background image

ANNE MARIE WINSTGON 

PIRAMIDA KŁAMSTW 

background image

Gretchen Wagner - światowej sławy archeolozka, która 

nie ma problemów z rozszyfrowaniem najstarszego pis­

ma w dziejach ludzkości, lecz wydarzenia z jej własnego 

dzieciństwa są dla niej tajemnicą 

Kurt Miller - prywatny detektyw, wynajęty, by odnaleźć 

zaginioną Gretchen Wagner i przywieźć ją do jej rzeko­

mego biologicznego ojca 

Jake Ingram - teraz już zna prawdę i wie, że jest jed­

nym z pięciorga genetycznie zmodyfikowanych dzieci. 

Wie także, że musi odnaleźć pozostałą czwórkę, zanim 

zrobi to przestępcza siatka 

Violet Vaughn Hobson - biologiczna matka Superpiątki, 

która wychodzi z ukrycia, by uratować swe dzieci przed 

grożącym im niebezpieczeństwem 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Oho, znów widzę to spojrzenie. 

- Jakie? - spytała Gretchen Wagner, nie zwracając 

uwagi na żartobliwy ton asystentki. 

Nieobecna myślami, wpatrywała się w kobietę trzy­

mającą na rękach niemowlę o ogromnych czarnych 

oczach. Matce, ubranej po europejsku, na pewno było 

w tym majowym skwarze chłodniej niż Gretchen i Na­

ncy, które z szacunku dla miejscowej tradycji nosiły 

bluzki z długimi rękawami, spódnice do ziemi, a na 

głowie bawełniane chusty. 

Po chwili, pchnąwszy ciężkie szklane drzwi, zna­

lazły się w klimatyzowanym holu kairskiego hotelu. 

Każda natychmiast zdjęła hidżab i przeczesała ręką 

włosy, po czym starannie złożyła cienki jak muślin, 

podłużny pas materiału. 

- Maślane, rozmarzone, pełne zachwytu - odparła 

Nancy Claxten. - Czyżbyś zapragnęła mieć dzieciątko? 

Gretchen zmierzyła asystentkę zdumionym wzrokiem. 
- Mówisz takim tonem, jakbyś nie lubiła dzieci. -

Nie mieściło się jej w głowie, jak można nie czuć 

wzruszenia na widok pulchnego, rozkosznego niemow­

lęcia. 

- Lubię. - Nancy wzruszyła ramionami. - Ale nie 

background image

są dla mnie priorytetem w życiu. Dzieci to dzieci, ro­

zumiesz? 

Nie, Gretchen tego nie rozumiała. Na skutek jakiejś 

traumy, którą musiała przeżyć w dwunastym roku ży­

cia, kiedy to została adoptowana przez Hansa i Annikę 

Wagnerów, była pozbawiona wszelkich wspomnień 

z dzieciństwa. W przeciwieństwie do innych dzieci 

nigdy nie miała koleżanek, a przynajmniej żadnych nie 

pamiętała. Jako nastolatka zaś nie umiała znaleźć sobie 

miejsca w świecie rówieśników. 

Nie stanowiło to dla niej większego problemu. Była 

wybitnie inteligentna, pasjonowała się nauką i w wieku 

piętnastu lat skończyła szkołę średnią i rozpoczęła stu­

dia językoznawcze. W wieku dwudziestu lat zdobyła 

tytuł magistra. Dwa lata później napisała doktorat po­

święcony starożytnym tekstom i próbom ich translite­

racji. Po obronie doktoratu pracowała na wielu słyn­

nych uczelniach w całych Stanach. Doskonale znała 

jedenaście nowożytnych języków, kilka innych znała 

biernie, w tym grekę i łacinę. 

Ale nie znała się na dzieciach. W swoim dorosłym 

życiu ani razu się z żadnym nie zetknęła. Do niedawna 

było jej z tym całkiem dobrze, jednakże parę miesięcy 

temu zdała sobie sprawę, że jej zegar biologiczny tyka 

z każdym dniem coraz głośniej, ostrzegając ją, by się 

pospieszyła. 

- Innymi słowy, nie kusi cię macierzyństwo? 

- Nie mam ochoty wiązać się na stałe. Poza tym 

jestem najstarsza z szóstki rodzeństwa. Opieka nad 

braćmi i siostrami porządnie dała mi się we znaki. -

background image

Nancy pokręciła z uśmiechem głową. - Zresztą mam 

dopiero dwadzieścia dwa lata. 

Szczęściara, pomyślała Gretchen. Jeszcze długo mo­

że nie myśleć o zachodzeniu w ciążę. 

- Natomiast ty - kontynuowała Nancy - jeżeli za­

mierzasz założyć rodzinę, to powinnaś zacząć rozglą­

dać się za odpowiednim partnerem. Bądź co bądź, zbli­

żasz się do czterdziestki, prawda? 

- Jeszcze mi trochę brakuje - odparła Gretchen, 

która niedawno obchodziła trzydzieste piąte urodziny. 

Boże, czyżby tak staro wyglądała? 

- Ups, przepraszam! Właśnie zamierzałam dodać, 

że nie wyglądasz na czterdziestkę. Moja matka ma tyle, 

i w porównaniu z tobą jest staruszką. Z kolei najmłod­

sza siostra mamy niedawno skończyła trzydziestkę 

i też się z tobą nie może równać. No ale ona ma trójkę 

dzieci. Może jak kobieta tak strasznie krzywi się z bólu 

podczas porodu, to potem ta rozciągnięta skóra na twa­

rzy nie wraca na miejsce i stąd... 

- Przestań. - Gretchen starała się powstrzymać od 

śmiechu. - Tylko pogarszasz sytuację. 

- Jak to? - W oczach Nancy odmalowało się zdzi­

wienie. 

- A tak to. Twoja trzydziestoletnia ciotka ma trójkę 

dzieci, więc co ja biedna mam powiedzieć? Jestem sta­

ra. Za stara, żeby założyć rodzinę. - Nigdy dotąd Gre­

tchen nikomu nie zwierzała się ze swoich marzeń 

o mężu, dzieciach, domku z ogródkiem. 

- Rety! - Wzdychając teatralnie, Nancy popatrzyła 

w sufit. - Sama jesteś sobie winna, wiesz? Rodzina 

background image

nie spada z nieba. Trzeba włożyć odrobinę wysiłku, 

rozejrzeć się... 

- Słucham? - spytała Gretchen. Nie takiej spodzie­

wała się reakcji. 

- Zgoda, może świat akademicki nie grzeszy nad­

miarem adonisów, ale ty jesteś tak pochłonięta pracą, 

że na facetów nie zwracasz uwagi. Więc wyjaśnij mi, 

jak chcesz poznać swego przystojnego, umięśnionego 

księcia, jeśli z nim wcześniej nie porozmawiasz? 

- A czy wśród mężczyzn przemierzających dostoj­

ne korytarze londyńskiego University College kiedy­

kolwiek widziałaś przystojnego, umięśnionego księcia? 

- Masz rację. - Nancy obeszła pośpiesznie stół 

i fotele stojące naprzeciw wyłożonej marmurem rece­

pcji. - Muskularnych przystojniaków raczej się tam nie 

uświadczy. Moim zdaniem, jeśli chcesz znaleźć faceta, 

musisz poszerzyć pole poszukiwań. 

- Wiesz, od pewnego czasu się nad tym zastana­

wiam. I dochodzę do wniosku, że właściwie to mi nie 

zależy na facecie. 

- Jesteś lesbijką? Ojej, przepraszam, że tak na siłę 

próbuję cię wyswatać... 

- Nie jestem żadną lesbijką! - zaprotestowała Gre­

tchen, trochę głośniej niż zamierzała, bo siedzący w fo­

telu atrakcyjny szatyn podniósł z zaciekawieniem 

wzrok. Oblewając się rumieńcem, ściszyła głos. - Cho­

dziło mi o to, że w dzisiejszych czasach bez pomocy 

mężczyzny też można zajść w ciążę i urodzić dziecko. 

- Masz na myśli metodę in vitro, banki spermy i tak 

dalej? - spytała Nancy, przystając przed windami. -

background image

Czy to nie kosztuje fortuny? Zresztą naprawdę chcia­

łabyś sama wychowywać dziecko? Bo ja nie. Kto by 

się bachorem zajmował, kiedy byłabyś osowiała przed 

miesiączką? Albo kiedy nabawiłabyś się grypy? Albo... 

- Nancy... - Gretchen przerwała asystentce w pół 

słowa. - Czy przypadkiem nie szukasz dziury w całym? 

- Co? Jakiej dziury? - Po chwili zreflektowała się. 

- No dobra, już milczę. 

Rozległ się dzwonek znamionujący przyjazd windy 

i po chwili drzwi się rozsunęły. Gretchen z Nancy we­

szły do kabiny, zaraz za nimi wszedł szatyn, który 

wcześniej siedział w holu. Napotkawszy wzrok Gre­

tchen, uśmiechnął się, po czym przeniósł spojrzenie 

na tablicę z przyciskami. Widocznie mieszkał na tym 

samym piętrze co jedna z nich, bo oparł się o ścianę, 

nie wciskając żadnych dodatkowych guzików. 

Choć czuła się speszona tym, że słyszał fragment 

ich rozmowy, Gretchen ponownie zerknęła na obcego. 

Facet był piekielnie przystojny, o krótko przyciętych, 

lekko kręconych ciemnych włosach i piwnych oczach 

obramowanych długimi rzęsami. Na skutek opalenizny 

sprawiał wrażenie człowieka, który urodził się na Bli­

skim Wschodzie, przypuszczalnie jednak pochodził ze 

Stanów lub Europy. Miał mocno zarysowaną szczękę 

oraz dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiechał. Wy­

soki, wzrostu około metra osiemdziesiąt pięć, potężnie 

zbudowany, szeroki w ramionach - podejrzewała, że 

w trosce o kondycję podnosił ciężary. Kiedy skrzyżo­

wał ręce na piersi, rękawy koszulki polo o mało nie 

pękły w szwach. 

background image

Słysząc, jak Nancy chrząka, Gretchen skierowała 

na nią wzrok. Szczerząc w uśmiechu zęby, dziewczyna 

uniosła znacząco brwi. 

- Wieczorem idziemy całą paczką do Pub 28. Może 

byś się z nami wybrała? A nuż spotkasz tam swojego 

księcia z bajki? 

Tego tylko brakowało! Ma iść do baru, w którym 

uwielbiają przesiadywać mieszkający w Kairze Angli­

cy i Amerykanie, z grupą studentów, wśród których 

czułaby się starzej niż Matuzalem? Z Nancy, która ko­

niecznie chce bawić się w swatkę? O nie! Zresztą Na­

ncy dobrze wie, że ona, Gretchen, nie brata się ze stu­

dentami. Właściwie z nikim się nie brata; trzyma się 

na uboczu. 

- Nie, dziękuję. 

Uśmiechnęła się, starając się złagodzić swój ton. Nie 

chciała urazić dziewczyny, która była doskonałą asy­

stentką i w sumie niezwykle sympatyczną osobą. Po­

znały się na Harvardzie. Nancy zapisała się na kilka 

prowadzonych przez Gretchen kursów, a potem ucie­

szyła się z możliwości towarzyszenia jej do Egiptu, 

gdzie miały pracować nad rozszyfrowywaniem Tablic 

Ahkramihtona. Na miejscu okazało się, że Nancy nie 

potrafi pracować w ciszy. Chcąc nie chcąc, Gretchen 

stopniowo zaczęła się otwierać, wyłaniać zza muru, za 

którym zazwyczaj się kryła. 

- Ten upał mnie wykańcza - dodała po chwili. -

Zjem kolację w restauracji hotelowej i położę się spać. 

Winda zatrzymała się. 

- Jasne. Tylko pamiętaj, co powiedziałam o roz-

background image

szerzeniu pola poszukiwań. - Nancy popatrzyła zna­

cząco na Gretchen. Nie doczekawszy się reakcji, wzru­

szyła ramionami i wysiadła. - To co? Jutro o dziewią­

tej w holu? 

- Tak. Baw się dobrze. 

- Ty też. 

Drzwi zasunęły się z cichym sykiem. Gretchen, któ­

ra została w kabinie z przystojnym nieznajomym, wbi­

ła wzrok w podłogę. Przypomniawszy sobie słowa Na­

ncy o księciu z bajki, poczuła, jak rumieniec rozpala 

jej twarz. No tak, świetnie. Teraz przystojniak z windy 

weźmie ją za jedną z tych samotnych kobiet, które roz­

paczliwie poszukują mężczyzny. Policzki coraz bar­

dziej jej płonęły. Zerknęła na wyświetlające się nad 

drzwiami numery pięter. Jeszcze kilka sekund, pomy­

ślała z ulgą. 

Mężczyzna odchrząknął. Obejrzawszy się przez ra­

mię, ze zdumieniem napotkała jego wzrok. 

- Pani jest Amerykanką? - spytał. 

Sądząc po akcencie, sam pochodził z południa Sta­

nów. Głos miał niski, lekko ochrypły - dokładnie taki, 

jakiego się spodziewała. Tyle że dotychczas jej ocze­

kiwania nigdy się nie spełniały. Miała nieduże doświad­

czenie z mężczyznami, ale na ogół było tak, że kiedy 

facet wyglądał bosko, to mówił nieprzyjemnym dla 

ucha piskliwym lub nosowym głosem, który działał 

na kobiety, a przynajmniej na nią, jak przysłowiowy 

kubeł zimnej wody. 

W odpowiedzi skinęła głową. Wyszło to trochę ob­

cesowo. 

background image

- Tak - odparła. Wyszło to niewiele lepiej. Niena­

widziła kurtuazyjnych, nic nieznaczących rozmówek. 

Po prostu, jak mawiała Nancy, nie lubiła strzępić sobie 

języka. 

- Tak mi się wydawało - stwierdził obcy. - Miło 

słyszeć swojski akcent. 

- Mimo że nie jest z południa? 

Roześmiał się. W kącikach oczu pojawiły mu się 

malutkie zmarszczki. 

- Mimo. 

Winda stanęła. Oboje wysiedli, oboje skręcili w le­

wo. Gretchen pierwsza doszła do swojego pokoju; nie­

znajomy wyminął ją i ruszył dalej korytarzem. 

- Miłego wieczoru - rzekł, oddalając się. 

- Dziękuję. - Popatrzyła na niego spod rzęs, zbyt 

speszona, aby cokolwiek więcej powiedzieć. 

Zamknąwszy za sobą drzwi, zdjęła bawełnianą bluz­

kę oraz długą spódnicę z khaki. Nie była przyzwycza­

jona do tak suchego klimatu, jaki panował w tej części 

świata. Miała wrażenie, jakby z jej organizmu wypa­

rowały wszystkie płyny, do ostatniej kropelki. Napu­

ściła do wanny letniej wody, wrzuciła kilka kulek za­

pachowych, po czym upięła włosy w kok i wyciągnęła 

się w kąpieli. Leżała, rozkoszując się błogim spoko­

jem, dopóki czubki jej palców nie zaczęły przypominać 

krepiny. Po kąpieli dokładnie wtarła w skórę balsam 

nawilżający. 

Godzinę później włożyła sięgającą ziemi cienką su­

kienkę o dopasowanej górze i plisowanej spódnicy, na 

ramiona zarzuciła szal i tak ubrana zeszła na dół do 

background image

restauracji. Ponieważ bywała wcześniej zarówno 

w Egipcie, jak i w innych krajach Bliskiego Wschodu, 

miała odpowiednio skompletowaną garderobę. Wie­

działa, że podróżująca samotnie kobieta powinna kie­

rować się paroma podstawowymi zasadami bezpie­

czeństwa, zwłaszcza w krajach muzułmańskich. 

W hotelu znajdowało się kilka restauracji podają­

cych potrawy międzynarodowe, trzy małe knajpki spe­

cjalizujące się w kuchni etnicznej, duży, niezwykle ele­

gancki lokal, w którym kelnerzy paradowali we fra­

kach, równie duża, lecz bardziej swojska restauracja, 

w której podawano specjały kuchni amerykańskiej 

oraz dwa bary, w których do jedzenia były tylko ka­

napki i małe przekąski. 

Gretchen wybrała restaurację amerykańską. Posa­

dzono ją przy niedużym stoliku w rogu sali, co przyjęła 

z wdzięcznością. Chociaż była przyzwyczajona do 

spożywania posiłków w samotności, bo niemal całe 

dorosłe życie to robiła, nie cierpiała stolików na środku 

sali. Miała wtedy wrażenie, że wszyscy w restauracji 

zerkają na nią ze współczuciem. 

Oj, Gretchen, jesteś żałosną, skoncentrowaną na so­

bie egoistką, usłyszała wewnętrzny głos. 

Nie przejmuj się, powiedział inny głos. W końcu 

na kogo możesz liczyć, jak nie na siebie? 

Zamówiła do posiłku kieliszek pinot grigio. Czuła 

się dziś wyjątkowo spięta i pobudzona. Sama nie wie­

działa dlaczego. Prace badawcze, które prowadziła, po­

woli zbliżały się ku końcowi. Publikacja tekstu na te­

mat Tablic Ahkramihtona odbije się echem na całym 

background image

świecie. Echem, które szybko ucichnie, lecz w środo­

wisku naukowców zajmujących się kulturą antyczną 

wywoła ogromny oddźwięk. Tablice Ahkra, jak je 

w skrócie nazywano, to najwcześniejsze teksty pisane 

przez człowieka, starsze co najmniej o pięćset lat od 

używanego przez Sumerów pisma klinowego czy egi­

pskich hieroglifów. 

Jako światowej sławy ekspert od starożytnego pi­

śmiennictwa Gretchen miała za zadanie rozszyfrować 

niedawno odkryte teksty. Dziś zdołała odczytać dwa 

ostatnie znaki, które sprawiały jej najwięcej problemów. 

Teraz naukowcy będą mogli się zająć interpretacją Tablic. 

Odniosła sukces; miała co świętować. Praca nad Tabli­

cami Ahkra stanowiła ukoronowanie jej kariery. A jed­

nak. .. jednak to wciąż za mało. Wciąż czuła niedosyt. 

Cóż z tego, że w świecie akademickim święciła 

triumfy, że odtąd jej nazwisko już zawsze będzie ko­

jarzone z Tablicami Ahkramihtona, skoro nie ma z kim 

dzielić swojej radości i dumy? Gdyby jutro wpadła pod 

pociąg albo w inny sposób zniknęła z powierzchni zie­

mi, nikt nie uroniłby po niej łzy. 

Jeśli chodzi o życie osobiste, to na tym polu po­

niosła sromotną porażkę. I niestety jest za późno, aby 

cokolwiek w tej dziedzinie naprawić. Może natomiast 

wykonać jedną rzecz, która na zawsze odmieni jej ży­

cie. Która sprawi, że już nigdy nie będzie samotna. 

Może zajść w ciążę i urodzić dziecko. 

Dziecko... Zdała sobie sprawę, że myśl o dziecku 

powoli, lecz systematycznie dojrzewała w jej podświa­

domości. 

background image

Gretchen pogrążyła się w zadumie. Od pewnego 

czasu ze ściśniętym sercem spoglądała na rozkoszne 

niemowlęta i kobiety, które tulą maleństwa do piersi. 

Dziś, po rozmowie z Nancy, zaczęła poważnie się za­

stanawiać nad ideą macierzyństwa. Podnosząc do ust 

kieliszek wina, uśmiechnęła się do siebie. Wie, co na­

leży zrobić. Im dłużej o nim myśli, tym bardziej jest 

zdecydowana. Własne dziecko, w połowie składające 

się z jej komórek... Własne, nie adoptowane. Chociaż, 

skarciła się szybko w myślach, nie ma niczego złego 

w adopcji. Dzięki Bogu za takich ludzi jak jej rodzice, 

którzy postanowili otoczyć sierotę miłością. Ona oczy­

wiście też rozważy pomysł adopcji, jeżeli nie zdoła 

urodzić sama. 

Nie chce drugiej połowy życia spędzić samotnie. 

Gdyby miała dziecko... Więzy krwi... marzyła o tym. 

Nigdy na ten temat słowem nie wspomniała, kiedy żyli 

jej adopcyjni rodzice. Za nic w świecie nie chciałaby 

im sprawić przykrości. Ale od ich śmierci czuła nara­

stającą z każdym rokiem potrzebę biologicznej łącz­

ności z drugim człowiekiem. 

Pragnęła ofiarować swojemu dziecku to wszystko, 

czego sama była pozbawiona. A przynajmniej czego 

nie pamiętała. Jej dziecko każdego roku w tym samym 

dniu obchodziłoby urodziny; robiłaby mu zdjęcia, ba­

wiłaby się z nim, opowiadałaby mu bajki, słowem od 

pierwszych dni życia tworzyłaby mu wspomnienia. 

Ponownie podniosła kieliszek do ust i wypiła za 

swój sukces, za swoje zdrowie i za plan, który coraz 

bardziej krystalizował się jej w głowie. Gdy tylko wró-

background image

ci do Bostonu, zacznie rozglądać się za mężczyzną, 

z którym mogłaby zajść w ciążę. Seks z nieznajomym, 

wyłącznie w celu prokreacji, nie bardzo jej odpowia­

dał, ale nie miała wyjścia. Sztuczne zapłodnienie oraz 

metoda in vitro to, jak czytała, dość kosztowne zabiegi. 

Co prawda dobrze zarabiała, lecz nigdy nie szastała 

pieniędzmi. I teraz też nie miała zamiaru tego robić. 

Wiedziała, że jako samotna matka musiałaby liczyć 

wyłącznie na siebie. 

Jej rodzice byli bogatymi ludźmi, ale wkrótce po ich 

śmierci Gretchen oddała cały odziedziczony po nich ma­

jątek. Ponieważ pracowała i powodziło się jej całkiem 

nieźle, uznała, że przekazując pieniądze na jakiś szla­

chetny cel, lepiej uczci pamięć wspaniałych ludzi, którzy 

ją adoptowali, niż jeśli zatrzyma je dla siebie. 

Hm, teraz żałowała, że nie zostawiła sobie kilkuset 

tysięcy na czarną godzinę. Ale trudno. Zatem w ciążę 

zajdzie metodą tańszą i bardziej staroświecką - z żywym 

mężczyzną. Roześmiała się nerwowo. Opanuj się, zganiła 

się w duchu. Jak ty sobie poradzisz, jeżeli na samą myśl 

o seksie z nieznajomym drżysz ze zdenerwowania? 

Nie obejrzała się, by sprawdzić, czy ktoś obserwuje 

jej dziwaczne zachowanie. Wiedziała, że nikt na nią 

nie patrzy. Była pierwowzorem niewidzialnej kobiety, 

o której nakręcono serial telewizyjny. 

No cóż. Nie zamierzała z tego powodu rozdzierać 

szat. „Niewidzialność" ma pewne zalety. Osoba nijaka, 

niewidzialna, nie zwraca na siebie uwagi, a Gretchen 

nie znosiła być w centrum zainteresowania. Uśmiech­

nęła się na wspomnienie matki, która usiłowała namó-

background image

wić ją na lekcje tańca lub zajęcia w kółku dramaty­

cznym. Oczywiście bez powodzenia. Nawet sporty dru­

żynowe napawały Gretchen przerażeniem - wyobra­

żała sobie widzów, którzy czekali na każde jej potknię­

cie. Brr! 

To był kolejny powód, dlaczego pragnęła mieć 

dziecko. Od swojej pociechy nie będzie wymagała do­

skonałości. Nawet jeśli dziecko popełni błąd, ona i tak 

będzie je kochała. 

Zacisnęła palce tak mocno na widelcu, że metalowy 

trzonek boleśnie wbił się jej w dłoń. Nie rozumiała 

własnych emocji. Przecież rodzice do niczego jej nie 

zmuszali. Chcieli jedynie, aby miała do wyboru różne 

możliwości. Boże, gdyby tylko mogła sobie przypo­

mnieć pierwsze dwanaście lat życia. Do szału dopro­

wadzał ją fakt, iż nie ma ani jednego wspomnienia 

z wczesnego dzieciństwa. 

Tylko to ją złościło. Poza tym wiodła spokojne ży­

cie. Od śmierci rodziców jeszcze bardziej pogrążyła 

się w pracy, aby nie myśleć o swojej samotności. 

Nawet nie znała dokładnej daty swoich urodzin. Czy 

to nie żałosne? Rodzice adopcyjni zawsze obchodzili 

jej urodziny czternastego lutego, w dniu walentynek; 

mówili, że tego dnia, gdy pojawiła się w ich domu, 

spełniło się ich najpiękniejsze marzenie. Kiedy zmarli, 

znalazła w papierach swoje dokumenty adopcyjne. 

Wynikało z nich, że urodziła się w roku 1967, i to się 

zgadzało, ale miesiąca i dnia urodzin nie podano, nie 

było też żadnej wzmianki o rodzicach biologicznych, 

zupełnie jakby wcześniej nie istniała, jakby pojawiła 

background image

się na świecie dopiero tego dnia, gdy trafiła do domu 

Wagnerów. Co przecież nie było prawdą. 

Przed adopcją dwanaście lat spędziła w innym do­

mu, w innej rodzinie. Z jakiegoś dziwnego powodu, 

niezrozumiałego dla samych lekarzy, z tego okresu 

miała dosłownie kilka mglistych wspomnień. Pamię­

tała łaciną ciemnowłosą kobietę, która może była jej 

matką, a może nie, oraz szeroką piaszczystą plażę za­

lewaną łagodnymi falami. 

Nawet gdyby chciała odszukać biologicznych ro­

dziców, nie byłaby w stanie tego zrobić. Adopcja od- f 

była się prywatnie; wszelkie ślady przeszłości zostały 

starannie zatarte. Ale nie zależało jej na podejmowaniu 

poszukiwań. Jaki by to miało sens? Amnezja, na którą 

cierpiała, musiała wynikać z fizycznej lub emocjonal­

nej traumy, jakiej doznała w pierwszych latach życia, 

spędzonych właśnie z ojcem i matką. Dla Gretchen li­

czyli się wyłącznie ludzie, którzy ją adoptowali. Cu­

downi, wspaniali ludzie, którzy dali jej miłość i po­

czucie bezpieczeństwa. Mogłaby latami uczęszczać na 

terapię, próbować odzyskać pamięć, a z drugiej strony 

może przypomniałyby jej się rzeczy niemiłe, bolesne, 

takie, o jakich lepiej nie pamiętać? i 

Otworzyła kartę dań, kiedy na stół padł cień. | 

- Dobry wieczór. ! 
Z miejsca rozpoznała głos! Dreszcz przebiegł jej 

po plecach. Podniósłszy wzrok, zobaczyła nieznajome­

go z windy. Natychmiast przypomniała sobie swoją 

rozmowę z Nancy i sprzeciw, że nie jest lesbijką, który 

on z pewnością słyszał. Zaczerwieniła się po uszy. 

background image

Sprawiał wrażenie, jakby nie zauważał jej rumieńca. 

- Czeka pani na kogoś? - spytał. 

Pokręciła przecząco głową. 

Mężczyzna rozciągnął usta w uśmiechu. 

- Jestem Kurt Miller - przedstawił się. - Z Austin 

w Teksasie. Czy wyświadczyłaby mi pani tę przyje­

mność i zjadła ze mną kolację? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Violet Vaughn Hobson krążyła niespokojnie po 

ogromnym apartamencie w hotelu Marriott Wardman 

Park w Waszyngtonie. Było dwie po szóstej. 

Nie przyjdzie. Wiedziała, że nie przyjdzie. I prawdę 

mówiąc, nawet mu się dziwiła. Na pewno chłopak po­

myślał, że ktoś mu robi głupi kawał. 

Chłopak? Boże, przecież to dorosły mężczyzna! 

Jake dawno wyrósł z krótkich spodenek. Po prostu ona 

od ponad dwudziestu lat ma w głowie obraz chłopca; 

miał dwanaście lat, kiedy widziała go po raz ostatni. 

Zdumiała się, kiedy po latach zobaczyła wysokiego 

mężczyznę o szerokich ramionach, takich samych, ja­

kie miał jego ojciec Henry. A kiedy ten mężczyzna 

odwrócił się, zobaczyła niebieskie oczy, takie same jak 

te, które codziennie rano oglądała w lustrze. 

Pukanie wyrwało ją z zadumy. Przykładając dłoń 

do łomoczącego serca, podeszła szybko do drzwi 

i przytknęła oko do wizjera. Na widok twarzy swojego 

ukochanego, najstarszego syna nogi się pod nią ugięły. 

Biorąc głęboki oddech, nacisnęła klamkę i otworzyła 

ciężkie hotelowe drzwi. 

- Witaj, Jake. - Postąpiła krok naprzód, tak by drzwi 

background image

się nie zamknęły. - Nazywam się Violet... w skrócie 

Vi... Hobson. Jestem twoją biologiczną matką. 

Jake Ingram automatycznie uścisnął wyciągniętą na 

powitanie szczupłą dłoń. Dopiero po chwili dotarł do 

niego sens wypowiedzianych przez kobietę słów. Zwol­

nił uścisk i oszołomiony zamarł bez ruchu. 

Szybko się jednak opamiętał. Obejrzawszy się przez 

ramię, zwrócił się do stojącego obok mężczyzny, któ­

rego ona, wpatrzona w syna, nawet nie zauważyła. 

- Robert, poczekaj na zewnątrz. 

- W porządku, szefie - odparł gruby głos. 

- Kto to? - spytała zaskoczona. 
- Mój ochroniarz. 

Jake wszedł do apartamentu i zamknął za sobą 

drzwi. Kiedy odwrócił się i zmierzył ją wzrokiem, do­

strzegła w jego twarzy wyraz sceptycyzmu i niedowie­

rzania. 

- Nie lubię zarzucać ludziom kłamstwa - odezwał 

się - ale od lat żyję w przeświadczeniu, że jestem sie­

rotą. Dlaczego miałbym pani uwierzyć? 

Violet wskazała ręką w stronę dużego, elegancko 

urządzonego salonu. W oczach Jake'a ujrzała nutę nie­

pewności. Tę niepewność zasiały mu w głowie listy, 

które przesłała wcześniej do jego biura. Listy, w któ­

rych twierdziła, że zna prawdę o jego przeszłości. Nie­

dawno, kiedy rząd niechcący odtajnił dokumenty do­

tyczące Meduzy, w prasie i telewizji pojawiło się mnó­

stwo spekulacji na temat genetycznie zmodyfikowa­

nych dzieci. Czy Jake podejrzewał, że jest jednym 

z nich? Takie przypuszczenie mogło przemknąć mu 

background image

przez myśl. Był przecież wybitnie utalentowany, miał 

wręcz niespotykane zdolności intelektualne. 

- Całkiem świadomie wprowadziłam w błąd two­

ich rodziców adopcyjnych. Jeżeli usiądziesz, chętnie 

wyjawię ci motywy mojego postępowania. 

Ze zmrużonych oczu Jake'a wyzierała nieufność. 
- Wiem o twoim bracie - kontynuowała Violet. -

O Zacharym. Został uprowadzony, ponieważ porywa­

cze wzięli go za ciebie. 

Nie sprawiał wrażenia zdziwionego. Uświadomiła 

sobie, że sam już na to wpadł i dlatego wynajął ochro­

niarza. Poczuła ulgę. 

- Od tamtej pory lepiej się pilnujesz, prawda? 

Skinął głową. Nie spuszczał z niej wzroku. 

- Wszyscy wiedzą o porwaniu - oznajmił. - Prasa 

zamieściła nasze zdjęcie i informację o nagrodzie dla 

osoby, która pomoże doprowadzić do aresztowania 

przestępców. 

- Zgadza się. Od razu cię rozpoznałam. - Nie była 

w stanie powstrzymać drżenia głosu. - Wyglądasz zu­

pełnie jak swój ojciec, tylko oczy macie inne. 

Wyraz jego twarzy nie uległ zmianie. 

- Dlaczego uważasz, że to mnie zamierzano po­

rwać? 

Widziała, w jaki sposób jego analityczny umysł 

pracuje i przetwarza dane. Wzdychając cicho, ponow­

nie wskazała ręką na fotele i ruszyła w ich kierunku. 

- Bo jesteś cenny - odparła, domyślając się, jak 

bardzo Jake pragnie dojść do sedna sprawy. - To długa 

historia, więc postaram się streszczać. Zacznę jednak 

background image

od paru najważniejszych rzeczy. Po pierwsze, masz 

braci i siostry. Podobnie jak ty, oni również zostali 

adoptowani. Niestety, wszystkim wam grozi niebez­

pieczeństwo... 

- Dlaczego ich nie pamiętam? - przerwał jej Jake. 

- Dlaczego nie pamiętam ciebie? 

- Twoje wspomnienia zostały wy... nie, nie wy­

kasowane, raczej zablokowane przez grupę ludzi po­

zbawionych skrupułów i zasad moralnych. - Za wszel­

ką cenę usiłowała zachować spokój. Gdyby dała upust 

wściekłości, Jake uznałby ją za niepoczytalną i zapew­

ne więcej nie chciał mieć z nią do czynienia. - Pró­

bowałam was ratować, ale niewiele mogłam zrobić... 

- Czy mieszkaliśmy w pobliżu plaży? 

- Tak! - Przeszył ją dreszcz podniecenia. Pytanie 

Jake'a świadczy o tym, że może nie wszystko jest stra­

cone. - Pamiętasz jeszcze coś? 

- Prawie nic... Pomijając fakt, że wyglądam jak 

ktoś, kogo znasz, to dlaczego uważasz, że jestem two­

im synem? 

- Kogo znałam - poprawiła cicho. - Twój ojciec 

nie żyje. Podobieństwo fizyczne jest niesamowite. Ale 

również twoje zdolności... - Urwała, bo nagle Jake 

wykonał gwałtowny ruch. Bała się, że zamierza wyjść, 

na szczęście zamiast do drzwi skręcił w stronę fotela 

i usiadł. - Powinnam chyba zacząć od początku. 

- Też tak myślę - rzekł stanowczym tonem. 

Takie same cechy, jakie przejawiał w dzieciństwie, 

kiedy bawił się ze swoim rodzeństwem, przejawiał te­

raz w wieku dojrzałym. Był poważny, odpowiedzialny, 

background image

nie bał się podejmować decyzji. Serce Violet przepeł­

niła duma. Owszem, odebrali jej dzieci, owszem, udało 

im się pozbawić je wspomnień, ale nie zdołali znisz­

czyć ich istoty, cech, z którymi przyszli na świat. Przy­

najmniej taką miała nadzieję. 

Ponownie wzięła głęboki oddech. 
- Doktor Henry Bloomfield. Tak się nazywał twój 

ojciec. Wasz ojciec. Był jednym z pierwszych naukow­

ców w dziedzinie inżynierii genetycznej. 

Na dźwięk tych słów Jake wzdrygnął się. Violet 

jednak mówiła dalej: 

- Henry miał wybitny umysł. Program, nad którym 

pracował, nosił nazwę Proteusz. Z początku badania 

Henry'ego finansował Emory University, ale w tysiąc 

dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku wstrzymano 

nam pieniądze. Henry nie posiadał się z oburzenia. -

Uśmiechnęła się na wspomnienie. - Był spokojnym czło­

wiekiem, rzadko wpadał w złość, ale wiadomość o cof­

nięciu funduszy na badania dosłownie go rozsierdziła. 

- Gdzie się poznaliście? Kiedy? Czy byliście już 

wtedy małżeństwem? 

Boże, pomyślała Violet. Jest tyle do opowiedzenia! 

A tak mało czasu. 

- Pracowałam w laboratorium, ale o tym póź­

niej... - Wstała poruszona i podeszła do marmurowej 

półki nad kominkiem. - Henry postanowił nie przery­

wać badań nad Proteuszem. Nawiązał kontakt ze spe­

cjalną komórką CIA, zwaną Meduzą. Ludzie z Meduzy 

od lat usiłowali go zwerbować. Meduza zgodziła się 

finansować program. Henry przeniósł się ze wszystkim 

background image

na południe, w swoje rodzinne strony, do Belle Terre 

w Karolinie Północnej. Zamieszkaliśmy w pięknym 

domu nad brzegiem oceanu. 

Urwała, przez moment obserwując reakcję Jake'a. 

Na razie wszystko, co mówiła, przyjmował spokojnie. 

- W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym 

Henry udoskonalił metodę badań. I odniósł sukces. Ja­

jeczka udało się zapłodnić i umieścić w macicy. Teraz 

takie rzeczy są na porządku dziennym, ale w sześć­

dziesiątym siódmym roku o metodzie in vitro nikt na­

wet nie słyszał. - W jej głosie pojawiła się nuta dumy. 

- Byłam zarówno dawczynią jajeczek, jak i zastępczą 

matką. Dawcą spermy był Henry. Przyszliście na świat 

w listopadzie sześćdziesiątego siódmego roku, ty, twój 

brat i siostra. Trójka dzieci genetycznie zaprogramo­

wanych, aby miały wyjątkowe talenty. 

- Genetycznie zaprogramowanych - powtórzył Jake. 

- Chcesz powiedzieć, że moja inteligencja i zdolności 

matematyczne to wynik manipulacji genetycznych? 

Violet pokiwała głową. I nagle poczuła bolesny ucisk 

w sercu. Odwróciwszy się tyłem, oparta czoło o chłodny 

marmur. Mimo że od tamtej pory minęło ponad trzy­

dzieści lat, nie potrafiła spokojnie myśleć o swoim dru­

gim synu. Z trudem przełknęła ślinę. Kiedy była pewna, 

że nie wybuchnie płaczem, powiedziała cicho: 

- Twój brat zmarł zaraz po porodzie. 

W pokoju nastała cisza. 

- A siostra? 

- Ma na imię Grace. A raczej miała, bo rodzice 

adopcyjni mogli dać jej nowe imię. - Popatrzyła Ja-

background image

ke'owi w twarz. - Z wyglądu... - roześmiała się ner­

wowo - z wyglądu przypomina mnie. Przynajmniej 

dawniej byłyśmy do siebie bardzo podobne. Nie sądzę, 

aby to się mogło drastycznie zmienić. 

- A czym się zajmuje? 

- Nie wiem. Jeszcze nie zdołałam jej odnaleźć. 
- Rozumiem. A jakim to szczególnym talentem od­

znacza się moja siostra? - W głosie Jake'a wyczuło 

się lekkie zniecierpliwienie. - Czy też jest matematy­

cznie uzdolniona? 

- Och, nie - odparła Violet. - Grace miała nie­

zwykłe zdolności językowe. Potrafiła rozszyfrować 

każdy rebus, każdą zagadkę. Zanim skończyła dziesięć 

lat, biegle znała angielski, hiszpański, francuski, japoń­

ski i włoski. 

Jake dźwignął się z fotela. Na jego twarzy wciąż 

malował się wyraz niedowierzania. 

- To szaleństwo - mruknął pod nosem. Odruchowo 

wsunął rękę w swoje gęste ciemne włosy i odgarnął 

je z czoła. 

Ten zwyczajny gest sprawił, że serce Violet załomo­

tało gwałtownie. Ponownie zalała ją fala wspomnień. 

- Twój ojciec to robił - szepnęła. - Dokładnie 

w ten sam sposób. 

- Co? Co robił? - Jake popatrzył na kobietę, jakby 

brakowało jej piątej klepki. 

- Ten ruch... 

Podniosła rękę - włosy ciągle miała ciemne, bez 

oznak siwizny - i odgarnęła z czoła kosmyki. Jake 

przyglądał się jej bez słowa. Wtem otworzył szeroko 

background image

oczy i przytrzymał się fotela, jakby bał się stracić rów­

nowagę. 

- Jake? - spytała Violet, przerażona jego dziwnym 

stanem. - Co ci jest? Źle się czujesz? 

Pokręcił wolno głową. 

- Nie, wszystko w porządku... 

Głos miał zamroczony, całkiem inny niż jeszcze mi­

nutę temu. Po chwili uniósł wzrok i postąpił kilka kro­

ków naprzód. Kiedy wyciągnął rękę, by odgarnąć ko­

biecie grzywkę z czoła, zaskoczona o mało się nie cof­

nęła. 

- Blizna... - powiedział cicho. - Jedną z niewielu 

rzeczy, jakie zapamiętałem z dzieciństwa, to to, że mo­

ja mama ma na czole „kuku". 

Dziecięce określenie rany przywołało uśmiech na 

jego wargi, był jednak wyraźnie przejęty swym od­

kryciem. Patrząc w niebieskie oczy syna, Violet ujrzała 

przepełniające go emocje. 

- Pamiętam też, że... że moja mama bardzo długo 

leżała w łóżku - dodał szeptem, delikatnie wodząc 

palcem po szramie. 

Violet skinęła głową, z trudem hamując łzy. 

- Spadłam ze schodów i złamałam nogę w kostce. 

Ale w łóżku musiałam zostać ze względu na kolejną 

ciążę. Za drugim razem też urodziłam trojaczki. Oprócz 

Grace masz jeszcze jedną siostrę i dwóch braci. 

Gretchen nie mogła oderwać oczu od Kurta Millera. 

Kiedy się uśmiechał, po prostu był boski. Z jego spoj­

rzenia biło ciepło, piwne oczy lśniły, a dołeczki w po-

background image

liczkach stawały się jeszcze bardziej rozkoszne. Jakby ' 

tego było mało, zęby miał proste, równe, śnieżno- \ 

białe... f 

- N-nic p-pan o mnie nie wie - wydukała. - Dla­

czego chciałby pan zjeść kolację w moim to-towarzy-

stwie? 

- Wiem, że jest pani Amerykanką. Że nie jest les- ) 

bijką. - Uśmiechnął się wesoło. - Że pani przyjaciółka 

pragnie, aby poszerzyła pani swoje pole poszukiwań 

i że jutro spotykacie się panie w holu o dziewiątej ra­

no. - Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął wi­

zytówkę i podał ją siedzącej przy stoliku kobiecie. -

Proszę, niech się pani zgodzi. Nic złego pani nie zrobię, 

słowo honoru. Odkąd usłyszałem w windzie pani 

akcent, zrobiło mi się potwornie tęskno za domem. 

I pomyślałem sobie: cóż może być milszego niż ko­

lacja z rodakiem? A raczej rodaczką. Przy okazji może 

mi pani opowiedzieć o swoich poszukiwaniach. 

Chcąc zyskać na czasie, podniosła wizytówkę do 

oczu. „Kurt J. Miller, licencjonowany prywatny dete­

ktyw. Dyskretny i skuteczny". 

Pociągał ją bardziej niż jakikolwiek spotkany dotąd 

mężczyzna. Miała nadzieję, że nie jest oszustem, na­

ciągaczem ani szalonym mordercą, bo nie potrafiła od­

mówić sobie przyjemności spędzenia godziny czy 

dwóch w jego towarzystwie. 

Tak jak zauważyła wcześniej w windzie, był wy­

soki, dobrze zbudowany, dość barczysty, o szerokich 

ramionach i ładnej opaleniźnie widocznej na twarzy 

oraz przedramionach, które wystawały spod krótkich 

background image

rękawów jasnej, bawełnianej koszuli. W dodatku jego 

spojrzenie mówiło, że ona również mu się podoba. Co 

było o tyle niezwykłe, że zazwyczaj nie zwracała uwa­

gi na obcych mężczyzn, a jeżeli już się jakimś zain­

teresowała, ten nigdy nie odwzajemniał jej uczuć. Na­

tomiast Kurt Miller przyglądał się jej niemal... tak, 

z zafascynowaniem. 

- Bo... ja... - Spokojnie, nakazała sobie w my­

ślach i biorąc głęboki oddech, rzekła: - Będzie mi bar­

dzo miło. - Wskazała miejsce naprzeciwko siebie. -

Proszę, niech pan usiądzie. 

Kiedy odsunął krzesło, Gretchen schowała wizy­

tówkę do torebki. Była zdumiona własnym zachowa­

niem. Jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło się jej za­

prosić do stolika obcego człowieka! 

Ale może czas najwyższy, aby zmieniła zasady. 

- Pani zna moje imię i nazwisko. A ja niestety nie 

wiem, jak się do pani zwracać... 

- Najmocniej przepraszam. - Speszyła się. Co so­

bie o niej pomyśli? - Gretchen Wagner z Bostonu -

przedstawiła się. - I proszę się zwracać do mnie po 

imieniu. 

- Gretchen Wagner z Bostonu - powtórzył za nią. 

- Nigdy nie byłem w Bostonie. Tam się urodziłaś, tam 

dorastałaś? 

- Nie. Moi rodzice pochodzą z Phoenix. W Bosto­

nie zaś... po prostu wykładam na Harvardzie. 

- No, no. - Zagwizdał cicho. - Czego uczysz? 

- Zajmuję się piśmiennictwem starożytnym. -

Skrzywiła się. - Pewnie myślisz, że to straszna nuda? 

background image

Może masz rację. Ale dla ludzi, których interesuje sta- f 

rożytna historia i rozwój języka, to pasjonujący przed- i 

miot. 

- Nie wątpię. Zresztą od antyku nie może wiać nu­

dą. Czyli tu w Egipcie badasz hieroglify? 

Powściągnęła uśmiech. Egipskie hieroglify to dzieci­

nada w porównaniu z pismem, które studiuje obecnie. 

- Nie - odparła. - Moją uwagę pochłania inny ro- | 

dzaj tekstów, które odkryto dopiero niedawno. Są co \ 

najmniej kilka wieków starsze od najwcześniejszych 

hieroglifów. I 

Cofnęła się w myślach o dwa lata, kiedy to uni­

wersytet kairski zwrócił się do niej z propozycją, aby 

podjęła próbę odcyfrowania siedemnastu Tablic Ahkra-

mihtona. Tablice zostały znalezione podczas prac 

wykopaliskowych na terenie najstarszych ruin, na jakie 

dotąd natrafiono. Pismo najbardziej przypominało 

starosumeryjskie pismo klinowe, jednakże żadne litery, 

czy raczej znaki, się nie pokrywały. 

Poproszono o pomoc Gretchen Wagner. Władze Uni­

wersytetu Harvarda słusznie uznały, że taka praca może 

przynieść uczelni ogromny prestiż, dlatego udzieliły Gre­

tchen płatnego urlopu na prowadzenie badań. 

Szybko się przekonała, jak cennym odkryciem są 

Tablice Ahkra. Dzięki dodatkowym funduszom przy­

znanym przez towarzystwo National Geographic ostat­

nie dwa lata życia spędziła poza Stanami, najpierw na 

University College w Londynie, potem na uniwersy­

tecie kairskim, i znów w Londynie, starając się roz­

szyfrować pismo, które okazało się znacznie bardziej 

background image

skomplikowane niż pismo klinowe. Pod sam koniec 

badań wróciła do Kairu, by dokonać ostatecznej kon­

frontacji, czyli porównać to, co widniało w jej notat­

kach, z tym, co mogła zobaczyć na własne oczy. Ba­

dania powoli dobiegały końca; nie mogła się już do­

czekać chwili, kiedy przedstawi wszystkim swoje od­

krycie - dziedzictwo dawno nieistniejącego świata. 

„National Geographic" od wielu miesięcy pokazy­

wał jej żmudną pracę i kolejne dokonania na swojej 

stronie internetowej. Dwa razy zamieścił o Gretchen 

duży artykuł: na samym początku, kiedy podjęła wy­

zwanie, i mniej więcej miesiąc temu. Wyobrażała sobie 

bogato ilustrowany materiał, jaki ukaże się, kiedy ogło­

si światu rezultat swych badań; wówczas nie tylko na­

ukowcy, ale również zwykli ludzie zobaczą, jak pisali 

nasi najwcześniejsi przodkowie. 

- A co ciebie sprowadza do Egiptu? - spytała. 

Nie miała ochoty omawiać szczegółów swojej pracy 

z przystojnym mężczyzną siedzącym naprzeciwko. Je­

szcze by ją wziął za mola książkowego czy nudną panią 

profesor. 

Kurt skinieniem głowy wezwał kelnera i zamówił 

sobie coś do picia. Dopiero wtedy odpowiedział na za­

dane pytanie. 

- Co mnie sprowadza? Właściwie to interesy. Je­

stem prywatnym detektywem i musiałem przyjechać 

do Kairu w sprawach zawodowych. Na miejscu jednak 

uznałem, że trzeba skorzystać z okazji i trochę pozwie­

dzać. Z powodu niezbyt stabilnej sytuacji politycznej 

pewnie nie wybrałbym się tu na urlop, ale skoro już 

background image

znalazłem się w kraju faraonów, grzechem byłoby nie 

zobaczyć piramid i innych atrakcji turystycznych. To 

naprawdę działa na wyobraźnię, kiedy ogląda się rze­

czy zbudowane przed tyloma wiekami. Człowiek czuje 

się wtedy taki malutki... 

