background image
background image

 

background image

 

background image

 

background image

 

background image

Tytuł oryginału

THE DEVIL’S ARITHMETIC

 

Copyright © 1988 by Jane Yolen

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd.

The moral rights of the author have been asserted

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

 
 

Redakcja

Iga Wiśniewska

 

Korekta

Anna Grelewska

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 
 

Wydanie elektroniczne 2021

 

eISBN 978-83-66989-53-5

 
 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

background image

 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Moim  dziadkom  Yolen,  którzy  do  Ameryki  przypłynęli  na  początku
XX wieku, drugą klasą, nie najniższą, i moim dziadkom Berlin, którzy
przyjechali mniej więcej w tym samym czasie i osiedlili się w Virginii.
Mieliśmy  szczęście.  Ta  książka  jest  hołdem  dla  tych,  którzy  go  nie
mieli.
 
Mojej córce, Heidi Elisabet Stemple, której hebrajskim imieniem jest
Chaja – wymawiane z gardłowym „ch”, Hī-yå, co znaczy: życie.
 
I  ze  szczególnym  podziękowaniem  dla  Barbary  Goldin  i  Deborah
Brodie, które były w stanie zadać ocalałym pytania, których ja zadać
nie mogłam, i przekazały mi druzgocące odpowiedzi.

background image

 

background image

 
 

1

 
 
 
 
 
 
–  Mam  dość  pamiętania  –  poskarżyła  się  matce  Hannah,

wsiadając  do  samochodu.  Twarz  miała  zarumienioną  od
kwietniowego słońca, a wargi lepiły jej się od żelków i wielkanocnych
cukierków.

–  Wiesz,  że  jest  Pascha  –  odparła  matka  z  westchnieniem,

rozmyślnie cichym głosem. Nie przestawała się uśmiechać, żeby nikt
u Rosemary nie zorientował się, że się kłócą.

– Nie wiedziałam.
– Oczywiście, że wiedziałaś.
–  No  to  zapomniałam.  –  Hannah  słyszała,  że  jej  głos  zaczyna

przechodzić w zawodzenie, nad którym nie umiała zapanować.

–  Jak  mogłaś  zapomnieć,  dziecko?  Zwłaszcza  w  tym  roku,  kiedy

Pascha wypada równocześnie z Wielkanocą. Rozmawiałyśmy o tym
wiele  razy.  Po  pierwsze,  musimy  jechać  do  domu  się  przebrać.
Później  pojedziemy  do  dziadka  Willa  i  babci  Belle  na  pierwszy
wieczór sederowy.

– Nie jestem głodna. Najadłam się u Rosemary. I nie chcę jechać

na  seder.  Z  dzieci  będzie  tam  tylko  Aaron  i  ja,  i  każdy  będzie
komentować, jak urośliśmy, chociaż widzieli nas miesiąc temu. A do
tego wszystkie dowcipy będą miały puentę w jidysz.

background image

Matka  nie  odpowiedziała  od  razu,  więc  Hannah  ciężko  opadła  na

fotel.  Czasami  pragnęła,  żeby  nakrzyczała  na  nią  tak,  jak  robiła  to
mama Rosemary, ale wiedziała, że w przypadku swojej może liczyć
tylko  na  spokojny,  cichy,  rozsądny  wykład,  którym  zawsze  ją
wkurzała.

–  W  Passze  nie  chodzi  o  jedzenie,  Hannah  –  odezwała  się

w końcu matka. Westchnąwszy, przeczesała palcami włosy z siwymi
kosmykami.

– Akurat – wymamrotała Hannah.
– Chodzi o pamięć.
–  We  wszystkich  żydowskich  świętach  chodzi  o  pamięć,  mamo.

Mam dość pamiętania.

– Masz dość czy nie, pojedziesz z nami, młoda damo. Dziadek Will

i  babcia  Belle  spodziewają  się  całej  rodziny,  a  więc  także  ciebie.
Musisz pamiętać, ile znaczy dla nich rodzina. Babcia z rąk Niemców
straciła  oboje  rodziców,  a  później  musiała  uciekać  z  bratem.
A dziadek…

– Pamiętam, pamiętam… – wyszeptała Hannah.
–  …Will  stracił  wszystkich  poza  ciocią  Evą.  Cała  ośmioosobowa

rodzina  zniknęła  z  powierzchni  ziemi.  –  Znów  westchnęła,  ale
Hannah  podejrzewała,  że  w  tym  westchnieniu  niewiele  było
współczucia.  Stosowała  je  raczej  dla  wzmocnienia  przekazu.  U  jej
matki westchnienia były niczym kropka na końcu zdania.

Hannah  przewróciła  oczami  i  wsunęła  się  głębiej  w  fotel.  Było  jej

ciężko na żołądku, jakby ta sprzeczka zalegała na nim niczym maca.
Z New Rochelle do Bronxu, gdzie mieszkali jej dziadkowie, nie było
szczególnie  daleko,  ale  w  samochodzie,  jak  zwykle,  panowała
duchota, i Aaron przez całą drogę stękał.

background image

– Niedobrze mi – oznajmił głośno. Mówił głośniej zawsze, gdy był

nieszczęśliwy  czy  przestraszony.  A  kiedy  naprawdę  było  mu
niedobrze,  ledwie  go  było  słychać.  –  Zaraz  zwymiotuję.  Musimy
wracać.

Kiedy mama odwróciła się i spojrzała na nich groźnie z przedniego

fotela, Hannah pogłaskała dłoń brata.

–  Nie  zachowuj  się  jak  dziecko,  Ron-ron  –  wyszeptała.  –  Cztery

pytania sederowe to nic wielkiego.

–  Nie  pamiętam  wszystkich  czterech  pytań.  –  Ostatnie  słowo

niemal wykrzyknął.

–  Wcale  nie  musisz  ich  pamiętać.  –  Hannah  zaczynała  tracić

cierpliwość. – Masz je przeczytać. Z Hagady.

– A jeśli nie dam rady przeczytać?
Hannah już miała westchnąć, ale się powstrzymała i zamiast tego

zakaszlała.

–  Czytasz  poprawnie  odkąd  skończyłeś  trzy  lata,  mądralo.  –

Pacnęła go lekko w głowę, a on wrzasnął.

– Hannah! – krzyknął ojciec ostrzegawczo.
– Słuchaj – zwróciła się szybko do Aarona, żeby go uciszyć. – Nic

się  nie  stanie,  jak  się  pomylisz,  Ron-ron,  ale  nawet  gdybyś  się
pomylił, będę obok ciebie. Podpowiem ci szeptem na ucho, tak, jak
się podpowiada aktorom w teatrze, kiedy zapomną swojej kwestii.

– Jak pani Graham, kiedy zapomniałaś…
– Właśnie.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
Spojrzała na brata z rozbawieniem, a później rzuciła się na niego

i  zaczęła  łaskotać  pod  pachami  i  po  brzuchu.  Kiedy  próbował  się
uwolnić i się od niej odwrócił, dopadła go znowu zza pleców. Śmiał

background image

się  coraz  głośniej  i  głośniej,  aż  w  końcu  rzeczywiście  niemal
zwymiotował.

–  Hannah!  –  odezwał  się  znów  ojciec,  a  matka  spojrzała  na  nich

zza  oparcia  tak  srogo,  że  odskoczyli  w  przeciwległe  kąty  i  patrzyli
przez okno z miną skrzywdzonych niewiniątek.

Po kilku kilometrach Aaron zaczął błagać:
– Opowiedz mi bajkę, Hannah, proszę. Proszę. Proszę.
–  Na  miłość  boską,  opowiedz  mu  bajkę  –  nakazał  ojciec,  prawą

dłonią uderzając w kierownicę.

Gdy  jeździł  po  mieście,  zawsze  robił  się  nerwowy.  Hannah,

zadowolona,  że  może  zrobić  coś,  w  czym  jest  dobra,  rozpoczęła
makabryczną  opowieść  o  żywych  umarłych.  Większość  bohaterów,
fabułę  i  efekty  dźwiękowe  zapożyczyła  z  filmu,  który  zeszłego
wieczoru widziała w telewizji. Aaron był nią zafascynowany. Zombie
właśnie  weszli  do  domu  bohatera  i  pożerali  jego  matkę,  gdy  dotarli
pod blok dziadków. Kiedy ojciec parkował, Hannah i Aaron wbiegli do
budynku.  Aaron,  ponieważ  był  najmłodszy,  mógł  wcisnąć  przycisk
w windzie.

–  To  niesprawiedliwe…  –  zaczęła  Hannah.  Ale  później

przypomniała  sobie,  jaka  była  przerażona,  kiedy  po  raz  pierwszy
musiała  odpowiadać  na  cztery  pytania  sederowe,  i  zamilkła.
Wyciągnęła  rękę,  by  mocno  ścisnąć  dłoń  brata,  a  winda  prędko
pokonała drogę na ósme piętro.

– Hannahleh, ależ wyrosłaś – rzekła ciocia Rose. – Dwanaście lat,

a już piękna młoda dama.

Dziewczyna uśmiechnęła się i odsunęła tak szybko, jak mogła.
–  Trzynaście  –  poprawiła.  Była  to  niemal  prawda.  Nie  zapytała

cioci  Rose,  jakim  cudem  piękny  może  być  ktoś  z  mysiobrązowymi
włosami i aparatem na zębach. Ciocia uważała, że każdy z rodziny

background image

jest  najpiękniejszy,  najmądrzejszy  i  najwspanialszy,  nawet  jeśli  nie
była  to  prawda.  Hannah  spod  jej  czujnego  oka  uciekła  do  łazienki
i przejrzała się w lustrze. Miała ślad po szmince na czole w miejscu,
gdzie  pocałowała  ją  ciocia  Eva.  Odkręciła  wodę  i  próbowała  go
zmyć,  z  poczuciem  winy,  bo  ciocia  Eva  była  jej  ulubioną  ciotką,
jedyną,  która  od  Aarona  wolała  ją.  Nawet  imię  miała  po  jakiejś
przyjaciółce  cioci  Evy.  Nieżyjącej  przyjaciółce.  Szminka  nie  zeszła
całkowicie.  Hannah  przeczesała  grzywkę,  by  ukryć  ślad,  po  czym
wyszła z łazienki, martwiąc się, że ktoś jeszcze może na nią czyhać,
i potwornie się tego obawiając.

background image

 

background image

 
 

2

 
 
 
 
 
 

Nikt  nawet  nie  zwrócił  uwagi  na  jej  wejście  do  salonu.  Wszyscy
ciasnym  półkręgiem  otaczali  dziadka  Willa.  Siedział  w  wielkim
tapicerowanym  fotelu  przez  telewizorem,  wymachując  pięścią
i  wykrzykując  do  ekranu.  Przesuwały  się  na  nim  stare  zdjęcia  ofiar
niemieckich obozów koncentracyjnych, ciała ułożone w stosy niczym
drewno opałowe, i ocaleli z martwym wzrokiem. W miarę przewijania
się  potwornych  obrazów,  ponury  głos  recytował  nazwy  kolejnych
obozów:

– Auschwitz, Bergen-Belsen, Chełmno, Dachau…
–  Im  to  wytatuujcie!  –  krzyknął  do  telewizora  dziadek,  wyciągając

w  jego  stronę  lewą  rękę.  Rękaw  koszuli  miał  podwinięty  powyżej
łokcia.  Na  ekranie  mignęła  fotografia  niemieckiego  pułkownika,
stojącego na baczność. – Ja wam dam!

Ciocia Eva kręciła głową, a wujek Sam wyłączył telewizor.
– Proszę, wybacz im, proszę. To była wojna – wymruczała. Jej głos

był cichy jak modlitwa.

Hannah westchnęła.
– Znów zaczyna – wyszeptała do Aarona.
Wzruszył ramionami.

background image

Dziadek robił te dziwne ruchy właściwie odkąd Hannah pamiętała,

pokazując tatuaż na lewej ręce i wykrzykując przy tym po angielsku
oraz w jidysz. Kiedy była młodsza, pięciocyfrowy numer na jego ręce
ją  fascynował.  Był  granatowy,  prawie  jak  atrament.  Skóra  wokół
niego się postarzała, ale sam numer – nie. Zaraz po tym, jak urodził
się Aaron, podczas ceremonii obrzezania, bris, kiedy wszyscy krewni
robili  z  siebie  nad  nim  idiotów,  Hannah  wzięła  długopis  i  napisała
sznur  cyfr  na  wewnętrznej  stronie  swojej  lewej  ręki,  tak  mocno,  że
mało  nie  porozcinała  skóry.  Miała  nadzieję,  że  sprawi  dziadkowi
przyjemność  taką  samą  jaką  sprawił  noworodek.  Przez  chwilę
wpatrywał  się  w  nią,  nic  nie  rozumiejąc.  Aż  nagle  ją  chwycił,
wykrzykując na okrągło w jidysz „Malach ha-mavis”, z twarzą szarą
i przerażającą. Patrzyli na nich wszyscy goście. Ojciec i ciocia Eva
bardzo, bardzo długo musieli go uspokajać.

Starali się wytłumaczyć Hannah, co tak zdenerwowało dziadka, ale

ona  nigdy  do  końca  mu  nie  wybaczyła.  Trzeba  było  dwóch  dni
szorowania,  żeby  ślady  długopisu  znikły.  Czasami  śniła  jej  się
wykrzywiona twarz dziadka Willa i jego gardłowe krzyki. Dziwne, ale
choć nigdy nie ośmieliła się zapytać, co znaczyły te słowa, w snach
zdawało jej się, że wiedziała. Nikt nigdy nie pokwapił się, żeby jej to
wyjaśnić.  Zachowywali  się,  jakby  o  tym  incydencie  zapomnieli,  ale
ona nie zapomniała.

–  Mamo  –  odezwała  się,  kiedy  telewizor  został  wyłączony,

a  w  salonie  na  powrót  zapanował  spokój.  –  Dlaczego  on  się  tym
przejmuje?  Przecież  to  przeszłość.  Teraz  już  nie  ma  obozów
koncentracyjnych.  Po  co  to  wywlekać?  To  wstyd.  Nie  chcę,  żeby
poznała  go  któraś  z  moich  koleżanek.  A  jak  na  nie  nakrzyczy  albo
zrobi jakieś inne szaleństwo? Dziadek Dan nie krzyczy do telewizora
ani nie opowiada tak o wojnie.

background image

–  Dziadek  Dan  nie  był  w  obozie,  dzięki  Bogu.  Urodził  się

w Ameryce,  tak  jak  ty.  To  dlatego,  że  moja  rodzina  przyjechała  do
tego  kraju  na  początku  dwudziestego  wieku,  drugą  klasą.  Nie
trzecią. – Jej nieobecne spojrzenie sygnalizowało, że zaraz zacznie
recytować dalszą część rodzinnej sagi. Hannah wiedziała, że droga
ucieczki jest tylko jedna.

–  Chyba  pomogę  cioci  Evie  w  kuchni  –  powiedziała  szybko

i wybiegła z pokoju, zanim matka zdążyła podjąć wątek.

Choć zapalanie świec we własnym domu było rolą babci Belle, od

lat  rodzinną  tradycją  było,  że  robiła  to  ciocia  Eva,  w  ramach
rekompensaty  za  to,  że  nie  ma  własnego  domu  ani  rodziny.  Ciocia
Eva mogła wyjść za mąż, i to nie raz, a trzy, chociaż, jak zauważyła
matka  Hannah,  nie  była  wielką  pięknością.  Ale  ciocia  Eva  wolała
mieszkać  ze  swoim  bratem  Willem  oraz  jego  żoną,  i  pomagać  im
wychowywać ojca Hannah, gdy Bell pracowała.

– Dlaczego to zrobiła? – pytała często Hannah.
– Bo chciała. – To była jedyna odpowiedź, jaką usłyszała od ojca.
– Może lubi dzieci – zasugerowała kiedyś Rosemary.
– A może lubi sprzątać. Mam taką ciotkę.
– I czym się zajmuje? – spytała Hannah.
– Jest zakonnicą.
– Nie bądź głupia. Żydówka nie może być zakonnicą.
– Za to może mieszkać z bratem i zajmować się jego dziećmi.
– Dzieckiem – poprawiła Hannah. – Mój tata był jedynakiem.
Żadna  z  odpowiedzi  nie  zaspokoiła  jej  pragnienia  idealnej  historii

miłosnej.  Ale  w  końcu  przestała  się  dopytywać,  a  w  rozmowach
z  ciocią  Evą  poruszała  jedynie  codzienne  tematy.  Na  przykład,  ile
łyżeczek cukru znalazło się w szklance mrożonej herbaty. Albo czym
usunąć  plamę  ze  skórzanej  spódnicy.  Albo  jak  zrobić  szalik  na

background image

drutach.  Albo  jak  ugotować  kartoflankę.  Albo  gdzie  znaleźć
staroświeckie buty do szkolnego przedstawienia. Ciocia Eva zawsze
miała  odpowiedzi  na  tego  rodzaju  pytania.  Kiedy  Hannah  była
młodsza,  odpowiedzi  cioci  Evy  wydawały  jej  się  magiczne.  Ale  gdy
podrosła, magia znikła, a ciocia Eva stała się zupełnie zwykłą osobą.
Hannah  nienawidziła,  że  tak  jest,  więc  odpychała  tę  myśl.  Jednak
gdy  ciocia  Eva  zapalała  świąteczne  świece,  szerokimi  dłońmi
osłaniając światło, jej pospolita twarz z głęboko osadzonymi oczami
koloru  kawy  nabierała  pewnego  piękna.  W  blasku  migoczącego
płomienia  wyglądała  niemal  młodo.  Obserwowanie,  jak  wypowiada
modlitwy nad świecami, było jedynym momentem pośród wszystkich
rodzinnych  spotkań,  który  Hannah  zawsze  wydawał  się  wyjątkowy.
W  tych  chwilach  miała  wrażenie,  że  ją  i  ciotkę  łączy  szczególna
więź, jakby magia, jakimś sposobem, była nadal żywa.

–  Jorcajt  wszystkim  ukochanym  zmarłym,  błogosławieństwo

wszystkim ukochanym żyjącym – szeptała zawsze do Hannah ciocia
Eva, przed zmówieniem hebrajskich modlitw.

