background image

MAX FREEDOM LONG 

DĄŻENIE KU ŚWIATŁU 

 [Wydawnictwo Meduim, 1995, Tytuł oryginału: „Growing into Light”, 1955] 

 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Dążenie ku światłu to drugi tom poświęcony starożytnemu systemowi wiedzy zwanemu Huna 

(Tajemnicą). 

Autor pomaga Czytelnikowi przeniknąć naukę Huny, poznać jej najgłębsze tajniki i odnaleźć drogę 

wiodącą ku Światłu. Kahuni polinezyjscy, twórcy Huny, nie zapisywali swoich sekretów, podobnie jak 
ci, których nauczali. Jednak że szeroko rozpowszechnili swoją wiedzę i podzielili się nią z mędrcami 
wielu krajów. Dzięki temu ich podstawowe idee odnajdujemy wszędzie tam, gdzie dotarły one do 
wielkich bądź prostych ludzi o głębokich umysłach. 

Autor, posługując się aforyzmami, afirmacjami i ćwiczeniami wywiedzionymi z tradycji Huny, 

prowadzi Czytelnika do odkrycia nowego, lepszego świata i daje mu narzędzie służące do 
rozwiązywania problemów dnia dzisiejszego. 

Prezentowane tu zasady i proponowane ćwiczenia mają nauczyć  nas, w jaki sposób najlepiej 

wykorzystać zdobytą wiedzę. Od większości ludzi będą one wymagały dni, tygodni i miesięcy 
wytężonej pracy. Ale rozwój wewnętrzny wart jest każdego wysiłku, a po drodze czeka nas wiele 
gratyfikacji. Wejdźmy więc na tę drogę, zapoznajmy się z tajemnicami szczęśliwego, twórczego życia! 

 
 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI: 

Wstęp 

Rozdział 1. Polerowanie lustra wiary 
Rozdział 2. Wejście w potok 
Rozdział 3. Rozbity związek 
Rozdział 4. Odbudowa jedności 
Rozdział 5. Działanie niższego ja w modlitwie 
Rozdział 6. Poznanie 
Rozdział 7. Miłość 
Rozdział 8. Otwieranie ścieżki ku światłu 
Rozdział 9. O co można prosić w modlitwie 
Rozdział 10. Zalewanie pompy 
Rozdział 11. Strach i uwolnienie od strachu 
Rozdział 12. „Ostatni nieprzyjaciel" 
Rozdział 13. Dogmaty dodane w religiach 
Rozdział 14. Problem zła 
Rozdział 15. Oddech życia 
Rozdział 16. Związki międzyludzkie 
 

 
 
 
 
 
 
 

background image

WSTĘP

 

Książka ta powstała, by zaspokoić specyficzną, a zarazem raczej powszechną potrzebę tych 
czytelników, którzy pragną zastosować w praktyce niedawno odkrytą wiedzę starożytnego systemu 
„Huny". Potrzebę tę tak dobrze wyraził jeden z listów, który otrzymałem, że go tutaj przytoczę: 
  
Szanowny Panie Long! 
Z wielkim zainteresowaniem śledzę to, co Pan pisał w miarę postępów w odkrywaniu starożytnej 
wiedzy Huny. W 1948 przeczytałem Pana podstawową książkę Magia cudów (The Secret Science 
Behind
 Miracles). Od tej pory otrzymywałem wszystkie biuletyny wydawane przez Towarzystwo Badań 
Huny, a w 1953 dostałem i przeczytałem Pańską pracę The Secret Science at Work („Wiedza tajemna 
w działaniu"), która opisywała wszystkie nowsze odkrycia i badania, jakie poczyniliście Pan i Pańscy 
koledzy, oraz uzyskane wyniki. 
Wielokrotnie postanawiałem uporządkować moje bardzo wypełnione życie i poświęcać codziennie 
kilka minut na rozmyślanie o Hunie i praktykowanie jej. Ale wydaje się, że nie potrafię zorganizować 
sobie lektury ani rozpocząć praktyki. Potrzeba mi kierownictwa i pomocy. Czy nie mógłby Pan napisać 
dla mnie i ludzi mi podobnych prostej książki z tekstami przeznaczonymi do codziennego czytania? 
Czy nie mógłby Pan zbudować jej tak, abym kiedy znajdę wolną chwilę, mógł usiąść, otworzyć książkę 
w miejscu, w którym stanąłem poprzedniego dnia, i poczytać trochę dalej? 
Potrzebuję czegoś, co stale odświeżałoby mi pamięć o Hunie i jej zastosowaniach. I czy mógłby Pan 
zamieścić w książce parę prostych ćwiczeń, które według Pana pomogłyby nam wrosnąć w Hunę? 
Wydaje mi się, że wszyscy potrzebujemy Elementarza Huny – czegoś bardzo prostego, a zarazem 
czegoś, co zrobi takie wrażenie na umyśle, że zapamięta on coraz więcej starodawnych prawd i z 
każdym uciekającym dniem będzie z nich coraz lepiej korzystał. 
Niech to będzie mała książka, w której swobodnie przemawia Pan do czytelnika, wiedząc, że 
przeczytał Pańskie pozostałe książki i znana jest mu wiedza Huny. Kiedy będzie Pan musiał coś 
wyjaśnić, aby mieć po prostu pewność, że nowy czytelnik się nie zagubi, będzie to prawdopodobnie 
dobre powtórzenie dla nas wszystkich. 
Proszę podzielić się z nami prostymi, drobnymi sprawami, które dzień po dniu były dla Pana pomocą i 
inspiracją w czasie długich lat badań i studiów; studiów, którym zawdzięcza Pan tak głęboki wgląd w 
Hunę i przeświadczenie o słuszności i praktycznym zastosowaniu jej wierzeń. 
Proszę otworzyć dla nas swoje serce i umysł. Niech Pan mówi, cokolwiek podyktuje Mu serce. 
Pragniemy podzielić z Panem to, co tak długo podsycało tak jasny płomień Pańskiej wiary. Proszę 
pomóc nam „dążyć ku światłu". 

M. W. T. 

  
Przez pewien czas myślałem nad tą sprawą, po czym wysłałem odpowiedź. W liście napisałem: 
  
Szanowny Panie M. W. T.! 
Rozumiem, że to, o co Pan mnie poprosił, jest bardzo potrzebne. Jesteśmy wszyscy tak zajęci i 
wszyscy tak bardzo podlegamy nawykom, że mamy tendencje do ześlizgiwania się ponownie w rutynę 
starych myśli i wierzeń, zapominając, być może, to, czegośmy się nauczyli, i popadając znowu w 
dawny bezowocny tryb niezorganizowanego życia wewnętrznego. 
Sądzę, iż potrzebuje Pan tego, czego prędzej czy później potrzebuje większość z nas w podejściu do 
Huny. Jest to coś, co ma dzień po dniu utrzymać nasze niższe, a także średnie Ja w sposobie 
myślenia coraz to bliższym Hunie. Oznacza to wchłanianie wielkich prawd i stopniowe wdrażanie ich 
do działania, tak że w czasie kilku miesięcy stają się one częścią nas samych. 
Tak, z radością podzielę się z wami myślami i ideami, które pomogły mi wrosnąć w Hunę. Podam wam 
ćwiczenia i afirmacje, które stosowałem, i postaram się także jak najprościej wyrazić to, co mam do 
powiedzenia – ale będzie to trudne. Tylko bardzo wielkim ludziom udało się osiągnąć prostotę – a ja 
do nich nie należę. Niemniej jednak nauczyłem się, że kiedy spotykam zasłonę dymną z długich słów, 
argumentów i pretensji do wyższej mądrości, to mam do czynienia z pisarzem, który miał śmiałość 
wyznaczyć siebie na nauczyciela innych, choć nazbyt często jest daleki od bycia wielkim. 

background image

Niełatwo jest w prostych słowach oddać wielkie idee, które pozostawili nam w spadku oświeceni 
mędrcy czasów starożytnych. Nawet najmądrzejsze powiedzenia mają zwykle podwójne bądź potrójne 
znaczenia. Są zakodowane; powierzchniowe znaczenie przeznaczone jest dla ludzi o bardzo prostych 
umysłach. Ale może istnieć także znaczenie wewnętrzne – dla umysłów bardziej rozwiniętych. I 
całkiem często ono występuje, zawoalowane i tak głęboko ukryte, że i bardziej zaawansowane osoby 
zmuszone są do użycia wszystkich mocy swego umysłu i intuicji, by je wydobyć i zrozumieć. 
Niewątpliwie pozostało jeszcze mnóstwo ukrytych znaczeń, których do tej pory nie odgadłem. Stale 
postępuje naprzód praca poszukiwawcza, której się poświęciłem. Ale uczynię, co w mojej mocy, aby 
podzielić się wiedzą, jaką już mam, nie zachowując dla siebie rozwiązań, które postrzegłem z ledwie 
częściową jasnością, ale które mimo to przyprawiły mnie o ów wewnętrzny dreszcz wzruszenia, 
będącego źródłem inspiracji. Podzielę z wami moje nadzieje i radości najlepiej, jak potrafię, a jeśli 
zmęczę was spekulacjami, które wkradną się w to, co piszę, zrozumcie i wybaczcie mi. 
Poproszę was tylko o jedno: abyście pamiętali, że nie jestem nauczycielem i że to, co teraz uważam 
za bez wątpienia właściwe rozumienie, może zmienić się w przyszłości, w miarę postępów w 
badaniach. 

Max Freedom Long 

 
 
 
 
 
 

Rozdział 1

 

POLEROWANIE LUSTRA WIARY 

Słowa mądrości odziedziczone po starożytnych mędrcach często nazywamy aforyzmami. Rozsiane są 
w wielu miejscach w Biblii, a także w Koranie i w licznych tomach „pism natchnionych", które 
wypełniają nasze półki. W Indiach wiele wieków temu panował zwyczaj zbierania aforyzmów mędrców 
i przechowywania ich w formie pisemnej, często wraz z komentarzami dodawanymi w różnych 
okresach. 
W poszukiwaniu zrozumienia i inspiracji przejrzałem wszystkie takie źródła pod kątem tych krótkich 
aforystycznych stwierdzeń i zebrałem pomysły i słowa, zapisując je pod tytułem „Aforyzmy kahuny 
Nui". Oczywiście kahuni polinezyjscy, czyli „Strażnicy Tajemnicy", nic nie zapisywali, nie pisali też ci, 
których uczyli. Z tego powodu mamy niewiele, albo wcale, aforyzmów otrzymanych bezpośrednio od 
nich. Ale ponieważ roznieśli oni swoją wiedzę po całym świecie i podzielili się nią z mędrcami wielu 
krajów, odnajdujemy podstawowe idee Huny wszędzie tam, gdzie wymawiali aforyzmy wielcy i prości 
ludzie o głębokim umyśle i gdzie zostały one zapisane i przechowane przez ich uczniów. 
Przedstawię zaraz te aforyzmy, przypisując je fikcyjnemu mędrcowi „kahunie Nui", i nie dziwcie się, 
jeśli zawierać one będą słowa wielkich nauczycieli różnych epok, ponieważ każdy z nich był zaprawdę 
„Strażnikiem Tajemnicy". 
  
AFORYZM I (Z zebranych „Aforyzmów kahuny Nui"): Nie można pojąć natury Pierwszej Przyczyny. 
Wszystko, czego możemy się o Niej dowiedzieć, pochodzi z obserwacji rzeczy przez Nią stworzonych. 
Stworzyła Ona ciebie, CZŁOWIEKU, zatem obserwuj siebie i ucz się JĄ poznawać. 
  
Był kiedyś młody nowicjusz, który wkrótce po rozpoczęciu nowicjatu nalegał na spotkanie z opatem w 
bardzo ważnej sprawie natury duchowej. Uzyskawszy audiencję u swego starego, bardzo zajętego 
przełożonego, powiedział z wielką powagą: 
– Ojcze, brat Ambroży jest obowiązany mnie uczyć, a tymczasem odmawia odpowiedzi na pytanie, 
które przyszło mi do głowy. Wydaje mi się, że chyba sprawa, o której pragnę mówić, została 
przeoczona przez Ojców Kościoła już na samym początku. 

background image

– Nic nie zostało przeoczone – odparł opat. – Odpowiem na twoje pytanie, mój synu. O co chodzi? 
– Chodzi o to, na czym stał Bóg, kiedy stwarzał ziemię. Brat Ambroży powiedział, że być może unosił 
się w powietrzu albo stał na chmurze. Ale ja twierdzę, że musiał na czymś stać, zanim jeszcze 
stworzył niebiosa, na które z pewnością składały się powietrze i chmury. 
Stary opat zamknął oczy i przesunął palcami po paciorkach różańca, a kiedy znów spojrzał na 
młodego nowicjusza, dostrzegł, że błysk w jego oczach jeszcze bardziej się rozpalił, a młodzieniec 
spogląda na niego z triumfem. 
– Tak to jest – powiedział opat. – Kiedy osiągniesz już stan doskonałości duchowej, w którym potrafisz 
stworzyć świat, i będziesz musiał to zrobić, wówczas zdołasz dokładnie pojąć, jak to się robi, 
albowiem Bóg daje nam zrozumienie wedle naszej wiary i potrzeb. Jałowe spekulacje to nie tylko 
pycha, ale także strata czasu, a jest tak dużo do roboty. Jednakże przeznaczę dla ciebie trochę czasu, 
byś zadowolił swoją zachciankę, kiedy mi powiesz, że zakończyłeś wszystkie swoje fizyczne i 
duchowe obowiązki i pomogłeś ostatniej duszy w pobliżu ciebie, która potrzebowała pomocy. 
Kiedy opat przerwał, nowicjusz wyglądał na przygnębionego. Stary człowiek przyglądał mu się przez 
chwilę, a potem wycelował weń palcem. 
– Co więcej, nie uszło mojej uwadze, że wczoraj ukradłeś bratu Ambrożemu sandały. Mają mu być 
natychmiast zwrócone. Udzielona ci teraz zostanie wiedza, jak stworzyć sandały dla wszystkich braci 
twymi własnymi rękoma. I będziesz przestrzegał tygodnia ciszy, modląc się o dobro swej duszy. 
  
Gautama, znany jako Budda, kiedyś powiedział: „Nie zanurzaj sznura umysłu w to, co nie zgłębione. 
Kto tak czyni, błądzi". Najpewniej dostrzegł to, co zauważyło i wielu innych od jego czasów: że ci, 
którzy poświęcają większość czasu na spekulacje dotyczące niewytłumaczalnych zjawisk, rzadko 
zdobywają się na korzystanie z prostych prawd, które wszyscy potrafią zrozumieć i które są 
„drogocennymi perłami". 
Inteligencja poza lub w materialnym świecie wokół nas wydaje się żyć, poruszać się i podlegać 
uporządkowanym zasadom, które możemy nazwać „prawem". Żadna rzecz trwałej wagi nie jest 
pozostawiona chaotycznemu biegowi wydarzeń. Wszystkie rzeczy, widzialne i niewidzialne, dotykalne 
i niedotykalne, dzieją się według określonych praw, które nigdy się nie zmieniają. Poruszają się w 
granicach czasu i przestrzeni. Wszystko jest ładem. Wszystko jest niezmienne i niezawodne. 
Nad tą niezawodnością całego stworzenia i rządzącymi nim prawami trzeba się zastanawiać, 
medytować, utwierdzać się w niej i tak czy inaczej uczynić ją częścią naszego obrazu Boga i Jego 
Stworzenia. Musimy dojść do wewnętrznego, jak również zewnętrznego przekonania, że możemy 
polegać na niezmienności Boga i Jego praw. Musimy dążyć do tego, by w jak najjaśniejszym świetle 
ujrzeć, że poza nami i poza wszelkim stworzeniem stoi coś nieskończenie mądrzejszego, 
potężniejszego i bardziej kochającego od jakiejkolwiek ludzkiej istoty. 
Musimy myśleć o tym tak długo, aż zdamy sobie sprawę, że pory roku przychodzą i mijają w 
uporządkowany sposób, nawet jeśli pogoda każdego dnia może, w granicach rządzącego prawa, być 
różna. Musimy uświadomić sobie, że nasz marsz od narodzin do śmierci przebiega pod tak 
całkowitym kierownictwem i kontrolą, jak pory roku, nawet jeśli wydarzenia dnia układają się w 
nieskończoną liczbę wzorów. 
Z chwilą gdy odczujemy trwałą i niezawodną stałość ukrytą we wszystkich rzeczach, poza nimi i poza 
wszelkimi prawami, stanęliśmy na fundamencie, na którym możemy budować niezachwianą WIARĘ w 
ład życia. 
Większość z nas ma wiarę w jakimś stopniu, lecz rzadko towarzyszy jej dość zrozumienia, by ostała 
się niewzruszona, kiedy zdarzą się rzeczy dla nas niepojęte. Wiara większości ludzi wzrasta i maleje 
zależnie od dobrych albo złych wydarzeń, które się nam przytrafiają. Można powiedzieć, że wiara jest 
jak starożytne srebrne lusterko, które zaśniedzieje i ściemnieje, jeżeli nie będzie codziennie używane i 
polerowane. 
Jeśli lustro wiary nie odbija Światła wewnętrznej, czyli intuicyjnej wiedzy, gubimy się w ciemnościach. 
Polerowanie naszych luster, tak aby odbijały ku nam jasną ideę Boga działającego we wszechświecie; 
jest pierwszym z wielu kroków, które powinniśmy teraz poczynić. Oczyszczanie naszej idei Boga to 
praca polegająca głównie na odrzucaniu nie udowodnionych i nie dających się udowodnić idei, 
przekazanych nam przez przodków. Tworzą one błędne pojęcia i przesądy, które są niczym innym jak 
dogmatycznymi i nie uzasadnionymi twierdzeniami wymyślonymi przez ludzi, a nie Boga. 

background image

W dzieciństwie uczono nas zapewne akceptowania pewnych nauk religijnych przekazywanych nam z 
boskiego źródła – czegoś przeznaczonego do przyjęcia bez zastrzeżeń; w istocie czegoś, w co wątpić 
było wielkim grzechem. 
Każda religia ma swoje dogmaty i bez względu na to, w jakim Kościele nas uczono, konieczne jest 
zrewidowanie podstawowej koncepcji Boga i sprowadzenie jej do formy najprostszej i najbardziej 
nadającej się do przyjęcia. Musi ona pasować do rzeczywistości życia, a nie do dotyczących go 
nieprawdziwych teorii. 
Przyjrzyjmy się naukom wczesnych Żydów, które opisywały Jahwe wyłącznie jako Boga ich ludu i 
żadnego innego. Był On zazdrosnym i mściwym Bogiem, który przychodził karać złych, czyli tych, 
którzy złamali przykazania dane przez Niego Mojżeszowi, jak utrzymywali kapłani plemienia. Szukając 
przykładu, nie musimy nawet sięgać tak daleko w przeszłość, bo jest wiele religii we współczesnym 
świecie, które propagują takie wierzenia. 
Ten zbiór dogmatycznych nauk nie zgadza się z tym, co widzimy w świecie dookoła nas. To, że Bóg 
jest zazdrosny albo mściwy, jest jeszcze jednym bezpodstawnym wierzeniem. Stwórca nie ma 
wybranego narodu. Sprawia, że słońce świeci jednakowo dla wszystkich, przychodzi deszcz i uprawy 
rosną i dojrzewają dla każdego z nas. Słońce świeci tak samo jasno na złych jak i na dobrych. I z tego 
nie możemy wyciągnąć wniosku innego niż ten, że Bóg wypełniony jest miłością dla całości stworzenia 
– nieustającą, stałą i wszechogarniającą miłością. 
Każde dogmatyczne wierzenie, bez względu na to, kto pierwszy stwierdził, że jest ono „jedyną 
prawdą", należy odrzucić, jeśli pogwałca owo świadectwo Boskiej miłości, jakie wszędzie wokół 
widzimy. Starożytne religie oferowały wiele dróg „zbawienia". Jeśli nakazywały życie w miłości, 
wzajemną pomoc i dobroć, były właściwe. Ale gdy nauczały, że Bóg wyklucza wszystkich, którzy nigdy 
nie słyszeli o głoszonej przez nie drodze do „zbawienia" albo są zbyt niegodziwi, by ją przyjąć, to 
dogmatyczna natura takiej nauki staje się oczywista. 
Wszystkie rzeczy są częścią wszechświata, a latem częścią pełnego ładu Boskiego stworzenia. Jeżeli 
nie żyjemy tak, jak powinniśmy, aby rozwijać się i czynić zgodne z porządkiem Bożym postępy – jeśli 
jesteśmy niegodziwi, źli i przynosimy szkodę – nie jest to znakiem, że nasz Stwórca już więcej o nas 
nie dba, że nie chroni nas Jego niezawodne prawo albo że nas nie kocha tak jak reszty stworzenia. 
Kiedy już zrobimy przegląd krępujących i dogmatycznych koncepcji, które, jak może się okazać, 
hołubiliśmy jako dziedzictwo pokrytych kurzem wieków, i kiedy je odrzucimy, zaczniemy tworzyć w 
umyśle obraz Boga zbudowany według skali pór roku, które zmieniają się niezawodnie stulecie po 
stuleciu. Dostrzeżemy, że postęp, który czynimy jako ludzkie istoty, może być zmienny. Zawierają się 
w nim czasy dobre i złe, czasy marszu naprzód i ześlizgiwania się do tyłu; ale zawsze Boskie Prawo 
Kosmiczne gwarantuje, że ostatecznie nauczymy się lekcji i osiągniemy wyższy stopień rozwoju. We 
wszechświecie nie istnieje nic, co nie byłoby na swoim miejscu, nic nie zostaje utracone ani 
odrzucone. Nie ma straconych dusz. 
Niemniej jednak, jeśli chodzi o codzienne zmiany zachodzące w ramach prawa zmienności pór roku, 
widzimy, że wszystkie istoty mają pewną wolność wyboru i działania. 
Z chwilą gdy dostrzeżemy ogromny zasięg rzeczy niezmiennych i drobne codzienne zmiany, nad 
którymi pozwala się panować jednostkom, potrafimy rozróżnić między tym, w czego stałość możemy 
pokładać absolutną wiarę, a tym, co przemija i ulega zmianom – wirami wydarzeń, które nie mają 
trwałości i którym nie możemy zawierzyć. 
Praca polerowania lustra wiary polega częściowo na takim jego oczyszczeniu, by doskonale odbijało 
te dzieła Boże, którym można zaufać całkowicie i do końca. Musimy nauczyć się rozróżniać zjawiska 
wynikające z użycia wolnej woli, której pozwala się odgrywać rolę w mniejszych i rzadko godnych 
zaufania sprawach. Możemy ufać Bogu, że obdarzy nas jutro światłem słonecznym, ale musimy być 
rozsądni i widzieć rzeczy jasno, zanim zaufamy człowiekowi, który obieca nam zapalić o poranku 
lampę w latarni morskiej. Człowiek może zawsze zawieść. 
Studiując Hunę, dowiedzieliśmy się, że starożytni „Strażnicy Tajemnicy" byli przekonani, iż człowiek 
ma troistą budowę: składa się z niższego Ja, które przypomina to, co współczesna psychologia 
nazywa podświadomością, średniego Ja, które można zasadnie porównać do świadomego umysłu, i z 
Wyższego Ja, które odpowiadałoby nadświadomości tam, gdzie psychologia ją uznaje, i które 
moglibyśmy równie dobrze nazwać Bogiem w naszym wnętrzu. Rola, jaką Wyższe Ja odgrywa w 
modlitwie, i relacja, w jakiej pozostaje do Boga Stwórcy, opisana będzie w dalszych rozdziałach. 
Ponieważ rzeczy, w które wierzymy najgłębiej i z największą siłą przyzwyczajenia, mieszczą się w 
niższym Ja, czyli w podświadomości, średniemu Ja nie wystarczy szybko przeczytać te strony i 

background image

zgodzić się z ich treścią. Średnie Ja może zostać przekonane, racjonalnie, po jednorazowej lekturze. 
Ale niższe Ja to stworzenie, które w zadziwiającym stopniu rządzone jest nawykami, o czym wie 
każdy, kto próbował zerwać z silnym nałogiem. A żaden nawyk nie jest silniejszy od myślowego. 
Uwagę niższego Ja należy raz po raz przywoływać i kierować ku innym wierzeniom niż te, które być 
może hołubi. Trzeba mu pokazywać ciągle na nowo, że średnie Ja akceptuje te nowe wierzenia jako 
właściwe i lepsze. Tylko w ten sposób, z uwagą i kilkakrotnie czytając te strony, dzień po dniu, a także 
poprzez wykonywanie pewnych ćwiczeń mentalnych, które pomogą odcisnąć nowe przekonania w 
pamięci niższego Ja, można zmienić stare nawyki wierzeniowe i myślowe oraz reakcje emocjonalne. 
Jest to sprawa najwyższej wagi. Trzeba to jasno zrozumieć. Inaczej bowiem będzie się stosowało 
zwyczajową praktykę przeczytania książki tylko raz i odłożenia jej na półkę; nie rozwiniemy wówczas 
w sobie nowego rozumienia. 
Podam teraz takie ćwiczenia, jakie sam stosowałem. Można je zmienić, by lepiej odpowiadały 
osobistym potrzebom, ale w tej formie, w jakiej są, dobrze posłużą większości uczących się. 

ĆWICZENIE 

1. Powtarzaj afirmację, aż niższe Ja nauczy się jej na pamięć i zacznie akceptować twierdzenie: 
Bezwarunkowo przyjmuję, że Bóg jest Inteligencją, Siłą i Substancją stworzonego Wszechświata. Bez 
Niego Wszechświat by nie istniał. Boska Inteligencja przenika Wszechświat. Żyje on i porusza się 
Jego Mocą w postaci Sił. Składa się z Jego niewyczerpalnego zapasu Substancji. 
2. Stosuj zalecenia z Aforyzmu 1. Szukaj w sobie poznania Boga. Powściągnij kipiący myślami umysł. 
Usiądź spokojnie. Zapytaj siebie, czy jesteś małą cząstką Boga. Zapytaj, czy obdarzono cię 
inteligencją dostosowaną do twoich potrzeb jako ludzkiej istoty. Rozważ oczywisty fakt, że posiadasz 
cząstkę Boskiej inteligencji. Zapytaj, czy twoje ciało otrzymało część mocy, czyli siły życiowej. Posłuż 
się tą siłą, poruszając jednym palcem. Wiedz, że masz swój udział w całej Mocy i Sile Wszechświata. 
Zapytaj, czy jesteś częścią Substancji Bożej i czy zostałeś obdarzony tą częścią w postaci twego 
ciała. Poczuj jego wagę. Zauważ, jak twoja cząstka Inteligencji sprawia, że każda komórka i narząd 
pracują zgodnie, współdziałając ze sobą, kierując ciepłą, tętniącą mocą, ożywiającą twe ciało. 
Rozważ, jak sprawnie inteligencja i siła posługują się wieloma rodzajami substancji., i poczuj 
wewnętrzną radość, przepływającą wraz z każdym drgnieniem życia w tobie, od głowy do palców stóp. 
3. Przerwij rozważanie swego udziału w Bogu i zwróć uwagę na rzeczy wokół ciebie, które również 
mają w Nim swój udział. Poproś rośliny, by opowiedziały ci o Bogu. Pokażą ci, jak cudownie ich 
cząstka Inteligencji i Mocy spaja w nich atomy Substancji. Poproś kwiaty i trawę, by opowiedziały ci o 
swoim udziale, porozmawiaj też z ptakami i maleńkimi owadami z ogrodu. Przemówią do ciebie 
wewnętrznym głosem, każde z nich bowiem pragnie Boga, każde kocha udzieloną mu Jego cząstkę – 
kocha być tym, czym właśnie jest. 
4. Pomedytuj nad tymi myślami: 
Bóg tak UKOCHAŁ świat, że przelał weń samego Siebie. Dzieli wszystko, czym jest i co ma, z 
każdym, nawet najdrobniejszym stworzeniem w Swoim Wszechświecie. Jest w powietrzu, którym 
oddycham, w słońcu oświetlającym ziemię, w wodach wypełniających morza. Bez Boga nic nie 
istnieje. W Bogu jest wszelkie stworzenie, wszelkie życie, wszelki ład, wszelkie dobro, wszelka radość, 
rozwój i spełnienie. 
Bóg stale, stale przepływa, przepływa przeze mnie, wypełniając każde włókno, każde drgnienie pulsu, 
poruszając mną z każdym oddechem. Bóg spogląda wraz ze mną przez moje oczy, szukając piękna. 
Czeka wraz ze mną w każdym z moich zmysłów, by zachwycić się urodą rzeczy, którą tak łatwo 
odnaleźć. Bóg myśli moimi myślami, dzieląc ze mną ich dobro i piękno. 
To Bóg, poruszając się we mnie i razem ze mną, sprawia, że staję się świadomy wszelkiej dobroci, 
miłości, życzliwości i piękna. 
Ja i Wielki Ojciec, Bóg, tworzymy nierozdzielną jedność. Bez względu na to, co się wydarza, nigdy nie 
jestem sam. Nawet w śmierci (która jest tylko zrzuceniem fizycznego ciała) Jego doskonałe prawo 
prowadzi mnie w dalszym rozwoju, ku nowemu dobru i nowym radościom. 

 
 
 

background image

Rozdział 2

 

WEJŚCIE W POTOK 

Rozważmy dziwny fakt, że chociaż wiemy, iż Bóg jest we wszystkim, także w naszych ciałach i 
umysłach, nie możemy Go odczuć żadnym z pięciu zmysłów. 
Wydaje się, iż cały sekret tkwi w tym, że Bóg czuje razem z nami poprzez zmysły i że nasz wysiłek, by 
Go nimi odczuć, daje nam równie mało satysfakcji, jak wysiłek, by poczuć samych siebie. Nie jest 
łatwo poczuć naszą najgłębszą istotę, której zupełnie nie dotyczy to, czy jest nam ciepło, czy zimno, 
czy czujemy się szczęśliwi, czy przygnębieni, ociężali czy lekcy. Zmysły służą nam po to, by 
uświadomić nam rzeczy zewnętrzne, a nie wewnętrzne, które tworzą Ja. 
Równie dziwne jest, że nie potrafiąc wyczuć Ja w sobie jako czegoś, co miałoby zapach lub smak, 
było twarde bądź miękkie, stale mamy przemożne poczucie bycia indywidualną istotą, Ja, 
tożsamością – jakkolwiek to nazwiemy. 
Nie umiemy wyobrazić sobie swego Ja w kategoriach świata fizycznego. Nie możemy wyobrazić sobie 
jego wyglądu, jego głosu czy siły jego ręki. A jednak, nie ma na tym świecie zdrowego na umyśle 
człowieka, który dałby się przekonać, nawet najbardziej uczonymi argumentami, że nie istnieje jako 
Ja, zupełnie niezależne od ciała. Jest to przyrodzona WIARA – co warto zapamiętać. 
Skoro mamy niezachwianą wiarę, że ISTNIEJEMY jako jednostki, musimy z kolei mieć podobną wiarę 
w Najwyższego Boga, który istnieje w swoim Stworzeniu, tak samo jak my, „mikrokosmiczni bogowie", 
istniejemy w tym, co zwiemy umysłem, ciałem i duchem. 
Dojście do wyczuwania Boga w ten sam niewytłumaczalny sposób, w jaki odczuwamy siebie jako Ja, 
to sprawa zasadnicza, jeśli mamy stworzyć w umyśle mądry obraz Boga i Stworzenia, który wesprze 
naszą pracę nad osiąganiem rozumienia siebie jako Ich integralnej części. 
Nauka odczuwania Boga, tak jak odczuwamy Ja w sobie, zaczyna się od pracy świadomego umysłu. 
Dociekamy istoty rzeczy – to właśnie robimy teraz razem. Przekonujemy średnie Ja, czyli racjonalne 
świadome Ja naszego umysłu, że musi być jakiś Bóg – że Bóg istnieje. Nie jest to bardzo trudne, bo 
możemy postrzegać Boga jako życie we wszystkich rzeczach i potrafimy zaakceptować dowody, które 
same zewsząd się narzucają. 
Ale jeśli chodzi o rozwinięcie wewnętrznego poczucia, które mówi nam, że Bóg jest tak bliski, tak 
realny i tak bardzo w nas jak nasze własne Ja, to do procesów rozumowych musimy dodać jeszcze 
coś ponadto. 
To dodatkowe coś jest dokładnie tak samo dziwne, jak dziwne jest istniejące w nas poczucie 
prawdziwości naszego Ja. Jest to zarazem wyczuwanie, jeśli można to tak ująć, w którym nie bierze 
udziału żaden z pięciu zmysłów. To tak, jakbyśmy zdołali rozwinąć szósty zmysł, intuicję, która 
pozwala nam czuć i wiedzieć bez wrażeń fizycznych. 
Napisano setki książek o drogach i sposobach poznania, czy też „realizacji" Boga. Większość z nich 
ma niewiele do zaoferowania, bo autorzy nie zdają sobie sprawy, że to niższe, czyli podświadome Ja 
w nas pozostaje w najbliższym kontakcie ze światem, w którym Bóg „porusza się i ma Swój byt". 
Kiedy już średnie Ja zrobi, co leży w jego mocy, by pojąć Boga, trzeba się zwrócić do niższego Ja i 
nauczyć się odczuwać poprzez nie – zupełnie poza zwykłymi, czyli znanymi nam zmysłami – 
obecność Bożą przenikającą wszystko, co istnieje. Jest to proces wchodzenia w Boga tam, gdzie jest 
On obecny w świecie wokół nas, a nie jednoczenia się z Nim w jakimś dalekim niebie, gdzie jest 
czystym Duchem. 
To odczucie można porównać do wielkiego cichego przepływu Bytu – bardzo rozszerzonej 
świadomości Ja. Mędrcy nazwali ten przepływ Rzeką Życia. Mówimy o upływie Czasu. Od dawna 
upodobano sobie ideę płynności i ruchu, a także wielkiej rzeczywistości. Zatem, aby wejść w potok, 
łączymy się z niższym Ja, przestajemy rozumować na temat Boga, natomiast usiłujemy odczuć Go 
szóstym zmysłem wiary, jaka wypływa z niższego Ja. 
Ważne jest, aby ZAPRZESTAĆ POSŁUGIWANIA SIĘ ROZUMEM, o czym od wieków doskonale 
wiadomo niektórym z najstarszych religii. Na przykład w odmianie buddyzmu znanej na Zachodzie 
jako Zen jedna z praktyk polega na tym, że mnichom w klasztorach daje się zagadki, nad którymi mają 
rozmyślać, problemy tak postawione, że rozum w żaden możliwy sposób nie potrafi ich rozwiązać. 
(Taka zagadka nazywa się koan). 

background image

Dla ilustracji przytoczę opowieść o mnichu Zen, który dawno temu praktykował w Japonii. 
Pragnął on dojść do poznania, urzeczywistnienia siebie jako Ja i zmagał się z umysłem, zmysłami i 
pamięcią, usiłując przeniknąć poza to, co zewnętrzne, do cichego wewnętrznego jądra swej Istoty. 
Pewnego dnia udał się do swojego mistrza i powiedział: 
– Poddaję się. Nigdy nie potrafię osiągnąć Urzeczywistnienia. Przyszedłem, by Cię pożegnać i 
podziękować za wszystko, co uczyniłeś, by pomóc mi odnaleźć Światło. 
Mistrz skinął głową i powrócił do głębokiej medytacji, nie udzielając mu ani słowa współczucia czy 
nadziei. Mnich odszedł smutny, w wielkiej rozpaczy. Chodził bez celu ogrodowymi alejkami, 
powtarzając sobie: 
– Jedyne, co mi pozostaje, to zdjąć szatę i powrócić do świata. Nie udało mi się. 
Tak rozmyślając, zbliżał się do krzewu róży, przy którym poprzedniego dnia długo stał w podziwie. W 
całym swym dotychczasowym życiu nigdy nie widział tak doskonałej róży i patrzenie na nią sprawiało 
mu ogromną radość. Odczuwał też nieco dumy, ponieważ pomagał w uprawie ogrodu. Teraz pomyślał 
strapiony, że rzuci jeszcze jedno ostatnie spojrzenie na doskonały kwiat. 
– Będzie mi zawsze przypominać – powiedział sobie o doskonałości, która istnieje tu w tym ogrodzie, 
ale która mi się ciągle wymykała. 
Raz jeszcze podszedł do róży. Zwieszała główkę, wyblakła, i jej płatki zaczęły opadać. Utraciła swe 
piękno i zapach. Wielki żal wypełnił mu serce. Wyciągnął rękę i dotknął wyblakłych płatków, jak gdyby 
mógł w jakiś sposób przynieść jej ulgę. Nagle poczuł, że cały świat cierpi i że on sam jest całym 
cierpieniem świata. Po paru chwilach popędził z powrotem do swego mistrza. 
Mistrz otworzył oczy i uśmiechnął się. 
– Ach – powiedział radośnie – a więc nareszcie przestałeś myśleć o Bogu i nauczyłeś się Go 
odczuwać? – Urwał i przyjrzał się uczniowi pytająco. – Czy potrafisz teraz rozwiązać swój koan? 
– Nie da się tego wyrazić w słowach – padła cicha odpowiedź. – Tak naprawdę rzeczy zewnętrzne nie 
istnieją w sposób rzeczywisty. Bóg jest ciszą, nicością i Wszystkim. Dopiero gdy poczuje się wszystkie 
rzeczy w sobie, można siebie poznać... Wczoraj widziałem doskonałą różę, ale kiedy dzisiaj 
przechodziłem obok... 
– Tak, tak, oczywiście – przerwał mistrz. – Przestałeś myśleć i stałeś się zdolny do odczuwania. 
Poczułeś Boga i odkryłeś, że nie przypomina On niczego, co do tej pory poznałeś. Ale słowa potrafią 
tylko lekko dotknąć tych spraw. Musiałeś poznać Byt w sobie, odczuć Go... Teraz jednakże pora na 
herbatę. Usiądź przy mnie, a ja dam ci nowy koan, nad którym popracujesz; i wkrótce poczynisz 
szybkie postępy. Pokaż mi teraz, jak wyjść, jednocześnie wchodząc. Nie ma drzwi. Pokaż mi, jak je 
zamkniesz. 
  
AFORYZM II. Jeśli sądzisz, że odnalazłeś Boga, poproś Go, by do ciebie przemówił. Poproś, aby 
dotknął twego czoła, żeby dał ci znak, tchnienie pięknego zapachu, błysk koloru albo dźwięk 
niebiańskiej muzyki. Jeśli coś takiego się pojawi, NIE będzie to od Boga. On przemawia od wewnątrz. 
Ty jesteś Bogiem. Ty musisz dać znak. Wejdź w Potok. 
  
Jest to paradoks. Oznacza, że kiedy popełni się błąd myślenia o sobie jako o kimś oddzielonym i 
bytującym z dala od Boga oraz błąd oczekiwania, że Bóg przyjdzie z zewnątrz, by dać „znak" albo 
jakieś wrażenie, pora udać się do niższego Ja. 
Czuć Boga to znaczy zaniechać wszelkiego odczuwania z zewnątrz i dać się pochłonąć Przepływowi, 
który zawiera wszystkie uczucia. Aby otrzymać czystą biel, która nie jest żadnym kolorem, miesza się 
trzy podstawowe barwy światła; podobnie człowiek rzuca wszystko, co jego, w potok, nic nie 
zatrzymując, oddając każdy najmniejszy ślad błędnego poczucia oddzielności. 
Najpierw zatapiamy się w naszym niższym Ja, przestając zupełnie rozumować, wyciszając wszelką 
myśl. Kiedy, po dostatecznej praktyce, potrafimy to uczynić, wtedy wraz z niższym Ja opuszczamy się 
na większą głębokość: Bogawe-Wszystkim. Można to również pojmować jako rozszerzanie się w 
przestrzeni. Pozwalamy pęknąć granicom. Pozwalamy, by poczucie Ja rozszerzyło się w poczucie 
Wszystkiego. Owo Wszystko niektórzy nazwali Tym lub Tamtym. Może najmądrzejsi są ci, którzy nie 
dają temu w ogóle nazwy, mówiąc, że trzeba to poczuć, wejść w to i poznać – a nie nazywać czy 
opisywać. 

background image

Ci, którzy pragną „znaku", aby upewnić się, że Bóg naprawdę istnieje (a grupa ta zawsze była liczna), 
sami muszą stać się znakiem. Aby poznać Go do końca, musimy stać się jednym z Nim w cichym 
słuchaniu bez uszu, obserwowaniu bez oczu. To raczej serce niż umysł zasygnalizuje poznanie tej 
PRAWDY, która, raz odczuta, pozostanie na zawsze z człowiekiem jako sama substancja wiary. 

ĆWICZENIE 

1. Nauczyciel dał kiedyś swemu uczniowi fascynującą lekcję. Następnego dnia uczeń przyszedł pełen 
zapału, żądając: 
– Jeszcze! Powiedz mi więcej o tych cudownych prawdach. 
– Chętnie to uczynię, ale najpierw powiedz mi, czego nauczyłem cię wczoraj – odpowiedział 
nauczyciel. 
Waszą pierwszą lekcją dzisiaj będzie wyrecytowanie lekcji wczorajszej. Nie niepokójcie się, jeśli 
zapamiętaliście tylko fragmenty. To niższe Ja musi wielokrotnie powtarzać lekcje, by nauczyć się ich 
na pamięć. Wymaga to czasu, cierpliwości i pracy, ponieważ żadna lekcja nie stanie się naprawdę 
naszą własną, zanim niższe Ja nie wchłonie jej od średniego, czyli świadomego Ja. 
Nauczenie się wiary jest lekcją – lekcją, której się wkrótce nauczymy. Powtarzaj i przypominaj sobie. 
Powtarzaj i przypominaj sobie. Wróć do poprzedniego ćwiczenia i upewnij się, że tak samo jasno 
widzisz to, co widziałeś na wczorajszej lekcji. Dzisiaj zobacz to jeszcze jaśniej. Pamiętaj, że 
polerowanie lustra wymaga ponownego codziennego oczyszczania, nawet wówczas, gdy Światło 
zacznie się od niego odbijać. 
2. Zacznij posługiwać się jednym jedynym najwspanialszym narzędziem, jakim dysponuje ludzkość. 
Jest to NARZĘDZIE WYOBRAŹNI. Ucisz się. Uspokój swoje niższe Ja. Rozluźnij się i wejdź w potok, 
używając wyobraźni. Wyobraź sobie, że odpuszczasz od siebie jedną rzecz po drugiej. Zewsząd 
dochodzą cię dźwięki. Wyobraź sobie, że przestałeś je słyszeć. Pomyśl, że wokół ciebie unoszą się 
piękne zapachy i że próbujesz najprzeróżniejszych pysznych smaków. Następnie zostaw to. 
Wyobraź sobie wszelkie przyjemności płynące z odczuwania rzeczy dotykiem i z poczucia ruchu. 
Wstępujesz w jasne wody głębokiej rzeki i odczuwasz zmysłową radość z unoszenia się z prądem. 
Następnie przestań odczuwać cokolwiek skórą i zaniechaj wszelkiego odczuwania ruchu. Na koniec 
upajaj się barwami i kształtami, wzgórzami i dolinami, chmurami i zachodami słońca, jeziorami i 
kwiatami. 
Teraz zamknij oczy. Wycofaj swe zmysły i ucisz je jeden po drugim w wyobraźni. Kiedy już stworzysz 
ciszę i wejdziesz w nią, spróbuj poczuć rzeczywistość twojej wewnętrznej istoty umysłowej – twoich 
dwóch Ja. 
To ćwiczenie należy praktykować tak często, jak pozwolą na to czas i okoliczności. Stale próbuj, a 
pewnego dnia wyjdziesz z wyobrażonej sytuacji w rzeczywistość. Nagle, a może powoli i stopniowo, 
zaczniesz odczuwać siebie jako żywe i wibrujące centrum świadomości, która w żaden sposób nie 
zależy od wrażeń zewnętrznych – wrażeń dźwięku, dotyku, węchu, smaku czy wzroku. Te wrażenia to 
dane płynące z całego twojego otoczenia – sprawozdania, które mówią o braciach ze wszystkich 
poziomów, od powietrza po pieśń ptaków, które odpowiadają za świadomość fizycznej rzeczywistości. 
Tym, czego potrzeba teraz, nie jest świadomość materialnego świata. To nie wystarczy. Bóg w nas 
jest Inteligencją, a także Siłą i Substancją. Teraz nadeszła pora, by przestać odczuwać ruch, który 
daje Siła, i wrażenia zmysłowe, które pochodzą z kontaktu Siły z Substancją, te powodujące dźwięk i 
pozostałe drugorzędne odczucia. Spróbuj. Posłuż się następującą medytacją: 
  
AFIRMUJ: Teraz wykonuję starożytną medytację mędrców, którzy wskazali drogę do poznania 
rzeczywistości Bożej. Stwierdzam. że Ja Jestem. Jestem częścią Bożej Substancji, Siły i Inteligencji. 
Ja jestem TYM. Jestem JEDNYM ZE WSZYSTKIM. 

