background image

Friede Birkner 

 
 
 

Dom szczęśliwie 

zakochanych 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image


 
—  Arrivé,  panie  Kuno,  arrivé!  Usłużny  sługa  o  siwych  włosach 

przeszedł kulejąc przez pusty hall hotelu „Pałac Myśliwski", otworzył 
wielkie drzwi wejściowe i wyjrzał na dziedziniec. 

Mężczyzna  w  średnim  wieku,  do  którego  zwrócono  się:  „panie 

Kuno", uniósł się ziewając z głębokiego, miękkiego fotela, poczekał 
chwilę, aby się zorientować, czy to o niego chodzi. Uznał, że arrivé nie 
dotyczyło  jego.  Chciał  się  właśnie  znów  pogrążyć  w  nie  zakłóconej 
południowej  drzemce,  w  fotelu  bynajmniej  nie  przeznaczonym  dla 
służby hotelowej, kiedy w biurze podniosło się w górę okienko i miły, 
niski kobiecy głos zawołał: 

—  Arrivé  to  po  francusku,  panie  Kuno,  i  oznacza  w  żargonie 

hotelowym,  że  przyjechał  gość,  który  ma  śmiałość  zakłócać  pański 
południowy wypoczynek! 

Rozległ  się  trzask;  okienko  opadło  i  Kuno  przypomniał  sobie, 

aczkolwiek  niechętnie,  że  przed  wiekami  uczył  się  w  szkole 
francuskiego; wprawdzie z mizernym skutkiem, ale zawsze. 

Podniósł  się  więc,  poprawił  krawat  od  garnituru  szefa  recepcji  i 

kierownika sali restauracyjnej, który wyjątkowo dobrze na nim leżał, 
przygładził włosy i z godnością wyszedł wolno naprzeciw gościowi, 
który wysiadał ze starego auta. 

— Popatrz, mój drogi, nowa twarz! A gdzie róg myśliwski, którego 

mam prawo oczekiwać na powitanie w pałacu myśliwskim? 

Był  to  baron  Rudinger,  były  meklemburski  właściciel  ziemski, 

zapalony wielbiciel cesarza, ojczyzny i Berlina, który często i chętnie 

 

background image

wypoczywał  tu  po  trudach  i  kłopotach  związanych  z  zarządzaniem 

dobrami i uciekał  od przykładnego małżeństwa. Oprócz czerwonych 
żyłek na wesołej twarzy (czerwone wino) i chytrych oczek nieustannie 
rozglądających się za przyjemnościami, jako majątek miał tylko nie-
wielkie konto w banku w zachodniej części Niemiec. Z błyszczącymi 
oczyma nazywał je swoją osobistą „West side story". 

— A więc gdzie jest róg  myśliwski, którego należałoby oczekiwać 

przy  tych  dwu  okazałych  jeleniach  z  piaskowca,  tak  wspaniale 
zdobiących po obu stronach schody? 

— Mój panie, odkąd tu jestem... 
— To jest pan baron von Rüdinger — wtrącił się służący Fritz — a 

nie żaden pan. On tego jeszcze nie wie, panie baronie, on jest tu nowy. 

— No więc nawiążemy z tym nowym stosunki dyplomatyczne. Ale 

obstaję przy rogu myśliwskim — baron mrugnął chytrze do Kuna, po 
czym stękając wysiadł z zdezelowanego samochodu. 

—  Wybaczy  pan,  panie  baronie,  ale  odkąd  tu  jestem,  przeszukuję 

gorliwie  cały  dom  w  poszukiwaniu  stylowego  rogu  myśliwskiego, 
jednak nie znalazłem niczego podobnego, nie mówiąc już o tym, że nie 
wiedziałbym,  w  który  koniec  należałoby  zadąć  —  ze  spokojem 
wyjaśnił  Kuno.  Pokłonił  się  przy  tym  i  wziął  od  barona  małą  torbę 
podróżną. 

—  A  więc  musimy  poczekać,  aż  będziemy  mogli  porozmawiać  z 

szefem. Ten z pewnością wie, gdzie jest przechowywany róg.' 

— Niestety panie baronie, szef zniknął! 
—  Tylko  proszę  sobie  nie  stroić  żartów  ze  starego  człowieka,  mój 

panie. W takiej komitywie nie jesteśmy. 

— Żałuję, ale nie mogę nazwać tego innymi słowami; szef po prostu 

zniknął. 

—  Jeśli  o  mnie  chodzi,  nie  przeszkadza  mi  to,  byleby  była  ta 

wspaniała kucharka co w ubiegłym roku. Ona potrafi tak przyrządzić 
udziec barani, że moje stare serce myśliwego zaczyna żywiej bić. 

— Kucharka Berta jeszcze tu jest. 
— A gdzie jest ten o wiele milszy stary Franz, który mnie zazwyczaj 

witał? 

— Franz musiał, niestety, zrezygnować ze służby. Umarł. 
 

background image

— Trudno, bywa i tak. A o jakich nowościach powinienem się jeszcze 

dowiedzieć jako stary bywalec tego domu? 

—  Jeśli  idzie  o  skład  personelu,  to  może  pan  być  całkowicie 

spokojny, panie baronie. 

— Całe szczęście! W każdym razie szef... 
— ... zniknął. 
— Mój panie, proszę sobie zapamiętać, że po pierwsze sam kończę 

własne  zdania,  a  po  drugie  szef  na  pewno  wróci,  skoro  gdzieś 
wyjechał. Chciałem powiedzieć, że szef jest mądry, skoro zatrzymuje u 
siebie  miły,  Stary  personel,  bo  wówczas  człowiek  ma  wrażenie,  że 
przyjechał do rodzinnego domu. Pan to rozumie? 

—  Postaram  się  zrozumieć,  panie  baronie.  Natomiast  w  moim 

poprzednim  miejscu  pracy  zauważyłem,  że  niektórym  panom  wcale 
nie przeszkadzał młody personel żeński. 

Kuno,  wyglądający  od  stóp  do  głów  jak  Butler  von  Scheitel, 

zaprowadził  barona  do  recepcji.  Baron,  potrząsając  głową,  popatrzył 
na niego przez chwilę, potem mruknął: 

— Stary Franz był zdecydowanie bardziej sympatyczny. Szkoda, że 

umarł. Śmierć zawsze zabiera tego niewłaściwego. 

Tymczasem  otworzyło  się  nie  tylko  okienko  recepcji,  ale  także 

szerokie  oszklone  drzwi  i  niezwykle  powabna  sekretarka  wstała  na 
powitanie gościa. 

—  Panie  baronie,  niech  mi  wolno  będzie  serdecznie  pana  powitać. 

Mam nadzieję, że miał pan przyjemną podróż? 

—  No,  nareszcie  znajoma  twarz.  Bardzo  się  cieszę,  moja  droga, 

cieszę  się  niewymownie!  —  Baron  obdarzył  przy  tym  sekretarkę 
filuternym  uśmiechem.  —  Tak,  a  co  do  mojej  podróży,  dziecko,  to 
uważam, że podróżowanie koleją jest znacznie przyjemniejsze, tak jak 
za  czasów  cesarza,  dopóki  Majestat  nie  dostał  bzika  na  punkcie 
benzyny, wyrażając się z całym szacunkiem. No, a mój pokój, dziecko? 

—  Oczywiście,  przygotowany,  panie  baronie!  Ten  sam  co  zawsze. 

Będzie  pan  zadowolony,  ponieważ  balkon  ma  balustradę  i  został 
poszerzony. 

—  Patrzcie,  patrzcie!  Czyżby  szef  w  ostatnim  sezonie  tak  dużo 

zarobił, że nie wie, co robić z pieniędzmi? 

— Konieczna była modernizacja, panie baronie. 
 

background image

— Bogu dzięki, że pani się nie unowocześniła. Jest pani jak zwykle 

pierwsza klasa. A szef... 

— ... zniknął, panie baronie — powiedziała Bella Hirmer skromnie i 

bez szczególnego nacisku. 

— Już wiem o tym! Pan Kuno właśnie mnie poinformował. No a ten 

śmieszny pies, czy jeszcze tu jest? 

—  Oczywiście,  panie  baronie!  Czy  wyobraża  pan  sobie  hotel 

myśliwski  bez  psa?  —  zapytała  Bella  z  czarującym  uśmiechem. 
Wydała się przez to jeszcze ładniejsza. 

— Nie, nie wyobrażam sobie. A gdzie jest to zwierzę? 
—  Panie  baronie,  Laura  stoi  od  dobrej  chwili  za  panem,  merdając 

ogonem — wtrącił Kuno. 

—  Lauro,  stara  suczko,  rzeczywiście  jesteś  jeszcze  ładniejsza!  — 

Baron Rüdinger stękając ale z dobrotliwym uśmiechem pochylił się do 
skomlącej, rozkosznej suczki i głaskał ją pieszczotliwie po grzbiecie. 
— To również dzięki niej człowiek się tu dobrze czuje. Jakich macie 
gości?  Przyjechałem  w  tym  roku  trochę  wcześniej,  gdyż  nie  lubię 
podróżować podczas nieznośnego upału. 

—  Ekipa  do  brydża  jest  zapewniona,  panie  baronie.  Pański  miły 

przyjaciel, pan prokurator, doktor Hermerdinger już tu jest! 

— Nie przepadam tak bardzo za tym paragrafem, ale on potrafi grać 

w brydża, choć szachrować też umie. A kto poza tym? 

— Pani Schlüter z córką także już przyjechała. Wspomnienie o córce 

Schlüterow wywołało u Kuna krótkie, ale 

wymowne zmarszczenie brwi, obyło się jednak bez komentarza. 
— To świetnie, bo ta dama gra wspaniale w brydża. A kto czwarty w 

drużynie? W ubiegłym roku szef często nam pomagał. 

— To prawda, ale szef... 
— Wiem, wiem! Zniknął! Ale kiedyś wróci. A więc kto jest czwarty? 
— Myślałam o pannie von Wiesengrün. 
— Dziewczyno, to ta stara baba z koszyczkiem do robótek ręcznych? 

Beze mnie, proszę! 

— Panna von Wiesengrün pali mocne brazylijskie cygara i świetnie 

gra w brydża. 

— Ach tak, teraz ją sobie przypominam! Czy obie stare panny, mam 

na myśli stare hrabiny, już tu są? 

 

background image

Bella Hirmer zawahała się przez chwilę, a potem powiedziała tylko: 

—  Obie  hrabiny  Beau  de  Marchell  zapowiedziały  się  w  przyszłym 
tygodniu. 

— Beau Marchell? To stara szlachta, która emigrowała tu w czasach 

Fritza,  kiedy  ściągał  on  francuską  szlachtę  do  nas,  do  Prus.  Tak,  a 
następny,  najazd  był  wówczas,  kiedy  ci  zwariowani  Francuzi  robili 
swoją  rewolucję.  No  tak,  to  była  mała  wycieczka  w  historię.  Ale, 
mówiąc szczerze, moje miłe dziecko, te obie damy Beau de Marchell 
nie wyładnieją tylko dlatego, że są hrabinami. Trzeba pani wiedzieć, że 
moje poglądy mają zabarwienie nieco demokratyczne. A więc chętnie 
jeszcze długo poczekam na te damy. A teraz zakończmy tę rozmowę, a 
pan, panie Kuno, niech mnie zaprowadzi do mojego pokoju. 

Skinął Belli głową i skierował się w towarzystwie Laury do schodów 

z  pięknie  rzeźbionymi  poręczami.  Kiedy  Kuno  otworzył  przed  nim 
drzwi do windy, machnął przecząco ręką. 

— Nie, nie pojadę, ta instalacja pochodzi jeszcze z czasów szalonego 

Fritza! W ubiegłym roku wisiałem w niej całe pół godziny. Wolę iść na 
piechotę, to mi wyjdzie tylko na zdrowie. Chodź ze mną, suczko, dla 
ciebie chodzenie jest także zdrowe, bo inaczej będziesz miała brzuch 
jak ja. 

A więc Kuno poprowadził uroczyście barona, niosąc torbę podróżną 

to w jednej, to w drugiej ręce. Bella, która stała chwilę pod drzwiami, 
zniknęła w swoim biurze i wkrótce rozległo się stukanie maszyny do 
pisania. 

A szef się nie pojawił. 
Baron Rüdinger z radością wszedł do pokoju, do którego przywykł, i 

wkrótce  wszystko  urządził  sobie  tak,  jak  chciał  mieć  na  czas  tych 
pięciu  tygodni,  które  zamierzał  spędzić  w  „Hotelu  Myśliwskim".  Z 
pewną nieufnością wszedł na poszerzony balkon; stwierdził z uśmie-
chem,  że  teraz  można  się  tu  było  wyciągnąć  na  wspaniałym  leżaku. 
Popatrzył  na  bujny  ogród,  który  niczym  park  rozciągał  się  przed 
domem,  wyjrzał  na  taras,  który  znajdował  się  pod  nim,  i  odkrył 
najpierw  dwie  zadziwiająco  szczupłe  nogi  w  eleganckich  bucikach. 
Wychylił  się  jeszcze  bardziej  i  ujrzał  piękną,  jasną,  letnią  suknię, 
następnie  głowę  w  ciemnych  lokach  i  wreszcie  szaro-brązowego 
pekińczyka siedzącego na kolanach damy. 

 

background image

—  Popatrz,  Lauro!  Jak  ci  się  to  podoba?  —  Laurze  w  odpowiedzi 

zjeżył się lekko włos na grzbiecie. — Aha! Wróg numer jeden? — Na 
co Laura odpowiedziała w taki sam sposób. Ale nogi były niewątpliwie 
ładne. Dla zadowolonego starszego pana najbardziej interesujące było 
jednak to, że Kuno z dużego okna jadalni również obserwował ładne 
nogi, co zdaniem barona było nie na miejscu. 

** * 
— Nie potrafię sobie wytłumaczyć, mamo, czemu tego lata wprost na 

siłę mnie tu ściągnęłaś, podczas gdy w ubiegłych sezonach czułaś się 
beze  mnie  doskonale.  Do  tego,  ku  mojej  wściekłości,  musiałam  tu 
wieźć  w  tym  śmiesznym,  wykonanym  na  zamówienie  koszyku  tego 
rozpieszczonego  psa,  tę  bestię  Tai-tai.  Chciałabym  ci  przy  okazji 
powiedzieć,  że  już  samo  imię  naszego  słodkiego  bydlaka  jest 
nielogiczne. 

— Twój ukochany papa, którego ja również kocham, nie lubi, jak się 

pyta „czemu", a więc zapytam: dlaczego to imię jest nielogiczne? 

—  Ta-tai  jest  słowem  japońskim  i  oznacza  szczególnie  słodko 

pachnące  mydło  toaletowe,  które  ofiarowuje  się  zapakowane  w  luk-
susowy  papier,  a  na  opakowaniu  widnieje  piękna,  zachwycająca 
gejsza.  Pekińczyki  natomiast  pochodzą  z  Pekinu,  gdzie  kiedyś  tylko 
cesarzom  wolno było posiadać te delikatne psy pałacowe.  A teraz to 
stworzenie leży od godziny na moich kolanach, liże sobie bez przerwy 
łapy i doprowadza mnie powoli do wściekłości. 

— Jak możesz tak brzydko mówić do mnie i do Tai-tai, moje dziecko! 
— Mamo, twoje brzydko mówiące dziecko ma już dwadzieścia dwa 

lata i niebawem obroni pracę doktorską. 

— To wspaniale, moja droga! Cieszę się, że mam taką mądrą córkę. 
— Ale w główną część rozumu na twardą drogę życiową wyposażył 

mnie niewątpliwie papa. 

— Czemu twardą? 
—  Dlaczego!  Przecież  wiesz,  że  papa  nie  znosi  słowa  „czemu".  A 

więc  twardą,  ponieważ  po  pierwsze,  muszę  przebywać  tu,  w  tym 
ziejącym nudą hotelu, po drugie, ponieważ kort tenisowy znajduje się 
w stanie 

 

background image

urągającym godności człowieka, po trzecie, ponieważ tu spotykają się 

najbardziej  nieciekawi  ludzie  świata,  po  czwarte,  ponieważ  twoje 
ukochane bydlę wciąż liże sobie łapy. Czy wystarczą ci te argumenty? 
A poza tym nie otrzymałam jeszcze odpowiedzi na pytanie, dlaczego 
mnie tu na siłę ściągnęłaś? 

— Dlatego, że twoja kochana matka w ubiegłym roku nie miała przy 

sobie nikogo, komu mogłaby się zwierzać ze swojej złości na nędznych 
brydżystów! A poza tym mój wypoczynek jest znacznie lepszy, kiedy 
ty  wieczorem  przed  snem  siadasz  na  kwadransik  przy  moim  łóżku  i 
trochę ze mną gawędzisz. 

—  Szkoda,  że  do  tych  pogawędek  nie  urodziłaś  sobie  pół  tuzina 

dzieci. 

—  Zwariowałaś?  Wyobrażasz  sobie,  jak  bym  wyglądała,  gdybym 

urodziła twemu ojcu pół tuzina dzieci? 

— Nie wszystkie musiałyby być ojca — padła wesoła odpowiedź. — 

Ale wszystko zostanie ci wybaczone, albowiem  mam nadzieję, że w 
twoim  nudnym  i  śmiesznym  hotelu  zaczyna  się  dziać  coś  inte-
resującego. 

— Niemożliwe! Naprawdę? Pani Schlüter pochyliła się do przodu w 

swoim leżaku. — Opowiadaj! Jestem szalenie ciekawa! 

— Kochanie, nie przesadzaj! Sprawy nie zaszły jeszcze tak daleko, 

abym  mogła  powiedzieć  coś  konkretnego.  To  się  dopiero  zaczyna, 
mamo, ale wystarczy, aby nastroić mnie przyjemniej. 

— Jak to? To znaczy, co się zaczyna? 
— Albo katastrofa, albo przestępstwo, albo oszustwo, albo to tylko 

omyłka z mojej strony. 

— Na miłość boską, Edith, ty się czegoś domyślasz! 
—  Masz  mądrą  córeczkę,  mamo.  Czy  możesz  się  przez  chwilę 

zachowywać cicho, kiedy ci dam znak? 

— Dziecko, nogi mi drżą ze zdenerwowania! 
— Połóż ten wstrętny pled na swoje drżące nogi, wówczas nikt nic nie 

zauważy. No więc pochyl się nieco do przodu, aż zauważysz postać 
mężczyzny  z  prawej  strony  na  końcu  tego  tarasu,  w  ostatnim  oknie 
jadalni. 

— Ależ Edith, to nie jest postać mężczyzny, to szef jadalni, Kuno. 
 

background image

— Nie nazwałabym go niemęskim, wprost przeciwnie, stwierdziłam 

właśnie ze wszech miar męskie zainteresowanie z jego strony moimi 
nogami. 

—  Wobec  tego  przykryj  je  jak  najprędzej!  —  Matka,  jęknąwszy, 

wręczyła córce już rozłożony pled. 

— O, nie! Nie odbierajmy temu męskiemu mężczyźnie jego męskiej 

przyjemności. 

— Edith! To szef jadalni! 
— Którym wcale nie jest. Od niego to właśnie zaczęły się interesujące 

nas fale wydarzeń. 

— Ależ ty mówisz po niemiecku, zupełnie jak papa! 
—  To  jest  niemiecki  język  intelektualistów,  którzy  się  trochę 

zabawiają. 

—  Dobrze,  że  ja  nie  jestem  taka!  Ale  opowiedz  mi,  czemu...  to 

znaczy, dlaczego ten szef jadalni według ciebie wcale nim nie jest? 

—  To.  droga  mamo,  powiem  ci  podczas  tak  gorąco  przez  ciebie 

upragnionego  kwadransa  pogawędki  przy  twoim  łóżku.  Teraz  wy-
prowadzimy  Tai-tai  naprzeciw  jej  wrogowi,  suczce  Laurze,  żeby 
wreszcie do tej budy weszło trochę życia. 

—- Och, Edith! Tylko uważaj, żeby Tai-tai nic się nie' stało! 
— Dwie suki, podobnie jak dwie kobiety, nigdy nie rozszarpią się na 

śmierć.  Uroda  rasowa  jest  przez  naturę  respektowana.  Laura  ma 
ostrzejsze ząbki, a Tai-tai gęściejsze futro. Nie zastanawiam się teraz, 
która zwycięży, bardziej interesuje mnie kierownik jadalni. Poza tym, 
mamo, czy w tym tak ukochanym przez ciebie staromodnym hotelu nie 
ma szefa? 

— W każdym razie w tym roku jest dość zabawnie. Pamiętam bardzo 

dobrze  właściciela;  to  niezwykle  przystojny  mężczyzna,  sprawiający 
wrażenie  kosmopolity,  do  tego  bardzo  miły.  W  przeciwieństwie  do 
swoich krewnych, którzy, jak słyszałam, są współwłaścicielami tego 
domu  i  którzy  za  bardzo,  moim  zdaniem,  podkreślają  swoją 
przynależność  do  szlachty.  Mówiono  mi,  że  są  w  prostej  linii 
potomkami  ostatniego  hrabiego  Beau  de  Marchell,  którego  rodzina 
kiedyś, przed kilkuset laty, zbudowała ten dom. 

— Aha! A więc wszyscy, którzy tu mają coś do powiedzenia, należą 

do szlachty? 

background image

—  Szef  hotelu  nie  jest  szlachcicem.  Nazywa  się  Theo  Bruckner  i 

pochodzi z bocznej linii, jak słyszałam. 

— I nie został z tego powodu wydziedziczony przez swego spadko-

dawcę? 

— Jak mi kiedyś powiedziała miła panna Hirmer, testament w części 

dotyczącej  tego  domu  był  pisany  w  pewnym  sensie  pod  pana 
Brucknera z uwagi na jego znajomość li u hotelarskiego. Pan Bruckner 
pracował podobno przez kilka lat w Ameryce w branży hotelarskiej. 
Nie śmiej się, ale on znacznie bardziej przypomina hrabiego niż jego 
kuzyn, pan von Hochheim. 

—  A  więc  należałoby  się  bardziej  zainteresować  szefem  niż  jego 

szlacheckim kuzynem. Tylko gdzie się podziewa ten tajemniczy szef? 
Dotychczas go nie spotkałam. 

— Dziecko, i to jest właśnie niezwykłe! Od wszystkich pracowników 

otrzymuje się wciąż tylko jedną stoicką odpowiedź; Szef zniknął! Nie: 
Szef wyjechał albo szef jest chory, nie, po prostu tylko: Szef zniknął! 

Edith  przysunęła  się  bliżej  matki,  trzymając  pod  ręką  pekińczyka; 

zrobiła miły grymas twarzy i powiedziała z uśmiechem: 

— Mamo, najzłotsza! Dlaczego mówisz mi te ciekawe rzeczy dopiero 

teraz, kiedy już od czterech dni niemal umieram z nudów? A więc coś 
się jednak dzieje w tym nudnym hotelu! Jakie to interesujące! I do tego 
ten niezwykły szef jadalni. To pasjonujący temat dla detektywa, który 
powinien  pocierać  zawzięcie  nos,  i  myśleć,  co  też  za  afera  tu  się 
szykuje. 

— Skarbie, a co jest z tym doskonałym przecież i gorliwym szefem 

jadalni? 

— Zbyt doskonałym i zbyt gorliwym, przez co próbuje zatuszować 

widoczne  błędy  zawodu,  którego  uczy  się  tutaj,  choć,  co  muszę 
przyznać  z  uznaniem,  wciąż  się  stara  być  idealnym  szefem  jadalni 
najlepszego hotelu. Więcej, droga  marno, usłyszysz dziś wieczorem, 
kiedy już zmęczysz się grą w brydża. — Córka pocałowała matkę w 
czubek nosa i zdjęła z kolan Tai-tai. — No, a teraz biegnij do swojego 
wroga, ty mała bezcenna bestio, i  nie zapominaj, że Laura jest tylko 
zwykłym psem myśliwskim. — Jeszcze miły uśmiech skierowany do 
zdumionej  i  patrzącej  pytającym  wzrokiem  mamy,  i  Edith  wyszła, 
prowadzona  dumnym  spojrzeniem  Betty  Schlüter.  Dziewczyna 
stanowiła rzeczywiście 

background image

atrakcyjny  widok:  była  piękną,  zdrową,  elegancką  i  bardzo  pewną 

siebie młodą damą. 

Lekkim,  powolnym  krokiem  prześliznęła  się  pod  oknami  jadalni, 

oczywiście nie zauważając, że Kuno bardzo szybko ukrył się za jedną z 
ciężkich,  starych  aksamitnych  portier.  Poruszyła  słodkim,  zadartym 
noskiem  i  poszła  za  Tai-tai,  która  musiała  wszystko  obwąchać,  aby 
odnaleźć ślad swego śmiertelnego wroga, Laury. 

U  stóp  tarasu  Edith  spotkała  niezbyt  powabną  pannę  Betty  von 

Wiesengrün.  Miała  w  oku  niemodny  już  monokl  na  sznureczku. 
Zapytała niskim głosem: — Na spacerek? 

— Oczywiście, panno von Wiesenblau. 
— ...grün. 
—  Owszem,  wszystko  tu  jest  cudownie  zielone,  a  to  dobrze  robi 

naszym oczom. 

— Wiesengrün. 
—  One  również  są  zielone,  to  oczywiste  —  przyznała  Edith  z 

cierpliwością wielbłąda. 

— Moje nazwisko brzmi Wiesengrün, nie blau. 
— Najdroższa, czy pani musi tak szczególnie podkreślać — zapytała 

Edith z uśmiechem — że nie jest pani blau? 

— O Boże, moje dziecko, niech pani wreszcie zrozumie, że nazy wam 

się Wiesengrün! Jestem ostatnią przedstawicielką naszego rodu. 

— Och, jakie to smutne!  I nie  ma  widoków, że będzie pani  mogła 

przedłużyć  ród  Wiesengmnów?  —  Edith  udała  wyraźne 
zainteresowanie  tragedią  rodzinną.  —  W  każdym  razie  ja  jako 
demokratka  nie  znajduję  nic  godnego  współczucia  w  fakcie,  że  pani 
ród wymrze. Zamiast niego przetrwa nowe i zdrowe mieszczaństwo. 

—  No  tak,  w  takim  razie  cieszę  się  na  spotkanie  pani  z  hrabinami 

Beau de Marchell. One pani uświadomią, jakie korzyści płyną z tego, 
że się pochodzi ze starego rodu. 

—  Chciałam  zauważyć,  że  moi  przodkowie  są  równie  starzy  jak 

przodkowie hrabin, wszyscy przecież pochodzimy od Adama i Ewy. 

— Może pani, my nie. 
— Tylko skąd? Chyba nie chce pani głosić niedopuszczalnej tezy, że 

niektórzy z nas pochodzą od małpy? — Czy Edith się przesłyszała, czy 
też usłyszała śmiech mężczyzny? Skinęła głową pachnącej cyga- 

 

background image

rami pannie szlachciance, po czym udała się do wspaniałego parku i 

doszła  do  stawu  pałacowego.  Chciała  sprawdzić,  czy  można  w  nim 
popływać. 

Panna  von  Wiesengrün  obrzuciła  odchodzącą  w  pośpiechu  Edith 

smutnym, samotnym spojrzeniem. 

background image

II 
 
Podczas  uroczystego  obiadu  Edith  z  ogromnym  zainteresowaniem 

wodziła wokół swym śmiałym, mądrym wzrokiem. Niewątpliwie nie 
można było odmówić temu pięknemu pomieszczeniu, jak również w 
ogóle całemu pałacowi, pewnego powabu, choć Edith musiała stłumić 
przy tym swoje upodobanie do nowoczesności. 

Serwis,  szkło,  bielizna  stołowa,  wszystko  ogromnie  cenne,  a  czas 

oczekiwania na następne danie można było sobie znakomicie skrócić, 
podziwiając na wszystkich przedmiotach herb rodzinny. Były to dwa 
jelenie leżące naprzeciw siebie, a pomiędzy nimi w czerwono-białym 
rombie głowa mężczyzny w aureoli. Edith zastanawiała się, co robi ten 
święty pomiędzy jeleniami. 

Znalazła  teraz  wytłumaczenie,  dlaczego  schody  wejściowe  zostały 

ozdobione dwiema wspaniałymi rzeźbami leżących jeleni, na których 
porożach w ciągu stuleci wisiało niejedno ubranie i niejeden szal. 

Aie co miał wspólnego ten Theo Bruckner, z jeleniami i świętym? I 

dlaczego  ów  pan  zniknął,  po  prostu  zniknął?  Edith  postanowiła  po 
obiedzie udać się na małą pogawędkę do panny Hirmer. 

Przedtem  jednak  zapragnęła  „ofiarować"  panu  Kunowi  kilka 

przykrych sekund, całkiem jak Mefisto: „Mam w tym swoją przyjem-
ność". A więc upuściła serwetkę, kiedy przechodził obok jej stolika. 
Natychmiast się pochylił i położył ją, elegancko złożoną, z powrotem 
obok jej lewej dłoni. Edith podziękowała z uśmiechem, pochyliła się 
ku niemu i powiedziała bardzo cicho: — Zgodnie ze stylem tego domu 
powinien mi pan przynieść świeżą serwetkę. 

 

background image

Pan  Kuno  poczerwieniał,  pobiegł  czym  prędzej  do  podręcznego 

stolika i wrócił z czystą serwetką na talerzyku. Milczał. Edith również 
milczała. 

Trochę  później,  kiedy  podano  deser,  Edith  odsunęła  słodycze  i 

poprosiła  o  ser  zamiast  śmietankowego  przysmaku.  Podstarzała 
kelnerka nadąsała się i mruknęła: — Nie ma takiego zwyczaju. 

— Wobec tego nic nie chcę, droga pani. — Ale już nadbiegł Kuno, 

ofuknął  kelnerkę  i  zapytał  Edith,  co  mógłby  jej  podać.  Ta  zmrużyła 
jedno oko i szepnęła: — Nie należy strofować służby przy gościach, to 
proszę  robić  za  kulisami.  A  dla  mnie  proszę  trochę  gervais,  jeśli  to 
możliwe. 

— Dla mnie nie ma nic niemożliwego, jeśli chodzi o panią, to znaczy, 

wedle życzenia. 

Poczerwieniała  twarz  Kuna  zwrócona  była  do  zakłopotanej  i 

niepewnej  twarzy  Edith,  która  musiała  powstrzymywać  śmiech. 
Patrzyła  za  odchodzącym  w  pospiechu  szefem  sali,  który  trochę 
niezręcznie minął stale zamykające się i otwierające drzwi i wszedł do 
pomieszczenia  służbowego;  następnie  usłyszała,  ponieważ  pilnie 
strzygła  ślicznymi  uszkami,  przekleństwo,  albowiem  ruchome  drzwi 
uderzyły Kuna mocno w tył głowy. No tak, niczego się nie nauczył, 
choć bardzo pragnął się wykazać. W każdym razie Edith nie była tym 
wcale zdziwiona. Przynajmniej wiedziała, z jakiej stajni pan Kuno tu 
trafił. 

Po  obiedzie  Edith  zaopatrzyła  matkę  we  wszystko,  czego  ta  po-

trzebowała do swojej godzinki brydża. Potem była wolna od obowiąz-
ków. Jeszcze jedno spojrzenie na Kuna, który z personelem kelnerskim 
w  pustej  już  jadalni  przeprowadzał  żmudne  rozliczenia.  Tu  był  na 
swoim miejscu. 

Edith  przeszła  z  uprzejmym  uśmiechem  przez  hall.  Wierzyła,  że 

spokój na ten wieczór jest zapewniony. 

Zastukała w okienko recepcji; natychmiast podeszła do niego Bella 

Hirmer. Podniosła okienko i zapytała przyjemnym, niskim głosem: 

— Co mogę dla pani zrobić, panno Schlüter? 
— Wypełnić pustą godzinę przyjemną pogawędką. 
Bella rzuciła okiem na nie załatwioną jeszcze pocztę, ale już po chwili 

twarz jej wyrażała pełną gotowość. 

 

background image

— Proszę zaproponować, gdzie i kiedy, chętnie się dostosuję, 
—  Może  wybierzemy  się  na  spacer  przez  wieczorny  ogród,  wokół 

tego zabawnego pałacu. 

—  Z  przyjemnością  dotrzymam  pani  towarzystwa.  Ale  dlaczego 

uważa  pani,  że  to  zabawny  pałac?  My  jesteśmy  przekonani,  że 
zarządzamy feudalną posiadłością i chronimy ją od ruiny. 

Bella  zamknęła  swoją  maszynę  do  pisania  i  szafę  z  pieniędzmi  i 

wyszła przez oszklone drzwi z biura do hallu. Kiedy chciała pójść z 
Edith  w  stronę  schodów  z  jeleniami,  dogonił  ją  Kuno  i  krzyknął 
nerwowo: 

— Dokąd? Muszę się jeszcze z panią rozliczyć! 
Bella machnęła ręką i zawołała z uśmiechem: — Jeszcze zdążymy, 

panie Kuno, wieczór jest długi. 

Edith zauważyła wściekłe spojrzenie Kuna, po czym obie przystojne 

młode damy poszły dalej w towarzystwie Laury i Tai-tai. 

Zdawały  sobie  doskonale  sprawę,  że  Kuno  nie  posyłał  za  nimi 

tkliwych spojrzeń, co jednak nie zakłóciło im spokoju wolnej godziny. 

Kiedy  znalazły  się  na  żwirowanej  ścieżce,  Edith  wzięła  Bellę  pod 

ramię; oddalały się powoli od pałacu. 

—  Jak  tu  teraz  pięknie,  tak  spokojnie,  a  ten  ostatni  blask  za-

chodzącego słońca sprawia, że wszystko wygląda trochę tajemniczo. 
Wszystko  jest  tak  tajemnicze  jak  zniknięcie  szefa  tego  domu.  — 
Rzuciła krótkie spojrzenie w bok, na Bellę, ale ta zapytała spokojnie: 

— Co pani widzi w tym tajemniczego? 
— To, że on zniknął, jak wszyscy twierdzą. Nie że wyjechał, nie że 

jest  chory,  że  wróci  wtedy  i  wtedy  —  nie,  tylko  krótko  i  bez 
komentarza: szef zniknął. 

— No tak, ale to fakt, nie żaden wymysł. 
—  A  gdyby  teraz  zaciekawiony  gość  hotelowy  zapytał,  gdzie  szef 

zniknął, jaka byłaby pani odpowiedź? 

— Tylko zgodna z prawdą: szef zniknął. Przecież to logiczne, że o 

człowieku  albo  przedmiocie,  który  zniknął,  nie  można  powiedzieć 
inaczej. Zniknął to zniknął. 

— Ale przecież kiedyś wróci? 
— Wtedy już nie będziemy mówili, że zniknął. 
— Od kiedy ten mityczny szef zniknął? Interesuję się nim, ponieważ 

mama przedstawiła mi go dziś jako atrakcyjnego mężczyznę. A skoro 

background image

takich  mężczyzn  jest  bardzo  niewielu,  nie  powinno  się  przeoczyć 

okazji, aby poznać jednego z nich. 

— Jak tylko się dowiem, gdzie  można zobaczyć tego  atrakcyjnego 

mężczyznę, pozwolę sobie powiadomić panią o tym. — Odpowiedź ta 
została udzielona z uśmiechem. 

—  Zrozumiałam  i  nie  będę  więcej  o  to  pytać.  Czy  jest  pani 

zadowolona z szefa jadalni? Matka mi opowiadała, że ubiegłego lata 
tego  mężczyzny  jeszcze  tu  nie  było.  Funkcję  tę  pełnił  dostojny, 
siwowłosy pan Butler. — Edith zmarszczyła kapryśnie nosek. 

— Przy dzisiejszym braku personelu należy się cieszyć, że w ogóle 

znalazło się pracownika. Ale jeśli ma pani jakiekolwiek zastrzeżenia 
do  pracy  naszego  pana  Kuna,  to  proszę  mi  powiedzieć.  Mówiąc 
szczerze,  sama  nie  mam  pełnej  jasności,  jeśli  idzie  o  naszego  szefa 
jadalni. 

— Droga panno Hirmer, nasza waga jest w tym momencie spokojna. 

Języczek się nie porusza, pani zachowuje dla siebie wiedzę o szefie, 
który zniknął, a ja... 

— Czy mogę prosić, aby pani  mówiła dalej?  — Bella spojrzała na 

młodą  dziewczynę  niemal  nieufnie.  —  Ale  najpierw  muszę  wyznać 
szczerze, że Kuno jest dla mnie tajemniczy i nieprzenikniony. 

— Ma pani słuszność. Pan Kuno gra tu rolę, ale być może w dobrej 

sprawie. 

—  Wybaczy  pani,  ale  tego  nie  rozumiem.  —  Bella  przystanęła, 

zamilkła na chwilę, po czym ciągnęła z wahaniem dalej: — Sytuacja w 
domu nie jest całkiem jasna i należy eliminować wszystko, co by ją 
jeszcze bardziej komplikowało. 

— Znów mogę panią uspokoić. Zacny pan Kuno nie jest przestępcą 

ani  awanturnikiem,  tylko  czasowo  aktorem.  Więcej  jednak  pani  ode 
mnie dziś się nie dowie — zakończyła Edith z uśmiechem. Ujęła Bellę 
za rękę i poszły przed siebie, rozkoszując się pięknym wieczorem. 

—  Jeszcze  tylko  jedno  krótkie  pytanie:  czy  mam  się  niepokoić  o 

interesy hotelu? 

— Z powodu Kuna? Nie, niech pani będzie spokojna! 
Po  krótkiej  przerwie  Bella  rzekła  z  wahaniem:  —  Za  dzień,  dwa 

przybędą tu krewni szefa. 

— Szefa, który zniknął. A kim są ci krewni? 
 

background image

—  To  straszni  ludzie.  Wyjątkowo  niesympatyczne  dwie  starsze 

damy,  hrabiny  Beau  de  Marchell,  i  ich  siostrzeniec,  pan  von 
Hochheim. 

— Ale stare panny już tu mamy; czy sprowadzenie kilku wesołych 

dziewcząt z rewii nie byłoby bardziej atrakcyjne? 

—  Oczywiście,  nasz  stały  gość,  baron  Rüdinger,  powitałby  te 

dziewczęta  z  zachwytem.  Ale  hrabiny  Beau  de  Marchell  nie 
odmłodniały, najwyżej stały się bardziej niesympatyczne. 

— Jaki jest ich stopień pokrewieństwa z pani zaginionym szefem? 
— On również jest siostrzeńcem hrabin, tylko z linii mieszczańskiej. 
— O, wielkie nieba! Jak coś takiego jest możliwe? — Edith zdumiona 

położyła dłoń na ustach. — I te hrabiny pochodzące z Francji nie ścięły 
jeszcze głowy temu mieszczaninowi? 

— Jak dotychczas nasz szef nie nosił swojej głowy pod pachą. 
— A kiedy mogła to pani ostatnio stwierdzić? 
— Jeśli pani, panno Schlüter, zamierza zastawić na mnie sidła, to się 

pani nie uda — zabrzmiała uprzejma odpowiedź Belli. 

—  Szkoda,  bo  usilnie  próbuję  to  zrobić.  A  więc  zapomnijmy  o 

hrabinach, o szefie i Kunie i cieszmy się cudownym wieczorem. 

Po godzinie wróciły w dobrym nastroju do hotelu i zastały wszystko 

tak, jak Bella sobie życzyła — spokojne, przyjemne i pogodne. Edith 
pożegnała się z nią, więc wróciła do biura, gdzie też wkrótce przyszedł 
do niej Kuno, który przypominał pełen wyrzutów wykrzyknik. 

— Koniec spaceru, panno Bellu? 
—  Dla  pana  wciąż  jestem  panną  Hirmer.  Poza  tym  ten  spacer 

odbywał się w ramach obowiązków wobec gości. Czy coś jeszcze? 

— Bella nie dała się zirytować podczas pisania na maszynie listu. 
— Bardzo przepraszam, panie Kuno, aleja również mam swoją dumę 

zawodową, jasne? 

— Oczywiście, oczywiście, nie należy pozwolić, aby ją raniono. 
— Co? 
— Dumę zawodową. Przyniosłem bony do rozliczenia. 
Bella wyciągnęła rękę, nie patrząc w górę. A ponieważ nie położono 

jej na dłoni spodziewanego kompletu bonów, odwróciła się do Kuna. 
Spojrzała  na  niego  zdumiona:  jego  oczy  utkwione  były  w  pięknych 
nogach Edith Schlüter, która siedziała w hallu. 

— Słodka, prawda? 

background image

— Co takiego? Legumina na deser? Czyżby była za słodka? 
— Kto tu mówi o deserze, kiedy moje serce krwawi! 
— Nie posądzałam pana dotychczas o coś takiego. Poza tym proszę 

sobie  przeczytać  regulamin  szefa  dotyczący  personelu  męskiego  i 
żeńskiego w hotelu. — Uśmiechając się chłodno, Bella położyła przed 
nim  powieloną  kartkę,  na  której  przede  wszystkim  widać  było 
zamaszysty podpis szefa. Kuno prztyknął w nią palcami i powiedział: 

— Znam to! Sam przecież... ach..., chciałem powiedzieć, że czytałem 

to  na  mojej  poprzedniej  posadzie.  Tylko  że  tam  mieliśmy  szefa, 
podczas gdy tutejszy szef... 

— Zniknął, z czego tu nikt nie robi tajemnicy. Czy coś jeszcze? Jakieś 

pytania? 

—  Panno  Hirmer,  to  brzmi  dla  mnie  jak  w  tej  cholernej 

Bundeswehrze.  Tam  też  pytano  mnie  zawsze  bardzo  uprzejmie:  czy 
jeszcze  jakieś  pytania?  —  Kuno  uśmiechnął  się  tajemniczo  i  ciągnął 
dalej,  oparłszy  się  wygodnie  na  parapecie  okiennym:  —  Tylko  że 
Bundeswehra  następnie  udzielała  odpowiedzi,  podczas  gdy  tu 
człowiek się jej nie doczeka, jeśli się odważy zapytać o szefa. 

Bella  odwróciła  się  tak  szybko  na  swoim  krześle,  że  Kuno  niemal 

przestraszony  cofnął  się  o  krok.  Z  ponuro  zmarszczonym  czołem 
odpowiedziała: — Dostaje pan punktualnie swoje wynagrodzenie, ma 
pan  ładny  pokój,  doskonałe  i  wystarczające  wyżywienie,  niewiele 
pracy, a więc skąd ta wciąż podkreślana tęsknota za szefem, który... 

— Wiem, wiem, zniknął. 
— O nie, w tym wypadku dalszy ciąg mojego zdania brzmi: który by 

pana z pewnością już dawno zwolnił. 

— W co wątpię, ze łzą boleści w lewym oku. 
— A dlaczego tylko jedna łza i dlaczego w lewym oku? — Zadając to 

pytanie, Bella znów siedziała przy pracy. 

—  Ponieważ  moje  prawe  oko  z  przyjemnością  zajmuje  się  po-

dziwianiem  znajdującej  się  niestety  bardzo  daleko  uroczej  kobiety, 
która  z  niezrozumiałych  dla  mnie  przyczyn  zakopała  się  w  tym 
śmiesznym hotelu. Mniej przystojnych kobiet jest tu aż nadto. Jakie są 
dalsze widoki? 

Bella  ze  złością  odpowiedziała  przez  ramię:  —  Złe,  ponieważ 

oczekujemy jedynie dwóch hrabin Beau de Marchell, a poza tym tylko 

 

background image

małżeństwo  i  dwóch  samotnych  mężczyzn.  Ale  panu  chciałabym 

udzielić szczególnie dobrej rady: żeby się pan mniej zajmował ładnymi 
nogami panny Schlüter, a więcej swoimi obowiązkami. Widzę właśnie, 
że pan prokurator strzela palcami. 

— No to  co? Czy sądzi pani, że wszyscy obrońcy drżą ze strachu, 

kiedy prokurator strzela palcami? 

— Wcale tak nie myślę, ale szef sali powinien zadrżeć i pospiesznie 

spełnić życzenie pana prokuratora. 

— Ile to się człowiek musi nacierpieć! A więc kładę tu bony, jutro 

rano  odbiorę  od  pani  pokwitowanie.  —  Jeszcze  jedno  spojrzenie 
przymrużonego  oka:  —  Panno  Hirmer,  czy  naprawdę  nie  ma  pani 
pojęcia, gdzie zniknął szef? 

— Przecież nie mam powodu, aby to przemilczać. Ale naprawdę nie 

wiem.  Pan  Bruckner  z  pewnością  nie  zniknął  z  przyczyn 
kryminalnych. 

—  Czy  to  można  wiedzieć  na  pewno?  No  dobrze,  a  więc  dalej 

będziemy bez szefa. Jeśli jednak chce pani usłyszeć moje zdanie, to w 
wypadku,  gdyby  cały  hotel  był  wkrótce  zajęty,  sama  gruba  Berta  w 
kuchni nie wystarczy. Do śniadania i zimnych potraw proszę bardzo, 
ale jeśli trzeba będzie wydawać trzykrotnie więcej posiłków, musi być 
zatrudniony kucharz. Takie jest moje zdanie. 

—  O  które,  Bogu  dzięki,  nikt  nie  pyta,  i  wobec  tego  wszystko 

pozostanie  zgodnie  z  postanowieniami  szefa.  Pan  prokurator  znów 
strzela palcami, panie Kuno! 

—  Niech  mnie...  —  Kuno  odszedł;  przechodząc  rzucił  na  Edith 

namiętne  spojrzenie,  które  ta  z  pewnością  zauważyła,  ale  nie 
zareagowała.  Gdyby  ten  Kuno  zachowywał  się  naturalnie,  byłby  z 
niego całkiem niezły mężczyzna. Dobra figura, dobra postawa, mądra, 
przeważnie wesoła twarz, przy gęstych blond włosach ciemne, żywe 
oczy i kilka ładnych piegów na nosie i policzkach. Takie były myśli 
Edith.  W  ogóle  miała  bardzo  wiele  do  myślenia  ponieważ  zaczęła 
przypuszczać, iż ów tajemniczy szef znajduje się w jakimś konkretnym 
miejscu,  za  wiedzą  sekretarki.  Poza  tym  była  pewna,  że  pan  Kuno 
również zna miejsce pobytu zaginionego szefa, bo po cóż by tu był? 

Prokurator  strzelał  palcami,  ponieważ  życzył  sobie  whisky  z  wodą 

sodową.  Do  tego  życzenia  przyłączył  się  baron  Rüdinger,  który 
powiedział: 

background image

—  Za  Wilhelma,  powiadam  panu,  nie  podawaliby  takiego  diabel-

skiego  trunku.  Wtedy  piło  się  przyzwoitą  żytniówkę  albo 
najprzedniejszy koniak. Jego Majestat nie tolerowałby takiej fuszerki. 
Oj,  wy  młodzi,  to  były  czasy,  na  krótko  przed  pamiętną  wojną 
światową!  Łaskawa  pani  zwrócił  się  do  mamy  Schlüter  —  kiedyś 
byłem  wychudzonym  jak  pies  dragonem;  wysoki,  biały,  stojący 
kołnierzyk trzeba mi było przywiązywać na cienkiej szyi. Jakie to było 
wówczas  poruszenie,  kiedy  cesarska  wysokość,  następca  tronu 
wydawał  korpusowi  gwardii  rozkaz  wyjazdu  do  Karlshorst,  aby 
obejrzeć znikające końskie ogony. Poza tym, łaskawa pani, wracaliśmy 
jeszcze w owych czasach,  my, panowie oficerowie gwardii, koleją z 
Karlshorst  do  miasta.  Potem  było  pijaństwo  w  „Continentalu"  albo 
wspaniała orgia u „Hillera". To były czasy! — Starszy pan wyglądał 
radośnie, kiedy pławił się we wspomnieniach. — Wtedy byłam jeszcze 
małą dziewczynką —

:

 powiedziała panna von Wiesengrün i strzasnęła 

popiół ze swego cygara. — Papa nigdy by mi nie pozwolił pojechać na 
wyścigi końskie do Karlshorst. — To i lepiej — mruknął baron. — No 
więc,  panie  prokuratorze,  co  by  pan  powiedział  na  to,  aby  wychylić 
whisky i dalej grać? Prawdziwy, uczciwy skat sprawiłby mi większą 
przyjemność  niż  nowoczesny  brydż,  którym  nas  obdarowali 
Amerykanie.  A  może  byli  to  Brytyjczycy?  —  Mówiąc  szczerze, 
wszystko  mi  jedno.  A  więc  grajmy  —  mruknął  chudy  prokurator,  a 
baron uznał za słuszne odburknąć mu: — Myślę, że nie jest pan taki 
wspaniałomyślny,  kiedy  oskarża  pan  biednego  przestępcę.  —  Panie 
baronie, nie mieszajmy do tego mojego zawodu. Prawo musi zawsze 
pozostać prawem, po to jesteśmy prawnikami. — Wszystko, co było do 
powiedzenia, zostało powiedziane, i następnie cała czwórka pogrążyła 
się na dłuższy czas w innym świecie. Ale wśród innych gości, łącznie z 
Edith, dało się zauważyć mniej lub bardziej ukrywane ziewanie, a przy 
stolikach  było  coraz  więcej  wolnych  miejsc.  Stara  winda  klekocząc, 
jęcząc i zgrzytając chodziła w górę i w dół. Edith rozejrzała się dokoła, 
aby sprawdzić, czy jest coś ciekawego do obejrzenia. Wokół była tylko 
nuda.  Ale  oto  coś  zwróciło  jej  uwagę:  W  recepcji  Bella  podniosła 
słuchawkę  telefonu.  Po  pierwszych  słowach  rozejrzała  się  ostrożnie 
dokoła  i  odwróciła  się  tyłem  do  hallu.  Edith  jednak,  choć  z  dużym 
trudem, zauważyła, że Bella uśmiechnęła 

background image

się uszczęśliwiona i poczerwieniała. Aha! Nie ulegało wątpliwości, 

że to nie dzwonił nowy gość hotelowy. Teraz trzeba było tylko zbadać, 
kim był ten człowiek. 

Edith  podeszła  do  stolika  brydżowego,  pochyliła  się  nad  matką  i 

szepnęła jej: — Idę już, zawołaj mnie, jak będziesz na górze. 

—  Oczywiście,  dziecko;  jeszcze  tylko  ta  partyjka,  potem  pójdę  za 

tobą. — Edith skinęła grającym głową i poszła na górę, nie zwracając 
uwagi na windę. Po drodze stwierdziła, że panna Hirmer wciąż jeszcze 
rozmawiała przez telefon. 

Gdyby mogła usłyszeć, o czym jest mowa, na pewno by się zdumiała. 
Kiedy  zadzwonił  telefon,  Bella  niemal  niechętnie  podniosła 

słuchawkę, sądząc, że to z pewnością telefon z kuchni albo z jakiegoś 
innego  aparatu  w  hotelu.  Ale  kiedy  usłyszała  pierwsze  słowo, 
natychmiast  odwróciła  się  ze  swym  krzesłem,  tak  że  jej  twarz  była 
niewidoczna z hallu. 

Czarujący uśmiech ozdobił jej twarz. Najpierw słuchała, kiwała tylko 

głową, a potem powiedziała: 

—  Byłoby  już  coś  do  powiedzenia,  ale  na  szczęście  nic  dener-

wującego. W następnym tygodniu hotel będzie przepełniony. Tylko z 
kuchnią mam teraz kłopot. Obawiam się, że poczciwa, gruba Berta nie 
poradzi sobie ze wszystkim. 

Bella  znów  wysłuchała,  co  mówił  głos  w  słuchawce,  następnie 

pomyślała  chwilę  i  powiedziała:  —  Dobrze,  dopilnuję  tego.  Ale  w 
każdym razie ostrożność jest wskazana. Czy to wiadomo, kto się dziś 
może zgłosić na stanowisko szefa kuchni? 

Znów  poczekała  na  odpowiedź.  —  Przypuszczam,  że  obie  hrabiny 

przybędą  tu  w  poniedziałek  razem  z  panem  von  Hochheimem, 
Zamieszkają  w  tych  samych  pokojach  co  zawsze.  Towarzystwo 
brydżowe  działa  pełną  parą.  Pan  baron  jest  w  jak  najlepszej  formie, 
pani  Schlüter  przyjechała  w  towarzystwie  swojej  uroczej  córki.  Kto 
taki? Ach, ten pan Kuno? Nie jest to żadna perła, ale i w tym przypadku 
należy mieć na względzie trudności kadrowe. 

Teraz Bella musiała coś zanotować i zajrzeć do listy, na której były 

zapisane numery pokoi. Następnie przejechała ołówkiem wzdłuż listy, 
potrząsnęła ładną główką i powiedziała z żalem: — Wówczas zostałby 
tylko wolny pokój jednoosobowy w domu dla personelu. Słucham? Źle 

 

background image

pana  słyszę!  Czy  znajduje  się  on  tuż  obok  mojego?  Ja  mieszkam 

przecież w pałacu, w pokoju w prawej wieży, i czuję się tam bardzo 
dobrze. 

__Jeszcze chwila nasłuchiwania, potem odpowiedź: — Wystarczy, 
mamy  przecież  codziennie  wpływy.  No,  a  teraz  muszę  kończyć, 

wydaje mi się, że pan baron, który stoi za drzwiami, chce mnie o coś 
zapytać. 

Teraz Bella roześmiała się głośno. — Nie, to niemożliwe, nie mogę 

mu  udzielić  takiej  odpowiedzi.  Słucham?  Znów  źle  słyszę,  proszę 
powtórzyć. 

Wyraźnie i niemal słyszalne w całym biurze padły teraz ze słuchawki 

słowa: — I nie zapominaj ani przez chwilę, że cię kocham. 

Nie mówiąc nic więcej, Bella ostrożnie odłożyła słuchawkę i przy-

gładziła włosy. Następnie otworzyła okienko i zapytała starszego pana: 

— Czym mogę panu służyć? Bardzo przepraszam, że kazałam panu 

trochę czekać; rezerwacja pokoju, rozmowa zamiejscowa. 