Odprężyła się. Myślała dokładnie tak samo. Kelner 

wrócił z drinkiem dla Kurta i przyjął od nich zamó­

wienie. Po jego odejściu jeszcze przez moment pano­

wała cisza. 

- Opowiedz mi o swojej pracy - poprosił po chwili 

Kurt. - Musi być fascynująca. 

- Nie każdy by się z tobą zgodził - rzekła z lekko 

ironicznym uśmiechem - ale mnie sprawia szaloną sa­

tysfakcję. 

Opowiedziała mu o Tablicach Ahkra, z prawdziwą 

przyjemnością udzielając wyczerpujących wyjaśnień. 

Wydawał się szczerze zainteresowany tym, co robiła. 

Rozmowa toczyła się nieprzerwanie. Mniej więcej po 

godzinie kelner zabrał ze stołu puste naczynia i przy­

niósł Kurtowi kieliszek koniaku. Gretchen, która nie 

reflektowała na alkohol, zadowoliła się filiżanką kawy 

bezkofeinowej. 

- Masz rodzinę w Teksasie? - spytała. 

Przypomniała sobie wcześniejszą uwagę Kurta, że 

tęskni za domem, i postanowiła zmienić temat. Zresztą 

prawie cały wieczór rozmawiali o niej, a chętnie do­

wiedziałaby się czegoś o swym nowym znajomym. 

Po jego twarzy przemknął cień żalu, może smutku. 
- Już nie. - Obracał w dłoni kieliszek. - Wycho­

wywała mnie babka. Zmarła kilka lat temu. 

background image

- Babka? A nie rodzice? - Dopiero gdy ściągnął 

brwi, uzmysłowiła sobie, że pytanie jest zbyt osobiste 

i pewnie mało taktowne. - Przepraszam - powiedziała 

I zmieszana. - Nie powinnam była... 

- Nie, w porządku - uspokoił ją. - Rodzice zgi­

nęli, kiedy byłem mały. Prawie wcale ich nie pamiętam. 

- Ja moich też nie. To znaczy rodziców biologicz­

nych - poprawiła się. - Byłam dzieckiem adoptowa­

nym. 

Pokiwał głową. 

- Zatem coś nas łączy - zauważył, a jego twarz 

rozjaśnił uśmiech. 

Przez moment siedzieli w milczeniu. Świat wokół 

oddalał się, zamazywał, aż wreszcie znikł. Byli tylko 

oni, on i ona przy stoliku, wpatrzeni w siebie. Oddech 

miała płytki, przyśpieszony, po plecach co rusz prze­

biegał jej dreszcz. 

Potem uśmiech na twarzy Kurta powoli zaczął gas­

nąć. 

- Czy jutro również zjesz ze mną kolację? - spytał. 

Jego głos zabrzmiał nisko i zmysłowo. 

Jake zamknął na moment oczy i potrząsnął głową. 
- Poczekaj, bo zaczynam się gubić... - Biorąc głę­

boki oddech, usiadł z powrotem w fotelu. - Cofnijmy 

się chwilę. Powiedziałaś, że Zacha porwano, ponieważ 

jestem cenny? - Prychnął pogardliwie. - W porządku, 

nie będę udawał skromnego. Znam swoją wartość. Ale 

Zach również odznacza się wielką inteligencją. Dla­

czego porywaczom akurat tak bardzo zależało na mnie? 

background image

Z początku sądziliśmy z Zachem, że postanowili mnie 

zabić, żeby nie dopuścić do rozwiązania sprawy kra­

dzieży w Banku Światowym. Ale to się nie trzyma ku­

py. Gdyby chcieli zabić, nie musieliby porywać. 

- To nie ma nic wspólnego z Bankiem Światowym 

- oznajmiła Violet. - Chodzi o grupę ludzi pozbawio- I 

nych skrupułów, którzy ponownie chcą dostać w swoje ; 

ręce ciebie i twoje rodzeństwo. Podejrzewam, że pie- j 

niądze z kradzieży mają iść na finansowanie ich pracy. 

- Powiedziałaś: „ponownie"? - Zdziwiony uniósł 

brwi. 

- Zabili twojego ojca. - Płaskim, pozbawionym 

emocji głosem zaczęła relacjonować tragiczne wyda- j 

rżenia sprzed ponad dwudziestu lat. - Następnie pró­

bowali mi was odebrać. Zablokowali waszą pamięć, 

wasze wspomnienia. Kiedy po jakimś czasie udało mi 

się uciec i odzyskać was z powrotem, nie kojarzyliście, 

kim jestem. Przekonałam ich, że zmarliście. I tylko 

dlatego żyjecie. Ale ostatnio... 

- Prasa sporo o mnie pisze - dokończył za nią Jake. 

- No właśnie. Podejrzewałam, że domyśla się pra­

wdy. Ja od razu rozpoznałam cię po twoich wyjątko­

wych zdolnościach intelektualnych. Potem zobaczyłam 

twoje zdjęcie i już nie miałam wątpliwości. Jesteś cho­

dzącą kopią swojego ojca. Część osób zaangażowa­

nych w tę sprawę znała Henry'ego. Myślę, że bez trudu 

rozpoznali cię na zdjęciu w prasie. Zacha porwano 

przez pomyłkę. 

- No dobrze, kim są te osoby? Kto za tym wszyst­

kim stoi? 

background image

Niemal widziała, jak trybiki w głowie Jake'a prze­

suwają się, sortując nowe informacje. 

- Myślę, że to moi dawni współpracownicy. Nie 

wiem, czy wszyscy, czy tylko niektórzy. Oczywiście 

ktoś im musi pomagać, finansować ich. 

- W porwaniu Zacha uczestniczyły trzy osoby. 

Młodszy mężczyzna, który zginął, wykonywał polece­

nia starszej pary... może to było małżeństwo... nieja­

kich Agnes i 01ivera Smithów. - Oczy Jake'a pocie­

mniały. - Jestem prawie pewien, że spotkałem ich kil­

ka miesięcy temu na jakimś odczycie czy konferencji. 

Pewnie już wtedy na mnie polowali. 

Ciałem Violet wstrząsnął dreszcz. Jej najgorsze oba­

wy się potwierdziły. Strach podszedł jej do gardła. Ag­

nes i 01iver. Gotowa była się założyć, że razem z nimi 

działa Croft. 

- Kim oni są, u diabła? - spytał z nutą zniecier­

pliwienia Jake. 

Nie dziwiła się jego irytacji. Sprawa była koszmar­

nie pogmatwana. 

- Agnes Payne i 01iver Grimble. Dwoje naukow­

ców, którzy razem ze mną i twoim ojcem pracowali 

przy Proteuszu. Pomagali opiekować się wami. Henry 

i ja baliśmy się jednak, że mają wobec was jakieś włas­

ne zamiary, o których nam nie mówią. Nie mam po­

jęcia, kim mógł być ten młodszy mężczyzna, który zgi­

nął. Może wynajęli go do pomocy, a niekoniecznie we 

wszystko wtajemniczyli? Przypuszczam, że w sprawę 

zaangażowany jest jeszcze jeden człowiek, były agent 

Meduzy, niejaki Willard Croft. 

background image

- I myślisz, że właśnie tych troje chce mnie do­

paść? 

- Tak - odparła Violet. Z każdą sekundą nabierała 

coraz większej pewności. 

- Mnie, Grace i pozostałych. Ale po co? Po jaką 

cholerę? Na co liczą? W porządku, może jesteśmy wy­

jątkowo uzdolnieni, może posiadamy jakieś niezwykłe 

umiejętności, lecz co z tego? 

- Ci ludzie, Croft, Payne i Grimble, byliby szczę­

śliwi, gdyby po prostu zdołali was zmusić do współ­

pracy. Ale... jest jeszcze jedna rzecz. Tej nocy, kiedy 

z wami uciekałam, strzelali do nas. Trafili jednego 

z twoich braci. Byłam przekonana, że zmarł. - Głos 

się jej załamał. Przypomniała sobie te chwile grozy 

i rozpacz, jaka ją ogarnęła na myśl o tym, że Gideon 

nie żyje. - Ale on żyje. Brał czynny udział w kradzie­

ży pieniędzy z Banku Światowego. 

Wiadomość zaszokowała Jake'a. 

- Mój brat? Jesteś pewna? 

Violet zaczęła wyłamywać palce. 
- Oni go kontrolują. Wiem to na pewno. I boję się, 

że to samo chcą robić z wami. Tylko pomyśl, Jake, 

jak wielkich szkód może dokonać biolog specjalizujący 

się w wirusach. Albo genialny informatyk, który nisz­

czy systemy komputerowe na całym świecie. 

Jake zbladł. 

- Musimy pierwsi do nich dotrzeć. 

- No właśnie. 

- Ale kim oni dzisiaj są, ci moi bracia i siostry? 

Gdzie ich szukać? 

background image

Violet pokręciła smutno głową. 

- Nie mam pojęcia. Jeszcze nie wpadłam na ich trop. 

Wiem tylko, jakie imiona nosili w dzieciństwie, w któ­

rych miastach dokonano adopcji i jakie posiadają zdol­

ności. Podobnie jak ty, też zostali umieszczeni w bardzo 

bogatych domach, u ludzi, którzy tak strasznie pragnęli 

dziecka, że gotowi byli przyjąć nastolatka. 

Podała mu kartkę papieru. Jake przysunął ją do oczu. 

- Grace, Mark, Faith, Gideon - przeczytał. 

- Mogły się zmienić. Po śmierci Henry'ego jego 

przyjaciel pomógł nam uciec. Starał się naprawić 

krzywdy, jakie wam wyrządzono, przywrócić wam 

wspomnienia i pamięć, ale udało mu się tylko w nie­

wielkim stopniu. Prosiłam go również, żeby zakodował 

wam w głowie nowe imiona. Było to możliwe jedynie 

w wypadku Grace i Marka. Ty podobno za bardzo się 

opierałeś, a Faith wpadła w histerię. 

- Więc jak brzmią te nowe imiona? I nazwiska ro­

dziców adopcyjnych? 

- Nie wiem - odparła Violet. - Prosiłam przyja­

ciela Henry'ego, żeby mi nie mówił. Gdyby kiedykol­

wiek dopadli mnie mordercy waszego ojca, przynaj­

mniej nie wyciągnęliby ze mnie żadnych informacji. 

Jake uświadomił sobie, jak wiele poświęciła, aby 

jej dzieci mogły żyć bezpiecznie. Zobaczyła to w jego 

oczach, kiedy podniósł wzrok znad kartki. 

- Ty wcale nie zmyślasz, prawda? - spytał cicho. 

Potrząsnęła głową. 

- Niestety - szepnęła. 

- Co oznacza ta gwiazdka przy imieniu Gideona? 

background image

- Jego jednego zostawiłam, kiedy uciekłam z wami. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Wciąż miała w pamięci 

twarz synka. Wiedziała, że nigdy sobie nie wybaczy, 

iż nie zdołała go uratować. Dziś przypuszczalnie do 

końca by o niego walczyła. 

Wtedy pozostała czwórka by nie przeżyła, przypo­

mniał jej wewnętrzny głos. Głos, który uparcie powta­

rzał te słowa, ilekroć ogarniały ją wyrzuty sumienia. 

- A gwiazdka... Gideon miał przezwisko. Właśnie 

z powodu tego przezwiska jestem pewna, że zniknięcie 

pieniędzy z Banku Światowego to jego dzieło. 

Jake zmrużył oczy. Wiedział, o czym Violet mówi. 
- Achilles - szepnął. - Chryste! Mój rodzony brat. 

- Tak go nazywaliście, ty i Grace, kiedy był ma­

lutki. - Uśmiechnęła się na wspomnienie. - Zdolności, 

które posiadał, pozwoliłyby mu bez trudu obmyślić 

kradzież na tak wielką skalę. Akcja Achilles... Policja 

ujawniła, że tak sami złodzieje zatytułowali swój skok 

na bank. - Uśmiech znikł z jej twarzy. 

- Hm, bardzo sprytne. - Spojrzenie Jake'a stało się 

poważne i skupione. 

- Co? 

- Od początku zastanawiałem się, dlaczego człon­

kowie grupy zostawiają o sobie informacje. Dlaczego 

zdradzają, że człowiek, który jest mózgiem całego 

przedsięwzięcia, nazywa się Achilles. - Zmarszczył 

czoło. - Chcieli się przekonać, czy ty wciąż żyjesz. 

Gideon posłużył im jako przynęta. Uznali, że nie 

oprzesz się pokusie, aby podjąć kolejną próbę wyrwa­

nia go z ich rąk. A wtedy schwytają cię i zmuszą do 

background image

ujawnienia, gdzie ukryłaś resztę dzieci... Wszelkimi 

sposobami starają się nas... wykurzyć. To chyba naj­

bardziej odpowiednie słowo. 

Violet ponownie skinęła głową. Strach tak mocno 

dławił ją za krtań, że nie była w stanie wydobyć z sie­

bie słowa. 

Jake złożył kartkę z imionami i schował ją do po­

rtfela, po czym wstał i podszedł do stojącej przy ko­

minku kobiety. Delikatnie położywszy ręce na jej ra­

mionach, obrócił ją twarzą do wiszącego na ścianie 

lustra. Przez chwilę, bez słowa, wpatrywała się w od­

bicie. Jake, jej ukochane dziecko! Stał za nią, dziś 

o głowę od niej wyższy - wykapany Henry. 

Nagle tuż nad uchem usłyszała szept, cichutki ni­

czym tchnienie wiatru: 

- Nie kłamiesz, prawda? Naprawdę jesteś moją 

matką? 

Z trudem powstrzymała łzy. 

- Tak, kochanie. Jestem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Nie obchodzi mnie, czego się dowiedziałaś w ja­

kiejś zakichanej mieścinie w Teksasie! - Nuta okru­

cieństwa w spokojnym z pozoru głosie była bardziej 

wyczuwalna niż zazwyczaj. 

- Wyjazd do Greenlaurel okazał się niezwykle poży­

teczny. I jesteśmy coraz bliżej znalezienia reszty z nich 

- oznajmiła Agnes, z całej siły starając się ukryć lęk. 

- Coraz bliżej?! - Głos na drugim końcu linii stał 

się piskliwy. - Porwaliście nie tego Ingrama co trzeba! 

Z powodu waszej niekompetencji Jake Ingram wie 

o naszym istnieniu! Popełniliście błąd, zapominając 

o jego ponadprzeciętnej inteligencji. 

- Jakżebym mogła zapomnieć, skoro byłam jedną 

z osób, które go wychowywały? - spytała lodowatym 

tonem Agnes. - 01iver i ja nie ponosimy żadnej winy. 

Mówiłam ci: jeżeli upierasz się, żeby wynajmować do 

pomocy nieodpowiednich ludzi, musisz liczyć się 

z konsekwencjami. 

- Powiedz mu o Grace - przypomniał szeptem sie­

dzący obok 01iver Grimble. 

Agnes potrząsnęła gniewnie głową. Przez chwilę 

słuchała w milczeniu. 

background image

- W porządku - powiedziała wreszcie. - Za kilka 

dni się odezwiemy. 

Z taką silą odłożyła słuchawkę, że ze środka wy­

padły baterie. Schyliwszy się, 01iver zebrał je z pod­

łogi i włożył na miejsce. 

- Nie martw się. Croft oszaleje z radości, kiedy do­

rwiemy Grace - rzekł, próbując pocieszyć Agnes. 

- Nie kiedy, tylko jeśli - warknęła kobieta. - Nie 

mamy pewności, czy Gretchen Wagner jest tą osobą, 

której szukamy. 

- Na pewno. Ma tyle samo lat co Grace. Została 

adoptowana jako dwunastolatka. Szkołę i studia ukoń­

czyła w zawrotnym tempie. No i pamiętaj o zdjęciu 

w „National Geographic". Gretchen Wagner wygląda 

na nim jak kopia Violet. - Mężczyzna wzdrygnął się. 

- Cholera, przez tyle lat sądziliśmy, że te dzieci nie 

żyją... A jeżeli Violet też żyje? 

- Wtedy ją również odnajdziemy - oznajmiła 

z przekonaniem Agnes. - Kiedy uświadomi sobie, że 

Gideon nie zginął, sama będzie próbowała się z nami 

skontaktować. A wówczas rozprawimy się z nią tak, 

jak z Henrym. - Oczy Agnes płonęły gniewnie. - Kie­

dy wreszcie dowiemy się czegoś o tej dziewczynie? 

Kiedy... - Powoli zaczynała tracić cierpliwość. 

- Niedługo - obiecał 01iver. - Nie denerwuj się; 

to na pewno ona. Przecież widziałaś listę jej do­

konań, prawda? Biorąc pod uwagę talenty Grace, 

właśnie takich sukcesów należało się po niej spodzie­

wać. 

- Ile on nam każe czekać, ten Kurt Miller? - Agnes 

background image

spojrzała na zegarek. - Mówił, że już dziś coś powinien 
wiedzieć. 

Razem opuścili restaurację. Pod koniec wieczoru 

Gretchen mówiła dużo i nerwowo, jakby czegoś się bała 

i potokiem słów usiłowała powstrzymać najgorsze. 

- Gretchen? - Kurt przyłożył palec do jej ust. 

- Tak? 
- Czy chcesz, żebym odprowadził cię do pokoju? 

- Do po-pokoju? Nie, nie trzeba. Sama trafię. Nie... 

- W porządku. - Drzwi windy rozsunęły się. Uj­

mując kobietę delikatnie za łokieć, wprowadził ją do 

kabiny, nacisnął numer piętra, po czym cofnął się do 

holu. - Zatem do jutra. Będę czekał o siódmej. Tu, na 

dole. 

Dopiero gdy winda ruszyła, Kurt skierował się do 

baru. Musi się napić! Zawsze odprowadzał kobietę do 

drzwi; tym razem też by tak postąpił, ale wyczuwał 

ogromne zdenerwowanie Gretchen. Gdyby wsiadł 

z nią do windy, pewnie pomyślałaby, że powinna za­

prosić go do pokoju. Że będzie się tego spodziewał. 

Nieprawda. Wcale na to nie liczył. Chociaż gdyby 

była kim innym, to znaczy gdyby z jej osobą nie wią­

zała się jego praca, nie wahałby się ani minuty; zrobiłby 

wszystko, aby zaciągnąć ją do łóżka. Pociągała go. 

Podobała mu się bardziej niż jakakolwiek spotkana do­

tąd kobieta. Sam nie wiedział dlaczego. 

Była wzrostu nieco ponad średniego, miała gęste 

ciemne włosy i przejrzyste niebieskie oczy, mały pro­

sty nosek i pełne wargi, a także zgrabną figurę - choć 

background image

głowy by za to nie dał, bo za każdym razem, gdy ją 

widział, nosiła luźne workowate stroje. W sumie two­

rzyła niezwykle atrakcyjną całość, podejrzewał jednak, 

że wielu mężczyzn nie zauważało jej wdzięku i po­

wabu. Gretchen nie należała do kobiet wyzywających, 

rzucających się w oczy. Sprawiała wrażenie, jakby sta­

rała się unikać męskich spojrzeń. Chodziła ze spusz­

czoną głową, pogrążona we własnych myślach. Na 

pewno nie dawała otoczeniu żadnych znaków mówią­

cych, że jest wolna i że czeka na propozycje. 

Ilekroć ją wcześniej widział, najbardziej ożywiona 

była w towarzystwie swojej asystentki. Przejawiała po­

czucie humoru oraz uroczą, nieśmiałą zmysłowość. 

Dziś rozkwitła podczas kolacji. Kiedy zorientowała się, 

że on słucha jej z autentycznym zainteresowaniem, 

z Kopciuszka przemieniła się w śliczną królewnę. 

No dobrze, jest ładna, zgrabna, w dodatku inteligen­

tna. Ale to nie tłumaczy, dlaczego na jej widok przej­

mował go dreszcz. Ilekroć rozciągała wargi w promien­

nym uśmiechu, tętno mu skakało, a po ciele przechodziły 

ciarki. Skoro tak reagował na zwykły uśmiech, prawie 

nie wyobrażał sobie, jak by zareagował na dotyk. Jeszcze 

żadna kobieta nie wzbudzała w nim takich emocji. 

Nagle poczuł, jak silna męska ręka klepie go po 

plecach. 

- Kurt? Nie wierzę własnym oczom! 

Obejrzał się. 

- Max Strong? - Zdumiał się na widok znajomej 

twarzy z Teksasu. - Ale ten świat jest mały! 

- To prawda. - Max wskazał brodą na stojący obok 

background image

pusty stołek barowy. - Siadaj. I mów, co u ciebie? Jak 

tam życie prywatnego detektywa? 

- Zycie jak życie. - Kurt wzruszył ramionami. -

Wiadomo, nie rozpieszcza. Słuchaj, jestem tu służbo­

wo. A ty co porabiasz w Kairze? - spytał, zaskoczony 

wyglądem swojego dawnego klienta. 

Max machnął lekceważąco ręką. Ubranie wisiało na 

nim, jakby stracił sporo na wadze, a pomimo opale­

nizny widać było ciemne wory pod oczami. 

- Lepszy Kair od Stanów. - Wskazując na swój 

kieliszek, poprosił barmana, by podał Kurtowi coś do 

picia. - Ale prawdę mówiąc, zaczynają mnie męczyć 

te ciągle zmiany adresu. 

Kiedy kilka lat temu Kurt przyjął od niego zlecenie, 

by zbadać pewną firmę aktywnie działającą na rynku 

nieruchomości, Mas był żonaty, lecz później jego mał­

żeństwo się rozpadło. Z uwagi na ogromny majątek, 

jakim dysponował, Maksa natychmiast okrzyknięto 

najbardziej pożądaną partią na świecie. W owym czasie 

bardzo to Kurta rozbawiło, ale teraz, patrząc na przy­

jaciela, nie było mu do śmiechu. Max Strong wyglądał 

jak wrak człowieka. Krążyły plotki, że nęka go jakaś 

choroba psychiczna, ale zdaniem Kurta jedyne, co do­

legało Maksowi, to zmęczenie, zarówno fizyczne, jak 

i psychiczne. 

- Przykro mi z powodu śmierci twojego ojca i roz­

wodu. .. 

- Śmierć ojca rzeczywiście mocno mną wstrząsnę­

ła, a rozwód... - Jednym haustem Max opróżnił za­

wartość kieliszka. - Nie ma o czym mówić. Poślubiła 

background image

mnie dla pieniędzy i jest wściekła, że nie zamierzam 

się nimi z nią podzielić. 

- Bardzo ci się naprzykrza? 

- Nie, bo nie wie, gdzie mnie szukać. 

- Od kogo jeszcze uciekasz? 

Max wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu. 
- Od dziennikarzy. Od rodziny. Od mojego prawni­

ka. I tłumu przerażonych wspólników, którzy są prze­

konani, że beze mnie padną wszystkie moje firmy. Co 

jest totalną bzdurą. Zatrudniam niezwykle kompeten­

tnych ludzi, którym płacę fortunę za ich lojalność, fa­

chowość i doświadczenie. 

- Przydałby ci się długi wypoczynek - zauważył 

Kurt. 

- Też mi się tak zdawało. - Max poprosił barmana 

o kolejny kieliszek koniaku. - I dlatego wyjechałem. 

Ale równie dobrze mógłbym się nie ruszać z domu. 

Dziennikarze nie dają mi spokoju. Są wszędzie. Po­

dobnie jak kobiety, które, chociaż mnie nie znają, ko­

niecznie chcą wypełnić pustkę w moim życiu i zostać 

kolejną panią Strong. 

- No tak, rozumiem, dlaczego się wzdragasz na 

myśl o małżeństwie. - Nagle Kurtowi przyszedł do 

głowy pewien pomysł. - Słuchaj, po zakończeniu spra­

wy, nad którą pracuję, też zamierzam wyjechać na wy­

poczynek. Mógłbym cię z sobą zabrać. 

Ni stąd, ni zowąd stanęła mu przed oczami twarz 

Gretchen. Nigdy nie łączył pracy z przyjemnością, nie 

romansował ani nie wiązał się z osobą, która zleciła 

mu zadanie albo stanowiła obiekt inwigilacji. Sumień-

background image

nie przestrzegał tej zasady. Ale po zakończeniu pracy... 

hm, dlaczego mieliby nie kontynuować znajomości? 

- A dokąd się wybierasz? - spytał Max. 

Kurt podniósł do ust szklankę piwa. 

- Nazwa nic ci nie powie. 

- A może jednak? 
- Brunhia. 

- Brunhia? - Max uniósł brwi. - Sądziłem, że le­

piej znam się na geografii niż dziewięćdziesiąt procent 

społeczeństwa, ale zażyłeś mnie. 

- Brunhia to gęsto zalesiona wysepka u wybrzeży 

Portugalii. Ma z sześć kilometrów długości, około ki­

lometra szerokości i znajdują się na niej dwie malutkie 

osady rybackie. Poza tym tylko drzewa i skały. 

- Na czym polega jej urok? 

- Na tym, że nikt nie będzie wiedział, gdzie się 

podziewasz. - Kurt odsłonił zęby w przyjaznym 

uśmiechu. - Trzy czwarte wyspy należy do mnie, wraz 

z domem stojącym na przeciwległym krańcu od wio­

sek oraz kilkoma nieczynnymi kopalniami marmuru. 

- Aha. - Max wyraźnie czekał na więcej informacji. 

- Miałem wuja, prawdziwego ekscentryka - ciąg­

nął Kurt - który w latach pięćdziesiątych odkrył na 

Brunhii spore pokłady marmuru. Natychmiast zaczął 

go wydobywać, aż całkiem ogołocił wyspę z jego za­

sobów. Zbudował dom, rzecz jasna wykorzystując 

miejscowe surowce, w którym pomieszkiwał do swojej 

śmierci przed paroma laty. Ponieważ nie posiadał dzie­

ci, spadkobiercą zostałem ja. 

- Rozumiem. 

background image

- Nie ma tam nic do robienia poza łowieniem ryb. 

Wyspa stanowi oazę spokoju; leży z dala od cywili­

zacji, a dotrzeć można do niej tylko od strony jednej 

zatoczki, przy której leżą obie wioski. Uwielbiam to 

miejsce, zwłaszcza gdy odczuwam potrzebę spędzenia 

czasu w samotności. 

- Podoba mi się. - W głosie Maksa pojawiła się 

nuta rozrzewnienia. 

- Mieszkałem tam przez kilka miesięcy po odejściu 

z policji. Pobyt na tym odludziu świetnie mi zrobił. 
- Kurt przyjrzał się Maksowi uważnie. - Tobie też by 

pomógł. Uciekłbyś przed całym światem. 

- Dzięki, ale chyba nie skorzystam. Czułbym się 

jak intruz... 

Kurt na poważnie zaniepokoił się stanem przyjacie­

la. Siedzący obok na stołku barowym zrezygnowany, 

zniechęcony mężczyzna w niczym nie przypominał 

tryskającego energią, pewnego siebie Maxwella Stron-

ga, który kiedyś korzystał z jego fachowych usług. 

- Posłuchaj - rzekł. - Chałupa jest wielka, ma 

sześć sypialni, a mnie przydałoby się towarzystwo. -

Zwinął dłoń w pięść i lekko uderzył Maksa w ramię. 
- Nad czym się tu zastanawiać? Jak często masz okazję 

trafić gdzieś, gdzie nigdy dotąd nie byłeś? 

- Jeśli o mnie chodzi, to faktycznie nieczęsto - przy­

znał Max, zaproszenia jednak nie przyjął. - Muszę mieć 

stały dostęp do Internetu. Moi pracownicy doskonale so­

bie radzą z bieżącymi sprawami, ale to ja podejmuję naj­

ważniejsze decyzje. - Grymas wykrzywił mu twarz. -

Zwłaszcza od czasu kradzieży w Banku Światowym. 

background image

- Dużo straciłeś? - spytał Kurt. W swoim życiu 

spotkał wielu ludzi, którzy oszczędzali na starość 

i z dnia na dzień stracili wszystkie pieniądze. 

- Na szczęście nie - odparł przyjaciel. - Ale nie mo­

gę sobie pozwolić na całkowite odcięcie się od świata. 

- Wcale byś nie był odcięty. Wuj Reg też nie wy­

obrażał sobie życia bez Internetu. 

- Bo ja wiem? 

- Posłuchaj. - Kurt postanowił pchnąć Maksa we 

właściwym kierunku. - Za tydzień, góra dwa, kończę 

robotę. Ale ty możesz tam jechać już teraz. Wystarczy, 

że zatelefonuję do ludzi opiekujących się domem 

i uprzedzę ich o twoim przyjeździe. Co ty na to? Jutro 

rano mógłbym cię odwieźć na lotnisko, dla niepoznaki 

przyczep sobie jakąś brodę... A tam nie ma żadnych 

dziennikarzy, żadnych łowczyń posagu. 

Widząc wahanie na twarzy przyjaciela, Kurt podjął 

za niego decyzję. 

- W porządku, stary. Jutro lecisz i koniec. Wyglądasz 

jak wyżęta szmata, a pewnie czujesz się jeszcze gorzej. 

- Wyciągnąwszy rękę, zabrał mu nietknięty kieliszek. -

Idź do pokoju, wyśpij się, a rano ruszamy w drogę. 

- Skoro tak ładnie prosisz, chyba nie mogę ci od­

mówić. 

Po raz pierwszy, odkąd się do niego przysiadł, Kurt 

ujrzał znajomy błysk w oczach Maksa. Po chwili jed­

nak przyjaciel znów spoważniał. Zsunął się ze stołka 

i zacisnął dłoń na ramieniu detektywa. 

- Wiesz, Miller, porządny z ciebie gość. 

background image

Kiedy nazajutrz wieczorem rozległo się pukanie, 

Gretchen podeszła do drzwi szeroko uśmiechnięta, nie 

potrafiąc ukryć radości i podniecenia na myśl o ko­

lejnym wieczorze w towarzystwie Kurta Millera. Co 

prawda wydawało jej się, że umawiali się na siódmą 

w holu, ale... Poczuła, że dłonie robią się jej wilgotne 

ze zdenerwowania. 

Na korytarzu stała Nancy. Nie wiadomo, która 

z nich była bardziej zaskoczona widokiem drugiej. 

- Ho, ho, co ja widzę?! - zawołała dziewczyna. 

- Wyglądasz, Gretchen, wspaniale. Nawet nie wiedzia­

łam, że masz taką superkieckę. 

- Dziękuję - odparła zaczerwieniona. - A sukienkę 

kupiłam dziś po południu w jednym z tych butików 

na dole. 

- Co to za okazja? - Nancy nie umiała poskromić 

ciekawości. - Przyszłam namówić cię, abyś się z nami 

gdzieś wybrała, ale zdaje się, że poczyniłaś własne 

plany. 

- Mam randkę - wyjaśniła Gretchen. Dziwnie się 

czuła, wymawiając to słowo. Przecież ona, Gretchen 

Wagner, nie umawia się na randki. 

Nancy ze zdumienia otworzyła usta. 

- Och, ty podstępna bestio! A ja się o ciebie mar­

twiłam, że kolejny wieczór chcesz spędzić sama w po­

koju. 

Gretchen uśmiechnęła się, wzruszona troską swojej 

młodej asystentki. Po chwili nerwy znów dały o sobie 

znać. 

- Powiedz, Nancy, nie za bardzo się wystroiłam? 

background image

- spytała, wygładzając dłonią prostą czarną sukienkę. 

- Buty też kupiłam - przyznała. 

- Wyglądasz fantastycznie - zapewniła ją dziew­

czyna. - Skromna elegancja z leciutką nutą seksapilu. 

- Tylko z leciutką? - Nagle Gretchen zawstydziła 

się pytania. - Tylko tak mi się wypsnęło - zaczęła się 

tłumaczyć. 

- Spokojnie, pani profesor. - Nancy roześmiała się. 

- Swoją drogą faceci to uwielbiają. Takie niewinne ku­

szenie. Znacznie bardziej niż kiedy wszystko jest na 

widoku. 

- Na widoku? - Gretchen, zgorszona, wytrzeszczy­

ła oczy. - Chyba przesadzasz... 

Nancy potrząsnęła głową. 

- Boże, Gretchen, wystarczy się rozejrzeć. Czy ty 

niczego wokół siebie nie dostrzegasz? 

- Wiesz, na ogół jestem tak pogrążona we włas­

nych myślach, że nie zwracam uwagi na otoczenie. 

- To co, idziemy na dół? 

- Wezmę torebkę - odparła Gretchen, po czym wy­

krzywiła się. - Nie rozumiem, dlaczego kobiety noszą 

torebki. Przecież plecak jest o wiele wygodniejszy. 

Skierowały się do windy. Pierwszą osobą, jaką Gre­

tchen ujrzała, kiedy drzwi się rozsunęły na dole, był 

Kurt Miller; stał niedbale oparty o metalową balustradę 

otaczającą zgrupowane razem donice ze wspaniałymi 

roślinami. 

Wyprostował się i skinąwszy z uznaniem głową, 

wolno powiódł wzrokiem po jej zgrabnej figurze pod­

kreślonej opiętą czarną sukienką. Widząc jego taksu-

background image

jące spojrzenie, Gretchen miała ochotę odwrócić się 

i uciec. 

- Z tej odległości czuję żar - szepnęła Nancy. 

Gretchen nie odpowiedziała. W gardle jej zaschło, 

nogi przyrosły do ziemi. Kurt ruszył przez hol w stronę 

windy. 

- No to ja już lecę. - W głosie Nancy słychać było 

rozbawienie. - Miłego wieczoru! 

- Dobry wieczór - powiedział ochryple Kurt. -

Ślicznie wyglądasz. 

- Ty też - odrzekła Gretchen, a widząc wesołość 

w jego oczach, poprawiła się szybko: - Chciałam po­

wiedzieć ładnie... to znaczy jesteś przystojny... 

Podał jej ramię, po czym zakrył jej dłoń i poprowadził 

w kierunku najwytworniejszej restauracji w hotelu. 

- Lubisz kuchnię francuską? 
- Każdą lubię - rzekła. - A co, specjalizują się tu 

właśnie we francuskiej? 

Potwierdził skinieniem głowy. Czuła się przy nim 

mała, krucha, niezwykle kobieca. 

- I mają orkiestrę z Wiednia. 

- To pięknie. 

- Tak, pięknie. 
Odniosła wrażenie, że mówiąc „pięknie", miał na 

myśli coś innego, ją i ich randkę, a nie orkiestrę. 

Speszona odwróciła wzrok. 

Po chwili kierownik sali wskazał im zarezerwowany 

stolik. Kurt jednak nie pozwolił jej usiąść. 

- Zatańczysz? - spytał. 

- Dziękuję, to miło z twojej strony. Ale nie tańczę. 

background image

- Dlaczego? Nie lubisz? 

- Nie umiem. Nigdy się nie nauczyłam. 

- No to teraz masz okazję. 

- Nie! Kurt, błagam! - zaczęła protestować, ale 

równie dobrze mogłaby próbować zatrzymać czołg. -

Mam nadzieję, że chociaż ty potrafisz - mruknęła pod 

nosem, dając się zaciągnąć na parkiet - bo inaczej zro­

bimy z siebie pośmiewisko. 

Najwyraźniej ją usłyszał, gdyż odwróciwszy się do 

niej twarzą, oznajmił z uśmiechem: 

- Owszem, potrafię. Zaliczyłem w życiu niejeden 

bal. 

- Myślałam, że bale już dawno wyszły z mody. Że 

ostatni raz bawiono się na nich przed wojną secesyjną. 

W lewej ręce ścisnął jej prawą dłoń, lewą położył 

na swoim ramieniu, a swoją prawą objął ją w pasie. 

- Widać nie mieszkasz w Teksasie - oznajmił sucho. 

Roześmiała się. 

- A jak wygląda bal w Teksasie? 
- Normalnie. 

- To znaczy? Bo wiesz, na północnym wschodzie 

nie urządza się balów, a już zwłaszcza w kręgach aka­

demickich, w których ja się obracam. 

- No dobrze. - Uśmiechnął się. - Mężczyźni wy­

stępują w smokingach, kobiety wkładają eleganckie 

suknie do ziemi i obwieszają się brylantami. Wszyscy 

zachowują pozory uprzejmości, kultury, popijają drin­

ki, tańczą i zazwyczaj przed końcem wieczoru docho­

dzi do paru małych skandalików. 

Gretchen odrzuciła w tył głowę i parsknęła śmiechem. 

background image

- Brzmi to fascynująco. 

- Wypowiedź typowo kobieca. 

- A czego się spodziewałaś? Przecież jestem ko­

bietą. 

Popatrzył jej głęboko w oczy. 

- A ja jestem tego bardzo, bardzo świadom. 

Nagle zdała sobie sprawę, że przemieszczają się po 

parkiecie mocno przytuleni. Kurt był tak wyśmienitym 

tancerzem, że w jego ramionach poruszała się zgrabnie 

i zwinnie niczym baletnica. 

Gdy tylko o tym pomyślała, natychmiast się spięła, 

a po chwili potknęła. Żeby nie upaść, odruchowo za­

cisnęła rękę na ramieniu partnera. 

- Spokojnie, odpręż się. 

- Mówiłam ci, że nie umiem tańczyć. Wróćmy do 

stolika. 

Zignorował jej prośbę. 

- Świetnie ci szło, dopóki nie zaczęłaś się zasta­

nawiać nad krokami. Po prostu zamknij oczy i udawaj, 

że jesteśmy na balu. 

- Obawiam się, że to niewykonalne. Nigdy nie by­

łam nawet na potańcówce szkolnej. 

Zaśmiał się cicho, ale widząc, że Gretchen wcale 

nie żartuje, natychmiast spoważniał. 

- Dlaczego? - spytał. - Nie wierzę, że wszyscy 

chłopcy w twojej szkole byli ślepi. Musieli widzieć, 

jaką mają śliczną koleżankę. 

Komplement ten sprawił jej ogromną przyjemność, 

chociaż dobrze wiedziała, że nie należy do kobiet, za 

którymi mężczyźni się oglądają. 

background image

- Szkołę średnią skończyłam w wieku piętnastu lat. 

- Nie chciała się chwalić, po prostu usiłowała wytłu­

maczyć, dlaczego tak a nie inaczej ułożyło się jej życie. 

- Dzieciństwo miałam... dość niezwykłe i pewnie dla­

tego nigdy nie kusiło mnie, aby nawiązywać znajo­

mości czy przyjaźnie z rówieśnikami. 

- Matura w wieku piętnastu lat? Imponujące tem­

po. Musiałaś przeskakiwać po kilka klas naraz. 

- Tak. - Wzięła głęboki oddech. - Za bardzo się 

różniłam od rówieśników, żeby mieć z nimi cokolwiek 

wspólnego, z kolei byłam za młoda, aby chcieli się ze 

mną zadawać starsi koledzy i koleżanki z kolejnych 

klas. Sytuacja się pogorszyła, kiedy w wieku szesnastu 

lat rozpoczęłam studia. 

Pokiwał głową. 

- No tak, to może stanowić problem. Dzieciaki 

potrafią być okrutne wobec tych, którzy odstają od 

ogółu. 

- Na szczęście miałam cudownych rodziców. Przed 

adopcją poinformowano ich, że jestem małym geniu­

szem, więc robili wszystko, abym mogła się kształcić 

i rozwijać swój... 

- Poczekaj - przerwał Kurt. - Niby skąd było wia­

domo o twoich uzdolnieniach? Niemowlaki nie wyka­

zują jakichś szczególnych talentów. Leżą, gaworzą, siu­

siają... 

- Zgadza się. Ale mnie adoptowano w wieku dwu­

nastu lat. 

Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie. 

- Dwunastu? A co się stało z twoimi biologiczny-

background image

mi rodzicami? To znaczy, jeśli nie przeszkadza ci mó­

wienie o nich - dodał pośpiesznie. 

Wzruszyła ramionami. 

- Nie. Może dlatego, że nic o nich nie wiem. 

- Czyli dorastałaś w sierocińcu? A dlaczego nie 

adoptowano cię wcześniej? 

- Nie, to nie tak. - Wcale się nie dziwiła, że miał 

mętlik w głowie. - Dorastałam w domu pod okiem ro­

dziców, ale tego nie pamiętam. Nie mam żadnych 

wspomnień z tego okresu. 

- Nie do wiary. - Na moment zamilkł. - Częścio­

wa amnezja? Musisz mi o tym opowiedzieć, ale naj­

pierw wróćmy do stolika i zamówmy kolację. 

Kilka minut później, kiedy kelner przyjął od nich 

zamówienia i odszedł, Kurt popatrzył na nią pytająco. 

- Czyli co? Zero wspomnień z dzieciństwa? 

Dlaczego 01iver Gamble go nie uprzedził? Może 

sam nie wiedział? Bądź co bądź, stracił kontakt z córką 

przed wieloma laty. 

- Mam w pamięci dosłownie kilka mglistych ob­

razów, to wszystko. 

- Niesamowite. Zupełnie sobie tego nie wyobra­

żam. Czy wiadomo, co spowodowało utratę pamięci? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Za poradą lekarza rodzinnego rodzice adopcyjni za­

brali mnie do psychologa. Byłam u kilku. Nie znaleźli 

żadnych przyczyn mojej amnezji. - Wykrzywiła usta 

w uśmiechu. - Po prostu mam wybiórczą pamięć. 

- Amnezja często powstaje na skutek jakiegoś 

wstrząsu, prawda? 

background image

- Tak, ale kiedy trafiłam do adopcji, byłam idealnie 

zdrowym dzieckiem. Bez oznak jakiegokolwiek 

wstrząsu. - Zamyślona, oparła brodę na dłoni. 

- Przedziwne. - Kurt podniósł kieliszek. W jego 

oczach pojawił się figlarny błysk. - Nie masz pojęcia, 

ile bym dał za odrobinę amnezji, a ty biedna zmagasz 

się z nią, czy tego chcesz, czy nie. 

Przyjrzała mu się ze zdumieniem. 

- Co ty wygadujesz? Chciałbyś stracić pamięć? 

- O paru rzeczach chętnie bym zapomniał - odparł. 

Na przykład o tym, jak go oskarżono o zabicie wspól­

nika. Albo jak go rzuciła narzeczona. Ale te przykre 

sprawy zachował dla siebie. - Podejrzewam, że każ­

demu w życiu przydarzył się chociaż jeden incydent, 

który chętnie wymazałoby się z pamięci. 

- O tak, mam taki na swoim koncie! - zawołała 

ze śmiechem Gretchen. 

Siedziała rozluźniona, a w jej oczach migotały we­

sołe iskierki. Obserwując ją, Kurt zastanawiał się, czy 

wpływ na jej dobry humor ma jego towarzystwo, czy 

raczej doskonałe francuskie wino, które zamówili do 

kolacji. A może po prostu potrzebowała czasu, żeby 

się zrelaksować po długim pracowitym dniu. 

- Opowiedz - poprosił. 

- Kilka lat temu byłam z odczytem w Chicago. Na 

zakończenie bardzo serdecznie podziękowałam orga­

nizatorom za zaproszenie mnie do Minneapolis. 

Kurt pokiwał ze zrozumieniem głową. 

- W Minneapolis byłam dzień wcześniej. Wszystko 

mi się pokićkało. 

background image

- Moja historyjka jest bardziej krępująca. Dawno 

temu, kiedy jako młody gliniarz patrolowałem ulice... 

- Byłeś policjantem? 

- Tak. Dopiero później założyłem agencję dete­

ktywistyczną. - Na ten temat wolał nie rozmawiać, 

przynajmniej dziś. - W każdym razie stoję na rogu, 

spisując zeznania świadka, który trzyma na smyczy psa, 

kiedy nagle głupi kundel bierze moją nogę za hydrant 

pożarowy i na nią sika. 

- Ale moją gafę słyszało całe wielkie audytorium. 

- A pies, który mnie obsikał, nie był ratlerkiem, 

lecz dogiem. 

- O rany! - Gretchen nie zdołała zachować powa­

gi. Po chwili opanowała się, ale gdy napotkała roze­

śmiane oczy Kurta, ponownie wybuchnęła śmiechem. 

Łzy ciekły jej po twarzy. Wycierała je serwetką, a-one 

dalej płynęły. - Przepraszam - rzekła, kiedy wreszcie 

uspokoiła się na tyle, że mogła mówić. - Wyobraziłam 

sobie ciebie w roli hydrantu i... - Nie dokończyła. 

Znów dostała ataku śmiechu. 

- Za to, że się ze mnie śmiejesz, należy mi się je­

szcze jeden taniec. 

- Dobrze. 

- Tym razem tango. 

- Boję się, że po zejściu z parkietu obojgu nam 

się zamarzy chwilowa amnezja! 

- Nie, nie chcę zapomnieć ani sekundy spędzonej 

z tobą. 

Wypowiedział te słowa bez zastanowienia, po pro­

stu tak czuł. Ale ledwo skończył, uświadomił sobie, 

background image

że powinien był ugryźć się w język. Na drugiej randce 

nie mówi się takich rzeczy. Nie ma co, stary! Postąpiłeś 

jak kretyn. Wybrałeś pewny sposób, żeby odstraszyć 

najcudowniejszą laskę, jaką kiedykolwiek w życiu 

spotkałeś. 

Gretchen jednak nie sprawiała wrażenia przestra­

szonej. Raczej wyglądała na zaskoczoną. Wpatrywała 

się w niego lśniącymi, niebieskimi oczami, jakby ocze­

kiwała, aż zaraz cofnie to, co powiedział. 

Cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Kurt 

pierwszy ją przerwał. 

- Gretchen? - Zakrył ręką jej dłoń. - Przepraszam, 

jeśli cię speszyłem. Nie chciałem psuć ci humoru. 

- Nie zepsułeś - oznajmiła z nutą zdumienia w gło­

sie, niemal jakby ten fakt ją samą zadziwił. - Po prostu... 

Chodzi o to, że nikt w życiu nie powiedział mi czegoś 

tak pięknego - przyznała z bolesną szczerością. 

Poczuł ukłucie w sercu. Psiakość. Gretchen Wagner 

wiąże się z jego pracą, z zadaniem, którego się podjął. 

Ale jest już za późno. Wiedział, że nie zdoła jej zo­

stawić. Ona jest zbyt niewinna, zbyt prostolinijna, zbyt 

nieświadoma własnego powabu, aby dać sobie radę 

w tym wielkim, okrutnym świecie. 

Ktoś musi się nią zaopiekować. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Po kolacji ponownie zatańczyli. Nie tango, tak jak 

Kurt zapowiedział, ale kilka wolnych, nastrojowych ka­

wałków. W przyćmionym świetle, wśród kilkunastu in­

nych par, czuli się tak, jakby byli sami, tylko we dwoje. 

Parkiet stawał się coraz bardziej zatłoczony. W Kai­

rze tak bliski kontakt fizyczny między osobami róż­

nych płci możliwy był jedynie w dużym nowoczesnym 

hotelu. Konserwatywni muzułmanie zamieszkujący 

większość krajów Bliskiego Wschodu akceptowali bar­

dzo niewiele form rozrywki. 

W miarę upływu wieczoru odległość dzieląca Gre-

tchen od Kurta coraz bardziej się kurczyła, aż wreszcie 

ich ciała się zetknęły, a jego usta znalazły się centymetr 

od jej skroni. Jeszcze nigdy nie było jej tak dobrze; czuła 

się jak w niebie. W swoim trzydziestopięcioletnim życiu 

tylko raz była z kimś związana. Romans z profesorem, 

znacznie od niej starszym, nie miał w sobie nawet cienia 

romantyzmu. Nie mogła się nadziwić, dlaczego ludzie 

taką wagę przykładają do miłości. Po rozstaniu pozostał 

jej niesmak; wstydziła się własnej głupoty. 

Dziś po raz pierwszy miała wrażenie, że rozumie 

fascynację miłością. W ramionach Kurta czuła się pięk­

na, zmysłowa, pociągająca. Patrzył na nią ciepło, z za-

background image

chwytem w oczach, obejmował zaś czule, w sposób 

opiekuńczy, zaborczy, a zarazem rozkosznie podnieca­

jący. Pomyślała sobie, że byłaby szczęśliwa, gdyby 

mogła tańczyć z tym wspaniałym mężczyzną do końca 

swoich dni. 