 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 3

 

ROZBITY ZWIĄZEK 

We wszystkich historiach Stworzenia, jakie dotarły do nas przez wieki, zapisujący napotykali ten sam 
paradoks. Jeśli twierdzili, że Bóg przeniknął całe swoje Stworzenie, nie pozostawało nic, ku czemu 
mogliby kierować modlitwy. Żeby obejść ten problem, hinduscy mędrcy zdecydowali, że Bóg stworzył 
wszechświat z pojedynczej cząstki Siebie, natomiast większa Jego część pozostała z boku, by 
pilnować tego, co zostało stworzone. 
W Biblii Bóg przedstawiony jest jako istniejący zupełnie niezależnie od wszechświata przed i po jego 
stworzeniu. Przyczyną takiego stanowiska była albo chęć uniknięcia oczywistego pytania, z czego 
powstało stworzenie, albo równie dobrze mogło być i tak – była to próba uproszczenia opowieści, tak 
aby ludzie na niskim poziomie umysłowym potrafili ją zrozumieć i przyjąć. 
Niektórzy bardziej dociekliwi mędrcy z Indii zauważyli, że wszystkie rzeczy wydawały się stworzone 
jako męskie lub żeńskie, tak więc doszli do wniosku, że Bóg (Brahma) podzielił się, stwarzając swoją 
żonę. Inni mędrcy woleli twierdzić, że Ostateczny Bóg podzielił Siebie, stwarzając Naturę (co było tym 
samym, jak się okazało), i że Matka Natura zrodziła wszelkie rzeczy. 
Zauważono również, że wszystkie męskie i żeńskie części stworzenia dążą do połączenia się. Nigdy 
nie stwierdzono, aby ta obserwacja była błędna. Współcześnie wiadomo, że nawet najmniejsze 
cząstki materii czy energii są dodatnie albo ujemne i że dążą wzajemnie do siebie, by osiągnąć stan 
spoczynku. 
Nie możemy powiedzieć, co spowodowało podział na dwie oddzielne części, poczynając od atomów 
aż po człowieka, ale z całą pewnością wiemy, że taki ogólny podział istnieje i że pęd do zjednoczenia 
się, by osiągnąć stan zrównoważonego bezwładu, jest powszechny. 
Zjednoczenie, jednak, nie kończy się po prostu na połączeniu się pozytywnych i negatywnych sił w 
świecie elektronów. Połączone jednostki ulegają polaryzacji i znowu muszą dążyć jedne do drugich. 
Jednostki rozbudowują się. Organizmy żywe rozwijają się jako kombinacje dążących do złączenia się 
mikroskopijnych jednostek. Tryliony takich jednostek tworzą ludzkie ciało, a ono samo przybiera formę 
zgodną z powszechnym podstawowym podziałem, czyli męską albo żeńską. 
Nie potrafimy zbadać duchów ludzkich w laboratorium, ale można zaobserwować, że ich cechy 
charakterystyczne są męskie albo żeńskie, i zewsząd dostrzegamy wielki pęd do zjednoczenia: 
męskie ciało pragnie zjednoczyć się z żeńskim, męska psychika, czyli średnie Ja, szuka swego 
uzupełnienia i spełnienia w psychice kobiety. 
Doprowadza nas to do Pierwszej Tajemnicy, tajemnicy Wyższego Ja, czyli nadświadomości, tak jak 
odsłania się ona przed nami dzięki badaniu Huny. Obserwowanie Wyższego Ja jest bardzo trudne. 
Możemy uczynić niewiele więcej, niż przyjąć starożytne twierdzenie: „Jak na górze, tak i na dole" i 
odwrócić je, zmieniając na: „Jak na dole, tak i na górze". W ten sposób możemy wysnuć wniosek, że 
ta sama linia podziału, która przebiega między dwoma niższymi Ja, oddziela też duchy Wyższego Ja, i 
że one również – na swoim wysokim poziomie i w bardziej zaawansowany sposób – dążą do 
zjednoczenia. 
Daje się zaobserwować regułę, że po pierwsze, męskie i żeńskie jednostki, które są podobne, dążą do 
jednoczącego związku jako do celu swojego życia. Po drugie, mniejsze jednostki dążą do połączenia 
się z większymi – to jest z jednostkami bardziej rozwiniętymi niż one same. Widzimy to w związku 
zwierzęcia, którego nazywamy „człowiekiem", z duchem, którego nazwaliśmy „średnim Ja". Z kolei 
średnie Ja, ciągnąc za sobą niższe Ja, czyli ducha ożywiającego ciało zwierzęce, odczuwa silne 
pragnienie pełniejszego związku z Wyższym Ja. I, jak możemy przypuszczać, Wyższe Ja dąży do 
zjednoczenia z jeszcze wyższym bytem, aż w końcu dosięga Najwyższego Boga: 
Z rozmaitych względów praktycznych celem człowieka jest pełne zjednoczenie TRZECH JA – 
stworzenie pełnego mężczyzny lub kobiety. Niższe i średnie Ja często są ze sobą w konflikcie, 
podzielone rozbieżnymi celami i pobudkami. Rzadko są te dwa Ja złączone na tyle, by spowodować 
automatyczne zjednoczenie z Wyższym Ja. 
Każdy z nas, czy to mężczyzna, czy kobieta, żywi silne pragnienie zjednoczenia trzech Ja w 
doskonały zespół, czyli trójjedną istotę. Zarazem też spełnione zostaje pragnienie zjednoczenia 
pierwiastków męskiego i żeńskiego. Te dwa wielkie pragnienia popychające nas ku jedności to dość, 
byśmy byli jak na razie całkowicie zajęci. Być może w jakiejś przyszłej reinkarnacji będziemy już tak 

background image

wysoce rozwinięci, iż stwierdzimy, że najdonioślejszym i głównym zadaniem Człowieka jest 
osiągnięcie wielkiego celu hinduizmu, zjednoczenia z Bogiem Najwyższym. 
Najczęściej brak postępów w rozwoju duchowym wyznawców różnych religii pochodzi z 
niezrozumienia faktu, że na niższych poziomach bytu występuje podział, który należy wziąć pod 
uwagę; że musimy ze wszystkich sił pracować nad dwoma niższymi etapami zjednoczenia i ciągle je 
udoskonalać. Najpierw należy zjednoczyć niższe Ja ze średnim, a potem z Wyższym. 
Wielką ponętą, którą prędzej czy później odczuwają wszyscy ludzie, jest obietnica „odpoczynku". 
Odpoczynek to cel zjednoczenia i, zwłaszcza w Indii, przyciąga ludzi z niemal przemożną siłą. 
Starożytni mędrcy hinduscy byli wprowadzeni w Hunę i zawarli tę wiedzę w zawoalowanych 
stwierdzeniach swoich zapisanych nauk, ale ukryte, prawdziwe znaczenia nauki kahunów zagubiły się 
bądź zostały zniekształcone. Bezsporna prawda, że musimy dążyć do integracji osoby, czyli ścisłego 
połączenia trzech ludzkich Ja, uległa zapomnieniu. Pozostał tylko prawie nieosiągalny cel 
ostatecznego Zjednoczenia, Wyzwolenia i wiecznego odpoczynku po ponownym złączeniu się z 
Bogiem. 
Zagubiono wiedzę o związku mężczyzny i kobiety – który jest drugim z kolei z dwóch sposobów 
jednoczenia się – jako o drodze do osiągnięcia idealnego odpoczynku w pełnej jedności. Niemniej 
jednak, wszyscy instynktownie dążymy do doskonałego związku jako pary. Dla zwierząt i 
pomniejszych stworzeń ten związek jest prosty. Jest on skomplikowany i trudny dla człowieka, 
ponieważ człowiek musi doprowadzić do zjednoczenia w sobie średniego i zwierzęcego Ja. Tak 
trudno pojąć tę prawę, że zbyt często podchodzi się do prób osiągnięcia jedności bez najmniejszej 
szansy na powodzenie. 
Wyższe Ja, mówią kahuni, mają nieporównywalnie większe doświadczenie we wzajemnym miłowaniu 
się jako duchy. Są o wiele bardziej rozwinięte, starsze i nieskończenie mądrzejsze. Przyjmuje się za 
rzecz oczywistą, że osiągnęły one doskonałą jedność męsko-żeńską w duchu. Jedną z kilku nazw 
nadawanych Wyższemu Ja jest „para rodzicielska czasy". Ponieważ „para rodzicielska" oznacza parę 
złożoną z elementów męskiego i żeńskiego, przyjmuje się również za pewnik, że Wyższe Ja to 
zjednoczone pary duchów, związki „Ojca-Matki", tak blisko i tak doskonale dopasowane i złączone, że 
noszą wszelkie cechy jedności. Tę ich „jedność" w takim związku nazywamy „Ojcem". Moglibyśmy 
równie prawdziwie zwać ją „Matką". Naśladując termin kahunów, możemy oczywiście mówić o „Ojcu i 
Matce" jako o „parze rodzicielskiej". 
Wracając do zagadnienia tęsknoty ludzkiej do stanu odpoczynku, widzimy, że Bóg urządził wszystko z 
cudowną dobrocią, nie odmawiając odpoczynku swym zmęczonym dzieciom aż do czasu, kiedy po 
wielu wiekach osiągną ostateczny Spoczynek, gdy zostaną przez Niego wchłonięte. Urządził to tak, że 
odpoczywamy po trochu wzdłuż całej drogi, bez względu na to, czy jesteśmy dobrzy czy źli, duzi gzy 
mali. Noc następuje po dniu i wszystkie stworzenia Boże odpoczywają. Zmieniają się pory roku i po 
lecie wzrostu następuje zimowy okres spoczynku. Drobne stworzenia mają czas aktywności i 
odpoczynku. Fale mają swoje szczyty i doliny, wody przypływu zalewają brzeg, spoczywają i cofają 
się, by znowu spocząć. Przyroda stale przytula swoje dzieci do łona, kołysze do snu, daje wytchnienie. 
Obserwując to, powinniśmy przestać się trapić, że osiągnięcie ostatecznej Jedności z Bogiem może 
zabrać nam nieskończenie wiele czasu i kosztować wiele wysiłku. Każdy dzień jest wystarczający sam 
w sobie, jeśli pozwolimy mu toczyć się swoim rytmem. Każda noc przynosi nam błogosławieństwo 
małego związku z Wielką Matką. Ponieważ wszystkie zjawiska odbywają się w cyklach, które 
zataczają coraz większe kręgi i . są coraz dłuższe, wszyscy pewnego dnia odłożymy nasze ciała i 
cieszyć się będziemy dłuższym okresem jedności i odpoczynku, zanim znowu wyruszymy, by 
kontynuować nasz rozwój i ewolucję jako ludzkie duchy czy dusze. 
Większa część ludzkości zawsze ulegała zmęczeniu i, zmęczona, tęskniła za odpoczynkiem. 
Współcześni psychologowie często mówią o pragnieniu „ucieczki" i owemu niekontrolówanemu 
pragnieniu przypisują obłęd i wszelkiego rodzaju psychozy. Tak powszechne jest zmęczenie życiem, 
tęsknota za odpoczynkiem, bezpieczeństwem i zaprzestaniem wysiłku życia, że wielu ludzi kusi 
przyjęcie skażonego celu religii hinduskiej, który często formułowany jest tak, jak znajdujemy go w 
Bhagavad Gicie. 
Posłużymy się przekładem Judge'a, fragmentem, w którym postać reprezentująca Boga poucza 
swego ziemskiego Przyjaciela Ardżunę. Czytamy: 
„Mówi się, że człowiek utwierdzony jest w wiedzy duchowej, jeśli zaniechał wszelkiego pragnienia 
bliskiego swemu sercu i sam z siebie szczęśliwy jest i zadowolony w Jaźni poprzez Jaźń". 

background image

"Jaźń", jak twierdzą komentatorzy, to Najwyższy Bóg, który jest jedyną prawdziwą Jaźnią – jedyną 
Rzeczywistością, podczas gdy wszystko inne to przemijająca „ułuda". 
Ideał przedstawiony w tym fragmencie jest przekleństwem dzisiejszych Indii i zawsze był, odkąd 
zgubiono ślad wiedzy Huny. 
„Pragnienie" jest dążeniem do dwóch rodzajów jedności na poziomie czasu, „tutaj i teraz". Kiedy 
budzimy się o świcie, wypoczęci i gotowi do rozpoczęcia nowego dnia, naszą siłą motywującą jest 
pragnienie życia, łączenia się, cieszenia się wszystkim, co dotyczy życia, nawet jeśli wiemy, że później 
znowu będziemy zmęczeni. Celem hinduizmu jest ostatnia inkarnacja, w której osiągnięta zostaje 
doskonałość rozwoju i ostateczne wchłonięcie przez Boga, opisywane w tak licznej literaturze 
hinduskiej. 
Od wieków usiłowanie pozbycia się pragnień poza tym jednym – jedności i wygaśnięcia poprzez 
stopienie się z Bogiem, posyłało mężczyzn i kobiety do klasztorów, na pustynię albo do dżungli, gdzie 
mogli prowadzić życie pustelnicze, dążyć do uwolnienia się od wszystkich normalnych pragnień 
mniejszych związków, które są tak niezbędne dla naszego rozwoju i doświadczenia, jak jedzenie i 
spanie. 
Po zastanowieniu się, za błędną należy chyba uznać naukę, że powinniśmy dążyć do poprawienia 
dobrych metod danych nam jako przynależnych Stworzeniu. Te metody wzrostu i rozwoju są 
szczęśliwie motywowane zdrowymi i normalnymi popędami czy „pragnieniami", popychającymi nas w 
kierunku osiągania kolejnych stopni w jednoczeniu się. Celem naszym jest uzyskanie doskonałości w 
związku trzech ludzkich Ja, a także w związku dwóch płci. 
Twierdzenia hinduskich mędrców, poczynając od .tych zawartych w pismach jednego z Kapilów i dalej 
w naukach Buddy Gautamy, głoszą, iż wszelkie żywe istoty dźwigają brzemię smutku i bólu, tak 
przemożnie wyczerpujące, że powinno się go unikać na wszelkie możliwe sposoby. Zatem lekarstwem 
na owo cierpienie jest przestać pragnąć żyć i w ten sposób dojść do stopienia się z Absolutem. Jest to 
nauka zmęczonego człowieka i pasuje tylko do ludzi tak wyczerpanych pod koniec dnia, że nie pragną 
niczego oprócz odpoczynku. Nawet ci mędrcy, jednakże, czynili nikłe wysiłki, by wziąć pod uwagę 
świeżość porannych godzin dnia. Radzili, jaki cały zespół czynności należy wykonywać, aby przeżyć 
dzień szczęśliwie i posunąć się naprzód w rozwoju; lecz zarazem spiesznie napominali wszystkich, by 
nie czerpali żadnego szczęścia z owych czynności i że należy opróżnić umysł z pragnienia 
następnych radości kolejnego ranka. Dozwolona była tylko myśl o ostatecznym celu 
bezpragnieniowości i wtopienia się w Boga. 
Kahuni natomiast nauczali, że człowiekowi przeznaczone jest nieskończenie wiele radości, jak 
również nieco smutków, że życie jest dobre i piękne, jeśli żyje się w zgodzie z naturą, i że takie życie 
sprzyja rozwojowi i nabywaniu doświadczenia, co jest niezbędne. Aby żyć życiem zupełnie 
normalnym, i co za tym idzie, zupełnie szczęśliwym i rozwijającym człowieka, trzeba usilnie dążyć do 
tego, by wszystkie trzy Ja zostały doskonale zjednoczone i by pracowały jako zgodny zespół pod 
mądrym kierownictwem Wyższego Ja. Naturalnie, łączenie się w pary, jako drugi składnik 
szczęśliwego życia, to również źródło radości. Im normalniejszy i doskonalszy jest związek małżeński, 
tym więcej daje szczęścia. 
Tylko życie przeżywane bez kierownictwa Wyższego Ja i bez zjednoczenia z nim choćby w jakimś 
stopniu, mogłoby być w przeważającej mierze bolesne i pełne smutku. Według kahunów, Bóg, nie 
człowiek, stworzył ziemię i jej mieszkańców; i Bóg nie uczynił żadnego błędu w tym dziele. Każdy 
człowiek na tyle zarozumiały, by próbować poprawić dzieło Boże i wymyślać nakazy zakłócające 
normalne życie, znajduje się w dysharmonii ze światem i daleki jest zarówno od zjednoczenia, jak i od 
pojmowania jego podwójnego znaczenia. 
Idea Boga podzielonego na nieskończenie wielką liczbę fragmentów i rozprzestrzenionego w całym 
stworzonym wszechświecie systemów gwiezdnych powoduje, że przeciętnemu człowiekowi trudno 
jest kierować ku Niemu modlitwę. Pogląd, że ustanowił On wszechświat z pojedynczej cząstki siebie i 
że pozostaje poza Stworzeniem, sprawia, że zbliżyć się do Niego jest jeszcze trudniej, ponieważ 
umieszcza Go jeszcze dalej, w dużej mierze na zewnątrz Stworzenia. 
Stwierdzamy, że we wszystkich religiach, które trzymają się takich dogmatów, ludzie zmuszeni są do 
przyjmowania "inkarnacji" Boga w jakimś kształcie podobnym do ludzkiego, tak aby stał się On bliższy 
i aby łatwiej dosięgała Go modlitwa. Prawdopodobnie pierwszym wynalazkiem, który miał dać prostszy 
i łatwiejszy dostęp do Boga, były bałwany, bożki – coś materialnego i namacalnego. 
Ponieważ od pradawnych czasów byli pośród kahunów jasnowidzący, stało się rzeczą powszechnie 
wiadomą, że Wyższe Ja każdego człowieka jest dla niego jak bóg i że można przezeń posyłać do 

background image

Najwyższego Boga takie modlitwy, jak prośba o zwrócenie na nas uwagi. Wiadomo było, że 
rodzicielskie Wyższe Ja Ojciec-Matka jest tak blisko nas, jak ręce i nogi. 
Wyższe Ja jest częścią nas samych. Jest najwyższym z trzech Ja w człowieku. To Anioł Stróż, Ojciec 
w nas, osobisty zbawiciel. Wszystkie modlitwy, bez względu, na to, do kogo kierowane, i bez względu 
na wielorakość wyznawanych bogów i bałwanów, nie trafią gdzie indziej jak tylko do Wyższych Ja. 
Jest to jedna z wielkich tajemnic wszystkich czasów: fakt, że istnieje Wyższe Ja i że stoi ono z nami, w 
nas i ponad nami jako bóg i przedstawiciel Boga Wszechświata. Nie musimy z trudem dochodzić do 
pojęcia Najwyższego Boga. Wystarczy, że poznamy samo Wyższe Ja i do niego będziemy kierować 
swoje modlitwy. Możemy polegać na nim, że w swej wyższej mądrości przekaże każdą modlitwę 
błagalną lub modlitwę-siłę Wyższym Istotom bytującym na wyższych szczeblach drabiny ewolucyjnej. 
Gdy uznamy Wyższe Ja za to, czym jest ono w istocie, zawsze z gotowością przyjmie zaproszenie do 
kierowania nami i do pomocy. Ale musi być uznane i zaproszone, bo samo podlega prawu 
obowiązującemu na jego poziomie świadomości, by nie zabierać niższym i średnim Ja daru WOLNEJ 
WOLI, która pozwala im uczyć się przez doświadczenie dzięki samodzielnemu podejmowaniu decyzji 
o własnych postępkach. 
Wolna wola, będąca naszym ludzkim dziedzictwem, może jednakże wpędzić nas w nie kończące się 
kłopoty. Dopiero kiedy nauczymy się zapraszać Wyższe Ja, by przyjęły na siebie pełną jedną trzecią 
zadania, jakim jest przeżywanie życia, będą mogły użyć swej wyższej mądrości i mocy do wskazania 
nam ścieżek, które powiodą nas ku szczęśliwemu i normalnemu życiu. 
Nie wystarczy tylko dowiedzieć się, że istnieje Wyższe Ja, które tęskni za nami i stoi w gotowości do 
udzielenia nam ochrony i pomocy. Musimy otworzyć drzwi i zaprosić je do wejścia w nasze życie i 
zajęcia należnego mu miejsca. 
Średnie Ja potrafi od razu zrozumieć szczegóły powyższych wyjaśnień. Może być gotowe i chętne do 
przekazania Wyższemu Ja pełnej jednej trzeciej naszego potrójnego życia. Ale sprawić, by pojęło to 
również niższe Ja i zmieniło swoje zachowanie, zaprzestając walki o spełnienie swych pragnień ze 
zwierzęcą niemal zajadłością, to zupełnie inna sprawa. 
Niższe Ja trzeba stopniowo i w przystępny dla niego sposób nauczyć, by przestało uzurpować sobie 
prawo do władzy nad całym człowiekiem i zaniechało walki z wszystkimi wokół o spełnienie swoich 
zachcianek, czy to dobrych, czy złych. Trzeba mu dostarczyć nowych i lepszych poglądów, by 
zastąpiły dawne, których się uporczywie trzyma. Wymaga to czasu i codziennego wysiłku, ale można 
tego dokonać, jeśli średnie Ja wie, jak bardzo jest to potrzebne i jak radzić sobie z treningiem. 
Wyszkolenie niższej (czyli podświadomej) jaźni jest bowiem zadaniem średniej (świadomej). 
W szkoleniu niższego Ja można skorzystać z takich środków pomocniczych jak afirmacje, medytacje i 
wizualizacje. Po zakończeniu nauki niższe Ja będzie robiło to, czego średnie nie może zrobić. Będzie 
dla nas nawiązywało kontakt z Wyższym Ja, ilekroć taka łączność będzie pożądana. Kontakt jest 
niemożliwy, kiedy niższe Ja sprzeciwia się średniemu. 
Niższe Ja jest mniej rozwinięte niż obie pozostałe jaźnie. Nieraz zwano je dzieckiem, bo często 
zachowuje się jak dziecko. (Wszystkie emocje powstają w niższym Ja.) Ma ono jednak naturalną 
zdolność wyczuwania Wyższych Jaźni i wzywania ich. Z tego właśnie powodu trzeba je starannie 
nauczyć odgrywania właściwej roli w grze życia, która wymaga, by brali w niej udział trzej gracze. 
Wielki wtajemniczony nauczyciel, Jezus, powiedział kiedyś w sekretnym języku: „Aby skontaktować 
się z Wyższym Ja, musicie przekonać niższe Ja – które jest jak dziecko – by przekazało waszą 
wiadomość". Rzeczywiste słowa, które do nas dotarły, brzmią: „Jeśli ktoś nie przyjmie królestwa 
Bożego jak dziecko, nie wejdzie doń". (Słowo oznaczające w języku tajemnym „królestwo" to au-puni, 
czyli „miejsce, siedziba Ja", Wyższego Ja. Rdzeń au występuje w nazwie Wyższego Ja, Au-makua, co 
tłumaczy się „Ja Rodzice" lub „Ja Ojciec". 

ĆWICZENIE 

Medytuj nad DUCHEM BOŻYM jako Inteligencją, Siłą i Substancją każdej cząstki lub zbioru 
połączonych cząstek Wszechświata. Pomyśl, jak wnosi On inteligencję, siłę życiową, a także tworzy 
substancję wszelkiego stworzenia. Pomyśl, w jak doskonały sposób funkcjonują Jego prawa i jak 
posłuszne są im wszystkie stworzenia poniżej poziomu człowieka. 
Medytuj nad tym, że ze wszystkich stworzeń tylko człowiekowi dana jest wolna wola i wybór między 
dobrem a złem, tak aby mógł rozwijać się poprzez doświadczenie. Medytuj nad Wyższymi Jaźniami, 
które przeszły już ten etap rozwoju i osiągnęły nieskończoną mądrość dzięki swemu doświadczeniu. 

background image

Pomyśl o tym, że najmądrzejsi są ci, którzy pojęli, że dobro to droga postępu, natomiast zło jest drogą 
ku ciemności, cofaniem się i spadaniem w dół. 
  
AFIRMUJ: Jestem w Bogu i z Boga. On jest we mnie i zawiera mnie. Jestem jedną z milionów 
oddzielonych cząstek i to sprawia, że żyję, borykam się z trudnościami i rozwijam: mam bowiem 
instynktowne pragnienie odzyskania całkowitej jedności z innymi częściami siebie, a kiedyś z całym 
Stworzeniem. Razem z Bogiem odbywam długą podróż, która doprowadzi całe Stworzenie z 
powrotem do Większego Odpoczynku. Składam się z trzech Ja niższego, średniego i Wyższego. 
Jestem trójcą istot duchowych. Jestem nieśmiertelny, przechodząc przez aktywne życie do krótkiego 
okresu odpoczynku, potem budzę się ponownie w nowym ciele i idę dalej, zawsze wzrastając w 
mądrość i zawsze potrafiąc prosić Wyższe Ja o takie kierownictwo, jakiego w swej wyższej mądrości 
może mi ono udzielić. 
Jestem średnim Ja. Żyję w ciele, którym rządzi niższe Ja. Jesteśmy ściśle związani i na zewnątrz 
sprawiamy wrażenie, że tworzymy jedną całość. Z nami, strzegąc nas jest Wyższe Ja. Jeśli pracujemy 
razem i każde z nas wykonuje swoje zadanie w dziele życia, wszystko jest dobrze. Staram się pomóc 
niższemu Ja i codziennie zapraszam Wyższe Ja do kierowania nami i pomagania nam. 
Utwierdzam się w przekonaniu o istnieniu Wyższego Ja, jego wielkiej mądrości i miłości. Uznaję je za 
część siebie, za mojego Anioła Stróża. Czynię wszystko, co w mojej mocy, aby jako w trójcy jedyna 
istota zaprosić je do uczestnictwa w dziele życia. 

 
 
 
 

Rozdział 4

 

ODBUDOWA JEDNOŚCI 

Nigdy nie będzie za często przypominać sobie, że podświadomość, czyli niższe Ja, bardzo potrzebuje 
nauki; że należy je przekonać, by zaniechało starych utrwalonych wierzeń i zachowań, a w ich miejsce 
przyjęło nowe i lepsze. 
Trening niższego Ja jest głównym celem niniejszego zbioru tekstów i ćwiczeń. Równie ważne jest 
ćwiczenie naszego świadomego umysłu – średniego Ja – i wszyscy musimy tutaj dużo popracować. 
Ale to, na szczęście, jest prostsze, ponieważ na tym poziomie jesteśmy rozumującymi jaźniami; 
możemy pojąć prezentowane zagadnienie i albo przyjąć je, albo odrzucić. Ale nie zapomnijmy nigdy, 
że kiedy już średnie Ja zaakceptuje nowy materiał myślowy, może on zostać utrwalony w niższym Ja 
jedynie przez nauczenie się go na pamięć i powtarzanie lekcji. Jeżeli uczciwie się o to postaramy, 
praca posuwać się będzie naprzód bez przeszkód. 
Dla satysfakcji logicznie myślącego średniego Ja zrobiliśmy przegląd wierzeń, jakie potrafimy 
zaakceptować najpierw jako średnie jaźnie; potem będziemy codziennie wbijać je do głowy niższego 
Ja, nakłaniając je, by je przyjęło i stosowało zamiast poglądów dawniejszych i mniej racjonalnych. 
Uznaliśmy fakt, że możemy cofnąć się tylko częściowo do początków czasu i Stworzenia. 
Przyjrzeliśmy się scenie życia wokół nas i zauważyliśmy, że Bóg jest we wszystkich rzeczach, 
ożywiając je siłą życiową i świadomością, a także dostarczając formom i ciałom substancji i siły 
niezbędnej do ich funkcjonowania. ' 
Zauważyliśmy także, że mikroskopijne cząstki dodatnie i ujemne jednoczą się, tworząc parę, że 
następnie ta para zostaje spolaryzowana i dąży do połączenia się z podobnymi parami; wkrótce 
budują one skomplikowane struktury, z których najbardziej skomplikowaną jest człowiek: człowiek ze 
swoimi trzema Ja i wolną wolą oraz problemem zjednoczenia się, czyli integracji. 
Dużo obecnie słyszymy o konieczności „zintegrowania" osobowości. Ale kiedy zaczynamy pytać, co to 
właściwie jest, co ma być zintegrowane, odpowiedzi udzielane przez różne szkoły myślowe są 
sprzeczne. Ogólnie panuje pogląd, że człowiek ma podświadomość wypełnioną nielogicznymi i 
błędnymi pojęciami czy przekonaniami i że należy podjąć kroki w celu poprawienia tych błędnych 
koncepcji, zanim możliwe będzie osiągnięcie „integracji", czyli w pełni funkcjonującego partnerstwa 
podświadomej i świadomej części „umysłu". 

background image

W początkach tego wieku niewiele słyszało się na temat integracji dwóch jaźni człowieka. Bardziej 
znane były poglądy oparte na koncepcji zapożyczonej z Indii – idei, że człowiek jako pojedyncza jaźń 
musi bez końca dążyć do zintegrowania albo połączenia w jedność swego ludzkiego i niedoskonałego 
pojedynczego Ja z doskonałą wyższą Jaźnią. 
Dopiero po odkryciu Huny potrafiliśmy jasno zrozumieć, że obie formy integracji stanowią część tego 
samego ogólnego problemu. Integracja to po prostu proces doprowadzenia trzech Ja do bardzo 
bliskiego kontaktu, tak aby mogły działać jako zespół. Zespół w działaniu ma jedną wolę, zamiar i cel. 
Wtedy może być uznany za pojedyncze Ja. 
Jak dotąd, w dyskusji o integracji nie wymieniano związku męża i żony, z pewnością bardzo bliskiego 
związku; jego integracja to część szerszego problemu odbudowy naturalnych tendencji w przeżywaniu 
naszego życia. 
Co prawda, jest zdecydowana różnica między otwieraniem ścieżki kontaktu z Wyższym Ja przez 
oczyszczanie niższego Ja z błędnych poglądów a ustanawianiem bliskiego, sprawnie działającego 
związku partnerskiego męża i żony. W takim związku, rzec można, musimy z powodzeniem połączyć 
w pary dwie niższe jaźnie małżonków, a następnie dwie średnie. Wyższe Ja, oczywiście, pokonały już 
ludzkie słabości i potrafią pracować szczęśliwie i po mistrzowsku z każdym innym Wyższym Ja. Duchy 
Rodzicielskie odbyły już swoją naukę jako niższe i średnie Ja i dawno zakończyły przerabianie lekcji, 
których my, będący na niższych poziomach, uczymy się teraz. 
W świecie zwierząt widzimy Matkę Naturę, czyli Boga-jako-instynkt, dostarczającą kierowniczej 
wyższej inteligencji, według której żyją wszystkie zwierzęta. Zawiera ona element rozumu i wyższej 
wiedzy, których zwierzętom brak. W teozofii używa się terminu „duch przyrody„ dla oznaczenia 
zindywidualizowanej świadomości, która prowadzi wszystkie niższe formy życia. W Hunie są podobnie 
uosobione jednostki Matki Natury – „tysiące bożąt", znane z legend i nauk tajemnych. Nie wiemy zbyt 
wiele o tych mniejszych czy też jeszcze terminujących Duchach Rodzicielskich, widzimy jednak, że 
jakaś bardzo odpowiedzialna postać istoty inteligentnej zdaje się sprawiać, że wszystkie zwierzęta i 
niższe formy życia działają instynktownie. Instynktowne jest łączenie się w pary, a u ptaków także 
budowanie gniazd. 
To doprowadza nas do zagadnienia zwierzęcia w człowieku i jego życia seksualnego. Jako zwierzęca 
jaźń, niższe Ja ludzkie nadal pozostaje pod dobrotliwie kierującą instynktem władzą Przyrody i jej 
niewidzialnych pomocników. Młody mężczyzna spotyka młodą kobietę i zachodzi między nimi 
instynktowna i zupełnie niewyrozumowana reakcja, kiedy czują ku sobie wzajemny pociąg. Reakcja ta 
nie zachodzi po prostu z kimkolwiek – tylko między tymi, którzy wydają się „zestrojeni" albo 
funkcjonują na tej samej „częstotliwości wibracji". 
O wiele za często ta „miłość od pierwszego wejrzenia" prowadzi do nagłego, pochopnego 
małżeństwa, co szybko przynosi kłopoty, ponieważ dwie racjonalne średnie Ja pary nie miały czasu 
ani możliwości dobrze się z sobą poznać. 
Średnie Ja, jak widzieliśmy, wyrosły już z etapu, w którym ślepe kierowanie się instynktem Matki 
Natury jest prawem życia. Uzyskały dar wolnej woli, a także dar w postaci zdolności posługiwania się 
wyższą formą rozumu. 
Średnie Ja decydują samodzielnie o wyborze partnera. Mężczyźni i kobiety powinni porównać i 
rozważyć swoje upodobania i niechęci po to, aby, jeśli się pobiorą, mieli z sobą coś wspólnego na 
poziomie umysłowym średnich Ja. Na przykład intelektualista rozmiłowany w książkach, sztuce i 
muzyce, połączony z kobietą, której to wcale nie obchodzi, znajdzie się w bardzo złym związku, 
podobnie jak i jego żona. Stanie się tak pomimo to, że ich niższe jaźnie są bardzo dobrze 
dopasowane. 
Z drugiej strony, dwoje ludzi, którzy mają wiele wspólnego na poziomie myślącego średniego Ja, 
może zupełnie do siebie nie pasować jako niższe Ja, a zatem na poziomie fizycznym. Ich niższe Ja 
mogą mieć utrwalone poglądy takiej natury, że szczęśliwe małżeństwo okaże się niemożliwe. 
Kompleksy poruszone i przeciwstawione kolidującym z nimi kompleksom małżonka i jego niższego Ja 
mogą doprowadzić do tragedii. 
Tak mało jest idealnie dobranych par w dzisiejszym świecie – przynajmniej tak to wynika z obserwacji 
– że można chyba bezpiecznie stwierdzić, iż prawie nigdy mężczyzna i kobieta nie zgadzają się ze 
sobą we wszystkim jako para niższych i jako para średnich jaźni. Dla wielu osób życie małżeńskie jest 
szeregiem drobnych konfliktów, zderzają się w nim kompleksy, ogólne przekonania, upodobania i 
niechęci. Jednakże czasami istnieje częściowe bądź pełne porozumienie w dostatecznej liczbie spraw, 

background image

tak że szczęście wspólnego życia znacznie przewyższa nieszczęście. Jest to prawdziwe zwłaszcza 
tam, gdzie instynktowny wzajemny pociąg dwóch niższych jaźni małżonków jest silny i trwały. 
Nasza praca, zatem, ma na celu doprowadzenie do dwóch rodzajów jedności czy integracji. 
Pierwszym i najtrudniejszym zadaniem jest integracja trzech Ja jednostki. W miarę postępów w tym 
kierunku, kiedy człowiek zaczyna lepiej rozumieć swoje niższe Ja i wyraźniej pojmuje, jakie kompleksy 
powodują jego nieracjonalnymi działaniami, może postrzegać życie w małżeństwie w jaśniejszym 
świetle. Potrafi rozpoznać, że punkty sporne wywodzą się najprawdopodobniej z zakompleksionych 
przekonań niższego Ja albo z różnicy zdań, celów, ideałów, upodobań i niechęci średniego Ja. 
„Poznaj siebie" to pierwszy krok i pierwszy obowiązek. Znajomość siebie pomaga poznać drugą 
osobę, a z tym, co rozumiemy, możemy pracować, naprawiać błędy. 
Celem szczęśliwego związku małżeńskiego jest wzajemne zrozumienie. Jest to coś, co musi zajść w 
średnich Ja i dokonać się dzięki rozumowi. Gdzie spotykają się ze sobą niższe Ja i albo się 
przyciągają, albo odpychają, nie korzystając z rozumu, gdzie instynkt jest ślepy i wszechmocny, tam 
nie ma miejsca na spokojne przestudiowanie niezbyt szczęśliwej sytuacji, omówienie jej aspektów i 
postanowienie, w jaki sposób usunąć przyczynę niezgody. 
Jeśli niższe jaźnie pary małżeńskiej wymykają się spod kontroli, tak że mężczyzna i kobieta dają się 
im ponosić, to średnie jaźnie nie mają szansy znalezienia rozumowego wyjścia z konfliktu; wówczas 
małżonkowie bardzo potrzebują nauczyć się kontrolowania swoich niższych Ja i muszą podjąć kroki, 
by wykorzenić z nich nienormalne i nieracjonalne utrwalone wiercenia i zastąpić je nowymi. I tutaj 
właśnie potrzeba wyćwiczonego średniego Ja, które zrobiło przegląd starych wierzeń i poglądów i 
zmieniło je w świetle wiedzy, uznanej przez nas za prawdziwą i dobrą. 
Jak zobaczymy dalej, integracja, czyli zjednoczenie, do którego musimy dążyć, jeśli mamy rozwijać 
nasze niższe i średnie Ja, nie zatrzymuje się w określonym punkcie. Niezliczone komórki złączyły się 
dla utworzenia ciała ludzkiego. Ciało jako całość nadal ma stronę pozytywną i negatywną, lewą i 
prawą, i to dziwne zjawisko polaryzacji zachodzi dalej w człowieku, nawet potem, kiedy cechy którejś z 
płci zaczynają dominować. 
Nie ma stania w miejscu. Idziemy naprzód, jeśli się rozwijamy, łącząc się z podobnymi jednostkami, by 
stworzyć większe całości – często bardzo złożone związki, a często bardzo luźne, ale nadal związki. 
Można na przykład powiedzieć, że związek osób w rodzinie albo szczepie jest bardzo złożony, ale 
luźny. Więzi w związku mogą też być bardzo silne i bardzo bliskie. Rodzina, szczep, a nawet naród 
mogą rozwinąć grupową osobowość, z typowymi dla grupy przekonaniami, dążeniami i innymi 
cechami charakterystycznymi. 
W takich większych związkach czy wspólnotach, których część tworzymy jako jednostki, działamy 
sprawniej, jeżeli, jesteśmy zintegrowani na niższych poziomach naszych trzech Ja oraz nas samych i 
naszych małżonków. Osoba dobrze zintegrowana z dziećmi i rodziną wyprzedza inne. Znowu zaczyna 
się od poznania siebie, a później nabywa umiejętności poznawania innych. 
W przyrodzie doskonała współpraca w ulu, w stadzie albo w ławicach morskich ryb kierowana jest 
przez Matkę Naturę i nie może zawieść. Dostarcza nam ona modelu, który my, średnie Ja, używające 
rozumu i daru wolnej woli, powinniśmy jak najbardziej naśladować. Musimy nauczyć się współpracy 
jako trzy Ja wewnątrz nas samych, potem jako mąż i żona, potem jako rodzina, członkowie 
społeczności i członkowie narodu. Kiedy już nauczymy się lekcji umiejętnego współdziałania w każdej 
z tych grup, gotowi będziemy stać się związkiem narodów, „jednym światem„, odłożywszy na bok to, 
co jest przeciwieństwem współpracy, a więc wojny niszczące bronią albo środkami ekonomicznymi. 
Nasz obraz nie byłby pełny, gdybyśmy zapomnieli o uczeniu się, jak z powodzeniem integrować się z 
życiem zwierząt, roślin i owadów na ziemi. Musimy nauczyć się żyć żywymi istotami w naszym 
otoczeniu i radzić sobie z żywiołami, z oceanami i lądami, powietrzem, wiatrami, porami upału i zimna 
i tak dalej i dalej. 
Rolnikowi, który posiadł wiedzę i zrozumienie swej gleby, zwierząt, klimatu, udało się z nimi 
zintegrować dla wspólnego dobra. Ta współpraca jest nawet bardziej złożona i pełna problemów niż 
działalność biznesmena, który stara się połączyć kilka antagonistycznych firm konkurujących z sobą w 
jakiejś dziedzinie ze szkodą dla siebie i ogółu społeczeństwa. (Chociaż kartele ograniczające handel, 
ceny czy rynek są złe dla społeczeństwa, to jednak ogólny trend łączenia wysiłków w produkcji i 
marketingu na dłuższą metę nie może pozostać niekorzystny, nawet jeśli początkowo przestawienie 
się z pracy indywidualnej na grupową przynosi niepowodzenia). 
Poczucie oddzielności, które czyni każdego z nas „osobnym Ja„ i rodzi przesadne uczucie bycia 
„jednym przeciw wszystkim", należy rozumieć jako efekt wielkiego rozdzielenia, jakim było Stwarzanie. 

background image

Droga przed nami polega na kontynuacji poczucia oddzielności, ale również na dodaniu do niego 
poczucia rosnącej jedności z wszystkimi ludźmi i wszystkim, co jest – jedności z Bogiem i z całym 
Stworzeniem. Nasze codzienne ćwiczenia mają nam pomóc dojść do rozsądnej idei Boga i Boga-w-
Jego Stworzeniu. Jest to praca dla rozumującego średniego Ja i z chwilą gdy zadanie to zostanie 
dokonane, niższe Ja trzeba będzie nauczyć tych samych koncepcji i dotąd je z nim ćwiczyć, aż 
zastąpią dawne nawyki myślowo-wierzeniowe. 
Nauki wdrażane nam w dzieciństwie, w rodzaju tych podawanych przez szkoły niedzielne, głoszące, 
że Bóg widzi każdy nasz czyn, czy to popełniony w tajemnicy, czy otwarcie, są, o dziwo, źródłem 
wewnętrznego konfliktu, który często uniemożliwia integrację trzech Ja. Jest to na tyle ważne dla 
większości z nas, że zasługuje na omówienie. 
Dzieciństwo jest żyznym gruntem, na którym rozwijają się i ukorzeniają w niższym Ja najbardziej 
nieracjonalne przekonania. Jakże często nasi psychologowie odkrywali kompleks głębokiego poczucia 
winy u pacjentów, którzy mają dziwne natręctwa albo nie mogą zmusić się do zrobienia niektórych 
rzeczy. Takie ukryte kompleksy poczucia czy przekonania o winie są przyczyną wielu chorób. Niższe 
Ja może usiłować ukarać człowieka, ponieważ jest mocno przekonane, że zasługuje na karę. Drobne 
nadużycia seksualne albo kradzieże czy kłamstwa popełnione w dzieciństwie mogą być ukrytymi 
przeszkodami w późniejszym życiu, uniemożliwiającymi niższemu Ja łatwy, całkowity i ufny kontakt z 
Wyższym Ja, pełen miłości i zrozumienia. 
Jak wszyscy uczniowie Huny wiedzą. Wyższe Ja jest dla każdego z nas czymś na podobieństwo 
Boga., Biegną ku niemu wszystkie modlitwy, bez względu na to, do jakiej Wyższej Istoty się modlimy. 
Każda modlitwa posyłana jest telepatycznie wzdłuż niewidzialnej „srebrnej nici", która łączy niższe Ja 
z Wyższym. Niższe Ja, jako to, które potrafi wysyłać telepatyczne wieści lub modlitwy (nie zaś średnie 
Ja) trzeba uwolnić od wszystkich przekonań o winie lub „grzechu", tak żeby mogło i rzeczywiście 
spełniało swą rolę z pewnością siebie i zadowoleniem, ilekroć poprosimy je, by telepatycznie przesłało 
nasze modlitwy Wyższemu Ja. 
Rozumujące średnie Ja musi tutaj zastosować starożytny sprawdzian Huny, przypominając sobie 
wszystkie możliwe „grzeszne" czyny z przeszłości; musi je przemyśleć i skorygować. Jeśli czyn kogoś 
SKRZYWDZIŁ, był grzeszny. Jeśli NIKOGO NIE SKRZYWDZIŁ, NIE BYŁ GRZECHEM. Jest to wielki 
sprawdzian Huny, który uwolnił wielu zaślepionych dogmatami ludzi. Średnie Ja musi go wykonać, a 
skorygowane w rezultacie wnioski wbić do głowy niższemu Ja z pomocą wielokrotnych wyjaśnień, 
uczenia i powtarzania, by odpuściło sobie stare, utrwalone ciężary win. 
Tam, gdzie utrwalone poczucie winy jest silne, wielce pomocne będzie codzienne spełnienie dobrego 
uczynku, w najbardziej bezoosobowy sposób, bez oczekiwania podziękowań lub nagrody. Jest to 
bodziec fizyczny, ustanawiający w niższym Ja głębokie poczucie wykonanego dobra, które 
zrównoważy poprzednio wyrządzone drugiemu człowiekowi zło. 
Z chwilą kiedy kontakt z Wyższym Ja został nawiązany i niższe Ja przesyła jako tako nasze modlitwy, 
jeszcze może nie w całości i niezbyt dobrze, możemy poprosić Wyższe Ja o pomoc w przypominaniu 
sobie dawnych „grzechów" i rozważeniu ich w świetle reguły KRZYWDY, tak abyśmy je ujrzeli we 
właściwej perspektywie. Musimy przypominać sobie o tym, że OJCIEC-MATKA WYŻSZE JA przeżyło 
już doświadczenie bycia niższym Ja, a potem średnim Ja. Rozwinęło się, przechodząc przez 
wszystkie doświadczenia na niższych poziomach, aż osiągnęło swój boski stan. Wie, w jaki sposób 
zabrać się za rozwiązanie każdej trudności, jaka może nam stanąć na drodze. Jest doprawdy Aniołem 
Stróżem, Pocieszycielem i, jak nazwali je Indianie Paiute z amerykańskiego Zachodu, Wakanda, czyli 
„Przyjacielem ducha ludzkiego". 
Wyższe Ja opanowało całkowicie swoją lekcję integracji i jedności i na swoim poziomie jest w jedności 
z wszystkimi pozostałymi Wyższymi Jaźniami, chociaż ciągle pozostaje oddzielną i indywidualną parą 
duchów. 
Kahuni nazwali zjednoczone Wyższe Jaźnie Poe Aumakua, czyli „Wielkim Towarzystwem Wyższych 
Jaźni". Wszelkie dobro, do którego czynienia możemy być powołani w życiu, Wyższe Jaźnie już 
nauczyły się czynić. Są one nieskończonym źródłem pomocy i przewodnictwa, jeżeli tylko potrafimy 
zaprosić je do wzięcia właściwego udziału w naszym trójjaźniowym życiu. 