Baron Rüdinger ujął Bellę za rękę, pogłaskał ją i mrugnął do niej: — 

To tylko moja przeklęta ciekawość, moje dziecko, ale czy nikt tu nie 
wie,  gdzie  zniknął  szef?  Kiedy  mi  ten  nowy,  śmieszny  święty  dziś 
powiedział, że szef zniknął, pomyślałem sobie: w porządku,- ale na tak 
długo? Nie, to niemożliwe. — Bella z trudem powstrzymywała się, aby 
nie wybuchnąć głośnym śmiechem, spojrzała jednak mimochodem na 
telefon.  —  Mógłbym  to  zrozumieć,  gdyby  wyruszył  na  szaleńczą 
wyprawę.  Dawniej  tak  robiliśmy,  a  w  domu  się  złoszczono,  kiedy 
człowiek  odmłodzony  i  odświeżony  powracał  na  stare  śmieci. 
Człowiek powinien to zrozumieć, tylko rolnik i wierny ojciec rodziny 
nie był nigdy w życiu dragonem gwardii. 

—  Jestem  całkowicie  pańskiego  zdania,  panie  baronie!  Drobne 

radości przedłużają życie. 

— Jest pani nadzwyczaj rozsądną kobietą! A zatem naprawdę nie wie 

pani,  gdzie  zniknął  szef  i  kiedy  wróci,  aby  się  zatroszczyć  o  swój 
dobytek? 

— Przykro mi, panie baronie, ale nie wiem nic więcej ponad to,  co 

wie cała służba hotelowa. 

— Naprawdę? Przypomniało mi się, czego właściwie chciałem; kiedy 

będzie  można  coś  ustrzelić?  W  końcu  to  jest  pałac  myśliwski.  Do 
kamiennych jeleni na dworze nie można przecież strzelać. 

background image

— Słyszałam wczoraj od nadleśniczego, że dobrze byłoby ustrzelić 

kilka lisów, zanim te rozpoczną polowanie na kury. Czy mam dla pana 
coś zorganizować z panem nadleśniczym, panie baronie? 

— Byłoby wspaniale! Urządzimy polowanie! Jestem gotów w każdej 

chwili ustrzelić Lisa Przecherę! Oczy i ręce mam jeszcze w najlepszym 
porządku. A teraz szalony baron zaszyje się w swoim pokoju. Pani też 
już chyba niedługo kończy? 

— Jeszcze trochę korespondencji, panie baronie, potem i ja zniknę w 

swoim łóżku. Następny tydzień będzie bardzo męczący. Obie hrabiny 
Beau de Marchell i pan von Hochheim przybędą najpóźniej we wtorek. 

—  A  może  wówczas  diabeł  się  zlituje  i  porwie  te  stare  pudła  do 

swojego kotła? 

—  Z  przykrością  muszę  zaprzeczyć.  Dla  mnie  osobiście  tygodnie 

pobytu hrabin w naszym domu są w pewnym sensie czasem surowej 
pokuty. 

—  Proszę  mi  wyświadczyć  przysługę,  dziecko,  i  poprosić  tego 

wytwornego  szefa  sali,  aby  nie  sadzał  tych  starych  pudeł  w  pobliżu 
mojego przyjemnego stolika w rogu. Jestem szczęśliwym wdowcem i 
pragnę się tym cieszyć. Rozumiemy się? 

—  Oczywiście,  panie  baronie!  Przekażę  z  naciskiem  dalej  pańskie 

życzenie. Życzę panu przyjemnego wypoczynku, a jeśli pana to jeszcze 
interesuje, to do tego miłych snów. 

— Proszę sobie wyobrazić, jakiego mam pecha, ponieważ śni mi się 

zawsze tylko moja jedyna audiencja u Jego Majestatu, podczas której 
żałośnie się  zbłaźniłem.  Miałem  wówczas  wręczyć Jego Łaskawości 
podziękowanie  od  dowódcy  regimentu.  Wszystko  odbywało  się 
zgodnie z etykietą, ale podłoga w pałacu cesarskim była wyglansowana 
i  Fritze  Rüdinger  klapnął  tuż  przed  Jego  Cesarską  Mością  na...  i 
siedział tak i spoglądał głupio na Jego Majestat. 

— A cesarz? 
— Śmiał się, aż miał łzy w oczach. I powiedział wesoło: ,,Tak, mój 

drogi baronie, parkiet dworski ma coś w sobie". Tak powiedział, ale 
dowódca mnie potem tak okrutnie zbeształ, że huk dział na wojnie był 
bardzo przyjemnym odgłosem w porównaniu z jego krzykiem. A więc 
śni mi się to niema! każdej nocy, aż się budzę cały spocony. — Baron 
skinął Belli przyjaźnie głową i poszedł na górę. 

background image

Teraz  dziewczyna  mogła  wreszcie  spokojnie  pomarzyć  o  ostatnich 

słowach  rozmowy  telefonicznej.  Żaden  wyglansowany  parkiet  nie 
mącił jej snu, dla niej istniał tylko jeden cudowny sen. 

background image

III 
 
Kilka  miesięcy  wcześniej  prawnik  dr  Lóbell  otrzymał  od  królowej 

swojej  poczekalni  wiadomość,  że  pan  Theo  Bruckner  pragnie  z  nim 
rozmawiać. 

— Kto pragnie ze mną mówić? 
—  Pan  Bruckner.  Kazał  powiedzieć,  że  mógłby  pan  pogrzebać  w 

obszernej skrzyni swojej pamięci. 

— A to dobre! Tylko że ja nie mam tam czego szukać. Niech pani 

poprosi pana Brucknera. Ilu klientów jeszcze czeka? 

— Jeszcze tylko Meyer — ze sprawy Meyer kontra Muller! 
— Nie, nie dziś! Ci dwaj „M" działają mi na nerwy. Niech ten pan 

przyjdzie jutro. Dziś mam jeszcze niezwykle ważną rozmowę z mini-
strem sprawiedliwości! 

— Pan  minister jest wprawdzie na urlopie, ale tego pan Meyer nie 

wie. 

— Doktor Lóbell wykrzywił się do słuchawki i mruknął ze złością: — 

Że też to babsko musi mieć zawsze ostatnie słowo! 

Kiedy wszedł Mister Bruckner, doktor Lóbell wykrzyknął zdumiony: 
— O, Boże, a więc to prawda! To rzeczywiście ty? — Zerwał się z 

krzesła i chwycił w ramiona swego najlepszego przyjaciela z czasów 
młodości. 

—  A  więc  możemy  przejść  do  przyjemnej  części  wizyty.  —  Theo 

Bruckner  po  serdecznym  powitaniu  usiadł  za  szerokim,  potężnym 
biurkiem.  Nadzwyczaj  dobrze  wyglądający  mężczyzna  około 
czterdziestki — wysoki, o ciemnych włosach i delikatnym siwym 

 

background image

połyskiem,  z  mądrą,  interesującą  twarzą,  opalony  na  brązowo,  jak 

gdyby właśnie wrócił z tropików. 

— Stary towarzyszu walk! Jakże się cieszę, że cię widzę! Cieszę się, 

że znów mam ojczysty grunt pod nogami i że jestem tutaj, i że znowu 
mogę ci dać zarobić. 

— To brzmi całkiem interesująco, Theo. Pieniędzy nigdy nie jest za 

dużo.  Wyglądasz  wspaniale,  widać,  że  służy  ci  ten  boski  kraj. 
Wyglądasz 

tak 

dobrze, 

że 

mogę 

przyjąć 

dziewięćdziesięciodziewięcioprocentową pewnością, iż nie usidliła cię 
żadna amerykańska panna. — Bogu dzięki! Moje serce jest wolne! 

— Ale wcale nie musi takie pozostać! Ale teraz przede wszystkim, 

jakie masz plany? Pozostaniesz w kraju czy znów cię gdzieś wymiecie? 

—  Nie  uważaj  tego,  proszę,  za  oznakę  początku  starzenia  się,  ale 

mam już serdecznie dość tego przeklętego wędrowania. 

— To wspaniale, to mi się podoba. A więc co zamierzasz? 
—  Zamieszkać  w  pałacu  moich  przodków  i  zmienić  go,  do  czego 

mam  prawo,  w  coś  lukratywnego.  Jak  wiesz,  podstawy  stworzył  już 
mój wuj Sebaldus. 

— Ten poczciwy człowiek próbował z pałacu  myśliwskiego zrobić 

hotel myśliwski i został... 

—  ...  w  nim,  niestety,  w  samych  skarpetkach.  Trzeba  jednak 

przyznać, że miał jak najlepsze chęci, a więc pokój jego prochom. 

— Czy został spalony? 
— Nie zadawaj głupich pytań! Beau de Marchell nie został spalony! 

Mamy  przecież  okazały  grobowiec,  w  którym  jest  miejsce  na  wiele 
wspaniałych trumien. 

— Twoja będzie jeszcze długo stała u stolarza, nie znajdując 
zastosowania. 
— Dziękuję za dobre życzenie. Ale muszę ci powiedzieć, że wkrótce 

będę się z przyjemnością przyglądał, nie uroniwszy ani jednej łzy, jak 
trzy najlepsze nisze w kaplicy grzebalnej zostaną zajęte. 

Theo  Bruckner  wyjął  z  teczki  papiery,  odłączył  od  nich  jeden 

dokument  i  położył  przed  starym  przyjacielem.  —  Przestudiuj  to, 
proszę, uważnie. Ja tymczasem łyknę sobie brandy. Dziękuję, wiem, 
gdzie  stoi  —  machnął  ręką,  kiedy  doktor  Lóbell  chciał  mu  w  tym 
pomóc. 

— To zawsze uspokaja. 

background image

—  Mam  nadzieję,  że  pozostaniesz  spokojny,  kiedy  to  dokładnie 

przeczytasz.  —  Potem  Theo  nie  zajmował  się  więcej  przyjacielem. 
Oglądał grzbiety książek stojących w eleganckiej szafie; skrzywił się, 
ponieważ nie  mógł sobie wyobrazić  swego przyjaciela  przy lekturze 
Goethego i Szekspira; odwrócił się jednak szybko, kiedy usłyszał za 
sobą okrzyk zdumienia. 

— Co za przeklęte świństwo! 
Theo podszedł powoli do biurka, starając się jeszcze ukryć napięcie, i 

zapytał, siadając: — Dlaczego jesteś taki zły, doktorze Lóbell? 

— Nie pleć głupstw! Wiesz dobrze. Od jak dawna się tego domyś-

lasz? 

— Od niedawna. Dopiero po powrocie, kiedy powziąłem plan zajęcia 

się domem myśliwskim z uwagi na moją znajomość branży, najpierw 
przestudiowałem egzemplarz testamentu... 

— No i co? Gadaj wreszcie! 
— Ujęcie tego w  słowa wolę pozostawić  twojej adwokackiej prze-

biegłości. 

— Człowieku! W tym wypadku moja przebiegłość i moja mądrość 

mnie zawiodły, pozostała mi tylko wściekłość! 

— Ze mną jest dokładnie tak samo. 
— A więc, mówiąc wprost, ten testament jest sfałszowany, i to, do 

diabła, nieudolnie. 

— Tylko nie do diabła. To całe szczęście, bo dzięki temu tacy dwaj 

mądrzy  chłopcy  jak  my  od  razu  to  poznali.  —  Theo  próbował 
zachować  spokój  i  wesołość.  A  teraz  powiedz,  co  dalej?  Po  to 
przyjechałem tu, a nie do mojego krawca. 

— Nie żartuj sobie. 
— A cóż mi innego pozostaje, jeśli nie chcę rzucić bomby atomowej 

między tę trójkę przyjemniaczków? 

— Nie tak szybko! Oni muszą się smażyć powoli, a nie od razu zostać 

roztrzaskani  na  atomy.  Powolna,  jak  najlepiej  wymyślona  udręka 
duszy powinna być dla nich bardziej zdrowa. Przede wszystkim jednak 
nie możemy przedsiębrać niczego, dopóki nie będziemy mieli w ręku 
trzech pozostałych egzemplarzy. Chyba to rozumiesz? 

—  A  jak  sądzisz,  dlaczego  tu  siedzę?  Tylko  nie  bardzo  pojmuję, 

dlaczego do tej pory tego nie odkryłem. 

 

background image

—  Ponieważ  masz  prostoduszną,  szczerą  duszę  dziecka,  której  ci 

można pozazdrościć. 

— Będziesz się śmiał, ale właściwie dotąd wcale nie uważałem siebie 

za takiego prostodusznego. Ale teraz trzeba się zabrać z męską powagą 
do tego tłustego kąska! 

— Chciałbym, żebyś mi teraz opowiedział historię tego testamentu, 

bo bez tego będę się poruszał w ciemnościach i nabiję sobie guza na 
moim wysokim czole. 

Przyjaciele  usiedli  wygodnie  w  fotelach.  Lóbell  uprzedził  jeszcze 

przez  telefon  sekretarkę,  że  życzy  sobie,  aby  mu  już  dziś  nie 
przeszkadzano,  następnie  Theo  Brucker  zaczął  opowiadać  historię 
związaną z leżącym na stole testamentem. 

Jako zaledwie dziesięcioletni chłopiec Theo bał się, ale jednocześnie 

cieszył,  kiedy  jego  matka  wraz  z  nim  odwiedzała  wuja  w  zamku 
myśliwskim  Beau  de  Marchell.  Ojciec  za  każdym  razem  bronił  się 
przed towarzyszeniem matce, a więc Theo musiał go zastępować; takie 
było  życzenie  papy.  Majątek  posiadał  wszystko,  co  fascynowało 
chłopca  i  czym  się  chętnie  zajmował;  stajnie,  niewielki  warsztat, 
hodowlę  kur;  poza  tym  w  samym  pałacu  znajdowała  się  wielka 
biblioteka  z  niezliczonymi  książkami,  prastara  zbrojownia,  która 
wprawdzie nie zawierała niczego więcej prócz cennych, ale już nie do 
użytku  pistoletów,  karabinów,  sztyletów  i  mieczy  —  dla  chłopca 
jednak  było  to  nad  wyraz  interesujące.  Lubił  również  oglądać  stare 
obrazy, których było tu wiele; wydawały mu- się brzydkie, ale przecież 
matka opowiadała mu tyle ciekawych historii o przodkach ich rodziny. 

A  więc  matka  pochodziła  z  domu  Beau  de  Marschell,  ale  nie  była 

Uznawana  przez  swe  obie  kuzynki,  dziewczynki,  które  dość  późno 
przyszły na świat, ponieważ poślubiła mieszczanina. Theo znał teraz 
dokładnie rodzinę matki, również kuzyna, syna siostry matki, którego 
ojciec był ministrem w jakimś niedużym kraju. Był to niesympatyczny, 

 

background image

zarozumiały  nicpoń,  któremu  on,  aby  sobie  ulżyć,  często  i  chętnie 

podstawiał nogę, co było za każdym razem donoszone z histerycznym, 
kapryśnym rykiem dziadkowi i obu ciotkom. Tak zaczęła się wówczas 
wrogość,  która  zachowała  się  do  wieku  dojrzałego  i  bynajmniej  nie 
osłabła. 

Theo został wysłany przez swego bardzo praktycznego ojca na naukę 

do  szkoły  hotelarskiej,  ponieważ  ojciec  sam  pochodził  z  rodziny 
gastronomów.  Kuzyn  Egon  von  Hochheim  chodził  natomiast  do 
gimnazjum, osiągał żałosne wyniki, musiał pobierać korepetycje, tak 
że już na starcie zawiódł nadzieje rodziny. Kiedy obaj kuzyni stali się 
pełnoletni,  a  starszy,  Theo,  już  pracował  w  swoim  zawodzie  jako 
recepcjonista w wielkim domu zdrojowym za granicą, zmarł wuj Beau 
de Marchell i pozostawił swym obu siostrzeńcom i obu siostrzenicom 
swoją posiadłość, pałac myśliwski Beau de Marchell, który próbował 
przerobić  na  hotelik,  aby  móc  gościć  na  wesołych  polowaniach 
wszystkich swoich przyjaciół i kolegów, wśród nich także szczególnie 
ulubionego barona Rüdingera. Siostrzenice urządził stary wuj w swoim 
mieszkaniu w mieście, albowiem kiedy przebywali wokół niego starzy 
przyjaciele,  były  one  dla  niego  szczególnie  uciążliwe  ze  swoją 
afektowaną  pyszałkowatością.  Nie  znały  się  także  na  prowadzeniu 
domu w wielkim stylu i w ogóle uważały za niegodne zajmowanie się 
czymkolwiek. 

Otwarcie  testamentu  nastąpiło  wówczas,  kiedy  obie  siostrzenice 

znalazły go w skarbcu pałacu myśliwskiego i skwapliwie przedłożyły 
sądowi. 

Testament  był  spisany  ręcznie  na  czterech  jednakowo  brzmiących 

kartkach.  Miejsce  dotyczące  pałacu  brzmiało:  /  postanawiam,  że  w 
spadku  uczestniczą  moje  siostrzenice  Luiza  i  Adelajda  Beau  de 
Marchell,  jak  również  mój  siostrzeniec  Egon  von  Hochheim.  Spadek 
zostaje podzielony pomiędzy nich i mojego siostrzeńca Theo Brucknera 
w równych częściach. Temu ostatniemu poleca się, aby kontynuował 
moje starania i aby z pałacu myśliwskiego uczynił dobry hotel. Za to 
otrzyma  on  trzydzieści  procent  dochodów,  podczas  gdy  resztę, 
wynoszącą  siedemdziesiąt  procent,  przeznacza  się  dla  trójki 
pozostałych wspóldziedziczących osób. Piszę ten testament w czterech 
egzemplarzach i oczekuję, że zostanie wypel- 

 

background image

niony co do słowa, w przeciwnym razie wszystko przypadnie skarbowi 

państwa. 

Postanowienia  dotyczące  mojego  siostrzeńca  Egona  i  moich  siost-

rzenic mają swoje uzasadnienie. 

Wszyscy dotychczasowi pracownicy mają być zatrudnieni tak długo, 

dopóki będą zdolni do pracy. Później należy im wypłacać dożywotnią 
rentę  w  wysokości  jednej  trzeciej  ich  dotychczasowego  zarobku. 
Zawsze byłem zadowolony z ich pracy — dlatego nie powinni cierpieć 
nędzy. 

Po  otwarciu  testamentu  Theo  Bruckner  przyjechał  z  Ameryki  do 

Francji, aby tam dalej się uczyć, co było wymagane w jego zawodzie. 
Uzgodnił z pozostałymi spadkobiercami, w bardzo chłodnym tonie, że 
póki on sam za kilka lat nie obejmie kierownictwa całego interesu, w 
pałacu  myśliwskim  nie  wolno  nic  zmieniać,  a  bieżące  zyski  mają 
przypadać  spadkobiercom.  Kuzynki  i  kuzyn  zadziwiająco  chętnie 
przystali na warunki Thea, co wówczas nie zwróciło jego uwagi. 

Udał się więc po latach nauki w Ameryce na Riwierę Francuską i tam 

uczył się wszystkiego, czego tylko mógł, następnie pracował w Paryżu 
i  Londynie  i  po  latach,  podczas  których  nie  miał  prawie  żadnych 
wiadomości o pozostałych spadkobiercach, przybył nieoczekiwanie do 
„Hotelu Myśliwskiego" — i zastał tam jeden wielki chlew. 

Doszło  do  karczemnej  awantury  z  hrabinami  i  kuzynem.  Theo 

zagroził im sprawą sądową, ponieważ przez lekkomyślną gospodarkę 
niemal  całkowicie  zniszczyli  ten  piękny  dom  i  nie  przestrzegali  po-
stanowień  testamentu.  Sprzedali  sprzęty  z  pałacu,  a  coraz  mniejsze 
dochody  sami  całkowicie  przepuścili,  nie  zabezpieczywszy  części 
przypadającej jemu. 

Groźba sądu poskutkowała i cała trójka zastosowała się do propozycji 

Thea,  aby  natychmiast  opuścić  pałacyk  i  powrócić  do  starego 
mieszkania w mieście. Theo zezwalał im tylko od czasu do czasu na 
dłuższy pobyt, którego koszty następnie miał odliczać z ich udziału. 

Nie  było  sprzeciwu  —  kuzyni  wyjechali  i  przebywali  początkowo 

przez cztery tygodnie jesienią w hotelu, który zaczął już znacznie lepiej 
prosperować.  Pokazali  się  z  jak  najgorszej  strony  i  Theowi,  który 
Wskutek wieloletniego pobytu za granicą nabrał pewności siebie, nie 
Pozostało  nic  innego,  jak  znów  zrobić  awanturę,  me  szczędząc  przy 
tym kuzynom słów krytyki. Znów cała trójka speszona wyjechała. 

background image

Ale potem nadeszła ciężka zima, a wraz z nią wiele pracy, napraw, 

nowych inwestycji. Przyszły też listy ze skargą od kuzynów. Kwota, 
jaką  wysłał  im  Theo,  była  niesłychanie  mała.  Wytłumaczył  im  to 
odwrotną pocztą za pomocą kwitów, i znów musieli milczeć. 

* * 
— I tak to,  mój drogi, teraz wygląda. Muszę ci powiedzieć, że nie 

wiedziałem, co dalej robić, ponieważ nie potrafiłem sobie wyobrazić, 
że  do  końca  życia  będę  musiał  pracować  na  tych  troje  nierobów. 
Wykorzystałem  więc  mroźny,  śnieżny,  zimowy  wieczór,  kiedy  hotel 
był zamknięty z powodu przebudowy, i raz jeszcze przestudiowałem 
mój  egzemplarz  testamentu.  Być  może,  sądziłem,  znajdę  jakąś 
możliwość uwolnienia się od tego balastu, może przez spłacenie moich 
współspadkobierców, i wtedy właśnie coś tu zauważyłem. 

— Ja także. Ale, jak ci powiedziałem, dopóki nie sprawdzi się tych 

trzech pozostałych egzemplarzy testamentu, byłoby głupotą mówić o 
tym już teraz albo cośkolwiek przedsiębrać. Jak wygląda stan pałacu? 

—  Mogę  powiedzieć,  że  dałem  sobie  ze  wszystkim  radę.  Bardzo 

dużym nakładem kosztów udało się zmodernizować wszystkie pokoje, 
tak że odpowiadają dzisiejszym wymaganiom. Świadomie pozostawi-
łem  styl  pałacu  niezmieniony,  nie  tknąłem  na  przykład  starej,  roz-
klekotanej  windy,  kazałem  ją  tylko  zakonserwować;  również 
urządzenie hallu i wielkiej sali  jadalnej pozostało w dawnym stanie. 
Bardzo  cenne,  mniejsze  i  większe  antyki  umieściłem  w  gablotach 
pasujących  stylem  do  całości.  Piękne  i  cenne  obrazy  zostały 
ubezpieczone od kradzieży, a cały sprzęt dobrałem w ten sposób, żeby 
pasował do domu. Srebro i bieliznę stołową, porcelanę i wszystkie inne 
rzeczy kazałem wykonać specjalnie dla hotelu. Kosztowało to sporo, 
ale jestem szczęśliwy, że udało mi się zachować styl domu. Nauczyłem 
się w Ameryce, że właśnie takie stare domy, wyposażone w niezbędną 
nowoczesność, szczególnie dobrze prosperują. 

 

background image

—  Dziękuję  ci  za  obszerne  sprawozdanie,  mój  drogi.  A  jak  za-

chowywali  się  twoi  drodzy  krewni,  kiedy  przyjechali  jesienią  do 
hotelu? 

—  Byli  tak  czarujący,  że  nawet  nie  próbowałem  im  przeszkodzić, 

kiedy dość nagle wyjechali. 

— Aha! A kiedy wrócą? 
  —  Prawdopodobnie  w  lipcu  albo  w  sierpniu.  W  końcu  sierpnia 

zaczyna  się  sezon  polowań,  wówczas  moimi  głównymi  gośćmi  są 
opętani manią myśliwską starsi panowie. 

— Czy sądzisz, że przy ponownym spotkaniu z krewnymi będziesz 

mógł wyciągnąć od nich jakieś informacje? Świadomie nie używam na 
razie innego określenia. 

—  Obawiam  się,  że  nie;  w  dodatku  złość  na  pewno  odbierze  mi 

rozum. 

— A więc daj sobie z tym spokój. Pozwól mi się zastanowić, potem 

zobaczymy.  Ale,  jak  powiedziałem,  najpierw  muszę  zobaczyć  trzy 
pozostałe  egzemplarze  testamentu.  A  jak  ci  się  układa  z  pracow-
nikami? 

—  Wspaniale, zarówno ze starymi,  jak i z nowo zaangażowanymi. 

Niestety,  szef  sali  jadalnej  jest  już  bardzo  stary  i  słaby;  był  kiedyś 
osobistym  kamerdynerem  wuja  Sebaldusa.  Wkrótce  będę  się  musiał 
postarać o zastępstwo dla niego. Ostatnio zaangażowałem pilną sek-
retarkę, pannę Bellę Hirmer. — Czy doktor Lóbell się mylił, czy też 
głos  przyjaciela  zabrzmiał  przy  tych  słowach  radośnie,  ale  trochę 
niepewnie? No, przyjaciel był w końcu też tylko człowiekiem. A to, 
czego człowiek potrzebuje, powinien mieć. 

— Aha, z pewnością było ci trudno znaleźć dobrą siłę. Najczęściej te 

damy są albo zarozumiałe i wyrafinowane, albo starej daty, i przez to 
niezbyt akceptowane przez gości. 

— Mogę powiedzieć, że panna Hirmer jest bardzo przystojną kobietą. 

Jest córką hotelarza ze Schwarzwaldu, a więc w pewnym sensie osobą 
z branży. 

— To dlaczego pracuje u ciebie? 
— Jak mi powiedziała, kiedy ją zatrudniałem, chce poczuć powiew 

obcych hoteli. Poza tym w domu ma dorastającego brata. 

— A więc wszystko jasne. Jak wyglądają rezerwacje w twoim "Grand 

hotelu"? 

background image

—  Znakomicie,  zarówno  przed,  jak  i  w  środku  sezonu.  Trudno  mi 

pomieścić  nieoczekiwanych,  a  przecież  miłych  gości.  Na  wszelki 
wypadek trzymam zawsze jeden albo dwa wolne pokoje. Poza tym nie 
mam  przecież  pięciuset  pokoi  jak  „Frankfurter  Ftof'.  My  jesteśmy 
skromniejsi  i  zadowalamy  się  trzydziestoma  pięcioma  pokojami, 
włączając  podłużny  budynek  obok;  w  tym  wiele  jest  pojedynczych. 
Theo nie umiał ukryć dumy dokonanego dzieła. — Oczywiście, udało 
nam się wyposażyć wiele pokoi w łazienki; nie wyobrażasz sobie, jaka 
to była mordercza praca, wmontować niezbędne przewody w niezbyt 
cienkie ściany. 

— Będziesz się śmiał, ale ta sprawa interesuje mnie coraz bardziej — 

odpowiedział  doktor  Lóbell  z  miłym  uśmiechem.  —  Wyobrażam 
sobie, jak cię to złości, że musisz pracować dla tych trojga nierobów, 
zgodnie z dyspozycją twego wuja. 

— Tak to wygląda. 
—  A  ponieważ  masz  niejakie  wątpliwości  co  do  stanu  umysłu 

swojego wuja, przyszedłeś do swego dawnego przyjaciela 1 naginacza 
prawa. 

— Zgadza się. No i co? 
—  Zastanówmy  się  dobrze,  żeby  nie  popełnić  jakiegoś  głupstwa! 

Gdzie mieszkają twoi drodzy krewni, kiedy akurat nie działają ci na 
nerwy? 

— W Stuttgarcie. 
Doktor Lóbell położył przed przyjacielem kartkę i ołówek i poprosił o 

napisanie adresu. 

— Chyba tam nie pojedziesz i nie będziesz pytał o testament? 
— Czyżbyś uważał prawników za klan idiotów? Myślisz, że wyrwę 

się  od  razu  z  naszym  podejrzeniem,  jak  tylko  otworzą  mi  drzwi?  A 
może ja chciałbym tam tylko trochę powęszyć, rozumiesz? Wszystko 
inne, także to, jak ty masz się tymczasem zachowywać, omówimy za 
kilka dni. Jeszcze jedno pytanie, bo być może właśnie w mojej mądrej 
głowie rodzi się genialna myśl: czy hotel natychmiast nie splajtuje i nie 
zawali się, jeśli jego szef przez jakiś czas nie będzie nad nim czuwał? 

—  Mam  nadzieję,  że  nie;  w  dodatku  od  wielu  miesięcy,  jak  już 

mówiłem,  mam tę nadzwyczaj zdolną i  mądrą sekretarkę, której bez 
zastrzeżeń mogę powierzyć na pewien czas tak dobrze zorganizowany 
dom. A o co chodzi? 

background image

— To się wiąże z moimi rozważaniami i proszę cię, abyś mi w nich 

nie przeszkadzał. Chcę, żebyś mnie dziś zaprosił na wystawny obiad. 
Ale potem zaczekaj, proszę, aż moja koncepcja będzie gotowa. 

— Nie muszę się obawiać, że te myślowe kombinacje runą? 
—  Miejmy  nadzieję,  że,  jeśli  będą  właściwie  zbudowane, 

wytrzymają. 

Wkrótce  potem  przyjaciele  się  rozstali  i  Theo  zajął  się  rozmaitymi 

zakupami  dla  hotelu.  Kupił  ponadto  ogromne  pudełko  pralinek 
najlepszej  marki  i  już  z  góry  się  cieszył  na  uśmiech  podziękowania 
panny Belli Hirmer. Wyglądała bowiem zachwycająco pięknie, kiedy 
się  uśmiechała  i  zdejmowała  okulary,  których  używała  do  pisania.  I 
rzeczywiście się ucieszył, że wkrótce wróci do hotelu, który po części 
był jego własnością. 

Wieczór z przyjacielem upłynął harmonijnie na zabawnych i poważ-

nych  wspomnieniach.  Obaj  zostali  wcieleni  do  armii  już  pod  sam 
koniec wojny, ale uniknęli niewoli, tak że Lóbell mógł podjąć znów 
studia,  a  Theo  kontynuować  naukę  zawodu,  zanim  udało  mu  się 
wyjechać  za  granicę.  Przyszły  lata  rozstania,  Theo  udał  się  do 
Ameryki,  a  doktor  Löbell  zdobywał  szlify  prawnicze  w  różnych 
miastach  i  w  różnych  sądach.  Miał  szczęście:  kiedy  już  został 
doktorem prawa i okazał się człowiekiem sprytnym, bystrym, zdolnym 
i  wyrafinowanym,  bogata  babka  urządziła  mu  wspaniałą  kancelarię. 
Został więc wziętym adwokatem. 

Theo  uczył  się  w  Ameryce  wszystkiego,  czego  można  się  było 

nauczyć, poszerzał swe horyzonty i cieszył się, że jest daleko od ro-
dziny. Żal mu było tylko, że nie widuje starego wuja. Ale wiedział, że 
nie  miałoby  sensu  odwiedzanie  go,  dopóki  te  wstrętne  stare  panny 
kręciły  się  wokół  niego.  Bał  się  też  spotkania  ze  swoim  kuzynem 
Egonem  von  Hochheimem,  ponieważ  wiedział  dobrze,  że  na  jego 
widok może się stać agresywny. A to byłoby bez sensu, wobec tego 
trzymał się z daleka. 

Potem  otrzymał  wiadomość,  że  wuj  zmarł  i  że  jego  ostatnia  wola 

czeka na niego. A więc gdy tylko mógł się zwolnić, pojechał do Nie-
miec; jego rodzina nie przypuszczała, że był teraz dobrze sytuowanym 
człowiekiem.  Doskonale  zarabiał,  zręcznie  spekulował  i  żył 
oszczędnie. 

background image

Kiedy  przyjaciele  już  wszystko  sobie  opowiedzieli,  zakończyli 

przyjacielski  wieczór.  Doktor  Lóbell  był  więc  bogatszy  o  jednego 
klienta  i  o  wiedzę  o  tym,  że  jego  klient  jest  zakochany  w  swej 
sekretarce,  ale  zachował  to  spostrzeżenie  dla  siebie.  Theo  natomiast 
otrzymał  następnego  przedpołudnia  starannie  opracowany  plan 
przyjaciela, zawierający wskazówki, jak dalej postępować, i polecenie 
zorganizowania  sobie  przyjemnej  podróży,  ponieważ  musi  zniknąć  z 
hotelu na jakiś czas. 

background image

IV 
 
Kiedy  Theo  wówczas  wrócił  do  swego  hotelu  eleganckim  sa-

mochodem  pełnym  paczek,  zwiniętych  dywanów  i  wielu  innych 
rzeczy,  rozpromienił  się,  ujrzawszy  jak  Bella,  stojąc  pomiędzy 
kamiennymi  jeleniami  macha  do  niego  radośnie.  Rozkoszował  się 
przez  chwilę  tym  pięknym  obrazkiem,  po  czym  skinął  jej  głową, 
zamknął  bagażnik  i  zawołał  na  starego  sługę,  aby  zaniósł  do  hallu 
wszystkie  paczki  i  przedmioty.  Ładnie  opakowane  pudełko  pralinek 
wziął sam ostrożnie do ręki i ruszył naprzeciw Belli. 

—  Panie  Bruckner,  czy  jest  pan  zmęczony  podróżą?  Jeszcze  nie 

widziałam pana wchodzącego tak wolno na górę! 

— Nie jestem zmęczony, panno Hirmer, tylko się cieszę. 
— Z powrotu do domu? To ładnie! 
— Z tego także. 
—-  Wobec tego muszę pytać dalej, z czego jeszcze?  —  Bella  była 

teraz trochę zakłopotana, kiedy Theo stanął tuż przed nią i patrzył na 
nią promieniejącym i bezwstydnie szczęśliwym wzrokiem. 

— Jest na to jedna odpowiedź: cieszę się widokiem mojej sekretarki, 

a szczególnie tym, że jest ona jeszcze piękniejsza niż wówczas, kiedy 
wyjeżdżałem. 

Bella  była  naprawdę  zakłopotana.  Theo  stanął  teraz  obok  niej  i 

wręczył jej pudełko. 

— To dla pani. Przywiozłem z miasta! 
— To bardzo miłe, ale przecież... 

background image

—  Niech  pani  tylko  nie  mówi,  że  nie  wypada.  Zrobiłem  to  z 

przyjemnością; proszę, niech mi pani nie odbiera tej radości. Słyszałem 
ostatnio, że pani bardzo lubi pralinki. 

—  Dziękuję  panu  z  całego  serca!  To  jeszcze  przyzwyczajenie  z 

czasów dzieciństwa, kiedy, leżąc już w łóżku, lubiłam sobie schrupać 
coś  słodkiego,  choć  mama  mnie  ostrzegała,  że  to  jest  niezdrowe  dla 
zębów. 

Theo  z  zaciekawieniem  spojrzał  na  jej  śliczne  usta  i  powiedział, 

uśmiechając  się  dyskretnie:  —  Wcale  to  pani  nie  zaszkodziło,  jak 
mogłem stwierdzić. No, ale teraz z powrotem na szarą ziemię... 

—  A  gdzie  pan  przebywał  dotychczas?  —  Bella  uśmiechnęła  się 

czarująco  i  szarpnęła  z  zaciekawieniem  sznureczek  na  pudełku 
pralinek. 

—  W  przedsionku  raju,  i  muszę  powiedzieć,  że  jest  on  wspaniale 

urządzony. W przyszłości będę w nim spędzał kilka godzin dziennie. A 
więc, czy coś się przez ten czas wydarzyło? 

—  Mniejsze  i  większe  irytacje  z  rzemieślnikami.  Przyjechały  dwie 

duże  skrzynki  z  winem  i  alkoholem.  Zarządziłam,  aby  je  od  razu 
rozpakowano  w  piwnicy,  bo  inaczej  musielibyśmy  płacić  zastaw  za 
skrzynki.  —  Wreszcie  rozwiązała  sznurek,  spojrzała  na  piękne 
opakowanie — i nie mogła się powstrzymać. Odgryzła pół pralinki i 
jak  typowa  kobieta  obejrzała  najpierw  nadzienie.  W  tej  chwili  Theo 
schwycił do ust drugą połowę, a ona spojrzała na niego przerażona. — 
O Boże, tę miałam już w palcach. Proszę, niech się pan poczęstuje. 

— Tak oficjalnie, to nie sprawia mi żadnej radości. — Theo mrugnął 

do niej. Następnie poprosił o mocną kawę, którą gruba Berta sama mu 
przyniosła, promieniejąc z radości, że szef już wrócił. 

— Berto, czy pani naprawdę się cieszy, że wróciłem? 
— Tak, bo to wszystko nie ma sensu, kiedy szef jest nieobecny. Już 

wystarczająco  długo  tak  wytrzymywaliśmy.  I  co  będzie  dziś 
wieczorem? Mam tylko kurczaka na zimno, sałatkę majonezową, a na 
koniec ser. To wszystko. 

— Wspaniale! Proszę nakryć dla panny Hirmer i dla mnie w małym 

pokoju śniadaniowym. Mamy jeszcze dużo pracy. 

— Zaraz nakryję. Jak to dobrze, że pan znów tu jest!  — Poszła do 

kuchni. 

 

background image

Bella się nie wtrącała, ale kiedy gruba Berta zniknęła, potrząsnęła z 

wyrzutem ładną główką. 

— Co ja znów źle zrobiłam? 
— Przecież pani wie, iż uważam za słuszne jadać z personelem. Teraz 

sekretarka  będzie  dotrzymywała  towarzystwa  szefowi,  ponieważ 
trzeba  przestudiować  te  listy.  Ja,  szef,  tak  sobie  życzę,  a  pani  ma 
spełnić moje życzenie. 

— Przy kurczaku i sałatce majonezowej wydaje mi się to wcale nie 

takie straszne. — Wzięła pocztę z biurka i wręczyła mu. Theo usiadł w 
hallu w fotelu, popatrzył na nią z przyjemnością, kiedy podawała mu 
listy, i zapytał marszcząc czoło: 

— Muszę to teraz czytać? 
— Jest pan zmęczony, to zrozumiałe, ale byłoby dobrze, gdyby pan 

przeczytał list od hrabiny Luizy Beau de Marchell. Być może, to coś 
pilnego. 

—  Mam  od  razu  psuć  sobie  humor?  Nie  ma  mowy!  Przeczytam 

później! Mam gdzieś ciotkę Luizę. 

— W to nie wątpię ani przez sekundę — padła jej zręczna odpowiedź, 

i  oboje  spojrzeli  na  siebie  porozumiewawczo.  —  Dziś  po  południu 
dzwonił doktor Lóbell. Prosił, aby  mu pan przekazywał natychmiast 
całą pocztę dotyczącą wiadomej sprawy. 

—  W  porządku.  Dobrze  byłoby  mieć  skrzynkę  na  listy,  do  której 

można by wkładać niewygodną pocztę. Pani tego nie rozumie, panno 
Hirmer, ale to na razie nie jest konieczne — powiedział Theo z miłym 
uśmiechem. 

Wkrótce stary kelner, zatrudniony tu jeszcze przez zmarłego hrabiego 

Beau  de  Marchell,  poprosił  ich  na  kolację,  a  potem  obsługiwał  tak 
uroczyście i fachowo, jak gdyby byli najważniejszymi gośćmi. 

—  Czy  nadeszła  jeszcze  jakaś  poczta,  która  by  pachniała  czymś 

nieprzyjemnym albo rachunkami? Nie lubię ani jednego, ani drugiego, 
kiedy  siedzę  w  miłym  towarzystwie.  —  Podsunął  jej  pudełko  z 
solonymi migdałami i popatrzył za starym kelnerem. — Chciałem pani 
sprawić jeszcze małą przyjemność. 

—  To  także  moja  ukrywana  namiętność!  —  Ugryzła  migdał,  a  on 

podziwiał jej piękne zęby. 

— Nie tęskni pani za rodzicami? 
 

background image

— Owszem, czasami, kiedy mam niewiele pracy. Ale ojciec uznał za 

słuszne, żebym się rozejrzała poza naszym małym hotelikiem, a mama 
uważa, że powinnam się trochę nauczyć posłuszeństwa. 

— Aha! A więc panienka nie słuchała rodziców? 
—  Niechętnie;  zawsze  znajdowałam  pretekst,  aby  się  wykręcić  od 

posłuszeństwa. 

—  A  kiedy  ja  raz  na  pół  roku  wywołuję  burzę  —  jak  to  jest 

przyjmowane? 

— Odpowiem szczerze: — a więc, muszę stwierdzić, że taka burza 

spada na nasze głowy znacznie częściej niż raz na pół roku. Ale nasza 
poczciwa gruba Berta znajduje na to odpowiednie słowa i mówi, kiedy 
siedzimy razem skuleni i zasmuceni: „No i jak szef ma nie grzmieć, 
skoro  tu  aż  się  roi  od  rzemieślników?  Niech  sobie  ulży,  bo  jak  są 
goście, on też musi trzymać język za zębami". Za przeproszeniem — 
powtarzam tylko dosłownie, co sądzi dobra Berta. ' 

—  Ponieważ  jest  dobrą  kucharką,  może  sobie  śmiało  krytykować 

szefa. Ale ona  ma rację;  to nieustanne zamieszanie z  robotnikami,  a 
także bez nich działa mi czasem na nerwy. A jeszcze dochodzą irytacje 
z zewnątrz... 

— ... z powodu listów drogiej hrabiny... 
— ... i wtedy jedynym ratunkiem byłoby, gdyby szef wybuchnął. A 

więc  uznalibyście  to  za  pewnego  rodzaju  odpoczynek,  gdybym  ja 
pewnego dnia zostawił panią wraz z całym hotelem i gośćmi, a sam 
zniknął? — Popatrzył na Bellę pytająco. 

— Nie miałabym nic przeciwko temu, choć jeślibym mogła panu coś 

radzić,  to  to,  aby  pan  nie  wybierał  na  taki  urlop  pełni  sezonu 
hotelowego.  Nie  mam  odwagi  twierdzić,  że  byłabym  w  stanie 
wszystko  poprowadzić  ku  pańskiemu  zadowoleniu.  Nie  wiem  także, 
czy pozyskam sobie konieczny respekt wśród personelu. 

—  Ale  gdybym  z  całą  stanowczością  oznajmił  wszystkim,  że  pani 

decyzje są moimi decyzjami, myślę, że wówczas byłoby to możliwe. A 
mówiąc poważnie, panno Hirmer, może się zdarzyć, że pewnego dnia 
zniknę, po prostu nagle zniknę. Taki mój dziwaczny kaprys, rozumie 
pani? Wówczas zdam się całkowicie na panią i pani inteligencję. 

— Mam nadzieję, że się pan nie przeliczy, jeśli idzie o tę inteligencję 

— padła wesoła odpowiedź. — Ale może się zdarzyć, że wszystko 

 

background image

pójdzie pomyślnie. Proszę tylko, aby pan zostawił konieczną płynną 

gotówkę  na  wypadek,  gdyby  wyniknęły  jakieś  nieprzewidziane 
problemy. 

—  Stwierdzam,  że  nie  da  się  pani  niczym  zniechęcić.  A  więc 

perspektywa długiej nieobecności szefa nie nastraja pani smutno? 

Theo spojrzał na nią niemal obrażony. 
— Ja tu tylko pracuję; moje odczucia się nie liczą. 
— Dobrze, już dosyć słów, teraz czas na czyny. — Theo powiedział 

to  nieco  patetycznie.  Wstał  z  uśmiechem,  po  którym  Bella  nie 
obiecywała  sobie  niczego  dobrego,  i  pocałował  ją  mocno.  Następnie 
znów usiadł i jakby nigdy nic ciągnął dalej: — A więc widzę, że jeśli 
któregoś dnia szef zniknie, mój dom pozostanie pod najlepszą opieką. 

— No tak, zrozumiałam żart — odpowiedziała Bella lekko gniewnym 

tonem. — Ale dla dobra sprawy przełknę i to jako kaprys. 

— Proszę usilnie, aby pani tego nie traktowała jako kaprys. 
— Tylko jak? 
— Jako wyraz mojego szacunku i sympatii. 
— Niezwykły wprawdzie, ale niech będzie. Zjadłabym trochę sałatki, 

czy mógłby mi pan podać salaterkę? Stary Franz przyniesie tymczasem 
deser. 

— A nie będzie pani zła? 
— Jak dostanę sałatkę, nie. 
Theo podał jej szybko salaterkę i obserwował, jak Bella, opanowana, 

sięgnęła  po  nią,  następnie  równie  spokojnie  posypała  ją  cukrem, 
wreszcie z przyjemnością zaczęła jeść. 

— Czy mój kaprys nie oznacza dla pani nic nowego? Mam na myśli 

mój ostatni wyczyn. 

—  Już  się  zorientowałam,  że  to  po  prostu  żarty.  Ale  wracając  do 

planowanego  przez  pana  ewentualnego  zniknięcia:  jak  mam  się  za-
chować, kiedy podczas pańskiej nieobecności przybędą pańscy drodzy 
krewni? 

— Rozsypać truciznę. 
— Dobrze, ale gdzie? 
— To pozostawiam pani bujnej fantazji, niewzruszona dziewczyno! 

A jeśli się zdarzy, że te trzy najbardziej niepożądane zjawiska w moim 
życiu  narażą  się  pani  podczas  mojej  nieobecności,  proszę  je 
potraktować tak, jak zrobiliśmy ubiegłej jesieni. 

background image

— A więc jako mało sympatycznych, nie płacących, ale uprawnio-

nych do pobytu gości. 

—  Dobrze  powiedziane.  Często  zadaję  sobie  pytanie,  dlaczego 

Opatrzność każe umierać wspaniałym, tak bardzo potrzebnym na ziemi 
ludziom, podczas gdy tych troje... 

— Radziłabym panu resztę tego zdania pozostawić fantazji pańskiej 

słuchaczki.  Bądź  co  bądź,  owa  słuchaczka  jest  pracownikiem  i  nie 
przystoi jej wyrażać własnej opinii. 

— Dziękuję za uwagę, okropnie doskonała dziewczyno! — Następnie 

oboje wrócili znów do spraw codziennych. Theo cieszył się, że Bella 
tak mądrze, w skupieniu i rzeczowo przyjmuje wszystko, co on mówi. 
Mając  na  uwadze  polecenie  swego  przyjaciela,  nic  nie  powiedział  o 
wizycie w jego kancelarii. 

Działo się to zatem przed kilkoma tygodniami i choć Theo nie wracał 

już  do  tej  sprawy,  pewnego  dnia  zniknął.  Szef  zniknął,  i  wszyscy 
pracownicy  dowiedzieli  się  o  tym,  kiedy  stali  wokół  Belli  jak 
wystraszone  kurczęta;  Bella  zaś  była  całkowicie  spokojna. 
Oświadczyła  pracownikom,  że  hotel  będzie  funkcjonował  tak  jak 
dotychczas,  że  szef  zostawił  instrukcje,  które  to  ustalają.  W  ciągu 
najbliższych  dni  przybędzie  nowy  szef  jadalni,  ponieważ  trzeba 
koniecznie zastąpić zmarłego Franza. A zatem nikt nie ma powodu do 
niepokoju,  niech  wszyscy  pracują  tak  dobrze  jak  dotychczas,  a 
wówczas wszystko będzie szło, jak należy — aż do powrotu szefa. 

Ale gdzie jest szef, dopytywała się Berta, bo przecież hotel bez szefa 

to jak kogut bez głowy. Ale Bella ją uspokoiła, że zakład będzie dobrze 
funkcjonował  i  że  szef  kiedyś  wróci.  Tymczasem  jednak  zniknął  i 
jedyna odpowiedź na wszystkie pytania brzmiała: szef zniknął. 

Berta uznała, że to trochę śmieszne, ale powiedziała mrukliwie:  — 

Cała rodzina Beau de Marchell jest trochę zwariowana. 

background image

Pewnego  dnia  zjawił  się  nowy  kierownik  sali  jadalnej,  niejaki  pan 

Kuno,  który  na  wstępie  oznajmił,  że  szef  hotelu,  Theo  Bruckner 
zaangażował  go  we  Frankfurcie.  Położył  swoje  papiery  na  stole  i 
zaczął  panowanie  w  swoim  rewirze.  Nie  był  szczególnie  lubiany, 
ponieważ  nie  potrafił  znaleźć  właściwego  zapału  do  pracy  i  Bella 
spodziewała się każdego dnia, że Kuno wymówi pracę. Obserwowała 
go, a on obserwował ją; nie ufała mu, a on stroił  miny, gdy tego nie 
widziała. 

Tak  zatem  wyglądała  sytuacja  na  froncie  w  dniu,  kiedy  lubiany  i 

sympatyczny  baron  Rüdinger  przybył  jako  wierny  gość  do  hotelu 
oczekując, że Kuno powita go dźwiękami rogu myśliwskiego. 

background image


 
— No, dziecko, jestem gotowa! 
Pani Schlüter leżała w łóżku, w jedwabnej lizesce, paląc papierosa, a 

obok na puchowej kołdrze stała miseczka z pralinkami. 

Edith, która wyglądała uroczo w kolorowym domowym stroju, tkwiła 

niczym gnom w nogach szerokiego łoża, a ponieważ okna były szeroko 
otwarte, otuliła sobie nogi szlafrokiem matki. 

— Najpierw opowiedz, jak się skończyła gra. Czy odeszłaś od stolika 

jako zwyciężczyni? — Edith głaskała Tai-tai, która szczególnie lubiła 
tę wieczorną godzinę i przytuliła się do niej.. 

—  Niestety  nie,  albowiem  ta  wysoka  chuda  dama,  panna  von 

Wiesengrün, ma niesamowity talent do brydża. 

— Wyobrażam sobie, że takiego przeciwnika chciałoby się z zimną 

krwią zasztyletować. 

— Gdyby nie było przy tym pana prokuratora, z pewnością by się to 

stało,  moje  dziecko.  Ale  jakoś  to  zniosłam,  a  na  jutrzejszy  wieczór 
lepiej się przygotuję. Ale teraz ty opowiadaj! Widzę po twoim nosie, że 
chowasz w zanadrzu jakąś sensację. 

— Tylko małą sensacyjkę, mamo, ale przypuszczam, że będzie z tego 

wielka sensacja. A więc po pierwsze muszę ci powiedzieć, że jestem 
niemal  pewna,  iż  ta  piękna  panna  Hirmer  z  biura  hotelowego  wie 
bardzo dobrze, gdzie jest szef. 

— Och, i po co właściwie to wszystko? Szef wyjechał, ma przecież do 

tego  prawo!  Gości  powinno  to  obchodzić  dopiero  wówczas,  gdyby 
chcieliby mu się poskarżyć. Ale myślę, że nie ma do 

 

background image

tego powodu. Ja  w każdym razie podczas kolacji widziałam wokół 

tylko zadowolone twarze. 

—  Oczywiście.  W  końcu  w  innych  hotelach  życie  toczy  się  swoją 

koleją, nawet kiedy szef się ukradkiem wymknie. 

— A skąd moja córeczka wie, że to jest potajemny wypad, na który 

udał się ten sympatyczny pan Bruckner? Hm, wiesz, to nadzienie jest 
wyśmienite.  —  Mama  wyciągnęła  w  stronę  córki  pół  przegryzionej 
pralinki, którą ta trochę bezmyślnie połknęła.— Jest pyszne! Daktyl w 
koniaku. 

— Trochę za słodkie. Opisz mi, proszę, dokładnie, jak wygląda ten 

zaginiony szef. 

—  Mon  Dieu,  dziecko!  Gdyby  go  spotkać  gdzieś  w  luksusowym 

kurorcie,  w  eleganckim  hotelu  albo  na  balu  w  jakiejś  ambasadzie, 
można by pomyśleć, że jest on co najmniej ministrem spraw zagranicz-
nych jakiegoś potężnego kraju. Albo jeszcze lepiej, gwiazdą filmową 
w dawnym stylu — o spojrzeniu, pod którym człowiek topnieje. 

— Ja czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam i nie chciałabym również, 

aby moja mama stopniała. Musiałabym wówczas zaalarmować papę — 
odpowiedziała  Edith  ze  śmiechem.  —  Ale  opisuj  po  kolei:  włosy, 
figurę, zachowanie, ubranie, wszystko szczegółowo. 

— Dziecko, pytasz, jakbyś chciała kupić tego mężczyznę! 
— Obawiam się, że my, Schiilterowie, nie jesteśmy dość bogaci, aby 

go  sobie  kupić.  Poza  tym,  jak  słyszałam,  jest  to  mężczyzna  bardzo 
pewny siebie. — Matka przedstawiła teraz barwny opis Theo Bruck-
nera,  którego  ujrzała  po  raz  pierwszy  w  ubiegłym  roku  w  „Hotelu 
Myśliwskim". — Teraz mogę go sobie lepiej wyobrazić i wszystko jest 

y

dla mnie zrozumiałe. 

— O co znów chodzi, dziecko? Mówisz półsłówkami, zupełnie jak 

ojciec. Czemu coś jest dla ciebie zrozumiałe? 

— Dlaczego, droga mamo, nie czemu, mimo iż papa jest daleko. —- 

Edith  pocałowała  matkę  w  policzek  i  mówiła  dalej:  —  A  więc  na 
podstawie  twojego  opisu  stało  się  dla  mnie  zrozumiałe,  że  panna 
Hirmer kocha swego zaginionego szefa. 

— Och! Jak to? Skąd wiesz? 
—  Wyczytałam  to  z  jej  roześmianej,  pięknej  twarzy,  oświetlonej 

księżycem.  Ona  nie  domyśla  się,  dlaczego  ja  uważam,  iż  ona  wie 
bardzo 

background image

dobrze, gdzie jest szef. Wiem tylko, że często prowadzi z nim bardzo 

osobiste rozmowy telefoniczne. 

— Czemu... ach, do diabła, dlaczego tak przypuszczasz? Musisz mieć 

jakiś  szczególny  dowód,  ponieważ  nie  sądzę,  aby  ta  dobrze 
wychowana panna Hirmer opowiadała mojej córce takie rzeczy. 

