background image

Jacek Piekara 

To, co najważniejsze 

background image

 

2

Arivald  był  magiem.  W  każdym  razie  za  takiego  uchodził  w  oczach 

mieszkańców  Wybrzeża.  Miał  niebieski  płaszcz  w  srebrne  gwiazdy,  kryształową 
kulę  i  Księgę  Czarów.  Potrafił  mamrotać  szybkie  zaklęcia  w  obcym  języku,  o 
rzeczach  jasnych  i  prostych  mówić  niezrozumiale  i  odwrotnie.  Umiał  leczyć 
nosaciznę bydła, przyrządzać maści na skaleczenia i oparzenia, wskazywać rybakom 
miejsca  najlepszych  połowów,  dziewczętom  i  chłopcom  warzyć  lubczyk,  a  starym 
mężom  potrafił  dopomóc  w  ich  kłopotach  z  młodymi  żonami.  Dlatego  też 
powszechnie  uważano  go  za  czarodzieja  i  jednego  z  członków  Tajemnego  Bractwa. 
Lecz  mieszkańcy  Wybrzeża,  którzy  przez  parę  lat  (dawno  przed  przybyciem 
Arivalda)  mieli  już  innego  maga,  nigdy  nie  potrafili  poważnie  traktować  nowego 
opiekuna. Może był zbyt wesoły i dobroduszny jak na kogoś parającego się magią i 
mającego do czynienia z Mocą, może zbyt wiele popełniał omyłek, z których sam się 
potrafił śmiać, może przyjmował za mało pieniędzy za swoje usługi. W każdym razie 
nauczono się już, że nie należy przychodzić do niego z poważnymi sprawami typu 
zapewnienia  dobrej  pogody,  udanych  zbiorów  czy  pomocy  w  poszukiwaniu 
skarbów. 

Sama  księżniczka,  która  zresztą  bardzo  go  lubiła  i  często  zapraszała  do 

zamku, aby posłuchać barwnych opowieści z dalekich krajów, miała wiele żalu o to, 
że  nie  potrafił  wyczarować  złotych  kolczyków  z  brylantami  o  jakich  marzyła  od 
dawna.  Ale  ludzie  z  Wybrzeża,  chociaż  często  ukradkiem  podśmiewali  się  z 
czarodzieja woleli go od poprzedniego maga człowieka zimnego i wyniosłego, który 
zawsze  i  wszędzie  wszystkich  (nawet  księżniczkę!)  traktował  z  góry.  Arivalda 
zapraszano  na  chrzciny  i  wesela,  przychodzono  do  niego  po  pomoc  i  radę,  a 
niejednej  zakochanej  parze  pomógł  już  przekonać  opornych  rodziców.  Potrafił 
łagodzić spory, zapobiegać waśniom i zażegnywać awantury. Dlatego też cieszył się 
sympatią i przez palce patrzono na niedostatki jego czarodziejskiej wiedzy. Nikt nie 
mógł  przecież  przypuszczać,  że  już  niedługo  Wybrzeże  będzie  potrzebować 
prawdziwego maga znającego czary najwyższej jakości i umiejącego się posługiwać 
fortelami magii bojowej. 

Bowiem  Arivald  wcale  nie  był  czarodziejem.  Był  po  prostu  wędrownym 

śpiewakiem  i  poetą  oraz  domorosłym  filozofem.  Nawet  jego  imię  było  gminne  i 
proste  i  brzmiało  po  prostu  Penszo.  Właśnie  jako  Penszo,  bard-włóczęga,  wieczny 
podróżnik  często  przymierający  głodem  i  sypiający  pod  gołym  niebem,  przeszedł 
pierwsze półwiecze życia. Ale nadszedł dzień, który miał wszystko zmienić. Dzień, 
w  którym  na  drodze  Pensza  stanął  prawdziwy  czarodziej,  członek  Tajemnego 
Bractwa i zauroczony grą barda zabrał go ze sobą w podróż. Pewnego ranka, gdzieś 
na  odludziu,  mag  umarł  cicho  i  spokojnie  w  czasie  snu  zostawiając  Penszowi  na 
głowie kłopot co uczynić z jego ciałem i dobytkiem. Bard pochował maga, zgodnie z 
obyczajem  układając  go  głową  w  stronę  wschodzącego  słońca.  Początkowo 
zamierzał oddać zarówno niebieski płaszcz, jak i kryształową kulę 

oraz  różdżkę  i  Księgę  Czarów  w  ręce  kogoś  z  Bractwa.  Ale,  gdy  sięgnął  do 

ciężkiej, obłożonej w skórę, okutej na rogach złotem Księgi Czarów nie mógł się już 

background image

 

