background image

 
 

 
 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 
 
 
 
 
 

 
Andrzej Zimniak 
Zręby władzy 
Pojedynek 
Konstrukcja 
Kuracja 
PI = 3,13 
O tym, który słyszał woń nenufarów 
Tchnienie szaleństwa 
Szlaki istnienia 
Baśń o błędnych ognikach 
Korona Ŝycia 
Numen 
Schronisko 
 

background image

Andrzej Zimniak 

”Zr

ę

by władzy” 

 

Otworzyłem  drzwi  obite  grubą  warstwą  dźwiękochłonnego  tworzywa  i  wszedłem.  Profesor, 

kwadratowy  łysy  męŜczyzna  o  stalowych  oczach,  siedział  za  masywnym  biurkiem  zawalonym  papierami. 

Rozmawiał właśnie przez telefon, składając komuś uniŜenie podziękowania i Ŝyczenia, lecz dostrzegł mnie po 

chwili  i  zaprosił  nieznacznym  gestem  do  zajęcia  miejsca.  Gdy  skończył,  zaproponował  mi  kawę,  po  czym 

zamówił ją  u  sekretarki.  Nie  wiedziałem,  po  co  mnie  wezwał,  on  zaś  zdawał  się  smakować  tę  chwilę  mojej 

niepewności, którą niezbyt dobrze maskowałem obojętnym wpatrywaniem się w rozrzucone po biurku ołówki. 

Wreszcie, nie spuszczając ze mnie cięŜkiego wzroku, odezwał się niskim głosem  

- Panie kolego - tu zaciągnął się papierosem - jak idą pańskie badania?  

Oho - pomyślałem - trochę za duŜo teatru i oficjalnego stylu jak na zwykłą rozmowę. Tylko o co mu 

chodzi?  

- Doskonale, panie profesorze - starałem się, aby mój głos brzmiał swobodnie - właśnie rozpocząłem 

próby nad elektrycznymi właściwościami włókien nerwowych w obniŜonych temperaturach. Sądzę...  

- Taak - przerwał mi profesor cichym, lecz nie dopuszczającym sprzeciwu głosem. - Rozpoczął pan, 

sądzi pan. To teŜ ciekawe. Ale - i tu ton jego głosu podniósł się nieznacznie - mnie teraz interesują wyniki juŜ 

otrzymane. Chciałem zauwaŜyć, Ŝe właśnie upływa pół roku pana a stypendium. Słucham pana.  

Wejście było ostre, nie spodziewałem się właściwie takiego ataku. Straciłem więc nawet tę uprzednio 

wymuszoną swobodę, i o to pewnie staremu chodziło. Pierwsza runda była przegrana.  

-  A  więc,  panie  profesorze,  zaraz  po  okresie  wstępnego  instalowania  się  rozpocząłem  próby,  to  jest 

badałem procesy chemicznej transmisji impulsów przez nerwy w róŜnych temperaturach.  

- I..?  

-  Stwierdziłem,  Ŝe  juŜ  w  okolicach  zera  stopni  Celsjusza  zanikają  one  zupełnie,  a  kilka  prób  w 

temperaturach  niŜszych  nie  wykazywało  wzrostu  aktywności,  co  było,  to  znaczy,  co  przewidzieliśmy 

uprzednio.  

-  Ej;  panie  kolego,  znów  ten  brzydki  Ŝargon  naukowy  profesor  pokręcił  z  niesmakiem  głową,  a  ja 

pomyślałem z satysfakcją, Ŝe taki łysy to juŜ niedługo poŜyje. - Pan moŜe być w okolicach Koziej Wólki, ale 

nie zera stopni. Ale wracajmy do meritum sprawy. Młody człowiek na pana miejscu, z pana aspiracjami, moŜe 

sobie  pozwolić,  aby  spośród  dziesięciu  eksperymentów  jeden,  no  powiedzmy  dwa  były  nieudane  lub 

negatywne. A pan przychodzi po pół roku pracy i mówi mi, Ŝe owszem, parę doświadczeń panu nie wyszło, a 

inne są w planie. To jest sygnał, Ŝe trzeba się powaŜnie zastanowić.  

Byłem  coraz  bardziej  zdenerwowany,  maska  wystudiowanej  obojętności  dawno  ze  mnie  opadła. 

Czułem  w  ustach  suchość  języka,  a  nieprzyjemna  chrypka  przeszkadzała  w  mówieniu.  -  AleŜ,  panie 

profesorze, w tej nowej dziedzinie kaŜdy wynik...  

-  Byle  jaki  wynik  nie  jest  dobry  w  Ŝadnej  dziedzinie  stary  wszedł  mi  w  słowo.  -  Liczą  się  dobre 

wyniki, i tylko takie - dodał z naciskiem. - A samymi hipotezami daleko nie zajedziemy. W związku z brakiem 

background image

wyników  w  dotychczas  badanym  przez  pana  kierunku  -  zaczął  znów  spokojnym  niskim  głosem  -  proponuję 

zmianę tematyki. Będzie to dla pana jeszcze jedna szansa wykazania się.  

- Panie profesorze, ja właśnie zacząłem najwaŜniejsze doświadczenia!  

-  W  naszym  Instytucie  -  głos  szefa  grzmiał  teraz  donośnie  po  wszystkich  kątach  gabinetu  -  nie 

przeprowadza  się  doświadczeń  niewaŜnych.  Wszystkie  bez  wyjątku  są  waŜne  zakończył  konfidencjonalnym 

szeptem, jakby zdradzał tajemnicę państwową. - To byłoby wszystko, panie kolego - znów zahuczał gromko - 

za pięć minut mam  zebranie, przepraszam, ale muszę juŜ iść. Aha, proponuję, aby  zajął się pan preparatami 

ułatwiającymi przejście w stan hibernacji. Doktor Agira wprowadzi pana w zagadnienie. śyczę powodzenia i 

wydajniejszej niŜ dotychczas pracy spojrzał niemal wesoło; wstając. Nie dał mi Ŝadnych szans.  

Przez  grubą  szybę  okienną,  nastawioną  przez  kogoś  na  maksimum  przepuszczalności,  wpadało 

czerwone  światło  wieczoru  i  załamywało  się  obłymi  krwistymi  refleksami  w  szkle  ustawionej  aparatury. 

Przypatrywałem  się  bezmyślnie  tym  barwnym  plamom  o  karminowych  wnętrzach  i  Ŝółknących  obrzeŜach, 

pełzającym  po  kolbach  i  chłodnicach  w  rytmie  zachodzącego  słońca.  Wypełniony  aparaturą  pokój  tonął  w 

mroku, tylko w odległym kącie pracował przy swoim biurku Stef. Jego lampa jawiła mi się jako przewodnie 

ś

wiatełko  u  kresu  ciemnego  szlaku,  wiodącego  wśród  nieokreślonych  kształtów  i  niezrozumiałych  zdarzeń. 

Stef odwrócił się, jakby moja zmaterializowana myśl dotknęła jego ramienia. - Hallo. En! - zawołał do mnie. 

Dlaczego  En?  Nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  kto  pierwszy  tak  mnie  nazwał.  Potem  przyjęło  się.  -  Nie 

słyszałem, jak wchodziłeś. Co masz taką grobową minę? - gadał wesoło, podchodząc z rękami w kieszeniach. 

- Oho, widzę, Ŝe nie na Ŝarty przejąłeś się Starym. A w dzisiejszych czasach...  

-  ZaŜądał  zmiany  tematu  -  przerwałem  jego  potok  słów.  Twarz  mu  spowaŜniała,  ale  widać  było,  Ŝe 

usilnie szuka dla mnie jakiegoś pocieszenia. Poklepałem go po ramieniu.  

- Nie jest tak źle, stary - mój głos zabrzmiał nawet dosyć swobodnie. - Dam sobie radę, nie martw się 

o  mnie.  Dziś  idę  się  zabawić,  nie  mam  juŜ  ochoty  na  pracę,  a  jutro  na  przekór  wszystkiemu  i  wszystkim 

skończę ten eksperyment, być moŜe kluczowy dla całego problemu.  

- To jest męskie podejście do sprawy - Stef uśmiechnął się zadowolony, Ŝe nie musi występować w 

roli pocieszyciela. - Jutro mam trochę luzu przy moich próbach, pomogę ci.  

Wyszedłem w szarość korytarza, równieŜ gęsto zastawionego aparaturą i sprzętem pomocniczym. Na 

chropowatej  betonowej  ścianie  przymocowany  był  telefon.  Nakręcałem  kolejno  numery  kilku  moich 

przyjaciółek  lub  znajomych,  lecz  Ŝadna  z  tych,  które  zgłosiły  się,  nie  miała  wolnego  wieczoru.  Zły, 

odwiesiłem  słuchawkę.  Przyjdzie  mi  upić  się  samemu  -  pomyślałem,  lecz jednocześnie  narastał  wewnętrzny 

bunt. I nagle, wtedy po raz pierwszy, doznałem tego niesamowitego uczucia.  

Głowę przebiegały mi naprzemienne fale gorąca i zimna lub raczej - zgęszczonej rozrzedzonej materii. 

I  choć  zjawisko  trwało  krótko,  zdawało  mi  się  pod  koniec,  Ŝe  czaszka  staje  się  elastyczna  niby  balon 

napełniony wodą, a deformują ją w jednostajnie identyczny sposób dwa szeregi przemykających z obu stron, 

swobodnie  zawieszonych  walców.  Na  płaszczyznę  zamazanego.  pola  widzenia  wpełzły  świetliste  punkty, 

rozlały się szeroko jak kręgi na wodzie i wsiąkły w obraz.  

Dolegliwości  ustąpiły,  pozostał  jedynie  lekki  ból  w  skroniach.  Nadal  stałem  oparty  o  chropowatą 

ś

cianę tuŜ przy telefonie. Na szczęście nikt nie zauwaŜył tej chwilowej niedyspozycji jeszcze brakowało, Ŝeby 

zaczęto mnie cucić! Byłby temat do Ŝartów w całym Instytucie.  

background image

Ruszyłem  przed  siebie.  Czułem  się  dziwnie  lekki,  nogi  jakby  same  niosły  mnie  naprzód. 

Przypisywałem  to  doskonałej  kondycji  fizycznej,  co  z  kolei  wprawiało  mnie  w  dobry  nastrój.  Zmory 

dzisiejszego  popołudnia  prysły  i  miałem  nadzieję,  Ŝe  nie  będą  zakłócały  zbliŜającej  się  zabawy.  Nie 

wiedziałem jeszcze, dokąd i z kim pójdę, ale miałem pewność, Ŝe wieczór będzie udany.  

Aksamitny, wilgotny zmierzch opadł juŜ na trawiaste boisko, pod którym rozlokowane zostały trzewia 

cyklotronu.  

Spóźnieni  biegacze  w  swoich  odcinających  się  od  tła  białych  szortach  powracali  z  wieczornego 

treningu.  Pod  jasną  płachtą  pomarańczowo-zielonego  nieba  zawisły  nieruchomo  małe,  rozświetlone  od  dołu 

chmury.  

Wsiadłem  do  samochodu  i  ruszyłem  ostro;  rozkoszowałem  się  prędkością.  Odczuwałem  fizyczną 

przyjemność, gdy stalowe cielsko maszyny z łatwością wnikało w masy napływającego naprzeciw chłodnego, 

wieczornego powietrza.  

Czułem się znów dziwnie lekki, chwilami zdawało mi się, Ŝe, to kto inny prowadzi wóz, Ŝe obce ręce 

dotykają kierownicy, ` a ja przyglądam się z boku. MoŜe ktoś podsunął mi papierosa z marihuaną?  

Pędziłem  w  kierunku  swojego  hotelu,  kiedy  nagle  zauwaŜyłem  z  boku  wystawowe  okna  centrum 

handlowego. Zahamowałem gwałtownie i skręciłem na parking. AleŜ to jasne! śe teŜ wcześniej nie wpadłem 

na ten prosty pomysł.  

-  Dobry  wieczór,  panno  Krystyno  -  zacząłem,  opierając  się  o  kasę.  Poszło  łatwiej,  niŜ  się 

spodziewałem. JuŜ w piętnaście minut po zamknięciu sklepu siedzieliśmy w nocnym barze przy butelce dobrej 

brandy,  a  wokół  nas  migotały  kolorowe  światła,  płynęła  muzyka  i  wytwarzał  się  nastrój  wesołej  zabawy. 

Alkohol  palił  mnie  w  gardle,  po  członkach  rozchodziło  się  przyjemne  ciepło.  Doświadczałem  uczucia 

poprzedzającego lekki zawrót głowy - coś jakby drobne przesunięcie świadomości w kierunku beztroski.  

-  Wiesz,  Kris  -  nachyliłem  się  do  siedzącej  obok  dziewczyny  -  dobrze  mi  z  tobą.  Bardzo  dobrze.  A 

teraz wypijmy za zdrowie mojego szefa. Dał mi dziś wspaniały temat, rokujący nie byle jakie perspektywy  

-  Będzie  mu  to  policzone  -  Kris  zaśmiała  się  głosem  moŜe  o  ton  za  głębokim  jak  na  filigranową 

blondyneczkę  o  sarnich  oczach  i  pełnych,  nieco  wysuniętych  do  przodu  ustach.  Z  kaŜdym  kieliszkiem 

wydawała mi się piękniejsza i powabniejsza.  

Potem poszliśmy tańczyć. Czułem ją taką drobną, ciepłą tuŜ koło siebie, oparła czoło o mój policzek, 

płynęliśmy gdzieś w takt melodii, której juŜ nie słyszeliśmy. I wtedy znów coś zaczęło się dziać. Stawałem się 

lekki,  nieobecny.  Oglądałem  rzeczywistość  wokół  niby  kiepski  film,  a  moŜe  raczej  śniłem?  Trzymałem  w 

objęciach  jakąś  dziewczynę,  dosyć  chyba  ładną,  ale  zdecydowanie  zbyt  szczupłą.  Czułem  się  tak,  jakbym 

tańczył z manekinem pośród przetaczających się wokół bezkształtnych mas ludzkich. Chciałem przerwać ten 

koszmar,  ale  spostrzegłem,  Ŝe  zupełnie  nie  panuję  nad  własnym  ciałem.  Dalej  cięŜko  tańczyłem  niby  jakaś 

kukła  w  kiepskim  teatrzyku  gałganiarzy,  obłapiając  coraz  mocniej  tę  chudą  dziewczynę,  a  wszystko 

rejestrowałem  jakby  zza  półprzejrzystej  zasłony  w  dusznym,  wilgotnym  powietrzu.  Dopiero  przy  stoliku 

puściły kleszcze, trzymające moją świadomość w Ŝelaznym uścisku. Płaski, mdły obraz wyostrzył się, nabrał 

stopniowo  trzeciego  wymiaru,  barw,  woni  i  dźwięków.  Jak  poprzednio  wokół  nas  płynęła  muzyka,  a  Kris 

znów  piękna  i  pociągająca,  przyglądała  mi  się  z  troską.  Miałem  przez  chwilę  wraŜenie,  Ŝe to  nie ja, a  świat 

zewnętrzny  ulega  kolejnym  dewiacjom,  jakimś  chwilowym  odchyleniom  od  maksymalnej  wartości 

background image

prawdopodobieństwa istnienia. W kaŜdym jednak przypadku moja osoba w zmienionej rzeczywistości musiała 

wydawać się równie osobliwa, jak odmienione otoczenie dla mnie.  

-  Kris,  kochanie,  te  tutejsze  chińskie  przyprawy...  widocznie  mi  nie  słuŜą.  W  przyszłym  tygodniu 

zaprowadzę cię gdzie indziej, zobaczysz.  

- Wiesz co, En - dziewczyna była lekko przestraszona posiedźmy tu jeszcze trochę. Jesteś cały mokry.  

- W porządku, skończymy nasze koktajle. Wiesz, Kris, ja myślałem, to jest... nigdy nie miałem czegoś 

takiego. To zdarzyło się po raz pierwszy.  

- Nie przejmuj się tym teraz, En. Odpocznij. Następnym razem wszystko ułoŜy się lepiej - nieszczerze 

mówiła Kris. Oboje wiedzieliśmy, Ŝe następnego razu nie będzie. Z oczu dziewczyny wyzierał strach, uwaŜała 

mnie z pewnością za nienormalnego, a przynajmniej za nerwowo chorego.  

Aby  zatuszować  zmieszanie,  zacząłem  rozglądać  się  po  sali:  Panował  gwar,  wielobarwny  tłum 

falował, a wśród czerwonych lamp unosiła się mgła dymu tytoniowego.  

W  pewnym  momencie  drgnąłem  -  prawie  zasłonięty  szerokim  ozdobnym  filarem,  przy  stoliku 

wciśniętym  pomiędzy  palmę  a  barek,  siedział  łysy,  kwadratowy  grubas.  Przeprosiłem  Kris  i  wstałem.  . 

Obszedłem  powoli  filar,  kierując  się  w  stronę  toalety.  Przechodząc  w  okolicach  barku  od  niechcenia 

odwróciłem głowę, niby rozglądając się po sali. Przy stoliku obok palmy nie było nikogo! Na białej serwetce 

stała  tylko  nie  dopita  filiŜanka  kawy.  Dalsze  spacerowanie  nie  miało  sensu,  powróciłem  więc  do  swojego 

stolika. Gdy zapalałem papierosa Kris, łysy grubas znów siedział na dawnym miejscu. I choć z tej odległości 

nie mogłem dojrzeć jego twarzy, byłem pewien, Ŝe do ust ma przylepiony swój zwykły, ironiczny uśmiech.  

Odczuwałem  wściekłość, lecz  jednocześnie  paraliŜujący  lęk.  Wokół  mnie  czaiło  się coś  nieznanego, 

działały nieprzyjazne siły, których nie potrafiłem zrozumieć, a więc tym bardziej przeciwstawić się im.  

Ten łysy, kwadratowy grubas. Czy chce mnie tylko pognębić, ośmieszyć, czy teŜ zniszczyć za to, Ŝe 

ś

miałem być róŜny od stereotypu nadskakującego stypendysty? A moŜe jest mu to obojętne, po prostu stałem 

się przypadkowym obiektem jego rutynowych przyjemnostek?  

Pośpiesznie  zapłaciłem,  odwiozłem  Kris  do  domu  i  udałem  się  do  siebie.  Natychmiast  zapadłem  w 

cięŜki, lecz krótki sen człowieka odurzonego alkoholem.  

- Pani Heleno, co pani robi?  

-  Przygotowuję  panu  szkło  -  odrzekła  dziewczyna  spokojnym,  miłym  głosem  panienki  z  centrali 

telefonicznej, kontynuując wprawnymi ruchami demontowanie mojej aparatury.  

- To jakaś pomyłka, ja tego wszystkiego będę dzisiaj uŜywał!  

-  Jutro  zaczynamy  eksperyment  z  lekami  prohibernacyjnymi,  chcę  więc  przygotować  wszystko  jak 

naleŜy. Jestem teraz pana nową pomocnicą - jej miły, lecz bezbarwny głos w innych okolicznościach działałby 

zapewne uspokajająco.  

- Proszę to natychmiast zostawić !  

- AleŜ, proszę pana, ja pracuję tylko do czwartej, mam niewiele czasu -  mój wybuch nie wpłynął w 

najmniejszej mierze na jej zachowanie. Nadal myła zręcznymi ruchami szkło i układała je równo w suszarce.  

- Niech pani mnie posłucha, pani Heleno - zacząłem znowu, zmuszając się do spokoju. - To dla mnie 

bardzo  waŜny  eksperyment,  który  -  być  moŜe  -  pozwoli  podsumować  półroczną  pracę!  -  mimo  woli 

podniosłem głos - A pani ot, tak, demontuje mi aparaturę ! Czy pani to rozumie .  

background image

- Chcę panu pomóc. Zaraz rozpocznę instalowanie zestawu do jutrzejszego doświadczenia - była zbyt 

głupia albo zbyt mądra, aby wdawać się ze mną w dyskusję.  

Zacisnąłem pięści z bezsilnej wściekłości. PrzecieŜ nie będę się z nią bił! Warknąłem:  

- Kto panią przysłał?  

- Znalazłam dziś rano na swoim biurku kartkę z poleceniem. Sądzę, Ŝe od doktora Agira, ale moŜe od 

profesora - jej głos nie podniósł się ani o jotę podczas naszej rozmowy, nie zaprzestała równieŜ precyzyjnego 

układania szkła.  

- I nie ma wątpliwości, Ŝe to pani jest moim pomocnikiem, a nie na odwrót?  

Połykała wszystko gładko.  

-  Oczywiście.  Postaram  się  pomóc  panu  jak  najwięcej  w  grymasie  mającym  oznaczać  uśmiech 

odsłoniła solidne, szeroko rozstawione zęby.  

Byłem bezsilny. Wyszedłem, trzasnąwszy drzwiami.  

Musiałem komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Stefa nie było w bibliotece, znalazłem go dopiero w 

laboratoryjnej chłodni. Ubrany w zbyt obszerny waciak, ekstrahował coś z szarych płatów tkanki za pomocą 

szeregu buforów.  

Nie  zdziwił  się  specjalnie,  widząc  mnie  mocno  wzburzonego;  widocznie  wiedział  juŜ  o  likwidacji 

mojego stanowiska pracy. Uzgodniliśmy, Ŝe zjemy razem obiad.  

Kierując  się  ku  wyjściu  minęliśmy  szereg  potęŜnych  agregatów,  chronionych  przed  niepowołanymi 

specjalną instalacją alarmową. Było to królestwo doktora Agira i oczko w głowie profesora - w kaŜdym z tych 

oszronionych,  podłuŜnych  pudeł,  w  temperaturze  niewiele  odbiegającej  od  zera  bezwzględnego,  spoczywał 

człowiek. Ci zahibernowani ludzie czekali na rozwój medycyny albo byli ciekawi jutra, a moŜe mieli nadzieję 

odnaleźć  w  świecie  przyszłości  coś,  czego  próŜno  poszukiwali  teraz  i  tutaj.  Udaliśmy  się  do  małej  włoskiej 

restauracji na wolnym powietrzu. Tam nad kuflem piwa uspokoiłem się prawie zupełnie, choć nadal snułem 

pełne determinacji plany. Jednego byłem pewien : powinienem opuścić Instytut.  

- Co to jest władza? - rzuciłem na wpół do siebie, na wpół do Stefa.  

-  System  represji  stosowanych  przez  państwo  w  celu  zapewniania  sprawnego  funkcjonowania  jego 

mechanizmów - wyrecytował.  

-  Nie,  chodzi  mi  o  coś  innego.  O  władzę  człowieka  nad  człowiekiem,  o  wpływ  jednostek  na  inne 

jednostki.  Widzisz,  hierarchia  administracyjna  nie  zawsze  odpowiada  rzeczywistej  sytuacji.  A  nawet  jeśli 

odpowiada, to ukształtowała się pod wpływem takich, a nie innych osobowości ludzkich. Formułki "urodzony 

kierownik" lub "zdolności organizacyjne" to tylko parawany, próby obejścia zagadnienia.  

Przez  rzadkie  liście  figowca  przeświecało  cięŜkie,  popołudniowe  słońce,  tworząc  na  obrusie  stolika 

plątaninę  roztańczonych  Ŝółtych  plam  podobnych  do  refleksów  fal  morskich  na  piaszczystym  dnie.  Mocne 

piwo rozleniwiało ciało, lecz stymulowało myśli, pobudzało do skojarzeń. Władza. To problem, który ciekawił 

mnie  naprawdę.  Nie  biochemia,  fizyka  i  chemia,  bo  w  tych  dziedzinach,  po  zachłannych  i  z  pewnością 

pasjonujących  studiach,  doszedłem  w  końcu  do  etapu  drobiazgowych  analiz  zamiast  frapującej  syntezy,  do 

wyświetlania  drobnych  obrazków  zamiast  ogólnego,  całościowego  spojrzenia.  Lecz  nie  pragnąłem  posiąść 

władzy,  zupełne  nie  o  to  mi  chodziło.  Chciałem  zrozumieć  jej  istotę,  dotrzeć  do  korzeni,  do  praprzyczyn. 

Dlaczego  jeden  człowiek  ma  wyraźny  wpływ  na  innych?  Co  kryje  się  pod  pojęciami  silnej  albo  ujmującej 

background image

osobowości ?  Czy  władza to tylko  brutalna  przewaga  fizyczna,  czy  coś  znacznie  więcej  ?  PrzecieŜ  przemoc 

nie oznacza jeszcze zapanowania nad umysłem, a to daje dopiero całkowite uzaleŜnienie. Rozwój cywilizacji 

technicznej  polega  w  pewnym  sensie  na  rozszerzaniu  władzy  nad  przyrodą  oŜywioną  i  nieoŜywioną,  nad 

czasem  i  przestrzenią.  A  czy  Ŝycie  jako  takie  nie  polega  na  władaniu  materią  i  energią,  na  odpowiednim 

sterowaniu  ich  przetwarzaniem?  Immanentną  cechą  Ŝycia  w  ogóle  jest  ciągła  ekspansja,  Ŝarłoczne 

podporządkowywanie  sobie  wszystkiego  po  drodze;  spostrzeŜenie  to  będzie  słuszne  dopóty,  dopóki  nie 

poznamy oŜywionych form materii opartych na odmiennych od naszych prawach rozwojowych. Na razie zaś 

nowe światy moŜemy kreować tylko na zasadzie łamigłówki, kombinując dobrze znane elementy w innym niŜ 

dotychczas porządku. Lecz czy wtedy powstają nowe jakości? Pytania, pytania! Czy kiedykolwiek znajdę na 

'tnie  odpowiedzi,  choćby  na  jedno  z  nich?  MoŜe  uda  mi  się  zastosować  jakąś  nową  metodę  badawczą, 

doskonalsze narzędzie poznania. Wtedy miałbym szansę.  

Monotonny głos Stefa z wolna zaczął przesączać się przez kłębowisko moich bezładnych myśli.  

-  Ci,  którzy  łatwo  uzyskują  supremację  nad  otoczeniem,  muszą  mieć  jakąś  szczególną  cechę  lub 

wyŜsze  niŜ  inni  parametry  tej  cechy  osobowości.  Jeden  z  wektorów  ich  pola  bioelektrycznego  ma  duŜe 

natęŜenie...  

Po kilku solidnych łykach piwa zaczęło mnie to wszystko bawić. I te dziwne zdarzenia wokół mnie, i 

teoria Stefa.  

- To niezłe. Pomyśl, gdyby ten wektor odpowiednio wzmocnić, moŜna byłoby kreować władców... - 

urwałem nagle w pół zdania. Znów tam był! Wstałem raptownie i, potykając się w slalomie między stolikami, 

rzuciłem się ku wyjściu. Teraz nie moŜe mi ujść!  

Omal  nie  zderzyłem  się  z  kelnerem,  otarłem  się  o  mur  kamienicy  w  wąskim  przejściu  na  ulicę  i 

wypadłem  Ta  furtkę.  Oddalony  o  jakieś  dwadzieścia  metrów,  stromym  chodnikiem  schodził  w  dół 

kwadratowy  łysy  grubas  w  ciemnym  garniturze.  Ruszyłem  za  nim  biegiem.  Słysząc  pościg  zaczął  uciekać, 

lecz byłem znacznie szybszy i juŜ po chwili rzucałem mu w twarz dyszące, złe słowa. Ale urwałem nagle, bo 

ujrzałem  starego,  nieznajomego  człowieka.  Słowa  przeprosin  uwięzły  mi  w  gardle.  Powlokłem  się  cięŜko  z 

powrotem, przygarbiony i zawstydzony.  

Seminarium  było  długie  i  nudne.  Prelegent  mamrotał  do  tablicy,  pokazywał  dziesiątki  tabel  i 

rysunków i stawiał mnóstwo hipotez.  

Spojrzałem  po  audytorium.  NajbliŜsi  współpracownicy  prelegenta  słuchali  uwaŜnie,  ciekawi  raczej 

formy, poniewaŜ treść znali doskonale, natomiast inni uczestnicy wyglądali na mniej lub bardziej znudzonych 

beznamiętnym tokiem wykładu.  

Ewa. Siedziała w ostatnim, najwyŜszym rzędzie. ChociaŜ twardo postanowiłem  usunąć ją ze swoich 

myśli i pragnień, nie mogłem teraz oderwać wzroku od delikatnego owalu jej twarzy, gładko zaczesanych do 

tyłu  i  związanych  w  węzełek  krótkich  włosów,  oczu  o  aksamitnym  wejrzeniu,  drobnej  figury.  Wyobraziłem 

sobie,  jak  schodzi  w  kierunku  wyjścia  -  miała  jedyny,  tak  bardzo  kobiecy  sposób  poruszania  się,  drobne, 

niemal  niedostrzegalne  ruchy  głowy,  ramion  i  bioder,  które  zawierały  całą  jej  kruchość,  nieporadną 

delikatność, a jednocześnie giętkość kotki.  

Co  z  tego,  kiedy  była  niegrzeczna.  Wprost  opryskliwa,  kiedy  usiłowałem  zalecać  się  do  niej.  Miała 

swojego Larry'ego i była absolutnie monogamiczna.  

background image

Głos prelegenta dudnił nadal przed wykresami, tabelami, plątaniną krzywych.  

Ręce o pomarszczonej skórze, starej i zniszczonej chemikaliami. Moje ręce? Czułem się tak, jakbym 

swoje młode, lekkie dłonie trzymał w kieszeniach, a na pulpicie pozostawił te zewnętrzne, obce powłoki, jak 

skóry po przepoczwarzeniu. Ale one ruszały się! Chyba robiły notatki czy po prostu mazały coś bezmyślnie w 

notesie,  który  leŜał  jak  wielka  księga  na  ogromnej  czerni  pulpitu.  Inni  ludzie  siedzieli  daleko,  wielcy  i 

dostojni, jak nieruchome posągi. I to dudnienie, tak głuche i odległe... jakby pusty beczkowóz po bruku... Co 

to  za  dziewczyna,  tam  w  górze  schodów  o  coraz  wyŜszych  stopniach,  jak  wycięta  z  komiksu,  siedzi  na 

wysokim  stołku  i  uśmiecha  się  z  pobłaŜaniem;  te  ręce  zgrabiałe;  chyba  moje?,  coś  piszą  w  księdze 

pamiątkowej Uczelni, podanie do Pana o przeniesienie w stan Wiecznej Szczęśliwości, jeszcze podpis, i juŜ 

mogę  wyjąć  swoje  własne  ręce  z  kieszeni,  połoŜyć  na  pulpicie,  słyszę  szmer,  to  posągi  zadają  pytania, 

prelegent  juŜ  odwrócił  się  do  audytorium,  odpowiada  normalnym  głosem,  a  w  górze,  w  ostatnim  rzędzie, 

siedzi ta_ drobna mała Ewa, o której miałem juŜ nie myśleć.  

Było  mi  lekko  i  dobrze.  Odczekałem  do  końca  seminarium  i  udałem  się  do  profesora.  Płynąłem 

korytarzami jak balonik napełniony gazem rozweselającym, a sprzęty wokół opalizowały i miały opływowe, 

obłe kształty.  

Bez słowa połoŜyłem podanie na biurku szefa. Kwadratowy łysy starzec z obojętnym wyrazem twarzy 

przeczytał pismo.  

- Więc pan chce odejść - w beznamiętnym głosie wyczułem nutę ironii. - Czy pan sądzi, Ŝe to właśnie 

jest najlepszy sposób?  

- MoŜna to nazwać odejściem. Przemyślałem tę kwestię dokładnie. Chcę mieć szansę...  

Szef ponownie rzucił okiem na trzymany w ręku arkusz.  

- Czy pan rzeczywiście cierpi na nowotwór?  

- Nie, ale...  

Profesor obojętnie przedarł moje podanie i wyrzucił do kosza.  

- Panie kolego, w powaŜnych sprawach etyka obowiązuje nas równieŜ.  

Grzebał chwilę w biurku, po czym wyciągnął formularz i dał mi do wypełnienia.  

- Proszę wpisać, Ŝe zgadza się pan na eksperyment naukowy, a całą odpowiedzialność sam pan ponosi.  

I podpis. Zwykle  - dodał po chwili - poddajemy hibernacji ludzi wybitnych i starszych lub chorych. 

Ale tym razem zrobię wyjątek.  

 

Zaaplikowano  mi  serię  zastrzyków  nasennych  i  przygotowujących.  Świat  zamazał  się  jak  na 

poruszonym  zdjęciu  i  osunął  do  tyłu,  zapadłem  głęboko  w  studnię  nieświadomości.  Ciało  umieszczono  w 

chłodni,  gdzie  procesy  Ŝyciowe  poczęły  zwalniać  swój  bieg,  aŜ  zamarły  całkowicie.  Wtedy,  w  temperaturze 

ciekłego azotu, moje ciało stało się lodową martwą bryłą, pozbawioną duszy.  

Aby  zapobiec  szczątkowym  procesom  degradacji,  temperaturę  obniŜono  niemalŜe  do  zera 

bezwzględnego.  Spoczywałem  teraz  w  potęŜnym  agregacie,  zanurzony  w  ciekłym  helu.  Przez  wiele  lat  to 

otoczenie miało być  moim domem.  I w tych warunkach, kiedy atomy  zatrzymują się w swoim odwiecznym 

biegu, a oscylacje molekuł niemal zamierają, przemieniając się w najcichszy szept materii, dusza powróciła do 

zaklętego w krystaliczne struktury ciała. Sploty nerwów i pajęcza sieć neuronów, przechwytując niby antena 

background image

energię  impulsów  bioelektrycznych  ludzi  Ŝyjących  w  świecie  wysokich  temperatur,  wytwarzały  prądy  w 

swoich  nadprzewodzących  wnętrzach.  Owe  impulsy  nerwowe,  mozolnie  przenoszone  przez  gęstwę  atomów 

rozszalałych w zwykłej temperaturze ciała, teraz przemierzały nadprzewodzącą sieć krystaliczną swobodnie i 

bez Ŝadnych strat energii. Mózg w swojej nowej funkcji potrafił znacznie więcej niŜ dawniej. Oszołomił mnie 

potok  nowych  wraŜeń,  odbierałem  siebie  i  świat  innymi  zmysłami,  musiałem  uczyć  się  wszystkiego  jak 

niemowlę.  Pole  bioelektryczne  interferowało  teraz  w  wyraźnie  wyczuwalny  sposób  z  wysepkami  materii 

oŜywionej. Zalał mnie i przygniótł potęŜny strumień odczuć z tego samego, lecz jakŜe innego świata ! Byłem 

bezradny.  

Wtedy  rozległ  się  Głos.  I  natychmiast  dojrzałem  ich  tuŜ  obok  -  kruche,  nadprzewodzące  siatki 

neuronów,  mieniące  się  intensywną  cyrkulacją  bioprądów  -  ludzkie,  a  jednocześnie  tak  inne  intelekty,  do 

których teraz i ja naleŜałem. Głos wyjaśniał i uczył mnie, wprowadzał w nowy rodzaj Ŝycia, odkrywał przed 

moim raczkującym umysłem rozległe moŜliwości, jak równieŜ niemałe trudności. Okazało się, Ŝe nad swoimi 

Ŝ

ywicielami i opiekunami mamy rozległą władzę, przy czym nawet nie podejrzewają, jak wiele dziedzin ich 

działalności znajduje się pod kontrolą. Nie wiedzą oni nawet o istnieniu naszego intelektu i dowiedzieć się nie 

powinni.  

Teraz zrozumiałem wiele dziwnych zdarzeń ze schyłku mojego poprzedniego Ŝycia. Pojąłem wkrótce 

po przebudzeniu, Ŝe niemalŜe cały program badawczy Instytutu był inspirowany, więcej - kierowany właśnie 

stąd. Dlatego tak wielkie środki przeznaczono na eksperymenty hibernacyjne; wszak słuŜyły one doskonaleniu 

warunków istnienia naszej inteligencji cieplnego obszaru brzegowego.  

Rozkaz  przerwania  moich  doświadczeń,  .mogących  odsłonić  rąbek  tajemnicy,  pochodził  równieŜ  od 

istot,  które  teraz  powołały  mnie  do  swego  grona.  Nasza  władza  rozciągała  się  juŜ  daleko  poza  Instytut  i 

stopniowo  sięgała  coraz  dalej.  Zrozumiałem  równieŜ,  dlaczego  zostałem  przyjęty  do  społeczności  tych 

krystalicznych intelektów, zrodzonych z ludzkich układów nerwowych. Moje badania naukowe, które mogły 

niepotrzebnie rzucić światło na niektóre biochemiczne zjawiska niskotemperaturowe, nie stanowiły wielkiego 

problemu,  nie  one  więc  były  bezpośrednią  przyczyną.  W  skład  grupy  włączano  po  prostu  jednostki  zdolne, 

aby zwiększyć siłę jej oddziaływania, a tym samym umocnić jej władzę nad otoczeniem. Przy czym zdolności 

stanowiły  w  tym  świecie  synonim  potencji  twórczej.  Inteligencja  indywidualna  rozumiana  jako  szybkość 

korzystania z zakodowanej w mózgu informacji oraz wiedza będąca zbiorem tych informacji nie miały duŜego 

znaczenia  na  tym  poziomie  rozwoju  moŜliwości  integracyjnych  grupy.  Natomiast  zdolności  twórcze  cecha 

wybitnie  jednostkowa  -  stanowiły  podstawę  dalszego  postępu  i  kaŜdy,  kto  mógł  wnieść  coś  nowego,  był 

preferowany przy wyborze. Moje rozwaŜania nad istotą problemu władzy, tak fantastyczne i błahe w świecie, 

który  opuściłem,  tutaj  wzbudziły  zainteresowanie.  Mogłem  wreszcie  urzeczywistnić  swoje  marzenia  i 

poświęcić się pracy, do której czułem powołanie. O ileŜ większe miałem teraz moŜliwości jej realizacji !  

W  tej  perspektywie  profesor  wydał  mi  się  małym  i  posłusznym  wykonawcą  naszych  poleceń, 

jednostką  o  umiejętnie  wykorzystywanych  skłonnościach  do  megalomanii.  Teraz  byłem  w  stanie  upokorzyć 

go, doprowadzić do załamania - lecz nie odnalazłem w sobie ani śladu zwykłej ludzkiej chęci zemsty, jawiła 

się  ona  jako  puste  pojęcie.  Skojarzyłem  teŜ  wiele  faktów  po  odkryciu,  Ŝe  moŜemy  i  władać,  i  poznawać,  i 

rozumieć  piękno,  lecz  nie  potrafmy  jednego:  odczuwać  doznań  związanych  z  funkcjami  ciała.  Wszak  nasze 

background image

ciała są lodowymi bryłami, funkcjonują tylko intelekty. Ale i tutaj moŜliwe było rozwiązanie - podłączenie się 

do sfery przeŜyć zwykłych Ŝywych ludzi. Postanowiłem spróbować tej metody jeszcze dziś wieczorem.  