Ale w tym momencie muzycy postanowili odpocząć. 
- Szkoda - westchnęła, kiedy kierownik zespołu 

ogłosił półgodzinną przerwę. - Mam ochotę dalej tań­

czyć. 

Kurt uśmiechnął się. 

- Ja też. 

Obejmując Gretchen lekko w talii, zaprowadził ją 

z powrotem do stolika. Kiedy podszedł kelner, zamó­

wili coś do picia. Zauważyła, że podobnie jak ona, 

Kurt zamówił wodę mineralną. Ucieszyła się; nigdy 

nie przepadała za alkoholem. Kieliszek wina, który wy­

piła do kolacji, to było maksimum, na jakie sobie po­

zwalała. Źle by się czuła z mężczyzną, który nie wy­

lewałby za kołnierz. 

Po chwili Kurt wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. 

- Chciałbym ci podziękować za dzisiejszy wieczór 

- powiedział cicho. - Kiedy okazało się, że muszę je­

chać do Egiptu, nie spodziewałem się, że tak przyjem­

nie spędzę tu czas. 

- A dlaczego musiałeś? - spytała. 
Przybrał kamienny wyraz twarzy, jakby nie chciał, 

by cokolwiek z niego wyczytała. Uświadomiła sobie 

własny błąd. 

- Przepraszam. Nie pomyślałam o tym, że pewnie 

nie wolno ci rozmawiać o pracy. 

background image

- To prawda. - Odprężył się. - Chociaż nie. Mogę 

rozmawiać o pracy detektywa, ale nie o zadaniach, 

które wykonuję. 

- No dobrze. Od jak dawna pracujesz w tym za­

wodzie? 

- Osiem lat. 
- A co cię skłoniło do zostania detektywem? -

Uśmiechnęła się. - Nas, profesorów, jest na pęczki, 

a prywatnego detektywa jeszcze nigdy nie spotkałam. 

- Dziwne - rzekł z błyskiem w oku. - Bo ja od­

wrotnie. Znam mnóstwo detektywów i ani jednego 

profesora. - Wypił łyk wody. 

Gretchen przez chwilę przyglądała mu się bez słowa. 

- Mówiłeś, że byłeś gliniarzem. Potrafię sobie wy­

obrazić ciebie jako policjanta. Dlaczego wybrałeś aku­

rat taki zawód? 

- Bo ja wiem? Zawsze mnie to fascynowało - odparł. 

- Kiedy byłem dzieckiem, mieliśmy sąsiada policjanta. 

Patrzyłem w niego jak w obrazek. - Uśmiechnął się na 

wspomnienie dawnych dni, ale w jego spojrzeniu malo­

wał się smutek. - Udawałem, że jest moim tatą. I oczy­

wiście marzyłem o tym, aby pójść w jego ślady. 

Wzruszyła ją ta historia. Pomyślała z rozrzewnie­

niem o małym chłopcu, który, straciwszy ojca i matkę, 

pragnie mieć tradycyjną rodzinę, bo babcia, mimo że 

kochana i kochająca, jednak mu nie wystarcza. 

- Więc dlaczego odszedłeś z policji i zdecydowa­

łeś się otworzyć agencję detektywistyczną? 

Poruszył nerwowo szczęką. Na jego twarzy pojawił 

się grymas bólu. 

background image

- Okazało się, że praca w policji nie jest tak chlub­

na i zaszczytna, jak mi się wydawało. Wolę pracować i 

na własny rachunek. 

- Praca w policji nie przynosi chluby? - spytała, 

nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi. 

- Nie - odparł krótko. Napotkał jej wzrok, ale nie 

wdawał się w dokładniejsze wyjaśnienia. 

To jedno słowo zawierało jednak potężny ładunek j 

emocji; Gretchen słyszała w nim żal, rozczarowanie, j 

rezygnację, zadumę. ! 

- Opowiedz mi, co się stało - poprosiła cicho. 

Wzruszył ramionami, jakby do całej sprawy miał ! 

obojętny stosunek, ale Gretchen czuła, że przeszłość i 

wciąż nie daje mu spokoju. 

- W moim komisariacie szerzyła się korupcja. Albo 

się uczestniczyło w tym procederze, albo się było z gó­

ry skazanym na kłopoty. 

- Na jakie kłopoty? 

Tak długo milczał, że sądziła, iż nie udzieli jej od­

powiedzi. Uniosła pytająco brwi. 

- Robiliśmy nalot na dilerów narkotyków - oznaj­

mił bezbarwnym głosem. - Mój partner został zabity 

strzałem w plecy. Oskarżono mnie o morderstwo. Do­

piero później, podczas badań balistycznych wyszło na 

jaw, że używam innych nabojów. 

- Koledzy chcieli wrobić cię w zabójstwo? - Nie 

mieściło się jej to w głowie. 

- Po prostu chcieli się mnie pozbyć. Za wszelką 

cenę. - Wykrzywił usta w ironicznym grymasie. -

Gdybym się nie schronił za murem, mnie też by za-

background image

strzelili, a potem włożyli mi do ręki broń, z której zgi­

nął Rayford. 

- Ale dlaczego? 

- Odkryłem, że kilku moich kolegów, dzielnych, 

wspaniałych policjantów, prowadzi na boku własny 

biznes narkotykowy. Podczas nalotów konfiskowali to­

war, po czym sami go opychali. Przestraszyli się, że 

zamierzam ich wydać. 

- A zamierzałeś? 

- Owszem. 
- I słusznie! - zawołała, przerażona tym, co jej 

opowiedział. - Ale chyba nie wszyscy byli tak nie­

uczciwi? 

- Nie, nie wszyscy - przyznał. - Ale kiedy czło­

wiek zbliża się do emerytury i ma rodzinę na utrzy­

maniu, to nie za bardzo się chce narażać większości. 

- To znaczy, że inni nie stanęli w twojej obronie? 

- Początkowe oburzenie zamieniło się we wściekłość, 

której nawet nie próbowała ukryć. 

- Nie stanęli. 
- To skandal! 

Uśmiech rozjaśnił jego twarz, oczy straciły posępny 

wyraz. 

- Masz rację - przyznał. - Ale nie ma tego złego, 

co by na dobre nie wyszło. Praca detektywa odpowiada 

mi znacznie bardziej niż praca gliniarza. - Sięgnąwszy 

nad stolikiem, delikatnie pogładził palcem jej dłoń. -

Poza tym jako gliniarz nigdy bym nie przyjechał do 

Egiptu i cię nie spotkał. 

Chętnie dłużej porozmawiałaby o jego doświadczę-

background image

niach w policji, ale zauważyła, że ten temat go drażni. 

Zresztą nie chciała psuć miłego nastroju. Dobrze się 

czuła w towarzystwie tego mężczyzny, którego ciepłe, 

piwne oczy spoglądały na nią z zainteresowaniem, 

a palce gładzące jej nadgarstek sprawiały, że raz po 

raz przeszywał ją cudowny dreszcz podniecenia. 

Kurt Miller był okazem siły, zdrowia, seksapiłu 

i podejrzewała, że doskonale zdawał sobie sprawę 

z własnych przymiotów. Gdyby miała odrobinę rozu­

mu w głowie, powinna podziękować za sympatyczny 

wieczór, udać się do swojego pokoju i nie opuszczać 

go, dopóki nie nadejdzie czas powrotu do Bostonu. 

Ale zanim zdążyła zrealizować swe postanowienie, 

zespół, który dosłownie przed chwilą zakończył prze­

rwę, zaczął grać wolny, romantyczny utwór. Nie po­

trafiła się oprzeć pokusie, kiedy Kurt ponownie po­

prosił ją do tańca. 

Tym razem nawet nie próbował zachowywać mię­

dzy mmi odległości. Przygarnął ją tak mocno, że ich 

ciała się zetknęły. Czuła bijący od niego żar. Korciło 

ją, by zrobić coś, czego nigdy dotąd nie robiła: zacząć 

się o Kurta ocierać, starać się poznać jego ciało. 

Oddech miał coraz szybszy. 

- Doprowadzasz mnie, kotku, do szaleństwa. 
Kto? - zdumiała się. Ona, Gretchen Wagner, która 

nigdy nie była na szkolnej zabawie? Która dziś tańczy 

po raz pierwszy w życiu? Miała wrażenie, że śni. I po­

stanowiła śnić dalej, cieszyć się tą ekscytującą chwilą 

tak długo, póki się da. 

Oparła głowę na ramieniu Kurta, przymknęła oczy 

background image

i poddając się leniwemu rytmowi, poruszała się wolno 

po parkiecie. Wiedziała, że ten taniec i ten wspaniały 

mężczyzna na zawsze wryją się jej w pamięć. Chciała 

tego. Gdy poczuje się samotnie w swoim małym, ci­

chym świecie, przynajmniej będzie mogła przywołać 

to wspomnienie. A wtedy przypomni sobie, że był taki 

dzień w jej życiu, kiedy komuś wydawała się atrakcyj­

na, powabna, pociągająca. 

Co nijak się ma do prawdy. 

Świadomość, że to tylko złudzenie, troszkę ją 

otrzeźwiła. 

- Nie jesteś szczęśliwa - szepnął Kurt, jakby wy­

czuwając zmianę jej nastroju. - Co się stało? 

Potrząsnęła lekko głową, nie unosząc jej z jego ra­

mienia. 

- Nic - odparła. Niechcący musnęła wargami żyłę 

pulsującą na jego szyi. 

Poczuła, jak zadrżał. Po chwili przysunął policzek 

do jej włosów. 

- Pani profesor... - Głos miał niski, oddech parzący. 

Wypowiedziane szeptem słowa zabrzmiały w jej 

uszach jak najczulsza pieszczota. 

- Hm? 

W odpowiedzi dotknął jej ust. Zbyt oszołomiona 

kłębiącymi się w niej emocjami, nawet nie pomyślała 

o tym, żeby odsunąć się czy zaprotestować. Czując na­

pór języka Kurta, posłusznie rozchyliła wargi i zadrża­

ła z rozkoszy. Miała wrażenie, że nogi się pod nią ugi­

nają. Z całej siły przytuliła się do Kurta. Z jego gardła 

wydobył się zduszony jęk. 

background image

- Boże, nie wytrzymam... 

Jego wargi i język wyczyniały takie cuda, że wkrót­

ce gotowa byłaby zgodzić się na wszystko, czego by 

tylko od niej zażądał. Ale właśnie wtedy, gdy tak na- I 

miernie reagowała na jego dotyk, Kurt zmniejszył in­

tensywność pocałunków, a po chwili uniósł głowę. 

- A niech to - syknął przez zęby. - Przepraszam. 

Na moment znieruchomiała. Przepraszam? Za co, 

na miłość boską? Nagle przyszło otrzeźwienie: żar 

i podniecenie prysło, ustępując miejsca zawstydzeniu. 

Czując, jak szkarłatny rumieniec wypływa na jej twarz, 

starała się wyzwolić z uścisku. 

Kurt nie opuścił ramion. Przeciwnie, objął ją jeszcze 

mocniej. 

- Dokąd idziesz? - zdziwił się. 

- Spać. - Głos jej zadrżał. - Czeka mnie jutro 

mnóstwo pracy. 

- Jesteś zła, prawda? Co mogę zrobić, żeby napra­

wić swój błąd? 

Zwiesiła głowę. Nie odezwała się. Brak doświad­

czenia sprawiał, że zupełnie nie umiała sobie radzić 

w takich sytuacjach. 

- Przepraszam za moją... hm, nadpobudliwość. Po 

prostu... - zawahał się. - Wiem, że to głupio zabrzmi, 

ale po prostu przyćmiłaś mi rozum. 

Wreszcie popatrzyła mu w oczy. 

- Mógłbyś powtórzyć? 

- Przyćmiłaś mi rozum - rzekł niemal zawstydzo­

ny. - Nie należę do facetów, którzy obsciskują się 

z każdą napotkaną kobietą. 

background image

- Ale ja wcale się na ciebie nie gniewam - powie­

działa cicho. 

- Nie gniewasz się, że cię wykorzystałem? 

- Nie wykorzystałeś. 

Nie odrywał spojrzenia od jej twarzy. 

- Więc dlaczego jesteś na mnie zła? 
- Zła? Tego bym nie powiedziała. Lepszym okre­

śleniem byłoby: urażona. 

Spojrzał w sufit. 

- W porządku. Więc czym cię uraziłem? 

- Przestałeś - odparła, nie zastanawiając się nad 

tym, czy to sensowne, aby drążyć tak niebezpieczny 

temat. 

- Co przestałem? - Potrząsnął bezradnie głową, jak­

by się pogubił i zupełnie nie śledził jej toku myślenia. 

- Mnie całować. A potem takim tonem, jakbyś nie 

mógł sobie czegoś wybaczyć, powiedziałeś „przepra­

szam". Uznałam, że przepraszasz mnie właśnie za te 

pocałunki. 

- Owszem - potwierdził i uściślił szybko: - Za to, 

że musiałem je przerwać. 

- Nie musiałeś. Nie zamierzałam się wyrywać. 

- Wiem! - oznajmił tak głośno, że kilka tańczą­

cych obok par spojrzało na nich z zaciekawieniem. -

W tym tkwi cały kłopot. Nie rozumiesz? - Po jego 

wargach przemknął szelmowski uśmiech. - Kiedy tyl­

ko się ode mnie odsuniesz, każdy, kto na nas patrzy, 

bez trudu spostrzeże, jak na ciebie reaguję. Jeżeli na­

tychmiast nie przerwiemy tego tańca, wylądujemy ra­

zem w łóżku. Nie sądzę, abyś była na to gotowa. 

background image

Zszokowana otworzyła usta, ale nie zdołała nic po­

wiedzieć. Położywszy ręce na jej ramionach, Kurt ob­

rócił ją tyłem do siebie. Ruszyli razem do stolika; ona 

szła przodem, on tuż za nią. Kiedy doszli na miejsce, 

od razu usiadł. Ona wciąż stała. 

- Wiesz, co masz zrobić? - Skierował na nią 

wzrok. - Iść do siebie do pokoju i położyć się spać. 

- A ty? 

Uśmiechnął się szeroko, oczy też mu się śmiały. 

- Ja, niestety, muszę tu zostać, dopóki... 

- Nie opadniesz? - podsunęła odważnie. Pomyśla­

ła sobie, że na początku wieczoru nie byłaby tak fry-

wolna. 

- Pewnie bym użył innego słowa, ale może być 

i to. 

Jedną ręką objął ją w pasie, drugą za szyję, tak by 

schyliła głowę. Pocałunek na pożegnanie rozpalił 

w niej ogień i na moment pozbawił ją tchu. 

- A teraz leć. Zadzwonię jutro i znów umówimy 

się na kolację. 

- Dobrze. 

Posłusznie ruszyła do wyjścia. Przed opuszczeniem 

restauracji obejrzała się przez ramię. Kurt pożerał ją 

wzrokiem. Zadrżała. Z pewnym ociąganiem podniosła 

rękę i lekko pomachała mu na do widzenia. Po chwili 

uniósł dłoń i odpowiedział jej tym samym gestem. Wy­

raz jego twarzy nie uległ zmianie. 

Poczuła, jak rozchodzi się po niej żar. Posławszy 

Kurtowi promienny uśmiech, skierowała się do wind. 

Naciskając klamkę, przypomniała sobie jego ostat-

background image

nie słowa: że jutro zadzwoni i znów wybiorą się razem 

na kolację. I nagle ogarnęła ją złość: jakim prawem 

zakłada, że będzie jutro wolna? Ale kiedy zaczęła od­

twarzać w myślach przebieg wieczoru, złość szybko 

z niej wyparowała. 

Kurt Miller jest nią zainteresowany. Pociąga go! 

Ona, Gretchen Wagner! Nie mogła uwierzyć we własne 

szczęście. Może powinna uszczypnąć się, by spraw­

dzić, czy na pewno nie śni? Bała się jednak zaryzy­

kować. A nuż się obudzi? 

Nazajutrz podczas śniadania czuł się paskudnie. Ale 

czułby się znacznie gorzej, gdyby wczoraj zaciągnął 
Gretchen do łóżka. 

Słaba to jednak pociecha. Nie poprawiła mu też hu­

moru świadomość, że tak nieprofesjonalnie zachował 

się po raz pierwszy w życiu. Co z tego, że przy Gre­

tchen zapominał o całym świecie, że tracił rozsądek, 

że pragnął jej aż do bólu? To żadne usprawiedliwienie. 

Nie masz prawa angażować się w cokolwiek, upo­

mniał samego siebie. Zresztą kiedy wykonasz zadanie 

i doprowadzisz do jej spotkania z ojcem, na zawsze 

zniknie z twojego życia. Więcej się nie zobaczycie. 

Wcale mu się to nie podobało. 

Ogarnęły go wyrzuty sumienia. Wykorzystał wza­

jemną sympatię, jaka się między nimi wytworzyła, aby 

zadać Gretchen parę pytań o jej dzieciństwo i zdobyć 

informacje potwierdzające to, co podejrzewał: że jest 

kobietą, którą polecono mu odnaleźć. 

Spojrzawszy na zegarek, stwierdził, że na wschód-

background image

nim wybrzeżu Stanów zbliża się pierwsza po południu 

- najwyższy czas, aby skontaktować się ze swym zle­

ceniodawcą. Powinien był to uczynić znacznie wcześ­

niej, ale wcześniej nie miał żadnych istotnych wiado­

mości do przekazania. 

Skończył śniadanie, zapłacił rachunek i wróciwszy 

na górę do pokoju, wykręcił numer w Stanach. 

- Halo? 

- Pan Gamble? - Gretchen Gamble? Czy tak się 

kiedyś nazywała? - Mówi Kurt Miller. 

- Miller! - W głosie mężczyzny na drugim końcu 

linii ulga mieszała się z irytacją. - Gdzie pan jest? Dla­

czego dopiero teraz pan dzwoni? 

- Bo wcześniej nie miałem nic do przekazania -

wyjaśnił spokojnie Kurt. - Od... 

- Żądam, aby pan nas... mnie... informował o wszyst­

kim na bieżąco, nawet jeśli pan uważa, że nie ma nic do 

przekazania. - Na moment Gamble zamilkł. - No dobrze, 

słucham. 

- Od kilku dni obserwuję Gretchen Wagner. W końcu 

udało mi się nawiązać z nią znajomość. W trakcie paru 

rozmów, jakie odbyliśmy, potwierdziły się pańskie przy­

puszczenia. 

- Czyli została adoptowana w starszym wieku? 

- Miała dwanaście lat. 

- Jest wybitnie inteligentna? 

- Zdecydowanie tak. - Kurt przypomniał sobie, co 

mu Gretchen mówiła na temat szkoły i własnego po­

czucia osamotnienia. 

-

 To musi być ona! - zawołał triumfalnie Gamble. 

background image

- No dobra. Niech pan słucha uważnie. Chciałbym, 

żeby jej pan wyjaśnił, że reprezentuje nas... mnie, i że 

chcę się z nią zobaczyć. 

- Ona sądzi, że jej biologiczni rodzice nie żyją -

oznajmił Kurt. - Nie mogę po prostu... 

- Może pan, może - przerwał mu jego rozmówca. 

- Niech pan powie Gretchen, że jej matka faktycznie 

nie żyje, a ja dopiero niedawno dowiedziałem się o jej 

istnieniu i od tej pory staję na głowie, żeby ją odnaleźć. 

Kurt uśmiechnął się pod nosem. 

- W porządku. Postaram się jej wszystko wyjaśnić. 

- A potem proszę ją przywieźć do Stanów - in­

struował dalej Gamble. - Spotkamy się za trzy dni... 

- Zaraz, zaraz! Nie wydaje mi się, żeby Gretchen 

zgodziła się wyjechać z Egiptu z dnia na dzień. Przy­

jechała tu w konkretnym celu. Jeszcze nie skończyła 

swojej pracy. 

- Ale jak usłyszy, że jej ojciec żyje i pragnie się 

z nią zobaczyć... 

Kurt nie odezwał się. 

- Jestem bogatym człowiekiem, Miller - podjął po 

chwili Gamble. - Dysponuję ogromnym majątkiem, 

który ona odziedziczy. Kiedy to sobie uświadomi, na 

pewno jej priorytety ulegną przetasowaniu. Nie sądzi 

pan? 

- Nie mam pojęcia - odparł detektyw, licząc w du­

chu na to, że Gretchen jednak nie skuszą pieniądze. 

- No cóż, przekonamy się. W każdym razie proszę 

do mnie natychmiast zadzwonić, jak tylko Gretchen 

coś postanowi. 

background image

- Jeszcze jedna sprawa. Pana córka ma częściową 

amnezję. Nie pamięta swojego wcześniejszego życia. 

Tego sprzed adopcji. 

- W ogóle? Nic a nic? 

Mimo szoku w głosie Gamble'a Kurt miał dziwne 

wrażenie, jakby mężczyzna wielokrotnie ćwiczył te 

słowa przed lustrem. 

- Ma jedno czy dwa mgliste wspomnienia, ale to 

wszystko. Nie pamięta pana, swojej matki, domu ro­

dzinnego. - Na moment Kurt zamilkł. - Zakładam, że 

był pan obecny w życiu córki? 

- Oczywiście, że tak - warknął Gamble. 
- Po prostu się upewniam. 

- Niech pan... Zresztą mniejsza o to. Jej amnezja 

nie ma najmniejszego znaczenia. Proszę robić, co do 

pana należy. 

Wydał jeszcze kilka poleceń, po czym zakończył 

rozmowę. 

Kurt siedział na brzegu łóżka, wpatrując się w te­

lefon. Irytował go sposób, w jaki Gamble wydawał po­

lecenia. Coś mu w tym wszystkim śmierdziało. Może 

chodzi jedynie o styl bycia Gamble'a? Ale chyba nie. 

Po plecach przeszły mu ciarki. Gdy pracował w policji, 

takie ciarki oznaczały, że zaraz coś się wydarzy. Że 

sytuacja, nad którą wszyscy panują, za moment wy­

mknie się spod kontroli. Teraz też miał takie wrażenie. 

Jake Ingram siedział w hali odlotów na lotnisku 

Dullesa, czekając, aż ogłoszony zostanie lot do Teksa­

su. Żałował, że nie zabrał z hotelu „The Washington 

background image

Post" - przynajmniej miałby co czytać, bo lot, jak zwy­

kle, był opóźniony. 

Zamierzał spytać swojego ochroniarza, czy przy­

padkiem nie wziął na drogę jakiejś lektury, ale po chwi­

li ugryzł się w język. Zadaniem Roberta jest nieustanna 

obserwacja otoczenia, czego nie mógłby robić, gdyby 

tkwił z nosem w gazecie. 

Wprawdzie sam mógłby przejść do kiosku i kupić 

książkę lub pismo, ale nie chciało mu się krążyć po 

lotnisku. Trzy miejsca dalej zobaczył leżący na pustym 

krześle „National Geographic". 

- To pani? - spytał siedzącą obok kobietę, wska­

zując wzrokiem na magazyn. 

Kobieta potrząsnęła głową. 

- Nie. Już tu leżał, kiedy przyszłam. - Podała go 

Jake'owi. - Proszę. 

Jake odwzajemnił uśmiech. 

- Dzięki. Jeśli pojawi się właściciel, na pewno mnie 

zauważy... 

Dwadzieścia minut później wezwano do wyjścia pa­

sażerów odlatujących do Teksasu. Po kolejnym kwa­

dransie samolot wzniósł się w powietrze. Jake siedział 

w pierwszej klasie, wciąż czytając porzucony maga­

zyn. Skończył artykuł o zagrożonych w Stanach 

pszczołach miodnych; następny artykuł, bogato ilustro­

wany kolorowymi zdjęciami, dotyczył kobiety, profe­

sor z Harvardu, która pracowała nad odcyfrowywa­

niem kamiennych tablic pokrytych pismem w jakimś 

nieznanym pradawnym języku. Już po kilku pierw­

szych akapitach Jake zaczął się wiercić niespokojnie. 

background image

Trzydzieści kilka lat... uzdolniona językowo... profe­

sor... Harvard... Po plecach przebiegł mu dreszcz, na 

czoło wystąpiły kropelki potu. Wyprostował się w fo­

telu i w skupieniu czytał dalej. 

Violet, kobieta, która go urodziła - wciąż nie mógł 

uwierzyć, że znalazł swoją biologiczną matkę - twier­

dziła, że jego siostra bliźniaczka miała niezwykły dar 

do języków obcych. Gretchen Wagner... No tak, wiek 

się zgadza, a także talent językoznawczy. Autor arty­

kułu wspominał, że znała dwanaście języków i spe­

cjalizowała się w rozwiązywaniu skomplikowanych 

zagadek językowych. 

W dodatku to imię... Jego siostra miała na imię Grace, 

ale Violet uprzedziła go, że jej imię zostało zmienione. 

Czy możliwe, że Gretchen to w istocie Grace? 

Westchnął głęboko. Czy dopatruje się prawdy tam, 

gdzie jej nie ma? Czy, zasugerowany świeżo otrzyma­

nymi informacjami, na siłę doszukuje się powiązań 

tam, gdzie istnieją jedynie zbiegi okoliczności? Oddy­

chając ciężko, przewracał nerwowo strony; chciał trafić 

na dobre, wyraźne zdjęcie, na którym widać byłoby 

rysy twarzy opisywanej pani profesor. Zdjęć było spo­

ro, ale na większości Gretchen Wagner klęczała, do­

pasowując do siebie kawałki kamiennych tabliczek al­

bo malutką szczoteczką oczyszczała z piasku wyryte 

w kamieniu symbole - głowę miała opuszczoną, włosy 

zakrywały jej twarz. To, że kolor włosów się zgadzał, 

jeszcze o niczym nie świadczy. 

I wtem na ostatniej stronie znalazł to, czego szukał: 

duże kolorowe zdjęcie patrzącej w obiektyw, uśmie-

background image

chniętej profesor Wagner. Była wzrostu nieco ponad 

średniego, szczupła, o ciemnych, lekko kręconych 

włosach i niebieskich oczach, identycznych w odcie­

niu co jego własne. 

Ale najbardziej zdumiało go to, że Gretchen Wagner 

stanowiła wierną, choć młodszą kopię kobiety, z którą 

kilka godzin temu rozstał się w Waszyngtonie. 

Zakręciło mu się w głowie. Zamknął pismo, usiłu­

jąc dojść do ładu ze swoimi myślami. Odnalazł Grace. 

Wątpliwości, jakie go dręczyły po rozmowie z Violet 

Hobson, ulotniły się w okamgnieniu. 

Lecz skoro on tak łatwo odnalazł siostrę, przypu­

szczalnie Willard Croft i inni, o których mówiła Vio-

let, również nie będą mieli z tym większych proble­

mów. Osoba taka jak Gretchen, wybitna specjalistka 

w wąskiej dziedzinie nauki, w dodatku nieświadoma 

zagrożenia, nie ukryje się przed machinacjami prze­

biegłego wroga. 

Podjął decyzję: zadzwoni na uniwersytet Harvarda 

i dowie się, gdzie Gretchen Wagner prowadzi badania. 

A potem wybierze się do niej z wizytą, opowie jej nie­

samowitą historię, w którą sam do niedawna nie wie­

rzył, i spróbuje ją przekonać, że w tym, co mówi, nie 

ma słowa kłamstwa. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Halo? - W nosowym głosie na drugim końcu li­

nii słychać było zniecierpliwienie. 

- Tu Agnes. 

- Masz coś? 
- Znaleźliśmy Grace. - Kobieta zacisnęła mocniej 

dłoń na słuchawce. 

- Naprawdę? - Croft nie posiadał się z radości. -

Jak szybko możecie mi ją dostarczyć? 

- Właśnie nad tym pracujemy. Grace jest osobą 

dość znaną; gdyby nagle zniknęła, prowadzono by po­

szukiwania na szeroką skalę - wyjaśniła Agnes. - Dla­

tego zamiast rozwiązania... hm, siłowego, staramy się 

ją przekonać, aby sama do nas przyjechała. 

- Gdzie obecnie przebywa? 

- W Egipcie. 

- W Egipcie? Co, u licha, tam robi? 

- Ponieważ specjalizuje się w starożytnych języ­

kach, poproszono ją, aby spróbowała rozszyfrować ja­

kieś stare pismo czy coś w tym rodzaju. Kup sobie 

ostatni numer „National Geographic"; jest tam duży 

artykuł o niej. A kiedy zobaczysz zdjęcie, zrozumiesz, 

jak wpadliśmy na jej trop. 

background image

- Pytam jeszcze raz... - Głos Crofta brzmiał cicho 

i groźnie. - Kiedy mi ją dostarczycie? 

Mi, mi, mi, pomyślała z wściekłością Agnes. Zu­

pełnie jakby on jeden zajmował się tą sprawą. A ona 

i Ołiver to co? Przecież od początku we wszystkim 

uczestniczą. 

- Nie wiem - odparła. - Wynajęliśmy prywatne­

go detektywa, który jest z nami w stałym kontakcie. 

Odezwę się, jak otrzymam nowsze informacje. - Bez 

słowa pożegnania nacisnęła widełki, przerywając po­

łączenie. 

Tego dnia, kiedy Gretchen wróciła z pracy, zoba­

czyła mrugające światełko w aparacie telefonicznym; 

oznaczało to, że jest dla niej wiadomość. Zaciekawio­

na, połączyła się z recepcją; usłyszała, że zaraz ktoś 

doręczy jej przesyłkę. 

Przesyłkę? Próbowała sobie przypomnieć, czy coś 

ostatnio zamawiała, jakieś materiały naukowe. Nie, na 

pewno nie. Doszła do wniosku, że musiało się komuś 

coś pomylić. 

Po chwili rozległo się pukanie. Kiedy otworzyła 

drzwi, zobaczyła ogromny wazon z bukietem pięk­

nych, pachnących kwiatów. Na przyczepionej do ło­

dyżki kopercie widniało jej nazwisko. Czyli o pomyłce 

nie może być mowy. 

Wręczyła posłańcowi suty napiwek, po czym roze­

rwała kopertę i wyciągnęła ze środka mały kartonik. 

Wcześniej tylko raz w życiu dostała bukiet - od ro­

dziców, kiedy zdała maturę. Podniosła kartonik do oczu 

background image

i przeczytała: „Gretchen, przepraszam. Za to, że prze­

stałem. K.M". 

Uradowana, roześmiała się wesoło, po czym kręcąc 

głową, schowała kartonik do koperty. Co jak co, po­

myślała, ale fantazji Kurtowi nie brakuje. Powinna się 

go wystrzegać; nie wiadomo, czym taka znajomość 

może się zakończyć. 

Ale oczywiście nie zamierzała pozbywać się Kurta 

ze swojego życia. Był najbardziej fascynującym męż­

czyzną, z jakim kiedykolwiek miała do czynienia. 

I wprost nie mogła uwierzyć, że ktoś taki jak on mógł 

się nią zainteresować. 

Ponieważ było już po piątej, a umówili się na szó­

stą, nie miała chwili do stracenia. Wzięła szybko pry­

sznic, wysuszyła się, upięła włosy w niedbały kok, po 

czym włożyła jedną z długich luźnych sukien, które 

lubiła nosić w gorącym egipskim klimacie. Przed sa­

mym wyjściem wyciągnęła z bukietu wonną lilię 

i wsunęła ją we włosy, tuż nad lewym uchem. 

Kurt czekał w holu. Kiedy napotkała jego wzrok, 

poczuła, jak przenikają dreszcz. Miała wrażenie, jakby 

nagle wyostrzyły się wszystkie jej zmysły. Sukienka 

delikatnie pieściła skórę, uda leciutko ocierały się 

o siebie, chłodne klimatyzowane powietrze owiewało 

rozgrzane ciało. Takich doznań doświadczała po raz 

pierwszy w życiu. 

Stał oparty o filar, czekając, aż Gretchen podejdzie 

bliżej. Na jego ustach błąkał się leniwy uśmiech. 

- Pięknie wyglądasz - powiedział cicho. 

Widząc zachwyt w jego oczach, oblała się rumieńcem. 

background image

- Dziękuję. - Uniosła dłoń do włosów. - Również 

za kwiaty. 

- Nie ma o czym mówić. 

Wziął ją za rękę. Ten niewinny dotyk sprawił, że 

znów przeszył ją dreszcz. 

- Nigdy dotąd nie dostałam kwiatów od mężczyzny 

- przyznała. 

Popatrzył jej głęboko w oczy. 

- Cieszę się. że jestem pierwszy. Prawdę rzekłszy, 

chętnie we wszystkim byłbym z tobą pierwszy. - Na­

gle skrzywił się i speszony potrząsnął głową. 

- Co się stało? 

Roześmiał się cierpko. 

- Przepraszam. Nie chciałem tego powiedzieć. 
Zrobiło się jej przykro. Słowa Kurta, że we wszy­

stkim chciałby być pierwszy, sprawiły jej przyjemność. 

Kolejne słowa, że to nieprawda, sprawiły ból. 

Zreflektowawszy się, jęknął głośno. 

- Boże, znów palnąłem gafę! - Trzymając Gre­

tchen pod łokieć, skierował się w miejsce nieco bar­

dziej ustronne, po czym ujął w palce jej brodę i zmusił, 

żeby na niego spojrzała. - Powinienem omówić z tobą 

kilka spraw, zanim powiem ci, że nigdy dotąd nie spot­

kałem kobiety, która tak bardzo przypadłaby mi do gu­

stu jak ty. Zresztą pał diabli! Skoro już i tak naruszy­

łem kolejność, to może dokończę... Gretchen, bardzo 

chciałbym się z tobą zobaczyć, kiedy wrócisz do Sta­

nów. A raczej chciałbym się ciągle z tobą widywać. 

Przyciągnął ją bliżej. Czuła na skórze jego oddech. 

- Pociągasz mnie. Nie tylko fizycznie, ale również 

background image

intelektualnie. Podoba mi się twój umysł, twoje po­

czucie humoru, twoja szczerość. Uwielbiam patrzeć, 

jak koniuszkiem języka oblizujesz wargi i jak wahasz 

się, zanim cokolwiek powiesz. A kiedy wczoraj tań­

czyliśmy... po prostu mam nadzieję, że czułaś to samo 

co ja. 

Była zaskoczona. I uradowana. Ten przystojny, eks­

cytujący mężczyzna mówi rzeczy, od jakich kręci się 

jej w głowie. W dodatku nie żartuje! 

Zamilkł. Wciągnął głęboko powietrze. 

- Powiedz coś - poprosił. 

To nie może być prawda. Zaraz ocknie się ze snu. 

Przecież takich wspaniałych facetów jak Kurt Miller 

nie podniecają szare myszki, które tkwią z nosem 

w książce. 

- Hę? - bąknęła, wciąż oszołomiona. 

- Widzę, że swoim wdziękiem, wrażliwością i fi­

nezją odebrałem ci mowę - stwierdził z drwiącym 

uśmiechem. 

Nie była w stanie myśleć, a co dopiero ubierać my­

śli w słowa. Jednakże, mimo ironicznego tonu Kurta, 

usłyszała w jego głosie znajomą nutę wahania i nie­

pewności. Jakże często jej samej wydawało się, że po­

pełniła niezręczność towarzyską, choć nie miała poję­

cia jaką. Czym prędzej więc przyłożyła dłonie do jego 

twarzy. Mimo iż ogolił się przed wyjściem, leciutki 

zarost zdążył pokryć mu policzki. Podobała się jej ta 

szorstkość. 

- Owszem, odebrałeś - przyznała nieśmiało. -

Czy... czy jesteś pewien, że zwracasz się do właściwej 

background image

osoby? Ze nie pomyliłeś mnie z kimś innym? Może 

nie zauważyłeś, ale nie należę do kobiet, na których 

widok mężczyźni szaleją. 

- Ja szaleję. 

Uśmiech rozpromienił jej twarz. 

- Ja też bym chciała - oznajmiła cicho. - To zna­

czy widywać się z tobą po powrocie do Stanów. 

- Uff. Już się bałem, że nie odwzajemniasz moich 

uczuć. 

Objął ją w pasie i mocno przytulił. Po chwili ru­

szyli w stronę tej samej restauracji, w której wczoraj 

jedli kolację. 

- Mam sentyment do tego lokalu - szepnął jej do 

ucha, kiedy szli za kierownikiem sali do stolika. 

Podobnie jak wczoraj, zamówili do kolacji wino. 

Tak dobrze im się rozmawiało, że nawet nie zauważyła, 

kiedy opróżnili całą butelkę. Kurt opowiedział jej kilka 

zabawnych anegdot związanych z pracą detektywa, 

ona zaś, ulegając jego namowom, wyjaśniła mu nieco 

dokładniej, na czym polega jej praca przy rozszyfrowy­

waniu Tablic Ahkra. Zadawał mądre, wnikliwe pytania, 

które świadczyły o tym, że naprawdę interesuje go to, 

czym ona się zajmuje. Dla większości ludzi nie mają­

cych nic wspólnego z archeologią czy językami sta­

rożytnymi, ślęczenie nad jakimś antycznym pismem 

było po prostu nudne. 

Mężczyznę przygrywającego na pianinie zastąpił ze­

spół muzyków. Kiedy salę wypełnił spokojny melo­

dyjny utwór, Kurt wstał i wyciągnął do Gretchen rękę. 

Wstała. Wciąż czuła się jak królewna z bajki. Nie po-

background image

trafiła zrozumieć, co Kurt w niej widzi ani czym go 

ujęła. Był niezwykle atrakcyjnym mężczyzną, którego 

oczy lśniły humorem i inteligencją. Odkąd usiedli przy 

stoliku, widziała spojrzenia, jakie kierują na niego inne 

kobiety, i cieszyła się jak dziecko, że on patrzy tylko 

na nią, jakby była najpiękniejsza spośród wszystkich. 

Na skraju parkietu wziął ją w ramiona. 
- Cały wieczór czekałem na tę chwilę. 

- Ja również. 

Zamknęła oczy i objęła go za szyję, pozwalając, 

aby przytulił ją mocno. Przez minutę czy dwie tańczyli 

w milczeniu. Kołysząc się w rytm muzyki, pomyślała 

sobie, że jeszcze nigdy nie czuła się tak szczęśliwa. 

Przynajmniej w ciągu tych dwudziestu paru lat, które 

pamiętała. 

- Muszę ci coś wyznać - szepnął jej do ucha. 
Zadrżała od ciepłego oddechu, który leciutko poła­

skotał ją w szyję, po czym wbiła w Kurta zaciekawio­

ny wzrok. 

- Co? 

Wciągnął w płuca powietrze, nieświadomie napie­

rając na nią klatką piersiową. Gretchen zakręciło się 

w głowie. Ledwo była w stanie skupić się na tym, co 

Kurt mówi. 

- Tamtego pierwszego wieczoru, kiedy podszedłem 

do twojego stolika, wiedziałem, kim jesteś. 

- Naprawdę? 

To wszystko? W błogim nastroju przyłożyła poli­

czek do jego ramienia. Już nie była nudną panią pro­

fesor, szarą myszką, która przemyka korytarzami uczel-

background image

ni. Była kobietą, która wzbudza zainteresowanie Kurta 

Millera. 

- Tak. - Klatka piersiowa znów nabrzmiała i po 

chwili opadła. - Wynajął mnie twój ojciec. Żebym cię 

odnalazł. 

Jego słowa nie mają najmniejszego sensu. 

- Mój ojciec nie żyje - wyjaśniła, odchylając gło­

wę, aby spojrzeć Kurtowi w twarz. 

- Twój biologiczny ojciec. 

Czyżby dostrzegła w jego oczach litość? 

- Mój... - Urwała. Cudowny nastrój prysł. - To 

jakiś żart, prawda? 

- Nie. Zostałem wynajęty przez twojego biologi­

cznego ojca. 

Uważnie się jej przyglądał. I nagle doznała olśnie­

nia: od początku tak na nią patrzył - wcale nie dlatego, 

że mu się podobała, ale dlatego, że otrzymał zadanie, 

aby ją odszukać. 

- Twój biologiczny ojciec dorobił się sporego ma­

jątku. Nie ma więcej dzieci. Jesteś jego jedyną dzie­

dziczką. 

- I co z tego? 

Przestali tańczyć, ale wciąż ją obejmował. Kiedy 

to sobie uświadomiła, odepchnęła się od jego piersi. 

Natychmiast zwolnił uścisk. 

- Nie interesuje mnie stan konta twojego klienta 

- oznajmiła sucho. 

- Nie chodzi o pieniądze. - W jego głosie pojawił 

się cień desperacji. - To twój ojciec, Gretchen. Pragnie, 

abyś pozwoliła mu stać się częścią swojego życia. 

background image

Skrzyżowała ręce na piersi. 

- Mój ojciec nie żyje. Człowiek, o którym mówisz, 

jeśli on w ogóle istnieje, nie jest moim ojcem. Jest 

kimś, kto ofiarował jeden ze składników, z których po­

wstałam. 

- Nie jesteś go ciekawa? Ani trochę? Nie interesuje 

cię, kim była twoja biologiczna matka? Mógłby ci 

o niej opowiedzieć. 

- Jak mnie odnalazł? - spytała ostro. 

Słowa Kurta trafiły w czuły punkt. Często zastana­

wiała się, kim byli ludzie, którzy ją spłodzili. Później, 

ponieważ wiedziała, że nigdy się tego nie dowie, ze­

pchnęła te sprawy do podświadomości. 

- Był o tobie reportaż w „National Geographic" -

wyjaśnił Kurt. - Twój ojciec zadzwonił do Harvardu, 

uzyskał informacje, potem wynajął mnie, żebym na­

wiązał z tobą kontakt. 

- Co też posłusznie uczyniłeś. Nie sądzisz, że zbyt 

dosłownie potraktowałeś jego żądanie? 

Jakby się lekko zaczerwienił. 

- Gretchen, posłuchaj... 

- Czego? Kolejnych kłamstw? - Aż się w środku 

gotowała. Czuła, jakby nagle zawalił się jej świat. Ro­

biła jednak dobrą minę do złej gry, nie okazując żalu 

czy smutku. Miała w tym spore doświadczenie; całymi 

latami ignorowała okrutne docinki kolegów, którzy 

kpili z jej intelektu. Spoglądając chłodno na Kurta, po­

zbawionym emocji głosem zapytała: - Dlaczego od 

początku mi się nie przyznałeś? 

- Musiałem się najpierw upewnić, czy jesteś tą oso-

background image

bą, o której mówił mój klient. On sam nie był stupro­

centowo pewien. Nabrał przekonania dopiero wtedy, 

kiedy zdałem mu relację z naszego spotkania. 

- A wczoraj? 

Zawahał się. 

- Dlaczego wczoraj mi o tym nie powiedziałeś? -

Próbowała ukryć rozpacz, która ją przepełniała. - Albo 

dziś, zanim zaczęliśmy tańczyć? Mogłeś powiedzieć 

natychmiast po tym, jak usiedliśmy przy stoliku. Dla­

czego czekałeś tak długo? 

- Bo bałem się twojej reakcji - odparł. - Spodzie­

wałem się, że zareagujesz złością i chciałem chociaż 

przez chwilę potrzymać cię w ramionach, zanim roz­

kwasisz mi nos. 

- Chętnie bym to zrobiła, ale nie uznaję przemocy. 

- Mimo że starała się kontrolować emocje, jej słowa 

naładowane były złością i bólem. 

Sama nie była pewna, na kogo jest bardziej zła: na 

Kurta za to, że ją oszukał, czy na siebie za swoją na­

iwność i łatwowierność. Bez słowa odwróciła się na 

pięcie i ruszyła do drzwi. 

- Gretchen! 

Zadrżała na dźwięk wołającego ją głosu i pośpie­

sznie skręciła w stronę wind. Na szczęście jedna cze­

kała na dole. Gretchen wsiadła do kabiny i z większą 

siłą, niż to było konieczne, wcisnęła przycisk z nume­

rem piętra. 

Jadąc do góry, zdawała sobie sprawę, że tak łatwo 

nie uwolni się od Kurta. W ciągu tych paru dni zdołała 

go dość dobrze poznać. Jedną z najbardziej rzucają-

background image

cych się w oczy cech jego charakteru była stanowczość 

i ogromna siła woli. Nie należał do ludzi, którzy pod­

dają się bez walki. 

Duże piekące łzy spływały jej po policzkach. Wy­

tarła je, po czym przygryzła wargę, żeby powstrzymać 

ją od drżenia. W porządku, może i jest naiwną idiotką, 

za to Kurt jest bezczelnym kłamcą. Nie chce go więcej 

widzieć. 

Skupiwszy się, usiłowała odgadnąć, jaką Kurt obie­

rze taktykę. Otwierając drzwi do swojego pokoju, wie­

działa już, co powinna zrobić. 

Podeszła prosto do telefonu i połączyła się z rece­

pcją. 

- Dobry wieczór. Mówi Gretchen Wagner z pokoju 

dwadzieścia trzy dwadzieścia siedem. Proszę przygo­

tować dla mnie rachunek. Za kilka minut opuszczam 

hotel. 

Skierował się do baru, usiadł samotnie w kącie 

i pogrążył w zadumie. Mięśnie miał napięte niemal do 

bólu. Nie mógł sobie wybaczyć tego, co zrobił. 

Owszem, Gamble nalegał, by nie od razu ujawniać fakt 

jego ojcostwa; chcąc uzyskać pewność co do tożsa­

mości Gretchen, prosił Kurta, aby wypytał ją o parę 

szczegółów, które potwierdziłyby, czy jest ona dawną 

Grace. Kurt uszanował wolę klienta. Ale brzydził się 

kłamstwem i rzadko przyjmował zlecenia, które tego 

wymagały. Żałował, że odstąpił od swoich zasad i po­

zwolił Gamble'owi dyktować warunki. 

Z drugiej strony... zależało mu na tej robocie. Pra-

background image

gnał poznać Gretchen od chwili, kiedy zobaczył jej 

zdjęcie w „National Geographic". Właśnie zamierzał 

przeprosić Gamble'a, że niestety nie będzie mógł mu 

pomóc, gdy facet rzucił na biurko pismo otwarte na 

stronie ze zdjęciem uśmiechniętej kobiety. Wciąż nie 

potrafił tego zrozumieć, ale gdy tylko na nie spojrzał, 

poczuł, że musi odnaleźć profesor Gretchen Wagner 

- nie dla Gamble'a, lecz dla siebie. 

Kiedy wreszcie się spotkali twarzą w twarz, Gre­

tchen okazała się osobą tak uroczo nieśmiałą, że nie 

miał odwagi wyjaśnić jej, kim jest i dlaczego pragnie 

z nią porozmawiać. Podejrzewał, że natychmiast by się 

spięła i nic mu o sobie nie zdradziła. Więc przemilczał 

pewne informacje na swój temat. Liczył, że Gretchen 

mu wybaczy. Że wzajemna sympatia przezwycięży ura­

zy i pretensje. Przecież miłość pozwala na... 

Miłość? Rany boskie! Czyżby się w niej zakochał? 

Nie, to chyba zbyt mocne określenie, pomyślał. Po 

prostu jej pragnął; pociągała go i tyle. 

Poczuł bolesny ucisk w piersi. Czyżby pierwszy ob­

jaw paniki? Wziął kilka głębokich oddechów, starając 

się spowolnić bicie serca. To, że Gretchen mu się po­

doba, nie znaczy, że staną na ślubnym kobiercu. Pod­

niecenie, fascynacja drugą osobą nie muszą prowadzić 

do małżeństwa. 

Nie chciał się z nikim wiązać. Przekonał się o tym, 

kiedy pracował w stanie Maryland. Tak, właśnie wtedy 

uświadomił sobie, że kobiety to cudowne stworzenia 

pod warunkiem, że człowiek nie uzależnia się od nich 

emocjonalnie. 

background image

Parę minut później Kurt opuścił bar i skierował się 

do windy. Potrzebował odpoczynku. Jutro rano zasta­

nowi się, co dalej. Rozebrawszy się, wszedł pod pry­

sznic. Nie potrafił przestać myśleć o Gretchen. 

Była adoptowana. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Ty­

le że ją adoptowano w wieku lat dwunastu. Kiedy mu 

o tym powiedziała, natychmiast przypomniał sobie arty­

kuły, jakie pojawiły się wiosną w kilku brukowcach. 

