kochając  cię  i  wiedząc,  Ŝe  nigdy,  przenigdy  nie  będę  ci 

potrzebna,  po  prostu  zwariuję  –  stwierdziła.  –  Cal,  w  twoim  ukochanym  szpitalu  brakuje 

jednego lekarza, bo Hamish i jego hobby polegające na zaglądaniu w dusze ludzkie temu nie 

sprosta. Zdecydowanie powinniście zatrudnić psychiatrę.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

CJ  czekał  na  nich  na  stopniach  werandy,  liŜąc  ogromnego  loda.  Obok  niego  grzecznie 

siedział Rudolph. Obaj byli pod czujnym okiem Hamisha.  

Cal zauwaŜył, Ŝe CJ ciągle ma na głowie kapelusz Bruce’a. Jego syn spędzi ostatni dzień 

pobytu w Australii w kapeluszu obcego męŜczyzny, a nie ojca.  

– JuŜ są – oznajmił Hamish z uśmiechem, wstając z ławki. – Najlepszy tandem medyczny 

ś

wiata powraca z wyprawy, podczas której rozwiązywał problemy tego świata.  

–  Tutaj  spokój?  –  zapytał  Cal.  Nie  był  w  nastroju  do  Ŝartów,  poniewaŜ  czuł,  Ŝe  sprawy 

wymknęły mu się spod kontroli i nie wiedział, jak je pozbierać.  

– Był koroner, wypisał akty zgonu, a ojciec jednej z ofiar miał atak serca. – Zawahał się. 

– Gino, zbadasz go? Zajęłaś się wczoraj tym poławiaczem krewetek...  

– To była niestrawność – mruknęła. – Kardiolog do tego wcale nie był potrzebny.  

– To prawda – przyznał Hamish – ale tym razem to jest bezsprzecznie atak serca. Charles 

chciał  go  wysłać  do  szpitala  wmieście,  ale  facet  powiedział,  Ŝe  sobie  tego  nie  Ŝyczy.  Nie 

dziwię mu się, gdybym ja miał pogrzeb dziecka...  

–  Zbadam  go  –  rzekła  Gina,  szerokim  gestem  obejmując  syna  razem  z  lodem.  Na  ten 

widok  Calowi  dziwnie  ścisnęło  się  serce.  Cholera,  jak  on  by  chciał  znaleźć  się  na  miejscu 

synka! Nie, wcale nie. – Jak wcześniak? – rzuciła z twarzą wtuloną w CJ-a .  

–  W  porządku.  Serce  pracuje  prawidłowo.  Kilka  drobnych  problemów  typowych  dla 

wcześniaków –  relacjonował Hamish. – Niewiele, bo moim zdaniem urodził się tylko jakieś 

trzy tygodnie przed terminem. W dalszym ciągu dostaje tlen, ale to raczej środek ostroŜności 

niŜ  konieczność.  –  Pochylił  się,  by  pogładzić  psa.  –  Zanosi  się  na  happy  end.  –  Przeniósł 

spojrzenie na Cala, a następnie na Ginę. – Mówicie, Ŝe w wiosce ponuro? 

– Bardzo ponuro.  

–  Cal  postanowił,  Ŝe  pomoŜe  im  wybudować  basen  –  oznajmiła  Gina,  a  Hamish 

znieruchomiał.  

– Rozumiem – mruknął.  

–  Ale  najpierw  pójdę  pod  prysznic  –  warknął  Cal,  starając  się  wyminąć  kolegę,  ale  ten 

zastąpił mu drogę.  

– Załatwisz im basen? 

– śeby zmusić dzieci do chodzenia do szkoły.  

– Gina uśmiechnęła się szeroko. – To fantastyczny pomysł.  

– Czytałem o tym – przypomniał sobie Hamish.  

– Nawet pokazałem ten artykuł Emily, na co ona powiedziała, Ŝe i u nas jakiś zapaleniec 

powinien wybudować basen.  

– Cal się zapalił do tego pomysłu – rzuciła Gina.  

– Teraz wcale się nie palę. Hamish, przepuść mnie.  

– Jak skończę z pytaniami. Zamierzasz wybudować basen. Gino, pomoŜesz? 

– Nie, wyjeŜdŜam.  

background image

– Nic z tego nie rozumiem – westchnął Hamish.  

– Rozgniotłaś mojego loda – jęknął CJ, spoglądając na matczyny dekolt. – I chyba ci tam 

nakapało.  

– Super. – Opuściła wzrok. – Ojej, czekoladowy.  

–  Mam  wraŜenie,  Ŝe  powinnaś  być  pierwsza  w  kolejce  do  łazienki  –  zwrócił  się  do  niej 

Hamish. – Pomóc ci? 

– CJ mi pomoŜe – odparła z godnością.  

– Miałem na myśli usługi Cala.  

–  Hamish,  odwal  się.  –  Calowi  szumiało  w  głowie.  Musi  wydostać  się  stąd  i  spokojnie 

poukładać myśli.  

–  Zaopiekujesz  się  moim  psem?  –  poprosił  go  CJ,  wprawiając  go  w  jeszcze  większe 

zakłopotanie.  

– Hamish jest pediatrą – odrzekł pospiesznie Cal. – On się zna na dzieciach. Rudolph jest 

szczeniakiem, więc...  

– CJ, Rudolph nie jest twoim psem – odezwała się Gina, pociągając chłopczyka za sobą.  

– Państwo Grubb nie mogą go zatrzymać – zmartwił się CJ. – On musi być mój.  

– Skarbie, nie moŜemy zabrać go do Ameryki.  

–  Wracam  do  szpitala  –  oświadczył  Hamish.  –  Czekają  tam  na  mnie.  –  Ulotnił  się,  nim 

ktokolwiek zdąŜył obarczyć go odpowiedzialnością za psie dziecko.  

– Muszę go zabrać – stwierdził CJ. – Bo co się z nim stanie, jak go nie wezmę? 

–  Cal  będzie  się  nim  opiekował  –  wyjaśniła.  –  KaŜdy  chce  mieć  psa,  a  Rudolph  jest 

piękny.  

– Do czego zmierzasz? – Popatrzył na nią spode łba.  

– Spróbuj się domyślić. – Uśmiechnęła się z przymusem. – Cal, to jest bardzo ładny pies. 

Zaproponowałeś, Ŝe weźmiesz nas pod swój dach, bo myślałeś, Ŝe my cię potrzebujemy. Ale 

tak  nie  jest.  Za  to  Rudolph  szuka  domu,  a  CJ  chciałby  mieć  pewność,  Ŝe  znajdzie  dobrego 

właściciela.  

–  Aleja...  –  Cal  popatrzył  na  szczeniaka.  Niezwykłe  psisko,  juŜ  teraz  ma  takie 

melancholijne spojrzenie. Nietrudno sobie wyobrazić, co będzie, jak zmądrzeje.  