Larry  był  w  doskonałym  nastroju.  Miał  dzisiaj  dobry  dzień,  a  teraz  siedział  wygodnie  rozparty  w 

fotelu w swoim mieszkaniu, sączył koktajl dŜinowy z lodem i czekał na Ewę. Powinna zjawić się lada chwila. 

Niecierpliwe, pełne napięcia oczekiwanie sprawiało mu fizyczną przyjemność.  

Nie zwlekałem dłuŜej - nawiązałem kontakt falowy. Nasze częstotliwości były róŜne, jak zwykle przy 

pierwszej  próbie,  czułem  więc  przez  chwilę  lekkie  pulsowanie,  zanim  nie  dostroiłem  swojego  biopola.  Dla 

Larry'ego  synchronizacja  okazała  się  bardziej  uciąŜliwa  -  chwycił  się  oburącz  za  głowę  i  zbladł  wyraźnie. 

Lecz  po  chwili  dobry  humor  powrócił.  Czuł  się  teraz  jakby  lŜejszy,  poniewaŜ  odbierałem  mu,  na  razie 

niewielką, część wraŜeń, równieŜ fizycznego poczucia wagi ciała.  

Wtedy  weszła  Ewa,  pełna  nieodpartego  dla  mnie  powabu.  Miała  na  sobie  tylko  zwiewną  letnią 

sukienkę,  tak  Ŝe  niecierpliwe  dłonie  Larry'ego  nie  napotykały  na  swojej  drodze  wielu  przeszkód.  Na  razie 

rejestrowałem bieg wypadków jak scenę z sugestywnego filmu, choć miałem juŜ drobny udział w odczuciach 

kochanków.  Dotychczas  powstrzymywałem  się  całą  siłą  woli,  aby  nie  wkroczyć  zbyt.  wcześnie  -  mógłbym 

wszystko zepsuć. Ewa, na początku nie-wciągnięta jeszcze w  wir namiętności, od razu spostrzegłaby inność 

Larzy'ego i istniała ewentualność, Ŝe mogłaby usunąć się. Więc nie chciałem ryzykować, lecz teraz nadszedł 

właściwy moment.  

Wniknąłem  zdecydowanie  w  umysł  młodego  męŜczyzny,  nie  napotykając  prawie  Ŝadnego  oporu,  i 

zepchnąłem  jego  świadomość  gdzieś  daleko  w  bok,  na  peryferyjne  obwody  neuronowych  splotów, 

pozostawiając  jej  tylko  niezbędne  minimum  swobody  koniecznej  do  przeŜycia.  Od  tej  chwili  Lamy  śnił 

jedynie  mętny  i  niespójny  sen  o  biegu  wydarzeń,  nad  którym  ja  panowałem  całkowicie.  To  ja  odczuwałem 

gibkość i spręŜystość jego ciała, nad którym miałem teraz całkowitą władzę. To mnie przebiegały drŜące fale 

gorąca,  kiedy  tuliłem  tę  kobietę,  której  ruchy  były  nieporadne  jak  zawsze,  lecz  teraz  stokroć  bardziej 

fascynujące.  

Ewa musiała spostrzec odmienne zachowanie partnera. Wyczuwałem ogrom szczęścia tej małej istoty, 

kiedy opadła bez tchu na moją (czy rzeczywiście moją?) pierś, patrząc na mnie z bezgranicznym zdumieniem. 

Przez  moment  poczułem  muśnięcie  Ŝalu  i  tęsknoty  za  dawnym,  prostym  i  ograniczonym  Ŝyciem,  i  moŜe  za 

losem, który mógłbym z nią dzielić. Gdyby kiedyś wybrała mnie, moŜe wszystko potoczyłoby się inaczej. Czy 

całe Ŝycie zbudowane jest na zdarzeniach przypadkowych?  

Musiałem juŜ wracać do siebie. Ten głupi, nieświadomy niczego Larry, którego teraz było mi trochę 

Ŝ

al, z jękiem zasłonił sobie oczy - jego świadomość odzyskała całe terytorium i rozlała się po siatce neuronów, 

niby  człowiek  prostujący  kości  po  przydługim  przebywaniu  w  wymuszonej,  a  niewygodnej  pozycji.  Wstał  i 

pijanym krokiem zmierzał w kierunku barku, a dziewczyna odprowadzała go przestraszonym wzrokiem.  

JuŜ rok minął od chwili powołania mnie do społeczności tych dziwnych kriolitycznych intelektów  

ludzkich. Przez ten czas stałem się jej doświadczonym członkiem - otworzył się przede mną inny, bogatszy i 

jakŜe przestronny świat.  

Mogłem zachować ogrom swobody, albowiem byliśmy nieliczni, a odkrywaliśmy wciąŜ nowe tereny 

eksploracji.  Niemal  od  początku  egzystencji  w  nowym  wcieleniu  prowadziłem  intensywne  studia  nad 

zagadnieniem  istoty  władzy  i  mechanizmami-jej  oddziaływania.  W  radosnym  uniesieniu,  graniczącym 

background image

częstokroć  z  euforią,  odkrywałem  wspaniałe,  dziewicze  tereny.  JakŜe  to  było  piękne!  Teraz  Ŝałuje,  Ŝe 

spieszyłem  się  tak  bardzo,  Ŝe  nie  przystanąłem  ani  na  chwilę,  aby  delektować  się  dostępną  mi  na  krótko 

wyŜszą  jakością  istnienia.  Na  krótko,  bo  niebawem  znów  dotarłem  do  jakiejś  mrocznej  zasłony,  za  którą 

poruszały  się  tylko  dziwne,  niemoŜliwe  do  określenia  kształty.  I  tak  samo  jak  niegdyś  ześlizgiwałem  się  z 

powrotem usiłując przeniknąć dalej, zdawało mi się, Ŝe mijam gdzieś prawdę, czasami chyba zupełnie blisko, 

choć moŜe były to jedynie miraŜe; znowu stawiałem pytania, na które było wiele odpowiedzi, lecz brakło tej 

właściwej.  Podobnie  jak  poprzednio,  wyświetlałem  obrazki,  dokonywałem  Ŝmudnej  analizy,  drepcząc  w 

miejscu.  Czułem  się  tak,  jakbym  przesunął  o  trochę  słupek  graniczny  w  krainie  tak  wielkiej,  Ŝe  w  zasadzie 

nieskończonej.  Była  to  gorzka  pigułka  dla  porywczego,  ambitnego  młodzieńca,  ale  jej  przełknięcie  skłoniło 

mnie  do  istotnych  refleksji  i  przemyśleń.  Tymczasem  przywykłem  juŜ  do  swojego  świata,  przyjąłem  go  za 

własny. RównieŜ poza moją dziedziną badań niewiele ostało się w nim tajemnic ogólniejszej natury, mogłem 

poznawać  w  zasadzie  tylko  szczegóły.  Czasami  w  fantastycznych  marzeniach  tęskniłem  za  następnym 

wcieleniem, za powołaniem do jakiegoś hipotetycznego jeszcze wyŜszego poziomu cywilizacji ludzkiej, gdzie 

znów mógłbym zacząć od początku.  

Lecz pomimo niemal pełnej harmonii nie mogłem nie dostrzec pewnych drobnych niekonsekwencji, 

jakichś  chwilowych  niespójności  i  zakłóceń  w  obrazie  i  trwaniu  naszego  świata.  Nie  wiedzieliśmy  przecieŜ 

wszystkiego,  a  odkryte  przez  nas  prawa  były  z  pewnością  takŜe  szczególne  i  pasowały  tylko  do  chwilowej 

rzeczywistości,  w  której  przebywaliśmy.  I  kiedyś,  podczas  rozmyślania  nad  kolejnymi  zrębami  intelektu  tej 

samej  cywilizacji  i  nad  problemami  zaleŜności  i  władzy,  zimnym  lękiem  przeniknęło  mnie  natarczywie 

powracające pytanie : my rządzimy ludźmi, ale kto rządzi - nami? 

background image

Andrzej Zimniak 

”Pojedynek” 

 

ZbliŜał się do Miasta. Opuścił juŜ piaszczyste równiny i wspinał się na rozległy granitowy płaskowyŜ, 

przeniknięty silnym strumieniem energii z wnętrza Ziemi. Czuł, jak jego tkanki regenerują się, a myśli stają 

się  szybsze  i  jaśniejsze.  Wyczuł  bliskość  Miasta.  Po  dalekim  niebie  płynęły  zeń  ogromne  rzeki  rzadkich  fal 

radiowych.  Miasto  pulsowało  tysiącami  istnień  ludzkich  -  namiętnościami,  pragnieniami,  -  smutkiem, 

radością,  dobrocią  i  złem.  Ogólną  wrzawę  Ŝycia  co  chwila  przeszywał  cichnący  krzyk  umierającego,  ponad 

tysiącem  głosów  i  szmerów  wypływał  ogrom  ulgi  rodzącej  kobiety  lub  wzlatywała  bezwolna  rozkosz 

kochanków. Jonat uśmiechnął się bezgłośnie Oto trzy krzyki Ŝycia: poczęcie, narodzenie i śmierć. Reszta - to 

tylko szepty o tych trzech wyznacznikach istnienia.  

 Miasto  ukazało  się  wreszcie  jak  na  dłoni.  Jego  Miasto.  Mrugało  tysiącem  świetlistych  języków, 

sypało  kaskadami  barwnych  iskier,  buzowało  rozrzedzonym  promieniowaniem.  Lecz  te  sygnały  cywilizacji 

technicznej  nie  obchodziły  Jonata.  Interesowali  go  ludzie.  Mali  i  wielcy.  Dobrzy  i  źli.  Te  niepowtarzalne 

hybrydy  nieklasyfikowalnych  cech.  Ludzie,  których  nikt  nie rozpoznał,  którzy  nie  znają siebie  samych  i  nie 

mogą  się  sprawdzić  w  codziennym,  przypisanym  im  rytuale  Ŝycia.  Jonat  kochał  to  Miasto.  Chętnie 

przebiegłby ulicami, i zajrzał na podwórza pełne kwietnych klombów i odwiedził poddasza starych domów z 

palonej  cegły.  Niegdyś  lubił  zatrzymywać  się  o  zmierzchu  pod  nagrzanymi  jeszcze  słońcem  murami,  po 

których  rozpełzło  się  dzikie  wino,  i  dawał  się  przenikać  wirem  namiętności  ludzkich.  Teraz  jednak  musiał 

odłoŜyć to wszystko na później; a być moŜe zaniechać na zawsze.  

Stłumił w sobie wzruszenie i szybkim spojrzeniem obrzucił całe Miasto. Wśród masy ludzkiej w wielu 

miejscach  jarzyły  się  umysły  obiecujące  i  zdolne,  nawet  wybitne,  lecz  Ŝaden  z  nich  nie  przekroczył  jeszcze 

progu  samouświadomienia.  I  Jonat  odetchnął  z  ulgą.  W  Mieście  nie  było  Olsena.  Szedł  wmieszany  w 

róŜnobarwny  tłum  przechodniów.  Przygarbił  się,  głowę  wciągnął  między  ramiona.  Nikt  go  nie  poznał,  lecz 

Jonat  przypominał  sobie  wielu  mieszkańców,  kaŜdy  dom,  plac,  ulicę.  Z  ulicznych  kawiarenek,  spośród 

kolorowych lamp, młode dziewczyny posyłały nieznajomemu uśmiechy. Skręcił w boczną aleję i znalazł się 

przed  domem  Ojca.  ŚcieŜka  jego  zabaw  dziecięcych  porosła  trawą,  rozbuchany  gąszcz  gałęzi  muskał  go  po 

głowie  i  karku.  Drzwi  były  otwarte,  po  podłodze  biegały  małe,  zielone  jaszczurki.  Widok  biurka  z 

rozrzuconymi na nim ksiąŜkami sprawiał wraŜenie, Ŝe Ojciec wyszedł tylko do sąsiedniego pokoju.  

W  przyległym  pomieszczeniu  stał  stary,  zniszczony  stół.  To  na  nim  uczyłem  się  ustawiać  klocki, 

czytać  i  pisać  -  Jonat  połoŜył  dłoń  na chropowatym  blacie i  ciepło  wspomnień przeniknęło  mu  palce.  "Przy 

stole siedzi złotowłosy, rumiany chłopczyk i ze złością odrzuca nieudane rysunki. Wreszcie wściekłość malca 

nie  daje  mu  pracować,  po  policzkach  spływają  łzy,  bieleją  palce  zaciśnięte  na  krawędzi  blatu.  Nienawistny 

wzrok skierowany jest na stos kartek, które w pewnym momencie... zaczynają falować, miąć się i zgniatać w 

papierową kulę. Gorąca fala złości odpływa, pozostawiając tylko ogrom zdziwienia.  

Za plecami chłopca stoi Ojciec. Wyciąga rękę w stronę jasnej główki. Będziesz silny, bardzo silny - 

mówi".  Jonat  przerwał  pasmo  wspomnień  i  wyszedł  w  zieloną,  pachnącą  ciemność  ogrodu.  Na  tle 

przepastnego  aksamitu  nieba  z  przyszytymi  perełkami  gwiazd  pędziły  rwące  rzeki  fal  radiowych,  ostre 

background image

strumienie w pasmach telewizyjnych, słabe, lecz charakterystyczne odblaski telepatyczne. Nieforemne kłęby 

fal  zamkniętych,  przypominające  sny  o  bezpańskich  myślach,  zwiastowały  bliskość  silnej  burzy 

magnetycznej.  

W głębi wąskiej ulicy jakaś dziewczyna w długiej, ciemnej szacie pośpiesznie ukryła się w bramie. Z 

mroku ktoś nadchodził - wysoka, szczupła postać męŜczyzny. Jonat skupił się jak umiał, ale nie był w stanie 

spenetrować  jego  mózgu.  "Olsen?"  -  przemknęło  mu  przez  głowę.  ZbliŜający  się  męŜczyzna  wykazywał 

czujność  i  gotowość  do  konfrontacji.  Był juŜ  bardzo blisko  -  płowe  włosy,  wysokie  czoło, czujne, nerwowe 

spojrzenie, głowa wciągnięta między szerokie ramiona.  

Zimny strach. A potem szok - to przecieŜ on sam! Jonat wyprostował się i popatrzył na siebie - wtedy 

lustrzany obraz wybrzuszył się, rozmazał i spłynął gdzieś w bok.  

Z bramy wybiegła dziewczyna owinięta w szary, długi szal. Przysunęła swoją mokrą twarz tak blisko, 

Ŝ

e  czuł  jej  płytki,  urywany  oddech.  "Uciekaj  stąd  -  szepnęła  zduszonym  głosem.  -  Odejdź  natychmiast, 

błagam". Głos przeszedł w niezrozumiały bełkot, w rozbieganych oczach czaił się obłęd. Usta miała wypukłe, 

pełne,  namiętne.  "Odnajdę  cię"  -  rzucił  za  nią,  kiedy  juŜ  zdjął  z  niej  hipnozę  i  uciekła  przestraszona.  "Nie 

odejdę!"  -  krzyczał  bezgłośnie,  odrzucając  ostrzeŜenie  Olsena.  Musiał  podwoić  czujność.  Ostateczna 

rozgrywka zbliŜała się szybko.  

Wąskie  uliczki  Starego  Miasta  wyludniały  się.  Późna  pora  i  ból  głowy  spowodowany  rozwichrzoną, 

zasnuwającą Miasto burzą magnetyczną zapędzały mieszkańców w zacisze sypialni. Jonat przeciskał się przez 

gęsty, niemal lepki mrok zaułków wyłoŜonych gładkim kamieniem rzecznym. Uwagę miał napiętą aŜ do bólu. 

Chce  mnie  zmęczyć  -  pomyślał.  W  miarę  jak  jego  ciało  słabło,  duch  zdawał  się  potęŜnieć  i  uzupełniać 

niedostatki  fizyczne.  Pomarszczona  jak  zasuszony  owoc  twarz  Matki,  mlecznosiwe  włosy  zaczesane  gładko 

do tyłu. Gdy Ojciec uczył go władzy nad umysłami innych, Matka zawsze mówiła: "Synu, bądź równieŜ dobry 

i  sprawiedliwy.  UŜywaj  wielu  oczu,  bowiem  jedna  para  moŜe  okazać  się  zawodna.  Wyczuwaj  wiele 

wymiarów. Kochaj".  

Agresja! Jak  swąd  palonej  skóry,  jak  zduszony  trzask  ze  zgniatanego  lustra. Jonat  nie  ruszając  się  z 

miejsca  odbił  uderzenie  i  odruchowo  wypuścił  potęŜną  kontrę  o  szerokim  spektrum  działania,  raczej  dla 

osłony  i  zyskania  na  czasie  niŜ  w  celu  unicestwienia  przeciwnika.  Natychmiast  uchwycił  słabe  punkty  w 

mózgu napastnika i zaczął juŜ wypuszczać skoncentrowane, dobrze dostrojone uderzenie, kiedy nagle poczuł 

bezcelowość akcji. Przeciwnik został unieszkodliwiony pierwszym ciosem obronnym.  

Jonat pchnął zmurszałe drzwi i w ciemności wszedł na górę skrzypiącymi schodami, wśród zapachu 

moczu  i  zbutwiałego  drewna.  Na  podeście  leŜał  stary,  licho  ubrany  człowiek  w  pozycji  świadczącej  o 

bezwładnym upadku. "Zimny okład na czoło!" - rozkazał dziewczynie, skulonej w najdalszym  kącie. Zły na 

siebie wyszedł w mrok nocy. Omal nie zabił ulicznego rzezimieszka.  

Burza  rozszalała  się  na  dobre.  Zmierzwiona  wełna  kłębów  falowych  zawładnęła  niebem,  przytępiła 

słabe  promyki  gwiazd,  wyciszyła  potoki  długości  radiowej.  W  miejscach  silnego  promieniowania  urządzeń 

elektrycznych  interferencja  wyzwalała  istne  kaskady  barwnych  rozbłysków  lub  wiry  na  kształt  trąb 

powietrznych  z  rozjarzonego  pyłu.  Co  chwila  nabrzmiałe  energią  niebiosa  z  głuchym  mlaśnięciem 

przekazywały jej nadmiar do wstrząsanej razami Ziemi.  

background image

Na początku poczuł małą mrówkę biegającą pod włosami, po czaszce. Zanim zorientował się i zaczął 

stawiać  osłonę,  było juŜ  za  późno.  PotęŜne  uderzenie,  mogące  z  łatwością  zabić,  zwaliło  go  z  nóg.  Było  na 

szczęście w duŜym stopniu chybione - zwiad trwał zbyt krótko na pełne rozeznanie. Następny cios, nie mniej 

potęŜny i wymierzony o wiele precyzyjniej, Jonat odbił juŜ z łatwością. Błyskawicznie zlokalizował Olsena, 

który  zdemaskował  swoją  pozycję  atakiem,  i  wypuścił  szerokie  kontruderzenie.  Szybko  penetrował  mózg 

przeciwnika  i  bił  w  słabe  punkty  krótkimi,  lecz  dokładnymi  ciosami.  Sam  odparowywał  serie  podobnych 

uderzeń.  

Zaprzestali  tych  wściekłych,  chaotycznych,  bezcelowych  razów  i  zmęczeni  przyglądali  się  sobie 

nawzajem.  Olsem  stary  i  doświadczony  mistrz;  który  niejednemu  niebezpieczeństwu  stawiał juŜ  czoło,  zajął 

pozycję  obronną.  Jonatan  mógłby  być  jego  synem  -  zdolny,  uparty,  entuzjazmem  młodości  pokrywał  brak 

rutyny. Tylko jeden z nich mógł pozostać w Mieście.  

Jonat  wyszedł  juŜ  poza  przedmieścia.  Minął  ostatnie  małe  domki  z  czerwonej  cegły,  otulone 

koŜuchem pnącej roślinności, i posuwał się brzegiem rozigranego potoku. Lecz świat ten nie istniał teraz dla 

niego  -  poruszał  się  w  krainie  rozbieganych  prądów,  wezbranych  rzek  falowych  i  skłębionej  wełny  burz 

magnetycznych. A przed nim rozbłyskiwał podstępnymi ciosami umysł Olsem, człowieka, który po raz drugi 

chciał wypędzić go z Miasta. Wypędzić juŜ na zawsze. Jonat spróbował zastosować stary fortel. Klucząc dla 

niepoznaki zbliŜył się do płytkiej niecki geologicznej, szybko wskoczył w jej ognisko i posłał przeciwnikowi 

grad  uderzeń.  Olsen  ugiął  się  pod  ich  cięŜarem,  lecz  zdołał  wypuścić  kontrę.  Ten  zaprawiony  w  bojach 

weteran wiedział doskonale, Ŝe zagłębienie wymyte w pokładach rudy moŜe być równie dobrym emiterem, jak 

i  kolektorem  wiązki  fal.  Cios  przedarł  się  przez  gardę  i  tępym  obuchem  zdzielił  Jonata,  który  z  największą 

trudnością  odczołgał  się  na  bok.  Na  szczęście  Olsen  teŜ  dostał  swoje  -  pomyślał.  -  Inaczej  mógłby  teraz 

wykończyć  mnie  w  ciągu  sekundy.  Postrzępiona  wełna  burzy  falowej  odpłynęła,  a  w  czarną  otchłań  nieba 

wylały  się  ogniste,  rozszalałe  rzeki  promieniowania  wschodzącego  słońca.  Jonat  za  kaŜdym  razem  był 

zdziwiony  bogactwem  i  grozą  tego  widowiska.  I  zawsze  wtedy  szkoda  mu  było  innych  ludzi,  zdolnych 

obserwować jedynie tak Ŝałośnie mały wycinek widma.  

Taki  właśnie  ranek  wstawał  przed  wielu  laty,  kiedy  był  jeszcze  małym  chłopcem.  Wtedy  Olsen 

zwycięŜył Ojca, zadał mu ostatni cios po całonocnych zmaganiach. Lecz nie zabił, stosując się do niepisanego 

prawa walki mistrzów. Ojciec wraz z rodziną został wygnany z Miasta. Od tego czasu nigdy juŜ nie doszedł 

do dawnej świetności, Ŝyjąc z dala od rodzinnych stron coraz bardziej zapadał na zdrowiu.  

A Olsen...  

Jonat, tknięty nagłą myślą, rozpoczął znów ostroŜną penetrację mózgu odpoczywającego, ale czujnego 

Olsem.  Lecz  nie  mógł  znaleźć  tego,  czego  chciał,  choć  ślizgał  się  po  powierzchniach  myśli,  zapuszczał  w 

meandry  wspomnień,  przebiegał pokłady  pamięci.  Zupełnie  nic?!  Wydawało  się  to  niemoŜliwe.  Owszem,  w 

zwojach pamięciowych trafił na zapis zdarzeń tamtego dnia, lecz była to tylko kronika z zachowaniem ścisłej 

chronologii, i na tym koniec.  

Poprzez  stare,  infantylne  pokłady  pamięci  dostał  się  w  obszar  płytkiej  podświadomości.  Czuł  się 

nieswojo i nie całkiem w porządku, ale jakie było inne wyjście? Jak w nieprzejrzystej wodzie przesuwały się 

zagmatwane kształty myśli, pragnień i wyobraŜeń, dające nigdy w pełni nie uzewnętrzniany obraz człowieka. 

Jonat czuł się jak złodziej w sanktuarium świętości, bo cóŜ bardziej świętego i intymnego  moŜna mieć poza 

background image

własną nagą podświadomością, o której naturze mamy tylko mgliste pojęcie, poza bezbronnym ja, odartym z 

wszelkich ozdób, masek i konwenansów?  

Aby  przeniknąć  głębiej,  Jonat  musiał  skorzystać  z  energii  swojej  osłony  obronnej.  NaleŜało  teraz 

działać  szybko,  poniewaŜ  przeciwnik  mógłby  go  dosięgnąć  z  łatwością.  Szukał  więc  gorączkowo  wśród 

wspomnień,  marzeń,  pragnień.  I  choć  nie  wnikał  głębiej  w  Ŝadne  z  nich,  ślizgał  się  raczej  tylko  po  ich 

powierzchni, zadziwiło go bogactwo wewnętrzne sprzeczności tego człowieka.  

Wreszcie znalazł. Zepchnięte na dno podświadomości, pełne bólu i poczucia winy wspomnienie walki 

z Ojcem Jonata, obraz zsyłanych na wygnanie. Długie, bezsenne noce. Wyrzuty sumienia, ledwie zaprawione 

dumą zwycięzcy.  

Lecz jaki bezmiar goryczy! Goryczy wypędzanego z wielu miast. Zgorzknienie tułacza. Zapiekły Ŝal 

do  ludzi.  Olsen  od  najmłodszych  lat  nie  miał  Domu.  Walka  z  Ojcem  o  Miasto  była  ostatnią  szansą 

starzejącego się, steranego Ŝyciem człowieka. Jonat Ŝałował teraz, Ŝe tak głęboko spenetrował to miejsce. Nie 

było  czasu  na  rozwaŜania  etyczno-moralne,  lak  zwykle  zresztą.  Ciśnienie  faktów  pchało  do  rozwiązań 

dyktowanych  prostą  walką  o  byt.  Zastanowienie  przychodziło  później,  lecz  znów  nie  zmieniało  w  niczym 

dalszych  działań.  Jonat  pośpiesznie  przepisał  do  swojej  świadomości  poczucie  winy  Olsena,  jego  ból  i 

wyrzuty sumienia. Następnie znowu " osłonił się podwójną gardą i przygotował do ostatecznej rozgrywki.  

Rozpoczął  bezładną  wymianę  ciosów,  w  którą  stary  mistrz,  nie  podejrzewający  pułapki,  dał  się  bez 

trudu  wciągnąć.  Gdy  przerwali,  zmęczeni,  Jonat  skupił  się  aŜ  do  bólu,  wskoczył  błyskawicznie  do  ogniska 

niecki geologicznej, tej samej, którą wykorzystywał uprzednio, i wypuścił skoncentrowaną wiązkę. Zawarł w 

niej cały Ŝal, ból i świadomość popełnionego okrucieństwa, cały dokonany przed chwilą wypis z zakamarków 

mózgu Olsem. Wiązkę wzmocnił na tyle, na ile potrafił. Wyrzuty sumienia mogą męczyć, lecz wzmocnione 

stukrotnie  poczucie  winy  -  moŜe  zabić.  Mózg  Olsena  próbował  się  bronić,  stawiać  jakąś  zaporę,  wypuścić 

kontrę, tak jak ranne zwierzę usiłuje niezdarnie uciekać, cięŜko potykając się i kąsając powietrze, aŜ zwali się 

bezwładnie na ziemię. Był zwycięŜony.  

Droga do Miasta dla Ojca, całej rodziny i dla niego stała otworem, lecz Jonat w pełni czuł gorycz tego 

zwycięstwa.  PołoŜył  się  na  fragmencie  muru,  otaczającego  niegdyś  Miasto.  Przyroda  wokół  budziła  się  z 

nocnego  odpoczynku  w  Ŝyciodajnych  promieniach  słońca.  Poczuł  ciepłą  falę  radosnego  podniecenia  kilku 

dziewcząt,  biegnących  brzegiem  strumienia.  Młode  pędy  roślin  stroiły  się  w  delikatne  korony  fal 

wzrostowych,  Ŝycie  zdawało  się  cieszyć  samym  faktem  swojego  istnienia.  ,  Jonat  biernie  rejestrował 

zachodzące wokół zjawiska.  

Stał się ślepy na barwy zdarzeń, jego mózg maskował wszelkie emocje i wzruszenia. Postarzał się o 

wiele lat w ciągu tej nocy.  

Białą, pylistą drogą, cięŜko stawiając kroki, odchodził stary, pokonany człowiek. Tak jakby to mogło 

pomóc, Jonat uścisnął mu dłoń. 

background image

Andrzej Zimniak 

”Thor” 

 

Opowieść  ta  zaczyna  się  w  bardzo  dawnych  czasach,  kiedy  jeszcze  Ziemię  przemierzali  wzdłuŜ  i 

wszerz Kosmici na swoich ognistych rydwanach. Wśród białych, kruchych wzgórz była zielona i pełna słońca 

dolina, a w niej, w chacie z ciosanych kamiennych bloków, mieszkał jasnowłosy młodzieniec imieniem Thor. 

W podobnych chatach wokół mieszkali inni ludzie, męŜczyźni, kobiety, dzieci i starcy. Thor siedział właśnie 

przed progiem i zastanawiał się, którą dziewczynę wziąć sobie za Ŝonę: jasnowłosą Ene, którą znał, od kiedy 

sięgał  pamięcią,  czy  ciemną  i  smagłą  Nom  aŜ  z  przeciwległego  krańca  wioski,  kiedy  przed  jego  domem 

zatrzymał  się  ognisty  rydwan,  a  z  niego  wysiedli  ogromni  Kosmici.  Thor  nie  zdziwił  się  ani  nie  przejął, 

poniewaŜ  było  to  zdarzenie  zwykłe  i  częste  w  owych  czasach;  wstał  tylko  i  podszedł  do  rydwanu,  pytając 

Kosmitów, czego im trzeba, albowiem brali oni często wodę od mieszkańców wioski i wlewali ją do dzioba 

ognistego  ptaka.  Lecz  Kosmici  nie  potrzebowali  niczego;  usiedli  z  nim  na  kamiennym  progu  jego  domu  i 

pytali go, czy naprawdę chce Ene lub Nom za Ŝonę. Odpowiedział zdziwiony, bo cóŜ Kosmitów obchodzą tak 

małe sprawy jego, Thora?, Ŝe właśnie zastanawia się, bo pora juŜ wstąpić w stadło małŜeńskie. Wtedy oni mu 

rzekli,  Ŝeby  wsłuchał  się  w  te  kobiety,  czy  lubi  ich  muzykę,  czy  teŜ  ich  granie  go  razi  i  czy  owe  głosy 

nastrajają  go  dobrze  do  pracy,  którą  zamierza  w  przyszłości  wykonywać.  Dziwił  się  Thor  wielce  ich 

niezrozumiałym  radom,  gdyŜ  nieraz  juŜ  przykładał  głowę  do  niewieściego  łona,  lecz  słyszał  naonczas  tylko 

bicie  serca.  Wtedy  Kosmici  zasmucili  się,  Ŝe  ludzie  Ŝyjąc  ze  sobą  tak  niewiele  o  sobie  nawzajem  wiedzą,  i 

nauczyli  go  wsłuchiwać  się  w  muzykę  ludzkiej  duszy.  Bo  kaŜdy  człowiek  i  wszystko,  co  Ŝyje,  gra  swoją 

najpiękniejszą  muzykę,  na  jaką  moŜe  się  zdobyć;  Kosmici  słyszą  te  dźwięki  i  u  ludzi,  lecz  nie  mogą  ich 

zrozumieć,  ale  ludzie  powinni  rozumieć  siebie  nawzajem.  Ucząc  go  przykazali  więc,  aby  nauczył  i  innych, 

lecz  Thorowi  nie  udało  się  to  nigdy.  MoŜe  nie  potrafił  tyle,  a  moŜe  ludzie  pozostali  głusi,  bo  nigdy  nie 

wierzyli w jego nauki?  

Tak  więc tego  wieczora Kosmici  nauczyli Thora  słyszeć  muzykę  duszy,  Najpierw  usłyszał  dziwne  i 

niezrozumiałe melodie swoich nauczycieli, a potem cały chór głosów z wioski, co dało razem wielką, rzewną 

muzykę, wśród której narodził się, wzniósł, pracował i kochał. Kosmici dosiedli swojego rydwanu i ulecieli w 

jasne niebo, Thor zaś został na progu swojej chaty, upojony otaczającą go zewsząd ogromną melodią Ŝycia.  

JuŜ wkrótce udało mu się rozróŜnić wśród innych dźwięków muzykę Ene - była to powolna i smutna 

melodia,  od  której  ścisnęło  mu  się  serce.  Udał  się  więc  na  drugi  koniec  wioski  do  Nom,  lecz  po  drodze 

usłyszał muzykę tak cudną, Ŝe aŜ przystanął; dźwięki lekkie jak pocałunek porannego wiatru pieściły go niby 

najczulsza  kochanka.  Poszedł  za  tym  czarownym  głosem  i  znalazł  dziewczynę  imieniem  Noa  o  jasnych, 

wilgotnych  oczach;  to  ją  wziął  sobie  za  Ŝonę.  Thor  był  szczęśliwy  jak  nigdy  dotąd.  Dom  jego  wypełniała 

piękna  muzyka,  choć  swojej  Ŝony  nigdy  nie  nauczył  słyszeć  melodii  dusz.  Ranek  upływał  mu  na  pracy, 

popołudnie na wypoczynku, wieczór na miłości. Jako człowiek dobry i pogodny, miał wielu przyjaciół, toteŜ 

w  wesołej  kompanii  często  siadywał  w  cieniu  wielkich  morw  i  raczył  się  dzbanem  wina.  Wsłuchiwał  się 

wtedy w Harmonijną melodię, którą razem tworzyli, i czuł, jak wsącza ona na powrót siłę w jego zmęczone, 

starzejące się członki. I było mu dobrze.  

background image

Noa  powiła  mu  synka,  który  kwilił  cieniutko  i  grał  tak  słodko,  Ŝe  Thor  nie  mógł  ukryć  wzruszenia. 

Tulił go do piersi i powtarzał sobie, Ŝe przynajmniej jego musi nauczyć słyszeć. Ale Thor, syn Thora, słyszał i 

rozumiał  muzykę  dusz  od  początku,  bez  jego  nauk.  Więcej  -  czuł  muzykę  ludzi,  ptaków  i  drzew  lepiej  niŜ 

ojciec.  Najpiękniejszy  dla  młodego  Thora  był  śpiew  wysokich  traw  nad  jeziorem,a  grzmiące  granie  starych 

drzew dawało mu tyle siły, Ŝe pokonywał wtedy w zapasach kaŜdego chłopca z wioski. Czuł jednak, Ŝe gdzie 

indziej  moŜe  usłyszeć  inną,  piękniejszą  muzykę,  więc  po  śmierci  ojca  wziął  matkę  i  ruszyli  poprzez  białe, 

kruche wzgórza, aby znaleźć swoje miejsce.  

W drodze odwiedzili wiele wiosek o smutnych, radosnych, spokojnych lub hałaśliwych melodiach ich 

mieszkańców  i  wiele  miast,  w  których  potęŜny  chór  tysięcy  istnień  sięgał  niebios.  Thor  uparcie  szukał 

miejsca,  gdzie  byłby  szczęśliwy,  lecz  zawsze  wydawało  mu  się,  Ŝe  muzyka  następnej  osady  będzie 

piękniejsza. Zgodnie z wolą ojca próbował takŜe nauczać ludzi, ale ci tylko wzruszali ramionami; pozostawali 

głusi i pełni zacietrzewienia. Gdy dobierali się według wspólnych upodobań, moŜliwości, zasobności - mówił 

im, Ŝe to niewaŜne, Ŝeby wsłuchali się w siebie nawzajem; wtedy wyśmiewali go.  

Kiedy  gdzieś  w  pyle  drogi  ucichła  piękna i  ostatnio coraz  smutniejsza  muzyka  matki,  Thor  zapłakał 

gorzko.  Zaprzestał  swojej  wędrówki,  wziął  za  Ŝonę  kobietę,  której  melodia  przypominała  tęskny  głos 

skrzypiec,  i  zbudował  jasny,  przestronny  dom  nad  rzeką.  Przy  cichej  i  powaŜnej  grze  okolicznych  wiosek  i 

miasteczek o domach z czerwonej cegły i strzelistych wieŜach kościołów, przeŜywał pogodnie swoje dojrzałe 

lata i wychowywał syna o imieniu Thor. Chłopiec jeszcze bardziej niŜ ojciec wczuwał się w muzykę Ŝycia i to 

stanowiło  o  jego  sile  i  słabości.  Gdy  gra  wokół  była  przyjazna  i  Ŝyczliwa,  okazywał  się  tytanem,  jeśli  zaś 

brzmiała  jak  zgrzytliwa  negacja,  malał  i  kurczył  się  niby  przestraszone  zwierzę.  Lecz  Thor  umiał  wyłowić 

spośród szumu miernego chóru te wspaniałe, czyste dźwięki prawdziwie uduchowionej muzyki, składające się 

na  potęŜną  symfonię  piękna  ludzkiej  duszy,  która  mówiła  o  miłości  i  oddaniu,  o  zrozumieniu,  wybaczaniu, 

pięknie i mądrości i była źródłem jego siły. Marzeniem Ŝycia Thora stało się połączenie takich pojedynczych 

melodii  w  jeden  potęŜny  chór,  Ŝeby  ludzie  mogli  kiedyś  usłyszeć  i  dostrzec  siebie  nawzajem,  wyjść  z 

rozszalałych techniką miejskich mrowisk, zrozumieć piękno swojej muzyki i czerpać z niej siłę. Lecz jak ich 

obudzić?  

Gdzieś  daleko  pośród  gwiazd  Thor  słyszał  daleką  muzykę  Kosmitów  tak  cichą  jak  drganie  skrzydeł 

motyla,  dziwne  i  niepokojące  granie  innego  Intelektu.  Czuł,  Ŝe  tam  moŜe  znaleźć  odpowiedź.  Kiedyś 

objawienie przyszło spomiędzy obcych słońc, więc i teraz resztę tajemnicy trzeba wydrzeć niebu.  

Thor  czuł,  Ŝe  moŜe  sięgnąć  gwiazd.  Szukał  muzyki  dostatecznie  potęŜnej,  która  dałaby  mu  moc. 

Szukał ludzi, wśród których byłby tak szczęśliwy, aby wesprzeć się o niebo. Szedł z miasta do miasta; z kraju 

do kraju z pogodnym czołem, albowiem wierzył, Ŝe tacy ludzie są na jego drodze. 

background image

Andrzej Zimniak 

Konstrukcja 

 

Krys niecierpliwie przeszukiwał swój sektor, ale wszędzie napotykał tylko puste, bezpłodne globy. Na 

jednym  zauwaŜył  pierwiastki  o  wielkich  cięŜarach  atomowych,  lecz  i  te  moŜna  było  juŜ  wytwarzać  w 

dowolnych ilościach, minął więc planetę w pełnym pędzie. CzyŜby w całym sektorze, a moŜe i w tej części 

Galaktyki, nie występowały Ŝadne bogactwa naturalne?  

