background image

 
OD AUTORKI 
Ś

wiat  Chrestomanciego  nie  jest  łąki  sam  jak  ten,  który  znamy.  To  świat  równoległy  do 

naszego,  gdzie  magia  jest  równie  zwyczajna  jak  matematyka  i  wszystko  jest  trochą  bardziej 
staroświeckie.  W  świecie  Chrestomanciego  Włochy  nadal  są  podzielone  na  wiele  małych 
państewek, a każde posiada własnego księcia i stolicę. W naszym świecie Włochy już dawno temu 
stały się jednym państwem. 

Chociaż  te  dwa  światy  nie  są  w  żaden  sposób  połączone,  ta  historia  jakoś  się  stamtąd 

przedostała. Ale pozostały w niej luki i musiałam prosić o pomoc, żeby je wypełnić. Clare Davis, 
Gaynor  Harvey,  Elizabeth  Carter  i  Graham  Belsten  odkryli  dla  mnie,  co  zaszło  podczas 
pojedynku  magów.  A  mój  mąż  J.  A.  Burrow,  korzystając  z  rad  Basila  Cottle'a,  znalazł  nawet 
prawdziwe słowa Anioła z Caprony. Pragnę bardzo serdecznie im wszystkim podziękować.

 

 
ROZDZIAŁ I 
Czary  to  najtrudniejsza  rzecz  na  świecie.  Tego  w  pierwszej  kolejności  uczyły  się  dzieci 

Montanów.  Każdy  może  odczynić  zaklęcie,  ale  kiedy  chodzi  o  rzucenie  zaklęcia  -  pisanego, 
mówionego czy śpiewanego - wszystko trzeba zrobić dokładniejak należy, bo inaczej dzieją się 
najdziwniejsze rzeczy.

 

Za przykład niech posłuży młoda Angelica Petrocchi, która pomalowała ojca na jasnozielono, 

bo wyśpiewała jedną fałszywą nutę. Cała Caprona - wręcz cała Italia - gadała o tym tygodniami.

 

Najlepsze  zaklęcia  nadal  pochodzą  z  Caprony,  pomimo  niedawnych  kłopotów,  z.  Casa 

Montana albo Casa Petrocchi. Jeśli używasz stów, które naprawdę działają, żeby poprawić odbiór 
w  swoim  radiu  ałbo  hodować  większe  pomidory,  to  całkiem  możliwe,  że  ktoś  z  twojej  rodziny 
był na wakacjach w Capronie i przywiózł stamtąd zaklęcie. Na Starym Moście w Capronie stoją 
w dwóch szeregach małe kamienne budki, gdzie długie kolorowe koperty, karty i zwoje wiszą na 
sznurkach jak dekoracje.

 

Można  tam  kupić  zaklęcia  ze  wszystkich  magicznych  domów  w  Italii,  Każde  zaklęcie  jest 

opatrzone etykietką ze sposobem użycia i ostemplowane znakiem domu, który je wyprodukował. 
Jeśli  chcesz  sprawdzić,  kto  zrobi!  twoje  zaklęcie,  zajrzyj  do  rodzinnych  dokumentów.  Jeśli 
znajdziesz  długi  wiśniowy  rulon  z  pieczęcią  czarnego  lamparta,  to  zaklęcie  pochodzi  z  Casa 
Petrocchi.  Jeśli  znajdziesz  trawiastozieloną  kopertę  z  wizerunkiem  skrzydlatego  konia,  to 
wykonano ją w Casa Montana. Zaklęcia obu domów są bardzo dobre, ignoranci nawet myślą, że 
same  koperty  mają  magiczną  moc.  To  oczywiście  bzdura.  Ponieważ,  jak  wysłuchiwali  do 
znudzenia  Paolo  i  Tonino  Montana,  zaklęcie  to  właściwe  słowa  wymówione  we  właściwy 
sposób.

 

Rodowód  wielkich  domów  Petrocchi  i  Montana  sięga  czasów  powstania  państwa  Caprona, 

siedemset  lat  temu  albo  jeszcze  dawniej.  Oba  domy  uprawiają  zaciekłą  rywalizacje.  Nawet  ze 
sobą nie rozmawiają. Jeśli jakiś Petrocchi i jakiś Montana spotkają się na wąskiej ulicy Caprony 
wyłożonej  złocistym  kamieniem,  odwracają  wzrok  i  przechodzą  obok  siebie  z  takimi  minami, 
jakby  mijali  chlew.  Posyłają  dzieci  do  innych  szkól  i  ostrzegają,  żeby  nigdy,  przenigdy  nie 
odzywały się do żadnego dziecka z tego drugiego domu.

 

Czasami jednak grupy młodych mężczyzn i kobiet z rodzin Petrocchi i Montana spotykają się 

przypadkiem,  kiedy  wieczorami  spacerują  po  szerokiej  ulicy  zwanej  Corso.  Wówczas  pozostali 
obywatele  natychmiast  kryją  się  po  kątach.  Jeśli  młodzież  walczy  na  pięści  i  kamienie,  to 
niedobrze, ale jeśli wybucha walka na czary, skutki bywają przerażające.

 

Przykładem niech będzie dzielny Rinaldo Montana, który sprawił, że na Corso przez trzy dni 

padały krowie placki. To doprowadzało turystów do rozpaczy.

 

background image

-  Pewien  Petrocchi  mnie  obraził  -  wyjaśnił  Rinaldo  ze  swoim  najbardziej  olśniewającym 

uśmiechem. - A ja akurat miałem w kieszeni nowe zaklęcie.

 

Petrocchi  niegrzecznie  twierdzili,  że  Rinaldo  w  ogniu  walki  przekręcił  słowa.  Wszyscy 

wiedzieli, że zaklęcia Rinalda to wyłącznie czary miłosne.

 

Dorośli  z  obu  domów  nigdy  nie  wyjaśniali  dzieciom,  dlaczego  właściwie  Montanowie  i 

Petrocchi  tak  się  nienawidzą.  To  zadanie  tradycyjnie  należało  do  starszych  braci  i  sióstr, 
kuzynów  i  kuzynek.  Paolo  i  Tonino  słyszeli  tę  historię  wielokrotnie  od  swoich  sióstr  Rosy, 
Corinny  i  Lucii,  od  kuzynów  Luigiego,  Carla  i  Domemca,  od  kuzynki  Anny  i  ponownie  od 
kuzynów z drugiej linii: Piera, Luki, Giovanniego, Pauli, Teresy, Bella Angela i Francesca. Sami 
opowiedzieli ją sześciu młodszym kuzynów, kiedy podrośli. Montanowie byli dużą rodziną.

 

Dwieście lat temu, głosiła opowieść, stary Ricardo Petrocchi wbił sobie do głowy, że książę 

Caprony zamawia więcej zaklęć od Montanów niż od Petrocchich, i napisał do starego Francesca 
Mon-tany  bardzo  obraźliwy  list  na  ten  temat.  Stary  Francesco  tak  się  rozgniewał,  że  czym 
prędzej  zaprosił  wszystkich  Petrocchich  na  ucztę.  Chciał,  żeby  spróbowali  nowej  potrawy,  tak 
twierdził.  Potem  pociął  list  starego  Ricarda  Petrocchiego  na  długie  paski  i  rzucił  na  nie  swoje 
najmocniejsze zaklęcie. I list zmienił się w spaghetti. Petrocchi zjedli je łapczywie i wszyscy się 
pochorowali, zwłaszcza stary Ricardo - bo nic tak nie szkodzi na żołądek, jak zjedzenie własnych 
słów, Ricardo nigdy nie przebaczył Francescowi Montanie i od tamtej pory wrogość dzieliła dwie 
rodziny,

 

-  I  w  ten  sposób  -  dodawała  Luda,  która,  jako  ledwie  rok  starsza  od  Paoia,  najczęściej 

opowiadała tę historię - wynaleziono spaghetti.

 

Właśnie Lucia opisywała im szeptem wszystkie okropne pogańskie zwyczaje Petrocchich: że 

nigdy nie chodzili na mszę ani do spowiedzi; że nigdy się nie kąpali ani nie zmieniali ubrania; że 
nigdy  się  nie  żenili,  tylko  -  jeszcze  cichszym  szeptem  -  mieli  dzieci  jak  kociaki;  że  potrafili 
utopić  niechciane  dzieci,  znowu  jak  kociaki,  i  nawet  wiadomo,  że  zjadali  niechciane  ciotki  i 
wujków; i żyli w takim brudzie, że na całej Via Satit' Angelo czuło się smród Casa Petrocchi i 
słychać było brzęczenie much.

 

Powtarzano jeszcze wiele innych rzeczy, nawet dużo gorszych, ponieważ Lucia  miała bujną 

wyobraźnie.  Paolo  i  Tonino  wierzyli  we  wszystko  i  nienawidzili  Petrocchich  z  całego  serca, 
chociaż  minęły  lata,  zanim  któryś  z  nich  zobaczył  na  własne  oczy  jakiegoś  Petrocchiego.  Jako 
małe dzieci wymknęli się  któregoś ranka na Via  Sant' Angelo, żeby zobaczyć Casa Petrocchi,  i 
dotarli aż do Nowego Mostu. Ale nie poczuli żadnego smrodu ani nie usłyszeli brzęczenia much 
i, zanim  znaleźli dom  Petrocchich,  znalazła ich siostra Rosa. Rosa, osiem  lat starsza od  Paola  i 
już  wtedy  całkiem  dorosła,  wybuchnęła  śmiechem,  kiedy  jej  wyjaśnili  swój  kłopot,  i  życzliwie 
zaprowadziła ich do Casa Petrocchi. Dom stał na Via Cantello, wcale nie na Via Sant' Angelo.

 

Paolo i Tonino ogromnie się zawiedli. Dom wyglądał całkiem jak Casa Montana. Był duży, 

podobnie  jak  Casa  Montana,  zbudowany  z  tego  samego  złocistego  kamienia  Caprony  i  chyba 
równie stary.  Wielka  frontowa brama  ze starego  sękatego drewna niczym się nie różniła od ich 
własnej  bramy,  na  murze  nad  nią  widniała  nawet  taka  sama  złota  figura  Anioła.  Rosa 
powiedziała,  że  oba  Anioły  ustawiono  na  pamiątkę  Anioła,  który  zstąpił  do  pierwszego  księcia 
Caprony  i  przyniósł  mu  zwój  muzyki  z  Nieba-  ale  chłopcy  o  tym  wiedzieli.  Kiedy  Paolo 
zauważył, że Casa Petrocchi wcale tak bardzo nie śmierdzi, Rosa przygryzła wargę i wyjaśniła z 
powagą, że na zewnętrznej ścianie jest niewiele okien i wszystkie zamknięte.

 

- Myślę, że wszystko się dzieje na dziedzińcu w środku, tak jak w naszym domu - oznajmiła. - 

Więc pewnie tam idzie cały smród.

 

Przyznali jej rację i chcieli zaczekać, aż wyjdzie jakiś Petrocchi. Ale Rosa oświadczyła, że to 

bardzo  nierozsądny  pomysł,  i  odciągnęła  chłopców.  Oglądając  się  przez  ramię,  zobaczyli,  że 

background image

Casa  Petrocchi  ma  cztery  wieże  ze  złotego  kamienia,  po  jednej  w  każdym  rogu,  podczas  gdy 
Casa Montana ma tylko jedną, nad bramą.

 

-    To  dlatego,  że  Petrocchi  lubią  się  popisywać  -  wyjaśniła  Rosa,  ciągnąc  braci.  -  No, 

chodźcie.

 

Ponieważ  każda  wieża  miała  spiczasty  dach  z  półokrągłych  dachówek,  podobnie  jak  ich 

własne dachy i wszystkie inne dachy w Capronie, Paolo i Tonino nie uważali tego za szczególnie 
imponujące, ale woleli nie sprzeczać się z Rosą, Bardzo rozczarowani pozwolili, żeby zaciągnęła 
ich  z  powrotem  do  Casa  Montana  i  wepchnęła  przez  ich  własną  sękatą  bramę  na  rojny 
wewnętrzny dziedziniec. Tam Rosa zostawiła ich i wbiegła po schodach na galerie, wołając:

 

-  Lucia! Lucia, gdzie jesteś? Muszę z tobą pogadać!

 

Drzwi i okna otwierały się na dziedziniec ze wszystkich stron, a galeria z drewnianą poręczą i 

czerwonym dachem otaczała trzy boki dziedzińca i prowadziła do pokojów na piętrze. Wujowie, 
ciotki,  młodsi  i  starsi  kuzyni  oraz  koty  roili  się  wszędzie,  śmiali  się,  gotowali,  prali,  omawiali 
zaklęcia,  bawili  się  i  wygrzewali  na  słońcu.  Paolo  westchnął  z  zadowoleniem  i  wziął  na  ręce 
najbliższego kota.

 

-    Wątpię,  czy  Casa  Petrocchi  wygląda  tak  samo  w  środku.  Zanim  Tonino  zdążył  wyrazić 

zgodę, objęła ich czule ciotka

 

Maria, grubsza od ciotki Giny, ale nie tak gruba jak ciotka Anna, 
-  Gdzieście byli, kochaneczki? Czekam na waszą lekcję już pół godziny albo dłużej!

 

Wszyscy w Casa Montana ciężko pracowali. Paolo i Tonino uczyli się już pierwszych zasad 

tworzenia  zaklęć.  Kiedy  ciotka  Maria  była  zajęta,  uczył  ich  ojciec,  Antonio.  Antonio  byl 
najstarszym  synem  starego  Niccola  i  po  jego  śmierci  miał  zostać  głową  Casa  Montana,  Paolo 
uważał,  że  ten  ciężar  przytłacza  ojca.  Antonio  był  chudym,  zmartwionym  osobnikiem,  który 
ś

miał  się  rzadziej  od  innych  Montanów.  Był  inny.  Jedna  z  różnic  polegała  na  tym,  że  zamiast 

pozwolić, żeby stary Niccolo  starannie wybrał  mu żonę z jakiegoś  domu  czarów we  Włoszech, 
pojechał do Anglii i wrócił żonaty z Eli zabeth. Elizabeth uczyła chłopców muzyki.

 

-    Gdybym  to  ja  uczyła  Angelicę  Petrocchi  -  lubiła  powtarzać  -nigdy  by  nie  pomalowała 

niczego na zielono.

 

Stary  Niccolo  mawiał,  że  Elizabeth  jest  najlepszym  muzykiem  w  Capionie.  I  dlatego, 

powiedziała chłopcom Lucia, przebaczono Antoniowi, że się z nią ożenił. Ale Rosa kazała im nie 
zwracać uwagi. Rosa była dumna, że jest w połowie Angielką.

 

Paolo  i  Tonino  byli  chyba  bardziej  dumni  z  nazwiska  Montana.  Wspaniałe  wiedzieć,  że 

pochodzisz  z  rodziny  znanej  na  całym  świecie  jako  najlepszy  dom  czarów  w  Europie  -jeśli  nie 
liczyć Petroc-chich, Czasami Paolo nie mógł się już doczekać, kiedy dorośnie i stanie się taki jak 
jego  kuzyn,  dzielny  Rinaldo.  Rinaldowi  wszystko  przychodziło  łatwo,  Dziewczęta  zakochiwały 
się  w  nim,  zaklęcia  spływały  mu  spod  pióra.  Skomponował  siedem  nowych  czarów,  zanim 
jeszcze  ukończył  szkołę.  A  w  tych  czasach,  jak  mawiał  stary  Niccolo,  niełatwo  ułożyć  nowe 
zaklęcie.  Tyle  ich  już  istnieje.  Paolo  desperacko  podziwiał  Rinałda.  Powiedział  Toninowi,  że 
Rinaldo to prawdziwy Montana.

 

Tonino zgodził się, ponieważ był o rok młodszy od Paola i cenił jego opinie, ale zawsze mu 

się wydawało, że to Paolo jest prawdziwym Montana. Paolo był równie bystry jak Rinaldo. Bez 
powtarzania  uczył  się  zaklęć,  których  opanowanie  zabierało  Toninowi  całe  dnie.  Tonino  był 

powolny. Potrafił cos; zapamiętać, tylko powtarzając to w kółko. Podejrzewał,  źe Paolo urodził 
się z instynktem do magii, którego Tonino po prostu nie miał.

 

Czasami  czuł  się  przygnębiony  z  powodu  swojej  tępoty.  Nikomu  innemu  to  nic 

przeszkadzało. Wszystkie jego siostry, nawet uczona Corinna, poświęcały wiele godzin, żeby mu 

background image

pomagać.  Elizabeth  zapewniała  go.  że  nigdy  nie  fałszował.  Ojciec  strofował  go,  że  zbyt  ciężko 
pracuje,  a  Paoło  twierdził,  że  Tonino  daleko  wyprzedzi  inne  dzieci,  kiedy  pójdzie  do  szkoły. 
Paolo właśnie zaczął szkole. Zwykłe lekcje przyswajał równie szybko jak czary.

 

Lecz  kiedy  Tonino  poszedł  do  szkoły,  okazał  się  tam  równie  powolny  jak  w  domu.  Szkolą 

wprawiała  go  w  oszołomienie.  Nie  rozumiał,  czego  chcą  od  niego  nauczyciele.  Przed  pierwszą 
sobotą poczuł się tak nieszczęśliwy, że wymknął się z domu i zapłakany wędrował po Capronie. 
Zniknął na kilka godzin.

 

-  Nic nie poradzę, że jestem szybszy od niego! - zawołał Paolo również prawie ze łzami.

 

Ciotka Maria chwyciła Paoła w objęcia.

 

-  No, not tylko ty nie zaczynaj! Jesteś równie bystry jak mój Rinaldo i wszyscy jesteśmy z 

ciebie dumni.

 

-    Lucia,  idź  poszukać  Tonina  -  poleciła  Elizabeth.  -  Paolo,  nie  możesz  się  tak  zamartwiać. 

Tonino  nasiąka  czarami,  chociaż  o  tym  nie  wie.  To  samo  było  ze  mną,  kiedy  tu  przyjechałam. 
Czy mam powiedzieć Toninowi? - zapytała Antonia, który przybiegł z galerii. W Casa Montana, 
jeśli ktoś miał zmartwienie, zawsze przyciągał resztę rodziny.

 

Antonio potarł czoło.

 

-  Chyba tak. Zapytajmy starego Niccola. Chodź, Paolo.

 

Paolo poszedł za swoim chudym, żwawym ojcem przez desenie światła na galerii w błękitny 

chłód  skryptorium.  Tutaj  jego  dwie  pozostałe  siostry,  Rinaldo  i  pięcioro  innych  kuzynów  oraz 
dwóch wujów stało przy wysokich pulpitach, przepisując zaklęcia z wielkich ksiąg oprawnych w 
skórę. Każda księga miała mosiężny zamek, żeby nikt nie ukradł rodzinnych sekretów, Antonio i 
Paolo  przeszli  tamtędy  na  palcach,  Rinaldo  uśmiechnął  się  do  nich,  nie  przerywając  pisania. 
Podczas gdy inne pióra skrobały i przystawały, pióro Rinalda pędziło naprzód.

 

W pokoju za skryptorium wuj Lorenzo i kuzyn Domenico stemplowali znakiem skrzydlatego 

konia  trawi  as  to  zielone  koperty.  Wuj  Lorenzo  spojrzał  przenikliwie  na  twarze  przybyłych  i 
zdecydował,  że  stary  Niccolo  sam  poradzi  sobie  z  tym  kłopotem.  Mrugnął  do  Paola  i  udał,  że 
chce go opieczętować skrzydlatym koniem.

 

 Dalej, w cieplej bibliotece woniejącej pleśnią, stary Niccolo naradzał się z ciotką Francescą 

nad  księgą  leżącą  na  pulpicie.  Ciotka  Francesca  była  siostrą  starego  Niccola,  więc  właściwie 
cioteczną  babką.  Była  gruba  jak  beka,  dwukrotnie  grubsza  od  ciotki  Anny  i

  je

szcze  bardziej 

wybuchowa niż ciotka Giną. Mówiła gwałtownie.

 

-  Ale  zaklęcia  Casa  Montana  zawsze  mają  pewną  elegancję,  nie  ma  za  grosz  wdzięku!  To 

jest... 

Obie  stare,  okrągłe  twarze  odwróciły  się  w  stronę  Antonia  i  Paola.  Twarz  i  oczy  starego 

Niccola były okrągłe i zdziwione jak u małego dziecka. Twarz ciotki Franceski były za mała w 
stosunku do potężnego cielska, oczy małe i chytre.

 

-    Właśnie  chciałem  iść  -  powiedział  Niccolo.  -  Myślałem,  że  Tonino  ma  kłopoty,  ale 

przyprowadziłeś mi Paola.

 

-    Paolo  nie  ma  kłopotów  -  oświadczyła  ciotka  Francesca.  Okrągłe  oczy  starego  Niccola 

zamrugały do chłopca.

 

-  Paolo - powiedział - to, co czuje twój brat, to nie twoja wina.

 

-  Nie - powiedział Paolo - myślę, że to przez szkołę. 

 

-  Chcieliśmy,  żeby Elizabeth wyjaśniła Toninowi, że w tej rodzinie nie można nie  nauczyć 

się czarów - zaproponował Antonio.

 

-  Ale Tonino ma ambicję! - krzyknęła ciotka Francesca,

 

-  Myślę, że nie ma - zaprzeczył Paolo.

 

background image

-  Nie, ale jest nieszczęśliwy - powiedział jego dziadek. -musimy się zastanowić, jak najlepiej 

go pocieszyć. Wiem. - Jego dziecinna twarz rozjaśniła się w uśmiechu. - Benvenuto.

 

Chociaż stary Niccolo nie powiedział tego głośno, ktoś na galeri natychmiast krzyknął:

 

-  Stary Niccolo potrzebuje Benvenuta! 
Ludzie na dziedzińcu biegali i nawoływali. Ktoś walił kijem w beczkę na wodę.

 

Benvenuto!  Gdzie  się  podział  ten  kot?  Benvenuto!  Naturalnie  Benvenuto  nie  spieszył  się  na 

wezwanie.  Był  szefem  kotów  w  Casa  Montana.  Minęło  pięć  minut,  zanim  Paolo  usłyszał 
stąpanie  jego  silnych  łap  po  dachu  galerii.  Potem  rozległ  się  pluchy  stuk,  kiedy  Benvenuto 
wykonał  trudny  zeskok  przez  poręcz  galerii  na  podłogę.  Wkrótce  pojawił  się  na  parapecie 
biblioteki.

 

-  A więc jesteś powiedział stary Niccolo. - Właśnie zaczynałem się niecierpliwić.

 

Beiwenuto  natychmiast  wystawi!  przed  siebie  kosmatą  czarną  tylną  łapę  i  zaczął  ją  myć, 

jakby właśnie po to przyszedł.

 

-  Ach nie, proszę - powiedział stary Niccolo. - Potrzebuję twojej pomocy.

 

Wielkie  żółte  ślepia  Benvenuta  zwróciły  się  w  stronę  starego  Niccola.  Nie  był  to  urodziwy 

kot. Łeb miał niezwykle szeroki i płaski, z szarymi guzowatymi latami pozostałymi po licznych 
bójkach.  Od  tych  bójek  uszy  obwisły  mu  na  oczy  i  zawsze  wyglądał  tak,  jakby  nosił 
wystrzępioną  brązową  czapkę.  Setki  ugryzień  sprawiły,  że  jego  uszy  były  karbowane  jak  liście 
ostrokrzewu. Tuż nad nosem widniały trzy białe plamki, które nadawały pyszczkowi skrzywiony, 
szyderczy  wyraz.  Nie  miały  nic  wspólnego  z  pozycją  Benvenuta  jako  szefa  kotów  w  domu 
czarów.  Zawdzięczał  je  swojej  skłonności  do  steków.  Kiedyś  zaplątał  się  między  nogi  ciotce 
Ginie,  kiedy  gotowała,  i  ciotka  Giną  wylała  mu  gorący  tłuszcz  na  głowę.  Z  tego  powodu 
Benvenuto i ciotka Giną zawsze ostentacyjnie ignorowali się nawzajem.

 

-    Tonino  jest  nieszczęśliwy  -  oznajmił  stary  Niccolo.  Benvenuto  chyba  uznał,  że  ten  fakt 

zasługuje na jego uwagę.

 

Cofnął sterczącą nogę, zeskoczył na podłogę biblioteki i wylądował na szczycie regału, wszystko 
jednym  płynnym  ruchem,  na  pozór  nie  poruszając  nawet  mięśniem.  Tam  stanął,  uprzejmie 
machając  jedynym  swoim  pięknym  atrybutem  -  krzaczastym  czarnym  ogonem.  Reszta  sierści 
wytarła się do wyblakłego brązu. Oprócz ogona tylko gęste futro na tylnych łapach pokazywało, 
ż

e  Benvenuto  był  niegdyś  wspaniałym  czarnym  persem.  A  jak  przekonał  się  boleśnie  każdy 

kocur  w  Capronie,  te  puszyste  portki  skrywały  mięśnie  silne  jak  u  buldoga,  Paolo  gapił  się  na 
dziadka,  rozmawiającego  twarzą  w  twarz  z  Benvenutem.  Oczywiście  sam  zawsze  traktował 
Benvenuta  z  szacunkiem.  Wiadomo  było,  że  Benvenuto  nie  usiądzie  nikomu  na  kolanie  i 
podrapie  każdego,  kto  spróbuje  wziąć  go  na  ręce.  Paolo  wiedział,  że  wszystkie  koty  cudownie 
pomagały w czarach. Ale dotąd nie zdawał sobie sprawy, że koty tak wiele rozumieją. Nie wątpił, 
ż

e  Benvenuto  odpowiada  dziadkowi,  ponieważ  stary  Niccolo  robił  przerwy  jakby  na  słuchanie. 

Spojrzał  na  ojca  żeby  zobaczyć,  czy  to  prawda.  Antonio  najwyraźniej  czuł  się  nieswojo.  Ze 
zmartwionej  miny  ojca  Paola  domyślił  się,  że  to  bardzo  ważne  rozumieć,  co  mówią  koty,  i  że 
Antonio  nigdy  nie  rozumiał.  Powinienem  nauczyć  się  rozumieć  Benvenuta,  pomyślał  przejęty 
chłopiec.

 

-    Którego  z  was  proponujesz?  -  zapytał  stary  Niccolo.  Benvenuto  podniósł  prawą  przednią 

łapę i polizał ją niedbale.

 

Twarz starego Niccola zmarszczyła się w promiennym dziecięcym uśmiechu.

 

-  Popatrzcie tylko! - zawołał. - On to zrobi sam!

 

Benvenuto poruszył na boki końcem ogona. Potem zniknął, przeskoczył z powrotem na okno 

tak  szybko  i  płynnie,  jakby  niewidoczny  pędzel  namalował  ciemną  smugę  w  powietrzu.  Ciotka 
Francesca i stary Niccolo promienieli, a Antonio wciąż miał nieszczęśliwą minę.

 

background image

On  się  zajmie  Toninem  -  oznajmił  stary  Niccolo.  -  Nie  musimy  się  więcej  martwić  aż  do 

następnego razu.

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

Tonino  czuł  się  już  lepiej.  Pocieszyła  go  krzątanina  na  złocistych  ulicach  Caprony.  Na 

węższych uliczkach szedł środkiem po smudze słonecznego światła, z praniem Łopoczącym nad 
głową, udając, że nadepniecie na cień grozi nagłą śmiercią. Toteż umarł kilka razy, zanim dotarł 
do  Corso.  Raz  tłum  turystów  zepchnął  go  ze  słońca.  Potem  dwa  wozy  i  powóz.  A  raz  długi, 
lśniący samochód przejechał powoli z warkotem, trąbiąc klaksonem, żeby zwolnić mu drogę.

 

W pobliżu Corso Tonino usłyszał, jak jakiś turysta mówi po angielsku:

 

- Och, patrz! Punch i Judy! 
Bardzo z siebie zadowolony, że zrozumiał, Tonino przepychał się, przeciskał i nurkował, aż 

dotarł do pierwszego rzędu i mógł oglądać, jak Punch bije Judy na śmierć na dachu swojej malej 
malowanej budki. Tanino klaskał i wiwatował, a kiedy ktoś inny, sapiąc i dysząc, wcisnął się w 
tłum i odepchnął go na bok, Tonino był równie oburzony jak reszta. Całkiem zapomniał o swoim 
nieszczęściu.

 

-  Nie pchać się! - krzyknął,

 

-  Miejże serce! - zaprotestował przybysz. - Muszę zobaczyć, jak pan Punch oszukuje kata,

 

-  Więc bądź cicho! - wrzasnął Tonino razem z tłumem.

 

-    Mówiłem  tylko...  -  zaczął  przybysz,  duży  mężczyzna  o  wilgotnej  twarzy  i  dziwnie 

nerwowym zachowaniu.

 

-  Zamknij się! - ryknął tłum.

 

Mężczyzna  dyszał,  sapał  i  szczerzył  zęby,  patrząc  z  otwartymi  ustami,  jak  Punch  atakuje 

policjanta. Zachowywał się niczym małe dziecko. Tonino zerknął na niego z irytacją i doszedł do 
wniosku, że przybysz jest pewnie nieszkodliwym  wariatem. Tak  głośno ryczał  ze śmiechu  przy 
najdrobniejszych  żartach  i  był  tak  dziwnie  ubrany.  Nosił  połyskliwy,  czerwony  jedwabny 
garnitur  z  błyszczącymi  złotymi  guzikami  i  świecącymi  medalami.  Zamiast  zwykłego  krawata 
miał białą serwetkę owiniętą wokół szyi i spiętą broszką, która mrugała jak łza. Na butach miał 
lśniące sprzączki, a na kolanach złote rozetki. Ze spoconą twarzą i białymi zębami błyskającymi 
w rozwartych ustach mężczyzna cały błyszczał.

 

Pan Punch też go zauważył.

 

-    Och,  jaki  sprytny  gość!  -  zatrajkotał  głośno,  podskakując  szybko  na  małej  drewnianej 

półeczce. - Widzę złote guziki. Czy to papież?

 

-  Wcale nie! - wrzasnął uszczęśliwiony pan Błysk.

 

-  Czy to książę? - zapiszczał pan Punch.

 

-  Wcale nie! - odkrzyknął pan Błysk razem z całym tłumem.

 

-  Właśnie że tak! - upierał się Punch.

 

Podczas  gdy  wszyscy  wrzeszczeli  „Wcale  nie”  dwaj  mężczyźni  o  lekko  zaniepokojonych 

twarzach przecisnęli się szybko do pana Błyska.

 

Wasza Wysokość -powiedział jeden -biskup przybył do katedry pół godziny temu.

 

-    A  niech  to!  -burknął  pan  Błysk,  -  Czemu  ciągle  zawracacie  mi  głowę?  Czy  nie  mogę... 
dopóki się nie skończy? Uwielbiam Puncha i Judy.

 

Dwaj mężczyźni popatrzyli na niego z wyrzutem.

 

-  No.„ dobrze - ustąpił pan Błysk. - Wy dwaj zapłaćcie lalkarzowi. Dajcie coś wszystkim.

 

Odwrócił  się  i  pobiegł  w  podskokach  po  Corso,  dysząc  i  sapiąc.  Przez  chwilę  Tonino 

zastanawiał  się,  czy  pan  Błysk  naprawdę  nie  jest  księciem  Caprony.  Ale  dwaj  mężczyźni  nie 

background image

zamierzali płacić lalkarzowi ani nikomu innemu. Po prostu ruszyli poważnym truchtem za panem 
Błyskiem, jakby się bali stracić go z oczu. Tonino domyślił się z tego, że pan Błysk naprawdę był 
wariatem-bogatym - a oni próbowali go ugłaskać,

 

-  To podłość! - zatrajkotał pan Punch i przystąpił do oszukiwania kata, żeby dał się powiesić 

zamiast niego.

 

Tonino  patrzył,  dopóki  pan  Punch  nie  ukłonił  się  i  nie  wycofał  w  triumfie  do  małej 

namalowanej  willi  na  tyłach  sceny.  Potem  odwrócił  się,  bo  przypomniał  sobie  o  swoim 
nieszczęściu.

 

Nie miał ochoty wracać do Casa Montana. Nie miał ochoty właściwie na nic. Wędrował dalej, 

tak jak przedtem, aż znalazł się na Piazza Nuova, na wzgórzu po zachodniej stronie miasta. Tutaj 
usiadł  ponuro  na  parapecie  i  spoglądał  ponad  rzeką  Voltavą  na  bogate  wille  i  pałac  książęcy,  i 
długie  łuki  Nowego  Mostu,  i  zastanawiał  się,  czy  przyjdzie  mu  spędzić  resztę  życia  w  oparach 
głupoty.

 

Piazza  Nuova  powstała  w  tym  samym  czasie  co  Nowy  Most,  jakieś  siedemdziesiąt  lat 

wcześniej,  żeby  zapewnić  wszystkim  wspaniały  widok  Caprony,  który  teraz  podziwiał  Tonino. 
Widok istotnie zapierał dech w piersiach. Lecz niestety każda rzecz, którą widział Tonino, miała 

cos? wspólnego z Casa Montana.

 

Weźmy  pałac  książęcy,  którego  złociste  kamienne  wieże  odcinały  się  czystymi  liniami  na 

pogodnym błękitnym niebie. Każda złocista wieża rozszerzała się koliście na szczycie, żeby nikt 
wspinający się z dołu nie mógł dosięgnąć żołnierzy na blankach, pod łopoczącymi czerwonymi i 
złotymi chorągwiami. Tonino widział tarcze wbudowane w mury, dwie po każdej stronie, jedna 
wiśniowa,  druga  trawiastozielona,  pokazujące,  że  Montanowie  i  Petroc-chi  dodali  zaklęcie  do 
obrony  każdej  wieży.  A  wielki,  biały,  marmurowy  fronton  poniżej  byt  inkrustowany  innymi 
rodzajami  marmuru  we  wszystkich  barwach  tęczy.  I  wśród  tych  barw  znalazły  się  również 
wiśniowa i trawiastozielona.

 

Długie  złociste  wille  na  zboczu  wzgórza  poniżej  pałacu  również  miały  na  ścianach 

trawiastozielone  albo  wiśniowe  kręgi.  Ciemne,  strzeliste,  eleganckie  drzewka  zasadzone  pod 
murem  częściowo  zakrywały  niektóre  z  nich,  ale  Tonino  wiedział,  że  tam  są,  A  każdy  z 
kamiennych  i  metalowych  łuków  Nowego  Mostu,  prowadzącego  do  willi  i  pałacu,  nosił 
emaliowaną  plakietkę,  na  zmianę  zieloną  albo  wiśniową.  Nowy  Most  podtrzymywały 
najsilniejsze zaklęcia, jakie potrafiły wytworzyć Casa Montana i Casa Pełrocchi,

 

W  tej  chwili,  kiedy  rzeka  ledwie  ciurkała  po  kamykach,  wydawały  się  niepotrzebne.  Ale  w 

zimie,  kiedy  w  Apeninach  padały  deszcze,  Voltava  zmieniała  się  w  rwącą  powódź.  Ledwie 
mieściła  się  pod  łukami  Nowego  Mostu.  Stary  Most  -  który  Tonino  widział,  kiedy  wyciągnął 
szyję i wychylił się na bok - często bywał zalany wodą i zabawne małe domki stojące na nim nie 
nadawały  się  do  użytku.  Tylko  zaklęcia  Montanów  i  Petrocchich  głęboko  w  fundamentach  nie 
pozwalały, żeby woda zmyła Stary Most.

 

Tonino  słyszał,  jak  stary  Niccolo  mówił,  że  zaklęcia  Nowego  Mostu  wymagały  wspólnych 

wysiłków całej rodziny Montana, Stary Niccolo pomagał je tworzyć, kiedy był w wieku Tonina. 
Tonino nie potrafiłby pomóc. Żałośnie popatrzył na złociste mury i czerwone dachówki Caprony 
w  dole.  Miał  całkowitą  pewność,  że  w  każdym  domu  znajduje  się  co  najmniej  jedna 
trawiastozielona  karta,  A  on  mógł  najwyżej  odbijać  na  nich  pieczęć  ze  skrzydlatym  koniem. 
Podejrzewał, że nigdy nie będzie się nadawał do niczego więcej.

 

Miał wrażenie, że ktoś go wzywa. Rozejrzał się po Piazza Nuova. Nikogo. Pomimo pięknego 

widoku,  Piazza  znajdowała  się  za  daleko  dla  turystów.  Tonino  widział  tylko  potężne  żelazne 
gryfy stojące na parapecie w regularnych odstępach i wyciągające łapy do nieba. Kolejne gryfy, 

background image

splecione w walczącą  grupę na środku placu, tworzyły fontannę.  I nawet tutaj Tonino nie mógł 
uciec  od  swojej  rodziny.  Mała  metalowa  plakietka,  osadzona  w  kamieniu  pod  groźnymi 
szponami najbliższego gryfa, błyszczała zielono. Łzy popłynęły oczu chłopca,

 

Wśród  łez  zdawało  mu  się  przez  chwilę,  że  jeden  z  gryfów  opuścił  kamienny  postument  i 

potruchtał  w  jego  stronę  po  parapecie.  Zostawił  gdzieś  swoje  skrzydła  albo  zwinął  je  ciasno. 
Poinformowano go z wyższością, że koty nie potrzebują skrzydeł. Benvenuto usiadł obok Tonina 
na parapecie i zmierzył go karcącym wzrokiem.

 

Tonino zawsze w głębi duszy lękał się Benvenuta. Potulnie wyciągnął do niego rękę.

 

-  Cześć, Benvenuto.

 

Benvenuto zignorował rękę. Była  mokra od łez  Tonina,  oświadczył i zastanawiał się czemu 

Tonino jest taki niemądry.

 

-  Tutaj wszędzie są nasze czary - wyjaśnił Tonino. - A ja nigdy nie będę mógł... Myślisz, że 

to dlatego, że jestem w połowie Anglikiem?

 

Benvenuto  nie  rozumiał,  co  to  za  różnica.  Według  niego  to  znaczyło  tylko,  że  Paolo  miał 

błękitne oczy jak u syjamskiej rasy, a Rosa miała białe futro...

 

-  Jasne włosy - poprawi! Tonino.

 

,„a  sam  Tonino  miał  pręgowane  włosy,  jak  blade  pręgi  na  sierści,  ciągnął  niezmieszany 

Benvenuto. 1 przecież to wszystko były koty, prawda?

 

-  Ale jestem taki głupi... - zaczął Tonino.

 

Benvenuto mu przerwał, mówiąc, że słyszał wczoraj, jak Tonino gawędził z tymi kociakami, i 

pomyślał sobie, że Tonino jest od nich znacznie mądrzejszy. A zanim Tonino zacznie się spierać, 
ż

e to tylko kociaki, czyż sam nie jest kociakiem?

 

Na to Tonino parsknął śmiechem i wytarł ręce o spodnie. Kiedy ponownie wyciągnął rękę do 

Benvenuta,  kot  wstał,  bardzo  wysoki  na  czterech  łapach,  i  podszedł  do  niego  z  mruczeniem. 
Tonino  odważył  się  go  pogłaskać.  Benvenuto  krążył  w  kółko  i  w  kółko,  mrucząc  i  wyginając 
grzbiet,  jak  najmniejszy  i  najłagodniejszy  kociak  w  domu.  Tonino  rozpromienił  się  z  dumy  i 
radości.  Widział  po  ruchach  kosmatego  kociego  ogona,  zataczającego  majestatyczne,  gniewne 
łuki, że Benvenuto niezbyt lubiłt kiedy go głaskać - co tylko zwiększało zaszczyt.

 

Tak lepiej, powiedział Benvenuto. Wdrapał się na gołe nogi chłopca i rozłożył się na nich w 

poprzek jak brązowa muskularna mata. Tonino dalej głaskał. Z jednego końca maty wysunęły się 
kolce i boleśnie wbijały się w uda Tonina. Benvenuto wciąż mruczał. Niech Tonino przyjmie taki 
punkt widzenia, zaproponował, że oni obaj, chłopiec i kot, należą do najsławniejszej rodziny w 
Capronie, która z kolei należy do najbardziej wyjątkowego ze wszystkich włoskich państw.

 

-  Wiem  o  tym  -  odparł  Tonino.  -  To  dlatego,  że  ja  też  mysie,  że  to  cudownie...  naprawdę 

jesteśmy tacy wyjątkowi?

 

Oczywiście, zamruczał Benvenuto. A jeśli Tonino zechce się wychylić i popatrzeć na katedrę, 

to zobaczy dlaczego.

 

Tonino  wychylił  się  posłusznie  i  spojrzał.  Ogromne  marmurowe  kopuły  katedry  wynurzały 

się spomiędzy domów na końcu Cor-so. Wiedział, że nigdzie nie było takiej budowli. Płynęła w 
powietrzu, wysoka, biała, zielona i złota. A na szczycie najwyższej kopuły słońce błyszczało na 
wielkiej złotej postaci Anioła z rozpostartymi skrzydłami, trzymającego w jednej ręce złoty zwój. 
Zdawał się błogosławić całą Capronę.

 

Ten  Anioł,  poinformował  go  Benvenuto,  stanowił  znak,  że  Caprona  będzie  bezpieczna 

dopóty, dopóki wszyscy śpiewają melodię Anioła Caprony. Anioł przyniósł te pieśń zapisaną na 
zwoju prosto z Nieba pierwszemu księciu Caprony, a jej moc przegnała Białego Diabla i uczyniła 
Capronę  wielką.  Od  tamtych  czasów  Biały  Diabeł  krąży  wokół  Caprony  i  próbuje  wrócić  do 

background image

miasta, ale nigdy mu się nie uda, dopóki ludzie śpiewają pieśń Anioła,

 

-    Wiem  o  tym  -  przyznał  Tonino.  -  Śpiewamy  Anioła  codziennie  w  szkole.  -  Co 

przypomniało mu główną przyczynę jego nieszczęścia. - Ciągle każą mi się uczyć tej historii... i 
różnych innych rzeczy... a ja nie mogę, bo już je znam, więc nie potrafię nauczyć się jak należy.

 

Benvenuto  przestał  mruczeć.  Drgnął,  ponieważ  palce  Tonina  zaczepiły  o  jeden  z  licznych 

kołtunów  w  jego  potarganej  sierści.  Wciąż  drżąc,  zapytał  dość  kwaśnym  tonem,  dlaczego 
Toninowi nie przyszło do głowy, żeby im powiedzieć w szkole, że już to wie.

 

-  Przepraszam! - Tonino pospiesznie wyplątał palce. - Ale oni ciągle powtarzają, że muszę to 

robić w ten sposób, bo inaczej nigdy się nie nauczę.

 

No,  oczywiście  to  zależy  od  Tonina,  stwierdził  Benvenuto  wciąż  poirytowany,  ale  przecież 

nie ma sensu uczyć się dwa razy tego samego. Żaden kot by tego nie zniósł. No i chyba już pora 
wracać do domu.

 

Tonino westchnął.

 

-  Chyba tak. Będą się martwić. Wziął Benvenuta na ręce i wstał,

 

Benvenutowi to się spodobało. Zamruczał. Wcale nie chodziło o to, że Montanowie będą się 

martwić. Ciotki właśnie gotują obiad, a Tonino łatwiej niż kot zwędzi ładny kawałek cielęciny.

 

Tonino  nie  mógł  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Schodząc  po  stopniach  na  Nowy  Most, 

powiedział:

 

-  Wiesz, Benvenuto, byłoby ci dużo wygodniej, gdybyś się pozbył tych kołtunów z sierści i 

pozwolił się uczesać.

 

Benvenuto  oświadczył,  że  każdy,  kto  spróbuje  go  uczesać,  poczuje  na  własnej  skórze 

wszystkie jego pazury,

 

-  Więc wy szczotkować? Benvenuto powiedział, że się zastanowi.

 

Właśnie  wtedy  spotkali  Ludę,  Szukała  Tonina  po  całej  Capronie  i  już  się  przygotowała  do 

wielkiego  wybuchu  złości.  Ale  widok  groźnie  skrzywionej  facjaty  Benvenuta  wyglądającej  z 
ramion Tonina niemal odebrał jej mowę.

 

-  Spóźnimy się na obiad - powiedziała tylko.

 

-   Wcale nie -  zaprzeczył Tanino. - Przyjdziemy  na czas, żebyś popilnowała,  kiedy ukradnę 

trochę cielęciny dla Benvenuta.

 

-  Można polegać na Benvenucie, że wszystko sobie zaplanował - mruknęła Lucia, - Co to ma 

być? Początek korzystnej współpracy?

 

Można tak to nazwać, powiedział Benvenuto do Tonina.

 

-  Można tak to nazwać - powiedział Tonino do Lucii.

 

W  każdym  razie  zrobili  na  Lucii  wystarczające  wrażenie,  żeby  wciągnęła  ciotkę  Ginę  w 

rozmowę,  kiedy  Tonino  kradł  cielęcinę  dla  Benvenuta.  I  wszyscy  za  bardzo  się  cieszyli,  że 
Tonino  wrócił  bezpiecznie,  żeby  się  gniewać.  Corinna  i  Rosa  jednak  rozgniewały  się  tego 
popołudnia,  kiedy  Corinnie  zginęły  nożyczki,  a  Rosie  szczotka  do  włosów.  Obie  wpadły  na 
galerię jak burza. Zastały tam Paola patrzącego, jak Tonino delikatnie i ostrożnie wycina kołtuny 
z sierści Benvenuta. Szczotka do włosów leżała obok Tonina, petna brązowych kłaków.

 

-  I naprawdę rozumiesz wszystko, co on mówi? - pytał Paolo.

 

-  Rozumiem wszystkie koty - odparł Tonino. - Nie ruszaj się, Benvenuto. Ten jest przy samej 

skórze.

 

Najdobitniej  o  statusie  Benvenuta-  a  zatem  również  Tonina-świadczy  fakt,  że  ani  Rosa,  ani 

Corinna nie ośmieliły się mu powiedzieć ani słowa. Zamiast tego wsiadły na Paola.

 

-  Co to ma znaczyć, Paolo, dlaczego mu pozwoliłeś zniszczyć moją szczotkę? Dlaczego nie 

kazałeś mu wziąć kuchennych nożyc?

 

Paolo nie miat im tego za złe. Tak mu ulżyło, że nie będzie musiał sam rozumieć kotów. Nie 

background image

wiedziałby, jak się tego nauczyć, od czego zacząć.

 

Od tamtej pory Berwenuto uważał się za osobistego kota Toni-na. To wiele zmieniło dla nich 

obu. Benvenuto, nieustannie szczotkowany - ponieważ Rosa kupiła Toninowi specjalną szczotkę 
dla  kota  -  i  niemal  równie  nieustannie  podkarmiany  kąskami  sprzątanymi  ciotce  Ginie  sprzed 
nosa, wkrótce zrobił się gładki i lśniący, jakby odmlodniał. Tonino zapomniał, że kiedykolwiek 
był  nieszczęśliwy.  Teraz  byt  dumnym  i  ważnym  członkiem  rodziny.  Kiedy  stary  Niccoio 
potrzebował  Benvenuta,  musiał  najpierw  zapytać  Toni-na.  Benvenuto  nie  chciał  nic  zrobić  dla 
nikogo bez pozwolenia Tonina. Paola ogromnie bawiło, kiedy stary Niccoło się złościł.

 

-    Ten  kot  po  prostu  wykorzystuje  swoją  przewagę!  -  pienił  się  Niccolo.  -  Proszę  go,  żeby 

zrobił mi grzecznos'ć, i co dostaję? Czarną niewdzięczność!

 

W końcu Tonino musiał kotu powiedzieć, żeby służył staremu Niccolowi, kiedy Tonino jest 

w szkole. Inaczej Benvenuto po prostu znikał na cały dzień. Ale zawsze, niezawodnie, pojawiał 
się ponownie około wpół do czwartej i siadał na beczce z wodą przy najbliższej bramie, czekając 
na Tonina. I jak tylko Tonino wchodził przez bramę, Benvenuto wskakiwał mu w ramiona.

 

Tak było nawet wtedy, kiedy nikt inny nie miał dostępu do Ben-venuta. Najczęściej podczas 

pełni księżyca, kiedy kocice miauczały wabiąco na dachach Caprony.

 

Tonino poszedł do szkoły  w  poniedziałek, pamiętając o  radach Beiwenuta.  I  kiedy wręczyli 

mu obrazek przedstawiający kota, i oznajmili, że zygzaki pod spodem czyta się: ka-o-te, Tonino 
zebrał się na odwagę i szepnął:

 

-  Tak. To jest K, O i T. Umiem czytać.

 

Nauczycielka, która była nowa w Capronie, nie wiedziała, co zrobić, i wezwała dyrektorkę.

 

-  Och  -  usłyszała.  -  Jeszcze  jeden  Montana.  Powinnam  była  panią  ostrzec.  Oni  wszyscy 

umieją czytać. Większość zna również łacinę... często ją stosują w zaklęciach... i niektórzy znają 
też angielski. Przekona się pani jednak, że w arytmetyce są przecięt.

 

Tak  więc  Tonino  otrzymał  odpowiednią  książkę,  podczas  gdy  inne  dzieci  uczyły  się  liter. 

Okazała się dla niego zbyt łatwa. Skończył ją w dziesięć minut i musieli mu dać następną W ten 
sposób odkrył książki. Wkrótce książki oczarowały Tonina bardziej niż wszelkie zaklęcia. Nigdy 
nie miał ich dosyć.  Plądrował bibliotekę publiczną i bibliotekę w Casa  Montana, wydawał  cale 
kieszonkowe na książki. Wkrótce stało się powszechnie wiadome, że najlepszym prezentem dla 
Tonina jest książka - a najlepsze książki opisują niewyobrażalne sytuacje, kiedy nie ma żadnych 
czarów. Ponieważ Tonino najbardziej lubił powieści, w jego ulubionych książkach bohaterowie 
przeżywali szaleńcze przygody bez żadnej czarodziejskiej pomocy ani przeszkody.

 

Benvenuto  całkowicie  to  pochwalał.  Podczas  czytania  Tonino  siedział  bez  ruchu  i  kot  mógł 

się  na  nim  wygodnie  ułożyć.  Paolo  trochę  dokuczał  Toninowi,  że  jest  molem  książkowym,  ale 
właściwie to mu nie przeszkadzało. Wiedział, że zawsze mógł oderwać Tonina od lektury, gdyby 
naprawdę go potrzebował.

 

Antonio  się  martwił.  Martwił  się  o  wszystko.  Bał  się,  że  Tonino  ma  za  mało  ruchu.  Ale 

wszyscy inni w Casa Montana uważali, że to bzdura. Byli dumni Tonina. Jest równie pilny jak 
Corinna,  mówili,  i  niewątpliwie  oboje  pójdą  na  Uniwersytet  Caprony,  jak  wujeczny  dziadek 
Umberto.  Montanowie  zawsze  mieli  kogoś  na  uniwersytecie,  Co  znaczyło,  że  nie  trzymali 
samolubnie Teorii Magii tylko dla rodziny, no i dostęp do zaklęć w uniwersyteckiej bibliotece też 
się przydawał.

 

Pomimo  pokładanych  w  nim  nadziei,  Tonino  nadal  powoli  uczył  się  zaklęć  i  nie  robił  zbyt 

szybkich postępów w szkole. Paolo w jednym i drugim był dwukrotnie szybszy. Z upływem lat 
jednak  obaj  się  z  tym  pogodzili.  To  ich  nie  martwiło.  Znacznie  bardziej  się  martwili,  kiedy 
odkrywali  stopniowo,  że  nie  wszystko  układa  się  jak  należy  w  Casa  Montana  ani  w  całej 
Capronie.

 

background image

 
ROZDZIAŁ 3

 

Najpierw  Tonino  zaczął  się  martwić  o  Benvenuta.  Pomimo  troskliwej  opieki  kot  robił  się 

coraz chudszy i znowu sierść zbijała mu się w klaki. Teraz miał prawie tyle lat co Tonino. Tonino 
wiedział, że to podeszły wiek dla kota. i początkowo zakładał, że Benvenuto po prostu odczuwa 
brzemię  starości.  Potem  zauważył.  że  stary  Niccolo  wydaje  się  niemal  równie  zmartwiony  jak 
Antonio  i  że  wujek  Umberto  dzwoni  do  niego  z  uniwersytetu  prawie  codziennie.  Za  każdym 
razem  stary  Niccolo  albo  ciotka  Francesca  wzywali  Benvenuta  i  Benvenuto  wracał  kompletnie 
wyczerpany. Więc Tonino zapytał Benvenuta, co się stało.

 

Benveuuto  odparł,  że  powinni  dać  kotu  trochę  spokoju,  nawet  jeśli  książę  to  cymbał.  I  nie 

pozwoli się zadręczać Toninowi.

 

Tonino poradził się Paola i odkrył, że Paolo też się martwi, Pa-olo zwrócił uwagę na matkę. 

Ostatnio jej jasne włosy  wyblakły o  kilka odcieni i przybyło w nich siwizny, i Elizabeth ciągle 
wydawała się zdenerwowana. Kiedy Paolo zapytał, o co chodzi, odpowiedziała:

 

- Och, nic takiego, Paolo... tylko przez to wszystko tak trudno znaleźć męża dla Rosy.

 

Rosa miała teraz osiemnaście lat. Cala rodzina rozprawiała

 

O  mężu  dla  niej  i  ta  kwestia,  jak  zauważy!  teraz  Paolo,  wywoływała  znacznie  więcej 

zamieszania  i  niepokoju  niż  w  przypadku  kuzynki  Klaudii  trzy  lata  wcześniej.  Montanowie 
musieli  uważać,  z  kim  zawierają  małżeństwa.  Nie  bez  powodu.  Musieli  poślubić  kogoś  z 
talentem przynajmniej do zaklęć albo do muzyki;

 

1  żeby  spodobał  się  rodzinie;  i  przede  wszystkim  żeby  nie  miał  żadnych  powiązań  z 

Petrocchimi.  Ale  kuzynka  Klaudia  znalazła  Artura  i  wyszła  za  niego  bez  tego  całego  gadania  i 
nerwów,  które  teraz  powodowała  Rosa.  Paolo  mógł  tylko  podejrzewać,  że  przyczyną  jest  „to 
wszystko", cokolwiek Elizabeth chciała przez to powiedzieć.

 

Bez  względu  na  przyczynę  kłócono  się  zażarcie.  Roztrzęsiony  Antonio  wybierał  się  do 

Anglii, żeby poradzić się kogoś nazwiskiem Chrestomanci.

 

-  Potrzebujemy dla niej naprawdę potężnego zaklinacza - powiedział.

 

Na  co  Elizabeth  odparła,  że  Rosa  jest  Włoszką  i  powinna  poślubić  Włocha.  Reszta  rodziny 

przyznała  jej  rację,  dodając  tylko,  że  ten  Włoch  koniecznie  musi  pochodzić  z  Caprony. 
Pozostawało pytanie: kto.

 

Paolo,  Lucia  i  Tonino  nie  mieli  wątpliwości.  Chcieli,  żeby  Rosa  wyszła  za  ich  kuzyna 

Rinalda.  Pasowali  do  siebie  jak  ulał.  Rosa  była  śliczna,  Rinaldo  przystojny  i  wszystkie  zwykłe 
obiekcje  odpadały.  Istniały  jednak  dwie  przeszkody.  Pierwsza  polegała  na  tym,  że  Rinaldo  nie 
interesował się Rosą. Obecnie był desperacko  zakochany w prawdziwej Angielce- nazywała się 
Jane  Smith,  co  Rinaldo  wymawiał  z  pewnym  trudem  -  która  przyjechała  skopiować  kilka 
obrazów  w  Galerii  Sztuki  na  Corso.  Była  romantyczną  dziewczyną.  Żeby  sprawić  jej 
przyjemność,  Rinaldo  zaczął  ubierać  się  na  czarno,  z  czerwoną  chustą  na  szyi  jak  bandyta. 
Podobno  zapuszczał  również  bandyckie  wąsy.  Przez  to  wszystko  nie  miał  czasu  dla  kuzynki, 
którą znal cale życie.

 

Drugą  przeszkodę  stanowiła  sama  Rosa.  Nigdy  nie  przepadała  za  Rinaldem.  I  chyba  jako 

jedyna  osoba  z  rodziny  wcale  się  nie  przejmowała,  za  kogo  wyjdzie  za  mąż.  Kiedy  kłótnie 
osiągnęły apogeum, uśmiechała się i potrząsała blond włosami spływającymi na ramiona.

 

-    Słuchając  was  wszystkich-  mówiła-  można  pomyśleć,  że  nie  mam  w  tej  sprawie  nic  do 

powiedzenia. To naprawdę śmieszne.

 

Przez całą zimę narastały obawy w Casa Montana. Paolo i To-nino pytali ciotkę Marie, o co 

właściwie chodzi. Ciotka Maria najpierw powiedziała, że są za młodzi, żeby zrozumieć. Polem, 
ponieważ  chwilami  bywała  równie  wybuchowa  jak  ciotka  Giną  czy  nawet  ciotka  Francesca, 

background image

poinformowała ich nagle i gwałtownie, że Ca-prona schodzi na psy.

 

-    Wszystko  sprzysięgło  się  przeciwko  nam  -  mówiła.  -  Brakuje  pieniędzy,  turyści  tu  nie 

przyjeżdżają  i  z  roku  na  rok  tracimy  siły,  A  Florencja,  Piza  i  Siena  gromadzą  się  jak  sępy  i  co 
roku  któreś'  z  nich odrywa  kilka  kilometrów  kwadratowych Caprony, Jak tak dalej  pójdzie, nie 
będziemy już państwem. A na domiar wszystkiego zbiory nie udały się w tym roku. To wszystko 
wina  tych  zdegenerowanych  Petrocchich,  mówię  wami  Ich  zaklęcia  już  nie  działają.  My, 
Montanowie,  nie  możemy  sami  podtrzymywać  całej  Caprony!  A  Petrocchi  nawet  nie  próbują! 
Tylko  robią  w  kółko  to  samo  i  staczają  się  coraz  niżej.  To  widać,  skoro  ta  smarkula  mogła 
przerobić ojca na zielono!

 

Brzmiało to dostatecznie alarmująco. 1 wyglądało na prosty fakt. Przez wszystkie lata, które 

Paolo i Tonino spędzili w szkole, przyzwyczaili się słyszeć, że przyznano koncesję Florencji; że 
Piza zażądała porozumienia w kwestii prawa do połowów; że Siena podniosła podatki na import 
z  Caprony.  Za  bardzo  do  tego  przywykli,  żeby  zwracać  uwagę.  Ale  teraz  to  wszystko  nabrało 
złowieszczego sensu, 1 wkrótce zrobiło się jeszcze gorzej. Nadeszły wiadomości, że Stary Most 
został poważnie uszkodzony przez zimowe powodzie.

 

Ta  nowina  wywołała  prawdziwy  popłoch  w  Casa  Montana,  ponieważ  most  powinien 

wytrzymać, Jeśli pęki, to znaczyło, że czary  Montanów w fundamentach również pękły. Ciotka 
Francesca z wrzaskiem wybiegła na dziedziniec.

 

-    Ci  zdegenerowani  Petrocchi!  Nie  potrafią  już  nawet  podtrzymać  starego  zaklęcia! 

Zostaliśmy zdradzeni!

 

Chociaż  nikt  inny  nie  użył  takich  słów,  ciotka  Francesca  prawdopodobnie  wyraziła  uczucia 

całej rodziny.

 

Jakby  tego  było  mato,  Rinaldo  wyszedł  wieczorem  z  wizytą  do  swojej  Angielki  i 

przyprowadzono go z powrotem do domu zalanego krwią, podpieranego przez kuzynów Carla i 
Giovanniego.  Rinaldo,  przeklinając  słowami,  jakich  Paolo  i  Tonino  nigdy  nie  słyszeli, 
opowiedział, że natknął się na kilku Petrocchich. Nazwał ich degeneratami. Tym razem to ciotka 
Maria  wybiegła  z  wrzaskiem  na  dziedziniec  i  wykrzykiwała  paskudne  rzeczy  o  Petrocchich. 
Rinaldo był jej oczkiem w głowie.

 

Rinaldo  został  zabandażowany  i  położony  do  łóżka,  a  tymczasem  Antonio  i  wuj  Lorenzo 

wrócili z oględzin zniszczonego Starego Mostu,  Obaj mieli  bardzo poważne miny. Stary  Guido 
Petrocchi  pofatygował  się  tam  osobiście  razem  z  przedsiębiorcą  budowlanym  księcia,  panem 
Andrettim.  Kilka  bardzo  głębokich  czarów  puściło.  Obie  rodziny  będą  musiały  pracować  na 
zmiany co najmniej przez trzy tygodnie, żeby je naprawić,

 

-    Przydałaby  się  pomoc  Rinalda  -  powiedział  Antonio,  Rinaldo  przysięgał,  że  czuje  się 

wystarczająco  dobrze,  by  jutro  wstać  z  łóżka  i  pomagać,  ale  ciotka  Maria  nie  chciała  o  tym 
słyszeć. Ani lekarz. Toteż resztę rodziny podzielono na zmiany i praca wrzała dzień i noc. Paolo, 
Lucia i Corinna szli na most codziennie zaraz po szkole. Tonino nie. Wciąż był zbyt powolny i 
nie  na  wiele  mógł  się  przydać.  Ale  chyba  nie  miał  czego  żałować,  sądząc  po  relacjach  Paola. 
Paolo  po  prostu  nie  mógł  wytrzymać  morderczego  tempa  zaklęć.  Zrobiono  z  niego  chłopca  na 
posyłki,  jak  z  biednego  kuzyna  Domenica.  Tonino  bardzo  współczuł  Domenicowi,  który  pod 
każdym  względem  stanowił  przeciwieństwo  swojego  dzielnego  brata  Rinalda  i  też  nie  mógł 
wytrzymać tempa.

 

Prace  trwały,  często  w  ulewnym  deszczu,  już  prawie  od  tygodnia,  kiedy  książę  Caprony 

wezwał starego Niccola na rozmowę.

 

Stary  Niccolo  stał  na  dziedzińcu  i  wyrywał  sobie  resztki  włosów.  Tonino  odłożył  książkę 

(zatytułowaną  Maszyny  śmierci  i  niezmiernie  fascynującą)  i  poszedł  zobaczyć,  czy  można 
pomóc.

 

background image

-  Ach, Tonino! zawołał stary Niccolo, patrząc na niego wzrokiem smutnego dziecka. - Mam 

gigantyczny problem. Wszyscy są potrzebni na Starym Moście, ten osioł Rinaldo leży w łóżku, a 
ja muszę się stawić przed księciem razem z członkami mojej rodziny. Petrocchich też wezwano. 
Przecież  nie  możemy  wystąpić  gorzej  niż  oni.  Och,  dlaczego  Rinaldo  wybrał  taki  czas,  żeby 
rzucać gfti-pie zniewagi?

 

Tonino nie miał pojęcia, co odpowiedzieć, więc zapytał:

 

-  Czy mam wezwać Benvenuta?

 

-  Nie, nie. - Stary Niccolo jeszcze bardziej się zdenerwował. -Księżna nie znosi kotów. W tej 

sprawie  Berwenuto  na  nic  się  nie  przyda.  Muszę  zabrać  tych,  bez  których  można  się  obejść  na 
moście.  Ty  pójdziesz,  Toninot  i  Paolo,  i  Domenico,  i  zabiorę  twojego  wuja  Umberta,  żeby 
wyglądać mądrze i ważnie. W ten sposób może nie pokażemy się zbyt skromnie.

 

Wprawdzie takie zaproszenie nie brzmiało pochlebnie, ale Tonino i Paolo skakali z radości. 