3

od  niej  oderwać.  Okazało  się  bowiem,  że  napisana  była  w  języku  krainy,  którą 
Penszo  kiedyś  odwiedził.  I  tak  w  ciągu  jednego  dnia  i  jednej  nocy  zdecydował,  że 
zostanie  czarodziejem.  Założył  niebieski  płaszcz,  wsadził  za  pas  różdżkę,  ulokował 
w  jukach  Księgę  i  kulę  po  czym  dosiadł  konia  i  ruszył  przed  siebie.  Nie  tak  prosto 
jednak stać się z barda i włóczęgi magiem. Nie na darmo przecież czarodzieje całymi 
latami,  od  dzieciństwa  uczą  się  korzystania  z  Mocy  i  posługiwania  się  Księgą 
Czarów.  Ale  Panszo  (nazwawszy  się  w  międzyczasie  Arivaldem,  gdyż  wyobrażał 
sobie,  że  to  imię  lepiej  pasuje  do  jego  obecnej  pozycji)  był  dociekliwy,  uparty  i 
pracowity.  A  przy  tym  niebywale  zdolny.  Nikt  chyba  w  tak  krótkim  czasie, 
korzystając  tylko  z  własnej  intuicji  nie  potrafiłby  nauczyć  się  tak  wiele.  Już  po 
miesiącu  zajadłych  prób  potrafił  wyczarować  sobie  na  śniadanie  bułkę  (fakt,  że 
najczęściej  czerstwą)  oraz  ser  i  mleko.  Później  dowiedział  się  jak  zapobiegać 
zmęczeniu,  jak  leczyć  najprostsze  choroby  u  ludzi  i  u  bydła  oraz  jak  wykonywać 
najbanalniejsze  czarodziejskie  sztuczki  w  rodzaju  obłaskawiania  dzikich  zwierząt 
czy  zapalania  ognia  z  niczego.  Po  blisko  trzech  latach  umiał  już  posługiwać  się 
kryształową  kulą,  tworzyć  złudne  miraże  i  odróżniać  słowa  prawdziwe  od 
kłamliwych.  Nie  nauczył  się  jednego:  nie  stał  się  takim  jakim  powinien  być 
czarodziej.  Nie  był  więc  zimny,  wyniosły  i  wzgardliwy.  Traktował  wszystkich 
serdecznie  i  z  życzliwością,  często  się  uśmiechał,  a  z  długiej  siwej  brody  co  i  rusz 
wytrząsał okruszki bułki lub sera. Starał się tylko nigdy nie natknąć na prawdziwego 
maga, bo sądził, że zbyt łatwo rozpoznano by w nim” samozwańca, chociaż wiedział 
już,  iż  milczenie  lub  odpowiadanie  zbitką  niezrozumiałych  formuł  jest  najlepszym 
sposobem  na  wszelkie  podejrzenia.  Może  też  z  powodu  obaw  przed  innymi 
czarodziejami  wybrał  się  na  Wybrzeże,  które  słynęło  ze  spokojnego,  monotonnego 
życia oraz z tego, że niewielu gości kiedykolwiek tam przybywa. Wybrzeże, skaliste i 
nieurodzajne, żyjące głównie z morskich połowów nie było miejscem, które chętnie 
odwiedzaliby kupcy, magowie czy rycerze. Życie snuło się tu powolutku, od jednego 
połowu do drugiego, ludzie byli prości  i  spracowani, a krajem rządziła  młodziutka 
księżniczka,  którą  zachwycało,  że  |  ma  własnego  maga,  zupełnie  jak  znaczący 
władcy.  Nawet  jeśli  był  on  czasami  tak  ‘  nieporadny,  iż  nie  potrafił  wyczarować 
brylantowych kolczyków. 

Arivald  już  szósty  rok  przebywał  na  Wybrzeżu.  Mieszkał  w  małym 

dwuizbowym  domku,  niedaleko  plaży,  przycupniętym  tuż  u  stóp  Wieży 
Strażników.  Do  codziennych  obowiązków  maga  należało  poranne  wchodzenie  na 
Wieżę  i  przepatrywanie  okolic  za  pomocą  kryształowej  kuli.  Kryształowa  kula  co 
prawda  równie  i  dobrze  spisywałaby  się  na  plaży,  ale  mieszkańcy  mogliby  być 
niespokojni  nie  |i  widząc  co  rano  na  szczycie  niewielkiej  sylwetki  czarodzieja  w 
charakterystycznym  spiczastym  kapeluszu.  Wieża  była  stara,  miała  strome, 
częściowo  już  spróchniałe  schody,  ale  najgorzej  było  w  czasie  sztormu,  kiedy  wiatr 
starał  się  wywiać  czarodzieja  za  balustradę,  a  wściekła  ulewa  moczyła  całkowicie 
niebieski  płaszcz.  Tak  więc  bycie  magiem  miało  i  swoje  złe  strony.  I  o  nich  zawsze 
myślał  rankiem  z  niechęcią  i  niecierpliwością.  Zbyt  jednak  skanował  obowiązki  i 

background image

 

4

spokój  mieszkańców,  więc  codziennie  wdrapywał  się  na  Wieżę  z  kryształową  kulą 
pod pachą i dokonywał sumiennych obserwacji. 

Dzień,  w  którym  rozpocznie  się  nasza  właściwa  historia,  był  jednym  z  tych 

pięknych słonecznych dni, kiedy niebo jest bezchmurne, wiatr uspokojony gorącem 
zaszywa  się  gdzieś  w  górach,  a  powierzchnia  morza  przypomina  lustro.  W  taki 
właśnie  czas  Arivald  posapując  cicho  wdrapywał  się  na  strome  schody  Wieży,  a 
odpocząwszy chwilę na górze ustawił przed sobą kryształową kulę. Od razu zdziwił 
go odmienny wygląd kryształu. Zwykle jasny i przejrzysty teraz jakby pociemniał i 
zmatowiał. Mag splunął na palec. Potarł nim kulę, ale nic się nie zmieniło. 

- Coś takiego - mruknął do siebie - sądzę, że nie oznacza to nic dobrego. 

- Oczywiście, że nie - odezwał się nagle jakiś zgrzytliwy głos. 

Arivald drgnął zaskoczony i dojrzał w kuli głowę niemłodego już człowieka w 

spiczastym niebieskim kapeluszu. Człowiek ten miał czarne, przenikliwe oczy. One 
właśnie patrzyły z pogardą i złośliwością na zdumionego czarodzieja. 

- Będzie to bardzo niemiły dzień, mój drogi Penszo, kiedy zjawię się u ciebie - 

ciągnął głos - a nie zjawię się sam. Patrz. 