—  Oczywiście,  że  tego  nie  zrobiła,  ale  ja  zauważyłam  u  niej  miły 

dziewczęcy  rumieniec,  kiedy  późnym  wieczorem  rozmawiała  przez 
telefon  w  swoim  oszklonym  biurze.  Ale  teraz  kombinujmy  dalej! 
Wiesz  przecież,  że  ten  Theo  Bruckner  nie  jest  jedynym,  aczkolwiek 
jest  najważniejszym  właścicielem  tego  hotelu.  Wiesz  także,  że  obie 
hrabiowskie ciotki wraz z siostrzeńcem, panem von Hochheimem, są 
bardzo nieprzyjemnym dodatkiem. Czy to się zgadza? 

—  Całkowicie!  Ale  po  co  mi  to  wszystko  tłumaczysz?  Cóż  to  nas 

obchodzi? 

— Nas nie, ale to interesujące i chciałaś przecież posłuchać nowinek? 

Ale  dopiero  teraz  powiem  ci  coś,  co  odkryłam  i  co  jest  najbardziej 
podniecające. Ten kierownik sali jadalnej, Kuno, wcale nim nie jest! 

— O nieba! Tylko kim? Chyba nie złodziejem hotelowym? 
— Mamo, on byłby ci bardzo wdzięczny za to, że tak go oceniasz, 

albowiem  nasz  zacny  pan  Kuno  to  bardzo  znany  i  wzięty  adwokat, 
doktor Kuno Löbell. 

—  O,  Boże  wszechmogący!  Dziecko,  ja  chyba  zwariuję!  — 

wykrzyknęła matka wzburzona. — To rzeczywiście prawda? 

— Stuprocentowa! Pamiętasz sprawę, jaką w ubiegłym roku miała w 

sądzie twoja siostra, kiedy gospodarz domu wymówił jej mieszkanie? 

— Bardzo dokładnie. To była bezczelność ze strony tego człowieka 

wymówić Elli tylko dlatego, że trzymała w mieszkaniu trzy owczarki. 
Cóż to obchodzi gospodarza! 

—  Mamo,  uważam,  że  o  dwa  owczarki  za  wiele.  Ale  wówczas 

adwokatem strony przeciwnej, a więc reprezentantem gospodarza, był 
nasz  zacny  pan  Kuno.  Widziałam  jego  nazwisko  przy  sprawie:  gos-
podarz domu kontra owczarki. 

— Czy to nie pomyłka? 
— W żadnym razie! Od razu go poznałam, ale pomyślałam, że ten 

doktor Löbell  ma  z pewnością swoje powody, aby udawać szefa sali 
jadalnej w hotelu. Wobec tego twoja mądra córeczka 

background image

zaczęła go obserwować. I co zaobserwowała dziś po południu, kiedy 

ty smacznie drzemałaś? 

— Mów, bo dłużej nie wytrzymam! 
— Najpierw jeszcze szybko ci powiem, że twoja córeczka przystanęła 

podczas spokojnej popołudniowej godziny przed biurem hotelowym, 
pustym  o  tej  porze,  aby  sprawdzić,  czy  nie  ma  poczty  na  naszych 
półkach. Zobaczyłam przy tym w szklanej skrzynce na biurku list, na 
którym  szczególnie  dużymi  literami  był  napisany  adres  pana  Theo 
Brucknera. Nie zainteresowało mnie to i przyjęłam tylko ten fakt do 
wiadomości,  ale  spojrzałam  jeszcze  w  lewy  róg  na  dole,  gdzie  było 
wydrukowane nazwisko nadawcy: „Hrabina Luiza de Marchell". Aha, 
pomyślałam,  to  może  być  list  od  krewnej  pana  domu,  którą  mama 
opisała w tak niepochlebnych słowach. Stwierdziłam, że nie ma dla nas 
żadnej poczty, następnie wyszłam z biura i wzięłam czasopismo, które 
leżało na stojącym obok stoliku. Usłyszałam cichy trzask, rozejrzałam 
się ostrożnie i zobaczyłam pana Kuno, który równie ostrożnie wśliznął 
się do biura, szybkim ruchem wziął do ręki wspomniany list i odszedł 
w kierunku tarasu. 

— A ty poszłaś za nim? 
— Oczywiście, mamo! Ale po cichu i ostrożnie. Zobaczyłam zatem, 

że doktor Kuno Lóbell otworzył list, schował kopertę do kieszeni swej 
marynarki i zaczął studiować jego treść. 

—  Ale  tak  nie  wolno!  Uważam,  że  jest  to  naruszenie  tajemnicy 

korespondencji. 

— W tym przypadku chyba nie, adwokatowi wolno. Ale posłuchaj 

dalej.  Przestraszyło  go  moje  wesołe,  beztroskie  zjawienie  się. 
Speszony schował list do kieszeni, skłonił się i zapytał, czy mam jakieś 
życzenie, które oczywiście wyraziłam, prosząc o szklankę chłodnego 
mleka. A więc musiał pobiec do kuchni; jednak diabeł był mi łaskaw, 
ponieważ doktorowi wysunął się z marynarki list, przyfrunął do mnie, 
czego on nie zauważył. Miałam więc pełne prawo podnieść tę kartkę, 
ponieważ musiałam się dowiedzieć, co zawiera. 

— No i co? 
—  Duże  pismo  było  bardzo  czytelne.  Najważniejsze  fragmenty 

brzmiały  jakoś  tak:  a  więc  przyjedziemy  za  trzy  dni,  i  już  dziś 
informuję Cię, że musimy z Tobą poważnie porozmawiać, albowiem 

background image

przesłana nam kwota wydaje się zbyt niska. Przyjedziemy z Egonem, 

ładnym  niedużym  autem,  nie  trzeba  nas  więc..."  W  tym  miejscu 
musiałabym  odwrócić  stronę,  czego  jednak  nie  zrobiłam.  Kopnęłam 
kartkę z powrotem i pofrunęła w stronę schodów. 

— A pan Kuno? 
— Wrócił i przyniósł mleko, na talerzu, nie na srebrnej tacy. Ale nic 

na to nie powiedziałam. Poprosiłam go tylko, aby postawił szklankę na 
stoliku, wzięłam gazetę i położyłam się na leżaku; a kiedy pan doktor 
Lóbell  chciał  odejść,  zawołałam  go  i  powiedziałam  zarozumiałym 
tonem: „Proszę zabrać stąd ten papier. Wygląda tu nieporządnie, kiedy 
fruwają  papiery".  Edith zaśmiała się teraz serdecznie.  —  Mamo, ten 
mężczyzna rzucił mi spojrzenie, w którym było wszystko, mówię ci! 
Powoli poszedł do schodów, kartka odfrunęła, pan doktor za nią, trzy 
razy schylał się na próżno, aż w końcu przycisnął ją butem do ziemi. 

— Czy on zwrócił uwagę na twoje zachowanie, dziecko? — Matka 

musiała zjeść jeszcze jedną pralinkę na uspokojenie. 

—  Skądże,  był  na  to  zbyt  wściekły.  Chwycił  więc  list  hrabiny, 

schował go, ale już nie przeszedł obok mnie, tylko udał się przez ogród 
do oficyny. No tak, to byłyby wszystkie moje sensacje. Mam nadzieję, 
że jesteś zadowolona. 

— Jednakże, moje dziecko, podczas ubiegłych lat nigdy nie byłam tu 

taka podenerwowana. A co będzie dalej? 

— Z czym? Z hotelem, spokojem czy sensacyjkami? 
— Oczywiście z sensacyjkami. Czy będziemy jeszcze w tym uczest-

niczyć, jeśli tu się coś wydarzy? 

— Tego nie  mogę ocenić, ale że coś się tu dzieje, świadczy o tym 

obecność znanego adwokata, który gra tu ważną rolę, choć nie zdradza 
wybitnego talentu. 

— I taki adwokat może kraść listy, które nie są adresowane do niego? 
—  Jeśli  jest  adwokatem  odbiorcy  listów  i  musi  znać  ich  treść, 

dlaczego  nie  miałby  ich  po  cichu  i  w  tajemnicy  ukraść?  —  Edith 
zmrużyła  śliczne  oczy  i  ciągnęła  dalej:  —  Ma  pecha,  że  akurat  go 
rozpoznałam  i  że  zauważyłam  jego  drobną  urzędową  kradzież.  Ale 
opowiedz mi coś więcej o tych dwu hrabinach; teraz interesują mnie 
szczególnie. Obecność Lobelia jest niewątpliwie z nimi związana. 

background image

— Dziecko, nie mam talentu do opowiadania. 
— Spróbuj, mamo, pomyśl, że są to twoje największe nieprzyjaciółki, 

wtedy pójdzie łatwo. 

— A więc są to wstrętne, zarozumiałe kobiety. Obnoszą się ze swoją 

szlachecką  krwią,  opowiadają  tylko  o  swoich  hrabiowskich  i 
książęcych  przyjaciołach.  Obie  mają  przenikliwe  spojrzenia,  co 
sprawia, że ich zimne jak lód oczy stają się nieprzyjemne. Starsza jest 
chuda,  o  niezłej  figurze  i  postawie,  ubrana  według  staroświeckiej 
mody. Młodsza hrabina natomiast jest gruba i niska. Mnie rzuciły się w 
oczy  z  pewnością  bardzo  cenne,  ale  również  staromodne  klejnoty, 
którymi  się  ozdabiają,  i  ich  bardzo  duże  stopy.  No,  nic  więcej  nie 
umiem powiedzieć. — Matka zmęczona odrzuciła na bok górę jaśków. 

—  Zaczekaj!  Jeszcze  nie  zasypiaj!  A  jak  wygląda  siostrzeniec,  ten 

Egon von Hochheim? 

— Brrr! Według mnie to wstrętny człowiek. Być może, inne kobiety 

uważają, że jest szarmancki i dobrze wygląda, ja jednak mam uczucie, 
że to człowiek zakłamany, a jego oczy wyglądają jak oczy kreta. 

— A więc niewątpliwie przyjemny mężczyzna, nie ma co mówić. A 

czy ma jakiś zawód, czy jest tylko siostrzeńcem swoich ciotek? 

—  Tego  nie  wiem.  Pamiętam  tylko,  że  zrobił  kiedyś  naszemu 

drogiemu  baronowi  Rüdingerowi  długi  wykład  na  temat  kilku 
niewielkich  antyków  wystawionych  w  gablotkach.  O  ile  pamiętam, 
chodziło  wówczas  o  miniatury  z  kości  słoniowej  i  malutką  damę  z 
sewrskiej porcelany. 

—  Wobec  tego  obejrzę  sobie  jutro  te  przedmioty  jeszcze  raz  ze 

szczególnym  zainteresowaniem.  Być  może,  baron  zechce  mi 
powtórzyć ów wykład, który usłyszał od drogiego Egona. 

— Czemuż to drogiego Egona? 
—  Dlaczego,  mamo!  Czy  nie  sądzisz,  że  ciotki  bardzo  go  kochają, 

ponieważ,  jak  mi  opowiedziałaś,  zawsze  przyjeżdżają  z  tym  drogim 
siostrzeńcem? Wkrótce cała trójka się tu zjawi, jak zapowiadał list, i 
może wówczas będę mogła sobie wyjaśnić, dlaczego doktor Lóbell też 
tu jest. Nie uważasz, mamo, że to wszystko ma jakiś związek? 

—  Masz  rację,  moje  dziecko.  Ale  chodźmy  już  spać.  Dobranoc. 

Skinęły sobie raz jeszcze przyjaźnie głowami. Edith zgasiła światło, 

Poszła do swojego pokoju i długo jeszcze rozmyślała, ponieważ 
Dom szczęśliwie zakochanych 

background image

niewątpliwie coś się tu nie zgadzało. Nagle stwierdziła, że w „Hotelu 

Myśliwskim" wcale nie jest nudno. 

 
 
Był  świeży  radosny  poranek,  kiedy  nadleśniczy  z  dwoma  psami 

myśliwskimi, jednym zwykłym, drugim zaś używanym do polowań na 
kuropatwy, zjawił się przed tarasem z jeleniami. Na ten widok przede 
wszystkim Laura zamerdała czarnym ogonem, ponieważ oba psy były 
płci męskiej. Biada, gdyby teraz nadeszła Tai-tai! Posypałyby się iskry 
i Laura pokazałaby psom, jaki niezwykły temperament w niej drzemie. 
Ale po pierwsze, interesujący ją panowie byli na smyczy, a nadleśniczy 
nie wyglądał na człowieka, który by akceptował lekkie obyczaje psów. 
Laura  powitała  więc  tylko  dość  powściągliwie  starego  barona 
Rudingera,  który,  ubrany  w  myśliwską  zieleń,  z  torbą  przewieszoną 
przez ramię, wyszedł na schody. 

— To jest najczystsza radość, panie nadleśniczy! A więc będziemy 

tropić szalpnego lisa. Bardzo się cieszę, że znów usłyszę huk strzelby. 

— Mam nadzieję, że pan baron będzie zadowolony. Poza tym nie ma 

nic ciekawego do upolowania i mogę panu dostarczyć jedynie starego 
lisa. 

— To nic nie szkodzi! Huk jest hukiem i dobrze robi mojej zmęczonej 

myśliwskiej  duszy.  O,  jest  już  także  pan  Kuno!  Czy  chce  pan  może 
zadąć w róg? 

— Przykro mi, panie baronie, ale wciąż jeszcze go nie znalazłem. Ale 

skoro pan baron przykłada do tego tak wielką wagę, mógłbym wziąć z 
szopy trąbkę. — Kuno powiedział to z najgłębszą powagą, ale baron, 
który miał poczucie humoru, zmrużył prawe oko, położył mu dłoń na 
ramieniu, uśmiechnął się radośnie i powiedział: 

—  Ale  z  pana  żartowniś!  No,  ruszamy,  panie  nadleśniczy!  Wiele 

trofeów do domu nie przyniosę, ale sama przyjemność polowania jest 
warta wszelkich trudów. 

background image

Myśliwi  wymaszerowali,  Laura  rzuciła  im  tylko  spojrzenie  pełne 

łagodnej  pogardy,  ponieważ  miała  własne  zdanie  na  temat  psów 
myśliwskich. 

Kuno  zastanawiał  się  teraz,  jak  najpożyteczniej  spędzić  rozpoczęte 

przedpołudnie w związku ze swymi planami. 

—  Dzień  dobry  —  zadźwięczał  miły  głos  i  stanęła  za  nim  Bella 

Hirmer, ładna i świeża, wesoła i w dobrym humorze. 

— Patrzcie, patrzcie! Słoneczko wschodzi! 
— Panie Kuno, ono to zrobiło już przed trzema godzinami. Ale i tak 

jest mu bardzo miło. Czy pan baron już poszedł? 

— Tak, ale bez dźwięku rogu myśliwskiego i wielkiego halo. 
— Sygnał myśliwski rozlega się dopiero potem, panie Kuno, kiedy 

polowanie  się  kończy.  Ale  dobrze,  że  mogę  z  panem  chwilę  poroz-
mawiać. Dziś rano dzwoniła hrabina Beau de Marchell i oznajmiła, że 
wraz  z  siostrą  i  panem  von  Hochenheimem  przybędą  tu  w  ciągu 
dzisiejszego dnia. List od niej, który jest w drodze, przyjdzie zapewne 
trochę później. 

— Do licha, to znaczy, chciałem powiedzieć, dobrze, że pani mi to 

mówi.  Słyszałem  od  personelu,  że  te  damy  nie  należą  do 
sympatycznych gości. 

— Trudni goście bywają w każdym hotelu — padła dyplomatyczna 

odpowiedź Belli. — Ważne jest, żeby pan przygotował dla tych trzech 
osób stolik z tyłu... 

— Jest także jeszcze wolny stolik z prawej strony, obok stolika pana 

barona. 

—  Wydaje  mi  się,  że  pan  baron  woli  siedzieć  spokojnie,  nieco 

odizolowany  od  reszty  towarzystwa  —  Bella  znów  okazała  się  dyp-
lomatką.  —  A  więc  niech  pan  się  tym  zajmie,  a  ja  wykreślam  tę 
pozycję  z  mojego  notatnika.  Poza  tym  poprosiłam  w  pośrednictwie 
pracy o nowego szefa kuchni. 

— No i co? — Kuno zmarszczył czoło. 
— Obiecano mi bardzo dobrego mężczyznę. Nie będzie to tanio, jak 

się  pan  domyśla,  ale  nasza  Berta  nie  da  sobie  rady,  kiedy  będziemy 
mieli więcej gości. A pan radzi sobie wraz z kelnerami? 

— Trzeba się bardzo zwijać. Jeszcze jeden pracownik na pewno nie 

stałby bezczynnie. 

background image

— Wobec tego porozmawiam dziś jeszcze raz w biurze pośrednictwa, 

ale obawiam się, że znów zaproponują nam Włochów. 

— Nie znam włoskiego, tylko francuski i angielski. 
— Ale zaanonsowano nam pana jako znakomitego szefa restauracji- 
— Nie znam także chińskiego, za to trochę perski, na wypadek, gdyby 

zapowiedział się szach z małżonką. 

— Dobrze wiedzieć, mój drogi panie. — Bella poszła do biura, nie 

odezwawszy  się  więcej.  Kuno,  jak  zwykle,  wykrzywił  się  za  nią,  a 
następnie  zaczął  się  duchowo  przygotowywać  na  przybycie  szlache-
ckiej  kuzynki  swego  przyjaciela  Thea.  Było  zrozumiałe,  że 
zainteresował  się  kluczami  do  właściwych  pokoi,  naoliwił  dobrze 
zamki  i  zadbał  o  to,  aby  szafy  i  skrzynie  „niestety"  absolutnie  nie 
chciały się zamykać. Artystyczny pech... 

background image

VI 
 
Edith siedziała z matką na ładnym balkonie przed swoim pokojem, a 

pokojowa przyniosła im śniadanie. 

—  Leno,  proszę  to  postawić  na  tym  stoliku;  same  się  obsłużymy. 

Będzie pani musiała poroznosić śniadania jeszcze do wielu pokoi. 

Edith  skinęła  uprzejmie  głową  niemłodej  już  kobiecie  i  ta  odeszła 

szybko. Pan prokurator również dzwonił już po śniadanie, jego jednak 
zarezerwował  dla  siebie  Kuno.  Być  może  myślał,  że  dostanie  dobry 
napiwek.  Lena  wiedziała  jednak  lepiej  i  chętnie  przekazała  pana 
prokuratora  Kunowi.  Pobiegła  do  małego,  skromnego  pokoju  panny 
von  Wiesengrün,  gdzie  owiał  ją  zapach  dymu  z  cygar.  Szybko 
otworzyła  okno,  podczas  gdy  panna  Wiesengrün  była  jeszcze  w 
łazience. — Wszystko postawiłam, pani von Wiesengrün. 

— Dziękuję, Leno. Zdarzyło się coś nowego? 
— Nic takiego. Podobno dziś ma przybyć nowy kucharz. Jeśli będzie 

pił  tyle  piwa  co  kucharz  w  ubiegłym  roku,  to  koniec  z  dobrymi 
potrawami. 

—  Niech  mu  pani  podaje  wodę  albo  mleko  i  problem  będzie 

rozwiązany. 

— Niech pani tylko spróbuje! Nie miałybyśmy odwagi. Roześmiały 

się i Lena poszła dalej, aby zanieść śniadanie gościowi 

w  swojej  połowie  korytarza.  Drugą  połowę  korytarza  obsługiwał 

młody  kelner,  który  potrafił  zamaszyście  nieść  wielką  tacę  na 
rozpostartej  dłoni,  podczas  gdy  Lena,  według  dawnego  zwyczaju, 
robiła to za pomocą dwóch rąk i wysuniętego brzucha. 

background image

Ktoś  zapukał do pokoju prokuratora, a ten, studiując ostatni numer 

gazety prawniczej, zawołał ,,Proszę wejść!" I wszedł Kuno. Ponieważ 
był  dopiero  wczesny  ranek,  nie  miał  jeszcze  na  sobie  uroczystego 
ubrania szefa sali, tylko nosił marynarkę w paski, taką jak cała służba. 
Na  małym  stoliku  pod  oknem  postawił  śniadanie  przygotowane  na 
tacy, na białej serwetce. 

Pan  prokurator  spojrzał  znad  swojej  gazety,  a  kiedy  Kuno  chciał 

odejść, powiedział: — Nakryć. 

— Słucham, panie prokuratorze? 
— Czy pan myśli, że będę jadł z tacy? 
—  Ach,  tak,  zrozumiałem.  —  Kuno  niezbyt  zręcznie  układał  na 

stoliku  zawartość  tacy:  serwetkę,  sztućce  i  bułeczki,  aż  wreszcie 
dotarło do niego, że gdyby był gościem hotelowym, też życzyłby sobie 
być tak obsłużony. — Czy coś jeszcze? 

Pan  prokurator  skontrolował  dokładnie  stół  śniadaniowy,  poprawił 

ułożenie sztućców i odsunął nieco na bok koszyk z pieczywem. — Hm, 
wydaje  się,  że  pan  nie  pamięta  najprostszych  podstaw  swojego 
zawodu. Ale dopóki tu jestem, mój drogi, chętnie panu pomogę, aby 
pan sobie przypomniał. 

— Serdeczne dzięki, panie prokuratorze — Kuno zaryzykował śmiały 

uśmiech i mówił dalej, co mu serce podpowiedziało: — Nie chciałbym 
stać przed sądem w procesie, w którym pan by oskarżał. 

Pan prokurator nie od razu odpowiedział, ale patrzył uporczywie na 

Kuna. 

— Mój drogi, o ile sobie przypominam, gdzieś już pana widziałem. 

Czy nie jest pan przypadkiem jednym z tych ludzi, którymi, mówiąc 
oględnie, musiałem się zajmować z racji swego zawodu? 

— Przykro mi, panie prokuratorze, ale muszę pana rozczarować. Nie 

miałem dotychczas nic wspólnego z sądem jako oskarżony. Czy coś 
jeszcze? — Kuno, zadając to pytanie, szybko zszedł ze światła słonecz-
nego i położył dłoń na klamce. 

— Nie, dziękuję, ale jeszcze do tego wrócę. Pana twarz nie jest mi 

obca. To było w ubiegłym roku na posiedzeniu sądu karnego, w którym 
doktor Kuno Lóbell uczestniczył jako obrońca. 

 

background image

Nic dodać, nic ująć. Kuno złożył zatem jeszcze tylko głęboki ukłon i 

pospiesznie opuścił pokój. Ale postanowił, że jutro prokurator będzie 
tak  długo  czekał  na  śniadanie,  aż  Anna  albo  Lena  znajdą  dla  niego 
czas. 

Następnie udał się znów na dół, do sali jadalnej, gdzie kelnerzy byli 

już zajęci nakrywaniem do stołu. Polecił, na życzenie sekretarki, aby 
stolik z tyłu nakryto dla trzech osób z pokoi 14, 15 i 16. Rozejrzał się, 
uznał, że jest tu zbyteczny, i odkrył, że jego myśli tęsknie krążą wokół 
panny Edith Schlüter i małego pekińczyka Tai-tai. Można by zbadać, 
jak ta młoda dama spędza poranne godziny. Na pływaniu? W płytkiej 
wodzie? Na grze w tenisa, choć na placu nie ma nawet rozpiętej siatki? 
Na  koniu?  —  No,  dobrze;  można  by  sprawdzić,  czy  któryś  z  dwóch 
starych hotelowych wierzchowców jest osiodłany. 

No proszę! Wysłużony koń nie tylko był osiodłany, ale także miał na 

grzbiecie amazonkę, co sprawiało, że stara szkapa wyglądała wyniośle 
i  dumnie.  Wesoło,  jakby  był  doktorem  Löbellem,  Kuno  wszedł  do 
stajni, gdzie właśnie stary stajenny poprawiał jeszcze coś przy lewym 
strzemieniu. 

— Miłego ranka, panno Schlüter! 
— Wzajemnie i bardzo dziękuję, a poza tym proszę nie zapominać, że 

najpierw  ja  powinnam  panu  dać  znak,  czy  życzę  sobie  być  w  ten 
sposób  witana;  prócz  tego  wciąż  jeszcze  jestem  dla  pana  łaskawą 
panienką. — Kiedy Edith to powiedziała, podziękowała stajennemu i 
odjechała  —  po  prostu  odjechała!  I  cóż  innego  pozostało  biednemu 
Kunowi,  jak  zagryźć  z  wściekłości  usta  i  mruknąć  za  „łaskawą 
panienką":  —  Moja droga, jeszcze  kiedyś  będziesz wisiała  na  mojej 
szyi, błagając o miłość. — 1 dokąd teraz pójść w tak złym humorze? 
Może  do  biura;  tam  zawsze  znajdzie  się  ktoś,  z  kim  będzie  można 
spędzić  czas.  Wszedł  do  pustego  jeszcze  hallu,  za  pomocą  ołówka 
uniósł w górę małe okienko i gotów do miłej pogawędki położył rękę 
na parapecie. — O, pan Kuno! Czyżby nasz pan Kuno nie miał zajęcia? 
Jak  moglibyśmy  temu  zaradzić?  —  Bella  odwróciła  się  trochę, 
trzymając cały czas ręce na klawiaturze maszyny do pisania. 

—  Jeśli  chce  pani  wiedzieć,  w  tej  chwili  bynajmniej  nie  jestem 

spragniony  pracy.  Śniadanie  zostało  rozniesione,  niektórzy  goście 
siedzą  jeszcze  w  małym  pokoju  śniadaniowym;  pomyślałem  więc 
sobie, że moglibyśmy trochę porozmawiać. 

background image

— Obawiam się, że nic z tego nie będzie. Poza tym wrócił już pan 

baron,  w  bardzo  dobrym  nastroju,  bowiem  rzeczywiście  upolował 
chytrego złodzieja drobiu. 

— Patrzcie, jaki dzielny! Wobec tego, aby się wywiązać z obowiąz-

ku, muszę odtrąbić hejnał? 

— Ale może nie w hallu. Na ogół robi się to w lesie, na polu albo nad 

jeziorem kiedy układa się upolowaną zwierzynę. 

— Aha, znów się czegoś nauczyłem! Skąd pani to wszystko wie? 
—  W  moich  stronach,  w  Schwarzwaldzie,  dużo  się  poluje,  więc 

można się trochę nauczyć. Czy coś jeszcze? 

Kuno  chciał  coś  powiedzieć,  kiedy  okienko  opadło  jak  gilotyna  na 

jego kark. Co jest? Z ust doktora nie usłyszałoby się w tej chwili słów 
błogosławieństwa. Najpierw doszedł trochę do siebie, potem rzekł do 
Belli: 

— Rozmawialiśmy z rana o obu hrabinach, które dziś  mają do nas 

przybyć. Jak już mówiłem, słyszałem od personelu, że są to wyjątkowo 
nieprzyjemne osoby. Czy nie byłoby dobrze, gdyby udzieliła mi pani 
kilku wskazówek w związku z nimi? 

— W interesie domu bardzo chętnie. — Bella wstała i podeszła do 

okienka. — Przede wszystkim należy być uprzejmym wobec tych dam, 
bo inaczej, niestety, zaraz zaczną zrzędzić, co jest dla nas wszystkich 
szczególnie nieprzyjemne. Wobec pana von Hochheima zalecałabym 
szczególną  uniżoność;  może  być  nawet  przesadzona,  aby  zachować 
owego pana w dobrym nastroju. 

— Czy trzeba podejmować z nim szczególne tematy rozmowy? 
— Drogi panie Kuno, myślę, że nie będzie pan siadywał z panem von 

Hochheimem w palarni i prowadził miłych pogawędek, wobec tego to 
pytanie jest chyba zbyteczne. — Bella starała się zachować powagę. — 
Muszę przyznać, że zabawny z pana kierownik restauracji. Och, a któż 
to  jedzie?  —  przez  szerokie  okno  swojego  biura  Bella  ujrzała 
nadjeżdżający  mały,  szary  volkswagen.  Serce  jej  zabiło  na  widok 
wysokiego mężczyzny wysiadającego z samochodu. Był to nowy szef 
kuchni, Theo Bruckner. Miał piękną bródkę ä la cesarz Wilhelm. Ro-
zejrzał się dokoła i spojrzał Belli prosto w oczy. Zamrugał kilka razy, 
następnie spojrzał w oczy Kunowi i znów kilka razy zamru- 

 

background image

gał. Następnie stanął w okienku, położył rękę na parapecie i zapytał 

krótko i rzeczowo: 

— Chyba dobrze trafiłem, „Hotel Myśliwski"? 
— Oczywiście, dobrze pan trafił. Domyślam się, że jest pan nowym 

szefem  kuchni?  —  Bella  drżała,  jej  głos  drżał,  a  mężczyzna  znów 
mrugnął okiem. 

— Czy to widać już z daleka? 
— Och, właściwie nie, ale o tej porze nie spodziewamy się żadnego 

gościa. A więc nietrudno zgadnąć, że jest pan nowym szefem kuchni. 
— Bella stanęła teraz tuż przed nim. Mężczyzna zręcznie ujął jej ręce, 
uścisnął je, następnie szybko pocałował. 

— A więc dobrze, jestem nowym szefem kuchni, ale jeśli mam być na 

swoim miejscu, proszę mnie zaprowadzić do kuchni. 

— Panie Kuno, niech pan pokaże szefowi, gdzie jest kuchnia... Proszę 

mi tymczasem dać papiery i wrócić  tu do  mnie do biura, zanim pan 
przystąpi do pracy. — Znów mrugnięcie okiem, ale zanim coś jeszcze 
zostało  powiedziane,  do  okienka  podeszła  panna  von  Wiesengrün  i 
zapytała,  strząsnąwszy  popiół  ze  swego  brazylijskiego  cygara  do 
stojącej pod ręką popielniczki: — Czy jest dla mnie poczta? 

— Niestety nie, panno von Wiesengrün. 
—  O,  nowy  gość?  —  zapytała  dama  paląca  cygaro  i  wskazała 

uniesioną brodą w kierunku szefa kuchni.  — Obca twarz, jak mi się 
wydaje. 

— To nowy szef kuchni, panno von Wiesengrün — odpowiedziała 

Bella  uprzejmie,  pragnąc  w  duchu,  aby  ta  kobieta  poszła  sobie  jak 
najszybciej do diabła. 

—  Patrzcie!  Nowy  szef  kuchni!  Mam  nadzieję,  że  się  na  nim  nie 

zawiedziecie.  Pozwolę  sobie  zauważyć,  że  szefowie  kuchni  bardzo 
często bywają pijani. Tłumaczono mi, że stają się pijakami z powodu 
upału w kuchni. 

—  Przepraszam,  panno  von  Wiesengrün,  ale  w  takim  razie  nasza 

zacna  Berta  też  powinna  być  pijaczką  —  Bella  próbowała  ratować 
honor firmy i jej personelu. 

— Ma pani rację. No, zobaczymy. A więc nie ma dla mnie poczty? 
— Niestety, nic nie przyszło. — Zaraz potem ta wysoka i chuda osoba 

wyszła sztywnym i dumnym krokiem z hallu i zeszła dokładnie 

 

background image

środkiem szerokich schodów do ogrodu, nawet nie pogłaskawszy po 

drodze kamiennych jeleni, jak to czynili prawie wszyscy goście. Bella, 
Kuno  i  Theo  patrzyli  za  nią  w  milczeniu,  ale  po  chwili  szef  kuchni 
zawołał wesoło i beztrosko: 

—  Dalej,  łaskawy  panie!  Niech  mnie  pan  zaprowadzi  do  kuchni! 

Odczuwam wielkie pragnienie czynu! 

—  Lepsze  to  niż  inne  pragnienie,  o  którym  właśnie  wspomniała 

panna von Wiesengrün — Kuno wyszczerzył zęby w uśmiechu, a Bella 
długo  spoglądała  za  przybyłym  mężczyzną,  aż  widać  było  już  tylko 
jego cień. 

Kiedy obaj panowie szli do części gospodarskiej, Kuno zapytał cicho: 

— Czy ta broda jest prawdziwa? 

— Dopóki nikt za nią nie pociągnie, owszem. A co tutaj słychać? 
— Oni  dziś  przyjadą. Będę w związku z tym bardzo  zajęty; czym, 

tego jeszcze dokładnie nie wiem. Będę cię informował na bieżąco. 

— Wspaniale. Czy jeszcze coś szczególnego? 
— Jeden z gości, prokurator doktor Hermerdinger, twierdzi, że mnie 

już gdzieś widział. 

— A czy to prawda? 
—  Tak,  podczas  przesłuchania  przeze  mnie  świadków  w  pewnym 

procesie. 

— Do diabła! I co teraz będzie? 
— Stosuję uniki albo udaję głupka. 
—  Z  pewnością  nie  przychodzi  ci  to  z  trudem.  Czy  są  jacyś  nowi 

goście? 

—  Nikogo  denerwującego,  sami  średniacy,  oprócz  córki  znanej  ci 

pani Schlüter. Niezła ryba w hodowlanym stawie. 

— W którym ty, stary rozpustnik, chętnie zanurzyłbyś ręce. 
— Do tego ta ładna sztuka jest bardzo mądra. Ona studiuje ekonomię. 

Wyobrażasz sobie? 

— Zdarza się. A więc nasza trójka wkrótce się tu zjawi? Myślałem, że 

dopiero w poniedziałek. 

— Podobno dziś telefonowali, że przyjadą wcześniej. 
— Tym wcześniej z powrotem wyfruną — mruknął szef kuchni. — 

Czy Egon również przyjedzie? 

 

background image

—  Oczywiście,  a  ten  sympatyczny  stary  baron  już  wczoraj  mnie 

prosił,  abym  posadził  hrabiny  możliwie  jak  najdalej  od  jego  stolika. 
Pragnie mieć spokój. 

— Załatwiłeś to? 
—  Oczywiście.  Jak  mógłbym  zdobyć  zapasowe  klucze  od  pokoi? 

Wszystkie zamki już naoliwiłem. 

— Załatwię to z Bellą Hirmer. Czy on nie wie, kim jesteś? 
—  Skądże!  Lepiej  niech  jeszcze  nie  wie.  A  więc  postaraj  się  jak 

najprędzej o klucze. I jeszcze jedno: kiedy oni już tu będą, a ja niczego 
nie  znajdę,  pojadę  do  Stuttgartu  i  spróbuję  dostać  się  do  ich 
mieszkania.  Może  tam  odszukam  te  trzy  egzemplarze.  Jak  to  zrobię, 
tego jeszcze nie wiem, ale na pewno mi się uda. 

—  Daj  mi  znać,  gdy  będziesz  chciał  wyjechać.  Wymyślimy  jakąś 

głupią wymówkę. 

. Theo, nowy szef kuchni, zniknął — ponieważ jako pan tego domu 

znał  tu  wszystkie  ścieżki  —  w  chwilowo  pustym  pokoju,  w  którym 
zazwyczaj przebywał personel. 

Nie  potrzebował  długo  czekać,  kiedy  weszła  Berta,  zagniewana,  z 

zaczerwienionymi policzkami; trzymała ścierkę, którą wycierała sobie 
ręce. Nie rozglądając się zbytnio, zapytała mrukliwie: 

— Co za głupiec chce ze mną mówić? Wszystkie sprawy załatwia tu 

panna Hirmer z biura. 

—  Wiem  o  tym,  ale  ja  tęsknię  akurat  za  panią.  Jestem  nowym 

kucharzem, rozumie pani? 

— Ach, tak? Wobec tego zawiążę fartuch, a pan niech teraz pokaże, 

jak pan przyrządza potrawkę z kurczaka. Tylko niech pan nie zapomni 
o  sosie  z  raków;  tutejsi  goście  są  do  tego  przyzwyczajeni!  —  Berta 
oparła się o stary bufet kuchenny. — Mówiąc szczerze, cieszę sie pan 
tu  jest,  bowiem  wkrótce  będzie  tu  dla  mnie  zbyt  wiele  pracy. 
Wystarczy  mi  śniadanie  i  popołudniowa  kawa.  Gdzie  pan  był 
dotychczas? 

— Zniknąłem. 
— Co? Co pan powiedział? 
— Zniknąłem, Berto, i znowu jestem. — Theo wstał, odkleił swoje 

cesarskie wąsy, podszedł do Berty i mówił dalej: — No, niech się pani 
teraz  przyjrzy  nowemu  szefowi  kuchni.  Czy  nie  wydaje  się  pani 
znajomy? 

background image

Berta spojrzała na niego, klasnęła w dłonie, roześmiała się i oświad-

czyła: — Za tym kryje się na pewno jakaś głupota, szefie. Po co to całe 
przedstawienie? 

—  Berto,  czy  potrafi  pani  milczeć?  —  Theo  stał  obok  niej,  znów 

przyczepiając sobie wąsy. 

— Jeśli muszę, to potrafię. 
—  A  więc  niech  pani  posłucha.  Za  moim  zachowaniem  wcale  nie 

kryje się głupota, tylko coś bardzo poważnego, i potrzebna mi jest do 
tego również pani pomoc. 

— Zrobi się. A kto jeszcze ma pomagać? 
— Pan Kuno. 
— Ten dureń? Lepiej żeby pan na nim nie polegał. Z nim jest coś nie 

w porządku, mówię to panu od razu. 

— Zgadza się, że coś z nim jest nie w porządku. Ale mimo to on jest 

tu na właściwym miejscu. Poza tym panna Ftirmer wie, co tu jest grane, 
co  tu  musi  być  grane.  Ale  wszystko  zacznie  się  dopiero  wówczas, 
kiedy przyjadą obie hrabiny. 

— Aha, i ten lekkoduch, pan siostrzeniec? Szefie, jeśli mnie pan już 
0 to pyta, to od dawna nie mam zaufania do tej trójki. 
— I bardzo dobrze. Ale proszę nie zapominać, Berto, że szef zniknął. 

Szef  kuchni  również  wkrótce  zniknie.  Tak,  Berto,  musi  pani 
zrozumieć, że nic więcej nie mogę pani chwilowo wyjaśnić. Ale niech 
pani  pamięta  o  tym,  że  to  jest  konieczne,  abyśmy  tu  wszyscy  mieli 
wreszcie spokój. Jeśli więc pewnego dnia zniknę jako kucharz, co u 
dzisiejszego personelu nie jest rzadkością, będzie pani musiała wrócić 
do potrawki. Poza tym nazywam się Leo. 

—  I  to  też  zrozumiałam.  Szef  hotelu  zniknął,  dlaczego  nie  miałby 

także dać drapaka szef kuchni? W każdym razie ja o niczym nie wiem 

1 chociaż przez kilka dni sobie odpocznę. 
— Świetnie, i proszę  nie zwracać uwagi na głupstwa, które będzie 

robił nowy szef kuchni. On wie dobrze, czego chce i co należy robić. 
Zrozumiała pani? 

—  Równie  słabo  jak  to,  co  pan  powiedział  poprzednio,  ale 

skapowałam.  —  Berta  mrugnęła  do  szefa  kuchni,  a  ponieważ  do 
pokoju weszła pokojówka, powiedziała surowo i służbiście: — A więc 
teraz  na  dół,  do  pieca.  Dzisiaj  jeszcze  ja  będę  w  kuchni,  od  jutra 
przekażę panu 

background image

pole walki. Wszystkie trzy podkuchenne są doskonałe, zwijają się jak 

muchy w ukropie. Menu wisi nad wielką lodówką, na dziś, na jutro i na 
środę. Czy ma pan jakieś dodatkowe pytania? 

Nowy szef kuchni potrząsnął tylko głową na znak, że wszystko jasne, 

następnie  wyjął  z  teczki  białą  marynarkę  —  spodnie  w  biało-czarne 
paski już miał na sobie — potem wsadził na gęstą czuprynę wysoką 
czapkę kucharską i wizerunek szefa kuchni był gotów. 

Ponieważ Theo w ciągu lat nauki i wędrówki niejednokrotnie stawał 

przy  paleniskach  wielkich  kuchni,  ucząc  się,  a  także  kierując,  nie 
sprawiało  mu  żadnych  trudności  uporanie  się  z  własną  kuchnią. 
Przestudiował  szczegółowo  menu,  skinął  Bercie  głową,  spojrzał  na 
zegarek i zapytał jeszcze krótko: — O której wydaje się tu obiad? 

— Punktualnie o wpół do pierwszej. 
—  Zdążymy,  jeśli  prąd  nie  wysiądzie.  —  Uśmiechnął  się,  Berta 

odpowiedziała  mu  również  uśmiechem,  trzy  pomocnice  także 
pozwoliły  sobie  na  nieśmiały  uśmiech,  uznając  za  sensację  fakt,  że 
będą pracowały pod kierunkiem mężczyzny. 

Skomplikowana  machina  wielkiej  kuchni  ruszyła  pełną  parą,  Berta 

stwierdziła, że nie musi się o nic martwić, zaczęła więc przy drugim 
piecu przygotowywać posiłek dla personelu. 

background image

VII 
 
Bella znów siedziała przy maszynie do pisania. Trzeba było wysłać 

nowe zamówienia do dostawców, a więc nie miała czasu, aby marzyć o 
nowym  szefie  kuchni.  Ale  jednak  podświadomie  to  robiła;  pomyliła 
się,  rozzłościła,  musiała  poprawiać.  Wtedy  właśnie  ktoś  zapukał  do 
okienka. Na zewnątrz stała Edith, która właśnie wróciła z przedpołu-
dniowej jazdy konnej. 

— Halo! Chciałam tylko powiedzieć dzień dobry, panno Hirmer. W 

lesie  było  cudownie.  Koń  był  posłuszny  i  nie  oczekiwał  ode  mnie 
wielkich umiejętności jeździeckich. 

— Dzień dobry pani. — Obie kobiety podały sobie ręce i uśmiechnęły 

się. 

—  Czy  coś  nowego?  Podczas  urlopu  człowiek  jest  szczególnie 

ciekawy wszystkiego. Czy szef domu nadal się nie pojawił? 

Chwila  wahania,  następnie  Bella  odpowiedziała  uprzejmie:  —  Jak 

dotąd  nic,  przyszła  natomiast  kartka  pocztowa  z  Holandii,  ale  tylko 
pozdrowienia,  bez  adresu.  Za  to  przybył  nowy  szef  kuchni  i,  jak  mi 
właśnie powiedziała kucharka, jest bardzo pracowity. 

—  Miejmy  nadzieję,  że  posiada  taki  sam  talent  jak  sympatyczna 

gruba Berta. Jej sztuce gotowania nie można nic zarzucić. 

—  Ale  Berta  miała  już  za  wiele  pracy.  Dziś  przybędzie  ogółem 

sześcioro gości, wśród nich trójka krewnych szefa. — Bella spojrzała 
na  Edith  nieco  zakłopotana.  —  Niestety,  nie  są  to  zbyt  mili  goście, 
wolę panią o tym uprzedzić. 

 

background image

— Wiem o tym od mamy; ostatnio opowiedziała mi dokładnie o tych 

dwu  hrabiowskich  starych  pannach  i  ich  szarmanckim  siostrzeńcu. 
Mama mówiła, że on chodzi jak bocian. A więc nic nas nie zaskoczy, 
na pewno z tego powodu nie wyjedziemy ani o godzinę wcześniej, niż 
zamierzamy. Czy znajdzie pani dla mnie dziś wieczorem godzinkę na 
pogawędkę? — Edith spojrzała proszącym wzrokiem na Bellę, a ponie-
waż Bella nie wiedziała, jakie zamiary ma szef kuchni, zawahała się z 
obietnicą i poprosiła: 

— Czy mogę dać pani odpowiedź dziś po południu, przy herbacie? 

Nowy personel zawsze wnosi pewne zamieszanie do firmy. 

—  Chętnie  poczekam.  Może  dziś  spróbuję  wykąpać  się  w  tym 

śmiesznym stawie. 

—  Ja  często  się  w  nim  kąpię.  Musi  pani  najpierw  obejść  jezioro  i 

dostać  się  na  przeciwległy  brzeg.  Tam  woda  jest  wystarczająco 
głęboka i wspaniale przejrzysta, w tym miejscu bowiem znajduje się 
dopływ. 

— To świetnie, ale chyba tam nie ma kabiny kąpielowej? 
—  Ja  zawsze  ubieram  się  przedtem  w  kostium,  wkładam  płaszcz 

kąpielowy, biorę ręcznik na ramię i wszystko w porządku. 

— A nie trzeba się obawiać, że ktoś zobaczy? 
— Jeszcze nigdy tego nie stwierdziłam. — Uśmiechnęły się do siebie, 

następnie  wesoło  uścisnęły  sobie  dłonie.  Już  na  odchodnym  Edith 
zapytała: 

—  Gdzie  mogłabym  spotkać  zacnego  pana  Kuna?  Chciałabym 

zamówić dla mamy i dla siebie inne wino, a bardzo nie lubię tego robić 
przy stoliku, kiedy kelner albo szef stoją obok mnie wyczekująco. 

— Pan Kuno jest z pewnością w jadalni. Gdzież indziej mógłby się 

podziewać? 

— Rzeczywiście! A więc do jadalni! Kuno siedział rozparty wygod-

nie na krześle, z wielką gazetą w ręce, palił leniwie papierosa i był jak 
najdalej od otaczającego go świata. 

Nie  zauważył,  kiedy  stanęła  tuż  przed  nim,  zastukała  w  gazetę  i 

zapytała  wesoło:  —  Wszystko  w  porządku,  panie  Kuno?  — 
Mężczyzna wystraszony chciał wstać, ale ona tylko machnęła ręką: — 
Nie chciałabym zakłócać pańskiego spokoju, ale czy ma pan może przy 
sobie kartę win, jeden z pańskich najważniejszych atrybutów? 

background image

— Enrico! Kartę win! — zawołał Kuno nadzwyczaj zakłopotany, a 

kelner Enrico, Włoch z pochodzenia, pospiesznie ją przyniósł. 

— A więc co mógłbym łaskawej pani zaproponować? 
—  Wino,  które  dotychczas  piłyśmy,  jest  dla  mnie  zbyt  kwaśne. 

Chętnie zmieniłabym je na jakąś inną markę. — Spojrzała na niego z 
kłującą ironią. -— Czy karta win jest trudniejsza do czytania niż karta 
dań? 

Bęc!  Karta  win  oprawiona  w  sztywne  okładki  spadła  na  podłogę  i 

Kuno  wyglądał  w  tym  momencie  jak  dziecko,  które  za  chwilę  się 
rozpłacze.  Następnie  mrugnął  okiem,  wrócił  do  równowagi  i  od-
powiedział uprzejmie: — Dotychczas nie miałem okazji czytać jadło-
spisu.  Kiedy  bywam  w  restauracjach,  karta  win  stanowi  dla  mnie 
znacznie ciekawszą lekturę. 

— To całkiem zrozumiałe, panie Kuno. Obojętnie, w jakim charak-

terze się ją studiuje: jako gość czy jako szef restauracji. A więc proszę 
nam w przyszłości podawać wino numer siedemnaście. Gdyby mama 
zjawiła  się  tu  wcześniej  niż  ja,  proszę  jej  powiedzieć,  że  przed 
posiłkiem  poszłam  jeszcze  nad  jezioro,  aby  się  wykąpać.  Dziękuję 
panu, sama otworzę sobie drzwi, nie chcę panu dłużej przeszkadzać w 
lekturze  gazety.  —  Edith  opuściła  spokojną  jeszcze  salę  i  usłyszała 
jakby w duchu, jak Kuno mruknął za nią: — Bestia. — Ale jej to wcale 
nie obeszło, wprost przeciwnie, ucieszyła się. 

Pobiegła na górę, ale nie zastała matki w pokoju, usłyszała natomiast, 

jak  gawędzi  na  tarasie  z  sympatycznym  baronem,  a  więc  była  w 
dobrym  towarzystwie.  Edith  wzięła  pospiesznie  rzeczy  kąpielowe  i 
poszła  we  wskazanym  przez  Bellę  kierunku.  Odkryła,  że  woda 
rzeczywiście jest tam szczególnie przejrzysta. A więc wskakujemy! Po 
dwóch sekundach leżała w wodzie, która była chłodna, czysta i orzeź-
wiająca. Przepłynęła kilkakrotnie staw, w końcu przecież czekała na 
kogoś.  Następnie  wytarła  się,  rozczesała  włosy,  ubrała  się  i  szła  z 
radosnym sercem brzegiem stawu w stronę hotelu. 

I patrzcie państwo! Kogóż ujrzała, ukrytego w wysokich zaroślach, 

jak patrzy na wodę, rozchyliwszy gałęzie i zrobiwszy sobie dogodny 
punkt obserwacyjny? — Pana doktora Kuno Lobelia! Edith zapragnęła 
osłabić  jego  przyjemność,  jaką  dało  mu  ujrzenie  kąpiącej  się  nimfy. 
Prześliznęła się więc ostrożnie ku niemu 

background image

i błyskawicznym ruchem zarzuciła mu ręcznik na głowę. Zanim się 

uwolnił, szepnęła mu do ucha: 

— Tylko spokojnie! Jesteśmy obserwowani. Przeprowadzę pana do 

kryjówki, potem porozmawiamy. Zgoda? 

— Och, wszystko co pani zechce! 
—  Jaki  pan  się  stał  nagle  zgodny!  Ale  proszę  się  nie  ruszać,  nie 

chciałabym, aby poznano, z kim rozmawiam. 

— Będę się poruszał tylko tyle, ile pani mi zezwoli. 
I teraz Edith poprowadziła go ostrożnie, cały czas idąc obok niego, do 

brzegu, rozmawiając z nim i czyniąc subtelne aluzje. On zachowywał 
się  poprawnie.  Ale  kiedy  znalazła  się  z  nim  na  pomoście  dla  łodzi, 
popchnęła  go  mocno  i  spragniony  miłości  Kuno,  który  nie  znalazł 
oparcia, wylądował w wodzie, nie głębokiej wprawdzie, ale mokrej i 
pokrytej  tysiącem  mulistych  wodorostów.  Nie  oglądając  się,  Edith 
umknęła  do  kryjówki,  a  kiedy  zdumiony  Neptun  znów  się  wyłonił  i 
rozglądał  wściekły  dokoła,  nie  mógł  już  dojrzeć  czarodziejki  Edith. 
Nikogo nie było widać, a jemu pozostała tylko zbawienna ucieczka w 
kierunku domu, w nadziei, że nikt go nie zauważy... 

Ale Theo zobaczył go przez okno kuchenne, wychylił się i zawołał: 

— Halo, panie Kuno, czy wpadł pan może do wody? 

—  Nie  może,  tylko  na  pewno.  Chciano  mnie  zamordować,  ale 

przeszkodziła temu moja gigantyczna siła. 

— A kim był morderca? 
Kuno  rzucił  tylko  jedno  spojrzenie  na  roześmianą  twarz  Thea, 

wzruszył pogardliwie ramionami i wdrapał się po wąskich schodach na 
górę. Wszedł szybko do pokoju i zrzucił z siebie mokre rzeczy. Ale oto 
wyniknął problem: co ma teraz włożyć? Albowiem w swoim bagażu 
miał tylko jedno odświętne ubranie; nie był przecież przygotowany na 
taki atak. Pozostał mu więc tylko skromny ciemnobłękitny garnitur, w 
którym nie wyglądał jednak tak imponująco jak w spodniach w paski i 
czarnej  marynarce.  Poczekaj  tylko!  Jeszcze  się  policzymy!  W 
stosownej chwili zemści się na tej bestii. 

Edith  tymczasem  obserwowała  w  hallu  podniecające  wydarzenie, 

jakim było przybycie obu hrabin i pana siostrzeńca. 

Luiza  Beau  de  Marchell  była  wysoką,  chudą  osobą,  z  tysiącem 

loczków wokół surowej, ptasiej twarzy. W kościstych rękach trzymała 

background image

 
torebkę.  Jakby  złożona  na  pół  wygramoliła  się  z  niskiego 

volkswagena,  zaprezentowawszy  przy  tym  okazałe  stopy.  Kiedy  już 
wysiadła,  wyprostowała  się,  zmierzyła  hotel  wyniosłym  wzrokiem  i 
stwierdziła, że ani okna nie zabrzęczały, ani mury nie zadrżały. Za nią 
wypełzła  Adelajda  Beau  de  Marchell  —  gruba,  gąbczasta,  o  zbyt 
małych nogach i rękach. Wyglądała jak pomarszczone dziecko; małe 
usta,  pomalowane  na  jaskrawy,  czerwony  kolor,  wysunęła  jak  do 
pocałunku,  a  ufarbowane  na  jasnoblond,  przekornie  falujące  włosy, 
wystawiła na powiew wiatru. 

Za nią wysiadł z drugiej strony auta czarujący boy, któremu oprócz 

pieniędzy  w  kieszeni  niczego  nie  brakowało,  aby  h>yć  najbardziej 
podniecającym  playboyem  Europy.  Szykowny,  ubrany  według 
najnowszej mody, sprawiał wrażenie zblazowanego. 

Na  schodach,  strzeżonych  przez  dwa  jelenie,  stała  Bella,  sama 

wystawiona  na  ten  najazd.  Starała  się  zachować  godną,  uprzejmą 
postawę.  Służący,  zazwyczaj  tak  gorliwie  troszczący  się  o  nowo 
przybyłych gości, nadszedł wolnym krokiem z hallu i zaczął niechętnie 
wyjmować bagaże ze wszystkich zakamarków samochodu. 

Luiza  weszła  na  arenę,  zatrzymała  się  na  pierwszym  schodku  i 

zawołała  niskim  i  bardzo  donośnym  głosem:  —  A  gdzie  jest  mój 
siostrzeniec  Theo?  —  Przykro  mi,  pani  hrabino,  ale  muszę  pani 
oznajmić, że szef zniknął. — Bella starała się zachować rzeczowy ton. 
Jej  wzrok  szukający  pomocy  odkrył  na  lewo  w  oknie  kuchennym 
zaginionego  szefa  w  czapce  kucharskiej  na  głowie  i  z  cesarskimi 
wąsami. A ona musiała tu sama stawić czoło tym strasznym upiorom! 