Rados'ć nie minęła nawet następnego dnia, chociaż lalo jak z cebra, pada! ciężki, biały, zimowy 
deszcz. Poranna zmiana wróciła ze Starego Mostu pod błyszczącymi parasolami, przemoczona i 
w złym humorze. Zamiast odpocząć, musieli wyprawić delegację do pałacu.

 

Rodzinny powóz Montanów wyciągnięto z wozowni do miejsca pod galerią, gdzie starannie 

go  odkurzono.  Była  to  wielka  czarna  landara  ze  szklanymi  szybami  i  ogromnymi  czarnymi 
kołami.

 

Zielona tarcza herbowa ze skrzydlatym koniem Montanów zdobiła ciężkie drzwi. Deszcz lał 

bez  przerwy.  Paolo,  który  nie  cierpiał  deszczu  tak  samo  jak  koty,  cieszył  się,  że  powóz  jest 
prawdziwy. W przeciwieństwie do koni. Cztery białe konie wycięte z, tektury trzymano oparte o 
ś

cianę  wozowni.  Ojciec  starego  Niccola  wprowadził  ten  pomysł  dla  oszczędności.  Jak  mawiał, 

prawdziwe konie potrzebują jedzenia i ruchu i zajmują  miejsce potrzebne dla rodziny. Stangret, 
również wycięty z tektury - z tych samych powodów - był przechowywany w powozie.

 

Chłopcy nie mogli się doczekać, kiedy zobaczą, jak sie ożywia kartonowe figury, ale matka 

zagarnęła  ich  do  środka.  Po  porannej  zmianie  na  moście  Elizabeth  miała  wilgotne  włosy  i 
ziewała,  aż  jej  szczęki  trzeszczały,  ale  to  jej  nie  przeszkodziło  w  gruntownym  wyszorowaniu, 
wyczesaniu  i  wystrojeniu  chłopców.  Zanim  Paolo  i  Tonino  zeszli  na  dziedziniec,  każdy  z 
przylizanymi  mokrymi  włosami,  w  sztywnej  etońskiej  marynarce  i  niewygodnym  szerokim 
białym  kołnierzyku,  czar  został  ukończony.  Wstążki  zaklęć  starannie  wpleciono  w  uprząż,  a 
stangreta  odziano  w  papierowy  płaszcz  pokryty  od  wewnątrz  zaklęciami.  Cztery  lśniące  białe 
konie  stukały  kopytami,  wprowadzane  tyłem  do  zaprzęgu.  Stangret  siedział  na  koźle, 
poprawiając trawiastozielony kapelusz.

 

- Wspaniale! - zawołał stary Niccolo, wybiegając z domu. Popatrzył z aprobatą na chłopców i 

na powóz. - Wsiadajcie, chłopcy. Wskakuj, Domenico. Musimy zabrać Umberta z uniwersytetu.

 

Tonino pożegnał się z Benvenutem i wsiadł do powozu. W środku cuchnęło pleśnią, pomimo 

odkurzania.  Cieszył  się,  że  dziadek  niial  taki  dobry  humor.  Zresztą  wszyscy  wyglądali  na 
rozradowanych.  Rodzina  wiwatowała,  kiedy  powóz  z  turkotem  potoczył  się  do  bramy,  a  stary 
Niccolo  uśmiechał  się  i  machał  ręką.  Tonino  po-myślał,  że  może  coś  dobrego  wyniknie  z  tej 
wizyty u księcia i wszyscy przestaną się tak zamartwiać.

 

Jazda do pałacu była wspaniała. Tonino nigdy jeszcze nie czuł się tak po pańsku. Powóz kołysał 
się  i  turkotał.  Końskie  kopyta  łomotały  o  bruk  całkiem  jak  prawdziwe,  a  ludzie  pospiesznie,  z 
szacunkiem  ustępowali  z  drogi.  Stangret,  wspomagany  przez  zaklęcia,  spisywał  się  doskonale. 
Chociaż  na  każdej  ulicy  kałuże  chlupotały  pod  kotami,  powóz  prawie  nie  był  ochlapany,  kiedy 
zatrzymali się przed uniwersytetem z głośnym: „Hoo, stój!"

 

Wuj  Umberto  wsiadł  w  swojej  czerwono-złotej  profesorskiej  todze,  równie  zadowolony  jak 

background image

stary Niccolo.

 

-  Dzień  dobry, Tonino - powiedział do Paola. -  Jak twój kot? Dzień dobry - zwrócił się do 

Domenica. - Słyszałem, że Petrocchi cię pobili,

 

Domenico,  który  wolałby  umrzeć,  niż  obrazić  nawet  Petrocchich,  poczerwieniał  jeszcze 

bardziej  niż  toga  wuja  Umberta  i  przełknął  głośno.  Ale  wuj  Umberto  nigdy  nie  potrafił 
zapamiętać  młodszych  Montanów.  Był  zbyt  uczony.  Spojrzał  na  Tonina,  jakby  się  zastanawiał, 
kto to jest, i odwrócił się do starego Niccola.

 

-  Petrocchi na pewno pomogą - oznajmił. - Dostałem wiadomość od Chrestomanciego.

 

-  Ja też - odparł stary Niccolo, ale w jego głosie brzmiało powątpiewanie.

 

Powóz przetoczył się po smaganym deszczem Corso i skręcił na Nowy Most, gdzie zaturkotał 

jeszcze  głośniej.  Paolo  i  Tonino  wyglądali  przez  zalane  deszczem  szyby,  zbyt  przejęci,  żeby 
rozmawiać.  Za  wezbraną  rzeką  wjechali  na  wzgórze,  gdzie  wiatr  szarpał  i  przyginał  cyprysy 
przed  bogatymi  willami,  a  potem  pomiędzy  stare  mury.  Wreszcie  z  turkotem  przejechali  pod 
wielkim łukiem bramy i dziarsko wykręcili na ogromnym podjeździe przed pałacem.

 

Przed nimi inny powóz, który wyglądał jak zabawka obok wielkiego marmurowego frontonu 

pałacu, właśnie zajeżdżał pod ogromny marmurowy ganek. Ten powóz również był czarny, a na 
drzwiach miał karmazynowe tarcze herbowe, z czarnymi lampartami stojącymi na tylnych łapach 
w heraldycznych pozach. Spóźnili się i nie zdążyli zobaczyć wysiadających ludzi, ależ zazdrosną 
irytacją oglądali sam powóz i konie - piękne, czarne, smukłe zwierzęta o łukowatych szyjach.

 

- Myślę, że to prawdziwe konie - szepną! Paolo do Tonina.

 

Tonino  nie  zdąży!  odpowiedzieć,  ponieważ  dwaj  lokaje  i  żołnierz  przyskoczyli,  żeby 

otworzyć  drzwi  powozu  i  pomóc  w  wysiadaniu.  Paolo  wyskoczył  pierwszy,  ale  stary  Niccolo  i 
wuj Urnberto gramolili się dość powoli, Tonino zdążył zobaczyć przez drugie okno, jak odjeżdża 
powóz Petrocchich. Zakręcił i wtedy chłopiec wyraźnie dostrzegł małą karmazynową trzepoczącą 
wstążkę zaklęcia pod uprzężą najbliższego konia.

 

Więc  to  tak!  -  pomyślał  z  triumfem  Tonino,  Ale  podejrzewał,  że  stangret  Petrocchich  jest 

prawdziwy.  Był  to  blady  młody  człowiek  z  rudawymi  włosami,  niepasującymi  do  wiśniowej 
liberii, oraz uważną, skupioną miną, jakby nie było łatwo kierować tymi nieprawdziwymi końmi. 
Wyglądał zbyt po ludzku jak na kartonową figurę.

 

Wreszcie, kiedy Tonino wysiadł za zdenerwowanym Domenikiem, dla porównania zerknął na 

ich własnego stangreta. Ten był dziarski i służbisty. Dotknął sztywną ręką zielonego kapelusza i 
patrzył  prosto  przed  siebie.  Nie,  stangret  Petrocchich  był  prawdziwy,  pomyślał  Tonino  z 
zazdrością.

 

Zapomniał  o  obu  stangretach,  kiedy  razem  z  Paolem  weszli  za  innymi  do  pałacu.  Pałac  był 

taki wielki i taki wspaniały. Poprowadzono ich przez przestronne sale o lśniących posadzkach i 
złoconych sufitach,  które wydawały się ciągnąć kilometrami. Z obu stron pod długimi ścianami 
stały  posągi,  żołnierze  albo  lokaje  w  paradnych  szeregach,  co  robiło  jeszcze  większe  wrażenie. 
Tak  ich  przytłoczy!  ten  splendor,  że  poczuli  prawdziwą  ulgę,  kiedy  wprowadzono  ich  do 
komnaty  wielkości  zaledwie  dziedzińca  w  Casa  Montana.  Owszem,  posadzka  błyszczała,  a  na 
suficie  namalowano  niebo  pełne  walczących  aniołów,  ale  ściany  pokrywała  całkiem  przyjemna 
czerwona draperia i po obu stronach stały rzędy niemal zwyczajnych pozłacanych krzeseł, W tej 
samej chwili wprowadzono do pokoju drugą grupę ludzi. Doraenico spojrzał na nich tylko raz i 
natychmiast  przeniósł  wzrok  na  sufit  wymalowany  w  anioły.  Stary  Niccolo  i  wuj  Umberto 
zachowywali  się  tak,  jakby  w  ogóle  tamtych  nie  widzieli.  Paolo  i  Tonino  próbowali  robić  to 
samo, ale to okazało się niemożliwe.

 

A więc to są Petrocchi, myśleli, rzucając ukradkowe spojrzenia. Tamtych było tylko czworo 

na  ich  pięciu.  Jeden  punkt  dla  Montanow,  I  dwie  osoby  były  dziećmi.  Widocznie  Petrocchich 

background image

naciskano równie mocno jak Montanów, żeby staw: li się przed księciem ze stosowną asystą, ale 
zdaniem Paola i Tonina popełnili fatalny błąd, że zostawili jednego członka rodziny na zewnątrz 
przy powozie.

 

Nie  wyglądali  imponująco.  Ich  przedstawiciel  na  uniwersytecie  był  wątłym  staruszkiem, 

znacznie  starszym  od  wuja  Umberta,  niemal  mknącym  w  swojej  czerwonej  i  złotej  todze. 
Największe wrażenie robił przywódca grupy, pewnie stary Guido we własnej osobie. Ale nie był 
szczególnie stary, nie jak stary Niccolo, i chociaż nosił taki sam czarny surdut i trzymał w ręku 
taki sam lśniący cylinder, to do niego nie pasowało, ponieważ miał płomienną rudą brodę. Włosy 
miał długie, fahijące i czarne. I chociaż patrzył prosto przed siebie z powagą i godnością, trudno 
było zapomnieć, że jego córka kiedyś przypadkiem przerobiła go na zielono.

 

Były jeszcze dwie dziewczynki, Obie miały rudawe włosy. Obie miały afektowane, trójkątne 

twarze,  Obie  nosiły  bielutkie  pończochy  i  surowe,  czarne  sukienki  i  wyglądały  dziwnie 
odpychająco.  Różniły  się  głównie  tym,  że  młodsza  -  mniej  więcej  w  wieku  Tonina  -  miała 
wysokie  wypukłe  czoło,  na  skutek  czego  jej  twarz  wyglądała  jeszcze  bardziej  afektowanie  niż 
twarz siostry. Możliwe, że jedna z nich to była słynna Angelica, która pomalowała starego Guido 
na zielono.

 

Chłopcy  gapili  się  na  nie  i  próbowali  odgadnąć,  która  to  jest,  dopóki  nie  napotkali 

afektowanego,  drwiącego  spojrzenia  starszej  dziewczynki.  Najwyraźniej  uważała,  że  wyglądają 
ś

miesznie.  Ale  Paolo  i  Tonino  i  tak  wiedzieli,  że  wyglądają  elegancko  -  ponieważ  było  im 

niewygodnie - więc się nie przejmowali.

 

Po chwili czekania każda grupa zaczęła cicho rozmawiać między sobą, nie zwracając uwagi 

na drugą. Tonino mruknął do Paola:

 

-  Która z nich to Angelica?

 

-  Nie wiem - szepną! Paolo.

 

-  Więc nie widziałeś ich na Starym Moście?

 

-    Nie  widziałem  żadnego  z  nich.  Wszyscy  byli  po  drugiej...  Część  czerwonej  draperii 

odsunęła się na bok i jakaś dama weszła z pośpiechem,

 

-  Bardzo przepraszam - powiedziała. - Mojego męża zatrzymano.

 

Wszyscy  w  pokoju  pochylili  głowy  i  wymamrotali  „Wasza  Miłość",  ponieważ  to  była 

księżna. Ale  Paolo i Tonino nie  spuścili  wzroku,  kiedy schylili  głowy, bo  chcieli  zobaczyć, jak 
wygląda  księżna.  Nosiła  sztywną  szarawą  suknię,  która  skojarzyła  im  się  z  posągiem  jakiejś 
ś

więtej,  a  twarz  mogła  należeć  do  tego  samego  posągu.  Posągowo  blada,  niemal  woskowa, 

wyglądała  jak  wyrzeźbiona  z  miękkiego  marmuru.  Ale  Tonino  jakoś  nie  wierzył,  że  księżna 
naprawdę  jest  świętą.  Brwi  miała  uniesione  w  wysokie  sarkastyczne  łuki,  a  wargi  zaciśnięte  w 
wyrazie zniecierpliwienia. Przez sekundę Toninowi wydawało sie, że zniecierpliwienie - i sporo 
innych  niezbyt  świątobliwych  emocji  -  wiewa  się  do  pokoju  spoza  woskowej  maski  księżnej 
niczym silny stęchły odór.

 

Księżna uśmiechnęła się do starego Niccola.

 

-  Signor Niccolo Montana? 
Ani odrobiny  zniecierpliwienia, tylko majestatyczny ton. Za dużo  książek  czytam,  pomyślał 

sobie Tonino. Nieco zawstydzony patrzył Jak stary Niccolo kłania się i przedstawia wszystkich. 
Księżna łaskawie skinęła głową i odwróciła się do Petrocchich.

 

-  Signor Guido Petrocchi? 
Rudobrody mężczyzna skłonił się szorstko i niezdarnie. Daleko mu było do dwornych manier 

starego Niccola.

 

-    Wasza  Miłość.  Ze  mną  są:  mój  cioteczny  dziadek,  doktor  Luigi  Petrocchi,  moja  starsza 

córka  Renata  i  młodsza  córka  Angelica,  Paolo  i  Tonino  zmierzyli  wzrokiem  młodszą 

background image

dziewczynkę,  od  wypukłego  czoła  do  cienkich  białych  nóżek.  Wiec  to  była  Angelica.  Nie 
wyglądała na osobę zdolną do zrobienia czegoś złego albo interesującego. Księżna zaczęta:

 

-  Zakładam, że rozumiecie, dlaczego,..

 

Czerwona  kotara  jeszcze  raz  odjechała  na  bok.  Tęgi,  zaaferowany  mężczyzna  wpadł  z 

pochyloną głową i chwycił księżnę za ramię.

 

-  Lukrecjo, musisz przyjść! Dekoracje wyglądają bombowo! Księżna obróciła się tak, jakby 

obrócił się posąg, całym ciałem.

 

Brwi podjechały jej bardzo wysoko, usta zwarty sie w cienką kreskę.

 

-  Książę, panie! - rzekła mrożącym głosem.

 

Tonino  wytrzeszczy!  oczy  na  grubasa.  Teraz  ubrany  był  w  nieco  wytarty  zielony  aksamit  z 

dużymi  mosiężnymi  guzikami.  Poza  tym  wyglądał  dokładnie  jak  wielki  wilgotny  pan  Błysk, 
który  wtedy  przerwał  przedstawienie  Puncha  i  Judy.  Więc  to  jednak  był  książę  Capronyf  I 
bynajmniej niezmieszany lodowatym łonem księżnej.

 

-  Musisz przyjść popatrzeć! - nalegał, ciągnąc ją za ramię z niesłabnącym zapałem. Odwrócił 

się  do  Montanów  i  Petrocchich,  jakby  oczekiwał,  że  pomogą  mu  wywlec  księżnę  z  pokoju...  a 
potem chyba się zorientował, że to nie dworzanie. - Kim jesteście?

 

-    To  są  Petrocchi  i  Montanowie-oznajmiła  księżna  z  nieskończoną  cierpliwością,  jeszcze 

wyżej unosząc brwi - czekający na twoje rozkazy, panie.

 

Książę uderzył się wielką, wilgotną dłonią w błyszczące czoło.

 

-  A niech  mnie!  Ludzie, którzy  robią czary!  Myślałem, żeby po was posłać. Przyszliście w 

sprawie tego czarodzieja, który wbił swój nóż w Capronę? - zapytał starego Niccola.

 

-  Mój panie! - syknęła księżna.

 

Ale  książę  oderwał  się  od  niej  cały  rozpromieniony  i  przyskoczył  do  Petrocchich. 

Zamaszyście  potrząsnął  dłonią  starego  Guida,  a  potem  małej  Renaty.  Następnie  przebiegł  na 
drugą  stronę  i  zrobił  to  samo  ze  starym  Niccolem  i  Paolem.  Paolo,  uwolniony  z  uścisku, 
dyskretnie wytarł rękę o spodnie,

 

-    I  mówią,  że  młodzi  są  równie  bystrzy  jak  starzy!  -  zawołał  uszczęśliwiony  książę.- 

Zdumiewające  rodziny!  Właśnie  takich  ludzi  potrzebuję  do  mojej  sztuki...  mojej  pantomimy, 
rozumiecie. Wystawiamy ją tutaj na Gwiazdkę i przydałoby się trochę efektów specjalnych.

 

Księżna  westchnęła.  Paolo  spojrzał  na  jej  nieruchomą  twarz  i  pomyślał,  że  chyba  trudno 

wytrzymać z kimś' takim jak książę. Książę przyskoczył do Domenica.

 

-  Czy możesz załatwić kupidyny latające i grające na trąbkach? - zapytał z przejęciem.

 

Domenico przełknął i zdołał wyszeptać słowo „iluzja".

 

-    Och,  doskonałe!  -ucieszył  się  książę  i  doskoczył  do  Angeliki  Petrocchi,  -  Spodoba  ci  się 

moja kolekcja Punchów i Judy - zapewnił. - Mam ich setki!

 

-  Jak miło - odparła Angelica afektowanym tonem.

 

-  Mój panie - wtrąciła księżna - ci dobrzy ludzie nie przyszli tu rozmawiać o teatrze.

 

-  Może, może - rzucił ostro książę z niecierpliwym, zamaszystym ruchem wielkiej ręki. - Ale 

dopóki  są  tutaj,  równie  dobrze  mogę  ich  zapytać  o  tamto.  Prawda?  -  zwrócił  się  do  starego 
Niccola.

 

Stary Niccolo wykazał wielką przytomność umysłu. Uśmiechnął się uprzejmie.

 

-  Oczywiście, Wasza Miłość, Żaden kłopot. Po omówieniu spraw państwowych, do których 

nas  wezwano,  z  przyjemnością  przyjmiemy  zamówienia  na  wszelkie  efekty  sceniczne,  jakich 
książę sobie życzy.

 

-  My także - zaznaczył Guido Petrocchi, wbijając kwaśne spojrzenie w powietrze nad głową 

starego Niccola,

 

Księżna uśmiechnęła się do starego Niccola wdzięczna za poparcie, na co stary Guido zrobił 

background image

jeszcze bardziej kwaśną minę, i utkwiła w księciu znaczący wzrok.

 

Do księcia chyba wreszcie cos" dotarło.

 

-  Tak, tak - powiedział. - Lepiej przejdźmy do interesów. To jest tak, widzicie...

 

Księżna przerwała mu z łagodnym, przyklejonym na stałe uśmiechem.

 

-  Przekąski podano w malej sali konferencyjnej. Jeśli zechcesz przeprowadzić tam rozmowę 

z dorosłymi, ja załatwię coś tutaj dla dzieci.

 

Guido Petrocchi dostrzegł szansę, żeby wyrównać rachunki ze starym Niccolem,

 

-  Wasza Miłość - szczeknął sztywno - moje córki są równie lojalne wobec Caprony jak reszta 

mojego domu. Nie mam przed nimi tajemnic.

 

Książę błysnął do niego wilgotnym uśmiechem.

 

-  Słusznie! Ałe nie zanudzą się tak strasznie, jeśli tu zostaną, prawda?

 

Nagle wszyscy oprócz Paoła, Tonina i dwóch panienek Petrocchich tłoczyli się w następnych 

drzwiach za czerwoną kotarą. Rozpromieniony książę odchylił się do tyłu.

 

-    Coś  wam  powiem!  -  zawołał.  -  Musicie  wszyscy  przyjść  na  moją  pantomimę.  Będziecie 

zachwyceni! Przyślę wam bilety. IdeT Lukrecjo.

 

Czwórka dzieci została sama pod sufitem pełnym walczących aniołów.

 

Po  chwili  panny  Petrocchi  podeszły  do  krzeseł  pod  ścianą  i  usiadły.  Paolo  i  Tonino  wymienili 
spojrzenia. Pomaszerowali do krzeseł po drugiej stronie pokoju i też usiedli. Odległość wydawała 
się  bezpieczna.  Stąd  panny  Petrocchi  wyglądały  jak  duże  ciemne  plamy  z  cienkimi  białymi 
nogami i rudymi kleksami zamiast głów.

 

-    Szkoda,  że  nie  zabrałem  mojej  książki  -  powiedział  Tonino.  Siedzieli  z  obcasami 

zaczepionymi o poprzeczki krzeseł i próbowali uzbroić się w cierpliwość.

 

-  Księżna musi być święta - powiedział Paolo - że wytrzymuje z tym księciem.

 

Tonino zdziwił sie, że Paolo tak myśli. Wiedział, że książę nie zachowuje się, jak przystało na 

księcia,  podczas  gdy  księżna  jest  księżną  w  każdym  calu.  Ale  wydawało  mu  się  trochę 
niewłaściwe, że tak ostentacyjnie pokazywała im, jaka jest cierpliwa,

 

-    Matka  tak  samo  się  ciska  -  powiedział  -  a  ojcu  to  nie  przeszkadza.  Wtedy  nie  ma 

zmartwionej miny.

 

-  Ojciec nie jest księżną - zauważył Paolo.

 

Tonino  nie  sprzeczał  się,  ponieważ  w  tej  samej  chwili  pojawili  się  dwaj  lokaje,  popychając 

nadzwyczaj interesujący wózek. Toninowi opadła szczęka. Nigdy jeszcze nie widział tylu ciastek 
naraz.  Po  drugiej  stronie  pokoju  na  twarzach  panien  Petrocchi  pojawiły  się  czarne  dziury. 
Widocznie  one  też  jeszcze  nigdy  nie  widziały  tylu  ciastek.  Tonino  szybko  zamknął  usta  i 
próbował udawać, że codziennie ogląda takie widoki.

 

Lokaje  obsłużyli  najpierw  panny  Petrocchi.  Dziewczynki  doskonale  panowały  nad  sobą  i 

wybierały  chyba  przez  godzinę.  Kiedy  wreszcie  wózek  podjechał  do  Paola  i  Tonina,  trudno  im 
przyszło  zachować  podobny  spokój.  Na  wózku  znajdowało  się  dwadzieścia  rodzajów  ciastek. 
Każdy  z  chłopców  wziął  po  dziesięć  z  łapczywym  pośpiechem,  żeby  razem  mieć  wszystkie 
rodzaje i zamienić się w razie potrzeby. Kiedy zabrano wózek, Tonino na chwilę oderwał wzrok 
od  swojego  talerza,  żeby  zerknąć  na  panny  Petrocchi.  Każda  wysoko  podciągnęła  białe  kolana, 
ż

eby utrzymać talerz dostatecznie duży na dziesięć ciastek.

 

Ciastka były sycące. Zanim Paolo dotarł do dziesiątego, zwolnił tempo i zastanawiał sic, czy 

naprawdę tak przepada za bezami, jak mu się dotąd wydawało, a Tonino dopiero napoczął szóste. 
Kiedy Paolo schludnie wsunął talerz pod swoje krzesło i wytarł się chusteczką, Tonino, lepki od 
marmolady,  usmarowany  kremem  i  czekoladą,  obsypany  okruchami,  wciąż  wytrwale  walczył  z 
ósmym. I właśnie tę chwilę wybrała księżna, żeby usiąść z uśmiechem obok Paola.

 

background image

-  Nie chcę przeszkadzać twojemu bratu - powiedziała ze śmiechem. - Opowiedz mi o sobie, 

Paolo.

 

Paoło nie wiedział, co odpowiedzieć.

 

-  Na przykład - posunęła księżna - czy łatwo  ci przychodzi robienie czarów? Czy trudno ci 

nauczyć się zaklęć?

 

-  O nie, Wasza Miłość - odparł Paolo z dumą. - Uczę się bardzo szybko.

 

Potem przestraszył się, że zrobi Toninowi przykrość. Zerknął na jego oblepioną ciastem twarz 

i  zobaczył,  że  Tonino  wpatruje  się  ponuro  w  księżnę.  Paolo  poczuł  wstyd  i  wyrzuty  sumienia. 
Nie chciał, żeby księżna wzięła Tonina za zwykłego małego brudasa.

 

-    Tonino  uczy  się  powoli  -  dodał  -  ale  bez  przerwy  czyta.  Przeczytał  wszystkie  książki  z 

biblioteki. Jest prawie tak uczony jak wuj Umberto.

 

-  Jakie to niezwykłe - uśmiechnęła się księżna.

 

Luki  jej  brwi  wyrażały  odrobinkę  niedowierzania.  Tonino  poczuł  się  tak  zażenowany,  że 

odgryzł  wieki  kęs  dziewiątego  ciastka.  Był  to  leciutki  puszysty  biszkopt.  Jak  tylko  Tonino 
zamknął na nim zęby, od razu zrozumiał, że jeśli ponownie otworzy usta, nawet żeby odetchnąć, 
biszkopt  wyleci  jak  śnieżna  zadymka  i  obsypie  Paola  oraz  księżną.  Mocno  zacisnął  wargi  i 
dzielnie przeżuwał.

 

I  ku  zakłopotaniu  Paola  wciąż  gapił  się  na  księżnę.  Żałował,  że  nie  ma  tu  Benvenuta,  bo 

chciałby mu opowiedzieć o księżnej. Zamąciła mu w głowie.  Kiedy z uśmiechem pochylała się 
nad  Paolem,  wcale  nie  wyglądała  jak  sztywna,  wyniosła  dama,  która  okazywała  księciu  tyle 
cierpliwości.  A  jednak,  może  przez  ten  brak  cierpliwości,  Tonino  wyczuł  za  jej  woskowym 
uśmiechem cuchnącą silę nieświetych myśli, jeszcze silniejszą niż przedtem.

 

Paolo  wolał,  żeby  Tonino  przestał  żuć  i  wytrzeszczać  oczy.  Ale  Tonino  nie  przestawał  i 

niedowierzanie w brwiach księżnej zrobiło się takie wyraźne, że Paolo palnął:

 

-    I  tylko  Tonino  umie  rozmawiać  z  Benvenutem.  To  szef  naszych  kotów,  Wasza...  - 

przypomniał sobie, że księżna nie lubi kotów. - Ee..T Wasza Miłość nie lubi kotów.

 

Księżna roześmiała się.

 

-  Ale chętnie o nich posłucham. Co z tym Benvenutem?

 

Ku  uldze  Paola  Tonino  przeniósł  wytrzeszczone  spojrzenie  r  księżnej  na  niego.  Wiec  Paolo 

dalej gadał:

 

-    Widzi  Wasza  Miłość,  zaklęcia  działają  dużo  silniej  i  lepiej,  jeśli  w  pobliżu  jest  kot, 

zwłaszcza Benvenuto. Poza tym Benvenu-to wie mnóstwo rzeczy...

 

Przerwał  mu  głuchy  odgłos.  Tonino  próbował  coś  powiedzieć  z  zamkniętymi  ustami. 

Najwyraźniej  zanosiło  się  na  biszkoptową  zamieć.  Paolo  wyrwał  z  kieszeni  lepką,  słodką 
chusteczkę i trzymał ją w pogotowiu.

 

Księżna wstała dość pospiesznie.

 

-  Lepiej sprawdzę, jak sobie radzą inni moi goście - powiedziała i szybciutko przefrunęła na 

drugą stronę sali do panien Pe-trocchi.

 

Panny  Petrocchi,  zauważył  Paolo  z  urazą,  przygotowały  się  na  jej  powitanie.  Chusteczki 

poszły w ruchT kiedy księżna rozmawiała z Paolem, a talerze również schludnie ustawiono pod 
krzesłami. Na każdym zostały co najmniej po trzy ciastka. Na ten widok Tanino nabrał odwagi. 
Nie czuł się za dobrze. Odłożył resztkę dziewiątego ciastka obok dziesiątego i starannie ustawił 
talerz na sąsiednim krześle. Do tej pory zdążył już przełknąć biszkopt.

 

-    Nie  trzeba  było  jej  mówić  o  Benvenucie  -  powiedział,  wyciągając  chusteczkę.  -  To 

rodzinny sekret.

 

-  Więc sam mogłeś cos powiedzieć, zamiast się gapić jak cielę na malowane wrota odciął 

background image

sie Paolo.

 

Ku jego rozpaczy obie panny  Petrocchi  gawędziły wesoło z księżną.  Wlelkogłowa Angelica 

się śmiała. Paola tak to zirytowało, że powiedział:

 

-  Patrz, jak te dziewuchy podlizują się księżnej]

 

-  Ja tego nie robiłem - wytknął mu Tonino.

 

Paolo miał wielką ochotę powiedzieć: „A szkoda!", więc wolał już nic nie mówić. Siedział i 

patrzył  ponuro,  jak  księżna  rozmawia  z  dziewczynkami  po  drugiej  stronie  pokoju.  Wreszcie 
wstała i odpłynęła. Pamiętała, żeby uśmiechnąć się i pomachać na pożegnanie do Paola i Tonina, 
Paolo pomyślał, że to miło z jej strony, zważywszy, jakich osłów z siebie zrobili.

 

Zaraz potem kotary rozsunęły się na boki i wróci! stary Niccolo. Kroczył powoli obok Guida 

Petrocchiego, poprzedzając dwóch akademików w togach. Za nimi szedł Domenico.  Wyglądało 
to jak procesja. Wszyscy patrzyli prosto przed siebie i najwyraźniej zaprzątały ich jakieś ważkie 
sprawy.  Czwórka  dzieci  wstała,  otrzepała  się  z  okruchów  i  dołączyła  do  procesji.  Paolo 
stwierdził,  że  idzie  obok  starszej  dziewczynki,  ale  pilnował  się,  żeby  na  nią  nie  patrzeć,  W 
całkowitym milczeniu pomaszerowali do wielkich pałacowych drzwi, gdzie podjechały powozy, 
ż

eby ich zabrać.

 

Pierwszy  nadjechał  powóz  Petrocchich,  ciągnięty  przez  czarne  konie,  których  sierść 

pokrywały plamy i  kropelki  wilgoci. Tonino jeszcze raz przyjrzał  się stangretowi w nadziei, że 
się  pomylił.  Ciągle  padało  i  ubranie  stangreta  przemokło  na  wylot.  Rude  włosy  Petrocchich 
pociemniały  od  wilgoci  pod  mokrym  kapeluszem.  Mężczyzna  trząsł  się  z  zimna,  kiedy  się 
pochylał, jego blada twarz miała pytający wyraz, jakby czym prędzej pragnął się dowiedzieć, co 
mówił  książę.  Nie,  on  na  pewno  byl  prawdziwy.  Stangret  Montanów  gapił  się  przed  siebie, 
jednakowo  ignorując  deszcz  i  swoich  pasażerów.  Tonino  czul,  że  Petrocchi  zdecydowanie 
zdobyli przewagę.

 

 
ROZDZIAŁ 4

 

Kiedy powóz ruszył, stary Niccolo odchylił się do tylu i powiedział:

 

-  No,  książę jest bardzo  poczciwy,  muszę to przyznać.  Może nie jest taki  głupi, na jakiego 

wygląda.

 

Wuj Umberto odparł grobowym głosem:

 

-  Kiedy mój ojciec byt chłopcem, jego ojciec chodził do pałacu co tydzień. Przyjmowano go 

jak przyjaciela,

 

Domenico wtrącił ugodowo:

 

-  Przynajmniej sprzedalis'my trochę efektów scenicznych.

 

-  Właśnie to mi się nie podoba - oświadczył miażdżącym tonem wuj Umberto.

 

Paolo  i  Tonino  spoglądali  to  na  jednego,  to  na  drugiego  i  zastanawiali  sięs  co  ich  tak 

przygnębiło.

 

Stary Niccolo zauważył ich spojrzenia.

 

-  Guido Petrocchi życzył sobie, żeby te jego odrażające córki były obecne na konferencji z 

księciem - zauważył, -Nie zamierzam...

 

-  Och, dobry Boże! - mruknął wuj Umberto. - Nie trzeba słuchać Petrocchich.

 

-  Nie, ale trzeba ufać własnym wnukom - stwierdził stary Niccolo. - Chłopcy, wygląda na to, 

ż

e źle się dzieje w starej Capronie, Państwa Florencja, Piza i Siena zjednoczyły się teraz przeciw 

nam. Książę podejrzewa, że płacą jakiemuś czarodziejowi, by,.,

 

-    Ha!  -  zawołał  wuj  Umberto.  -  Płacą  Petrocchim.  Domenico,  który  nie  wiadomo  dlaczego 

zrobił się zdumiewająco zuchwały, powiedział:

 

background image

-  Wuju, przecież widzę, że Petrocchi nie są zdrajcami bardziej niż my!

 

Obaj starsi mężczyźni obejrzeli się na niego. Domenico skurczył się w sobie.

 

-  Trzeba pogodzić się z faktem - ciągnął stary Niccolo - że Caprona nie jest już tym wielkim 

państwem co dawniej. Niewątpliwie są po temu przyczyny. Ale wiemy i książę też wie... nawet 
Domenico  wie,  że  co  roku  układamy  zwykle  czary  obronne  dla  Capro-ny  i  co  roku  układamy 
mocniejsze,  i  z  każdym  rokiem  działają  coraz  mniej  skutecznie.  Coś...  albo  ktoś  wysysa  z  nas 
siły. Więc książę pyta, co jeszcze możemy zrobić. I...

 

Domenico przerwał mu wybuchem skrzekliwego śmiechu.

 

-    A  my  obiecaliśmy,  ze  znajdziemy  słowa  do  Anioła  Capronyl  Paolo  i Tonino  spodziewali 

się, że Domenico znowu zostanie

 

zmiażdżony  wzrokiem,  ale  dwaj  starzy  mężczyźni  tylko  ponuro  i  ze  smutkiem  pokiwali 

głowami.

 

-  Ale ja nie rozumiem - powiedział Tonino. - Przecież Anioł Caprony ma słowa. Śpiewamy je 

w szkole.

 

-    Czy  matka  cię  nie  nauczyła...?  -  zaczął  gniewnie  stary  Niccolo.  -  Ach,  prawda, 

zapomniałem. Twoja matka jest Angielką.

 

-  Jeszcze jeden powód, żeby starannie dobierać małżeństwa -burknął posępnie wuj Umberto.

 

Te  niejasne  i  złowrogie  aluzje  w  połączeni  z  deszczem  bębniącym  nieustannie  w  dach 

sprawiły,  że  chłopcy  poczuli  się  bardzo  nieswojo.  To  chyba  rozbawiło  Domenica,  bo  znowu 
zarechotał

 

skrzekliwie, 
-  Cicho bądź - skarcił go stary Niccolo, - Ostatni raz zabrałem cię tara, gdzie podają brandy. 

Nie,  chłopcy,  Anioł  nie  ma  właściwych  słów.  Słowa,  które  śpiewacie,  to  namiastka.  Niektórzy 
powiadają, że promienny Anioł zabrał słowa z powrotem do nieba po wygnaniu Białego Diabła i 
zostawił tylko melodię. Albo że słowa od tamtego czasu zaginęły. Ale każdy wie, że Caprona nie 
będzie naprawdę wielka, dopóki nie odnajdziemy tych słów.

 

-  Innymi słowami - doda! z irytacją wuj Umberto -Anioł Caprony to zaklęcie jak każde inne. 

A bez właściwych słów każde zaklęcie działa tyłko polową mocy, nawet jeśli pochodzi z niebios. 
-Zebrał  swoją  długą  togę,  kiedy  powóz  zatrzymał  się  z  szarpnięciem  przed  uniwersytetem.  -  A 
my  jak  idioci  zobowiązaliśmy  się  uzupełnić  to,  co  sam  Bóg  pozostawił  niedokończone. 
Arogancja człowieka!

 

Wysiadł z powozu, wołając do starego Niccola:

 

-    Sprawdzę  we  wszelkich  dostępnych  manuskryptach.  Gdzieś  musi  być  jakaś  wskazówka. 

Och, ten przeklęty deszcz!

 

Drzwi trzasnęły i powóz znowu ruszył. Paolo zapytał:

 

-  Czy Pctrocchi też obiecali, że odnajdą słowa? Stary Niccolo gniewnie wydął wargi.

 

-  Owszem. 1 umrę ze wstydu, jeśli zrobią to przed nami.,. Powóz przechylił się na zakręcie, 

wjeżdżając na Corso. Podskoczy! i znowu się przechylił. Strugi wody chlusnęły za oknami.

 

Domenico wychylił się do przodu.

 

-  On nie za dobrze powozi, co? 
-  Cisza! - nakazał stary Niccolo.

 

Nastąpiła  cała  seria  podskoków  tak  gwałtownych,  że  Paolo  przygryzł  sobie  język.  Cos  było 

nie tak. Powóz nie hałasował jak należy-

 

-  Nie słyszę końskich kopyt - oznajmił zdumiony Tonino.

 

-    Tak  myślałem  -  warknął  stary  Niccolo.  -  To  przez  deszcz.  Gwałtownie  pociągnął  w  dół 

szybę w oknie, wpuszczając do

 

ś

rodka porywisty wiatr z deszczem, wychylił się i nie zważając na twarze gapiące się na niego 

background image

spod mokrych parasoli, wykrzyknął słowa zaklęcia, 

-    i  jedz  szybko,  stangrecie!  No  -  powiedział,  podnosząc  z  powrotem  szybę  -  teraz 

powinniśmy zdążyć do domu, zanim konie rozmokną na papkę. Co za szczęście, że do tego nie 
doszło, zanim Umberto wysiadł!

 

Ponownie  rozbrzmiał  stukot  końskich  kopyt  uderzających  o  bruk  Corso,  Wydawało  się,  że 

zaklęcie  teraz  działa.  Lecz  kiedy  skręcili  w  Via  Cardinale,  stukot  zmienił  się  w  mlaszczące 
plump-plump, a  kiedy wjechali na Via  Magica,  kopyta nie wydawały prawie żadnego  dźwięku. 
Powóz znowu zaczął się przechylać, szarpać i podskakiwać, jeszcze gorzej niż przedtem. Skręcili 
już  w  bramę  do  Casa  Montana,  kiedy  nastąpiło  najbardziej  brutalne  szarpnięcie.  Powóz 
przechylił  się  do  przodu,  dyszel  z  trzaskiem  uderzył  o  kamienie  bruku.  Paolo  otworzył  okno  i 
zdążył zobaczyć, jak rozmiękła figura stangreta osuwa się z kozła prosto do kałuży. Za nim dwa 
tekturowe konie zwisały bezwładnie z uprzęży,

 

-    Ten  czar  -  powiedział  stary  Niccolo  -  wytrzymywał  nawet  kilka  dni  za  czasów  mojego 

dziadka.

 

-  Myślisz, że to ten czarodziej?- zapytał Paolo.- On psuje nasze zaklęcia?

 

Stary Niccolo spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami, jak dziecko, któremu zbiera sie na 

płacz.

 

-  Nie, chłopcze. Nie wydaje mi się. Prawdą jest, że Casa Montana jest w równie złym stanie 

jak cała Caprona. Dawna moc zanika. Zanikała z pokolenia na pokolenie i leraz prawie całkiem 
odeszła.  Wstyd  mi,  że  dowiadujesz  się  tego  w  taki  sposób.  Wysiadajcie,  chłopcy,  i  zaczynamy 
ciągnąć.

 

Było  to  okropne  upokorzenie.  Ponieważ  reszta  rodziny  spała  albo  pracowała  na  Starym 

Moście,  nie  miał  im  kto  pomóc  przeciągnąć  powóz  przez  bramę.  Domenico  do  niczego  się  nie 
przydał. Wyznał potem, że nie pamięta, jak wrócił do domu. Zostawili go śpiącego w powozie i 
ciągnęli  tylko  we  trzech.  Nawet  Benvemito  nadbiegający  w  deszczu  nie  poprawił  Toninowi 
humoru.

 

-    Jedyna  pociecha  to  ten  deszcz  -  wysapał  dziadek,  -  Nikt  nie  zobaczy,  jak  stary  Niccolo 

ciągnie własny powóz.

 

Paolo  i  Tonino  nie  znaleźli  w  tym  wielkiej  pociechy.  Teraz  rozumieli  powód  narastającego 

napięcia  w  Casa  Montana  -  niezbyt  przyjemny  powód.  Rozumieli,  dlaczego  wszyscy  tak  się 
przejmowali  Starym  Mostem  i  tak  się  cieszyli,  kiedy  tuż  przed  Gwiazdką  most  wreszcie  zosta! 
naprawiony.  Rozumieli  również,  dlaczego  wszyscy  martwią  sie  o  męża  dla  Rosy.  Jak  tylko 
zakończono  naprawę  mostu,  rodzina  wróciła  do  tego  tematu.  Paolo  i  Tonino  wiedzieli,  czemu 
wszyscy się zgadzali, że młody człowiek wybrany przez Rosę musi mieć, co najważniejszej silny 
talent do czarów.

 

-  Żeby  poprawić  rasę,  rozumiecie? - powiedziała Rosa, bardzo sarkastyczna  i niezależna  w 

tej  kwestii.  -  Doskonale,  drogi  wujku  Lorenzo,  zakocham  się  tylko  w  mężczyznach,  który 
potrafią robić wodoodporne tekturowe konie.

 

Wuj Lorenzo poczerwieniał ze złości. Cała rodzina czuła się upokorzona z powodu tych koni. 

Tylko  Elizabeth  powstrzymywała  śmiech,  Elizabeth  wyraźnie  popierała  niezależną  postawę 
Rosy, Benvenuto poinformował Tonina, że to w angielskim stylu. Koty lubią Anglików, dodał.

 

-  Czy naprawdę stracihs'my naszą moc? - zapytał kota niespokojnie Tonino. Pomyślał, że to 

pewnie wyjaśnia, czemu jest taki powolny.

 

Benvenuto  odpowiedział,  że  nie  wie,  jak  było  w  dawnych  czasach,  ałe  wie,  że  teraz  wokół 

jest tyle magii, aż sierść mu sie iskrzy. To chyba sporo. Ale czasami się zastanawia, czy ta magia 
jest właściwie stosowana.

 

W  tym  okresie  dwa  razy  więcej  gazet  trafiało  do  domu.  Przychodziły  dzienniki  z  Rzymu  i 

background image

czasopisma z Genui i Mediolanu, a także zwykła prasa z Caprony. Wszyscy czytali je gorliwie i 
rozprawiali  zniżonymi  głosami  o  stanowisku  Florencji,  poruszeniu  w  Pizie  i  zaostrzeniu 
poglądów  w  Sienie.  Z  tych  niespokojnych  pogłosek  coraz  częściej  przebijało  słowo  „wojna".  I 
zamiast  zwykłych  świątecznych  kolęd,  w  Casa  Montana  dzień  i  noc  rozbrzmiewał  Anioł 
Caprony.

 

Ś

piewano  tę  pieśń  basem,  tenorem  i  sopranem.  Grano  ją  powoli  na  fletach,  brzdąkano  na 

gitarach i rzępolono na skrzypcach. Każdy z Montanów żył nadzieją, że to on lub ona odnajdzie 
prawdziwe słowa, Rinaldo wpadł na nowy pomysł Zdobył bębenek i siedział na krawędzi łóżka, 
wystukując rytm, dopóki ciotka Francesca nie kazała mu przestać. I nawet to nie pomogło. Żaden 
z Montanów nie potrafił dopasować właściwych słów do melodii. Antonio miał taką zmartwioną 
minę, że Paolo prawie nie mógł na niego patrzeć. 

Nic  dziwnego,  że  przy  tylu  zmartwieniach  Paolo  i  Tonino  codziennie  wyczekiwali 

zaproszenia  na  książęcą  pantomimę.  Był  to  jedyny  jasny  punkt  w  ich  życiu.  Ale  Antonio  i 
Rinaldo  poszli  do  pałacu  -  na  piechotę  -  dostarczyć  efekty  specjalne  i  wrócili  bez  żadnego 
zaproszenia.  Nadeszło  Boże  Narodzenie,  Cała  rodzina  Montanów  poszła  do  kościoła,  do 

pięknego  kościoła  Sant1  Angelo  z  mar-murowym  frontonem,  i  zachowywała  się  bardzo 
religijnie. Zwykle tylko ciotka Anna i ciotka Maria wyróżniały się pobożnością, ale teraz każdy 
miał  się  o  co  modlić.  Dopiero  kiedy  nadeszła  pora  na  odśpiewanie  Anioła  Caprony,  religijny 
zapał  Montanów  przygasł.  Wyraz  roztargnienia  pojawił  się  na  wszystkich  twarzach,  od  starego 
Niccoła do najmniejszego kuzyna. Zaśpiewali:

 

Anioł  ze  śpiewem  zstępuje,  Słowa  pociechy  zwiastuje,  Muzyka  serca  raduje  W  pięknym 

mieście Capronie.

 

Zwycięstwo należy do nas,  Przyjaźni nic nie pokona, Trwa potęga niewzruszona W pięknym 

mieście Capronie,

 

Umyka  Diabeł  zdumiony!  Moc  powraca  do  Caprony.  Nastał  pokój  niezmącony  W  pięknym 

mieście Capronie.

 

Każdy się zastanawiał, jak brzmi prawdziwy tekst.

 

Wrócili do domu na rodzinne świętowanie i wciąż nie otrzymali ani słowa od księcia. Potem 

ś

więta minęły. Nadszedł Nowy Rok i też minął, i chłopcy musieli pogodzić się z faktem, że nie 

dostaną żadnego  zaproszenia. Każdy powtarzał sobie, że przecież wiedział, jaki jest książę. Nie 
rozmawiali między sobą na ten temat. Obaj jednak przeżywali gorzkie rozczarowanie,

 

Z ponurego nastroju wyrwała ich Lucia, która przybiegła po galerii, wrzeszcząc:

 

-  Chodźcie zobaczyć narzeczonego Rosy!

 

-  Co? - zapytał Antonio, podnosząc zmartwioną twarz znad książki o Aniele Caprony. - Co? 

Jeszcze nie ma żadnej decyzji.

 

Lucia przestępowała z nogi na nogę, zaróżowiona z przejęcia.

 

-  Rosa sama zdecydowała! Wiedziałam, że tak zrobi. Chodźcie zobaczyć!

 

Antonio,  Paolo,  Tonino  i  Benvenuto,  prowadzeni  przez  Lucie,  pobiegli  galerią  i  zeszli  po 

kamiennych  schodach  na  końcu.  Ludzie  i  koty  pędzili  przez  dziedziniec  ze  wszystkich  stron, 
spiesząc do pokoju zwanego salonem, obok jadalni.

 

Rosa  stała  przy  oknie  z  uszczęśliwioną,  lecz  wyzywającą  miną,  obiema  rękami  ściskając 

ramię zakłopotanego młodego człowieka o rudych włosach. Na palcu Rosy błyszczał pierścionek. 
Obok  nich  stalą  Elizabeth,  równie  szczęśliwa  jak  Rosa  i  niemal  równie  wyżywająca.  Kiedy 
miody  człowiek  zobaczył  rodzinę  wiewającą  się  tłumnie  przez  drzwi  i  zmierzającą  ku  niemu, 
zrobił  się  jasnoróżowy  i  podniósł  rękę,  żeby  rozluźnić  swój  elegancki  krawat.  Ale  pomimo  to 
wszyscy  widzieli,  że  w  głębi  duszy  młodzieniec  jest  równie  szczęśliwy  jak  Rosa.  A  Rosa  była 

background image

taka szczęśliwa, że dosłownie promieniała, jak Anioł nad bramą. Wszyscy gapili się z podziwem, 
czym oczywiście wprawili młodego człowieka w jeszcze większe zakłopotanie.

 

Stary Niccolo odchrząknął.

 

-  No, cos takiego - powiedział. Potem zamilkł. To była sprawa Antonia. Spojrzał na Antonia.

 

Paolo  i  Tonino  zauważyli,  że  ojciec  najpierw  zerknął  na  matkę.  Uszczęśliwiona  mina 

Etizabeth jakby trochę go uspokoiła.

 

-  A więc kim pan jest? - zwrócił się do młodego człowieka- -Jak pan poznał moją Rosę?

 

-  Był jednym z budowniczych przy Starym Moście, ojcze -wyjaśniła Rosa.

 

-  Ma ogromny wrodzony talent - dodała Elizabeth - i piękny melodyjny glos.

 

-  No dobrze, dobrze - powiedział Antonio. - Pozwólcie chłopcu mówić za siebie, kobiety.

 

Miody  człowiek  przełknął  ślinę  i  pomógł  sobie  w  przełykaniu,  rozluźniając  krawat.  Twarz 

miał teraz bardzo bladą.

 

-    Nazywam  się  Marco  Andretti  -  oznajmił  miłym,  chociaż  nieco  zachrypłym  głosem.  - 

Chyba... pan chyba poznał mojego brata na moście. Pracowałem na innej zmianie, W ten sposób 
poznałem Rosę.

 

Uśmiechnął się do Rosy w taki sposób, że wszyscy zapragnęli, żeby ten młodzieniec nadawał 

się na Montanę,

 

-  Serca im pękną, jeśli ojciec powie „nie" - szepnęła Lucia do Paola-

 

Paolo kiwnął głową. Sam to widział.

 

Antonio pociągnął się za wargę, co miał zwyczaj robić, kiedy na jego twarzy nie mieściło się 

już więcej zmartwienia.

 

-  Tak - powiedział. - Oczywiście poznałem Maria Andrettiego. Bardzo szanowana rodzina, - 

W jego ustach zabrzmiało to nie całkiem pochlebnie. - Ale z pewnością zdaje pan sobie sprawę, 
signor  Andretti,  że  nasza  rodzina  jest  wyjątkowa.  Musimy  starannie  wybierać  małżonków.  Po 
pierwsze, co pan myśli o Petrocchich?

 

Blada  twarz  Marca  powlokła  się  ognistą  czerwienią.  Odpowiedział  z  pasją,  która  zdumiała 

Montanów:

 

-  Nienawidzę ich z całego serca, signor Montana! Wydawał się tak zdenerwowany, że Rosa 

pociągnęła jego ramię w dół i poklepała uspokajająco.

 

-  Marco ma osobiste rodzinne powody, ojcze - powiedziała.

 

-  W które wolałbym nie wnikać - dodał Marco.

 

-  No.,, cóż, nie będę pana naciskał - mruknął Antonio i dalej ciągnął się za wargę. - Ale widzi 

pan, nasza rodzina musi związać się z kimś, kto posiada przynajmniej trochę magicznego talentu. 
Czy pan posiada takie zdolności, signor Andretti?

 

Marco  Andretti  jakby  się  odprężył.  Uśmiechnął  się  i  łagodnie  zdjął  dłoń  Rosy  ze  swojego 

rękawa.  Potem  zaśpiewał.  Elizabeth  miała  rację  co  do  jego  głosu.  To  był  zloty  tenor.  Słyszano 
potem, jak wuj Lorenzo burczał, że nie rozumie, czemu taki głos nie występuje w mediolańskiej 
Operze.

 

Złociste drzewo tam rośnie, drzewo Którego gałązki pączkują zielenią.,.

 

...śpiewał Marco. A kiedy śpiewał, pojawiło się drzewo wyrastające z dywanu pomiędzy Rosą 

a  Antoniem,  początkowo  jako  blady  złocisty  cień",  potem  jako  brzęczący  metaliczny  kształt, 
oślepiająco  złoty  w  promieniach  słońca  padających  z  okna,  Montano-wie  kiwali  głowami  z 
aprobatą. Pień i każda gałązka, nawet najmniejsza, rzeczywiście były ze szczerego złota.

 

Ale  Marco  śpiewał  dalej  i  złote  gałązki  wypuściły  pączki,  najpierw  blade  i  zaciśnięte  jak 

piąstki,  potem  jaskrawe  i  spiczaste.  Już  po  chwili  drzewo  okryto  się  listowiem.  Poruszało  się  i 
brzęczało  nieustannie  do  wtóru  pieśni  Marca.  WypączkowaŁo  kiście  różowych  i  białych 
kwiatów,  które  rozkwitły,  zwiędły  i  opadły  szybko  jak  płomienie  fajerwerków.  Pokój  wypełnił 

background image

się  zapachem,  potem  płatkami  fruwającymi  jak  konfetti.  Marco  wciąż  śpiewał  i  drzewo  wciąż 
brzęczało.  Zanim  opadły  ostatnie  płatki,  spiczaste  zielone  owoce  wyrosły  już  na  miejscu 
kwiatów. Owoce napęczniały i zbrązowiały, rosły, zaokrąglały się i żółkły, aż drzewo ugięło się 
pod ciężarem dorodnych żółtych gruszek.

 

...złociste owoce ma dla każdego...

 

...zakończył  Marco.  Wyciągnął  rękę,  zerwał  jedną  gruszkę  i  trochę  nieśmiało  podał  ją 

Antoniowi.

 

Pochwalne  szepty  rozległy  się  wśród  reszty  rodziny.  Antonio  wziął  gruszkę  i  powąchał.  I 

uśmiechnął sięt ku wyraźnej uldze Marca.

 

-  Dobry owoc - ocenił.  - Bardzo elegancka robota, signor An-dretti. Ale muszę panu zadać 

jeszcze jedno pytanie. Czy zgodzi się pan zmienić nazwisko na Montana? Taki mamy zwyczaj, 
pan rozumie.

 

-  Tak, Rosa mi powiedziała - przyznał Marco. -1... z tym jest trudność. Brat potrzebuje mnie 

w firmie i on też chce zachować rodowe nazwisko. Czy zgodzi się pan, żebym występował jako 
Montana, kiedy mieszkam tutaj, i jako... jako Andretti, kiedy mieszkam w domu mojego brata?

 

-  To znaczy, że pan i Rosa nie będziecie tutaj mieszkać? - spytał zdumiony Antonio.

 

-  Nie przez cały czas. Nie - odparł Marco. Z tonu jego głosu jasno wynikało, że nie zmieni 

zdania.

 

Sprawa  wyglądała  poważnie.  Antonio  spojrzał  na  starego  Nic-cola.  Wszystkie  twarze 

zachmurzyły się na mysi o rozłamie w rodzinie.

 

-  Nie rozumiem, dlaczego nie mogą - odezwała się Elizabeth.

 

-  No... mój wujeczny dziadek tak zrobił - powiedział stary Nic-colo. - Ale nie bardzo mu się 

udało. Jego żona uciekła na Sycylię z małym wypomadowanym czarownikiem.

 

-  To nie znaczy, że ja ucieknę! - zaprotestowała Rosa.

 

W  rodzinie  nastąpiło  poruszenie,  drzewo  stojące  pośrodku  lekko  zabrzęczało.  Wszyscy 

kochali  Rosę.  Marco  z  pewnością  był  miły.  Nikt  nie  chciał  łamać  mu  serca.  Ale  sam  pomysł, 
ż

eby mieszkać poza Casa Montana...

 

Ciotka Francesca przepchnęła się do przodu i oznajmiła:

 

-    Popieram  Elizabeth.  Nasza  Rosa  znalazła  sobie  miłego  chłopca  z  takim  talentem  i  takim 

dobrym głosem, jakich od lat nie spotkałam poza naszą rodziną. Pozwólmy im się pobrać.

 

Antonio wyglądał na straszliwie zmartwionego, ale już nie ciągnął się za wargę. Wyraźnie się 

odprężył,  gotowy  wyrazić  zgodę,  nagle  jednak  drzewo  zabrzęczało  wściekle,  kiedy  Rinaldo 
przepchną! się pod gałęziami.

 

-    Chwileczkę.  Czy  nie  jesteśmy  zbyt  łatwowierni?  Kim  w  ogóle  jest  ten  facet?  Dlaczego 

nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o nim i jego talentach?

 

Paolo  zwiesił  głowę  i  zerkał  na  Rinalda  spod  zasłony  włosów.  Takiego  Rinalda  najmniej 

podziwiał,  Rinalda  głośnego  i  agresywnego,  z  nieprzyjemnym  skrzywieniem  ust.  Rinaldo  był 
jeszcze  blady  od  rany  w  głowie,  ale  ta  bladość  wyglądała  twarzowo  w  połączeniu  z  czarnym 
strojem i szkarłatną bandycką szarfą. Rinaldo o tym wiedział. Wyniośle odrzucił głowę do tyłu i 
pogardliwym gestem strzepnął płatek z czarnego rękawa. I popatrzył na Marca, wyzywając go do 
odpowiedzi.

 

Marco  odwzajemnił  się  spojrzeniem  wymownie  świadczącym,  że  gotów  jest  stawić  czoło 

Rinaldowi.

 

-  Do niedawna byłem na studiach w Rzymie - wyjaśnił. - Jeśli o to ci chodzi.

 

Rinaldo okręcił się zamaszyście i stanął przodem do rodziny.

 

-  To on tak mówi! - zawołał. - Zrobił dla nas ładną sztuczkę i powiedział wszystkie właściwe 

background image

rzeczy... ale każdy by tak zrobił na jego miejscu.

 

Odwrócił się z powrotem do Marca w tak dramatyczny sposób, że Tonino zamruga! i nawet 

Paolo poczuł się trochę nieswojo.

 

-  Ja ci nie ufam - oświadczył. - Widziałem już gdzieś twoją twarz.

 

-  Na Starym Moście - przypomniał Marco.

 

-  Nie, nie tam. Widziałem cię gdzie indziej - twardo upierał się Rinaldo.

 

I  na  pewno  mówił  prawdę,  pomyślał  Tonino,  Marco  rzeczywiście  wyglądał  znajomo.  A 

Tonino nie mógł go widzieć na Starym Moście, bo nigdy tam nie byl.

 

-  Czy chcesz, żebym przyprowadził brata albo mojego spowiednika, żeby za mnie poręczyli? 

- zapytał Marco.

 

-  Nie - odparł szorstko Rinaldo. - Chcę prawdy. Marco wziął głęboki oddech.

 

-  Nie chcę być niegrzeczny - zaczął.

 

Ramię,  którego  Rosa  nie  trzymała,  uniosło  się,  dłoń  na  jego  końcu  zacisnęła  się  w  pięść. 

Rinaldo zrobił minę, jakby tylko na to czekał, i butnie postąpił krok do przodu.

 

-  Proszę f - zawołała daremnie Rosa.

 

Benvenuto poruszył się w ramionach Tonina. W myślach chłopca pojawił się obraz wielkiego 

pręgowanego kocura stąpającego butnie po dachu Casa Montana - po dachu Ben venuta, Tonino 
mało nie parsknął śmiechem. Muskularne tylne nogi Benvenuta odepchnęły go do tyłu na Paola, 
kiedy  kot  zeskoczył  na  ziemię.  Wylądował  pomiędzy  Rinaldem  a  Markiem.  Lekkie  „ach!" 
rozbrzmiało wśród rodziny. Wiedzieli, że Benvenuto to załatwi.

 

Benvenuto z rozmyslem zignorował Rinalda. Wygiąwszy grzbiet w łuk, z ogonem sterczącym 

prosto  jak  cyprys,  przewinął  sie  pomiędzy  nogami  Marca  i  otarł  się  o  nogawki  spodni.  Marco 
rozwarł pies'ć, nachylił się i wyciągnął rękę do kota.

 

-  Cześć - powiedział. - Jak masz na imię? - Zaczekał, żeby Benvenuto mu powiedział. - Miło 

cię poznać, Benvenuto.

 

Rodzinne „ach!" tym razem zabrzmiało głośniej i dłużej. Potem rozległy się okrzyki:

 

-  Skończ z tym, Rinaldo! Nie rób z siebie ghipka! Zostaw Marca w spokoju!

 

Chociaż  Rinaldo  nie  dawał  się  tak  łatwo  poskromić  jak  Dome-nico,  nawet  on  nie  mógł  się 

sprzeciwić całej rodzinie. Kiedy spojrzał na starego Niccola i zobaczył, że stary Niccolo odpędza 
go gniewnym gestem, poddał się i dumnym krokiem wymaszerował z pokoju.

 

-  Rosa i Marco - powiedział Antonio - daję tymczasową zgodę na wasze małżeństwo.

 

Wówczas  wszyscy  zaczęli  się  obejmować,  ściskali  rękę  Marcowi  i  całowali  Rosę,  Marco, 

bardzo  czerwony  i  bardzo  szczęśliwy,  zrywał  ze  złotego  drzewa  jedną  gruszkę  po  drugiej  i 
wręczał  wszystkim,  nawet  maleńkim  dzieciom.  Gruszki  były  pyszne,  idealnie  dojrzałe. 
Rozpływały się w ustach i kapały na brodę.

 

-    Nie  chcę  psuć  zabawy  -  odezwała  się  ciotka  Maria,  siorbiąc  sok  nad  uchem  Paola  -  ale 

drzewo w salonie będzie przeszkadzać.

 

Marco jednak już o tym pomyślał. Jak tylko zerwał ostatnią gruszkę, drzewo zaczęło blednąc. 

Wkrótce  pozostał  tylko  brzęczący  złocisty  błysk,  zanikający  cień  drzewa,  a  potem  znikł 
całkowicie.  Wszyscy  klaskali.  Ciotka  Giną  i  ciotka  Anna  przyniosły  butelki  wina  i  kieliszki,  i 
rodzina wypiła za zdrowie Rosy i Marca.

 

-  Dzięki niebiosom! - usłyszał Tonino głos Elizabeth. - Tak się o nią martwiłam!

 

Po  drugiej  stronie  Elizabeth  stary  Niccolo  mówił  do  wuja  Lo-renza,  że  Marco  jest  cennym 

nabytkiem,  ponieważ  rozumie  koty.  Tonino  trochę  posmutniał.  Wyszedł  na  zimny  dziedziniec. 
Jak  się  spodziewał,  Benvenuto  leżał  zwinięty  w  kłębek  w  plamie  słońca  na  schodach  galerii. 
Rozdrażniony, machnął ogonem na widok Tonina. Włas'nie ułożył się do snu.

 

Ale  Marco  nie  rozumie  kotów,  powiedział  z  irytacją.  Znał  imię  Benvenuta,  bo  Rosa  mu 

background image

powiedziała,  ale  nie  miał  pojęcia,  co  naprawdę  powiedział  do  niego  Benvenuto.  Benvenuto 
ostrzegł go, że on i Rinaldo zostaną podrapani do krwi, jeśli wywołają bójkę w domu - żaden z 
nich nie jest tutaj szefem. Teraz, jeśli Tonino odejdzie, kot spróbuje się zdrzemnąć.

 

Tonino  poczuł  wielką  ulgę.  Teraz  mógł  polubić  Marca  tak  samo  jak  Paolo.  Marco  był 

zabawny. Nigdy nie pojawiał się w domu na długo, ponieważ razem z bratem budowali willę za 
Nowym  Mostem,  ale  należał  do  nielicznych  osób,  dla  których  Tonino  odkładał  książkę,  żeby  z 
nimi porozmawiać. A to najwyższy komplement, jak powiedziała Lucia do Rosy.