Podobno odtajniono przez pomyłkę rządowy doku­

ment, z którego wynikało, że w latach sześćdziesią­

tych grupa naukowców prowadziła jakieś badania ge­

netyczne. Jedna z gazet podała, że manipulując DNA, 

naukowcy chcieli stworzyć superludzi, że odnieśli su­

kces i że kilku takich niczego nie podejrzewających 

osobników żyje na świecie. Inna gazeta napisała, że 

kiedy dziesięć czy dwanaście lat później zrezygnowano 

z badań, gromadka genetycznie „wzbogaconych" dzie­

ci została oddana do adopcji. 

Nie wiedział, ile jest prawdy w tym, co pisały bru­

kowce, bo sam pomysł manipulowania ludzkimi ge­

nami wydawał mu się szalony, ale... Zaczęła go drę­

czyć ta sprawa. Gretchen trafiła do adopcji w wieku 

lat dwunastu. Była niezwykle uzdolnionym dzieckiem 

posiadającym nieprzeciętny talent językowy. Czy to 

możliwe, że...? 

Nie! Przestań, skarcił się; zachowujesz się tak samo 

paranoicznie jak reszta twoich rodaków. 

Zjechał do holu o wpół do dziewiątej rano. Ustawił 

się dyskretnie za filarem, tak by obserwować windy, 

background image

a zarazem samemu być mało widocznym. Wiedział, 

o której Gretchen zawsze się spotyka ze swoją młodą 

asystentką, i specjalnie był pół godziny przed czasem. 

Miał nadzieję, że ochłonęła przez noc, że przemyślała 

sobie, co jej wczoraj powiedział i że może zgodzi się 

pójść z nim wieczorem na kolację, aby mogli spokoj­

nie o wszystkim porozmawiać. 

Godzinę po tym, jak asystentka opuściła hotel, 

wciąż czekał za filarem. Gretchen się nie pojawiła. 

Hm. No dobrze, może wciąż jest na niego zła. A że 

należy do istot obdarzonych nie tylko wyjątkowo pięk­

nymi oczami, ale również wyjątkową inteligencją, do­

myśliła się, że będzie na nią czekał w holu i postano­

wiła wyniknąć się innym wyjściem. 

W porządku, przechytrzyła go, ale on też nie jest 

w ciemię bity. Jeśli chodzi o iloraz inteligencji, na 

pewno jej nie dorównuje, jako detektyw ma jednak 

znacznie większe doświadczenie w śledzeniu i tropie­

niu ludzi. Liczył na to, że wieczorem ją odnajdzie. 

Po południu, z dużą niechęcią, oddzwonił do 

Gamble'a, który wcześniej usiłował się z nim skonta­

ktować. 

- Mówi Kurt Miller - powiedział, kiedy na drugim 

końcu linii odezwał się znajomy męski głos. 

- Psiakrew, Miller! Czy jest jakiś powód, dlaczego 

nie może pan mnie codziennie informować o rozwoju 

sytuacji? - spytał lodowatym tonem Gamble. 

- Dzwonię, jak mam coś do przekazania — odparł 

spokojnie detektyw. 

- A zatem słucham. Czy powiedział jej pan w koń-

background image

cu o mnie? Kiedy przylatujecie do Stanów? - W głosie 

Gamble'a słychać było podniecenie. 

- Owszem, powiedziałem jej o panu. Ona jednak 

potrzebuje czasu, żeby oswoić się z tą myślą. 

- Czasu? Ile czasu? - zdenerwował się Gamble. -

Nie ma chwili do stracenia. Mówił jej pan o pienią­

dzach? Że jest moją jedyną dziedziczką? 

Kurt zignorował pytanie. 

- Wkrótce znów się z nią zobaczę. Może wtedy bę­

dę miał dla pana bardziej konkretne wiadomości. 

- Wkrótce?! Może?! - Gamble nie posiadał się 

z wściekłości. - Cholera jasna, Miller! Polecono mi 

pana! Mówiono, że jest pan świetnym detektywem. Ale 

jeśli zadanie przekracza pańskie możliwości, wynajmę 

kogo innego. 

- Jak pan sobie życzy, panie Gamble. Czy mam 

wstrzymać pracę, dopóki nie znajdzie pan kogoś na 

moje miejsce? 

Kurt, który nienawidził gróźb i szantażu, specjalnie 

nadał swemu głosowi obojętne brzmienie, jakby zu­

pełnie mu nie zależało na tej robocie i w każdej chwili 

mógł z niej zrezygnować. Oczywiście blefował, miał 

jednak nadzieję, że Gamble tego nie zauważy. 

Cisza ciągnęła się w nieskończoność. 

- Nie, to nie będzie konieczne - oznajmił wreszcie 

Gamble. - Ale proszę przekonać tę dziewczynę, żeby 

się ze mną spotkała. I to jak najszybciej. 

- Postaram się - odrzekł Kurt, myśląc sobie: lepiej 

nie naciskaj. - Niedługo zadzwonię. 

Ponownie zaległa cisza. Kurtowi wydawało się, że 

background image

słyszy przytłumioną rozmowę. Pewnie Gamble zasłonił 

ręką słuchawkę i z kimś się naradzał. W końcu męż­

czyzna cofnął dłoń. 

- W porządku, Miller. Czekam na wiadomość. 

Rozłączywszy się, Kurt pośpiesznie zjechał na dół 

i znów warował w holu. Nie widział, żeby Gretchen 

wróciła z pracy, nie widział, by zeszła na kolację. Tuż 

przed dziewiątą wjechał windą na górę, skręcił w lewo 

i przeszedł koło jej pokoju, tak jak pierwszego dnia, 

kiedy udawał, że mieszka na tym samym piętrze. Tuż 

za jej drzwiami stał wózek z brudnymi talerzami. 

A więc zamówiła kolację do pokoju. 

Podniósł rękę, by zastukać, ale nagle się zawahał. 

Wolał dopaść Gretchen w miejscu publicznym, wie­

dząc, że nie będzie chciała urządzać mu sceny na 

oczach innych ludzi. Pomyślał sobie, że teraz pewnie 

jest zmęczona, może szykuje się do snu, więc jedynie 

zdenerwuje się na niego, że nachodzi ją o tak późnej 

porze. Przeszkadzała mu zwłoka, chciał porozmawiać 

z Gretchen dziś, natychmiast, ale rozum mu mówił, 

że lepiej odłożyć to do jutra. 

Wrócił do swojego pokoju i wyciągnął się na łóżku. 

Do diabła z miejscem publicznym. Jutro ustawi się za 

jej drzwiami o szóstej rano i będzie czekał do północy. 

Jeśli Gretchen sądzi, że znów zdoła mu się wymknąć, 

to się myli. Był zdeterminowany; nie ma szansy z nim 

wygrać. 

Cholera, tęskni za nią! 
Tęskni? Jak to możliwe? Przecież zna ją zaledwie 

od trzech dni. 

background image

Stanęła mu przed oczami jej śliczna buzia okolona 

ciemnymi lokami. Oraz najbardziej niebieskie oczy, ja­

kie kiedykolwiek w życiu widział. Pamiętał, że kiedy 

opowiadała mu o swojej pracy, biła z nich inteligencja 

i ogromny, zaraźliwy wręcz zapał. Te lśniące oczy 

i ciemne włosy stanowiły silny kontrast z jej jasną, de­

likatną skórą, na którą co rusz wypływał ciepły pąsowy 

rumieniec. 

Wczoraj wieczorem wetknęła w loki kwiat z bu­

kietu, który jej przysłał. Miała na sobie długą, luźną 

sukienkę, która przy każdym ruchu opływała jej 

kształtną figurę. Przypuszczalnie sądziła, że jest skrom­

nie ubrana, ale on widział, jak inni mężczyźni pożerają 

ją wzrokiem. 

Wstał o wpół do szóstej rano, o szóstej ustawił się 

przed drzwiami do pokoju Gretchen. W długim korytarzu 

nie było na czym usiąść ani gdzie się schować, ale prawdę 

mówiąc, niewiele go to obchodziło. Do ludzi, którzy opu­

szczali swoje pokoje i spoglądali na niego ze zdziwie­

niem w oczach, po prostu uśmiechał się przyjaźnie. 

- Kobiety - mruknął do któregoś z mężczyzn, 

wskazując kciukiem na drzwi. 

- Oj tak, punktualnością to one nie grzeszą - przy­

znał nieznajomy, chyba Australijczyk. - Jak za kilka 

godzin wciąż tu będziesz tkwił, przyniosę ci na górę 

obiad. 

Po raz pierwszy odkąd Gretchen go porzuciła, miał 

ochotę wybuchnąć śmiechem. 

Za dziesięć dziewiąta drzwi pokoju się otworzyły. 

Kurt wyprostował się. 

background image

Jednakże to nie Gretchen wyłoniła się ze środka, 

lecz solidnie zbudowana niewiasta z nędznej postury 

mężczyzną w kapeluszu panamskim. Mijając Kurta, 

kobieta zmierzyła go takim wzrokiem, jakby podglądał 

ich przez dziurkę od klucza. 

- Przepraszam państwa, czy... - Kurt potrząsnął 

głową, zdezorientowany. - Czy znają państwo Gre­

tchen Wagner? 

- Słucham? - zdziwiła się kobieta. - Dopiero 

wczoraj przylecieliśmy. Jeszcze nie zdążyliśmy poczy­

nić żadnych znajomości. 

- Wczoraj? Przylecieli państwo wczoraj? - Nic 

z tego nie rozumiał. - I przydzielono państwu ten po­

kój? 

Mąż kobiety skinął głową. Żona wzięła go pod rękę. 

- Przepraszam, a kim pan jest? - spytała. - Dla­

czego pan nas przesłuchuje? 

- Szukam swojej przyjaciółki - wyjaśnił Kurt. -

Chyba pomyliły mi się numery pokojów. 

- Najwyraźniej. 

Małżonkowie odwrócili się i oddali korytarzem. 

Wolnym krokiem Kurt ruszył za nimi w stronę wind. 

Ogarniała go coraz większa złość. Cwaniara! Mimo 

wściekłości był pełen podziwu dla jej sprytu. Przechy­

trzyła go. Trafnie przewidując, że będzie chciał do­

kończyć rozmowę, poprosiła w recepcji o zmianę po­

koju. 

Zjadłszy śniadanie, spędził dzień na zwiedzaniu 

miasta. Ponieważ już wcześniej zaliczył piramidy 

w Gizie, wyspy Gezirę i Rodę oraz przebogate Muzę-

background image

um Egipskie, tym razem wybrał się na zorganizowaną 

wycieczkę autobusem po Kairze muzułmańskim. 

Ponadtysiącletnie meczety, minarety, rzeźbione kopuły 

zapierały dech w piersi nie mniej niż sfinks i piramidy. 

Gdyby nie to, że nie potrafił skupić się na słowach 

przewodnika, byłby równie oczarowany jak reszta tu­

rystów. 

Wczesnym popołudniem, w połowie wycieczki, od­

łączył się od grupy i wrócił do hotelu. W recepcji spy­

tał o numer pokoju Gretchen Wagner, ale tak jak się 

spodziewał, nie uzyskał odpowiedzi. 

- Przykro mi, proszę pana, ale nie podajemy nu­

merów pokoi naszych gości. Może chciałby pan zo­

stawić wiadomość? 

- Chemie. 

Recepcjonista wystukał w komputerze nazwisko 

Gretchen; po chwili pokręcił zdumiony głową. 

- Obawiam się, że żadna Gretchen Wagner nie jest 

u nas zameldowana. Gdyby mógł pan przeliterować 

nazwisko... 

Pięć minut później Kurt nie miał już wątpliwości: 

Gretchen wyprowadziła się z hotelu. Albo zameldowa­

ła się ponownie, ale pod fałszywym nazwiskiem. Wąt­

pił jednak, żeby zdecydowała się na taki krok. A fał­

szywych dokumentów na pewno nie posiadała. Zatem 

spakowała się i uciekła. 

Ale dokąd? Poczuł wzrastającą panikę. Czyżby wró­

ciła do Stanów? Skup się, myśl, nakazał sobie w du­

chu. Przypomniało mu się, z jakim entuzjazmem opo­

wiadała o rozszyfrowywaniu Tablic Ahkra. Ucisk 

background image

w sercu nieco zelżał. Gretchen kochała swoją pracę. 

Chciałaby ją dokończyć; na pewno by jej nie porzuciła. 

Gotów był się o to założyć. 

Uspokoiwszy się, kupił butelkę wody mineralnej 

i uzbroił się w cierpliwość. Na zmianę to siedząc w fo­

telu, to spacerując po holu, zastanawiał się, co powi­

nien zrobić. Mógł obdzwonić wszystkie hotele w cen­

trum Kairu, najpierw jednak chciał wypróbować ła­

twiejszy sposób. Kwadrans po piątej, tak jak tego ocze­

kiwał, w obrotowych drzwiach pojawiła się asystentka 

Gretchen. 

Kurt wstał i sposzedł w jej kierunku. 

- Przepraszam... to ty pracujesz z Gretchen Wag­

ner, prawda? 

Przez moment dziewczyna przyglądała mu się 

uważnie, po czym rozpromieniła się. 

- Tak, a ty jesteś tym facetem, którego poznała 

w windzie? Dla którego się tak wystroiła parę dni temu? 

Roześmiał się. 

- W każdym razie na pierwsze pytanie odpowiedź 

brzmi: tak. 

- Na imię mi Nancy. - Wyciągnęła rękę. 

- Kurt Miller - przedstawił się. - Próbuję odnaleźć 

Gretchen. Mogłabyś mi udzielić jakichś wskazówek? 

- Dlaczego? - Wciąż uśmiechała się przyjaźnie, ale 

tak jak się obawiał, nagle stała się czujna. 

Uznał, że najszybciej osiągnie cel, jeśli będzie 

szczery. No, może nie do końca, ale przynajmniej jeśli 

nie będzie kłamał. Na wszelki wypadek uruchomił cały 

swój wdzięk. 

background image

- Podczas kolacji, kiedy rozmawialiśmy, usiłując 

się nieco lepiej poznać, doszło między nami do pew­

nego nieporozumienia. Chciałbym Gretchen przepro­

sić. - Uśmiechnął się nieporadnie. - Wiem, że prze­

prowadziła się do innego hotelu. Chcę jej wysłać kwia­

ty z liścikiem. Myślisz, że mi wybaczy? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Nazajutrz rano, w drodze do Nile Hilton, dużego 

hotelu o wysokim światowym standardzie mieszczą­

cym się w pobliżu Midan Tahir, rozważał, w jaki spo­

sób najlepiej zacząć rozmowę. Odczuwał ulgę, że Gre-

tchen nie opuściła Egiptu, chociaż nie podejrzewał, że 

podejmie aż tak drastyczny krok. Była jednak kobietą, 

a z doświadczenia wiedział, że kobiety to istoty cał­

kowicie nieprzewidywalne. 

Od Nancy uzyskał numer pokoju, toteż mógł wjechać 

na górę, przez nikogo niezapowiedziany. Zastukawszy 

do drzwi, odsunął się w bok, tak by nie dojrzała go przez 

wizjer. Element niespodzianki grał ważną rolę. 

- Kto tam? 

- Wiadomość dla pani Wagner - oznajmił, siląc się 

na arabski akcent. 

Kiedy otworzyła drzwi, wyraz twarzy miała uprzej­

my i zdziwiony. Kiedy zobaczyła, kto stoi na koryta­

rzu, uśmiech zgasł, a policzki się zaczerwieniły. Pchnę­

ła drzwi, usiłując je zamknąć, ale Kurt był szybszy: 

po prostu przytrzymał je dłonią. 

- Masz prawo być na mnie zła - rzekł pośpiesznie 

- ale ja jedynie sumiennie wykonuję swoją pracę. Nie 

mogę i nie zamierzam cię zmuszać do czegokolwiek, 

background image

ale jestem odpowiedzialny wobec mojego klienta, któ­

remu obiecałem, że przedstawię ci wszystkie fakty. -

Uznał, że najprościej będzie zacząć od spraw zawo­

dowych, a do osobistych przejść później. 

- Wobec klienta, który chce, abym uwierzyła, że 

jest moim dawno niewidzianym ojcem? - rzekła, nie 

kryjąc goryczy w głosie. 

- Im szybciej zgodzisz się wysłuchać, co mam do 

powiedzenia, tym szybciej się mnie pozbędziesz -

oznajmił Kurt. Miał jednak nadzieję, że do tego nie 

dojdzie; że zdoła zmiękczyć serce Gretchen na tyle, 

by go nie wyrzuciła za drzwi. 

Przez chwilę wpatrywała się w niego z kamiennym 

wyrazem twarzy, z którego nie sposób było cokolwiek 

wyczytać, po czym rozłożyła ręce w geście rezygnacji. 

- Dobrze. Wejdź. - Przeszedłszy do saloniku, 

wskazała mu fotel. - Jak mnie znalazłeś? Nie pomy­

ślałeś, że na przykład wyjechałam z Egiptu? 

- Nie wyjechałabyś, nie dokończywszy pracy, któ­

rej się podjęłaś - stwierdził pewnym siebie tonem. 

Zbliżył się do fotela, który mu wskazała, ale nie usiadł. 

Zdumiała się, że w tak krótkim czasie tak dobrze 

ją poznał. 

- Masz rację - przyznała. 

Popatrzyła na Kurta wyczekująco. Cisza przedłużała 

się. Zdał sobie sprawę, że nie zaczną rozmowy o Gamb­

le'^ dopóki nie zdradzi Gretchen, jak trafił na jej ślad. 

Szkoda; myślał, że może mu się upiecze i nie będzie 

musiał ujawniać źródła informacji. Nie chciał, żeby z po­

wodu braku dyskrecji Nancy wyleciała z pracy. 

background image

- Twoja asystentka mi powiedziała - rzekł. - Ale 

proszę cię, nie miej jej tego za złe. Jest niepoprawną 

romantyczką, która pragnie jedynie pogodzić zwaśnio­

nych kochanków. 

Zorientowawszy się, że Kurt nie siada, ponieważ 

ona stoi, podeszła do kanapy. 

- Innymi słowy, zamydliłeś jej oczy. 

- Gretchen, ja... 

- Przestań! - Uniosła rękę, jakby nie chciała mieć 

z nim do czynienia. - Nie życzę sobie żadnych oso­

bistych wynurzeń. Powiedz, co masz do powiedzenia, 

i wyjdź. 

Nie żartowała; świadczyła o tym jej zacięta mina. 

Zrobiło mu się ciężko na sercu. Nie spodziewał się, 

że od razu padną sobie w objęcia... chociaż może tro­

szeczkę na to liczył, teraz jednak zrozumiał, że jeśli 

w ciągu najbliższej godziny uda mu sieją udobruchać, 

będzie mógł mówić o wielkim szczęściu. 

Po chwili wahania doszedł do wniosku, że prędzej 

ujrzy dinozaura kroczącego chodnikiem niż cudowny, 

promienny uśmiech, jakim reagowała na jego widok, 

zanim powiedział jej prawdę. Psiakrew! Nie był casa-

nową, ale potrafił być ujmujący i nieraz zdarzało mu 

się wrodzonym wdziękiem pokonywać opór kobiet. 

Uświadomił sobie, że z Gretchen ten numer mu nie 

wyjdzie. Z nią od początku do końca należało postę­

pować uczciwie. 

Wciąż spoglądała na niego wyczekująco, niemal 

z wyzwaniem w oczach. Starając się nie myśleć 

o własnej frustracji i rozczarowaniu, pocieszał się, że 

background image

przynajmniej wpuściła go do pokoju. Mogło być prze­

cież gorzej. Mogła zatrzasnąć mu przed nosem drzwi. 

- W porządku. - Sięgnąwszy do kieszeni marynar­

ki, wyciągnął małego palmtopa, w którym zapisywał 

wszystkie informacje i który łączył go z komputerem 

w domu. Używając specjalnego pióra, otworzył plik 

zatytułowany „01iver Gamble" i zerknął do notatek. 

- Gamble wierzy, że jesteś jego córką, z kilku powo­

dów. Po pierwsze twierdzi, że jesteś łudząco podobna 

do jego zmarłej żony. 

- A skąd on wie, jak wyglądam? 

- Z „National Geographic". 

- Zapomniałam. I od tego się to wszystko zaczęło? 
- Tak sądzę - przyznał Kurt. - Najpierw zobaczył 

twoje zdjęcie, a później im więcej poznawał szczegó­

łów, tym większej nabierał pewności. - Ponownie 

zerknął do notatek, chociaż znał je na pamięć. - Córka 

Gamble'a urodziła się w listopadzie tysiąc dziewięćset 

sześćdziesiątego siódmego roku. A ty? 

Rumieniec, który barwił policzki Gretchen, kiedy 

groziła Kurtowi wyrzuceniem za drzwi, znikł bez śla­

du. Teraz jej twarz powlekała bladość. 

- Nie wiem. W papierach adopcyjnych figurował 

jedynie rok. Sześćdziesiąty siódmy. Rodzice zawsze 

obchodzili moje urodziny czternastego lutego. - Ką­

ciki warg uniosły się leciutko, ale uśmiech zgasł, zanim 

zdążył w pełni rozkwitnąć. - Mówili, że jestem naj­

lepszym prezentem walentynkowym, jaki kiedykol­

wiek dostali. 

Chciał ją pocieszyć, ale pomyślał sobie, że pewnie 

background image

go odtrąci. Przysunąwszy się bliżej, obrócił komputer, 

tak by ona też mogła zajrzeć w notatki. 

- Gamble również twierdzi, że jego córka, zanim 

skończyła dwanaście lat, znała biegle pięć języków. 

- Pięć języków - powtórzyła szeptem Gretchen. -

Angielski, hiszpański, francuski... 

- Japoński i włoski - dokończył za nią Kurt. 

Otworzyła szeroko oczy. 
- Co jeszcze? 

- Powiedziano im, to znaczy Gamble'owi i jego 

żonie, że ich córka jest cudownym dzieckiem, że ma 

wyjątkowe zdolności językowe i że w szkole będzie 

się straszliwie nudziła, toteż powinni zrobić coś, aby 

przyśpieszyć jej edukację. Że kształcąc ją, powinni po­

łożyć nacisk na języki obce, lingwistykę, literaturę oraz 

semantykę. Że żaden z nauczycieli ani lekarzy nie 

spotkał się dotąd z tak utalentowanym dzieckiem. 

- Identycznie było ze mną... - rzekła tak cicho, 

jakby rozmawiała sama ze sobą. Potrząsnęła głową. 

- No dobrze, rzeczywiście istnieje sporo podobieństw. 

Ale one o niczym nie świadczą. 

Nie był pewien, kogo Gretchen bardziej próbuje 

przekonać: siebie czy jego. 

- Te podobieństwa... to zwykły zbieg okoliczności. 

Na pewno są miliony ciemnowłosych, niebieskookich 

dziewczynek, które urodziły się w listopadzie sześć­

dziesiątego siódmego roku. 

- A jak myślisz, ile z nich w wieku dwunastu 

lat władało biegle pięcioma językami? Ile zdało ma­

turę kilka lat wcześniej od rówieśników? Ile wreszcie 

background image

jest profesorami na Harvardzie specjalizującymi się 

w tym co ty? 

Milczała. Czuł, że mu się opiera. Ze nie chce przyjąć 

do wiadomości przedstawionych faktów. 

- Dlaczego tak się bronisz? - spytał. - Dlaczego 

nie chcesz dopuścić do siebie możliwości, że jedno 

z twoich biologicznych rodziców żyje? - Nie potrafił 

ukryć rozdrażnienia. - Nie cieszy cię myśl, że... 

- Nie! - przerwała mu ostro, nie pozwalając do­

kończyć pytania. - Wcale nie cieszy. Mówiłam ci, że 

nie mam żadnych wspomnień z tego okresu, prawda? 

- W jej głosie pojawił się bojowy, oskarżycielski ton. 
- Nie przyszło ci do głowy, że może wszystkiemu win­

ni są oni? Że może u nich w domu, zanim sprzedali 

mnie obcym ludziom, przeżyłam jakiś wstrząs? Albo 

byłam narażona na jakiś koszmarny stres? 

- Przecież nie wiesz, co się stało. 

- Moi rodzice, ci prawdziwi, adopcyjni, byli bardzo 

bogatymi ludźmi. Oboje mieli ponad czterdzieści lat, 

kiedy do nich trafiłam. Nie trzeba znać prawa, aby 

wiedzieć, że ludziom w tym wieku agencje zazwyczaj 

odmawiają przyznania dziecka. Podejrzewam, że słono 

za mnie zapłacili. 

- Adopcje kosztują. Nikt nie rozdaje dzieci za 

darmo. 

- Owszem, ale myślę, że w moim wypadku suma 

była wielokrotnie wyższa. Zresztą nawet jeśli wszystko 

odbyło się zgodnie z prawem, to jak wytłumaczysz 

moją amnezję? Ludzie nie wymazują z pamięci całego 

dzieciństwa. 

background image

- To prawda, nie wymazują. Ale nie sądzisz, że 

obarczanie winą rodziców biologicznych jest lekką 

przesadą? 

- Wcale tak nie sądzę - rzekła, zaślepiona uporem. 

- Przecież nic nie wiesz. A może twoi rodzice się 

rozwiedli? Może toczyli o ciebie zaciekły bój w są­

dzie? Może chcieli się nawzajem pozbawić praw ro­

dzicielskich? Może byłaś świadkiem ich kłótni i stąd 

się wziął szok, który pozbawił cię pamięci? 

- On ci to wszystko powiedział? - spytała podej­

rzliwie. 

Kurt pokręcił przecząco głową. 

- Nie, sam to wymyśliłem, aby pokazać ci, że ist­

nieje wiele różnych możliwości. Jedyne, co 01iver 

Gamble powiedział o swojej żonie, to że nie żyje i że 

jesteś do niej podobna. 

Westchnęła zrezygnowana. 

- No dobrze. Załóżmy, że zgodzę się z nim spotkać. 

Co potem? Na co on liczy? 

- Po prostu chce cię poznać. Jest bogaty, nie ma 

innych dzieci... 

- Myśli, że przyjęłabym jego pieniądze? - Jej zdu­

mienie nie miało granic. 

- Dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób na twoim 

miejscu szalałoby ze szczęścia - odparł Kurt. 

- Widocznie mieszczę się w tym jednym procencie. 

Uśmiechnął się. 
- Tak, zdecydowanie odstajesz od większości. 

Nie odwzajemniła uśmiechu. 

- To już wszystko? 

background image

- Właściwie tak. - Wzruszył ramionami. - To co, 

spotkasz się z tym facetem? 

Zawahała się. Kiedy otworzyła usta, żeby odpowie­

dzieć, powietrze wypełnił ogłuszający ni to pisk, ni to 

gwizd. Oboje podskoczyli. 

- Alarm pożarowy! - wrzasnął Kurt. - Musimy się 

ewakuować! 

Mimo przeraźliwego hałasu usłyszał w głosie Gre-

tchen histerię. 

- Pożar? O Boże! Co my zrobimy? Jak się stąd 

wydostaniemy? 

Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w stronę wyj­

ścia. 

- Chodź. Na drzwiach wisi plansza z zaznaczoną 

drogą ewakuacji. 

Poczuł opór. Kiedy zdziwiony obejrzał się za siebie, 

zobaczył, że Gretchen osuwa się na kolana. Dyszała; 

oddech miała płytki, urywany, jakby nie mogła nabrać 

w płuca powietrza. Nie wyglądało to dobrze. Kurt wie­

dział, że jeśli Gretchen się nie uspokoi i nie zacznie 

normalnie oddychać, to zaraz straci przytomność. 

- Chodź - powtórzył. 

Schyliwszy się, wziął ją na ręce. Natychmiast objęła 

go za szyję i ścisnęła tak mocno, że omal nie udusiła, 

po czym wtuliła twarz w jego klatkę piersiową. Drżała 

na całym ciele. 

Kurt otworzył drzwi. Korytarzem płynął strumień 

gości hotelowych, którzy niczym stado przerażonych 

lemingów gnali w stronę wyjść ewakuacyjnych. Wszy­

scy byli zdenerwowani, ale ewakuacja odbywała się 

background image

sprawnie, w dużej mierze dzięki pracownikom hotelu, 

którzy przytrzymywali drzwi na schody i spokojnie 

prosili turystów o niepanikowanie. 

Piętro niżej Gretchen poruszyła się w jego ramio­

nach. 

- Postaw mnie, mogę iść sama. - Głos miała zna­

cznie spokojniejszy, ale kiedy spełnił jej prośbę, chwy­

ciła go za rękaw. - Nie zostawiaj mnie! Błagam. 

- Dobrze - obiecał, obejmując ją w talii. -

Chodźmy. 

Pokój Gretchen znajdował się na siódmym piętrze, 

toteż po paru minutach wraz z tłumem przejętych, roz­

gadanych turystów, z których część była ubrana, 

a część nadal w piżamach, opuścili hotel i wyszli na 

oślepiające słońce. 

Służby porządkowe kazały wszystkim ustawić się 

z dala od hotelu. Kiedy znaleźli się w bezpiecznej od­

ległości od budynku, Kurt zwolnił i przytrzymał Gre­

tchen za ramię, po czym obejrzał się za siebie. Nie 

dostrzegł pożaru ani nawet śladu wydobywającego się 

dymu. 

- To pewnie fałszywy alarm - powiedział kojącym 

tonem, obejmując Gretchen. - Dość często się zdarza­

ją. Nie przejmuj się. Za jakieś pół godziny pozwolą 

ci wrócić do pokoju. 

Nie wyrywała mu się; przeciwnie, opierała się 

o niego całym ciałem. Gdyby ją puścił, przypuszczal­

nie by upadła. Kontrast pomiędzy obecną uległą i wy­

straszoną Gretchen a ziejącą furią kobietą sprzed paru 

minut był niesamowity. 

background image

- Pójdziesz ze mną? - spytała cichym głosem. 

- Oczywiście. - Ujął ją palcem za brodę i obrócił 

twarzą do siebie. - Jak tam? W porządku? 

- Nie. - Nawet nie próbowała robić dobrej miny do 

złej gry. - Przepraszam. Odkąd pamiętam, ogień zawsze 

wzbudzał we mnie strach. Tyle urządzeń może wybuch­

nąć pod wpływem wysokiej temperatury, tyle... 

- Ciii. - Delikatnie przyłożył palec do jej ust. - Tu 

jesteś bezpieczna. Nic złego się nie stanie. 

Objął ją mocniej; westchnęła głęboko, jakby tu, 

w jego ramionach, było jej miejsce. 

Przez moment o niczym nie myślał, po prostu roz­

koszował się jej bliskością. Wcześniej, kiedy kipiała 

złością, bał się, że wszystko stracone. Że okłamując 

Gretchen, zaprzepaścił szansę na... na wszystko. 

Nagle otrząsnął się; jego umysł znów zaczął nor­

malnie pracować. Reakcja Gretchen nie na ogień, lecz 

na samą możliwość pojawienia się ognia była niepropo­

rcjonalna do skali wydarzenia. A gdyby tak naprawdę 

zamigotały płomienie albo z okien zaczęły wydobywać 

się kłęby dymu? 

Opiekuńczym gestem tulił ją do piersi, świadom, 

że jego radość nie potrwa długo. Niedawno prawie zo­

stał wyrzucony z pokoju. Podejrzewał, że kiedy sytu­

acja wróci do normy, Gretchen znów potraktuje go 

chłodno, z wrogością. 

Raptem zesztywniała. 

- Co się stało? - spytał. 

- Wybuch. - Uwolniwszy się z jego ramion, po­

patrzyła mu w oczy. Spojrzenie miała nieobecne, jakby 

background image

zamyślone. - Widzę go! Widzę w głowie wybuch! -

Mówiła z podnieceniem, jak dziecko, które opowiada 

o jakimś strasznym wydarzeniu, którego było świad­

kiem. - Łódź płonęła. Lukami wydobywały się kłęby 

dymu. I nagle... nagle nastąpiła potężna eksplozja! 

Wszystko się rozleciało. 

- Jesteś pewna, że to nie sen? - spytał oszołomio­

ny. - Że to prawdziwe wspomnienie? Coś jeszcze pa­

miętasz? Kto był z tobą na tej łodzi? - Ponownie oto­

czył ją ramieniem. 

Stała bez ruchu, skupiona, usiłując zajrzeć w głąb 

pamięci. Wreszcie pokręciła z rezygnacją głową. 

- Nie wiem. Całkiem wyraźnie widzę łódź i to, jak 

wylatuje w powietrze. Ale siebie nie widzę. Nie wiem, 

gdzie wtedy mogłam być. Ani z kim. Nie sądzę jednak, 

żebym była sama. 

Słyszał w jej głosie narastającą frustrację. 

- Mam wrażenie, że jeszcze moment i zaraz sobie 

przypomnę całe zdarzenie - kontynuowała. - Jestem 

prawie na sto procent pewna, że ono naprawdę miało 

miejsce. Że ten wybuch nie jest wytworem mojej fan­

tazji lub sceną z filmu, który oglądałam. Boże! Dla­

czego nic więcej nie pamiętam? 

- Spokojnie, nie irytuj się - rzekł łagodnie Kurt. 

- Tu nic nie można robić na siłę. Podobno przy am­

nezji pamięć wraca sama, w najbardziej nieoczekiwa­

nym momencie. Człowiek nie ma na to żadnego 

wpływu. 

- Wiem - przyznała smętnie. - Tyle razy próbo­

wałam... 

background image

- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. - Pogładził 

ją po włosach. 

- Kurt? 

- Tak? 

- Myślisz, że ten facet naprawdę jest moim biolo­

gicznym ojcem? 

- Nie mam pojęcia. Ale prawdopodobieństwo jest 

duże. Uważam, że warto to sprawdzić. 

- Dobrze. 

Dobrze? Czyżby właśnie się zgodziła na spotkanie 

z Gamble'em? Popatrzył w niebo, jakby za chwilę 

miał strzelić piorun. 

Po chwili pracownicy służb porządkowych dali znać 

czekającym na chodniku gościom, że mogą bezpiecz­

nie wrócić do hotelu. Kierując się z Gretchen do holu, 

Kurt usłyszał, jak jeden z nich mówi: 

- Nic takiego. Mały ogień w kuchni... bez trudu 

ugaszony... 

Nie wchodził do pokoju Gretchen. Pożegnał się 

przed drzwiami, ale zanim się odwrócił, poczuł jej rękę 

na swoim ramieniu. 

- Poczekaj... 

Popatrzył na nią pytająco. 

- Czy moglibyśmy wybrać się dziś na kolację? Al­

bo jutro, jeśli dziś jesteś zajęty? Chciałabym jeszcze 

porozmawiać... o twoim kliencie. 

- Nie mam na dziś żadnych planów - rzekł. Czy 

naprawdę sądziła, że tak łatwo by z niej zrezygnował? 

- Mógłbym wpaść po ciebie o szóstej. 

- Świetnie. - Uśmiechnęła się niepewnie. - Dzię-

background image

kuję. I przepraszam za swoje zachowanie. Bez cie­

bie... 

Odwzajemnił uśmiech. 

- Cieszę się, że akurat tu byłem. 

- Ja też. Bardzo. 

Wróciwszy do hotelu, Kurt zadzwonił do swojego 

zleceniodawcy. 

- Potrzebuję paru szczegółów - oznajmił, kiedy 

Ołiver Gamble odebrał telefon. 

- Szczegółów? Jakich szczegółów? - W głosie 

mężczyzny dawało się słyszeć rozdrażnienie. - Kiedy 

się spotkamy, podam jej wszystkie szczegóły, jakie bę­

dzie chciała znać. 

- Pańska córka nie jest pewna, czy w ogóle chce 

się z panem widzieć - skłamał Kurt. 

- Co?! - ryknął Gamble. - Jak to nie chce? Musi 

chcieć! 

- Nie, proszę pana, wcale nie musi. Ale sądzę, że 

jeśli nikt jej nie będzie poganiał, sama dojrzeje do tej 

decyzji. 

Zaległa cisza. Kurt przeczekał ją z podziwu godną 

cierpliwością. 

- No dobra - burknął wreszcie Gamble. - Co pana 

interesuje? 

- Matka Gretchen nie żyje, prawda? 

- Zgadza się. Zmarła... kilka lat temu. 

- Mieli państwo więcej dzieci? 
- Już panu mówiłem. Gretchen, a raczej Grace, jest 

moją jedyną spadkobierczynią. 

background image

Kurt zamyślił się na moment. 

- Gdzie dorastała? 

- Na południowym wschodzie. 
- Czy w dzieciństwie kiedykolwiek była na plaży? 

- Tak. Mieszkaliśmy nad wodą. 

Miał wrażenie, że Gamble coś ukrywa. Jego odpo­

wiedzi były zbyt ogólne. Niby do niczego, co facet 

mówił, nie można się było przyczepić, ale... 

- Mógłby pan to jakoś uściślić? 

- Po co? - warknął Gamble. - Powiedział pan, że 

moja córka nie pamięta nic ze swojego dzieciństwa. 

Skoro tak, to może lepiej nie przytłaczać jej nadmiarem 

informacji. Wie pan, chyba zadzwonię do jakiegoś do­

brego psychologa i postaram się dowiedzieć czegoś 

więcej o amnezji. 

- Oczywiście. 

- Chcę się zobaczyć z moją córką możliwie jak naj­

szybciej. Niech pan ją tu przywiezie i zaaranżuje spot­

kanie. 

- Postaram się. Aha, jeszcze jedno... 

- Słucham? 

- Mówił pan, że Gretchen przypomina z wyglądu 

swoją matkę? - upewnił się Kurt. Co jak co, ale z tego, 

co widział, na pewno nie przypominała ojca. 

- Tak. - 01iver Gamble westchnął ciężko, jakby roz­

mowa o zmarłej żonie sprawiała mu ból. - Jako dziecko 

była do niej niemal bliźniaczo podobna. Sądząc po zdję­

ciu w „National Geographic", podobieństwo nie zniknę­

ło. Jej matka ma identyczne niebieskie oczy. 

Ma? W czasie teraźniejszym? Kurtowi przebiegł po 

background image

plecach dreszcz. Przecież Gamble wyraźnie powie­

dział, że matka Gretchen nie żyje. Może to „ma" było 

zwykłym przejęzyczeniem? Pewnie tak. Chociaż... 

Zakończył rozmowę i wolno odłożył słuchawkę. Miał 

złe przeczucia. Pracując w policji, nauczył się ufać swo­

jemu instynktowi; często bywało tak, że intuicja wyba­

wiała go z opresji i ratowała mu życie. Teraz podpowia­

dała mu, że 01iverowi Gamble nie należy wierzyć. 

Może warto byłoby faceta sprawdzić? Może jego 

zainteresowanie Gretchen wypływa z innych pobudek? 

Ciekawe, czy też byłby tak podejrzliwy, gdyby nie 

opisywana w gazetach historia o genetycznie zmodyfi­

kowanych dzieciach oddanych do adopcji w wieku kil­

kunastu lat? 

Ponownie połączył się ze Stanami. Jego stary przy­

jaciel Aiden Swift nie pracował już w policji. Wiódł 

szczęśliwe życie u boku kobiety, z którą się ożenił, 

a której kiedyś, przed laty, pozwolił uniknąć areszto­

wania. Ale tacy jak Swift nigdy nie palą za sobą mo­

stów. Kurt liczył na to, że przyjaciel pomoże mu zdo­

być informacje na temat 01ivera Gamble'a. 

Aidena nie było w domu. Kurt nagrał się na sekre­

tarkę. Miał nadzieję, że przyjaciel nie wyjechał z kraju. 

Postanowił, że zaczeka dwa tygodnie; jeśli do tego cza­

su Aiden się nie odezwie, to po powrocie do Teksasu 

jeszcze raz się z nim skontaktuje. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Muzeum Egipskie, w którym prowadzono badania 

nad Tablicami Ahkra, znajdowało się tak blisko Nile 

Hilton, że po powrocie do hotelu Gretchen miała je­

szcze czas, aby spokojnie wymoczyć się w wannie. Te­

go dnia, chociaż spędziła w muzeum całe popołudnie, 

niewiele udało jej się zrobić. 

Wciąż była zła na Kurta, że świadomie wprowadził 

ją w błąd, ale z drugiej strony, dzięki niemu poczuła 

się dziś bezpiecznie. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu 

nikt nie otoczył jej tak troskliwą opieką. Ogromny 

urok, a do tego czułość i opiekuńczość... Rzadko się 

trafia tak wspaniała kombinacja. 

Wiedziała, że musi być silna. Że nie wolno jej ulec 

jego urokowi. Bo jakże by mogła zaufać mężczyźnie, 

który już raz ją zdradził? 

Po kąpieli włożyła czarną sukienkę koktajlową, tę 

samą co pierwszego wieczoru. Ponieważ nie zamierzali 

wychodzić poza teren hotelu, nie musiała przejmować 

się długością stroju. Przywykła jednak do luźnych 

ubrań zakrywających ramiona i nogi, toteż w małej 

czarnej czuła się straszliwie obnażona. Za długo prze­

bywasz w Egipcie, pomyślała. 

Zależało jej na tym, żeby ładnie dziś wyglądać. 

background image

Złość złością, ale Kurt Miller piekielnie się jej podobał. 

Odpowiadało jej jego poczucie humoru, ceniła jego 

prawość i szczerość. Nagle zreflektowała się. Szcze­

rość? Przecież ją okłamał. 

Powiedział, że chciałby się z nią widywać po po­

wrocie do Stanów. Że bardzo go pociąga. „Nigdy dotąd 

nie spotkałem kobiety, która tak bardzo przypadłaby 

mi do gustu". Dał jej do zrozumienia, że ta krótka 

znajomość może przerodzić się w stały związek. „Kie­

dy wczoraj tańczyliśmy... mam nadzieję, że czułaś to 

samo co ja". 

Czy te słowa stanowiły część gry? Czy swoim za­

chowaniem i tym, co mówił, starał się wkraść w jej 

łaski, zjednać sympatię, zanim wyjawi prawdziwy po­

wód, dlaczego przyjechał do Egiptu? Ale przecież nie 

musiał się do tego posuwać. Chyba widział, jakie wiel­

kie wrażenie na niej wywarł? Czy kłamał również wte­

dy, gdy mówił, że chciał choć przez chwilę potrzymać 

ją w ramionach, zanim rozkwasi mu nos? 

Może. Pewnie tak. 

Kiedy o szóstej zjechała windą na dół, widok jego 

uśmiechniętej twarzy ponownie rozbudził w niej na­

dzieję. 

- Cześć - powiedział ochrypłym głosem, w któ­

rym dźwięczała nuta niepewności. - Mają tu w hotelu 

świetną włoską restaurację. Jeśli nie przepadasz za wło­

szczyzną, możemy wstąpić do konkurencji, która spe­

cjalizuje się w kuchni amerykańskiej. 

- Wolę włoską. 

Ujął ją pod łokieć i poprowadził we właściwym kie-

background image

runku. Cała w środku płonęła: wystarczył lekki dotyk 

jego dłoni na jej gołej skórze. 

- Podobasz mi się w tej sukience. Cieszę się, że 

znów ją włożyłaś. 

Podniósłszy głowę, zobaczyła, że Kurt dosłownie 

pożera ją wzrokiem. Speszona, odwróciła szybko spoj­

rzenie. Czuła się rozdarta; z jednej strony, chciała za­

chować godność, utrzymać dystans i uchronić swoje 

serce przed zranieniem, z drugiej, pragnęła rzucić się 

Kurtowi w ramiona. 

Kiedy usiedli przy stoliku, Kurt zamówił butelkę 

czerwonego wytrawnego wina. 

- Rano, po rozstaniu z tobą, rozmawiałem z moim 

klientem - odezwał się, gdy tylko kelner odszedł. 

- Tak? 

- Podał mi parę szczegółów. 

Zaciekawiona, pochyliła się do przodu. 

- Jakich? 

- Powiedział, że do złudzenia przypominasz swoją 

matkę. - Obrócił kieliszek w dłoni i podniósł do 

światła, fachowym okiem oceniając barwę i przejrzy­

stość wina. 

- Już mi to mówiłeś. Podał jej imię? 

Pokręcił przecząco głową. 

- A on? Jak się nazywa? 

- Gamble. 01iver Gamble. Powiedział, że twoja 

matka zmarła kilka lat temu. - Nagle zmarszczył czoło, 

jakby intensywnie nad czymś dumał. 

- Co? - spytała Gretchen. 

- Nie, nic. 

background image

- Wiesz, jednego nie rozumiem. 

Uniósł pytająco brwi. 

- Skoro facet wiedział, kim jestem i gdzie przeby­

wam, dlaczego sam nie przyjechał do Egiptu? Czyżby 

był taki stary? Albo obłożnie chory? 

- Nie, ani to, ani to. Zadałem mu podobne pytanie, 

kiedy zadzwonił, żeby mnie wynająć. Odparł, że jest 

bardzo zajętym człowiekiem, nadzoruje kilka ważnych 

spraw i nie może po prostu wszystkiego zostawić. Ale 

wiele osób korzysta z pomocy pośrednika, żeby na­

wiązać pierwszy kontakt z dawno niewidzianym lub 

świeżo odnalezionym krewnym - dodał, próbując 

usprawiedliwić postępowanie swego klienta. 

Teraz z kolei Gretchen zmarszczyła z namysłem 

czoło. 

- Ołiver Gamble - powiedziała cicho. - Ołiver 

Gamble... - Potrząsnęła głową. - Prawdę mówiąc, 

brzmi to obco. 

Kurt przyglądał się jej uważnie. 

- No ale odkąd pamiętam, zawsze byłam Gretchen 

Wagner. Może to kwestia przyzwyczajenia? Może wca­

le nie... - Urwała i przyłożyła rękę do czoła. 

Była na plaży, biegła brzegiem wody. Słońce świe­

ciło na niebie, nagrzane powietrze zdawało się falować, 

ale znad morza wiał miły, ożywczy wiaterek. Od czasu 

do czasu w łoskot załamujących się fal wdzierał się 

pisk mew. Wyraźnie widziała ten obraz przed oczami. 

Był znacznie bardziej przejrzysty i bardziej szczegó­

łowy niż wszystkie wspomnienia, jakie kiedykolwiek 

ją nawiedziły. 

background image

Z dala od brzegu piasek był tak gorący, że parzył 

w podeszwy. Co innego przy samej wodzie. Tu było 

przyjemnie, w dodatku w mokrym piasku odciskały 

się ślady stóp; przez moment były widoczne, dopóki 

nie zalewała ich kolejna fala. 

Lubiła odpływ, kiedy pojawiał się szeroki pas od­

słoniętego dna. 

Nagle jej wzrok padł na wyrzuconą przez falę muszlę 

- piękną, dużą, w kolorze szarolawendowym, a najważ­

niejsze że w jednym kawałku, w ogóle nieuszkodzoną. 

Rzadko się trafiały takie okazy. Podniecona i dumna ze 

swojego odkrycia, podniosła ją z piasku. 

- Co tam masz, kochanie? 

Parę metrów dalej zobaczyła matkę, która stała sze­

roko uśmiechnięta, z rozłożonymi ramionami. Przebie­

rając szybko małymi nóżkami, podbiegła do mamy. 

- Mamusiu! 

Kobieta pochwyciła ją w ramiona, okręciła się wko­

ło, po czym postawiła córkę na ziemi i odgarnęła jej 

z czoła ciemne kosmyki. 

- Kocham cię, mój kwiatuszku - powiedziała, pa­

trząc na dziewczynkę lśniącymi niebieskimi oczami. 

- Gretchen? 

Kurt tak mocno ściskał jej ręce, że nagle poczuła ból. 

- Pamiętam... pamiętam ją - szepnęła zdumiona. 

- Przypomniałam sobie moją mamę! 

- Opowiedz - poprosił. 

- Byłam mała. Biegłam brzegiem plaży. Panował 

straszny upał, więc albo był środek lata, albo rodzice 

spędzali urlop w tropikach. Piasek miał kolor złota. 

background image

Nad samą wodą znalazłam piękną muszlę. - Napotkała 

jego wzrok. - Nieopodal czekała na mnie mama. Przy­

tuliła mnie. Pamiętam wyraźnie, jak padłam jej w ra­

miona. 

- Skąd wiesz, że to była twoja mama? Bawię się 

w adwokata diabła - dodał pośpiesznie, kiedy posłała 

mu gniewne spojrzenie. 

- Nie wiem - przyznała. - Ale to na pewno była 

ona. Miała ciemne włosy i niebieskie oczy... Napra­

wdę jestem do niej podobna. 

Tyle lat na próżno starała się przywołać choć jedno 

wspomnienie, a teraz... Czuła się skołowana. 

