background image

Rebecca Lang 

 

Wyspa nadziei 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Pierwszą rzeczą, jaką Signy Clover w nim zauważyła, był złamany nos. Drugą – fakt, że 

mimo tego defektu, a może właśnie dzięki niemu, wydawał się atrakcyjny.   

Odwróciła  wzrok  od  dwóch  stojących  parę  metrów  dalej,  pochłoniętych  rozmową 

mężczyzn  i  spojrzała  na  krajobraz  za  małym  budynkiem  prywatnego  lotniska,  skąd 
odlatywały  hydroplany  z  Vancouveru  do  miejscowości  położonych  wzdłuż  wybrzeża 
kontynentu  i  na  wyspy.  Przed  nią  widniała  osłonięta,  wychodząca  na  Pacyfik  zatoka,  a  po 

prawej  stronie,  ku  północy  ciągnęło  się  pasmo  przybrzeżnych  gór,  nie  należących,  jak  się 
dowiedziała,  do  gór  Skalistych.  Mimo  zmęczenia  długim  lotem  poczuła,  jak  przenika  ją 
rzadki  dreszczyk  emocji,  miła  niespodzianka  na  powitanie.  Już  się  bała,  że  pobyt  w  Afryce 
pozbawił ją zdolności odczuwania jakiejkolwiek przyjemności.   

Powietrze  było  tak  przejrzyste,  że  wszystko  wydawało  się  bliższe  niż  w rzeczywistości, 

jak choćby ten unoszący się nad zatoką hydroplan, który za chwilę miał dotknąć wody. Signy 
odniosła  wrażenie,  że  porusza  się  on  na  wietrze  z  wyłączonym  silnikiem,  sunąc  w  dół  ku 
błękitnym wodom niczym błyszcząca w słońcu zabawka. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by go 
dotknąć.   

Pogoda  była  tu  kapryśna,  jak  przeczytała  w  przewodniku,  który  jej  przysłano  przed 

wyjazdem  z  Anglii.  W  ciągu  paru  minut  ciężkie  chmury  i  mgła  mogą  zasłonić  góry, 
wieżowce śródmieścia i zakotwiczone w zatoce frachtowce.   

Mężczyźni  skończyli  rozmowę,  wiec  Signy  czekała,  aż  blondyn  ze  złamanym  nosem 

podejdzie do miejsca, gdzie stała pośród walizek.   

– Signy Glover albo Terri Carpenter z organizacji Pielęgniarki Światu? – Miał przyjemny 

głos, niski i nieco urywany, z mieszanym angielsko-kanadyjskim akcentem.   

Z bliska wydawał się starszy, niż z początku myślała. Wokół niebieskoszarych oczu, gdy 

mrużył  je  w  słońcu,  tworzyły  się  kurze  łapki.  Mówił  jakby  kącikiem  ust,  niczym  aktor  w 
gangsterskim  filmie  albo  westernie.  On  nie  jest  w  moim  typie,  pomyślała  cynicznie,  gdy 
przyglądali się sobie nawzajem. Nie miała zamiaru zadawać się z pierwszym lepszym facetem 
podczas szkolenia i urlopu, ale Dan Blake i tak odpada w przedbiegach. Niemniej była nieco 

zmieszana jego otwartym i szczerym, taksującym ją spojrzeniem.   

 

Dotychczas  nie  miała  zbyt  wiele  szczęścia  do  mężczyzn,  co  o  niczym  nie  świadczyło, 

jako  że  nie  skończyła  jeszcze  dwudziestu  pięciu  lat.  Jednak  od  czasu  do  czasu  czuła 
przejmującą tęsknotę za kimś, kogo mogłaby kochać i kto by ją kochał.   

Dan  Blake  równie  dobrze  mógł  być  żonaty,  mieć  trójkę  albo  czwórkę  dzieci,  choć  nie 

bardzo  w  to  wierzyła.  Było  w  jego  spojrzeniu  coś  takiego,  co  określiłaby  jako  przejaw 
męskiego, kontrolowanego zainteresowania...   

– Clover – powiedziała. – Nie Glover. Signy Clover.   
–  Przepraszam.  –  Uniósł  ciemne  brwi  kontrastujące  z  prostymi,  dość  jasnymi  włosami, 

zaczesanymi na bok. Ta fryzura nie odmładzała go. Wyglądał na dojrzałego, doświadczonego, 

background image

surowego człowieka, którego nie należy złościć.   

– Nie szkodzi – odparła.   
– Ma pani słodkie imię – zauważył z lekkim uśmiechem.   
Signy  wzięła  to  za  sarkazm  i  stwierdziła,  że  nie  lubi  tego  mężczyzny.  Może  cierpię  na 

paranoję, powiedziała do siebie niepewnie. Ostatnio nie bardzo ufała własnemu zdaniu, jeśli 
chodzi  o  ocenę  charakteru.  Zazwyczaj  nie  uprzedzała  się  od  razu  do  ludzi,  lecz  dawała  im 
szansę,  by  mogli  się  wykazać.  W  każdym  razie,  tego  pana  nie  musi  lubić.  Po  zakończeniu 
szkolenia na pewno już nigdy więcej się nie spotkają.   

–  Jestem  Dan  Blake.  –  Wyciągnął  do  niej  rękę.  –  Witamy  w  Kanadzie  i  Kolumbii 

Brytyjskiej.  Przepraszam  za  zwłokę.  Staram  się  załatwić  dziesięć  rzeczy  na  raz.  Polecę  z 
panią i panną Carpenter na wyspę.   

–  W  porządku  –  powiedziała.  –  Przynajmniej  miałam  chwilę  czasu  na  obejrzenie 

krajobrazu.   

– Napijmy się kawy, czekając na pannę Carpenter – zaproponował i podniósł bez wysiłku 

dwie największe torby, zostawiając jej mały neseser.   

Pod maską opanowania Signy ukrywała zdenerwowanie. Nikogo tu nie znała i dręczyły ją 

bolesne wspomnienia. Podejrzewała, że Dan Blake wie coś o jej przeszłości, skoro należy do 

organizacji,  natomiast  ona  nie  wiedziała  o  nim  kompletnie  nic.  Znalazła  się  na  przegranej 

pozycji, gotowa do obrony, niepewna, jakie stanowisko właściwie zajmował.   

– Niezbyt długo należy pani do Pielęgniarek Światu, prawda? – zapytał.   
– Nie – przyznała.   
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo była zielona, kiedy podpisywała kontrakt w Londynie, 

po  zerwaniu  z  Simonem.  Chciała  jak  najszybciej  wydostać  się  z  kraju,  zmienić  otoczenie,  i 
poprosiła o wysłanie do Afryki. Londyn był pełen bolesnych wspomnień. Poszli jej na rękę, 
wyszkolili  szybko  i  posłali  w  świat.  Jej  życie  zmieniło  się  radykalnie.  Miłą,  przytulną 
egzystencję  u  boku  ukochanego  mężczyzny  zamieniła  na  pracę  w  miejscu,  gdzie  jedynym 
pewnikiem był fakt, że wszyscy są śmiertelni. Nie zamierzała opowiadać Danowi Blake’owi 
o tym, jak bardzo była naiwna i jak bardzo zdruzgotana swoimi przeżyciami.   

– Pochodzi pani z Anglii? – spytał, otwierając drzwi.   
– Tak – odparła, wchodząc do pomieszczenia, które było częściowo recepcją, częściowo 

poczekalnią, biurem przewozowym i miejscem odpoczynku dla personelu.   

–  Cześć,  Dan.  Miło  cię  widzieć  –  przywitało  go  parę  osób,  a  on  pozdrowił  ich  ruchem 

dłoni.   

Może ten facet to uosobienie równego chłopa, pomyślała, z zadowoleniem stwierdzając, 

że  wreszcie  odzyskuje  poczucie  humoru.  Już  się  bała,  że  straciła  je  bezpowrotnie  po  tym, 
jak...  Odegnania  od  siebie  dręczące  wspomnienia.  Wystarczy,  że  męczą  ją  nocami,  po  co 
marnować dzień...   

– Zostawimy tu bagaże – rzekł Dan, stawiając jej torby na podłodze.   
Poszła  za  nim  w  kąt  sali,  gdzie  na  stole  stały  dzbanki  z  kawą  i  tace  z  pączkami  i 

herbatnikami.  Przyglądała  mu  się  spod  oka.  Był  wprawdzie  dość  muskularny,  ale  chudy, 
jakby chorował i stracił na wadze. Jednak tej hipotezie przeczyła spalona słońcem skóra.   

background image

– Poczęstuj się kawą, Signy – powiedział. – Mogę cię tak nazywać? 
–  Oczywiście  –  odparła,  czując  przypływ  cieplejszych  uczuć.  Ostatnio  większość 

mężczyzn była jej obojętna, jakby jej doświadczenia w Afryce, zawiedziona miłość, wyprały 
ją z wszelkich emocji. – Zakładam, że ja też mogę ci mówić po imieniu? – zapytała.   

– Oczywiście. – Nalał sobie kawy. – Kiedy przyjechałaś z Anglii? 
– Wczoraj – odrzekła, przypominając sobie długi lot z Londynu, po którym znalazła się w 

małym hoteliku. – Musiałam się wyspać.   

– Rozumiem. – Spojrzał na zegarek i dodał: – Mam nadzieję, że panna Carpenter nie każe 

nam długo czekać.   

–  Nie  wiem  właściwie,  kim  jesteś  –  powiedziała  Signy  przepraszającym  tonem.  – 

Pilotem?  Spodziewałam  się  doktora  Masa  Seatona,  a  potem  dostałam  wiadomość,  że  ty  nas 

odbierzesz.   

– Tym razem jestem pilotem – wyjaśnił, wpatrując się przenikliwie w jej twarz. – Należę 

też do zespołu medycznego, który spędzi na wyspie Kelp trochę czasu z twoją grupą.   

– Och... Doktor Blake? 
– Tak. Później poznasz Maxa Seatona. Pewnie jest już na wyspie. Powinniśmy zdążyć na 

lunch. Wiesz zapewne, że ten tydzień wykorzystamy na odpoczynek i orientację w terenie.   

Signy  nie  sądziła,  że  Dan  jest  lekarzem.  Może  przez  ten  złamany  nos?  Coś  w  jego 

zachowaniu  delikatnie  sugerowało,  że  nie  przepada  za  doktorem  Seatonem.  Od  wielu  lat 
pracowała  z  najrozmaitszymi  ludźmi,  w  różnych  warunkach,  i  stała  się  specjalistką  od 
wyłapywania niuansów i wibracji, czytania między wierszami. Pewnie Dan też to potrafi.   

–  Łączy  nas  parę  rzeczy  –  stwierdził.  –  Moja  mama  jest  Angielką,  spędziłem  w  Anglii 

część  dzieciństwa.  Chodziłem  do  szkoły  w  Devon.  Ojciec  jest  Kanadyjczykiem,  dlatego 
przeniosłem się tutaj. Poza tym też byłem w Afryce.   

Jakiś  kawałek  łamigłówki  znalazł  się  na  miejscu.  Jego  chudość,  żółtawa  opalenizna  i 

oznaki wyczerpania to wynik pobytu w Afryce. Znała te objawy z doświadczenia.   

– Z Lekarzami Światu? – zapytała.   
– Tak.   
– Cały czas dla nich pracujesz? 
–  Tylko  od  czasu  do  czasu.  Jestem tutejszym  lekarzem.  Muszę zarabiać  na  życie,  mam 

inne zobowiązania.   

–  Rozumiem  –  odparła  uprzejmie,  wiedząc,  że  większość  lekarzy  pracujących  dla  tej 

organizacji poświęca wakacje lub bierze urlopy bezpłatne, by spędzić parę tygodni w roku w 
jakimś  zakątku  świata,  gdzie  są  potrzebni.  Ci,  którzy  nie  mieli  w  planach  stałego  etatu, 
zostawali dłużej.   

– Czy dotknęła cię wojna w Somalii? – spytał.   
–  Nie  bezpośrednio.  –  Zawahała  się,  niechętnie  mówiąc  o  tym  teraz,  gdy  na  dworze 

przyjemnie świeciło słońce, a ocean i niebo przybrały barwę błękitu. Wszystko wydawało się 
takie  sielskie  i  bezpieczne  i  pragnęła  się  tym  cieszyć.  –  Mieliśmy...  problemy,  przez  które 
wyjechaliśmy  w  pośpiechu.  –  Co  za  niedomówienie,  pomyślała  z  żalem  i  goryczą.  –  Poza 
tym... walczyliśmy głównie z chorobami, niedożywieniem i głodem.   

background image

Dan  zmrużył  oczy,  wpatrując  się  w  nią  przenikliwie,  jakby  był  świadom,  ile  wysiłku 

kosztowało ją zachowanie spokoju. Spojrzał w okno wychodzące na podjazd.   

– Och, chyba przyjechała panna Carpenter. Przepraszam.   
Signy  sączyła wolno kawę,  ciesząc się,  że im przerwano.  Widziała przez okno,  jak Dan 

podszedł  do  młodej  kobiety,  która  wygramoliła  się  z  taksówki,  wyrzucając  na  chodnik 
niezliczoną  ilość  bagażu.  To  z  pewnością  Terri  Carpenter,  stwierdziła,  przyglądając  się 
wysokiej, smukłej blondynce z krótko przyciętymi włosami.   

Była  drugą  pielęgniarką  z  organizacji,  która  miała  wziąć  udział  w  szkoleniu  na  Kelp, 

malutkiej  wysepce  u  wybrzeży  Kolumbii  Brytyjskiej.  Organizacja  Lekarze  i  Pielęgniarki 
Światu  wykorzystywała  wojskowe  budynki  po  dawnej  bazie  wybudowanej  podczas  drugiej 
wojny  światowej.  Signy  spodziewała  się,  że  warunki  będą  spartańskie,  ale  podstawowych 
wygód nie zabraknie.   

Dokończyła kawę i ruszyła ku wyjściu, przenosząc po kolei bagaże. Dan Blake – doktor 

Blake – pragnie jak najszybciej wystartować, więc nie chciała go wstrzymywać. Trudno było 
jej  myśleć  o  nim  jako  o  lekarzu.  Po  prostu  wyglądał  na  kogoś,  kto  zarabia  na  życie  na 
świeżym  powietrzu.  Miał  w  sobie  coś,  co  ją  z  lekka  niepokoiło,  ale  nie  potrafiła  sobie 
uzmysłowić dlaczego.   

Wielu  lekarzy,  których  poznała,  miało  w  sobie  co  najmniej  szczyptę  arogancji,  która 

wynikała  może  z  faktu,  że  podejmowali  decyzje  dotyczące  życia  lub  śmierci  innych  ludzi, 
przejmowali inicjatywę. Najlepsi nabierali pokory w ciągu lat pracy, zyskując świadomość, że 
są omylni.   

– To Terri Carpenter – oznajmił Blake.   
– Miło cię poznać. – Terri wyciągnęła rękę. Jasne włosy, opalona skóra i orzechowe oczy 

kontrastowały  z  wyglądem  Signy,  jej  bledszą  cerą,  niebieskimi  oczami  i  podciętymi  równo 
ciemnoblond włosami. Signy poczuła się przy nowej koleżance nieco wyblakła.   

– Signy Ckwer. – Uśmiechnęła się. – Mnie też jest miło.   
–  Chciałbym  już  ruszać,  jeśli  pozwolicie  –  powiedział  Dan.  –  Zdążymy  na  lunch.  Lot 

zajmie jakieś dwadzieścia minut.   

– Świetnie! – zawołała z entuzjazmem Australijka. – Już zbieram walizki.   
–  Jest  nas  tylko  troje  –  zauważył  Dan.  –  Może  zdołamy  się  wzbić  w  powietrze  z  tym 

całym bagażem – dodał z uśmiechem.   

–  Co,  za  duży?  –  spytała  Terri  niewinnie,  spoglądając  na  znacznie  skromniejszy  bagaż 

Signy.   

–  Nieco  ponad  dopuszczalne  maksimum  –  odparł  Dan  rzeczowo.  Signy  nie  mogła 

odgadnąć, czy był rozbawiony, czy zły.   

– Cóż, jestem daleko od domu – usprawiedliwiała się Terri.   
Załadowali walizki do maleńkiego samolotu, który czekał na nich w doku.   
– Czy któraś z was leciała już hydroplanem? – zapytał Dan, kiedy znalazły się w kabinie i 

usiadły na wskazanych miejscach. Samolot mógł pomieścić zaledwie sześciu pasażerów.   

– Ja tak – oznajmiła Terri, ale Signy potrząsnęła przecząco głową.   
– Załóżcie je przed startem. – Wręczył im słuchawki.   

background image

– Może być bardzo głośno. Zapnijcie pasy.   
– To cudowne miejsce – powiedziała z entuzjazmem Terri do Signy. – Myślę, że uda nam 

się je zwiedzić.   

–  Mam  nadzieję  –  zgodziła  się  Signy,  czując  sympatię  do  nowej  koleżanki.  – 

Przyleciałam wczoraj i miałam zaledwie czas pospacerować po śródmieściu w pobliżu hotelu.   

– Ja też. Jesteś z Anglii, prawda? Przytaknęła.   
– Przyjechałaś na szkolenie i urlop? 
– Tak. Naprawdę nie mogę się doczekać tego drugiego – przyznała z uśmiechem.   
–  Ja  też.  –  Na  moment  twarz  Terri  spoważniała.  Signy  wiedziała  z  doświadczenia,  że 

takie niedopowiedziane uwagi kryją niepokój związany z ich pracą, z tym, co widziały.   

– Byłaś w Afryce? – zapytała Signy.   
– W Timorze Wschodnim.   
– Aha... – Nie musiała pytać o więcej. Dan był gotowy do startu.   
– Pasy zapięte? – zapytał, oglądając się przez ramię.   
– Słuchawki założone? 
Ryk silnika był ogłuszający. Signy nie przepadała za lataniem i zacisnęła mocno dłonie na 

oparciach fotela. Wkrótce sunęli nad powierzchnią wody, płozy wzbijały pióropusze piany po 

obu stronach. Dopiero gdy znaleźli się na odpowiedniej wysokości, Signy odprężyła się nieco. 
Po lewej stronie rysowało się wyraźnie wybrzeże. Wkrótce ruszą głębiej nad ocean, w stronę 
Kelp, wyspy leżącej po kanadyjskiej stronie granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Pomyślała o 
mniej  spokojnych  podróżach,  które  odbyła  niedawno,  kiedy  groziło  jej  fizyczne 
niebezpieczeństwo i musiała bezustannie wypatrywać zagrożenia.   

Było  to  do  pewnego  stopnia  korzystne,  bo  mogła  ocenić  inne  zmartwienia  i  kłopoty  z 

dystansu. Otrząsnęła się ze wspomnień, zdecydowana cieszyć się chwilą obecną.   

Wkrótce  znaleźli  się  nad  południowym  krańcem  wyspy  Vancouver,  dużej  i  gęsto 

zaludnionej, niedaleko miasta Vancouver. Signy pamiętała ją z mapy, którą studiowała.   

Było słonecznie i ciepło. Pogoda miała wkrótce się zmienić i stać się bardziej kapryśna.   

Gdy  już  Signy  przyzwyczaiła  się  do  widoku  oceanu  i  małych,  zalesionych  wysepek, 

samolot zaczął wytracać wysokość. Wychylona z fotela, Signy zobaczyła na oceanie zieloną, 
samotną, nieregularną plamę. To zapewne wyspa Kelp.   

Poczuła  podniecenie  na  myśl  o  czekającym  ją  pobycie  w  tym  sielskim  zakątku.  Do  tej 

chwili myśl o wyspiarskim schronieniu wydawała się zbyt nierealna, by mogła się nią cieszyć 
naprawdę.  Lecieli  coraz  niżej  i  wyspa  zaczęła  nabierać  realnych  kształtów.  Signy  wyraźnie 
widziała las ciągnący się wzdłuż linii brzegowej.   

Dan obejrzał się przez ramię.   
– Schodzimy! – krzyknął. – Kamizelki ratunkowe są pod fotelami.   
Signy uśmiechnęła się przez ramię do Terri, ale sprawdziła, czy pod jej fotelem naprawdę 

leży kamizelka.   

Samolot  wodował  dość  daleko  od  wyspy,  potem  popłynął  hałaśliwie  w  kierunku  doku, 

gdzie ktoś na nich czekał obok dwóch podobnych do jeepów pojazdów.   

Gdy  przycumowali,  odpięła  pas  i  wstała,  z  trudem  prostując  kości.  Na  fotelu  przed  nią 

background image

leżała niewielka torba Dana i stos papierów. Signy przyglądała się im bezmyślnie, czekając na 
otwarcie  drzwi.  Minęła  długa  chwila,  nim  coś  do  niej  dotarto.  Na  wierzchu  pliku  spiętych 
gumką  dokumentów  widniało  wydrukowane  dużymi  literami  nazwisko:  R.  D.  H.  Blake, 
doktor medycyny.   

Poczuła  skurcz  w  sercu  na  widok  tego  nazwiska.  Wstrząs  był  tak  silny,  że  omal  nie 

zemdlała.  Krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Szybko  usiadła  z  powrotem  w  fotelu,  chwytając 
stojącą przy nogach torbę i pochylając mocno głowę. Bała się, że zaraz straci przytomność.   

To  nazwisko!  Nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  Dan  Blake  to  właśnie  ten  Blake,  przez 

którego zginął Dominik.  W końcu to dość pospolite nazwisko. Czy to  on wydał  polecenie z 

miejsca,  gdzie  pracowała  inna  grupa  Lekarzy  Światu,  aby  udali  się  natychmiast  na  odległe 

lotnisko, zostawiając Dominika, który zaginął w buszu? Czy to on wysłał po nich ciężarówkę 
z  pisemnym  nakazem  natychmiastowej  ewakuacji?  Bez  wcześniejszego  ostrzeżenia,  w 
rejonie,  gdzie  trudno  było  utrzymywać  stałą  łączność?  Zastanowiła  się  głęboko  i  doszła  do 

wniosku, że to jednak on.   

Obładowana  mniejszymi  bagażami  Terri  minęła  ją  w  wąskim  przejściu.  Dan  otworzył 

drzwi samolotu. Signy ślamazarnie przesunęła do przodu torbę. Myśli wirowały jej w głowie.   

– Wszystko w porządku? Zbladłaś. – Dan patrzył na nią zaniepokojony, po czym położył 

jej rękę na ramieniu. Hipokryta! 

– Choroba lokomocyjna – wyjaśniła sucho, z trudem wydobywając głos. – Przejdzie mi, 

gdy odetchnę świeżym powietrzem.   

– Uważaj – ostrzegł, pomagając jej przy wysiadaniu. Signy odsunęła się szybko od niego 

i nieco uspokoiła.   

Środkowy  inicjał  to  zapewne  „Daniel”.  Wiele  osób  nie  używało  pierwszego  imienia 

nadanego im w dzieciństwie przez ambitnych, dowcipnych lub zdezorientowanych rodziców, 
lecz wybierało drugie.   

Na brzegu czekał na nich młody mężczyzna w kombinezonie. Signy ostrożnie postawiła 

nogę  na  drewnianym  pomoście  i  ruszyła  dalej,  czując  się  tak  jak  wtedy,  kiedy  usłyszała  o 
losie  Dominika  –  otępiała  i  bezgranicznie  smutna.  Przez  długi  czas  czuła  się  jak  martwa. 
Teraz uderzyła ją ironia całej sytuacji... Przyjechała tu na odpoczynek z tą samą osobą, którą 
w  pewien  sposób  kojarzyła  z  bolesnymi  przeżyciami.  Dziwne,  ale  w  końcu  lekarze  i 
pielęgniarki z organizacji stanowią niewielką grupę.   

–  Witamy  na  Kelp  –  powitał  je  ze  szkockim  akcentem  nieznajomy.  –  Jestem  Jock 

McGregor.   

– Co tu robi Szkot? – zapytała Signy, zmuszając się do uśmiechu. Rzuciła torbę na ziemię 

i rozejrzała się dokoła z przyjemnością. Musi się zastanowić, co zrobić z Danem Blakiem, o 
ile  w  ogóle  coś  powinna  robić.  Pomimo  szoku  zauważyła,  że  surowa  uroda  tego  miejsca  z 
ciemną ścianą zielonego lasu wpływała na nią kojąco. Dobrze było znowu stanąć na lądzie.   

–  O,  pełno  nas  na  całym  świecie  –  odparł  –  tak  samo  jak  Anglików.  Zajmuję  się  tu 

konserwacją i naprawami.   

– Jestem Tern Carpenter. – Młoda kobieta wyciągnęła do niego rękę.   
– Cześć.   

background image

– A ja Signy Clover. Miło cię poznać.   
Signy odetchnęła głęboko parę razy, wdychając świeży zapach oceanu zmieszany z wonią 

cedrów. W powietrzu czuć było wilgoć.   

–  Ojej!  –  westchnęła  z  podziwem  Terri.  –  Te  drzewa  mają  pewnie  po  kilkaset  lat! 

Ciekawe, jak się uchowały? 

Las  wznosił  się na stokach, nieprzenikniony, oddzielony od wąskiej  drogi,  która znikała 

tuż za przystanią. Wszystko było nieskazitelnie świeże i ciche, prócz wody uderzającej o pale 
mola.   

Rozdzielili bagaże i inne zapasy do dwóch samochodów.   
– Ty pojedziesz ze mną, Signy – zadysponował Dan. – A Terri z Jockiem.   
–  Dobrze.  –  Terri  wsiadła  do  pierwszego  samochodu.  Signy  otworzyła  usta,  by 

zaprotestować, ale zaraz je zamknęła. Przecież powinna dowiedzieć się o nim czegoś więcej. 
No i ma z nim pracować. Ale poczuła się niczym zwierzę w pułapce. Niemal dławiła się ze 
złości.   

– Droga w porządku, Jock? – zapytał Dan. – Nic nie wymyło? 
– W porządku – odparł Szkot. – Jest tylko parę niewielkich dziur.   
Pierwszy  samochód  ruszył,  znikając  powoli  za  ścianą  drzew.  Signy  rozejrzała  się, 

podziwiając  poszarpaną  linię  wybrzeża,  gdzie  wąskie  pasma  piasku  oddzielały  wodę  od 
szarych skał. Czuła się niezręcznie w towarzystwie Dana, i  chyba to  wyczuł.  Zła na siebie, 
zmusiła się, by na niego spojrzeć.   

– Co myślisz o wyspie? – zapytał.   
– Jest... jest piękna – przyznała szczerze. – Ale daleko jej do łagodności.   
– Owszem – zgodził się z uśmiechem.   
– To drzewa cedrowe tak pachną? – zapytała.   
– Tak. Można tu też znaleźć piaszczyste plaże. Bardzo dzikie i malownicze.   
–  Mam  nadzieję,  że  zdążymy  trochę  zwiedzić  –  powiedziała,  mając  przed  oczami 

egzotyczny krajobraz.   

– Na pewno – potwierdził. – Pokażę ci kiedyś, jeśli będziesz chciała.   
– Dziękuję – odparła sztywno, zdając sobie sprawę, że jej antypatia jest widoczna.   
– To część kuracji – powiedział szorstko. – Dużo spacerów we mgle i deszczu po leśnych 

szlakach, lub po plaży w zawieruchę. Aby wysiłek uleczył duszę.   

Policzki  Signy  zaróżowiły  się.  Dan  szybko  dostosował  się  do  jej  opryskliwości  i  tonu 

potępienia  i  poczuła  nagle  żal.  Nie  miała  w  zwyczaju  osądzać  nikogo  przed  poznaniem 
faktów, więc postanowiła z tym poczekać. Miała na swoją obronę jedynie fakt, że nadal była 

zakochana w Simonie. .. a może w Dominiku, którego poznała w Afryce? 

Może  to  nie  była  miłość,  ale  z  pewnością  łączyła  ją  z  nim  silna  więź  i  nadal  za  nim 

tęskniła. Potrzebowała więcej czasu w samotności, by poukładać myśli.   

– Nie chciałam, żeby... – zaczęła z wahaniem.   
– Ani ja – odparł. – Ruszamy. Masz jakąś kurtkę? W lesie szybko robi się chłodno.   
–  Tak.  –  Wyciągnęła  z  neseseru  wełniany  sweter.  Miała  też  cienką  przeciwdeszczową 

kurtkę na wypadek ulewy.   

background image

Jechali  w  zielonym  półmroku  lasu,  który  wydawał  się  jej  tajemniczy,  jakby  nie  z  tego 

świata. Dan jechał wolno i ostrożnie. Zapach drzew, paproci, mchu i wilgotnej gleby wdzierał 
się do samochodu. Brukowana droga, raczej dróżka, wąska i nierówna, porośnięta była po obu 
stronach  gęstą  roślinnością.  Towarzystwo  mężczyzny,  który,  jak  podejrzewała,  wywarł 
wpływ  na  jej  życie,  sprawiło,  iż  odniosła  wrażenie,  że  zamiast  uciec  od  przeszłości,  coraz 
bardziej się w nią wtapia.   

– Pracowałaś na bloku operacyjnym i na oddziale nagłych wypadków, o ile pamiętam – 

Dan  przerwał  niezręczną  ciszę.  Przyglądał  jej  się  przez  chwilę,  potem  spojrzał  znowu  na 
drogę,  której  nawierzchnia  nagle  się  pogorszyła.  Zwolnił,  by  ominąć  dziury.  –  Odbyłaś  też 
szkolenie położnicze? 

– Tak – potwierdziła.   
–  Dziwię  się,  że  wysłano  cię  od  razu  do  Afryki  –  zauważył.  –  Rzucili  cię  na  głęboką 

wodę.   

Przewrażliwiona odebrała to jako osobistą krytykę, być może sugestię, że nie spodziewał 

się, by sobie poradziła.   

–  Chciałam  tam  jechać  –  powiedziała  sucho.  –  Mogłam  odmówić,  miałam  inną 

propozycję. W tamtym czasie miejsce, gdzie mnie posłano, nie było uważane za szczególnie 
niebezpieczne. Zawsze mogą się zdarzyć rzeczy nieprzewidziane i nie ma czasu na ewakuację 

w odpowiedniej chwili.   

– Masz rację – przyznał cicho.   
Napięcie rosło nie do wytrzymania i Signy postanowiła sprawdzić Dana.   
– Parę osób z mojej grupy rebelianci wzięli jako zakładników. Na szczęście udało im się 

w końcu uciec, ale przez długi czas spodziewaliśmy się najgorszego. – Nie chciała mu teraz 
mówić,  że  doktor  Dominik  Fraser,  jeden  z  jej  trzech  porwanych  kolegów,  nie  wrócił  do 
szpitala  polowego,  tylko  postanowił  –  lekceważąc  niebezpieczeństwo  –  dołączyć  do  ekipy 
Organizacji  Narodów  Zjednoczonych  i  wytropić  porywaczy.  Nie  zdążył  wrócić  przed 
ewakuacją.   

– To straszne i dość często się zdarza – powiedział. – Najlepiej jest wyjechać, kiedy tylko 

zaczyna  robić  się  nieprzyjemnie.  Nie  ma  sensu  narażać  się  na  kłopoty  czy  śmierć.  Moim 
zdaniem nie jesteś odpowiednią osobą do takich zadań.   

– O? A to dlaczego? – zapytała.   
– Nie zrozum mnie źle. Wydajesz się bardzo... jak mam to ująć... delikatna.   
Signy zastanawiała się, co miał na myśli.   
– Wygląd bywa zwodniczy – stwierdziła. – Jaka jest właściwie twoja rola na wyspie? – 

zapytała, pragnąc odwrócić uwagę od swojej osoby. Jej ton zabrzmiał nieco wyzywająco. To 
jasne, że jej przygoda w Afryce z niczym mu się nie kojarzyła. – Zajmujesz się szkoleniem? 

–  Tak.  Pracuję  również  w  miejscowych  szpitalikach  i  przychodniach,  częściowo  jako 

konsultant,  częściowo  lekarz  –  oznajmił.  –  Będę  czasami  zabierał  was  ze  sobą.  Moim 
zadaniem  jest  pokazać  wam,  jak  wygląda  praca  w  małych  odizolowanych  społecznościach. 
Ma  to  wam  pomóc  w  waszych  przyszłych  zadaniach.  Jak  planować  z  wyprzedzeniem, 
polegać na własnych środkach.   

background image

– Nauczyłam się tego w Afryce – zauważyła.   
Spojrzał  na nią szybko i nic nie powiedział, ona natomiast przyznała sobie jeden punkt. 

Zaczynał być nieco apodyktyczny.   

– Jesteś chirurgiem? – zapytała.   
– Czasem operuję – przyznał. – Moją specjalizacją jest położnictwo. Właściwie robię to, 

co jest potrzebne.   

Signy  przytaknęła  nieco  zdziwiona,  nie  przypuszczając,  że  jest  położnikiem.  Naprawdę 

nie wiedziała, co o nim sądzić. Raz wydawał jej się nazbyt stanowczy, za chwilę dawał wyraz 
zadziwiającej wrażliwości. W każdym razie postanowiła zachować czujność.   

–  Czy  umiesz  pilotować  samolot  albo  prowadzić  motorówkę?  –  zapytał.  Reflektory 

rzucały żółte snopy w zielonym mroku. Tu i ówdzie promienie słońca przedzierały się przez 
stare i potężne, porośnięte mchem drzewa.   

– Nie – odparła, bojąc się, że facet uzna ją za niezdatną do pracy. Wiedziała, że strach to 

część  jej  problemu.  Jakiś  lekarz  powiedział  jej,  że  cierpi  z  powodu  „poczucia  winy  osoby, 
która przeżyła”. – Muszę? 

–  Niekoniecznie.  Co  potrafisz?  Prócz  wykonywania  swojego  zawodu,  oczywiście  – 

zapytał z lekkim sarkazmem, jak jej się wydawało.   

–  Potrafię  pływać  –  powiedziała.  –  Wiosłować  i  żeglować  małą  łódką,  prowadzić 

samochód, ciężarówkę lub traktor i jeździć konno. Prowadziłam motocykl.   

Ciągle  miała  przed  oczami  obraz  siebie  jadącej  przez  busz  motocyklem,  podczas  gdy 

ranny  mężczyzna  wisiał  bezwładnie  na  jej  plecach.  Pewnie  zaimponowałaby  Danowi 
Blake’owi, gdyby opowiedziała tę historię, ale nie zamierzała robić tego teraz.   

– Umiesz jeździć na nartach? – zapytał.   
– Trochę – odparła ostrożnie. – Ale niezbyt dobrze.   
– Aha.   
Wyczuła w tym słowie nutkę krytycyzmu.   
–  W  Somalii  nie  było  samolotów  ani  motorówek  –  odparła  ostro.  –  Była  walka  o 

przetrwanie. Panował głód. I nie było śniegu – dodała z naciskiem.   

Palnęła  bez  zastanowienia,  bo  zirytowała  ją  jego  indagacja.  Uważała  się  niemal  za 

weterana, a tymczasem czuła się jak na egzaminie, po którym wystawią jej cenzurkę.   

– Dałabym wtedy wszystko za odrobinę śniegu – powiedziała.   
Roześmiał się.   
– Jasne – odparł.   
Rozbroił  ją.  Rozbawienie  na  jego  twarzy  sprawiło,  że  wyglądał  młodziej,  atrakcyjniej... 

Odwróciła głowę.   

– Na pewno potrafię troszczyć się o siebie.  I pracować. I jestem tu głównie dlatego, że 

potrzebuję odpoczynku.   

–  Tak  –  przyznał  cicho.  –  Nie  miałem  zamiaru  cię  krytykować.  Chciałem  tylko 

dowiedzieć się jak najwięcej o tobie. Nie mamy wiele czasu.   

–  W  porządku  –  powiedziała.  – Jeśli  to  działa  w  dwie  strony.  Niektórzy  lubią  zadawać 

dużo osobistych pytań, ale nie mówią niczego o sobie. Ty też do nich należysz, doktorze? 

background image

–  Mam  nadzieję,  że  nie  –  odparł  cicho.  –  Jeśli  chcesz  się  czegoś  dowiedzieć  o  mnie, 

proszę, pytaj.   