 

Rosa  i  Marco  mieli  się  pobrać  na  wiosnę.  Ciągle  się  z  tego  śmiali,  kiedy  razem  wpadali  i 

wypadali  z  Casa  Montana.  Antonio  i  wuj  Lorenzo  poszli  na  piechotę  do  willi,  gdzie  mieszkał 
Mario  Andretti,  i  wszystko  załatwili.  Mario  Andretti  przyjechał,  żeby  ustalić  szczegóły.  Był 
wielkim,  grubym  mężczyzną  -  ostro  się  targował,  jak  stwierdziła  ciotka  Francesca  -  wcale 
niepodobnym do Marca. Najbardziej rzucał się w oczy długi biały samochód, którym przyjechał.

 

Stary Niccolo popatrzył z namysłem na ten samochód.

 

- Śmierdzi - ocenił. - Ale wygląda bardziej solidnie niż tekturowy koń.

 

Westchnął.  Nadal  czuł  się  głęboko  upokorzony.  Niemniej  kiedy  Mario  Andretti  odjechał, 

ogromnie  zaciekawiony  Tonino  został  wysłany  na  pocztę  z  dwoma  listami.  Jeden  był 
zaadresowany do firmy Ferrari, drugi do Rolls-Royce w Anglii.

 

W  zwykłych  okolicznościach  cała  rodzina  gadałaby  wyłącznie  o  samochodzie  i  tych  dwóch 

listach.  Ale  przeszły  niezauważone  wśród  niepokojących  pogłosek  o  Florencji,  Sienie  i  Pizie. 
Jedynym  tematem,  który  mógł  zepchnąć  na  bok  rozmowy  o  wojnie,  była  ślubna  suknia  Rosy, 
Czy  powinna  być  długa  czy  krótka?  Z  trenem  czy  bez  trenu?  I  jaki  welon?  Rosa  w  tej  kwestii 
okazała się równie niezależna jak w kwestii Marca.

 

-  Zdaje się, że nie mam tutaj nic do powiedzenia - zażartowała. - Więc chyba z jednej strony 

zrobię do kolan, a z drugiej tren długi na dziesięć stóp. I żadnego welonu. Tylko czarna maska.

 

Ciotka Maria i ciotka Giną, które wiodły rej w tych sporach, strasznie się obraziły. Przez ich 

krzyki i brzdąkanie po drugiej stronie pokoju, gdzie Antouio zadręczał Marca, żeby pomógł mu 
znaleźć  słowa  do  Anioła,  Tonino  nie  mógł  się  skupić  nad  książką.  Zabrał  ją  i  poszedł  przez 
galerię do biblioteki, by tam znaleźć trochę spokoju.

 

Ale przed biblioteką Rinaldo z groźną miną opierał się o poręcz galerii i zatrzymał Tonina.

 

-    Ten  Marco  -  powiedział.  -  Że  też  nie  pamiętam,  gdzie  go  widziałem.  Widziałem  go  w 

Galerii Sztuki z Rosą, ale to nie było* tam. Wiem, że to było gdzieś w dużo gorszym miejscu.

 

Tonino  nie  wątpił,  że  Rinaldo  znał  dużo  gorszych  miejsc.  Zaniósł  książkę  do  biblioteki  w 

nadziei,  że  Rinaldo  nie  przypomni  sobie  o  tym  miejscu,  i  usiadł  w  lodowatym  zaduchu,  żeby 
poczytać.

 

W następnej chwili Benvenuto wylądował z głośnym łupnięciem na książce.

 

-  Och, spadaj! -burknął Tonino. -Jutro zaczynam szkołę i chcę najpierw to skończyć.

 

Nie,  powiedział  Benvenuto,  Tonino  ma  natychmiast  pójść  do  starego  Niccola,  Zawierucha 

kart,  zaklęć,  pożółkłych  pergaminowych  zwojów,  a  potem  rzędy  grubych  czerwonych  tomów 
przesunęły  się  przed  oczami  Tonina,  Potem  napłynęła  powódź  jaskrawych  obrazów.  Giganci 
biegali,  strzelali,  dymili  i  płonęli,  wszyscy  ubrani  na  czerwono  i  złoto.  Ale  jeszcze  nie. 
Przygotowywali się do bitwy, maszerowali w ogromnych buciorach. Benvenuto tak się spieszył, 
ż

e Tonino musiał użyć wszystkich swoich umiejętności, żeby rozszyfrować ten przekaz.

 

-  No dobrze - ustąpił. - Powiem mu.

 

Wstał  i  popędził  przez  galerię,  obok  Rinalda,  który  zawołał:  „Po  co  ten  pośpiech?",  do 

mieszkania starego Niccola, Stary Niccolo właśnie wychodził.

 

-  Proszę - powiedział Tonino. - Benvenutt mówi, żeby wyciągnąć wojenne zaklęcia. Książe 

powołuje rezerwistów.

 

background image

Stary  Niccolo  stal  całkiem  nieruchomo,  z  szeroko  otwartymi  oczami.  Nie  uwierzył  mi, 

pomyślał Tonino. Niccolo szukał po omacku framugi drzwi. Chyba myślał, że gdzieś znikła.

 

-  Słyszałeś mnie prawda? - zapytał Tonino.

 

-  Tak - odpowiedział stary Niccolo. - Tak, słyszałem. Po prostu to przyszło tak szybko... tak 

nagle. Szkoda, że książę nas nie ostrzegł. Wiec wojna nadchodzi. Módlmy się, żeby wystarczyło 
nam sił.

 

 

ROZDZIA

Ł 5

 

Nowiny  Beiwenuta  wywołały  popłoch  w  Casa  Montana.  Starsi  kuzyni  popędzili  do 

skryptorium  i  zaczęli  pakować  wszystkie  zwykle  zaklęcia,  pióra  i  kałamarze*  Ciotki  znosiły 
specjalne atramenty używane w zaklęciach wojennych. Wujowie uginali sie pod ryzami czystego 
papieru i pergaminu. Antonio, stary  Niccolo i Rinaldo poszli do biblioteki i wyciągnęli wielkie 
czerwone tomiszcza ze słowem „wojna" wytłoczonym na grzbietach, a Eliza-beth ze wszystkimi 
dziećmi  popędziła  do  pokoju  muzycznego,  żeby  schować  zwykłą  muzykę  i  wyjąć  nuty  oraz 
instrumenty wojenne.

 

Tymczasem Rosa, Marco i Domenico wybiegli na Via Magica i wrócili z gazetami. Wszyscy 

natychmiast  przerwali  swoje  zajęcia  i  stłoczyli  się  w  jadalni,  żeby  się  dowiedzieć,  co  piszą  w 
gazetach.

 

Cisnęli  się  wokół  stotu  i  wyciągali  szyje.  Rinaldo  stal  na  krześle,  opierając  się  na  trzech 

ciotkach. Na dole Marco rozglądał się niespokojnie we wszystkie strony,  obok starego Niccola, 
kiedy Rosa przerzucała stronice. Tyle osób napierało i nachylało się nad stołem, że Lucia, Paolo i 
Tonino musieli przykucnąć z podbródkami na blacie, żeby cokolwiek zobaczyć.

 

-  Nie, nic - ogłosiła Rosa, kartkując drugą gazetę.

 

-  Czekaj - przerwał jej Marco. - Popatrz na wiadomości z ostatniej chwili.

 

Wszyscy  wychylili  się  do  przodu  i  zepchnęli  Marca  jeszcze  dalej  na  bok.  Wówczas  Tonino 

prawie sobie przypomniał, gdzie go widział przedtem.

 

-  Jest - powiedział Antonio.

 

Wszyscy wyprostowali się z bardzo poważnymi minami.

 

-  Mobilizacja rezerwistów, zgadza się - powiedziała Rosa, -Och, Marco!

 

-  O co chodzi? - rzucił szyderczo Rinaldo ze swojego krzesła. - Czy Marco jest rezerwistą?

 

-  Nie - odparł Marco. - Mój... mój brat mnie wyreklamował.

 

-  Co za patriota! - zaśmiał się Rinaldo. Marco podniósł na niego wzrok.

 

-    Jestem  cywilnym  rezerwistą  -  oświadczył  -  i  mam  nadzieję,  że  ty  też.  Jeśli  nie,  z 

przyjemnością w tej chwili odprowadzę cię do biura wojskowego w Arsenale.

 

Dwaj przeciwnicy zmierzyli się wzrokiem. Ponownie nakrzy-czano na Rinalda, żeby nie robił 

z siebie głupka. Nadąsany Rinaldo zlazł z krzesła i wyszedł sztywnym krokiem.

 

-  Rinaldo też jest cywilnym rezerwistą - zapewnił Marca Paolo,

 

-  Tak myślałem - przyznał Marco. Słuchajcie, muszę iść. Muszę... powiedzieć bratu. Rosa, 

zobaczymy się jutro, jeśli będę mógł.

 

Tej nocy, kiedy Tonino zasypiał, w sąsiednim pokoju pełno było ludzi rozmawiających o wojnie 
Aniele Caprony^ ze sporadycznymi dygresjami na temat sukni ślubnej Rosy. Tonino miał głowę 
tak nabitą tymi rzeczami, że  kiedy  poszedł  do szkoły, zdziwił się, że nikt o  tym nie  mówi. Ale 
tam jakby nie zauważyli, że nadchodzi wojna. Owszem, kilku nauczycieli miało smętne miny, ale 
takie uczucia wydawały się naturalne na początku semestru.

 

W  rezultacie  Tonino  wrócił  do  domu  po  południu  przekonany,  że  sytuacja  nie  wygląda  tak 

background image

ź

le.  Benvenuto  jak  zwykle  zeskoczy!  z  beczki  na  wodę  prosto  w  jego  ramiona.  Tonino  wtulał 

twarz w futerko  kota,  kiedy  usłyszał za plecami  podjeżdżający powóz. Ben-venuto natychmiast 
mu  się  wyrwał.  Bardzo  zdziwiony  Tonino  obejrzał  się  i  zobaczył,  że  Benvenuto  podbiega 
truchcikiem,  grzecznie  i  spokojnie,  z  podniesionym  ogonem,  do  wysokiego  mężczyzny,  który 
właśnie wszedł w bramę.

 

Benvenuto  stanął,  lekko  kołysząc  czubkiem  krzaczastego  ogona,  z  tylnymi  łapami  w 

puszystych  portkach  ustawionymi  nieco  pod  kątem,  wpatrując  się  poważnie  w  wysokiego 
mężczyznę.  Zirytowany  Tonino  pomyślał,  że  z  tyłu  Benvenuto  czasami  wygląda  trochę  głupio. 
Mężczyzna  wyglądał  niemal  tak  samo  fatalnie.  Miał  na  sobie  niezwykle  kosztowny  płaszcz  z 
futrzanym  kołnierzem  oraz  tweedową  podróżną  czapkę  z  idiotycznymi  nausznikami.  T  ukłoni! 
się Benvenutowi.

 

-  Dzień dobry, Benvenuto - powiedział z miną równie poważną jak Benvenuto. - Cieszę się, 

ż

e widzę cię w dobrym zdrowiu. Tak, ja również czuję się doskonale, dziękuję.

 

Benvenuto zaczął się ocierać o nogi nieznajomego.

 

-  Nie - powiedział mężczyzna, - Błagam cię. Twoja sierść ob-łazi.

 

I Benvenuto przestał, nie tracąc ani krztyny swej niesłychanej uprzejmości.

 

Tonino  poczuł  się  głęboko  oburzony.  Po  raz  pierwszy  od  lat  Benvenuto  zachował  się  tak, 

jakby  ktoś  więcej  dla  niego  znaczył  niż  Tonino,  Chłopiec  z  wyrzutem  spojrzał  na  przybysza. 
Napotkał spojrzenie oczu jeszcze ciemniejszych niż jego własne, które wydawały się rozświetlać 
gładką,  smagłą  twarz  mężczyzny.  Tonino  doznał  wstrząsu  jeszcze  gorszego  niż  wtedy,  kiedy 
konie  zmieniły  się  z  powrotem  w  tekturę.  Wiedział  bez  cienia  wątpliwości,  że  patrzy  na 
potężnego czarodzieja.

 

-  Jak się masz? - powiedział mężczyzna. - Nie, pomimo twojego oskarżycielskiego wzroku, 

młody  człowieku,  nigdy  nie  potrafiłem  zrozumieć  kotów...  albo  tylko  w  najbardziej  ogólnym 
sensie. Czy byłbyś tak uprzejmy i przetłumaczył mi, co mówi Benvenuto?

 

Tonino wysłuchał Beiwenuta.

 

-    Mówi,  że  bardzo  mu  miło  znowu  pana  widzieć  i  że  wita  szanownego  pana  w  Casa 

Montana.

 

„Szanowny  pan"  pochodził  od  Benvenuta,  nie  odTonina.  Tonino  niezbyt  szanował  obcych 

czarodziejów, którzy wchodzili nieproszeni do domu i zaprzątali uwagę Benvemita.

 

-    Dziękuję  ci,  Benvenuto  -  powiedział  czarodziej.  -  Bardzo  się  cieszę  z  powrotu.  Chociaż, 

szczerze  mówiąc,  miałem  wyjątkowo  trudną  podróż.  Czy  wiedzieliście,  że  wasze  granice  z 
Florencją  i  Pizą  są  zamknięte?  -  zapytał  Tonina.  -  W  końcu  musiałem  przypłynąć  morzem  z 
Genui.

 

-  Naprawdę? - bąknął Tonino, zastanawiając się, czy przybysz obwinia go za to. - Więc skąd 

pan przyjechał?

 

-  OchT z Anglii - wyjaśnił nieznajomy.

 

Tonino zmiękł. Więc to nie może być ten czarodziej, o którym mówił książę. A może jednak? 

Tonino nie miał pewnos'ci, na jaką odległość działają czary.

 

-  Lepiej się poczułeś? - zagadnął przybysz.

 

-  Matka jest Angielką - wyznał Tonino, chociaż miał wrażenie, że zanadto się odsłania.

 

-    Ach!  -  zawołał  czarodziej.  -  Teraz  wiem,  kim  jesteś.  Jesteś  Antonio  młodszy,  prawda? 

Byłeś' niemowlakiem, kiedy ostatnio cię widziałem, Tonino.

 

Ponieważ na taką uwagę trudno odpowiedzieć, Tonino ucieszył się widząc, że stary Niccolo 

biegnie  przez  dziedziniec,  wyprzedzając  ciotkę  Francescę  i  wujka  Lorenza,  za  którymi  spieszą 
inni członkowie rodziny. Zebrali się wokół czarodzieja, a Tonino i Benvenuto zostali na zewnątrz 

background image

kręgu, przy bramie.

 

-  Tak, przybywam prosto z Casa Petrocchi - usłyszał Tonino głos czarodzieja.

 

Ku  jego  zdumieniu  wszyscy  przyjęli  to  spokojnie,  jakby  nieznajomy  zrobi!  najbardziej 

naturalną  rzecz  pod  słońcem  -  równie  naturalną  jak  zdjęcie  śmiesznej  angielskiej  czapki  przed 
ciotką France scą,

 

-  Ale zatrzyma się pan u nas na noc - zaproponowała ciotka Francesca.

 

-  Jeśli nie sprawię zbyt wiele kłopotu - powiedział obcy.

 

Po drugiej stronie dziedzińca ciotka Maria i ciotka Anna, jakby już wiedziały - co nie ulegało 

wątpliwości  w  miejscu  takim  jak  Casa  Montana  -  gramoliły  się  na  schody  galerii,  żeby 
przygotować pokój gościnny na górze. Ciotka Giną wypadła z kuchni, wzniosła ręce do nieba i 
znowu znikła za drzwiami. Zamyślony Tonino wziął Benvenuta na ręce i zapytał, kim właściwie 
jest ten obcy.

 

Oczywiście to Chrestonianci, usłyszał. Najpotężniejszy czarodziej na świecie.

 

-    Czy  to  on  psuje  nasze  czary?  -  zapytał  podejrzliwie  Tonino<  Chrestomanci, 

poinformowano  go  -  ze  zniecierpliwieniem,  ponieważ  Benvenuto  uważał  widocznie,  że  Tonino 
jest bardzo głupi -zawsze jest po naszej stronie.

 

Tonino  ponownie  spojrzał  na  obcego  -  a  raczej  na  jego  gładką,  ciemną  głowę  wystającą  z 

tłumu  niższych  Montanów  -  i  zrozumiał,  że  przybycie  Chrestomanciego  oznacza  poważny 
kryzys.

 

Obcy  widocznie  coś  o  nim  powiedział.  Tonino  zobaczył,  że  cała  rodzina  patrzy  na  niego, 

czule uśmiechnięta. Nieśmiało odwzajemnił uśmiechy.

 

-  Och, to dobry chłopiec - powiedziała ciotka Prancesca. Potem rozmawiając wszyscy ruszyli 

przez dziedziniec.

 

-  Co szczególnie utrudnia sprawę - usłyszał glos Chrestomanciego - to fakt że jestem przede 

wszystkim pracownikiem rządu brytyjskiego. A Wielka Brytania nie miesza się w sprawy Wioch. 
Ale na szczęście otrzymałem dość szerokie pełnomocnictwa.

 

W  tejże  chwili ciotka Giną ponownie wypadła z  kuchni. Odwołała  zwykłą kolację i  zaczęła 

przygotowywać  nową  na  cześć  Chrestomanciego.  Natychmiast  wysłano  sześć  osób  po  ciastka  i 
owoce  i  jeszcze  dwie  po  ser  i  sałatę.  Paolo,  Corinna  i  Lucia  zostali  przyłapani,  kiedy  paplając, 
wracali  ze  szkoły,  i  kazano  im  natychmiast  iść  do  rzeznika.  Ale  wtedy  wściekły  Rinaldo 
wyskoczył ze skryptoriurn.

 

-  Co to znaczy, że wysyłasz wszystkie dzieciaki? - wrzasnął z galerii. - Siedzimy tu po uszy 

w zaklęciach wojennych. Potrzebuję kopistów!

 

Ciotka Giną oparła ręce na biodrach i odkrzyknęła;

 

-  A ja potrzebuję steków! Nie stawiaj mi się, Rinaldo Montana! Anglicy zawsze jedzą steki, 

więc muszę dostać steki!

 

-  No to utnij kawałek kota! - ryknął Rinaldo. - Potrzebuję Corinny i Lucii tu na górze]

 

-  A ja ci mówię, że ten jeden raz załatwią coś dla mnie! - upierała się ciotka Giną.

 

-  Ojej - powiedział Chrestomanci, podchodząc bliżej.- Cóż za włoska scena! Czy mogę jakoś 

pomóc?

 

Us'miechnąl się  i  kiwnął  głową Rinaldowi i  ciotce Ginie. Oboje odpowiedzieli uśmiechami, 

Rinaldo swoim najbardziej czarującym.

 

-  Zgodzi się pan ze mną, że potrzebuję kopistów, prawda? -zagruchal.

 

-  Phi! - parsknęła ciotka Giną, - Rinaldo włącza swój wdzięk, a ja jestem zdana na siebie! Jak 

zwykle! No dobrze. Skoro to wojenne zaklęcia, Paolo i Tonino pójdą po stek. Ale zaczekajcie, aż 
napiszę wam karteczkę, inaczej przyniesiecie mi coś, czego nikt nie przełknie.

 

background image

-    Cieszę  się,  że  mogłem  pomóc  -  mruknął  Chrestomanci  i  odwrócił  sięt  żeby  przywitać 

Elizabeth,  która  zbiegła  z  galerii,  powiewając  arkuszem  papieru  nutowego  i  wpadła  mu  w 
ramiona.  Głowy  pięciu  małych  kuzynów,  których  uczyła  Elizabeth,  wyglądały  ciekawie  znad 
poręczy galerii.

 

-  Elizabeth! - powiedział ChrestomancL - Wyglądasz tak miodo.

 

Tonino  patrzył  z  równym  zaciekawieniem  jak  kuzyni  na  matkę,  która  śmiała  się  i  płakała 

jednocześnie. Nie rozumiał potoku angielskich słów. „Moc", usłyszał, i „wojna", i wkrótce potem 
nieuniknionego  Anioła  Caprony.  Ciągle  jeszcze  się  gapił,  kiedy  ciotka  Giną  wetknęła  mu  małą 
karteczkę do ręki i kazała się pospieszyć.

 

Biegnąc do rzeźnika, Tonino powiedział do Paola;

 

-  Nie wiedziałem, że matka zna kogoś' takiego jak Chresto-manci.

 

-    Ani  ja  -  przyznał  Paolo.  Ostatecznie  był  tylko  o  rok  starszy  od  Tonina,  a  Chrestomanci 

widocznie  po  raz  ostatni  odwiedził  Ca-pronę  bardzo  dawno  temu.  -  Może  przyjechał  znaleźć 
słowa Anioła. Mam nadzieję. Nie chcę, żeby Rinaldo poszedł walczyć.

 

-  Ani Marco - zgodził się Tonino. - Ani Carlo, ani Luigi, ani nawet Domenie o.

 

Dzięki karteczce od ciotki Giny rzeźnik potraktował ich z należytym szacunkiem.

 

-    Powiedzcie  jej,  że  nie  zobaczy  już  takich  dobrych  steków,  jeśli  wybuchnie  wojna- 

oświadczył i podał każdemu ciężki, gąbczasty, różowy ładunek.

 

Wrócili z pełnymi rękami akurat w chwili, kiedy dorożka wysadziła zdyszanego, zasapanego 

wuja Umberta przed bramą,

 

-    Czy  się  nie  mylę,  że  Chrestomanci  jest  tutaj?  Hę,  Paolo?  -zwrócił  się  wuj  Umberto  do 

Tonina.

 

Obaj  chłopcy  kiwnęli  głowami.  To  wydawało  się  łatwiejsze  niż  wyjaśnianie,  że  Paolo  to 

Tonino.

 

-  Doskonale, doskonale f - wykrzyknął  wuj Umberto i wtargnął na teren posiadłości,  gdzie 

Chrestomanci właśnie przemierzał dziedziniec.

 

-  Anioł Caprony - powiedział do niego z przejęciem wuj Umberto. - Czy mógłbyś...?

 

-  Mój drogi Umberto - powiedział Chrestomanci, wylewnie ściskając mu dłoń - wszyscy tutaj 

mnie  o  to  pytają.  Zresztą  w  Casa  Petrocchi  też.  Obawiam  się  jednak,  że  wiem  nie  więcej  od 
ciebie. Ale pomyślę o tym, nie martw się.

 

-    Żebyś  znalazł  chociaż  jeden  wers,  mielibyśmy  od  czego  zacząć  -  ciągnął  błagalnie  wuj 

Umberto.

 

-  Zrobię, co mogę! - zapewnił Chrestomanci.

 

Nagle  obok  niego  przemknęła  Rosa  z  głośnym  stukotem  obcasów.  Sądząc  z  wyrazu  jej 

twarzy, zobaczyła nadchodzącego Marca.

 

-  Przyrzekam - dodał Chrestomanci i odwrócił głowę, żeby zobaczyć, do czego Rosa tak się 

spieszy.

 

Marco wszedł przez bramę, stanął jak wryty i wytrzeszczył oczy na Chrestomanciego. Rosa 

wpadła  na  niego  i  mało  go  nie  przewróciła.  Marco  zatoczył  się  lekko,  objął  Rosę  ramionami  i 
dalej  wpatrywał  się  w  Chrestomanciego.  Tonino  wstrzymał  oddech.  Rinaldo  miał  rację.  Marco 
jednak cos' ukrywał. Chrestomanci wiedział o tym, a Marco wiedział, że Chrestomanci wie. Miał 
taką minę, jakby się spodziewał, że Chrestomanci zaraz to rozgłosi.

 

Chrestomanci rzeczywiście otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zaniknął je z powrotem i 

stulił wargi jakby do gwizdu, Marco popatrzył na niego niepewnie.

 

-    Och  -  powiedział  wuj  Umberto  -  pozwól,  że  ci  przedstawię...  -  urwał  z  namysłem.  Rosę 

zwykle pamiętał dzięki jej jasnym włosom, ale nie potrafił umiejscowić Marca. - Narzeczonego 

background image

Co-rinny - zaryzykował.

 

-  Jestem Rosa - sprostowała Rosa. - To jest Marco Andretti.

 

-    Jak  się  pan  miewa?  -  powiedział  uprzejmie  Chrestomanci.  Marco  jakby  się  odprężył, 

Chrestomanci przeniósł spojrzenie

 

na zagapionych Tonina i Paola. 
-  Wielkie nieba! - zawołał. - Wszyscy tutaj prowadzą takie eks-cytujące życie. Co zabiliście, 

chłopcy?

 

Paolo i Tonino zmieszani spuścili wzrok i zobaczyli, że ze steków kapie im na buty. Dwa czy 

trzy koty zbliżały się znacząco. Ciotka Giną pojawiła się w drzwiach kuchni.

 

-  Gdzie moje steki?! 
Paolo i Tonino popędzili do niej, zostawiając kropkowany ślad.

 

-  O co tu chodzi? - wysapał Paolo do Tonina.

 

-  Nie wiem - odparł Tonino, ponieważ nie wiedział i ponieważ lubił Marca.

 

Ciotka Giną wkrótce wpadła w pasję z powodu steków. Kapiący ślad zwabił wszystkie koty 

do  domu.  Przez  cały  wieczór  plątały  się  pod  nogami  w  kuchni,  miaucząc  żałośnie.  Benvenuto 
również  był  obecny  i  chociaż  zachowywał  bezpieczną  odległość  od  ciotki  Giny,  dobrze 
wykorzystał okazję. Ciotka Giną ponownie wypadła na dziedziniec wrzeszcząc:

 

-  Tonino! TONINO!!! 
Tonino odłożył książkę i wybiegi na dwór.

 

-  Tak, ciociu? 
-  Ten twój kot ukradł cały stek! - zagrzmiała ciotka Giną i dramatycznie wyrzuciła ramię ku 

niebu.

 

Tonino  podniósł  wzrok.  Rzeczywiście,  na  dachu  przycupnął  Be-nvenuto  i  jedną  łapą 

przytrzymywał spory kawał mięsa.

 

-  O rany -jęknął Tonino. -Chyba nie potrafię go zmusić, żeby to oddał, ciociu.

 

-  Nie chcę, żeby to oddał. Popatrz, gdzie to zawlókł! - rozdarta się ciotka Giną. - Powiedz mu 

ode mnie, że skręcę mu kark, jeśli go dopadnę]

 

-  Mój Boże, ty chyba jesteś' w centrum wszystkiego - zauważył Chrestomanci, który pojawił 

się obok Tonina na dziedzińcu. -Zawsze jest na ciebie taki popyt?

 

-  Wpadnę w histerie - zadeklarowała ciotka Giną. -1 nikt nie dostanie kolacji.

 

Elizabeth,  ciotka  Maria,  kuzynki  Klaudia  i  Teresa  natychmiast  przybiegły  jej  na  pomoc  i 

łagodnie odprowadziły ją z powrotem do kuchni.

 

-  Dzięki Bogu! - westchnął Chrestomanci. - Nie wiem, czy wytrzymałbym histerię połączoną 

z głodówką. Skąd wiedziałeś, że jestem czarodziejem, Tonino? Od Benvenuta?

 

-  Nie. Po prostu wiedziałem, kiedy na pana spojrzałem - wyjaśnił Tonino.

 

-  Rozumiem - powiedział Chrestomanci. - To interesujące. Większość ludzi nie potrafi tego 

odgadnąć. Zaczynam wątpić, czy stary Niccolo miał rację,  kiedy mówił, że moc opuszcza wasz 
dom. Jak myślisz, czy rozpoznałbyś innego czarodzieja, gdybyś go zobaczył?

 

Tonino zmarszczył się z namysłem

 

-    Może.  To  jest  w  oczach.  Pyta  pan,  czy  rozpoznałbym  czarodzieja,  który  psuje  nasze 

zaklęcia?

 

-    Chyba  o  to  pytałem  -  potwierdził  Chrestomanci.  -  Zaczynam  wierzyć,  że  jest  ktoś  taki. 

Jestem pewien, że przynajmniej zaklęcia na Starym Moście zostały umyślnie przerwane. Czy to 
ci przeszkodzi w planach, jeśli poproszę twojego dziadka, żeby zabierał  cię  ze sobą za  każdym 
razem, kiedy spotyka się z obcymi?

 

-    Nie  mam  żadnych  planów  -  odparł  Tonino.  Potem  pomyślał  i  parsknął  śmiechem.  -  Pan 

ciągle sobie żartuje.

 

background image

-  Staram się bawić ludzi - przyznał Chrestomanci.

 

Lecz  kiedy  Tonino  następnym  razem  zobaczył  Chrestomanciego  przy  kolacji  -  niezwykle 

wystawnej, pomimo Benvenuta i histerii - Chrestomanci był bardzo poważny.

 

-  Drogi Niccolo- powiedział - moja misja dotyczy nadużywania magii, nie równowagi sił we 

Włoszech.  Narobiłbym  mnóstwo  kłopotów,  gdyby  mnie  przyłapano  na  próbach  powstrzymania 
wojny.

 

Stary Niccolo miał minę dziecka gotowego się rozpłakać. Ciotka Francesca powiedziała:

 

-  Nie prosimy o to osobiście,.,

 

-    Ależ  moja  droga  -  przerwał  Chrestomanci  -  nie  rozumiesz,  że  mogę  zrobić  cos'  takiego 

tylko na osobistą prosię? Proszę, zwróć się do mnie osobiście. Nie pozwolę, żeby ścisłe warunki 
mojej misji przeszkodziły mi w wypełnieniu powinności wobec przyjaciół. Potem uśmiechnął się 
i objął życzliwym spojrzeniem wszystkich zebranych przy wielkim stole. Nie pominął też Marca.

 

-  A więc - podjął - na razie chyba najlepiej zrobię, jeśli pojadę do Rzymu. Znam tam pewne 

ź

ródła,  gdzie  mogę  uzyskać  bezstronne  informacje,  które  pomogą  mi  przygwoździć  tego 

czarodzieja.  Na  razie  wiemy  tylko,  że  on  istnieje.  Przy  odrobinie  szczęścia  udowodnię,  że  albo 
Florencja,  albo  Pizat albo Siena go opłaca... a w takim przypadku możemy oskarżyć ich i jego 
przed  Sądem  Europy.  A  jeśli  trafi  mi  się  sposobność,  żeby  przekonać  Rzym  czy  Neapol  do 
wystąpienia w obronie Caprony, na pewno z niej skorzystam.

 

-  Dziękuję - powiedział stary Niccolo.

 

Przez  resztę  kolacji  dyskutowano,  jak  najlepiej  dojechać  do  Rzymu.  Chrestomanci  musiał 

skorzystać  z  drogi  morskiej.  Ostatni  odcinek  granicy,  pomiędzy  Caproną  a  Sieną,  został  już 
zamknięty.

 

Znacznie  później  w  nocy  kiedy  Paolo  i  Tonino  już  kładli  się  spać,  zobaczyli  światła  w 

skryptorium.  Zakradli  się  tam  na  palcach.  Chrestomanci  razem  z  Antoniem,  Rinatdem  i  ciotką 
Francescą  przeglądali  zaklęcia  w  wielkich  czerwonych  księgach.  Wszyscy  rozmawiali 
półgłosem, ale chłopcy usłyszeli, jak Chrestomanci powiedział:

 

-  To dobra kombinacja, ale potrzebuje nowych stów. A przy następnej stronie:

 

-  Poproście Elizabeth, żeby przełożyła to na angielski jako czynnik zaskoczenia.

 

I dalej: 
-  Nie zwracajcie uwagi na melodię. Jedyna melodia, która wam się przyda w takiej chwili, to 

Anioł. On tego nie zablokuje.

 

-  Dlaczego właśnie tych troje? - szepnął Tonino.

 

-    Oni  najlepiej  układają  nowe  zaklęcia-  odszepnął  Paolo.  -Potrzebujemy  nowych  czarów 

wojennych. Wygląda na to, że ten drugi czarodziej zna stare.

 

Wleźli do łóżek podnieceni i niespokojni, i obaj długo nie mogli zasnąć.

 

Chrestomanci wyjechał  następnego  ranka, zanim dzieci poszły do szkoły, Benvenuto i stary 

Niccolo odprowadzili go do bramy, eskortując go z obu stron, i cała rodzina zebrała się, żeby mu 
pomachać  na  pożegnanie.  Po  jego  wyjeździe  zrobiło  się  jednocześnie  nudno  i  nieswojo.  Tego 
dnia w szkole ciągle gadano o wojnie. Nauczyciele szeptali między sobą. Dwaj wyjechali, żeby 
wstąpić  do  rezerwy.  Plotki  krążyły  po  klasach.  Ktoś  powiedział  Toninowi,  że  wojna  zostanie 
wypowiedziana  w  najbliższą  niedzielę,  więc  to  będzie  Święta  Wojna.  Ktoś  inny  powiedział 
Paolowi,  że  cała  rezerwa  wyfasowała  po  dwa  lewe  buty,  żeby  nie  mogli  walczyć.  W  łych 
pogłoskach nie było prawdy. Po prostu teraz już wszyscy wiedzieli, że wojna nadchodzi.

 

Chłopcy  pobiegli  do  domu,  żądni  prawdziwych  nowin.  Benvenuto  jak  zwykle  zeskoczył  z 

beczki  na  wodę.  Tonino  znowu  cieszył  się  jego  niepodzielnymi  względami,  kiedy  Elizabeth 
zawołała z galerii;

 

background image

-  Tonino! Ktoś" ci przysłał paczkę,

 

Tonino i Benvenuto bardzo przejęci pobiegli na górę. Tonino jeszcze nigdy w życiu nie dostał 

paczki. Ale zanim się do niej zbliżył, został schwytany przez ciotkę Marię, Rosę i wuja Loren-za. 
Łapali wszystkie dzieci, które umiały pisać, i zapędzali je do jadalni, którą zamieniono w drugie 
skryptorium.  Przed  każdym  krzesłem  stała  butelka  czerwonego  wojennego  atramentu,  leżało 
specjalne  pióro  i  stos  pasków  papieru-  Zatrudniano  tam  dzieci  na  całe  dwie  godziny,  żeby 
przepisywały w kółko ten sam wojenny czar. Tonino nigdy w życiu nie czuł takiej frustracji. Nie 
wiedział nawet, jak wygląda jego paczka. Zresztą nie on jeden był sfrustrowany.

 

-  Och, dlaczego? - narzekali LuciaT Paolo i mała kuzynka Lena.

 

-  Wiem - przyznała ciotka Maria. - Znowu jak w szkole. Zaczynajcie pisać,

 

-  To się nazywa wyzysk nieletnich - wyjaśniła pogodnie Rosa. -Pewnie prawo tego zabrania, 

więc narzekajcie śmiało,

 

-  Nie bój sie7 będę narzekać - zapewniła Lucia.

 

-  Proszę bardzo, dopóki jednocześnie piszesz - odparła Rosa.

 

-  To nowa karta zaklęć dla armii - oznajmił wuj Lorenzo. -Bardzo pilna robota.

 

-  Trudna. Same nowe słowa - burknął Paolo.

 

-  Twój ojciec wymyślił je wczoraj w nocy - oznajmiła ciotka Maria. - Bierzcie się do pisania. 

Będziemy sprawdzali biedy.

 

Wreszcie, kiedy z zesztywniałymi  karkami i czerwonymi kleksami na palcach wypuszczono 

ich na dziedziniec, Tonino stwierdził, że ledwie zdąży rozpakować swoją paczkę przed kolacją. 
Kolacja  byk  dzisiaj  wcześnie,  żeby  starsi  Montanowie  zdążyli  przed  snem  odpracować  swoją 
kolejkę przy wojskowych zaklęciach.

 

-    To  gorsze  niż  praca  na  Starym  Moście  -  oświadczyła  Lucia.  -Co  to  jest,  Tonino?  Kto  to 

przysłał?

 

Paczka miała obiecujący kształt książki. Była ostemplowana pieczęcią i herbem Uniwersytetu 

Caprony.  Tylko  to  jedno  wskazywało,  że  przysłał  ją  wuj  Umberto,  ponieważ  kiedy  Tonino 
rozdarł  graby  brązowy  papier,  nie  znalazł  żadnego  listu,  nawet  wizytówki.  Tylko  nową, 
błyszczącą książkę. Tonino rozpromienił się na ten widok. Przynajmniej tyle wuj Umberto o nim 
wiedział. Miłośnie obrócił książkę w dłoniach. Nosiła tytuł: Chłopiec, który uratował swój kraj, 
była oprawiona w taką samą czerwoną, wytłaczaną skórę jak wielkie tomy wojennych zaklęć.

 

-  Czy wuj Umberto próbuje ci coś podpowiedzieć?- zapytał ubawiony Paolo.

 

Razem  z  Lucią  i  Corinną  pochylili  się  nad  Toninem,  który  przerzucał  stronice.  Ku  jego 

radości  w  książce  były  obrazki.  Żołnierze  jechali  na  koniach;  żołnierze  jechali  na  maszynach; 
chłopiec  wisiał  na  linie  i  wdrapywał  się  na  strome  mury  fortecy;  i  najbardziej  podniecający  - 
chłopiec  z  chorągwią  stoi  na  skale  naprzeciwko  całego  oddziału  groźnych  dragonów. 
Wzdychając wyczekująco, Tonino otworzył rozdział pierwszy: Jak Giorgio odkrył spisek wroga,

 

-  Kolacja! - zagrzmiała na dziedzińcu ciotka Giną. - Och, ja oszaleje! Nikt mnie nie słucha!

 

Tonino musiał zamknąć cudowną książkę i pędzić na dół do jadalni. Niecierpliwie patrzył, jak 

ciotka  Giną  nalewa  skąpe  porcje  minestrone.  Wydawała  się  taka  zdenerwowana,  że  chyba 
Benvenuto znowu coś zmalował w kuchni.

 

-    Nic  się  nie  stało  -  uspokoiła  go  Rosa.  -  Po  prostu  ona  myślała,  że  odgadła  wers  z  Anioła 

Caprony. Potem zupa wykipiała i ciotka Giną znowu wszystko zapomniała.

 

Ciotka Giną była bliska płaczu.

 

-  Tyle jest do roboty - powtarzała - i dlatego mam pamięć dziurawą jak sito. Zawiodłam was.

 

-    Ależ  skąd,  Gino,  moja  droga  -  uspokajał  ją  stary  Niccolo.  -Nie  ma  się  czym  martwić. 

Przypomnisz sobie.

 

background image

-  Ja nawet nie pamiętam, w jakim to było języku! - rozpaczała ciotka Giną.

 

Wszyscy  próbowali  ją  pocieszać.  Posypałi  zupę  tartym  serem  i  siorbali  z  wyjątkowym 

zapałem,  żeby  pokazać  ciotce  Ginie,  jak  im  smakuje,  ale  ciotka  Giną  dalej  pociągała  nosem  i 
robiła  sobie  wyrzuty.  Potem  Rinaldo  przytomnie  zwrócił  jej  uwagę,  że  osiągnęła  więcej  niż 
ktokolwiek inny w Casa Montana.

 

-    Nikt  z  nas  nie  miał  do  zapomnienia  nawet  jednej  linijki  z  Anioła  Caprony  -oświadczył  i 

obdarzył ciotkę Ginę swoim najlepszym uśmiechem.

 

-  Phi! - powiedziała ciotka Giną. - Znowu włączyłeś swój wdzięk, Rinaldo Montana.

 

Ale od tej chwili znacznie poweselała. Tonino cieszył się, że tym razem Benvenuto nie miał 

nic  wspólnego  z  całym  zajściem.  Rozejrzał  się  za  kotem.  Benvenuto  zwykle  zajmował  pozycję 
dogodną  do  ściągania  smacznych  kąsków,  przy  pomocniczym  stole.  Ale  dzisiaj  wieczorem 
nigdzie nie było go widać. Zresztą podobnie jak Marca,

 

-  Gdzie jest Marco? - zapytał Rosę Paolo.

 

Rosa uśmiechnęła się, całkowicie pogodna i zadowolona.

 

-    Musi  pomagać  bratu  -  wyjaśniła  -  przy  fortyfikacjach.  Paolo  i  Tonino  ponownie 

uświadomili sobie fakt, że przecież

 

zbliża  się  wojna.  Popatrzyli  nerwowo  jeden  na  drugiego.  Żaden  nie  wiedział,  czy  podczas 

wojny  ludzie  zachowują  się  zwyczajnie  czy  też  nie.  Myśli  Tonina  pobiegły  do  pięknej  nowej 
książki, Chłopca, który uratował swój kraj. Smakował ten tytuł tak, jak smakował zupę. Czy wuj 
Umberto chciał mu powiedzieć; „Znajdź słowa Anioła Caprony i uratuj swój kraj, Tonino"? To 
naprawdę byłby cud, gdyby on, Tonino Montana, znalazł te słowa i ocalił swój kraj. Nie mógł się 
już  doczekać,  żeby  sprawdzić,  jak  to  zrobił  chłopiec  w  książce.  Kiedy  kolacja  dobiegła  końca, 
zerwał się z miejsca, żeby popędzić do swojej książki. I znowu mu przeszkodzono. Tym razem 
dlatego, że dzieciom kazano pozmywać po kolacji. Tonino jęknął. I znowu nie on jeden jęczał*

 

-    To  niesprawiedliwe!  -  wściekała  sie  Corinna.  -  Przez  całe  popołudnie  harujemy  przy 

zaklęciach  i  przez  cały  wieczór  harujemy  przy  garach!  Wiem,  że  nadchodzi  wojna,  ale  i  tak 
muszę zdać egzaminy. Kiedy mam odrabiać lekcje?

 

Z  pasją  wyrzuciła  w  górę  ramię,  a  Paolo  i  Tonino  pomyśleli,  że  maniery  ciotki  Giny 

widocznie są zaraźliwe. Dość nieoczekiwanie Lucia ją poparła.

 

-  Myślę, że jesteś za duża, żeby cię traktować jak dziecko -powiedziała. - Idź odrabiać lekcje, 

a ja pokieruję dzieciakami, dobra?

 

Corinna popatrzyła na nią niepewnie.

 

-  A co z twoimi lekcjami? 
-  Nie zadali nam dużo. Ja nie wybieram sie na uniwersytet jak ty - odparła uprzejmie Lucia. - 

Zmykaj.

 

I wypchnęła Corinnę z jadalni.

 

Jak tylko za kuzynką zamknęły się drzwi, odwróciła się szybko do pozostałych dzieci.

 

-    No,  idziemy.  Na  co  czekacie,  matołki?  Każdy  zaniesie  stos  talerzy  do  kuchni.  Biegiem 

marsz, Tonino. Ruszcie się, Lena i Bernardo. Paolo, ty weź duże miski.

 

Tonino  nie  miał  szans  się  wymknąć,  ponieważ  Lucia  stała  nad  nimi  jak  starszy  sierżant. 

Powlókł  się  za  innymi  do  kuchni,  gdzie  ku  jego  zdumieniu  Lucia  kazała  wszystkim  ułożyć 
naczynia  i  sztućce  w  rzędach  na  podłodze.  Potem  kazała  im  stanąć  w  szeregu  naprzeciwko 
brudnych naczyń. Wydawała się bardzo zadowolona z siebie.

 

-  No więc - zaczęła - zawsze chciałam tego spróbować. To „łatwe zmywanie" patentowaną 

metodą  Lucii  Montana.  Nauczę  was  słów.  Pasują  do  melodii  Anioła  Caprony.  Wszyscy 
ś

piewajcie razem ze mną...

 

-  Na pewno to dozwolone? - zapytała Lena, która była bardzo praworządną kuzynką.

 

background image

Lucia spojrzała na nią z miażdżącą pogardą.

 

-    Jeśli  ktoś-  zwróciła  się  do  bielonych  belek  sufitu  -  nie  potrafi  się  poznać  na  prawdziwej 

inteligencji, siniało może się przeprowadzić do Petrocchich,

 

-  Ja tylko pytałam- wymamrotała speszona Lena.

 

-  No to nie pytaj - ucięła Lucia. - Zaklęcie jest takie... Wkrótce wszyscy śpiewali wesoło;

 

Aniele,  pozmywaj  miski,  Umyj  widelce  i  lyiki,  -Wyczyść  rondle  i  talerze,  Aniele,  ja  w  ciebie 

wierzę.

 

Początkowo nic się nie działo. Potem dzieci zobaczyły, że pomarańczowy tłuszcz powoli znika z 
półmisków. Potem nitki spaghetti, które przywarły do dna największego rondla, zaczęły się wić i 
skręcać jak robaki. Przelazły przez brzeg rondla, powędrowały po kamiennej podłodze i wpełzły 
do kubła na śmieci.  Za  nimi popłynęły strumyczki pomarańczowego tłuszczu i oliwy  z sałatek. 
Melodia się załamała, bo dzieci wybuchnęły śmiechem.

 

-  Śpiewajcie, śpiewajcie! - ponagliła je Lucia. Więc śpiewały dalej.

 

Nieszczęśliwie  dla  Lucii  hałas  dotarł  aż  do  skryptorium.  Talerze  wciąż  jeszcze  były 

bladoróżowe i zatłuszczone, a ostatnie nitki spaghetti pełzły po podłodze, kiedy Elizabeth i ciotka 
Maria wpadły do kuchni.

 

-  Lucia! - zawołała Elizabeth.

 

-  Ty bezbożna smarkulo! - krzyknęła ciotka Maria.

 

-  Nie rozumiem, co w tym złego - broniła się Lucia.

 

-    Ona  nie  rozumie...!  -  oburzyła  się  ciotka  Maria.  -  Elizabeth,  brak  mi  słów!  Dlaczego 

nauczyłam ją tak mało i tak źle? Lucia, zaklęcia nie zastępują pracy. Zaklęcia mają pomagać w 
pracy. I na domiar złego wykorzystujesz Anioła Caprony, jakby to była zwykła stara melodia, a 
nie najpotężniejsza pieśń we Włoszech! Mam wielką ochotę wytargać cię za uszy, Lucia!

 

-  Ja też - oświadczyła Elizabeth. - Czy nie rozumiesz, że potrzebujemy całej naszej mocy,., 

całej  połączonej  siły  Casa  Monta-na,  którą  musimy  przelać  w  zaklęcia  wojenne?  A  ty  ją 
beztrosko marnujesz w kuchni!

 

-   Włóż talerze do  zlewu, Paolo - rozkazała ciotka  Maria. - To-nino, podnieś rondle. Reszta 

pozbiera sztućce, A potem pozmywacie jak należy.

 

Skarcone dzieci posłusznie wzięły się do roboty. Poskromiona Lucia gotowała się ze złości. 

Kiedy Lena szepnęła: „A nie mówiłam?", Lucia rozbiła talerz i zaczęła skakać" po skorupach.

 

-  Lucia! - warknęła ciotka Maria, piorunując ją wzrokiem. Dzieci po raz pierwszy zobaczyły, 

ż

e wyglądała tak, jakby chciała kogoś uderzyć.

 

-  Skąd miałam wiedzieć? - wybuchnela Lucia. - Nikt nigdy mi niczego nie wyjaśnia... nikt mi 

nie powiedział, jak się używa zaklęć!

 

-    Tak,  ale  doskonale  wiedziałaś,  że  nie  powinnaś  tego  robić  -wytknęła  jej  EHzabeth-nawet 

jeśli nie wiedziałaś dlaczego.  Wy, reszta, przestańcie chichotać.  Lena, ty też możesz się czegoś 
nauczyć.

 

Podczas całego zmywania jak należy - co zabrało prawie godzinę - Tonino powtarzał sobie: 

„A potem wreszcie będę mógł poczytać moją książkę".

 

Po  zakończonej  robocie  wybiegł  na  dziedziniec.  A  tam  spotkał  starego  Niccola,  który  po 

ciemku zbiegał ze schodów.

 

-  Tonino, mogę na chwilę wypożyczyć Benvenuta?

 

Ale Benvenuta wciąż nie można było znaleźć. Tonino pomyślał, że umrze z tęsknoty za swoją 

książką.  Wszystkie dzieci szukały i wolały Benvenuta, ale bez powodzenia.  Wkrótce większość 
dorosłych  również  przyłączyła  się  do  poszukiwań,  jednak  Benve-nuto  nadal  się  nie  pojawiał. 
Antonio tak się zdenerwował, że chwycił Tonina za ramię i potrząsnął.

 

-    Bardzo  niedobrze,  Tonino!  Na  pewno  wiedziałeś',  że  potrzebujemy  Benvenuta.  Czemu 

background image

pozwoliłeś mu odejść?

 

-  Wcale nie pozwoliłem! Przecież wiesz, jaki jest Benvenuto! - zaprotestował Tonino, równie 

zdenerwowany.

 

-  No, no, spokojnie - mitygował stary Niccolo, biorąc każdego z nich za ramię. - Przecież to 

jasne, że Benvenuto wydziera się gdzieś' na dachu po drugiej stronie miasta. Mam tylko nadzieję, 
ż

e wkrótce ktoś wyleje na niego wiadro wody. Tonino nic tu nie zawinił, Antonio.

 

Antonio puścił ramię Tonina i potarł twarz obiema rękami. Wyglądał na zmęczonego.

 

-  Przepraszam cię, Tonino - powiedział, -  Wybacz mi. Zawiadom nas, jak tylko Benvenuto 

wróci, dobrze?

 

Razem  ze  starym  Niccolem  pospieszyli  z  powrotem  do  skryp-torinm.  Latarnia  na  chwilę 

oświetliła ich twarze, sztywne ze zmartwienia.

 

-    Chyba  nie  lubię  wojny,  Tonino-odezwałsię  Paolo.  -Chodź,  zagramy  w  ping-ponga  w 

jadalni.

 

-    Idę  poczytać  moją  książkę  -  oświadczył  stanowczo  Tonino.  Pomyślał,  że  zacznie 

histeryzować jak ciotka Gina, jeśli cośjeszcze mu przeszkodzi.

 

 

ROZDZIA

Ł 6

 

Tonino czytał przez pół nocy. Wszyscy dorośli ciężko pracowali w skryptorium, więc nikt go 

nie  zagoni!  do  łóżka.  Corinna  próbowała,  kiedy  skończyła  odrabiać  lekcje,  ale  Tonino  tak 
zagłębił się w czytaniu, że nawet jej nie usłyszał. Corinna odeszła z szacunkiem, przekonana, że 
skoro książka pochodzi od wuja Umberta, pewnie jest bardzo mądra.

 

Wcale  nie  była  mądra.  Tonino  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czytał  równie  wciągającej 

opowieści. Zaczynała się, kiedy pewien chłopiec imieniem Giorgio wracał do domu ze szkoły i 
szedł tajemniczą alejką obok doków. Na końcu alejki stał niebieski dom obłażący z farby i kiedy 
Giorgio  przechodził  obok,  z  jednego  okna  wyfrunął  świstek  papieru,  Zawierał  tajemniczą 
wiadomość,  która  natychmiast  doprowadziła  Giorgia  do  wrogów  jego  kraju.  Następowała  cała 
seria przygód, jedna ciekawsza od drugiej.

 

Dobrze po północy, kiedy Giorgio w pojedynkę bronił przełęczy przed siłami wroga, Tonino 

usłyszał, jak ojciec i matka kładą się spać. Musiał zostawić rannego Giorgia na pastwę losu i sam 
wskoczyć  do  łóżka.  Przez  całą  noc  śniły  mu  się  karteczki  wyfruwające  z  okien  obłaźących 
niebieskich  domów,  Giorgio  -  czasami  podobny  do  Tonina,  a  czasami  do  Paola  -  i  podli 
wrogowie, którzy w większości mieli rude brody i czarne włosy jak Guido Petrocchi.

 

0 wschodzie słońca podekscytowany Tonino nie mógł już spać. Obudził się i zaczął czytać.

 

Zanim reszta  domowników wstała z łóżek, Tonino skończył  książkę. Giorgio uratował swój 

kraj. Tonino drżał z podniecenia

 

1 wyczerpania. Żałował, że książka nie jest dwukrotnie dłuższa. Gdyby nie musiał wstawać, 

natychmiast zacząłby czytać jeszcze raz od początku.

 

A najpiękniejsze jest to, myślał, machinalnie jedząc śniadanie, że Giorgio uratował swój kraj 

nie  tylko  w  pojedynką  ale  bez  pomocy  żadnego  zaklęcia.  Gdyby  Tonino  zamierzał  uratować 
Capro-nę, chciałby to zrobić właśnie w taki sposób.

 

Wszyscy dookoła Tonina narzekali, a Lucia się dąsała. Zaklęcie zmywania wciąż działało w 

kuchni.  Każdy  talerz  i  kubek  pokrywała  cienka  warstwa  tłustego  pomarańczowego  sosu  do 
spaghetti, a masło zalatywało mydłem.

 

-  Na litość boską, czego ona używała? -jęknął wuj Lorenzo. -Ta kawa smakuje pomidorami.

 

-    Własnych  słów  do  Anioła  Caprony  -  wyjaśniła  ciotka  Maria  i  wzdrygnęła  się,  podnosząc 

background image

zatluszczoną filiżankę.

 

-  Lucia, ty głuptasie! - zawołał Rinaldo. - To najsilniejsza melodia.

 

-    No  dobrze,  dobrze.  Przestańcie  się  mnie  czepiać.  Przepraszam!  -  zawołała  Lucia  z 

gniewem.

 

-    Niestety  to  niczego  nie  naprawi  -  westchnął  wuj  Lorenzo.  Gdybym  tylko  był  taki  jak 

Giorgio, pomyślał Tonino, wstając

 

od  stołu.  Pewnie  wtedy  musiałbym  znaleźć  słowa  do  Anioła  Caprony.  Szedł  do  szkoły,  nie 

widząc nic po drodze, i zastanawiał się, jak tego dokonać, skoro reszta rodziny poniosła porażkę. 
Zdawał  sobie  sprawę,  że  po  prostu  jest  za  mało  dobry  w  zaklęciach,  żeby  stworzyć  słowa  w 
zwyczajny sposób. Ta myśl sprawiła, że westchnął ciężko.

 

-  Uszy do góry - pocieszył go Paolo, kiedy wchodzili do szkoły.

 

-  Nic mi nie jest - odparł Tonino.

 

Zdziwił  się,  że  Paolo  pomyślał,  że  on  się  martwi.  Wcale  się  nie  martwił-  Tonął  w 

rozkosznych marzeniach. Może zrobię to przypadkiem, pomyślał.

 

Siedział w  klasie i układał różne brednie do melodii Anioła Caprony w  nadziei,  że  niektóre 

okażą się właściwe. Ale to jakoś go nie zadowalało- Potem, na lekcji prawdopodobnie historii - 
ponieważ  nie  słyszał  ani  słowa  -  olśniło  go  jak  błyskawica.  Już  wiedział,  co  powinien  zrobić. 
Oczywiście powinien znaleźć słowa. Pierwszy książę na pewno gdzieś' je zapisał i zgubił kartkę. 
Tonino  miał  misję  do  wypełnienia;  musiał  odszukać  ten  zaginiony  dokument.  Żadne  bzdurne 
wymyślanie  słów,  tylko  zwykła  detektywistyczna  robota.  I  Tonino  miał  pewność,  że  ta  książka 
stanowi wskazówkę. Musiał znaleźć obłażący z farby niebieski dom, a kartka ze słowami będzie 
gdzieś niedaleko stamtąd.

 

-  Tonino - zapytał go nauczyciel po raz czwarty - dokąd podróżował Marco Polo?

 

Tonino nie słyszał pytania, ale zorientował się, że go o coś pytają.

 

-  Anioł Caprony - odpowiedział.

 

Nikt  w  całej  szkole  nie  wyciągnął  nic  sensownego  z  Tonina  tamtego  dnia.  Chłopiec  myślał 

tylko o swoim cudownym odkryciu. Nawet nie przyszło mu do głowy, że wuj Umberto sprawdził 
przecież  każdy  papierek  w  uniwersyteckiej  bibliotece  i  nie  znalazł  słów  do  Anioła,  Tonino 
wiedział swoje.

 

Po  szkole  schował  się  przed  Paolem  i  kuzynami.  Jak  tylko  bezpiecznie  odeszli  do  Casa 

Montana, Tonino ruszył w przeciwną stronę, w kierunku doków i nabrzeży przy Nowym Moście.

 

Godzinę później Rosa powiedziała do Paola:

 

-  Co się dzieje z Benvenutem? Popatrz na niego.

 

Paolo  przechyli!  się  przez  poręcz  galerii  obok  Rosy.  Berwenuto,  zdumiewająco  mały  i 

ż

ałosny  z  tej  odległości,  biegał  tam  i  z  powrotem  tuż  przed  bramą  i  miauczał  rozpaczliwie.  Co 

jakiś czas, jakby ze zdenerwowania, sam nie wiedział, co robi, siadał w bramie, wystawiał tylną 
łapę i lizał ją gorączkowo. Potem zrywał się i znowu biegał.

 

Paolo nigdy jeszcze nie widział, żeby Benvenuto tak się zachowywał. Zawołał:

 

-  Benyenuto, o co chodzi? 
Kot obrócił się, przypadł do ziemi i wbił w chłopca naglący wzrok. Oczy miał jak dwie żółte 

latarnie  rozpaczy.  Zamiauczał  tak  przeciągle,  natarczywie  i  prosząco,  że  żołądek  podjechał 
Paolowi do gardła.

 

-  Co się stało, Benvenuto? - zawołała Rosa.

 

Benvenuto z irytacją machnął ogonem. Wykonał wielki sus i znikł. Rosa i Paolo wychylili się 

nad  poręczą  i  wyciągnęli  szyje,  żeby  go  zobaczyć.  Benvenuto  sta!  teraz  na  beczce  z  wodą  i 
chłostał  ją  ogonem.  Jak  tylko  spostrzegł,  że  go  widzą,  znowu  wbił  w  nich  wzrok  i  wydał 
naprawdę przeraźliwy wrzask.

 

background image

Miau, miau, miau, miaouuu! 
Paolo i Rosa bez dalszych ceregieli popędzili do schodów i z łomotem zbiegli na dół. Wrzaski 

Benvenuta  przyciągnęły  już  wszystkie  inne  koty  z  domu.  Przemykały  przez  dziedziniec  i 
zeskakiwały  z  dachów,  zanim  Paolo  i  Rosa  dotarli  do  połowy  schodów.  Musieli  ostrożnie 
podchodzić do beczki wśród powodzi gładkich,  futrza-stych grzbietów i niespokojnych, żółtych 
lub zielonych ślepiów.

 

-  Miaouuu! - powiedział rozkazująco Benvenuto, kiedy do niego dotarli.

 

Takiego chudego i brązowego Benvenuta Paolo jeszcze nie widział. Kot miał świeżą szramę 

na uchu, futro wystrzępione i posklejane w strąki. Wyglądał wyjątkowo nędznie.

 

-  Miaouuu! -powtórzył, szeroko rozwierając różowy pyszczek.

 

-  Coś złego się stało - powiedział niepewnie Paolo. - On próbuje nam coś powiedzieć.

 

Ze  skruchą  pomyślał,  że  powinien  był  dotrzymać  słowa  i  nauczyć  się  rozumieć  Benvenuta. 

Ale  skoro  Toninowi  przychodziło  to  tak  łatwo,  nie  warto  było  się  wysilać.  A  teraz  Benvenuto 
miał pilną wiadomość - może od samego Chrestomanciego - a Paolo nic nie rozumiał.

 

-  Lepiej zawołajmy Tonina - zaproponował. Benvenuto ponownie chlasnął ogonem.

 

-  Miaouuu! - wymówił z olbrzymim naciskiem. Wszystkie koty wokół Rosy i Paola również 

rozwarły różowe pyszczki. MIAOUUU! zabrzmiało ogłuszająco. Paolo patrzył bezradnie.

 

Dopiero Rosa odgadła znaczenie tego dźwięku.

 

-  Tonino! - wykrzyknęła. -One mówią: „Tonino"! Paolo, gdzie jest Tonino?

 

Z  ukłuciem  niepokoju  Paolo  przypomniał  sobie,  że  nie  widział  Tonina  od  śniadania.  I  jak 

tylko  to  sobie  uświadomił,  Rosa  także  wiedziała,  I  zgodnie  z  naturą  Casa  Montana,  alarm  w 
jednej chwili dotarł do wszystkich. Ciotka Giną wypadła z kuchni z kuchennymi szczypcami w 
jednej  ręce  i  warząchwią  w  drugiej.  Domenico  i  ciotka  Maria  przyszli  z  salonu,  a  Elizabeth 
pojawiła  się  na  galerii  przed  pokojem  muzycznym  razem  z  pięciorgiem  małych  kuzynów.  W 
otwartych drzwiach skryptorium tłoczyły się zatrwożone twarze.

 

Benvemito śmignął ogonem i wskoczył na schody galerii. Pomknął na górę w asyście reszty 

kotów, a Paolo i Rosa pospieszyli za nimi, brodząc wśród zwinnych czarnych i białych ks2tałtów. 
Wszyscy  zebrali  się  w  mieszkaniu  Antonia.  Ludzie  napływali  ze  skryptorium,  Elizabeth 
przybiegła  z  galerii  a  ciotka  Maria  i  ciotka  Giną  wgramoliły  się  po  schodach  przy  kuchni  tak 
szybko, jak jeszcze nigdy w życiu. Głuchy tupot biegnących stóp wypełnił Casa Montana,

 

Cala rodzina wcisnęła sie za Rosą i Paolem do pokoju, gdzie zwykle Tonino spędzał czas na 

czytaniu.  Nie  była  tam  Tonina,  tylko  czerwona  książka  leżała  na  parapecie.  Już  nie  błyszczała. 
Kartki  napuchły  na  brzegach,  a  czerwona  okładka  wywijała  się  na  zewnątrz,  jakby  książka 
zmokła.

 

Benvenuto,  ze  zmierzwionym  brązowym  futrem  stojącym  sztywno  na  grzbiecie  i  ogonem 

napuszonym jak lisia kita, wskoczył na parapet obok książki i nieroztropnie wysunął nos, żeby ją 
obwąchać. Odskoczył do tyłu, potrząsnął głową, skulił się i zawarczał jak pies. Dym popłynął z 
książki.  Ludzie  i  koty  kichali.  Książka  skręcała  sie  i  trzepotała  kartkami  wśród  kłębów  dymu, 
zupełnie  jakby  się  paliła.  Lecz  zamiast  poczernieć  w  tych  dymiących  miejscach,  zrobiła  sie 
bladosina i oślizła. Smród zgnilizny rozszedl się po pokoju,

 

-  Fuj! - powiedzieli wszyscy. 
Stary Niccolo rozepchnąl rodzinę na prawo i lewo, żeby dostać się do książki. Stanął nad nią i 

zaśpiewał silnym tenorem, niemal równie dobrym jak głos Marca, trzy dziwne słowa. Odśpiewał 
je dwukrotnie, zanim musiał przerwać, bo się zakaszlał.

 

-  Śpiewajcie! - zachrypiał, łzy spływały mu po twarzy. - Wszyscy,

 

Wszyscy Montanowie posłusznie zaintonowali pieśń, trzy długie słowa unisono. I jeszcze raz. 

background image

I jeszcze raz. Sporo osób kaszlało, chociaż dym wyraźnie zrzedl. Stary Niccolo doszedł do siebie 
i  wzniósł  ręce  jak  dyrygent  chóru.  Wszyscy,  którzy  mogli,  zaśpiewali  jeszcze  raz.  Trzeba  było 
dziesięciu  powtórzeń,  żeby  powstrzymać  rozkład  książki.  Przez  ten  czas  zmieniła  się  w 
skurczony  trójkąt,  była  o  połowę  mniejsza  niż  przedtem.  Antonio  wychylił  się  ostrożnie  i 
otworzył okno za książką, żeby wywietrzyć resztki dymu.