ĆWICZENIE 

Pomyślcie o długiej linii rodowej, z której się wywodzicie, wyobraźcie sobie, jak cofacie się w 
przeszłość, pokolenie za pokoleniem i stulecie za stuleciem. Rozważcie fakt, że przez wszystkie te 
wieki członkowie rodziny nigdy nie byli oddzieleni i sami. Człowiek zawsze miał dziadków zrodzonych 

background image

przed nim oraz dzieci i wnuki następujące po nim. Tworzą oni prąd w Przepływie Życia i są z nim 
jednym. 
Nie jesteśmy od siebie oddzieleni, nigdy nie byliśmy i nigdy nie będziemy. Należymy do rodziny i jako 
część rodziny jesteśmy także częścią Boga i Kosmicznego Przepływu Życia. 
Tak jak my kolejno jesteśmy dzieckiem, rodzicem i dziadkiem, tak też rozwija się i niższe Ja, które 
teraz jest naszym dzieckiem; musimy nad nim czuwać, uczyć je i o nie dbać. Wyższe Ja, natomiast, 
jako najstarsze i najmądrzejsze, pełni wobec średniego Ja funkcję rodziców, a wobec niższego rolę 
dziadków. Wszystkie tworzą jednię, pomimo iż zewnętrznie sprawiają wrażenie oddzielnych. 
Pomyśl o przyczynach poczucia samotności. Pomyśl o pragnieniu towarzystwa w postaciach żony lub 
męża, rodziny i przyjaciół. Pomyśl, co powinno się normalnie zrobić, by zastąpić samotność 
mniejszym zjednoczeniem, które niesie z sobą radość towarzystwa. 
Pomyśl o głębokiej wewnętrznej, duchowej tęsknocie Wyższego Ja, które oczekuje czasów, kiedy 
zostanie w pełni uznane i zaproszone do całkowitego uczestnictwa w życiu trójjaźni. Pomyśl o 
sposobach, jakimi można by skłonić niższe Ja, aby przestało się czuć oddzielone, winne i odrzucone, i 
o przyszłej radości, kiedy trzy Ja się zjednoczą i nie będzie ich dzielił najmniejszy cień wątpliwości i 
strachu. Wyobraź sobie idealną rodzinę, w której małżonkowie, dzieci i rodzice potrafią poznać prawdę 
o Wyższym Ja i pracować z nim jak z Przewodnikiem. 
Zapytaj, co przypuszczalnie mógłbyś uczynić dla Wyższego Ja w zamian za wiele rzeczy, o które je 
prosisz dla siebie. 
  
AFIRMUJ: Jestem jednością z Bogiem, a zatem jednością z rzeszą Jego dzieci. Poczucia, że jestem 
oddzielony i samotny, nie da się uzasadnić z żadnego szerszego punktu widzenia. Musiałem kiedyś 
być częścią innego człowieka, by przyjść na świat. Muszę być częścią rodziny i grupy społecznej, do 
których należę, aby czynić postępy w życiu. 
Używając daru wolnej woli, która w pewnym zakresie pozwala mi działać jako odrębnej i niezależnej 
istocie, będę miał stale na uwadze, że jestem zarazem cząstką całości. Jestem cząstką mojej rodziny, 
cząstką narodu i cząstką świata. 
Staram się zachowywać tak, by być pomocą dla innych, i w ten sposób pomagam sam sobie. Dążę do 
pełnego urzeczywistnienia obecności mojego Wyższego Ja i skłaniam niższe Ja, by czyniło to samo. 
Nie będzie wówczas żadnej bariery między moimi trzema Ja. Zaczynamy pracować razem jako zespół 
– my trzy, tworzące Jednię. 
Wyższe Ja jest moim najbliższym i osobistym zbawicielem od wszelkiego zła. Jednak codziennie je 
zasmucam, jeśli nie zapraszam go do objęcia właściwej roli w życiu owej trójjaźniowej osoby, którą 
nazywam „sobą". Przestaję więc zasmucać je moimi wątpliwościami, lękami, zachłannością i 
krzywdami, jakie wyrządzam innym ludziom bądź temu ciału, w którym jestem gościem. Codziennie 
podejmuję kroki, by rozświetlić mą niewiedzę i wyrosnąć z egoizmu, i – z moim niższym Ja – 
rozpoczynam pracę otwierania drzwi o zardzewiałych zawiasach, aby zaprosić do nas Wyższe Ja. 
Stwierdzam, że będę dążył do służenia innym ludziom, tak jak oni mi służą albo tak jak chciałbym, 
żeby mi służyli. Zaczynam pracować nad sobą i pomagać niższemu Ja w wykonywaniu jego pracy, tak 
abyśmy nawiązali pełny kontakt z Wyższym Ja i cieszyli się jego Przewodnictwem we wszystkich 
naszych działaniach. 
  
Zacznij od poświęcenia codziennie odrobiny czasu na przegląd swoich czynów od dzieciństwa i 
zbadaj każdy z nich pod kątem tego, czy sprawił komuś KRZYWDĘ. Jeśli spowodował prawdziwą, 
trwałą i dużą KRZYWDĘ, był to grzech – ale nie przeciwko Bogu czy Wyższemu Ja. Bóg i Wyższe Ja 
są zbyt wielcy i potężni, abyśmy mogli przeciw Nim zgrzeszyć albo Ich zranić. 
Proś o przebaczenie, równoważąc jednocześnie zły uczynek dobrym, ale o trochę większej wadze. 
My, średnie jaźnie, jesteśmy istotami rozumnymi i wiemy, że zły uczynek można zrównoważyć tylko 
dobrym. Dopiero kiedy średnie Ja będzie logicznie przekonane, że wyrównało rachunki z przeszłości, 
może przekonać niższe Ja, że i ono zostało oczyszczone i godne jest stanąć z jaśniejącą twarzą 
przed Wyższym Ja Ojcem-Matką. 
Stosuj sprawdzian KRZYWDY. Skoryguj niewłaściwe pojęcia. Zmień te pojęcia i utrwalone 
niewłaściwe przekonania, codziennie przekonując niższe Ja do przyjęcia nowych. Stopniowo oczyści 

background image

się ono z wszelkich błędnych i dogmatycznych koncepcji, które blokują i uniemożliwiają mu kontakt z 
Wyższym Ja. Powoli pozostałe jeszcze sekretne uczucia winy zostaną zracjonalizowane i usunięte. 

 
 
 
 

Rozdział 5

 

DZIAŁANIE NIŻSZEGO JA W MODLITWIE 

W przeszłości wtajemniczeni mędrcy i kahuni zobowiązani byli przysięgą do zachowania tajemnicy. 
Zadziwia to ludzi, którzy obecnie zaczynają poznawać nauki trzymane niegdyś w takim sekrecie. 
Ciągle pojawia się pytanie: „Skoro to, co wiedzieli, ma tak ogromną wartość dla całej ludzkości, 
dlaczego nie szerzyli tej wiedzy?" 
Jak dotąd, nie mamy w pełni zadowalającej odpowiedzi na to pytanie. Możliwe, że istnieje część 
starożytnej tajemnej wiedzy, jeszcze nie do końca odkrytej, takiej natury, że gdyby wpadła w ręce 
złych i nie sprawdzonych ludzi – mogłaby dać im władzę, której użyliby w złych celach. Jeśli mamy 
wierzyć starożytnym tradycjom mówiącym o „czarnej magii", byli tacy ludzie, którzy rzeczywiście 
zgłębili niektóre z jej tajników i nie tylko nadużyli tej wiedzy sami, lecz także założyli szkoły czarnej, 
czyli złej magii. 
Ale jednego możemy być pewni, a mianowicie, że wiedzę tajemną przekazywano uczniom, inicjując 
ich w niej po to, by mogli przekazywać ją dalej z pokolenia na pokolenie, i że na wszystkich lądach i 
we wszystkich wiekach istniały niejasne pisma zawierające „Tajemnicę". 
Dzisiaj najmniej tajemnym źródłem informacji dotyczącej wiedzy Huny jest język Polinezyjczyków, 
ponieważ dzięki izolacji zachował się on bez zniekształceń aż do połowy ubiegłego stulecia. Tego, co 
już wiadomo, dowiedziano się przeważnie z dokładnych studiów nad źródłosłowami wyrazów 
używanych przez polinezyjskich wtajemniczonych, „Strażników Tajemnicy". Wyszperanie ukrytych 
źródłosłowów jednego zestawienia słów rzucało światło na znaczenia następnego, a to sprawiało, że 
wszystkie zaczęły układać się na swoich właściwych miejscach. Stwierdzono, że słowa mające 
bezpośrednie, nie tajemne znaczenia, były zarazem symbolami. 
Pisma religijne żydów i chrześcijan są wspaniałym źródłem umożliwiającym dalsze zrozumienie, ale 
dopiero wówczas, gdy pozna się symboliczne znaczenia słów. Również pisma gnostyków z tego 
samego mniej więcej miejsca i okresu mają wielką wartość. Pisma wczesnych wtajemniczonych 
greckich, a także żydów, którzy dobrze znali grecką wersję „Tajemnicy", potwierdzają informacje z 
innych źródeł. 
W Indiach ukrywane pisma zachowały się w zniekształconej postaci, ale różne wierzenia i praktyki, 
zwłaszcza te ostatnie, świadczą niezbicie o tym, jaką wersję Huny znali w tej części świata hinduscy 
wtajemniczeni. 
Pierwszą z trzech wielkich tajemnic Huny jest fakt istnienia Wyższego Ja i to, że składamy się z trzech 
jaźni. Na ogół zaakceptowanie tej prawdy nie jest dla czytelnika trudne. Znacznie trudniej, z chwilą gdy 
uzna się trójjaźniową naturę człowieka, przychodzi zrozumienie, że (1) wszelka modlitwa jest z natury 
telepatyczna i że (2) Wyższe Ja znajduje się zwykle w pewnej odległości od ciała, chociaż zawsze 
pozostaje „na wezwanie". 
Największa jednak trudność, jak stwierdzono, polega na tym, że wielu studiujących Hunę nie chce 
przyznać, iż musi posyłać modlitwy do Wyższych Ja przez niższe Ja (bądź przez swoje Wyższe Ja) do 
Boga, jeśli zajdzie potrzeba. Zwykle ludzie ci nauczeni są religii, w której podświadomość nie odgrywa 
żadnej roli i której niższe Ja nie było znane. Uwierzyli, że znane im świadome Ja to cała „dusza„, jaka 
istnieje, i że wystarczy przemówić, by natychmiast zostać usłyszanym przez Najwyższego Boga. Tacy 
uczniowie, chociaż nie całkiem pewni, że ich modlitwy zostały usłyszane, i poszukujący metody, dzięki 
której dostaliby na nie „odpowiedź", nadal wzdragają się przed uznaniem roli, jaką musi odegrać 
niższe Ja. 
Podejście to przypomina postawę pewnej pani, która pragnęła osiągnąć absolutną czystość umysłu i 
ciała. Oczyszczała umysł, napełniając go pięknymi i pobożnymi myślami. Zabrała się do oczyszczania 

background image

ciała, ale nie mogła wymyślić sposobu, jak powstrzymać je przed zmienianiem w nieczystości nawet 
najczystszego pożywienia i napojów toteż przestała zupełnie jeść i pić. 
Jeśli nie chcemy się modlić, ponieważ w tym celu musimy posłużyć się niższym Ja jako posłańcem, 
który zaniesie telepatyczną wieść i obraz upragnionych warunków do Wyższego Ja i poprosi je, by 
odgrywało swoją rolę w naszym życiu, by nas prowadziło, strzegło i służyło pomocą, to okazujemy 
jeszcze wyższy rodzaj głupoty. A ponadto, jest to skazanie wszystkich trzech Ja na wewnętrzny głód. 
Druga z trzech wielkich tajemnic dotyczy siły witalnej, czyli mana. Wtajemniczeni mieli ją w 
najwyższym poważaniu; mana wielokrotnie pojawia się we wszystkich tajemnych pismach. Tej drugiej 
tajemnicy dotyczy cała jedna trzecia symboli słownych kahunów. W Indiach około połowa praktyk 
religijnych nadal skupia się wokół stosowania siły witalnej w celu osiągnięcia „jogi", czyli zjednoczenia 
z najwyższą jaźnią. 
Bóg jest wszelkim Życiem, a to życie jest żywą formą siły, którą pożyczamy ze wspólnego zbiornika 
energii napełnionego przez Matkę Naturę. Siła ta znajduje się w świetle słonecznym i magazynowana 
jest w roślinach, które spożywamy jako pokarm. Symbolem tej siły witalnej, czyli many, jest „Światło". 
Kult słońca był dla wtajemniczonych oddawaniem czci Bogu i Wyższemu Ja. To ostatnie nazywano 
„Światłem prawdziwym" albo „Światłem oświecającym każdego człowieka". 
Siła życiowa pobierana ze słońca, powietrza i pożywienia symbolizowana była przez czystą wodę 
(mana). To była »woda życia" występująca w starożytnych pismach. 
Średnie Ja, tak samo jak Wyższe (oba nie mające ciała fizycznego i systemu trawiennego), musi 
pożyczać siłę życiową od niższego Ja. Symbolem siły witalnej, którą pobiera i używa, jest „podwójnie 
potężna woda" (manamana). Wyższemu Ja przysługuje tytuł „Pana", który w języku kahunów znaczy: 
„Ten, który nadzoruje podział wód". Kiedy Wyższe Ja używa siły witalnej, siła ta staje się tak 
magicznie potężna, że powoduje odpowiedzi na modlitwę; nazywana jest „najpotężniejszą siłą życia„ 
(mana loa). 
Wyższe Ja potrzebuje mało many, dopóki nie wzywa się go do uczestniczenia w życiu trzech Ja i 
wprowadzenia zmian w odpowiedzi na modlitwę. Wówczas, podobnie jak niższe Ja potrzebuje 
mnóstwa siły witalnej do budowy domu, tak samo potrzebuje jej Wyższe Ja, kiedy podejmuje się 
pomóc przy budowie albo dokonać jakichkolwiek zmian w gęstej sferze fizycznej. 
Musimy wyćwiczyć niższe Ja, by oddawało część swojej podstawowej siły witalnej, czyli many, 
Wyższemu Ja wraz z modlitwą (telepatycznie). Umożliwi to Wyższemu Ja rozpoczęcie pracy w gęstej 
sferze fizycznej w celu uzdrowienia, dokonania zmian w sytuacji teraźniejszej bądź przyszłej lub 
zrobienia czegokolwiek, o co się modlimy. 
Nie trudno o dowód, że jest to właściwa interpretacja Drugiej Tajemnicy. Świadczy o tym wiele słów, 
jakie znajdujemy w naukach hawajskich kahunów. Słowo „czcić", hoo-mana, oznaczało u nich 
„wytwarzać manę„ (siłę witalną). A z innych słów podobnej natury dowiadujemy się, że ta wytworzona 
siła witalna posyłana jest do Wyższego Ja. by dać mu moc w sferze fizycznej oraz jako akt oddawania 
czci. 
Kiedy mówimy w Modlitwie Pańskiej: „Bo Twoje jest Królestwo, potęga i chwała...", powtarzamy ukryte 
stwierdzenie, które już było starożytne, kiedy odnotowano je w Nowym Testamencie. Każdy 
wtajemniczony wiedział natychmiast, że w tym momencie niższe Ja obdarowywało maną Wyższe Ja, 
aby mogło ono uzyskać moc działania w świecie fizycznym – że dar, czyli ofiara many, oznaczał jego 
uczczenie i uwielbienie. Ponieważ modlitwa skierowana jest do naszego Ojca, który jest w niebie, nie 
można się pomylić co do prawdziwego sensu tej metody modlenia się; Jezus nauczał jej tych, którym 
dawał inicjację. 
Bardzo dobrze przedstawił wiedzę Huny Filon z Aleksandrii, Żyd, który znał misteria greckie w okresie, 
kiedy Aleksandria była centrum nauki w Egipcie; zapisał twierdzenia Huny w zawoalowanych 
paragrafach. Filon mówiący i piszący po grecku, pozostawił po sobie prawdziwy skarb dla naszych 
czasów. Omawiając jego pisma, G.R.S. Mead pisze: „Ten Najwyższy Logos, zatem, pełen jest 
wszelkich mocy słów, Logoi, czyli boskich energii". (G.R.S. Mead, Thrice Greatest Hermes, t. I, s. 
239). 
Mead pisał jeszcze przed odkryciem kluczy, które otwarły Hunę dla świata, nie potrafił więc wyjaśnić, 
co Filon miał na myśli. Dla nas jednak jest to oczywiste, ponieważ mamy już wiedzę na ten temat. 
Wyższe Ja, duchowa jaźń, nie może sprawnie i szybko działać w gęstej fizycznej sferze, chyba że ma 
manę. W modlitwie posyłamy „słowa", a chociaż logos znaczy „słowo", wskazuje także na myśl lub 
myślenie. Najpierw przychodzą myśli-słowa, wznosząc się do Wyższego Ja z niższego. Ale wraz z 
myślami muszą zostać przesłane logoi, czyli energia many. 

background image

W ukrytej nauce swoich czasów Jan, jak podaje Ewangelia, napisał dla wszystkich, którzy mogli 
zrozumieć: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo". Nie ma to wiele 
sensu dla nie wtajemniczonych, ale jeśli mamy klucz, rozumiemy, że Jan opisywał rzeczywisty proces 
tworzenia – to, jak tworzy dla nas Wyższe Ja w odpowiedzi na słowa modlitwy, którym nieodzownie 
towarzyszył dar many. Mana czyniła słowa „słowami mocy". 
Nie rozumiejąc tej prawdy, okultyści na próżno usiłowali odnaleźć i zastosować pewne słowa, które 
same w sobie miałyby moc. Ale tajemne imiona Boga i aniołów, diabłów i nieziemskich istot nie mają 
zupełnie nic wspólnego z prawdziwymi „słowami mocy". Można nauczyć się na pamięć 
przypuszczalnych siedemdziesięciu dwóch imion Boga i recytować je w kółko w inwokacjach, ale 
dopóki wraz z modlitwą niższe Ja nie prześle do Wyższego Ja many, nic się nie stanie. 
W języku kahunów słowo ha, które oznacza „mocno oddychać", było symbolem gromadzenia 
dodatkowego zapasu mana i przesyłania jej do Wyższego Ja. Współcześni psycholodzy wiedzą, że 
aby spalić cukier we krwi i wytworzyć więcej siły witalnej, musimy mocniej oddychać. Wiedzieli o tym 
również wtajemniczeni, którzy świadomie oddychali głębiej i mocniej, nawet siedząc nieruchomo, aby 
wytworzyć i posłać manę do Wyższego Ja. 
W Indiach, gdzie prawie cała wiedza Huny została dawno zapomniana, pamiętano o jednym, a 
mianowicie, że głębokie oddychanie jest pierwszym krokiem w stosowaniu magii wtajemniczonych. 
Była to prosta i szeroko znana zasada. Utracono jednak pamięć o drugim kroku wiedzę o tym, co robić 
po mocniejszych oddechach i nagromadzeniu dodatkowej prana (słowo oznaczające w Indiach siłę 
życiową). 
Drugi krok, jak teraz wiemy, polegał na tym, aby niższe Ja posłało manę i myśl, czy też ciche słowa 
modlitwy, do Wyższego Ja. Praktykujący jogę straciwszy z oczu Wyższe Ja, czyniąc z niego 
Najwyższe Ja, czyli Brahmę, Boga, nie wiedzieli, co zrobić z dodatkową siłą witalną. Tak więc 
eksperymentowali, i jedna po drugiej powstawały szkoły dodające jeszcze jedno skomplikowane 
ćwiczenie oddechowe do już znanych trudnych ćwiczeń. Dodano pozycje fizyczne, z których wiele 
bardzo trudno jest utrzymać, a także nie kończące się śpiewy i mudra. Zatykano jedną stronę nosa 
kciukiem albo palcem wskazującym przy wciąganiu długiego oddechu, potem używano drugiej przy 
wydechu. Siłę witalną spersonifikowano i stworzono z niej boginię zwaną Kundalini. Podobno po 
długim starannym treningu miała ona budzić się i podnosić wzdłuż kręgosłupa aż do pewnego ośrodka 
w głowie albo ponad nią i tam stwarzać cudowną światłość dającą oświecenie. Zarazem miała ona 
przynieść joginowi wszelkie rodzaje wyjątkowej mocy umysłu i ciała. Długa i kręta jest doprawdy droga 
powrotna od współczesnego systemu tantra jogi do prostego mechanizmu stosowanego pierwotnie w 
modlitwie typu Huny. 
Trzecia Tajemnica dotyczy „drabiny słów", często wymienianej w starożytnych pismach. Jest to 
niewidoczny (ektoplazmiczny – albo aka u kahunów) sznurek, po którym telepatyczna modlitwa i mana 
wznoszą się od niższego Ja do Wyższego. Drabina to także bardzo opacznie rozumiany „promień" 
albo „drabina", po których Wyższe Ja odsyła z powrotem oczyszczoną manę, aby pomóc dwóm 
niższym jaźniom. Jest to symboliczny „promień Światła", natomiast Wyższe Ja przedstawiane jest 
albo jako Światłość, albo jako Słońce. 
Hindusi, usiłując odkryć na nowo tajemnicę oddechu i rozmieszczenia dodatkowej siły witalnej, 
stworzyli także jogiczną postać drabiny. Rozwinęła się ona u nich w szereg przypominających monetę 
ośrodków zwanych chakra, które według jogi umieszczone są jeden ponad drugim wzdłuż kręgosłupa, 
od kości ogonowej do szczytu głowy. To właśnie po tym szeregu stopni czy po „drabinie" wznosiły się 
moce „Wężowego Ognia" bogini Kundalini, czyniąc cuda, kiedy stawiała ona kolejny krok i „otwierała" 
każdy ośrodek. Przypuszczano, że na szczycie głowy znajdują się niewidoczne „drzwi", przez które 
uosobiona moc wznosi się od człowieka do Brahmy, który w tym systemie zastąpił Wyższe Ja. Jak 
zobaczymy dalej, cały wysiłek kierowano na uczynienie jednego wielkiego skoku przez wszystkie 
pośrednie stopnie rozwoju i ewolucji, bezpośrednio od człowieka do Boga. Nie można nie być choć 
trochę zaskoczonym tak imponującą koncepcją, jeśli weźmiemy pod uwagę wymiar człowieka i 
ograniczenie jego doświadczeń w porównaniu z ogromem, jakim jest Bóg. 
Nagromadzenie dodatkowej ilości mary jest bardzo proste, jeśli wiemy, że wystarczy tylko zapragnąć 
ją zgromadzić oraz dać sygnał niższemu Ja, by zaczęło głębiej oddychać. Jeśli nie wydatkujemy 
nagromadzonej mary tak szybko, jak powstaje, w jakimś dużym wysiłku fizycznym, pozostanie ona 
zmagazynowana w ciele, gotowa do użytku. Niższe Ja lepiej zrozumie, co ma zrobić, jeśli wykonamy 
jakieś fizyczne działanie, które będzie dla niego wskazówką; lubi ono rzeczy namacalne i szybciej 
reaguje na bodźce cielesne niż na coś pomyślanego w umyśle. Można wziąć przykład z 
wtajemniczonych kahunów i rzeczywiście wydąć wargi, zwrócić twarz ku niebu i dmuchnąć w górę – 

background image

jednocześnie utrzymując dla niższego Ja obraz tej czynności w umyśle DZIĘKI WYOBRAŻENIU 
sobie, że z mocą wydmuchujemy manę wzdłuż niewidzialnej „drabiny" w górę do Wyższego Ja. 
Kahuni nazywali to „wydmuchiwaniem wody z ust"; woda była symbolem many. Mówili także: ho-aka, 
co znaczy „podnieść", tak jak dzieje się to przy posyłaniu many do Wyższego Ja po niewidzialnym 
sznurku czy „drabinie". 
Tak więc mamy tutaj prostą, ale według Huny cudownie skuteczną metodę modlitwy. Naszym 
zadaniem jest najpierw ją zrozumieć, a następnie wyćwiczyć niższe Ja tak, by ją zaakceptowało i 
wzięło udział w akcie tworzenia modlitwy. Po pewnym okresie praktyki czynność ta będzie przebiegała 
gładko i naturalnie. 
Rola, którą my, średnie jaźnie, musimy tu odegrać, jest dwojaka. Po pierwsze, musimy przyjrzeć się z 
wielkim rozmysłem naszemu życiu i zdecydować jak najdokładniej, czego pragniemy dokonać po 
zaproszeniu Wyższego Ja do wzięcia w nim jego naturalnego udziału. Po drugie, to, czym 
postanowimy BYĆ, i to, czego będziemy usiłowali DOKONAĆ, musi być czymś godnym zarówno 
Wyższego Ja, jak i obu niższych Ja. Innymi słowy, musi służyć dobremu celowi i nie może się dziać z 
krzywdą dla innych ludzi. 

ĆWICZENIE 

Przedstaw sobie w wyobraźni, czym mógłbyś popróbować się stać i co mógłbyś osiągnąć przy 
pomocy Wyższego Ja. Wyobraź sobie różne sytuacje i siebie w ich centrum jako główną osobę. Zadaj 
sobie pytanie, czy taka sytuacja, jeśli zajdzie, mogłaby w jakikolwiek sposób kogoś skrzywdzić w 
trakcie realizowania się dzięki modlitwie. Zapytaj o każdą sytuację, czy jest dobra i godna wysiłków 
twoich i twego Wyższego Ja. 
Niech będzie to początkiem codziennej pracy nad zrozumieniem twoich celów życiowych albo 
uświadomieniem sobie ich braku. Niech będzie także pierwszym krokiem na drodze do postanowienia, 
o co będziesz się modlił, kiedy już wyuczysz niższe Ja na tyle, że zacznie przesyłać bardzo proste 
drobne modlitwy, takie jak 0 opiekę, natchnienie i zdrowie. 
  
AFIRMUJ: Wierzę w prawdziwość trzech Tajemnic, od dawna znanych wtajemniczonym. Wierzę w 
Najwyższego Boga i Wyższe Ja, które jest częścią mojej troistej istoty. Wierzę, że muszę pracować z 
niższym Ja, aby przesyłało siłę witalną wraz z moimi modlitwami do Wyższego Ja, co umożliwi mu 
pracę z nami i dla nas w sferze mentalnej i fizycznej. Wierzę, że istnieje niewidzialny promień, kanał, 
sznur czy też „drabina", po którym na mój rozkaz niższe Ja może przesłać telepatycznie treść 
modlitwy i siłę życiową. 
Wierzę, że kiedy zaakceptuję te prawdy i przekażę je niższemu Ja, potrafię je następnie nauczyć, by 
wzięło udział w tworzeniu modlitwy, która niezawodnie przyniesie nam „nasz codzienny chleb", 
ponieważ pracujemy wspólnie z Wyższym Ja. 

 
 
 
 
 

Rozdział 6

 

POZNANIE 

Była raz wioska, w której pobliżu stała zrujnowana świątynia. Mówiono, że zawaliła się podczas 
trzęsienia ziemi, kiedy rozgniewali się bogowie; zginęli wtedy wszyscy kapłani. Nikt nie był pewien, jaki 
bóg mieszkał w najświętszym miejscu świątyni ani jakie mogło być jego imię. 
Pozostała jednak tradycja dotycząca Nieznanego. Szeptano, że w dawnych czasach wystarczyło 
wejść do świątyni, minąć kapłanów i stanąć w pewnej rotundzie, by znaleźć się wobec prawdziwej 
obecności Nieznanego. Będąc tam, można było poprosić o to, czego się pragnęło, i prośba była 
spełniana. Legendarna rotunda nadal stała i wielu wieśniaków wchodziło do niej i wypowiadało 

background image

modlitwę, mając nadzieję, że Nieznane usłyszy i odpowie z cudowną mocą i hojnością, jak 
utrzymywała tradycja. 
Czasami modlitwa bywała wysłuchana albo przynajmniej to, o co proszono, wydarzało się. Niektórzy 
twierdzili, że to za sprawą modlitwy, inni, że dana rzecz i tak musiała się wydarzyć sama z siebie. 
Powszechnie jednak wierzono, że istnieje utracony klucz do całej sprawy. Zdecydowano, że aby 
zostać wysłuchanym, trzeba przynieść jakiś rzadki dar. Niektórzy myśleli, że należało poznać i 
wymówić pewne zapomniane i tajemne imię Nieznanego, a inni mówili, że należy użyć specjalnej 
formuły w modlitwie i przy ofiarowaniu daru. 
W końcu postanowiono, że wszyscy najlepsi i najmądrzejsi ludzie z wioski kolejno zwrócą się do 
Nieznanego z ofiarą i prośbą, a dalej każdy z nici postąpi tak, jak uzna za najlepsze. Gdyby ktoś z nich 
trafił na właściwy dar, formułę albo połączenie tych obu, musi podzielić się tajemnicą ze wszystkimi. 
Takie było uroczyste zobowiązanie podzielić się tajemnicą ze wszystkimi. 
Wyznaczono pisarza, aby siedział z glinianymi tabliczkami i rylcem i zapisywał wszystko, co każdy 
wchodzący zrobi i powie, postanowiono bowiem, że ma być prowadzony bardzo szczegółowy i 
niezwykle staranny zapis, nawet jeśli do Nieznanego zwróci się w najprostszy sposób trzęsący się 
starzec albo niedoświadczona panienka. Niczego nie wolno było przeoczyć – bo nawet wioskowy 
półgłówek mógłby przypadkowo trafić na właściwą ofiarę czy słowo. 
Dzień za dniem pisarz przypatrywał się i zapisywał wilgotne gliniane tabliczki, troskliwie wykładając 
każdy zakończony i ponumerowany walec na słońce do wyschnięcia. Wydawało się, że kilka 
pomniejszych modlitw zostało rzeczywiście wysłuchanych. Krowa pewnej wdowy istotnie szybko 
wyzdrowiała i niechybnie spadł potrzebny deszcz po żarliwych modlitwach jednego z członków 
starszyzny. Ale, jak wszyscy ze smutkiem przyznali, krowa mogła wyzdrowieć i deszcz mógł spaść nie 
wskutek modlitwy. 
Pod koniec lata stos poukładanych glinianych walców urósł tak, że niemal utworzył ołtarz, tak ich było 
wiele, a utraconego klucza ciągle jeszcze nie odnaleziono. Rozeszła się wieść, że próba zostanie 
zakończona, ponieważ nie było już nikogo, kto się jej nie poddał. W końcu został sam pisarz, 
zastanawiając się, co ma zrobić z tak wieloma tabliczkami. 
– Jakaż strata mojego cennego czasu i wysiłku – powiedział do siebie ze smutkiem. – I jaka szkoda, 
że nikt z wieśniaków nie wiedział, jak właściwie zwrócić się do Nieznanego. – Westchnął i zaczął 
systematycznie usuwać gliniane walce z rotundy i wrzucać je w rumowisko na zewnątrz. Kiedy 
wreszcie skończył, troskliwie zamiótł marmurową podłogę, aby miejsce Nieznanego pozostało czyste i 
bez skazy. Myślał sobie: , 
„Nikt nie widział Nieznanego i niektórzy mówią, że już Go tutaj nie ma. Ale przez wszystkie te 
tygodnie, kiedy obserwowałem, słuchałem i zapisywałem, narastało we mnie uczucie, że Nieznane 
naprawdę tutaj jest, że słucha z wielką nadzieją, pragnąc tak samo, jak każda żywa osoba, by 
właściwe rozwiązanie zostało odnalezione". 
Nagle poczuł, że ogarnia go fala wzruszenia. Uniósł twarz w górę i powiedział: – Ach, Nieznane, nie 
smuć się! Nawet jeśli klucz utracono i nawet jeśli ludzie przestali wierzyć, że istniejesz i że słyszysz! 
Jeśli będzie to dla ciebie jakąkolwiek pociechą, wiedz, że ja, Pisarz, wierzę w ciebie bez cienia 
wątpliwości. Wiem w głębi serca, że zawsze jesteś tutaj i że bardzo pragniesz nam pomóc... Zatem 
usłysz mnie teraz, wielkie Nieznane! To moja jedyna, ostatnia modlitwa, zanim ludzie zostawią cię i 
zapomną. Nie wiem nic o kluczu, nie mam ofiary i nie istnieje nic, o co chciałbym poprosić. Wszystko, 
czego pragnę, to abyś wiedział, że wierzę w ciebie i kocham cię, i chcę cię jakoś pocieszyć. 
Pisarz przerwał na dłuższą chwilę, a potem dodał usprawiedliwiająco: – Jestem tylko biednym 
człowiekiem i nie bardzo mądrym, ale gdyby przypadkiem pocieszyło cię, o Nieznane, pozostawienie 
twojej świątyni, która będzie teraz opuszczona, i zamieszkanie ze mną w mojej skromnej chacie, 
przyjmę cię z ogromną radością. Podzielę się z tobą wszystkim, co mam, będę cię kochał i czcił... i 
nigdy nie poproszę cię, abyś odpowiedziało na modlitwę. Wystarczy mi po prostu wiedzieć, że jesteś 
ze mną, że cieszysz się, iż jesteś kochany, zaproszony do mego stołu, do wspólnych spacerów albo 
do odpoczynku w cieniu mego drzewa o chłodniejszej porze dnia... 
Pisarz nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć, przestał więc mówić i odwrócił się, by odejść. I 
wtedy właśnie nagle poczuł Obecność, tym razem mocną i niewątpliwą. 
– Ach! – zawołał i zalała go radość. – Jesteś tutaj! Przyjdziesz) Zamieszkasz ze mną i będziesz dzielił 
ze mną życie, i pozwolisz, abym cię pocieszył, kochał i ci służył! Dzięki ci z głębi mego serca... A teraz 
chodźmy. Muszę powiedzieć mojej żonie, by przygotowała dla ciebie główne miejsce przy stole. 
Chodźmy! 

background image

Mówi się, że w pewnym zakurzonym muzeum jest gliniana tabliczka, a na niej zapis całej tej historii. , 
Na końcu zapisu, gdzie gliniany walec został ułamany, tak że da się odczytać treść tylko częściowo, 
można odnaleźć, co Pisarz napisał pod koniec swego życia o „Prawdziwym Kluczu". 
Dadzą się jeszcze odszyfrować następujące słowa: „Prawdziwy Klucz... dar... miłości... z duszy... 
serca... głęboko wewnątrz... wszystko, co potrzeba... odnawiaj codziennie ten dar..." Ostatnie słowa 
zachowały się zupełnie wyraźnie: „Miłość jest mocą i uwielbieniem". 
  
Mojżesz podał ten ukryty klucz w przykazaniu: „Będziesz kochał Pana Boga twego z całego serca, z 
całej duszy i z całą mocą". Odsunąwszy zasłonę z jego słów, widzimy, że w sercu mamy niższe Ja. Z 
niego płynie uczucie miłości. W „duszy" mamy średnie Ja, które po przemyśleniu wszystkiego kocha 
to, co zasługuje na miłość. A w sformułowaniu „z całą mocą" zawarta jest Druga Tajemnica dotycząca 
many, czyli siły witalnej, która musi być posłana do Wyższego Ja reprezentującego Najwyższego 
Boga ponad każdym z nas. 
Miłość Boża jest czymś naturalnym w świecie stworzeń, nawet jeśli owad, ptak czy zwierzę nie zdają 
sobie z niej sprawy. Instynktownie wibrują one w harmonii z Życiem, które jest miłością i siłą łączącą i 
twórczą, a nie niszczącą. 
Normalne niższe Ja instynktownie pragnie kochać średnie Ja i Wyższe Ja. Nie trzeba go tego uczyć. 
Jest jak wierny pies, który bez zastrzeżeń obdarza swego pana miłością, chyba że złe traktowanie i 
wynikający z niego strach sprawią, że skuli się i po cichu oddali. 
Trzeba, by niższe Ja uwolniło się od wszelkiego strachu przed „zazdrosnym i mściwym Bogiem" z 
nauk Starego Testamentu. Trzeba, by uwolniło się od fałszywego poczucia winy i aby pozwolono mu 
zadośćuczynić w taki czy inny sposób za „grzechy" popełnione przez jego człowieka. Średnie Ja musi 
mu powiedzieć, iż zostało mu przebaczone, że jest oczyszczone oraz że jest bardzo kochane pomimo 
wszystkich przeszłych grzechów popełnionych czy to uczynkiem, czy zaniedbaniem. 
Dopiero uwolnione i oczyszczone z prawdziwych i fałszywych przekonań o „grzechu", może niższe Ja 
wyrazić swe naturalne uczucie miłości. Uczucie tworzy manę – jest jej integralną częścią, a miłość 
zanosi manę do Wyższych Ja, ponieważ instynktownie pragniemy dać coś naszym ukochanym. 
Można by sformułować regułę w następujący sposób: „Nie ma uczucia – nie ma znany. Nie ma miłości 
– nie ma many przesyłanej w darze, by umożliwić Wyższemu Ja działanie". Jeśli nie odczuwa się 
miłości i silnego emocjonalnego pragnienia podczas modlitwy, można być pewnym, że niższe Ja nie 
wykonuje swego zadania i że modlitwa będzie nieskuteczna. 
Żeby kochać Wyższe Ja, potrzebujemy tylko je poznać nie samym rozumem i nie tylko przez uczucia, 
jakie wzbudza kontakt z nim w niższym Ja – ale także przez intuicję. Intuicja jest czymś danym 
niższym jaźniom przez Wyższe Ja. Jest to, można by powiedzieć, Wyższe Ja ukazujące swe oblicze, 
a z chwilą gdy ujrzy się owo promieniujące Światłem oblicze, następuje POZNANIE. 
Aby POZNAĆ, musimy pamiętać, że rozumowanie i uczucia, chociaż niezbędne jako podstawa naszej 
wiary, nigdy nie mogą nam dać owego ostatecznego, pełnego i trwałego wewnętrznego „poznania", 
które przez wszystkie nasze lata rozprasza wątpliwości, tak jak światło rozprasza ciemność. Światło to 
może pochodzić tylko z Wyższego Ja, gdyż jest ono Tym Światłem. 
Świetlista i cudowna istota, o której mówimy, była przedmiotem niezliczonych nauk i pism 
ezoterycznych. Wszystkie je można podsumować tajemnym nakazem: „Ucisz się i wiedz, że Jam Jest 
Bogiem". 
Intuicyjne poznanie nazwano w niektórych krajach „realizacją„ – urzeczywistnieniem. W bardzo 
wczesnej tradycji chrześcijańskiej znane było pod nazwą „iluminacji", ponieważ wiele osób widziało 
Wyższe Ja jako białe światło, niepodobne do żadnego ziemskiego światła. Później zastąpiono 
„iluminację" słowem „chrzest" i prawdziwe znaczenie zostało stopniowo utracone. 
Wcześni mędrcy islamu mniej byli skłonni do dokładnego ukrywania Tajemnicy. W Kashf Al-Mahjub 
możemy przeczytać, jaki ostateczny wniosek wysnuł po długich rozważaniach pewien wielki mędrzec; 
jego biblią był Koran. Napisał on: 
„Musicie wiedzieć, że wiedza dotycząca istnienia ducha jest intuicyjna... a inteligencja niezdolna jest 
uchwycić jego natury". 
Nasze poszukiwanie Boga jest poszukiwaniem nas samych. Bóg jest w nas, a my w Nim. Szukając 
siebie, musimy stąpać lekko i słuchać uważnie. Niższe Ja mówi do nas uczuciami i kiedy zapytamy: 
„Czy to prawda, że jest nas troje?", ono poznawszy, iż jest to absolutną prawdą, odpowie, zalewając 

background image

nas natychmiast uczuciem całkowitej ufności i wiary. Jeśli następnie zapytamy Wyższe Ja: „Czy to 
bezwzględna i zupełna prawda?", również odpowie, ale w całkiem inny sposób. 
Intuicja jest nagłą wiedzą. Można ją rozpoznać, ponieważ jest ponad i poza potrzebą rozumowania, 
pamięcią i uczuciami; jest od nich wolna. I kiedy ta nagła wiedza przychodzi jak błysk od Wyższego 
Ja, nie ma możliwości zaprzeczenia ani błędu. Jest to tak, jak gdyby Bóg przemówił w nas słowem 
ostatecznej prawdy. 
Czasami dane nam jest intuicyjne poznanie stanu, którego być może pewnego dnia doświadczymy. 
Jest to stan, w jakim niezależnie od zmysłów niższego Ja i rozumu średniego Ja wiemy, że jesteśmy 
wibrującą i żywą jaźnią. Z chwilą gdy ktoś doświadczy intuicyjnie takiego przeżycia, nigdy już nie 
będzie wątpił, że to stan prawdziwy i że kiedyś będzie można weń wejść. 
Tradycja Wyższego Ja jest bardzo wyraźna w chrześcijaństwie, a także w literaturze gnostycznej nie 
zawartej w Nowym Testamencie, z którego wiele tekstów usunięto i tylko niektóre pozostały jako 
oficjalna wersja wczesnego Kościoła. Rozważmy następujące fragmenty: 
„Zapytany przez faryzeuszów, kiedy nadejdzie królestwo Boże, odrzekł im: »Królestwo Boże nie 
przychodzi w sposób dostrzegalny; i nie będzie można powiedzieć: oto tu jest, oto tam. Królestwo 
Boże bowiem jest już wśród was«". (Łk 17:20-21) 
Pamiętając o tym, co mówiliśmy o intuicyjnym poznaniu spływającym z Wyższych Ja, by umocnić 
nasze przekonania i wiarę, rozważmy cytat z jednego z pism gnostyckich, zaczerpnięty ze strony 602 
z książki G.R.S. Meada, Fragments of a Faith Forgotten („Fragmenty zapomnianej wiary") w dziale 
zatytułowanym Some Forgotten Sayings („Niektóre zapomniane powiedzenia"): 
„Jezus powiada: ».,.królestwo niebieskie jest w was; i kto pozna siebie, odnajdzie je. Dążcie zatem do 
poznania siebie, a dowiecie się, że jesteście synami Ojca; i poznacie, żeście w mieście Bożym, i wy 
jesteście tym miastem«". 
Rozważmy jeszcze fragment ze staroindyjskiego źródła, Upaniszady Brihad Aranyaka: „»Gdzie mieści 
się prawda?« »W sercu – odrzekł – ponieważ sercem człowiek poznaje prawdę; w sercu zatem mieści 
się prawda«". 
Serce symbolizuje miejsce spotkania niższej i średniej jaźni. Tu właśnie stają się one jednością, 
dzieląc ze sobą swoje przekonania i błogosławiąc je rozumem z jednej strony i uczuciem wiary z 
drugiej. Natomiast Wyższe Ja Ojciec-Matka często wyczuwa telepatycznie, kiedy zwracamy myśli i 
uczucia ku jedynej prawdzie, że człowiek jest trójcą, tak samo jak Bóg. 
Nigdy nie możemy być całkowicie pewni i przekonani przez cały czas, bez cienia wątpliwości, że 
znamy prawdę o trzech Ja – tę ostateczną prawdę – dopóki nie przeżyjemy intuicyjnego poznania. 

ĆWICZENIE 

Wyobraź sobie siebie w sytuacji, kiedy w nic zupełnie nie można już z pewnością wierzyć. Wyobraź 
sobie, iż nagle dowiadujesz się, że tabliczka mnożenia jest całkowicie błędna i że dwa razy cztery nie 
zawsze równa się osiem. Wyobraź sobie miejsce, w którym nie można polegać na sile grawitacji, skąd 
bez ostrzeżenia można ulecieć z wiatrem. Wyobraź sobie niepewność, czy zachodzące słońce 
ponownie wzejdzie, albo niepewność, czy jutro woda będzie zdatna do picia. 
Wróć do twego cudownego świata i podziękuj, że Bóg w tobie i w licznych twoich wielkich i małych 
braciach jest absolutnie niezawodny i nigdy nie zmieni praw z powodu jakiegoś przelotnego kaprysu. 
Podziękuj, że i ty stajesz się z każdym dniem coraz bardziej niezawodny we wszystkim, co robisz. 
  
AFIRMUJ: Rozumiem jasno, że prawda i ład idą ręka w rękę. Muszę poznać wielką prawdę o mojej 
troistej istocie, postępując w uporządkowany sposób, krok po kroku, zgodnie z prawami, abym nie 
zszedł na manowce. 
Składam dzięki za istnienie wielkich praw, które utrzymują wszystkie rzeczy w porządku. Zgadzam się, 
że porządek jest głównym prawem wszelkiego i mojego własnego życia. 
  
