background image

Jack Higgins 

Mroczna strona wyspy

Dla Ruth

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

DŁUGI POWRÓT

background image

1

NA KYROS NIC SIĘ NIE ZMIENIA

Rozebrany do pasa Lomax leżał zlany potem na wąskiej koi 

w dusznej kabinie i wpatrywał się w brudny, łuszczący się sufit.

Gdy patrzyło się nań dosyć długo, stawał się całkiem wierną 

mapą Morza Egejskiego. Lomax zjechał w dół wyimaginowanej 

mapy,  od  Aten przez   Cyklady  do większej   masy  lądu,  która 

miała   przedstawiać   Kretę,   tam   jednak,   gdzie   powinno   się 

znajdować Kyros, była tylko pusta przestrzeń morza. Z jakiegoś 

powodu sprawiło to, że poczuł się nieswojo i opuścił nogi na 

podłogę.   Wstał,   chlusnął   wodą   do   porysowanej   miednicy 

stojącej   pod   lustrem   obok   koi   i   zmył   z   siebie   pot.   Miał 

muskularne   ramiona,   ciało   opalone   na   brąz   i   sprawne,   więc 

brzydka pomarszczona blizna po starej ranie od kuli pod lewą 

piersią wyglądała jakoś ponuro i nie na miejscu.

Kiedy   się   wycierał,   z   miski   spoglądał   na   niego   jakiś 

nieznajomy   mężczyzna   o   skórze   mocno   naciągniętej   na 

wystających   kościach   policzkowych   i   ciemnych,   smutnych 

oczach.

9

background image

W momencie gdy sięgał po koszulę, drzwi kajuty 

otworzyły się i zajrzał steward.

— Kyros   za   pół   godziny,   panie   Lomax   —   rzucił

po grecku.

Drzwi zamknęły się za nim i Lomax po raz pierwszy 

poczuł lekkie podniecenie. Nałożył lnianą marynarkę i 

wyszedł na pokład.

Gdy   stanął   przy   balustradzie,   patrząc   jak   Kyros 

wyrasta stopniowo z morza, ze sterówki wynurzył się 

kapitan   Papademos   i   przystanął   obok   niego.   Był   to 

silnie zbudowany mężczyzna, prawie czarny od słońca, 

z twarzą pooraną zmarszczkami.

Przyłożył zapałkę do swojej fajki.

Jest lekka mgła od upału, ale jeśli przyjrzy się pan 

dobrze, zobaczy pan w oddali Kretę. Niezły widok, co?

To za mało powiedziane — odparł Lomax.

— Byłem   wszędzie,   gdzie   żeglarz   jest   w   stanie 

dotrzeć   —   ciągnął   Papademos.   —   I   na   koniec   od-

kryłem, że podróżuję w kółko.

Czyż wszyscy tego nie robimy? — Lomax wyjął 

papierosa i kapitan podał mu ogień.

— Jak   na   Anglika,   włada   pan   świetnie   greckim. 

Nigdy   nie   słyszałem   obcokrajowca   mówiącego   nim 

tak dobrze. Był pan już tu kiedyś?

Lomax skinął głową.

— Dawno temu. Przed powodzią.

Przez   chwilę   Papademos   wyglądał   na   zdezorien-

towanego, ale zaraz twarz mu się rozjaśniła.

— Rozumiem. Był pan na wyspach w czasie wojny.

— Zgadza się. Działałem głównie na Krecie, pra-

cowałem z EOK.

— O! — Papademos pokiwał głową. — To były

10

background image

ciężkie czasy dla nas wszystkich. Ludzie na tych wys-

pach nie zapomnieli, ile im Anglicy pomogli. Zaglądał 

pan tu od tego czasu?

— Nigdy nie miałem na to ochoty. W każdym razie 

zawsze wydawało mi się, że mam coś ważniejszego do 

roboty. Wie pan, jak to jest.

— Życie,   przyjacielu,   chwyta   nas   za   gardło.   — 

Kapitan znowu pokiwał głową. — Ale siedemnaście lat 

to szmat czasu. Człowiek się zmienia.

Każdy się zmienia — stwierdził Lomax.

— Ma pan rację. Ale dlaczego Kyros? Znam lepsze 

miejsca.

— Jest   paru   ludzi,   których   chciałbym   odwiedzić, 

jeśli tam jeszcze mieszkają. Chciałbym zobaczyć, czy 

oni też się zmienili. Później pojadę na Kretę i Rodos.

— Na   Kyros   nic   się   nie   zmienia.   —   Papademos 

splunął w wodę. — Dziesięć lat pływam na tej trasie, a 

oni ciągle mnie traktują, jakbym był zadżumiony.

Lomax wzruszył ramionami.

— Może po prostu nie lubią obcych.

Papademos potrząsnął głową.

— Oni nie lubią nikogo. Jest pan pewien, że ma tam 

przyjaciół?

— Mam nadzieję.
— Ja też. Bo jeżeli nie, to trafił pan nieszczególnie i 

będzie pan tam musiał tkwić przez tydzień, aż znowu 

przypłynę.

— Zaryzykuję.

Papademos postukał fajką o balustradę, wytrząsając 

popiół.

-   Będziemy   tu   stać   cztery   godziny.   Może   by   pan 

rozejrzał się szybko po wyspie, przez wzgląd na

11

background image

dawne czasy, a potem popłynął ze mną dalej, na 

Kretę? Lepiej pana przyjmą w Heraklionie niż tutaj. 

Lomax pokręcił głową.

— Za tydzień może skorzystam z tej propozycji, ale 

teraz nie.

— Jak pan chce. — Papademos wzruszył ramiona-

mi i wrócił do sterówki.

Byli   już   teraz   blisko   brzegu   —   wielki   centralny 

szczyt wyspy wznosił się nad nimi na wysokość trzech 

tysięcy stóp. Gdy mały parowiec opływał zagięty cypel 

usiany   białymi   domami,   na   morze   wypłynęła 

jednomasztowa caicąue z wydętym przez wiatr żaglem. 

Przepłynęła tak blisko nich, że Lomax dojrzał wielkie 

oczy wymalowane po obu stronach dziobu.

Człowiek   przy   rumplu   pomachał   niedbale,   więc 

Lomax   również   podniósł   rękę.   W   tym   momencie 

warkot silników zaczął słabnąć i zwolnili, by wpłynąć 

do zatoki.

Na   białym   piasku   leżały   jaskrawo   pomalowane 

caicques,  a   obok   nich   siedzieli   w   małych   grupkach 

rybacy, naprawiając sieci. Dzieci pokrzykując ganiały 

się na płyciźnie.

Lomax wrócił do kajuty i zaczął się pakować. Nie 

trwało to długo. Kiedy skończył,  postawił  płócienną 

torbę i przenośną maszynę do pisania na koi i wrócił 

na pokład.

Przesuwali   się   już   wzdłuż   kamiennego   mola.   Po 

chwili   silniki   zatrzymały   się.   W   ogromnym   upale 

wszystko wydawało się dziwnie nieruchome.

Na molo trzech starców drzemało w słońcu, a jakiś 

chłopak,  z małym   czarnym   psem  u  boku,  siedział  z 

zarzuconą linką od wędki.

12

background image

Gdy steward wynurzył  się z kajuty, niosąc torbę i 

maszynę Lomaxa, ze sterówki wyszedł Papademos.

— Nie ma pan zbyt dużo bagażu — stwierdził.

Tak najłatwiej podróżować — odparł Lomax. — 

Co teraz? Po prostu schodzę z pokładu? Nikt nie chce 

oglądać moich dokumentów?

Papademos wzruszył ramionami.

— Jest tu sierżant policji o nazwisku Kytros, który

zajmuje się tym wszystkim. Szybko się dowie, że pan

tu jest.

W tym czasie kilku marynarzy ustawiało już schod-

nię.   Założywszy   ciemne   okulary,   Lomax   zszedł   za 

stewardem.

Wyjmując portfel, by dać mu napiwek, czuł na sobie 

ciekawe   spojrzenia   siedzących   na   molo   staruszków. 

Chłopak   łowiący   ryby   zwinął   swoją   linkę   i   kiedy 

steward wrócił na pokład, podbiegł do Lomaxa z psem 

u nóg.

Miał może ze dwanaście lat i chudą buzię, z której 

bystro patrzyły ciemne, inteligentne oczy. Ubrany był 

w za duży sweter i połatane spodnie. Przez chwilę z 

ciekawością   przyglądał   się   przybyszowi,   po   czym 

odezwał się wolno po angielsku:  — Chce pan dobry 

hotel?   Naprawdę   dobrze   się   tam   opiekują 

amerykańskimi turystami.

Dlaczego   uważasz   mnie   za   Amerykanina?   — 

spytał go Lomax po grecku.

— Ciemne   okulary.   Wszyscy   Amerykanie   noszą 

ciemne okulary.  — Chłopak instynktownie odparł w 

tym samym języku i nagle uniósł ze zdumieniem dłoń 

do ust. — Pan mówi po grecku tak dobrze jak ja! Skąd 

pan umie?

13

background image

— Nie przejmuj się tym. Jak się nazywasz?

Yanni — powiedział chłopak. — Yanni Melos. 

Lomax wyjął z portfela banknot i uniósł go.
— W   porządku,   Yanni.   To będzie  dla   ciebie,   jak

dojdziemy   do   tego   twojego   hotelu,   gdzie   niby   tak

dobrze   traktują   Amerykanów.   Lepiej,   żeby   to   był

naprawdę najlepszy hotel.

W brązowej twarzy Yanniego błysnęły zęby.

— To jedyny w mieście, proszę pana. — Podniósł

torbę i maszynę do pisania i ruszył naprzód, a Lomax

za nim.

Nic   się   nie   zmieniło.   Ani   jedna   cholerna   rzecz. 

Nawet   bunkier,   zbudowany   przez   Niemców   dla 

ochrony mola, stał wciąż, choć beton kruszył się już 

trochę   na   krawędziach.   Brakowało   jedynie   niemiec-

kich łodzi torpedowych w zatoce i hitlerowskiej flagi 

nad ratuszem.

Chłopak prowadził pomiędzy wysokimi pobielony-

mi domami, oddalając się od nabrzeża. Raz czy dwa 

minęli kogoś siedzącego na progu, ale o tej porze ulice 

były wyludnione.

Hotel zajmował jedną stronę malutkiego wybruko-

wanego placu, z kościołem naprzeciwko. Na zewnątrz 

stało sporo drewnianych stolików, lecz nie było żad-

nego klienta i Lomax domyślił się, że miejsce to ożyje 

prawdopodobnie dopiero wieczorem.

Wszedł za chłopcem do dużego pomieszczenia o ka-

miennej podłodze i niskim suficie. Były tam również 

stoły i krzesła, a w rogu bar z marmurowym blatem, za 

którym na drewnianych półkach stały butelki. Yanni 

położył torbę i maszynę na blacie, po czym zniknął w 

tylnych drzwiach. Po spiekocie na dworze

14

background image

panował tu przyjemny chłód. Lomax oparł się o kon-

tuar i czekał.

Doszedł go cichy szmer rozmowy i zaraz potem dał 

się słyszeć jakiś dziewczęcy głos, wysoki i besztający: 

„Zawsze mnie  okłamujesz!" Rozległ się odgłos ude-

rzenia twarz i Yanni wpadł do sali z pochyloną głową, 

a za nim młoda dziewczyna w niebieskiej sukience i 

(białym   fartuchu.   Zatrzymała   się   nagle,   gdy   ujrzała 

Lomaxa. Chłopak uczynił dramatyczny gest.

— No co, nie mówię prawdy?

Dziewczyna — szesnasto- albo siedemnastoletnia — 

o ładnej, okrągłej twarzy, podeszła bliżej, wycierając 

mąkę   z   rąk   w   fartuch.   Stanęła,   patrząc   na   Lomaxa 

bezradnie, zaczerwieniona z zakłopotania.

  —   W   porządku   —   odezwał   się.   —   Mówię   po 

grecku.

Na jej twarzy natychmiast pojawiła się ulga.

— Musi   mi   pan   wybaczyć,   ale   z   Yanniego   taki 

kłamczuch... Co mogę dla pana zrobić?

— Chciałbym   pokój.   Yanni   mówił   mi,   że   to  naj-

lepszy   hotel   w   mieście.   —   Wyglądała,   jakby   nie 

wiedziała,   co   powiedzieć,   więc   dodał   łagodnie:   — 

Rozumiem, że macie jakiś wolny?

— O,   tak   —   zapewniła   go.   —   Po   prostu   trochę 

mnie pan zaskoczył. Rzadko mamy turystów na Ky-

ros. Muszę wyprać pościel i przetrzepać materac.

— Nie   martw   się   tym   —  powiedział.   —  Nie   ma 

pośpiechu.

Wyjął  z portfela banknot i wręczył  go Yanniemu. 

Chłopak   obejrzał   go   uważnie   i   oczy   mu   się   roz-

szerzyły. Spojrzał tęsknie na otwarte drzwi, westchnął 

i niechętnie oddał pieniądze.

15

background image

— Chyba się pan pomylił, proszę pana. To za dużo.

Lomax zamknął dłoń chłopca na banknocie.
— Nazwijmy   to   zapłatą   z   góry   za   twoje   usługi.

Mogę cię jeszcze potrzebować.

Twarz Yanniego rozjaśnił uśmiech.

— Jest pan moim przyjacielem. Mam nadzieję, że

zostanie pan długo na Kyros.

Zagwizdał na psa i wybiegł  na plac. Lomax pod-

niósł torbę i maszynę i odwrócił się do dziewczyny.

— On   jest   niemożliwy   —   stwierdziła   i   ruszyła

pobielonym korytarzem.

— Wygląda na to, że mówi nieźle po angielsku.

Skinęła głową.

— Po   tym,   jak   jego   rodzice   utonęli,   mieszkał   na 

Rodos u rodziny matki. Myślę, że nauczył się go od 

turystów.

— Kto się nim teraz opiekuje?

— Mieszka ze swoją babcią, ale ona nie może zbyt 

wiele dla niego zrobić. Jest za stara.

Weszli po wąskich drewnianych schodach i skręcili na 

korytarz, który ciągnął się przez całą długość budynku. 

Dziewczyna przystanęła przed drzwiami na końcu.

— To bardzo zwyczajny pokój — powiedziała. —

Mam nadzieję, że pan to rozumie?

Skinął głową.

— To wszystko, czego potrzebuję.

Otworzyła  drzwi i weszła pierwsza. Umeblowanie 

było rzeczywiście niewyszukane — metalowe łóżko, 

umywalka i stara szafa. Tak, jak gdzie indziej w tym 

domu,   ściany   były   pobielone,   a   drewniana   podłoga 

wyfroterowana   na   wysoki   połysk.   I   wszystko   nie-

skazitelnie czyste.

6

background image

Lomax podszedł do okna i otworzywszy je wyjrzał 

ponad   pokrytymi   czerwoną   dachówką   dachami   na 
zatokę.

— Przecież tu jest wspaniale.

Odwrócił się i zobaczył,  że dziewczyna  uśmiecha 

się uradowana.

— Cieszy mnie, że się panu podoba. Jak długo pan

tu zostanie?

Wzruszył ramionami.

— Aż do przybycia łodzi za tydzień. Może dłużej,

nie wiem jeszcze. Jak cię zwą?

Zaczerwieniła się.

— Nazywam   się   Anna   Papas.   Chciałby   pan   coś

zjeść?

Potrząsnął głową.
— Teraz nie, Anno. Może później.

Uśmiechnęła się z zakłopotaniem i cofnęła do drzwi.

— W takim razie zostawię pana. Gdyby pan czegoś

potrzebował, czegokolwiek, proszę mnie zawołać. Bę

dę w kuchni.

Kiedy drzwi zamknęły się za nią, zapalił papierosa i 

stanął w oknie. Kilka łodzi rybackich wracało z morza, 

dostrzegł   też   mały   zardzewiały   parowiec 

przycumowany   do   mola.   Jakaś   mewa   zaskrzeczała 

przelatując nad dachami i nagle Lomax ucieszył się, że 

wrócił.

2 — Mroczna strona...

background image

2

MĘŻCZYZNA O IMIENIU ALEXIAS

Rozpakował się, a następnie umył, ogolił i założył 

czystą koszulę. Wkładał właśnie marynarkę, gdy roz-

legło   się   pukanie   do   drzwi   i   wszedł   niski   łysiejący 

mężczyzna.

Trzymał   pod  pachą  grubą  księgę  o usztywnionym 

grzbiecie  i uśmiechał  się przymilnie,  odsłaniając ze-

psute zęby.

— Proszę   mi   wybaczyć.   Mam   nadzieję,   że   nie

przeszkadzam?

Lomax od razu poczuł do niego niechęć, ale zdobył 

się na uśmiech.

— Ani trochę. Niech pan wejdzie.

Jestem   właścicielem   hotelu,   George   Papas   — 

przedstawił się niski mężczyzna. — Przepraszam,  że 

nie było mnie, kiedy pan przyszedł. Rankami pracuję 

w moim gaju oliwnym.

— Nic   się   nie   stało.   Pańska   córka   wspaniale   się 

mną zajęła.

Dobra z niej dziewczyna — stwierdził Papas z 

dumą.   Położył   książkę   na   stole   przy   oknie   i   ot-

worzywszy ją, wyjął pióro z wewnętrznej kieszeni

18

background image

marynarki.   —   Jeśli   nie   miałby   pan   nic   przeciwko 

temu, proszę wpisać się do rejestru. Wymóg prawny, 

rozumie  pan? Miejscowy sierżant policji jest bardzo 

drobiazgowy w tych sprawach.

Lomax z zainteresowaniem przejrzał książkę. Osta-

tni wpis został dokonany prawie rok wcześniej. Wziął 

do ręki pióro i w odpowiednich kolumnach umieścił 

swoje nazwisko, adres i narodowość.

— Wygląda na to, że nie macie tu zbyt wielu gości.

Papas wzruszył ramionami.
— Kyros to spokojne miejsce, gdzie nie ma prawie 

nic, co mogłoby przyciągnąć  turystów  — zwłaszcza 

Amerykanów.

Tak się składa, że jestem Anglikiem — stwier-

dził Lomax. — Może moje upodobania są prostsze.

Anglikiem! — Papas zmarszczył brwi. — Moja 

córka zapewniała mnie, że jest pan Amerykaninem.

— Tak jej pewnie powiedział chłopak, który mnie 

tu przyprowadził. Tylko mieszkam w Ameryce. Czy to 

ważne?

Nie, oczywiście, że nie. — Papas wyglądał na 

wyraźnie   zaniepokojonego,   gdy   obracał   rejestr,   by 

przeczytać  wpis. — Hugh Lomax,  Kalifornia. Naro-

dowość:   Anglik  —  wymamrotał   i  nagle   całym   jego 

ciałem wstrząsnął gwałtowny spazm.

Przez   chwilę   Lomax   sądził,   że   gospodarz   dostanie 

zaraz   jakiegoś   ataku.   Wziął   go   za   ramię,   by  zapro-

wadzić do krzesła, ale Papas podskoczył jak oparzony. 

Jego   twarz   nabrała   niezdrowego   żółtego   koloru   i   z 

wytrzeszczonymi oczami zaczął cofać się do drzwi. Na 

miłość boską, człowieku! — wykrzyknął  Lomax. — 

Co się stało?

19

background image

Papasowi   udało   się   otworzyć   drzwi   jedną   ręką, 

podczas gdy drugą przeżegnał się mechanicznie.

— Święta Matko Boska — wyszeptał i potykając

się wypadł na korytarz.

Lomax stał przez moment ze zmarszczonym czołem, 

po   czym   chwycił   książkę   i   ruszył   za   nim.   Kiedy 

wszedł do baru, Anna wycierała kieliszki. Podniosła 

na niego wzrok i uśmiechnęła się.

— Coś panu podać?

Potrząsnął głową, kładąc rejestr na kontuarze.

— Twój ojciec zostawił to w moim pokoju. Chciał-

bym zamienić z nim słowo, jeśli można.

— Niestety,   właśnie   wyszedł   —   powiedziała.   — 

Przed chwilą widziałam, jak przechodził przez plac.

Trudno.   To   może   poczekać.   Powiedz   mi,   czy 

jest   jeszcze   na   nabrzeżu   ta   karczma   zwana   „Małą 

Łódką"? Kiedyś była własnością człowieka o nazwis-

ku Alexias Pavlo.

Ciągle   jest   jego   własnością   —   odparła.   — 

Wszyscy znają Alexiasa. Jest w tym roku burmistrzem 

Kyros. — Zmarszczyła brwi ze zdziwieniem. — Ale 

skąd pan może wiedzieć o Alexiasie i „Małej Łódce"?

— Przypomnij mi, żebym ci to kiedyś powiedział 

— rzucił i wyszedł na jaskrawe słońce.

Gdy ruszył przez plac w stronę ulicy prowadzącej 

do   zatoki,   wynurzył   się   z   niej   Yanni   i   podbiegł   do 

niego  razem  ze   swoim   wrzaskliwym   psem.   Miał   na 

sobie szkarłatną koszulę, krótkie spodnie khaki i białe 

tenisówki. Zatrzymał  się w odległości kilku kroków, 

rozpostarł ramiona i wykonał piruet.

— Czyż nie wyglądam pięknie?

Co to ma być? — spytał Lomax.

20

background image

Yanni rozłożył ręce.

— Skoro pracuję dla takiego bogatego i ważnego 

pana, muszę odpowiednio wyglądać. To moje najlep-

sze rzeczy.

Dobrze mówisz — stwierdził Anglik. — Skąd je 

ukradłeś?

— Nie ukradłem ich! — zawołał chłopak z oburze-

niem.   —   Dostałem   je   od   mojego   bardzo   dobrego 

przyjaciela. Najlepszego, jakiego mam.

— W porządku, niech ci będzie.

Ruszył wybrukowaną ulicą w stronę zatoki, a Yanni 

dreptał obok.

— Dokąd chce pan najpierw iść?

— Do miejsca zwanego „Małą Łódką". 

Oczy chłopca rozszerzyły się.

— Nie, nie tam. To złe miejsce. Nie dla turystów. 

Dla rybaków.

To gdzie byś proponował? — spytał Lomax.

— Do   wielu   innych   miejsc.   Po   drugiej   stronie 

wyspy   jest   romańska   świątynia,   ale   musielibyśmy 

wynająć łódkę. To daleki spacer.

— Coś jeszcze?

— Na przykład grobowiec Achillesa.
— Pochowali go tam, co? 

Yanni skinął głową.

— Jasne. Każdy o tym wie.

— To musiał być kawał drogi z Troi. 

Chłopak zignorował tę uwagę.

— Moglibyśmy jeszcze zwiedzić klasztor Świętego

Antoniego, albo raczej to, co z niego zostało. Wysa

dzili go w czasie wojny.

- Tak słyszałem — powiedział Lomax i twarz mu 

pociemniała.

21

background image

Ale to oznaczałoby wspinanie się na górę. Pew-

nie stwierdziłby pan, że jest na to za gorąco.

Rzeczywiście, myślę więc, że na razie pójdziemy 

do „Małej Łódki".

Jak pan chce. — Yanni wzruszył ze zniechęce-

niem   ramionami   i   poprowadził   Lomaxa   wzdłuż   na-

brzeża.

Gospoda   stała   na   rogu   wąskiej   alejki.   Przed 

drzwiami chłopak zawahał się i spojrzał błagalnie na 

Anglika.

— Niech  mi   pan  pozwoli   zaprowadzić  się   gdzieś

indziej.

Lomax zmierzwił ręką włosy chłopca.

— Nie rób takiej zmartwionej miny. — Uśmiechnął

się szeroko. — Powiedzieć ci tajemnicę? Już tu kiedyś

byłem. Zanim w ogóle o tobie myślano.

Odwrócił się od oszołomionego Yanniego i zszedł 

po   kamiennych   stopniach   w   ciemny   chłód   „Małej 

łódki".

W   samym   wejściu   jakiś   młody   mężczyzna,   roz-

walony na krześle pod ścianą, śpiewał niskim głosem, 

delikatnie uderzając palcami  w struny  bouzouki.  Rę-

kawy   jego   koszuli   w   czerwono-zieloną   kratę   były 

starannie   podwinięte,   żeby   widać   było   napęczniałe 

bicepsy, a gęstwa kędzierzawych włosów opadała mu 

na tył kołnierzyka.

Nie   zadał   sobie   trudu,   żeby   usunąć   się   z   drogi 

Lomax — anonimowy w swych ciemnych okularach 

—   spoglądał   na   niego   przez   chwilę,   a   następnie 

przeszedł   nad   wyciągniętymi   nogami   i   wszedł   do 

środka.

Pierwszą osobą, jaką zobaczył, był kapitan Papa-

22

background image

demos, siedzący samotnie w rogu i pijący czerwone 

wino. Lomax uniósł rękę w pozdrowieniu, lecz kapitan 

odwrócił wzrok.

Wtedy Lomax uświadomił sobie ciekawy fakt. Wraz 

z Papademosem na sali było sześć osób, z czego cztery 

siedziały   razem   —   jednak   nikt   nie   rozmawiał.   Za 

kontuarem   stał   niski   żylasty   mężczyzna   o   skórze 

opalonej   na   ciemny   brąz.   Prawa   strona   jego   twarzy 

była zniekształcona przez brzydką bliznę, a oko przy-

kryte czarną przepaską. Opierał się o ladę trzymając 

gazetę i zupełnie ignorował Lomaxa. Dziwne było to, 

że   ręce   drżały   mu,   jakby   znajdował   się   w   stanie 

straszliwego napięcia.

Lomax zdjął okulary.

Jest tu gdzieś Alexias Pavlo? — odezwał się.

— Kto   chce   to   wiedzieć?   —   spytał   ochrypłym 

głosem mężczyzna za ladą.

— Stary przyjaciel — odparł Anglik. — Ktoś z jego 

przeszłości.

Z tyłu za nim grający na  bouzouki  uderzył ostatni, 

dramatyczny akord. Lomax odwrócił się powoli i zo-

baczył, że wszyscy na niego patrzą, nawet Papademos, 

a zza krawędzi drzwi spogląda blada, przerażona twarz 

Yanniego.   W   ciężkiej   ciszy,   jaka   zaległa,   wszyscy 

jakby przestali oddychać. Nagle jakiś człowiek wszedł 

przez paciorkową zasłonę, kryjącą drzwi z boku baru.

W swoim czasie musiał być potężnym mężczyzną, 

teraz jednak biały garnitur zwisał na nim luźno, jak na 

wielkim szkielecie. Ruszył powoli do przodu, wy-raźnie 

utykając   i   opierając   się   ciężko   na   lasce.   Jego   gęste 

wąsy miały kolor stali.

23

background image

— Alexias — powiedział Lomax. — Alexias Pavlo.

Tamten wolno pokręcił głową, jakby nie mógł

uwierzyć świadectwu własnych oczu.

— To   rzeczywiście   ty   —   wyszeptał.   —   Po   tych

wszystkich   latach   wróciłeś.   Kiedy   Papas   mi   powie

dział, myślałem, że postradał zmysły. Niemcy mówili.

że nie żyjesz.

Zasłona rozsunęła się ponownie i ukazał się George 

Papas. Twarz lśniła mu od potu i wyglądał na śmier-

telnie przerażonego.

— To   ja,   Alexias   —   Lomax   wyciągnął   rękę.   —

Hugh Lomax... nie pamiętasz?

Pavlo zignorował wyciągniętą rękę.

— Pamiętam   cię,   Angliku.   —   Mięsień   przy  jego

szczęce  drgał.  —  Jak mógłbym  cię  zapomnieć?   Jak

ktokolwiek na tej wyspie mógłby cię zapomnieć?

Nagle jego twarz wykrzywiła wściekłość. Usta ot-

worzyły   się,   jak   gdyby   chciał   coś   powiedzieć,   ale 

słowa uwięzły mu w gardle. Zamachnął się na oślep 

laską.

Lomaxowi udało się odparować cios i skoczył  do 

Pavlo, przyszpilając jego ręce do boków. Z tyłu jakieś 

krzesło przewróciło się z hukiem. Yanni krzyknął od 

drzwi ostrzegawczo. Gdy Lomax puścił Greka i chciał 

się odwrócić, jakieś muskularne ramię owinęło mu się 

wokół szyi, prawie go dusząc. Spróbował unieść ręce. 

ale były już unieruchomione. Pociągnięto go do tyłu.

Czterej mężczyźni, którzy siedzieli przedtem razem, 

rozłożyli   go   na   stole,   trzymając   niczym   w   imadle. 

Papademos   wstał   i   ruszył   do   drzwi,   lecz   człowiek 

grający przedtem na  bouzouki  pokręcił lekko głową i 

kapitan usiadł z powrotem.

24

background image

Grajek ostrożnie oparł swój instrument  o ścianę i 

podszedł do stołu. Przez chwilę wpatrywał się w Lo-

maxa   zimno,   po   czym   nagle   uderzył   go   mocno   w 

twarz. Lomax usiłował się wyrwać, ale nie miało to 

żadnego sensu. Pavlo odsunął gitarzystę na bok.

— Nie, Dimitri, on jest mój. Podnieście mu głowę,

żebym mógł go dobrze widzieć.

Lomax poczuł nagle na twarzy zimną ślinę i obudził 

się w nim gniew.

Na miłość boską, Alexias, o co tu chodzi?

To całkiem proste — odparł Pavlo. — Chodzi o 

moją  ułomną  nogę  i  o  twarz  Nikolego.  Jeśli  chcesz 

więcej, zawsze jest jeszcze ojciec Dimitriego i wielu 

innych   mężczyzn   i   kobiet,   którzy   zginęli   w   obozie 

koncentracyjnym w Fonchi.

Nagle wszystko zaczęło nabierać jakiegoś szalonego 

sensu.

Uważasz,   że   byłem   za   to   odpowiedzialny?   — 

spytał Lomax z niedowierzaniem.

Zostałeś   osądzony   i   skazany   dawno   temu   — 

stwierdził Pavlo. — Pozostał tylko wyrok do wyko-

nania. — Z kamienną  twarzą spojrzał na grajka. — 

Daj mi swój nóż do patroszenia, Dimitri.

Dimitri wyjął z kieszeni duży składany nóż i podał 

mu. Pavlo nacisnął guzik i wyskoczyło sześciocalowe, 

ostre jak brzytwa ostrze.

Lomax wierzgnął dziko, czując narastającą panikę. 

Zrobił ostatni rozpaczliwy wysiłek i zdołał wyswobo-

dzić jedną rękę. Zamachnął się, wbijając pięść w naj-

bliższą   twarz,   po   chwili   jednak   znowu   został   przy-

szpilony do stołu.

Dłoń trzymająca nóż drżała lekko, ale w 
oczach

25

background image

Pavlo była zimna stanowczość. Zrobił krok do przodu 

unosząc   broń,   lecz   w   tym   momencie   jakiś   głos   od 

drzwi zawołał:

— Rzuć to, Alexias!

Wszyscy się odwrócili i Lomax poczuł, że ucisk na 

jego ramionach zelżał. W drzwiach stał sierżant policji 

w sfatygowanym, wypłowiałym mundurze khaki. Spod 

jego ramienia wyglądał Yanni.

Nie wtrącaj się do tego, Kytros — powiedział 

Pavlo.

— Chyba   mówiłem   ci,   żebyś   rzucił   nóż   —   po-

wtórzył spokojnie Kytros. — Nie chciałbym być zmu-

szony prosić cię o to jeszcze raz.

— Ale ty nie rozumiesz. To jest ten Anglik, który 

był   tu   w   czasie   wojny.   Ten,   który   zdradził   nas 

Niemcom.

— Więc chcieliście zamordować go z zimną krwią? 

— spytał policjant.

Mały Nikoli uczynił niecierpliwy gest.

— To nie jest morderstwo. To sprawiedliwość.

Najwyraźniej mamy różne punkty widzenia. — 

Kytros spojrzał na Lomaxa. — Panie Lomax, proszę 

pójść ze mną.

Anglik zrobił krok do przodu, ale Dimitri złapał go 

za ramię.

— Nie, on tu zostaje! — zawołał ochryple.

Kytros odpiął klapę kabury i wyjął rewolwer. Kiedy

się odezwał, w jego głosie dźwięczała stal:

— Pan  Lomax   idzie   teraz   ze   mną.   Byłbym   zobo

wiązany,   Alexias,   gdybyś   nie   zmuszał   mnie   do   za

strzelenia któregoś z twoich przyjaciół.

Twarz Pavlo wykrzywiła się z wściekłości; wykona-

26

background image

wszy   półobrót,   jednym   gwałtownym   ruchem   wbił 

ostrze noża w stół.

— W porządku, Kytros. Niech ci będzie, ale dopil

nuj,   żeby   ten   człowiek   znalazł   się   o   czwartej   na

statku, gdy będzie odpływał. Jeśli nie, nie odpowiadam

za to, co się może stać.

  Lomax   chwiejnym   krokiem   minął   sierżanta   i   wy-

szedł na słońce. Na chwilę musiał oprzeć się o ścianę, 

klatka piersiowa falowała mu ciężko i z trudem łapał 

oddech. Kytros położył dłoń na jego ramieniu.

— Wszystko w porządku? Nic panu nie zrobili?

Lomax potrząsnął głową.

— Robię   się   po   prostu   trochę   za   stary  do   takich 

zabaw.

Wszyscy możemy to sobie powiedzieć — stwier-

dził   Kytros.   —   Moje   biuro   jest   zaraz   za   rogiem, 

byłbym rad, gdyby zechciał mi pan tam towarzyszyć. 

Gdy szli, Yanni pociągnął Lomaxa za rękę.

  — To ja sprowadziłem dla pana sierżanta, panie 

Lomax. Dobrze zrobiłem?   Lomax uśmiechnął się.

— Uratowałeś mi życie, synu.

Yanni zmarszczył brwi.

— Mówią,   że   jest   pan   złym   człowiekiem,   panie

Lomax.

A ty co o mnie myślisz? — spytał Lomax. 

Chłopak uśmiechnął się.

— Nie wygląda pan na złego człowieka.

— Więc nadal jesteśmy przyjaciółmi?
— Jasne.

Zatrzymali   się   przed   posterunkiem   i   Lomax   po-

klepał chłopca po głowie.

27

background image

— Przez   chwilę   będę   zajęty,   Yanni.   Wracaj   do

hotelu   i   czekaj   na   mnie.   —   Yanni   odwrócił   się   nie

chętnie, więc Lomax dodał: — Wszystko w porządku.

Sierżant Kytros nie wsadzi mnie do więzienia.

Mały gwizdnął na psa i pobiegli wzdłuż nabrzeża, a 

Lomax wszedł za Kytrosem po kamiennych schodach. 

W biurze stało biurko, kilka krzeseł i zdumiewająco 

nowa zielona szafka na akta.

— Chłopiec   najwyraźniej   się   do   pana   przywią

zał. — Policjant zdjął czapkę i usiadł za biurkiem. —

Szkoda, że nie zostanie pan tu dłużej. Przydałoby mu

się trochę dobrego wpływu.

Lomax przysunął sobie krzesło.

— Więc definitywnie wyjeżdżam, tak?    

Kytros rozłożył ręce.

Panie   Lomax,   proszę   być   rozsądnym.   Tam.   w 

„Małej Łódce", mogło być nieprzyjemnie, a nie jestem 

w stanie zagwarantować panu, że to się nie powtórzy. 

Alexias Pavlo jest ważnym człowiekiem na Kyros.

— Czy to czyni z niego Boga?

Sierżant potrząsnął głową.

— Nie   musi   być   Bogiem,   żeby   spowodować,   by 

ktoś pewnej ciemnej nocy pchnął pana nożem między 

żebra.

Alexias Pavlo, jakiego znałem siedemnaście lat 

temu, sam zabijał — zauważył Lomax.

Kytros zignorował to.

— Czy mógłbym zobaczyć pańskie dokumenty? —

Lomax  wyjął  swoje  papiery  z  wewnętrznej   kieszeni

i sierżant obejrzał je szybko. — Jaki jest cel pańskiej

wizyty na wyspie?

28

background image

Lomax wzruszył ramionami.

Byłem tu w czasie wojny. Pomyślałem sobie, że 

dobrze by było znowu zobaczyć to miejsce.

Ale dlaczego Kyros, panie Lomax? Wojna mu-

siała zaprowadzić pana w wiele miejsc.

— Tak się złożyło,  że tu wypadła  moja  pierwsza 

misja na drodze z Aten. To jedyny powód. Miałem też 

zamiar   odwiedzić   starych   przyjaciół   na   Krecie   i 

Rodos.   Oczywiście   jeśli   jeszcze   mam   tam   jakichś 

przyjaciół. Po tym, jak mnie przyjęto tutaj, zaczynam 

w to wątpić.

— Rozumiem — Kytros oddał mu dokumenty. — 

Wydają się absolutnie w porządku.

Co teraz będzie? — spytał Lomax.

— Zdawało   mi   się,   że   to   oczywiste.   Musi   pan 

odpłynąć statkiem o czwartej.

— Czy to rozkaz?

Kytros westchnął.

Panie Lomax, zauważyłem, że pańska wiza ma 

pieczątkę samego ministra. Posiada pan wpływowych 

przyjaciół w Atenach.

To jedno, czego może być pan pewny — stwier-

dził ponuro Lomax.

— Stawia   mnie   pan   w   sytuacji   bez   wyjścia   — 

powiedział sierżant. — Jeśli zmuszę pana do wyjazdu, 

narobię sobie kłopotów w Atenach. Z drugiej jednak 

strony,   jeśli   pan   zostanie,   ktoś   z   pewnością   będzie 

usiłował pana zabić i wina również spadnie na mnie.

— Ale ja muszę wyjaśnić tę sprawę. Chyba pan to 

rozumie? Na początek, czy może mi pan powiedzieć, 

dlaczego   ci   ludzie   uważają,   że   zdradziłem   ich 

Niemcom?

29

background image

— Wszystko,  co wiem,  słyszałem z ust osób trze

cich — odparł Kytros. — Sam jestem z lądu, a tutaj

przebywam dopiero od dwóch lat.

— Więc co pan proponuje?

Kytros spojrzał na zegarek.

— Ma   pan   dokładnie   godzinę   i   kwadrans   do   od

płynięcia   łodzi.   Myślę,   że   powinien   pan   pójść   do

kościoła   Świętej   Katarzyny   i   porozmawiać   z   ojcem

Janem. Był tu w tamtym czasie.

Lomax spojrzał na niego ze zdumieniem.

— Chodzi   panu   o   ojca   Jana   Mikali?   Przecież   po

znałem   go   tu   w   czasie   wojny   i   już   wtedy   miał   co

najmniej siedemdziesiąt lat.

To wspaniały staruszek. 

Lomax wstał i ruszył do drzwi.

— Dzięki za radę. Zobaczymy się później.
— O   czwartej   na   molo   —   powiedział   mu   Ky

tros.   —   I   proszę   pamiętać,   panie   Lomax:   czas   jest

pańskim wrogiem.