Obraz w kuli zmętniał i nagle zamiast twarzy czarnoksiężnika pojawiło się w 

niej  kilkadziesiąt  smukłych  okrętów  o  długich  smoczych  łbach,  płynących  przez 
morze  pod  wielkimi  purpurowymi  żaglami.  Ale  Arivald  na  tyle  już  doszedł  do 
siebie, że raz-dwa wymamrotał zaklęcie przeciw omamom i szybko dotknął różdżką 
kuli. Błysnęło, zamigotało i pozostało tylko sześć okrętów. Mag uśmiechnął się sam 
do siebie. 

-  No,  no  -  znów  pojawiła  się  twarz  czarnoksiężnika  -  nauczyłeś  się  widzę 

czegoś, Penszo. Ale to co widziałeś to już nie omam. A niedługo te sześć okrętów ‘ 
dobije do waszego Wybrzeża. 

- Czego chcesz ode mnie? - spytał Arivald przełykając ślinę. 

-  Od  ciebie?  Nic.  Jesteś  tylko  nędzną  kreaturą  i  spotka  cię  zasłużona  kara  za 

podszywanie  się  pod  jednego  z  członków  Bractwa.  Już  dawno  nikt  nie  ośmielił  się 
być  tak  bezczelny  jak  ty.  Kara  musi  być  więc  surowa,  aby  odstraszyć  innych 
niedoszłych samozwańców. Ale tobie poświęcę tylko chwilę mojego czasu. Płynę na 
Wybrzeże  po  księżniczkę,  bo  zapragnąłem  jej.  Niech  się  przygotuje  do  wyjazdu  ze 
mną,  bo  jeśli  nie...  -  czarnoksiężnik  zawiesił  głos  -  to  kamień  na  kamieniu  nie 
pozostanie z całego Wybrzeża. Powtórz jej to. 

Arivald potarł mocno brodę i jak zwykle posypały się z niej okruchy chleba. 

Czarnoksiężnik w kuli zaśmiał się zgrzytliwie. 

- Słyszysz idioto? - syknął - powtórz jej, że przybywa oblubieniec i lepiej niech 

będzie gotowa, aby mnie czule powitać. 

background image

 

5

Twarz  czarnoksiężnika  zniknęła,  ale  kryształ  pozostał  ciemny  i  zmatowiały. 

Arivald  usiadł  na  rozchwierutanym  zydlu  i  starał  się  zebrać  do  kupy  rozbiegane 
myśli.  Nie  ma  co,  naprawdę  był  wstrząśnięty  i  co  tu  dużo  mówić,  mocno 
wystraszony.  Kiedy  już  jednak  uspokoił  trochę  nerwy,  pomyślał  że  najważniejszą 
sprawą byłoby dowiedzieć się jak daleko od Wybrzeża znajdują się okręty najeźdźcy. 
A  na  to  był  tylko  jeden  sposób.  Wygrzebał  z  obszernej  kieszeni  płaszcza  kawałek 
węgla i narysował na podłodze koło, w które potem wpisał gwiazdę, a następnie pięć 
ramion gwiazdy poznaczył odpowiednimi dla każdego symbolami. Stanął w środku 
koła i podrapał się po nosie. 

- Zaraz, zaraz jak to było. Murem takalfaris czy Murampahnal oris. 

Różnica była zasadnicza, bo jedno zaklęcie  przywoływało któregoś z małych 

morskich  demonów,  a  drugie  leczyło  katar.  Arivaldowi  bardziej  zależało  na 
pierwszej sprawie zwłaszcza, że od lat nie chorował na katar. 

Murem takal faris - powiedział w końcu przymykając oczy i przywołując Moc. 

Sprawa  zresztą  na  tym  się  nie  kończyła.  Różdżką  należało  wykonać  całą 

skomplikowaną  sekwencję  ruchów  (a  jeden  błąd  mógł  popsuć  wszystko),  po  czym 
wypowiedzieć  długą  formułę  rozkazu,  która  Arivaldowi  jakoś  nigdy  nie  chciała  na 
stałe  wejść  do  głowy.  Tym  razem  jednak  wszystko  musiało  pójść  dobrze,  bo  po 
chwili  coś  mokrego  pacnęło  o  podłogę  i  mag  zobaczył  małego,  zielonego  demona 
omotanego wodorostami i patrzącego na niego złośliwie wyłupiastymi oczami. 

- Czego chcesz - zaskrzeczał - ty nędzna imitacjo czarodzieja, co? 

- No, no - mag pogroził mu różdżką - bądź grzeczny, bo cię uspokoję. Zaraz, 

zaraz  jak  to  było.  -  przypomniał  sobie  w  jaki  sposób  karci  się  krnąbrne  demony. 
Demon westchnął głośno. 

-  Już  dobrze,  dobrze.  Gadaj  czego  chcesz.  Nie  mam  czasu  siedzieć  tu 

godzinami  nim  ty  przypomnisz  sobie  formułę  przymuszenia.  Wolę  po  dobrej  woli. 
Tylko chciałbym wiedzieć czy pamiętasz jak mnie uwolnić od rozkazu? 

- Zdaje się, że pamiętam - mruknął niepewnie Arivald. 

- Mam nadzieję - odparł zrezygnowanym tonem demon - no, czego chcesz? 

- Płynie w stronę Wybrzeża sześć okrętów - powiedział mag. - Kiedy tu będą? 

- A skąd ja mogę wiedzieć, co ja wróżka jestem? - obraził się demon. - Mogę’ 

najwyżej powiedzieć gdzie są - dodał pojednawczo. 

- Właśnie o to mi chodzi. 

- Swoją drogą ładny z ciebie czarodziej skoro musisz mnie wzywać do takiego 

głupstwa  -  zauważył  nie  bez  złośliwości  demon  -  trzydzieści  dwie  mile,  ale  wiatr 
słabnie i trzeba omijać skały. W tym tempie będą tu nie wcześniej niż pojutrze. No, 
zadowoliłem cię? 

background image

 

6

Arivald  skinął  głową  i  wyrecytował  formułę  odejścia.  O  dziwo,  bezbłędnie. 