Przysunąwszy się z krzesłem, tak by znaleźć się bli­

żej Gretchen, Kurt otoczył ją ramieniem. 

- To cudownie - oznajmił szczerze. - Twój ojciec 

twierdzi, że mieszkaliście na południowym wschodzie, 

niedaleko plaży. Ten obraz faktycznie musi być pra­

wdziwym wspomnieniem. 

Zmarszczyła czoło. 
- Niedaleko plaży... - Zamyśliła się. - Nie, to się 

nie zgadza. Nasz dom stał na samej plaży. Jestem tego 

pewna. Był duży... - Coraz bardziej oszołomiona tym, 

co się dzieje, popatrzyła Kurtowi w oczy. - Nie! Był 

ogromny! Tak jak te wspaniałe rezydencje przywodzą­

ce na myśl czasy sprzed wojny secesyjnej. 

- Może to była tak zwana letnia rezydencja? Może 

jeździliście tam w okresie wakacji? 

Usiłowała pobudzić pamięć do jeszcze większego 

wysiłku, ale po chwili zrezygnowała. 

- Głowy nie dam, ale wydaje mi się, że to był nasz 

background image

normalny dom. Kojarzy mi się z czymś trwałym, nie­

zmiennym. Co robisz? - spytała nagle. 

Kurt wyciągnął z kieszeni wizytówkę i coś notował 

na odwrocie. 

- Zapisuję, co powiedziałaś. Skoro przypomniał ci 

się dom rodzinny, wątpię, żebyś o nim zapomniała. Ale 

na wszelki wypadek, gdyby pamięć zaczęła ci szwan­

kować... 

- Dziękuję. - Wzruszyła ją jego troska. - To dobry 

pomysł. 

Przez moment miała wrażenie, że stoi pod wodo­

spadem wspomnień. Zalewały ją, jakby nagle puściła 

tama. Wszystkie były wyraźne, jakby dotyczyły wy­

darzeń sprzed paru dni. 

Raptem ustały. Czuła straszny niedosyt. Tak wiele 

rzeczy pozostało ukrytych! Gdyby tylko mogła odkrę­

cić w głowie jakiś zawór, tak by strumień obrazów 

znów popłynął! 

- Ojca nie pamiętam. 

Kelner przyniósł zamówione dania. 

- Pewnie pracował do późna - rzekł Kurt. Prze­

rwawszy pisanie, odłożył na bok wizytówkę. - To nor­

malne, że pierwsze wspomnienia dziecka dotyczą mat­

ki, a nie ojca. 

Podczas kolacji, opowiedział Gretchen o paru wy­

cieczkach, jakie odbył po Kairze, o zabytkach, jakie 

widział, i o tym, co jeszcze chciałby zwiedzić. Słuchała 

z zainteresowaniem i wdzięcznością, świadoma tego, 

co Kurt robi: pozwala jej ochłonąć, dojść do siebie po 

natłoku wspomnień. 

background image

Kiedy skończyli jeść, wzięła ze stolika wizytówkę, 

na której zapisywał jej słowa. W drodze do holu zerknęła 

na jego zapiski, po czym obróciła kartonik. „Kurt J. Mil­

ler - przeczytała - licencjonowany prywatny detektyw". 

Inicjał J. podziałał jak bodziec. Z zakamarków pa­

mięci zaczęły wyłaniać się strzępy kolejnego wspo­

mnienia. Hm, J jak Jay? Jak John? I nagle w głowie 

Gretchen pojawił się obraz ciemnowłosego chłopca 

w brudnej koszulce, który uśmiechając się od ucha do 

ucha, stoi przy ogromnej, sięgającej mu do brody wieży 

zbudowanej z klocków lego. Ten chłopiec był jej bra­

tem! 

- Miałam brata - oznajmiła, wstrząśnięta nieocze­

kiwanym odkryciem. - O imieniu... chyba Jay. Czy 

ojciec o nim wspominał? 

Kurt zawahał się. Ta chwila wahania wystarczyła 

jej za odpowiedź. 

- Nie, przykro mi. Nic nie mówił o żadnym Jayu. 

Twierdzi, że jesteś jedynaczką. 

- Nieprawda. Miałam brata - powtórzyła. Próbo­

wała się skupić, zmusić pamięć do posłuszeństwa, ale 

bez rezultatu. W głowie i przed oczami miała wielką 

szarą pustkę. 

- Wierzę ci - powiedział cicho Kurt, przystając 

przy filarze. - Może coś złego mu się przydarzyło. 

- Na przykład umarł? 

Radość i podniecenie, które ją przed chwilą przepeł­

niały, zastąpiła rozpacz. Tak dotkliwego bólu nie czuła 

od czasu śmierci rodziców. Odwróciwszy twarz, usiło­

wała przełknąć łzy, które podchodziły jej do gardła. 

background image

- Hej... - Kurt pogładził ją delikatnie po włosach, 

po czym przytulił mocno. 

Z wrażenia wstrzymała oddech, nagle bowiem po­

czuła, że tu, w tych silnych męskich ramionach, jest 

jej miejsce. Że ich ciała idealnie się w siebie wtapiają. 

Że mogłaby tak stać do końca świata. 

- Jeszcze raz spytam o to Gamble'a - obiecał. 

- A jeżeli się okaże, że naprawdę miałam brata i że 

zmarł albo zginął w wypadku? - Nawet nie próbowała 

ukryć smutku. - Ledwo mi się przypomniał, miałabym 

od razu go stracić? 

Ujmując Gretchen za brodę, zmusił ją, aby popa­

trzyła mu w oczy. 

- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. - Przypie­

czętował te słowa pocałunkiem. 

Było tak jak pierwszego wieczoru. Cudownie. Mi­

mo że ją okłamał, a przynajmniej nie wyznał całej pra­

wdy, czuła, że jest to mężczyzna, na którego czekała 

latami. 

Po kilkunastu sekundach oderwał wargi od jej ust 

i przytknął czoło do jej czoła. Oddychał ciężko. 

- Rozwiążemy tę sprawę - rzekł. - Obiecuję ci. 

Nie była pewna, o jakiej sprawie mówi: o ich wza­

jemnym zauroczeniu czy raczej o zagadce jej pocho­

dzenia. W każdym razie liczba mnoga - „rozwiążemy" 

- natchnęła ją optymizmem. 

Nazajutrz rano zjedli razem śniadanie, po czym Kurt 

odprowadził ją spacerkiem do muzeum. Kair był mia­

stem kontrastów architektonicznych. Proste budynki 

background image

z jasnej suszonej cegły sąsiadowały z nowoczesnymi 

biurowcami ze szkła i stali. Brzegiem ulicy wędrował 

mężczyzna odziany w tradycyjny arabski strój; prowa­

dził krowę, nie zwracając najmniejszej uwagi na pru­

jące obok samochody i taksówki, których kierowcy nie 

zdejmowali ręki z klaksonu. 

Gretchen szła przodem, jak zwykle ubrana skromnie 

w sukienkę zasłaniającą nogi i ramiona. Kurt szedł tuż 

za nią, niemal depcząc jej po piętach. Czuła się tak, 

jakby miała własnego anioła stróża. Po raz pierwszy 

w życiu zrozumiała, dlaczego na przestrzeni dziejów 

kobiety starały się wybierać na partnerów mężczyzn 

najsilniejszych i najodważniejszych. 

Przystanęli przed wejściem do muzeum. 

- No i co? - spytał Kurt. - Podjęłaś już decyzję 

w sprawie spotkania z ojcem? 

Miała wrażenie, jakby stalowa obręcz zaciskała się 

wokół jej szyi. 

- Jeszcze nie. 
- Chciałby się z tobą zobaczyć jak najprędzej. 

- Miną co najmniej dwa tygodnie, zanim skończę 

tu pracę - rzekła i nagle spłonęła ze wstydu. 

To było wierutne kłamstwo. Przecież zamierzała za­

kończyć badania w ciągu kilku dni. 

Powoli wzięła głęboki oddech. 

Kurt zagwizdał cicho. 
- Dopiero za dwa tygodnie? Gamble chciałby, że­

byś wróciła do Stanów jeszcze dziś, najdalej jutro. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie mogę... - Urwała, łapczywie wciągając po-

background image

wietrze. Wydawało jej się, że jakaś potężna łapa uciska 

jej klatkę piersiową. - Przc.praszam - wydukała. -

Brakuje mi tchu. 

Podtrzymując Gretchen, czym prędzej wprowadził 

ją do muzeum. Drżąc na całym ciele, czekała oparta 

o ścianę, podczas gdy strażnik sprawdzał, czy Kurt nie 

wnosi do środka żadnych niedozwolonych przedmio­

tów. Kiedy weszli głębiej, do obszernego holu, Gre­

tchen natychmiast usiadła na kamiennej ławie. 

- Przepraszam - wysapała. - Nie mogłam złapać 

tchu. 

Przyjrzał się jej badawczo. 
- Miałaś już kiedyś podobny atak paniki? 

Pytanie zbiło ją z tropu. 

- Nie, skądże - odparła oburzona. - Nie jestem 

nerwowa. 

- Nie twierdzę, że jesteś. - Wziął ją za rękę. - Ale 

niewykluczone, że stres związany z odtwarzaniem 

w pamięci zapomnianej przeszłości okazał się ponad 

twoje siły. Bo to, czego przed chwilą byłem świadkiem, 

wyglądało jak klasyczny napad paniki. 

- A ty jesteś specjalistą od takich napadów, tak? 
- Jeden z moich byłych klientów często je miewał 

- wyjaśnił cicho Kurt. 

Zamknęła oczy. Sytuacja ją przerasta. Sama myśl 

o spotkaniu z ojcem przyprawia ją o duszność. 

- Masz rację - przyznała po chwili, starając się za­

chować spokój. - Diabli wiedzą, co tkwi w mojej pod­

świadomości. Może istnieje ważny, racjonalny powód, 

dlaczego czuję się tak, jakby ktoś zaciskał mi pętlę na szyi. 

background image

- Posłuchaj. Co ty na to, żebym powiedział Gamb-

le'owi, że do Stanów wrócisz najwcześniej za dwa 

tygodnie i że dopiero wtedy się z nim skontaktujemy? 

Gretchen odetchnęła z ulgą. 

- To by było wspaniale. 

Dwa tygodnie. Niby niedużo. Ale czuła się tak, jak­

by uniknęła stryczka. Zaczęła szybko przeglądać 

w myślach swój terminarz. Dwa tygodnie, a zatem nie 

trzeba spieszyć się z powrotem do Stanów. Poza tym 

nikt nie musi wiedzieć, ile czasu zajmie jej końcówka 

badań: trzy dni, tydzień czy dwa tygodnie. Nancy bar­

dzo już tęskni za domem. Na pewno dziewczyna się 

ucieszy, kiedy usłyszy, że może spakować manatki 

i wsiąść jutro w samolot. A wtedy... 

Gretchen uśmiechnęła się. Wtedy będzie mogła 

swobodnie dysponować czasem. 

W ciągu następnych trzech dni codziennie zabierał 

Gretchen na śniadanie i kolację. Z każdym dniem była 

coraz bardziej odprężona. Uśmiechała się, często wy­

buchała wesołym śmiechem. Jej twarz promieniała ra­

dością. 

Niepokoiła go tylko jedna rzecz, mianowicie ilekroć 

wspominał 01ivera Gamble'a, Gretchen natychmiast 

się spinała, mięśnie jej sztywniały, twarz tężała. Nie 

potrafił zrozumieć, dlaczego pomysł spotkania z bio­

logicznym ojcem wywoływał u niej tak gwałtowną re­

akcję. Podejrzewał, że musi istnieć ku temu ważny po­

wód. 

Kiedy zadzwonił poinformować Gamble'a, że Gre-

background image

tchen potrzebuje jeszcze dwóch tygodni na skończenie 

badań w Kairze, facet zaczął się pieklić. Jego zacho­

wanie przekraczało wszelkie dopuszczalne normy. 

Kurt, zirytowany, ponownie mu zasugerował, żeby 

Gamble skorzystał z usług kogoś innego: może nowy 

detektyw okaże się sprawniejszy? 

Powoli zaczynał mieć faceta dość; całkiem poważ­

nie zastanawiał się nad tym, czy nie zwrócić mu za­

liczki. Coś mu w tym wszystkim coraz bardziej prze­

szkadzało. Właściwie korciło go, aby nie dopuścić do 

spotkania między ojcem a córką. Nie wiedział, czy to 

intuicja go przed czymś ostrzega, czy po prostu ponosi i 

go wyobraźnia. 

Nie zdążył wyjaśnić z Gamble'em sprawy rodzeń­

stwa Gretchen. Akurat zamierzał przycisnąć faceta do 

muru, gdy ten zaczął świrować. Miał nadzieję, że Aiden 

Swift wkrótce się odezwie, bo naprawdę potrzebował 

wiadomości na temat Gamble'a. Wczoraj wieczorem 

zadzwonił do innego starego kumpla, prosząc o pomoc 

nieco innego rodzaju. 

Kurt poznał Jareda Sullivana sześć lat temu. Pewien 

człowiek wynajął go, aby odszukał byłego żołnierza 

sił specjalnych o nazwisku Sullivan i przekazał mu in­

formację o pokaźnym spadku. Mężczyźni się polubili 

i zaprzyjaźnili. Niedawno Kurt był na weselu Jareda 

i szczerze gratulował mu wyboru żony. Doktor Alexis 

Warner sprawiała wrażenie niezwykłej kobiety. 

Oboje, i Jared, i jego żona, byli agentami sił spe­

cjalnych. Kurt liczył na to, że zerkną do tajnych akt, 

do których Aiden Swift nie miał dostępu. Przed spot-

background image

kaniem Gretchen z ojcem chciał uzyskać stuprocento­

wą pewność, że Gamble jest tym, za kogo się podaje: 

biologicznym ojcem pragnącym nawiązać kontakt 

z córką. 

Posunął się nawet do tego, że wysłał Sullivanom jedną 

z używanych przez Gretchen opasek do włosów, którą 

jej podwędził, oraz dużą brązową kopertę, którą dostał 

od Gamble'a. Będąc u Gamble'a w jego teksaskim biu­

rze, na własne oczy widział, jak facet liże kopertę, by 

ją zakleić. Miał nadzieję, że Jared zdoła przeprowadzić 

testy DNA na obu próbkach i sprawdzić, czy między 

Gretchen a Gamble'em istnieje pokrewieństwo. 

Ale wszystko to wymaga czasu. Zdobycie informa­

cji uchodzących za tajne nie należy do prostych zadań, 

wierzył jednak, że Jared sobie poradzi. 

Czwartego popołudnia zaproponował Gretchen, aby 

przed zachodem słońca wybrali się popływać na ba­

senie. Odprowadził ją do drzwi jej pokoju, po czym 

udał się do siebie; od paru dni również mieszkał w Nile 

Hilton. Przebrawszy się w kąpielówki, wrócił po nią 

i razem zeszli do ogrodu. Gretchen skierowała się pro­

sto w stronę leżaków. 

- Nie chce mi się moczyć, ale chętnie popatrzę, 

jak ty pływasz. 

- Nie żartuj! - Był pewien, że nie mówi tego serio, 

ale minę miała poważną. - Zobaczysz, będzie przy­

jemnie. 

Potrząsnęła energicznie głową. 

- Nie. Popływaj sam. Ja się poopalam. 

Zmierzył ją uważnie wzrokiem. Nie zdjęła sukienki, 

background image

którą włożyła na kostium, a siedziała tak sztywno wy­

prostowana, jakby lada chwila miała poderwać się na 

nogi i dać dyla. O co chodzi? Czego ona się boi? 

- Przez ubranie się nie opalisz - stwierdził. 

Spuściła oczy i oblała się rumieńcem. Zaczęła wy­

łamywać sobie palce. Zauważył, że robi to za każdym 

razem, kiedy jest zdenerwowana czy zalękniona. 

- Słusznie - przyznała. 

Najwyższym wysiłkiem woli zmusiła się, żeby 

wstać. Zdjęła sukienkę i czym prędzej znów usiadła. 

Nie odezwał się. W milczeniu odwrócił się twarzą 

do basenu i zanurkował. Dopłynąwszy pod wodą do 

przeciwległej ściany, zawrócił i wynurzył się na po­

wierzchnię. Woda była zadziwiająco chłodna. Może to 

i lepiej, pomyślał, uśmiechając się w duchu; podobno 

zimno skutecznie tłumi podniecenie. A widok rozebra­

nej Gretchen podziałał na niego bardzo podniecająco. 

Kostium kąpielowy miała dość skromny według za­

chodnich standardów. Granatowa zabudowana góra, 

która bardziej kojarzyła się z bluzką niż stanikiem, ide­

alnie harmonizowała z jej ciemnymi włosami i jasną 

skórą. Dół zaś, który bardziej przypominał szorty niż 

majteczki, podkreślał jej długie zgrabne nogi. 

Mimo że kostium niewiele odsłaniał, Kurt wciąż 

nie mógł ochłonąć z wrażenia. Talię miała tak szczupłą, 

że chyba zdołałby ją objąć dłońmi, nogi zaś ładnie 

umięśnione i sięgające niemal brody. Cząstką umysłu, 

która jeszcze potrafiła myśleć, zastanawiał się, czy 

w Stanach Gretchen lubi uprawiać piesze wędrówki. 

Przez dobre dziesięć minut pływał kraulem od jed-

background image

nego brzegu do drugiego. Kiedy wreszcie odzyskał nad 

sobą kontrolę, zawrócił w stronę leżaków. Przytrzymu­

jąc się krawędzi basenu, unosił się na brzuchu i spo­

glądał z namysłem na siedzącą sztywno kobietę. Nagle 

coś go tknęło. 

- Gretchen, czy ty umiesz pływać? - zapytał ła­

godnie. 

Jeśli to w ogóle było możliwe, jeszcze bardziej ze­

sztywniała. 

- Oczywiście, że tak. Po prostu nie mam ochoty. 

- Naprawdę? 

Odruchowo się wzdrygnęła. Nie uszło to jego uwagi. 
- Naprawdę. 

- A kiedy ostatni raz byłaś w wodzie? 

Cisza przedłużała się. Kurt czekał, nie odrywając 

oczu od twarzy Gretchen. Wreszcie, marszcząc z za­

kłopotaniem czoło, pokręciła wolno głową. 

- Nie pamiętam - powiedziała cicho. - Chyba nie 

pływałam, odkąd zostałam adoptowana. 

- W takim razie skąd wiesz, że umiesz? 

- Bo kiedy byłam mała, godzinami pływaliśmy 

w oceanie. Mama postarała się o to, aby żadne z nas 

nie bało się wody. 

Kurtowi przebiegł po plecach dreszcz. Gretchen 

zdawała się nieświadoma własnych słów. Dlatego zadał 

kolejne pytanie: 

- Kto pływał godzinami? 

- Moi rodzice, bracia i siostra. - Nagle wciągnęła 

gwałtownie powietrze. - O Boże, Kurt! Słyszałeś, co 

powiedziałam? 

background image

Wytrzeszczyła oczy. Była taka przerażona, taka bez­

radna, że nie mógł tego wytrzymać. Czym prędzej wy­

skoczył z basenu i ociekając wodą, usiadł obok niej 

na leżaku. 

- Słyszałem. - Wytarłszy się pośpiesznie hotelo­

wym ręcznikiem, otoczył ją ramieniem. - Pamiętasz 

coś jeszcze? 

- Nie. Tak! - zawołała po chwili. - Tak! Miałam 

trzech braci i siostrę. Boże... - W oczach Kurta szu­

kała potwierdzenia i pomocy. - Gdzieś na świecie żyje 

moje rodzeństwo, prawda? 

- Na to wygląda - potwierdził. Więc dlaczego 

Gamble upiera się, że Gretchen jest jedynaczką? - Nie 

jestem specjalistą od amnezji, ale nigdy nie słyszałem, 

żeby ludzie nią dotknięci fabrykowali fałszywe wspo­

mnienia. 

- Boże. - Przyłożyła do skroni drżącą rękę i na 

moment zacisnęła powieki. - Zaraz zwariuję! Kurt, 

dlaczego ojciec mnie okłamał? 

Nie znał odpowiedzi na to pytanie. 

- Nie mam pojęcia, ale nie wyciągajmy pocho­

pnych wniosków. Może istnieje jakieś logiczne wytłu­

maczenie. 

Akurat! - pomyślał. I może jutro w Kairze spadnie 

śnieg. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Chodź, odprowadzę cię do pokoju. 

Włożył koszulę, buty, po czym podciągnął Gretchen 

na nogi i pomógł się jej ubrać. Obejmując ją w pasie, 

skierował się w stronę wind. 

Wjechali na górę. Gretchen zachowywała się jak 

w transie. Stała nieruchomo niczym kamienny posąg, 

nawet nie mrugając powiekami, dopóki Kurt delikat­

nym szturchnięciem nie dał jej znać, że już mogą wy­

siąść. 

Otworzywszy drzwi pokoju, odsunął się na bok, że­

by przepuścić ją przodem. Wszedł za nią do środka 

i zamknął drzwi. 

- Gretchen? 

Odwróciła się powoli. W jej spojrzeniu malował się 

strach i niepokój. 

- Nic mi nie będzie - oznajmiła monotonnym, bez­

barwnym głosem. 

Wiedział, że to nieprawda, więc ignorując jej słowa, 

zgarnął ją w ramiona. 

- Nie wstydź się łez - szepnął, delikatnie masując 

jej szyję. - Płacz dobrze robi. 

- Nie chcę płakać - wymamrotała, tuląc twarz do 

jego piersi. - Chcę odzyskać pamięć. 

background image

Przez minutę czy dwie w pokoju panowała cisza, 

przerywana jedynie świszczącym oddechem Gretchen. 

- Odzyskasz, kiedy będziesz gotowa - powiedział 

wreszcie Kurt, gładząc ją po włosach. 

Uniosła twarz. 

- Pewnie myślisz: jaka żałosna istota, prawda? Boi 

się ognia, boi wody, miewa ataki paniki, nie pamięta 

jednej trzeciej części swojego życia... - Roześmiała 

się gorzko. - Może nie uwierzysz, ale byłam osobą 

opanowaną, dobrze zorganizowaną, rozsądną, dopóki 

nagle nie zaczęłam miewać tych dziwnych przebły­

sków z przeszłości... 

- Innymi słowy, dopóki ja się nie pojawiłem. 

- Och, nie! - zawołała zdumiona, że w ten sposób 

zrozumiał jej wypowiedź. - Wcale ciebie nie winię, 

Kurt. Ty jesteś tylko posłańcem. - Wzięła głęboki od­

dech. - W dodatku znacznie bardziej wielkodusznym, 

niż kto inny byłby na twoim miejscu. 

Pocałował ją lekko w skroń. 
- To nie wielkoduszność mną kieruje - powiedział 

i zaraz ugryzł się w język. Co za idiotyczne stwier­

dzenie! Nie chciał, by źle odczytała jego słowa; aby 

pomyślała, że jest dla niej miły, bo pragnie zaciągnąć 

ją do łóżka. Rzecz jasna, nie miałby nic przeciwko 

temu, wręcz nie posiadałby się z radości, ale nie o to 

mu przecież chodziło. 

Modlił się w duchu, by nie spytała: W takim razie 

co? Jeśli nie wielkoduszność, to co? 

Wciąż przyglądała mu się ze zdumieniem. Kiedy 

się czemuś dziwiła, marszczyła czoło i lekko wydy-

background image

mała dolną wargę. Wyglądało to bardzo zmysłowo. 

Z trudem powstrzymywał się, aby nie zacząć jej ca­

łować. 

Delikatnie pociągnął ją w stronę dwuosobowej ka­

napy i usiadł. Gretchen potrzebowała teraz przyjaciela, 

kogoś, kto by ją przytulił, dodał jej siły i otuchy; nie 

potrzebowała roznamiętnionego mężczyzny, który my­

śli tylko o jednym. 

Poklepał się po kolanach. 

- Chodź, usiądź tutaj. 

Minę miała powątpiewającą. 

- Jestem za ciężka. 

Wybuchnął śmiechem. 
- Dwie takie jak ty też by mi krzywdy nie wyrzą­

dziły. No chodź. 

Przysiadła niepewnie, równie sztywno jak na leżaku 

nad basenem. Widząc onieśmielenie Gretchen, Kurt po­

myślał nagle o jej wprost niewiarygodnej przeszłości, 

o latach dojrzewania w obcym otoczeniu. 

- Gretchen... - zaczął. - Przykro mi, że wywró­

ciłem twoje życie do góry nogami. Musiało ci być pie­

kielnie ciężko, kiedy w wieku dwunastu lat trafiłaś na­

gle do nowego domu i nie pamiętałaś, co się stało 

z twoją poprzednią rodziną. Wracanie pamięcią do 

tamtych chwil na pewno nie jest przyjemne. 

Skinęła głową. 

- Dziś w pracy w ogóle nie mogłam się skupić. -

Uśmiechnęła się nieporadnie. - Całe szczęście, że to 

już końcówka. 

Przez moment wpatrywał się w jej usta - unosiły się 

background image

w kącikach, z prawej strony odrobinę wyżej niż z le­

wej, a w lewym policzku pojawiał się uroczy dołeczek. 

Prowadzenie rozmowy wymagało sporego wysiłku. 

- A o czym myślałaś? - spytał. 

Wzruszyła ramionami i zaczęła miętosić brzeg su­

kienki. 

- O rzeczach, które udało mi się przypomnieć. -

Łzy wezbrały jej w oczach; odwróciła twarz. - Moje 

dzieciństwo było szczęśliwe. Więc skąd ta amnezja? 

Co ją wywołało? 

Zakrył jej dłonie swoimi, starając się tchnąć w nie 

spokój. 

- Nie wiem - odparł. - Ale przyrzekam ci, że po­

znamy prawdę. 

- Dziękuję - szepnęła. I ku jego wielkiemu zdu­

mieniu, pochyliła się i przywarła ustami do jego ust. 

Dopiero znacznie później uzmysłowił sobie, że był 

to niewinny przyjacielski gest, bez żadnych erotycznych 

podtekstów. Ale wtedy, gdy jej usta dotknęły jego warg, 

na moment zamarł bez ruchu, a potem poczuł, jak gwał­

townie narasta w nim pożądanie. Miał ochotę zedrzeć 

z Gretchen ubranie i nie wypuszczać jej z łóżka przez 

tydzień. Wiedział, że to nie wchodzi w grę, postanowił 

więc choć przez chwilę cieszyć się jej bliskością. 

Przytulił Gretchen jeszcze mocniej, po czym roz­

chylił językiem jej wargi. Jęknęła cicho. Objąwszy go 

za szyję, zacisnęła palce na jego włosach. Nie prze­

rywając pocałunku, przesuwał wolno rękę wzdłuż jej 

uda, biodra, aż doszedł do talii. Pod cienkim materia­

łem sukienki i zabudowaną górą kostiumu kąpielowe-

background image

go wyczuwał żebra. Gretchen nie zaprotestowała. 

Ośmielony, zakrył ręką jej lewą pierś. Gretchen po­

nownie jęknęła. 

Chciał czuć pod palcami jej skórę. Opuścił rękę 

w dół, do kolana, ale tym razem odsunął sukienkę na 

bok. Gładził Gretchen po kolanach, po udach, całował 

po szyi, potem zacisnął usta na jej ukrytej pod kostiu­

mem piersi. Jęcząc z rozkoszy, wygięła plecy w łuk. 

Nagle uświadomił sobie, że on sam zaczyna poru­

szać biodrami. Zacisnął zęby i znieruchomiał. Powoli 

uniósł głowę. Gretchen miała usta nabrzmiałe, powieki 

przymknięte. 

- Musimy przestać - rzekł ochrypłym głosem. 

Otworzyła oczy, gotowa natychmiast uciec mu 

z kolan. Z trudem ją przytrzymał. Zawstydzona, opu­

ściła wzrok i odwróciła głowę. 

- Przepraszam - rzekła przytłumionym głosem. -

Jesteś dla mnie taki dobry, a ja... rzucam się na ciebie. 

Rozumiem, że... 

- Nic nie rozumiesz - przerwał jej w pół słowa. 

Delikatnie obrócił jej twarz ku sobie. - Spójrz na mnie. 

Wolno, niechętnie, uniosła wzrok. 

- Nigdy dotąd się tak nie zachowywałam - sze­

pnęła. - Ledwo cię znam. 

- Nonsens. Opowiedziałaś mi o swoim życiu. Podej­

rzewam, że znasz mnie lepiej niż ktokolwiek na świecie. 

I była to prawda. 

- Chcę się z tobą kochać - ciągnął zmienionym 

głosem - ale nie zamierzam wykorzystywać faktu, że 

jesteś smutna, psychicznie krucha i wystraszona. 

background image

Wiedział, że ryzykuje. Jakiś wewnętrzny głos kazał 

mu iść po rozum do głowy. 

Przez moment przyglądała mu się w milczeniu, po 

czym ujęła w ręce jego twarz i pocałowała go lekko 

w usta. Pewnie tak jak chciała na samym początku, 

zanim stracił nad sobą panowanie. 

- Dziękuję - powiedziała cicho. 

- Pójdę już - oznajmił. Zsunął Gretchen obok na 

kanapę i wstał. - Spotkamy się na kolacji. 

Mieszkał na tym samym piętrze, cztery pokoje dalej. 

Całe szczęście, pomyślał, przekręcając klucz w zamku. 

Zimny prysznic - tego mu potrzeba. 

Może tego mu było trzeba, ale nie na to miał ochotę. 

Ściągnąwszy kąpielówki, odkręcił strumień wody. 

Ochotę miał na Gretchen, która wzdycha, odwzajemnia 

jego pieszczoty i jęczy z rozkoszy, gdy doprowadza 

ją do orgazmu. 

Wiedział, że nie chodzi o sam seks. Że nawet jeżeli 

pójdą do łóżka, nadal będzie o niej nieustannie myślał. 

Stojąc pod strumieniem chłodnej wody, zastanawiał 

się nad sobą i swym losem. Nigdy nie łączył pracy 

z przyjemnością. Praca to praca. 

Ale Gretchen nie jest „pracą". Jest kobietą, która 

go fascynuje intelektualnie i pociąga fizycznie. Kurt 

unikał stałych związków; miewał przelotne romanse, 

lecz nie angażował się uczuciowo. Ostatnim razem był 

zakochany osiem lat temu. W policjantce. Planowali 

z Karey ślub, ale wtedy właśnie zdarzyła się ta strze­

lanina, w której zginął jego partner. 

Gdy tylko Karey uzmysłowiła sobie, że małżeństwo 

background image

z człowiekiem oskarżonym o zabicie partnera może 

zaszkodzić jej w karierze, natychmiast oddała mu pier­

ścionek zaręczynowy. 

Karey i Gretchen różniły się jak dzień i noc. Karey 

umiała sobie radzić z mężczyznami. Była piękna, świa­

doma swej urody, łasa na komplementy. Uwielbiała 

flirtować. Intelektem nie grzeszyła, ale pracę wykony­

wała rzetelnie; nikt nigdy się na nią nie skarżył. 

Gretchen z kolei nie potrafiłaby zatrzepotać zalotnie 

rzęsami, gdyby od tego zależało jej życie. Wzbudzała 

w Kurcie instynkt opiekuńczy, lecz nie tylko. Nie pa­

miętał, aby jakiejkolwiek kobiety tak bardzo pożądał. 

Seks z Karey był przyjemny, czasem namiętny, ale to 

wszystko. A z Gretchen... wiedział, że będzie inaczej; 

że namiętność będzie przeplatać się z czułością, deli­

katnością. 

Boże, ona była taka niewinna. Po jej zachowaniu 

poznał, że nie ma zbyt dużego doświadczenia w spra­

wach męsko-damskich. Nie był pewien, jak się to 

wszystko zakończy, ale nie ulegało wątpliwości, że nie 

uda mu się uciec przed prawdą. Że prędzej czy później 

będzie musiał w sposób świadomy i dojrzały zaakcep­

tować uczucia, które na razie wciąż spycha gdzieś 

w głąb. 

Nazajutrz rano spotkali się na śniadaniu w hotelo­

wej restauracji. Kurtowi udało się namówić Gretchen 

na wagary. Muzeum Egipskie oboje znali, więc spędzili 

dzień na zwiedzaniu mniejszych kairskich muzeów, ko­

ściołów koptyjskich, meczetów. Spacerując po słyń-

background image

nym suku Chan al-Chalili, Gretchen nagle sobie coś 

przypomniała. 

- Wiesz, wczoraj wieczorem zobaczyłam mojego 

ojca. Pojawił się w tym wspomnieniu z plaży. Zoba­

czyłam, jak wychodzi z domu i idzie w naszym kie­

runku. 

- Mów dalej. Zamieniam się w słuch. 

Uśmiechnęła się. 

- Tata był wysokim, potężnie zbudowanym męż­

czyzną. Miał ciemne włosy i nosił okulary. W tym 

wspomnieniu przyszedł do nas na plażę, złapał mamę 

od tyłu i zaczął ją całować. Jay i moi pozostali dwaj 

bracia... - Urwała, wyraźnie sfrustrowana. - Psiakość, 

mam ich imiona na końcu języka! 

- Przypomnisz sobie. - Kurt ścisnął ją za rękę. -

Co robili twoi bracia? 

Słuchając Gretchen, cały czas analizował informa­

cje i porównywał z tym, co sam wie. Wkrótce doszedł 

do niepokojących wniosków. Siwe włosy 01ivera 

Gamble'a mogły dawniej być ciemne, lecz jego same­

go nikt nie nazwałby wysokim i potężnie zbudowa­

nym. Kurt mierzył metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, 

a Gamble był co najmniej pół głowy od niego niższy 

i zdecydowanie należał do chudzielców. 

- Tata skonstruował dla nich niesamowity pojazd 

- kontynuowała Gretchen. - Taki ciągnik, który prze­

woził piasek, wysypywał go i jeszcze uklepywał spe­

cjalnymi łopatkami. Bracia razem z ojcem budowali 

fantastyczne zamki... 

Nagle zmarszczyła czoło. 

background image

- Co się stało? - zapytał Kurt. Potrafił odczytywać 

najdrobniejsze niuanse mimiczne widoczne na jej twarzy. 

- W nocy miałam koszmarny sen. Chociaż nie je­

stem pewna, czy to naprawdę był sen, czy raczej wspo­

mnienie autentycznych wydarzeń. 

- Pamiętasz go? 
- Tak, bardzo dobrze. I dlatego myślę, że chodzi 

o wspomnienie. Normalny sen blednie, rozwiewa się, 

a ten po prostu utkwił mi w głowie. - Wzdrygnęła się. 

- Nic dziwnego, że boję się wody i ognia. 

Spoglądał na nią bez słowa. Wyczekująco. 

- Zaczyna się tak... - Wciągnęła głęboko powie­

trze, próbując uspokoić rozdygotane nerwy. Ręce jej 

drżały. - Jestem w wodzie. Nie sama. Obok jest jakaś 

kobieta, chyba moja mama. Płyniemy. Ona usiłuje pod­

trzymać mnie na duchu, dodać mi otuchy, ale ja już 

nie mam sił. Czuję się strasznie zmęczona. Przed nami 

dryfuje nieduża łódź. Płyniemy w jej kierunku. - Na 

moment Gretchen zamilkła. - Nagle za mną potężny 

błysk rozjaśnia niebo. Odwracam się i widzę łódź, a ra­

czej dwie połówki łodzi, które płoną. A potem z całej 

siły coś we mnie uderza. Idę pod wodę, dławię się. 

Tracę orientację; nie mogę wydostać się na powierz­

chnię. I to... to koniec. 

- Boże - szepnął. Nic dziwnego, że Gretchen boi 

się wody i ognia. Jeżeli koszmar, który mu przed chwi­

lą opowiedziała, rzeczywiście się wydarzył, to przeżyła 

w dzieciństwie ogromny szok. - Wygląda na to, że od­

dalałyście się od jednej łodzi w kierunku drugiej, kiedy 

ta pierwsza wybuchła. 

background image

Tak, to by tłumaczyło jej opory przed wejściem do 

basenu. 

Kiedy Gretchen szykowała się w swoim pokoju do 

kolacji, Kurt wrócił do siebie i zadzwonił do 01ivera 

Gamble'a. 

- Chcę się upewnić co do paru szczegółów - rzekł. 

Zapytał o kilka nieistotnych spraw, o których już 

wcześniej rozmawiali. Gamble, lekko zniecierpliwiony, 

na każde pytanie dawał krótką, twierdzącą odpowiedź. 

- Powiedział pan, że córka jest jedynaczką, pra­

wda? - Pytanie zadane było obojętnym tonem, niemal 

od niechcenia. 

- Bo co? - warknął Gamble, jakby temat wyraźnie 

mu nie odpowiadał. 

- Nic. Po prostu Gretchen mówi, że zawsze ma­

rzyła o rodzeństwie - skłamał, zdumiony tym, jak ła­

two można wymyślić na poczekaniu bajeczkę. - Lu­

dzie, którzy ją adoptowali, nie mieli własnych dzieci, 

więc czuła się samotna. 

- Jest jedynaczką - oznajmił płaskim głosem 

Gamble. 

- W porządku. Jeszcze jedna rzecz. Gretchen boi 

się wody. Podejrzewa, że mogła uczestniczyć w jakimś 

wypadku na łodzi albo coś w tym rodzaju. Nic sobie 

pan nie przypomina? 

- Wypadek na łodzi? - Gamble zadumał się. - Nie, 

niczego takiego... Chociaż nie! Chwileczkę! Któregoś 

dnia, kiedy była mała, wybraliśmy się łódką na ryby. 

W pewnym momencie córka wypadła za burtę. Natych-

background image

miast wciągnąłem ją z powrotem, absolutnie nic się jej 

nie stało, ale może uraz pozostał? Może stąd jej strach 

przed wodą? - Zakasłał. - To kiedy ją pan przywiezie? 

- Kiedy skończy pracę w Kairze - odparł Kurt. -

Kilka dni w jedną lub drugą stronę robi panu aż taką 

różnicę? 

- Niby nie, ale tak długo byliśmy rozdzieleni i tak 

bardzo za nią tęsknię... Po prostu nie mogę się do­

czekać, kiedy ją znów zobaczę. 

Czasem Kurtowi się wydawało, że ma zamontowane 

w głowie urządzenie mierzące poziom fałszu. Strzałka 

niebezpiecznie odchyliła się od pionu już przy opo­

wieści o wyprawie na ryby i wypadnięciu za burtę, 

a teraz doszła do najwyższego poziomu. 

- Jestem pewien, że ona też nie może się doczekać 

spotkania z panem - rzekł Kurt, przerażony łatwością, 

z jaką kolejne kłamstwo przeszło mu przez usta. 

Z całego serca nienawidził łgarzy i oszustów, nie 

miał za grosz szacunku dla podłych, nieuczciwych lu­

dzi. Oczywiście nie dysponował żadnymi dowodami 

na to, że Gamble mija się z prawdą, ale do tej pory 

intuicja jeszcze nigdy go nie zawiodła. 

Dotychczas postrzegał świat w kolorach czerni 

i bieli; nie uznawał szarości. Albo ktoś postępuje ety­

cznie, albo nie. Albo ma rację, albo nie. Albo kłamie, 

albo mówi prawdę. Po raz pierwszy w życiu zrozumiał, 

że istnieją różne odcienie szarości. I że to niekonie­

cznie jest złe. Na przykład on sam kłamał w słusznej 

sprawie: starał się chronić Gretchen. Tylko przed 

czym? Tego jeszcze nie wiedział. 

background image

Postanowił przeprowadzić mały test. 

- Czy może pan powiedzieć coś na temat dzieciństwa 

córki? - spytał. - Gretchen strasznie jest tego ciekawa. 

- Nie, to nie byłoby rozsądne - odparł szybko 

Gamble. - Mówiłem panu, że zamierzam skontakto­

wać się z psychiatrą? A więc skontaktowałem się; 

twierdzi on, że osobie cierpiącej na amnezję nie można 

podsuwać obrazów i w ten sposób starać się pobudzać 

jej pamięć. Takie praktyki są bardzo niebezpieczne. Po­

wiedział też, żeby niczego nie robić bez jego wiedzy; 

sam osobiście zajmie się Gretchen. 

Wcale się to Kurtowi nie podobało. 
- Nie sądzi pan, że działa zbyt pochopnie? Może 

należałoby najpierw spytać córkę o zgodę? 

- To nie pańska sprawa, Miller. Wynająłem pana, że­

by ją pan odnalazł i nam dostarczył. To wszystko. Jeżeli 

chce pan otrzymać resztę swojego pokaźnego honora­

rium, proszę wykonać zadanie. I to jak najszybciej. 

„Żeby ją pan odnalazł i nam dostarczył..." Hm, 

dziwnie brzmiały te słowa. Złowrogo. Przez moment 

Kurt zastanawiał się, czy nie ponosi go fantazja. Ale 

nie. Coś w głosie Gamble'a - może tembr, a może do­

bór słów - sprawiło, że odruchowo wzmógł czujność. 

I nagle doznał olśnienia. „Nam? Dostarczył nam?" 

Jakim nam? Kogo, do diabła, miał Gamble na myśli? 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Halo? . 

- Croft? 

- Cholera, mówiłem, żeby przez telefon nie używać 

nazwisk! 

- Przepraszam, zapomniałem - powiedział 01iver 

Grimble, siląc się na spokój. - Podejrzewamy z Agnes, 

że natknęliśmy się na pewną przeszkodę. 

- Jaką? 

- Detektyw, którego wynajęliśmy, żeby odszukał 

Grace... Gretchen, jakoś słabo na nią naciska, żeby 

się z nami spotkała. To znaczy ze mną. Żeby się ze 

mną spotkała. 

- Skąd wiesz? 

- Zadaje mnóstwo pytań o jej przeszłość, mówiąc, 

że to ją bardzo interesuje. Oczywiście - dodał pośpie­

sznie Grimble - nie udzielam mu żadnych odpowiedzi. 

Podobno dziewczyna nie ma zamiaru wyjechać z Kai­

ru, dopóki nie skończy pracy, a skończy mniej więcej 

za dwa tygodnie, i dopiero wtedy podejmie decyzję 

o ewentualnym spotkaniu. 

- Dwa tygodnie? Powiedział jej, że jest jedyną 

dziedziczką ogromnej fortuny? 

- Nie zrobiło to na niej wrażenia. 

background image

- Dwa tygodnie - powtórzył Willard Croft. - Mia­

łem nadzieję, że do tego czasu zdołam ją przeprogra­

mować. Może nam być potrzebna, żeby ściągnąć po­

zostałych. 

- Myślę, że tego terminu nie da się przyśpieszyć 

- przyznał nerwowo Grimble. 

- Coś jeszcze? 
- Hm, nie jesteśmy z Agnes pewni, ale obawiamy 

się, że ten detektyw nie bardzo wierzy w wersję o bio­

logicznym ojcu szukającym córki. Zadaje zbyt wiele 

szczegółowych pytań. 

- Rozumiem - mruknął Croft. - Starajcie się go 

zwodzić. A jeśli dziewczyna odmówi spotkania, zasto­

sujemy inną metodę. 

- Spiszmy wszystko, co pamiętasz - zaproponował 

Kurt. - Zacznij od ludzi. 

Umówili się, że po jej powrocie z muzeum spotkają 

się na dole, w hotelowym barze. Siedzieli przy stoliku 

pod ścianą, w ustronnym miejscu, jedząc kanapki 

i rozmawiając o niczym. Po pewnym czasie Kurt po­

stanowił przejść do poważnych spraw. 

- Dobrze. - Gretchen wciągnęła głęboko powie­

trze. - A więc: ojciec i matka. - Jeszcze raz opisała 

ich wygląd. - Trzej bracia i jedna siostra. Jeden z braci 

ma na imię Jay. - Urwawszy, zmarszczyła z namysłem 

brwi. - Albo jego imię zaczyna się na literę J. Tak, to 

bardziej prawdopodobne. Coś mi w imieniu Jay prze­

szkadza. 

- Kogoś jeszcze pamiętasz? 

background image

Zawahała się. 

- Nie, więcej osób nie kojarzę. Raz na jakiś czas 

mam przed oczami zamazany obraz jakiejś pary, która 

z nami mieszkała. A jeśli nie z nami, to gdzieś w po­

bliżu. Pewnie byli przyjaciółmi moich rodziców, ale 

nie potrafię dopasować do nich ani nazwiska, ani 

twarzy. 

- Na razie nie potrafisz. 

Skinęła głową. Oby Kurt miał rację. 

- W porządku. Przejdźmy do miejsc. 

- Po pierwsze plaża. Wydaje mi się, że spędzaliśmy 

na niej sporo czasu. 

- Pewnie tak, zwłaszcza jeśli dom stał nad brze­

giem oceanu. 

- Wiesz, dużo myślałam o tym incydencie w wo­

dzie, o którym ci mówiłam. Kilka rzeczy mi się jeszcze 

przypomniało. 

- Jakich? 
- Ze ten wybuch miał miejsce w ciągu dnia. 

Wyraźnie pamiętam ogień na tle błękitnego nieba. 

Kurt wszystko zapisywał. 

- Na pewno nie dygotałam z zimna, czyli woda 

musiała być w miarę ciepła. Zatem było lato. 

- Albo mieszkaliście na głębokim południu, gdzie 

woda zawsze jest ciepła. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie sądzę. Gdybyśmy mieszkali w ciepłym kli­

macie, to nie potrzebowalibyśmy zimowych kurtek. 

- Nosiłaś kurtkę? 

Zawahała się. 

background image

- Nie wiem. Nie pamiętam śniegu ani mrozu, pa­

miętam za to grubą czerwoną kurtkę z kapturem. Chy­

ba należała do mnie. - Westchnęła głośno. - Niewiele 

nam to daje, prawda? 

- Liczy się każdy drobiazg, nawet rzeczy z pozoru 

błahe. - Odłożywszy na bok ołówek i notes, obszedł 

stół i ujął Gretchen za rękę. - Chodź. Powinnaś się 

położyć. Sprawiasz wrażenie zmęczonej. 

Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Opuścili bar 

i skierowali się do wind. 

- Od paru nocy źle sypiam - rzekła. - Ciągle się 

budzę, przekonana, że śni mi się moja rodzina, ale po­

tem nic nie pamiętam. 

Otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie. 

- Wydawało mi się, że jesteś dziś spięta. 

- Jestem - przyznała. - Wiesz, odkąd zaczęły mnie 

nawiedzać wspomnienia, chcę jak najszybciej rozwi­

kłać tę sprawę. Czyli jak tylko skończę pracę w mu­

zeum, chciałabym, żebyś zabrał mnie na spotkanie 

z moim ojcem. - Grymas wykrzywił jej usta. - Jeśli 

facet faktycznie nim jest. 

- A dlaczego uważasz, że nie jest? - spytał zdu­

miony. 

Wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem. Po prostu mam takie dziwne przeczu­

cie... - Roześmiała się, ale w jej śmiechu pobrzmie­

wał smutek i gorycz. - Znów zaczynam marudzić. 

Wysiadłszy z windy, Kurt wyjął Gretchen z ręki 

plastikową kartę otwierającą elektroniczny zamek 

w drzwiach. 

background image

- Należy ufać intuicji - rzekł, przepuszczając Gre-

tchen przodem. - Zadzwonię jutro do przyjaciela i po­

proszę, żeby zdobył o Gamble'u jakieś informacje. Już 

raz próbowałem, ale chyba wyjechał z miasta. 

Odwróciła się zaintrygowana; nie mówiąc nic 

wprost, dawał jej do zrozumienia, że on sam również 

ma wątpliwości. 

Nie spodziewał się, że Gretchen się zatrzyma, 

i wpadł na nią z całym impetem. Wypuściła z sykiem 

powietrze, jakby zderzenie z silnym męskim ciałem 

pozbawiło ją tchu, i zacisnęła ręce na jego ramionach, 

by nie stracić równowagi. 

Przez chwilę stali bez ruchu, wpatrując się sobie 

w oczy. Potem on wolno przesunął wzrok do jej ust, 

a ona, drżąc z podniecenia, objęła go za szyję. Zalała 

ją fala miłości i pożądania. Boże, jak bardzo pragnie 

tego faceta! Jak bardzo jest jej potrzebny! W ciągu za­

ledwie paru dni stał się najważniejszą osobą w jej ży­

ciu. Kocha go. 