Nawet  Aaron  próbował  przyłączyć  się  do  obrzędu,  ale  mamrotał

słowa z wyraźnym opóźnieniem. Hannah, rozzłoszczona, dźgnęła go
w  bok,  lecz  się  odsunął.  Sfrustrowana,  chwyciła  w  palce  mięsistą
część jego ramienia i uszczypnęła. Wrzasnął.

– Hannah! – surowo zganił ją ojciec.
Poczuła, jak czerwienieje na twarzy, i wbiła wzrok w swój talerz.

background image

 

background image

 
 

3

 
 
 
 
 
 

Podczas  niekończącej  się  sederowej  kolacji  i  jeszcze  bardziej
niekończących  się  wyjaśnień  z  Hagady,  Hannah  często  zerkała
przez  okno.  Księżyc  w  pełni  był  wciśnięty  pomiędzy  dwa  bloki
osiedla.  Dziadek  ględził  i  ględził  o  plagach  i  wygnaniu  z  Egiptu.
Może  byłaby  to  ciekawa  historia,  gdyby  opowiadał  ją  ktoś  inny,
pomyślała  Hannah,  ale  dziadek  Will  miał  głos,  który  brzęczał
w  uszach  niczym  szarańcza,  i  przy  każdej  przerwie  robił  pełne
goryczy wykłady.

Seder nie odbywał się nawet we właściwej kolejności, nie tak, jak

uczyli w szkółce niedzielnej. Kiedy Hannah usiłowała zaprotestować,
uciszył ją wuj Sam.

– Will ma własny sposób. Nie rób problemów – powiedział.
Hannah wpatrywała się w księżyc. Jutro pojadą do dziadka Dana

na  drugi  dzień  sederu.  Tam  przynajmniej  będzie  trzech  kuzynów
w  jej  wieku,  co  prawda  same  chłopaki,  ale  z  tym  nic  się  nie  dało
zrobić. I będą siedzieć przy kuchennym stole, z daleka od dorosłych.
I  nie  będzie  krzyczącego  i  robiącego  sceny  dziadka  Willa,  tylko
dziadek  Dan.  Słodki,  łagodny,  poczciwy  dziadek  Dan,  który
pomiędzy czytania wplatał opowieści i mówił takie rzeczy, jak:

– Skąd wiem? Byłem tam!

background image

Obok  niej  Aaron  bez  przerwy  się  wiercił,  przygotowując  się  do

zadania Drugiego Pytania. W jarmlke zakrywającej jego jasne włosy
wyglądał  jak  miniaturka  dziadka  Willa.  Hannah  niemal  się  głośno
roześmiała,  przypominając  sobie,  o  co  spytała  Rosemary  w  czasie
jej pierwszej (i jedynej) świątecznej wizyty:

– Dlaczego noszą te mycki?
Aaronowi  trzęsły  się  ręce  i  strona  Hagady  sama  się  przewróciła.

Hannah  wyciągnęła  rękę  i  ją  poprawiła,  a Aaron  uśmiechnął  się  do
niej  z  wdzięcznością.  Ma  najpiękniejszy  uśmiech,  pomyślała
Hannah. On nie będzie potrzebował aparatu na zęby.

– Przestań się martwić – powiedziała do niego bezgłośnie, samymi

wargami.

Ponaglony  przez  nią,  zaintonował  po  hebrajsku  Drugie  Pytanie,

idealnie  wyuczone  na  pamięć.  Ale  kiedy  spojrzał  do  książki,  żeby
przeczytać  tłumaczenie,  potknął  się  na  słowie  „gorzkie”,  pomijając
„i”.  Wuj  Sam  prychnął,  a Aaron  zamilkł,  zawstydzony.  Rozejrzał  się
wokół  stołu.  Wszyscy  się  do  niego  uśmiechali.  Było  jasne,  że
popełnił jakiś głupi błąd, ale nie wiedział jaki. Odwrócił się bezradnie
do Hannah.

– Gorzkie – poprawiła go szeptem. – Przeczytałeś: „gorzke”.
Kiwnął głową z wdzięcznością i podjął czytanie tłumaczenia, które

skończył  zbyt  głośno  i  w  pośpiechu,  przez  co  wyraźnie  było  widać,
że jest niezadowolony.

–  We  wszystkie  inne  noce  jemy  rozmaite  zioła,  ale  tej  nocy  tylko

gorzkie. Dlaczego tej nocy jemy tylko gorzkie?

No  właśnie,  dlaczego?,  zastanowiła  się  Hannah.  Są  takie

niedobre. Rosemary może jeść żelki, a ja muszę jeść chrzan.

– To niesprawiedliwe! – Nagle dotarło do niej, że te ostatnie słowa

wypowiedziała  na  głos  i  wszyscy  je  usłyszeli.  Zawstydzona  wbiła

background image

wzrok w swoje dłonie, ale złość z powodu niesprawiedliwości jej nie
przeszła.

–  Oczywiście,  że  to  niesprawiedliwe  –  wyszeptała  do  niej  ciocia

Eva – ale co ma tu do rzeczy sprawiedliwość? – Uśmiechnęła się i,
żeby rozładować napięcie, zaczęła śpiewać Dajenu

[1]

 swoim silnym,

melodyjnym  głosem.  Żywa  piosenka  z  powtarzającym  się  tekstem
porwała  wszystkich,  nawet  matkę  Hannah,  zupełnie  pozbawioną
słuchu.

Da-da-jejnu
Da-da-jejnu
Da-jejnu, Da-jejnu.
Hannah  wiedziała,  że  to  znaczy  „już  by  wystarczyło”  i  nagle

poczuła, że jej już wystarczy tego sederu, podczas którego nie działo
się nic sprawiedliwego ani ciekawego.

Aż  nagle  przypomniała  sobie  o  winie.  Przynajmniej  ono  będzie

jakąś  nowością.  Kiedy  zacznie  się  kolacja  sederowa,  dostanie
kieliszek  rozwodnionego  wina.  Po  raz  pierwszy  pozwalano  jej  pić
z dorosłymi.

– Niech Hannahleh przyłączy się do toastów – powiedział dziadek

Will, zanim seder się rozpoczął.

– Ależ  tatusiu  –  zaprotestowała  matka  dziewczyny.  –  Ma  dopiero

dwanaście lat.

– Trzynaście – poprawiła Hannah.
Eva pogłaskała ją po ręce.
– Kiedy moja siostra Eva miała trzynaście lat, czegóż by nie dała

za  kieliszeczek  rozwodnionego  wina…  –  zaczął  dziadek  Will.  Tym
samym argumentem posługiwał się we wszystkich sprawach. Nigdy
nie  musiał  kończyć  zdania,  bo  nikt  nie  chciał  się  mierzyć
z perspektywą poczucia winy.

background image

– Dobrze, tato.
Dziadek Will uśmiechnął się, odwracając do Evy.
–  Widzisz,  nie  mogą  w  nieskończoność  robić  z  niej  małego

dziecka.

Małe  dzieci,  takie  jak  Aaron,  musiały  zadowolić  się  sokiem

z winogron.

Hannah  była  za  to  dziadkowi  wdzięczna.  I  odkryła,  już  przy

pierwszym  toaście,  że  lubi  słodki,  cukierkowy  smak  wina,  choć
szumiało jej od niego w głowie.

–  Hannah!  –  Aaron  pociągnął  ją  za  rękaw,  z  figlarnym  błyskiem

w oku. – To już.

–  Już?  –  Przez  chwilę  myślała,  że  chodzi  mu  o  to,  że  czas  na

kolejny  toast,  ale  w  końcu  się  zorientowała,  że  pora  wykraść
afikoman,  macę  owiniętą  w  niebieską  haftowaną  serwetkę.
Rozejrzała  się  wokół  stołu  i  spostrzegła,  że  dorosłych  nagle
pochłonęły rozmowy. Przypomniała sobie czasy, kiedy była jedynym
dzieckiem,  i  to  ona  miała  wykradać  afikoman;  uważała  się  za  tak
niesamowicie  bystrą,  kiedy  znajdowała  ją  pod  krzesłem  dziadka
Willa.  Teraz,  oczywiście,  wiedziała,  że  zawsze  ją  tam  krył  dla
łatwego  znalezienia.  Uśmiechnęła  się  do  Aarona,  z  poczuciem
nagłej dorosłości. – Ty jej poszukaj. Ja zostanę tu na straży.

–  Dobra.  –  Zsunął  się  z  krzesła  i  na  czworaka  okrążył  stół.  Przy

jego  szczycie  wstał,  wysoko  ponad  głowę  unosząc  niebieską
serwetkę z kruchą zawartością.

– Znalazłem, dziadku! Teraz ją schowam. – Wybiegł z pokoju, ale

nikt się nie zerwał, żeby pobiec za nim.

– Schowa ją w łazience – rzuciła Hannah, do nikogo konkretnego.

– Jak zawsze.

– Ćśś, Hannahleh, nie psuj zabawy – skarciła ją ciocia Rose.

background image

–  Ty  zawsze  chowałaś  afikoman  pod  poduszką  babci  Belle  –

przypomniała ciocia Eva.

– Wiedziałaś?
Wujek Sam zarechotał.
– Zostawiałaś wystarczającą ilość okruchów.
–  Wiedzieć  i  nie  wiedzieć.  –  Jej  matka  westchnęła.  –  To  część

zabawy. A zabawa polega na odkrywaniu ukrytego porządku świata.
Seder oznacza „porządek”. Przeczytałam to w książce.

– Jakiego ukrytego porządku? – wtrącił się dziadek. – Myślisz, że

w obozach był porządek? Myślisz, że…

Eva przerwała mu gładko.
–  Lily,  Lily,  zbyt  poważnie  podchodzisz  do  tych  spraw.  Daj  się

dzieciom  bawić.  Dzieckiem  jest  się  tak  krótko.  Przecież  nie
przestrzegamy koszerności i nie robimy wszystkiego tak, jak zrobiłby
rabin. Robimy to dla dzieci. Prawda, Belle?

Babcia Belle przytaknęła.
– Żeby miały zabawę i pamiętały swoją historię.
Eva  wstała,  odgarniając  z  szerokiego  czoła  zabłąkany  kosmyk

białych włosów.

–  Idziemy,  Aaron,  gotów  czy  nie.  –  Dała  znak  pozostałym,  żeby

udali się za nią, po czym wyszła z jadalni.

Mężczyźni  zostali  przy  stole  i  rozmawiali,  ale  ciocia  Eva  i  ciocia

Rose  weszły  do  sypialni,  robiąc  dużo  zamieszania.  Matka  Hannah
niemal  tak  samo  hałaśliwie  rozglądała  się  po  kuchni.  Przez  kilka
minut krzyczały do siebie, jak też trudno znaleźć w tym roku Aarona,
aż dziadek Will przytknął palce do ust i wydał przeszywający gwizd,
który  wszystkich  ściągnął  z  powrotem.  Hannah  czekała  przy
drzwiach  łazienki,  jakby  na  straży.  Na  odgłos  gwizdu  drzwi  się
otworzyły i Aaron wyjrzał.

background image

– Hannah, tu jestem – wyszeptał.
– Co za niespodzianka – powiedziała, wchodząc do środka.
–  Patrz,  gdzie  schowałem  afikoman.  –  Wyciągnął  niebieską

serwetkę z kosza na brudną bieliznę.

– To obrzydliwe, Aaron, chować go w czyimś praniu.
– W ogóle tu nie zajrzeli, Hannah. Spuściłem wodę i udawałem, że

wychodzę, i nikt tu nie wszedł. – Uśmiechnął się promiennie.

– Jesteś bardzo sprytny, Ron-ron. – Hanna musiała się roześmiać

z jego powagi. – O co poprosisz dziadka?

– O rękawicę do bejsbola.
Wiedziała,  jak  o  niej  marzył.  Odkładał  chanukowe  pieniądze

i wykonywał dodatkowe prace w domu.

–  Dobra  decyzja  –  oceniła.  –  Bez  względu  na  to,  co  dziadek

zaproponuje ci, żeby wykupić afikoman, trzymaj się swojej decyzji. –
Przejrzała  się  w  łazienkowym  lustrze,  zastanawiając  się,  kiedy
pozbędzie  się  aparatu.  Może  w  te  wakacje,  jeśli  dopisze  jej
szczęście. – Ja kiedyś dostałam kolekcję sukienek dla Barbie. – Nie
przyznała,  że  od  razu  tego  pożałowała.  Kiedy  odwróciła  się,  żeby
powiedzieć coś jeszcze, Aarona już nie było.

Reszta  pesachowej  kolacji  była  kusząca,  ale  Hannah  tyle  zjadła

u Rosemary, że ledwie dziobała swoje jedzenie. Poza tym zaczynało
jej  dudnić  w  głowie.  Wujek  Sam  wlał  jej  kolejną  ćwiartkę  kieliszka
wina i dopełnił go wodą przed następnym błogosławieństwem. Nagle
wiedziała, że nie chce już więcej.

– Dziwnie kręci mi się w głowie – wyznała matce.
–  Mówiłam,  ze  jest  za  młoda  na  wino.  –  Jej  matka  westchnęła.  –

Nawet rozwodnione.

Wujek  Sam  puścił  w  obieg  wielki  kryształowy  puchar,  kielich

Eliasza,  i  każdy  wlał  do  niego  odrobinę  wina  ze  swojego  kieliszka.

background image

Kiedy nadeszła kolej Hannah, opróżniła cały swój kieliszek.

– Eliasz może wypić wszystko – stwierdziła.
Dziadek  Will  uśmiechnął  się  do  niej  z  drugiego  końca  długiego

stołu.

– Jaka grzeczna dziewczynka. Za to, że jesteś tak wielkoduszna,

ty  możesz  otworzyć  drzwi  prorokowi  Eliaszowi  i  zaprosić  go  do
środka.

–  Ja  chciałem  to  zrobić  –  głośno  zaprotestował  Aaron.  –  To

najfajniejsza część.

– Zrobi to Hannah, Aaronie – powiedział dziadek. – Ponieważ była

tak hojna ze swoim darem.

– Eliasz może wziąć też cały mój kieliszek – zaoferował chłopiec.
–  Ofiara  dobrowolna  jest  o  wiele  lepsza  –  oznajmił  dziadek

stanowczo. – Chodź, Hannah.

Dziewczyna niechętnie wstała. Czuła się jak zdrajczyni. Nie oddała

wina ze szczodrości, ale tylko dlatego, że go nie chciała. To nie była
żadna ofiara.

– Pamiętaj, Hannahleh, otwieramy drzwi, żeby przypomnieć sobie

czasy,  kiedy  Żydzi  byli  zmuszeni  zostawiać  je  otwarte,  żeby
udowadniać  chrześcijanom,  że  nie  przeprowadzają  krwawych
rytuałów.  Ha!  –  Ostatnia  sylaba  była  głośną  kropką.  –  Jakbyśmy  to
my byli specjalistami od rzezi…

Ciocia Eva pochyliła się i w milczeniu położyła dłoń na jego dłoni.

To wystarczyło, by go uspokoić. Uśmiechnął się do Hannah.

–  Otwórz  drzwi  Eliaszowi,  dziecko,  i  zaproś  go  do  środka

z otwartym sercem.

Hannah  powoli  podeszła  do  drzwi,  czując  się  jak  skończona

idiotka. Nie miała wątpliwości, że szanse na wejście do mieszkania
Eliasza są takie same, jak na wejście Dartha Vadera, Robin Hooda

background image

czy…  wielkanocnego  zająca.  W  te  przesądy  nikt  już  nie  wierzył.
Jedynie małe dzieci. Jak Aaron.

Obejrzała  się  przez  ramię  i  zobaczyła,  że  wszyscy  bacznie  ją

obserwują. Aaron podskakiwał na krześle.

– Otwieraj, Hannah! – krzyknął głośno. – Otwieraj Eliaszowi!
Bajki  dla  dzieci!,  pomyślała  ze  złością,  przesuwając  podwójną

zasuwę. Otworzyła szeroko drzwi, szepcząc:

– Gotowy czy nie, nadcho…
Na  zewnątrz  w  miejscu,  gdzie  powinien  się  znajdować  długi,

pozbawiony  okien  korytarz  z  ciemnozielonymi  ponumerowanymi
drzwiami  prowadzącymi  do  innych  mieszkań,  były  zielone  pola
i  ponure  niebo.  Księżyc  wisiał  idealnie  pośrodku  dwóch
ciemnoszarych  chmur.  Ptak  bombardował  powietrze  dziwnym,
melodyjnym śpiewem. A przez poorane bruzdami pole maszerowała
ciemna  postać.  Na  głowie  miała  bezkształtną  czapkę,  na  ramieniu
motykę, i podśpiewywała:

 
Nie zmuszał cię przecież nikt
Taki los sobie zgotować.
 
 
 

[1]

  Tradycyjna,  licząca  ponad  tysiąc  lat  pieśń  pesachowa,  wzywająca  do  wdzięczności

Bogu  za  wszystkie  dary,  którymi  obdarzył  Naród  Wybrany,  wyzwalając  go  z  niewoli
egipskiej,  dając  mu  Torę  i  Szabat.  Gdyby  Bóg  dał  tylko  jeden,  najmniejszy  dar  –  „już  by
wystarczyło” – wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

background image

 

background image

 
 

4

 
 
 
 
 
 
– Jak to zrobiłeś, dziadku? – spytała Hannah, odwracając się.
Eleganckiego stołu za nią, z mnóstwem talerzy, kielichów, szklanek

i sztućców, nie było. Zamiast niego zobaczyła wypucowany stół, na
którym 

pomiędzy 

dwoma 

bogato 

zdobionymi 

srebrnymi

świecznikami  stała  samotna  drewniana  miska.  Od  czarnego
masywnego  pieca  pod  ścianą  biło  ciepło.  Na  półkach  po  obu
stronach  pieca  piętrzyły  się  naczynia,  garnki  i  obrusy.  Z  sufitu
zwisało  kilka  sznurów  cebuli.  W  pokoju  pachniało  świeżo
upieczonym chlebem.

To na pewno wino, pomyślała Hannah. Mam po nim zwidy.
–  No  i?  –  Pytanie  dobiegło  spoza  niej,  wypowiedziane  kobiecym

głosem z dziwnym akcentem. – Idzie?