— Jak mam to rozumieć? Przecież zapowiedzieliśmy się dostatecznie 

wcześnie? — Bardzo mi przykro, ale muszę powtórzyć: szef zniknął. 
Co mogę dla państwa zrobić? 

— Przede wszystkim chcę wiedzieć, gdzie jest mój siostrzeniec Theo! 

Milcz,  Adelajdo!  Teraz  ja  mówię!  Również  ty  nie  masz  w  tym 
momencie  nic  do  powiedzenia,  Egonie!  A  więc,  gdzie  jest  mój 
siostrzeniec  Theo?  —  Szef  zniknął,  a  ja  niestety  nie  jestem  w  stanie 
udzielić pani innej informacji. Oczywiście, mogę panią zapewnić, że 
wszystko  jest  przygotowane  na  przyjazd  państwa.  Czekają,  tak  jak 
zwykle, trzy pokoje na pierwszym piętrze. Została jeszcze godzina do 
lunchu. Proszę powie- 

background image

dzieć, jakie państwo mają jeszcze życzenia. — Bella zastanawiała się, 

czując niepewność, co ma jeszcze powiedzieć, ale nic nie przychodziło 
jej do głowy. 

— Mój siostrzeniec Theo! — znów rozległ się okrzyk oburzenia. 
—  Niestety,  nie  mogę  pani  nic  innego  powiedzieć.  Szef  zniknął, 

hrabino. I nie wiadomo, kiedy wróci. 

—  Gdzie  on  jest?  —  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  hrabina  chciała 

natychmiast wyciągnąć z jakiegoś kąta niegrzecznego chłopca, siost-
rzeńca Thea. 

— Ostatnią wiadomość od niego otrzymaliśmy z Chile. 
— Chile? Adelajdo, Egonie? Słyszeliście? 
—  Może  najpierw  pójdziemy  do  naszych  pokoi,  droga  ciociu? 

Jesteście chyba zmęczone. Potem będziemy mogli porozmawiać o tym 
niesłychanym afroncie. — Z wyrazem oburzenia na twarzy, jak gdyby 
obawiał się zabrudzić, Egon zdjął tylko lewą rękawiczkę, wziął ciotkę 
Luizę  pod  rękę,  Adelajdę  zaś  popychał  przed  sobą  po  schodach  na 
górę. Niełatwy chleb, który ten żałosny playboy musiał przełknąć. 

— Dobrze, może i masz rację. 
—  Jak  właściwie  zawsze,  Luizo  —  zapiszczała  gruba  Adelajda  i 

uśmiechnęła się do siostrzeńca kochającym wzrokiem. 

— A więc chodźmy! Z panią natomiast, panno H inner, życzę sobie 

porozmawiać  dziś  po  południu!  Oczekuję  szczegółowego 
sprawozdania i rozliczenia. Jak zwykle, zrozumiała pani? 

— Przepraszani, ale nic z tego. 
— Jak to? 
— Rozliczenia załatwiała pani hrabina dotychczas zawsze z samym 

szefem. Nie jestem upoważniona do wyjmowania tych dokumentów z 
sejfu i muszę prosić, aby pani poczekała cierpliwie, aż szef wróci. 

Hrabina  rzuciła  na  Bellę  spojrzenie,  które  mniej  odważną  osobę 

wbiłoby w ziemię, ale Bella spokojnie skierowała się w stronę, skąd 
dobiegało  histeryczne  ujadanie  Laury,  która  w  towarzystwie  jeszcze 
bardziej  zajadle  szczekającej  Tai-tai  pędziła  jak  burza  w  kierunku 
hrabin. Wreszcie obie suczki były zgodne i należało  to wykorzystać. 
Bella nie uczyniła nic, aby załagodzić sytuację;  w końcu Laura była 
własnością szefa, a Tai-tai pani Schlüter. Edith, która bawiła się tą 

background image

sceną, jakby była w dobrym teatrze, początkowo nie pomyślała o tym, 

aby poskromić temperament Tai-tai. 

— Psy w naszym hotelu? — zaskrzeczały obie hrabiny, jedna w dur, 

druga w moll, a wtórował im leniwy falset Egona. Bella nie odważyła 
się wyjaśnić, że Laura jest w domu od zimy. 

— Drogie cioteczki, to tylko małe zwierzątka; no, jazda do kosza! — 

Egon  powiewał  rękawiczką  wokół  sztywnego  ogona  Laury  i  puszy-
stego ogonka Tai-tai, co obu psom od razu się nie spodobało, i na nowo 
zaczęły  ujadać.  —  Zapewne  to  pieski  gości.  —  Spojrzał  na  Bellę  z 
wyrozumiałością;  Bella  jednak  natychmiast  powiedziała  zgodnie  z 
prawdą: 

— Jeden pies należy do szefa, ale, jak już powiedziałam, szef zniknął. 
—  Impertynent!  —  szepnęła  Adelajda  siostrzeńcowi,  który  tym-

czasem  zauważył  Edith.  Nie  przygotowany  na  spotkanie  w  tym 
miejscu  kogoś  tak  młodego  i  szykownego,  ruszył  naprzód 
zachwycony,  co  znów  nie  spodobało  się  Laurze  i  Tai-tai.  Warczały, 
ominęły nogi Luizy i Adelajdy, natomiast nogi Egona wydały im się 
dość  interesujące.  Ratunkiem  była  jeszcze  tylko  rozklekotana, 
skrzypiąca  winda,  która  wypełniona  po  brzegi  nowymi  gośćmi 
powlokła się ostatkiem sił na pierwsze piętro. 

Początkowo  w  hallu  panowała  cisza,  następnie  wszedł  zasapany 

służący, niosąc mnóstwo toreb, kocy i parasolek. Spojrzał z wyrzutem 
na  Bellę  i  mruknął:  —  Tak  samo  jak  zawsze!  Tylko  jeszcze  więcej 
pakunków! 

— Tylko proszę bez uwag, Fritz! Wie pan, że szef tego nie lubi. 
— No dobrze, już nic nie mówię! 
Kiedy zniknął na schodach, Edith podeszła do Bel li, która jeszcze 

niezdecydowana  stała  przed  swoim  biurem.  Położyła  dłoń  na  jej 
pochylonych, zmęczonych plecach i zapytała półgłosem: 

— Czy mogę pani w czymś pomóc, Bello? 
— Och, jak to  miło z pani strony, ale niestety,  muszę być dzielna, 

szef... 

—  ...  zniknął  i  zostawił  panią  na  pożarcie  tym  bestiom.  Ale,  jak 

powiedziałam, gdybym  mogła w czymś pomóc, jestem  do pani dys-
pozycji. 

background image

—  Miło  to  wiedzieć!  Ale  teraz  proszę  mi  wybaczyć.  Muszę  za-

dzwonić do kuchni... Niech pani się nie gniewa. 

— Ależ skądże, i tak muszę się przygotować do lunchu. Poza tym, 

chciałam pani powiedzieć, że jeśli szef sali zjawi się nieco później, to 
będę  wiedziała  dlaczego.  Ale  zachowam  tę  ciekawą  wiadomość  dla 
siebie! Jak pani widzi, droga Bello, ja też mam swoje małe tajemnice. 
—  Skinęła  Belli,  która  wyglądała  na  lekko  przerażoną,  i  pobiegła 
szybko  na  górę.  Bella  zaś  chwyciła  natychmiast  za  słuchawkę  i 
zadzwoniła  do  jadalni  z  zapytaniem,  czy  jest  już  pan  Kuno;  Enrico 
odpowiedział, że tak. Następnie zadzwoniła do kuchni i usłyszała głos: 

— Co dolega? 
— O, Boże! Wszystko! 
— A w szczególności? 
— Już przyjechali i znów zrobiło się okropnie. 
— Być może, że niebiosa, sprawiedliwość i nasz wspaniały pan Kuno 

sprawią,  że  te  trzy  obrzydliwe  egzemplarze  po  raz  ostatni  zakłócają 
spokój w naszym pałacu. 

— Znów ten pan Kuno! Powoli ten śmieszny mężczyzna zaczyna we 

mnie budzić obawę. 

A

 — Ależ on wcale taki nie jest... ale mnie zaraz spalą się sznycle i 

będzie  potworna  kompromitacja.  Koniec!  Poza  tym  nie  zapominaj, 
proszę, że bardzo cię kocham; szef jest ogromnie szczęśliwy, że ma w 
swoim szklanym pudelku taką miłą sekretarkę. Koniec! 

— Och! — Bella stała przy telefonie z milczącą słuchawką w ręku, 

wreszcie położyła ją z lekką irytacją na widełki. Tylko jedno przyszło 
jej do głowy: tacy są ci mężczyźni! 

Ale to stwierdzenie niczego nie zmieniło i Bella z drżeniem czekała 

na dalsze wydarzenia. 

** * 
Pan  Kuno,  odświeżony,  spełniał  swoje  obowiązki,  uśmiechając  się 

przy tym tak szarmancko, jak tylko potrafił. Odprowadzał napływają- 

background image

cych strumieniem gości do ich stolików, pomagał damom usiąść, a 

tam, gdzie na stole nie stały butelki, podawał kartę win. Wyglądało to 
tak, jakby uczestniczył w dochodach firmy. Również do Edith, która 
gawędząc beztrosko weszła ze swoją matką, uśmiechnął się niezwykle 
promiennie.  Kiedy  jednak  pomagał  jej  usiąść,  Edith  poczuła,  że 
podsunął jej krzesło niezbyt delikatnie. Udała, że tego nie zauważyła; 
w końcu była na tyle sprawiedliwa, że musiała mu przyznać prawo do 
niewielkiej zemsty. 

Wino stało już na stole; kiedy Kuno chciał odejść ukazała się trójka 

nowych gości. Na czele wysoka, sucha i wyniosła hrabina Luiza, za mą 
świergocząca, mała, tłusta, rozpromieniona hrabina Adelajda w towa-
rzystwie nieprawdopodobnie przystojnego Egona von Hochheima. 

Kuno natychmiast pospieszył im naprzeciw, szepnął dyskretnie słowa 

powitania, następnie poprowadził gości do zarezerwowanego dla nich 
stolika. Pochylił się z uniżonością ku Luizie, kiedy cała trójka wreszcie 
usiadła, i oznajmił: 

— Szef zarządził przed wyjazdem, żeby posadzić państwa przy tym 

stoliku z uwagi na słońce, a także inne rzeczy, i upomniał mnie abym 
był  zawsze  do  państwa  dyspozycji.  —  Egon  zaczął  tymczasem 
studiować kartę win i uśmiechnął się miło, kiedy Kuno położył damom 
menu obok ich nakryć. 

— Czy mogę już podać? 
— Dobrze, dobrze. Ale gdzie jest szef? — zapytała Luiza półgłosem. 
— Szef zniknął, łaskawa pani. 
— Głupia wymówka! Powiedziano nam to już, kiedy przyjechaliśmy. 

Taka wymówka może być dobra dla obcych gości, ale nie dla nas, jego 
najbliższych krewnych. A więc, gdzie jest szef? 

— Wybaczy pani, ale nie mogę nic innego powiedzieć. Po prostu nie 
wiem. 
— No dobrze, wobec tego zapytam: dokąd wyjechał mój siostrzeniec, 

Theo Bruckner? 

— Również i na to pytanie, niestety, nie mogę odpowiedzieć. Czy pan 

von Hochheim życzy sobie schłodzoną sałatkę z owoców, czy gorącą 
zupę? 

Ponieważ Egon już nieraz otrzymał w podobnej sytuacji naganę, teraz 

spojrzał na swoje kochane ciotki, uśmiechnął się dość głupio, ale 

background image

nadal  pozostał  piękny  jak  z  obrazka,  i  zapytał:  —  A  na  co  wy  się 

decydujecie? 

— Na gorącą zupę, na cóż by innego?   
— Wobec tego i ja się  przyłączam.  Tylko proszę również żadnych 

słodkich potraw, a na zakończenie ser. — Spojrzenie, jakie padło na 
niego po tych śmiałych słowach, pociągnie za sobą z pewnością ostrą 
wymówkę. 

— Przepraszam, że jeszcze raz przeszkodzę: czy hrabiny życzą sobie 

kawę do stolika, czy w hallu? A może chciałyby panie wypić kawę na 
tarasie?  Jak  powiedziałem,  szef  wyraźnie  mi  polecił,  abym  nie 
zaniedbał niczego, co dotyczy wygody pań i pana von Hochheima. 

Luiza  spojrzała  tylko  na  niego  badawczo,  Adelajda  natomiast 

chichotała  głupkowato.  Luiza  obserwowała  bacznie,  czy  na  twarzy 
nowego szefa sali nie maluje się przypadkiem ironia albo bezczelność. 
Ale z oblicza Kuna promieniowało tylko oddanie i usłużność. 

.— Proszę, mój drogi, podać nam kawę na słonecznym tarasie. Słońce 

jest dobre dla mojej cery — zapiszczała Adelajda, podczas gdy Kuno 
cierpiał w milczeniu i zastanawiał się, jaki kamień mógłby rzucić dziś 
pod  nogi  tym  starym  pudłom  na  ich  drodze  usłanej  różami,  co  tutaj 
niewątpliwie byłoby łatwiejsze niż w Stuttgarcie, w ich z pewnością 
straszliwie staroświeckim mieszkaniu. 

Ale przede wszystkim musiał teraz stwierdzić, czy w torebce hrabiny 

znajdują się klucze; zrzucił więc, ku własnemu, znakomicie udanemu 
przerażeniu, to torebkowe monstrum ze stolika. Nic nie zabrzęczało; 
torebka była lekka. Ale po co już dziś łamać sobie nad tym głowę? 

—  Po  tysiąckroć  błagam  o  wybaczenie!  Pozwolę  sobie  przysunąć 

podręczny  stolik  specjalnie  na  tę  torebkę.  —  Pochylił  się,  podniósł 
torebkę, pomacał ją, ale nie poczuł przez skórę ani ciężkich kluczy od 
pokoju,  ani  żadnych  innych.  Delikatnie  położył  ją  na  stoliku,  wziął 
także do ręki  torebkę Adelajdy i obmacawszy ją uprzednio, również 
usłużnie  umieścił  na  stoliku.  No,  teraz  te  stare  pudla  były 
wystarczająco uhonorowane, a on mógł wrócić do innych gości. 

Stary baron ściągnął go w magiczny sposób wzrokiem; cieszył się on 

radosnym  spokojem,  z  dala  od  problemów  życia.  Kuno  podszedł  do 
niego. 

— Czy pan baron ma jakieś życzenie? 

background image

— Nie, mój drogi, ale bardzo dziękuję za to, że te wspaniałe hrabiny 

siedzą na końcu świata! Chyba nie jest łatwo zadowolić takich gości? 

— Ma się w tym pewną wprawę, panie baronie. 
— Nie wiem, mój drogi, ale nie wierzę, żebym mógł się przyzwyczaić 

do hrabin. — Uśmiechnął się, Kuno odpowiedział mu również dyskret-
nym uśmiechem, ale zaraz kiwnął na niego prokurator, i teraz zrobiło 
mu  się  niemal  gorąco  pod  kamizelką.  Czy  ten  człowiek  będzie  mu 
znów zadawał kłopotliwe pytania? 

— Co mogę dla pana zrobić, panie prokuratorze? 
— Właściwie nic, panie Kuno. Chciałem panu tylko powiedzieć, że 

już  wiem,  kogo  mi  pan  przypomina.  —  Serce  Kuna  zamarło  na 
moment,  ale  po  chwili  mógł  znów  oddychać,  ponieważ  prokurator 
mówił  niezwykle  uprzejmie  dalej:  —  Przypomina  mi  pan  pewnego 
frankfurckiego adwokata, który jest diabelnie podobny do pana, ale na 
pocieszenie  mogę  pana  zapewnić,  że  nie  ma  pan  tak  głupkowatego 
wyrazu  twarzy  jak  tamten  młody  adwokat,  który  lubuje  się  w  fab-
rykowaniu paskudnych bzdur. A więc niech się pan nie przejmuje, mój 
drogi. A teraz proszę mi przynieść nową butelkę; ta za chwilę będzie 
pusta. 

To,  że  Kuno  nie  chwycił  pana  prokuratora  za  krawat,  należy  mu 

poczytać za wielką zasługę. Ale poczuł za to nieprzeparte pragnienie, 
aby  wkrótce  stanąć  naprzeciw  niego  na  gruncie  zawodowym  w 
pojedynku słownym. Wtedy miałby okazję nawiązać do krytyki, jaką 
właśnie  usłyszał.  Byłoby  to  wspaniałe!  Kuno  uśmiechnął  się 
rozbawiony, tak że prokurator zapytał: — Wydaje się, że jest pan dziś 
w znakomitym humorze? 

—  Jak  mam  nie  mieć  dobrego  humoru,  panie  prokuratorze,  skoro 

opiekuję się tak miłymi gośćmi? 

—  Czy  chce  pan  przez  to  powiedzieć,  że  hrabiny  wydają  się  panu 

szczególnie  miłe?  Ostrzegam  pana!  Instynkt  zawodowy  każe  mi 
sądzić, że te damy nie są szlachetnej klasy. 

Jakże  chętnie  Kuno  uściskałby  tego  chudego  prokuratora  za  jego 

instynkt! Ale udał się do stolika bardzo skądinąd skromnej panny von 
Wiesengrim, która nie miała prawie żadnych życzeń; popijała gorliwie 
wodę  z  karafki  i  tylko  wieczorem  przy  brydżu  pozwalała  sobie  na 
whisky. Ale Kuno miał do niej słabość i kazał jej podawać codziennie 

background image

kawę, nie wliczając jej tego do rachunku. Jego przyjaciel Theo nie 

splajtuje, jeśli podstarzała kobieta wypije codziennie kawę, sądząc, że 
jej cena wliczona jest w koszt pokoju. 

No, teraz obsłużył już chyba, jak należy, wszystkich swoich ulubio-

nych gości i mógł się poświęcić innym, którzy mniej przypadli mu do 
serca. Ale to okazało się niemożliwe, ponieważ w tej właśnie chwili z 
zaplecza jadalni dotarł do niego piekielny hałas. Laura, to małe bydlę, 
szczęśliwa, że jej ukochany pan wreszcie wrócił, wdrapała się zręcznie 
po taborecie na stół kuchenny, ostrym pyszczkiem schwyciła sznycel i 
uciekła. 

Ale  bez  Tai-tai.  Ta  widziała,  co  zrobiła  Laura,  pobiegła  za  nią, 

meldując piskiem swoje pretensje do udziału w łupie i goniąc swoją 
nieprzyjaciółkę  przez  salę  jadalną.  Okrzyki,  śmiech,  złorzeczenia,  a 
następnie piski Luizy i Adelajdy. 

—  Psy  w  jadalni!  To  wprost  niesłychane!  Gdzie  my  jesteśmy!  To 

przecież stary pałac rodzinny, a nie jakaś karczma. Jazda stąd! Jazda 
stąd! 

I  obie  damy  zaczęły  wymachiwać  serwetkami,  podczas  gdy  Edith 

zerwała  się,  aby  schwycić  Tai-tai,  która  uwolniła  się  ze  zmyczy,  na 
której była przywiązana  na tarasie.  Zaczęło się  polowanie pomiędzy 
stolikami, nogami kelnerów, przed  bufetem, pościg skierował  się do 
stolika barona, który próbował schwycić Tai-tai za puszysty ogon, co 
jej  się  bardzo  nie  spodobało,  bo  zaczęła  na  niego  ujadać.  Miała 
dopuścić, aby ten pachnący sznycel jej się wymknął? Nie ma mowy! A 
więc dalej za Laurą! 

W drzwiach do sali stanęła Bella, która usłyszała hałas i próbowała 

swym  dźwięcznym  głosem  przywołać  Laurę.  Ale  ta  tylko  jeszcze 
bardziej  zadarła  głowę,  żeby  Tai-tai  nie  mogła  sięgnąć  do  sznycla. 
Szaleństwo trwało, aż wreszcie od drzwi zaplecza dobiegł ostry, krótki 
gwizd; na chwilę ukazała się biała czapka kucharska i Laura pobiegła 
w  tym  kierunku.  Tai-tai  nie  mogła  jej  dalej  gonić,  ponieważ 
wahadłowe  drzwi  zamknęły  się  tuż  przed  jej  płaskim  nosem; 
skowyczała,  jak  gdyby  ograbiono  ją  ze  wszystkich  wspaniałości  tej 
ziemi.  Bella  usłyszała  gwizd,  który  dobrze  znała  i  zobaczyła  białą 
kucharską  czapkę.  Edith  natomiast  dostrzegła  ostatnią  możliwość 
złapania Tai-tai, ulubienicy swej matki. Pobiegła do drzwi zaplecza i 
zderzyła się 

background image

głową  z  Kunem,  który  również  pochylił  się  nad  Tai-tai.  Dla  Edith 

wszystkie  wspaniałości  tego  świata  na  sekundę  zamieniły  się  w 
migoczące  gwiazdy,  ponieważ  głowa  Kuna  była  wyjątkowo  twarda. 
Ale  schwytała  Tai-tai,  a  ponieważ  była  zła,  zabrała  małą 
przestępczynię  natychmiast  do  pokoju.  Nic  nie  wyszło  z  udziału  w 
sznyclu. Znów okazało się, jak niesprawiedliwi są ludzie. Ale fakt, że 
w  kuchni  Laura  dostała  po  grzbiecie  zwiniętą  serwetą,  zostało  jej 
uczciwie  oznajmione.  Powiedziano  jej  także,  iż.  pan  na  pocieszenie 
podsunął jej potem do pyska kawałek sznycla, ale tylko kawałek. 

— Czyś ty zwariowała, Lauro? Widziałaś wściekłą twarz Belli? — 

została zapytana Laura, ale to pytanie wcale jej nie obeszło, albowiem 
jej zainteresowanie koncentrowało się wokół resztki sznycla. 

Jadalnia  pogrążyła  się  na  powrót  w  wytwornym  spokoju.  Kelnerzy 

uśmiechali  się  pod  wąsem,  Kuno  masował  sobie  czoło,  baron  uznał 
zdarzenie po prostu za boskie, pan prokurator uśmiechał się łagodnie, a 
trójka przy okrągłym narożnym stoliku tylko patrzyła w milczeniu na 
siebie.  Nie  wiedzieli,  co  mają  powiedzieć.  Nie  chcieli  zwracać  na 
siebie uwagi, ale o jednym byli przekonani — że nie można darować 
tej zarozumiałej sekretarce zaniedbań w gospodarstwie. 

Kuno natomiast, który nie mógł przecież spędzić całego lata w pałacu 

myśliwskim,  był  zdecydowany  natychmiast  podjąć  kroki  w  sprawie 
trzech  odpisów  testamentu.  A  więc  zrezygnował  z  promieniowania 
wdziękiem aż do końca lunchu. Zarządził jeszcze, komu i gdzie należy 
podać kawę, popatrzył na salę niczym Juliusz Cezar na swoje legiony i 
zniknął. 

Był  przekonany,  że  nikt  go  nie  zauważy,  ale  Bella,  która  siedziała 

jeszcze  w  hallu,  zobaczyła,  jak  Kuno  ani  szybko,  ani  cicho,  ani 
ukradkiem,  tylko  tak,  jakby  odbywał  jak  najbardziej  uczciwą  drogę, 
powoli prześliznął się do tablicy z kluczami w biurze hotelowym, gdzie 
je  oddawano.  Obejrzał  numery  na  tablicy  i  szybko  wziął  klucze  od 
pokojów 14, 15 i 16, następnie pomknął zwinnie po schodach na górę. 
Bella słyszała jedynie bicie własnego serca. 1 co teraz zrobić? Wstać z 
fotela,  pójść  ciemnym  przejściem  dla  personelu  do  kuchni;  miała 
nadzieję, że tam ktoś się zlituje nad jej biednym sercem. 

Kuchnia  przypominała  opuszczone  pole  bitwy.  Nikt  jeszcze  nie 

pomyślał o tym, aby posprzątać, ponieważ miał jeszcze być podany 

background image

deser.  Potem  dopiero  przyjdzie  pora  na  poobiednią  drzemkę  i 

wówczas będzie można sprzątnąć w kuchni.  A któż to stał pośrodku 
poła  bitwy?  Zaginiony  szef.  Ujrzał  ją,  jak  zdumiona  stanęła  w 
drzwiach,  rozpromienił  się,  dał  Laurze,  która  drżąc  i  skomląc  stała 
przed nim, ostatni żałosny kawałek sznycla i podszedł wolno do Belli, 
przycisnął  ją  rozpostartymi  ramionami  do  framugi  drzwi  i  zapytał  z 
łobuzerskim uśmiechem: 

— Czyżby znów miała mi pani coś strasznego do zakomunikowania? 

— Pochylił się ku niej i pocałował w śliczny nosek, bacząc pilnie, aby 
nie odpadły mu cesarskie wąsy. Bella początkowo milczała, ale potem 
ogarnęła ją znów złość. Oparła ręce o jego szeroką pierś, odpychając 
go. 

— Owszem! Mam do zakomunikowania coś strasznego. 
— A komu, jeśli wolno zapytać? 
— Szefowi. 
— Szef zniknął. Czego pani właściwie chce ode mnie? Czy w tym 

domu  panują  takie  zwyczaje,  że  sekretarka  uwodzi  szefa  kuchni? 
Wydaje  się,  że  to  przyzwoity  hotel.  —  Uśmiechnął  się  do  niej 
rozbawiony. Omal nie nadepnęła mu na nogę. 

— Ale przecież szef tu jest. Stoi przede mną i ma jeszcze w swych 

operetkowych wąsach grudkę tłuszczu od sprzeniewierzonego sznycia, 
i proszę, aby był łaskaw mnie wysłuchać. 

— A jeśli nie? 
— Wówczas wymówię, bo to nie jest hotel dla przyzwoitych ludzi, to 

jaskinia rozbójników! 

—  Patrzcie,  patrzcie!  Czy  tak  jest  napisane  w  naszym  prospekcie? 

Niech pani uważa, powiedziałem wyraźnie: w naszym prospekcie! 

—  Nie,  tak  nie  jest  napisane,  ale  nie  jest  też  napisane,  że  szef  dla 

jakiegoś kaprysu znika. Ale jeśli już to czyni, to niech łaskawie postara 
się  o  to,  aby  zatrudniony  przez  niego  kierownik  jadalni  nie  był 
złodziejem, który zabiera klucze od pokoi i idzie na górę. 

— Rzeczywiście tak zrobił? Wobec tego nie dostał jeszcze zapaso-

wych kluczy, tak jak Fritz. 

— Panie Bruckner, zdaje się, że pan nie zdaje sobie sprawy, co pan 

powiedział! Proszę się przyznać, co tu jest grane i dlaczego wciąga się 
mnie w te matactwa? Albo niech mnie pan poinformuje, jakie są pana 

background image

postanowienia dotyczące stylu tego domu, wówczas wszystko będzie 

w porządku — i wówczas spokojnie wymówię — albowiem nie mam 
zamiaru  pracować  ze  złodziejami  i  ludźmi  podobnego  autorytetu.  A 
teraz  proszę,  aby  mnie  pan  puścił,  ponieważ  nie  jestem  pewna,  czy 
dobrze zamknęłam biuro i kasę. 

— A to ładnie! 
— Co? 
— Ten nieporządek i to, jak się złościsz. A teraz ja będę mówił. Ani 

nie  wezmę  swoich  rąk,  bo  tak  mi  się  podoba  jako  szefowi  tego 
nędznego hotelu, ani nie przyjmę tej śmiesznej rezygnacji. Ponieważ 
jednak słyszę przesuwanie krzeseł, to znaczy, że wkrótce zjawi się tu 
personel, a więc krótko: proszę Bellę Hirmer, aby dziś wieczorem nie 
zamykała drzwi do swego pokoju, tylko... 

— ... stanęła w nich z wiadrem zimnej wody, aby ją wylać na głowę 

bezwstydnego szefa! Tego może być pan pewien. 

— Dziewica z błyszczącymi oczami broni swego honoru i czci. Ale i 

jedno, i drugie jest jej dane jeszcze tylko przez jakiś czas. Poza tym 
należy powiedzieć, że Bella Hirmer zachowała się właśnie jak głupia 
gęś i że szef, gdyby chciał, już dawno przypuściłby generalny atak na 
jej cnotę. Ale jak dotąd nie chciał tego. Dlaczego, to już jego sprawa. 
Zrozumiałaś,  mała,  głupia  gąsko?  Aha,  kiwasz  głową,  wobec  tego 
wszystko jasne. 

—  Nic  nie  jest  jasne,  wszystko  stało  się  tylko  jeszcze  bardziej 

zagmatwane! — Bella była bliska płaczu, więc Theo ujął ją pod brodę, 
pocałował serdecznie, ale pospiesznie w drżące usta, albowiem w tej 
właśnie chwili za  drzwiami dało się słyszeć niezbyt subtelne, ale na 
szczęście  wypowiedziane  po  włosku  przekleństwo  kelnera  Enrica. 
Theo szepnął jeszcze: 

—  Kochana,  słodka  dziewczyno,  tylko  nie  płacz!  Niestety,  tu 

wszystko  się  jeszcze  bardziej  pogmatwa,  zanim  będę  mógł  wy-
startować do generalnego ataku na twoją cnotę i spokój. A więc przede 
wszystkim:  pozwól  Kunowi  robić  to,  co  chce  i  co  musi.  Nie 
przeszkadzaj  mu,  a  dziś  wieczorem  nie  zamykaj  swojego  pokoju, 
ponieważ mam ci wiele do wyjaśnienia, aby duszyczka cnotliwej Belli 
Hirmer znów się uspokoiła. 

— Och, drżę na całym ciele! 

background image

—  Szkoda,  że  nie  mogę  tego  zobaczyć  w  spokoju  —  padła 

bezwstydna  odpowiedź  i  w  tej  chwili  przekrzywiła  mu  się  wysoka 
czapka  kucharska,  ponieważ  Bella  uderzyła  go  w  twarz.  Po  czym 
skinęła  mu  krótko,  wzięła  na  ręce  Laurę  i  oświadczyła:  —  Laura 
pozostanie u mnie, również dziś wieczorem w moim nie zamkniętym 
pokoju. 

— Śmiać mi się chce! Laura na straży cnoty? Ona wolałaby kawałek 

sznycla. — Dał jej prztyczka w nos i szepnął, zasuwając drzwi: — Nie 
zapomnij! Kocham cię! 

I  cóż  tu  począć  z  takim  mężczyzną?  Człowiek  jest  wobec  niego 

bezbronny,  bezsilny.  A  więc  Laura  została  uściskana,  pogłaskana  po 
głowie,  po  czym  Bella  poszła  z  psem  do  swojego  biura,  gdzie 
stwierdziła,  że  kasa  istotnie  jest  tylko  przymknięta,  ale  jeszcze  nie 
obrabowana.  Położyła  psa  na  miękkiej  poduszce  u  swoich  stóp  i 
upomniała go: 

— Bądź grzeczna, Lauro, to dostaniesz na kolację kanapkę z szynką. 
— Laura przyjęła to do wiadomości bez dyskusji i postanowiła , że 

zanim  dostanie  obiecaną  kanapkę  albo  tę  czarownicę  Tai-tai,  utnie 
sobie popołudniową drzemkę. 

Bella  zaś  wzięła  się  do  pracy,  choć  pilnie  nasłuchiwała,  czy  nie 

usłyszy jakiegoś obcego dźwięku. I wkrótce usłyszała. Kiedy patrzyła, 
jak kelnerzy podają kawę na słonecznym tarasie, do okienka ktoś się 
zbliżył, podniósł je ostrożnie i z cichym chrobotem wsunął klucze od 
pokoi. 

Bella  ani  drgnęła.  Szef  przecież  zarządził,  że  Kuno  może  robić 

wszystko, co zechce. 

Wkrótce zobaczyła, spojrzawszy ukradkiem w bok, że Kuno, tak jak 

poprzednio,  udał  się  do  pomieszczeń  kuchennych.  Następnie  ujrzała 
przez  okno,  ku  swemu  wielkiemu  zdumieniu,  że  szef  i  Kuno  poszli 
razem do budynku dla służby. 

background image

VIII 
 
— jako adwokat może i nie jesteś pozbawiony tak całkiem talentu, ale 

jako złodziej jesteś pierwsza klasa, mój drogi. — Theo Bruckner rzucił 
się  na  skromne  służbowe  łóżko  w  swoim  pokoju  i  palił  z  rozkoszą 
pierwszego  tego  dnia  papierosa.  —  Bella  Hirmer  widziała  cię,  jak 
kradłeś klucze od pokoi. 

— Czy ona musi wszędzie wtykać nos? A poza tym, nawet jeśli ja nie 

jestem  idealnym  złodziejem,  to  ty  także  nie  jesteś  idealnym  szefem 
kuchni. 

— Jak to,  czyżby  do twoich czujnych uszu doszły jakieś  skargi  na 

jedzenie? 

— Nie, ale Laura i Tai-tai urządziły w jadalni prawdziwe polowanie 

na coś, co powinno się znajdować na talerzach gości. 

— O, nie! Po pierwsze to był odłożony dla mnie prywatnie sznycel. a 

po drugie znajdujemy się w „Hotelu Myśliwskim", którego najlepszą 
tradycją jest polowanie na sznycel. — Przyjaciele uśmiechnęli się do 
siebie, następnie Theo zapytał poważniej: — Znalazłeś coś? 

Kuno  wyjął  w  milczeniu  z  kieszeni  pęk  kluczy  i  pokazał  je.  — 

Porządek to połowa życia. Przeczytaj te malutkie tabliczki przypięte do 
każdego  klucza.  —  Theo  przeczytał  słowa  napisane  znanym  mu 
pismem ciotki: „Drzwi do mieszkania" albo „Moja sypialnia", „Pokój 
Egona", „Szafa Egona" i tak dalej. 

— No dobrze, i co z tego? 
— Gdy zrobi się ciemno, pozwolę sobie zarekwirować twój książęcy 

volkswagen i dziś wieczorem udam się w kierunku Stuttgartu. Mam 

 

background image

 
  nadzieję,  że  wrócę  jutro  przed  południem.  Jeśli  nie,  niech  Schulze 

zadba o restaurację. Na pewno wrócę, bo coś tu pozostawiam. — Kuno 
zrobił sentymentalny grymas. Theo zapytał z uśmiechem: 

— Domyślam się, że zostawiasz tu swoją walizkę! 
— Zgubiłem tu serce, mój drogi, i muszę je odnaleźć. 
—  Człowieku!  Nie  jesteśmy  w  hotelu  zamkowym  w  Heidelbergu, 

gdzie, jak głosi legenda, giną takie rzeczy! 

— Nic sobie nie robię z twoich drwin! 
— A więc dobrze, wobec tego zapytam z czystej ciekawości: 
z czyjego powodu zgubiłeś ten organ? 
— Znasz moją przyszłą teściową, ale jej samej jeszcze nie, najwyżej 

jej  wstrętnego  pekińczyka,  który  chciał  odebrać  twojej  Laurze  ów 
nędzny sznycel. 

—  Ponieważ  sznycel  był  przeznaczony  dla  mnie,  nie  mógł  być  w 

żadnym razie nędzny. A więc podsumujmy: zakochałeś się w pannie 
Edith Schlüter. 

— Tak. — A ona? 
— Wepchnęła mnie do tej śmiesznej pałacowej sadzawki. 
—  Ciesz  się  zatem,  że  to  tylko  śmieszna  sadzawka,  a  nie  głębokie 

jezioro górskie. A kiedy cię do niej wepchnęła? 

— Dziś przed południem. 
— A co ją do tego skłoniło? Może byłeś bezczelny, i to w dodatku 

jako pan Kuno, szef jadalni w moim hotelu? 

— Wielkie nieba, a czy ty byś się nie schował w krzakach, gdybyś 

wiedział, że twoja ukochana idzie się kąpać? 

— A więc to dlatego? W takim razie zasłużyłeś sobie na to, co cię 

spotkało! — Theo się roześmiał. — Wobec tego mogę przypuszczać, 
że niebawem znów podejmiesz tu swoją ciężką pracę. A jak mam cię 
wytłumaczyć przed Bella Hinner? 

— Dentysta. Musiałem usunąć pilnie prawą dolną szóstkę. 
— A więc nie ząb mądrości? To znaczy, że możemy znów spokojnie 

patrzeć  na  całą  sprawę.  A  poza  tym,  mój  chłopcze,  aby  wreszcie 
skończyć  te  głupstwa:  czy  coś  usłyszałeś,  zobaczyłeś  albo  coś 
przypuszczasz? 

—  Nie  zapominaj,  że  drodzy  krewni  przyjechali  dopiero  wczoraj 

późnym przedpołudniem. 

background image

— Do sadzawki zostałeś wrzucony przedtem czy potem? 
—  Przedtem.  Zająłem  się  więc  twoimi  strasznymi  krewnymi  w 

wyjątkowo  szarmancki  sposób,  polecając  im  wino  kwaśne  jak  ocet 
siedmiu złodziei. Jak coś takiego może się w ogóle znajdować w twojej 
piwnicy? 

— Właśnie specjalnie dla moich krewnych. Co jeszcze? 
— Twoja wielka ciotka Luiza zaraz po przyjeździe zażądała bezczel-

nym  tonem  rozmowy  z  tobą.  Była  wzburzona,  że  nie  powitałeś  jej 
fanfarami. Bella Hirmer wciąż ją zapewniała, że szef... 

— ... zniknął. Tego się świetnie nauczyła. I co było dalej? 
— Laura i Tai-tai zatroszczyły się o właściwą rozrywkę i poruszenie 

dam.  Egon  drażnił  się  z  Laurą,  a  ona  warczała  na  niego.  To  byłoby 
chyba wszystko na temat tej sprawy. — A na górze? 

—  Jak  dotąd  niczego  nie  znalazłem,  oprócz  tego  pęku  kluczy,  i 

dzisiejszej nocy chcę spróbować przeszukać mieszkanie w Stuttgarcie. 
Te  stare  pudła  muszą  gdzieś  przechowywać  pozostałe  egzemplarze! 
Ludzie o nieczystym sumieniu nie rozstają się z czymś takim. A jeśli 
niczego  nie  znajdę,  zacznę  szukać  od  nowa  tutaj.  Trzeba  to  szybko 
skończyć,  bo  w  przyszłym  tygodniu  mam  znów  ważne  sprawy,  mój 
drogi. Mój kram funkcjonuje dokładnie tak, jak twój śmieszny hotel. 

— A dlaczego nazywasz mój hotel śmiesznym? 
—  Choćby  z  powodu  tego  śmiesznego  szefa  jadalni!  Ja  już  dawno 

bym go zwolnił, bo jest wyjątkowo nieudolny. Ale muszę ci od razu 
powiedzieć, że mam wrażenie, iż ta Edith Schlüter gra przede mną i w 
gruncie rzeczy domyśla się, że jestem kimś innym. Robi mi ostre uwagi 
i  śmieje  się  szatańsko.  Do  tego  jeszcze  twój  ulubiony  gość,  ten 
prokurator, uważa, że mnie skądś zna. Posłuchaj, co powiedział dziś w 
południe. — Z wściekłą miną Kuno powtórzył słowa prokuratora, ale 
wywołały one tylko uśmiech rozbawienia na twarzy Thea. 

— Cieszy mnie, że twoja twarz obiecuje więcej, niż możesz dać. Ale 

wracajmy  do  tematu,  wokół  którego  kręcimy  się  obaj  jak  dwie 
nieśmiałe  stare  panny.  A  co  będzie,  jeśli  faktycznie  znajdziesz  te 
testamenty  i  stwierdzimy,  że  treść  mojego  egzemplarza  jest  całkiem 
inna? 

—  Wówczas  możliwe  są  dwie  drogi.  —  Kuno  przysiadł  obok 

przyjaciela,  a  jego  zazwyczaj  obojętna  twarz  zmieniła  całkowicie 
wyraz. — Jedna droga to droga prawna, sąd... 

background image

— A druga? 
— Że się rozliczysz z tą trójką, bo wskutek naszego odkrycia będziesz 

miał  ich  w  garści,  i  raz  na  zawsze  uwolnisz  się  od  nich  i  od  ich 
obecności. Mógłbyś nawet wobec hrabin zrobić wspaniałomyślny gest 
w .postaci niewielkiej renty, ponieważ gdy stracą tu prawa, nie będą 
chyba zbyt dobrze wyposażone w dobra doczesne. 

— Z całą pewnością nie, bowiem jeszcze za życia wuja żyły z jego 

hojnej ręki, tak samo jak ten ulubieniec bogów, Egon. 

—  Dla  niego,  jeśli  udowodni  mu  się  winę,  nic  bym  nie  uczynił, 

absolutnie  nic.  Ten  chłopak  powinien  pracować  i  zarobić  na  swoje 
utrzymanie! Mam rację, Theo? 

— Oczywiście! On wydaje się najgorszy z całej trójki. Ta niewątp-

liwie  osobliwa  solidarność  owej  trójki  stanowi  pośredni  dowód  ich 
winy. Niewątpliwie wspólnie całą sprawę ukartowali, a przynajmniej 
są  świadomi  tego,  że,  być  może,  wszystkie  cztery  egzemplarze 
testamentu mojego wuja zostały sfałszowane. 

— Albo tylko jeden, kto wie? Ale to trzeba zbadać. 
— Ile czasu możesz jeszcze poświęcić dla tej sprawy? 
— Jak powiedziałem, w końcu przyszłego tygodnia muszę wrócić do 

Frankfurtu,  przynajmniej  na  pięć  dni.  Potem  mam  nadzieję,  że  jeśli 
będzie  trzeba,  znów  tu  wrócę.  W  każdym  razie  już  dziś  możesz  się 
cieszyć na rachunek. Ja nie chciałbym dostać takiego. 

—  Nie  strasz  mnie,  bo  wówczas  ja  poczuję  się  zmuszony  do 

wystawienia  tobie  kontrrachunku  za  wyżywienie,  mieszkanie, 
wypoczynek, słońce i  miłość  — a  więc najpierw odlicz to wszystko. 
Przyjaciele roześmieli się. Potem omówili pozostałe ważne sprawy. 

** * 
Kilka  godzin  później,  kiedy  Theo,  znów  gotów  do  spełniania 

obowiązków  naczelnego  kucharza,  zbliżał  się  do  kuchni,  aby 
przygotować  kolację,  spotkał  barona  na  staromodnie  brukowanym 
dziedzińcu.  Wracał  on  ze  spaceru  i  wiedziony  sercem  starego 
posiadacza ziemskiego 

background image

chciał  obejrzeć  stajnie,  kurniki  i  inne  pomieszczenia  gospodarskie. 

Zapach  stajni  zawsze  był  mu  miły  i  bardziej  wolał  gdakanie  kur  i 
gęganie  gęsi  niż  skrzeczenie  tych  starych  panien.  Spotkał  go  zatem 
nowy  szef  kuchni,  w  czystej  marynarce  i  fartuchu,  z  białą  trójkątną 
chusteczką  pod  szyją  zamiast  krawata.  Pozdrowił  uprzejmie 
hotelowego gościa. — O! Nowy szef kuchni! Dziś na obiad całkiem 
dobrze się spisał! Smakowało nawet temu ścierwu, Laurze! 

—  Nie  można  mieć  jednocześnie  wszędzie  oczu,  a  taki  pies 

myśliwski jest diabelnie przebiegły. — Theo przystanął, kiedy baron 
zaczął z nim rozmowę, i podkręcił wąsa. 

— Podoba mi się, mój drogi, bardzo mi się podoba, że zachowuje się 

tradycję. — Wskazał przy tym na wąsy Thea. — Przypominają mi Jego 
Majestat! Miał takie same wąsy! No tak, ale to już przeszłość i nic na to 
nie poradzimy. Z jakich okolic pan pochodzi? 

—  Z  Meklemurgii,  panie  baronie  —  powiedział  Theo,  aby  zrobić 

starszemu panu przyjemność. 

— Coś takiego! Z Meklemurgii? Człowieku, teraz jedzenie będzie mi 

smakowało  podwójnie.  Do  szczęścia  potrzeba  mi  tylko  prawdziwej 
meklemburskiej  zupy  jarzynowej;  wówczas  mógłbym  sobie 
wyobrazić,  że  jestem  w  domu,  w  Lindenhof.  —  Wesoły  staruszek 
powiedział to prawdziwie rozmarzonym tonem. — Ale po co płakać, 
kiedy to nic nie pomoże? A więc niech pan już idzie i przyrządzi nam 
coś dobrego. Ja chcę jeszcze zajrzeć do hotelowych kur, pooddychać 
trochę powietrzem stajni. Poza tym upolowałem dziś rano lisa. Było 
bardzo przyjemnie, nadleśniczy mnie na niego naprowadził... 

— Czy pan baron będzie tu, kiedy przyjdzie sezon na kuropatwy? 
—  Jeszcze  nie  wiem.  to  sprawa  pieniędzy.  Ale  nie  miałbym  nic 

przeciwko temu. A teraz do zobaczenia, mój drogi. — Baron skinął mu 
przyjaźnie  ręką  i  poszedł  wesołym,  raźnym  krokiem  do  stajni.  Stały 
tam dwa rumaki szlachetnej krwi, dobrze utrzymane, o lśniącej sierści. 
Znalazł  się  oczywiście  cukier dla  miękkiego końskiego pyska, a po-
dziękowaniem  za  to  było  delikatne  sapanie  wydobywające  się  z 
ciepłych końskich nozdrzy. Następnie baron von Rüdinger poszedł do 
drobiu; stwierdził, że jest również znakomicie utrzymany, i nawet kilka 
królików  wiodło  tu  swój  pogodny  żywot.  Zerwał  dla  nich  trochę 
zielska, co również zostało przyjęte z wdzięcznością, objawiającą się 
gorliwym 

background image

poruszaniem pyszczkami. Starszy pan wzruszył się, ponieważ wrócił 

wspomnieniem  do  swego  pięknego  Lindenhof,  gdzie  obecnie  gos-
podarzyli  obcy  ludzie.  Okiem  starego  fachowca  ocenił  jeszcze,  że 
wszystko  w  tym  niewielkim  gospodarstwie  jest  w  jak  najlepszym 
porządku. 

Co  za  niedorzeczny  pomysł  miał  ten  szef,  żeby  zniknąć  właśnie  w 

środku sezonu! Czy za tym nie kryje się przypadkiem coś innego? A 
może on tylko zwiał przed swoimi ciotkami i tym wstrętnym typem, 
Egonem von Hochheimem? Mógł tu wykazać więcej rozsądku: za duże 
pieniądze mógł wysłać te stare pudła gdzie indziej. Hm — a może one 
mają zagwarantowane prawo do pobytu tutaj? Kto to wie? A poza tym, 
co mnie to obchodzi? Nic! Barona interesowało tylko dobre samopo-
czucie,  dobre  jedzenie,  przyjemnie  spędzony  czas  przy  wieczornym 
brydżu, i do tego przy butelce dobrego czerwonego wina... Wówczas 
świat nabierał w jego oczach różowych barw. 

** * 
Tego wieczoru w „Hotelu Myśliwskim" atmosfera była dość napięta i 

trochę  osobliwa.  W  każdym  razie  tak  to  odczuwała  Edith,  której 
wesołe oczy zerkały na wszystkie strony. 

Przez okno czytelni, obok hallu, gdzie się zaszyła, zobaczyła coś, co 

ją  serdecznie  ubawiło.  Jej  zgrabny  nosek  poruszył  się  znów,  kiedy 
potężny  szef  kuchni,  jeszcze  w  roboczym  ubraniu,  pomagał  kierow-
nikowi  jadalni  pakować  do  nędznego,  małego  volkswagena  jego 
płaszcz, teczkę i paczuszkę, która niewątpliwie zawierała kanapki na 
drogę. Następnie obaj poklepali się serdecznie po plecach. 

Kiedy Kuno odjechał rozklekotanym autem, szef kuchni bynajmniej 

nie wrócił do siebie, tylko udał się do schodów z jeleniami, przeszedł 
przez drzwi obrotowe, co przy jego wysokim wzroście i tuszy nie było 
takie proste, i zniknął w biurze. 

Teraz Edith musiała się mocno wychylić, aby móc spojrzeć w tamtym 

kierunku; wówczas zobaczyła coś zdumiewającego. Potężny szef 

background image

kuchni objął sekretarkę obiema rękami i uśmiechając się przycisnął ją 

mocno do swoich policzków. Odpadły mu przy tym wąsy ä la cesarz 
Wilhelm.  Edith  stwierdziła  z  uśmiechem,  że  bez  wąsów  wyglądał 
znacznie lepiej niż z wąsami. Teraz zrozumiała, dlaczego Bella Hirmer 
cierpliwie pozwalała się całować. Następnie szef kuchni zniknął po-
spiesznie  w  przejściu  prowadzącym  do  pomieszczeń  kuchennych, 
Bella zaś stała rozmarzona przy biurku. 

Coś tu się z całą pewnością nie zgadzało. Edith musi dziś wieczorem 

poprosić matkę, aby jej dokładnie opisała zaginionego szefa. Fakt, że 
szefa  kuchni  łączą  z  urzędniczką  tak  zażyłe  stosunki,  był  czymś 
nadzwyczaj dziwnym. 

Równie dziwne wydało jej się później i to, że Egon von Hochheim 

przechadzał się w hallu obok trzech pięknych starych gablot i oglądał 
umieszczone tam skarby. Edith była pewna, że ludzie pokroju Egona 
interesują się takimi kosztownościami jedynie z punktu widzenia ich 
wartości. 

Właśnie zamierzała opuścić swój punkt obserwacyjny, kiedy ujrzała, 

że Bella z Laurą i Tai-tai podeszła do drzwi, przytrzymała je, aby psy 
mogły wyjść, i zaaranżowała psi spacerek. Bella zostawiła na biurku 
palącą się zieloną lampę; w hallu nie było zbyt jasno, lampki paliły się 
tylko  na  stolikach.  Egon,  obserwowany  przez  Edith,  mógł  się  więc 
niepostrzeżenie  wśliznąć  do  małego  pomieszczenia  biurowego, 
zamknąć za sobą ostrożnie drzwi i wziąć coś z biurka. Co to było, Edith 
miała się wkrótce przekonać, kiedy wyszła z małej czytelni i udała się 
za nim. Na prawo od hallu było wejście do małego pokoiku dla pań, 
który na ogół był mało wykorzystywany. Tam właśnie udał się Egon i 
bezgłośnie, jak drapieżnik, opuścił ciężką aksamitną zasłonę, aby nie 
być  widziany  z  hallu.  Ale  bystra  Edith  wśliznęła  się  równie 
niepostrzeżenie w pobliże kotary, zrobiła sobie wąską szparkę, przez 
którą mogła zajrzeć do saloniku. Nie była zaskoczona, kiedy zobaczyła 
Egona,  jak  wypróbowywał  rozmaite  klucze,  aż  wreszcie  znalazł  ten 
właściwy.  Otworzył  jedną  z  gablot,  zastanowił  się  przez  chwilę,  po 
czym  wyjął  kilka  małych  przedmiotów,  wsadził  je  do  kieszeni 
marynarki i znów zamknął gablotę. Następnie zamierzał opuścić salon. 
Edith jednak zapragnęła poświęcić mu miły kwadransik, weszła więc 
do  pokoju,  na  widok  pięknego  Egona,  udała  niezwykłe  zdumienie, 
uśmiechnęła się i zapytała szeptem: 

background image

— Czy pan też uważa, że na dworze jest śmiertelnie nudno? 
—  Wprost  nieprawdopodobnie,  panno  Schlüter,  to  działa  człowie-

kowi na nerwy. 

— Jeśli je ma. 
—  Nie  rozumiem,  łaskawa  pani?  —  Egon  próbował  wsadzić  do 

kieszeni spodni nie należący do niego pęk kluczy, ale nie udało mu się 
i klucze wypadły na podłogę. — Och, do diabła! Chciałem powiedzieć, 
pardon, mam taki głupi zwyczaj, że wciąż bawię się kluczami. 

— Lepiej się bawić kluczami niż innymi ludźmi. 
—  Nie  rozumiem.  Ach,  domyślam  się,  że  to  taki  mały  żart  z  pani 

strony. — Egon zaśmiał się głupio. I czekał. 

Ale Edith zapytała swobodnie: — Ma pan papierosa? 
— Oczywiście. Czy tu można palić? 
— Jeśli tylko ma się zapalniczkę, to niewątpliwie można. Poza tym 

pan, jako kuzyn właściciela, jest tu przecież w pewnym sensie jak w 
domu. 

—  Oczywiście!  Dawniej,  kiedy  jeszcze  żył  brat  mojego  dziadka, 

prawie  zawsze  tu  przebywaliśmy:  ale  obecnie  zapis  testamentowy 
reguluje  to  zupełnie  inaczej.  —  Egon  wyglądał  na  dystyngowanie 
zmartwionego, kiedy szukał we wszystkich kieszeniach papierosów. 

— Może w kieszeni marynarki, tam pan jeszcze nie szukał. — Edith 

usiadła  na  staroświeckim,  ozdobnym  fotelu  i  nie  spuszczała  z  niego 
wzroku. 

— Nie, kieszenie są puste, ale zaraz pójdę na górę i przyniosę dla pani 

papierosy z pokoju. 

—  Ależ  nie!  To  nie  jest  aż  takie  ważne.  Niech  pan  także  usiądzie 

wygodnie. Uważam, że tu jest miło. A pan tak nie sądzi? 

— Mnie też się tu podoba, ale lepiej już pójdę. Tak, sądzę, że panna 

Hirmer  zaraz  wróci...  Te  psy...  Proszę  mi  wybaczyć,  że  zniknę  na 
sekundę.  —  Piękny  mężczyzna  stał  przed  nią  bezradny,  a  Edith,  ta 
bestia, podstawiła mu nogę. Egon, który pragnął jak najprędzej uciec, 
potknął się o jej stopę, co ją serdecznie ubawiło. Kiedy Egon leżał jak 
długi na dywanie, pęk kluczy wypadł mu z kieszeni i odskoczył daleko; 
Edith  natychmiast  wepchnęła  klucze  nogą  pod  małą  kanapkę. 
Następnie  pochyliła  się  nad  mężczyzną  i  wyciągnęła  mu  jeden  ze 
skradzionych przedmiotów z kieszeni rozpostartej marynarki. 

background image

Jak  Kuba  Bogu,  tak  Bóg  Kubie,  pomyślała  i  stękając  z  wysiłku, 

pomogła mu wstać. 