–  Dobrze.  Jeśli  chodzi  o  mnie...  cóż,  sprawdzam  się  w  chwilach  próby,  nieźle  się 

trzymam.  Może  nawet  wtedy  lepiej  pracuję.  Ludzie  różnie  reagują  w  sytuacjach 

kryzysowych.   

– Słusznie – odparł. – Pokazują wtedy swoją prawdziwą naturę.   
Jechali przez jakiś czas w milczeniu.   
– Jak złamałeś nos? – zapytała ni stąd, ni zowąd. Znowu się uśmiechnął.   
– Spadłem z drzewa – odparł.   
– Jakie to banalne! 
– Miałem wtedy szesnaście lat. Byłem na wyprawie autostopowej na wakacjach w Anglii.   
–  I nigdy  go nie nastawili? – Przyjrzała się spod oka jego profilowi. Jeep podskoczył  i 

zakołysał się na kolejnej dziurze.   

–  Jakiś  lekarz  udzielił  mi  pierwszej  pomocy  –  wyjaśnił.  –  Bolało  jak  diabli.  Miałem 

solidny  krwotok  i  zemdlałem.  Więc  zrezygnowałem  z  dalszych  zabiegów,  choć  przerażona 
mama twierdziła, że utracę urodę. – Uśmiechnął się. – Byłem wielkim tchórzem.   

Zapanowało  między  nimi  dziwne  zawieszenie  broni,  o  ile  można  tak  powiedzieć,  skoro 

nie było wypowiedzenia wojny. Signy nie była jeszcze gotowa brnąć w szczegóły, czy choćby 
wyjawić, że rozpoznaje jego nazwisko.   

–  Baza  jest  całkiem  cywilizowana  –  ciągnął  Dan.  –  Koszary  podzielono  na  pojedyncze 

pokoje. Jest mnóstwo miejsc, gdzie toczy się życie towarzyskie, mamy nawet bar.   

– O, to fajnie – odparła.   
W  końcu  wyjechali  na  otwartą  przestrzeń,  gdzie  stało  kilka  parterowych  budynków. 

Teren był zadbany i nie wyglądał wcale spartańsko.   

– W bazie nie ma drzew – zauważyła.   
– Na wszelki wypadek. Od czasu do czasu w któreś uderza piorun i może wywołać pożar, 

jeśli wszystko jest suche, choć zazwyczaj latem dość często pada. Poza tym nic nie zwali się 
na budynek czy człowieka, gdyby przytrafiło się trzęsienie ziemi.   

– Trzęsienie ziemi? Żartujesz? 
– Nie – odparł  spokojnie. – Rzadko się zdarzają, ale to  strefa sejsmiczna. Nie przejmuj 

się.   

Jak  mógł  wyskoczyć  z  czymś  podobnym,  a  potem  powiedzieć,  by  się  nie  przejmowała! 

Zatrzymali się przed wejściem z napisem „Recepcja”.   

– Dowiemy się, gdzie jest twój pokój – powiedział Dan. – Tam jest stołówka. Dostaniemy 

w niej lunch. – Wskazał budynek pośrodku bazy.   

W  recepcji  powitała  ich  młoda  kobieta  z  krótkimi  włosami,  ubrana  w  wojskowe  szorty 

koloru khaki z wieloma kieszeniami i tego samego koloru koszulę z pagonami. Wizytówka na 
biurku informowała, że ma na imię Sabrina.   

– Cześć, Dan.   
– Cześć, Sabrino – odparł.   
– Witaj – zwróciła się do Signy. – Jak się nazywasz? 

background image

– Signy Clover.   
– Clover... – Przesunęła palcem po liście. – Jesteś w Łbie Łosia.   
Signy popatrzyła na nią niepewnie. Wyczuwała raczej niż widziała rozbawienie Dana.   
–  Tak  nazywa  się  twoja  chata  –  wyjaśnił  spokojnie.  –  Jest  bardzo  wygodna.  Chodź, 

pomogę ci z bagażami. Ja mieszkam w tamtej części. – Ręką wskazał kierunek. – Moja chata 
nazywa  się  Czarna  Jagoda.  Możesz  wpaść,  kiedy  zechcesz,  jeśli  będziesz  czegoś 
potrzebowała.   

Drzwi  do  Łba  Łosia  były  otwarte.  Był  to  długi  budynek,  w  którym  kiedyś  mieściły  się 

koszary. W progu powitała ich Terri.   

– Cześć. Tu jest po prostu cudownie, choć inaczej to sobie wyobrażałam. Mieszkamy w 

tej samej chacie.   

– To świetnie – ucieszyła się Signy.   
Wnieśli  razem  bagaże  do  jej  pokoju,  a  kiedy  Dan  odszedł,  poczuła  dziwną  ulgę  i 

odetchnęła głęboko.   

Pokój  pomalowany  na  jasnożółty  kolor  z  ciemnoróżową  stolarką  wyglądał  czarująco. 

Signy uśmiechnęła się. Na oknach wisiały zasłony w jaskrawych barwach, a na łóżku leżała 
gruba  kołdra  z  narzutą  o  tym  samym  wzorze.  Pokój  wyposażono  w  proste  meble,  ale  było 
wszystko, czego mogła potrzebować.   

– Jest ładny – powiedziała, rozglądając się dokoła. – Nie tego się spodziewałam.   
– Halo! – Męski głos dochodzący od głównych drzwi wywabił je na korytarz.   
Mężczyzna  był  wysoki,  ciemnowłosy,  niebieskooki  i  bardzo  przystojny.  Terri  i  Signy 

gapiły się na niego oniemiałe. Choć zwyczajnie ubrany, wyglądał jakoś dziwnie. Otaczała go 
aura elegancji i wyrafinowania, która nie pasowała do tej chaty i wizerunku rogatego zwierza 
przymocowanego tuż nad drzwiami.   

–  Cześć.  Jestem  Max  Seaton.  Zapraszam  wszystkich  na  lunch  w  stołówce  o  wpół  do 

pierwszej, a potem porozmawiamy o naszych planach.   

Gdy przytrzymał jej dłoń ułamek sekundy dłużej, niż wypadało przy zwykłym powitaniu, 

Signy poczuła, że się roztapia, a na jej ustach zagościł szeroki uśmiech.   

– Dzień dobry – powiedziała, bo tylko to wpadło jej do głowy.   
–  Panno  Clover,  nie  mogłem  się  doczekać,  żeby  panią  poznać.  I  panią  również,  panno 

Carpenter. – Terri patrzyła na niego z otwartymi lekko ustami. – Do zobaczenia niebawem.   

–  No  ale  on...  –  stwierdziła  Terri,  odprowadzając  go  wzrokiem.  –  Zupełnie  nie  tak  go 

sobie wyobrażałam! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Jedzenie  w  stołówce  było  dobre.  Każda  pielęgniarka  miała  przypiętą  wizytówkę,  a 

Sabrina dopilnowała, by wszystkie zostały sobie przedstawione.   

Signy naliczyła dwanaście kursantek w różnym  wieku – niektóre koło dwudziestki, inne 

trzydziestki,  dwie  najstarsze  dobiegały  czterdziestki.  Dzięki  takiej  rozpiętości  wieku  można 
liczyć  w  tym  gronie  na  owocną  wymianę  doświadczeń.  Signy  siedziała  przy  długim 
refektarzowym  stole między Terri  a Connie, jedną ze starszych kobiet.  Zauważyła, że Terri 
często  rzucała  spojrzenia  w  stronę  doktora  Seatona,  tak  samo  jak  inne  panie.  Wyglądał  tu 
dziwacznie; wydawałby się bardziej na miejscu na planie zdjęciowym, przed kamerami.   

Po posiłku doktor Seaton stanął przy prowizorycznej mównicy.   
–  Myślę,  że  już  wszyscy  się  poznaliśmy  –  rzekł  z  uśmiechem,  przeciągając  nieco 

samogłoski.  –  Przypominam,  że  ja  nazywam  się  Max  Seaton.  Przez  jakiś  czas  będziemy 
zajmować  się  pomocą  medyczną  niesioną  w  trudnych  warunkach,  w  odległych  i 
odosobnionych  miejscach.  Doktor  Dan  Błake  również  będzie  wam  pomagał.  –  Urwał  i 
uśmiechnął się czarująco.   

Signy przyłapała się na tym, że gapi się na niego jak jej koleżanki.   
–  Zostałyście  zarejestrowane  w  tej  prowincji  i  macie  prawo  bywać  w  szpitalach, 

obserwować tutejsze metody leczenia i pomagać lekarzom i pielęgniarkom. Przekonacie się, 
że w wielu małych miejscowościach to pielęgniarki odbierają porody i stawiają diagnozy. W 
odizolowanych  społecznościach,  gdzie  brakuje  lekarza,  działają  punkty  sanitarne.  Wasze 
przydziały zostaną wywieszone na tablicy informacyjnej tu, w stołówce.   

Kiedy  Max  skończył  mówić,  wstał  Dan.  Jego  skromność  kontrastowała  z  wdziękiem 

poprzednika.   

– Resztę weekendu – powiedział – poświęcimy na odpoczynek i zapoznanie się z obozem 

i wyspą. Powinnyście dobrze się wyspać. No i poznać. Być może będziecie pracować razem 
w  szeregach  naszej  organizacji.  Ta  baza  jest  nie  tylko  miejscem  szkolenia  i  odpoczynku. 
Jednym  z  moich  zadań  jest  udzielanie  porad.  Wystarczy  zapytać.  Nic  nie  będzie  wam 
narzucane.   

Signy  zastanawiała  się,  jak  by  zareagował,  gdyby  chciała  porozmawiać  z  nim  o  swojej 

pracy w Afryce... o Simonie, Dominiku... i uśmiechnęła się ironicznie.   

–  Przez  następne  dwa  tygodnie  –  ciągnął  –  pozostaniecie  na  wyspie.  Będą  wykłady, 

nieformalne  rozmowy  i  ćwiczenia  na  orientację.  Dowiecie  się  również,  jak  poruszać  się  w 
miejscach podobnych do tego.   

Signy  słuchała,  jednak  myślami  błądziła  gdzie  indziej.  Ciekawe,  jak  by  zareagował, 

gdyby  powiedziała  mu  wprost  o  jego  nakazie  ewakuacji  szpitala  polowego  i  pozostawieniu 
Dominika bez pomocy? Czy zdobyłaby się na odwagę? 

– Muszę prosić o jedną rzecz, dla waszego bezpieczeństwa. Przed wyjściem z obozu na 

spacer  proszę  o  wpisanie  się  w  recepcji,  określając  czas  wyjścia,  cel  wyprawy  i 
przewidywany  czas  powrotu.  –  Urwał  i  popatrzył  na  małą  grupkę  pielęgniarek.  W 

background image

przeciwieństwie  do  Maxa,  nie  uśmiechał  się.  –  W  recepcji  są  mapy,  w  które  proszę  się 
zaopatrzyć. Łatwo się zgubić na leśnych szlakach, zwłaszcza o zmierzchu. Nie zbaczajcie z 
wyznaczonej  trasy.  Na  szczęście  nie  ma  tu  niedźwiedzi,  kuguarów,  kojotów  czy  wilków, 
chociaż występują w innych rejonach prowincji. Później nasz ekspert w tej dziedzinie powie 
wam, jak sobie radzić z dzikimi zwierzętami. Potrafią człowieka zabić.   

Wszystkie  słuchały  go  z  uwagą.  Przynajmniej  połowa  z  nich  pracowała  już  w 

ekstremalnych  warunkach.  Dan  rozglądał  się,  starając  się  nawiązać  z  każdą  kobietą  kontakt 

wzrokowy.   

–  Pogoda  zmienia  się  gwałtownie.  Szybko  zapadają  ciemności,  może  wystąpić  mgła. 

Często pada ulewny deszcz. Dlatego należy mieć przy sobie dobrą latarkę, gwizdek i alarm, 
plus  telefon  komórkowy.  No  i  odpowiednie  ubranie  i  buty  chroniące  przed  zimnem  i 

deszczem.  Choć  spacery  można  odbywać  dla  przyjemności,  to  stanowią  one  również  część 

waszego podstawowego szkolenia. Uważajcie na to, co dzieje się wokół was przez cały czas. 
Stosowanie tych zasad może uratować życie wasze i waszych koleżanek.   

Urwał, w pokoju panowała kompletna cisza.   
– Stwórzcie własne zasady bezpieczeństwa, oparte na zdrowym rozsądku, doświadczeniu 

i intuicji, ale nie zapominajcie o tych ustanowionych dla was przez innych – dodał.   

Signy przełknęła z trudem ślinę, wracając myślami do pobytu w Somalii. Nie zawsze się 

do tego stosowała...   

– Nigdy nie łamcie własnych zasad bezpieczeństwa – ciągnął. – Ten jeden raz, kiedy je 

złamiecie,  może  być  waszym  ostatnim,  i  to  dotyczy  każdego  miejsca  na  świecie,  gdzie 
przyjdzie  wam  żyć.  Bardzo  często  niebezpieczeństwo  stanowią  ludzie.  Wszędzie  pewien 
procent populacji to psychopaci, czyhający tylko na okazję.   

Znowu  Signy  poczuła  dławienie  w  gardle.  W  Somalii,  kiedy  przyjechała  po  nich 

ciężarówka  ewakuacyjna,  odmówiła  wyjazdu.  Oświadczyła,  że  nie  wyjedzie  bez  Dominika. 
Czy był  głupi, że poszedł? Naiwny? Łatwo teraz osądzać. Nie chciała myśleć o nim w taki 
sposób. Znała go jako odważnego, inteligentnego człowieka, profesjonalistę oddanego pracy 

dla organizacji.   

–  Czasami  macie  tylko  parę  sekund  na  podjęcie  decyzji.  Zawsze  planujcie  naprzód, 

żebyście w razie konieczności mogły reagować natychmiast.   

Choć  Signy  miała  wrażenie,  że  mówi  tylko  do  niej,  wiedziała,  że  wszystkie  zebrane  tu 

pielęgniarki mają powód, by czuć to samo. Mimowolnie poczuła do Dana szacunek.   

– W kontaktach z ludźmi nieznanych kultur, nawet z tymi mniej egzotycznymi, musicie 

wyczuć różnicę między zaufaniem a naiwnością – mówił dalej. – Co innego komuś ufać, a co 
innego  być  łatwowiernym.  Od  tego  może  zależeć  wasze  życie.  Na  kursie  będziemy 
rozmawiać  o  bezpieczeństwie  bardzo  szczegółowo,  w  najrozmaitszych  sytuacjach. 
Potraktujcie to jako wstęp. Czy są jakieś pytania? 

Signy wstała, nie chcąc podnosić ręki niczym uczennica w szkole.   
–  Jak  jest  z  tutejszymi  trzęsieniami  ziemi?  –  zapytała,  choć  wcześniej  Dan  nie  miał 

ochoty się w to zagłębiać. Kilka pielęgniarek odwróciło ze zdziwieniem głowy, więc pewnie 
nie miały pojęcia o takim zagrożeniu.   

background image

–  Cały  rejon  leży  w  strefie  aktywnej  sejsmicznie  –  zaczął  wolno,  wpatrując  się  w  nią 

nieodgadnionym  wzrokiem.  –  Tak  jak  Kalifornia.  Należy  więc  wiedzieć,  co  robić  w  takich 

sytuacjach. Jednakże prawdopodobieństwo wstrząsów jest raczej znikome. Czy coś jeszcze? 

Padło  kilka  pytań,  potem  podano  kawę  i  spotkanie  informacyjne  zamieniło  się  w 

spotkanie  towarzyskie.  Pielęgniarki  wymieniały  się  opowieściami  o  wrażeniach  i 
doświadczeniach  z  pracy.  Signy  rozmawiała  właśnie  z  Connie,  gdy  na  ramieniu  poczuła 
dotknięcie czyjejś dłoni.   

– Przepraszam, Signy Clover, jeśli dobrze pamiętam? Tak niebieskie oczy widziała po raz 

pierwszy w życiu.   

– Tak...   
– Mów do mnie po imieniu. Jestem Max.   
Connie  wstała,  a  Signy  poczuła  się  głupio,  bo  doktor  Seaton  nie  przywitał  się  z  jej 

towarzyszką. Ale przypomniała sobie, że znalazła się w innej kulturze i to ona powinna się 
dostosować, więc spojrzała na Connie z niemymi przeprosinami. Ta uśmiechnęła się lekko i 
odeszła.   

–  Nie  jestem  w  stanie  przegapić  okazji  porozmawiania  z  Angielką  –  oznajmił.  – 

Spędziłem trochę czasu w Londynie i Oksfordzie.   

–  Znam  dobrze  Londyn,  bo  tam  mieszkałam  i  pracowałam,  no  i  skończyłam  szkołę 

pielęgniarską  –  powiedziała,  czując,  że  się  roztapia  pod  wpływem  jego  intensywnego 
spojrzenia,  mimo  że  oceniła  go  jako  człowieka  pozbawionego  wrażliwości.  –  Ale 
wychowałam się w Kent...   

Minuty  mijały,  aż  Signy  zauważyła,  że  pielęgniarki  zaczęły  wychodzić,  obrzucając  ją 

zaciekawionymi spojrzeniami. W końcu zrobiło się prawie pusto.   

–  Zdaje  się,  że  całkiem  pana  zaanektowałam,  doktorze  –  zauważyła,  choć  prawdę 

mówiąc, było odwrotnie.   

Rozglądając się wokół, dostrzegła wychodzącego z sali Dana. Gdy ich oczy spotkały się, 

zobaczyła  w  nich  zaskoczenie.  Może  myślał,  że  flirtuje  z  jego  atrakcyjnym  kolegą.  ..  Nie 
miała  takiego  zamiaru,  choć  miło  było  nawiązać  towarzyski  kontakt  z  tak  atrakcyjnym 
mężczyzną.  Może  bliższe  znajomości  na  takim  kursie  były  niemile  widziane,  aczkolwiek 
trudno było tak sądzić po zachowaniu doktora Seatona.   

– Przypominam, mam na imię Max... – rzekł półgłosem.   
– Lepiej już pójdę i rozejrzę się po obozie, żebym się nie zgubiła we mgle, o której mówił 

doktor Blake.   

– On lubi trochę postraszyć... – Max uśmiechnął się – żebyście zachowały ostrożność.   
– Ale niechętnie mówił o trzęsieniach ziemi – ośmieliła się zauważyć.   
–  O,  szanse  na  to  są  tak  niewielkie,  że  szkoda  czasu  zatrzymywać  się  przy  tym  dłużej. 

Wiele  małych  wstrząsów  jest  niewyczuwalnych.  Ich  siła  to  najwyżej  trzy  w  skali  Richtera. 
Większość zdarza się na morzu i są rejestrowane przez sejsmologów.   

–  Rozumiem.  –  Uspokoił  ją  nieco,  choć  gdyby  usłyszała  podobną  informację  w 

przeszłości, nim zaczęła pracować dla organizacji, zwyczajnie by ją zlekceważyła. Narażanie 
się na niebezpieczeństwo sprawia, że jest się bardziej wszystkiego świadomym. Albo może 

background image

zwyczajnie nieco dorosła.   

–  Hej,  Signy!  –  U  jej  boku  pojawiła  się  Terri,  rzucając  olśniewający  uśmiech  w  stronę 

doktora Seatona. – Masz ochotę na małą wyprawę badawczą po obozie? 

– Z chęcią – odparła Signy, z ulgą uwalniając się od towarzystwa natrętnego nieco Maxa.   
Wyszły energicznym krokiem ze stołówki.   
–  Założę  się,  że  on  zazwyczaj  dostaje  od  kobiet  to,  czego  chce  –  stwierdziła  Terri  z 

cyniczną nutką w głosie i roześmiały się.   

W  swoim  żółtoróżowym  pokoju  Signy  przeszukała  bagaż  i  wyjęła  z  walizki  luźne 

bawełniane spodnie, koszulkę i lekki sweter. Z innej walizki wyjęła wygodne buty i skarpetki. 
Wzięła  szybko  prysznic  w  maleńkiej  łazience  i  przebrała  się.  Złapała  się  na  tym,  że 
zastanawia się, co porabia Dan. Czuła pewną ulgę, będąc z dala od jego nadzoru.   

Rozległo się pukanie do drzwi.   
– Mogę wejść? 
Signy wpuściła Terri do środka.   
–  Jestem  prawie  gotowa  –  oznajmiła,  energicznie  wycierając  włosy  ręcznikiem.  – 

Musiałam wziąć prysznic...   

–  Ja  też  –  odparła  Terri  z  uśmiechem.  –  Wiesz,  cieszę  się,  że  się  poznałyśmy.  Trochę 

obawiałam się przyjazdu tutaj, sądziłam, że będę czuła się obco. Byłam tylko raz za granicą i 
myślałam, że spotkam ludzi naprawdę doświadczonych i zaprawionych w bojach.   

– Ja też byłam tylko raz – przyznała Signy – choć mam wrażenie, jakbym wyjeżdżała już 

wielokrotnie.   

–  Tak...  –  rzekła  Terri  z  namysłem.  –  Niewielu  ludzi  wybrałoby  się  tam,  gdzie  my 

jesteśmy gotowe jechać. Może jesteśmy, jak Dan Blake powiedział... naiwne.   

–  To  nie  naiwność,  tylko  skalkulowane  ryzyko.  –  Signy  wiedziała,  że  z  Terri  będą  się 

świetnie  rozumiały.  –  Jesteśmy  dobrze  wyszkolone  i  kierujemy  się  zdrowym  rozsądkiem. 
Reszta zależy od losu. Zasadniczo o to przecież chodzi w życiu.   

Wyszły z chaty i ruszyły ścieżką okalającą teren obozowiska. Mijając budynek recepcji, 

znowu zobaczyły Maxa rozmawiającego z jakąś pielęgniarką.   

– Jest cudowny, prawda? – powiedziała Terri przyciszonym głosem, by ich nie usłyszał. – 

Ciekawe, co ktoś taki jak on robi tutaj jako lekarz? Powinien być gwiazdorem filmowym.   

– Uroda niekoniecznie pomaga ci osiągnąć to, co chcesz, choć masz zdecydowanie lepszy 

start. – Signy roześmiała się, wiedząc, że Max się za nimi obejrzał.   

Właściwie patrzył raczej na nią. Zazwyczaj reagowała na takie zainteresowanie chłodem i 

niechęcią. Był to rezultat jej zerwania z Simonem – zniszczyło ono jej młodzieńczą pewność 
siebie.   

–  Ciekawe,  jakie  zlecenia  otrzymał  doktor  Seaton  od  organizacji  –  wymruczała  Terri, 

podejrzewając, że nie brał udziału w zbyt wielu niebezpiecznych misjach.   

Spacerując  pod  baldachimem  wysokich  drzew,  wdychając  świeże,  czyste  powietrze, 

Signy  przypomniała  sobie,  jak  szybko  odprawiła  Dana,  gdy  zaproponował  jej  pokazanie 
plaży. Teraz poczuła lekki żal. Może to, co niegdyś zrobił, zrobił nieumyślnie. Było w nim 
coś mrocznego, co dziwnie pasowało do dzikości tego miejsca...   

background image

W tym momencie czuła bliskość zarówno do Simona, jak Dominika, jakby miała ich za 

chwilę zobaczyć. Jakby przeszłość i teraźniejszość miały za chwilę zlać się w jedno.   

–  To  wspaniałe,  absolutnie  wspaniałe  –  westchnęła  Terri,  spoglądając  na  korony  drzew 

nad ich głowami. – Czuję się tu bezpieczna. Naprawdę.   

 

Po spacerze Signy schroniła się w swoim cudownym pokoiku. Była przyjemnie zmęczona 

i odprężona. Miała wolne aż do kolacji.   

Zdjęła ubranie i wsunęła się pod kołdrę.  Leżała z rękami pod głową, wpatrzona w sufit. 

Jakie to dziwne, że znalazła się w tym odległym miejscu, na brzegu oceanu, w towarzystwie 

osób, z którymi łączą ją wspólne cele. Znalazła wymarzony azyl. Jest tu bezpieczna...   

Zamknęła  oczy  i  oddała  się  wspomnieniom.  Simon,  doktor  Simon  Heatlicote,  młody 

chirurg,  który  przyszedł  do  pracy  w  londyńskim  szpitalu,  gdzie  była  instrumentariuszką. 
Pojawił się nagłe w jej życiu i od tamtej chwili wszystko się zmieniło.   

–  Dzień  dobry.  Signy  Clover?  –  usłyszała  męski  głos  pewnego  poniedziałkowego 

poranka,  kiedy  przygotowywała  się  do  pierwszej  operacji.  –  Siostra  Granger  mówiła,  że  mi 
wszystko pokażesz. Muszę prosić o pomoc ten pierwszy raz.   

Odwróciła  się  do  niego  nieco  spięta  i  zirytowana,  bo  czasu  było  mało,  zaledwie  parę 

minut,  by  się  przygotować.  Ale  gdy  spojrzała  w  jego  niebieskie  oczy,  straciła  oddech, 
przeczuwając, że będą coś dla siebie znaczyć.   

– No... – zaczęła, pokazując ręką – czepki i maski są tam, przy umywalkach.   
Od tamtej pory pracowali ze sobą regularnie. Było jak w bajce. Zakochali się w sobie, a 

po paru miesiącach postanowili razem zamieszkać.   

Signy  poruszyła  się  niespokojnie,  przewróciła  na  bok  i  naciągnęła  kołdrę  na  uszy. 

Panowała  cisza.  Jak  cudownie  było  mieszkać  z  Simonem,  urządzać  ich  małe,  obskurne 
mieszkanko nad sklepem spożywczym na londyńskim East Endzie. Okolica zaczęła robić się 
modna, ale nie na tyle, by nie mogli sobie na nie pozwolić. Wysprzątali, pomalowali ściany i 

panele,  pracowali  w  weekendy  i  wieczorami,  kiedy  tylko  znaleźli  wolną  chwilę.  Wszystko 
wydawało się takie trwałe.   

Dziewięć miesięcy później Simon oznajmił, że zakochał się w lekarce, z którą pracował 

przez ostatni miesiąc. Oboje przebywali godzinami w szpitalu, więc kiedy zaczęli spędzać ze 
sobą coraz mniej czasu, winiła za to pracę.   

Przez jakiś czas Signy pozostała sama w mieszkaniu, załamana, potem stwierdziła, że nie 

może  dłużej  pracować  w  tym  samym  szpitalu  i  widywać  codziennie  Simona  i  jego  nową 
flamę.  Nie  można  przestać  kogoś  kochać  tylko  dlatego,  że  już  nie  chce  dłużej  być  z  tobą. 
Przeciwnie, w jakiś perwersyjny sposób obsesyjnie chwytała się jego obrazu, idealizując go, 
tęskniąc za nim w każdej minucie dnia i nocy, gdy budziła się w panice, że nie ma go przy 
niej.   

Oglądając  się  wstecz,  stwierdziła,  że  pełna  samozadowolenia  pławiła  się  w  rozkoszach 

domowego ogniska niczym kaczka w wodzie, bez koniecznej szczypty cynizmu czy realizmu. 
Nie  popełni  już  takiego  błędu.  Potem  przeczytała  ogłoszenie  o  organizacji  Pielęgniarki 
Światu.   

background image

Zapomnij o tym. Nie myśl. Idź spać...   

Odpływając  w  sen,  nie  widziała  twarzy  Simona  Heathcote’a,  tylko  Maxa  Seatona...  i 

wyraziste rysy i charakterystyczny nos Dana Blake’a. Nie, to jest R. D. H. Blake, upomniała 
się surowo. Nie potrafiła wyobrazić go sobie jako przerażonego szesnastolatka, który spadł z 
drzewa  i  boi  się  nastawienia  nosa.  Wydawał  się  całkiem  dorosły.  To  coś  rzadkiego.  Jeśli 
faktycznie  jest  odpowiedzialny  za  to,  co  wydarzyło  się  w  Somalii,  nie  powinien  unikać  jej 
pytań o Afrykę...   

 

Connie  Lenz, pielęgniarka po  czterdziestce,  zapukała do drzwi Signy pół  godziny  przed 

kolacją.   

–  Cześć.  –  Uśmiechnęła  się  serdecznie.  –  Pijemy  właśnie  w  kuchni  białe  wino.  Masz 

ochotę przyłączyć się do nas? 

– Z przyjemnością – odparła Signy, mrugając powiekami, by odegnać resztki senności. – 

Daj mi parę sekund.   

Connie  pochodziła  z  Kanady.  Czwartą  lokatorką  chaty  była  pielęgniarka  z  Indii 

Zachodnich,  Pearl  James.  Razem  stanowiły  fascynującą  mieszankę.  Signy  ubrała  się  i 
wsunęła na nogi klapki. Przeczesała włosy i poprawiła makijaż.   

– Czyj to pomysł? – zapytała, wchodząc do kuchni i biorąc kieliszek schłodzonego wina.   
– To Connie przywiozła wino – wyjaśniła Terri. – Kilka butelek.   
Roześmiały się wszystkie.   
– Nasze zdrowie! – Pearl wzniosła toast. – Obyśmy odzyskały równowagę psychiczną i 

odwagę, żeby kontynuować to, co zaczęłyśmy.   

– Amen – odparła Connie. Miała zmęczoną, pożółkłą twarz, którą zbyt często paliło ostre 

słońce, ale jej spojrzenie było pełne ciepła, humoru i inteligencji. – Za nas! 

– Za nas! – powtórzyły chórem.   
– Tego mi było trzeba – stwierdziła Signy. – Dzięki, Connie. Czy pochodzisz z tej części 

kraju? 

– Właściwie nie – odparła Connie. – Ale mieszkam tu od jakiegoś czasu. Pracowałam już 

z Danem Blakiem i z Maxem Seatonem.   

Terri spojrzała na nią z zainteresowaniem.   
– Opowiedz mi o Maksie – poprosiła. – Czy on istnieje naprawdę? Czy jego osobowość 

odpowiada boskiej powierzchowności? 

Connie zawahała się.   
– Same wyrobicie sobie zdanie – powiedziała. – Powiedzmy, że mężczyźni tacy jak Max 

ostatecznie  rozczarowują,  bo  zbyt  wiele  się  po  nich  spodziewamy  i  nie  mogą  spełnić 
wszystkich naszych oczekiwań.   

– Wspaniale to ujęłaś – pochwaliła Terri z przekonaniem.   
–  Cóż...  to  zdobywcy,  którzy  nie  przejmują  się  pragnieniami  drugiej  osoby  –  dodała 

Connie.   

– Czy był na jakimś długim kontrakcie? – zapytała Signy.   
–  Wyjeżdża  na  krótko,  na  tereny  zagrożone  klęskami  żywiołowymi,  czyli  huraganami, 

background image

powodziami, wybuchami wulkanów, i tak dalej.   

– A Dan? – dopytywała się Signy. – Interesuje mnie.   
–  To  zupełnie  inny  człowiek  –  stwierdziła  Connie.  –  Wspaniały  lekarz.  Jest  naprawdę 

oddany pracy. Nie miał zbyt wesołego życia, tak przynajmniej słyszałam. Mieszkał z kobietą, 
też  lekarką,  potem  ona  miała  dość  jego  podróży  dokoła  świata.  Znudziło  ją  takie  życie. 
Chciała założyć rodzinę, wziąć ślub, mieć dzieci. Postawiła mu ultimatum... praca albo ona.   

– I wybrał pracę? – zapytała Pearl.   
– Tak.   
– Nic nowego pod słońcem! – roześmiała się Pearl.   
–  Rozumiem,  że  taka  praca  może  być  jak  narkotyk.  Musisz  wykorzystać  wszystko,  co 

umiesz.   

– Ale z nas plotkary – zauważyła Terri rozbawiona.   
– Gdzie jest teraz tamta kobieta? Wyszła za mąż i ma czwórkę dzieci? 
–  Pracuje  w  Vancouverze  jako  lekarz  domowy  –  wyjaśniła  Connie.  –  Kiedyś  spędzała 

dużo czasu w małej miejscowości na wybrzeżu, Brookes Landing, dokąd też mamy się udać, 
jak słyszałam. Może ją spotkamy. Nie wyszła za mąż.   

– Może żałuje, że postawiła mu ultimatum – zastanawiała się Pearl.   
– Możliwe – odparła starsza pielęgniarka w zamyśleniu. – Ale jak byś się czuła, gdyby 

twój  facet  wybierał  się  w  niebezpieczne  miejsca  dwa  razy  w  roku  i  siedział  tam  po  parę 
tygodni z rzędu? 

– Hm – mruknęła Terri. – To niezbyt sprzyja harmonijnemu pożyciu. Zdecydowałam, że 

jeśli  zacznę  myśleć  o  kimś  serio,  to  skończę  z  tym,  chyba  że  będzie  jeździł  ze  mną.  A  ty, 
Signy? 

–  Cóż...  –  Zawahała  się.  –  Przyjęłam  to  zlecenie,  bo  uciekałam.  Przynajmniej  chciałam 

uciec. Nie zastanawiałam się naprawdę, co bym zrobiła, gdybym... – Nigdy dotąd nie była tak 
blisko  powiedzenia  komuś  o  Simonie,  nawet  rodzicom. W  tym  pomieszczeniu  było  coś,  co 
sprzyjało zwierzeniom.   

Rozległ  się  dzwonek  wzywający  na  kolację  i  przerwał  ich  rozmowę.  Signy  była 

zadowolona,  że  dowiedziała  się  czegoś  więcej  o  Danie.  Mogła  ułożyć  wszystko  w 

odpowiedniej perspektywie. Umiała wyobrazić sobie, jak rezygnuje z kobiety na rzecz pracy. 

Jasne, to jej nie dotyczy, ale teraz miała jakiś punkt zaczepienia.   

–  Jeszcze  jeden  kieliszek  i  potrzebowałybyśmy  mapy,  żeby  trafić  do  stołówki  – 

stwierdziła po wyjściu z chaty Pearl i wszystkie się roześmiały.   

To było wspaniałe miejsce.   

 

Po dobrej kolacji, niezbyt wyszukanej, ale smacznie przyrządzonej, Signy wymknęła się 

ze stołówki na samotny spacer. Zapadł zmierzch i znacznie się ochłodziło, a w powietrzu czuć 
było  wilgoć,  otuliła  się  więc  szerokim  wełnianym  szalem.  Potrzeba  samotności  była  tak 
przemożna, jak konieczność wymazania obrazu Simona z pamięci.   

Ruszyła  wąską  betonową  alejką  wokół  obrzeży  obozowiska,  z  dala  od  stołówki  i  chat. 

Obóz  był  wykorzystywany  na  konferencje  przy  różnych  innych  okazjach.  Organizacja  nie 

background image

mogła  sobie  pozwolić  na  utrzymanie  takiego  miejsca  wyłącznie  dla  własnych  celów  – 
subsydia napływały od różnych agend rządowych. Było to niezwykłe miejsce i rozglądała się 
z zainteresowaniem.   

– Signy! – usłyszała nagle za sobą. Przestraszona wciągnęła gwałtownie powietrze. Miała 

wrażenie, że jest sama, tymczasem na ścieżce ukazała się wysoka postać Dana.   

– Doktor Blake... Przestraszył mnie pan.   
– Wybacz. Powinienem chrząknąć czy coś podobnego – powiedział ze skruchą, zbliżając 

się do niej.   

Czuła  niepokój  w  jego  obecności.  Było  w  nim  coś  niewypowiedzianie  męskiego  i 

wydawało się, że w odróżnieniu od Maxa Seatona, nie zdaje sobie sprawy, jak to wpływa na 
kobiety – choć rzecz jasna nie jest w jej typie, przypomniała sobie nieco poniewczasie.   

– Miałam ochotę pobyć trochę sama – wyznała szczerze. – Nie chcę być nieuprzejma, ale 

chciałam przemyśleć parę spraw.   

–  Znowu  muszę  przeprosić.  –  Zrównał  się  z  nią,  gdy  ruszyła  dalej  wolnym  krokiem. 