 

-  Co to było? - zapyta! starego Niccola, - Ktoś próbował nas udusić?

 

-  Myślałam, że Umberto ją przysłał -wyjąkała EJizabeth. -Nigdy bym nie pozwoliła...

 

Stary Niccolo pokręcił głową.

 

-  Umberto nigdy nie przysyłał niczego takiego. I wątpię, czy miała kogoś zabić. Zobaczymy, 

jaki to rodzaj zaklęcia.

 

Strzelił  palcami  i  wyciągnął  rękę,  jak  chirurg  przy  stole  operacyjnym.  Ciotka  Giną  bez 

ponaglania włożyła mu szczypce dorcki. Ostrożnie, delikatnie stary Niccolo odwrócił szczypcami 
okładkę książki.

 

-  Zepsute dobre szczypce - burknęła ciotka Giną.

 

-  Ciii... - syknął stary Niccolo.

 

Skurczone stronice książki skleiły się w gumowaty blok, Niccolo ponownie strzelił palcami i 

wyciągnął rękę. T^m razem Rinal-do włożył mu do ręki pióro, które trzymał.

 

-  I dobre pióro - wykrzywił się do ciotki Giny.

 

Posługując  się  piórem  i  szczypcami,  stary  Niccolo  zdołał  rozdzielić  zlepione  kartki  bez 

dotykania rękami i obejrzeć każdą po kolei. Na obu ramionach Paola opierały się podbródki osób 
zaglądających  z  tyłu,  a  na  ramionach  właścicieli  tych  podbródków  opierały  się  kolejne 
podbródki. Nie słychać było żadnego dźwięku, tylko oddechy.

 

Prawie  na  każdej  stronie  druk  rozpłynął  się  i  został  tylko  jeden  znak  na  oślizłej,  skórzastej 

powierzchni,  wcale  niepodobnej  do  papieru.  Stary  Niccolo  oglądał  uważnie  każdy  znak  i 
chrząkał. Chrząknął ponownie na widok pierwszego obrazka, który rozpłynął się tak jak druk, ale 
zostawił wyraźniejszy znak. Na następnych stronach, chociaż druk całkiem znikł, pozostawiony 
znak  był  coraz  wyraź-niejszy,  aż  do  środka  książki,  gdzie  zaczął  znowu  blaknąć  i  na  ostatnich 
kartkach zrobił się ledwie widoczny.

 

Stary Niccolo odłożył pióro i szczypce w przerażającym milczeniu.

 

-  Na wylot - powiedział wreszcie.

 

Ludzie poruszyli się, ktoś zakaszlał, ale nikt nic nie powiedział.

 

-  Nie wiem - ciągnął stary Niccolo - z jakiej substancji sporządzono ten przedmiot, ale potrafię 
rozpoznać czar przywołania. Tonino został jakby zahipnotyzowany, jeśli przeczytał tę książkę.

 

-  On rzeczywiście byl trochę dziwny przy śniadaniu - szepnął Paolo.

 

-  Na pewno - przyświadczy! jego dziadek. Popatrzył z namysłem na skurczony kikut książki, 

a  potem  rozejrzał  się  po  stłoczonych  twarzach  rodziny.  -  Kto  -  zapytał  cicho  -  chciałby  zesłać 
silny  czar  przywołujący  na  Tonina  Montanę?  Kto  byłby  tak  podły,  żeby  zaatakować  dziecko? 
Kto...?

 

Odwrócił  się nagle do Benvenuta, skulonego  obok  książki, a Benvenuto  przypadł brzuchem 

do parapetu, drżąc, z poszarpanymi uszami jakby przyklejonymi do płaskiego łebka.

 

-  Gdzie byłeś wczoraj w nocy, Benvenuto? - zapytał stary Niccolo jeszcze ciszej.

 

Nikt  nie  zrozumiał  odpowiedzi  skulonego  kota,  ale  wszyscy  się  domyślili.  Zdradzały  ją 

udręczone twarze Antonia i Elizabeth, zaciśnięte szczęki Rinalda, zwężone oczy ciotki Franceski, 
zwężone  niemal  do  zaniku,  i  spojrzenie  ciotki  Marii  na  wuja  Lorenza;  ale  przede  wszystkim 
zdradził ją sam Berwenuto, kiedy padł na bok tyłem do pokoju, obraz kota w rozpaczy.

 

Stary Niccolo podniósł wzrok.

 

-    Czy  to  nie  dziwne?  -  zapytał  łagodnie.  -  Benvenuto  spędził  ostatnią  noc,  ścigając  białą 

background image

kocicę... po dachach Casa Petrocchi.

 

Zrobił przerwę, żeby te słowa zapadły wszystkim w pamięć.

 

-    Więc  Benvenuto  -  ciągnął  -  który  potrafi  rozpoznać  zły  czar,  był  nieobecny  i  nie  mógł 

ostrzec Tonina.

 

-  Ale dlaczego? - rzuciła desperacko Elizabeth. Stary Niccoio odparł jeszcze ciszej, o ile to 

możliwe:

 

-  Mogę tylko wywnioskować, moja droga, że Petrocchich opłaca Florencja, Siena lub Piza.

 

Znowu zapadło milczenie, ciężkie i znaczące. Przerwał je Antonio.

 

-    No  więc?  -  odezwał  się  tak  głuchym  i  ponurym  głosem,  że  Paolo  wytrzeszczył  na  niego 

oczy. - No więc? Idziemy?

 

-    Oczywiście  -  powiedział  stary  Niccolo.  -  Domenico,  podaj  mi  moją  czarną  książeczkę  z 

zaklęciami.

 

Wszyscy  wyszli  z  pokoju  tak  nagle  cicho  i  w  skupieniu,  że  Paolo  został  sam  i  nie  bardzo 

wiedział, co się dzieje. Niepewnie odwrócił się do drzwi i odkrył, że Rosa też została. Siedziała 
na łóżku Tonina, podpierając głowę ręką, biała jak Toninowe prześcieradła.

 

-    Paoło  -  szepnęła  -  powiedz  Klaudii,  że  jeśli  chce  wyjść,  zajmę  się  dzieckiem.  Zajmę  się 

wszystkimi maleństwami.

 

Podniosła  oczy  na  Paola  i  patrzyła  tak  dziwnie,  że  Paoło  nagle  się  przestraszył.  Z  ulgą 

wybiegł  na  galerię.  Rodzina,  nadał  cicha  i  posępna,  gromadziła  się  na  dziedzińcu.  Paolo  zbiegł 
tam i przekazał wiadomość. Protestujące maluchy zaprowadzono na górę do Rosy, ale Paolo nie 
pomagał.  Znalazł  wzrokiem  Elizabeth,  Lucie  i  przepchnął  się  do  nich.  Elizabeth  objęła  go 
jednym ramieniem, a drugim objęła Lucie.

 

-  Trzymajcie się blisko mnie, kochani - powiedziała. - Obronię was.

 

Paolo  zerknął  na  Lucie  i  zobaczył,  że  Lucia  wcale  się  nie  boi.  Była  podekscytowana. 

Mrugnęła do niego. Paolo odmrugnął i poczuł się lepiej.

 

Minutę później stary Niccolo zajął swoje miejsce na czele rodziny i wszyscy pospieszyli do 

bramy.  Ledwie  Paolo  przecisnął  się  na  drugą  stronę,  popychając  z  jednej  strony  matkeT  a  z 
drugiej  Do-menica,  kiedy  drogą  nadjechał  powóz,  z  którego  wygramolił  się  wuj  Umberto. 
Podszedł do starego Niccola w ten sam .spokojny, ponury sposób co reszta rodziny.

 

-  Kto został porwany? Bernardo? Domenico?

 

-  Tonino - odpowiedział stary Niccolo. - Książka z herbem uniwersytetu na opakowaniu.

 

Wuj Umberto odparł:

 

-  Luigi Peirocchi też jest członkiem uniwersytetu.

 

-  Pamiętam o tym- zapewnił stary Niccolo.

 

-  Pójdę z wami do Casa Petrocchi -oświadczył wuj Umberto. Pomachał do woźnicy, żeby go 

odesłać. Woźnica posłuchał aż

 

nazbyt skwapliwie. Mało nie poprzewracał koni, kiedy próbował zbyt gwałtownie zawrócić. 

Widok wszystkich mieszkańców Casa Montana, wylęgających ponuro na ulicę, to chyba było dla 
niego za wiele.

 

Paolowi sprawiło to przyjemność. Spojrzał w tył i w przód, kiedy Montanowie ruszyli po Via 

Magica, i urosła w nim duma. Byli tak liczni. I tak jednomyślni. Wszystkie twarze miały ten sam 
zdecydowany wyraz. I chociaż dzieci dreptały, a młodzi mężczyźni maszerowali, chociaż panie 
stukały eleganckimi obcasikami po bruku, chociaż stary Niccolo drobił nogami, a Antonio, który 
nie mógł się doczekać konfrontacji z Petrocchimi, stawiał wydłużone, posuwiste kroki, wspólny 
cel nadawał całej rodzinie wspólny rytm, Pa-olo niemal uwierzył, że kroczyli noga w nogę.

 

Gromada przewaliła się po Via Santł Angelo i skręciła za róg na Corso, w stronę przeciwną 

background image

do katedry. Ludzie robiący zakupy pospiesznie ustępowali im z drogi. Ale stary Niccolo był zbyt 
rozgniewany,  żeby  skorzystać  z  chodnika  jak  zwykły  przechodzień.  Poprowadził  rodzinę 
ś

rodkiem  jezdni.  Maszerowali  niczym  mściwa  armia,  zmuszając  samochody  i  powozy,  żeby 

wjeżdżały  na  krawężniki,  a  stary  Niccolo  kroczył  dumnie  na  czele.  Trudno  było  uwierzyć,  że 
otyły starzec z twarzą dziecka może wyglądać tak wojowniczo.

 

Corso zakręca lekko za pałacem arcybiskupa. Dalej znowu biegnie prosto pomiędzy sklepami 

i  mija  z  jednej  strony  kolumny  Galerii  Sztuki,  a  z  drugiej  pozłacane  drzwi  Arsenału.  Rodzina 
pokonała zakręt i zobaczyła, że z naprzeciwka nadchodzi drugi podobny tłum, również zajmując 
ś

rodek drogi. Petrocchi też wyruszyli na bój.

 

-  Niezwykłe! -mruknął wuj Umberto.

 

-  Doskonale! - parsknął stary Niccolo.

 

Dwie  rodziny  zbliżały  się  do  siebie.  Panowała  całkowita  cisza,  mącona  tylko  odgłosem 

kroków.  Wszyscy zwykli obywatele pospiesznie schodzili z ulicy, jak tylko zobaczyli całą Casa 
Montana  nacierającą  na  całą  Casa  Petrocchi.  Ludzie  pukali  do  drzwi  obcych  domów  i 
wpuszczano  ich  bez  pytania.  Kierownik  Grossiego,  największego  sklepu  w  Capronie,  rozwarł 
szeroko  szklane  drzwi  i  wysłał  ekspedientów,  żeby  sprowadzili  wszystkich  przechodniów  w 
okolicy*  Potem  zamknął  drzwi  i  opuścił  przed  nimi  żelazną  kratę.  Blade  twarze  wyglądały 
spomiędzy  krat  na  nadciągających  zaklinaczy.  Oddział  rezerwistów,  świeżo  powołanych  i 
maszerujących  niezdarnie  w  wygniecionych  nowych  mundurach,  ku  swemu  przerażeniu  dostał 
się pomiędzy dwie przeciwne strony. Wszyscy po-gnieceni rezerwiści jak jeden mąż złamali szyk 
i uciekli, szukając schronienia w Arsenale. Wielkie pozłacane drzwi zatrzasnęły się za nimi w tej 
samej chwili, kiedy stary Niccolo zatrzymał się twarzą w twarz z Guidem Petrocchim.

 

-  No więc? - rzucił stary Niccolo, ciskając błyskawice z oczu.

 

-  No więc? - odwzajemnił się Guido, wysuwając do przodu rudą brodę.

 

-  Czy to Florencja czy Piza zapłaciła wam za porwanie mojego wnuka Tonina?

 

Guido Petrocchi zaśmiał się szczekliwie, z pogardą.

 

-  Zapytaj raczej - powiedział - czy to Piza czy Siena zapłaciła wam za porwanie mojej córki 

Angeliki?

 

-    Wydaje  ci  się  -  warknął  stary  Niccolo  -  że  zamydlisz  nam  oczy  takim  gadaniem,  ty 

porywaczu dzieci?

 

-  Oskarżasz mnie o kłamstwo? - syknął Guido.

 

-  Tak! zagrzmiała Casa Montana. - Kłamca!

 

-  I nawzajem! - zaryczała rudowłosa Casa Petrocchi, tłocząc się za szczupłym, nasrożonym 

Guidem. - Parszywi kłamcy!

 

Walka rozpoczęła się, zanim jeszcze przebrzmiały okrzyki. Nie wiadomo, kto zaczął. Wrzaski 

po obu stronach mieszały się ze śpiewem i mamrotaniem. Karty trzepotały w licznych dłoniach. 
Nagle  w  powietrzu  znalazło  się  mnóstwo  latających  jajek.  Paolo  oberwali  jednym,  bardzo 
tłustym  sadzonym  jajkiem,  prosto  w  usta,  co  tak  go  rozwścieczyło,  że  również  zaczął 
wykrzykiwać  na  całe  gardło  jajeczne  zaklęcia.  Jajka  spadały  z  nieba,  sadzone  jajka,  jajecznica, 
jajka w koszulkach, na miękko i na twardo, świeże jajka zepsute tak okropnie, że wybuchały jak 
bomby,  kiedy  trafiły  w  cel.  Wszyscy  ślizgali  się  na  jajecznym  bruku.  Jajka  spływały 
przeciwnikom po włosach i zalewały ubrania.

 

Potem ktoś zmienił czar na zgniłe pomidory. Natychmiast nad Corso zaczęły fruwać rozmaite 

nieprzyjemne  rzeczy:  zimne  spaghetti  i  krowie  placki  -  chociaż  pomysł  pochodził  pewnie  od 
Rinalda,  bardzo  szybko  podchwyciły  go  obie  strony  -  główki  kapusty,  zdechłe  szczury  i  kurze 
wątróbki; fontanny oliwy i lodowatej wody.

 

Nic  dziwnego,  że  zwykli  ludzie  trzymali  się  z  daleka.  Jajka  i  pomidory  spływały  po  kracie 

background image

przed  drzwiami  Grossiego  i  rozbryzgiwały  się  na  białych  kolumnach  Galerii  Sztuki.  Główki 
zgniłej kapusty z hukiem uderzały w mosiężne drzwi Arsenału.

 

W tej pierwszej, chaotycznej fazie bitwy każdy oddzielnie dawał upust złości. Ale kiedy już 

wszyscy  lepili  się  od  brudu,  ich  gniew  przybrał  bardziej  określoną  postać.  Obie  strony 
zaintonowały  bardziej  składną  pieśń.  Śpiew  spoteżnial  i  przerodził  się  w  dwa  silne  rytmiczne 
chóry.

 

W  rezultacie  przedmioty  fruwające  nad  Corso  wzniosły  się  w  górę  i  zmieniły  $ię  w  deszcz 

znacznie groźniejszych pocisków, Paolo podniósł wzrok i ujrzał chmurę przejrzystych, lśniących, 
lodowatych  odłamków  spadających  na  niego  z  nieba.  Początkowo  myślał,  że  to  śnieg,  dopóki 
jeden kawałek nie skaleczył go w ramię.

 

-  Złośliwe bestie - wrzasnęła Lucia obok niego. To potłuczone szkło]

 

Zanim spadła główna masa odłamków, przenikliwy tenor starego Niccola wzniósł się ponad 

krzykami i śpiewami:

 

-  Testudo!

 

Wsparł go głęboki bas Antonia i baryton wuja Lorenza:

 

-  Testudo!

 

Stopy zatupały. Paolo znał to zaklęcie. Pochyli! się, tupiąc ryt-^ i podtrzymywał czar razem z 

innymi. Caia rodzina tupała.

 

-  Testudo, testudo, testudo!

 

Nad  ich  pochylonymi  głowami  odłamki  szkła  odbijały  się  nieszkodliwie  od  niewidzialnej 

bariery.

 

-  Testudo!

 

Spomiędzy pochylonych pleców rodziny wzbił się słodki głos Ełizabeth w kolejnym zaklęciu. 

Dołączyła  do  niej  ciotka  Anna,  ciotka  Maria  i  Corinna.  Melodia  sopranów  unosiła  się  nad 
rytmicznie tupiącym chórem.

 

Paolo  wiedział  bez  wyjas'nień,  że  musi  podtrzymywać  czar  tarczy,  dopóki  Ełizabeth  rzuca 

swoje  zaklęcie.  To  samo  robili  wszyscy  inni.  Jakie  to  niezwykle,  zdumiewające,  podniecające, 
pomyślał. Każdy Montana chwytał w lot najdrobniejszą wskazówkę i działał jak na rozkaz.

 

Paolo  zaryzykował zerknięcie w  górę i zobaczył, że sopranowy  czar działa. Każdy odłamek 

szkła,  który  uderzył  w  niewidzialną  tarczę  stworzoną  z  pomocą  Paola,  zmieniał  się  w 
rozdrażnionego szerszenia i brzęcząc, zawracał do Petrocchich. Lecz Petrocchi po prostu zmienili 
je z powrotem w szklane odłamki i odrzucili. Jednocześnie Paolo poznał po rytmie ich śpiewu, że 
niektórzy  pracują  nad  zniszczeniem  zaklęcia  tarczy,  Paolo  śpiewał  i  tupał  jeszcze  bardziej 
zawzięcie.

 

Tymczasem  Rinaldo  ze  swoim  ojcem  śpiewali  łagodnie,  melodyjnie,  pracując  na  czymś 

jeszcze  innym.  Większość  pań  przyłączyła  się  do  pieśni  szerszeni,  żeby  Petrocchi  się  nie 
zorientowali,  f  przez  cały  czas  reszta  rodziny  tupała,  tupała,  podtrzymując  zaklęcie  tarczy.  To 
brzmiało jak najwspanialszy chór w największej operze, tylko miało inny cel. Cel ujawnił się w 
kakofonii  głosów. Petrocchi zachwiali się i wyrzucili w  górę ramiona.  Kocie łby bruku pod ich 
stopami  zadrżały  i  solidne  Corso  zaczęło  się  zapadać,  W  odpowiedzi  Petrocchi  natychmiast 
zaśpiewali  inny  potężny  akord,  z  niezliczonymi  dysonansami.  Montanowie  nagle  znaleźli  się 
wewnątrz ściany ognia.

 

Nastąpiło  totalne  zamieszanie.  Paolo  z  osmalonymi  włosami  zatoczył  się  na  kamieniach, 

które dygotały i ustępowały pod stopami.

 

-  Voltava! - wymówił gorączkowo. - Voltava!

 

Za  jego  plecami  syczały  płomienie.  Kłęby  pary  przesłoniły  nawet  wysoką  Galerię  Sztuki, 

kiedy rzeka odpowiedziała na wezwanie i zalała Corso.  Woda sięgała Paolowi do kolan, potem 

background image

do pasa i ciągle wzbierała. Za dużo wody. Widocznie ktoś sfałszował i Paolo podejrzewał, że ten 
ktoś to on. Zobaczył kuzynkę Lenę prawie po szyję w wodzie i złapał ją. Holując Lenę, pobrnąl 
w poprzek nurtu, po zapadającym się bruku, w stronę schodów przed Arsenałem.

 

Ktoś  wykazał  dość  rozsądku,  żeby  zastosować  zaklęcie  kasujące.  Wszystko  nagle  się 

oczyściło,  znikły  para,  woda  i  dym,  Paolo  stał  na  stopniach  Galerii  Sztuki,  wcale  nie  przed 
Arsenałem.  Za  jego  plecami  Corso  zmieniło  się  w  rumowisko  obluzowanych  brukowców, 
umazanych  błotem,  oblepionych  krowimi  plackami,  sadzonymi  jajkami  i  pomidorami.  Nawet 
gdyby Caprone najechały armie Florencji, Pizy i Sieny, nie narobiłyby więcej bałaganu.

 

Paolo poczuł, że ma dosyć. Lena płakała. Była za mała. Powinna zostać z Rosą. Widział, jak 

jej matka podnosi Lucie z błota, a Ri-naldo pomaga wstać ciotce Ginie.

 

-  Wracajmy do domu, Paolo - zakwiliła Lena.

 

Ale walka jeszcze się nie skończyła. Montanowie i Petrocchi zbierali się w małe, zabłocone 

grupki i obrzucali się obelgami.

 

-  Ja ci pokażę tłuczone szkło!

 

-  To ty zacząłeś!

 

-  Petrocchi, ty kłamliwa świnio! Porywaczu!

 

-  Sam jesteś' s'winia! Partacz zaklęć! Zdrajca!

 

Ciotka  Giną i Rinaldo, ślizgając  się, podeszli do  czegoś,  co wyglądało jak pagórek  błota na 

ś

rodku  ulicy.  Z  trudem  dźwignęli  masywne  cielsko  ciotki  Franceski,  upaćkanej  błotem  i 

wścieklej jak jeszcze nigdy przedtem.

 

- Wy brudni Petrocchi! Żądam pojedynku! - wrzasnęła.

 

Jej głos zazgrzytał jak zębate ostrze piły i wypełnił Corso.

 

 

ROZDZIA

Ł 7

 

Wyzwanie  ciotki  Giny  podburzyło  do  wałki  obie  strony.  Damski  głos  wśród  Petrocchich 

krzyknął: „Zgoda!" i obie zabłocone grupy ponownie pospieszyły na środek Corso.

 

Paolo dołączył do rodziny i usłyszał, jak stary Niccolo mówi:

 

-  Nie bądź głupia, Francesco!

 

Wyglądał  bardziej  na  błotnego  goblina  niż  na  głowę  rodziny.  Ze  zmęczenia  ledwie  mógł 

mówić.

 

-  Oni nas obrazili i napadli! - oświadczyła ciotka Francesca. -Zasługują, żeby ich pohańbić i 

wybębnić z Caprony! I ja to zrobię! Poradzę sobie jedną ręką z każdym Petrocchim!

 

Wyglądała  na  to,  nawet  taka  gruba  i  zabłocona,  z  szeroką  czarną  suknią  w  strzępach  i 

rozczochranymi siwymi włosami spadającymi na jedno ramię.

 

Reszta  Montanów  wiedziała  jednak,  że  ciotka  Francesca  jest  starą  kobietą.  Rozległ  się  chór 

protestów.  Wuj  Lorenzo  i  Rinaldo  jednocześnie  zaofiarowali  się  ją  zastąpić  w  pojedynku  z 
zawodnikiem Petrocchich.

 

-  Nie - sprzeciwił się stary Niccolo. - Rinaldo, byłeś raimy... Przerwały mu szydercze okrzyki 

Petrocchich:

 

-  Tchórze! Chcemy pojedynku!

 

Ubłocona twarz starego Niccola wykrzywiła się gniewnie.

 

-  Doskonale, będą mieli swój pojedynek - oznajmił, - Anto-niot wyznaczam ciebie. Wystąp.

 

Paolo  poczuł  przyptyw  dumy.  Wiec  jednak  jego  ojciec  był,  jak  Paolo  zawsze  myślał, 

najlepszym  zaklinaczem  w  Casa  Montana.  Ale  duma  zmieszała  się  z  obawą,  kiedy  zobaczył 
wyraz niechęci na zmartwionej twarzy ojca i gest, jakim matka chwyciła go za ramię.

 

background image

-  Ruszaj! - rozkazał ostro stary Niccolo.

 

Antonio powoli wyszedł na puste miejsce pomiędzy dwiema rodzinami, potykając się trochę 

na obluzowanych kamieniach bruku.

 

-  Jestem gotów! - zawołał do Petrocchich. - Kogo wystawiacie?

 

Najwyraźniej wśród Petrocchich wystąpiła jakaś różnica zdań. Przestraszony głos zawołał:

 

-  To Antonio! 
Potem wybuchła ożywiona paplanina. Z niepewnych spojrzeń i obracających się głów Paolo 

wywnioskował,  że  szukają  jakiegoś  Petrocchiego,  który  zaginął  w  niewyjaśniony  sposób.  Ale 
gwar  ucichł  i  z  tłumu  wystąpił  sam  Guido  Petrocchi,  Paolo  widział  kilku  Petrocchich  równie 
zaniepokojonych jak Elizabeth.

 

-  Ja też jestem gotów - oznajmił Guido Petrocchi, gniewnie szczerząc zęby.

 

Twarz miał oblepioną błotem i wyglądał jak dzikus. W dodatku był duży i krzepki. Antonio 

przy nim wydawał się mały i kruchy.

 

-    I  żądam  walki  bez  ograniczeń!  -  prychnął  Guido  z  jeszcze  większym  gniewem  niż  stary 

Niccolo.

 

-    Dobrze  -  powiedział  Antonio.  Głos  mu  nawet  nie  zadrżał.  -Zdajesz  sobie  sprawę,  że  to 

oznacza walkę do końca?

 

-  Mnie to całkowicie odpowiada - odpart Guido. Przypominał olbrzyma z bajki. Paolo nagle 

poczuł strach.

 

Właśnie w tej chwili pojawiła się książęca policja. Nadjechali cicho i ukradkiem na rowerach 

po chodnikach. Nikt ich nie zauważył, dopóki szef policji i jego zastępca nie stanęli obok dwóch 
zawodników.

 

-  Guido Petrocchi i Antonio Montana - powiedział zastępca -aresztuję was za...

 

Obaj  zawodnicy  podskoczyli,  odwrócili  się  i  zobaczyli  z  obu  stron  niebieskie  mundury  z 

galonami,

 

-    Och,  odejdźcie  stąd!  -  zawołał  stary  Niccolo,  podchodząc  pospiesznie.  -  Czemu  musicie 

przeszkadzać?

 

-    Tak,  odejdźcie  -  powtórzył  Guido.  -  Jesteśmy  zajęci.  Zastępca  cofnął  się  na  widok  miny 

Guida, ale szef policji był

 

dzielnym  mężczyzną  z  imponującym  wąsem  i  musiał  podtrzymywać  swoją  reputację 

dzielnego śmiałka. Skłonił się przed starym Niccolem.

 

-  Ci dwaj są aresztowani - oznajmił. - Pozostałym nakazuję, by pogodzili się i pamiętali, że 

nadchodzi wojna,

 

-  My już prowadzimy wojnę- oświadczył stary Niccolo. -Odejdź.

 

-  Żałuję - powiedział szef policji - ale to niemożliwe.

 

-  W takim razie nie mów, że cię nie ostrzegałem - powiedział Guido.

 

Dorośli  z  obu  rodzin  odśpiewali  krótką  melodię.  Paolo  żałował,  że  nie  zna  tego  zaklęcia. 

Wydawało się użyteczne. Jak tylko pieśń dobiegła końca, Rinaldo i jakiś krzepki miody Petrocchi 
podeszli  do  dwóch  policjantów  i  odciągnęli  ich  na  bok.  Policjanci  byli  sztywni  jak  manekiny 
krawieckie w zakratowanym oknie wystawowym sklepu Grossiego. Rinaldo i drugi młodzieniec 
położyli ich na stopniach Galerii Sztuki i wrócili każdy do swojej rodziny, nie patrząc jeden na 
drugiego. Co do reszty książęcej policji, znikła w niewytłumaczony sposób razem z rowerami.

 

-  Gotowy? - zapytał Guido.

 

-  Gotowy - potwierdził Amonio. I pojedynek się rozpoczął.

 

Później  Paolo  uświadomił  sobie,  że  walka  nie  mogła  trwać  dłużej  niż  trzy  minuty,  chociaż 

wtedy  wydawała  się  ciągnąć  bez  końca,  ponieważ  w  tym  krótkim  czasie  siła,  szybkość  i 
umiejętności  obu  zawodników  zostały  wystawione  na  najtrudniejszą  próbę.  Pierwsza  i  chyba 

background image

najdłuższa  część  pojedynku  polegała  na  tym,  że  przeciwnicy  sprawdzali  nawzajem  swoje 
otwarcia, toteż działo się stosunkowo niewiele. Obaj stali lekko pochyleni do przodu, mamrotali, 
nucili, od czasu do czasu szybko poruszali ręką.

 

Paolo  wpatrywał  się  w  napiętą  twarz  ojca  i  zastanawiał  się,  co  się  dzieje.  Potem  w  jednej 

chwili  Guido  przemienił  się  w  biało-czerwoną  kraciastą  płachtę  w  kształcie  człowieka.  Ktoś 
westchnął.  Lecz  niemal  jednocześnie  Antonio  zmienił  się  w  tekturowego  człowieka  pokrytego 
zielonymi trójkątami. Potem obaj błyskawicznie powrócili do swoich zwykłych postaci.

 

Szybkość  przemian  zdumiała  Paola.  Z  obu  stron  rzucono  nie  tylko  zaklęcie,  ale  również 

przeciwzaklęcie i zaklęcie przeciw temu zaklęciu, i wszystko to w czasie ledwie wystarczającym, 
ż

eby  westchnąć.  Obaj  przeciwnicy  dyszeli  i  mierzyli  się  czujnym  wzrokiem.  Najwyraźniej  siły 

były wyrównane.

 

Ponownie  przez  chwilę  jakby  nic  się  nie  działo,  tylko  obaj  zawodnicy  leciutko  migotali. 

Potem  Antonio  uderzył  nagle,  mocno;  stało  się  jasne,  że  przez  cały  czas  przygotowywał  silne 
zaklęcie  pod  osłoną  trywialnych  sztuczek,  które  miały  tylko  zająć  Guida.  Guido  krzyknął  i 
rozsypał  się  w  pył,  który  zawirował  spiralnie  nad  ziemią.  Lecz  rozsypując  się,  zdążył  rzucić 
własne  silne  zaklęcie  na  Antonia.  Antonio  rozpadł  się  na  tysiąc  kawałeczków  jak  rozrzucona 
obrazkowa układanka.

 

Przez nieskończony czas spirala pyłu i stos odłamków wisiały w powietrzu. Obaj przeciwnicy 

walczyli, żeby pozostać w całości i nie runąć na powyrywane brukowce Corso. Co więcej, nadal 
usiłowali  rzucać  czary.  Wreszcie,  kiedy  Antonio  w  jednym  kawałku  zatoczył  się  do  przodu, 
trzymając  w  prawej  dłoni  jakiś  czerwony  owoc,  ledwie  miał  czas  zrobić  unik.  Guido  byt 
lampartem w skoku.

 

Elizabeth wrzasnęła.

 

Antonio rzucił się w bokt zaczerpnął tchu i zaśpiewał:

 

-  OHphansl

 

Zwykle  jedwabisty  glos  zabrzmiał  szorstko  i  chrapliwie,  ale  trafił  we  właściwe  nuty. 

Gigantyczny słoń, z kłami dłuższymi niż cały Paolo, przesłonił niskie słońce i wstrząsnął całym 
Corso, kiedy z rozłożonymi uszami nacierał, żeby stratować atakującego lamparta. Trudno było 
uwierzyć,  że  ta  ogromna  bestia  to  w  rzeczywistości  chudy,  wiecznie  zmartwiony  Antonio 
Montana.

 

Przez  jedno  mgnienie  lampart  stal  się  Guidem  Petrocchim,  bardzo  bladym  na  twarzy  i 

płomiennie rudym na brodzie, bełkoczącym gorączkowo;

 

-  Kitka-nitka-witka-mus! 
On też widocznie utrafił we właściwą nutę, ponieważ zniknął.

 

Montanowie  zaczęli  wiwatować  na  widok  tchórzostwa  Guida,  kiedy  słoń  nagle  wpadł  w 

panikę.  Paoto  dojrzał  na  mgnienie  maleńką  myszkę  wskakującą  agresywnie  na  wielką  przednią 
słoniową  nogę,  zanim  Antonio  rzucił  się  do  ucieczki.  Przeraźliwe  trąbienie  rozdzierało  uszy 
Paota, Słoń kompletnie oszalał: rzucał się na oślep tu i tam wśród przerażonych Montanów. Obok 
Paola  przebiegła  Lucia,  niosąc  Lenę  przyciśniętą  plecami  do  piersi.  Paolo  chwycił  za  ramię 
małego Bernarda i pobiegł razem z nim, krzywiąc się na okropny, bezradny, kwiczący ryk ojca.

 

Słonie  boją  się  myszy,  strasznie  się  boją,  A  niewielu  ludzi  potrafi  zmieniać  postać  i  nie 

przejąć  natury  istoty,  w  którą  się  zmieniają.  Wydawało  się,  że  Guido  Petrocchi  nie  tylko 
zwyciężył, ale na dokładkę spowodował zadeptanie na śmierć większos'ci Montanów,

 

Lecz kiedy Paolo ponownie się obejrzał, Elizabeth stała na drodze słonia i patrzyła mu prosto 

małe dzikie ślepka.

 

-  Antonio! - krzyknęła. - Antonio, opanuj się! Wydawała się taka maleńka, a słoń pędził tak 

background image

szybko, że Paolo

 

zamknął oczy.

 

Otworzył je w samą porę, żeby zobaczyć, jak stoń sadza sobie jego matkę na grzbiecie. Łzy 

ulgi  zaćmiły  Paolowi  wzrok  i  prawie  nie  widział  kolejnego  ataku  Guida.  Usłyszał  tylko 
zgrzytliwe klekotanie, poczuł okropny smród i dostrzegł jakby ruchomą wieżę. Słoń obróci! się, a 
Elizabeth  przywarła  do  jego  grzbietu.  Teraz  stanął  naprzeciwko  potężnej  żelaznej  machiny, 
większej  nawet  od  niego,  która  wydawała  mechaniczny  warkot  i  wypełniała  Corso  paskudnym 
sinym  dymem.  Ta  rzecz  powoli  jechała  w  kierunku  Antonia  na  masywnych  gąsienicach.  Lufa 
brom na przodzie przesunęła się i wycelowała między oczy słonia.

 

W  mgnieniu  oka  Antonio  stał  się  inną  maszyną.  Tak  się  spieszył  i  tak  niewiele  wiedział  o 

maszynach, że stworzył  nader dziwaczną konstrukcję. Miała bładobłękitny kolor i poruszała się 
na ogromnych gumowych kołach. Zresztą cała chyba była zrobiona z  gumy, ponieważ pocisk z 
maszyny  Guida  odbił  się  od  niej  i  trafił  w  schody  Arsenału.  Większość  obecnych  rzuciła  się 
plackiem na ziemię,

 

-  Mama jest tam w środku - wrzasnęła Lucia do Paola, przekrzykując hałas.

 

Paolo zorientował się, że to prawda. Antonio nie zdążył zsadzić Elizabeth. A teraz brawurowo 

odpychał  Guida,  bum-odskok,  bum--odskok.  Elizabeth  na  pewno  przeżywała  męczarnie.  Na 
szczęście to trwało tylko sekundę. Elizabeth i Antonio nagie pojawili się we własnych postaciach 
niemal  pod  wielkim  gąsienicami  maszyny  Guida,  Elizabeth  pomknęła  jak  wiatr  -  Paolo  nie 
wiedział,  że  matka  potrafi  tak  szybko  biegać  -  w  stronę  Arsenału.  Może  przez  podłość 
Petrocchich,  może  tylko  w  zamieszaniu  wielki  czołg-Guido  obrócił  lufę  działa  prosto  na 
Elizabeth.

 

Antonio  nazwał  Guida  bardzo  brzydko  i  rzucił  pomidorem,  który  wciąż  trzymał  w  ręku. 
Czerwony  pocisk  trafił,  rozbryznął  sie  i  spłynął  po  żelaznym  pancerzu.  Paolo  właśnie  się 
zastanawiał,  na  co  to  się  zdało,  kiedy  czołg  nagJe  znikł.  Nie  było  też  Guida.  Zamiast  niego 
pojawił się gigantyczny pomidor wielkości dyni. Po prostu leżai na drodze i nic nie robił.

 

To  był  zwycięski  ruch.  Paolo  odgadł  to  z  wyrazu  twarzy  An-tonia,  który  podszedł  do 

pomidora. Ze znużeniem i niesmakiem pochylił sięt żeby podnieść warzywo. Wśród Petrocchich 
rozległy się słabe jęki, a wśród Montanów niepewne i jeszcze słabsze wiwaty.

 

Potem ktoś rzucił kolejne zaklęcie.

 

Tym  razem  wywołał  gęstą,  wilgotną  mgłę.  Na  początku  walki  z  pewnością  nie  zrobiłaby 

wielkiego  wrażenia,  ale  po  tych  wszystkich  przejściach  Paolo  poczuł,  że  to  już  ostatnia  kropla. 
Przed sobą widział tylko gęstą biel. Po kilku oddechach zaczai kaszleć.

 

Wszędzie  dookoła  słyszał  kasłanie,  z  bliska  i  z  daleka,  i  tylko  to  jedno  świadczyło  o 

obecności innych ludzi. Nadaremnie wypatrywał innych kaszlących. Odwrócił głowę i odkrył, że 
nie  widzi  Lucii.  Nie  mógł  też  znaleźć  Bernarda,  a  przecież  jeszcze  przed  chwilą  trzymał  go  za 
ramię.  Jak  tylko  to  sobie  uświadomił,  odkrył,  że  stracił  również  poczucie  kierunku.  Znalazł  się 
sam jeden w zimnej białej pustce, kaszlący i roztrzęsiony.

 

Nie stracę głowy, powiedział sobie surowo. Ojciec zapanował nad sobą, więc ja też potrafię. 

Znajdę jakąś' kryjówkę, dopóki ten wstrętny czar nie minie. Potem wrócę do domu. Wszystko mi 
jedno, czy Tonino zaginął... Nagle uderzyła go pewna myśl, jak zdumiewające odkrycie:  W ten 
sposób i tak nigdy nie znajdziemy To-nina.

 

I wiedział, że ma rację.

 

Wyciągnąwszy  ręce  przed  siebie,  z  oczami  szeroko  otwartymi  w  nadziei,  że  coś  zobaczy  - 

daremnej, bo oczy mu łzawiły od mgły i z nosa też ciekło - Paolo kaszlał, kichał i szurał nogami, 
posuwając  się  do  przodu,  aż  palce  jego  stóp  oparły  się  o  kamień.  Spojrzał  w  dół,  ale  nic  nie 

background image

zobaczył, Spróbował podnieść jedną stopę, szorując palcami po kamieniu. Po chwili przeszkoda 
się skończyła i stopa poleciała do przodu. Więc to jakiś stopień. Pewnie krawężnik. Paolo dotarł 
do  skraju  jezdni,  kiedy  ucieka!  przed  słoniem.  Postawił  obie  stopy  na  krawężniku,  przeszurał 
kilkanaście centymetrów do przodu - i przewróci! się na coś, co przypominało zwłoki.

 

Doznał takiego wstrząsu, że początkowo nie ośmielił się poruszyć. Wkrótce jednak poczuł, że 

ciało pod nim drży tak samo jak on i próbuje jednocześnie kasłać i mamrotać.

 

-    Święta  Mario..,  -  usłyszał  zachrypły,  bełkotliwy  głos.  Bardzo  zdumiony  Paolo  ostrożnie 

wyciągnął rękę i pomacał

 

ciało.  Palce  natrafiły  na  zimne  metalowe  guziki,  mundurowy  galon  i  trochę  wyżej  ciepłą 

twarz - która zaskrzeczała, kiedy zimna dłoń Paola dotarła do ust - a pod nosem bujny krzaczasty 
wąs.

 

Aniele Caprony I - pomyślał Paolo. To szef policji!

 

Podniósł się na kolana. Widocznie znajdował się na schodach Galerii Sztuki. Nie miał kogo 

zapytać, ale wydawało mu się, że nieładnie zostawić człowieka leżącego bezradnie we mgle. I tak 
miał marne szansę, nawet jeśli mógł się ruszać. Więc z nadzieją, że postępuje właściwie, Paolo 
zaśpiewał bardzo cichutko najbardziej ogólne zaklęcie kasujące, jakie zdołał sobie przypomnieć. 
Nie  podziałało  na  mgłę  -  to  była  bardzo  silna  magia  -  ale  szef  policji  przetoczył  się  na  bok  i 
jęknął. Buty zaszurały, kiedy sprawdzał władzę w nogach.

 

-  Mamma mia! - usłyszał Paolo.

 

Głos brzmiał tak, jakby szef policji pragnął zostać sam. Paolo zostawił go i popełznął w górę 

po stopniach galerii. Nie miał pojęcia, że dotarł na szczyt, dopóki nie uderzył łokciem o kolumnę 
i jednocześnie walnął głową w brzuch Lucii, Oboje rzucili kilka wyjątkowo niemiłych stów,

 

-  Jak skończysz przeklinać  - powiedziała wreszcie Lucia - możesz wejść ze mną między te 

kolumny i rozgrzać mnie. - Zakaszlała i zadrżała. - Czy to nie okropne? Kto to zrobił?

 

Ponownie zakaszlała. Od mgły dostała chrypki,

 

-  To nie my - odparł Paolo. - Wiedzielibyśmy. Au, mój łokieć! Wyciągnął ręce, żeby znaleźć 

Lucie, i wcisnął się obok niej.

 

Poczuł się lepiej.

 

-  Świnie - powiedziała Lucia. - Moim zdaniem to podła sztuczka. Zabawne... przez całe życie 

wysłuchujesz, jakie z nich świnie, i mydlisz, że nie mogą być aż tacy źli. Potem ich spotykasz i 
okazują sie jeszcze gorsL Czy to ty przed chwilą śpiewałeś?

 

-  Przewróciłem się na schodach na szefa policji - wyjaśnił Paolo. Lucia parsknęła śmiechem.

 

-    Ja  się  przewróciłam  na  tego  drugiego.  Też  zaśpiewałam  zaklęcie  kasujące.  Leżał  na 

krawędziach stopni i pewnie narobiły mu siniaków, kiedy na niego upadlam.

 

-  Nawet kiedy możesz się ruszać, jest dostatecznie źle - zgodził się Paolo. - Jakbyś oślepła.

 

-  Okropne - przyznała Lucia. - Ten ślepy żebrak na Yia Sant' Angelo... jutro dam mu trochę 

pieniędzy.

 

-    Ten  z  bielmem  na  oczach?  -  upewnił  się  Paolo.  -  Tak,  ja  też.  I  nigdy  więcej  nie  chcę 

widzieć żadnego zaklęcia.

 

-    Prawdę  mówiąc  -  mruknęła  Lucia  -  żałowałam,  że  nie  odważyłam  się  spalić  biblioteki  i 

skryptorium. To mnie olśniło jak błyskawica... tuż zanim upadlam na tego policjanta... źe żadne 
czary nie podziałają na tych bestialskich porywaczy,

 

-    Dokładnie  tak  samo  pomyślałem!  -  wykrzyknął  Paolo.  -Wiem,  że  jedyny  sposób,  żeby 

znaleźć Tonina...

 

-  Czekaj - przerwała mu Lucia. - Mgła chyba rzednie. Miała rację. Kiedy Paolo wychylił się 

do przodu, widział na

 

dole  dwa  ciemne  wzgórki,  gdzie  szef  policji  i  jego  zastępca  siedzieli  na  schodach  i 

background image

obejmowali  głowy  rękami.  Za  nimi  widział  całkiem  duży  kawałek  Corso  -  kocie  łby  bruku, 
ciemne i mokre, ale ku jego zdumieniu ani nie zabłocone, ani nie powyrywane.

 

-  Ktoś wszystko naprawił! - zawołała Lucia.

 

Mgła wciąż sie rozwiewała. Widzieli już błyszczące drzwi Arsenału i całą mglistą szerokość 

Corso, gdzie każdy kamień bruku wrócił na swoje miejsce. Na środku ulicy Antonio i Guido stali 
naprzeciwko siebie,

 

-  Och, chyba nie zaczną od nowa? - zajęcza! Paolo.

 

Ale niemal jednocześnie Antonio i Guido obrócili się na pięcie i odeszli w przeciwne strony.

 

-  Dzięki Bogu! - odetchnęła Lucia, Spojrzała na Paola z uśmiechem ulgi.

 

Tylko że to nie była Lucia. Paolo zobaczy! białą trójkątną twarz i oczy ciemniejsze, większe i 

bystrzejsze niż Lucii. Twarz otaczały splątane ciemnorude loki. Uśmiech zgasł, zastąpiony przez 
zgrozę.  Paolo  poczuł,  że  jego  własna  twarz  przybiera  ten  sam  wyraz.  Przytulał  się  do  jednej  z 
Petrocchich!  I  nawet  wiedział,  do  której.  To  była  starsza  z  dwóch  dziewczynek,  które  były  w 
pałacu. Renata, tak miała na imię. I też go rozpoznała.

 

-  IV jesteś tym niebieskookim chłopcem Montanów! - wykrzyknęła z odrazą w głosie.

 

Oboje  wstali,  Renata  cofnęła  się  pomiędzy  kolumny,  jakby  chciała  się  ukryć  wewnątrz 

kamienia, a Paolo cofnął się na schody.

 

-  Myślałem, że jesteś moją siostrą Lucią - powiedział

 

-  Myślałem, że jesteś moim kuzynem Klaudiem - odparła Renata.

 

Oboje mówili takim tonem, jakby to była wina tego drugiego.

 

-  To nie moja wina! - zawoła) Paolo, - Oskarżaj osobę, która wywołała  mgłę, nie mnie. To 

wrogi czarodziej.

 

-    Wiem.  Chrestomanci  nam  powiedział  -  przyznała  Renata.  Paolo  poczuł,  że  nienawidzi 

Chrestomanciego. Po co mówił

 

Petrocchim  to  samo  co  Montanom?  Ale  jeszcze  bardziej  nienawidził  wrogiego  czarodzieja. 

Przez niego zosta! tak straszliwie upokorzony. Mamrocząc ze wstydu, odwrócił się, żeby uciec.

 

-  Nie, czekaj. Stój! - krzyknęła Renata.

 

Zabrzmiało to tak rozkazująco, że Paolo odruchowo się zatrzymał i Renata zdążyła złapać go 

za  ramię.  Zamiast  sie  wyrwać,  stanął  spokojnie  i  usiłował  zachować  godność,  jaka  przystoi 
Montanie.

 

Popatrzył  na  swoje  ramię  i  ściskającą  je  dłoń  Renaty,  jakby  jedno  i  drugie  zmieniło  się  w 

oślizłą ropuchę. Ale Renata nadal go trzymała.

 

-  Myśl sobie, co chcesz - powiedziała. - Wszystko mi jedno. Nie puszczę cię, dopóki mi nie 

powiesz, co wasza rodzina zrobiła z Angelicą.

 

-  Nic - odparł pogardliwie Paolo. -Nie dotknęlibyśmy żadnego z was nawet dwumetrowym 

kijem. A wy co zrobiliście z Toninem?

 

Dziwny wyraz namysłu zmarszczył białe czoło Renaty.

 

-  Czy to twój brat? Naprawdę zaginął?

 

-  Przysłano mu książkę z czarem przywołania - wyjaśnił Paolo.

 

-    Książkę  -  powtórzyła  powoli  Renata.  -  Angelicą  też  dostała  książkę.  Połapaliśmy  się 

dopiero, kiedy książka się skurczyła i znikła.

 

Puściła ramię Paola. Popatrzyli na siebie poprzez resztki mgły.

 

-  To na pewno sprawka tego złego czarodzieja - stwierdził Paolo.

 

-    Próbuje  oderwać  nasze  myśli  od  wojny  -  odgadła  Renata.  -Powiedz  swojej  rodzinie, 

dobrze?

 

-  Jeśli ty powiesz swojej - odparł Paolo.

 

-  Pewnie, że powiem. Za kogo mnie uważasz? Pomimo wszystko Paolo nie mógł opanować 

background image

ś

miechu.

 

-  Myślę, że jesteś Petrocchi! - powiedział.

 

Ale  kiedy  Renata  też  zaczęła  się  śmiać,  Paolo  doszedł  do  wniosku,  że  tego  już  za  wiele. 

Odwrócił się, żeby odejść, i znalazł się twarzą w twarz z szefem policji. Szef policji najwyraźniej 
odzyskał swoją godność.

 

-  No, dzieci, przechodźcie-rozkazał.

 

Renata umknęła bez dalszych ceregieli, czerwona ze wstydu, że przyłapano ją na rozmowie z 

Montaną, Paolo trochę się ociągał. Przyszło mu do głowy, że powinien zgłosić zaginiecie Tonina.

 

-  Powiedziałem, rozejść się! - warknął szef policji i groźnie obciągnął mundur.

 

Paolo  nie  wytrzymał  nerwowo.  Zresztą  zwykły  policjant  niewiele  mógł  pomóc  przeciwko 

czarodziejowi. Chłopiec rzucił się do ucieczki.

 

Biegi  przez  całą  drogę  do  Casa  Montana.  Mgła  i  wilgoć  nie  sięgały  poza  Corso.  Jak  tylko 

skręcił w boczną uliczkę, znalazł się wśród ponurych cieni zimowego wieczoru. Czerwone słońce 
wisiało  nisko  nad  dachami.  To  było  jak  powrót  do  innego  świata  -świata,  gdzie  panował  ład  i 
porządek,  gdzie  żaden  ojciec  nie  zamieniał  się  we  wściekłego  słonia,  gdzie  przede  wszystkim 
ż

adna siostra nie okazywała sie jedną z Petrocchich.

 

Twarz Paola płonęła ze wstydu. Żeby coś takiego go spotkało!

 

Zobaczył przed sobą Casa Montana, ze znajomym Aniołem nad bramą. Przemknął pod nim i 

wpadł  prosto  na  ojca.  Antonio  stał  pod  lukiem  bramy,  zdyszany,  jakby  on  też  biegł  przez  całą 
drogę do domu.

 

-  Kto?! Och, Paolo - wysapał. - Zostań na miejscu.

 

-  Czemu? - zapytał Paolo.

 

Chciał  wejść  do  domu,  do  bezpiecznego  schronienia,  i  może  zjeść  dużą  pajdę  chleba  z 

miodem Zdziwiło go, że ojciec nie czuje tak samo. Antonio wyglądał na wyczerpanego, ubranie 
wisiało na nim w strzępach, brudne i zabłocone. Ramię, którym zatrzymał Paola w bramie, było 
do połowy obnażone i pokryte zadrapaniami, syna chciał już zaprotestować,  kiedy zobaczył,  że 
coś  rzeczywiście  jest  nie  w  porządku.  Większość  kotów  również  zebrała  się  przy  bramie, 
skulona,  z  przypłaszczonymi  uszami.  Benvenuto  patrolował  wejście  na  dziedziniec  niczym 
smukła brązowa fretka. Paolo słyszał jego groźne pomruki.

 

Podrapana ręka Antonia chwyciła Paola za ramię i pociągnęła do przodu, żeby mógł zajrzeć 

na dziedziniec.

 

-  Patrz. 
Paolo  zamrugał  na  widok  wielkich  liter,  które  jakby  zawisły  w  powietrzu  na  środku 

dziedzińca. W gasnącym świetle dnia płonęły brzydką, chorobliwą żółcią.

 

PRZERWIJCIE WSZYSTKIE CZAR)! 
ALBO WASZE DZIECKO UCIERPI 
CASA PETROCCH! 
Nazwisko  wypisano  jeszcze  większymi  i  jaśniejszymi  literami,  żeby  nie  było  żadnych 

wątpliwości, kto wysiał wiadomość. Po rozmowie z Renatą Paolo wiedział, że to nieprawda.

 

-  To nie Petrocchi - powiedział, - To ten czarodziej, o którym mówił Chrestomanci.

 

-  Tak, na pewno - mruknął Antonio,

 

Paolo spojrzał na niego i zobaczył, że ojciec mu nie uwierzył -pewnie nawet nie słuchał.

 

-  Ale to prawda! nalegał, - On chce, żebyśmy przestali robić zaklęcia wojenne.

 

Antonio westchnął i zebrał się w sobie, żeby udzielić synowi wyjaśnień,

 

-  Paolo - powiedział - nikt oprócz Chrestomanciego nie wierzy w tego czarodzieja. W magii, 

jak wszędzie indziej, najprostsze wytłumaczenie zawsze jest najlepsze. Innymi słowami - po co 
wymyślać nieznanego czarodzieja, kiedy masz znanego wroga, który cię nienawidzi? Dlaczego to 

background image

nie mogą być Petrocchi?

 

Paolo chciał zaprzeczyć, ale ciągle za bardzo się wstydził z powodu Renaty, żeby wyjawić, że 

Angelica  Petrocchi  też  zaginęła.  Próbował  wymyślić  cokolwiek,  żeby  przekonać  ojca,  kiedy  na 
galerii pojawił się prostokąt światła padającego z otwartych drzwi.

 

-  Rosa! - krzyknął Antonio. Głos mu się załamał z trwogi.

 

Rosa pojawiła się w drzwiach. Trzymała na ręku dziecko kuzynki Klaudii. Otaczało ją światło 

tak jasne i pomarańczowe w porównaniu z  chorobliwym blaskiem liter na dziedzińcu,  że Paolo 
poczuł przypływ ulgi.

 

Za Rosą pojawił się Marco, niosąc drugiego malucha.

 

-  Całe szczęście! - odetchnął Antonio i zawołał: - Nic ci nie jest, Rosa? Skąd się tu wzięły te 

słowa?

 

-  Nie wiemy! - odkrzyknęła Rosa. - Po prostu się pojawiły. Próbowaliśmy ich się pozbyć, ale 

nie mogliśmy.

 

Marco przechylił się przez poręcz i zawołał:

 

-  To nieprawda, Antonio. Petrocchi nie zrobiliby czegoś takiego-

 

Antonio odparł:

 

-  Nie powtarzaj tego w kółko, Marco.

 

Paolo zrozumiał, że nikt mu nie uwierzy. Jeśli miał przedtem szansę na przekonanie Antonia, 

teraz ją stracił.

 

 

ROZDZIA

Ł 8

 

Kiedy Tonino oprzytomniał - przypadkiem dokładnie w tej samej chwili, kiedy zaczarowana 

książka  zaczęła  się  kurczyć  -początkowo  miał  koszmarne  wrażenie,  że  zamknięto  go  w 
kartonowym  pudełku.  Przekręci!  głowę  na  bok.  Leża!  na  brzuchu  na  twardej,  ale  jakby  trochę 
strzępiastej podłodze.  W oddali widział niewyraźnie kogoś jeszcze, opartego o ścianę jak lalka, 
ale czul się zbyt dziwnie, żeby się tyra zainteresować. Obrócił głowę w drugą stronę i zobaczył 
tuż  obok  ścienną  boazerię.  Wywnioskował  z  tego,  że  znajduje  się  raczej  w  długim  pokoju. 
Przekręcił  głowę,  żeby  przyjrzeć się szorstkiej podłodze. Pokrywały ją wzory, za  duże  dla jego 
oczu,  ale  wyglądały  jak  wzorzysty  dywan,  Tonino  zamkną!  załzawione  oczy  i  próbował 
odgadnąć, co sie stało.

 

Pamiętał,  jak  dotarł  w  pobliże  Nowego  Mostu.  Był  bardzo  podniecony.  Przeczytał  książkę, 

która  mu  powiedziała,  jak  uratować  Capronę.  Wiedział,  że  musi  znaleźć  alejkę  z  obłażącym  z 
farby niebieskim domem na koricu. Teraz to się wydawało trochę głupie.

 

Tonino wiedział, że nic nigdy nie dzieje się tak jak w książkach. Zresztą nawet wtedy trochę 

się zdziwił, kiedy rzeczywiście znalazł alejkę z obłażącym niebieskim domem na końcu. I wpadł 
w  zachwyt,  kiedy  trzepoczący  skrawek  papieru  sfrunął  mu  do  stóp.  Jak  w  książce.  Tonino 
pochylił się i podniósł kartkę.

 

Potem nic nie pamiętał aż do tej chwili.

 

Naprawdę  nic.  Kilka  razy  odtwarzał  w  myślach  kolejność  wydarzeń,  ale  za  każdym  razem 

wspomnienia  urywały  się  dokładnie  w  tym  samym  miejscu  -  kiedy  podnosił  świstek  papieru. 
Później  wszystko  rozmazywało  się  w  jakiś  niewyraźny  koszmar.  Tonino  nie  miał  już 
wątpliwości, że padł ofiarą zaklęcia. Zrobiło mu się wstyd za siebie. Więc usiadł.

 

Natychmiast  zobaczył,  dlaczego  śniło  mu  się,  że  go  zamknięto  w  tekturowym  pudełku. 

Znajdował się w długim, niskim pokoju, niemal dokładnie w kształcie pudełka po butach. Ściany 
i  sufit,  chociaż  pomalowane  na  kremowo  -  właściwie  na  białawy  odcień  tektury  -  były  chyba 

background image

drewniane,  ponieważ  wystawały  z  nich  rzeźby  pomalowane  złotą  farbą.  Z  sufitu  zwisał 
kryształowy  żyrandol,  ale  światło  padało  z  czterech  długich  okien  na  dłuższej  ścianie.  Bogaty 
dywan pokrywał podłogę. Pod ścianą naprzeciwko okien stał bardzo elegancki stół i krzesła. Na 
stole stały dwa srebrne świeczniki. W ogóle wyglądało tu bardzo elegancko - i jakoś dziwnie.

 

Tonino  siedział  i  próbował  rozgryźć,  co  jest  nie  w  porządku.  Pokój  wydawał  się  okropnie 

goły.  Ałe  nie  o  to  chodziło.  Światło  wpadające  przez  cztery  długie  okna  wyglądało  dziwnie, 
jakby  słońce  znajdowało  się  dalej  niż  powinno.  Ale  ciągle  nie  o  to  chodziło.  To-nin  policzył 
cztery zbyt blade snopy  słonecznego blasku  kładące się na dywanie, a potem powędrował dalej 
po dywanie. Wreszcie natrafił na osobę opartą o ścianę. Była to Angelica Petrocchi, którą widział 
w  pałacu.  Oczy  miała  zamknięte  pod  wypukłym  czołem  i  wyglądała  na  chorą.  Więc  ją  też 
schwytano.

 

Znowu spojrzał na dywan. W tym rzecz. To wcale nie był dywan. Został dokładnie namalowany 
na  nieco  strzępiastej  powierzchni  podłogi.  Tonino  widział  pociągnięcia  pędzla  w  kulfoniastym 
wzorze.  Więc  dlatego  wcześniej  zdawało  mu  się,  że  wzór  jest  za  duży,  bo  rzeczywiście  był  za 
duży. Nieproporcjonalny w stosunku do reszty pokoju.

 

Coraz bardziej zaintrygowany  Tonino podniósł się na nogi. Czuł się trochę niepewnie, więc 

oparł  rękę  na  złoconych  ściennych  panelach,  żeby  nie  upaść.  Ściana  również  wydawała  się 
strzępiasta, chociaż złota. Złoto było płaskie, ale niezbyt twarde, jak.,, Tonino myślał, ale żadne 
inne  podobieństwo  nie  przyszło  mu  do  głowy...  jak  farba.  Przesunął  ręką  po  niby  rzeźbionej 
boazerii. Całkowite oszustwo. To nawet nie było drewno, a rzeźby były namalowane brązowymi, 
niebieskimi i złotymi liniami. Ktokolwiek go schwytał, próbował udawać bogacza, ale marnie mu 
to wychodziło.

 

Po  drugiej  stronie  pokoju  coś  się  poruszyło.  Angelica  Petrocchi  wstała  chwiejnie  i  też 

przesuwała  ręką  po  namalowanych  rzeźbach.  Bardzo  ostrożnie  odwróciła  się  i  spojrzała  na 
Tonina,

 

-  Wypuścisz mnie teraz? - zapytała. - Proszę.

 

Lekkie  drżenie  w  jej  głosie  zdradziło  Toninowi,  że  bardzo  się  bała.  On  też,  jak  sobie 

uświadomił.

 

-  Nie mogę cię wypuścić - powiedział. - Nie ja cię złapałem. Żadne z nas nie może wyjść. Tu 

nie ma drzwi.

 

Na tym polegała ta nieprawidłowość, której starał się nie zauważyć. Jak tylko to powiedział, 

pożałował,  że  nie  trzymał  gęby  na  kłódkę.  Angelica  wrzasnęła.  Ten  dźwięk  również  wprawił 
Tonina w panikę. Nie ma drzwi! Zamknięto go w tekturowym pudełku z dzieckiem Petrocchich!

 

Tonino chyba też wrzeszczał - nie miał pewności. Kiedy oprzytomniał, trzymał w ręku jedno 

z eleganckich krzeseł i walił nim w najbliższe okno. Jeszcze bardziej się przestraszył. Szkło nie 
pękało. Szybę zrobiono  z jakiejś lekko  gumowatej substancji, od której  krzesło się odbijało.  Za 
nim mała Petrocchi tłukła w drugie okno srebrnym świecznikiem, wrzeszcząc przez cały czas. Za 
oknem  Tonino  wyraźnie  widział  smukłą  spiralną  sylwetkę  młodego  cyprysu  oświetlonego 
popołudniowym  słońcem.  Wiec  uwięziono  ich  w  jednej  z  wytwornych  willi  niedaleko  pałacu? 
Ale on musi wyjść! Podniósł krzesło i rąbnął nim w okno z całej siły.

 

Okno ani drgnęło, ale krzesło rozleciało się na kawałki. Dwie źle przyklejone nogi odpadły, a 

reszta roztrzaskała się w drzazgi. Tonino pomyślał, że krzesło było wyjątkowo kiepskiej jakości. 
Rzucił je na namalowany dywan i chwycił następne krzesło. Tym razem dla odmiany zaatakował 
ś

cianę  obok  okna.  Oderwane  fragmenty  krzesła  pofrunęły  na  wszystkie  strony,  a  Toninowi 

zostało  w  ręku  tylko  malowane  siedzisko  -  pomalowane  takt  że  wyglądało  jak  haftowane, 
podobnie jak podłogę pomalowano, żeby wyglądała jak dywan. Uderzył nim o ścianę, i jeszcze, i 

background image

jeszcze.  Pojawiły  się  wielkie  brązowe  wgłębienia,  ściana  dygotała  i  podskakiwała.  Co  więcej, 
odpowiadała  głuchym  i  pustym  dźwiękiem,  jakby  zbudowano  ją  z  bardzo  tanich  materiałów. 
Tonino walił i wrzeszczał. Angelica z krzykiem tłukła lichtarzem na przemian w ścianę i w okno.

 

Powstrzymał  ich  straszliwy  łoskot.  Ktoś  jakby  wymierzał  setki  potężnych  ciosów  prosto  w 

sufit. Pokój huczał jak bęben. Hałas był nie do wytrzymania. Mała Petrocchi upuściła świecznik i 
zwinęła  się  w  klebek  na  podłodze.  Tonino  skulił  się  i  zatkał  uszy  rękami,  patrząc  w  górę  na 
rozkołysany żyrandol. Myślał, że głowa mu pęknie.

 

Łomotanie ustało. Zapadła cisza, którą mąciło tylko chlipanie -Tonino podejrzewał, że to on 

chlipie. 

Grzmiący głos przemówił poprzez sufit:

 

-  Tak lepiej. Siedźcie cicho, bo nie dostaniecie jedzenia. A jeśli spróbujecie jeszcze jakichś 

sztuczek, spotka was kara. Zrozumiano?