Rudolph spoglądał na Cala z takim wyrzutem, jakby spodziewał się, Ŝe Cal za chwilę go 

kopnie.  

– Widzisz, rozumie, Ŝe jego los jest bardzo niepewny – powiedziała Gina.  

–  Dlaczego  tak  na  mnie  patrzysz?  –  Cal  zwrócił  się  do  Rudolpha.  –  Pan  Grubb  cię  nie 

uśpi.  

– Co to znaczy? – zainteresował się CJ, a do Cala dotarło, Ŝe nie ma wyjścia.  

–  Dobrze,  dobrze  –  zwrócił  się  do  psa.  –  Zatrzymam  go  –  zapewnił  Ginę.  –  Wtargnęłaś 

ponownie  w  moje  Ŝycie,  a  ja  nagle  zaczynam  załatwiać  basen  dla  aborygenów,  biorę  pod 

swoje skrzydła psiego manipulatora i...  

– I co jeszcze, Cal? 

– Nic.  

–  Tak  myślałam  –  szepnęła.  –  Nic.  CJ  i  ja  pójdziemy  pod  prysznic,  potem  zajmę  się 

background image

pacjentami.  Ty  masz  na  głowie  psa  oraz  basen.  Prowadzimy  osobne  Ŝycie.  Ale  tego  sobie 

Ŝ

yczyłeś.  

– Na dodatek wylądowałem z psem pani Grubb. Od dwóch miesięcy próbowała komuś go 

wepchnąć,  o  mnie  nawet  nie  pomyślała,  a  teraz  proszę!  –  irytował  się  Cal  w  gabinecie 

Charlesa. Rozpromieniony Rudolph opierał się o jego nogę, jak szalony wymachując ogonem.  

– Wydaje mi się, Ŝe on ma bardzo miłą... osobowość – zaryzykował Charles.  

– Tylko spróbuj się uśmiechnąć, a ci przyładuję! 

– mruknął Cal.  

– Stary, ja jestem w wózku! 

– Najpierw cię z niego wywalę, a potem spuszczę ci łomot.  

Charles uśmiechnął się od ucha do ucha.  

–  Eee,  chyba  nie  będzie  aŜ  tak  źle  –  zauwaŜył.  –  Myślę,  Ŝe  przydałby  ci  się  ktoś,  kogo 

mógłbyś pokochać, a on wygląda na takiego, który bardzo chciałby być kochany.  

– Nie potrzebuję niczyjej miłości.  

– I dlatego odsyłasz Ginę do Stanów.  

– Nigdzie jej nie odsyłam. Poprosiłem ją o rękę.  

– Co takiego?! 

– Zaproponowałem jej małŜeństwo.  

– To bardzo szlachetny gest.  

– Odmówiła.  

– Dlaczego? 

– Skąd mam wiedzieć?! 

– Powiedziałeś jej, Ŝe ją kochasz? 

– Tak.  

–  NiemoŜliwe.  –  Charles  zauwaŜył,  Ŝe  Cal  juŜ  nie  odpycha  Rudolpha,  lecz  go  gładzi.  – 

Nie wierzę.  

– Nigdy nie kochałem nikogo innego.  

– No tak. MoŜe na tym polega cały problem.  

–  Koniec  akademickich  rozwaŜań  –  orzekł  Cal.  –  Za  dwa  dni  jej  tu  nie  będzie.  Nasz 

wcześniak  jest  w  dobrym  stanie.  Mogłaby  wylecieć  jutro,  ale  umówiła  się  z  Bruce’em  na 

polowanie na krokodyle.  

– W ten sposób twój syn spędzi ostatni dzień w Australii z innym facetem. – Charles nie 

odrywał wzroku od psa.  

– Jeśli chcesz wziąć jutro wolne, to nie widzę przeszkód.  

– PrzecieŜ wiesz, Ŝe to niemoŜliwe.  

– Tak uwaŜasz? – Charles w końcu spojrzał na Cala. – Stary, masz syna. Doceń to.  

Po  tych  słowach  zapanowała  cisza,  która  zmusiła  Cala  do  głębokiego  namysłu.  Nagle 

dotarły do niego rozmiary cierpienia kolegi.  

–  Ja  nie  mogę  mieć  dzieci  –  ciągnął  Charles.  –  Gdybyś  wiedział,  jak  przykra  jest  taka 

ś

wiadomość... A ty niespodziewanie dowiedziałeś się, Ŝe masz syna, i nawet nie próbujesz go 

zatrzymać...  

background image

–  PrzecieŜ  zaproponowałem  jej,  Ŝebyśmy  się  pobrali!  Chcę  się  z  nią  oŜenić.  Ona  mnie 

potrzebuje.  Ma  cukrzycę,  jest  samotną  matką,  która  w  pojedynkę  musi  wychowywać 

dziecko...  

– I to wszystko wyliczyłeś, prosząc ją o rękę? 

– Jasne.  

– Kretyn.  

– Słucham? 

– Otrzymałem jedną propozycję małŜeństwa – wyznał Charles. – Od pewnej pielęgniarki. 

Miała  na  imię  Abigail.  Abby.  Nawet  mi  się  wydawało,  Ŝe  jestem  zakochany,  ale  zanim 

poprosiłem  ją  o  rękę,  ona  mi  się  oświadczyła.  Powiedziała,  Ŝe  chce  spędzić  resztę  Ŝycia, 

opiekując się mną, Ŝe jestem bardzo dzielnym optymistą, a ona nie dopuści, Ŝeby stała mi się 

krzywda. Powiedziała teŜ, Ŝe mnie kocha. Natychmiast z nią zerwałem.  

– Chcesz powiedzieć...  

– śe potrzeby jednej strony nie mogą być fundamentem małŜeństwa. Jeśli jeszcze kogoś 

pokocham,  to  osobę,  która  będzie  potrzebowała  mnie  w  równym  stopniu  jak  ja  jej. 

Rozumiesz? 

– Tak, ale...  

– Ty na to się nie zdobędziesz. Z powodu własnej przeszłości.  

– Wiesz co? – Cal przeganiał włosy palcami. – Chyba powinienem kupić sobie dom. Bo 

ty,  Hamish,  Emily,  Grace,  a  nawet  pani  Grubb,  uwzięliście  się  na  mnie.  Wszyscy  chcecie 

rozwiązywać moje problemy.  

– Bo nie chcesz sam ich rozwiązać.  

– Nie mam Ŝadnych problemów.  

– Masz, stary, masz. Twój syn potrzebuje ojca.  Na dodatek twoje serce od lat naleŜy do 

tej kobiety...  

– Nie potrzebuję jej.  