Przebrał się do kolacji w szare bawełniane spodnie, które choć zwyczajne, wyglądały na nim 
elegancko,  podobnie  jak  biała  koszula  z  podwiniętymi  rękawami.  Signy  przyjrzała  mu  się 

dyskretnie.  Podczas  kolacji  jej  uwaga  była  skupiona  na  Maksie,  który  siedział  naprzeciwko 
niej przy długim stole.   

–  Chciałem  dać  ci  książkę  o  trzęsieniach  ziemi.  Napisano  ją  specjalnie  z  myślą  o 

tutejszym  rejonie,  a  ciebie  ten  temat  wyjątkowo  nurtuje  –  rzekł  bez  szczególnego  nacisku, 
wręczając jej broszurę. – W każdej chacie jest co najmniej jeden egzemplarz. Pewnie jeszcze 
nie zauważyłaś.   

– Dziękuję.   
–  Dobrze  jest  zdawać  sobie  sprawę  z  zagrożenia  i  być  w  pewnym  stopniu 

przygotowanym, ale nie ma potrzeby zbytnio się tym zajmować – poradził. – W każdej chacie 
znajduje  się  też  ekwipunek  na  wypadek  trzęsienia  ziemi:  butelkowana  woda,  paczkowana 
żywność, namiot, radio na baterie, latarka, zapałki i tak dalej.   

– Rozumiem. – Skinęła głową. Kiedyś będzie musiała w końcu zapytać, czy jest tym R. 

D.  H. Blakiem,  o którym  słyszała w Afryce. Ta niepewność sprawiała,  że w jego obecności 
była stale spięta.   

Spacerowali  powolnym  krokiem,  wdychając  zapachy  lasu.  Signy  westchnęła  w  duchu, 

myśląc, że Dan naruszył jej prywatność.   

– Chciałabyś, żebym sobie poszedł? – zapytał cicho.   
– Nie, nie... – powiedziała z zażenowaniem.   
– Masz mi to za złe – stwierdził z rozbawieniem. Zerknęła na niego, ale nie widziała jego 

twarzy w mroku.   

– Teraz moja kolej na przeprosiny – przyznała. – Wybacz, jeśli okazałam się nieuprzejma. 

Nie  chciałam  tego.  Po  prostu  mam  dużo  na  głowie,  ale  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  tym 
miejscem.   

– Tak, wiem – odrzekł. – Przecież dlatego tutaj jesteś. Chcesz o tym porozmawiać? 
– Nie! – powiedziała ze złością. – Mam dość ludzi zadających mi to pytanie. Kiedy będę 

background image

miała ochotę o tym porozmawiać, porozmawiam z koleżankami. Bez przymusu.   

– Zdaję sobie z tego sprawę, Signy – odparł poważnie.   
– Czyżby? Zazwyczaj zadają to pytanie ludzie, którzy nie wyściubiają nosa ze swojego 

biura  i  domu.  Osoby  narażające  się  gdzieś  na  niebezpieczeństwo  stanowią  dla  nich 
ciekawostkę  przyrodniczą.  Zdobyli  tytuły  naukowe  z  psychologii  czy  czegoś  tam,  próbują 
przyporządkować cię do stereotypu, nie widząc w tobie człowieka...   

– Nie sądzę, żebym zaliczał się do tej kategorii – zaprotestował.   
– Ale sprawiasz takie wrażenie.   
– Signy, proszę – rzekł łagodnie. Wyciągnął rękę i chwycił jej ramię, jego pałce parzyły 

jej skórę.   

Próbowała się wyrwać, ale jej nie puszczał.   
– Przecież to prawda! 
–  Ale  mnie  nie  dotyczy.  Wiem  jednak,  co  masz  na  myśli.  Nie  zatrudniamy  ludzi  ze 

stopniami naukowymi z psychologii. Są z nami ci, którzy sami przeżyli niebezpieczeństwo – 
wyjaśnił.   

Ciepło jego dłoni sprawiło, że poczuła, jak mięknie.   
– Myślą, że wszystko wiedzą – ciągnęła. – To takie... protekcjonalne.   
– Owszem.   
– Więc dlaczego mnie pytasz? 
– Czuję, że masz ochotę porozmawiać z kimś – powiedział. – Bez żadnych zobowiązań. 

Chodźmy na spacer. – Chwycił ją za rękę i pociągnął lekko za sobą.   

Bez namysłu wyrwała dłoń, bo jego dotyk jakby dodawał jej otuchy. Choć to właściwie 

było bez znaczenia. Przecież on nie jest w jej typie, powtórzyła smętnie w myślach. Dziwny 
człowiek  posiadający  dwie  ojczyzny  stanowił  tajemnicę,  której  nie  miała  ochoty 
rozszyfrowywać w tak krótkim czasie, jaki im dano. Nie miała na to siły.   

– Możesz mi coś powiedzieć? – Podjęła decyzję i zmusiła się do zadania tego pytania. – 

Czy nazwisko Fraser coś ci mówi? Doktor Dominik Fraser? – Nagle zdała sobie sprawę, ile 

narosło w niej gniewu i żalu, odkąd usłyszała, jaki los go spotkał. Do tej chwili żałoba tłumiła 

gniew.   

– Nie – odparł. – Nie sądzę.   
–  Nazywasz  się  R.  D.  H.  Blake  i  byłeś  w  Afryce  w  czasie,  kiedy  nasza  ekipa  musiała 

wyjechać z Somalii? – ciągnęła. – Chyba nie ma dwóch osób o identycznych inicjałach? 

Zatrzymali się znowu i stanęli naprzeciw siebie.   
– Byłem tam w tym czasie. Krótko – przyznał. – Z pewnością nie poznałem ani ciebie, 

ani Dominika Frasera.   

– Dziwne – stwierdziła, ruszając znowu. – Bo dostaliśmy wiadomość z twojego szpitala, 

że mamy się ewakuować. Musieliśmy się spakować w jednej chwili i wsiadać do ciężarówki. 
Lekarz  z  naszej  grupy,  doktor  Fraser,  był  wówczas  nieobecny,  próbował  dotrzeć  do  ekipy 

ONZ. Czy to nic ci nie mówi? 

– Gdzie był wasz szpital polowy? 
– W Lassa Ahmed.   

background image

– Coś mi świta – przyznał. – Niedaleko granicy z Kenią? 
– Można tak powiedzieć – potwierdziła sucho. – Dość daleko, kiedy chcesz się wydostać.   
–  Jeśli  wysłałem  wam  rozkaz  o  ewakuacji,  to  przekazałem  jedynie  polecenie  z  góry  i 

zorganizowałem ciężarówkę do transportu. Nie miałem prawa podejmowania decyzji.   

Z trudem przełknęła ślinę przez ściśnięte gardło.   
– Domyślam się, że doktorowi Fraserowi nie udało się uciec? – zapytał cicho.   
– Nie.   
– Rozumiem, że mnie za to obwiniasz? 
– Nie wiem, co myśleć – odrzekła drżącym głosem.   
–  Wierz  mi.  –  Roześmiał  się  bez  śladu  radości.  –  Nie  miałem  takiej  władzy.  Nie  ja 

podjąłem  decyzję  o  ewakuacji.  Mogłem  jedynie  przekazać  wiadomość  od  koordynujących 
wszystkie placówki. Doradzamy ludziom szybki wyjazd i organizujemy transport. Jeśli wolą 
zostać,  to  ich  decyzja.  Równocześnie  nadzorujemy  wiele  różnych  operacji.  Miałem  własną 
pracę i musiałem myśleć o własnym bezpieczeństwie.   

Niewiele pamiętał, to jasne. Signy nie chciała mu mówić, że nie tylko  Dominik zaginął. 

Ona sama postanowiła zostać dwa dni dłużej, by zaczekać na Dominika. To było kalkulowane 
ryzyko...   

Przez chwilę stali, patrząc na siebie w mroku, potem Dan dotknął lekko jej ramienia.   
– Chodźmy – zaproponował. – Pierwszy raz pojechałem do Afryki z Lekarzami Światu na 

trzecim  roku  medycyny  –  zaczął  opowiadać,  przerywając  moment  niezręcznego  milczenia. 
Wysłali  mnie  wtedy  do  Afryki  Południowej,  do  szpitala  polowego  niedaleko  miasta 
zamieszkałego przez czarnych. Miało  tam  być  względnie bezpiecznie, odpowiednie miejsce 
dla  takiego  nowicjusza.  Trudno  mi  opisać,  co  widziałem.  Miałem  świadomość,  że  załatam 
komuś ranę, będę walczył o jego życie, a on potem pójdzie i znowu zostanie ranny.   

– Tak, wyobrażam sobie – przyznała Signy. – Wiem, że nie mam monopolu na rozterki. 

Ale nic na to nie poradzę.   

Spacerowali w milczeniu. Ścieżka zawiodła ich do ogrodzenia z łańcuchów stanowiącego 

ostateczną  linię  graniczną  między  lasem  a  osiedlem.  Teren  przy  ogrodzeniu  obsadzono 
kwiatami, które w razie pożaru nie stanowiły zagrożenia.   

– Jeśli trudno nam o czymś rozmawiać – ciągnął cicho Dan – to dlatego, że nie potrafimy 

doszukać  się  sensu  w  tym,  co  się  stało.  Później  odkrywamy,  że  rozmowa  z  innymi,  którzy 
mieli podobne doświadczenia, jest rodzajem oczyszczenia.   

– Być może – zgodziła się.   
Dan niechcący dotknął jej ramienia i miała ochotę się rozpłakać, pragnąc uwolnić to, co 

tak długo dusiła w środku. Może jeszcze nie teraz, pomyślała i odsunęła się od niego.   

– Ale chcesz wrócić do tej pracy? – zapytał.   
– Tak sądzę. Ale nie taka zielona i naiwna. Chcę być jak najlepiej przygotowana i mieć 

wybór,  dokąd  jadę,  o  ile  to  możliwe.  Może  nie  wrócę  do  Afryki,  przynajmniej  przez  jakiś 

czas.   

– Jeździmy tylko tam, gdzie nas chcą. Nie możemy nic dyktować. To nie jest organizacja 

dobroczyńców. Uczymy się pokory i w pewnym sensie cynizmu – zauważył. – Idealizm jest 

background image

cudowny, ale musisz stąpać po ziemi pewnym krokiem.   

Nie  chciała  mu  powiedzieć,  że  nie  wsiadła  do  tamtej  ciężarówki,  która  po  nich 

przyjechała. Nareszcie dotarło do niej, ile miała szczęścia, że żyje.   

Powoli ruszyli dalej. Było coś magicznego w powietrzu, jakaś aksamitna łagodność, choć 

no zachodzie słońca się ochłodziło. Wiatr od oceanu poruszał wierzchołkami drzew.   

– Dlaczego chcesz to ciągnąć? – zapytał.   
–  Poddać  się  teraz,  po  tym,  co  przeszłam,  byłoby  zdradą  wobec  innych,  którzy  okazali 

wielką  odwagę  i  oddanie  pracy.  –  Miała  zamiar  powiedzieć,  że  byłoby  to  zdradą  wobec 
Dominika, ale ugryzła się w język. Może Dan już domyślił się reszty jej historii, ale nie była 
gotowa  do  zwierzeń.  Przez  długi  czas  po  tym  wszystkim  czuła  się  tak,  jakby  żyła  we  śnie. 
Obsesyjnie myślała o Dominiku, o tym, jak razem pracowali, o wszystkim, co jej powiedział, 
jak śmiali się z dowcipów...   

Oczywiście, nie kochała go tak jak Simona. Byli kolegami z pracy i dzięki niej bardzo się 

do siebie zbliżyli. W ich związku nie było romantyczności, raczej poczucie lojalności.   

– Muszę ci jeszcze coś powiedzieć, Signy, choć przyjdzie mi to z trudnością.   
Czekała.   
– Uważaj na Maxa Seatona.   
Poczuła, że się czerwieni i  była zadowolona, że Dan nie może tego widzieć.  Jego twarz 

była tylko bladą plamą w mroku.   

– Dlaczego? – zapytała. – Jesteśmy wszystkie dorosłe.   
–  On  lubi  podboje  –  powiedział.  –  A  tu  jest  mnóstwo  kobiet,  które  pod  wieloma 

względami są wrażliwe.   

– O? – zauważyła cierpko. – Na przykład jakimi względami, doktorze Blake? 
– Nie muszę ci tego literować, Signy – odparł spokojnie.   
– Myślę, że potrafimy o siebie zadbać – stwierdziła.   
–  Niemniej  bardzo  dziękuję  za  ostrzeżenie.  A  jeśli  kobieta  sama  wybiera  przyjaźń  albo 

romans z bardzo przystojnym i atrakcyjnym mężczyzną? 

– To niezbyt mądre.   
–  Ostatnio  odeszło  z  mojego  życia  dwóch  bardzo  mi  drogich  mężczyzn.  Nie  szukam 

pocieszenia,  więc  niepotrzebne  mi  ostrzeżenia.  –  Nie  kochała  ich  obu  w  ten  sam  sposób. 
Dominika traktowała jak brata.   

Ku jej irytacji Dan milczał.   
– To dziwna rozmowa, zwłaszcza że dopiero się poznaliśmy – zauważyła.   
–  Nie  mamy  zbyt  wiele  czasu.  Bywa,  że  szukamy  jakiejś  namiastki  stabilizacji,  kiedy 

jesteśmy poza domem. To zrozumiałe. To dotyczy wszystkich.   

– Nawet ciebie? 
– Nawet mnie.   
–  Nie  potrzebuję  kazań  –  powtórzyła  z  uporem.  –  Nie  szukam  stabilizacji.  Myślę,  że 

potrafię ocenić charakter ludzi i ich motywy. – Czy naprawdę tak było w przypadku Simona? 
To pytanie dręczyło ją, jak również wspomnienie jej młodzieńczej beztroski. Ale teraz była 
starsza i może nawet mądrzejsza.   

background image

– To dobrze – stwierdził.   
– Czy próbujesz zdobywać bezbronne kobiety, doktorze? – zapytała, słysząc niechęć we 

własnym głosie.   

Patrzył na nią w milczeniu dłuższą chwilę.   
– Wolę, kiedy wszystko idzie zgodnie z rytmem natury – powiedział w końcu.   
Wracali w milczeniu. Signy czuła się spięta. Gdy dotarli – do ośrodka, usłyszeli muzykę 

dochodzącą ze stołówki.   

– Ktoś zorganizował przyjęcie – wyjaśnił Dan. – To się często zdarza.   
Gdy weszli na oświetlony teren, odwrócił się do niej i ukłonił.   
–  Czy  zaszczyci  mnie  pani  tańcem,  panno  Clover?  Mimo  niechęci,  której  nie  mogła 

zrozumieć, uznała, że Dan jest z nią szczery, a nawet pod wieloma względami przyjacielski. 
Bez słowa skinęła głową.   

W stołówce światło było przygaszone. Z wieży płynęła łagodna muzyka. Była tu wyraźna 

przewaga kobiet, choć pojawiło się paru mężczyzn, – którzy zapewne pracowali w obozie i na 

wyspie – przy konserwacji, w kuchni czy w lesie. Między nimi był też Jock McGregor.   

Dan przyciągnął ją do siebie.   
– Udawaj przynajmniej, że się bawisz – rzekł, pochylając ku niej głowę. – Może w końcu 

zaczniesz.   

Poruszali  się  w  takt  muzyki  na  malej  przestrzeni  wygospodarowanej  pośrodku  wielkiej 

sali.   

Terri pomachała do niej znad ramienia Maxa. Dan trzymał ją lekko, ale pewnie, i poruszał 

się w rytm równie naturalnie jak ona. Była to dla niej następna niespodzianka.   

W  końcu  odprężyła  się  i  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  jest  tak  blisko  Dana,  że  przez 

bluzkę czuje jego ciepło. Pospiesznie odsunęła się od niego.   

–  Masz  ochotę  na  drinka?  –  zapytał  Dan,  wyczuwając  jej  reakcję.  –  Colę,  albo  coś 

innego? – W jego oczach błyszczało rozbawienie. – Muszę się nieco poudzielać.   

– Hm... tak, z chęcią – wymamrotała speszona.   
Gdy  Dan  odszedł,  przeciskając  się  przez  niewielki  tłumek,  Signy  poczuła,  jak  ktoś  ją 

odwraca niczym piórko i wpadła prosto w ramiona Maxa Seatona.   

– Czekałem na to – oznajmił przytłumionym głosem. – Myślałem, że już nigdy nie będę 

miał okazji zobaczyć cię z bliska... – Roześmiał się cicho, patrząc na nią z admiracją.   

–  Co?  –  zapytała,  myśląc,  jak  bardzo  Max  jest  przystojny  i  pewny  siebie.  Jednak  tym 

razem pozostała niewzruszona.   

Kiedy muzyka ucichła, stanęli blisko drzwi, dzięki manewrom Maxa, jak podejrzewała.   
– Odetchniemy nieco świeżym powietrzem? – zaproponował.   
–  Dość  nałykałam  się  świeżego  powietrza.  –  Zaśmiała  się.  –  A  Dan  ma  mi  przynieść 

drinka. Powinien pan poudzielać się nieco, doktorze, skoro jest tak niewielu panów.   

Wzruszył ramionami.   
– Możliwe – przyznał. – Powinnaś to poradzić zacnemu Danowi.   
Słowo  „zacny”  dziwnie  do  Dana  nie  pasowało.  Sugerowało  poczciwego  i  niezdarnego 

człowieka, jakim nie był. Miał na pewno ciekawą i skomplikowaną osobowość. Zdziwiła się, 

background image

że go broni, choćby tylko w myślach, na przekór swojej antypatii.   

– Cóż, przepraszam – powiedziała nieco niezręcznie. Dan stał przy ladzie obok okna do 

kuchni,  otoczony  wianuszkiem  pielęgniarek,  i  prowadził  z  nimi  ożywioną  rozmowę.  Jeśli 
Signy spodziewała się, że będzie na nią czekał, to się rozczarowała. Ale spokojnie odwrócił 
się do niej i wręczył jej szklankę.   

– Pani drink, panno Clover – powiedział. – Niestety, już prawie bez bąbelków.   
–  Dziękuję  –  odrzekła  sztywno.  Wydawało  jej  się,  że  jego  słowa  miały  jakieś  ukryte 

znaczenie.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Niedziela  była  dniem  odpoczynku.  Signy  wstała  późno,  ubrała  się  i  poszła  na  śniadanie 

połączone  z  lunchem.  Myślała  zeszłej  nocy,  że  z  nadmiaru  wrażeń  nie  zaśnie,  tymczasem 
niemal natychmiast zapadła w sen.   

Connie i Pearl siedziały przy stoliku w towarzystwie dwóch innych pielęgniarek.   
– Cześć – przywitała się Signy.   
– Cześć – odparła Connie. – Zapraszamy do nas. Signy przyniosła sobie kawę, rogalika i 

sałatkę owocową.   

–  Mamy  prawdziwe  babie  lato  –  zauważyła  Connie.  –  Masz  jakieś  plany  na  dzisiaj, 

Signy? Chcemy wybrać się w kilka osób na spacer. Miałabyś ochotę? 

–  Owszem  –  odparła  –  ale  muszę  wysłać  parę  emaili  do  rodziny  i  przyjaciół,  aby  ich 

zawiadomić,  że  bezpiecznie  dojechałam.  Mama  nie  będzie  mogła  spać,  dopóki  nie  dostanie 
dobrych wieści. Muszę też pomyśleć, jak zarabiać na życie między wyjazdami. Przywiozłam 
trochę gazet z ogłoszeniami.   

–  Ja  też  –  przyznała  Pearl.  –  Pewnie  wybieramy  złe  rozwiązanie,  pracując  dla  tej 

organizacji, przynajmniej w mniemaniu naszych bliskich. Tu, w Kanadzie, nic nam nie grozi, 
ale moja rodzina dowiedziała się wszystkiego o niedźwiedziach grizzly. Mówiłam, że tu ich 
nie będzie, ale to chyba kłamstwo.   

– Przestałam mówić ludziom, dokąd mnie wysyłają – wyznała Connie. – Jest im wtedy 

łatwiej,  mnie  też.  Ale  jestem  pewnie  co  najmniej  piętnaście  lat  starsza  od  was,  więc  jest 
różnica.  Mam  siedemnastoletniego  syna,  który  zostaje,  z  moją  mamą,  kiedy  wyjeżdżam  za 
granicę. On jest ze mnie dumny, tak przynajmniej myślę. Obecnie staram się nie jeździć tam, 
gdzie jest zbyt niebezpiecznie. Większość czasu pracuję tutaj, w miejskim szpitalu. Dajcie mi 
trzęsienie  ziemi,  wybuch  wulkanu  albo  huragan...  Wolę  to  od  zamieszek  czy  jakiegoś 
straszliwego wirusa Eboli.   

Rozmawiały, zdradzając sobie szczegóły swojego życia.   
–  Już  dostałyśmy  przydziały  na  dwa  tygodnie,  wywiesili  listę.  –  Pearl  pokazała  Signy 

korkową tablicę przy drzwiach. – My wszystkie z Łosia będziemy z Danem Blakiem. Lecimy 
hydroplanem  do  niewielkiej  miejscowości  na  wybrzeżu  Kolumbii  Brytyjskiej,  o  której 
wspominała Connie. Brookes Landing.   

–  Parę  lat  temu  była  to  osada  drwali  –  wyjaśniała  Connie.  –  Jest  tam  mały  szpital. 

Musimy być o siódmej trzydzieści na przystani hydroplanu.   

– To mnie intryguje. – Signy podeszła do tablicy, podniecona i zdenerwowana zarazem, 

jak zwykle na początku nowego zadania. – Cóż – skomentowała, siadając z powrotem przy 
stole.  –  Mamy  dwa  tygodnie,  żeby  dowiedzieć  się  czegoś  o  tym  miejscu.  Chyba  nam  nie 

ucieknie.   

– Żebyś wiedziała – uśmiechnęła się Connie.   
Następne  dwa  tygodnie  wykładów,  ćwiczeń  na  orientację  i  szkolenia  minęły  szybko  i 

przyjemnie. Wielu wykładowców przyjeżdżało na wyspę gościnnie. Dan Blake i Max Seaton 

background image

siedzieli tam prawie przez cały czas, choć czasami wzywały ich na ląd obowiązki zawodowe.   

Signy z ulgą stwierdziła, że Dan jej nie wyróżnia.   

Przeczytała broszurę o trzęsieniach ziemi. Już pierwsze zdanie było otrzeźwiające.   
„Podczas  trzęsienia  ziemi  będziesz zdany  na  samego  siebie,  i  bądź  przygotowany  na  tę 

ewentualność”.   

Signy  odkryła,  że  koszmarne  sny  dręczą  ją  tutaj  znacznie  rzadziej  niż  w  Anglii,  może 

dlatego,  że  znalazła  się  w  otoczeniu  koleżanek,  które  miały  podobne  doświadczenia. 

Kolektywna empatia podtrzymywała ją na duchu.   

W  poniedziałek,  dwa  tygodnie  później,  leciało  w  samolocie  siedem  osób  –  cztery 

pielęgniarki z Łosia, Dan i Max oraz pilot, którego dotąd nie znały.   

Był  piękny,  słoneczny  dzień,  powietrze  czyste  i  rześkie,  niebo  i  morze  błękitne, 

kontrastujące  z  szarymi  skałami  brzegu  wyspy  i  ciemną  zielenią  wysokich  drzew  iglastych. 
Signy patrzyła na morze w dole, ale czuła wzrok Maxa wwiercający się w jej kark. Albo z 
jakiegoś  powodu  obdarzył  ją  szczególną  uwagą,  albo  tylko  korzystał  z  każdej  okazji,  aby 
poderwać kogoś, kto akurat się napatoczył. Uniosła głowę i zauważyła, że Dan spojrzał na nią 
przełomie, z sardonicznym błyskiem w oczach. Większość czasu rozmawiał z siedzącą za nim 
Terri.   

– Z pewnością uznasz Brookes Landing za zwykłą dziurę – odezwał się Max, gdy Signy 

odwróciła się nieco, urażona, że Dan uważał za stosowne ostrzec ją przed tym człowiekiem, 
jakby była dzieckiem i sama nie potrafiła decydować.   

Może Dan ma dobre intencje, choć nie była tego pewna. Czemu nikt nie ostrzegł jej przed 

Danem, zapytała siebie, patrząc, jak tenże Dan rozmawia z Connie i Pearl, przekrzykując ryk 

silników. Ale przecież z Danem nic nie będzie jej łączyć...   

– Jak długo jesteś chirurgiem w Brookes Landing? – zapytała Maxa.   
– Od paru ładnych lat. Pracuję też w kilku innych miejscowościach. Wiele podróżuję. W 

Brookes Landing robimy wszystkiego po trochu, jeśli tylko jesteśmy w stanie. Kiedy coś jest 

dla nas za trudne, odwozimy pacjentów do Vancouveru.   

Signy  pokiwała  głową,  podejrzewając,  że  nie  jest  to  tylko  luźna  pogawędka  dla  zabicia 

czasu. Wszystko, co Max jej mówił i pokazywał z okna – a przelatywali nad licznymi małymi 

wysepkami – było częścią ćwiczeń z orientacji i szkolenia.   

Jest  coś  takiego  w  tym  dziwnym  miejscu,  myślała,  co  pomaga  zobaczyć  siebie  i  swoje 

zmartwienia  z  innej  perspektywy.  I  niektóre  z  tych  problemów  wydają  się  przez  to  bez 

znaczenia.   

Brookes  Landing przypominało wielką wioskę – drewniane domy stały porozrzucane na 

kilku  wzgórzach  schodzących  do  oceanu.  Tam,  gdzie  kończyły  się  domy,  rozpościerał  się 
rozległy,  oczyszczony  z  drzew  teren,  dalej  ciemniał  las.  Pielęgniarki  widziały  wszystko  z 
powietrza, gdy hydroplan zniżał lot.   

Potem ruszyli z przystani do budynku lotniska, który był niepokaźny, wręcz prymitywny.   
–  Musimy  się  zameldować  –  wyjaśnił  Max.  –  Lubią  wiedzieć,  kto  odwiedza  ich  osadę, 

zwłaszcza jeśli są to lekarze i pielęgniarki.   

– Max tym się zajmie – odezwał się Dan – a my wsiądziemy do samochodu.   

background image

– Wygląda jak miasteczko z pogranicza – zauważyła Pearl.   
– Jest odcięte od świata – potwierdził Dan. – Tutejsze drogi prowadzą donikąd. Jest tylko 

mnóstwo szlaków drwali. Podróżuje się samolotem albo łodzią.   

Wsiedli do mikrobusu i kiedy Max do nich dołączył, ruszyli powoli pod górę. Samochód 

prowadził Dan. Zaczęło mżyć. Patrząc na ocean, Signy stwierdziła, że w krótkim  czasie od 
ich przylotu pojawiła się nad wodą cienka warstwa mgły.   

Wszystkie  rozglądały  się  z  zaciekawieniem,  niewiele  mówiąc.  To  miejsce  odizolowane 

od  świata  otrzeźwiło  je.  Signy  czuła,  jakby  znalazła  się  w  scenerii  z  kartki 
bożonarodzeniowej,  gdzie  widać  choinki  i  osobliwe  drewniane  chaty.  Wąskimi  ulicami 
poruszało się niewiele osób. Powoli minęli sklep i pocztę, przed którą stał mężczyzna, który 
ich pozdrowił. W oddali, w porcie, kołysały się przycumowane łodzie.   

–  To  moja  chata  –  oznajmił  Dan,  wskazując  coś,  co  Signy  wzięła  za  wielką  szopę  z 

cedrowym gontem. Na drewnianej werandzie widniał napis: CHATA POD CZAPLĄ.   

– To pana dom, doktorze? – zapytała uprzejmie Connie, ale nie mogła ukryć zdziwienia.   
– Tylko kiedy jestem w Brookes Landing – wyjaśnił.   
– Mam mieszkanie w mieście.   
Pozostałe pielęgniarki  milczały,  wymieniając spojrzenia i  zastanawiając się,  jak poradzą 

sobie w tej dzikiej głuszy.   

Szpital  był  tu  jednym  z  nielicznych  murowanych  budynków  –  jednopiętrowy, 

przysadzisty, otoczony drzewami i ogrodem.   

– Ten szpital  służy też innym  osadom  na wybrzeżu – wyjaśnił Max, otwierając główne 

drzwi – jak również ludziom, którzy mieszkają w osadach drwali.   

–  Och,  doktor  Blake!  Doktor  Seaton!  –  ucieszyła  się  pielęgniarka  w  średnim  wieku, 

siedząca w recepcji. – I przywieźliście pomoc! To wspaniale! 

Signy  zauważyła,  że  najpierw  powitała  Dana,  choć  Max  nieco  ich  wyprzedzał.  Może 

dlatego,  że  spędzał  tu  więcej  czasu.  Max  powiedział  im,  że  ma  pokój  w  szpitalu,  z  którego 

korzysta, gdy zostaje, by opiekować się pacjentami przed i po operacji.   

–  Idźcie  do  kuchni  –  ciągnęła  pielęgniarka,  obdarzając  wszystkich  serdecznym 

uśmiechem – i zjedzcie lunch. Ktoś na pewno was obsłuży.   

– Dziękuję, Maggie – powiedział Dan. – Cieszę się, że jesteś w dobrej formie.   
Kuchnia była zarówno dla pacjentów, jak i personelu. Poczęstowano ich posiłkiem, który 

właśnie przygotowano. Zajęli miejsca w sąsiadującej z kuchnią jadalni.   

–  Ten  szpital  jest  uroczy  –  powiedziała  Terri  do  koleżanek.  –  Nie  miałabym  nic 

przeciwko temu, zęby tu trochę popracować.   

– To was właśnie czeka – odparł Dan. – Po lunchu Terri i Pearl pójdą z Maxem do sali 

operacyjnej, gdzie czeka go kilka zabiegów chirurgicznych. Connie i Signy pójdą ze mną, na 

wizyty domowe.   

Signy  usiłowała  ukryć  rozczarowanie,  bo  myślała,  że  spędzi  czas  z  Maxem,  który  miał 

mniej  skomplikowaną  osobowość  od  Dana  i  dlatego  w  jego  towarzystwie  czuła  się  mniej 
spięta.   

– Wizyty? – spytała zdziwiona.   

background image

–  Tak,  w  lesie  –  wyjaśnił.  –  Pojedziemy  samochodem  terenowym.  Muszę  odwiedzić 

ciężarną i chorego na raka okrężnicy. Niewiele już możemy dla niego zrobić, bo zrezygnował 
z chemioterapii, chce zostać w lesie ze swoją żoną. Ale może w każdej chwili przyjechać tu 

do szpitala, jeśli zmieni zdanie.   

– Czy przez to nie masz więcej pracy? – zapytała Terri. Dan wzruszył ramionami.   
–  Raczej  nie.  Musimy  uszanować  jego  życzenie.  Przede  wszystkim  to  praca  dla 

pielęgniarek, które jeżdżą do niego częściej ode mnie, i dla jego żony, rzecz jasna.   

– A co z ciężarną? – spytała Connie. – To jej pierwsze dziecko? 
– Nie, trzecie – odparł Dan. – Ma przyjechać do szpitala na pierwszy sygnał zbliżającego 

się porodu, albo na tydzień przed wyznaczonym terminem, albo gdyby były jakieś problemy. 
Mówię moim pacjentkom, że spełnię wszystkie ich życzenia, na tyle, na ile będę w stanie, ale 
jeśli nie będą się stosować do moich zaleceń, to za nic nie odpowiadam.   

Po  lunchu  ruszyli  w  drogę  starym  jeepem.  Signy  wolała  usiąść  z  tyłu.  W  towarzystwie 

Dana znowu czuła się nieswojo, może dlatego, że on zachowywał się swobodnie i był w tym 
środowisku u siebie. Ona natomiast była zagubiona, jak ryba pozbawiona wody.   

Zatrzymali się przy Pod Czaplą, by zabrać ekwipunek medyczny, i pojechali dalej. Choć 

deszcz  ustał,  powietrze  było  przesycone  wilgocią,  a  odległe  góry  i  pobliskie  wzgórza 
zakrywały gęste, nisko zawieszone chmury.   

– To jedna z dróg drwali, o której mówiłem – wyjaśnił Dan, prowadząc ostrożnie pojazd 

wąską drogą. – Kiedyś jeździły tędy wielkie ciężarówki, ściągając bale z lasu do wody, skąd 
spływały do tartaku. Dawniej robiono to końmi. Teraz skończono już z wyrębem, ale ludzie w 
Brookes Landing utrzymują drogi dla własnego użytku.   

Odwrócił głowę do Signy.   
– Widziałaś kiedyś coś podobnego? – zapytał nieco zaczepnym tonem, sugerującym, że 

pewnie nigdy nie znalazła się w takiej głuszy.   

– Przypomina mi to nieco Kent – odparła obojętnie.   
Istotnie, w okolicach hrabstw Kent i Sussex były całkiem spore lasy. Signy nie chciała, by 

Dan  myślał,  że  całe  życie  spędziła  na  betonowych  chodnikach,  ani  że  to  jedyne  dzikie 
miejsce, jakie poznała.   

Dan spojrzał na nią dziwnie i znowu wlepił wzrok w drogę.   
– Powiedz nam coś więcej o tym pacjencie z rakiem – poprosiła.   
–  Nazywa  się  Feliks  George.  Jakiś  czas  temu  miał  resekcję  jelita  z  powodu  guza.  Był 

poddany chemioterapii, ponieważ zaatakowane były węzły chłonne. Myśleliśmy, że wszystko 
jest w porządku, potem jednak pojawiły się przerzuty na wątrobie.   

–  Znana  historia  –  rzuciła  uwagę  Connie.  –  Powinno  być  więcej  rutynowych  badań 

kontrolnych na raka okrężnicy, ponieważ jest dość częsty.   

– Zgadzam się – przytaknął Dan. – Feliks zaczął tracić na wadze i czuł się niezbyt dobrze, 

ale nic z tym nie robił, aż było za późno. Dużo podróżował i rzadko się badał. Teraz wrócił tu 
na  dobre  i  nic  dla  niego  nie  możemy  zrobić,  dopóki  nie  zdecyduje  się  na  dalszą 
chemioterapię. Już może być na to za późno, rzecz jasna. To bardzo przygnębiające.   

Connie i Signy milczały. Obie znały podobne przypadki. Może Feliks chce do końca żyć 

background image

w miarę normalnie? 

Skręcili  w  drogę,  która  po  dobrej  chwili  doprowadziła  ich  do  budki  należącej  do 

strażników leśnych.   

– Musimy przejść spory kawałek tym szlakiem. – Dan pokazał wąską ścieżkę znikającą 

wśród drzew.   

Signy  patrzyła,  jak  wyskoczył  z  samochodu,  a  potem  zdała  sobie  z  zażenowaniem 

sprawę, że zagapiła się na niego, a Connie tymczasem zdążyła już wysiąść. Prawdę mówiąc, 
nie potrafiła go rozgryźć. Nadal nie otrząsnęła się z szoku, gdy odkryła, że był w tym samym 
czasie w Afryce,  i  nadal pragnęła dowiedzieć się czegoś  więcej.  Łatwo jest  zrzucić winę na 
kogoś, wiedziała o tym aż nadto dobrze.   

Pierwszą  rzeczą,  jaką  Dan  wyjął  z  torby,  była  broń.  Connie  i  Signy  obserwowały  w 

milczeniu, jak sprawdza, czy jest naładowana.   

–  To  na  wypadek  niespodziewanych  spotkań  w  dzikiej  głuszy  –  powiedział.  –  Z 

kuguarami i niedźwiedziami.   

Włożyli kurtki przeciwdeszczowe, podzielili się bagażem i ruszyli w drogę.   
–  Fajnie  jest  tak  sobie  pospacerować  –  stwierdziła  Connie,  robiąc  głęboki  wdech.  – 

Oddychać czystym powietrzem, doświadczyć głębokiej ciszy, która aż dzwoni w uszach.   