Demon zniknął tak szybko jak się pojawił. Teraz przyszedł czas, aby poważnie 

zastanowić  się  nad  całą  tą  niebywałą  i  zatrważającą  sprawą.  Mag  usiadł  na 

podłodze podkulając nogi i w zamyśleniu przeczesał palcami długą brodę. Miał dwa 
dni  czasu.  Przez  dwa  dni  można  zrobić  wiele.  Na  przykład  na  szybkim  koniu 
opuścić Wybrzeże i znaleźć się w Iglicowych Górach skąd już tylko trzy dni drogi do 
równin.  Ale  zostawić  księżniczkę?  Zostawić  wszystkich  tych  dobrych,  spokojnych 
ludzi  na  pastwę  czarnoksiężnika?  Lecz  cóż  innego  pozostawało  biednemu  Penszo 
bardowi  i  włóczędze,  który  pochopnie  przywdział  maskę  mędrca  i  czarodzieja? 
Przecież nie ma najmniejszych szans w walce z czarną magią! W walce z sześcioma 
okrętami  morskich  rozbójników,  a  na  pokładzie  każdego  z  nich  co  najmniej 
czterdziestu ludzi! Toż pokonanie tej potęgi było zadaniem nie tylko dla maga, ale i 
dla solidnego rycerskiego oddziału. Dwa dni. Cóż to są dwa dni. Przez dwa dni nie 
wezwie się posiłków zza gór ani nie ufortyfikuje zamku. Przez dwa dni nie  można 
zrobić zupełnie nic! A może jednak? 

Kiedy otworzył furtkę do ogrodu zobaczył, że księżniczka właśnie bawi się w 

chowanego.  Poznał  to  po  zaaferowanych  minach  dworzan  i  po  nerwowym 
przetrząsaniu przez nich krzaków oraz wpatrywaniu się w korony drzew. Od kiedy 
księżniczka  zaczęła  karać  najmniej  gorliwych  w  tej  zabawie,  od  tej  pory  wszyscy 
bieganiną  i  zgiełkiem  starali  się  udowodnić  swoje  zaangażowanie.  Bo  księżniczka 
karać umiała. Dla każdego potrafiła wymyśleć coś niezbyt przyjemnego. Hrubelowi 
Śpiewakowi  odebrała  na  trzy  dni  harfę,  Bomborowi  Borsukowi  zabroniła  przez 
tydzień  jeść  ulubiony  pasztet  z  zajęczych  języków,  Tardowi  Wyniosłemu  kazała 
przez  cały  dzień  chodzić  w  kobiecym  czepku,  a  Magnusowi  Pięknowłosemu  ścięła 
loki przy samej skórze. Księżniczka nie była uosobieniem spokoju i łagodności. Była 
krnąbrna, złośliwa i pyskata. Ale miała złote serce i wszyscy ją kochali. 

-  O,  Arivald  -  zadyszany  Magnus,  który  nawiasem  mówiąc  zupełnie 

idiotycznie wyglądał ostrzyżony najeża, zatrzymał się obok. - Witaj. Czy nie mógłbyś 
znaleźć 

księżniczki?  -  spytał  ciszej  a  potem  dodał  już  szeptem  -  powiedzieć  o  tym 

mnie? 

- Oczywiście mój drogi - odparł mag. - Nad jeziorem, pod granitowym lwem. 

W takiej okropnej dziurze. Całą suknię ma ubłoconą. 

- Dzięki, panie - Magnus pognał pędem w stronę jeziora. 

Czarodziej uśmiechnął się lekko do siebie. Takie rzeczy jeszcze potrafił. Zaraz 

jednak  spoważniał.  Nie  było  czasu  na  chichy,  śmiechy  i  zabawy.  Nadszedł  czas 
walki! 

Księżniczka wracała razem z zadowolonym Magnusem, Zastanawiała się czy 

być  nadąsaną  czy  nie.  W  dziurze  było  wilgotno,  brudno  i  ohydnie  śmierdzące,  ale 
była  ona  wspaniałą  kryjówką  do  tej  pory  przez  nikogo  nieodnalezioną.  A  teraz  ten 
Magnus, no! 

background image

 

7

Wydawało się, że to taki niedorajda. 

- Dzień dobry, pani - rzekł pochylając głowę mag. 

- O, Arivald! Od dawna tu jesteś? - spytała podejrzliwie. 

- Dopiero co nadszedł - zapewnił spiesznie Magnus. 

-  No,  nie  wiem  -  księżniczka  uważnie  spojrzała  na  niego.  -  Coś  wolno 

odrastają ci te włosy - dodała złośliwie. 

Magnus  zaczerwienił  się.  Arivald  ujął  księżniczkę  stanowczo  pod  rękę  i 

poprowadził  parkową  aleją  w  stronę  zamku.  Dał  znak  dworzanom,  aby  nie  szli  za 
nimi. 

- Cóż to się stało? - księżniczka była zdumiona. 

- Nieszczęście, pani - westchnął czarodziej. 

-  Cóżeś  znowu  sknocił?  -  beztrosko  i  nieco  złośliwie  spytała  księżniczka. 

Arivald przepuścił jej słowa mimo uszu. 

-  Czy  słyszałaś  pani  o  morskich  rozbójnikach  pływających  okrętami  o 

smoczych łbach? 

- Oczywiście, Arivaldzie, ale cóż... 

- Płyną tutaj - dokończył mag - w sześć okrętów. 

Księżniczka umilkła i odgarnęła z czoła kosmyk włosów. Teraz nie była to już 

wesoła  dziewczynka  bawiąca  się  w  chowanego  i  drocząca  ze  wszystkimi.  Przed 
Arivaldem stała władczyni. 