– Tutejsza opinia publiczna jest odmiennego zdania. – Charles przebiegle się uśmiechnął, 

mając  na  myśli  mieszkańców  domu  lekarzy.  –  Potrafisz  jej  się  przeciwstawić?  To  wymaga 

ogromnej odwagi. Dobra, opowiedz mi teraz o tym basenie. Wiem od Hamisha, Ŝe liczysz na 

kasę Wetherbych.  

 

NaleŜałoby  się  zebrać  i  wyjechać  juŜ  jutro,  pomyślała  Gina,  leŜąc  w  łóŜku.  Z  innego 

pomieszczenia  dobiegały  ją  odgłosy  gry  w  bilard.  Słyszała,  jak  Cal  o  coś  spiera  się  z 

Hamishem, jak chwilę później śmieje się wraz z Emily. Zapragnęła znaleźć się w tym gronie, 

ale przecieŜ nie mogła wstać, by do nich dołączyć.  

Czy oni chociaŜ zdają sobie sprawę, ile mają szczęścia, posiadając tylu przyjaciół? 

Powiedziała Calowi, Ŝe w Idaho ma bliskich oraz przyjaciół, ale prawdę mówiąc, jest ich 

niewielu.  Choroba  Paula  odstraszyła  większość  znajomych,  teściowa  umarła,  a  jej  dawno 

rozwiedzeni rodzice załoŜyli nowe rodziny, co zaowocowało licznymi dziećmi oraz wnukami, 

tak Ŝe Gina odgrywała w ich Ŝyciu marginalną rolę.  

Ś

miech  dobiegający  przez  okno  do  jej  pokoju  stawał  się  nie  do  wytrzymania.  MoŜe 

background image

jednak  powinna  wyjść  za  Cala?  Byłoby  to  duŜo  lepsze  rozwiązanie  niŜ  powrót  do  Idaho. 

MoŜe z czasem...  

O nie, koniec będzie Ŝałosny. Będzie skazana na to, by  go kochać, a on nigdy przed nią 

się nie otworzy, będzie ograniczona do roli tego, który bierze.  

Nie.  Wyjechać  natychmiast  Ale  uznając,  Ŝe  jeszcze  moŜe  być  potrzebna  wcześniakowi, 

umówiła  się  z  Bruce’em  na  wyprawę  na  krokodyle.  Bruce  jest  nią  zainteresowany,  to  nie 

ulega wątpliwości. Ale póki Cal stąpa po tej ziemi, jej nie zainteresuje Ŝaden inny męŜczyzna.  

Koszmarna sytuacja. Całkiem bez sensu. Jeszcze tylko jeden dzień, a potem będzie juŜ po 

wszystkim.  

 

Nadeszła północ. Cal stał nad inkubatorem i obserwował miarowy ruch klatki piersiowej 

wcześniaka.  Oto  jedna  maleńka  istotka  robi  pierwszy  krok  w  stronę  Ŝycia.  Wsunął  dłoń  do 

inkubatora, by dotknąć rączki Lucky’ego. Piąstka otworzyła się, chwytając jego palec.  

– On jest cudny. – Za jego plecami stanęła Emily. Cal aŜ drgnął, ale nie mógł cofnąć ręki.  

– Twój pies blokuje wejście do izby przyjęć – poŜaliła się. – Uznałam, Ŝe pewnie znajdę 

cię tutaj.  

– To nie jest mój pies.  

– CJ mówi, Ŝe twój. – Przeniosła wzrok na wcześniaka. – Biedactwo – westchnęła.  

– Będzie Ŝył.  

– Gdzie jest jego matka? On nikogo nie ma.  

–  Lucky  jest  bardzo  dzielny  –  odrzekł  Cal,  dokładając  wszelkich  starań,  by  zapanować 

nad drŜeniem głosu. – Wygra tę walkę. A do tego inni nie są potrzebni.  

– Właśnie Ŝe są! – zaprotestowała Emily. – Trzeba mu znaleźć rodzinę zastępczą. Jakichś 

wyjątkowych ludzi. Wyjątkowych ludzi, którzy pokochają wyjątkowe dziecko.  

– Poradzi sobie.  

– Cal, są róŜne sposoby radzenia sobie. On musi mieć kogoś, kto będzie go bezgranicznie 

kochał. – Uśmiechnęła się. – MoŜe ty go weźmiesz? 

– Ja?! 

– Czuję, Ŝe jesteś w nastroju adopcyjnym. Najpierw Rudolph, teraz...  

– Nie wygłupiaj się.  

– Ja się nie wygłupiam. Jeśli nie moŜesz być z CJ... Myślę, Ŝe bardzo potrzebujesz synka.  

– Nikogo nie potrzebuję.  

–  Odnoszę  wraŜenie,  Ŝe  nie  wiesz,  co  mówisz.  –  Przyglądała  się,  jak  Cal  ostroŜnie 

wysuwa palec. – Co tu robisz? 

– Wpadłem, Ŝeby sprawdzić...  

– Hamish i ja pilnujemy go jak oczka w głowie, a Gina jest tuŜ za ścianą.  

– Pomyślałem...  

– śe twoja sypialnia jest rozpaczliwie pusta – rzekła półgłosem. – No cóŜ, moja teŜ. Ale 

podejrzewam, Ŝe z czasem do tego przywykniemy. Na razie proponuję, Ŝebyś usunął swojego 

psa  z  wejścia  do  izby  przyjęć,  bo  jak  ktoś  się  potknie  i  poda  nas  do  sądu,  to  szpital 

zbankrutuje, wypłacając mu odszkodowanie. Chwilowo wystarczy nam kataklizmów.  

background image

– Ona nie chce ze mną rozmawiać. – Jim był wstrząśnięty. – Nawet na mnie nie spojrzała, 

jak wszedłem do jej pokoju.  

Honey podsunęła mu krzesło.  

– Nie wolno ci się denerwować.  

– Ale co się stało? 

– Ma okres i jest przeziębiona – wyjaśniła Honey, ale  czując, Ŝe taka odpowiedź go nie 

satysfakcjonuje,  dodała:  –  I  myśli  o  tym  chłopaku,  którego  zwolniłeś.  Powinna  czymś  się 

zająć, ale w naszej sytuacji to nie takie proste.  

– Myśli o nim akurat teraz? Wydawało mi się, Ŝe juŜ o nim zapomniała.  

– Jak człowiek źle się czuje, to róŜne rzeczy przychodzą mu do głowy.  

– I dlatego nie chce ze mną rozmawiać. Ma do mnie Ŝal.  

– Wie, dlaczego nienawidzisz Wetherbych, więc nie ma do ciebie Ŝalu. Po prostu źle się 

złoŜyło, Ŝe się w nim zakochała...  

– Ale dlaczego nie chce ze mną rozmawiać? 