–  Owszem  –  zgodziła  się  Signy.  –  Mówisz  jak  poetka.  Nie  wiem,  czy  dorównam  ci 

elokwencją.   

–  Jeśli  uważasz  to  za  elokwencję  –  uśmiechnęła  się  Connie  –  powinnaś  mnie  słyszeć, 

kiedy się kłócę z pacjentami na nagłych wypadkach. Wiesz, z tymi uparciuchami.   

– O, w tym wszyscy jesteśmy dobrzy – wtrącił Dan i roześmiali się wesoło.   
–  Rozumiem,  dlaczego  potrzebne  były  traperki  –  rzekła  Signy,  patrząc  na  nierówną 

ścieżkę usianą małymi, wystającymi kamieniami.   

– A propos obuwia – odezwał się Dan. – Panuje tu zwyczaj, że zdejmuje się buty przed 

wejściem  do  czyjegoś  domu  czy  chaty,  bez  względu  na  to  jak  bardzo  jest  uboga,  żeby  nie 
wnosić brudu. Przyznaję, jest to odrobinę męczące.   

Dom  Feliksa  George’a  i  jego  żony  okazał  się  skromnym  drewnianym  bungalowem 

położonym  wśród  iglaków  i  szarych  skał.  W  jałowej  glebie  udało  się  założyć  rabatki 
kwiatowe i mały ogródek warzywny. Cała trójka oddychała ciężko, gdy do pokonania zostały 
im tylko stopnie werandy.   

– Myślałam, że jestem w formie – rzekła Connie z westchnieniem.   
Zanim  zapukali,  otworzyła  im  drzwi  kobieta  w  średnim  wieku,  z  siwymi  włosami 

związanymi z tyłu w koński ogon. Na jej zmęczonej, zniszczonej wiatrem i deszczem twarzy 
pojawił się uśmiech.   

–  Doktor  Blake!  –  zawołała.  –  Miałam  nadzieję,  że  przyjedzie  pan  dzisiaj.  To  miło. 

Proszę wejść.   

– Miło cię widzieć, Donno – powiedział Dan, odwzajemniając uśmiech.   
Signy  z  podziwem  patrzyła  teraz  na  Dana  –  był  miły  w  obejściu,  pełen  współczucia  i 

serdeczności.  Nigdy  nie  przekroczył  granicy  poufałości,  nawet  kiedy  zadawał  jej,  Signy, 
pytania podczas jazdy do obozowiska czy podczas tańca. Zauważyła, że ludzie go lubią.   

background image

– Poznaj dwie pielęgniarki z programu pomocy – zwrócił się do Donny George. – Mam 

nadzieję, że nie pogniewacie się z Feliksem, że je przywiozłem. Wspominałem wam o tym.   

– Ależ to wspaniale – odparła Donna, podając rękę Connie, a potem Signy. – Naprawdę 

podziwiam waszą pracę. Jeździcie w te miejsca, dokąd nikt nie chce jechać. Czytałam o tym i 
urządzam zbiórkę pieniędzy na rzecz organizacji.   

– Dziękujemy – rzekła Signy z uśmiechem, zaskoczona serdecznym powitaniem.   
Jednocześnie poczuła coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Nie była pewna, czy w sytuacji 

zagrożenia zawsze reagowała jak osoba dojrzała. Słuchając wykładów Dana, Maxa i innych, 
zaczęła  inaczej  postrzegać  swoje  doświadczenia.  Choć  wcześniej  przeszła  szkolenie,  tym 
razem  to,  czego  się  dowiadywała,  rzucało  całkiem  inne  światło  i  na  teorię,  i  na  jej 
dotychczasową pracę.   

Dan przeszedł przez próg i schylił się, by zdjąć buty.   
– Jak Feliks, Donno? – zapytał cicho. – Coś się zmieniło od zeszłego tygodnia? 
Kobieta zawahała się.   
–  Fizycznie  jest  nadal  w  dobrej  formie  –  odparła  z  namysłem  –  myślę  jednak,  że  jest 

przygnębiony. Bardziej niż dotąd. Czasami bierze środki przeciwbólowe, które pan zostawił. 
Nie lubi narzekać, więc podejrzewam, że cierpi bardziej, niż widać. A może to depresja? 

– Rozumiem – powiedział Dan. – Jest przybity? 
– Tak, zrobił się bardzo cichy. Niby nic takiego, ale czy nie byłoby dobrze dać mu jakieś 

leki na poprawę samopoczucia? To jednak pan musi zaproponować, doktorze. Nie chcę, aby 
wiedział,  że  rozmawiam  o  tym  za  jego  plecami.  Jest  bardzo  przewrażliwiony  pod  tym 
względem.   

Signy poczuła głęboką sympatię do tej zmęczonej kobiety, pielęgnującej  ciężko chorego 

męża w tym odludnym miejscu. Rozejrzała się dokoła i stwierdziła, że w chacie jest prąd, nie 
byli  więc  zupełnie  odcięci  od  świata.  Zauważyła  też,  że  dom  jest  wyposażony  w  wiele 
nowoczesnych urządzeń.   

– Porozmawiam z nim – obiecał Dan. W jego głosie zabrzmiała ciepła, uspokajająca nuta, 

która znowu poruszyła Signy.   

–  Będę  panu  wdzięczna  –  odparła  Donna  z  ulgą.  Podążając  za  gospodynią  do  środka, 

Signy  wyczuła,  że  Connie  też  ma  wrażenie,  że  Donna  jest  bliska  załamania,  że  wystarczy 
drobiazg, a wybuchnie płaczem. Domyślały się, że jest silną i zaradną kobietą, która wytrwa, 
jak długo będzie mogła, jeśli tego pragnie jej mąż, ale że zawiozłaby go do szpitala, gdyby 
tego wymagała sytuacja.   

Chory siedział przy biurku w pokoiku przy kuchni, zwrócony twarzą do okna, z którego 

rozciągał się widok na krajobraz nietknięty przez człowieka. Piękne drzewa iglaste w różnych 
odcieniach zieleni, skaliste wzgórze porośnięte krzewami i trawą.   

Gdy weszli, niechętnie oderwał oczy od tego widoku.   

Na  wielkim,  zajmującym  prawie  cały  pokój  biurku  stał  komputer,  drukarka,  faks  i  dwa 

telefony. Komputer był włączony. Przynajmniej mogą się komunikować z ludźmi, pomyślała 

Signy. Ona nie miała takich możliwości w Afryce, ani jej koledzy... ani Dominik.   

Białka  oczu  Feliksa  były  zabarwione  na  żółto,  podobnie  jak  skóra.  Dla  Signy  była  to 

background image

oznaka choroby wątroby.   

– Dan, miło cię widzieć. – Feliks uśmiechnął się na powitanie.   
Był  wysoki,  miał  ponad  metr  osiemdziesiąt  wzrostu,  i  widać  było,  że  sporo  schudł,  bo 

miał zapadnięte policzki i pozbawione blasku oczy.   

Dan przedstawił pielęgniarki i usłyszał zapewnienie, że Feliks nie ma nic przeciwko ich 

wizycie.  Donna  przeprosiła  ich  i  wyszła  przygotować  kawę.  Signy  usiadła  na  wskazanym 
krześle. Podejrzewała, że kobieta nie chce już słuchać o chorobie męża, odrzucając okrutną 
prawdę, że zbliża się koniec.   

Dan  zapytał  pacjenta  o  jego  samopoczucie  i  zaproponował  lek  antydepresyjny,  na  co 

Feliks się zgodził. Potem Signy i Connie pomogły przy pobieraniu krwi do badania.   

– Ten komputer to dar niebios – powiedział chory. – Tak jak i faks. Jestem bezustannie w 

kontakcie  z  kim  tylko  chcę,  łącznie  ze  starymi  przyjaciółmi,  których  nie  widziałem  od  łat. 

Wszyscy przysyłają mi wiadomości. To bardzo mi pomaga.   

Dan  rozmawiał  z  nim  o  sprawach  nie  związanych  z  medycyną,  wypisując  druki  dla 

szpitalnego laboratorium.   

– Chciałbym cię zbadać, Feliks – powiedział. – Jak zwykle.   
– W porządku.   
Pacjent podszedł do wąskiej kozetki przy ścianie, gdzie odpoczywał za dnia. Dan osłuchał 

go  stetoskopem,  zmierzył  ciśnienie,  potem  delikatnie  obmacał  brzuch.  Connie  i  Signy 
również zbadały brzuch, czując nieregularny kształt chorej wątroby.   

Później  przeszli  na  kawę  do  kuchni  i  rozmawiali  na  najrozmaitsze  tematy  dotyczące 

miejscowych  problemów,  by  zapomnieć  o  chorobie.  Przed  wyjściem  Dan  zostawił  zapas 

leków, które ze sobą przywiózł.   

Ruszyli ścieżką w dół, na zakręcie odwrócili się, by pomachać do Donny i Feliksa, którzy 

stali na werandzie.   

– Jakie to smutne – powiedziała Connie, kiedy odeszli dalej. – Dobrze, że przynajmniej 

może zostać w domu ze swoimi gadżetami.   

–  Tak,  on  lubi  takie  rzeczy,  podobnie  jak  przyrodę  –  rzekł  Dan  odrobinę  zmęczonym 

głosem, świadczącym o tym, że wizyta poruszyła go bardziej, niż jako lekarz mógł przyznać. 
– Może przedyskutujemy teraz ten przypadek? – spytał, zatrzymując się. – Zakładam, że obie 
wyczułyście guzy wątroby i zauważyłyście nagromadzenie płynów w jamie brzusznej? 

–  Tak.  –  Signy  skinęła  głową.  Płyny  w  jamie  brzusznej  wskazywały,  że  guzy  wątroby 

rozrosły się do tego stopnia, że tamowały przepływ krwi i limfy. – Zatrzymasz go w domu? 

– Jak mówiłem, to zależy od niego, i on o tym wie – odparł Dan. – To jego decyzja, łub 

jego  żony,  jeśli  już  nie  będzie  dawała  sobie  rady.  Jeśli  poproszą  mnie  o  skierowanie,  to  je 
dostaną. Dopóki się nie zdecydują, będę starał się im ulżyć. Muszę dobrać odpowiednie leki, 
żeby nie cierpiał. W tej chwili codziennie odwiedza go miejscowa pielęgniarka.   

Szli przez chwilę w milczeniu.   
– Przyroda wydaje się tu taka wszechpotężna, prawda? 
–  odezwała  się  w  pewnej  chwili  Signy.  –  Niemal  przytłacza.  Jakby...  jakby  człowiek 

naprawdę miał tu niewielkie szanse. 

background image

–  Tak  –  potwierdziła  Connie.  –  Trzeba  znać  i  szanować  tutejszą  przyrodę,  inaczej 

dopadnie  cię  przez  zaskoczenie.  Ale  zimy  są  niemal  łagodne  w  porównaniu  z  wieloma 
miejscami w tym kraju.   

– Zaczyna to do mnie docierać – powiedziała Signy.   
– Jednak nie jest zupełnie tak jak w Kent – zauważył Dan, patrząc z ukosa na Signy.   
– No... może i nie – przyznała, czerwieniąc się lekko.   
–  Spójrz.  –  Wskazał  dwa  duże  ptaki,  które  nagle  majestatycznie  poszybowały  nad  ich 

głowami. – To orły łyse, nazwane tak, bo ich białe głowy kontrastują z czarnym tułowiem. Z 
daleka wyglądają jak łyse.   

–  Są  wspaniałe!  –  westchnęła  z  podziwem  Signy,  patrząc,  jak  ptaki  kołują  nad 

wierzchołkiem wysokiej sosny i siadają z wdziękiem na gałęzi. – To ich królestwo. Nie nasze.   

– Mów za siebie – powiedziała Connie.   
Gdy dotarli do samochodu, Dan wyciągnął lornetkę.   
–  Popatrz.  –  Wręczył  Signy  lornetkę  i  stanął  obok.  –  Te  ptaki  wyglądają  lepiej  w 

zbliżeniu.   

Nastawiła  ostrość,  kierując  przyrząd  na  głowę  ptaka,  i  zobaczyła  gęste  białe  pióra 

kontrastujące  z  ciemniejszym  tułowiem.  Pióra  na  ogonie  też  były  białe.  Zauważyła  dumną 
głowę, żółte, bystre oczy, które wydawały się widzieć wszystko dokoła, zakrzywiony dziób, 
szpony zaciśnięte na gałęzi.   

–  Cudowne  –  wyszeptała,  jakby  ptak  mógł  się  wystraszyć  jej  głosu.  –  To  zupełnie  jak 

jakaś magia. – Uśmiechnęła się do Dana, zapominając chwilowo o swojej niechęci do niego.   

Kiedy  odpowiedział  jej  uśmiechem,  przeżyła  rzadką  chwilę  całkowitego  zespolenia, 

jakby na mgnienie oka świat uzyskał stan idealnej synchronizacji.   

–  Tak,  i  mnie  tak  się  często  wydaje  –  przyznał.  Magiczna  chwila  uleciała.  Signy 

odwróciła  od  Dana  wzrok  i  oddała  automatycznie  lornetkę  koleżance.  Kiedy  załadowali 
bagaże, Connie zajęła miejsce z tyłu.   

– Masz teraz okazję podziwiać widoki z przedniego siedzenia, Signy – powiedziała.   
Dan  zdawał  sobie  sprawę  z  jej  wahania  i  uśmiechnął  się  z  lekka  ironicznie.  Jakiś  czas 

jechali tą samą trasą, potem skręcili w inną, pełną kolein drogę.   

– Jedziemy do pacjentki, która spodziewa się dziecka – oznajmił. – Niedawno robiła USG 

w  szpitalu,  które  pokazało,  że  na  razie  wszystko  jest  w  porządku.  Wielu  pierwszych 
imigrantów  w  tych  stronach  pochodziło  z  Anglii  i  Szkocji,  między  innymi  jej  przodkowie. 
Nazywa  się  Kathy  Lahey  i  ma  trzydzieści  cztery  lata.  Czasami  ona  przyjeżdża  do  szpitala, 
czasami ja ją odwiedzam.   

Dom  Laheyów  był  bardzo  podobny  do  domu  George’ów.  Był  drewniany,  z  dachem 

pokrytym cedrowym gontem, mały i skromny. Gdy zadzwonili do drzwi, pojawiła się w nich 

niska, jasnowłosa kobieta z dwójką dzieci u boku.   

– Och, doktor Blake! – zawołała na ich widok. – Co za miła niespodzianka.   
Kathy  była  zaintrygowana,  gdy  przedstawiono  jej  gościa  z  Anglii,  skąd  pochodzili  jej 

dziadkowie. Wielu Anglików karczowało tutaj las i budowało tę osadę.   

– Jest mi bardzo miło – uśmiechnęła się Signy. – To spotkanie zachęci mnie do lepszego 

background image

poznania tutejszej historii.   

–  Nie  jest  zbyt  długa  –  odparła  Kathy.  –  Jesteśmy  względnie  nowymi  osadnikami  w 

porównaniu z Europą.   

Po  rutynowych  badaniach  wszyscy  wypili  kolejną  kawę,  podczas  gdy  dwójka  dzieci, 

siedmio – i pięcioletnie, jak zgadywała Signy, patrzyła na nich nieśmiało.   

– USG jest w normie – oznajmił Dan.   
– Dzięki Bogu – odetchnęła z ulgą Kathy. – To będzie chyba moje ostatnie dziecko. Nie 

stać mnie na więcej.   

Gdy  wracali  do  jeepa,  zadzwoniła  komórka  Dana,  przerywając  ciszę  panującą  w  tym 

odosobnionym gospodarstwie.   

– Słychać głos przyszłości – powiedziała Connie.   
– Halo! – odezwał sięDan, przystając i słuchając swego rozmówcy z poważną miną.   
– Tak... Bardzo źle? Właśnie wracamy. Mogę... Connie i Signy czekały, aż skończy.   
– Złe wieści, doktorze? – zapytała Connie.   
– Tak. Ruszamy. – Uwolnił je od ciężkiego sprzętu i pospieszył do samochodu. – Chyba 

nie wrócimy dziś na Kelp. Potrzebują nas w szpitalu. Wszystkich. Kuguar zaatakował dwóch 
ludzi i przywieziono ich tu samolotem.   

– O Boże! – zdenerwowała się Connie. – W jakim są stanie? 
Signy  nie  odzywała  się,  gdy  wkładali  bagaże  do  samochodu  i  wsiadali  do  środka.  Nie 

była pewna, co to jest kuguar, a nie chciała sprawić wrażenia ignorantki. Wiedziała tylko, że 
żyją tu kojoty podobne do lisów, które atakują domowe zwierzęta.   

– Stracili mnóstwo krwi, ale na szczęście nie mają ran na twarzach, tylko ślady kłów – 

wyjaśnił  Dan  lakonicznie.  –  Jak  na  złość,  jedyny  chirurg  w  osadzie  jest  właśnie  w  trakcie 
operacji, więc Max i ja zajmiemy się tymi przypadkami. Brakuje pielęgniarek, więc będziecie 
musiały nam pomóc. Jeśli chcecie, rzecz jasna.   

– Oczywiście – odparła Connie. – Jeśli tylko możemy.   
– A ty, Signy? – Spojrzał na nią pytająco.   
– Tak – odrzekła. – Oczywiście – dodała z lekkim wahaniem. – Nie wiem tylko, co to jest 

kuguar...   

– To taki duży kot – wyjaśniła Connie.   
– Z bardzo dużymi kłami – dodał Dan. – I ostrymi pazurami.   
– Czy takie wypadki często się zdarzają? – zapytała.   
– Kuguary rzadko atakują ludzi – rzekł Dan.   
Zajmując miejsce obok niego, zerknęła na jego poważną twarz, potem odwróciła wzrok, 

gdy  skoncentrował  się  na  prowadzeniu.  Teraz  była  już  w  stanie  wyobrazić  sobie  jego  styl 
pracy  i  była  pewna,  że  żadnych  decyzji  pochopnie  nie  podejmuje.  I  jednocześnie  poczuła 
dziwny niepokój na myśl o decyzjach, które podjęła sama...   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

– Przydałby nam się chirurg plastyczny – powiedział cicho Dan do Signy, pochylając się 

nad  pacjentem,  z  którego  otwartych  ust  dochodziło  ciche  chrapanie.  –  Nie  mówiąc  już  o 

anestezjologu.   

– Owszem – zgodziła się Signy, przemywając sterylnym tamponem ranę szarpaną na szyi 

pacjenta.   

W sali była jeszcze instrumentariuszka pracująca na pełny etat w szpitalu. Teraz panował 

względny  spokój,  aczkolwiek  przygotowanie  przerażonego  i  odwodnionego  pacjenta  do 
zabiegu  odbywało  się  w  atmosferze  rozgorączkowania.  Na  szczęście  dla  dwóch 
poszkodowanych pierwsza pomoc przyszła bardzo szybko. Max w asyście Connie operował 
drugiego pacjenta.   

Ponieważ  szpital  miał  tylko  dwóch  anestezjologów,  zajętych  w  tej  chwili  innymi 

operacjami,  ich  pacjent  otrzymał  dożylnie  środek  nasenny,  a  Dan  musiał  znieczulać 
miejscowo  każdą  ranę  oddzielnie,  co  było  niezmiernie  czasochłonne,  a  potem  szybko  je 
oczyścić i zszywać. Była to długa i żmudna robota.   

– Kuguary atakują ofiarę od tyłu – powiedział Dan cicho, jakby ich uśpiony pacjent mógł 

go usłyszeć. – Skaczą całym ciężarem na kark ofiary i przewracają ją.   

– Niesamowite – wyszeptała Signy. Dwudziestopięcioletni Clark Jakes nie będzie bardzo 

oszpecony, ale pozostaną blizny na szyi i na twarzy. – Miał wielkie szczęście. Pazury ominęły 
tętnicę szyjną. – Teraz właśnie Dan ostrożnie zakładał szwy na długie rozcięcie na szyi.   

– Owszem. Jeszcze parę milimetrów, i byłoby po nim. Dobrze, że było ich dwóch, jeden 

nie  miałby  szans  na  przeżycie  –  dodał  rzeczowo.  –  Leśnicy  wytropią  tego  kuguara.  Trzeba 
sprawdzić, czy nie choruje na wściekliznę.   

Signy ucięła koniec czarnej jedwabnej nici. Patrzyła, jak Dan sprawnie zakłada szwy na 

poszarpanej ranie, którą najpierw wyrównał chirurgicznymi nożyczkami. Jakby odgadując jej 
myśli, powiedział: 

– To nie to samo co zszywanie czystego cięcia skalpelem, prawda? W pracy dla naszej 

organizacji spotykamy się z różnymi przypadkami.   

–  Owszem  –  zgodziła  się  z  rezerwą.  Uznała,  –  że  ich  stosunki  stają  się  zbyt  poufałe. 

Stracę czujność i jeszcze go polubię, pomyślała ze złością.   

Nie, on nie jest facetem, jakiego mogłaby darzyć sympatią. Zbyt zamknięty w sobie, zbyt 

opanowany,  rozsądny  i  zdecydowany,  co  właściwie  podziwiała.  Przypomniała  sobie,  co 
mówiła Connie – że wybrał pracę zamiast kobiety. No i pozostaje jeszcze sprawa Dominika. 
Drogiego, kochanego Dominika, obdarzonego cudownym poczuciem humoru. Poczuła znowu 
ostre ukłucie żalu. Gdyby tylko można było cofnąć czas, postąpiliby zupełnie inaczej.   

Może  i  lubiła  w  mężczyźnie  pewną  bezbronność.  Właściwie  nie  była  pewna,  co  lubiła, 

nigdy się nad tym nie zastanawiała. Z czasem ustaliła, że Dan nie jest podobny do Simona, 
który  –  nareszcie  to  zrozumiała  –  zawsze  brał  to,  co  mu  dawano,  jakby  mu  się  to  należało. 

Dziwne, ale czasem przypadkiem odkrywało się takie rewelacje.   

background image

Powoli  w  jej  wyobraźni  wyłaniał  się  wizerunek  konsekwentnego  człowieka, 

profesjonalisty,  który  współczuł  ludziom,  ale  nie  pozwalał  sobie  na  popełnianie  błędów. 
Zastanawiała się, co on myślał o niej.   

Nie znała tej części  świata  –  innych warunków,  przyrody,  zagrożeń,  do których musiała 

się szybko dostosować. Może dlatego czuła się tu trochę zagubiona.   

Zastanawiała  się,  dlaczego  tak  dużo  myśli  o  Danie.  Pewnie  dlatego,  że  był  pierwszą 

osobą, którą poznała po przyjeździe. I miał związek z Dominikiem.   

– Założymy opatrunek uciskowy. – Jego głos wyrwał ją z zamyślenia. – I bierzmy się za 

następną ranę.   

– Jest przygotowana. – Signy umieściła grubą warstwę gazy i waty na zszytej ranie, by 

zatamować  krew,  choć  prawie  wszystkie  małe  naczynia  zostały  podwiązane  catgutem  albo 
skoagulowane.   

Gdy  położyli  ostatni  opatrunek,  Clark  Jakes  otworzył  oczy  i  coś  wymamrotał.  Signy 

zdjęła gumowe rękawiczki i wzięła go za rękę.   

–  Operacja  skończona,  panie  Jakes  –  oznajmiła  łagodnym  tonem.  –  Wszystko  jest  w 

porządku.   

– Gdzie... ? – zaczął, próbując się rozejrzeć.   
Signy,  trzymając  jego  dłoń,  przypominała  sobie  słowa,  które  pewien  pacjent  powiedział 

jej  w  czasach,  kiedy  była  jeszcze  praktykantką.  „Pani  ręka  była  dla  mnie  liną  ratunkową, 

siostro.” Wiedziała, ile znaczy ciepły, ludzki kontakt, kiedy jest się sam na sam ze strachem, 
zwłaszcza przed i po operacji.   

–  Nadal  jest  pan  w  sali  operacyjnej  szpitala  w  Brookes  Landing,  panie  Jakes  – 

powiedziała wolno. – Przewieziemy teraz pana do innej sali. Proszę ścisnąć moją rękę.   

Poczuła jego zdecydowaną reakcję.   
–  Dobrze  –  oświadczyła.  –  Jest  pan  bardziej  rozbudzony,  niż  myślałam.  Przeniesiemy 

teraz pana na wózek.   

– Jego rodzina czeka w poczekalni – powiedział Dan. – Muszę z nimi porozmawiać.   
– Wyobrażam sobie, co czują – rzekła Signy, znając aż nadto dobrze ten paniczny łęk na 

wieść  o  wypadku  czy  chorobie  kogoś  bliskiego.  Wszystkie  inne  sprawy  przestawały  wtedy 
mieć znaczenie.   

Po przewiezieniu pacjenta do sali pooperacyjnej Signy poczuła, jak opuszczają ją siły, – 

Wypiłabym teraz filiżankę herbaty i z litr soku pomarańczowego – powiedziała do Connie.   

– Może uda nam się spełnić twoje życzenie – roześmiała się jej koleżanka.   
–  Musimy  znaleźć  jakiś  nocleg  dla  ciebie  i  Connie  –  zauważył  Dan,  porządkując 

narzędzia  chirurgiczne.  –  W  szpitalu  jest  zwykle  parę  wolnych  pokoi  dla  personelu 
medycznego.   

– Nie liczcie na to – odezwała się pielęgniarka. – Wszystkie zostały zajęte przez rodziny 

chorych dzieci.   

–  Zobaczymy  –  odrzekł  Dan.  –  Zaraz  porozmawiam  z  rodziną  pacjenta,  a  potem 

pójdziemy do stołówki coś zjeść.   

–  To  muzyka  dla  moich  uszu  –  westchnęła  Signy,  z  ulgą  zdejmując  z  szyi  maskę 

background image

chirurgiczną. – Zbyt wiele się zdarzyło w zbyt krótkim czasie.   

– Nie miałaś dotąd okazji odpocząć – powiedział Dan z przepraszającą nutką w głosie i 

przeczesał ręką potargane włosy.   

– Och, taki jest przecież nasz los. – Signy z trudem oderwała wzrok od jego przystojnej 

twarzy, licząc w głębi duszy na to, że skończy ten kurs bardziej wypoczęta niż zestresowana. 
– To było... ciekawe doświadczenie – dodała zgodnie z prawdą.   

–  Cieszę  się.  –  Spojrzał  na  nią  z  niejakim  zdziwieniem.  –  Do  zobaczenia  w  stołówce. 

Może Maggie z recepcji załatwi wam jakiś pokój.   

– Dobrze, dziękuję – powiedziała. Gdy wyszedł z sali, poczuła dziwną ulgę, odprężenie. 

Nie rozumiała dlaczego.   

– Pomóż mi posprzątać – poprosiła pielęgniarka – a potem poszukamy gorącej herbaty. 

Tutaj chyba już nic się nie wydarzy.   

– Wspaniale.   
–  Czy  on  nie  jest  słodki?  –  Pielęgniarka  o  imieniu  Sal  uśmiechnęła  się,  ruchem  głowy 

wskazując drzwi, za którymi zniknął Dan.   

–  Słodki?  –  zdziwiła  się  Signy,  wkładając  zużyte  narzędzia  do  miski.  –  Może  i  tak  – 

roześmiała się. – Choć właściwie nie znam go zbyt dobrze.   

–  O,  wiele  dziewczyn  za  nim  szaleje  –  powiedziała  znacząco  Sal,  zbierając  rzeczy  do 

prania.  –  Ale  po  pierwszym  niepowodzeniu  z  Mariannę  Crowley  Dan  nie  rozgląda  się  za 
następczynią. Pewnie dostała szału, kiedy wymknął jej się z rąk.   

– Nie znam jej. – Signy wzruszyła lekko ramionami.   
– Dopiero przyjechałam.   
– Nie lubię tej Crowley – wyznała Sal konfidencjonalnie, jakby znała Signy od lat. – Za 

bardzo  się  rozpycha.  To  typ  despotki,  która  uważa,  że  jest  najważniejsza  na  tym  świecie. 
Wiesz, skoncentrowana tylko na sobie.   

Znowu roześmiały się.   
– Znałam parę takich – przyznała Signy.   
– Pełno ich wszędzie. , Ja” i „mnie” w każdym zdaniu. Zawsze chcą stać na przedzie.   
– Jeśli jest taka okropna, czemu się nią interesował? 
– zapytała rozsądnie Signy.   
–  Zapolowała  na  niego  –  oznajmiła  Sal  z  przekonaniem.  –  Jest  atrakcyjna,  a  w  takiej 

dziurze nie spotyka się wielu kobiet, które mogą się podobać. Ale w przypadku Dana Blake’a 
przeliczyła się.   

– Tak myślisz? 
– Jestem przekonana.   
 

Kiedy  weszły  do  stołówki,  Connie  już  siedziała  przy  stole  i  piła  herbatę.  Na  jej  twarzy 

malował się wyraz zamyślenia. W końcu dostrzegła Signy i pomachała do niej ręką.   

– Jak leci? Niesamowite przypadki, prawda? Biedacy. Będą im się śnić koszmary przez 

długi czas.   

–  Tak  –  przytaknęła  Signy  ze  współczuciem.  –  To  dla  mnie  właściwie  jest  wręcz 

background image

nierealne.   

– Na pewno. Ale lepiej w to uwierz – poradziła Connie.   
– To jest Sal.   
– Cześć.   
Herbata była wyborna, poczęstowano je też kanapkami.   

Wkrótce potem zjawił się Dan w towarzystwie Maxa. W chwilę później dołączyła do nich 

dwójka innych lekarzy.  Wśród nich była niezwykle atrakcyjna kobieta o gęstych, kręconych 
czarnych włosach związanych z tyłu wstążką, kontrastujących z kremową cerą.   

–  To  ona  –  syknęła  Sal,  dając  Signy  sójkę  w  ramię  i  rozlewając  przy  tym  herbatę. 

Wydawało  im  się,  jakby  znały  się  od  lat,  przeszły  razem  chrzest  bojowy.  –  To  Mariannę 
Crowley, o której ci mówiłam. Na pewno żałuje, że go straciła. Spójrz na nią. – Sal gapiła się 
bezwstydnie na lekarkę, a Connie uśmiechnęła się lekko do Signy, wznosząc oczy ku niebu. 
Ach, te małomiasteczkowe intrygi, zdawał się mówić jej wzrok.   

–  Proszę,  nie  trącaj  mnie  znowu,  Sal.  –  Signy  wytarła  papierową  serwetką  rozlaną 

herbatę.   

– Co? Zobacz!  – Chwyciła ją  gwałtownie za ramię i  na stół wylała się  następna porcja 

herbaty.   

Signy dyskretnie zerknęła w stronę Dana i zobaczyła, jak kobieta o niepokojącej urodzie 

całuje go w policzek. Dan odwzajemnił pocałunek. Uśmiechali się do siebie.   

–  Naprawdę  nic  mnie  to  nie  obchodzi.  –  Signy  poczuła  dziwną  irytację,  że  musi  być 

świadkiem tych czułości i wysłuchiwać plotek.   

– Zwariowałaś? – zapytała Sal  ze zdumieniem. – Tutaj  wszystkie kobiety  interesują się 

Danem Blakiem. Nie ma zbyt wielu fajnych facetów, chyba że chcesz drwala...   

– Nikogo nie chcę – odparła Signy sucho. – Przyjechałam tylko na cztery miesiące. Poza 

tym nie jest w moim typie. Zakładając, że w ogóle mógłby się mną interesować.   

Sal spojrzała na nią zdumiona.   
– Nie sądzę, by w ogóle zauważył, że jestem kobietą – poskarżyła się żałośnie.   
– Ten nos... – zaczęła Signy.   
– Uwielbiam ten nos – wyszeptała Sal z rozmarzeniem.   
– A co z Maxem? – zapytała Connie z rozbawieniem.   
– Też jest wspaniały – westchnęła dziewczyna – tylko niezbyt stały. Zdaje sobie sprawę, 

że jest na niego popyt i udziela się, gdzie może.   

Chwilę  później  przyszły  Terri  i  Pearl.  Przywitały  się  z  koleżankami,  jakby  się  nie 

widziały od wieków. Pijąc herbatę i rozmawiając, zapomniały na chwilę o lekarzach.   

– Czy któraś z was szukała pokoju? – przerwała im Maggie, przystając obok ich stolika.   
– Ja – odrzekła Signy. – Nie wrócimy na noc na wyspę, prawda? 
– Nie – przytaknęła Terri. – Ale zdobyłam ostatni pokój, o ile tę szafę z oknem można 

nazwać pokojem. Możesz spać na podłodze, jeśli nie masz gdzie.   

–  Fakt.  Nie  ma  więcej  wolnych  pokoi.  Przykro  mi  –  oświadczyła  Maggie.  –  Ale  coś 

wymyślimy.   

– W porządku, Maggie – wtrącił męski głos. – Na wszystko jest rada. – Dan podszedł do 

background image

ich stolika. – Signy może zatrzymać się u mnie w chacie. Mam wolne dwa pokoje.   

– Dobrze, doktorze – zgodziła się recepcjonistka.   
–  Jeśli  ci  to  nie  przeszkadza,  Signy  –  dodał  Dan,  patrząc  na  nią  nieodgadnionym 

wzrokiem. Nadal miał na sobie zielony kitel, który nosił w sali operacyjnej.   

Kątem  oka  Signy  zobaczyła,  jak  Sal  otwiera  ze  zdumienia  usta,  jakby  oglądała  jakiś 

idiotyczny  serial  w  telewizji.  Ciąg  dalszy  jakiejś  sagi,  pomyślała  Signy.  Może  te  wszystkie 
romanse  i  plotki  są  najważniejszymi  wydarzeniami  w  małych  miejscowościach,  pomagają 
odreagować dramaty wydarzające się w tej dziczy.   

Signy  chrząknęła i  spojrzała na Dana,  czując, jak się czerwieni pod wpływem  bacznego 

spojrzenia Sal, która jakby czekała na następne rewelacje.   

–  To  miło  z  pana  strony,  doktorze  –  powiedziała.  –  Chyba  rzeczywiście  będę  musiała 

narzucić swoje towarzystwo.   

–  Signy  może  zatrzymać  się  u  mnie.  –  Sal  odzyskała  głos.  –  Tylko  że  ja  mieszkam  w 

krainie  kuguarow,  a  ona  jest  Angielką,  więc  to  nie  byłoby  fair.  Czasami  sama  jestem 
przerażona.   

– Właśnie – odparł Dan sucho. – Nareszcie możesz puścić nową wiadomość w świat. Do 

zobaczenia w holu, Signy, za jakieś trzy kwadranse. Muszę jeszcze załatwić parę spraw.   

– Dobrze – odrzekła, kiwając głową.   
Kiedy Dan dołączył do kolegów, przejęta Sal nachyliła się w jej stronę przez stół.   
–  Oddałabym  wszystko,  żeby  być  na  twoim  miejscu  –  oznajmiła  podniecona,  nie 

przejmując się ostatnią uwagą Dana.   

– To znaczy? – zapytała Signy.   
– Jak widać, Signy nie leci na niego – wtrąciła Connie. Pearl i Terri otworzyły oczy ze 

zdumienia.   

– Chyba musisz dać się przebadać – mruknęła z niedowierzaniem Sal. – Wiesz, jak doktor 

Crowley  patrzyła  na  niego,  kiedy  z  tobą  rozmawiał?  Moim  zdaniem  nadal  ma  na  niego 
ochotę. Zerwali z jej winy, a mnie się wydaje, że ona już go nie obchodzi.   

– Powinnaś mieć oczy z tyłu głowy – stwierdziła Connie. – Stała za tobą.   
– Obejrzałam się.   
– Może ma jej dość, może nie. To nie twoja sprawa.   
– Pora się przebrać w normalne ciuchy. – Signy wstała od stołu. – Czy można tu gdzieś 

wziąć prysznic? 