AFIRMUJ: Po dokładnym przemyśleniu jestem przekonany, że może być mi dane wewnętrzne 
poznanie prawdy o mojej istocie. nie pozostawiające ani cienia wątpliwości. Utwierdzam się w wierze 
w prawdę o sobie, o moim niższym Ja i Wyższym Ja. Utwierdzam się w przekonaniu, że mogę 
nauczyć moje niższe Ja, przez cierpliwe, ciągłe powtarzanie, by wierzyło w to samo co ja. Wierzę, że 

background image

kiedy my, obie niższe jaźnie, wykonamy swoją pracę i będziemy gotowe, Wyższe Ja da nam czystą 
wiedzę. Kiedy to się dokona, nasza jedność pozostanie wielką, niepodważalną prawdą, która jest 
sumą mądrości. 
Składam dzięki za to, iż teraz rozumiem, jak uzyskać najwyższą wiarę, która przychodzi z poznaniem. 
Przyrzekam codziennie cierpliwie uczyć niższe Ja, by uwierzyło tak, jak ja wierzę, a kiedy nadejdzie 
pora, będę pilnie czuwać, prosząc o przyjście Światłości, która oświetla cały świat swoją wiedzą. 
  
AFIRMUJ: Rozumiem jasno, że skuteczna modlitwa będzie możliwa, kiedy moje niższe Ja nauczy się 
wierzyć tak jak ja w Prawdę i kiedy, gdy to już się stanie, Wyższe Ja będzie mogło dać nam intuicyjne 
POZNANIE, które uczyni wiarę pewną i niezachwianą. Ciągle podejmuję konieczne kroki, by osiągnąć 
ten punkt w swoim rozwoju. 
Rozumiem, że miłość i bezinteresowność są PRAWEM na poziomie Wyższego Ja i żadna modlitwa 
nie zostanie spełniona, jeśli prosi się o coś dla celów egoistycznych albo o błogosławieństwo tylko dla 
siebie. Rozumiem także, że kiedy czuję wielką miłość i proszę o pomoc dla kogoś innego, postępuję 
według Wyższego Prawa i mogę sam otrzymać błogosławieństwo wraz ze spełnieniem modlitwy za 
tego kogoś. Nauczę tej lekcji moje niższe Ja, cierpliwie to powtarzając i ćwicząc je, dzień za dniem, aż 
jego zwierzęcy egoizm ustąpi przed łagodnością, współczuciem, współodczuwaniem i MIŁOŚCIĄ. 
Afirmuj z Izajaszem: „Lecz ci, co zaufali Panu (Wyższemu Ja), odzyskują siły, otrzymują skrzydła 
(poznania) jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą". (Iz 40:31) 
Afirmuj z Potrójnie Najpotężniejszym Hermesem: „Albowiem nigdy... nie może wcielona dusza, która 
raz poszybowała wysoko i uchwyciła się rzeczywistego Dobra i Prawdy, ześliznąć się z powrotem w 
ich przeciwieństwa". 
  
MÓDL SIĘ: Prowadź nas z ciemności w Światło. Prowadź nas od wyrozumowanego przekonania do 
wiary, która płonie uczuciem, i dalej do POZNANIA, które przewyższa wszelkie poznanie i oświetla 
Prawdę. 
  
UWAGA: Ćwiczenie z tego rozdziału ma podstawowe znaczenie i trzeba je czytać tyle razy, ile może 
okazać się konieczne, by wpoić niższemu Ja prawdy dotyczące Wyższego Ja. 
Powracaj do niego, codziennie stosując afirmacje. Jeśli twój czas jest ograniczony, wybierz kilka zdań, 
które według ciebie najlepiej pasują do potrzeb dnia, i medytuj nad nimi podczas pracy. Zaznacz 
fragmenty, które okażą się specjalnie pomocne, i powtarzaj je wielokrotnie, by zapadły głęboko w 
niższe Ja. 
Sformułuj własne afirmacje, dostosowane do konkretnych potrzeb, i wyszukaj natchnione ustępy w 
twoich ulubionych pismach religijnych. Medytuj nad nimi i niech ci pomogą uzyskać głębokie i trwałe 
wewnętrzne POZNANIE. 

 
 
 
 
 

Rozdział 7

 

MIŁOŚĆ 

Niektórym ludziom uzyskanie intuicyjnego POZNANIA Wyższego Ja może zabrać wiele czasu. Inni 
natomiast mają taką naturę, że wewnętrzna wiedza pojawi się prawie od razu. Dla większości osób 
pomocne będą lektury i coraz to nowe materiały, które przedstawią Wyższe Ja z różnych punktów 
widzenia, czyniąc je w ten sposób, w miarę zbliżania się do niego, bardziej realnym dla umysłu. 
Starożytna i podstawowa wiedza o trzech Ja dotarła do nas wieloma drogami. Stwierdzamy na 
przykład, że w chrześcijaństwie i hinduizmie istniało przekonanie, iż Wyższe Ja składa się z pary jaźni, 
męskiej i żeńskiej. 

background image

W chrześcijaństwie wystarczy tylko zajrzeć do wczesnych wersji historii życia Jezusa, by stwierdzić, 
że niegdyś uznawano „Matkę" za Ducha tak blisko złączonego z Ojcem w „małżeństwie zawartym w 
niebie", że nie sposób było uważać, iż istnieją oddzielnie. Ale wtajemniczeni nauczali w sekrecie, że 
Matka jest jednak czymś oddzielnym w jakiś dziwny paradoksalny sposób wykraczający poza zasięg 
ludzkiej logiki, zatem musi to być przyjęte na wiarę. 
Ponieważ wewnętrzna, czyli ukryta wiedza nie znana była ludziom, którzy w jakieś cztery wieki później 
nadali Nowemu Testamentowi kształt, w jakim dotarł on do nas poprzez Kościół, tradycja Matki stała 
się sprawą bardzo zagadkową. Już sam dziwny paradoks, że Jezus to zarazem człowiek i Bóg, trudny 
był do przyjęcia dla Ojców Kościoła. Nic dziwnego, że nie rozumieli dobrze pojęcia Matki, która była, 
dokładnie w taki sam paradoksalny sposób, częścią Ojca (Wyższego Ja), nadal jednak zachowując 
własną tożsamość. Osiągnięto nieunikniony kompromis. Matka pozostała jako święta Dziewica, 
zgodnie z wewnętrznymi naukami wtajemniczonych, ale cześć oddawano ziemskiej matce Jezusa, 
Maryi. Ojcowie wynaleźli raczej niemożliwe do przyjęcia wyjaśnienia jej dziewictwa. 
Przy okazji można by dodać, że pojęcie dziewictwa, tak jak stosuje się ono do Matki-Wyższega Ja, 
oznacza jedynie, że nie posiada Ona ciała fizycznego i że Jej działalność twórcza w związku Ojciec-
Matka pozostaje na poziomie niefizycznym. Podobnie możemy powiedzieć, że średnie Ja, czyli 
świadomy duch umysłu kobiety, jest „dziewicą". Związek umysłów, woli i celów, jaki zachodzi, gdy 
kobieta i mężczyzna pracują razem nad jakimś zadaniem, jest twórczy w podobny sposób – najpierw 
powstaje idea, potem plan, następnie budowla Jedynie niższe, czyli zwierzęce Ja, wydaje potomstwo 
w ciele fizycznym. W hinduizmie, jak wspomniałem wcześniej, tradycja 
Wyższego Ja będącego Matką-Ojcem była przez jakiś czas znana, potem została utracona pod 
radykalnym wpływem oficjalnych wierzeń wedyjskich oraz wynikających z jogi. Uważano, że 
Najwyższy Bóg, czyli Brahma stworzył sobie żonę jednym ze swych pierwszych aktów twórczych. Z 
Jej pomocą jako Matki Natury kontynuował dzieło stworzenia. 
Matka zaczęła odgrywać coraz większą rolę w religii Hindusów. W niektórych z licznych odmian 
hinduizmu odwrócono się od Ojcowskiej połowy Wyższego Ja i czczono oraz modlono się do Boskiej 
Matki, i tylko do Niej. Hindusi, którzy przenieśli się na Fidżi, mają świątynie i uzdrawiające rytuały 
chodzenia po ogniu, gdzie najwyższą boginią jest Matka znana jako Mariana albo Mariam [George 
Sandwith, honorowy członek Królewskiej Akademii, prowadził na miejscu badania tej formy 
współczesnego hinduizmu na Fidżi w 1953. Podaje on, że czci się tam boginię Marlam. Pisownia jest 
niepewna. Warto zauważyć, że w tradycji chrześcijańskiej występuje siostra Jezusa także o imieniu 
Maria lub Mariam – albo jak podają niektóre źródła, Mariamne.]. (Zastanawiające jest podobieństwo 
imion chrześcijańskiej Marii i hinduistycznej Mariam. Są również tacy, którzy dowodzą, że greckie 
słowo Kristos, powiązane z Jezusem, pochodzi od Kryszny, hinduistycznej inkarnacji Boga). 
Kahuni, którzy w starożytności wiele podróżowali, szerząc tajemną wiedzę tam, gdzie znajdowali ludzi 
zdolnych ją zrozumieć, w swoich określeniach Wyższego Ja i w rozmowach o nim nie posługiwali się 
słowem „Ojciec" ani „Matka". Używali nazwy Aumakua, czyli „Ja-Rodzice". Dla najwcześniejszych 
kahunów rdzeń słowa – au – zawierał kilka bardzo ważnych tajemnych znaczeń. Wymawiany w jeden 
sposób, oznaczał „Ja", w inny – „Mój". Badanie wariantów wykazuje, że w oryginalnej nauce Pierwszej 
Tajemnicy mistrz rzekł do ucznia: „Każdy z nas składa się z trzech Ja – unihipili, uhane i z podwójnego 
Ja aumakua, czyli Ja będącego parą rodzicielską". 
W dzisiejszych Indiach znajdujemy to, co być może jest zniekszałceniem terminu Aumakua stosowane 
wszędzie w każdej praktyce religijnej najświętsze, potrójnie akcentowane słowo Aum. Intonuje się je w 
rytmie na trzy, w praktyce oddawania czci własnemu Wyższemu Ja czciciela jako części 
Najwyższego, Boga czyli Brahma. 
Kahuni nauczali, że ludzki umysł, czyli umysł średniego Ja, jest niezdolny do zrozumienia, w jaki 
sposób myśli Para Wyższego Ja, jak działa i istnieje. Jednakże nie wtajemniczonym dano prostą 
formę oddawania czci, bardzo konkretną, łatwą do wyobrażenia i w pewnych granicach praktyczną. 
(Nie można było oczekiwać, by nie wtajemniczeni, ludzie o niższych mocach umysłu, wykonywali na 
przykład rytuały, czyli działania mentalne, które przyniosłyby cudowne odpowiedzi na modlitwę.) 
Pospólstwo czciło zarówno Boga Ojca, jak i Boginię Matkę. Wynaleziono i opowiadano niezliczone 
legendy, w których męski Bóg troistej natury wyłonił z Siebie żeński odpowiednik, który pomagał w 
dziele stworzenia i który pozostał jako Matka Natura i często przybierał różne żeńskie formy. Istnieli 
liczni mniejsi i bliżsi bogowie i boginie, a także pomniejsze „bożątka", czyli duchy natury, które działały 
na poziomach życia roślin i zwierząt. 
W naszych protestanckich Kościołach Zachodu ponieśliśmy wielką stratę, nie wiedząc o tym. Bunt 
przeciwko Kościołowi Rzymu przyniósł wielkie odrzucenie dogmatycznych wierzeń i rytualnych 

background image

praktyk, i w tym procesie „Matka", nawet jeśli ledwo rozpoznawalna w formie Maryi, została utracona 
dla połowy chrześcijan. To prawda, że w starszym Kościele zatracone zostało wewnętrzne znaczenie, 
ale może do pewnego stopnia zadość czyniła temu miłość i dziecięca wiara wyznawców, którzy 
powtarzają w kółko rytualną modlitwę: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami..." 
W rodzinie ludzkiej matka od zarania dziejów zawsze jest dobrym, łagodnym i rozumiejącym 
rodzicem. Zawsze chętnie wybacza i kocha pomimo wszelkich wad. Do niej zwraca się instynktownie 
nowo narodzone dziecko o pokarm, niezawodną miłość i ochronę. Ojciec jest tym, do którego dziecko 
zwraca się później, już starsze, o kierownictwo w różnych sprawach, ale nigdy o te same rzeczy, 
którymi może obdzielić matka. 
Jedną z większych strat, jaką poniosła ludzkość, było usunięcie z Nowego Testamentu „Ewangelii 
Maryi", pisma obecnie zaklasyfikowanego do literatury gnostycznej. W tej pominiętej wersji historii 
życia Jezusa (rzekomo opowiedzianej przez Maryję, ale w istocie będącej wersją tajemną, wersją 
Huny, zawierającą Trzy Tajemnice dla osób zdolnych je zrozumieć) w częstych odstępach występują 
fragmenty, w których mówi Matka-Wyższe Ja; fragmenty te przedzielają partie głównego wątku. 
Tutaj, w tej starożytnej relacji, przedstawione są elementy Ojcowski i Matczyny Wyższego Ja, a w 
jednym miejscu pięknie opisano większą skłonność Matki do miłości i przebaczenia, pomimo 
grzechów. Jedna z postaci opowieści pyta, ile razy Ojciec przebaczy temu, kto stale powraca do 
grzechu. Mówią mu, że Ojciec przebaczy tylko „siedem razy siedem razy", ale Matka przebaczy 
nieskończoną ilość razy. Echo tej nauki Huny znajdujemy w Ewangelii wg św. Mateusza (18:22), gdzie 
Piotr pyta Jezusa, czy ma przebaczyć aż siedem razy komuś, kto przeciwko niemu wykroczy. Jezus 
odpowiada z większą tolerancją Matczyną, nie Ojcowską. Mówi, że przebaczenie należy ofiarować 
„siedemdziesiąt razy po siedem". 
Inna tradycja, zawierająca część wiedzy Huny, rozprzestrzeniła się po świecie i przyjęła wiele form, 
głównie zewnętrznych, zniekształconych. Tradycja ta mówi, że aby Para Ojciec i Matka, stanowiąca 
Wyższe Ja, złączyła się w boskim akcie twórczym, spłodziła i zrodziła odpowiedź na modlitwę, 
potrzeba specjalnego rytuału. Natura tego rytuału w oryginalnej nauce była prosta. Modlący się 
gromadził tyle uczucia miłości w modlitwie, iż sprawiał, że Matka i Ojciec łączyli się, by stworzyć 
sytuację, o którą prosił. W Indiach, gdzie wyznawcy niektórych kultów hinduistycznych praktykują 
bardzo dosłowne rytuały, istnieje zwyczaj rzeczywistego łączenia się pary; akt ten jest częścią 
modlitwy. Jest to krańcowa forma tradycyjnego rytuału. Odnajdujemy go, w bardziej rozrzedzonej 
postaci, we wszystkich wiekach i krajach. Jest tak powszechny, że Frazer w swym dziele Złota Gałąź 
stara się udowodnić, iż jako „rytuał płodności" stanowi podstawowy czynnik we wszystkich religiach. 
Pomijając wszelkie zanieczyszczenia oryginalnej nauki, możemy być doprawdy zupełnie pewni, że 
aspekt Matczyny Wyższego Ja jest prawdziwym ucieleśnieniem doskonałej miłości; miłości, która 
nigdy nie zawiedzie dziecka, bez względu na to, jak nisko by upadło. Ojciec, z drugiej strony, 
ucieleśnia zarówno mądrość, jak i miłość. Zwracamy się do Matki o „zaopatrzenie" (by skorzystać tu z 
trafnego słowa z kręgów Nowej Myśli). Kiedy potrzebne jest mądre kierownictwo, zwracamy się w 
modlitwie do Ojca. Kiedy pragniemy zmienić obecne okoliczności, warunki czy sytuacje, zwracamy się 
i do Matki, i do Ojca, prosząc, by działali wspólnie na rzecz wprowadzenia zmian, które będą 
odpowiedzią na modlitwę. 
Miłość jest wielką siłą przyciągającą, która zbliża do siebie rozdzielone połówki, ujemną i dodatnią, 
męską i żeńską. Wywołuje procesy twórcze, w których dwoje łączy się, by stworzyć trzecie. Na 
poziomie średniego Ja miłość mężczyzny i kobiety jest twórcza w swym działaniu w inny sposób. 
Bardzo często dowiadujemy się, że najpiękniejsze dzieło wielkiego malarza inspirowane było miłością. 
Możemy bezpiecznie przyjąć, że na jeszcze wyższym poziomie Wyższych Ja miłość, którą posyłamy 
wraz z naszym darem many, przynosi najlepsze owoce w przychodzących w swoim czasie 
odpowiedziach na modlitwę. 
Dopiero kiedy trzy Ja człowieka zgodnie wibrują miłością, może zaistnieć owa harmonia, która stwarza 
doskonale pracujący zespół. Miłość, ponadto, potrafi zmieść nienawiść i strach, zazdrość i zawiść, 
które zaśmiecają i blokują ścieżkę wiodącą do wszelkiego rozwoju i dobra – do świetlanej nagrody 
oczekującej tych, którzy działają jako trójca, a nie w pojedynkę. 
  
AFORYZM III: Miłość tworzy na wszystkich trzech poziomach istnienia. Bez miłości nie może powstać 
nic dobrego, pięknego ani trwałego. Nienawiść potrafi tylko niszczyć. 

background image

ĆWICZENIE 

Medytuj nad istotą doskonałej miłości i nad pokojem „przechodzącym wszelkie zrozumienie". Miłość 
przyciąga do siebie siły dodatnią i ujemną – życie we wszystkim, co istnieje – aby nastąpiły 
rozmnażanie, obfitość i odnowa. Nigdy nie może zabraknąć nowych form na użytek wznoszących się 
w górę pojedynczych iskier albo snopów iskier Bożej Inteligencji. Pokój jest stanem przyjemnego 
odpoczynku po osiągnięciu zjednoczenia w związku i dokonaniu aktu twórczego. 
Udaj się w wyobraźni na samotną górę i pomyśl o ogromie pokoju przenikającym powietrze wokół 
ciebie. Zostało ono stworzone dzięki małżeństwu atomów tlenu i azotu. Pomyśl o bezmiarze pokoju 
wypełniającym głębie oceanów, gdzie wstąpiły w związek małżeński atomy wodoru i tlenu. 
Pomyśl o ogromie pokoju, jaki z pewnością przenika Ojca-Matkę Wyższe Ja... gdyż osiągnęli oni 
doskonałe zjednoczenie; nic z ciała ani z umysłu średniego Ja nie stoi między nimi. 
  
AFIRMUJ: Wiem, że Ojciec mój żyje, a także moja boska Matka. Są oni jednym, a jednak dwojgiem. 
Są doskonałymi towarzyszami i poznali doskonałą miłość. Będę tak sobą kierował i tak prowadził moje 
niższe Ja, aby każdy dzień uczył nas, jak wspólnie pracować nad urzeczywistnieniem 
najdoskonalszego związku i miłości w sferze fizycznej i psychicznej. 
Wyobraź sobie siebie jako istotę składającą się z trzech Ja, w której niższe i średnie Ja dążą 
egoistycznie do własnych celów. Wyobraź sobie, że czegoś chcesz i starasz się o to bez względu na 
prawa i pragnienia innych. Chwytasz i zjadasz, zabierasz i chowasz. Wyobraź sobie także inne niższe 
jaźnie zwracające się przeciwko tobie i dziko z tobą walczące... Następnie wyobraź sobie siebie jako 
średnie Ja znajdujące się' poza ciałem. Zobacz, jak siadasz z bardzo ciekawą książką i czytasz ją w 
kółko bez końca, gdy tymczasem twoje niższe Ja i ciało nie otrzymują ruchu fizycznego, snu ani 
jedzenia. 
Teraz wyobraź sobie siebie w dobrym, normalnym stanie, w którym wszystkie trzy Ja pracują 
szczęśliwie razem jako doskonale dobrana załoga, kierowane miłością i pełne radości z postępów i 
wykonywanej służby. 
Poświęć trochę czasu na przejrzenie poprzednich rozdziałów i upewnij się, że kończysz trening 
niższego Ja, że wbudowałeś weń pełen zestaw niezachwianych przekonań i nauczyłeś je 
nawykowego reagowania we właściwy sposób. 
Jeśli znajdziesz kogoś, kto zechce posłuchać, sprawdź, czy potrafisz mu zwięźle opowiedzieć, czego 
się do tej pory nauczyłeś. Spróbuj sam ocenić, o ile wzrosły twoje przekonanie, wiara i poznanie dzięki 
stosowaniu afirmacji. Jeśli potrafisz to zrobić, powiedz twojemu słuchającemu przyjacielowi, jak 
oceniasz swoje postępy. A jeśli nikt nie zechce posłuchać, wyobraź sobie przyjaciela czy przyjaciółkę i 
powiedz to jemu albo jej. 

 
 
 
 
 

Rozdział 8

 

OTWIERANIE ŚCIEŻKI KU ŚWIATŁU 

Nasze niższe jaźnie często hołubią utrwalone upodobania i niechęci, które stoją na przeszkodzie 
powstawaniu i przepływowi uczucia miłości. I tutaj mamy poważny szkopuł, ponieważ to właśnie 
miłości, niesionej strumieniem many, potrzebują Wyższe Ja, by stworzyć odpowiedź na naszą 
modlitwę. 
Możemy być zupełnie nieświadomi faktu, że niższe Ja ma w sobie nienawiść, gniew, urazy, złość, 
zawiść czy zazdrość, chociaż często niejasno zdajemy sobie sprawę, że jednak żywimy te uczucia. 
Miłość i nienawiść nie mogą współistnieć. Nie potrafimy wzbudzić i wyrazić miłości do Ojca-Matki, jeśli 
nienawidzimy kogoś albo czegoś. Te dwa uczucia po prostu nie występują razem. 

background image

Z arcydzieła streszczającego nauki Huny, z Modlitwy Pańskiej, uczymy się, że powinniśmy przebaczyć 
tym, których nienawidzimy. Dowiadujemy się, że tylko pod tym warunkiem grzech nienawiści może 
zostać usunięty ze ścieżki – wybaczony – a wtedy miłość będzie mogła swobodnie wibrować w trzech 
Ja i emanować na zewnątrz. 
Aby dowiedzieć się, w jakiej mierze skrywana w niższym Ja nienawiść utrudnia nasz kontakt z 
Wyższym Ja, wystarczy tylko spróbować wzbudzić w nim uczucie miłości do wszystkich ludzi, 
wszystkich rzeczy, a zwłaszcza do Ojca-Matki. Jeśli przez przypomnienie sobie, jak godne ukochania 
są przedmioty miłości, łatwo ją w sobie wzbudzamy, to wszystko jest dobrze i ścieżka do Wyższego Ja 
jest najpewniej dość otwarta i czysta. Jeśli jednak nie możemy poczuć miłości, a zamiast tego 
zaczynamy przypominać sobie kogoś, kogo nie lubimy, to jest pewne, że niższe Ja blokuje ścieżkę. 
Możemy mieć niejeden powód, by nienawidzić pewnych ludzi czy rzeczy, ale bez względu na to, Czy 
nienawiść jest uzasadniona, czy nie, musimy się jej pozbyć, zanim będzie mogła wkroczyć miłość. 
Nienawiść nie rani tego, kogo się nienawidzi. Natomiast nienawidzącemu nie przynosi nic dobrego – 
tylko krzywdę. A ponieważ nienawiść odcina nas od Wyższego Ja, którego istotą jest miłość, pozbycie 
się jej jest naszym obowiązkiem wobec samych siebie. Najpierw musimy dojść do tego drogą 
rozumową i zaniechać nienawiści na poziomie średniego Ja. Jest to dość łatwe. Trudniejszą rzeczą 
jest wykorzenić nienawiść z niższego Ja. Mogą się okazać konieczne codzienne posiedzenia, podczas 
których przemawiamy niższemu Ja do sumienia i stosujemy afirmacje, aby wyrobić w nim 
przekonanie, że zaniechaliśmy nienawiści raz i na zawsze. 
Miłość, jeśli da się uruchomić jej wibracje, jest silniejsza od nienawiści. Znając tę prawdę, możemy 
zacząć wyganiać nienawiść, wyrażając coraz więcej i więcej miłości. 
Budda Gautama oparł nauczaną przez siebie religię na konieczności wyzbycia się nienawiści. 
Powiedział: ..Nie ma większego bólu od nienawiści". 
Przykazanie „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" przestaje być niepraktycznym i 
idealistycznym hasłem, kiedy znamy Hunę i rozumiemy, że bez względu na to, jak bardzo nasz bliźni 
zasługuje na nienawiść, nie możemy jej do niego żywić i zarazem sięgać ku Wyższym Ja po moście 
MIŁOŚCI. Tak czy inaczej, można kochać Wyższe Ja najgorszego z bliźnich, rozumiejąc, jak jego 
Ojciec-Matka czuwa nad nim i tęskni do niego – czekając z nieskończoną cierpliwością, aż nauczy się 
lekcji, którą wszyscy muszą pojąć prędzej czy później. 
Wydaje się, iż jest rzeczą godną wyzbyć się nienawiści z powodu naszych dążeń – ale wszyscy 
wiemy, że jest to, inaczej mówiąc, działanie w samoobronie. Nienawiść jest bowiem śmiertelną 
trucizną, fizycznie, psychicznie i duchowo. Każdy lekarz i psycholog zaświadczą, jak działa ona na 
ciało i umysł, gdyż rodzą się z niej niezliczone choroby tych obu. A nasze studia, jak również zdrowy 
rozsądek mówią nam, że uniemożliwia ona związek z Wyższym Ja. W tym działaniu nie jest jedyna. 
Pewni ludzie, którzy doszli do etapu uznania Wyższego Ja i starają się działać w harmonii z nim, 
ponoszą klęskę, ponieważ nie chcą przyznać, że w niektórych swych zachowaniach bywają chciwi, 
zawistni albo krzywdzą innych. Często takie cechy są społecznie uznawane z powodu konkurencji w 
interesach – albo innych pretekstów. Dobrze to zilustruje poniższa opowieść. 
  
Był sobie kiedyś dobry i wielkoduszny człowiek, który oddał się studiom alchemii i magii. Miał w ten 
sposób nadzieję odkryć tajemną formułę, która pomogłaby mu zdobyć bogactwo i władzę. W miarę 
swych poszukiwań coraz bardziej upewniał się, że zasługuje na te dobrodziejstwa. Dodał jeszcze do 
swych rosnących życzeń zdobycie młodej i pięknej żony, która dzieliłaby z nim bogactwo. 
W końcu odkrył porzucony rękopis, który zawierał magiczną formułę, prostą inwokację do siedmiu 
bogów. Autor zwoju, który się starannie podpisał, wyjaśniał, że każdy bóg postawił pewne warunki; 
proszący musi je zrozumieć, zanim jego prośby mogłyby być spełnione. Ponieważ nie było innego 
sposobu dowiedzenia się o te warunki, człowiek ów zaczął zabiegać o względy odźwiernego w 
świątyni. Przyniósł mu parę drobnych prezentów i w końcu uzyskał posłuchanie u kapłana, który 
podpisał rękopis. 
O wyznaczonej porze, przynosząc bardzo hojny dar, zjawił się przed starym kapłanem – dobrotliwym 
człowiekiem z błyskiem humoru w oczach. Wyjaśnił, po co przyszedł. Kapłan skinął poważnie głową. 
– Chętnie panu pomogę – powiedział i rozwinął zwój. Oto warunki: Pierwszy bóg nie odpowie na 
żadną modlitwę, w której prosi się o coś nierozsądnego. Drugi nie odpowie na modlitwę, w której prosi 
się, by coś należącego do innej osoby zostało jej zabrane i dane proszącemu. Czwarty nie odpowie, 
jeśli proszący już ma więcej niż należną mu część dobrodziejstw. Piąty bóg nie przyzna czegoś, na co 

background image

się rzeczywiście nie zasłużyło, a szósty ukarze proszącego, jeśli będzie prosiło własną wielkość, 
chwałę i zdobycie władzy. 
– Chwileczkę – rzekł człowiek. – Liczyłem na palcach. Zapomniałeś mi, ojcze, powiedzieć o trzecim 
bogu. 
– Rzeczywiście – odrzekł stary kapłan. – Trzeci bóg nie odpowie na modlitwę tego, kto sądzi, że jest 
lepszy od innych ludzi. Pozostał nam jeszcze siódmy. Jeśli nie spodoba się pan któremuś z sześciu 
bogów, siódmy przegoni pana sprzed ich oblicza. – Kapłan uśmiechnął się, zamknął oczy i oparł 
wygodniej, jak gdyby zamierzał uciąć sobie drzemkę. 
Człowiek niespokojnie przebiegł w myślach to, co usłyszał. Próbował znaleźć choć jedną jedyną rzecz, 
o jaką zamierzał poprosić, która nie naruszałaby ograniczeń ustanowionych przez bogów. W końcu 
wolno wstał, pokłonił się przed kapłanem, nie budząc go, i wrócił do domu. 
– Gdzie byłeś? – zapytała jego żona, odgarniając kosmyk włosów z zaczerwienionej twarzy, po czym 
odwróciła się, by dalej wyjmować brązowe bochenki chleba z glinianego pieca. 
Pochylił się, pogłaskał ją z miłością po twarzy i ucałował pulchny policzek. 
– Rozmawiałem z mądrym człowiekiem o modlitwach i bogach – powiedział – i wróciłem do domu, by 
złożyć ,dzięki za liczne błogosławieństwa, którymi zostałem obdarzony. Żona uśmiechnęła się do 
niego promiennie. 
– Upiekę ci wyjątkowo dobry piernik na kolację -obiecała i powróciła do swych bochenków. 
  
Kahuni nauczali swoich uczniów, by powstrzymywali się od czynienia czegokolwiek, co przyniosłoby 
krzywdę innemu człowiekowi. Nakaz ten uważany był za podstawowe prawo dobrego życia. Uczyli, że 
istnieje tylko jeden grzech, a jest nim SKRZYWDZENIE KOGOŚ. Ich twierdzenie, gdyby chcieli je 
streścić, mogłoby brzmieć: NIE MA KRZYWDY – NIE MA GRZECHU. Jednakże na ten temat mieli 
dużo do powiedzenia, ponieważ jest wiele sposobów wyrządzania krzywdy. Zaniedbanie obowiązku 
względem innej osoby oznacza skrzywdzenie jej, wzbudzenie w niej zawiści również – i tak można by 
wyliczać bez końca. 
Pewien wielki wtajemniczony sprowadził kiedyś nakaz „Nie krzywdź" do jak najkrótszych słów, które 
jednak zawierają w sobie długą listę możliwych krzywd. Powiedział: „Co chcecie, by wam inni czynili, 
wy sami innym czyńcie". (Mt 7,12) Było to w Palestynie. W Indiach jakiś czas wcześniej inny wielki 
wtajemniczony rzekł: „Nie czyńcie innym tego, czego nie chcielibyście, by wam czyniono". 
Te przykazania mają jedną cechę wspólną. Jest nią pokazanie drogi, jaką należy zdążać, by otworzyć 
ścieżkę do Wyższego Ja i nawiązać z nim pełen kontakt i współpracę. Był to jeden z tematów dyskusji, 
kiedy Jezusa zapytano, jak otrzymać dobra życiowe poprzez modlitwę. „Starajcie się naprzód o 
królestwo [Boga] i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane". (Mt 6,33) 
Słowa, jakich używali kahuni dla określenia „królestwa" i „nieba" – aupuni i lani, oznaczają dosłownie 
„miejsce, gdzie jest spokój i porządek na poziomie wyższym od poziomu fizycznego człowieka". Jest 
nim Wyższe Ja, a słowa te opisują jego stan, a także jego położenie. 
Jeśli najpierw szukać będziemy Wyższych Ja, wszelkie inne dobre rzeczy mogą być nam dane – ale 
dawanie nie może się odbywać z krzywdą dla innych. Takie jest prawo na poziomie Wyższych Ja i 
nam, którzy jesteśmy niższymi jaźniami, nie wolno go przekraczać. 
Kiedyś wielki lekarz udał się do świątyni w Lourdes we Francji, gdzie miały miejsce liczne cudowne 
uzdrowienia. Zabrał się do przestudiowania wszystkich dostępnych przypadków, w których zaszło 
cudowne uzdrowienie, usiłując znaleźć jakąś jedną cechę wspólną im wszystkim. Po długiej pracy 
doszedł do bardzo ciekawego wniosku i napisał na tej podstawie wspaniałą książkę. Znalazł punkt 
styczny dla prawie wszystkich przypadków – ale tylko jeden. A mianowicie, bez względu na to, jak 
sami byli chorzy, kalecy czy cierpiący, ludzie cudownie uzdrowieni przyjechali modlić się za kogoś 
ukochanego będącego w nieszczęściu. Nie został uzdrowiony prawie nikt, kto przybył modlić się tylko 
za siebie. W swej książce lekarz nie wysnuł ostatecznych wniosków dotyczących tego niezwykłego 
odkrycia, ale pozostawił pytanie czytelnikom, by odpowiedzieli sobie sami. Pytanie nie zostało 
sformułowane w słowach, lecz autor dał do zrozumienia, że możliwość natychmiastowego uzdrowienia 
zależy być może od wewnętrznej natury uzdrowionego. 
Można się tylko zastanawiać, czy to wielka miłość do drugiego człowieka przyniesiona przed 
najświętsze miejsce świątyni i ofiarowana Mieszkance tego miejsca sprawiła nagłe połączenie się 
Ojca-Matki w doskonałej miłości. W takim wypadku dla cierpiącego mogła zostać stworzona cudownie 

background image

nowa sytuacja. Ta sytuacja powstałaby najpierw na poziomie Wyższych Ja, potem na poziomie 
średniego Ja i ostatecznie na poziomie niższego Ja, gdzie tkanki mogą być zmienione w mgnieniu oka 
i wszystko zostaje uczynione nowym. 
W starożytnym piśmie odnotowano, jak Boska Istota wykrzyknęła z radością: „Oto czynię wszystko 
nowel" (Ap 21,5) Okrzyk ten wyrażał wielką miłość. Zostało odbudowane miasto Jerozolima, symbol 
zamieszkania ludzi, ich ciał, a w tych ciałach był Bóg i baranek, który jest światłością Wyższe Ja. 
Czytamy: 
„I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już 
[odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły". (Ap 21,4) 
Kahuni mieli uzdrawiającą pieśń czy też modlitwę, w której zamiast miasta dom symbolizował siedzibę 
trójjaźniowego człowieka. Pieśń opowiada, jak usunięto starą strzechę i położono nową, i dom został 
odnowiony. Dalej następuje opis radości właściciela domu i przyjaciół, którzy przybyli, by się z nim 
razem cieszyć, radować się miłością, ucztą i pieśnią. 
Na przestrzeni wieków zawsze zachowywano i przekazywano dalej lekko zawoalowaną tajemnicę – 
tajemnicę, że z chwilą gdy świadomie ustanowi się kontakt z Wyższymi Ja, gdy ma się wiarę, 
przekonanie i miłość, które zbliżą trzy Ja do siebie, tak aby Matka-Ojciec zjednoczyły się we wspólnym 
akcie twórczym, wówczas wszystkie rzeczy zostaną odnowione i życie potrójnego człowieka stanie się 
normalne – to znaczy wypełnią je rozwój, szczęście i pokój. 
  
AFIRMUJ: Wierzę, że na poziomie Ojca-Matki miłość jest prawem, życiem i działającą siłą. Wierzę, że 
kiedy staję przed nimi w modlitwie, muszę opróżnić się ze wszystkich destrukcyjnych uczuć i myśli, 
które uniemożliwają mi wibrowanie w harmonii z miłością na każdym z trzech poziomów – poziomie 
mojego Wyższego Ja, niższego i średniego Ja. 
Twierdzę z pewnością, że w Matce znajdę miłość jeszcze większą i bardziej przebaczającą niż miłość 
ziemskiej matki. Wierzę, że w Ojcu znajdę taką mądrość, wyrozumiałość i zrozumienie, jakich nie 
może dać żaden ziemski ojciec. Codziennie będę udawał się do absolutnie godnej zaufania Pary 
Rodzicielskiej z darem many i z obrazem upragnionych dobrych rzeczy. 
Wierzę, że jeśli poproszę o rzeczy podyktowane miłością do ludzi wokół mnie, w żaden sposób nie 
przekroczę prawa miłości i moje modlitwy zostaną spełnione. Wierzę, że Ojciec-Matka będą wiedzieli, 
co ma się wydarzyć w świecie wokół mnie, i kiedy poproszę ich o to, najmądrzej zaplanują, jak mi 
pomóc przez stworzenie warunków najlepszych dla troistego człowieka. 
Składam dzięki za wszelkie dobro, jakie mnie spotkało, i za wszystkie dobre rzeczy, które, jak wiem, 
tworzą dla mnie Wyższe Ja, i które we właściwym czasie pojawią się w mojej przyszłości. Składam 
dzięki za wiedzę o Wyższych Ja, którą wchłaniam dzień po dniu i która sprawi, że moje niższe Ja 
zaakceptuje to, w co teraz wierzę, i dorówna mi kroku na wspólnej drodze do pełnego kontaktu i 
codziennej współpracy między naszymi trzema Ja. 
  
MÓDL SIĘ: Mój Ojcze i Matko, którzy mieszkacie w niewidzialnym królestwie Światła, wołam do was, 
czcząc wasze imię. 
Oby doskonałość waszej sfery istnienia czy królestwa odbiła się w pełni we wszystkich trzech sferach 
naszego trójjaźniowego życia. 
Prowadźcie mnie i kierujcie mną we wszystkim, co robię. Obym zawsze uznawał waszą wolę czy 
pragnienie za lepsze od mojej i od woli mojego niższego Ja, dla którego jestem starszym bratem i 
opiekunem. Oby waszą wolą stworzone zostały dla nas dobre okoliczności, najpierw w waszym 
niewidzialnym niebiańskim królestwie, a potem niech przejawią się one realnie w naszych niższych 
sferach istnienia. 
Chleba naszego codziennego dajcie nam dzisiaj, bo to jest nasza podstawowa potrzeba. Dajcie nam 
również takie dobre, doskonałe dary, jakie uznacie za właściwe, tak aby dając, nie pogwałcić prawa o 
niekrzywdzeniu. 
Oczyśćcie nas z niewidocznych nienawiści, strachów i zawiści ze wszystkiego, co narusza prawo 
miłości. Oczyśćcie nas, jako i my usiłujemy oczyścić siebie i staramy się jak najlepiej pomagać innym i 
dostrzegać nad nimi ich Wyższe Ja, które zasługują tylko na miłość. 

background image

Niech waszą będzie ta mana, którą posyłamy do was na strumieniu miłości wzdłuż niewidzialnej 
łączącej nici. Oby ten dar dał wam moc do doskonałej pracy w waszej sferze i do wspaniałego 
uczestnictwa w naszym troistym życiu. 
Obym nigdy nie zawiódł w roli, którą odgrywam jako średnie Ja naszego człowieka. 
Kończę modlitwę i powierzam ją waszej pieczy, byście z nią pracowali, jak uznacie za stosowne. Moja 
modlitwa uleciała. Niech Światło spłynie na mnie. Amen. 

ĆWICZENIE 

Policz dobrodziejstwa, którymi się cieszysz. Złóż dzięki za każde z nich. Pomyśl o rzeczach, które 
chciałbyś mieć, i zadaj sobie pytanie, czy zdobycie ich dzięki modlitwie nie pogwałciłoby prawa miłości 
albo prawa niekrzywdzenia. Postanów, jaki użytek zrobiłbyś z bogactwa, gdyby zostało ci dane, i czy 
użyłbyś go dla dobra innych, a także twojego, twojej rodziny i ukochanych osób. 
Wyobraź sobie, że modliłeś się o bogactwo i otrzymałeś je. Ucisz się i zobacz, czy potrafisz wyczuć 
stosunek twojego niższego Ja do myśli o zdobyciu wielkiego bogactwa i mądrego, dobrego 
dysponowania nim. Jeśli twoje niższe Ja żywi przekonanie, że człowiek powinien „sprzedać wszystko, 
rozdać ubogim i pójść za mną", to jest prawdopodobne, że będziesz odczuwał jakieś poczucie winy 
albo w twoim umyśle pojawi się jakaś inna wskazówka mówiąca o tym, że coś stoi na przeszkodzie 
zrealizowaniu się „wszystkich dobrych rzeczy". Najpierw musisz pójść za wskazaniem: „Starajcie się 
naprzód o królestwo [Boga]...", a potem te rzeczy mogą być ci dane. 
Pomyśl o wielu rzeczach, które mogą ci być dane bez zabierania ich innym i bez krzywdy dla nich. 
Pomyśl też, co trzeba zrobić, kiedy ma się bogactwo i władzę, zdrowie i urodę, by mniej szczęśliwi od 
ciebie nie czuli się bez uzasadnienia zawistni. Przelicz dobra, które, jak czujesz, będziesz mógł 
„zabrać z sobą", odchodząc z tego świata, i postanów zdobyć jak najwięcej tych trwałych skarbów, 
dopóki jesteś w ciele. 
Pomyśl, w jaki sposób możesz dzielić wiedzę Huny z innymi, którzy gotowi są do jej przyjęcia. Pomyśl 
także o prawie, że każdy człowiek ma dar wolnej woli i trzeba mu pozwolić z niego korzystać – nie 
wolno nam nikogo przymuszać ani naruszać j ego wolnej woli, chyba że widzimy w tym nasz 
obowiązek jako rodzica czy opiekuna albo czynimy to dla dobra społeczeństwa w walce z 
przestępstwem. 
Zechciej naprzód usunąć źdźbło z własnego oka, a potem pomagaj bliźniemu to uczynić – ale tylko 
wtedy, jeśli pragnie twojej pomocy. 
OCZEKUJ, że wewnętrzne POZNANIE Wyższego Ja przyjdzie do ciebie we właściwym czasie. Ciesz 
się, że jesteś już w drodze i że czekają na ciebie wszelkie dobre i doskonałe rzeczy; uzyskasz je, 
kiedy będziesz już gotowy, po cierpliwym wykonaniu swojej pracy w celu zrealizowania owych rzeczy 
na tym poziomie. 
PRACUJ nad uwolnieniem się od zła, które stworzyłeś sobie w przeszłości, i łagodnie, stopniowo 
uwalniaj niższe Ja od złych skłonności, jakie może przejawiać, albo od kompleksów, jakie utrzymuje z 
krzywdą dla „Jednego" – całego człowieka. 