–  Z  nikim  nie  rozmawia  –  rzekła  smutno  Honey.  –  Pozostaje  nam  tylko  czekać,  aŜ 

poczuje się lepiej.  

Ś

niadanie w domu lekarza przebiegało w ponurej atmosferze.  

– Dlaczego nikt nic nie mówi? – zaniepokoił się CJ.  

– Bo wszyscy są zajęci jedzeniem – odparła Gina, gładząc go po głowie. – Jak zjedzą, to 

na pewno zaczną rozmawiać.  

– Ładna pogoda – zaczęła Emily.  

–  UwaŜasz,  Ŝe  skwar  i  susza  to  ładna  pogoda?  –  Ŝachnął  się  Hamish.  –  Marzy  mi  się 

Szkocja.  

–  Jedziecie  dzisiaj  na  krokodyle?  –  zwróciła  się  do  CJ-a  ,  po  czym  rzuciła  błagalne 

spojrzenie Hamishowi.  

– Tak – odparł chłopiec, dumnie wypinając pierś.  

– Cal, ty teŜ mógłbyś się z nimi zabrać – stwierdziła Emily beztroskim tonem.  

Cal poczuł na sobie spojrzenie kilku par oczu.  

– Chyba oszalałaś! – mruknął. – Zapomniałaś, Ŝe jest nas za mało?! 

– Tak mi się pomyślało. – Emily opuściła głowę.  

– Rudolph jedzie z wami? – zainteresował się Hamish.  

– Rudolph juŜ nie jest mój. – CJ westchnął głośno.  

– Teraz jest Cala.  

– Podejrzewam, Ŝe Cal chętnie by ci go poŜyczył – brnął Hamish.  

– Hamish! – ofuknęła go Emily. – Co ty mówisz?! Cal ma Rudolpha dopiero jeden dzień! 

Oni muszą być razem, Ŝeby lepiej się poznać. A poza tym krokodyle poŜerają psy.  

–  Mogę  mu  go  poŜyczyć...  –  zaczął  Cal,  spoglądając  na  Ginę,  która  spiorunowała  go 

wzrokiem.  

–  Jesteś  pewien,  Ŝe  mogę  pojechać  na  tę  wycieczkę,  zostawiając  was  bez  wsparcia?  – 

zapytała Gina, zwracając się wyłącznie do Hamisha. – Jeśli uwaŜasz, Ŝe Lucky...  

– Lucky jest w dobrej formie – odrzekł Hamish.  

background image

– Prawda, Em? Emily pół nocy przy nim przesiedziała.  

– Dlaczego? – zaniepokoiła się Gina.  

–  Mały  spał  jak  aniołek,  ale  inni  cierpieli  na  bezsenność.  MoŜe  się  mylę?  –  Omiótł 

wzrokiem wszystkich przy stole. Odpowiedzieli mu milczeniem.  

–  Badałam  rano  pana  Narmdoo.  Jest  stabilny.  Angiografia  wykaŜe,  czy  będzie  mu 

potrzebny bajpas.  

– Nie zgodzi się na operację. Aborygeni z reguły odmawiają przewiezienia do miasta. Po 

to  mieliśmy  tu  Simona...  –  Hamish  rzucił  Emily  niespokojne  spojrzenie.  –  Hm...  Simon  był 

naszym kardiologiem.  

–  On  jeszcze  wróci  –  powiedziała  Emily  zdecydowanym  tonem.  –  Wyjechał...  bo  musi 

sobie coś przemyśleć.  

–  Ale  jeŜeli  nie  wróci,  to  będziemy  mieli  problem  –  mruknął  Hamish.  –  Kardiolog  oraz 

chirurg, na przykład Gina i Cal, mogliby tu uratować niejednego.  

– Zdaje się, Ŝe Bruce juŜ przyjechał – stwierdziła Gina, wstając od stołu. – CJ, idziemy.  

– Jeszcze nie zjadłem.  

– To się pospiesz. Czekam na ciebie na werandzie.  

Obserwował ich z werandy. Gina, CJ i Bruce, łowca krokodyli.  

– Poradzimy sobie bez ciebie. – TuŜ obok niego zatrzymał się wózek Charlesa.  

– Zawału przez ciebie dostanę! 

– Przydałby ci się wtedy kardiolog.  

– Charles, odczep się.  

–  Mówię  powaŜnie.  Dzisiaj  wyjątkowo  nic  się  nie  dzieje,  więc  jeśli  chcesz  pojechać  ze 

swoim synem na krokodyle...  

– Charles, odwal się! 

– Cal, to jest twój syn, który jutro odlatuje.  

– Nie potrzebuję rodziny.  

–  AleŜ  jesteś  głupi  –  odparł  Charles  niespeszony.  –  Gdyby  to  był  mój  syn  oraz  moja 

kobieta...  

– Ale nie są.  

– Znajdą sobie kogoś innego. – Patrzyli, jak Bruce pomaga Ginie wsiąść do jeepa. – MoŜe 

juŜ go znaleźli.  

– Bruce’a? – W głosie Cala zadźwięczała nuta ironii.  

–  Nie  wygląda  na  krezusa,  ale  jego  interes  kwitnie.  Bruce  zatrudnia  juŜ  dwudziestu 

przewodników. I chyba nie zaprzeczysz, Ŝe jest bardzo przystojny.  

– Bliscy Giny są w Idaho.  

– RóŜnie bywa – rzekł półgłosem Charles. – Ludzie się zmieniają.  

– Ja nie.  

– No bo ty jesteś durny.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Zastanawiała  się,  co  ją  pchnęło  na  rzekę,  skoro  jest  to  w  jej  Ŝyciu  ostatni  dzień,  który 

miała szansę spędzić u boku Cala. Tylko Ŝe on jej nie chce...  

Siedziała  na  dziobie  lodzi  i  słuchała  wykładu  Bruce’a  na  temat  zwyczajów  krokodyli. 

Oprócz  niej  i  CJ-a    płynęło  jeszcze  troje  turystów.  Cała  piątka  z  uwagą  słuchała  jego  słów, 

wymieniając się uwagami i Ŝartami. Bruce starał się jak mógł urozmaicić im tę wyprawę. Co 

więcej, kaŜdy jego gest pokazywał, Ŝe jest bardzo zainteresowany jej osobą.  

Bez wzajemności, bo dla niej liczył się tylko Cal.  

On się musi zmienić. Ale się nie zmienia.  

Wobec tego ona wraca do domu.  

Czas  wlókł  się  w  nieskończoność.  śadnych  wypadków,  Ŝadnych  pacjentów.  Cal 

popatrywał  na  radio  w  nadziei,  Ŝe  to  urządzenie  nagle  oŜyje,  wzywając  ich  do  akcji. 