Przyciągnął   do   siebie   stos   papierów   i   sięgnął   po 

pióro, a Lomax wyszedł i poszedł z powrotem wzdłuż 

nabrzeża.

background image

3

DWIE ŚWIECE DLA ŚWIĘTEJ KATARZYNY

W   małym   kościele   panował   półmrok   —   w   głębi 

przy ołtarzu migotały świece i święta Katarzyna wy-

dawała się wypływać z ciemności, skąpana w delikat-

nym białym świetle.

Zapach   kadzidła   był   bardzo  silny  i   Lomaxowi   na 

chwilę   zakręciło   się   w   głowie.   Minęło   sporo   czasu, 

odkąd ostatni raz był w kościele. Wyciągnąwszy rękę, 

dotknął w ciemności zimnej chropowatości filaru, by 

powrócić  do rzeczywistości,  po czym   ruszył  wzdłuż 

ławek.

Ojciec Jan Mikali klęczał przy ołtarzu, pogrążony w 

modlitwie.   Jasna,   niemal   dziecięca   twarz   księdza 

wzniesiona   była   ku   niebu,   a   jego   broda   w   świetle 

świec błyszczała jak srebro na tle ciemnej sutanny.

Lomax usiadł w jednej z ławek i czekał; po chwili 

stary ksiądz przeżegnał się i wstał. Kiedy się odwrócił 

i ujrzał Lomaxa, nie okazał zdziwienia.

Anglik podniósł się powoli.

— Dużo czasu upłynęło, ojcze — odezwał się.

— Mówiono mi, że pan przyjechał — powiedział 

ojciec Jan.

31

background image

Lomax wzruszył ramionami.

— W   małym   mieście   nowiny   szybko   się   roz

chodzą.

Ksiądz skinął głową.

— Zwłaszcza złe nowiny.

Ojciec też...? — spytał gorzko Lomax. — Teraz 

wiem, że jestem w tarapatach.

— Nie   mnie   osądzać   pana,   ale   powrót   tu   był 

głupotą. Kiedy trawa wyrośnie na grobie, nie powinno 

się jej wyrywać.

— Wszystko, czego chcę, to odpowiedzi na parę 

pytań. Jeśli ojciec mi nie pomoże, to kto? Ojciec Jan 

usiadł w ławce.

— Najpierw j a chciałbym  p a n u  postawić pyta

nie.   Dlaczego  po  tych   wszystkich   latach  wrócił   pan

na Kyros?

Lomax wzruszył ramionami.

— Pod wpływem jakiegoś impulsu, przypuszczam.

Ale wiedział, że było w tym coś więcej — dużo

więcej. Zacisnął ręce i zmarszczył brwi, próbując sam 

to pojąć.

— Myślę,   że   przyjechałem   tutaj   w   poszukiwaniu

czegoś — odezwał się po chwili wolno.

— Czego? — zapytał staruszek.

Lomax ponownie wzruszył ramionami.

— Nie   bardzo   wiem.   Może   siebie   samego.   Czło-

wieka, którego utraciłem tam, w przeszłości, tyle lat 

temu.

— I myślał pan, że go znajdzie tu, na Kyros?
— Przecież   właśnie   tutaj   on   istniał,   ojcze.   Nie 

rozumie ojciec tego? Od dwóch czy trzech lat dzieje 

się ze mną coś dziwnego. Wydarzenia, w których

32

background image

przed tyloma laty uczestniczył na tych wyspach ten 

drugi, wydają mi się bardziej rzeczywiste niż to, co 

miało miejsce od tego czasu. I zdecydowanie ważniej-

sze. Czy to ma jakiś sens? Stary ksiądz westchnął.

Kapitanie   Lomax,   dla   tych   ludzi   tamten   czło-

wiek nie żyje od siedemnastu lat. Byłoby lepiej, gdyby 

go pan nie wskrzesił.

— W   porządku,   ojcze.   Ale   spójrzmy   na   fakty. 

Ostatni   raz   widziałem   Kyros   z   pokładu   niemieckiej 

łodzi   torpedowej,   która   zabierała   mnie   na   Kretę   po 

tym, jak wpadłem w ręce hitlerowców. Co się potem 

stało?

Wszyscy,  którzy panu pomagali,   zostali   aresz-

towani — powiedział ojciec Jan. — Razem ze swoimi 

najbliższymi  krewnymi. Kilku rozstrzelano dla przy-

kładu   na   głównym   placu,   resztę   wysłano   do   obozu 

koncentracyjnego w Grecji. Niewielu przeżyło brutal-

ne traktowanie w tym obozie.

I ludzie uważają, że ja byłem za to odpowiedzial-

ny? Że zdradziłem ich?

To  było  logiczne,   a  fakt,  że  Niemcy  pana  nie 

zabili, wydawał się tego dowodzić. Zwykle rozstrzeli-

wali   każdego   złapanego   brytyjskiego   oficera,   który 

współpracował z ruchem oporu w górach.

— Przecież to absurdalne.

— Był pan ciężko ranny, może pan bredził w go-

rączce. Skąd pan może być pewien? W takim stanie 

człowiek robi różne dziwne rzeczy.

Nie ma mowy — stwierdził z uporem Lomax. — 

Nie powiedziałem ani słowa, ojcze. Proszę mi wierzyć.

— Ciężko mi to panu mówić, ale widzę, że mu-

3 — Mroczna strona...

33

background image

szę — westchnął staruszek. — Pułkownik Steiner nie 

robił tajemnicy z faktu, że namówił pana do przeka-

zania mu informacji, jakich potrzebował, w zamian za 

darowanie życia.

Lomax   poczuł,   jak   zimny   wiatr   przeszedł   mu   po 

twarzy.

— Ale to nieprawda! Nie powiedziałem Steinerowi 

ani jednej cholernej rzeczy.

Więc kto to zrobił, kapitanie Lomax? Nie było 

nikogo innego. Niemcy byli bardzo dokładni. Włączyli 

w to nawet mnie.

Lomax spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Aresztowali ojca?

Grek uśmiechnął się łagodnie.

— Tak.   Ja   też   spróbowałem   rozkoszy   ich   obozu

w Fonchi.

Lomax ukrył twarz w dłoniach.

— To zaczyna się stawać jakimś koszmarem. Wie

ojciec o tym, że Alexias Pavlo próbował mnie zabić?

Przez twarz księdza przebiegł bolesny skurcz.

— A więc już się zaczęło? Przemoc rodzi przemoc.

Tego właśnie się obawiałem.

Lomax   wstał   i   zaczął   nerwowo   chodzić   wzdłuż 

ławek.   Na   chwilę   przystanął,   wpatrując   się   w   prze-

strzeń, po czym odwrócił się szybko.

Gdybym  naprawdę był winny tych okropności, 

czy sądzi ojciec, że ośmieliłbym się pokazać tu znowu, 

nawet  po  siedemnastu  latach?  Znam  te  wyspy  i ich 

mieszkańców. Spędziłem z nimi cztery lata w górach. 

Wyznają   zasadę   „oko   za   oko"   i   mają   najdłuższą 

pamięć na świecie.

— To prawda — stwierdził ksiądz. — Ale czy

34

background image

rzeczywiście   obecna   sytuacja   zaskoczyła   pana?   Na-

prawdę nie wiedział pan, co się wydarzyło w konse-

kwencji pańskiego postępowania?

Lomax   wpatrywał   się   w   niego   bezradnie   i   nagle 

zalała go wielka fala znużenia. Osunął się na ławkę, 

opuszczając ramiona w poczuciu porażki.

— To wszystko jest absurdalne.

Stary ksiądz wstał.

— Wierz mi, mój synu, nie żywię do ciebie urazy,

ale czuję zło, jakie twoja obecność tutaj może spowo-

dować.   Sądzę,   że   byłoby   lepiej   dla   nas   wszystkich,

gdyby   odpłynął   pan   na   parowcu,   który   tu   pana

przywiózł. Ma pan jeszcze czas.

Lomax skinął głową.

— Może ma ojciec rację.

Ojciec Jan wymamrotał błogosławieństwo.

— Muszę już iść. A ty wracaj na statek, mój synu.

Ruszył wzdłuż nawy, Lomax zaś został w ławce

z  głową  ukrytą  w dłoniach.  Umysł  miał  odrętwiały. 

Pochylił się do przodu i oparł głowę o filar.

Nagle ktoś wbiegł do kościoła, zatrzymał się i po 

chwili na kamiennych płytach rozległy się kroki.    

Lomax poczuł zapach perfum, zupełnie nie palujący   

do   tego   miejsca.   Wyprostował   się   gwałtownie.

W   półmroku   stała   młoda   dziewczyna,   z   głową 

przykrytą na wiejski sposób chustą. Oddychała ciężko, 

jakby przebiegła długą drogę, i stała, wpatrując się w 

niego bez słowa.

W  ustach mu   zaschło  i poczuł  niemal   strach,  po-

nieważ to było prawie niemożliwe.

— Katina! — wychrypiał. — Mała Katina Pavlo.

35

background image

Przysunęła się bliżej, dotykając ręką jego policzka, 

a   jej   twarz   nagle   stała   się   twarzą   pięknej   dojrzałej, 

trzydziestokilkuletniej kobiety. W blasku świec wyda-

wała się promieniować.

— Niemcy powiedzieli nam, że nie żyjesz — ode

zwała się. — Że statek, na którym wysłali cię na 

Kretę, został zatopiony.

Skinął głową.

— Bo to prawda. Ale mnie uratowano.

Usiadła obok niego, tak blisko, że przez lnianą

sukienkę czuł ciepło jej uda.

— Robiłam   zakupy,   gdy   usłyszałam,   że   przypłyną

łeś   na   parowcu   z   Aten.   Nie   mogłam   w   to   uwierzyć.

Biegłam całą drogę.

Czoło miała wilgotne od potu, więc wyjął chustecz- i 

kę i wytarł je delikatnie.

— Niedobrze biegać w takim gorącym słońcu.        

Uśmiechnęła się lekko.

— Minęło siedemnaście lat, a ty ciągle traktujesz i 

mnie jak dziecko.

— Przed chwilą myślałem, że ciągle nim jesteś, ale 

to była tylko gra świateł.

A więc tak mało się zmieniłam?

— Stałaś się tylko piękniejsza.

Nozdrza rozszerzyły się jej i coś zamigotało w ciem-

nych oczach.

— Myślę, że byłeś zawsze najbardziej szarmanckim

mężczyzną, jakiego kiedykolwiek znałam.

Przez moment czas przestał mieć jakiekolwiek zna- 

czenie, teraźniejszość i przeszłość zlały się w jedno. W 

jakiś sposób było to tak, jakby już kiedyś przedtem 

siedzieli razem w blasku świec tego małego kościółka,

36

background image

jakby   wszystko,   co   się   wydarzyło,   było   kołem   ob-

racającym się bez końca.

— Skąd wiedziałaś, że tu jestem? — spytał, biorąc 

ją delikatnie za rękę.

— Sierżant Kytros mi powiedział. — Zawahała się. 

— Słyszałam o tym,  co się stało w „Małej Łódce". 

Musisz wybaczyć mojemu wujowi. Czasami myślę, że 

nie jest już przy zdrowych zmysłach. Od tylu lat żyje 

w wielkim bólu.

 — I obwinia o wszystko mnie? 

Skinęła z powagą głową.

— Obawiam się, że tak.

 - Razem ze wszystkimi innymi tutaj, łącznie z ojcem 

Janem... Dlaczego więc ty miałabyś uważać inaczej?

— Bo ja wiem, że poświęciłeś się dla tych ludzi —

stwierdziła spokojnie.

Zaśmiał   się   —   jego   śmiech   zabrzmiał   ochryple   i 

nieprzyjemnie.

Spróbuj powiedzieć to Alexiasowi i jego kum-

plom, a zobaczymy, co z tego wyniknie.

— Zrobiłam to już dawno temu — powiedziała. — 

Ale tylko jedna osoba mi uwierzyła.

Zmarszczył brwi.

— Kto?

— Oliver van Horn.

Powiedzieli   mi   w   Atenach,   że   został   tu   po 

wojnie. Bardzo chciałbym go odwiedzić. Ciągle miesz-

ka W willi na wzgórzu?

— Prowadzę mu dom. Uniósł 

brwi ze zdumieniem.

— Nie wyszłaś za mąż?

37

background image

Potrząsnęła głową.

— Nie.

Musi mieć już powyżej sześćdziesiątki — po-

wiedział wolno Lomax.

Prawy   kącik   jej   ust   drgnął   lekko,   a   w   oczach 

pojawiło się rozbawienie.

— Nie   jestem   z   nim   w   żaden   sposób   związana 

jeśli to właśnie cię martwi.

To nie moja sprawa — rzucił, ale uśmiechnął 

się po raz pierwszy, a ona odwzajemniła ten uśmiech. 

— Jak miejscowi go teraz traktują? W końcu  jest w 

wystarczającym stopniu Anglikiem.

— Nie dla mieszkańców wyspy. Przecierpiał tyle 

co wszyscy. Był aresztowany razem z nami.

Lomax zmarszczył brwi, uderzony nagłym podej-

rzeniem.

— A ty, Katina? Co się stało z tobą? 

Wzruszyła ramionami.

— Wzięli mnie z innymi.

Do obozu koncentracyjnego w Fonchi?

— Nie,  do innego,  ale  one  wszystkie  były  takie 

same. — Pochyliła się i dotknęła jego twarzy. — Po-

starzałeś się. Zbyt mocno się postarzałeś. Myślę, że 

byłeś bardzo nieszczęśliwy.

Siedemnaście   lat   to   szmat   czasu   —   odparł 

wzru-szając ramionami.

— Jesteś żonaty?

Zawahał się przez chwilę, ale zaraz zanurzył się w 

to, zdumiony,  jak łatwe było to teraz prawie jakby 

mówił o jakimś dalekim krewnym czy przypadkowyf 

znajomym.

— Miałem żonę i córeczkę. Obie zginęły przed

38

background image

pięcioma   laty   w   wypadku   samochodowym   w   Pasa-

denie.

Jej westchnienie odbiło się echem w ciemności.

— Wiedziałam,  że coś jest, ale nie byłam pewna. 

To ciągle widać w twoich oczach. — Chwyciła jego 

ręce   i   trzymała   je   mocno.   —   Powiedz   mi   teraz, 

dlaczego wróciłeś w to miejsce?

— Gdy ojciec Jan zapytał mnie o to, powiedziałem 

mu, że szukam mojego drugiego ja, które istniało tu, 

na tych wyspach — odparł. — Ale teraz nie jestem już 

tego pewien.

Jest jakiś głębszy powód — stwierdziła. — Mam 

rację?

Kto wie? — Wzruszył ramionami. — Van Horn 

powiedział mi  kiedyś,  że życie  to działanie i namię-

tność. Jeśli to prawda, od jakiegoś czasu było we mnie 

bardzo mało jednego i drugiego. Może myślałem,  że 

mógłbym to odzyskać.

— I co masz zamiar teraz zrobić? Wyjechać na tym 

statku?

Tego właśnie oni wszyscy wydają się ode mnie 

chcieć.   Alexias   powiedział   Kytrosowi,   że   nie   odpo-

wiada za to, co się może stać, jeśli zostanę.

Zerknęła na zegarek.

— Wygląda na to, że masz dwadzieścia minut na

zastanowienie się.

— Co t y byś chciała, żebym zrobił? 

Potrząsnęła głową.

— To może być tylko twoja własna decyzja.

   Zaczęła wstawać, ale przytrzymał ją, ponieważ wy-

czuł, że z jakiegoś dziwnego powodu ona właśnie była 

osią, wokół której wszystko miało się obracać.

— Chcesz, żebym został?

39

background image

— To by wymagało odwagi — odparła. — Wielkiej

odwagi.

Uśmiechnął się nieoczekiwanie.

— Przecież moją odwagę dałem tobie, dawno temu,

pamiętasz?

Z poważną twarzą skinęła głową.

— Pamiętam.

Przez chwilę siedzieli, wpatrując się w siebie, a po-

tem Katina delikatnie wyswobodziła rękę i wstała.

— To potrwa tylko chwilę.

Patrzył za nią, jak idzie do ołtarza, przyklęka, potem 

bierze   dwie   świece   i   stawia   je   pod   figurą   świętej 

Katarzyny. Dopiero gdy je zapaliła, zdał sobie sprawę, 

komu je poświęca, i gardło mu się ścisnęło.

Wstał i na oślep ruszył do drzwi.

background image

4

ACHILLES Z BRĄZU

Na placu na zewnątrz było bardzo gorąco, pozostał 

więc   w   cieniu   kruchty   i   czekając   na   Katinę   zapalił 

papierosa.

W pewnym momencie w drzwiach hotelu pojawiła 

się   Anna   z   wiadrem   i   ścierką,   ale   na   jego   widok 

wycofała się w pośpiechu.

Było cicho i pusto; w blednącym popołudniu cienie 

stawały się coraz dłuższe; nic się nie poruszało. Stał 

tak z papierosem w palcach, wpatrując się posępnie w 

plac, jakby czekał, aż coś się stanie.

Wyczuł za sobą ruch i gdy się odwrócił, zobaczył 

patrzącą na siebie Katinę. Uśmiechnął się łagodnie.

— To było dawno temu.

Nagle   w   jej   oczach   pojawiły   się   łzy.   Otoczył   ją 

ramieniem i przytulił mocno. Przez jakiś czas stali tak 

w   chłodnym   cieniu   kruchty,   aż   w   końcu   Katina 

westchnęła i odsunęła się.

— Musimy   już   iść,   jeśli   masz   zamiar   złapać   ten

statek. Czas ucieka.

Ruszył   za   nią   do  schodów,   mając   w   umyśle   cał-

kowity zamęt. W tym momencie z ulicy prowadzącej

41

background image

od   nabrzeża   wyszedł   chwiejnym   krokiem   Yanni. 

Ubranie miał podarte i pokryte pyłem, a twarz zalaną 

łzami. W ramionach niósł swojego pieska.

Katina rzuciła się do niego biegiem i zanim nadszedł 

Lomax, klęczała już przed chłopcem.

— O co chodzi, Yanni? Co się stało?

Wyciągnął ręce pokazując psa. Jego głowa opadła

na bok — najwyraźniej miał złamany kręgosłup. Na 

pysku była piana.

— To Dimitri — powiedział mały.  — Dimitri go 

zabił.

— Ale dlaczego? — spytała Katina.

Bo  pomagałem  panu  Lomaxowi   —  zaszlochał 

Yanni. — Bo pomagałem panu Lomaxowi.

W   Angliku   wybuchła   wściekłość,   ruszył   naprzód. 

Katina zawołała:

— Hugh!   —   Gdy   się   odwrócił,   jej   twarz   była

bardzo blada, a oczy pociemniały jeszcze bardziej. —

Bądź ostrożny — powiedziała. — On już siedział dwa

lata w więzieniu za zabójstwo. Kiedy pali haszysz, nie

wie potem, co robi.

Poszedł szybko przez plac, a gdy wszedł w ulicę, 

zaczął   biec.   Zanim   dotarł   do   nabrzeża,   był   zlany 

potem. Ludzie odwracali się i gapili na niego z zacie-

kawieniem.

Tym razem z „Małej Łódki" nie dochodziła żadna 

muzyka. Zszedł po stopniach i zatrzymał się dopiero w 

drzwiach.

W   gospodzie   siedziało   może   z   tuzin   osób,   lecz 

żadna z nich nie była  tam podczas jego poprzedniej 

wizyty — oprócz mężczyzny za kontuarem. Był jed-

nym z tych, którzy przytrzymywali go na stole dla

42

background image

Alexiasa.   Nalewał   właśnie   wino   do   kieliszka   i   ze 

zdumienia opadła mu szczęka.

Wszystkie głowy skierowały się ku wchodzącemu. 

Lomax obejrzawszy szybko twarze podszedł do kon-

tuaru.

— Szukam Dimitriego.

Barman wzruszył ramionami.

— Nie jestem jego opiekunem.  — Wziął do ręki

kieliszek i zaczął go wycierać brudną ścierką. Lomax

odwrócił się powoli i przeszedł przez salę.

Bouzouki  Dimitriego ciągle stała obok krzesła. Lo-

max podniósł ją i jednym ruchem roztrzaskał o ścianę. 

Obrócił się twarzą do gości, ale nikt się nie poruszył.

— Pytałem o Dimitriego — powiedział spokojnie.

Przez chwilę wszyscy siedzieli, patrząc na niego

w ciszy,   aż  w  końcu  jakiś  stary człowiek  o  siwych 

włosach i wąsach brązowych od nikotyny odezwał się:

— Jest   na   molo   i   czeka,   by   zobaczyć,   jak   pan

odpływa.

Lomax wyszedł na słońce, przebiegł ulicę i ruszył 

wzdłuż nabrzeża. Parowiec był już prawie gotowy do 

drogi   i   Anglik   dostrzegł   na   mostku   Papademosa 

wykrzykującego   przez   okno   rozkazy   marynarzom, 

którzy zaczynali odwiązywać cumy.

Dookoła, w małych grupkach, stało ze dwadzieścia 

osób. Alexias z cygarem w zębach opierał się o słup, a 

przy nim stał mały Nikoli o pokrytej bliznami twarzy. 

Właśnie   on   pierwszy  dostrzegł   Lomaxa   i   pociągnął 

olbrzyma   za  rękaw.  Alexias  powiedział  coś szybko. 

Wszystkie głowy odwróciły się.

Połowę zebranych stanowili młodzi próżniacy w ko-

lorowych koszulach w kratę, o starannie uczesanych

43

background image

kędzierzawych   włosach.  Typ,   jaki  można   spotkać  w 

każdym   kraju   na   świecie.   Nikczemne,   złośliwe 

szczeniaki, żyjące z robienia kłopotów innym.

Jeden z nich odwrócił się i rzucił coś, a wszyscy się 

roześmiali.   Nagle   Lomax   dostrzegł   za   nimi   Dimi-

triego. Opierał się o kołowrót, z tlącym się papierosem 

w   ustach,   strugając   swoim   nożem   do   patroszenia 

kawałek drewna.

Kiedy Lomax podszedł, tłumek się rozstąpił i An-

glik stanął parę stóp od Dimitriego. Grajek nucił coś 

pod nosem. Nie zadał sobie nawet trudu, by podnieść 

głowę.

Alexias z Nikolim u boku ruszył naprzód.

— To nie jest odpowiedni czas do szukania kłopo

tów, Lomax. Parowiec odpływa za pięć minut.

Lomax   odwrócił   się   powoli   i   obrzucił   go   pogar-

dliwym spojrzeniem.

— Jeśli będę czegoś od ciebie chciał, dam ci znać.

Kiedyś   byłeś  mężczyzną,  ale  teraz...  —  Gdy się  od

wracał, Dimitri sięgnął na ziemię po następny kawałek

drewna. Lomax wykopnął mu go spod ręki.

Dimitri   podniósł   wzrok.   Jego   oczy   były   bardzo 

blade, źrenice miał jak główki od szpilek. Ciągle nucił 

swoją   melodyjkę,   ale   mięsień   koło   ust   drgał   mu 

spazmatycznie.

— Przy dzieciach i psach niezły z ciebie mężczyz

na — powiedział Lomax wyraźnie, tak żeby wszyscy

mogli usłyszeć. — Może byś spróbował kogoś o bar

dziej zbliżonym do twojego wzroście?

Grajek gwałtownie ruszył naprzód, tnąc w górę 

nożem, który w słońcu błyszczał jak płynne srebro. 

Lomax z łatwością mógł złamać mu rękę, zamiast

44

background image

tego jednak okręcił się i rąbnął w dół kantem dłoni. 

Dimitri   wrzasnął,   upuszczając   nóż,   a   Lomax   kop-

nięciem posłał broń ponad krawędzią mola do wody.

Nie czuł żadnego podniecenia ani strachu. To było 

tak,   jakby   powrócił   ten   drugi,   młodszy   mężczyzna. 

Ten,   który   był   tak   długo   szkolony   w   stosowaniu 

podobnych metod walki, aż stały się odruchowe.

Wśród przyjaciół Dimitriego rozległ się wrogi po-

mruk, ale Grek wyciągnął rękę i pokręcił głową. Gdy 

się odezwał, jego głos zabrzmiał dziwnie odlegle.

— Skręcę mu kark równie łatwo, jak to zrobiłem psu.
Cała   praca   na   statku   ustała   i   wszyscy   czekali. 

Lomax   krążył   ostrożnie   dookoła.   Dostrzegł   ludzi 

biegnących   wzdłuż   nabrzeża.   Po   chwili   z   bocznej 

uliczki   wypadł   stary   jeep   i   gdy   się   zatrzymał,   wy-

skoczyli z niego Katina i Yanni.

Mewa zaskrzeczała ochryple i runęła w dół, a Dimi-

tri rzucił się do przodu, wypuszczając pięść z ogrom-

nym impetem.

Lomax odchylił się lekko, pozwalając przeciwniko-

wi przelecieć obok, po czym kantem dłoni trzasnął go 

po nerkach.

Dimitri   krzyknął   i   upadł   na   kamienne   podłoże. 

Przez chwilę opierał się na rękach i kolanach, a kiedy 

wstał,   ślinił   się   jak  zwierzę.   Znowu  pochylił   się   do 

przodu. Lomax złapał go obiema rękami za nadgarstek 

i wykręcił  do tyłu,  blokując mu  ramię  w japońskim 

chwycie, po czym pchnął go głową naprzód w stertę 

skrzyń o żelaznych obręczach.

Widzom zaparło dech. Cofnąwszy się, Anglik cze-

kał. Dimitri chwycił się jakiegoś łańcucha i podżwignął 

na nogi. Jego twarz była krwawą maską. Zrobił jeden

45

background image

chwiejny krok, lecz dłoń ześlizgnęła mu się z łańcucha 

i upadł.

Nastała chwila ciszy,  zaraz jednak rozległ się ryk 

wściekłości   przyjaciół   Dimitnego.   Gdy   Lomax   się 

odwrócił, rzucili się na niego.

Wbił pięść w pierwszą twarz, ale oberwał kopniaka 

w łydkę, krzyknął i pochylił się. Wtedy dostał kolanem 

w twarz i upadł. Przeturlał się, rozpaczliwie chowając 

głowę w ramiona i rękoma osłaniając genitalia. Nagle 

po wodzie rozeszło się płaskie echo wystrzału, a potem 

następnego.

Przyjaciele Dimitriego odsunęli się niechętnie i Lo-

max podniósł się z trudem.

Parę stóp od niego stał ojciec Jan Mikali, a obok 

niego  Kytros   z   rewolwerem  w   jednej   ręce,   z   drugą 

zatkniętą za pas. Wyglądał na spokojnego i całkowicie 

kontrolującego sytuację.

Lomaxa wszystko bolało, w ustach czuł smak krwi. 

Kytros odezwał się:

— Statek czeka na pana, kapitanie Lomax.

Lomax   odwrócił   się   i   spojrzał   na   Alexiasa.   Na 

twarzy wielkiego mężczyzny było coś, co mogło być 

prawie   szacunkiem,   ale   było   też   coś   więcej:   lekka 

dezorientacja,   jak   gdyby   po   raz   pierwszy   Grek   był 

niepewny siebie i sytuacji.

Anglik wziął głęboki oddech dla rozjaśnienia umy-

słu, wyminął sierżanta i poszedł z powrotem wzdłuż 

mola.   Ludzie   zaczęli   rozchodzić   się   w   milczeniu. 

Gdzieś z odległości jakby tysiąca mil dochodziły go 

nawoływania   Papademosa,   brzęk   łańcucha   kotwicz-

nego i łoskot silnika.

Podbiegła do  niego  Katina  i  Yanni   z  twarzą

46

background image

bladą z podniecenia. Dziewczyna pomogła mu dojść 

do jeepa, a  mały otworzył  drzwi  i Lomax  opadł  na 

siedzenie dla pasażera. Katina usiadła za kierownicą i 

pochyliła się, by zetrzeć mu krew z twarzy.

— Nic ci nie jest? — spytała.

    Czuł,   jak   jej   dłoń   drży,   więc   ujął   ją   na   chwilę 

uśmiechnął się.

— Kytros przybył w najbardziej odpowiednim mo

mencie. Robię się trochę za stary na takie zabawy.

Ruszyła szybko, rozpraszając tłum, i skręciła w wąs-

ką uliczkę.

— Dokąd jedziemy? — zapytał.

Do hotelu po twoje rzeczy. Później zawiozę cię 

do willi. Oliver na pewno życzyłby sobie, żebym tak 

zrobiła.

Wjechała  na  plac  i  zatrzymała  się  przed  hotelem. 

Zaczęła   wysiadać,   ale   Lomax   położył   jej   rękę   na 

ramieniu.

— Ty   nie,   tylko   ja.   —   Wyszedł   i   obszedł   samo

chód. — Chciałbym mieć trochę czasu, żeby to wszy

stko przemyśleć.

Spojrzała na niego.

— Rób, jak uważasz.

— Weźmiesz Yanniego do siebie? 

Skinęła głową.

— Sądzę, że tak będzie lepiej.

Uśmiechnął się i przejechał palcami po potarganej 

czuprynie chłopca.

— Znajdziemy ci innego psa, Yanni.

Ruszył między stołami i właśnie dochodził do drzwi, 

kiedy go zawołała. Odwróciwszy się zobaczył, że

47

background image

odczepia łańcuszek, który miała na szyi. Rzuciła mu, a 

on go złapał i zacisnął mocno dłoń, bo wiedział, co to 

było.

— Oddaję ci twoją odwagę — krzyknęła i odjechała 

szybko.

Wszedł   w   mroczny   chłód,   czując   na   sobie   prze-

straszone   spojrzenie   Anny,   wyglądającej   z   kuchni. 

Schody wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Kie-

dy dotarł do swojego pokoju, zamknął starannie drzwi 

i   oparł   się   o   nie,   spoglądając   na   zaciśniętą   pięść,   z 

której zwisały dwa końce złotego łańcuszka. Po chwili 

otworzył   ją   delikatnie   i   spojrzał   na   małą   monetę   z 

brązu z twarzą Achillesa.

Dawno   temu,   pomyślał.   Cholernie   dawno   temu. 

Zapalił papierosa i położywszy się na łóżku, wpatrzył 

się w przeszłość.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

NOCNY PRZYBYSZ

background image

5

POD OSŁONĄ CIEMNOŚCI

Lomaxa obudził warkot silników diesla. Przez mo-

mcnt  leżał na koi, wpatrując się w stalową ściankę, 

usiłując   sobie   przypomnieć,   gdzie   się   znajduje.     Po 

chwili coś stuknęło i Anglik uniósł się na łokciu. Na 

płóciennym krześle w rogu siedział rozwalony Alexias 

i przypatrywał  mu się. Grek wyjął  z ust tlącego się 

papierosa i uśmiechnął się szeroko.

— Mówisz   przez   sen,   przyjacielu.   Wiedziałeś   o 

tym?

Tylko   tego   mi   było   trzeba   —   powiedział   Lo-

max. — Masz jednego na zbyciu?

Alexias skinął głową i wstał. Był wielkim, groźnie 

wyglądającym   mężczyzną,   który   zdecydowanie   po-

trzebował ogolenia. Masywne ramiona pęczniały pod 

niebieską dwurzędową kurtką.

Myślę, że może za długo już się w to bawisz — 

stwierdził, podając Lomaxowi papierosa i ogień.

— A wy wszyscy nie?

Zanim   Grek   zdążył   odpowiedzieć,   otworzyły   się 

drzwi i ukazał się sierżant Boyd z dwiema filiżankami

51

background image

kawy.   Podał   jedną   Alexiasowi,   a   drugą   Anglikowi. 

Lomax upił łyk i skrzywił się.

— Wszystko ma smak łodzi podwodnej. Nie wiem.

jak oni to wytrzymują.

Boyd   był   wysokim,   typowym   mieszkańcem   Pół-

nocy.   Nad   lewą   kieszenią,   poniżej   skrzydełek   SAS, 

miał starannie przyszytą baretkę Krzyża Walecznych.

— Właśnie się wynurzyliśmy — oznajmił. — Ko

mandor Swanson prosi, żeby panowie byli gotowi za

piętnaście minut.

— Cały sprzęt przygotowany? 

Boyd skinął głową.

— Musiałem się czymś zająć. Nie mogłem spać.

Jak się czujesz? — spytał Lomax.

— Jeśli   chodzi   o   tę   robotę?   —   Boyd   wzruszył 

ramionami. — Tak jak zwykle. A bo co?

— Tak tylko pytam. Ostatnio robimy takie rzeczy 

dosyć często. Nie możemy trwać wiecznie.

— Wojna też nie — stwierdził Boyd.  — Zresztą 

szanse są zawsze pół na pół. Nawet ja tyle umiem z 

matematyki.

Nie wiem — mruknął  Lomax.  — Tym  razem 

jest inaczej. Na Krecie można było jakiś czas biegać 

po górach, ale Kyros to mała wyspa.

Bywaliśmy  już na małych  wyspach.  Poza tym 

mamy   Alexiasa   za   przewodnika.   Nic   nam   się   nie 

stanie.

Grek   wyszczerzył   w   uśmiechu   zęby,   które   na   tle 

jego ciemnego zarostu wyglądały bardzo biało.

— Jasne,   wszystko   będzie   dobrze.   Nie   macie   się 

czym martwić.

Kto mówi, że się martwię? — Lomax opuścił

52

background image

nogi na podłogę. — Pozbierajcie sprzęt. Spotkamy się 

za pięć minut na górze.

Po   ich   odejściu   siedział   na   brzegu   koi   kończąc 

kawę. Smakowała obrzydliwie, ale papierosy również.

Był zmęczony, na tym polegał cały kłopot. Choler-

nie zmęczony, i wszystko zaczęło zamazywać mu się 

trochę przed oczami. Po tej akcji zdecydowanie będzie 

potrzebował  odpoczynku.  Miesiąc  w  Alex  powinien 

wystarczyć,   lecz   obiecywano   mu   to   już   od   roku. 

Nałożył kurtkę z baraniej skóry, chwycił beret i wv-

szedł.

Dotarł do pomieszczenia kontrolnego i po drabince 

wieżyczki obserwacyjnej wydostał się na mostek.  W 

górze   nad   nim   niebo   usiane   było   błyszczącymi 

gwiazdami. Zaczerpnąwszy głęboko w płuca świeżego 

sjsłonego powietrza, poczuł się lepiej.

Komandor   Swanson   patrzył   w   kierunku   brzegu 

przez nocną lornetkę. Anglik zgasił papierosa i stanął 

obok niego.

— Jak idzie? — spytał.

— Jak dotąd całkiem gładko — odparł komandor. 

Płynęli właśnie w labiryncie postrzępionych skał

 maleńkich wysepek. Lomax gwizdnął cicho.

— Wygląda mi to średnio przyjemnie.

— Nie mieliśmy wielkiego wyboru — powiedział

Swanson. — W końcu chcieliście znaleźć się po tej

stronie   wyspy,   a   to   przynajmniej   daje   nam   jakąś

osłonę   przeciw   ich   radarowi.   Słyszałem,   że   tutejsza

zatoka   jest   pełna   łodzi   torpedowych.   Chciałby   pan

rzucić okiem?

 Lomax wziął lornetkę i natychmiast wyskoczyły na 

niego z ciemności klify, o które waliły spienione fale

53

background image

przybrzeżne. Swanson mówił coś do tuby głosowej. a 

gdy się odwrócił, jego zęby błysnęły w mroku.

— Już niedługo. Jak się pan czuje?

Świetnie — odparł Lomax. — Nie musi się pan 

o nas martwić.

Oczywiście,   nieraz   robiliście   podobne   rzeczy. 

prawda?   Muszę   stwierdzić,   że   podoba   mi   się   ten 

pański sierżant.

— Jesteśmy razem już od dwóch lat. Kreta, Rodos, 

całe   Morze   Egejskie.   On   wie   więcej   na   temat 

materiałów wybuchowych niż ktokolwiek, kogo zna-

łem. Przed wojną pracował jako strzałowy w jednej z 

kopalń Yorkshire. Próbowali go odroczyć, ale się nie 

dał.

— Jak sobie radzi z językiem?
— Podłapał dosyć niemieckiego i greki, żeby móc 

się dogadać, ale to nie jest istotne. Ja mówię płynnie 

w obu tych językach.

To interesujące — zauważył Swanson. — Czym 

się pan zajmował, zanim to wszystko się zaczęło?

Dydaktyką   uniwersytecką,   dziennikarstwem 

trochę pisaniem. — Lomax wzruszył ramionami. — 

Tak naprawdę niczego porządnie nie zdążyłem zacząć

„Wojna,  wojna,  krwawa   wojna"  —  zacytował 

komandor. — Wiem, co pan ma na myśli. Byłem na 

trzecim roku medycyny, a niech pan spojrzy na mnie 

teraz. — Znajdowali się już blisko brzegu i Swanson 

zerknął   na   pojedynczy   szczyt   na   wyspie,   wyraźnie 

odcinający się na tle nocnego nieba. — Czy miejscowi 

nie wierzą czasem, że na szczycie tej góry pochowany 

jest Achilles?

Lomax skinął głową.

54

background image

  — Tak powiadają. Jest tam też klasztor Świętego 

Antoniego.

— Wygląda na to, że zna pan teren.

Nie   bardzo.   To   działka   Alexiasa.   Urodził   się 

tutaj i wychował. Bez niego nie moglibyśmy wykonać 

tej roboty.

— To jakiś nieokrzesany typ  — stwierdził Swan-

son. — Od dawna jest z panem?

 — Nie. Pracował przedtem z inną grupą na połu-dniu 

Krety. Wywiad wyciągnął go od nich specjalnie do 

tego właśnie zadania.  — Jak macie zamiar wydostać 

się stąd po wszystkim?

  — Tym zajmuje się Special Boat Service. Wezmą 

grecką caicque i będą udawali rybaków. Odpowie-

dzialny za tę operację jest gość o nazwisku Soames.  

— Znam go. — Swanson wzdrygnął się. — Lepiej 

chyba byście mieli u Szwabów.  — Przeżyjemy to.

 — W zeszłym tygodniu rozmawiałem w jakimś barze 

w Shepheard z jednym facetem, który powie-dział mi, 

że   Oliver   van   Horn   ciągle   tu   mieszka.   Że   Niemcy 

zostawili go w spokoju. To prawda?  — Tak sądzę — 

odparł Lomax. — Przyjechał tu przed samą wojną z 

powodu   gruźlicy.   Nie   mógł   im  wiele   zaszkodzić,   a 

pozwalając mu zostać na wyspie chcieli sobie zrobić 

dobrą   reklamę.   Czytał   pan   którąś   z   jego   książek? 

Swanson skinął głową.

  — Jedną czy dwie. Przypomina trochę Maughama. 

—   Chciałbym   mieć   choć   połowę   jego   talentu   — 

powiedział Lomax w zadumie.

55

background image

Swanson cały czas dokładnie badał przez lornetkę 

linię brzegową. Teraz nachylił się i rzucił coś do tuby 

głosowej. Łódź zaczęła zwalniać, a komandor zwrócił 

się do Lomaxa:

— Dalej   nie   płyniemy.   Właśnie   wyciągają   wasza

gumową   szalupę   i   sprzęt   przez   przedni   luk.   Pański

sierżant i Grek czekają na pana tam na dole.