- Kurt... 
Zamknąwszy oczy, jęknął ochryple, po czym z tru­

dem przełknął ślinę. Z całej siły zacisnął ręce na jej 

talii. Była pewna, że za moment schyli głowę i... 

Nie zrobił tego. Delikatnym, choć stanowczym ru­

chem odsunął ją od siebie. 

- Nie. Nie mogę cię pocałować. 

- Dlaczego? - spytała zaniepokojona. 
- Jesteś... że tak powiem... moją „pracą". To by­

łoby nieetyczne. 

Gretchen odprężyła się. 

background image

- Ale już wkrótce przestanę nią być. Jak tylko do­

wieziesz mnie do ojca. Więc... - zawiesiła głos. 

- Nie, Gretchen. Dobrze wiesz, jak bardzo cię pra­

gnę, ale to - wskazał głową na stojące pod ścianą łóżko 

- nie byłoby w porządku. Zasługujesz na kogoś lep­

szego, na kogoś, kto może ci dać więcej niż ja. 

Wydęła usta. 

- Mylisz się; masz wszystko, czego potrzebuję. -

Chciała, żeby zabrzmiało to pogodnie, żartobliwie, ale 

wyszło niemal płaczliwie. 

Kurt puścił ją, cofnął się o krok, po czym delikatnie 

uwolnił się od rąk obejmujących go za szyję. 

- Nie. Żyjesz w ogromnym stresie. Jesteś skołowa­

na, zagubiona. Będę przy tobie, będę cię wspierał i ci 

pomagał, ale nie pójdę z tobą do łóżka. 

Zanim zdążyła zareagować, odwrócił się i wyszedł 

z pokoju, pozwalając, by drzwi się za nim zatrzasnęły. 

Stała bez ruchu, z otwartymi ustami, nie wiedząc, 

czy wybiec za Kurtem i zawiesić mu się na szyi, czy 

może obrzucić go wyzwiskami. Coś podobnego już raz 

powiedział, ale wtedy nie przyszło jej do głowy, że 

tak poważnie traktuje swoją pracę i obowiązki. 

Zadrżała. Pragnęła być przy nim, tulić się do jego 

ciała. Dotychczas tylko raz kochała się z mężczyzną; 

była to zwykła kopulacja, mechaniczne ruchy, nie ma­

jące nic wspólnego z tym, co czytała w książkach 

i pismach. Wiedziała, że z Kurtem będzie inaczej, że 

wzniosą się na wyżyny rozkoszy. 

Zrozumiała, że jego odmowa wynika z troski o nią. 

Że naprawdę mu na niej zależy. 

background image

Miała ochotę śpiewać, tańczyć, krzyczeć z radości. 

Nie umiała dokładnie powiedzieć, kiedy sama zako­

chała się w Kurcie, ale musiało to być dosłownie parę 

godzin po ich pierwszym spotkaniu. Jeżeli on też ją 

kocha... Po raz pierwszy w życiu przyszłość jawiła 

się jej różowo. Pomyślała o małżeństwie. Małżeństwo, 

dom, dzieci... 

I nagle przepełniło ją tak wielkie szczęście, że 

o mało nie zemdlała. Dzieci! Ktoś, z kim łączyłyby 

ją więzy krwi. Ktoś, w kim żyłaby cząstka jej oraz 

Kurta. 

Nie tak dawno temu podjęła decyzję o zostaniu mat­

ką, gotowa nawet była poddać się sztucznemu zapłod­

nieniu. Odkąd poznała Kurta, ani razu nie pomyślała 

o dzieciach; skoncentrowała się wyłącznie na nim. 

A teraz... Chyba nie będzie musiała chodzić do banku 

spermy; wszystko wskazuje na to, że ma szansę na 

normalne życie rodzinne. Była wniebowzięta. 

Należało jedynie przekonać Kurta, że są dla siebie 

stworzeni. W swoim mniemaniu uważał, że postąpił 

właściwie. „Jesteś skołowana - powiedział - zagubio­

na". Nieprawda. Wcale nie była skołowana. Wiedziała, 

czego chce. 

Musi tylko uzmysłowić to Kurtowi. 

Wieczorem zjawił się o stałej porze, by zabrać ją 

na kolację. Gretchen specjalnie została dłużej w pracy. 

Obmyśliła plan działania. Kurt pragnie się z nią ko­

chać, była tego pewna. Wystarczy go leciutko zachęcić. 

Kiedy już będzie po wszystkim, wtedy sam zrozumie, 

background image

że niepotrzebnie się opierał. Ze oboje trafili na swoją 

drugą połowę. 

- Chwileczkę! - zawołała. 

Po powrocie z pracy wzięła prysznic; właśnie skoń­

czyła się wycierać. Włożywszy miękki hotelowy szla­

frok, ruszyła do drzwi. Znając punktualność Kurta, wy­

liczyła wszystko co do minuty. 

Uniósł zdziwiony brwi. 

- Nie wiem, czy w tym stroju wpuszczą cię do re­

stauracji - rzekł z uśmiechem. 

- Pracowałam do późna - wyjaśniła zgodnie z pra­

wdą. - Za moment będę gotowa. 

Wzięła go za rękę i wciągnęła do pokoju. Na szczę­

ście nie zaprotestował. 

- Nie musisz się spieszyć. - Skrzyżowawszy ręce 

na piersi, podszedł do okna. 

- Widziałeś, że w najnowszym „National Geogra-

phic" jest artykuł o Tablicach Ahkra? 

Skinął głową. 

- Tak, twój ojciec mi go pokazał. Właśnie na pod­

stawie zamieszczonych tam zdjęć uznał, że jesteś jego 

córką. 

Podniosła pismo ze stolika i przerzucając strony, 

odnalazła artykuł. 

- Całkiem sensownie tu wszystko objaśnili - rzek­

ła, przyciskając pismo do piersi. 

Szlafrok specjalnie przewiązała w pasie niedbale, 

tak by można było zajrzeć jej w dekolt. 

Kurt znieruchomiał. Nie potrafiła wyczytać nic z je­

go twarzy. Przez kilka długich sekund nawet nie od-

background image

dychał. Domyślając się, że toczy z sobą walkę, poczuła 

dziką satysfakcję. 

- Kurt... 

- Idź się ubrać. - Wyrwawszy jej z dłoni pismo, 

ponownie odwrócił się przodem do okna. 

Gretchen wzięła głęboki oddech. Nie chciała się wy­

cofywać; musi zdobyć się na odwagę, żeby kontynuo­

wać to, co zaczęła. Liczyła, że wszystko pójdzie spraw­

niej, że Kurt nie będzie za bardzo utrudniał jej zadania. 

No cóż, tym większe czeka ją wyzwanie. Pociągnęła 

za pasek; poły szlafroka rozsunęły się na boki, ukazując 

nagie ciało. 

- Kurt? 

- Co? - mruknął, odwracając się. 

I znów zastygł nieruchomo. Powoli przesuwał spoj­

rzenie od jej dekoltu, po twardy płaski brzuch i ciemny 

trójkąt w jego dole. Gretchen wiedziała, jak wygląda; 

wiedziała, co Kurt widzi. Przed jego przyjściem ćwi­

czyła przed lustrem. 

- Co ty, u diabła, wyprawiasz? - spytał. 

- A jak ci się wydaje? 

Leciutko poruszyła ramionami, pozwalając, aby 

szlafrok zsunął się na podłogę. Poczuła, że jest zde­

nerwowana. Z całej siły musiała się powstrzymywać, 

żeby nie uciec do łazienki. 

Kurt rozluźnił palce. Pismo, które ściskał w dłoni, 

upadło na dywan. 

- Wydaje mi się, że... - Oblizał wargi. - Że wy­

glądasz bardzo ponętnie. Ale... 

Podeszła bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję, po 

background image

czym przywarła do niego swym gołym ciałem. Czuła 

się speszona, obnażona zarówno fizycznie, jak i psy­

chicznie. Jeżeli ją teraz odtrąci, nie będzie umiała dalej 

walczyć; po prostu usiądzie w jakimś ciemnym kąciku 

i umrze ze wstydu. 

- Kurt - szepnęła, ciepłym oddechem muskając go 

w ucho - kochaj się ze mną. 

Przez moment była pewna, że odmówi. Ale potem 

zbliżył ręce do jej bioder i zaczął je głaskać. W jego 

oczach płonął ogień. 

- Nie chciałem tego - rzekł zmienionym głosem. 

- Ale nie potrafię odejść. 

Schyliwszy się, wziął ją na ręce, jakby ważyła tyle 

co piórko, i położył na łóżku. Nie spuszczając z niej 

wzroku, zaczął pośpiesznie ściągać z siebie ubranie. 

Był wysoki, barczysty, umięśniony. Kiedy zobaczy­

ła, jak bardzo jej pożąda, strach chwycił ją za gardło. 

Zanim jednak zdążyła poderwać się z łóżka i wytłu­

maczyć, że zaszła straszna pomyłka, położył się obok 

i zgarnął ją w ramiona. Jęknęła podniecona, natych­

miast zapominając o strachu. 

- Boże, jakaś ty piękna! 

Wiła się w jego ramionach, raz po raz wstrząsana 

dreszczem. 

- Nie ruszaj się - szepnął Kurt. - Pozwól mi się 

kochać. 

Jego słowa podziałały na nią kojąco. Odprężyła się 

i skupiła na cudownych doznaniach. Był doświadczo­

nym kochankiem, intuicyjnie wyczuwał, co jej sprawi 

przyjemność. Oddychała coraz szybciej. Wkrótce 

background image

znaleźli wspólny rytm, unosili się do dźwięków nie­
słyszalnej muzyki. 

Seks z Kurtem w niczym nie przypominał jej pier­

wszego doświadczenia erotycznego. Dziewictwo stra­

ciła w ciemnościach, w pośpiechu, na kanapie. Tamten 

mężczyzna myślał wyłącznie o własnych doznaniach, 

nie zadał sobie trudu, aby doprowadzić ją do stanu 

podniecenia. 

Tym razem było zupełnie inaczej. Nie wyobrażała 

sobie, że może istnieć tak wielka rozkosz. 

Leżeli obok siebie, szczęśliwi i spełnieni. Zamiast 

jednak cieszyć się bliskością tej cudownej istoty o je­

dwabistej skórze, Kurt walczył sam z sobą. Z trudem 

się powstrzymywał, by nie powiedzieć czegoś, czego 

może pożałować. 

Z każdym dniem, z każdą chwilą, Gretchen stawała 

się dla niego coraz ważniejsza. A przysiągł sobie, że 

już nigdy nie pozwoli, aby jakakolwiek kobieta za­

władnęła jego sercem. Wszystko wskazywało na to, 

że Gretchen już tego dokonała. 

Wewnętrzny głos mówił mu: Na co czekasz? Ucie­

kaj, ile sił w nogach. 

Ale nie potrafił się ruszyć. Nie chciał się ruszyć. Kiedy 

złapał ponownie oddech, przewrócił się na wznak, przy­

ciągając ją do siebie. Przytuliła się do jego boku. Czuli 

się razem tak dobrze, tak naturalnie, że wprost nie mógł 

uwierzyć, iż są dwiema odrębnymi istotami. Z Karey, 

którą kochał, a przynajmniej tak mu się wydawało, nig­

dy nie miał wrażenia takiej jedności i harmonii. 

background image

Właśnie dlatego miał ochotę zwiać. A jeżeli nie 

zwiać, to chociaż porozmawiać. Rany boskie, żaden 

normalny mężczyzna nie marzy o rozmowie po seksie. 

Marzy o tym, żeby zamknąć oczy i pójść spać. Ale 

dziesiątki pytań cisnęły mu się na usta. Po prostu musi 

wiedzieć, czy... 

- Czy to był twój pierwszy raz? 

Leniwym ruchem gładziła czarne włosy porastające 

jego klatkę piersiową. 

- Nie - odparła cicho. - Ale pod względem doznań 

jestem... hm, dziewicą. Dlaczego pytasz? Zrobiłam coś 

nie tak? - W jej niebieskich oczach malował się nie­

pokój. 

O mało nie parsknął śmiechem. Pohamował się jed­

nak, bo nie chciał sprawić jej przykrości. 

- Nie, kotku, byłaś doskonała. Po prostu... - za­

wahał się - sprawiałaś wrażenie, jakby seks był dla 

ciebie czymś nowym. No i byłaś tak ciasna, że bałem 

się, czy nie zadaję ci bólu. 

Wydawało mu się, że oblała się rumieńcem, ale nie 

był pewien. 

- Nie, nic mnie nie bolało. Wiesz, Kurt, nie miałam 

pojęcia, że kiedy ludzie się kochają, świat przestaje ist­

nieć. 

Tak, rzeczywiście świat przestał istnieć, a ziemia za­

drżała w posadach, ale to było normalne. Tak się właś­

nie dzieje, kiedy dwoje zdrowych dojrzałych ludzi 

idzie z sobą do łóżka. Na tym polega seks. 

Jeszcze jedna sprawa nie dawała mu spokoju. Kiedy 

czując zbliżający się orgazm, chciał wysunąć się 

background image

z Gretchen, zacisnęła mocniej nogi wokół jego bioder 

i szepnęła, żeby został. Czy... 

- Czy coś stosujesz? 

- Nie musisz się o nic obawiać - rzekła. - Nie na­

leżę do osób, które takie sprawy zostawiają w rękach 

losu. 

Odetchnął z ulgą. Nie chciał, żeby cokolwiek dzie­

liło ich w chwilach intymnych, nawet coś tak cienkiego 

jak prezerwatywa. 

- Kochałam się dotąd tylko z jednym mężczyzną... 

Był moim profesorem. 

Zamyślił się. Nie podobała mu się świadomość, że 

ktoś inny trzymał jego Gretchen w ramionach. 

- Był starszy od ciebie? - Miał nadzieję, że pro­

fesor był nie tyłko starszy, ale mądry, doświadczony 

i delikatny, innymi słowy, że wiedział, jak wprowadzić 

niewinną osobę w świat seksu. 

- Znacznie. A ja byłam młoda i niewiarygodnie 

głupia. 

- Może naiwna - powiedział. - Ale głupia? Nie sądzę. 

- W każdym razie nie było to miłe doświadczenie. 

Pierwszy raz nie zawsze bywa miłym doświadcze­

niem, ale nie musi być przykrym i bolesnym. Kurt po­

czuł instynktowną niechęć do pana profesora, który 

uwodzi studentkę, a potem ją bezceremonialnie rzuca. 

- Nic dziwnego - powiedział, starając się ukryć 

złość. - Byłaś w nim zakochana? 

Wargi jej zadrżały. 

- Nie. Myślę, że po prostu pochlebiało mi, że doj­

rzały mężczyzna wykazuje mną zainteresowanie. Do 

background image

tej pory nikt nigdy nie zwracał na mnie uwagi. Parę 

miesięcy wcześniej straciłam rodziców, byłam bardzo 

samotna. Kilka razy spotkaliśmy się u niego w domu 

w sprawach naukowych. On te nasze spotkania nazy­

wał randkami. Któregoś wieczoru zaciągnął mnie do 

łóżka... 

Kurt przytulił ją mocniej i zaczął gładzić po ple­

cach, chcąc załagodzić ból, który przebijał z jej słów. 

- W ogóle nie ma porównania z tym, co przeżyłam 

dzisiaj! 

Roześmiał się, słysząc zdumienie w jej głosie. 

- No, mam nadzieję. 
Przetoczył się na nią i, wsparty na łokciach, poca­

łował ją w usta, następnie, zostawiając językiem mo­

kry ślad na jej skórze, przesuwał się coraz niżej. Gre-

tchen cichutko jęczała. W końcu przycisnął twarz do 

jej wzgórka łonowego. 

- Mmm - westchnął błogo. - Mógłbym tu zasnąć. 

- Nagle poczuł, jak Gretchen porusza lekko biodrami. 
- Z drugiej strony po co tracić czas na sen? 

Znacznie później, kiedy jego oddech się uspokoił, 

uniósł głowę z poduszki i trzymając Gretchen za rękę, 

spojrzał jej głęboko w oczy. 

- Dziękuję. Za to, że się nie przestraszyłaś. Za to, 

że mi zaufałaś. 

Przez chwilę wpatrywała się w niego z powagą, po 

czym rozpromieniła się, a jej oczy rozbłysły szczę­

ściem. 

- To ja powinnam ci podziękować. Za to, że po­

kazałeś mi, na czym polega miłość. 

background image

Bał się takich słów. Kto się na gorącym sparzył, 

ten na zimne dmucha. Ale Gretchen nie miała na myśli 

miłości przez duże M; chodziło jej o miłość w sensie 

fizycznym. 

Wtem ziewnęła szeroko. I speszona oblała się ru­

mieńcem. 

- Przepraszam, nie chciałam przez to nic powie­

dzieć. 

Kurt wyszczerzył w uśmiechu zęby, rad ze zmiany 

tematu. 

- Jest późno. - Wyciągnął się obok niej. - Powin­

niśmy się przespać. 

Nie zaprotestowała. Ułożyła się wygodnie, objęła 

go w pasie, nogę zarzuciła na jego uda. Cieszył się, 

że nie kazała mu wrócić do własnego pokoju. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Jake Ingram poderwał się gwałtownie. Śnił mu się 

sen tak wyrazisty, że przez moment czuł się całkiem zde­

zorientowany. Wpatrywał się w otaczającą go ciemność, 

serce waliło mu jak młotem. Dopiero po chwili z mroku 

zaczęły się wyłaniać zarysy pokoju i znajomych mebli. 

Cholera! Zastanawiał się, czy istnieje jakiś sposób, 

żeby dotrzeć do wspomnień, które muszą w nim tkwić. 

Bo przecież zanim trafił do rodziny adopcyjnej, żył 

w normalnym domu, z ojcem, matką i rodzeństwem. 

Musi być sposób. Nie chciał, aby do końca życia, 

w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, nachodziły 

go mętne, przerażające obrazy z przeszłości. 

Kilka razy wciągnął głęboko powietrze, starając się 

spowolnić bicie serca i na spokojnie odtworzyć sen. 

Bawił się na plaży. Na pewno była to plaża w Karolinie 

Północnej, gdzie mieszkali w dużym domu należącym 

kiedyś do rodziny ojca. Domu, o którym mówiła mu 

Vi, jego matka. 

Jakoś nie sądził, aby kiedykolwiek potrafił zwracać 

się do Vi per „mamo". Mamą na zawsze pozostanie 

dla niego kobieta, którą wyraźnie pamiętał, kobieta, 

która go wychowała - matka Zacha. Lecz to Vi, atra-

background image

kcyjna szatynka z blizną na czole, była jego biologi­

czną matką i to ona zajmowała się nim w dzieciństwie. 

Chociaż prawie jej nie znał, na myśl o tym, co prze­

szła, żeby ocalić życie swoich dzieci, wzruszenie od­

bierało mu głos. Teraz on musi uratować siebie i ro­

dzeństwo przed niebezpieczeństwem, jakie znów im 

grozi ze strony dawnych wrogów ich rodziców. 

Żałował, że nie pamięta braci i sióstr. Czasem tylko, 

tak jak dzisiejszej nocy, nawiedzały go na pół sny, na 

pół wspomnienia. 

Wracając do snu... jest na plaży i razem z jakąś 

dziewczynką buduje wspaniały zamek z piasku. Potem 

do dziewczynki podchodzi chłopiec, młodszy od nich 

obojga - czyżby Gideon? - i wylewa siostrze na głowę 

kubełek wody. 

Jake pokręcił z uśmiechem głową, po chwili jednak 

spoważniał. Przypomniał sobie, co w mediach mówiono 

i pisano o chłopcu, który kiedyś zwał się Gideonem. 

Kim jest Achilles? Zwłaszcza ten prasowy tytuł czę­

sto powracał w jego myślach. Jeśli Violet nie myliła 

się, a był pewien, że się nie myli, to on, Jake Ingram, 

zna odpowiedź na to pytanie. Wszyscy domagali się 

szybkiego znalezienia sprawcy kradzieży i osadzenia 

go w więzieniu. Czy istnieje sposób na uratowanie Gi-

deona? Jake zakładał, że brat nie pamięta, kim jest. 

Przerażająca opowieść Violet o praniu mózgu i za­

szczepianiu fałszywych wspomnień uzmysłowiła mu, 

jak trudno będzie dotrzeć do Gideona. 

Kiedy tak leżał w łóżku, zaczęły ponownie nacho­

dzić go fragmenty snu. Odprężył się. Tamtego dnia na 

background image

plaży czuł się bezpieczny, kochany. Cała rodzina od­

poczywała nad wodą. Mama siedziała nieopodal na ko­

cu, trzymając na kolanach małą dziewczynkę, której 

opowiadała bajkę, natomiast drugi mały chłopiec ra­

zem z ojcem przeskakiwał fale. 

Nagle sielski obrazek został zakłócony. Matka pod­

niosła wzrok. Na jej twarzy odmalował się lęk. Jake 

obejrzał się przez ramię, ciekaw, co ją tak zaniepokoiło. 

Zobaczył dwie osoby, które szły w ich kierunku. Na 

ich widok poczuł... tak, wstręt. Dlaczego? Co się, u li­

cha, działo? 

Mimo protestów syna ojciec wyszedł z wody 

i skrzyżowawszy ręce na piersi, ustawił się za matką. 

Wyglądał tak, jakby rzucał przybyszom wyzwanie. Pa­

trząc na niego, Jake pomyślał sobie, że nie chciałby 

być w skórze tamtej dwójki. 

Kiedy postaci zbliżyły się na tyle, że było widać 

ich twarze, Jake przeżył kolejny szok. Ni stąd, ni zo­

wąd przeszłość zlała się z teraźniejszością. Przecież 

znał tych ludzi! Nie tylko pamiętał ich z dzieciństwa, 

ale również z niedawnej przeszłości. Spotkali się na 

przyjęciu w Teksasie: akurat dyskutował o czymś 

z Davidem Castlemane'em, kiedy oni stanęli obok 

i bezceremonialnie wtrącili się do rozmowy. -

Agnes Payne i 01iver Gamble. Choć to niezupełnie 

tak. Violet powiedziała mu, że 01iver nazywa się 

Grimble, a nie Gamble. 

W dzieciństwie mówił do nich ciociu Anges i wujku 

Ollie. Pamiętał, że kilka razy namawiali go, by prze­

nocował u nich w domu, po sąsiedzku, ale on i siostra 

background image

zawsze się wykręcali. Natomiast zdarzało im się za­

bierać do siebie na noc młodszą trójkę. Diabli wiedzą, 

co knuli i dlaczego koniecznie chcieli gościć pociechy 

swoich przyjaciół. 

Jake nie przepadał za ciotką i wujkiem, choć nie 

pamiętał, czym mu się narazili; podejrzewał, że ni­

czym, że po prostu intuicyjnie wyczuwał, że tak na­

prawdę to wcale nie lubią dzieci. 

Uświadomił sobie, że Violet miała rację. Na przy­

jęciu pewnie spiskowali, jak by go tu uprowadzić. Nie 

udało im się i później porwali Zacha. Na myśl o tym, 

czym to się mogło skończyć, ogarnęła go wściekłość. 

Całe szczęście, że Maisy - obecnie żona Zacha - na­

brała podejrzeń i pomogła Zachowi uciec. 

Zrozumiał, że musi czym prędzej odszukać Gretchen. 

Kiedy parę dni temu zadzwonił na Harvard, uzyskał in­

formację, że Gretchen Wagner przebywa w Londynie. 

W dziekanacie londyńskiego University College usły­

szał, że Gretchen wciąż prowadzi badania w Kairze. Spo­

dziewano się jej z powrotem w ciągu miesiąca. Posta­

nowił spokojnie zaczekać. Ale teraz wiedział, że nie ma 

chwili do stracenia. Przypuszczalnie Gretchen nie pamię­

ta swojej przeszłości i uzna go za szaleńca, ale jeśli Agnes 

z 01iverem zdołali odkryć jego, Jake'a, prawdziwą toż­

samość, istnieje duże ryzyko, że nie przeoczyli osoby 

tak znanej w środowisku naukowym jak Gretchen. 

Postanowił, że spróbuje zasnąć, bądź co bądź jest 

środek nocy, a jutro rano energicznie przystąpi do dzia­

łania. 

background image

Jaskrawe promienie słońca wdzierały się przez wą­

ską szparę między zasłonami, zalewając pokój jasnym 

światłem. 

Kurt otworzył oczy. Głowa Gretchen leżała na jego 

ramieniu, jej pachnące świeżością, lśniące włosy ła­

skotały go w policzek, a pośladki opierały się o jego 

podbrzusze. 

Podniecony, wolną ręką zaczął ją gładzić po bio­

drach. Zamruczała cichutko. Wsunął kolano pomiędzy 

jej nogi. Była rozgrzana, wilgotna. Gdy wszedł w nią 

delikatnie, błogo westchnęła. 

- Dzień dobry, kwiatuszku - szepnął jej do ucha. 
- W twych stronach ludzie tak witają poranek? -

spytała ze śmiechem. 

- Tak ja witam najśliczniejszą kobietę na świecie. 

Wkrótce oboje wznieśli się na szczyty rozkoszy. 

Najpierw orgazm wstrząsnął jej ciałem, po chwili cia­

łem Jake'a. Czy kiedykolwiek było mi tak dobrze? -

pomyślał, starając się złapać oddech. Leżeli na samej 

krawędzi łóżka; cud, że nie spadli. 

Przewróciwszy się na drugi bok, Gretchen przytuliła 

się do Jake'a. Nic nie mówili, po prostu cieszyli się 

swoją bliskością. W pewnym momencie Jake zdrze­

mnął się; obudził go lekki powiew powietrza. 

Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że Gretchen wstaje. 

- Gdzie idziesz? 

- Do łazienki. W przeciwieństwie do was mężczyzn 

my, kobiety, czasem musimy opróżnić pęcherz. - Posła­

wszy mu szelmowski uśmiech, znikła za drzwiami. 

Przeciągnął się na łóżku zadowolony z siebie, po 

background image

czym spuścił nogi na podłogę i wstał. Powoli zaczął 

się ubierać. Wróci do siebie do pokoju, weźmie pry­

sznic i znów ruszy na zwiedzanie miasta - tym razem 

sam; podejrzewał, że Gretchen nie da się drugi dzień 

pod rząd wyciągnąć na wagary. 

A potem nadejdzie noc. Na myśl o tym, że znów 

będzie ją trzymał w ramionach i czuł jej ciepły oddech 

na swojej skórze, serce zabiło mu szybciej. 

Powinien być na nią zły, że uciekła się do podstępu, 

aby go uwieść. Ale nie był zły; przeciwnie, cieszył 

się, że zdobyła się na taki krok. On pragnął jej, ona 

jego. Byli wolni, dorośli, podobali się sobie, nikogo 

nie krzywdzili. 

Nawet nie pamiętał, dlaczego wcześniej się tak 

wzbraniał. Co nim kierowało? Na pewno troska 

o Gretchen - nie chciał się jej narzucać ani za bardzo 

na nią naciskać. I na pewno niechęć do łączenia spraw 

zawodowych i prywatnych. Ale stało się i był z tego 

powodu szczęśliwy. Kraj faraonów na zawsze pozo­

stanie w jego wspomnieniach. 

Kair. Już wkrótce wyjadą stąd i wrócą do Stanów. 

Zastanawiał się, czy słusznie zrobił, godząc się na dwu­

tygodniową zwłokę. Jakiś wewnętrzny głos mówił mu, 

że powinni jak najszybciej spotkać się z mężczyzną, 

który twierdzi, że jest ojcem Gretchen, i do końca wy­

jaśnić tę sprawę. 

No dobrze, ale co dalej? Po powrocie do Stanów 

otrzyma resztę honorarium i powiedzą sobie do widze­

nia. .. Wcale mu się to nie uśmiecha, zwłaszcza teraz. 

Do licha! Nie chciał się z nią rozstawać. 

background image

A kto ci każe? - przemknęło mu przez myśl. Zaczął 

prowadzić w duchu monolog: Nie musisz przecież pra­

cować w Teksasie, możesz pracować gdziekolwiek. Prze­

prowadź się do Bostonu. Jeżeli tam otworzysz biuro, bę­

dziecie się mogli widywać codziennie. A kiedy się sobie 

znudzicie, wtedy podejmiesz decyzję, czy wolisz zostać 

na północnym wschodzie, czy wrócić na południe. 

Hm, nie byłoby to głupie. 

Z jednej strony nie wyobrażał sobie, aby mógł jej 

kiedykolwiek nie pragnąć, z drugiej podejrzewał, że 

prędzej czy później ona zacznie irytować jego, a on 

ją. Na ogół tak się działo. Osiem lat temu obiecał sobie, 

że nie będzie się angażował w żaden stały związek. 

Prawdziwy związek, oparty nie tylko na świetnym se­

ksie, ale również na uczuciu, wymaga czasu, pracy, 

poświęcenia, zaufania. Kurt już raz miał złamane serce. 

Nie zamierzał pozwolić, aby ktokolwiek zrobił to po 

raz drugi. 

Gretchen wyszła z łazienki i zdumiała się, widząc 

go ubranego. 

- Już mnie porzucasz? - spytała żartobliwym to­

nem, ale w jej oczach malował się żal. 

Uśmiechając się szeroko, rozpostarł ramiona. Pod­

biegła rozpromieniona, objęła go za szyję i pocałowała 

w usta. 

- Kocham cię - szepnęła. 

Miał wrażenie, jakby uderzyła w niego potężna fala. 

- Nieprawda - powiedział bez zastanowienia. Czu­

jąc, jak Gretchen sztywnieje, zaczął się pośpiesznie tłu­

maczyć: - Owszem, coś między nami jest, ale to nie 

background image

miłość. To sympatia, pożądanie, wzajemne przyciąga­

nie... 

Przez moment panowała cisza jak makiem zasiał. 

- Zarzucasz mi kłamstwo? - spytała wreszcie. 
- Nie, po prostu... 

- Po prostu mówisz, co sam czujesz? 

Nie cofnęła się, ich ciała wciąż się stykały, ale nagle 

wydało mu się, że Gretchen stoi po drugiej stronie 

przepaści. 

- Też nie... - bąknął. 

Opuściła ramiona i odsunęła się, tak by nie mógł jej 

dosięgnąć. Błogi, rozanielony wyraz, który pojawił się 

na jej twarzy, kiedy skończyli się kochać, znikł bez śladu. 

- Mam trzydzieści pięć lat - oznajmiła cicho. -

Nigdy dotąd nie byłam zakochana. Dopóki nie spot­

kałam ciebie. Jeżeli ty mnie nie kochasz, wystarczy, 

jak mi to powiesz. Cenię sobie szczerość. 

Poczuł się jak ktoś, kto nie umie pływać, a zostaje 

wrzucony na głęboką wodę. Ogarnęła go panika. 

- Kochać nie kocham, bo miłość nie istnieje. Ty 

też mnie nie kochasz. Oboje czujemy to samo. 

- Czyli? 

- Pociąg erotyczny. — Temu nie mogła chyba za­

przeczyć? - No i mamy wiele wspólnego. 

- Na przykład? 

Zawahał się. 
- Ty pochodzisz z Teksasu, ja ze wschodniego wy­

brzeża - rzekła. - Pracowałeś w policji, teraz jesteś de­

tektywem, a ja niemal od dziecka obracam się. w środo­

wisku naukowym... 

background image

- Żadne z nas nie ma rodziny - wtrącił Kurt, ko­

niecznie chcąc jej udowodnić, że jednak coś ich łączy. 
- Oboje lubimy tańczyć. 

- To są sprawy marginalne, Kurt. Nieistotne. - Mó­

wiła spokojnie, ale wiało od niej chłodem. - Natomiast 

sądziłam, że uczucie, którym się darzymy, pozwoli nam 

przeżyć wspaniałą przygodę trwającą całe życie. Oka­

zało się, że popełniłam błąd. - Minąwszy Kurta, na­

cisnęła klamkę, po czym otworzyła drzwi i gestem 

wskazała mu korytarz. - Zegnam. 

To, co przed chwilą wziął za panikę, nie było żadną 

paniką. W prawdziwą panikę wpadł dopiero teraz. 

- Gretchen, błagam, posłuchaj. Lubię cię. Bardzo 

cię lubię. A ostatnia noc... - Głos mu się załamał. -

Nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyłem. Pragnę być 

z tobą, ale... Zrozum mnie! - zawołał zdesperowany. 

- Nie szukam stałego związku... 

Stała ze spuszczonym wzrokiem, ręce jej drżały, 

a po policzkach spływały łzy. 

Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu serce. Podszedł 

do niej i ujął ją za ramię. 

- Kwiatuszku... 

- A ja wręcz odwrotnie. Pragnę stałości. 

Podniosła spojrzenie. Jej niebieskie oczy niczego 

nie zdradzały. Jeżeli czuła rozdzierający ból czy smu­

tek, skrywała go pod maską obojętności. 

- To znaczy? - spytał znużonym tonem. 

Spodziewał się, że w odpowiedzi usłyszy szumnie 

brzmiące słowa: miłość, wierność, przywiązanie. Tyle 

że on już w takie rzeczy nie wierzył. 

background image

- Dziecka. 

Otworzył usta ze zdumienia. Zatkało go. 

- Czego? - spytał wreszcie, pewien, że się prze­

słyszał. 

Gretchen uśmiechnęła się, bardziej do własnych 

myśli niż do osłupiałego mężczyzny. 

- Tak jak powiedziałam, mam trzydzieści pięć lat. 

Już od jakiegoś czasu mój biologiczny zegar głośno 

tyka. Dosłownie parę dni zanim poznałam ciebie, po­

stanowiłam, że muszę mieć dziecko. - Przechyliła 

w bok głowę. - Na wszelki wypadek, gdyby okazało 

się, że spełniłeś moje marzenie, chciałabym ci z góry 

podziękować. 

- O nie, poczekaj. Nie możesz tak po prostu... 

- O nic nie zamierzam cię prosić, o żadne pienią­

dze, o pomoc. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Na­

wet nie będziesz wiedział, czy dopisało mi szczęście. 

- Do jasnej cholery! - ryknął. Dziesiątki myśli kłę­

biły mu się w głowie. Jak ona mogła? Jak śmiała? Czy 

od początku tylko o to jej chodziło? 

Nigdy nie zastanawiał się nad potomstwem. Z Ka-

rey ani razu nie poruszali tego tematu. Był odpowie­

dzialnym człowiekiem; zawsze - z wyjątkiem dzisiej­

szej nocy - pilnował się, by mieć zabezpieczenie. Dziś 

przypomniał sobie o tym trochę za późno. A kiedy 

spytał Gretchen, czy coś stosuje, odparła że... Zaraz, 

zaraz, co dokładnie powiedziała? 

„Nie należę do osób, które takie sprawy zostawiają 

w rękach losu". 

Uświadomił sobie, że się nim posłużyła. Ale nie mógł 

background image

mieć do niej pretensji. Sam jest sobie winien. Nagle, 

bez ostrzeżenia, nawiedziło go wspomnienie z dzieciń­

stwa. 

Miał dziewięć lat i kurczowo ściskał babcię za rękę. 

Stali na cmentarzu, pod specjalnym baldachimem da­

jącym schronienie przed słońcem, i słuchali probosz­

cza. Proboszcz przemawiał nad trumnami zawierają­

cymi szczątki jego rodziców, którzy zginęli w wypad­

ku samochodowym. 

Kurt zdawał sobie sprawę, że rodzice nigdy nie wró­

cą, ponieważ widział ich przed pogrzebem, gdy leżeli 

w otwartych trumnach. Nie wyglądali tak, jakby mieli 

kiedykolwiek powstać. 

Babcia postanowiła zabrać go do siebie. Nie chciał 

u niej mieszkać. Chciał mieszkać z rodzicami. Chciał 

siedzieć u mamy na kolanach, być tulony, całowany. 

Przedtem wzbraniał się przed takimi czułościami, uwa­

żał, że już jest za duży, że mama traktuje go jak małe 

dziecko, ale teraz... Boże, ile by dał za to, żeby znów 

go przytuliła! 

Dlaczego musieli jechać na to nudne przyjęcie dla 

dorosłych? Przed wyruszeniem z domu tata przyznał 

mu się, że wcale nie ma na nie ochoty. 

Łzy złości i frustracji spływały Kurtowi po twarzy. 

Kilka spadło na rękę babci, bo staruszka popatrzyła 

na niego smutnym wzrokiem i objęła go mocno. Po­

czuł, że brzuch jej drży. Też płakała. 

Z zadumy wyrwał go głos Gretchen. 

- Kurt? - Przyglądała mu się jakoś dziwnie. 

Teoretycznie wiedział, że rodzice wcale nie chcieli 

background image

go porzucić, że wszystkiemu winien był okrutny los, 

ale mały zapłakany chłopiec, który wciąż w nim tkwił, 

nie mógł się pogodzić z myślą, że jego własne dziecko 

miałoby się wychowywać bez ojca. 

- To również moje dziecko - rzekł schrypniętym 

głosem. 

- Dlaczego się złościsz? - spytała zaskoczona. -

Rozmawiamy hipotetycznie. Przecież jeszcze nic nie 

wiem o żadnej ciąży. 

- Dlaczego się złoszczę? Posłużyłaś się mną jak za­

wodowym rozpłodnikiem i pytasz, dlaczego się złoszczę? 

Nie marzył o dzieciach, nie chciał być za nikogo 

odpowiedzialny. Przerażała go myśl, że od tego, jak 

by postąpił, zależałby los jakiegoś małego człowieczka. 

Ale było już za późno. Intuicja mu mówiła, że tej 

nocy, kiedy się kochali, Gretchen na sto procent zaszła 

w ciążę. Bał się jak diabli, a zarazem powoli spływała 

na niego coraz większa ulga. Jeżeli Gretchen faktycznie 

jest w ciąży, to teraz już nigdy się go nie pozbędzie. 

- Ja posłużyłam się tobą? - wydusiła z siebie. -

A kto mi przed chwilą opowiadał o pożądaniu? 

Stała w otwartych drzwiach, z rękami na piersiach 

i z zaciętą miną, nerwowo przygryzając wargę. 

- Jeżeli jesteś w ciąży - powiedział cicho Kurt -

przykleję się do ciebie jak guma do rozgrzanego chod­

nika. Do końca życia się mnie nie pozbędziesz. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Zawsze pedantycznie dbająca o porządek, Gretchen 

z nietypową dla siebie niestarannością wrzuciła buty 

do torby podróżnej. Wciąż nie mogła ochłonąć po tym, 

jak Kurt zareagował na informację o dziecku. 

Powiedziała mu o możliwości zajścia w ciążę tylko 

dlatego, że poczuła się urażona jego wypowiedzią. Cią­

ży naprawdę w tym momencie nie planowała; po pro­

stu sprawa antykoncepcji zupełnie wyleciała jej z gło­

wy. Kiedy przypomniała sobie zdumienie i strach 

w oczach Kurta na jej miłosne wyznanie, łzy zawisły 

jej na rzęsach. Dlaczego znów spodobał się jej męż­

czyzna, który nie odwzajemnia jej uczuć? Co z nią jest 

nie tak? Widocznie nie zasługuje na miłość. 

Nie, to bzdura! Szybko odrzuciła tę myśl. Nie po­

zwoli, aby kolejny facet zniszczył jej pewność siebie. 

Właśnie że zasługuje na miłość! 

Pośpiesznie upchnęła do torby resztę rzeczy. Wcześ­

niej zadzwoniła na lotnisko i zmieniła datę wylotu, 

a także uregulowała rachunek za hotel. Była gotowa 

do drogi. Pracę nad odczytaniem Tablic Ahkra już 

skończyła; od paru dni zajmowała się nieistotnymi 

szczegółami. Tłumaczyła sobie, że potrzebuje czasu, 

by zastanowić się nad sytuacją rodzinną, w rzeczywi-

background image

stości zaś starała się odwlec dzień spotkania z czło­

wiekiem, który podawał się za jej ojca. 

To absurdalne, pomyślała. Przecież Ołiver Gamble 

nie chce wyrządzić jej krzywdy. Jest jej ojcem. To zna­

czy, może nim jest. Dlaczego w to wątpi? Gdyby nim 

nie był, jaki miałby powód, żeby nawiązywać z nią 

kontakt? Choć to nie było łatwe, starała się rozproszyć 

własne obawy. Wkrótce się z nim zobaczy. Za kilka 

dni. 

Postanowiła, że kiedy dotrze do Londynu, zadzwoni 

do agencji Kurta i poprosi o zaaranżowanie spotkania 

z 01iverem Gamble'em. A jeszcze lepiej, powie Na­

ncy, żeby zadzwoniła; wtedy sama nie będzie musiała 

rozmawiać z Kurtem. Hm, może zażąda też, aby Kurt 

nie uczestniczył w spotkaniu. Zresztą nie ma ku temu 

najmniejszego powodu. 

Słysząc pukanie do drzwi, poderwała się z łóżka. 

Poinstruowawszy boya hotelowego o tym, co ma zro­

bić z jej bagażem, zjechała windą na dół i wsiadła do 

taksówki. 

W drodze na lotnisko czuła, jak przepełnia ją doj­

mujący smutek. Kilka razy otarła chusteczką łzy. Je­

szcze nigdy nie była tak szczęśliwa jak podczas ostat­

nich dwóch tygodni. 

Jak mogła tak bardzo pomylić się w ocenie Kurta? 

Wprawdzie nie miała dużego doświadczenia z mężczy­

znami, w dodatku rzadko udzielała się towarzysko, ale 

przecież nie była głupia. Podejrzewała, że za jego re­

akcją na jej wyznanie miłości musiały się kryć jakieś 

bolesne przeżycia, które z nią nie mają nic wspólnego. 

background image

Równie dziwna była jego reakcja na ciążę i dziecko. 

Nie przyszło jej do głowy, że obudzi się w nim instynkt 

ojcowski. 

Przypomniała sobie szok na twarzy Kurta, kiedy na­

pomknęła o możliwości ciąży. A potem... potem było 

tak, jakby całkiem o niej zapomniał. Pochłonęły go 

wspomnienia, coś wyraźnie zaniepokoiło. Szkoda, po­

myślała, że nie może go spytać, o czym wtedy myślał. 

Trudno; on jest w centrum Kairu, w Nile Hilton, a ona 

właśnie dojechała na lotnisko. 

Taksówkarz otworzył drzwi i pomógł jej wysiąść, 

po czym przeszedł na tył auta i wyciągnął torby z ba­

gażnika. 

Ponownie wezbrała w niej złość. Do licha, przecież 

obiecała sobie, że już nigdy nie zamieni z Kurtem 

słowa! 

W hali odlotów nadała bagaż, dostała kartę pokła­

dową i skierowała się do właściwego wyjścia. Czasu 

do odlotu zostało niewiele. Wkrótce wszyscy pasaże­

rowie zajmowali miejsca w samolocie. 

Zapinała pasy, kiedy na sąsiednim fotelu usiadł 

Kurt. 

- Dzień dobry. Zakładam, że lecimy do Londynu? 

- Ja tak - odparła, kiedy serce przestało jej walić. 

- Natomiast co ty tu robisz, tego nie wiem. 

- Towarzyszę w podróży matce mojego dziecka. 

- Jeżeli jestem w ciąży... naprawdę nie masz 

z tym nic wspólnego. 

- Oj, chyba się mylisz - oznajmił ze śmiechem. 

Zarumieniła się po czubki uszu. 

background image

- Ojcowie - kontynuował cicho - mają obecnie zna­

cznie więcej praw niż dawniej. Zwłaszcza ci, którzy chcą 

brać czynny udział w wychowaniu swojego dziecka. 

Nie odezwała się. Bo i po co? Mała szansa, żeby 

po jednej nocy zaszła w ciążę. Nagle jej serce ścisnęło 

się z żalu. Ciekawe, jak by to było urodzić dziecko 

Kurta? Wciąż czuła lekki ból po trwających niemal 

do rana miłosnych igraszkach. 

- Śledziłeś mnie? 

- Nie musiałem. Potrafię przewidzieć niektóre two­

je ruchy. Wiem, że kiedy coś idzie nie po twojej myśli, 

pakujesz manatki i uciekasz. 

Zaniemówiła z wrażenia. 

- To niesprawiedliwe - rzekła wreszcie. - Przecież 

nie chcesz mnie w swoim życiu. 

- Nieprawda - powiedział łagodnie. - I dobrze 

o tym wiesz. Po prostu nie lubię szufladek; nie chcia­

łem określać naszego związku mianem... 

- Jakiego związku? - przerwała mu. - Łączył nas 

seks. 

- Wspaniały seks - poprawił ją, patrząc jej głęboko 

w oczy. 

Znów wstąpiła w nią furia. 

- No właśnie. I kiedy dałeś mi do zrozumienia, że 

tylko o to ci chodzi, uznałam, że nie ma sensu marnować 

więcej czasu. Odejdź, proszę. Zostaw mnie w spokoju. 

Pokręcił głową. 

- Przykro mi, kotku. Możesz być pewna, że akurat 

tej prośby nigdy nie spełnię. 

background image

Przez pięć godzin lotu siedziała koło Kurta w cias­

nym samolocie, przy każdym najmniejszym ruchu 

ocierając się o jego rękę czy nogę, i kipiała z wście­

kłości. 

Pomyślał sobie, że gdyby płacono jej po dolarze 

za każde gniewnie spojrzenie, jakie mu posyła, to wy­

siadając w Londynie, byłaby milionerką. 

Na lotnisku Heathrow poszedł za nią do taśmy, po 

której przesuwały się bagaże. Zanim Gretchen zdołała 

go powstrzymać, chwycił należące do niej dwie ogrom­

ne torby i przewiesił sobie przez ramię. Znając jej cha­

rakter, liczył na to, że nie urządzi mu sceny w miejscu 

publicznym. Nie pomylił się, ale gdyby wzrokiem 

mogła go zabić, byłby już trupem. Wsiedli razem do 

taksówki. Gretchen zaczęła podawać kierowcy adres 

mieszkania, które wynajmowała w Londynie, lecz Kurt 

jej przerwał i wymieniwszy nazwę hotelu, poprosił, że­

by tam ich zawieziono. 

- Nie możesz mieszkać sama. - Nie zamierzał się 

na to zgodzić, nawet gdyby ostro zaprotestowała. -

Dopóki nie dowiemy się, o co Gamble'owi tak napra­

wdę chodzi, wołałbym trzymać się blisko ciebie. 

Przewróciła oczami. 

- Nie przesadzasz? 

Tego akurat nie wiedział. Popatrzył na Gretchen bez 

słowa. 

- W porządku! - warknęła po chwili, odsuwając 

się na drugi koniec siedzenia. - Niech będzie, jak 

chcesz. 

Przez całą drogę w taksówce panowała cisza. Gre-

background image

tchen postanowiła traktować Kurta jak powietrze. Mil­

czała, gdy wynajmował pokoje, milczała, kiedy jechali 

windą na górę. 

- Gretchen... - Przytrzymał ją, zanim znikła w po­

koju. 

- Co? - W jej oczach malowała się mieszanina 

smutku i gniewu. 

- Muszę wyjść na trochę. Kiedy wrócę, chciałbym 

z tobą porozmawiać. 

- Nie mam ci nic do powiedzenia. 

- O Gamble'u - dodał. - Przyleciał dziś ze Stanów. 

- Idziesz się z nim zobaczyć, prawda? Weź mnie 

z sobą. 

Potrząsnął głową. 

- Nie, mam złe przeczucie. Gdybym był pewien, 

że facet jest tym, za kogo się podaje, wziąłbym cię 

bez wahania. Ale... - Westchnął ciężko. - Nie mogę 

ci niczego zakazywać, proszę cię jednak, żebyś mi za­

ufała. 

- Ufam ci - rzekła odruchowo. I nagle zdała sobie 

sprawę, że może się wściekać na Kurta, może czuć się 

przez niego zraniona i upokorzona, ale ufa mu w stu 

procentach. - Ufam - powtórzyła cicho. 

Zobaczyła, jak opuszcza go napięcie, jak wyraz jego 

twarzy łagodnieje. Wyciągnął rękę. 

Wyczytała z oczu Kurta, co zamierza zrobić, i cof­

nęła się szybko. 

- Wstąpię na dwie, trzy godziny do muzeum uni­

wersyteckiego. Zadzwoń, jak wrócisz. 

background image

Nie zadzwonił z hotelu, bojąc się, że Gamble ze 

swoimi kolesiami może namierzyć numer. Nie chciał 

naprowadzić ich na ślad Gretchen. Na wszelki wy­

padek poprosił też w recepcji, żeby nikomu nie udzie­

lano żadnych informacji na temat pani Gretchen 

Wagner. 