Hannah, zdezorientowana, rozejrzała się dookoła.
– Prorok Eliasz? – spytała.
–  Myślisz,  że  prorok  Eliasz  wchodzi  za  każdym  razem,  jak

otworzysz drzwi? A goj zugt a vertl, głupców nie brakuje. – Kobieta
była  ubrana  w  ciemną  spódnicę  przesłoniętą  poplamionym
fartuchem,  haftowaną  bluzkę  z  podwiniętymi  rękawami,  i  niebieską
chustkę, którą założyła na głowę. Gołe ręce miała brudne od mąki.
Stała przy niskim stole obok zlewu i zagniatała ciasto na chleb.

background image

Hannah była oszołomiona. Czuła się tak, jakby nagle przeniesiono

ją  na  plan  filmowy.  Złudzenie  było  tak  silne,  że  nie  była  w  stanie
znaleźć  odpowiedzi.  Aż  nagle  dotarły  do  niej  słowa  wypowiedziane
przez kobietę: a goj zugt a vertl… Tego zwrotu w jidysz ciągle używał
dziadek,  i  nigdy  wcześniej  do  nie  rozumiała.  A  jednak  teraz  jego
znaczenie  było  oczywiste,  jakby  sama  władała  tym  językiem.  A  goj
zugt a vertl 
to „jak mówi wieśniak…”.

–  I  co,  Chajo,  idzie  ten  Szmul  czy  nie?  –  Kobieta  nie  oderwała

wzroku od ciasta, ugniatała je w miarowym, hipnotycznym rytmie.

Hannah  znów  wyjrzała  za  drzwi,  jakby  tam  czekało  jakieś

wyjaśnienie.  Skoro  otwierając  je,  weszła  do  tego  złudzenia,  może
przejście  w  drugą  stronę  pozwoli  jej  wrócić  do  domu.  Warto  było
spróbować.  Zrobiła  krok  naprzód  i  zobaczyła,  że  idący  przez  pole
mężczyzna  był  teraz  znacznie  bliżej.  Widziała  go  wyraźnie.  Miał
gęstą czarną brodę i bujną czuprynę czarnych włosów przystrojoną
czapką. Jego koszula miała długie rękawy, a luźne spodnie wsunięte
były  do  wysokich  skórzanych  butów.  Ile  za  takie  buty  dałaby
Rosemary
, pomyślała. Mężczyzna już nie śpiewał, ale pogwizdywał
jakby  znajomą  piosenkę.  Kiedy  uświadomiła  sobie,  że  to  Dajenu,
roześmiała się.

– Już rozumiem – wymamrotała, choć wcale nie rozumiała.
W tej chwili postanowiła, że przyłączy się do tej gry. Niezależnie od

tego,  czy  to  sen  czy  wyszukana  zabawa,  pokaże  im  wszystkim,  że
sobie poradzi. Z pewnością było to ciekawsze niż śmiertelnie nudne
sederowe pogadanki dziadka Willa.

– Idzie – odpowiedziała, odwracając się do kobiety.
– To dobrze. Nakryj do stołu. I weź szabasowy obrus. W końcu to

wyjątkowa  okazja.  Nie  co  dzień  mój  młodszy  brat  żeni  się

background image

następnego  ranka.  –  Wytarła  dłonie  w  fartuch.  –  No,  Chajo,  ruszaj
się!

Chaja.  Przecież  to  moje  hebrajskie  imię,  pomyślała  Hannah.  To,

które otrzymałam na cześć nieżyjącej przyjaciółki cioci Evy. Dziwne.
Zastanawiała się, skąd ta kobieta wiedziała, jak jej na imię, a później
roześmiała się pod nosem z własnej głupoty. A co w tym dziwnego?
Przecież brała udział w tej szalonej zabawie. W tym szalonym śnie
.
Jednak  na  myśl  o  tym  poczuła  przypływ  paniki  w  piersi.  Gdzie  ona
się  znajduje?  I  gdzie  się  podziali  rodzice,  Aaron,  ciocia  Eva  i  inni?
Znów spojrzała na drzwi, jakby skrywały odpowiedź.

–  Dlaczego  tak  stoisz  jak  mędrzec  z  Chełma,  Chajo?  Obrus,

dziecko.  Słowo  daję,  ta  gorączka,  która  zabrała  twoich  biednych
rodziców, niech spoczywają w pokoju, wyrządziła ci więcej krzywdy,
niż  przypuszczaliśmy.  Cud,  że  w  ogóle  przeżyłaś.  I  choć  to
z  pewnością  była  część  Bożego  planu,  jego  sens  przekracza  moje
pojęcie. Czasami, dziecko, mnie zdumiewasz.

Co  dokładnie  zdumiewało  tę  kobietę,  nie  zostało  wypowiedziane,

bo  właśnie  w  tej  chwili  do  domu  wmaszerował  brodaty  mężczyzna,
już  bez  motyki,  którą  pozostawił  gdzieś  na  zewnątrz.  Chwycił
Hannah, nim zdążyła zaprotestować, i okręcił ją.

–  Cześć,  brataniczko.  Uściskaj  twojego  prawie  żonatego  wujka

Szmula!

Hannah wiedziała, że nie ma żadnego wujka Szmula, a już z całą

pewnością  tak  wielkiego  i  brodatego  jak  ten  mężczyzna  pachnący
potem,  sianem  i  końmi.  Jednak  jego  radość  była  zaraźliwa.
Uściskała go.

–  Postaw  ją,  Szmul!  –  ofuknęła  go  kobieta.  –  Jeszcze  nie

wydobrzała  po  chorobie.  Wiesz,  jak  łatwo  się  denerwuje
i o wszystkim zapomina. I idź się umyj. Dziwię się, że Fajga przyjęła

background image

od szadchany

[2]

 twoją kandydaturę. Takim jesteś łupem, że możesz

całować kobietę nieumyty? – Wyciągnęła dużą misę w kwiaty, pełną
wody.

– A  nie  jestem  dobrym  łupem?  –  spytał  Szmul,  zanurzając  dłonie

w  misie  i  rozlewając  przy  tym  wodę.  –  Zęby  mam  w  komplecie,
włosów  mi  nie  brakuje,  mam  dwa  konie  pociągowe,  czteroizbowy
dom i dziewięć hektarów ziemi. Ciężko pracuję i wcale znów tak nie
śmierdzę, co, mała Chajo? – Nie czekając na jej odpowiedź, zmoczył
twarz i dalej mył się głośno.

–  Co  ci  ma  powiedzieć  dziecko,  Szmul?  Uwielbia  cię.  Ale  w  tym

domu zrobi się bardzo tłoczno z inną kobietą, jeżeli nie będziesz się
regularnie  kąpał.  Nawet  jeśli  tą  nową  kobietą  jest  taki  skarb,  jak
Fajga.

Szmul wyciągnął rękę i uszczypnął siostrę w policzek.
– Ty też mnie uwielbiasz, Gitl? – spytał, śmiejąc się czule.
Gitl, rozzłoszczona, cofnęła się, by uciec od jego dłoni, a z włosów

wypadła  jej  spinka.  Krzywiąc  się,  zdjęła  chustkę  i  wyciągnęła
pozostałe dwie spinki. Gęste czarne pukle opadły jej na plecy.

–  Wszystkich  moich  braci  uwielbiam  dzień  przed  ich  ślubem  –

odparła.  Owinięte  wokół  dłoni  włosy  sprawnym  ruchem  ułożyła
w kok, który na nowo upięła na czubku głowy. Z powrotem nałożyła
chustkę i mocno ją zawiązała.

Hannah  patrzyła  w  milczeniu,  usiłując  się  w  tym  wszystkim

połapać. Jak to możliwe, że jest sobą i tą Chają, której rodzice zmarli
na  tajemniczą  chorobę?  Wiedziała,  że  jest  Hannah.  Wiedziała,  bo
pamiętała.  Pamiętała  swoją  mamę  i  swojego  tatę,  i  brata  Aarona
z wielkimi niebieskimi oczami i szerokim uśmiechem. Pamiętała dom
z placem zabaw w ogródku i siedemnastoma pluszowymi psami na
jej  łóżku.  Pamiętała  swoją  przyjaciółkę  Rosemary,  która  aparat  na

background image

zęby nosiła rok przed nią i nauczyła ją, jak jeść z nim żelki, choć jeść
się  ich  nie  powinno.  Pamiętała  swoją  szkołę  w  New  Rochelle.
A  przypominając  to  sobie,  zapomniała,  że  miała  udowodnić,  że  da
sobie radę, i do jej oczu zaczęły napływać łzy.

Szmul i Gitl chyba tego nie zauważyli, zbyt pochłonięci rozmową.
–  Gdybyś  przyjęła  rzeźnika  Icchaka,  mogłabyś  być  mężatką

i  mieszkać  w  ładnym  nowym  domu  w  samym  środku  sztetlu  –
powiedział  Szmul.  –  Wtedy  nie  musiałabyś  się  dzielić  kuchnią
z Fajgą ani kimkolwiek innym. – Odwrócił się i puścił oko do Hannah.

– Rzeźnik Icchak to potwór. Potrzebna mu tylko niańka do dzieci.
– Każdy rzeźnik to potwór dla kogoś, kto nie je mięsa – skwitował

Szmul.  –  A  dzieci  ma  tylko  dwoje,  nie  armię.  I  są  na  tyle  małe,  że
mogłabyś się dla nich stać prawdziwą matką, poza tym jesteś na tyle
młoda, że dzieci mogłabyś mu dać jeszcze więcej.

– Ha!
Szmul  odwrócił  się  i  uśmiechnął  do  Hannah,  przywołując  ją

gestem.  Wahała  się.  A  jeżeli  przysuwając  się  do  niego,  stanie  się
bardziej  Chają,  a  mniej  Hannah?  A  jeśli  akceptując  tę  senną
rzeczywistość,  utraci  wspomnienia  swojej  prawdziwej  przeszłości?
Nie  ruszy  się.  Nikt  jej  nie  zmusi.  Ale  uśmiech  Szmula  był  taki
szczery. Przypominał jej uśmiech Aarona. Wyciągnął rękę.

–  Chodź,  Chajo.  A  może  uważasz  mnie  za  potwora  takiego  jak

Icchak?

Ruszyła się.
Z bliska widziała pasek jaśniejszej skóry na jego czole w miejscu,

które od słońca musiała osłaniać czapka. I miał najbardziej błękitne
oczy,  jakie  w  życiu  widziała,  jeszcze  bardziej  błękitne  niż  oczy
Aarona.

Głośnym, konspiracyjnym szeptem powiedział:

background image

– Ona ciągle czeka na wieści od Abrama Morowitza, który trzy lata

temu  wyjechał  do  Ameryki  i  obiecał,  że  po  nią  pośle.  Ale  niby
dlaczego  miałby  po  nią  posyłać,  skoro  nie  wysilił  się  nawet  na
wysłanie listu…

–  Nie  wyjechałabym  do  Ameryki  dla  Abrama  Morowitza  nawet,

gdyby przysłał tysiąc listów. Zamierzam żyć i umrzeć w tym sztetlu,
jak  nasi  rodzice  i  jak  ich  rodzice.  Tak  powinno  być.  –  Wargi  Gitl
ułożyły się w zaciętą linię i pogroziła bratu palcem.

Szmul  parsknął  śmiechem,  wydobywającym  się  najpierw  z  głębi

brzucha, a później wznoszący się wyżej i wyżej. Po chwili dołączyła
do  niego  Gitl.  W  końcu  oboje  śmiali  się  tak  głośno,  że  ten  napad
wesołości  niemal  ich  sparaliżował.  Hannah  przyglądała  im  się
z pokerową miną. Nic z tego, co powiedzieli, nie brzmiało zabawnie,
ale  za  cud  uznała  to,  że  w  ogóle  ich  rozumie.  Bo  im  więcej  się
odzywali, tym bardziej do niej docierało, że nie mówią po angielsku.
Mówili  w  jidysz.  A  jednak  rozumiała  każde  słowo.  Ze  wszystkich
dziwnych rzeczy z tego snu, ta była chyba najdziwniejsza.

Nagle  przypomniała  sobie,  jak  w  piątej  klasie  wybrała  się

z wycieczką do siedziby ONZ i siedziała w dużej sali konferencyjnej.
Przedstawiciele  różnych  krajów  przemawiali  w  swoich  ojczystych
językach  –  po  francusku,  hiszpańsku,  rosyjsku,  chińsku.  A  ona
słuchała  w  słuchawkach,  z  których  dobiegało  tłumaczenie  każdego
wystąpienia.  Gdy  jedną  wyjęła,  słyszała  oba  języki  jednocześnie.
Zafascynowało  ją  to.  Ta  sytuacja  była  bardzo  podobna,  tyle  że
tłumaczenie  angielskie  odbywało  się  jednocześnie  w  jej  głowie.  To
było całkiem nielogiczne. Ale sny, zdawało się, kierowały się własną
logiką.

Widocznie  wydała  jakiś  odgłos,  jakiś  cichy  jęk,  bo  nagle  Gitl

i Szmul przestali się śmiać i spojrzeli na nią z niepokojem.

background image

–  Co  się  stało,  dziecko?  –  spytała  Gitl.  –  Nic  ci  nie  jest?  Coś  cię

boli? – A kiedy Hannah zdołała pokręcić głową, kobieta odwróciła się
do brata. – Przysięgam, Szmul, życie w mieście szkodzi duszy. Nasz
brat  Mosze  z  żoną,  niech  spoczywają  w  pokoju,  wyjeżdżali  do
Lublina jako ludzie szczęśliwi. A ich mała Chaja, jak pisali, ciągle się
śmiała.  Tymczasem  ten  nagrobny  mały  ptaszek  kwili,  jakby  wypadł
ze smutnego gniazda. Spójrz na nią. Spójrz.

Szmul objął Hannah opiekuńczo ramieniem.
–  Wiele  przeszła,  Gitl.  Pamiętasz,  jak  było  z  tobą,  ze  mną

i  z  Mosze  po  śmierci  naszych  rodziców?  A  przecież  byliśmy  wtedy
o wiele od niej starsi. Poza tym ona jeszcze nie stanęła na nogi. Nie
martw się. Poczuje zdrową wiosnę na wsi i będzie jeść świeże jajka.
Pomoże ci w pracach przy domu, a mnie w polu. Nabierze przy nas
ciała i rumieńców. I śmiech wróci.

– W Bogu cała nadzieja – powiedziała Gitl. – On z pewnością wie,

że dość jest smutku na świecie. Na wsi, jak i w mieście. Zwłaszcza
ostatnio, kiedy śmiech jest naszą jedyną bronią.

Szmul się roześmiał.
– Lepiej, żeby ojciec Fajgi tego od ciebie nie usłyszał. Jest święcie

przekonany, że jedyną bronią jest studiowanie Tory.

–  Słyszałam,  że  rabin  Boruch  to  dostojny  człowiek  –  stwierdziła

ostrożnie Gitl.

– Dostojny! Przy nim zwykły osioł wypadłby na żartownisia – odparł

Szmul.

– Szmulu, mówisz o swoim teściu. Dobrym rabbim z Wioski. – Ale

się roześmiała i odwróciła do Hannah. – Chodź, Chaja, pomożesz mi
nakryć stół. Musimy zjeść kolację i wcześnie się położyć. Jutro czeka
nas sporo zajęć.

background image

Hannah  przez  cały  posiłek  milczała,  święcie  przekonana,  że

jedzenie  zniknie,  gdy  go  dotknie.  Z  zaskoczeniem  stwierdziła,  że
potrawy  mają  prawdziwy  smak,  nie  taki,  jak  jedzenie  ze  snu,  lecz
zjadła niewiele, ku irytacji Gitl.

– Niby jak, mój bracie, te kości mają przy nas nabrać ciała, skoro

ona nie je?

Szmul nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami.
Hannah  również  milczała,  kiedy  zaprowadzili  ją  do  pokoju,  który

najwyraźniej dzieliła z Gitl. Cały dom wydawał się tak rzeczywisty, że
ciągle musiała sobie przypominać, że to wszystko jest jedynie sceną
w jakimś zawiłym śnie. Raz po raz próbowała się uszczypnąć, żeby
się obudzić. Nie zyskała nic poza obolałymi miejscami na ręce.

W  końcu,  kiedy  wdrapała  się  na  małe  twarde  łóżko,  które,  jak

twierdzili,  było  jej,  w  bawełnianej  nocnej  koszuli,  która,  jakoby,
również  należała  do  niej,  a  Gitl  przykryła  ją  pierzyną  z  gęsiego
puchu,  wydała  z  siebie  długie  westchnienie.  Bardzo  przypominało
westchnienia  jej  matki,  i  zagryzła  wargę  na  to  wspomnienie.
Pomyślała,  że  jeśli  się  wysili,  może  nawet  uda  jej  się  przywołać
zapach mamy, połączenie pudru do twarzy i Chanel numer pięć.

–  Biedactwo.  –  Gitl  pogłaskała  Hannah  po  głowie  i  dotknęła  jej

policzka. Ona pachniała mydłem z nutą cebuli. – Ciągle za nimi tak
bardzo tęsknisz?

Hannah skinęła głową.
–  Za  mamą  –  powiedziała.  –  I  za  tatą,  i…  –  Dalszego  ciągu  nie

była w stanie wypowiedzieć. Zakręciło jej się w głowie.

–  To  nic,  mała  Chajo,  to  nic  –  pocieszała  ją  Gitl.  –  Teraz  twoją

rodziną jesteśmy Szmul i ja.

 
 

background image

 

[2]

 Swatka.

background image

 

background image

 
 

5

 
 
 
 
 
 

Hannah  obudziła  się  wcześnie,  kiedy  w  domu  panowała  jeszcze
zupełna  ciemność  i  cisza.  Nieśmiało,  po  omacku,  przeszła  przez
nieznajome  pokoje,  w  nocnej  koszuli  i  boso.  Podłoga  była  zimna.
Kiedy  dotarła  do  drzwi  wyjściowych,  odetchnęła  powoli.  Pomyślała,
że kiedy je otworzy, znajdzie się znów w domu. Proszę, proszę.

Ostrożnie  pchnęła  drzwi  i  wyjrzała  na  zewnątrz.  Za  skrajem  pola

zaczynał  wstawać  świt.  Na  horyzoncie  pomiędzy  ziemią  a  niebem
rozciągał  się  jasny  pasek.  Swoją  pobudkę  w  czystym  powietrzu
odśpiewywał kogut.