— Dzięki za podwiezienie — rzekł Lomax.

Wymienili krótki uścisk dłoni i Anglik, 

przeszedłszy

nad barierką, zszedł na pomost. Szalupa była już na 

wodzie: Boyd i Alexias właśnie do niej wskakiwali.

Morze   było   wzburzone   i   trzech   marynarzy   trzy-

mających  liny  klęło potężnie. Jeden z nich poślizgnął 

się   i   stracił   oparcie   dla   stóp   na   śliskich   stalowych 

płatach kadłuba.

Dowodzący tą akcją bosman podał Boydowi  pół-

automaty i radio, po czym odezwał się do Lomaxa:

— Na waszym miejscu przypiąłbym sobie pakunki

do   pleców.   Możecie   mieć   pewne   trudności   na   tych

falach.

Lomax   przełożył   ramiona   przez   pasy   ciężkiego 

ładunku i dokładnie je spiął.

— Gotowi, sir? — spytał bosman.

— Oczywiście — odpowiedział.

Czekał, oceniając odległość, a gdy szalupa uniosłu 

się na fali, wszedł do niej i zaraz usiadł. Gdy mary-

narze puścili liny pływ  natychmiast porwał łódkę w 

stronę brzegu.

Wiatr tworzył wielkie grzywiaste fale. Gdy Lomax 

sięgnął po wiosło, szalupa przechyliła się i przez burtę 

wlała się  woda. Lomax  usadowił  się  odpowiednio i 

zaczął wiosłować.

56

background image

Przez zasłonę wody i piany skalne ściany wydawały 

się większe. U ich stóp fale kłębiły się i roztrzaskiwały 

o postrzępione, groźnie wyglądające głazy.

Boyd   klął   soczyście,   kiedy   woda   przelewała   się 

przez burty. Alexias głęboko zanurzał wiosło, używa-

jąc całej swej ogromnej siły, by utrzymać kontrolę nad 

szalupą. Nagle wielka przybrzeżna fala uniosła ich w 

górę i Lomax zobaczył, że są niecałe sto jardów od 

podstawy   klifów.   Na   moment   jakby   zawisnęli   w 

powietrzu, a potem zwalili się między dwie, wielkie 

skały. Wiry zakręciły nimi i usłyszeli głuchy odgłos 

uderzenia  w  dno  łodzi.  Woda   rozprys-nęła  się  białą 

fontanną, która wbiła się wysoko w powietrze. Rąbnęli 

burtą w falę i przelecieli nad wielkim głazem.

Lomax wypadł przez rufę do kotłującej się płytkiej 

wody. Brnął na kolanach, szukając po omacku plecaka 

z radiem.  Kiedy już zacisnął palce na jego paskach, 

pchnęła go kolejna fala. Boyd z wyciągniętymi rękami 

skoczył   mu   na   pomoc.   Przez   chwilę   trzymali   się 

razem, ale zaraz następna kaskada przewaliła się przez 

sterczącą   ponad   wodą   skałę,   znów   pozbawiając   ich 

równowagi.   Lomax   instynktownie   puścił   radio  i 

chwycił   się   Boyda.   Gdy  fala   cofnęła   się   z   głośnym 

szumem, wstał z trudem, pociągając za sobą sierżanta, 

i wtedy pojawił się Alexias. Kłębiąca się woda znowu 

zalała   ich   do   pasa.   Kiedy   się   cofnęła,   cala   trójka 

chwiejnym krokiem minęła ostatnią linię ostrych gła-

zów.   W   chwilę   później   stali   bezpiecznie   na   białym 

pasie plaży u podnóża skalnej ściany.

 Lomax osunął się na ziemię i oparł plecami o skałę. 

Boyd usiadł przy nim.

57

background image

Wszystko w porządku, sir? 

Lomax skinął głową.

— Przez moment było dość niebezpiecznie.
— Udało mi się nie wypuścić broni — powiedział 

Boyd.   —   To   był   cholernie   dobry   pomysł   z   tym 

przypięciem plecaków.

Obawiam   się   jednak,   że   straciliśmy   radio   — 

mruknął Lomax.

Zęby sierżanta błysnęły w ciemności.

— Trudno. Przynajmniej nie będziemy mieli poku

sy używania go, kiedy nie powinniśmy.

Alexias przykucnął obok.

— Zdołałem złapać łódkę. — Rozległ się syk, gdy 

Grek otworzył zawory i zaczął ją składać.

Dzięki za pomocne ramię — odezwał się Lo-

max. — Było o wiele gorzej, niż się spodziewałem.

Alexias spojrzał na białe fale tłukące o podwodne 

skały i wzruszył ramionami.

— Po   tej   stronie   wyspy   morze   jest   jak   kobieta 

Nigdy  nie   wiesz,   co   zrobi.   Jako   chłopiec   pływałem 

przy tej plaży w gorące letnie noce.

Jesteśmy tu bez radia, ale cali i zdrowi, i to jest 

najważniejsze   —   stwierdził   Lomax.   —   Jak   daleko 

stąd do farmy twojego brata?

— Jakieś dwie mile łatwej drogi.

Więc   im   szybciej   tam   dotrzemy,   tym   lepiej, 

-Lomax   wstał.   —   Nawet   po   tej   stronie   wyspy   co 

godzina chodzi patrol.

Pospiesznie przykryli szalupę piachem i kamieniami 

po   czym   Boyd   rozdał   półautomaty.   Wyruszyli   na 

tychmiast   —   Alexias   prowadził,   a   Lomax   zamykał 

pochód.

58

background image

  Piasek był głęboki i raz Lomax potknął się. Zaraz 

jednak znaleźli się na wąskiej ścieżce, wspinającej się 

stromo wąwozem na szczyt klifów. Po chwili Alexias 

uniósł rękę, zrobił ostrożnie kilka kroków i wysunął 

głowę   ponad   krawędź   wąwozu.   Kiwnął   na   pozo-

stałych, przeszli przez mały płaskowyż pokryty krótką, 

wypalona   trawą   i   wspięli   się   na   usiane   otoczakami 

wzgórze.

Byli już w drodze co najmniej od pół godziny i nie 

odzywali   się   do   siebie   ani   słowem.   Obeszli   skalny 

występ i w dole ujrzeli dom, stojący w małej dolince 

na skraju gaju oliwnego.

Alexias przystanął, by zorientować się w położeniu, 

po czym ruszył w dół zbocza, nie zwracając uwagi na 

ścieżkę, która wiła się wzdłuż porośniętych winnicami 

tarasów.

  Dom tonął w ciemnościach i gdy przykucnęli pod 

płotem, Lomax spojrzał na zegarek. Zmarszczył czoło 

— była zaledwie dziewiąta.

 — Muszą wcześnie chodzić spać. 

Alexias wzruszył ramionami.

— Ci ludzie bardzo ciężko pracują.

Być  może — mruknął Lomax. — Ale nie bę-

dziemy   ryzykować.   —   Odwrócił   się   do   Boyda.   — 

Obejdź dom od frontu, a ja, na wszelki wypadek, będę 

krył Alexiasa z tej strony.
Sierżant zniknął w ciemności. Dali mu  kilka minut, 

zanim wyruszyli. Lomax przyklęknął obok końskiego 

żłobu przed stajnią, Alexias zaś przeszedł przez po-

dwórze i wszedł po stopniach na ganek. Otworzywszy 

ostrożnie  drzwi,  zajrzał  do środka.  Gdzieś  poruszył 

się niespokojnie koń, a w oddali

59

background image

zaszczekał pies. Lekki powiew wiatru sypnął pyłem w 

twarz   Loniaxa   i   Anglik   starł   go   wierzchem   dłoni. 

Zmrużył oczy, zastanawiając się, co się dzieje w domu. 

Nagle   wrota   stajni   otworzyły   się   z   lekkim,   niesa- 

mowitym   skrzypnięciem.   Ktoś   odezwał   się   cicho   po 

grecku:

— Odłóż broń i podnieś ręce do góry.

Głos należał do kobiety, która — zważywszy oko- 

liczności   —   wydawała   się   zdumiewająco   spokojna. 

Lomax oparł karabin o żłób i odwrócił się do niej. 

Lufa strzelby dźgnęła go w pierś i zobaczył, że stoi 

przed nim młoda dziewczyna, głową ledwo sięgająca 

mu do ramion.

— Co tu robisz? — spytała. — Kim jesteś?

Spokojnie odsunął lufę na bok.

— To   niepotrzebne.   Jestem   przyjacielem.   Brytyj-

skim oficerem. Szukam Nikolego Pavlo. Jest w domu?

Pochyliła   się   do   przodu   —   jej   twarz   była   jasną 

plamą w ciemnościach. Kiedy się odezwała, ton głosu 

uległ wyraźnej zmianie:

— Nie, nie ma go.

Rozumiem   —   powiedział   Lomax.   —   A   mogę 

zapytać, kim ty jesteś?

Katina Pavlo. Jestem jego córką.

Z ganku doleciał cichy gwizd i Anglik wziął do ręki 

broń.

— Wejdźmy   do   środka.   Myślę,   że   czeka   cię   nie-

spodzianka.

Poszła   za   nim   przez   podwórze,   a   gdy   weszli   na 

ganek, zobaczyli Boyda stojącego w drzwiach.

— W  domu   nie  ma   nikogo  —  oznajmił  sier-

żant. — Ale w salonie pali się na kominku, a lampa

60

background image

jest jeszcze ciepła. — Nagle zobaczył 
dziewczynę. —

- Kto to?

-Córka gospodarza — poinformował go Lo-max. 

— Ukrywała się w stajni, Przeszedł obok Boyda i 

znalazł   się   w   kuchni   o   kamiennej   podłodze   i 

pobielonych   ścianach.   Kolejne   drzwi   prowadziły 

do   skromnie   umeblowanego   salonu,   gdzie   na 

kominku płonął ogień. Drabina w rogu wiodła na 

strych.
Alexias   zapalał   właśnie   lampę   stojącą   na   stole. 

Wstawił na miejsce szkiełko i odwrócił się. Przez 

krótką  chwilę   on  i   dziewczyna   wpatrywali   się   w 

siebie   bez  ruchu,   po   czym   nagle   ona   upuściła 

strzelbę i rzu-ciła mu się w objęcia. Grek uniósł ją 

i okręcił dookoła.

- Katina,   moja   mała   Katina!   Aleś   urosła!   —

Postawił dziewczynę na ziemi i odsunął na długość

ramienia. — Gdzie ojciec?

   Twarz dziewczyny była bardzo blada. Pokręciła 

głową, jakby nie mogła mówić, i uśmiech zniknął 

z twarzy Pavlo.
- O co chodzi, Katina? Powiedz mi!

Kiedy  się   odezwała,   jej   głos   brzmiał   ochryple   i 

nienaturalnie:
-Nie  żyje.  Rozstrzelali go przed ratuszem w ze-

szłym tygodniu.

Zaczęła płakać, spazmatyczny szloch wstrząsnął jej 

wiotkim  ciałem.   Alexias   przytulił   ją   mocno, 

wpatrując

się w przestrzerń. Po chwili poprowadził ją do 

kuchni
Drzwi zamknęły się za nimi cicho.

background image

6

CHĘĆ ZABIJANIA

Kiedy po upływie jakichś dwudziestu minut 

Alexias wrócił do salonu, Lomax i Boyd siedzieli 

rozebrani do pasa przed trzaskającym ogniem, a z 

ich rzeczy powie-szonych na rozciągniętym sznurze 

unosiła się para.

Grek opadł na krzesło i mechanicznie sięgnął po 

papierosa. Wyglądał, jakby się postarzał o dzieśięć 

lat. Gdy tak siedział, wpatrując się w kominek, jego 

oczy były pełne bólu. Po chwili westchnął.

— Mój brat był dobrym człowiekiem. Zbyt do-

brym, by odejść w taki sposób.

Lomax podał mu ogień.

— Co się stało?

Złapali go, gdy próbował dokonać sabotażu 

łodzi torpedowej w zatoce.

— Sam? — zdumiał się Boyd.

Alexias skinął głową.

— Kyros to mała wyspa. Żaden zorganizowany

ruch   oporu   nie   miałby   tu   szansy   przetrwania. 

Właśnie

dlatego dwa lata temu pojechałem na Kretę. Nikos

też chciał jechać, ale jeden z nas musiał tu zostać.

Trzeba było myśleć o farmie i Katinie, zwłaszcza, 

że

jej matka dopiero co umarła.

62

background image

 - Jak z nią? — spytał Lomax.
 - Z Katiną? — Grek wzruszył ramionami. — W 

porządku.   To   była   tylko   chwilowa   słabość. 

Bardzo   dzielna   z   niej   dziewczyna.   Robi   teraz 

kawę i przygo-towuje nam kolację.

- Co ma zamiar robić? — odezwał się Boyd. — 

Nie   może   sama   dalej   tu   mieszkać.   To   jeszcze 

dziecko.

- Mieszka u mojej  żony.  Mam bar nad zatoką 

zwany   „Małą   Łódką".   Katina   przyjeżdża   tu 

codzien-nie   wózkiem,   by   doglądać   domu. 

Właśnie   odjeżdżała,   kiedy  dostrzegła   nas 

schodzących przez winnicę.

 - Wie, dlaczego tu jesteśmy? 

Alexias zaprzeczył ruchem głowy.

 - Na razie nie. Powiem jej to później. Może nam 

sie bardzo przydać.

 - W jakim stopniu, według ciebie, śmierć twego 

brata może wpłynąć na nasze plany? — zapytał 

Lomax.

W bardzo niewielkim — odparł Alexias. — Ale

teraz   będę   musiał   skontaktować   się   z 

miejscowymi   ludźmi   sam.   Zaraz   po   kolacji 

pojadę z Katiną do miasta.

  -   To   może   być   niebezpieczne   —   zauważył 

Boyd.  Grek potrząsnął głową.

 - Na Kyros nie ma godziny policyjnej, a kafejki 

na nabrzeżu są zwykle pełne do późna w nocy. 

Niemcy mogą zmienić wiele rzeczy, ale nie nasz 

sposó życia.

  W tym momencie drzwi od kuchni otworzyły 

się i weszła Katina z tacą. Postawiła ją na stole, 

po czym odwróciła   się,   odgarniając   z   czoła 

kosmyk
włosów.

63

background image

Niestety jest tylko ser z koziego mleka i oliwki 

ale chleb jest świeży. Ciocia upiekła go rano, zanim 

wyjechałam.

To brzmi  wspaniale, kochanie — powiedział 

Boyd, a dziewczyna zaczerwieniła się i szybko nalała 

kawy do czterech kubków.

Lomax   wkładał   w   tym   czasie   przy   kominku 

koszulę  i sweter. Odwróciwszy się ujrzał, że Katina 

stoi przed nim z pełnym kubkiem w ręce.

Uśmiechnęła się nieśmiało.

— Przykro mi, ale nie ma cukru.

Jej twarz miała kształt serca, a napięta skóra była 

świeża   i   jasna,   ale   pod   oczami   widniały   ciemne 

zapadnięte półkola. Czarne włosy sczesała do tyłu  i 

niedbale przewiązała wstążką. Mogła mieć szesnaście 

lub siedemnaście lat, trudno jednak było dokładnie to 

określić. Miała to zmęczone, „stare" spojrzenie, jakie 

Lomax widywał ostatnio w oczach tylu ludzi.

Uśmiechnął się i wypił mały łyk kawy.

— I tak jest doskonała. Ty nie wypijesz? 

Pokręciła głową.

— Ciocia czeka na mnie z kolacją.

Ubrana była w wyblakłą perkalową sukienkę, którą 

najwyraźniej prano i cerowano wiele razy, oraz staro-

modną   sportową   marynarkę,   dwa   numery  za   dużą, 

spiętą  mocno  wokół wątłej  talii.  Lomax  przejechał 

palcem po jednej z klap.

— Tweed od Harrisa. Niezbyt grecki ubiór. Gdzie

to znalazłaś?

Oblała się rumieńcem, a jemu zrobiło się przykro 

bo zrozumiał, że jego słowa w jakiś sposób uraziły 

jej dumę.

64

background image

Nowe   ubrania   są   jedną   z   rzeczy,   których   nie 

można  tu dostać  — powiedziała.  — Tę  marynarkę 

dał mi przyjaciel, pan van Horn.

Znasz Olivera van Horna? — zdziwił się Lomax.

Każdy   na   Kyros   zna   pana   van   Horna   —   od-

parła. — To wspaniały człowiek.

Ciągle mieszka w tej willi na wzgórzu? — wtrącił 

się Alexias.

Przytaknęła.

Niemcy   nie   robią   mu   kłopotów.   Po   śmierci 

starego doktora Douplosa pan van Horn zajął jego 

miejsce.   Jest   w   tej   chwili   jedynym   lekarzem 

dostępnym dla mieszkańców wyspy.

Zapomniałem, że w młodości studiował medy-

cynę   —   powiedział   Lomax.   —   Kolejna   rzecz 

wspólna z Maughamem. Dałbym wiele za to, żeby 

go poznać.

— Kto wie, może poznasz. — Alexias wziął sobie

duży kawał sera. — Katina, postanowiłem jechać

z tobą do miasta. Czy to będzie bezpieczne?

 Przytaknęła.

 — W taką ciepłą noc, jak ta, na ulicach powinno 

być pełno ludzi. Alexias zwrócił się do Lomaxa.

— Wrócę z samego rana. Do tego czasu powinie-

nem rozkręcić sprawę. Ty i Boyd możecie spać tutaj

na strychu...

 — Pójdę zaprzęgnąć klacz — przerwała mu Kati-na. 

— Jeśli wkrótce nie wrócę, ciocia Sarah zacznie się 

martwić.

  Drzwi zamknęły się za nią, a Lomax włożył mundur 

i sięgnął po nocną lornetkę.  — Ma rację. Pomogę jej, 

a potem się rozejrzę.

"rMroczna

 

strona...

65

background image

Alexias dolał sobie kawy i podszedł do kominka. Z 

jego skórzanej kurtki unosiła się para.

— Będę gotowy za pięć minut. Muszę tylko jeszcze

trochę wyschnąć.

Boyd ciągle jeszcze robił najazdy na chleb i ser, gdy 

Lomax   wyszedł   przez   kuchnię   na   ganek.   Przeszedł 

podwórze   i   stanął   u   wejścia   do   stajni.   Z   belki   pod 

stropem   zwisała   stara   lampa   oliwna   i   w   jej   świetle 

Katina   Pavlo   zaprzęgała   klacz.   Zrobił   krok   i   jakaś 

deska   skrzypnęła   mu   pod   stopą   —   odwróciła   się 

natychmiast,   sięgając   po   strzelbę   opartą   o   ściankę 

boksu, zaraz jednak wyraźnie się odprężyła.

O, to pan, kapitanie Lomax.

A więc twój wuj powiedział ci, jak się 

nazywam? Skinęła głową.

— Jest pan młodszy, niż sobie wyobrażałam. Dużo

młodszy.

Zmarszczył lekko brwi.

— Nie rozumiem.

— Nawet tu na Kyros słyszeliśmy o Nocnym Przy-

byszu — wyjaśniła. — I o wszystkim, co pan zrobił na 

Krecie.   W   zeszłym   miesiącu   w   kafejkach   mówili 

jedynie   o   tym,   jak   pan   porwał   tego   niemieckiego 

generała na Rodos i przeszmuglował go do Egiptu.

— Plotki rosną w miarę  ich powtarzania  — zau-

ważył. — Pamiętaj o tym.

Przełożyła koniowi uzdę przez głowę i szybko za-

pięła pasek.

— Pański grecki jest bardzo dobry.

Uśmiechnął się szeroko.

— Jako chłopiec spędziłem pięć lat w Atenach. Mój

ojciec pracował w tamtejszej ambasadzie brytyjskiej.

66

background image

— Rozumiem.

Zaczęła wyprowadzać klacz z boksu i Lomax pod-

szedł bliżej.

— Mogę pomóc?

Skinęła głową.

— Wózek jest tam, w kącie. Gdyby mógł go pan

przyciągnąć...

   Była  to lekka dwukółka. Pochylił ją, a dziewczyna 

wprowadziła konia pomiędzy długie wygięte dyszle. Z 

wprawą   umocował   uprząż   po   jednej   stronie,   a   na-

stępnie po drugiej. Kiedy skończyli, uśmiechnęła się do 

niego.

— Już pan to kiedyś chyba robił.

— Mój dziadek był farmerem. To wszystko, czym 

chciałem być, gdy byłem mały.

— A teraz?

Wzruszył ramionami.

— Moje talenty wydają się kierować ku mroczniej-

szym   rzeczom.   Wątpię,   żeby   po   wojnie   było   zapo-

trzebowanie na umiejętności, jakie posiadam.

— To, co dzieje się teraz, nie liczy się — stwier-

dziła. — Dla nikogo z nas. Mamy takie powiedze-nie 

—   „Czas   wymazany   z   umysłu".   Tym   właśnie   jest 

wojna   —   mrocznym   snem,   który   nie   będzie   miał 

znaczenia, gdy nadejdzie poranek.

W jej głosie brzmiała żarliwa pewność. W nikłym, 

rozproszonym świetle lampy zmęczenie i ból zniknęły 

z twarzy dziewczyny. Wyglądała teraz bardzo młodo. 

Przez moment miał ochotę powiedzieć, że życie często 

bywa   nie   tym,   czym   być   powinno,   nie   miał   jednak 

serca gasić jej młodzieńczej wiary.

— Miejmy nadzieję, że masz rację — mruknął.

67

background image

Z przekonaniem pokiwała głową.

— Gdybym nie miała, życie utraciłoby sens.

Zatrzymał  się, by zapalić papierosa, po czym wy-

szedł za wyprowadzanym przez nią wózkiem. Nocne 

powietrze było ciepłe i pachnące, a niebo wyglądało 

jak   aksamitna   poduszka   usiana   diamentami.   Stanęli 

obok siebie, dotykając  się ramionami,  i Katina wes-

tchnęła.

— W taką noc można nawet zapomnieć na chwilę o 

wojnie. Tak wiele mogłabym panu pokazać, gdyby jej 

nie było.

Gdybym był angielskim turystą przybyłym pros-

to z Aten? — Zachichotał. — Od czego byśmy zaczęli

0

To proste — stwierdziła. — Od grobowca Achil-

lesa. Odwiedzilibyśmy go raz przy świetle księżyca, a 

drugi raz o świcie, kiedy na górze jest mgła. W życiu 

nie widział pan niczego piękniejszego.

— Gdybyś ty tam była, z pewnością byłbym zado-

wolony — powiedział szarmancko i odwróciwszy się. 

popatrzył na ciemny szczyt na tle nieba. — Tam na 

górze jest klasztor Świętego Antoniego, prawda?

Usłyszał, jak dziewczyna szybko wciąga powietrze 

Spojrzała na niego.

— A więc to dlatego pan tu jest?

Nie rozumiem.

Kapitanie Lomax, nie jestem idiotką. Wszyscy 

na   wyspie   wiedzą,   że   trzy   miesiące   temu   Niemcy 

przejęli   część   klasztoru,   by   zamontować   tam   stację 

radiolokacyjną.

Potrząsnął głową.

— Nie tylko stację radiolokacyjną, Katino. To coś

o wiele ważniejszego.

68

background image

Aha. I pan ma zamiar to zniszczyć? Ale mnisi 

tam ciągle mieszkają.

Gdyby   nie   mieszkali,   dawno   byśmy   zbombar-

dowali   klasztor   —   powiedział.   —   Dlatego   właśnie 

Niemcy   zmuszają   ich   do   pozostania.   Typowa   hitle-

rowska sztuczka. Próbowali tego już na Monte Cassino 

we   Włoszech,   ale   nic   z   tego   nie   wyszło.   Zmieciono 

tamto miejsce z powierzchni ziemi.

— A   więc   dlaczego   nie   zrobiono   tego   samego 

tutaj?   —   spytała.   —   Od   kiedy   na   tej   wojnie   życie 

dwudziestu czy trzydziestu starych mnichów jest waż-

ne dla którejkolwiek ze stron?

Ponieważ   nie   ma   takiej   potrzeby   —   odparł, 

zdziwiony   goryczą   w   jej   głosie.   —   Ponieważ   mój 

sposób jest prostszy i tańszy i przy odrobinie szczęścia 

nikomu nie powinna stać się krzywda.

— Poza panem... Zapomina pan o tym.

Uśmiechnął się.
— O   tym   nauczyłem   się   zapominać   już   dawno

temu. Nie opłaca się.

Miała właśnie odpowiedzieć, kiedy z oddali doszedł 

ich jakiś dźwięk. Położył jej rękę na ramieniu.

— Chwileczkę.
Czekali, a gdy dźwięk stał się wyraźniejszy, Katina 

powiedziała:

— To patrol.
— Ilu?

Zwykle dwóch, ale czasem tylko jeden. Jeżdżą 

na motocyklu z bocznym wózkiem.

Podniósł   do   oczu   nocną   lornetkę.   Podczas   gdy 

ustawiał ostrość, warkot silnika przybliżył  się — na 

krawędzi doliny pojawił się motor i stanął. Wózek

69

background image

boczny był pusty, ale Lomax wyraźnie widział kiero-

wcę w stalowym hełmie i goglach, spoglądającego w 

dolinę.   Po  chwili   silnik  znowu   ryknął   i   maszyna   w 

wielkiej chmurze pyłu zaczęła zjeżdżać na dół.

— Czy   zwykle   zajeżdżają   na   farmę?   —   spytał

Lomax.

Pokręciła głową.

— Czasem   zatrzymują   się   i   proszą   o   kawę,   ale

niezbyt często.

Chwycił ją za rękę i pobiegli do domu. W drzwiach 

kuchni spotkali Alexiasa i Boyda — Grek miał w ręku 

jeden z półautomatów.

— Kłopoty? — rzucił krótko.

Niemiecki   patrol   —   odparł   Lomax.   —   Jeden 

człowiek na motorze.

Joe Boyd wyciągnął rewolwer z miękkiej skórzanej 

kabury, którą miał przyczepioną pod lewą pachą. Był 

to   automatyczny   mauser   z   pękatym   tłumikiem   — 

ulubiona   broń   agentów   niemieckiego   kontrwywiadu, 

pamiątka po jednej z akcji na Krecie.

Nie   bądź   głupcem   —   zbeształ   go   Lomax.   — 

Jeśli go zabijemy, przewrócą wyspę do góry nogami. 

To by wszystko zepsuło.

Kapitan Lomax ma rację — odezwała się Kati-

na. — Muszą panowie zabrać swoje rzeczy i pójść na 

strych.   Jeśli   tu   przyjedzie,   powiem   mu,   że   właśnie 

wyjeżdżałam.

Nie   było   czasu   na   dyskusje.   Przeszli   do   salonu   i 

Boyd,   wspiąwszy   się   po   drabinie,   otworzył   klapę 

Lomax   i  Alexias  szybko   podali   mu   plecaki   i   resztę 

swojego sprzętu, a dziewczyna schowała resztki kolacji 

i brudne naczynia do kredensu w rogu. Następnie

70

background image

Ugasiła lampę i ruszyła do drzwi, oglądając się, czy są 

gotowi. W tym  momencie  motocykl  zajechał na po-

dwórze.   Lomax   skinął   krótko   głową   i   dołączył   do 

Boyda   i   Alexiasa   w   ciepłym   mroku   strychu.   Boyd 

opuścił klapę, zablokował ją jednak za pomocą kawał-

ka drewna, pozostawiając niewielką szczelinę. Mogli 

przez   nią   dojrzeć   część   pokoju   poniżej:   narożnik   z 

kominkiem, fragment stołu i krzesło — drzwi jednak 

nie widzieli.

Czekali i Lomax myślał o dziewczynie, mając przed 

oczyma  jej twarz, gdy widział ją przed wejściem na 

strych — bladą, ale spokojną. Nagle usłyszeli głosy i 

skrzyp otwieranych drzwi. Po chwili Niemiec wszedł 

w ich pole widzenia.

Był prawie równie potężnym mężczyzną jak Alexias. 

Na szarym mundurze miał czarny skórzany płaszcz do 

kolan, pokryty pyłem. Zdjął hełm i rękawice, rzucił je 

na stół, po czym wyjął papierosa. Bez hełmu wyglądał 

zdecydowanie młodziej. Przejechał dłonią po swoich 

krótkich blond włosach i powiedział coś kiepską greką 

do Katiny.

Lomax nie dosłyszał tego, ale Alexias zaraz pochylił 

się nad nim i wyszeptał:

— Robi kawę. Czuję zapach.

Niemiec   wstał   i   zniknął   z   widoku,   najwyraźniej 

zamierzając   zajrzeć   do   kuchni.   Po   paru   chwilach 

wrócił do stołu i usiadł, pojawiła się też Katina z tacką 

w rękach.

Kiedy sięgała po dzbanek z kawą, żołnierz chwycił 

ją za nadgarstek. Próbowała mu się wyrwać, ale był 

dla niej za silny. Zaśmiał się, a Lomax zamknął oczy i 

otarł pot z czoła.

71

background image

Gdy otworzył je ponownie, dziewczyna prawie le-

żała na stole, a Niemiec na niej. Była blada jak ściana i 

wydawała   się   wpatrywać   prosto   w   oczy   Lomaxa. 

Poczuł, że zasycha mu w gardle i zacisnął pięść.

Nagle Katina krzyknęła. Zanim Lomax zdążył  się 

ruszyć, Alexias ryknął jak zwierz, z trzaskiem otworzył 

klapę i rzucił się do otworu. Podczas szybkiego scho-

dzenia   prawa   noga   wślizgnęła   mu   się   między   dwa 

szczeble, stracił równowagę i spadł ciężko na podłogę.

Niemiec odwrócił się w popłochu. Przez moment ze 

zdumieniem wpatrywał się w Alexiasa, po czym ode-

pchnął Katinę na bok.

Lomax   skoczył   przez   otwór   i   ruszył   do   ataku. 

Hitlerowiec w pośpiechu odpiął klapę kabury, spóźnił 

się jednak: gdy wyciągnął pistolet, Anglik złapał go za 

nadgarstek i pchnął broń w bok, jednocześnie wbijając 

przeciwnikowi   kolano   w   krocze.   Tamten   stęknął   z 

bólu i pochylił się, a wtedy Lomax trzasnął go łokciem 

w szczękę, łamiąc kość. Niemiec z krzykiem poleciał 

do tyłu na stół i wtedy dostał kantem dłoni w gardło. 

Stół  przewrócił  się  z  hukiem i  hitlerowiec  upadł  na 

twarz.

Katina klęczała już przy wuju, a Boyd był w poło-

wie drabiny, z gotowym do strzału mauserem w ręku 

Teraz   wsunął   go   z   powrotem   do   kabury   i   pomógł 

dziewczynie unieść Alexiasa do pozycji siedzącej.

Twarz   Greka   była   wykrzywiona   bólem,   na   jego 

czole lśnił pot.

— Matko Boska, chyba złamana — jęknął.

Lomax   podszedł   szybko   i   razem   podnieśli   go   na 

krzesło. Alexias przesunął rękoma wzdłuż prawej nogi 

i nagle skrzywił się.

12

background image

— Miałem rację. Pod samym kolanem jest złama-

nie. Szlag by to trafił.

Katina była bliska płaczu.

— Przepraszam   —   powiedziała.   —   Starałam   się,

jak mogłam, ale nie chciał odejść. Uparł się, że muszę

mu zrobić kawę.

Boyd  przyklęknął   na  chwilę  przy Niemcu   i  zaraz 

wstał.

— Jedno   jest   pewne   —   już   nie   będzie   nikomu

przeszkadzał.   —   Z   ponurą   miną   zerknął   na   Loma-

xa.   — Nigdy  nie   robi  pan  nic   połowicznie,  co?  Za

|parę godzin będą szukać tego faceta po całej wyspie.

A więc muszą go znaleźć — wtrącił się Alexias. 

Lomax odwrócił się do niego marszcząc brwi.

— Co masz na myśli?

— Na   miłość   boską,   daj   mi   papierosa   —  powie-

dział   Grek.   Po   chwili   dodał:   —   To   dosyć   proste. 

patrolują na motorach wzdłuż szczytu klifów. Będzie 

mu się musiał przydarzyć nieprzyjemny wypadek, to 

wszystko.

— Na Boga, ma pan rację — stwierdził Boyd. — 

To jest jakieś wyjście.

Lomax pokiwał głową.

  — Jedyne wyjście. Jest jednak pewna przeszkoda, 

prawdopodobnie   nie   znajdą   go   przed   świtem.   A   to 

oznacza, że mogą  nabrać podejrzeń. Tak czy owak, 

Alexias potrzebuje lekarza. — Zwrócił się do Gre-ka: 

— Jak daleko stąd do domu van Horna?   — To po 

drugiej   stronie   góry,   nie   więcej   niż   godzi-ną 

Oczywiście, gdy zna się drogę.   Lomax zmarszczył 

czoło.

 — Jeżeli sądzisz, że cię tu zostawimy, to jesteś

73

background image

szalony. Kiedy Niemcy się pojawią, na pewno prze-

szukają to miejsce.

— Nie będzie mnie tu — powiedział Alexias. —

Będę bezpieczny w mieście, w „Małej Łódce". Pomóż-

cie mi tylko wsiąść do dwukółki, a dowiozę się tam

w pół godziny.

— Ale co ze mną, wujku? — odezwała się Katina

Zdobył się na uśmiech i poklepał ją po ramieniu.

Musisz jak najszybciej zaprowadzić ich do pana 

van Horna. Przy odrobinie szczęścia powinno mu się 

udać dotrzeć dziś z tobą do „Małej Łódki".

Wygląda na to, że wszystko masz zaplanowane 

— stwierdził Lomax.

— To   jedyne,   co   możemy   zrobić   —   powiedział 

Boyd.

Lomax skinął głową.

— W takim razie w porządku. Najpierw zanieśmy

go do wózka. Im wcześniej znajdzie się w mieście,

tym lepiej.

Razem z Boydem wyprowadzili Greka, podtrzymu-

jąc go między sobą, podczas gdy Katina podprowadzi-

ła konia i dwukółkę pod schody. Pomogli Alexiasowi 

usiąść na wąskim siedzeniu i oparli jego ranną nogę na 

jednym z dyszli. Boyd przyniósł z domu jeden z półau-

tomatów. Alexias wcisnął go pod siedzenie i uśmiech-

nął się do nich, błyskając w ciemności zębami.

— Nie martwcie się. Wszystko będzie dobrze. Czuję

to   w   kościach.   Nasz   plan   w   żadnym   stopniu   nie

ulegnie zmianie. Jak tylko coś ruszę, skontaktuję się

z wami.

Chwycił za cugle i odjechał w mrok. Lomax zwrócił 

się do Boyda:

74

background image

— Nie mamy zbyt wiele czasu. Wynieśmy naszego

przyjaciela jak najszybciej.

Katina poszła za nimi i przyglądała się od drzwi, jak 

zakładają Niemcowi rękawiczki i zapinają hełm. kiedy 

przechodzili obok niej z ciałem, odwróciła twarz, ale 

w chwilę później — gdy wsadzali trupa do bocznego 

wózka — wyszła na ganek.

— Kto go zrzuci? — spytał Boyd.

Ja   —   powiedział   Lomax.   —   Ty   znieś   cały 

majdan na dół i bądź gotowy do wymarszu zaraz po 

moim powrocie. — Skinąwszy głową Boyd wbiegł do 

środka, a Lomax zwrócił się do Katiny: — Obawiam 

się, że będę musiał cię poprosić o pokazanie najbliż-

szego miejsca, które by się nadawało do tego celu.

Bez słowa zeszła ze schodów i usiadła za nim na 

tylnym   siodełku.   Anglik   kopnął   starter   i   zwolnił 

sprzęgło.

Po dobrze widocznej drodze wyjechali z doliny. W 

pewnym   momencie   dziewczyna   wskazała   ręką   bo-

czną dróżkę, przecinającą ciemną  ziemię  jasną linią, 

wiejący w twarz wiatr przynosił dobry, świeży zapach 

morza i Lomax poczuł na ustach smak soli. W chwilę 

później przejechali nad niewielkim wzniesieniem i pięć-

dziesiąt   jardów   poniżej   ujrzeli   czarną   linię   klifów. 

Anglik   zgasił   motor   i   odwrócił   się   do   dziewczyny, 

która już zsiadała.

— To tutaj?

Skinęła głową.

— Ściany skalne mają tu sto stóp wysokości. U ich

pdnóża   jest   stara   przystań,   przy   której   mój   ojciec

trzymał przed wojną swoją łódź. Teraz Niemcy za-

bronili nam używać tej przystani.

75

background image

Lomax   wyciągnął   ciało   z   wózka   i   położył   je   na 

ziemi. Następnie zwolnił hamulec maszyny i pozwolił 

jej toczyć się w stronę skalnej krawędzi. Dźwignąwszy 

trupa na ramię,  zaczął schodzić w dół. Przez chwilę 

stał   na   skraju   przepaści,   spoglądając   na   białą   linię 

przybrzeżnych fal rozbijających się o skały w dole, po 

czym   cisnął   ciało   w   ślad   za   motorem   i   wrócił   do 

dziewczyny.

Stała na szczycie wzgórza, tam, gdzie ją zostawił, i 

poczuł, że patrzy na niego w ciemności.

—   Przykro   mi,   że   zostałaś   w   to   wmieszana   — 

powiedział   z   zakłopotaniem.   —   To   był   piekielny 

wieczór. — Stała dalej nie odzywając się, więc pod-

szedł bliżej. — Nic ci nie jest?

I wtedy zaczęła płakać. Objął ją ramieniem i przy-

tulił, a po chwili ruszyli z powrotem w stronę farmy.

background image

7

DZIAŁANIE I NAMIĘTNOŚĆ

Willa Olivera van Horna ulokowana była na samym 

końcu wąskiego występu skalnego, który sterczał ze 

spokojnych wód małej zamkniętej zatoki, po przeciw-

nej stronie cypla niż miasto. Był to piętrowy budynek 

o płaskim dachu,  stojący w kilkuakrowym  ogrodzie 

otoczonym wysokim murem.

Zeszli   ze   wzgórza   i   po  przecięciu   jasnego   pasma 

drogi   zbliżyli   się   ostrożnie.   Wielka   okuta   żelazem 

brama stała otworem. Minęli ją i Katina poprowadziła 

ich wąską, wyłożoną płytami  alejką biegnącą wśród 

drzew   oliwnych.   Nocne   powietrze   było   nabrzmiałe 

zapachem   kwiatów.   Palmy   unosiły  swe   korony  nad 

murem, kiwając się łagodnie na lekkim wietrze, a z sa-

dzawki tryskała fontanna.

  Gdzieś z pobliża doszedł ich cichy pomruk głosów. 