Jakiejkolwiek, byle Cal mógł czym innym zająć myśli.  

Nic.  Martwa  cisza.  Emily  siedziała  pogrąŜona  w  myślach  nieopodal  inkubatora.  Cal 

wyczuł, Ŝe ich myśli podąŜają tym samym torem.  

–  Jego  stan  nie  wymaga  naszej  nieustannej  obecności  –  powiedział  cicho,  a  mimo  to 

Emily rzuciła mu spojrzenie pełne złości.  

– On powinien czuć, Ŝe ktoś go kocha.  

– Odnajdziemy jego matkę.  

–  Nie  wątpię.  Ale  na  razie  to  ja  będę  go  kochać.  To  skutek  tęsknoty  za  Simonem, 

pomyślał. Gina na pewno nie zrobiłaby mu takiego numeru jak Simon tej dziewczynie. Stary, 

przestań! 

Przy stanowisku pielęgniarek siedziała Jill. Sztywna, małomówna Jill, rewelacyjna siostra 

przełoŜona kompletnie pozbawiona poczucia humoru. Powitała go kwaśnym uśmiechem.  

– Jak w grobowcu – stwierdziła.  

Skoro Jill zdobyła się na taki wisielczy Ŝart, to znaczy, Ŝe jest fatalnie.  

– Za duŜo się ostatnio wydarzyło – zauwaŜył półgłosem. – Tyle ofiar śmiertelnych. A do 

tego Simon i Kirsty...  

– Em ciągle nie moŜe uwierzyć, Ŝe on nie wróci. Mimo Ŝe Kirsty dokładnie przedstawiła 

sytuację Mike’owi.  

– Sądzę, Ŝe w głębi serca Em wie, Ŝe to koniec. Bardzo cierpi.  

– A ty, Cal, nie cierpisz? Westchnął, wsuwając ręce do kieszeni.  

– Jill, wydawało mi się, Ŝe kto jak kto, ale ty nie będziesz się wtrącać w nie swoje sprawy.  

– Jak  mam  się  nie  wtrącać,  skoro  wszyscy  w  szpitalu  chodzą z  płaczliwymi  minami  jak 

ten twój kundel. A propos, Rudolph ułoŜył się malowniczo w kuchennych drzwiach. MoŜesz 

go poprosić, Ŝeby łaskawie się stamtąd ruszył? 

–  Bez  problemu.  –  Załatwimy  to  za  pomocą  apetycznej  kości,  pomyślał.  Całkiem 

przyjemnie  siedziało  się  o  trzeciej  nad  ranem  we  dwóch  pod  kuchennymi  drzwiami,  dzieląc 

się pokaźną kością z tukiem. Jill przyjrzała mu się podejrzliwie.  

background image

– Zatrzymasz go? – zapytała.  

– CJ mnie o to poprosił.  

– CJ zapomni o nim, jak tylko wróci do domu.  

– Jill...  

– Co? 

– Daj spokój.  

– W porządku. – Uśmiechnęła się, co samo w sobie było niezwykłe. – Dam ci spokój, ale 

rozchmurz się. – Pchnęła w jego stronę kartę pacjenta. – To ci pomoŜe.  

Albert Narmdoo. Zawał. Ojciec chłopaka, który zginął w wypadku.  

– Co z nim? 

–  Nic.  –  Cal  uniósł  brwi.  –  Nie  je  i  tylko  patrzy  w  sufit.  Odwiedziła  go  Ŝona  z  resztą 

dzieci, a on do nich nawet się nie odezwał.  

– Zajrzę do niego – powiedział z cięŜkim sercem.  

– Nie wątpię.  

Nim się zorientował, na co się zanosi, Jill otoczyła go ramieniem i przytuliła. Ta sztywna 

Jill. Niesłychane.  

– Cal, wyluzuj – szepnęła. – Przed tobą całe Ŝycie.  

Podszedł  do  łóŜka  ciemnoskórego  pacjenta,  odczekał  chwilę,  po  czym  dotknął  jego 

ramienia.  

– Panie Narmdoo...  

Albert spojrzał na niego wzrokiem pełnym rozpaczy.  

– Dzieci powiedziały, Ŝe pan doktor obiecał wybudować basen – szepnął.  

– Postaram się.  

– Basen im Ŝycia nie przywróci.  

Aborygenom  nie  wolno  wymawiać  imion  osób  zmarłych.  To  bardzo  powaŜny  problem, 

pomyślał  Cal,  bo  naleŜałoby  porozmawiać  o  jego  synu.  Obserwował  ściągniętą  smutkiem 

twarz męŜczyzny, utwierdzając się w przekonaniu, Ŝe skoro miłość wiąŜe się ze stratą, dobrze 

robi, nie pozwalając sobie nikogo pokochać.  

Jakby czytając jego myśli, pacjent chwycił go za rękę.  

– Miałem sześcioro dzieci. Mam Ŝonę. Pierwszy raz kogoś straciłem. Nie mogę się z tym 

pogodzić. Ale jak tak tu leŜę, to myślę, co by było, gdybym go nie miał. Wie pan, jak byłem 

młody, nie chciałem mieć rodziny. Chciałem być panem samego siebie.  

– DuŜo by pan stracił.  

–  Bardzo  duŜo.  Wie  pan,  dwa  dni  temu...  Poszliśmy  we  dwóch  do  buszu,  gdzie 

pochowaliśmy jego dziadka. Spędziliśmy tam całą noc. Obudziliśmy się o świcie, usiedliśmy 

i patrzyli, jak słońce wychodzi spoza gór. Tylko my dwaj... – Zawahał się. – Takie chwile są 

bezcenne.  Teraz  stało  się  to,  co  się  stało,  nie  wiadomo,  czy  i  ja  niedługo  nie  pójdę  w  jego 

ś

lady. Ale gdyby mi to nie było dane, gdybym uparł się Ŝyć samotnie... – Łzy popłynęły mu 

po policzkach, a palce kurczowo zacisnęły się na dłoni Cala. – Niech pan nie marnuje szansy, 

doktorze,  bo  czas  rozpaczy  nadejdzie  nieuchronnie,  ale  tych  chwil...  nikt  panu  nie  odbierze. 

Ten świt z moim synem... Będę to pamiętał do śmierci. To wielki skarb.  

background image

Aborygen puścił rękę Cala, zamilkł i odwrócił się twarzą do ściany. Cal chwilę odczekał, 

spojrzał na jego kartę, po czym sięgnął po krzesło i przysunął je do okna.  

– Nie trzeba mnie pilnować – odezwał się pacjent.  

– Mogę tu posiedzieć? – zapytał Cal. – Mam stąd widok na morze.  

– Pan doktor chce porozmyślać? 

– Tak.  