 

Tanino i Angelica jednocześnie usiedli.

 

-  Wypuść nas! - krzyknęli.

 

Nie  usłyszeli  odpowiedzi,  tylko  odległe  szuranie.  Właściciel  grzmiącego  głosu  chyba 

odchodził.

 

-  Paskudna sztuczka z zaklęciem wzmacniającym - oświadczyła Angelica,

 

Podniosła świecznik i obejrzała go z niesmakiem. Rozgałęziona część wygięła się pod kątem 

prostym do podstawy.

 

-  Gdzie my jesteśmy? -prychnęłaAngelica.-Wszystkotujest takie tandetne.

 

Oboje  znowu  wstali  i  podeszli  do  okien  w  nadziei,  że  znajdą  jakąś  wskazówkę.  Tuż  za 

szybami dostrzegli wyraźnie kilka małych smukłych drzewek, a za nimi jakby taras. Lecz chociaż 
wytężali wzrok, dalej widzieli tylko rozmazany błękitny przestwór i jedną czy dwie kwadratowe 
góry, odbijające blask słońca w lśniących narożnikach. Niebo jakby nie istniało.

 

-  To zaklęcie - oznajmiła Angelica głosem świadczącym o kolejnym ataku paniki. - Zaklęcie, 

ż

ebyśmy sie nie dowiedzieli, gdzie jesteśmy.

 

Tonino  przypuszczał,  że  to  prawda.  Ten  dziwny  brak  widoku  za  oknem  nie  dawał  się 

wytłumaczyć w żaden inny sposób.

 

-    Aleja  wiem  na  pewno  -  powiedział.  -  Poznałem  po  tych  drzewach*  Jesteśmy  w  jednej  z 

tych bogatych willi koło pałacu.

 

-    Racja-  zgodziła  się  Angelica.  Panika  znikła  z  jej  głosu.  -Już  nigdy  więcej  nie  będę 

zazdrościć tym ludziom. Żyją tylko na pokaz.

 

Odwrócili się od okien i odkryli, że straszliwe bębnienie naruszyło jeden z paneli ściennych 

za stołem. Wisiał uchylony jak drzwi. Przepychając się, podbiegli do otworu. Ale znaleźli tylko 
małą łazienkę bez okna.

 

-    No,  przynajmniej  mamy  wodę  -  stwierdziła  Angelica.  Wyciągnęła  rękę  do  jednego  z 

kranów nad małą umywalką.

 

Został jej w  ręku. Pod nim na białej porcelanie tkwiła grudka kleju.  Widocznie krany nigdy 

nie  działały,  Angelica  gapiła  się  na  kran  z  tak  komicznie  zdziwioną  miną,  że  Tonino  parsknął 
ś

miechem. Dziewczynka natychmiast się wyprostowała.

 

-  Nie wyśmiewaj się ze mnie, ty podły Montano!

 

Sztywnym krokiem wyszła do głównego pokoju i z hukiem rzuciła bezużyteczny kran na stół. 

Potem usiadła na jednym z dwóch ocalałych krzeseł i ponuro oparła łokcie na stole.

 

Po chwili Tonino zrobił  to samo.  Krzesło zaskrzypiało pod nim. Stół też skrzypiał.  Chociaż 

pomalowany tak, że wygląda! na gładki mahoń, z bliska okazał się sklejony z grudek politury i 
grubych drzazg.

 

-  Wszystko tutaj jest tandetne - mruknął Tonino.

 

background image

-  Włącznie z tobą, jak ci tam! - burknęła Angelica, wciąż rozzłoszczona.

 

-  Nazywam się Tonino.

 

-    To  już  ostatni  cios  noża,  żeby  mnie  zamknęli  razem  z  Montaną!  -  jęknęła  Angelica.  - 

Mniejsza z tym, jak się nazywasz. Będę musiała znosić wszystkie twoje paskudne nawyki,

 

-  Aja będę musiał znosić twoje - odparł Tonino z irytacją. Nagle i boleśnie uświadomił sobie, 

ż

e jest całkiem sam, z dala

 

od  przyjaznej  krzątaniny  Casa  Montana.  Tam,  nawet  kiedy  chował  się  w  jakimś  kącie  z 

książką, wiedział, że otacza go cała rodzina. A Benvenuto mruczał i wbijał w niego pazury, żeby 
mu przypomnieć, że nie jest sam. Kochany stary Benvenuto. Tonino bal się, że się rozpłacze - w 
dodatku przy jednej z Petrocchich.

 

-  Jak cię złapali? - zapytał, żeby zająć czymś myśli

 

-    Na  książkę.  -  Smętny  uśmiech  pojawił  się  na  biadej,  ściągniętej  twarzy  Angeliki.  -  Pod 

tytułem:  Dziewczynka,  która  uratowała  swój  kraj.  Myślałam,  że  przysłał  ją  wujeczny  dziadek 
Luigi. Dalej uważam, że to świetna powieść - zakończyła wyzywająco.

 

Tonino trochę się zirytował. Nie sprawiła mu przyjemności świadomość, że złapano  go tym 

samym zaklęciem co jedną z Petrocchich.

 

-  Mnie też - burknął.

 

-  I nie mam żadnych paskudnych nawyków! - warknęła Angelica.

 

-    Właśnie  że  masz.  Wszyscy  Petrocchi  mają  paskudne  nawyki  -  stwierdził  Tonino.  -  Ale 

pewnie tego nie zauważacie, bo wydają wam się normalne.

 

-  Coś takiego! - Angelica podniosła odłamany kran, jakby chciała nim rzucić.

 

-  Nie obchodzą mnie twoje nawyki - zapewnił Tonino całkiem szczerze. Zależało  mu tylko 

na jednym: żeby wrócić do domu.-Jak sie stąd wydostaniemy?

 

-  Przez sufit - rzuciła ironicznie Angelica.

 

Tonino  podniósł  wzrok.  Nad  nim  wisiał  żyrandol.  Jeśli  go  porządnie  szarpną,  może  wyrwą 

dziurę w tandetnym suficie.

 

-  Nie bądź głupi - zgasiła go Angelica. - Jeśli przed frontem jest zaklęcie, na pewno drugie 

jest na górze, żebyśmy tamtędy nie wyszli.

 

Tonino obawiał się, że miała rację, ale warto było spróbować. Wspiął się po krześle na stół. 

Myślał, że stamtąd dosięgnie żyrandola. Rozległ się gwałtowny trzask. Zanim Tonino zdążył się 
wyprostować, stół przechylił się na bok i wszystkie cztery nogi się rozjechały.

 

-  Złaź! - krzyknęła Angelica.

 

Tonino  zeskoczył.  Widocznie  stół  nie  mógł  utrzymać  jego  ciężaru.  Pchnął  wykrzywione 

stołowe nogi, żeby się wyprostowały.

 

-  Więc nic z tego - mruknął ponuro.

 

-  Chyba że wzmocnimy je zaklęciem! - zawołała Angelica, nagle ożywiona i rozpogodzona,

 

Tonino przeniósł żałosne spojrzenie ze stołu na jej małą ostrą twarzyczkę.  Westchnął cicho. 

W końcu ten temat musiał wypłynąć.

 

-  Będziesz musiała sama rzucić zaklęcie - powiedział. Angelica wytrzeszczyła na niego oczy. 

Poczuł, że twarz mu płonie.

 

-  Ja nie znam prawie żadnych zaklęć - bąknął. - Jestem... powolny.

 

Spodziewał się, i słusznie, że Angelica go wyśmieje. Ale nie musiała się śmiać tak złośliwie i 

triumfalnie, pomyślał, ani powtarzać w kółko: „Och, to dobre!"

 

-    Co  w  tym  zabawnego?  -  warknął.  -  Możesz  się  śmiać!  Wiem,  że  pomalowałaś  ojca  na 

zielono. Nie jesteś lepsza ode mnie!

 

-  Chcesz się założyć? - zachichotała Angelica.

 

-  Nie - burknął Tonino. - Po prostu rzuć zaklęcie,

 

background image

-  Nie umiem - odparła Angelica,

 

l^m  razem  Tonino  wytrzeszczył  oczy,  a  Angelica  oblała  się  rumieńcem.  Jasnoróżowa  łuna 

dotarła aż do wypukłego czoła. Podbródek uniósł się wyzywająco.

 

-    Jestem  beznadziejna  w  czarach  -  wyznała  Angelica,  -  Nigdy  nie  rzuciłam  zaklęcia  jak 

należy. - Widząc, że Tonino wciąż się gapi, dodała: - Szkoda, że się nie założyłeś. Jestem dużo 
gorsza od ciebie.

 

Tonino nie bardzo wierzył.

 

-  Jak? - zapytał. Czemu? Nie możesz się nauczyć zaklęć?

 

-    Och,  mogę  się  nauczyć-  -  Angelica  ponownie  wzięła  do  ręki  odłamany  kran  i  ze  złością 

gryzmołiła  nim  po  stole.  Na  politurowanym  blacie  zostawały  grube  żółte  krechy.  -  Znam  setki 
zaklęć, ale zawsze je przekręcam. Przede wszystkim mam dębowe ucho. Nie potrafię zaśpiewać 
poprawnie żadnej melodii, choćby od tego zależało moje życie. Jak teraz.

 

Starannie,  jak  rzemieślnik  wykańczający  kunsztowną  rzeźbę,  zdrapała  ze  srolu  długi  żółty 

zwitek politury, posługując się kranem jak dłutem.

 

-  Ale to nie wszystko - ciągnęła gniewnie, nie przerywając pracowitego skrobania. - Słowa 

też  przekręcam...  wszystko  przekręcam.  A  najgorsze,  że  moje  zaklęcia  zawsze  działają. 
Pomalowałam moją rodzinę we wszystkie kolory tęczy. Zmieniłam kąpiel dla dziecka w wino, a 
wino w sos. Raz przekręciłam sobie głowę tyłem do przodu. Jestem dużo gorsza od ciebie. Nie 
odważę  się  robić  czarów.  Potrafię  tylko  jedno;  rozumieć  koty.  1  nawet  własnego  kota 
pomalowałam na purpurowo.

 

Tonino  z  mieszanymi  uczuciami  patrzył,  jak  Angelica  skrobie  stół.  Z  praktycznego  punktu 

widzenia  to  była  najgorsza  możliwa  wiadomość.  Żadne  z  nich  nie  mogło  się  zmierzyć  z 
potężnym  zaklinaczem  który  ich  schwytał.  Z  drugiej  strony  Tonino  nigdy  jeszcze  nie  spotkał 
nikogo  gorszego  od  siebie  w  czarach.  Pomyślał  z  pewnym  zadowoleniem,  że  on  przynajmniej 
nigdy  nie  pomylił  się  w  zaklęciach,  i  poczuł  się  lepiej.  Zastanowił  się,  co  powiedziałaby  jego 
rodzina, gdyby ciągle ich malował wszystkimi kolorami tęczy. Wyobraził sobie, jak się wściekali 
surowi Petrocchi.

 

-  Rodzina miała ci za złe? - zapytał.

 

-    Nie  bardzo  -  odparła  Angelica  ku  jego  zdziwieniu.  -  To  im  nie  przeszkadza  nawet  w 

połowie  tak  bardzo,  jak  mnie.  Wszyscy  pękają  ze  śmiechu  za  każdym  razem,  kiedy  popełnię 
nowy  błąd...  ale  nie  pozwalają  nikomu  o  tym  opowiadać  poza  domem.  Tata  mówi,  że  już 
dostatecznie  okryłam  się  niesławą,  kiedy  pomalowałam  go  na  zielono,  i  nie  chce,  żebym 
pokazywała się ludziom na oczy, dopóki z tego nie wyrosnę,

 

-  Ale poszłaś do pałacu - wytknął jej Tonino. Pomyślał, że Angelica przesadza.

 

-    Tylko  dlatego,  że  kuzynka  Monika  ma  dziecko,  a  wszyscy  inni  byli  zajęci  na  Starym 

Moście - wyjaśniła Angelica, - Musiał zdjąć Renatę ze zmiany i wyciągnąć mojego brata z łóżka, 
ż

eby powoził.

 

-  Nas było pięcioro - oznajmił Tonino, zadowolony z siebie,

 

-    Nasze  konie  rozmokły  na  deszczu.  -  Angelica  podniosła  wzrok  znad  blatu  i  popatrzyła 

bystro  na  Tonina,  -  Mój  brat  powiedział,  że  wasze  też  musiały  rozmoknąć,  bo  mieliście  tylko 
tekturowego stangreta.

 

Tonino poczuł się nieswojo, ponieważ wiedział, że Angelica zdobyła przewagę.

 

-  Nasz stangret też rozmoknął - przyznał.

 

-  Tak myślałam - mruknęła Angelica - sądząc po twojej minie.

 

Wróciła do skrobania stołu, świadoma odniesionego zwycięstwa.

 

-    To  nie  była  nasza  wina!  -  zaprotestował  Tonino,  -  Chresto-manci  mówił,  że  przeszkadza 

nam wrogi czarodziej,

 

background image

Angelica  oderwała  taki  wielki  kawał  politury,  że  stół  przechylił  się  na  bok  i  Tonino  znowu 

musiał go wyprostować.

 

-  A teraz ma nas - powiedziała. - I postarał się porwać dwie osoby, które nie mają pojęcia o 

czarach.  Więc  jak  się  stąd  wydostaniemy  i  utrzemy  mu  nosa,  Tonino  Montana?  Masz  jakieś 
pomysły?

 

Tonino opar! brodę na rękach i rozmyślał. Przecież przeczytał dosyć książek, na litość boską. 

W książkach zawsze porywano ludzi. A w jego ulubionych książkach - to zakrawało na złośliwy 
ż

art  -porwani  uciekali,  nie  używając  żadnej  magii.  Ale  tutaj  nie  było  drzwi.  Dlatego  ucieczka 

wydawała się niemożliwa. Zaraz! Grzmiący głos obiecał im jedzenie.

 

-    Jeśli  zobaczą,  że  jesteśmy  grzeczni  -  powiedział  -  pewnie  przyniosą  nam  kolację.  A 

przecież  muszą  jakoś  wnieść  jedzenie.  Jeśli  przyuważymy,  którędy  je  wnoszą,  uciekniemy  tą 
samą drogą.

 

-  W wejściu na pewno jest zaklęcie- stwierdziła posępnie Angelica.

 

-  Przestań ciągle ględzić o zaklęciach - ofuknął ją Tonino. -Czy wyT Petrocchi, nie umiecie 

mówić o niczym innym?

 

Angelica nie odpowiedziała, tylko dalej skrobała kranem stół. Tonino siedział bezczynnie na 

skrzypiącym krześle i powtarzał w pamięci nieliczne znane mu zaklęcia. Najbardziej pożyteczne 
wydawało się zwykłe zaklęcie kasujące,

 

-    Zaklęcie  kasujące  -  rzuciła  z  irytacją  Angelica,  pracowicie  skrobiąc  stół.  Podłogę  wokół 

niej  zaścielały  żółte  zwitki  politury.  -Może  by  utrzymało  otwarte  wejście.  Chyba  że  zaklęcie 
kasujące nie należy do znanych ci czarów?

 

-  Znam zaklęcie kasujące - oświadczył Tonino.

 

-  Mój mały braciszek też zna - prychnęła Angelica. - Pewnie bardziej by się przydał.

 

Podano  im  kolację.  Zjawiła  się  bez  uprzedzenia  na  tacy  i  podpłynęła  do  nich  od  okna. 

Całkowicie zaskoczyła Tonina.

 

-  Zaklęcie! - pisnęła Angelica.

 

Tonino zaśpiewał zaklęcie. Chociaż działał w pośpiechu i bez przygotowania, był pewien, że 

się nie pomylił. Ale zaklęcie podziałało na tacę. Taca i jedzenie na niej zaczęły rosnąć. Po kilku 
sekundach  taca  zrobiła  się  większa  niż  blat  stołu.  I  nadal  rosła,  płynąc  do  nich  w  powietrzu. 
Tonino  mimo  woli  cofnął  sie  przed  dwoma  parującymi  wannami  zupy  i  dwoma 
pomarańczowymi  kopcami  spaghetti,  które  wciąż  się  zbliżały  i  wciąż  się  powiększały.  Nie 
zostało już wiele miejsca wokół krawędzi tacy. Tonino przywarł plecami do ściany i zastanawiał 
się, czy można sie zarazić czarodziejskim pechem Angeliki. Angelica stalą przyciśnięta do drzwi 
łazienki. Obojgu groziło, że zostaną przecięci na pół.

 

-  Kładź się na podłogę! - krzyknął Tonino.

 

Pospiesznie zsunęli  się po ścianach i  zanurkowali pod tacę,  która zawisła  nad nimi  jak zbyt 

niski sufit. Intensywny zapach spaghetti prawie ich dusił.

 

-  Cos' ty zrobił? - zapytała Angelica, gramoląc się do Tonina na czworakach. - Nie rzuciłeś 

zaklęcia jak należy,

 

-  Tak, ale jeśli taca jeszcze bardziej urośnie, rozwali pokój -zwrócił jej uwagę Tonino.

 

Angelica przysiadła na piętach i popatrzyła na niego prawie z szacunkiem.

 

-  To nawet dobry pomysł.

 

Ale  okazał  się  za  mało  dobry.  Taca  rzeczywiście  dosięgła  do  wszystkich  czterech  ścian. 

SłyszeJi,  jak  o  nie  stuknęła.  Potem  było  mnóstwo  szurania,  skrzypienia  i  trzasków,  lecz  ściany 
nie ustąpiły. Po chwili stało się jasne, że taca bardziej już nie urośnie.

 

-    Jednak  na  tym  pokoju  jest  zaklęcie  -  powiedziała  Angelica  wcale  nie  tonem  „a  nie 

background image

mówiłam", raczej żałośnie.

 

Tonino  poddał  się  i  starannie,  prawidłowo  odśpiewał  zaklęcie  kasujące.  Taca  natychmiast  się 
skurczyła.  Oni  nadal  klęczeli  na  podłodze  i  patrzyli  na  kolację  rozsądnej  wielkości,  schludnie 
ustawioną na środku stołu.

 

-  Równie dobrze możemy to zjeść - zauważył Tonino. Angelica znowu go zirytowała, kiedy 

powiedziała, biorąc łyżkę:

 

-  No, miło wiedzieć, że nie tylko ja psuje zaklęcia.

 

-    Wiem,  że  zrobiłem  wszystko  prawidłowo  -  wymamrotał  Tonino  do  swojej  zupy,  ale 

Angelica wolała nie słyszeć.

 

Po chwili jeszcze bardziej się zirytował, kiedy spostrzegł, że Angelica wpatruje się w niego z 

ciekawością.

 

-  O co znowu chodzi? - zapytał wreszcie, porządnie rozdrażniony.

 

-    Czekałam,  żeby  zobaczyć  twoje  paskudne  maniery  przy  jedzeniu  -  wyjaśniła.  -  Ale 

widocznie teraz się starasz.

 

-    Zawsze  jem  w  ten  sposób!  -  Tonino  zobaczył,  że  nawinął  na  widelec  stanowczo  za  dużo 

spaghetti. Odwinął je czym prędzej.

 

Wypukłe czoło Angeliki zmarszczyło się z namysłem.

 

-    Wcale  nie,  Montanowie  zawsze  jedzą  jak  świnie  od  czasu,  kiedy  stary  Ricardo  Petrocchi 

kazał im zjeść własne słowa.

 

-  Nie pleć bzdur- prychnął Tonino. - Przecież to stary Frańcesco Montana kazał Petrocchim 

zjeść ich słowa.

 

-    Nieprawda!  -zaprzeczyła  gorąco  Angelica.-To  pierwsza  historia,  której  się  nauczyłam. 

Petrocchi kazali Montanom zjeść ich własne zaklęcia zamaskowane jako spaghetti.

 

-    Wcale  nie.  Było  na  odwrót!  -  zawołał  Tonino.  -  Ja  też  nauczyłem  się  tej  historii  jako 

pierwszej.

 

Jakoś żadne z nich nie miało ochoty dokończyć spaghetti. Odłożyli widelce i dalej się kłócili.

 

-    1  dlatego,  że  Montanowie  zjedli  te  zaklęcia  -ciągnęła  Angelica  -  zrobili  się  obrzydliwi  i 

zaczęli zjadać swoich wujów i ciotki po śmierci.

 

-  Wcale nie! - zaprzeczył Tonino. -To wy zjadacie małe dzieci.

 

-    Jak  śmiesz  -  oburzyła  się  Angelica.  -Wy  zjadacie  krowie  placki  zamiast  pizzy  i  smród  z 

Casa Montana dochodzi aż na Corso.

 

-  Smród z Casa Petrocchi dochodzi aż na Via Sant' Angelo -zripostował Tonino - i z Nowego 

Mostu słychać brzęczenie much. Płodzicie dzieci jak kocięta i...

 

-  To kłamstwo! - zapiszczała Angelica. - Rozpowiadacie takie rzeczy, bo  nie chcecie, żeby 

ludzie wiedzieli, że Montanowie nigdy nie żenią się jak należy!

 

-  Właśnie że się żenimy! - wrzasnął Tonino. - To wy się nie

 

ż

enicie! 

-    Coś  takiego!  -  krzyknęła  Angelica.  -  Powiem  ci  tyle,  że  mój  brat  ożenił  się  w  kościele, 

zaraz po świętach. Więc widzisz!

 

-  Nie wierzę ci - oświadczył Tonino. - A moja siostra wychodzi za mąż na wiosnę, więc...

 

-  Byłam druhną! - zaskrzeczała Angelica.

 

Podczas  tej  kłótni  taca  cicho  sfrunęła  ze  stohi  i  znikła  gdzieś  w  pobliżu  okien.  Tonino  i 

Angelica  rozglądali  się  za  nią,  okropnie  rozczarowani,  że  znowu  nie  zauważyli,  w  jaki  sposób 
wydostała się na zewnątrz.

 

-  Patrz, co narobiłeś! - narzekała Angelica.

 

-  To przez ciebie, bo opowiadasz kłamstwa o mojej rodzinie -złościł się Tonino.

 

 

background image

ROZDZIA

Ł 9

 

Uważaj - syknęła Angelica, piorunując go wzrokiem spod wypukłego czoła - bo  zaśpiewam 

pierwsze zaklęcie, jakie mi przyjdzie do głowy. I mam nadzieję, że zmieni cię w ślimaka.

 

Groźba  poskutkowała.  Tonino  trochę  się  zmitygował.  Ale  przecież  w  grę  wchodził  honor 

Montanów.

 

-  Odwołaj to, co mówiłaś o mojej rodzinie - zażądał

 

-    Tylko  jeśli  ty  odwołasz  to,  co  mówiłeś  o  mojej  -  oświadczyła  Angelica,  -  Przysięgnij  na 

Anioła  Caprony,  że  to  same  ohydne  kłamstwa.  Patrz.  Mam  tutaj  Anioła  Caprony,  Chodź  i 
przysięgnij.

 

Stuknęła różowym palcem w blat stołu. Przypominała Toninowi jego szkolną nauczycielkę w 

zły dzień.

 

Wstał  ze  skrzypiącego  krzesła  i  podszedł  zobaczyć,  co  pokazywała.  Angelica  pedantycznie 

strzepnęła  wiórki  żółtej  politury  by  mu  pokazać,  że  rzeczywiście  za  pomocą  bezużytecznego 
kranu wyryła na blacie stołu Anioła. Rysunek był całkiem dobry, zważywszy, że kran nie mógł 
zastąpić dłuta i wykazywał tendencje do

 

ześlizgiwania się na boki. Ale Tonino nie zamierzał okazywać podziwu,

 

-  Zapomniałaś o zwoju - wytknął.

 

Angelica podskoczyła i jej chybotliwe krzesło przewróciło się z trzaskiem do tyłu.

 

-  Tego już za wiele! Sam się prosiłeś!

 

Pomaszerowała  na  puste  miejsce  przy  oknach  i  stanęła  w  pozycji  mocy.  Stamtąd  ze 

wzniesionymi rękami spojrzała na Tonina, żeby sprawdzić, czy nie ustąpi. Tontno chciał ustąpić. 
Nie chciał się zmienić w ślimaka. Szukał w myślach takiego sposobu złożenia broni, który by nie 
wyglądał  na  tchórzostwo.  Ale  jak  zwykle  okazał  się  zbyt  powolny.  Angelica  żachnęła  się 
gwałtownie i nie trzymała już ramion pod właściwym kątem.

 

-  Dobrze- powiedziała.- Rzucę zaklęcie kasujące, żeby cię skasować.

 

I zaczęła śpiewać.

 

Głos miała okropny, na zmianę ostry i głuchy, zjeżdżający z jednej tonacji na drugą. Tonino 

miał  ochotę  jej  przerwać  albo  przynajmniej  narobić  hałasu,  ale  się  nie  odważył,  żeby  jeszcze 
bardziej nie pogorszyć sytuacji.

 

Czekał, kiedy Angelica wyskrzeczała kilka wersów zaklęcia, które zdawało się skupiać wokół 

słów: „obróć czar na wspak, zerwij czar na znak". Ponieważ Tonino był chłopcem, nie czarem, 
miał nadzieję, że nic mu się nie stanie.

 

Angelica wyżej uniosła ramiona do trzeciej zwrotki i po raz szósty zmieniła tonację.

 

-  Obróć czar na znak, zerwij czar na wspak...

 

-  Pomyliłaś się - zwrócił jej uwagę Tonino.

 

-  Jak śmiesz  mi przerywać!  -  warknęła Angelica i odwróciła się tyłem,  ustawiając ramiona 

pod jeszcze bardziej nieprawidłowym kątem. Teraz jedną ręką celowała w okno.

 

-  Rozkazuję rozwiązanie tego, co było związane - zaśpiewała piskliwie i fałszywie.

 

Tonino  szybko  popatrzył  po  sobie,  ale  chyba  nie  zmienił  wyglądu  ani  koloru.  Powiedział 

sobie, że od początku wiedział, że taki partacki czar nie może działać.

 

Potem  z  sufitu  tuż  nad  oknami  dobiegło  donośne  skrzypienie.  Cały  pokój  się  zakołysał.  Ku 

zdumieniu Tonina frontowa ściana w całości, razem z oknami, oderwała się od bocznych ścian i 
sufitu i opadła na zewnątrz z cichym trzaskiem - dźwięk zadziwiająco skromny jak na katastrofę 
tych rozmiarów. Przez otwartą przestrzeń powiało stęchlizną,

 

Angelica  była  równie  zaskoczona  jak  Tonino,  Ale  to  jej  nie  przeszkodziło  obdarzyć  go 

triumfalnym, zadowolonym z siebie uśmiechem.

 

background image

-  Widzisz? Moje zaklęcia zawsze działają.

 

-  Uciekajmy- zaproponował Tonino.- Szybko. Zanim ktoś przyjdzie.

 

Przebiegli  po  malowanej  boazerii  między  oknami,  po  szczerbach,  które  Tonino  zrobił 

krzesłem. Zeskoczyli z zadziwiająco równej, czystej krawędzi, gdzie przedtem ściana łączyła się 
z  sufitem.  Znaleźli  się  na  tarasie  przed  domem,  zbudowanym  z  drewna,  nie  z  kamienia,  jak 
spodziewał się Tonino. A dalej...

 

Zatrzymali się w ostatniej chwili na skraju mrocznej przepaści. Oboje zachwiali się do przodu 

i przytrzymali się jedno drugiego. Urwisko opadało stromo w gęstą ciemność. Nie widzieli dna. I 
niewiele  więcej  zobaczyli,  kiedy  popatrzyli  przed  siebie.  Oślepiał  ich  czerwonozłoty  blask 
słońca.

 

-  Widok ciągle jest zaklęty - powiedział Tonino.

 

-    W  takim  razie  -  zaproponowała  Angelica  -  po  prostu  chodźmy  dalej.  Tam  na  pewno  jest 

droga albo ogród, którego nie widzimy.

 

Rzeczywiście  tam  powinno  być  coś  takiego,  ale  nie  dawało  się  wykryć  ani  wzrokiem,  ani 

dotykiem.  Tonino  wyraźnie  wyczuwał  rozległą  pustkę  za  urwiskiem.  Nie  słyszał  odgłosów 
miasta i czuł tylko dziwny stęchły zapach.

 

-  Tchórz! - zaszydztfa Angelica.

 

-  Idź pierwsza - zaproponował jej Tonino.

 

-  Tylko jeśli pójdziesz ze mną - odparła.

 

Oboje  zawahali  się,  wymieniając  wyzywające  spojrzenia.  I  kiedy  tak  się  wahali,  jakiś 

ogromny czarny kształt przesłonił słońce.

 

-  Nieładnie! - zagrzmiał donośny głos, - Niegrzeczne dzieci zostaną ukarane.

 

Potężna  siła  niemal  zmiotła  ich  z  powrotem  na  obaloną  ścianę.  Ściana  szybko  się  uniosła  i 

wróciła  na  swoje  miejsce,  a  Tonino  i  Angelica  stoczyli  się  z  niej  bezradnie  i  wylądowali  z 
hukiem  na  namalowanym  dywanie.  Oszołomiony  i  półprzytomny  Tonino  ledwie  usłyszał,  jak 
ś

ciana zamyka się ze szczęknięciem.

 

Potem  oszołomienie  jeszcze  wzrosło.  Tonino  wiedział,  że  znalazł  się  w  mocy  następnego 

zaklęcia.  Walczył  z  nim  rozpaczliwie,  lecz  ktokolwiek  je  rzucił,  był  potwornie  silny.  Tonino 
podskakiwał  i  obijał  sie  o  podłogę.  Światło  z  okien  zmieniło  się  i  znowu  się  zmieniło. 
Przysiągłby,  że  pokój  był  przenoszony.  Zatrzymał  się  z  szarpnięciem.  Tonino  usłyszał,  że 
Angelica  bełkocze  modlitwę  do  Naszej  Pani.  Nie  dziwił  się  jej.  Potem  nastąpiła  tajemnicza 
przerwa we wspomnieniach.

 

Tonino oprzytomniał, ponieważ ktokolwiek rzucał zaklęcie, właśnie tego sobie życzył. Z całą 

pewnością. Kara nie odniosłaby pożądanego efektu, gdyby Tonino o niej nie wiedział.

 

Otaczał go chaos świateł i hałasów, skupiony po jednej stronie w wielką, rozmazaną plamę. 

Tonino biegał tam i z powrotem po wąskiej drewnianej platformie, wlokąc za sobą (ni mniej, ni 
więcej!)  sznur  kiełbas.  Ubrany  był  w  jasnoczerwoną  koszulę  nocną,  a  z  przodu  twarzy  czul 
dziwną ociężałość. Za każdym razem, kiedy dobiegał do końca drewnianej platformy, znajdował 
tam białego kartonowego psa z falbanką wokół szyi. Kartonowy pysk psa otwierał się i zamykał. 
Pies robił słabe kartonowe wysiłki, żeby pochwycić kiełbasę.

 

Hałas był ogłuszający. Tonino sam się do niego przyczyniał.

 

-    Co  za  mądrala!  Co  za  mądrala!  -  skrzeczał  głosem  całkiem  niepodobnym  do  własnego. 

Przypominał  dźwięk  Jaki  się  robi,  grając  na  grzebieniu  owiniętym  bibułką.  Reszta  hałasu 
dochodziła  z  oświetlonej  przestrzeni  po  jednej  stronie.  Potężne  głosy  śmiały  sie  i  ryczały, 
brzęczała blaszana muzyka.

 

To sen! - powiedział sobie Tonino.

 

Ale wiedział, że to nie sen. Dość" łatwo odgadł, co się dzieje, chociaż wciąż kręciło mu się w 

background image

głowie i ćmiło w oczach. Biegnąc z powrotem po drewnianej platformie, obrócił kaprawe oczka 
do  wewnątrz,  w  stronę  ciężkiego  miejsca  na  twarzy,  I  zobaczył  tam  podwójny  i  zamazany,  ale 
niewątpliwy, wielki czerwony nochal. Był panem Punchem.

 

Naturalnie  próbował  wtedy  wbić  obcasy  w  podłogę,  zahamować  swój  bieg,  podnieść  rękę  i 

oderwać wielki nochal. Ale nie mógł. Co więcej, ktokolwiek zmienił go w pana Puncha, wkrótce 
ze  złośliwą  uciechą  zaczął  go  zmuszać,  żeby  biegał  coraz  szybciej  i  wywijał  kiełbasami  coraz 
mocniej,

 

-  Och, doskonale! - wrzasnął ktoś w oświetlonej przestrzeni.

 

Tonino  pomyślał,  że  zna  ten  glos.  Znowu  podbiegł  do  kartonowego  psa  Toby'ego,  machnął 

kiełbasami  przed  kartonowym  pyskiem  i  czekał,  żeby  mu  się  przejaśniło  w  głowie  i  w  oczach. 
Wiedział, że się doczeka. Złośliwa osoba chciała, żeby był przytomny.

 

-  Co za mądrala! - zaskrzeczał.

 

Biegnąc  po  scenie  w  drugą  stronę,  zerknął  znad  ogromnego  nochala  w  stronę  oświetlonej 

przestrzeni, ale zobaczył tylko rozmazane plamy. Więc zerknął w drugą stronę.

 

Zobaczył  tam  ścianę  złocistej  willi  z  czterema  wysokimi  oknami.  Obok  każdego  okna  stał 

mały ciemny cyprys. Teraz rozumiał, dlaczego dziwny  pokój wydawał się taki tandetny.  Służył 
tylko  za  dekorację  sceniczną.  Drzwi  w  ścianie  były  namalowane.  Pomiędzy  willą  a  sceną  ziała 
dziura. Powinna tam stać osoba kierująca marionetkami, ale Tonino widział tylko ciemną pustkę. 
Wszystkim kierowała magia.

 

Właśnie  wtedy  przeszkodziła  mu  kartonowa  kukiełka  rzeźnika,  który  wyłonił  się  z  dziury  i 

zaskrzeczał, że pan Punch ukradł mu kiełbasy, Tonino musiał stanąć bez ruchu i odwrzaskiwać. 
Ucieszył  się  z  odpoczynku.  Tymczasem  kartonowy  pies  capnąl  kiełbasy  i  umknął  z  nimi. 
Publiczność  klaskała  i  krzyczała:  „Uważaj  na  psa!"  Kartonowy  rzeźnik  przebiegi  obok  Tonitia, 
wrzeszcząc, że sprowadzi policję.

 

Tonino  jeszcze  raz  spróbował  przyjrzeć  się  publiczności.  Tym  razem  dostrzegł  jasno 

oświetloną salę i czarne pękate kształty siedzące na krzesłach, ale tak niewyraźnie, jakby patrzył 
pod słońce. Oczy  zaszły mu  łzami. Łza spłynęła po różowym dziobie sterczącym  mu z twarzy. 
Tonino  czul,  że  złośliwa  osoba  patrzyła  na  to  z  przyjemnością.  Myślała,  że  Tonino  płacze. 
Tonino  był  zirytowany,  ale  jednocześnie  dość  zadowolony:  wyglądało  na  to,  że  złośliwa  osoba 
sama  się  oszukała.  Wytężył  w/rok  w  oślepiającym  blasku,  żeby  zobaczyć  tego  złośliwca,  ale 
dostrzegł  tyłko  rzeźbę  pod  sufitem  oświetlonej  sali.  Przedstawiała  Anioła  Caprony,  zjedna  ręką 
wyciągniętą w ges'cie błogosławieństwa, drugą trzymającą zwój.

 

Potem  obrócono  go  twarzą  do  Judy.  Po  drugiej  stronie  frontowa  ściana  willi  znikła.  Scenę 

stanowił pokój, który Tonino znal aż za dobrze, z artystycznie zapalonym żyrandolem.

 

Judy  chodziła  po  scenie,  trzymając  na  ręku  białe  zawiniątko  7,  dzieckiem.  Nosiła  niebieską 

koszulę  nocną  i  niebieski  czepek.  Twarz  miała  fioletową,  z  nosem  niemal  równie  wielkim  i 
czerwonym jak nochal Tonina. Ale oczy po obu stronach nosa należały do Angeliki Na przemian 
mrugały  i  rozszerzały  się  ze  strachu.  Zamrugały  błagalnie  do  Tonina,  kiedy  Angelica 
zaskrzeczała:

 

-  Musze wyjść, panie Punch. Niech pan popilnuje dziecka!

 

-  Nie chcę pilnować dziecka! odwrzasnął.

 

Podczas  całej  idiotycznej  konwersacji  Angelica  mrugała  do  niego,  prosząc,  żeby  wymyśli! 

jakieś'  zaklęcie  i  to  przerwał.  Ale  oczywiście  Tonino  nie  mógł  nic  zrobić.  Wątpił,  czy  nawet 
Rinaldo lub sam Antonio mogliby powstrzymać coś tak potężnego. Aniele Caprony! - pomyślał. 
Pomóż nam! Poczuł się lepiej, chociaż nic nie przerwało zaklęcia. Angelica wetknęła mu dziecko 
w ramiona i znikła.

 

Dziecko  zaczęło  płakać.  Tonino  najpierw  obrzucał  je  obelgami,  potem  chwycił  za  koniec 

background image

długiej  białej  sukieneczki  i  rozwalił  mu  główkę  o  deski  sceny.  Dziecko  było  dużo  bardziej 
realistyczne  niż  pies  Toby.  Chociaż  zrobione  z  kartonu,  wyrywało  się,  machało  rączkami  i 
okropnie  płakało.  Tonino  prawie  uwierzył,  że  to  dziecko  kuzynki  Klaudii.  Tak  się  przeraził,  że 
mimowolnie zaczął powtarzać w myślach słowa Anioła Caprony, kiedy wymachiwał dzieckiem 
w  górę  i  w  dół.  I  chociaż  nie  wymawia!  właściwych  słów,  czuł,  że  odnoszą  skutek.  Wreszcie, 
kiedy cisnął biały tłumoczek przed front sceny,  zobaczył daleko w dole błyszczącą podłogę, na 
którą  upadło  dziecko.  A  kiedy  podniósł  wzrok  na  klaszczących  widzów,  zobaczył  ich  równie 
wyraźnie.

 

Najpierw ujrzał księcia Caprony. Książe siedział na pozłacanym krześle, błyszcząc guzikami i 

rycząc ze śmiechu. Tonino nie rozumiał, jak można się śmiać z czegoś tak okropnego, dopóki nie 
przypomniał sobie, że sam kilka razy świetnie się bawił na takim samym przedstawieniu. Ale to 
były tylko kukiełki. Wtedy go olśniło, że książę uważał ich za kukiełki. Śmiał się ze zręczności 
lalka-rza.

 

- Co za mądrala! - zaskrzeczał Tonino i musiał wykonać skoczny taniec, chociaż nie miał na 

to najmniejszej ochoty. Ale tańcząc, spoglądał bystro na resztę publiczności, żeby sprawdzić, kto 
wiedział, że Tonino nie jest kukiełką.

 

Ku  jego  przerażeniu  połowa  zebranych  wiedziała.  Napotkał  znaczące  spojrzenia  trzech 

poważnych mężczyzn otaczających księcia i takie same dwóch eleganckich, wymalowanych dam 
obok księżnej. A księżna,,, jak tylko Tonino zobaczył rozbawione łuki jej brwi i lekki, skrywany 
uśmiech na ustach, wiedział, że ona to robi. Spojrzał jej w oczy. Tak, księżna była czarodziejką. 
Właśnie to go tak zaniepokoiło, kiedy ją ujrzał po raz pierwszy. Księżna zobaczyła, że Tonino na 
nią patrzy, i uśmiechnęła się bardziej otwarcie, ponieważ nic nie mógł zrobić.

 

To  go  naprawdę  przeraziło.  Lecz  Angelica  ponownie  wyskoczyła  z  dziury  z  wielką  pałą  w 

ramionach i Tonino nie miał już czasu na myślenie.

 

-  Coś pan zrobił z dzieckiem? - zaskrzeczała Angelica.

 

I  zaczęła  okładać  Tonina  kijem.  To  naprawdę  bolało.  Powaliła  go  na  kolana  i  tłukła 

zawzięcie. Widział, jak poruszają się jej usta. Chociaż wciąż wykrzykiwała głupim, skrzeczącym 
głosem:,Ja  cię  nauczę  zabijać  dziecko!",  wargi  wymawiały  słowa  Anioła  Capro-ny.  Ponieważ 
wiedziała, co będzie dalej.

 

Tonino  też  recytował  Anioła  i  próbował  skulić  się  na  podłodze.  Ale  to  nic  nie  dało.  Musiał 

wstać,  wyrwać  Judy  kij  i  zbić  nim  Angelicę.  Widział,  że  książę  się  śmieje,  widział  uśmiechy 
dworzan.  Księżna  uśmiechała  się  teraz  bardzo  szeroko,  ponieważ  oczywiście  Tonino  będzie 
musiał zatłuc Angelicę na śmierć",

 

Tonino  próbował  tak  trzymać  kij,  żeby  tylko  lekko  uderzał  w  Angelicę.  Wprawdzie  była 

jedną  z  Petrocchich  i  wyjątkowo  irytującą  dziewczyną,  ale  nie  zasługiwała  na  taką  śmierć.  Kij 
jednak sam podrywał się i opadał, pociągając za sobą ramię Tonina. Angelica upadła na kolana, a 
potem  na  twarz.  Jej  wrzaski  wzmogły  się  w  dwójnasób,  a  potem  ucichły.  Leżała  z  głową 
przewieszoną przez krawędź sceny i wyglądała całkiem jak kukiełka. Tonino musiał kopniakiem 
wrzucić ją do dziury pomiędzy sceną a fałszywą willą. Usłyszał odległe „klap!", kiedy upadła. A 
potem  musiał  się  odwrócić  i  rechotać  radośnie,  podczas  gdy  księżna  odrzuciła  głowę  do  tyłu  i 
ś

miała się równie serdecznie jak książę,

 

Tonino jej nienawidził. Czul taki gniew i rozpacz, że wcale mu nie przeszkadzało pojawienie 

się kartonowego policjanta. Jego też ścigał z kijem. Przyłożył mu z całej siły, jakby policjant był 
księżną, a nie papierową kukiełką.

 

-  Co ci jest Lukrecjo? - usłyszał glos księcia.

 

Zerknął  w  bok,  kiedy  wymierzał  kolejny  zamaszysty  cios  w  kartonowy  hełm  policjanta. 

Zobaczył, że księżna skrzywiła się, kiedy kij trafił w cel. Nie zdziwił się, że natychmiast usunięto 

background image

policjanta,  a  Puneha  zmuszono  do  skocznych  pląsów  i  jeszcze  głośniejszych  wrzasków.  Nie 
stawiał oporu. Czul prawdziwą radość, kiedy chyba po raz tysięczny skrzeczał: „Co za mądrala!", 
ponieważ  rozumiał,  co  się  dzieje.  Księżna  w  pewnym  sensie  naprawdę  była  policjantem. 
Przenosiła cząstkę siebie we wszystkie kukiełki, żeby działały. Ale Tonino nie mógł się przed nią 
zdradzić,  że  wie.  Pląsał  i  rechotał,  udając  przerażenie,  i  nie  odrywał  wzroku  od  rzeźby  Anioła 
wysoko na suficie sali.

 

A teraz pojawił się zakapturzony  kat, ciągnąc  małą drewnianą szubienicę, na której dyndała 

pętla ze sznurka. Tonino zapląsał ostrożnie. Teraz księżna go wykończy, jeśli nie będzie uważał. 
Z drugiej strony, jeśli Punch należycie rozegra to przedstawienie, sam może wykończyć księżną.

 

Rozpoczęła  się  głupia  scena,  Tonino  nigdy  w  życiu  tak  się  nie  starał.  Powtarzał  w  myślach 

słowa  Anioła,  jako  modlitwę  i  zarazem  zasłonę  dymną,  żeby  księżna  nie  przejrzała  jego 
zamiarów. Jednocześnie myślał żarliwie i mściwie, że kat jest nie tylko kukiełką - jest księżną we 
własnej osobie. I również w tym samym czasie prowadził ożywioną konwersację jako pan Punch. 
To musiało się udać.

 

-  Chodź no tutaj, panie Punch - zaskrzeczał kat. - Wsadź gło wę w tę pętlę.

 

-  Jak mam to zrobić? - zapytał pan Punch i Tonino, ze wszystkich sił udając głupotę.

 

-  Włóż tutaj gtowę - zachrypiał kat, przesuwając jedną rękę przez pętlę.

 

Pan Punch i Tonino, obaj drżący z chytrości, przyłożyli głowę najpierw z jednej strony pętli, 

potem z drugiej.

 

-    Czy  tak  dobrze?  Czy  tak?  -  Potem,  jeszcze  gorliwiej,  udając  głupka:  -  Nie  wiem,  jak  to 

zrobić. Musisz mi pokazać.

 

Albo księżna chciała się pobawić Toninem, albo również próbowała go przechytrzyć. Scena 

powtórzyła  się  kilkakrotnie.  Za  każdym  razem  kat  wkładał  rękę  do  pętli,  żeby  pokazać  panu 
Punctao-wi, co ma zrobić. Tonino nie ośmielił się zerknąć na  księżnę.  Patrzył na  kata i myślał: 
To  jest  księżna,  i  recytował  Anioła  ze  wszystkich  sił.  Wreszcie  ku  jego  uldze  książę  się 
zniecierpliwił.

 

-  Dalej, panie Punch! - zawołał.

 

-    Musisz  włożyć  tam  głowę  i  pokazać  mi  -  powiedział  pan  Punch  i  Tonino  najbardziej 

nalegającym tonem, na jaki potrafił się zdobyć.

 

-  No dobrze - ustąpił kat. - Skoro jesteś taki głupi. I włożył kartonową głowę do pętli.

 

Pan Punch i Tonino szybko pociągnęli za sznur i powiesili go. Ale Tonino pomyślał: To jest 

księżna!  Zrobił  się  jak  najcięższy.  Przez  sekundę  cały  ciężar  kukiełki  zakołysał  się  na  końcu 
sznura.

 

To trwało tylko sekundę. Tonino przelotnie dostrzegł księżnę na nogach, podnoszącą ręce do 

gardła.  Potem  został  rzucony  płasko  na  twarz  i  wcale  nie  mógł  się  poruszyć.  Musiał  leżeć  na 
deskach.  Głowa  opadła  mu  poza  krawędź  sceny,  więc  widział  bardzo  niewiele.  Ale  dotarło  do 
niego, że księżna została troskliwie wyprowadzona w asyście przejętego księcia.

 

Chyba jestem równie zadowolony jak Punch, pomyślał.

 

 

ROZDZIA

Ł 1O

 

Paolo  nigdy  później  nie  chcia!  pamiętać  tamtej  nocy.  Nadal  wpatrywał  się  w  chorobliwie 

ż

ółty napis na dziedzińcu, kiedy nadeszła reszta rodziny. Odepchnięto go na bok, żeby przepuścić 

starego Niccola i ciotkę Francesce, ale Benvenuto syczał i pluł na nich niczym rozgrzany tłuszcz 
na patelni i nie pozwalał im przejść.

 

-  Daj spokój, chłopie - powiedział do niego stary Niccolo. -Zrobiłeś, co mogłeś.

 

background image

Odwrócił sie do ciotki Franceski,

 

-  Nigdy nie wybaczę Petrocchim - oświadczył. - Nigdy.

 

Paola ponownie uderzyło, jak mizernie i żałośnie wygląda dziadek. Zdawało mu się, że stary 

Niccolo podpiera grabą, zasapaną, zabłoconą ciotkę Francesce, ale teraz pomyślał, że chyba jest 
na odwrót.

 

-  No dobrze. Pozbędziemy się tej okropnej wiadomości - powiedział z irytacją stary Niccolo.

 

Wzniósł ramiona, żeby rozpocząć rodzinny czar, ałe przerwał. Przycisnął mocno ręce do piersi. 
Osunął  się  na  kolana  i  jego  twarz  przybrała  dziwny  kolor.  Paolo  myślał,  że  dziadek  nie  żyje, 
dopóki  nie  zobaczył,  że  pierś  starca  unosi  się  w  spazmatycznych,  urywanych  oddechach. 
Elizabeth, wuj Lorenzo i ciotka Maria podbiegli do niego.

 

-  Atak serca- oznajmił wuj Lorenzo i kiwnął na Antonia. -Rzucajcie to zaklęcie. Musimy go 

wnieść do środka.

 

-  Paolo, biegnij po lekarza - rozkazała Elizabeth, Biegnąc, Paolo usłyszał, jak za jego plecami 

wybuchła pieśń.

 

Kiedy  wrócił  z  lekarzem,  napis  już  zniknął  i  starego  Niccola  zaniesiono  do  łóżka.  Ciotka 

Francesca,  wciąż  zabłocona,  z  włosami  zwisającymi  po  jednej  stronie,  wędrowała  tam  i  z 
powrotem po dziedzińcu niczym ruchoma góra, płacząc i załamując ręce.

 

-  Zaklęcia są zakazane! - zawołała do Paola. - Zatrzymałam wszystko.

 

-    I  bardzo  dobrze  -  stwierdził  kwaśno  lekarz.  -  Człowiek  w  wieku  Niccola  Montany  nie 

powinien się rozbijać po ulicach. I połóż babcię do łóżka - zwrócił się do Paola. - Bo rozchoruje 
się następna.

 

Ciotka Francesca zgodziła się tylko przejść do salonu, gdzie nie chciała nawet usiąść. Biegała 

w kółko, rozpaczała nad starym Niccolem, opłakiwała Tonina, jęczała, że moc odeszła na dobre z 
Casa Montana, i miotała straszliwe groźby przeciwko Petrocchim. Inni czuli się niewiele lepiej. 
Dzieci płakały ze zmęczenia. Elizabeth i ciotki martwiły się o starego Niccola, a potem o ciotkę 
Francesce,  W skryptorium Antonio i wujowie siedzieli sztywni z niepokoju wśród porzuconych 
zaklęć, a po całym domu kręcili się starsi kuzyni i przeklinali Petrocchich.

 

Paolo znalazł Rinalda opierającego się markotnie o poręcz galerii, chociaż było już ciemno i 

porządnie zimno.

 

-  Przeklęci Petrocchi - powiedział posępnie do Paola. - Teraz nie możemy nawet zarobić na 

utrzymanie, a co dopiero pomóc, kiedy wybuchnie wojna.

 

Paolo,  pomimo  całej  rozpaczy,  poczuł  się  ogromnie  pochlebia-ny,  że  Rinaldo  uważa  go  za 

dostatecznie dorosłego do omawiania rodzinnych spraw.

 

-  Tak, to okropne - przyznał i próbował oprzeć się o poręcz w tej samej eleganckiej pozie co 

Rinaldo.

 

Nie  było  to  łatwe,  ponieważ  Paoło  jeszcze  za  mało  urósł,  ale  jakoś  się  oparł  i  przygotował 

argumenty,  których  zamierzał  użyć  do  przekonania  Rinalda,  że  Tonino  wpadł  w  ręce  wrogiego 
czarodzieja. To również nie było łatwe, Paolo wiedział, że Rinaldo nie zechce go słuchać, gdyby 
wymknęła mu się najmniejsza aluzja, że rozmawiał z Petrocchim - a poza tym wolałby umrzeć, 
niż przyznać się do tego kuzynowi. Ale wiedział, że jeśli przekona Rinalda, Rinaldo oswobodzi 
Tonina w pięć bohaterskich minut. Rinaldo był prawdziwym Montaną.

 

Rozmyślał:, a tymczasem Rinaldo rzucił gniewnie:

 

-  Co wstąpiło w tego szczeniaka Tonina, żeby czytać tę przeklętą książkę? Już ja mu pokażę, 

kiedy wróci!

 

Paolo zadrżą! z zimna.

 

-  Tonino zawsze czyta książki. - Potem przesunął się trochę -elegancka poza wcale nie była 

wygodna - i zapytał pokornie: - Jak go odzyskamy?

 

background image

Wcale nie to planował powiedzieć. Był zły na siebie.

 

-    Po  co?  -  burknął  Rinaldo.  -  Wiemy,  gdzie  on  jest:  w  Casa  Petrocchi.  A  jeśli  mu  tam  źle, 

sam jest sobie winien!

 

-  Wcale nie! - zaprotestował Paolo.

 

W  świetle  latarni  na  dziedzińcu  zobaczył,  że  Rinaldo  odwrócił  się  i  popatrzył  na  niego 

drwiąco. Dyskusja z każdą chwilą coraz bardziej odbiegała od kierunku, który zaplanował.

 

-  Porwał go wrogi czarodziej - oznajmił Paoio. - Ten, o którym mówił Chrestomanci.

 

Rinaldo parsknął śmiechem.

 

-  Jedna wielka kupa bredni, Paolo. Nasz przyjaciel rozmawiał z Petrocchimi. Wymyśli! sobie 

tego  dogodnego  czarodzieja,  bo  chciał,  żebyśmy  wszyscy  pracowali  dla  Caprony.  Większość  z 
nas przejrzała go od razu.

 

-  W takim razie kto zrobił tę mgłę na Corso? - zapytał Paolo. -Nie my i nie oni.

 

Ale Rinaldo odparł tylko:

 

-  Kto powiedział, że to nie oni?

 

Ponieważ  Paolo  nie  mógł  wyznać,  że  tak  powiedziała  Renata  Petrocchi,  nie  znalazł 

argumentu. Zamiast tego rzucił dość rozpaczliwie:

 

-    Chodź  ze  mną  do  Casa  Petrocchi.  Jeśli  użyjesz  zaklęcia  znajdującego,  udowodnisz,  że 

Tonina tam nie ma.

 

-  Co? - Rinaldo wydawał się zdumiony. - Bierzesz mnie za głupca, Paolo? Nie zamierzam się 

porywać  w  pojedynkę  na  całą  rodzinę  zaklinaczy.  A  jeśli  tam  pójdę  i  użyję  zaklęcia,  a  oni  coś 
zrobią Toninowi, wszystko się na mnie skrupi. I to żeby udowodnić coś, o czym dawno wiemy. 
Nie warto, Paolo. Ale cos ci powiem...

 

Przerwała mu ciotka Giną, która wrzasnęła na dziedzińcu:

 

-  Notti to jedyna apteka otwarta o tej porze. Powiedzcie mu, że to dla Niccola Montany!

 

Z pewną ulgą Paolo porzucił elegancką pozę i przechylił się przez balustradę, żeby zobaczyć, 

jak  Lucia  i  Corinna  biegną  przez  dziedziniec  z  receptą  lekarza.  Na  ten  widok  żołądek  skurczył 
mu się ze strachu.

 

-  Rinaldo, myślisz, że stary Niccolo umrze? Rinaldo wzruszył ramionami.

 

-  Możliwe. Jest dość stary. I tak już pora, żeby ten dureń przeszedł na emeryturę. Wtedy będę 

o jeden szczebel bliżej do stanowiska naczelnika Casa Montana.

 

Wówczas  dziwna  rzecz  wydarzyła  się  w  głowie  Paola,  Nigdy  przedtem  nie  zastanawiał  się, 

kto obejmie stanowisko po Antoniu -ponieważ wiedział, że ojciec zajmie miejsce starego Niccola 
-jako  naczelnik  Casa  Montana.  Ale  z  niewiadomego  powodu  nigdy  nie  przypuszcza.!,  że  to 
będzie Rinaldo. Teraz spróbował sobie wyobrazić Rinalda robiącego to samo co stary Niccolo. I 
natychmiast  zrozumiał,  że  Rinaldo  się  do  tego  nie  nadaje.  Rinaldo  był  próżny  i  samolubny  -  i 
tchórzliwy,  tyle  że  zachowywał  pozory.  Zupełnie  jakby  Rinaldo  wymówił  potężne  zaklęcie  i 
otworzył Paolowi oczy.

 

Rinaldo,  chociaż  ekspert  od  zaklęć,  nigdy  nie  podejrzewał,  że  kilka  zwykłych  słów  może 

zdziałać tak wiele. Nachylił się w stronę Paola i zniżył głos do melodyjnego pomruku.

 

-  Zamierzałem ci powiedzieć, Paolo. Werbuję wszystkich młodych. Złożymy przysięgę, że w 

tajemnicy zemścimy sie na Pe-trocchich. Zrobimy im cos" gorszego niż zmuszenie do zjedzenia 
własnych słów. Czy przyłączysz się do mnie? Czy złożysz przysięgę?

 

Może  mówił  szczerze.  Rinaldowi  pewnie  odpowiadałaby  praca  w  sekrecie,  z  mnóstwem 

chętnych pomocników. Ale Paolo miał pewność, że ten plan stanowi kolejny szczebel na drodze 
Rinalda do stanowiska naczelnika domu. Odsunął się wzdłuż poręczy.

 

-  Wchodzisz do gry? - szepnął Rinaldo z cichym śmiechem. Paolo odsunął się jeszcze dalej.

 

-  Powiem ci później.

 

background image

Odwrócił  sie  i  umknął.  Rinaldo  zaśmiał  się  i  nie  próbował  go  złapać.  Myślał,  że  Paolo  się 

przestraszył.

 

Paolo zszedł na dziedziniec. Czuł się samotny jak jeszcze nigdy w życiu. Nikt nie pomoże mu 

znaleźć Tonina. Tonina nie było. Tanino nie był próżny ani samolubny, ani tchórzliwy. Paolo nie 
zauważy!  dotąd,  jak  bardzo  na  nim  polegał.  Wszystkie  ważne  rzeczy  robili  razem.  Nawet  jeśli 
Paolo  sam  się  czymś  zajmował,  wiedział,  że  Tonino  jest  gdzieś  blisko,  siedzi  i  czyta,  gotów 
odłożyć książkę, gdyby  Paolo go potrzebował. Teraz Paolo nagle nie miał nic do roboty. I cały 
dom cuchnął zmartwieniem.

 

Poszedł  do  kuchni,  gdzie  przynajmniej  cos  się  działo.  Wszyscy  jego  mali  kuzyni  tam  się 

zgromadzili. Rosa i Marco próbowali ugotować zupę.

 

-  Wejdź i pomóż nam, Paolo - poprosiła Rosa. - Po kolacji chcieliśmy położyć ich spać, ale 

mamy trochę kłopotów.

 

Oboje z Markiem wyglądali na  zmęczonych i wzburzonych.  Większość" maluchów płakała, 

włącznie  z  niemowlęciem.  Kłopoty  sprawiało  zaklęcie  LuciL  Paolo  zrozumiał  to,  kiedy  Marco 
włożył mu niemowlę w ramiona. Pieluszkę pokrywał pomarańczowy tłuszcz,

 

-  Fuj! - powiedział Paolo.

 

-    Wiem  -  przyznała  Rosa.  -  No,  Marco,  lepiej  spróbuj  jeszcze  raz.  Czysty  rondel.  Czysta 

woda.  Ostatnia  paczka  zupy  w  proszku...  nie  krzyw  się  tak,  Paolo.  Wypróbowaliśmy  wszystkie 
warzywa. Po prostu odtruwają do kosza na śmieci i pleśnieją, zanim tam dotrą.

 

Paolo  obejrzał  się  nerwowo  na  drzwi  w  obawie,  czy  wrogi  czarodziej  jest  dostatecznie 

potężny, żeby ich podsłuchać.

 

-  Spróbuj zaklęcia kasującego - szepnął.

 

-    Ciotka  Giną  próbowała  wszystkich  dzisiaj  po  południu  -  odparła  Rosa.  -  Nic  z  tego. 

Widzisz, mała Lucia użyła Anioła Capro-ny. Teraz stosujemy sposób Marca. Gotowy, Marco?

 

Rosa otworzyła paczuszkę zupy i trzymała nad rondlem. Kiedy różowy proszek sypał się do 

wody, Marco pochylił sie nad rondlem i zaśpiewał gwałtownie, Paolo obserwował ich nerwowo. 
Właśnie  tego  zakazywał  im  napis,  z  całą  pewnością.  Kiedy  cały  proszek  znalazł  się  w  wodzie, 
Rosa i Marco zajrzeli niespokojnie do rondla.

 

-  Udało się? - zapytał Marco.

 

-  Chyba... -zaczęłaRosai zakończyła gniewnym okrzykiem: -O nie!

 

Małe  muszelki  makaronu  w  proszku  zmieniły  się  w  prawdziwe  morskie  muszelki,  małe  i 

szare.

 

-  Z jakimiś stworzeniami w środku - zawołała rozpaczliwie Rosa, nabierając łyżkę zupy - 

Gdzie  jest  Lucia?  Przyprowadź  ją.  Powiedz  jej,  że...  Nie,  nic  nie  mów  Tylko  ją  przyprowadź, 
Paolo.

 

-  Poszła do apteki - wyjaśnił Paolo.

 

Na dziedzińcu wybuchły krzyki. Paolo przekazał zatłuszczone niemowie najbliższej kuzynce 

i  wyskoczył  z  kuchni  przerażony,  że  to  następna  żółta  wiadomość  dotycząca  Tonina.  A  może 
hałas spowodowała Lucia?

 

Ani  jedno,  ani  drugie.  Hałasował  Rinaldo.  Widocznie  wujowie  wyszli  ze  skryptorium, 

ponieważ  Rinaldo  palił  zaklęcia  na  stosie  pośrodku  dziedzińca.  Domenico,  Carlo  i  Luigi 
pracowicie  znosili  z  galerii  naręcza  kart,  kopert  i  zwojów.  Paolo  rozpoznał  zwijające  się  już 
wśród płomieni zaklęcia wojskowe, które on i inne dzieci przepisywały przez tyle czasu. To było 
wstrząsające marnotrawstwo.

 

-    Do  tego  nas  zmusili  Petrocchi!  -  krzyczał  Rinaldo,  przybierając  malowniczą  pozę  na  tle 

płomieni. Widocznie to należało do jego planu werbowania młodych.

 

Paolo ucieszył się, widząc, że Antonio i wuj Lorenzo wybiegli z salonu.

 

background image

-  Rinaldo! - krzyknął Antonio. - Rinaldo, martwimy się o Umberta. Chcemy, żebyś poszedł 

na uniwersytet i sprawdził, co z nim.

 

-  Wyślijcie Domenica - odparł Rinaldo i odwrócił się do ognia.

 

-  Nie - oświadczył Antonio. - Ty pójdziesz.

 

Coś w jego głosie sprawiło, że Rinaldo cofnął się przed nim.

 

-  Pójdę ustąpił. Podniósł rękę ze śmiechem. - tylko żartowałem, wuju Antonio.

 

Wyszedł natychmiast.

 

-  Odnieście te zaklęcia z powrotem - polecił wuj Lorenzo pozostałym trzem kuzynom. - Nie 

cierpię marnowania dobrej roboty.

 

Domenico,  Carlo  i  Luigi  usłuchali  bez  słowa,  Antonio  i  wuj  Lorenzo  podeszli  do  stosu  i 
próbowali  zadeptać  płomienie,  ale  ognisko  płonęło  zbyt  mocno,  Paolo  zobaczył,  jak  zerkają  na 
siebie  z  minami  winowajców,  potem  nachylają  się  do  przodu  i  szepczą  zaklęcia  nad  ogniem. 
Zgasł  jak  za  przekręceniem  wyłącznika.  Paolo  westchną!  z  niepokojem.  Najwyraźniej  nikt  w 
Casa  Montana  nie  potrafił  zerwać  z  nawykiem  używania  czarów.  Zastanawiał  się,  jak  długo 
potrwa, zanim wrogi czarodziej to zauważy.

 

-  Przynieś światło! - zawołał Antonio do Domenica. - I powybieraj te, które się nie spaliły.

 

Paolo wrócił do kuchni, zanim poproszono go o pomoc. Stos podsunął mu pewien pomysł.

 

-  Mamy sporo mielonego mięsa - powiedziała Rosa. - Odważymy się spróbować?