– Oczywiście – odrzekła Sal. – Hej, zaraz. Skąd będę wiedziała, co się stało? 
– Nie będziesz wiedziała.   
– Ale...   
– Chodź, Signy, – Connie też się podniosła. – Poszukajmy tego prysznica.   
Wspaniale  było  poczuć  się  znowu  czysto  i  świeżo.  Obie  wzięły  ze  sobą  po  małym 

neseserze z ubraniem na zmianę na taką ewentualność. Signy przeczesała ręką nadal wilgotne 
włosy,  czekając  na  Dana.  Teraz,  kiedy  podniecenie  minęło,  poczuła  wszechogarniającą 
senność.   

–  Cześć!  –  Nagle  stanął  za  nią,  gotowy  do  drogi,  w  codziennym  ubraniu,  również  z 

background image

mokrymi  włosami.  Na  jego  twarzy  widniał  ów  chroniczny  wyraz  wyczerpania,  który  już 
rozpoznawała. – Gotowa? 

–  Tak  –  powiedziała  z  lekkim  wahaniem,  bo  kiedy  już  zostali  sami,  znowu  naszły  ją 

wątpliwości. Maggie opuściła już swe stanowisko i w pobliżu nie było nikogo.   

Chyba zauważył jej wahanie, bo popatrzył na nią ironicznie.   
– Zmieniłaś zdanie? 
–  Nie,  skądże  –  odparła  natychmiast.  –  Jestem  ci  wdzięczna  za  zaproszenie.  To  bardzo 

uprzejme z twojej strony.   

– Nie uprzejme – odparł, wyginając usta w znany jej sposób – tylko wskazane. Chodźmy.   
Wyszli na świeże, chłodne powietrze. Zbliżał się wieczór i temperatura wyraźnie spadła. 

Tuż za drzwiami Dan zatrzymał się i wziął ją za ramię.   

–  Nie  mam  ochoty  się  w  nic  angażować.  To  ostatnia  rzecz,  jaka  może  mi  przyjść  do 

głowy.   

Powiedział  to  w  taki  sposób,  że  odebrała  jego  słowa  jak  obelgę.  Poczuła  wypieki  na 

policzkach.   

– Nawet mi to przez myśl nie przeszło – żachnęła się.   
– Domyślam się, co o mnie sądzisz – stwierdził sucho. – Zachowaj to jednak dla siebie, 

żeby nie popsuć moich stosunków z ludźmi, z którymi będę musiał pracować dalej, kiedy wy 
już wyjedziecie.   

– Przepraszam – powiedziała, zdumiona jego nagłym wybuchem. – Nie chciałam...   
Dan powoli ruszył w stronę zaparkowanego w pobliżu samochodu.   
–  A  co  do  tego  chłopaka,  o  którym  wcześniej  wspomniałaś...  Dominika  Frasera,  to  nie 

znałem  go,  ale  przypominam  sobie  mgliście,  że zrobił  parę  głupstw  i  zamierzam  sprawdzić 
jego akta – dodał posępnym tonem.   

Signy  milczała,  nie  chcąc  wdawać  się  w  dyskusję,  wyczuwając,  że  jest  równie 

wyczerpany jak ona. W milczeniu wsiedli do samochodu.   

– Czy moglibyśmy teraz o tym zapomnieć? – zaproponowała w końcu.   
–  Jasne.  Ale  zamierzam  dowiedzieć  się  prawdy  –  oznajmił,  zapinając  pas  energicznym 

ruchem.  –  Przy  okazji,  należy  ci  się  pochwała.  Dziękuję  za  pomoc  przy  zabiegu.  Nie 
chciałbym tego robić bez pielęgniarki.   

Nagła zmiana tematu całkowicie zbiła ją z tropu.   
– Cieszę się, że mogłam pomóc. Nie miałam właściwie wyboru, prawda? Więc to żadna 

przysługa z mojej strony.   

– Tak jak moja propozycja użyczenia ci  pokoju – odparł. –  Teraz jesteśmy kwita,  więc 

możesz przestać traktować mnie protekcjonalnie.   

– Protekcjonalnie? – spytała zdumiona i zła. – Nawet nie wiem, jak to się robi.   
Nie odpowiedział. Przejechali w milczeniu krótki odcinek do małego drewnianego domu, 

który  tak  naprawdę  niewiele  się  różnił  od  solidnej  szopy  z  poddaszem.  Signy  wysiadła  i 
sztywnym krokiem podążyła za Danem do drzwi.   

– Pokażę ci dom – powiedział suchym głosem, kiedy weszli do środka. – Możesz zrobić 

sobie  kolację,  jeśli  masz  ochotę,  jest  mnóstwo  jedzenia  w  kuchni.  Ja  muszę  jeszcze  wyjść 

background image

załatwić  parę  spraw.  Pokój  gościnny  jest  na  parterze,  ma  osobną  łazienkę.  Czuj  się  jak  u 
siebie w domu. Możesz iść spać albo robić, co chcesz.   

Signy kiwała głową oniemiała, nie ufając własnemu głosowi, gdy Dan pokazał jej mały, 

skąpo  umeblowany,  lecz  mimo  to  przytulny  pokoik.  W  tym  momencie  miała  ochotę  się 
rozpłakać. Całkowicie uleciał gdzieś wesoły nastrój, który dzieliła z innymi pielęgniarkami w 
stołówce.   

– Tu jest kuchnia – oznajmił Dan.   
Oprócz gościnnego pokoju,  kuchni  i  małego  gabinetu,  na parterze znajdował  się jeszcze 

duży  salon  z  otwartym  kominkiem,  przy  którym  leżały  polana,  a  wszędzie  wokół 
poniewierały  się  gazety.  Patrząc  na  kominek,  Signy  pomyślała,  źe  przyjemnie  byłoby 
posiedzieć teraz przy ogniu. Boczne schody prowadziły na piętro, gdzie znajdował się pokój 
Dana.   

Dan otworzył kilka szafek w kuchni, potem lodówkę.   
– Proszę bardzo, częstuj się do woli.   
Znowu przytaknęła,  dziękując mu  ledwo słyszalnym  głosem,  zastanawiając się,  czy  gdy 

mu podziękuje, on znowu oskarży ją o protekcjonalne traktowanie.   

Kiedy  wrócili  do  salonu  i  przygotowywał  się  do  wyjścia,  zdobyła  się  na  odwagę  i 

wyraziła głośno swoje myśli.   

– Wie pan, doktorze Błake, nie musi mnie pan gościć, jeśli to sprawia panu kłopot. Mogę 

przespać się u Terri Carpenter.   

Spojrzał na nią zmęczony, mrużąc oczy.   
–  Nie  sądzę,  żebyś  miała  ochotę  spać  na  podłodze...  i  nie  chciałbym,  żeby  tak  było. 

Rozgość się. Lepiej nie wychodź na dwór. Pełno tu dzikich zwierząt. Do zobaczenia później, 
jak sądzę.   

– Chwileczkę. Co takiego zrobiłam, że jesteś taki... zirytowany? 
– Nie lubię być przedmiotem plotek – wyjaśnił. – Zazwyczaj nie zwracam na to uwagi, 

ale czasami mam tego dość.   

– Aleja nie plotkuję – broniła się. – Nawet nic o tobie nie wiem. – Nie przypuszczała, by 

słyszał  gadaninę  Sal.  Miejscowej  pielęgniarce  brakowało  taktu.  To,  co  Signy  wiedziała  o 
Danie, nie miało nic wspólnego z jego życiem uczuciowym.   

Spojrzał  na nią z namysłem  i  wzruszył  ramionami. Potem wyszedł,  zamykając drzwi na 

klucz.   

Gdy odjechał, w domu zapanowała całkowita cisza. Signy nie słyszała nic, nawet tykania 

zegara, szumu wiatru czy drzew. Nic. Poszła do sypialni i zamknęła drzwi.   

Nie  była  głodna.  Może  później  sobie  coś  przygotuje.  Zdjęła  buty,  ubranie  i  wsunęła  się 

pod kołdrę, odwracając się twarzą do ściany. Przede wszystkim potrzebuje snu. Trzeba dbać o 
siebie,  inaczej  nikomu  się  nie  przydasz,  powiedziała  sobie.  Tego  nauczyła  ją  praca.  Nagle 
przed  jej  oczami  zjawił  się  człowiek  poharatany  przez  kuguara.  Łzy  same  napłynęły  jej  do 
oczu i spłynęły po policzkach.   

Dominik  szedł  do  niej  w  jaskrawym  słońcu,  mrużąc  oczy;  miał  na  sobie  swój  ulubiony 

australijski kapelusz, koszulę khaki z podwiniętymi rękawami, długie bawełniane spodnie. Za 

background image

jego plecami widziała wyschniętą, pożółkłą trawę buszu i kilka karłowatych drzew.   

Zawołała go po imieniu. Strasznie długo musiała czekać, aż się zbliży. Potem siedziała na 

motocyklu,  wysłużonym  zabytku  pamiętającym  lepsze  czasy,  który  podskakiwał  na 

wybojach.  Z  wysiłkiem  panowała  nad  pojazdem,  jej  pot  spływał  po  gumowych  uchwytach 

kierownicy.  Ranny  mężczyzna  obejmował  ją  słabymi  ramionami,  zakrwawione  bandaże 
kleiły się do jej skóry.   

Widziała  brązowo-rudą  rdzę  na  kierownicy,  wyschniętą  roślinność,  czuła  palące  słońce 

przez  burnus  i  turban  zakrywający  jej  głowę  i  ramiona,  żar  trawił  jej  ciało,  chronione 
zaledwie cienką warstwą bawełny.   

Potem uderzyli o kamień i maszyna przechyliła się niebezpiecznie na bok. Signy walczyła 

z  motocyklem  jak  z  żywą  istotą,  by  nie  dopuścić  do  wywrotki,  usiłowała  chronić  zranioną 
nogę  swojego  wybawcy.  Rozpaczliwie  hamowała,  szorując  nogami  po  ziemi.  Rozległ  się 
trzask, zgrzyt łamanej stali...   

 

Usiadła  na  łóżku.  Z  zewnątrz  dochodziło  blade  światło  rozpraszające  mrok  w  pokoju  i 

słyszała szum wiatru w gałęziach drzew. W jej głowie płonęło ostre afrykańskie słońce, choć 
w sypialni panowała aksamitna ciemność, otulając ją chłodem niczym płaszczem.   

Przy  łóżku  leżała  rozbita  ceramiczna  lampa,  która  stała  wcześniej  na  nocnym  stoliku. 

Signy  uklękła  obok  łóżka  i  zaczęła  ostrożnie  zbierać  skorupy,  układając  je  na  dłoni. 
Wyglądały niczym kawałki księżyca, które spadły na ziemię. Signy pamiętała mgliście lampę 
stojącą na stoliku. Na jej obraz nakładała się twarz Dominika.   

W  pokoju  zabłysło  światło,  ale  nie  podniosła  głowy.  Trzymała  ręce  na  gołych  udach. 

Owładnął nią bezwład, gorące łzy płynęły po jej twarzy. Nie czuła ich, nieświadoma tego, co 
działo się wokół, jakby jej umysł uległ podziałowi i jedna jego część znalazła się daleko stąd, 
tam,  gdzie  stał  prowizoryczny  szpital  polowy,  z  którego  pozostały  jedynie  zgliszcza 
rozwiewane  przez  gorący  wiatr.  Przez  długi  czas  wydawało  się,  że  klęczy  pogrążona  w 
modlitwie.   

– Signy – usłyszała głos i w końcu uniosła wzrok.   
Dan  stał  w  progu,  patrząc  na  nią  z  niepokojem.  Zauważyła  jego  szlafrok,  gołe  stopy, 

włosy w nieładzie i zmęczenie na twarzy. Złamany nos wydawał się pocieszająco znajomy.   

Dotarło  do  niej  w  końcu,  że  jest  gościem  w  jego  domu,  że  stłukła  jego  lampę  i  właśnie 

przeżyła jeden ze swoich dręczących ją od wyjazdu z Afryki snów w jaskrawych kolorach i z 
wyrazistymi  szczegółami.  Wierzyła,  że  te  sny  to  proces  leczenia,  sposób,  by  umysł 
uporządkował wszystkie przeżycia, które wtedy następowały po sobie zbyt szybko, by mogła 
je zrozumieć.   

Nie ma sensu powstrzymywać łez, w końcu same przestaną płynąć.   
– Signy...   
Potem  zdała  sobie  sprawę,  że  jest  prawie  naga,  że  śpi,  odkąd  poszła  do  łóżka  późnym 

popołudniem, i nie wstała, by przygotować sobie kolację, nie włożyła nocnej koszuli. Miała 
na sobie czarny jedwabny biustonosz w żółte różyczki i majtki w taki sam wzorek. Klęczała 
tak, bezbronna, z resztkami lampy w dłoniach.   

background image

– Zbiłam twoją lampę – wyszeptała. – Przepraszam. Podszedł i wyjął z jej rąk skorupy, 

które wsunął pod łóżko.   

– Nieważne – powiedział. – Wstań.   
Usłuchała  go,  a  potem  pozwoliła  mu  włożyć  na  jej  ramiona  szlafrok,  który  Dan  zdjął  z 

wieszaka za drzwiami.   

– Chodź. Uważaj pod nogi, żebyś się nie skaleczyła. – Wziął ją za rękę i zaprowadził do 

salonu. – Połóż się tutaj. – Wskazał jej kanapę.   

Chwilę  później  wrócił  z  poduszką  i  kołdrą  z  jej  łóżka.  W  milczeniu  obserwowała  jego 

zabiegi, z wdzięcznością przyjmując fakt, że ktoś się nią opiekuje, co tak rzadko się zdarzało. 

Znowu  uświadomiła  sobie  boleśnie,  jak  daleko  od  domu  się  znalazła.  Twarz  nadal  miała 
mokrą od łez, jej ciało przebiegały dreszcze.   

– Zostań tu – powiedział. Znikła irytacja i pojawiła się profesjonalna troskliwość. Wyraz 

jego twarzy złagodniał, kiedy ich oczy spotkały się. – Dobrze? 

Przytaknęła.  Znajome uczucie smutku, które towarzyszyło jej, odkąd się obudziła, nieco 

osłabło.  Dan  przyglądał  się  jej  z  uwagą.  Wiedziała,  że  chce  z  nią  porozmawiać,  ale  nie  za 
wszelką  cenę.  Gdy  ukląkł,  ich  twarze  były  blisko  siebie.  Odwzajemniła  jego  badawcze 
spojrzenie  bez  wstydu,  jakby  to  ona  była  obserwatorem.  To  była  druga  część  jej  jestestwa, 
chłodna  i  opanowana.  Wbiła  wzrok  w  jego  usta,  chciała  pochylić  się  i  pocałować  go. 
Zastanawiała  się,  czy  naprawdę  byłaby  do  tego  zdolna.  Instynkt  jej  podpowiadał,  że  Dan 
żałuje okazanej wcześniej szorstkości.   

Potem  poszedł  do  kuchni.  Słuchała,  jak  nalewa  wody  do  czajnika  i  zapala  gaz. 

Najczęściej, kiedy nawiedzały ją te koszmary, nie było przy niej nikogo. Zapisywała je nieraz 
w dzienniku, próbując odgadnąć ich znaczenie. Dawało jej to poczucie kontroli nad własnym 
życiem.   

Dan wrócił z dwiema szklankami brązowego płynu.   
– Wypij to, Signy – powiedział. – To brandy z ciepłą wodą i odrobiną miodu. Pomoże ci 

się odprężyć.   

–  Dziękuję.  –  Znowu  chciała  powiedzieć,  że  jest  jej  przykro,  że  go  obudziła,  kiedy  tak 

bardzo  potrzebował  snu,  ale  nie  zdobyła  się  na  odwagę.  Dan  zachowywał  się  tak,  jakby 
wiedział wszystko na temat nocnych koszmarów.   

Upił  łyk  ze  swojej  szklanki,  podszedł  do  kominka  i  zapalił  papier  pod  polanami. 

Przyglądała  się  jego  zabiegom  trochę  nieobecnym  wzrokiem.  Papier  i  drewno  zajęły  się 
płomieniem,  napełniając  pokój  migotliwym  światłem  i  słodkawym,  żywicznym  zapachem, 
uspokajającym  i  pierwotnym.  Kiedy  już  na  dobre  się  rozpaliło,  Dan  podszedł  do  okna  i 
zaciągnął zasłony, odgradzając ich od ciemności. Pokój zamienił się w przytulny, bezpieczny, 
zamknięty świat.   

Potem  przesunął  stolik  i  pchnął  drugą  kanapę  równolegle  do  tej,  na  której  leżała. 

Zrozumiała, że Dan zamierza spać tutaj, aby być blisko niej, i znowu zalała się łzami. Tym 
razem  były  to  łzy  wdzięczności.  Uświadomiwszy  sobie,  że  jeszcze  tak  niedawno  czuła  do 
niego niechęć, poczuła rozpacz i zmieszanie.   

– Wypij do dna – polecił, patrząc na nią spod oka. – Lepiej się poczujesz.   

background image

Napój  był  smaczny.  Miód  skutecznie  zabijał  cierpkość  brandy.  Dan  nie  pytał,  co  jej  się 

śniło, i nie zamierzał chyba tego zrobić. Sądził, że opowie mu o tym sama, w odpowiednim 
czasie. A może i nie.   

Brandy  wywołała  rumieńce  na  jej  twarzy.  Signy  poczuła,  że  odzyskuje  siły,  że  nie 

przeszkadza  jej  już  tak  bardzo  brak  rodzinnego  domu.  Wspieranie  drugiego  człowieka 
wydawało  się  nieodłączną  częścią  tego  życia,  które  oboje  wybrali.  Czy  nie  tak  było  z 
Dominikiem? Czasami jednak trudno było wytyczyć granicę między pomocą a głupotą. Ale w 
jakiś sposób poradzi sobie z tym wszystkim i koszmary będą coraz rzadsze.   

Gdy skończyli drinki, Dan przecisnął się obok niej, położył na swojej kanapie i przykrył 

się kołdrą.   

– Otul  się dobrze, Signy – powiedział. Przyglądała się jego ruchom, wsparta na łokciu, 

jakby  oglądała  film.  Każdy  znajomy  gest  dodawał  jej  otuchy,  rozmywając  koszmar  jeszcze 
drzemiący w jej pamięci.   

Niespodziewanie,  kiedy  leżała  na  plecach,  patrząc  na  migające  na  ścianie  cienie,  Dan 

pochylił się nad nią.   

– Jutro czeka nas pracowity dzień – oznajmił. – Spróbuj się na tym skoncentrować. Rano 

mam wizyty domowe, po południu przyjmuję w przychodni. Chcę, żebyś mi pomogła i myślę, 
że powinnaś tu zostać na kolejną noc.   

Pochylił się jeszcze bardziej i pocałował ją delikatnie w policzek.   
– Teraz spróbuj zasnąć – dodał.   
Kiedy ułożył się na swoim miejscu, poczuła, jak dotyka jej ramienia.   
– Daj mi rękę – poprosił.   
Ostatnią  rzeczą,  jaką  zapamiętała  przed  zaśnięciem,  było  uczucie  bezpieczeństwa,  jakie 

niosła jego ciepła dłoń. Rankiem zaś, gdy się obudziła, dostrzegła przytłumione światło dnia i 
poczuła zapach świeżo parzonej kawy.   

Przypomniała sobie wczorajszy wieczór, swój senny koszmar. Wzdrygnęła się.   
– Dzień dobry. Kawy? – Głos Dana oderwał ją od dręczących myśli.   
– O, tak, proszę. – Podniosła głowę, by spojrzeć na mężczyznę stojącego w progu kuchni. 

–  Tego  mi  potrzeba.  Wstanę.  Nie  mam  pojęcia,  która  godzina.  –  Nadal  miała  na  sobie 
szlafrok, w który wczoraj Dan ją otulił.   

– Przyniosę ci kawę. Jest jeszcze wcześnie – powiedział.   
– Dziękuję. – Przeczesała palcami włosy, potem wyszła do łazienki, czując się nieswojo 

w szlafroku przy mężczyźnie, którego właściwie nie znała.   

Gdy wróciła,  meble stały  na poprzednim miejscu,  a na stoliku pojawiła się taca z kawą, 

talerz  z  croissantami  i  słoik  miodu.  Chciała  Danowi  coś  powiedzieć  –  przeprosić  za 
zakłócenie  spokoju  w  nocy  –  jednak  milczała,  wyczuwając,  że  nie  chciał,  by  ciągłe  go 
przepraszała.   

– Częstuj się. – Usiadł naprzeciwko niej i nalał sobie kawy z dzbanka. Wydawał się jej 

niezwykle  męski  z  tymi  potarganymi  włosami  i  zarostem  na  twarzy.  Przyglądała  mu  się 
ukradkowo,  zirytowana  swoim  zainteresowaniem.  Złościło  ją,  że  zamienia  się  w  Sal. 
Natychmiast  usiłowała  zapomnieć  o  tych  nowych  uczuciach.  Na  razie  Dan  jest  jeszcze 

background image

wrogiem.   

– Tego właśnie potrzebowałam – oznajmiła, czując sztuczność uprzejmej wymiany zdań. 

Zapanowało  między  nimi  napięcie  spowodowane  niedopowiedzeniami.  Oboje  nie  chcieli 
zakłócić tej chwili względnej równowagi. – Parzysz bardzo dobrą kawę.   

Dostrzegła w jego oczach błysk rozbawienia.   
– Dziękuję – rzekł, pochylając głowę.   
– Co tak pana we mnie rozbawiło, doktorze? – spytała.   
– Nie zrozum  tego  źle,  ale... wyglądasz uroczo w męskim szlafroku. –  Patrzył  na nią z 

wyraźną przyjemnością. – I nie mów do mnie „doktorze”.   

Miała  mu  ochotę  powiedzieć,  że  sam  też  nieźle  wygląda,  ale  się  na  to  nie  zdobyła. 

Ciekawe,  co  pomyślał  o  jej  czarnej  bieliźnie  w  żółte  róże.  Wspomnienie  to  wywołało 

rumieniec na jej twarzy.   

– Byłeś wczoraj na mnie zły – powiedziała – więc pomyślałam, że może lepiej wrócić do 

oficjalnej formy.   

– Przepraszam. Zapomnij o tym.   
– Nie mogę zapomnieć i nie spodziewasz się chyba, że będę udawała – odparła.   
– Więc mi wybacz. Wzruszyła ramionami.   
– Zobaczę. A zatem jakie są plany na dzisiaj? 
– Najpierw zajrzę do naszego pacjenta zaatakowanego przez kuguara. Chcę się upewnić, 

czy  nie  ma  infekcji.  Jest  na  antybiotykach.  Dzwoniłem  do  szpitala  wczesnym  rankiem  i  na 
razie  wszystko  jest  w  porządku.  Potem  mam  parę  wizyt  domowych,  i  wreszcie  poradnia 
położnicza w szpitalu.   

– Pracowity dzień – stwierdziła, myślami wybiegając naprzód.   
– Doktor Mariannę Crowley, internistka, zajmuje się również ciężarnymi, kiedy mnie nie 

ma,  choć  woli  nie  odbierać  porodów.  Oczywiście,  nie  robi  cesarskich  cięć,  nie  jest 

chirurgiem. Pracuje tu przez część roku.   

Signy pokiwała głową.   
– Rozumiem – rzekła obojętnym tonem, uważając, by nie zareagować w żaden sposób na 

wzmiankę o kobiecie, która kiedyś tak wiele dla niego znaczyła. Nie chciała, by pomyślał, że 
jest podobna do Sal. – W tej pracy traci się niewinność. Traci się wiarę, że wszystko dobrze 
się skończy. – Wpatrywała się w kubek, który trzymała oparty o kolano. – To mnie czasami 
przeraża.   

– A twoje sny? – zapytał cicho. – Nie przerażają cię? Opowiedziała mu swój sen, nadal 

nie podnosząc głowy.   

– Kim był człowiek na motorze? 
–  Przyjechał  z  organizacji,  żeby  mnie  ratować...  z  głównego  obozu.  Pochodził z  RPA i 

nazywał się Joachim. Był dzielny i rozsądny. Gdyby nie on, może teraz nie rozmawialibyśmy. 
Powoli zaczynam to sobie uświadamiać.   

– Mów dalej.   
– Jadąc po mnie, miał wypadek i zranił się w kolano, ale udało mu się dotrzeć na miejsce. 

Zostałam  sama  w  szpitalu  polowym.  Czekałam  na  Dominika,  który  wybrał  się  na 

background image

poszukiwanie  ludzi  z  ONZ-tu.  Wszyscy  inni  już  odjechali.  Musiałam  prowadzić  motor  z 
Joachimem siedzącym z tyłu... Bardzo cierpiał. Założyłam na nogę opatrunek i szynę.   

Znowu czekał.   
– Teraz fakt, że zostałam, wydaje mi się absolutnym szaleństwem. Szpital polowy spalili 

później rebelianci, ale wówczas moją decyzję uważałam za słuszną, choć nie wiedziałam, jak 
się  z  tego  szpitala  wydostanę.  Inni  mówili,  że  przyślą  kogoś  po  mnie,  i  po  Dominika... 
Naiwnie wierzyłam, że wyjedziemy stamtąd... oboje. – Jej głos się załamał.   

– Tylko że Dominik nie wrócił – wtrącił cicho Dan.   
– Tak – wyszeptała. – Zawiódł go system.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

– Powoli to idzie, nie? – powiedziała cicho Terri do Signy po południu, gdy w poradni 

położniczej czekały na przyjazd następnej pacjentki. – Jak tak dalej pójdzie, to stracimy nasze 
umiejętności  przetrwania  –  zachichotała.  –  Ale  nie  narzekam.  Przyda  mi  się  mała  przerwa, 
zwłaszcza po wczorajszych pacjentach poturbowanych przez kuguara.   

– Nie przypominaj mi tego, Terri – poprosiła Signy, siadając za biurkiem. Recepcjonistka 

wyszła  do  stołówki,  pozostawiając  je  na  posterunku.  Dan  wypełniał  karty  przyjętych  dziś 
pacjentek. Kolejna ciężarna się spóźniała.   

Rano  Signy  i  Terri  towarzyszyły  Danowi  podczas  wizyt  domowych.  Teraz  siedziały  w 

recepcji na oddziale urazowym. Connie i Pearl pracowały z Maxem, a pozostałe pielęgniarki z 
ich grupy wyjechały w teren z innymi lekarzami.   

–  Dan  pytał  rano,  czy  chcemy  tu  zostać  do  piątku  –  rzekła  Terri.  –  Potem  wrócimy  na 

Kelp na długi weekend odpoczywać. Powiedziałam, że chętnie zostanę, lepsze to niż latanie 
tam i z powrotem, choć samolotem to tylko dwadzieścia minut. A co ty na to, Signy? 

Tego ranka Signy powiedziała koleżance o swoich snach.   
– Ze mną jest podobnie – przyznała Terri. – Przez jakiś czas bałam się zasnąć, ale teraz 

koszmary mam już rzadziej.   

– Fakt, lepiej tu zostać niż codziennie latać – przyznała teraz Signy. – Wczoraj jednak nie 

było mi przyjemnie, bo Dan był w złym nastroju, ale pomógł mi otrząsnąć się z koszmaru.   

Terri spojrzała na nią zamyślona.   
–  Zasadniczo  porządny  z  niego  gość  –  stwierdziła.  –  Faceci  robią  się  nieznośni,  kiedy 

podoba im się jakaś baba, i nie chcą się do tego przyznać nawet przed sobą.   

– Nie sądzę, żeby tak było w jego przypadku – zaprzeczyła Signy. – Jest dla mnie miły, 

kiedy musi, ale uważa mnie za naiwną i nie ukrywa, że go irytuję. Chyba myśli, że nie nadaję 
się do pracy w organizacji.   

– Hm... A kto się naprawdę nadaje? – zapytała Terri. – Jest taki typ? Zdrowy rozsądek, 

opanowanie  w  sytuacji  kryzysowej...  Myślę,  że  to  się  liczy,  a  ty  masz  te  cechy.  Są  ludzie 

bardzo inteligentni, którzy nie posiadają odrobiny zdrowego rozsądku. Znamy takich.   

Signy roześmiała się.   
– Owszem.   
– Dan spędza z tobą strasznie dużo czasu – ciągnęła Terri – i nie chciał, żebyś nocowała z 

nami.   

– Zaczynasz gadać jak Sal – uśmiechnęła się Signy.   
– Boże broń! 
–  On  mnie  cały  czas  obserwuje,  Terri.  Tak  mi  się  wydaje.  –  Gdy  to  mówiła,  jej 

przekonanie zmieniło się w pewność. – I to nie jest komplement. Czeka, aż się potknę, żeby 
mógł napisać do kierownictwa, że się nie nadaję.   

– Trochę na to za późno. Dlaczego w ogóle tak myślisz? 
–  Zadawał  mi  mnóstwo  pytań,  kiedy  jechaliśmy  do  obozu.  Czy  potrafię  prowadzić 

background image

motorówkę, jeździć na nartach, jakby to były podstawowe wymagania.   

– Aha! Nie martw się. Nie uważam, by chciał cię osądzać. Może chce tylko pomóc. Max 

ciągle mnie pyta, czy chcę się przed nim otworzyć – wyznała z kolei Tern.   

– I zrobiłaś to? 
– Nie. Nie jestem pewna, czy on jest odpowiednią osobą do wysłuchania mnie. Widziałaś 

dzisiaj Sal? 

– Nie. Na pewno umiera z ciekawości, jak było.   
– Mam nadzieję, że nigdy nie będę podobna do niej – powiedziała Terri. – Nie chcę, żeby 

całe  moje  życie  koncentrowało  się  na  miejscowych  plotkach.  Może  dlatego  należymy  do 
organizacji.   

– Tak, coś w tym jest. Jednak czasami myślę, że jestem szalona.   
– Rozumiem cię. Nie ma miejsca na półśrodki, prawda? Wóz albo przewóz.   
Na biurku zadzwonił telefon.   
– Poradnia położnicza – rzekła Signy do słuchawki.   
–  Czy  jest  doktor  Blake?  Tu  porodówka.  Mówi  pielęgniarka.  Doktor  Blake  jest 

natychmiast potrzebny na górze. Chyba grozi nam cesarskie cięcie.   

– Już go proszę – powiedziała Signy.   
Dan w białym kitlu na zielonym stroju lekarza siedział w małym gabinecie pochylony nad 

stertą kart. Signy przekazała mu wiadomość. Dan wstał i przeczesał ręką włosy.   

– Przypuszczałem, że może do tego dojść – powiedział. – Możesz mi pomóc, jeśli zajdzie 

potrzeba? Mam instrumentariuszkę, ale brakuje drugiego chirurga i ty byś go zastąpiła.   

Chciała  zapytać,  czy  zaprasza  ją  po  to,  by  ją  obserwować,  ale  ugryzła  się  w  język, 

mówiąc sobie, że to chyba obsesja.   

– Bardzo chętnie – powiedziała.   
Ponieważ  praca  przy  operacjach  była  jej  specjalnością,  wiedziała,  że  nie  będzie  miał 

powodów, by wytknąć jej jakiś błąd. Jednak musiała się zgodzić z Terri, że Dan zorganizował 

wszystko  w  taki  sposób,  by  spędzała  z  nim  dużo  czasu.  Była  jednak  przekonana,  że  to  nie 
powinno jej pochlebiać.   

–  Pójdziemy  najpierw  na  porodówkę,  gdzie  obejrzę  jeszcze  jedną  pacjentkę.  Chodź  z 

nami do sali operacyjnej, Terri – ciągnął Dan. – Będziesz miała okazję zobaczyć, jak się robi 
cesarskie cięcie w małym szpitalu, zwłaszcza że pracowałaś w nowoczesnej placówce.   

– Świetnie! – ucieszyła się Terri. – Pielęgniarka z recepcji właśnie wróciła, więc jestem 

gotowa.   

– Powiem  jej, dokąd idziemy.  Inne pacjentki  będą musiały zaczekać – oznajmił Dan. – 

Jutro  spędzicie  trochę  czasu  na  nagłych  wypadkach,  żeby  zobaczyć,  jakiego  typu  urazy 
zdarzają się w związku z pracą w lesie i na morzu.   

Na  chirurgii  Signy  i  Terri  przebrały  się  w  białe  kitle.  Dan  zdecydował,  że  należy 

natychmiast  operować.  Gdy  dołączył do nich przy umywalkach,  z sali naprzeciwko wypadł 
Max.   

– Ach! – zawołał z przesadnym zachwytem, podchodząc do Signy i Terri i obejmując je 

ramionami. W zielonym kombinezonie wyglądał wprost zabójczo. – Naprawdę się cieszę, że 

background image

jesteście, dziewczęta, z nami. Przynosicie do tego zaścianka powiew świeżego powietrza.   

Terri  uśmiechnęła  się  z  widocznym  zadowoleniem,  choć  nie  wierzyła  we  wszystko,  co 

Max mówił, ale Signy czuła się swobodnie w jego towarzystwie, podczas gdy w obecności 
Dana  była  spięta.  Max  był  bardziej  przewidywalny,  a  co  za  tym  idzie,  łatwiej  można  było 
sobie z nim poradzić.   

Dan patrzył na tę scenkę z drwiącym grymasem na twarzy i Signy stłumiła uśmiech.   
–  Do  roboty,  dziewczyny  –  rzekł  Max,  machając  do  nich  na  pożegnanie,  i  odszedł, 

roztaczając wokół swój męski czar.   

– Ideał lekarza – skomentowała Terri, nie przejmując się obecnością Dana. – Jest uroczy, 

ale pielęgniarki nienawidzą, kiedy ktoś zwraca się do nich „dziewczyny”.   

–  Proszę,  dziewczyny.  –  Dan  obdarzył  je  szerokim  uśmiechem.  –  Myjemy  się  i 

przygotowujemy  do  zabiegu.  Idź  do  sali,  Terri,  i  pomóż  pielęgniarce.  Ma  na  imię  Patty. 
Pacjentka  jest  już  na  stole.  To  pani  Weaver.  Woli,  żeby  zwracać  się  do  niej  po  nazwisku. 
Anestezjolog jest już gotów.   

Kiedy zostali sami, Signy przystąpiła do metodycznego szorowania rąk.   
–  Dziś  rano  powiedziałaś  coś,  nad  czym  się  potem  zastanawiałem  –  rzekł  cicho  Dan, 

otwierając  opakowanie  ze  sterylną  szczotką.  –  Że  Dominika  Frasera  zawiódł  system. 
Podzwoniłem dzisiaj do kwatery głównej w Vancouverze. To nie system go zawiódł, Signy. 
To  on  zawiódł  sam  siebie.  Może  to  się  wydać  niemiłe,  a  nawet  nieistotne,  ale  taka  jest 
prawda.   

– To chyba nieodpowiednia pora na rozmowę o tym, doktorze. – Poczuła ucisk w sercu, 

gdy przed oczami stanął jej Dominik, taki, jakim widziała go w snach. Był pełen życia i żądny 
przygód,  upajał  się  faktem,  że  jest  w  Afryce,  o  czym  zawsze  marzył.  Jego  energia  i  wizje 
zniknęły na zawsze. To było nie do zniesienia. Signy poczuła, jak jej panika rośnie.   

– Możliwe – przyznał, namydlając ręce – ale musiałem ci to powiedzieć. Pomyśl o tym, 

że  ciebie  też  naraził  na  niebezpieczeństwo.  Nie  byłaś  oczywiście  bierną  ofiarą. 
Porozmawiamy o tym innym razem.   

– Nie wiedział, że zostanę – zauważyła ze złością – że zaczekam na niego w szpitalu. Nie 

mógł o tym wiedzieć.   

Dan spojrzał na nią spod oka, a z wyrazu jego twarzy wywnioskowała, że zrozumiał, co 

się stało, i że tego się spodziewał.   

– Odłóżmy to na później – zgodził się.   
Przyszło jej na myśl, że powiedział to tuż przed wejściem do sali operacyjnej, aby ją zbić 

z  tropu,  wypróbować  ją,  zobaczyć,  jak  pracuje  w  stresie.  Potem  stwierdziła,  że  to  następny 

przejaw paranoi. Zamiast więc ostro się Danowi odciąć, ugryzła się w język i kończyła mycie 
rąk.   