Jego pianie  niosło  się  echem.  To  wtedy  przypomniała  sobie  sen:

była  na  kolacji  sederowej,  otoczona  znajomymi  twarzami,
i z jakiegoś powodu strasznie jej się tam nie podobało. Słodkie wino,
gorzkie zioła, niemal czuła ich smak. Słyszała głos ciotki śpiewającej
Dajenu,  jakby  z  odległości  kilku  kilometrów.  Nagle  ogarnęła  ją
potworna tęsknota za wszystkimi ludźmi ze snu i cicho jęknęła.

–  Więc  ty  też  nie  mogłaś  spać.  –  Z  ciemności  spoza  niej  dobiegł

niski łoskot głosu Szmula. – Ślub to chyba najbardziej przerażająca
rzecz na świecie. Ale ty nie śpisz raczej nie z powodu mojego ślubu.
Znów miałaś koszmar, Chajo? Martwię się tobą i twoimi snami. Sny
dziewczynek, podobnie jak ich życie, powinny być słodkie jak miód.

background image

Kiwnęła powoli głową, a później się odwróciła. W czarnym pokoju

nie  widziała  zupełnie  nic.  Szmul,  jakby  to  wyczuwając,  podszedł
bliżej  i  stanął  przy  niej  w  progu.  Był  całkowicie  ubrany  i  palił  fajkę.
Kłębuszki  dymu  rzedły  w  powietrzu,  stawały  się  coraz  cieńsze,  aż
w końcu znikały.

– Nie sądzisz, że to dziwne, mała Chajo, że ja, Szmul Abramowicz,

z  ręką  jak  drzewo,  jak  mówi  Gitl,  i  głową  jak  kamień,  boję  się
żeniaczki?

Zgiął lewą rękę i uśmiechnął się, ale oczy ponad tym uśmiechem

wyglądały na zmartwione.

–  Małżeństwo  może  być  przerażające  –  przyznała  niepewnie

Hannah.

–  Samo  małżeństwo  mnie  nie  martwi.  Przeraża  mnie  ceremonia

ożenku!

Nie bardzo wiedząc, czy rozumie różnicę, Hannah się zawahała.
–  Może…  –  Wzięła  głęboki  oddech  i  szybko  dokończyła.  –  Może

każdy się czegoś boi. Ty się boisz ślubu. Ja: zastrzyków.

– Zastrzyków?
– Zastrzyków. No wiesz. Igieł. – W lewą rękę wbiła jeden z palców

prawej dłoni, żeby mu pokazać.

Uśmiechnął się, kiwając głową.
– Byłaś bardzo chora, rozumiem.
– Chora była Chaja, nie ja.
Nadal się uśmiechał, jakby chciał ją udobruchać.
Hannah wzięła głęboki oddech i westchnęła.
– Moja mama boi się węży – oznajmiła w końcu.
– W Lublinie nie ma ich za wiele! – Szmul zachichotał.
– Nie jestem z Lublina – odparła. – Jestem z New Rochelle. I nie

jestem Chaja, tylko Hannah. – Gdy brwi Szmula się uniosły, a jego

background image

czoło  poorały  zmarszczki,  wyglądał  tak  groźnie,  że  cofnęła  się
o  krok.  –  Oczywiście  w  New  Rochelle  też  nie  ma  za  dużo  węży.
A moim hebrajskim imieniem rzeczywiście jest Chaja, a nie Chana,
na cześć przyjaciółki cioci Evy. I…

–  Lublin  to  duże  miasto,  nie  wątpię  –  przerwał  jej  Szmul,  coraz

bardziej nerwowo drapiąc się po brodzie. – I z pewnością nie znam
każdej alei czy ulicy, bo byłem tam tylko dwa razy w życiu.

–  New  Rochelle  nie  leży  w  Lublinie,  gdziekolwiek  on  jest.  To

miasto! – krzyknęła Hannah.

– Od kiedy to ulica jest miastem?
Hannah czuła, że jest głos przybiera na sile, jak głos Aarona, kiedy

był przestraszony, a w piersi ściskało ją uczucie paniki.

– New Rochelle to też miasto. Leży w stanie Nowy Jork.
– Nju?
Nagle przypomniała sobie chłopaka Gitl, Abrama, i krzyknęła:
– W Ameryce!
– A Kraków leży na Syberii. Rozumiem. Taki żart, żebym na chwilę

zapomniał  o  strachu  przed  ślubem.  –  Roześmiał  się.  –  Lublin  leży
w  Ameryce,  a  Kraków  na  Syberii.  Droga  Gitl  z  całą  pewnością
stwierdziłaby, że oba znalazły się trochę za daleko. – Wyciągnął rękę
i  pogłaskał  Hannah  po  głowie.  –  Rzeczywiście,  dziwna  z  ciebie
ptaszyna,  która  znalazła  drogę  do  naszego  gniazda.  Gitl  ma  rację.
Ale  chodź,  moja  mała  Amerykanko,  mówiąca  czystym  lublińskim
jidysz,  chodź,  nakarmimy  Hopela  i  Popela

[3]

,  a  o  geografii  świata

porozmawiamy  innym  razem.  Lublin  jest  w Ameryce,  a  Kraków  na
Syberii.  –  Znów  się  zaśmiał,  podając  jej  płaszcz  i  parę  brzydkich,
czarnych wiązanych butów.

Widząc,  że  nie  traktuje  jej  poważnie,  Hannah  stwierdziła,  że  nie

ma  wyjścia  i  musi  brnąć  dalej.  Wzięła  ubranie.  Brzydkie  buty

background image

pasowały idealnie. Zbyt idealnie. Wzdrygnęła się, ale ruszyła za nim
do stajni, gdzie w przyjaznym milczeniu dali siana koniom, Popelowi
i Hopelowi.

Hannah  liczyła  na  obfite  śniadanie,  więc  poczuła  się

rozczarowana,  gdy  Gitl  postawiła  na  stole  jedynie  dzbanek  mleka,
czarną kawę i bochenek ciemnego chleba.

– A płatki? – spytała Hannah. – Pączki? Grzanka z białego chleba?
–  Biały  chleb?  Więc  to  się  jada  w  Lublinie.  Biały  chleb  jest  dla

bogaczy,  nie  dla  rolników.  –  Szmul  się  roześmiał.  –  Wczoraj  nie
chciałaś zjeść nic. Nic a nic. A dziś się domagasz białego chleba. To
chyba  jakiś  postęp.  Od  zera  do  lublińskiego  białego  chleba.  Aj,
zapomniałem, przecież ty nie jesteś z Lublina tylko z Rochelle.

– Z New Rochelle.
– A gdzie jest zwykłe Rochelle? – spytała Gitl.
– Zwykłego nie ma – wyjaśniła Hannah, kręcąc głową.
Jaki sens wykłócać się z ludźmi ze snu, którzy mieszają w głowie?

Tak czy owak, czuła potworny głód, nawet jeśli był to sen. Sięgnęła
po dzbanek z mlekiem, po czym napełniwszy swoją szklankę, wypiła
łyk  i  się  zakrztusiła.  Mleko  smakowało  obrzydliwie.  Zajrzała  do
szklanki.

– Coś w nim pływa – zauważyła.
– Niby co? – Gitl zajrzała.
– To.
– Nie żadne „coś”, tylko śmietana. W Lublinie nie macie w mleku

śmietany?

– W Rochelle – poprawił Szmul.
– W New Rochelle – sprostowała Hannah.
–  New  Rochelle,  zwykłe  Rochelle,  jakie  to  ma  znaczenie?  –

spytała Gitl.

background image

–  Ale  skoro  nie  ma  zwykłego  Rochelle,  dlaczego  jest  New

Rochelle? – zastanawiał się głośno Szmul. – Może jednak jest jakieś
Rochelle, a mała po prostu o tym nie wie.

– Pilpul! –  rzuciła  Gitl.  –  Mężczyźni  uwielbiają  roztrząsać  pytania

bez odpowiedzi dla samych wywodów. To im wychodzi najlepiej. Nie
zwracaj na niego uwagi, Chajo, rabinem nie jest.

Hannah kiwnęła głową, a kiedy zauważyła, że Szmul nie je, chciała

mu  podać  dzbanek  z  mlekiem,  ale  powstrzymał  ją  machnięciem
dłoni.

–  Gitl  i  ja,  jesteśmy  tutaj  sami,  daleko  od  miasteczka,  i  nie

przestrzegamy wszystkich starych tradycji. Ale jakieś tradycje chyba
jednak  dobrze  jest  zachować,  na  przykład  przedślubny  post
nowożeńca.

Gitl prychnęła.
– Zwłaszcza, jeśli żołądek się denerwuje.
–  Mój?  Denerwuje?  A  niby  czym  miałbym  się  denerwować?  –

Szmul puścił oko do Hannah, jakby chciał skłonić ją do milczenia.

–  Słyszałam,  że  całą  noc  przewracałeś  się  z  boku  na  bok,  panie

Niezdenerwowany.  I  słyszałam,  że  wcześnie  dziś  wstałeś,  jeszcze
przed pianiem koguta. A nawet przed wschodem słońca.

Szmul zamierzał jej odpowiedzieć, ale rozległo się głośne pukanie

do drzwi.

Hannah  podskoczyła  na  ten  niespodziewany  dźwięk,  a  po  chwili

zapłonęła  w  niej  wątła  nadzieja.  Może  to  pukanie  to  jakiś  znak,  że
ten  sen,  ta  dziwna  zabawa,  dobiega  końca.  Może  w  progu  stoi
mama  albo  tata,  albo  ciocia  Eva.  Chciała  ruszyć  się  z  krzesła,  ale
ciocia Eva podniosła się pierwsza i podeszła do drzwi. Otworzyła je,
a w ich obrysie znalazł się mężczyzna o barkach tak szerokich, jak
same drzwi, ze zmierzwionymi rudymi włosami i bujną rudą brodą.

background image

– Dzień dobry, Icchak – krzyknął Szmul.
Icchak  odwzajemnił  powitanie,  ale  wzroku  nie  odrywał  od  Gitl,

która przywitała go zaledwie burknięciem.

– Napij się kawy. Daleko tu przez las ze sztetlu, a jeszcze dalej do

miasteczka Fajgi – powiedział Szmul, wykonując zamaszysty gest. –
Słyszałeś o naszej małej bratanicy Chaji?

– Że jest mała, słyszałem, ale ta dziewczynka tutaj wcale nie jest

mała.  To  młoda  dama  –  ocenił  Icchak,  uśmiechając  się  do  niej
promiennie. – Czujesz się lepiej? Widzę, że policzki masz rumiane.

Hannah wbiła wzrok w stół, zawstydzona komplementami rzeźnika,

a  Gitl  wyciągnęła  rękę  przed  jej  twarzą,  podniosła  dzbanek  z  kawą
i  z  łoskotem  postawiła  go  przed  Icchakiem.  Mężczyzna  nalał  sobie
kawy ponad brzeg.

Gitl  fuknęła  zdenerwowana  i  rogiem  fartucha  starła  to,  co  się

wylało.  Icchak,  uśmiechając  się  do  niej  niemal  nieśmiało,  upił  duży
łyk kawy, a później powoli odwrócił się do Szmula.

–  Mam  dwie  klatki  kurczaków  na  dworze,  Szmul.  Mój  prezent

weselny. Zostawić je czy zawieźć do Fajgi?

–  Zostaw  je.  Zostaw,  Icchak  –  odpowiedział  Szmul.  –  Ogromnie

dziękujemy.  Wrócimy  tutaj  z  Fajgą  na  noc  poślubną,  to  wtedy  je
zobaczy.

– Jeśli zwróci uwagę na cokolwiek poza twoimi niebieskimi oczami,

będzie  idiotką  –  skwitowała  Gitl.  –  Powinna  liczyć  twoje  loki,  a  nie
prezenty.  Załadujemy  kurczaki  na  wóz  razem  z  innymi  ślubnymi
podarunkami. Ci sznorerzy

[4]

 z Wioski niech sobie nie myślą, że nie

mamy honoru.

Szmul się roześmiał.
–  Gitl  z  Chają  zostaną  na  noc  u  rodziny  Fajgi  i  wrócą  do  domu

rano.  Nie  byłoby  dobrze…  ściany  są  cienkie…  –  Zarumienił  się,

background image

a Gitl położyła dłoń na jego ramieniu.

–  Przypadkiem  przy  dziecku  nie  streszczaj  przebiegu  ze

szczegółami – ostrzegła.

–  Niczego  takiego  nie  zrobiłem,  Gitl.  Uważałem.  Powiedziałem

tylko, że ściany są cienkie. Bo są.

– Nie chciał nikogo urazić – wtrącił szybko Icchak.
–  Milcz,  rzeźniku  Icchaku.  Nie  mów  mi,  co  jest,  a  co  nie  jest

stosowne w moim domu. – Oczy Gitl błyszczały.

– Ale ja wiem, jak wygląda noc poślubna – przerwała im Hannah.
Wszyscy troje spojrzeli na nią, a Icchak roześmiał się nerwowo.
– Widzisz – rzekł. – Mówiłem, że to młoda kobieta.
– Powiedziałeś: młoda dama, a damą nie jest, skoro wie o takich

rzeczach – skwitowała Gitl.

– Było w Szpitalu miejskim – zaczęła wyjaśniać Hannah.
Gitl odwróciła się do małej, kręcąc głową.
–  Więc  w  Lublinie  o  takich  rzeczach  opowiadają  w  szpitalach.

W  takim  razie  mam  o  szpitalach  złe  zdanie.  A  jeszcze  gorsze
o Lublinie. Wiesz tak dużo, moja mała jesziwa bocher, że mówienie
ci  czegokolwiek,  to  jak  noszenie  drewna  do  lasu.  Ach!  –  Wzniosła
ręce do nieba i odwróciła się do Icchaka. – A ty, dopijaj kawę. Ranek
leci  jak  szalony,  a  my  sobie  siedzimy  i  trajkoczemy  o  nocy
poślubnej…  która  nas  zastanie,  ani  się  obejrzymy.  Muszę  jeszcze
posprzątać  w  kuchni.  Nie  chcę,  żeby  Fajga  zjawiła  się  tu,  prosto
z  rodzinnego  domu,  gdzie  do  sprzątania  mają  dziewczynę,
i pomyślała, że jestem fleją. Musimy wyruszyć przed południem.

– Dlatego tak wcześnie przyszedłem, Gitl, żeby pomóc. Moje dzieci

też pomogą. – Icchak wstał, w dłoni nadal trzymając kawę.

–  Dzieci,  oj.  A  gdzie  je  zostawiłeś?  Na  dworze  w  klatkach,  jak

kurczaki?  –  Cmoknęła  i  podeszła  do  drzwi.  Otworzyła  je,  po  czym

background image

kiwnęła dłonią na powitanie. – Reuben, Cipora, chodźcie.

Nagle  w  drzwiach  pojawiło  się  dwoje  jasnowłosych  dzieci,

trzymających  się  w  milczeniu  za  ręce.  Mogły  mieć  trzy,  najwyżej
cztery lata.

–  Chodźcie,  usiądźcie  przy  stole  z  moją  bratanicą  Chają,  tamtą

młodą damą – powiedziała Gitl. – Da wam mleka z czymś, co w nim
pływa,  i  opowie  wam  o  miejscach,  które  się  dziwnie  nazywają.
A później pójdziecie z nią nakarmić konie i kurczaki.

–  Konie  są  nakarmione  –  wtrącił  Szmul.  –  Kurczakami  zajmę  się

sam,  z  Icchakiem  i  dziećmi.  Chaja  może  ci  pomóc  w  domu.  Dość
macie tu roboty.

Masywne  dłonie  Icchaka  kreśliły  w  powietrzu  wyjątkowo  subtelne

kręgi.

–  Moje  dzieci  i  ja  zajmiemy  się  zwierzętami.  Cipora  wspaniale

zbiera  jajka.  Radzi  sobie  jak  mało  kto.  A  Reuben  wie,  kiedy
wypłoszyć  kury  z  gniazda.  –  Uśmiechnął  się  do  maluchów,
wpatrujących  się  w  niego  z  uwielbieniem.  –  Przepraszamy,  jeżeli
przeszkodziliśmy. Pomyślałem, że wpadniemy z rana i pomożemy.

– Też mi pomoc! – prychnęła Gitl, ale uśmiechnęła się do dzieci.
Jak  tylko  Icchak  znikł  na  dworze  z  Reubenem  i  Ciporą,  Szmul

parsknął głośnym śmiechem.

–  Słowo  daję,  Gitl,  masz  tego  chłopa  pod  pantoflem,  chociaż  nie

jest twoim mężem.

– To potwór – wymruczała Gitl. – Pomyśleć, że zostawił te słodkie

sieroty  na  dworze,  jak  kurczaki  w  klatkach.  –  Mokrą  ścierką  z  furią
zaczęła wycierać stół.

Hannah zdobyła się na odwagę i powiedziała:
– Mnie się wydał miły.

background image

–  Miły!  –  krzyknęła  Gitl.  –  A  więc  znasz  się  też  doskonale  na

wychowywaniu dzieci, które straciły matkę.

Dziewczyna  zamilkła.  Sprzeczanie  się  nie  miało  sensu.

W milczeniu zaczęła zbierać naczynia ze stołu i zdawało się, że tylko
ona jest zaskoczona tym, że pomaga w domu.

 
 
 

[3]

 Imiona pochodzą od nazwy potrawy, hopel popel, spożywanej na śniadanie: jajecznicy

z ziemniakami, czasami z dodatkiem mięsa.

[4]

  Jidysz: żebrak.

background image

 

background image

 
 

6

 
 
 
 
 
 
– Dalej, czas się ubierać – oznajmiła Gitl.
Ubierać!  Hannah  spojrzała  na  swój  kwiecisty  fartuch,  ten  sam

okropny  strój,  który  miała  na  sobie  zeszłego  wieczoru.  Wszystko
będzie  od  niego  lepsze.  Przypominał  podomki  jej  babci,
bezkształtne,  z  wyblakłymi  różami.  Idąc  za  Gitl  do  pokoju,
przystanęła  jedynie  na  chwilę,  zastanawiając  się,  bez  większej
nadziei, czy drzwi się przypadkiem nie otworzą, i nie przeniesie się
z  powrotem  do  Bronxu.  Ale  gdy  je  minęła,  mała,  ciemna  sypialnia
nadal była sypialnią. Coraz trudniej przychodziło jej odróżnianie, co
jest snem, a co jawą.