Katina   podeszła   do   przodu   i   przykucnęła.   Stali   na 

skraju kolistego podjazdu przed głównym wejściem. U 

stóp schodów zaparkowany był niemiecki samo-chód 

sztabowy,   obok   którego   siedziało,   paląc   papiero-

dwóch podoficerów w szarych mundurach i fura-

żerkach.

77

background image

Po chwili frontowe drzwi otworzyły się i na oświe-

tlony  ganek wyszło  dwóch  innych   ludzi.   Lomax  od 

razu   rozpoznał   van   Horna,   którego   znał   z   wielu 

fotografii: chudy i żylasty, o przedwcześnie posiwia-

łych włosach i wąsach, ubrany w biały lniany garnitur.

Drugi mężczyzna był niemieckim oficerem sztabo-

wym,   pułkownikiem   piechoty  —   zadziwiająco   mło-

dym jak na taki stopień — o wrażliwej, inteligentnej 

twarzy.   Wyraźnie   utykając   zszedł   po   stopniach   i 

wsiadł do samochodu. Kiedy wóz ruszył,  van Horn, 

który  został   na   ganku,   uniósł   rękę   w   geście   pożeg-

nania, a później wszedł z powrotem do domu, zamy-

kając za sobą drzwi.

Lomax odwrócił się do Katiny.

— Kim był ten niemiecki oficer?

— To pułkownik Steiner. On tu dowodzi.
— Jak   dla   mnie,   wyglądają   na   zbyt   zaprzyjaź-

nionych — mruknął Boyd.

Pokręciła głową.

— Pan   van   Horn   jest   zależny   od   Steinera,   jeśli

chodzi   o   środki   medyczne.   Dlatego   co   tydzień   gra

z nim w szachy. — Podniosła się. — Chyba byłoby

lepiej, gdybyśmy obeszli dom od tyłu.

Ruszyli ścieżką wokół narożnika. W chwilę później 

dziewczyna zatrzymała się w krzakach, kilka jardów 

od niskich schodów prowadzących na kryty taras. Z 

otwartych oszklonych drzwi padało w noc światło, a 

zasłony falowały na wietrze.

Ktoś   grał   na   fortepianie   stary,   przedwojenny   ka-

wałek Rodgersa i Harta — pełen zadumy i smutku, 

przypominający   lato,   które   odeszło,   pozostawiając 

tylko wspomnienia.

78

background image

— Poczekajcie tu — powiedziała Katina.

Przeszła przez trawnik i zniknęła w środku. Lomax,

z  karabinem pod pachą, oparł się o drzewo i czekał. 

Fortepian zamilkł. Cisza, która nastąpiła, wydawała się 

trwać wiecznie i Lomax usłyszał fale roztrzaskujące się 

o   głazy   na   plaży   w   dole.   Nagle   zasłona   została 

odsunięta i pojawił się van Horn. Przeszedłszy przez 

taras oparł się o balustradę i zawołał cicho:

— Kapitanie Lomax!

Obaj Anglicy wyszli z ukrycia.

— Drogi   kolego,   cieszę   się,   że   pana   widzę   —

Jpowiedział van Horn tak spokojnie, jakby witał sta

rego przyjaciela, który przyjechał na obiad. — Wejdź

my do środka.

  Pokój był duży i wygodnie umeblowany. Pod niskim 

sufitem   krzyżowały   się   dwie   belki.   Przy   jednej   ze 

ścian stał fortepian, a na szerokim kamiennym komin-

ku trzaskał ogień.

W   tym   momencie   drugie   drzwi   otworzyły   się   i 

weszła   Katina,   prowadząc   za   sobą   starą   kobietę   o 

pomarszczonej   brązowej   twarzy  i   bystrych   czarnych 

oczach. Kobieta wycierała ręce w biały fartuch, który 

miała   na   sukni,   i   przyglądała   się   gościom   z 

zaciekawieniem.

Van Horn podszedł do nich i po krótkiej wymianie 

zdań po grecku wrócił do Anglików.

— Poprosiłem Marię, moją gospodynię, żeby przy

gotowała   panom   pokój   i   jakiś   posiłek.   Porozmawia

my, jak wrócę.

 — Jedzie pan do miasta? — spytał Lomax.
 Van Horn skinął głową.

 — To nie powinno długo potrwać. Niemcy oczy-

79

background image

wiście dawno temu zabrali mi samochód, ale udało mi 

się   uzyskać   od   nich   dwa   rowery   do   nagłych 

wypadków.

— Jest tu ktoś jeszcze?

— Tylko Maria. Jest niema, ale rozumie wszystko, 

co  się   do  niej   mówi.   —  Zwrócił   się   do   Katiny:   — 

Lepiej już ruszajmy, kochanie.

Dziewczyna   była   bardzo   blada   i   na   jej   twarzy 

wyraźnie malowało się zmęczenie, spojrzała jednak na 

Lomaxa i zdobyła się na mizerny uśmiech.

— Prawdopodobnie zobaczymy się rano.

— Tylko pod warunkiem, że się najpierw wyśpisz 

— powiedział.

Niech się pan nie martwi, dopilnuję tego. — Van 

Horn objął Katinę ramieniem i wyszli.

Potem,  kiedy Maria zaprowadziła ich na górę, do 

wygodnego   pokoju   z   podwójnymi   łóżkami,   Lomax 

stanął   przy   oknie   patrząc   na   morze   i   ogarnęło   go 

zmęczenie.   Poszedł   więc   w   ślady   Boyda,   który   — 

rozebrawszy się do pasa — umył twarz i ramiona  w 

zimnej wodzie. Poczuł się dużo lepiej i zeszli na dół. 

Aromat  kawy doprowadził ich do kuchni, gdzie sta-

ruszka   przygotowała   im   posiłek,   składający   się   ze 

smażonej ryby i jajek..

Po kolacji poszli z kawą do salonu i rozsiedli się 

przed kominkiem, paląc papierosy.

— Jeszcze jeden papieros i uderzam w kimono — 

odezwał się Boyd. — A pan?

Poczekam na van Horna — odparł Lomax. — 

Będzie pewnie miał jakąś wiadomość od Alexiasa co 

do jutra.

Boyd wstał i podszedł do półek z książkami, wypeł-

80

background image

niających całą ścianę pokoju. Obejrzał jedną czy dwie 

i zachichotał.

— Wszystko samego mistrza, oprawione w zieloną

skórę i ze złoconymi napisami.  — 

Przynieś mi jedną — rzucił Lomax.

Boyd wziął pół tuzina i położył je na podłodze obok 

krzesła. Sobie zatrzymał tylko cienki tomik jakiegoś 

poematu z tego samego wydania i oglądał go z 

wyrazem zainteresowania na twarzy.  — To się 

nazywa Pozostały przy życiu. Wygląda, że to głównie 

wiersze na temat wojny.   Lomax pokiwał głową.   — 

W czasie ostatniej walczył w okopach,   — Lepiej 

zabiorę to ze sobą do łóżka — stwierdził Boyd. — 

Zobaczę, czy facet wie, o czym pisze. Na razie.

Kiedy odszedł, Lomax wziął na chybił trafił jakąś 

powieść   i   przekartkował.   Kiedyś   już   ją   czytał,   ale 

narracja znów go wciągnęła. Musiała upłynąć godzina. 

Przez   oszklone   drzwi   wszedł   van   Horn.   Niedbale 

rzucił na otomanę starą, wytartą torbę typu Gladstone, 

którą trzymał w ręku.

        —   A,   tu   pan   jest.   Co   się   stało   z   pańskim 

sierżantem?     — Poszedł do łóżka z tomikiem pana 

wojennej  poezji.   Mam  nadzieję,  że  nie  ma  pan nic 

przeciwko?         — Jeśli ten tomik do mnie wróci, to 

nie. Wie pan, Lomax, z jakiegoś dziwnego powodu 

większość   ludzi   wydaje   się   uważać,   że   pisarze 

powinni   rozdawać   swoje   książki   za   darmo.   — 

Westchnął. — Mój Boże, ależ to wysiłek pod tę górę, 

z miasta. Nie jestem już tak silny jak kiedyś. — W 

jego   twarzy   i   oczach   wioczne   było   zmęczenie. 

Podszedł do kredensu w ro-gu i wyjął z niego butelkę 

i dwa kieliszki.

Mroczna strona...

81

background image

— Trochę dżinu przed snem?

Niech pan go na mnie nie marnuje — powiedział 

Lomax. — Jestem właściwie tylko przechodniem, nie 

gościem.

Van Horn uśmiechnął się szeroko i opadł na krzesło 

naprzeciwko.

— Nonsens.   Nieczęsto   miewam   trochę   cywilizo

wanego towarzystwa.

— A pułkownik Steiner się nie liczy?

Van Horn uniósł brwi.

Na Boga, nie! To wyłącznie interesy. Raz w ty-

godniu pozwalam mu się ograć w szachy i potem on 

się czuje moralnie zobowiązany dać mi wszelkie środki 

medyczne, o jakie poproszę.

— Widzieliśmy   go   wsiadającego   do   samochodu, 

gdy przyszliśmy. Wydał mi się zdumiewająco młody.

Ma dwadzieścia siedem lat — powiedział van 

Horn. — Ciężko ranny pod Stalingradem i ewakuo-

wany tuż przed tym,  zanim Rosjanie zamknęli koło. 

Dostał   Krzyż   Rycerski,   a   wie   pan,   że   tego   tak   nie 

rozdają.

To   brzmi   wspaniale   —   stwierdził   Lomax.   — 

Miał pan jakieś trudności w mieście?

Van Horn zaprzeczył ruchem głowy.

Alexias dotarł do „Małej Łódki" zaledwie dwa-

dzieścia minut przed nami. Położyli go do łóżka, a ja 

obejrzałem jego nogę.

— Czy to poważne?

— Dosyć. Nastawiłem kość i dałem mu sulfonami-

dy. Jeśli poleży tydzień lub dwa, powinno być wszys-

tko w porządku. Z pewnością jednak nie będzie mógł 

odegrać czynnej roli w pańskiej operacji.

82

background image

— Jest jakaś wiadomość?

  -   Tylko   tyle,   że   ma   nadzieję   jutro   po   południu 

zorganizować   spotkanie   z   ludźmi,   którzy   mają   brać 

udział   w   tym   wszystkim.   Katina   przyjedzie   nas   za-

wiadomić.

 — A więc włączył w to również pana?

  — Obawiam się, że tak. — Van Horn nalał sobie 

następną porcję dżinu. — Katina mówiła mi, że jest 

pan tutaj, by zrobić coś ze stacją radiolokacyjną, którą 

Niemcy zainstalowali na głównej wieży kla-sztoru.

To nie jest radar — powiedział Lomax. — To 

takie   małe   urządzenie,   które   elektronicznie   wybiera 

ce1. Wszystko, co ich samoloty czy łodzie torpedowe 

muszą zrobić, to kierować się za wiązką promieni — 

nie   mogą   nie   trafić.   Narobili   już   tym   sporo   szkód 

naszej flocie.

Ale czy to teraz takie ważne? Myślałem, że i tak 

już przegrywają wojnę, zwłaszcza po lądowaniu sprzy-

mierzonych w Normandii, w zeszłym miesiącu.

 - Są szanse inwazji na Kretę w bliskiej przyszło-ści 

— a wtedy ta instalacja na Kyros mogłaby stano-wić 

pewną   niedogodność.   Ale   rzeczywiście   Morze 

Egejskie to teraz tylko występy towarzyszące, jeśli o to 

panu chodzi. Nie sądzę, żeby cokolwiek, co się tutaj 

dzieje, mogło wpłynąć  choćby o jotę na ostatecz-ny 

bieg   wojny.   —   Uśmiechnął   się   krzywo   i   przełknął 

trochę dżinu. — Ale przecież muszą dawać nam

jakies zajęcie, nieprawdaż?

 - Cóż, uważam to za interesujące spostrzeżenie —

powiedział van Horn. — Czym się pan zajmował
przed wojną?

83

background image

Praca na uniwersytecie, trochę dziennikarstwa. 

— Lomax wzruszył ramionami. — Nic ciekawego ani 

ważnego.

A potem przyszła wojna z łatwą odpowiedzią na 

wszystkie   pańskie   problemy.   —   Van   Horn   wskazał 

wstążki orderów na mundurze Lomaxa. — Wygląda 

na   to,   że   od   tamtej   pory   prowadził   pan   ożywioną 

działalność na tym polu.

— Chyba można tak powiedzieć.

Podobało się to panu? Lomax 

uśmiechnął się niechętnie.

— Na mój własny pokręcony sposób.

Chęć   zabijania.   Bardzo ważna  u  żołnierza.  — 

Van Horn westchnął. — Zabawne, jak różne znaczenie 

może mieć to samo słowo. Dla mnie wojna to okopy, 

błoto   i   brud,   brutalność   i   śmierć   na   niewiarygodną 

skalę. Całe pokolenie wytracone.

— A dla mnie? Co według pana oznacza to dla mnie?

— Desant   pod   osłoną   ciemności,   nocna   akcja, 

pościg   przez   góry.   —   Wzruszył   ramionami.   —   Za 

tydzień od teraz będzie pan siedział w głównej knajpie 

Shepheard, pijąc dla uczczenia kolejnej belki do pań-

skiego   Krzyża   Wojennego.   Ale   podejrzewam,   że   w 

dniu,   w   którym   wojna   się   skończy,   nie   będzie   pan 

wiedział, co ze sobą zrobić.

Zapomniał pan wspomnieć o pewnym drobiazgu 

—   zauważył   Lomax.   —   Wszyscy   oficerowie   Służb 

Specjalnych, którzy dostaną się do niewoli, są od razu 

rozstrzeliwani. To bezpośredni rozkaz z niemieckiego 

naczelnego   dowództwa,   od   dwóch   lat   już   w   mocy. 

Włącza to w moją działalność element dodatkowego 

ryzyka.

84

background image

- I tak być  powinno — stwierdził van Horn. — 

Życie to działanie i namiętność. Dlatego też wymaga-

ne jest  od człowieka, by miał udział w namiętności  i 

działaniu   —   inaczej   orzekną,   że   nie   żył.   —   Nagle 

uśmiechnął   się   szeroko   i   odchylił   na   krześle.   — 

Znowu bierze  we   mnie   górę  pisarz.  Tak czy  owak, 

pierwszy powiedział to Oliver Wendell Holmes.

  - Sam miałem nadzieję zostać pewnego dnia pi-

sarzem. Właśnie dlatego tak mi zależało na spotkaniu 

z panem.

  — „O broni i człowieku śpiewam",  co? — Van 

Horn   wstał   z   krzesła.   —   Powinien   więc   pan   coś 

wynieść z tej wojny, choćby tylko książkę. Chodźmy 

na ostatniego papierosa na północny taras. Myślę, że 

się panu spodoba.

Poszedł   pierwszy   przez   hall   i   chłodny   pobielony 

korytarz. Pokój, do którego weszli, pogrążony był w 

cieemności,   ale   Lomax   dostrzegł,   że   był   okrągły   i 

miał   szklane   ściany.   Van   Horn   otworzył   jakieś 

rozsuwane   drzwi   i   wyszli   na   zewnątrz.     Lomax 

gwałtownie wciągnął powietrze. W ciemno-ści unosił 

się   zapach   kwiatów,   a   wielka   czasza   nocy 

pobłyskiwała gwiazdami. Taras opierał się na wyso-

kich słupach, co sprawiało wrażenie, że płynie w po-

wietrzu.

Dwieście stóp poniżej, u podstawy skalnych ścian, 

fale rozbryzgiwały się białą pianą nad głazami.

 - Nigdy nie widziałem czegoś takiego — wyszeptał 

Lomax. — W takiej scenerii cóż człowiek może robić 

innego, niż pisać?

  -   Kiedyś myślałem tak samo — powiedział van 

Horn. — A potem przyszła wojna. Później odszedł

85

background image

stary  doktor   Douplos   i   przypomniałem   sobie,   że  w 

chwili młodzieńczej aberracji szkoliłem się na lekarza. 

Od tej pory jakby nie mam czasu.

— Może po wojnie?

Kto wie? — van Horn pokręcił głową. — Kiedy 

tak tu stoję i myślę o głupocie człowieka, zastanawiam 

się, czy jeszcze kiedykolwiek będę chciał o nim pisać. 

W   takich   momentach   muszę   iść   popatrzeć   na   moją 

kolekcję, by przywrócić sobie wiarę w sens życia.

Pańską kolekcję...? — zdziwił się Lomax. 

Van Horn skinął głową.
— Pokażę panu, jeśli pan chce.

Wszedł z powrotem do środka i, zaciągnąwszy drzwi, 

przeszedł   na   drugą   stronę   pokoju.   Lomax   usłyszał 

pstryknięcie włącznika, ale zupełnie nie spodziewał się 

tego, co zobaczył. Z ciemności — ze wszystkich stron — 

wyskoczyły szklane gabloty, każda z własnym oświetle-

niem. Ich zawartość wzbudziła w Angliku mimowolne 

westchnienie podziwu. Znajdowała się w nich najwspa-

nialsza kolekcja greckiej ceramiki, jaką w życiu oglądał.

Van Horn podszedł do niego — w świetle najbliższej 

gabloty jego twarz wydawała się oddzielać od reszty 

ciała.

— To wszystko tutaj ma wartość ponad stu tysięcy

funtów — albo dużo, dużo więcej. Prawdę mówiąc,

część z tego jest bezcenna.

Lomax zaczął obchodzić wszystkie gabloty, z zain-

teresowaniem   oglądając   zgromadzone   w   nich   eks-

ponaty.   W   końcu   zatrzymał   się   przy   przepięknej 

amforze do wina, wysokiej na co najmniej trzy stopy 

—   czerwone   i   czarne   kolory   rysunku   po   dwóch 

tysiącach lat ciągle jeszcze były ostre i świeże.

86

background image

     — Niemożliwe, żeby to było oryginalne i wciąż w 

jednym kawałku.

Pochodzi z grobowca pod Świątynią Apollina na 

Rodos. Przed samą  wojną rząd grecki prowadził tam 

prace   wykopaliskowe.   —   Van   Horn   uśmiechnął     — 

Według prawa powinna się znajdować w Ate-nach, ale 

doszedłem   do   porozumienia   ze   zbyt   skrom-nie 

wynagradzanym młodym urzędnikiem, który ją znalazł.

To jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedy-

kolwiek widziałem — stwierdził Lomax. — Ale z dru-

giej strony tę część chyba  trudno uznać za reprezen-

tacyjną.   —   Wskazał   na   gablotę   zawierającą   liczne 

wczesnokreteńskie figurki, głównie prymitywne wyob-

rażenia Matki Ziemi.

Van Horn zachichotał.

— Ma   pan   rację.   —   Zgasił   światło   i   wrócili   do

hallu.   Wchodząc   po  schodach  powiedział:   —  Wiem,

że nie mamy wiele czasu, ale powinno nam się udać

odbyć rano dłuższą rozmowę. Sądzę, że teraz mógłby

pan trochę się przespać.

Lomax   poszedł   do   swojego   pokoju.   Położył   się, 

wsłuchując   w   lekki   oddech   Boyda   i   rozpamiętując 

wypadki minionego dnia.

Cały czas myślał  o Katinie Pavlo — przypomniał 

sobie, jaka była blada i zmęczona. W swojej ostatniej 

śwadomej myśli widział jej twarz promieniejącą w cie-

mności i uśmiechającą się do niego.

background image

8

„MAŁA ŁÓDKA"

Minęło właśnie południe następnego dnia, gdy Ka-

tina wjechała dwukółką na główny plac, nad którym w 

nieruchomym   upale   zwisała   niczym   szmata,   hit-

lerowska flaga.

Lomax siedział obok niej, oparty o ładunek drzewa 

opałowego,   który   wieźli   —   jedną   nogę   położył   na 

dyszlu,   drugą   opuścił   luźno   z   boku.   W   starej   dwu-

rzędowej kurtce, popękanych butach i wyświechtanej 

tweedowej czapce, które przywiozła mu dziewczyna, 

wyglądał jak typowy wieśniak z jednej z farm.

Katina miała na głowie chustę, zawiązaną na sposób 

wiejski,   i   wypłowiałą   perkalową   sukienkę   bez 

rękawów, odsłaniającą jej szczupłe ramiona.

Od   wyjazdu   z   willi   van   Horna   prawie   się   nie 

odzywała, oczy jednak miała pogodne, a na jej twarzy 

była świeżość, wskazująca, że dziewczyna wreszcie się 

wyspała.

Podczas jazdy przeciął im drogę oddział żołnierzy 

w   polowych   mundurach.   Lomax   przyjrzał   im   się   z 

zawodowym zainteresowaniem.

— Starcy i chłopcy — stwierdził, gdy ruszyli da-

88

background image

 — Od miesięcy już wywożą z Grecji i wysp najlepsze 

oddziały.   Przynajmniej   dowodzi   to,   kto   wygrywa 

wojnę.

Kiedy skręcili na nabrzeże, pochylił się do przodu, 

by przyjrzeć się zatoce. Jaskrawo pomalowane  caic-

ques leżały wyciągnięte na plażę, a w cieniu kamien-

nego muru siedzieli rybacy,  naprawiając sieci. Jakaś 

łódź torpedowa wypływała na morze, ciągnąc za rufą 

kipiel   białej   piany.   Kilka   innych   było   przycumowa-

nych do mola, a ich załogi pracowały na pokładzie, 

rozebrane   do   pasa   z   powodu   upału,   zajęte   czysz-

czeniem i myciem.

— Zawsze jest tyle łodzi torpedowych w zatoce? —

spytał Lomax.

Skinęła głową.

— Drugie tyle jest teraz na patrolu.

Skierowała klacz w wąską boczną uliczkę, na której

końcu znajdowała się „Mała Łódka", i po chwili

Lomax zeskoczył, by otworzyć bramę prowadzącą 

na podwórze z tyłu budynku.

Wyciągnął   spod   drewna   mały   wojskowy   plecak   i 

weszli do środka. Idąc pobielanym korytarzem Anglik 

słyszał odgłosy rozmów i brzęk szkła; ktoś zaczął grać 

wesołą melodyjkę  na  bouzouki.  Na końcu korytarza, 

obok schodów, wisiała paciorkowa zasłona

i Katina przeszła przez nią, ruchem ręki dając mu 

znać, żeby zaczekał.

Lomax zajrzał do baru. Była to chłodna, przyjemna 

sala o pobielonych ścianach i sklepionym suficie, jak w 

piwnicy na wino.  W środku tłoczyli się sami rybacy, 

nie widać było ani jednego Niemca.  Zasłona 

zafalowała i ukazała się Katina, a za nią

89

background image

kobieta  koło czterdziestki,  o miłym  wyglądzie,  okrą.

głej   twarzy   i   jasnoniebieskich   oczach.

— To   jest   ciocia   Sarah   —   oznajmiła   dziewczy-  

na. — Pozostali już są i czekają w pokoju wujka. Pan 

van   Horn   przyjechał   dziesięć   minut   temu.

Pani  Pavlo  uśmiechnęła   się  i  poprowadziła  ich  na 

górę.

Wydaje się przyjmować to wszystko z nadzwy- 

czajnym   spokojem   —   zauważył   Lomax.

— Jest żoną wujka od dwudziestu lat — odparła 

Katina z uśmiechem. — Powiada, że wszystko może 

się wydarzyć i zazwyczaj się wydarza. Bardzo go 

kocha.

Pani Pavlo otworzyła drzwi na szczycie schodów i 

weszła do środka. W pokoju było szaro od dymu ty-

toniowego.  Alexias,  z fajką  w ustach,  siedział pod-

party   poduszkami   na   wielkim   łóżku.   Było   tam   też 

kilka innych osób, ale Lomax znał tylko van Horna, 

który siedział przy łóżku, paląc papierosa w srebrnej 

cygarniczce.

— A, Lomax, mój dobry przyjacielu. Czekaliśmy

na ciebie. — Alexias wyszczerzył zęby w uśmiechu. —

Patrzcie, oto on. Nocny Przybysz z krwi i kości.

Zapadła nagła cisza, gdy wszyscy obrócili się, pa-

trząc na Lomaxa z ciekawością. Anglik zaczął pod-

chodzić   do   każdego  po  kolei,   a   Alexias   ich  przed-

stawiał.

Pierwszym   z   racji   wieku  i   pozycji   był   proboszcz 

miejscowej   parafii,   ojciec   Jan   Mikali   —   dostojny 

staruszek z siwą brodą, wyglądający nieprzystępnie i 

ponuro w swych ciemnych szatach. Lomax wyczuł w 

jego zachowaniu pewien chłód.

90

background image

Następny był  wysoki brodacz nazwiskiem Jan Pa-

ros. Wyglądał jak kapitan łodzi rybackiej, okazał się 

jednak miejscowym elektrykiem. Obok niego, w rogu, 

serdział szwagier Alexiasa, Nikoli Aleko, niski i żyla-

sty, o błyszczących błękitnych oczach. Pomagał sio-

strze prowadzić „Małą Łódkę".

Ostatni byli  George Samos i Yanni Demos.  Obaj 

dwudziestokilkuletni, z opalonymi twarzami i kędzie-

rzawymi włosami — mogli uchodzić za braci. Z nie 

ukrywanym podziwem uścisnęli dłoń Anglika.

— Przyniosłeś   to,   o   co   prosiłem?   —   zapytał

Alexias.

Lomax położył wojskowy plecak na brzegu łóżka.

— Wszystko jest tutaj.

—   Dobra,   w   takim   razie   możemy   przejść   do   in-

teresów.

— Chwileczkę, Alexias — przerwał mu ojciec Jan. 

—   Jest   jedno   pytanie,   które   chciałbym   zadać 

kapitanowi   Lomaxowi,   zanim   cokolwiek   zaczniemy 

ustalać.

W  powietrzu zawisło nagłe napięcie i Lomax wy-

czuł,  że  sprawa, którą  chciał poruszyć  stary ksiądz, 

była już dyskutowana przed jego przybyciem.

-   Pańska   misja   tutaj,   kapitanie   Lomax...   —   ode-

zwał się ojciec Jan. — Czy naprawdę jest taka ważna?

Lomax wiedział, że van Horn wpatruje się w niego, 

nie zająknął się jednak.

— Bardzo ważna — odparł spokojnie.

Ale jak to możliwe? — dopytywał się ksiądz. — 

Niemcy przegrywają wojnę, cały świat wie, że to tylko 

kwestia czasu. Czy zniszczenie stacji radioloka-cyjnej, 

czy czymkolwiek to jest, na małej wysepce na

91

background image

Morzu Egejskim może  mieć  jakikolwiek wpływ  na 

ostateczne rozwiązanie?

Gdyby   w   ten   sposób   podchodzić   do   każdej 

planowanej akcji, zakończenie rzeczywiście mogłoby 

być   inne   —   zauważył   Lomax.   —   Mogę   zapytać 

dlaczego podniósł ojciec tę kwestię?

Jako tutejszy proboszcz muszę przede wszystkim 

brać pod uwagę dobro moich parafian — powiedział 

ksiądz. — Po wypełnieniu swojej misji opuści pan 

Kyros. My jednak musimy tu zostać i stawić czoło 

wściekłości Niemców.

— Wiem o tym, ojcze.

Czy jest pan również świadomy tego, że kiedy 

Niemcy wpadną na trop kogokolwiek związanego z tą 

operacją, aresztują też jego najbliższą rodzinę i wyślą 

ją do obozu koncentracyjnego w Fonchi? W przypadku 

Katiny pułkownik Steiner uczynił wyjątek tylko 

dlatego, że pan van Horn i ja osobiście i prosiliśmy o 

łaskę ze względu na jej bardzo młody wiek. Teraz to 

dziecko ma być zamieszane w coś i nieskończenie 

gorszego.

Powinien  ojciec  pojechać  na  Kretę  —  burknął 

Alexias. — Widziałem całe wioski starte z powierzchni 

ziemi w odwecie za nasze sukcesy. Ciała mężczyzn

i   kobiet   zwisające   z   gałęzi   drzew   niczym   dojrzałe 

owoce.   Ale   powodowało   to   tylko,   że   ludzie   jeszcze 

bardziej ich nienawidzili.

— Od trzech lat cierpliwie znosimy Niemców, oj

cze — odezwał się ze spokojem Jan Paros. — Kyros

to mała wyspa. Do tej pory niewiele mogliśmy zrobić

To   jest   prawdopodobnie   nasza   jedyna   szansa,   by

jakoś przyczynić się do zwycięstwa.

92

background image

Katina podeszła bliżej i przyklęknęła przy krześle 

starego księdza.

— Niech się ojciec o mnie nie martwi. Mój ojciec 

oddał swoje życie. Jak ja mogę ofiarować mniej? 

Stary ksiądz łagodnie dotknął jej głowy, powiódł 

wzrokiem po zgromadzonych i pokiwał głową.
— Niech będzie. Wygląda na to, że jestem w tej 

sprawie osamotniony.

Rozległo   się   wyraźne   westchnienie   ulgi   i   Nikoli 

Aleko podał Lomaxowi kieliszek czerwonego wina.

— Za powodzenie naszego przedsięwzięcia — rzucił

z szerokim uśmiechem.

Lomax przypił do niego, a Alexias powiedział:

— Sprawy wyglądają następująco. Jutro jest święte-

go  Antoniego.   Jak   zwykle,   będzie   to   uroczysty 

dzień

dla całej wyspy. Wszyscy żołnierze, którzy nie będą 

akurat pełnili służby, przyjadą bawić się do miasta.

— A co z mnichami?

Zazwyczaj większość z nich bierze udział w pro-

cesji. Ojciec Jan dopilnuje, żeby w tym roku poszli 

wszyscy. Opuszczą klasztor o trzeciej po południu i 

powinni być z powrotem około szóstej.
— Jak wygląda sytuacja w klasztorze?

— Jeden wartownik w budce przy głównej bramie, 

w ciągu dnia bramy się nie zamyka, ale jest szlaban.

Wieża   znajduje   się   po   przeciwnej   stronie   małego 

dziedzińca. Strażnicy siedzą na parterze.
— Połączenie z miastem?

— Telefon, ale Paros w odpowiednim czasie prze-

tnie druty. Wie, co trzeba zrobić. Pracuje u nich. Na 

wieży jest też nadajnik o krótkim zasięgu. Na to już 

nic nie możemy poradzić.

93

background image

— Ilu jest na służbie?

Trzech w wartowni, czterech przy samym urzą. 

dzeniu, które znajduje się na pierwszym piętrze. Moż-

na tam dotrzeć tylko jedną drogą — po kręconych) 

kamiennych schodach.

To brzmi dosyć dobrze — stwierdził Lomax. — 

Jak się tam dostaniemy?

Pomogą wam w tym George i Yanni. — Alexias 

skinął głową w stronę dwóch młodzieńców. — Nie-

daleko wierzchołka góry mają pasterską chatę. Wie-

czorem Katina cię tam zaprowadzi.

— I co dalej?

Codziennie o wpół do czwartej jedzie do klasz-

toru   ciężarówka   z   towarami   z   miasta.   Wiesz,   jacy 

metodyczni są Niemcy. George i Yanni na kilka minut 

zablokują drogę owcami.  Do was należy zajęcie  się 

kierowcą.

I wjeżdżamy tą ciężarówką prosto do klasztoru? 

— domyślił się Lomax.

Alexias skinął głową.

George i Yanni zgłosili się na ochotnika, by iść 

z wami. Mogą się ukryć z tyłu. Któryś z was, ty albo 

Boyd, może włożyć mundur kierowcy.

Tym   sposobem   powinniśmy   być   na   miejscu 

mniej więcej o trzeciej czterdzieści pięć — stwierdzi! 

Lomax. — Ile czasu zajmie Niemcom dotarcie z mias-

ta po tym, jak usłyszą wybuch?

Dosyć sporo, bo będą na piechotę. — Alexias 

uśmiechnął się od ucha do ucha. — Jadąc z willi van 

Horna,   przejeżdżałeś   przez   most   nad   głębokim   wą

-

wozem, zaraz za miastem. Wieczorem Nikoli nafasze

-

ruje go materiałami wybuchowymi, o których przy

94

background image

niesienie cię prosiłem. W chwili, gdy usłyszy 

eksplozję w klasztorze, wysadzi most.

- A to odetnie jedyną drogę po tej stronie góry — 

podsumował Lomax. — Niemcy nie będą mogli sko-

rzystać ze swoich pojazdów.

— Wiedziałem,   że  spodoba  ci  się  ten pomysł.   —

Alexias   podstawił   żonie   kieliszek   do   ponownego 

napeł-

nienia.   —   W   porównaniu   z   niektórymi   akcjami, 

któreprzeprowadzaliśmy na Krecie, to będzie małe

piwo

-   Z   wyjątkiem   faktu,   że   łódź,   która   nas   stąd 

zabiera, nie wpłynie do zatoczki przed dziewiątą — 

zauważył Lomax — co daje nam jakieś pięć godzin 

ukrywania   się   przed   Steinerem   przewracającym 

wyspę do góry nogami.

  -  Kiedy   porwaliśmy   tego   generała   na   Rodos, 

ścigali nas po całej wyspie przez cztery dni i nie udało 

im się nas złapać — przypomniał mu Alexias.

 - Na Rodos było dosyć miejsca, żeby kluczyć. No 

nic, zobaczymy, jak to pójdzie.

— A więc zgadzasz się na ten plan?

Lomax podszedł do okna i wyjrzał na zatokę lekko 

marszcząc czoło. Po chwili odwrócił się.

 - Poza jedną rzeczą. George i Yanni nie jadą z 

nami. Zmywają się zaraz po zatrzymaniu cięża-rówki. 

—  Nie rozumiem — zdziwił się Alexias.

  - To proste. Mając wóz poradzimy sobie z Boy-

dem sami. Tak czy siak, jedziemy w mundurach. Tym 

razem żadnego chłopskiego ekwipunku.

- Chyba oszalałeś! — zawołał z niedowierzaniem 

Alexias.

95

background image

Jestem skłonny zgodzić się z tobą. — Lomax 

nalał sobie trochę wina. — Daje to jednak niewielką 

szansę na to, że Steiner uwierzy, iż zrobiliśmy to bez 

miejscowej pomocy. — Zwrócił się do księdza. — To 

najlepsze, co mogę zrobić, ojcze.

Jestem wdzięczny, kapitanie Lomax — powie-

dział ojciec Jan. — Jest pan odważnym człowiekiem

Albo głupcem — wtrącił van Horn.

Wypiję za to — rzucił Lomax.

Uniósł kieliszek i zobaczył, że Katina wpatruje się 

w   niego   z   błyszczącymi   oczami.   Po   raz   pierwszy, 

odkąd się poznali, jej policzki były zaróżowione.

background image

9

ŚWIĄTYNIA NOCY

Noc  była  spokojna  —  od  czasu do czasu słychać 

było tylko poszczekiwanie psa, dochodzące z którejś z 

farm na dnie doliny. Niebo, usiane gwiazdami aż po 

horyzont,   gdzie   wznosiła   się   im   na   spotkanie   góra, 

było niewiarygodnie piękne.

Lomax stanął i patrzył przez chwilę, chłonąc spokój 

tej letniej nocy, po czym ruszył dalej. Po paru minu-

tach przeszli nad krawędzią skały i ich oczom ukazały 

się   ruiny   świątyni   —   stały   na   środku   płaskowyżu, 

smagane wiatrem, rozsypujące się ze starości. W świet-

le księżyca czarne cienie na wpół rozwalonych filarów 

padały na mozaikową podłogę.

— To tutaj — odezwała się Katina.

Poszedł   za   nią,   trącając   butami   luźne   kamienie, 

przystanęli przed dużym kwadratowym grobowcem z 

łupanego marmuru. Miał wysokość około sześciu stóp. 

Jego boki zdobiły na wpół zatarte fryzy.

— A więc to jest grobowiec Achillesa — powiedział 

Lomax.

— Tak mówią. — Odwróciwszy się, spojrzała w dół, 

w stronę doliny i morza. — To okropne, że w taką

Mroczna

 

strona...

97

background image

noc,   za   jaką   można   by   dziękować   Bogu,   człowiek 

musi być zajęty myślami o śmierci i przemocy.

Przykucnął   stulając   dłonie,   by  zapalić   papierosa. 

Gdy   podniósł   wzrok,   dziewczyna   stała   na   skraju 

płaskowyżu. Odwróciła się, żeby podejść do niego, i 

przez moment poczuł strach: księżyc był bezpośred-

nio   za   nią,   rozmazując   jej   kontury   —   wyglądała 

nierzeczywiście i eterycznie, jak gdyby w każdej chwili 

mogła zniknąć. Gdy tylko zrobiła krok, czar prysnął.

Usiadła na kamieniu, opierając się o grobowiec, a 

Lomax przykucnął obok.

— Niedługo będziesz musiała iść, już po północy.

Skinęła głową i z ciekawością pochyliła się do

przodu. Koszulę miał nie zapiętą pod szyją i w świetle 

księżyca wyraźnie widać było monetę, którą nosił na 

złotym łańcuszku.

— To medalik? — spytała.

Zaprzeczył.
— Stara   moneta   z   brązu   z   wizerunkiem   głowy

Achillesa.

Uśmiechnęła się.

— Na szczęście?

— Coś w tym stylu. Dostałem ją od pewnej starej 

wróżbitki   w   Aleksandrii,   tuż   przed   moją   pierwszą 

akcją. Powiedziała mi, że napotkam wielkie niebez-

pieczeństwa,   ale   dopóki   będę   miał   tę   monetę,   nie 

opuści mnie odwaga.

— I uwierzył pan jej?

Uśmiechnął się.

— Niezupełnie. Ale o ile dobrze pamiętam, nawet

Achilles miał swój słaby punkt.

Zawahała się, a potem powiedziała wolno:

98

background image

 — Kiedy wczoraj wieczorem zabił pan tego żoł-nierza 

na farmie, w pańskich oczach był jakiś chłód, który 

mnie przeraził. Mój wuj Alexias zabija, ponie-waż 

nienawidzi Niemców. A dlaczego pan zabija?  — 

Ludzie tacy jak Boyd i ja mają do tego talent, nie ma w 

tym nic więcej. — Wzruszył ramionami. — Robimy 

to, bo to musi być zrobione.  — Rozumiem. — Po 

następnej chwili ciszy podjęła: — Sądzi pan, że uda się 

wam jutro?   — Trudno powiedzieć. Coś 

nieoczekiwanego za-wsze może się zdarzyć. Myślę, że 

największym pro-blemem będzie przeżycie do czasu 

przypłynięcia łodzi.  — Co ma pan zamiar zrobić?  — 

Nie wiem jeszcze. Będziemy musieli rozgrywać to na 

bieżąco. Prawdopodobnie uciekniemy w stronę twojej 

farmy i zaszyjemy się gdzieś niedaleko zatoczki, w 

której wylądowaliśmy. O wpół do ósmej jest już 

ciemno — to powinno bardzo pomóc. — Dwa lata 

temu mój ojciec próbował uprawiać tytoń — 

powiedziała. — W ziemi pod stajnią wykopał 

suszarnię. Wchodzi się przez klapę w ostatnim bok-

ksie — jest pokryta słomą.