Trzydziestodziewięcioletnia 

pacjentka,  która  rodziła  pierwsze  dziecko,  była 

zdenerwowana. Na oddziale położniczym powiedziano jej, że akcja porodowa nie postępuje, 
że dziecko jest duże i niewłaściwie ułożone. Gdy Signy weszła do sali, stwierdziła, że pani 
Weaver uspokoiła się już nieco.   

Monitory pokazywały ciśnienie krwi, puls, oddech, temperaturę i cyrkulację tlenu. Signy 

background image

zerknęła także na obraz płodu, ukazujący oznaki życia dziecka w macicy.   

– Umyjemy panią i  położymy sterylne prześcieradło, pani  Weaver –  wyjaśnił Dan,  gdy 

pielęgniarka wiązała jego fartuch. – Potem podamy pani narkozę.   

Pacjentka  miała  na  twarzy  maskę  tlenową  i  mogła  tylko  pokiwać  głową  na  znak,  że 

rozumie.  Przy  silnych  skurczach,  które  następowały  teraz  co  dwie  minuty,  kobieta  jęczała. 

Wiedzieli, że muszą się pospieszyć.   

– To będzie nieco zimne – ostrzegł Dan, gdy pielęgniarka podała na długich szczypcach 

gazik  namoczony  w  roztworze  jodyny.  Szybkimi  pociągnięciami  przemył  brzuch,  potem  z 
pomocą  Signy  nakrył  pacjentkę  wielkim  niebieskim  prześcieradłem,  zostawiając  odsłoniętą 
część do operacji. Przez cały czas anestezjolog tłumaczył kobiecie, co się dzieje.   

Wreszcie Dan skinął do niego.   
– Gotowe – powiedział cicho.   
Teraz  wszystko  potoczyło  się  szybko.  Signy  była  lekko  zdenerwowana,  jakby  na 

egzaminie.  Podziwiała  chłodny  profesjonalizm  Dana,  a  jednocześnie  jego  zrozumienie 
sytuacji  rodzącej.  Gdy  anestezjolog  uśpił  pacjentkę,  zaintubował  i  podłączył  do  respiratora, 
Signy uzbroiła się w wielki tampon do zbierania krwi. Instrumentariuszka wręczyła Danowi 
skalpel. Anestezjolog spojrzał na nich i skinął głową.   

Dan  szybko  zrobił  poziome  nacięcie  na  skórze  w  dole  brzucha.  Signy  z  lekkim 

westchnieniem wytarła kropelki krwi, które pojawiły się natychmiast na linii cięcia.   

Chłopiec ważący ponad pięć kilogramów był zdrowy.   
– Ojej! – zawołały razem instrumentariuszka i druga pielęgniarka, gdy Dan wyjął za nogi 

przerośnięte dziecko.   

Trzymając  noworodka  za  kostki,  Dan  ostrożnie  położył  go  na  wózku,  by  czekający  w 

pogotowiu pediatrzy mogli usunąć śluz z buzi i pobudzić oddychanie.   

–  Ojej!  –  westchnęła  jak  echo  Signy,  zerkając  na  dziecko,  nim  zajęła  się  z  Danem 

usunięciem  łożyska  i  tamowaniem  krwawienia.  Do  końca  operacji  pozostało  jeszcze  kilka 
minut.   

Chłopiec  najpierw  wydał  słaby  dźwięk,  a  po  dwóch  czy  trzech  sekundach  głośno 

zapłakał. Wszyscy odetchnęli ulgą.   

–  Dobra  robota,  Signy  –  pochwalił  ją  cicho  Dan.  –  Tylko  tak  dalej.  Mogę  cię 

zarekomendować  jako  asystującego  chirurga.  –  Wyjął  łożysko  z  brzucha  i  włożył  je  do 
stalowej  miski,  którą  podsunęła  mu  instrumentariuszka.  Jednocześnie  anestezjolog  podał  w 

kroplówce lek powodujący skurcz macicy, by ograniczyć krwawienie do minimum.   

Podniesiona na duchu pochwałą Dana, Signy skoncentrowała się na pracy.   
– Podoba ci się to? – zapytał, zszywając ranę.   
– Tak. – Ich oczy spotkały się na krótko. – Jestem w swoim żywiole.   
Jakby  na  potwierdzenie  jej  słów,  dziecko  zaniosło  się  donośnym  krzykiem.  Signy 

zerknęła  na  wózek  i  zobaczyła,  jak  machało  różowymi  rączkami  i  nóżkami.  Miała  ochotę 
zdjąć  fartuch  i  rękawiczki,  wziąć  je  na  ręce  i  przytulić.  To  maleństwo  tyle  musiało  dzisiaj 
znieść.   

Później,  gdy  wracała  do  chaty  Dana,  chłodne  powietrze  owiewało  jej  twarz  i  ramiona. 

background image

Miała  na  sobie  wygodne  spodnie  i  bluzkę,  w  których  przyjechała  do  Brookes  Landing,  i 
cienką,  przeciwdeszczową  kurtkę.  Był  to  satysfakcjonujący  dzień,  zakończony  wczesną 
kolacją  w  szpitalnej  stołówce  w  towarzystwie  koleżanek.  Dan  nadal  był  zajęty  i  polecił  jej 
wracać  samej.  Potem  odwiedziła  jeszcze  Clarka  Jakesa,  pacjenta  zaatakowanego  przez 
kuguara. Spał, a rany na twarzy i szyi były odkryte, by mogły oddychać.   

– Jak on się czuje? – spytała siostrę oddziałową.   
– Całkiem nieźle, tylko jest w szoku. Przecież omal nie zginął na terenie, który uważał za 

bezpieczny. Teraz będzie ostrożny. Są tu miejsca, gdzie nie wolno chodzić bez broni.   

–  Wyobrażam  sobie  –  przyznała  Signy,  patrząc  na  opuchniętą,  posiniaczoną  twarz 

pacjenta. Czarne nici wyglądały na skórze jak miniaturowe tory kolejowe.   

–  Robimy,  co  możemy,  by  zapobiec  infekcji.  –  Pielęgniarka  wskazała  kroplówkę.  – 

Dostał też zastrzyki przeciw wściekliźnie. Ten dragi mężczyzna jest w nieco gorszym stanie. 
Ale obaj dojdą do siebie, jestem pewna.   

Signy  przytaknęła  i  odeszła  z  silnym  przekonaniem,  że  w  konfrontacji  z  przyrodą 

człowiek  nie  zawsze  wychodzi  zwycięsko.  Ta  myśl  każdego  chyba  mogła  przywołać  do 
porządku. To miejsce było trochę podobne do Afryki, z tą różnicą, że tu łatwiej było przeżyć, 
jeśli człowiek szanował przyrodę, rozumiał ją i kierował się zdrowym rozsądkiem.   

Po drodze do głównego holu spotkała Sal.   
– Cześć, Signy! – zawołała do niej.   
–  Cześć  –  odrzekła.  Było  jej  miło,  że  jest  rozpoznawana  po  tak  krótkim  pobycie  w 

Brookes Landing, choć w towarzystwie Sał czuła się nieco niepewnie.   

– Co się stało? – spytała z podnieceniem.   
– A coś się stało? – zdziwiła się Signy.   
– Między tobą a Danem? – wyjaśniła Sal, rozglądając się dokoła tajemniczo. – Spędziłaś 

z nim noc, prawda? 

Signy roześmiała się.   
– Niezupełnie – odparła. – Nocowałam w jego domu. Przecież nie mogła powiedzieć Sal, 

że przez prawie całą noc Dan trzymał ją, Signy, za rękę, śpiąc na sąsiedniej kanapie. Szpital 
aż zatrząsłby się od plotek. Rozstały się, nie wymieniając żadnych istotnych informacji.   

Teraz  Signy  cieszyła  się  spacerem,  patrzyła  na  małe,  przytulne  domki  na  cichych 

uliczkach,  oddzielone  od  siebie  dyskretnie  roślinnością.  Wilgoć  w  powietrzu  obiecywała 

deszcz, dzięki któremu las tętnił życiem.   

W  chacie  przebrała  się  w  nocną  koszulę  i  szlafrok  i  włożyła  rzeczy  do  pralki.  Dan 

pozwolił z niej skorzystać. Potem rozpaliła ogień w kominku. Z zainteresowaniem rozejrzała 
się po chacie, sprawdziła też zawartość szafek w kuchni, szukając czegoś do picia. Zamierzała 
wziąć długą kąpiel, potem zdrzemnąć się na kanapie przy ogniu.   

Pijąc  gorącą  herbatę,  gapiąc  się  w  płomienie  i  wdychając  aromatyczny  zapach  palącego 

się drewna, Signy przyznała, że po raz pierwszy od długiego czasu doświadczała stanu, który 
można  by  nazwać  spokojem.  Dręczące  ją  bezustannie  głosy  umilkły,  obrazy  wyblakły, 
przytłumione scenerią gór i leśnego pustkowia. To, co ją otaczało, miało wystarczającą moc, 
by wymazać z jej pamięci wspomnienie afrykańskich równin i suchych, gorących wiatrów.   

background image

Ogień nadal trzaskał, gdy się obudziła. Miała wrażenie, że ktoś dorzucił do kominka parę 

polan.  Z  niepokojem  spojrzała  na  skaczący  odblask  na  suficie  z  surowych  belek.  Usłyszała 

kroki w kuchni.   

Miała  zamiar  wstać  i  ubrać  się  przed  powrotem  Dana,  ale  usnęła.  W  kuchni  paliło  się 

światło.   

– Cześć. – Dan stanął w drzwiach. – Zastanawiałem się, czy cię obudzić i zapytać, czy 

chcesz kolację.   

Miał na sobie bawełniane spodnie i rozpiętą pod szyją koszulę. Wyglądał na zmęczonego, 

lecz mimo to była w nim gotowość wyruszenia w każdej chwili do akcji, bez względu na to, 
czy  miałby  sięgnąć  po  strzelbę,  by  walczyć  z  dzikim  zwierzęciem,  czy  wskoczyć  do 
samochodu i gnać do szpitala.   

Signy  wątpiła,  czy  coś  jest  w  stanie  go  zaskoczyć.  Mogła  sobie  również  wyobrazić,  że 

zaplanował  swoje  życie  w  najdrobniejszych  szczegółach  i  choć  lubił  kobiety  i  zapewne 
czasem nawet ich potrzebował, to potrafił nad sobą zapanować. Może nic dziwnego, że on i 
piękna Mariannę Crowley zerwali ze sobą.   

Dan  patrzył  na  jej  potargane  włosy  i  bose  stopy.  Jego  spojrzenie  wywołało  mimowolny 

rumieniec na jej twarzy. Instynktownie zawiązała mocniej szlafrok, robiąc sobie wyrzuty, że 
nie obudziła się wcześniej.   

– Jadłam kolację w szpitalu, dziękuję – powiedziała oschłym tonem, odgarniając włosy z 

czoła.   

– Więc może napijesz się gorącej czekolady? – spytał, opierając się o framugę. – Zrobiło 

się chłodno.   

– Z przyjemnością. – Zmusiła się, by to powiedzieć. Próbowała go znienawidzić za rolę, 

jaką  odegrał  w  Afryce,  ale  podziwiała  za  pracę,  jaką  tu  wykonywał.  Prócz  tych 
ambiwalentnych uczuć coraz bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że jest atrakcyjny, mimo 

krzywego nosa i nieco gangsterskiego zachowania.   

–  Chcę  też  porozmawiać  z tobą  o  Dominiku  –  oznajmił  niespodziewanie.  –  Wydaje  mi 

się,  że  to  odpowiedni  czas  i  miejsce,  ponieważ  jesteśmy  sami  i  nikt  nam  nie  przeszkodzi. 
Może  nie  będziemy  mieć  już  podobnej  okazji.  Może...  –  znowu  utkwił  w  niej  wzrok  – 
wolałabyś się ubrać przed rozmową.   

– Dobrze – zgodziła się, wstając.   
Niecałe  pięć  minut  później  ubrana  i  uczesana  siedziała  na  krześle,  trzymając  kubek 

czekolady.  Dan  usiadł  obok,  niezbyt  blisko,  by  nie  poczuła,  że  narusza  jej  prywatność.  To 
było dziwne, bo świadczyło o jego wrażliwości, a przecież uważała, że nie przepadał za nią w 
równym stopniu, jak ona nie przepadała za nim.   

– Po pierwsze, sprawdźmy, czy dobrze znam fakty – powiedział, zaczynając od sedna. – 

Chcę skończyć tę rozmowę, zanim wezwą mnie do szpitala. A przy okazji, doktor Crowley 
wpadnie  później  na  drinka,  bo  mamy  parę  spraw  do  omówienia.  Czy  masz  ochotę  do  nas 
dołączyć? 

– O, nie... dziękuję – odrzekła szybko. – Poczytam trochę, a potem się położę, i spróbuję 

zasnąć...   

background image

– Łatwiej ci spać w dzień na kanapie niż w nocy? 
– Tak – przyznała.   
– No to do rzeczy. Pracowałaś z doktorem Fraserem przez trzy miesiące – stwierdził. – 

Potem  on  razem  z  dwoma  innymi  osobami  zostali  wzięci  do  niewoli.  Wpadli  w  zasadzkę 
rebeliantów,  kiedy  znaleźli  się  daleko  od  szpitala  polowego,  na  terenie  uznanym  za  strefę 
niebezpieczną. Zapewne chcieli poznać smak przygody, tak? 

Signy zagryzła wargi, nic nie mówiąc.   
– Na szczęście zostali uwolnieni jakiś tydzień później – ciągnął  Dan, nie spuszczając z 

niej  wzroku.  Jego  obojętny  ton  nadawał  relacji  odpowiednią  perspektywę.  –  Doktor  Fraser 
postanowił  odszukać  pracowników  ONZ-etu,  bo  chciał,  żeby  zajęli  się  rebeliantami,  którzy 
ich  wzięli  do  niewoli,  choć  nasza  organizacja  robiła  wszystko,  żeby  sprawę  wyjaśnić.  Nie 
było  wielkiej  szansy  na  sukces,  gdyż  większość  rebeliantów  już  zginęła.  Doktor  Fraser 
opuścił placówkę medyczną w czasie, kiedy potrzebny był każdy lekarz. Wtedy ostatni raz o 
nim słyszano. Jak dotąd się nie mylę? 

Skinęła głową, usiłując powstrzymać łzy.   
–  Jakiś  tydzień  później  –  ciągnął  –  organizacja  zdecydowała,  że  zrobiło  się  zbyt 

niebezpiecznie  i  czas  na  ewakuację  szpitala,  wysłano  więc  ciężarówkę  po  personel.  Mam 
rację? 

– Tak.   
–  Kiedy  przyjechała  ciężarówka,  bez  uprzedzenia,  bo  były  trudności  z  nawiązaniem 

łączności,  cały  personel,  lekarze  i  pielęgniarki,  zgodzili  się  wyjechać,  z  wyjątkiem  pani 
Clover. Tak? 

–  Tak.  –  Spojrzała  na  niego  chłodno.  –  Nie  chciałam  wyjeżdżać  bez  Dom...  doktora 

Frasera.  Zostawić  go  bez  możliwości  powrotu.  Kierowca  ciężarówki  powiedział,  że  przyślą 
kogoś za trzy albo cztery dni... po mnie i po... doktora Frasera, o ile powróci.   

– Tak więc – ciągnął Dan – jeden z naszych pracowników przyjechał na motorze, ale miał 

po drodze wypadek. Gdyby doktor Fraser tam był, to w jaki sposób trójka ludzi wyjechałaby 

na jednym motocyklu? 

– Joachim mówił, że może zostać w szpitalu polowym z afrykańską pielęgniarką, że ona 

znajdzie jakiś sposób, żeby go wydostać albo w razie potrzeby ukryć. To był Afrykaner, znał 
okolicę.  –  Nawet  dla  niej  samej  nie  zabrzmiało  to  przekonująco.  –  Wtedy,  w  chwili 
desperacji, wydawało się to równie dobrym rozwiązaniem jak każde inne. Łatwo siedzieć tu i 
na chłodno wszystko roztrząsać. Jakby było wiele wyjść...   

– Próbuję tylko ustalić fakty – rzekł spokojnie.   
– Nie umiem porzucać ludzi – broniła się.   
– Nawet jeśli narażasz wtedy innych? 
– Byłam gotowa zaryzykować. Nie miałam czasu się zastanawiać – powiedziała.   
Patrzył na nią kamiennym wzrokiem.   
– Myślę, że cię nienawidzę – powiedziała wbrew sobie i patrzyła, jak jego brwi unoszą 

się w grymasie ironii. – To wcale nie było tak. Musieliśmy podjąć decyzję w jednej chwili i 
mam nadzieję, że była słuszna. – Nie miała zamiaru pozwolić mu na odegranie roli sędziego. 

background image

– A jaką ty odegrałeś w tym rolę, doktorze Blake? 

–  Zwyczajnie  przekazałem  polecenie  o  ewakuacji.  Nie  wydałem  go  –  zastrzegł  się.  – 

Załatwiłem  ciężarówkę  i  kierowcę,  jak  mi  polecono.  Dopiero  później  dowiedziałem  się,  że 
jedna osoba nie wydostała się ze szpitala i zaginęła. Nie ja zajmowałem się wyjaśnieniem tej 
sprawy. Signy patrzyła mu w twarz.   

–  To,  że  zostałam,  było  skalkulowanym  ryzykiem  –  powiedziała.  –  Jak  wiele  innych 

rzeczy w życiu. – Parę łez popłynęło jej po policzkach. – Kochałam Dominika – oznajmiła. – 
Był  dobrym  człowiekiem.  Nie  mogłam  go  zostawić  samego,  tak  jak  nie  zostawiłabym 
własnego brata.   

Pełna napięcia cisza miała jej uświadomić, że jego zdaniem Dominik już nigdy nie wróci.   
–  Mówisz  o  nim  jak  o  niegrzecznym  chłopcu,  który  wyruszył  na  przygodę,  kiedy  nie 

powinien. Był zakładnikiem, chciał sprawiedliwości.   

–  Sprawiedliwości?  –  Roześmiał  się  ironicznie.  –  Nie  ma  czegoś  takiego  jak 

sprawiedliwość i prawa jednostki w miejscu, gdzie prawo nie istnieje. To tylko puste słowo.   

– Tym bardziej więc należy jej dochodzić samemu – odparła.   
– Tak, ale trzeba robić to w dojrzały sposób. Dominik zaś zachowywał się jak chłopiec – 

mówił  twardo  –  jakby  był  na  wycieczce,  a  tymczasem  był  częścią  zespołu  wysłanego  w 
niebezpieczne miejsce w określonym celu.   

Milczała.   
–  Parę  dni  po  twoim  wyjeździe  szpital  został  spalony  przez  tak  zwanych  rebeliantów  – 

przypomniał.   

– Wiem – przyznała. Łzy kapały na jej zaciśnięte dłonie. – Ale to nie koniec historii. Nie 

koniec żałoby.   

Patrzył na nią z nieodgadniona miną.   
– Nie obchodzi mnie, czy uważasz, że źle postąpiłam, czy myślisz, że jestem słaba... Nie 

obchodzi mnie, co myślisz – powiedziała cicho. – Kim jesteś, żeby mnie osądzać? Myślę, że 

sam nie wiesz, co byś wtedy zrobił. Zrobiłam to, co uważałam wówczas za słuszne. I nie ma 

dla mnie znaczenia, że wystawisz mi złą opinię. Jak mówiłeś, czasami jest za mało czasu na 
podjęcie decyzji.   

Ogień  strzelał  wesoło  w  kominku,  na  dworze  w koronach  drzew  szumiał  wiatr.  Oni  zaś 

siedzieli, patrząc na siebie. Signy przysięgła sobie, że jako pierwsza nie odwróci głowy.   

Odgłos  kroków  na  drewnianej  werandzie  i  ostry  dźwięk  dzwonka  do  drzwi  zakłócił 

hipnotyczną ciszę. Signy drgnęła, omal nie upuszczając kubka. Dan wstał i powoli ruszył do 
drzwi. Nie był jednak dość szybki, bo gość zadzwonił ponownie, niecierpliwie i władczo. To 
na pewno Mariannę Crowley.   

Signy uciekła do małego gościnnego pokoiku i zamknęła za sobą drzwi.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Usiadła  na  łóżku,  potem  znowu  wstała  podniecona  i  zaczęła  krążyć  po  pokoju.  Wersja 

Dana  zdenerwowała  ją.  Jednocześnie  w  głębi  duszy  twarda  rzeczywistość  zaczęła 
dominować, jakby w końcu przeszłość stała się tym, czym była – przeszłością. Zapewne był 
to właśnie proces godzenia się z faktami.   

Zamierzała  jednak  bronić  swej  ówczesnej  decyzji.  Podjęła  ją,  bo  nie  było  alternatywy. 

Gdyby zaistniały podobne okoliczności, postąpiłaby tak samo.   

Pokój zaczął przyprawiać ją o klaustrofobię. Zapragnęła wyjść. Szybko wciągnęła sweter, 

a na wierzch kurtkę. Spacer pomoże jej uporządkować myśli.   

Nasłuchiwała chwilę przy drzwiach, nie chcąc natknąć się na Dana i jego gościa. Słyszała 

ożywioną rozmowę i krótkie wybuchy śmiechu. Mariannę miała donośny głos. Wydawała się 
należeć do tych kobiet, które uważają, że muszą bezustannie trzymać rękę na pulsie, inaczej 
facet  okaże  się  od  nich  lepszy.  Może  była  niesprawiedliwa.  Przecież  właściwie  nie  znała 
Mariannę.  Signy  nie  była  głośna  ani  arogancka,  i  nie  rozumiała  takiego  zachowania. 
Podejrzewała, że wynika ono z braku pewności siebie, a nie wysokiego mniemania o sobie.   

Kiedy Dan i Mariannę opuścili salon i przenieśli się do kuchni lub może sypialni, Signy 

wymknęła się na dwór.   

Wieczór  był  przyjemnie  chłodny,  łagodny  wiatr  niósł  ze  sobą  zapachy  północy.  Signy 

ruszyła  wąską  drogą  w  kierunku  szpitala,  sądząc,  że  w  obrębie  miasteczka  nie  powinna 
napotkać  dzikich  zwierząt.  Wysiłek  fizyczny  zmęczy  ją  i  ułatwi  zaśnięcie.  Spacery  zawsze 
pomagały jej oczyścić umysł. Wokół nie było żywej duszy i cieszyła się z samotności.   

Kwadrans później zaczęło padać.   

 

Obudził ją jakiś odgłos. Uniosła powieki, całkowicie już przytomna. Przed kilka sekund 

nie  wiedziała,  gdzie  jest,  póki  szare  zarysy  pokoju  nie  nabrały  kształtów.  Powróciły 
wspomnienia minionego wieczoru. Zegar przy łóżku pokazywał trzecią rano. Wiedząc, że nie 
zaśnie, postanowiła wstać i poczytać, albo zrobić sobie coś ciepłego do picia. To jest lepsze 
od koszmarów, więc wstała i narzuciła szlafrok.   

Podłoga zaskrzypiała,  gdy  szła przez salon,  gdzie zapaliła małą lampkę.  Dan potrzebuje 

snu bardziej od niej. Starając się nie robić hałasu, wstawiła wodę.   

Wczesne budzenie się jest oznaką klinicznej depresji, przypomniała sobie. Równie dobrze 

bezsenność może być wynikiem stresu i niepokoju.   

Rozmowa z Danem musiała rozpocząć proces uleczenia, bo teraz Signy miała wrażenie, 

że powoli wszystko się ułoży. Przyznała to z niechęcią. Naprawdę nie lubiła tego faceta. Im 
szybciej  da  się  wrócić  na  Kelp,  tym  lepiej.  Nie  mogła  doczekać  się  piątku.  Od  tej  chwili 
będzie  starała  się  unikać  Dana.  Postanowiła  porozmawiać  z  Maxem  i  spędzić  z  nim  trochę 
czasu.   

Choć  starała  się  zachowywać  cicho  jak  mysz,  z  ręki  wypadło  jej  metalowe  wieczko  i  z 

głośnym łoskotem uderzyło o stalowy zlew.   

background image

– Do diabła – mruknęła, podnosząc je szybko. Potem zalała wrzątkiem torebkę herbaty.   
Za  żadne  skarby  nie  chciała  obudzić  Dana.  Może  jest  z  nim  doktor  Crowley?  Nagle 

poczuła się jak intruz w jego domu.   

Gdy czekała, aż herbata się zaparzy, Dan wszedł do kuchni.   
–  O  nie!  –  zawołała,  cofając  się  o  krok.  –  Obudziłam  cię?  Nie  mogłam  zasnąć,  więc 

zrobiłam sobie herbatę.   

– Właściwie mnie nie obudziłaś. – Miał na sobie wygnieciony szlafrok, jakby w nim spał. 

– Mam kłopoty z zasypianiem. Słyszałem twoje krzątanie.   

– Przepraszam – mruknęła. – Chcesz herbaty? Zaraz się zaparzy.   
– Dziękuję.   
Jednocześnie ruszyli do szafki, by wyjąć jeszcze jeden kubek, i dotknęli się ramionami.   
– Przepraszam. – Signy odsunęła się. – Wolisz kubek czy filiżankę? – W innej sytuacji ta 

prozaiczna konwersacja przyprawiłaby ją o histeryczny śmiech.   

– Pozwól, Signy – powiedział, odwracając się do niej.   
Wymówił  jej  imię  w  taM  sposób,  że  poczuła  się  bezbronna,  jakby  miała  się  zaraz 

rozpłakać. Chciała się odsunąć od niego, ale nogi miała jak z ołowiu. Gdy na siebie spojrzeli, 
usiłowała wzrokiem wyrazić całą swoją antypatię.   

Dan sięgnął po kubek i znieruchomiał, po czym położył rękę na karku Signy. Jego palce 

wsunęły się w jej włosy.   

Wstrzymała  oddech  i  znieruchomiała.  Dan  przez  chwilę  patrzy!  w  jej  oczy,  potem 

przeniósł wzrok na usta. Mimowolnie rozchyliła wargi. Jak na zwolnionym filmie jego głowa 
przybliżyła się do jej twarzy, ale Signy miała mnóstwo czasu na ucieczkę. Gdy poczuła smak 
jego ust,  jęknęła cicho.  Nie wiedziała, czy to  protest,  czy przyznanie się...  do czegoś,  czego 
potrzebowała. Wiedziała tylko, że zamknęła oczy z własnej woli i wyrzuciła ze świadomości 
wszystko.  Istniało  tylko  ciepło  jego  warg  i  fala  podniecenia  przepływająca  przez  jej  ciało. 
Dan powoli zaczął całować jej szyję, uszy, policzki.   

–  Signy  –  wyszeptał,  i  ku  swemu  przerażeniu  poczuła,  jak  uginają  się  pod  nią  kolana. 

Czegoś takiego nie doświadczyła nawet z Simonem, którego kochała.   

Powinnam go odepchnąć, stwierdziła nagle w myślach, a tymczasem oparła dłonie o jego 

biodra.  Znowu  ją  pocałował.  To  było  całkowite  szaleństwo.  Jego  dłoń  dotykała  jej  karku, 
palce  zaplątały  się  w  jej  włosy,  przytulił  ją  do  siebie  mocno.  Potem  odsunęli  się  – 
równocześnie. Patrzyli na siebie bez słowa. Dan wydawał się zaskoczony. Wiedziała, że na jej 
twarzy maluje się szok graniczący z przerażeniem. Parę godzin wcześniej powiedziała mu, że 
go nienawidzi, a on wcale się tym nie przejął. Odetchnął głęboko.   

– Nie planowałem tego.   
Usiłując zachować spokój, powiedziała: 
– Wierzę. Ja też nie.   
Z  roztargnieniem  sięgnął  po  kubek,  potem  napełnił  go  herbatą.  W  ciszy  popchnął 

cukiernicę w jej kierunku i podał jej herbatę. Podziękowała skinieniem głowy.   

Kiedy  znowu  westchnął  i  oparł  się  o  blat,  pomyślała,  że  Dan  żałuje  tej  chwili  słabości. 

Niewielka  kuchnia  zaczęła  przyprawiać  ją  o  klaustrofobię,  tak  jak  wcześniej  jej  sypialnia, 

background image

więc wzięła herbatę i przeszła do salonu, gdzie jeszcze żarzył się ogień. Szukając desperacko 
jakiegoś  zajęcia,  dorzuciła  do  kominka  kilka  polan.  Potem  usiadła  w  półmroku  na  kanapie. 
Bliskość tego mężczyzny, jego dotyk, pocałunki, wyparły z jej myśli Simona i Dominika.   

Zdając sobie sprawę, że Dan stoi w progu i na nią patrzy, nie podniosła głowy. Żadne z 

nich nie wiedziało, co powiedzieć.   

Usłyszała,  jak  podszedł  do  odtwarzacza  płyt  kompaktowych,  po  czym  ciszę  wypełniły 

nostalgiczne  dźwięki  skrzypiec.  Doskonale,  pomyślała,  wzdychając  w  duchu.  Ta  muzyka 
idealnie pasuje do nastroju. Teraz nie muszą rozmawiać. Signy czuła, jak się powoli odpręża. 
Nie  przeszkodziło  jej  nawet  to,  że  Dan  usiadł  na  drugim  końcu  kanapy,  opierając  stopy 
wygodnie na taborecie. Muzyka jakby zjednoczyła ich, tworząc równocześnie barierę, i każde 
mogło uciec w swój prywatny świat.   

Kiedy muzyka zamilkła, Dan powiedział: 
– Mam nadzieję, że nie nienawidzisz mnie za bardzo.   
– Nie wiem – wykrztusiła.   
Dokończyła herbatę, zamknęła oczy i pozwoliła, by znów muzyka wypełniła jej umysł i 

zatarła świadomość, że Dan siedzi metr od niej. I wtedy uświadomiła sobie, że jego pocałunki 
wcale nie były jej takie niemiłe.   

Następnego ranka, gdy obudziła się na kanapie, stwierdziła, że Dan wyszedł i zostawił dla 

niej wiadomość w kuchni. O godzinie dziesiątej miały z Terri zgłosić się na oddział nagłych 
wypadków i spędzić ten dzień z Maxem.   

Signy  przyjęła tę wiadomość z mieszanymi uczuciami,  ale  właściwie odczuła ulgę,  Dan 

przypomniał jej w liście, że w piątek wracają na Kelp. Była ósma, miała więc dwie godziny 
na prysznic, śniadanie i dotarcie do szpitala.   

Krzątając się przy codziennych czynnościach, doszła do wniosku, że stopniowo zaczyna 

żyć  teraźniejszością.  Obraz  Simona  o  jasnych  włosach,  złotego  młodzieńca,  którym  jej  się 
teraz  wydawał,  zaczynał  blaknąć.  Zrozumiała,  jacy  oboje  byli  naiwni,  planując  wspólną 
przyszłość.   

Z Dominikiem było nieco inaczej. Przestało ją dręczyć poczucie nielojalności, gdy zdała 

sobie  sprawę,  że  zrobiła  wszystko,  co  tylko  mogła,  aż  do  granic  głupoty,  by  mu  pomóc. 
Czekała  na  niego,  choć  inni  wyjechali.  Nie  mogła  zrobić  nic  więcej.  Może  czuła  się  zbyt 
odpowiedzialna za Dominika? To absurd, był dorosły, starszy od niej. Powinien wiedzieć, co 

robi, znać rozmiar ryzyka. Powinien też zdawać sobie sprawę, że inni będą chcieli go ratować 
z narażeniem własnego życia. Mimo wszystko nie miała ochoty dziękować Danowi, że jej to 
pokazał. Nie była pewna jego motywów.   

Wypiła  kawę,  wysuszyła  włosy,  ubrała  się  i  umalowała.  Miała  zamiar  być  w  szpitalu 

wcześnie,  by  się  spotkać  z  koleżankami  w  stołówce.  Nocowanie  u  Dana  dostarczało  jej 
szczególnych przeżyć. Zapragnęła na chwilę towarzystwa kobiet.   

Niestety, najpierw do stołówki weszła Sal.   
– Cześć, Signy! – zawoła radośnie i usiadła obok. – Jak się masz? No i... – pochyliła się 

konspiracyjnie – jak tam boski Dan? 

Siłą woli usiłowała powstrzymać rumieniec na twarzy.   

background image

– Prawie go nie widuję – powiedziała obojętnie – więc skąd mam wiedzieć? Jest bardzo 

zabiegany.   

– Wiesz, myślę, że on i Mariannę znowu się zejdą – wyznała Sal. – Spędzają ze sobą dużo 

czasu. Ale może nie jest jeszcze gotów, żeby się angażować, może się wycofa. To taki facet, 

który  ma  zaplanowane  całe  życie  i  nie  pozwoli,  żeby  jakaś  kobieta  stanęła  mu  na  drodze. 

Znasz ten typ.   

Signy przytaknęła.   
–  Może  chce  zaczekać,  aż  skończy  jakieś  czterdzieści  pięć  lat,  potem  ożeni  się  z 

dwudziestolatką  i  zrobi  jej  trójkę  dzieciaków,  żeby  nadrobić  stracony  czas.  A  ona  któregoś 
dnia się obudzi i stwierdzi, że wyszła za staruszka. – Sal  roześmiała się. – Potem ona się z 
nim rozwiedzie, a on będzie walczył jak diabli o dzieci...   

Trudno się było długo gniewać na Sal, więc Signy uśmiechnęła się.   
– Minęłaś się z powołaniem. Powinnaś pisać scenariusze do oper mydlanych! 
– Może – potwierdziła Sal ze śmiechem. – Ale to nie żaden fikcyjny scenariusz, wierz mi. 

Łatwo to przewidzieć. Idziesz dzisiaj na chirurgię? 

– Nie, na nagłe wypadki. Z Maxem Seatonem.   
– O! – Sal uniosła oczy w ekstazie. – Mogłabym ci opowiedzieć o nim parę rzeczy! 
Signy jęknęła i podniosła się.   
– Proszę, nie! Muszę iść.   
Terri  już  była  na  miejscu,  również  Pearl  i  Max.  Powitali  ją,  jakby  nie  widzieli  się  od 

wieków.   

Signy przyłapała się na tym, że zastanawia się, gdzie pracuje dziś Dan. Może od tej chwili 

będzie jej unikał. I bardzo dobrze, powiedziała sobie w duchu, gdy w trójkę zaczęły zwiedzać 
mały, lecz dobrze zorganizowany oddział nagłych wypadków.   

–  Chciałabym  zajrzeć  do  tych  pacjentów  zaatakowanych  przez  kuguara  –  powiedziała 

Signy do Terri. – Pójdziesz ze mną? 

–  Dobrze.  Byłam  u  nich  wczoraj  wieczorem.  Obaj  są  czerwono-fioletowi,  ale  nie  mają 

infekcji – oznajmiła Terri.   

 

W  piątek,  jak  było  zaplanowane,  pielęgniarki  miały  wrócić  na  wyspę  Kelp.  Signy  nie 

pracowała  już  z  Danem.  Rano  pożegnała  się  z  nim  w  chacie  i  oficjalnie  podziękowała  za 
udzielenie jej gościny. Dan patrzył na nią z dziwną miną. Może myślał, że nie znaleźliby się 
w tej kompromitującej sytuacji, gdyby jej nie zaprosił do siebie. Stwierdziła, że nie może mu 
patrzeć w oczy dłużej niż przez parę sekund, by się nie zaczerwienić.   

– Przylecę na wyspę w niedzielę wieczorem – powiedział. – W poniedziałek i wtorek ja 

albo Max poprowadzimy szkolenie, potem będziecie czasami wracać do Brookes Landing lub 
innych małych miejscowości na wybrzeżu.   

– To świetnie – odparła zupełnie szczerze. – Pobyt tutaj sprawił mi dużą przyjemność. To 

było ciekawe doświadczenie.   

– Cieszę się – odparł chłodno.   
Dobrze było wrócić na wyspę, do różowożółtego pokoiku, który zaczęła uważać za swój, 

background image

do miejsca, które będzie jej żal opuszczać. Koleżanki z chaty zebrały się na herbatę, a potem 
udały się do siebie, by napisać listy i odpocząć.   