— Do diabła, moja noga! — Egon był zły na siebie. Nie przypuszczał 

nawet, że to Edith spowodowała jego upadek, i klepał się po kolanie. 
Następnie  rozejrzał  się  dokoła,  jakby  czegoś  szukał,  pochylił  się  i 
macał dłonią dywan. — Gdzie jest, to znaczy, gdzie są klucze? 

— Jakie klucze? 
— Moje klucze! Miałem je w ręku, zanim upadłem na ten przeklęty 

dywan! 

— Pańskie klucze? 
—  Och,  no  tak,  moje  klucze.  —  Egon  dalej  szukał,  ale  Edith  stała 

nieruchomo  jak  słup  soli  przed  kanapą,  uśmiechała  się  do  niego 
pocieszająco,  wreszcie  powiedziała,  potrząsając  głową,  jakby  miała 
przed sobą małe dziecko: 

— Jak można być takim nerwowym? Przecież schował pan klucze do 

kieszeni spodni, kiedy pan szukał papierosów. A teraz niech pan idzie 
szybko na górę. Marzę o papierosie. Jak zapalę w hallu, moja droga 
mama będzie zła. 

— Już biegnę! — I Egon pobiegł do biura, skąd mógł wziąć klucz do 

swojego  pokoju.  Zawahał  się  tam  przez  chwilę,  następnie  pobiegł 
wielkimi susami na górę. 

Edith miała bujną wyobraźnię i mogła sobie wyobrazić głupią minę 

Egona, kiedy na górze, w swoim pokoju, wyjmie z kieszeni skradzioną 
zdobycz i nie znajdzie pęku kluczy, a także pięknej, cennej szkatułki z 
kości słoniowej. Pobiegła teraz do biura i przez podnoszone okienko 
wsunęła klucze na biurko Bel li. opuściła okienko, następnie usiadła w 
saloniku  i  czekała,  schowawszy  uprzednio  piękne  pudełeczko  do 
torebki. Wiedziała dobrze, że ten gagatek tak prędko nie wróci, a więc 
uzbroiła się w cierpliwość. Uśmiechnęła się jednak do niego niczym 
życzliwy  anioł,  kiedy  wreszcie  stanął  przed  nią,  niepewny  i  trochę 
blady. 

— No i co, ma pan papierosy? 
—  Tak...  Nie...  To  znaczy,  niestety,  nie  znalazłem.  Zobaczę,  czy 

panna  Bella  już  wróciła.  Ona  ma  papierosy  pod  kluczem.  Proszę 
chwileczkę zaczekać. — i pobiegł; Edith obserwowała go. jak biegnie 
do  biura  i  po  chwili  staje  zmieszany,  bo  wydało  mu  się,  że  przez 
okienko ujrzał wiadomy pęk kluczy leżący na biurku. 

background image

 
Z wahaniem zawrócił, z wahaniem  podszedł z powrotem do Edith, 

która spokojnie bawiła się bransoletkami. 

— No i nadal nie ma pan papierosów? Zabawny hotel, nie sądzi pan? 
— Bardzo zabawny. Pójdę zaraz do szefa jadalni, ten, do diabła, musi 

mieć papierosy! 

— Tylko bez przekleństw, dobry Pan Bóg tego nie lubi. 
— Jest pani dowcipna i urocza! 
— Szef zniknął. 
— Pardon, co to znaczy? Coraz częściej słyszę te słowa. 
—  Mam  na  myśli  szefa  jadalni:  to  on  zniknął.  Widziałam,  jak 

odjeżdżał  małym  autem.  Przypuśćmy,  że  na  krótką  wizytę  do 
narzeczonej. To całkiem możliwe, prawda? 

—  Oczywiście,  oczywiście,  ale  skąd  teraz  weźmiemy  papierosy? 

Może jakiś pan na zewnątrz będzie tak łaskaw? 

— Dobra myśl, ale proszę to zostawić mnie, mnie z pewnością nikt 

nie  odmówi.  —  Edith  uśmiechnęła  się  do  Egona,  ale  kiedy  wyszła, 
natychmiast stanęła za kotarą, i słusznie, bo Egon leżał już na podłodze 
i szukał wokół gablotki czegoś, co zgubił. Dała mu na to pięć minut, 
następnie znów stanęła przed nim. 

| — Na Boga, czego pan szuka? Znów upuścił pan klucze? Dlaczego 
pan się wciąż nimi bawi? 
— Tak, tylko znalazłem je. 
— To wspaniale, a ja mam papierosy. 
Gawędzili więc miło przez kwadrans, potem Edith zaczęła ziewać, bo 

piękny Egon był śmiertelnie nudny, w dodatku głowę miał zaprzątniętą 
cackiem  z  kości  słoniowej,  na  którym  Edith  trzymała  delikatnie  i 
troskliwie swoją dłoń. 

Ale ten epizod nie zakończył jeszcze obserwacji Edi th tego wieczoru. 
Najpierw Bella Hirmer wróciła do hotelu z obowiązkowego spaceru z 

Laurą i Tai-tai. Laura natychmiast podniosła, obrażona nos. Sierść na 
plecach najeżyła jej się jak włosy rekruta, następnie rozległ się krótki 
skowyt  zdradzający  radość  polowania,  wreszcie  rzuciła  się  do  nóg 
Egona.  Za  nią  Tai-tai.  Jej  puszysty  ogonek  reagował  zazwyczaj  na 
świeżo usmażony sznycel, ale kiedy ujrzała, że Laura wybrała sobie 
prawą nogę Egona, podbiegła do lewej i naszemu playboyowi nie 

background image

pozostało  nic  innego,  jak  wezwać  na  pomoc  swoje  ciotki,  które 

natychmiast  wybiegły  z  jadalni.  Najpierw  Luiza,  za  nią  wyfrunęła 
Adelajda; wydawało im się, że Egona mordują. 

— Ach, znów te psy! Te wstrętne psy! Precz stąd! — Egon próbował 

się bronić przed entuzjastyczną miłością zwierząt. Luiza użyła swojej 
torebki.  Adelajda  schwyciła  poduszkę,  znajdującą  się  akurat  pod 
plecami  pana  prokuratora,  który  wyraził  swoje  oburzenie  tą 
bez-ceremonialnością. 

—  Ja  wam  pokażę,  wstrętne  stworzenia!  —  zapiszczała  Adelajda  i 

rzuciła  poduszką  w  Tai-tai.  Ale  wówczas  pani  Schlüter  zawołała  w 
kierunku pola walki: 

— Bardzo proszę, aby pani mnie zostawiła wychowanie mojego psa. 

Tai-tai  nie  zrobi  nikomu  krzywdy.  To  brutalność  tak  bić  małe 
zwierzątko! Chodź tu, mój skarbie, chodź do swojej pańci! 

Tai-tai podbiegła, ponieważ cały ten atak nie sprawiał jej szczególnej 

przyjemności. Skoczyła więc na kolana swojej pani, co znów zdener-
wowało prokuratora, który uważał za sprzeczne z zasadami, żeby pies 
opierał  swój  pysk  na  brzegu  stołu.  Baron  Rüdinger,  którego  inte-
resowało wszystko, co niezwykłe i pełne życia, promieniał, ponieważ 
powstała przymusowa przerwa w brydżu. Pochylił się, ujął Laurę za 
kark, wziął na ręce, a następnie dał jej łagodnego klapsa w pysk. 

— Czy to tak ładnie, bydlaczku? Nogi innych ludzi nie są przecież dla 

ciebie, ty czarne ścierwo, rozumiesz? 

—  Wrrr  —  odpowiedziała  na  to  Laura,  a  zmęczony  Egon  mógł 

schronić się w ramionach ciotek. Miał już dość. Jego nerwy wysiadały, 
a jego nieczyste sumienie szukało odpoczynku. 

—  Co  za  wstrętny  hotel!  Mówiłem  wam,  że  spędzimy  tu  okropne 

tygodnie — szepnął cicho, ale ze złością do ciotek. 

—  Cicho  bądź,  nie  gadaj  głupstw!  Wiesz  dobrze,  dlaczego  tu 

przyjechaliśmy. Następnym razem daj kopniaka temu bydlęciu, będzie 
miało za swoje. — Luiza skierowała te słowa do Egona, ale usłyszała je 
także  Edith  i  pogładziła  delikatnie  małe,  okrągłe  pudełeczko 
spoczywające w jej torebce. 

Bella  nie zdołała  przeszkodzić atakowi psa  na śmiertelnego wroga. 

Co  mu  się  dziś  właściwie  stało?  Tak  nie  może  dalej  być!  Musi 
koniecznie  z  szefem...  Zrobiła  się  czerwona  jak  burak  i  nie  miała 
odwagi dalej 

background image

myśleć.  Starała  się  naśladować  gwizd  szefa,  ale  gdzie  tam...  Laura 

poznała  się  na  oszukaństwie,  wyjrzała  tylko  zza  ramienia  barona  i 
uznała, że ma wszystkich bez wyjątku gdzieś. Zwinęła się w kłębek i 
postanowiła,  że  tego  wieczoru  pan  baron  nie  będzie  więcej  grał  w 
brydża. 

I  tak  też  się  stało.  Złożono  karty,  po  części  ze  złością,  jak  pani 

Schlüter,  po  części  z  wymownymi  oznakami  wzburzenia,  jak  pan 
prokurator. Panna von Wiesengrün, którą na ogół nie interesowało to, 
co  się  dokoła  niej  dzieje,  wyraziła  żal  z  powodu  przerwanej  gry. 
Wypiła swoją wieczorną whisky i teraz nie pozostawało jej nic innego, 
jak pójść spać. 

— Czy ktoś miałby dla mnie coś interesującego do czytania? 
— zapytała. 
— Łaskawa pani, obawiam się, że moja literatura fachowa nie byłaby 

dla  pani  rozrywkową  lekturą  —  powiedział  prokurator  i  zapakował 
karty  pedantycznie  do  pudełeczka.  Pani  Schlüter  wzruszyła  z  żalem 
ramionami i powiedziała. 

— Zapytam Edith, ona ma jakieś powieści w pokoju. Ja czytam tylko 

kryminały.  —  Porozumiała  się  z  córką,  która  obiecała  pannie  von 
Wiesengrün, że potem przyniesie jej kilka książek do pokoju. 

—  Droga  pani,  gdybym  ja  pani  pożyczył  coś  z  moich  książek,  nie 

zamieniłaby pani jutro ze mną więcej ani słowa. Wolę nie ryzykować. 

— Baron Rüdinger  mrugnął chytrze do panny von Wiesengrün. Ta 

machnęła tylko ręką w jego stronę i zgasiła cygaro w popielniczce. 

— Bardzo dziękuję! Wolę poczekać, aż panna Schlüter przyniesie mi 

coś do czytania. Życzę wszystkim dobrej nocy. — Skinęła jak zwykle 
dumnie wyprostowaną głową, poszła do windy, która następnie uniosła 
się w górę skrzypiąc, trzęsąc się i jęcząc i zgrzytając. 

Hall powoli pustoszał, tylko jeden gość zamierzał jeszcze pozdrowić 

na odchodnym pannę Bellę, która znów pracowała przy swoim biurku. 
Była to Edith, która podeszła do niej, przysiadła na rogu biurka i kiedy 
pogawędziły już o tym i owym, wyjęła ze swojej ślicznej torebki małą 
cenną szkatułkę z kości słoniowej i położyła wymownym gestem na 
kawałku papieru. 

Bella zobaczyła przedmiot, poznała go, spojrzała na Edith i zapytała 

nieco nerwowo: — Jak mam to rozumieć, proszę pani? 

background image

— Nieco mniej dobrze niż ja, ale bardzo proszę, aby pozwoliła mi 

pani  zachować  moją  słodką  tajemnicę  jeszcze  przez  jakiś  czas, 
albowiem chciałabym najpierw oświecić pewną osobę, która chwilowo 
jest nieobecna. 

— Szef zniknął. 
—  Szef?  O  nie,  ja  nie  jego  mam  na  myśli  —  odpowiedziała  z 

uśmiechem  Edith.  —  Proszę  zanotować,  że  z  gablotki  w  małym 
damskim saloniku zniknęły jeszcze dwa albo trzy cenne przedmioty. 
Poza  tym  pozwolę  sobie  udzielić  pani  dobrej  rady:  niech  pani  nie 
zostawia  kluczy  na  oświetlonym  blacie  biurka.  Nie,  proszę  się  nie 
denerwować. Edith Schlüter ma bardzo bystry wzrok. Nie należy robić 
skandalu, mieszać w to pana prokuratora, gdyż to przyniosłoby szefowi 
jedynie  przykrości.  A  więc  tymczasem  do  zobaczenia  —  Edith 
pochyliła się i pocałowała Belle w policzek. 

—  Właśnie  zakończyła  się  moja  przedostatnia  pogawędka  tego 

obfitującego  w  wydarzenia  wieczoru.  Niech  pani  dobrze  śpi, 
oczywiście jeśli pani nikt nie przeszkodzi. 

Bella zerwała się z miejsca, spojrzała przerażona na Edith i zapytała 

bez tchu: — A któż miałby mi przeszkodzić? 

— W takim hotelu zdarzają się różni wariaci. Być może, któryś z nich 

zechce  w  środku  nocy  dostać  rachunek!  A  więc  niech  pani  nie 
rozmyśla za wiele i spokojnie czeka. Do jutra, do miłego zobaczenia! 
Życzę pani dobrej nocy. — Edith wyszła, pozostawiając zaniepokojoną 
Bellę. 

Powoli w hotelu zalegała cisza. Również na zewnątrz, w budynku dla 

personelu,  gasły  po  kolei  światła.  Tylko  lampy  palące  się  całą  noc 
oświetlały  kawałek  placu  przed  domem.  Bella  zrobiła  porządek  w 
biurze,  zamknęła  starannie  kasę.  Przedtem,  zamyślona,  schowała 
również do kasy cenną szkatułkę z kości słoniowej, którą przekazała jej 
Edith.  Rozejrzała  się  jeszcze  raz  po  swoim  miejscu  pracy,  po  czym 
zamknęła „szklany domek". Wydało jej się teraz wprost śmieszne, że 
musiała zamknąć także oszklone drzwi, jakiego złodzieja powstrzyma 
przed  jego  zamiarem  taka  szyba?  Ponieważ  Edith  zabrała  wcześniej 
Tai-tai,  Laura  czuła  się  osamotniona,  merdała  ogonkiem  i  miała 
nadzieję, że wkrótce będzie się mogła wśliznąć do łóżka Belli. 

background image

Laura stanęła przed windą, z której chętnie korzystała w swoim psim 

życiu, ale Bella potrząsnęła tylko głową, wzięła psa na ręce i zaniosła 
na  górę,  tuląc  go  z  miłością  i  delikatnie  do  siebie.  Zanim  doszła  na 
pierwsze  piętro,  rzuciła  jeszcze  spojrzenie  na  słabo  oświetlony  hall, 
zobaczyła  starego  służącego  Fritza,  który  jeszcze  raz  wszystko 
sprawdzał. Pozdrowił ją cichym okrzykiem: 

— Ach, to pani, panno Hirmer! Dopiero teraz idzie pani spać? A rano 

będzie pani pierwsza! 

— Druga, Fritz, ponieważ pan będzie pierwszy. A więc dobrej nocy, a 

gdyby się coś działo, niech pan natychmiast do mnie zatelefonuje. 

— Nic się nie będzie działo, wszystko jest w porządku. 
Potem zrobiło się jeszcze spokojniej, prawie nieprzyjemnie. Trochę 

na miękkich nogach Bella weszła na drugie piętro. Posuwała się wolno, 
jakby  chciała  coś  odwlec.  Ale  nie  miała  odwagi  przyznać  się  sama 
przed sobą, co to takiego. W końcu to nic wielkiego, jeżeli szef o zbyt 
późnej  porze  nocnej  wejdzie  do  jej  pokoju.  Wysunęła  przekornie 
podbródek, otworzyła zdecydowanym ruchem drzwi swego pokoju — 
i stanęła, z otwartymi ustami. Oto na ładnym, staroświeckim tapczanie 
leżał spokojnie szef kuchni, palił papierosa i czytał gazetę. 

— Och! — Nic więcej nie zdążyła powiedzieć, bowiem Laura zaczęła 

jej  się  rzucać  na  ręku,  tak  że  musiała  ją  natychmiast  postawić  na 
podłodze. Następnie ujrzała roześmiane, rozbawione, jasne oczy szefa. 
Zamknęła za sobą drzwi i stała niezdecydowana. — Jak pan. wszedł do 
mojego pokoju? 

—  W  każdym  razie  nie  przez  dziurkę  od  klucza,  to  przy  mojej 

okazałej posturze byłoby raczej niemożliwe. Przez okno również nie, 
ponieważ  dach  jest  nieco  za  stromy.  Poprosiłem  Fritza  o  zapasowy 
klucz do raju. — Szef jeszcze się nie poruszył, oparł nawet lewą nogę 
na podkurczonym prawym kolanie t wymachiwał stopą. 

— A co Fritz na to powiedział? 
— Uśmiechnął się. a co miał powiedzieć? 
— Czy on wie, że pan... 
— Chciałem do raju? Chyba me, bo powiedziałem mu, że chcę mieć 

możliwie wszystkie podwójne, klucze, teraz, kiedy Kuno już  ich nie 
potrzebuje. 

— Najpierw proszę mi powiedzieć, czy Fritz wie, że pan... 

background image

—  ...  że  tu  jestem?  O  nie,  nie  zdradzam  nikomu  moich  słodkich 

tajemnic. 

— Nie chcę o tym mówić. Jestem tylko ciekawa, czy Fritz wie, że pan 

jest naszym szefem? 

—  Za  kogo  ty  uważasz  naszego  starego  Fritza?  Natychmiast  mnie 

poznał,  mrugnął  okiem  i  zapytał  całkiem  mądrze,  czy  to  z  powodu 
hrabin. Na co ja mu szepnąłem: „Wyłącznie, stary przyjacielu". No i 
co, masz jeszcze jakieś zbędne pytania, zabierające tylko czas? 

— O czyj czas tu chodzi? 
—  O  twój  i  o  mój,  albowiem  musimy  rano  wstać,  ja  z  powodu 

pieczeni cielęcej, ty z powodu rachunku dla państwa Severin, którzy 
jutro wyjeżdżają. Jeszcze jakieś pytania? 

Gdyby ten pewny zwycięstwa mężczyzna nie sprawiał wrażenia tak 

bezczelnie  zadowolonego!  —  Dotychczas  nigdy  nie  zaniedbywałam 
swoich obowiązków, niezależnie od tego, o której godzinie kładłam się 
spać. 

— Patrzcie, patrzcie! Bella, doskonała istota! Chodź tu, chodź tu do 

mnie na kanapę, moja droga! 

—  Czy  pan  zwariował,  panie  Bruckner?  —  Bella  stała  przed  nim 

drżąca  i  niemal  pełna  nienawiści.  —  Co  pan  sobie  wyobraża?  Bella 
Ftirmer  nie  jest  tu  po  to,  aby  uprzyjemniać  pańskie  wolne  godziny! 
Proszę to przyjąć do wiadomości raz na zawsze! 

— Głupia gęś! Mówiłem właśnie do mojej Laury. To ona ma przyjść 

do  mnie  na  kanapę,  bo  nie  mogę  dłużej  znieść  jej  błagalnego 
spojrzenia. No, a teraz zwiń się w kłębek, tylko nie warcz, kiedy cię 
szturchnę. Bądź grzeczna i nie denerwuj uroczej panny Belli Hinner. 

Zapadła cisza. Theo spostrzegł, że Bella płacze. Natychmiast wstał, 

na  co  Laura  zaczęła  warczeć.  —  Spokojnie,  piesku,  teraz  nie  ma 
żartów.  Pani  płacze  i  jest  zdenerwowana.  —  Podszedł  wolnym 
krokiem do Belli, wziął ją w ramiona i zaczął pocieszać, mówiąc cicho: 
— No, no, płacz spokojnie, tylko nie za głośno, w pokoju naprzeciwko 
mieszka panna von Wiesengrün, a ta ma dobry słuch. No, już lepiej? 
Czy  ten  szef  jest  aż  takim  straszliwym  rozpustnikiem,  że  trzeba  się 
przed nim trząść?   

Bella skinęła głową i dalej szlochała, przycisnęła się jednak j nieco 

mocniej do jego piersi.  Następnie wykrztusiła:  —  A  więc  niech pan 
położy dziewczynę grzecznie na tapczanie. Jest wpraw-   

background image

dzie  zmęczona,  ale  trzeba  wiele  omówić,  i  dlatego  ona  nie  może 

jeszcze zasnąć. 

Theo  uniósł  Bellę  jak  piórko  i  zaniósł  na  tapczan.  —  Lauro,  ty 

nicponiu,  odsuń  się  na  bok!  No  dobrze,  teraz  nasza  Bella  już  leży, 
jeszcze tylko ładnie ją okryjemy. No i co, już uspokojona? 

Bella  znów  skinęła  głową.  Zaczęła  czegoś  szukać  w  kieszeni  swej 

sportowej spódnicy; oczywiście nie znalazła chusteczki do nosa, spoj-
rzała  na  Thea  zakłopotana,  pociągnęła  nosem,  po  czym  wzruszyła 
ramionami. — Nie mam chusteczki. 

—  Och,  a  czy  moja  dziewczynka  jej  potrzebuje?  Więc  weźmy  to 

zamiast  chusteczki.  —  Zdjął  z  szyi  białą  serwetkę,  należącą  do  jego 
kucharskiego  stroju,  i  oczyścił  jej  nos.  Następnie  wysunął  taboret, 
usiadł na nim i spojrzał na Bellę uśmiechając się dobrotliwie. — Czy 
mogę  zapalić,  Bello?  Mówiąc  szczerze,  jestem  okrutnie 
zdenerwowany, od kiedy Kuno wyjechał. 

— Tego nie rozumiem. Jak to jest właściwie z tym Kunem? Ja mu nie 

ufam, a on również wciąż mnie obserwuje. Panna Schlüter także mu 
nie ufa, wciąż porusza swoim ślicznym noskiem, kiedy  mówi o nim 
albo z nim. 

—  Ach  tak,  a  więc  ona  również  mu  nie  ufa?  Wobec  tego  musimy 

wyjawić tajemnicę Kuna,  ale najpierw tylko przed  tobą.  Mój  dawny 
przyjaciel, adwokat doktor Kuno Löbell, nie jest doskonałym szefem 
sali.  Przebywa  tu  po  to,  aby  mi  pomóc  wszcząć  postępowanie 
przeciwko moim podstępnym ciotkom. 

— Wielkie nieba! Och, szefie, jakie to wszystko straszne! 
— Odtąd jestem dla ciebie Theo, zapamiętaj raz na zawsze. Chcę ci 

wyjaśnić wszystko, co jest ważne dla mojego dalszego życia. Dlatego 
nie  mogę  mieć  przed  sobą  ukochanej  kobiety,  która  nazywa  mnie 
szefem. 

—  Pochylił  się  nad  nią,  pocałował  niemal  jak  przyjaciel  i  zapalił 

papierosa.  Przez  chwilę  milczenia  przyglądali  się,  jak  Laura  znów 
zmienia miejsce, jakby nie znalazła jeszcze właściwego legowiska, a 
kiedy wreszcie ułożyła się westchnąwszy, Theo zapytał z uśmiechem: 

— No, znalazłaś wreszcie właściwy dołek? 
Następnie zaczął Belli tłumaczyć wszystko, co dotychczas było dla 

niej niejasne. Patrzyła mu w oczy ze zrozumieniem, a kiedy skończył, 
zapytała spokojnie: 

background image

— Czy mogę ci zadać pytanie, Theo? 
.....- Jeśli tylko dotyczy wyjaśnienia całej sprawy, to proszę bardzo. 
— Dlaczego doktor Lobe 11 zdecydował, żeby szef zniknął? Tego do 

końca  nie  rozumiem.  Przecież  wystarczyłoby,  gdyby  adwokat  jako 
człowiek nieznany prowadził tu swoje dochodzenie. 

— Droga dziewczyno. Kuno mnie dobrze zna i wie, że między mną a 

hrabinami  doszłoby  do  straszliwej  awantury,  teraz,  kiedy  podej-
rzewam, że z testamentem coś się nie zgadza. Chciał tego za wszelką 
cenę  uniknąć,  dopóki  wszystkiego  nie  wyjaśni  i  nie  będzie  mógł  z 
całym przekonaniem odeprzeć ataków tych bab. Nie mówiąc już o tym 
nicponiu, Egonie von Hochheim. Ten chłopak jest wyjątkowo niebez-
pieczny, czego ciotki chyba nawet nie przypuszczają.  Już raz obser-
wowałem go tu,  w domu, jak próbował przywłaszczyć sobie rzeczy, 
które do niego nie należały. Doszło niemal do tego. że kiedy ubiegłego 
lata z pokoju państwa Brückenau skradziono pieniądze, gotów byłem 
również  i  to  zapisać  na  konto  mojego  kuzyna  Egona,  Brakuje  roi 
jednak  dowodów  i  O  HIC,  la  k  również  o  wyjaśnienie  sprawy 
ewentualnego  sfałszowania  testamentu  chodzi  Kunowi,  który  ma 
bardziej  chłodny  stosunek  do  tego  wszystkiego  niż  ja.  Gdybym  ja 
przystąpił do akcji, posypałyby się iskry, a na pobojowisku zostałyby 
ruiny i zgliszcza oraz połamane kości, ale nic byśmy w ten sposób nie 
osiągnęli. A moim celem jest przecież to, abym pozostał jako jedyny 
spadkobierca  tego  obiektu.  Nie  z  żądzy  pieniędzy,  aleja  po  prostu 
kocham  ten  dom,  kocham  każdy  przedmiot,  który  się  tu  znajduje,  i 
szanuję  go  z  uwagi  na  wdzięczną  pamięć  wuja  Beau  de  Marchelia, 
który tak wiele dla mnie zrobił i który mnie naprawdę kochał. Czy teraz 
rozumiesz  wszystko  trochę  lepiej.  Bello?  Czy  będziesz  w  stanie  się 
opanować, dopóki Kuno i ja nie będziemy mieli całkowitej jasności? 
Nie zdradzisz nikomu tego, że szef wcale nie zniknął? 

— Jak możesz o to pytać! Przecież ja pragnę tylko twojego szczęścia! 
—  Ładnie  to  dziewczynka  powiedziała!  Za  to  dostanie  jeszcze 

jednego całusa. — Co zostało wykonane, następnie Bella opowiedziała 
o wszystkim, czego dowiedziała się tymczasem od Edith. 

—  I  co  ty  na  to?  Edith  musi  przecież  wiedzieć,  kto  ukradł  te 

przedmioty  i  kto  przywłaszczył  sobie  moje  klucze.  Powiedziała 
jeszcze,  że  musi  podzielić  się  swoimi  obserwacjami  z  pewną  osobą, 
która 

background image

chwilowo  zniknęła.  Podejrzewam,  że  miała  na  myśli  doktora 

Lobelia... teraz jest to dla mnie całkiem jasne. 

—  To  zupełnie  możliwe.  Być  może,  ona  go  zna  z  Frankfurtu.  To 

śmieszne, ale prokurator też oświadczył Kunowi, że chyba go skądś 
zna.  Później  zaś  powiedział,  że  jest  on  podobny  do  pewnego 
frankfurckiego adwokata, tylko że tamten ma znacznie głupszy wyraz 
twarzy. 

— Biedny Kuno! — Bella znów odważyła się śmiać. — A więc teraz 

twój  przyjaciel  jedzie  nocą  do  Stuttgartu  i  chce  za  pomocą  kluczy 
twojej  ciotki  otworzyć  mieszkanie,  aby  poszukać  tam  egzemplarzy 
testamentu? 

— Właśnie tak. Mam nadzieję, że mu się uda, bowiem tu na próżno 

przeszukiwań pokoje hrabin. 

— A gdyby go przy tym niespodziewanie zaskoczono? 
— Zorganizowaliśmy to jak najlepiej! Kawę podano z opóźnieniem, 

tak że on tam, na górze, miał czas. A więc omówiliśmy już wszystko, 
co najważniejsze, i niestety, bardzo nieprzyjemne. 

— Gdyby sprawy potoczyły się tak, że ty zostałbyś tu prawdziwym i 

jedynym szefem, Theo to byłoby dla ciebie wspaniale. 

— Zgadza się, moje drogie dziecko, wówczas dla mnie i dla ciebie nie 

istniałyby  żadne  inne  problemy  egzystencji,  tylko  serdeczna  radość 
życia i pracy w tym domu, który był domem rodzinnym mojej matki. 

—  Ja  również  kocham  ten  dom,  choć  mnie  to  wcale  nie  dotyczy. 

Byłoby mi bardzo ciężko, gdybym musiała stąd odejść. 

— Jak to ciebie nie dotyczy? Moja dziewczynka mówi głupstwa. To, 

co jest  moje, jest  również i twoje! I tak będzie zawsze, nawet kiedy 
będziemy mieli sto lat. 

— O, Theo! 
— O, Bello! Dokąd biegnie twoje westchnienie? 
—  Prosto  do  raju,  na  oddział  szczęśliwie  zakochanych!  —  Bella 

wyciągnęła się na tapczanie i spojrzała chytrze na niego. Theo wstał, 
pogładził ją delikatnie po głowie i uścisnął jej rękę. — Dobranoc, moje 
dziecko! Uważam, że teraz będzie najlepiej, jeśli stąd zniknę. 

Jeszcze jedno serdeczne spojrzenie, po czym Theo otworzył ostrożnie 

drzwi, rozejrzał się na lewo i prawo. Nie było widać nic prócz blasku 

background image

światła  padającego  z  pokoju  naprzeciwko.  Skinął  Belli  głową, 

przesłał jej całusa — i szef kuchni „Hotelu Myśliwskiego" przemknął 
po  schodach  na  dół  i  zniknął  w  ciemnym  przejściu  obok  windy, 
prowadzącym  do  budynku  dla  personelu,  gdzie  po  chwili  zasnął  w 
swym służbowym łóżku. 

background image

IX 
 
—  Droga  mamo,  jak  ci  opowiem  wszystko,  co  dziś  przeżyłam, 

wyskoczysz z krzykiem z łóżka! 

— Dziecko, nie bądź tego taka pewna. Jak leżę, to leżę, a to wszystko 

może jedynie wstrząsnąć moją duszą. 

— No dobrze, spróbuję więc zdać ci relację w formie, którą jesteś w 

stanie  znieść.  Zacznę  najpierw  od  tego,  że  nasz  drogi  pan  Kuno,  z 
urzędu  szef  jadalni  w  tym  hotelu,  a  naprawdę  szczególnie  wzięty 
adwokat, dziś wieczorem stał przed hotelem w najlepszej komitywie z 
szefem kuchni, gotów do podróży jego małym autem. Rzuciła mi się w 
oczy  charakterystyczna  adwokacka  teczka,  którą  zapakował  do 
samochodu. Pomachał szefowi, który zaraz potem wrócił do hotelu. To 
byłoby pierwsze wydarzenie, które miałam ci do zakomunikowania. A 
teraz powiedz, co o tym myślisz? 

—  Albo  ten  szef  kuchni  nie  jest  wcale  szefem  kuchni,  albo  ty  się 

pomyliłaś. 

— A co byś powiedziała na to, że szef kuchni jest zaginionym szefem 

hotelu? No, słucham cię? 

—  Powiedziałabym,  że  zwariowałaś  albo  że  chodzi  tu  o  jakieś 

tajemnicze przestępstwo. Czy przypadkiem pan prokurator nie jest tu z 
tego powodu? 

— O, nic on tu tylko gra w brydża. Proszę, opisz mi jeszcze raz pana 

Brucknera,  tylko  możliwie  dokładnie.  —  Matka  chętnie  to  uczyniła, 
tak że Edith w myślach stanęła nagle naprzeciw Thea Brucknera,  — 
Dobrze,  to  byłoby  załatwione.  Pozwól  teraz,  abym  w  wyrafinowany 
sposób 

 

background image

spotęgowała napięcie mojego opowiadania. — I Edith przedstawiła 

matce dalsze wydarzenia wieczora, aż do historii ze szkatułką z kości 
słoniowej i kluczami. Ale teraz matka opadła wyczerpana na poduszkę. 
Patrzyła zdumiona na córkę i wydusiła tylko z siebie: 

— Dziecko, gdzie myśmy się dostały? To jaskinia przestępców! Jutro 

wyjeżdżamy! 

— Nie ma mowy! Uważam, że to wspaniałe! Nareszcie doczekałem 

się  interesującego,  letniego  urlopu,  jak  nigdy  dotąd,  a  poza  tym  nie 
mam  zwyczaju  odkładać  książki,  dopóki  nie  poznam  zakończenia. 
Chcę  wiedzieć  wszystko,  co  się  tu  rozgrywa  za  kulisami.  Tylko 
powiedz mi, czy uważasz, że ten Theo Bruckner jest sympatyczny? 

—  Bez  wątpienia  to  uroczy  człowiek,  dżentelmen,  co  pragnę 

podkreślić; mądry, dowcipny i z dobrego domu. 

— Potrafi też usmażyć sznycle, a więc geniusz! 
— Naprawdę sądzisz, że szef kuchni to szef hotelu? 
— Dziewięćdziesiąt dziewięć procent za tym przemawia. 
— A ten brakujący jeden procent? 
—  To  nieznany  mi  jeszcze  motyw.  Ale  nie  martw  się,  już  twoja 

sprytna córeczka wpadnie i na to! A teraz nie mam już nic więcej do 
opowiedzenia i idę do Betty Wiesengriin. Obiecałam jej przynieść coś 
do czytania. Wiesz, mamo, odnoszę wrażenie, że ta spokojna, trochę 
dumna  starsza  dama  nie  została  wyposażona  w  nadmiar 
uszczęśliwiających dóbr tego zabawnego świata. Czy nie mogłybyśmy 
pomyśleć nad tym, aby jej sprawić trochę radości? Bądź taka dobra i 
zastanów się, jak to zrobić; ty masz zawsze wspaniałe pomysły. 

Edith  pocałowała  matkę  na  dobranoc  i  wyszła  z  pokoju.  W  całym 

domu panowała już cisza. Zobaczyła tylko służącego Fritza, jak krzątał 
się wciąż jeszcze w dużym hallu. Wychyliła się przez poręcz i zawołała 
na dół przytłumionym głosem: 

— Halo, panie Fritz! Czy nie pora już spać? 
—  Tak,  panienko,  ale  człowiek  jest  przyzwyczajony  do  ostatniej 

minuty  coś  jeszcze  robić.  Wykonuję  to  z  przyjemnością,  ponieważ 
bardzo lubię ten dom. 

Edith  oparła  łokcie  na  poręczy  schodów  i  zapytała:  —  Pan  tu 

pracował jeszcze za czasów zmarłego hrabiego Beau de Marchell? 

background image

— Tak, przybyłem do pałacu jako młody chłopak, a teraz mam już 

siwe włosy, a wciąż tu jestem. 

— Czy obecny szef jest dobry dla swoich pracowników? 
— Jeszcze jak, panno Schlüter, jeszcze jak! Jego nie można nie lubić. 

Jest sprawiedliwy i wszyscy mają do niego zaufanie. 

— A dlaczego właściwie szef zniknął? 
Krótka przerwa, potem Fritz odpowiedział: — Wróci, panno Schlüter. 

Ma powody, aby tu teraz nie być. 

— Aha, może dlatego, że nie lubi swoich ciotek i kuzyna? 
— Być może, ale nic pani na ten temat nie powiem. 
— Rozumiem. A czy pan lubi hrabiny i pana von Hochheima jako 

gości? 

—  Nie,  co  to  to  nie,  jeśli  mam  być  szczery.  Ci  ludzie  już  dawniej 

szykanowali  personel  i  robią  to  także  dzisiaj,  jakby  byli  tu 
właścicielami. 

— A nie są? 
— O ile wiem, każdemu z czwórki spadkobierców przypada ćwiartka 

tego, co łaskawy pan hrabia zostawił; choć wydaje mi się to dziwne, że 
pan  hrabia  tak  zarządził.  Znał  przecież  dobrze  swoje  siostrzenice  i 
siostrzeńca.  Nie,  nic  więcej  już  nie  powiem,  a  panna  Schlüter  niech 
będzie taka dobra i nikomu nie powtarza tego, co ja tu naplotkowałem. 

—  Zaręczam,  że  nie  powtórzę!  Oboje  plotkowaliśmy,  więc  jedno 

drugiego nie zdradzi. A teraz, panie Fritz, pójdę jeszcze na chwilę do 
panny von Wiesengrün na małą pogawędkę... 

— To też biedne stworzenie. Dawniej przebywała tu znacznie dłużej, 

kiedy  jeszcze  rządził  tu  pan  hrabia.  Potem  zaś,  odkąd  o  wszystkim 
zaczęły  decydować  hrabiny,  zanim  jeszcze  wrócił  nasz  pan  szef, 
musiała zaraz wyjechać. Dopiero on ją znów tu zaprosił, tak, tak, lepiej 
o  tym  nie  mówić.  —  Edith  skinęła  staruszkowi  przyjaźnie  głową  i 
zamyślona udała się na górę. 

Kiedy doszła do drzwi pokoju panny von Wiesengrün, zapukała cicho 

i weszła. 

Pokój  był  skromny,  wprawdzie  bardzo  miły,  ale  nie  tak  pięknie 

urządzony jak pokój Edith. Umywalka była zasłonięta staromodnym 
parawanem, mała lampka stołowa oświetlała fotele wsunięte w kąt. 

background image

A poza tym było wszystko, co musi posiadać pokój w hotelu. Betty 

von Wiesengrün, jeszcze ubrana, wstała, kiedy Edith weszła. 

—  Proszę  siedzieć,  droga  panno  von  Wiesengrün.  Czy  mogę  na 

chwilę usiąść? Chciałabym trochę z panią pogawędzić. Przepraszam, 
że przychodzę w szlafroku. 

— Gdybym miała taką ładną rzecz, też bym się w nią ubrała. To, co 

niezbędne, nigdy nie jest ładne, prawda? 

— Być może. Dotychczas nigdy nie brakowało mi ładnych rzeczy. 

Papa i mama prześcigają się w rozpieszczaniu mnie. Przyniosłam pani 
kilka książek do wyboru: opis podróży na Jawę, powieść polityczną, 
kryminał  i  bardzo  dobrą  powieść  społeczną,  o  której  teraz  wiele  się 
mówi. 

— Bardzo pani dziękuję. Niestety, nie mogę sobie kupować książek i 

jestem zdana na czasopisma i biblioteki miejskie. A tam rzadko można 
znaleźć  coś  dobrego,  bo  dobre  rzeczy  są  zwykle  wypożyczone.  Czy 
pozostanie pani tu dłużej, czy muszę się spieszyć z czytaniem? 

— Ja zabawię tu trzy tygodnie, ale mama jeszcze ze sześć tygodni. 

Potem przyjedzie nasz papa, aby odetchnąć trochę podczas polowań na 
kuropatwy. A więc proszę się nie spieszyć. Jak długo zamierza pani tu 
zabawić? 

Betty popatrzyła na swoje pomarszczone dłonie, zawahała się chwilę 

z odpowiedzią, potem jednak powiedziała spokojnie: 

— Szczerość za szczerość, panno Edith: jestem gościem szefa tego 

domu. On określa, jak długo mogę tu pozostać. 

— O, to bardzo ładnie, ale jego decyzje nie mają nic wspólnego z jego 

nieobecnością? 

— Nie, wszystko zostało uregulowane już wcześniej. Panna Hirmer z 

pewnością jest także we wszystkim zorientowana. 

— Ta nasza Bella Hirmer to bardzo miła osóbka, prawda? 
— Bez wątpienia! Szef również ceni wysoko jej pilność. 
— A czy pani wie, dlaczego szef zniknął właśnie teraz? 
—  Nie  pytam  o  to;  widać  ma  swoje  powody.  Jeden  znam  z  całą 

pewnością i zdradzę go pani: chciał uciec przed tymi swymi krewnymi, 
którzy zabawią tu kilka tygodni. W zeszłym roku szef także wyjechał, 
jak tylko przybyły hrabiny z panem von Hochheimem. 

background image

— Bardzo dobrze go rozumiem. Ja również zauważyłam, że inni też 

ich  unikają.  Nikt  nie  chce  mieć  nic  wspólnego  z  tymi  wyniosłymi 
ludźmi. 

— Zawsze tak było i tak już pozostanie. Czy pani wie, że ja bywałam 

tu w gościnie jeszcze za życia starego pana hrabiego? — Panna von 
Wiesengrün spojrzała na Edith, a ta, uśmiechając się, potrząsnęła swoją 
śliczną  główką.  —To  był  wytworny,  choć  trochę  dziwaczny  starszy 
pan. Ponieważ mój ojciec wyświadczył mu podczas wojny niewielką 
przysługę — było to wówczas, kiedy obaj walczyli na froncie — hrabia 
Beau  de  Marchell  był  zawsze  wobec  mnie  bardzo  dobry.  A  teraz 
przejął to Theo Bruckner, za co brak mi dla niego słów podzięki. 

— Szkoda, że jeszcze nie znam pana Brucknera. Mama opowiadała 

mi o nim bardzo dużo miłych rzeczy. Nasz sympatyczny stary baron 
chyba także należy do stałych gości? 

— Ależ tak! To zapalony myśliwy, co łączyło wówczas obu starszych 

panów.  Wydaje  mi  się,  że  pan  baron  również  nie  lubi  hrabin. 
Rozmawialiśmy pewnego razu o tym, jak stary hrabia zachorował, i on 
mi opowiedział, że między hrabią i jego siostrzenicami doszło kiedyś 
do  wielkiej  awantury.  Tym  bardziej  zdziwiliśmy  się  oboje  z  panem 
baronem, kiedy usłyszeliśmy o tym osobliwym testamencie. Ale chyba 
hrabia de Marchell wiedział, co robi. Mnie nie wypada tego oceniać. 

— Zazdroszczę ludziom, którzy są tacy szczerzy i sprawiedliwi jak 

pani.  A  co  pani  sądzi  o  naszym  szefie  sali?  Chyba  pani  znała 
poprzedniego? Czy ten nowy jest lepszy? 

Betty von Wiesengrün natychmiast zaprotestowała ruchem ręki: — O 

nie, nowy szef nie jest w stanie zastąpić dawnego. Mam na myśli, że 
dziś  już  nie  ma  tak  sympatycznych  pracowników  jak  dawniej.  Ale 
wobec  mnie  pan  Kuno  jest  szczególnie  uprzejmy  i  stara  się,  aby  mi 
niczego nie brakowało. 

— Miło mi to słyszeć. Poza tym, panno von Wiesengrün, czy pani ma 

zdrowe nerwy? 

— Jak mam to rozumieć? 
— Czy pani nie mdleje albo nie zaczyna krzyczeć, kiedy usłyszy pani 

coś denerwującego? — Edith uśmiechnęła się. 

— W moim życiu nie mogę sobie pozwolić na słabe nerwy — padła 

spokojna odpowiedź. — Największe zdenerwowanie przeżyłam wów- 

background image

czas,  kiedy  zmarł  mój  ojciec,  a  ja  znalazłam  w  jego  pokoju  górę 

pudełek pełnych cygar najdroższych i najrzadszych marek. A teraz je 
palę i nawet  mi smakują  — dodała panna von Wiesengrün z lekkim 
uśmiechem. 

—  Cygara  kontra  kradzież;  taka  byłaby  moja  propozycja  dla  pani 

nerwów. Dziś wieczorem zaobserwowałam kradzież. 

Betty pochyliła się do przodu, spojrzała badawczo na Edith i zapytała 

cicho: — Egon von Hochheim? 

— Właśnie on! Pani nie ma do niego zaufania? 
— Popełnił kradzież w hotelu jeszcze za życia hrabiego. Starszy pan 

zatuszował wówczas sprawę, ale już nigdy więcej nie wierzył swemu 
siostrzeńcowi.  Niespełna  piętnastoletni  wówczas  chłopiec  ukradł 
pieniądze. 

— Wcześnie zaczął, więc nic dziwnego, że w dojrzałym wieku jest 

taki  dobry  —  powiedziała  Edith  ironicznym  tonem  i  zdała  Betty 
zabarwioną  humorem  relację  z  wydarzeń  wieczoru.  —  Teraz  jestem 
zakłopotana,  ponieważ  nie  wiem,  jak  powinnam  się  zachować. 
Uspokoję się dopiero, kiedy wróci nasz pan Kuno. 

— Czyżby poprosił o urlop w środku sezonu? 
—  Według  moich  obserwacji  nie  było  to  wcale  konieczne.  Teraz 

dochodzę do punktu, w którym może pani stracić nerwy. Nasz zacny 
Kuno to wzięty adwokat. No i co? Chyba się pani jednak przeraziła? 

— Czy on tu przebywa z powodu Egona? — zapytała szeptem Betty. 

— Jakie to wszystko denerwujące! I jaka szkoda, że nie ma szefa! 

— Niech pani sobie łaskawie przypomni, jak dziś w południe Laura 

pędziła przez jadalnię ze skradzionym sznyclem, a nasza mała Tai-tai 
za nią. 

—  Mówiąc  szczerze,  śmiałam  się  serdecznie,  gdy  na  to  patrzyłam. 

Głupi wrzask hrabin był wprost żałosny i ordynarny, jak wszystko, co 
te dwie kobiety robią. 

— A czy pamięta pani gwizd, który przywołał Laurę do porządku? 
— To także pamiętam. Ale dlaczego to takie ważne? 
—  To  zagwizdał  jej  pan,  szef,  który  zniknął.  —  Edith  mówiła  to 

powoli i przyglądała się Betty z uśmiechem. 

— Ale ten gwizd dochodził przecież z kuchni? 
— No właśnie! Bo tam stał szef i gwizdał. 
— Theo Bruckner? 

background image

—  Ten  sam!  Nasz  poczciwy  szef  kuchni,  który  niedawno  został 

zatrudniony,  ponieważ  kucharka  Berta  miała  za  dużo  pracy,  jak 
wytłumaczono nam, gościom. 

— Droga panno Schlüter, wprost brak mi słów, pö części z radości, po 

części z przerażenia. 

—  Niech  pani  poprzestanie  na  tym  pierwszym.  Strach  bowiem 

załatwią obaj panowie, Kuno Löbell i Theo Bruckner. Po cóż by innego 
tu byli, i w dodatku w przebraniach? No, myślę, że dość sensacji na 
dzisiaj.  Ale  proszę,  aby  zechciała  pani  to  wszystko  zatrzymać  tym-
czasem dla siebie. Dobrze jest obserwować, co się dzieje, ale mieszanie 
się  mogłoby  być  nierozsądne.  Mam  rację?  —  Edith  wstała  i  podała 
Betty  dłoń.  —  A  teraz  życzę  pani  dobrej  nocy.  I  bardzo  proszę,  aby 
pani nazywała mnie Edith, będzie mi bardzo miło. 

— Tak uroczo jeszcze nikt mnie o coś takiego nie prosił. Niewielu 

ludzi w moim życiu było tak uprzejmych wobec mnie. — Widać było 
wyraźnie,  że  Betty  walczyła  ze  wzruszeniem.  Uścisnęła  serdecznie 
rękę Edith, ta skinęła jej głową. Otworzyła powoli i ostrożnie drzwi, 
ale  w  tej  samej  chwili  je  zamknęła,  spojrzała  na  Betty,  położyła 
ostrzegawczo  palec  na  ustach  i  stała  nasłuchując  pod  zamkniętymi 
drzwiami. Przez sekundę widziała, że drzwi przeciwległego pokoju, a 
więc drzwi do pokoju Belli, szybko się otworzyły i wysunęła się przez 
nie noga mężczyzny w spodniach w biało-czarne paski. 

— Och, jeszcze chwilę poczekam... potem pójdę. — Edith dała Betty 

znak,  ale  ta  o  nic  nie  pytała,  tylko  stała  wyczekująco  i  również  bez 
ruchu, aż Edith po chwili znów otworzyła drzwi. Drzwi naprzeciwko 
były  znów  zamknięte,  a  szef  kuchni  zniknął  właśnie  na  lewo  na 
schodach. Edith na chwilę zacisnęła mocno powieki, potrząsnęła głową 
i  szepnęła,  jakby  mówiła  do  siebie  samej:  —  Nic  nie  widziałam... 
zupełnie nic! — Jeszcze jedno skinienie głową w stronę Betty, po czym 
wymknęła się, zręczniej i ciszej niż szef kuchni, również na schody, i 
wkrótce, ciężko oddychając, ale wciąż jeszcze się śmiejąc, siedziała na 
łóżku matki. 

—  Och,  droga  mamo,  jak  mogłam  choć  przez  chwilę  sądzić,  że  w 

hotelu  jest  nudno?  Wiesz,  moje  sensacje  jeszcze  się  na  dziś  nie 
skończyły, mam dla ciebie nowe wiadomości. 

Matka odrzekła uradowana: — Dziecko, tylko niczego nie przemilcz!     

Musisz    mi    wszystko    dokładnie    opowiedzieć. Tylko 

background image

mi  nie  mów,  że  tego  zabawnego  szefa  kuchni  łączy  coś  z  piękną 

panną Hirmer. 

— Mamo, jesteś jasnowidzem! — wykrzyknęła Edith i sięgnęła po 

pralinkę, — A więc na czym to stanęłyśmy, zanim od ciebie wyszłam? 

—  Wydaje  mi  się,  że  chciałaś  zgłębić  tajemnice  duszy  Betty  von 

Wiesengrün? 

— Zgadza się! A więc poszłam na górę i zaczęłam zgłębiać. 
— Tak prosto z mostu? Dziecko, czy nie byłaś zbyt nietaktowna? 
—  Mamo,  przecież  się  nie  wyrwałam  jak  Filip  z  konopi!  —  Edith 

zaczęła opowiadać o starszej pani. Matka słuchała z zainteresowaniem, 
następnie stwierdziła: 

— Dziecko, muszę się koniecznie zastanowić, jak by tu sprawić Betty 

von Wiesengrün kilka drobnych przyjemności, ale tak, aby to się nie 
rzucało  w  oczy.  Na  pewno  coś  mi  przyjdzie  do  głowy.  Czy  to 
wszystko,  co  masz  mi  do  powiedzenia?  Bo  wyglądasz  tak,  jakby 
najważniejsze jeszcze było przed nami. 

—  Masz  rację,  mamo!-  Kiedy  bowiem  chciałam  wyjść  od  Betty, 

cicho i ostrożnie, aby nie zakłócać spokoju, cóż ujrzały moje zdumione 
oczy? 

— Czyżby wspominanego tu często ducha? 
— O, nie! nogę mężczyzny w biało-czarnych spodniach. 
— Tylko jedną, dziecko? Nie mąć mi w głowie i opowiadaj dalej! — 

błagała matka. Przyciągnęła do siebie Tai-tai i wzięła ją na ręce, jak 
gdyby szukała w psie podpory. 

—  Najpierw  zobaczyłam  tylko  jedną,  jak  ostrożnie  wysunęła  się  z 

pokoju... No, zgadnij, czyjego? 

— Pomóż  mi, na Boga, nie wiem przecież, kto mieszka na drugim 

piętrze! 

Edith wykrzywiła twarz i oznajmiła grobowym głosem: — Z pokoju 

Belli Hirmer! 

— Ja chyba zwariuję! Dziecko! Czy on ją może... No. wiesz co... Czy 

on... a może jednak nie? 

— Myślę, że nie, choć uważałabym to za miłe. Ale posłuchaj dalej. W 

kilka sekund później znów otworzyłam drzwi od pokoju Betty, i kogo 
ujrzały moje oczy, jak idzie sobie spokojnie korytarzem w kierunku 

background image

schodów?  Naszego  nowego  szefa  kuchni,  o  którym  obie  myślimy, 

że... i tak dalej. 

—  Nie  wiem,  dziecko,  jak  ja  sobie  dziś  z  tym  wszystkim  poradzę. 

Oka nie zmrużę, tylko będę sobie cały czas wyobrażała... 

— Ależ mamo, myśl lepiej o swoim brydżu! 
—  Pozwól  mi  się  wygadać,  ty  okropne  stworzenie!  Będę  sobie 

wyobrażała,  jak  jutro  rano,  po  tym,  kiedy  już  wszystkiego  się 
dowiedziałam, zachowam się wobec Bel li Hirmer i tej biednej Betty! 

— Tak jak dotychczas, moja droga, ponieważ nie wiemy nic więcej 

ponad  to,  że  życie  Betty  jest  pełne  trosk,  czego  można  się  było 
domyślać, i że z pokoju Belli Hirmer wysunęła się noga mężczyzny. 
Nic więcej nie wiemy. Czy to nie jest szalenie interesujący hotel? Ale 
mam jeszcze jedno pragnienie. Chciałabym cichutko, jak myszka, móc 
podsłuchiwać  pod  drzwiami  pokojów  hrabin  i  pięknego  Egona.  Czy 
mam się udać na wieczorny obchód? — A jeśli cię ktoś zaskoczy? 