 
 
 
 
 

Rozdział 9

 

O CO MOŻNA PROSIĆ W MODLITWIE 

Od wieków ludzie zastanawiali się, o co można prosić w modlitwie, a o co nie należy. Dochodzili do 
wielu sprzecznych odpowiedzi, a to dlatego, że nie podzielili najpierw PRAGNIEŃ na trzy grupy, z 
których każda odpowiadałaby potrzebom trzech Ja. 
Mędrcy dawnych czasów doszli do wielu różnych wniosków na ten temat i pozostawili światu zbiór 
celów i metod ich osiągnięcia. Ten zbiór dotyczy przede wszystkim ludzkich pragnień. Nauczali oni, że 

background image

nie pragnąc niczego, najszybciej można uciec z udręczonego świata rzeczy ziemskich i znowu 
zanurzyć się w Absolucie. O „bezpragnieniowości", jak owa nauka nazywa swój ideał, była już mowa 
w rozdziale trzecim. Jeden z najlepszych opisów tej filozofii znajduje się w Bhagawadgicie. Podam tu 
pełen cytat, wraz z wersami przytaczanymi już wcześniej: 
„Mówi się, że człowiek utwierdzony jest w wiedzy duchowej, jeśli zaniechał wszelkiego pragnienia 
bliskiego swemu sercu i sam z siebie szczęśliwy jest i zadowolony w Jaźni dzięki Jaźni. Jego umysł 
pozostaje nieporuszony w przeciwnościach losu; jest szczęśliwy i zadowolony w pomyślności, obcy 
mu jest niepokój, strach i gniew. Tego zwiemy mędrcem, kto w każdych warunkach przyjmuje w 
sposób zrównoważony czy to pomyślne, czy niepomyślne wydarzenie, kto ani lubi, ani nie lubi. Jego 
mądrość jest pewna; spotkawszy dobro albo zło ani nie cieszy się z pierwszego, ani też nie jest 
przygnębiony drugim" [Polskie tłumaczenie cytatu na podstawie przekładu Judge'a, s. 18.. (przyp. 
tłum.).]. 
Aby racjonalnie wyjaśnić swoje stwierdzenie, że wszystkie ziemskie pragnienia albo przynoszą zło, 
albo są zupełną stratą czasu i sił, mędrcy hinduscy wynaleźli teorię, że wszystkie widzialne i 
niewidzialne rzeczy na tym świecie, a także w niebie, to nic innego jak tylko wymysł wyobraźni. 
Wymyślili bóstwo, Maję, której zadaniem było tworzyć iluzję realnego i dotykalnego świata w czasie i 
przestrzeni. Twierdzili, że ponieważ nic na tym świecie nie pozostaje niezmienne, to nie może być 
rzeczywiste. Utrzymywali dalej, że skoro Najwyższy Bóg nie może stać się większy albo mniejszy, jest 
zatem niezmienny i tylko On jest REALNY. Błąd w ich rozumowaniu polegał na tym, że odmawiali 
realności wszystkiemu, co się rozwija, zmienia i porusza. 
Maja, ponadto, wynalazła „pary przeciwieństw", by z ich pomocą wprowadzać w pomieszanie i mamić 
ludzkość. Przeciwieństwa to na przykład niechęć i upodobanie do czegoś, dobro i zło, światło i 
ciemność – wszystkie są nierzeczywiste, pozorne. W tym łączeniu w pary widzimy pozostałości nauki 
Huny, że wszystkie rzeczy stworzone są dodatnie albo ujemne, męskie albo żeńskie. 
W późniejszych doktrynach chrześcijańskich stosowano już więcej logiki. Nauczano, że przede 
wszystkim człowiek powinien nawiązać kontakt z Panem (Wyższym Ja). Pan mógł dać wszelkie dobre 
rzeczy. Pojęcie „dobre" wykluczało rzeczy zabrane bliźniemu niedozwolonymi metodami. 
W naszych bardzo nowoczesnych religiach, w których nowe dogmaty nałożono na dawniej przyjęte, 
zignorowano niebezpieczeństwo otrzymywania czegoś kosztem innych. W niektórych kultach problem 
grzechu i przebaczenia wygodnie zredukowano do dogmatu, że grzech jest ułudą, nie może istnieć, a 
zatem nie ma potrzeby odkupienia ani przebaczenia. Pozwalało to wyznawcy na niczym nie 
ograniczoną zachłanność i unikanie wszelkiej odpowiedzialności za smutną sytuację ludzi w różnego 
rodzaju biedzie. 
Uważano, że ludzie w biedzie zasługują na to, co ich spotyka, ponieważ trwają w błędzie, nie chcąc 
uznać, że nieszczęście i zło są nierealne. Dlaczego akurat zdrowie i pomyślność miałyby być bardziej 
realne, pozostawało niewyjaśnione albo tłumaczono to bardzo niejasno. Tym paradoksem 
posługiwano się z wielkim upodobaniem – oddziaływał on bardzo silnie zwłaszcza na tych, którzy 
gotowi byli przyjąć niemal każdy dogmat, o ile obiecywał on dobre rzeczy w życiu i oferował ucieczkę 
od odpowiedzialności za problemy społeczne. 
Istnieje jeden paradoks, który jest uzasadniony, i tylko jeden. Występuje on w stanach bytu Wyższych 
Istot – stanach, które poznajemy po efektach, jakie powodują, ale które leżą poza ludzką zdolnością 
racjonalnego pojmowania. Trzy Ja, na przykład, są jednością, ale w paradoksalny sposób pozostają 
trzema. Wyższe Ja-Para Rodziców jest złączone tworząc jedność, a jednak pozostaje parą. 
Za jedyne usprawiedliwione zjawiska występujące na poziomie niższego i średniego Ja można 
uważać te, które da się pojąć racjonalnie i w których nie ma paradoksów. Powietrze, którym 
oddychamy, czas, który mierzymy i według którego żyjemy, ziemia, którą zamieszkujemy, i wszystkie 
biologiczne fakty ziemskiego życia – wszystkie te rzeczy są dla nas jak najbardziej realne. Żadne 
zaprzeczenie ich realności nie zamieni ich w ułudę. To, że się zmieniają, jest faktem, który musimy 
przyjąć, lecz mimo tych zmian stale pozostają rzeczywiste substancje, rzeczywiste siły i rzeczywiste 
jednostki kierującej świadomości, z którymi musimy się liczyć na każdym kroku. Niech będzie 
błogosławiona odrobina zdrowego rozsądku. 
W Hunie na całość życia, na wszelkie jego aspekty i problemy patrzono z punktu widzenia trzech Ja, 
ich sił życiowych oraz widzialnych lub niewidzialnych ciał, w których Ja zamieszkują. Owe Ja, 
oczywiście, zawierały element świadomości, będącej u podstaw wszelkiego stworzenia i rozwoju. 

background image

Stosując ten punkt widzenia do opacznie, przez długi czas, rozumianego problemu, o co możemy się 
modlić i do jakich celów musimy dążyć, aby się rozwijać, dochodzimy do rozsądnych, zdrowych 
wniosków. 
Musimy tylko zadać sobie pytanie, co jest dobre i normalne w życiu. Uznamy, że „normalne" oznacza 
wszystko to, co jest dobre dla jednostki, rodziny i społeczności. Odpowiedzi będą poprawne, jeśli 
zastosujemy je do każdego z trzech Ja, do poziomu każdego z nich. To, czego pragnie jedno Ja, nie 
musi być wcale dobre dla drugiego. Pragnienia niższego Ja mogą stać w sprzeczności z jego własnym 
rozwojem i dobrym samopoczuciem, i to samo można powiedzieć o średnim Ja. Pragnienia Wyższego 
Ja są doskonałe, ale te żywione przez dwie niższe jaźnie mogą nie dopuścić do ich realizacji. 
Jest rzeczą właściwą, by niższe Ja pragnęło takich rzeczy, jakie Bóg stworzył na jego użytek. 
Potrzebuje jedzenia, ubrania, bezpieczeństwa, dachu nad głową, towarzysza życia, rozmnażania, 
możliwości cieszenia się pięknem przyrody, barw, kształtów, ruchu, dźwięków. Zwierzę w człowieku 
często okazuje zachłanność i dzikość na poziomie, gdzie panuje prawo, iż przeżywają tylko 
najsilniejsi. Ale kiedy poinformowane, rozumne średnie Ja prowadzi niższe Ja, wówczas uczy się ono 
zachowywać jak ludzka istota, porzucając zwierzęce nawyki, które nie są już dłużej potrzebne. 
Dążenie do niszczenia innych i odbierania im ich własności zastąpione zostaje dążeniem do 
współpracy i rozkwitu dzięki wspólnym przedsięwzięciom. 
Średnie Ja, jeśli rozpatrywać je osobno od niższego, ma inne naturalne potrzeby. Potrzebuje 
doświadczenia, aby wzrastała siła jego umysłu i głębokość pojmowania. Potrzeba mu także 
towarzysza bądź towarzyszki do pary, przyjaciół i znajomych na własnym poziomie. Chętniej włącza 
się w zespołowe działania ludzkości, by gromadzić i korzystać z wszelkiego rodzaju wiedzy. 
Czego potrzebuje i jakie są zwykłe pragnienia paradoksalnej Pary Wyższego Ja, nie potrafimy 
dokładnie określić. Możemy tylko tworzyć analogie na podstawie tego, co wiemy o niższych sferach 
istnienia, i tego, co, jak sądzimy, wiemy o tych nad nami. 
Można być dość pewnym jednego. Mianowicie, że cel życia nie polega na tym, by uciekać od działania 
i doświadczeń i chcąc nie chcąc zostać wchłoniętym przez Absolut. Bóg, można by chyba rozsądnie 
przyjąć, nie chciał, by wszelkie stworzenie zostało przez Niego „wchłonięte". Wyłonił je z Siebie, 
tworząc byty, które dają wszelkie świadectwo rozwoju i ewolucji od form niższych do wyższych, a 
każda z tych form życia musi nauczyć się radzić sobie w warunkach, w jakich została umieszczona. 
By żyć normalnie, musimy sprostać wymaganiom życia w swoich cielesnych powłokach – sprostać im 
jako zgrany zespół trzech Ja. Można to nazwać „Prawem Wielkiej Normalności„. Każde odchylenie od 
niego w jakimkolwiek kierunku sprzyja powstawaniu fizycznych albo psychicznych zaburzeń. 
W społeczności zwierzęcej, na przykład wśród szakali, czymś normalnym jest zabijanie i pożeranie w 
najzachłanniejszy i najdzikszy sposób. Dla ludzi normalnym życiem jest takie, w którym dzikość 
zostaje zastąpiona wzajemną pomocą. Normalnie człowiek powinien pragnąć zdrowia i pomyślności, 
przyjaciół, szczęścia i innych dobrych rzeczy. Powinien dążyć do realizacji tych pragnień i warunków 
oraz prosić Wyższe Ja, by mu w tym pomogło. 
Tam, gdzie wykorzystuje się bliźnich w celu uzyskania dóbr i zagarnięcia dla siebie większej ich ilości, 
niż się należy, pogwałcone zostaje prawo normalnego życia. Normalne życie prowadzi do pokoju 
między ludźmi i narodami. Grabieżcy, którzy stosują nieuczciwe środki, by mieć władzę nad rządami 
albo by zdobyć więcej ziemskich dóbr, oszukując bliźnich, prowadzą nienormalne życie. Nie udaje 
nam się zapobiec ich oszustwom, ponieważ nie jesteśmy dostatecznie dobrze zorganizowani. 
Tym, do czego średnie Ja ma prawo dążyć, jest poznanie, a z wszelkiego poznania najcenniejsze jest 
poznanie samego siebie. Poznanie szeregu faktów ujawniających naturę Wyższego Ja i dwóch 
niższych ukazuje nam kontrast między rezultatami osiąganymi dzięki ich współpracy a nieszczęsną 
sytuacją człowieka, który idzie potykając się przez życie bez pomocy i kierownictwa Wyższego Ja. 
Jeśli ktoś modli się o większe bogactwo i władzę, niż mu się należy, musi już wcześniej udowodnić, że 
użyje obu dla powszechnego dobra. Każde użycie sprzeczne z celami powszechnego dobra jest 
sprzeczne z prawem miłości, które przenika całą sferę istnienia Wyższego Ja. Istnieje relikt starożytnej 
metody mającej udowodnić zawczasu, że nie nadużyje się bogactwa i władzy, o ile zostaną udzielone. 
Jest to dziesięcina. Dawanie z tego, co się posiada obecnie, i używanie obecnie posiadanej władzy 
dla dobra ogółu – to są prawdziwe dowody. Robią one wrażenie na trzech Ja, poczynając od 
niższego, jeśli dawanie i pomoc wynikają z rzeczywiście dobrych intencji. 
Wywarcie wrażenia na niższym Ja jakimś fizycznym aktem dawania lub pomocy sprawia, że 
rozpromienia się ono uczuciem dobroci i nabiera przekonania, iż zasługuje na to, o co się modlimy. I 
przeciwnie, jeśli ma utrwalone poczucie, że jego człowiek był chciwy, samolubny i zachłanny, a zatem 

background image

nie zasługuje na pomoc, to możliwość uzyskania pomocy zostanie zniweczona na etapie 
przekazywania modlitwy i many. 
Nie wszyscy ludzie są na tym samym stopniu ewolucji. Niektórzy mają mało inteligencji, inni zaś dużo i 
używają jej, by oszukiwać bliźnich. Jeszcze inni są zarazem inteligentni i dobrzy. Normalny sposób 
życia to taki, gdzie starsi, mądrzejsi i silniejsi pomagają młodszym, słabszym i mniej zdolnym. Każdy, 
kto odmawia pomocy, zasługuje na to, by i jemu jej odmówiono. 
Współczesna cywilizacja zachodnia poczyniła ten wielki krok naprzód, że ciężar pomocy słabym i 
niezdolnym zaczyna być w uporządkowany sposób rozkładany na barki całego społeczeństwa. Powoli 
ewoluujemy od dzikości do porządku, starannego planowania i sprawiedliwości. Nie osiągnęliśmy 
jeszcze tego normalnego celu, ale dostrzegliśmy go. 
Z chwilą gdy uznamy odpowiedzialność, jaką nakładają na nas bogactwo i władza w życiu 
przebiegającym według wskazań Huny, zaczniemy dostrzegać, że bardziej nam się mogą podobać 
rzeczy proste niż skomplikowane. To wielka sztuka zachować prostotę życia, unikać starań o zdobycie 
rzeczy, które mogą wymagać od nas zbyt wielkiej ceny. Taką samą sztuką jest decydowanie, co jest 
konieczne, a co nie. Ogromną wagę ma chęć do PRACY w celu uzyskania upragnionej rzeczy. 
Przytoczę następującą opowieść: 
Daleko, daleko stąd było kiedyś królestwo, w którym panował pokój. Rządziła nim mądra królowa, a 
mottem kraju było „NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONE NIC„. Chłopi uprawiali tu jęczmień i hodowali 
owce na własne potrzeby. Z nikim nie handlowali i uważali za grzech posiadanie więcej niż jednej 
chaty, paru owiec i paru sztuk odzieży, którą sami przędli i tkali. Cała ziemia należała do królowej i 
nigdy nie naruszył pokoju żaden najeźdźca, ponieważ nie było tam nic do zagrabienia. 
Pewnego razu pojawił się kapłan renegat, wygnany z dalekiego kraju. Zbadał możliwości, a kiedy 
usłyszał motto królestwa, uśmiechnął się do siebie i poszedł do królowej. Powiedział jej, że jako do 
kapłana obeznanego w sprawach religii przemówił do niego wielki bóg NIC, którego w tym kraju czczą 
ślepo od tak dawna. Bóg nakazał, by wybudowano piękną świątynię, w której będą odbywać się 
nabożeństwa. Lud ma produkować o wiele więcej niż do tej pory i jedna dziesiąta całej ziemi i 
produktów ma być oddana świątyni. On sam będzie architektem, a później kapłanem. Bóg sprowadzi 
przekleństwo na królestwo, jeśli jego rozkazy nie zostaną wykonane. 
Królowa zmartwiła się. Powiedziała kapłanowi, że musi się przespać nad decyzją, niech zatem 
powróci w południe następnego dnia po odpowiedź w sprawie boga. Kiedy kapłan odszedł, wezwała 
swego błazna. Był to staruszek błazen, który niegdyś zbyt dokładnie utrafił żartem w sedno sprawy i 
wygnano go za to z przechodzącej mimo karawany. 
– Czy mieszkałeś w krajach, gdzie bogowie przemawiają do kapłanów i gdzie muszą mieć świątynie? 
– zapytała. 
Skinął głową potakująco i wówczas opowiedziała mu o rozmowie z kapłanem. Stary błazen śmiał się, 
aż trząsł mu się garb. Otarł oczy i przemówił cicho do królowej. Zmartwienie znikło z jej twarzy. 
– Proszę zostawić to mnie – zakończył, klepiąc się w chude uda. – Wreszcie zarobię na siebie i 
odpłacę za twoją dobroć, o Pani. Wymyślę taki żart, że sam Wielki Bóg Nic będzie zrywał sobie boki. 
Następnego dnia królowa przyjęła kapłana bardzo serdecznie. 
– Co za cud! – powiedziała. – Bóg przemówił także do mego starego błazna. I prawda to, że pragnie 
on wielu pól jęczmiennych, pięknej świątyni i kapłana. Ale rozkazuje, pod groźbą kary, aby kapłan sam 
uprawiał pola, a także przyciągnął, ociosał i ustawił kamienie do budowy świątyni. 
Na jej gest czterech rosłych wieśniaków otoczyło kapłana, którego twarz poszarzała jak popiół. 
– Natychmiast zaczniesz wnosić kamienie z doliny na szczyt wzgórza – rozkazała i wieśniacy 
odciągnęli od niej protestującego kapłana. 
Tej nocy, zamknięty w chacie, kapłan płakał gorzko, jedząc jęczmienne placki. Bolało go całe ciało i 
wypełniała czarna rozpacz. Pragnął teraz tylko jednego – uciec od tej straszliwej pracy. Nad ranem 
usłyszał zbliżające się kroki i zduszony chichot. Klucz obrócił się w zamku i zaskrzypiały otwierające 
się drzwi. Chichot zamarł w oddali. Kapłan zobaczył, że na zewnątrz nie ma straży. 
Do dzisiaj chłopi z tej spokojnej krainy pokazują podróżnym stos nieociosanych kamieni na szczycie 
wzgórza, mówiąc: 
– To świątynia Wielkiego Boga Nic. 
Potem śmieją się do rozpuku jak z najlepszego żartu na świecie. 

background image

  
Postanawiamy, co jest najlepsze dla potrójnego człowieka, pragniemy, by się spełniło, i zaczynamy 
modlić się i DZIAŁAĆ, by się dokonało. Jeżeli naszym mottem jest: „Niech będzie błogosławione nic", 
niech tak zostanie. Jeżeli, odwrotnie, mottem jest: „Najlepiej i najwięcej to jeszcze dla mnie nie dość", 
musimy włożyć w działanie więcej wysiłku i podjąć się większej odpowiedzialności kierowniczej. 
Najpierw musimy postanowić, czego chcemy. Oczywiście ogromna liczba ludzi nigdy nie dochodzi do 
tej decyzji. Brną potykając się, dzisiaj pragnąc tego, a jutro czego innego. Rzadko dostają to, czego 
pragną, a jeśli już dostaną, rzadko tego chcą. 
Kiedy ktoś decyduje się usiąść, przyjrzeć się sobie dokładnie, zrobić rachunek swych zdolności, 
potrzeb, braków, możliwości, zobowiązań i całości warunków, w jakich się znajduje, podejmuje się 
zadania, którego nie można zepchnąć na bok, nie ukończywszy go. Potrzeba głębokiego 
zastanowienia się i koncentracji i jeśli nie jest się zdolnym do dokładnego przemyślenia problemów, 
należy się poradzić mądrzejszych przyjaciół. 
Sedno w tym, że kiedy wiemy już o Wyższym Ja, a niższe wyćwiczyliśmy w wierze, zbliżamy się do 
momentu, gdy możemy zacząć prosić Wyższe Jaźnie o pomoc w dokonywaniu dobrych rzeczy. Ale 
musimy uważnie rozważyć, co jest dla nas dobre w obecnych okolicznościach i co zdecydujemy się 
próbować osiągnąć. Wszystkie nasze dni powinna wypełniać modlitwa o KIEROWNICTWO. Zarazem 
jednak musimy rozwiązywać własne problemy stojąc na drodze do celu. 
Kiedy powiadamy, że komuś brak ambicji, wskazujemy w istocie na to, iż za słabe jest jego 
pragnienie. Pragnienia są siłą napędową naszych usiłowań. Musimy nauczyć się je pielęgnować – te 
właściwe, oczywiście – i używać ich jako siły motywacyjnej, pchającej nas ciągle do przodu. Nic nie 
jest w bezruchu, zatem osoba o postawie „wszystko mi jedno", nie zmierzająca do jakiegoś celu, stale 
się cofa. 
Stwarzamy w sobie pragnienie, rozmyślając o czymś, co ma pociągające dla nas cechy. Spojrzenie na 
bilet kolejowy może nie wzbudzić żadnego uczucia. Ale jeśli wyobrazimy sobie przyjemności jazdy 
pociągiem, wzbudzamy pragnienie. Przeciwnie, jeśli będziemy wyobrażać sobie niewygody podróży, 
spojrzymy na nią ze wstrętem. Można sprawić, że posty, ćwiczenia fizyczne, trudne studia – wszelkie 
takie rzeczy – wydadzą nam się bardzo pożądane, jeśli będziemy o nich myśleć, wyobrażając sobie 
dobroczynne rezultaty, jakie osiągniemy. 
Ogromna większość ludzi po zaspokojeniu niezbędnych potrzeb życiowych wydatkuje swój wolny czas 
i siły na zabawę. We współczesnym świecie niezwykle rozbudowany jest biznes zaspokajający chęć 
rozrywki. Telewizja i radio, gazety, czasopisma, książki, wzajemne odwiedzanie się, gry i zabawy, 
podróże – wszystko to wypełnia wolny czas przeciętnego człowieka, tak że nie pozostaje go już na 
codzienny wysiłek w celu samodoskonalenia się. 
Uczenie się jest pracą, a przeciętna jednostka została tak uwarunkowana, że unika pracy, o ile tylko 
się da, od kołyski do grobu. Bardzo wiele osób nabyło książki ze słynnej „Półki na pięć stóp" dr. Eliota. 
Na początku dzielnie poświęcali piętnaście minut dziennie, według zalecenia, na lekturę tych książek. 
Ankieta przeprowadzona później wśród nabywców ujawniła, że niecały jeden ich procent przeczytał 
wszystkie książki. Oszacowano, że dziewięćdziesiąt procent osób nigdy nie przeczytało więcej niż trzy 
książki, i to tylko częściowo. 
  
AFIRMUJ: Jestem teraz zdecydowany uważnie przyjrzeć się mojemu życiu i wszystkiemu, czego 
powinienem zaniechać, a także temu, co mogę zacząć robić z korzyścią dla siebie, rodziny i świata. 
Do każdej godziny wolnego czasu, jaki spędzam na wypoczynek i rozrywkę, dodam godzinę ciężkiej 
pracy nad sobą, by coś w sobie ulepszyć bądź pomóc innym w potrzebie. Będę zażywał dostatecznie 
dużo ruchu fizycznego. Będę właściwie jadł, spał i zachowam umiar w tym, czego nie potrafię 
zaniechać od razu. 

ĆWICZENIE 

Ucisz się. Wyobraź sobie, że jesteś swoim najbliższym sąsiadem albo którymś z dobrych przyjaciół 
sytuowanych podobnie jak ty. Wyobraź sobie, że żyjesz jego życiem od rana do wieczora przez cały 
dzień i wynotuj sprawy, które według ciebie można by zmienić, aby poprawić warunki życiowe w 
sferach fizycznej, psychicznej i duchowej. Wyobraź sobie, jeśli potrafisz, jak ta osoba mogłaby żyć, 
aby jej rodzina, znajomi, świat odnieśli z tego jakiś pożytek bądź pomoc. 

background image

Teraz wyobraź sobie osobę czysto fikcyjną. Wyobraź sobie, jak spędzasz z tą osobą dzień. Zaplanuj 
czynności tego dnia tak, aby każda chwila pasowała do możliwie najlepszego i najbardziej 
uporządkowanego wzoru doskonałego życia. 
Wyobraź sobie kilka młodych osób, każdą obdarzoną innymi talentami i zdolnościami umysłowymi. 
Wybierz z nich jedną bardzo podobną do ciebie, kiedy byłeś młody, i ułóż dla niej plan codziennych 
czynności, które sprawią, że będzie się ona jak najszybciej, jak najpełniej rozwijać, z korzyścią dla 
siebie i wszystkich ludzi z nią związanych. 
Przejrzyj szybko własne życie i zobacz, jak mogłeś zastosować do siebie plany wypracowane dla tej 
stworzonej w wyobraźni osoby, tak podobnej do ciebie w młodości. Zatrzymaj się przy własnym wieku 
i spróbuj zastosować rady jej udzielone także do siebie. 
Istnieje powód, dla którego najlepiej jest zaczynać to ćwiczenie od postaci wyobrażonych i powoli 
dochodzić do siebie. Mianowicie niższe Ja w tobie może mieć bardzo mocno ugruntowane życzenia 
na temat tego, co jego człowiek ma robić, a czego nie. Zajęcie się od razu własnym przypadkiem 
mogłoby sprawić, że nieoczekiwanie zwróci się ono przeciw tobie, uzbrojone. Zbliżaj się powoli. 
Niższe Ja lubi naśladować tak jak małpa, jeśli więc najpierw wyobrazisz sobie inną osobę postępującą 
właściwie i w jak najlepszy sposób, i jeśli pomyślisz przez chwilę z radością o jej wspaniałych 
dokonaniach, twój młodszy brat może nawet popędzić naprzód i o krok cię wyprzedzić. Może cię 
uraczyć nagłym napływem pięknego uczucia „idź i czyń podobnie". 
  
AFORYZM IV: Najdłuższą podróż rozpoczyna pierwszy krok... 
  
Trzeba się zdecydować, dokąd udać się w podróż, jak podróżować, kiedy, a wówczas... gdy wszystko 
zostało już dobrze zaplanowane, postawić pierwszy krok. To uczyniwszy, człowiek dotrze do celu, tak 
jak bardzo zmęczeni żołnierze z jednego z opowiadań Kiplinga, którzy doszli, uparcie stawiając jedną 
nogę przed drugą. 
Zrób początek, najpierw w umyśle, potem w fizycznej sferze rzeczy realnych. 

 
 
 
 
 

Rozdział 10

 

ZALEWANIE POMPY 

Jedno z najlepszych kiedykolwiek napisanych kazań można zobaczyć w szklanej ramce w sklepie 
przy pustyni w południowej Kalifornii. Napisano je niegdyś resztką ołówka po obu stronach arkusza 
papieru pakowego, który złożono i umieszczono dla ochrony w blaszanej puszce po proszku do 
pieczenia. Puszka przywiązana była drutem do starej pompy, która stanowiła jedyną szansę na 
zdobycie wody na bardzo długim i rzadko uczęszczanym szlaku przez pustynię Amargosa. 
Oto co jest tam napisane: 
„Ta pompa działa dobrze w czerwcu 1932. Założyłem nową uszczelkę do tłoka i powinna ona 
przetrwać pięć lat. Ale uszczelka wysycha i pompa musi być zalewana. Pod białym kamieniem 
zakopałem butelkę wody, po ocienionej stronie, korkiem do góry. Jest w niej dość wody, by zalać 
pompę, ale pod warunkiem, że nie będziesz z niej najpierw pić. Wylej około jednej czwartej wody z 
butelki, niech nasączy dobrze skórę. Potem wylej resztę, nie za szybko, i pompuj ile sił. Dostaniesz 
wodę. Studnia nigdy nie wysychała. Miej wiarę. 
Gdy woda podniesie się do góry, napełnij butelkę i połóż z powrotem tam, gdzie ją znalazłeś, dla 
następnego spragnionego. 

(podpisane) Pustynny Pete 

P.S. NIE WYPIJAJ NAJPIERW WODY. Zalej nią pompę, a dostaniesz tyle, ile zdołasz pomieścić. A 
kiedy następnym razem będziesz się modlić, pamiętaj, że Bóg jest jak ta pompa. Musi zostać podlany. 

background image

Oddawałem wiele razy ostatniego dziesiątaka, by zalać pompę moich modlitw, i oddawałem ostatnie 
ziarna fasoli przybyszowi, mówiąc AMEN. Zawsze dostawałem odpowiedź. Wasze serca muszą 
najpierw stać się wytrwałe w dawaniu, zanim będziecie otrzymywać. 

PETE" 

  
Pewien inżynier górnictwa opowiadał mi kiedyś, jak przeczytał to kazanie i co się stało, gdy zaczął 
postępować zgodnie z tą prostą radą. Opowieść jest ważna dla tych wszystkich z nas, którzy 
przyjmujemy Wyższe Ja za partnera i zaczynamy z nim pracować, by uzyskać opiekę i pomoc. 
Człowiek ten przywołał w sobie wiarę i modlił się gorąco o to, by zostać inżynierem doradcą – było to 
stanowisko, do którego miał odpowiednie przygotowanie. Udawszy się do dużego miasta, wynajął 
piękne biuro i zamieszkał w dużym hotelu, gdzie zwykle zatrzymywali się zamożni właściciele kopalń. 
Spotykając ich, przybierał pewną siebie minę. Ze zdecydowaną wiarą i po cichu afirmując swoją 
odwagę, pytał właścicieli kopalń, czy nie potrzebują eksperta do spraw inżynierii. Nie okazywał ani 
cienia niepokoju co do spodziewanej odpowiedzi i budził zaufanie postawą chłodnej pewności siebie. 
Wkrótce zawarł sporo kontraktów, wyjeżdżał na inspekcje do kopalń i kazał sobie słono płacić za swe 
usługi. Nie zapomniał o dziesiątakach i fasoli i przez cały czas pomagał jak mógł ludziom, którym się 
gorzej powodziło. 
Po jakimś czasie pieniądze zaczęły napływać tak szybko, że postanowił, iż pora już zacząć odkładać 
część na czarną godzinę. Kiedy tak odkładał, począł skąpić i przestał rozglądać się wokół siebie, 
komu by pomóc, nie dochował wiary. Zaniedbał się także w afirmacjach. Interes zaczął iść gorzej. 
Wynajmował tańsze biura i zwolnił sekretarkę. Oskarżając ciężkie czasy i wszystko oprócz własnej 
postawy, starał się utrzymać w interesie, skąpiąc coraz bardziej. Pewnego dnia wydał resztkę 
pieniędzy i sprzedał wyposażenie biura za cenę biletu do odległego miasteczka, gdzie przyjaciel 
zaoferował mu marnie płatną posadę w biurze spółki górniczej. 
Opowiadając mi o swych przeżyciach, inżynier zauważył: – Poświęciłem wiele czasu, by naprawić 
sytuację i zacząć od początku. Ale z pewnością nauczyłem się swojej lekcji. Człowiek po prostu musi 
zalać pompę, nie ma innego wyjścia. 
Pewna legenda opowiada o królu, który zmarł, pozostawiając królestwo najstarszemu synowi. Gdy 
tylko ów syn doszedł do władzy, natychmiast rozesłał żołnierzy, by zagrabili i dostarczyli mu wszystko, 
co miało jakąś wartość w niewielkim państwie: wszelkie zboże, wszystkie zwierzęta, zapasy i skarby. 
Wówczas przyszli do niego także ludzie, mówiąc: 
– My też należymy do ciebie, o Królu! 
Lecz on przegnał ich ze swej ziemi do innego kraju po to, by jeździć wokoło i patrzeć, jak każdy akr 
ziemi stoi pusty na dowód, że jest jej absolutnym właścicielem. Kiedy wszystkie skarby zostały już 
zebrane, rozpuścił wojsko i tylko z paroma sługami oddał się rozkoszy napawania się swym 
bogactwem. 
Ale radość z niego nie przetrwała roku. Zwierzęta zjadły całe zboże, służący zmarnowali zapasy, 
których nie było czym uzupełnić, a wkrótce porzucili i jego samego. Chodząc teraz po polach, widział 
tylko zwierzęta padłe z głodu i spichlerze o zakurzonych podłogach. W końcu powiedział sobie: 
– Myliłem się w tych sprawach. Może postępowanie mojego ojca było lepsze. Udam się do sąsiednich 
królestw i nakażę moim ludziom, by wrócili i wyhodowali mi nowe zwierzęta, zboże i inne płody. 
Ludzie wysłuchali nowiny z radością, ale kiedy poprosili o ziarno na zasiew pól i o zwierzęta do 
rozpłodzenia stada, król nie mógł im tego dostarczyć. Poprosił o pomoc sąsiednie państwo. Szybko 
mu jej udzielono. Dzisiaj, wypisane złotymi literami na najlepszym pergaminie tamtych czasów, można 
ciągle jeszcze odczytać pierwsze prawo odbudowanego kraju: 
„Pomimo głodu, zarazy, plag szarańczy zawsze należy zostawić jako świętość dla bogów dziesiątą 
część zbiorów i bydła, aby można było zasiać na nowo pola i rozpłodzić stada. Bogowie dali na użytek 
człowiekowi tylko przyrost, a nie nasienie, z którego przyrost pochodzi". 
  
AFORYZM V. Ten, kto nakrywa do jedzenia tylko dla siebie, jada najgorsze pożywienie: ale kto 
zaprasza potrzebujących do wspólnego posiłku, może brać udział w uczcie. 
  

background image

W początkowym okresie gorączki złota w Kalifornii oznakowano działki wzdłuż pewnej rzeki i 
wykopano szyby i tunele, aby dotrzeć do głębszych pokładów złotonośnych. Niektórzy właściciele 
działek szybko postanowili wycofać się i żyć bogato z tego, co znaleźli. Woleli to niż ryzyko dalszych 
inwestycji przy niepewnych szansach znalezienia głębszych złóż. Jeden po drugim zwalniali swoich 
chińskich robotników i wyjeżdżali. Imigranci chińscy nie mieli dokąd się udać. 
Gdy pozostał już tylko jeden właściciel działki, Chińczycy wysłali do niego delegata, by poprosił o 
pracę. Właściciel odpowiedział mu, że włożył prawie cały zysk w budowę eksperymentalnych tuneli i 
szybów. Zostało mu akurat tyle pieniędzy, by kontynuować poszukiwania z własną załogą przez jeden 
do dwóch miesięcy. 
Po omówieniu sprawy bezrobotni Chińczycy ponownie wysłali do niego swego delegata, który 
powiedział: 
– Jeśli kupi pan ryż i proch, dość dla wszystkich, będziemy kopać, bez zapłaty. Jeśli znajdziemy złoto, 
pan dobrze zapłaci. 
Właściciel przyjął propozycję i obiecał podzielić się równo z górnikami, jeśli znajdą złoto. Natychmiast 
ruszono do pracy z takim entuzjazmem, jakiego jeszcze w obozie nie widziano. Właśnie gdy kończyły 
się resztki ryżu i prochu, jedna z grup dokopała się do dawnego łożyska rzecznego. Piasek był ciężki 
od złota. Właściciel dokładnie dotrzymał danego słowa, a chińscy robotnicy zadziwili ówczesny świat 
poszukiwaczy tego metalu niezwykłą uczciwością w obliczu panującego wtedy powszechnie zwyczaju 
oszukiwania. Stała się rzecz niesłychana: każdziuteńka wykopana bryłka została uczciwie oddana do 
wspólnego funduszu. 
  
Był sobie kiedyś rój pszczeli, w którym doszło do wielkiej niezgody. Królowa odleciała rozzłoszczona, 
oświadczając, że znajdzie sobie nowy dom z dala od narzekających robotnic i leniwych trutni. 
Robotnice poszły za jej przykładem: każda poleciała znaleźć sobie dziurkę w skale albo drzewie na 
własny magazyn plastrów miodu. Ale królowa nie umiała sama się żywić ani budować komórek do 
składania jaj, ponieważ te obowiązki zawsze wypełniały inne pszczoły. Robotnice zaś nie potrafiły 
zrobić ani wosku, ani miodu. Nim upłynął dzień, wszystkie zorientowały się, że coś jest nie tak. Jedna 
za drugą powróciły do rodzimego roju, gdzie królowa zajęła ponownie swoje miejsce i tak do nich 
przemówiła: 
– Nauczyłam się, że każdy z nas musi dawać. Nie można dawać samemu sobie. Dopiero kiedy każdy 
da coś innym, możemy wszyscy otrzymać z powrotem to, co niezbędne do życia... – Po namyśle 
zakończyła: – Idźcie nakarmić maleństwa w wylęgarni, dajcie też trochę jedzenia trutniom. Kiedy 
pracujemy osobno, otrzymujemy mniej, niż jest niezbędne do życia, natomiast kiedy pracujemy dla 
innych, otrzymujemy tak wiele, że nie potrafimy tego zużyć. 
  
Było raz trzech mężczyzn, z których każdy chciał przerzucić kłodę przez niewielki strumień. Kłody były 
za krótkie, zaczęli więc z sobą walczyć o zdobycie dodatkowej kłody. Ale wszyscy byli równie rośli i 
pod koniec dnia każdy zyskał parę ran i siniaków, lecz żadnemu nie udało się odebrać kłody 
przeciwnikom. Nadal znajdowali się po tej samej stronie strumienia. 
Obmywając spuchniętą twarz w wodzie, jeden z mężczyzn dostrzegł mrówkę usiłującą zaciągnąć do 
mrowiska żuka. Żuk było wiele za duży, by go mogła zjeść, i o wiele za ciężki, by sama dała radę go 
ciągnąć. Mężczyzna zobaczył, jak przybiegły inne mrówki i żadna z nich nie próbowała odegnać 
pierwszej ani odebrać jej żuka. Zgodnie połączyły siły i pociągnęły żuka razem. 
– Hal – wykrzyknął. – Nawet mrówki są mądrzejsze od nas. Teraz wiem, jak przerzucić kłody przez 
strumień! 
Powrócił do swych byłych wrogów i wyjaśnił im, co osiągną dzięki współpracy. Wkrótce wszyscy 
przeszli na drugą stronę. 
  
AFIRMUJ: Największa lekcja, jakiej ludzie muszą się nauczyć, to ta, że żaden człowiek nie żyje tylko 
dla siebie. Utwierdzam się w przekonaniu, że codziennie wzrasta moja bezinteresowność i wola – tak, 
silne pragnienie – współpracy z bliźnimi dla wspólnego dobra. 
Twierdzę, że stanowię jedno ze wszystkimi innymi ludźmi. łączą nas więzi porozumienia, wzajemnej 
pomocy, nieurażania siebie i współpracy. Codziennie będę szukać okazji do pracy z innymi dla 
wspólnego dobra. Będę przewodniczył we wspólnych przedsięwzięciach albo uczestniczył w nich jako 

background image

najskromniejszy pomocnik, kiedy kto inny będzie przywódcą. Będę wszędzie głosił, że wspólna praca 
jest największą lekcją do nauczenia się. Zrobię, co będę mógł, dla popierania idei wzajemnej pomocy 
przy rozwiązywaniu wspólnych problemów między narodami i osobami. 

ĆWICZENIE 

Wycisz się. Rozluźnij. Zaprzęgnij do pracy wyobraźnię, tak abyś mógł przeżyć rok w ciągu paru minut i 
zebrać plon rocznego rozwoju w tak krótkim okresie. Wyobraź sobie miasto, w którym nie ma 
współpracy. Wyobraź sobie, jak każdy z osobna usiłuje zbudować dla siebie drogę, system wodno-
kanalizacyjny, rynek, system transportu. 
Teraz przedstaw sobie idealną społeczność, postanów, jakich powinna być rozmiarów, aby było jak 
najwygodniej, bez zatłoczenia, z łatwym dostępem do centrum. Zobacz, czy możesz wybrać jedną 
rzecz w miejscowości, w której mieszkasz, i pomyśl, czy można by ją poprawić. Spróbuj wyobrazić 
sobie, jak sam, w pojedynkę, wprowadzasz tę zmianę na lepsze. Teraz wyobraź sobie, że 
zainteresowałeś projektem zmian grupę przyjaciół, a oni zainteresowali nim swoich znajomych. 
Zobacz, jak wystarczająca liczba ludzi przejęła się projektem i wspólnie pracują nad poprawieniem 
sytuacji. 
  
AFIRMUJ: Rozumiem nie tylko to, że muszę współpracować z Wyższym Ja w modlitwie, ale rozumiem 
także, że pomagając i współpracując z innymi ludźmi, pracuję zarazem w gronie ich Wyższych Ja. 
Kiedy świadomie działam na rzecz ściślejszej współpracy, niebiańskie pompy są wspaniale zalewane i 
woda życia popłynie obficie, spełniając nie tylko wszystkie moje potrzeby, ale także potrzeby 
wszystkich, z którymi pracuję dla większego dobra. 
  
MÓDL SIĘ: Prowadź mnie z ciemności i egoizmu do światła i wielkoduszności. Prowadź mnie od 
chwytania dla siebie do dawania. Prowadź mnie do dawania miłości, niesienia pomocy i służby, które 
na początek zaleją pompę wiary, zanim zacznę modlić się o rzeczy, których pragnę. Prowadź mnie do 
rozważania tych spraw dniem i nocą, aż niższe Ja, mój młodszy brat, zaakceptuje je i uczyni częścią 
siebie. 
Prowadź nas, abyśmy poznali Światło, abyśmy każdego dnia wkraczali w Światło głębiej... abyśmy 
pozostali niewzruszeni i umocnieni w Świetle... Amen. 