 

-  Dlaczego nie zabierzecie jedzenia do jadalni? - zaproponował Paolo. - Rozpalę tam ogień i 

możecie gotować.

 

-  Ten chłopiec to geniusz! - oświadczył Marco.

 

Tak  zrobili.  Rosa  gotowała  na  raty,  a  Marco  zrobił  kakao.  Najpierw  nakarmiono  dzieci, 

włącznie z Paolem, Paolo siedział na długiej lawie i myślał, że to całkiem dobra zabawa - gdyby 
Tonino  nie  zniknął  i  gdyby  stary  Niccolo  nie  leżał  w  łóżku  na  górze.  Bardzo  się  zdziwił  i 
ucieszył,  kiedy  na  jego  kolanach  wylądował  nagle  kłąb  pazurów  i  mięśni  z  ciepłego  żelaza. 
Benvenuto też tęsknił za Toni-nem. Ocierał się o Paola niemal w desperacji, ale nie mruczał.

 

Rosa  i  Marco  wybierali  sie  na  górę,  żeby  położyć  maluchy  spać,  kiedy  na  zewnątrz  w 

nocnych ciemnościach rozległo się nagle donośne dzwonienie.

 

-  Wielkie nieba! - zawołała Rosa i otworzyła drzwi na dziedziniec.

 

Hałas wtargnął do kuchni, potężny metaliczny dźwięk, nierówny i spieszny. Najbliżej -klang, 

klang,  kłang!  -rozbrzmiewałdzwon  należący  widocznie  do  kościoła  Sant'  Angelo.  Dalej  huczał 
dzwon  katedry.  A  wszędzie  dookoła,  raz  bliskie,  raz  słabe  i  blaszane,  dzwony  we  wszystkich 
kościołach  Caprony  biły,  dźwięczały,  brzęczały  i  wygrywały  kuranty.  Corinna  i  Lucia  wpadły 
biegiem, z twarzami zaróżowionymi z zimna i podniecenia.

 

-  Mamy wojnę! Książę wypowiedział wojnę! Marco powiedział, że chyba powinien już iść.

 

-    O  nie,  zostań!  -  krzyknęła  Rosa.  -  Jeszcze  nie.  Aha,  Lucia...  Lucia  szybko  zerknęła  na 

kuchenne przybory na kominku.

 

-  Pójdę zanieść lekarstwa ciotce Ginie - powiedziała i roztropnie znikła z horyzontu.

 

Marco i Rosa wymienili spojrzenia. 
-    Trzy  państwa  przeciwko  nam  i  żadnych  zaklęć  do  pomocy  -stwierdził  Marco.  -  Nie 

zapowiada się długie i szczęśliwe małżeństwo, co?

 

-    Pan  Notti  mówi,  że  jutro  powołują  cywilnych  rezerwistów  -pocieszyła  go  Corinna, 

Napotkała spojrzenie Rosy. - Chodźcie, dzieciaki - zwróciła się do pierwszych z brzegu czterech 
kuzynów. -Pora spać.

 

Kiedy  kładziono  spać  maluchy,  Paolo  siedział  głaszcząc  Ben-venuta,  jeszcze  bardziej 

przygnębiony  niż  dotąd.  Zastanawiał  się,  czy  jutro  wkroczą  żołnierze  z  Florencji,  Pizy  i  Sieny. 
Czy na ulicach wybuchnie strzelanina? Pomyślał o wielkich odłamkach marmuru odstrzelonych z 

background image

katedry, o Nowym Moście zniszczonym, pomimo wszelkich wzmacniających zaklęć, o krzepkich 
ż

ołnierzach  wroga  wywlekających  wrzeszczącą  Rosę.  I  zobaczył,  że  to  wszystko  może  się 

wydarzyć jeszcze w tym tygodniu.

 

Nagle  nabrał  pewności,  że  Benvenuto  próbuje  coś  mu  powiedzieć.  Wyczytał  to  w 

oskarżającym spojrzeniu żółtych kocich ślepiów. Ale po prostu nie rozumiał.

 

-  Spróbuję - powiedział do Benvenuta, - Naprawdę spróbuję. Doznał przelotnego wrażenia, 

ż

e Benvenuto jest zadowolony.

 

Zachęcony  tym,  pochylił  głowę  i  wpatrzył  sie  w  wymowne  oblicze  Benvenuta.  Ale  nic  nie 

wskórał.  Otrzymał  tylko  obraz  w  myślach  -obraz  jakiegoś  miejsca  z  barwnym  marmurowym 
frontonem, bardzo dużym i ozdobnym.

 

-  Kościół Sant Angelo? - zapytał z powątpiewaniem. Benvenuto jeszcze chłostał go ogonem 

z irytacją, kiedy wrócili Rosa i Marco.

 

-    O  rety!  -  powiedziała  Rosa  do  Marca.  -  Paolo  znowu  bierze  na  swoje  barki  wszystkie 

kłopoty rodziny!

 

Zdziwiony Paolo podniósł wzrok.

 

-  Czasami wyglądasz zupełnie jak Antonio - wyjaśnił Marco.

 

-  Nie rozumiem Benvenuta - wyznał Paolo z rozpaczą. Marco usiadł obok niego na stole.

 

-    Więc  będzie  musiał  znaleźć  jakiś  inny  sposób,  żeby  nam  powiedzieć,  czego  chce  - 

oświadczył. - To mądry kot... najmądrzejszy, jakiego znam. Poradzi sobie.

 

Wyciągnął rękę, a Benvenuto pozwolił mu się pogłaskać po głowie.

 

-  Twoje uszy, panie kocie - powiedział Marco - są jak ostrokrzew bez kolców.

 

Rosa też przysiadła na stole z drugiej strony Pada.

 

-  O co chodzi, Paolo? O Tonina? Paolo kiwnął głową.

 

-  Nikt mi nie wierzy, źe porwał go wrogi czarodziej.

 

-  My wierzymy - zapewnił Marco. Rosa dodała:

 

-  Nawet lepiej, że porwał Tonina, nie ciebie. Tonino przyjmie to znacznie spokojniej.

 

Paolo był trochę zaskoczony.

 

-  Dlaczego wy dwoje wierzycie we wrogiego czarodzieja, a nikt inny nie wierzy? 
-    Dlaczego  myślisz,  że  on  istnieje?  -  zripostował  Marco.  Nawet  teraz  Paolo  nie  mógł  się 

przełamać, żeby im opowiedzieć o swoim krępującym spotkaniu z jedną z Petrocchich.

 

-  Pod koniec walki była okropna mgła - bąknął.

 

Rosa i Marco podskoczyli radośnie. Przybili piątkę nad głową Paola.

 

-  Podziałało! Podziałało! Marco dodał:

 

-    Mieliśmy  nadzieję,  że  ktoś  wspomni  o  tej  mglef  Czy  przypadkiem  nie  towarzyszyło  jej 

zaklęcie kasujące na wielką skalę?

 

-  Tak - potwierdził Paolo.

 

-    My  zrobiliśmy  tę  mgłę  -oznajmiła  Rosa.  -Marco  i  ja.  Chcieliśmy  przerwać  walkę,  ale  to 

trwało wieki, bo cala magia w Capronie poszła na walkę.

 

Paolo  przetrawił  tę  nowinę.  Przynajmniej  otrzymał  jakiś"  dowód  i  nie  musiał  polegać 

wyłącznie  na  słowie  Petrocchich.  Może  jednak  czarodziej  nie  istniał.  Może  Tonino  naprawdę 
znajdował  się  w  Casa  Petrocchi.  Paolo  pamiętał,  że  Renata  powiedziała  o  zaginięciu  Angeliki 
dopiero wtedy, kiedy mgła zrzedła i dziewczynka zobaczyła, z kim ma do czynienia.

 

-  Słuchajcie - zaczął. - Czy pójdziecie ze mną do Casa Petrocchi sprawdzić, czy Tonino tam 

jest?

 

Zdawał sobie sprawę, że Marco i Rosa wymieniają nad jego głową znaczące spojrzenia

 

-  Dlaczego? - zapytała Rosa.

 

-  Dlatego... dlatego... 

background image

Tak bardzo chciał ich przekonać, że wreszcie wpadł na pomysł.

 

-  Dlatego, że Guido Petrocchi powiedział, że Angelica Petrocchi też zaginęła.

 

-    Niestety  nie  możemy  -  odparł  Marco  z  prawdziwym  żalem  w  głosie.  -  Wierz  mi, 

zrozumiałbyś, gdybyś znal nasze powody!

 

Paolo  nie  rozumiał.  Wiedział,  że  w  przypadku  tych  dwojga  nie  chodzi  o  tchórzostwo  ani 

pychę, ani nic w tym rodzaju. To tylko jeszcze bardziej go rozstroiło.

 

-  Och, nikt nie chce pomóc! - wykrzyknął. Rosa objęła go ramieniem.

 

-    Paolo!  Jesteś  całkiem  jak  ojciec.  Myślisz,  że  musisz  sam  wszystko  załatwić.  Ale  jedno 

możemy zrobić.

 

-  Wezwać Chrestomanciego? - zapytał Marco. Paolo poczuł, że Rosa kiwa głową.

 

-  Ale on jest w Rzymie! - zaoponował.

 

-  To bez znaczenia - zapewnił Marco. - On jest czarodziejem tego rodzaju. Jeśli znajduje się 

dostatecznie blisko, a ty go potrzebujesz dostatecznie mocno, przybywa na wezwanie.

 

-  Muszę gotować! - zawołała Rosa i zeskoczyła ze stołu.

 

Zanim przygotowano drugą kolację, wrócił Rinaldo w doskonałym humorze. Wuj Umberto i 

stary  Luigi  Petrocchi  znowu  się  pokłócili  w  uniwersyteckiej  jadalni.  Dlatego  wuj  Umberto  nie 
odwiedził starego Niccola. On i Luigi leżeli w łóżkach, skrajnie wyczerpani. Rinaldo pił wino z 
kilkoma  studentami,  którzy  opowiedzieli  mu  wszystko  o  bójce.  Studencka  kolacja  całkiem  się 
zmarnowała.  Kotlety  i  makaron  fruwały  w  powietrzu  razem  z  krzesłami,  stołami  i  ławkami. 
Umberto  próbował  utopić  Luigiego  w  wazie  do  zupyT  a  na  to  Luigi  rzucił  w  Umberta  całą 
profesorską  kolacją.  Studenci ogłosili  strajk. Nie przeszkadzała im bójka, ale  Luigi pokazał im, 
ż

e profesorowie dostają lepsze jedzenie.

 

Paolo  słuchał  jednym  uchem.  Myślał  o  Toninie  i  zastanawiał  się,  czy  można  polegać  na 

słowie jednej z Petrocchich.

 

 

ROZDZIA

Ł 11

 

Po chwili ktoś przyszedł i podniósł Tonina. Nie było to przyjemne. Ręce i nogi mu zwisały i 

majtały  się  na  wszystkie  strony,  ale  nie  mógł  nic  na  to  poradzić.  Wrzucono  go  gdzieś  w  dużo 
ciemniejsze  miejsce  i  zostawiono.  Leżał  tam  wśród  szurania  i  wstrząsów,  przetaczając  się 
bezwładnie,  jakby  znajdował  się  w  pudle,  które  przesuwano  po  podłodze.  Wreszcie  wszystko 
ucichło i odkrył, że znowu może się poruszać. Usiadł, drżąc na całym ciele.

 

Znajdował się w tym samym pokoju co przedtem, ale jakby mniejszym. Wiedział, że gdyby 

wstał,  musnąłby  głową  zapalony  żyrandol  pod  sufitem.  Widocznie  sam  się  powiększył; 
poprzednio miał z dziesięć centymetrów wzrostu, teraz około trzydziestu. Więc kukiełki były za 
duże do tych dekoracji,  a fałszywa  willa  miała  wyglądać jak stojąca  w  oddali, A skoro  księżna 
nagle  zachorowała,  żaden  z  jej  pomocników  nie  zatroszczył  się  o  rozmiary  Tonina.  Po  prostu 
dopilnowali, żeby znowu go zamknąć.

 

- Tonino - szepnęła Angelica. 
Tonino obrócił się gwałtownie. Połowę pokoju wypełniały sflaczałe ciała kukiełek. Zobaczył 

kartonowy hełm policjanta, potem swojego wroga kata i biały tłumoczek z dzieckiem. W połowie 
sterty  dostrzegł  twarz  Angeliki  -jej  własną  twarz,  chociaż  opuchnięty  i  pokrytą  śladami  łez. 
Pospiesznie  podniósł  rękę  do  nosa.  Ku  jego  uldze  czerwony  kulfon  zniknął,  chociaż  pozostała 
szkarłatna koszula nocna pana Puncha.

 

-    Przepraszam  -  powiedział.  Zęby  mu  szczękały.  -  Próbowałem  nie  zrobić  ci  krzywdy.  Nic 

sobie nie złamałaś?

 

background image

-  N-nie wyjąkała Angelica niezbyt pewnym tonem. - Tonino, co się stało?

 

-    Powiesiłem  księżną  -  odparł  Tonino  i  poczuł  złośliwy  triumf.  -  Chociaż  jej  nie  zabiłem  - 

dodał z żalem.

 

Angelica parsknęła śmiechem. Tak się śmiała, że kukiełki na stosie podskakiwały i  zsuwały 

się na boki. Ale Tonino nie widział w tym nic zabawnego.  Wybuchnął płaczem, chociaż płakał 
przy jednej z Petrocchich,

 

-  Ojej - powiedziała Angelica, - Tonino, przestań! Tonino... proszę!

 

Wygramoliła  się  spod  kukiełek  i  schylona  pokuśtykała  przez  pokój.  Zawadziła  głową  o 

ż

yrandol, który rozdzwonił się i rzucał na nich rozhuśtane cienie, kiedy uklękła obok Tonina.

 

-  Tonino, proszę, przestań. Ona wpadnie w furię, jak tylko lepiej się poczuje,

 

Angelica nadal nosiła niebieski czepek Judy i niebieską koszulę nocną. Zdjęła czepek i podała 

Toninowi.

 

-  Masz. Wytrzyj nos. Ja użyłam sukienki dziecka. Od razu się lepiej poczułam.

 

Próbowała  się  do  niego  uśmiechnąć,  ale  uśmiech  wyszedł  beznadziejnie  krzywo  na 

spuchniętej  twarzy.  Angelica  chyba  najpierw  uderzyła  w  podłogę  wypukłym  czołem,  ponieważ 
wyrósł na nim potężny czerwony guz. Krzywy us'miech wyglądał groteskowo pod tą opuchlizną.

 

Tonino  zrozumiał,  że  miała  najlepsze  chęci,  i  odwzajemnił  się  uśmiechem,  na  ile  mu 

pozwalały szczekające zęby.

 

-   Masz. - Przechyliła się z powrotem przez pokój i sięgnęła po  kata. Zdjęła z niego  czarną 

filcową pelerynę. - Włóż to.

 

Tonino owinął się peleryną, wydmuchał nos w niebieski czepek i poczuł się lepiej.

 

Angelica wyciągnęła ze stosu następne kukiełki.

 

-  Ubiorę się w kurtkę policjanta - oznajmiła. - Tonino... czy się domyślałeś?

 

-  Właściwie nie - odparł Tonino. - Jakoś wiem.

 

Wiedział od chwili, kiedy spojrzał na księżną. To ona była czarodziejem, który wysysał siłę z 

Caprony i psuł zaklęcia Casa Montana. Tonino nie miał pewności co do księcia... pewnie książę 
był  za  głupi,  żeby  się  liczył.  Lecz  pomimo  czarów  księżnej,  zaklęcia  Casa  Montana  -  i  Casa 
Petrocchi - widocznie nadal były  dostatecznie silne,  żeby jej przeszkadzać.  Więc on i Angelica 
zostali  porwani,  żeby  zaszantażować  oba  domy  i  zmusić  do  zaprzestania  czarów,  A  jeśli 
przestaną,  Caprona  zostanie  pokonana.  Co  najstraszniejsze,  tylko  Tonino  i  Angelica  o  tym 
wiedzieli, a księżna wcale się nie przejmowała, że wiedzą. Chodziło nie tylko o to, że nawet ktoś' 
tak bystry jak Paolo nigdy nie wpadnie na pomysł, żeby szukać ich w pałacu, na przedstawieniu 
Puncha i Judy; to znaczyło również, że oboje umrą, zanim ktoś ich znajdzie.

 

-    Absolutnie  musimy  stąd  uciec  -oświadczyła  Angelica.  -  Zanim  ona  wydobrzeje  po 

powieszeniu.

 

-  Na pewno o tym pomyślała - mruknął Tonino.

 

-    Niekoniecznie  -  sprzeciwiła  się  Angelica.  -  Widziałam,  że  wszyscy  byli  śmiertelnie 

wystraszeni.  Pozwolili  mi  zobaczyć,  jak  cię  wkładają  przez  podłogę.  Myślę,  że  możemy  się 
wydostać tą samą drogą. Będzie nam łatwiej teraz, kiedy jesteśmy więksi.

 

Tonino owinął się ciaśniej peleryną  i wstał  z trudem, tak  zmęczony i posiniaczony, że  miał już 
dość. On też uderzył głową w żyrandol. Wielkie migotliwe cienie przemknęły po pokoju. W tym 
zmiennym świetle wydawało się, że kukiełki na stosie skręcają się i pełzają.

 

~ Którędy mnie włożyli? - zapytał.

 

-  W tym miejscu, gdzie stoisz - odparła Angelica.

 

Tonino cofnął się pod okna i spojrzał na podłogę. Nie poznałby, że tam jest otwór. Ale teraz, 

kiedy Angelica mu powiedziała, widział cieniutką czarną linię, zamaskowaną przez namalowane 
zawijasy dywanu i rozmytą w drżącym świetle. Linie tworzyły prostokąt wielkości mniej więcej 

background image

tandetnego stołu. Taca z kolacją też na pewno tędy wleciała.

 

-  Zaśpiewaj zaklęcie otwierające - rozkazała Angelica.

 

-  Nie znam żadnego - musiał wyznać Tonino.

 

Poznał  po  sztywnej  postawie  Angeliki,  że  powstrzymywała  sie,  żeby  mu  nie  nagadać 

niemiłych rzeczy.

 

-    No,  ja  się  nie  odważę  -  oświadczyła.  -  Widziałeś,  co  sie  stało  ostatnim  razem.  Jeśli  coś 

sknocę, znowu nas złapią i za karę zamienią w kukiełki. A drugiego razu już nie zniosę.

 

Tonino  czuł,  że  sani  też  nie  zniesie  drugiego  razu,  chociaż  wcale  nie  miał  pewności,  czy  to 

była  kara.  Księżna  pewnie  i  tak  zamierzała  zmusić  ich  do  występów.  Była  na  to  dostatecznie 
złośliwa.  Z  drugiej  strony  Tonino  obawiał  sie  również,  że  nie  zniesie  kolejnego  spartaczonego 
zaklęcia Angeliki.

 

-  No, to tylko drzwi zapadowe - powiedział. - Pewnie trzymają się na takim małym haczyku. 

Spróbujmy walnąć w nie parę razy świecznikami.

 

-  A jak na nich jest zaklęcie? - zaniepokoiła się Angelica. -Och, dobrze. Spróbujmy.

 

Każde  z  nich  chwyciło  świecznik.  Uklękli  obok  okien  i  pracowicie  stukali  w  ledwo  widoczną 
czarną linię. Tektura była twarda i mięsista. Wkrótce świeczniki wyglądały jak płaczące wierzby 
z metalu. Ale dzieciom udało się zrobić nierówne zagłębienie pośrodku jednej krawędzi ukrytych 
drzwi.  Tonino  dostrzegł  w  głębi  coś  jakby  błysk  metalu.  Wysoko  wzniósł  pogięty  świecznik, 
ż

eby zadać decydujący cios.

 

-  Stój! - syknęła Angelica.

 

Gdzieś  niedaleko  rozległy  się  ciężkie,  szurające  kroki.  Tonino  opuszczał  świecznik 

powolutku i ledwie się ważył oddychać. Odległy głos zaburczał:

 

-  Wiec myszy... Nic tu nie ma... 
Nagle zrobiło się dużo ciemniej.  Ktoś zgasił światło i został tylko nikły  błękitnawy poblask 

małego żyrandola. Kroki zaszurały. Huknęły drzwi i zapadła cisza.

 

Angelica  odłożyła  swój  świeczniki  zaczęła  szarpać  rękami  tekturę.  Tonino  wstał  i  odszedł. 

Nic z tego. Cokolwiek zrobią, ktoś ich usłyszy. W pałacu roiło się od lokajów i żołnierzy. Tonino 
gotów  już  był  się  poddać  i  czekać  na  najgorsze.  Tylko  że  teraz,  kiedy  wstał,  tekturowy  pokoik 
wydawał  się  taki  ciasny.  Połowę  wypełniały  kukiełki.  Brakowało  miejsca,  żeby  się  ruszyć. 
Tonino  miał  ochotę  rzucać  się  na  ściany  i  wrzeszczeć.  Obrócił  się  i  potrącił  stół.  Ponieważ  był 
teraz znacznie większy i cięższy, stół zakołysał się i zaskrzypiał.

 

-  Wiem! - zawołał Tonino. - Skończ rysować Anioła. Guz na czole Angeliki odwrócił się w 

jego stronę.

 

-  Nie jestem w nastroju do gryzmolenia. 
-    Nie  gryzmolenia,  tylko  zaklęcia  -  sprostował  Tonino.  -  A  potem  przyciągniemy  stół  do 

siebie, kiedy zrobimy dziurę w zapadowych drzwiach.

 

Angelica  nie  potrzebowała  wyjaśnień,  że  Anioł  jest  najsilniejszym  zaklęciem  w  Capronie. 

Odrzuciła świecznik i podniosła się z klęczek.

 

-  To może podziałać - stwierdziła. - Wiesz, jak na Montanę masz całkiem dobre pomysły.

 

Znowu uderzyła głową w żyrandol. W chaosie rozkołysanych cieni nie mogli znaleźć kranu, 

którym wcześniej Angelica rysowała.

 

Tonino  musiał  wepchnąć  głowę  i  ramiona  do  maleńkiej  łazienki  i  odłamać  drugi 

bezużyteczny kran.

 

Nawet  kiedy  cienie  znieruchomiały,  Anioł  wydrapany  na  blacie  stołu  był  ledwie  widoczny. 

Wydawał się maty i niewyraźny.

 

-  On musi mieć" zwój - oświadczyła Angelica. - I lepiej dodam aureolę dla pewności, że to 

ś

więty,

 

background image

Angelica była teraz o tyle większa i silniejsza, że ciągle upuszczała kran. Aureola wyszła jej 

za  duża,  a  zwój  ciągłe  się  nie  udawał.  Stół  kiwał  się  na  wszystkie  strony,  kran  ześlizgiwał  się 
albo zaczepiał i groziło niebezpieczeństwo, źe Angelica całkiem zepsuje rysunek.

 

-  Co za dłubanina! -jęknęła. - Czy to wystarczy?

 

-  Nie - zaprzeczył Tonino. - Zwój trzeba bardziej rozwinąć, U naszego Anioła widać niektóre 

słowa.

 

Ponieważ miał całkowitą rację, Angelica straciła cierpliwość.

 

-  Dobrze! Zrób to sam, skoro jesteś taki mądry, ty okropny Montano!

 

Wyciągnęła kran do Tonina, a on wyrwał go z jej ręki, równie rozzłoszczony.

 

-  Proszę bardzo - powiedział, zdrapując długą wstążkę politury. - To jest zwisający kawałek. 

A słowa idą bokiem. Widać Carmen pa, Venit ang, Cap i dużo więcej, ale tutaj nie ma miejsca.

 

-    Nasz  Anioł  -  powiedziała  Angelica  -  mówi  cis  meculare,  elus  cantare  i  virłus  data  na 

końcu.

 

Tonino  skrobał  i  nie  zwracał  uwagi.  Dostatecznie  trudno  było  wydrapać  maleńkie  literki 

takim nieporęcznym narzędziem jak kran, nawet bez wysłuchiwania narzekań Angeliki.

 

-   Właśnie że tak! - ciągnęła Angelica.  - Zawsze się zastanawiałam, dlaczego nie śpiewamy 

tych słów...

 

Ta sama myśl uderzyła ich oboje. Zagapili się na siebie, nos w nos nad porysowanym blatem,

 

-  Znalezienie słów oznacza szukanie słów - powiedział Tonino.

 

-  A one były  przez  cały  czas nad naszą i waszą  bramą!  Och,  co za  głupota! -  wykrzyknęła 

Angelica. - Chodź. Teraz musimy stąd wyjść!

 

Tonino zostawił zwój z wydrapanym słowem Cartnen. Naprawdę nie było miejsca na więcej. 

Razem  przyciągnęli  trzeszczący,  rozchwiany  stół  nad  dziurę  wybitą  w  podłodze  i  zaczęli 
pracować pod blatem, wydłubując kawałki malowanej podłogi.

 

Wkrótce zobaczyli sztabkę srebrzystego metalu łączącą  zapa-dowe drzwi z podłogą.  Tonino 

wepchnął koniec świecznika pomiędzy poszarpane tekturowe krawędzie i naparł z boku na metal.

 

-  Jest zaklęty - powiedział.

 

-  Anioł Caprony - powiedziała Angelica w tej samej chwili.

 

I sztabka przesunęła się w bok. Wielki prostokąt podłogi opadł spod ich kolan i zawisnął nad 

bardzo głęboką czarną dziurą.

 

-  Weźmy sznur kata - zaproponowała Angelica.

 

Wrócili  do  stosu  kukiełek  i  odplątali  sznur  z  małej  szubienicy.  Tonino  przywiązał  go  do 

stołowej nogi.

 

-  To duża wysokość - stwierdził z powątpiewaniem.

 

-  Nie jesteśmy dostatecznie ciężcy, żeby zrobić sobie krzywdę - przypomniała mu Angelica. - 

Rozluźniłam całe ciało, kiedy skopałeś mnie ze sceny, no i... nic sobie nie złamałam,

 

Tonino puścił Angelicę przodem. Kołysząc się, zjechała w ciemność jak energiczna niebieska 

małpka.  Trzask!  -  powiedział  tandetny  stół.  Skrzyyyyp!  I  przechylił  się  na  tę  nogę,  do  której 
Tonino przywiązał sznur.

 

-  Aniele Caprony!-szepnął Tonino.

 

Stół  wsunął  się  jednym  rogiem  w  otwór.  Tekturowy  pokoik  zadygotał.  Z  trzaskiem 

pękającego drewna stół zjechał do dziury i  utknął, bo jeden róg  zaklinował się o krawędzie.  W 
dole coś łupnęło. Tonino przeraził się, że teraz został uwięziony w tym pokoju na dobre.

 

-  Jestem na dole - szepnęła Angelica. - Możesz podciągnąć sznur. Sięga prawie do podłogi.

 

Tonino  wychyli!  się  i  namacal  pętlę  na  nodze  od  stołu.  Wiedział,  że  nastąpił  cud.  Ta  noga 

powinna się złamać albo stół powinien wypaść przez dziurę. Ponownie wezwał na pomoc Anioła 
Caprony, kiedy ześliznął się pod stołem w ciemność.

 

background image

Stół  skrzypiał  obrzydliwie,  ale  trzymał.  Sznur  palii  dłonie  Tonina,  a  potem  nagle  zniknął. 

Niemal jednocześnie stopy chłopca uderzyły w podłogę.

 

-  Uff! - odetchnął. Miał wrażenie, że pięty wbiły mu się w łydki.

 

Stali na lśniącej posadzce w pałacowej sali. Z trzech stron otaczały ich niebotyczne dekoracje 

do  przedstawienia  Puncha  i  Judy.  Zamiast  tylnej  ściany  wisiała  kurtyna,  która  miała  zakrywać 
lalkarza, a zza jej brzegów przesączało się nikłe światło. Ostrożnie odchylili róg kurtyny, ciężkiej 
i szorstkiej jak worek. Za nią znajdowała się ściana pokoju. Widocznie scenę po prostu odsunięto 
na  bok  Angelice  i  Toninowi  ledwie  wystarczyło  miejsca,  żeby  przecisnąć  się  nad  krawędzią 
dekoracji  do  dużego  pokoju,  oświetlonego  silnym  blaskiem  księżyca,  który  kładł  srebrne 
prostokąty na lśniącej podłodze.

 

W tym samym pokoju dwór oglądał przedstawienie Puncha i Judy. Dekoracji nie odłożono na 

miejsce. Tonino przypomniał sobie, jak on i Angelica chwiali się na krawędzi sceny i spoglądali 
w  pustkę.  Mogli  zginąć.  To  zakrawało  na  kolejny  cud.  Potem  chyba  znaleźli  się  w  jakimś' 
magazynie.  Lecz  kiedy  księżna  tak  tajemniczo  zachorowała,  nikt  się  nie  pofatygował,  żeby  ich 
tam odnieść z powrotem.

 

Księżycowa poświata lśniła na wypolerowanej twarzy Anioła, wysoko po drugiej stronie sali, 

pochylonego nad wielkimi podwójnymi drzwiami. Były też inne drzwi, ale Tonino i Angelica bez 
wahania ruszyli w stronę Anioła. Oboje wzięli go za przewodnika.

 

-  A niech to! - zawołała Angelica, zanim dotarli do pierwszej smugi księżycowego blasku. - 

Ciągle jesteśmy mali. Myślałam, że odzyskamy właściwe rozmiary, jak stamtąd wyjdziemy, a ty?

 

Tonino chciał tylko stąd uciec bez względu na rozmiary.

 

-  W ten sposób łatwiej się ukryć - zauważył. - Ktoś w twojej rodzinie łatwo cię odczaruje.

 

Owinął  się  ciaśniej  peleryną  kata  i  zadrżał.  W  dużym  pokoju  było  chłodniej.  Przez  wielkie 

okna widział księżyc, wysoki i zimny na ciemnogranatowym zimowym niebie. Spacer po ulicach 
w czerwonej koszuli nocnej nie zapowiada! się przyjemnie.

 

-  Aleja nie znoszę być taka mata! - narzekała Angelica, -Nie damy rady wejść po schodach.

 

Miała rację z tym narzekaniem, jak Tonino szybko się przekonał. Musieli przejść długą drogę 

po wypolerowanej podłodze. Kiedy dotarli do podwójnych drzwi, padali z wyczerpania. Wysoko 
nad  nimi  rzeźbiony  Anioł  trzymał  zwój,  którego  nie  mogli  przeczytać,  i  nie  wyglądał  już  tak 
przyjaźnie.  Ale  drzwi  byty  lekko  uchylone.  Zdołali  powiększyć  szparkę,  napierając  plecami  na 
oba  skrzydła. Do szału doprowadzała  ich świadomość,  że otwarliby te drzwi jedną ręką,  gdyby 
odzyskali swoje właściwe rozmiary.

 

Za  drzwiami  znajdowała  się  jeszcze  większa  sala,  pełna  krzeseł  i  małych  stolików.  Jedyna 

korzyść z kukiełkowych rozmiarów polegała na tym, że mogli przejść pod wszystkimi meblami 
prosto  do  zbyt  odległych  drzwi.  Przypominało  to  wędrówkę  przez  zloty  księżycowy  las,  gdzie 
każde drzewo miało smukły, elegancko wygięty pieri. Posadzka wyglądała na marmurową.

 

Zanim dotarli do drzwi, ze zmęczenia znowu się pokłócili.

 

-  Całą noc potrwa, zanim stąd wyjdziemy! - poskarżyła się Angelica.

 

-  Och, zamknij się! - burknął Tonino. - Gderasz gorzej niż moja ciotka Giną!

 

-  Czy twoja ciotka Giną ma wszędzie siniaki boją pobiłeś'? -odcięła się Angelica.

 

Kiedy  wreszcie  dotarli  do  otwartych  drzwi,  za  nimi  znaleźli  tylko  następny  pokój,  trochę 

mniejszy. Tutaj na podłodze leżał dywan.

 

Wokół stały złocone sofy niczym brogi siana i ogromne fotele z falbankami. Angelica wydała 

jęk rozpaczy.

 

Tonino stanął na palcach. Na kilku fotelach chyba leżały poduszki,

 

-  Może schowamy się na noc pod poduszką? - zaproponował, żeby zawrzeć zgodę.

 

Angelica odwróciła się do niego z furią.

 

background image

-    Głupi!  Nic  dziwnego,  że  jesteś  powolny  w  czarach!  Może  jesteśmy  mali,  ale  właśnie 

dlatego nas znajdą. Dosłownie cuchniemy magią. Nawet mój młodszy braciszek by nas znalazł, 
bo chociaż jest mały, ale mądrzejszy od ciebie!

 

Tonino  tak  się  obraził,  że  nawet  nie  odpowiedział.  Po  prostu  wmaszerował  na  dywan. 

Początkowo  to  przyniosło  ulgę  jego  obolałym  stopom,  ale  wkrótce  okazało  się  kolejną 
przeszkodą.  Przypominało  wędrówkę  przez  wysoką,  bujną  trawę  -  a  każdy,  kto  w  ten  sposób 
szedł  przynajmniej  kwadrans,  dobrze  wie,  jakie  to  męczące.  Na  dodatek  musieli  omijać  pękate 
fotele  wielkie  jak  domy,  fal-baniaste  podnóżki  i  ekrany  wielkie  jak  mury  obronne.  Pewnie 
znaleźliby tu sporo kryjówek, ale każde było zbyt zmęczone i rozgniewane, żeby zaproponować 
drugiemu coś takiego.

 

Potem, kiedy w końcu dotarli do drzwi, okazały się zamknięte. Rzucali się całym ciężarem na 

twarde drewno. Nawet nie drgnęło.

 

-  I co teraz? - zapytał Tonino, opierając się plecami o drzwi.

 

Księżyc już zachodził. Dywan tonął w mroku. Smugi księżycowego blasku z odległych okien 

zaledwie muskały grzbiety foteli albo rozświetlały złocenia na oparciu sofy, albo odbijały się w 
kolorowych szklanych wazonach ustawionych na półce. Wkrótce zapadnie całkowita ciemność.

 

-  Tam jest Anioł - powiedziała ze znużeniem Angelica.

 

Mówiła  prawdę.  Tonino  ledwie  go  widział,  jedynie  jako  barwny  refleks  na  drewnie, 

oświetlony  księżycem  odbitym  od  półki  ze  szklanymi  wazonami.  Pod  Aniołem  znajdowały  się 
następne drzwi czy raczej ciemne miejsce, ponieważ drzwi były szeroko otwarte.

 

Zbyt  zmęczony,  żeby  odpowiedzieć,  Tonino  znowu  wyruszył  w  długą  drogę  przez  gęsty 

dywan, obok rozłożystych mebli, na drugą stronę pokoju.

 

Zanim  dotarli  do  tych  otwartych  drzwi,  byli  tak  zmęczeni,  ze  wszystko  wydawało  im  się 

nierzeczywiste.  Za  drzwiami  cztery  stopnie  prowadziły  w  dół.  Bardzo  dobrze.  Jakoś  po  nich 
zeszli. Na dole rozpościerał się jeszcze brutalniej gęsty dywan. Panowała ciemność.

 

Angelica powąchała powietrze.

 

-  Cygara. 
Dla  Tonina  to  mogła  być  nawet  cebula.  Chciał  tylko  dotrzeć  do  następnych  drzwi.  Ruszył, 

macając  ścianę,  a  Angelica  powlokła  się  za  nim.  Wpadli  na  jakiś  wielki  mebel,  ominęli  go  po 
omacku  i  zderzyli  się  z  następnym,  jeszcze  bardziej  wysuniętym  na  środek  pokoju.  I  tak 
wędrowali, potykając się i obijając, przełażąc przez dwie metalowe rury, brodząc w dywanie, aż 
znowu  dotarli  do  czterech  stopni.  Pokój  był  całkiem  mały  -  jak  na  pałac  -  i  miał  tylko  jedne 
drzwi. Tonino namacał pierwszy stopień, na wysokos'ci swojej głowy, i pomyślał, że nie ma siły 
znowu się tam wdrapywać. Anioł okazał się marnym przewodnikiem.

 

-  Ta część, która wystawała- powiedziała Angelica. - Nie wiem, co to było, ale było puste w 

ś

rodku, jak skrzynia. Zaryzykujemy, żeby tam się chować?

 

-  Poszukajmy tego - zaproponował Tonino.

 

Znaleźli  to  albo  coś  podobnego,  kiedy  na  to  wpadli.  Była  to  skrzynia  o  stromych  ścianach 

sięgających  im  do  piersi.  Na  przedniej  ścianie  wisiał  wielki  kawał  metalu,  jak  bardzo  szeroka 
kołatka. Pomacali w środku i wyczuli arkusze sztywnej skóry oraz coś bardziej szeleszczącego, 
prawdopodobnie papier

 

-  Myślę, że to otwarta szuflada - oznajmił Tonino.

 

Angelica  nie  odpowiedziała.  Po  prostu  wlazła  do  środka.  Tonino  słyszał,  jak  szurała  i 

szeleściła  papierami  -  jeśli  to  był  papier.  Aha!  -  pomyślał.  Przecież  sama  mówiła,  że  śmierdzą 
magią. Ale był taki zmęczony, że też wdrapał się do środka i wpadł do ciepłego, szeleszczącego 
gniazdka,  gdzie  Angelica  już  zasnęła.  Ze  zmęczenia  prawie  przestało  go  obchodzić,  czy  ich 
znajdą. Zachował jednak dość rozsądku, żeby naciągnąć na nich oboje arkusz pergaminu, zanim 

background image

również zasnął.

 

 

ROZDZIA

Ł 12

 

Tonino  zbudził  się  przemarznięty  i  zagubiony.  Widział  tylko  blade,  żółte  światło,  ponieważ 

prześcieradło zakrywało mu twarz. Zerknął na nie i stwierdził, że jest dziwnie sztywne i płaskie. 
W dodatku miało wydrukowane duże, czarne litery. Wzrok Tonina przesunął się po tych literach- 
WYPOWIEDZENIE WOJNY (Duplikat), przeczyta!.

 

Potem podskoczył, kiedy sobie przypomniał, że ma trzydzieści centymetrów wzrostu i leży w 

szufladzie w pałacu. I było jasno! Ktoś' ich znajdzie. Zresztą ktoś już prawie ich znalazł. Właśnie 
to  go  obudziło.  Słyszał,  że  ktoś'  chodzi  po  pokoju,  postukuje  czymś'  i  szura  niewyraźnie,  i  od 
czasu do czasu pogwizduje urywek Anioła Capróny.

 

Kimkolwiek  był,  podszedł  teraz  do  szuflady.  Tonino  słyszał  skrzypienie  podłogi  i  szelest 
sukienki,  blisko  i  głośno.  Nieznacznie,  sztywno  obrócił  głowę  i  zobaczył  przestraszoną  twarz 
Angeliki,  spoczywająca  tuż  obok  na  zmiętym  papierze.  Szelest  sukni  wskazywał,  że  nieznana 
osoba była kobietą. Widocznie księżna ich szukała.

 

-    Tenksiążę!  -powiedziałanieznana  osoba  tonem,  jakiego  nie  użyłaby  żadna  księżna.  -  Nie 

spotkałam jeszcze takiego flejtucha!

 

Oddech  kobiety  nagle się przybliżył. Zanim  Tonino czy  Angelica zdążyli cokolwiek  zrobić, 

szuflada się poruszyła. Bezradni, wsunęli się w ciemność nogami do przodu i szuflada z hukiem 
zatrzasnęła się za ich głowami.

 

-  Ratunku! - szepnęła Angelica.

 

-  Ciii! 
Pokojówka wciąż była w pokoju. Słyszeli, jak coś przesuwa. Potem brzęknęły klawisze, kiedy 

odkurzała pianino. Potem coś stuknęło. I wreszcie cisza. Kiedy się upewnili, że wyszła, Angelica 
szepnęła:

 

-  I co teraz zrobimy? 
W  szufladzie  ledwo  starczyło  miejsca,  żeby  usiąść.  Nad  głowami  mieli  pasek  światła,  tam 

gdzie  szuflada  dotykała  biurka,  nie  mogli  jednak  jej  otworzyć.  Ale  widzieli  całkiem  dobrze. 
Ś

wiatło docierało od tyłu, spod stóp. Próbowali zaprzeć się rękami o drewno w górze i pchać, ale 

szufladę wykonano z solidnego, cierpko pachnącego drewna i nie zdołali jej poruszyć,

 

-  Ciągle nas zamykają w miejscach bez drzwi! - zapłakała Angelica.

 

Grzęznąc w papierach, ruszyła na koniec szuflady, skąd dochodziło światło. Tonino poczołgał 

się za nią.

 

Jak  tylko  tam  dotarli,  zrozumieli,  że  znaleźli  drogę  wyjścia.  Tylna  ścianka  szuflady  była 

niższa  od  przedniej  i  nie  dochodziła  do  samego  końca  biurka.  Znajdowała  się  tam  spora 
szczelina. Kiedy włożyli w nią głowy, widzieli krawędzie pozostałych szuflad wznoszące się jak 
szczeble drabiny i smugę światła na szczycie.

 

Przecisnęli się przez szparę i wspięli na górę ramię przy ramieniu. Było to równie łatwe jak 

wchodzenie  po  drabinie.  Tylko  jedna  szuflada  dzieliła  ich  od  dziennego  światła  -  po  drugiej 
stronie ciasnej szpary - kiedy usłyszeli, że ktoś jest w pokoju.

 

-  Tutaj przyszli, proszę pani - powiedział damski glos.

 

-  Więc już ich mamy - odparła księżna. -Szukaj bardzo uważnie.

 

Tonino i Angelica zawiśli na tylnych ściankach szuflad, czepiając się palcami rak i nóg, nie 

ś

miejąc się poruszyć. Jedwabne suknie szeleściły, kiedy księżna i jej dama krążyły po pokoju.

 

-  Tutaj całkiem nic nie ma, jaśnie pani.

 

background image

-    I  przysięgnę,  że  to  okno  nie  było  otwierane  -  powiedziała  księżna.  -  Otwórz  wszystkie 

szuflady biurka.

 

Nad  głową  Tonina  rozległ  się  ostry  trzask.  Otwarta  górna  szuflada  wpus'ciła  snop  białego 

zakurzonego światła. Głośno szeleściły przerzucane papiery.

 

-  Nic - oznajmiła dama.

 

Górna  szuflada  zatrzasnęła  się  z  hukiem.  Tonino  i  Angelica  wisieli  na  drugiej  szufladzie. 

Opuścili  się  na  następną  jak  najszybciej  i  najciszej.  Druga  szuflada  otwarła  się  z  hurgotem  i 
zatrzasnęła,  niemal  ich  ogłuszając.  Szuflada,  na  której  wisieli,  drgnęła.  Na  szczęście  się 
zaklinowała.  Dama  ciągnęła  i  szarpała,  dzięki  czemu  zdążyli  pospiesznie  wdrapać  się  z 
powrotem  na  drugą  szufladę  i  tam  się  przyczaić.  I  wisieli  tak  w  ciasnej  ciemnej  dziurze,  kiedy 
dama otwarła trzecią szufladę, zatrzasnęła i wysunęła dolną. Wyciągnęli szyje i patrzyli, jak białe 
ś

wiatło wlewa się od dołu.

 

-  Popatrz, pani! - krzyknęła dama. - Oni tu byli! To jak mysie gniazdo!

 

Jedwabie zaszumiały, kiedy księżna podbiegła.

 

-    Przekleństwo'  -  zawołała.  -  Nie  tak  dawno  temu!  Czuję  ich  zapach  nawet  przez  cygara. 

Szybko! Nie mogli uciec daleko. Widocznie wymknęli się przed sprzątaniem.

 

Załomotała zamykana szuflada i powrócił zakurzony mrok. Dwie kobiety w szepcie jedwabi 

wbiegły po schodkach do pokoju z fotelami. Cicho, stanowczo szczeknęły zamykane drzwi.

 

-  Myślisz, że to pułapka? - szepnęła Angelica.

 

-  Nie - zaprzeczył Tonino.

 

Był  pewien,  że  księżna  nie  odgadła,  gdzie  się  ukrywają.  Ale  teraz,  sądząc  po  odgłosach, 

zostali zamknięci w pokoju, a on nie miał pojęcia, jak otworzyć drzwi.

 

Jednak  nawet  zamknięty  pokój  stanowił  wielką,  otwartą  przestrzeń  w  porównaniu  z  wąską 

szparą  na  tyłach  biurka.  Angelica  i  To-nino  przeciskali  się  w  pocie  czoła  przez  ciasny  otwór 
prowadzący do światła, aż wreszcie wygramolili się na blat biurka. Zanim ich oczy przywykły do 
ś

wiatła,  Tonino  stłukł  sobie  duży  palec  u  nogi  o  wielkie  pióro,  przypominające  słup 

telegraficzny,  a  potem  potknął  się  o  nóż  do  papieru,  masywny  blok  kości  słoniowej.  Angelica 
wpadła  na  porcelanową  ozdobę  stojącą  przy  tylnej  krawędzi  biurka.  Ozdoba  sie  zakołysala. 
Angelica  pochwyciła  ją  w  ramiona.  Kiedy  oczy  przestały  jej  łzawić,  zobaczyła,  że  ściska 
porcelanowego  pana  Puncha,  w  czerwonej  nocnej  koszuli,  z  nosem  i  całą  resztą,  niemal 
dorównującego jej wzrostem. Po drugiej stronie biurka stała porcelanowa Judy.

 

-  Nie odczepimy się od nich! - zawołała Angelica.

 

Blat  biurka  pokrywała  miękka  czerwona  skóra,  bardzo  przyjemna  dla  stóp,  na  której  leżała 

wielka  biała  bibułowa  podkładka,  jeszcze  wygodniejsza.  Przed  biurkiem  stało  krzesło  z 
dopasowanym  czerwonym  siedzeniem.  Tonino  spostrzegł,  że  łatwo  mogli  na  nie  zeskoczyć. 
Jeszcze łatwiej mogli zejść po uchwytach szuflad, Z drugiej strony tuż obok biurka stało pianino, 
a okno znajdowało się zaraz za rogiem. Musieli tylko przejść" przez całą klawiaturę, żeby dotrzeć 
do okna. Chociaż było zamknięte, zasuwka wyglądała na łatwą do odsunięcia.

 

-  Patrz! - zawołała Angelica, pokazując z niesmakiem. Cały rządek Punchów i Judy stał na 

wierzchu pianina. Dwie

 

kukiełki  na  podstawkach  wyglądały  na  bardzo  stare  i  cenne;  dwie  zrobiono  z  prawdziwego 

złota; dwie inne gliniane figurki były takie artystyczne, że Punch wyglądał jak zwykły szyderczo 
uśmiechnięty  mężczyzna,  a  Judy  nieprzyjemnie  przypominała  księżną.  Nuty  rozłożone  na 
pianinie nosiły tytuł: Arnolfini Suita Puncha i Judy.

 

-  To chyba gabinet księcia - stwierdziła Angelica. I oboje zaczęli chichotać.

 

Wciąż  chichocząc,  Tonino  zszedł  na  pianino  i  ruszył  w  stronę  okien.  Do-si-sol-fa  - 

zadźwięczały klawisze.

 

background image

-  Wracaj! - zachichotała Angelica.

 

Tonino zawrócił fa-sol-si-do, pękając ze śmiechu.

 

Drzwi otwarły się i ktoś szybko zszedł po schodach. Angelica i Tonino nie mogli wymyślić 

nic lepszego, tylko stad sztywno w miejscu z nadzieją, że wezmą ich za kolejnych Puncha i Judy. 
Na  szczęście  mężczyzna,  który  wszedł  do  pokoju,  był  bardzo  zaaferowany.  Z  trzaskiem  rzucił 
stos papierów na biurko, nie spojrzawszy nawet na dwie nowe kukiełki, i wybiegł w pośpiechu, 
delikatnie zamykając za sobą drzwi.

 

-  Uff! - odetchnęła Angelica.

 

Podeszli do papierów i popatrzyli na nie ciekawie. Na pierwszym napisano:

 

RAPORT Z KAMPANII O GODZINIE 08.00. STRESZCZENIE: 
Oddziały wyruszaj

ą

 na wszystkie fronty, 

ż

eby odeprze

ć

 inwazj

ę

.

 

Ci

ęż

ka artyleria i rezerwi

ś

ci zapewniaj

ą

 wsparcie.

 

Front w Pizie zgłasza ci

ęż

kie straty. Zauwa

ż

ono flot

ę

 - piza

ń

-sk

ą

? - kieruj

ą

c

ą

 si

ę

 do 

uj

ś

cia Voltawy.

 

-  Wybuchła wojna! - zawołał Tonino. - Dlaczego?

 

-  Oczywiście dlatego, że księżna nas porwała - wyjas'niła Angelica. - Więc nasze rodziny nie 

mogą robić zaklęć wojennych* Tonino, musimy się stąd wydostać. Musimy im powiedzieć, gdzie 
są słowa do Anioła.

 

-  Ale dlaczego księżna pragnie klęski Caprony?

 

Nie wiem - przyznała Angelica. -Coś z nią jest nie takt tyle wiem. Ciotka Bella opowiadała, że 

wybuchło straszne zamieszanie, kiedy książę postanowi! ją poślubić. Nikt jej nie lubi,

 

-  Zobaczę, czy dam radę otworzyć okno - zaproponował To-nino.

 

Ruszy! dalej po klawiaturze. Do-si-sol-fa-mi-re... 
-  Cicho! - syknęła Angelica,

 

Tonino odkrył, że jeśli stawiał każdą stopę bardzo  powoli,  klawisz  nie dźwięczał. Dotarł do 

połowy  klawiatury,  a  Angelica  wyciągnęła  już  jedną  nogę,  żeby  pójść  za  nim,  kiedy  znowu 
usłyszeli, że ktoś otwiera drzwi. Nie mieli czasu na ostrożność. Angelica umknęła z powrotem na 
biurko. Tonino z okropnym dysonansem przelazł przez czarne klawisze i wcisnął się za nuty na 
podstawce.

 

Ledwie  zdążył.  Kiedy  zerknął  zza  nut  -  stał  z  głową  i  stopami  wykręconymi  bokiem,  jak 

starożytny Egipcjanin - przed biurkiem stał książę Caprony we własnej osobie. Tonino pomyślał, 
ż

e  książę  wydaje  się  jednocześnie  zdziwiony  i  zasmucony.  Postukiwał  o  zęby  Raportem  z 

kampanii  i  chyba  nie  zauważył  Angeliki  stojącej  na  biurku  między  Punchem  a  Judy,  chociaż 
mrugała, bo raził ją odblask książęcych guzików.

 

-    Aleja  nie  wypowiadałem  wojny!  -  powiedział  książę  do  siebie.  -  Przecież  oglądałem 

przedstawienie kukiełkowe. Jak mogłem...?

 

Westchnął  i  ze  zmartwioną  miną  przygryzł  Raport  pomiędzy  dwoma  rzędami  wielkich 

lśniących zębów.

 

-  Czyżbym tracił rozum? - zwrócił się jakby wprost do Angeliki.

 

Miała na tyle przytomności umysłu, żeby nie odpowiadać.

 

-  Muszę zapytać Lukrecję - zdecydował książę.

 

Rzucił Raport do stóp Angeliki i pospiesznie wyszedł z gabinetu.

 

Tonino  ostrożnie  ześliznął  się  po  pokrywie  pianina  z  powrotem  na  klawisze  -rozległo  się 

szur-ping. Angelica stalą na końcu pianina i pokazywała okno. Z przerażenia odebrało jej mowę.

 

Tonino  spojrzał  -  i  w  pierwszej  chwili  przestraszył  się  tak  samo  jak  Angelica.  Przez  szybę 
wpatrywał się w niego jakiś brązowy potwór, kosmaty, wielkooki, z szeroką paszczą. Stwór miał 

background image

ś

lepia jak żółte latarnie.

 

Spoza  szyby  dotarło  słabe,  lekko  zirytowane  żądanie,  żeby  To-nino  wziął  się  w  garść  i 

otworzył okno.

 

-  Benvenuto! - krzyknął Tonino.

 

-  Och... to tylko kot - zadrżała Angelica, - Jak to okropnie być myszą!

 

-    Tylko  kot!  -  obruszył  się  Tonino.  -  To  Benvenuto.  Spróbował  wyjaśnić  Benvenutowi,  że 

niełatwo jest otwierać

 

okna, kiedy się ma trzydzieści centymetrów wzrostu.

 

W  odpowiedzi  zniecierpliwiony  Benvenuto  podetknął  Tonino-wi  pod  nos  obraz  jego 

najnowszego podręcznika magii, otwartego niemal na pierwszej stronie.

 

-  Ocht dzięki - bąknął Tonino, trochę zawstydzony.

 

Na tej stronie znajdowały się trzy zaklęcia otwierające, ale żadne nie pozostało mu w głowie. 

Wybrał  najłatwiejsze,  zamknął  oczy,  żeby  łatwiej  przeczytać  wyobrażone  słowa,  i  zaśpiewał 
zaklęcie.

 

Okno  otwarto  się  fatwo  i  lekko,  wpuszczając  zimny  wiatr.  Razem  z  wiatrem  wskoczył  do 

ś

rodka  Benvenuto,  niemal  równie  lekko.  Ostrożnie  podreptał  po  klawiszach  w  stronę  Tonina, 

który  po  raz  drugi  zrozumiał,  co  czują  myszy.  Potem  zapomniał  o  tym  z  radości,  że  widzi 
Benvenuta. Szeroko rozłożył ramiona, żeby go podrapać za zrogowacialymi uszami.

 

Kot  przyłożył  wilgotny,  czarny  nos  do  twarzy  Tonina  i  stali  tak  przytuleni,  wydobywając  z 

pianina długi stłumiony dysonans.

 

Benvenuto oznajmił, że Paolo okazał się nie dość bystry; nie potrafił mu wytłumaczyć, gdzie 

jest  Tonino.  Tonino  musi  wysłać  wiadomos'ć  do  Pacia.  Czy  Tonino  w  tym  rozmiarze  może 
pisać?

 

-  Na biurku leży pióro! - zawołała Angelica.

 

Tonino  przypomniał  sobie,  jak  mówiła,  że  rozumie  koty.  Benvenuto  trochę  niespokojnie 

zapytał, czy Tonino pozwoli mu porozmawiać z Petrocchim.

 

Pytanie  w  pierwszej  chwili  zaskoczyło  Tonina*  Zupełnie  zapomniał,  że  on  i  Angelica 

powinni się nienawidzić. Pomyślał, że szkoda na to czasu, kiedy oboje mają takie kłopoty.

 

-  Proszę bardzo - powiedział.

 

-  Złaźcie obaj z pianina - rozkazała Angelica. - Okropnie hałasujecie.

 

Benvenuto  wypełnił  polecenie  jednym,  długim,  płynnym  susem.  Tonino  ruszył  za  nim, 

zaczepiwszy ramiona o pokrywę pianina, odpychając się od czarnych klawiszy. Zanim dotarł do 
biurka, Benve-nuto i Angelica zawarli już formalną znajomość i Beiwenuto właśnie radził, żeby 
nie wychodzili przez okno. Pokój znajdował się na  drugim piętrze. Mur  się kruszył i nawet kot 
miał kłopoty z utrzymaniem równowagi. JesTi zaczekają, Benvenuto sprowadzi pomoc.

 

-  Ale księżna,,. - zaczął Tonino.

 

-  I książę - dodała Angelica. - To jest gabinet księcia. Benvenuto uważał samego księcia za 

nieszkodliwego. Według

 

niego  trafili  do  najbezpieczniejszego  miejsca  w  pałacu.  Mają  tu  zostać  w  ukryciu  i  napisać 

wiadomość dostatecznie małą, żeby kot ją przeniósł w pysku.

 

-  Nie lepiej, żebym ci ją przywiązała do szyi? - zapytała Angelica.

 

Benvenuto  nigdy  nie  pozwalał  sobie  niczego  przywiązywać  do  szyi  i  nie  zamierzał  teraz 

zaczynać". Zresztą ktoś z pałacu mógł zauważyć kartkę.

 

Więc  Tonino  oparł  stopę  na  Raporcie  z  kampanii  i  pomagając  sobie  obiema  rękami,  zdołał 

odedrzec  róg.  Angelica  podała  mu  wielkie  pióro,  które  musiał  trzymać  w  obu  rękach  i  oprzeć 
sobie  koniec  na  ramieniu.  Potem  stanęła  na  papierze,  żeby  się  nie  przesunął,  kiedy  Tonino 

background image

prowadził  po  nim  pióro.  Ta  praca  kosztowała  go  tyle  wysiłku,  że  postarał  się  napisać  jak 
najkrótszą wiadomość.

 

 W pałacu księcia. ężna czarodziejka. T.M. & A.P.

 

-  Napisz im o słowach do Anioła - zażądała Angelica. - Na wszelki wypadek.

 

Tonino odwrócił papierek na drugą stronę i napisał: Słowa od Anioła na Aniele nad bramą. 

T& A. Potem, wyczerpany od machania ciężkim piórem, złożył papier tym napisem do środka, a 
pierwszym  na  zewnątrz,  po  czym  udeptał  go  na  płask.  Benvenuto  rozwarł  paszczę.  Angelica 
zamrugała na widok tej różowej jaskini z pofałdowanym łukowym sklepieniem i rzędami białych 
kłów  Tonino  położy!  papierek  na  szorstkim  języku  kota.  Benvenuto  obdarzył  Tonina  czułym 
spojrzeniem  i  skoczył.  Wydobył  jeden  dźwięczny  akord  z  pianina,  w  tonacji  C,  z  leciutkim 
stuknięciem wylądował na parapecie i znikł.

 

Tonino  i  Angelica  odprowadzali  go  wzrokiem  i  dlatego  zbyt  późno  zauważyli,  że  książę 

wrócił.

 

-  Dziwne - powiedział. - Widzę, że jest nowy Punch i nowa Judy.

 

Tonino  i  Angelica  stali  sztywno  jak  słupy  po  obu  stronach  podkładki,  w  morderczo 

niewygodnych pozycjach. Na szczęście książę zobaczył otwarte okno.

 

-  Przeklęte pokojówki z tym świeżym powietrzem! - burknął i podszedł, żeby zamknąć okno.

 

Tonino skorzystał z okazji, żeby stanąć na obu nogach, Angelica - żeby wyprostować szyję. 

Potem  oboje  podskoczyli.  Gdzieś  w  dole  gruchnął  niewątpliwy  strzał.  I  następny.  Książę 
wychylił się z okna, jakby cos' obserwował.

 

-  Biedny kiciuś - powiedział smutnym, zrezygnowanym tonem. ™ Po co tutaj przyszedłeś', 

kotku? Ona nienawidzi kotów. I tak hałasują, kiedy do nich strzelają.

 

Zagrzmiał następny wystrzał, a potem jeszcze kilka. Książę wstał i smutno pokręcił głową.

 

-  No trudno - powiedział zamykając okno. - Zresztą one zjadają ptaki.

 

Przeszedł  z  powrotem  przez  gabinet.  Tonino  i  Angelica  nie  mogli  się  ruszyć,  nawet  gdyby 

chcieli. Skamienieli z rozpaczy.

 

Książęce oblicze pofałdowało się w lśniące zmarszczki. Zauważył róg oddarty od Raportu.

 

-  Teraz zjadam papier! - zawołał.

 

Odwrócił zdumioną, zasmuconą twarz w stronę Tonina i Angeliki,

 

-  Chyba rzeczywiście tracę pamięć - wyznał, - Mówię do siebie. To zły znak. Ale naprawdę 

nie  pamiętam  was  dwojga.  Trochę  sobie  przypominam  nową  Judy,  ale  ciebie  -  nachylił  się  do 
Tonina - wcale nie pamiętam. Jak się tu dostałeś?

 

Tonino za bardzo  się przejął losem Benvenutat żeby pomyśleć. W końcu książę zwracał się 

do niego.

 

-  Proszę, sir- powiedział. - Wszystko wyjaśnię...

 

-  Zamknij się! - warknęła Angelica. - Bo wymówię zaklęcie!

 

-  „.tylko proszę mi powiedzieć, czy zastrzelili mojego kota -dokończył Tonino.

 

-  Chyba tak - odparł książę. - Wyglądało, że go trafili.

 

W tym miejscu wziął głęboki oddech i ostrożnie przeniósł spojrzenie na  sufit, zanim znowu 

zerknął  na  Tonina  i  Angelicę.  Żadne  z  nich  nawet  nie  drgnęło.  Angelica  piorunowała  Tonina 
wzrokiem, grożąc mu niewyobrażalnymi zaklęciami, gdyby pisnął choć słówko. Ale Tonino sam 
wiedział,  że  zrobił  z  siebie  kompletnego  idiotę.  Benvenuto  nie  żył  i  żadne  słowa  nie  miały 
sensu... nic nie miało sensu.

 

Książę tymczasem powoli wyjął z kieszeni dużą chustkę do nosa. Razem z nią wypadło nieco 

zgniecione  cygaro  i  potoczyło  się  po  biurku.  Książę  podniósł  je  i  z  roztargnieniem  wsadził 
pomiędzy lśniące zęby. Potem musiał je wyjąć, żeby otrzeć błyszczącą twarz.

 

background image

-    Oboje  przemówiliście  -  powiedział,  chowając  chustkę  i  wyjmując  złotą  zapalniczkę.  - 

Wiecie o tym?

 

Znowu  włożył  cygaro  do  ust.  Rozejrzał  się  spłoszonym  wzrokiem,  szczęknął  zapalniczką  i 

zapalił cygaro,

 

-    Patrzycie  -  oznajmił  -  na  biednego  stukniętego  księcia.  Razem  z  tymi  słowami  popłynęły 

kłęby dymu, tak obfite, jakby

 

książę  zmienił  się  w  smoka.  Angelica  kichnęła.  Tonino  też  miał  ochotę  kichnąć.  Głęboko 

zaczerpnął powietrza, żeby się powstrzymać, i rozkaszlał się na całego.

 

- Aha! - zakrzyknął książę. - Mam was! 
Wielkie, wilgotne książęce dłonie opadły i objęły ich za nogi. Przygwoździwszy w ten sposób 

każde  z nich  do podkładki,  książę usiadł na  krześle i pochylił nad nimi błyszczącą, triumfującą 
twarz.  Cygaro,  tkwiące  w  kąciku  ust,  nadal  otaczało  ich  kłębami  dymu.  Oboje  machali 
ramionami, żeby utrzymać równowagę, kichali i kasłali.

 

-  No więc kim jesteście? - zapytał książę. - Następnym jej piekielnym wymysłem, żeby mi 

wmówić, że jestem stuknięty? Hę?

 

-  Nie, wcale nie! - wykrztusił Tonino, a Angelica zachrypiała:

 

-  Och, proszę zabrać ten dym! Książę wybuchnął śmiechem.

 

-    Stara  chińska  tortura  cygara  -  oznajmił  pogodnie  -  gwarantowany  sposób  na  ożywienie 

każdej rzeźby.

 

Ale prawa dłoń przesunęła chwiejącego się i potykającego To-nina po podkładce do Angelikit 

gdzie objęła go lewa dtoń. Prawa ręka wyjęła cygaro z ust i położyła na krawędzi biurka.

 

-  Teraz - powiedział książę - niech no wam się przyjrzę. Oboje przetarli załzawione oczy i z 

lękiem podnieśli wzrok na

 

jego  wielką,  roześmianą  twarz.  Nie  mogli  objąć  spojrzeniem  całej  twarzy  naraz.  Angelica 

wybrała sobie lewe oko, Tonino prawe, Oba oczy wytrzeszczały się na nich, okrągłe i niewinne 
jak oczy starego Niccola.