Nie  było  jednak  aŜ  tak  źle.  Pod  koniec  swojej  misji  Krys  natrafił  wreszcie  na  średniej  wielkości 

gwiazdę z kilkunastoma planetami, spośród których druga, trzecia i czwarta okazały się ciekawe. Było na nich 

coś, co mogło przydać się Krystalitom.  

Zaraz po wstępnej analizie okazało się, Ŝe tylko trzecia planeta posiada bogactwa naturalne, nadające 

się  do  eksploatacji.  Krys  nie  mógł  powstrzymać  się  i  po  przelaniu  swojej  świadomości  w  kilka 

monokrystalicznych meteorów platynowo - tytanowych opuścił się w nich na powierzchnię globu. Na widok 

bogactw wokoło aŜ zaparło mu grawitacyjne pulsacje. Przemykając poprzez rzadkie granity i bazalty oglądał 

dorodne  korzenie  roślin  i  stąpające  po  głazach  zwierzęta.  Wreszcie  wygodną  Ŝyłą  miki  wydostał  się  na 

wzniesienie,  po  którym  w  śmiesznych  nieregularnych  podrygach  posuwała  się  gromada  pokracznych 

stworzeń,  poruszających  się  za  pomocą  dwóch  spośród  czterech  posiadanych  odnóŜy.  ChociaŜ  był  znawcą 

róŜnych  formacji  zasobów  naturalnych,  okazów  o  takiej  symetrii  i  prawidłowościach  budowy  jeszcze  nie 

widział.  Dokonał  więc  wstępnych  pomiarów  ich  parametrów  i  stwierdził  z  rosnącym  zadowoleniem  średni 

poziom  inteligencji,  krótki  cykl  rozwojowy,  trwałość  w  dosyć  wąskich  granicach,  lecz  niezłą 

przystosowalność, a takŜe duŜą podatność. Trochę zaniepokoił go stosunkowo wysoki współczynnik histerezy 

anarchicznej,  ale  i  tak  jakość  złoŜa  przeszła  najśmielsze  oczekiwania!  Taki  surowiec  naleŜy  odpowiednio 

wykorzystać.  

Stado  rozproszyło  się  w  panicznym  strachu,  gdy  kamienny  wierzchołek  wzgórza,  wokół  którego 

Ŝ

erowało, rozjarzył się czerwonym blaskiem. Tylko jeden osobnik nie zdąŜył przylgnął do świecącej skały i, 

wyjąc  zachryple,  próbował  wyrwać  się  z  kleszczy  nieznanej  i  groźnej  siły,  która  przygwaŜdŜała  go  do 

kamieni.  

Jednak  po  chwili  ucisk  zelŜał,  czerwień  skał  stopniowo  przygasła,  a  małpolud  pognał  na  swoich 

krótkich  nogach  za  znikającym  juŜ  w  buszu  stadem.  Niebawem  trwoŜne  pochrapywania  zwierząt  ucichły  i 

tylko wiatr hulał nad pustym wzniesieniem.  

Krys pomknął Ŝyłą miki z powrotem do swoich meteorów i juŜ po chwili mógł z rozkoszą rozpłynąć 

się  po  wszystkich  regularnościach  macierzystej  sondy.  Odpoczywając,  nie  zaprzestał  intensywnej  analizy 

dokładnych juŜ danych.  

Z  odkrytego  właśnie  złoŜa  dało  się  zrobić  prawie  wszystko.  Kierując  się  interesem  Krystalitów  i 

własnym  doświadczeniem,  podjął  decyzję.  On,  Krys,  skonstruuje  z  zasobów  złota  tej  planety  ogromną 

Maszynę,  która  będzie  rozwiązywała  problemy  techniczne  jego  cywilizacji,  problemy  nastręczające  zawsze 

najwięcej  kłopotów.  Umieścić  funkcje  analityczne  i wykonawcze  w  jednym  urządzeniu!  Korzyści  z  obecnej 

misji mogłyby wówczas okazać się wprost niewymierne.  

background image

NaleŜało teraz postępować ostroŜnie, aby nie uszkodzić lub nie zniszczyć cennego złoŜa. Krys długo 

opracowywał  wszelkie  moŜliwe  warianty  planu  działania,  aŜ  wreszcie  przystąpił  do  realizacji  Wielkiej 

Konstrukcji.  Najpierw,  jak  zwykle,  dokonał  wstępnej  modyfikacji  złoŜa.  Surowiec  był  podatny  i  naleŜało 

ingerować  niezwykle  delikatnie,  poniewaŜ  w  przypadku  przesterowania  równowaga  układu  mogłaby  zostać 

zakłócona, a wtedy poprawkom nie byłoby końca. Krys uznał, Ŝe najłatwiej operować ośrodkiem kodującym 

cechy  osobnicze  z  pokolenia  na  pokolenie,  i  poprzez  ten  układ  poprawił  nieco  materiał:  wzmógł  symetrię, 

zmniejszył  emocjonalność,  zwiększył  logiczność  działania  oraz  przestroił  mózg  tak,  aby  moŜliwe  było 

ostateczne  scalenie  Konstrukcji.  Po  wykonaniu  tej  trudnej  pracy,  mającej  kluczowe  znaczenie  dla  całego 

przedsięwzięcia,  pozostawało  tylko  umiejętne  stymulowanie  inkubacji  złoŜa,  czuwanie  nad  jego 

dojrzewaniem. CóŜ za wspaniałe uczucie tak płynąć nad globem pulsującym wzrastającą Konstrukcją!  

Gobina  zawsze  zastanawiał  problem,  skąd  biorą  się  geniusze.  Przebywał  od  dawna  w  środowisku 

naukowym, pracował w uczelni o świetnej renomie, ale nawet wśród laureatów Nagrody Nobla nie dostrzegł 

tych umysłów, które wnoszą wartości przełomowe i decydujące. Owszem, mrówczą pracą tworzyli oni nowe 

obrazki z juŜ istniejących fragmentów, a później szeregi następców wybierały znów dogodne dla siebie cząstki 

z  ich  własnych  prac.  Znawcy  techniki,  opierając  się  na  symptomach  awarii,  umieli  bezbłędnie  wymienić 

uszkodzony  panel  w  maszynie,  lecz  kto  wymyślił  i  zbudował  całe  urządzenie?  Kto  podawał  ogólne  teorie? 

Gobin nie widział wokół siebie takich ludzi.  

Kiedyś  Ben,  jego  bliski  współpracownik,  z  którym  od  dawna  próbował  rozwiązać  pewien  złoŜony 

problem,  wpadł  radosny  do  pracowni.  Mam!  -  krzyczał  juŜ  od  drzwi.  Gdy  przedstawił  swoje  rozwiązanie, 

Gobin  był  zaszokowany.  Projekt  okazał  się  wprost  genialny,  tak  pięknie,  dogłębnie  i  elegancko  ujmował 

zagadnienie.  Ben  rozwaŜał  problem  od  dawna,  lecz  rozwiązanie  przyszło  mu  do  głowy  właśnie  dzisiaj, 

podczas wypoczynku w parku, kiedy wpatrywał się dość bezmyślnie w brudną powierzchnię stawu.  

Wyznał później, Ŝe było to jak... olśnienie.  

Co to jest olśnienie?  

Od momentu rozpoczęcia budowy Krys wysyłał na powierzchnię planety wiele sond kontrolujących, 

najczęściej  w  postaci  meteorów  jednorazowego  uŜytku.  Dostarczały  one  informacji,  ale  spełniały  równieŜ 

daleko  waŜniejsze  zadanie:  niosły  zaczyn  postępu.  Był  to  głównie  postęp  techniczny,  albowiem  w  tym 

kierunku,  zgodnie  ze  swoim  wstępnym  załoŜeniem,  Krys  zaprogramował  ewolucję  złoŜa.  KaŜdy  meteor 

inicjujący pobudzał tylko jednego osobnika w ściśle określony i specyficzny sposób, i tak rodzili się geniusze, 

powstawały odkrywcze idee i pomysły. Pozostała masa złoŜa uczyła się i rozwijała za sprawą tych punktów 

zarodnikowych.  

Krys zachował bezpieczną szybkość w dawkowaniu informacji technicznej i w prowadzeniu procesu 

dojrzewania  złoŜa,  choć  często  osiągał  górny  jej  pułap,  śrubując  tempo  rozwoju  technologicznego  do 

ostatecznych  granic.  Spieszył  się,  lecz  musiał  balansować  pomiędzy  naglącymi  potrzebami  cywilizacji 

Krystalitów a wymogami bezpieczeństwa budowy. Wiedział dobrze, Ŝe pochopne, oszczędnościowe skrócenie 

cyklu  o  sto  lub  dwieście  tutejszych  obiegów  wokółsłonecznych  mogło  pociągnąć  za  sobą  nieodwracalną 

destrukcję  złoŜa.  Początkowo,  przy  wstępnej  modyfikacji  surowca,  Krys  pominął  stosunkowo  niewielką 

agresywność osobniczą; teraz Ŝałował, Ŝe nie zlikwidował tej cechy, tak rzadko występującej wśród bogactw 

naturalnych.  Po  uzyskaniu  supremacji  wobec  otoczenia  złoŜe  rozpoczęło  wyniszczanie  wewnętrzne.  Zbyt 

background image

późno  juŜ  było  na  poprawki  w  kodzie  rozwojowym,  Krys  skierował  więc  ów  destrukcyjny  popęd  do 

rozładowania w rywalizacji. Jednak to nie wystarczyło, i konstruktor zdecydował się na ryzykowne posunięcie 

:  dostarczył  złoŜu  środków  do  samounicestwienia  i  wytworzył  względny  spokój,  oparty  na  strachu  przed 

zagładą.  

Krys  obawiał  się  niepowodzenia.  Nie  wiedział,  na  jak  długo  śmiertelna  broń  powstrzyma 

samoniszczące  tendencje w  fermencie  białkowym.  Zgodnie  z  pierwotnym  załoŜeniem  konstrukcyjnym  złoŜe 

uległo  stopniowej  integracji,  dąŜąc  powoli  ku  ostatecznemu  scaleniu;  rola  jednostek  malała  i  coraz  bardziej 

ograniczała  się  do  funkcji  słuŜebnych  wobec  całkowitej  masy  surowca.  Ten  wyraźny  trend  rozwojowy 

zakłócały  jednakŜe  zjawiska  konglomeracji  lokalnej  powstawały  skupiska  jednostek  podstawowych, 

prowadzące działalność bez stymulacji Krysa i wymykające się spod kontroli. ZbliŜał się więc typowy na tego 

rodzaju  budowach  moment  przesilenia  i  substancji  groził  rozwój  w  niewiadomym  kierunku,  proces 

dojrzewania  niesterowanego,  co  mogło  obniŜyć  jej  przydatność.  Z  tych  powodów,  choć  inkubacja  wciąŜ 

przynosiła  dobre  efekty  i  zwiększała  przyszłe  moŜliwości  Maszyny,  Krys  zdecydował  się  juŜ  teraz  na 

zespolenie Konstrukcji.  

Do  operacji  przygotował  się  starannie,  wszak  miała  ona  wieńczyć  jego  długą  i  niełatwą  pracę.  I 

nadeszła  chwila,  kiedy  spokojne  niebo  nad  ludnymi  mrowiskami  miast,  cichymi  obejściami  wiejskimi, 

zielonymi górami i bezkresnymi równinami przeciął oślepiający grad tysięcy, milionów meteorów, i odbił się 

przeraŜającym  ogniem  w  wodach  oceanów,  w  lustrzanych  taflach  jezior  i  w  oczach  strwoŜonych  ludzi.  A 

kaŜdy z tych błysków ponaglał.  

Sharon  pisała.  Mała  lampka  oświetlała  tylko  część  powierzchni  stolika  i  kilka  kartek,  reszta  pokoju 

tonęła  w  mroku.  Skończyła  wiersz,  który  był  jakby  nie  jej  w  strofach  pulsował  ledwie  wyczuwalny,  lecz 

głuchy niepokój.  

MoŜe  zbliŜa  się  nie  zapowiedziana  burza?  -  pomyślała.  Lecz  niebo  za  oknem  przeszklonego 

apartamentu było pełne gwiazd i nic nie wróŜyło gwałtownych zmian pogody. Daleko w dole, pół kilometra 

poniŜej jej poziomu mieszkalnego, jaśniała jak okiem sięgnąć feeria barwnych świateł miejskich. Lecz zamiast 

doznać  ukojenia  odczuła  ponowny,  gwałtowny  przypływ  przenikliwego  niepokoju.  Pragnęła  natychmiast 

uciekać lub schować się, choćby w kąt pokoju. JednakŜe i tam dosięgły ją oślepiające błyski, których dzikie 

kaskady  rozszalały  się  na  spokojnym  przed  chwilą  niebie.  Mózg  zalała  fala  chłodu,  wciekającego  niby 

lodowaty płyn w najdrobniejsze przewody i kanaliki, napełniającego głowę przejmującym, zimnym parciem. 

Ciśnienie wzrastało, ból potęŜniał, rozsadzał czaszkę. Sharon w konwulsjach wiła się po podłodze. Lecz wtem 

jakieś niedroŜne dotychczas kanały puściły, lodowaty płyn uszedł gdzieś natychmiast, mózg stał się czysty, a 

myśl jasna i spokojna.  

Kobieta  wstała  powoli  i  wyprostowała  się.  Szeroko  rozwarte  oczy  patrzyły,  lecz  nie  widziały  ani 

pokoju,  ani  niepotrzebnych  juŜ  ksiąŜek,  ani  nawet  płaskiego  nieba  z  rozsypanym  piaskiem  gwiazd.  Lecz 

widziały  całą  Ziemię,  obce  gwiazdy  i  planety.  Ta  drobna  istota  czuła  jasną,  potęŜną  jedność.  Nie  było  juŜ 

Sharon.  Kobieta  stojąca  z  wyciągniętymi  w  górę  rękoma  była  wszystkim,  bo  ludzkością,  i  niczym,  bo  jej 

zniknięcie nie miałoby Ŝadnego znaczenia. Stanowiła obdarzony co prawda wspaniałą świadomością istnienia, 

ale tylko pojedynczy neuron potęŜnego nadmózgu, nowego wcielenia człowieka.  

background image

Krys  poczuł  liźnięcie  gorąca  -  postawił  ekran  zaporowy.  WciąŜ  nie  kontrolował  Maszyny,  nie 

rozumiał, co się stało. Wysłał zwiadowców.  

Próba nie powiodła się. Elementy  złoŜa zespoliły się w nadrzędny  mózg, Maszyna powstała, ale nie 

słuchała jego, Krysa! śyła własnym Ŝyciem swojego nowego, potęŜnego intelektu, znajdowała się na początku 

drogi w innym wymiarze istnienia.  

Krys  rozpłynął  się  wygodnie  po  swojej  sondzie  i  naprędce  dokonał  analizy.  NaleŜało  niezwłocznie 

usunąć usterki i zakończyć budowę, oczekiwano bowiem niecierpliwie na włączenie Maszyny do eksploatacji. 

Krys podwyŜszył nieco swój poziom świadomości, lecz nie bardziej, niŜ to było konieczne; znów górował nad 

złoŜem  w  takim  samym  stopniu  jak  przy  rozpoczynaniu  budowy,  czyli  róŜnica  była  optymalna.  Sprawnie 

wziął się do reperacji, a krystaliczny szept niósł w przestrzeń wesołą nowinę.  

background image

Andrzej Zimniak 

Kuracja 

 

Tego  dnia  wszystko  wydawało  się  inne,  nawet  w  powietrzu  unosiła  się  nieuchwytna  mgiełka 

odmienności.  Szedłem  polną  ścieŜką  wśród  bujnych  traw,  a  nad  łąką  w  ciepłym  słonecznym  powietrzu 

czerwcowego popołudnia polatywały waŜki. Lecz zapach pól był jakiś dziwny, jakby to śmieszne, ale wtedy 

tak  naprawdę  mi  się  wydawało  świeŜo  skoszoną  trawę  na  dalekich  pagórkach  posypano  cynamonem; 

opalizujące  w  słońcu  szkliste  skrzydła  waŜek  rzucały  zbyt  barwne,  o  ton  za  ostre  refleksy,  a  nawet  głosy 

bawiących  się  nad  rzeką  dzieci  brzmiały  piskliwie  i  zdawały  się  wprowadzać  moją  czaszkę  w  wibrację. 

Powtarzałem sobie stanowczo, Ŝe coś jest nie w porządku - ale co? Próbowałem skupić się na tym problemie, 

ale  myśli  wciąŜ  rozbiegały  się  chaotycznie,  uchodząc  spod  kontroli  jak  zgraja  rozfiglowanych  urwisów. 

Chwilami miałem wraŜenie, Ŝe moje zmysły przesunęły się o jakąś jednostkę na skali odczuwania, powodując 

zmiany  w  percepcji  zjawisk.  A  moŜe  to  świat  wokół  uległ  przemianie,  dąŜąc  nieuchronnie  ku  swojemu 

przeznaczeniu?  

Przyspieszyłem kroku, starając się odpędzać niechciane refleksje. ŚcieŜka wiła się wzdłuŜ strumienia 

wśród  młodych  drzew,  co  chwila  musiałem  więc  schylać  głowę,  aby  prześliznąć  się  pod  zwisającymi 

gałęziami.  I  chociaŜ  wszystkie  szczegóły  drogi  znałem  na  pamięć,  przy  kaŜdym  pochyleniu  dostrzegałem 

jasnozielone,  nienaturalnie  jaskrawe  pędy  traw,  wyglądające  spod  wielkich  kęp  zielska.  Zaczęło  się  to 

wszystko  dzisiaj  w  szkole,  a  być  moŜe  juŜ  znacznie  wcześniej,  tylko  z  powodu  nikłości  symptomów  nie 

zwróciłem  uwagi  na  zmiany.  Tak,  dzisiaj  po  raz  pierwszy  dzieci  zaczęły  mnie  denerwować.  Ich  głosy 

piskliwym  dyszkantem  wdzierały  się  pod  czaszkę,  rozbiegana  ruchliwość  tych  Bogu  ducha  winnych  istot 

wyprowadzała mnie z równowagi. Byłem surowy, lecz w porę zdołałem powściągnąć rozdraŜnienie. Co działo 

się ze mną?  

Prawie biegiem dotarłem do domu. Tam wreszcie odpocznę. śona kończyła przygotowywanie obiadu. 

Sądząc po gwałtowności, z jaką wybierała talerze i sztućce, nie była w najlepszym humorze.  

-  Jak  spędziłaś  dzień?  -  spytałem;  błądząc  jeszcze  myślami  po  ogromnej  niecce  rozgrzanych  łąk, 

pełnych dziwnego niepokoju.  

- A jak mogłam go spędzić - jej głos sprawiał wraŜenie spokojnego, lecz nasycony był wyczuwalnym 

zgorzknieniem,  a  agresywność  odpowiedzi  wynikała  z  obwiniania  o  ten  stan  rzeczy  mnie,  innych  ludzi, 

zwierząt i całego świata w ogóle. Przyglądałem się jej chudym nogom i zbyt szczupłej figurze, wspominając 

czasy  sprzed  dziesięciu  lat,  kiedy  to  ten  sam  widok  (Ŝona  nie  zmieniła  się  wiele)  wzbudzał  we  mnie 

uwielbienie  i  radosne  poŜądanie.  Niestety,  czas  uczynił  z  nas  dwoje  innych  ludzi.  Porozumienie  utrudniała 

twarda opoka niewraŜliwości, potrzebne nam były coraz silniejsze bodźce, aby odczuwać cokolwiek.  

- Dom, dom i jeszcze raz dom, oto cały mój świat kontynuowała w tym samym tonie. Dyskusja byłaby 

bezsensowna, albowiem  niepogodzona  kobieta  miała na  swój sposób  rację,  a jednocześnie  nie  miała jej,  tak 

jak kaŜdy z nas, uskarŜający się na przypisanie do swojego losu.  

Do kuchni wpadła jak bomba nasza córka, złotowłosy urwis o chabrowych oczach.  

- Mamusiu, ona parzy!  

background image

- Miałaś narwać marchwi na obiad - głos Ŝony tajał niby wiosenny śnieg.  

- No właśnie, tak, o tym przecieŜ mówię ! - piszczała dziewczynka. - O, zobacz, jak parzy!  

- Chodź, obejrzymy tę marchew - wziąłem małą za rękę. - Pewnie dotknęłaś pokrzywy. Pomogę ci.  

Wyszliśmy  do  ogródka,  w  którym  kwietne  rabatki  przeplatały  się  z  zagonami  warzywnymi.  Znów 

poczułem  niepokój,  rozbiegający  się  po  piersi  delikatną  siatką  draŜniących  impulsów.  Te  kwiaty  miały 

nienaturalne barwy, jak na jakimś kiczowatym obrazie lub w liliowym zmierzchu pogodnego dnia. A moŜe... 

moŜe  to  nie  zmiany  w  moim  sposobie  odbioru  stanowią  przyczynę?  MoŜe  coś  dzieje  się  wokół,  na  co  ja 

reaguję zmysłem wzroku, zaś moja córka - zmysłem dotyku?  

Skierowaliśmy  się  ku  grządce.  Marchew  rosła  równymi  rzędami,  nie  dostrzegłem  tam  ani  pokrzyw, 

ani Ŝadnych innych roślin.  

- To cię oparzyło?  

-  Tak,  tak,  tatusiu,  właśnie  to!  Ja  boję  się  tej  marchwi  !  Wyrwałem  rośliny,  otrzepałem  starannie  z 

ziemi  i  wróciłem  do  domu.  Wzbierała  we  mnie  złość.  Ciąg  nieistotnych  zbiegów  okoliczności,  bzdurnych 

skojarzeń  i  wytworów  wyobraźni  byłem  skłonny  wziąć  za  tajemniczą  prawidłowość,  a  nieznane  zjawiska. 

Bardziej  racjonalnych  wytłumaczeń  moŜna  by  znaleźć  wiele  -  chociaŜby  proszek  nasenny  z  luminalem,  o 

którego zaŜyciu zdąŜyłem  od wczoraj zapomnieć. A marchew? Córka kiedyś skaleczyła się o zwykłą trawę, 

więc cóŜ dziwnego z marchwią?  

Po obiedzie miałem zamiar trochę poczytać, lecz przeszkodził mi hałas na dole. Dzieci, jedno nasze i 

dwójka  od  sąsiadów,  których  nigdy  nie  moŜna  było  ściągnąć  do  domu  przed  zmrokiem,  harcowały  w 

najlepsze  w  gościnnym  pokoju.  Dziś  nie  chciały  wyjść  i juŜ;  tutaj  czuły  się  świetnie,  ustawiając  piramidy  z 

krzeseł i właŜąc na kredens. Wrzeszczały przy tym wniebogłosy, a potem zanosiły się suchym kaszlem.  

Wyszedłem  na  taras.  Przed  szybą  drzwi  leŜały  setki  martwych  owadów,  moŜe  Ŝona  znowu  uŜyła 

ś

rodków  chemicznych,  a  moŜe...  Myśl,  błądząca  nie  kontrolowanymi  ścieŜkami  intuicji,  zgasła  nagle. 

CzyŜbym pogrąŜał się w stanach maniakalnych?  

Słońce  pogodnie  zachodziło  za  dalekie,  lesiste  wzgórza,  do  których  nigdy  nie  dotarłem,  choć 

wielekroć wyobraŜałem sobie ich kręte, cieniste ścieŜki i pełne światła polany. Chciałem tam iść, lecz zawsze 

coś  powstrzymywało  mnie  i  zmuszało  do  pozostania  w  bezpiecznym  domu.  MoŜe  przyczyną  była  zwykła 

ocięŜałość, typowa dla drugiej połowy Ŝycia, a moŜe lęk przed nieznanym, którego duch unosił si.ę w kaŜdym 

lesie? Lasy, łąki, strumienie, ta niwa Ŝycia, od której człowiek odgrodził się jednak ścianami z betonu i stali, 

lękając  się  zaczajonej  w  kaŜdych  zaroślach  groźby.  Ludzie  nie  mogą  obejść  się  bez  roślin,  uŜywają  ich  do 

wszystkiego: jako poŜywienia, jako karmy dla swoich zwierząt hodowlanych, jako budulca. Bezwzględna jest 

eksploatacja tego innego Ŝycia, lecz człowiek nie moŜe zastanawiać się nad alternatywą, bo jej po prostu nie 

ma. Czy huba drzewna mogłaby przenieść się pewnego dnia na kamień? Zastanawiałem się nieraz, dlaczego 

ludzie obawiają się przebywać w ostępach leśnych. Czy powoduje nimi jedynie lęk przed samotnością?  

Zszedłem  do  ogrodu,  stąpając  po  trawie  cięŜkiej  od  wieczornej  rosy.  Duszna  woń  kwiatów, 

pomieszana  z  wilgotnym  zapachem  gnijącego  zielska,  wypełniła  mi  krtań  i  płuca  draŜniącym  obłokiem. 

Zaniosłem  się  męczącym  kaszlem.  Dokuczliwy  atak  minął  dopiero  w  domu,  po  zaŜyciu  odpowiednich 

ś

rodków uśmierzających.  

background image

Tego  wieczora  długo  nie  mogłem  zasnąć,  oddychałem  z  wysiłkiem.  Słyszałem,  Ŝe  córka  równieŜ 

miała  ataki  suchego  kaszlu.  Uczulenie  na  pyłek  kwiatowy  -  rozwiązanie  uspokoiło  mnie,  lecz  sen  nadal  nie 

przychodził. Nasz pies wył przeraźliwie, inne odpowiadały mu z bliŜszej i dalszej okolicy. Wreszcie zapadłem 

w  niespokojną  drzemkę.  Widziałem  całe  stada  szczurów  maszerujące  drogą,  chmary  ptaków  odlatujące  z 

piskiem i ujadające na łańcuchach psy. W pewnym momencie wycie ustało i zapadłem w spokojniejszy sen. 

Nie  przeczuwałem  nawet,  Ŝe  wtedy  właśnie  nasz  poczciwy  pies  zastygł  w  śmiertelnym  skurczu  na  progu 

domu. A był to dopiero początek.  

Na  drugi  dzień  rano  w  podłym  nastroju  powlokłem  się  do  szkoły.  Słabą  kondycję  fizyczną  po  źle 

przespanej nocy pogarszały męczące ataki kaszlu. Nie zwracałem juŜ nawet uwagi na jaskrawozieloną trawę i 

bladozielone  niebo  czułem  wciąŜ  narastający  niepokój.  Coś  działo  się  wokół,  coś,  co  zagraŜało  nie  tylko 

zwierzętom - byłem o tym przekonany.  

Na  zajęcia  zgłosiło  się  zaledwie  kilkoro  dzieci,  a  i  te  wciąŜ  pochylały  blade,  zmęczone  twarze  w 

napadach uporczywego kaszlu. Odwołałem lekcje i wróciłem do domu, gdzie juŜ oczekiwał mnie doktor Hart. 

Z jego zachowania wynikało, Ŝe ma coś waŜnego do powiedzenia, więc udaliśmy się od razu do gabinetu na 

górze.  

-  Niech  pan  posłucha,  Glenn  -  stary  lekarz  nie  ukrywał  zdenerwowania  -  mamy  w  naszej  okolicy 

początki jakiejś powaŜnej epidemii. Objawy choroby są niezwykłe i prawie wszyscy odczuwają je podobnie, 

pan równieŜ - poczekał, aŜ przejdzie mi nagły atak kaszlu. - Nie wiem, czy dotarły juŜ do pana ostatnie wieści 

- zawiesił na chwilę głos w osiedlu padły niemal wszystkie psy, a teraz przyszła kolej na bydło.  

- Co na to szpital w mieście?  

-  Nic  -  odparł  -  są  zaskoczeni  w  równym  stopniu  co  my.  Ale  nie  przyszedłem  do  pana  na  plotki. 

Chciałbym  przedyskutować  pewne  dane.  OtóŜ  -  kontynuował  po  krótkiej  przerwie  -  prowadzę,  jak  papu 

wiadomo, badania w zakresie Ŝywienia. W efekcie, z laboratoryjno-technicznego punktu widzenia, sprowadza 

się to do podawania odpowiednio spreparowanych pokarmów kontrolnych grupom szczurów. Nie wdając się 

w  zbędne  szczegóły,  sprawa  wygląda  tak:  zwierzęta  Ŝywione  świeŜym  pokarmem  roślinnym  chorują  juŜ  od 

około  dziesięciu  dni,  podczas  gdy  podawanie  karmy  konserwowanej  nie  wywoływało  Ŝadnych  ubocznych 

efektów.  Na  początku  sądziłem,  Ŝe  to  jakaś  przypadkowa  infekcja,  ale  zapadło  na  nią  sto  procent  szczurów 

karmionych  róŜnymi  rodzajami  świeŜych  odŜywek!  Oto  objawy,  w  kolejności  występowania:  wzmoŜony 

zanik  pewnych  wyuczonych  odruchów,  podraŜnienie dróg  oddechowych,  następnie rodzaj  odurzenia,  coś  na 

kształt  stanu  narkotycznego,  cofającego  się  i  powracającego  w  coraz  silniejszych  atakach,  a  w  końcu 

rozprzęŜenie funkcji centralnego układu nerwowego, zwłaszcza  mózgu i rdzenia. Jako biolog wie pan, co to 

oznacza. Wie pan równieŜ, Ŝe szczury i ludzie reagują podobnie.  

-  To  nie  jest  lokalna  infekcja  -  przerwałem  lekarzowi.  Dziś  rano  miałem  telefon  od  ludzi 

zamieszkałych na przeciwległym krańcu kontynentu - u nich jest to samo. To samo i w tym samym czasie - 

czyli epidemia raczej wykluczona.  

- W kaŜdym razie czynnik przenoszony jest przez rośliny, i to od niedawna - podjął Hart.  

- Albo teŜ składniki, roślinne pobudzają coś innego, są aktywatorem lub poŜywką.  

- Więc co jest przyczyną? - pytanie miało charakter retoryczny, nie tylko bowiem  my dwaj, ale nikt 

nie znał na nie odpowiedzi.  

background image

Odprowadziłem  doktora  aŜ  do  furtki  alejką  wśród  wysokich  malw.  Ich  długie  łodygi  kołysały  się  w 

ostrych porywach wiatru i zdawały się wychylać w naszym kierunku. Chmury Ŝółtego kurzu z poboczy drogi 

rozwiewały  się  w  zielonkawym  powietrzu  wysoko  ponad  dachami  domów,  wśród  wierzchołków  smukłych 

topoli.  

Hart  wcisnął  mi  do  ręki  fiolkę.  -  Barbiturany  -  starał  się  przekrzyczeć  wicher  i  własny  kaszel.  -  To 

trochę łagodzi atald.  

Walcząc  z  zawieją  znikł  w  chmurze  pyłu,  usiłując  utrzymać  na  miejscu  kapelusz  i  obciągnąć  poły 

płaszcza.  

- Tato, szybko! - piskliwy, świdrujący w uszach głosik niósł się od ganku. Mała dziewczynka biegła 

alejką  wysypaną  róŜową  kruszoną  cegłą.  Jej  białe  włosy  powiewały  na  wietrze,  a  teraz  juŜ  zielone  oczy 

wyraŜały podniecenie. - Chodź do domu! Komunikat!  

ś

ona siedziała przy radiu, a z głośnika płynął nabrzmiały powagą głos spikera.  

"...zachować szczególną ostroŜność. ŚwieŜą Ŝywność naleŜy poddać gotowaniu w ciągu pięciu godzin, 

co  spowoduje  obniŜenie  zawartości  szkodliwych  substancji  do  dziesięciu  procent  stęŜenia  wyjściowego. 

NaleŜy unikać przebywania w pobliŜu większych skupisk roślin, jak lasy i łąki, poniewaŜ czynniki aktywne są 

lotne. Prosimy o zachowanie spokoju, lekarstwa i Ŝywność będą dostarczane w miarę moŜliwości. Następny 

komunikat nadamy za pół godziny."  

Patrzyliśmy na siebie. Oczy Ŝony były teraz szaroniebieskie, włosy popielate z przeświecającym jakby 

od wewnątrz sinym odcieniem fioletu. Wziąłem ją w ramiona - była znów jak dawniej, taka mała i bezbronna, 

trochę niecierpliwa, lecz pełna spokojnego ciepła.  

- Jak szkoda - mówiła mi w ramię, a jej głos wyraŜał bezmiar smutku. Jak szkoda.  

Gładziłem ją po zmierzwionych, niedawno jeszcze kruczoczarnych włosach i czułem ucisk w gardle. 

Widziałem  wszystkie  zmarnowane  lata,  bezcenny  czas  rozmieniony  na  drobne,  kiedy  to  pod  ogłupiającą 

narkozą  codzienności,  wygrywając  swoje  drobne  sprawy  bez  znaczenia,  straciliśmy  się  nawzajem  z  oczu. 

Pozwoliliśmy wyschnąć Ŝyciodajnemu strumieniowi - wymianie myśli i rozumieniu. Pojęliśmy to zbyt późno.  

Tej nocy miałem pierwszy atak. Po odurzeniu podobnym do upojenia alkoholowego przyszły omamy i 

halucynacje. Niebo zdawało się rozpadać, a na ziemię lały się kaskady barwnych ogni, Ŝar i przejmujący chłód 

na przemian. Pod koniec czułem, jak moje ciało sztywnieje w strasznych skurczach, jednakŜe były to tortury 

niemal bezbolesne. Chwilami zdawało mi się, Ŝe dusza wyszła z ciała i z zewnątrz przygląda się jego mękom.  

Nad  ranem,  zbity  i  zmaltretowany,  powlokłem  się  na  dół.  Po  nocy  pozostał  mi  lekki  ,paraliŜ  lewej 

połowy  twarzy.  Czułem,  Ŝe  nie  jestem  juŜ  taki  sam  jak  wczoraj.  Coś  we  mnie  pękło,  puściła  jakaś 

synchronizacja zmysłów i rozumu. Pojmowałem na tyle, aby to stwierdzić. Ale co będzie następnym razem? 

Otworzyłem jakąś puszkę i właśnie zabierałem się do jedzenia, gdy coś cięŜko uderzyło w drzwi wejściowe. 

MoŜe to jeszcze jedno przywidzenie? - pomyślałem. Spojrzałem jednak w głąb hallu i puszka wypadła mi z 

rąk.  W  małym,  wysoko  umieszczonym  okienku  w  drzwiach  frontowych  ukazał  się  przez  moment  ciemny, 

kudłaty  łeb i  wyłupiaste  ślepia,  po  czym  powtórnie rozległo  się  głuche uderzenie.  Zimny  dreszcz  połaskotał 

mnie po karku i spłynął na plecy. Za drzwiami zaległa cisza, pełna napiętego wyczekiwania. Tak, to wszystko 

zwidy  -  uśmiechnąłem  się  krzywo  do  kredowobladej  twarzy  o  wodnistych,  bezbarwnych  oczach  w  lustrze 

background image

naprzeciwko.  Z  nagłą  determinacją  przebiegłem  hall  i  jednym  szarpnięciem  rozwarłem  drzwi  na  ościeŜ.  Na 

progu leŜała sarna, nienaturalnie wygięta do tyłu w śmiertelnym skurczu.  

Wyszedłem białą alejką wśród białych malw w biały kurz drogi. Zataczałem się szeroko i potykałem 

raz po raz o nie istniejące przeszkody. W swoim wnętrzu byłem zimny jak wygaszony piec. Nie chciało mi się 

niczego, zewnętrzna pijacka beztroska nie zawierała nawet nikłego cienia smutku. Po róŜowym niebie pełzały 

jakieś barwne kręgi czy obręcze, ale nie zwracałem na nie Ŝadnej uwagi. Szedłem na chybił trafił, byle stawiać 

kroki,  nie  patrząc  ani  wokół,  ani  za  siebie.  Iść,  za  wszelką  cenę  iść,  posuwać  się  naprzód,  niosąc  donikąd 

wewnętrzną pustkę. Czy dawniej teŜ bywało podobnie? Umazany białym kurzem, na wpół zaślepiony, wśród 

przemykających drogą w szaleńczym galopie saren (tak, nasze lasy pełne były zwierzyny), kierowałem się do 

domu doktora Harta.  

Przed  gankiem  falował  ogród,  choć  wiatr  ledwie  muskał  wierzchołki  drzew,  drzew  tańczących  po 

róŜowym nieboskłonie i obwieszonych mięsistymi liśćmi o cielistej barwie. Dom zdawał się równieŜ poruszać 

- raz wyginał się, pęczniał, aby za moment ulec raptownemu kolapsowi, jakby  wysysano z niego zawartość. 

Gdy wchodziłem przez marmurową furtkę z polerowanej kredy, zdałem sobie sprawę, Ŝe złudzenie ruchu dają 

przebiegające  przez  przestrzeń  refleksy  lub  raczej  ciągłe  zmiany  barw  w  jakimś  obłędnym  kontinuum 

rozciągających  się  świateł.  Sądziłem,  Ŝe  to  wszystko  jest  we  mnie,  w  moim  wnętrzu,  ale  to  i  tak  nie  miało 

znaczenia.  

U  Harta  było  juŜ  kilka  osób.  Ich  stan,  podobny  do  mojego  lub  nawet  gorszy,  nie  zrobił  na  mnie 

Ŝ

adnego  wraŜenia.  Chyba  było  mi  dobrze  -  świat  wokół  falował,  wybrzuszał  się  i  kurczył,  ale  to  wszystko 

działo  się  gdzieś  obok,  nie  dotyczyło  przecieŜ  mojej  osoby.  Jakiś  grubas  pod  oknem  (chyba  go  znałem) 

prowadził bełkotliwy monolog:  

- Wyrzucę z domu wszystkie doniczki! Co do jednej.  

A w, ogóle to przechodzę na mięso. Tym sposobem uchronię się przed moŜe przyjemnymi, lecz mało 

zabawnymi przypadłościami.  

-  Moi  drodzy!  -  Hart  upił  nieco  białego  płynu  (kiedyś  to  mogło  być  czerwone  wino)  z  wysokiej 

szklanki. - Sądzę, Ŝe to wszystko niedługo się skończy - mówił z trudem.  

"Dobrze zalany" - pomyślałem nie bez złośliwej uciechy. - Wiedziałem - twarz grubasa rozpromienił 

uśmiech.  

-  Nie  wiem  tylko,  czy  prędzej  zginiemy,  czy  dostaniemy  kompletnego  fioła.  Jedynym  pocieszeniem 

jest fakt, Ŝe będzie to "zejście w stanie upojenia" - zaśmiał się chrapliwie. Cokolwiek lub ktokolwiek zmusza 

nas do tego kroku, robi to w sposób humanitarny. Czyli wczuwa się w człowieka!  