–  W  co  mam  się  ubrać,  Gitl?  –  Z  łatwością  wypowiedziała  imię

kobiety.  Nie  wiedziała  nawet,  gdzie  znajduje  się  szafa  z  jej
ubraniami, jej prawdziwymi ubraniami. Sypialnia, którą dzieliła z Gitl,
miała  tylko  jedne  drzwi,  prowadzące  do  głównego,  dziennego
pokoju.  Stały  w  niej  dwa  małe  łóżka  z  drewnianymi  skrzyniami
w nogach, a także jedna duża szafa. Pomiędzy łóżkami znajdowała
się  toaleta  z  dzbanem  z  kamionki  i  misą.  Zdążyła  już  odkryć,
z przerażeniem, że łazienką jest wychodek za domem, bez światła.

–  Założysz  sukienkę,  którą  ja  miałam  na  sobie  jako  dziecko

z okazji bar micwy Szmula. Był taki elegancki i taki zdenerwowany.

background image

Jak  dzisiaj.  Szkoda,  że  twoje  piękne  ubrania  z  Lublina  musiały
zostać  spalone  razem  z  pościelą,  ale  lekarze  powiedzieli,  że
przenoszą  zarazki.  A  że  przyjechałaś  zaledwie  dwa  dni  temu,  nie
było czasu wystarać się o nic nowego. Ale nie martw się, Chajo, do
zimy uszyję ci nowe ubrania.

Hannah stała na środku pokoju i zastanawiała się, do której skrzyni

powinna  zajrzeć  najpierw,  a  Gitl  podeszła  do  szafy,  otworzyła  ją
i wyciągnęła granatową marynarską sukienkę z białą lamówką przy
rękawach i dekolcie, oraz niebieską przepaskę. Była to najbrzydsza
rzecz, jaką Hannah w życiu widziała. I w dodatku dziecinna.

–  Piękna  –  oceniła  Gitl.  –  Ładniejsza  niż  te,  które  będą  miały  na

sobie dziewczynki z naszego sztetlu czy z miasteczka Fajgi. Będą ci
zazdrościć.

–  Zazdrościć?  Tego  czegoś?  –  Hannah  nagle  zamilkła.  –  To

szmata, shmatte – wymamrotała po chwili pod nosem.

Gitl prychnęła, oburzona.
–  W  Lublinie  może  i  shmatte,  ale  tutaj  to  strój  dla  księżniczki.

Nawet Fajga w sukni ślubnej nie będzie wyglądała tak pięknie. Dalej,
młoda damo, koniec tych bzdur. Może za bardzo się z tobą cackamy,
panno wiem-jak-wygląda-noc-poślubna.

Na  twarzy  Hannah  musiała  odmalować  się  skrucha,  wśród

rumieńców  na  policzkach,  bo  Gitl  podeszła  do  niej  natychmiast  i  ją
objęła.

–  No  już  dobrze,  dobrze,  dziecko,  przepraszam.  Przez  ten  cały

ślub  mam  urwanie  głowy  i  mój  język  bywa  szybszy  niż  serce.
Wkładaj sukienkę. Może rzeczywiście jest już trochę niemodna, ale
my,  tu,  w  naszym  sztetlu,  nie  gonimy  za  modą.  A  ty  już  nie
mieszkasz w Lublinie. – Na chwilę zamilkła, jakby czekała na reakcję
Hannah. Gdy się jej nie doczekała, odezwała się ponownie. – Włóż

background image

pończochy  i  buty.  Zakładałam  je  tylko  do  szulu  i  do  fotografa.
A później w rok z nich wyrosłam. Długo jeszcze posłużą i będzie ci
w  nich  ładnie.  W  wieku  piętnastu  lat  byłam  taka  jak  ty.  A  gdy
skończyłam szesnaście, strasznie wystrzeliłam! Później cię uczeszę
i będziesz wyglądać pięknie, zobaczysz.

Hannah  włożyła  sukienkę.  Góra  i  rękawy  pasowały  idealnie,  ale

kończyła się dużo za kolanem. Gitl nie widziała w tym niczego złego.
Pończochy  z  grubej  cielistej  bawełny  sięgały  jej  do  połowy  uda,
a buty były czarne, lśniące, w stylu „Mary Jane”. Hannah włożyła je,
kręcąc  głową.  Jeśli  będzie  sobie  wyobrażać,  że  wybiera  się  na
przyjęcie z okazji Halloween, jakoś wytrzyma w tym stroju.

Gitl  splotła  jej  włosy  w  dwa  ciasne  warkocze  i  przyłożyła  do  nich

niebieskie aksamitne wstążki.

– Trzymałam je na moją noc poślubną, o której tyle wiesz. – Tym

razem  w  jej  głosie  słychać  było  lekkie  rozbawienie.  –  Ale  kto
poślubiłby  tego  potwora  Icchaka,  który  własne  słodkie  dzieci
zostawia  na  dworze  jak  jakiś  towar?  Poza  tym  te  wstążki  będą
pięknie  wyglądać  w  twoich  brązowych  włosach.  –  Zawiązała  je  na
końcach  warkoczy,  które  następnie  upięła  wokół  głowy  Hannah
niczym  koronę.  –  Gotowe!  Spójrz!  –  Pchnęła  dziewczynę  w  stronę
wiszącego na ścianie lustra.

Hannah  spojrzała.  Na  zębach  nie  miała  aparatu.  Z  ust  zniknęła

jasna  koralowa  pomadka,  której  matka  pozwoliła  jej  użyć  z  okazji
sederu. Patrząca na nią dziewczyna miała tę samą twarz w kształcie
serca,  ten  sam  lekko  skrzywiony  uśmiech,  te  same  brązowe  włosy
i  te  same  szare  oczy  co  Hannah  Stern  z  New  Rochelle  w  Nowym
Jorku, w Ameryce. Ale w tej Chaji Abramowicz było coś obcego, coś
niepokojącego  –  wyglądała  jak  postać  z  którejś  z  fotografii
zdobiących  fortepian  babci  Belle.  Przedstawiały  rodzinę  babci,  ale

background image

nie było wśród nich ani jednego zdjęcia rodziny dziadka Willa, bo –
jak  wyjaśniła  jej  kiedyś  ciocia  Eva  –  w  obozach  śmierci  żadne
zdjęcia się nie zachowały.

–  My  jesteśmy  naszymi  zdjęciami.  Te  obrazy  są  wyryte  jedynie

w naszej pamięci. Przeminą wraz z nami.

Hannah  uśmiechnęła  się  z  zakłopotaniem  na  to  wspomnienie

i odwróciła się od lustra.

 
 

Do  południa  przed  ich  drzwiami  zdążył  się  zebrać  cały  sztetl,
a śmiechy i opowieści były tak głośne, że kurczaki uciekły do stajni
i  nie  chciały  wyjść,  nawet  gdy  trzej  mali  chłopcy  w  krótkich
spodenkach  i  jarmułkach  próbowali  zwabić  je  kukurydzą.  Hanna
czuła  się  zupełnie  jak  te  kurczaki,  niespokojna  z  powodu  całej  tej
wrzawy,  dziwnych  mężczyzn  i  zaśmiewających  się,  trajkoczących
kobiet. Ona też, jak te kurczaki, najchętniej schowałaby się w stajni,
gdyby  tylko  mogła.  Gitl,  wyczuwając  jej  onieśmielenie,  trzymała  ją
przy sobie, witając się z każdym po imieniu i dziękując za podarunki,
jakby to ona była panną młodą.

Gitl, zaskakująco piękna w ciemnozielonej sukni z szerokim białym

koronkowym  kołnierzem,  dopilnowała,  żeby  wszystkie  prezenty
zapakowano  na  dwa  wozy:  dzbany  z  masłem,  bele  tkanin,  biały
koronkowy  obrus,  drewniane  miski  i  parę  prawdziwie  brzydkich
srebrnych  świeczników,  które,  jak  oznajmił  Szmul,  przysłał  sam
zarządca.  Na  wozy  powędrowały  nawet  klatki  z  kurczakami,  po
jednej na każdy. Gitl ciągle przekładała podarunki, żeby zdawało się,
że jest ich dwa razy więcej, powtarzając:

– Sznorerzy z Wioski niech sobie nie myślą, że nie mamy honoru.

background image

Szmul  oraz  pozostali  mężczyźni  palili  przy  stajni  i  śmiali  się

z  dowcipów  opowiadanych  jeden  po  drugim.  Kiedy  Gitl  na  chwilę
zniknęła  w  domu,  Hannah  pomyślała,  że  stanie  obok  Szmula,  bo
nikogo  innego  nie  znała.  Ale  gdy  do  niego  podeszła,  Icchak
przepędził ją jak kurczaka, wymachując potężną dłonią ze słowami:

– Męskie rozmowy nie są dla młodych dam.
Zawstydzona,  że  tak  ją  odtrącono,  obróciła  się  i  wpadła  wprost

w  ramiona  dziewczyny  w  jej  wieku,  spoglądającej  na  nią  wielkimi,
przestraszonymi  zielonymi  oczami.  Hannah  na  jej  widok  poczuła
taką ulgę, że niemal krzyknęła.

– Więc to ty jesteś Chaja z Lublina – powiedziała dziewczyna, a jej

głos  dziwnie  załamał  się  w  połowie  zdania.  Nim  Hannah  zdążyła
zaprzeczyć,  wzięła  ją  pod  rękę  i  przywołała  grupkę  dziewcząt
stojących niedaleko wozu, który przyjechał chwilę wcześniej.

– Znalazłam ją, Chaję z Lublina.
Podbiegły do nich, z powiewającymi we włosach wstążkami.
–  Wiesz,  wszystkie  czekałyśmy,  żeby  cię  poznać  –  wyjaśniła

dziewczyna, która wcześniej wyglądała na przestraszoną, a jej głos
jeszcze  bardziej  się  teraz  łamał.  –  Odkąd  usłyszałyśmy,  że
przyjeżdżasz.  Pomyśl  tylko,  ktoś  z  Lublina  w  naszym  sztetlu.  Ale
tante  Gitl  jest  taka  zacięta.  Wiesz,  że  mój  tata  mówi  na  nią  Gitl-
niedźwiedzica?

– Mój też – wtrąciła jedna z dziewczyn.
–  Powiedziała,  że  nie  możemy  cię  poznać,  dopóki  nie  odzyskasz

sił,  bo  byłaś  poważnie  chora.  Mało  nie  umarłaś,  tak  mówiła.  –
Przestraszona  dziewczyna  każdą  wypowiedź  przeciągała,  jakby
analizowała  jakiś  wyjątkowo  cenny  dar,  a  po  każdym  zdaniu  brała
głęboki  oddech.  –  Dziesięć  tygodni  w  szpitalu  i  nikt  o  niczym  nie
wiedział. Ale obiecała, że cię poznamy. Na weselu. No i jesteś.

background image

Hannah uśmiechnęła się na powitanie.
Ten sen – czy cokolwiek to było – w towarzystwie rówieśnic będzie

przynajmniej ciekawszy.

–  Przedstawię  ci  nas  –  oznajmiła  dziewczyna,  której  brakowało

tchu. – To są Szyfra, Estera i Jenta, ale mówimy na nią Kozak!

Wszystkie po kolei kiwnęły głowami.
–  A  ja…  –  Odetchnęła  głęboko,  z  trudem.  –  Ja  jestem  Rachela.

Będę twoją przyjaciółką.

–  Ja  już  mam  przyjaciółkę  –  odparła  Hannah.  –  W  domu.  Ma  na

imię Rosemary.

–  Co  to  za  imię,  Rosemary?  –  zdziwiła  się  jedna  z  dziewczyn.

Hannah pomyślała, że mogła to być Szyfra.

– To  imię  gojki  –  oznajmiła  nagle  Rachela.  –  Chcesz  powiedzieć,

że twoja przyjaciółka nie jest Żydówką?

– Prawdę mówiąc, jest katoliczką – odparła Hannah. – O ile to ma

jakieś znaczenie.

–  O  ile  ma  znaczenie!  –  Dziewczyny  były  wyraźnie  wstrząśnięte,

a  Estera  dodała:  –  Mój  ojciec  nigdy  w  życiu  nie  pozwoliłby  mi
zamienić choćby słowa z gojką.

– Estero, twój ojciec nie pozwoli ci zamienić słowa z kimś z Wioski

– skwitowała Rachela.

–  A  właśnie,  że  dziś  porozmawiam  z  kimś  z  Wioski!  –

odpowiedziała Estera. – Skoro rozmawiałam już z Chają z Lublina.

Hannah odwróciła się do Racheli, powoli kręcąc głową.
– Możesz być moją drugą przyjaciółką, Rachelo. Najlepszą tutaj. –

Zachowanie  odrębności  obu  światów  z  jakiegoś  powodu  wydawało
jej się ważne. Była pewna, że Rosemary zrozumie.

Wszystkie  dziewczyny  uśmiechały  się  do  niej,  jakby  na  coś

czekały,  ale  Hannah  nie  bardzo  wiedziała,  na  co.  Usiłując

background image

zapamiętać ich twarze, żeby je jakoś odróżnić, zwróciła uwagę na to,
że  Szyfra  ma  twarz  bladą  i  piegowatą,  a  rzęsy  tak  jasne,  że
właściwie ich nie widać. Jej oczy wyglądały przez to na tajemnicze.
Szyfra – szyfr. Dzięki temu zapamięta. Estera była szczupła, z lekko
zaróżowionymi  policzkami  i  wargami,  które  zdawały  się  nieustannie
wydęte.  Sprawiała  wrażenie  wiotkiej  i  kruchej.  Estera  –  eteryczna.
Trzecia dziewczyna, Jenta-Kozak, twarz miała podobną do jenociego
pyska, z ostrym podbródkiem i nosem, i żółtawą cerą. Jenta – jenot.
Tego  specjalnego  sposobu  zapamiętywania  nauczyła  ją  ciocia  Eva.
Sprawdzał się bardzo dobrze, dzięki niemu w szkole zbierała same
piątki. A Rachela była po prostu Rachelą. Jej drugą z kolei najlepszą
przyjaciółką, a najlepszą tutaj, w sztetlu, we śnie.

–  No  to  –  odezwała  się  Rachela,  przerywając  jej  rozmyślania  –

opowiedz nam o Lublinie.

Hannah uświadomiła sobie, że tłumaczenie im, że mieszka w New

Rochelle,  będzie  równie  bezsensowne,  jak  próby  wyjaśnienia  tego
Gitl i Szmulowi. Właściwie sama zaczynała się zastanawiać, czy była
Hannah, a Chaja jej się przyśniła, czy była Chają, a Hannah jakimś
mszuges,  szaleństwem  jej  umysłu  wywołanym  chorobą.  Jednak
miała  te  wszystkie  wspomnienia:  domu  i  szkoły,  i  sederu;  mamy
i taty, i Aarona, i cioci Evy, i pozostałych. Na pewno tego wszystkiego
nie  wymyśliła.  Chyba,  że  była  geniuszem.  Albo  wariatką.  Albo
jednym i drugim.

Nie miała wyjścia.
–  W  Lublinie  –  zaczęła,  przypominając  sobie  New  Rochelle  –

mieszkam  w  domu,  który  ma  osiem  pokojów  i  łazienki  w  środku.
Jedną na piętrze, drugą na parterze.

– W domu? – powtórzyła jednym tchem Rachela.

background image

–  W  takim  razie  –  odezwała  się  Jenta  –  twoi  rodzice  musieli  być

bajecznie  bogaci.  Bogatsi  od  rzeźnika  Icchaka.  Prawie  tak  samo
bogaci jak sam zarządca.

– Jego dom ma dwanaście pokojów – wyjaśniła Rachela.
– Trzynaście – poprawiła Jenta. – Siostra mojej mamy jest u niego

gosposią. – Jej ostry nos poruszał się, gdy mówiła.

–  Siostra  twojej  mamy  nie  umie  liczyć  –  skwitowała  Rachela.  –

Myśli, że w tuzinie jest trzynaście jaj.

– Myśli, że Chanuka trwa dziewięć dni – dodała Szyfra.
– Myśli, że dłoń ma pięć palców – dorzuciła sennie Estera.
– Głupiaś, przecież palców jest pięć – wytknęła Rachela.
– Wiem.
–  Nie  zwracaj  na  nią  uwagi  –  doradziła  Rachel.  –  Nie  zna  się  na

żartach. Chajo, opowiedz nam coś jeszcze.

– Coś jeszcze… – Hannah usiłowała przypomnieć sobie coś, co by

je  zainteresowało.  –  W  tygodniu  chodzę  do  szkoły,  ale  w  soboty
chodzę z Rachel do domu towarowego i…

– Szkoła! – Zachwyciła się Estera, wzdychając. – U nas do szkoły

mogą chodzić tylko chłopcy. Zawsze o niej marzyłam.

– Marzyłaś? – Hannah była wstrząśnięta. – Nie znam nikogo, kto

by  marzył  o  szkole.  Nie  możemy  się  doczekać  soboty.  Wtedy  się
bawimy, chodzimy na zakupy i…

Teraz dziewczyny były wstrząśnięte.
– Na zakupy? W szabat? – spytała Rachela.
Estera nadal myślała o szkole.
–  Kiedyś  słyszałam  o  dziewczynie,  która  przebierała  się  za

chłopaka i chodziła do jesziwy studiować Torę. Nie wierzę w to.

– Znam tę historię. – Ton Hannah stał się głośniejszy z przejęcia. –

Nosi  tytuł  Yentl,  a  główną  rolę  w  filmie  grała  Barbara  Streisand.

background image

Obcina sobie włosy i…

–  Obcina  włosy!  –  Szyfra,  przerażona,  uniosła  dłonie  do  swoich

jasnych warkoczy. – I nie jest zamężna?

– Nigdy w życiu nie widziałyśmy filmu – powiedziała Estera. – Ale

o filmach słyszałam.