 

-    A  niech  mnie!  -  zawołał  książę.  -  Przecież  to  dzieci  zaklina-czy,  które  miały  przyjść  na 

moją pantomimę! Czemu nie przyszliście?

 

-  Nie dostaliśmy zaproszenia, Wasza Miłość - odparła Angelica. - A wy? - zapytała Tonina-

 

-  Nie - odpowiedział żalośnie Tonino, Księciu wydłużyła się twarz.

 

-    Więc  dlatego.  Osobiście  je  napisałem.  Oto  moje  życie  w  skrócie.  Nie  wykonują  żadnych 

moich rozkazów i robią mnóstwo rzeczy, których wcale nie rozkazałem,

 

Powoli rozwarł dłoń. Wielkie, ciepłe, wilgotne palce odkleiły im się od nóg.

 

-    Dziwne  uczucie,  kiedy  się  tak  wiercicie  w  ręku  -  mruknął.  -Jeżeli  was  puszczę,  powiecie 

mi, skąd się tu wzięliście?

 

Powiedzieli, z kilkoma wymuszonymi przerwami, kiedy pyka! z cygara i znowu doprowadzał 

ich do kaszlu. Słucha! z ciekawością. Wcale to nie przypominało tłumaczenia się przed wielkim, 
dorosłym  księciem.  Tonino  czuł  się  tak,  jakby  opowiadał  zmyśloną  bajkę  swoim  małym 
kuzynom. A książę tylko wybałuszał oczy i wciąż powtarzał: „I co dalej?", jakby nie wierzył im 
bardziej, niż mali Montano-wie wierzyli w baśń o Giovannim, zabójcy olbrzymów.

 

Lecz kiedy skończyli, książę powiedział:

 

-  Tamto przedstawienie Puncha i Judy zaczęło się o ósmej trzydzieści i trwało do dziewiątej 

piętnaście.  Wiem,  bo  zaraz  nad  wami  wisiał  zegar.  Mówią,  że  wypowiedziałem  wojnę  wczoraj 
wieczorem o dziewiątej. Czy któreś z was widziało, jak wypowiadam wojnę?

 

-  Nie - zaprzeczyli. 
-  Chociaż - dodała kwaśno Angelica - mogłam nie zauważyć, bo wtedy bito mnie na śmierć.

 

background image

-    Bardzo  mi  przykro  -  powiedział  książę.  -  A  czy  któreś  z  was  słyszało  strzały?  Nie.  Ale 

strzelanina zaczęła się o jedenastej i trwała przez całą noc. Dalej strzelają. Widać to z wieży nad 
tym gabinetem, ale nie słychać. Pewnie kolejny przeklęty czar. A ja pewnie mam tutaj siedzieć i 
nie zauważyć, że wokół mnie Caprona wylatuje w powietrze.

 

Oparł podbródek na rękach i popatrzył na nich żałośnie.

 

-  Wiem, że jestem głupcem - powiedział - ale tylko dlatego, że kocham kukiełkowe teatrzyki, 

nie jestem idiotą. Hm, jak się stąd wydostaniecie bez wiedzy Lukrecji?

 

Tonino i Angelica niemal zaniemówili ze zdumienia i wdzięczności. Wciąż jeszcze próbowali 

wykrztusić podziękowanie, kiedy książę podskoczył i wytrzeszczył oczy.

 

-  Ona tu idzie! Mam instynkt Szybko! Wskakujcie mi do kieszeni! 
Obrócił  się  bokiem  do  biurka  i  odchylił  dwoma  palcami  kieszeń  surduta.  Angełica 

pospiesznie uniosła klapę i wśliznęła się pomiędzy dwie warstwy materiału. Książę zgasił cygaro 
na  skraju  biurka  i  wrzucił  za  nią  niedopałek.  Potem  odwrócił  się  i  rozchylił  drugą  kieszeń  dla 
Tonina.  Kiedy  Tonino  skulił  się  w  pełnej  kłaków  ciemności,  usłyszał  otwierane  drzwi  i  głos 
księżnej:

 

-  Panie, znowu paliłeś' tutaj cygara.

 

 

ROZDZIA

Ł 13

 

Paolo obudził się tego ranka  ze świadomością, że sam będzie musiał poszukać Tonina. Jeśli 

jego  ojciec,  Rinaldo,  a  potem  Rosa  i  Marco  odmówili  mu  pomocy,  to  nie  miało  sensu  prosić 
innych.

 

Usiadł  i  zorientował  się,  że  w  domu  panuje  niezwykły  hałas.  Na  dole  otwarto  bramę  na 

dziedziniec.  Słyszał  glosy  Elizabeth,  ciotki  Anny,  ciotki  Marii  i  kuzynki  Klaudii,  które  jak  co 
dzień przyniosły chleb.

 

-  Tylko popatrzcie na Anioła! - zawołała matka Paola. - Co się stało?

 

-  To dlatego, że przerwaliśmy nasze zaklęcia - powiedziała kuzynka Klaudia.

 

Po tych słowach zadźwięczała pojedyncza nuta wyśpiewana przez ciotkę Annę i urwała się z 

kwiMem. Ciotka Maria rzuciła groźnie:

 

-  Żadnych zaklęć, Anno! Pomyśl o Toninie!

 

To  brzmiało  intrygująco,  ale  bardziej  zainteresowały  Faola  odgłosy  w  tle:  tupot 

maszerujących  stóp,  wykrzykiwane  rozkazy,  bicie  w  bęben,  stukot  końskich  kopyt,  ciężkie 
szurgotanie i trochę przekleństw, Paolo wyskoczył z łóżka. To na pewno wojsko,

 

-  Są ich setki - usłyszał głos ciotki Anny.

 

-  Większość młodsza od mojego Domenica - zauważyła ciotka Maria. - Klaudio, zabierz ten 

koszyk,  a  ja  zamknę  bramę.  Wyruszają  przeciwko  trzem  armiom  nawet  bez  jednej  wojennej 
karty. Płakać się chce .

 

Paolo przemknął przez galerię, naciągając kurtkę, i zbiegł po schodach w zimny żółty blask 

słońca.  Spóźnił  się.  Brama  została  zaryglowana,  odgłosy  wojny  odcięte.  Panie  szły  przez 
dziedziniec z koszykami.

 

-    A  ty  dokąd  się  wybierasz?  -  zawołała  do  niego  Elizabeth.  -Nikt  dzisiaj  nie  wychodzi  z 

domu. Zapowiada się bitwa. Wszystkie szkoły są zamknięte.

 

Postawiły koszyki, żeby otworzyć kuchenne drzwi, Paolo zobaczył, że cofają się z okrzykami 

zgrozy,

 

-  Dobry Boże! -jęknęła Elizabeth.

 

-    Niech  nikt  nie  mówi  Ginie!  -  ostrzegła  ciotka  Maria.  W  tej  samej  chwili  ktoś'  załomotał 

background image

głośno do bramy.

 

-  Zobacz, kto tam, Paolo! - zawołała ciotka Anna.

 

Paolo  wszedł  pod  luk  bramy  i  otworzył  klapkę  judasza.  Ucieszyła  go  ta  sposobność 

zobaczenia wojska i cieszył się, że zamknięto szkolę, I tak nie zamierzał dzisiaj iść" do szkoły.

 

Za bramą stał człowiek w mundurze, który krzyknął:

 

-  Otwierać i przyjąć to w imieniu księcia!

 

Za  nim  migały  lśniące  buty  maszerujących  żołnierzy  i  jeszcze  więcej  mundurów.  Paolo 

odryglował bramę.

 

Tymczasem stało się jasne, że nikt nie zdoła utrzymać ciotki Giny z dala od kuchni. Jej stopy 

załomotały po schodach. Nastąpiła chwila zdumionej ciszy. Potem cały dom wypełnił głos ciotki 
Giny,

 

-  O mój Boże! Matko Boska! Robaki!!!

 

Wrzask  zagłuszył  nawet  orkiestrę  wojskową,  która  właśnie  maszerowała  ulicą,  kiedy  Paolo 

otworzył bramę.

 

Mężczyzna  rzucił  Paolowi  kartkę  papieru  i  pobiegł  dobijać  się  do  następnych  drzwi.  Paolo 

spojrzał  na  kartkę.  Zaświtało  mu  wariackie  przypuszczenie,  źe  właśnie  otrzymał  słowa  od

 

ła. 

Wytrzeszczył oczy i patrzył, nie zważając ani na ciotkę Ginę - która teraz miotała pogróżki pod 
adresem Lucii - ani na wielką armatę, która przetoczyła się z turkotem, ciągnięta przez czwórkę 
utrudzonych koni.

 

Rz

ą

d Caprony. przeczytał Paolo, Formularz FR3. Powołanie Cywilnych Rezerwistów. 

Wymienieni  maj

ą

  si

ę

  zgłosi

ć

  do  Arsenału  w  celu  natychmiastowego  podj

ę

cia  słu

ż

by 

wojskowej  o  godz.  03.00,  \

Ą

  stycznia  W79  roku:  Antonio  Montana,  Lorenzo  Mort-tana. 

Piero  Montana,  Ricardo  Montana,  Arturo  Montana  (nee  Not-ti),  Carlo  Montana,  Luigi 
Montana,  Angeh  Montana,  Luca  Montana,  Giovartni  Montana,  Piero  lacopo  Montana, 
Rinaldo Montana, Domenico Montana, Francesco Montana.

 

Przecież to wszyscy! Paolo nie wiedział, że nawet jego ojciec jest cywilnym rezerwistą.

 

-  Zamknij bramę, Paolo - zapiszczała ciotka Maria.

 

Paolo chciał już posłuchać, kiedy przypomniał sobie, że jeszcze nie widział Anioła, Wyśliznął 

się na zewnątrz i patrzył w górę, podczas gdy za jego plecami przemaszerowało pól regimentu. 
Wydawało  się,  że  w  nocy  wszystkie  gołębie  z  Caprony  postanowiły  usiąść  na  tej  jednej  złotej 
rzeźbie.  Oblepiały  ją  ptasie  odchody.  Naturalnie  najgrubsza  warstwa  pokrywała  wyciągnięte 
ramiona  trzymające  zwój,  który  zmienił  się  w  zaskorupiałą  białawą  masę.  Paolo  zadygotaj.  To 
wyglądało  na  zły  omen.  Nie  zauważył,  że  jeden  z  maszerujących  żołnierzy  odłączył  się  od 
kolumny i stanął za nim.

 

-  Na twoim miejscu zamknąłbym bramę - powiedział Chre-stomanci.

 

Paolo  obejrzał  się  na  niego  i  zdziwił  się,  dlaczego  ludzie  wyglądają  tak  inaczej  w  mundurach. 
Wziął się w garść i przyciągnął dwa skrzydła bramy. Chrestomanci pomógł mu zasunąć wielkie 
ż

elazne rygle.

 

-  O świcie bytem w Casa Petrocchi - powiedział - więc nie potrzebuję obszernych wyjaśnień. 

Chciałbym jednak wiedzieć, co tym razem stało się w kuchni.

 

Paolo spojrzał tam. Przed drzwiami kuchni stało osiem koszyków wyładowanych okrągłymi 

brązowymi  bochenkami.  Z  wnętrza  dochodził  gwar  podnieconych  głosów  i  dziwne  przeciągłe 
buczenie.

 

-    Myślę,  że  to  znowu  zaklęcie  Lucii  -  powiedział  Paolo,  Razem  z  Chrestomancim  ruszyli 

przez dziedziniec. Zanim zrobili trzy kroki, ciotki wypadły z kuchni i pospieszyły do nich. An-
tonio i wujowie szybko zeszli z galerii, a kuzyni zbiegli się zewsząd.

 

Ciotka  Francesca  wypadła  z  salonu.  Spędziła  tam  całą  noc,  co  było  po  niej  widać.  Wkrótce 

background image

Chrestomanci znalazł się w s'rodku tłumu i prowadził kilka rozmów jednocześnie.

 

-    Miałaś  całkowitą  rację,  że  mnie  wezwałaś"  -  zwrócił  się  do  Rosy,  a  polem  do  ciotki 

Franceski:  -  Stary  Niccolo  wytrzyma  jeszcze  ładnych  parę  lat,  ale  ty  powinnaś  odpocząć.  -  Do 
Elizabeth  i  An-tonia  powiedział:  -  Wiem  o  Toninie  -  a  do  Rinalda:  -  To  mój  czwarty  mundur 
dzisiaj. Na wzgórzach trwają zacięte walki i musiałem się jakoś przedrzeć. Co wstąpiło w księcia, 
ż

eby  wypowiadać  wojnę  tak  prędko?  -  zapytał  wujów,  -  Mogłem  uzyskać  pomoc  z  Rzymu, 

gdyby zaczekał.

 

Ż

aden z nich nie wiedział i wszyscy zaraz się do tego przyznali. 

-    Wiem  -  powiedział  Chrestomanci.  -  Wiem.  Żadnych  zaklęć  wojennych.  Myślę,  że  nasz 

wrogi  czarodziej  popełnił  błąd  z  Toni-nem  i  Angelicą,  W  ten  sposób  przynajmniej  mam  wolną 
rękę. -Potem, kiedy wrzawa bynajmniej nie przycichła, dodał: - Nawiasem mówiąc, wezwano do 
służby cywilnych rezerwistów - i kiwnął na Paola, żeby dał kartkę Antoniowi.

 

W wywołanej tym ciszy Chrestomanci przepchnął się do kuchni i wetknął głowę do środka. 

Paolo usłyszał, jak mruknął:

 

-  O rany boskie! 
Paolo przecisnął się przez tłum otaczający Antonia i pod łokciem Chrestomanciego zajrzał do 

kuchni.  Zobaczył  ścianę  robactwa.  Wszędzie  było  czarno  od  pełzających,  fruwających, 
błyszczących,  bzyczących  stworzeń.  W  powietrzu  unosiły  się  muchy  wszelkich  gatunków, 
muszki owocówki, osy i komary. Mrówki, chrząszcze, żuki i setki innych pełzających insektów 
zajmowały podłogę, blaty i zlew.

 

Zerkając  przez  chmary  brzęczących  owadów,  Paolo  dostrzegł  na  kuchennym  piecyku  coś 

przypominającego  rój  szarańczy.  Nawet  kuchnia  Petrocchich  z  jego  dziecięcych  wyobrażeń  nie 
wyglądała tak okropnie.

 

Chrestomanci  głęboko  odetchnął.  Paolo  podejrzewał,  że  czarodziej  powstrzymuje  się  od 

ś

miechu. Obaj obejrzeli się na Lucie, która stała na jednej nodze pomiędzy koszykami z chlebem 

i zastanawiała się, w którą stronę uciekać.

 

-    Z  pewnos'cią  -  zwrócił  się  do  niej  Chrestomanci...  rzeczywiście  powstrzymywał  śmiech; 

musiał  zacząć  od  początku.  -  Z  pewnością  ostrzegano  cię  przed  niewłaściwym  stosowaniem 
czarów. Ale tak z ciekawości: czego użyłaś?

 

-  Użyła jej własnych słów do Anioła Caprony\ - gniewnie zawołała ciotka Maria* wyrywając 

się z tłumu. - Giną prawie odchodzi od zmysłów!

 

-    Wszystkie  dzieci  to  robiły  -  broniła  się  Lucia,  -  Nie  tylko  ja,  Chrestomanci  spojrzał  na 

Paola, który kiwnął głową.

 

-  Moc młodych Montanów zasługuje na wyrazy uznania -oświadczył Chrestomanci.

 

Odwrócił  się  i  strzelił  palcami  w  stronę  rojnej,  brzęczącej  kuchni.  Niewiele  dokonał. 

Powietrze trochę się oczyściło i Paolo upewnił się, że na piecyku rzeczywiście siedzi szarańcza, 
ale  to  było  wszystko.  Chrestomanci  lekko  uniósł  brwi.  Spróbował  jeszcze  raz.  Tym  razem  w 
ogóle  nic  się  nie  stało.  Czarodziej  odsunął  się  od  brzęczącej  kuchni  z  zamyślonym  wyrazem 
twarzy.

 

-    Z  całym  szacunkiem  dla  Anioła  Caprony-powiedział  do  Pa-ola  i  Lucii  -  nie  powinien 

samodzielnie być taki potężny. Obawiam się, że ten czar będzie musiał sam się wyczerpać.

 

Potem zwrócił się do ciotki Marii:

 

-  Nic dziwnego, że wrogi czarodziej tak się lęka Casa Monta-na. Czy to znaczy, że śniadania 

nie będzie?

 

-  Nie, nie. Przygotujemy je w jadalni - zapewniła ciotka Maria, wyraźnie wzburzona.

 

-    Doskonale  -  powiedział  Chrestomanci.  -  Mam  coś  do  przekazania  wszystkim,  kiedy  się 

zbiorą razem.

 

background image

A  kiedy  wszyscy  zebrali  się  przy  stole,  żeby  zjeść  zwykłe  bułki  i  wypić  czarną  kawę 

ugotowaną na kominku, Chrestomanci wstał i przemówił z filiżanką w dłoni:

 

-  Wiem, że większość z was nie wierzy, że Tonina nie ma w Casa Petrocchi, ale przysięgam 

wam,  że  go  tam  nie  ma  i  że  Angelica  Petrocchi  też  zaginęła.  Moim  zdaniem  słusznie 
zaprzestaliście czarów, dopóki dzieci sie nie znajdą, ale powiem wam tyle: nawet gdybym w tej 
chwili znalazł Tonina i Angelicę, wszystkie zaklęcia Casa Montana i Casa Petrocchi nie uratują 
teraz  Caprony.  Nacierają  na  nią  trzy  armie  i  flota  Pizy.  Jedyne,  co  warn  teraz  pomoże,  to 
prawdziwe słowa Anioła Caprony. Czy wszyscy zrozumieliście?

 

Wszyscy zrozumieli. Zamilkli, Przez dłuższy  czas nikt się nie odzywał. Potem  wuj  Lorenzo 

zaczął gderać. Mole zalęgły się w jego mundurze rezerwisty.

 

-  Ktoś zdjął zaklęcie - gderał wuj Lorenzo. - Nie mogę się tak pokazać.

 

-  Jakie to ma znacznie? - zapytał Rinaldo. Byt bardzo blady i nie wziął do ust niczego oprócz 

kawy. -1 tak zobaczą tylko twoje zwłoki.

 

-  No właśnie! - zaperzył się wuj Lorenzo. - Nie chcę w tym umierać!

 

-  Och, cicho bądź! - warknął na niego Domenico.

 

Wuj  Lorenzo  ze  zdumienia  przestał  gadać.  Śniadanie  dobiegło  końca  wśród  ponurych 

pomruków.

 

Paolo wstał i wśliznął się za ławkę, gdzie siedział Chrestoman-ci,

 

-  Przepraszam pana. Czy pan wie, gdzie jest Tonino? 
-    Chciałbym  wiedzieć  -  odparł  Chrestomanci.  -  Ten  czarodziej  jest  dobry.  Na  razie  mam 

tylko  dwie  wskazówki.  Wczoraj  wieczorem,  kiedy  przejeżdżałem  przez  Sienę,  gdzieś'  przede 
mną ktoś rzucił dwa bardzo dziwne zaklęcia.

 

-  Tonino? - podsunął gorliwie Paolo. Chrestomanci pokręcił głową.

 

-    Pierwsze  zdecydowanie  było  dziełem  Angeliki.  Ona  ma  coś,  co  można  określić  jako 

indywidualny styl. Ale drugie wprawiło mnie w zdumienie. Czy myślisz, że twój brat zdolny jest 
stworzyć  cos'  dostatecznie  mocnego,  żeby  przebiło  się  przez  zaklęcie  czarodzieja?  Angelica 
dokonała tego wyłącznie przez swoje dziwactwo. Jak myślisz, czy Tonino też mógł?

 

-    Nie  przypuszczam  -  powiedział  Paolo.  -  On  nie  zna  wielu  zaklęć,  ale  wymawia  je 

prawidłowo i zawsze działają...

 

-    Więc  to  pozostaje  tajemnicą-  westchnął  Chrestomanci.  Paolo  pomyślał,  że  czarodziej 

wydaje się zmęczony,

 

-    Dzięki  -  mruknął  i  wymknął  się  zza  stołu,  starannie  myśląc  o  zwykłych  sprawach,  na 

przykład co robić, kiedy szkoła jest zamknięta. Nie chciał, żeby ktoś przejrzał jego zamiary.

 

Przemknął przez powozownię, obok pogniecionych koni i stangreta, obok powozu, i otworzył 

małe drzwiczki z tyłu. Przeszedł już do połowy na drugą stronę, kiedy Rosa zapytała niepewnie z 
drugiego końca wozowni:

 

-  Paolo? Jesteś' tam?

 

Nie,  nie  ma  mnie,  pomyślał  Paolo  i  zamknął  za  sobą  małe  drzwiczki  najciszej,  jak  potrafił. 

Potem pobiegł.

 

Do  tej  pory  z  ulic  znikli  już  żołnierze  oraz  zwykli  przechodnie.  W  ciszy,  mąconej  tylko 

niespokojnym biciem dzwonów, Paolo mijal żółte domy z pozamykanymi ciężkimi okiennicami. 
Od czasu do czasu zdawało mu się, że słyszy odległy, stłumiony hałas -jakby grzmot przerywany 
metalicznym szczęknięciem.  W przerwach pomiędzy domami widział żołnierzy na wzgórzach - 
nie jako żołnierzy, tylko jako pełzające, migotliwe linie, wijące się w góre oraz obłoczki dymu. 
Wiedział, że Chrestomanci miał rację. Walki toczyły się bardzo blisko.

 

Był  jedynym  przechodniem  na  ViaCantello.  Casa  Petrocchi  była  pozamykana  na  wszystkie 

spusty,  całkiem  jak  Casa  Montana.  Ich  Anioła  również  pokrywały  ptasie  odchody.  Jak 

background image

Montanowie,  Petrocchi  też  przestali  rzucać  zaklęcia.  Co  dowodziło,  pomyślał  Pa-olo,  że 
Chrestomanci  miał  racje  również  w  sprawie  Angeliki.  To  mu  znacznie  dodało  odwagi,  kiedy 
łomotał pięściami w chropowatą starą bramę.

 

Z wnętrza nie dobiegł żaden dźwięk, ale po sekundzie czy dwóch biała kocica wskoczyła na 

szczyt bramy, przysiadła w szczelinie pod  kamiennym łukiem i spojrzała w dół oczami  jeszcze 
bardziej błękitnymi niż oczy Paoła,

 

Te oczy przypomniały Paolowi, że jego własne oczy go zdradzą. Nie s'miał ich zamaskować 

zaklęciem  w  obawie,  że  Petrocchi  zauważą.  Więc  przełknął  ślinę,  powiedział  sobie,  że  musi 
znaleźć jedyną osobę, która pomoże mu szukać Tonina, i powiedział do kota:

 

-  Renata, Czy mogę pomówić z Renatą?

 

Biała  kocica  spojrzała  na  niego.  Może  udzieliła  odpowiedzi.  Potem  zeskoczyła  z  bramy  w 

głąb  dziedzińca.  Paolo  miał  nieprzyjemne  wrażenie,  że  kocica  odgadła  jego  tożsamość.  Ale 
czekał.  Zanim  zdecydował  się  odejs'ć,  otwarła  się  klapka  judasza.  Ku  jego  uldze  zza  krat 
wyjrzała do niego trójkątna twarz Renaty.

 

-  Uups! - powiedziała, - Rozumiem, dlaczego Vittoria mnie przyprowadziła. Jak dobrze, że 

przyszedłeś'!

 

-  Pomóż mi znaleźć Tonina i Angelicę-poprosił Paolo. -Nikt mnie nie słucha.

 

-  Oj! - Renata włożyła do ust pasmo swoich rudych włosów i przygryzła. - Nie wolno nam 

wychodzić. Wymyśl jakiś pretekst.

 

-    Twoja  nauczycielka  jest  chora,  boi  się  wojny  i  chce,  żebyśmy  z  nią  posiedzieli  - 

zaproponował Paolo.

 

-  Nadaje się - oceniła Renata. - Wejdi, a ja spytam o pozwolenie.

 

Paolo usłyszał szczęk odsuwanych rygli.

 

-  Nazywa się pani Grimaldi - szepnęła Renata, przytrzymując otwartą  bramę. -  Mieszka na 

Via Sant' Angelo i jest strasznie brzydka, na wypadek gdyby pytali. Wejdź.

 

Ku  swemu  wielkiemu  zdumieniu  Paolo  dobrowolnie  wszedł  do  Casa  Petrocchi  i  nawet 

specjalnie się nie bał. Czuł się jak na egzaminie, spięty i wyczekujący, ale nic więcej.

 

Zobaczył  dziedziniec  i  galerię  tak  podobne  do  jego  własnych,  aż  prawie  uwierzył,  że 

magicznym  sposobem  przeniósł  się  z  powrotem  do  domu.  Oczywiście  istniały  różnice.  Galeria 
miała  poręcze  z  wymyślnie  kutego  żelaza,  w  regularnych  odstępach  ozdobione  żelaznymi 
lampartami.  Koty,  które  wygrzewały  się  w  słońcu  na  beczkach  z  wodą,  były  głównie  rude  i 
pręgowane  -  podczas  gdy  w  Casa  Montana  pozostawił  swój  ślad  Benvenuto  i  koty  były  tam 
czarne  albo  czarno-białe.  A  z  kuchni  dochodziły  zapachy  -  głównie  smażonej  cebuli  -jakich 
Paolo nie czuł od czasu nieszczęsnego zaklęcia Lucii.

 

-  Mamo! - krzyknęła Renata.

 

Ale pierwszą osobą, która się pojawiła, był Marco. Marco zbiegał galopem ze schodów galerii 

z  parą  lśniących  butów  w  ręku  i  pogniecionym  czerwonym  mundurem  przerzuconym  przez 
ramię.

 

-    Mamo!  -  wrzasnął  tym  swobodnym,  poufałym  tonem,  jakim  ludzie  zawsze  wrzeszczą  na 

swoje matki. - Mamo! W moim mundurze są mole! Kto zdjął z niego zaklęcie?

 

-  Głupi! - skarciła go Renata.- Przecież wczoraj zdjęliśmy wszystkie zaklęcia, co do jednego. 

- A do Paola powiedziała: - To mój brat Marco.

 

Marco odwrócił się z oburzeniem do Renaty.

 

-  Ale trzeba miesięcy, żeby wytępić...!

 

I zobaczył Paola. Trudno ocenić, który z nich bardziej się przeraził.

 

W  tejże  chwili  z  drugiej  strony  dziedzińca  powoli  nadeszła  rudowłosa,  zatroskana  kobieta, 

niosąc na ręku małego chłopca. Dzieciak miał krótkie czarne włosy i takie same wypukłe czoło 

background image

jak An-gelica.

 

-  Nie wiem, Marco - powiedziała. - Niech Rosa to naprawi. O co chodzi, Renato?

 

Marco przerwał.

 

-    Rosa  -  oznajmił,  wpatrując  się  znacząco  w  Paola  -jest  u  swojej  siostry.  Kim  jest  twój 

przyjaciel, Renato?

 

Paolo nie mógł się powstrzymać.

 

-  Nazywam się Paolo Andretti - przedstawił się złośliwie. Marco nagrodził go spojrzeniem, 

które mówiło: ani słowa więcej.

 

Renata odetchnęła, bo teraz wiedziała, jak się zwracać do Paola.

 

-  Paolo chce, żebym pomogła się opiekować panią Grimaldi. Ona jest chora i leży w łóżku, 

mamo.

 

Paolo  widział  po  oczach  Marca,  które  rozwarły  się  szeroko,  a  potem  zwęziły  w  szparki,  że 

szwagra  to  bardzo  zaniepokoiło  i  postanowił  powstrzymać  Renatę.  Ale  jak  miał  to  zrobić?  Nie 
mógł wydać Paola, bo wtedy zdradziłby siebie i Rosę. Paolowi chciało się śmiać.

 

-  Och, biedna pani Grimaldi! - zawołała pani Petrocchi. -Ale, Renato, chyba nie...

 

-    Czy  pani  Grimaldi  zdaje  sobie  sprawę,  że  jest  wojna?  -  zapytał  Marco.  -  Paolo  ci 

powiedział, że ona jest chora?

 

-    Tak  -  potwierdził  gładko  Paolo.  -  Moj  a  matka  bardzo  się  przy-jaini  z  panią  Grimaldi. 

Ż

ałuje jej, bo pani Grimaldi jest taka brzydka.

 

-  I oczywiście ona wieT że jest wojna - podjęta Renata. - Tyle razy ci opowiadałam, jak się 

chowała pod biurkiem, kiedy słyszała huk. Śmiertelnie się boi wystrzałów.

 

-  Mama mówiT że to wszystko ją wykończyło - dodał zręcznie Paolo.

 

Marco spróbował innej taktyki.

 

-    Ale  dlaczego  pani  Grimaldi  chce  akurat  ciebie,  Renato?  Od  kiedy  jesteś  pupilka 

nauczycielki?

 

Renata, najwyraźniej równie bystra jak Paolo, odpowiedziała:

 

-    Wcale  nie  jestem.  Ona  chce,  żebym  ją  zabawiała  czarami...  Pani  Petroccbi  i  Marco 

natychmiast jej przerwali:

 

-  Nie wolno ci czarować! Angelica...

 

-    ,..ale  oczywiście  nie  zamierzam  czarować  -  ciągnęła  spokojnie  Renata.  -  Po  prostu  jej 

zaśpiewam.  Ona  lubi  mój  śpiew.  A  Paolo  poczyta  jej  Biblię.  Powiedz,  że  możemy  iść,  mamo. 
Ona leży w łóżku sama jak palec,

 

-  No... - zaczęta pani Petrocchi.

 

-  Ulice nie są bezpieczne - sprzeciwił się Marco.

 

-    Nie  spotkałem  po  drodze  żywej  duszy  -  odparł  Paolo  i  rzucił  Marcowi  ostrzegawcze 

spojrzenie. On też miał broń.

 

-  Mamo - powiedziała Renata - nie zamierzasz naprawić munduru Marca?

 

-  Tak, tak, oczywiście - mruknęła pani Petrocchi.

 

Renata natychmiast uznała to za pozwolenie, żeby wyjść z Pa-olem.

 

-    Chodź,  Paolo!  -  zawołała  i  przemknęła  pod  samym  nosem  Marca  do  budynku,  który 

wyglądał na powozownię. Paolo popędził za nią.

 

Ale  Marco  jeszcze  się  nie  poddał.  Zanim  Renata  położyła  dłoń  na  skoblu  wielkich  wrót, 

nieunikniony wuj wychylił się z galerii.

 

-    Renata!  Bądź  tak  mila  i  znajdź  mi  mój  tytoń.  Nieunikniona  ciotka  wyskoczyła  i  kuchni. 

Wyglądała jak ciotka Giną z rudymi włosami i tak samo wrzeszczała.

 

-  Renata! Zabrałaś mój najlepszy nóż? Dwie małe kuzynki wybiegły innych drzwi.

 

background image

-  Renata, obiecałaś się pobawić w przebieranki!

 

Pani Petrocchi, niespokojna i niezdecydowana, uniosła dziecko w ramionach i zawołała:

 

-  Renata, musisz popilnować Roberta, kiedy będę szyła,

 

-  Nie mogę się już zatrzymać! - odkrzyknęła Renata. - Biedna pani Grimałdi!

 

Szarpnięciem otwarła wielkie drzwi i wepchnęła Paola do środka.

 

-  Co się dzieje? - szepnęła.

 

Paolo doskonale wiedział, co się dzieje. Podobnie bywało w Casa  Montana. Marco nadawał 

sygnały - nie alarm, bo się nie odważył, ale jakby ogólny niepokój związany z Renatą.

 

-  Marco próbuje nas zatrzymać - wyjaśnił

 

-    Tyle  wiem  -  burknęła  Renata,  ciągnąc  go  obok  gładkiego  powozu  Petrocchich  i  -  co  go 

zainteresowało - obok czterech kartonowych koni, równie pogniecionych i ubłoconych jak konie 
w Casa Montana. - Ale dlaczego? Skąd on wie?

 

Za nimi przekrzykiwały się głosy Petrocchich, wszystkie domagające się Renaty.

 

-    Po  prostu  wie  -  odparł  wymijająco  Paolo.  -  Pospiesz  się!  W  małych  drzwiczkach 

prowadzących na ulicę tkwił wielki

 

klucz. Renata chwyciła go obiema rękami i próbowała przekręcić.

 

-  Czy on cię zna? - zapytała ostro.

 

W odpowiedzi głos Marca rozległ się za powozem.

 

-  Renata! - Potem znacznie ciszej: - Paolo! Paolo Montana, chodź tutaj!

 

Drzwi się otwarły.

 

-    Biegiem,  jeśli  chcesz  stąd  wyjść!  -  rzucił  Paolo.  Wypadli  na  ulicę  i  puścili  się  pędem. 

Marco dotarł do drzwi

 

i  krzyknął  cos'  za  nimi,  ale  chyba  ich  nie  gonił,  Paolo  jednak  biegł  dalej  i  ciągnął  za  sobą 

Renatę. Nie chciał rozmawiać. Chciał dojść do siebie po przeżytym wstrząsie. Marco Andretti to 
byl w rzeczywistości Marco Petrocchi - najstarszy syn Guidat Rosa Montana i Marco Petrocchi. 
Jak oni to zrobili? Jak im się udało? - zastanawiał sie Paolo I bardziej trzeźwo: jak im to ujdzie na 
sucho?

 

-  No dobrze, wystarczy - wysapała Renata.

 

Zdążyli  już  przeciąć  Corso,  dotarli  nad  rzekę  i  biegli  truchtem  po  pustych  nabrzeżach  w 

stronę Nowego Mostu. Renata zwolniła i zdyszany Paolo też przystanął.

 

-  Teraz - zażądała - powiedz mi, skąd Marco cię zna, bo nie zrobię ani kroku dalej.

 

Paolo  popatrzy!  na  nią  nieufnie.  Przekonał  się  już,  że  Renata  jest  aż  zanadto  bystra,  i  nie 

podobała mu się jej mina.

 

-  Oczywiście widział mnie w pałacu - odparł.

 

-    Nieprawda  -  zaprzeczyła  Renata.  -  On  powoził.  Zna  twoje  nazwisko  i  wie,  dlaczego 

przyszedłeś', prawda? Skąd wie?

 

-    Widocznie  stał  za  nami  na  schodach  Galerii  Sztuki,  a  my  nie  widzieliśmy  go  we  mgle  - 

zaimprowizował Paolo.

 

Bystre oczy Renaty wciąż przeszywały go spojrzeniem, które wcale mu się nie podobało.

 

-  Niezły pomysł - przyznała.

 

Paolo  miał  już  dość  tego  spojrzenia,  więc  odwrócił  się  i  powoli  ruszył  po  nabrzeżu,  Renata 

poszła za nim, mówiąc:

 

-    A  ja  miałam  się  zawstydzić  i  nie  pytać  więcej.  Za  sprytny  jesteś,  panie  Montana.  Co  za 

szkoda.  Marco nie brał  udziału w  walce. Chcieli  go  wystawić do pojedynku, stąd wiem,  ale  go 
nie było, więc papa musiał wystąpić. Widzę, że nie chcesz mi powiedzieć, skąd Marco cię zna. I 
Marco  też  nie  chce,  żeby  to  się  wydało,  bo  inaczej  powiedziałby,  kim  jesteś,  żeby  mnie 
zatrzymać. Więc...

 

background image

-  To ty jesteś' za sprytna - rzucił Paolo przez ramię. - Nie wiem, skąd Marco mnie zna, ale 

ładnie z jego strony, że nie powiedział...

 

Przystanął,  Wciągnął  nosem  powietrze.  Mijał  właśnie  alejkę,  gdzie  na  nabrzeże  wychodził 

obłażący  z  farby  niebieski  dom.  Paolo  zbadał  powietrze  w  tej  alejce  za  pomocą  zmysłu,  który 
ledwie sobie uświadamiał, przekazywanego przez pokolenia zaklinaczy. Rzucono tutaj zaklęcie... 
silne zaklęcie, całkiem niedawno. Renata podeszła z tylu.

 

-  Nie wykręcisz się... - Ona też przystanęła. - Ktoś rzucił tutaj zaklęcie!

 

-  Czy to Angelica? Potrafisz rozpoznać? - zapytał Paolo.

 

-  Czemu? - zdziwiła się Renata.

 

Paolo  powiedział  jej,  co  mówił  Chrestomanci.  Renata  poczerwieniała  i  szturchnęła  stopą 

łańcuch kotwiczny na ścieżce.

 

-  Indywidualny styl! - prychnęla. - Te jego dowcipy! To nie wina Angeliki. Taka się urodziła. 

Nie  każdy  potrafi  rzucić  zaklęcie,  które  działa,  chociaż  źle  zrobione  od  początku  do  końca. 
Myślę, że ona jest jakby geniuszem na odwrót, i tak samo powiedziałam księżnej Caprony, kiedy 
się śmiała!

 

-  Ale czy to jej zaklęcie? - nalegał Paoło.

 

Gdzieś  znad  rzeki  dochodził  huk  wystrzałów,  przerywany  głuchym  dudnieniem  na 

wzgórzach.  Tępe,  wibrujące  „łup,  łup'1  brzmiało  tak,  jakby  olbrzym  rąbał  drewno.  Paolo 
podniósł glowe i nasłuchiwał.

 

-  Wiem, że to nie Tonina - dodał. - Jego są ostrożne.

 

-  Nie jej - zaprzeczyła Renata i też podniosła głowę. - Trochę stęchłe, prawda? I nie pachnie 

miło. Odgłosy walki są strasznie blisko. Chyba powinniśmy zejść z nabrzeża.

 

Pewnie  miała  rację.  Paolo  zawahał  się.  Był  pewien,  że  znaleźli  jeszcze  ciepły  trop.  Stęchłe 

zaklęcie miało lekko mdlącą nutę, co przypomniało mu wiadomość na dziedzińcu z poprzedniego 
wieczoru.

 

Podczas  gdy  on  sie  wahał,  wojenne  odgłosy  nagle  przybrały  na  sile.  Brzmiały  ogłuszająco, 

zgrzytliwie, przeraźliwie. Paolo wyobraził sobie łopoczący na wietrze wielki arkusz blachy albo 
gigantyczny  budzik.  Ale  to  nie  oddawało  sprawiedliwości  tym  hałasom.  Ani  nie  wyjaśniało 
okropnych  metalicznych  skrzeków.  Oboje  z  Renatą  skulili  się  i  zatkali  uszy  rękami,  kiedy  nad 
nimi przemknęły jakieś  ogromne stwory. Czymkolwiek byty, poleciały dalej nad  rzekę.  Paolo  i 
Renata przykucnęli na nabrzeżu i wytrzeszczyli oczy.

 

Stwory  leciały  w  grupie  -  co  najmniej  osiem  -  trzepocząc  i  skrzecząc.  Paolo  pomyślał 

najpierw o latających maszynach, a potem o skrzydlatym koniu Montanów, Potężne nogi dyndały 
pod  wielkimi  czarnymi  cielskami,  metalowe  skrzydła  trzepotały  wściekle.  Kilka  stworów  nie 
fruwało najlepiej. Jeden stracił wysokość, pomimo desperackiego wymachiwania skrzydłami, i z 
pluskiem wpadł do rzeki. Fontanna wody zalała cały Nowy Most i opryskała Paola oraz Renatę. 
Kolejny  stwór  zaczął  tracić  wysokość  i  tłukł  żelaznym  ogonem,  żeby  utrzymać  równowagę. 
Paolo rozpoznał żelaznego gryfa z Piazza Nuova, który również wzbił fontannę wody.

 

Renata wybuchnęła śmiechem.

 

-  No, to jest Angelica! - oświadczyła. - Wszędzie poznam jej zaklęcia.

 

Zerwali  się  i  podbiegli  do  długich  schodów  prowadzących  w  górę  na  Piazza  Nuova. 

Hałaśliwe  gryfy  nadal  zagłuszały  wszystko  oprócz  najbliższych  wystrzałów.  Renata  i  Paolo 
wbiegli  po  schodach,  oglądając  się  na  każdym  podeście,  żeby  zobaczyć,  co  się  stało  z  resztą 
gryfów.  Jeszcze  dwa  zwaliły  się  do  rzeki.  Dwa  następne  spadły  do  ogrodów  przy  bogatych 
willach.  Ale  dwa  ostatnie  nieźle  sobie  radziły.  Kiedy  Paolo  znowu  się  obejrzał,  walczyły,  żeby 
wznieść się wyżej i przelecieć nad wzgórzami za pałacem. Odległy łopot nie ustawał, ws'ciekle 

background image

bijące metalowe skrzydła rozmazywały się od szybkości.

 

Paolo i Renata odwrócili się i znowu ruszyli po schodach.

 

-  Co to jest? Wezwanie o pomoc? - wy sapał Paolo.

 

-  Widocznie - wydyszała Renata. - Zaklęcia Angeliki... zawsze... jakiś zwariowany powód.

 

Brzękliwe  echo  kazało  im  się  odwrócić.  Kolejny  gryf  spadł,  ale  nie  zobaczyli,  gdzie 

wylądował. Zafascynowani obserwowali wysiłki ostatniego stwora. Dotarł już do marmurowego 
frontonu pałacu księcia, aie zabrakło mu wysokości, żeby nad nim przelecieć.

 

Gryf  chyba  o  tym  wiedział.  Wysunął  szpony  i  próbował  się  uczepić  zygzakowatych 

marmurowych  blanków.  Bez  powodzenia.  Widzieli  Jak  zsuwał  sie  po  barwnej  marmurowej 
fasadzie, niczym odległa czarna kropka - słyszeli nawet zgrzyt - coraz niżej i niżej, aż uderzył o 
marmurowe  sklepienie  bramy,  gdzie  upadł  i  leżał  bez  ruchu.  Nad  nim  nawet  z  tej  odległości 
zobaczyli dwie długie rysy przecinające od góry do dołu całą fasadę pałacu.

 

-  Rany! - powiedział Paolo.

 

Wspięli  się  razem  z  Renatą  na  dziwnie  pustą  Piazza  Nuova.  Teraz  została  tylko  wielka, 

wybrukowana  platforma  otoczona  niskim  murem.  W  regularnych  odstępach  sterczały  z  niego 
kikuty postumentów, na których przedtem stały gryfy. Obok każdego leżała rozbita zielona albo 
karmazynowa plakietka. Na środku w szczątkach fontanny, z której znikły splecione gryfy, woda 
sikała z pękniętej rury.

 

-    Tylko  popatrz,  ile  zaklęć  złamała!  -  wykrzyknęła  Renata.  -Nie  myślałam,  że  ona  potrafi 

zrobić cos tak mocnego!

 

Paolo  z  lekką  zazdrością  popatrzył  na  porysowaną  fasadę  pałacu.  W  marmur  wpleciono 

zaklęcia,  żeby  nie  dopuścić"  do  czegoś'  takiego.  Angelica  musiała  złamać  wszystkie. 
Najdziwniejsze, że nie czuł żadnego zaklęcia. Piazza Nuova powinna cuchnąć magią. Rozejrzał 
się,  zbity  z  tropu.  A  tam  po  niskim  murku  dreptał  powoli,  ze  znużeniem,  znajomy  brązowy 
kształt, wlokąc za sobą szczotkę ogona.

 

-  Benvenuto! - zawoła! Paolo,

 

Przez chwilę wydawało się, że Benvenuto po prostu przejdzie obok Paola, jak to często robił. 

Ale  widocznie  był  tylko  zmęczony.  Zatrzymał  się.  Popatrzył  z  naciskiem  na  Paola.  Potem 
ostrożnie otworzył pyszczek i wypluł mały, złożony na pół skrawek papieru, A potem położył się 
i  stracił  zainteresowanie  dla  świata.  Paolo  widział,  jak  brązowe  boki  kota  unoszą  się  i  opadają, 
kiedy podnosił papierek.

 

Renata  zaglądała  Paolowi  przez  ramię,  kiedy  -  z  lekkim  obrzydzeniem  -  rozkładał  wilgotny 
papierek.  Pismo  należało  do  Tonina,  chociaż  litery  były  zbyt  małe.  I  chociaż  Paolo  tego  nie 
wiedział, niewiele ocalało z napisanej wiadomości. Razem z Renatą przeczytali:

 

owa do Anioła na Aniele nad

 

Nic  dziwnego,  że  Paolo  i  Renata  źle  zrozumieli.  Teraz,  kiedy  gryfy  znikły  z  Piazza  Nuova, 

wyraźnie widzieli stąd Anioła. Stał, złocisty i pogodny, strzegąc Caprony, którą otaczał już dym 
armatnich wystrzałów, na szczycie wielkiej kopuły katedry.

 

-  Myślisz, że damy radę tam wejść? - zapytał Paolo. Renata zbladła.

 

-    Musimy  spróbować.  Ale  ostrzegam,  że  boję  się  wysokości.  Zbiegli  na  dół  wśród 

czerwonych  dachów i złocistych  murów, zostawiwszy Benvenuta śpiącego na murze. Po  chwili 
kot  zebrał  siły,  podniósł  się  i  podreptał  dalej.  Trzeba  było  czegoś  więcej  niż  kilku  niecelnych 
strzałów, żeby wykończyć Benvenuta.

 

Kiedy Paolo i Renata dotarli na brukowany kocimi łbami plac przed katedrą, wielki dzwon w 

stojącej  obok  dzwonnicy  bił  na  trwogę.  Ludzie  zbierali  się  w  kościele,  żeby  wznosić  modły  za 
Capronę.  Arcybiskup  Caprony  we  własnej  osobie  stał  przy  drzwiach  i  błogosławił  wszystkich 
wchodzących.  Renata  i  Paolo  ustawili  się  w  kolejce.  Prawie  już  dotarł  do  drzwi,  kiedy  na  plac 

background image

wpadł  Marco,  holując  za  sobą  Rosę.  Rosa  dostrzegła  włosy  Renaty  i  pokazała  palcem,  zbyt 
zdyszana, żeby wydobyć z siebie choć słowo. Marco wyszczerzył zęby.

 

-  Twoje zaklęcie wygrywa- powiedział.

 

 

ROZDZIA

Ł 14

 

Ciepła kieszeń zawierająca Tonina zakołysała się i podjechała w górę, kiedy książę wstał.

 

-  Oczywiście, że paliłem cygaro - odpowiedział księżnej z urazą. - Każdy by zapalił cygaro, 

gdyby  odkrył,  że  wypowiedział  wojnę,  nic  o  tyra  nie  wiedząc,  i  gdyby  wiedział,  że  zostanie 
pobity.

 

Dudniący  glos  księcia  docierał  do  uszu  Tonina  bardziej  od  środka,  przez  jego  ciało,  niż  z 

zewnątrz.

 

-  Mówiłam, że to ci szkodzi - burknęła księżna. - Dokąd idziesz?

 

-  Ja? Och - powiedział książę. Kieszeń uniosła się, potem opadła, kiedy wchodził na stopnie 

prowadzące do drzwi. - Do kuchni. Coś bym przegryzł.

 

-    Mogłeś  posłać  po  jedzenie  -  zwróciła  mu  uwagę  księżna,  ale  nie  wydawała  się 

niezadowolona.  Widocznie odgadła, że przez cały czas byli w gabinecie, domyślił się Tonino, i 
chciała ich poszukać pod nieobecność męża.

 

Usłyszał zamykanie drzwi. Kieszeń kołysała się rytmicznie w takt kroków księcia. Tonino nie 

czuł się najgorzej, kiedy już przywyknął. Kieszeń była duża. Pomieściła niemal bez trudu Tonina 
razem  z  zapalniczką  księcia,  chustką  do  nosa,  następnym  cygarem,  kawałkiem  sznurka, 
monetami, różańcem i kostkami do gry. Tonino ułożył się wygodnie, z chustką zamiast poduszki, 
i  życzył  sobie  tylko,  żeby  książę  nie  poklepywał  go  bez  przerwy  dla  sprawdzenia,  czy  nie 
wypadł.

 

-  Dobrze wam tam? - zadudnił w końcu głos księcia. - Nikogo tu nie ma. Możecie wystawić" 

głowy. Pomyślałem o kuchni, bo chyba nie jedliście śniadania.

 

-  Bardzo pan miły - rozległ się słaby głos Angeliki.

 

Tonino dźwignął się na nogi i wysunął głowę pod klapą kieszeni. Nadal nie widział Angeliki - 

zasłaniał ją obfity brzuch księcia -ale słyszał, jak mówiła:

 

-    Pan  trzyma  sporo  rzeczy  w  kieszeni  ach,  prawda?  Nie  wie  pan  przypadkiem,  co  mi  się 

przylepiło do stóp?

 

-  Ee... podejrzewam, że toffi - odparł książę. - Proszę, zjedz je z laski swojej.

 

-  Dzięki - mruknęła Angelica bez przekonania,

 

-  Ciekawe - zagadnął Tonino - czemu księżna nie wiedziała, że jesteśmy w pana kieszeniach? 

Przedtem nas wywęszyła.

 

Donośny  śmiech  księcia  zahuczał  mu  w  uszach.  Pozłacana  ściana,  którą  Tonino  miał  przed 

oczami, zaczęła podskakiwać w górę, w górę i w górę. Książę schodził po schodach.

 

-  Cygara, chłopcze! - wyjaśnił. - Jak myślisz, dlaczego je palę? Ona nie może niczego przez 

nie  wywęszyć,  więc  się  wścieka.  Raz  próbowała  rzucić  na  mnie  zaklęcie,  żebym  nie  palił,  ale 
byłem taki rozdrażniony, że musiała je zdjąć,

 

-  Przepraszam pana - dobiegł głos Angeliki z drugiej strony księcia. - Czy ktoś nie zauważy, 

ż

e pan idzie po schodach i mówi do siebie?

 

Książę znowu wybuchnął śmiechem.

 

-    Ani  jedna  osoba!  Ciągle  gadam  do  siebie...  i  śmieję  się,  jeśli  coś  mnie  rozbawi.  I  tak 

wszyscy  myślą  że  jestem  stuknięty.  No,  wymyśliliście  jakiś  sposób,  żeby  was  stąd  wydostać? 
Najłatwiej będzie sprowadzić wasze rodziny. Wtedy przekazałbym was w sekrecie, a ona nic by 

background image

nie wiedziała.

 

-    Czy  może  pan  po  prostu  ich  wezwać?  -  zaproponował  Tonino.  -  Powiedzieć,  że  ich  pan 

potrzebuje do pomocy w wojnie.

 

-  Ona wywęszy każdy podstęp - oświadczył książę. - Mówi, że wasze wojenne zaklęcia i tak 

się zużyty. Wymyśl coś, co nie ma nic wspólnego z wojną.

 

-    Efekty  specjalne  do  następnej  pantomimy  -  podpowiedział  Tonino  bez  większej  nadziei. 

Zdawał sobie sprawę, że nawet książę nie wystawi sztuki podczas inwazji na Capronę.

 

-  Wiem - powiedziała Angelica. - Rzucę zaklęcie,

 

-  Nie! - zawołał Tonino. - Nie wiadomo, co się stanie!

 

-  Nieważne - uspokoiła go Angelica. - Moja rodzina pozna, że to ja, i przybiegną tutaj w te 

pędy.

 

-  Ale możesz pomalować księcia na zielono! - ostrzegł Tonino.

 

-  Wcale mi to nie przeszkadza - wtrącił łagodnie książę.

 

Dotarł  do  końca  schodów  i  pomaszerował  długimi,  posuwistymi  krokami  przez  pałacowe 

pokoje  i  korytarze.  Angelica  i  Tonino  trzymali  się  brzegów  swoich  kieszeni  i  przerzucali  się 
argumentami wokół książęcego brzucha,

 

-    Przecież  możesz  mi  pomóc  -  przekonywała  Angelica  -  i  twoja  część  wyjdzie  dobrze. 

Załóżmy,  że  rzucimy  zaklęcie  przywołania,  żeby  sprowadzić  do  pałacu  wszystkie  myszy  i 
szczury z Caprony. Jeśli ty zrobisz przywołanie, na pewno cos' sprowadzimy.

 

-  Tak, ale co? - opierał się Tonino.

 

-    Możemy  to  zrobić  na  cześć  Benvenuta  -  zawołała  Angełica  w  nadziei,  że  sprawi  mu 

przyjemność.

 

Ale  Tonino  pomyślał  o  Benvenucie  leżącym  gdzieś  na  dachu  pałacu  i  jeszcze  bardziej  się 

wzbraniał. Krzyczał, że nigdy nie zgodzi się na taki brak szacunku.

 

-    Czy  to  znaczy,  że  nie  umiesz  rzucić  przywołującego  zaklęcia?  -  zapiszczała  Angelica.  - 

Nawet mój mały braciszek...

 

Krzyczeli  tak  głośno,  że  książę  dwukrotnie  kazał  im  się  uciszyć.  Oficer  podbiegający  do 

księcia szeroko otworzył oczy.

 

-  Nie trzeba robić wielkich oczu, majorze - napomniał go książę. - Skoro mówię „ciszej", to 

znaczy „ciszej". Pańskie buty skrzypią. O co chodzi?

 

-  Niestety siły Caprony wycofują się na południu, Wasza Miłość - powiedział wojskowy. - A 

nasze przybrzeżne baterie zostały pokonane przez pizańską flotę.

 

Obie kieszenie opadły, kiedy książę zwiesił ramiona,

 

-    Dziękuję-  powiedział.  -  Proszę  zgłosić  się  do  mnie  osobiście  następnym  razem,  kiedy 

będzie pan miał nowe wiadomości.

 

Major zasalutował i odszedł, oglądając się przez ramię na księcia. Książę westchnął.

 

-    Następny,  który  myśli,  że  zwariowałem.  Czy  nie  mówiliście,  że  tylko  wy  dwoje  wiecie, 

gdzie znaleźć słowa do Anioła

 

Tonino i Angelica ponownie wystawili głowy z kieszeni.

 

-  Tak-potwierdzili. 
-    W  takim  razie  -  powiedział  książę  -  zgódźcie  się  na  zaklęcie.  Naprawdę  musicie  się  stąd 

wydostać i zdobyć te słowa, dopóki jeszcze coś zostało z Caprony.

 

-  No dobrze - ustąpił Tonino. - Wezwijmy myszy.

 

Tak  więc  książę  stanął  w  szerokim  wykuszowym  oknie  i  zapalił  niedopałek  cygara  spod 

Angeliki  zapalniczką  spod  Tonina,  żeby  zamaskować  czar,  Tonino  wychylił  się  z  kieszeni  i 
zaśpiewał, powoli i starannie, jedyne zaklęcie przywołania, jakie znał.

 

background image

Angelica  stanęła  w  drugiej  kieszeni  ze  wzniesionymi  ramionami  i  wyrecytowała  słowa, 

szybko, pewnie i z całą pewnością błędnie. Później przysięgała, że to dlatego, że chciało jej się 
ś

miać,

 

Znowu  ktoś  podszedł.  Tonino  myślał,  że  to  jeden  z  dworzan,  którzy  oglądali  kukiełkowe 

przedstawienie, ale nie miał pewności, ponieważ książę zarzucił im na głowy klapy od kieszeni i 
sam zaczął śpiewać.

 

Anioł ze śpiewem zstępuje, Słowa pociechy zwiastuje...

 

...ryczał  książę.  Nawet  Angelica  tak  nie  fałszowała.  Tonino  z  największym  trudem 

utrzymywał  własną  melodię.  Na  pewno  właśnie  wtedy  zaklęcie  się  zwichrowało.  Tonino  nagle 
poczuł, że jego słowa przyciągają ogromny ciężar.

 

Książe przerwał swój okropny śpiew, żeby powiedzieć:

 

-  Ach Pollio, nie ma jak dobra piosenka, kiedy Caprona płonie. Neron tak śpiewał, a teraz ja.

 

-  Tak, Wasza Milość -bąknął intruz. Słyszeli Jak znika w popłochu.

 

-  No ten jest pewien, że zwariowałem - oświadczył książę. -Skończyliście?

 

W tejże chwili słowa Tonina uwolniły sie z szarpnięciem i zrozumiał, że zaklęcie podziałało 

w ten czy inny sposób.

 

-  Tak - powiedział.

 

Ale  nic  się  nie  działo  Książę  zauważył  filozoficznie,  że  potrzeba  trochę  czasu,  żeby  mysz 

przybiegła  z  Corso  do  pałacu,  i  pomaszerował  do  kuchni.  Tam  też  na  pewno  pomyśleli,  że 
zwariował.  Książę  poprosił  o  dwie  bułki  i  dwa  kawałki  masła,  po  czym  włożył  każdą  do  innej 
kieszeni.  Jeszcze  bardziej  upewnili  sie  o  jego  szaleństwie,  kiedy  powiedział  nie  wiadomo  do 
kogo:

 

-  W prawej kieszeni mam obcinacz do cygar, którym można łatwo rozsmarować masło.

 

-  Doprawdy, Wasza Miłość? - usłyszeli czyjś powątpiewający głos.

 

Właśnie wtedy  ktoś wpadł z wrzaskiem, że gryfy na Piazza Nuova ożyły. Leciały nad rzeką 

prosto w stronę pałacu. Wybuchła ogólna panika.  Wszyscy biegali, krzyczeli i jęczeli, że to zły 
omen.  Potem  wpadł  ktoś  inny,  wrzeszcząc,  że  jeden  gryf  doleciał  aż  do  pałacu  i  zsunął  się  po 
marmurowym  frontonie. Krzyki się nasiliły.  W następnej kolejności, wołano, odleci sam wielki 
złoty Anioł z katedry.

 

Tonino,  korzystając  z  zamieszania,  odłupywał  właśnie  kawałek  bułki  zapalniczką  księcia, 

kiedy książę ryknął:

 

-  Bzdura! 
Zapadła  nagła  cisza.  Tonino  nie  odważył  się  poruszyć,  ponieważ  z  pewnością  wszyscy 

patrzyli na księcia.

 

-  Nie rozumiecie? - zapytał  książę, - To tylko sztuczka wroga. Ale nas  w Capronie nie tak 

łatwo przestraszyć, prawda? Ty... idź i sprowadź Montanów. A ty idź po Petrocchich, Powiedzcie 
im, że to pilne. Powiedzcie, żeby przyszło ich jak najwięcej. Będę w północnej galerii.

 

I  wyszedł  zamaszystym  krokiem,  podczas  gdy  Angelica  i  Tonino  obijali  się  o  bułki  i 

próbowali nie wdepnąć w masło.

 

Książę dotarł do galerii i usiadł na parapecie okna, Angelica i Tonino wysunęli się do połowy 

z  kieszeni  i  zdołali  zjeść  trochę  bułki  z  masłem.  Książę  uczynnię  podawał  to  jednemu,  to 
drugiemu  obcinacz  do  cygar,  chociaż  wydawał  się  zagubiony  w  myślach.  Spoglądał  na  białe 
obłoczki wybuchów rozkwitające na wzgórzach za Caproną.

 

Angelica była zadowolona z siebie.

 

-  A nie mówiłam? - powiedziała do Tonina. - Moje zaklęcia zawsze działają.

 

-  Żelazne gryfy to nie myszy - wytknął jej Tonino.

 

-  Nie, ale jeszcze nigdy nie zrobiłam czegoś tak wielkiego -oznajmiła Angelica. - Cieszę się, 

background image

ż

e nie zburzyły pałacu.

 

Książę odezwał się ponura:

 

-    Wkrótce  zrobią  to  armaty  Pizy.  Widzę  na  rzece  okręty  wojenne,  na  pewno  nie  nasze. 

Wolałbym, żeby wasze rodziny się pospieszyły.

 

Ale  upłynęło  pół  godziny,  zanim  ugrzeczniony  lokaj  podszedł  do  księcia,  który  szybko 

opuścił klapy kieszeni i strzepnął dookoła maślane okruszki.

 

-   Wasza Miłość, członkowie rodzin Montana i Petrocchi czekają na  Waszą Miłość w  dużej 

sali recepcyjnej.

 

-  Dobrze! - zawołał książę.

 

Zerwał się i pobiegł tak szybko, że Tonino i Angelica musieli zaprzeć się stopami o szwy w 

kieszeniach i chwycić mocno za brzegi. Kilka razy się przewracali, chociaż książę próbował im 
pomagać, podtrzymując kieszenie. Poczuli, że zatrzymuje się gwałtownie.

 

-  Kurczę! - zawołał, - Zawsze to samo!

 

-  Co? - zapytał Tonino bez tchu. Czuł się zupełnie roztrzęsiony-

 

-    Skierowali  mnie  nie  do  tego  pokoju!  -  wyjaśnił  książę  i  znowu  puści!  się  trzęsącym, 

podskakującym  galopem.  Poczuli,  że  przebiegł  przez  drzwi.  Kieszenie  się  zakołysały.  Potem 
zakołysały się w drugą stronę, kiedy zatrzymał się z poślizgiem.

 

-    Lukrecjo,  to  bardzo  niedobrze!  Czy  dlatego  zawsze  kierujesz  mnie  do  niewłaściwego 

pokoju?

 

-  Mój panie - nadeszła z daleka lodowata odpowiedź księżnej - nie ponoszę żadnej winy za 

opieszałość lokajów. O co chodzi?

 

-  O to - wykrztusił książę. - O tych... - Poczuli, że drży. - To byli  Montanowie i Petrocchi, 

prawda? Nie oszukuj mnie, Lukrecjo. Posłałem po nich. Wiem.

 

-    A  jeśli  tak?  -  zagadnęła  księżna  już  znacznie  bliżej.  -  Czy  chcesz  do  nich  dołączyć,  mój 

panie?

 

Poczuli, że książę się cofa.

 

-    Nie.  Nie,  bynajmniej!  Moja  droga,  zawsze  stosuję  się  do  twojej  woli.  Ja  tylko...  tylko 

chciałem wiedzieć dlaczego. Oni przyszli w sprawie tych gryfów.

 

Głos księżnej znowu sie oddalił, kiedy powiedziała;

 

-  Ponieważ, skoro musisz wiedzieć, Antonio Montana mnie rozpoznał.

 

-    Ale.,,  ale...  -  wyjąkał  książę,  śmiejąc  się  z  przymusem  -  wszyscy  cie  znają,  moja  droga. 

Jesteś księżną Caprony,

 

-  To znaczy rozpoznał,  kim naprawdę jestem -  wyjaśniła  księżna  z oddali. Potem trzasnęły 

zamykane drzwi.

 

-  Patrzcie! - szepnął książę drżącym głosem. -Tylko popatrzcie!

 

Zanim  jeszcze  skończył  mówić,  Tonino  i  Angelica  zaparli  się  nogami  o  szwy  i  wysunęli 

głowy spod klap kieszeni.

 

Zobaczyli ten sam wypolerowany pokój, gdzie kiedyś czekali i jedli ciastka, te same złocone 

krzesła i sufit z aniołkami. Ale tym razem na błyszczącej podłodze leżały porozrzucane kukiełki. 
Walały sie wszędzie, bezwładne i groteskowe, rozłożone w różnych pozycjach, jakie przybraliby 
ludzie, gdyby nagle upadli. Skupiały się w dwóch grupach. Gdyby nie to, nie dało sie rozpoznać, 
kto  jest  którą  kukiełką.  Punch  i  Judy,  kat,  kiełbasiarz,  policjant  i  czasami  diabeł  powtarzali  się 
bez  końca.  Sądząc  po  liczbie,  obie  rodziny  domyśliły  się  najwyraźniej,  źe  za  tajemniczymi 
gryfami stoją Tonino i Angelica, i wysłały prawie wszystkich dorosłych do pałacu.

 

Tonino nie mógł wydobyć z siebie głosu. Angelica powiedziała:

 

-  Ta podła kobieta! Tylko kukiełki jej w głowie.