To wszystko pasuje do scenerii - pomyślałem.  

- Ale bądźmy przez chwilę powaŜni - Hart wstał dopóki jeszcze się da. Oczywiście, moŜe zdarzy się 

jakiś  nieprzewidziany  wypadek,  zajdzie  coś,  co  uratuje  nas  z  opresji.  Na  przykład  spłynie  z  niebios  na 

spadochronie serum przeciwko temu świństwu. Źródłem wielu sukcesów człowieka był właśnie brak wiary w 

klęskę.  Ale,  wracając  do  meritum  sprawy:  to  coś jest  w  roślinach.  Prawdę  mówiąc  dziwię  się,  Ŝe  tak  późno 

powstało.  Choć  rośliny  to  stwory  powolne,  mówię  wam,  moi  drodzy  -  powiódł  czerwonymi  oczyma  po 

zebranych  -  to  powinno  juŜ  dawno  nastąpić!  Krowie  wyrósł  ogon,  Ŝeby  mogła  odganiać  się  od  much, 

kameleon przybiera barwę otoczenia, osa ma Ŝądło do obrony, antylopa długie nogi - a co ma drzewo?! Kolce 

background image

to zbyt słaba obrona, aby nie moŜna go było oskubać, posypać, zatruć i wyciąć! Do licha!! Ewolucja jest zbyt 

mądra na taką tolerancję !  

Stary  doktor  zmęczył  się  i  usiadł,  cięŜko  dysząc.  Lecz  po  chwili  ciągnął  dalej,  juŜ  nieco  słabszym 

głosem:  

-  Nie  oznacza  to  zagłady  świata  zwierzęcego,  nie  sądzę,  aby  tak  było.  Z  kaŜdego  kataklizmu  coś 

zawsze przetrwa. MoŜe to juŜ będzie co innego, kto wie. W kaŜdym razie podniósł głos - głupie rośliny są, jak 

widać, najwaŜniejsze na Ziemi ! A w kaŜdym razie najsilniejsze - zamruczał na koniec.  

Wyszedłem.  Hart  powiedział  wystarczająco  wiele.  Posuwałem  się  nie  widząc  staloworóŜowego 

zmierzchu  i  popielatego  pyłu  pod  stopami.  Powoli  zaczynałem  trzeźwieć  -  kontury  domów,  płotów  i  drzew 

wyostrzyły się, wiedziałem, Ŝe zbliŜał się następny atak.  

Pod  czaszką  czułem  cięŜki  wir  myśli.  Dlaczego  tak  nagle?  I  wszędzie  jednocześnie?  Naraz 

przystanąłem. Przypomniałem sobie ostatnią lekcję biologii - mówiłem dzieciom o chorobie. Człowiek nosi w 

sobie  praktycznie  wszystkie  groźne  zarazki  lub  prawie  wszystkie.  Lecz  dopiero  gdy  jeden  ze  szczepów 

znajdzie  się  w  korzystnych  warunkach  rozwojowych  i  uaktywni  się,  atakuje  organizm,  i  to  jest  początek 

choroby.  Wtedy  przystępują  do  akcji  przeciwciała  lub...  człowiek  zaŜywa  lekarstwo!  Właśnie,  zaŜywa 

lekarstwo,  działające  natychmiast,  w  całym  organizmie!  Myśl  była  zbyt  absurdalna,  aby  mogła  być 

prawdziwa.  CzyŜby  ta  ponura  katastrofa,  w  której  najwyraźniej  brałem  udział,  była  efektem  świadomie 

zaaplikowanej  kuracji,  mającej  na  celu  pozbycie  się  uciąŜliwych  i  niebezpiecznych  pasoŜytów?  Nie,  lepiej 

pozostać  przy  wersji  ewolucyjnego  przystosowania,  zresztą  znajomość  prawdy  nie  jest  nam  juŜ  do  niczego 

potrzebna.  

Byłem w swoim domu. Czułem zamęt w głowie, gdy barwne kręgi poczęły rozdzierać pokój. ZbliŜał 

się atak. A za oknem szumiał odwieczny bór, taki sam, który kiedyś oglądał narodziny człowieka.  

background image

Andrzej Zimniak 

PI = 3,13 

 

"PołoŜyłem się około jedenastej wieczorem po całym dniu wyczerpującej pracy. Konferencja okazała 

się  bardzo  trudna,  partnerzy  wymagający  i  drobiazgowi.  Tego  dnia  udało  nam  się  posunąć  naprzód  tylko  w 

sprawach proceduralnych. Byłem bardzo zmęczony, zapadłem więc natychmiast w cięŜki sen. Nie wiem, jak 

długo spałem, ale w nocy obudziłem się nagle i wtedy usłyszałem te dziwne odgłosy. Trudno powiedzieć, czy 

właśnie one wyrwały mnie ze snu, choć sądząc po natęŜeniu dźwięku wydawało się to bardzo prawdopodobne. 

Czegoś takiego nie słyszałem nigdy przedtem - zza ściany dobiegały głośne, zawodzące jęki, które jednak nie 

miały w sobie wiele ludzkiego. Jedne trwały długo, inne parę sekund tylko, a wszystkie kończyły się pulsującą 

wibracją,  ginącą  w  głębokich  infradźwiękach.  Narzuciłem  pośpiesznie  szlafrok  i  wybiegłem  na  korytarz.  W 

słabym świetle nocnych lamp lśniły szeregi zamkniętych drzwi, a przejmujący jęk niósł się wzdłuŜ nich, jakby 

w  kaŜdym  pokoju  dokonywano  egzekucji.  PrzyłoŜyłem  ucho  do  ściany  -  wyraźnie  wyczuwałem  głuche 

dudnienie.  Podobne  odgłosy  mogłaby  wydawać  wielka  ołowiana  kula,  toczona  po  podkładach  torów 

kolejowych. Po paru minutach znów narastał przeciągły jęk.  

Nagle  zrozumiałem  -  przynajmniej  tak  mi  się  wtedy  wydawało.  ZbliŜa  się  trzęsienie  ziemi! 

Znajdowałem się przecieŜ w obszarze strefy sejsmicznej. Niedawno oddany do uŜytku potęŜny hotel o śmiałej 

konstrukcji,  stanowiący  szczytowe  osiągnięcie  techniki  budowlanej,  posiadał  doskonałe  zabezpieczenia 

przeciw  wstrząsom  podziemnym,  jednak  wolałem  nie  ryzykować.  Narzuciłem  płaszcz,  chwyciłem  teczkę  i 

zjechałem  na  dół.  Na  niŜszych  poziomach  dołączyło  jeszcze  parę  osób,  podobnie  jak  ja  zaniepokojonych 

sytuacją. W szybie zjazdowym odgłosy potęgowały się do nieznośnego, metalicznego wycia; wyczuwało się 

teŜ  nierównomierne  drŜenie  konstrukcji.  Dotarliśmy  szczęśliwie  na  dół.  Pośpiesznie  opuściłem  hall  i 

pobiegłem na otwarty teren pobliskiego parku. Temu zawdzięczam swoje ocalenie.  

Dotychczas  nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego  tak  nieliczni  mieszkańcy  hotelu  opuścili  budynek. 

Niezwykle silne jest przekonanie ludzi, Ŝe wszystko zawsze musi potoczyć się zwykłym trybem.  

Na  zewnątrz  nie  zauwaŜyłem  niczego  nienormalnego  ziemia  nie  drŜała,  noc  była  ciepła  i  pogodna, 

ulicami przejeŜdŜały spóźnione samochody, ławki w parku okupowały gruchające pary. Musiałem wyglądać 

zabawnie  w  narzuconym  na  piŜamę  płaszczu  i  z  teczką  w  ręku,  lecz  nie  odwaŜyłem  się  zawrócić.  Strzelista 

wieŜa hotelu rozbrzmiewała przenikliwym, Ŝałosnym jękiem. I wtedy spostrzegłem, Ŝe zaczyna wyginać się w 

kierunku ruchliwej arterii miejskiej kreśląc swoim czarnym konturem wielki łuk na wygwieŜdŜonym niebie.  

Nie  wiem,  co  było  dalej,  bo  padłem  twarzą  na  trawnik  i  zatkałem  uszy  dłońmi.  Usłyszałem  jednak 

ogłuszający  łoskot,  ziemia  zatrzęsła  się,  a  w  nocne  niebo  uderzył  przeraźliwy  krzyk  i  wycie  syren.  Na  tym 

zakończę  swoje  zeznanie,  poniewaŜ  dalszy  przebieg  wydarzeń  drobiazgowo  relacjonowała  prasa  codzienna. 

Dodać muszę jedynie, Ŝe ani tej nocy, ani później w mieście i jego okolicach nie zaszło nic nadzwyczajnego, 

nie  wystąpiło  trzęsienie  ziemi  ani  wróg  zewnętrzny  nie  rozpoczął  ataku.  Po  dokładnym  dochodzeniu 

wykluczono równieŜ moŜliwość sabotaŜu".  

 

background image

"Jestem  chemikiem  i  od  dawna  piastuję  stanowisko  profesora  w  uczelni  o  znanej  renomie; 

szczegółowe  dane  wraz  z  dokumentacją  dołączam  do  niniejszego  doniesienia.  Sprawa,  o  której  piszę,  jest 

niezwykła i niezrozumiała, a dla mnie miała i wciąŜ ma głębokie reperkusje w dziedzinie zawodowej. Swego 

czasu nieomal przyczyniła się do złamania mojej kariery naukowej, a i obecnie wielu kolegów nie ufa mi tak 

jak dawniej, jestem równieŜ rzadziej cytowany niŜ niegdyś.  

Od  dawna  prowadzę  zespół  zajmujący  się  badaniem  róŜnych  problemów  korozji.  Nie  muszę 

podkreślać,  jak  waŜne  są  nasze  prace;  obecnie  rocznie  ulega  utlenieniu,  lub  inaczej  zamienia  się  w  rdzę,  aŜ 

10%  wszystkich  wyrobów  Ŝelaznych  na  Ziemi!  Tak,  nasze  badania  mają  ogromne  znaczenie.  Oprócz  prac 

podstawowych  zespół  udziela  porad,  dokonuje  ekspertyz,  opracowuje  dane  na  specjalne  zlecenia.  Między 

innymi  juŜ  dawno  opublikowaliśmy  tablice  szybkości  utleniania  Ŝelaza  w  róŜnych  warunkach  wilgotności, 

temperatury, kwasowości środowiska i tak dalej. Dane te cieszyły się duŜą renomą w świecie i były szeroko 

stosowane jako podstawa do standardowvch obliczeń i projektów.  

I wtedy wybuchła bomba. Dwóch młodych naukowców, odbywających jeszcze straŜe podoktoranckie, 

ogłosiło  odmienne  od  moich  wyniki  analogicznych  eksperymentów!  Zignorowałem  ich  prace,  lecz  wokół 

sprawy wytworzyła się nieprzyjemna atmosfera. Ludzie zaczęli sami sprawdzać i szeptać za moimi plecami. 

Niektórzy sugerowali mi oględnie, abym powtórzył doświadczenie sprzed lat trzydziestu. Oni nie rozumieli, 

Ŝ

e  nie  mogłem  się  mylić!  Zawsze  kaŜdy  eksperyment  powtarzałem  wielokrotnie,  a  później  robili  to  moi 

asystenci, zanim wyniki podane były do ogólnej wiadomości.  

I wreszcie stało się, co się stać musiało: jeden z moich ludzi przeprowadził powtórne pomiary. Kiedy 

przyszedł  do  mnie  zmieszany,  nie  mogąc  wytrzymać  mojego  bezpośredniego  spojrzenia,  wiedziałem  - 

otrzymał  wynik  naszych  adwersarzy.  Pracowałem  wtedy  sami  przez  całą  noc,  nastawiając  próby,  czuwając 

nad  termostatami  i  dokonując  obliczeń.  I  nazajutrz  nie  pozostało  mi  nic  innego,  jak  przyznać  się  do 

popełnionej przed laty pomyłki. Fatalnej pomyłki, która kosztowała niewyobraŜalne pieniądze i... zaufanie do 

mnie. Musiałem przyznać się, aby uchronić resztki reputacji i móc nadal pracować naukowo, lecz wciąŜ nie 

wierzę.  Nie  mogę  uwierzyć.  Czasami  nie  wierzę  w  siebie,  a  czasem  -  w  naukę  w  ogóle.  I  wtedy  jest  mi 

najcięŜej,  poniewaŜ  nauka  to  moja jedyna  pasja  w  Ŝyciu,  więcej  -  jego  treść  i  sens. Jestem  bliski  załamania 

nerwowego".  

"Nazywam  się  John  Brown  i  jestem  policjantem  w  Brighton.  SłuŜę  nienagannie  juŜ  od  piętnastu  lat 

Królowej w imię dobra publicznego.  

Mój raport dotyczy poŜarów, wybuchających w naszym  mieście od trzech miesięcy ze  zwiększającą 

się częstością. Podejrzewając akcje terrorystyczne, nasze grupy operacyjne podwoiły czujność. Zwiększyliśmy 

liczbę  nocnych  patroli,  obserwowaliśmy  osoby  podejrzane,  penetrowaliśmy  środowiska  anarchistyczne, 

lewackie i faszystowskie. Wszystko bez rezultatu.  

W  nocy  z  14  na  15  sierpnia  byłem  świadkiem  wy8uchu  poŜaru.  W  wyŜej  wymienionej  sprawie 

złoŜyłem  nazajutrz  raport,  lecz  nie  dano  mi  wiary  i  wysłano  na  tygodniowy  wypoczynek  do  sanatorium. 

Wiem,  Ŝe  to  dla  mojego  dobra  i  Ŝe  zasłuŜyłem  sobie  na  urlop  długoletnią  nienaganną  słuŜbą,  jednak  mam 

niejasne wraŜenie, Ŝe sprawę moŜna było zbadać dokładniej. Mogłoby to okazać się ciekawe, ale moŜe zbyt 

dla kogoś niewygodne? No cóŜ, w końcu prefekt najlepiej wie, co robi.  

Piszę ten raport, korzystając z obiecanej przez Was pełnej dyskrecji. Było to tak :  

background image

Tej nocy patrolowałem ulicę Czternastą. Stare kamienice czynszowe, nie najlepsza dzielnica. Na rogu 

znajdował  się  nowoczesny  pawilon  spoŜywczy,  taki  ze  szkła  i  aluminium,  a  w  środku  pełno  kolorowych 

pudełeczek.  Przyglądałem  się,  jak  go  myją  z  zewnątrz  długimi  szczotkami  z  podłączonymi  do  nich  węŜami 

gumowymi. Wyglądał potem jak cacko wśród tych szarych zakazanych kamienic.  

I  wtedy,  w  godzinę  po  zamknięciu  sklepu,  coś  zaczęło  się  dziać.  Najpierw  poczułem  dziwny  swąd, 

jakby  przypalonej  gumy.  Potem  z  hukiem  wyleciała  jedna  z  wielkich  szyb  w  tym  pawilonie.  Podniosłem 

alarm.  W  chwilę  później  posypały  się  następne  szyby!  A  potem  zaczęły  dziać  się  rzeczy  zupełnie 

niezrozumiałe. Gdybym sam nie widział wszystkiego na własne oczy i nie czuł bijącego Ŝaru, nigdy bym w to 

nie  uwierzył.  Czysty,  wymyty  przed  chwilą  aluminiowy  szkielet  pawilonu  począł  dymić  i  buchnął 

płomieniem!  I to kolejno w kilku  miejscach. Wyciągnąłem ze środka gaśnicę i skierowałem ją na ogień, ale 

bez Ŝadnego rezultatu. Po chwili zostałem zmuszony do wycofania się, poniewaŜ zajęło się wnętrze sklepu i 

wszystko  stanęło  w  płomieniach.  Gdy  wreszcie  nadjechały  wozy  straŜackie  i  policyjne,  ogień  sięgał  juŜ 

drugiego piętra. Jeszcze raz proszę o dyskrecję, mimo Ŝe mój raport nie został zakwalifikowany jako tajny".  

"Niniejsze  sprawozdanie  piszę  z  mieszanymi  uczuciami.  Z  wykształcenia  jestem  prawnikiem, 

jednakŜe  podziwiam  współczesne  nauki  przyrodnicze  i  zazdroszczę  im  krystalicznej  jednoznaczności,  która 

bardzo  przydałaby  się  wielu  naszym  kodeksom.  UwaŜam,  Ŝe  dyscypliny  ścisłe  oparte  są  na  solidnych 

logicznych podstawach i temu zawdzięczamy szybki i wszechstronny rozwój naszej cywilizacji.  

Moja pewność i wiara w naukę nie została bynajmniej zachwiana wydarzeniami, stanowiącymi treść 

niniejszego raportu, nie pretenduję równieŜ do wystąpień z pozycji oskarŜyciela względem przyjętych metod 

poznawania przyrody. UwaŜam po prostu, Ŝe przed badaczami stanął jeszcze jeden problem do wyjaśnienia, a 

co do jego wagi wolę nie wypowiadać się jako niedostatecznie biegły w przedmiocie jurysta.  

Nie  sądzę  równieŜ,  abym  popełnił  błąd  podczas  wykonywania  eksperymentów  lub  obliczeń. 

Doświadczenia  były  względnie  proste,  a  rachunki  na  poziomie  elementarnym.  JednakŜe,  aby  całkowicie 

wyeliminować  niebezpieczeństwo  omyłki,  proponuję  powtórzenie  badań  przez  bardziej  kompetentne  grono. 

Ale po kolei powróćmy do początku problemu.  

Cała sprawa zaczęła się bardzo zwyczajnie, moŜna by powiedzieć - banalnie. Mój dziesięcioletni syn 

wykonywał prace domowe, zadane mu w szkole. Uczył się od pierwszej klasy doskonale i nigdy nie miałem z 

nim  Ŝadnych  problemów,  zdziwiłem  się  więc  wielce,  gdy  wszedł  ze  łzami  w  oczach  do  mojej  kancelarii  i 

począł uŜalać się na swój ulubiony przedmiot, na matematykę. Okazało się, Ŝe w szkole obliczano liczbę PI, 

która  jest,  jak  wiadomo,  stosunkiem  obwodu  koła  do  jego  średnicy.  I  wszystkim  dzieciom  wyszło  dobrze, 

tylko  mój  syn  otrzymał  inny  wynik,  mianowicie 3,13,  zamiast  prawidłowej  wartości  3,14.  Nauczyciel  polcił 

mu  powtórzyć  pomiary  w  domu  i  skarcił  za  brak  precyzji  w  doświadczeniach.  Lecz  w  domu  nadal 

wychodziło.3,13, co zdenerwowało i zniechęciło syna. Postanowiłem mu pomóc.  

UŜyliśmy blaszanej puszki po kawie i na nią nawijaliśmy cienki drut, którego długość mierzyliśmy po 

rozprostowaniu. Pomiar średnicy puszki nie nastręczał trudności. Dokonaliśmy kolejnych obliczeń, nawijając 

drut równieŜ wielokrotnie, tak by zmniejszyć błąd do minimum.  

I proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy prawie za kaŜdym razem otrzymywaliśmy 3,13 ! Nie 

potrafiłem tego zrozumieć. Najpierw sprawdziłem w tablicach i encyklopediach, a następnie zatelefonowałem 

do  mojego  przyjaciela,  fizyka  z  wykształcenia  i  zawodu.  Obrócił  on  całą  sprawę  w  Ŝart,  naigrawając  się 

background image

zwłaszcza z instrumentów, uŜywanych w doświadczeniu. Z pewną niechęcią i tylko po usilnych naleganiach 

zgodził się na wspólny eksperyment w swoim laboratorium, aby dowieść niewzruszonej prawdy.  

Nazajutrz  wykonywaliśmy  pomiary  za  pomocą  o  wiele  precyzyjniejszej  aparatury  i 

przeprowadziliśmy obliczenia z dokładnością aŜ do siedmiu miejsc po przecinku. Byłem niemalŜe dumny, gdy 

wynik  wynosił  za  kaŜdym  razem  3,13  w  zaokrągleniu  do  dwóch  miejsc.  Mój  przyjaciel  długo  wyjaśniał,  Ŝe 

uŜyta  aparatura  nie  została  przystosowana  do  tego  rodzaju  badań,  Ŝe  drut  i  obręcze  mogą  kurczyć  się  i 

rozszerzać wraz ze zmianami temperatury, miał teŜ wiele innych teorii, których nie zapamiętałem.  

Wtedy  coś  zachwiało  się  w  moim  prostym  i  jednoznacznym  obrazie  świata.  Dumny  gmach  nauki 

wydał się mniejszy, na jego murach zarysowały się pęknięcia i szczeliny.  

Odczułem  wielką  ulgę  mojego  przyjaciela,  kiedy  wreszcie  odprowadził  mnie  do  furtki  i  powiedział 

»do  widzenia«.  Wolał nie zajmować  się  tą  sprawą,  która  mieszała  mu  szyki  i  powodowała  zamęt  w  głowie. 

Tyle  miał  przecieŜ  przed  sobą  wygodniejszych  i  jeszcze  nie  ruszanych  dziedzin  badawczych,  gdzie  nikt  nie 

odwaŜy się kwestionować wyników, ba, inni zacytują je w swoich pracach! Byłem przekonany, Ŝe nikomu nie 

wspomni  o  eksperymentach  przeprowadzonych  tego  wieczoru,  chociaŜby  z  obawy  przed  naraŜeniem  się  na 

ś

mieszność.  

Ja sam odpowiadam na waszą ankietę tylko dla spokoju własnego sumienia, poniewaŜ i tak nie wierzę, 

aby  niniejsza  wypowiedź  spoczęła  w  miejscu  innym  niŜ  kosz  na  śmieci.  Pragnę  zakończyć  swój  list 

optymistycznym  akcentem,  dodam  więc,  Ŝe  wciąŜ  ufam  nauce,  jednakŜe  musi  ona  stopniowo  dojrzewać  do 

wielu problemów, które juŜ od dawna, świadomie lub nie, obejmuje swoim zasięgiem".  

Przekładałem  grube  teczki,  pełne  relacji  i  sprawozdań  z  całego  świata.  Dotyczyły  niemal  kaŜdej 

dziedziny  Ŝycia  ludzkiego.  W  materiale,  gromadzonym  przez  wiele  lat,  moŜna  było  znaleźć  opisy  zdarzeń 

dziwnych,  nieprawdopodobnych  lub  wprost  zakrawających  na  fantazję.  Odchylenia  od  precyzyjnie 

obliczonych trajektorii rakiet i pocisków balistycznych, nieścisłości w sprawdzonych i uznanych równaniach, 

sprzeczne dane na temat dawno wyliczonych i stabelaryzowanych wielkości, niewytłumaczalne cofanie się lub 

rozprzestrzenianie róŜnych chorób, zmiany w aktywności drobnoustrojów, relacje o wypadkach i katastrofach, 

które  w  zasadzie  nie  powinny  mieć  miejsca,  nie  stwierdzono  bowiem  Ŝadnej  moŜliwej  do  przyjęcia  ich 

przyczyny - oto niektóre przykłady opracowań i doniesień. Spojrzałem ponad plikami zadrukowanych kartek, 

z których kaŜda kryła swoją tajemnicę, na pustą salę konferencyjną z półkolistymi rzędami foteli. Za niespełna 

godzinę  przestronne  pomieszczenie  wypełni  się  ludźmi,  naprzeciw  mnie  zajmą  miejsca  wybitni 

przedstawiciele  światowej  nauki.  Czy  wytrzymam  cięŜar  ciekawych  spojrzeń  ludzi,  zaproszonych  na  tę 

zakonspirowaną  konferencję  z  wszystkich  kontynentów?  I  co  będę  miał  im  do  powiedzenia?  Czy  truizmy  o 

ś

wiecie pełnym sprzeczności, czy moŜe znaną prawdę, Ŝe w nauce kaŜda odpowiedź rodzi wiele nowych pytań 

- nie wiedziałem. WciąŜ nie mogłem zdecydować się na przyjęcie planu swojego wystąpienia. Przedstawienie 

luminarzom nauki hipotez podwaŜających, ich własne badania byłoby równie lekkomyślnym posunięciem, jak 

przyznanie  się  do  niewiedzy.  Niewiedzy  biorącej  swój  początek  w  Ŝałośnie  skąpym  strumieniu  informacji, 

odbieranych przez nas z otoczenia.  

Sala  wypełniała  się  powoli.  KaŜda  z  tych  dumnych  postaci  nauki,  dostojnie  zajmująca  naleŜne  jej 

miejsce,  byłaby  moŜe  skłonna  zrewidować  wiele  hipotez  i  teorii,  byle  dostatecznie  odległych  od  swojej 

profesji,  a  zwłaszcza  od  własnego  dorobku.  I  choć  kładłem  głowę  pod  topór,  musiałem  przedstawić 

background image

obserwacje,  co  do  których  znaczenia  nie  miałem  Ŝadnych  wątpliwości.  Wnioski  praktyczne  naleŜało 

wyciągnąć bezzwłocznie, zostawiając korekty światopoglądowe na później, chociaŜ nie na ostatek.  

Tak, ale od czego tu zacząć?  

Zacząłem  od  powitania  szacownego  grona,  które  było  uprzejme  przybyć  z  tak  daleka.  Następnie 

rzuciłem  dowcipną  anegdotę,  czym  miałem  nadzieję  zyskać  sobie  przychylność  audytorium.  JednakŜe 

towarzystwo naprzeciw mnie składało się ze starych bywalców seminariów, odczytów i konferencji, i wciąŜ 

wyczuwałem  pełną  nieufności  rezerwę,  która  niestety  pogłębiała  się  w  miarę  toku  wykładu.  MoŜliwe,  Ŝe 

popełniłem  błąd  relacjonując  na  wstępie  przypadki  niezrozumiałe  i  niewyjaśnione,  do  których  wielka  nauka 

zwykłą  odwracać  się  tyłem,  nie  wiadomo,  czy  z  obawy  przed  śmiesznością,  czy  z  przeświadczenia  o 

niemoŜności ich interpretacji. Wybitnym uczonym słuchającym mojej prelekcji nie wypadało czynić niczego 

innego, jak tylko uśmiechać się ironicznie lub wzruszać ramionami.  

-  Czy  to  zebranie  sekty  mistycznej?  -  spytał  ktoś  półgłosem.  W  sali  narastały  szmery  i  tłumiona 

wesołość.  

-  Szanowni  państwo  -  podniosłem  nieco  głos  -  nie  zabierałbym  wam  cennego  czasu  na 

pseudonaukowe spotkania. Wszystkie dane, które przed chwilą przytoczyłem jako pewnego rodzaju ilustrację 

do  tematu  zasadniczego,  pochodzą  z  wiarygodnych  i  w  kaŜdej  chwili  sprawdzalnych  źródeł.  Istnieją 

drobiazgowe  opracowania  i  raporty  odpowiedzialnych  organów,  nie  są  to  więc  historie  zasłyszane  od  osób 

trzecich.  

Sala umilkła. Wszyscy czuli; Ŝe teraz powinienem odkryć karty.  

- Chciałbym przedstawić państwu - kontynuowałem juŜ nieco spokojniej - swoją koncepcję, łączącą w 

jedną  całość  przedstawione  uprzednio  oraz  inne  zagadkowe  wydarzenia.  Podkreślam  z  naciskiem,  Ŝe  jest  to 

jedynie koncepcja, nie pretendująca do miana spójnej teorii. Moja nadzieja w tym, Ŝe właśnie najznamienitsze 

postacie  dzisiejszej  nauki  -  tu  skłoniłem  się  kurtuazyjnie  w  stronę  zebranych  -  krytycznie  i  twórczo 

ustosunkują  się  do  prezentowanych  danych  i  wyciąganych  wniosków,  a  moŜe  nawet  uzupełnią  je  swoim 

doświadczeniem  lub,  w  przyszłości,  badaniami.  Wspólne  działanie  z  pewnością  pozwoli  nam  rozwikłać  te 

problemy lub teŜ odrzucić je i uznać za niebyłe.  

Teraz dopiero zacząłem pozyskiwać sobie audytorium. Siwi profesorowie powyciągali notesy.  

- Materię - przeszedłem od razu do meritum sprawy, wykorzystując przychylne zainteresowanie sali - 

dzielimy wygodnie pomiędzy mikro - i makrokosmos. My, z naszymi codziennymi problemami, znajdujemy 

się gdzieś pośrodku. W kaŜdym z tych światów rządzą nieco odmienne prawa inaczej zachowują się cząstki 

elementarne, inaczej gwiazdy. Jednak ogólna teoria pola pozwoliła nam zjednoczyć te, zdawałoby się zupełnie 

róŜne  jakościowo,  obszary.  Obecnie  mikro  -  i  makroświaty  jawią  się  nam  jako  kontinuum,  jako  wielki  ciąg 

form  istnienia  materii  wzdłuŜ  osi  wymiarów.  Jego  oba  obszary  brzegowe  leŜą  w  mroku  nieznanego,  lecz 

rozsuwają się w miarę wzrostu wiedzy. Odsłaniają wszakŜe wciąŜ nowe tajemnice.  

Mamy  więc kontinuum, dla którego obecnie jesteśmy w stanie ułoŜyć ogólne prawa. Wiemy duŜo o 

ewolucji  ,  makrokosmosu,  o  przemianach  we  wnętrzach  gwiazd,  gdzie  z  wodoru  drogą  reakcji  jądrowych 

powstają coraz cięŜsze pierwiastki. Czerwone olbrzymy, białe karły lub gigantyczne wybuchy supernowych to 

nić innego, jak punkty przetwarzania, miejsca ewolucji materii. Wiemy sporo o tej ewolucji w odniesieniu do 

mgławic,  gwiazd  i  planet. Lecz  ciągle jesteśmy  skłonni  uwaŜać  atomy  za  maleńkie,  w  zwykłych  warunkach 

background image

niepodzielne i niezmienne kuleczki, stanowiące podstawowy budulec materii. Jeśli mamy te same prawa dla 

całego Wszechświata, to pora zrewidować ten pogląd, proszę państwa!  

Po  sali  podniósł  się  szmer  niedowierzania  i  dezaprobaty.  Audytorium  zaklasyfikowało  w  tym 

momencie mój wykład do nieszkodliwych, lecz takŜe nienaukowych ciekawostek i - słuchało dalej.  

- Moją pierwszą tezę moŜna ująć nieco pretensjonalnie, ale za to krótko: panta rei. Wszystkie formy 

materii  ulegają  ewolucji,  począwszy  od  cząstek  elementarnych  (bo  te  na  razie  znamy  jako  najmniejsze),  a 

skończywszy na skupiskach galaktyk. Przy czym, w przypadku na przykład atomów, nie jest to znana reakcja 

rozpadu i tworzenie się nowych pierwiastków. Proszę państwa, Ŝelazo pozostaje Ŝelazem, a krzem krzemem, 

lecz  w  sposób  ciągły  (lub  swego  rodzaju  "kwantowy")  zmieniają  się  ich  właściwości!  Oczywiście,  po 

dostatecznie długim czasie Ŝelazo moŜe ulec tak daleko idącej transformacji, Ŝe nie będzie przypominało juŜ 

swojego  pierwowzoru,  a  raczej  poprzedniego  etapu  ewolucyjnego.  W  końcu  cały  układ  okresowy  moŜe 

przesunąć  się  o  jedno  miejsce  lub,  kto  wie,  przemieścić  się  w  zupełnie  innym,  trudnym  do  przewidzenia 

kierunku...  

Na sali wybuchła wrzawa. Jedni Ŝądali dowodów, inni okazywali swoje lekcewaŜenie, część opuściła 

pomieszczenie; większość jednak chciała słuchać dalej i domagała się spokoju.  

-  Zmiany  reaktywności  poszczególnych  pierwiastków,  zwłaszcza  metali  -  kontynuowałem  - 

stwierdzone w wielu laboratoriach, zdają się potwierdzać moje przypuszczenia.  

I  to  jest  pierwszy,  waŜny  powód  zwołania  tego  seminarium  mówiłem  niezbyt  głośno,  lecz  z 

naciskiem.  -  NaleŜy  przebadać  i  stale  poddawać  testom  substancje  i  materiały  uŜywane  w  technice. 

Wprowadzanie  ciągłych  korekt  jest  wymogiem  chwili,  zwłaszcza  wobec,  jak  mi  się  wydaje,  przyspieszonej 

ewolucji pierwiastków w ostatnim okresie. Inaczej nasza cywilizacja moŜe niebawem pogrąŜyć się w chaosie !  

Głuchy szmer sali wyraŜał tym razem aprobatę. Propozycja była jasna i do przyjęcia: naleŜało wziąć 

się do badań.  

-  Proszę  państwa,  jeśli  przyjmiemy  hipotezę  o  ewolucji  materii  za  punkt  odniesienia,  następny 

wniosek nasuwa się niejako sam. Poznane przez nas dotychczas prawa natury odnoszą się do materii, bez niej 

nie mają racji bytu. Jeśli materia ewoluuje, zmieniają się równieŜ wynikające z jej właściwości prawa rządzące 

zarówno mikro  - jak i makrokosmosem. Wszystko jest zmienne ! Znajdujemy się wewnątrz wartkiego nurtu 

istnienia  i  nie  moŜemy  zadowalać  się  chwilowym,  statycznym  obrazem  świata.  Osiągnęliśmy  na  to  zbyt 

wysoki poziom rozwoju!  

Sala  odpowiedziała  głuchą  ciszą.  Nikt  nie rozmawiał,  nie  zadawał  pytań i  nie  komentował. Tą  ciszą 

audytorium domagało się dalszego ciągu.  

-  Stąd  biorą  się  nieścisłości  pewnych  równań,  które  nie  korygowane  stracą  po  pewnym  czasie  swój 

sens  fizyczny.  Stosunek  obwodu  koła  do  jego  średnicy  wynosi  teraz  juŜ  tylko  3,13  i  nadal  maleje  !  To  jest 

fakt, proszę państwa, a wytłumaczyć go moŜemy sobie w sposób najlepiej trafiający do naszych zmysłów. Na 

przykład zakrzywianiem się przestrzeni, co powoduje wzrost średnicy, mierzonej po jakiejś hipotetycznej dla 

nas  powierzchni  krzywej. Stąd stałe  zwiększanie się liczby  katastrof  w  najnowszym  budownictwie,  opartym 

na fałszywych obliczeniach.  

W nienaturalną ciszę sali buchnął czyjś nerwowy śmiech, lecz urwał się nagle, nie podchwycony przez 

innych. Zainteresowanie osiągało punkt kulminacyjny.  

background image

-  Dotychczas  przedstawiałem  państwu  w  zasadzie  jedynie  wnioski,  wynikające  bezpośrednio  z 

obserwowanych faktów. Teraz pora na kilka hipotez. Z moich kilkuletnich badań wynika, Ŝe prawa fizyczne 

komplikują  się  i  wzbogacają  o  nowe  elementy,  a  pewne  granice  istnienia  materii  -  ulegają  ciągłemu 

rozszerzaniu. Na przykład prędkość światła zdaje się rosnąć, a zero absolutne, według wszelkich danych, stale 

obniŜa  się  na  skali  temperatury.  Odkrywane  w  ostatnich  czasach  supercięŜkie  pierwiastki  z  końca  układu 

okresowego  dawniej  po  prostu  nie  istniały,  dopiero  teraz  nastał  ich  czas.  Tę  koncepcję  moŜna  połączyć  z 

teorią big bangu, czyli ciągłego rozszerzania się Wszechświata od momentu hipotetycznego prawybuchu. W 

miarę rozbiegania się przestrzeni materia komplikuje się coraz bardziej, rodzą się nowe formy jej istnienia, a 

dawne  ulegają  permanentnej  ewolucji.  Zakładam,  Ŝe  w  punkcie  zerowym  owego  wybuchu  temperatura  była 

nieskończenie  wysoka  i  równała  się  jednocześnie  chwilowemu  zeru  bezwzględnemu,  prędkość  światła 

wynosiła zero (więc nikt nie byłby w stanie dokonać jakichkolwiek obserwacji), zaś materia istniała tylko w 

jakiejś  najprostszej,  nieznanej  obecnie  postaci.  Natomiast  w  hipotetycznej  nieskończonej  odległości  od 

centrum  prędkość  światła jest nieskończenie  wielka,  temperatura  moŜe  opadać  bez  ograniczeń,  zmniejszając 

stale wartości obecnie jeszcze nie istniejących cech materii, która występuje w niewyobraŜalnie wielkiej ilości 

form. Tak, proszę państwa, ale to jedynie hipoteza. Zapewne moŜna tłumaczyć opisywane zjawiska na wiele 

sposobów. Mam nadzieję, Ŝe zajmą się tym tęŜsze umysły niŜ mój.  

Spojrzałem  po  sali.  Wszyscy  słuchali  w  skupieniu,  choć  napięcie  opadło  i  poczęły  pojawiać  się 

ironiczne  uśmiechy.  Głos  zabrał  specjalista  od  niskich  temperatur,  wysoki  zasuszony  profesor  z  uczelni  o 

Ś

wiatowej sławie.  

-  Na  wstępie  chciałem  pana  przeprosić.  Byłem  nietaktowny,  a  jedynym  pocieszeniem  jest  fakt,  Ŝe 

zrobiłem  to  po  cichu.  Po  prostu  sądziłem,  Ŝe  cały  ten  wykład  to  jeden  kosmiczny  lub  kosmogoniczny  stek 

bzdur,  ale  moją  opinią  zachwiała  pańska  uwaga  o  obniŜającym  się  zerze  bezwzględnym.  OtóŜ,  szanowni 

słuchacze,  prowadziłem  ostatnio  eksperymenty  około  O°K,  i  wyobraźcie  sobie, Ŝe  udało  mi  się  zejść  o  cały 

stopień niŜej od wartości podręcznikowej! Jak zareagowałem? Natychmiast wyrzuciłem asystenta, który robił 

eksperyment. Lecz kiedy drugiemu wyszło to samo, winę zwaliłem na niedokładność aparatury. Teraz widzę, 

Ŝ

e  moŜe  być  trzecie  wyjaśnienie,  i  choć  nieprawdopodobne,  to  najbardziej  prawdopodobne  z  tych  trzech! 

Dziękuję.  