- Jesteś pewien? 

- Tak, pani. 

- Kiedy tu będą? 

- Za dwa dni, pani. 

-  Dobrze,  wyślę  gońców  w  góry,  ogłoszę  wici  po  wioskach.  Do  pojutrza 

powinno stanąć z pięćdziesięciu zbrojnych, jak sądzisz? 

-  Zgadzam  się  z  tobą,  pani.  Ale  razem  będziemy  mieć  tylko  setkę  mężczyzn 

umiejących  władać  toporem  czy  łukiem.  Przeszło  dwa  razy  mniej  niż  oni.  A  to  są 
mordercy, pani. Najlepiej wyćwiczeni i najbardziej okrutni mordercy na świecie. 

-  A  twoja  magia?  Czy  nic  nie  poradzisz?  Teraz  trzeba  było  przejść  do 

najgorszego. 

-  Płynie  z  nimi  czarnoksiężnik,  pani.  Mag  o  potędze  tak  wielkiej,  że  nie  śnię 

nawet by mu dorównać. 

- Czarnoksiężnik - powtórzyła księżniczka i pobladła - czy nie utrzymamy się 

choć dwa tygodnie w zamku? Wyślę gońców za góry. Mój wuj... 

background image

 

8

- Nie utrzymamy się, pani - pokręcił głową Arivald - kilka dni, może tak, ale 

nie trzy tygodnie. Bo tu najmniej tyle potrzeba. - Więc cóż robić? - księżniczka splotła 
nerwowo dłonie - czego oni tu chcą? 

Nie ma u mnie bogatych łupów ani... - spojrzała w twarz maga i umilkła - ty 

wiesz. - Spytała po chwili cichym głosem. - Wiesz czego chcą, prawda? 

- Tak, pani. 

- Mów więc! 

- Ciebie! 

-  Mnie...  mnie...  och  rozumiem.  Ukryła  twarz  w  dłoniach.  Znów  była  tylko 

małą dziewczynką. Teraz przestraszoną i zapłakaną. Arivald objął ją. Wtuliła głowę 
w jego ramię. 

- Nie płacz, malutka - powiedział czule - ja cię obronię. I kiedy mówił te słowa, 

święcie w nie wierzył. 

Hrenwig  Wilk  stał  na  dziobie  statku  i  w  milczeniu  wpatrywał  się  w  dal.  Za 

sobą  słyszał  równy  łomot  wioseł  i  miarowy,  monotonny  głos  żeglarza  podającego 
rytm.  Wiatr  zupełnie  ucichł,  żagle  wisiały  sflaczałe,  więc  do  Wybrzeża  dopłyną 
dopiero za dwa dni. Hrenwigowi nie podobała się ta cała wyprawa, nie podobał mu 
się  też  ten,  z  którym  ubili  interes.  Może  dlatego,  że  Hrenwig  nie  lubił 
czarnoksiężników i nie ufał im. Zresztą nie ufał nikomu. I pewnie tylko dlatego żył 
do tej pory. Nigdy nie popłynąłby z własnej woli na Wybrzeże, bo i po co? Okolica 
uboga, ludzie twardzi i nawykli do topora i oszczepu. Za niewielkie łupy zapłaciłby 
dużymi  stratami.  Ale  czarownik  obiecał  im  coś,  co  warte  było  o  wiele  więcej  niż 
paręnaście trupów, coś o czym marzył każdy danskarski rozbójnik. Obiecał im mapę 
morza  wokół  Złotej  Wyspy,  mapę,  na  której  ponoć  zaznaczono  wszystkie  rady  i 
mielizny.  Hrenwig  znał  wielu,  którzy  próbowali  dotrzeć  na  Wyspę,  tyle  tylko  że 
żadnego  z  nich  nie  widział  już  potem  żywego.  A  na  Wyspie,  jeśli  wierzyć  temu  co 
gadają  ludzie,  złoto  samo  pcha  się  do  rąk.  A  że  Hrenwig  cierpiał  ostatnio  na  brak 
tego  kruszcu,  więc  dał  się  skusić.  Nie  żeby  nadmiernie  wierzył  czarownikowi. 
Wiedział, że wszyscy to chytrusi i oszuści. Ale sądził, że nie będzie on tak głupi, by 
próbować ich zwieść. Długo umiera ten kto oszukał danskarskiego rozbójnika. A jak 
nawet ucieknie, to świat stanie się dla niego bardzo malutki. Danskar wszędzie miał 
szpiegów,  a  krzywda  jednego  jest  krzywdą  wszystkich.  Hrenwig  zacisnął  mocno 
dłonie  w  pięści.  Czarownik  dostanie  to  czego  chce,  dostanie  dziewczynę,  ale  biada 
mu jeżeli nie da mapy. Magia magią a topór toporem. A Hrenwig miał wielką ochotę 
sprawdzić czy czarownicy umierają tak samo jak zwykli ludzie. 

Na  Wybrzeżu  trwały  gorączkowe  przygotowania.  Ściągali  już  ludzie  z 

niedalekich osad, gońcy pośpiesznie przemierzali kraj, kuźnia pracowała pełną parą, 
a u mistrza ciesielskiego aż kipiało. Arivald nie był od tego, aby nie spróbować siły 
swej  magii.  Ślęczał  całą  noc  i  następny  dzień  nad  Księgą,  rysował  jakieś  znaki, 
powtarzał formuły i zaklęcia, wzywał demony. W efekcie nad ranem padał już nóg, 

background image

 

9

ale  miał  to  co  chciał  mieć.  Wiedział  już  jak  wywołać  burzę.  Co  tam  burzę,  to  mało 
powiedziane. Sztorm, cyklon, masakrę. Oto do czego doszedł!... 