 

-  Ona widzi ludzi w ten Sposób - wyjaśnił smutno książę. -Przepraszam was oboje. Nie damy 

background image

jej rady. Okropna  kobieta!  Nie  rozumiem, dlaczego się  z nią ożeniłem...  ale pewnie  to  też  było 
zaklęcie.

 

-    Jak  pan  myśli,  czy  ona  podejrzewa,  że  pan  nas  ukrywa?  -zapytał  Tonino.  -  Pewnie  się 

zastanawia, gdzie jesteśmy.

 

-  Może, może - mruknął książę.

 

Zaczął spacerować tam i z powrotem po pokoju, a oni wychylali się z kieszeni i spoglądali na 

bezładnie porozrzucane kukiełki.

 

-  Oczywiście teraz już jej nie zależy - dodał. - I tak załatwiła obie rodziny. Och, ale ze mnie 

głupiec!

 

-  To nie pana wina - pocieszyła go Angelica.

 

-    Owszem,  moja  -  upierał  sie  książę,  -  Nigdy  nie  wykazałem  ani  odrobiny  stanowczości. 

Zawsze szedłem na łatwiznę... O co chodzi?

 

Zapadła ciemność, bo opuścił klapy kieszeni.

 

-  Wasza Miłość - powiedział major w skrzypiących butach -pizańska flota wysadza ludzi za 

Nowym Molem. A nasze oddziały na południu są spychane na przedmieścia.

 

Poczuli, źe książę się zgarbił.

 

-  Więc prawie już po nas - mruknął. - Dziękuję... Nie, zaraz. Majorze! Bądź tak dobry, idź do 

stajni  i  powiedz,  żeby  zaprzężono  mój  powóz.  Wiem,  że  wszyscy  lokaje  uciekli.  Poproś,  żeby 
podstawili go pod drzwi za pięć minut.

 

-  Ale, Wasza Miłość... - zaczął major.

 

-    Zamierzam  pojechać  do  miasta  i  przemówić  do  ludności  -oznajmił  książę.  -  Udzielić  im 

tego... jak to się nazywa? Moralnego wsparcia.

 

-    Bardzo  szlachetny  zamiar,  panie  -  przyznał  major  znacznie  cieplejszym  tonem.  -  Za  pięć 

minut.

 

Skrzypiące buty szybko się oddaliły.

 

-    Słyszeliście?  -  zapytał  książę,  -  Nazwał  mnie  panem!  Biedny  człowiek.  Nagadałem  mu 

kupę  bredni  i  nie  mógł  oderwać  oczu  od  tych  kukiełek,  ale  nazwał  mnie  panem  i  sprowadzi 
powóz, i nie powie jej ani słowa. Tekturowe pudło!

 

Kotary szurnęły na boki, kiedy książę wpadł do pokoju obok. Tam na środku stał długi stół.

 

-  Aha! - zawoła) książę i doskoczył do sterty pudeł pod ścianą. Pudła zawierały kieliszki do 

wina, które książę zaczął gorączkowo wyładowywać na stół.

 

-  Nie rozumiem - powiedział Tonino.

 

-  Pudło - rzucił książę. - Nie możemy zostawić waszych rodzin i narazić ich na jej zemstę. 

Przynajmniej  raz  zdobędę  się  na  stanowczość.  Wsiądę  do  powozu  i  pojadę,  i  nie  dam  się  jej 
powstrzymać.

 

Co  powiedziawszy,  biegiem  wrócił  z  pustym  pudłem  do  sali  recepcyjnej  i  uklęknął,  żeby 

pozbierać kukiełki, Angelica uderzyła o podłogę, kiedy poła surduta opadła.

 

-  Przepraszam - powiedział książę.

 

-  Proszę ich podnosić ostrożnie - poradził Tonino. - To boli, kiedy się nimi rzuca.

 

Delikatnie  i  pospiesznie,  podnosząc  każdą  kukiełkę  obiema  rękami,  książę  ułożył  je 

warstwami w kartonowym pudle. Podczas układania Montanowie pomieszali się z Petrocchimi, 
ale nie dało się tego uniknąć. Wszyscy troje w każdej chwili spodziewali się, że wejdzie księżna. 
Książę  wciąż  rzucał  wokół  nerwowe  spojrzenia,  a  potem  mruczał  do  siebie:  „Stanowczość!" 
Powtarzał to bez przerwy, kiedy niezdarnie ruszył do drzwi z kartonowym pudlem w ramionach.

 

-  Śmiesznie pomyśleć - zauważył - że niosę teraz na rękach prawie wszystkich zaklinaczy z 

Caprony.

 

Podeszły skrzypiące buty.

 

background image

-  Powóz czeka, panie - powiedział głos majora.

 

-    Stanowczo  -  odparł  książę.  -  To  znaczy  dziękuję.  Wspomnę  pana  w  niebie,  majorze, 

ponieważ  z  pewnością  niedługo  wszyscy  tam  pójdziemy.  Tymczasem  czy  może  pan  zrobić  dla 
mnie jeszcze dwie rzeczy?

 

-  Panie? - zapytał major nieufnie.

 

-  Po pierwsze, kiedy pan myśli o Aniele Caprony, o czym pan myśli?

 

-  Chodzi o pieśń czy o figurę, panie? - upewnił się major.

 

-  O figurę.

 

-  Ależ... - major nabierał przekonania, że książę znowu zwariował. Myślę... myślę o złotym 

Aniele na dachu katedry, Wasza Miłość.

 

-  Dobrze! - wykrzyknął książę. - Ja też! I druga rzecz: może pan wziąć to pudło i włożyć do 

mojego powozu?

 

Ani ToninoT ani Angelica nie mogli się powstrzymać, żeby nie wyjrzeć i zobaczyć Jak major 

przyjął  ten  rozkaz.  Niestety  miał  twarz  zasłoniętą  pudłem,  które  wcisnął  mu  książę.  Oboje 
poczuli, że ominął ich rzadki widok.

 

-  Jeśli ktoś zapyta - dodał książę - to dary dla zmęczonych wojną obywateli.

 

-    Tak,  Wasza  Miłość  -  odpowiedział  major  pogodnie  i  pobłażliwie,  żeby  nie  drażnić 

szalonego księcia, ale słyszeli, że jego buty oddalają się w wielkim pośpiechu.

 

-  Dzięki Bogu! - odetchnął książę. - Czuję, że ona się zbliża. Nie przyłapie mnie z nimi.

 

Książę  rozwinął  tak  szybkie  tempo,  że  księżna  dogoniła  ich  dopiero  po  kilku  minutach. 

Tonino,  zerkając  spod  klapy,  widział  wielki  marmurowy  hol  wejściowy,  gdzie  książę 
wyhamował  z  poślizgiem.  Pospiesznie  opuścił  klapę,  kiedy  usłyszał  zimny  głos  księżnej, 
zdyszany, lecz triumfalny.

 

-  Wróg jest przy Nowym Moście, mój panie. Zginiesz, jeśli teraz wyjdziesz.

 

-  I zginę, jeśli zostanę odparł książę.

 

Czekał, żeby księżna zaprzeczyła, ona jednak milczała. Usłyszeli, jak książę przełknął ślinę. 

Ale stanowczość go nie opuściła.

 

-  Wychodzę - oznajmił nieco piskliwie - żeby pojechać do moich poddanych i pocieszyć ich 

w ostatnich chwilach,

 

-    Sentymentalny  głupiec  -  stwierdziła  księżna.  Nie  rozgniewała  się.  Taką  miała  opinię  o 

księciu.

 

Książę obruszył się na te słowa.

 

-  Może nie jestem dobrym władcą - zawoła! - ale dobry władca właśnie to powinien zrobić. 

Będę... będę klepał dzieci po główkach i przyłącze się do chóralnego śpiewu.

 

Księżna zaśmiała się.

 

-    Dużo  ci  to  pomoże,  zwłaszcza  jeśli  zaśpiewasz.  Doskonale,  Możesz  zginąć  tam  zamiast 

tutaj. Idź poklepywać główki.

 

-  Dziękuje ci, moja droga - powiedział książę pokornie.

 

Popędził dalej, bum, bum, bum, w dół po marmurowych stopniach. Usłyszeli zgrzyt kopyt na 

ż

wirze i poczuli, że książę się wzdrygnął.

 

-  Jedziemy, Carlo - rozkazał, - O co chodzi? Na co pokazujesz...? Och tak. Więc to jest gryf. 

Nadzwyczajne. Jedź już, dobrze?

 

Skoczył  do  przodu.  Skrzypnęły  resory  powozu,  drzwi  się  zatrzasnęły.  Książę  usiadł. 

Usłyszeli,  że  powiedział:  „W  porządku!"  Rozległ  się  aż  nazbyt  dobrze  znajomy  dźwięk 
uderzanego  kartonu,  kiedy  książę  poklepał  pudło  ustawione  obok  na  siedzeniu.  Potem  powóz 
ruszył,  koła  zgrzytnęły  na  żwirze,  załomotały  końskie  kopyta.  Książę  odetchnął  z  ulgą,  tak 

background image

głęboko, że aż podskoczyli.

 

-  Możecie już wyjść - powiedział.

 

Ostrożnie wygramolili się na jego  szerokie  kolana.  Książe uprzejmie przesunął się do okna, 

ż

eby mogli wyjrzeć. Pierwsze, na czym spoczęły ich oczy, to był żelazny gryf bardzo pogięty i 

powgniatany, leżący w całkiem sporym kraterze na pałacowym dziedzińcu.

 

-  Wiecie -powiedział książę - gdyby nie to, że mój pałac i tak zniszczą Pizanie, Sieneńczycy 

albo Florentyjczycy, obciążyłbym was dwoje za straty. Tamten gryf wyżłobił dwa wielkie rowy 
na całej fasadzie.

 

Roześmiał się i osuszył chustką błyszczącą twarz. Wciąż bardzo się denerwował. 
Kiedy  powóz  wytoczył  się  z  dziedzińca  na  drogę,  usłyszeli  wystrzały.  Niektóre 

rozbrzmiewały  blisko  -  terkot  karabinów  nad  rzeką.  Większość  dochodziła  z  daleka  -  niskie, 
przeciągle  dudnienie  ze  wzgórz.  Strzały  padały  tak  gęsto,  że  zlewały  się  w  jeden  nieprzerwany 
pomruk, ale od czasu do czasu  z tego hałasu wybijało się znacznie bliższe  buch-buch-buch.  Za 
każdym razem wszyscy troje podskakiwali.

 

-    Naprawdę  dostajemy  łupnia  -  stwierdził  żałośnie  książę.  Powóz  zwolnił.  Słyszeli 

afektowany glos stangreta, niemal zagłuszony przez inne dźwięki.

 

-  Niestety Nowy Most jest pod ostrzałem, Wasza Miłość. Dokąd dokładnie zmierzamy?

 

Książę opuścił szybę w oknie. Hałas wzmógł się dwukrotnie.

 

-  Do katedry. Jedź wzdłuż rzeki i sprawdź, czy możemy przejechać przez Stary Most.

 

Zaniknął okno.

 

-  Uff! Nie zazdroszczę Carlowi tam na koźle!

 

-  Dlaczego jedziemy do katedry? - zapytała trwożnie Angelica. - Chcemy obejrzeć Anioły w 

naszych domach.

 

-  Nie - sprzeciwił się książę. - Ona o tym pomyślała. Dlatego poprosiłem majora. Wydaje mi 

się że jedyne miejsce, gdzie te słowa są zawsze bezpieczne i zawsze niewidzialne, to katedralny 
Anioł. Każdemu od razu przychodzi na myśl, ale stoi tak wysoko, że wszyscy zapominają.

 

-  Ale wieża sięga pod chmury! - zaprotestowała Angelica.

 

-  Anioł ma zwój - przypomniał jej Tonino. - I ten zwój jest chyba bardziej rozwinięty niż te u 

naszych Aniołów.

 

-  Obawiam się, że to jedyne miejsce, o którym ona mogła zapomnieć - podsumował książę.

 

Raźno  toczyli  się  dalej,  zwolnili  tylko  w  jednym  miejscu,  gdzie  pocisk  wyrwał  krater  w 

nawierzchni. Carlo jakoś' zdołał przejechać.

 

-    Dobry  z  ciebie  człowiek,  Carlo  -  pochwalił  go  książę.  -  Chyba  jedyny  dobry  człowiek, 

którego się jeszcze nie pozbyła.

 

Hałas  nieco  przycichł,  kiedy  powóz  zjechał  nad  rzekę,  na  Piazza  Martia  -przynajmniej 

Angelica  i  Tonino  tak  przypuszczali;  przy  swoich  rozmiarach  nie  widzieli  za  dobrze  na  dużą 
odległość.  Odgadli, że przejeżdżają przez Stary  Most, po łoskocie  kół i małych, pozamykanych 
budkach  z  obu  stron.  Książe  kilkakrotnie  rozglądał  się,  gwizdał  i  kręcił  głową,  ale  nie  widzieli 
dlaczego.  Rozpoznali  katedrę,  kiedy  powóz  podjechał  do  niej  po  kocich  łbach,  ponieważ  była 
taka  wielka  i  śnieżnobiała.  Wielki  katedralny  dzwon  wciąż  bil.  Spory  tłum,  składający  się 
głównie  z  kobiet  i  dzieci,  posuwał  się  powoli  w  stronę  drzwi.  Powóz  podjechał  dostatecznie 
blisko,  żeby  Tonino  i  Angelica  zobaczyli  arcybiskupa  Caprony  w  powłóczystych  szatach, 
stojącego  przy  drzwiach,  skrapiającego  każdą  osobę  wodą  święconą  i  mamroczącego 
błogosławieństwa,

 

-    No,  to  dopiero  dzielny  człowiek  -powiedział  książę.  -  Szkoda,  że  mu  nie  dorównam. 

Słuchajcie, wystawię was oboje przez te drzwi, a sam wyjdę drugimi i zajmę wszystkich, kiedy 
wy wejdziecie na kopule. Czy to wystarczy?

 

background image

Otworzył drzwi od strony katedry.

 

Tonino i Angelica poczuli się bezradni i zagubieni.

 

-  Ale co my mamy robić?

 

-    Wdrapać  się  tam  i  przeczytać  słowa  -  wyjaśnił  książę.  Pochylił  się,  objął  ich  ciepłymi, 

wilgotnymi dłońmi i postawił

 

na zimnym bruku. Stanęli drżący pod wielkim lukiem koła powozu.

 

-    Bądźcie  rozsądni  -  szepnął  do  nich  książę.  -  Jeśli  poproszę  arcybiskupa,  żeby  ustawił 

drabiny, ona się domyśli.

 

Oczywiście miał zupełną rację. Usłyszeli, jak przesunął się do drugich drzwi, które rozwarły 

się trzaskiem.

 

-  On zawsze robi wszystko z takim rozmachem - mruknęła Angelica.

 

-   Ludu Caprony! - zawołał książę. -  Przyszedłem, by  przyłączyć się do  was w  tej  godzinie 

smutku. Wierzcie mi, nie chciałem tego, co stało się dzisiaj...

 

W tłumie rozległ się pomruk, nawet kilka wiwatów.

 

-  Całkiem dobrze sobie radzi - oceniła Angelica.

 

-  Lepiej róbmy swoje -powiedział Tonino. -Teraz zostaliśmy tylko my.

 

 

ROZDZIA

Ł 15

 

Tonino i Angelica podreptali do wielkiej marmurowej bryty katedry i niepewnie popatrzyli na 

długą, pochyłą przyporę. Widzieli tylko te jedną możliwą drogę wspinaczki. Z bliska zobaczyli, 
ż

e  wcale  nie  będzie  trudna.  Marmur  wydawał  się  gładki,  lecz  miał  dostatecznie  dużo 

nierówności, żeby zapewnić oparcie dla rąk i nóg ludziom tak małym jak oni.

 

Włazili w górę jak małpy, ożywieni na świeżym powietrzu.  Wprawdzie mieli za sobą ranek 

obfitujący w wydarzenia, ale większość czasu siedzieli w dusznej kryjówce. Teraz rozpierała ich 
energia,  a  w  dodatku  ważyli  niewiele.  Prawie  się  nie  zasapali,  kiedy  wdrapali  się  po  długiej, 
zimnej pochyłości najniższej kopuły. Potem jednak wyrosła przed nimi cała katedra, jak potężny, 
skomplikowany  lodowiec  z  białego,  różowego  i  zielonego  marmuru.  W  ogóle  nie  widzieli 
Anioła,

 

Ż

adne  z  nich  nie  wiedziało,  którędy  dalej  się  wspinać.  Uwiesili  się  na  złotym  krzyżu  i 

popatrzyli  w  górę. A stamtąd spadły na nich  czarnobrązowa  sierść  i białe futerko.  Spojrzały  na 
nich złote oczy i niebieskie oczy. Szturchnął ich czarny nos i różowy nos.

 

-  Benvenuto! - krzyknął Tonino. - Czy ty...?

 

-  Vittoria! -zawołała Angelica i zarzuciła ramiona na szyję białej kocicy.

 

Ale  koty  spieszyły  się  i  bardzo  czymś  martwiły.  Obrazy  kotłowały  im  się  w  głowach, 

rozmazane, niepokojące  wizje Paola i Renaty,  Marca i Rosy. Proszę, Tonino, proszę, Angelico, 
chodźcie, szybciej!

 

Rozpoczęła się podniebna gonitwa, jakiej nawet sobie nie wyobrażali. Pod przewodem kotów 

pędzili po długich ołowianych rynnach, ponad tęczowymi przyporami, wysokimi jak podniebne 
mostki,  dalej  na  wyższe  kopuły.  Koty  ciągle  ponaglały  ich  do  pośpiechu  i  pomagały  na 
trudniejszych  odcinkach.  Z  ręką  na  żylastym  grzbiecie  Benvenuta  Tonino  wesoło  wbiegał  po 
marmurowych  lodospadach,  po  cieniutkich  rynnach  wiszących  nad  przepastną  otchłanią  i  po 
wielkich zakrzywionych powierzchniach,  gdzie zielone marmurowe żebra kopuły wydawały się 
przy nim wysokie jak mury. Nawet kiedy zaczęli długie, mozolne podejście po pochyłości samej 
wielkiej  kopuły,  żadne  się  nie  bało.  Angelica  raz  się  potknęła  i  uratowała  się,  chwyciwszy 
jedwabisty  ogon  Yittorii;  a  raz  Benvenuto  wziął  w  zęby  czerwoną  nocną  koszulę  Tonina  i 

background image

wyciągnął go z głębokiej rynny. Ale tutaj na górze kopuła była gładka i okrągła. Tonino czul się 
jak na powierzchni księżyca, chociaż nad głową miał blade zimowe niebo i wiatr gwizdał mu w 
uszach. Huk armat rozlegał się niemal poza zasięgiem jego  uszu.

 

Wreszcie  wdrapali  się  pomiędzy  grube  marmurowe  filary,  na  platformę  na  samym  szczycie 

kopuły.  Nad  nimi  wznosił  się  złocisty  Anioł.  Olbrzymie  stopy  Anioła  spoczywały  na  złotym 
piedestale,  wyższym  niż  normalny  wzrost  Tonina.  Wokół  piedestału,  jak  Tonino  zauważył  
roztargnieniem,  biegł  wzór  z  przeplatających  się  złotych  lampartów  i  skrzydlatych  koni.  Ale 
chłopiec  patrzył  w  górę,  na  rozwiane  szaty  Anioła,  gigantyczne  skrzydła,  potężną  rękę 
wzniesioną  wysoko  nad  głową  w  geście  błogosławieństwa  i  drugą  rękę  wyciągniętą  w  niebo, 
jeszcze dalej, trzymającą wielki rozwinięty zwój. Jeszcze wyżej  jaśniała  wielka, pogodna twarz 
Anioła, obojętnie rozsiewająca błogosławieństwa ponad Caproną.

 

-  On jest strasznie wielki! -jęknęła Angelica.-Nigdy nie wejdziemy na ten zwój, choćbyśmy 

próbowali przez cały dzień!

 

Koty  jednakże  niecierpliwie  szturchały  ich  i  popychały  na  drugą  stronę  platformy. 

Zaciekawieni, pobiegli tam, prawie dokładnie pod zwój Anioła. Nad balustradą wystawała głowa 
Paola,  z  włosami  odgarniętymi  do  tylu  i  niezwykle  bladą  twarzą.  Jedną  ręką  ciasno  oplatał 
marmurową  poręcz.  Drugą  wyciągał  w  dół,  Tonino  wyjrzał  spomiędzy  marmurowych  filarów, 
ż

eby sprawdzić dlaczego. A tam wisiała Renata jak kupka nieszczęścia, uczepiona ręki Paola.

 

-    Ale  ona  ma  okropny  lęk  wysokości!  -  zawołała  Angelica.  -Jakim  cudem  wlazła  tak 

wysoko?

 

VIttoria powiedziała Angelice, że ma natychmiast pomóc Renacie.

 

Angelica przecisnęła górną połowę ciała  między filarami. Małe rozmiary mają swoje zalety. 

Odległości  bezlitośnie  przytłaczające  dla  Paola  i  Renaty  nie  przerażały  Angeliki,  ponieważ  ich 
nie dostrzegała. Kopuła była dla niej całym niewielkim światem.

 

Paolo powiedział cierpliwie i ostrożnie:

 

-  Nie utrzymam cię już (Hugo. Mogłabyś spróbować jeszcze raz?

 

Zamiast odpowiedzi Renata wydała drżący szloch.

 

-  Renata! - krzyknęła Angelica. Przerażona twarz Renaty uniosła się powoli.

 

-  Coś mi się stało z oczami! Wydajesz się taka maleńka!

 

-  Bo jestem maleńka! - odwrzasnęia Angelica.

 

-  Oboje są mali! - zauważył Paolo, wpatrując się w głowę Tonina.

 

- Podciągnij mnie, szybko! - zażądała Renata.

 

Rozmiary  Angeliki  i  Tonina  tak  zmartwiły  Renatę  i  Paola,  że  oboje  zapomnieli  o  lęku 

wysokości.  Paolo  ciągnął  Renatę,  a  Renata  popychała  Paola  i  w  ciągu  sekundy  przeleźli  przez 
marmurową  balustradę.  Potem  jednak  Renata  podniosła  wzrok  na  ogromnego  złotego  Anioła  i 
natychmiast dostała nawrotu strachu,

 

-  Och, och! -jęknęła i zwinęła się w kłębek pod złotym piedestałem.

 

Tonino  i  Angelica  skulili  się  za  nią.  Przedtem  byli  rozgrzani  wspinaczką,  ale  teraz  wiatr 

smagał ich przez cienkie koszule.

 

Benvenuto przeskoczył przez Renatę prosto do nich. Cos jeszcze trzeba zrobić, i to szybko.

 

Tonino ponownie podszedł do balustrady i wyjrzał przez marmurowe filary na kopułę, która 

zaginała się w dól niczym pole lodowe z żebrami zieleni i złota. Tam, nad krzywizną, pojawił się 
jaskrawy, czerwony mundur, przy którym marchewkowe włosy Marca wyglądały jak wyblakłe. 
Uniform jeszcze gorzej pasował do włosów Marca niż szkarłatny strój, który nosił jako stangret. 
W jednej chwili Tonino odgadł tożsamość Marca. Ale mniej się tym przejął niż widokiem Marca 
rozpłaszczonego na kopule i oglądającego się za siebie, co na pewno było błędem. Poniżej butów 
Marca trzepotały dziko jasne włosy. Pokazała się zarumieniona twarz Rosy.

 

background image

-    Nic  mi  nie  jest.  Martw  się  o  siebie  -  warknęła  Rosa.  Benvenuto  stanął  obok  Tonina,  Oni 

muszą wspinać się szybciej. To ważne.

 

-  Wciągnijcie tu szybko Rosę i Marcaf - wrzasnął Tonino do Paola, Nie wiedział, czy przejął 

to uczucie od kotów, ale miał pewność, że Rosie i Marcowi grozi niebezpieczeństwo.

 

Paolo niechętnie podszedł do balustrady i wzdrygnął się na widok wysokości.

 

-  Wchodzili za nami i krzyczeli przez całą drogę - powiedział. -Właźcie tu szybko!

 

-  Dziękuję bardzo! - odkrzyknął Marco. - Czyja to wina, że w ogóle tu weszliśmy?

 

-  Czy z Renatą w porządku? - zawołała Rosa. Angelica i Tonino wcisnęli się pomiędzy filary.

 

-  Pospieszcie się!-krzyknęli.

 

Ich  widok  podziała!  na  Rosę  i  Marca  tak  samo,  jak  wcześniej  na  Paola  i  Renatę.  Dorośli 

zagapili  się  na  dwie  małe  figurki  i  machinalnie  wstali.  Potem,  pochyliwszy  się  do  przodu,  ze 
zwieszonymi  rękami,  wbiegli  na  ostatni  odcinek  krzywizny,  żeby  lepiej  się  przyjrzeć.  Marco 
przetoczył się przez poręcz i powiedział, przeciągając Rosę:

 

-    W  pierwszej  chwili  nie  wierzyłem  własnym  oczom!  Musimy  rzucić  zaklęcie  wzrostu, 

zanim...

 

-  Padnij! - rozkazał Paolo.

 

Przekaz  Benvemita  był  taki  wyraźny,  że  dotarł  nawet  do  niego.  Oba  koty  przypadły  do 

podłogi, nisko i nieruchomo, a Benvenuto przypłaszczył swoje i tak płaskie uszy. Rosa pochyliła 
się. Marco opornie przyklęknął na jedno kolano.

 

-  Słuchaj no, Paolo... - zaczął.

 

Straszliwy  wicher  uderzył  w  kopułę.  Lodowaty  podmuch  przemknął  ze  świstem  po 

platformie,  zawył  w  szczelinach  pomiędzy  filarami  i  smagnął  wypukłość  kopuły.  Skrzydła 
Anioła  wpadły  w  wibrację.  Wiatr  siekł  kroplami  deszczu  i  igłami  lodu  tak  mocno,  że  Tonino 
przewrócił się i rozpłaszczył na brzuchu. Słyszał, jak lód bębni o Anioła i stuka o kopułę. Paolo 
chwyci! go i osłonił własnym ciałem. Renata niemrawo macała dookoła, aż znalazła Ange-licę i 
przyciągnęła do siebie. Marco i Rosa pochylili się nad nimi. Nie ulegało wątpliwości, że każdy 
ś

miałek wspinający się na kopułę zostałby zdmuchnięty.

 

Wiatr odleciał, wyjąc jak wilk. Podnieśli głowy do słońca.

 

Księżna  stała  przed  nimi  na  platformie.  Topniejący  lód  błyszczał  i  kapał  z  jej  włosów  i  z 

każdej fałdki marmurowoszarej sukni. Na jej woskowej twarzy gościł nieprzyjemny uśmiech.

 

-  O nie - powiedziała. - Tym razem Anioł nikomu nie pomoże. Myśleliście, że zapomniałam?

 

Marco i Rosa podnieśli  wzrok na  złociste ramię  Anioła, trzymające  nad ich  głowami wielki 

zwój. Jeśli dotąd nie rozumieli, teraz już wiedzieli. Z namysłu na ich twarzach Tonino odgadł, że 
szukają zaklęć przeciwko księżnej.

 

-  Nie! - pisnęła Angelica. - Ona jest czarodziejką!

 

Wargi księżnej ściągnęły się w kolejnym niemiłym uśmiechu.

 

-  Więcej niż czarodziejką powiedziała. Wskazała Anioła, -Niech słowa znikną ze zwoju.

 

Wielki  złocisty  posąg  szczeknął,  a  potem  zazgrzytał,  jakby  w  jego  wnętrzu  rozkręcała  się 

sprężyna.  Ramię  dzierżące  zwój  poruszyło  się  i  powoli,  stopniowo  opuściło  z  cichym 
zgrzytaniem. Słyszeli je wyraźnie, chociaż w domach za rzeką wybuchła nagła strzelanina. W dół 
i  w  bok  opadało  ramię  Anioła,  aż  zatrzymało  się  z  lekkim  kliknięciem,  Zwój  wisiał  teraz, 
błyszcząc  w  sfońcu,  pomiędzy  nimi  a  księżną.  Na  zwoju  widniały  wielkie  wypukłe  litery. 
Angelus,  zobaczyli.  Capronensi  populo.  Zupełnie  jakby  Anioł  podsunął  im  te  słowa  do 
przeczytania.

 

-    Właśnie  -  potwierdziła  księżna,  chociaż  Tonino  odgadł  z  uniesionych  łuków  jej  brwi,  że 

wcale  się  tego  nie  spodziewała.  Ponownie  wskazała  zwój  palcem  długim  i  białym  jak  biały 
woskowy ołówek. - Wymazać - rozkazała. - Słowo po słowie.

 

background image

Wszyscy  trwożnie  przechylili  głowy,  patrząc  na  linijki  pisma.  Pierwsze  słowo  brzmiało: 

Carmen.  I  rzeczywiście  ogromne  duże  C  powoli  wsiąkało  w  metalowe  podłoże.  Paolo  drgnął. 
Musiał coś zrobić. Księżna zerknęła na niego i pogardliwie poruszyła brwiami. Paolo odkrył, że 
został przykuty do miejsca i obie nogi całkiem mu zdrętwiały.

 

Nadal  jednak  mógł  mówić  i  przypomniał  sobie,  co  Marco  i  Rosa  powiedzieli  zeszłego 

wieczoru. Nie odważył się nawet zaczerpnąć tchu, tylko krzyknął na całe gardło:

 

-  Chrestomanci! 

Wiatr  znowu  uderzył.  Tym  razem  zahuczał  potężnym  głosem.  I  Chrestomanci  stanął  pomiędzy 
Renatą  a  kotami.  Na  platformie  było  tak  mało  miejsca,  że  Chrestomanci  zachwiał  się  i 
przytrzymał  marmurowej  balustrady.  Wciąż  nosił  mundur,  ale  zabłocony.  Wyglądał  na 
wyczerpanego.

 

Księżna okręciła się i wycelowała w niego długim pałcem.

 

-  Ty! Nabrałam cię!

 

-  O tak - przyznał Chrestomanci. Jeśli księżna chciała go wytrącić z równowagi, spóźniła się. 

Chrestomanci  stał  już  pewnie  na  nogach.  -  Naprawdę  wpuściłaś  mnie  w  maliny  -  powiedział  i 
wyciągnął rękę odwróconą wnętrzem dłoni w stronę jej wyciągniętego palca.

 

Długi palec obwisł i zaczął kapać bielą, jakby rzeczywiście był z wosku. Księżna popatrzyła 

na niego, a potem podniosła na Chrestomanciego niemal błagalny wzrok.

 

-  Nie - powiedział Chrestomanci z wielkim zmęczeniem. -Dość już narobiłaś szkody. Proszę, 

przyjmij swoją prawdziwą postać.

 

Kiwnął na nią, jak ktoś znużony czekaniem.

 

Natychmiast ciało księżnej zaczęło tracić kształt. Ramiona wciągnęły się do wewnątrz. Twarz 

się  wydłużyła,  chociaż  pozostała  tą  samą  zgryźliwą,  woskową  twarzą,  Z  górnej  wargi  wyrosły 
sztywne wąsy, oczy zapłonęły czerwienią jak wyłupiaste latarnie. Marmurowe spódnice zbielały, 
zafalowały  i  przywarły  wilgotnie  do  kostek  u  nóg,  odsłaniając  stopy  z  długimi  różowymi 
pazurami. I przez cały czas się kurczyła. Dwa zęby pojawiły się na końcu wydłużonego białego 
pyska. Nagi różowy ogon, z pierścieniami jak u dżdżownicy, wysunął się spod zlepionych sukni i 
gniewnie uderzył o marmurową podłogę. Znowu się skurczyła.

 

W końcu wielki biały szczur oczami jak różowe marmurowe kulki wskoczył na marmurową 

balustradę i skulił się, sycząc i trajkocząc, wyginając garbaty grzbiet.

 

-  Biały Diabeł- oznajmił Chrestomanci.- Anioł został wysłany, żeby wygnać go z Caprony, 

Racja, Benvenuto i Vittorio. Ona należy do was. Dopilnujcie, żeby nigdy nie wróciła.

 

Benvenuto  i  Vittoria  już  się  podkradali.  Oczy  im  gorzały,  ogony  kołysały  się  na  boki. 

Skoczyli,  Szczurzyca  też  skoczyła  z  parapetu  piszcząc  i  zbiegła  w  dół  po  kopule.  Berwenuto 
pogonił za nią, nisko i szybko, trzymając się tuż za różowym biczem jej ogona. Vittoria mknęła z 
drugiej  strony,  ramie  w  ramię  ze  szczurem,  śnieżna  błyskawica,  przy  której  wielki  szczur 
wydawał się żółty. Widzieli, jak szczur odwraca się i próbuje ją ugryźć. A potem nagle wokół tej 
trójki  zaroiło  się  od  mniejszych  szczurów,  nadbiegających  z  piskiem.  Widzieli  je  tylko  przez 
chwile, zanim cała grupa znikła za wypukłością kopuły.

 

-  Jej pomocnicy z pałacu - wyjaśnił Chrestomanci.

 

-  Czy Vittorii nic nie grozi? - zapytała Angelica.

 

-    To  najlepsza  szczurołapka  w  Capronie,  prawda?  -powiedział  Chrestomanci.  -  Oprócz 

Benvenuta, rzecz jasna. A zanim Diablica i jej przyjaciele zbiegną na ziemię, będą mieli na karku 
wszystkie koty z Caprony. Teraz...

 

Tonino  odkrył,  że  znowu  ma  swój  właściwy  wzrost.  Złapał  Rosę  za  rękę.  Za  Rosą  widział 

Angelicę,  również  normalnego  wzrostu,  która  zadrżała  i  obciągnęła  na  kolana  wyświechtaną 
niebieską  sukienkę,  zanim  chwyciła  dłori  Marca.  Przy  tym  wzroście  wiatr  znacznie  bardziej 

background image

dawał  się  we  znaki.  Ale  nie  dlatego  Tonino  uczepił  się  Rosy,  Kopuła  nie  stanowiła  już  całego 
ś

wiata.  Zmieniła  się  w  biały  stożek  wirujący  w  zielono-brązowym  krajobrazie.  Wzgórza  wokół 

Caprony  były  bezlitośnie  wyraźne,  Tonino  widział  błyski  ognia  i  biegające  figurki,  które 
wydawały  się  poruszać  tuż  obok  niego  albo  nawet  ponad  nim,  jakby  maleńka  biała  kopuła 
przechylała  się  na  boki.  Lecz  domy  Caprony  znajdowały  się  straszliwie  daleko  w  dole,  a  rzeka 
jakby  wystawała  spomiędzy  nich.  Nowy  Most  pojawił  się  prawie  nad  głową,  spowity  gęstym 
dymem. Dym kłębił się nad wzgórzami i buchał z zawrotnie przekrzywionych domów za Starym 
Mostem,  stojących  niemal  do  góry  nogami.  Najgorsze  jednak,  że  huk  i  dudnienie,  terkot  i 
grzechot wystrzałów stały się niemal ogłuszające. Tonino już się nie dziwił, co tak  wystraszyło 
Renatę i Paola. Miał wrażenie, że pędzi na karuzeli śmierci.

 

Ś

cisnął  rękę  Rosy  i  desperacko  podniósł  wzrok  na  Anioła,  Ten  przynajmniej  pozostał 

ogromny. Zwój, który nadal cierpliwie do nich wyciągał, był wielki jak ściana domu. 

-  ...teraz - mówił Chrestomanci - najlepsze, co możecie zrobić, to zaśpiewać szybko te słowa, 

wszyscy razem.

 

-  Co? Ja też? - zdziwiła się Angelica.

 

-  Tak, wszyscy - potwierdził Chrestomanci.

 

Ustawili  sie  całą  szóstką  przy  marmurowym  parapecie,  naprzeciwko  zwoju,  plecami  do 

Nowego  Mostu,  i  trochę  niepewnie  próbowali  dopasować  kamienne  słowa  do  melodii  Anioła 
Caprony. 
Pasowały jak ulał. Jak tylko to odkryli, wszyscy radośnie zaśpiewali. Angelica i Renata 
przestały dygotać. Tonino puścił rękę Rosy, a Rosa objęła go ramieniem. I śpiewali, jakby znali 
te  słowa  od  dawna.  Stanowiły  tylko  Łacińską  wersję  zwykłego  tekstu,  ale  właśnie  tego  zawsze 
domagała się melodia.

 

Carmen pacis saeculare Venit Angelus cantare, Et deorsum pacen dare Capronensi populo. 
Dabit  pacem  eternalem,  Sine  morbo  immortalem,  Sine  pugna  tńumphalem,  Capronensi 

populo.

 

En diabola alhata De Caprona exputsata, Missa pax et virtus data Capronensi populo. 
Kiedy skończyli, zapadła cisza. Żaden dźwięk nie dochodził ze wzgórz ani z Nowego Mostu, 

ani z ulic w dole. Wszystko zamarło. Tym bardziej zaskoczył ich blaszany szurgot, kiedy Anioł 
powoli  zwinął  zwój.  Lśniące  rozpostarte  skrzydła  opadły  i  złożyły  się  na  złocistych  ramionach 
Anioła,  który  potrząsnął  nimi,  żeby  uporządkować  pióra.  Ten  dźwięk  nie  brzmiał  metalicznie, 
tylko bardziej miękko, jak szelest prawdziwych ptasich lotek. Razem z nim rozeszła się woń tak 
słodka, że przez chwile wszyscy zapomnieli o całym świecie.

 

W  tej  właśnie  chwili  Anioł  wzbił  się  do  lotu.  Potężne  złote  skrzydła  przemknęły  nad  nimi. 

Ponownie doleciała do nich słodka woń i jednocześnie usłyszeli śpiew. Brzmiał jak setka głosów, 
ś

piewających  chórem,  harmonijnie  i  zgodnie  na  melodię  Anioła  Caprony.  Nie  wiedzieli,  czy 

ś

piewa  sam  Anioł,  czy  coś  jeszcze.  Wznieśli  oczy  i  patrzyli  na  złoty  kształt,  który  krążył  nad 

nimi coraz wyżej, aż zmienił się w złoty błysk na niebie. I wciąż trwała cisza, w której rozlegał 
się tylko śpiew.

 

Rosa westchnęła.

 

-  Chyba lepiej zejdźmy na dół.

 

Renata znowu zaczęła dygotać na tę mysi. Chrestomanci też westchnął.

 

-  Tym się nie martwcie.

 

Nagle  znaleźli  się  z  powrotem  na  doleT  na  brukowanym  p]  acu  przed  frontem  katedry. 

Katedra ponownie wyglądała jak wielki biały budynek, domy były wysokie, wzgórza oddalone, a 
otaczający  ich  ludzie  bynajmniej  nie  milczeli.  Wszyscy  biegli  zobaczyć  Anioła  szybującego  po 
niebie,  błyszczącego  w  słońcu.  Arcybiskup  miał  Łzy  w  oczach,  podobnie  jak  książę.  Ściskali 

background image

sobie ręce obok książęcego powozu,

 

Chrestomanci  sprowadził  ich  na  ziemię  w  samą  porę,  żeby  zobaczyli  kolejny  cud.  Powóz 

zaczął  drgać  i  podskakiwać  na  resorach.  Obie  pary  drzwi  rozwarły  się  gwałtownie.  Ciotka 
Francesca  przecisnęła  się  przez  jedne  drzwi,  a  za  nią  wypadł  Guido  Petrocchi.  Z  drugich 
wytoczył  się  Rinaldo  i  rudowłosa  ciotka  Petrocchi.  Za  nimi  wysypali  się  Montanowie 
przemieszani z Petrocchimi, coraz więcej i więcej, i każdy widział, że powóz żadnym sposobem 
nie mógł pomieścić tylu osób. Ludzie przestali się tłoczyć, żeby obejrzeć Anioła, i stłoczyli się, 
ż

eby obejrzeć powóz księcia.

 

Rosa  i  Marco  wymienili  spojrzenia  i  zaczęli  się  wycofywać  spośród  gapiów.  Lecz 

Chrestomanci wziął oboje za ramiona.

 

-    Wszystko  będzie  dobrze  -  powiedział.  -  A  jeśli  nie,  umieszczę  was  w  domu  czarów  w 

Wenecji.

 

Antonio wyplątał się z wuja Petrocchiego i pospieszył razem Guidem do Tonina i Angeliki.

 

-  Nic ci nie jest? - zapytali obaj jednocześnie. - Czy te gryfy to twoja sprawka...?

 

Urwali i zmierzyli się nawzajem zimnym wzrokiem.

 

-  Tak - powiedział Tonino. - Bardzo przepraszam, że zmieniliście się w kukiełki.

 

-    Ona  była  dla  nas  za  sprytna  -  powiedziała  Angelica.  -  Ale  cieszcie  się,  że  odzyskaliście 

swoje ubrania. Popatrzcie na nas. Musimy...

 

Ciotki  i  kuzynki  rozdzieliły  ich  wtedy  w  obawie,  żeby  się  nawzajem  nie  pozarażali,  a 

wujowie pospiesznie ubrali ich w swetry i płaszcze. Paolo również został odciągnięty od Renaty 
przez ciotkę Marię.

 

-  Nie zbliżaj się do niej, kochaniutki!

 

-  No dobrze - mruknęła Renata, którą odciągnięto w drugą stronę. - W każdym razie dziękuję 

za pomoc na kopule.

 

-    Chwileczkę  -  powiedział  głośno  Chrestomanci.  Wszyscy  odwrócili  się  do  niego  z 

szacunkiem, lecz również

 

z irytacją.

 

-  Jeśli każdy dom czarów upiera się, żeby traktować tych drugich jak potwory -oświadczy! - 

obiecuję wam, że Caprona wkrótce znowu upadnie.

 

Montanowie i Petrocchi wytrzeszczyli na niego oczy z jednakowym oburzeniem. Arcybiskup 

zerknął na księcia i obaj zaczęli się wycofywać pod osłonę katedralnego ganku.

 

-  O czym pan mówi? - zapytał agresywnie Rinaldo Montana. Godność Rinalda ucierpiała już 

wystarczająco, kiedy zosta!

 

zmieniony  w  kukiełkę  Błysk  w  jego  oku  zapowiadał  krowie  placki  dla  wszystkich,  a 

największą porcje dla Chrestomanciego.

 

-    Mówię  o  Aniele  Caprony  -  wyjaśnił  Chrestomanci  -  Kiedy  Anioł  zstąpił  na  katedrę  za 

czasów pierwszego księcia Caprony i przyniósł miastu pokój, historia wyraźnie podaje, że książę 
wyznaczył dwóch ludzi: Antonia Petrocchiego i Piera Montanc, żeby strzegli słów Anioła, co za 
tym  idzie,  bezpieczeństwa  Caprony.  Na  pamiątkę  tego  wydarzenia  każdy  dom  ma  Anioła  nad 
bramą,  a  wielki  Anioł  stoi  na  piedestale  ozdobionym  lampartami  Petrocchich  splecionymi  ze 
skrzydlatymi końmi Montanów,

 

Chrestomanci wskazał w górę,

 

-  Jeśli mi nie wierzycie, zażądajcie drabin, wejdźcie tam i sami zobaczcie. Antonio Petrocchi 

i Piero Montana żyli w wielkiej przyjaźni i tak samo ich rodziny. Często zawierano małżeństwa 
pomiędzy dwiema rodzinami. A Caprona stała się wielkim miastem i silnym państwem. Upadek 
jej potęgi datuje się od tamtej śmiesznej kłótni pomiędzy Ricardem a Franceskiem.

 

Wśród Montanów i Petrocchich rozległy się szemrania, że kłótnia wcale nie była śmieszna.

 

background image

-  Oczywiście, że była - oświadczył Chrestomanci. - Wszystkich was oszukiwano od kołyski. 

Przez dwa stulecia pozwalacie, żeby Ricardo i Francesco mydlili wam oczy. O co naprawdę się 
pokłócili,  nigdy  się  nie  dowiemy,  ale  wiadomo,  że  obaj  opowiedzieli  rodzinom  te  same 
kłamstwa.  A  wy  dalej  wierzycie  w  te  kłamstwa  i  coraz  bardziej  oddalacie  się  od  siebie,  aż  w 
końcu Biały Diabeł znowu zdołał się zakraść do Caprony,

 

Ponownie rozległy się szemrania. Antonio powiedział:

 

-  Księżna naprawdę była Białym Diabłem, ale...

 

-    Tak-  przerwał  mu  Chrestomanci.  -  1  na  razie  odeszła,  ponieważ  odnaleziono  słowa  i 

członkowie  obu  rodzin  zbudzili  Anioła.  Podejrzewam,  że  tylko  zjednoczeni  Montanowie  i 
Petrocchi mogli tego dokonać. Reszta z was mogła śpiewać właściwe słowa aż do utraty tchu, ale 
na  darmo.  Anioł  szanuje  tylko  przyjaźń.  Na  szczęście  młodzi  z  waszych  rodzin  nie  są  tak 
zaślepieni jak reszta. Marco i Rosa mieli nawet odwagę zakochać się i pobrać...

 

Do  tej  chwili  obie  rodziny  słuchały  -  co  prawda  opornie,  ponieważ  nie  jest  przyjemnie 

wysłuchiwać  pouczeń  w  obecności  tłumu  współobywateli,  nie  wspominając  o  księciu  i 
arcybiskupie - ale słuchały. Po tych słowach jednak wybuchło pandemonium

 

-  Pobrać - wrzasnęli Montanowie.

 

-  Ona jest Montaną! - wrzasnęli Peirocchi.

 

Obrzucano  wyzwiskami  Marca  i  Rosę.  Gdyby  komuś  się  chcia  ło  rachować,  naliczyłby  co 

najmniej dziesięć ciotek szlochających jednocześnie i wszystkie przeklinały przez Izy.

 

Rosa i Marco zbledli. Brakowało tylko, żeby Rinaldo przystąpił do Marca z groźną miną, co 

zaraz zrobił.

 

-  Ten śmieć - powiedział do Rosy - powalił mnie i rozbił mi głowę. A ty go poślubiłaś!

 

Chrestomanci pospiesznie stanął pomiędzy Markiem a Rinal-

 

-    Miałem  nadzieję,  że  ktoś  wykaże  trochę  rozsądku  -  powiedział  do  Rosy  z  wielkim 

znużeniem. - Lepiej załatwię wam Wenecję.

 

-  Zejdź mi z drogi! - syknął Rinaldo. - Ty dwulicowy czarowniku!

 

-  Proszę, niech pan się odsunie - zażądał Marco. - Nie potrzebuję obrony przed tym idiotą.

 

-  Marco -  zwrócił się do niego Chrestomanci -  czy pomyślałeś, co dwie rodziny potężnych 

magów mogą zrobić tobie i Rosie?

 

-    Oczywiście,  że  pomyśleliśmy!  -  odparł  gniewnie  Marco,  próbując  odepchnąć 

Chrestomanciego.

 

Lecz ponownie  zapadła dziwna cisza,  cisza Anioła, Arcybiskup uklęknął. Zatrwożeni ludzie 

stłoczyli się po obu stronach katedralnego placu. Anioł powracał. Nadchodził z daleka po Corso, 
teraz na piechotę, muskając bruk końcami skrzydeł. Chór głosów potężniał w miarę, jak Anioł się 
zbliżał. Kiedy przechodził przez plac, widziano, że w każdym miejscu, gdzie jego pióra dotknęły 
kamieni,  wyrastała  kępka  małych  złocistych  kwiatków.  Cudowna  woń  ogarnęła  wszystkich. 
Anioł zatrzymał się przed gankiem ikatedry, wyniosły i złocisty.

 

Potem zwrócił ku zebranym swe odległe, uśmiechnięte oblicze. Przemówił głosem jak jeden 

ś

piewający ponad wieloma.

 

-  Pokój  panuje  w  Capronie.  Dotrzymajcie  naszego  przymierza.  Po  tych  słowach  rozłożył 

skrzydła i wszystkim zakręciło się w głowie od zapachu, I zobaczyli, że wzbija się w górę, ponad 
niższe  i  wyższe  dachy,  by  ponownie  zająć  miejsce  na  wielkiej  kopule  i  strzec  Caprony  w 
nadchodzących latach.

 

To jest koniec tej historii, z wyjątkiem kilku wyjaśnień.

 

Marco  i  Rosa  musieli  opowiadać  swoją  historię  wiele  razy,  co  najmniej  równie  często  jak 

Tonino  i  Angelica.  Do  pierwszych  słuchaczy  tej  opowieści  należał  stary  Niccolo,  który  wiercił 
sie niespokojnie w łóżku i nie wstawał tylko dlatego, że Elizabeth siedziała przy nim przez cały 

background image

czas. „Ale nic mi nie jest!" - powtarzał.

 

Więc żeby go tam zatrzymać, Elizabeth kazała najpierw Toninowi, a potem Marcowi i Rosie 

przyjść do niego i opowiedzieć swoją historię.

 

Rosa i Marco poznali się,  kiedy oboje pracowali na Starym  Moście. Zakochanie i decyzja o 

małżeństwie  przyszły  im  najłatwiej  -  wystarczyło  kilka  minut.  Trudność  polegała  na  tym,  źe 
każde  musiało  znaleźć  sobie  rodzinę,  która  nie  miała  nic  wspólnego  z  Casa  Montana  czy  Casa 
Petrocchi.  Rosa  pierwsza  wymyśliła  dla  siebie  rodzinę.  Udawała  Angielkę.  Zaprzyjaźniła  się  z 
pewną  angielską  dziewczyną  w  Galerii  Sztuki  -  z  tą  samą  Jane  Smith,  która  tak  się  podobała 
Rinaldowi. Jane Smith uważała, że to świetna zabawa udawać siostrę Rosy. Pisała długie listy po 
angielsku do Guida Petrocchiego, niby od  angielskiego ojca Rosy, i osobiście złożyła wizytę w 
Casa Petrocchi tego dnia, kiedy przedstawiono tam Rosę.

 

Rosa  i  Marco  starannie  zaplanowali  prezentację.  Wykorzystali  zaklęcie  gruszy  -  które 

opracowali  wspólnie  -  w  obu  rodzinach,  co  nadzwyczaj  ubawiło  Jane.  Ale  Petrocchi,  chociaż 
podobała  im  się  grusza,  początkowo  nie  traktowali  Rosy  zbyt  mile.  Kilka  ciotek  Marca 
zachowało  się  tak  niegrzecznie,  że  Marco  miał  do  nich  wielkie  pretensje.  Dlatego  mógł 
powiedzieć  Antoniowi  z  takim  zapałem,  że  nienawidzi  Petrocchich.  Z  czasem  jednak  ciotki 
przywykły do Rosy. Renata i Angelica bardzo ją polubiły. A wesele wyprawiono tuż po świętach 
Bożego Narodzenia.

 

Przez  cały  czas  Marco  nie  mógł  znaleźć  dla  siebie  żadnej  zastępczej  rodziny.  Wpadt  w 

rozpacz. Potem, zaledwie kilka dni przed ślubem, ojciec posłał go z wiadomością do domu Maria 
Andrettiego,  budowniczego.  Marco  odkrył,  że  państwo  Andretti  mają  niewidomą  córkę.  Kiedy 
zapytał, Mario Andretii oświadczył, że zrobi wszystko dla tego, kto wyleczy jego córeczkę.

 

-    Nawet  wtedy  nie  mieliśmy  wielkich  nadziei  -  wyznał  Marco.  -  Nie  wiedzieliśmy,  czy 

potrafimy ją wyleczyć.

 

-  A poza tym - dodała Rosa - odważyliśmy się pójść tam razem tylko raz, w noc po weselu.

 

Wiec wesele odbyto sie w Casa Petrocchi. Jane Smith pomogła Rosie uszyć suknię i była jej 

druhną, razem z Renatą, Angelica i jedną z kuzynek Marca.

 

Jane świetnie się bawiła na weselu, oznajmiła sucho Rosa, i chyba uważała Alberta, kuzyna 

Marca,  za  równie  atrakcyjnego  jak  Rinaldo,  podczas  gdy  Rosa  i  Marco  mogli  myśleć  tylko  o 
biednej  malej  Marii  Andretti.  Pospieszyli  do  domu  Andrettich,  jak  tylko  uroczystość  dobiegła 
końca.

 

-  Nigdy nie robiłam niczego tak trudnego - wyznała Rosa. -To nam zabrało całą noc!

 

W tym miejscu Elizabeth nie mogła się powstrzymać.

 

-  A ja nawet nie wiedziałam, że wyszłaś! - zawołała.

 

-    Postaraliśmy  się,  żebyś  nie  wiedziała-  wyjaśniła  Rosa.  -W  każdym  razie  nigdy  niczego 

takiego  nie  robiliśmy,  wiec  musieliśmy  wyszukać  zaklęcia  na  uniwersytecie.  Wypróbowaliśmy 
siedemnaście i żadne nie podziałało. W końcu musieliśmy dostosować jedno z naszych własnych. 
I przez cały czas myślałam: a jeśli to też nie podziała na biedne dziecko, jeśli tylko rozbudziliśmy 
nadzieje Andrettich?

 

-  Nie wspominając o naszych nadziejach - dodał Marco. - Potem nasze zaklęcie podziałało. 

Maria wrzasnęła, że w pokoju jest pełno kolorów i jakieś drzewa... dla niej ludzie wyglądali jak 
drzewa...  i  wszyscy  wyskoczyliśmy  na  dwór  o  świcie  i  zaczęliśmy  się  ściskać.  Andretti 
dotrzyma!  słowa  i  lak  dobrze  udawał  mojego  brata,  że  powiedziałem  mu,  że  powinien 
występować na scenie.

 

-  Nawet mnie nabrał - stwierdził z podziwem stary Niccolo.

 

-  Ale w końcu ktoś musiał się dowiedzieć - zauważyła Eliza-beth. - Co wtedy zamierzaliście 

background image

zrobić?

 

-  Po prostu mieliśmy nadzieję - odparł Marco. - Myśleliśmy, że ludzie się przyzwyczają...

 

-  Innymi słowy zachowaliście się jak para młodocianych idiotów - oświadczył stary Niccolo. 

Co to za okropny smród?

 

Wyskoczył z łóżka i pobiegł na galerie sprawdzić, a Elizabeth, Rosa i Marco pogonili za nim, 

ż

eby go zatrzymać.

 

Smród  oczywiście  wywołało  to  samo  kuchenne  zaklęcie.  Robactwo  znikło  i  jego  miejsce 

zajął  smród  ścieków.  Przez  cały  dzień  z  kuchni  buchał  fetor,  który  nasilił  się  pod  wieczór. 
Szczególnie  pechowo  się  złożyło,  ponieważ  cała  Caprona  przygotowywała  się  do  hucznych 
uroczystości. Naprawdę  zapanował pokój.  Wszystkie oddziały  z  Florencji, Pizy  i Sieny wróciły 
do domu - nieco oszołomione, nie rozumiejąc, co je pokonało - a lud Caprony tańczył na ulicach.

 

-  A my nie możemy nawet gotować, nie mówiąc o ucztowaniu! - jęczała ciotka Giną.

 

Potem  nadeszło  zaproszenie  z  Casa  Petrocchi  Czy  Casa  Montana  zechce  przyłączyć  się  do 

uroczystości w Casa Petrocchi? Brzmiało odrobinę sztywno, ale Casa Montana zechciała. Co za 
szczęśliwy  zbieg  okoliczności!  Tonino  iPaolo  podejrzewali,  że  Chrestomanci  maczał  w  tym 
palce.

 

Jedyny  kłopot  sprawiał  stary  Niccolo,  który  koniecznie  chciał  wstać  z  łóżka  i  pójść  na 

przyjęcie. Wszyscy uważali, że Elizabeth dosyć już zrobiła. Wszyscy chcieli pójść, nawet ciotka 
Francesca.

 

Potem,  jeszcze  bardziej  fortunnie,  zjawił  się  wuj  Umberto  razem  ze  starym  Luigim 

Petrocchim. Obiecali, że posiedzą przy starym Niccolu - nawet na nim w razie potrzeby. Byli za 
starzy na tańce.

 

Więc wszyscy inni poszli do Casa Petrocchi i wzięli udział w pamiętnej uroczystości. Książę 

był  obecny,  ponieważ  Angelica  na  to  nalegała.  Książę  był  taki  wdzięczny  za  zaproszenie,  że 
przywiózł ze sobą tyle ciastek i wina, ile tylko mógł pomieścić jego powóz, i sześciu lokajów w 
drugim powozie do obsługi.

 

-    Paląc  jest  okropny  -  oznajmił.  -  Nikogo  tam  nie  ma,  tylko  Punchowie  i  Judy.  Jakoś 

przestałem ich lubić.

 

Przy  winie, ciastkach i smacznych potrawach  z  kuchni Petroc-chich wieczór upłynął bardzo 

wesoło.  Ktoś  znalazł  katarynkę  i  wszyscy  tańczyli  na  dziedzińcu  przy  muzyce.  A  jeśli  sześciu 
lokajów zapomniało podawać ciastka i wino i dołączyło do tańczących, któż miał ich potępiać? 
Przecież nawet książę tańczył z ciotką France-scą - prawdziwie wspaniały widok.

 

Tonino siedział z Paolem i Renatą obok kosza z węglem i przyglądał się tańczącym. A kiedy 

tak  siedzieli,  nagle  z  cienia  wyłonił  się  Benvenuto,  usiadł  obok  i  zaczaj  się  myć,  zawzięcie  i 
gruntownie,

 

Załatwiliśmy tę białą szczurzycę na dobre i z przyjemnością, poinformował Tonina, po czym 

wystawił jedną nogę wysoko nad pobliźniony łeb i poddał ją bezlitosnym zabiegom języka. Ona 
już nie wróci.

 

-  Ale czy Vittoria dobrze się czuje? - chciała wiedzieć Renata.

 

Doskonale  odpowiedział  Benvenuto.  Teraz  odpoczywa.  Będzie  miała  kocięta.  Wyjątkowo 

udane  kocięta,  ponieważ  Benvenuto  jest  ojcem.  Tonino  koniecznie  musi  zabrać  jedno  do  Casa 
Montana.

 

Tonino  poprosił  wówczas  Renatę  o  kodaka,  a  Renata  obiecała,  że  zapyta  Angelicę. 

Tymczasem  Benvenuto,  uporawszy  się  z  obiema  tylnymi  łapami,  wskoczył  na  kolana  Tonina, 
gdzie zwinął się w ciasny brązowy kłębek i spał przez godzinę.

 

-  Żałuję, że go nie rozumiem - westchnął Paolo. - Próbował mi powiedzieć, gdzie jesteś, ale 

ja widziałem tylko obraz fasady pałacu.

 

background image

-  Ale on zawsze mówi w ten sposób! - zawołał Tonino. Zdziwił się, że Paolo nie wiedział, - 

Musisz tylko odczytać jego obrazy,

 

-  Co on teraz mówi? - zapytała Paola Renata.

 

-  Nic - odparł Paolo. - Chrap, chrap. I wszyscy wybuchnęli śmiechem.

 

Trochę  później,  kiedy  Benvenuto  zbudził  się  i  poszedł  szukać  szczęścia  w  kuchni,  Tonino 

zawędrował  do  sąsiedniego  pokoju,  sam  nie  wiedząc  dlaczego.  Lecz  jak  tylko  tam  wszedł, 
zrozumiał, że to nie przypadek. Był tam Chrestomanci z Angelicą i Guidem Petrocchim, a także 
Antonio.    Antonio  miał  taką  zmartwioną  minę,  że  Tonino  uzbroił  się  wewnętrznie  w 
przewidywaniu kłopotów.

 

-    Dyskutowaliśmy  o  tobie,  Tonino  -  powiedział  Chrestomanci.  -  Pomogłeś  Angelice 

sprowadzić gryfy, prawda?

 

-  Tak - przyznał Tonino. Przypomniał sobie, ile narobiły szkód, i poczuł niepokój.

 

-  I pomagałeś przy kuchennym zaklęciu? - upewnił się Chrestomanci.

 

Tonino znowu przytaknął. Teraz był pewien, że czekają go kłopoty.

 

-  A kiedy powiesiłeś księżną - ciągnął Chrestomanci ku zmieszaniu Tonina -jak to zrobiłeś?

 

Tonino nie rozumiał, dlaczego to też oznaczało dla niego kłopoty, ale odpowiedział:

 

-    Robiąc  to,  co  musiałem  robić  w  przedstawieniu.  Nie  mogłem  się  wyrwać,  pan  rozumie, 

więc działałem zgodnie z nim.

 

-  Rozumiem - potwierdził Chrestomanci i z triumfalną miną odwrócił się do Antonia. - Widzi 

pan? A to był Biały Diabeł . Zaciekawiło mnie, że za każdym razem to było cudze zaklęcie.

 

Potem, zanim Tonino zdążył się porządnie zdziwić, odwrócił sie do niego z powrotem.

 

-    Tonino  -  powiedział  -  zdaje  mi  się,  że  posiadasz  nowy  i  całkiem  pożyteczny  talent.  Nie 

potrafisz samodzielnie rzucać wielu zaklęć, ale chyba potrafisz  obracać cudzą  magie na  własny 
użytek. Myślę, że gdyby na przykład pozwolili ci pomagać przy Starym Moście, naprawiliby go 
w pół dnia. Pytałem twojego ojca, czy pozwoli ci pojechać ze mną do Anglii, żebyśmy dokładnie 
sprawdzili twoje możliwości.

 

Tonino spojrzał na zmartwioną twarz ojca. Nie bardzo wiedział, co myśleć.

 

-  Nie na stałe? - zapytał. Antonio uśmiechnął się.

 

-  Tylko na parę tygodni - zapewnił. - Jeśli Chrestomanci ma rację, będziesz nam tutaj bardzo 

potrzebny,

 

Tonino też się uśmiechnął.

 

-  Więc nie mam nic przeciwko - powiedział.

 

-  Ale - wtrąciła Angelica - tak naprawdę to ja sprowadziłam

 

gryfy- 
-  A co naprawdę chciałaś sprowadzić? zapytał Guido. Angelica zwiesiła głowę.

 

-  Myszy - wyznała.

 

Zrobiła zrezygnowaną minę, kiedy jej ojciec ryknął śmiechem.

 

-    O  tobie  też  chcę  porozmawiać  -  oświadczy!  Chrestomanci.  Zwrócił  się  do  Guida:  -  Jej 

zaklęcia zawsze działają, prawda? Myślę sobie, że możecie się uczyć od Angeliki.

 

Guido poskrobal się po brodzie.

 

-  To znaczy jak malować rzeczy na zielono i sprowadzać gryfy?

 

Chrestomanci podniósł swój kieliszek z winem.

 

-    Metody  Angeliki  są  oczywiście  ryzykowne.  Ale  chodziło  mi  o  to,  że  ona  może  wam 

pokazać,  że  nie  trzeba  czegoś  robić  zawsze  w  ten  sam  sposób,  żeby  zadziałało.  Myślę,  że  z 
czasem stworzy dla was cały nowy zestaw zaklęć. Oba domy mogą się od niej uczyć.

 

Wzniósł kieliszek.

 

-    Wasze  zdrowie,  Angelico  i  Tonino.  Księżna  myślała,  że  porwała  najsłabszych  członków 

background image

obu rodzin, a okazało się wręcz przeciwnie.

 

Antonio i Guido też podnieśli kieliszki.

 

-  Powiem tyle - oznajmił Guido, - Gdyby nie wy, nie byłoby dzisiejszej uroczystości.

 

Angelica i Tonino popatrzyli na siebie i zrobili głupie miny. Poczuli się bardzo zawstydzeni i 

bardzo, bardzo zadowoleni.