Przeszedł kilka przecznic, aż znalazł się na ruchli­

wej ulicy, po czym wstąpił do budki telefonicznej i po­

łączył się z Gamble'em. Uzyskawszy wskazówki, jak 

dotrzeć do jego mieszkania - na szczęście mieściło się 

w znacznej odległości od hotelu, w którym zatrzymali 

się z Gretchen - stanął przy krawężniku i zaczął łapać 

taksówkę. Zajęło mu to kwadrans. 

Lśniące zielone drzwi otworzyły się, zanim jeszcze 

zdążył cofnąć dłoń, zupełnie jakby Gamble cały czas 

przy nich czekał. Twarz mężczyzny promieniała ner­

wowym podnieceniem. 

- A gdzie ona? - spytał, zorientowawszy się, że 

nikogo z Kurtem nie ma. 

- Przyjechałem sam. 

- Sam? Dlaczego? - Wyraz podniecenia znikł za­

stąpiony częściowo przez niepokój, częściowo przez 

złość. - Ale w ogóle to jest tutaj, prawda? To znaczy 

w Londynie? 

Kurt zignorował pytanie. 

- Co pan zrobi, jeżeli Gretchen nie będzie chciała 

pańskich pieniędzy? - zapytał. 

Gamble uniósł brwi. 

- Dlaczego miałaby ich nie chcieć? - Roześmiał 

się, ale zabrzmiało to sztucznie. 

background image

- Jeszcze nie podjęła decyzji, czy się z panem spotka. 

- Musi! - Twarz Gamble'a spurpurowiała. - Wy­

nająłem pana, żeby ją pan odszukał. 

- Co też uczyniłem. Ale jeżeli nie będzie się chciała 

z panem widzieć, siłą jej nie zmuszę. 

- Musi pan! - Gamble nie posiadał się ze złości. 

- Pan nie rozumie. Obiecałem... obiecałem żonie, że 

odnajdę nasze dziecko. 

- Powiedział pan, że pańska żona nie żyje. 

- Obiecałem jej na łożu śmierci. 

Gamble, zdenerwowany, chodził tam i z powrotem 

po pokoju. Nagle stanął przed Kurtem i dźgnął go pal­

cem w pierś. Nie było to bolesne, ale bardzo się Kur-

towi nie spodobało. 

- Twoim obowiązkiem, Miller, jest doprowadzenie 

Gretchen do nas! Zapłaciliśmy za twoje usługi... 

- My? - wtrącił Kurt. - To znaczy kto? 
- Ja! Nie czepiaj się słówek! I nie zmieniaj tematu. 

- W głosie Gamble'a brzmiała narastająca wściekłość. 

- Słuchaj, Miller, jeśli mi jej tu nie przyprowadzisz, 

pozwę cię do sądu. Zażądam... 

- Nie fatyguj się, Gamble. - Kurt wyjął z kieszeni 

kopertę. - Oto zaliczka, którą mi wypłaciłeś. Nie chcę 

tej roboty. Rezygnuję. 

- Nie możesz! - ryknął Gamble. - Słyszysz? 

Kurt odwrócił się na pięcie i skierował w stronę 

drzwi. Wszedłszy do windy, nacisnął przycisk i zjechał 

na parter. 

- A właśnie, że mogę - mruknął pod nosem. 

Zatrzymał przejeżdżającą taksówkę, szczęśliwy, że 

background image

wizytę u Gamble'a ma za sobą, a zarazem poważnie 

zaniepokojony jej przebiegiem. Instynktownie wyczu­

wał, że facet łże, ale nie miał żadnych dowodów, które 

mogłyby to potwierdzić. 

Zaraz, zaraz. Wydobył z kieszeni komórkę i wystu­

kał numer do Stanów. 

- Cześć - powiedział, kiedy Jared Sullivan odebrał 

telefon. - Mówi twój najlepszy przyjaciel. 

- Trele-morele. - Jared był skrytym człowiekiem, 

mało wylewnym, lecz w jego głosie pobrzmiewała 

sympatia. 

- Są jakieś informacje? 

- Owszem - odparł, poważniejąc. - Tylko nie 

wiem, jaką odpowiedź wolałbyś usłyszeć. W każdym 

razie mój kumpel z laboratorium, który przebadał do­

starczone próbki, mówi, że szansa na pokrewieństwo 

tych dwojga wynosi jeden do miliarda. 

- Wiedziałem! 
Czyli wyniki badań DNA potwierdziły jego przy­

puszczenia: z jakiegoś powodu Gamble chce dostać 

Gretchen w swoje ręce. W dodatku podejrzewał, że fa­

cet nie działa sam. Podziękowawszy Jaredowi, Kurt 

zadzwonił do Aidena Swifta, z którym trzy dni temu 

udało mu się wreszcie nawiązać kontakt. Rozmowa by­

ła krótka i rzeczowa. 

- Nikt taki nie istnieje - oznajmił Aiden. - Nie 

wiem, tam jest twój klient, ale na pewno nie nazywa 

się 01iver Gamble. 

Zamiast do hotelu Kurt pojechał prosto na uniwer­

sytet. Na miejscu uzyskał od strażnika informację, że 

background image

doktor Wagner wróciła już z Egiptu i że dziś po raz 

pierwszy pojawiła się w pracy. Kurta przeszły po krzy­

żu ciarki. Wystarczyło, że o nią zapytał! Tak samo mo­

że postąpić Gamble, kimkolwiek ten facet jest... 

Spoczął na drewnianej ławie tuż za drzwiami jej 

gabinetu. Drzwi były otwarte. Ze dwa razy przeszedł 

się po korytarzu, zaglądając do pokoju. Gretchen sie­

działa przy biurku z nosem w książce, tak pochłonięta 

lekturą, że nawet go nie zauważyła. Skoro nie zauwa­

żyła jego, na innych pewnie też by nie zwróciła uwagi. 

Nie wiedział, czego Gamble od niej chce, ale jedno 

wiedział ponad wszelką wątpliwość: że facet nie jest 

całkiem normalny. Mógłby się posunąć do porwania, 

a Gretchen przypuszczalnie nawet by się nie zoriento­

wała, co się dzieje. 

Wreszcie o wpół do siódmej światło w gabinecie 

zgasło. Gretchen wyszła na korytarz i zamknęła drzwi 

na klucz. 

Kurt podniósł się i nie czyniąc żadnego hałasu, sta­

nął tuż za nią. Po chwili wyczuła czyjąś obecność. Ob­

róciła się gwałtownie, wciągając z sykiem powietrze. 

- Kurt! Boże, ale mnie wystraszyłeś! - Zmarszczy­

ła czoło. - Co tu robisz? 

- Szpieguję cię. 

- Widziałeś się z Gamble'em? Jaki on jest? Czy... 

- Poczekaj. Wszystko ci opowiem podczas kolacji. 

Unikając jego spojrzenia, potrząsnęła głową. 
- Chciałam dziś zamówić coś do pokoju. Jestem 

piekielnie zmęczona. 

- Nic dziwnego. Wczorajszej nocy niewiele spałaś. 

background image

Zaczerwieniła się, ale nie skomentowała jego wy­

powiedzi. 

- Co tu robisz? - powtórzyła. - Umawialiśmy się, 

że zadzwonisz, jak wrócisz. 

- Pomyślałem sobie, że przyjadę tutaj i dopilnuję, 

żebyś bezpiecznie dotarła do hotelu. 

Wytrzeszczyła oczy. Natychmiast skojarzyła, że coś 

złego musiało się wydarzyć. 

- Gamble mi grozi, prawda? Prawda? - Zdenerwo­

wana, chwyciła go za rękę. Od czasu porannej kłótni 

w hotelu w Kairze unikała z nim kontaktu fizycznego. 

Kurt zawahał się. 

- On nie jest twoim ojcem - oznajmił wreszcie. 

- Sam się przyznał? 

- Nie. Poprosiłem przyjaciela, żeby dał do zbada­

nia wasze próbki DNA. Nie jesteście spokrewnieni. 

W dodatku facet na pewno nie nazywa się 01iver 

Gamble. 

- Nie rozumiem. - Utkwiła w Kurcie spojrzenie. 

- To dlaczego tak bardzo mu zależy na tym, żeby się 

ze mną spotkać? 

- Nie wiem - odparł ponuro Kurt. - Zwróciłem 

mu zaliczkę. Już dla niego nie pracuję, a ciebie nie 

zamierzam odstąpić na krok, dopóki nie wyjaśnimy tej 

sprawy. 

Uniosła brodę i zacisnęła gniewnie usta, przybiera­

jąc buńczuczną minę, którą coraz lepiej rozpoznawał 

i coraz mniej lubił. 

- Potrafię sama się o siebie zatroszczyć. Nie musisz 

czuć się zobligowany, żeby... 

background image

- Nie czuję się zobligowany - przerwał z irytacją 

w głosie. 

- Skoro zakończyłeś pracę, możesz śmiało wracać 

do domu. 

- Wiem, psiakość! - krzyknął, wyprowadzony 

z równowagi. - Wiem, co mogę, ale wiem również, 

czego chcę. I jeżeli nie przestaniesz się ze mną spierać, 

to zaraz wepchnę cię z powrotem do gabinetu, zedrę 

z ciebie ubranie i... 

Była tak zaskoczona, że przez chwilę stała z roz­

dziawioną buzią. Mierzyli się gniewnie wzrokiem, jak­

by przygotowywali do kolejnego starcia. Gretchen 

pierwsza odwróciła spojrzenie. 

Szkoda, pomyślał. Miło byłoby kochać się z nią 

w gabinecie, na zasłanym papierami biurku. 

Nie oglądając się za siebie, ruszyła w stronę wyjścia. 

Kurt za nią. Przyrzekł sobie, że nie spuści jej z oczu, 

dopóki nie dowiedzą się, co Gamble kombinuje. 

Sprawiała wrażenie takiej małej, bezbronnej i dziw­

nie kruchej. Chciał ją dogonić, wziąć w ramiona, po­

cieszyć, ale nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć. 

Pragnęła bowiem miłości aż po grób, on zaś wiedział, 

że coś takiego nie istnieje. 

Przez całą drogę do hotelu, a potem w windzie, 

udawała niemowę. 

- Na pewno nie dasz się zaprosić na kolację? -

spytał, gdy wysiedli na właściwym piętrze. 

Przyjrzała mu się z niedowierzaniem. 

- Wykluczone - odparła, po czym weszła do po­

koju i zamknęła za sobą drzwi. 

background image

Przez moment stał w korytarzu, zastanawiając 

się, co ma zrobić, aby ponownie dopuściła go do swo­

jego serca i życia. Potem skręcił w stronę swojego po­

koju. 

Wcale jej nie potrzebował. Tylko pragnął. A to za­

sadnicza różnica. Tak rozmawiał sam z sobą, leżąc 

w wielkim małżeńskim łóżku. Kto wie, może rzeczy­

wiście zaszła w ciążę? Dodał w głowie dziewięć 

miesięcy. Ciekawe, kiedy zrobi test i będzie wiedzia­

ła na sto procent? I ciekawe, czy jego o tym powia­

domi? 

Westchnął ciężko. Wczoraj w nocy trzymał Gre-

tchen w objęciach. Tu było jej miejsce. 

- Nie mamy wyboru - stwierdził stanowczym to­

nem WiUard Croft. - Z powodu twojej niekompetencji 

Gretchen Wagner nie przybędzie do nas z własnej nie­

przymuszonej woli. 

- Porwanie to poważne przestępstwo - bąknął ner­

wowo 01iver. - Nie myślę, żeby to... 

- Zgadza się - wtrąciła pogardliwie jego żona. -

Lepiej nie myśl, kretynie jeden! Poważnym przestęp­

stwem było morderstwo. 

- Któremu od początku się sprzeciwiałem - ziry­

tował się 01iver. - Jestem naukowcem, a nie bandzio­

rem. 

- Jesteś zerem - skwitowała Agnes i ponownie 

skupiła się na Crofcie. - A więc jak moglibyśmy po­

móc? 

Croft prychnął. 

background image

- Pilnuj tego durnia, żeby nic więcej nie spartaczył. 

- Wskazał głową na 01ivera, który zaczerwienił się jak 

rak. - Sam się wszystkim zajmę. Jutro zostanie po­

rwana. Prędzej czy później będzie musiała wyjść z te­

go swojego gabinetu. 

Cholera! Jake cisnął słuchawkę na widełki, przekli­

nając w duchu kolejne niepowodzenie. Od prawie 

dwóch tygodni usiłował odnaleźć Gretchen Wagner. 

Kilka dni temu dowiedział się, że wciąż przebywa 

w Egipcie, ale kiedy w końcu się dodzwonił, recepcjo­

nista poinformował go, że dzień czy dwa temu wy­

meldowała się z hotelu. Dokąd mogła pojechać? Jake 

zerknął ponownie do notatek. 

Była czasowo zatrudniona na londyńskim Univer-

sity College; z ramienia uniwersytetu poleciała z misją 

naukową do Kairu. A zatem po zakończeniu pracy 

w Egipcie powinna przylecieć do Londynu, by spo­

rządzić jakieś sprawozdanie lub uporządkować wyniki 

swoich badań, i dopiero potem wrócić na macierzystą 

uczelnię. Ale kiedy wydzwaniał do jej londyńskiego 

mieszkania, nikt nie odbierał telefonu. Najwyższy czas 

spróbować coś innego. 

Spojrzał na zegarek i wykręcił kolejny numer. 

- Dzień dobry - powiedział, gdy miły głos na dru­

gim końcu linii spytał, czym może służyć. - Czy do­

ktor Wagner jest dziś w pracy? 

Na dźwięk telefonu Gretchen podskoczyła. Poko­

nując wewnętrzny opór, podniosła słuchawkę. Gdyby 

miała pewność, że dzwoni Kurt, przypuszczalnie by 

background image

nie odebrała, ale równie dobrze mógł to być któryś 

z profesorów. 

- Halo? 

- Czy mówię z doktor Gretchen Wagner? - spytał 

niski, przyjemnie brzmiący męski głos. 

- Tak, to ja. 

- Proszę pani... - Mężczyzna zawahał się. - Na­

zywam się Jake. Jake Ingram. 

Zamilkł. Odniosła dziwne wrażenie, jakby czekał 

na jej reakcję. Czyżby sądził, że rozpozna jego nazwi­

sko? 

- Słucham, panie Ingram. 
- Ja... ty... Psiakrew! Przepraszam - zreflektował 

się. - Boże, to o wiele trudniejsze, niż sądziłem. 

- Ale o co chodzi? - spytała na pół zaintrygowana, 

na pół wystraszona. 

Mężczyzna westchnął. 
- Gretchen, wiem, że niełatwo ci będzie w to uwie­

rzyć, ale mam poważne podejrzenie, że jestem twoim 

bratem. 

- Bratem! - Tego się zupełnie nie spodziewała. -

Mówiono mi, że nie mam rodzeństwa. Ale mnie się 

ciągle śni kilku braci i siostra. Dlaczego uważasz, że 

jesteśmy spokrewnieni? 

- Powiedz: czy adoptowano cię w wieku około 

dwunastu lat? 

- Tak - odparła, zbyt zszokowana, aby jasno my­

śleć. 

- Czy nic albo prawie nic nie pamiętasz ze wczes­

nego dzieciństwa? 

background image

- Prawie nic - przyznała ostrożnie. 

- Masz bardzo wysoki iloraz inteligencji oraz nie­

zwykle zdolności językowe? 

- Zgadza się. 

- Wszystkie te sprawy są powiązane - poinformo­

wał ją mężczyzna. - Wierzę, że jesteś moją siostrą. 

W dodatku bliźniaczką. 

Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Brat 

bliźniak! Chociaż człowieka na drugim końcu linii nig­

dy nie widziała na oczy, od razu wyczuła, że w niczym 

jej nie zagraża. Bliźniak, hm... Mimo że wciąż nie 

mogła otrząsnąć się z szoku, wierzyła mu. Intuicja mó­

wiła jej, że Jake Ingram nie kłamie. 

- Gretchen? 

- Jake. - Przełknęła ślinę. - Mój brat... 

- Wierzysz mi? 

W słuchawce rozległ się zdławiony śmiech. 
- Nie powinnam, ale tak, wierzę.... Sama nie wiem 

dlaczego. Kiedy usłyszałam twój głos, przeszły mnie 

ciarki, jakby... jakby... 

- Musimy się spotkać. 
- Och, tak! Koniecznie. Mniej więcej za tydzień 

wracam do Stanów. Gdzie mieszkasz? 

- W Teksasie. Tam mam dom, ale często podróżuję. 

- Jesteś żonaty? - Za tym pytaniem kryło się dru­

gie: czy mam więcej krewnych? 

- Nie. A ty masz męża? 

- Nie. - Nagle przypomniała sobie ostatni tydzień 

z Kurtem. 

- Słuchaj. - Jake wyczuł jej przygnębienie. - Nie 

background image

wytrzymam tak długo. Mógłbym wsiąść w samolot 

i spotkać się z tobą w Londynie. 

- Naprawdę? To byłoby cudownie! 

- Cieszę się. To co? Kolacja jutro? 

Roześmiała się radośnie. 

- Żartujesz. 
- Bynajmniej. 
- Dobrze, z przyjemnością. - Na moment urwała. 

- Wiesz, to dziwne, że dzwonisz akurat dziś. Jest tu 

jeszcze jeden człowiek, który nalega na spotkanie ze 

mną. Twierdzi, że jest moim ojcem. 

- Twoim ojcem? - Jake'a zamurowało. 

- On tak mówi, ale ja mu nie wierzę. 

- Jak go odnalazłaś? 
- To on mnie odnalazł. Zobaczył moje zdjęcie 

w „National Geographic". 

- Pewnie to samo co ja. 

- A potem wynajął prywatnego detektywa, który 

mnie odszukał. 

- Jeszcze się z tym gościem nie spotkałaś? 

- Nie. - Zawahała się. - Mam co do niego dziwne 

przeczucie. Nie potrafię tego wyjaśnić. W każdym ra­

zie detektyw uważa, że facet kłamie i... 

- Mówiłaś, że detektyw pracuje dla niego... -

Umysł Jake'a najwyraźniej pracował tak jak jej: na 

najwyższych obrotach. 

- Już nie. Oddał zaliczkę. Po prostu kiedy mnie 

poznał, uświadomił sobie, że coś w tym wszystkim nie 

trzyma się kupy. Zaczął sprawdzać fakty... 

- Czyli przeszedł na twoją stronę? 

background image

- Tak. 

- Rozumiem. - Jake uśmiechnął się w duchu, po 

chwili jednak spoważniał. - Jak się nazywa? 

- Kurt Miller. Też pochodzi z Teksasu. 

- Nie detektyw, tylko fałszywy ojciec. 

- Gamble. 01iver Gamble. 

Wydało jej się, że słyszy, jak Jake wciąga raptownie 

powietrze. 

- Gretchen, obiecaj mi jedno. Że nie pójdziesz na 

spotkanie z tym facetem, dopóki nie zobaczysz się ze 

mną. 

- Dobrze. - Ucieszyła się, że ma jeszcze jeden po­

wód, aby trzymać się z daleka od 01ivera Gamble'a. 

- Ale wiesz co, Jake? Myślę, że któregoś dnia warto 

byłoby z nim porozmawiać. Nawet jeśli nie jest na­

szym ojcem, to... 

- Nie jest. Uwierz mi. 

- Nieobce mu są szczegóły z naszej przeszłości. 

Musiał nas znać, jak byliśmy dziećmi. Może... - Głos 

jej posmutniał. - Może dzięki niemu dowiem się, dla­

czego zostałam oddana do adopcji. 

- Gretchen, nie oddano cię dobrowolnie - powie­

dział łagodnie Jake. - Widziałem się z naszą matką. 

Ona żyje, i o wszystkim mi opowiedziała. Bądź cier­

pliwa, jutro ty też dowiesz się wszystkiego. A matka 

będzie wniebowzięta, że cię odnalazłem. Tylko obiecaj 

mi, że nie dasz się skusić na spotkanie z tym facetem. 

To bardzo niebezpieczny typ. 

Niebezpieczny? Boże, czy naprawdę mówią o jej 

życiu? Do tej pory najważniejsza i najbardziej ekscy-

background image

tująca rzecz, jaka się jej kiedykolwiek przytrafiła, to 

możliwość pracy nad Tablicami Ahkra. Poza tym jed­

nak wiodła spokojny, nudny żywot. 

- Dobrze, Jake. Obiecuję. 

Czuła się skołowana. Najpierw ojciec, teraz brat 

i matka. To nie może być przypadek. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Czekał rano za drzwiami jej pokoju hotelowego. Po­

słała mu gniewne spojrzenie. 

- Czy ty nigdy nie śpisz? 

- Owszem, ale spałoby mi się lepiej, gdybym trzy­

mał cię w ramionach. 

Tak jak się spodziewał, zignorowała jego wypo­

wiedź. Prężnym krokiem ruszył za nią do windy. 

- To co mamy dziś w planie? Jeszcze nie jadłem. 

- A ja jestem po śniadaniu. I wybieram się do pra­

cy. Zajmowałeś się sobą tyle lat, zajmij się i dzisiaj. 

Nie zamierzał dać się zbyć. 
- W porządku. Na wszelki wypadek wziąłem książ­

kę. Posiedzę na ławie w korytarzu i poczytam. 

- Znów? Nie możesz! - oburzyła się. 

- Mogę, ta ława jest całkiem wygodna - oświad­

czył, udając, że nie wie, o co jej chodzi. - Choć nie 

ukrywam, że jeden z głębokich foteli w twoim gabi­

necie byłby znacznie wygodniejszy. 

- Nie chcę, żebyś szedł za mną na uniwersytet -

oznajmiła stanowczo, patrząc mu prosto w oczy. 

- Przykro mi, ale będę ci towarzyszył, dopóki nie 

skończysz pracy. Potem możemy wstąpić do. jakiegoś 

pubu na kolację. 

background image

- Mam plany na wieczór. 

- Ty? Jakie? 

Psiakrew, powinien był się ugryźć w język. To, że 

Gretchen jest osobą spokojną i nieśmiałą nie znaczy, 

że nie ma w Londynie znajomych i przyjaciół. Tym 

bardziej że przed wyjazdem do Egiptu spędziła tu sporo 

czasu. 

- Nie twój interes - warknęła. 

- Chyba jednak mój - odparł cicho. - Nie wiemy, 

co Gamble chce osiągnąć, ale podejrzewam, że łatwo 

się nie podda. 

Gretchen westchnęła. 

- Jeśli musisz wiedzieć, to idę na kolację z moim 

bratem. 

- Z bratem? - zdziwił się Kurt. 

- Zadzwonił do mnie wczoraj. 

Włosy stanęły mu dęba. Boże, jak można być tak 

naiwną? 

- Gretchen... - zaczął, siląc się na cierpliwość. -

Skąd wiesz, że człowiek, z którym rozmawiałaś przez 

telefon, jest twoim bratem? Nigdy go na oczy nie wi­

działaś. Jeszcze miesiąc temu nie przypuszczałaś, że 

możesz mieć rodzeństwo. 

- Trudno mi to wytłumaczyć - rzekła, zaciskając 

usta. 

- Postaraj się. 

- Po co? Żebyś mnie wyśmiał? 

Przełknął ślinę. Widział, że Gretchen ma ochotę od­

wrócić się na pięcie i odejść. Nie mógł do tego do­

puścić. 

background image

- Nie wyśmieję - obiecał. - Słowo honoru. Opo­

wiedz mi o bracie. 

- Przecież nie wierzysz, że człowiek, który się do 

mnie dodzwonił, to mój brat. Myślisz, że to kolejny 

oszust. 

- Gretchen, proszę... 
Złość malująca się na jej twarzy osłabła. 

- Dlaczego ci na tym tak zależy? 
- Bo dzieje się coś niedobrego. - Z całego serca 

pragnął ją przekonać, że nie kłamie. - Grozi ci duże 

niebezpieczeństwo. Nie potrafię tego udowodnić, po 

prostu czuję to. I im więcej wiem o osobach, które się 

z tobą kontaktują, tym lepiej mogę cię chronić. 

Wiedział, że dziesięć minut temu odparowałaby: 

Nie potrzebuję żadnej ochrony. Teraz wpatrywała się 

intensywnie w jego twarz, jakby usiłowała przeniknąć 

go na wylot. 

- No dobrze - powiedziała w końcu. - Wczoraj 

w gabinecie odebrałam telefon od mężczyzny, który 

przedstawił się jako Jake Ingram. 

- Jake Ingram! - wykrzyknął zdumiony Kurt. 
- Znasz go? 

- Osobiście nie, ale to znana postać. Nigdy nie sły­

szałaś jego nazwiska? To finansowy geniusz, który do­

radza bankom i firmom na całym świecie. Już choćby 

dlatego gazety często o nim piszą, ale kilka miesięcy 

temu jego adoptowany brat został porwany i pojawiły 

się w prasie spekulacje, że prawdziwym celem pory­

waczy był właśnie Jake Ingram. 

- Ojej, a co się stało z porwanym? 

background image

- Zdołał uciec. Nie martw się, nic mu nie jest. Poza 

tym od pewnego czasu Jake Ingram pomaga FBI 

w rozwikłaniu sprawy kradzieży w Banku Świato­

wym. Niemal codziennie można trafić w prasie na jego 

nazwisko. 

Pokręciła głową. 

- Wiesz, jaka jestem. Jeżeli artykuł nie dotyczy ję­

zyków lub starożytności, to po przeczytaniu natych­

miast go zapominam. 

- Pewnie to o czymś świadczy. 
- O czymś złym? 

Uśmiechnął się. 

- Bynajmniej. To, co robisz, wykonujesz z pasją. 

Na tym między innymi polega twój urok. 

Miała powątpiewającą minę, ale nie odpowiedziała. 

- No dobrze. - Kurt wrócił do przerwanego wątku. 

- Czyli ktoś podający się za Jake'a Ingrama zadzwonił 

do ciebie i...? 

- Oznajmił, że ma poważne podejrzenie, że jest 

moim bratem - przyznała. - Bratem bliźniakiem. Spo­

ro o mnie wiedział. 

- Czy podał jakieś szczegóły na twój temat, których 

nie mógł wyczytać w informatorze uniwersyteckim lub 

w prasie? Zastanów się. 

- Nie, chyba nie - rzekła po namyśle. - Powiedział 

natomiast, że nasza mama żyje i że nie oddała mnie 

do adopcji dobrowolnie. Obiecał o wszystkim dokład­

nie mi opowiedzieć, kiedy się spotkamy. 

- Czyli kiedy? 

- Dziś wieczorem na kolacji. 

background image

Kurt aż zazgrzytał zębami. 

- Po odkryciu, że Gamble to oszust, zgodziłaś się 

pójść na kolację z nieznanym sobie mężczyzną? 

Speszona, zawahała się. 

- Kurt, nie śmiej się z tego, co powiem, ale kiedy 

usłyszałam jego głos, od razu poczułam taki cudowny 

spokój. Jestem prawie pewna, że Jake Ingram to mój 

brat. 

- Myślałaś też, że Gamble to twój ojciec. 

- Ale nie chciałam się z nim spotkać. Bałam się 

go. Dlatego grałam na zwłokę. Zresztą po tym, co Jake 

powiedział o Gamble'u, widzę, że instynkt mnie nie 

zawiódł. 

- Ingram zna Gamble'a? - Kurt potarł dłonią 

czoło. 

- Nie wiem. Ale kazał mi obiecać, że się z Gamb-

le'em nie spotkam, dopóki on i ja nie porozmawiamy. 

Twierdzi, że Gamble jest bardzo niebezpiecznym czło­

wiekiem. 

- To się akurat zgadza. A zatem facet, który do cie­

bie wczoraj dzwonił, przylatuje dziś do Londynu? 

- Tak. 
- Na szczęście wiem, jak Ingram wygląda. Będę 

w stanie go zidentyfikować. 

- Nie idziesz z nami na kolację - oznajmiła chłod­

no Gretchen. 

Oczami wyobraźni Kurt ujrzał Gretchen z obcym 

mężczyzną, który wbrew jej woli pakuje ją do samo­

chodu. Ogarnął go strach. Na miłość boską, w jaki spo­

sób ma ją chronić, jeżeli ona upiera się postępować 

background image

tak nierozsądnie? Szósty zmysł, na którym zawsze 

mógł polegać, ostrzegał go, by miał się na baczności. 

Zacisnął zęby, ale po chwili nie wytrzymał napięcia. 

- Dlaczego jesteś taka głupia? - wybuchnął. - Nie 

widzisz, co robisz? Chęć dotarcia do własnych korzeni 

do tego stopnia cię zaślepia, że podejmujesz niepo­

trzebne ryzyko! 

Podskoczyła, jakby ją spoliczkował. 

- Uważasz, że jestem zaślepiona? - zapytała szep­

tem, w którym dźwięczała ledwo tłumiona furia. Mimo 

wściekłości krępowała się podnieść głos. - Kto to mó­

wi, Kurt? Ty, który sam się unieszczęśliwiasz, narzu­

cając sobie jakieś kretyńskie ograniczenia? Coś cię gnę­

bi, jakaś mroczna tajemnica, której nie chcesz mi wy­

jawić. Powiedz, czego się boisz? Porażki? Cierpienia? 

Tego, że kolejna kobieta cię porzuci? - spytała, nie 

kryjąc pogardy w głosie. - Jesteś wielkim tchórzem, 

który boi się dać szansę przyszłości, ponieważ nie po­

trafi pogodzić się z przeszłością. 

Stał jak zamurowany. Słowa Gretchen omywały go 

niczym świeży górski potok, wciskały się do jego gło­

wy, otwierały mu oczy na prawdę. 

„Sam się unieszczęśliwiasz, narzucając sobie jakieś 

kretyńskie ograniczenia". 

W pancerzu, którym się osłaniał, pojawiła się rysa. 

Czyżby Gretchen miała rację? Podejrzewał, że tak. 

Rzeczywiście nie potrafił przejść do porządku dzien­

nego nad tym, co go spotkało, kiedy pracował w okrę­

gu Prince George's. Tamte wydarzenia zaciążyły na ca­

łym jego życiu. 

background image

Tak, bał się. Ze komuś zaufa, a ten ktoś nie okaże 

się tego godny. Że dopuści do siebie drugą osobę, a ona 

go zdradzi lub odejdzie bez słowa. 

Zrozumiał, że czas najwyższy zapomnieć o dozna­

nych krzywdach. Każdy ma prawo do błędów. On też 

je popełniał. Karey postawiła karierę nad miłość, on 

z kolei pozwalał, aby wydarzenia z przeszłości wpły­

wały na jego teraźniejszość. Oboje postąpili nieroz­

sądnie. 

Nagle zdał sobie sprawę, że już nie myśli o dawnej 

narzeczonej z goryczą. Ale nic dziwnego. Wszystkie 

jego myśli obracały się wokół Gretchen. 

Gretchen. Znów ogarnął go strach o jej bezpieczeń­

stwo. Potrzebuje ochrony. Potrzebuje jego, Kurta! Bo­

że, dlaczego ona tego nie widzi? 

Może spotkać ją krzywda, może nawet zginąć. 

Myśl, że miałby iść przez życie samotnie, bez Gre­

tchen, przejęła go grozą. Poczuł się tak, jakby potężna 

żelazna obręcz zacisnęła mu się na piersi. 

Chryste, jaki był głupi! Przecież ją kocha! Kocha 

jej barani upór, kocha jej niesamowity umysł, kocha 

jej zgrabne, wiotkie ciało. Uwielbia sposób, w jaki na 

niego patrzy, kiedy ją całuje, uwielbia czuć jej dłoń 

w swojej, uwielbia obejmować ją w tańcu. 

Chciał spędzić z nią resztę życia. Nie wyobrażał so­

bie, żeby mogło być inaczej. 

I raptem przerażenie zmroziło mu krew. Kiedy Gre­

tchen wyznała, że go kocha, on stwierdził, że pomyliła 

pożądanie z miłością. A jeżeli... jeżeli się rozmyśliła? 

Chciał wierzyć, że nie można się odkochać z dnia na 

background image

dzień, z drugiej strony, Karey tak właśnie zrobiła. Kie­

dy uświadomiła sobie, że ich związek może zaszkodzić 

jej karierze, zwyczajnie w świecie się odkochała. 

Pocieszał się, że Gretchen to nie Karey. Gretchen 

nie przejmowałaby się opiniami innych. Miała silną 

osobowość i zawsze kierowała się własnym zdaniem. 

Z błahego powodu nie podjęłaby decyzji zmieniającej 

bieg życia dwóch osób. 

Istniała jednak możliwość, że za bardzo ją zranił, 

kiedy odrzucił jej miłość. Starał się nie wpadać w pa­

nikę. Nie, w głębi duszy na pewno nadal go kochała. 

Musi tylko ją przekonać, aby dała mu jeszcze jedną 

szansę. 

Gretchen wytarła spoconą dłoń o spódnicę. Kręciło 

się jej w głowie, czuła lekki ból żołądka. 

A jeżeli Kurt ma rację? Może zbyt pochopnie zgo­

dziła się na spotkanie? Skąd wie, że Jake Ingram to 

jej brat? Przecież człowiek, z którym się umówiła, na­

wet wcale nie musi być Jakiem Ingramem. 

Przypomniała sobie jego głos. Kiedy usłyszała go 

w słuchawce, przepełnił ją spokój. Oczywiście głupio 

to brzmiało, kiedy próbowała usprawiedliwiać się 

przed Kurtem, ale... Po prostu tak było. Jake Ingram 

wzbudzał jej zaufanie, a Gamble, którego głosu nie 

znała, wzbudzał jej obawy. 

Popatrzyła na zegarek. Punkt siódma. Może Jake 

nie przyjdzie? Może... 

Zerknęła w stronę wejścia do restauracji i wtem go 

ujrzała. Jake'a. Nie miała najmniejszych wątpliwości, 

background image

że to on, jej brat. Wciąż nie wiedziała, skąd to wie, 

ale gotowa była założyć się o wszystko. 

Chłopiec, który pojawiał się w jej snach, miał burzę 

ciemnych włosów, niebieskie oczy o przenikliwym 

spojrzeniu oraz skórę spieczoną słońcem; bądź co bądź, 

mieszkając w Karolinie Północnej, całe dnie spędzali 

na plaży. 

W Karolinie Północnej? Zdała sobie sprawę, że zna­

lazła jeszcze jeden kawałek łamigłówki. 

Mężczyzna, który szedł w jej stronę, przypominał 

tamtego chłopca; wprawdzie włosy miał sporo krótsze, 

ramiona zaś sporo szersze, ale to na pewno był on. 

Na widok Gretchen zmrużył swoje niebieskie oczy, po 

czym uśmiechnął się szeroko. 

Nie wytrzymała; ostatnie kilka metrów podbiegła 

i rzuciła mu się w ramiona. 

- To naprawdę ty - szepnęła. 

Nie wstydziła się łez, które płynęły jej po twarzy. 

- Pamiętam cię. Boże mój, ja cię naprawdę pamię­

tam. 

Słysząc zdumienie w głosie brata, uświadomiła so­

bie, że nie tylko ona ma problemy z odtwarzaniem 

w pamięci osób i zdarzeń z dzieciństwa. 

- Ty też cierpisz na częściową amnezję? To dziwne. 

- Umysł Gretchen pracował na przyśpieszonych ob­

rotach. - Nawet jeżeli przeżyliśmy identyczny szok, 

ryzyko, że w jego wyniku oboje stracimy pamięć, wy­

nosi mniej więcej... 

- Poczekaj! - zawołał ze śmiechem Jake. — Widzę, 

że tematów do rozmowy nam nie zabraknie. - Ujmując 

background image

Gretchen pod łokieć, zwrócił się do stojącego nieopo­

dal kierownika sali. - Moje nazwisko Ingram... 

- Dobry wieczór, panie Ingram. Proszę tędy... -

Kierownik ruszył przodem. - Tak jak pan prosił, zare­

zerwowaliśmy stolik w najcichszej części sali. 

Usiedli. Jake zamówił po kieliszku wina, po czym 

przyjrzał się Gretchen badawczo. 

- Nasza mama ma rację - oznajmił po chwili. -

Jesteś do niej bardzo podobna. 

„Nasza mama". Gretchen poczuła ucisk w gardle; 

bała się, że zaraz się rozpłacze. Starając się zapanować 

nad emocjami, pochyliła głowę i odczekała moment. 

- Wychowywała cię? 

Na twarzy Jake'a odmalowało się zaskoczenie. 

- Ależ nie, skąd! Wszyscy w tym samym czasie 

trafiliśmy do adopcji. 

- Wszyscy? Cała piątka? 

- Tak - potwierdził. - Pamiętasz rodzeństwo? 

- Właściwie to nie. Mam jedno czy dwa mgliste 

wspomnienia, jak jesteśmy razem na plaży. Ty, ja, dwaj 

młodsi bracia, siostra, mama i tata. I jeszcze jakaś pa­

ra. Może ciotka z wujem? 

Postanowił na razie nie wypowiadać się na temat 

ciotki z wujem. 

- Tak jak ci mówiłem, ty i ja jesteśmy bliźniakami. 

Właściwie urodziliśmy się jako trojaczki, ale trzecie 

dziecko, chłopiec, zmarło przy porodzie. Nasze młod­

sze rodzeństwo to również trojaczki. 

- W jednej rodzinie... dwa razy trojaczki? To na­

prawdę niezwykłe. 

background image

- W naszej to normalne - stwierdził ponuro Jake, 

biorąc do ręki kieliszek z winem. - Zróbmy tak. Naj­

pierw ja ci opowiem wszystko, co wiem. Pewnie w trak­

cie uznasz, że ponosi mnie fantazja, ale przysięgam, że 

nie. O całej sprawie usłyszałem dopiero niedawno od 

Violet. Tak ma na imię nasza matka. A potem ty mi opo­

wiesz, co pamiętasz. 

- Dobrze - zgodziła się. 

- Ale zanim zaczniemy... Po drugiej stronie sali 

siedzi wysoki ciemnowłosy facet, który nie spuszcza 

cię z oka. Znasz go? 

Pokusa była zbyt silna. Gretchen zerknęła przez ra­

mię. Kiedy napotkała wzrok Kurta, oblała się rumień­

cem. A kiedy ponownie się obróciła, napotkała pyta­

jące spojrzenie brata. 

- Tak. To ten detektyw, o którym ci mówiłam -

wyjaśniła. 

- Myślałem, że się wycofał. 

- Owszem, zwrócił Gamble'owi zaliczkę, ale... -

Westchnęła. - To skomplikowane. Powiedział, że nie 

zostawi mnie samej, dopóki nie będzie miał pewności, 

że nic mi nie zagraża. 

- To on rozszyfrował Grimble'a? Domyślił się, że 

facet nie jest twoim ojcem? 

- Grimble'a? Chyba chodzi ci o Gamble'a? 

Jake potwierdził skinięciem. 
- Naprawdę nazywa się 01iver Grimble. Znał nas, 

kiedy byliśmy dziećmi. 

- Czego chce? 

- Nas - odparł Jake. - Słuchaj, nie miałabyś nic 

background image

przeciwko temu, gdybym zaprosił do nas twojego przy­

jaciela? Skoro ma cię ochraniać, lepiej, żeby wiedział, 

co jest grane. 

- Masz rację - przyznała niechętnie, po czym nagle 

się oburzyła. - To nie jest żaden mój przyjaciel. Po 

prostu znajomy. 

- Jasne. Więc mogę go zaprosić? 

Wstała od stołu. 
- Pójdę po niego - rzekła. - Przynajmniej nie będę 

musiała mu wszystkiego później powtarzać. Kurt ma 

w sobie coś z bulteriera. Jak czegoś chce, to się uczepia 

i nie puszcza. 

- A chce ciebie? 

Potrząsnęła smutno głową. 

- Niezupełnie. - Serce ścisnęło się jej z żalu. 

Ruszyła przez salę, a Jake pozostał przy stoliku, du­

mając nad jej reakcją. 

Na widok zbliżającej się Gretchen tętno mu przy­

śpieszyło. Była śliczna, zgrabna i nieco przygaszona, 

gdy z wzrokiem wbitym w podłogę szła w jego stronę. 

Boże, ile by dał, żeby zobaczyć promienny uśmiech 

na jej twarzy! Jeszcze więcej by dał, aby popatrzyła 

na niego tak jak wtedy, gdy leżeli w łóżku po wspólnie 

spędzonej nocy. 

- Mój brat chciałby, żebyś się do nas przyłączył 

- powiedziała bez żadnych wstępów czy powitań. 

- A ty? 

Wzruszyła ramionami. 

- Nie bardzo. Ale pewnie lepiej, żebyś uczestniczył 

background image

w tej rozmowie. Inaczej tak długo będziesz suszył mi 

głowę, dopóki wszystkiego ci nie opowiem. 

- Gretchen, jeżeli wolisz, żebym się do was nie 

przysiadał, naprawdę mogę zostać tutaj. 

Ponownie wzruszyła ramionami. 

- Wszystko mi jedno. 

Kurt wstał od stolika, po czym włożył marynarkę, 

którą powiesił na oparciu krzesła. 

- I co? Nie rzucisz żadnej ironicznej uwagi? - spy­

tała Gretchen, wyraźnie zdenerwowana. - Że musiało 

mi paść na mózg, skoro obcego faceta biorę za brata? 

- Nie. - Kurt uśmiechnął się nieznacznie. - Kiedy 

zobaczyłem was razem, od razu wiedziałem, że jeste­

ście spokrewnieni. Macie identyczne oczy, identyczne 

gesty, ruchy. 

Sprawdziwszy, czy to w tej restauracji Jake Ingram 

zarezerwował na wieczór stolik, Kurt przybył na miej­

sce kilka minut wcześniej. Usiadł twarzą do drzwi 

i czekał. Rozpoznał Jake'a Ingrama; był tym samym 

człowiekiem, którego zdjęcia wielokrotnie widział 

w prasie. Kiedy Jake z Gretchen zamówili wino, Kurt 

rozejrzał się uważnie po sali. Podejrzewał, że mężczy­

zna i kobieta, którzy siedzieli przy sąsiednim stoliku, 

są ochroniarzami Ingrama. Zauważył, że cały czas dys­

kretnie obserwują otoczenie. 

Przypatrując się Gretchen, był zdumiony jej podo­

bieństwem do brata. Chociaż fizycznie różnili się od 

siebie, w taki sam sposób odgarniali włosy z twarzy; 

w wypadku Jake'a Ingrama wynikało to raczej z przy­

zwyczajenia niż z konieczności. W taki sam sposób 

background image

przechylali w bok głowę, kiedy słuchali rozmówcy, 

mieli podobną gestykulację, a nawet chodzili tak samo: 

z uniesioną brodą, zdecydowanym krokiem, jak ludzie, 

którzy wiedzą, czego chcą i idą prosto do celu. 

Dziwne, pomyślał. A potem uznał, że właściwie to 

normalne. W końcu pierwszych dwanaście lat życia 

spędzili razem, w jednym domu. Najdziwniejsze jed­

nak było to, że on sam, cynik i niedowiarek, natych­

miast uwierzył, że Jake i Gretchen są rodzeństwem. 

- Miło mi to słyszeć - powiedziała, najwyraźniej 

zaskoczona jego słowami. 

Ruszył za nią przez salę. 
Jake Ingram wstał od stolika i wyciągnął na powi­

tanie rękę. Mężczyźni wymienili uścisk dłoni, Gretchen 

zaś dokonała prezentacji. 

- Podobno osobiście rozmawiał pan z niejakim Oli-

verem Gamble'em? - spytał Jake, kiedy zajęli miejsca. 

Kurt skinął głową. 

- Czy to ten człowiek? - Z kieszeni na piersi Jake 

wyjął zdjęcie i położył na stoliku. 

- Tak, to on. - Kurt ponownie skinął głową. - Pan 

też go zna? 

- Owszem. Zdjęcie zrobiono podczas konferencji, 

na której byłem w Teksasie. Gamble, a raczej Grimble, 

znalazł się na tym zdjęciu przypadkiem. Poprosiłem 

organizatorów o odbitkę, kiedy zorientowałem się, kim 

jest. 

Gretchen podniosła zdjęcie, tak by mu się lepiej 

przyjrzeć. Po chwili rzuciła je na stół, zupełnie jakby 

ją parzyło w dłoń. Krew odpłynęła jej z twarzy. 

background image

- Gretchen, co się dzieje? - Kurt poderwał się na 

nogi, kucnął u jej boku i otoczył ją ramieniem. 

- Nie wiem. - Wskazała wzrokiem na fotografię. 

- Po prostu widok tego człowieka wzbudził we mnie 

instynktowną odrazę. On... - Popatrzyła na Jake'a. -

On nie jest naszym ojcem. 

- Nie, nie jest - potwierdził Jake. - Nasz ojciec 

nie żyje. Violet jest prawie pewna, że zginął z rąk 

Grimble'a i jego żony. 

-' Co za Violet? - spytał Kurt, przysuwając krzesło 

do krzesła Gretchen. Usiadł i ponownie otoczył ją ra­

mieniem. 

Jake potarł czoło. 

- No dobra. Zacznę od początku. 

Opowiedział o tajnym programie, którym w latach 

sześćdziesiątych zajmowali się specjaliści od inżynierii 

genetycznej, o roli CIA, o skorumpowanych agentach, 
0 dzieciach, dziś dorosłych ludziach, które posiadały tak 

różnorodne i niezwykłe zdolności, że ktokolwiek zyskał­

by nad nimi władzę, mógłby rządzić całym światem. 

Opowieść brzmiała tak niewiarygodnie, że w nor­

malnych warunkach Kurt postukałby się palcem w czo­

ło - nie zrobił tego, bo dwoje z tych genetycznie zmo­

dyfikowanych dzieci siedziało z nim przy jednym sto­

le. Poza tym pamiętając sensacyjne doniesienia prasy 

sprzed paru lat, sam się zastanawiał, czy przypadkiem 

Gretchen nie ma z tą całą sprawą nic wspólnego. 

- Czyli jest was piątka, tak? - upewnił się Kurt. -

1 podejrzewa pan, że Achilles, autor skoku na Bank 

Światowy, to wasz brat Gideon? 

background image

- Tak, oni go kontrolują. Oboje z Violet uważamy, 

że skok zorganizowali po to, żeby mieć pieniądze na 

poszukiwanie Marka i Faith. 

- Gretchen na pewno nie dostaną. - Kurt zacisnął 

wolną dłoń na jej splecionych rękach i ucieszył się, 

że go nie odtrąciła. - Powiedz, kotku, czy imię Grace 

brzmi znajomo? 

- Chyba nie. Zresztą nie wiem. Musiałabym się 

skupić, a nie mogę. Tyle myśli kłębi mi się w głowie... 

- Czy utracie pamięci można jakoś zaradzić? -

spytał Jake'a, który przyglądał im się z uśmiechem na 

twarzy. 

Uśmiech znikł. 

- Nie mam pojęcia. Muszę porozmawiać z jakimś 

znawcą tematu. Żona mojego adopcyjnego brata Zacha 

jest lekarzem psychiatrą i specjalizuje się w hipnozie. 

Może ona będzie wiedziała, w jaki sposób pozbawiono 

nas wspomnień z dzieciństwa. Podejrzewam, że ktoś 

musiał posłużyć się hipnozą. 

- Grzebanie w umyśle ludzkim, kiedy nie wiado­

mo, czego się szuka, może być bardziej niebezpieczne 

niż pożyteczne - zauważył Kurt. Nie zamierzał pozwo­

lić, aby ktokolwiek zniszczył fantastyczny umysł Gre­

tchen. 

Jake doskonale rozumiał, o co mu chodzi. 
- Nie dam nikomu jej skrzywdzić - obiecał, po 

czym spojrzał na siostrę. - Wydaje mi się, że pamiętasz 

odrobinę więcej niż ja. Moje wspomnienia są... bo ja 

wiem? Strasznie mętne. Jak luźne, niepowiązane ze so­

bą fragmenty snów. 

background image

- Moje też. Mam wrażenie, że przeszłość znajduje 

się za mocno zaparowaną szybą. Raz na jakiś czas po­

jedyncza kropla spływa, na moment odsłaniając widok, 

a potem szyba znów zachodzi mgłą. 

- Założę się, że nasze rodzeństwo gnębią podobne 

kłopoty z pamięcią. 