—  Powiem,  że  pomyliłam  drzwi  w  ciemnym  korytarzu,  który 

uprzednio  zaciemnię.  To  całkiem  proste.  Czuję,  że  powoli  nabiorę 
niezbędnej wprawy w odkrywaniu różnych rzeczy i w podsłuchiwaniu. 
Ale  jednego  jestem  niemal  pewna,  mamo:  że  wkrótce  dojdzie  tu  do 
wielkiej  sensacji!  Albowiem  ani  dobry  pan  doktor  Lóbell  nie 
pozostanie do końca życia szefem jadalni, ani szef domu nie pozostanie 
na  zawsze  zaginiony,  ani  też  nowy  szef  kuchni  nie  będzie  stale 
przebywał  w  pokojach  przyzwoitych  panienek.  W  końcu  musi  tu 
zapanować  porządek!  Poza  tym  nie  dopuszczę,  aby  piękny  Egon 
obrabował  wszystkie  gabloty  na  dole.  Bardzo  lubię  te  słodkie  małe 
drobiazgi,  które  pochodzą  jeszcze  z  czasów  hrabiego  Beau  de 
Marchell, i z przyjemnością na nie patrzę. Czy dobrze zrozumiałaś to, 
co powiedziałam, najdroższa mamo? 

— Myślę, że tak, drogie dziecko. Poza tym jestem już zmęczona, i 

muszę cię prosić, żebyś, jeśli będziesz mi miała do zakomunikowania 
jakieś nowe sensacje, to poczekaj z nimi do jutra. 

—  Jak  sobie  życzysz,  mamo!  —  Edith  pochyliła  się  nad  matką, 

pocałowała  ją  czule,  pogłaskała  Tai-tai  i  objęła  ją:  —  Pilnuj,  żeby 
pańcia  dobrze  spała,  Jutro  rano  zabiorę  cię  na  dół,  będziesz  mogła 
znów  urządzić  ze  swą  nieprzyjaciółką  Laurą  polowanie  na  sznycel. 
Mamo, coś mi przyszło na myśl: czy Laura przebywa w nocy w pokoju 
Belli? 

background image

— Tak, a bo co? 
—  Cóż  gdyby  Laura  nie  znała  dobrze  szefa  kuchni,  to  przecież  by 

zaszczekała,  kiedy  wychodził  z  nie  swojego  pokoju.  To  logiczne, 
prawda? 

—  Hm...  poczekaj  do  jutra,  moje  dziecko.  Nie  oczekuj  ode  mnie, 

abym o północy logicznie myślała. Już przed południem przychodzi mi 
to z trudem. 

Roześmiały  się,  po  czym  Edith  poszła  do  swego  pokoju.  Najpierw 

stała przez chwilę bez ruchu i zastanawiała się, jak najzręczniej stawić 
czoło ewentualnemu niepożądanemu spotkaniu. Wzięła więc do ręki 
kilka  czasopism,  które  chciała  odnieść  na  dół  i  położyć  w  hallu  na 
stoliku z gazetami. 

Pokoje 14, 15 i 16 znajdowały się na zakręcie korytarza, więc Edith 

musiała najpierw przejść obok schodów prowadzących na dół do hallu, 
aby potem prześliznąć się dalej cichaczem, jak Indianin. 

Powoli i ostrożnie zbliżała się do poszukiwanych pokoi, nagle wydało 

jej się, że śni, bowiem drzwi do pokoju 14 nie były zamknięte. Widać 
było  światło  i  słychać  było  czyjeś  mruczenie.  Edith  spróbowała 
paznokciem, czy nie można by trochę poszerzyć szpary w drzwiach — 
udało  się!  Odchyliła  drzwi  na  tyle,  żeby  widzieć  pokój  i  zrozumieć 
cośkolwiek z mruczenia. 

Poznała  głos  Egona,  huczący  bas  hrabiny  Luizy  i  głupkowaty 

świergot Adelajdy. 

* ** 
Kiedy Egon przerwał szczęśliwie atak Laury i Tai-tai i uspokoił swoje 

nadszarpnięte nerwy, oddał się pod opiekę swoich ciotek i zaraz potem 
opuścił wraz z nimi hall, nie wzbudzając niczyjego żalu. Jak każdego 
wieczoru, cała trójka odbyła małą naradę. Adelajda, która lubiła dobrze 
zjeść, zapiszczała przeciągle: 

— Czy nie moglibyśmy przebywać tu stale, tak jak to było dawniej? 

Kucharz  jest  znakomity,  jedzenie  smakuje  mi  tu  bardziej  niż  w 
Stuttgar- 

background image

 
cie,  gdzie  przeważnie  ty  dla  nas  gotujesz,  nie  wkładając  w  to  ani 

odrobiny serca. 

— Cicho bądź Adelajdo! Mamy do omówienia ważniejsze sprawy niż 

jedzenie. No więc, Egonie, opowiadaj! Czy udało ci się już choć trochę 
rozkochać  w  sobie  pannę  Hirmer!  To  mogłoby  się  okazać  dla  nas 
bardzo  ważne;  mielibyśmy  wówczas  dostęp  do  ksiąg  i  kasy.  Taka 
okazja  nieprędko  znów  się  zdarzy.  Theo  może  przecież  wrócić  lada 
dzień. Wtedy wszystko będzie bardziej skomplikowane. 

Egon  wzruszył  ramionami.  —  Myślisz,  że  to  takie  proste?  Po 

pierwsze  ta  Hirmer  nie  jest  w  moim  typie,  a  ponadto  to  osoba 
potwornie odpychająca. 

—  To  powinno  ci  być  obojętne.  Poza  tym  wydawało  mi  się  dziś 

wieczorem, kiedy poszedłeś do biura, że nawiązałeś z nią jakiś kontakt. 

— Ja, do biura? Coś ci się chyba przewidziało, droga cioteczko! Cały 

wieczór  spędziłem  w  damskim  saloniku  na  pogawędce  z  panną 
Schlüter, póki mnie nie zaatakowały te wstrętne psiska. 

— Jak to dobrze, że wuj za życia nie znosił psów w hallu. 
— Ha, ha, oprócz obu wyżłów, które zawsze leżały u jego nóg 
— zachichotała słodko Adelajda. 
— Zamknij się, ty głupie stworzenie! A więc do rzeczy. Najwyższy 

czas, Egonie, żebyśmy posunęli się dalej. Boję się, że ten Theo, kiedy 
interesy tu będą dobrze szły, a jego dochody przewyższą nasze, stanie 
się arogancki i wyzywający i pewnego pięknego dnia nas spłaci. Nie 
wiem, co wówczas zrobimy. 

— To śmieszne, co mówisz, kochana cioteczko! My nic nie możemy 

zrobić. Kiedyś oszustwo wyjdzie na jaw; spodziewam się tego niema! 
każdego  dnia.  Wystarczy,  że  mój  drogi  kuzyn  złoży  wniosek,  aby 
wszystkie  cztery  egzemplarze  testamentu  jeszcze  raz  przedłożyć  w 
sądzie  celem  ponownej  weryfikacji,  ponieważ  podczas  otwarcia 
testamentu  nie  było  go  w  Niemczech.  A  to  jest  całkiem  możliwe, 
kochana ciociu. I co wtedy? 

Zapadła cisza, wreszcie Luiza odpowiedziała cicho i spokojnie: 
— Wobec tego nasze egzemplarze muszą się zgadzać z jego... 
—  Tak  jak  było  już  przedtem  —  rzucił  Egon  ironicznie,  ale  Luiza 

natychmiast wysyczała odpowiedź: 

background image

—  Zamilknij,  ty  gburze!  Pomyśl,  co  by  było  z  tobą,  gdybym  nie 

postąpiła wówczas tak rozsądnie? Gdzie byłbyś dziś, gdybyśmy cię nie 
przygarnęły?  Pamiętaj,  że  wprowadziłyśmy  te  zmiany  również  ze 
względu na ciebie. 

—  No  dobrze,  róbcie  więc  dalej  to,  co  uważacie  za  słuszne.  Ja  w 

każdym razie spróbuję zostawić sobie furtkę. Jeśli nastąpi katastrofa, 
mnie  przy  tym  nie  będzie,  tego  możecie  być  pewne.  A  teraz  muszę 
zejść  jeszcze  raz  do  salonu  na  poszukiwanie;  myślę,  że  o  tej  porze 
nikogo  tam  nie  spotkam.  Upadła  mi  tam  spinka  do  mankietu,  a  nie 
chciałem w obecności panny Schlüter klęczeć na podłodze i szukać jej. 

— Czy to jedna z tych dobrych spinek wuja? 
— A czy sądzisz, że. nosiłbym jakąś tandetę z domu towarowego? 

Poza tym chciałem ci powiedzieć, że potrzebuję znów pieniędzy. Ale 
trochę więcej niż w ubiegłym tygodniu. Czy ty sobie w ogóle wyob-
rażasz, ile potrzebuje mężczyzna mojego formatu? 

— Znów wydałeś wszystkie pieniądze? Czyś ty zwariował? Koniec 

już! Nie mam więcej! 

W ciągu ostatnich dwóch lat Egon wydawał zawsze tylko połowę z 

tego, co mu się należało i co wydusił od ciotek. Chciał bowiem mieć w 
Szwajcarii pokaźne konto bankowe na wypadek, gdyby tu sprawa się 
wydała. Ale o tym te stare pudła nie musiały wiedzieć... 

— Daruj sobie te morały i postaraj się dla mnie o trzysta marek. Zaraz 

wrócę,  jak  tylko  znajdę  spinkę.  Wezmę  ze  sobą  na  dół  latarkę. 
Poczekajcie na mnie. — Nie zwracając uwagi na Luizę, która właśnie 
nabrała  oddechu  i  zamierzała  wystąpić  z  morałami,  Egon  wyszedł  z 
pokoju,  udał  się  do  pokoju  obok  i  wziął  ze  swego  nocnego  stolika 
latarkę. 

Przemknął jak drapieżne zwierzę przez uśpiony już dom i ostrożnie 

odsunął ciężką kotarę zasłaniającą drzwi do salonu, następnie zapalił 
latarkę.  Położył  się  na  podłodze  i  szukał  pod  wszystkimi  meblami, 
odsuwał  poduszki  i  unosił  w  górę  zasłony  okienne.  Nic  z  tego,  nie 
znalazł kluczy panny Hirmer. Poczuł niepokój. Mógłby teraz spokojnie 
wyjąć  kilka  cennych  rzeczy  z  różnych  gablot  i  następnie  dobrze  je 
sprzedać w Szwajcarii podczas jednej z podróży w interesach. Tylko 
gdzie są klucze? Wydaje mu się, iż dobrze pamięta, że przed kilkoma 
godzinami leżały na biurku panny Hirmer. 

background image

Nie pozostało mu zatem nic innego jak opuścić ostrożnie to miejsce i 

wrócić do ciotek. 

Kiedy szedł na górę, zdenerwował go jakiś szmer. Udał się szybko do 

swego pokoju, ale w pośpiechu nie zamknął drzwi, tak że Edith, która 
zaraz potem zeszła na dół, mogła wszystko obserwować. 

Kiedy  Egon  wrócił  do  pokoju  ciotki  Luizy,  ta  grzebała  właśnie  w 

swojej walizce. — No i co, znalazłeś spinkę? 

— Nie, oczywiście, że nie. 
— Co znaczy  oczywiście?  —  zapiszczała Adelajda, która siedziała 

obojętna w fotelu. 

— Ponieważ jej tam wcale nie zgubiłem, to znaczy, myślę... zapewne 

zgubiłem  ją  w  hallu,  kiedy  wpadły  te  wściekłe  psy.  Jutro  zapytam 
służącego. A czego ty szukasz, ciociu Luizo? Czy przygotowałaś dla 
mnie pieniądze? 

— Właśnie po to zdjęłam walizkę z szafy. Nie bądź taki niecierpliwy. 

— Egon zapamiętał, że pieniądze znajdują się w walizce, i postanowił, 
że wkrótce z rozkoszą ją przeszuka. — Szukam moich kluczy! 

— Kluczy? — wydyszał Egon, bowiem słowo klucze od niedawna 

działało  na  niego  pobudzająco.  —  O  jakich  kluczach  mówisz?  — 
Zaciekawiony podszedł bliżej i spojrzał na ciotkę. 

— Od mieszkania w Stuttgarcie! Jak tylko przyjechaliśmy, schowa-

łam je natychmiast do tej walizki! Pamiętam bardzo dobrze, do diabła! 

—  Najdroższa,  hrabina  nie  klnie!  —  zapiszczała  Adelajda  cienkim 

tonem. 

— Zamknij się! Gdzie one mogą być? 
—  Może  w  walizce  cioci  Adelajdy;  zobacz  jeszcze  tam  —  za-

proponował Egon. 

—  O  nie,  nie!  Tylko  nie  zaglądać  do  mojej  walizki!  —  zajęczała 

ciotka Adelajda. 

— Dlaczego nie, do diabła? Coś tam znów zapakowała, co ja uznałam 

za niepotrzebne? Zdejmij walizki,  Egonie!  —  Egon chętnie i szybko 
spełnił  prośbę  ciotki,  miał  bowiem  nadzieję,  że  w  tych  walizkach 
ukryte jest kolejne źródło pieniędzy. Ale Luiza znalazła tylko wielką 
torbę  zgniecionych  i  pozlepianych  cukierków,  których  jedzenie 
zdecydowanie  siostrze  zabroniła.  —  Co  ja  widzę?  Po  coś  to 
przytargała? Robisz się coraz grubsza i już nie mieścisz się w swoich 
ubraniach. 

background image

A teraz lepią mi się palce! Muszę je najpierw umyć... — Luiza poszła 

do łazienki, a Egon, który nie lubił marnować czasu, nie zauważony 
przez płaczącą Adelajdę, wyciągnął z torebki Luizy kilka banknotów. 
Ale  Edith,  która,  jak  mogła,  wyciągała  szyję,  wszystko  słyszała  i 
dobrze widziała tę drobną „zamianę pieniędzy". Dobra rodzinka, nie 
ma co mówić! 

Luiza wróciła i dalej grzebała we wszystkich walizkach, potrząsała co 

chwila siwą głową i wyglądała żałośnie. 

— Zostaw już to bezsensowne szukanie! Na pewno się znajdą. A jeśli 

nie, wezwiemy ślusarza, jak wrócimy. 

— Bardzo mądrze, mój siostrzeńcze! A co z innymi kluczami, które 

były razem? Przede wszystkim klucz od sejfu? Wiecie przecież oboje, 
co się w nim znajduje? 

— Przestań panikować. Jak się nie znajdą, weźmiesz klucze Adelaj-

dy! Nie ma nieszczęścia. Szkoda, że mnie nigdy nie dałaś klucza. 

— Właśnie to jest najgorsze, że klucze Adelajdy znajdują się w sejfie. 
—  Bardzo  praktycznie!  Ale  wszystko  zawsze  musi  być  tak,  jak  ty 

chcesz.  Gdybyśmy  oboje  z  Adelajdą  posiadali  klucze,  nie  miałabyś 
teraz kłopotu. 1 co teraz będzie? 

Siedzieli  wszyscy  troje  i  grzebali  w  walizkach.  Luiza  podniosła 

energicznie  podbródek  i  oznajmiła:  —  Kiedy  będziemy  w  domu, 
wszystko  da  się  załatwić.  Wezwiemy  rzemieślnika,  który  będzie 
musiał wymurować sejf. Mógłbyś to nawet-zrobić sam, Egonie. 

— Ja? Może mam się włamywać? Co ty sobie o mnie myślisz? Sejf 

trzeba najpierw rozciąć za pomocą palnika, a jak miałbym to zrobić, 
nie  wzbudzając  podejrzeń?  Szalony  pomysł,  moja  droga  cioteczko! 
Całkiem  zwariowany!  Wymyśl  coś  innego!  Trzeba  było  nie  gubić 
kluczy!  —  Skończ  wreszcie  z  tymi  bezczelnymi  uwagami!  Jeśli  nie 
znajdę  kluczy  do  jutra  w  południe,  pojedziesz  natychmiast  do 
Stuttgartu, każesz gospodarzowi otworzyć drzwi i weźmiesz klucze. 

—  Bardzo  sprytnie  pomyślane!  Tylko  gdzie  ja  znajdę  te  klucze, 

najdroższa ciociu? 

— Na pewno leżą w moim pokoju na stole, bo gdzieżby indziej? 
— A przecież jesteś pewna, że schowałaś je do walizki? Poza tym 

wcale  nie  mam  ochoty  przerywać  urlopu.  Jedź  lepiej  z  łaski  swojej 
sama. Powiesz po prostu, że masz miarę u krawcowej. Mnie chwilowo 
jest 

background image

całkiem obojętne, czy będziemy się mogli dostać do tej starej budy, 

czy  nie.  Pozostańmy  lepiej  tu,  dopóki  nie  znajdziemy  kluczy  albo 
dopóki  nie  wpadnie  ci  do  głowy  jakieś  inne,  bardziej  sensowne 
rozwiązanie.  —  Egon  ziewnął,  co  podsłuchującej  Edith  wydało  się 
nienaturalne. Założyłaby się o wszystko, że ten słodki Egon pragnie 
wykorzystać  kilkugodzinną  nieobecność  swej  kochanej  ciotki  po  to, 
aby  spenetrować  wszystkie  walizki  w  poszukiwaniu  dalszych 
pieniędzy. Edith rozbolały już nogi od stania. 

—  W  każdym  razie  teraz  jestem  zbyt  zdenerwowana,  aby  dalej 

szukać — rzekła ciotka Luiza — Z pewnością Adelajda przez swoje 
bałaganiarstwo gdzieś zapodziała klucze. Załatwię to jutro. A teraz idź 
już do swego pokoju. Chcemy wreszcie się położyć. W każdym razie 
rano  musisz  zgłosić  staremu  służącemu,  że  zgubiłeś  spinkę  do 
mankietu  odziedziczoną  po  dziadku.  Nastaw  sobie  budzik,  żeby  nie 
zaspać. 

— Nie rozśmieszaj mnie w środku nocy, droga cioteczko! 
— Co mają znaczyć twoje bezczelne słowa? 
—  Odziedziczoną  po  dziadku.  Dobrze  powiedziane.  Chyba  że  tak 

odziedziczoną jak nasz udział w tym całym kramie? Jedna trzecia dla 
ciebie, jedna trzecia dla Adelajdy, jedna trzecia dla mnie i jedna trzecia 
dla Thea Brucknera. Tylko, że on tu dla nas ciężko pracuje i wyciągnął 
hotel z kryzysu, ponadto musi wydawać na hotel trzydzieści procent 
przychodów, a nam musi wypłacać siedemdziesiąt procent pozostałego 
dochodu. Jak widzisz, moja droga, nauczyłem się tego niedorzecznego 
testamentu  na  pamięć.  Również  treść  naszych  trzech  egzemplarzy 
mogę  w  każdej  chwili  wyrecytować  bezbłędnie,  gdybyś  ty 
przypadkiem czegoś zapomniała. 

— Idź wreszcie! Nie zniosę cię dłużej! Idź już, mówię ci! — Luiza 

niemal skrzeczała, choć starała się być cicho. 

—  Bądź  ostrożna  i  nie  budź  swej  drogiej  siostrzyczki  —  od-

powiedział  bezczelnie  piękny  Egon.  —  Poszukaj  jutro,  na  pewno 
znajdziesz  klucze  i  nie  będziemy  musieli  zakłócać  sobie  pobytu.  — 
Egon ziewnął głośno i nieelegancko. Był to dla Edith sygnał alarmowy, 
więc  rozejrzała  się,  gdzie  by  tu  jak  najszybciej  zniknąć.  Aby  tylko 
zdążyć  dojść  do  schodów,  zanim  ten  wstrętny  prostak  zauważy,  że 
drzwi do pokoju są otwarte. Co robić? W pokoju naprzeciwko ujrzała 
światło. 

background image

— O Boże, spraw, żeby drzwi do niego nie były zamknięte, obojętne, 

kto w nim mieszka! — szepnęła Edith. 

Drzwi  się  otworzyły  i  Edith  weszła  do  pustego  pokoju.  Na  łóżku 

leżała starannie złożona przez pokojówkę piżama. Wyglądało na to, że 
nikogo  tu  nie  ma,  i  Edith  mogła  sobie  pozwolić  na  kilka  sekund 
spokoju. Wspaniałe było to, co usłyszała i zobaczyła przez szparę w 
drzwiach! Te hrabiny i ich siostrzeniec to dobra rodzinka! 

Ale co robić dalej? Komu powierzyć tajemnicę? Oczywiście, musi się 

o niej dowiedzieć doktor Kuno Lóbell, kiedy wróci; dobrze by było, 
gdyby wiedział o niej również szef, który zniknął. Tylko niech jej teraz 
nikt  nie  próbuje  wybić  z  głowy  przypuszczenia,  że  szef  zniknął  z 
powodu niegodziwości tych hrabin! 

Edith  wyobraziła  sobie  teraz  szefa  kuchni  bez  wąsów,  w  dobrze 

skrojonym angielskim garniturze i nagle była pewna, że szef kuchni to 
sam szef hotelu. Poczuła się znów lepiej, ponieważ rozwikłała różne 
zagadki. Mogła opuścić ten gościnny pokój i w dodatku nie musiała się 
wplątywać w kompromitującą sytuację. 

Kiedy otwierała drzwi, cicho i ostrożnie, centymetr po centymetrze, 

zauważyła,  że  drzwi  naprzeciwko  były  szczelnie  zamknięte.  Miała 
wolną drogę; zeszła na dół, do biura hotelowego. Tam przed okienkiem 
zawsze  leżały  małe  notesy,  kartki  pocztowe,  widokówki  z  okolic  i 
prospekty innych hoteli. W słabym świetle kołyszącej się lekko lampy 
na zewnątrz Edith napisała na kartce: 

Zanim  pan  Kuno  jutro  rano  przystąpi  do  pracy,  niech  koniecznie 

zatelefonuje  do  numeru  24.  Pragnę  się  dowiedzieć,  czy  nie  dostał 
kataru  od  nieoczekiwanej  kąpieli.  
Wsunęła  tę  kartkę  przez  szparę  w 
okienku, kiwnęła z zadowoleniem głową, po czym zniknęła ostatecznie 
w swoim pokoju. Człowiek przecież potrzebuje trochę snu. 

background image


 
Zgodnie  ze  starym  zwyczajem  z  czasów,  kiedy  jeszcze  baron 

Rudinger  był  właścicielem  majątku,  kusiło  go  zawsze,  ilekroć 
przebywał na wsi, aby odbywać nocne spacery. 

Tak było również dziś. Stary Fritz znal zwyczaje barona i zostawiał 

zawsze  dla  niego  otwarte  małe  drzwi.  Baron  zdążył  już  odwiedzić 
konie.  Powiedział  zwierzętom  kilka  serdecznych  słów  i  w  słabym 
świetle  stajni  poznał,  że  mądre  stworzenia  natychmiast  zastrzygły 
uszami. Wiedziały, że baron jest ich dobrym przyjacielem. 

Następnie  Rudinger  poszedł  do  kurnika,  którego  drzwi  były  za-

mknięte,  żeby  chytry  lis  nie  mógł  się  tam  dostać.  Również  tu  się 
rozejrzał  i  z  lubością  wdychał  panujący  tam  zapach.  Było  tu  mniej 
ładnie  niż  w  stajni,  ale  również  pachniało  dobrym  wiejskim 
powietrzem.  Potem  jeszcze  jedno  spojrzenie  do  chlewa,  gdzie  w 
ostatnich dniach przyszły na świat młode i maciora miała wiele roboty, 
aby zaspokoić głód swego .potomstwa. I tu było bardzo przyjemnie. 

Powoli baron zmierzał dalej, wykorzystując jasne światło księżyca: 

szedł  obok  ogrodzonego  warzywnika  w  kierunku  budynku  dla  per-
sonelu. 

Było tu ciemno, w żadnym z wielu małych pokoików nie paliło się 

światło. Ale baron usłyszał jakiś szmer, a pod drzwiami coś się ruszało. 
Ciekawe, co to może być? I nagle starszy pan rozpoznał, że to człowiek 
pełza wokół wejścia. Czyżby to któryś kelner za dużo wypił i teraz nie 
może znaleźć drzwi? Trzeba mu chyba pomóc. 

— Hej! Czego pan szuka, mój drogi? 
 

background image

Ten  ktoś, kto dopiero  przed  chwilą  pełzał, nagle  wyprostował się  i 

stanął przed baronem, który usłyszał, ku swojemu wielkiemu zdumie-
niu, pełną zatroskania odpowiedź: — Wąsy mi odpadły. 

— Jak to, mój drogi? O ile mnie pamięć nie myli, w tym domu tylko 

szef kuchni nosi wspaniałe wąsy a la cesarz Wilhelm. 

— I te wąsy odpadły, a teraz ich szukam — padła wesoła odpowiedź. 

— Niech pan idzie ze mną do światła księżyca, wówczas zobaczy pan, 
komu  odleciały  te  wąsy.  —  Człowiek  w  cieniu  położył  dłoń  na 
ramieniu  starego  barona  i  poprowadził  go  do  światła.  Stanął  tak,  że 
blask  księżyca  padał  mu  na  twarz.  —  A  więc  widzi  pan,  że  wąsy 
rzeczywiście odpadły, i muszę je znaleźć, bo nie mogę się... 

—  ...  pokazać  ludziom  jako  zaginiony  szef?  Mój  drogi,  czy  pan 

uważa, że istotnie nabrał pan starego barona mimo swych wspaniałych 
cesarskich wąsów? 

— Chwała Bogu, drogi baronie, że nie wszyscy moi goście mają taki 

bystry wzrok jak pan. I co pan teraz sądzi o całej sprawie? 

— Dorosły mężczyzna, któremu wiatr nieraz wiał w oczy, nie wpada 

w  środku  lata  na  pomysł,  aby  urządzić  maskaradę.  A  więc  stary 
Rüdinger uważa, że pan Theo Bruckner ma zapewne swoje powody, 
aby tak się zachować. 

—  Wspaniale,  baronie,  i  mam  nadzieję,  że  pan  zrozumie,  jeśli 

zatrzymam jeszcze przez jakiś czas dla siebie powód, dla którego tak 
właśnie postąpiłem. 

—  Dopóki  nie  wymówi  mi  pan  przedwcześnie  mojego  ulubionego 

pokoju, nic nie jest w stanie mną wstrząsnąć. Gdyby  moje mętne już 
wprawdzie wspomnienia mogły panu w czymś pomóc, proszę zwracać 
się  do  mnie  z  całym  zaufaniem.  No  a  teraz  co  zrobimy  z  wąsami? 
Trzeba je przecież znów przykleić, skoro owoc pańskiej złości jeszcze 
nie dojrzał. 

— Trzeba szukać, drogi baronie, szukać! Przyniosę z biura latarkę i 

wtedy  szybko  je  znajdę.  Pamiętam,  że  kichnąłem,  kiedy  stamtąd 
wracałem.  Wtedy  właśnie  wąsy  mi  odpadły.  Poczeka  pan  chwilę  na 
mnie? 

— Chętnie, mój drogi, boczne drzwi do hallu są otwarte; stary Fritz 

nigdy  ich  nie  zamyka  ze  względu  na  mnie.  No,  teraz  jest  znów 
przyjemnie, a stary Rüdinger może rozmawiać w swoim ulubionym 

 

background image

dialekcie. A więc niech pan idzie i przyniesie latarkę, to poszukamy 

obaj tych śmiesznych wąsów. 

Ponieważ  Theo  jako  dobry  gospodarz  zawsze  nosił  przy  sobie 

najważniejsze  klucze,  nie  miał  kłopotu  z  dostaniem  się  w  blasku 
kołyszącej się lampy do biura i przyniesieniem latarki. Ujrzał przy tym 
wsuniętą  przez  szparę  w  okienku  kartkę,  którą  napisała  Edith. 
Oczywiście  natychmiast  ją  przeczytał.  Był  nieco  skonsternowany  jej 
treścią.  A  więc  to  wiadomość  od  tej  uroczej,  małej  Schlüter? 
Przeznaczona dla Kuna, którego ta kartka jutro na pewno ucieszy. Ach, 
te  kobiety,  myślał  Theo.  Najpierw  popychają  płonącego  z  miłości 
mężczyznę  do  sadzawki,  następnie  cała  historia  je  dręczy,  wreszcie 
współczucie  porusza  ich  obciążone  sumienie.  Z  uśmiechem  położył 
kartkę na swoim miejscu i dopisał leżącym obok ołówkiem: Przeczytał 
to duch zaginionego szefa i uznał za dobre. 
Narysował pod tym jeszcze 
niezbyt udany okrągły całus i roześmiał się. 

Teraz  ruszył  na  poszukiwanie  wąsów,  bo  na  razie  musiał  je  nosić. 

Ciotki i Egon nie mogą go jeszcze rozpoznać! 

Zastał barona, jak siedział sobie na krawędzi studni i palił cygaro. 
—  No,  jestem  z  powrotem.  Ale  bardzo  proszę,  aby  pan  nie  brał 

udziału  w  poszukiwaniu  moich  wąsów,  tylko  pozostał  na  swoim 
miejscu, drogi baronie. 

— W porządku, nie będę się upierał. Niech pan teraz pełza w kółko, 

aż ta śmieszna rzecz się znajdzie. 

Theo ukląkł na ziemi; brał w rękę wszystko, co wyglądało jak wąsy, 

klął i szukał niezmordowanie dalej. 

—  Jak  będę  znów  szefem  na  urzędzie,  drogi  baronie,  sprawi  pan 

wielką  radość  mnie  i  mojemu  domowi,  jeśli  pozostanie  pan  tu  tak 
długo, jak tylko zechce.  Założyliśmy ogrzewanie na olej; nie  będzie 
pan marzł zimą. 

—  O,  Boże!  Panie  Bruckner!  Chciałby  pan  tak  długo  trzymać  tu 

starego bojowego konia! Zostanę, zostanę na pewno, jeśli nie wystawi 
mi pan obłędnego rachunku. 

— O tym zapomnijmy, tak będzie najprościej. 
— Wszystko ładnie i pięknie, mój drogi! Ale czy stare hrabiny nie 

będą  miały  nic  przeciwko  temu,  że  szalony  baron  tak  długo  tu 
przebywa? 

 

background image

—  Mam!  Mam  moje  wspaniale  wąsy!  —  Theo  wyprostował  się  i 

oświetlony  latarką  pokazał  staremu  baronowi  trofeum.  —  Drogi 
baronie,  kiedy  znów  stanę  przed  panem  bez  wąsów  i  czapki 
kucharskiej, hrabiny nie będą już tu miały nic do powiedzenia. Czy się 
zrozumieliśmy? 

— To dlatego te wąsy! 
—  I  czapka  kucharska!  Musi  pan  jednak  przyznać,  że  znam  się  na 

gotowaniu i że jedzenie dziś wieczorem było znakomite. 

— Dobrze się pan wyszkolił. Pamiętam, że kiedy dawniej nieżyjący 

już hrabia dość często ze mną rozmawiał o panu, uważałem zawsze za 
godne uznania, że pan uczy się przyzwoitego zawodu. Staruszek był z 
pana bardzo zadowolony, natomiast o tym łajdaku Egonie Hochheimie 
wyrażał  się  bardzo  niepochlebnie.  Do  dziś  nie  mogę  zrozumieć,  jak 
hrabia  Beau  de  Marchell  mógł  sporządzić  tak  niesprawiedliwy 
testament,  przecież  znał  dobrze  swoje  siostrzenice  i  tego  nicponia. 
Ach, pomówmy lepiej o czymś przyjemniejszym. Wie pan, że kiedy 
jest mowa o czymś poważnym, wówczas stary Rudinger bierze się w 
garść i przestaje mówić dialektem. 

— Życzę panu i sobie, żebyśmy wkrótce mogli rozmawiać o czymś 

przyjemniejszym.  A  teraz  z  uwagi  na  testament  mojego  wuja  muszę 
znów przykleić wąsy. 

— A więc o to chodzi? 
—  Tak!  Ale  jeszcze  nic  nie  wiemy.  Obaj  z  przyjacielem  Kunem 

badamy sprawę. 

— A co ma z tym wspólnego ten lekkoduch Kuno? Mówiąc szczerze 

mój  drogi,  ów  Kuno  nie  jest  najlepszym  nabytkiem  dla  pańskiego 
domu. 

Theo pochylił się do niego i odpowiedział cicho, jak gdyby ktoś mógł 

ich  podsłuchać:  —  Nie  może  pan  oczekiwać  od  prawnika,  aby  był 
równie dobrym szefem sali jak adwokatem. 

— Człowieku! Ja chyba zwariuję! Wśród jakich ludzi się znalazłem? 

Naprawdę można się ubawić! Jesteście obaj nicponiami! I jak tu ma 
grać w tej budzie? 

—  Musi!  Bo  jeśli  nie  będzie  grało,  wówczas  będę  musiał  zgarnąć 

wszystkie moje zasoby finansowe, aby spłacić obie ciotki i Egona. Nie 
jest to przyjemna sprawa, jak pan się domyśla. 

background image

Baron Rüdinger położył rękę na zaciśniętej pięści Thea. — Niech pan 

będzie  spokojny,  na  pewno  się  uda.  Myślę,  że  po  tym  lekkoduchu 
można się wiele spodziewać. — Starszy pan zaśmiał się cicho. —No, a 
obie  ciotki!  Drogi  panie  Bruckner,  kiedy  jeszcze  żył  mój  stary 
przyjaciel, byłem świadkiem diabelnie przykrych sytuacji. Te kobiety 
musiały  zajść  pańskiemu  wujowi  mocno  za  skórę.  Uważam,  że 
niejednokrotnie miał z ich powodu przykrości. 

— Ach, jeszcze i to! Te okropne kobiety nawet nie potrafiły okazać 

wdzięczności  mojemu  wujowi?  To  jeszcze  bardziej  mnie  do  nich 
zniechęca. Egona znam i widzę go już przed prokuratorem.  — Theo 
przerwał  z  uśmiechem:  —  To  nie  znaczy,  że  przed  moim  miłym 
gościem, tylko chcę powiedzieć, że on wkrótce dojrzeje do więzienia. 

— Nie będziemy płakać z tego powodu, drogi panie Bruckner! No, 

ale teraz pójdę już chyba spać. Stary człowiek również musi czasem 
spać.  Niech  pan  się  przestanie  bawić  pięknymi  wąsami  a  la  cesarz 
Wilhelm, bo jutro nie będą się trzymały. — Baron podał Brucknerowi 
rękę, potrząsnął nią serdecznie i mówił dalej: — Tak, mój drogi, cieszę 
się,  że  szef  nie  zniknął.  Porządek  musi  być,  uważam,  że  taki  dom 
potrzebuje szefa. 

— Ale jeszcze przez jakiś czas proszę, szanowny baronie, aby pan się 

pogodził  z  tym,  że  szef  zniknął.  Mój  przyjaciel,  doktor  Lóbell, 
zdecyduje, kiedy to się zmieni. 

—  Teraz  będę  musiał  bardzo  uważać,  aby  się  nie  roześmiać  temu 

gagatkowi w twarz, jak mi będzie jutro podawał czerwone wino. Czy 
mam go dźgnąć widelcem w łydkę, aby zobaczyć, jaką zrobi minę? 

— Byłoby to niewątpliwie sympatyczne, panie baronie, ale jeśli on 

przy tym upuści kieliszek z winem? — Roześmieli się jak dwa urwisy, 
po czym rozeszli się i każdy po chwili zagrzebał się w swoim łóżku. 

Należy  jeszcze  dodać,  że  kiedy  baron  Rüdinger  wszedł  do  swego 

pokoju, natychmiast podniósł w górę nos, zaczął węszyć jak jeden z 
ogarów,  które  kiedyś  posiadał,  przeszedł  się  po  pokoju,  znów 
powęszył,  po  czym  stanął  przy  fotelu  obok  łóżka.  O  ile  dobrze 
pamiętał,  w  pokoju  pachniało  „Shalimarem".  Znał  ten  zapach  z 
dawnych  czasów;  kiedyś  kupił  te  perfumy  po  kryjomu  w  Paryżu,  a 
następnie posłał je komuś, niestety nie pani baronowej Rüdinger. 

background image

Mam  teraz  twardy  orzech  do  zgryzienia:  skąd  ten  zapach  w  moim 

zadymionym  pokoju?  Czyżby  moja  nieboszczka  przyjaciółka 
wykonywała  tu  taniec  duchów?  Gdybym  nie  był  tak  śmiertelnie 
zmęczony,  postarałbym  się  to  wyjaśnić.  —  Staruszek  zamrugał, 
ziewnął i po chwili leżał w łóżku uśmiechnięty jak niemowlę. 

Węch go nie zawiódł, albowiem Edith używała perfum „Shalimar", 

które podarował jej papa, a ukryła się tu, kiedy Egon wyszedł z pokoju 
ciotek. 

— Noc jest nie tylko do spania  — śpiewał Kuno, kiedy wczesnym 

rankiem wracał starym volkswagenem do hotelu. Wrócił w przebraniu 
szefa sali. Podjechał od razu do budynku dla personelu; ujrzał swego 
przyjaciela Thea w otwartym oknie, jeszcze bez wąsów. Zmrużył oko, 
skinął  mu  głową,  po  czym  zawołał,  gdyż  właśnie  ukazały  się  obie 
starsze pokojówki: — Ząb już wyrwany, wreszcie odżyłem! 

— Bardzo się cieszę! A co poza tym? — zapytał Theo nerwowo. 
— Coś panu przywiozłem! Doskonałą głowę cukru. No, dziewczęta, 

wyobrażacie  sobie,  jaki  zmęczony  jest  wasz  piękny  Kuno?  W  nocy 
wyrwał sobie ząb, jechał całą godzinę i znów do pracy! Ale nie łudzę 
się, że mnie dziś wyręczycie. — Chichot, strojenie min, po czym Kuno 
zniknął  w  swoim  pokoju.  Ledwie  się  znalazł  w  środku,  stanął  przed 
nim Theo i zapytał tylko: — Udało się? 

— Czy w przeciwnym razie wróciłbym jako zwycięzca? Ale nie patrz 

na mnie jak meduza. Na razie ci nic nie powiem, a ty przyklej sobie z 
laski swojej wąsy. I idź zaraz do kuchni. Ja muszę jeszcze popracować, 
przestudiować  wszystko,  przygotować.  Nie  myśl,  że  pozwolę  moim 
rybkom wymknąć się znów z sieci! Pozostawiam cię w niepewności. 

—  W  porządku,  muszę  się  z  tym  pogodzić,  ale  nie  kładź  mnie  na 

rozpalonym ruszcie, mój chłopcze. 

— Jeśli już, to tak, abyś miał potem na siedzeniu zabawną kratkę. 
—  Mimo  wszystko  już  się  cieszę  na  tę  cudowną  godzinę,  kiedy 

ukręcę  ci  głowę.  Poza  tym  w  biurze  jest  dla  ciebie  dowcipna 
wiadomość. Możesz zgadywać. 

— Nie mam zamiaru! Ubiorę się w służbowy strój, umyję zęby... 
— Uważaj na dziurę po wyrwanym zębie. 
Kuno wyszczerzył swe rzeczywiście piękne zęby. — Skąd ci przyszła 

do głowy ta niedorzeczna myśl, że mam dziurę po zębie? 

background image

— Mój przyjacielu, przecież dziś w nocy wyrwałeś sobie ząb, jak to 

na cały głos oznajmiłeś. 

— Do diabła! A więc nie będę mył zębów. Tym prędzej mogę pójść 

do biura i odebrać pocztę. 

— Jest adresowana do Belli, nie do ciebie; ona ci przekaże treść. 
— Mówisz tak, jakbyś przemawiał w parlamencie. 
Wkrótce  jednak,  ziewając,  zmęczony  Kuno  wymknął  się  do  biura. 

Ujrzał,  że  pilna  Bella  już  pracuje,  i  zauważył,  że  właśnie  wzięła  z 
okienka kartkę, przeczytała ją, potrząsnęła śliczną główką i położyła 
liścik  na  biurku.  Następnie  zabrała  się  do  sprawdzania  bonów 
konsumpcyjnych. To był moment dla Kuna! Podszedł bliżej, zapukał 
delikatnie i uśmiechnął się jak clown. Bella wstała, spojrzała na niego z 
uśmiechem i zapytała: 

— O, nasz bohater już wrócił? 
— Co znaczy bohater? 
— Mężczyźni, którzy dali sobie wyrwać ząb, czują się przeważnie jak 

bohaterowie. 

— Słusznie, a więc jestem bohaterem. A poza tym chyba jest  pani 

zadowolona, że tak grzecznie i punktualnie wróciłem do pracy? 

— Grzeczny chłopiec! Za to coś panu przeczytam. — Bella pochyliła 

się  do  przodu,  położyła  rękę  na  parapecie  okienka  i  uniosła  kartkę, 
którą  przed  chwilą  przeczytała:  —  „Proszę,  aby  pan  Kuno,  zanim 
przystąpi  jutro  do  pracy,  zadzwonił  do  pokoju  numer  24.  Jestem 
ciekawa,  czy  nie  dostał  kataru  od  przymusowej  kąpieli".  To  byłoby 
wszystko. To, co jest napisane pod spodem, nie dotyczy pana, to tylko 
notatka szefa dla mnie — padła jeszcze uwaga. 

Kuno  już  dawno  nie  wyglądał  tak  żałośnie.  Czy  ta  słodka  bestia 

zwariowała,  żeby  o  czymś  takim  informować  personel  hotelowy? 
Mogła go równie dobrze o północy wezwać do swego pokoju! Kuno 
potrząsnął  zatroskany  głową,  spojrzał  na  Bellę,  która  walczyła  ze 
śmiechem, ponieważ wiedziała znacznie więcej, niż on mógł sądzić. 
Oczywiście  nie  wiedziała,  co  ta  kartka  oznacza.  —  A  więc  rozkaz 
gościa. Niech pan idzie do pracy, ale przedtem proszę zadzwonić do 
pokoju 24. 

—  A  czy  to  na  pewno  ten  numer?  Co  będzie,  jeśli  zgłosi  się  pan 

prokurator? 

— A czy on wie, że pan musiał wziąć przymusową kąpiel? 

background image

— Nie! — padła krótka i twarda odpowiedź.  — A poza tym niech 

pani się tak głupio nie uśmiecha. Cóż ja na to poradzę, że kobiety za 
mną szaleją? 

—  Wcale  mnie  to  nie  dziwi,  panie  Kuno,  mimo  iż  stwierdzam,  że 

lewy policzek ma pan jeszcze trochę spuchnięty po wyrwaniu zęba. 

— To był prawy policzek! 
— Jest pan mimo wszystko pociągającym mężczyzną. 
—  To  dlaczego  stoi  pani  sztywno  jak  świeca,  skoro  działam  tak 

pociągająco? 

— Bo nie jest pan w moim typie. 
— A jaki jest pani typ? — Teraz Kuno zaśmiał się ironicznie i właśnie 

chciał  się  oprzeć  wygodnie  na  parapecie,  kiedy  Bella  zatrzasnęła 
okienko,  tak  że  Kuno  ledwie  zdążył  cofnąć  palce.  —  Och,  czy  pani 
zwariowała? Coś okropnego z tymi kobietami! Pod jaki numer mam 
zatelefonować? Czterdzieści trzy? 

— To jest numer państwa Severing; myślę, że nie byliby zachwyceni. 

Ma  pan  zadzwonić  pod  numer  24!  —  Bella  powiedziała  to  głośno  i 
wyraźnie  przez  zatrzaśnięte  okienko.  A  więc  Kuno  wsunął  się  do 
kabiny  telefonicznej  obok  windy,  zawoławszy  przedtem  krótko  do 
Belli: — Łączyć! Jestem w kabinie pierwszej!  — Bella tylko skinęła 
głową.  Następnie  wykonała  połączenie,  trochę  zatroskana,  czy  aby 
Edith nie będzie zła z powodu tak wczesnej pobudki. Ale kiedy usły-
szała  wesoły,  żwawy  głos  dziewczyny,  powiedziała,  że  pan  Kuno 
prosił o połączenie. 

— Patrzcie, to nasz ulubieniec już wrócił? Wobec tego proszę łączyć. 

— I po chwili Edith usłyszała niski, męski głos Kuna: 

— Czy łaskawa pani życzyła sobie, abym rano zadzwonił? 
— Życzyłam sobie, ale telefon to za mało, proszę, aby pan przyszedł 

natychmiast do mnie na górę. 

— Ejże! To znaczy — już biegnę! Czy coś jeszcze, łaskawa pani? 
—  Tylko  prośba,  aby  pan  nie  ulegał  zbytnio  złudzeniom.  —  Edith 

odłożyła słuchawkę, a Kuno poczuł  się  tak, jakby naprawdę wyrwał 
sobie  ząb.  Wybiegł  z  kabiny,  przygładził  sobie  nienaganną  fryzurę 
(który mężczyzna nie zrobiłby tego na jego miejscu?) i pobiegł długimi 
susami na pierwsze piętro do pokoju 24. Zastukał i natychmiast drzwi 
się otworzyły. Edith, ubrana już w strój do konnej jazdy, skinęła mu 

background image

przyjaźnie, szepnęła, aby nie zachowywał się zbyt głośno, i poprosiła 

go do pokoju. Wskazała fotel, sama usiadła naprzeciwko i uśmiechnęła 
się... 

— Czy mógłbym prosić o wyjaśnienie tego uśmiechu? 
—  Pan,  panie  Kuno  nie  może,  ale  jeśli  poprosi  mnie  o  to  doktor 

Lóbell, wytłumaczę mu, skąd ten uśmiech, i poczęstuję niezwykłymi 
sensacjami. 

— O, do diabła, to pani wie? 
— Już od dłuższego czasu, drogi panie doktorze, bowiem znam pana 

jeszcze  z  Frankfurtu.  Widziałam  pana  kiedyś  na  sali  sądowej  i  nie 
zapomniałam  pańskiej  twarzy,  wywierającej  silne  wrażenie.  Bardzo 
proszę, aby pan nie robił tak głupiej miny; wystarczy trochę osłupienia. 

— A więc żałośnie odegrałem swoją rolę? 
— Tylko przede mną; inni są wprost zachwyceni doskonałością pana 

Kuna. Ale do rzeczy, drogi doktorze, czas nagli. Za chwilę musi pan 
grać dalej swoją rolę, jeśli chce pan dotrzeć do celu. 

— Pozostaje mi tylko jeszcze zadać pani poruszające mnie do głębi 

pytanie: jak pani rodzicom udało się wychować w zdrowiu i sile tak 
bystre dziecko aż do tego czasu? Wiadomo przecież, że mądre dzieci 
rzadko osiągają wiek dorosły. Teraz Kuno się roześmiał, podał Edith 
rękę, następnie zapytał: — Czy mogę pani zadać pytanie w interesie 
sprawy, dla której tu jestem? 

—  To  proszę  dopiero  po  mojej  relacji,  żebyśmy  nie  wprowadzili 

zamieszania — padła uprzejma odpowiedź, a potem oboje rozmawiali 
już całkiem innym tonem. — Postaram się opowiedzieć możliwie we 
właściwej kolejności wszystko, co pan musi wiedzieć. Niech pan robi 
może od razu notatki. — Edith podała mu notes i zaczęła relacjonować 
wszystkie  spostrzeżenia,  myśli  i  sensacje,  jakie  zaobserwowała 
ostatniej  nocy..Naprzeciw  niej  siedział  teraz  całkiem  inny  Kuno 
Lóbell.  Skoncentrowany,  robił  notatki,  a  kiedy  Edith  wszystko 
opowiedziała, oboje odetchnęli z ulgą. 

— Cieszę się, że mogłam pomóc panu i panu Brucknerowi, ale proszę 

tego nie przeceniać; w końcu to tylko moja ciekawość zaprowadziła 
mnie  na  tę  drogę.  Mimo  to  chcę  od  razu  powiedzieć,  że  nie  mam 
zamiaru przepraszać pana za tę zimną kąpiel, ponieważ była to 

background image

tylko  zasłużona  kara  za  niestosowną  ciekawość.  —  Spojrzała  z 

uśmiechem na Kuna, a ten zmrużył oczy, skinął głową i powiedział: 

— Mogę tylko się z tym zgodzić i żałuję, że sadzawka w parku nie 

jest  dzikim  górskim  jeziorem.  To  byłoby  dla  tego  nicponia  Kuna 
bardziej właściwe. Ale bardzo proszę, aby pani nie zmieniała swojego 
zachowania. Nie wolno nam rzucać się w oczy, dopóki nie będę mógł 
zezwolić Theo na uderzenie. 

— Ponieważ teraz już wiem, gdzie był pan dzisiejszej nocy, czy mogę 

zapytać, z jakim skutkiem przeszukał pan mieszkanie tych ludzi? 

— Bez wątpienia pozytywnym, ale proszę milczeć na ten temat. 
— A co pan teraz zrobi z kluczami? 
— Jako kawalarz, którym z natury jestem, powierzę je zacnym rogom 

naszych  kamiennych  jeleni  u  wejścia  —  odpowiedział  Kuno  z 
uśmiechem.  —  Będzie to w każdym razie zabawne,  a  te stare pudła 
pomyślą, że to ktoś z personelu albo gości znalazł zgubione klucze. 

— Dla pana i dla mnie to rzeczywiście zabawne, ale obawiam się, że 

hrabiny będą miały inne zdanie. 

—  Uważam,  że  możemy  to  traktować  jako  mały  akt  zemsty  i  nie 

przejmować się. Ale teraz muszę panią pożegnać, a przede wszystkim 
wyrazić serdeczne podziękowanie w imieniu swoim i Thea. 

Pożegnali się więc przyjaznym uściskiem dłoni, Kuno uśmiechnął się 

szelmowsko, mrugnął do niej i powiedział: 

—  Pan  Kuno  idzie  teraz  do  pokoju  śniadaniowego  spełniać  swoje 

obowiązki. 

— Miejmy nadzieję, że równie doskonale jak dotychczas. 
—  Szkoda,  że  jada  pani  śniadania  tu,  na  górze,  dziś  bowiem 

sprawiłoby mi szczególną przyjemność usługiwać pani. 

—  Będzie  pan  miał  okazję  podczas  lunchu,  tylko  proszę  nie 

przesadzać  w  usłużności,  bo  mogłoby  to  zwrócić  uwagę.  Niech  pan 
lepiej wykorzysta swój wdzięk dla hrabin. 

Kuno pochylił się nad dłonią Edith, nie całując jej jednak, po czym 

mruknął,  ale  tak,  że  go  zrozumiała:  —  Czy  później,  kiedy  zrobię 
wszystko, co do mnie należy, będę mógł ucałować te dłonie? 

— Najpierw niech pan złoży podanie, a potem ja zadecyduję. 

background image

XI 
 
Po śniadaniu wszyscy oddali się  rozmaitym przyjemnym  zajęciom: 

spacerowano albo spędzano czas wygodnie na tarasie. Również hrabi-
ny,  które  z  zasady  jadały  śniadania  w  ogólnej  sali,  ponieważ  nie 
chciały, aby cokolwiek uszło ich uwagi. Poza tym tu, na dole, mogły 
bardziej  zawzięcie  grzebać  w  koszyczkach  z  bułeczkami.  Uważny 
obserwator  mógł  poznać,  że  pomiędzy  tą  trójką  panuje  atmosfera 
napięcia. Luiza była blada. Adelajda czerwona jak burak, a Egon palił 
papierosa za papierosem. 

Ale  nikt  nie  zwracał  na  nich  uwagi  oprócz  Kuna,  który  uwijał  się 

wokół nich jak pracowita pszczółka. Ku swemu zdumieniu nie usłyszał 
jednak niczego, co mogłoby być przydatne. 

Kiedy większość gości zebrała się na tarasie na pogawędkę, wyszła 

do nich Bella i powiedziała miłym głosem: — Proszę mi wybaczyć, że 
przeszkadzam, ale nieustanne szczekanie Laury za drzwiami zwróciło 
moją  uwagę  na  kamienne  jelenie  u  wejścia.  Nagle  ujrzałam,  że  na 
jednym z rogów wiszą klucze. Czy przypadkiem nie zgubił ich ktoś z 
gości? 

— Tak! Ja! Och,  znalazły  się?  —  Luiza rzuciła się  na Bellę, która 

cofnęła się o krok w obawie, że zostanie stratowana przez tę kościstą 
postać. — Zwyczajny pęk kluczy , bardzo ich dużo, czy o taki chodzi? 

—  Bardzo  proszę  ze  mną,  hrabino.  Tylko  najpierw  przytrzymam 

Laurę, bo inaczej może się rzucić na panią. 

Luiza, Adelajda i Egon poszli za Bellą i ujrzeli, że Tai-tai również 

wykazuje  czujność  wobec  kluczy:  warczy,  a  jej  puszysty  ogonek 
sterczy 

background image

pionowo w górę. A więc Bella musiała schwytać oba psy. Theo stał 

ukryty  za  występem  muru;  nie  chciał  pomagać,  wolał  tylko 
obserwować. 

Bella  wyszła  wraz  z  innymi  na  schody  przed  dom  i  najpierw 

próbowała  schwytać  Laurę.  Ale  ta  wprost  oszalała,  ponieważ  jej 
wrażliwy nos poczuł dwa zapachy — Thea i znienawidzonej hrabiny, 
której  olbrzymich  stóp  bardzo  się  bała.  Zanim  Bella  złapała  drżące 
stworzenie,  Egon  próbował  ukradkiem  kopnąć  psa.  Ale  to  było  coś 
najgłupszego, co mógł zrobić. W dodatku Luiza wciąż wykrzykiwała 
histerycznie:  —  Tak!  Tak!  Moje  klucze!  O,  dzięki  Bogu!  To  moje 
klucze! Ale Laura wcale nie miała zamiaru ustąpić z pola walki. Bella 
musiała urządzić całe polowanie, ale zwinne zwierzątko wciąż jej się 
wymykało, Tai-tai zaś zebrało się na czułości nie w porę i unosiła swój 
krótki pyszczek, koniecznie chcąc ją polizać. Bella nie miała chwilowo 
na to ochoty i broniła się przed zwierzęciem. Pomógł wówczas głośny 
gwizd, który rozległ się z podwórka, i Laura natychmiast, rzuciła się w 
tamtym  kierunku,  jak  gdyby  gonił  ją  wielki  bernardyn.  Tai-tai 
oczywiście za nią. Może znów będzie niezapomniany sznycel? Bella 
odetchnęła.  Obrażona  hrabina  Luiza  chciała  teraz  teatralnym  gestem 
sięgnąć  po  swoje  zgubione  klucze,  ale  przedtem  jeleń  z  piaskowca 
zemścił  się  za  to,  że  jego  królewską  koronę  sprofanowano  czymś 
takim. Ukarał Luizę w ten sposób, że końcami poroża podrapał ją po 
twarzy,  kiedy  pośliznęła  się,  sięgając  z  nerwową  zachłannością  po 
klucze. Hrabina krzyknęła, jak gdyby jeleń chciał ją wziąć na rogi; a 
kiedy  jej  twarde,  pożądliwe  ręce  wreszcie  schwyciły  klucze, 
prześliznęły jej się między palcami, spadły na ziemię, kółeczko pękło i 
wszystkie małe i duże klucze rozsypały się dokoła. 