Po  sali  przebiegła  fala  szeptów,  ale  nikt  nie  kwapił  się  do  zabrania  głosu.  Postanowiłem  więc 

zakończyć  spotkanie.  -  Tyle  byłoby  obserwacji,  wniosków  i  hipotez,  szanowni  słuchacze.  Co  naleŜy  robić 

dalej? Mam pewność, Ŝe tak dostojne gremium wie to znacznie lepiej ode mnie. A jakie wnioski płyną stąd dla 

wszystkich  ludzi?  Sądzę  -  zawahałem  się  -  taak,  naleŜy  po  prostu  dostosowywać  się  do  zmiennej 

rzeczywistości, stale uaktualniać dane i zachowywać czujność... Wiele moŜe się zdarzyć, albowiem z  moich 

obserwacji  wynika,  Ŝe  szybkość  zmian  wzrasta.  Jeśli  nikt  nie  wyraŜa  chęci  zabrania  głosu,  uwaŜam 

sympozjum za zamknięte. Dziękuję państwu za przybycie i Ŝyczę miłego powrotu.  

Kiedy zajmowałem miejsce w samochodzie, dogonił mnie jeden z uczestników konferencji, mój stary 

znajomy.  

- Słuchaj, znam cię zbyt dobrze na to, abyś robił takie uniki. Mnie nie nabierzesz.  

- ..... ?  

- Nie udawaj. Nie dokończyłeś wykładu. Z czegoś zrezygnowałeś w ostatniej chwili. Co to było?  

background image

- No; nic takiego istotnego...  

- Stary, nie odgrywaj zbawiciela ludzkości, ale teŜ nie oszczędzaj nas zbytnio. Wszelka przesada nie 

prowadzi do niczego dobrego.  

-  Jak  chcesz.  I  tak  rzecz  wyjdzie  na  jaw,  moŜe  im  prędzej,  tym  lepiej.  Chciałem  dodać  coś  o  nas, 

ludziach.  Widzisz...  my  teŜ  zmieniamy  się.  Ewolucja,  mutacje.  Myślisz,  Ŝe  to  efekt  promieniowania 

kosmicznego?! Bzdury. Wszystko płynie. Planety starzeją się, spójrz na KsięŜyc.  

A zmiany naszej świadomości? Są to rzeczy niepojęte, w zasadzie poza zasięgiem ludzkiego poznania. 

Jednak  jesteśmy  w  stanie  badać  prostsze  problemy.  Na  przykład  strukturę  węgla,  który  jest  podstawowym 

budulcem  naszego  ciała.  Pierwiastek  ten  występuje  w  organizmach  głównie  w  stanie  hybrydyzacji  sp3.  Ale 

widzisz...  ona  zmienia  się,  powoli  oczywiście,  na  sp2  Tak,  dobrze,  opiszę  rzecz  prościej.  Oznacza  to 

kompletną zmianę właściwości chemicznych, która, według moich obliczeń, moŜe nastąpić juŜ za 300 - 500 

lat! Nie ma mowy o przestrojeniu budowy i funkcji organizmu w tak krótkim czasie. JuŜ teraz mamy pierwsze 

zwiastuny  zmian:  nowotwory.  Zrozum,  Ŝe  dotychczas  względną  stabilność  świat  zawdzięczał  ogromnej 

róŜnicy w szybkości obu procesów: "starzenie się" materii było nieporównanie powolniejsze od uwijania się 

takich mróweczek jak my. Teraz te pierwsze zjawiska zwiększyły swoją szybkość - dostaliśmy się, być moŜe, 

w jakieś lokalne "zawirowanie przestrzeni". I co ty na to?  

- Z tego, co mówisz... Czyli właściwie moŜemy być jeszcze świadkami agonii Ŝycia ziemskiego?  

-  To  dosyć  pesymistyczne  stwierdzenie.  Kto  wie,  moŜe  dlatego  właśnie  stworzyliśmy  cywilizację 

techniczną,  aby  umoŜliwić  sobie  wyjście  z  podobnych  sytuacji?  Mam  na  myśli  coś  w  rodzaju  ewolucyjnej 

przypadkowej celowości. Według tej hipotezy cała działalność ludzką w okresie nowoŜytnym byłaby jeszcze 

jednym ogniwem ewolucji, końcowym etapem przystosowawczym  Ŝycia ziemskiego. Etapem, który oby nie 

zakończył się zbyt późno.  

- Masz na myśli walkę z rakiem?  

- Mój drogi, widocznie nie wyraŜam się dostatecznie jasno. Tu chodzi o rozwiązanie globalne, nie o 

drobne  środki  leczące  objawy.  Rozwiązań  moŜe  być  wiele;  sądzę,  Ŝe  właściwą  drogę  odnajdziemy  w 

nadchodzących  latach.  Trudno  o  prognozy  przy  obecnym  szaleńczym  wyścigu  cywilizacyjnym,  ale  jego  cel 

stał  się  obecnie  dla  mnie  jasny:  jest  to  kwestia  przeŜycia.  Wykładnicza  krzywa  rozwoju  oznacza  po  prostu 

morderczy bieg o przetrwanie.  

WciąŜ patrzał na mnie pytająco, aŜ w końcu dałem za wygraną.  

- Nie chcę bawić się w proroka, ale dam ci dwa przykłady dróg, jakimi mogłoby pójść dalej ziemskie 

Ŝ

ycie. Temat przeniesienia świadomości ludzkiej do maszyn cyfrowych stanowi wdzięczną poŜywkę dla wielu 

komiksowych opowieści, ale w rzeczywistości niebawem będzie to realna moŜliwość. Gdybyśmy zaś chcieli 

pozostać przy obecnych formach białkowych, naleŜałoby zastosować nieznane dotychczas prawa fizyki, a w 

efekcie zahamować lub nawet zawrócić lokalną ekspansję Przestrzeni. Odbyć jedyną realną podróŜ w czasie, 

byle  nie  za  daleko,  bo  odmienne  cechy  materii  mogłyby  znów  rozstroić  nasze organizmy.  Być  moŜe  wtedy, 

tak  jak  ci  się  marzy,  odnieślibyśmy  totalne  zwycięstwo  nad  rakiem,  Ŝelazo  stałoby  się  nierdzewne,  ale  nie 

sposób przewidzieć, co stałoby się z naszą świadomością.  

Miał  dosyć.  PoŜegnał  się  pospiesznie  i  odszedł,  a ja jechałem  najpierw  krótką  cienistą  aleją,  aby  po 

chwili wydostać się na lśniącą lustrem gorąca drogę wśród ruchomych piasków.  

background image

Andrzej Zimniak 

”O tym, który słyszał wo

ń

 nenufarów” 

 

Pewnego  dnia,  który  z  pozoru  niczym  nie  róŜnił  się  od  innych  w  nieskończonym  ich  szeregu,  Jan 

zbudził się o bladym brzasku rześki i wypoczęty. I usłyszał wyraźnie, o czym sąsiedzi rozmawiają za ścianą 

sennymi jeszcze głosami. Po pierwszym zdziwieniu ogarnęła go złość, bo czy naprawdę muszą wydzierać się 

w taki sposób od samego rana? Ale zdziwienie znów wzięło górę, kiedy dobiegały doń równieŜ głosy z dołu i 

z górnych pięter, nie mówiąc juŜ o chichotach na mansardzie. Skromna kawalerka Jana wypełniła się szmerem 

wielu  rozmów,  chrapaniem  tudzieŜ  porannym  brzękiem  filiŜanek  do  kawy.  Czuł,  a  właściwie  słyszał  Ŝycie 

wszystkich mieszkańców budynku o tej wczesnej godzinie. Co to moŜe, u diabla, znaczyć? Czy ktoś robi mu 

głupi kawał? A moŜe jakiś szef od badania opinii publicznej pomylił końcówki, dając mu do domu odbiornik 

zamiast nadajnika? Ale Jan, mimo gwałtownych poszukiwań, nie znalazł ani śladu tego typu instalacji.  

Tymczasem sytuacja uległa pogorszeniu: W pokoju, a raczej pod czaszką Jana rozbrzmiewały łagodne 

głosy amatorów świeŜych bułeczek, czekających na otwarcie sklepu za rogiem, a takŜe pełne rubasznej treść 

rozmowy  taksówkarzy  na  pobliskim  postoju.  Prawda  była  oczywista,  i  wypłynęła  z  głębi  świadomości  Jana 

niby tłusta plama oliwy na powierzchnię wody: słuch mu się poprawiał! Niestety, proces ów nie ustawał.  

Nasz bohater okazał się nagle hojny - byłby skłonny scedować natychmiast nadwyŜkę czułości swego 

nazbyt  wyostrzonego  zmysłu  niedosłyszącym,  głuchym,  nasłuchowcom  -  komukolwiek,  głowa jego  bowiem 

wypełniała  się  męczącym  szumem.  Lecz  altruistyczne  ciągoty  przyszły  w  nieodpowiednim  miejscu i  czasie, 

jak to często między ludźmi bywa, i pozostały niezaspokojone. Skąd się to wszystko wzięło? Wczoraj był w 

drogerii, mógł więc coś powąchać. A moŜe to przez seanse spirytystyczne, w których ostatnio uczestniczył? 

Mógł  go  jeszcze  Bóg  wynagrodzić  lub  diabeł  ukarać  (albo  odwrotnie)  za  tę  jego  wieczna  ciekawość 

wszystkiego,  co  istnieje  i  co  nie  istnieje,  zresztą  powód  zawsze  się  znajdzie,  jeśli  dobrze  poszukać.  Ale... 

zaraz!  Wczoraj  przecieŜ  uderzył  się  o  szafkę,  aŜ  gwiazdy  zatańczyły  mu  na  tle  brudnej  ściany  kuchennej. 

Szansa  leŜy  w  kuracji  wstrząsowej  !  Nie  zwlekając, Jan  zdjął  z  półki  kilka  opasłych  tomów  encyklopedii w 

twardej oprawie. Wyrznął się nimi w ciemię, aŜ świat pociemniał, a rozmowy wokół teŜ przycichły. Uff..  

Wtem usłyszał, jak jego ciotka Adelajda mówi po angielsku. Właściwie nic w tym dziwnego, wszak 

juŜ dziesięć lat temu osiadła w Montrealu. W... Montrealu!!  

Jan  przyodział  się  naprędce  i  pognał  do  lekarza.  Przed  gabinetami  laryngologa  i  neurologa  były 

kolejki, wpadł więc do psychiatry.  

- Ja... - zająknął się - słyszę sąsiadów i innych...  

- Wiem - przerwał mu lekarz przyjacielskim tonem niech się pan nie martwi. Poradzimy.  

- Ale ja ich wszystkich słyszę. Ja słyszę... o wiele za duŜo!  

- Rozumiem. Czopki, proszę.  

- Do uszu?  

- Nie. Normalnie, per rectum. Rano i wieczorem. Zobaczy pan, wszystko będzie po pańskiej myśli !  

Jan  powlókł  się  do  domu  i  bezzwłocznie  zaaplikował  lek.  Po  chwilowym,  lekkim  podnieceniu, 

wywołanym  zapewne  czynnikami  pozafarmakologicznymi,  odczuł  muskanie  słabych  prądów  oplatających 

background image

delikatną siatką całe ciało. Dziwne drŜenie przeniknęło mu członki. Zaraz potem usłyszał monotonny szum, w 

którym wkrótce rozróŜnił wielość szmerów o róŜnej wysokości dźwięku i rozmaitym natęŜeniu, niby odgłos 

dziesiątków górskich strumyków pod topniejącym wiosennym śniegiem. Był to dźwięk prądu elektrycznego.  

Nagle usłyszał grzmot, jakby wodospad przynajmniej rozmiarów Niagary walił po kuchennej ścianie; 

to sąsiad, dysponujący nowoczesnym sprzętem domowym, włączył kuchenkę elektryczną.  

Jan  uciekł.  Po  prostu  wybiegł  z  domu  tak,  jak  stał.  Przechadzał  się  po  parkach,  ulicach,  muzeach,  a 

wszędzie  przestrzeń  pełna  była  dziwnych  głosów,  których  pochodzenia  w  większości  przypadków  nie  mógł 

ustalić. Był jednak absolutnie przekonany, Ŝe słyszał basowy krzyk drzew, którym przycinano gałęzie, iŜ woń 

lilii wodnych i nenufarów miała przyjemny, ciepły dźwięk, a błękit nieba był nieznośnie piskliwy, natomiast 

czerwony blask zachodu słońca stanowił prawdziwie kojącą symfonię.  

Jan zmęczył się tym wszystkim, lecz obawiał się powrotu do domu ze względu na elektrotechniczny 

sprzęt idącego z duchem czasu sąsiada. Wstąpił więc do znajomego.  

Ten  wytrzeszczył  oczy  zaraz  na  początku  niesłychanej  opowieści  i  przystąpił  niezwłocznie  do 

rozczyniania wódki, co dla niektórych stanowiło wyjście z kaŜdej sytuacji. Spirytus mieszał się z wodą z tak 

przenikliwym  świstem,  Ŝe  Jan  odruchowo  zakrył  uszy  dłońmi;  na  nic  się to jednak  nie  zdało.  Gdy  wreszcie 

przykry  odgłos  ustał,  napój  był  gotowy.  Po  pierwszym  kieliszku  poczuł  błogie  odpręŜenie.  Złowrogie, 

napierające zewsząd dźwięki jakby cofnęły się nieco, odpłynęły. Lecz po powtórnym przepiciu Jan stwierdził, 

Ŝ

e jego kumpel... trzeszczy, trzeszczy jak stare krzesło, na którym bezustannie buja się niesforny dzieciak. Ów 

dźwięk  to  przycichał,  to  wzmagał  się  niespodziewanie,  i  tak  trwał,  ciągły  i  charakterystyczny.  Sąsiadka  z 

pierwszego  piętra,  jejmość  będąca  właścicielką  bujnych  kształtów  i  kilkunastu  kanarków  wydawała  zajadłe 

terkotanie,  natomiast  stróŜ  z  sutereny,  człek  o  podejrzanej  fizjonomii,  szemrał  niby  brudna  woda  w  dolnym 

biegu zanieczyszczonej rzeki. Wszystkie te dźwięki były nie do pomylenia lub zamiany, a mówiły o swoich 

właścicielach  znacznie  więcej  niŜ  kryminalny  odcisk  palca.  Jan  z  przestrachem  począł  wsłuchiwać  się  w 

siebie, ale wyczuł tylko bulgotanie. Był głodny.  

PoniewaŜ  kolega  nie  spieszył  się  z  poczęstunkiem,  udał  się  do  naroŜnej  knajpki.  W  czasie  kiedy 

spoŜywał  zupę,  bufetowa  wydawała  przenikliwy  pisk  niby  stary  i  zuŜyty  wagon  kolejowy,  a  siedząca  nie 

opodal rozłoŜysta dziewczyna zanosiła się nieprzerwanym wewnętrznym chichotem, Ŝywo przypominającym 

ś

miech  hieny  w  noc  bezksięŜycową.  Jan  nie  skończył  posiłku  i  spiesznie  oddalił  się.  Na  ulicy  wszystkie 

dziewczyny spośród tych, które kląskały jak słowiki, miały pewną siebie asystę, przeto bliŜsze badanie owych 

dosyć rzadkich fenomenów okazało się bezcelowe.  

Jan w zasadzie nie był wierzący, lecz gdy zobaczył ciemną bryłę kościoła, grzmiącą dostojną powagą 

na  tle  ciepłych  dźwięków  wieczornej  zorzy,  poczuł  nieodpartą  chęć  spojrzenia  w  głąb  własnej  duszy  pod 

osłoną  szacownych  murów.  Wszedł.  Niezdarnie  rozpoczął  modlitwę,  lecz  zaraz  otoczyły  go  jakieś  szepty, 

przytłumione głosy, piski... Myśli rozbiegały się, to znów schodziły jakby dziesiątkami poplątanych ścieŜek. 

W  głowie  miał  chaos.  Przestraszony  wybiegł  na  dwór.  Słyszał  -  myśli  innych  ludzi!  Tam,  w  kościele,  były 

naboŜne,  uduchowione  i  trochę  niesamowite,  otaczały  Jana  jak  duchy  i  zjawy  nie  z  tej  Ziemi  (moŜe 

rzeczywiście to były duchy?). Na ulicy natomiast nasz bohater czerwienił się i bladł na przemian, wstydził się 

i ogarniało go przeraŜenie, gdy przeciskał się przez dystyngowany wieczorny tłum, a w uszach brzmiały mu 

nagie, nieskrępowane rozmyślania przechodniów.  

background image

Jan posuwał się coraz dalej, pędził niby meteor, który nie moŜe się juŜ zatrzymać. Wiedział, Ŝe jego 

zmysł  słuchu  osiąga  nieosiągalne,  bał  się  jakiejś  bariery,  której  bliskość  wyczuwał.  Przemknął  przez 

niesamowite szepty podświadomości i osiągnął na koniec kres swojej wędrówki dotarł do siedliska duszy.  

I otoczyła go cisza, albowiem dalekie tło odgłosów świata stało się niczym w tym sanktuarium. Wtem 

- zagrzmiał karzący Głos, w którym jednakŜe pobrzmiewały nutki zdziwienia wobec bezczelności śmiałka:  

- Ty nachalny natręcie, który nabrałeś niecnej chęci podsłuchiwania, czy dociera do ciebie moje słowo 

w  ciemnej  otchłani  twojego  istnienia?  Ty,  co  mącisz  mi  spokój,  abyś  zrozumiał,  powiem  ci  uŜywając 

dostępnych ci pojęć, Ŝe jesteś teraz niby zwierz, zanieczyszczający swoimi odchodami własną czystą źrenicę! 

Wynocha z powrotem, do siebie!  

I  nagle  Janowi  wydało  się,  Ŝe  spada  przez  kolejne  przestrzenie,  z  których  kaŜdą  wypełniają  inne, 

dziwne  dźwięki,  a  jego  lot  jest  coraz  szybszy,  prędkość  staje  się  zawrotna,  Ŝe  przebija  za  kaŜdym  razem  z 

głuchym łomotem membranę jakiegoś gigantycznego bębna, aŜ wreszcie... ogłuchł zupełnie, i głuchy był jak 

pień do końca swoich dni. Widocznie szybciej niŜ inni wyczerpał Ŝyciowy przydział wraŜeń na zmysł słuchu.  

Po  latach  opowiadał  wnukom,  póki  jeszcze  byli  mali,  Ŝe  w  dawnych,  dawnych  czasach  słyszał 

upajający zapach nenufarów i lilii wodnych. Lecz na wspominanie o duszy byli najpierw za mali, a potem - 

juŜ za mądrzy.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Tchnienie szale

ń

stwa” 

 

Samochód  zatrzymał  się  z  piskiem  hamulców.  Dwaj  męŜczyźni,  którzy  opuścili  szoferkę,  udali  się 

wprost do Komendanta. Byli zmęczeni i pokryci kurzem drogi.  

-  O'Hara,  Scoyt  -  przedstawili  się  małemu,  śniademu  krajowcowi,  który  zdawał  się  ginąć  za  swoim 

masywnym  biurkiem.  Przyglądał  się  przybyszom  przenikliwym,  nieco  drapieŜnym  wzrokiem.  Przemówił 

dopiero po chwili :  

-  Dostałem  telefonogram  przed  tygodniem.  Do  waszej  dyspozycji  jest  chata  trzcinowa,  niestety, 

niczego lepszego nie mogłem przygotować. Jedna z tutejszych dziewcząt będzie wam pomagać, nazywajcie ją 

Baloo. Gdybyście potrzebowali czegoś, zwróćcie się bezpośrednio do mnie. Czy są jakieś pytania?  

O'Harę  uprzedzano o  surowości obyczajów  szczepu Baali  i  niechęci  do obcych,  lecz  brak  wszelkich 

form grzecznościowych spowodował lekki szok. Poczuł wzbierający gniew, mruknął więc coś niewyraźnie i 

skierował się ku wyjściu. Nie zamierzał zaczynać od sprzeczki. Lecz piskliwy głos Komendanta osadził go na 

miejscu.  

- Jeszcze chwileczkę. Chciałem udzielić wam pewnej rady, dla waszego bezpieczeństwa. Dopóki nie 

będziecie  niepokoić  naszych  ludzi,  oni  teŜ  dadzą  wam  spokój.  W  przeciwnym  wypadku...  Po  prostu,  u  nas 

przetrwało  wiele  zwyczajów  z  dawnych  czasów.  Ci  przybysze,  którzy  o  tym  pamiętali,  zawsze  opuszczali 

osadę zadowoleni. I jeszcze jedno weźcie te amulety. To znak rozpoznawczy, Ŝe jesteście ze mną w zgodzie - 

dodał wyjaśniająco.  

Komendant  osiedla  czy  zabobonny  szaman?  Oto  do  czego  prowadzi  polityka  nieinterwencji  - 

pomyślał O'Hara z niesmakiem. Wziął jednak amulet i schował go do kieszeni.  

Wyszli w duszny, tropikalny zmrok, który zapadł nagle, zdawałoby się, Ŝe jeszcze w trakcie trwania 

pełnego dnia. DŜungla piętrzyła się groźnie wokół, waliła się jakby szarą, ogromną falą ze wszystkich stron na 

rachityczne  chaty  osiedla.  Dziki  śpiew  cykad  zdawał  się  wprowadzać  czaszkę  w  wibracje.  O'Hara  dopiero 

teraz zrozumiał, dlaczego lasy północy, w których słychać tylko szum sosen, sprawiają wraŜenie uśpionych.  

Jak  spod  ziemi  wyrosła  przed  nimi  drobna,  naga  dziewczyna,  wskazała  drogę  do  rozpadającej  się 

trzcinowej chaty, rozwiesiła hamaki i przyrządziła strawę. Potem znikła równie nagle, jak pojawiła się.  

MęŜczyźni  jeszcze  długo  w  noc  przenosili  i  ustawiali  w  chacie  sprzęt  i  aparaturę.  Wreszcie  legli 

zmęczeni w hamakach, lecz sen nie chciał przyjść. Otaczało ich nienaturalnie bujne, rozpasane Ŝycie tropików, 

słyszeli,  jak  pulsuje  tysiącami  dźwięków,  niemal  czuli  przewalanie  się  dziwnych  stworów  w  lepkim  błocie 

między  mangrowcami,  ciche  zbliŜanie  się  drapieŜników  i  śliski  ruch  węŜy  pośród  lian.  Duszne  powietrze 

dławiło ich niby gęsta, podgrzana ciecz.  

O'Hara  oddychał  płytko  i  z  trudem.  Nie  mógł  zasnąć,  czuł  dziwne  podniecenie;  zapadał  jedynie  w 

krótkie drzemki, wypełnione koszmarnymi obrazami bagnistej dŜungli. Ubranie oblepiało spocone, rozgrzane 

ciało.  

Gdy  nagły,  tropikalny  brzask  wsączył  się  strumyczkami  zamglonego  światła  przez  szpary  w 

trzcinowych ścianach, męŜczyźni z ulgą zwlekli się z hamaków, przełknęli śniadanie i niezwłocznie rozpoczęli 

background image

pracę. Trzeba zrobić co naleŜy i wynosić się czym prędzej z tego nieprzyjaznego zakątka do cywilizowanych 

okolic, gdzie moŜna wziąć prysznic i gdzie ludzie stwarzają pozory wzajemnej Ŝyczliwości.  

O'Hara  miał  trudności  z  wyzerowaniem  aparatu,  pokrętła  i  przyciski  wydawały  mu  się  toporne,  a 

konstrukcja urządzenia zupełnie niepraktyczna. Czuł się nienormalnie podekscytowany, zupełnie jak po kilku 

filiŜankach mocnej kawy.  

Skinął na Baloo, która siedziała w kucki pod trzcinową ścianą. Gdy podeszła, sięgała mu zaledwie do 

ramienia,  a  róŜnicę  potęgowała  jeszcze  jej  filigranowa  budowa.  O'Hara  był  męŜczyzną  słusznego  wzrostu  i 

wagi i wyglądał przy niej jak niedźwiedź. Dziewczyna zgodziła się na kilka elektronicznych pomiarów.  

O'Hara  musiał  usiąść,  aby  umocować  na  głowie  Baloo  elektrody.  Musnął  przypadkowo  łokciem  jej 

nagą,  jędrną  pierś  i  poczuł  łagodny  zapach  kobiecego  ciała.  Dotychczas  miał  ją  za  dziecko  jeszcze,  za 

podlotka.  Poczuł  wzmagające  się  podniecenie.  Raptownie  wstał,  sięgnął  do  skrzyni  i  rzucił  dziewczynie 

prześcieradło. - Zakryj się tym - warknął.  

Baloo  pokazała  w  uśmiechu  szereg  białych  zębów.  O'Hara  mógłby  przysiąc,  Ŝe  wszyscy  krajowcy 

mają w twarzach coś drapieŜnego, niezaleŜnie od nastroju, w jakim się znajdują.  

- Jak pan sobie Ŝyczy, sir.  

- I noś to zawsze.  

- Dobrze, sir.  

Szybko  dokonał  pomiarów  i  odprawił  dziewczynę,  albowiem  jej  wdzięki,  chociaŜ  spowite  teraz  w 

białą  tunikę,  stopniowo  przesłaniały  mu  ekrany  i  wskaźniki.  Co  się  ze  mną  dzieję!  myślał.  Ze  statecznym 

obywatelem,  powaŜnym  naukowcem,  który  nigdy  nie  uganiał  się  za  spódniczkami!  Przebadał  jeszcze  kilku 

krajowców, lecz ciągle widział Baloo i czuł delikatny zapach jej skóry.  

- Co tam u klimatologa? - rzucił w stronę Scoyta, aby odwrócić tok myśli. - Potwierdzasz czy obalasz 

teorię?  

-  Do  licha  z  teorią  -  burknął  niegrzecznie  Scoyt,  lecz  zaraz  zreflektował  się  i  dalej  ciągnął  juŜ 

normalnym  tonem.  -  Z  danych  odbiegających  od  przeciętnej  warto  zanotować  podwyŜszony  poziom 

promieniowania  jonizującego,  a  w  glebie  spore  stęŜenie  litu,  cynku,  no  i  duŜo  kadmu.  Poza  tym  nic 

specjalnego.  

- Czy gdzieś na świecie występuje podobna kombinacja?  

- Owszem. W Norwegii i na Alasce - odczytywał Scoyt z ekranu komputera.  

- A między zwrotnikami ?  

-  Zaraz...  Są  nieco  podobne  układy,  ale  zawsze  któraś  komponenta  jest  o  wiele  niŜsza.  Tylko  na 

Florydzie mamy coś podobnego. Oczywiście biorę pod uwagę jedynie dane skatalogowane.  

- Gdybyś podawał inne, byłbyś w najgorszym przypadku wróŜką - mruknął O'Hara, lecz Scoyt gładko 

przeszedł nad zaczepką.  

- A co u ciebie?  

-  U  wszystkich  osób,  które  przebadałem,  stwierdziłem  podwyŜszone  ciśnienie  krwi,  podraŜnienie 

centralnego  ośrodka  nerwowego,  silne  reakcje  emocjonalne  i  cały  zespół  innych  cech,  charakteryzujący 

osobniki  w  stanie  stresu  lub  gotowości  do  konfrontacji.  Jeśli  dane  pozostaną  podobne  w  ciągu  dłuŜszego 

background image

okresu, będą oznaczać tutejszy stan normalny. Stąd wniosek, Ŝe klimat i środowisko tego obszaru wywołuje 

obserwowane przez nas niezwykłe objawy emocjonalne. A wtedy...  

- Mówisz jak zwolennik teorii - przerwał Scoyt, a jego Ŝółte oczy zwęziły się.  

- Mówię o faktach! - prawie krzyknął O'Hara i zacisnął wielkie pięści. Przez chwilę mierzyli się złym 

wzrokiem. Pierwszy opadł na trzcinowy fotel Scoyt.  

-  Oto  był  dowód  na  wiarygodność  twoich  wyników.  Kończmy  szybko  robotę  i  zwijajmy  obóz,  bo 

będzie  źle.  MęŜczyźni  wzięli  się  raźno  do  pracy  i,  choć  niewyspani  i  rozdraŜnieni,  nazajutrz  zdołali 

zgromadzić pokaźny materiał.  

JednakŜe niewiele z niego wynikało.  

-  To  tylko  poszlaki,  a  nie  dowody  -  O'Hara  wstał  zniechęcony  i  przeciągnął  potęŜne  ramiona,  aŜ 

zatrzeszczały stawy.  

- Sporo jednak tych poszlak - Scoyt próbował być optymistą. - Zaczynam powaŜnie brać pod uwagę 

moŜliwość ewentualnego rozwaŜenia...  

- Nie próbuj być dowcipny - przerwał szorstko O'Hara. - Tak jest, szefie. Ale zauwaŜ, Ŝe w punktach o 

podobnej charakterystyce geologicznej w innych miejscach kuli ziemskiej teŜ występują powaŜne zaburzenia 

atmosferyczne. Morze Północne lub Ochockie, Trójkąt Bermudzki...  

-  Nigdzie  tak  silnie  jak  tutaj.  Te  niszczycielskie  cyklony!  -  Ale  teŜ  ludzie  Baali  Ŝyją  bardziej 

gromadnie, całe plemię tworzy jakby jedną rodzinę. Wszyscy zajmują się i przejmują na raz tym samym.  

-  Myślałem  juŜ  na  ten  temat.  Wszystko  poszlaki,  a  nam  potrzeba  dowodów.  Nic  więcej  tu  nie 

zdziałamy,  jutro  pakujemy  sprzęt.  A  teraz  idę  rozerwać  się  trochę.  Obejrzę  grę  w  piłkę  w  wykonaniu 

tubylczych reprezentacji, podobno ciekawe widowisko.  

-  Poczekaj,  pójdę  z  tobą  -  Scoyt  równieŜ  miał  juŜ  dosyć  jałowej  pracy,  polegającej  na 

kolekcjonowaniu danych. Obaj męŜczyźni ruszyli w duszny Ŝar tropikalnego popołudnia, czując palący cięŜar 

promieni słonecznych na ramionach i plecach. Pot spływał im spod kapeluszy na . szyję i dalej kaŜda kropla 

torowała sobie drogę po piersiach lub łopatkach.  

Mimo  potwornego  upału  napięcie  wokół  wyczuwalnie  rosło;  krajowcy  biegali między  chatami,  a  na 

głównym placu pośrodku wioski zebrał się juŜ gwarny tłum. Gracze obu druŜyn, z naszej osady i sąsiedniej, 

blisko  połoŜonej  wioski,  rozgrzewali  się  juŜ,  miotając  na  siebie  obelgi.  Tłumnie  przybyli  mieszkańcy  obu 

wiosek  równieŜ  nie  Ŝałowali  sobie,  tak  Ŝe  harmider  zagłuszał  nawet  odwieczne  głosy  dŜungli.  Co  tu  będzie 

działo się za chwilę - pomyślał O'Hara i nagle w olśnieniu spojrzał na Scoyta, lecz ten był zbyt zmęczony na 

wszelkie  dysputy.  Dowlókł  się  do  zacienionego  miejsca  i  usiadł  na  piasku,  skąd  smętnie  obserwował  coraz 

bardziej podnieconych krajowców.  

Rozpoczął się mecz. Ogólnie gra polegała na waleniu małej piłeczki wielką pałką w taki sposób, aby 

kauczukowa  kulka  spadła  na  pole  przeciwnika.  Zarówno  gracze,  jak  i  kibice  krzyczeli  ile  sił  w  płucach, 

wymachiwali  rękami,  tańczyli,  niektórzy  wpadali  w  ekstazę.  Coraz  częściej  wybuchały  bójki  lub  większe 

awantury. O'Hara i Scoyt woleli wycofać się zawczasu, krajowcy byli bowiem coraz bardziej nieobliczalni i 

niebezpieczni.  

Tej  nocy  obydwaj  męŜczyźni  nie  zmruŜyli  oka.  Czuwali,  .  łowiąc  niecierpliwie  odgłosy  z  zewnątrz. 

To jeden, to drugi podnosił nagle głowę, aby lepiej ocenić jakieś słabe, ledwie uchwytne dźwięki. Lecz gdy 

background image

wreszcie  ucichły  chrapliwe  nawoływania  krajowców,  którzy  nie  spieszyli  się  do  swoich  chat,  zewsząd 

dobiegało tylko granie milionów cykad. I nic ponadto.  

Myśli O'Hary błądziły wciąŜ wokół tego samego tematu. Tak, teraz właśnie, jeszcze tej nocy wszystko 

powinno się wyjaśnić. MoŜe nie będzie to rozwiązanie ostateczne, ale przynajmniej bardzo istotna przesłanka. 

A wszystko zaczęło się tak niedawno, zaledwie kilka lat temu, kiedy Lemour wziął się do obliczania entropii 

informacji i emocji. O'Hara pamiętał, jak łysy niby wygolone kolano, lecz za to brodaty Lemour przychodził 

do niego i grzmiał: no, stary, mam problem akurat na nasze moŜliwości ! Jaka jest róŜnica w entropii między 

tomem encyklopedii i ksiąŜką, w której hasła i litery tego tomu zostały wydrukowane chaotycznie? Albo jak 

zmienia się entropia człowieka przeŜywającego silną, emocję? Hę? To przecieŜ proste - bierzesz całkę... Nie 

było  to  proste,  ale  w  końcu  Lemour  ułoŜył  równania  i  rozwiązał  je.  Uznano  wtedy,  Ŝe  jest  nieszkodliwym 

wariatem lub w najlepszym razie szarlatanem.  

Wspomnienia  O'Hary  przerwał  gwałtowny  podmuch  wiatru,  który  z  furią  uderzył  w  aŜurowe  ściany 

chaty. Obaj męŜczyźni jak na komendę zeskoczyli na ziemię i wybiegli w ciemność. Po niebie pędziły niskie, 

wełniaste chmury, a pełna rozbudzonych krzyków dŜungla gięła się pod nagłymi ciosami wichury.  

- Oto dowód! - Scoyt usiłował przekrzyczeć szum huraganu.  

- Powiedzmy, Ŝe połowa dowodu - O'Hara był nieco ostroŜniejszy, lecz jego oblicze promieniało.  

Nazajutrz  obydwaj  męŜczyźni  wzięli  się  od  rana  do  pracy;  nie  zauwaŜyli  nawet,  Ŝe  Baloo  przyszła 

dopiero koło południa. Była naga, a włosy miała zaplecione w misterne warkoczyki.  

- Dlaczego nie ubrałaś się? - spytał szorstko O'Hara. Dziewczyna spuściła oczy.  

- Przyszłam... poŜegnać się.  

- Co?  

- Wczoraj urodziło się białe cielę. To znak.  

- Do czego?  

- Do składania ofiar Bogom. Ja będę... dawała ofiarę. Nie mogę potem wam słuŜyć.  

- Dlaczego?  

Nie  odpowiedziała,  schyliła  tylko  jeszcze  bardziej  głowę.  O'Hara  spojrzał  na  jej  kształtne  piersi  i 

wysokie sklepienie bioder i myślami był bardzo daleko od składania ofiar bogom ludu Baali.  

- Jak wygląda takie składanie ofiar? - zainteresował się Scoyt.  

- To bardzo dawny zwyczaj. Nie dla białych.  

- Z tańcami, śpiewami?  

- Tak, na początku.  

- A później?  

Znów  nie  odpowiedziała,  tylko  schyliła  głowę  i  ciemna  fala  drobno  splecionych  włosów  opadła  na 

delikatne  ramiona,  odsłaniając  subtelny  łuk  pleców.  O'Hara  ledwie  powstrzymał  się,  Ŝeby  ich  nie  odgarnąć; 

czuł, jak puls wali mu w skroniach, Otarł pot z czoła.  

- Często odbywają się takie ceremonie? - badał dalej Scoyt.  

- Nie - dziewczyna usiłowała sobie przypomnieć. Chyba... w tym roku dwa lub trzy razy.  

Scoyt załoŜył jej kask, uruchomił baterie i wsunął w otwór kasetę synchronizującą.  

- Spróbuj przypomnieć sobie, kiedy to było.  

background image

-  Zaraz...  na  pewno  trzeciego  stycznia,  potem  chyba  dziesiątego  czy  jedenastego  kwietnia,  no  i  w 

maju,  tak,  piątego  maja.  Dokładnie  piątego  wieczorem.  Wszyscy  dorośli  członkowie  szczepu  idą  do  lasu, 

pozostają dzieci i starcy.  

Lecz Scoyt juŜ nie słuchał, tylko wywoływał dane z  komputera. Po chwili wydał triumfalny krzyk i 

odczytał:  

- Dwa cyklony, Daisy i Betty, i tajfun Cleopatra.  

Z  tego  zbieŜność  dwóch  zupełnie  niezła.  Co  ty  na  to?  Nie  czekając  na  odpowiedź  zaskoczonego 

O'Hary pytał dalej dziewczynę:  

- A co z meczami, no, w piłkę? Kiedy były urządzane?  

- Nie wiem, to nie dla kobiet - odrzekła jakby zawstydzona.  

- Dobra - Scoyt zerwał się z miejsca - idę do Komendanta, on na pewno zna daty - i wybiegł na dwór.  

- Co to jest? - Baloo wskazała na jeden z przyrządów. Co wy robicie?  

- To za trudne dla ciebie, dziecko - roześmiał się O'Hara, ale widząc jej obraŜoną minę dodał:  

- My, jakby to powiedzieć... próbujemy wyjaśnić, skąd biorą się wiatry. Widzisz, nam wydaje się, Ŝe 

one nieraz zaczynają się w nas samych. Zresztą, poczekaj.  

Pogrzebał chwilę w skrzyni i wyciągnął kasetę, którą wepchnął do drugiej szczeliny w kasku Baloo. 

Dziewczyna zachwiała się lekko, lecz po chwili odzyskała równowagę i poczuła się normalnie.  

-  PoŜyczyłem  ci  taką  biblioteczkę,  z  której  twój  mózg  moŜe  czerpać  dane  -  zaśmiał  się  O'Hara.  - 

Będzie ci łatwiej zrozumieć.  

- To jest... takie dziwne. Jakby jakaś ręka przeszukiwała moją głowę - wyszeptała dziewczyna i nagle 

umilkła, przestraszona własnymi słowami.  

-  Nie  zwracaj  na  to  uwagi,  tego  typu  odczucie  występuje  zawsze  -  O'Hara  mówił  nienaturalnym 

głosem,  nie  mogąc  oderwać  wzroku  od  długich  ud  Baloo. Miał  wraŜenie,  Ŝe  w Ŝyłach  pulsuje  mu  stopiony, 

łaskoczący metal.  

A  dziewczyna,  doskonale  wyczuwając  jego  zainteresowanie,  jakby  umyślnie  eksponowała  swoje 

wdzięki. Bawi się kosztem starego durnia - pomyślał ze złością. Zaczął mówić, gwałtownie wyrzucając słowa 

i usiłując stłumić wzbierające ciepłą falą poŜądanie.  