  — Przypuszczam, że szybko by ją znaleźli, gdyby 

dokładnie przeszukali teren. Ale dzięki za chęć po-

mocy.  — Wstał. — A teraz sądzę, że powinniśmy 

już iść.

    Zeszli   razem   po   zboczu   do   niewielkiej   kotliny, 

gdzie stała  pasterska chata. George Samos siedział 

pod   otoczakiem,   pełniąc   straż   z   karabinem   na 

kolanach.   Duży   czarny   pies   leżał   u   jego   stóp, 

zwinięty   w   kłębek.  Grek   podniósł   rękę   w   geście 

pozdrowienia.   Lomax   i   Katina   podeszli   na   skraj 

kotliny i spojrzeli w dolinę.

99

background image

Lomax   był   rozpaczliwie   świadomy   rzeczy,   które 

chciałby   powiedzieć,   lecz   nie   potrafił,   i   wtedy   ta 

niezwykła,   tajemnicza   dziewczyna   odwróciła   się   i 

uśmiechnęła,   jakby  zdawała   sobie   sprawę   z   zamętu 

panującego w jego umyśle.

— Powiedzie ci się jutro, Hugh Lomaxie.

Ich dłonie spotkały się, ale dziewczyna  zaraz od-

wróciła się i zbiegła ze wzgórza. Przez chwilę patrzył 

za nią, lecz kiedy wpadła w cień wąwozu, stracił ją z 

oczu.

Chata   była   niska,   zbudowana   z   wielkich  kamien-

nych złomów. Boyd siedział w kucki na kocu przed 

paleniskiem   i   montował   sportowego   winchestera   o 

długiej lufie. Podniósł wzrok, gdy Lomax wszedł do 

środka.

— Mała poszła? — Lomax skinął głową. Po chwili

Boyd dodał: — Z pewnością karmią ich odwagą na

tych wyspach.

Przykręcił na miejsce celownik teleskopowy i uniósł 

karabin do ramienia. Kurek uderzył o pustą komorę.

— Kiedy   będziemy   jutro   ruszać,   możesz   to   zo

stawić — powiedział Lomax. — Jest celne tylko na

bardzo małą odległość.

Boyd z czułością przejechał dłonią po łożysku.

— Może i ma pan rację, ale to taka piękna broń.

Załadował ją ostrożnie, położył na kocu obok

siebie   i   odpiąwszy   kieszeń   munduru,   wyjął   cienka, 

oprawioną w skórę książkę. Gdy ją otworzył, Lomax 

spytał z zaciekawieniem:

— Co tam masz?

— Wojenne   wiersze   van   Horna.   —   Boyd   wes

tchnął. — Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem

100

background image

t

takich rzeczy, ale muszę mu to przyznać — z pewno-

ścią trafia w sedno.

— A więc jest jeszcze dla ciebie nadzieja — stwier-

dził z uśmiechem Lomax.

  Później, zawinięty w koc, leżał w kącie i wpatrywał 

się w dogasający żar ogniska, zastanawiając się, co 

robi   na   szczycie   tej   góry  na   małej   wysepce   Morza 

Egejskiego.

Nie   było   jednak   odpowiedzi   —   w   każdym   razie 

żadnej zadowalającej — odwrócił się więc do ściany i 

pogrążył w niespokojnym śnie.

background image

10

OGIEŃ NA SZCZYCIE

Leżąc między głazami w kotlince i czując na plecach 

ciepło   słońca,   Lomax   już   od   kilku   minut   słyszał 

zbliżającą   się   ciężarówkę,   pomimo   beczenia   owiec 

chodzących po stoku.

Kiedy samochód pojawił się poniżej, na skarpie w 

dolinie,  wstał  i  oparł   się   o otoczak  koło  Boyda.   Po 

chwili ciężarówka znów zniknęła z widoku za wielką 

skałą.

Lomax wyszedł z kotlinki i pomachał do George'a i 

Yanniego,   którzy   natychmiast   zaczęli   sprowadzać 

swoje stado ze zbocza, rzucając kamieniami w pozo-

stające z tyłu zwierzęta. Dwaj Anglicy pobiegli na dół, 

grzęznąc w rozdrobnionej ziemi, i wskoczyli do rowu. 

Owce dreptały wokół nich, becząc żałośnie, a George i 

Yanni,   z   długimi   kijami   w   rękach,   spychali 

oszołomione zwierzęta na stromy nasyp, aż całkowicie 

zablokowały wąską drogę.

Lomax   usłyszał,   jak   ciężarówka   zwalnia,   skinął 

głową Boydowi i przycupnęli pod nawisem powstałym 

na skutek erozji suchej gleby. Chwilę później pojazd 

minął ich i zatrzymał się. Wychyliwszy się z kabiny.

102

background image

Kierowca krzyknął gniewnie na George'a, który stał w 

odległości   paru   jardów,   przekonująco   bezradny   w 

otoczeniu kotłujących się zwierząt.

Kierowca   wychylił   się   jeszcze   bardziej   i   znowu 

wrzasnął.   Tymczasem   Yanni   obszedł   ciężarówkę   od 

tyłu i podkradł się do szoferki. Jego długi kij uniósł się i 

opadł na odsłonięty kark Niemca  z siłą topora pkata. 

Kierowca  nie  wydał   z  siebie  żadnego dźwięku i  gdy 

młody pasterz otworzył drzwiczki, jego ciało runęło na 

ziemię.

Lomax  i Boyd  gramolili się już z rowu i biegli w 

stronę   wozu.   Boyd   wcisnął   swój   beret   w   kieszeń 

maskującej   bluzy  i  nałożył  szarą   furażerkę  kierowcy. 

Była o numer za mała, ale przechylona na czoło mogła 

ujść,   zwłaszcza   z   pewnej   odległości.   Wspiął   się   za 

kierownicę, a Lomax zwrócił się do Yanniego, który na 

klęczkach obszukiwał kieszenie trupa:

— Wrzućcie go do rowu i wynoście się do diabła, 

pamiętajcie, że nie macie zbyt dużo czasu.

George   Samos   zganiał   już   owce   z   drogi   i   gdy 

Lomax   wsiadł   do   szoferki   z   drugiej   strony,   Boyd 

ruszył. Parę chwil później mieli już zwierzęta i hałas za 

sobą i skręcili za następny stok góry, w głęboki wąwóz. 

Lomax zdążył tylko wyjąć z kieszeni mausera Byda i 

sprawdzić   tłumik   i   magazynek,   kiedy   wyje-chali   z 

wąwozu i ich oczom ukazał się klasztor.

Był   widowiskowo   ulokowany   na   skraju   małego 

płaskowyżu, wystającego z boku góry niczym półka. Z 

tyłu skalna ściana, wysoka na co najmniej pięćset stóp, 

blokowała wszelki dostęp.

Lomax przykucnął na podłodze kabiny z mauserem 

gtowym do strzału, kryjąc głowę i ramiona pod

103

background image

nogami  Boyda,  który prowadził ciężarówkę ze stałą, 

dość dużą prędkością. Gdy zaczął zwalniać, mruknął:

— Mamy szczęście. Już podnosi szlaban.

— I tak będziemy musieli się nim zająć.

Boyd   skinął   głową.   Zatrzymał   się,   nie   gasząc 

silnika, i otworzył drzwiczki. Wartownik zawołał coś, 

czego Lomax nie zrozumiał, i podszedł do samochodu.

Był to drobny człowieczek po czterdziestce w brzyd-

kich   metalowych   okularach.   Karabin   miał   beztrosko 

przewieszony przez ramię i uśmiechał się. Lomax nie 

dał wartownikowi żadnej szansy. Chwycił go za mun-

dur   i   pociągnąwszy   do   przodu,   strzelił   mu   między 

oczy, po czym wciągnął ciało do kabiny. Boyd trzasnął 

drzwiczkami i przejechał przez bramę.

Głupkowaty uśmiech wciąż tkwił na twarzy trupa, 

ale z nosa i ust lała mu się krew, więc Lomax zepchnął 

go   na   bok.   Po   chwili   Boyd   zatoczył   ciężarówką 

półkole i zahamował ostro przed wejściem do wieży. 

Otworzywszy drzwi, Lomax pierwszy wyskoczył z ka-

biny   i   z   półautomatem   gotowym   do   strzału   ruszył 

szybko   do   przodu.   Było   chłodno,   ciemno   i   bardzo 

spokojnie. Spiralne schody znajdowały się w odległości 

zaledwie paru stóp, a obok nich drzwi do wartowni 

Ktoś   zaśmiał   się   w   środku;   zabrzmiało   to   odlegle   i 

jakby nierzeczywiście.

Podeszli do drzwi. Lomax wierzchem dłoni otarł pot 

z czoła i skinął głową. Boyd cicho otworzył drzwi i 

weszli do środka.

Dwóch   strażników   siedziało   w   samych   koszulach 

przy stole grając w karty, trzeci zaś leżał na jednej z 

wąskich żelaznych pryczy, czytając jakiś magazyn

104

background image

jeden z grających zaklął i rzucił karty na stół, na co 

drugi ze śmiechem sięgnął po leżące na środku stołu 

monety. Wtedy zobaczył Anglików.

— Wstawać! — rozkazał po niemiecku Lomax. — 

Róbcie,   co   wam   każemy,   to   przeżyjecie.   Wstali 

powoli   z   rękami   złożonymi   za   szyję.   Obaj   gracze 

byli  zaledwie  chłopcami,  ale  ten,  który  czytał,   był 

starszy — wyglądał na opanowanego i twardego, Na 

twarzy miał blizny od szrapnela.

- Dobra, szybko na górę — polecił Lomax Boy-

wi. — Ja popilnuję tych trzech. — Kiedy sierżant 

wyszedł, rzucił: — Zdejmijcie pasy i odwróćcie się. 

Jeden z młodzieńców zaczął się trząść, ale starszy 

odezwał się:

Nie martw się, synu. Nie zajdą daleko. Zamknij się i 

rób, co mówię — warknął Lo-— Gdybyśmy mogli 

sobie pozwolić na hałas, byś nie żył. Nagle na 

schodach rozległ się odgłos strzelaniny, Lomax 

odruchowo zerknął w stronę drzwi i w tym momencie 

mężczyzna z bliznami kopnął w niego krzesłem i 

skoczył do półki z bronią. Anglik odwrócił się 

natychmiast, strzelając z biodra szerokim łukiem, 

który rzucił Niemcem o ścianę. Zaraz potem ściął obu 

chłopców, ciągle stojących przy stole, oszołomio-nych 

i zdezorientowanych.  Jeden z nich krzyczał w agonii, 

tłukąc obcasami o podłogę. Lomax dokoń-czył go 

szybką serią i wybiegł do przedsionka. Kiedy stanął 

na stopniach, zza rogu wyskoczył Boyd. Miał krew 

na twarzy po odprysku kamienia, który rozciął mu 

policzek. — Na półpiętrze natknąłem się na jednego z 

nich

105

background image

schodzącego w dół — powiedział. — Był dla mnie za 

szybki,   cholera.  Zatrzasnął   jakąś  stalową  klapę   przy 

schodach na pierwszym piętrze.

— Zanim się zorientujemy,  ściągną tu wszystkich

żołnierzy z miasta — stwierdził Lomax. — A Nikoli

nie wysadzi mostu, dopóki nie usłyszy wybuchu stąd.

Będziesz musiał założyć ładunki tutaj.

Boyd   nie   spierał   się.   Zdjął   plecak  i   otworzył   go. 

Plastik był już powiązany w ładunki i Lomax pomógł 

mu szybko je uzbroić. Następnie Boyd ułożył ładunki 

w równych  odstępach pod ścianami.  Gdy zaczął za-

kładać przewody, w oddali rozległ się huk eksplozji. 

Przez   krótką   chwilę   popatrzyli   na   siebie,   po   czym 

Boyd wrócił do swego zajęcia. Najwyraźniej coś zmu-

siło Nikolego Aleko do pospieszenia się. Prawdopo-

dobnie jakiś pojazd próbował przejechać most i Grek 

zdał sobie sprawę, że coś musiało pójść nie tak.

— Wystarczy? — spytał Lomax.

Boyd wzruszył ramionami.

— To zależy od tego, w jakim stanie są fundamen

ty.   W   tym   klimacie   zaprawa   w   starych   budowlach

jest   zwykle   porządnie   zwietrzała.   —  Podłączył   prze

wody   do   małego   detonatora   na   baterię   i   powie

dział:   —   Niech   pan   zapala   ciężarówkę.   Jak   tylko

usłyszę silnik, nastawię to na trzydzieści sekund.

Lomax wyszedł szybko. Zabity wartownik wciąż le-

żał na podłodze kabiny; twarz obsiadły mu już muchy 

Wyciągnął   ciało   z   szoferki   i   usiadł   za   kierownicą 

Silnik zaskoczył z rykiem i gdy Lomax włączył bieg, 

Boyd   wybiegł   z   przedsionka   i   wskoczył   na   miejsce 

obok niego.

Lomax zakręcił tak ostro, że zewnętrzne koła unios-

106

background image

się   w   powietrzu.   Kiedy   przyspieszali   jadąc   przez 

dziedziniec,   z   jednego   z   wyższych   pięter   ktoś 

wystrzelił serie  ze schmeissera, wzbijając pociskami 

tuman kurzu dziesięć jardów w lewo od samochodu. 

Po   chwili   minęli   wrota.   Wybuch   był   potężny   i 

Lomax ujrzał w lusterku wielki grzyb ponad murami, 

z wieżą w środku. Przez chwilę stała jeszcze prosto, 

a potem przechyliła się na bok i przewróciła powoli, 

znikając w chmurze pyłu i dymu.

Boyd patrzył przez okno i teraz odwrócił się z sze-

rokim uśmiechem.

— Muszę się panu przyznać, że przez chwilę czy

dwie byłem trochę zaniepokojony.

— Ja ciągle jestem — odparł Lomax. — Im szybciej 

znajdziemy się po drugiej stronie góry, tym lepiej dla 

nas.       W   obłoku   pyłu   przejechał   przez   wąwóz   i 

zahamo-wał   ostro,   gdy   wydostali   się   na   otwartą 

przestrzeń,   niemiecki   transportowiec   objeżdżał 

właśnie   zbocze   góry   kilkaset   jardów   przed   nimi   i 

zmierzał w ich kierunku.

Mieli zaledwie sekundy. Lomax popchnął Boyda w 

stronę drzwi.

— Wyskakuj! — krzyknął.

Boyd bez słowa skoczył na ziemię, a Lomax gwał-

wnie dodał gazu. Po chwili otworzył swoje drzwiczki 

również skoczył.

Niemcy

 

wydawali

 

się

 

nieświadomi 

niebezpieczeństwa, W ostatniej chwili ich kierowca 

szarpnął   kierownicą   transportowca   tak   ostro,   że 

pojazd wpadł do-

rowu. Pusta ciężarówka przemknęła obok. 

Pięćdziesiąt

-107

background image

jardów dalej przeleciała nad krawędzią drogi i znik-

nęła   z  widoku.   Właśnie   wtedy  zza   zbocza   wyjechał 

kolejny transportowiec.

Kiedy Lomax wyczołgał się z rowu i ruszył biegiem 

przez drogę, kilkunastu żołnierzy rzuciło się w jego 

stronę.   Przyklęknąwszy,   posłał   im   długą   serię,   po 

czym przebiegł resztę drogi i zaczął wchodzić na stok. 

Wspinał się po przekątnej, trzymając się otoczaków, a 

za nim rozłożyły się w wachlarz szare postacie. Raz 

się zatrzymał  i natychmiast  kula kopnęła ziemię  tuż 

obok. Schyliwszy się, ruszył dalej.

Byli   blisko,   bardzo   blisko.   Nagle   pośliznął   się. 

tracąc oparcie pod stopami  i zjechał parę metrów w 

dół. Usłyszał za sobą okrzyk triumfu, a zaraz potem 

wybuch granatu. Gdy echo przebrzmiało, nie słyszał 

już odgłosów pościgu.

Zza otoczaka trochę wyżej na zboczu wysunął się 

Boyd.  Zamachnął się i w powietrzu poleciał łukiem 

następny granat. W momencie eksplozji Lomax skulił 

się odruchowo i rozpaczliwym  wysiłkiem wgramolił 

się na małą półkę skalną, na której stał Boyd.

Z trudem łapiąc oddech odwrócił się i oparł o głaz. 

Niemcy z pierwszego oddziału, którzy przeżyli, wciąż 

się wspinali. Za ich plecami wznosił się samotny klif.

— Nikoli powinien był wcześniej wysadzić most —

powiedział.

Boyd pokiwał głową.

— Cała ta sprawa zaczyna śmierdzieć.

Na lewo od nich górskie zbocze pięło się pionowo 

w górę do małej kotlinki, gdzie stała pasterska chata, 

w której spędzili noc. Żołnierze z drugiego transporto-

wca byli już na wzgórzu i zamierzali odciąć im odwrót.

108

background image

Lomax nie wahał się. Wyskoczył z ukrycia i ruszył 

szybko   w   poprzek   stoku,   a   Boyd   za   nim.   Pociski   z 

głuchym   łoskotem  zadudniły o  ziemię  parę  stóp pod 

nimi i wiedział, że zaraz znajdą się w zasięgu niemiec-

kiej   broni.   Boyd   przystanął   i   wypuścił   dziką   serię, 

zmuszając ścigających do pochylenia głów. Po chwili 

jednak   odpowiedzieli   zmasowanym   ogniem.   Nagle 

jeden   z   nich   okręcił   się   i   upadł   na   twarz,   potem 

następny.   Natychmiast   cała   grupa   rozproszyła   się, 

chowając za najbliższe otoczaki. Ktoś strzelał do nich z 

kotlinki pod samym szczytem góry.

Lomax powiesił sobie karabin na szyi i czepiając się 

luźnych kamieni ruszył pod górę. Przeczołgali się nad 

brzegiem kotlinki. Za dużym otoczakiem leżała Katina 

ze   sportowym   winchesterem   Boyda   przy   ra-mieniu. 

Oddała   dwa   szybkie   strzały   i   przysunęła   się   do 

Lomaxa.

— Co ty tu do diabła robisz? — zapytał.

Martwiłam się o was — odparła. — Kiedy się 

rano obudziłam, miałam złe przeczucia, więc pomyś-

lałam,   że   przyjdę   i   poczekam   w   chacie.   Znalazłam 

karabin i resztę waszych rzeczy i nagle rozpętało się to 

piekło.

Boyd  siedział oparty o głaz. Uniósł mundur i ko-

szulę i przyciskał gazę polowego opatrunku do brzyd-

kiej,   poszarpanej   rany   w   boku.   Lomax   przyklęknął 

obok niego.

— Co z tobą?

Boyd zmusił się do uśmiechu.

— Niech się pan o mnie nie martwi. Zapnę pas na

następną dziurkę.

Katina wyjrzała poza krawędź i cofnęła się szybko.

109

background image

— Są bardzo blisko.

— Więc lepiej ruszajmy.
Podał   Boydowi   rękę,   pomógł   mu   wstać   i   zaczęli 

wspinać się w stronę płaskowyżu i grobowca Achil-

lesa.   Twarz   sierżanta   była   wykrzywiona   bólem,   na 

czoło wystąpiły mu wielkie krople potu. Odwrócił się 

do Lomaxa.

— Nic z tego, nie dam rady iść tak szybko jak wy.

Tylko was będę opóźniał.

Lbmax zignorował go i odezwał się do Katiny:

— Ja   ich   tu   zatrzymam.   Pomóż   mu   zejść   w   dół

zbocza i zaprowadź do farmy, a ja dołączę do was po

zmroku.

Wziął   od   niej   winchestera   i   podał   jej   półautomat 

Boyda. Nie dał żadnemu z nich okazji do dyskusji, bo 

po prostu odwrócił się i pobiegł na koniec płaskowyżu. 

Tam położył się przy otoczaku, zza którego miał dobry 

widok na chatę.

Jakiś żołnierz przeszedł ostrożnie ponad krawędzią 

kotlinki. Naciskając spust, Lomax widział przez celo-

wnik teleskopowy orła na jego mundurze.

Gdy   w   chwilę   później   obejrzał   się   przez   ramię, 

zobaczył, że jest sam.

background image

BEZ URAZY, KAPITANIE LOMAX

Kiedy ostrożnie schodził w kierunku farmy, zaczęło 

padać   i   znad   morza   nadpłynęła   mgła,   popychana 

zimnym   wiatrem.   Przystanął   pod   osłoną   drzewa 

oliwnego i spojrzał w kotlinę. Farma była ciemna i 

spokojna, ruszył więc dalej i przemknął pod płotem. 

Przy końskim żłobie zatrzymał  się, spryskał  twarz 

wodą i wypłukał usta. Gdy się wyprostował, drzwi 

stajni otworzyły się i uka-zała się Katina.

 — Czekałam na ciebie na strychu — powiedzia-ła. 

—   Zaczynałam   już   myśleć,   że   nigdy   nie   przyj-

dziesz.

Natychmiast poczuł, że coś jest nie tak, i podszedł 

bliżej, patrząc na nią.

— Gdzie Boyd?

Nastąpiła chwila ciszy,  po czym  dziewczyna  ode-

zwała się powoli:

— W pierwszym boksie. Nie mogłam zaprowadzić

go dalej.

Coś w jej głosie  powiedziało mu,  czego się może 

odziewać,   wszedł   jednak   do   środka,   wyciągając 

kieszeni latarkę. Boyd leżał na plecach na słomie;

111

background image

jego niewidzące oczy były zapadnięte, a ręce złożone 

na piersiach zimne i sztywne.

— Wszystko   było   w   porządku,   zanim   doszliśmy

do szczytu wzgórza — powiedziała Katina martwym

głosem.   —   Wtedy   dostał   krwotoku.   Nigdy   nie   wi

działam tyle krwi. Prawie godzinę zajęło mi sprowa

dzenie go tutaj.

Zaczęła płakać. Lomax rzucił karabin i przytulił ją 

do siebie. Po chwili opanowała się i odsunęła od niego.

— Przepraszam,  zachowuję się jak dziecko. Powi

nieneś już  schodzić do zatoki.  Nie  masz  zbyt  wiele

czasu.

Był zmęczony, bardziej niż kiedykolwiek w czasie 

tych czterech długich lat, i wszystko nagle przestało 

mieć jakiekolwiek znaczenie. Wyjął papierosa i zapa-

liwszy go, wydmuchnął z westchnieniem dym. Wysoko 

na wzgórzu rozległo się w nocnym powietrzu ujadanie 

psa gończego. Katina złapała go za ramię.

— Myślałem, że zgubiłem ich w strumieniu o milę

stąd — powiedział. — Wygląda na to, że się myliłem

— Jeszcze jest czas — rzuciła nagląco.

Pokręcił głową.

— Dla ciebie, Katino, ale nie dla mnie. Spróbuje

ich odciągnąć. Jak tylko  zacznie się  strzelanina,  wy

ślizgnij   się   przez   gaj   oliwny   i   wracaj   przez   górę.

Zostawię ci winchestera. Rozkłada się na części, więc

będziesz mogła go łatwo schować.

— Nie opuszczę cię — powiedziała stanowczo.

Chwycił ją mocno za ramiona.

— Ojciec Jan miał rację co do mnie. Walka i uciecz

ka, i zostawianie innym całego ciężaru konsekwencji

Nadszedł czas, żebym przyjął część tego na siebie.

112

background image

 — Ale jakiemu celowi to ma służyć? — spytała z 

rozpaczą w głosie.

— Nie wiem — odparł. — Może pomoże to miesz-

kańcom Kyros,  może  nie. Ale będzie warto, nawet 

jeśli pomoże tylko tobie.

   Znowu   się   rozpłakała,   opierając   głowę   na   jego 

piersi. Podniósł jej podbródek i pocałował w usta, a 

potem  delikatnie   ją   odsunął.   Szybkim   szarpnięciem 

zerwał z szyi złoty łańcuszek z monetą i włożył jej w 

dłoń.

— Nie będę już tego potrzebował.

Podciągnąwszy Boyda do pozycji siedzącej schylił 

się   i   przełożył   go   sobie   przez   ramię.   Ciało   było 

zdumiewająco   lekkie.   Gdy   wyszedł   na   zewnątrz, 

zimny deszcz uderzył go w twarz.

Psy były już bardzo blisko; kiedy przeszedł przez 

podwórze i ruszył drogą, mijały grzbiet wzgórza nad 

jego głową.

  Rzucił się do biegu i po chwili skręcił z drogi na 

nagie zbocze. Zatrzymał się na szczycie niewielkiego 

wzniesienia, ostrożnie położył ciało Boyda na ziemi 

Odwrócił się, ściągając z ramienia automat.

Szli właśnie przez gaj oliwny. Posłał im długą serię 

—   w   odpowiedzi   usłyszał   krzyki,   wycie   psów   i 

strzały z automatów.

Zaczął   biec   dalej,   ale   w   pewnym   momencie   nogi 

odmówiły mu posłuszeństwa i potknął się, upadając 

ciężko   na   kamień.   Przez   chwilę   leżał   na   wpół 

ogłuszo-ny, a potem podniósł się z trudem. Goniący 

go ludzie i ujadające wściekle psy ominęli farmę  i 

biegli dalej

drogą.

Uniósł karabin i nacisnął spust, rozrywając ciszę no-

113

— Mroczna strona...

background image

cy długim, rozbrzmiewającym wokół hukiem. Opróż-

niwszy magazynek cisnął bezużyteczną broń w bok  i 

rzucił się do ucieczki, ale w tym momencie zaszczekał 

w   odpowiedzi   schmeisser.   Poczuł,   jakby  coś   wielo-

krotnie kopnęło go w nogi, i upadł na twarz.

Wszystko   od   niego   odpłynęło,   ciągle   jednak   był 

jeszcze   przytomny,   gdy   jakaś   ręka   chwyciła   go   za 

ramię, odwróciła i ktoś poświecił mu w twarz latarką. 

Słyszał   podniesione   głosy   żołnierzy   i   warczenie 

przytrzymywanych   psów,   ale   po   chwili   wszystkie 

odgłosy zlały się ze sobą i znów pogrążył się w cie-

mność.

Czerń powoli przemieniła się w szarość i doszła go 

jakaś cicha rozmowa. Otworzywszy oczy, ujrzał bez-

pośrednio nad głową światło. Leżał na wąskim stole 

operacyjnym   i   kiedy   lekko   się   poruszył,   rozmowa 

ustała i na pokrytej  kafelkami  podłodze rozległy się 

szybkie kroki. Mężczyzna, który pochylił się nad nim, 

miał na sobie biały kitel i najwyraźniej był lekarzem.

— Proszę się rozluźnić — powiedział. — Wszystko

będzie dobrze.

Podszedł pielęgniarz z tacką i lekarz, napełniwszy 

strzykawkę, dał Lomaxowi zastrzyk. Kiedy skończył-

otworzyły się jakieś drzwi i wszedł Steiner. Z lekkim 

uśmiechem oparł się na stole operacyjnym.

A więc, mój drogi Lomax, ciągle jest pan z nami. 

Lomax skrzywił się, usiłując się podnieść.

— Skąd pan zna moje nazwisko?

Pielęgniarz nacisnął nogą pompkę, podnosząc jeden

114

background image

koniec   stołu i  stawiając   ich  twarzą   w twarz.   Steiner 

zaśmiał się.

  —   W   moim   biurze   mam   pańskie   akta   grube   na 

sześć  cali.   Wywiad   co   miesiąc   coś   do   tego   dodaje, 

Nigdy jednak nie spodziewałem się zobaczyć pana na 

Kyros.  A   propos,   wykonał   pan   wspaniałą   robotę   w 

klasztorze. Wartą kolejnej belki do pańskiego Krzy-ża 

Wojennego,   powiedziałbym.   —   Z   cienkiej   złotej 

papierośnicy wyjął papierosa, włożył go Lomaxowi do 

ust i zapalił. — Jak się pan czuje?

Anglik  spojrzał   w  dół   i  zobaczył,   że   ma   rozcięte 

spodnie, a obie nogi grubo obandażowane.

 — Tak, jakbym nie powinien tu być.

— Ale jest pan — stwierdził Steiner. — Szkoda, 

naprawdę. Powinienem kazać pana rozstrzelać. Przy-

puszczam, że zdaje pan sobie z tego sprawę?

 -  Zrobiłem już swoje.

  - Oczywiście trochę współpracy mogłoby zmienić 

moje zdanie. Na przykład nazwiska tych, którzy panu 

ułatwili przeprowadzenie całej akcji.

 — Nie potrzebowałem miejscowego wsparcia. Mia-

łem  ze   sobą   pół   tuzina   dobrze   wyszkolonych   żoł-

nierzy.

 — To dziwne — powiedział Steiner. — Jak dotąd, 

doliczyliśmy się tylko pana i tego martwego sierżanta, 

który był przy panu. Jak pan to wyjaśni?

 — Reszta moich ludzi musiała już zdążyć się stąd 

wynieść. — Lomax spojrzał na zegarek. — O ósmej po 

drugiej   stronie   wyspy   miała   nas   zabrać   łódź   pod-

wodna. — Uśmiechnął się lekko. — Spóźnił się pan, 

pułkowniku.

 — A więc nie dojdziemy do porozumienia?

115

background image

— Nie ma nic, co do czego moglibyśmy się poro-

zumieć.

Spodziewałem się, że pan to powie. — Steiner 

włożył   rękawiczki.   —   Bez   urazy,   Lomax.   Szanuję 

odważnego człowieka,  ale  muszę   robić,  co do mnie 

należy.

Bez urazy — zgodził się Lomax.

Niemiec podał mu rękę i wyszedł, a Lomax oparł się 

o   poduszkę.   Wszystko   przestało   mieć   jakiekolwiek 

znaczenie. Narkotyk zaczął działać i poczuł się śpiący. 

Wydawało mu się, że Steiner jakby śmiał się z niego — 

nie rozumiał czemu. Pielęgniarz obniżył stół i Anglik 

wpatrzył się w lampę nad sobą, a po chwili pogrążył 

we śnie.

Kiedy się obudził, leżał na noszach w karetce. Obok 

niego   siedziało   dwóch   sanitariuszy   w   polowych 

mundurach. Z trudem przekręcił głowę i zmarszczył 

czoło.

— Gdzie ja jestem? Co się dzieje?

Jeden   z   nich  —  młody   chłopak  o  miłej   twarzy  i 

poważnych oczach — nachylił się.

— Nie   ma   powodu   do   niepokoju.   Jedzie   pan   na

Kretę, to wszystko. Pańska noga wymaga specjalnej

operacji.

Leżał w oszołomieniu, usiłując coś z tego zrozumieć, 

ale nie był w stanie się skoncentrować. Nagle karetka 

zatrzymała się, otwarto drzwi i wyciągnięto go.

Był   wczesny   poranek,   szary   i   pochmurny.   Padał 

lekki deszcz, a od zatoki wiał zimny wiatr. Na molo 

stało w małych grupkach trzydzieści, może czterdzieści

116

background image

osób,   zajętych   rozmową.   Głównie   mężczyźni,   choć 

kręciło   się   też   parę   kobiet.   Zaciekawieni   podeszli 

bliżej,   gdy   sanitariusze   podnieśli   nosze,   i   strażnicy 

musieli odepchnąć ich, by zrobić przejście.    Minutę 

czy   dwie   zajęło   im   zniesienie   noszy   po   kładce   do 

czekającej   już   łodzi   torpedowej.   Położyli   go   na 

pokładzie   obok   sterówki   i   stanęli   przy   nim. 

Marynarze szybko odcumowali.    Kiedy łódź odbijała 

od   mola,   ludzie   w   milczeniu   zebrali   się   na   jego 

krawędzi. Lomax spojrzał na rząd bladych twarzy bez 

wyrazu.   Obraz  miał   lekko za-mglony,  ale  dostrzegł 

Katinę.

A więc była  bezpieczna? Chociaż za to mógł być 

wdzięczny. Na głowie miała chustę i wyglądała do-

ładnie   tak,   jak   tamtego   pierwszego   wieczoru   — 

bardzo młodo, z oczami jak czarne cienie na jasnej 

twarzy.   Coś   zakłuło   go   w   gardle.       Leżał   tak   na 

pokładzie, a zimny deszcz padał mu na  twarz. Gdy 

wyspa rozpłynęła się we mgle, nad głową przeleciała 

mu   mewa   i   pomknęła   w   szary   branek   niczym 

odchodząca dusza.

background image

CZĘŚĆ TRZECIA

ODGŁOSY POLOWANIA

background image

12

NIGDY NIE POWINNO SIĘ 

DO NICZEGO WRACAĆ

Kiedy się obudził, zobaczył, że w prawej dłoni wciąż 

ściska monetę. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, gdyż 

jego pierwszą przytomną myślą było, iż nie powinien 

jej   mieć,   i   wtedy   sobie   przypomniał.   Przeszłość   i 

teraźniejszość   zmieszały   się   tak   dokład-nie,   że 

poczuł zamęt w głowie. Położył łańcuszek z monetą 

na   małym   stoliku   przy   łóżku,   opuścił   nogi   na 

podłogę i usiadł, usiłując zebrać myśli. Kim jestem? 

— zastanawiał się. Nocnym Przybyszem czy Hugh 

Lomaxem, mieszkającym w Kalifornii Scenarzystą i 

pisarzem? Nie było odpowiedzi. Stał się obcym dla 

samego siebie.

Wstał i podszedł do umywalki. W boku — gdzie 

dosięgło   go   kopnięcie   —   czuł   tępy   ból,   a   na 

policzku   miał   brzydkie   zadraśnięcie.   Ściągnąwszy 

koszulę   ochlapał   twarz   letnią   wodą.   Kiedy   się 

wycierał,  roz-legło się  pukanie  do  drzwi  i  weszła 

Katina.

Miała na sobie tę samą jedwabną chustkę i kremo-

wą lnianą sukienkę co przedtem.  - Jak się czujesz? 

— spytała z uśmiechem, zamy-jąc drzwi.

121

background image

Odwzajemnił jej uśmiech.

— Zbyt   stary   na   uliczne   burdy   z   mężczyznami

o połowę młodszymi ode mnie.

Otworzyła jego walizkę i wyjęła czystą koszulę.

— Co robiłeś?

Wracałem w przeszłość — odparł. — Próbowa-

łem coś z tego zrozumieć.

Niebezpieczna gra. Mówią, że nigdy nie powin-

no się do niczego wracać.

— Myślę,   że   mają   rację.   Nie   jestem   już   nawet 

pewien, kim jestem.

Jesteś Hugh Lomaxem — powiedziała i zaraz 

dodała: — Nocny Przybysz umarł dawno temu.

— Nie jestem tego taki pewny.  Dziś po południu 

prawie   zabił   człowieka.   —   Nie   miała   na   to   nic   do 

powiedzenia,   więc   mówił   dalej:   —   Nie   ma   w   tym 

żadnej logiki, Katino. Mam tylko jedną rzecz na tym 

oszalałym   świecie,   której   mogę   się   trzymać.   To,   iż 

wiem, że nie zdradziłem tych, którzy mi pomogli.

Wiem, Hugh. Wierzę ci i Oliver także ci wierzy 

Chce   się   z   tobą   zobaczyć.   Sądzi,   że   może   mógłby 

pomóc. Pojedziesz ze mną do willi?

— Cóż mam do stracenia? I tak chciałem się z nim 

spotkać.

Podeszła do drzwi i otworzyła je.

— Będę czekać na dole. Zanim wyjedziemy, chcę

zamienić słowo z Anną.

Postanowił się nie golić i szybko dokończył ubiera-

nia.   Kiedy   pięć   minut   później   wyszedł   na   upalne 

słońce   placu,   Katina   siedziała   za   kierownicą   jeepa 

rozmawiając z Kytrosem. Sierżant odwrócił się i przyj-

rzał mu krytycznym wzrokiem.

122

background image

 — Wygląda pan znacznie lepiej niż Dimitri.

 — Jak z nim? — spytał Lomax.
  —  Kiedy widziałem go po raz ostatni, zakładano 

mu  właśnie kilka szwów na twarz — odparł Ky-tros 

— Ale  niech pan go nie ocenia  zbyt  nisko. Trzeba 

więcej niż jednego pobicia, by rozłożyć go na łopatki. 

Jest zbudowany ze stali, a jego zdolność do nienawiści 

jest wręcz przerażająca.

 — Czy mam to traktować jako ostrzeżenie?

Kytros z powagą skinął głową.
— Niech   pan   się   trzyma   z   dala   od   ulic   w   nocy,

panie   Lomax.   Są   tu   tacy,   którzy   chętnie   by   pana

zabili. Wolałbym, żeby im pan tego nie ułatwiał.

-   Cała   przyjemność   po   mojej   stronie.   —   Lomax 

usiadł obok Katiny. — Coś jeszcze?

  -   Być   może   jedyną   wartą   zachodu   spuścizną   po 

niemieckiej  okupacji  jest nasza sieć  telefoniczna  — 

powiedział   Kytros.   —   Byłoby   dobrze,   gdyby   mógł 

mnie pan na bieżąco informować o swoich ruchach. 

Jeśli   nie   będzie   mnie   w   biurze,   telefonistka 

skontaktuje pana ze mną.

Odsunął się i Lomax z Katiną ruszyli przez plac.

Kiedy znaleźli się w bocznej uliczce, zapytała:

 - Zrobisz to, o co prosi?

Lomax skinął głową.

-  Czemu   nie,  jeśli  to  go  uszczęśliwi?   Wsiedli   do 

samochodu i Katina skupiła uwagę na prowadzeniu. 

Nad wąwozem za miastem był nowy most — stalowa 

sieć  zastąpiła  robotę  kamieniarską  — ale  poza  tym 

wydawało się, że nic się nie zmieniło.   Osłoniwszy 

twarz rękami zapalił papierosa, po czym  usiadł tak, 

żeby móc na nią patrzeć.

123

background image

— Gdzie jest Yanni? — zapytał. 

Uśmiechnęła się.

— Zostawiłam go obżerającego się w kuchni.
— Z kim? Ze starą Marią? Jej 

uśmiech zbladł.

— Maria umarła dawno temu, w Fonchi. Wzięli ją

razem z Oliverem.

Westchnął ciężko, przypominając sobie staruszkę i 

jej uprzejmość. Po chwili następna myśl przyszła mu 

do głowy i zapytał:

— A co się stało z twoją ciotką?

— Próbowała ostrzec wujka, kiedy po niego szli. 

Zastrzelili ją na schodach.

— Kolejna rzecz, za którą mnie wini? — spytał z 

goryczą.   Katina   nie   odpowiedziała   jednak   i   jechali 

dalej w milczeniu.

Kiedy  zatrzymała   silnik   na   podwórzu   przed   staj-

niami z tyłu willi, było cicho, gorąco i bardzo spokoj-

nie.   Nic   się   nie   zmieniło.   Czas   stanął   w   miejscu, 

przeszłość i teraźniejszość zlały się, nadając wszyst-

kiemu nierzeczywisty charakter. Gdy poszedł za Ka-

tiną wąską ścieżką między drzewami oliwnymi i wszedł 

do domu, poczucie nierzeczywistości jeszcze się spo-

tęgowało.