Edith świetnie się bawiła, oglądając z daleka całe widowisko; także 

Kuno,  który  uplasował  się  z  drugiej  strony.  Egon  powinien  był 
właściwie podnieść rozsypane klucze, ale on wolał patrzeć, jak Bella, 
Luiza i Adelajda się tym zajęły, przy czym rozkoszował się widokiem 
zgrabnych nóg Belli. Ale wkrótce doznał wielkiego zawodu — kiedy 
bowiem  ciotki,  szczęśliwe,  że  odzyskały  klucze,  pospieszyły  do 
pokoju, Egon, zafascynowany pięknymi nogami Belli, udał się za nią 
do biura, gdzie dziewczyna właśnie otwierała szafę z pieniędzmi, aby 
wyjąć księgi rachunkowe. Nieco zdumiona spojrzała na Egona, który 
wszedł bez 

background image

pukania.  Trzymała  księgi  mocno  w  ręku  i  zapytała  niezbyt 

przyjaznym tonem: — Czego pan sobie życzy, panie von Hochheim? 

— Moja droga, gdybym powiedział swoje życzenie, zaczerwieniłaby 

się pani i, być może, byłaby pani na mnie zła. — W tej chwili był on 
całą  gębą  hotelowym  playboyem,  a  uwodzicielskie  spojrzenia,  jakie 
rzucał na Bellę, mogły przyprawić o zawrót głowy każdą kobietę. 

—  Czy  zechce  mi  pani  łaskawie  powiedzieć,  co  mogę  dla  pana 

zrobić?  —  Choć  z  pewnością  byłoby  bardziej  właściwe,  gdyby  pan 
swoje życzenia skierował do pana Kuna. A teraz proszę opuścić moje 
biuro — mam wiele pracy. 

Bella położyła księgi na stole, co Egon wykorzystał, aby rzucić czułe 

spojrzenie  do  szafy  z  pieniędzmi,  bowiem  jej  zawartość  miała  dla 
niego magiczną siłę przyciągającą. W pewnej chwili omal nie krzyknął 
z przerażenia, kiedy na dolnej półce w szafie pancernej ujrzał szkatułkę 
z  kości  słoniowej,  której  zaginięcie  tak  boleśnie  odczuwał!  Jego 
szkatułka!  Jak  się  tu  dostała?  Ale  niebezpiecznie  było  pytać  o  to. 
Równie  niebezpieczne  było  próbować  teraz  wyciągnąć  klucze  z 
zamka. Najlepiej byłoby natychmiast zniknąć, zanim rozmowa zejdzie 
na temat szkatułki. 

— O Boże, dlaczego jest pani taka niełaskawa, panno Bello? Proszę 

nie zapominać, że w jednej czwartej ja również jestem pani szefem. A 
więc mam niejakie prawo przebywać tu, w biurze. 

Bella  wstała  powoli,  spojrzała  na  niego  spokojnie  i  odpowiedziała, 

starając  się  nie  sprawiać  wrażenia  ostrej  ani  ciętej:  —  W  jednej 
czwartej,  panie  von  Hochheim.  Załóżmy,  że  nie  jest  teraz  kolej  na 
pańską część. Poza tym jestem zatrudniona u pana Brucknera, a nie u 
pana i pańskiej jednej czwartej. 

— Niech pani nie będzie taka bezczelna! — Egon w swojej arogancji 

przystąpił do ataku. 

— Nigdy bym sobie na to nie pozwoliła wobec mojego ćwierćszefa. 

Ale  proszę  w  swoim  ćwierćprawie  nie  zapominać,  że  bardzo  mi  się 
spieszy.  —  Jeszcze  o  tym  porozmawiamy.  —  Egon  chciał  najpierw 
otrzymać od ciotek dyrektywy, jak ma się dalej zachowywać wobec tej 
bezczelnej  dziewczyny.  Rzucił  jeszcze  jedno  spojrzenie  na  cenną 
szkatułkę, po czym zniknął, zatrzaskując za sobą oszklone drzwi, aż 
Bella się skuliła. Ale ledwie się nieco uspokoiła, kiedy drzwi znów się 
otworzyły, i znów bez 

background image

pukania! Tego już za wiele, pomyślała ze złością. Odwróciła się wraz 

z krzesłem — i nie była już wściekła, tylko stała się w jednej chwili 
kochającą kobietą. Do pokoju wszedł bowiem szef kuchni (oczywiście 
z wąsami) i uśmiechnął się. Trzymał w ręku sporządzoną właśnie kartę 
dań i najpierw powiedział tylko: — Kocham cię, moja dziewczyno! 

— Na te słowa Bella lekko poczerwieniała. — Czy on był bezczelny? 
— Bella skinęła tylko głową i chciała wziąć od niego kartę, aby ją 

następnie przepisać w kilku kopiach na maszynie. — Wiesz, że Kuno 
już wrócił? — Skinęła tylko głową i pokazała palcem przez ramię w 
kierunku  jeleni  z  piaskowca.  —  Nie  należy  pokazywać  palcem,  to 
nieelegancko. 

— Czy mógłbyś opuścić moje biuro równie szybko jak ten łajdak 
Egon? 
— Czy moja dziewczynka mnie tu nie znosi? 
— Jako szefa kuchni nie, bo nie ma on czego szukać w biurze. Poza 

tym szef kuchni podlega mi w pewnym stopniu, ponieważ chwilowo 
zastępuję szefa. 

—  Dobrze  powiedziane!  Wspaniała  kontra!  Czy  coś  poza  tym 

nowego? 

— Nic, o czym bym wiedziała, oprócz oczywiście afery z kluczami, 

której się przyglądałeś. Poza tym dziękuję za pozdrowienia pod kartką 
od Edith. 

— Czy K u no już telefonował? 
—  Był  u  niej  na  górze;  teraz  jest  już  w  jadalni,  a  Edith  pojechała 

konno. 

— Dziewczyno, idę już, mam dużo roboty. Przeczytaj szybko kartę, 

bo  nie  wiem,  czy  potrafisz  odszyfrować  moje  gryzmoły  i  czy  jesteś 
zadowolona z menu. 

—  Dziś  nie  będę  jadła  z  szefem,  dziś  zjem  z  personelem  —  od-

powiedziała Bella z uśmiechem. 

— Będzie kotlet z sałatką ziemniaczaną, jak mi oznajmiła Berta. 
— Nieźle! Uważam, że powinno być mniej smakowitych potraw. 
— A dlaczego moja dziewczyna patrzy na mnie tak, jakby mnie nie 

znała? 

— Dlatego, że szef jest nicponiem, i dlatego że przy okienku stoi pan 

Severing i z pewnością czegoś ode mnie chce. 

background image

— Niech go diabli porwą! 
— Niech szef przyjmie łaskawie do wiadomości, że dla mnie klient 

jest panem. 

— A kim jest szef? 
— Proszę poczekać na odpowiedź do wieczora, jak będziemy oboje 

po pracy. 

— Słusznie. Ach, byłbym zapomniał... 
— Co jeszcze? — zapytała Bella, teraz już naprawdę zniecierpliwio-

na, ponieważ pan Severing jeszcze raz zapukał w okienko. 

— Kocham cię, moja dziewczyno. — Szef roześmiał się i zniknął w 

sali jadalnej, gdzie Kuno bynajmniej nie pracował z wielkim zapałem, 
tylko siedział w kącie i jadł z przyjemnością śniadanie. Theo zbliżył się 
do  niego  powoli,  oparł  dłonie  na  krawędzi  stołu  i  zapytał  szczerze 
zaniepokojony: — Czy tak można? 

— Od biedy tak. Kawę zaparzy równie dobrze Berta, a jajka sadzone 

zrobione są na samym maśle. 

— Ale ja wolę na słoninie, głupcze! Czy nie ustaliliśmy tego obaj? 
—  Na  razie  nic  z  tego,  musisz  poczekać.  Ale  dla  twojego  spokoju 

powiem  ci:  mam  je.  Niczego  więcej  nam  nie  potrzeba.  Poza  tym 
dowiedziałem się od Edith Schlüter fantastycznych nowości. Ale o tym 
potem; musimy poczekać, aż będziemy mieli czas po pracy. 

— Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego moi pracownicy traktują mnie 

jak głupca. 

— Zaszczyty temu, komu się należą, mój drogi! A teraz daj mi zjeść 

spokojnie śniadanie. Proszę, oszczędź sobie dobrych życzeń: nic chcę 
się udławić. Proszę zabrać ręce ze stołu! Gdzie pan się nauczył takich 
manier? 

—  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  nie  pozostaje  mi  nic  innego  jak 

wymówić. 

— Jutro; dziś byłoby jeszcze za wcześnie. Zaraz po lunchu przyjdę do 

ciebie  do  pokoju,  wówczas  omówimy  plan  bitwy.  —  Kuno  głową 
wskazał szefowi drzwi, za co Theo zemścił się, wsypując mu garść soli 
do kawy. — Dowcipne, całkiem jak sztubak! Aleja lubię soloną kawę, 
mój drogi. — Kuno machnął ręką, a kelnerzy, którzy już nakrywali do 
stołów, nie mogli wyjść z podziwu, że kierownik sali odważył się w 
taki sposób odprawić swego szefa. 

background image

*** 
W pokojach 14 i 15 rozgrywała się  tymczasem gorąca, zażarta, ale 

niemal bezgłośna bitwa. 

Luiza,  bardzo  poruszona  tym,  że  jej  klucze  się  znalazły,  siedziała 

wyczerpana w fotelu, a poczciwa, gruba Adelajda głaskała ją uspokaja-
jąco. 

—  Popatrz,  wczoraj  wieczorem  tak  gorąco  się  modliłam,  abyś 

odnalazła klucze, i widzisz, oto są. 

— Tak, są! Tylko proszę cię, powiedz mi, kiedy i gdzie je zgubiłam? I 

kto wpadł na ten głupi pomysł, aby powiesić klucze na rogach jelenia? 

— Moglibyśmy się zabawić w zgadywanie. Na przykład razem z tymi 

sympatycznymi  Schusterami.  —  Adelajda  skakała  po  pokoju  jak 
dziesięcioletnie dziecko. 

—  Zamknij  się  wreszcie!  Nie  będziemy  więcej  o  tym  mówić.  Ani 

słowa! Najlepiej będzie, jeśli Theo również się o tym nie dowie. Kiedy 
on wreszcie wróci do pracy, ten nicpoń? 

— Nie złość się, siostrzyczko. Mamy nasze kluczyki, nie musimy się 

włamywać  —  wyśpiewywało  to  niemądre,  ale  niebezpiecznie 
gadatliwe stworzenie i dalej skakało po pokoju. 

—  Usiądź,  ty  głupia  istoto!  Zachowuj  się  jak  hrabina  Beau  de 

Marchell, a nie jak dziecko stróża! 

Adelajda  natychmiast  usiadła  grzecznie  w  fotelu  i  patrzyła  roz-

marzona na swoją siostrę, która była w złym humorze. Wszedł Egon i 
stanął  przed  Luizą  z  rękami  w  kieszeniach.  Był  w  złym  nastroju, 
ponieważ  kontrola  przeprowadzona  właśnie  wśród  skradzionych 
przedmiotów wykazała, że nie  ma tam owej cennej szkatułki z kości 
słoniowej. 

— No, powiedz mi teraz, ty zapominalska osobo, jak to było możliwe 

z tymi kluczami? Na pewno musiały ci wypaść z torebki w hallu albo 
już przy stole. A potem twierdziłaś uparcie, że schowałaś je do walizki! 
Wydaje się, że się starzejesz, moja droga cioteczko! — Luiza wstała 
tak szybko, jak rzadko jej się to zdarzało, i równie szybko Egon dostał 
od niej po twarzy, jak mu się nie zdarzyło chyba od czasów szkolnych. 
Po chwili zapytała siostrzeńca: 

 

background image

— Znalazłeś spinkę od mankietu? 
—  Służący  jutro  rano  jeszcze  raz  poszuka.  Być  może,  że  leży  ona 

gdzieś  w  kącie.  Poza  tym  odbyłem  dziś  rano  dziwną  rozmowę  z  tą 
Bellą  Hirmer.  Wyobraźcie  sobie,  że  zachowała  się  wobec  mnie 
bezczelnie!  Kiedy  jej  uświadomiłem,  że  mam  takie  samo  prawo  jak 
Theo Bruckner, aby przebywać w jej biurze, ponieważ należy do mnie 
jedna  czwarta  tego  domu,  pozwoliła  sobie  na  ironiczne  uwagi.  Jak 
myślicie, co powinienem teraz zrobić? 

—  Po  pierwsze,  chciałabym  wiedzieć,  czego  szukałeś  bez  nas  w 

biurze hotelowym? — Luiza była bardzo szorstka. — Czy chcesz może 
okazać  brak  dobrego  gustu  i  nawiązać  romans  z  tą  nieprzeniknioną 
osobą? 

— Gdybym miał taki zamiar, nie pytałbym o pozwolenie. Ta kobieta 

jest szaleńczo ładna. 

— Przecież wiesz dobrze, że Theo ją tu zatrudnił. Uważaj, mówię ci! 

Jeśli  już  musisz,  nawiąż  znajomość  z  tą  wyniosłą  panną  Schlüter. 
Przynajmniej  nie  narazisz  się  na  niebezpieczeństwo,  że  będąc 
zakochany, powiesz coś, co mogłoby być dla nas niebezpieczne. 

— A co mogłoby być dla nas niebezpieczne, droga cioteczko? 
— Piękny Egon, uśmiechając się ironicznie, stał przed nią i patrzył 

bezczelnym  wzrokiem.  —  Czego  mamy  się  obawiać?  My,  trójka 
spadkobierców, obdarowanych legalnie przez naszego wuja? 

— Cicho bądź. Każde słowo na ten temat jest niebezpieczne. Wciąż 

się zastanawiam, jak moglibyśmy całkowicie wykluczyć Thea. Trzeba 
było wtedy jeszcze bardziej rozważnie się nad tym zastanowić. Teraz 
będzie ciężko. — Luiza patrzyła przed siebie zamyślona. Nie widziała 
ani przerażonego wzroku Adelajdy, ani chytrego spojrzenia Egona. 

— Ale poczekajmy spokojnie, aż wróci Theo. Na wszelki wypadek 

zażądam wówczas wglądu w księgi i biada, jeśli wszystko nie będzie 
się zgadzało co do grosza. 

— Już w szkole byłaś zawsze bardzo dobra w rachunkach, Luizo 
— zachichotała Adelajda. — Ja byłam szczególnie dobra z religii 
— dodała z dumą. 
— A więc na tym bym poprzestał — syknął Egon ironicznie. Spojrzał 

na zegarek i zapytał: — Czy macie jeszcze dla mnie jakieś rozkazy, czy 
mogę zejść na dół, do pokoju telewizyjnego? 

9 Dom szczęśliwie zakochanych 

background image

— Idź! Rób, co chcesz, ale prosimy cię jeszcze raz, abyś nie zaczynał 

z tą Hirmer. I przyjdź punktualnie na lunch. 

—  Podczas  lunchu  będę  się  wami  zajmował  z  zadziwiającą  trosk-

liwością, moje stare pudła — powiedział Egon i wyszedł. 

Obie kobiety, przyzwyczajone do takich słów, puściły mimo uszu ten 

wątpliwej jakości komplement. Luiza wciąż jeszcze rozmyślała inten-
sywnie,  po  czym  powiedziała:  —  Byłoby  dla  nas  bardzo  ważne, 
gdybyśmy  mieli  wśród  personelu  zaufaną  osobę,  która  stałaby  po 
naszej-stronie  i  informowała  nas,  co  się  tu  dzieje,  kiedy  jesteśmy  w 
mieście.  Próbowałam  ostatnio  porozmawiać  oględnie  z  kucharką 
Bertą, ale ona nie zrozumiała o co mi chodzi. 

— A może byś podarowała Belli Hirmer jakiś ładny prezent? Przecież 

pracuje tak dużo także w naszym interesie. 

—  Patrzcie  państwo!  To,  co  mówisz,  wcale  nie  jest  takie  głupie. 

Muszę  to  jeszcze  rozważyć.  Myślałam  też  o  tym  Kunie,  który 
rzeczywiście bardzo się o nas troszczy. Ale on jest jeszcze zbyt krótko 
w tym domu, aby orientować się we wszystkich wybiegach Thea. 

— To też nie jest głupi pomysł, moja droga. Popatrz, teraz trzymamy 

już  dwie  sroki  za  ogon.  Może  porozmawiałabyś  także  z  tym  starym 
sługą,  Fritzem?  Pracował  tu  jeszcze  za  czasów  wuja.  Z.  pewnością 
wiele widział i słyszał. No i mamy już trzy sroki! — Adelajda śmiała 
się  jak  dziecko,  które  dostało  nową  lalkę.  Potrząsając  głową,  Luiza 
spojrzała  na  siostrę;  nasunęła  jej  się  myśl,  czy  nie  należałoby 
wykluczyć  Adelajdy  z  gry,  ponieważ  za  dużo  gada.  Do  tej  pory  nie 
było to niebezpieczne, ale na dłuższą metę należałoby dobrze rozważyć 
i taką możliwość. 

background image

XII 
 
Po śniadaniu Kuno udał się do okienka i uniósł je na tyle, że mógł 

wsadzić głowę do środka. Wkrótce rama opadła mu na kark niczym 
gilotyna. 

— Au, do diabła! 
—  Słucham,  czy  ktoś  tu  o  coś  prosi?  —  zapytała  Bella  wesołym 

tonem, nie wstając od biurka. — Właśnie panna Edith wróciła z konnej 
przejażdżki. 

— Wszystko po kolei. Czy pani wie, co szef mi zrobił? 
— Wymówił panu? — zapytała Bella śmiejąc się. 
—  Skądże!  Ale  nasypał  mi  soli  do  porannej  kawy.  Co  pani  o  tym 

sądzi? 

— Chyba musiał mieć jakiś powód. 
—  Pani  jest  wspaniała,  piękna  Bello!  A  więc  jeśli  on  się  u  pani 

pokaże,  niech  pani  mu  powie,  że  nasza  przyjaźń  została  przesolona. 
Niech pani mu jeszcze powie, że jestem zły. 

— To ważne pouczenie zostanie przekazane z największą dokładno-

ścią.  A  co  poza  tym?  —  zapytała  Bella,  trochę  się  ociągając  i  dość 
poważnym tonem. 

— Bello, nie jestem jeszcze pewien, jak to wszystko dalej pójdzie. 

Dam znać Theo, jak będę go potrzebował. 

— A więc to wszystko... Och, panie Kuno, jest mi bardzo ciężko na 

sercu!  Te  klucze  dziś  rano  na  jelenich  rogach  to  chyba  pańska 
sprawka? 

— Mądra dziewczynka! Musiałem je przecież jak najszybciej oddać. 

Rozumie pani? 

 

background image

— Mówiąc szczerze, nie całkiem. 
— To wcale nie jest konieczne; wystarczy, że ja rozumiem. O, zbliża 

się panna Schlüter, nasza dzielna amazonka. — Jednym susem Kuno 
pobiegł  do  drzwi  i  otworzył  je  przed  Edith,  która  z  uśmiechem 
podziękowania przeszła obok niego, przyciskając szpicrutę pod pachą. 
Zdjęła  rękawiczki,  upuściła  jedną  na  podłogę,  a  kiedy  Kuno  ją 
podniósł, zapytała cicho: — Czy zrelacjonował pan wszystko szefowi 
kuchni? 

Jednak  Kuno  ujrzał  Egona,  który  szedł  właśnie  przez  hall,  więc 

odpowiedział  głośno:  —  Przekazałem  szefowi  kuchni  życzenia 
łaskawej pani. 

— Bardzo panu dziękuję, panie Kuno. Czy nie wie pan przypadkiem, 

gdzie jest moja mama? 

—  Pani  mama  przebywa  wraz  z  panem  baronem  Rüdingerem  na 

trawniku. 

— Dziękuję. — Edith chłodno skinęła głową i poszła dalej przez hall. 
W pobliżu fontanny, która tryskała orzeźwiająco, ustawiono wygodne 

foteliki i leżaki. Tam Edith znalazła swoją matkę, która z ożywieniem 
rozmawiała z baronem Rüdingerem. 

— Halo, mamo! Cieszę się, że się dobrze bawisz. Dzień dobry, panie 

baronie!  To  miło  z  pana  strony,  że  zabawia  pan  mamę  swoimi 
opowieściami.  —  Edith  pocałowała  matkę  i  usiadła  obok  na  leżaku, 
wyciągnąwszy przed siebie szczupłe nogi w butach do konnej jazdy. 
Bawiła się szpicrutą; po chwili rzuciła mamie na kolana rękawiczki. — 
Popatrz, znów się rozpruły. Czy moja najdroższa mama zlituje się nad 
nimi? 

— Niech pan spojrzy, baronie: o, tu pęknięte i tu, a ja biedna muszę 

sobie kłuć ręce zszywając to. — Baron Rüdinger wziął rękawiczki z 
rąk matki, aby się im dokładnie przyjrzeć. Ledwie znalazły się w jego 
ręku,  pociągnął  nosem  jak  królik...  Rękawiczki  bowiem  pachniały... 
Do diabła, czym one pachniały? Poznał ten zapach, to była wspaniała 
woń  perfum  „Shalimar",  które  poczuł  dziś  rano  w  swoim  pokoju. 
Uśmiechnął  się  rozmarzony,  i  powiedział,  podnosząc  rękawiczki  do 
nosa: — Shalimar, mam rację? 

 

background image

— Bez wątpienia — potwierdziła Edith. — Moje ulubione perfumy. 

Ale  gdyby  mój  papa  mi  ich  wspaniałomyślnie  nie  kupował,  byłyby 
zbyt drogie na moje kieszonkowe. 

—  Komu  pani  to  mówi,  panno  Schlüter!  Dobrze  wiem,  ile  takie 

czarodziejskie buteleczki kosztują. Och, jeszcze je przez sobą widzę! 

— Baronie, czy pan kiedyś...? — Matka nie dokończyła pytania i z 

uśmiechem pogroziła starszemu panu. 

— Kupowałem je! Kupowałem często i chętnie, droga pani! Była to 

zawsze uroczysta chwila, kiedy w Paryżu szedłem do Guerlaina, aby 
znów  kupić  te  drogie  perfumy.  Tempi  passati...  gdzie  się  podziały 
tamte czasy? 

Znów podniósł rękawiczki do nosa i wdychał głęboko ich woń. 
— Drogi baronie, myślę, że jestem tu obecnie jedyną kobietą, która 

lubi  te  perfumy.  Inne  damy  wolą  bardziej  ,,4711"  —  odpowiedziała 
Edith  niefrasobliwie.  Kiedy  jednak  baron  dalej  zaczął  mówić, 
przeraziła się. 

— Czy pani się nic myli, panno Schlüter? 
—  Proszę  do  mnie  mówić  Edith,  to  brzmi  znacznie  ładniej,  panie 

baronie. 

— Z największą przyjemnością! Ale teraz muszę pani zdradzić, że ^ 

dziś w nocy poczułem wyraźnie zapach tych perfum w moim pokoju. 

Czy to nie urocza zagadka? 
Edith  zastanawiała  się  przez  chwilę,  co  jest  bardziej  właściwe: 

przemilczeć czy skłamać? Ale w końcu zdecydowała się na prawdę. 

— Baronie, wyznaję, że byłam dziś w nocy przez kwadrans w pań-

skim pokoju, stąd ten zapach perfum — zakończyła z wahaniem. 

—  No,  nie!  I  ja  stary  głupiec,  przegapiłem  tę  sytuację?  —  Baron, 

uśmiechając  się  zdumiony,  patrzył  na  Edith,  matka  zaś  była 
przerażona. — Dziecko, co ja słyszę? Czyś ty oszalała? 

— Mamo, to była przecież noc sensacji! Musiałam się jak najszybciej 

ukryć, żeby mnie nie przyłapano na podsłuchiwaniu. Uciekłam więc do 
pokoju  naprzeciwko,  należącego  do  naszego  drogiego  barona,  co 
stwierdziłam dopiero dzisiaj, kiedy spojrzałam na tablicę z kluczami. 
Przysięgam, że barona nie było w pokoju, przysięgam, że ani niczego 
nie  ukradłam,  ani  nie  rozglądałam  się  ciekawie.  —  Edith  podała 
starszemu panu rękę. — Czy będzie mi pan mógł wybaczyć ten nietakt, 
jeśli 

background image

w stosownej chwili wyjaśnię panu, dlaczego  musiałam  to zrobić w 

imię dobrej, a może raczej złej sprawy

Baron  z  czułością  potrząsnął  ręką  Edith.  —  Dziecko,  skoro  nie 

zostawiła pani niczego prócz uszczęśliwiającego zapachu Shalimara, 
stary Rüdinger nie może mieć do pani żalu. 

— Edith, teraz domagam się z całą stanowczością, abyś natychmiast 

wyjaśniła mnie i panu baronowi, jaką sensację znów odkryłaś. 

—  W  żadnym  wypadku,  mamo,  w  każdym  razie  jeszcze  nie  dziś. 

Przekazałam  moją  wiedzę  odpowiedniej  osobie.  Poczekajmy,  co 
będzie dalej.  —  Edith skinęła przyjaźnie głową,  wstała  i przeprosiła 
mamę  i  barona,  mówiąc,  że  musi  pójść  do  swojego  pokoju,  aby  się 
przebrać. 

— Edith! 
— Mamo, tylko nie krzycz, proszę!  Popatrz, nadchodzi Ta i-tai. ta 

niewierna  dusza,  a  za  nią  oczy  wiście  Laura.  A  więc,  baronie,  nie 
gniewa się pan na mnie? 

— Ależ skądże! Mogę pani tylko podziękować, piękna dziewczyno; 

niestety,  nie  mam  odwagi  prosić  o  powtórzenie  wizyty.  Myślę,  że 
mama  byłaby  niezadowolona.  —  Oboje  podali  sobie  z  uśmiechem 
ręce, po czym Edith podniosła Tai-tai, posadziła ją matce na kolanach, 
następnie wzięła Laurę za kark i położyła baronowi na ręku.  — No, 
teraz oboje macie coś do głaskania. Ja muszę się spieszyć, żeby zdążyć 
na lunch! 

— Shalimar, droga pani Schlüter, Shalimar! 
— Niech pan tylko nie robi teraz miny, jakby miał pan przed sobą w 

myślach cały Paryż! Dziś jest to miasto takie samo jak wiele innych i 
traci powoli swój urok. 

— Zgadza się! Ma pani całkowitą rację; to nie jest już dawny Paryż. 

Czy  to  nie  zabawne:  my  się  zestarzeliśmy,  a  miasto  naszych 
najpiękniejszch  lat  stara  się  ze  wszystkich  sił  wyglądać  możliwie 
młodo  i  nowocześnie.  To  już  nie  dla  mnie.  —  Głaskał  Laurę 
zamyślony,  pani  Schlüter  głaskała  Tai-tai.  Oboje  pogrążyli  się  we 
wspomnieniach. 

** * 
Kiedy  Edith  schodziła  na  lunch,  spotkała  na  schodach  Betty  von 

Wiesengrün.  Jak  gdyby  to  było  od  dawna  ich  zwyczajem,  Edith 
położyła 

background image

dłoń na chudym ramieniu Betty i zapytała z uśmiechem: — O, Betty, 

moja nowa przyjaciółka! Czy pani dobrze dziś spała po mojej wizycie? 

Betty pogładziła Edith delikatnie po pięknej dłoni. — Nie mogłam od 

razu  zasnąć,  droga  Edith,  kiedy  człowiek  przez  tyle  lat  nie  miał 
prawdziwych  kontaktów  z  ludźmi,  musi  się  najpierw  oswoić  z 
radością, jaką przynosi mu fakt zawarcia niespodziewanej przyjaźni z 
tak miłą dziewczyną jak pani. Nie uwierzy pani, ale ja, stara kobieta, 
uroniłam nawet kilka łez radości. Nagle stwierdziłam, że wszystko tu 
jest  znacznie  piękniejsze,  weselsze,  przyjemniejsze  niż  dotąd. 
Chciałam  pani  podziękować  za  wczorajszą  miłą  wizytę.  —  Edith 
przystanęła,  wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  Betty  w  wychudzony 
policzek. 

—  To  było  przypieczętowanie  naszej  przyjaźni,  i  dziękuję  pani,  że 

zechciała pani uznać mnie, młode stworzenie, za swoją przyjaciółkę. 

Kiedy  szły  dalej  razem,  Edith  powiedziała:  —  Po  wizycie  u  pani 

przeżyłam  coś  bardzo  interesującego.  Wdarłam  się  nawet  do  pokoju 
pewnego samotnego mężczyzny. — Edith zachichotała i opowiedziała 
wszystko.  — Betty, jestem pewna,  że wkrótce  wiele  się tu  zmieni,  a 
potem będzie tu tak przyjemnie, jak jeszcze nigdy. I bez tego pięknego 
Egona i jego uroczych ciotek. Niech pani tak na mnie nie patrzy, nic 
więcej  pani  nie  powiem.  Ale  chciałabym  prosić,  aby  mi  pani  trochę 
pomogła zaprowadzić tu porządek, jeśli coś się wydarzy. 

—  Chętnie,  ale  w  jaki  sposób  mogłabym  pomóc?  Jestem  do  głębi 

poruszona. Jaka szkoda, że szef zniknął. Pani go nie zna, to naprawdę 
sympatyczny  i  dobry  człowiek.  A  więc,  jeśli  mnie  pani  będzie  po-
trzebowała, proszę tylko zadzwonić. — Obie kobiety weszły do hallu. 
Stało tam kilkoro gości, którzy czekali na posiłek. Z tarasu nadeszła 
matka Edith, która dziś uśmiechnęła się do Betty szczególnie miło. 

— Jeśli pani ma ochotę, może wypijemy razem kawę, moja droga? 

Uważam, że to głupie, gdy każdy siedzi przy swoim stoliku i się nudzi. 

Betty wyglądała tak, jak gdyby podarowano jej coś pięknego. Skinęła 

tylko głową, następnie udała się, nieśmiało, jak miała w zwyczaju, do 
małego stolika w jadalni. Natychmiast powitał ją uprzejmie pan Kuno, 
którego bystre oczy widziały wszystko dokoła, a więc także marzenie 
jego bezsennych nocy wchodzące z matką do jadalni. Podbiegł do nich, 
został jednak przywołany do porządku łagodnym uśmiechem mamy. 

 

background image

— Dziękuję, drogi panie Kuno, same znajdziemy drogę do swojego 

stolika. Tam idą hrabiny, one z pewnością przyjmą pańską pomoc. — 
Mrugnięcie  okiem,  i  pan  Kuno  już  wyszedł  naprzeciw  hrabinom, 
szczerze żałując, że nie może uciec przed tymi starymi czarownicami. 
Przynajmniej  jeszcze  nie  teraz...  Podsunął  więc  krzesło  najpierw 
Luizie,  następnie  Adelajdzie,  położył  przed  nimi  menu,  a  przed 
Egonem  kartę  win  i  zwrócił  uwagę  miło  brzmiącym  szeptem  na 
szczególnie drogą markę. 

— Właśnie dziś nadeszło, panie von Hochheim! Znakomite, smaczne 

wino  stołowe.  —  Egon  był  zakłopotany.  Wiedział  dobrze,  że  ciotka 
Luiza zbeszta go, jeśli się odważy zamówić drogie wino. Machnął więc 
ręką odmownie i powiedział: 

— Niech hrabiny zdecydują; ja niechętnie piję wino w dzień. 
— No i co, drogi panie Kuno, czy wszystko w porządku? — zapytała 

Luiza  łaskawie,  pochwaliwszy  przedtem  menu.  —  Wciąż  nie  ma 
wiadomości od szefa? 

— Nas się o niczym nie informuje, choć uważam... och. pardon, nic 

mnie to nie obchodzi — szepnął Kuno wytwornie. 

Luiza nastawiła uszu i zapytała również szeptem: — Nie chce pan nic 

więcej powiedzieć? Rozumiem dobrze pańską niepewność. 

— Chodzi o to, że wszyscy uważamy, iż już najwyższy czas, żeby 

szef  zaczął  się  troszczyć  o  ten  cały  kram.  Wiele  rzeczy  bowiem 
powinno tu wyglądać całkiem inaczej. 

—  Bardzo  mądrze  pan  mówi,  panie  Kuno!  Chętnie  bym  z  panem 

porozmawiała na ten temat. Z pewnością pan wie, że my troje mamy 
pewne prawa do tego hotelu? 

—  Opowiadano  mi  o  tym,  i  między  innymi  dlatego  się  martwię. 

Pardon,  widzę,  że  baron  Rüdinger  na  mnie  kiwa.  Pozwolę  sobie  za 
chwilę do pani wrócić. 

—  Niech  pan  idzie,  mój  drogi.  Należy  być  zawsze  do  usług  gości, 

wówczas  wszystko  będzie  grało.  —  Luiza  uśmiechnęła  się 
przychylnie. Kuno udał się więc w kierunku barona Rüdingera, który 
uśmiechnął się do niego ukradkiem. 

— No, jak tam, mój drogi, czy te jadowite żmije pana nie ukąsiły? 
— O, nie, panie baronie, ja sam podłożyłem minę, która eksploduje, 

kiedy tylko zechcę. 

background image

—  Darzbór,  mój  drogi!  Już  coś  niecoś  słyszałem  i  jestem  dość 

zainteresowany  upolowaniem  zdobyczy.  A  co  dziś  nowego?  Hm, 
pstrągi, całkiem nieźle. Jadłem już gorsze rzeczy. O co to ja chciałem 
jeszcze zapytać... Kiedy wybuchnie pańska mina? 

—  Jeśli  wszystko  będzie  przebiegało  tak,  jak  zaplanowałem,  to 

jeszcze dziś, panie baronie, przed popołudniową herbatą. 

— W każdym razie to ładnie z pana strony, że nie chce pan zakłócać 

mojej  poobiedniej  drzemki  swoją  eksplozją!  —  Baron  skinął  głową 
Kunowi, który złożył kartę win, jak gdyby pertraktował z gościem na 
temat jego życzeń dotyczących wina. Ukłonił się i poszedł na zaplecze, 
następnie  do  kuchni  i  stanął  przez  szefem,  który  właśnie  wkładał 
pstrągi do wody. 

— Zaraz po posiłku idź do swego pokoju. Przyjdę tam do ciebie. Na 

godzinę trzecią umówię się z hrabiną na plotki dotyczące kierownictwa 
hotelu i chcę, żebyś wystąpił razem ze mną. 

— Jako szef kuchni czy szef hotelu, który właśnie wrócił? 
— Po prostu jako szef hotelu, bez wąsów. Odkleimy je, a Bertę trzeba 

uprzedzić, że dziś wieczorem będzie znów musiała gotować. 

—  Kuno  zniknął  z  powrotem  w  jadalni,  a  po  drodze  eleganckim 

gestem  nalał  Betty  do  szklanki  smacznej,  świeżej  wody,  do  której 
ruchem rozdającego szczęście boga wrzucił plasterek cytryny. — Czy 
odpowiada pani kolejność potraw, panno von Wiesengrün? 

— Dziękuję, mój drogi, cieszę się na pstrągi. 
Kuno  obsłużył  jak  należy  również  gości  przy  innych  stolikach, 

następnie podszedł do stolika hrabiny, odwzajemnił głupawy uśmiech 
Adelajdy  i  na  pytające  spojrzenie  Luizy  podszedł  do  niej  i  szepnął 
cicho: 

—  Jeśli  parli  hrabina  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  pozwolę  sobie 

przyjść na górę, aby podzielić się z panią moimi obserwacjami. 

Luiza  skinęła  głową  i  powiedziała  nieco  głośniej:  —  Dobrze,  mój 

drogi, około trzeciej proszę nam przynieść na górę szczególnie mocną 
kawę. 

Ani Adelajda, ani Egon nie zostali o niczym poinformowani, tak że 

Egon poczuł się trochę dziwnie i nie smakowały mu ani pstrągi, ani su 
flet z ryżu. Przeklęta stara czarownica! Co to wszystko ma znaczyć? 

Również dla Laury i Tai-tai ten lunch się skończył bez szczególnych 

sensacji, bowiem dzień rybny był dla nich zawsze czarnym dniem. 

background image

Tai-tai leżała u stóp swojej pani, a Laura podbiegła do Bell i. która 

pogłaskała psa trochę bezmyślnie, ale z czułością. 

— No i co, piesku, nie podoba ci się zapach ryb? 
— Hau! — Co należało przetłumaczyć jako „nie". 
— No, już dobrze, już dobrze, Lauro! Połóż się na poduszce i śpij. — 

Laura rzuciła jej wymowne spojrzenie, ale Bella miała jeszcze wiele 
pracy i nie mogła poświęcić psu więcej czasu. 

Zjedzono suflet z ryżu, a po posiłku goście udali się albo do ogrodu, 

albo  na  taras,  albo  całkiem  po  prostu  do  pokoi,  aby  odbyć  popołu-
dniową  drzemkę.  Tak  uczyniły  Luiza  i  Adelajda,  a  Egon  niechętnie 
poszedł za nimi. 

Luiza powiedziała do Egona: —  Teraz nie jesteś mi potrzebny, ale 

przyjdź do nas około trzeciej. Jak wiesz, zamówiłam kawę. Pan Kuno 
przyniesie ją nam osobiście na górę. 

— Dla wprawy można by wybadać tego poczciwca — uśmiechnął się 

Egon  ironicznie,  po  czym  pożegnał  się  z  drogimi  cioteczkami  jak 
dobrze wychowany siostrzeniec i poszedł własną drogą. 

Pani Schiuter, baron i Betty siedzieli razem, popijali kawę i stwier-

dzili, że tak jest znacznie przyjemniej, niż gdyby każde z nich siedziało 
samo.  Sam,  jak  zwykle,  siedział  pan  prokurator,  który  zdziwił  się, 
kiedy Kuno oprócz rachunku do podpisu podsunął mu na tacy jeszcze 
jakąś kartkę, na której było napisane:  Pewien gość tego hotelu prosi 
Pana, aby zechciał Pan przyjść około trzeciej na rozmowę. Oczekuje 
Pana  w  biurze  hotelowym.  Proszę  o  zachowanie  dyskrecji.  
— 
Prokurator złożył kartkę i schował ją do kieszeni; skinął tylko głową, 
nie patrząc na Kuna, i dalej czytał swoje fachowe pismo. Wcale go nie 
poruszył ten niezwykły list. 

Kuno  przebiegł  przez  hall,  wyszedł  na  dwór,  po  czym  udał  się  do 

budynku dla personelu i zniknął tam w pokoju Thea. Ten już czekał na 
niego.  Odkleił  wąsy  i  posmarował  sobie  górną  wargę  kremem, 
ponieważ  ta  paskudna  żywica  straszliwie  piekła.  Czapkę  kucharską 
rzucił  na  łóżko,  za  nią  fartuch,  na  to  chusteczkę  na  szyję  i  teraz 
wyglądał znacznie mniej zabawnie. Spojrzał na przyjaciela pytająco i 
wskazał na teczkę, którą znalazł w swojej szafie. 

— To twoja teczka? 
—  Tak.  Zapowiedziałem  się  na  trzecią  do  hrabin.  Usiądź,  stary, 

ponieważ teraz sprawa przybrała poważny obrót i nie będzie się toczyła 

background image

w  operetkowym  stylu  jak  dotychczas.  —  Usiedli  przy  stole;  Theo 

zamknął przedtem okno. — Czy masz tu twój egzemplarz testamentu? 

— Nie. leży w kasie pancernej w biurze. 
— To przynieś go! Tylko zaraz wracaj! Od kleiłeś już wąsy? Więc 

teraz uważaj; jeśli cię ktoś spotka, zasłoń usta dłonią. 

— Człowieku, wydajesz rozkazy jak feldmarszałek. 
— Czuję się raczej jak kat Paryża. 
— A kto będzie udawał pomocnika kata? 
— Żeby było śmiesznie, pan prokurator. 
Theo pobiegł szybko przez podwórze, wszedł tylnym wejściem i po 

chwili był w biurze, gdzie Laura i Bella spojrzały na niego jednakowo 
zdumione.  Znów  mamy  prawdziwego  pana?  A  więc  pozostaje  tylko 
merdać ogonem. Ale Bella patrzyła na Thea nieco przestraszona. 

— Theo! Wąsy! 
— Zdjęte. Już niepotrzebne. Dziewczyno, bądź tak dobra i pohamuj 

swoje  nerwy.  Kuno  chce  dziś  wszystko  załatwić.  Daj  mi  klucze  do 
kasy, muszę wyjąć moją teczkę. 

—  Theo,  co  się  dzieje?  —  Bella  stanęła  obok  niego,  kiedy  szukał 

właściwego klucza do schowka w szafie. Przy okazji stwierdził, że za 
szerokimi  drzwiami  od  kasy  nikt  ich  nie  może  zobaczyć,  więc 
pocałował ją w policzek i mruknął; — W tej chwili nie ma czasu na nic 
więcej. Reszta przyjdzie potem. 

— Theo, boję się! Myślisz, że wszystko pójdzie po twojej myśli? 
—  To  już  zależy  od  Kuna.  A  on  by  nie  zaczynał,  gdyby  nie  był 

pewien swego. Całuję cię, dziewczyno, i pamiętaj, że cię kocham. 

— I już był na dworze, a Bella została z zamętem w głowie. Właśnie 

ktoś zapukał do okienka: w hallu stała Edith. Bella szybko otworzyła, a 
Edith zapytała: 

— Mogę wejść? 
— Oczywiście, Edith! O Boże, serce mi wali jak młotem i nogi się 

pode mną trzęsą. 

—  Pani  wie  dużo,  ja  wiem  co  nieco,  a  więc  połączmy  wszystko. 

Usiądźmy  sobie  w  kąciku,  zapalmy  papierosy  i  każmy  sobie  podać 
mocną kawę. Zgoda? 

Bella tylko skinęła głową; wiedziała przecież, że mężczyznę, którego 

darzy uczuciem, czekają teraz ciężkie godziny. Edith zawołała blęd- 

background image

nie po włosku do Enrica, żeby jak najszybciej przyniósł do biura dwie 

mocne kawy, i po chwili stały przed nimi filiżanki z wonną mokką. 

— Edith, czy pani wie, że Bruckner i doktor chcą dziś zakończyć tę 

obrzydliwą sprawę? 

— Doktor Lóbell szepnął mi coś na ten temat; nie wiem dokładnie, a 

więc pozostaje nam, jako grzecznym dziewczynkom, czekać. A gdzie 
jest nasz piękny Egon? 

—  Pytał  mnie  jakiś  czas  temu,  o  której  otwierają  w  miasteczku 

pocztę. Pytał też, czy nie mam blankietu przekazu pocztowego. Ale nie 
miałam. 

—  Och,  nasz  pupil,  jako  lubiący  porządek  mężczyzna,  zamierza  z 

pewnością  wpłacić  na  swoje  konto  pieniądze,  które  wczoraj  ukradł 
kochanym cioteczkom. 

— Co pani mówi! Czyżby Egon... 
— Tak, z całą pewnością, i nie po raz pierwszy, jak mi to zdradziła 

jego sprawność. 

—  Edith,  albo  mi  pani  powie,  co  pani  wie,  albo  proszę  milczeć. 

Jestem bardzo zdenerwowana. 

—  Wobec  tego  opowieść  o  mojej  wczorajszej,  sensacyjnej  nocy 

będzie dla pani miłą rozrywką. — Edith pogłaskała Belle z uśmiechem 
po  głowie,  rozsiadła  się  w  fotelu  i  przedstawiła  barwną  relację  z 
minionej nocy. Oczy Belli stawały się coraz większe i  ledwie  mogła 
przełykać  aromatyczną  kawę.  Kiedy  zaś  Edith  wspomniała,  że 
widziała, jak z pokoju Belli wysunęła się męska noga w kuchennym 
uniformie, Bella wstała, ukryła czerwoną twarz za plecami Edith i omal 
się nie roześmiała. 

— To nie jest wcale tak, jak pani, być może, myśli. 
—  Z  pewnością  nie.  ale  to  było  zabawne.  To  jeszcze  nie  koniec 

sensacji! — Teraz Edith opowiedziała wszystko, co wiedziała, a Bella 
słuchała w napięciu. 

—  Od  samego  początku  zauważyłam,  że  pani  jest  bystrą  osóbką, 

Edith. Naszemu Kunowi od początku pani nie wierzyła. 

—  Zgadza  się,  a  jeśli  Edith  Schlüter  czymś  się  zainteresuje,  to  nie 

spocznie, póki się nie dowie prawdy. 

Potem rozmawiały o Betty von Wiesengrün. Bella przyniosła księgę 

rachunkową i pokazała jej rubrykę. — Proszę spojrzeć, już w ubiegłym 

background image

roku,  tak  samo  jak  w  tym,  Bruckner  wyznaczył  dla  panny  von 

Wiesengrün tylko połowę ceny za pokój i wyżywienie. Powiedział mi, 
że jego wuj również tak robił. 

— Uważam, że to wspaniałe! My obie także powinnyśmy polubić tę 

samotną kobietę i uprzyjemnić jej pobyt tutaj. Mama również bardzo 
się troszczy o Betty, 

I tak gawędziły dalej. Bella powoli się uspokoiła. Nagle ktoś zapukał 

energicznie w okienko. Był to pan prokurator, który na pytanie Belli, w 
czym mogłaby mu pomóc, odpowiedział krótko: 

—  Pewien  mężczyzna  chciał  ze  mną  mówić  o  godzinie  trzeciej. 

Czekam  na  niego  w  małej  palarni.  Proszę  go  tam  skierować.  — 
Okienko się zamknęło, a obie kobiety popatrzyły na siebie zdumione. 

— O trzeciej? Bello, to musi mieć związek z naszą sprawą. Oto wraca 

także ulubieniec bogów! — Edith wskazała na Egona, który wchodził 
po schodach eleganckimi krokami, klepiąc swawolnie po drodze oba 
jelenie.  —  Patrzcie,  jaki  wesoły!  Na  pewno  wpłacił  niezłą  sumkę. 
Bogu dzięki, że on nie jest synem mojej matki. 

W  pokoju  Thea  bynajmniej  nie  panowała  radosna  atmosfera.  Obaj 

mężczyźni z lupami w dłoniach siedzieli nad czterema egzemplarzami 
testamentu. Kuno ze złością rzucił swoją lupę na papiery i oznajmił: 

— Te kanalie dokonały fałszerstwa w sposób dziecinny, bezczelny i 

arogancki.  Te  chciwe  bestie  podpadłyby  już  przy  pierwszej 
ekspertyzie, którą byś zlecił! 

—  Sam  jednak  widzisz,  że  ich  bezczelność  przyniosła  zamierzony 

skutek; przynajmniej do czasu, gdy przypadkiem, pół roku temu, wpadł 
mi w ręce mój egzemplarz testamentu i gdy nagle rzuciło mi się w oczy 
fałszerstwo. Czy znalazłeś w mieszkaniu jeszcze jakieś materiały? 

— Dwa listy wuja, utrzymane w poważnym tonie, do jego siostrze-

nicy  Luizy. Nie  rozumiem dlaczego ta kobieta ukryła  w schowku w 
ścianie właśnie te listy, które zarzucają jej bezduszność, zakłamanie, 

background image

brak szacunku i malwersacje. Przeczytasz je potem sam w spokoju. Ja 

muszę  teraz  przyjrzeć  się  miejscom,  w  których  stwierdziłem 
niezgodność  ich  odpisów  testamentu  z  twoim.  Miejsca  te  tylko  w 
twoim  odpisie  zostały  sfałszowane.  Pozostałe  trzy  odpisy  brzmią 
jednakowo.  Twoja  kuzynka  Luiza  była  zbyt  leniwa  na  to,  aby 
sfałszować  wszystkie  cztery  egzemplarze.  Okazuje  się,  że  każdy 
przestępca popełnia jeden podstawowy błąd! 

Kuno z poważną miną oddał przyjacielowi listy jego wuja, wziął do 

ręki  szczególnie  mocną  lupę,  aby  dokładnie  przyjrzeć  się 
sfałszowanym miejscom, po czym zaznaczył je prawie niewidocznie. 
Następnie schował wszystkie cztery egzemplarze testamentu do teczki. 
Teraz  miał  czas  dla  Thea,  który  zdążył  już  przeczytać  gorzkie  listy 
swego zmarłego wuja i był głęboko wstrząśnięty. On sam musiał się 
wynieść przed wieloma laty z pałacu myśliwskiego, kiedy zmarli jego 
rodzice. Była to sprawka Luizy, która następnie przygarnęła Egona. Te 
potwory  zabrały  mu  wówczas  ojcowiznę.  Teraz  rozumiał  również 
smutny ton listów swego wuja; bardzo za nim tęsknił, ale przecież nie 
mógł lekkomyślnie przerywać nauki, aby do niego wrócić. Kiedy po 
latach  przyjechał,  było  już  za  późno,  aby  okazać  staremu  wujowi 
jeszcze trochę miłości. 

Pewnym  pocieszeniem  dla  Thea  było  to,  że  starszy  pan  wpadł 

wówczas na wspaniały pomysł, aby swój pusty dom przekształcić w 
hotel.  Dzięki  temu  nie  był  już.  dłużej  taki  samotny.  Fakt,  że  już 
wówczas  był  w  stanie  wytrzymać  towarzystwo  swoich  siostrzenic  i 
Egona tylko przez jakiś czas i że oddał im swoje stare mieszkanie w 
mieście, mówi samo za siebie; potwierdziły to zresztą jego listy. 

Theo odłożył je na bok, przetarł oczy, spojrzał na Kuna i westchnął: 

—  Jeszcze  dziś  serce  mi  się  ściska  z  powodu  tego  staruszka.  Miał 
nadzieję,  że  siostrzenice  oraz  Egon  okażą  mu  choć  trochę 
wdzięczności, a spotkał się jedynie z okrutną podłością. Ten Egon to 
przeklęty łotr i powinien trafić do więzienia. 

—  W  dodatku  nadal  zajmuje  się  okradaniem  ciebie,  jak  mnie 

poinformowała  Edith.  —  Kuno  zrelacjonował  przyjacielowi  szybko 
również i tę sprawę, a Theo zaklął siarczyście, uderzając dłonią w stół. 

— Nędzny prostak! Okrada samego siebie, jeśli tak na to patrzeć. Ale 

poczekaj nie ominie go policzek według wszelkich reguł sztuki! 

background image

— Dopiero wówczas, kiedy załatwimy już wszystko inne, bardzo cię 
o  to  proszę.  A  teraz  posłuchaj,  jak  sobie  wyobrażam  cały  przebieg 

akcji. — Kuno spokojnie przedstawił swój plan, następnie spojrzał na 
zegarek  i  poinstruował  przyjaciela:  —  Najpierw  się  przebierzesz. 
Staniesz  się  z  powrotem  Theo  Brucknerem!  Szef  już  się  odnalazł, 
właśnie  powrócił.  We  własnej  osobie  pójdziesz  do  biura  i  poprosisz 
sekretarkę, aby zadzwoniła do hrabin z informacją, iż Kuno prosi, aby 
mógł przyjść pół godziny później. 

— A po co ta zwłoka? — Theo właśnie przeobrażał się z szefa kuchni 

w szefa hotelu. 

—  Ponieważ  chcę  sobie  zapewnić  posiłki.  Może  się  zdarzyć,  że 

będziemy potrzebowali nie tylko świadków z przeszłości, ale również 
prokuratora. — Kuno roześmiał się niemal ubawiony. — A tego mamy 
pod  ręką.  Już  się  cieszę  na  widok  jego  miny,  kiedy  się  przekona  na 
własne  oczy,  że  jestem  adwokatem,  doktorem  Lóbellem,  którego 
nazwał głupcem. Ty jednak pozostaniesz w biurze i będziesz czekał, aż 
cię  wezwę.  I  nie  przerażaj  innych  gości  swoim  niespodziewanym 
powrotem. 

— Kuno, czy wierzysz mi, że czuję się prawie tak sarno jak Bella? 

Drżą mi kolana! 

—  Niech  sobie  drżą!  Nikt  tego  nie  widzi.  Ale  teraz  zmykaj  stąd. 

Zawołam cię, jak przyjdzie twoja kolej. — Kuno skinął przyjacielowi 
głową uspokajająco i wyszedł z pokoju. Theo udał się do biura, a Kuno 
pospiesznie na górę do pokoju 23, gdzie zapukał do drzwi i na wesołe 
„proszę" barona wszedł do środka. 

Baron  zdumiony  spojrzał  znad  gazety.  —  O.  czego  to  szanowny 

pędziwiatr chce ode mnie? 

— Zaczęło się, drogi baronie! Czy weźmie pan w tym udział? 
— Wezmę. Czy to coś poważnego, doktorze? 
—  Niewątpliwie.  Chciałbym  prosić  pana  w  interesie  mojego 

przyjaciela  Thea,  aby  pan  był  do  mojej  dyspozycji,  kiedy  później 
będziemy  musieli  rozpocząć  wielkie  przesłuchanie.  Niech  mi  pan 
wierzy, od dawna wolę być obrońcą niż oskarżycielem. Ale tego także 
tu mamy — to nasz pan prokurator, którego również w to wciągnę. A 
pana, panie baronie, proszę o to, aby pan tuż po trzeciej wyszedł na 
korytarz. Z uwagi na innych gości niech pan się zachowuje możliwie 
swobodnie, ale dyskretnie. Spotka pan tam 

background image

pannę Schlüter. Niech państwo chwilę porozmawiają, aż świadkowie 

zostaną wezwani do sali rozpraw. 