–  Mniejsza  z  filmami  –  ucięła  ostro  Rachela  wreszcie  pewnym

głosem.  –  Nie  przerywajcie.  Opowiedz  nam  o  tej  Yentl,  Chajo.  Od
początku.

background image

 

background image

 
 

7

 
 
 
 
 
 

Hannah  miała  wrażenie,  że  opowieści  same  płyną  z  jej  ust  –
streszczenia  wszystkich  filmów  i  książek,  jakie  była  w  stanie  sobie
przypomnieć.  Opowiedziała  dziewczynom  o  Yentl,  a  później,
z  równym  przejęciem,  o  Conanie  Barbarzyńcy;  o  Gwiezdnych
wojnach
, które je oszołomiły; i o Skrzypku na dachu, którym ich nie
zaskoczyła.  Jakimś  cudem  w  dziesięć  minut  streściła  im  fabułę
Małych kobietek,  chociaż  wypracowanie  na  temat  książki  zajęło  jej
siedem stron.

Hipnotyzowała  je  swoimi  opowieściami.  Po  pierwszej,  którą

przerywały  pytaniami  co  trzecie  zdanie,  słuchały  w  skupieniu
i  w  ciszy,  nie  licząc  ich  częstych  głośnych  westchnień  oraz
nerwowego  śmiechu  Estery  w  zupełnie  nieodpowiednich
momentach.

Rachela  rozpłakała  się  przy  zakończeniu  Yentl,  kiedy  Hannah

opisała, jak Barbara Streisand odważnie wypływa sama do Ameryki.
A wszystkim czterem popłynęły łzy po policzkach, kiedy zmarła Beth
Małych kobietek. Hannah zastanawiała ta dziwna moc, jaką miały
jej usta. Rzeczywiście, Aaron zawsze lubił jej opowieści. Rosemary
też,  ale  ona  nie  miała  wyjścia,  jako  jej  najlepsza  przyjaciółka.
A bliźniaki Brodie, którymi niedawno zaczęła się opiekować, zwykle

background image

można  było  zająć  bajką.  Ale  nigdy  wcześniej  nie  słuchała  jej  tak
duża, pełna uznania publiczność.

Idąc wśród drzew za wozami, dziewczyny przepychały się, walcząc

o  honorowe  miejsce  u  boku  Hannah.  Ona  sama  nad  tym
zastanawiała się najbardziej. W New Rochelle, nie licząc Rosemary
i dwóch innych koleżanek, z którymi trzymała się od pierwszej klasy,
nie cieszyła się wielką popularnością. Dziewczyny z jednej paczki –
Rosemary  nazywała  je  „Zarozumialczyniami”  –  w  ogóle  się  do  niej
nie odzywały, choć trzy chodziły z nią na lekcje hebrajskiego, a jedna
była  kuzynką  Rosemary.  Doskonale  pamiętała,  jak  stały
z przyjaciółką przy szkolnej fontannie, chichotały i pryskały na siebie
wodą.  Zarozumialczynie  podeszły  i  nazwały  je  dzieciuchami  akurat
w  chwili,  kiedy  obok  przechodził  Jordan  Mandel.  Wyśmiał  je,
a  Hannah  myślała  wtedy,  że  padnie  trupem.  A  jednak  tutaj,
gdziekolwiek  to  „tutaj”  się  znajdowało,  nagle  była  najpopularniejszą
dziewczyną z dzielnicy. Tyle że żadnej dzielnicy nie było. Dotarło do
niej,  że  nie  byłaby  w  stanie  wymyślić  tak  żywego  wspomnienia.
Naprawdę była Hannah. Ale te dziewczyny, które spijały każde słowo
z jej ust, wierzyły, że jest Chają. Ta popularność była wspaniała. Nie
miała zamiaru jej psuć, próbując je przekonać, że właściwie jest kimś
innym.

– Opowiem wam o Czarnoksiężniku z krainy Oz – powiedziała. Nie

mogła sobie przypomnieć, co wydarzyło się w książce, a co w filmie,
więc  wzruszyła  ramionami  i  rozpoczęła  snuć  dziwną,  połączoną
wersję,  pędząc  aż  do  linijki:  „Rany,  Toto,  to  z  pewnością  nie
przypomina Kansas”.

– Co to jest Kansas? – spytała Rachela.
W tej akurat chwili wróciła Gitl i zaczęła im się przysłuchiwać.

background image

Hannah bała się, że im przerwie albo każe jej pojechać na wozie.

Ale Gitl powiedziała tylko:

– Kansas leży w Ameryce. Niedaleko New Rochelle. – I odeszła ze

śmiechem.

Kiedy  tak  spacerowały  po  lesie,  miała  wrażenie,  że  zebrali  się

wszyscy  mieszkańcy  sztetlu.  Najmniejsze  dzieci  i  parę  starszych
kobiet  jechało  na  otwartych  wozach,  ale  wszyscy  inni  szli.  Słońce
przezierało przez korony wielkich drzew, rozświetlając las.

Ten  las  jest  jeszcze  bardziej  magiczny  niż  u  Czarnoksiężnika

z krainy Oz, pomyślała Hannah. Kiedy na chwilę zamilkła, żeby się
nim upajać, dziewczyny zaczęły protestować.

– Mów dalej, mów – ponagliła Szyfra. – Co było potem?
Rachela objęła Hannah w talii i się uśmiechnęła.
– Dajcie jej spokój. Ledwie zipie.
–  To  ty  ledwie  zipiesz  –  odparowała  Jenta-Kozak.  Poruszyła

nosem.  –  Chaji  tchu  nie  brakuje.  Szyfra  ma  rację.  Co  się  stało
z Dorotką?

 
 

Hannah  była  w  środku  zagmatwanej  wersji  Jasia  i  Małgosi,  bo
chwilowo wyczerpał jej się zasób filmów i książek, więc wspomogła
się  bajkami  dla  maluchów,  które  opowiadała  Aaronowi  czy
bliźniakom  Brodie,  gdy  jej  uwagę  przykuło  wysokie,  piskliwe
zawodzenie.  Zamilkła  w  pół  zadnia.  Inni  usłyszeli  je  w  tym  samym
czasie i Jenta klasnęła.

– Klezmerowie! – krzyknęła. – Jesteśmy prawie na miejscu.
Do tej pory trzymała Hannah za rękę, ale odsunęła się o pół kroku

i tęsknie spojrzała na przód pochodu. Hannah przez chwilę czuła się
zirytowana tym, że coś odwróciło uwagę jej słuchaczek.

background image

– Nie chcecie już więcej opowieści? – spytała.
– Nie przejmuj się nią, Chaja – powiedziała gładko Rachela. – Jak

się  możesz  domyślić,  Jenta  zna  piosenki  tak  dobrze,  jak  ty
opowiadania.  Na  dźwięk  klarnetu  odeszłaby  nawet  od  kolacji.  Więc
się nią nie przejmuj i dokończ o tej czarownicy. Wrzuciła Małgosię do
pieca czy nie?

Ale  dotychczasowy  nastrój  prysł  i  wśród  zgromadzonych

zapanowała  inna  atmosfera,  gdy  dobiegły  ich  dźwięki  klarnetu.
Spacer,  do  tej  pory  spokojny,  nabrał  tempa.  Nawet  konie
przyspieszyły.  Nieustające  rozmowy  ucichły.  Zdawało  się,  że
wszyscy  nasłuchują.  Później  dołączył  kolejny  instrument.  Hannah
dopiero po chwili zorientowała się, że to skrzypce. Z pewnością nie
przypominały  dźwięku  tych,  z  którymi,  z  tak  mizernym  rezultatem,
trudziła  się  ona.  Te  skrzypce  miały  przeszywające,  uporczywie
słodkie brzmienie, niemal jak płacz dziecka.

Wozy się zatrzymały, a za zakrętem na leśnej ścieżce ukazała się

klezmerska  kapela.  Hannah  zorientowała  się,  że  składała  się
w  sumie  z  trzech  grajków:  klarnecisty,  skrzypka  i  akordeonisty.
Muzyka  była  żwawa  i  pełna  szalonej  energii.  Członkowie  kapeli
przeszli  wzdłuż  rzędu  mieszkańców  miasteczka.  Za  nimi  Szmul,
tańczący  zapamiętale,  z  dłońmi  ponad  głową,  z  czarnymi  włosami
okalającymi ją niczym ciemna aureola. Za nim Icchak, klaszczący do
rytmu  wielkimi  dłońmi.  Wkrótce  przyłączyli  się  do  nich  pozostali
mężczyźni.  Śmiejąc  się  i  pokrzykując  na  zachętę,  kobiety
przyglądały się temu z boku. Później zaczęły śpiewać.

– Śpiewaj, Chajo! – krzyknął Szmul, tańcząc przy niej.
– Nie znam słów – odkrzyknęła. Ale po chwili zorientowała się, że

śpiewa,  a  słowa  wydobywały  się  z  jej  ust,  jakby  one  pamiętały  to,
czego nie pamiętał umysł, jakby jej usta należały do Chaji, a głowa

background image

do  Hannah.  Zaczęła  klaskać  jak  szalona,  aż  melodia  nagle  się
skończyła.

–  Zobacz.  –  Rachel  przekrzyczała  hałas,  znów  zdyszana.  –

Sprowadzili  nawet  marszalika.  Ojciec  Fajgi  musi  mieć  mnóstwo
pieniędzy.

– Albo jedyną córkę – dodała Estera.
– Więc dlaczego wychodzi za Szmula? – wypaliła Szyfra. Spojrzała

na  Hannah  przepraszająco  i  dodała:  –  Oczywiście  jest  przystojny,
ale  nie  za  bogaty  ani  niezbyt  wykształcony.  A  wiecie,  że  u  rabina
Borucha…

–  Ponoć…  –  zaczęła  Rachel,  a  pozostałe  dziewczyny  się

przysunęły,  bo  brakło  jej  tchu  –  …ponoć  Fajga  jest  jego  ulubienicą
i  zawsze  stawia  na  swoim.  Podobno  zobaczyła  Szmula  i  się
zakochała.

– Zakochała. – Dziewczyny upajały się tym słowem.
– I co z tego? – Hannah była skołowana. – No więc się zakochali.
–  Możliwe,  że  w  Lublinie  Żydówki  wychodzą  za  mąż  z  miłości  –

powiedziała Szyfra. – Ale tu, na wsi, nadal poślubiamy mężczyznę,
którego wybiorą nam rodzice razem z szadhanem, swatem.

– Nawet teraz? – spytała Hannah, choć nie bardzo wiedziała, co to

„teraz” oznacza.

– Nawet teraz – odpowiedziały jednocześnie.
Hannah  odwróciła  się,  żeby  spojrzeć  na  mężczyznę,  którego

Rachela wskazała jako marszalika. Zastanawiała się, kto to taki. Nie
umiała sobie przetłumaczyć tej nazwy.

Przyglądała  się  wysokiemu,  chudemu  mężczyźnie  krążącemu

pomiędzy  grupami.  Osoby  z  kręgu,  który  opuszczał,  serdecznie  się
zaśmiewały. Może był to swego rodzaju komik? Kiedy dotarł do nich,
przykucnął.  Był  tak  wysoki,  że  nawet  w  przysiadzie  o  głowę

background image

przewyższał  Rachelę,  która  spośród  nich  była  najniższa.  Zaczął
podśpiewywać  rymowanki  na  temat  każdej  z  nich  po  kolei.  Gdy
dotarł do Hannah, wycelował w nią palec i zaśpiewał:

 
Melancholijna ładna dziewczyno,
Skąd zadziwienie w twoim spojrzeniu?
Gdzieżeś nabrała takiej mądrości,
Dziewczyno młoda w dorosłej cieniu.
 
–  To  o  tobie,  Chajo!  –  krzyknęła  spoza  nich  Gitl.  –  Co  za  bystry

marszalik.

Mężczyzna, nie odrywając wzroku od Hannah, odparł:
– A więc na imię ci Chaja, co znaczy „życie”. Silne imię na dziwne

czasy,  dziecko.  Niech  twoje  życie  będzie  dobre  i  długie,  młoda-
dorosła Chajo. – Wstał powoli, prostując się niczym długonogi ptak,
po czym tanecznym krokiem przeszedł do kolejnej grupy.

–  Dziwne  –  rzuciła  Hannah,  nie  kierując  tej  uwagi  do  nikogo

w szczególności.

–  Cóż,  po  to  jest  wynajęty  –  skwitowała  Rachela.  –  Dziwne

i tajemnicze, te rymowanki, przyśpiewki, przepowiednie. Powiedział,
że wyglądam na przestraszoną życiem, Chajo, tak sądzisz? – Objęła
Hannah.

Ta  wzruszyła  ramionami,  ale  wcale  nie  myślała  o  tym,  co  mówiła

Rachela.  Przyglądała  się  marszalikowi.  Kogoś,  albo  coś,  jej
przypominał, ale nie była w stanie skojarzyć, kogo. Aż w końcu, gdy
uchylił  kapelusza  przed  jedną  ze  starszych  kobiet  na  wozie,  olśniło
ją. Był jak błazen. Tylko zamiast kolorowej czapki z dzwonkami miał
na  głowie  czarny  kapelusz  jak  pozostali  mężczyźni,  a  dół  jego
płaszcza tańczył wraz z nim przy każdym kroku.

background image

Myśl  o  żydowskim  błaźnie  tak  ją  rozśmieszyła,  że  parsknęła

głośnym śmiechem. Reszta dziewcząt zawtórowała jej, nie wiedząc
nawet, co ją rozbawiło.

background image

 

background image

 
 

8

 
 
 
 
 
 

W lesie było teraz pełno ludzi, bo na głos klezmerskiej kapeli zeszli
się  mieszkańcy,  żeby  przywitać  Szmula  i  jego  przyjaciół.  Hannah
trzymała  się  z  boku.  Nowi  ludzie  oznaczali  kolejne  powitania
i wymówki. To było gorsze niż rodzinna ceremonia w domu.

W domu…  Nagle  wydało  jej  się,  że  skóra  na  policzkach  staje  się

napięta,  a  oczy  zaczęły  ją  piec  od  łez.  Gdzie był jej  dom?  Zmusiła
się,  żeby  przypomnieć  sobie  dom  w  New  Rochelle,  z  rabatami
kwiatów  i  alejkami  z  kamienia.  Ale  miała  wrażenie,  że  ten  obraz
niknie,  zwłaszcza  w  porównaniu  z  pełnym  ludzi  lasem  i  małym
domkiem ze stajnią, który opuściła przed paroma godzinami.

Dłoń na ramieniu przywołała ją do rzeczywistości.
–  Chodź,  Chajo  –  odezwała  się  Gitl.  –  Poznasz  twoją  przyszłą

ciocię.

Pociągnęła  Hannah  za  sobą  wśród  głośno  świętujących  gości

i  zaprowadziła  do  wozu  stojącego  przodem  do  pozostałych,  przy
którym  mężczyźni  próbowali  zmusić  dwa  silne  konie,  żeby  się
odwróciły.

Na wozie siedziało dwoje ludzi: starszy mężczyzna cały w czerni,

z białym szalem modlitewnym zarzuconym na ramiona oraz książką
na  kolanach,  i  kobieta  –  jedna  z  najpiękniejszych,  jakie  Hannah

background image

w życiu widziała, o urodzie gwiazdy filmowej. Ona była cała w bieli,
z  elegancką,  wyszywaną  paciorkami  przepaską  we  włosach.  Te
włosy były kruczoczarne, tak czarne, że zdawało się, że nie mają ani
jednego  jaśniejszego  pasemka,  i  zakręcone  w  zjawiskowe  loki
opadające  na  ramiona  dziewczyny.  Na  palcach  miała  złote
pierścionki,  a  w  uszach  złote  kolczyki.  Jej  nos  był  mocno
zarysowany,  a  spojrzenie  ostre,  przenikliwe,  jak  u  drapieżnego
ptaka.

– Fajgo – odezwała się Gitl. – To moja bratanica, Chaja.
Hannah  zastanawiała  się,  jak  pośród  tej  całej  wrzawy

i podniecenia Fajga miałaby cokolwiek usłyszeć. Ale spojrzała w dół
z  wozu  i  przyjrzała  jej  się  swoim  orlim  wzrokiem.  A  później  się
uśmiechnęła, wcale nie szeroko, lecz z nieśmiałością.

–  Lublinianka.  Chodź,  musisz  być  wyczerpana  po  tej  pieszej

wyprawie  po  takiej  chorobie.  Szmul  nigdy  by  mi  nie  wybaczył,
gdybym nie pozwoliła ci jechać wozem. Jaka piękna sukienka! Przy
tobie  wszyscy  wypadamy  blado.  –  Pochyliła  się  i  podała  Hannah
rękę.

– Nie powiem: a nie mówiłam – wyszeptała Gitl bratanicy do ucha.

– Ale mówiłam.

Hannah,  jak  we  śnie,  chwyciła  dłoń  Fajgi.  Spodziewała  się  dłoni

księżniczki,  drobnej,  delikatnej.  Tymczasem  dłoń  Fajgi  była  duża
i  silna,  z  odciskami  na  wewnętrznej  stronie.  Gdy  znalazła  się  na
wozie  obok  niej,  czuła  zapach  jej  włosów  i  sukni,  przypominający
zapach róż i trocin po długim deszczu.

–  Opowiedz  mi  o  Lublinie  –  poprosiła  Fajga,  odwracając  się  do

Hannah z szerokim uśmiechem.

Wóz panny młodej w końcu udało się obrócić i korowód ruszył na

nowo.  Tym  razem  klezmerzy  szli  z  tyłu,  na  końcu  procesji

background image

mieszkańców.

Nowe koleżanki Hannah tańczyły przy wozie, trzymając się za ręce

i śpiewając:

 
Kto ci kazał za mąż pójść?
Kto – za życia się pochować?
Nie zmuszał cię przecież nikt
Taki los sobie zgotować
.
 
–  Zawsze  nie  cierpiałam  szeru  –  wyznała  Fajga.  –  Taka  ponura

piosenka na tak radosną okoliczność.

– Co to jest „szer”? – spytała Hannah.
– Taniec weselny, ten, który wykonują twoje koleżanki. W Lublinie

nie macie takich zabaw? Może jesteście od nas mądrzejsi.