Wszystko było dokładnie tak, jak przed siedemna-

stoma   laty.   Wielki   kamienny   kominek,   fortepian, 

wypełnione książkami półki. Przystanął i dotknął ich 

delikatnie ręką. Nagle zachwiał się, czując lekki zawrót 

głowy, i Katina spytała z niepokojem:

— Nic ci nie jest?

Wziął głęboki oddech i pozbierał się.

— Nie ma powodu do obaw. Po prostu czuję się

124

background image

trochę dziwnie, kiedy tak tutaj stoję. Jakby poza

czasemMuszę się z tym oswoić.

Wydawało się, że Katina chce coś powiedzieć, 

zawahała się jednak i odwróciła, lekko marszcząc 

czoło. Wyszła do hallu i poszła chłodnym 

pobielonym korytarzem, który prowadził na 

północny taras. Kolisty szklany pokój wypełniało 

rozproszone świa-tło — zasłony były w połowie 

zaciągnięte dla ochrony przed mocnymi promieniami 

słońca. Nie było van Horna, ale jego wspaniała 

kolekcja greckiej ceramiki stała na swoim miejscu, a 

wielka czerwono-czarna amfora ciągle stanowiła jej 

główną ozdobę, dumnie samotna na swoim 

piedestale pośrodku pokoju.  Lomax patrzył na nią z 

podziwem, ale nagle zmar-szczył brwi i podszedł 

bliżej. Jej powierzchnia była pokryta siecią 

delikatnych linii. Musiała zostać roz-trzaskana na 

setki kawałków, które potem ktoś mo-zolnie 

dopasował z powrotem. Usłyszał za sobą kroki i 

rozległ się głos van Horna:  — Zajęło mi to ponad 

rok. Jego twarz wydawała się trochę szczuplejsza, a 

wło-sy i wąsy posiwiały, ale kiedy Lomax przyjął 

podaną mu rękę, jej uścisk był zadziwiająco mocny.  

— Co się stało? — zapytał. Van Horn wzruszył 

ramionami. — Kiedy Niemcy przyszli mnie 

aresztować, zrobili się trochę nieprzyjemni. Dziwne, 

ale gdy wróciłem po wonie, znalazłem wszystkie 

kawałki w pudełku sto-jącym w piwnicy. Składanie 

tego do kupy dało mi jakieś zajęcie przez ten 

pierwszy rok i jakoś pomogło przetrwać. — Po 

Fonchi?

125

background image

Skinął głową.

— Chodźmy na taras. Pod wieczór jest tam dość

przyjemnie.

Katina wycofała się cicho, a mężczyźni wyszli na 

zewnątrz.   Widok   zapierał   dech  w  piersiach:   słońce, 

niczym pomarańczowa kula, opadało, by spotkać się z 

morzem,   w   oddali   można   było   dostrzec   Kretę   i   jej 

góry migocące w gorącym powietrzu.

Lomax oparł się na betonowej balustradzie i spoj-

rzał   w  dół.  Skalne  ściany  schodziły  dobre   dwieście 

stóp niżej   do małej   zatoczki   w  kształcie  leja.  Z  tej 

wysokości wyraźnie widział różne odcienie błękitu  i 

zieleni wody,  spowodowane  różną głębokością zale-

gania ciemnych pokładów bazaltu. Trzydziestostopo-

wa łódź motorowa unosiła się spokojnie przy kamien-

nym molo, wychodzącym z białego piasku.

Van   Horn   usiadł   na   brezentowym   krześle   obok 

stołu,   na   którym   stała   karafka   z   zimną   wodą,   parę 

butelek i przenośna maszyna do pisania.

Lomax   podniósł   kilka   kartek   papieru   zdmuchnię-

tych przez wiatr i położył je z powrotem na stole.

Wydaje mi się, że od dłuższego czasu nie czyta-

łem nic nowego pana autorstwa.

Mój   drogi,   już   dawno   temu   powiedziałem 

wszystko, co chciałem. — Van Horn nalał dżinu do 

dwóch kieliszków. — Wie pan, Niemcy dali nam do 

zrozumienia,   że   pan  nie   żyje.   Że   statek,   na   którym 

wysłano pana na Kretę, nigdy tam nie dotarł. Co się 

stało?

Lomax usiadł i wyjął papierosa.

— Natknęliśmy   się   na   grecką  caicque,  której   nie

powinno być tam, gdzie była, i kapitan postanowił

126

background image

przeprowadzić   dochodzenie.   Na   nieszczęście   dla 

niego   okazało   się,   że   to   wilk   w   owczej   skórze. 

Brygada   ze   Special   Boat   Service,   która   miała   nas 

zabrać z Kyros po wykonaniu misji.

  -  A więc  łódź  torpedowa  została  zatopiona?  Co 

stało się z panem potem?

- Dowódca   SBS   tak   szybko,   jak   tylko   mógł,

zawiózł mnie do Aleksandrii. Moje nogi były w kiep-

skim  stanie,   więc   przewieźli   mnie   samolotem   do 

Anglii

na specjalne leczenie. Nie byłem zdolny do czynnej

służby  aż   do   początku   czterdziestego   piątego   roku.

W   tamtym   czasie   sytuacja   w   Europie   szybko   się

zmieniała   i   zdecydowano,   że   większy   pożytek   ze 

mnie

będzie w Niemczech.

 — W końcu Morze Egejskie nigdy nie było niczym 

więcej niż boczną sceną. Nawet nie zawracano sobie 

głowy   inwazją   na   Kretę.   Kiedy   nadszedł   koniec, 

Niemcy po prostu poddali się, tak jak na wszystkich 

wyspach.

  - Inwazja na Kretę była pretekstem do tej operacji 

Kyros. Ale pan sądzi pewnie, że cała ta sprawa była 

stratą czasu.

Van Horn wyglądał na lekko zdziwionego.

- Czy kiedykolwiek udawałem,  że myślę  inaczej? 

Wszystko to było bardzo romantyczne, ale nie staraj-

my się dowieść, że miało choćby najmniejszy wpływ 

na przebieg wojny.

Lomaxa ogarnął gniew.

— Szkoda, że Joe Boyd i jeden czy dwóch innych, 

których mógłbym wymienić, nie są tutaj i nie słyszą, 

jak pan to mówi.

- Ja też mógłbym podać panu parę nazwisk —

127

background image

powiedział spokojnie van Horn. — Stara Maria, żona 

Alexiasa i wielu innych. Niewinni świadkowie, którzy 

nawet   nie   bardzo wiedzieli,   o co w  tym   wszystkim 

chodzi.   Fonchi   było   wystarczająco   złe,   ale   co   z 

kobietami   i   dziewczętami,   takimi   jak   Katina,   wy-

słanymi do żołnierskich burdeli w Grecji? To one były 

prawdziwymi ofiarami.

Mówił dalej, ale Lomax go już nie słyszał. Cier-

pienie było prawie fizyczne, twarda kula podeszła mu 

do gardła, grożąc uduszeniem. Zatoczył się na balus-

tradę i zwymiotował.

Przez chwilę stał, wpatrując się w pustkę, i w końcu 

dźwięki powoli powróciły do niego. Dostrzegł obok 

siebie van Horna z kieliszkiem w wyciągniętej dłoni. 

Gdy jego zawartość wypalała sobie drogę do żołądka 

Lomaxa, gospodarz odezwał się cicho:

— Przepraszam, myślałem, że pan wiedział.

— To   jedyna   rzecz,   którą   pominęła   milczeniem 

-wyszeptał.

Van Horn łagodnie położył mu rękę na ramieniu, a 

potem wrócił na krzesło, Lomax zaś zapalił papierosa 

i patrzył bezmyślnie w przestrzeń.

Po chwili odwrócił się.

— Katina   mówiła   mi,   że   jest   pan   jedyną   osobą.

która   wierzy,   że   nie   zdradziłem   was   wszystkich

Steinerowi.

Van Horn ponownie napełnił swój kieliszek.
— To prawda.

— Mogę zapytać, dlaczego?

Von Horn wzruszył ramionami.

— Powiedzmy po prostu, że nie wydawało mi się-

by to leżało w pańskim charakterze.

128

background image

I uważa to pan za wystarczający powód?

— Jestem zawodowym pisarzem, niech pan pamię-

ta. Ludzie to mój biznes.

Lomax znowu usiadł przy stole.

— Proszę   mi   opowiedzieć,   co  się   wydarzyło,   jak

pana aresztowali.

— Pewien nadgorliwy młody oficer przybył tu

 z oddziałem żołnierzy i bez żadnego wyjaśnienia

przeszukał   mój   dom.   Wtedy   właśnie   rozbili   amforę. 

Potem   zabrali   mnie   do   kwatery   dowództwa   na   spot-

kanie   ze   Steinerem,   który   stwierdził   po   prostu,   że 

posiada informację, jakobym udzielał schronienia panu 

i Boydowi. Oczywiście powiedziałem, że nie wiem, o 

czym mówi.

— A kiedy po raz pierwszy padła sugestia, że to ja 

dałem mu tę informację?

— Usłyszałem   o   tym   jakiś   miesiąc   później,   od 

jednego ze strażników w miejscowym więzieniu.

— A więc nie wysłali pana prosto do Fonchi?

— Najpierw spędziłem trzy miesiące  w więzieniu 

tutaj. Większość pozostałych już była  w obozie, gdy 

mnie przeniesiono.

Alexias też?

On nigdy nie był w Fonchi. Wysłali go od razu 

do   więzienia   gestapo   w   Atenach.   Prawdopodobnie 

myśleli,   że   tam   będą   mogli   wycisnąć   go   do   sucha. 

Wiiedzieli, że pracował z EOK na Krecie.

— Ale dlaczego trzymali  pana samego tu w wię-

zieniu?

— Zawdzięczam to Steinerowi. Wiedział, że z mo

im zdrowiem nie było dobrze, a lekarz garnizonowy

powiedział mu, że nie przetrwam trzech miesięcy

129

- Mroczna strona...

background image

w Fonchi.     Myślę, że starał   się zrobić dla mnie, co 

mógł.

Niby czemu? — spytał Lomax.

Lubił mnie, po prostu. — Van Horn wzruszy! 

ramionami. — Niech pan nie zapomina, że co tydzień 

graliśmy   w   szachy.   Zdobywał   dla   mnie   trudno   do-

stępne   środki   medyczne,   które   wielu   ludziom   ura-

towały   życie.   Był   bezwzględny,   ale   nie   był   złym 

człowiekiem.

— Skąd   więc   ta   zmiana   uczuć   po   trzech   mie-

siącach?

— Nie było żadnej zmiany. Pewnego ranka opuścił 

wyspę na łodzi torpedowej, płynąc na jakąś wojskową 

konferencję na Krecie. Tak jak o panu, nigdy o nim 

więcej   nie   usłyszano.   Jego   następca   kazał   przenieść 

mnie do Fonchi zaraz po objęciu stanowiska. Przeby-

wałem tam do niemieckiej kapitulacji w Grecji w na-

stępnym roku.

Temu lekarzowi garnizonowemu trochę się nie 

udało, kiedy stwierdził, że nie przeżyje pan tam dłużej 

niż trzy miesiące — zauważył Lomax.

Wyzwanie   było   niedwuznaczne   i   stanęło   między 

nimi jak miecz. Po chwili van Horn powiedział spo-

kojnie:

— Wygląda na to, że ma  pan pewne wątpliwości

co do prawdziwości mojej  opowieści. Może uda mi

się   przekonać   pana   czymś   bardziej   konkretnym   niż

słowa.

Wstał i rozpiąwszy swoją kremową lnianą koszulę-

odwrócił się. Od ramion aż do miednicy jego plecy 

były   jedną   wielką   blizną   —   wielkie   wypukłe   pręgi 

przecinały się, tworząc brzydką sieć.

130

background image

Założył koszulę z powrotem.

—  Niezbyt   przyjemne,   co?   Pięćdziesiąt   batów   za 

uderzenie   strażnika,   a  było  to jeszcze  łagodne  w  po-

równaniu z tym, co zrobili niektórym innym wię-źniom.

— I przeżył pan to? — spytał powoli Lomax.

Van Horn zaczął zapinać koszulę.

— Sięgnąłem dna, Lomax. Ostatniego stadium po-

niżenia.   To   zabawne,   ale   kiedy   jesteś   tak   nisko,

przepełnia cię tyle nienawiści do ludzi, którzy cię tam

wsadzili, że daje to nowe życie. Przysiągłem sobie, że

będę żył i wyjdę poza bramy tego obozu. Jeśli chodzi

o   ścisłość,   to   musieli   mnie   nieść,   ale   przynajmniej

żyłem.

Lomax wstał i podszedł do balustrady, mając przed 

oczyma blizny krzyżujące się na plecach van Horna i 

myśląc   o   tych,   którzy   umarli,   oraz   o   Katinie   i   jej 

cierpieniu.

Po   kilku   minutach   van   Horn  podszedł   do   niego  i 

powiedział cicho:

— Obawiam   się,   że   będzie   pan   musiał   poszukać 

pańskiego zdrajcy gdzie indziej.

— Wie pan coś na ten temat?

Van Horn pokręcił głową i westchnął.

— Nawet gdybym wiedział, nie jestem pewien, czy

pwiedziałbym panu.

Przez   dłuższą   chwilę   Lomax   wpatrywał   się   w   tę 

subtelną twarz i błękitne oczy tak pełne współczucia, 

po czym odwrócił się szybko i wszedł do domu.

background image

13

NA DRUGI KRANIEC CZASU

Zszedł po stopniach z tarasu i ruszył przez ogród, 

czując   jego   świeżość   po   spiekocie   dnia.   Niebo   na 

horyzoncie   było   mocno   czerwone,   cyprysy   odbijały 

się   na   jego  tle  jak czarna   koronka,  ale   zaraz  ponad 

nimi purpura przechodziła w ciemny błękit, na którym 

świeciła już jedna gwiazda.

Słyszał plusk wody ukrytej gdzieś wśród krzewów 

fontanny. Po przejściu przez wąską bramę znalazł się 

niemal na krawędzi skalnych ścian. W tym momencie 

wpadł na niego Yanni, wybiegając zza rogu. Spojrzał 

zdziwiony i natychmiast wyszczerzył zęby w uśmiechu.

O, to pan Lomax!

A ty dokąd tak pędzisz? — spytał go Lomax.

— Do kuchni. — Uśmiech chłopca stał się jeszcze 

szerszy.   —   Katina   prosiła   mnie,   żebym   powiedział 

kucharce, że może zacząć szykować kolację.

— Katina jest na plaży?

Yanni skinął głową.

— Pomagałem   jej   przygotować   łódź.   Ona   i   pan

van Horn płyną w sobotę na Kretę. Katina mówi, że

będę mógł popłynąć z nimi, jeśli będę grzeczny.

132

background image

— To się staraj. — Lomax zmierzwił włosy chłopca

i mały popędził przez bramę w stronę domu.

Na   plażę   schodziło   się   po   kamiennych   stopniach, 

które opadały zygzakiem po skalnej ścianie. Na dole 

Lomax ruszył wzdłuż mola i zobaczył Katinę na skraju 

wody, w połowie drogi za zakrętem zatoki.

Stała   po   kolana   w   morzu,   trzymając   przed   sobą 

podwiniętą   sukienkę,   z   twarzą   zwróconą   w   stronę 

zachodzącego słońca.

Było w niej coś nieposkromionego, coś nieśmiertel-

nego. Jej dumne  kształty odbijały się na tle nieba, a 

morze   rozlewało   pomarańczowy   ogień   wokół   jej 

odkrytych ud.

Odwróciła głowę i zobaczyła go. Zdał sobie sprawę, 

jak bardzo jest piękna.

Nie   rozmawiałeś   długo   z   Oliverem   —   powie-

działa z uśmiechem.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś, Katino? — zapy-

tał tylko.

Przez dłuższy czas wpatrywali się w siebie, a potem 

dziewczyna   wyszła   z   wody  i   poszła   przez   plażę   do 

zagłębienia w piasku, otoczonego z trzech stron gła-

zami,   gdzie   na   starym   pledzie   podróżnym   leżały  jej 

buty i ręcznik. Usiadła i zaczęła wycierać nogi.

Lomax  przykucnął  obok niej, zapalając papierosa. 

Wyciągnęła rękę.

— Mogę?

Bez słowa dał jej papierosa. Paliła przez chwilę w 

milczeniu, po czym westchnęła i wyrzuciła go.

— Co chcesz, żebym powiedziała? Że moje życie 

legło w gruzach? Że każdy dzień był torturą?

— A nie był?

133

background image

To wszystko było tak dawno temu. I tak miałam 

szczęście. Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę i wy-

rzucili mnie, żebym dalej sama dawała sobie radę.

— A dziecko?

— Poroniłam. — Wzruszyła ramionami. — I tak by 

nie   przeżyło.   W   tamtym   czasie   połowa   Grecji 

głodowała.

— Tak   mi   przykro,   Katino.   Nawet   nie   potrafię 

powiedzieć, jak mi przykro.

— Przecież nie ma za co ci być przykro.

— Nie   ma?   Pamiętasz,   co   ojciec   Jan   powiedział 

tamtego dnia w "Małej Łódce"? Że ludzie tacy jak ja 

zawsze zostawiają innych, by płacili za ich chwałę?

Potrząsnęła głową i powiedziała stanowczo:

— Winna była tylko wojna. Mówiłam ci kiedyś, że 

to mroczny sen, w którym nic, co się stało, nie miało 

żadnego sensu.

— I z którego niektórzy ludzie nigdy nie zdołali się 

obudzić.

Masz na myśli mojego wuja? — Westchnęła. — 

Tak,   obawiam  się,   że   on nigdy  nie  będzie  w  stanie 

zapomnieć. Za dużo przebywa sam i rozmyśla.

— Sam?

— Na   farmie.   Od   końca   wojny   dzierżawi   ją   ode 

mnie. Spędza tam coraz więcej czasu. To nie jest dla 

niego dobre.

— Z pewnością musi zatrudniać jakąś gospodynie i 

robotników do pracy w winnicy.

— Tylko w ciągu dnia. W nocy woli być sam.

— A co z „Małą Łódką"?

— Wiele lat temu przyjął do spółki Nikolego, który 

teraz prowadzi gospodę razem z Dimitrim Parosem.

134

background image

Lomax zmarszczył brwi.

— Dlaczego z Dimitrim?

Wzruszyła ramionami.

Mój wuj zawsze czuł się wobec niego w jakiś 

sposób winny.  Jego ojciec był  jednym z tych, którzy 

zginęli w Fonchi.

I wszyscy oni mnie nienawidzą. Wszyscy poza 

tobą. Dlaczego, Katino? Czemu ty miałabyś być inna?

Podniosła się i rzuciła lekko:

— Przecież nie dałeś mi  żadnego powodu do nie

nawiści.

Stała,   patrząc   na   morze.   Słońce   zaszło   już   za 

horyzont. Lomax również wstał i przysunął się do niej.

— Dlaczego nigdy nie wyszłaś za mąż? — zapytał

cicho. — Taka dziewczyna jak ty musiała mieć wiele

propozycji.

Odwróciła się powoli. W niesamowitym  pomarań-

czowym  świetle odbijającym się od wody wyglądała 

jak Helena patrząca na płonącą Troję.

Wyszeptała jego imię  i zrobiła krok do przodu. Jej 

ręce przyciągnęły jego głowę, ich usta odnalazły się 

Lomax podniósł ją i położył na kocu.

Płakała, jej twarz była mokra od łez, czuł to. Nagle 

wielki   wiatr   porwał   ich   i   poniósł   na   drugi   kraniec 
czasu.

Idąc przez ogród do domu trzymali się za ręce jak 

dzieci.   Lniana   sukienka   Katiny  była   mocno   pognie-

ciona i poplamiona słoną wodą. Lomax roześmiał się i 

pocałował ją lekko w policzek.

135

background image

— Lepiej się przebierz przed kolacją. Nie możemy

przecież gorszyć Olivera.

Weszli do hallu i przystanęli u stóp schodów.

— Chyba wezmę też prysznic — powiedziała. —

Spotkamy się za pół godziny.

Skinął głową.

— Będę na tarasie z van Hornem.

Pocałowała go szybko i odeszła, a on stał, czując

jakiś dziwny smutek. Na krótką chwilę udało mu się 

uciec ze świata nienawiści i przemocy, w którym byt 

pogrążony.   Ale   to,   czego   właśnie   doświadczył   na 

plaży, było tylko przedsmakiem szczęścia, niedostęp-

nego, dopóki nie rozwiąże siedemnastoletniej tajem-

nicy. Zaczynał wątpić, czy to w ogóle możliwe.

Van Horn siedział na tarasie w tym samym płócien-

nym krześle, paląc papierosa i patrząc na morze przez 

nocną lornetkę.

— A, jest pan — odezwał się. — Udał się spacer?

Zszedłem na plażę — odparł Lomax. — Niezłą 

ma pan tam łódź.

Van Horn pokiwał głową.

— Bardzo się przydaje. Dzięki niej mogę popłynąć

na Kretę, kiedy mam ochotę. Statek pocztowy zawija

tu tylko raz na tydzień.

— Wiem o tym aż za dobrze — powiedział Lomax.

Oparł się o balustradę i zapatrzył na ciemniejące

morze. Po chwili van Horn zapytał cicho:

Dlaczego pan tu wrócił, Lomax? 

Lomax wzruszył ramionami.

— Chciałem jakiejś zmiany, po prostu.

136

background image

— Nic nie jest nigdy tak po prostu.

Wiedział, że van Horn ma rację. Zmarszczył czoło,

usiłując sam sobie to wytłumaczyć.

- Chyba w którymś momencie poszedłem nie-

właściwą drogą — rzekł po chwili.   — Chciał pan 

być pisarzem, prawda? Lomax skinął głową.

— O,   nawet   kimś   takim   zostałem.   Może   to   nie

wygląda dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem, ale

nieźle sobie radzę w przemyśle filmowym.

— Uczenie   się   kompromisów   to   jedna   z   najtrud-

niejszych rzeczy w życiu.

Lomax zaśmiał się ochryple.

— Mnie wydawało się czasem, że to właśnie życie

poszło   na   kompromis.   Osiągnąłem   stan,   w   którym

poranki miały niezmienny smak martwych dni wczo-

rajszych. Sądziłem, że jeśli wrócę tu i będę miał czas

na przemyślenia, to może zrozumiem, gdzie zbłądzi-

łem, i będę mógł zacząć od nowa.

Van Horn westchnął.

— Czyż   nie   to  zawsze   chcemy   robić   i   nigdy  nie

możemy? Nie popełnilibyśmy dwa razy tych samych

błędów   —   po   prostu   zrobilibyśmy   nowe.   — 

Uśmiech-

nął się łagodnie. — Jest takie stare greckie 

przysłowie: "Za każdą radość bogowie dają dwa 

smutki". Musimy przyjmować życie takim, jakie ono 

jest. Lomax potrząsnął głową.

— To zbyt fatalistyczne jak na mój gust. Człowiek

musi być gotów do walki, kiedy sprawy przyjmą dla

niego zły obrót.

— Przypuszczalnie  to  właśnie ma  pan  zamiar

robić?

137

background image

— Tak.  Jestem świadomy,  że  w pewnym   stopniu 

ponoszę odpowiedzialność za rozpoczęcie tego, co się 

tutaj stało, ale nie ja wydałem Niemcom tych  ludzi. 

Nie wiem, dlaczego miałbym dźwigać krzyż za tego. 

który to zrobił.

— Nie ma pan żadnego punktu zaczepienia. Nawet 

nie wie pan, czego szuka.

To akurat jest całkiem proste — odparł Lo-max. 

— Szukam członka tamtej grupy, który nie pasuje do 

ogólnego   wzorca   i   który   w   sposób   oczywisty 

skorzystał na tej zdradzie.

Nie brał pan pod uwagę zwyczajnej słabości lub 

strachu? — Van Horn potrząsnął głową. — To nic nie 

da, Lomax. Każdy członek grupy cierpiał w ten czy 

inny sposób. Niektórzy zginęli, reszta doczekała końca 

wojny w Fonchi, ale wszyscy byliśmy w tym piekle 

razem. Nikt nie został jakoś specjalnie potraktowany, 

zapewniam pana.

Poza Alexiasem — zauważył Lomax.

— Jak już chyba wspomniałem wcześniej, wysłali 

go do kwatery głównej gestapo w Atenach na specjal-

ne traktowanie innego rodzaju.

Ale dlaczego? Wiedzieli, że pracował ze mną i z 

EOK na Krecie, jednak raczej nie mogli liczyć na to, 

że powie im na temat tamtejszej struktury ogólnej coś, 

czego   by   jeszcze   nie   wiedzieli.   Zgodnie   z   zasadami 

Konwencji   Genewskiej   mieli   całkowite   prawo   roz-

strzelać go jako szpiega, a nie zrobili tego.

Owszem, ale zwykle dokonywali także natych-

miastowych egzekucji na wziętych do niewoli ofice-

rach Special Air Service, a zaniedbali tego w pańskim 

wypadku.

138

background image

Lomax pokiwał głową.

— To jedyna rzecz, której nigdy nie zrozumiałem.

Dlaczego Steiner nie kazał mnie od razu rozstrzelać?

Nie sądzę, by chcieli to zrobić dopiero na Krecie, bo

taktyka   była   taka,   żeby   przeprowadzać   publiczne

egzekucje na oczach miejscowej ludności.

 — Jeśli szuka pan kogoś, kto odstaje od ogólnego 

wzorca, to zawsze jest jeszcze Katina... Lomax 

spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Na   miłość   boską,   niech   pan   będzie   rozsądny. 

Dokładnie wiemy, co z nią było.

Mamy na to tylko jej słowo. Jeżeli podejrzewa 

pan  jej   wuja,   to  musi   pan  też   podejrzewać   i   ją.  — 

Lomax zmarszczył brwi i usiadł na drugim krześle, a 

van   Horn  ciągnął:   —  Jeszcze   jedno.   Nawet   jeśli   to 

Alexias nas zdradził, pozostaje nie wyjaśnioną sprawą, 

dlaczego Niemcy dobrali się najpierw do niego.

To rzeczywiście był słaby punkt.  Lomax  westchnął 

ciężko.

— Ma pan rację.

Przykro mi — powiedział łagodnie van Horn. — 

Ale   to   musiało   zostać   powiedziane.   Co   pan   teraz 

zrobi?

Lomax wstał.

— Uważam, że już czas, bym porozmawiał z Ale-

xiasem. W końcu on jest w środku tego wszystkiego.

— Sądzi pan, że będzie chciał zobaczyć się z pa-

nem?

— Czemu nie? Katina mówiła mi, że mieszka sam 

na farmie. Jeżeli po prostu się tam zjawię, nie będzie 

miał dużego wyboru, prawda?

— Zdaje pan sobie oczywiście sprawę, że on może

139

background image

właśnie się modli, żeby pan się pojawił? Że być może 

pakuje pan głowę w stryczek?

— Tak, przyszło mi to na myśl  — stwierdził spo

kojnie Lomax.

Van   Horn   wstał   i   podszedł   do   balustrady.   Przez 

chwilę stał tam patrząc na morze, a potem się odwrócił.

— Nie mogę powiedzieć, żeby mi się to wszystko

podobało, Lomax, ale jeśli będę w stanie jakoś pomóc,

zrobię   to.   Na   początek   może   pan   pożyczyć   mojego

jeepa.

Lomax pokręcił przecząco głową.

— Wielkie dzięki, ale przyda mi się trochę czasu na 

rozmyślania. Pójdę przez górę.

— Nie uda mi się namówić pana, by został pan na 

kolacji?

— Raczej   nie.   Po   pierwsze,   nie   chcę   za   bardzo 

wciągać Katiny w tę sprawę. Jeśli się dowie, że mam 

zamiar spotkać się z jej wujem, może próbować mnie 

powstrzymać.

— Co mam jej powiedzieć?

Lomax wzruszył ramionami.

— Co   pan   chce.   Że   będę   w   kontakcie.   Że   chcę

samotnie przemyśleć to i owo.

Van   Horn   chciał   coś   powiedzieć,   ale   Lomax   od-

wrócił się szybko i przeszedł przez dom do ogrodu. 

Kiedy zmierzał w stronę głównej bramy, z podwórza 

wynurzył się Yanni.

— Nie zostanie pan na kolacji?

Lomax pokręcił głową.

— Mam   pilną   sprawę   do   załatwienia,   synu.   Coś.

co nie może czekać. Powiedz Katinie, że bardzo mi

przykro.

140

background image

Na twarzy Yanniego była powaga.

— Znowu pan szuka guza, panie Lomax?

Anglik uśmiechnął się.

— Zwykle jest na odwrót. Wracaj teraz do domu.

Zobaczymy się jutro.

Przeszedł przez drogę i zaczął się wspinać na wzgó-

rze.   W   oddali   szczekał   pies,   a   lekki   wiatr   przyniósł 

zapach dymu z jakiejś pobliskiej chaty.

Przystanął   na   chwilę,   żeby  odpocząć,   oparł   się   o 

otoczak i zapalił papierosa. Od jakiegoś czasu zdawał 

sobie   sprawę,   że   ktoś   za   nim   idzie,   cofnął   się   więc 

teraz   w   cień   i   czekał.   Po   chwili   rozległ   się   chrzęst 

kamyków i pojawił się Yanni.

Zatrzymał   się,   najwyraźniej   niezdecydowany.   Lo-

max wyszedł zza głazu i poklepał go po ramieniu.

— A ty dokąd?

Yanni uśmiechnął się z zakłopotaniem.

Nie chciałem nic złego, panie Lomax. Myślałem 

tylko, że znowu mógłby pan wpaść w kłopoty, tak jak 

po południu.

— Źle myślałeś. Czy Katina wie, gdzie jesteś?
— Gdybym jej powiedział, też by chciała iść.

Lomax obrócił go stanowczym ruchem i pchnął

lekko.

— Wracaj   do   willi,   zanim   zacznie   się   o   ciebie

martwić.

Chłopiec odszedł. Raz jeszcze zatrzymał się i obej-

rzał,   ale   Lomax   odesłał   do   gestem,   więc   w   końcu 

niechętnie   zniknął   w   mroku   wąwozu.   Przez   chwilę 

Lomax   spoglądał   za   nim   z   lekkim   uśmiechem   na 

ustach, po czym zaczął dalszą wspinaczkę.

141

background image

Gdy   przeszedł   ponad   krawędzią   płaskowyżu,   nie-

daleko   szczytu   góry   i   rzucił   okiem   na   grobowiec 

Achillesa, była już prawie noc.

Stanął w posępnym  świetle zmierzchu pod wierz-

chołkiem oblanym pomarańczowym ogniem. Morze w 

dole było czarne na głębinie, purpurowe i szare bliżej 

brzegu, a światła willi wydawały się bardzo odległe. 

Lekki wiatr szeptał między filarami świątyni, ale poza 

tym panowała cisza.

Zrobiło mu się zimno i nagle przebiegł go dreszcz 

strachu. Tutaj, na szczycie tej góry, znalazł się wobec 

ciszy wieczności i zdał  sobie  sprawę  ze  znikomości 

wszelkich ludzkich poczynań.

W tej sytuacji mógł jedynie robić to, co musiało być 

zrobione, i mieć nadzieję na szczęśliwe zakończenie. 

Przeszedł przez płaskowyż i zaczął schodzić na  drugą 

stronę wyspy.

background image

14

WSPANIAŁA NOC DO UMIERANIA

Kiedy  schodził   po  zboczu,   czując   w   ustach  słony 

smak wiatru, wzeszedł księżyc. Farma tonęła w mroku 

kotliny, cicha i spokojna.

Przeszedł pod płotem i ostrożnie ruszył  przez po-

dwórze.   Przy   ganku   stała   stara,   poobijana   półcięża-

rówka, relikt z czasów wojny. Chłodnica była jeszcze 

ciepła i Lomax stał przez chwilę, marszcząc brwi.  W 

końcu jednak wszedł po stopniach i otworzył drzwi.

Zawiasy zaskrzypiały lekko, ale poza tym panowała 

cisza. Wszedł do kuchni, starając się przebić wzrokiem 

ciemność,   i   nagle   zatrzymał   się,   czując,   że   nie   jest 

sam.

Czyjeś   stopy   zaszurały   po   podłodze   i   z   mroku 

rozległ się głos Dimitriego Parosa:

— Prosimy, panie Lomax. Liczyliśmy na to, że pan 

wpadnie.

Lomax   szybko   cofnął   się   o   krok,   ale   nagle   coś 

eksplodowało mu w żołądku, zginając go wpół. Osu-

nął się na kolana, po czym powoli opadł na bok.

143

background image

Ktoś   zapalił   lampę   zalewając   pokój   światłem. 

Lomax   leżał   z   podciągniętymi   kolanami,   walcząc   o 

oddech,   podczas   gdy   wiązano   mu   ręce   za   plecami. 

Słyszał   głosy   rozmawiających   po   grecku,   i   czyjś 

śmiech, a potem ktoś złapał go za poły i podźwignął 

na nogi.

Oprócz   Dimitriego   było   jeszcze   dwóch,   młodzi 

rybacy w wyświechtanych dwurzędowych kurtkach i 

połatanych dżinsach. Jeden z nich drżał z podniecenia, 

drugi ciągle wierzchem dłoni ocierał pot z czoła.

Dimitri   miał   obandażowaną   głowę,   a   twarz   wy-

krzywioną bólem.

— Umrzesz,   Angliku   —   powiedział.   Jego   oczy

były jak kamienie. — Za zrobienie ze mnie głupca na

oczach moich przyjaciół i za wysłanie mojego ojca na

śmierć w Fonchi.

Lomax jeszcze raz wciągnął powietrze do płuc, usta 

jednak miał tak wyschnięte, że prawie nie mógł mówić. 

Zwilżył je i wycharczał:

— Nie wysłałem nikogo na śmierć. Twój ojciec był

odważnym człowiekiem, którego szanowałem.

Dimitri uderzył go wierzchem dłoni w twarz.

— Nie jesteś godzien mówić o nim. — Odwrócił

się do swoich dwóch towarzyszy.  — Weźcie go do

samochodu.

Wyciągnęli   Lomaxa   z   domu,   wrzucili   do   kabiny 

starej półciężarówki i zepchnęli na podłogę. Jeden z 

nich   usiadł   za   kierownicą,   a   Dimitri   i   drugi   rybak 

poszli do drzwiczek od strony pasażera.

Kiedy rozbłysły światła, Lomax odwrócił się i zo-

baczył, że ma przed sobą Dimitriego. Grajek wyjął

144

background image

automatyczną berettę i podał ją drugiemu mężczy-źnie.

— Jeśli sprawi wam jakiekolwiek kłopoty w drodze

do miasta, zastrzel go.

— Co  mamy   zrobić,  jak się  go  pozbędziemy?  — 

sptytał tamten.

Wracajcie   prosto  na   farmę.   Będę   tu   czekał   na 

dobrą nowinę. — Dimitri zwrócił się do Lomaxa. — 

przykro mi, że nie mogę uczestniczyć w zabijaniu cię, 

ale  mam  inną  sprawę  do  załatwienia.   Riki

i   Nikita   zaopiekują   się   tobą   znakomicie.   Mają 

prawie tak samo dobry powód, by cię nienawidzić, jak 

ja.

— Nigdy się z tego nie wygrzebiesz — powiedział

Lomax.

Dimitri plunął mu prosto w twarz.
— To na szczęście, Angliku. Będzie ci potrzebne.

Odsunął się, gdy Riki wdrapywał się na siedzenie

pasażera. Samochód ruszył po nierównej powierzchni 

podwórza.   Po   wyjechaniu   na   drogę   Nikita   wrzucił 

najwyższy bieg i szoferkę wypełnił ryk silnika.

Lomax przekręcił się na bok i spojrzał w górę. W 

świetle   tablicy   rozdzielczej   Nikita   wyglądał   jak 

karykatura — kości twarzy sterczały mu mocno, a z 

wystającego podbródka kapał pot.

Riki wyrzucił przez okno papierosa i zaczął śpiewać, 

ale jego głos ginął w huku silnika, więc tylko widać 

bvło, jak mu się otwierają usta.

Było   w   tym   wszystkim   coś   z   koszmaru   i   po   raz 

pierwszy Lomax zaczął odczuwać strach.

— Posłuchajcie mnie! — krzyknął rozpaczliwie.

  Jeżeli nawet któryś z nich go usłyszał,  to nie

Mroczna strona...

145

background image

okazali tego po sobie. Samochód podskoczył na jakiejś 

nierówności,   przewracając   Lomaxa   z   powrotem   na 

twarz.   Narosła   w   nim   panika   i   odwróciwszy  się   na 

plecy, ryknął z całej siły:

— Na miłość boską, posłuchajcie mnie!

Skutek był prawie natychmiastowy.  Półciężarówka 

stanęła z poślizgiem i w tym samym momencie Nikita 

zgasił   silnik.   Siedzieli   patrząc   na   niego   bez   słowa. 

czekając, aż się odezwie.

To  szaleństwo   —  powiedział   Lomax.   —   Jeśli 

mnie zabijecie, źle się to dla was skończy.

— Masz lepszy pomysł? — spytał spokojnie Riki.

— Jestem   bogatym   człowiekiem.   Moje   życie   jest 

dla mnie bardzo dużo warte.

Sam ciężar ciszy, która po tym nastąpiła, dał mu do 

zrozumienia, że powiedział niewłaściwą rzecz. Riki z 

nagłym   przekleństwem   uniósł   stopę   i   opuścił   ją   na 

odkrytą szyję więźnia. Lomax zaczął się dusić, ale po 

kilku sekundach nacisk zelżał.

— Słyszałeś kiedyś o człowieku, który nazywał się

George Samos? — zapytał Riki.

Lomax   skinął   głową,   czując   nagły  chłód,   bo  zdał 

sobie sprawę, co będzie dalej.

— Znałem  pasterza   o  tym   nazwisku.   Pomógł   mi. 

gdy byłem tu podczas wojny.

— Był naszym wujem — oświadczył Riki. — Bra-

tem naszego ojca. Niemcy dopadli go tam na górze i 

zastrzelili jak psa.

— Myślisz,   że   pieniądze   mogą   to   załatwić,   An-

gliku? — spytał Nikita.

Lomax   nie   mógł   nic   powiedzieć,   nic,   czego   ze-

chcieliby wysłuchać. Riki wyciągnął dużą czerwoną

146

background image

chustkę   i   szybko   go   zakneblował.   Nikita   ponownie 

uruchomił silnik i ruszył.

Lomax  zdał  sobie   sprawę,  że   wjechali   do miasta, 

ponieważ samochód musiał zwolnić, by poradzić sobie 

na wąskich uliczkach. Odwróciwszy lekko głowę, doj-

rzał przez przednią szybę dachy domów. Kiedy w koń-

cu się zatrzymali i Nikita zgasił silnik, Riki pierwszy 

zeskoczył na ziemię. Wyciągnął Lomaxa, podsuwając 

mu pod nos berettę.