Lecz  kiedy  stanął  na  szczycie  Wieży  Strażników,  kiedy  po  kilku  pomyłkach 

wreszcie puścił w świat straszne zaklęcie aż zadrżał. Bo to co miało się rozpętać na 
pełnym  morzu  było  przerażające  w  najwyższym  stopniu.  Próżno  jednak  czekał  na 
pierwsze  czarne  chmury,  grzmoty  i  błyskawice.  Czarnoksiężnik  Vargaler  przerwał 
na chwilę rozmowę ze sternikiem, popatrzył bacznie w stronę Wybrzeża, uśmiechnął 
się  pod  nosem,  po  czym  wyciągnął  zza  pasa  różdżkę,  machnął  nią  kilkakroć  w 
powietrzu,  zamruczał  coś  i  wrócił  do  przerwanego  dialogu.  Burza  niestety  nie 
nastąpiła: Arivald szczerze mówiąc był rozczarowany. Nie spodziewał się co prawda 
zbyt  wiele  po  swoich  umiejętnościach,  ale  liczył  chociaż  na  trochę.  No,  chociażby 
ulewę  i  grzmoty.  A  tymczasem  niebo  było  bezchmurne  jak  poprzednio  i  pogoda 
zdawała  się  stawać  iście  letnia.  Pocieszające  było  to,  że  ludzie  na  plaży  dwoili  się  i 
troili, a praca paliła im się w rękach. Zresztą nic dziwnego. Nikt nie lubi odwiedzin 
danskarskich rozbójników. Ponoć mają nienajlepsze maniery. 

Vargaler  był  coraz  bardziej  zadowolony.  Okręty  zbliżały  się  do  Wybrzeża. 

Jeszcze  godzina,  może  dwie  i  ląd  stanie  się  widoczny.  Czarnoksiężnik  traktował  tę 
wyprawę  nader  lekceważąco.  Zresztą  kogóż  było  się  bać?  Nędznego  uzurpatora, 
który liznął jakieś okruchy magii? Vargaler nie zadał sobie nawet trudu, aby zajrzeć 
w kryształową kulę. W końcu nic ciekawego w niej nie zobaczy. A Penszo próbował, 
i to się czarnoksiężnikowi nawet podobało, bo lubił ludzi upartych. Próbował zrobić 
burzę,  ale  Vargelowi  chciało  się  śmiać  na  myśl  o  tym,  ilu  ważnych  elementów 
brakowało  w  zaklęciu.  Zresztą  nie  zlikwidował  jej,  a  wysłał  tylko  bardziej  na 
wschód,  niech  tam  się  martwią.  Czarnoksiężnik  już  sobie  wyobrażał  ich  oburzenie. 
Swoją drogą co za idioci, że nie zorientowali się, że niedaleko działa samozwaniec. 

Wytężył wzrok. Zdawało mu się, że widzi już linię brzegu. 

-  Dopływamy  -  doszedł  go  zza  pleców  głos  Hrenwiga  -  mam  nadzieję,  że

 

wiesz co mówiłeś. 

- Jestem pewien - odparł czarnoksiężnik - jak uzbierają setkę to chyba będzie l 

cud,  ale  nie  sądzę,  by  księżniczka  chciała  bitwy.  Zobaczysz,  że  przyjdzie  błagać  o 
łaskę. 

-  Mam  nadzieję  -  mruknął  rozbójnik  -  a  poza  tym  nienawidzę  mieć  przeciw 

sobie magów. Wcale mi się nie podoba, że jakiś tam mieszka. 

- Bądź spokojny - uśmiechnął się lekceważąco Vargaler. - Jego biorę na siebie. 

Hrenwig przyłożył dłoń do czoła i zmrużył oczy. 

-  Tam  stoją  ludzie  -  powiedział  lekko  zdziwiony,  wytężając  wzrok. 

Czarnoksiężnik wzruszył ramionami. 

- Tym lepiej, skoro witają nas na plaży. Wszystko pójdzie szybciej, niż gdyby 

zamknęli się w grodzie. 

background image

 

10

-  Tych  ludzi  jest  dość  dużo  -  rzekł  wolno  Hrenwig  i  spojrzał  badawczo  w 

stronę Vargalera. 

Czarnoksiężnik  zniecierpliwiony,  gdyż  miał  słabszy  wzrok  od  rozbójnika, 

strzepnął tylko dłońmi. 

- Zaraz zobaczymy, co się dzieje - mruknął. - Poczekajmy. 

Zbliżali się. Niedługo wiosła zwolniły rytm i sześć idących łeb w łeb okrętów 

szło  po  wodzie  jedynie  siłą  rozpędu.  Byli  już  tak  blisko  plaży,  że widoczny  stał  się 
każdy szczegół. No może nie każdy szczegół, ale wszystko wydawało się znaczące. 

Oszukałeś nas - warknął Hrenwig chwytając czarnoksiężnika za ramiona. 

Ale  i  Vargaler  ogłupiały  wpatrywał  się  w  brzeg,  na  którym  na  przestrzeni 

może  tysiąca  kroków  stali  w  pięciu  szeregach  okuci  w  stal  rycerze.  Na  przedzie 
widać było łuczników, co najmniej dwustu, a za nimi stało jeszcze trzystu zbrojnych 
z  toporami,  pikami  lub  mieczami  w  dłoniach.  Tuż  przy  brzegu  wody  spoczywały 
trzy balisty, a obok każdej leżał pokaźny stos kamieni. 

- Głupcze! - krzyknął Vargaler - to musi być omam! 

Hrenwig  puścił  go  na  chwilę  i  przeciągnął  spojrzeniem  po  swoich  ludziach, 

którzy zasępieni i zdumieni przypatrywali się obrońcom Wybrzeża. 

- Rób co chcesz, czarowniku - warknął Hrenwig - ale póki widzę to, co widzę, 

żadna łódź nie dobije do płazy. 