Mógłby  z  tymi  myślami  pójść  na  plaŜę,  ale  wolał  zostać  w  tym  pokoju.  Czuł  potrzebę 

towarzystwa.  

 

Dzień był duszny i upalny, a krokodyle gdzieś się pochowały. Łódka płynęła leniwie. CJ 

przez  lornetkę  Bruce’a  wytrwale  lustrował  rzekę,  w  kaŜdym  powalonym  pniu  upatrując 

groźnego gada.  

Jutro wyjedziemy, pomyślała Gina. Było jej smutno i źle. Tak bardzo skupiła się na tych 

doznaniach,  Ŝe  nie  usłyszała  odgłosu  silnika  nadciągającej  motorówki.  Oprzytomniała,  gdy 

łódź  wyprzedziła  ich  z  prędkością  zdecydowanie  większą  niŜ  dozwolona,  pozostawiając  za 

sobą warkocz spienionej wody.  

Gdy  Bruce  krzyknął,  ostrzegając  ich,  natychmiast  pochwyciła  CJ-a  .  Chłopiec  upadł  na 

pokład, więc uznała, Ŝe jest juŜ bezpieczny, ale niestety jego ukochany kapelusz, ten cholerny 

kapelusz Bruce’a, wypadł za burtę.  

Malec  zerwał  się  na  nogi,  by  go  pochwycić.  Rzuciła  się,  by  przytrzymać  syna,  ale  się 

zachwiała  na  fali  pobudzonej  przez  motorówkę.  Dotknęła  syna,  lecz  w  tej  samej  chwili 

chłopiec wypadł z łodzi.  

 

Cal  postanowił  poprosić  Charlesa,  by  zwolnił  go  na  resztę  dnia.  Właśnie  wchodził  do 

pokoju, w którym znajdował się radiotelefon, gdy odbiornik nagle oŜył.  

– Baza w Crocodile Creek – meldował Charles. – Tak, Harry, słyszę cię.  

Odnaleziono  matkę  Lucky’ego,  pomyślał  Cal.  Jednak  obserwując  twarz  kolegi, 

zorientował się, Ŝe nie są to dobre wiadomości.  

–  Za  dziesięć  minut  śmigłowiec  będzie  w  powietrzu  –  warknął  Charles.  –  Harry,  obaj 

doskonale wiemy, jaka jest ta rzeka...  

Lecz policjant juŜ się rozłączył, by nie marnować czasu.  

– Co się stało? – zapytał Cal pełny najgorszych myśli. Charles odetchnął głęboko.  

–  Harry  odebrał  wezwanie  z  północnego  odcinka  rzeki.  Prawie  poza  zasięgiem,  od 

Amerykanina, który jest na łodzi Bruce’a Hammonda.  

Na łodzi Bruce’a Hammonda? Łowcy krokodyli, który zabrał na przejaŜdŜkę Ginę i CJ-a. 

– Co takiego?! – Cal miał wraŜenie, Ŝe to nie on zadał to pytanie.  

– MoŜe nie ma powodu do paniki – mówił Charles. – Harry nie moŜe się z nimi połączyć.  

– Co się stało?! 

– Chłopiec wypadł za burtę.  

Lot  nie  trwał  dłuŜej  niŜ  dziesięć  minut,  ale  Calowi  wydawało  się,  Ŝe  trwa  w 

nieskończoność.  Maszynę  pilotował  Mike,  obok  niego  siedział  Cal,  a  za  jego  plecami 

background image

Hamish.  

–  Bo  chcę  mieć  tam  lekarza,  który  nie  jest  zaangaŜowany  emocjonalnie  –  wyjaśnił 

Charles.  

–  Więc  mnie  nie  wysyłaj  –  odezwał  się  Hamish  –  bo  ja  jestem  zaangaŜowany 

emocjonalnie.  

– Lećcie obaj – mruknął Charles. – I przywieźcie CJ-a  do domu.  

Charles równieŜ się zaangaŜował. Mimo Ŝe CJ był w bazie zaledwie dwa dni, wkradł się 

w serca wszystkich pracowników.  

„Przywieźcie CJ-a  do domu. „ Te słowa nie dawały Calowi spokoju. Do domu. Tu jest 

dom CJ-a . Musi go odnaleźć i przywieźć z powrotem do Crocodile Creek. Gina i CJ muszą tu 

zostać. Potrzebują...  

CJ  moŜe  go  juŜ  nie  potrzebować.  Jego  syn  mógł  juŜ  umrzeć.  Przed  oczami  stanął  mu 

obraz Alberta Narmdoo opłakującego swojego syna.  

„Niech  pan  nie  marnuje  szansy,  doktorze,  bo  czas  rozpaczy  nadejdzie  nieuchronnie,  ale 

tych chwil... nikt panu nie odbierze. Ten świt z moim synem... Będę to pamiętał do śmierci. 

To mój wielki skarb”.  

A co ty masz, stary? – pomyślał ponuro. Jedno wieczorne czytanie. Przeczytałeś synowi 

jedną bajkę, a jego juŜ nie ma. Niejedna bajka to za mało. Musi tego czytania być więcej.  

Poczuł, Ŝe potrzebuje swojego syna. Oraz Giny. Będzie dzielił swoje Ŝycie z Gina, CJ-em, 

Rudolphem. Będzie ich kochał bezgranicznie i pozwoli sobie ich potrzebować. Dlaczego nie? 

Bo jeśli kiedyś stanie się coś złego, nie będzie czuł się gorzej niŜ teraz.  

– Ile to jeszcze potrwa? – wybuchnął.  

– Pięć minut. – Mike spojrzał na niego ze współczuciem.  

– Nie ma Ŝadnych wiadomości. Radio milczy.  

– PrzecieŜ wiesz, Ŝe w paru miejscach nie ma tu zasięgu.  

–  To  dlaczego  nie  popłyną  tam,  gdzie  jest  zasięg?  Zostawiając  CJ-a    w  miejscu  pełnym 

krokodyli? Mike przemilczał to idiotyczne pytanie.  

–  Zabij  ę  go  –  wycedził Cal  przez zęby.  –  Jak  on  mógł  zabrać  moje  dziecko  w  tę  część 

rzeki?! 

– Tam nie jest niebezpiecznie. Poza tym jego łódź ma wysokie burty.  

– Powinien był małego ubrać w uprząŜ.  

–  JuŜ  widzę  reakcję  CJ-a    –  odrzekł  Mike.  –  W  łodziach  turystycznych  tego  się  nie 

praktykuje. Zejdziemy niŜej. Zakładam, Ŝe są na północnej odnodze. Wypatrujcie ich.  

 

Gina jako pierwsza usłyszała warkot śmigłowca.  

– Helikopter! – zawołała, przytulając jeszcze bardziej przemoczonego CJ-a .  