Signy  poszła  do  recepcji  spotkać  się  z  Sabriną.  Znalazła  tam  cztery  listy  od  rodziców  i 

przyjaciół. Po drodze spojrzała na chatę Dana po przeciwnej stronie placyku, która wyglądała 
na opuszczoną. Signy poczuła się odizolowana od świata na tej wyspie otoczonej bezkresnym 
oceanem.  Może  dlatego,  powiedziała  sobie,  że  Dan  był  jednym  z  niewielu  ludzi,  których  tu 
poznała, a nie dlatego, że tęskniła za nim czy go lubiła. Żebracy nie mogą być wybredni.   

Wróciła  do  siebie,  sprawdziła  pocztę  elektroniczną  i  spędziła  nieco  czasu,  wysyłając 

odpowiedzi.  Zostawiła  kartkę  pod  drzwiami  Terri,  pytając,  czy  chce  się  później  wybrać  na 
spacer na plażę, i położyła się odpocząć. Łatwiej było zasnąć za dnia, gdy bezpieczne światło 
wpadało przez okno i od razu mogła rozpoznać, gdzie się znajduje.   

Kiedy  znowu  wstała,  znalazła  kartkę  od  Terri,  która  pisała,  że  z  ochotą wybierze  się  na 

spacer i że powinny wrócić przed zmierzchem. Zaproponowała godzinę spotkania.   

Signy  włożyła  do  plecaka  niezbędne  rzeczy:  ubranie,  sprzęt  pierwszej  potrzeby,  latarkę, 

gwizdek, komórkę, mapę, tabliczkę czekolady i butelkę z wodą.   

– W powietrzu czuć już jesień – zauważyła Terri, gdy wędrowały leśną ścieżką. – Liście 

zaczęły zmieniać kolor i opadać.   

–  Racja  –  przyznała  Signy.  –  Więcej  jest  tu  drzew  liściastych,  niż  myślałam,  choć 

przeważają iglaste.   

W końcu wyszły z lasu na otwartą plażę, gdzie syciły oczy zapierającym dech w piersiach 

tańcem  fal.  Potem  usiadły  pod  drzewem,  by  odpocząć  w  miejscu  osłoniętym  od  chłodnej 
bryzy.   

–  Cieszę  się,  że  zaproponowałaś  spacer,  Signy  –  rzekła  Terri  po  paru  minutach.  – 

Chciałam z kimś porozmawiać. Czuję, że jeśli tego nie zrobię, to wybuchnę. Wiem, że umiesz 
słuchać i nie powtórzysz nikomu tego, co ci powiem. Ale jeśli nie chcesz mnie wysłuchać, to 
mów od razu. Nie będę cię obciążać własnymi sprawami.   

Signy spojrzała ze współczuciem na kobietę, którą uważała teraz za przyjaciółkę. Trudno 

jej było uwierzyć, że znają się tak krótko.   

– Chcesz porozmawiać o Timorze Wschodnim? – zapytała.   
– Tak.   
– Nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc – oświadczyła uczciwie Signy. – Ale spróbuję. 

No i potrafię słuchać, a samo wygadanie się czasem pomaga. Przejdźmy się najpierw wzdłuż 
brzegu i znajdźmy jakiś cichy kącik...   

Uniosły twarze do góry, wystawiając je na smaganie wiatru. Tutaj, w tym dzikim miejscu, 

które  zdawało  sienie  pamiętać  o  istnieniu  człowieka,  gdzie  niepodzielnie  panowała 
nieujarzmiona, potężna przyroda, wiatr był w stanie nawet odegnać przeszłość.   

–  Niezwykłe  miejsce,  prawda?  –  zauważyła  Signy.  –  Takie  inne  niż  Afryka...  kolebka 

ludzkości.   

– Tak...   
Kiedy usiadły, by porozmawiać, Signy postanowiła, że wysłucha Terri, a potem opowie 

jej o Simonie i Dominiku – nie tyle o Afryce i o pracy, co o jej skomplikowanych uczuciach i 

background image

wszechogarniającym smutku.   

W drodze powrotnej szły szybko, nie chcąc pozostać w lesie po zmroku. Już teraz miejsce 

to wydawało się ponure. Obie jednak były spokojne po sesji zwierzeń.   

– Chciałam cię o coś zapytać – rzekła Terri. – Możesz mi kazać pilnować własnego nosa, 

ale jestem ciekawa. Mówiłaś, że doktor Blake obserwuje cię cały czas, jakby cię sprawdzał.   

–  Owszem  –  przytaknęła  Signy,  lekko  zadyszana.  –  Chyba  mam  gorszą  kondycję,  niż 

myślałam. Zmęczyłam się.   

– Myślę, że on cię lubi – ciągnęła Terri. – Serio. Moim zdaniem to wcale nie jest tak, jak 

mówisz.  On  interesuje  się  tobą  jako  kobietą.  Pomyślałam,  że  ci  o  tym  powiem,  kiedy 
usłyszałam o tamtych facetach z twojej przeszłości. Może nie zauważasz tego właśnie przez 
nich.   

– Och, nie sądzę, Terri – zaprotestowała, myśląc, że jeden pocałunek niekoniecznie musi 

wiele znaczyć. – On mnie nie lubi. W końcu prawie się nie znamy. Na pewno wiele kobiet 
tylko czeka, żeby go dorwać. Pierwsza jest Sal.   

– O, na pewno! – roześmiała się Terri.   
– Nie znoszę go – ciągnęła Signy. – To dobry lekarz i bardzo dobry nauczyciel, i pewnie 

można na nim polegać. To uczciwy i miły facet, trudno mu coś zarzucić.   

–  Dlaczego  go  nie  lubisz?  –  zdziwiła  się  Terri.  –  Jest  naprawdę  fajny.  –  Znowu  się 

roześmiała. – A ten nos tylko dodaje mu wdzięku.   

– Faktycznie – przyznała Signy. – Ale Dan jest taki... samowystarczalny. Wydaje się, że 

nigdy się nie myli.   

– Co w tym złego? 
– Nie wiem. Mam przy nim kompleks niższości.   
–  Lepsze  to  niż  wieczne  podejrzenia  lub  świadomość,  że  cię  zawiedzie.  Może  lubisz 

chłopców w dorosłym ciele, Signy. – Terry roześmiała się i Signy niepewnie jej zawtórowała.   

– Może...   
– Często w żartach pada słowo prawdy – dodała Terri. – Dan jest bardzo męski, ale nie 

jest arogancki. To rzadkość.   

–  To  prawda  –  przyznała  Signy,  bardziej  zaniepokojona  uwagami  koleżanki,  niż  mogła 

przypuszczać.   

–  Może  unikasz  prawdziwych  mężczyzn,  bo  boisz  się,  że  sobie  z  nimi  nie  poradzisz. 

Może  potrzebujesz  kogoś  takiego  jak  on.  Romans  z  Danem,  krótki  i  uroczy,  wymazałby 
szybko  jego  poprzedników.  Twierdzisz,  że  cię  nie  lubi,  ale  jestem  przekonana,  że  bez  trudu 
mogłabyś to zmienić. W końcu wyjedziemy stąd, zanim wszystko się skomplikuje. To nie jest 
miejsce, gdzie można się zatrzymać na dłużej.   

– Tutaj wszystko szybko się komplikuje – zauważyła Signy i obie wybuchnęły śmiechem. 

– Choć pewnie nie dotyczy to Dana.   

Nie  bądź  taka  pewna,  ostrzegł  ją  cichy  głos.  Nieraz  zastanawiała  się,  co  czuła  wtedy, 

kiedy ją całował. Oczywiście, nie wspomniała o tym  zdarzeniu  Terri  i  teraz czuła się nieco 
zakłopotana.   

– To niedorzeczne, Terri.   

background image

– Wcale nie, Signy. Mówię poważnie.   
–  Wiesz,  cieszę  się,  że  porozmawiałyśmy.  Od  razu  lżej  mi  na  sercu.  Mam  ochotę  się 

śmiać.   

–  Ja  też.  Po  powrocie  napijmy  się  wina.  Mam  ukrytą  butelkę.  I  nie  zapomnij,  co  ci 

mówiłam  o  Danie.  Dobrze  ci  to  zrobi.  Ja  zabawię  się  nieco  z  Maxem.  Przy  nim  wiem,  na 
czym stoję.   

Zaskoczona tą uwagą, Signy uśmiechnęła się do Terri i przyspieszyła kroku.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Było  naprawdę  miło  mieć  znowu  trochę  wolnego,  spacerować,  spać  i  rozmawiać  z 

koleżankami, wysyłać emaile na drugi koniec świata. Prócz tego Signy robiła notatki i czytała 
polecaną na kursie lekturę.   

W niedzielę wieczorem wrócił Dan. Pojawił się w stołówce i zjadł z nimi kolację. Signy 

nie rozmawiała z nim jednak. Odniosła wrażenie, że Dan celowo jej unika, postanowiła więc 
postępować podobnie.   

 

Cały  następny  tydzień  miały  wykłady,  seminaria  i  dyskusje  na  temat  bezpieczeństwa  i 

strategii  podczas  misji.  Niektóre  z  tych  zajęć  prowadził  Max,  inne  Dan  lub  wykładowcy, 
którzy  przyjeżdżali  na  jeden  dzień.  Dan  wracał  od  czasu  do  czasu  do  Brookes  Landing 
doglądać  pacjentów  i  pomagać  w  nagłych  sytuacjach.  Podczas  jego  nieobecności  Signy 
odczuwała  ulgę,  nie  bardzo  wiedząc  dlaczego.  Jednak,  kiedy  tylko  wychodziła  na  dwór,  jej 
oczy kierowały się w stronę chaty Dana.   

W sobotę razem z koleżankami odkryła, że mają wrócić do Brookes Landing w następny 

poniedziałek i w ciągu tygodnia odwiedzić kilka osad położonych dalej  na wybrzeżu, gdzie 
były tylko punkty sanitarne i lekarze zjawiali się rzadko.   

Późnym  popołudniem  Signy  wymknęła  się  na  samotny  spacer  na  plażę,  by  popatrzeć 

znowu na ocean. Pogoda zmieniła się pod koniec drugiego tygodnia października. Wieczory i 
ranki stały się ciemniejsze, więcej było deszczu i mgły, spadały liście z drzew.   

Po długim, energicznym spacerze przez las wreszcie  mogła się cieszyć szumem wiatru i 

oceanu. Na plaży leżały wyrzucone przez morze wodorosty, niemal czarne na białym piasku. 
Signy  odwróciła  się  plecami  do  wiatru  i  ujrzała  wychodzącego  z  lasu  mężczyznę.  Stanęła 
przestraszona.  Na  wyspie  nie  ma  nikogo  nieznajomego,  uspokajała  się,  wybrzeże  jest 
niedostępne  dla  łodzi.  Mężczyzna  zamachał  do  niej.  Po  chwili  rozpoznała  w  nim  Dana. 
Odetchnęła głęboko i ruszyła wolno w jego kierunku, ze zdumieniem stwierdzając, że czuje 
głównie ulgę.   

– Signy! Signy! – wołał Dan, przekrzykując ryk fal. Pomachała mu ręką w odpowiedzi. 

Przypomniała sobie uwagi Terri na temat jej romansu z Danem – krótkiego i uroczego, jak to 
ujęta  Skąd  wiedziała,  że  byłby  uroczy?  Dan  widział  ją  bezbronną,  przez  co  czuła  się 
skrępowana.  Zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  czmychnąć  między  drzewa,  by  go  uniknąć, 
lecz w końcu zrezygnowała z tego pomysłu.   

– Cześć – powiedział Dan. Ubrany był w ciemnozieloną kurtkę przeciwdeszczową, miał 

zaczerwienioną twarz, wiatr targał mu włosy. – Jak się masz? 

– Dobrze, dziękuję – odparła odrobinę nieufnie, bo przy ostatnim spotkaniu odnosił się do 

niej  dość  chłodno.  –  Nie  spodziewałam  się  tu  ciebie  –  dodała  niepotrzebnie,  nie  chcąc,  by 
pomyślał, że zaaranżowała to spotkanie.   

– Inaczej byś tu nie przyszła? – zapytał z uśmiechem. Zarumieniła się.   
– Możliwe.   

background image

–  Cóż  –  powiedział.  –  Wiedziałem,  że  jesteś  na  plaży.  Zajrzałem  do  księgi  wyjść  w 

recepcji. Przyszedłem inną drogą, bo nie chciałem sprawiać wrażenia, że ci depczę po piętach. 
Przejdźmy się. – Dotknął lekko jej ramienia.   

Walczyli z wiatrem przez parę minut.   
–  Wiesz  –  odezwał  się  w  końcu  Dan,  gdy  zatrzymali  się  przy  olbrzymim  kłębie 

wodorostów, nazywanych po angielsku „kelp” – że jest jeszcze inne znaczenie tego słowa? W 

szkockim folklorze „kelpie” to duszek wodny, pojawiający się zazwyczaj pod postacią konia. 
Podobno uwielbia porywać i topić podróżników...   

– O, naprawdę? – Signy rozejrzała się dokoła i stwierdziła, że podczas gdy ona skupiła 

uwagę na Danie, z morza wynurzyła się biała mgła i zawisła nad piaskiem niczym chmura, 
przynosząc  ze  sobą  chłód.  Gdy  zwróciła  wzrok  na  ocean,  ujrzała  białe  grzywy  fal 
przypominające  cwałujące  konie,  i  zadrżała.  –  Wolałabym,  żebyś  tego  nie  mówił  – 
powiedziała. – Teraz będę ciągle o tym myśleć.   

Kiedy się uśmiechnął, tak jakoś leniwie, diabli wzięli jej przekonanie, że Dan nie jest w 

jej typie. Może i nie był w jej typie, ale rozumiała, dlaczego kobiety nie mogły mu się oprzeć, 
zwłaszcza kiedy się tak uśmiechał.   

– Mity często służą jakiemuś celowi, mają związek z rzeczywistością – zauważył Dan. – 

Ten każe nam pamiętać, że nie należy lekceważyć potęgi morza.   

– Ta mgła... – powiedziała, patrząc na białe pasma spowijające jej nogi.   
–  Tak,  musimy  wracać  –  przyznał.  –  Dopóki  widać  ścieżkę.  Chodźmy.  W  lesie  nie  ma 

mgły i jest cieplej.   

Jakby  na  zaklęcie,  zaczęło  nagle  padać  i  po  paru  sekundach  lało  jak  z  cebra.  Signy 

naciągnęła  kaptur  na  głowę.  To  właśnie  te  deszcze  sprawiały,  że  drzewa  były  porośnięte 
mchem i wszystko rosło jak na drożdżach.   

Kiedy  Dan  pociągnął  ją  za  sobą,  nie  opierała  się.  W  lesie  deszcz  mniej  dawał  się  we 

znaki.  Oddychając  ciężko,  skryli  się  pod  olbrzymim  drzewem,  którego  gałęzie  okryły  ich 

niczym parasol.   

– Schowamy się tu na chwilę – powiedział Dan. – Powinno przejść za jakiś kwadrans.   
–  Mamy  stać  pod  drzewem?  A  jak  nadejdzie  burza?  –  zapytała  niespokojnie.  –  A  jeśli 

uderzy w nie piorun? 

– Nie będzie burzy – odrzekł Dan.   
– Skąd wiesz? – zapytała.   
– Po prostu wiem. – Uśmiechnął się uspokajająco. – Usiądź tutaj. Zaczekamy.   
Przypomniała  sobie,  że  właściwie  nie  lubi  Dana,  lecz  gdy  usiadła  obok  niego,  jej  serce 

zaczęło  bić  szybszym  rytmem.  Było  tu  spokojniej,  słychać  było  tylko  dudnienie  deszczu  o 
liście. Naciągnęła mocniej kurtkę, podciągnęła kolana i objęła je ramionami, tuląc się do nich, 
by się ogrzać.   

– To zdumiewające, jak szybko zmienia się temperatura.   
–  Owszem  –  zgodził  się.  –  Dlatego  zawsze  musisz  mieć  ciepłe  ubranie  i  odpowiednie 

buty. Usiądź bliżej mnie.   

Dlaczego to  robię? Co się ze mną dzieje? Była  na siebie zła,  gdy posłusznie przysunęła 

background image

się  do  niego,  tracąc  kontrolę  nad  sytuacją.  Może  Terri  miała  rację,  mówiąc,  że  nie  jest 
przyzwyczajona do takich mężczyzn jak Dan... twardych i całkowicie opanowanych.   

– Dlaczego mnie szukałeś? – zapytała, próbując przejąć inicjatywę.   
–  Nie  mieliśmy  okazji  rozmawiać  przez  cały  tydzień.  –  Oparł  głowę  o  pień  drzewa.  – 

Rozstaliśmy się w dziwnej sytuacji, więc chciałem się dowiedzieć, jak się czujesz. Mam na 
myśli te koszmary. Przemyślałem wszystko i chcę przeprosić za moje zachowanie. Mogę to 
zwalić na stres, w jakim ostatnio żyję, choć to żadne wytłumaczenie. Nie chcę, żebyś uważała 
mnie za gbura i prostaka.   

–  Nie  myślę  tak  o  tobie  –  powiedziała  zgodnie  z  prawdą.  –  Właściwie  nie  wiem,  co 

myślę.  –  Urwała,  szukając  słów.  –  Ale  teraz  rzadziej  miewam  koszmary  i  nie  są  już  takie 
męczące.   

– Nie jestem ekspertem od snów – powiedział – ale moim zdaniem zaczynasz godzić się z 

pewnymi faktami.   

– Możliwe – odparła. –  Podoba mi się na tej  wyspie. Nie  wiem  dlaczego. To pewnego 

rodzaju ucieczka, jak sądzę...   

–  Może  teraz  dobrze  byłoby  porozmawiać  o  kilku  sprawach  –  zaproponował.  –  Jeśli 

chcesz. Nie zmuszam cię.   

– Nie? – roześmiała się ironicznie. – Zapędziłeś mnie w pułapkę pod tym drzewem, i do 

niczego mnie nie zmuszasz? 

Wzruszył lekko ramionami.   
– Możesz odejść. Mam jednak nadzieję, że zostaniesz.   
Nie mogąc wytrzymać jego wzroku,  Signy podniosła z ziemi gałązkę i  zaczęła ją łamać 

na kawałeczki.   

–  Opowiedziałyśmy  sobie  z  Terri  o  naszych  przeżyciach  –  wyrzuciła  z  siebie  szybko, 

pragnąc, by Dan przestał na nią patrzeć. – To bardzo pomogło. Dlaczego nie opowiesz mi o 
sobie? O wiele łatwiej jest się zwierzać, kiedy można liczyć na wzajemność.   

– Masz rację, oczywiście – przyznał.   
– Opowiedz mi o Mariannę Crowley – zaproponowała cicho.   
Roześmiał się ironicznie.   
– Wyczuwam w tym intrygę naszej drogiej Sal – domyślił się Dan.   
– No, tak.   
–  Cóż...  –  Wziął  głęboki  oddech  i  wypuścił  wolno  powietrze.  –  Mariannę  i  ja  byliśmy 

kiedyś parą. Głównie dlatego, że przypadkiem znaleźliśmy się w  Brookes  Landing. Nie ma 
wielu pięknych lekarek w tych odludnych stronach.   

– Mów dalej. – Nie rozumiała, dlaczego chce to wiedzieć.   
Znowu się roześmiał.   
– To nudna historia. Nie kochałem jej aż tak mocno, żeby ciężko przeżyć rozstanie. Nie 

lubiła moich wyjazdów dla Lekarzy Światu, i sama też nie chciała jeździć. Chciała wyjść za 
mąż,  założyć  rodzinę  i  prowadzić  spokojne  życie.  Mieć  domy  w  Vancouverze  i  Brookes 
Landing.  Nie  byłem  na  to  gotowy,  i  nie  chciałem  rezygnować  z  pracy.  Jest  dla  mnie  jak 

narkotyk.   

background image

Signy spojrzała na niego, ale szybko odwróciła wzrok.   
– Chcę się dzielić moją wiedzą z tymi, którym się mniej poszczęściło – ciągnął. – Uczyć 

innych, aby stali się bardziej samodzielni. My... Mariannę i ja... przyznaliśmy, że się różnimy, 
i rozstaliśmy się.   

– I teraz żałujesz? 
– Nie. Wszystko się rozwiało – wyznał w zamyśleniu. – Zrozumiałem, że nie łączyło nas 

wielkie  uczucie.  Ona  nie  znalazła  dotąd  nikogo,  kto  by  spełniał  jej  oczekiwania,  choć 

podejrzewam, że tego pragnie. – Jego ton świadczył, że rozstanie z Mariannę nie złamało mu 

serca.   

– A ty? 
–  Uznałem,  że  nie  mam  czasu  na  angażowanie  się.  Mam  za  dużo  obowiązków.  – 

Powiedział to beznamiętnie, tak jakby mówił o deszczu.   

– A twoje... osobiste potrzeby? – zapytała. Wzruszył ramionami.   
– Radzę sobie.   
Milczeli  przez  chwilę  wsłucham  w  szum  deszczu  i  nagłe,  głośniejsze  uderzenia  fal  w 

oddali. Signy wzdrygnęła się.   

– Wodne duszki urządzają sobie hulanki...   
– Przestań! – Otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie. – Zimno ci? 
– Tak. – Jej serce zabiło szybciej, gdy z niechęcią uświadomiła sobie, że Dan ją pociąga. 

– Myślę o długiej  drodze do domu. – Co ja do licha tu  robię, i  to  z nim? Jej  umysł  i  ciało 
rozdzieliły się, i ciało przestało słuchać głosu rozsądku.   

Dan znowu westchnął. Oparł głowę o szorstką korę i zamknął oczy. Signy popatrzyła na 

jego profil. Nie ruszając się i nie podnosząc powiek, Dan wyszeptał: 

– Signy, chcę cię pocałować.   
Poczuła wypieki na policzkach, nie była w stanie wymówić ani słowa. Każda cząstka jej 

ciała zdawała sobie sprawę z bliskości Dana, choć przecież wcale jej się nie podobał. Było w 
nim  zbyt  mało  z  chłopca,  i  dlatego  nie  mogła  sobie  poradzić  z  uczuciami,  jakie  do  niego 
żywiła? Prowokujące słowa Terri ciągle ją dręczyły.   

Kiedy nie odpowiadała, odwrócił twarz, by napotkać jej wzrok. Mimo półmroku dojrzała 

w jego oczach pożądanie.   

– Nie musisz się zgadzać, jeżeli nie chcesz. – Mówił teraz tak cicho, że ledwo go słyszała. 

– Od tamtej nocy doprowadzasz mnie do szaleństwa. Nie mogę przestać o tobie myśleć.   

– To zależy... – wykrztusiła – na co miałabym się zgodzić. – Próbowała obrócić wszystko 

w żart, lecz w powietrzu zapanowała atmosfera powagi.   

– Nie szukam przygody. Wiem, że niedługo wyjedziesz... – powiedział.   
– Dlaczego ja? – wyszeptała.   
–  Bo  udało  ci  się  przedrzeć  przez  moją  skorupę.  Poza  tym  jesteś  piękną  kobietą, 

oczywiście.   

Przełknęła  nerwowo  ślinę,  potem  dotknęła  dłonią  jego  twarzy,  choć  wcale  nie  miała 

takiego zamiaru. Boże, dopomóż mi, bo nie wiem, co czynię. Pochyliła się i lekko pocałowała 

go w usta. Ten pocałunek roztopił wszystkie lody. Zawładnęło nią uczucie niepohamowanej 

background image

tęsknoty.   

Położyli  się  obok  siebie  na  miękkiej,  suchej  ziemi,  pachnącej  cierpkim  zapachem  liści. 

Mgła,  morze  i  las  nabrały  nagle  magicznego  znaczenia.  Może  i  Dan  też  zniknie  niczym 
mgła... Z pewnością tak się stanie, gdy ona opuści wyspę.   

Teraz  liczyło  się  tylko  to,  co  czuła.  Smak  jego  ust,  pieszczota  dłoni.  Zapomniała  o 

wszystkich  swych  zastrzeżeniach.  Sporo  czasu  minęło  od  chwili,  gdy  mężczyzna  aż  tak  jej 
pragnął.  Czas  spędzony  z  Simonem  wydał  się  jej  teraz  nieudolną  próbą  kostiumową  przed 
egzaminem dojrzałości.   

„Krótki  i  uroczy”  romans,  przypomniała  sobie.  Czy  tak  miało  być?  Romans  z  facetem, 

którego nie rozumiała? 

Oderwali się od siebie i leżeli, ciężko oddychając. Dan odgarnął włosy z jej czoła. Było 

coś rozbrajającego w tym delikatnym geście „człowieka czynu”.   

– Nie po to przyszedłem na plażę, Signy. – Patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem. – 

Chciałem z tobą porozmawiać, upewnić się, że wszystko u ciebie w porządku.   

– Wiem – powiedziała zgodnie z prawdą.   
–  Signy...  jesteś  wspaniała  –  rzekł  cicho  –  i  to  pod  wieloma  względami.  Nigdy  nie 

sprzedawaj  się  łatwo.  –  Jego  słowa  oznaczały,  że  nic  z  tego  nie  będzie.  Signy  zamrugała 
powiekami, by powstrzymać łzy. To dla niego nic nie znaczy. On jest po prostu miły i należy 
to docenić. Znowu się pomyliła.   

– Jesteśmy statkami, które mijają się nocą, prawda? – spróbowała zażartować.   
– Na to wygląda – przyznał.   
Kiedy  pochylił  się,  by  ją  znowu  pocałować,  objęła  go  za  szyję,  chcąc  wykorzystać  do 

końca  tę  chwilę  intymności.  Miło  było  pozwalać  się  tulić  i  całować,  zwłaszcza  kiedy  w 
oczach mężczyzny widniało pożądanie...   

Deszcz osłabł i wracali pełną kałuż ścieżką. Do końca życia będzie pamiętała ten spacer, 

bo  już  nic  nigdy  nie  będzie  takie  samo.  W  gorących,  suchych  miejscach  będzie  myślała  o 
soczystej  zieleni,  wilgotnym  chłodzie,  zapachu  cedrów  i  żyznej  czarnej  ziemi,  migającym 
bladym błękicie wśród gałęzi, przez które sączyło się światło.   

–  Udało  ci  się  nie  mówić  o  sobie,  Signy  –  zażartował  Dan,  gdy  znaleźli  się  na  skraju 

obozu. – Wyciągnęłaś informacje ze mnie.   

–  Nie  można  mieć  wszystkiego.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  I  raczej  niewiele  się 

dowiedziałam. Do widzenia, Dan.   

– Do widzenia. Pamiętaj, że jestem blisko, gdybyś mnie potrzebowała.   
I rozstali się. Każde poszło w swoją stronę.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Następne  dni  i  tygodnie  minęły  błyskawicznie.  Czas  wypełniały  wykłady,  warsztaty, 

zajęcia ze strzelania, dyskusje seminaryjne, lektura i robienie notatek. Poza tym pielęgniarki 
uczyły się, jak sobie radzić w dziczy, a także jak pomagać lokalnym społecznościom.   

Signy z satysfakcją patrzyła, jak jej notes zapełniał się nowymi treściami i wiedziała, że 

kiedy wróci do Anglii, w pełni wykorzysta jego zawartość. Doprowadzi wszystkie notatki do 
porządku i pewnego dnia, podczas następnej misji, będzie mogła zastosować całą wiedzę w 
praktyce.   

Myśląc  o  powrocie  do  wiejskiego  domu  rodziców,  domu  jej  dzieciństwa,  miała 

jednocześnie  dziwne  przeczucie,  że  będzie  tęsknić  za  wyspą  Kelp,  za  ludźmi,  których  tu 
poznała.  Wiedząc,  że  to  niezwykłe  doświadczenie,  postanowiła  maksymalnie  wykorzystać 
czas. Chodziła więc z innymi na długie spacery, zwiedzała wyspę, cieszyła się każdą chwilą.   

Pogoda była zmienna, jak zawsze gdy zbliżała się zima. Coraz częściej zdarzały się ulewy 

i mgły.   

– Na pewno nie jedziesz do domu na Gwiazdkę, Signy? – spytała Tern pewnego dnia. – 

To dobrze, bo ja nie mogę jechać do Australii na tydzień, żeby wrócić na koniec kursu. A nie 
chcę tu siedzieć sama.   

– Zostaję – potwierdziła Signy. – Możemy się dobrze bawić w Vancouverze. Będziemy 

śpiewać  kolędy,  wybierzemy  się  na  zakupy,  pochodzimy  po  kawiarniach,  wypijemy  trochę 
wina. Już sobie wyobrażam to słodkie próżnowanie.   

– Nie mogę się doczekać! – westchnęła Terri.   
Od  czasu  owego  pamiętnego  spaceru  z  Danem,  Signy  widywała  go  wyłącznie  w 

towarzystwie. Co dziwne, zaczynało ją to frustrować, gdyż miała ochotę porozmawiać z nim 

sam na sam. Czasem odnosiła wrażenie, że Dan celowo aranżuje te wszystkie sytuacje, w ten 

sposób pragnąc zmusić ją, by to ona zrobiła pierwszy krok.   

Parę  razy  odwiedzili  Brookes  Landing  i  inne  miejscowości  na  lądzie,  na  północ  od 

Vancouveru.  Signy  przebywała  głównie  w  towarzystwie  Terri,  Connie  i  Pearl.  Czasami 
towarzyszył  im  Dan  lub  Max,  czasami  miejscowa  pielęgniarka.  Czas,  jaki  jej  pozostał  do 
końca pobytu, stawał się coraz cenniejszy.   

 

Znalazłszy się z powrotem w szpitalu w Brookes  Landing pewnego listopadowego dnia, 

Signy i Connie postanowiły odwiedzić Feliksa George’a.   

– Zapytajmy Dana, czy możemy pojechać same – zaproponowała Connie.   
–  Dobrze.  Chciałabym  się  spotkać  z  Donną.  Naprawdę  ją  podziwiam  –  powiedziała 

Signy. – Może weźmiemy szpitalną furgonetkę? Nie będziemy długo.   

– Poszukajmy Dana. Słyszałam, że jest w sali operacyjnej.   
Ruszyły  na  chirurgię,  do  małego  pokoju  rekreacyjnego,  gdzie  lekarze  i  pielęgniarki 

spędzali przerwy. Signy zdała sobie sprawę, że nie może się doczekać, by zobaczyć Dana. Od 
czasu ich spotkania na plaży jej stosunek do niego zmienił się dość radykalnie, czuła jakieś 

background image

niezwykłe  zainteresowanie  jego  osobą.  Co  za  ironia,  bo  on  z  kolei  przestał  interesować  się 
nią. Wiedząc, że niedługo opuści wyspę, walczyła z tym uczuciem. Jednak znowu opanowało 
ją lekkie podniecenie. Może im szybciej stąd wyjedzie, tym lepiej, nawet jeśli będzie tęsknić i 
będą prześladować ją wspomnienia.   

Dan  wszedł  do  pokoju  odpoczynkowego  kilka  minut  po  nich.  Wyglądał  na 

wyczerpanego.  Gdyby  byli  sami,  zapytałaby  go,  co  robił,  teraz  jednak  rozmawiali  jedynie  o 

Feliksie George’u.   

– Jestem pewny, że ucieszą się z wizyty, zwłaszcza Donna – odrzekł Dan, dowiedziawszy 

się o zamiarach Signy i Connie. – Czuje się czasami osamotniona, choć ma przyjaciół, którzy 
jej pomagają. Niestety, zauważycie zmiany w Feliksie.   

– Możemy pożyczyć szpitalny samochód? – zapytała Signy. – Nie chcemy zostać dłużej 

niż godzinę.   

– Weźcie mojego landrovera – zaproponował, patrząc na nią badawczo.   
– To bardzo miło z twojej strony – powiedziała, myśląc, że chętnie znalazłaby się teraz w 

jego ramionach. – Dziękujemy.   

Ponieważ liczył się czas, w ciągu pięciu minut ruszyły w drogę. Signy prowadziła auto, a 

Connie  studiowała  mapę.  Po  drodze  zadzwoniły  do  Donny  z  telefonu  komórkowego,  by  ją 
zawiadomić o swej wizycie.   

– Czy coś ci przywieźć? – zapytała Connie. – Nie minęłyśmy jeszcze ostatnich sklepów. 

Dobrze. – Zwróciła się do Signy: – Przyda się trochę produktów spożywczych.   

Jakiś czas później Donna powitała je w drzwiach.   
– Jak miło was widzieć – rzekła z uśmiechem. – I dziękuję za zakupy. Wejdźcie. Feliks 

śpi i nie chcę go budzić. Poczęstuję was herbatą i ciastem w kuchni. Chciałam porozmawiać o 
paru sprawach... zapytać...   

– Dobrze, Donno – rzekła Connie przyciszonym głosem. – Prowadź.   
Donna włączyła czajnik elektryczny i zamknęła drzwi.   
– Z Feliksem nie jest dobrze – zaczęła. – Wczoraj wieczorem zdecydował, a ja się z nim 

zgadzam, że powinien na nowo poddać się chemioterapii. Przerwał ją, bo źle znosił leczenie. 

Ale teraz... i tak nie czuje się dobrze, więc może jeszcze spróbować.   

Obie pielęgniarki przytaknęły ze współczuciem.   
–  Czy  to  oznacza  wyjazd  do  szpitala  w  Vancouverze?  –  zapytała  Signy,  patrząc  z 

podziwem na kobietę, która tak dzielnie walczyła o życie męża.   

– Tak. Pojechałabym z nim, oczywiście. Doktor Blake ma tam mieszkanie dla pacjentów 

z Brookes Landing, gdzie będziemy mogli się zatrzymać.   

–  Czy  doktor  Blake  wie  o  waszej  decyzji?  –  zapytała  Signy,  gdyż  Dan  o  tym  nie 

wspomniał.   

–  Nie,  zdecydowaliśmy  się  wczoraj  wieczorem.  Wiem,  że  doktor  Blake  zgodzi  się. 

Codziennie  dziękuję  Bogu,  że  jest  naszym  lekarzem.  Nie  wiem,  czy  jest  gdzieś  lepszy  na 
świecie. – Przy tych słowach głos jej zadrżał i Signy miała ochotę przytulić ją.   

– Mamy mu o tym powiedzieć? – zapytała Connie.   
– Tak, oczywiście – ucieszyła się Donna i zaczęła przygotowywać herbatę.   

background image

Kiedy wypiły po dwie filiżanki i omówiły wiele spraw, Connie wstała.   
–  Musimy  wracać,  Donno.  Doktorowi  Blake’owi  może  być  potrzebny  samochód. 

Możemy zerknąć na Feliksa? Postaramy się go nie budzić.   

We  trzy  podeszły  na  palcach  do  pokoiku  chorego.  Leżał  na  wąskiej  kozetce,  przykryty 

kocem. Naprawdę widać zmiany, pomyślała Signy ze smutkiem, patrząc na jego wychudzoną 
twarz o żółtym, niezdrowym kolorze. Po chwili wszystkie wycofały się cichutko.   

Gdy żegnały się na progu, Signy rozejrzała się wokół, wiedząc, że może nigdy już tu nie 

wróci.   

– Jak tu pięknie – powiedziała do Donny.   
– Powinnaś przyjechać latem – odparła kobieta. – Tyle tu polnych kwiatów. – Wskazała 

ścieżkę. – Na prawo od tego szlaku jest wieża obserwacyjna strażaków... Można tam wejść w 
pogodny dzień i zobaczyć całą drogę. Tak tu cicho i pięknie.   

–  Może  przyjdziemy  któregoś  dnia  –  obiecała  Connie.  W  drodze  powrotnej  niewiele 

rozmawiały, zasmucone widocznym pogorszeniem stanu pacjenta.   

– Czy możesz porozmawiać z Danem, Signy? – zapytała Connie, gdy dotarły na miejsce. 

– Ja chcę się położyć i trochę przespać.   