Vargaler wyciągnął zza pasa różdżkę, machnął kilkakroć, wymamrotał jakieś 

zaklęcie,  ale  pięciuset  wojowników  jak  stało  tak  stało.  Łucznicy  szukali  sobie 
najdogodniejszych  miejsc,  obsługa  balist  układała  kamienie,  a  siwobrody  starzec 
chodził między rycerzami. 

-  Nic  nie  rozumiem  -  potrząsnął  głową  czarnoksiężnik  -  przecież  nie  mogli 

zdążyć wezwać posiłków zza gór. 

-  Słuchaj  czarowniku  -  Hrenwig  oparł  się  o  burtę  okrętu.  -  Nie  boję  się  tych 

ludzi  i  mogę  przejechać  im  po  karkach.  Zwłaszcza,  że  sądzę,  iż  wielu  to  mogą  być 
przebrane kobiety, stąd przecież nie widać dobrze co jest dalej. Ale ciekaw jestem z 
kim podbiję Złotą Wyspę jak mi tu wytną połowę załogi. Wymyśl coś, mądralo.

 

Vargaler w zdenerwowaniu wzruszył ramionami. 

- No zrób coś - rzucił ponaglająco rozbójnik. - Burzę, ogień. Sarn chyba wiesz 

najlepiej. 

Czarnoksiężnik  po  raz  kolejny  zadumał  się  nad  niewiedzą  ludzi.  Czy  oni 

sądzą, że burza to tak jak pstryknąć palcami? Nad dobrą burzą należy siedzieć ładne 
pół dnia, a i wtedy nie zawsze wychodzi. Żeby jeszcze stali w lesie, ale tutaj? Co on 
ma palić? Piasek? wodę? Też pomysł! Vargaler uznał, że czas użyć kryształowej kuli. 
Wygrzebał  ją  ze  swego  wora,  zasłonił  palcami  przed  rozbójnikiem  i  po  chwili 
wiedział  już  wszystko.  Tylko  około  stu  może  stu  dziesięciu  ludzi  stało  na  brzegu. 

background image

 

11

Reszta,  ci  w  dalszych  szeregach  to  zręcznie  wykonane  manekiny  w  drewnianych 
zbrojach  pomalowanych  błyszczącą  farbą.  Pierwsze  szeregi  kręcąc  się  i 
przemieszczając sprawiały dla patrzącego z oddali wrażenie, iż cała plaża pełna jest 
ruchu. Vargaler uśmiechnął się triumfująco. 

- To atrapy - powiedział radośnie. - Naprawdę jest ich tylko stu. 

- Pokaż - Hrenwig odepchnął go od kuli. - Nic w niej nie widzę - warknął. 

-  Tylko  ja  potrafię  w  nią  patrzeć  -  odparł  wyniośle  Vargaler  -  ale  wierz  mi, 

możemy atakować. 

Hrenwig nie był człowiekiem głupim. Zresztą, gdyby był głupi nie przeżyłby 

tyle lat jako hövding  danskarskich rozbójników. Nie miał co prawda pojęcia w jaki 
sposób liczba obrońców sięgnęła tak zawrotnej wysokości, ale nie podejrzewałby aby 
ktokolwiek będący przy zdrowych zmysłach budował na plaży sztucznych rycerzy. 
Przecież  na  Wybrzeżu  wiedziano,  iż  przypływa  czarnoksiężnik,  a  jego  nie 
próbowano by nabierać na tak prymitywną sztuczkę. Teraz oczywiście Vargaler chce 
walki,  ale  przecież  jemu  nie  zależy  czy  przeżyje  ją  dwustu  rozbójników  czy  żaden. 
Żaden to nawet lepiej, bo nie trzeba będzie nikomu dawać mapy. Ale Hrenwig był za 
szczwanym lisem, aby złapać się w pułapkę. 

- Ręczę - powiedział Vargaler - że trzy ostatnie szeregi to tylko imitacja, balisty 

zresztą z pewnością też. Uwierz mi. 

Hrenwig dał znak dłonią i łódź z lewej pomknęła w stronę brzegu. 

- Zobaczymy - mruknął absolutnie nieprzekonany. 

Kiedy  okręt  był  całkiem  niedaleko  i  czarnoksiężnik  zaczynał  się  już 

triumfalnie  uśmiechać,  nagle  balisty  jęknęły  i  huragan  kamieni  uderzył  w  płynącą 
łódź.  Ta  zrobiła  szybki  w  tył  zwrot,  ale  Hrenwig  dobrze  widział  kilku  leżących  na 
pokładzie, a kilku innych jęczało i krwawiło. 

-  Idioto  -  oczy  rozbójnika  pałały  gniewem.  -  Atrapa,  co?  Sztuczka,  imitacja, 

brać go chłopcy! - ryknął nagle. 

Czarnoksiężnik zajęczał w żelaznych ramionach żeglarzy. Nim zdołał uczynić 

choć ruch związali mu linami ręce i nogi. 

- Przeklnę was - zaczął - Rzucę taki urok, że nigdy... 

Zatkać mu gębę! - rozkazał Hrenwig. 

Popatrzył na omotanego czarnoksiężnika i podrapał się po głowie. W gruncie 

rzeczy jak na danskarskiego pirata był dość uczciwym człowiekiem, ale serdecznie - 
nienawidził magów. 

- Odpływamy - zadecydował - a ty łotrze - zwrócił się do Vargalera - opowiesz 

dokładnie wszystko co wiesz o tej mapie. Bo jeśli nie - zawiesił głos i 

background image

 

12

spojrzał  na  załogę  -  to  jeśli  o  mnie  chodzi,  dawno  chciałem  usłyszeć,  jak 

śpiewa przypiekany czarownik. 