— Rób   dokładnie   to,   co   ci   mówię   —   odezwał

się. — Nie zmuszaj mnie, bym zrobił z tego użytek.

Stali przy końcu falochronu najbardziej oddalonego 

od mola. Było ciemno i pusto, a jedynym dźwię-kiem 

był   chlupot   wody   o   filary   starego   drewnianego 

pomostu. Kiedy gdzieś w oddali otwarły się na chwilę 

drzwi jakiejś kafejki, wydawało się, jakby muzyka  i 

śmiech   dochodziły   z   innej   planety.   Schodząc   po 

kamiennych stopniach na pomost, Lomax wzdry-gnął 

się.

Stara   czterdziestostopowa   łódź   z   silnikiem   diesla, 

przycumowana   na  jego końcu,  była   obwieszona  sie-

ciami,   wciąż   mokrymi   po   dniu   pracy,   i   śmierdziała 

rybami,  a  pokład był  śliski  od łusek. Kazali mu  się 

położyć twarzą do dołu na sieciach i związali mu nogi 

w  kostkach,   po  czym   jeden  z   nich  poszedł   na   rufę, 

skądd wrócił z naręczem starych łańcuchów, które z 

łoskotem rzucił na pokład.

— To   dla   ciebie,   Angliku.   Parę   kilometrów   stąd

mamy   pewne   miejsce.   Ciemne,   spokojne   i   bardzo

głębokie. Będziesz je miał całe dla siebie. — Poklepał

go po policzku i wstał, zwracając się do brata: — Ja

 wyprowadzę. Ty idź do cum.

147

background image

Wszedł na pomost sternika, a Nikita, przeszedł na 

dziób. Na chwilę zniknął z widoku i Lomax przekręcił 

się na bok, naprężając w rozpaczliwym wysiłku krę-

pujące go sznury, ale tracił tylko czas.

Pomost stał spokojny i opuszczony w rozproszonym 

żółtym świetle samotnej latarni. Nie było nikogo, kto 

mógłby   mu   pomóc.   Nagle   gdzieś   w   ciemnościach 

przewróciła się jakaś puszka i z brzękiem potoczyła 

po pokładzie.

Gdy   Lomax   spojrzał   w   tamtą   stronę,   nadbiegł 

Nikita z zaniepokojoną miną.

— Co   się   do   cholery  dzieje?!   —   spytał.   W   tym 

momencie  duży czarno-biały kot wyszedł  z cienia i 

otarł   się   o   jego   nogę.   Grek   podniósł   zwierzę   i   po-

trząsnął nim z czułością.

— Stary   diable,   omal   nie   przyprawiłeś   mnie   o 

zawał.

Odstawił   kota   na   pokład   i   odwrócił   się.   Silnik 

obudził   się   do  życia,   burząc   ciszę   nocy,   i   łódź   od-

płynęła od pomostu. Minęli latarnię na końcu mola i 

skierowali się na morze.

Tuż nad wodą wznosiła się mgła, tworząc widmową 

poświatę, a niebo wyglądało jak wysadzane drogimi 

kamieniami. Gdy Riki zwiększył szybkość, jego brat 

podszedł do burty.

Stał tam przez dłuższą chwilę, a potem odwrócił się 

i   zapalił   papierosa,   na   sekundę   oświetlając   zapałką 

swoją końską twarz. Spojrzał na Lomaxa.

— Noc, za którą należy dziękować Bogu, Angliku.

Wspaniała noc do umierania.

Zęby błysnęły mu w ciemności i odszedł, nucąc cos 

pod nosem.  Kiedy zniknął za mostkiem, Lomax,

148

background image

pomimo knebla, wydał z siebie westchnienie ulgi. Od 

dłuższego   czasu   był   przekonany,   że   to   nie   kot   był 

odpowiedzialny za przewrócenie puszki i że za stosem 

sieci ktoś się kryje.

Po   chwili   poczuł,   jak   czyjeś   ręce   rozwiązują   mu 

węzeł chusty.

— Spokojnie, panie Lomax — szepnął Yanni Me

los. — Najpierw zdejmiemy to.

Lomax   wypluł   knebel   i   zachłysnął   się   świeżym 

słonym   powietrzem.   Nie   tracił   czasu   na   bezcelowe 

pytania.

— Jeśli masz nóż, to lepiej się pospiesz, synu. On

może wrócić lada chwila.

Rozległ się ostry trzask, gdy chłopak nacisnął guzik 

sprężynowego   noża,   i   w   sekundę   później   Lomax 

rozcierał nadgarstki, krzywiąc się z bólu, kiedy krew 

zaczęła ponownie krążyć.

Gdy Yanni przecinał więzy Anglika, silnik został 

wyłączony, a łódź zaczęła zwalniać. Chłopiec cofnął 

się w mrok. Lomax rzucił cicho za nim:

— Trzymaj się od tego z daleka. Nie chcę, żeby ci

się coś stało.

Rozległ   się   śmiech   i   z   pomostu   sternika   wyszedł 

Nikita. Przykucnął obok Lomaxa, szczerząc zęby w 

uśmiechu.

— Już niedługo, Angliku.

Nagle uśmiech zniknął mu z twarzy. Pochylił się do 

przodu, a wtedy Lomax trzasnął go kantem dłoni w 

tchawicę.

Wydawszy z siebie zdławiony krzyk, Nikita upadł 

na   plecy   z   rękami   przy   gardle.   W   tym   samym 

momen-cie   z   budki   wynurzył   się   Riki   z   berettą 

gotową do

149

background image

strzału. Strzelił szybko i Lomax zrobił jedyną możliwą 

rzecz w tej sytuacji — płaskim skokiem nad burtą dał 

nurka do wody.

Kiedy tylko jej powierzchnia zamknęła się nad nim, 

odwrócił się i przepłynął pod łodzią, boleśnie ocierając 

sobie   plecy   o   kil.   Po   drugiej   stronie   wypłynął  na 

powierzchnię   obok  krótkiej   drabinki,   jakiej   używają 

poławiacze gąbek, i uwiesił się na niej na chwilę  dla 

złapania oddechu.

Woda   była   zdumiewająco   zimna   i   wchodząc   po 

drabince drżał. Riki stał tyłem, wpatrując się w morze. 

Gdy Lomax zaczął przełazić nad burtą, zza stosu sieci 

wynurzył  się Yanni. Jego ramię  uniosło się i ostrze 

noża błysnęło w świetle księżyca niczym srebro, ale 

Riki   wybrał   dokładnie   ten   sam   moment,   żeby   się 

odwrócić.   Uchylił   się   szybko,   a   następnie   wykręcił 

rękę chłopca i cisnął nóż do morza. Z wykrzywioną 

wściekłością twarzą ruszył za cofającym się Yannim, 

trzymając wyciągniętą berettę.

Na haku przy sterówce wisiał sześciostopowy osz-

czep,   używany   do   wciągania   dużych   ryb.   Była   to 

jedyna dostępna broń, toteż Lomax chwycił go i sko-

czył do przodu.

— Tu jestem, Riki! — zawołał.

Zaskoczony   Grek   rozejrzał   się   na   boki.   Potem 

zaczął się odwracać, podnosząc pistolet. Lomax nie-

zdarnie   pchnął   oszczepem   i   ostrze   przebiło   grubą 

kurtkę Rikiego, wbijając mu się w prawą pachę-Grek 

wrzasnął, upuszczając berettę, i zatoczył się do tyłu, 

wyszarpując   Lomaxowi   oszczep   z   garści.   Potem 

wyciągnął   ostrze   z   pachy  i   opadł   na   sieci   jęcząc   z 

bólu.

150

background image

Yanni chwiejnym krokiem podszedł do burty i prze-

chylił się nad nią, jego małym  ciałem wstrząsnęły 

wymioty.  Lomax podniósł rewolwer i podszedł do 

niego. Chłopak odwrócił się, wycierając usta wierz-

chem dłoni i bezskutecznie próbując powstrzymać 

łzy.

— Myślałem,   że   pan   nie   żyje   —   powiedział.   —

Myślałem, że już pan nie wypłynie.

Anglik łagodnie pchnął go w stronę sterówki.

— Idź   tam   i   poczekaj   na   mnie.   To   nie   potrwa

długo.

Wsadziwszy   sobie   berettę   za   pasek,   poszedł   do 

kuchni. Było tam duszno i ciemno, ale udało mu się 

znaleźć   ręcznik.   Kiedy   wrócił   na   pokład,   Riki 

klęczał przy bracie, który leżał bez ruchu, z głową 

odchyloną   w   bok.   Białka   jego   oczu   błyszczały   w 

rozproszonym   świetle   padającym   ze   sterówki. 

Lomax przyklęknął, złożył ręcznik w gruby tampon 

ipoodał Grekowi.

 — Jeśli ściśniesz to sobie mocno pod ramieniem, 

może dożyjesz, by zobaczyć lekarza. Twarz Rikiego 

była chorobliwie żółta, a oczy nie-ruchome.

— On nie żyje  — odezwał się półprzytomnie. —

Mój brat nie żyje.
Lomax podniósł mu rękę i wsunął złożony ręcz-nik 

pod pachę. Grek nie protestował. Siedział bez ruchu 

obok   ciała   brata,   trzymając   zranione   ramię   przy 

boku.   Anglik   wstał   ze   znużeniem   i   wszedł   do 

kabiny.

Oparł się o drzwi i zamknął oczy. Czuł się zagubio-

ny i samotny w tym mroku. Nagle czyjaś ręka 

pociągnęła go za rękaw. Otworzywszy oczy, ujrzał 

Yanniego.

151

background image

Twarz   chłopca   była   blada   i   niespokojna.     Lomax 

poklepał go uspokajająco.

— Już   w   porządku,   Yanni.   Po   prostu   nie   jestem

już taki młody, jak kiedyś.

Spojrzał   przez   okno   na   Rikiego   siedzącego   przy 

ciele brata i szybko odwrócił wzrok, czując mdłości.

Kiedy naciskał starter, ręce mu  się trzęsły.  Silnik 

kaszlnął astmatycznie, po czym obudził się z rykiem. 

Lomax szerokim łukiem zawrócił łódź, po czym ode-

zwał się do chłopca:

— Teraz możesz mi powiedzieć, jak się tu znalazłeś,

— Szedłem za panem do farmy, zamiast wrócić do 

willi, jak mi pan kazał — wyjaśnił Yanni. — Kiedy 

wyprowadzili pana na dwór i wsadzili do ciężarówki, 

wspiąłem się na zapasowe koło z tyłu.

Musiałeś   mieć   dosyć   niewygodną   podróż   — 

zauważył Lomax.

Mogło być gorzej — wzruszył ramionami chło-

pak. — Chciałem biec po pana Kytrosa, ale bałem się 

pana zostawić. Nie mogłem iść pomostem z powodu 

latarni, więc podpłynąłem od plaży i wlazłem przez 

rufę. Wtedy właśnie kopnąłem puszkę. — Zawahał się 

i spytał nieśmiało: — Dobrze zrobiłem, panie Lomax?

Anglik uśmiechnął się do niego.

— Zaczynam   się   zastanawiać,   jak   kiedykolwiek

dawałem sobie radę bez ciebie.

Mgła kłębiąca się nad powierzchnią wody jeszcze 

zgęstniała,   ale   po   upływie   kilku   minut   dostrzegł   za 

lewą burtą światła zatoki i zmienił kurs. Gdy mijali 

koniec mola, Yanni wyszedł na pokład i stanął w po-

gotowiu z jedną z cum. Lomax zmniejszył prędkość

152

background image

i   w   odległości   paru   jardów   od   pomostu   wyłączył 

silnik. Trochę źle obliczył i łódź uderzyła z trzaskiem 

w słupy,  rozłupując drewno, a wstrząs rzucił nim o 

ścianę sterówki.

Gdy wyszedł na pokład, Yanni był już na pomoście, 

z   wprawą   owijając   linę   wokół   żelaznego   pachołka. 

Chłopiec wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Kiedy ostatnio wprowadzał pan łódź do zatoki, 

panie Lomax?

Dowiozłem nas tu — odparł Lomax — i to jest 

najważniejsze. Jak daleko stąd na posterunek policji?

— Jest   zaraz   za   rogiem.   Parę   minut,   nie   więcej. 

Mam przyprowadzić sierżanta Kytrosa?

Lomax skinął głową.

— Ja tu zaczekam.

Głuche dudnienie rozniosło się echem po wodzie, 

kiedy chłopak pobiegł po drewnianym  pomoście do 

nabrzeża i zniknął w ciemności.

Odwróciwszy się, Anglik zobaczył, że Riki stoi na 

rozstawionych nogach, mocno przyciskając zranione 

ramię do boku i wciąż spoglądając na brata.

— Kto was na mnie nasłał? — zapytał Lomax. —

Alexias Pavlo?

Riki   powoli   podniósł   wzrok.   W   żółtym   świetle 

lampy   jego   oczy   wyglądały   jak   czarne   dziury,   a 

lśniąca od potu twarz była maską bólu.

Nic nie powiedział, ale jego nienawiść leżała między 

nimi i Lomax wzdrygnął się. Od wody podniósł się 

lekki wiatr, przenikając przez jego wilgotne ubranie. 

Anglik   odwrócił   się,   przeszedł   nad   burtą   i   ruszył 

wzdłuż pomostu. Kiedy dotarł do nabrzeża, zawahał 

się, wiedząc, że najrozsądniej byłoby poczekać na

153

background image

Kytrosa   i   pozwolić   jemu   zająć   się   sprawą.   Nagle 

jednak   pomyślał   o   Dimitrim,   czekającym   tam   na 

farmie na wiadomość o jego śmierci, i zapłonął w nim 

gniew. Wsiadł do półciężarówki i szybko odjechał.

Kiedy zjeżdżał w stronę farmy, z ciemności powitało 

go samotne światło. Zatrzymał się, zgasił silnik i sie-

dział patrząc w kierunku ganku. Po chwili zeskoczył 

na ziemię i wszedł po stopniach, wyjmując zza pasa 

berettę i trzymając ją odbezpieczoną przy udzie. Kuch-

nia pogrążona była  w ciemności, ale spod drzwi do 

salonu sączyła się cienka struga światła.

Stał, świadomy niesamowitego bezruchu, absolutnej 

ciszy — i wtedy gdzieś w oddali zadudnił złowieszczo 

grzmot.   Jednym   płynnym   ruchem   otworzył   drzwi   i 

wszedł do salonu.

Na   kominku   trzaskał   ogień,   a   na   stole   na   środku 

pokoju   stała   lampa.   Nagle   dostrzegł   butelkę,   która 

spadła   na   dywan   z   owczej   skóry.   Czerwone   wino 

rozlało   się   po   podłodze   jak   krew,   sięgając   do   nóg. 

wystających z cienia za jednym z dużych rozkładanych 

krzeseł przy kominku.

Dimitri Paros leżał na wznak, z oczami utkwionymi 

w wieczność, z półuśmiechem zastygłym  na twarzy. 

Spod podbródka wystawała mu  rogowa rączka noża 

do  patroszenia  —  długie  ostrze   przeszło  przez  pod-

niebienie   do   mózgu.   W   jednej   ręce   wciąż   ściskał 

kieliszek.

Lomax wsadził rewolwer za pas i przyklęknął obok 

trupa. Dotknął dłonią pobladłej twarzy i stwierdził-że 

jest jeszcze ciepła. Westchnął i zaczął się podnosić.

154

background image

skrzypnęły drzwi i lekki wiatr powiał mu po szyi.

Znajomy glos powiedział:

 — Proszę się nie ruszać.

 Do pokoju wszedł Alexias Pavlo, opierając się

ciężko na lasce, a w drugiej ręce trzymając mausera.

Zabrał Lomaxowi berettę i wrzuciwszy ją sobie do

kieszeni spojrzał na Dimitriego.

Kiedy ponownie podniósł wzrok na Anglika, jego 

twarz była jakby wyciosana z kamienia.

— Teraz dopilnuję, żeby pan wisiał, kapitanie Lo-

max — powiedział.

background image

15

PERSPEKTYWA SZUBIENICY

Cela   była   mała   i   naga;   miała   pobielone   ściany, 

oświetlała ją pojedyncza żarówka. Było też niewielkie 

zakratowane okno, umywalka i prycza, na której leżał.

Drzwi wzmocniono metalowymi taśmami, a maleń-

ka krata dawała ograniczony widok na korytarz. Od 

strony   biura   dochodził   Lomaxa   stłumiony   pomruk 

głosów.

Owinął   się   w   koc   dla   ochrony   przed   dotkliwym 

zimnem, sączącym się przez jego wilgotne ubranie, i 

palił papierosa z paczki, którą dostał od Kytrosa. Przez 

kraty w oknie widział granatowe nocne niebo, usiane 

gwiazdami. W oddali znowu zadudnił grzmot. Lomax 

wstał i podszedł do okna — daleko na morzu, poza 

linią horyzontu, rozbłysła błyskawica.

Na korytarzu rozległy się kroki. Odwróciwszy się 

dostrzegł, że Stavrou, strażnik więzienny — wysoki, 

przysadzisty mężczyzna w pomiętym mundurze khaki 

— otwiera drzwi.

Lomax rzucił koc na pryczę i wyszedł na korytarz.

— Co teraz?

Sierżant rozmawia właśnie z ojcem Janem 

156

background image

powiedział Stavrou. — Staruszek chce z panem za-

mienić słowo przed odejściem. Biuro pogrążone było 

w półmroku —jedyne oświe-tlenie stanowiła lampa z 

zielonym   abażurem   na   biur-ku.   Ojciec   Jan   siedział 

przy nim podpierając ręką czoło, a Kytros stał przy 

oknie.   Gdy   Anglik   przystanął   w   progu,   staruszek 

gwałtownie odwrócił głowę.     Przez dłuższą chwilę 

panowała cisza, aż w końcu ksiądz wstał.

— Czy cokolwiek mógłbym dla pana zrobić?

Nie wydaje mi się — odparł Lomax.

Sierżant Kytros poinformował mnie, że oskarżył 

pan   w   tej   sprawie   Alexiasa   Pavlo   —   powiedział 

spokojnie ksiądz.

— A   ojciec,   jak   przypuszczam,   nie   uważa   go   za 

dolnego do tego?

Do zabicia? — Ojciec Jan wzruszył ramionami. 

—   Szatan   jest   w   każdym   z   nas.   Jednak   dziś 

wieczorem Alexias Pavlo był tam, gdzie jest od lat w 

czwartek.   Do   wpół   do   dziesiątej   grał   ze   mną   w 

szachy.

To ciągle dawało mu wystarczająco dużo cza-su

— stwierdził z uporem Lomax.
 Staruszek potrząsnął głową.

— Raczej wątpię.

W   tym   momencie   o   okiennice   zasłaniające   okno 

uderzył kamień.

— Zaczynają   się  robić  nieprzyjemni   —  zauważył

Kytros.

Ksiądz   i   Anglik   podeszli   do   niego.   Przez   szpary 

między   wąskimi   listewkami   okiennic   Lomax 

dostrzegł dwadzieścia czy trzydzieści osób stojących 

w małych

157

background image

grupkach —jedni rozmawiali, inni po prostu patrzyli 

w stronę posterunku.

— Czego oni chcą? — zapytał.

— Pana, jak sądzę — odparł spokojnie Kytros.

— Upłynie dużo czasu, zanim wyspa zobaczy ko-

niec   wydarzeń   tego  wieczoru   —  odezwał   się   ojciec 

Jan, narzucając płaszcz na ramiona.

I oczywiście ja jestem temu winny? — powie-

dział Lomax.

Trudno powiedzieć z całą pewnością, gdzie leży 

odpowiedzialność za cokolwiek w tym życiu — stwier-

dził   staruszek.   —   Ja   jestem   pewny   tylko   jednego: 

dwóch ludzi nie żyje. Powinien pan był odpłynąć na 

łodzi, panie Lomax. Widzę teraz, że trzeba nam było 

zmusić pana do wyjazdu.

Lomax usiadł i wziął sobie papierosa z leżącej na 

biurku paczki.

— To byłoby dla was wszystkich cholernie wygod

ne,   ojcze.   Moglibyście   dalej   udawać,   że   ja   jestem

winny. Że człowiek odpowiedzialny za tyle zła nie jest

jednym z waszych.

Staruszek spojrzał na niego z lekko zdziwioną miną. 

Przez chwilę wydawało się, że chce coś powiedzieć, 

ale   potem   jakby  się   rozmyślił.   Zwrócił   się   tylko  do 

Kytrosa:

— Muszę już iść. Czeka mnie jeszcze wizyta u ro-

dziców Nikity Samosa.

Dziękuję, że ojciec przyszedł — powiedział sie-

rżant.

— Każę tym ludziom na dworze iść do domów — 

ciągnął ksiądz. — Gdyby mnie pan później potrzebo-

wał, proszę dzwonić.

158

background image

  Znowu  odwrócił   się   do Lomaxa,   zawahał,   a  potem 

wyszedł.   Kiedy   drzwi   zamknęły   się   za   nim,   Kytros 

stanął   przy   oknie.   Po   chwili   chrząknął   z   zadowo-

leniem

Odchodzą? — spytał Lomax.

— Na razie tak, ale wrócą.
Stavrou krzątał się przy stole w rogu, gdzie na małej 

spirytusowej   kuchence   wrzała   w   garnku   woda. 

Napełnił dwie filiżanki i zaniósł je na biurko. Anglik 

poczuł zapach dobrej kawy. Była gorąca, parzyła, ale 

napełniła   go  nowym   życiem   i   westchnął   z   przyjem-

nością, zapalając kolejnego papierosa.

Kytros   usiadł   po   drugiej   stronie   biurka.   Włożył 

greckiego papierosa do srebrnej cygarniczki i zapalił, 

odchylił się na krześle tak, że znalazł się na obrzeżu 

kręgu światła i jego twarz była w cieniu.

— Jedna rzecz mnie  intryguje  — odezwał się. — 

Dlaczego Dimitri  Paros zrezygnował  z przyjemności 

osobistego   wyeliminowania   człowieka,   którego   nie-

nawidził? To niepodobne do niego.

— Powiedział, że ma jakąś sprawę do załatwienia.

— Musiała być rzeczywiście ważna.

Otworzywszy szufladę wyjął berettę i nóż do pa-

troszenia,   którym   zabito   Dimitriego.   Był   zupełnie 

zwyczajny — rękojeść z czarnego rogu z mosiężnym 

zakończeniem,   lekko   zakrzywiona.   Kytros   nacisnął 

kciukiem przycisk i wyskoczyło dziewięciocalowe os-

trze. Schował je i zmarszczył brwi.

— Dość   niezwykły   sposób   zasztyletowania   czło-

wieka, nie uważa pan?

— Stara   sztuczka   komandosów   —   stwierdził   Lo-

max. — Niech pan da, pokażę panu.

159

background image

Wziął nóż i ukrył go w prawej dłoni, trzymanej przy 

biodrze.   Nagle   jego   ramię   wystrzeliło   do   góry,   a 

ostrze wyskoczyło z ręki niczym język węża.

Rzucił nóż na stół i usiadł.

— To wygodny sposób zabijania od przodu z blis-

kiej   odległości.   Śmierć   jest   natychmiastowa,   gdyż 

ostrze przebija mózg.

— I tej właśnie metody użyto, by zabić Dimitriego?

— Jestem   tego   pewien.   Na   jego   twarzy   tkwił 

jeszcze uśmiech. Musiał pan to sam zauważyć. Został 

zabity   przez   kogoś,   kogo   dobrze   znał,   a   chciałbym 

zaznaczyć, że do mnie raczej by się nie uśmiechał.

— Słuszna uwaga — przyznał Kytros. — Chociaż 

nie powiedziałbym, że to przyjemny uśmiech.

W tym łajdaku nie było nic przyjemnego. Jeszcze 

jedno,   gdybym   chciał   go   zabić,   to   po   co   miałbym 

używać noża, skoro miałem berettę?

Policjant westchnął.

Zawiła sprawa, panie Lomax. Gdyby tylko po-

czekał pan na mnie  na nabrzeżu, wszystko mogłoby 

być zupełnie inaczej.

— Taki już mój los. Co teraz będzie?

— Musimy   poczekać   na   wyniki   autopsji.   Doktor 

Spanos właśnie ją przeprowadza. Później...

Stavrou wystąpił naprzód, machając kluczami.

Innymi   słowy,   jestem   wciąż   numer   jeden   na 

liście — stwierdził z goryczą Lomax.

— Obawiam się, że tak — powiedział Kytros.

— Niech   wam   będzie.   Proszę   tylko   pamiętać,   że 

jestem obywatelem brytyjskim.

Kytros skinął głową.

160

background image

— Prześlę   radiem   wiadomość   na   Kretę.   Oni   po-

wiadomią pańską ambasadę w Atenach. Coś jeszcze?

— Przydałoby   mi   się   jakieś   ubranie   na   zmianę. 

Wszystko   mam   wilgotne,   a   w   celi   jest   diabelnie 

zimno.

— Zobaczę, co się da zrobić. Teraz musi  mi  pan

wybaczyć. Mam wiele spraw na głowie.

Stavrou zaprowadził Lomaxa z powrotem do celi i 

zamknął. Kiedy odszedł, Anglik zarzucił sobie koc 

na ramiona i usiadł na pryczy, opierając się plecami

o ścianę.

Gdyby tylko zaczekał na Kytrosa na nabrzeżu. Teraz 

jednak   było   już   za   późno.   Był   uwikłany   w   sieć 

dowodów pośrednich, już osądzony i skazany.

Na korytarzu rozległy się kroki. W kratce ukazała 

się twarz Stavrou.  Otworzywszy drzwi,  rzucił na 

łóżko wełniany sweter.  — To musi panu wystarczyć.  

Lomax zdjął marynarkę i sięgnął po sweter. Kiedy 

wkładał go przez głowę, weszła Katina.

Twarz   miała   bardzo   bladą,   a   oczy   jak   ciemne 

sadzawki.   Stali   bez   słowa   naprzeciw   siebie,   aż   w 

końcu Stavrou chrząknął.

— Tylko pięć minut.

Drzwi zamknęły się, klucz przekręcił w zamku

i zostali sami. Delikatnie dotknęła ręką jego twarzy.
— Nic ci nie jest? Nie zranili cię?

— Parę siniaków. Nie ma o czym mówić. Nagle 

zauważył, że płakała. Pociągnął ją na pryczę.

— O co chodzi, Katina?

Poszłam do „Małej Łódki" poprosić wuja o po-

moc,   ale   nie   chciał   mnie   nawet   widzieć.   Nikoli   i 

reszta

Mroczna

 

strona...

161

background image

jego   towarzystwa   piją   na   umór.   To   wszystko   jest 

okropne.

— Myślisz, że mogą coś szykować? 

Powoli pokiwała głową.

— Chyba mają zamiar sami załatwić sprawę.

— Powiedziałaś Kytrosowi?

Nie. Wyszedł tuż przed moim przyjściem. 

Lomax wstał, czując ucisk w dołku.
— Nie wygląda to najlepiej, co?

— Na ulicy stoi chyba z pięćdziesięciu mężczyzn —

powiedziała. — I z każdą minutą przybywają nowi.

Ponownie   opadł   na   łóżko.   W   ustach   nagle   mu 

zaschło.  Katina wyjęła  z  kieszeni  kurtki  rewolwer  i 

podała mu.

— Niestety dosyć stary, ale najlepszy, jaki mogłam

zdobyć.

Zacisnął dłoń na wytartej kolbie i zmarszczył brwi.

— Chcesz, żebym tego użył?

— Czy Dimitri Paros jest wart tego, by za niego 

umierać?

W tym właśnie momencie — widząc, że ona też nie 

wierzy w jego niewinność — zdał sobie sprawę z całej 

beznadziejności swojej sytuacji.

Masz jakiś pomysł?  — spytał.  — Nawet jeśli 

obezwładnię Stavrou, nie mogę  tak po prostu wyjść 

przez frontowe drzwi. Jest jakieś tylne wyjście?

Tak. Prowadzi na ogrodzone murem podwórze. 

Za   nim   jest   następne   i   stamtąd   dochodzi   się   do 

wąskiej alejki, która ciągnie się dalej wzdłuż nabrzeżu-

Będę czekała z jeepem pod ratuszem.

— Pamiętaj, że jest ciemno. Mogę się łatwo zgubie-

Potrząsnęła głową.

162

background image

— Nie z Yannim. On już tam jest.

— A co potem?

Zorganizowałam to z Oliverem — odparła. — 

Mam cię tylko dowieźć do willi, a on już będzie miał 

łódź gotową do drogi. Za dwanaście godzin możesz 

być w Turcji. To bardzo proste, naprawdę.

Przez chwilę zamierzał jej powiedzieć, że nic w życiu 

nie jest proste, nie było jednak czasu. Na korytarzu 

stuknęły buty i w zamku przekręcił się klucz.

Lomax   zaczął   się   podnosić.   Katina   złapała   go   za 

rękaw.
 — Nie rób mu krzywdy — szepnęła. — To dobry 

człowiek.

  Skinął głową i czekał z bronią przy udzie. Drzwi 

uderzyły o ścianę i wszedł Stavrou.  — Przykro mi, 

Katina — odezwał się. — Będziesz musiała iść. Jeśli 

Kytros cię tu znajdzie, rozpęta się piekło.

Odwrócił się do Lomaxa i spojrzał w wylot lufy. 

Zbladł i ramiona mu opadły. Nagle jakby postarzał 

się   o   dziesięć   lat.   Ponownie   odwrócił   się   do 

dziewczyny rzucił gorzko:

— Ty suko. Stracę przez to pracę.

Rób,   co   ci   mówię,   a   nic   ci   się   nie   stanie   — 

powiedział Lomax. — Zdejmij krawat i pasek i połóż 

się twarzą do dołu na pryczy.

Stavrou niechętnie wykonał polecenie. Lomax podał 

Katinie rewolwer, po czym związał strażnikowi ręce 

nogi. Jako knebla użył chusty na głowę.

Wyszli. Lomax zamknął celę i poszedł za Katiną do 

biura. Przy drzwiach dziewczyna przystanęła i spoj-

rzała na niego bez słowa. Na chwilę chwycił jej rękę,

163

background image

a   kiedy  wyszła,   zamknął   drzwi.   Gdy  spojrzał   przez 

szpary w okiennicach, zobaczył tłum stojący grupkami 

na ulicy. Słyszał jakieś okrzyki i zrozumiał zawartą w 

nich   groźbę.   Zgromadzeni   na   ulicy   ludzie   potrze-

bowali tylko  przywódcy,  kogoś, kto miałby odwagę 

poprowadzić   ich   do   środka.   Lomax   pomyślał,   że 

niedługo pewnie ktoś taki się znajdzie.

Popatrzył,   jak   Katina   odjeżdża,   a   potem   poszedł 

korytarzem   do   tylnych   drzwi.   Były   zabezpieczone 

dwoma zardzewiałymi ryglami. Z trudem je odciągnął 

i spróbował otworzyć drzwi. Ciągle jednak nie chciały 

ustąpić, więc schował broń do kieszeni i zaczął dopa-

sowywać   klucze   na   kółku.   Czwarty   przekręcił   się 

gładko i Lomax ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.

Było   bardzo   cicho.   Zanim   ruszył   dalej,   poczekał 

chwilę, aż oczy przyzwyczają się do ciemności.

Mur miał może dwanaście stóp wysokości. Gdy pod 

nim   przystanął,   zachrzęścił   jakiś   kamień   i   u   boku 

Anglika pojawił się Yanni.

Tutaj, panie Lomax — odezwał się. — W rogu 

rośnie stare drzewo oliwne.

Dobry   chłopiec.   —   Lomax   położył   mu   lekko 

rękę   na   ramieniu.   —   Ruszajmy.   Nie   mamy   dużo 

czasu.

Yanni   wdrapał   się   pierwszy,   a   Lomax   za   nim. 

Zaprawa między kamieniami zaczynała się już sypać. 

miał więc dobre oparcie dla stóp i wklinowany między 

drzewo i mur, piął się szybko. W parę sekund znalazł 

się na górze.

Chłopak   poprowadził   go   dalej   po   murze,   aż   do 

składu drewna, przy którym  zeskoczył.  Podszedł do 

dużej bramy i otworzywszy judasza, wyjrzał na ze-

164

background image

wnątrz. Po chwili skinął głową i przeszedł przez wąski

otwór.

Stali na wybrukowanej alejce ciągnącej się między 

murami. Było dosyć ciemno — jedyne światło padało z 

odległej latarni.

   Yanni odwrócił się, by coś powiedzieć, ale nagle na 

drugim   końcu   alejki   zrobiło   się   jakieś   zamieszanie   i 

ktoś zawołał po grecku:

— Ucieka! Anglik ucieka!

W tym samym momencie rozległy się dwa strzały, 

tak   blisko   siebie,   że   dla   nie   wytrenowanego   ucha 

brzmiały   jak   jeden.   Yanni   rzucił   się   do   ucieczki,   a 

Lomax   wyciągnął   z   kieszeni   rewolwer,   by   odpo-

wiedzieć   ogniem.   Pociągnął   za   spust,   ale   broń   się 

zacięła.

Ciągle trzymając kurczowo bezużyteczny rewolwer, 

odwrócił się i pobiegł z oczami utkwionymi w latarni, 

stojącej   w   połowie   alejki.   Na   bruku   za   nim   dudniły 

kroki, odbijając się echem od murów. Znowu huknął 

strzał i kula świsnęła mu koło ucha.

Yanni przebiegał właśnie pod latarnią i odwrócił się. 

Lomax cisnął w lampę rewolwerem, pogrążając alejkę 

w ciemności, i popchnął chłopca dalej.

Po chwili dotarli do końca. Yanni zawołał bez tchu 

przez ramię:

— Ostrożnie,   panie   Lomax!   Jesteśmy   na   nabrze

żu.   —   Zwolnił   i   skręcił   za   róg,   wpadając   prosto

w ramiona jakiegoś krzepkiego rybaka.

Mężczyzna   zaklął   wściekle   i   chwycił   chłopaka   za 

koszulę. Lomax podskoczył szybko, złapał napastnika 

za nadgarstek i rąbnął nim o mur, używając biodra jako 

dźwigni.

165

background image

— Uciekaj, Yanni! — krzyknął i chłopak skoczył 

przez ulicę, niknąc w ciemności.

Rybak rzucił się naprzód, wyciągając wielkie łapy. 

Lomax cofnął się o krok i kopnął go w brzuch. Kiedy 

Grek padał, Lomax usłyszał jakieś pomieszane okrzyki 

i odwróciwszy się ujrzał, że znajduje się nie więcej niż 

pięćdziesiąt jardów od „Małej Łódki". Stała przed nią 

jakaś   ciężarówka,   wyładowana   ludźmi,   inni   tłoczyli 

się   dookoła.   W   świetle   padającym   z   okien   całkiem 

wyraźnie dostrzegł Nikolego Aleko, patrzącego w jego 

stronę.   Rozległ   się   ryk   tłumu,   gdy   Anglik   został 

rozpoznany.

Rzucił się do ucieczki w stromą uliczkę prowadzącą 

na   plac.   Stopy  ślizgały  mu   się   na   bruku,   a   za   sobą 

słyszał   warkot   silnika   ciężarówki,   która   ruszyła   pod 

górę.   W   nocnym   powietrzu   uniosły  się   głosy  popę-

dzające   kierowcę,   a   kilku   mężczyzn   zeskoczyło   na 

ziemię   i   pobiegło   za   zbiegiem,   szybciej   pokonując 

stromiznę niż obładowany samochód.

Nagle Lomax poślizgnął się i upadł i w noc wzbił 

się   wrzask   triumfu.   Zaraz   jednak   wstał   i   wbiegł   na 

plac.   Ktoś   strzelił   ze   strzelby.   Lomax   schylił   się 

gwałtownie, gdy nad jego głową świsnął śrut, i wtedy 

pojawił się jeep, ślizgając się bokiem po wilgotnym 

bruku, kiedy Katina gwałtownie zahamowała.

Podniosła się z karabinem przy ramieniu i wysłała w 

stronę pogoni cztery kule, które odbiły się rykoszetem 

przed ciężarówką — wóz zatrzymał się natychmiast, a 

ci, którzy biegli obok, padli na ziemię.

Czekała na niego z twarzą jak wykutą z kamienia, 

trzymając w ręku sportowego winchestera z celow-

166

background image

nikiem teleskopowym.  Broń, którą dał jej tamtej nocy 

na farmie, tak dawno temu.

Prawie upadł na przednie siedzenie. Katina podała 

mu karabin i spytała:

— Co z Yannim?

Wpadliśmy w małe tarapaty — wysapał Lomax. 

— Ale wszystko z nim w porządku. Na miłość boską, 

spadajmy stąd.

Zapaliła i w pośpiechu ruszyła.  Kiedy wjechali w 

wąską uliczkę prowadzącą za miasto i przez most, z 

naprzeciwka   ukazała   się   inna   ciężarówka.   Lomax   w 

przelocie   dostrzegł   zaskoczoną,   przerażoną   twarz 

kierowcy,   który  skręcił   ostro   kierownicą   i   rąbnął  w 

mur, zagradzając drogę. Pierwsza ciężarówka wspięła 

się już na górę i pędziła teraz, by zablokować drogę na 

drugą stronę góry.

W ostatniej chwili kierowca zahamował, żeby unik-

nąć zderzenia, i Katina wpadła w wąską, krętą uliczkę 

między domami i dalej na polną drogę prowadzącą do 

farmy.

Cokolwiek   się   miało   teraz   stać,   została   im   tylko 

jedna droga do willi. Na piechotę przez góry.

background image

16

UCIECZKA

Dotarli do farmy dobre pięć minut przed ciężarów-

ką. Katina stanęła na podwórzu, koło stodoły,  a Lo-

max wysiadł i pochylił się nad korytem, by spryskać 

sobie twarz wodą. Kiedy podniósł głowę, zobaczył, że 

Katina patrzy na niego, marszcząc brwi.

— O co chodzi? — zapytał.

— Staliśmy tu już kiedyś razem — odparła powoli. 

Skinął głową.
— Pamiętam. 

Wzdrygnęła się lekko.

Czy to jest wtedy, czy teraz, Hugh?

— Nie wiem, Katino — powiedział. — Może w ja

kiś dziwny sposób jedno jest częścią drugiego.

Chwyciła   go   za   rękę   i   w   tym   momencie   pojął   z 

całkowitą   pewnością,   że   ona   jest   wszystkim,   czego 

kiedykolwiek pragnął. Pocałował ją w usta, a cięża-

rówka   za   nimi   przejechała   nad   krawędzią   kotliny   i 

zaczęła zjeżdżać do farmy.

Przebiegli przez podwórze, zanurkowali pod płotem 

i zaczęli się wspinać na wzgórze porośnięte drzewami

168

background image

oliwnymi. Katina prowadziła, mimo ciemności poru-

szając się zręcznie po znajomym terenie.