 
 
 
 
 

Rozdział 11

 

STRACH I UWOLNIENIE OD STRACHU 

Od niezliczonych tysiącleci bogowie, którym Pierwsza Przyczyna powierzyła zadanie ewolucji 
ludzkości z prochu i wody ziemi, stali przed problemem, który nadal jeszcze nie jest w pełni 
rozwiązany. Polegał on na zaszczepieniu istotom ludzkim właściwej dozy STRACHU, akurat tyle, by 
jak najlepiej unikały niebezpieczeństw i przetrwały. 
Strach w życiu wszystkich zwierząt ma jak najwyższą wartość. Jest to instynkt, którego działanie 
zauważa się u wszystkich stworzeń – od mikroskopijnych do tych na wysokim szczeblu ewolucji. 
Zwierzęta i ptaki uciekają od niebezpieczeństwa, jeśli skierowane jest tylko przeciwko nim, natomiast 
stawiają mu czoło, jeśli bronią potomstwa. 
Człowiek jest zwierzęciem wyższego rodzaju i różni się od innych zwierząt, ponieważ ma jako gościa 
w ciele rozumne średnie Ja, jak również Wyższe Ja, które prowadzi oba niższe. Stanowi koronę 
stworzenia, ale zarazem wykazuje największą potrzebę wydoskonalenia instynktu strachu. 
Jako niemowlęta musimy nauczyć się lekcji, jaką poznają wszystkie stworzenia, a mianowicie, jak 
zdobywać dobre rzeczy, a unikać raniących. Zwierzę ludzkie, dotarłszy do punktu, w którym musi 

background image

zastąpić instynkt rozumem, zdane jest na własne siły albo na rodziców i przyjaciół. Dziecku trzeba 
powiedzieć, by trzymało się z dala od ognia, musi też poznać, oparzywszy się, że ognia należy się bać 
do pewnego stopnia, w granicach rozumu. Z chwilą gdy strach przed ogniem powściągany jest 
rozumem, staje się bardzo cennym narzędziem w wyposażeniu życiowym człowieka. Ale gdy człowiek 
nauczy się już ostrożności, musi nadal rozumem pokonywać strach po to, by ogniem się posłużyć. 
Rzec można, że jedna z wielkich różnic między człowiekiem a tygrysem polega na tym, że tygrys 
zawsze ślepo i bezrozumnie boi się ognia, natomiast człowiek opanowuje strach i korzysta z niego na 
setki sposobów. 
Wada człowieka, która sprawia, że czasami bardzo źle wykorzystuje on strach, wynika z faktu, że 
strach jest w przeważającej mierze reakcją zwierzęcą i jako taka przynależy niższemu Ja. W niższej 
jaźni, czyli w podświadomości, może powstać cały kompleks strachu, będący poza zasięgiem i 
kontrolą logicznego średniego Ja. Ale znając naturę tej wady, możemy z pomocą narzędzia, jakim jest 
wyobraźnia, wspomóc proces osobistego rozwoju. Możemy pokonać irracjonalne lęki męczące połowę 
ludzkości przez większość życia. 
Napisano wiele książek mających na celu pomóc ludziom opanować irracjonalny strach. Gros pracy 
psychiatrów koncentruje się na uwalnianiu pacjentów od lęków, które w jakiś sposób utrwaliły się w ich 
niższych Ja. Na tym, zatem, polega zdecydowane wyzwanie dla średniego Ja. 
Właściwą porą do rozpoczęcia ćwiczeń z samym sobą w celu opanowania strachu nie jest chwila, 
kiedy strach już atakuje. W takich przypadkach często jest już za późno. Niższe Ja zachowuje się jak 
przerażony koń, który chwyta wędzidło w zęby i ponosi człowieka. 
Konieczną pracę korygowania struktur lękowych i tworzenia normalnego wzorca, według którego 
reaguje się na niebezpieczeństwo, można rozpocząć tylko wtedy, kiedy człowiek jest spokojny, a 
strach drzemie w uśpieniu. 
Pewien słynny generał toczył długą wojnę, nierzadko na pierwszej linii frontu, często odznaczając się 
zadziwiającą odwagą w prowadzeniu swoich oddziałów. Kiedyś zdarzyło się, że po wygraniu poważnej 
kampanii i zajęciu miasta jeden z żołnierzy ku swej konsternacji spostrzegł generała, którego czcił za 
najwyższą odwagę w obliczu niebezpieczeństwa, jak kuli się w rogu otoczonego murem podwórka. 
Generał drżał pobladły i wymachiwał bezradnie rękami, jakby broniąc się – przed malutkim kotkiem! 
Dopiero kiedy żołnierz przegonił stworzenie, jego zwierzchnik z trudem się opanował. Miał kompleks 
irracjonalnego lęku przed kotami. 
Gdyby generał znał potęgę wyobraźni, z której nauczyliśmy się tak pożytecznie korzystać, mógłby 
wyćwiczyć swoje niższe Ja tak, aby ze stoickim spokojem stawiało czoło kotom. To prawda, że może 
nigdy by ich nie polubił, ale potrafiłby zmusić niższe Ja do przyjęcia idei kota poddanej procesowi 
racjonalizacji, która byłaby silniejsza niż bezrozumny, paniczny lęk, pozostawiony w zwierzęcym Ja, a 
powstały najprawdopodobniej we wczesnym dzieciństwie wskutek przypadkowego przeżycia strachu. 
(Przypuszcza się jednak, że takie kompleksy lękowe mogą być przenoszone z poprzedniej inkarnacji, 
jak na przykład w hipotetycznej sytuacji, w której generał został może zaatakowany albo nawet zabity 
przez wielkiego kota w rodzaju tygrysa). 
Jest zupełnie nieprawdopodobne, że gdyby generał podjął się pod opieką psychiatry próby uwolnienia 
się od lęku przed kotami, lekarz zacząłby od polecenia mu, by się zrelaksował, po czym wyobraził 
sobie, że zbliża się do niego wielki kot, a on, zapędzony w róg, nie może uciec. Gdyby psychiatra 
rzeczywiście wydał takie polecenie, a generał go posłuchał, to miałby wszelkie dane na kompletne 
załamanie psychiczne i pewnie rozwinąłby się u niego lęk przed wyobrażonymi kotami. 
Przeciętnie mądry lekarz zbliżałby się do tematu kota ostrożnie i z rozwagą. Dopilnowałby, aby 
generał zastosował całą swą umiejętność rozumowania podczas szeregu spokojnych rozmów, w 
których od czasu do czasu dotknąłby sprawy kotów. Pomoc lekarza sprowokowałaby dzielnego 
generała do wyjawienia i zbadania swego problemu. Przedyskutowaliby go pod wszelkimi kątami i 
doszliby do bardzo ważnego wniosku, że koty wcale nie są niebezpieczne, tylko po prostu 
uruchamiają kompleks lękowy ukryty głęboko w podświadomości. 
Dopiero teraz, po uświadomieniu generałowi wszystkich aspektów jego przypadku, można by bardzo 
powoli rozpocząć pracę z wyobraźnią. Lekarz mógłby mu polecić, by wyobraził sobie, jak przechodzi 
koło miejsca, gdzie był kot. To, być może, wywołałoby znajome symptomy – jeśli tak, omówiliby je i 
racjonalnie wyjaśnili. Sama obecność lekarza dodałaby prawdopodobnie przestraszonemu niższemu 
Ja poczucia pewności. 
W następnym etapie generał mógłby wyobrazić sobie kota, spotkać się z nim w wyobraźni. Jeśli 
dobrze poradziłby sobie z tą sytuacją, kolejnym krokiem byłoby wyobrażenie sobie konkretnie 

background image

istniejącego kota. Generał musiałby zmobilizować siły, by przyjąć to wyzwanie z zupełnym spokojem. 
Takie ćwiczenia, przeprowadzane szybciej lub wolniej, najprawdopodobniej okazałyby się słuszną 
terapią, tak że w końcu generał potrafiłby stanąć twarzą w twarz z kotem, nie ulegając staremu 
wzorcowi reakcji. 
Przeciętna osoba może mieć pełno lęków, ale ani jednego kompleksu lękowego. I takie jednak zwykłe 
lęki są wystarczająco uciążliwe same w sobie. Stosując narzędzie wyobraźni, trzeba z początku 
poruszać się powoli i ostrożnie, by nauczyć niższe Ja właściwego reagowania na sytuacje czy rzeczy 
powodujące napady lęku. 
Pewien sławny, mądry i dowcipny człowiek napisał kiedyś, że przez całe życie cierpiał z powodu 
ciągłych nie kończących się kłopotów – z których większość nigdy nie miała realnych podstaw. 
MARTWIENIE SIĘ jest aspektem lęku, często znacznie bardziej męczącym i trudniejszym do 
zniesienia niż usprawiedliwiony strach przeżywany w sytacjach, kiedy to, czego się boimy, 
rzeczywiście się wydarza. 
Mówi się, że niektórzy ludzie potrafią w krytycznej sytuacji stanąć na wysokości zadania. Wyrażamy 
się o nich z podziwem, ceniąc ich widoczną odwagę w obliczu niebezpieczeństwa zagrażającego im 
samym lub ich najbliższym. Ale jest to odwaga typowa dla średniego Ja, odwaga człowieka o raczej 
silnej „woli". Jego średnie Ja natychmiast przejmuje kontrolę w chwili zagrożenia i wykonuje on 
konieczne czynności. 
Ten sam człowiek, przykro o tym mówić, potrafi się identycznie denerwować i zadręczać 
zmartwieniami jak każdy inny, jeśli niebezpieczeństwo nie jest bezpośrednie albo bardzo groźne. 
Zmartwienie to lęk poruszający się w podświadomych sferach niższego Ja. Można je odsunąć 
rozumowaniem albo zdecydowanym wysiłkiem woli średniego Ja, ale kiedy tylko średnie Ja straci 
czujność, zmartwienie powraca i kłębi się w kółko w myślach, w centrum bądź na obrzeżach 
świadomości, aż cały człowiek jest umęczony. Martwienie się wysysa siłę życiową. 
Jak zatem pochwycić niższe Ja i utrzymać je w ryzach? Odpowiedź jest taka, że nie podchodzi się do 
tego problemu w ten sposób. Nie atakujemy frontalnie, nie chwytamy się kurczowo niższego Ja i jego 
zmartwień tylko po to, by się przekonać, że i ono, i one umknęły. Trzeba zbliżyć się cicho i powoli 
tylnymi drzwiami, zakraść się od tyłu. 
„Pomału" jest tu regułą. Tak jak generał wyobrażający sobie, że przechodzi obok miejsca, gdzie 
kiedyś był kot, ale już go nie ma, zaczynamy wyobrażać sobie bardzo mały fragment nieszczęścia, 
którym zamartwialiśmy się w zeszłym miesiącu – w żadnym wypadku nie może to być zmartwienie 
obecne. 
Wyobrażamy sobie kilka drobnych kłopotów, które mogłyby zdarzyć się nam albo naszym najbliższym, 
ale nie zdarzyły się. Jeśli to pójdzie dobrze, kontynuujemy i zajmujemy się fragmentem czy aspektem 
jakiegoś rzeczywistego nieszczęścia, które przeżyliśmy w przeszłości. Stale czuwamy nad tym, by 
pamiętać, że przetrwaliśmy je i nie było ono aż tak nie do zniesienia i tak katastrofalne, jak się tego 
obawialiśmy. Porównujemy to, co się autentycznie zdarzyło, z wszystkimi obawami, które się nigdy nie 
spełniły. I jeśli nasze nieszczęścia podobne są do tych, jakie spotykają większość naszych bliźnich, to 
po spojrzeniu w przeszłość przekonamy się, że było jakieś ukryte dobro – jakaś Opatrzność, 
zaplanowany pożytek, który wynieśliśmy z przeżytego doświadczenia. 
Zaczynając od małych lęków i dochodząc powoli, dzień po dniu do tych, które naprawdę się liczą, 
stopniowo uczymy niższe Ja tworzenia nowego wzorca, nowych nawyków reagowania. To tak, jak 
uczenie się pisania na maszynie poprzez wizualizację rozkładu liter i naciskanie klawiszy w wyobraźni. 
Stosując to ćwiczenie, niektórzy doszli do najwyższej perfekcji w maszynopisaniu. Osiągnęli w ten 
sposób szybkość i dokładność, jakich nie mogli uzyskać, kładąc ręce na klawiaturze, ponieważ palce 
spowolniały akcję. Kiedy dzięki ćwiczeniom w pełni rozwinęli szybkość i łatwość pisania w wyobraźni, 
niższe Ja potrafiło w krótkim czasie doprowadzić palce do wymaganego poziomu sprawności. 
Nie można powiedzieć, że człowiek zdoła zrobić wszystko, co sobie zwizualizuje, ale w wielu 
przypadkach jest to całkowitą prawdą. Dzieje się tak dlatego, ponieważ potrafimy wyćwiczyć godzinne 
działanie w czasie minuty. Wyobrażenie sobie, że przebiegłem milę w jak najlepszej formie, zabiera mi 
zaledwie dziesięć sekund. We wszystkich normalnych procesach uczenia się myśl wyprzedza 
działanie. Kiedy uczycie się na pamięć fragmentu książki, myśl jest pierwsza, a język podąża za nią. 
Jeśli spróbujemy odwrócić proces i nauczyć się fragmentu, powtarzając go w kółko bezmyślnie, 
będziemy się jąkać i wahać, recytacja nie powiedzie się. 
Podobnie uczymy się uwalniania od lęku. Najpierw średnie Ja przedstawia z pomocą rozumu sytuację 
związaną z lękiem. Tworzy mentalny obraz wydarzeń, w których niższe Ja może później brać udział. 

background image

Jest jak ojciec żłobiący ślady w śniegu, by przeszedł po nich syn. Syn musi się tylko nauczyć stąpać 
wytrwale śladami ojca. Natomiast bez tych prowadzących śladów musiałby powoli i bardzo uważnie 
rozpoznawać kierunek marszu, cel, a także wszystko to, co droga oznacza i od niego wymaga. 
Zanim rozpatrzymy szczegółowo najpowszechniejsze rodzaje lęków, łącznie z metodami ich 
pokonywania, oto ćwiczenie i afirmacja, których można użyć we wszystkich przypadkach: 

ĆWICZENIE 

Wyobraź sobie siebie wewnątrz ochronnej kopuły światła twego opiekuńczego Wyższego Ja i bez 
obaw, wywołaj sytuacje, które mogłyby w przyszłości napawać cię strachem. Zobacz, jak jesteś 
spokojny, pewien samego siebie i bezwzględnie odważny w obliczu kryzysu i jak przetrwałeś ten 
okres, aż niebezpieczeństwo zostało pokonane, a życie toczy się dalej. 
  
AFIRMUJ: Przywołując i stawiając przed sobą swoje lęki, pozbawiam je mocy krzywdzenia i nękania 
mnie. Przewiduję każdą możliwą sytuację, jaka może mi się wydarzyć, i spotykam ją z odwagą. Gdyby 
jakaś rzecz, której się obawiam, naprawdę się wydarzyła, okażę się nieustraszony i potrafię stawić jej 
czoło z pewnością siebie zapewniającą powodzenie. Moje Wyższe Ja to mój Anioł Stróż. Strzeże mnie 
i pomaga mi uświadomić sobie i pozbawić mocy każdy bez wyjątku lęk, jaki może się pojawić. Nie boję 
się zła. NIE boję się zła. NIE boję się ZŁA. 
  
STRACH PRZED CHOROBĄ, jeśli pozwolimy mu się czaić w niższym Ja w nieprawidłowej formie 
kompleksu, może sprawić, że w przypadku pojawienia się bólu, który nie da się natychmiast wyjaśnić, 
wpadniemy w panikę. Niższe Ja, jak wiemy, nie stało się jeszcze doskonałe w ewolucyjnym procesie 
współżycia ze średnim Ja. Zwierzęta ulegają chorobom i śmierci, ale się ich nie boją. Kiedy nadchodzi 
kres ich życia, kładą się spokojnie i umierają; nie umierają tysiąckrotnie ze strachu. Tylko zwierzę 
ludzkie, ze swoim gościem, średnim Ja, umiera tysiącami urojonych śmierci, no i rzeczywistą, która 
przychodzi raz w całym życiu. 
Aby wybudować barierę przeciwko wszelkim dzikim strachom, jakie mogą się pojawić w przypadku 
zachorowania, dobrze jest przyjrzeć się ewentualnościom, wyobrazić sobie bez emocji najzwyklejsze 
choroby. (Emocje mogą na zasadzie autosugestii sprawiać, że niższe Ja wykaże symptomy tych 
chorób, które przedstawimy sobie z dostateczną mocą.) Wyobraź sobie, jak nagle zauważasz, że coś 
jest z tobą niedobrze, wzywasz lekarza i posyłają cię do szpitala na wycięcie wyrostka robaczkowego. 
Zobacz siebie po powrocie do zdrowia, jak znowu czujesz się dobrze. Powtarzaj ćwiczenie, 
wyobrażając sobie podobne przypadki, kłopoty z zębami albo złamaniami. 
Zwróć największą uwagę na to, by w żadnym z tych przypadków nigdy nie zatrzymywać ruchomego 
filmu wyobraźni w krytycznej chwili. ZAWSZE WIZUALIZUJ DALEJ, aż do momentu pełnego 
odzyskania zdrowia i powrotu do szczęśliwego, normalnego życia. 
Jeśli trapi cię strach przed chorobą w rodzinie, przeprowadź swoich bliskich przez to wydarzenie we 
własnej wyobraźni, zawsze w rezultacie widząc ich w doskonałym samapoczuciu i zdrowiu. Zatrzymaj 
się dłużej nad ostatnim szczęśliwym obrazem i podziękuj, że twój najbliższy ma kierownictwo, ochronę 
i jest bezpiecznie prowadzony przez doświadczenia życia. 
Jeśli zaskoczy cię znienacka nagła choroba, uświadom sobie, że panika, jaką może odczuwasz, to 
raptem reakcja niższego Ja – reakcja spowodowana tym, że od lat robiły na nim wrażenie różne 
choroby obserwowane u przyjaciół czy znajomych. Przestań myśleć o bólach i dolegliwościach chwili. 
Posuń się w wyobraźni naprzód i zacznij wytrwale żyć jako uzdrowiony, po odzyskaniu dobrej 
kondycji. Pomyśl o tym, że czas leczy wszelkie rany. Powtarzaj sobie w kółko, by być cierpliwym, 
odważnym i nieustraszonym. 
Przypominaj sobie stale, że nic nie może cię trwale skrzywdzić, nawet śmierć. Nic nie zrani 
nieśmiertelnej duszy. Tylko ciało można zranić, a ciało to tylko narzędzie, którego używasz przez 
określony czas; należy o nie jak najlepiej dbać i zostawić bez żalu, kiedy nadejdzie pora. Zawsze były 
nowe ciała do twojego użytku i zawsze będą, tak długo, jak będziesz ich potrzebował. Śmierć to jak 
zrzucenie bezużytecznego ubrania, po to by założyć nowe. 
Módl się do Wyższego Ja o pomoc i niezbędne kierownictwo dla siebie i twojego lekarza, w przypadku 
gdy zostanie wezwany. Jeśli drzwi są otwarte dzięki modlitwie o uzdrowienie, Wyższe Ja może 
interweniować i zadbać o ciebie w cudowny sposób. Jeżeli masz przyjaciela albo kogoś bliskiego, kto 
nie ulega strachowi, poproś, by nałożył na ciebie ręce i pomodlił się o uzdrowienie. Gdyby do takiej 

background image

modlitwy zebrał się krąg przyjaciół, liczba Wyższych Jaźni zajętych pomaganiem ci wzrosłaby 
dostatecznie, by spowodować prawie natychmiastowe uleczenie, nawet z najcięższego stanu. 
Modlitwa do Wyższego Ja powinna być prosta. Kilka głębokich oddechów, wraz z rozkazem do 
niższego Ja, by zgromadziło dodatkową siłę życiową i zaczęło przekazywać j ą umiłowanemu 
Wyższemu Ja – to .pierwszy krok. Drugim jest wyobrażenie sobie pożądanego stanu i poproszenie 
Wyższego Ja o odbicie go w rzeczywistości. Można podziękować za ów pożądany stan, który z chwilą 
wizualizacji albo opisania w słowach już stał się realny. Tajemnica nauki „poproś i wierz, że już 
otrzymałeś" polega na tym, że podziękowanie za upragniony stan już dokonany pomaga wyrzucić z 
obrazu mentalnego przyczynę problemu. 
  
NIGDY nie módl się: „Ulecz to chore ciało, niech wyzdrowieje„. Ten błąd popełnia się o wiele za 
często... Tworzymy mentalny obraz ciała w chorobie i ów stan choroby zostaje niemal automatycznie 
odbity w rzeczywistości: wysyłamy bowiem do Wyższego Ja już zanieczyszczony obraz – skażone 
nasienie, które ma być posiane i wyrosnąć jako odpowiedź na modlitwę. 
Obraz mentalny stanu chorobowego wpuszcza zatrutą wodę do pompy zalewanej maną. Z 
mentalnych rąk należy zmyć wszystkie myśli o chorym czy niedoskonałym stanie, tak jak myje ręce 
doświadczony chirurg przygotowujący się do przeprowadzenia delikatnej operacji. Musimy stanąć 
„przed Panem" z czystymi rękami umysłu i czystymi rękami sumienia. 
Kiedyś przyjaciel powiedział mi, dlaczego przestał sprzedawać polisy ubezpieczeniowe od wypadków. 
Wyjaśnił: 
– Przekonałem się, że coś, co zrobiłem opisując wypadki, jakie mogłyby się w każdej chwili zdarzyć 
moim przyszłym klientom, miało paskudny zwyczaj autentycznego wydarzania się im po niedługim 
czasie. Stale wypłacałem odszkodowania ludziom, którym niedawno sprzedałem polisy, natomiast ci, 
którzy ich nie nabyli, jak się wydawało, uchodzili cało. Przestałem więc sprzedawać polisy. 
Im bardziej osoba podatna jest na sugestię, tym łatwiej sprzedać jej polisę ubezpieczeniową, i tym 
większe jest niebezpieczeństwo, iż żywe obrazy wydarzającego się wypadku sprawią, że stanie się 
ona „podatna na wypadki". Niektóre autorytety w dziedzinie psychologii twierdzą, że większość 
wypadków powodowanych jest sugestiami zaakceptowanymi przez podświadomość. 
Zachodzi tu, co następuje: obraz wypadku pozostaje w niższym Ja w szczytowym momencie kryzysu. 
Trzeba koniecznie pamiętać, że moc takiej sugestii, o jakiej mowa, zostaje unieszkodliwiona, jeśli 
podczas specjalnych ćwiczeń Huny przeprowadzi się w wyobraźni scenę wypadku do końca – wynik 
sytuacji ma być szczęśliwy, a ochrona, prowadzenie i pomoc Wyższego Ja niezawodne. 
  
KIEDY KTOŚ Z NAJBLIŻSZYCH JEST CHORY, wielu ludziom najtrudniej jest przezwyciężyć strach. 
W takiej sytuacji emocje są naturalnie bardzo pobudzone. Wyłania się wtedy z ludzkiej 
podświadomości pradawny, pierwotny instynkt, który sprawia, że dzikie zwierzę walczy w obronie 
młodych albo swej towarzyszki; miłość, strach i ślepy zwierzęcy gniew zalewają falami osobę 
zaskoczoną w centrum takiej burzy. 
Młoda matka może zupełnie wariować ze strachu, czytając, że wokół szerzy się choroba Heinego-
Medina. Jedno wspomnienie pociąga za sobą następne i matka przypomina sobie z przerażeniem 
ludzi kalekich, których widziała, zwłaszcza dzieci. Gnana strachem w przyszłość, wyobraża sobie 
własne ukochane dziecko umierające w żelaznym respiratorze Drinkera, a jego niegdyś piękne ciałko 
pokurczone i niezdolne do życia. 
Taki strach ma podstawy w dostatecznie wielkim, prawdziwym niebezpieczeństwie. Nadaje mu to 
dużą moc. Niebezpieczeństwa nie należy ignorować. Jak najspokojniej i najrozsądniej trzeba podjąć 
wszelkie środki zapobiegawcze. Jeśli dziecko ma objawy wskazujące na bezpośrednie zagrożenie, 
natychmiast należy wezwać lekarza. Panice zaś, która tak często się pojawia, trzeba było 
przeciwdziałać na samym początku, odważnie przyjrzawszy się wszystkim ewentualnościom 
związanym z chorobą i W WIZUALIZACJI, PRZEŻYWAJĄC KAŻDĄ Z NICH DO KOŃCA, JAKIM 
JEST DOSKONAŁE ZDROWIE DZIECKA. Trzeba stale utrzymywać w wyobraźni początkowe i 
końcowe obrazy ukochanej osoby w dobrym zdrowiu, natomiast niebezpieczeństwu czyhającemu w 
środku (które ma szansę zmaterializowania się tylko jedną na bardzo wiele) odmawiać miejsca w 
ciągu wyobrażeń. Każdą modlitwę do Wyższego Ja zawierającą choć cień niewłaściwego obrazu 
powinno się traktować jak grzech i starannie takiej unikać. 

background image

Osobę ukochaną, zwłaszcza dziecko, należy za wszelką cenę chronić od lęków matki i ojca. Jeśli 
strachu nie da się całkowicie usunąć i zastąpić wiarą w pomoc Wyższego Ja, to przynajmniej nie 
wolno dać mu wyrazu w słowach i działaniu. Dziecku trzeba dodać odwagi i zapewnić jak największy 
komfort psychiczny i fizyczny, a rodzic powinien przejść do drugiego pokoju i postarać się zwalczyć 
lęk, zastępując go wiarą. Rozluźnij się. Wyobraź sobie, jak jesteś spokojny, pełen zaufania i wiary, że 
na twoją prośbę Wyższe Ja odbije w sferze fizycznej wyobrażony przez ciebie obraz dobrego zdrowia, 
że stanie się on rzeczywistością. Po odzyskaniu spokoju można przesłać modlitwę, w której 
wyobrażamy sobie dziecko jak zwykle zdrowe i szczęśliwe. Modlitwę powtarzamy tak często jak 
trzeba, by uśmierzyć strach. 
Modlitwa kumuluje się i rośnie. Wiedzą o tym od wieków katolicy. Często poprzedzają serię modlitw o 
pewną określoną rzecz „zalewaniem pompy" – może to być dar dobroczynny aprobowany przez 
Kościół albo chociaż fizyczny bodziec, jakim jest zapalenie świeczki, czym symbolizuj powiększenie 
Światła, czyli umocnienie Wyższych Ja (które dla nich stanowią wspólnotę świętych). Moc modlitwy 
powtarzanej co określony czas, przez cały dzień, noc albo dobę, stale rośnie. Jeśli taką nowennę, 
czyli serię modlitw odprawi się na sposób Huny, ze zrozumieniem zawartych w niej elementów, a 
zwłaszcza tego,. że trzeba przesłać manę i że obraz pożądanego stanu nie może zawierać ani śladu 
negatywnych myśli, rezultaty okażą się jak najlepsze. 
Jeśli rodzic potrafi odzyskać chłodny spokój i wiarę, a także stworzyć wyraźny i czysty obraz dziecka 
w pełni zdrowia, można zastosować bezpośrednią metodę uzdrawiania. Jest to niemal naturalny gest 
ze strony rodzica; kładzie on rękę na dziecko, wizualizując je w stanie zupełnego zdrowia i szczęścia, 
zarazem wzywając Wyższe Ja i dziękując mu, że mana ciała zostaje użyta do pomocy dziecku i że już 
jest ono zdrowe. 
„Składam dzięki za to, że Ojciec-Matka używają teraz siły życiowej mojego ciała i że całkowicie 
uleczyła ona dziecko, przywracając mu przyjemne, dobre samopoczucie. Składam dzięki za to, że 
dziecko stoi teraz w pełni Światła i jest pod każdym względem naturalnie doskonałe. Amen". 
Młodzi mają wielki zapas siły witalnej i uzyskanie dla nich uzdrowienia nie jest trudne. Bardzo starzy, u 
których strumień życia prawie wysechł, reagują wolniej, a często czuje się, że lepiej jest poprosić dla 
nich o bezbolesne i łatwe odejście niż o cud uzdrowienia. 
  
STRACH PRZED UTRATĄ PRACY, PIENIĘDZY, PRZED CHOROBĄ I NIEMOŻNOŚCIĄ 
WYPEŁNIANIA SWOICH OBOWIĄZKÓW – po prostu strach o siebie lub swoich najbliższych 
zadręcza ogromną liczbę ludzi. Ten zespół lęków jest najgorszy dla osób wrażliwych, których niższe 
Ja głęboko odczuły nędzę w dzieciństwie albo później, bądź też przez całe życie. U tych osób 
najmniejsze zagrożenie materialnego bytu wyzwala cały łańcuch wybuchowych lub depresyjnych 
reakcji; ożywają wspomnienia trudnych czasów. 
I tu również korekta reakcji lękowych zaczyna się od uświadomienia sobie, że zwierzę w człowieku 
znowu odgrywa rolę, w której zmuszone jest do walki z innymi zwierzętami o pożywienie albo 
bezpieczeństwo. W niższym Ja mogą pozostawać jeszcze wspomnienia właściwe jego rasie, a więc 
wspomnienia o bitwach o dostęp do wody, o pastwiska, tereny łowieckie czy łowiska rybne. Normalne 
dostosowanie się zwierzęcia, jakim jest niższe Ja, powinno dostarczyć człowiekowi silnego motywu do 
walki o ochronę możliwości zarabiania albo do znalezienia nowego źródła dochodu, jeśli poprzednie 
zostało utracone. Powinno dodać odwagi, chęci do pracy, poszukiwań i prób. 
Wadliwa reakcja zachodzi wtedy, kiedy pamięta się przede wszystkim dawne niepowodzenia, a 
zupełnie pomija wiele odniesionych w przeszłości sukcesów. Przerażony albo nieprzytomny ze 
strachu człowiek, przemierzający ulice w poszukiwaniu pracy, zapomina, że w Ameryce nikt nie jest 
zmuszony do głodowania. Zapomina o wierze i filozofii życia, jeśli takie posiadał. Cierpi coraz 
intensywniej. Paraliżują go strach i zniechęcenie. Osiąga punkt, kiedy już nie spodziewa się wygrać, 
bez względu na to, jak bardzo będzie się starał. Krótko mówiąc, jego szanse wybrnięcia z kłopotów 
finansowych są coraz mniejsze. Dla człowieka szamoczącego się w takiej walce między swymi 
wewnętrznymi lękami a zewnętrznymi okolicznościami opoką może być żona. Może ona zachęcać, 
trwać nieugięcie w wierze i modlić się o pomoc, czego on w stanie depresji nie może czynić 
efektywnie. Taką pomocą byłby także dobry przyjaciel. Oczywiście, nie wolno okazywać 
niecierpliwości, muszą ją zastąpić wiara i ufność. 
Osoba stojąca przed groźbą utraty pracy powinna jeszcze w okresie dobrobytu przygotować się na 
stres strachu, jaki może pojawić się w takiej sytuacji. Znowu pożyteczna będzie tutaj codzienna praca 
z wyobraźnią, tworzenie obrazu utraty pracy albo niepowodzenia w obecnie prowadzonym interesie, 

background image

następnie przeżycie tego w wizualizacji i wyjście na koniec z czymś nawet lepszym – kiedy znów 
wszystko jest w porządku. Po takich ćwiczeniach profilaktycznych przeprowadzonych w wyobraźni 
prawdziwa utrata źródła dochodu, jeśli się zdarzy, przyjęta zostanie bez szarpiącego strachu i 
paraliżujących lęków. Niższe Ja dostosuje się i człowiek będzie zdolny do znacznie większego i 
efektywniejszego wysiłku przy szukaniu nowego zajęcia, a także do wzywania pomocy Wyższego Ja. 
Osób, które potrafią rozpocząć każdy dzień poszukiwania pracy od modlitwy wiary „widząc„ nowe 
stanowisko jako już znalezione, dobre, pożądane – nic nie powstrzyma. Możliwość pracy otworzy się 
albo w oczekiwany sposób, albo czasami zupełnie nieprzewidziany. Wyższe Ja są zadziwiająco 
mądre w tych sprawach i potrafią zdziałać cuda, jeśli pozwoli się im brać przynależny im, naturalny 
udział w codziennym życiu potrójnego człowieka. 
  
STRACH PRZED UTRATĄ PIENIĘDZY albo PRZEGRANIEM SPRAWY W SĄDZIE i im podobne, a 
także lęk, że nie zdołamy uiścić opłat i zabiorą nam własność – tym strachom i setkom podobnych 
należy się przeciwstawić podanymi wyżej metodami, takim samym wcześniejszym przygotowaniem na 
właśnie takie przypadki, budując zarazem wiarę w pomoc i kierownictwo Wyższego Ja. 
Przewidując nieszczęścia tego rodzaju, człowiek postąpi właściwie, jeśli przeżyje wyobrażoną sytuację 
do końca, czasami jednak zmieniając ten koniec – z niezawodnego sukcesu w tymczasową stratę, 
która później okaże się najlepszą rzeczą, jak mogła się była wydarzyć. Niekiedy Wyższe Ja, 
obdarzone zdolnością widzenia przyszłości, dostrzega, że potrzebne jest pewne niepowodzenie, by 
potem przyszła większa korzyść. 
Na przykład kupiłem kiedyś drukarnię, której wartość polegała głównie na tym, że znajdowała się w 
świetnym punkcie, była natomiast w starym budynku, więc czynsz był niski. Zaledwie objąłem 
własność po nabyciu, kiedy odkryto błąd w umowie i po bezowocnej walce w sądzie straciłem 
dzierżawę i byłem zmuszony opuścić teren. Moje modlitwy o wygranie sprawy pozostały nie spełnione, 
ale prawie natychmiast, po raz pierwszy od wielu lat, opróżnił się sąsiedni budynek i mogłem się do 
niego wprowadzić niemal bez przerwy w interesach. Przeprowadzka ledwie się zakończyła, kiedy 
właściciel starego budynku nagle zmienił plany wynajmowania go przez dalsze pięć lat, kazał go 
wyburzyć i zbudować na tym miejscu wielki biurowiec. Człowiek, któremu sąd przyznał dzierżawę, 
został stamtąd wyrzucony. Wyższe Ja uratowało mnie w taki zawiły sposób. Patrząc wstecz, 
zrozumiałem, że gdybym nie przegrał procesu i nie zdobył nowego miejsca akurat wtedy, kiedy stało 
się dostępne, i ja, i moja drukarnia znaleźlibyśmy się na ulicy i musiałbym przeprowadzić się tak 
daleko, że straciłbym klientów. 
Nigdy nie przyznawaj, że zdarzyło się nieszczęście, bez względu na to, jakie. Podziękuj Wyższemu Ja 
za lekcję, którą ci dało, albo za zmuszenie cię do skręcenia z jednej ścieżki w drugą. (I to szczerze!) W 
każdym prawie przypadku, gdzie pomimo codziennych wysiłków utrzymywania zgodnej współpracy z 
Wyższym Ja pojawiła się, jak na to wygląda, bieda, już jest w drodze jakieś większe dobro i w pewnym 
sensie oczyszczany zostaje grunt, by mogła się zmaterializować nowa i lepsza struktura życiowa. 
Kiedyś spóźniłem się na pociąg, co było wówczas bardzo przykre, ale odmieniło na znacznie lepszy 
cały bieg mojego życia. Innym razem upadłem na śliskich schodach i złamałem rękę, co ustrzegło 
mnie przed wejściem w interes, który, jak czas wkrótce pokazał, byłby dla mnie bardzo niekorzystny. 
  
NIEOKREŚLONE LEKI PRZED CZYMŚ NIEWIDZIALNYM I NIEJASNYM to ostatnia kategoria 
powszechnych strachów. Najczęściej prześladują one kobiety, może dlatego, że często brak im sił, by 
się obronić. 
Wiele kobiet przeżywa straszny lęk przed samotnym spędzeniem nocy w domu. Poruszone zostają 
dawne lęki zasiane w dzieciństwie i zalewa je powódź wspomnień o okropnych rzeczach zasłyszanych 
albo przeczytanych w gazetach. Dla przerażonej kobiety nie ma sensu powtarzanie sobie, że w ciągu 
długiego życia napastowana jest mniej niż jedna kobieta na wiele tysięcy i że prawdopodobieństwo 
napaści na nią tej właśnie nocy jest zbyt małe, by mogło się liczyć. W jej niższym Ja lęk rośnie coraz 
bardziej. Wymyka się zupełnie spod kontroli i kobieta trzęsie się ze strachu na każdy znany lub 
nieznany dźwięk, który może oznaczać, że ktoś próbuje włamać się do domu, albo zwiastować jakieś 
inne niebezpieczeństwo. Jest to sytuacja godna pożałowania, ale wcale nie trzeba jej znosić. 
Te lęki można wydobyć na światło, tak jak każde inne. Można się nimi zająć po kolei, od 
najmniejszych do największych i najczarniejszych. Przy przeprowadzaniu takich korekcyjnych ćwiczeń 
wizualizacyjnych Wyższe Ja ma nieocenioną wartość. Kobieta może raz po raz przesyłać do niego 
obraz siebie, w którym jest pełna odwagi i wiary, i ten obraz urzeczywistni się i na tyle utrwali, że da jej 

background image

wybrnąć z każdej sytuacji. Z takim samym ostrożnym spokojem można podchodzić do duchów, zjaw, 
a nawet do znanych lęków przed pająkami i szczurami, trzymając w tym czasie mocno za rękę 
Wyższe Ja. 
  
W walce z lękami następuje ciągłe uwalnianie z podświadomego Ja siły życiowej, jaka została 
uwięziona w nasionach, czyli kompleksotwórczych wspomnieniach lęków. Jeśli tę siłę oferuje się w 
podziękowaniu Wyższemu Ja do jego użytku i celów, krok po kroku cały człowiek staje się silniejszy, a 
dodatkowa moc uzyskana z pokonania jednego smoka strachu sprawia, że większa jest pewność 
zabicia następnego – a także, iż o wiele łatwiej to uczynić. 
Kiedyś, gdy nasze społeczeństwo paraliżowały nieuzasadnione obawy, ster naszego państwa wziął w 
swoje ręce pewien wielki człowiek, którego spotkało jedno z najstraszniejszych osobistych nieszczęść. 
Przezwyciężył on swoje lęki i upośledzenie. W pierwszej mowie do narodu przekazał z głębi własnego 
duchowego doświadczenia słowa ustanawiające prawdę: „Nie musimy się niczego bać z wyjątkiem 
własnych obaw". Jak się okazało, miał całkowitą rację. Prawda ta dotyczy 99 procent naszych lęków 
możemy się bać jedynie ich samych, i to tylko dlatego, że pozwalając im wypełniać serca i umysły, 
odcinamy i osłabiamy wiarę. 
Nie ustawaj w afirmowaniu: Nie będę się bał żadnego zła. Nie będę się bał ŻADNEGO zła. Nie będę 
się bał ŻADNEGO ZŁA. Żyję pod przewodnictwem Wyższego Ja i wszystko, co mnie spotyka, 
ostatecznie okaże się dla mnie dobre. NIE BOJĘ SIĘ ŻADNEGO ZŁA. 
Stosuj afirmację podaną przez jednego ze starożytnych mędrców, która podtrzymywała mężczyzn i 
kobiety przez całe wieki i nadal będzie to czynić. Pochodzi z Psalmu 27: 
„Pan [moje Wyższe Ja – przyp. aut.] światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan ochroną 
mojego życia: przed kim mam się trwożyć?" 
Po każdym ćwiczeniu, w którym pracujesz nad przemianą mocy twoich lęków w wielką i dającą 
ochronę moc WIARY, wytrzyj do czysta tablicę umysłu. .Poleruj od nowa jego lustro, aż będzie 
odbijało jedynie dobro, życzliwość, ŚWIATŁO. 

 
 
 
 
 

Rozdział 12

 

„OSTATNI NIEPRZYJACIEL" 

Pewien oficer armii amerykańskiej, który otrzymał wiele odznaczeń za męstwo, powiedział mi kiedyś, 
skąd według niego wzięła się jego odwaga. Przeżywał potworne koszmary nocne, omal nie umarł ze 
strachu. Wyszedł z tych przeżyć z tak dobrze wyuczoną lekcją, że odmieniło to całe jego życie. 
We śnie atakował go nieprzyjaciel olbrzymich rozmiarów, o wielkiej mocy i sprawności, z wściekłą 
nienawiścią i dzikością najbardziej zajadłej bestii. Ale, co gorsza, poza fizycznym wrogiem był jeszcze 
jego duch. Towarzyszył mu, ciemny, wpółprzezroczysty i niewiarygodnie ohydny. Duch łypał złośliwie 
okiem, a śpiącemu przechodziły ciarki po plecach ze strachu. 
Walczył z tymi potworami z siłą szaleńca, która wydawała się płynąć z samej głębi jego istoty, tak 
straszliwe było niebezpieczeństwo. Przeżywał dwojaki strach – umierania w ciele fizycznym i śmierci 
duszy pożeranej przez szkaradnego ducha. W miarę jak czuł, że opuszczają go wola i odwaga, 
ogarniało go rosnące przerażenie, przechodzące ludzką wyobraźnię. Umierał setkami śmierci, 
uświadamiając sobie, że nie ma wyjścia- jego ciało zostanie zabite, a dusza unicestwiona. 
Wreszcie nadszedł koniec. Został pobity. Nieprzyjaciel wparł kolano w jego plecy, złapał za włosy, 
odchylił głowę i z okrutną powolnością podciął gardło. Oficer czuł, jak ból mija, i czekał. Spodziewał się 
ciemności – miał nadzieję, że nie poczuje, kiedy duch zabierze się do pożerania jego duszy... ale to, 
czego się obawiał, nie nastąpiło. Stwierdził, że nadal żyje, chociaż ciało znikło – i co najdziwniejsze, 
nieprzyjaciel i jego i duch zniknęli wraz ze śmiercią ciała. 

background image

Po bardzo według niego długim okresie czekania i obserwowania doszedł do bardzo ważnego 
wniosku. 
– Tylko ciało można zabić – powiedział sobie. – Ja istniej ę nadal, choć ciało jest martwe. Duszy nie 
można zranić. Teraz muszę się dowiedzieć, dokąd mam iść. – I ruszył przed siebie. 
Ale podróż skończyła się, zanim się jeszcze zaczęła obudził się. I chociaż stawał do bitwy jeszcze 
wielokrotnie po tym przeżyciu, nigdy już się nie bał. Przeszedł za zasłonę i pokonał strach przed 
śmiercią. 
– Który – zakończył – jest w końcu jedyną rzeczą, jakiej rzeczywiście się boimy. 
Instynkt przeżycia, tkwiący głęboko we wnętrzu wszystkich żywych istot, który każe im wytężać 
wszystkie siły w walce o samoprzetrwanie, jest – w przypadku człowieka – zakorzeniony w niższym 
Ja. Kiedy boimy się śmierci, to w istocie boi się niższe Ja. Strach jest bardziej dziedzictwem sfery 
fizycznej niż mentalnej czy duchowej. Pierwszym krokiem do pokonania „ostatecznego nieprzyjaciela„ 
jest jasne rozeznanie, gdzie mieści się strach. 
Średnie Ja człowieka może bać się tylko w wyrozumowany sposób. Człowiek może, będzie, i w 
granicach rozsądku powinien bać się kłopotów, jakie jego śmierć przyniesie ludziom od niego 
zależnym. Trzeba spojrzeć temu strachowi w oczy, rozpatrzyć wszelkie aspekty, uporządkować dom, 
zrobić wszystko, aby zabezpieczyć rodzinę przed tymi kłopotami, a potem ruszyć dzielnie naprzód. 
Dopiero wtedy, gdy dobrze przygotujemy się na wszelkie ewentualności w tym względzie, możemy 
uzyskać spokój umysłu na tym świecie i nie zakłócone niczym przejście do następnego. 
W zeszłym stuleciu przyszliśmy z pomocą ludziom o naturalnych zdolnościach parapsychicznych, 
których niegdyś łowcy czarownic palili na stosie. Na uniwersytetach zmarła nagłą śmiercią 
tymczasowa mania zaprzeczania, że istnieje coś „nadnaturalnego", gdy wielu liczących się profesorów 
zajęło się studiami nad mocami psychicznymi, duchami i tego rodzaju zjawiskami poprzednio 
wyszydzanymi. 
Śmiali naukowcy, którzy zorganizowali Towarzystwo Badań Parapsychicznych, w ten sposób 
przeciwstawiając się materializmowi panującemu w kręgach uniwersyteckich i naukowych, oddali 
ludzkości wielką przysługę. Materialiści wstrząsnęli religijnymi ludźmi „naukowymi" oświadczeniami, że 
wszelkie pomysły o życiu po śmierci to integralna część całej masy zabobonów, wreszcie usuwanych. 
Parapsychologia rozwinęła się szybko i nie można było tego faktu pominąć. Ludzie o wysokiej pozycji, 
znani ze swych zdolności i uczciwości, obserwowali zjawiska występujące na seansach i składali 
sprawozdania z obserwacji przeprowadzanych w warunkach badań naukowych. Słabe próby 
podważenia ich prawdomówności bądź twierdzenia, że padli ofiarą oszustów, nie zdołały ani trochę 
obronić materializmu, który i tak był już w odwrocie. 
W tym okresie napisano setki książek i chociaż Kościół i prasa (z wyjątkiem ludzi zajmujących się 
parapsychologią) nadal drwią ze zjawisk parapsychicznych, osoba, która zechce udać się do biblioteki 
i przeczytać parę najsłynniejszych książek na temat badań z tej dziedziny, nie może stamtąd wyjść nie 
przekonana bez cienia wątpliwości, że życie po śmierci jest faktem, nie tylko religijną obietnicą. 
Aby przygotować się do godnego umierania, bez drżenia ze strachu, trzeba przede wszystkim przyjąć, 
że życie po śmierci to podstawowa prawda. Oczywiście osobie, dla której życie jest tak trudne, że 
przygnębiona ma nadzieję, iż śmierć „zakończy to wszystko", trochę ciężko jest zaakceptować tę 
prawdę. 
G.B. Shaw, jeden z wyrazicieli poglądu, że śmierć jest absolutnym końcem, przekazał zza grobu 
wiadomość przez usta kilkunastu mediów, za każdym razem mówiąc, że zgon pozbawił go poprzednio 
żywionej nadziei, iż śmierć przyniesie wygaszenie życia. Opisując warunki, jakie zastał po drugiej 
stronie, powiedział, że życie jest tam kontynuowane mniej więcej od momentu, kiedy zostało 
przerwane tutaj, chociaż jest, przyznał, trochę inne i o wiele przyjemniejsze. 
Kiedyś zauważono, że nieprawdziwa jest wiara w przetrwanie człowieka w postaci ducha, ponieważ 
duchy, które wracają, by porozumieć się z żyjącymi, nie zgadzają się co do warunków panujących po 
drugiej stronie życia. 
Nie można zaprzeczyć, że opisy miejsc pobytu każdego z duchów mniej lub bardziej różnią się między 
sobą. Kiedy jednak poruszono tę sprawę z kilkoma komunikującymi się duchami, które wykazały się 
umiejętnością odpowiedzi na każde zwykłe pytanie, wyjaśniły one, że po śmierci człowiek stwarza swe 
otoczenie wyobraźnią. Na przykład osoba, która pragnęła być w niebie ze złotymi ulicami, czego 
nauczono ją się spodziewać, automatycznie stwarzała takie niebo i zaludniała je aniołami i 

background image

„błogosławionymi". Niektórzy, bojąc się piekła i płomieni, budowali piekło i zamieszkiwali je, cierpiąc 
bardzo w umyśle, jeśli nie w rzeczywistym fizycznym ciele. 
Ta zdolność twórcza po śmierci, kiedy każda kreacja jest tak realna jak sny, które tworzymy co noc i w 
których żyjemy, spowodowała wiele wspomnianych sprzeczności w opisach życia po tamtej stronie i 
jego elementów. Podobnie można wyjaśnić sprzeczne poglądy na naturę nieba i piekła. 
Ludzie dobrze obeznani z parapsychologią twierdzą, że po śmierci stwarzamy dla siebie swoje 
otoczenie, ale często spotykamy i rozpoznajemy przyjaciół i inne duchy, dzieląc z nimi podobne snom 
środowisko, stworzone przez nich, a także wnosząc nasz udział do całości. W tych wyglądających 
realnie „niebiańskich światach„ kontynuujemy normalne zajęcia i można tam spróbować robić coś, co 
wydawało się obiecujące w życiu fizycznym, albo stać się tym, kim chciało się zostać na Ziemi. Jest 
zatem szansa na dalsze doświadczenia i rozwój. Młodzi ludzie, którzy tam przechodzą, są nauczani i 
mogą osiągnąć dojrzałość. 
Nie można dokładnie stwierdzić, jakie panują tam warunki dla poszczególnych osób; ale z pewnością 
ogólny obraz „życia po śmierci" jest wystarczająco ścisły dla naszych celów. Wiemy, że śmierć jest w 
takiej samej mierze częścią Wielkiego Planu Stworzenia jak narodziny. Każdy z nas musi doświadczyć 
obu, i śmierć, i narodziny są równie dobre i równie konieczne we właściwym miejscu i o właściwej 
porze. Możemy oczekiwać, że następną fazą życia rządzi to samo dobre i doskonałe prawo. Miłość, 
rozwój i ochrona, jakich doświadczamy tutaj, z pewnością istnieją dalej i tam. W normalnych 
warunkach śmierć, kiedy nadchodzi, jest dobra. 
Jeśli potrafimy uniknąć przeniesienia wraz z nami poza śmierć bagażu nieuzasadnionych i 
dogmatycznych lęków, takich jak lęk przed piekłem, to wstąpiwszy w ten nowy etap naszej ewolucji, 
możemy iść naprzód swobodnie, bezpiecznie i cieszyć się nową wolnością od znużenia i szarpaniny 
życia w ciele fizycznym. 
Z drugiej strony, jeśli ktoś umiera w przekonaniu, że śmierć ciała jest dla niego końcem życia, może 
zostać „przywiązany do ziemi". W takim przypadku zmarły nie potrafi zmienić swych pojęć o stanie 
istnienia po śmierci. Dla niego taki stan w ogóle nie istnieje i może on przez bardzo długi okres starać 
się wejść z powrotem w fizyczne życie, kradnąc komuś ciało. Jeśli mu się to nie uda, może przyczepić 
się do żyjącej osoby i jako „druga osobowość" dzielić z nią zastępczo życie. Takie przypadki często 
przytaczane są w podręcznikach psychologii. Czasami kilka takich duchów zamieszkuje ciało jednej 
osoby w większej czy mniejszej mierze. Mają z tego bardzo mało zadowolenia i ich ewolucja posuwa 
się naprzód bardzo wolno albo wcale. Dopiero gdy, zwykle po długim czasie, porzucą dawne 
przekonanie, że drugi świat jest tylko wytworem fantazji, potrafią przyjąć pomoc i rady mądrzejszych 
duchów. Zostaną wtedy wprowadzone w sztukę tworzenia aktem umysłu własnych ciał i otoczenia, 
zamieszkają w nich i będą nabywać doświadczenia. 
W naszych ćwiczeniach wykorzystujemy ten sam proces tworzenia umysłem. Stwarzamy w umyśle 
obraz pewnych okoliczności, potem żyjemy w nich, patrzymy, co może się zdarzyć i czemu trzeba 
stawić czoło, zastanawiamy się, jak to najlepiej zrobić. Skoro umiemy w ten sposób zebrać wiele 
cennych doświadczeń, a także wyćwiczyć niższe Ja, by reagowało tak, jak powinno, na różne warunki 
(a wiemy, że to potrafimy), głupotą byłoby zaprzeczać, że zmarli – którzy robią dokładnie to samo – 
mogą szybko się uczyć, a także uporządkować zabrane na tamtą stronę wspomnienia. Wydaje się 
logiczne wierzyć, że doświadczają oni wielu upragnionych przeżyć, jakich im zabrakło w ziemskim 
życiu, i dowiadują się, czy ich pragnienia były uzasadnione. 
Jeszcze będąc w ciele możemy postanowić, w co rzeczywiście mamy wierzyć, że stanie się z nami po 
odejściu z tego świata. Jeśli jesteśmy w miarę normalni i nasze niższe Ja nie jest pełne poważnych 
kompleksów albo nieprawdziwych pojęć dotyczących śmierci, powinniśmy umieć wyobrazić sobie 
własne odejście i prawdopodobne warunki, w jakich się później znajdziemy. Przeżywszy parokrotnie 
sekwencję takich obrazów, będziemy dość dobrze przygotowani na porę śmierci. 
Jeśli natomiast odczuwamy przed nią irracjonalny albo chorobliwy strach, to najwyższy czas 
rozpocząć solidny i długotrwały trening reedukacyjny niższego Ja. Możliwe, iż wizualizację umierania 
należy najpierw przeprowadzić ostrożnie, wyobrażając sobie inne osoby przechodzące przez ten 
proces. Ale z czasem, zdobywszy odwagę przeciwstawiania się lękom i cierpliwość, można w końcu 
skłonić niższe Ja, by zastąpiło swój instynktowny strach o przeżycie bardziej unormowanym 
podejściem, w którym będzie podzielać ufność i wiarę średniego Ja w to, że śmierć dotyczy tylko ciała, 
a nie trójjaźniowego człowieka zamieszkującego to ciało. 
Praktyka wizualizacji szczęśliwego stanu po śmierci to najlepsze zabezpieczenie przed uczuciem 
zagubienia, które ogarnia tak wiele osób w czasie tego wydarzenia i sprawia, że trudno jest im pojąć, 