– Pewnie coś się stało tej motorówce – mruknął Bruce z niechęcią w  głosie. – Zasuwali 

dziesięć  razy  szybciej,  niŜ  pozwalają  przepisy.  Pewnie  uderzyli  wpływającą  kłodę.  Łaska 

boska, jeśli się nie pozabijali.  

Korpulentny Amerykanin miał zakłopotaną minę.  

– Obawiam się – zaczął – Ŝe moŜemy mieć kłopoty.  

background image

– Dlaczego? 

–  Bo  kiedy  chłopiec  wypadł  za  burtę,  a  wy  rzuciliście  się  go  wyławiać...  –  jąkał  się 

speszony  Amerykanin.  –  Kiedy  moja  Ŝona  krzyknęła,  Ŝe  tam  jest  krokodyl,  to  zadzwoniłem 

po  pomoc.  Uratowaliście  go...  ale  potem,  kiedy  widzieliśmy,  jak  krokodyl  połyka  ten 

kapelusz... tak się cieszyliśmy, Ŝe zupełnie zapomniałem, Ŝe wezwałem pomoc. Myślę, Ŝe oni 

lecą po nas.  

– Na to wygląda – rzekła Gina i nagle się rozpogodziła.  

Trzymała  drŜącego  syna  w  ramionach,  marząc,  by  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  domu. 

Chwilę potem śmigłowiec skojarzył się jej z domem.  

Kobieto, nie miej złudzeń.  

Gdy maszyna zawisła tuŜ obok nich, ujrzała twarz Cala. Patrzył na nią takim wzrokiem... 

O  czym  wtedy  myślał?  O  tym  samym  co  ona,  gdy  CJ  wpadł  do  wody.  Nic  dziwnego,  Ŝe 

naszły go takie myśli. PrzecieŜ Cal jest członkiem rodziny.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

W  ciągu  dziesięciu  wyjątkowo  długich  minut  łódź  dopłynęła  do  miejsca  lądowania 

ś

migłowca.  

Z  kokpitu  Cal,  Hamish  oraz  Mike  obserwowali  chłopca.  Gina  pomyślała  nawet,  Ŝe  taki 

tłok  w  kokpicie  jest  sprzeczny  z  regulaminem.  Gdy  CJ  podniósł  na  nich  wzrok  i  się 

uśmiechnął... Do końca Ŝycia będzie pamiętała fale emocji, które przebiegły po ich twarzach.  

Nie ma mowy o powrocie do Idaho.  

Tutaj jest ich dom.  

Gdy  dopłynęli  do  miejsca  lądowania,  Amerykanie  pospiesznie  wysiedli  z  łodzi,  ale  ona 

nie  ruszyła  się  z  miejsca.  Siedziała,  przytulając  CJ-a  ,  poraŜona  wspomnieniem  krokodyla 

zbliŜającego się do jej synka. Czuła, Ŝe nie wstanie, Ŝe ma nogi jak z waty.  

Cal  dobiegł  do  łodzi,  wskoczył  na  pokład  i  objął  ich  oboje.  Czując  ciepło  jego  silnych 

ramion, Gina pojęła, Ŝe ten człowiek nie pozwoli jej odejść po raz drugi.  

– Bałem się, Ŝe cię straciłem – szepnął.  

– To CJ wpadł do wody.  

– Nie szkodzi. – Pocałował ją we włosy. – Ciebie i CJ-a . Moje dwie miłości. Czułem się, 

jakbym stracił całą rodzinę.  

Ledwie  wrócili  do  szpitala,  CJ  pognał  do  kuchni  opowiedzieć  Rudolphowi  oraz  pani 

Grubb  o  przygodach  kapelusza.  Hamish  i  Mike  pospieszyli  przez  radiotelefon  przekazać 

wszystkim  dobrą  wiadomość.  Cal  i  Gina  weszli  do  budynku  ostatni  i  bez  słowa  skierowali 

kroki  do  sali,  w  której  stał  inkubator.  Chwilę  później  nad  noworodkiem  zebrało  się  całe 

gremium: Emily, Mike, Hamish, Charles, Jill oraz Cal i Gina.  

– Coś się stało? – zaniepokoiła się Gina.  

– Absolutnie nic – odparła Jill, udając, Ŝe jest czymś bardzo zajęta. – Wpadłam, Ŝeby się 

upewnić, czy zostały sprawdzone jego parametry Ŝyciowe. Wszystko w porządku.  

– A ja pospieszyła Emily – właśnie je sprawdzałam.  

–  A  ja  chciałem  sprawdzić,  czy  Jill  sprawdziła,  czy  parametry  zostały  sprawdzone  – 

wyjaśnił Charles, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.  

–  Jestem  pediatrą  –  oświadczył  Hamish.  –  I  ja  tu  rządzę.  W  dzisiejszych  czasach  trzeba 

podwładnych pilnować.  

–  Nie  zapominajcie,  Ŝe  ja  jestem  ratownikiem  –  odezwał  się  Mike.  –  Przy  takim 

zagęszczeniu  w  jednej  izbie  istnieje  ogromne  ryzyko  omdleń  i  potłuczeń.  Zwłaszcza  przy 

takich  emocjach.  –  Uniósł  brwi  na  widok  splecionych  dłoni  Giny  i  Cala.  –  Proszę,  proszę, 

napięcie emocjonalne rośnie z kaŜdą sekundą.  

Gina  zrobiła  się  czerwona  jak  burak.  Chciała  oswobodzić  rękę,  ale  Cal  mocniej  ją 

przytrzymał.  

– Jak mały? 

– Doskonale – odparła Jill, uśmiechając się do nich promiennie. – Rozmawialiśmy przed 

chwilą...  

background image

– To ty mówiłaś – przerwał jej Charles. – Rozstawiałaś nas po kątach.  

–  Ja  nikogo  nie  rozstawiam  po  kątach  –  obruszyła  się  JUL  –  Powiedzcie  lepiej,  o  czym 

rozmawialiście – odezwała się Gina.  

– Widząc, jak ponuro jest w tym szpitalu...  

– Kto tu jest ponury? – rzucił Cal, na co Gina spiorunowała go wzrokiem.  

– Cicho bądź! Daj Charlesowi mówić.  

– Ustaliliśmy, Ŝe dzisiaj odbędzie się ognisko.  

– Ognisko? 

– Często palimy ogniska. – Cal powiedział to z takim błyskiem radości w oku, Ŝe nikt nie 

mógł tego przeoczyć, a Gina poczuła rozkoszne ciepło koło serca. – Kiedy chcemy uroczyście 

uczcić  jakieś  waŜne  wydarzenie  albo  wyjaśnienie  nieporozumienia,  zbieramy  drewno 

wyrzucone  na  plaŜę  przez  ocean  i  rozpalamy  ogromne  ognisko.  Na  podobieństwo  waŜnej 

uroczystości plemiennej.  