—  Zrobię,  jak  pan  sobie  życzy,  panie  doktorze!  Ze  względu  na 

pamięć mojego drogiego przyjaciela chętnie upoluję te dwie wstrętne 
baby i ich siostrzeńca, nicponia! A co potem z nimi będzie? 

— Tu muszę pozostawić Theo Brucknerowi. Gdyby pan prokurator 

przebywał tu z urzędu, Theo nie mógłby o niczym decydować, ale jako 
gość hotelu jest on tylko prawnikiem. Ale z pewnością zrobi wrażenie 
na tej trójce, i taki jest mój zamiar. A więc bardzo proszę, aby pan był 
punktualnie na korytarzu. 

— Rüdingerowi można wiele zarzucić, ale nie brak punktualności; tę 

Prusacy należycie mi wpoili. — Jeszcze krótkie, nerwowe uśmiechy z 
obu stron, po czym Kuno zbiegł na dół. 

W hallu o tej porze było spokojnie. Kuno zapukał krótko w okienko; 

Bella  natychmiast  je  otworzyła,  trochę  wzburzona,  trochę 
zarumieniona z przejęcia, i szepnęła mu, że pan prokurator czeka już w 
palarni. Kuno spojrzał przekornie na Thea, który stal za biurkiem, i dal 
Belli prztyczka w ładny nosek. 

— A gdzie jest Laura? Żeby nam znów nie urządziła polowania na 

sznycel. 

— Jest tutaj, u mnie, i nie wypuszczę jej, póki szef nie wróci już po 

wszystkim. 

—  Gdyby  któryś  z  gości  się  dopytywał,  niech  pani  odpowie 

swobodnie i beztrosko, że szef już wrócił. — Kuno skinął Belli głową, 
ścisnął pod pachą swą ważną teczkę i wszedł do palarni. Siedział tam 
prokurator,  rozparty  wygodnie  w  fotelu,  pogrążony  w  najnowszym 
numerze  swego  ulubionego  fachowego  pisma.  Kiedy  wszedł  Kuno, 
podniósł  głowę  i  powiedział  niedbale:  —  Ach,  to  pan,  panie  Kuno. 
Proszę  mi przynieść  kawę, czekam tu na kogoś, kto pragnie ze  mną 
porozmawiać. 

— Uśmieje się pan, panie prokuratorze, ale tego nie zrobię. — Kuno 

położył  teczkę  na  stole,,  usiadł  i  spojrzał  przyjaźnie  na  zdumionego 
prokuratora. — No i co pan na to? 

— Nie rozumiem pana. 
— Ciekaw jestem, co pan sądzi o mojej głupkowatej twarzy, panie 

prokuratorze? Pozwoli pan, że mu przypomnę. Jestem doktor Löbell. 

background image

— Kuno ukłonił się uprzejmie, po czym roześmiał się jowialnie. — 

Niech pan mi wybaczy to stwierdzenie, ale w tej chwili pańska twarz 
ma również głupkowaty wyraz. 

— Coś podobnego! Poskarżę się w biurze. — Prokurator zdawał się 

być zły. Wstał, ale Kuno zatrzymał go z uśmiechem. 

— Wszystko się zgadza, panie kolego. Kuno, który całkiem dobrze 

grał tu rolę szefa sali jadalnej, prywatnie jest adwokatem. Dobrze mnie 
pan rozpoznał. 

— O co panu chodzi? Uważam, że to wcale nie jest śmieszne. 
— Przybrałem tę postać w interesie mojego przyjaciela i pracodawcy, 

Thea  Brucknera,  aby  wykryć  troje  przestępców.  A  gdzie  jest 
powiedziane,  że  zawsze  trzeba  działać  ze  śmiertelną  powagą?  Tym 
razem postanowiłem spróbować na wesoło. 

Prokurator na powrót usiadł, złożył dłonie i zapytał rzeczowo: 
— A zatem, jak rozumiem, jest pan tu służbowo? 
—  Jak  najbardziej.  Musi  pan  przyznać,  że  jako  szef  sali  zamas-

kowałem  się  całkiem  nieźle.  —  Kuno  uśmiechnął  się  przyjaźnie  do 
sztywnego  mężczyzny.  —  Muszę  panu  powiedzieć,  że  nie  było  to 
wcale  takie  proste.  Mam  nadzieję,  że  pan  może  mi  wystawić  dobrą 
ocenę, panie kolego? 

— Niewątpliwie muszę. A skoro już sprawy tak się mają, powinie-

nem pana przeprosić za ten „głupkowaty wyraz twarzy". 

—  Ależ  ja  się  wcale  na  pana  nie  pogniewałem!  Bardzo  mnie  to 

ubawiło!  A  jeśli  moja  twarz  rzeczywiście  ma  głupkowaty  wyraz,  to 
mam  nadzieję,  że  ja  sam  taki  nie  jestem.  To  tyle  wstępu.  A  teraz 
poważnie do rzeczy, i proszę, aby zechciał mnie pan przez kwadrans 
posłuchać i nie odmawiać swej koleżeńskiej pomocy. 

— Oczywiście, jestem do pańskiej dyspozycji, drogi doktorze, o ile to 

nie będzie w sprzeczności z moim sumieniem. 

—  Nie  mam  co  do  tego  wątpliwości.  —  Kuno  wyciągnął  z  teczki 

cztery kopie testamentu i poprosił: — Zanim zapozna się pan z treścią 
tych dokumentów, proszę mi coś powiedzieć o tych miejscach. 

Prokurator powoli włożył na nos okulary, wziął do ręki egzemplarz 

Thea,  obejrzał  go  dokładnie,  następnie  trzymał  przez  chwilę  pod 
światło. — Uważam, że w tym dokumencie niewątpliwie poczyniono 
jakieś zmiany.    Wytarto jedne słowa, dopisano nowe, 

background image

a  niektóre  zastąpiono  innymi.  Czy  mogę  zobaczyć  jakiś  inny 

egzemplarz? 

—  Egzemplarz,  który  pan  właśnie  obejrzał,  to  odpis  testamentu 

hrabiego Beau de Marchell, który trójka jego spadkobierców przysłała 
Brucknerowi na Majorkę, gdzie wówczas przebywał. Trzy pozostałe, 
jednakowo brzmiące egzemplarze są w posiadaniu reszty spadkobier-
ców.  Zgodnie  z  kopią  testamentu  przeznaczoną  dla  Thea,  wszystkie 
cztery  osoby  są  równoprawnymi  spadkobiercami,  natomiast  trzy 
pozostałe  egzemplarze  są  całkiem  innej  treści.  Bardzo  proszę,  aby 
zechciał pan przyjrzeć się szczególnie dokładnie zaznaczonym przeze 
mnie miejscom. 

—  Do  diabła,  to  pachnie  lepszym  świństwem!  —  powiedział 

prokurator po jakimś czasie i położył trzy egzemplarze na stole. — A w 
jaki sposób zdobył pan te dokumenty? 

—  Ten  sfałszowany  dał  mi  mój  przyjaciel  Theo.  Trzy  pozostałe 

ukradłem dziś w nocy, przyznaję pokornie. 

— Patrzcie, patrzcie, wykroczenie obrońcy? 
—  Dla  dobra  sprawy.  —  Kuno  wytłumaczył  prokuratorowi  cel  i 

rezultat nocnej podróży do Stuttgartu, następnie ciągnął dalej: — Poza 
tym  muszę  przyznać,  że  mam  wielkie  szczęście;  spotkałem  tu 
mianowicie  świadka  z  czasów,  kiedy  jeszcze  żył  hrabia.  Prócz  tego 
pewna  kobieta  widziała,  jak  wczoraj  w  nocy  popełniono  tu  potrójną 
kradzież. 

— Czy mogę prosić o krótkie sprawozdanie? 
—  Panna  Edith  Schlüter  zauważyła  Egona  von  Hochheima,  siost-

rzeńca hrabin Beau de Marchell, jak ukradł klucze panny Ftirmer z jej 
biura.  Obserwowała  go  następnie,  jak  z  damskiego  salonu  skradł  z 
gabloty  cenne  przedmioty,  co  było  możliwe  dzięki  skradzionym 
kluczom; kilka godzin później zaś panna Schlüter widziała, jak Egon 
von Hochheim ukradł z walizki swojej ciotki, hrabiny Luizy, znaczną 
sumę pieniędzy. Myślę, że to panu wystarczy. 

— Choć nie ważyłbym się jeszcze ferować wyroku, już teraz jestem 

niemal  pewien,  że  za  to  wszystko  zebrałoby  się  kilka  lat  — 
odpowiedział prokurator z lekkim uśmiechem. 

— A za to tutaj, panie kolego? — Kuno, zirytowany wskazał palcem 

na sfałszowany testament. 

background image

—  To  nie  jest  prosty  przypadek,  ponieważ  łączą  się  tu  rozmaite 

wykroczenia. Ale to omówimy później. Jaką rolę wyznaczył pan mnie 
w tej całej sprawie? 

—  Chodzi  mi  tylko  o  to,  żeby  okazał  pan  pewne  zainteresowanie 

hrabinami. Myślę, że to wystarczy, żeby te babsztyle zaczęły się trząść 
jak galareta. 

—  Proszę  mną  rozporządzać  tak,  żeby  została  zachowana  moja 

prywatność. 

—  Będzie  pan  miał  do  odegrania  tylko  tę  jedną  rolę.  Prawie  nie 

dopuszczę pana do głosu, co na pewno będzie panu bardzo na rękę. 

—  Dobrze,  a  więc  czekam.  A  gdzie  się  właściwie  podziewa  ten 

Bruckner, z którego powodu całe to zamieszanie? 

Kuno wskazał palcem za plecy adwokata; w biurze widać było Bellę i 

Thea,  którego  jednak  trudno  było  rozpoznać.  Prokurator  spojrzał  w 
tamtą stronę, wzruszył ramionami i powiedział: — Tam siedzi ta ładna 
sekretarka i, jak mi się wydaje, szef kuchni. 

—  Oboje  jednakowo  lubię  —  Kuno  zmrużył  oko.  —  Jeśli  pan  się 

przyjrzy dokładnie, panie kolego, stwierdzi pan, że szef kuchni nie ma 
już brody, a szef hotelu już się odnalazł. 

— Do diabła, jeszcze i to! Ale przedstawienie! Niech mi pan powie, 

kto w nim jeszcze gra? 

—  Nikt  więcej.  O  wszystkim  poinformowany  jest  tylko  baron 

Rüdinger,  który  przejrzał  nas  już  kilka  dni  temu;  panna  Schlüter 
oczywiście  również  się  we  wszystkim  orientuje.  Ale  bardzo  pana 
proszę, aby pan tymczasem powstrzymał się od powitania szefa. Nie 
wiem,  czy  Egon  von  Hochheim  gdzieś  się  nie  czai.  Chłopak  jest 
przebiegły  i  natychmiast  ucieknie,  jeśli  się  zlęknie  najmniejszego 
choćby podejrzenia. 

background image

XIII 
 
Bella zatelefonowała do pokoju hrabin i oznajmiła, iż pan Kuno prosi 

uprzejmie, aby mógł podać kawę pół godziny później, na co Adelajda 
wyraziła łaskawie zgodę, chichocząc przy tym głupkowato: 

— Ach, nic nie szkodzi, tylko proszę, niech pani powie panu Kunowi, 

żeby mi przyniósł trochę ciasteczek, ładnych i bardzo słodkich! 

— Oczywiście załatwię to, pani hrabino. — Bella odłożyła słuchawkę 

i spojrzała wystraszona na Thea, który stanął za nią, aby posłuchać. 

— O Boże, serce niemal podchodzi mi do gardła! 
— Jaka szkoda, że nie mogę śledzić całej jego drogi! Ale dlaczego się 

boisz? 

—  Drogi  Theo,  wiemy  przecież  oboje,  co  tu  się  rozegra  w  ciągu 

najbliższej godziny. Ty też jesteś zdenerwowany. Spojrzała na niego 
zalękniona. 

Theo  potrząsnął  głową  z  uśmiechem  i  mruknął  trochę  gniewnym 

tonem: — W każdym razie od jutra wokół tej szklanej skrzyni zawiesi 
się zasłonę. 

— A po co? — Bella nie nadążała myślami za rozmową. 
— Żeby z. zewnątrz nie było widać, jak będę cię trzymał w ramio-

nach, jak będę cię całował albo śledził drogę twego bijącego serca. 

— Theo, teraz? 
— Nie, jutro! 
— Chodzi o to, jak możesz teraz mówić takie rzeczy! 
— Skąd mogę wiedzieć, czy jutro będą mi sprawiały tyle radości? A 

teraz usiądź przy biurku, a ja odwrócę się plecami do hallu, aby mnie 

background image

nikt  nie  rozpoznał.  I  posłuchaj  spokojnie,  co  ci  powiem.  Jeśli  się 

wszystko nie powiedzie tak, jak byśmy  chcieli,  wówczas  spakujemy 
manatki.  Twój  ukochany  Theo  nie  jest  w  końcu  jakimś  nędznym 
wędrowcem;  najpierw  pojedziemy  do  moich  przyszłych  teściów,  do 
Glottertal — być może, znajdą jakieś miejsce dla bezrobotnego szefa 
kuchni. W Schwarzwaldzie również brak jest rąk do pracy, i to byłby 
mój  atut.  Mamy  siebie  i  naszą  miłość;  czego  nam  więcej  potrzeba 
prócz pracy, gdyby tu miało się nie udać? 

— A jeśli wszystko pójdzie po myśli twojej i Kuna? 
— Wówczas twoi rodzice przyjadą tu na ślub. To chyba oczywiste. A 

więc się nie denerwuj, jakoś to będzie. Za godzinę lub dwie stanie się 
jasne, kto musi pakować manatki. 

— Och, Theo! — Bella ujęła go mocno za rękę, skinęła mu serdecznie 

głową. Właśnie Kuno zapukał w szybkę i poprosił, aby mógł zajrzeć do 
środka.  Bella  jak  zwykle  podniosła  okienko  do  góry  i  popatrzyła  na 
niego wielkimi oczami. Kuno pochylił się i rzekł półgłosem: 

— Proszę się nie denerwować. Kiedy obaj z prokuratorem pójdziemy 

na górę, niech Theo natychmiast zamknie główne drzwi. Goście mogą 
wychodzić przez taras. Fntz niech stanie przy wejściu na dziedziniec i 
w żadnym razie niech nie wypuszcza Egona von Hochheima, gdyby 
ten miał ochotę wyjść. Theo ma przyjść na górę, gdy go zawołam. A 
teraz koniec, i nie tracić nerwów. Pomyślcie o gościach! Proszę mi dać 
zapasowe klucze do pokojów 14 i 15. 

Skinął Belli głową, zamknął okienko i poszedł na górę, rozmawiając 

po drodze żywo z prokuratorem. Spotkała ich Betty von Wiesengrün. 
Kuno  rzekł  do  niej  bardzo  uprzejmie:  —  Panna  Hinner  prosi,  aby 
łaskawa pani przyszła za pól godziny do niej, do biura. Będzie bardzo 
rada wypić z łaskawą panią popołudniową herbatę. 

— Co za miłe zaproszenie! Chętnie z niego skorzystam. Zrobię tylko 

mały spacerek, a potem na herbatę. 

— Po co to? — zapytał prokurator. 
— Żeby Bella nie była sama, kiedy na górze będą się działy szalone 

rzeczy. 

Nie padło już między nimi ani jedno słowo. Przed pokojem 14 Kuno 

przystanął,  spróbował  ostrożnie,  czy  przyniesiony  klucz  pasuje,  i 
błyskawicznie go przekręcił. Pułapka się zatrzasnęła. 

background image

To samo zrobił z pokojem 15; Adelajda wprawdzie zamknęła drzwi 

od  wewnątrz,  ale  wyjęła  klucz,  wobec  tego  Kuno  mógł  zatrzasnąć 
następną  pułapkę.  Prokurator  śledził  uważnie  te  poczynania.  Kuno 
następnie  zapukał  do  pokoju  16  i  natychmiast  rozległo  się  życzliwe 
„Proszę!" Wszedł, dając jednocześnie znak swemu towarzyszowi, aby 
wszedł z nim. 

Luiza  spojrzała  zdumiona  w  górę,  ale  Kuno  natychmiast  skinął  jej 

poufale i szepnął znacząco: — On chce także zgłosić skargę. 

—  To  dobrze,  że  myśli  pan  również  o  takich  sprawach,  mój  drogi 

panie  Kuno.  Czy  mogę  prosić,  aby  pan  łaskawie  usiadł!  Proszę 
wybaczyć, że moja siostra jest nieobecna, musi trochę odpocząć. Ale 
poproszę mojego siostrzeńca, wtedy sobie porozmawiamy. — Wstała, 
poszła  do  pokoju obok,  skinęła  na  Egona,  który  podniósł  oczy  znad 
gazety,  i  szepnęła:  —  Kuno  przyszedł,  przyprowadził  prokuratora, 
który chce złożyć skargę. To może być dla nas bardzo cenne. A więc 
przyjdź do mojego pokoju. 

Egon skinął głową. Luiza wróciła do swojego pokoju. Ponieważ Egon 

miał  cały  czas  nieczyste  sumienie,  wziął  klucz  ze  stołu;  chciał 
otworzyć drzwi wyjściowe i stwierdził, że to niemożliwe. Do diabła, 
chyba  któraś  pokojówka  zostawiła  klucz  w  zamku!  No,  już  on  tu 
zaprowadzi porządek! Przechodząc przez pokój, chwycił szybko z noc-
nego  stolika  klucz  Adelajdy,  która  smacznie  chrapała.  Przynajmniej 
jedne  drzwi  będzie  mógł  otworzyć,  jeśli  znudzi  mu  się  u  Luizy.  Z 
kluczem w ręce wszedł do pokoju ciotki, gdzie trwała już ożywiona 
rozmowa. Luiza miała policzki czerwone ze zdenerwowania, bowiem 
Kuno bardzo pomstował na zaniedbane gospodarstwo. Pan prokurator 
uśmiechał się tylko nieprzyjemnie poruszony, ale nic nie mówił. 

—  Dobrze,  że  przyszedłeś,  Egonie!  Dowiedziałam  się  właśnie 

niesamowitych  rzeczy  i  stwierdzam,  że  koniecznie  trzeba  tu  prze-
prowadzić surową kontrolę ksiąg. 

Egon  machnął  ręką  wytwornie.  —  Cioteczko,  tylko  nie  tak  ostro, 

dopóki  nie  wiemy  wszystkiego  dokładnie!  Nie  denerwuj  się, 
najdroższa. — Usiadł obok ciotki, a Kunowi na chwilę zaparło dech w 
piersi. 

— Hrabino, z obowiązku zawodowego muszę pani zwrócić uwagę, że 

nieuzasadnione  podejrzenie,  jeśli  się  je  wypowiada,  może  mieć 
nieprzyjemne skutki — wtrącił prokurator, wyraźnie bezosobowo. 

background image

—  Może,  panie  prokuratorze!  Ale  my  mamy  pełnomocnictwa 

naszego drogiego wuja, które bezsprzecznie uzasadniają nasze prawo 
do sprzeciwu i wyrażania opinii. Ale proszę dalej, panie Kuno! Niech 
pan  się  nie  obawia,  że  zdradzę  pańskie  nazwisko.  Może  pan  być 
pewien, że cała nasza trójka spadkobierców postara się o to, aby miał 
pan tu jak najlepszą pozycję. 

Kuno przełknął te awanse. 
— Serdecznie dziękuję pani za łaskawą ofertę, ale jestem zadowolony 

z mojej dotychczasowej pozycji. 

— Dlaczego tak skromnie, panie Kuno? 
—  Od  tej  chwili  proszę,  aby  państwo  zwracali  się  do  mnie  moim 

właściwym  nazwiskiem  i  wszystkimi  tytułami.  Jestem  doktor  Kuno 
Lóbell, adwokat, i zostałem poproszony przez mojego przyjaciela Thea 
Brucknera  o  zbadanie  niejasności  zawartych  w  czterech  odpisach 
testamentu. — Chwila przerwy, po czym Egon wybiegł do sąsiedniego 
pokoju, ale Kuno poszedł spokojnie za nim. — Nic z tego, panie von 
Hochheim,  wszystkie  drzwi  są  zamknięte  od  zewnątrz.  Niech  pan 
natychmiast wraca albo uznam pańską ucieczkę za przyznanie się do 
winy. 

— Do czego? 
—  Do  sfałszowania  egzemplarza  testamentu,  które  nastąpiło  za 

pańską wiedzą! — Z tymi słowami Kuno położył na stole przed Luizą 
egzemplarz Thea, prokurator zaś wciąż trwał przy nim w bezruchu. 

— To zwykły świstek! — warknęła hrabina Luiza. — Niech go pan 

zabierze! Nic nas nie obchodzi! To, że jest pan adwokatem kanciarza, 
to  pańska  sprawa,  nie  nasza.  Nasz  punkt  widzenia  jest  jasno  i 
przejrzyście  ustalony  w  naszych  egzemplarzach  testamentu.  Nie  jest 
pan  w  stanie  stwierdzić,  że  przedstawiono  panu  potężny  falsyfikat, 
ponieważ nie zna pan podpisu mojego wuja. Niestety, nie mogę panu 
teraz pokazać owego podpisu, ponieważ nasze dokumenty znajdują się 
w sejfie, w naszym prywatnym mieszkaniu w Stuttgarcie. 

— Leżały, hrabino; pozwoliłem sobie je tu przywieźć, aby oszczędzić 

pani  drogi.  —  Niemal  pedantycznymi  ruchami  Kuno  rozłożył  trzy 
pozostałe  egzemplarze  przed  Luizą,  musiał  jednak  natychmiast  się 
zerwać, aby przeszkodzić Egonowi, który chciał je podrzeć i zniszczyć. 
— Niech pan to zostawi! To tylko pogorszy pańską sytuację. Prosiłem 

background image

pana prokuratora, aby ocenił niezgodność czterech egzemplarzy tes-

tamentu.  Nie  mógłbym  sobie  wymarzyć  bardziej  kompetentnego 
świadka.  Pan  prokurator  potwierdzi  wam  również  to,  że  na 
egzemplarzu Thea Brucknera dokonano fałszerstwa na waszą korzyść 
w  sposób  niemal  dziecinny.  Niech  pan  milczy,  dopóki  nie  ma  tu 
najważniejszej osoby. 

—  Chwycił  za  telefon  i  powiedział  tylko:  —  Niech  natychmiast 

przyjdzie! — Odłożył słuchawkę i usiadł. 

—  Co  za  przedstawienie!  To  bezczelność,  że  pan  występuje  tu  w 

interesie swojego pracodawcy, który wałęsa się gdzieś po świecie, nie 
troszcząc się o firmę, która przez to przynosi nam straty. 

— Radziłbym pani, hrabino — powiedział prokurator — żeby pani 

spróbowała  tę  bardzo  dla  pani  nieprzyjemną  sprawę  jakoś  uporząd-
kować.  —  W  jego  głosie  było  coś,  co  kazało  Luizie  zamilknąć.  Nie 
wymieniła  nawet  spojrzenia  ze  swoim  siostrzeńcem,  który  wyraźnie 
pobladł. Nagle, niczym w jakiejś żałosnej farsie, ukazała się Adelajda, 
z  rozwianym  włosem,  okryta  staromodną  lizeską,  w  kapciach  na 
gołych nogach, Kiedy ujrzała zebranych, zapiszczała: 

— O, Luizo, mamy gości! Mogłaś mi powiedzieć! Jak ja wyglądam! 

Ale za chwilę wrócę — zapewniła obu panów pocieszającym tonem 

— tylko się ogarnę. — Zachichotała i zniknęła. Zanim Luiza zdążyła 

zareagować, otworzyły się drzwi jej pokoju i wszedł Theo w towarzy-
stwie  Edith.  Luiza  wstała  z  fotela,  spoglądając  na  Thea  bez  tchu, 
następnie znów usiadła, nie zaszczyciwszy go więcej spojrzeniem ani 
słowem. Fuknęła za to na Edith: — A pani co tu robi? Widzi pani, że 
mam gości. Pani zachowanie jest wysoce nietaktowne. 

— Moją obecność tu wyjaśni pan doktor Lóbell, hrabino.  —  Edith 

poszła wolnym krokiem do rogu pokoju i tam spokojnie stanęła. 

— Panna Schlüter zgodziła się być świadkiem w mojej sprawie 
— odpowiedział Theo, nie patrząc na ciotkę ani na Egona. — Wasze 

zachowanie  wobec  mnie  skłoniło  mnie  do  tego,  abym  zlecił  obronę 
moich  interesów  panu  doktorowi  Lóbellowi.  —  Mówiąc  te  słowa, 
Theo powstrzymał się przed spojrzeniem na krewnych. Popatrzył przez 
chwilę na Kuna, który kiwnął mu głową z aprobatą, i ciągnął dalej: — 
Od początku wasze niewłaściwe, aroganckie zachowanie wobec mnie 
zatruwało mi życie i utrudniało wykonywanie w tym domu pracy, jaką 
powierzył mi mój wuj. Przypadkiem wziąłem pół roku temu do ręki 

background image

odpis  testamentu,  który  przysłaliście  mi  na  Majorkę,  i  dopiero 

wówczas  poznałem,  że  w  tekście  ktoś  robił  poprawki.  To  byłoby 
właściwie  wszystko,  co  mam  do  powiedzenia.  —  Theo  usiadł  na 
krześle, jak gdyby był bardzo zmęczony, podparł twarz dłońmi i śledził 
uważnie dalszy przebieg akcji. 

—  To  niesłychane!  Mój  siostrzeniec  ośmiela  się  posądzać  nas  o 

sfałszowanie testamentu! Adelajdo, czy słyszysz? 

—  Słyszę,  najdroższa,  słyszę!  Och,  jacy  ludzie  potrafią  być  podli! 

Coś okropnego! A ja uważałam pana dotąd za miłego człowieka, panie 
Kuno. 

— Zamilknij, siadaj i lepiej się nie odzywaj! A teraz wróćmy do pana, 

panie  doktorze.  Najpierw  pytanie:  czy  pan  ukradł  nasze  testamenty? 
Chyba pan wie, że to przestępstwo? 

Zanim  Kuno  mógł  znów  zaczerpnąć  powietrza,  prokurator  powie-

dział: — Jest to działanie w obronie interesów klienta, ponieważ pan 
mecenas  chciał  na  razie  uniknąć  włączania  w  sprawę  policji 
kryminalnej. — Zapanowała cisza, potem Luiza znów wysapała: 

—  Jak  pan,  do  diabła,  dostał  się  do  naszego  mieszkania?  W  jaki 

sposób zdobył pan klucze? 

Niemal rozbawiony Kuno odpowiedział: — Bardzo prosto, hrabino. 

Kiedy  pani  piła  swoją  popołudniową  kawę,  wszedłem  na  górę,  po-
szukałem chwilę i znalazłem klucze. Zabrałem je, pojechałem w nocy 
do Stuttgartu, gdzie miałem szczęście, ponieważ waszego portiera nie 
było  chwilowo  na  posterunku.  Pani  nazwisko  zaś  było  wypisane 
wyraźnie dużymi literami na tabliczce. Otworzyłem szybko drzwi, od 
razu  znalazłem  kontakt  i  wszedłem  do  środka.  A  ponieważ  sejfów 
należy zawsze szukać pod obrazami, tak też zrobiłem i znalazłem, co 
mi było potrzebne, A oto dowód: trzy leżące przed panią dokumenty! 
Wróciłem  w  nocy  i  wpadłem  na  pomysł,  który  z  pewnością  i  panią 
rozbawił — żeby na rogach kamiennego jelenia powiesić klucze, które 
pani  z  pewnością  uznała  już  za  zaginione.  W  końcu  był  to  rodzaj 
trofeum,  a  my  znajdujemy  się  przecież  w  „Hotelu  Myśliwskim".  To 
byłoby wszystko. Ale teraz nie chciałbym, aby panna Schlüter dłużej 
czekała.  Czy  mogę  panią  prosić  o  przedstawienie  nam  swoich 
obserwacji dotyczących tych trzech osób. — Kuno podszedł do Edith, 
przyprowadził ją do fotela, gdzie siedział blady Egon, który stawał się 
coraz bardziej blady. 

background image

—  Niech  pan  wstanie,  ulubieńcu  bogów.  Trochę  szybciej,  bo  będę 

musiał panu pomóc. — Egon wstał i nagle cały blichtr zaczął z niego 
opadać, w miarę jak Edith mówiła, co zaobserwowała. Również Theo 
podniósł głowę, ponieważ to wszystko było dla niego nowością: widać 
było  po  nim,  że  z  trudem  się  powstrzymuje,  aby  nie  zaatakować 
kuzyna. 

Tragiczny widok przedstawiała Luiza, która najpierw popatrzyła na 

siostrzeńca, a potem skuliła się, jakby nie chciała niczego słyszeć. Ale 
kiedy  Edith  opowiedziała  do  końca,  co  usłyszała  i  zobaczyła,  Luiza 
podniosła się nadspodziewanie szybko i uderzyła pięknego Egona w 
lewy i prawy policzek. 

—  Dziękuję  pani,  panno  Edith.  Chwilowo  nie  będę  pani  dłużej 

zatrzymywał — rzekł Kuno. — Czy może pani z łaski swojej poprosić 
tu jeszcze pana barona Rüdingera? — Edith skinęła tylko w milczeniu 
głową;  pobladła  podczas  swej  relacji.  Przechodząc  położyła  Bruck-
nerowi dłoń na ramieniu i powiedziała cicho: 

— Pójdę do Belli, na pewno się denerwuje. 
—  Dziękuję  i  proszę  ją  pozdrowić  —  padła  krótka,  spokojna 

odpowiedź. 

Ale teraz Luiza znów się ożywiła. Zapytała krótko Kuna: — A po co 

tu ten stary dureń baron? Może także jako świadek? 

—  Oczywiście.  Myśli  pani,  że  przystąpiłem  do  bitwy  bez  wystar-

czającej ilości broni? Widzi pani tutaj te listy, które również znalazłem 
w  pani  sejfie?  Są  to  listy  zmarłego  hrabiego  Beau  de  Marchell,  w 
których  wypomina  pani,  pani  siostrze  i  Egonowi  von  Hochheimowi 
całą litanię grzechów. Na ten temat hrabia Beau de Marchell rozmawiał 
przed laty z baronem Rüdingerem. Starszy pan to zaświadczy i będzie 
to  jeszcze  jedno  potwierdzenie  prawdziwości  owych  trzech  odpisów 
ostatniej woli zmarłego hrabiego, w której panią, pani siostrę i Egona 
von  Hochheima  wyklucza  ze  spadku.  Starszy  pan  zapewne  nie 
przypuszczał,  że  wskutek  prostego  doboru  słów  użytych  w  ostatniej 
woli  ułatwi  państwu  jej  sfałszowanie.  Musieliście  bardzo  niewiele 
zmienić, wydrapać i dopisać. — W tej chwili do pokoju wszedł baron i 
powitał Thea, Kuna i prokuratora, na innych nawet nie patrząc. 

—  Jestem,  panie  doktorze!  Niech  pan  pyta,  co  pan  chce  ode  mnie 

wiedzieć,  ale  potem  proszę  mnie  jak  najszybciej  stąd  wypuścić, 
ponieważ 

background image

niezbyt  mi  odpowiada  tutejsze  powietrze.  —  Uśmiechnął  się  pod 

wąsem: — Wie pan, Shalimar jest znacznie przyjemniejszy. 

Szybko,  fachowo  i  jasno  Kuno  zadawał  pytania  baronowi,  który 

niemal  dosłownie  powtórzył  rozmowę  ze  zmarłym  przyjacielem, 
hrabią  Beau  de  Marchell.  W  rozmowie  tej  hrabia  skarżył  się  na 
nieczułość,  zakłamanie  całej  trójki,  sprzeniewierzenia  i  odkrytą 
kradzież. 

—  No  tak,  panie  doktorze,  to  byłoby  wszystko,  co  mam  do 

powiedzenia. Mogę już odejść? 

—  Bardzo  panu  dziękuję,  baronie.  Oczywiście,  nie  jest  mi  już  pan 

potrzebny. — Po czym Theo otworzył baronowi uprzejmie drzwi, a ten 
mu  szepnął:  —Nie  podoba  mi  się  ten  interes,  mój  drogi.  Niech  pan 
zrobi wszystko, aby to jakoś załatwić, nie wywołując skandalu. —Theo 
tylko skinął mu w milczeniu. Zanim Kuno zaczął dalej mówić, wstał 
prokurator i powiedział: — Uważam, że moja obecność tu również nie 
jest już konieczna, panie kolego. 

— Myślę, że mogę się z panem zgodzić, i również panu dziękuję. Już 

stojąc w drzwiach, prokurator odwrócił się jeszcze i powiedział 

swym chłodnym, spokojnym tonem: — Jeszcze jedno, panie kolego, 

chciałbym  zaproponować,  aby  pan  tak  wszystko  urządził,  żebyśmy 
wszyscy  nie  musieli  stawać  naprzeciw  siebie  w  sali  sądowej.  Bo 
mogłoby  to  zrobić  złe  wrażenie.  Rozumie  pan,  że  jesteśmy  tu  tylko 
jako  osoby  prywatne.  —  Skinął  głową  Kunowi  i  Brucknerowi  i 
wyszedł. 

W pokoju Luizy zapadła cisza. Kuno złożył dokumenty, schował je 

do teczki  i cofnął  się.  —  Theo. teraz ty zdecyduj, jak  ma być dalej. 
Jestem zdania, że powinienem być przy tym. 

Theo stanął teraz w całej okazałości przed trójką krewnych, którzy 

patrzyli  na  niego  pełni  nienawiści,  a  jednocześnie  wystraszeni.  Na 
szczęście nagie wyzwoliła się wesołość Thea. Roześmiał się głośno i 
szczerze, wziął się pod boki, spojrzał na trójkę krewnych i oświadczył: 

—  Jesteście  najnędzniejsze  bestie,  jakie  znam.  Przez  całe  życie 

spełniałem  wobec  was  pańszczyznę,  byłem  zdany  na  waszą  łaskę, 
pozwalałem się wam szykanować. Zarozumiała hołota! A tymczasem 
pan kuzyn dalej nas okradał, aż wkrótce zostałyby gołe mury pałacu. 
Ty nędzny łajdaku! Masz szczęście, że nie mogę cię pobić, choć ręce 
mnie świerzbią, żeby to zrobić! 

background image

Kuno stanął koło Thea, położył mu rękę na ramieniu i upomniał go: 

— Pomyśl o ostatnich słowach prokuratora. Zostaw nam zastanawianie 
się, jak ukręcić łeb całej sprawie. Nie będzie to łatwe, ale widzę drogę, 
która  umożliwi  ci  załatwienie  wszystkiego  bez  wywoływania 
skandalu. Czy mogę coś zaproponować? 

Theo skinął tylko głową, a Kuno wziął do ręki kartkę, na której miał 

swoje notatki. 

—  Warunkiem  mojej  propozycji  jest  oczywiście  zgoda  pana 

Brucknera.  Powinien  on  unikać  wszelkiego  skandalu  ze  względu  na 
czcigodną pamięć ostatniego hrabiego Beau de Marchell. Ale najpierw 
podkreślam z całą stanowczością: jeśli państwo nie zaakceptują moich 
propozycji, zostanie złożona przeciwko wam skarga do sądu. Hrabina 
Adelajda z pewnością będzie ponosiła niewielką odpowiedzialność za 
wasze działania, ale pani, hrabino Luizo, i Egonowi Hochheimowi sąd 
może  wymierzyć  wysokie  kary.  A  więc  proszę  mnie  uważnie 
wysłuchać: mój zleceniodawca, Theo Bruckner, będzie wypłacał obu 
hrabinom dożywotnią rentę, której wysokość później ustalimy. Egon 
von Hochheim otrzyma tylko sumę, która umożliwi mu wyjazd jeszcze 
dziś  za  granicę.  A  jeśli  kiedykolwiek  przekroczy  znów  granice 
Niemiec, będzie mu groziło więzienie. Hrabinom zabrania się raz na 
zawsze  wstępu  do  ,,Hotelu  Myśliwskiego".  Wszelka  korespondencja 
między  państwem  będzie  się  odbywała  za  moim  pośrednictwem  — 
nigdy wprost do pana Brucknera. Jeszcze dziś obie opuścicie ten dom. 
Samochód pozostanie tutaj; odtąd nie macie już do niego prawa. Egon 
von Hochheim przed wyjazdem zwróci skradzione przedmioty. Jeśli to 
nie nastąpi, musi się liczyć z urzędową rewizją. Czy wszystko jasne? 

— Ile? — Luiza nie mogła nic więcej wykrztusić; nawet to pytanie 

przyszło jej z trudem. 

—  Theo  Bruckner  określi  kwotę,  która  będzie  przeznaczona  dla 

hrabin. 

—  Sześćset  marek  miesięcznie  dla  każdej  —  odpowiedział  Theo 

spokojnie. 

— A ile przeznaczasz na podróż Egona za granicę? 
—  Czterysta  marek,  i  ani  grosza  więcej.  —  Theo  odwrócił  się  i 

zapytał: — Mogę już iść? Mierzi mnie to wszystko. 

background image

—  Teraz  chciałbym  jeszcze  tylko  wezwać  na  chwilę  barona,  żeby 

wszystko  było  w  porządku  —  rzekł  Kuno.  —  Czy  panie  hrabiny 
przyjmują warunki? 

— A cóż nam innego pozostaje, jak przyjąć tę nędzną jałmużnę? — 

Luiza  stała  się  z  powrotem  bezczelna  i  arogancka.  Ale  Kuno,  który 
właśnie chciał zamknąć swoją teczkę, spojrzał na nią ze złością. 

— Czy  chce pani  doprowadzić do tego, że zostanie wam  odebrana 

część  zysków  z  hotelu,  której  nieprawnie  żądaliście  po  śmierci 
hrabiego?  Uzbierałaby  się  tego  niezła  sumka.  Wydaje  się,  że  pani 
wciąż jeszcze nie pojęła, iż wszyscy troje jesteście przestępcami.  — 
Kuno  nie  spojrzał  nawet  na  nią,  kiwnął  tylko  głową  przyjacielowi, 
który właśnie chciał wyjść z pokoju. — Poczekaj, aż przyjdzie baron, 
wtedy będziesz mógł iść.  — Podniósł słuchawkę, wykręcił numer, a 
kiedy zgłosiła się Bella, powiedział: — Proszę, aby pan baron jeszcze 
raz tu przyszedł. 

— Tak. Och, panie Kuno, jak się ma Theo? — jęknęła Bella. 
— Zaraz wróci, już koniec! 
Potem zrobiło się  cicho, przerażająco cicho, aż znów wszedł baron 

Rüdinger. 

— Powiedziano mi, że chce pan jeszcze raz ze mną rozmawiać? 
— Drogi baronie, chodzi tylko o to, aby pan był przy tym, jak będę 

szukał  w  pokoju  Egona  Hochheima  rozmaitych  ładnych,  małych 
przedmiotów, które zniknęły z gablot hotelowych. Powodzenia, Theo, 
niedługo  wrócę.  —  Potem  Kuno  wyciągnął  ładny,  niezbyt  duży 
rewolwer  i  popchnął  nim  Egona  do  jego  pokoju.  Wystraszony  jak 
szczur,  który  czuje  silniejszego  przeciwnika,  Egon  szedł  przed  nim, 
następnie rozłożył na stole rozmaite „znaleziska". — Czy to wszystko? 

— W tym roku tak — padła bezczelna odpowiedź. 
— A w latach ubiegłych? 
Egon wzruszył niedbale ramionami. — Czy uważa pan, że obciążał-

bym się takimi dowodami? Wszystko sprzedane, panie doktorze. Ale 
jedno  chciałbym  panu  jeszcze  powiedzieć:  jestem  panu  niemal 
wdzięczny za to, że wściubił pan nos w nasze sprawy. Wreszcie mogę 
się  uwolnić  od  tych  wstrętnych,  starych  pudeł.  I  niech  pan  będzie 
pewny jednego: nie wyjeżdżam za granicę jako biedak. 

—  Zdziwiłbym  się,  gdyby  było  inaczej,  przeklęty  łotrze!  —  Kuno 

omal nie wybuchnął śmiechem z powodu cynizmu, który piękny Egon 

background image

tak szczerze i swobodnie objawił. — A więc jazda, pakować manatki! 

Pan ma wyjechać jako pierwszy. Pieniądze otrzyma pan na dole, u pani 
Hirmer,  a  potem  precz  stąd!  I  nie  zapominać,  że  jeśli  jeszcze  jutro 
będzie pan w kraju albo przyjdzie panu do głowy wracać, zostanie pan 
natychmiast aresztowany. 

— Uważa mnie pan za głupca? To mnie obraża. 
Potrząsając głową Kuno obserwował, jak Egon pakuje swoje walizki. 

Nie zapomniał o niczym; z bezwstydnym uśmiechem zabrał nawet z 
umywalki  kawałek  hotelowego  mydła:  —  Czy  to  można  wiedzieć? 
Mydło też kosztuje. 

Kuno  machnął  tylko  ręką  w  stronę  drzwi,  zamknął  je  i  nie-

postrzeżenie kierując broń na Egona, poprowadził go po schodach na 
dół. Egon zapukał do okienka, Bella natychmiast mu otworzyła, blada i 
roztrzęsiona.  Egon  powiedział  tylko  krótko:  —  Wypłacić  czterysta 
marek!  —  Bella  spełniła  ten  rozkaz  niemal  jak  automat;  odliczyła 
pieniądze, które Egon natychmiast schował. Następnie w towarzystwie 
Kuna  wyszedł  przez  wahadłowe  drzwi.  —  Za  kwadrans  odchodzi 
autobus na dworzec: niech pan się pospieszy, jasne? 

— Mógłby się pokazać służący, kiedy goście odjeżdżają. 
—  Niestety,  zajęty  jest  rozpalaniem  w  piecu:  musi  przygotować 

ciepłą wodę dla przyzwoitych ludzi. 

— Szkoda, bo nie lubię nosić walizek. 
— Można się do tego przyzwyczaić, zapewniam pana. 
Kuno poczekał, aż Egon ze swymi bagażami zniknął za bramą parku. 

Potem  zawołał  do  Belli.  aby  przysłała  mu  do  pokoju  hrabiny  starą 
Bertę. Sam znów udał się na górę i zastał tam dość zabawną sytuację: 
baron mianowicie stał ze starym parasolem w ręce naprzeciw hrabin, 
które przyglądały mu się z nienawiścią. 

— Dzięki bogu. że pan wrócił, bo już  mi ręka  omdlała. Czy  mogę 

odejść? Uważam, że gdzie indziej jest znacznie przyjemniej. 

— Dziękuję, baronie! Nie jest mi pan już potrzebny. 
Baron  Rüdinger  zniknął,  a  zaraz  potem  weszła  stara,  wierna  Berta. 

Natychmiast zawołała do Kuna: 

—  Tylko  proszę  szybko!  Muszę  przygotować  kolację,  bo  teraz 

zniknął szef kuchni. 

background image

— Chciałbym tylko, aby pani pomogła hrabinom spakować walizki. 

Te  damy  pragną  jak  najprędzej  stąd  wyjechać.  Muszą  koniecznie 
zdążyć na pociąg o piątej. 

— No to dalej, hrabiny! Bo czas potężnie nagli! — Wierna dusza o 

nic  nie  pytała,  nic  nie  powiedziała,  wyciągnęła  tylko  wszystkie 
manatki z szuflad i szaf, zdjęła z szafy walizki i zanim siostry zdążyły 
coś powiedzieć, raz-dwa wszystko było spakowane. Po czym wzięła do 
rąk ich płaszcze i wszystko było gotowe. Berta zadzwoniła energicznie 
na  służącego.  Niemal  natychmiast  zjawił  się  Fritz,  jak  gdyby 
przeczuwał, że czeka na niego praca; wziął walizki i powiedział któtko: 
— Do auta czy do najbliższego autobusu? 

— Do autobusu, hrabiny nie życzą sobie jechać samochodem. 
— To lepiej. — I wyszedł, a Luiza i Adelajda za nim; jeszcze niczego 

po  sobie  nie  pokazywały.  Kuno  szedł  obok  nich  niczym  pogromca, 
poważny  i  bezlitosny.  Dokładnie  tak  samo  jak  uprzednio  Egona, 
odprowadził  damy  do  drzwi,  minął  jelenie  i  poszedł  z  hrabinami  do 
bramy parku, gdzie Fritz postawił walizki i zapytał: — Mam czekać, aż 
przyjedzie autobus? 

—  Nie  ma  takiej  potrzeby;  hrabiny  pragną  być  wreszcie  same.  — 

Odwrócił się i zostawił je. 

* ** 
Kiedy Theo opuścił pokój na górze i przechodził obok biura, zawołał 

tylko do Belli: — Będę w moim dawnym pokoju, przyjdź do mnie, jak 
będziesz mogła! 

Bella była blada i bardzo poważna. Skinęła tylko głową; musiała się 

zająć gośćmi i z wielkim trudem przychodziło jej koncentrowanie się. 
Betty von Wiesengrün wkrótce wyszła od niej, ponieważ zauważyła, 
że dziewczyna jest bardzo zdenerwowana. Uprzejmie oświadczyła, że 
jeśli  Bella  sobie  życzy,  przyjdzie  do  niej  nazajutrz.  Zdenerwowana 
Bella  położyła  dłonie  na  ramionach  Betty,  pocałowała  ją  w  chudy 
policzek i powiedziała niepewnym tonem: — Pro- 

background image

szę  się  na  mnie  nie  gniewać,  ale  myślę,  że  jutro  będę  mogła  pani 

wszystko wytłumaczyć. 

Wkrótce potem przyszła Edith. Miała jej coś ważnego do powiedze-

nia i usiadła obok. 

Stopniowo robiło się spokojnie. Egon wyjechał, a pół godziny po nim 

hrabiny.  Każdą  osobę  Bella  odprowadzała  wystraszonym  wzrokiem. 
Kiedy już wszyscy przeszli, poprosiła Edith: 

— Najdroższa, proszę, aby pani mnie przez chwilę zastąpiła; muszę 

pójść do szefa. 

—  Niech  pani  idzie  jak  najszybciej,  ale  niech  pani  się  zbytnio  nie 

spieszy  z  powrotem!  Poradzę  sobie  jako  pani  zastępczyni.  Tylko  że 
sytuacja się zmieniła. Czy mam przekazywać gościom radosną nowinę, 
że szef się odnalazł? 

— O, tak, i proszę od razu dodawać, że teraz zniknął szef kuchni i że 

prosimy  o  trochę  wyrozumiałości  podczas  kolacji,  ponieważ 
kierownictwo  w  kuchni  znów  objęła  nasza  dobra  Berta.  —  Bella 
pocałowała pospiesznie Edith i pobiegła na górę, gdzie znajdowały się 
prywatne  pokoje  szefa.  Nie  musiała  pukać,  bowiem  Theo  stał  już  w 
drzwiach z rozpostartymi ramionami i zaraz przycisnął ją  mocno do 
serca. 

— Moja dziewczyno! Szef wreszcie się znalazł i myślę, że wkrótce 

będziemy tu mieli dobre, świeże powietrze. 

— Och, Theo, one już wyjechały! Kuno odprowadził je aż do bramy i 

teraz muszą jechać dalej autobusem. 

— Hm, i nic innego moja dziewczyna nie ma mi do powiedzenia? 
— Oczywiście, bardzo wiele, ale teraz jest pora pracy. Wprawdzie 

Edith zastępuje mnie na dole, ale tak może być tylko przez kilka minut. 
— Ponieważ Theo niemal nieprzerwanie ją całował. Bella nie mogła 
mu  wyjaśnić  do  końca  sytuacji,  bowiem  jej  usta  były  natychmiast 
zamykane pocałunkami. 

— Niech moja dziewczyna wreszcie zamknie buzię! 
— O, Theo... 
— O co chodzi? 
— Mogę coś powiedzieć? 
— Ale szybko, nim inny pomysł wpadnie mi do głowy. 

background image

— Czy nie byłoby wskazane, żeby szef przyszedł dziś po pracy do 

swojej  sekretarki,  aby  sprawdzić,  czy  znów  nie  siedzi  u  niej  ten 
bezczelny szef kuchni? 

— Hm, można by rozważyć tę propozycję, A co poza tym? 
— Cieszę się, że szef już wrócił, że mnie kocha i że ja kocham jego. 
— Wspaniale, moja dziewczyna czegoś się jednak nauczyła! Tylko 

kto teraz przygotuje naszą ucztę weselną? Czy myślisz, że jeszcze raz 
będę się męczył z pstrągami i sznyclami? Niech sobie Laura i Tai-tai 
zjedzą wszystkie sznycle w tym domu, ja mam co innego do roboty. 

— Możesz mi powiedzieć, co to takiego, zanim zejdę na dół? — Bella 

spojrzała  na  Thea  z  czarującym  uśmiechem,  a  on  pogłaskał  ją 
delikatnie po twarzy. 

— Po pierwsze, muszę bardzo kochać moją dziewczynę, a poza tym 

muszę  wprowadzić  więcej  rozmachu  do  tego  śmiesznego  pałacu! 
Zobaczysz, będziemy najlepszym hotelem! 

— Tylko nie zapominaj, że ma tu być dalej tak miło i przytulnie jak 

dotychczas.  I  że  wszystkich  drogich  gości,  którzy  przypadli  nam 
szczególnie do serca, będziesz zawsze traktował wyjątkowo. 

— Ze szczególnie niskimi rachunkami i pokojami rezerwowanymi na 

całe miesiące. Zadowolona z szefa? 

—  Jeśli  powiem  „tak",  szef  stanie  się  zarozumiały,  jeśli  powiem 

„nie",  to  mi  wymówi.  A  więc  skinę  tylko  głową,  pogłaszczę  go  po 
niezbyt dobrze ogolonym policzku i zniknę. 

Theo  na  chwilę  dotknął  swojego  policzka,  a  Bella  tymczasem 

wymknęła mu się. 

Edith  na  dole  spełniała  gorliwie  obowiązki  sekretarki  hotelu:  na 

wszystkie  zaczepne  i  wścibskie  pytania  udzielała  wesołych 
odpowiedzi, potrafiła też przywołać Laurę i Tai-tai do porządku. Oba 
psy  szczekały  jak  opętane,  czując  ślady  Egona  i  hrabin,  które  na 
szczęście zniknęły w autobusie. 

Ktoś zapukał do okienka i Edith je podniosła. Na zewnątrz stał doktor 

Lóbell; uśmiechnął się radośnie i zapytał uprzejmie: — Panienko, a kto 
obejmie dzisiaj wieczorem mój urząd? Ja bowiem zostałem zaproszony 
do stolika mojej przyszłej teściowej. 

— Takie coś nazywa się dezercją! 

background image

— Mam może teraz, kiedy wszyscy bogowie śmieją się do mnie, dalej 

biegać po sali z kartą win w ręce? 

— Bardzo było panu z tym do twarzy, panie doktorze. A czy pan jest 

równie dobrym adwokatem jak szefem sali, należy dopiero sprawdzić. 

—  Za  to  nie  trzeba  sprawdzać,  że  pani  jest  zuchwałą  dziewczyną, 

niezwykle piękną i że odtąd będę do pani mówił po imieniu, bo inaczej 
nie przystoi roześmianej parze szczęśliwych narzeczonych. 

— Patrzcie, patrzcie! Czyżby postanowiono to za moimi plecami? 
— Jak i coś innego: że to ja zamierzam być panem domu. No i co ty 

na to? 

—  Zastanowię  się  i  podczas  kolacji  podam  panu  doktorowi  termin 

oficjalnych zaręczyn; pod warunkiem, że wesele odbędzie się w tym 

domu. 
— Bez szefa kuchni i bez kierownika sali. 
— Do tej pory zostaną zaangażowani nowi i wszystko pójdzie jak po 

maśle. 

— Co mianowicie? 
— Przyjęcie weselne, uda się na pewno, jeśli odbędzie się tu, w tym 

domu. — A szef już nie zniknie! 

Uścisnęli sobie ze śmiechem dłonie wiedząc, że czeka ich szczęśliwe 
życie. 
W pewnym sensie swoje błogosławieństwo dał im już teraz wesoły 

baron, który właśnie w tej chwili znów wszedł do hallu i oznajmił z 
uśmiechem:  —  Dobrze  robicie,  dzieci.  A  jeśli  mnie  nawet  nie 
zaprosicie na wesele, to i tak przyjdę. Trochę się przecież zasłużyłem w 
tej całej sprawie. 

* ** 
Istotnie,  kilka  miesięcy  później  państwo  Brucknerowie  uroczyście 

zaprosili  starego  barona  i  Betty  von  Wiesengrün  na  wesele  Edith 
Schlüter i Kuna Lobelia, które sami z całą serdecznością przygotowali. 

background image

Oczywiście,  Laura  i  Tai-tai  dostały  wtedy  wspaniale  pachnący 

sznycel weselny i zajadały go z rozkoszą na środku sali. 

Szef chciał właśnie zagwizdać na nie ostrzegawczo, ale jego piękna 

żona Bella poprosiła, aby nie przeszkadzał zwierzętom. 

— Dlaczego moja dziewczyna jest tak łagodnie usposobiona wobec 

Laury i Tai-tai? — zapytał Theo cicho. 

—  Bo  również  one  bardzo  się  do  tego  przyczyniły,  że  sekretarka 

hotelowa  nie  musiała  już  dłużej  odpowiadać  na  pytania  gości:  szef 
zniknął. 

—  A  gdzie,  według  ciebie,  jest  teraz  szef?  —  Mrugnął  do  niej 

rozbawiony. Bella również zrobiła do niego oko i powiedziała cicho: 

— Jest tam, gdzie jego dziewczyna. 
— Aha, a gdzie jest jego dziewczyna? 
— W siódmym niebie!