Hannah  spojrzała  z  góry  na  niedawno  poznane  dziewczyny.

Dołączyło  do  nich  kilka  młodszych  i  wszystkie  wirowały  w  rytm
piosenki.

– W New Rochelle – wymruczała, ale słowa tym razem zabrzmiały

bardziej jak modlitwa niż stwierdzenie.

Fajga ich chyba nie usłyszała.
– Oj, Chajo, nie przejmuj się szerem. Będziemy śpiewać i tańczyć

do innych melodii przez całą noc. Babcie zatańczą bobbe tants. Cóż,
babcia Szmula nie żyje, niech spoczywa w pokoju. Ale z moją babcią
może  zatańczyć  Gitl.  Powinnaś  zobaczyć  moją  babcię,  jest  taka
zwinna  i  szybka.  Ty  też  zatańczysz,  Chajo.  Och,  oczywiście,  jeśli
będziesz się czuła na siłach. Będzie świetna zabawa. Zobaczysz. –
Pogłaskała dłoń Hannah.

Wóz podskakiwał na drodze i kiwał się na boki. Hannah wolałaby

móc zejść i z tęsknotą spoglądała w dół.

background image

– Co się stało, Chajaleh? – spytała Fajga.
– Daleko jeszcze?
– Jeden duży zakręt i będziemy na miejscu. W mojej Wiosce. Dasz

wiarę?  Moją  wioską  będzie  jeszcze  tylko  przez  parę  godzin,
a później już nie. I uwierzysz, że choć jestem bardzo szczęśliwa, że
wychodzę za mojego ukochanego Szmula, trochę się też boję?

Hannah roześmiała się głośno.
– Szmul dziś rano powiedział to samo.
– Tak? Naprawdę? – Oczy Fajgi rozpromieniły się i nagle zdawała

się  bardzo  młoda,  niewiele  starsza  od  Hannah.  –  Powiedz,  co
dokładnie mówił.

Hannah zamknęła oczy, usiłując sobie przypomnieć.
– Powiedział… powiedział…
– Tak?
– Powiedział, że nie martwi go samo małżeństwo, tylko ceremonia

ożenku.

Rabin Boruch głośno odkaszlnął.
– Och, Chajo – odezwała się Fajga, ignorując ojca. – Dziękuję, że

mi  to  powiedziałaś.  –  Uściskała  Hannah.  –  Zaprzyjaźnimy  się,
zobaczysz.  Będziemy  najlepszymi  przyjaciółkami.  Życie  będzie  dla
nas zawsze łaskawe, jestem tego pewna.

Wóz  skręcił  zamaszyście  po  łuku  drogi.  Konie  były  już  mocno

zmęczone.  Jeden  wzdymał  nozdrza,  głośno  sapiąc.  Na  przedzie
ścieżka, okalana przez łąkę, się rozszerzała, a za nią rozciągało się
miasteczko.

Hannah krzyknęła przez ramię do tańczących dziewczyn:
– Jesteśmy! – Słowo z łatwością wytoczyło się z jej ust.
Dziewczęta opuściły ręce i spojrzały przed siebie.

background image

Kiedy Hannah podniosła głowę, na odległym skraju łąki dostrzegła

uroczą  Wioskę.  Małe  domki  w  jednym  rzędzie,  a  za  nimi  większe
budynki, najwyżej dwupiętrowe – niczym matki za dziećmi.

Gdy konie przywiozły ich bliżej, oczom Hannah ukazał się rynek ze

straganami,  otoczony  sklepikami.  Była  apteka  z  dużym  czarnym
szyldem, fryzjer z charakterystycznym miętowym znakiem, oszklona
tawerna  i  tuzin  innych  sklepów.  Na  środku  rynku,  na  wysokim
drewnianym słupie wisiał dzwon. Za placem stał okazały drewniany
budynek  z  czterema  odrębnie  zadaszonymi  częściami  i  ogródkami
za  niskimi  płotami.  Dominował  kolor  brązowy:  brązowe  drewniane
budynki,  brązowe  gruntowe  drogi,  jak  na  wyblakłej  fotografii.
A jednak były prawdziwe.

–  Papo  –  odezwała  się  Fajga,  odwracając  do  ojca.  –  Co  to  za

samochody  i  ciężarówki  przed  szulem?  –  Wskazała  jeden
z  większych  budynków.  –  Jeszcze  jedna  ślubna  niespodzianka?
Och,  tato!  –  Uściskała  go,  a  jego  zwykle  sroga  twarz  się
rozpromieniła.

Hannah spojrzała na miejsce, które wskazywała Fajga. Wśród tego

brązowego  krajobrazu,  niczym  ciemna  plama,  znajdowały  się  trzy
staroświeckie  czarne  samochody,  a  za  nimi  –  dwanaście
wojskowych  ciężarówek.  Wzdrygnęła  się  bezwiednie.  Coś  jej
przypominały; nie była w stanie dociec, co.

Ojciec Fajgi odkaszlnął i zamknął książkę na kolanach.
– Nie robię niespodzianek – odburknął. – Niespodzianki robią tylko

moje dzieci.

– Więc skąd te wszystkie samochody i ciężarówki przed szulem? –

spytała Fajga.

Wóz nadal powoli toczył się przez miasteczko, ale weselni goście

milkli,  widząc,  co  czekało  przed  synagogą.  Szmul  pośpieszył

background image

naprzód.  Położył  dłoń  na  wozie,  tuż  obok  dłoni  Fajgi,  nie  dotykając
jej jednak, i oficjalnie zwrócił się do ojca narzeczonej.

– Rabinie Boruchu, przepraszam – powiedział. – Wie rabin, co tam

na nas czeka?

–  Nie  jestem  wróżbitą  ani  nawet  marszalikiem  –  odparł  rabin.  –

Takie pytania należy kierować do Boga.

W  tej  właśnie  chwili  otworzyły  się  drzwi  pierwszego  samochodu.

Wysiadł  z  niego  mężczyzna  w  czarnym  mundurze  i  wysokich
czarnych butach. Odwrócił się, by otworzyć tylne drzwi auta. Spoza
nich wyłonił się inny, podobnie ubrany mężczyzna. W medalach na
jego  piersi  odbijały  się  promienie  wiosennego  słońca,  śląc  w  ich
stronę 

nierozpoznawalne 

sygnały. 

Przed 

wozem 

nagle

zmaterializował  się  marszalik.  Wskazał  na  mężczyznę  z  medalami
i krzyknął:

– Widzę malach ha-mavis. Widzę anioła śmierci.
Hannah  poczuła,  jak  oddech  więźnie  jej  w  gardle.  Malach  ha-

mavis. To było powiedzenie jej dziadka – wykrzykiwał je wtedy, gdy
na ręce wypisała sobie długi numer. Anioł śmierci. Powoli, ostrożnie,
odwróciła się do Szmula, bojąc się zrobić to zbyt szybko, bojąc się,
że może być nie dość szybka.

– Szmulu, powiedz mi, który jest rok. Proszę.
Roześmiał się, ale w tym śmiechu niewiele było wesołości.
– A w Lublinie jest inny?
– Proszę.
Fajga położyła rękę na dłoni Hannah.
–  Głuptasie  –  odezwała  się  dziwnie  ściszonym  głosem.  –  Pięć

tysięcy siedemset pierwszy.

–  Pięć  tysięcy  siedemset  pierwszy?  Przecież  nie  jesteśmy

w  przyszłości  –  zastanawiała  się  Hannah.  –  To  nie  wygląda  na

background image

przyszłość. Nie macie filmów ani nowych samochodów, ani… – Głos
miała ochrypły.

– Zachowuje się tak od przyjazdu, Fajgo – wyjaśnił Szmul, kręcąc

głową. Czasami jest przytomna, innym razem opowiada o Rochelle,
igłach i wężach. – Postukał palcem w czoło. – Wydaje mi się, że to
przez chorobę. I stratę rodziców. Teraz zaś mówi o przyszłości.

Rabin Boruch odkaszlnął.
– Wydaje mi się, że temu dziecku chodzi o lojtn kristlichen luach,

rok według kalendarza chrześcijańskiego.

– To w Lublinie nie znają kalendarza żydowskiego? – zdziwiła się

Fajga.

– Tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi. Kilka dni przed Paschą –

wyjaśnił marszalik.

– Przed Paschą? – Hannah wzięła głęboki oddech.
A  później,  nagle,  pojęła.  Ponad  wszelką  wątpliwość  wiedziała,

gdzie  jest.  Nie  była  Hannah  Stern  z  New  Rochelle,  już  nie,  choć
zachowała jej wspomnienia. Te wspomnienia mogły być przydatnym
ostrzeżeniem.

– Ci mężczyźni tam – krzyknęła rozpaczliwie. – To nie są weselni

goście.  To  Niemcy!  Niemcy!  Rozumiecie?  Zabijają  ludzi.  Zabili  –
zabijają – zabiją Żydów. Całe setki. Tysiące. Sześć milionów! Wiem
to. Nie pytajcie mnie skąd, po prostu wiem. Musimy zawrócić wozy.
Musimy uciekać!

Rabin Boruch pokręcił głową.
– Sześciu milionów Żydów nie ma nawet w całej Polsce.
– Nie, rabbi, sześć milionów z Polski, Niemiec, Holandii, Francji i…
– Moje dziecko, taka liczba. – Pokręcił głową i się uśmiechnął, ale

kąciki jego warg skierowały się ku dołowi zamiast ku górze. – Co do
uciekania,  dokąd  mielibyśmy  uciec?  Bóg  jest  wszędzie.  Pomiędzy

background image

nami zawsze znajdą się Niemcy. Nie, moje dziecko, nie drżyj przed
człowiekiem.  Drżeć  należy  przed  Bogiem.  Jedynie  przed  Bogiem.
Pojedziemy  naprzód,  jak  zaplanowaliśmy.  W  końcu  to  nasz  sztetl,
nie ich, i należy wyprawić ślub. – Podniósł dłoń.

Na  jego  sygnał  wozy  ruszyły,  by  pokonać  kilka  ostatnich  metrów

dzielących  je  od  rynku.  W  miarę,  jak  się  do  niego  zbliżały,
z samochodów osobowych i z ciężarówek wysiedli kolejni mężczyźni
w  ciemnych  mundurach.  Ustawili  się  w  idealnie  równym  półkolu
przed  drzwiami  synagogi,  tworząc  coś,  co  przypominało  stalową
pułapkę z rozdziawioną paszczą, gotową na atak.

background image

 

background image

 
 

9

 
 
 
 
 
 

Mieszkańcy gromadzili się niepewnie w stworzonym przez żołnierzy
półokręgu  i  czekali,  żeby  wpuszczono  ich  do  szulu.  Prawie  nikt  się
nie  odzywał,  ale  synek  Icchaka,  Reuben,  zaczął  kwilić.  Żeby  go
uciszyć, ojciec posadził go sobie na ramionach.

Rabin Boruch, Szmul i jeszcze jeden mężczyzna, którego Hannah

nie znała, prowadzili gwałtowną rozmowę z dowódcą Niemców, tym
z  medalami.  Krótkich,  pośpiesznie  wypowiadanych  kwestii  Hannah
nie była w stanie dosłyszeć, ale widziała, że pięści Szmula zaciskają
się i rozluźniają za jego plecami. W dramatyczny sposób podkreślały
te  wszystkie  niezrozumiałe  zdania,  jakby  Szmul  chciał  zdzielić
Niemca  pięścią  twarz,  ale  nie  miał  odwagi.  Gdy  padł  ostatni
argument, Szmul wrócił do wozu.

–  Chcą,  żebyśmy  pojechali  z  nimi  tymi  ciężarówkami  –

poinformował spokojnie.

– Nie! – zaprotestowała szeptem Hannah.
– Mają przekonujące argumenty – odparł Szmul, kciukiem i palcem

wskazującym  celując  w  nią  jak  pistoletem.  –  Mówią,  że  wszyscy
Żydzi są przesiedlani. Polityka władz.

–  Też  o  tym  słyszałem  –  wtrącił  Icchak.  –  Polityka  władz.

Przenoszą wioski bliżej większych miast. Myślałem, że nas zostawią

background image

w spokoju.

–  Ale  co  nam  mogą  zrobić  władze  gojów?  –  odezwał  się  inny

mężczyzna.

– Dać po gębie i wsadzić łapę do kieszeni – odparł inny.
–  Moment,  moment  –  wtrącił  Szmul.  Jego  głos  był  łagodny,  ale

twarz miał ponurą. – Nie zapominajcie o broni.

Fajga przysunęła się w milczeniu w stronę jego silnych ramion.
– A co z naszym ślubem? – Te słowa skierowała tylko do niego, ale

Hannah była na tyle blisko, że usłyszała każdą żałobną sylabę.

– Pobierzemy się, Fajgo. Twój ojciec udzieli nam ślubu. Może nie

tutaj, w twoim szulu. Może nawet nie pod baldachimem.

– Nie pod baldachimem? – Fajga była wstrząśnięta.
–  Pobierzemy  się  w  oczach  Boga  –  zapewnił  żarliwie  Szmul.  –

Przyrzekam ci, że nic nas nie rozdzieli.

–  Rozdzielą  was  Niemcy  –  odezwała  się  nagle  Hannah.  Czuła

szybkie  łomotanie  serca.  –  Zabiorą  was  stąd  do  obozu
koncentracyjnego. Wsadzą do komór gazowych i zabiją.

Słyszała, że jej głos staje się piskliwy; jego natężenie ją przeraziło.
–  Chajo!  –  upomniała  ją  Gitl,  kładąc  palce  na  ustach  Hannah

i szepcząc do niej ochryple. – Ćśś. Żołnierze usłyszą.

Fajga  obróciła  się  w  ramionach  Szmula  i  wpatrywała  w  Hannah

z  surowym  wyrazem  na  pięknej  twarzy,  oczami  niemal  w  całości
wypełnionymi przez źrenice.

–  Jak  możesz  tak  mówić?  Twoje  słowa  poszybują  do  nieba

i sprowadzą anioła śmierci, oblubieńca Lilith z zatrutym mieczem.

Gitl pogroziła Fajdze palcem.
–  Brednie!  Mówisz  jak  wiejska  staruszka,  aniołowie  i  zatrute

miecze. Może od razu ogniste rydwany i Boży palec? Chaja nie robi
takich rzeczy, jakżeby mogła? To jeszcze dziecko, w przeciwieństwie

background image

do ciebie. Jest dzieckiem ze zbyt wybujałą wyobraźnią i roją jej się
w  głowie  różne  historie.  Dopiero  cudem  wymknęła  się  śmierci.
Wstyd, wstyd, Fajgo, robić z niej takiego potwora.

Przerwała jej Rachela.
–  Tante  Gitl,  ja  chyba  wiem,  o  czym  mówi  Chaja.  Rano

opowiedziała  nam  bajkę.  O  dwojgu  dzieciach…  –  Zastanowiła  się
chwilę. – Nazywały się Jaś i Marysia.

– Małgosia – poprawiła ją Hannah bezwiednie.
–  Tak,  Małgosia  –  zgodziła  się  Rachela.  –  Tam  była  czarownica,

która  wrzucała  małych  chłopców  do  pieca  i  ich  zjadała.  –  Zadrżała
i odetchnęła głęboko. – To bajka.

–  Komory  gazowe,  o  których  mówiłam,  nie  są  żadną  bajką  –

wyjaśniła Hannah.

Gitl zadarła głowę, zmrużyła oczy i, ignorując Hannah, zwróciła się

bezpośrednio do Fajgi.

–  Widzisz,  moja  prawie-bratowo,  dziecko  po  prostu  opowiadało

bajkę.  A  my  z  pewnością  mamy  ważniejsze  powody  do  zmartwień
niż  bobbe  meinses,  bajki.  –  Uniosła  dłonie,  a  później  znów  je
opuściła i dwa razy wytarła w spódnicę.

– A  cóż  może  być  ważniejszego  od  takiej  klątwy  –  spytała  Fajga

i dodała po chwili: – moja siostro Gitl?

Gitl się uśmiechnęła.
– Na przykład twoja matka i babcia. Gdzie one są? Dlaczego nie

wyszły nas powitać?

Fajga się rozejrzała.
–  Gitl,  masz  rację,  gdzie  one  są?  I  gdzie  jest  tante  Sara  i  tante

Dwora  i…  –  Zamilkła,  po  czym  odwróciła  się  do  Szmula.  –  I  cała
reszta, gdzie oni są?

background image

Jej dłoń nerwowo wkręcała i wykręcała jeden złoty kolczyk. Szmul,

z  kamienną  twarzą,  nie  patrzył  jej  w  oczy.  Bezbarwnym  głosem
wyjaśnił:

–  Pułkownik  poinformował  nas,  że  już  zostały  przesiedlone.

Spotkamy się z nimi na miejscu.

– Nie wierzcie w to! – krzyknęła Hannah.
– A  w  co  mamy  wierzyć?  –  spytał  Szmul.  –  W  komory  gazowe?

Oblubieńca Lilith? Zatrute miecze? Anioła śmierci?

Rabin Boruch odkaszlnął głośno i wszystkie grupki rozmawiających

ludzi zamilkły.

– Przyjaciele, sąsiedzi, moje dzieci – zaczął. – Zdaje się, że w tej

kwestii  nie  mamy  wyboru.  Władza  wydała  dekret,  że  mamy  zostać
przesiedleni na czas trwania tej wojny. Tej wojny, w której my, Żydzi,
nie bierzemy udziału. Tak to już jest z władzą.

Rozległy się pomruki aprobaty.
–  Moja  żona,  moje  siostry  i  wszystkie  wasze  krewne:  te,  które

czekały tu, w Wiosce, na nasz powrót z lasu, które przygotowywały
się do wesela, zostały posłane przed nami. Zabrały ze sobą odzież
i  dobytek,  którego  możemy  potrzebować  w  obozie  dla
przesiedleńców.

–  A  co  z  naszymi  ubraniami  i  naszym  dobytkiem?  –  krzyknął

Icchak. – Nas, którzy nie jesteśmy z Wioski?

– Podzielimy się z wami tym, co mamy – odrzekł rabin. – Czyż nie

jesteśmy wszyscy sąsiadami i przyjaciółmi? Czyż w oczach Boga nie
jesteśmy braćmi i siostrami? Czyż nie jesteśmy…

– Wszystko zostanie dopilnowane – zapewnił niemiecki pułkownik.