–  Dobrze.  –  Signy  domyśliła  się,  że  Connie  chce  zapomnieć  o  chorobie  Feliksa,  może 

nawet sobie popłakać. – Spotkamy się później w stołówce.   

Natknęła się na Dana, kiedy wychodził z sali operacyjnej.   
–  Cześć,  Signy  –  powiedział,  a  na  jego  zmęczonej  twarzy  pojawił  się  blady  uśmiech. 

Narzucił biały kitel na zielony strój. – Wróciłyście. Jak on się czuje? 

– Najpierw oddam ci kluczyki – powiedziała. ~ Dziękujemy za pożyczenie samochodu. 

Feliks czuje się coraz gorzej. Spał, kiedy tam przyjechałyśmy. Postanowili z Donną, że podda 
się następnej chemioterapii, jeśli się zgodzisz. Prosili, żeby ci to przekazać.   

–  Przeszkadzamy  tutaj  –  rzekł  Dan,  odciągając  ją  na  bok.  –  Idę  do  stołówki  na  krótką 

przerwę. Chodź, opowiesz mi wszystko.   

–  Dobrze  –  zgodziła  się.  –  Chętnie  coś  zjem.  –  Była  pełna  współczucia  dla  Dana. 

Pracował tak ciężko, kiedy był w Brookes Landing, zawsze stawiając na pierwszym miejscu 
dobro pacjentów. Poza tym lubiła jego towarzystwo...   

– Kathy Lahey zaczęła rodzić – poinformował ją po drodze. – Przyjechała dziś rano, więc 

muszę być w pobliżu. W tej chwili dobrze sobie radzi.   

– Trochę wcześnie, prawda? – zapytała.   
–  Tak,  ale  to  bez  znaczenia,  jeśli  dziecko  będzie  duże.  Kiedy  usiedli  przy  stoliku, 

powtórzyła mu słowa Donny.   

–  Zadzwonię  w  parę  miejsc  –  mówił  zamyślony.  –  Załatwię  konsultację  onkologa. 

Obawiam się jednak, że jest za późno na dalszą chemioterapię. Pewnie już nic nie pomoże, 
tylko pogorszy jego samopoczucie. Jednak im szybciej go zawieziemy do szpitala, tym lepiej. 
Zadzwonię do Donny, może uda mi się odwiedzić go jeszcze dzisiaj...   

Jedli przez chwilę w milczeniu.   
– No, Signy – powiedział, patrząc na nią uważnie. – Jak się czujesz? Rzadko się ostatnio 

widujemy.   

background image

Od  razu  poczuła  się  lepiej.  Cieszyła  się,  że  go  widzi,  że  jest  ośrodkiem  jego  uwagi. 

Dziwne.   

– W porządku, dziękuję – odparła, udając obojętność.   
–  Uważam,  że  pobyt  tutaj  wiele  mi  daje.  Jestem  bardziej  odprężona  i  uczę  się  wielu 

nowych rzeczy.   

– Aha. – Uśmiechnął się lekko. – Zakładam, że masz już zarezerwowany pokój w szpitalu 

na cały tydzień? 

– Tak.   
Wokół nich ludzie wchodzili i wychodzili. Signy zamieniła w przelocie parę słów z Pearl 

i Terri. Panowała tu miła atmosfera. Ludzie byli przyjaźnie nastawieni i oddani pracy, łączyło 
ich silne poczucie solidarności. Małe miejscowości na ogół nie przyciągają najlepszych ludzi, 
lub choćby dobrych, ale to miejsce miało szczęście, zdobywając Dana i Maxa i parę naprawdę 
świetnych pielęgniarek.   

–  Muszę  wracać.  –  Dan  spojrzał  na  zegarek.  –  Mam  jeszcze  dwie  rodzące  pacjentki  i 

właśnie zrobiłem cesarskie cięcie. To jeden z tych dni... – Pochylił się do niej.   

– Może po prostu wybierzesz się ze mną na drinka któregoś wieczoru, Signy? Byłaś już w 

miejscowym pubie? 

– W Imperium Hanka? – roześmiała się. – Raz.   
– Aha. Kiedyś była to speluna, teraz jest to całkiem przyzwoity lokal.   
– Chętnie z tobą pójdę – powiedziała.   
– Trzymam cię za słowo. – Wstał, ścisnął ją lekko za ramię i odszedł.   
Ten  gest  był  chyba  delikatnym  przypomnieniem,  że  myśli  o  tym,  jak  trzymał  ją  w 

ramionach podczas deszczu.   

Jakie życie bywa dziwne, pomyślała. Spotykasz kogoś, kto wydaje ci się całkiem obcy, i 

na  przekór  samej  sobie  zaczynasz  go  widzieć  w  innym  świetle.  Patrząc,  jak  Dan  odchodzi, 
pomyślała, że nigdy nie pójdą razem do Imperium Hanka. Najprawdopodobniej będzie zbyt 
zajęty.   

 

Coś ją w nocy obudziło. Natychmiast otworzyła oczy, czując wewnętrzny niepokój.   

Praca nauczyła ją być zawsze w pogotowiu – mieć parę butów przy łóżku i odpowiednie 

ubranie  na  krześle,  a  najważniejsze  dokumenty  pod  ręką.  Gdyby  musiała  uciekać,  mogła 
wybiec w jednej chwili.   

Ostry,  metalowy  dźwięk  rozległ  się  w  środku  pokoju.  Wystarczyło  parę  sekund,  by  się 

zorientowała,  co  się  dzieje.  Poczuła  strach  połączony  ze  zdumieniem,  nagły  przypływ 
adrenaliny.  Czytała,  że  silny  strach  przed  nieuchronnym  fizycznym  zagrożeniem  ma 
paraliżujący skutek. Doświadczyła tego w Afryce.   

Źródłem hałasu były stukające o siebie buteleczki i inne przedmioty, stojące na wąskim 

stoliku służącym za toaletkę. Jednocześnie Signy poczuła, że rusza się łóżko.   

Szybko zapaliła nocną lampkę, wyskoczyła na podłogę i włożyła ubranie i buty.   
– Boże – wyszeptała. To tylko wstrząs, pomyślała. Za słaby na trzęsienie ziemi. Już się 

uspokoiło.   

background image

Chwyciła  plecak  i  wyszła  na  korytarz.  Inne  pielęgniarki  pojawiły  się  w  drzwiach,  jedne 

ubrane, inne w koszulach nocnych.   

– Czy to był wstrząs? – zapytała Signy kobietę, której nie znała.   
– Tak sądzę – odparła przerażona młoda kobieta. – Coś mnie obudziło i łóżko zaczęło się 

trząść. Ale już chyba jest po wszystkim.   

–  Lepiej  chodźmy  do  punktu  zbiórki,  czyli  głównego  holu  szpitala  –  powiedziała  inna 

pielęgniarka. – Taka jest procedura. Nawet jeśli jest już po wszystkim, musimy się zgłosić po 
instrukcje.   

Signy  zaczekała,  aż  Terri  się  ubierze.  We  cztery  dotarły  do  holu,  gdzie  zebrała  się  już 

grupa personelu, łącznie z Danem i Maxem i pielęgniarką z nocnego dyżuru.   

– Wszystko w porządku? – zapytał Dan, idąc w ich stronę.   
– Oczywiście – odparła Pearl. – Tylko się okropnie wystraszyłyśmy.   
– Zapewne jest już po wszystkim, choć czasami zdarzają się wstrząsy wtórne – oznajmił 

Dan. – Ale one powinny być łagodne.   

– Dzięki Bogu! – westchnęła z ulgą Terri.   
Gdy kierowniczka stanęła na ławce i zaczęła przemawiać, gwar ucichł. Dan przesunął się 

w stronę Signy.   

– Dobrze się czujesz? – wyszeptał.   
Nadal  trochę  wystraszona,  skinęła  głową.  Dan  wyglądał  na  jeszcze  bardziej 

wyczerpanego niż przedtem. Pewnie nie kładł się wcale, tylko do tej pory tkwił w szpitalu.   

–  To,  co  odczuliście  –  kierowniczka  przeszła  prosto  do  sedna  –  to  wstrząs,  który  był 

wynikiem  trzęsienia  ziemi  na  morzu  z  epicentrum  około  stu  pięćdziesięciu  kilometrów  od 
wysp. Dostaliśmy przed chwilą informację ze stacji sejsmologicznej. Nie powinno być więcej 
wstrząsów,  ale  proszę  o  pozostanie  w  swoich  pokojach,  w  pełnej  gotowości,  przez  co 
najmniej pół godziny. Dziękuję za szybką reakcję i przybycie na miejsce zbiórki. Osoby nowe 
proszę  o  przeczytanie  instrukcji,  które  są  w  waszych  pokojach.  Ci,  którzy  pracują,  mają 
informować  kolegów  o  miejscu  pobytu  przez  cały  czas.  Proszę  pozostać  na  własnych 
oddziałach i sprawdzić wyposażenie awaryjne. To na razie wszystko.   

Kiedy odeszła, hol znowu napełnił się gwarem.   
–  No  i  jak  się  wam  podobało  trzęsienie  ziemi?  Macie  dość?  –  Dan  zwrócił  się  do 

pielęgniarek z uśmiechem.   

– Na pewno – odparła Pearl. – Chyba wolałabym huragan.   
– A przy okazji, Kathy  Lahey urodziła chłopca  – poinformował  Dan Signy i  Connie. – 

Oboje czują się dobrze.   

– To wspaniale! – ucieszyła się Signy. – Czy możemy ci w czymś pomóc? Wiem, że i tak 

nie zasnę.   

– Jasne. Każdy jest mile widziany. Ale posiedźcie pół godziny w pokoju i przypomnijcie 

sobie instrukcje.   

–  Cieszę  się, że  to  się  stało  –  wyznała  Terri,  gdy  wracały  do  swoich  pokojów.  –  Teraz 

mam przynajmniej mgliste pojęcie o tym, co czują ludzie podczas trzęsienia ziemi.   

– Przede wszystkim czują strach – rzekła Pearl dobitnie.   

background image

Dwa  tygodnie  później  ponownie  wróciły  do  Brookes  Landing.  Pogoda  ustaliła  się, 

przynosząc ze sobą mgły i opady śniegu. Miała to być ich ostatnia wizyta w osadzie. Później 
czekały  je  jedynie  zajęcia  teoretyczne  na  wyspie  Kelp,  gdyż  pogoda  uniemożliwiała  częste 
podróże, no i dochodziła tygodniowa przerwa świąteczna. Boże Narodzenie...   

Śnieg  osiadł  na  drzewach,  sprawiając,  że  wyglądały  jak  świąteczne  choinki.  Signy 

postanowiła pożyczyć szpitalny samochód i pojechać do wieży obserwacyjnej strażaków. W 
ostrym słońcu iskrzył się śnieg. Widoczność była znakomita. Signy pomyślała, że to pewnie 
jej  ostatnia  szansa,  aby  obejrzeć  panoramę  zalesionych  terenów  Brookes  Landing.  Przed 
wycieczką do wieży chciała odwiedzić Kathy Lahey i jej dziecko. Ponieważ koleżanki były 
zajęte, pojechała sama.   

Po wizycie u Kathy poszukała drogi opisanej przez Donnę. Zdała sobie sprawę, że widzi 

najprawdziwszą  Kanadę,  początek  olbrzymiego  terytorium,  gdzie  niepodzielnie  panowała 
przyroda. Owładnęło nią podniecenie. Samochód podskakiwał na wybojach.   

Wreszcie  Signy  wjechała  na  polanę,  na  środku  której  stała  metalowa  wieża 

przypominająca słup wysokiego napięcia. Na jej szczycie widniała maleńka drewniana budka, 
do  której  prowadziły  metalowe  stopnie.  Signy  podjechała  do  samej  wieży  i  zaparkowała 
landrovera przodem do drogi, którą tu dotarła. Będzie musiała sprawdzać czas, by wrócić do 

Brookes Landing przed zmrokiem. W ciemnościach na polowanie wyruszają zwierzęta...   

Powietrze  było  ostre  i  świeże,  nieco  chłodniejsze  niż  w  Brookes  Landing.  Signy,  pełna 

niecierpliwości, szybko zaczęła wspinać się na górę. Kiedy stanęła na najwyższym podeście, 
ponad  wierzchołkami  drzew,  przystanęła,  wyjęła  z  plecaka  aparat  fotograficzny  i  zaczęła 
robić  zdjęcia.  Z  tej  perspektywy  las  przypominał  pofałdowany  dywan  w  kilku  odcieniach 
zieleni. Signy pomyślała, że gdy wróci do Anglii, z przyjemnością obejrzy te zdjęcia. Cała ta 

wycieczka wydałaby jej się snem, gdyby nie miała dowodów, że tu była.   

Z najwyższego podestu, niemal w całości zajętego przez domek, widać było ocean.   
– O Boże! – zawołała z zachwytem, żałując, że nie ma nikogo, z kim mogłaby podziwiać 

ten wspaniały widok. Pomyślała o Danie i  próbowała wymazać jego obraz z myśli, ale bez 
skutku. W miarę upływu czasu jej uczucia do niego stawały się coraz bardziej jednoznaczne i 
mąciły  jej  spokój.  Dalej  pielęgnowała  dawną  niechęć  do  Dana  –  choćby  przez  wzgląd  na 
Dominika  –  ale  coraz  mniej  skutecznie.  W  końcu  pozostała  w  niej  jedynie  niepokojąca 
świadomość faktu, że Dan jest mężczyzną, a ona kobietą. Wolną kobietą.   

Nadal  wydawało  się,  że  Dan  szuka  jej  towarzystwa,  nadal  pracował  z  nią,  kiedy  tylko 

mógł,  choć  wyczuwała  w  nim  pewien  sceptycyzm,  który  nie  tyle  dotyczył  jej  samej,  ile 
stosunków między kobietami a mężczyznami. Nie miała pojęcia, co począć. Z jednej strony 
czuła ulgę, że to wszystko wkrótce się skończy, a z drugiej strach, że mogą się już nigdy nie 
zobaczyć.   

Na  razie  postanowiła  o  tym  nie  myśleć  i  wykorzystać  tych  parę  ostatnich  chwil  na 

podziwianie krajobrazu. Las znikał na horyzoncie w szarozielonej mgle. Znowu podniosła do 

góry aparat.   

Budka  na  szczycie  wieży  mogła  pomieścić  troje  ludzi  stojących  obok  siebie.  Za  szybą 

rozciągał  się  najbardziej  dramatyczny  i  poruszający  widok,  jaki  w  życiu  widziała.  Signy 

background image

poczuła, że w takiej scenerii ona nic nie znaczy. Samochód i telefon komórkowy stanowiły jej 
jedyną więź ze światem, w którym człowiek zapanował nad naturą.   

Pochłonięta  robieniem  zdjęć,  pod  koniec  drugiej  rolki  zdała  sobie  sprawę,  że  zapada 

zmierzch. Szybko schowała aparat do plecaka. Przerażona wysokością, próbowała nie patrzeć 
w dół dalej niż do następnego podestu. Dopiero gdy znalazła się w połowie drogi, odległość 
do ziemi przestała ją przerażać.   

Westchnęła  z  zadowoleniem  i  rozejrzała  się  jeszcze  raz  dokoła,  zanim  pokonała  kilka 

ostatnich stopni. Spojrzała w dół na polanę porośniętą trawą i krzakami – i zamarła, gdy przy 
samochodzie zobaczyła jakiś ruch. Jedną ręką chwyciła się metalowej poręczy, po czym się 
wychyliła.  Przez  chwilę  nic  nie  było  widać,  potem  coś  w  kolorze  brązowawo-żółtej  trawy 
zaczęło nabierać kształtu. Oponę samochodu, a potem uchylone drzwi, obwąchiwał duży kot.   

Stanęła sparaliżowana strachem. Była pewna, że to kuguar. Widziała jego płowy grzbiet. 

Nagle uniósł łeb w górę, zobaczył ją i przysiadł na tylnych łapach. Może głośniej odetchnęła, 
poruszyła  się.  Patrzył  na  nią  tak,  jak  patrzy  drapieżnik  na  ofiarę,  prosto  w  oczy.  Nigdy  w 
życiu Signy nie widziała tak zimnego spojrzenia.   

Mocno  ściskając  poręcz,  zaczęła  wracać  na  górę,  zastanawiając  się  gorączkowo,  czy 

kuguary  potrafią  się  wspinać.  Posuwała  się  straszliwie  wolno,  nie  chcąc  tracić  go  z  oczu. 
Musi  jak  najprędzej  dostać  się  do  budki.  Nie  może  wrócić  do  samochodu.  Będzie  pewnie 
musiała  przenocować  w  budce  strażnika.  Kuguary  polują  głównie  nocą,  a  już  zapada 
zmierzch.  Dzięki  Bogu,  ma  ze  sobą  komórkę,  trochę  jedzenia  i  picia,  oraz  ciepłe  ubranie. 
Noce są teraz zimne. Cały czas miała do siebie pretensje o to, że nie odjechała stąd wcześniej.   

Tymczasem wielki kot ruszył w jej stronę.  I już nie miała wątpliwości, że potrafi iść po 

stopniach...  Dwa  ostatnie  podesty  przebyła  biegiem,  wpadła  do  budki  i  zatrzasnęła  za  sobą 

drzwi.  Ręce  jej  dygotały,  gdy  walczyła  z  zasuwą.  W  podłodze  znajdowała  się  mała  klapa, 
przez którą było widać, co się dzieje na dole. Kuguar patrzył w jej stronę, choć wątpiła, by 
mógł ją dojrzeć.   

Usiadła  na  podłodze  i  oparła  się  o  ścianę,  zastanawiając  się,  co  dalej.  Nie  może  zejść. 

Nawet  jeśli  kuguar  wkrótce  odejdzie  do  lasu,  może  na  nią  czatować.  Nie,  musi  przeczekać 
noc,  potem  wskoczyć  do  samochodu,  kiedy  słońce  już  będzie  wysoko.  No  cóż,  na  pewno 
nieźle w nocy zmarznie. Już teraz czuła przenikliwy chłód.   

Wyjęła  z  plecaka  telefon  komórkowy  i  notesik  z  adresami.  Parę  osób  wiedziało  o  jej 

wyprawie.  Nie  spodziewała  się,  że  ktoś  przybiegnie  jej  na  ratunek,  po  prostu  chciała 
zawiadomić, gdzie się znalazła.   

–  Terri  Carpenter,  słucham  –  odezwał  się  w  słuchawce  wesoły  głos  koleżanki,  gdy 

wystukała jej numer. Poczuła wielką ulgę.   

– Terri? Tu Signy – powiedziała. – Utknęłam na wieży jako zakładniczka kuguara.   
– Nie żartuj! – odezwała się dziewczyna po minucie ciszy. – A to dopiero numer! 
Do  jej  uśpionego  umysłu  dotarł  odgłos  jadącego  gdzieś  w  dole  samochodu.  Na  dworze 

panowała  atramentowa  ciemność,  jej  maleńka  kryjówka  drżała  w  silnym  wietrze.  Signy 
siedziała  na  podłodze  z  kolanami  podciągniętymi  pod  brodę.  Choć  ściany  były  solidne,  w 
środku  było  zimno.  Signy  włożyła  na  siebie  wszystko,  co  miała,  łącznie  z  czapką  i 

background image

rękawiczkami.   

Przez  uchyloną  klapę  dostrzegła  światła  reflektorów.  Ku  jej  zdumieniu  ziemię  pokryła 

cienka  warstwa  białego  puchu.  Dostrzegła  migoczące  płatki  śniegu.  Nie  wiedziała,  kto 
przyjechał.  Dwóch  mężczyzn  wysiadło  z  samochodu  terenowego,  zostawiając  włączone 
światła. Obaj mieli strzelby. Jeden z nich podszedł do landrovera i włączył reflektory, potem 
spojrzał w górę. To był Dan.   

Poczuła przypływ ulgi.   
– Dzięki Bogu...   
Terri musiała zawiadomić go o jej przygodzie.   

Dan ruszył na górę, niosąc latarkę, wiec podeszła do drzwi i zawołała go. Ucieszyła się, 

że nie musi spędzać tu nocy. Strach zaczął blednąc.   

– Poczekaj na mnie! – odkrzyknął z dołu.   
Stała  w  otwartych  drzwiach,  potem  cofnęła  się,  by  go  przepuścić,  oślepiona  światłem 

latarki.   

– No, Signy – powiedział, wchodząc do środka. – Podejrzewałem, ze narobisz kłopotów, 

jak tylko cię zobaczyłem.   

– Dziękuję, że przyszedłeś – szepnęła, dzwoniąc z zimna zębami. – Nie chciałam cię tu 

ściągać. Mogłam zostać na noc. Mówiłam Terri o tym.   

– I zamarznąć na śmierć? Przyciągnął ją do siebie i pocałował.   
–  Nie  dzwoniłem  do  ciebie,  bo  podejrzewałem,  że  odprawisz  z  kwitkiem  ekspedycję 

ratunkową. Jesteś bardzo uparta.   

– Uparta? – zaprotestowała, ale pocałował ją znowu.   
–  Nie  gadaj  tyle  –  powiedział  i  nagle  ją  puścił.  –  Jest  ze  mną  ochroniarz  ze  szpitala. 

Bardziej  się  martwi  o  samochód  niż  o  ciebie,  więc  go  odprowadzi.  Ty  wracasz  ze  mną.  – 
Zabrzmiało to jak groźba.   

Pozbierała w milczeniu swoje rzeczy i włożyła latarkę do plecaka.   
– Chodźmy – powiedział i wziął ją za rękę. Powoli zeszli na dół, oświetlając sobie drogę 

latarką.   

Na dole Dan przedstawił ją strażnikowi.   
– Cześć. Cieszę się, że jesteś bezpieczna. Nie należy się zadawać z kuguarami.   
Szlak do Brookes  Landing pokrywał  puszysty śnieg i  teraz wszystko  wyglądało  inaczej. 

Na skraju wioski strażnik skręcił w kierunku szpitala, zaś Dan wybrał inną drogę.   

– Zabieram cię do siebie – powiedział. – Musisz wziąć kąpiel i napić się czegoś gorącego 

– oświadczył.   

Miał  ponurą  minę  i  w  świetle  ulicznych  lamp  wyglądał  na  wyczerpanego.  Nie 

odpowiedziała mu, bo dygotała z zimna, mimo że otuliła się grubym wełnianym kocem. Było 
jej głupio, że jej wyprawa okazała się aż tak niefortunna. Zawsze musi coś zmalować! 

Gdy  znaleźli  się  w  chacie,  kazał  jej  usiąść  przy  kominku,  a  sam  poszedł  przygotować 

kąpiel.   

– Mogę to zrobić, Dan – zaprotestowała. – Jestem ci bardzo wdzięczna, ale potrafię się o 

siebie troszczyć.   

background image

–  Nie  gadaj  tyle  –  rzekł  ponuro.  –  Nie  przesadzaj  z  tymi  podziękowaniami.  I  choć  raz 

zrób, co ci każę. Ktoś w Afryce powinien był ci powiedzieć to samo. Nie znasz tej okolicy, ja 

tak.   

– Za to znam drogę do łazienki – odparła cierpko.   
–  Proszę  cię,  przestań  wreszcie  tyle  mówić  –  powtórzył  tonem  typowego,  kostycznego 

Anglika. Może w chwilach stresu wracał do korzeni? Zdała sobie sprawę, że naprawdę musiał 
się bardzo o nią martwić.   

– Tak mi przykro – rzekła, siadając na macie przed kominkiem i owijając się kocem.   
– I słusznie! – rzekł ostro.   
Jego  złość  nie  przestraszyła  jej.  Przeciwnie,  poczuła  się  rozpieszczana  jak  odnalezione 

cudem dziecko.   

Czyżby Dan ją kochał? Nie chciała się nad tym zastanawiać. Dopiero teraz dotarła do niej 

w pełni groza sytuacji. Znowu miała szczęście. Może, tak jak kot, ma dziewięć żywotów...   

Z  zamkniętymi  oczami  próbowała  się  odprężyć,  czując  rozkoszne  ciepło  płynące  z 

kominka, słuchając odgłosów płynącej do wanny wody i krzątaniny Dana w kuchni.   

– Idź do łazienki – polecił po paru minutach – a ja przygotuję nam coś rozgrzewającego 

do picia.   

Posłuchała  go  tym  razem  bez  dyskusji.  Najlepiej  nie  sprzeciwiać  mu  się,  pomyślała, 

wiedząc, że złość mu jeszcze nie przeszła. Ruszyła do łazienki i z przyjemnością zanurzyła 
się w gorącej wodzie. Czuła, jak ciepło stopniowo wypełnia jej przemarznięte do szpiku kości 
ciało.   

Kiedy usłyszała pukanie do drzwi, była już rozgrzana. Szybko wygramoliła się z wanny i 

owinęła w prześcieradło kąpielowe.   

– Proszę.   
Dan zapukał jeszcze raz, po czym wszedł i podał jej kubek z parującym napojem.   
– Wypij to – polecił, taksując ją wzrokiem.   
– Dziękuję – mruknęła. – Naprawdę przepraszam za kłopot.   
– Widzisz, ile zdołałaś dokonać w jeden dzień? – zauważył szorstko. – Przyniosę ci jakieś 

ubranie. Tylko już przestań mnie przepraszać.   

– Ja... – zaczęła, ale Dan już zniknął, by po chwili wrócić z naręczem ubrań. Przyniósł jej 

piżamę, szlafrok i wełniane skarpety.   

– Usiądź przy kominku, kiedy się ubierzesz. Przygotuję ci zupę. Pewnie jesteś głodna.   
– Tak.   
Gorące  mleko  z  miodem  i  brandy  było  pyszne,  i  wypiła  je  do  dna.  Wkładając  piżamę  i 

szlafrok,  poczuła  się  jak  dziecko  bawiące  się  w  przebieranki.  Musiała  podwinąć  rękawy  i 

nogawki, żeby się nie potknąć.   

Ogień wesoło buzował  w kominku, kiedy znowu weszła do salonu. Dan przyniósł zupę, 

którą  postawił  na  stoliczku.  Zażenowana  Signy  nie  mogła  wykrztusić  z  siebie  nic  poza 
słowem  „dziękuję”,  ponieważ jej myśli i  uczucia odbywały teraz przedziwną  gonitwę.  Tyle 
chciała Danowi powiedzieć, nie wiedziała jednak, od czego zacząć.   

Dan sprzątnął puste naczynia, wrócił i ukląkł przy niej.   

background image

– Dobrze się czujesz? – zapytał.   
Był  bardzo  zmęczony.  Chciała  dotknąć  jego  twarzy  i  powiedzieć,  jak  strasznie  jest  jej 

przykro, ale przecież zabronił jej przepraszać.   

– Tysiąc razy lepiej. Jeszcze raz dziękuję ci za wszystko – rzekła zachrypniętym głosem. 

– Pewnie nie możesz się doczekać, kiedy się pożegnasz z naszą grupą, prawda? Zwłaszcza ze 
mną. Wyglądasz na wyczerpanego...   

– Czy to może stanowić zadośćuczynienie za śmierć Dominika Frasera, twoim zdaniem? 

– zapytał z cyniczną nutką w głosie.   

– Wiem... nie zrobiłeś nic złego – powiedziała. – Pogodziłam się z tym... mniej więcej.   
– Mniej czy więcej? – zapytał ironicznie. – Może potrafię coś na to zaradzić.   
Kiedy  pocałował  ją,  nie  była  na  to  przygotowana.  Rozgrzana  kąpielą,  poczuła  jeszcze 

większą falę  gorąca przepływającą przez ciało i  zamknęła oczy,  rozkoszując się cudownym 
doznaniem. Uczuciem ulgi i bezpieczeństwa.   

– Och, Dan – szepnęła, powstrzymując łzy, gdy się rozdzielili. Położyła się na podłodze 

w pomarańczowym blasku płomieni i zamknęła oczy. Teraz, gdy była bezpieczna, ogarnęło ją 
straszliwe zmęczenie. – Przytul mnie, proszę...   

Wydawało  się,  że  w  tej  chwili  pragnęła  jedynie  znaleźć  się  w  jego  ramionach.  Przestał 

być  dla  niej  obcy.  Wydawał  jej  się  drogi  i  znajomy,  jak  również  podniecający  i  bardzo, 
bardzo atrakcyjny...   

Kiedy  pocałował  ją  i  otulił  mocno  ramionami, zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  trzymała  go 

kurczowo,  jakby  groziło jej utonięcie. Dan usiadł  i  przyciągnął  ją do siebie. Położyła  głowę 

na  jego  ramieniu,  tak  ze  słyszała  bicie  jego  serca  i  nierówny  oddech.  Oboje  starali  się 
zapanować nad sobą, znalazłszy się na granicy czegoś niezwykłego.   

– Jesteś gotowa porozmawiać? – zapytał po paru minutach. – Bo chcę usłyszeć wszystko 

o Simonie Heatcote. Jest mnóstwo czasu. Jutro mam wolny dzień.   

Signy  otworzyła  przed  nim  serce.  Słowa  padały,  jakby  od  dawna  czekały  na  otwarcie 

śluzy.  Opowiedziała  o  swoim  życiu  w  Londynie,  pracy,  kiedy  niewiele  jeszcze  wiedziała  o 
życiu. Mówiła o rodzinie, matce i dwóch braciach oraz ojcu, który był lekarzem rodzinnym w 
małym  angielskim  miasteczku  i  chciał  niedługo  przejść  na  emeryturę,  bo  był  wiecznie 
zmęczony. No i o Simonie, wobec którego potrafiła nagle być obiektywna, a potem o Afryce i 
organizacji Pielęgniarki Światu.   

Gdy  umilkła,  leżeli  przytuleni  do  siebie.  Zapanowała  cisza,  wypełniona  przyjaznym 

milczeniem.  Signy  wiedziała,  że  wszystko  nagle  się  zmieniło.  Okres  w  jej  życiu,  kiedy  nie 
wiedziała o istnieniu Dana Blake’a, wydawał jej się niezmiernie odległy.   

– Masz trzy wyjścia, Signy – powiedział, patrząc jej głęboko w oczy. – Możesz spać na 

kanapie, w pokoju gościnnym. .. albo ze mną. – Obdarzył ją znajomym uśmiechem, któremu 
nie mogła się dłużej oprzeć.   

– Nie chcę być sama – wyszeptała.   
–  Dam  ci  jeszcze  jedną  szansę,  żeby  się  wycofać  –  dodał  zduszonym  głosem.  –  Mam 

zamiar  zostać  w  łóżku  cały  dzień,  nie  odbierać  telefonów,  być  wyłącznie  dla  ciebie.  I 
spodziewam się, że ze mną zostaniesz.   

background image

Uśmiechnęła się i w końcu przyznała się do tego, z czym tak długo walczyła. Zakochała 

się  w  doktorze  Blake’u  i  myśl,  że  mogłaby  nie  zobaczyć  go  już  nigdy,  stała  się  nie  do 
zniesienia.  Byłoby to  niezgodne z naturalnym  porządkiem rzeczy.  Pocałowała go namiętnie, 
drżąca i pełna nadziei.   

– Czy jest jakiś sposób,  żebyśmy  mogli spędzać  ze sobą czas po zakończeniu  kursu? – 

zapytał.   

– Zawsze możemy znaleźć jakiś sposób – mruknęła, pławiąc się w absolutnym szczęściu.   
– Kocham cię, więc mi pomóż – powiedział, przytulając policzek do jej policzka. – Nie 

chciałem się do tego przyznać. To bardzo komplikuje życie.   

– Ja też cię kocham. To szaleństwo, prawda? 
– I tak, i nie... – odparł. – Czy spędzisz ze mną Boże Narodzenie w mieście? Wiem, że 

chcesz dotrzymać towarzystwa koleżankom, ale może i dla mnie znajdziesz chwilę? Proszę.   

Uśmiechnęli się do siebie, ich oczy przepełnione były miłością.   
– Chodźmy najpierw do łóżka – zażartowała. – Potem ci odpowiem.   
– Chcesz mnie sprawdzić? – Gdy się roześmiał, zmęczenie uleciało z jego twarzy.   
Signy  poczuła,  jak  się  roztapia  z  miłości  do  niego.  To  cudowny  mężczyzna,  uczciwy, 

skromny,  inteligentny,  oddany,  współczujący...  Dan  posiadał  wszystkie  cechy,  których 
podświadomie  szukała  w  mężczyźnie.  Co  więcej,  był  nieprzyzwoicie  przystojny.  Jego  nos 
dodawał mu wyjątkowego uroku.   

– A dlaczego nie? – roześmiała się.   
– No dobrze.   
W  sypialni  tylko  chwilę  zajęło  mu  uwolnienie  jej  z  obszernego  szlafroka,  piżamy  i 

wełnianych skarpetek. Kiedy się rozbierał, patrzyła na niego spod grubej kołdry, świadoma, 
że nareszcie jest dojrzałą kobietą.   

Wyciągnęła do niego ramiona i wyszeptała: 
– Co do Gwiazdki... zgoda.   
– A potem? 
– Czy będzie jakieś „potem”, Dan? – spytała, tuląc się do niego i czując przeszywający ją 

dreszcz rozkoszy.   

– Mam nadzieję, Signy. Mam nadzieję...   
Rano przyniósł jej herbatę do łóżka.   
– Rozpieszczasz mnie. – Uśmiechnęła się nieśmiało, biorąc od niego kubek.   
Usiadł  na  skraju  łóżka  i  patrzył  na  nią.  Na  jego  twarzy  nie  było  już  owego  wyrazu 

zmęczenia. Wyglądał na wypoczętego, a oczy płonęły mu miłością.   

Signy  nie  mogła  otrząsnąć  się  ze  zdumienia.  Świadomość,  że  kocha  ją  ktoś,  kogo  i  ona 

kocha,  wydawała  jej  się  cudem.  Instynktownie  wiedziała,  że  jego  miłość  nie  jest  od  czegoś 
uzależniona i że to nie będzie niedojrzałe, przelotne uczucie, lecz trwałe, głębokie i namiętne.   

Ta noc była tego dowodem.   
– Mam ukryte motywy – powiedział żartobliwie, nie odrywając od niej oczu.   
– No, słucham...   
– Zaproponowano mi pracę dla organizacji na Jamajce – oznajmił, wpatrując się w nią, 

background image

jakby  się  obawiał,  że  mu  zniknie.  –  Właściwie  szukają  dwóch  osób,  dwóch  lekarzy,  albo 
lekarza i pielęgniarki. Mają założyć przychodnię.   

– Jesteś tym zainteresowany? A twoja praca tutaj? 
– Znajdą się inni, którzy przejmą po mnie praktykę. Mogę pracować tu albo w Anglii... 

albo dla Lekarzy. Zawsze znajdzie się dla mnie miejsce. Zaczekam, rzecz jasna, dopóki Feliks 
nie podda się następnej kuracji... Nie zostawię go.   

– Pojedziesz na Jamajkę? – zapytała. – Beze mnie? – Ta myśl wydawała się jej okrutna. – 

Chyba wrócę do Anglii...   

– Woleliby małżeństwo – wyznał cicho. – Czy rozważyłabyś to, Signy? 
– Och, Dan...   
Czekał w napięciu na odpowiedź.   
– Naprawdę szukają małżeństwa? – Zerknęła na niego spod oka.   
– No, może niezupełnie – przyznał. Dotknął jej policzka i patrzył prosto w oczy. – Czy 

wyjdziesz  za  mnie?  Kocham  cię  całym  sercem  i  duszą.  Pragnę  być  z  tobą  do  końca  życia, 
pragnę cię bardziej niż czegokolwiek w świecie...   

Poczuła łzy pod powiekami.   
– Och, Dan, wyjdę za ciebie...   
Leżeli  przytuleni  do  siebie,  wiedząc,  że  to  pierwsze  chwile  ich  wspólnego  życia.  Signy 

słuchała deszczu bijącego o cedrowy dach, uszczęśliwiona, bezpieczna w ramionach Dana.   

Czasami  zdarzają  się  cuda,  pomyślała.  Miłość  może  przyjść  w  najmniej 

prawdopodobnych miejscach.