Odpowiedział  mu  rechot  rozbójników.  Łodzie  płynęły  w  stronę  pełnego 

morza. 

Na zamkowym podwórcu ustawiono stoły suto zastawione jadłem i napojami. 

Zarżnięto wiele krów, świń, niezliczoną  ilość kur, a kucharze księżniczki  pracowali 
jak  w  ukropie  przez  cały  dzień.  Wytoczono  mnóstwo  beczek  dobrego,  marcowego 
piwa,  a  księżniczka  kazała  nawet  sięgnąć  po  dwustuletnie  wino  trzymane  na 
specjalne  okazje.  Okazja  była  przecież  jedyna  w  swoim  rodzaju.  Wybrzeże  odparło 
Danskarczyków  i  w  dodatku  czarnoksiężnika!  Będzie  co  opowiadać  dzieciom  i 
wnukom,  będzie  czym  zadziwiać  przyjezdnych.  Teraz  goście  jeden  przez  drugiego 
chełpili się co kto zrobił dla wspólnej sprawy. Ten krzyczał, że najlepiej i najszybciej 
ciosał drewniane zbroje, ów twierdził, że gdyby nie hełmy, który zrobił, to kto wie, 
co  by  się  stało,  tamten  na  odmianę  uważał,  że  zwycięstwo  Wybrzeże  zawdzięcza 
zręcznemu  pomalowaniu  sztucznych  pancerzy.  Najgłośniej  wydzierali  się  otoczeni 
zachwyconymi  dziewkami  Magnus  i  mistrz  Borhan.  Oni  bowiem  doprowadzili  do 
ładu stare i nieużywane od lat balisty, oni postarali się aby były zdolne oddać choć 
jeden strzał. Ó Arivaldzie nikt nie wspominał. Ale nie z niewdzięczności. Po prostu 
dla każdego było zupełnie jasne, że właśnie mag uratował Wybrzeże, a oni wszyscy 
mogli  się  tylko  spierać  o  to  kto  najlepiej  wykonywał  jego  polecenia.  Teraz 
wpatrywano się w niego z nabożnym szacunkiem, uważnie słuchano każdego słowa, 
które  raczył  wypowiedzieć,  jego  opinię  uważano  za  ostateczną,  a  o  tym,  by  kto  go 
poklepał  po  ramieniu,  huknął  pucharem  w  jego  puchar,  czy  poprosił  o  zrobienie 
kilku niewinnych czarodziejskich sztuczek nie było nawet mowy. 

Arivald  odszedł  od  stołów  pełnych  rozbawionych  i  pijanych  ludzi.  Wzdłuż 

plaży doczłapał się do własnego domku  i raz jeszcze rzucił tylko okiem na groźnie 
stojące  zastępy  drewnianych  rycerzy.  Usiadł  za  stołem  i  rozłożył  Księgę  Czarów. 
Wiedział co jeszcze chce osiągnąć i czuł przepełniającą go Moc. Kiedy uczyni to, co 
zamierzał  od  dawna,  wtedy  będzie  naprawdę  magiem.  Potężnym  magiem 
Arivaldem. 

Księżniczka  była  niewyspana,  choć  dawno  minęło  południe,  ale  na  prośbę 

Arivalda wyszła z sypialni i zdziwiona ziewając spytała: 

- Co tak wcześnie? 

- Mam dla ciebie prezent, pani - odparł dumnie mag. 

- Prezent? - zainteresowała się księżniczka, zapominając o senności. 

-  Tak,  pani  -  czarodziej  położył  na  stole  dwa  niewielkie  kamyki.  -  One 

zamienią się w to, o czym zawsze marzyłaś. 

- Brylantowe kolczyki - klasnęła w dłonie księżniczka. 

- Otóż to - stwierdził z godnością Arivald. 

background image

 

13

-  Poczekaj,  zawołam  wszystkich  -  krzyknęła  księżniczka  i  już  wypadła  z 

komnaty wołając: 

- Magnusie, Hrubelu, Tordzie, Bomborze! 

Kiedy zjawili się na rozkaz księżniczka obwieściła: 

-  Arivald  stworzy  dla  mnie  brylantowe  kolczyki.  Tylko  mają  być  duże  - 

zastrzegła. 

Wszyscy  zastygli  w  podziwie  z  szacunkiem  wpatrując  się  w  skupioną  twarz 

maga i w jego uniesioną różdżkę. 

-  Marraris,  develtos,  sambargo  -  krzyknął  Arivald,  po  czym  wykonał  kilka 

skomplikowanych  ruchów  i  stuknął  różdżką  w  kamienie.  Błysnęło,  pod  sufit 
podniósł  się  dym,  a  kiedy  opadł,  obecni  ujrzeli  siedzącą  na  stole  wielką  ropuchę. 
Wyjątkowo wielką i wyjątkowo paskudną. 

- Oj! - pisnęła zaskoczona księżniczka. 

Dworzanie przez chwilę stali nieruchomo, jakby sami zmienili się w posągi, aż 

wreszcie  gruchnęli  potężnym  śmiechem.  Bombor  aż  się  zatoczył  i  wpadł  pod  stół. 
Ropucha  uciekła.  Arivald  zwiesił  głowę  i  wolno  schował  różdżkę  za  pas.  Chciał 
odwrócić się i odejść kiedy objęły go ciepłe ramiona księżniczki i. poczuł jej usta na 
policzku. 

- Przecież właśnie takiego cię kochamy - szepnęła. 

Spojrzał  po  twarzach  dworzan  i  uśmiechnął  się.  Był  pewien,  że  następnym 

razem  nikt  nie  będzie  się  bał  stuknąć  z  nim  pucharem  ani  poklepać  po  ramieniu,  a 
dzieci znów poproszą o czarodziejskie sztuczki. A to przecież było najważniejsze na 
świecie.