- Znasz juŜ teraz pojęcie entropii, prawda? Przyjmijmy po prostu, Ŝe jest to miara chaosu. Bezład - to 

maksimum entropii, zaś celowe organizowanie to jej zmniejszenie. Rozwijający się ludzie są jakby wysepkami 

malejącej entropii w środowisku jej ogólnego wzrostu. ChociaŜ procesy samorzutne...  

-  To  wiem.  Mówi  pan  w  sposób  prosty  o  rzeczach  ogólnie  znanych  -  przerwała  dzika,  lecz 

wyposaŜona w kasetkę dziewczyna z plemienia Baali.  

-  Przepraszam  najmocniej  -  O'Hara  nie  mógł  powstrzymać  uśmiechu.  -  Wobec  tego  przechodzę  do 

sedna sprawy.  

Jeden z moich przyjaciół, Lemour, przyjął, Ŝe entropia człowieka w stanie równowagi psychicznej jest 

większa  niŜ  po  doprowadzeniu  go  do  silnego  wzburzenia.  Po  prostu  bezruch  i  stagnacja,  charakteryzujące 

spokój  wewnętrzny,  to  stany  poprzedzające  działanie  bodźca,  który  powoduje  ukierunkowaną,  a  więc  w 

pewnym  sensie  uporządkowaną  koncentrację  reakcji  psychofizjologicznych,  czyli  w  końcowym  efekcie  po 

prostu wzburzenie emocjonalne. Lemour nie poprzestał na spekulacji abstrakcyjno - filozoficznej, lecz...  

background image

Dlaczego  ja  to  wszystko  jej  tłumaczę?  PrzecieŜ  tracę  cenny  czas...  Nie,  bo  piersi  tej  dziewczyny  są 

niesamowite, takie ostre, jak wykute w kamieniu, chciałbym wziąć je w rękę chociaŜ na chwilę, nie dbam o 

resztę, po co mi stanowisko uniwersyteckie...  

-  Czy  wszystko  jest  w  porządku?  -  w  głosie  dziewczyny  dźwięczał  niepokój.  Poczuł  raczej  niŜ 

zobaczył, Ŝe zbliŜyła się.  

- Tak!! - rzucił przez zęby, odwracając się tyłem. Po chwili mówił dalej :  

-  Więc  ten  mój  przyjaciel,  zresztą  stał  się  on  wkrótce  przyjacielem  wielu  osób,  a  nawet  osobistości, 

które  przedtem  raczyły  zwykle  nie  zauwaŜać jego  istnienia, tak  więc  Lemour  obliczył  swoją  całkę.  Wartość 

entropii,  a  raczej  wartość  jej  spadku  w  wyniku  wzburzenia  emocjonalnego,  wyszła  monstrualna, 

nieprawdopodobnie  wielka.  Było  jasne,  Ŝe  w  rozumowaniu  tkwił  błąd  lub  Ŝe...  MoŜna  było  załoŜyć,  Ŝe  w 

otoczeniu  jednocześnie  zachodzi  ogromny  kompensujący  wzrost  entropii,  i  wtedy  proces  nie  przeczył 

podstawowym  prawom  termodynamiki.  A  wzrost  entropii  to  ujednolicenie,  uśrednienie.  Jeśli  w  głębi  ziemi 

istniały  napręŜenia,  powinno  w  tym  momencie  lub  niewiele  później  następować  ich  wyrównywanie.  Na 

przykład:  intensywnie  przeŜywane  emocje  grupy  ludzi  mogłyby,  według  jego  hipotezy,  spowodować 

gwałtowne  trzęsienie  ziemi  w  rejonach  sejsmicznych.  Dalej  -  jeśli  w  atmosferze  istniałaby  róŜnica 

potencjałów,  to  wedle  teorii  wyładowanie  w  postaci  pioruna  miałoby  zostać  zainicjowane  w  analogiczny 

sposób. To samo przy róŜnicy ciśnień między dwoma obszarami, która powinna być niwelowana huraganem 

lub  tylko  wiatrem,  w  zaleŜności  od  gradientu  wielkości  fizycznej  i  od  mocy  impulsu  emocjonalnego.  Stąd 

burze i wiatry wiosenne, kiedy wszystko co Ŝywe dostaje gorączki rozmnaŜania, stąd teŜ straszliwe tajfuny i 

cyklony  w  obszarach  tropikalnych,  bo  ludzie  są  tu  szaleni,  a  Ŝycie  zwariowane  w  porównaniu  z  zimną 

północą.  

O'Hara gadał urywanymi zdaniami jak nakręcony, zupełnie jakby wypluwał z siebie ten najkrótszy w 

Ŝ

yciu wykład.  

W  nerwowym  podnieceniu  zaciskał  wielkie,  spocone  pięści.  Pragnął  wyrzucić  stąd  tę  drobną 

dziewczynę, i to jak najprędzej; tylko jeszcze choć raz spojrzy na jej smukłe plecy i wiotką talię.  

-  Jaka  to  piękna  hipoteza  -  zawołała  z  podziwem,  patrząc,  zdumiona  na  O'Harę  -  i  jaka  naciągana! 

PrzecieŜ...  

- AleŜ oczywiście! - jednym szarpnięciem zerwał jej kask z głowy. Wiem, Ŝe są jeszcze tysiące innych 

czynników! Lecz gniew zgasł w nim natychmiast, gdy ujrzał jej zalęknione oczy i skuloną postać. Poczuł się 

paskudnie, jakby zabił noworodka.  

- Zimno tutaj, sir. Czy ja... spałam?  

- Nie, to jest... tak, przez chwilę.  

- Przepraszam!  

-  To  był  eksperyment,  pomiar  -  tłumaczył  niezręcznie.  Czuł,  Ŝe  dłuŜej  nie  zniesie  widoku  tej 

dziewczyny,  a  raczej  kobiety,  podlotka  czy  wampa  -  wszystko  jedno.  Chciał  wybiec,  uciec,  lecz  wtedy  ona 

podeszła  i  dotknęła  go.  Zwyczajnie  dotknęła,  idąc  za  głosem  naturalnego,  pierwotnego  odruchu.  Zobaczył 

wokół czerwień i juŜ nie czuł nic - tylko jej mokrą, rozgrzaną twarz i gibkie kocie ciało. Czas zatrzymał się i 

pędził jednocześnie w obłędnym rytmie osuwającego się świata, a gorąca rozkosz napływała kumulującą się 

aŜ do bólu falą.  

background image

Poczuł słony smak krwi. Dopiero drugie uderzenie dotarło do jego świadomości. Zwalił się cięŜko na 

ziemię;  między  zębami  zazgrzytał  piach.  Czyjaś  twarda  dłoń  przewróciła  go  na  plecy,  spostrzegł  nad  sobą 

czerwoną, wykrzywioną wściekłością twarz i Ŝółte ślepia Scoyta.  

- Coś ty narobił, skończony idioto!  

O'Hara  podniósł  się  na  łokciu.  ZdąŜył  jeszcze  zobaczyć,  jak  Komendant  i  kilku  krajowców 

pospiesznie  opuszcza  chatę;  pozostał  sam  ze  Scoytem,  który  usiadł  cięŜko  i  złapał  się  za  głowę.  Powoli 

wracali do równowagi.  

Powietrze  było  gęste  od  straszliwego,  dusznego  gorąca.  Ubrania  oblepiały  dokładnie  ciała  obu 

męŜczyzn. Na zewnątrz gardłowe wrzaski krajowców przybierały na sile.  

- Odprawiają taniec wojenny. Trzeba uciekać - Scoyt mówił z trudem, po raz pierwszy jąkał się.  

-  A  aparatura?  -  O'Hara  dźwignął  się  z  trudem  i  bezskutecznie  usiłował  doprowadzić  ubranie  do 

porządku.  

- Jaki ty jesteś głupi - wycedził Scoyt, a jego Ŝółte oczy zwęziły się do szparek. - Nawet jeśli oni nie 

zdąŜą podziurawić nas swoimi włóczniami, nie domyślasz się, co stanie się za godzinę lub dwie?! - krzyczał z 

bezradnym,  trochę  dziecinnym  wyrazem  twarzy.  -  Całe  plemię,  łącznie  z  kobietami  i  dziećmi,  pała  Ŝądzą 

zemsty  na  tobie,  teraz  juŜ  na  nas  obu.  Powietrze  aŜ  drga  od  emocji.  Uciekajmy!  Wybiegli  w  cięŜki  Ŝar 

popołudnia.  W  szoferce  nie  było  czym  oddychać,  a  fotele  parzyły  niby  rozgrzany  piec.  Silnik  prychnął  parę 

razy i zgasł. Scoyt zaklął i spróbował ponownie - tym razem zapalił i zawył od razu na najwyŜszych obrotach, 

lecz wóz zarzucił i zakopał się w piachu. Wszystkie dętki były przedziurawione.  

O'Hara  poczuł  ucisk  strachu  na  krtani.  Rzucił  się  cięŜko  w  ślad  za  biegnącym  Scoytem.  Wkrótce 

dotarli  do  podmokłej  dŜungli,  gdzie  wpadali  w  głębokie  błoto  między  korzeniami  mangrowców,  ostre  kolce 

boleśnie  raniły  skórę,  a  tysiące  moskitów  cisnęły  się  do  ust  i  oczu.  Lecz  nawet  tam  doganiały  ich  krzyki 

rozwścieczonych  mieszkańców  wioski  -  nie  mogli  ujść  daleko.  JuŜ  po  chwili  zdali  sobie  sprawę  z 

beznadziejności  sytuacji;  nie  mieli  Ŝadnych  szans.  Wtedy  dŜungla  zamilkła.  Zwierzęta  jakby  straciły  głos  i 

wpełzły w najgłębsze zakamarki swoich kryjówek.  

W złowrogiej ciszy nawet krajowcy zaprzestali nawoływań. Nagle uderzył huragan. Rozszalał się od 

razu  całą  mocą,  jakby  chciał  natychmiast  wyładować  długo  gromadzoną  wściekłość.  DŜungla  krzyknęła 

strasznie jak rozdzierany i miaŜdŜony potwór i poddała się. Wielkie drzewa padały z łoskotem, a mangrowce 

legły  od  razu  niby  trawa  pod  kosą.  Powietrze  wypełniły  strzępy  lian,  liście  i  grudy  ziemi;  martwe  ptaki 

przypominały wirujące strzępy rozdmuchanego pierza.  

O'Hara,  który  jako  jedyny  jakimś  cudem  ocalał  z  pogromu,  czasami  wspomina  te  wydarzenia  jak 

nierealny, zły sen, choć musi przyznać, Ŝe przez całe swoje spokojne Ŝycie nie doznał tylu wraŜeń, co w ciągu 

owych kilku szalonych dni.  

Natomiast teoria, jak to często bywa, nie została nigdy ani całkowicie obalona, ani dowiedziona ponad 

wszelką  wątpliwość;  po  prostu  zastąpiono ją  inną,  lepszą  i  nowocześniejszą,  co  nie  znaczy,  Ŝe  ostateczną,  a 

tym bardziej prawdziwą.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Szlaki istnienia” 

 

Boja  fascynowała  mnie  zawsze,  ilekroć  spoglądałem  na  jej  smukłą,  obłą  sylwetkę,  zawieszoną 

nieruchomo  na  tle  głębokiego  seledynu  przestrzeni.  Z  dala  wydawała  się  szara,  czarna  niemal,  lecz  gdy 

zbliŜałem  się  ukradkiem,  z  niewyjaśnionym  lękiem  ściskającym  krtań  łaskotliwą  obręczą,  na  powierzchni 

ciemnej bryły rozjarzały się delikatne ogniki i pląsały jak robaczki świętojańskie, a później cały elipsoidalny 

kształt  rozpalał  się  wiśniowym  świeceniem.  Wtedy  zawsze  cofałem  się  szybko,  a  uczuciu  opuszczającego 

mnie strachu, który uchodził raptem niby zimny płyn wypełniający uprzednio pierś, towarzyszył wzbierający 

gniew i niechęć do samego siebie.  

Często  opowiadałem  ludziom  o  boi.  Zrazu,  na  samym  początku,  były  to  nieśmiałe  zwierzenia, 

wstydliwe  szeptanie;  potem  mówiłem  coraz  głośniej,  aŜ  w  końcu  stałem  się  natarczywy.  Niektórzy  słuchali 

mnie z przylepionym do warg uprzejmym uśmiechem, myśląc zupełnie o czym innym, byli teŜ tacy, którzy ze 

zniecierpliwieniem  wzruszali  ramionami.  Te  drobne  róŜnice  w  zachowaniu  zaleŜały  zapewne  od  nabytej  w 

młodości  ogłady;  wszyscy  jednakŜe  jednakowo  uparcie  biegli  wyznaczonymi  im  ścieŜkami,  zaś  Ŝadna  z  ich 

tras  nawet  nie  zbliŜyła  się  do  przestrzeni  za  boją.  Tylko  nieliczni  spośród  tych,  którym  opowiadałem  o 

straŜniku dziwnego obszaru, dali się skłonić do wspólnego rekonesansu; ich śmiechy i gesty były nawet pełne 

zrozumienia,  gdy  wskazywałem  na  jajowatą  plamę  czerni  z  roztańczonym  rojem  świetlików.  Lecz  Ŝaden  z 

nich nie widział boi lub moŜe nie chciał jej widzieć - mogłem wskazywać dowolny kierunek w przestrzeni, a 

oni  wciąŜ  byli  pełni  zrozumienia  i  aprobaty,  po  czym  wymieniali  uściski  dłoni  i  z  ulgą  powracali  na  swoje 

ś

cieŜki.  

Lecz  ja  potrzebowałem  towarzysza.  Czułem,  Ŝe  sam  nie  podołam  lękom,  nie  przełamię  bariery 

strachu, którą wytwarzała we mnie złowroga wiśniowa poświata. Kiedyś ku mojej niezmiernej radości jeden z 

uprzejmych słuchaczy zgodził się na wspólną eskapadę.  

Ruszyłem  przodem,  czując  się  znacznie  raźniej  w  towarzystwie  i  tłamsząc  w  sobie  resztki  strachu 

przed pulsującym świeceniem. Gdy mijałem jajowaty, wiśniowy kształt, boja nagle zgasła i znikła. Po prostu 

znikła,  a  ja  zanurkowałem  w  tę  zagadkową  przestrzeń  po  drugiej  stronie,  w  przestrzeń,  która  okazała  się 

wewnątrz błękitna jak sen. Otoczyła mnie niebieska mgiełka, w której płynnym ruchem przesuwały się niby w 

rozbujanej toni oceanu jakieś zrazu nierozpoznawalne kształty.  

-  Jak  tutaj  inaczej  -  rzuciłem  przez  ramię  i  odwróciłem  się,  nie  otrzymawszy  odpowiedzi.  Byłem 

znowu sam, mój towarzysz znikł gdzieś, zapewne podąŜał od dawna ścieŜką swojej konieczności lub szlakiem 

głębokiego przekonania o jej istnieniu.  

Lecz  nie  bałem  się  juŜ.  Miejsce  lęku  zajęła  pełna  podniecenia  ciekawość.  Przenikałem  błękitną, 

eteryczną  toń,  dąŜąc  zdecydowanie  na  spotkanie  niewyraźnych  kształtów  unoszących  się  gdzieś  w  lśniącej 

mgle oddalenia.  

Ogromne  kule,  jakby  zacumowane  w  bladej,  niebieskiej  poświacie,  wykonywały  delikatny  taniec 

płynnych,  powolnych  wahnięć  wokół  punktów  kotwiczenia.  Ich  powierzchnie,  szare  lub  mlecznosine, 

background image

wydawały się nieruchome, dopóki nie wypełzły na nie pędzącymi wirami plątaniny finezyjnych linii, jaskrawe 

pasy lub nakładające się pierścienie w rozszalałej feerii barw.  

Było  to  tak  piękne,  Ŝe  bezwiednie  zbliŜyłem  się  do  opalizującej  ściany,  gładkiej  jak  lustro. 

Wyciągnąłem  dłoń.  Ręka  pokonała  ledwie  wyczuwalny  opór,  nie  większy  niŜ  przy  zanurzaniu  do  wody,  i 

zagłębiła  się  w  nieprzejrzystą  zasłonę.  W  środku  było  ciepło.  Cofnąłem  się  raptownie,  a  moje  ramię,  całe  i 

zdrowe,  opuściło  wnętrze  kuli.  Zachęcony  powodzeniem  spróbowałem  zajrzeć  do  środka.  Moja  głowa  i 

ramiona gładko przeszły na drugą stronę. Było tam rzeczywiście znacznie cieplej niŜ w błękitnej przestrzeni 

zewnętrznej ; widziałem wokół białą, rzedniejącą mgłę. Poczułem zawrót głowy - daleko w dole rozpłaszczył 

się  pomarszczoną  powierzchnią  bezmiar  oceanu.  Granatowoczarne  rowy  głębin  biegły  rozłamanym  na 

nieforemne  człony  szeregiem  aŜ  po  zamglenie  widnokręgu,  a  zielone i  Ŝółte  pierścienie.  szelfowych  płycizn 

opasywały jasną wyspę, leŜącą wprost pode mną. Nalot roślinności delikatnie cieniował białe wzgórza, a tuŜ 

nad  osłoniętą,  spokojną  zatoką  drobnymi,  lecz  foremnymi  kamiennymi  bryłami  zabudowań  rozsypało  się 

wzdłuŜ  brzegu  miasteczko.  Wycofałem  się  i  posuwałem  wzdłuŜ  rozigranej  barwnym  blaskiem  ściany  tak 

długo, Ŝe powinienem osiągnąć poziom wewnętrznego morza. Istotnie tak było; gdy zajrzałem przez zasłonę, 

leniwe  fale  przetaczały  wały,  zielonkawej,  przejrzystej  wody  o  parę  metrów  niŜej.  Zdecydowanym  ruchem 

prześliznąłem się do środka i z pluskiem wskoczyłem do morza. Lustrzana powierzchnia fal zamknęła się nad 

moją  głową,  a  głębia  w  dole  zdawała  się  ogniskować  wszystkie  promienie  słoneczne  w  jednym  punkcie 

zielonej  czeluści.  Wynurzyłem  się  i  popłynąłem  do  pobliskiego  brzegu,  na  którym  dostrzegłem  rybaków 

układających  sieci.  Wyszedłem  na  kamienistą  plaŜę  i  pozdrowiłem  ich  przyjaznym  skinieniem  ręki; 

odpowiedzieli  mi,  uchylając  czapek.  Byli  to  młodzi,  zdrowi  męŜczyźni.  Poczułem  się  nieswojo,  albowiem 

widziałem wokół tylko uśmiechnięte twarze. Jakby wszyscy cieszyli się, Ŝe właśnie ja tutaj i teraz zawitałem.  

Gdy  po  kamiennych  stopniach  wspiąłem  się  na  wysoki  brzeg,  moje  ubranie  było  juŜ  suche.  Niemal 

dotykalna  pieszczota  promieni  słonecznych  i  łagodne  ciepło  płynące  od  nagrzanych  głazów  stawały  się 

stopniowo  uciąŜliwe,  aŜ  zamieniły  się  w  duszny  upał.  Młody  śmiech  rybaków  z  plaŜy  rozbrzmiewał  coraz 

rzadziej,  aŜ  ucichł  zupełnie;  widocznie  i  oni  odczuli  Ŝar,  lejący  się  z  bezchmurnego  nieba.  Chodziłem 

uliczkami  kamiennego  miasteczka,  szukając  skrawka  cienia,  ale  na  próŜno:  wszystko  zalane  było  jasnym  i 

mocnym światłem słonecznym. Nawet drzewa o najgęstszych koronach nie dawały Ŝadnej osłony, a wnętrza 

domów jaśniały równie intensywnym blaskiem, co środek ulicy.  

Wszyscy  napotkani  ludzie  byli  młodzi  i  często  widziałem  uśmiechy  na  ich  twarzach;  nie  spotkałem 

nikogo zatroskanego lub płaczącego.  

Gdy  szedłem  stromą  uliczką,  wypatrując  źródła  wody,  zatrzymał  mnie  człowiek  nieco  starszy  od 

innych. Ten męŜczyzna nie uśmiechał się, a w głębi oczu miał smutek. - Przybyszu - zagadnął - pójdź za mną, 

coś  ci  pokaŜę.  Weszliśmy  na  mały  rynek,  okolony  rzędem  drzew  oliwnych  umieszczonych  w  kamiennych 

donicach. Mój przewodnik wskazał na starą wieŜę, na której zegar wybijał właśnie południe.  

-  Zawsze  wskazywał  za  kwadrans  jedenastą.  Wykonałem  lekcewaŜący  gest,  lecz  on  ciągnął  dalej 

takim samym, bezbarwnym tonem.  

- Nigdy nie było tak gorąco jak teraz. Nigdy nie miałem suchych warg.  

MęŜczyzna  podszedł  do  drzewa  oliwkowego,  tkwiącego  w  spękanej,  spopielałej  ziemi,  i  dotknął 

więdnącej gałęzi, strącając kilka zwiniętych liści.  

background image

- Dlaczego u was nikt nie płacze? Nie cierpi? - pytałem gwałtownie, uchwyciwszy jego ramię. - Czy 

kiedyś chorowałeś? Czy umarł ci ktoś bliski?  

W widocznym wysiłku zmarszczył czoło.  

- Umarł?  

- Czy czujecie smak szczęścia? - rzuciłem pytanie, zdając sobie jednocześnie sprawę z jego bezsensu.  

Szybko  zbiegłem  uliczką  w  kierunku  morza.  Na  plaŜy  rybacy  siedzieli  na  kamieniach  jak  wielkie, 

zmęczone  kormorany,  a  pot  pozlepiał  im  włosy  w  wilgotne  kosmyki.  Patrzyli  obojętnie,  jak  dałem  nura  w 

ciepłe fale. Modliłem się, aby stary zegar zatrzymał swój bieg jak najprędzej.  

Znów  przemierzałem  wypełnioną  wirującym  lśnieniem  przestrzeń,  w  której  szybowały  dziesiątki 

baniek mydlanych o gigantycznych rozmiarach. Ciekawość pchała mnie coraz dalej i czyniła coraz śmielszym.  

Kiedy  wniknąłem  do  jednej  z  bladomlecznych  kul,  których  wiele  kołysało  się  leniwie  w  zbitej 

gromadzie, ujrzałem nieprzeliczony tłum męŜczyzn, kobiet i dzieci, pędzący niby rzeka bez początku i końca. 

Ów  wezbrany  potok  ludzi  omijał  zielone  pagórki  na  swojej  drodze,  tkwiące  w  ruchomej  gromadzie  niby 

wyspy we wzburzonym nurcie skotłowanej wody. Zszedłem do biegnących, aby spytać, dokąd zdąŜają. Nikt 

nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, kiedy stanąłem w białym pyle drogi. Ludzie ci nie rozmawiali między 

sobą; ich jedynym celem był sam bieg, zaś jedyną przyjemnością - wyprzedzanie innych. Rodzenie, rozwój, 

umieranie - wszystko to odbywało się w trwającym bez przerw pędzie. Młodzi posuwali się lekkimi zrywami, 

cięŜko  kłusowały  dostojne,  rozbujałe  matrony,  nawet  rachityczni  staruszkowie  kuśtykali  zawzięcie,  pokryci 

wieloletnim pyłem drogi. Gdy ktoś zatrzymywał się lub padał, rozsypywał się natychmiast. w biały kurz.  

Potrącany  i  popychany  przez  biegnących,  postanowiłem  odpocząć  na  jednej  z  zielonych  wysp. 

Spokojny  gaj,  pełen  zapachu  Ŝywicy  i  ciepłych  podmuchów  wiatru,  dawał  prawdziwe  wytchnienie; 

zastanawiałem  się,  dlaczego  nikt  z  pędzącego  tłumu  nie  zatrzymuje  się  tutaj,  aby  nabrać  sił.  Lecz  wtedy 

spostrzegłem  kilkoro  ludzi  opodal  świerków.  ChociaŜ  sprawiali  wraŜenie  wypoczętych,  leŜeli  wygodnie  w 

wysokiej trawie pełnej kwiatów polnych. Ta grupa najwyraźniej zrezygnowała z dalszej gonitwy.  

Gdy postawiłem stopę na polanie, ich czas począł biec.  

Wykazywali  rosnące  zaniepokojenie,  spoglądali  jedni  na  drugich,  niektórzy  wstali  i  zajęli  się 

zbieraniem  owoców  lub  polowaniem,  przy  czym  kaŜdy  chciał  uzbierać  czy  upolować  więcej  niŜ  pozostali. 

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie łupu; ci, którzy dotarli do krańców wyspy, włączali się w pędzącą 

ludzką rzekę, nie mogli bowiem ścierpieć, Ŝe ktoś biegnie prędzej od nich.  

Z tymi, którzy pozostali w trawie, działy się dziwne rzeczy: kurczyli się, schli w oczach, mięśnie im 

wiotczały, a członki ulegały błyskawicznemu zanikowi lub zwyrodnieniu. Po chwili tylko rozłaŜąca się skóra 

niby  szary  pergamin  pokrywała  nagie  piszczele,  czaszka  miękła  i  zmniejszała  się  jak  przekłuty  balon,  i 

wreszcie zostawały tylko białe włosy, rozwłóczone po lesie przez wiatr nici babiego lata. Straciłem ochotę na 

odwiedzanie innych - wysp i opuściłem tę smutną krainę.  

Ś

wiat, w który wszedłem, otoczył mnie drgającym od gorąca. powietrzem, wonnym dymem i dziwnie 

draŜniącą, choć cichą muzyką; zmierzch zachlapał połowę nieba róŜem, karminem i szkarłatem. Nie zdąŜyłem 

jeszcze  rozejrzeć  się  po  okolicy,  kiedy  zamknęły  się  wokół  mnie  białe  ramiona;  w  oczach,  nosie  i  ustach 

miałem  pełno  włosów,  a  na  szyi  czułem  wargi  i  zęby.  Zapach  perfum  i  potu  był  tak  ostry,  Ŝe  pasował  do 

gwałtowności zajścia - pomyślałem o tym bezwiednie, podczas gdy, obca dłoń usiłowała wepchnąć mi do ust 

background image

jakąś  pigułkę,  Tego  było  juŜ  za  wiele  -  po  chwilowym  szoku  odzyskałem  panowanie  nad  sobą  i  kilkoma 

energicznymi  ruchami  zdołałem  się  wyswobodzić.  Na  twarzy  kobiety,  którą  odepchnąłem,  malowało  się 

zdziwienie tak wielkie, Ŝe graniczące ze strachem. Była to młoda dziewczyna, smukła i bardzo ładna, ubrana 

jedynie  w  półprzejrzystą  nocną  koszulę;  biała  karnacja  skóry  wydawała  się  jeszcze  delikatniejsza  wobec 

cięŜkich  splotów  kruczoczarnych  włosów,  opadających  na  szyję  i  wiotkie  ramiona.  Spomiędzy  delikatnych 

palców wypadła pastylka o cielistym zabarwieniu i potoczyła się po chodniku z gładkich kamieni wprost pod 

nogi kilku męŜczyzn i kobiet, przyglądających się ze zdziwieniem całej scenie. Wszyscy nosili, podobnie jak 

dziewczyna, przezroczyste i lekkie tuniki; moŜna było śmiało powiedzieć, Ŝe chodzili właściwie nago.  

Zmieszany i przestraszony, spróbowałem oddalić się. śaden ze świadków zajścia mi nie przeszkodził, 

tylko wodzili za mną zdumionym wzrokiem. Dopiero po dłuŜszej chwili, gdy straciłem ich z oczu, ochłonąłem 

nieco, zebrałem myśli i rozejrzałem się po okolicy.  

Wokół.  piętrzyły  się  jakieś  dziwne  budowle,  ni  to  szałasy,  ni  to  gliniane  chatki;  uliczki,  wyłoŜone 

białym  kamieniem,  wygładzonym  najpierw  przez  fale  morskie,  potem  tysiącami  stóp,  meandrowały  wśród 

nich jak  łoŜyska  wyschniętych  potoków.  W  świetle  kolorowych  lamp  spacerował  roześmiany  tłum  młodych 

męŜczyzn  i  kobiet.  WciąŜ  wszyscy  byli  młodzi  i  roześmiani,  choć  wiedziałem,  Ŝe  swoim  przybyciem 

uruchomiłem niweczący ich kruche szczęście mechanizm, Ŝe czas począł płynąć i słodkie wino uchodziło juŜ 

z pękniętego dzbana.  

Co  parę  kroków  widziałem  przytulone  pary.  Ani  kochankowie  nie  krępowali  się,  ani  teŜ  nikt  z 

przechodzących  nie  dziwił  się  w  najmniejszym  stopniu.  Sięgali  przy  tym  do  ustawionych  co  parę  kroków 

kolumienek  z  zagłębieniami,  pełnymi  cielistych  pigułek;  zaŜycie  specyfiku  wyraźnie  zwiększało  ich 

podniecenie. ZauwaŜyłem, Ŝe nikt nigdy nie odmawiał. Czym prędzej dałem nura w boczną uliczkę. Szedłem 

jakimiś  ciemnymi,  zapomnianymi  schodami,  mając  nad  głową  tylko  wąski  pasek  szarostalowego  juŜ  teraz 

nieba. Gdy ucichł wreszcie rozpasany gwar ulicy, ujrzałem przed sobą w świetle Ŝółtej latarni dwie postacie. 

Dałbym głowę, Ŝe nikt nie nadchodził; jakby wyrosły nagle z kamiennej płyty. Stary, przygarbiony człowiek 

trzymał  za  rękę  dziecko  o  twarzy  zastygłej  w  piękną  maskę.  Odeszli  powoli,  a  ich  kroki  stukały  głuchym 

echem po kamiennych zaułkach.  

Lekko,  bez  wysiłku  przemierzałem  rzadki  woal  mgły,  spowijającej  zawojem  srebrzystego  lśnienia 

setki  barwnych  globów,  planet,  światów.  Wiedziony  nieprzepartą  ciekawością,  oglądałem  wiele  z  nich  po 

drodze;  widziałem  miasta,  góry,  ogrody,  nieprzebyte  lasy  i  pasma  nadmorskich  plaŜ.  Wszystko  tam  było 

piękne,  zarówno  śmiałe  konstrukcje  niebotycznych  osiedli  przyszłości,  jak  i  tchnące  wiekową  wilgocią 

wnętrza gotyckich katedr; rośli męŜczyźni i powabne kobiety; zaczarowane kwiaty i tresowane zwierzęta. Nie 

brakło  równieŜ  bytów  odraŜających,  pełnych  okrucieństwa,  sadyzmu  i  wyuzdania,  choć  stanowiły  one 

wyraźną  mniejszość.  Niektóre  światy  były  proste,  nawet  prymitywne,  jak  scena  w  jakimś  podrzędnym 

teatrzyku, inne zadziwiały swoją złoŜonością, oryginalnością i swoistym pięknem, płynącym z harmonii.  

AŜ  kiedyś,  w  trakcie  mojej  długiej  wędrówki,  kiedy  juŜ  nieco  znuŜony  i  zawiedziony  zamierzałem 

zaniechać  dalszej  podróŜy,  ujrzałem  przed  sobą  glob,  który  wydał  mi  się  najwspanialszy  ze  wszystkich. 

Półprzejrzysta  powłoka  mieniła  się  aŜurowymi,  efemerycznymi  postaciami,  a  wewnątrz  przemykały 

rozmazane cienie. Zdawało mi się, Ŝe juŜ kiedyś je widziałem, lecz z zawodnej pamięci nie mogłem wydobyć 

niczego więcej. ZbliŜyłem się przeto i rozchyliłem pulsujące zasłony, aby obejrzeć jeszcze jeden spektakl.  

background image

Był  tam  świat  podobny  do  wszystkich  poprzednich:  taki  ładny,  cukierkowy,  trochę  naiwny  i 

niedorobiony, i przesycony pięknem marzeń. Jednocześnie był jakby inny: głębokie niebo podcieniowane na 

brzegach seledynem, strzeliste wieŜe i czerwone dachy z kępami mchu wczepionego między dachówki, ulice i 

ogrody  pełne  słońca  i  świeŜego  wiatru,  ludzie  cieszący  się  Ŝyciem  i  sobą  nawzajem  -  to  wszystko  juŜ 

widziałem i dobrze znałem. Tak, to był na pewno mój własny świat.  

Często myślałem o nim w bezsenne noce, kiedy księŜyc rozlewał dziwaczne plamy bladej poświaty po 

podłodze  i  zdawał  się  poruszać  firanką,  lub  teŜ  po  prostu  w  korowodzie  codziennych  zdarzeń;  próbując 

poprawiać  jakiś  fragment  rzeczywistości.  Za  kaŜdym  razem  dodawałem  inną  cegiełkę  do  rosnącej  budowli. 

Przekonałem się teraz, jak wiele z nich nie pasowało do siebie i jak znaczne luki widniały w konstrukcji.  

Nie  byłem  zadowolony  ze  swego  dzieła,  postanowiłem  przeto je poprawić.  Poprawić  w  taki  sposób, 

aby nawet po uruchomieniu niszczycielskiego zegara mój świat mógł istnieć w szczęściu i spokoju, na przekór 

kruchym światom innych marzeń.  

Wziąłem się do pracy. Samą świadomością mogłem dowolnie kształtować tutejszą rzeczywistość; cóŜ 

za  potęga  władzy  absolutnej  !  Jeden  lekki  dotyk  myśli  kreował  ludzi  lub  ich  unicestwiał,  kazał  miastom 

rozkwitać  lub  obracać  się  w  gruzy,  wyciskał  łzy  lub  rozjaśniał  twarze  uśmiechem.  Lecz  uśmiech  ten  nikł, 

rozwiewał się w następnej sekundzie, likwidowany nieubłaganym ruchem wskazówek zegara.  

Z  uporem  próbowałem  zbudować  dobry  świat,  który  zarazem  mógłby  istnieć  w  wymiarze  czasu.  A 

tyle było do zrobienia! Usiłowałem godzić miłość i poczucie toŜsamości, ofiarność i wolę przetrwania, dobroć 

i  biologiczne  zasady  rozwoju,  mądrość  filozofów  i  twarde  drogi  Ŝycia.  Wiele  systemów,  często 

przeciwstawnych,  poddałem  po  prostu  próbie  czasu,  albowiem  były  zbyt  złoŜone,  abym  śmiał  decydować 

natychmiast.  Szedłem  wciąŜ  na  kompromisy,  choć  robiłem  to  z  największą  niechęcią  i  pod  przymusem 

konieczności.  Szeroko  wykorzystywałem  wiedzę,  nabytą  przy  poznawaniu  innych  bytów  soliptycznych,  w 

czasie wędrówki po dziesiątkach szlaków istnienia; teraz, juŜ blisko celu, szlaki te schodziły się, zbiegały w 

jeden  wielki  gościniec,  którym  pragnąłem  dojść  do  doskonałości.  Byłem  tak  pochłonięty  konstruowaniem 

swojego świata, świata najlepszego z moŜliwych, Ŝe nawet nie spostrzegłem, kiedy mój glob ruszył z miejsca. 

Niewidzialne cumy puściły i owiana poświatą kula pędziła z rosnącą szybkością, zostawiając w tyle planety 

utopii,  których  tęczowe  kształty  z  oddalenia  przypominały  rój  baniek  mydlanych,  wypuszczonych  przez 

rozbawione dzieci w pogodny błękit nieba.  

Minąłem Ŝarzącą się wiśniowym blaskiem boję i wtedy moja bańka mydlana pękła i znikła nagle, lecz 

ś

wiat  pozostał  taki,  jaki  był.  Niczego  nie  zauwaŜyłem,  tak  pochłaniała  mnie  praca;  wciąŜ  miałem  mnóstwo 

planów. Stwierdziłem tylko, Ŝe materia stała się duŜo bardziej oporna.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Ba

śń

 o bł

ę

dnych ognikach” 

 

Łomot  spiralnych  ogni,  kłębiących  się  rozwichrzonymi  splotami  wokół  wirującego  leja,  sprawiał 

władcy  Toh  prawdziwą  rozkosz.  ZbliŜała  się  pora  przypływu  i  w  rozbudzonym  kraterze  narastał  róŜowy 

pęcherz, prześwitujący od wewnątrz migotliwą Ŝółcienią cięŜkich jak ołów płomieni; juŜ wkrótce otoczą one 

umęczone  ciało  króla  kojącym  bezmiarem;  ukołyszą  i  niewaŜkie  uniosą  daleko  w  górę,  aŜ  do  samego 

Nwotemalf.  A  tam,  pośród  roztrzepanych  karminew,  wybiegnie  na  spotkanie  jego  najukochańsza  córa, 

księŜniczka Taeh, i złoŜy mu na czole płomienny pocałunek.  

I  juŜ  nic  nie  zakłócałoby  błogostanu  ognistego  włodarza,  niesionego  przez  roziskrzony  Ŝywioł, 

którego ślepą potęgę umiał wykorzystać w sposób niemalŜe doskonały, gdyby nie mała acz dokuczliwa myśl, 

krąŜąca  zrazu  daleko  niby  stado  nachalnych  Ŝółcierni,  i  osaczająca  stopniowo  umysł  podobnie  jak  zgraja 

napastliwych  szarkai  obiega  pływaka  piekielnego  oceanu  stopionego  Ŝelaza.  Król  z  łatwością  odgonił 

Ŝ

ółciernie i przepędził obrzydliwe szarkaje, jednakŜe nie mógł nijak poradzić sobie z upartą myślą, pastwiącą 

się nad jego umysłem jak Ŝarłupnie nad wystyglakiem.  

Skutkiem  tego  dotarł  do  Nwotemalf  w  tak  złym  nastroju,  iŜ  nawet  płomienne  powitanie  przez 

najdroŜszą  księŜniczkę  Taeh,  najgorętsze  z  jego  dzieci,  nie  sprawiało  mu  takiej  przyjemności,  jaką  sprawić 

powinno.  Zrezygnował  więc  z  wypoczynku  w  cieple  domowego  ogniska  i  udał  się  wprost  do  pałacu 

Esuoherif, skąd rządził swoim królestwem przewaŜnie mądrze i zwykle sprawiedliwie. Bezzwłocznie zasiadł 

na  purpurowym  tronie  i  kazał  sprowadzić  mędrca.  Ów  przybył  natychmiast  i  widząc  gniewnie  zasępione 

oblicze  monarchy  począł  w  trwodze  pełzać  wiernopoddańczym  płomykiem  tuŜ  nad  karminową  posadzką, 

albowiem król Toh znany był z bezwzględności, jak długa, szeroka i głęboka jest Kraina Ognia. Lecz władca 

począł opowiadać, wpatrzony niewidzącym wzrokiem w rozpląsane ogliki, figlujące wokół nich róŜem swoich 

gibkich języczków. Mówił o strasznej krainie rozpościerającej się gdzieś hen w górze, w mrocznych i skutych 

wiecznym  chłodem  ostępach,  i  o  jej  agresywnych,  odpornych  na  trudy  i  niewygody  mieszkańcach  łakomie 

spozierających  na  cieplejsze,  niŜej  połoŜone  tereny.  Mówił  o  okropnej  wojnie,  która  wydaje  się  zbliŜać 

nieuchronnie,  o  miotaczach  zimna  niszczących  piękne,  roziskrzone  miasta  i  o  ich  gospodarzach,  gasnących 

jeden po drugim w zabójczym chłodzie.  