W  oddali   złowieszczo  zadudnił  grzmot,   poza   tym 

jednak   nad   wszystkim   wisiała   dziwna,   nienaturalna 

cisza. Ciężarówka zatrzymała się na podwórzu w dole, 

silnik zgasł i trzasnęły jakieś drzwi.

Katina wyszła spod osłony gaju oliwnego i ruszyła 

dalej nagim zboczem, a Lomax za nią. W tej właśnie 

chwili   księżyc   wysunął   się   zza   chmury,   oblewając 

wszystko ostrym białym światłem. Nagły krzyk z dołu 

świadczył o tym, że ich dostrzeżono. Anglik spojrzał 

za   siebie   i   zobaczył   stojącą   na   środku   podwórza 

ciężarówkę i białe twarze mężczyzn patrzących w górę. 

Za nimi w stronę farmy zjeżdżał drugi wóz.

Katina   była   już   w   połowie   drogi   przez   zbocze. 

Lomax   poluzował   pasek   przy  winchesterze,   zarzucił 

go sobie na plecy i pobiegł za nią.

Znowu   był   ścigany  —   ogarnęło   go   znajome   ner-

wowe podniecenie, które wyostrzało wszystkie zmy-

sły.   Przystanąwszy   na   krawędzi   małego   płaskowyżu 

spojrzał w dół i zobaczył  pogoń, rozciągniętą już w 

tyralierę   na   zboczu.   Niektórzy  nieśli   latarnie,   a   gdy 

druga   ciężarówka   się   zatrzymała,   Lomax   usłyszał 

szczekanie psów.

W   powietrzu  świsnęła   kula,   ginąc   gdzieś  w   prze-

strzeni. Cofnął się tak, że nie był już widoczny. Katina 

podeszła do niego z zatroskaną twarzą.

— Kytrosa na pewno z nimi nie ma. On nigdy by

na to nie pozwolił.

Lomax starł wierzchem dłoni pot z czoła.

— Nie ma się czym martwić. Mamy dobry start.
Potrząsnęła głową.

169

background image

— Nie bądź taki pewny. Wielu z nich to farmerzy

i   pasterze.   Znają   góry.   Mogą   je   przejść   dwa   razy

szybciej niż my.

Zamiast iść po przekątnej, ruszyła prosto pod górę. 

Stok wznosił się coraz bardziej stromo,  aż w końcu 

stał się prawie pionowy, z kępkami trawy sterczącymi 

z nagiej skały.

Doszli do podnóża łachy luźnych kamieni i łupków i 

Katina przystanęła, oglądając się przez ramię.

— Jak sobie dajesz radę? — spytała, gdy do niej

dołączył.

Zdobył się na uśmiech.

— Powiedzmy, że nie jestem już taki młody.

— Teraz   musisz   być   ostrożny.   Droga   jest   zdra-

dliwa.

Zaczęła   się   wspinać   powoli,   próbując   każdą   kępę 

trawy, każdy krzak i kamień, a Lomax szedł za nią. Po 

chwili zapomniał o ścigających ich ludziach i o nie-

bezpieczeństwie — ogarnęła go cicha radość, że jest tu 

razem z nią.

W pewnym momencie oparł się zbyt mocno o jakiś 

otoczak, a ten oderwał się nagle i stoczył w dół, pod-

skakując z hukiem i wzbudzając nocne echo.  Lomax 

zdążył odskoczyć. Doszedł go głos Katiny:

— Nic ci się nie stało?

— O   mało   co   —   zawołał   cicho   w   odpowiedzi   i 

znowu zaczął się piąć.

W chwilę później znalazł się na skraju rozległego 

płaskowyżu. Odwrócił się i wbił wzrok w mrok doliny, 

ale nie dostrzegł prześladowców.

Katina stanęła obok niego.

— Wybrali łatwiejsze obejście — powiedziała. —

170

background image

Pamiętasz   tę   drogę,   z   której   skorzystaliśmy   tamtej 

pierwszej nocy, kiedy prowadziłam cię do willi?

— A teraz jak pójdziemy?
Wskazała na wielką skałę po drugiej stronie płas-

kowyżu. Była skąpana w świetle księżyca, szczeliny i 

pęknięcia   rozgałęziały   się   na   jej   powierzchni   jak 

ciemne palce. Lomax gwizdnął cicho.

— Jesteś pewna, że to się da zrobić?

Skinęła głową.

— Oczywiście. Jako młoda dziewczyna wchodziłam

na nią wiele razy. To nie jest wcale takie straszne, jak

wygląda.

Odwróciła   się   i   poszła   pierwsza   między   dużymi 

otoczakami. Kiedy dotarli do podstawy skały, Lomax 

zauważył,  że tworzyły ją lekko przechylone  do tyłu 

płyty, bardzo mocno popękane.

Katina od razu zaczęła się wspinać, więc ruszył w 

jej   ślady.   Nie   patrzył   w   dół,   dopóki   nie   weszli   na 

wysokość   jakichś   pięćdziesięciu   stóp.   Przez   chwilę 

wydawało mu się, że unosi się w przestrzeni. Zamknął 

oczy i zaczął głęboko oddychać. Gdy otworzył je po-

nownie, wszystko było w porządku.

Potem   nie   spoglądał   już   w   dół,   tylko   piął   się 

wytrwale. Pięć minut później przeszedł ponad krawę-

dzią jakiegoś szerokiego występu, częściowo osłonię-

tego pochyloną płytą skalną, i znalazł się przy czeka-

jącej na niego Katinie.

— Wszystko w porządku? — spytała.

Teraz, kiedy przestał się wspinać, poczuł, że ręce i 

nogi lekko mu drżą, ale z uśmiechem pokiwał głową.

— Zatrzymujemy się tutaj? — spytał z kolei.

— Nie mamy czasu. Nawet idąc tędy będziemy

171

background image

mieć szczęście, jeśli dotrzemy do świątyni przed naj-

szybszymi z mężczyzn, którzy idą drogą.

Znowu ruszyła pod górę. Lomax starał się zapom-

nieć o bolących kończynach i skoncentrować na wspi-

naczce. Od morza powiał wiatr, przenikając przez jego 

wełniany sweter, i ponownie rozległ się grzmot, tym 

razem jednak dużo bliżej.

Przeszedł   nad   krawędzią   ostatniej   wielkiej   płyty. 

Ponad nimi prostopadła ściana wznosiła się sto stóp w 

noc. Lomax odchylił głowę, patrząc na nią, a zimny 

wiatr osuszył mu czoło.

Katina pokazała mu ciemny komin, ciągnący się w 

skale aż na sam szczyt.

— Wygląda niezbyt  zachęcająco, ale to najłatwiej

sza część wspinaczki.

Uśmiechnął się z pewnym wysiłkiem.

— Wierzę ci na słowo.

Poczekał, aż zniknie w ciemności nad nim, i dopiero 

wtedy sam ruszył. Powiesił sobie winchestera na szyi i 

zastosował   popularną   technikę   alpinistyczną   wkli-

nowując   się   w   komin,   z   plecami   opartymi   o   jedną 

ścianę, a stopami o drugą, i odpoczywając co piętnaś-

cie—dwadzieścia sekund. Po chwili stwierdził, że może 

się wspinać normalnie, w skale było bowiem mnóstwo 

drobnych  uchwytów  dla rąk. Dziesięć minut  później 

dołączył do Katiny.

Stali na brzegu głównego płaskowyżu na szczycie 

góry, trzysta jardów za świątynią i grobem Achillesa. 

Pod   nimi   cała   południowa   strona   wyspy   opadała   w 

świetle księżyca do morza.

Widok zapierał dech w piersiach, lecz Lomax wciąż 

był świadom nienaturalnej ciszy panującej wokół —

172

background image

od horyzontu  zbliżało  się  szybko  ciemne  pasmo 

chmur, wymazując po drodze gwiazdy.   Nad ich 

głowami zagrzmiało.

— Niedługo   będzie   burza   —   odezwała   się   Kati-

na. — To da nam dobrą osłonę przy schodzeniu.

Ruszyli  naprzód, ale nagle gdzieś z prawej strony 

wiatr   przyniósł   jakiś   okrzyk.   Lomax   odwrócił   się   i 

ujrzał   trzech   mężczyzn   wynurzających   się   nad   kra-

wędzią  płaskowyżu.   Mieli  ze  sobą  dwa  psy  gończe, 

znajdowali   się   w   odległości   nie   więcej   niż   dwustu 

jardów, wyraźnie widoczni w jasnym świetle księżyca.

Anglik   uniósł   karabin   i   strzelił.   Jeden   z   psów 

podskoczył i zniknął za krawędzią.

— To   powinno   ich   na   chwilę   zatrzymać.   —   Po

pchnął lekko Katinę. — Uciekajmy stąd.

Rzucili   się   biegiem   w   stronę   świątyni.   Lomax 

zerknął   w   prawo   i   zobaczył,   że   trójka   mężczyzn   z 

drugim psem rusza szybko po równoległym  torze. z 

oczywistym zamiarem odcięcia im drogi. Jeden z nich 

wyprzedził   swoich   towarzyszy   o   dobre   pięćdziesiąt 

jardów   i   ciągle   tę   odległość   powiększał.   W  chwilę 

później wszyscy zniknęli za niewielkim wzniesieniem.

   Lomax  pobiegł za Katiną pomiędzy głazami,  śliz-

gając   się   i   potykając   na   nierównym   gruncie.   Kiedy 

znaleźli się na tarasie świątyni i ruszyli po mozaikowej 

podłodze,   z   cienia   na   prawo   od   nich   wynurzył   się 

Nikoli Aleko.

Czarna przepaska na oku wyraźnie odbijała od jego 

twarzy, a zęby miał obnażone w dzikim grymasie.  W 

prawej ręce trzymał  nóż do patroszenia o matowym 

ostrzu.

173

background image

Lomax gwałtownie odepchnął Katinę na bok i sko-

czył   na   Greka   z   biegu.   Gdy   nóż   poszedł   do   góry, 

odparował go lufą winchestera, jednocześnie wbijając 

kolbę w odsłoniętą szczękę Nikolego. Nie wydając z 

siebie żadnego dźwięku, Aleko zatoczył się do tyłu na 

filar i upadł na twarz.

Kiedy Lomax zbiegał po zboczu do kotliny, rozległ 

się huk grzmotu. Zaczęło padać. Minął pasterską chatę 

i ruszył za Katiną zdradzieckim pasem łupków i luźnej 

ziemi, ciągnącym się trzysta czy czterysta stóp  przez 

wielki opadający wąwóz.

Gdy Katina dotarła do połowy, przystanęła i obej-

rzała   się   za   siebie.   Noga   jej   się   obsunęła,   ale   roz-

paczliwie   wbiła   obcasy   w   ziemię   i   jakoś   zdołała 

utrzymać równowagę. Lomax przyspieszył i po chwili 

byli razem.

Do   tego   czasu   deszcz   przeszedł   już   w   potężną 

ulewę, która tłumiła wszelkie dźwięki. Lomax nachylił 

się, kiwając zachęcająco głową. Ogromna błyskawica 

na   ułamek   sekundy   zamieniła   noc   w   dzień,   a   usta 

Katiny otwarły się w bezgłośnym krzyku.

Obejrzał się szybko. Na skraju kotliny, nie dalej niż 

dwadzieścia   jardów   od   nich,   stali   dwaj   towarzysze 

Aleko z pozostałym przy życiu psem. W tym samym 

momencie zwierzę skoczyło do przodu.

Gdy wylądowało przy nich, Lomax zamachnął się 

winchesterem i nagle cała ziemia pod nim się obsunęła. 

Doszedł go alarmujący krzyk Katiny, warczenie psa i 

już wszyscy zjezdżali w dół wąwozu na wielkiej fali 

ziemi i kamieni.

Puścił karabin i wbił w zbocze obie ręce, było już 

jednak za późno. Przez okropną chwilę wydawało mu

174

background image

sięe,   że   pędzi   na   wietrze   w   noc   i   deszcz,   ale   zaraz 

niespodziewanie zwolnił, gdy teren się wyrównał.

Usłyszał  w ciemności  wołanie Katiny i ześlizgnął 

się   do   niej.   Stała   w   płytkiej   wodzie   obok   dużego 

otoczaka.

— Nic ci się nie stało? — spytał z niepokojem. 

Oparła się o niego mocno, obejmując go za szyję.

— Myślałam, że nigdy się nie zatrzymam.

— Przynajmniej   przebyliśmy   tę   drogę   w   rekor-

dowo   krótkim   czasie   —   stwierdził.   —   Lepiej   nie

zmarnujmy tego.

W tym momencie osunęło się na nich trochę ziemi i 

gdzieś powyżej zawarczał pies. Za chwilę wyleciał  z 

ciemności i wylądował z pluskiem sześć stóp od nich.

Lomax odepchnął Katinę, podniósł duży kamień i 

gdy zwierzę ruszyło do ataku, opuścił go z całą swoją 

siłą.   Rozległ   się   trzask   kości,   pies   wydał   z   siebie 

przeraźliwy skowyt i zwalił się do wody.

Anglik odwrócił się, z trudem łapiąc oddech. Wziął 

Katinę   za   ramię   i   razem   wydostali   się   po   śliskich 

głazach z sadzawki. W chwilę później schodzili w ule-

wie po zboczu góry.

background image

17

KONFESJONAŁ

Kiedy dotarli do willi, Katina utykała mocno i Lo-

max podtrzymywał ją przy przechodzeniu przez rów i 

drogę.

Brama była otwarta, a wisząca w niej lampa koły-

sała się na wietrze, na przemian rzucając plamę światła 

w   ciemność   i   cofając   się.   Poszli   wąską,   wyłożoną 

płytkami   ścieżką   między   drzewami   oliwnymi,  w 

ulewnym deszczu, który zdawał się głuszyć  wszelkie 

dźwięki.   Lomax   przemókł   na   wylot,   ciemne   włosy 

przylepiały mu się do czoła. Bolał go każdy mięsień 

ciała, a stawianie jednej stopy przed drugą kosztowało 

go sporo wysiłku.

Katina była kompletnie wyczerpana. Gdy dochodzili 

na   skraj   drzew,   zatoczyła   się   i   Lomax   złapał   ją   w 

ramiona. Przytuliwszy ją, powiedział cicho:

— Już niedługo. To prawie koniec.

I   wtedy   usłyszał   dźwięki   fortepianu,   tak   jak   już 

kiedyś   w   tym   samym   miejscu,   pełne   zadumy   i   tę-

sknoty.   Znowu   był   w   potrzasku   między   teraźniej-

szością a przeszłością i stał tak w deszczu, trzymając

176

background image

dziewczynę, przepełniony dziwnym, sprawiającym ból 

smutkiem.

Oszklone drzwi były uchylone i róg zasłony z czer-

wonego aksamitu falował na deszczu, porywany pod-

muchami   wiatru.   Katina   odsunęła   ją   i   weszli   do 

środka.

Na   dużym   kominku   płonął   ogień,   a   pokój   był 

oświetlony lampą stojącą na fortepianie. W jej świetle 

włosy van Horna błyszczały jak srebro. Miał na sobie 

bonżurkę z prążkowanego zielonego jedwabiu.

Wstał i podszedł do nich.

— Myślałem, że już nigdy nie przyjdziecie. Co się

stało?

W   tym   momencie   Katina   westchnęła,   po   czym 

zaczęła osuwać się na podłogę. Lomax pochwycił ją i 

zaniósł na otomanę.

Van Horn usiadł przy niej, odwinął kciukiem po-

wiekę i zbadał tętno. Po chwili podniósł wzrok.

— Jest zupełnie wykończona. Niech pan przyniesie

brandy. Jest w kredensie pod półkami z książkami.

Lomax znalazł butelkę i dwa kieliszki. Napełniwszy 

jeden, podał go van Hornowi, z drugiego zaś skorzy-

stał sam. Od razu poczuł się lepiej. Nalał sobie nową 

porcję, patrząc jak van Horn unosi głowę Katiny i siłą 

otwiera  jej  usta.  Dziewczyna  zakrztusiła  się,  zaczęła 

kaszleć i w końcu otworzyła oczy.

Spróbowała usiąść i van Horn powiedział:

W porządku, kochanie. Jesteś w mojej willi.

Wbiła w niego tępe spojrzenie, ale nagle oprzytom

niała całkowicie.

— Łódź   jest   gotowa?   —   Skinął   głową,   a   ona

opuściła nogi na podłogę. — Więc po co tu siedzimy?

12 — Mroczna strona...

177

background image

Chciała wstać, lecz Lomax przytrzymał ją.

— Nie ma pośpiechu, Katino — powiedział. — Już

nie. Nigdzie nie jadę.

Spojrzała na niego ze zdumieniem.

— Niech pan nie będzie głupcem,  Lomax — ode

zwał   się   van   Horn.   —   Słyszałem,   że   oskarżył   pan

Alexiasa o zamordowanie Dimitriego Parosa, ale nie

ma pan możliwości tego dowieść.

Lomax   poczęstował   się   papierosem   ze   srebrnego 

pudełka na fortepianie. Zapalił go powoli i wydmuch-

nął długą smugę dymu. Czuł się bardzo zmęczony.

— Ja   wcale   nie   uważam,   że   to   Alexias   zamordo

wał Dimitriego — stwierdził cicho. — Uważam,  że

to pan.

Rozległ się nowy grzmot, a deszcz przybrał nagle na 

sile, bębniąc o szyby.  Wyraz  twarzy van Horna nie 

zmienił się ani trochę.

— Jest pan zupełnie pewien, że wie, co mówi? —

spytał spokojnie.

Katina wstała  i podeszła do Lomaxa  z rozszerzo-

nymi oczami na bladej twarzy.

— Co ty wygadujesz, Hugh?

Łagodnie położył dłonie na jej ramionach.

— W   alejce   za   więzieniem   ktoś   usiłował   mnie

zabić. Ktoś, kto wiedział, że będę tamtędy wychodził.

I ten rewolwer, który mi dałaś. Z jakiegoś dziwnego

powodu nie chciał wystrzelić. — Spojrzała na niego

z  przerażeniem w oczach, a on ciągnął: — Czy van

Horn wiedział, że twój wuj gra z ojcem Janem Mika-

im w szachy każdego czwartkowego wieczoru?

Skinęła głową.

— Wszyscy o tym wiedzą.

178

background image

— Więc   dlaczego   mi   tego   nie   powiedział,   kiedy

oznajmiłem,   że   mam   zamiar   złożyć   mu   wizytę?   —

Obróciła się powoli i spojrzała na van Horna. Lomax

mówił dalej: — Kiedy dotarłem na farmę, czekali tam

na mnie w ciemności Dimitri i bracia Samos. Było na

to tylko  jedno możliwe  wyjaśnienie: Dimitri spodzie

wał się mnie, ponieważ ktoś ostrzegł go, że przyjdę.

Ale wiedziała o tym tylko jedna osoba...

Van Horn uśmiechnął się lekko.

— To   się   nie   trzyma   kupy.   W   jaki   niby   sposób,

u  diabła,   zdążyłbym   się   z  nim   skontaktować?   Jeepa

wzięła Katina.

Odpowiedziała mu właśnie Katina:

— Rozmawiałeś   z   kimś   przez   telefon,   gdy   przy

szłam   z   kuchni,   a   Dimitri   prawie   co   noc   pracuje

w „Małej Łódce". Każdy to wie.

Van Horn zapalił papierosa — ręka mu nawet nie 

drgnęła.

Ciągle jednak nie potrafi pan udowodnić mojej 

obecności na farmie w czasie morderstwa. Żaden sąd 

przysięgłych na świecie nie uwierzy ani przez chwilę, 

że człowiek w moim wieku i przy moim stanie zdrowia 

mógłby   dwa   razy   przejść   przez   górę   tego   samego 

wieczoru w ciągu paru godzin.

Owszem,  nie dawało mi  to spokoju — odparł 

Lomax.   —   Dopóki   nie   przypomniałem   sobie,   że 

Katina   mówiła   mi   kiedyś   o   pomoście   u   stóp   skał, 

niedaleko farmy.  — Spojrzał na nią. — Ile, według 

ciebie,   trwałoby   dopłynięcie   tam   morzem   z   tego 

miejsca?

Dwadzieścia minut — stwierdziła. — Często to 

robiłam. Oliver też.

179

background image

Lomax popatrzył pytająco na „van Homa.

Czy mógłby pan zaręczyć, że łódź nie była dziś 

wieczorem na morzu? Zawsze możemy to sprawdzić.

Pańskie wywody nie mają sensu — powiedział 

Van Horn. — Jaki mógłbym mieć powód do zabicia 

Dimitriego Parosa?

— To tylko przypuszczenie, ale być może Dimitri 

odkrył, że to właśnie pan odpowiada za śmierć jego 

ojca...

Katina   wciągnęła   głośno   powietrze.   Opanowanie 

Van  Horna jakby się załamało, ale po chwili odparł 

kpiąco:

To na nic, panie Lomax.  Wszyscy wiedzą, co 

przeszedłem w Fonchi.

Kiedy dzisiaj rozmawialiśmy o tym, powiedzia-

łem   panu,   że   posądzam   o   zdradę   Alexiasa   Pavlo. 

zwrócił mi pan wtedy uwagę, iż najpierw musiałbym 

wyjaśnić, w jaki sposób Niemcy się do niego dobrali. 

Mogę   zrobić   coś   lepszego.   Mogę   pokazać,   w   jaki 

sposób dobrali się do pana.

Obawiam się, że mówi pan od rzeczy — stwier-

dził van Horn, chociaż twarz mu mocno pobladła, i na 

czole pojawiły się głębokie bruzdy.

Kiedy   po   raz   pierwszy   byłem   w   tym   domu 

siedemnaście lat temu, Joe Boyd pożyczył sobie tomik 

pańskiej poezji wojennej pod tytułem  Pozostały przy 

życiu — powiedział Lomax. — Był oprawiony w zie-

loną skórę ze złotymi napisami i stanowił część pełnej 

edycji pańskich dzieł. — Podszedł do półek z książ-

kami i wrócił z cienkim zielonym tomem, który rzucił 

na stół. — To właśnie ta książka. Zauważyłem ją już 

wcześniej, gdy Katina przywiozła mnie tu z hotelu.

180

background image

Dopiero jednak dzisiaj wieczorem zdałem sobie spra-

wę, że nie powinno jej tu być.

— Nie rozumiem — wtrąciła Katina.

Ale van Horn rozumie doskonale. Widzisz, Joe 

Boyd zapomniał oddać tę książeczkę. Miał ją w kie-

szeni munduru, kiedy ruszyliśmy do akcji. Przypom-

niałem   to   sobie   dopiero   dziś,   po   tych   wszystkich 

latach. Niemcy musieli ją znaleźć przeszukując ciało. 

Nic dziwnego, że Steiner śmiał się ze mnie, gdy mu 

powiedziałem, iż nie byliśmy w kontakcie z nikim na 

wyspie.

Van Horn wziął tomik do ręki i przyjrzał mu się. Po 

chwili westchnął.

— Szkoda   byłoby   psuć   kolekcję.   Dostałem   ją   od

mojego amerykańskiego wydawcy przed samą wojną.

Podszedł do półek i odłożył książkę na miejsce, a 

potem nalał sobie drinka z karafki stojącej w kreden-

sie.   Kiedy   się   odezwał,   jego   głos   brzmiał   dziwnie 

odlegle. Było to prawie tak, jakby mówił o czymś, co 

przydarzyło się komuś innemu.

— Ma pan rację, oczywiście. Znaleźli książkę i Stei

ner   przyszedł   prosto   do   mnie.   Próbowałem   się   wy

pierać, ale nic to nie dało.

Katina podeszła do niego.

— Dlaczego   im   powiedziałeś?   —   Chciał   się   od

wrócić, ale chwyciła go za ramię i okręciła twarzą do

siebie. — Dlaczego, Oliverze?

Wzruszył ramionami.

Bo się bałem. Zagroził, że wyśle mnie do gesta-

po w Atenach.

— Tylko tyle?

Van Horn potrząsnął głową.

181

background image

— Nie, przysiągł, że zniszczy każdą sztukę z mojej

kolekcji. Rozbił amforę tylko po to, by mi  pokazać.

iż nie żartuje.

Odwróciła się z odrazą na twarzy, a Lomax zapytał:

— Dlaczego   Steiner   trzymał   pana   w   tutejszym 

więzieniu, zamiast wysłać wraz z innymi do Fonchi?

Pańska domniemana śmierć w drodze na Kretę 

uczyniła z pana dogodnego kozła ofiarnego — odparł 

van Horn. — Steiner miał zamiar wypuścić mnie po 

sześciu miesiącach z powodu mojego stanu zdrowia.

— Żebyś   mógł   donosić   na   innych?   —   spytała 

Katina.

Zignorował ją i mówił dalej:

— Niestety  Steiner  został  zabity,  a  jego następca 

nic nie wiedział o tej umowie. Wkrótce po przejęciu 

dowództwa kazał przewieźć mnie do Fonchi.

— A   więc   skazałeś   nas   wszystkich   na   piekło   na 

ziemi, ponieważ się bałeś — odezwała się Katina. — 

Z powodu twojej głupiej kolekcji?

Przecierpiałem tyle samo, co wszyscy. Widział 

pan, co mi zrobili, Lomax. Kiedy mi pan powiedział, 

że podejrzewa Alexiasa i że chce odsłonić przed nim 

karty, ogarnęła mnie panika. Wiedziałem, że na pewno 

coś pan odkryje, jeśli będzie pan kopał dosyć długo.

— Więc skontaktował się pan z Dimitrim?

Van Horn skinął głową.
— Powiedział,   że   zajmie   się   tym,   ale   nalegał   na

spotkanie ze mną. Popłynąłem łodzią, jak pan odgadł.

Kiedy tam dotarłem,  był  pijany.  Najwyraźniej dodał

dwa do dwóch.

182

background image

I   zdał   pan   sobie   sprawę,   że   ma   zamiar   pana 

szantażować?

— Na stole leżał nóż do patroszenia. Myślałem, że 

jeśli go użyję, Kytros będzie sądził, iż mordercą był 

jakiś rybak.

— Dość niezwykły sposób zabicia człowieka.

Van Horn wzruszył ramionami.

— Sztuczka,  której  nauczyłem   się  w okopach.  Ni

gdy  się   tak   naprawdę   nie   zapomina,   jak   robić   takie

rzeczy. Powinien pan to wiedzieć lepiej niż większość

ludzi.

Lomax nie dał się sprowokować.

— A ta sprawa w alejce na tyłach więzienia? Mia

łem rację?

Van Horn skinął głową.

— Kiedy   Katina   przyszła   tu   prosić   o   pomoc

w   wydostaniu   pana,   nie   mogłem   odmówić.   Nawia

sem   mówiąc,   rewolwer,   który   jej   dałem,   miał   znisz

czoną iglicę. Gdy odjechała jeepem, ruszyłem za nią

do   miasta   na   starym   rowerze,   który   od   lat   stoi

w stajni.

Lomax zaczynał być coraz bardziej zmęczony.

Więc zabijał pan? — powiedział. — I sprawiał, 

że   ja   również   zabijałem?   I   po   co,  van  Horn?   Dla 

jakiego końca?

Nie wiem — odparł van Horn. — Naprawdę nie 

wiem. Czy kiedykolwiek coś ma jakiś koniec?

Wsunął prawą rękę do kieszeni i wyjął rewolwer. 

Katina cofnęła się szybko, a Lomax powiedział:

— Jeszcze   więcej   zabijania,   van   Horn?   Ale   na

mnie nie będzie pan mógł skończyć. Co z Katiną? Ją

też pan zastrzeli?

183

background image

— Nie sądzę — odezwał się znajomy głos i przez 

oszklone drzwi wszedł Kytros, mając u boku Alexiasa 

Pavlo.

Oczy van Horna szybko zwróciły się w ich kierunku. 

Lomax odepchnął Katinę na bok i skoczył. Spóźnił się 

jednak. Van Horn strzelił z bezpośredniej odległości i 

ciężki pocisk trafił Anglika w prawe ramię, odrzucając 

go na   fortepian.   Katina   krzyknęła,  a   Lomax   padając 

zawadził ręką o lampę, przewrócił ją i pogrążył pokój 

w ciemności.

background image

18

PYŁ I POPIOŁY

Przez chwilę panowała jedynie ciemność i spowo-

dowane   przez   nią   zamieszanie.   Lomax   poczuł   przy 

sobie Katinę. Kiedy zapalono główne światło, nie było 

śladu   van   Horna   ani   Alexiasa.   Kytros   podszedł   do 

drzwi   prowadzących   do   hallu,   ale   nie   dały   się 

otworzyć.

— Nie ucieknie daleko — stwierdził spokojnie. —

Podjąłem   środki   ostrożności   i   zamknąłem   główną

bramę. A Stavrou pilnuje ścieżki na wzgórze.

Lomax sięgnął do krawędzi fortepianu i z pomocą 

Katiny wstał. Rana mocno krwawiła, więc dziewczyna 

wzięła ze stołu haftowaną serwetę i zrobiwszy z niej 

gruby tampon, wepchnęła Lomaxowi pod sweter.

Czy to groźne? — zapytał Kytros podchodząc. 

Lomax potrząsnął głową.

— Przeżyję. Ile czasu byliście na tarasie?

— Wystarczająco długo. — Kytros uśmiechnął się

lekko.   —   Wiedziałem   wszystko,   jeszcze   zanim   tu

przyszedłem.   Mówiłem   panu,   że   czekam,   aż   doktor

Spanos   skończy   autopsję.   Stwierdził   dwa   bardzo   in

teresujące fakty.

185

background image

— Nie rozumiem...

— Po pierwsze, Dimitri Paros został zabity wcześ-

niej, niż przypuszczaliśmy. To, że jego ciało leżało tak 

blisko ognia, opóźniło sztywnienie pośmiertne.

— A po drugie?

— Padając, Dimitri roztrzaskał zegarek, który sta-

nął dokładnie na godzinie dziewiątej. — Kytros wes-

tchnął. — Musi pan wybaczyć prostemu policjantowi z 

wyspy, że nie zauważył tego wcześniej.

— A   o   dziewiątej   ja   byłem   na   morzu   z   braćmi 

Samos.

Alexias natomiast grał w szachy z ojcem Janem.

Ale co naprowadziło pana na ślad van Horna?

— W   pierwszym   rzędzie   prosta   logika   —   odparł 

Kytros.   —   Riki   Samos   zeznał,   że   ktoś   przekazał 

Dimitriemu   poufną   informację   o   pańskim   zamiarze 

pójścia na farmę, ale nie wiedział, kto to. Z tego, co mi 

pan powiedział wcześniej, wyglądało, że tylko jedna 

osoba   mogła   być   za   to   odpowiedzialna.   Potem 

odkryłem,   że   Dimitri   opuścił   „Małą   Łódkę"   po 

otrzymaniu   telefonu.   A   na   wyspie   niewiele   jest   te-

lefonów.

— Telefonistka pamiętała, kto do niego dzwonił?

Kytros skinął głową.

— Zatrzymałem   się,   by   wziąć   ze   sobą   Alexiasa,

i dowiedziałem się, że jest pan na wolności. Wtedy na

posterunku pojawił się Yanni, okropnie zrozpaczony,

bo sądził, że rozerwą pana na strzępy tam na górze.

— A pan tak nie myślał? — spytał Lomax.

Kytros pozwolił sobie na uśmiech.

— Uważałem to  za  mało  prawdopodobne.  Biorąc

pod uwagę pańskie dawne wyczyny na tych wyspach...

186

background image

— Kolejna   rzecz,   za   którą   powinniśmy   podzięko

wać Yanniemu — wtrąciła Katina.

Kytros skinął głową.

— To dobry chłopak. Szkoda, że nie ma  nikogo,

kto by się nim zajął.

— Chyba  można  będzie to załatwić — stwierdził

Lomax.

Na zewnątrz rozległo się płaskie echo strzału i z ta-

rasu wbiegł Alexias.

— Jest w ogrodzie — rzucił ochrypłym głosem. 

Kytros wyjął z kabury rewolwer.

Myślę, że byłoby lepiej, gdybyście tu zostali. 

Podszedł do oszklonych drzwi, a Lomax za nim.

Na dworze deszcz rozmywał światło lamp na tarasie. 

Dalej panowała ciemność.

Rozległ się kolejny strzał, po nim zaś suchy,  zło-

wieszczy terkot pistoletu maszynowego.

— Stavrou!   —   krzyknął   Kytros   i   przebiegł   przez

taras, niknąc w ogrodzie.

Po   chwili   przez   ścianę   deszczu   doszły  ich   liczne 

głosy   i   szczekanie   psów.   Katina   dotknęła   ramienia 

Lomaxa i wskazała ręką. W ciemnościach po drugiej 

stronie drogi zbiegali ku willi ze wzgórza mężczyźni z 

latarniami.

W ogrodzie panowała prawie zupełna cisza i Lomax 

pod wpływem nagłego impulsu pobiegł w głąb ogrodu, 

trzymając   się   za   zranione   ramię.   Przycupnął   pod 

krzakiem, moknąc na deszczu. Po chwili dołączyła do 

niego Katina.

— To szaleństwo — zaprotestowała.

Nie   odpowiadając,   ruszył   ostrożnie   naprzód   po-

między drzewami  oliwnymi.  Hałas na zboczu ponad 

nimi stawał się coraz głośniejszy i groźniejszy.

187

background image

Zza jakiegoś drzewa wyszedł do nich Kytros. Zanim 

zdążył   cokolwiek   powiedzieć,   coś   się   poruszyło   w 

krzakach po drugiej stronie ogrodu i znowu zaterkotał 

pistolet   maszynowy.   Stavrou   krzyknął   coś   nie-

zrozumiałego. Z krzaków wybiegł van Horn, osłania-

jąc sobie twarz ramieniem. Wpadł na drzewo i stanął 

tam, wpatrując się w nich poprzez mgiełkę oddechu. 

W żółtym świetle jego skóra przypominała pergamin i 

wyglądał na starego, zmęczonego i pokonanego.

Odwrócił  się  i  chwiejnym  krokiem  ruszył  wzdłuż 

podjazdu w stronę głównej bramy. Gdy do niej dotarł, 

z góry ruszyli ludzie i rozsypali się po drodze.

Lomax   i   Katina   zatrzymali   się.   Z   tyłu   za   nimi 

pojawił się Alexias. Panowała cisza, jakby ludzie za 

bramą w jakiś sposób zdali sobie sprawę, że dzieje się 

coś niezwykłego.

Spomiędzy drzew wynurzył  się Stavrou i czekał z 

lufą   swojego   pistoletu   maszynowego   skierowaną   w 

kierunku bramy. Kytros skinął mu głową i sam ruszył 

naprzód.   Po   chwili   stanął   na   lekko   rozstawionych 

nogach, trzymając rewolwer przy udzie.

—  Niech   pan   rzuci   broń,   panie   van   Horn   —  za-

wołał. — Niech już nikt w tej sprawie nie cierpi.

Van   Horn   zaczął   podnosić   rewolwer,   zaciskając 

palec   na   spuście.   W   tym   samym   momencie   Kytros 

wyciągnął raptownie ramię do przodu i strzelił. Ciężka 

kula   rzuciła   van   Horna   na   bramę.   Sięgnął   do   tyłu, 

chcąc złapać się lewą ręką jednej z żelaznych sztab, by 

utrzymać się na nogach. Znowu uniósł broń i Kytros 

strzelił w niego dwa razy.

Van Horn osunął się na ziemię z rękami złożonymi 

na brzuchu. Kiedy Lomax podszedł do niego, pod-

188

background image

niósł   wzrok   i   usiłował   coś   powiedzieć,   po   chwili 

jednak zaczął się dusić i krew trysnęła mu z ust jasnym 

strumieniem.

Tłum za bramą stał spokojnie w deszczu, nie rozu-

miejąc   jeszcze,   co   się   stało.   Alexias   podszedł   do 

Lomaxa — wyglądał na bardzo zmęczonego i starego, 

jakby   nagle   życie   stało   się   dla   niego   zbyt   wielkim 

ciężarem. Usiłował znaleźć jakieś słowa, ale bezsku-

tecznie,   i   w   końcu   skierował   się   do   bramy.   Kytros 

otworzył ją, a Alexias wyszedł i zaczął coś mówić do 

zgromadzonych ludzi.

Sierżant   przyklęknął   przy   van   Hornie   i   obejrzał 

ciało.

Po chwili podniósł wzrok i powiedział spokojnie:

— Nie ma w tym niczyjej winy, panie Lomax. Ten 

człowiek   chciał   umrzeć.   Świadomie   sprawił,   że   go 

zabiłem.

Lomax stał, ściskając zranione ramię i czując krew 

sączącą się między palcami. Potem odwrócił się i po-

szedł podjazdem do willi.

Frontowe drzwi stały otwarte w noc; Lomax minął 

hall i wąski pobielony korytarz. Wszedł do wielkiego 

szklanego pokoju, w którym znajdowała się ceramika 

van Horna.

Gabloty, jakby zawieszone w nocy, otaczały wielką 

czerwono-czarną amforę, która również wydawała się 

unosić w powietrzu.

Stał, patrząc na nią z mokrą od potu twarzą, i nagle 

zalała go fala ślepej, bezmyślnej wściekłości. Rzucił 

się   naprzód   i   strącił   amforę   z   cokołu.   Tysiąc 

kawałków rozsypało się po podłodze. Wstrząsnął nim 

suchy szloch.

189

background image

Wyszedł na balkon i w jakiś sposób zaraz znalazła 

się obok niego Katina.

— Pył  i  popioły,  Katina  —  powiedział  załamują-

cym się głosem. — Pył i popioły.

Wiem, Hugh — odparła po prostu.

Stał przy balustradzie patrząc na rozpościerające się 

przed nimi piękno. Przestało padać i świeżość mokrej 

ziemi wisiała w wilgotnym powietrzu. Żył.

Po chwili objął Katinę zdrowym ramieniem i weszli 

z powrotem do domu.

background image

SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ PIERWSZA: DŁUGI POWRÓT................................

7

1.

Na Kyros nic się nie zmienia............................................

9

2.

Mężczyzna o imieniu Alexias    .......................................

18

3.

Dwie świece dla świętej Katarzyny   ................................

31

4.

Achilles z brązu................................................................

41

CZĘŚĆ DRUGA: NOCNY PRZYBYSZ................................

49

5.

Pod osłoną ciemności........................................................

51

6.

Chęć zabijania...................................................................

62

7.

Działanie i namiętność   ...................................................

77

8.

„Mała Łódka"    ................................................................

88

9.

Świątynia nocy    ..............................................................

97

10.

Ogień na szczycie   ........................................................... 102

11.

Bez urazy, kapitanie Lomax   ...........................................

1ll

CZĘŚĆ TRZECIA: ODGŁOSY POLOWANIA..................

119

12.

Nigdy nie powinno się do niczego wracać........................ 121

13.

Na drugi kraniefr czasu   .................................................. 133

14.

Wspaniała noc do umierania............................................. 143

15.

Perspektywa szubienicy   .................................................. 156

16.

Ucieczka    ........................................................................ 168

17.

Konfesjonał    ................................................................... 176

18.

Pył i popioły...................................................................... I85