– Składacie ofiary i tańczycie przyozdobieni tylko trzema paskami namalowanymi ochrą 

na obu policzkach? – zainteresowała się Gina.  

– Ej, o tym nie pomyślałem. – Hamish się rozpromienił.  

–  Pieczemy  kiełbaski  –  wyjaśniła  Jill,  gromiąc  go  spojrzeniem.  –  Jesteśmy  bardziej 

cywilizowani.  

– Albo krewetki – dodał Mike. – W wyjątkowych sytuacjach rezygnujemy z kiełbasek na 

rzecz krewetek.  

–  Domyślam  się,  Ŝe  pretekstem  jest  dzisiejszy  wieczór  –  rzekła  Emily.  –  Ostatnio 

wydarzyło się tyle... okropności. Ale Ŝycie trwa dalej. CJ jest cały i zdrowy, Lucky teŜ jest w 

normie. On jest rewelacyjny. Odnajdziemy jego mamę. Jestem tego pewna. Lucky jest super.  

– Wszystko jest super – oznajmił Cal. – Wszystko, wszystko, wszystko.  

Gdy Megan otworzyła oczy, ujrzała na pościeli blask księŜyca. Dreszcze minęły. Było jej 

ciepło i miękko. Przez krótką chwilę czuła się bezpiecznie.  

Miała  sen.  Trzymała  na  rękach  swojego  synka,  przytulając  policzek  do  jego  policzka. 

Czuła  jego  niemowlęcy  zapach,  jakby  ta  scena  miała  miejsce  na  jawie.  Widziała  go  bardzo 

wyraźnie, miała teŜ świadomość, Ŝe jej dziecko jest zdrowe.  

Mój  synek  umarł,  pomyślała,  w  dalszym  ciągu  kochając  go  i  czując  jego  ciepło.  Jej 

synek...  

Czeka na nią.  

 

Przy  ognisku  Hamish,  usadowiony  na  grubej  belce  wyłowionej  z  morza,  brzdąkał  na 

gitarze, nucąc rzewne melodie. Zapewne tęsknił do jakiejś Szkotki. U jego stóp CJ i Rudolph 

spali zwinięci w jeden spory kłębek. Gdy w pewnej chwili Cal rzucił mu pytające spojrzenie, 

skinął głową na znak, Ŝe przejmuje rolę niani nad oboma malcami.  

Cal  mógł  zatem  z  czystym  sumieniem  zabrać  Ginę  na  spacer  po  plaŜy,  z  dala  od 

serdecznych przyjaciół.  

– Trudno mi uwierzyć, Ŝe byłem aŜ takim debilem – wyznał, gdy oddalili się od ogniska. 

– Z powodu mojej głupoty sama musiałaś borykać się z losem...  

background image

–  Nie,  Cal.  –  Ujęła  jego  twarz  w  dłonie.  –  Gdybyś  pięć  lat  temu  chciał  być  ze  mną, 

gdybyś mnie ubłagał, Ŝebym z tobą została, gdybyś chciał mieć dziecko, nadal istniałby Paul, 

mój mąŜ oraz przyjaciel. Wielokrotnie nad tym się zastanawiałam. Gdybym się dowiedziała, 

Ŝ

e miał wypadek, to chociaŜ byś mnie przekonywał, Ŝe mnie kochasz, i tak bym wyj echała. 

Byłoby nam o wiele cięŜej.  

– Zostawiłabyś mnie...  

–  Pamiętaj,  Ŝe  pięć  lat  temu  nie  byłeś  gotowy  przyjąć  mojego  uczucia,  a  ja  nie  byłam 

wolna.  

– Hm – mruknął bez przekonania. – MoŜliwe, ale zauwaŜ, Ŝe teraz zmarnowaliśmy całe 

dwa dni. Nie będę tracił więcej czasu. Gino, czy zostaniesz moją Ŝoną? 

– Pod pewnymi warunkami.  

– Na przykład? 

Za nic w świecie nie wolno jej okazać entuzjazmu.  

–  Nie  będziesz  mnie  pytał  o  poziom  insuliny  –  zaczęła.  –  Pamiętaj,  masz  być  moim 

męŜem, a nie lekarzem. Zleciłam juŜ to zadanie Charlesowi. Nie oponował.  

– Ale...  

– śadnych negocjacji! Nie będziesz spał na drugim brzegu łóŜka.  

– To jest pewne. – Uśmiechnął się szeroko.  

– Masz mi mówić, kiedy coś cię martwi, kiedy będziesz chory albo kiedy czegoś będziesz 

się obawiał. Od tej chwili. Czy czymś się martwisz? 

– Hm... tak.  

– Czym? 

– śe za mnie nie wyjdziesz.  

– Wymyślę jeszcze kilka warunków.  

– A gdzie kochanie? Jeśli ci przysięgnę, Ŝe będę cię potrzebował kaŜdej godziny kaŜdego 

dnia...  

– Tak jak ja potrzebuję ciebie – szepnęła. – To chyba nie jest moŜliwe.  

– Ciągle jestem ci potrzebny? 

–  Mój  syn  kocha  twojego  durnego  psa.  –  Przyciągnęła  go  do  siebie.  –  Kocham  CJ-a    i 

jedynym sposobem na zjednoczenie tej szalonej rodziny jest ślub. – W tej chwili Cal zaczął 

całować ją tak namiętnie, Ŝe zabrakło jej tchu. – Sam widzisz... jak bardzo cię potrzebuję.  

– I będziemy jedną rodziną? 

– Oczywiście. Chyba juŜ do niej naleŜę – powiedziała niepewnym głosem. – MoŜe nawet 

jest tak od pięciu lat.  

– Będziemy mieli więcej dzieci? – spytał znienacka.  

– Chcesz powiększyć naszą rodzinę? 

– Rodzina jest w porządku. Trzy dni temu byłem sam jak palec. Teraz mam ciebie, syna 

oraz  psa.  Pomyślałem  sobie...  –  Uśmiechnął  się.  –  Jeśli  nie  uda  się  zlokalizować  rodziców 

Lucky’ego...  

– Chcesz go przygarnąć? – Niemal odebrało jej mowę.  

–  Chyba  do  mnie  dotarło,  Ŝe  miłość  jest  uczuciem  wszechogarniającym  –  stwierdził 

background image

cicho.  –  Lucky  sprowadził  cię  z  powrotem  do  Crocodile  Creek.  Potrafimy  go  kochać, 

prawda? 

– Oczywiście.  

– A jeśli jego rodzice się odnajdą...  

– Będziemy zmuszeni zająć się robieniem własnych dzieci – odparła ze śmiechem. – Nie 

sądzisz, Ŝe to jest bardzo dobre rozwiązanie?