background image

co się stało i co wobec tego mają robić. Godzina poświęcona na projekcję siebie samego w życie po 
śmierci, które z pewnością nadejdzie pewnego dnia, przyniesie najprawdopodobniej najwyższe z 
możliwych dywidend za porównywalny wydatek czasu i energii. I odwrotnie, osoba, która ma za mało 
odwagi, by stawić czoło nieuchronnemu nadejściu śmierci, i umiera, przenosząc na drugą stronę 
ciągnące ją z powrotem lęki, będzie miała doprawdy ogromne trudności z ich odrzuceniem. 
Odpowiednią porą na pozbycie się irracjonalnych lęków jest czas pobytu w ciele, kiedy człowiek ma 
mnóstwo siły życiowej, by tworzyć „wolę" – narzędzie, z pomocą którego średnie Ja buduje, kontroluje 
i kształci niższe Ja. 
Żadna dyskusja o śmierci nie będzie w naszych współczesnych czasach wyczerpująca bez wzmianki 
o możliwości reinkarnacji w późniejszym okresie, zatem dobrze jest zdecydować się, w co się wierzy, 
a w co nie, na ten temat. 
Studia parapsychologiczne dostarczyły wielu dowodów, że po dłuższym lub krótszym okresie pobytu 
w sferach życia po śmierci, rodzimy się ponownie w nowym ciele. Wiele osób zmęczonych życiem, ale 
jednak nie chcących uwierzyć w zupełny koniec, woli przyjąć, że nie ma reinkarnacji, lecz żyje się 
wiecznie w pewnego rodzaju świecie niebiańskim. 
Jest prawdopodobne, że taka wiara opóźnia ponowne wcielanie się, a zatem spowalnia 
doświadczanie fizycznego życia – a owo doświadczanie jest tym, co pomaga nam ewoluować na 
wyższe poziomy świadomości. Istnieją pewne świadectwa wskazujące na to, że duch może 
pozostawać przez wieki w pośmiertnym świecie, zanim przyjmie nowe ciało. Osoby medialne stale 
spotykają duchy twierdzące, że mają ponad tysiąc lat. Rzadko mija miesiąc, by jakiś duch nie ogłosił, 
że jest taką czy inną sławną osobistością prosto ze stronic historii. Bywa to zabawne, jeśli duch akurat 
nie zna historii i bardzo się plącze, usiłując opowiedzieć, co robił jako owa słynna postać. 
Niektóre z najlepszych i najnowszych świadectw na rzecz reinkarnacji pochodzą z pracy lekarzy 
wprowadzających pacjentów w hipnozę, aby przypomnieli sobie oni przeszłe życia i opisali je. Z reguły 
tak się dzieje i opisują oni sceny z dawnego wcielenia, często przeżywając je na nowo w dużym 
stresie emocjonalnym. 
Celem tego rodzaju zabiegów leczniczych, zwanych regresją, jest zwykle odnalezienie ukrytego 
wspomnienia, jakie mogło zostać przeniesione w podświadomości, czyli przez niższe Ja, z dawnego 
życia i stanowi przyczynę problemów w obecnym. Często te ukryte wspomnienia powodują 
odtworzenie albo symptomów, albo rzeczywistych warunków fizycznych, przypominających te, które 
trapiły pacjenta w poprzednim życiu. Ktoś może mieć tajemniczą chorobę gardła lub lęk przed 
udławieniem się – dlatego że w przeszłej inkarnacji został powieszony bądź uduszony. Wiele różnych 
przeniesionych niejasnych wspomnień można wydobyć na powierzchnię świadomości, na przykład 
wspomnienia określonej choroby i śmierci albo wypadków, powikłań miłosnych i nieskończonej liczby 
cierpień emocjonalnych. W wielu przypadkach zaburzenia emocjonalne i fizyczne, które nie 
poddawały się żadnemu innemu leczeniu, zostają usunięte po prostu dzięki przypomnieniu sobie 
wydarzeń z przeszłego życia i przemyśleniu ich; pacjent nabiera mocnego przekonania, że nie mogą 
one rzeczywiście istnieć i nie istnieją w obecnej inkarnacji. 
W ubiegłym stuleciu idea reinkarnacji zyskała popularność na Zachodzie dzięki teozofii, lecz wkrótce 
teorii tej znacznie zaszkodzili maniacy wyobrażający sobie, że są inkarnacjami wielkich ludzi, od 
Kleopatry po Napoleona. Ponieważ osoby, które tak o sobie twierdziły, były zwykle zupełnie 
przeciętne, wyśmiewano zarówno ideę, jak i je same. Czasami ten śmiech nadal rozbrzmiewa, ale 
myślący i dobrze obeznani z tą dziedziną badacze w większości zgadzają się, że istotnie powracamy 
na ziemię w coraz to nowych żywotach. 
Trudno powiedzieć, ile razy powracamy, ale sądząc po długości okresu, jakiego przeciętny człowiek 
potrzebuje na naukę najprzeróżniejszych lekcji życia, można bezpiecznie przyjąć, że nawet 
najbardziej uzdolnionym potrzeba z dziesięciu inkarnacji, natomiast tym najmniej zdolnym o wiele 
więcej. 
Można także zasadnie wierzyć, że człowiek przechodzi przez śmierć, budzi się, by przemyśleć to, 
czego nauczył się podczas życia w ciele, po czym, we właściwym czasie, zasypia w pośmiertnej 
sferze, aby narodzić się ponownie w nowym ciele. Alternatywą jest przyjęcie dogmatycznych nauk 
paru religii, z których reinkarnację albo usunięto, albo się jej zaprzecza. Wówczas, rzecz jasna, należy 
być przygotowanym na nieograniczony czas pobytu w jakimś niebie, piekle bądź czyśćcu. Dla tych, 
którzy są niepewni, najlepiej jest być może zachować otwarty umysł i chętnie, z gotowością 
podporządkować się takiemu prawu, jakie rządzi po drugiej stronie życia. 

background image

Podsumowując, śmierć, kiedykolwiek przyjdzie, będzie łatwiejsza, jeśli teraz zaczniemy właściwie o 
niej myśleć. Przede wszystkim musimy dojrzeć do mocnej i pogodnej wiary w miłość, prowadzenie i 
nieskończoną troskę Wyższego Ja. Poza tym, jeśli nasze życie pełne jest życzliwości, unikniemy 
nagłych wyrzutów niespokojnego sumienia, dręczących tych, którzy boją się rychłej śmierci, a nie 
zadośćuczynili krzywdom wyrządzonym bliźnim. 
Po drugie, musimy podjąć konieczne kroki w celu uporządkowania naszych spraw tak, aby mogli je 
przejąć po nas inni; załatwić jak najlepiej testamenty i ubezpieczenia; a jeśli jesteśmy zaangażowani w 
jakieś przedsięwzięcie, to powinno być ono stale w jak najlepszym porządku, tak aby w przypadku 
naszej tragicznej bądź nieoczekiwanej śmierci mógł je kontynuować kto inny. 
Trzeci etap jest najtrudniejszy. Przygotowujemy się jak najlepiej do pozostawienia tych, których 
kochamy, i tych, którzy zależą od naszej miłości, troski i opieki materialnej. Tutaj znowu musimy 
rozwinąć wiarę, że Wyższe Ja Ojciec-Matka każdego naszego bliskiego nigdy go nie zawiedzie, 
chociaż my sami, przy całej naszej miłości, moglibyśmy się zachwiać. Oczywiście, nastąpi okres 
przystosowania i smutku dla nich i dla nas; nigdy jednak nie było prawdziwszego powiedzenia niż te 
brzmiące tak okrutnie słowa: „Za sto lat nie będzie to miało znaczenia". 
Czas jest wielkim lekarzem serc, a my mamy do dyspozycji wszelki czas, jaki istnieje. Jeśli nauczymy 
się spoglądać na smutki z perspektywy wieków, a nie dni czy godzin, obraz się rozjaśni, to, co 
nierealne i przejściowe, zblednie, i zostanie tylko pęd do rozwoju, ewolucja, która niesie nas do celu, 
zawsze pod ochronnymi skrzydłami Wyższych Ja. Pod tą mądrą i kochającą ochroną możemy 
dokonać rzeczy koniecznych, nauczyć się lekcji. Kiedy ból i okres przystosowania miną, zawsze 
włączamy się szczęśliwie w nowy początek i nowy postęp. Dla tych, którzy poznali miłość Wyższych 
Ja, trudności mijają szybko. Człowiek trzyma za rękę Rodzicielskie Ja i szczęśliwie kroczy naprzód. 
  
AFIRMUJ: Śmierć nie budzi we mnie przerażenia, ponieważ żyję z nią codziennie i ufnie, jak z czymś 
normalnym, dobrym i właściwym. Jest tak samo częścią życia jak narodziny. Kiedy przyjdzie moja 
pora dokonania przejścia, powitam je jako następny krok w moim rozwoju ewolucyjnym i jeszcze raz 
utwierdzę się w wierze w niezawodną troskę i prowadzenie Wyższego Ja, które dopilnuje, żeby 
wszystko było dobrze. Prowadzę tutaj dobre i pełne życzliwości życie. Tam mogą spotkać mnie tylko 
dobro i życzliwość. Idę naprzód z pogodą, ufnością i całkowitą odwagą. 
  
AFIRMUJ: Teraz stwarzam dla siebie w umyśle obraz zupełnego zdrowia i szczęścia. Widzę, jak 
jestem bezpieczny, zdrowy i dobrze się czuję. Trzymam ten obraz przed lustrem mojego Wyższego 
Ja, skąd odbija się w dół, w głębię mojego niższego Ja i zmazuje wszelkie chorobliwe wyobrażenia, 
jakie mógł wywołać temat strachu przed śmiercią. 
  
UWAGA: Powyższa afirmacja jest Afirmacją Mistrzowską" i powinna być stosowana po odbyciu 
któregoś z ćwiczeń z wyobraźnią albo po przeczytaniu fragmentów tekstów o strachu 1 lękach. Użyj jej 
za każdym razem, aby wytrzeć do czysta twoją mentalną tabliczkę. Nigdy nie zapraszaj kłopotu przez 
długą i chorobliwą wizualizację. Zawsze oczyszczaj swoją tabliczkę po zakończeniu każdego 
ćwiczenia i pod koniec każdego dnia. Stale poleruj lustro, tak aby odbijało tylko Światło. 

 
 
 
 

Rozdział 13

 

DOGMATY DODANE W RELIGIACH 

Jedną z najbardziej oświecających przypowieści, jakie kiedykolwiek opowiedziano, jest historia o 
trzech ślepcach badających słonia. Jeden dotknął ogona i powiedział: 
– Słoń jest jak lina. 
– Jest jak drzewo – powiedział drugi, obmacując nogę. 

background image

– Jest jak wielki wąż – powiedział trzeci, macając trąbę. 
Wiele osób mających dwoje zdrowych oczu jest bardziej ślepych od ślepców. Napotykają religię i 
chwytają rozumem jej część, nie studiując całości i nie badając. Jeśli przypadkiem złapią ją za ogon, 
staje się on dla nich jedyną częścią wartą pochwycenia, i ani powódź, ani pożar nie sprawią, że go 
puszczą i ruszą się, by zbadać nogę albo trąbę. Nikt nie jest tak ślepy jak ten, kto nie chce patrzeć. 
Rzeczą najwyższej wagi w poznawaniu siebie jest próba otwarcia oczu umysłu i zbadania naszych 
przekonań. Musimy stwierdzić, czy aby niektórych uporczywych pojęć nie uchwyciliśmy się ślepo i 
przypadkowo, nie zbadawszy dokładnie danej sprawy w całości. 
Niektórzy ludzie stali się „metafizycznymi włóczęgami". Gonili od jednej książki do drugiej, z jednych 
„kursów„ na następne i wysłuchiwali jednej po drugiej serii wykładów. Z każdego z tych źródeł 
podchwycili główne frazesy, gadaninę, sprzeczne idee, przekonania i teorie. Byli zdezorientowani od 
początku i pozostają zdezorientowani do końca. 
Po przeciwnej stronie skali mamy osoby, które trafiły dzięki urodzeniu do ścisłych, niewielkich kręgów 
wyznawców: rodzice i przywódcy duchowi zadbali starannie o to, by w nich pozostały. Zestaw 
ograniczonych i wiążących przekonań religijnych tak ciasno opasuje dziecko, że nawet kiedy dorośnie, 
nigdy nie zda sobie sprawy, że więzy trzeba zerwać. 
Znany jest przypadek rady szkolnej, której członków wyrzucili rozzłoszczeni wyborcy pewnego okręgu, 
ponieważ dzieci nie uczono uczciwości, prawości i zasad moralnych. Kiedy po raz pierwszy zebrała 
się nowa rada składająca się z pięciu czołowych obywateli, którzy usadowili się z notesami i 
odpowiednimi książkami, każdy z planem poprawy sytuacji, wydawało się, że istnieje wspaniała 
szansa na idealny rezultat. W godzinę później pośpiesznie zjawił się oddział policji porządkowej, 
zmuszonej rozdzielić bijących się i wściekłych członków nowej rady. Po jakimś czasie przywrócono 
porządek na tyle, że można było zabrać tych ludzi do lokalnego sądu na wstępne przesłuchanie. 
Każdemu z nich powiedziano, że otrzyma możliwość przedstawienia sprawy ze swego punktu 
widzenia. 
Najpierw podniósł się zmaltretowany mały człowieczek. 
– Wszyscy zgodziliśmy się, co chcemy zrobić dla dzieci nauczyć je, by stali się dobrymi, życzliwymi, 
moralnymi i prawymi obywatelami. A ja wiedziałem doskonale, jak należy się do tego zabrać. Baptyści, 
posługujący się Nowym Testamentem... 
– Nowy Testament, też coś! – krzyknął drugi członek rady. – A co ze Starym Testamentem i 
Talmudem? Co z nami, Żydami? 
– Cisza! – Sędzia uderzył w biurko i zwrócił się do trzeciego człowieka. – Do jakiego Kościoła pan 
należy? 
– Jestem mormonem. Urodziłem się mormonem i pozostaję nim. Weźmy choćby sprawę picia kawy i 
herbaty... 
– Dość -warknął sędzia. Wskazał następną osobę. – Czyż nie jest pan adwentystą Dnia Siódmego? 
– Tak. Dlaczego nie zacząć by uczyć uczciwości od przestrzegania szabasu w sobotę? 
– Proszę siadać – padł ostry rozkaz. 
Oczy obecnych zwróciły się na piątego członka rady, który wolno powstał. 
– Jako katolik mam tylko jedno do powiedzenia o nauczaniu religii w szkołach – zaczął. – Ponieważ 
jest tylko jedna prawdziwa wiara... 
– Dajmy już temu spokój – przerwał sędzia. – Każdy z was zapłaci dziesięć dolarów grzywny i kosztów 
za zakłócenie spokoju i za dawanie młodzieży naszych szkół przykładu gwałtownego i bezmyślnego 
zachowania. 
Parę dni później odbyło się ogólne zebranie w ratuszu w celu podjęcia bezpośredniego działania w tej 
sprawie. Dyrektorka szkoły, zmęczona, siwowłosa, drobna kobieta weszła na mównicę i rozpoczęła 
obrady. Powiedziała ze znużeniem: 
– Problem nie polega na nauczeniu dzieci, żeby były grzeczne. Wszystkie się tego uczą w swoim 
czasie. To, co was tak wszystkich poruszyło, to pytanie JAK? – i nie jest to rzecz najmniejszej wagi. 
Jeśli zostawicie nauczycieli w spokoju, nauczymy dzieci, DLACZEGO lepiej być dobrym niż złym. 
Kiedy to zrozumieją, z łatwością mogą być dobre w ten sposób, że po prostu nie będą złe. Jeśli wy, 
rodzice, naprawdę chcecie pomóc, to spędzajcie czas na ustanawianiu dobrych przykładów 
uczciwości, prawdomówności, tolerancji i życzliwości zamiast na zwoływaniu ogólnych zebrań i 

background image

przychodzeniu tutaj z żądzą krwi w oczach, by przeforsować własny pogląd na uczenie dobroci. – 
Przerwała i rozejrzała się powoli po twarzach milczących rodziców. Proponuję, żebyście wszyscy 
poszli teraz do domu i popracowali nad tym, co od tak dawna zaniedbujecie – ustanawianiem 
przykładu dla swoich dzieci. 
Zbyt wiele stworzonych przez człowieka dogmatów religijnych zajmuje się tym, JAK być dobrym, a nie 
autentycznym wypracowywaniem dobroci. Jest bardzo duża różnica między tymi dwoma podejściami. 
Istnieje jednak znakomity sprawdzian, który wszyscy możemy zastosować do naszych przekonań 
religijnych, by postanowić, co warte jest zbadania i być może odrzucenia: 
Jeśli przekonanie nie przynosi komuś pożytku na poziomach niższego, średniego i Wyższego Ja, to 
jest ono nieprzydatne do radzenia sobie z zadaniami codziennego życia. 
Pewien człowiek w starożytnych Indiach przeczytał zbiór pism, jak sądził, natchnionych przez Boga; 
tymczasem była to praca fanatycznego "mędrca". Dowiedział się z nich, że powinien opuścić rodzinę, 
która musi sama o siebie zadbać, poniechać wszelkich przyjemności w życiu, udać się do dżungli i 
mieszkać tam, na wpół przymierając głodem i całe dnie i noce medytując o Bogu. Uczynił to i nigdy nie 
zboczył ani o cal ze swej drogi. Widział, jak w odległości rzutu kamieniem przechodzili obok niego 
ludzie bardzo potrzebujący pomocy. Nie uczynił najmniejszego ruchu, nie pomyślał ani nie zrobił nic, 
aby im pomóc. Przychodzili inni, siadali przed nim i prosili o nauki, jak godziwie żyć. Pozostawał 
głuchy na ich prośby. Był nieszkodliwy, poza tym, że przez niego jego rodzina wpadła w nędzę, a on 
sam nie spełniał obowiązków obywatelskich. Nie czynił także najmniejszego dobra, nawet, jak się 
okazało, dla siebie samego. 
Jest to typowy przykład skrajności, w jaką mogą popaść nawet dobrzy ludzie, stosując się do 
irracjonalnych dogmatów religijnych. Dogmaty nie przyczyniają się do dobrego życia na żadnym z 
poziomów trójjaźniowego człowieka. 
Jeszcze inny fanatyk w Indiach przyjął dogmaty dżainizmu. Pozwalał, by wszy żyły mu we włosach i 
robactwo na ciele, posłuszny nakazowi innego wcześniejszego fanatycznego autora pism o 
powstrzymywaniu się od zabijania wszystkich żywych stworzeń. Tak dużo czasu zabierało mu 
oczyszczanie przed sobą ścieżki, by nie nadepnąć na żadnego owada, że nie mógł wykonywać żadnej 
pożytecznej pracy. Jego żona i dziecko utonęli w strumieniu, zanim zdążył przyjść im na ratunek, 
powoli oczyszczając przed sobą drogę. Kiedy zmarł, drobne stworzenia, które tak starał się ochraniać, 
zjadły jego ciało bez najmniejszych skrupułów. 
Był także pewien człowiek, który przeczytawszy, co napisali inni, uczynił sobie fetysz z przestrzegania 
szabasu. Nie wystarczało mu, że sam świętuje ten dzień, zmusił żonę i dzieci; by świętowały razem z 
nim, z taką posępną miną i surowością, że znienawidzili „Dzień Pana„. Kiedy dzieci dorosły i opuściły 
dom, cała religia była dla nich źródłem takiej goryczy, że zupełnie nie potrafiły czerpać z niej radości, 
nadziei czy pożytku. To wszystko mogłoby być ich udziałem dzięki wierze w kochającego i 
zważającego na nich Boga. Ojciec zmarł, do końca ponuro przestrzegając stworzonej przez siebie 
zasady, by NIE pomagać nikomu, kto nie świętuje szabasu tak samo rygorystycznie jak on. Wiadomo 
było, że wszystkim jego sąsiadom zdarzało się niekiedy przekraczać linię, którą nakreślił, zatem nigdy 
nie słyszano, by komukolwiek pomógł, niezależnie od okoliczności. Nikt go nie opłakiwał. 
W mieście mojego dzieciństwa, w stanie Wyoming, szacowne damy z kościoła postanowiły nawrócić 
miejscowego próżniaka. Według nich był grzesznikiem i za dużo pił, gdy tymczasem mógłby zarobić 
parę dolarów, wykonując brudne roboty, których nikt inny nie chciał się podjąć. Pragnęły „zbawić jego 
duszę", przekonując go do założeń wiary ich własnej sekty. Jemu bardzo pochlebiały zabiegi i 
modlitwy tych pań. Z wdzięcznością przyjmował dary, na które składały się używane ubrania, i chodził 
do kościoła. Z radością dał się ochrzcić i powiększył trzódkę wiernych. Jak na człowieka, który był 
prawie kretynem, robił świetne postępy. Okazywał wzruszającą wdzięczność. Mijając którąś z pań, 
pospiesznie zdejmował kapelusz i nisko się kłaniał. Ale pewnego dnia miał nieszczęście natknąć się 
na starego przyjaciela, który akurat zdobył skądś butelkę whisky. Było to w niedzielę i kiedy wieczorem 
zjawił się w kościele, by sumiennie wykonać nowo przydzielone mu zadanie zbierania datków na 
jedną z tac, alkohol dał o sobie znać; biedak przeszedł chwiejnie między ławkami i haniebnie runął na 
kolana trzech dam siedzących w pierwszym rzędzie. 
Dobre kobiety były tak oburzone, że postanowiły go ukarać; dopilnowały, aby ich mężowie nie dali 
grzesznikowi żadnych więcej dorywczych prac. Wówczas, żeby mieć za co kupić jedzenie, sprzedał za 
dolara swoje ubrania jakiemuś włóczędze i skończył na tym, że sam został wypędzony z miasta przez 
szeryfa za włóczęgostwo. Jednakże miesiąc później powrócił pewnej ciemnej nocy tylko po to, by 
rzucić paroma kamieniami w witraże kościoła. Szacowne panie nie miały oczywiście pojęcia, co 
spowodowało dziury w szybach. Nie miały także najmniejszego pojęcia, dlaczego tak zupełnie nie 

background image

powiodły się ich próby „zbawienia zgubionej duszy". W domach ich umysłów należałoby 
przeprowadzić porządne sprzątanie niektórych pokojów i powyrzucać zbędne artykuły wiary. 
„Zbawianie duszy„ powinno się rozpoczynać na poziomie niższego Ja, jak ma to często miejsce w 
słusznych postępkach owych prostych chrześcijan, kwakrów. W 1954 kwakrzy postanowili przyczynić 
się choć trochę do zbawienia grupy Indian Maricopa w Arizonie. Biali ludzie pobudowali zapory na 
rzece, odcinając wodę, którą poprzednio Indianie nawadniali swoje pola. Osadnicy mieszkający 
powyżej i wokół ich małego rezerwatu wywiercili studnie, obniżając poziom wody tak, że płytkie, 
ręcznie kopane studnie indiańskie wyschły. 
Kwakrzy nie zaczęli od wybudowania im kościoła i posłania tam kaznodziei. Nic podobnego. Zebrali 
pieniądze na wywiercenie studni głębinowej dla Indian i zainstalowanie dobrych pomp, dzięki czemu 
mogli nawodnić ziemię. W rezultacie udało im się osiągnąć z Indianami to, czego nie dokonałaby 
setka kościołów i duchownych. Sprawili, że Indianie zmienili swą postawę głębokiej podejrzliwości i 
gorzkiej niechęci do białych, zdawszy sobie sprawę, że przynajmniej niektórzy z nich są równie dobrzy 
i życzliwi, jak oni sami. 
Ci, którzy zobowiązują się postępować tak, jak zaleca to poniższa afirmacja, są zwykle, podobnie jak 
kwakrzy, tak zajęci pomaganiem ludziom i uczeniem ich, aby sami umieli sobie pomóc, że mało mają 
czasu i sił, by jeszcze narzucać im dogmaty religijne, które nie mają wartości ani w sferze fizycznej, 
ani mentalnej. Większość dogmatów, co można odkryć bliżej im się przyjrzawszy, nie ma wartości 
praktycznej nawet w „sferze duchowej"; ludzie tracą czas, dyskutując na jej temat, zamiast uczynić 
coś dla poprawy warunków życia swojej społeczności. 
  
AFIRMUJ: Będę słuchał tylko takich nakazów religijnych i postępował zgodnie tylko z tymi dogmatami, 
które pouczają mnie. bym pomagał bliźnim albo doskonalił siebie, rozwijając swą życzliwość, 
otwierając się na ludzkie potrzeby i unikając raniących czynów i słów. 
Począwszy od dzisiaj nigdy nie zapytam: „Bracie, czy jesteś zbawiony?", aż nie dowiem się: „Bracie, 
czy mógłbym ci w czymkolwiek pomóc, tak abyś ty sam mógł pomóc sobie?" 

ĆWICZENIE 

Rozluźnij się. Wyobraź sobie siebie jako wyznawcę wszystkich religii, które są ci znajome, każdej po 
kolei. Jeśli nie znasz wierzeń i dogmatów paru religii, poczytaj o nich trochę w encyklopedii. 
Pomyśl, że jesteś żarliwym wyznawcą jednej religii po drugiej, i badając każdą kolejno w wyobraźni 
cały czas pytaj siebie, czy naucza on dobroci, życzliwości i czy przynosi postęp w życiu twoim, 
rodziny, społeczności, narodu i światowej rodziny narodów. Zadaj sobie pytanie, czy te religie są dość 
dobre, by usprawiedliwić próby namawiania albo zmuszania wszystkich ludzi do ich przyjęcia. 
Stale wyrzucaj z nich dodatki, które najwyraźniej poczynił sam człowiek, które są antyspołeczne albo 
stanowią zniekształcenia prostych, pięknych i praktycznych pierwotnych wierzeń – tych, jakie 
prawdopodobnie ustanowili założyciele religii. Pracuj nad tym ćwiczeniem, aż oczyścisz pokój religii w 
twoim domu z wszelkiej nietolerancji, pragnienia narzucania wierzeń i praktyk innym ludziom i z 
wszystkich rzeczy, których według ciebie Bóg nie nakazałby ci robić. 
  
AFIRMUJ: Jestem świadomy, że moje obowiązki polegają częściowo na pomocy mojemu niższemu 
Ja. Pod tym względem jestem istotnie stróżem mego brata. Widzę jasno. Podważam wszelkie stare 
wierzenia, które przyjąłem, bo tak mnie nauczono, a których nie zbadałem i sam nie zdecydowałem, 
czy mają wartość we wszystkich trzech sferach mego bytu. 
Od dzisiaj podejmuję z konieczności powolne, lecz stałe kroki w celu reedukacji mojego niższego Ja; 
będę mu często tłumaczył, jakie są właściwe wierzenia, tak aby rozpuścić i zastąpić nimi tkwiące w 
nim dogmatyczne przekonania, które tylko je zaśmiecają i przeszkadzają – które muszą zostać 
odrzucone i wymienione. 
  
MÓDL SIĘ: Stoję przed tobą, Ojcze-Matko, odrzuciwszy wszystkie przekonania, które nie są mi 
pomocne na poziomie mojego niższego Ja i w fizycznym świecie, w którym żyję, lub które nie 
przynoszą mi pożytku w sferze umysłu. Stoję oto oczyszczony, z otwartym umysłem i sercem. Pozwól, 
abym w świecie wokół siebie odbijał tylko twoje Światło i Prawdę. Amen. 

background image

  
AFORYZM VI: Ludzie pragnący podążać Ścieżką do Miejsca Światłości powstają i wyruszają ku 
swemu celowi, nawet jeśli stawiają tylko jeden chwiejny krok. Pozostali zatrzymują się i kłócą, którą 
najlepiej obrać drogę; nie wiedząc nic o kroczeniu Ścieżką, przytaczają wskazania innych. Rzadko 
wyruszają naprzód. Można polegać tylko na tych osobach, które przeszły całą Ścieżkę do końca; tylko 
one potrafią udzielić właściwych wskazówek, jak po niej iść – ale te osoby nie wracają, stoją jedynie 
na dalekim wysokim Miejscu i wołają do nas, byśmy pozostawili kłócących się ich dogmatom i ruszyli 
naprzód. 

 
 
 
 
 

Rozdział 14

 

PROBLEM ZŁA 

Zawsze był taki ktoś, kto podnosił głos i pytał: „Jeśli Bóg jest wszystkim, co istnieje, a jest On dobry, to 
skąd bierze się zło?" 
W prymitywniejszych religiach ludzie wynaleźli pojęcie mniejszego boga czy Diabła, który spowodował 
wszelkie zło i walczył z Bogiem o rządy nad ziemią. 
Mędrcy próbowali tłumaczyć istnienie zła bardzo różnie i może najchętniej uznawanym 
wytłumaczeniem jest to, że ludzie są źli, ponieważ pozostają w niewiedzy. Niektórzy utrzymywali, że 
wszystkie rzeczy mają dwie strony, a więc i w przypadku dobra musi istnieć zło, które je zrównoważy. 
W Księdze Rodzaju diabeł, czyli szatan, pojawiający się w formie węża, wprowadza grzech do Ogrodu 
Edenu. Kościelny dogmat chrześcijański ślepo przyjmując tę opowieść za „Słowo Boże", potraktował 
ją dosłownie; naucza się, że wszyscy ludzie, jako potomkowie Adama i Ewy, są z natury grzeszni, a 
zatem muszą zostać „zbawieni„ dzięki boskiej interwencji. 
W starożytnych naukach Huny są klucze do bardziej rozumowego pojmowania zła. Przede wszystkim 
Huna mówi nam, czym rzeczywiście jest zło. Jest nim każde działanie, albo brak działania, 
powodujące skrzywdzenie samego siebie, innych osób albo społeczeństwa w ogólności. Złem jest 
KRZYWDZIĆ i jest to jedyny prawdziwy grzech. Nie jest to grzech przeciwko Bogu, ludzka moc 
krzywdzenia nie może Go bowiem dosięgnąć. Jest to grzech przeciwko ładowi ciągłego rozwoju, czyli 
ewolucji ludzkości. 
Grzech KRZYWDZENIA popełnia najczęściej niższe Ja. Zwierzęce instynkty w niższych Ja są tak 
różne, iż prowadzi to do podejrzeń, że w biegu ewolucji dzikie zwierzęta rozwinęły się w ludzkie niższe 
jaźnie, w wielu przypadkach zachowując swe okrutne instynkty. Ludzie mają morderczą naturę wilka, 
który zabija więcej owiec, niż może zjeść, po prostu dla radości zabijania. U niektórych dostrzegamy 
cechy tchórzliwego i podkradającego się szakala albo hieny, u innych żarłoczność wieprza. We 
wszystkich społeczeństwach różnice wydają się nie mieć końca. 
Nie wiemy, czy w miarę postępu ewolucji zwierzęta dżungli inkarnują się w ludzkie niższe Ja, ale dla 
celów praktycznych życia pośród zła i zwalczania go, możemy przyjąć na podstawie niegodziwości, 
jakie widzimy wokół nas, że w wielu przypadkach ludzie przejawiają najgorsze cechy zwierząt. 
Z drugiej strony człowiek powinien nauczyć się gorliwie naśladować niektóre dobre cechy niższych 
gatunków zwierząt. Pszczoły „mają wolę ku Bogu" i współpracują w ulu, wypędzając każdego złego 
intruza. Ludzie, obdarzeni wolną wolą, muszą zdecydować się na wspólną pracę i obronę przed złem 
dobrej z natury większości społeczeństwa. Na tym polegała jedną z najwcześniejszych form 
współpracy ludzkiej od zarania historii. Rodziny łączyły się w obronie przeciwko atakom innych rodzin. 
Plemiona łączyły się na polu bitwy, by bronić się przed grabieżcami. Jest prawdą, że grabieżcy także 
się organizowali, lecz w miarę postępu ludzkości zło jest coraz bardziej opanowywane. Mamy policję, 
więzienia i sądy. Usilniej niż kiedykolwiek pracujemy nad tym, w jaki sposób powstrzymać grabieżcze 
narody albo ich despotycznych przywódców przed naruszeniem pokoju na świecie. 

background image

Religie starały się ustanowić prawa moralne dla jednostki, mające jej pomóc przeciwstawić się złu w 
sobie i w innych ludziach. Ponieważ jednak prawda o trójjaźniowej budowie człowieka została 
zagubiona, prawa większości wielkich religii są niepraktyczne. Aby zrozumieć, jak realizować nasz 
obowiązek dążenia do nieczynienia krzywdy, bycia pomocnym i pobudzania osobistego rozwoju, 
musimy spojrzeć na problem zła tak, jak robili to kahuni, pod kątem trzech Ja. 
Przyjrzyjmy się najpierw niższemu Ja. Wiemy, że uzbrojony bandyta, gotowy zabić, jeśli mu się 
przeciwstawić, znajduje się niemal całkowicie pod władzą swego niższego Ja. Nie uzbrojona ofiara 
ataku jest zwykle bezradna. Jej niższe Ja reaguje strachem i gniewem. Albo potulnie oddaje 
pieniądze, albo opiera się i daje się zabić. 
Ale zanotowano przypadki, kiedy zamierzonej ofierze udało się „namówić bandytę" do odstąpienia od 
złych zamiarów. Mowa tu o człowieku, u którego rządzi średnie Ja, który opanował strach niższego Ja. 
Jest w kontakcie z Wyższym Ja i płynie przez niego moc. Nie może to nie zrobić wrażenia na niższym 
Ja bandyty. Zanotowano także przypadek łagodnej starszej pani, która z uniesieniem wyrecytowała 23 
Psalm – i włamywacz wymknął się chyłkiem. 
Chrześcijanie zwykle nie stosują się do upomnienia Jezusa, by „nastawić drugi policzek", ponieważ 
biorą je dosłownie. Czują, że takie zachowanie czyniłoby ich tchórzami w oczach innych. Znając 
wiedzę Huny, Jezus mógłby doradzić, aby nastawić przeciwko atakującemu pozostałe jaźnie. Kiedy 
trzy Ja działają jako zespół, człowiek jest niezwyciężony. 
Tymczasem, dopóki nie nadejdzie pora, kiedy więcej osób osiągnie jedność dającą moc i ochronę, 
społeczeństwo ustanowiło policję, sądy i więzienia. Nie potrafią one zapobiec przestępczości, ale w 
pewnej mierze stanowią ochronę przed złoczyńcami. 
Dzisiejsi socjologowie poważnie badają możliwości zapobiegania warunkom rodzącym przestępczość. 
Ich pracę można porównać do walki z malarią. Nie tak dawno temu ta straszliwa plaga pochłaniała 
tysiące ofiar w wielu krajach. Medycyna niewiele mogła zdziałać przeciwko zajadłym atakom tej 
choroby. Wreszcie odkryto, że roznosicielem jej zarazków jest komar widliszek i osuszono bagna, 
gdzie te komary się rozmnażały. Socjologowie wierzą, że usunięcie slumsów, nauczanie rodziców o 
ich obowiązkach, dostarczenie gangom nowych, zdrowych celów działania będzie „osuszeniem 
bagien". 
Nas, Amerykanów, coraz bardziej interesuje możliwość rehabilitacji więźniów. Jest to próba reedukacji 
tych, którzy albo nie rozróżniają między dobrem a złem, albo są do tego stopnia powodowani 
zwierzęcymi instynktami niższego Ja. że stosują zwierzęce metody zdobycia pożądanych rzeczy. 
U podstaw działań przestępców leży ich motywacja. Gdyby to sobie uświadomiono, wydobyto złe 
pobudki na jaw i usunięto, przestępcę można byłoby odmienić. Kara bez korekty podstawowych 
motywów działania to rzadko właściwa droga, by zmienić złego człowieka w dobrego. Gdybyśmy 
potrafili spojrzeć na złych ludzi oczyma Ojca-Wyższego Ja, dostrzeglibyśmy zachodzący w nich 
powolny proces ewolucyjny, który, w powiązaniu z darem wolnej woli, pozwala im nauczyć się lekcji, 
jaką wszyscy muszą umieć lekcji niewyrządzania krzywdy i niesienia pomocy. 
Zatem spotykając się w życiu ze złem, musimy mu zaradzić na trzech poziomach naszego Ja. Musimy 
uświadomić sobie, że przestępcy nie są „straconymi duszami" albo demonami, nawet jeśli się takimi 
wydają. Z czasem zaczną żyć we właściwy sposób. Tak jak postępujemy z dziećmi zabieramy im 
zapałki, wsadzamy ich do kojca, gdzie nie mogą niszczyć mebli – podejmujemy kroki, aby 
uporządkowane życie społeczeństwa mogło toczyć się dalej. Czy ich kochać? Tak, z poziomu 
średniego albo Wyższego Ja, ale nie niższego, trudno ich bowiem kochać, kiedy ranią. 
To Wyższe Ja, unoszące się nad każdą występną jednostką, możemy kochać. Średniego Ja, które nie 
potrafi zapanować nad niegodziwym niższym Ja, nie należy tak bardzo kochać, ile żałować. Jest ono 
gościem w domu rządzonym przez niższe Ja, ciągle jeszcze dzikie i przebiegłe. Z czasem wychowa 
ono i uczłowieczy tę krnąbrną istotę. Dla nas zasadniczą sprawą jest zrozumienie tej prawdy. 
Rozumienie jest pokrewne miłości; poza tym średnie Ja podejdzie do problemu spokojnie i z 
rozsądkiem, a nie z gmatwaniną nieprzydatnych myśli. 
Ponadto, w większości z nas jest coś z kota, kojota i wilka i kiedy codziennie sprzątamy dom naszego 
umysłu, musimy zważać na ich legowiska. Zjadliwe uwagi, jakie wypowiadamy o bliźnim, drobne 
rzeczy, o których najpierw myślimy, a potem robimy – nie pomocne, lecz raniące – wszystkie je można 
wywieść od zwierzęcia ciągle jeszcze kryjącego się w naszych niższych Ja. Wspięcie się z poziomu 
zwierzęcego na ludzki to dla niższego Ja bardzo powolny proces, wymagający od nas bardzo dużego 
wysiłku: musimy mu pomóc w nauce i rozwoju. 