Gretchen pokręciła z niedowierzaniem głową. 

- I pomyśleć tylko, że mam trzech braci, siostrę i ma­

mę - szepnęła, nie potrafiąc opanować wzruszenia. 

- Zatem następne zadanie to odnalezienie trojga 

pozostałych dzieci? - spytał Kurt. 

- Tak, zanim wpadną w ręce Grimble'a i jego sze­

fa Willarda Crofta - dodał Jake. 

- Powiedz, co mam zrobić - poprosił Kurt, odru­

chowo przechodząc na „ty". 

Jake przyjrzał mu się z namysłem. 

- Pilnuj, żeby mojej siostrze nic się nie stało. Na 

razie to wystarczy. Jutro lub pojutrze postaram się 

skontaktować ze znajomym z FBI. 

- W porządku. - Kurt wskazał głową na sąsiedni 

stolik. - To twoi ochroniarze? 

- Owszem - przyznał Jake. - Bystry jesteś. Jeśli 

będziesz potrzebował pomocy, zawsze możesz na mnie 

liczyć. 

- Dzięki. 
Mężczyźni wymienili numery telefonów komórko­

wych, po czym Jake wręczył Kurtowi nieduży kartonik 

zawierający jedynie ciąg cyfr. 

- Jeżeli cokolwiek mi się stanie, dzwoń .pod ten 

numer i proś Lennoksa. On wam pomoże. 

background image

- Lennox - powtórzył Kurt. 

- Ale nic się nie stanie, prawda? - Z oczu Gretchen 

wyzierał strach. - Prawda? 

Kurt pogładził ją uspokajająco po ramieniu. 

- Na pewno nie. Odnajdziemy twoje rodzeństwo, 

a Grimble'a i jego kumpli wsadzimy za kratki. 

Ponad jej głową napotkał wzrok Jake'a. Obaj wie­

dzieli, że czeka ich trudne zadanie. Wróg całymi latami 

planował swoją strategię. Może uderzyć w każdej 

chwili. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Obejmując Gretchen w talii, odprowadził ją z po­

wrotem do pokoju. Była tak oszołomiona informacjami 

od brata, że nawet nie protestowała. Wiedziała, że po­

winna wciąż być zła na Kurta, ale nie miała dość siły 

i energii na złoszczenie się. Wszystkie jej myśli krą­

żyły wokół niesamowitego odkrycia, że nie jest sama 

na świecie: ma młodsze rodzeństwo, matkę, która pra­

gnie się z nią spotkać, oraz brata bliźniaka. 

Kiedy dotarli na górę, Kurt wyjął z jej ręki klucz, 

bez słowa otworzył drzwi, po czym wszedł do środka 

i włączył światło. Zajrzał do łazienki, potem do szafy. 

Gretchen wytrzeszczyła oczy. 

- Sprawdzasz, czy nie ma tu jakichś zbirów? - Nie 

była pewna, jakie określenie najbardziej pasuje do 

Grimble'a i jego wspólników, ale nie chciała sobie za­

przątać głowy szukaniem właściwych słów. 

- Mhm. - Mruknąwszy coś pod nosem, Kurt stanął 

u jej boku. 

- Nie jesteś gorylem. Jesteś prywatnym detekty­

wem. 

- W tej chwili jestem twoim ochroniarzem - po­

wiedział cicho, z naciskiem na słowie „twoim". Poło­

żył ręce na jej ramionach. Miała wrażenie, że wyczuwa 

background image

w nich napięcie. - I w trosce o twoje zdrowie dora­

dzam ci gorącą kąpiel oraz masaż. 

- Od zdrowia są lekarze. Ochroniarze zaś od za­

pewniania bezpieczeństwa. 

Puścił to mimo uszu. Delikatnie zsunął Gretchen 

z ramion żakiet, rzucił go na oparcie fotela, następnie 

przystąpił do zdejmowania jej bluzki. Rozpiął pierwszy 

guzik pod szyją, drugi... 

- Sama mogę to zrobić - sprzeciwiła się, ale bez 

przekonania w głosie. 

- Wiem. Chcę ci tylko pomóc. 

Uniosła ręce i zacisnęła je wokół jego nadgarstków, 

najwyraźniej zamierzając go powstrzymać, ale chyba 

nie miała siły się sprzeciwiać, bo po chwili opuściła 

ręce. Stała uległa, pozwalając, aby ją rozebrał. Bluzka 

wylądowała koło żakietu, spódnica osunęła się na pod­

łogę. 

Miała na sobie majtki, stanik i rajstopy, które Kurt 

wolno zsuwał jej z bioder. Przytrzymała się jego gło­

wy, żeby nie stracić równowagi. 

- Kurt? 

- Ciii. - Rzucił rajstopy na rosnący na fotelu stos 

ubrań i wstał z kolan. - Jutro będzie mnóstwo -czasu 

na rozmowę. 

Zgarnął ją w ramiona. Oparła policzek o jego klatkę 

piersiową i zamknęła oczy. 

- Rozbierz mnie - szepnął, przysuwając jej dłoń 

do kołnierzyka koszuli. 

Znieruchomiała. Wiedziała, o co Kurt prosi; wie­

działa też, że musi podjąć decyzję. Mogła go odesłać 

background image

do stu diabłów albo poddać się pragnieniom i uczu­

ciom, które tkwią w nich obojgu, mimo że Kurt nie 

chce ich zaakceptować. Nagle zdała sobie sprawę z te­

go, jaki jest spięty. Stał jak posąg, bez ruchu, ale we­

wnątrz drżał z niepewności. I, o dziwo, właśnie to ją 

przekonało. 

Może nie chciał się przyznać, że jej potrzebuje? Ja­

kaś kobieta bardzo go skrzywdziła. Gretchen nie znała 

szczegółów, lecz to nie miało znaczenia. Wiedziała, że 

jeżeli tylko Kurt jej zaufa, ona wyleczy jego rany. Musi 

jedynie uzbroić się w cierpliwość. 

I nie przestawać go kochać. 
Posłusznie zaczęła rozpinać guziki koszuli. Już po 

chwili gładziła ciemny zarost na jego piersi. Kurt wes­

tchnął z ulgą, kiedy rozpięła pasek u spodni i pociąg­

nęła w dół zamek błyskawiczny. Koszula, spodnie 

i kalesonki trafiły na piętrzący się stos. 

Był podniecony; odchyliwszy głowę, westchnął, po 

czym przysunął biodra do bioder Gretchen. Nagle jed­

nak się opamiętał. 

- Jesteś zmęczona - szepnął. - Najpierw kąpiel, 

potem łóżko. 

Ściągnął skarpety, następnie zaprowadził Gretchen 

do łazienki; tam rozebrał ją do reszty. Odkręcił wodę. 

Kiedy nabrała odpowiedniej temperatury, zapraszają­

cym gestem wskazał kabinę prysznicową. Gretchen po­

śpiesznie chwyciła z półki klamerkę i upięła włosy 

w prowizoryczny kok. 

Kiedy zobaczyła, że Kurt zamierza pozostać na 

zewnątrz, złapała go za nadgarstek. 

background image

- Chodź - szepnęła zachęcająco. 

Zawahał się. 
- To chyba nie najlepszy pomysł. Nie potrzebu­

jesz... 

- Potrzebuję ciebie, a ty mnie. 

Bez słowa wszedł do kabiny i zasunął drzwi. Po­

prawił strumień wody, tak by omywał plecy Gretchen, 

po czym obrócił ją tyłem do siebie i zaczął masować 

jej ramiona. 

- Mmm, cudownie - zamruczała. 

Uciskał je, klepał, ugniatał. Po paru minutach ucisk 

zelżał; ręce Kurta pracowały coraz łagodniej. Gretchen 

zaczęła kusząco poruszać biodrami; jej pośladki ocie­

rały się o jego brzuch. 

- Co robisz, diablico? - spytał ochrypłym głosem. 

- Pal sześć łóżko! 

Obrócił ją twarzą do siebie i przywarł do niej tak 

mocno, że poczuła za sobą ścianę kabiny. 

- Unieś kolano. 
Po chwili był w środku. Przytrzymując ją za biodra, 

podsadził ją wyżej. Oplotła go ciasno nogami. Raz po 

raz przeszywał ją dreszcz rozkoszy. Kochali się w cie­

płych strugach wody, dopóki orgazm nie wstrząsnął 

najpierw nią, potem nim. Gretchen opuściła nogi. Przez 

dobrą minutę stali przytuleni, dysząc ciężko. 

Kurt skierował strumień wody nieco w bok i pośpie­

sznie namydlił ciało Gretchen. Następnie spłukał pianę 

i namydlił siebie. Otworzywszy drzwi kabiny, zdjął 

z wieszaka puszysty ręcznik kąpielowy, wytarł oboje, po 

czym wziął Gretchen na ręce i zaniósł do łóżka. 

background image

Wsunęła się pod chłodną pościel i ucieszyła, wi­

dząc, że Kurt zamierza się do niej przyłączyć. Wpraw­

dzie wciąż nie wiedziała, na czym stoją, jeśli chodzi 

o miłość i plany na przyszłość, ale na razie o tym nie 

myślała. Zupełnie co innego zaprzątało jej głowę. 

Już zasypiała, kiedy nagle przypomniała sobie, że 

znów nie użyli żadnego zabezpieczenia. Ale była zbyt 

senna i zmęczona, by zastanawiać się, czy coś się za 

tym przypadkiem nie kryje. 

Obudził się w środku nocy. Strasznie chciało mu 

się pić. Wstał z łóżka, nie budząc Gretchen. Przeszedł 

do łazienki, wypił szklankę wody, po czym wrócił po 

ciemku do pokoju. Oczy zdołały przyzwyczaić mu 

się do mroku; rozróżniał kontury. Zobaczył, że 

w czasie jego krótkiej nieobecności Gretchen przewró­

ciła się na wznak. Leżała niemal całkiem odkryta, 

z jedną ręką wyrzuconą w bok, drugą spoczywającą 

na piersiach. 

Nie potrafił oprzeć się pokusie. Sam widok zgrab­

nej, szczupłej sylwetki rozpalił w nim pożądanie. 

Delikatnie rozsunął jej uda. 

- Mmm - zamruczała sennie. 

Nie otwierając oczu, wyciągnęła ręce i objęła Kurta 

za szyję. Wstrząsnął nim dreszcz podniecenia. 

Z lekkim zażenowaniem przypomniał sobie popis, 

jaki kilka godzin temu dał w łazience. Nie, tym razem 

nie będzie się spieszył. Tym razem będą się kochać 

powoli, leniwie, rozkoszując się każdą chwilą. 

Spokojnym ruchom bioder towarzyszyły delikatne 

background image

pieszczoty, słodkie pocałunki. Po paru minutach od­

dechy obojga stały się szybsze, jęki głośniejsze, ruchy 

bardziej energiczne. 

Nagle Kurtowi przyszła do głowy pewna myśl, na 

tyle ważna, że znieruchomiał. Gretchen popatrzyła na 

niego zdziwiona. 

- Co ci jest? 

Potrząsnął głową. 

- Nie, nic - odparł. - Po prostu nie mam na sobie 

prezerwatywy. 

- Wiem - oznajmiła głosem nie zdradzającym 

emocji. 

- I nie zamierzam wkładać - dodał. 

Jej oczy zrobiły się okrągłe. 

- To dobrze. 

Podparłszy się na łokciach, ujął w dłonie jej twarz. 

Długo i namiętnie całował ją w usta. 

- Oj, bo się duszę! - zawołała, uwalniając się. 

Parsknął śmiechem. 
- Poproszę jeszcze - szepnęła, zaczerpnąwszy 

tchu. 

Od śmiechu rozbolał go brzuch. Gretchen zamru­

czała cichutko. Boże, jeszcze nigdy nie był taki szczę­

śliwy! 

- Kocham cię - rzekł, patrząc jej głęboko w oczy. 

Kiedy dotarł do niej sens jego słów, z wrażenia za­

niemówiła. 

- Co... co takiego? 

- Kocham cię - powtórzył. - Chyba jestem naj­

większym głupcem na świecie, że wcześniej... 

background image

- Oj, jesteś! - przerwała mu. 

Ponownie przywarł ustami do jej ust. Objęła go 

z całej siły. 

- Powiedz mi jeszcze raz - poprosiła, kiedy wre­

szcie uniósł głowę. 

- Kocham cię, Gretchen. Kocham nad życie. - A po 

chwili nieśmiało spytał: - A czy ty... czy...? 

- Oj, głuptasie, przecież wiesz, że tak - odparła 

z lekką pretensją w głosie. - Nie przestaje się kochać 

tylko dlatego, że jest się na kogoś złym. Kocham cię 

do szaleństwa. 

Zamknął oczy i wzdychając z ulgą, przytknął czoło 

do jej czoła. 

- Bałem się, że cię straciłem. 

- Nigdy nie przestanę cię kochać. 

- Przepraszam. Za to, że wtedy tak zareagowałem. 

Po prostu pogodziłem się z myślą, że resztę życia spę­

dzę sam. Nie spodziewałem się, że na swojej drodze 

spotkam anioła. Strach przed kolejnym rozczarowa­

niem odebrał mi rozum. 

- Rozumiem. Ale teraz już wszystko dobrze. - Po­

gładziła go delikatnie po szyi. 

Wrócił do przerwanych pieszczot, do przerwanego 

tańca miłości. Każdym ruchem bioder, każdym poca­

łunkiem i każdym spojrzeniem mówił jej, jak bardzo 

ją kocha. 

Takiego orgazmu jeszcze nigdy nie przeżył. Z całej 

siły tuliła go do siebie, raz po raz wstrząsana dreszczem 

rozkoszy. Po paru minutach - uprzytomniwszy sobie, 

że jest ciężki, a Gretchen taka szczupła i krucha -

background image

sturlał się obok na łóżko, zgarnął ją w ramiona i po­

całował czule w skroń. Wkrótce oboje-zasnęli. 

Rano wzięli wspólnie prysznic, po czym zamówili 

śniadanie do pokoju. Jedząc, Kurt nie spuszczał oczu 

z Gretchen. Po prostu promieniała szczęściem. Patrząc 

na nią, od razu można było poznać, że noc spędziła 

na rozkoszach, czerpiąc z nich ogromną satysfakcję fi­

zyczną i psychiczną. Na samą myśl o tym, co było, 

poczuł rosnące podniecenie. Czym prędzej wziął się 

w garść. 

Zjadłszy grzankę, udał się do siebie po czyste ubranie. 

Wkrótce później Gretchen wybrała się na uniwersytet. 

Zamierzał dołączyć do niej mniej więcej za godzinę. 

Najpierw jednak chciał sprawdzić, czy Grimble na­

dal przebywa w Londynie. Postanowił pojechać ta­

ksówką do mieszkania, w którym się z nim spotkał, 

i zobaczyć, czy go zastanie. 

Szedł przez hol w kierunku wyjścia, kiedy kątem 

oka spostrzegł profil siedzącego w fotelu siwowłosego 

mężczyzny. Wydał mu się znajomy. Skręciwszy szybko 

za filar, ruszył wzdłuż szpaleru egzotycznie wygląda­

jących drzew o długich liściach. Zatrzymał się, kiedy 

od mężczyzny w fotelu dzieliły go ze dwa metry. 

Ukryty za roślinnością, znalazł prześwit między ga­

łęziami. Ponownie spojrzał na siedzącego w holu męż­

czyznę. Krew mu zastygła. Tak, to Grimble! 

Rozmawiał przez telefon, a on, Kurt, słyszał każde 

jego słowo. I z każdą sekundą ogarniało go coraz wię­

ksze przerażenie. 

background image

- Przed chwilą opuściła hotel, wsiadła do taksówki 

i ruszyła w kierunku uniwersytetu... Skąd wiem? Bo 

nigdzie więcej nie chadza. To skrzyżowanie mola 

książkowego ze starą panną. - Jego głos ociekał po­

gardą. Na moment zaległa cisza. - W porządku. Czyli 

jak ją schwytasz, jedź w umówione miejsce. 

Kurt z trudem zmusił się do zachowania spokoju. 

Ukryty za drzewami nerwowo zastanawiał się, co może 

zrobić. Mógł zacisnąć ręce na szyi łajdaka i kazać mu 

wyjawić, dokąd zamierzają przewieźć Gretchen. Ale 

to było zbyt ryzykowne. Co jeżeli Grimble nie zechce 

mówić? Albo jeżeli Kurt dotrze na miejsce, a tam oka­

że się, że wspólnik Grimble'a przewiózł Gretchen 

gdzie indziej? Nie, za wszelką cenę musi zapobiec po­

rwaniu! 

Powziąwszy decyzję, wycofał się tą samą drogą, 

którą przyszedł. Jeżeli Gretchen dopiero przed chwilą 

opuściła hotel, może uda mu się dotrzeć przed nią na 

uniwersytet. Postara się nie dopuścić do porwania. 

Kierując się do wyjścia, pośpiesznie zadzwonił do 

Jake'a. Na zewnątrz zaczął energicznie wymachiwać 

ręką, żeby zwrócić na siebie uwagę przejeżdżających 

taksówek. Na szczęście jedna zatrzymała się prawie 

natychmiast. Podał kierowcy adres uniwersytetu, bła­

gając go, aby jechał jak najkrótszą i najszybszą drogą, 

po czym zajął miejsce na tylnym siedzeniu. Po chwili 

usłyszał w słuchawce nagrany głos Jake'a proszący 

o pozostawienie wiadomości. 

- Jasna cholera! - mruknął pod nosem, nie przej­

mując się, że to również nagra się na sekretarkę. - Jake, 

background image

jadę na uniwersytet. Podsłuchałem, jak Grimble roz­

mawia z kimś, kto czeka tam na Gretchen. Zamierzają 

ją porwać. - Na moment zamilkł, starając się uspokoić. 

- Prędzej sam zginę, niż pozwolę komukolwiek ją 

skrzywdzić - oznajmił cicho. - Przyjedź, jeśli możesz. 

Rozłączywszy się, schował komórkę do kieszeni. 

Kierowca gnał na złamanie karku, co rusz zmieniając 

pasy i przyśpieszając na pomarańczowym świetle. Kie­

dy dojechali na miejsce, Kurt zapłacił, po czym ruszył 

za trzema studentkami, które szły w stronę głównej 

bramy. 

Parę metrów dalej przy krawężniku zatrzymała się 

taksówka. Nagle jakiś mężczyzna, którego wcześniej 

Kurt nie zauważył, szybkim krokiem ruszył w jej kie­

runku. Miał na sobie dżinsy i sportową bluzę, ale był 

wyraźnie starszy od reszty studentów. Drzwi taksówki 

otworzyły się. Najpierw wysunęły się szczupłe, zgrab­

ne nogi w wygodnych butach na płaskim obcasie, a po 

chwili ukazała się sylwetka Gretchen. 

Mężczyzna w dżinsach puścił się biegiem. Kurt 

również. Wyminął studentki. I wtem usłyszał, jak bieg­

nący przed nim facet krzyczy: 

- Spij dziecinko już. Siwe oczka zmruż. Czasem 

mama zakłada koronę, lecz to tata zasiada na tronie. 

Cóż to, do diabła? Kołysanka? Skupiony na męż­

czyźnie, na tym, by go dopaść, zanim on dopadnie 

Gretchen, w ostatniej chwili spostrzegł, że z Gretchen 

dzieje się coś dziwnego. Z wyrazem oszołomienia na 

twarzy odwróciła się w stronę, z której dochodził głos, 

wykonała krok, po czym osunęła się na ziemię. 

background image

- Gretchen! - ryknął Kurt. 

Mężczyzna w dżinsach obejrzał się przez ramię. 

Dopiero teraz zobaczył, że ktoś go goni. Odległość 

między nimi zmniejszała się, ale nie dość szybko. Facet 

pierwszy dobiegł do Gretchen i mówiąc coś do niej, 

podciągnął ją do pionu. Przez moment stała wyraźnie 

oszołomiona, z trudem utrzymując się na nogach, po 

czym kolana się pod nią ugięły. Facet ponownie obej­

rzał się za siebie. Nie tracąc czasu, chwycił Gretchen 

pod pachy i usiłował podnieść. 

Musiała się zorientować, że coś jest nie tak, bo za­

częła protestować. Krzyczała, wyrywała się, odpychała 

próbujące ją unieść ręce. 

Kurt był tuż-tuż; jeszcze sekunda, a dopadnie tego 

drania. Niestety, facet zerknął przez ramię i widząc nie­

pohamowaną furię na twarzy Kurta, przeraził się. Pu­

ścił Gretchen i rzucił się do ucieczki. 

Kurt poczuł się rozdarty. Gretchen klęczała, pod­

pierając się na rękach. Ruszył do niej, potem się za­

wahał. 

- Leć! Łap go! - krzyknęła. 

Ta chwila wahania drogo go kosztowała. Facet 

w dżinsach dobiegł do niedużego samochodu po dru­

giej stronie ulicy. Widocznie kierowca obserwował całe 

zajście, bo zwolnił na moment, by jego wspólnik mógł 

wskoczyć do środka, po czym natychmiast dał nogę 

na gaz. Samochód z piskiem opon skręcił w najbliższą 

przecznicę. 

Kurt, zdyszany, zatrzymał się przy krawężniku. Kie­

dy obejrzał się za siebie, zobaczył, że Gretchen otacza 

background image

tłum studentów. W jego głowie od razu rozległ się 

dzwonek alarmowy. Przecież w tłumie może być ko­

lejny wróg. 

Pognał z powrotem. Jakaś dziewczyna pomogła 

Gretchen dźwignąć się z ziemi; jej towarzysz sięgnął 

po leżącą na chodniku torebkę. 

- Nic ci nie jest? - spytał z zatroskaniem Kurt, uj­

mując Gretchen pod łokieć. - Bardzo państwu dzię­

kujemy - dodał, spoglądając na studentów. 

- Chyba... chyba nic - odparła. Była blada jak 

kreda. 

Podjechała taksówka, ta sama, która przywiozła 

Gretchen na uniwersytet. Kierowca opuścił szybę. 

- Widziałem w lusterku całe zajście! - krzyknął. 

- Czy mam wezwać policję? 

- Nie, dziękuję - powiedział Kurt. - Wątpię, żeby 

złapali tego drania. 

- Chciał jej ukraść torebkę - wtrącił stojący obok 

student. 

Kurt wziął Gretchen na ręce i przeniósł do taksówki. 

- Byłbym wdzięczny, gdyby odwiózł nas pan z po­

wrotem do hotelu. 

Nawet dobrze, uznał, że świadkowie zajścia myślą, 

że chodzi o próbę kradzieży. Wyobraził sobie reakcję 

policjantów, gdyby zaczął im tłumaczyć, co tak napra­

wdę się stało. Z doświadczenia wiedział, że im dziw­

niejszą wersję zdarzeń ktoś przedstawia, tym większy 

w policjantach narasta sceptycyzm. 

Akurat taksówka włączyła się do ruchu, kiedy za­

dzwonił telefon. Kurt wyciągnął komórkę z kieszeni. 

background image

- Kurt? Jesteś z Gretchen? - spytał Jake. 

- Tak. Ale mało brakowało. 

Coś w jego głosie musiało zaniepokoić Jake'a. 

- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? 

- Tak, mną się nie przejmuj. - Kurt wziął głęboki 

oddech. Ręce wciąż mu drżały. - Słuchaj, musimy 

Gretchen umieścić w bezpiecznym miejscu. Gdzieś, 

gdzie jej nie znajdą. 

- Masz rację. - Jake również nie potrafił ukryć 

zdenerwowania. - Spotkamy się w hotelu. Coś wy­

kombinujemy. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Jake rozłączył się i opadł na łóżko. Cholera! Nie 

mógł sobie darować własnej bezmyślności. Taki był 

ostrożny, taki przewidujący! Natychmiast po porwaniu 

Zacha wynajął dla siebie najlepszych ochroniarzy, któ­

rzy strzegli go na każdym kroku. Nie pomyślał jednak 

o tym, aby zapewnić ochronę Gretchen. 

Ciągle nie mógł uwierzyć, że roześmiana ciemno­

włosa dziewczynka o imieniu Grace, która jak przez 

mgłę pojawiała mu się w snach, wyrosła na spokojną, 

opanowaną panią profesor wykładającą na Harvardzie. 

Może to wpłynęło na jego niewłaściwą ocenę sytuacji. 

Nigdy więcej nie powtórzy tego błędu. Musi jak naj­

prędzej odnaleźć trójkę młodszego rodzeństwa. 

Dzięki Bogu za Kurta Millera, pomyślał. Z jakim 

zatroskaniem detektyw wpatrywał się wczoraj w Gre­

tchen! Po prostu nie mógł oderwać od niej oczu. Czy 

siostra wie, że facet ją kocha? Na początku, gdy za­

proponował, żeby Kurt przysiadł się do nich do stolika, 

wyczuwał między nimi jakieś napięcie, które jednak 

całkiem znikło, zanim wieczór dobiegł końca. 

Kiedy tak dumał o siostrze, przypomniał sobie, że 

obiecał zadzwonić do Yiolet, jak tylko skontaktuje się 

background image

z Grace. Wyjąwszy ponownie komórkę, wystukał ciąg 

cyfr. 

- Halo? 

- Violet? 

„Mamo" zwracał się do swojej adopcyjnej matki; 

nie potrafił się przemóc, aby w ten sam sposób zwracać 

się do matki biologicznej, którą tak przecież nazywał 

w dzieciństwie. Czy kiedykolwiek znów będzie w sta­

nie tak do niej mówić? Nie wiedział, chociaż miał świa­

domość, że dystans, jaki panuje między nimi, sprawia 

jej przykrość. Było mu z tego powodu głupio, ale na 

razie nic na to nie mógł poradzić. Jednej rzeczy był 

pewien: wtedy w Waszyngtonie, kiedy przyznał, że 

czasem widuje ją w snach, zobaczył autentyczną ra­

dość w jej oczach. Zrozumiał, że nie może pozbawić 

jej miejsca w swoim życiu. Może słowo „mamo" nie 

przejdzie mu przez gardło, ale ta kobieta, która wydała 

go na świat, na trwale zagości w jego sercu. Już zresztą 

to się stało. 

Trudno mu było wyobrazić sobie straszliwy wybór, 

jakiego musiała dokonać. Po tym, jak znalazła zamor­

dowanego męża, postanowiła oddać ukochane dzieci, 

aby uchronić je przed identycznym - lub jeszcze gor­

szym - losem. 

- Jake! - zawołała podniecona. - Skąd dzwonisz? 
- Z Londynu. Odnalazłem Grace. 

Na drugim końcu linii zapanowała cisza. 

- Co... czy... jak ona się miewa? - Mówiła przez 

nos, jakby ledwo powstrzymywała łzy. 

- Teraz już dobrze - odparł. - Ale dziś rano omal 

background image

nie została porwana. Mogę się założyć, że stoi za tym 

Croft. Grimble, który udawał jej biologicznego ojca, 

próbował ją namówić na spotkanie. Kiedy odmówiła, 

pewnie postanowił zastosować inną metodę. 

- Mój Boże - szepnęła Violet, wyraźnie poruszona. 

- Nazywa się teraz Gretchen. Gretchen Wagner -

powiedział, starając się odwrócić uwagę Violet od po­

rwania. - Wykłada na Harvardzie. Kup ostatni numer 

„National Geographic" i przeczytaj artykuł o wykopa­

nych niedawno kamiennych tablicach pokrytych nie­

znanym dotąd pismem. Gretchen zajmuje się rozszy­

frowaniem tego pisma. Znajdziesz tam również kilka 

jej zdjęć. Wiesz - dodał po chwili - miałaś rację. Ist­

nieje między wami ogromne podobieństwo. 

- Jake... czy ona... czy jest szczęśliwa? 

- Hm. - Zamyślił się. - Chyba tak. Uwielbia swoją 

pracę. No i kręci się przy niej facet, prywatny dete­

ktyw, który ma bzika na jej punkcie. To on zapobiegł 

porwaniu. 

- A ona go kocha? 

Przypomniał sobie wyraz twarzy Violet, kiedy opo­

wiadała mu o największej miłości swojego życia -

o jego ojcu Henrym. Nic dziwnego, że pragnęła, by 

jej dzieci były równie szczęśliwe w miłości. 

- Wydaje mi się, że tak - odparł. - W każdym ra­

zie Kurt nie może oderwać od niej oczu. 

- To dobrze. Wiesz, bardzo chciałabym ich poznać. 

Jake zawahał się. 

- O co chodzi? - W głosie Violet zabrzmiał nie­

pokój. 

background image

Jakim cudem, pomyślał Jake, na podstawie trwają­

cej ułamek sekundy ciszy zdołała się zorientować, że 

coś jest nie tak? 

- Muszę ją jak najprędzej umieścić w bezpiecznym 

miejscu. A potem odszukać resztę rodzeństwa. Dziś ra­

no, gdyby nie Kurt, przypuszczalnie stracilibyśmy 

Gretchen. Ja od kwietnia nie ruszam się nigdzie bez 

obstawy, ale zapewnienie całodobowej ochrony każ­

demu oddzielnie byłoby dość niepraktyczne. Dlatego 

uważam, że wszyscy, nie wyłączając ciebie, powinni 

ukryć się razem w jednym starannie wybranym 

miejscu. 

- Masz takie? 

- Jeszcze nie - odrzekł zgodnie z prawdą. 

- Może u ciebie w Teksasie? 

- Odpada. Dziennikarze wciąż się kręcą koło mo­

jego domu. Natychmiast podano by do wiadomości 

publicznej, kto u mnie mieszka. Gdyby nie daj Boże 

odkryto, że jesteśmy rodzeństwem, że trafiliśmy do 

adopcji w wieku kilkunastu lat i że wszyscy posiada­

my wyjątkowe zdolności, od razu pojawiłyby się spe­

kulacje, czy przypadkiem nie jesteśmy dziećmi zro­

dzonymi w wyniku eksperymentu o nazwie Proteusz. 

- Masz rację - przyznała, wzdychając ciężko. 
- Słuchaj, a może nadawałoby się do tego twoje 

ranczo w Kolorado? 

- Nie wchodzi w grę. Jeżeli Croft mnie szuka, prę­

dzej czy później tam dotrze. W dodatku miejsce jest 

tak odosobnione, że łatwo byłoby je otoczyć i odciąć 

wszystkie drogi ucieczki. 

background image

- No dobrze, na pewno coś wykombinuję. A na ra­

zie chciałbym cię prosić, żebyś jeszcze raz opowie­

działa mi, w jaki sposób pozbawiono nas wspomnień 

z dzieciństwa. 

- Niestety, niewiele wiem na ten temat. Pamiętam, 

że podano mi jakieś tabletki odurzające i odseparowa­

no od was. Na szczęście, kiedy odzyskałam przyto­

mność, udało mi się was odszukać. Żadne z was mnie 

nie rozpoznało. Dałam wam po środku nasennym i ko­

lejno przenosiłam was do mojego samochodu. Właśnie 

wtedy... - głos się jej załamał - wtedy postrzelono Gi-

deona. Pojechałam do starego przyjaciela, któremu 

Henry i ja zawsze ufaliśmy. Był to wybitny psycholog, 

specjalista od hipnozy. Nie potrafił odwrócić procesu, 

któremu najwyraźniej zostaliście poddani, ale przynaj­

mniej uspokoił was na tyle, że zaakceptowaliście moją 

pomoc. - Westchnęła. - To wszystko. Nic więcej nie 

umiem ci powiedzieć. Jake... naprawdę po tylu latach 

wciąż nic nie pamiętasz? 

- Czasem w snach pojawiają się obrazy. Ale rzad­

ko. Gretchen mówiła to samo. Że właściwie nie ma 

żadnych wspomnień z dzieciństwa. 

- Pewnie pozostali też nie mają. Wiesz, gazety tyle 

ostatnio pisały o dzieciach mutantach... - Wymówiła 

to słowo z odrazą. - Ciekawe, czy Marka i Faith nic 

nigdy nie tknęło? Czy nie zastanawiają się nad swoją 

przeszłością? 

- Może się zastanawiają. W każdym razie musimy 

ich odszukać. 

- Jak sobie jeszcze coś przypomnę, dam ci znać. 

background image

- Uruchomiłem już pewne kontakty, ale znalezienie 

ludzi, o których praktycznie nic nie wiadomo, może 

długo trwać. 

- Obawiam się, że nie mamy dużo czasu - oznaj­

miła drżącym głosem Violet. - Po tym, do czego zmu­

sili Gideona, widać, że... 

- Potrzebuję więcej danych - przerwał jej Jake. 

Bardziej mówił do siebie niż do niej. - Mój przyjaciel 

ze studiów pracuje w Białym Domu. Pogadam z nim. 

Może będzie w stanie mi pomóc dotrzeć do informacji 

o Meduzie i Proteuszu. 

- Bądź ostrożny, proszę cię. Jeżeli oni, Croft i inni, 

dowiedzą się, że próbujesz coś wywęszyć, możesz 

znaleźć się w niebezpieczeństwie. Znając ich, pewnie 

najpierw spróbują przekabacić cię na swoją stronę, 

zmusić do współpracy, a jeżeli odmówisz, postarają się 

ciebie pozbyć, tak jak pozbyli się Henry'ego. 

- Będę bardzo ostrożny - obiecał Jake. - Ty też 

uważaj na siebie. Jako jedyna osoba spoza grupy, która 

wie o tym, co się stało, stanowisz dla nich poważne 

zagrożenie. 

- Wiem. Przedsięwzięłam wszystkie możliwe środ­

ki ostrożności. Jake... wkrótce musimy się jeszcze raz 

spotkać. Chcę ci.dać coś ważnego. 

- Co? 
- Wolałabym nie mówić o tym przez telefon. 

- Odezwę się, jak tylko wrócę do Stanów - obiecał. 

Spojrzał na zegarek. - Muszę kończyć, bo umówiłem 

się z Gretchen i Kurtem. Mamy odbyć burzę mózgów; 

może uda nam się znaleźć bezpieczne schronienie. 

background image

- Dobrze. - Zawahała się. - Kocham cię, synku. 

Nie daj sobie zrobić krzywdy. 

- Dobrze - szepnął wzruszony. - Do zobaczenia 

wkrótce. 

Spotkali się w pokoju Kurta. 
Z chwilą, kiedy drzwi się za nim zamknęły, Jake 

podbiegł do siostry i ścisnął ją za ręce. Sprawiał wra­

żenie, jakby chciał ją wziąć w ramiona i przytulić z ca­

łej siły, ale nie potrafił zdobyć się na odwagę. Gretchen, 

która wciąż była w szoku, nie zareagowała. 

- Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało - powiedział, 

po czym zerknął na Kurta. - Dziękuję. 

Kurt skinął głową. Podobnie jak Gretchen, nie 

otrząsnął się jeszcze z szoku. 

- Miałem niesamowite szczęście - rzekł. - Zjecha­

łem windą do holu i zobaczyłem Gam... Grimble'a 

- poprawił się. - Przypadkiem podsłuchałem jego roz­

mowę telefoniczną. Kiedy zorientowałem się, że roz­

mawia z człowiekiem, który zamierza porwać Gre­

tchen, czym prędzej pojechałem za nią. 

Kiedy Jake puścił jej ręce, Gretchen pogładziła Kur­

ta po policzku. 

- Zdążyłeś - rzekła cicho. - Tylko to się Uczy. 

- Opowiedzcie, co właściwie się stało - popro­

sił Jake. Nerwowym krokiem zaczął przemierzać 

pokój. 

Kurt zrelacjonował wszystko po kolei, następnie 

Gretchen dodała parę szczegółów. 

- Coś do mnie zawołał. - Zmarszczyła z namysłem 

background image

czoło. - Nie pamiętam co, ale poczułam się... totalnie 

bezwolna. 

- To były słowa kołysanki - wyjaśnił Kurt. 

- Kołysanki? Pamiętam, że powiedział: „Wstań 

i wsiądź do samochodu". 

- Tak, ale wcześniej zacytował słowa kołysanki. 
- Sugestia pohipnotyczna - oświadczył Jake. -

Używali rymowanych wierszyków, żeby nas zaprogra­

mować. - Popatrzył na siostrę. - Każde z nas miało 

inny. Działa to na zasadzie... bo ja wiem? Bodźca czy 

zapalnika. Ilekroć usłyszysz swój wierszyk, będziesz 

posłusznie wykonywała wszystkie ich polecenia. 

- Ona nie wykonała - powiedział Kurt. - To zna­

czy miała taki odruch, jakby rzeczywiście chciała 

wstać, ale po chwili zaczęła się bronić. 

Jake uniósł brwi. 

- To dobry znak. Może działanie wierszyków ustaje 

po pewnym czasie? Szkoda, że nie znamy twojego. 

Łatwiej byłoby poddać cię przeprogramowaniu. 

Kurt wyciągnął z kieszeni kartkę papieru i podał ją 

Jake'owi. 

- Zapisałem. 

Na twarzy Jake'a odmalowała się ulga. 
- Świetnie. Dzięki. 

- Pokaż. - Gretchen wyciągnęła rękę. 
- Nie! - krzyknęli obaj mężczyźni. 

- Jeśli to jest ten bodziec, na który reagujesz, lepiej, 

żebyś go już nigdy nie słyszała ani nawet nie widziała. 

- Może masz rację - przyznała po chwili, patrząc, 

jak Jake składa kartkę i chowa ją do portfela. - To 

background image

przerażające, że ktoś może wypowiedzieć parę słów, 

a człowiek zamienia się w zombi. 

- Ty się nie zamieniłaś - przypomniał jej Kurt. 

Pamiętał strach, który go ogarnął na widok osuwa­

jącej się bezwładnie Gretchen. Przez moment wyda­

wało mu się, że została postrzelona. 

- Nie chciałam robić tego, co mi ten facet kazał 

- rzekła, odtwarzając w myślach scenę przed budyn­

kiem uniwersytetu. - Czułam wewnętrzny opór, ale ja­

kiś głos powtarzał, że powinnam być posłuszna. Do­

piero kiedy zobaczyłam ciebie, znalazłam dość siły, że­

by zaprotestować. Nie byłam w stanie rzucić się do 

ucieczki, ale przynajmniej mogłam się wyrywać, 

walczyć. 

- Na szczęście hipnoza nie działa tak, jak się lu­

dziom wydaje - zauważył Jake. - Nie można zmusić 

człowieka, żeby robił coś wbrew woli. 

- Naprawdę? 

Kurt usiadł na łóżku i przyciągnął Gretchen do sie­

bie. Usiadła mu na kolanach. Po tym, co się wydarzyło, 

nie chciał wypuszczać jej z zasięgu swoich oczu i rąk. 

- Tak - odparł Jake. - Kiedy Gretchen była mała, 

ludzie, którzy dziś usiłują ją dopaść, zahipnotyzowali 

ją i... hm, zaprogramowali. Innymi słowy zaimplan-

towali jej w podświadomości polecenie, aby po usły­

szeniu konkretnych słów wykonywała wszystkie roz­

kazy. Ale się przeliczyli. Gretchen nie spodobał się roz­

kaz, że ma wsiąść do obcego samochodu, więc sprze­

ciwiła się. 

- Dzięki Bogu. - Kurt wtulił twarz w jej włosy. 

background image

- Czy do końca swych dni mam żyć z tym... tym 

implantem? - spytała Gretchen, świdrując brata wzro­

kiem. 

- Nie. Jeżeli Maisy sama nie będzie mogła nam 

pomóc, na pewno poleci innego specjalistę. 

- Mówisz w liczbie mnogiej - zauważył Kurt. -

Ciebie też zaprogramowali? 

- Na sto procent. Kiedy porwali mojego adopto­

wanego brata, recytowali wierszyki, próbując zmusić 

go do posłuszeństwa. 

- Jeżeli całą waszą piątkę poddano hipnozie... -

Kurt zadumał się. - Czyli Grimble i jego wspólnicy 

są przekonani, że mogą z wami robić, co chcą. Że bę­

dziecie tańczyć, jak wam zagrają. 

- Przynajmniej tak sądzili do dziś - wtrąciła Gre­

tchen. - A teraz diabli wiedzą. 

- Przed przyjściem do was rozmawiałem z Vi -

oznajmił Jake. - Jej zdaniem nie pamiętamy dzieciń­

stwa, ponieważ Grimble i spółka zablokowali nasze 

wspomnienia. Myślę, że dobry specjalista zdołałby 

zneutralizować skutki hipnozy, jak również odbloko­

wać nam pamięć. 

Oczy Gretchen rozbłysły nadzieją. 

- Naprawdę sądzisz, że odzyskamy kiedyś pamięć? 

- Oczywiście głowy nie dam, ale wydaje mi się to 

całkiem realne. Teraz jednak mamy inny problem. 

- Jaki? - Kurt poczuł, jak mięśnie mu się napinają. 
- Spokojnie. Tak jak mówiłeś, musimy znaleźć dla 

Gretchen bezpieczne schronienie, dopóki policja nie 

ukróci działań Grimble'a i spółki. Do Gretchen dołą-

background image

czy Violet, a potem kolejno reszta rodzeństwa. Bo li­

czę, że uda mi się trafić na ślad pozostałych. 

- No a ty? - spytała Gretchen. - Przecież ty też 

jesteś zagrożony. 

- Mam ochronę, poza tym współpracuję z FBI. 

Jedno z nas musi być w kontakcie z Biurem, a skoro 

ja już z nimi współpracuję, nie ma sensu narażać ko­

gokolwiek innego. 

- Ale ta sprawa może ciągnąć się latami! - zapro­

testowała. - Nie dasz rady uważać na siebie w każdej 

minucie każdego dnia. 

- Nie mamy wyjścia - oznajmił Jake. Skrzyżował 

ręce na piersi, dając tym samym do zrozumienia, że 

temat swojego bezpieczeństwa uważa za zamknięty. -

Mam nadzieję, że to nie potrwa tak długo, ale ile do­

kładnie, tego nikt nie przewidzi. Dlatego miejsce, 

w którym cię ulokujemy, musi być nie tylko bezpie­

czne, ale wygodne i funkcjonalne. Żebyś mogła tam 

normalnie mieszkać i pracować. 

Popatrzyła na brata wyczekująco. 

- Jeszcze nic nie wymyśliłem - dodał szybko, wi­

dząc jej zaciekawione spojrzenie. - Mój dom w Te­

ksasie jest stale oblężony przez dziennikarzy, a ranczo 

Violet w Kolorado nie nadaje się z całkiem innych po­

wodów. 

- Jakich? - spytał Kurt, rozważając i odrzucając 

różne kryjówki, które przychodziły mu do głowy. 

- Jest położone na uboczu, z dala od miast i mia­

steczek, ale łatwo tam dotrzeć - wyjaśnił Jake. - Jeżeli 

się ma odpowiednio dużo ludzi, bez trudu można je 

background image

otoczyć i odciąć domownikom wszystkie drogi ucie­

czki. 

- No tak, a po skoku na Bank Światowy naszym 

wrogom nie powinno brakować pieniędzy na opłacenie 

armii najemników. 

- Właśnie. 
Zbliżywszy się do okna, Jake odsunął na szerokość 

palca zasłonę i w milczeniu spojrzał na ulicę. 

Przez kilka minut w pokoju panowała cisza. Gre-

tchen oparła głowę na ramieniu Kurta, a on objął ją 

w pasie. Kiedy tak siedział, tuląc ją do siebie, znów 

sobie przypomniał, że o mało jej dziś nie stracił. Po 

plecach przebiegły mu ciarki. Przytulił Gretchen jesz­

cze mocniej. Musi być jakieś miejsce, o którym nikt 

nie wie, a które by się nadawało... 

I nagle doznał olśnienia. 

- Brunhia! - zawołał. 

- Co za Brunhia? 
Jake odwrócił się od okna, Gretchen podniosła 

głowę. 

- To wyspa. - Z każdą sekundą Kurt nabierał coraz 

większej pewności, że wpadł na idealne rozwiązanie. 

- Niemal cała należy do mnie. Od południowego wy­

brzeża Portugalii dzieli ją pięć, sześć kilometrów. Są 

tam dwie małe osady rybackie, i to wszystko. Na miej­

sce można dotrzeć wyłącznie w jeden sposób: wpły­

wając do zatoki. Resztę wybrzeża otaczają podstępne 

mielizny, na których statki grzęzną, albo skały, na któ­

rych się rozbijają. Zresztą do zatoki też można wpłynąć 

tylko podczas przypływu. 

background image

- Można by na tej twojej Brunhii zbudować dom? 

Kurt wyszczerzył w uśmiechu zęby. 

- Nie trzeba. Wuj, po którym odziedziczyłem tę po­

siadłość, zbudował dom przed wielu laty, gdy odkrył 

na wyspie pokłady białego marmuru. Kiedy wydobył 

wszystko, co było do wydobycia, postanowił zostać 

na wyspie. Mieszkał tam aż do śmierci. Dom ma ku­

chnię, salon, sześć sypialni, no i jest całkiem nieźle 

wyposażony. 

- Trzeba zainstalować łącze satelitarne, jakiś po­

rządny system alarmowy, no i Internet, żeby mieć łą­

czność ze światem - rozmyślał na głos Jake. 

- Przede wszystkim trzeba wymienić generator, bo 

stary tego nie wytrzyma - zauważył kwaśno Kurt. 

- To brzmi zbyt pięknie, żeby mogło być prawdzi­

we. - Twarz Jake'a rozpogadzała się, napięcie ustępo­

wało. 

- Daleko tej wyspie do ideału, ale sądzę, że do na­

szych celów w zupełności się nadaje. Jest tylko jeden 

haczyk. Obecnie przebywa tam mój przyjaciel, który 

szuka spokoju i samotności. Nie chcę go prosić, żeby 

wyjechał. 

- Można mu zaufać? 
Kurt zadumał się nad Maksem Strongiem. 

- Tak. Uważam, że można. 
- A nasza obecność, która może potrwać dość dłu­

go, nie będzie mu przeszkadzała? 

Potrząsając głową, Kurt uśmiechnął się do Gretchen. 
- Absolutnie nie. 

background image

Ledwo drzwi zamknęły się za Jakiem, Kurt ujął 

w palce brodę Gretchen i obrócił ją twarzą do siebie, 

po czym przywarł ustami do jej ust. Jednym pocałun­

kiem zdołał wyrazić wszystkie emocje, jakie się w nim 

nagromadziły od czasu incydentu przed uniwersytetem: 

radość, że jest bezpieczna, ulgę, że nie wyrządzono 

jej krzywdy, miłość, pragnienie bycia razem. 

Zacisnęła ręce wokół jego szyi. 

- Kocham cię - szepnęła. - Dziękuję za uratowa­

nie mi życia. 

- Nie ma o czym mówić. Nie zamierzałem pozwo­

lić, żeby ktokolwiek mi ciebie odebrał. 

- Opowiedz mi o Brunhii. 

Położyła głowę na jego ramieniu. 

- Jest piękna, ale odizolowana od świata. Mam na­

dzieję, że nie poczujesz się zbyt samotna. 

- Będziesz tam ze mną? 

Pytanie było z gatunku retorycznych. 

- No pewnie. 
- Myślisz, że mieszka tam jakaś położna? 
- Dlaczego? Czy... Przecież jeszcze za wcześnie. 

Prawda? 

- Prawda - odparła z uśmiechem. - Jeszcze nic 

nie wiem, ale też nic nie wykluczam. Ale to był sam 

środek cyklu, czyli idealna pora na zajście w ciążę. 

- Hura! - zawołał, podświadomie dając wyraz swej 

radości. 

Wbrew temu, co wcześniej sądził, marzył o dziec­

ku, o małej istotce, którą wspólnie powołaliby do 

życia. Myśl o tym, że może Gretchen jest przy na-

background image

dziei, przepełniła go wprost niewyobrażalnym szczę­

ściem. 

- A nawet jeżeli w tej chwili nie jestem w ciąży, 

to jak tak dalej nie będziemy uważać... 

Kurt rozciągnął wargi w uśmiechu. 

- Najbliższy położnik mieszka na stałym lądzie. 

Nie bój się, nie pozostawię cię bez opieki lekarskiej. 

- Mmm - zamruczała z zadowoleniem, ponownie 

opierając głowę na ramieniu ukochanego mężczyzny. 

Pogładził delikatnie jej serdeczny palec. 

- Czegoś mi tu brakuje. Chyba pierścionka. I ob­

rączki. 

- Faktycznie. 

- Czy to znaczy tak? Że zgadzasz się zostać moją 

żoną? 

Roześmiawszy się wesoło, pocałowała go w usta.