Gdy  skończył,  obydwaj  milczeli  długo,  a  ciszę  zakłócało  jedynie  jednostajne  buzowanie  ozdobnych 

kolumn królewskiej komnaty.  

Wreszcie  przemówił  mędrzec:  wszak  musiał  to  zrobić,  chcąc  wyjść  z  Esuoherif  cały  i  nie 

przygaszony. Ba, jeśli jego rada przypadłaby do gustu królowi, mógł spodziewać się miechowania i, co za tym 

idzie, podniesienia temperatury własnej przynajmniej o kilka stopni! To nie byle gratka. Opowiedział władcy, 

starając  się  utrzymać  mowę  w  tonie  słuŜalczym,  skwierczącym  i  przygasającym,  Ŝe  zwaśnione  monarchie 

najłatwiej pogodzić przez skoligacenie panujących. Król Looc, rządzący Krainą Chłodu, ma syna, królewicza 

imieniem  Relooc,  więc  moŜe  by  on  i  księŜniczka  Taeh...  JednakŜe  na  taką  radę  władca  Toh  rozgniewał  się 

wielce, aŜ sypnął wokół iskrami i strzelił ogniem Świętego Wita. PrzecieŜ Ŝeby małŜeństwo było waŜne, musi 

się spełnić i wydąć potomstwo.  

background image

A jak ma się spełnić przy róŜnicy temperatur obu partnerów dochodzącej do tysiąca stopni?! Brr, moja 

płomienna  Taeh  zgasłaby  natychmiast,  gdyby  tylko  dotknął  ją  taki  przeraźliwy  sopel  wystyglaka  !  Jeśli 

wszystkie twoje rady, mędrcze, są takie...  

Lecz mędrzec śmiał przerwać królowi w tym  momencie, bał się bowiem nawet słuchania strasznych 

gróźb,  jakimi  ponad  wszelką  wątpliwość  zacząłby  ziać  włodarz  Krainy  Ognia.  Przeto  przerwał  mu  i 

zakrzyknął,  iŜ  zna  on  sposób,  a  właściwie  zna  osobę,  która  ów  sposób  moŜe  przedstawić  ze  szczegółami  ! 

Władca uspokoił się nieco, tylko nosem wypłynął mu jeszcze niebieski gazowy płomień, i zaczął słuchać słów 

mędrca, który opowiadał długo o Krainie Wiecznych Mrozów, tajemniczej otchłani, poza którą jest juŜ tylko 

pustka,  leŜącej  gdzieś  w  niezmierzonej  dali,  jeszcze  ponad  kresami  Krainy  Chłodu.  Potem  snuł  opowieść  o 

mędrcu nad mędrcami imieniem Nezorf, wielkim uczonym i czarowniku, rezydującym w tym dziwnym kraju 

właśnie. Nie zdarzyło się jeszcze, by ten wielki umysł i geniusz pozostawił jakiś problem nie rozwiązany lub 

by odmówił komuś pomocy. MoŜe więc pchnąć płomsłańca i nie dać mu popalić, aŜ przyniesie recepturę na 

spełnienie małŜeńskie...  

Na to władca złagodniał nieco, kazał mędrcowi zamilknąć i oświadczył, iŜ sam wyruszy do uczonego 

Nezorf,  albowiem  musi  upewnić  się  osobiście,  Ŝe  jego  płomiennej  Taeh  nie  będzie  zagraŜał  nawet  cień 

chłodnego niebezpieczeństwa.  

Po  czym  rzucił  zawiedzionemu  mędrcowi  parę  groszy  i  zaczął  gotować  się  do  drogi.  I  nie  minęły 

nawet  dwa  przypływy  od  tej  rozmowy,  gdy  juŜ  gnał  w  górę  swoim  ognistym  rydwanem,  buchając 

płomieniami i pozostawiając za sobą kurzawę drobnych szkarłatnych języczków. Podwójnie izolowane ściany 

jego  pojazdu  napierały  na  warstwy  coraz  chłodniejszej  materii,  aŜ.  w  końcu  na  oknach  pojawił  się  drobny 

szron  tytanowy,  a  z  dachu  zwieszały  się  dziwaczne  sople  krystalicznego  Ŝelaza.  Lecz  władca  Toh  pozostał 

nieustraszony  równieŜ  wobec  tych  nieznanych  i  przeraŜających  zjawisk,  zwłaszcza  Ŝe  wnętrze  rydwanu 

szczelnie wypełniało kłębowisko przyjaźnie falującego ognia. I choć król nie bał się wcale, gdzieś na dnie jego 

zapiekłej  duszy  tliło  się  pragnienie  rychłego  dotarcia  do  mędrca  Nezorf  i  marzenie  o  prędkim  zakończeniu 

całej  wyprawy.  Rydwan  pędził  przez  puste,  nie  zamieszkane  krainy  purpurowych  mórz  toczących  swoje 

leniwe,  przejmujące  chłodem  fale  aŜ  do  zimnych  brzegów,  gdzie  półpłynne  skały  budowały  juŜ  zręby 

pierwotnej  struktury  krystalicznej,  i  gnał  dalej  wskroś  skutych  mroźnym  gorsetem,  lecz  jeszcze  miękkich 

granitów  i  bazaltów,  roztapiając  je  swoim  potęŜnym  tchnieniem  i  pozostawiając  za  sobą  tunel  rozhukanego 

ognia. Często równieŜ przemykał przez tereny róŜnych dziwnych plemion i ludów, których król Toh nie znał 

nawet  ze  słyszenia  i  których  obawiał  się,  tak  srogi  i  dziki  mieli  wygląd,  a  ciała  ich  musiały  być  jeszcze 

zimniejsze  od  powłok  wystyglaków.  Brr...  z  kimś  takim  ma  współŜyć  jego  ukochana  Taeh,  biedne  dziecko 

racji stanu złoŜone w ofierze! I zaciął się w sobie władca Toh, aŜ sypnął snopami iskier, i pognał swój rydwan 

jeszcze szybciej przez skute śmiertelnym mrozem krainy, których mieszkańcy ustępowali mu drogi, czy to z 

szacunku dla monarszego majestatu, czy po prostu ze strachu przed pędzącą poŜogą. Wreszcie temperatura na 

zewnątrz osiągnęła tak niewyobraŜalnie niskie wartości, Ŝe pojazd zaczął, o zgrozo ! - stygnąć. Rydwan parł 

teraz przez skały zestalone w kruche struktury, które jednakŜe były tak lekkie jak pajęczyna, choć tysiąckroć 

od niej chłodniejsze.  

I  wreszcie,  tak  jak  przepowiadał  mędrzec,  pojazd  wypadł  w  nicość,  w  próŜnię  niemal  doskonałą. 

Trzymając  się  delikatnej,  iluzorycznej  powierzchni  pajęczynowych  skał,  poza  którą  rozciągała  się  juŜ  tylko 

background image

niepojęta  pustka,  władca  Toh  pełzł  naprzód  niby  ognisty  smok  z  czeluści  piekielnych  rodem,  i  wciąŜ 

poszukiwał mistrza Nezorf. Kiedy juŜ prawie stracił nadzieję, a jego płomień czerwieniał z wolna i przygasał, 

i kiedy sposobił juŜ swój rydwan do zjazdu w dół, wtedy dopiero tuŜ nad nim, obok niego, w nim. - rozległ się 

Głos. Król oniemiał, a Głos mówił, Ŝeby zatrzymał się i nie ruszał nigdzie, bo jest juŜ na miejscu. I Ŝeby pytał, 

a odpowiedź będzie mu udzielona.  

Władca Krainy Ognia zająknął się, przygasł i nie zdołał wykrzesać z siebie Ŝadnej rozsądnej myśli; ba, 

zapomniał  nawet,  po  co  tu  przybył.  Dopiero  gdy  Głos  uspokoił  go  łagodnymi  słowy,  tak  Ŝe  mógł  znów 

rozniecić pamięć i odczuć kojącą siłę swoich cięŜkich płomieni, począł mówić, a gdy upewnił się, Ŝe słuchano 

go  z  uwagą,  wyłoŜył  cały  swój  problem  jasno  i  dobitnie,  bez  upiększeń  i  zbędnych  opisów,  tak  jak  zwykł 

zawsze  to  czynić.  Po  czym  zamilkł  i  czekał,  drŜąc  niecierpliwie  w  swoim  ognistym  puklerzu,  zawieszonym 

wśród  pozornie  martwych,  przeraźliwie  zimnych  i  efemerycznie  zwiewnych,  a  jednak  myślących  struktur. 

Minęła  długa  chwila,  dla  porywczego  władcy  niemal  granicząca  z  wiecznością,  zanim  Głos  odezwał  się 

znowu,  uspokajający,  dobrotliwy,  przyjazny  Głos,  który  trwał  wokół  niego  jednostajnym  monologiem, 

wyraŜającym zastanowienie i chłodne myśli. Królem Toh, oczekującym recepty na szczęście zawartej w kilku 

prostych zdaniach, wstrząsnęły gniewne erupcje, lecz później wciągnął go ów traktat, bo tak moŜna by nazwać 

skierowaną do niego wypowiedź. Wciągnął go i przygasił jednocześnie, wszystko bowiem komplikowało się i 

gmatwało jeszcze bardziej, tak Ŝe po posępnym obliczu władcy zaczęły pełzać błędne ogniki zagubienia. Głos 

zaś mówił, Ŝe rzeczywiście teoretycznie moŜliwe jest zbliŜenie się obszarów dwóch cywilizacji podąŜających 

w  głąb  stygnącej  Ziemi  w  ślad  za  swoimi  biostrefami  termicznymi,  lecz  jest  to  zdarzenie  mało 

prawdopodobne.  A  to  z  tego  względu,  Ŝe  odstępy  między  nimi  są  zwykle  zbyt  wielkie,  albowiem  po 

wniknięciu jednego gatunku uchodzącego przed wrogim mrozem kosmosu w głąb rodzinnego globu, następny 

przystosowuje się i dojrzewa do takiego kroku przez wiele milionów lat.  

Głos  w  końcu  zaproponował  królowi  Toh,  aby  ten,  jako  władca  absolutny  swojej  Krainy  Ognia, 

przyspieszył i tak nieprzerwanie trwający pochód jej mieszkańców w dół, w cieplejsze regiony. Dzięki temu 

jego  królestwo  oddaliłoby  się  od  terytorium  włodarza  Looc  i  niebezpieczeństwo  bezpośredniego  konfliktu 

zostałoby zaŜegnane.  

Lecz ognisty monarcha, który w końcu niewiele z tej całej mowy rozumiał, a słuchał tylko po to, aby 

dotrwać  do  końcowych  praktycznych  rad,  strzelił  gniewnie  jęzorami  złych  płomieni.  PotęŜny  fajerwerk,  z 

pewnością  dorównujący  mocą  najstraszliwszym  erupcjom  wulkanicznym,  musiał  zrobić  nie  byle  jakie 

wraŜenie  na  mędrcu  Nezorf,  Głos  przystąpił  bowiem  niemal  natychmiast  do  wspomnianej  uprzednio  przez 

króla  sprawy  mariaŜu  księŜniczki  Taeh  i  Księcia  Relooc,  porzucając  dotychczasowe  jałowe  wywody 

filozoficzne i nieprzydatne rozwaŜania ogólne.  

Władca - pielgrzym znów zapłonął róŜową nadzieją.  

A  mędrzec  mówił  dalej,  Ŝe  kwestie  formalne  moŜna  zawsze  wynegocjować  przy  dobrych  chęciach 

obu stron, mających wspólny interes, nawet jeśli te strony reprezentowane są przez ogień i wodę; gorzej jest 

natomiast  z  czynnikami  fizycznymi,  które  nie  dają  się  dostosować  do  wymogów  chwili.  Lecz  na  wszystko 

znajdzie się rada: aby małŜeństwo córki króla Toh i syna władcy Looc mogło się spełnić, a moŜe nawet wydać 

potomstwo, naleŜy bezwzględnie zrównać temperatury obojga partnerów, przynajmniej w punkcie zetknięcia i 

na czas obcowania. W przypadku niezrealizowania tego warunku następstwa choćby tylko próby współŜycia 

background image

mogą okazać się katastrofalne, przed czym lojalnie ostrzega on, mistrz Nezorf. Ale, wracając do współŜycia - 

istnieje  wiele  pomocnych  w  tym  przypadku  instrumentów,  jak  wszelkiego  rodzaju  przedłuŜacze,  reduktory 

gorąca itd., choć powszechnie wiadomo, Ŝe środki mechaniczne są nieprzyjemne i niezdrowe. On, mędrzec z 

Krainy  Mrozu,  radzi  co  innego:  naleŜy  przez  koncentrację  psychofizjologiczną,  w  wyniku  odpowiednio 

długiej  gry  przygotowawczej,  wytworzyć  u  obu  stron  przeciwny  gradient temperatury  w  taki  sposób,  aby  w 

punkcie  zetknięcia  ciepłota  była  jednakowa!  Da  się  to  osiągnąć  po  specjalnym  treningu  obojga  partnerów, 

który to trening on, mistrz Nezorf, gotów jest poprowadzić dla młodej pary zamiast prezentu ślubnego. Muszą 

tylko uwaŜać, aby nigdy nie weszli w kontakt bezpośredni niczym innym, niŜ organami przeznaczonymi do 

podtrzymywania gatunku.  

W przeciwnym przypadku grozi katastrofa o nie dających się przewidzieć następstwach.  

Te rady król Toh zrozumiał w pełni i przedstawione sposoby zadowoliły go tak dalece, Ŝe zagrzmiał 

potęŜnym słupem dziękczynno - radosnego ognia w czarną otchłań nicości nad sobą, a potem poderwał swój 

rydwan  i  pognał  w  dół  poprzez  kruche,  pryskające  nawet  pod  spojrzeniem  siatki  zmroŜonych  skał,  przez 

róŜowe bagna półpłynnych mas, wśród mórz gorejącej lawy, aŜ do Krainy Ognia, aby zakomunikować córce, 

księŜniczce  Taeh,  radosną  nowinę.  Pędził  jak  burza  tektoniczna,  jak  dzikie  podziemne  tąpnięcie,  a  ławice 

zdumionych szarkai kłębiły się w rozhuśtanej poŜodze znaczącej szlak rydwanu. Wreszcie dotarł szczęśliwie 

do Nwotemalf i wziął swoją ognistą córę w ramiona, a ona posłuszna woli rodzica zgodziła się na wszystko, 

co  zaplanował.  Wnet  pchnięto  płomsłańca  do  władcy  Krainy  Chłodu,  króla  Looc,  i  nie  minęły  cztery 

przypływy  ognistego  morza,  jak  młoda  para  kandydatów  na  mieszane  ciepłozimne  małŜeństwo  udała  się  na 

kurs  przygotowawczy  do  mistrza  Nezorf.  Wkrótce  odbyło  się  huczne  i  ogniste  weselisko,  a  niedługo  potem 

płomienna Taeh spłodziła dwoje czarujących dzieci, które mogły wedle potrzeby z łatwością zmieniać ciepłotę 

ciała  od temperatury  matki  do  temperatury  ojca.  I  wszyscy  byli  szczęśliwi:  król  Toh, bo  spokój  panował  na 

górnych  rubieŜach,  księŜniczka  Taeh,  bo  jej  ojciec  był  zadowolony,  dzieci  -  bo  mama  uśmiechała  się  i 

opowiadała bajki o lodowych smokach ziejących śniegiem, no i ksiąŜę Relooc, który... właściwie nie był tak 

zupełnie  szczęśliwy.  Gdy  rozpoczynali  grę  miłosną;  stał  naprzeciwko  swojej  małŜonki  pełen  rosnącego 

napięcia,  a  ona  jawiła  się  w  bezpiecznej  od  niego  odległości  jako  efemeryczna  postać  owiana  splątanymi 

smugami  pełgających  płomieni.  Potem  zbliŜali  się  z  wolna  do  siebie  i  Ŝar  ognia  kładł  mu  się  na  piersiach 

łaskotliwym  cięŜarem.  W  drŜącym  uniesieniu  miłosnym  musiał  być  niezwykle  precyzyjny.  JuŜ  po  wzlocie 

namiętności,  ogarniał  tęsknym  spojrzeniem  wciąŜ  pałającą  ogniem  figurę  Ŝony  i  kochanki  i  marzył,  aby 

dotknąć ją i pieścić, aby czuć ją całym ciałem, aby wesprzeć się czołem o jej czoło i wiedzieć wszystko, co 

myśli... Marzenia Relooca, odpychane zawsze piekącym tchnieniem Ŝaru, powracały wciąŜ uparcie i zmieniły 

się wkrótce w obsesję. Męczył się w czasie przypływu i odpływu, nawet we śnie tulił płomienne ciało Ŝony. 

Przenikał do jej myśli, czując parzący dotyk jasnego czoła na swojej skroni, był nią, a ona nim, stanowili parę, 

lecz takŜe wspaniałą jedność.  

Nazajutrz, po jednym z takich marzeń sennych, ksiąŜę Relooc, jako Ŝe był młody i porywczy, popełnił 

głupstwo na skalę iście kosmiczną, głupstwo, które było jednakŜe nieubłaganą prawidłowością, albowiem jeśli 

nie on, to kto inny popełniłby je niebawem. Bo po prostu nadszedł czas, czas odpowiedni i konieczny, Ziemia 

minęła następny słup milowy.  

background image

Zaraz  po  zbliŜeniu  ze  swoją  płomienną  małŜonką,  która  rozpoczęła  juŜ,  jak  zwykle,  powolne 

wycofywanie  się,  ksiąŜę  Relooc,  ogarnięty  gwałtownym  przypływem  uczucia  miłości,  ciekawości  tudzieŜ 

innymi  pragnieniami  wyŜszego  rzędu  pulsującymi  gwałtownie  w  jego  piersi,  schylił  się  niespodziewanie  i, 

pogwałciwszy wszystkie zakazy mistrza Nezorf, dotknął swoim chłodnym czołem skroni księŜniczki Taeh.  

Nagle ujrzał wszystko. Cała jej dusza stała się przezroczysta, wyrosła przed nim niby szklany posąg w 

obcej,  trywialnej  masce.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  dotarł  do  przeraźliwie  pustego  końca  tajemniczej  drogi,  którą 

dotychczas  podąŜał.  Chciał  cofnąć  się,  uciec,  lecz  było  juŜ  za  późno.  Nastąpiła  nieunikniona  katastrofa  -  i 

wszystko znikło w oślepiającym rozbłysku iluminacji.  

Pod  musującym  jak  czerwony  szampan  niebem,  na  pienistych,  falujących  zmiennym  rytmem 

cięŜkiego  oddechu  bryłach  tkwiących  w  zwalistych  objęciach  oceanu,  wylegiwały  się  w  świetle  gwiazd 

galaretowate,  lepkie  stwory.  Wyglądałyby  jak  szlam  czy  piana  morska,  gdyby  nie  delikatne  rozbłyski 

międzytkankowe  przenoszące  się  bezgłośnymi  impulsami  rozmowy  pomiędzy  poszczególnymi  osobnikami, 

rozlanymi na Ŝywych wyspach. Pośród amarantu niespokojnego nieba lśniła dostojnym blaskiem supernowa.  

- Co to? - spytała mała kupka galarety.  

- Gwiazda olśnienia - odrzekła większa. - Mieszkańcy pewnej dalekiej planety dokonali odkrycia.  

- A u nas? PrzecieŜ ciągle...  

-  To  musi  być  bardzo  wielkie  odkrycie.  U  nas  było  pięć  takich  wybuchów,  dopiero  po  ostatnim 

przybraliśmy obecną postać. Dawniej byliśmy naprawdę piękni ! Ostatnia eksplozja nastąpiła natychmiast po 

odkryciu, Ŝe najprzyjemniej jest wylegiwać się w świetle gwiazd.  

- A... oni ?  

- Są w początkowym stadium rozwoju. Odkryli dopiero pierwszą swoją prawdę, przypadkowo zresztą, 

tak jak i my niegdyś.  

- Jaką prawdę?  

- Ich prawdy są wyłącznie dla nich, mój mały. Sami je zdobywają i sami muszą się z nimi uporać, nam 

nic  do  tego.  Poza  tym  nie  odczuwam  nawet  cienia  zainteresowania,  naprawdę  dosyć  mam  juŜ  kolejnych 

eksplozji olśnienia.  

Pora na odpoczynek - czyŜ nie wspaniale jest dawać się pieścić delikatnym promykom gwiazd?  

Tymczasem  wściekły  impet  wybuchu  supernowej  nieco  zelŜał,  tak  Ŝe  błąkające  się  w  rozhukanym 

morzu ognia dusze mogły rozpocząć poszukiwania swoich nowych wcieleń.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Korona 

Ŝ

ycia” 

 

Trwał przez chwilę w gęstej atmosferze planety, analizując jej niezwykłą biosferę. Zewsząd docierały 

promienie  Ŝycia  z  przemieszczających  się  warstwowo  prostych  mieszanin  gazowych,  z  nieregularnie 

rozczłonkowanych,  elastycznie  odkształcających  się  konstrukcji  i  z  cięŜkich  powłok  skorupy  globu. 

Intensywność  świecenia  była  zróŜnicowana  najsłabsza,  podstawowa  radiacja  dobiegała  od  kłębów  materii 

unoszonej w gazach, zaś najsilniej promieniowały twory poruszające się powoli po powierzchni planety. Ich 

widmo okazało się bogate i złoŜone.  

Wtem  jeden  z  promieni  zatrzepotał  i  przygasł,  aby  rozbłysnąć  za  chwilę  niepokojącym,  ostatnim 

blaskiem. Tam kończyło się Ŝycie. Tam naleŜało dotrzeć. Natychmiast.  

Po  gasnącym  promieniu  opuścił  się  poprzez  gęstą,  płynącą  nieregularnymi  spiętrzeniami  atmosferę, 

przeniknął zwartą, lecz nietrudną do sforsowania przeszkodę i wreszcie znalazł się u celu akurat wtedy, kiedy 

radiacja  znikła  ostatecznie.  Lecz  wiedział  dokładnie,  gdzie  znajdowało  się  jej  źródło,  wszelka  pomyłka  nie 

wchodziła przeto w rachubę.  

Przez  krótką  jak  błysk  chwilę  przygotował  się  do  wykonania  zadania,  a  potem  szybko  wniknął  w 

obiekt.  Trwał  w  nim  rozbieganym  splotem  impulsów,  aŜ  w  końcu  skupił  się  w  punktach  o  największym 

powinowactwie  i  stamtąd  prowadził  dalszą  akcję..  A  musiał  się  spieszyć,  procesy  destrukcyjne  przebiegały 

bowiem  coraz  szybciej.  Natychmiast  otoczył  ogniska  lokalnie  rosnącej  entropii  i  spowodował  jej  spadek, 

odwracając  reakcje  degeneracji.  Czynił  przy  tym  ciekawe  spostrzeŜenia,  obserwując  przebieg  zjawisk  na 

poziomie  molekularnym.  Gdy  promieniowanie  Ŝycia  znów  rozjarzyło  się  pełnym  blaskiem,  rozpłynął  się 

równomiernie po całym obiekcie, bo wciąŜ nie wiedział, jak najlepiej będzie nim zawładnąć.  

Skoncentrował  się  w  najwyŜszym  stopniu  w  momencie,  w  którym  człowiek  otworzył  oczy. 

Spodziewał  się  odmiennej  percepcji,  lecz  pierwsze  wraŜenie  daleko  prześcignęło  wszelkie  przewidywania. 

Wielu zjawisk nie rozumiał, chociaŜ czuł je za pośrednictwem mózgu ludzkiego, którego składnik wszak juŜ 

stanowił.  Oślepiający,  niespotykanej  mocy  potok  światła  słonecznego  wlewał  się  przez  otwarte  okno  i 

wzbudzał  dziesiątki  barw  w  surowym  szałasie  z  Ŝywicznych  sosnowych  bali.  Zimne  górskie  powietrze 

nasycone było zapachem świerków.  

Nie mógł wytrzymać takiej dawki inności. Wdarł się siłą do tętniących Ŝyciem  splotów nerwowych, 

przemocą spowolnił falujący bieg impulsów, narzucił im swój własny rytm.  

Wściekła gra barw przygasła, w szarej atmosferze planety znów widział gęste chmury molekuł azotu i 

tlenu,  szałas  stanowił  nieistotną,  łatwą  do  sforsowania  przeszkodę  składającą  się  ze  zmartwiałej  tkanki. 

Nijakość półprzejrzystych zasłon gazowych i niestabilnych, bezkształtnych konstrukcji rozjaśniały roje iskier 

Ŝ

ycia, Ŝycia, którego tak pragnął.  

Lecz  człowiek  ponownie  umierał.  Jego  promień  gasł  w  ostatnich,  rozpaczliwych  rozbłyskach. 

NaleŜało  natychmiast  powrócić  do  biernej  obserwacji,  odblokować  przepusty  ludzkich  impulsów  i  dać  się 

ponownie znarkotyzować feerią nierealnych doznań tego dziwnego świata, w którym nie ma rzeczy i zjawisk, 

tylko wysublimowane ich wraŜenie. Nie mógł wybierać, jeśli chciał mieć swoje Ŝycie.  

background image

Osłosłonił dłonią oczy - ostry słoneczny blask wciskał się siłą pod powieki, kłując aŜ do bólu. Wypełzł 

przed  chwilą  z  ciemnej  jamy,  wyczołgał  się  z  lepkiej  cuchnącej  mazi,  która  zalewała  mu  usta,  dusiła, 

napełniała płuca stęchlizną. Tam w głębi była śmierć, wiedział to. Więc... Ŝyje?!  

Sięgnął niepewnie do boku i namacał grube, swędzące blizny. Zdarł koszulę i zobaczył róŜowe pręgi 

ś

wieŜych  zrostów.  Wyszedł  z  tego!  śyje!  Jednym  susem  był  na  podłodze,  uderzył  barkiem  w  bierwionową 

ś

cianę,  aŜ  szałas  zatrzeszczał  pod  potęŜnym  ciosem.  Szybko  wciągnął  ubranie,  narzucił  futrzaną  kurtę  i 

wybiegł  w  skrzypiący  pod  butami  śnieg,  pomiędzy  świerki  tańczące  w  szebrnym  woalu  na  tle  przepastnego 

błękitu. Wpadł w biały puch i śmiał się do łez jak dziecko.  

To  było  na  granicy  wytrzymałości.  Dziki  potok  subiektywnych  wraŜeń,  które  zmuszony  był  przez 

siebie przepuścić, stanowił coś na kształt irracjonalnie silnego wzmocnienia nieistotnego szumu, wywołanego 

niewielką zmianą konstelacji molekuł. Czy ten biedny człowiek naprawdę nie jest w stanie pojąć istoty rzeczy, 

dostrzec  procesów  podstawowych?  Największym  wysiłkiem  powstrzymywał  się  przed  ucieczką,  gdy  Orz 

poruszał  się  zbyt  blisko  niebezpiecznej  skorupy  planety.  Wniknięcie  w  nią  groziło  dezintegracją.  Lecz  w 

promieniach Ŝycia było mu tak dobrze, Ŝe zaryzykował i pozostał.  

Poprzez  kopny  śnieg  Otr  dobrnął  do  wioski,  której  chaty  przypominały  wielkie  białe  kopce.  Wiatr 

unosił  delikatny  zapach  dymu  i  strawy;  z  daleka  jękliwie  przywoływał  czysty  dźwięk  dzwonów.  Na  widok 

przybysza  ludzie  przystawali  zaskoczeni,  aby  zą  chwilę  przyłączyć  się  do  niego,  obejmując  i  klepiąc 

przyjaźnie po plecach. W karczmie było ciepło i ciemno, na kominku trzaskały w ogniu sosnowe szczapy, woń 

Ŝ

ywicy  mieszała  się  z  zapachem  pieczeni.  Dziewczęta  roznosiły  mocne  piwo  w  drewnianych  kuflach.  Było 

przytulnie i bezpiecznie; po paru tęgich łykach przybyszowi zaszumiało w głowie. Wygłodniały, rzucił się na 

dymiące mięsiwo.  

Nie próbował nawet zapanować nad układem. Rozlokował się w ośrodkach nerwowych nie ingerując 

w  ich  czynności  i  pił  z  czystego  zdroju  Ŝycia.  Wewnętrzny  głos  wciąŜ  ostrzegał  go  przed  bezkrytycznym 

otwarciem na obcy sposób percepcji, lecz jednocześnie odczuwał niepokojąco draŜniącą przyjemność. Obawa 

przed  nieznanym  spychana  była  na  dalszy  plan  przez  leniwe  i  zniewalające  doznania  zapachów,  smaków, 

barw, głodu i pragnienia. Wiedział, Ŝe mógłby natychmiast określić genezę owych wraŜeń, ukazać prawdziwe 

ich przyczyny na poziomie submolekularnym i odpowiednio posterować całym procesem, lecz nie zdobył się 

na to. PrzecieŜ i tak ostateczny wynik wszystkich reakcji ma przed sobą, w sobie, jest tym wielkim płowym 

męŜczyzną, połykającym pachnące kęsy pieczeni.  

Wtem miękkie białe ramiona zamknęły się wokół niego, w złotym strumieniu włosów, wśród zapachu 

młodego  kobiecego  ciała  szukał  jej  ust.  Wyszli  splecieni  w  uścisku.  Miał  Ŝar  w  piersi,  nie  dbał  o  nic,  była 

tylko ona i jeszcze raz ona. Kiedy przytulał ją z całych sił, wiedział, Ŝe to właśnie jest wszystko: Ŝycie i śmierć 

tańczyły razem w dzikim rytmie, spięte klamrą szaleństwa. Gdy potem leŜał bez tchu, nie wiedział, gdzie jest, 

choć świat powoli powracał na swoje miejsce.  

Nie wiedział, gdzie jest i kim jest. Czy sobą - przybyszem z daleka, czy juŜ stał się człowiekiem - tym 

młodym  męŜczyzną,  szalonym  kochankiem.  Przez  chwilę  rozwaŜał  natychmiastowe  podjęcie  badań,  lecz 

zrezygnował i poddał się całkowicie ludzkiej psychice. O ile to było przyjemniejsze! Nie dbać o podstawowe 

przyczyny,  nie  budować  gradientów  entropii,  nie  analizować  interakcji  cząstek  elementarnych.  Tutaj  to 

wszystko  działo  się  samo,  poza  wiedzą  ludzi  bez  potrzeby  ich  ingerencji.  I  jak  przekonał  się,  działało 

background image

doskonale! On sam niczego podobnego skonstruować nie byłby w stanie, nawet przy krańcowej koncentracji i 

w najlepszych warunkach. Jeszcze nie osiągnął tak wysokiego stopnia rozwoju, choć moŜe jego ewolucja ku 

temu  właśnie  zmierzała.  A  tutaj,  na  Ziemi,  po  prostu  przeskoczył  ów  etap,  zdołał  dołączyć  do  wspaniałej 

cywilizacji  tubylców!  Naprawdę,  miał  w  tym  wszystkim  wiele  szczęścia.  Przybył,  aby  poŜywić  się  nieco 

prostym promieniowaniem Ŝycia, a wyŜszy wymiar istnienia stał się równieŜ jego udziałem !  

Uniósł  Ane  z  łoŜa,  ciepłą  i  rozmarzoną,  i  przycisnął  tak,  Ŝe  aŜ  oboje  stracili  oddech.  Potem  z 

tkliwością  gładził  niewidoczny  puch  na  gładkiej  skórze  jej  pleców..  Wyszli  w  fioletowy  zmierzch,  w 

skrzypiący wieczornym mrozem śnieg.  

Czuł  obecność  resztek  niechcianych juŜ  teraz  myśli. Czy  wysłać  wiadomość?  Oni...  i tak  nie  znajdą 

tutaj tego, czego szukali. Ale znaleźliby więcej... Lepiej juŜ milczeć.  

Gdzieś  za  ściętą  mrozem  szybą,  w  migotliwym  świetle  oliwnej  lampy,  starzec  pochylał  się  nad 

księgami, ustawiał instrumenty. Orz poczuł dla niego współczucie. Oto człowiek próbujący opuścić swój świat 

zmysłowej ułudy, człowiek szukający prawdziwego kształtu zdarzeń, obiektywnej prawdy. Ludzkość patrząca 

wstecz  na  własne  ślady,  cofająca  się  w  lukę  po  poprzednim  etapie,  którego  nie  było.  Który  szczęśliwie 

ominęła.  

Na  dalekim  niebie  obcym  blaskiem  lśniły  gwiazdy.  Mocno  objął  drŜące  ciało  Ane  i  poszli  przez 

zeszklony  mrozem  śnieg,  pod  cięŜkimi  Ŝywicznymi  gałęziami,  poprzez  granatowy  wieczór,  zapatrzeni  i 

zasłuchani  w  siebie  nawzajem  i  w  cały  swój  wielki  świat.  W  świątyni  zapalono  juŜ  świece,  a  ciepła  woń 

kadzideł ścieliła się nisko między świerkami.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Numen” 

 

W  otchłani  przestrzeni,  dokąd  nie  dociera  nawet  najsłabsze  echo  dalekiego  Ŝycia  gwiazd,  gdzie  w 

niemal zupełnej pustce pojęcie czasu zatraca swój sens, pojawił się szept. Szept odległego Istnienia, płynący 

od  gorejącego  jądra  Galaktyki.  Nie  był  to  jeszcze  impuls,  lecz  jego  siła  sprawcza,  nie  sygnał  -  lecz  jego 

zwiastun. Dopiero gdy zagłębił się w gęstniejących zwojach pól, spowijających ziarna pyłu kosmicznego, gdy 

począł wchłaniać niezbędną mu energię, wytworzył pierwsze elementy materialnej struktury. JuŜ jako dobrze 

zorganizowana  wiązka  fal  mijał  młode  słońca,  rozdęte  i  dogasające  gwiazdy  i  wystygłe,  wirujące  w 

ciemnościach  globy.  Ostrym  promieniem  załamał  się  w  atmosferze  gorącej  pustynnej  planety,  przemknął 

ponad  rozpełzającą  się  na  wszystkie  strony  równiną  i  wniknął  w  jedno  z  piaszczystych  wzniesień.  Tam 

dostroił się do warunków zewnętrznych i niezwłocznie rozpoczął pracę. Czerpiąc do woli energię z gorącego 

wnętrza  planety,  Numen  jął  przebudowywać  materię,  tworzyć  zręby  złoŜonych  struktur,  wzbogacać  je  i 

modelować  w  sposób  odpowiedni  do  zastanej  rzeczywistości.  Po  raz  ostatni  skorelował  swój  projekt  z 

parametrami  planetarnymi,  wprowadził  drobne  poprawki  i  odcisnął  gotową  -  matrycę  w  gliniastym  zboczu 

wzgórza. 

MęŜczyzna  zmruŜył  oczy  w  ostrym  blasku  słonecznym  i  powstał  ocięŜale.  U  stóp  wzniesienia 

rozciągał  się  nierówny,  kamienny  płaskowyŜ,  a  poza  nim  falowała  w  gorących  smugach  powietrza  biała 

pustynia.  W  bladej  mgle  oddalenia  rozsiadły  się  szare  skaliste  wzgórza  otulone  trenami  rozwianego  piasku, 

lecz  to  wszystko  nie  interesowało  go  w  najmniejszym  nawet  stopniu.  Zszedł  z  pagórka  i  posuwał  się 

niespiesznie  wzdłuŜ  szeregu  potęŜnych  maszyn  błyszczących  niklowanymi  powierzchniami  metalowych 

konstrukcji  i  urządzeń  świecących  jaskrawym  lakierem.  Bez  zastanowienia  wspiął  się  po  drabince 

pomalowanego na Ŝółto kolosa i zajął miejsce w wysokiej przeszklonej kabinie, skąd doskonale widział cały 

płaskowyŜ.  Przerzucił  dźwignie  i  mechaniczny  potwór  oŜył,  w  jego  trzewiach  zbudził  się  ruch,  a  cielsko 

zadrŜało od głębokiego głuchego dudnienia. Z jazgotem  gąsienic machina powoli ruszyła i z impetem wbiła 

stalowe kły w zbocze wzniesienia. Szczęki zwarły się, wyrywając kawał gliny, a podajniki przetransportowały 

materię dalej, do wnętrza, gdzie pod ogromnym ciśnieniem i w temperaturze mięknięcia substancji uformował 

się  płaski  równoległościan.  Po  godzinie  pracy  maszyna  wyrzuciła  z  siebie  kilkadziesiąt  gładkich  bloków 

skalnych. MęŜczyzna obojętnie spoglądał na swoje dzieło. Potem przesiadł się do innej maszyny. Zniwelował 

teren  i  rozpoczął  spajanie  wytworzonych  wcześniej  bloków.  Słońce  zachodzące  za  blade  mgły  pustynne 

wycieniowało ciepłą czerwienią gotowy dom z płyt skalnych. MęŜczyzna spoczął na progu i czekał.  

Kobieta  przyszła  tuŜ  po  zachodzie  słońca.  Widział  ją  juŜ  wcześniej,  zanim  szary  mrok  wypełzł  z 

pustyni i objął cały płaskowyŜ. Oderwała się od czerwonej ściany wzniesienia i szła prosto ku niemu, wysoka 

i złotowłosa, a jej jasne ciało miało odcień róŜu. Gdy przyszła, pomógł jej otrzepać się z gliny i oboje zasiedli 

bez  słowa  przy  kamiennym  stole,  na  którym  parowały  misy  ze  strawą.  Po  posiłku  udali  się  na  spoczynek, 

układając się wprost na miękkim piasku.  

Jak tylko tarcza słońca wynurzyła się z porannego zamglenia i pastelowym blaskiem zalała płaskowyŜ 

z szeregiem gotowych do akcji maszyn, oboje wstali i udali się do pracy. MęŜczyzna znów atakował zbocze 

background image

wzniesienia,  składał  i  spajał  płyty,  polerował  wieŜe,  wycinał  i  ustawiał  obeliski.  Kobieta  zajmowała  się 

wykańczaniem wnętrz powstających budowli lub wytyczaniem i układaniem ulic. O zmroku na pociemniałym 

niebie zawisła sina i ospowata twarz księŜyca, lecz ludzie niczego nie zauwaŜyli. Odstawili maszyny, wrócili 

do domu i zasiedli nad parującymi misami ze strawą.  