background image

Największy pojedynczy krok w kierunku osobistej ewolucji w światło dokonuje się wtedy, kiedy 
uświadamiamy sobie, że niższe Ja spycha na średnie Ja wszelkie pobudki drapieżnych albo 
bojaźliwych zachowań zwierzęcych. (Niektórzy z nas, dalecy od bycia przebiegłymi albo grabieżczymi, 
są jak bojaźliwe owce i króliki.) Z chwilą gdy uświadomimy sobie wrodzoną naturę naszego osobistego 
niższego Ja i w ten sposób dostrzeżemy, jakie przeważają w nim pobudki życiowe albo co je pcha do 
celu, możemy rozpocząć korektę jego zachowań. 
Średnie Ja musi nauczyć się uwalniać od przymusów płynących z niższego Ja. Musi umieć 
postrzegać każdą z pobudek jako to, czym w istocie jest – emocjonalnym zalewem złości czy 
pragnienia. Musi potrafić stać niewzruszenie, stosując siłę woli i zachowując pełne opanowanie 
wszystkich bez wyjątku wewnętrznych przepływów emocji. 
Jeśli poprosimy Wyższe Ja, by stało za nami i pomagało ustanowić oraz sprawować kontrolę nad 
potężnym niższym Ja, zbrojnym w swoją zwierzęcą siłę życia, czyli bogactwo mana, wówczas 
wszystko pójdzie dobrze i rozwój ku Światłości będzie szybki, radosny i prawidłowy. 
Żadna dyskusja na temat ludzi i zła nie może być pełna, jeśli nie wziąć pod uwagę, że wiele osób 
słabej woli jest zmuszonych do czynienia zła przez jednostki nimi rządzące. W literaturze religijnej 
wiele jest wzmianek o niebezpieczeństwach zejścia na manowce. Jako chrześcijanie uczymy się 
modlić: „i nie wódź nas na pokuszenie". W naszych protestanckich kościołach śpiewamy prośby o 
pomoc w „unikaniu pułapek kusiciela". 
Ostatnio wstrząsa narodem fala przestępczości wśród młodzieży. Częściowo wyjaśnia się to zjawisko 
podatnością młodzieży na sugestię. Sugestia stwarza motywację, a motywacja działanie. W gangach 
młodzieżowych motywem jest często wykazanie się „odwagą" albo zdobycie uznania u kolegów. 
Jeżeli ideałem osiągnięć jest odwaga przestępcy, a nie coś dobrego, niższe Ja zachęca się do 
przejęcia władzy i robienia najgorszego. 
W wielu przypadkach zmuszanie do obecności w szkole sprawia, że nauczanie wywołuje opór, a 
ponieważ symbolem narzucanego na siłę nauczania jest nauczyciel, w antymoralnych i destrukcyjnych 
zachowaniach uczniów widoczny jest bunt przeciwko nauczycielowi, szkole i moralności nauczanej w 
szkołach. Gdyby wykształcenie trudno było zdobyć i gdyby było bardzo pożądane przez ucznia, 
miałoby siłę przyciągania, jakiej mu teraz brak, i nauczycieli oraz naukę postrzegano by w zupełnie 
innym świetle. 
Badając złe wpływy, trzeba wziąć pod uwagę jeszcze jedną możliwość. To, co nie tak dawno temu 
uważano za ciemny zabobon z czasów ewangelii, widzi się obecnie jako bolesną prawdę. Chodzi o 
obsesje, czyli wpływ, jaki wywierają na żyjących przywiązane do ziemi duchy. 
Najgorszą formą ingerencji duchów jest obłęd „obsesyjny". Ofiara może dokonywać czynów złych 
bądź tylko irracjonalnych. Formy najłagodniejsze to takie, kiedy ofiary wydają się normalnymi ludźmi, 
którzy tylko czasami ulegają złym albo bezrozumnym impulsom. 
W szpitalach psychiatrycznych, chociaż nadal według oficjalnej „nauki" zaprzecza się istnieniu duchów 
albo ich wpływom, dotąd stosuje się stare, tradycyjne leczenie torturami, aby zmusić ducha do 
opuszczenia ciała pacjenta. W czasach biblijnych opętanych torturowano, zwykle kamienowano, aby z 
nich „wypędzić diabły". Dzisiaj stosujemy torturę zwaną terapią wstrząsową, w wielu przypadkach z 
powodzeniem. 
Nam, którzy oczyszczamy dom z wszystkiego, co uniemożliwia nasz szybki rozwój po prostej ścieżce, 
wystarczy, jeśli będziemy uważnie wypatrywać najlżejszych oznak, czy odczuwane przez nas impulsy, 
złe myśli, które tłoczą nam się w głowie, albo bezwolne działania wykonywane jakby pod fizyczno-
psychicznym przymusem mogą kryć za sobą takie złe wpływy. Duchy, które oddziałują na żyjących 
sugestią, by zmusić ich do pożądanej reakcji, nie mogą nie być złe. Jeśli rzeczy, do których nakłaniają, 
są bardzo niegodziwe, to duchy te można nazwać diabłami, tak jak nazywano je w czasach Nowego 
Testamentu. 
W związku z tym nie ma jednak powodu do paniki. Jeśli poprosi się o ochronę Wyższe Ja i nie będzie 
reagować na złe myśli i impulsy, takie duchy szybko odejdą, aby poszukać kogoś o niedobrych 
skłonnościach. O wiele łatwiej jest złemu duchowi wpłynąć na osobę niegodziwą z natury niż na osobę 
dobrą. 
Gdyby jakiś nasz czyn albo ciąg myśli wydawały nam się złe czy choćby nas niegodne, powinniśmy 
uznać możliwość, że pochodzą one od duchów. Ale czy są to duchy, czy nie, musimy się takiej 
sytuacji zdecydowanie przeciwstawić i przestać myśleć i postępować niezgodnie z przekonaniem. Nie 
ma potrzeby wiedzieć, czyjemu akurat wpływowi ulegamy, aby trzymać się środkowej drogi 
normalnego i pobudzającego nasz rozwój życia. Być dobrym to dla większości zdrowych psychicznie 

background image

osób bardzo prosta sprawa – sumienie mówi im, co jest dobre, życzliwe, pożyteczne, a co nie. Nie 
należy też obawiać się żadnego wpływu, jeśli jesteśmy pod kierownictwem Wyższego Ja. 
Kahuni mieli trzy różne słowa oznaczające grzech. Jednym było ino, czyli „krzywdzić inną osobę". Jest 
to grzech dzikusa, czyli naszej zwierzęcej sfery. Drugie słowo hewa znaczyło „zrobić błąd albo pójść 
złą ścieżką". Jest to grzech poziomu średniego Ja, kiedy ludzie mają błędne pojęcia zła i dobra i brak 
im dostatecznej wiedzy, która pomogłaby im wieść normalne, pożyteczne życie. Trzecie słowo to hala, 
oznaczające „nietrafienie do celu". Rdzenie ha i la lub ala oznaczają głębokie oddychanie w celu 
zgromadzenia dodatkowej ilości many i posłania jej po widmowej nici do Wyższego Ja. Nić 
symbolizuje ścieżkę i na tę właśnie ścieżkę osoba nie trafia, jeśli „schodzi na manowce". W przypadku 
grzesznego czynu oznaczonego tym słowem mara nie zostaje posłana do Wyższego Ja z powodu 
poczucia winy niższego Ja, które sprawia, że odmawia ono z nim kontaktu. W ten sposób opisany jest 
tutaj trzeci poziom, poziom Wyższego Ja, a grzech, o który tutaj chodzi, jest raczej ciężkim grzechem 
zaniedbania niż uczynkiem. 
Grzechu krzywdzenia bliźniego należy jak najbardziej unikać, musimy jednak przyznać, że aby 
powstrzymać osoby raniące innych, trzeba użyć siły. Zamknięcie przestępcy w więzieniu jest dla niego 
krzywdą, ale wyrządzenie mu takiej krzywdy przez ogół obywateli nie obarcza ich grzechem. 
Ta sama zasada obowiązuje w przypadku żołnierza posłanego do walki z wrogiem zaborcą. Dogmaty 
religijne doprowadzające wyznawców do uchylania się od służby wojskowej nie są dane od Boga. 
Stworzył je człowiek i są rezultatem nielogicznego myślenia i ślepego błądzenia poplątanymi 
ścieżkami umysłu. Żołnierz ma do spełnienia najwyższej wagi, ponadosobisty obowiązek dla dobra 
wielkiej liczby ludzi. 
Przyjmowane ślepo dogmaty mogą sprawić, że dobry człowiek będzie postępował źle. Przykładem 
jest dogmatyczna nauka niektórych zaborczych narodów, że człowiek ginący w walce dla swego kraju 
idzie natychmiast do lepszego nieba. Podczas II wojny światowej Japończycy usiłowali zająć siłą duży 
obszar Dalekiego Wschodu. Bataliony samobójców składały się prawdopodobnie z przeciętnie 
dobrych ludzi, których zwiodły przyjęte dogmaty religii państwowej. 
W przypowieści o bogatym młodzieńcu, który zapytał Jezusa, co ma uczynić, aby zostać zbawionym, 
tkwi źródło dogmatów powstałych wskutek niezrozumienia jej prawdziwego sensu. Tysiące szczerych 
chrześcijan przechodziło katusze wierząc, że muszą sprzedać wszystko i rozdać pieniądze ubogim, 
tak jak to poradził Jezus młodzieńcowi. 
Jednak w świetle mądrości Huny widać, że Jezus uderzał prosto w pobudki kierujące tym konkretnym 
młodym człowiekiem. Wiemy z przypowieści, iż do tego stopnia rządziła młodzieńcem miłość 
posiadania, że wybrał już raczej potępienie niż rozdanie swych bogactw. Gdyby mógł jasno widzieć 
szkodę, jaką wyrządza mu jego chciwość, zacząłby bezzwłocznie pracować na swoje zbawienie; 
walczyłby ze swoją pożądliwością, zrozumiałby, że tylko zarządza posiadanymi dobrami i mógłby ich 
mądrze użyć dla dobra ogółu, a także na swoje utrzymanie. 
Aby rozwijać się zgodnie z ewolucją, musimy codziennie przyjrzeć się paru naszym przekonaniom i 
zbadać je w świetle Huny i zdrowego rozsądku. Powinniśmy także zbadać dziury w tkaninie naszych 
wierzeń. Zbyt często nauki nowoczesnych religii mają takie dziury. Powszechną praktyką jest 
odrzucanie wszelkiego zła jako nierzeczywistego albo jako błędu wynikającego z wadliwego 
postrzegania śmiertelnego umysłu. Zaprzeczanie istnieniu różnych odmian zła to pewna oznaka 
niedojrzałego i pokrętnego rozumowania. 
Jeśli jakieś wierzenie, stare czy nowe, nie pasuje do faktów życia, które nas zewsząd otacza, 
nadeszła pora odrzucenia go albo ponownego przemyślenia, by uzyskać rozsądniejszy punkt 
widzenia. Chwytliwe powiedzenie: „Myśl tworzy rzeczywistość„ nie dotyczy w ogóle zła, kiedy staramy 
się, by znikło ze świata, myśląc, że jest nierealne, nie istnieje, a zatem nie wymaga przeciwdziałania. 
Rozważając problem zła, nie należy zapominać o własnych dzieciach. Nie wolno pozwolić, by miłość 
rodzicielska sprawiła, że przegapimy albo będziemy tolerować złe skłonności u dzieci. Zauważywszy, 
że dziecko w rodzinie stwarza problemy, mądry rodzic zrobi dobrze, zdobywając się na obiektywizm, 
jaki tylko leży w ludzkiej mocy. Trzeba odnaleźć pobudki kierujące antyspołecznym zachowaniem 
dziecka. Powinno się przeprowadzić badania lekarskie, aby ustalić, czy w wyniku jakichś wad 
fizycznych, na przykład wzroku, słuchu czy koordynacji mięśniowej, nie powstała motywacja 
kompensacyjna. Być może konieczna będzie reedukacja dziecka przy pomocy psychologa 
dziecięcego. W rzadkich przypadkach trzeba się uciec do środków represyjnych albo prostych 
środków ograniczających swobodę dziecka, jeśli jest to jedyny sposób dotarcia do jego niższego Ja. 
Tak czy inaczej należy rozwiązać problem jak najszybciej, by dziecko mogło bez przeszkód rozwijać 

background image

się dalej. I tu znowu powinno się wezwać nasze Wyższe Ja do współpracy z Wyższym Ja dziecka w 
prowadzeniu i pomocy. 

ĆWICZENIE 

Codziennie rozważ kilka twoich wierzeń, badając, czy są rozsądne. Wprowadź poprawki, jeśli tak nie 
jest. Powoli wyobraź sobie okoliczności, w których spotykasz osoby o złych zamiarach, i z pomocą i 
ochroną Wyższego Ja zniwecz ich próby skrzywdzenia cię. Ze swej niedosięgalnej dla ciosów pozycji 
pod pełną miłości ochroną spróbuj wyobrazić sobie, co tymi osobami powoduje i jak można by zmienić 
ich niewłaściwą motywację. 
Każdy krzywdzący czyn, jaki zdarzy ci się popełnić, zrekompensuj pomocnym. (To zdziała więcej dla 
oczyszczenia twego niższego Ja z przekonania o winie i dla otwarcia ścieżki do Wyższego Ja niż 
przeczytanie tysięcy kazań, jak być dobrym.) Jeśli będzie okazja. spróbuj pomóc komuś nauczyć się 
niekrzywdzącego i pomocnego działania. Pomóż innym nauczyć się szukania w sobie ich własnych 
ukrytych pobudek. 
  
AFIRMUJ: Dzielę zło na trzy rodzaje: to płynące ze zwierzęcego poziomu niższego Ja, to mające swe 
źródło w średnim Ja na poziomie umysłu oraz zło przez zaniedbanie, czyli brak nawiązania normalnej 
współpracy z Wyższym Ja. Przyznaję, że o tyle, o ile pozwalam sobie być złym, przyciągam do siebie 
złe myśli. Codziennie będę badał siebie, wszystko, co czynię, myślę i w co wierzę, dążąc do 
skorygowania mojej motywacji i wierzeń, tak aby nie krzywdziły, lecz pomagały budować moje 
osobiste dobro, dobro rodziny, społeczeństwa i świata. 
  
MÓDL SIĘ: Proszę o kierownictwo we wszystkim, co czynię. Prowadź mnie tak, abym unikał pokus, i 
chroń mnie od zła. W zamian za Kierownictwo i Pomoc przyrzekam czynić, co w mojej mocy, by 
unikać popełniania wszystkich grzechów z trzech poziomów – tych krzywdzących inne osoby, tych 
sprawiających, że pozwalam się zwodzić nauczycielom nierozsądnych dogmatów oraz grzechu 
zaniedbywania kontaktu z Wami, umiłowani Ojcze-Matko, i dzielenia się z Wami daną mi od Boga siłą 
życiową. 
  
AFORYZM VII: Dobrze jest posłuchać wskazania: "Poznaj samego siebie", ale aby to uczynić, 
konieczne jest poznanie niższego Ja i jego tajemnych pobudek. Równie koniecznie należy poznać 
własne dziecko, rodziców, współmałżonka i sąsiadów. Człowiek nie żyje sam. 

 
 
 
 
 

Rozdział 15

 

ODDECH ŻYCIA 

Dr Philip Rice, jeden z honorowych członków Królewskiej Akademii, powiedział mi kiedyś, że w ciągu 
lat pracy z trudnymi dziećmi i młodocianymi przestępcami ani razu nie zdarzyło się, by któryś z jego 
podopiecznych nie powrócił do normalnego życia, jeśli (1) jego stan zdrowia został doprowadzony do 
normy lub (2) udało się go przekonać, by pragnął być dobry i włączył się do modlitwy o pomoc w 
zmianie złych zachowań na dobre. 
Dr Rice odkrył, że znaczna większość chłopców i dziewcząt przysłanych do niego w okresie 
zawieszenia kary miała bardzo słabe płuca albo niewłaściwe nawyki oddechowe. W obu przypadkach 
ich organizmy otrzymywały za mało tlenu. Nauczył młodzież prostych ćwiczeń oddechowych i 
modlitwy. Poprawa następowała szybko, często w sposób niemal cudowny. (Patrz: Philip Rice. 
Organizing the Human BodyOxford Press, Hollywood, Kalif.. 1941.) Oczywiście, oprócz zwiększonej 
podaży tlenu stosowano odpowiednią ilość ćwiczeń fizycznych i właściwą dietę. 

background image

Trudno jest przekonać dziecko – a i dorosłych, jeśli już o to chodzi – by sumiennie i regularnie 
wykonywało ćwiczenia głębokiego oddychania. Zdrowe dziecko biega i bawi się z taką energią, że 
nieświadomie napełnia płuca i komórki ciała tlenem. Policzki ma zaróżowione, oczy błyszczą, sapie z 
wysiłku, ganiając z radością w zabawie. Dzieci, które należy obserwować, to te spokojne i blade, 
chłopcy i dziewczynki, którzy wolą czytać niż bawić się w gry ruchowe. Rodzice i nauczyciele powinni 
wykazać pomysłowość w uatrakcyjnianiu im takich gier czy wyścigów. 
Badania fizjologiczne udowodniły, jak bardzo niezbędny jest tlen dla zdrowia komórek. Wiemy, że tlen 
spala cukier we krwi i w tej reakcji wyzwala się energia. Aktywność fizyczna zmusza nas do większego 
poboru tlenu, niż to się dzieje w trakcie normalnego, spokojnego oddychania. Problem w tym, że we 
współczesnym zmotoryzowanym świecie mamy za mało wysiłku fizycznego, który zapewniłby nam 
głębokie oddychanie. 
Wiedząc, jakie płyną z niego korzyści, możemy wyrobić w sobie nawyk- jeśli zechcemy- robienia 
głębokich ćwiczeń oddechowych. Jeśli przez parę dni będziemy pamiętać, by w regularnych 
odstępach czasu podejść do otwartego okna albo wyjść na dwór i świadomie, głęboko pooddychać, to 
niższe Ja wzbudzi w średnim Ja pragnienie ćwiczeń i będzie je do nich poganiać. 
Istnieje proste i łatwe ćwiczenie oddechowe, które działa tak dobrze, że stosowane jest jako 
podstawowe. Wszyscy możemy je wykonywać z bardzo dobroczynnymi skutkami. Należy przyjąć 
postawę, opróżnić całkowicie płuca, a następnie wdychać wolno przez nos (albo przez usta, jeżeli nos 
jest zatkany), aż klatka piersiowa maksymalnie się rozszerzy. Wydychamy przez ciasno ściągnięte 
usta, jak do gwizdu, i powietrze wychodzi bardzo wolno pod ciśnieniem, zupełnie opróżniając płuca. 
Przy wolnym wykonywaniu tego ćwiczenia nie powinny występować zawroty głowy od przetlenienia. 
Należy je wykonywać kilkakrotnie, rano, w południe, wczesnym wieczorem i przed udaniem się na 
spoczynek. Osobom, które cierpią z powodu złych nawyków oddechowych, przydałoby się wykonać 
wdech i wydech w opisany sposób dwu lub trzykrotnie co godzinę, a nawet częściej. 
Można zrobić prosty sprawdzian, udowadniający płynące z tego ćwiczenia korzyści dla ciała i umysłu. 
Stań przed kolorowym obrazem na ścianie. Oświetlenie powinno być średnie. Rozpocznij ćwiczenie, 
obserwując obraz. Przekonasz się, że wzrok wyostrza się, a kolory stają się wkrótce o wiele 
jaskrawsze. Poprawi się również głębia widzenia i zobaczysz na obrazie znacznie więcej szczegółów i 
konturów. 
Możesz też zsumować kolumnę cyfr przed ćwiczeniem, mierząc czas tej czynności. Po zakończeniu 
ćwiczenia wykonaj dodawanie ponownie, znowu mierząc czas. Będziesz zdumiony różnicą. Inny 
sprawdzian polega na nauczeniu się na pamięć kilku wersów wiersza przed i po ćwiczeniu. Na 
podstawie tych sprawdzianów sam osądzisz, jak cenne może ono być dla człowieka, który ma właśnie 
podjąć ważną decyzję; jasny umysł jest do tego niezbędny. 
Cofnięte w rozwoju dziecko często nie jest głupie – po prostu stale niedotlenione. Wdrożone do 
ćwiczeń oddechowych, wkrótce wytworzy nawyk właściwego oddychania i jego płuca wzmocnią się. 
Poprawi się jego zdolność uczenia – w prostej zależności od poboru tlenu. 
Ci, którzy wiedzą, że oddychając głęboko gromadzą zapas many, podejdą do ćwiczenia z 
zainteresowaniem, mając jasny cel. Wiedzą, że oddech jest „duchem życia". Powstaje coś znaczne 
bardziej ważnego niż po prostu energia zużywana na wysiłek fizyczny. Mana jest niewidzialną siłą, 
która może być skierowana do każdej części ciała, na zewnątrz do innych osób i w górę, jako 
najwyższej wartości dar dla Wyższego Ja. 
Jeśli podczas ćwiczeń oddechowych wyda się rozkaz niższemu Ja, by zgromadziło dodatkowy zapas 
many, szybko go wykona. Powoli wciągając oddech, wyobraź sobie, jak twoje ciało napełnia się siłą 
życiową. Następnie bardzo powoli wydychając powietrze przez ściągnięte usta pod ciśnieniem, 
wyobraź sobie, jak zapas nowej many gromadzi się w tej części ciała, która potrzebuje uzdrowienia i 
wokół niej. Można wspaniale pomóc oczom, wizualizując je otoczone i skąpane w wirach płynącej, 
oczyszczającej i wzmacniającej many. 
Można także wyobrazić sobie, że mana zbiera się na dłoniach, a następnie położyć ręce na osobie, 
której chcecie pomóc albo którą pragniecie uleczyć. Połóż ręce na chorych miejscach albo po prostu 
na dłoniach drugiej osoby, robiąc bardzo powolny wydech i wyobrażając sobie, jak pod ciśnieniem 
wydmuchiwanego powietrza mana wpływa do jej ciała. Jednocześnie wizualizuj tę osobę w stanie 
ZDROWIA, jakie ma uzyskać, NIE zaś w stanie choroby. Ciśnienie wydmuchiwanego oddechu jest 
doskonałą wskazówką dla niższego Ja, aby przesunęło manę do wybranego miejsca, gdzie ma 
leczyć. 

background image

Dmuchanie oddechem bezpośrednio na chore miejsca ciała to starożytna praktyka. Wznowiło ją kilku 
współczesnych uzdrawiaczy z dużym powodzeniem. Dmuchać można przez ściągnięte usta albo 
przez otwarte, jakbyśmy chuchali na lusterko, które chcemy wypolerować. Mana ma dziwną cechę, a 
mianowicie, popłynie tam, dokąd ją skierujecie myślą albo „wolą" średniego Ja. Zarazem średnie Ja 
operuje w tym momencie potężną mocą sugestii. Sprawia ona, że niższe Ja osoby uzdrawianej zużyje 
siłę życiową w celu uleczenia albo dodania nowych sił żywotnych komórkom chorych organów. 
Uzdrawiając na odległość, pomyśl o tym, komu chcesz pomóc, zgromadź manę i wyobraź sobie, jak 
dmuchasz posyłając mu siłę witalną mocnym, równym strumieniem, niosącym życie i uzdrowienie. 
Zarazem wzywaj w myślach Wyższe Ja, by pomogło w leczeniu. Wyższe Ja pobiera trochę siły 
życiowej i nadaje jej znacznie wyższe i potężniejsze wibracje, po czym uzdrawia we własny, sobie 
znany wyższy sposób. 
Można też podobnie uzdrowić na odległość złą sytuację finansową albo powikłane związki 
międzyludzkie, tyle że zamiast wyobrażania sobie poprawy zdrowia wizualizujemy poprawę tych 
sytuacji. Do takiego uzdrowienia, bardziej jeszcze niż w przypadku oddziaływania na chorobę, 
potrzebna jest pomoc Wyższego Ja. 
Jeśli twoje modlitwy zdają się odbijać od ściany, to zanim je rozpoczniesz, rób przez kilka minut 
ćwiczenia oddechowe. Stosowanie tej metody-gromadzenia dodatkowej many zawczasu, przed 
modlitwą-było praktyką starożytnej Huny i kryje się w niej jedna z największych prawd wszechczasów. 
Aby umożliwić Wyższemu Ja pracę na poziomie ciała fizycznego, w którym żyjemy, musimy mieć siłę 
witalną i musimy się tą siłą z Wyższym Ja podzielić. . 
Po nabraniu przez nas dostatecznej praktyki niższe Ja będzie posyłać manę do Wyższego Ja na 
życzenie średniego Ja na początku modlitwy. Jeśli zgromadziliśmy manę zawczasu, wystarczy tylko 
rozkaz średniego Ja, by niższe posłało ją telepatycznie po nici aka do Wyższego Ja. Z czasem niższe 
Ja będzie wykonywać tę czynność na dobrą sprawę automatycznie z chwilą rozpoczęcia modlitwy. 
Nigdy jednak nie zaszkodzi, nawet najbardziej biegłym w tej sztuce, zastosować ćwiczenie głębokiego 
oddychania, nim zaczniemy modlitwę. Pomoże ono oczyścić umysł ze wszystkiego, co go rozprasza. 
Zapracowanemu kierownikowi przyda się minuta specjalnego oddychania przed spotkaniem z 
ważnym kontrahentem. Weźmie kilka głębokich oddechów, prześle manę do Wyższego Ja i poprosi o 
pomoc w podjęciu decyzji. Urzędnik może z pożytkiem dla siebie pooddychać głęboko i skontaktować 
się z Wyższym Ja w czasie przerwy na kawę. Zyska chwilę odpoczynku i spokój umysłu, którego 
może bardzo potrzebować, a także nowe siły do pracy. 
Omawialiśmy już (w końcu 5 rozdziału) praktyki jogi oparte na ćwiczeniach oddechowych i 
zauważyliśmy, że jogini nie wiedzieli nawet, co zrobić z dodatkowo nagromadzoną siłą witalną. 
Obecnie, po odzyskaniu wiedzy Huny, widać jasno, jak wiele znaczeń przeinaczono, gdy starożytna 
mądrość kahunów zaginęła i zaprzestali oni udzielania wtajemniczeń przekazywanych uczniom z 
pokolenia na pokolenie. 
Jezus, jeden z wielkich wtajemniczonych wszechczasów, nauczał swoich uczniów tajemnej wiedzy. 
Większość przypisywanych Mu powiedzeń dotarła do nas w tak zawoalowanej formie, że ich 
zewnętrzne znaczenie jest dalece niejasne. Te same powiedzenia, przełożone na „święty język" 
kahunów, odkrywają swój wewnętrzny sens. Na przykład wielka prawda, że istnieje „droga", czyli 
telepatyczny sposób nawiązania kontaktu z Ojcem-Wyższym Ja, miała podstawowe znaczenie w 
modlitwie. Prawie tak samo ważne było to, że człowiek może zgromadzić zapas siły życiowej i 
przesłać ją ową „drogą" do Wyższego Ja. W „świętym języku" nie istniała forma czasownikowa 
„jestem". Zdanie Jezusa: „Ja jestem drogą i życiem", w swoim prawdziwym wewnętrznym znaczeniu 
brzmi: "Ja daję (albo pokazuję) wam drogę i życie". 
Wtajemniczeni szkół jogi w Indiach we wcześniejszym okresie historii świata pisali o „ścieżce", która w 
języku tajemnym oznacza to sarno co „droga". Mówili także o „pranie", „sile życiowej", i utrzymywali, 
że należy ją w jakiś sposób „podnieść" z niższego ośrodka do wyższego, zapominając, że podnosiło 
się ją z niższego Ja do Wyższego Ja. Później, kiedy wewnętrzne znaczenie prawie zupełnie się 
zagubiło, joga twierdziła, że siłę życiową podnosi się z dołu kręgosłupa do góry i wysyła przez szczyt 
głowy do Najwyższego Brahmy, czyli Boga, zamiast do oczekującego Wyższego Ja, stanowiącego 
integralną część troistego człowieka. 
Gromadząc i używając manę, robimy wielką rzecz: posługujemy się w najlepszy możliwy sposób – 
jedyny właściwy sposób – ODDECHEM ŻYCIA. 
  

background image

AFIRMUJ: (w myślach) Teraz wykonuję ćwiczenie oddechowe. Wciągając coraz więcej tlenu, zbieram 
dodatkową manę. Moje niższe Ja z radością gromadzi tę siłę i dzięki niej oboje stajemy się energiczni, 
silni i pełni życia. Moja wola rośnie i krzepnie, tak że jestem całkowicie zdecydowany robić to, czego 
pragnę. Moje niższe Ja umacnia się, wypełnione siłą życia. Staje się potężne i pewne siebie; odrzuca 
wszelkie kierowane ku niemu podszepty złych duchów albo znajomych, których sugestie zwykle 
wpływają niepomyślnie na nasze życie. 
Posyłamy teraz do naszego Wyższego Ja silny strumień many wraz z gorącą miłością i przekonaniem 
o całkowitej ufności w jego mądrość, moc i miłość... Jestem błogosławiony i odmłodzony. Teraz 
proszę o uzdrowienie albo pomoc dla ________________________ i ________________________ 
oraz dla siebie. 
(Teraz wyobraź sobie w uporządkowany sposób upragnione rzeczy, tak jak gdyby już zostały 
dokonane i już zaistniały realnie na planie fizycznym. To sprawi, że staną się one realnymi bytami jako 
idee na poziomie Wyższego Ja, które z kolei urzeczywistnią się w niższych sferach bytu). 
  
AFIRMUJ: (w myślach) Wykonuję teraz ćwiczenie oddechowe, by umocnić mą wolę i zdecydowanie 
wykonania zaplanowanych rzeczy, które wkrótce zacznę robić (albo już zacząłem). Moja energia 
rośnie. Wola i zdecydowanie stają się coraz silniejsze. Trwają. Biorę się teraz z ufnością, siłą, 
wytrwałością i z uczuciem szczęścia za wykonanie tego, czego pragnę dokonać. 
(To umocni wolę. Słabość woli powstrzymuje przed czynem bardzo wiele osób, które wiedzą, co 
powinny zrobić, by polepszyć swoją sytuację; ale najwyraźniej brak im energii psychicznej czy 
fizycznej, by zacząć lub kontynuować działanie dzień po dniu, jeśli już zaczęły). 
  
Pamiętaj, że kiedy zapas siły witalnej zaczyna się wyczerpywać, niższe Ja zawsze bierze jej sobie 
tyle, ile potrzebuje, pozostawiając zwykle średniemu Ja niewystarczającą daivkę. Kiedy tak się dzieje, 
najpierw ucierpi na tym „wola" średniego Ja; niższe Ja opanowuje wtedy całego człowieka, spełniając 
własne zachcianki, i nie daje się kierować średniemu Ja. 
Jeśli trudno jest ci zacząć robić którąkolwiek z rzeczy opisanych na tych stronach, wykonaj ćwiczenie 
oddechowe, odpręż się i wyobraź sobie, że robisz wszystko, czego pragniesz. Kiedy kilkakrotnie z 
powodzeniem przeżyjesz te sceny w wyobraźni, łatwiej będzie ci przenieść je w rzeczywistość. 
Kolejne kroki postępowania są tu opisane szczegółowo, po to by zrozumieć powody każdego etapu 
modlitwy. Jednak w krótkim czasie całe postępowanie stanie się automatyczne i kontakt z Wyższym 
Ja będzie łatwy i szybki, już od chwili powzięcia o nim decyzji. 
POWOLI wdrażaj się w stosowanie ćwiczeń oddechowych. Odpoczywaj i oddychaj spokojnie jak 
zwykle między głębokimi oddechami. Jeśli z początku kręci ci się w głowie, wydmuchuj powietrze 
słabiej i krócej. Spokojnie. 

 
 
 
 
 
 

Rozdział 16

 

ZWIĄZKI MIĘDZYLUDZKIE 

Warto przyjrzeć się z bliska stosunkom panującym między mężami a żonami, rodzicami a dziećmi, 
między nami a sąsiadami – nawet między każdym z nas a wszystkimi „braćmi" tworzącymi ludność 
świata. Dopóki nie przeciwstawimy się problemom istniejącym w tych stosunkach, mogą one blokować 
ścieżkę naszego rozwoju. 
Rozważmy sytuację męża i żony. Jeżeli jest to normalny związek, każde z małżonków pozostaje 
indywidualnością, która cieszy się wolną wolą i której wolno podejmować decyzje, wyrażać własne 
zdanie; jedna osoba nie dominuje nad drugą. W takim związku małżonkowie są sobie bardzo bliscy. 
Rozumieją się nawzajem i każde z nich stosuje regułę „daję i biorę". Wszystko układa się dobrze. 

background image

Gdy jednak albo mąż, albo żona nalegają na to, by partner się zmienił, by jedna osoba dostosowała 
się do sposobu bycia drugiej, jej decyzji, opinii, upodobań i niechęci, wtedy w związku nie ma 
bliskości. Jedno z małżonków terroryzuje i rządzi drugim. Ofiara, czy to mąż pantoflarz, czy 
zastraszona żona, nie może korzystać z boskiego daru wolnej woli. Musi albo poddać się woli drugiej 
osoby, albo toczyć się będzie ciągła wojna, kończąca się zwykle separacją bądź też zupełnym 
rozbiciem związku. 
W przypadku męża, żony i dziecka związek może być normalny i szczęśliwy, jeśli wszyscy szanują 
nawzajem swoją wolną wolę o tyle, o ile da się to zastosować w praktyce. Mogą we troje omawiać 
trudne sprawy i postanawiać razem, jak najlepiej postąpić, czyje, zdanie wydaje się najrozsądniejsze i 
jakie pragnienia członków rodziny można spełnić dzięki wzajemnej miłości i współpracy. Z drugiej 
strony, jeśli jedno z trojga dominuje nad pozostałymi (przy założeniu, że wszyscy troje są normalnie 
inteligentni i zrównoważeni uczuciowo), związek rozpada się, a trudności i brak poczucia szczęścia są 
nie do uniknięcia. 
Zaborcza matka, nie pozwalająca dzieciom zacząć żyć własnym życiem, kiedy gotowe są do 
opuszczenia rodzinnego gniazda, stwarza nienormalną sytuację w naturalnym związku, jaki powinien 
łączyć każdego rodzica z każdym dzieckiem. Teściowa często nie pozwala synowi albo córce 
korzystać z wolnej woli i żyć normalnie z wybranym małżonkiem. W tej nienaturalnej próbie utrzymania 
zaborczej władzy dorosłego nad dzieckiem syn lub córka także mogą nie być bez winy. Wszyscy 
widzieliśmy dzieci lgnące kurczowo do matki; to powodowało, że mąż traktowany był jak obcy, a 
matka i dziecko zachowywały formę bliskości uniemoiliwiającą poprawny związek małżeński. 
Może to być jeden z najtrudniejszych do rozwiązania problemów. Zdarza się, że syn czy córka pragnie 
pozostawać wobec matki w roli ciągle małego dziecka. Tworzy się między nimi stosunek „szczepionej 
winorośli", chyba że jedno dominuje nad drugim. Ponieważ w tego typu więzi ojciec pozostaje zwykle 
na uboczu, przyczynia się to do braku pełni i równowagi w jego życiu. A kogoś, kto wżenia się w taki 
układ, czekać może tylko życie pełne powikłań i rozczarowania. Od osoby takiej będzie się żądać 
podejmowania wszystkich decyzji, rozwiązywania wszystkich problemów, brania odpowiedzialności za 
ich następstwa, a także życia dwoma życiami zamiast jednym-swoim i swojego partnera. Chyba że w 
rzeczywistości decyzje podejmują matka i dziecko i dominują w obu rodzinach. Często to mężczyzna 
nie potrafi stać na własnych nogach, a żona jest żywicielką, osobą planującą i ostoją rodziny. Takie 
sytuacje mogą zniszczyć życie wszystkich związanych z sobą stron. 
W każdej dużej rodzinie są osoby, które mają skłonność do dominacji, i takie, które albo się buntują, 
albo ustępują. Normalne stosunki między dziadkami, rodzicami i dziećmi oraz teściami tworzą 
szczęście i gładko funkcjonującą formę jedności rodzinnej, która jest ideałem. Ale jeśli chociaż jeden 
członek rodziny trzyma się kurczowo drugiego, dominuje albo w jakiś inny sposób odchodzi od 
normalnego trybu życia i współpracy w związku, cierpi cała rodzina. 
Gdyby udało się odłożyć na bok emocje, jakie budzą się w niższych Ja, a rodzina zebrałaby się i 
otwarcie, rozsądnie omówiła zachowanie różnych jej członków, można by łatwo wszystko poprawić 
albo przynajmniej odpowiednio zaradzić nieumiejętności normalnego współżycia słabszych osób. 
Ale w przeciętnej rodzinie, jak w żadnej innej grupie, często obok miłości występuje zazdrość. Bardzo 
ciężko jest przyjąć krytykę od ukochanej osoby, która, jak wierzymy, także nas kocha. Winowajca 
może płonąć ze wstydu albo, wzburzony, chować urazę i złość. Z reguły, przynajmniej w większości 
rodzin, ktoś zmuszony jest objąć kierownictwo, zdeptać uczucia winnego i postanowić, co dalej czynić. 
(Albo inaczej łagodzi się konflikty, nie naprawiając sytuacji, i wtedy ujawniają się one raz po raz, 
niszcząc spokój wszystkich). 
Ci, którzy wiedzą, czym są emocje – że to bezrozumne reakcje niższego Ja, które nie potrafi 
poprawnie rozumować – mogą postarać się nauczyć rodzinę omawiania trudności łagodnie i 
bezosobowo. Będzie to pewnie wymagało czasu i praktyki. Najpierw można by pokusić się o podjęcie 
drobnych problemów – byłby to trening, zanim zajmiemy się większymi i trudniejszymi. Kiedy urażone 
są emocje, trzeba postępować łagodnie i ze zrozumieniem. Jeśli najpierw uprzedzimy osobę, która 
zawiniła, że rozmowa może zranić jej uczucia i spowodować dziecinny wybuch, można by takiemu 
zachowaniu zapobiec. 
Tak czy inaczej, najważniejszą sprawą, o której należy pamiętać, jest to, że winowajcę się kocha bez 
względu na to, co uczynił albo czego zaniedbał uczynić. Miłość to wspaniały balsam, doskonałe 
spoiwo szczęśliwego związku. Trzeba wspomnieć, że kochamy, na nowo to potwierdzić, przyznać, że 
miłość jest jedyną najważniejszą rzeczą w rodzinie. Jeśli będziemy stale mieli to w pamięci, wspólne 
rozmowy i wspólne podejmowanie decyzji dla dobra wszystkich zainteresowanych dadzą się polubić. 

background image

Wyznanie „win" jest w rozsądnej rozmowie tak ważne, jak ważna jest miłość dla jedności rodziny. 
Żadnemu jej członkowi nie należy pozwolić na chowanie tajemnych uraz, na dąsy, na nieprzyznanie 
się, o co chodzi. Właściwą porą, by nauczyć się, jaki pożytek płynie z otwartego i dobrowolnego 
wyznania, jest dzieciństwo. By sprowokować wyznanie tajemnic jątrzących serce, trzeba użyć miłości. 
Dziecko nauczy się, że wszystko można naprawić, że każdą trudność można rozwiązać, jeśli się ją 
otwarcie i rozsądnie przedyskutuje. 
Rodzina, każda osoba w rodzinie, powinna mieć przed oczyma ideał Wyższych Ja, ponieważ tym 
ideałem mamy się stać. Przede wszystkim musimy pamiętać, że miłość Wyższych Ja nawet do 
najbardziej niekochanej istoty ludzkiej nigdy nie zawodzi. Ta miłość spogląda ponad obecnymi wadami 
w przyszłość i widzi chwilę, gdy człowiek opanuje już wszystkie swoje lekcje i z czarnej owcy 
przemieni się w białą, czyli normalną. Wyższe Ja są absolutnie godne zaufania, ponieważ nigdy nie 
przekraczają prawa nakazującego pozostawienie średniemu Ja wolnej woli; tylko stosując ją średnie 
Ja może się rozwijać, nawet jeśli odbywa się to kosztem bolesnych błędów. 
Wyższym Ja, naszym Aniołom Stróżom, wolno jest chronić nas przez całe życie od chwili przyjścia na 
świat. Czynią to na nieskończenie wiele sposobów. „Przypadkowe" wydarzenia, które ratują nas od 
katastrofy, są zwykle przez nie dobrze zaplanowane. Dopiero w przypadku, kiedy jesteśmy 
zdecydowani zrobić coś niemądrego, pozwala nam się poznać przez trudne doświadczenie, że nasz 
czyn był zły. Dziecku można często mówić, że ogień parzy, ale dopiero doświadczenie tego na 
własnej skórze nauczy je lepiej od słów. Tak samo jest z Wyższymi Ja, które podpowiadają nam 
poprzez sumienie, byśmy się powstrzymali przed jakimś krzywdzącym słowem czy czynem; muszą 
one jednak pozwolić nam na samodzielne przekonanie się, że krzywdzenie innych niszczy jedność, 
jaka powinna łączyć wszystkich ludzi, i sprowadza niezgodę i nieszczęście. 
Niższe Ja nie ma jeszcze wolnej woli, ale powoli wkracza w etap, kiedy ją odziedziczy. Z tego powodu 
to my musimy podejmować decyzje, jak najlepiej postępować, i dopilnować ich wykonania. W związku, 
który tworzymy z niższym Ja, pozostajemy w relacji rodzica do dziecka. Niższe Ja można porównać 
do dziecka, które często ma bardzo silne, nawet jeśli nierozsądne, pragnienie zrobienia albo 
niezrobienia tego czy tamtego. I tak jak dziecko, człowiek często nie potrafi powstrzymać się przed 
zrealizowaniem swego pragnienia, nawet jeśli nie jest dobre. Trzeba zawsze pamiętać, że my, średnie 
Ja, mamy obowiązek wyćwiczenia niższych Ja tak, aby stały się ludzkie, a nie nadal we wszystkim, co 
robią, pozostawały zwierzętami. Jeśli zaniedbujemy ten obowiązek, rozwój całego człowieka opóźnia 
się. Łakomstwo, lenistwo, uleganie emocjom niepożądanym albo niszczącym normalne życie – tego 
wszystkiego i setek innych rzeczy musimy się starannie wystrzegać. 
Kiedy jednak niższe Ja jest jak zastraszona żona, potrzebuje mniej kontroli, a więcej zachęty. 
Normalne życie wymaga, by wszystkie trzy Ja odgrywały właściwą rolę w życiu człowieka. Niższe Ja 
ma prawo do radości z wysiłku fizycznego i do przyjemnego posługiwania się zmysłami. Ma również 
prawo do kochania, do towarzystwa, bezpieczeństwa, zapewnionego wyżywienia i odrobiny komfortu. 
Uznawszy te potrzeby i status poprawnego związku z niższym Ja, możemy zapewnić „młodszemu 
bratu" należny mu udział w życiu. Odpowiedni wysiłek fizyczny, gry i zabawy, muzyka – wszystkie 
rzeczy, które lubi i które przyczyniają się do jego szczęścia, a zatem do zdrowia ciała i psychiki, są 
również dobre dla średniego Ja. Jeśli niższe Ja i jego ciało są źle traktowane, my, goście w cielesnym 
domu, także cierpimy. 
Na szczęście więź jest takiej natury, że poprzez niższe Ja możemy odczuwać i cieszyć się wszystkim, 
co sprawia mu przyjemność. I odwrotnie, chociaż ono nie potrafi zrozumieć wielu rzeczy, które lubi 
robić średnie Ja, w dużym stopniu podziela uczucia przyjemności odczuwane przez „starszego brata". 
Wydaje się, że stoi jak zainteresowany widz, a tymczasem całymi godzinami, nie skarżąc się, chętnie 
pomaga w robieniu tego, czego nauczyliśmy je robić; to jego udział w pracy, jaką pragniemy wykonać. 
Szyje, przycina i stara się, nawet jeśli pokłuje palce i bolą plecy. Posługuje się narzędziami, wykonuje 
mechaniczną stronę pracy i nieskończoną ilość robót, które nie dają przyjemności zmysłowej; cieszy 
się nimi jednak na swój sposób, ponieważ praca raduje średnie Ja. 
W normalnych warunkach związek między niższymi a średnimi Ja jest bardzo satysfakcjonujący. 
Stanowi niemal przykład doskonałej współpracy i współzależności. W nienormalnych warunkach, 
kiedy niższemu Ja nie pozwala się właściwie korzystać z życia i przez jakiś czas nie zwraca się uwagi 
na jego naturalne pragnienia, toczy się między jaźniami cicha wojna. Brak harmonii prowadzi do braku 
zdrowia. Głupotą jest prowadzić taki styl życia, który uniemożliwia dwóm Ja zgodne współistnienie. 
I najważniejsze – w normalnym i szczęśliwym życiu Wyższe Ja też musi mieć swój właściwy udział. 
Kiedy to się stanie i w bliskim związku naszych trzech Ja zapanuje harmonia, to zarówno w tym, jak i 
w następnym życiu osiągniemy najlepsze możliwe warunki. 

background image

ĆWICZENIE 

Wyobraź sobie sytuacje, w których bierzesz udział w rodzinie albo w grupie znajomych. Wyobraź 
sobie podobne sceny z innymi ludźmi. Pomyśl, co mógłbyś powiedzieć albo zrobić, żeby pomóc grupie 
zrozumieć, na czym polega naturalny styl życia i współpracy. W wyobraźni powiedz im, czego 
nauczyłeś się, studiując Hunę, i co według ciebie można by zrobić, aby poprawić i znormalizować 
stosunki w grupie – jak uczynić związek pełniejszym, bardziej pomocnym dla wszystkich 
zainteresowanych, bardziej zbliżonym do ideału. Z pomocą Wyższego Ja zacznij wprowadzać te 
pomocne myśli w życie, jedną po drugiej. 
  
AFIRMUJ: Będę codziennie dążył do ustanowienia normalnych stosunków w związkach, jakie mam z 
osobami dookoła mnie. Będę okazywał rozsądek, a następnie spróbuję pokazać innym, jakie korzyści 
płyną ze stawiania rozsądku na pierwszym miejscu i niepowodowania się emocjami. Będę uważał 
Wyższe Ja za ideał doskonałej miłości, doskonałego posłuszeństwa prawu, które mówi, że średnim Ja 
trzeba pozwolić na stosowanie wolnej woli; będą dla mnie stałym przykładem tolerancji, zrozumienia i 
niesienia pomocy. 
Będę proponował pomoc, ale nigdy nie będę jej narzucał siłą. Dopilnuję, aby nikt nie obrabował mnie z 
możliwości wyrażania mojej wolnej woli i będę szanował prawo innych osób, młodych i starych, do 
tego samego dziedzictwa. 
Codziennie będę starał się dzielić moje życie z niższym i Wyższym Ja, z którymi wiąże mnie tak bliski 
związek. Nie będę nikogo zastraszał, ani się na nikim opierał. Będę stał mocno na własnych nogach i 
zachęcał innych do tego samego. Codziennie będę dążył do tego, by moje życie zbliżało się pod 
każdym względem do normalności. 
  
AFORYZM VIII: Szczęśliwy jest człowiek, który przestaje żyć tak, jak radził to ślepiec innym ślepcom, i 
używa swego danego mu od Boga zdrowego rozsądku do osiągnięcia we wszystkim normalności. 
Normalnym jest kochać Wyższe Ja. Kochanie niższego Ja to droga do zdrowia i szczęścia. Kochać, z 
oddaniem pracować ze wszystkimi wokół i nieść im pomoc to pewna droga do rozwoju i zadowolenia. 
Powodzenie to posiadać dość. by móc nakarmić bliźniego w potrzebie. Mieć nadmiar i nie nakarmić 
głodnego to najgorsza z klęsk. Dysponować energią w ciele i nie dzielić się nią z Ojcem-Matką to 
zapraszanie nieszczęścia. Najpierw poznaj siebie. Potem staraj się poznać i zrozumieć ludzi wokół 
ciebie. 
Dochodzimy zatem do końca naszych czytań. Nie było ich tak wiele, lecz pokazane zasady i 
proponowane ćwiczenia mające nauczyć nas, jak najlepiej wykorzystać poznaną wiedzę, większości z 
nas pochłoną dni, tygodnie i miesiące czasu i wysiłku. Ale rozwój ewolucyjny wart jest każdego 
wysiłku, a po drodze czeka wiele nagród. Ilość dobrodziejstw, jakimi mogą nas obsypać kochający 
Ojciec-Matka jest nieskończona; nauczmy się tylko działać pod ich mądrym kierownictwem. 
Ścieżka nie jest nowa. Celem nadal pozostaje integracja albo związek jedność z Wyższym Ja i pełna 
miłości współpraca między trzema Ja, a potem między nami i osobami wokół nas. Nie ma pośpiechu. 
Mamy przed sobą cały istniejący czas; szczęście jednak daje ruch naprzód, a ze stania w miejscu 
bądź cofania się wynika pewne cierpienie. Droga jest wyraźnie oznakowana. Możemy iść naprzód bez 
niebezpieczeństwa zagubienia się, z pogodą i ufnością. Nasze zbawienie spoczywa w naszych 
sękach, jeśli tylko będziemy o nie zabiegać. 

 
 
 
 
 
 
 


Document Outline