W ciągu pięciu dni zbudowali całą dzielnicę Miasta. Nad płaskowyŜem wznosiły się coraz wyŜsze i 

ś

mielsze  konstrukcje,  a  ponad  dachami  domów  górowały  strzeliste  wieŜe.  Kamienny  las  budowli  był  szary, 

ponury i dostojny. Szóstego dnia zajęli się konserwacją maszyn. UŜywając innych mechanizmów sprawdzali 

układy sterujące, czyścili silniki, smarowali łoŜyska.  

Siódmego  dnia  nie  poszli do  pracy.  MęŜczyzna  wylegiwał  się  na  swoim  posłaniu  lub  wygrzewał  na 

słońcu. Raz otarł się przypadkiem o Kobietę, przyciągnął ją ku sobie i odczuł krótką, ostro szarpiącą trzewia 

przyjemność. Puścił ją bez słowa.  

Następnego dnia rozpoczęli budowę drugiej dzielnicy. Pracowali w zapamiętaniu wiedząc dobrze, co 

mają  robić.  Praca  była  ich  Ŝywiołem,  kamienne  Miasto  -  celem.  Niczego  innego  nie  potrzebowali  ani  nie 

chcieli.  Myśleli  tylko  o  budowaniu,  a  takŜe  o  ulepszaniu  maszyn,  które  na  drugi  dzień  znajdowali  zawsze 

przestrojone zgodnie ze swoimi Ŝyczeniami. Przyjmowali to obojętnie i brali się w milczeniu do roboty.  

W  ten  sposób  powstawały  coraz  to  nowe  dzielnice,  rozrastał  się  i  gęstniał  szary  kamienny  labirynt. 

Kiedyś MęŜczyzna skierował jedną z maszyn pionowo w dół i wrył się pod ziemię, gdzie rozpoczął budowę 

drugiego Miasta. Kobieta podąŜyła za nim. Tak budowali i budowali w dzikiej pasji zwielokrotniania.  

AŜ  nadszedł  kiedyś  wieczór  pełen  niepokoju  i  napięcia.  Powietrze  co  chwila  rozjaśniały  dalekie 

stłumione  błyski,  a  na  ostrych  szczytach  najwyŜszych  wieŜ  paliły  się  blade  ognie.  Wtedy  Kobieta  po  raz 

pierwszy  spojrzała  w  niebo.  Na  tle  głębokiego  granatu  gwiazdy  rozsypały  się  srebrnym  pyłem.  MęŜczyzna 

powędrował czujnym wzrokiem za spojrzeniem Kobiety, lecz nie dostrzegł niczego. Wzruszył ramionami i nie 

czekając  na  swoją  towarzyszkę  ruszył  przed  siebie  szeroką  ulicą,  wyłoŜoną  gładkimi  kamiennymi  płytami, 

spoglądając z dumą na wzniesione ostatnio budowle.  

Lecz  pewnego  wieczora  i  on  dostrzegł  gwiazdy.  Odstawił  właśnie  swoją  Ŝółtą  maszynę,  którą 

posługiwał się najczęściej, na parking pod wzgórzem, odwrócił się ku Miastu i wtedy ujrzał je. W trójkątnym 

wycinku  czarnoniebieskiego  nieba,  pozostawionym  między  spadzistymi  dachami,  zawisły  wielkie, 

nieruchome,  jasnobłękitne.  Wieczorne  zamglenie  starło  z  firmamentu  drobny  pył  dalekich  słońc,  tak  Ŝe 

pozostały tylko te płonące najsilniejszym blaskiem.  

- One tam są - odezwał się powoli po raz pierwszy, niezgrabnie wymawiając słowa.  

- Tak - dodała cicho towarzysząca mu Kobieta. Pracowali potem cięŜko przez wiele dni, jakby chcąc 

za  wszelką  cenę  wymazać  z  pamięci  to,  co  zaszło.  Lecz  kiedyś  o  pogodnym  zmierzchu  wpatrywali  się  jak 

urzeczeni w głębokie, pełne odległych i niedostępnych światów niebo. MęŜczyzna poczuł, Ŝe w jego cięŜką, 

stwardniałą dłoń wsuwają się smukłe palce Kobiety. Nie odepchnął jej.  

Nie  wstydzili  się  juŜ  teraz  spoglądania  w  niebo.  Codziennie  o  zmierzchu,  po  powrocie  z  pracy, 

przystawali przed progiem swojego domu i długo patrzyli. Pełna surowego uroku, starczo pomarszczona twarz 

księŜyca była dla nich następnym odkryciem.  

Tymczasem  miasto  rosło  i  potęŜniało.  Prawie  cały  płaskowyŜ  zapełniały  zwaliste  szare  budowle. 

Kiedyś  Kobieta  poczęła  ozdabiać  ścianę  świeŜo  ukończonego  domu  prostym  reliefem.  MęŜczyzna  opuścił 

background image

swój  pojazd  i  podszedł  aby  jej  przeszkodzić  w  tej  bezuŜytecznej  pracy,  lecz  przystanął  zdumiony  -  prosty, 

surowy gmach stał się jakby lŜejszy, zgrabniejszy, wyróŜniał się spośród innych cięŜkich konstrukcji. I wtedy 

dostrzegł  teŜ,  Ŝe  Kobieta  jest  piękna  :  jej  nogi  były  długie  i  smukłe,  kształtne  biodra  sklepione  wysoko,  a 

wąskie plecy pełne Ŝycia pod miedzianozłotą skórą, gdy z pasją pracowała nad kamienną rzeźbą. Podniósł ją z 

klęczek i przytulił, i po raz pierwszy poczuł ciepło tak dobrze znanego ciała, a w jej wielkich oczach pełnych 

teraz złotych iskier ujrzał kuszące odbicie nie znanego mu świata. Nadal pracowali całymi dniami, lecz teraz 

więcej  piękna  usiłowali  zawrzeć  we  wznoszonych  budowlach.  Pod  ścianami  pojawiły  się  zadumane  posągi, 

powierzchnie placów stroiły się w barwne mozaiki, a gmachy odznaczały się śmiałą i lekką konstrukcją.  

Z  wysokości  swojej  oszklonej  kabiny  dyspozycyjnej  MęŜczyzna  coraz  częściej  spoglądał  ponad 

najeŜonym wieŜami i dachami płaskowyŜem na morze ruchomych piasków, omywające ciemne kurhany skał. 

Gromady kamiennych wzgórz, które majaczyły dawniej we mgłach widnokręgu, zbliŜały się teraz do Miasta, 

stały  niemalŜe  na  wyciągnięcie  ręki.  Ich  otchłanne  pieczary  kusiły,  szerokie  granitowe  tarasy  zapraszały,  a 

pustynny wicher wyśpiewywał w skalnych szczelinach melodię tak bardzo nęcącą w swojej inności.  

Gdy  wieczorem  przytuleni  wracali  pod  granatowym  niebem,  na  którym  tak  nisko  jak  nigdy  zawisły 

gwiazdy podobne do wielkich kropli rtęci, MęŜczyzna postanowił powiedzieć swojej towarzyszce o skałach na 

zewnątrz, poza Miastem.  Rozmawiali rzadko, zwykle wystarczały gesty. Lecz  gdy weszli do domu, Kobieta 

przemówiła pierwsza.  

- Co to jest za strawa, która daje nam Ŝycie? - pytała jak zwykle powoli, pochylając się nad parującą 

misą. MęŜczyzna milczał. Myślami był daleko, pośród ciemnych zastępów skalnych postaci.  

- Po co... - Kobieta przerwała, czując ucisk w gardle po co budujemy Miasto?  

Nastało długie milczenie. Później, gdy leŜeli koło siebie na piaskowym posłaniu, takŜe nie odezwali 

się ani słowem.  

Trzymając się za ręce spędzili bezsenną noc; oboje czuli, Ŝe wkrótce wydarzy się coś waŜnego. MoŜe 

juŜ jutro.  

Kolejny siódmy dzień wstał pośród mgieł, które snuły się powłóczystymi pasmami między wieŜycami 

kamiennego  Miasta.  Potoki  ostrego  światła  rozpędziły  wkrótce  nocne  zjawy  i  nagromadzenie  masywnych 

budowli ukazało się w całym swoim przytłaczającym majestacie, poza nim zaś, tuŜ za krawędzią płaskowyŜu, 

zastygła jasnymi jęzorami piasku pustynia, nie zmącona jeszcze falami gorącego wiatru.  

Oboje  stali  tuŜ  przy  krawędzi  i  patrzyli.  Miasto  otaczały  ciasnymi  pierścieniami  potęŜne  bastiony, 

zamki, pałace z szarej lub czarnej skały, rzeźbione w fantastyczne kruŜganki, korytarze, prześwity, obeliski i 

tarasy. KaŜdy z nich wypiętrzał się znacznie wyŜej niŜ nąjwynioślejsze wieŜe Miasta i wpierał się dumnie w 

blady  błękit  nieba.  Nie  spostrzegł  nawet,  kiedy  to  zrobiła.  Puściła  jego  rękę,  lekko  podbiegła  do  urwiska  i 

skoczyła.  PłaskowyŜ  wznosił  się  ponad  pustynią  nieznacznie  tylko,  na  wysokość  człowieka.  Kobieta  znikła. 

Znikła, zanim dotknęła stopami białej wydmy pustynnego piasku.  

MęŜczyzna poczuł ostre ukłucie w sercu, Ŝelazna dłoń chwyciła go za krtań. Lecz po chwili odetchnął 

głęboko  i  wyprostował  przygarbione  plecy.  Spojrzał  na  groźny  swoją  tajemnicą  labirynt  czarnych  skał,  a  w 

jego wzroku było wyznanie. Zdawał się rosnąć i potęŜnieć, ponad własne ciało i moŜliwości.  

background image

"Muszę  tam  pójść.  Dotknąć  czarno  opalizujących  skał,  postawić  stopę  na  gładzi  gorących  tarasów. 

wesprzeć czoło o rosnące kolumny i wsłuchać się w ich wewnętrzny rytm. Czy fakt, Ŝe tutaj powstałem, ma 

oznaczać, Ŝe takŜe tutaj obrócę się w pył? śe jeśli naleŜę do Miasta, nie mogę przekroczyć jego granicy?"  

Mając  w  oczach  błękit  dalekiego  nieba,  skoczył  w  ślad  za  Kobietą.  I  czuć  przestał,  zanim  zaczął 

rozumieć.  

Numen  przestroił  swoje  wewnętrzne  struktury  w  bazaltowym  rdzeniu  wzniesienia,  gdzie  był  się 

niegdyś zainstalował, i jeszcze raz sprawdził wszystkie grupy danych, zwłaszcza zapis czasu początku i końca 

ś

ycia.  Za  kaŜdym  razem,  w  tysiącach  przypadków,  wyglądało  to  podobnie.  Tyle  razy  i  w  tylu  zakątkach 

przestrzeni  był  potęgą  bóstwa  dla  wskrzeszanego  przez  siebie  rozumnego  istnienia,  i  zawsze  dojrzały  juŜ 

intelekt odrywał się od własnego podłoŜa. Tak widocznie juŜ musi być.  

Ostry  jak  błyskawica  promień  wytrysnął  z  rozkopanego  wzniesienia,  świetlistą  iskrą  przemknął  nad 

martwym  Miastem,  białym  oceanem  pustyni  i  dalekimi  kurhanami  kruchych  szarych  skał,  za  którymi  lotny 

piasek  i  gorący  wiatr  usypywały  długie  treny,  i  ognistą  iskrą  przebił  się  przez  szare  zamglenie  atmosfery. 

Oddalał  się  szybko  od  planety,  w  sposób  ciągły  dostrajając  swoją  strukturę  do  warunków  lotu  i  procesów 

wewnętrznych.  

"śycie planetarne, które tak lubi, stanowi obszerny, lecz juŜ zamknięty okres egzystencji. Będzie teraz 

wypełniał  inne  zadania,  które  wyłonią  się  z  kompozycji  istnień:  jego  twórców  i  jego  własnego.  Kim  oni 

właściwie są? I po co go stworzyli?  

Kim jest on sam? Dlaczego musi wskrzeszać inne Ŝycia?" W otchłani przestrzeni. dokąd nie dociera 

nawet najsłabsze echo dalekiego Ŝycia gwiazd, szept odległego Istnienia wyzwolił się z ostatnich elementów 

dawnej struktury. Wokół niego zapłonął potęŜnym blaskiem inny Wszechświat, lecz on sam przestał istnieć, 

zanim zaczął rozumieć.  

background image

Andrzej Zimniak 

”Schronisko” 

 

Nick  otworzył  okno  i  pokój  napełniło  chłodne  górskie  powietrze.  Las  wspinał  się  korowodem 

strzelistej zieleni świerków na stromiznę, która zdawała się walić ogromem skalnego masywu wprost na wątłą 

ś

cianę budynku.  

W szczotce igliwia uwięzły  kłęby  mgły,  ziemia i drzewa parowały po niedawnym deszczu.  Z gałęzi 

opadały  duŜe  krople.  zabielone  refleksem  mlecznoszarego  nieba.  Nick  wychylił  się,  wsparłszy  łokcie  na 

wilgotnym  parapecie.  Odetchnął  głęboko  i  poczuł  ostrą  woń  lasu:  igliwia,  mokrego  mchu,  zbutwiałego 

drewna.  Jak  to  wszystko  trzyma  się  na  takiej  pochyłości?  -  pomyślał  machinalnie,  obserwując  kurczowo 

wrzepione  w  ziemię  drzewa.  obnaŜające  splątane  ścięgna  korzeni.  Pomiędzy  stojącymi  dumnie jak  kolumny 

prostymi olbrzymami świerków lekko przysiadły barwne drzewka jarzębiny. Kiedyś Nick porównywał je do 

płomieni strzelających pośród szarozielunej masy leśnej. Dziś nie mógł zdobyć się na takie skojarzenia widział 

tylko na wpół martwe liście, ledwie trzymające się gałęzi. Pewnie dlatego, Ŝe przyjechał zbyt późno: ostatnie 

dni  października  to  w  górach  juŜ  początek  zimy.  Tylko  patrzeć,  jak  któregoś  ranka  szyby  zawiane  będą 

ś

niegiem, a białe czapy przygniotą gałęzie do ziemi. Tak, i tym razem spóźnił się. Często spóźniał się, czasem 

o lata, czasem o minuty - efekt bywał podobny.  

Po prawej nodze przebiegła mrówka. łaskocząca, nieznośna. Strzepnął dłonią, jakby chciał pozbyć się 

natręta; zawsze tak robił i zawsze potem śmiał się krótko, chrapliwie, bez cienia radości. Mięśnie poczynały 

palić  i  drętwieć,  zdawały  się  dzielić  na  dziesiątki  małych  kłębków  napiętych  do  granic  ostatecznej 

wytrzymałości materii. Wtedy musiał połoŜyć się. PołoŜyć i myśleć, myśleć za wszelką cenę!  

,,Sucha, pustynna planeta pod bladoróŜową kopułą nieba. Kruche skały zalegają szkliwem spękanych 

odłamków  jej  nierówną  powierzchnię,  spod  hałd  błyszczących  odprysków  wyrastają  czarne  kominy 

podskórnych  złóŜ,  w  których  głębi  trwają  nieodgadnione  procesy,  przemieszczają  się  masy  materii  w 

konwulsyjnych drganiach trzewi globu. Planeta matka, sucha, surowa, wyniosła. Tu ona wydała Ŝycie, swoje 

ukochane dziecię, wypieszczone, jedyne. Miast oszałamiać świat paletą spłowiałych barw - wielością lichych 

form,  rozmaitością  kiepskiego  intelektu,  zrodziła  pośród  pustynnych,  jałowych  wzgórz  jedną  jedyną  - 

doskonałość".  

Nick poczuł sztywność zaciśniętych aŜ do bólu szczęk i delikatne mrowienie wokół warg. WraŜenia te 

dobiegały  go  zza  ochronnej  powłoki,  wytworzonej  koncentracją  myśli  i  zdawały  się  nie  dotyczyć  jego,  lecz 

jakiegoś  innego,  obcego  ciała.  Przez  lata  choroby,  wobec  której  medycyna  była  bezradna,  wyrobił  sobie 

przedziwny  odruch  obronny:  osiągał  niemal  pełne  oderwanie  od  rzeczywistości,  a  więc  i  od  chwilowego 

cierpienia,  przez  niezwykle  intensywne  skupienie  myśli.  Czy  myśli?  Sam  tego  nie  wiedział.  Na  pewno 

nośnikami owego transu były równieŜ zwielokrotnione uczucia tęsknoty i wiary, wiary w coś innego lepszego.  

Drętwota  warg  powoli  nikła  i  równocześnie  ochronny  nierealny  świat  odpływał,  rozwiewał  się  jak 

mgiełka  snu.  Gmatwanina  białych  i  brązowych  plam  z  trudem  ukonstytuowała  się  w  nieostry  jeszcze  obraz 

pokoju z wyciętym jasnym prostokątem okna.  

background image

Ach  tak  -  pomyślał  -  jestem  w  górskim  schronisku,  przyjechałem  tutaj  dzisiaj  rano.  Świadomość 

miejsca  i  czasu  powracała  powoli  jak  skotłowana  fala  przyboju,  zalewający  odsłonięty  przed  chwilą  lśniący 

wilgocią piasek.  

Unosząc się lekko na łokciu ostroŜnie poruszył prawą nogą. Była jeszcze jak z drewna, lecz spełniała 

swoje funkcje.  Wstał  i  przeszedł  się po  izbie,  kaŜdym  stąpnięciem  wyduszając  z  rozeschłych  desek  podłoga 

przeciągłe, podobne do skargi skrzypienie.  

Znów  powędrował  myślą  pomiędzy  odległe  światy,  aŜ  do  wyśnionej  planety,  zasypanej  szkliwem 

spękanych  skał.  Wiedział,  Ŝe  według  dostępnych  danych  prawdopodobieństwo  jej  istnienia  jest  właściwie 

równe  zeru,  lecz  wierzył,  Ŝe  gdzieś  musiała  jednak  być,  zawieszona  pośród  obcych  słońc  w  bezkresie 

przestrzeni, utoczona róŜowym obłokiem atmosfery. Dlaczego w końcu nie?' Jeśli nie ma jej w pobliŜu Ziemi, 

to  znajduje się  gdzieś  dalej,  a jeŜeli nie  tam,  to jeszcze  dalej.  Przestrzeń jest  nieskończona...  A jeśli  nie jest 

róŜowa to moŜe Ŝółta czy czarna. Co za róŜnica? Nie to jest waŜne.  

Nick  odzyskał  juŜ  pełna  sprawność.  Nic  wiedział,  kiedy  przyjdzie  kolejny  atak;  następowały  coraz 

częściej, choć zawsze trwały krótko. Wciągnął cięŜkie górskie buty. narzucił brezentową kurtkę i wyszedł.  

Wieczorny  las  parował  i  szeleścił  tysiącami  kropel  spadających  z  cięŜkich  wilgocią  gałęzi.  Deszcz 

ustał  zupełnie  nawet  mlecznobure  niebo  jakby  nieco  pojaśniało,  u  cięŜka  warstwa  chmur  przybrała  Ŝółty 

odcień  zachodu.  Nick  szedł  szybko  wysiłek  sprawiał  mu  teraz  wyraźną  przyjemność.  Krew  pulsowała  w 

przyspieszonym rytmie, ciało słuchało kaŜdego rozkazu myśli i było znów młode, las prędko umykał do tyłu. 

Wilgotne powietrze pachniało świeŜym igliwiem i mchem.  

Kiedyś,  dwadzieścia,  a  moŜe  trzydzieści  lat  temu;  było  tu  mnóstwo  jagód.  Najwięcej  tam,  gdzie 

kończył się juŜ las świerków i zaczynała kocówka. Całe łąki granatowo - złote. od jagód i wrześniowych liści 

ich  krzewów. Jeszcze  wyŜej,  na  wypalonych  słońcem  stokach.  rdzaworude jagodziny  rodziły  wielkie owoce 

nabrzmiałe sokiem pod pokryty białym nalotem skórką. A najwyŜej, wprost nad głową. jaśniał głęboki błękit 

nieba.  przykrywającego  wklęsłą  misą  cały  ten  świat.  pełen  zapachu,  wiatru,  słońca  i  radosnego  wysiłku 

wspinaczki.  

Nick  poczuł  zmęczenie  akurat  w  chwili,  gdy  doszedł  do  potoku.  WzdłuŜ  jego  brzegów  rosły  kępy 

anemicznych jagodzin, pewnie miały jeszcze owoce. Ale komu chciałoby się ich szukać w mokrym gąszczu 

łodyg, w deszczu kropel spadających za kołnierz?  

Gdy zatrzymał się tuŜ nad brzegiem. zmęczenie rozbiegło się po mięśniach nóg łaskotliwymi językami 

odrętwienia.  Potok  toczył  wodę  szklistymi  zwałami  po  obłych  kamieniach  pośród  szpalerów  krzewów  i 

paproci. Tu i ówdzie nurt przedostawał się do rozległych, jasnozielonych niecek, na których dnie utrzymywał 

się  piasek  kuszący  błyszczącymi  kryształkami  miki.  Woda  zdawała  się  tam  zatrzymywać  w  pędzie.  dając 

przybyszowi czas na kąpiel w doskonale wypolerowanej, naturalnej wannie.  

To  było  wciąŜ  piękne,  takŜe  wśród  szarzejącego  leśnego  zmierzchu.  choć  nawet  nie  w  części  tak 

szokujące doskonałą harmonią i dynamiką jak wtedy, nie tak dawno przecieŜ...  

Wrócił  na  ścieŜkę,  lecz  zatrzymał  się  w  pół  kroku.  Nogi  obejmowało  wzmagające  się  drętwienie, 

wigor sprzed chwili zniknął bez śladu. Las szarzał, za ciemnym zakrętem drogi czaił się głęboki ponury cień. 

Tak, ale uszedł od schroniska zaledwie dwieście metrów! Solidna wycieczka...  

background image

Zatrzymał się niezdecydowany. A moŜe oni są tam, na polanie pozostałej po ostatnim wyrębie, zaraz 

za zakrętem? Zaśmiał się cicho i oparł przedramieniem o mokry świerkowy pień.  

Niezdecydowanie...  Zawsze  taki  był,  od  dzieciństwa.  Zwykle  przeszkadzało  w  działaniu,  lecz  nieraz 

tłumiło  nierozwaŜne  odruchy  i  dawało  czas  na  zastanowienie.  Zbyt  duŜo  czasu.  Kiedyś  niezdecydowanie 

uratowało  mu  Ŝycie.  Miał  wtedy  sześć,  moŜe  siedem  lat.  W  spiął  się  aŜ  do  nisko  biegnących  przewodów 

elektrycznych. Rówieśnicy zachęcali go z dołu. aby ich dotknął. KaŜdy zapewniał, Ŝe on sam robił to juŜ wiele 

razy. ł tak stał na oparciu ławki pełen strachu i zaciekawienia; kilkakrotnie wyciągał i cofał rękę, pot ściekał 

mu struŜkami po plecach. Bał się dotknąć i jednocześnie ogarniał go wstyd przed poraŜką.  

W  końcu  jednak  strach  zwycięŜył.  Właściwie  wtedy  to  był  chyba  czysty  strach,  niezdecydowanie 

przyszło później, wraz ze sceptycyzmem, z nawykiem wątpienia.  

Nick  odepchnął  wilgotny  pień  i  zawrócił  w  stronę  schroniska.  MoŜe  oni  rzeczywiście  są  juŜ  tutaj, 

zupełnie  blisko,  zaraz  na  polanie  za  ciemnym  zakrętem  drogi'?  Opuścili  się  na  ziemię  w  miejscu,  gdzie 

wyrąbany  las  odsłonił  rosochate,  ledwie  przyprószone  zielenią  zbocze.  Ich  pojazd  wypączkował  galeriami, 

owalnymi  i  prostopadłościennymi  konstrukcjami,  w  których  otworzyły  się  wejścia  podświetlone fioletowym 

blaskiem.  Całość  sprawiała  wraŜenie  bajecznego  zamku  wykutego  w  szarobłękitnej  stali.  w  którym  okna 

jarzyły  się  niebieskim  światłem,  tylko  trochę  jaśniejszym  od  granatu  wieczornego  nieba.  Wokół  budowli 

tłoczyli się juŜ ludzie: trzęsący się starcy i młodzieńcy, których gładkie twarze mokre były od potu; dojrzałe 

kobiety o oczach powleczonych szarym smutkiem i męŜczyźni, śmiesznie bezradni przy całej swojej samczej 

arogancji; dzieci, jeszcze nie rozumiejące, lecz juŜ z piętnem strachu odciśniętym na zbyt duŜych, powaŜnych 

twarzach. KaŜdy z nich potrzebował czego innego, lecz wszyscy chcieli tego samego.  

W  gęstniejącym  mroku  Nick  dojrzał  wreszcie  prześwitujące  między  drzewami  Ŝółte  plamy  świateł 

schroniska.  Przyspieszył  kroku  i  potknął  się  o  ukryty  w  ciemności  korzeń.  Z  trudem  odzyskał  równowagę, 

okupując  ją  ostrym  bólem  naciągniętych  mięśni.  Klnąc  pod  nosem  dowlókł  się  do  kamiennych  schodów, 

wiodących ku wejściu.  

Oddać  ciało  do  remontu,  najlepiej  generalnego  -  śmiał  się  z  własnej  nieudolności,  wspinając  się 

powoli na górę. Tak, oczywiście terminy są krótkie. Zrobimy pana do piątej, ciało najlepiej postawić tam. na 

końcu trzeciego szeregu. Proszę się nie martwić, wymienimy wszystko co trzeba, a co się da - zregenerujemy. 

Duszyczkę  zaraz odwieziemy do domu, tam  moŜe spokojnie zaczekać: chyba Ŝe ma pan coś do załatwienia. 

wtedy  moŜe  pan  wziąć  na  parę  godzin  ciało  zastępcze.  Tam,  pod  ścianą,  mamy  troje  rezerwowych:  dwie 

kobiety  i  męŜczyznę.  Wszyscy  w  średnim  wieku  mało  zuŜyci,  z  niewielkim  przebiegiem...  Nie  trzeba? 

Dobrze, o piątej przyślemy kogoś po pana. Oczywiście, dajemy roczną gwarancję!  

Tak,  poczucie  humoru  było  obok  niedorzecznej  i  upartej  nadziei  jego  najsilniejszym  atutem. 

Pozwoliło mu przetrwać niejeden kryzys.  

W  sali  jadalnej  ciemne,  dębowe  stoły  rozkraczały  się  pod  naporem  ludzi,  którzy  w  hałaśliwych 

grupach  łapczywie  spoŜywali  kolację.  Migały  kraciaste  koszule  męŜczyzn  niosących  talerze  ze  strawą,  znad 

parujących  kubków  podnosiły  się  roześmiane  twarze  chłopców  i  dziewcząt,  na  rozłoŜonych  na  gładkich 

blatach serwetkach kobiety układały posmarowane masłem grube pajdy chleba. W kącie ktoś cicho brzdąkał 

na gitarze.  

background image

Nick  wszedł  w  tłum,  wgłębił  się  weń  jak  w  gąszcz  szeleszczących  łodyg,  pokrytych  pączkami, 

kwiatami i owadami, lecz takŜe cierniami z trującym śluzem, w gąszcz pełen basowego brzęczenia polujących 

owadów i nerwowego trzepotania motyli. W tej chwili gorąco pragnął odnaleźć się w jego wnętrzu, być tam 

razem z nimi, być jednym z nich. Lecz ślizgał się stale po powierzchni szklanego klosza, a gdy posuwał się do 

przodu,  niewidzialne  płaszczyzny  rozpychały  przed  nim  ten  skłębiony  świat,  jak  burty  okrętu  prującego 

wzburzone fale, i był ciągle sam. Sam pośród niewaŜnych zdarzeń, bezsensownej krzątaniny, morza niechęci i 

wrogości, w którym tak rzadko i jakby nieśmiało zapalał się tylko na chwilę błędny ognik miłości. Zdawało 

mu  się,  Ŝe  przechadza  się  bez  celu  między  kiepskimi  dekoracjami  do  jakiegoś  chaotycznego  przedstawienia 

pomylonego reŜysera. Z mieszaniną niechęci i podziwu graniczącego z zazdrością patrzał na grupę młodych 

ludzi,  którzy  nie  zdąŜyli  jeszcze  strzepnąć  z  butów  kurzu  dalekiej  wędrówki,  zmęczonych.  Lecz  jakŜe 

szczęśliwych.  Cieszyli  się  z  kaŜdego  drobiazgu,  błahego  słowa,  a  właściwie  -  to  szczęście  było  juŜ  w  nich 

wewnątrz, oni mieli je ze sobą na co dzień, i wystarczyło cokolwiek, aby wypłynęło radosną falą istnienia.  

I wtedy Nick zrozumiał swój błąd. Przyjechał właśnie po chwilę szczęśliwej beztroski. Był tu niegdyś, 

przecieŜ nie tak bardzo dawno, przy tym samym stole otwierał noŜem puszkę konserw wśród śmiechu wesołej 

kompanii.  Teraz  Ŝądał  od  tej  sali,  tych  gór  i  lasów,  aby  wykrzesały  w  jego  wystygłym  wnętrzu  nową  iskrę. 

Pragnął, Ŝeby szczęście przyszło doń z zewnątrz, dałby wiele za jedną jego chwilę, bo przybył tu pusty.  

Zamówił  cokolwiek  i  usiadł  przy  wielkim,  zgiełkliwym  stole.  Pora  była  późna,  kolejka  przy  bufecie 

zmniejszyła  się  wyraźnie.  Wśród  kilku  oczekujących  osób  zauwaŜył  dziewczynę  niezwykłej  urody.  Była 

bardzo  młoda,  o  twarzy  prawie  dziecięcej,  lecz  juŜ  całkowicie  ukształtowane  kobiece  ciało,  długie  nogi, 

wysoko  sklepione  biodra  i  sterczące  jędrne  piersi,  Ŝyjące  jakby  własnym  Ŝyciem  pod  napiętym  materiałem 

bluzki,  zadawały  kłam  niewinności  oczu.  Rozmawiała  z  o  wiele  od  siebie  starszym  męŜczyzną.  który  mógł 

być jej ojcem, a  moŜe  - był kochankiem? Facet w widoczny sposób dbał o młodzieńczy wygląd: nosił się z 

zamierzoną  niedbałością,  w  młodzieŜowym  stylu,  poruszał  się  szybko  i  energicznie,  choć  sprawiało  mu  to 

nieraz wyraźną trudność. Śmieszne, ostatnie podrygi - pomyślał Nick, stwierdzając z satysfakcją zaprawioną 

odrobiną Ŝalu, Ŝe on sam je sobie darował. Spojrzał jeszcze raz na dziewczynę, teraz juŜ z pewną niechęcią. 

Była  na  pewno  dość  ładna,  ale  zbyt  potęŜna:  wysoka,  szeroka  w  plecach.  miała  trochę  za  grube  nogi.  Z 

wiekiem  roztyje  się  jak  krowa  -  mruknął  niechętnie.  Gdy  przechodziła  obok  niego  niosąc  parujące  talerze, 

spostrzegł, jak bardzo była młoda. To chyba jednak ojciec - pomyślał - albo wyjątkowy smakosz. W czasach 

kiedy zatrzymałem się tu po raz ostatni, nie byłaś jeszcze planowana, moja mała. Więcej - twoi rodzice pewnie 

nie  znali  się  nawet,  nie  mieli  pojęcia  o  swoim  istnieniu  oraz  o  przeznaczeniu, jakim  było  spłodzenie  ciebie. 

Jaka była szansa, Ŝe właśnie ich dwoje spotka się w tym określonym celu wśród miliardowej masy ludzkiej? 

Pewnie  podobna  do  prawdopodobieństwa  istnienia  jednej  jedynej,  określonej  planety  w  niezmierzalnym 

morzu światów...  

Nick wstał i wyszedł z jadalni, pragnąc jakoś przerwać ten ciąg bezsensownych skojarzeń. Poza tym 

powinien juŜ być sam - w kaŜdej chwili mógł przyjść następny atak.  

Pokój  pełen  był  rześkiego,  nocnego  powietrza.  Nick  zamknął  okno  i  wyciągnął  się  na  skrzypiącym 

łóŜku, z przyjemnością rozluźniając zmęczone mięśnie. Lubił ten moment, kiedy gasło światło, a pod plecami 

wyczuwał śliską gładź pościeli, kiedy członki wypełniały się cięŜkim, rozkosznym bezruchem.  

background image

Na szyi dziewczyny widział złoty łańcuszek z krzyŜem. CzyŜby była wierząca? A moŜe nosi krzyŜyk 

z  przyzwyczajenia,  dla  fasonu,  lub  po  to,  aby  sprawić  przyjemność  rodzicom?  Na  pewno  jest  jej  dobrze  z 

wiarą. Trzeba w coś wierzyć, w coś, co nie poddaje się ocenie zmysłów, gdyŜ sam świat materialny nie daje 

Ŝ

adnej  szansy,  nie  daje  nawet  nadziei.  Pewien  filozof  napisał,  Ŝe  gdyby  Ŝycie  nie  było  tylko  przejściem, 

byłoby  nieznośne.  Coraz  częściej  myślę,  Ŝe  mógł  mieć  rację.  Właściwie  chciałbym  wierzyć  w  Boga  -  dalej 

snuł  senne  rozwaŜania  -  lecz  doszedłem  do  tego  za  późno.  Światopogląd  w  ogromnej  mierze  zaleŜy  od 

wychowania,  znacznie  mniej  od  wykształcenia.  Wiara  leŜy  poza  wiedzą,  daleko  poza  nią.  PrzecieŜ  aby  być 

wierzącym, nie trzeba ślepo wierzyć w dogmaty...  

Czy  ta  dziewczyna  jest  szczęśliwa?  -  zastanawiał  się.  Wiara  na  pewno  nie  jest  jej  potrzebna  do 

osiągnięcia  szczęścia,  najwyŜej  towarzyszy  smutkom  i  Ŝywiołowym  radościom.  którymi  jest  wypełniony  jej 

kaŜdy dzień. Wiara potrzebna jest ludziom zamiast namiętności, aby zapełnić pustkę i dać nadzieję.  

JuŜ zasypiał, gdy nagle zbudził go ostrzegawczy skurcz mięśni. Po prawej nodze przebiegło tchnienie 

Ŝ

aru, niewidzialny płomień jął lizać pękającą skórę, wŜerać się w miąŜsz mięśni i ścięgien, wysuszać i palić 

kości.  Z  winy  półsennych  rozwaŜań  Nick  nie  zdąŜył  na  czas,  lecz  teraz,  zwarłszy  szczęki  z  całych  sił,  z 

największym trudem wyswobodził spętaną oszalałym bólem myśl i skierował ją ku swojej własnej nadziei.  

"RóŜowe, zawsze pogodne niebo ugięło się łagodnie i spłynęło miękkim lejem w kierunku otwartego 

na  spotkanie  wzgórza,  które  wyłoniło  się  spod  szkliwa  pobruŜdŜonej  powierzchni  planety.  W  miejscu 

zetknięcia  działo  się  coś  dziwnego,  zachodziły  niezrozumiałe  procesy  tworzenia,  materia  przeobraŜała  się w 

struktury  wyŜszego  rzędu,  stawała  się  powolna  Istnieniu,  które  kształtowało  ją  wedle  swojej  chwilowej 

potrzeby. Lśniący, pełen pylistych zawirowań obłok, który powstał w tym procesie, uniósł się błyskawicznie 

w  róŜowy  przestwór  nieba  i  połączył  z  nim  tysiącem  świetlnych  wypustek.  Ogromna  antena,  zakończona 

Ŝ

ywymi  receptorami,  odczuwała  najodległejszą  skargę  Wszechświata,  wyławiała  z  dalekich  zakątków 

Galaktyki  kaŜdy  szept  czułości,  spazm  rozkoszy,  lecz  przede  wszystkim  krzyk  bólu  i  płacz  duszy.  A  potem 

wirujący  obłok  podzielił  się  na  setki  świecących  punktów,  które  rozjarzając  się  do  białości  pędziły  coraz 

szybciej przez kosmiczną pustkę, pogrąŜając się w końcu w nurtach ponadświetlnych wiatrów kosmicznych, 

aby zdąŜyć na czas i być tam,  gdzie być powinny i gdzie były potrzebne. Aby ukoić ból i zapełnić nadzieją 

puste dusze".  

Nick obudził się, gdy słońce stało juŜ wysoko. Słońce! Jakaś radosna struna nieśmiało zadrgała w jego 

piersi. Koniec słoty i deszczu. MoŜe na krótko, więc trzeba to wykorzystać. Po wczorajszym niezwykle silnym 

ataku  odczuwał  wciąŜ  osłabienie.  Ubierał  się  więc  powołi,  mimowiednie  rozmyślając  o  RóŜowej  Planecie. 

MoŜe ona naprawdę istnieje? Bzdury ~ Ale przecieŜ wystarczy mocno uwierzyć... Lecz i na to nie .mógł się 

zdecydować. Znów sceptycyzm i niezdecydowanie! Nie był w stanie ani wyrzec się tej wiary ani przyjąć jej 

bez zastrzeŜeń.  

I wtedy stało się coś dziwnego, nastąpiło jedno z tych rzadkich zdarzeń, których wpływ nie ogranicza 

się  tylko  do  chwilowego  oddziaływania  na  zmysły.  W  słoneczną  przestrzeń  za  otwartym  oknem  popłynął 

dźwięczny,  dziecięcy  śpiew.  ruty  znanej  melodii,  w  którą  ten  świeŜy  głos,  a  moŜe  i  górskie  hale.  i  wesoły 

blask słońca tchnęły nową. wspaniałą treść. Nick podszedł wzruszony do okna. Hale rozśpiewały się tysiącem 

srebrnych  dzwonków,  zupełnie  tak,  jakby  wskrzeszone  nieznaną  mocą  młode  pędy  traw  i  pękające  pąki 

background image

kwiatów odpowiadały własnymi głosami, a zwielokrotniony dziecięcy, łamiący się, ciepły śpiew płynął coraz 

dalej i zdawał się sięgać słońca.  

Nick pomyślał, Ŝe warto było przyjechać juŜ po to tylko, aby usłyszeć taką melodię. I Ŝe, być moŜe, 

właśnie w tej chwili dotarł do niego promień wysłany z dalekich światów.