– Niczego nie będziecie potrzebować.

–  Nie  potrzebowaliśmy  niczego  poza  tym,  żeby  zostawiono  nas

w spokoju tu, w Wiosce – rozległ się czyjś głos.

background image

– Niemniej jednak – ciągnął z uśmiechem pułkownik – w tej kwestii

my  będziemy  ustalać  zasady.  Kiedy  dotrzecie  do  waszych  nowych
domów,  każdy,  kto  będzie  chciał  pracować,  będzie  traktowany  po
ludzku.  Krawiec  będzie  szył,  szewc  naprawiał  buty.  I  będziecie
szczęśliwi  wśród  swoich,  a  my  będziemy  szczęśliwi,  że
podporządkowaliście się poleceniom władzy.

–  Ten  wąż  się  uśmiecha,  ale  zębów  nie  widać  –  wymruczał

marszalik.

Hannah zastanawiała się, czy usłyszał go ktoś jeszcze.
Rabin uniósł dłonie i zaczął przemawiać.
–  Pułkownik  zapewnił  mnie,  że  zakwaterowana  zostanie  tu  część

jego  żołnierzy,  którzy  będą  chronić  przed  zniszczeniami  nasze
sklepy  i  domy,  i  szkoły  w  czasie  naszej  nieobecności.  Na  moją
prośbę  żołnierze  będą  zwracać  szczególną  uwagę  na  szul
i dopilnują, żeby nie zbezcześcili go poganie.

– Już lepiej wpuścić lisa do kurnika, a wilkom kazać pilnować stada

owiec – powiedział marszalik.

Tym razem został usłyszany i w tłumie rozległy się pomruki. Jeden

z mężczyzn krzyknął:

– Ale rabinie Boruchu, dlaczego mieliby kwaterować żołnierzy tutaj,

skoro są potrzebni na wojnie?

– Czyż ja jestem generałem, żebym odpowiadał na takie pytania?

– odrzekł rabin. – Czy ja tu rządzę? Ja tylko wiem, że mi to obiecali,
więc  w  to  wierzę.  Powiedzieli,  że  wojna  właściwie  dobiega  końca
i poza Wioską będziemy przebywać niedługo.

– Jak długa jest wieczność? – wymamrotał marszalik.
Hannah znów chciała się odezwać, ale tym razem Gitl zakryła jej

dłonią całe usta.

background image

–  Bądź  cicho,  dziecko  –  wyszeptała.  –  Cokolwiek  masz  do

powiedzenia,  siedź  cicho.  To  nie  jest  jedna  z  twoich  bajek  ze
szczęśliwym  zakończeniem.  Kule  w  tej  broni  nie  są  fikcją.  Słuchaj
rabina.  Ma  rację,  że  nas  uspokaja.  Jeśli  pójdziemy  spokojnie,  nic
nam się nie stanie.

Hannah nagle przypomniała sobie obrazy z telewizji, te, na widok

których  dziadek  tak  szalał,  i  pokręciła  głową.  Ale  zrobiła  to
w milczeniu, jak przykazała jej Gitl. Chciała się rozpłakać. Wiedziała,
że poczułaby się lepiej. Ale łzy nie napłynęły. Wzięła głęboki oddech
i usłyszała, jak rabin zaczyna się głośno modlić.

– Szema Jisrael, Adonai elohejnu, Adonai echod. Słuchaj, Izraelu!

Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jedyny.

Pozostali się przyłączyli. Nawet Hannah.
 
 

Wsiedli  do  ciężarówek  rodzinami,  nie  chcąc,  by  ich  rozdzielono.
Ponieważ Szmul nie zamierzał wypuścić dłoni Fajgi mimo surowego
spojrzenia  rabina,  ten  ostatni  został  zmuszony,  by  wsiąść  do
ciężarówki  z  nimi,  i  stał  obok  Hannah.  Icchak  po  kolei  podał  dzieci
Gitl,  a  ona  mocno  objęła  małą  Ciporę.  W  końcu  do  ciężarówek
upchnięto  tylu  ludzi,  że  nie  było  miejsca,  żeby  usiąść.  Więc  stali,
a  dzieci  siedziały  na  ramionach  mężczyzn.  Wyglądali  jak
urlopowicze na wycieczce. Ale gnietli się jak bydło wiezione na rzeź
i raz po raz ktoś wpadał na Hannah.

Ciężarówki  toczyły  się  długą,  krętą  drogą,  a  pasażerów  uciszały

wzbijający  się  kurz  i  upał.  Po  pewnym  czasie,  żeby  dzieci  w  aucie
nie  płakały,  Gitl  zaczęła  śpiewać.  Najpierw  próbowała  je  uspokoić
kołysanką zatytułowaną Jankele

[5]

a później kilkoma piosenkami dla

dzieci.  Ale  gdy  ciężarówka  jechała  bez  przystanku,  zabierając  ich

background image

coraz  dalej  i  dalej  od  Wioski,  na  drogi,  których  większość  z  nich
nigdy  wcześniej  nie  widziała,  zaintonowała  piosenkę,  w  której  –
mimo  wszystkich  żałosnych  minorowych  tonów  i  refrenu:  „lalala”  –
słychać  było  gniew.  Hannah,  wśród  warkotu  ciężarówki,  usiłowała
wyłapać  słowa.  Opowiadały  o  człowieku  nazywanym  szaber,
złodzieju lub porywaczu dzieci, który zaciągnął mężczyzn do wojska.
Jedna zwrotka brzmiała:

 
Daj mi pan kawałek chleba,
Bym nie umarł mi go trzeba.
 
Piosenka  raczej  nie  sprawiała  wrażenia  odpowiedniej  do

uspokajania  dzieci.  Ale  najpierw  Szmul,  później  Icchak,  a  w  końcu
kilku  innych  mężczyzn  w  ciężarówce  przyłączyło  się  i  wszyscy
śpiewali,  ile  sił  w  płucach.  Dzieci  na  ramionach  klaskały  w  rytm
melodii. W końcu śpiewać zaczęli nawet Fajga i jej ojciec.

Hannah  ze  zdumieniem  przysłuchiwała  się  coraz  liczniejszemu

chórowi, a piosenka przenosiła się do kolejnych ciężarówek. Czyżby
oni nie wiedzieli? Czyżby się nie domyślali? Nie obchodziło ich to?

Przypominała  sobie  coraz  więcej,  strzępy  i  fragmenty  szkolnych

rozmów  na  temat  Holokaustu.  Na  temat  obozów  zagłady
i  krematoriów.  Brutalnych  Niemców  i  sześciu  milionów  zabitych
Żydów.  Bardziej  przerażające  było  posiadanie  tej  wiedzy  czy
nieświadomość? Nie wiedziała.

W ustach czuła coraz okropniejszy smak, bardziej gorzki niż smak

gorzkich  ziół  sederowych.  One  właśnie  były  po  to,  by  pamiętać.
Usiłowała  zwalczyć  ten  smak.  Nie  zamierzała,  nie  mogła  dostać
mdłości. Nie tutaj. Nie teraz. Otworzyła usta, żeby nabrać powietrza

background image

i  zorientowała  się,  że  śpiewa.  Dźwięk  jej  własnego  głosu  zagłuszył
miarowy chrzęst opon na niekończącej się krętej drodze.

 
 
 

[5]

  Kołysanka  Jankele  ze  słowami:  „śpij  już,  mój  piękny  Jankielu,  zamknij  swoje  małe,

ciemne  oczy”,  została  napisana  przez  Mordechaja  Gebirtiga  z  krakowskiego  Kazimierza,
zwanego „bardem z Kazimierza”. Jego piosenki należą do najpopularniejszych w muzycznej
tradycji żydowskiej. Zginął wraz z żoną i córkami w 1942 roku podczas akcji wysiedleńczej.

background image

 

background image

 
 

10

 
 
 
 
 
 
– Patrzcie! – zawołał Szmul, przekrzykując głośny śpiew.
Słysząc  jego  głos,  wszyscy  nagle  zamilkli  i  podążyli  wzrokiem  za

jego  dłonią.  Przed  nimi  znajdowała  się  stacja  kolejowa  z  oknami
lśniącymi w jasnym, wiosennym słońcu. Drzwi dworca i cały budynek
otaczali  uzbrojeni  strażnicy.  Na  pobliskiej  bocznicy  stały  dwa
drewniane  wagony  towarowe.  Ciężarówki  podjechały  do  stacji.
Żołnierze wyskoczyli z kabin i krzyknęli do ludzi w przyczepach:

– Wysiadać. Dalej. Szybko.
Gdy  nikt  się  nie  ruszył,  żołnierze  wyciągnęli  broń.  Szmul  chwycił

się  wystającego  elementu  i  zeskoczył.  Icchak  podał  mu  syna
i  również  zeskoczył.  Pozostali  mężczyźni  wysiadali,  odwracali  się
i  wyciągali  ręce,  żeby  zdjąć  swoje  dzieci.  Później  pomogli  wysiąść
kobietom i dziewczynom, bardziej niezdarnym w swoich uroczystych
sukniach.  Ślubna  suknia  Fajgi  zahaczyła  o  wystający  gwóźdź.
Musiała ją rozedrzeć, żeby się uwolnić. Rozpłakała się i nie można
było jej uspokoić.

– Dalej, dalej – poganiali żołnierze, wymachując bronią.
Spędzili  ludzi  i  zaczęli  zaganiać  ich  w  stronę  pociągów.  Wzdłuż

torów  leżały  stosy  rzeczy  –  wyglądały  jak  porzucone  przez
uciekającą  armię.  Hannah  dostrzegła  walizki  i  torby  podróżne,

background image

niektóre starannie spakowane, inne – z wysypującą się zawartością.
Wokół  porozrzucane  były  szale  i  suknie,  była  też  torba  czegoś,  co
wyglądało na lekarstwa, kilka tuzinów kasetek z biżuterią, wór mleka
w proszku, a nawet mała skrzynka dziecięcych zabawek.

–  Teczka  babci!  –  wrzasnęła  przeraźliwie  Fajga,  wskazując

gobelinową torbę z drewnianymi uchwytami. – Papo, papo, zostawili
tu  rzeczy  babci!  Z  czego  będzie  korzystać  w  obozie  dla
przesiedlonych?

Nim rabin zdążył odpowiedzieć, Hannah odwróciła się do Gitl.
– Ja wiem…
– Nie odzywaj się, dziecko – błagała Gitl. – Ani słowem.
Kolejni  zwiezieni  mieszkańcy  sztetli  zaczęli  rozpoznawać  kosze

i  torby  należące  do  ich  krewnych.  Ale  nie  pozwolono  im  się
zatrzymać  przy  stosach,  pchano  ich  wprost  do  wagonów.  Kiedy
ciężarówki opuścili już wszyscy, żołnierze otoczyli ich wielkim kołem.
Do  kręgu  wszedł  wysoki  rangą  wojskowy,  ale  nie  był  to  pułkownik,
który  rozmawiał  z  nimi  wcześniej.  Spoglądali  na  niego,  a  on  uniósł
dłoń, domagając się ciszy.

–  Słuchajcie,  Żydzi.  Róbcie,  co  wam  każą,  a  nikomu  nic  się  nie

stanie.  Proszę  was  jedynie  o  współpracę.  –  Jego  głos  był
zachrypnięty, jakby ostatnio go nadwerężał. Miał ciemnoblond wąsy
i brzydkie zęby.

Hannah poczuła, że Gitl mocniej ją obejmuje, a inni ludzie zaczęli

szeptać  między  sobą.  Hannah  wstrzymała  oddech.  Miała  nadzieję,
że  jeśli  będzie  wstrzymywać  go  dostatecznie  długo,  zdoła  obudzić
się z tego koszmaru i cała, i zdrowa powróci na rodzinną sederową
kolację.  Ale  kiedy  w  końcu  musiała  nabrać  powietrza,  zaczęła
rozpaczliwie kaszleć, a Gitl poklepała ją po plecach.

– …położyć się. – Usłyszała tylko.

background image

– Co takiego? Tutaj? Na ziemi? – ktoś krzyknął.
–  Oczywiście,  Żydzie  –  dobiegł  głos  oficera.  –  Następnie  moi

żołnierze  przejdą  wśród  was  i  wezmą  wasze  dokumenty  oraz
biżuterię na przechowanie.

–  Chciał  pan  powiedzieć:  na  przywłaszczenie  –  krzyknął  jakiś

mężczyzna.

Hannah pomyślała, że mógł to zrobić Szmul.
–  Kto  to  powiedział?  –  spytał  żołnierz.  Gdy  nikt  się  nie  odezwał,

zmrużył oczy. – Następnego, kto się odezwie, zastrzelę.

Cisza  była  tak  głęboka,  że  Hannah  zastanawiała  się,  czy  nie

ogłuchła.

– A teraz, na ziemię! – rozkazał w końcu oficer.
Wykonał  ręką  gest,  który  przy  pomocy  karabinów  powtórzyli

żołnierze za nim. Gdy nadal nikt się nie ruszył, oficer bardzo powoli
i  z  rozmysłem  wyciągnął  pistolet  z  kabury,  po  czym  wycelował
w  stopy  mężczyzny  stojącego  na  skraju  tłumu.  Oddał  jeden  strzał,
wzbijając kurz i kamyki. Kilka kobiet krzyknęło.

– Mamo, mamo, mamo – zawołała mała dziewczynka.
Hannah  nagle  zrobiło  się  tak  zimno,  że  nie  była  w  stanie  się

poruszyć.

Gitl szturchnęła ją w plecy.
– Kładź się – wyszeptała. – Kładź się, szybko.
Hannah  padła  na  ziemię,  na  brzuch,  i  leżała  bez  ruchu.  Kiedy

w końcu zmusiła się, żeby otworzyć oczy, przy jej głowie znajdowała
się para wielkich butów. Dobiegały ją szlochy dzieci i gdzieś z lewej
strony  płacz  kobiety.  Słychać  było  szmer  ściszonych  męskich
głosów. Dopiero po chwili dotarło do niej, że się modlą.

 
 

background image

Po paru godzinach – a przynajmniej tak jej się zdawało – pozwolono
im  wstać.  Gitl  uniosła  dłoń  do  szyi.  Miała  na  niej  czerwony  ślad,
jakby  po  zerwaniu  naszyjnika.  Fajga  nie  miała  wyszywanej
paciorkami opaski i kolczyków. Jej suknia była poplamiona i podarta.
Kilku  mężczyznom  leciała  krew  z  nosa,  a  Szmulowi  na  skroni
zaczynał  tworzyć  się  ciemny  siniak.  Ale  poza  cichym  pojękiwaniem
dzieci,  uporczywym  suchym  kaszlem  jakiegoś  mężczyzny  i  ciężkim
oddechem Racheli, nikt nie wydał najcichszego odgłosu.

–  Teraz  –  oznajmił  oficer,  uśmiechając  się  do  nich  z  góry

i prezentując swoje zepsute zęby – teraz, Żydzi, jesteście gotowi na
przesiedlenie.

– Dokąd? – krzyknął drżący głos.
–  Tam,  dokąd  postanowimy  was  wysłać  –  odpowiedział.  –

Wstawać.

Stali nierówno, a żołnierze zagonili ich w kierunku dwóch wagonów

towarowych. Szli w milczeniu, niemal chętnie, chcąc znaleźć się jak
najdalej od oficera i broni żołnierzy.

– Ale, Gitl… – szeptem próbowała protestować Hannah, gapiąc się

na dwa wagony. – Przecież wszyscy się do nich nie zmieścimy.

–  Z  Bożą  pomocą…  –  wymamrotała  ciotka,  ściskając  Hannah  za

rękę tak mocno, że rozbolały ją kostki.

Starsze  osoby  wepchnięto  do  wagonów  w  pierwszej  kolejności,

później kobiety i dziewczyny. Ktoś pchnął Hannah z taką siłą, że przy
wsiadaniu  zadrapała  sobie  kolano.  Czuła  cieknącą  krew  i  ostry,
piekący  ból,  ale  nim  zdążyła  się  pochylić,  żeby  spojrzeć  na
skaleczenie,  ktoś  za  nią  stanął.  Po  chwili  panował  taki  tłok,  że
w  ogóle  nie  mogła  się  ruszyć.  To  było  gorsze  niż  najgorszy  tłok
w  metrze,  którym  jechała  na  zakupy  z  ciocią  Evą.  Była  uwięziona
pomiędzy Gitl z jednej strony i rabinem z drugiej. Za sobą miała dwie

background image

kobiety,  a  przed  twarzą  drewnianą  ścianę  wagonu.  Lekko  zginając
zdrowe kolano, była w stanie dostrzec małą prostokątną przestrzeń
pomiędzy  deskami.  Zdążyła  przez  nią  wyjrzeć,  kiedy  wagon  się
poruszył,  a  drzwi  zostały  zatrzaśnięte  i  zamknięte  od  zewnątrz  na
zasuwę.

–  Jesteśmy  zamknięci!  –  krzyknęła  jakaś  kobieta.  –  Mój  Boże,

podusimy się.

Wtedy wszyscy zaczęli krzyczeć, a Hannah wraz z nimi. Ci, którzy

znajdowali  się  przy  drzwiach,  walili  w  nie  pięściami.  Wagon  kołysał
się  pod  wpływem  ich  wysiłków,  ale  nie  zdały  się  na  nic.  Nikt  nie
przyszedł otworzyć drzwi. Po jakimś czasie, wyczerpani od krzyków
i płaczu, uspokoili się.

W  wagonie  było  dość  ciemno,  wąskie  smugi  światła  wpadały

jedynie  w  miejscach,  gdzie  deski  nie  były  dobrze  spasowane.
Brakowało  powietrza.  I  było  gorąco.  Jedna  z  dwóch  stojących  za
Hannah kobiet pachniała czosnkiem. Jakaś dziewczynka krzyczała,
że chce siusiu. Chwilę później zapach oznajmił, że się załatwiła.

– Jak długo? – krzyknął ktoś.
– Jesteśmy teraz w rękach Boga – odpowiedział rabin spokojnym

głosem.

– Ręce Boga są bardzo gorące i spocone – zauważyła Gitl.
– Jak możesz tak mówić? – To był głos Fajgi.
W tej właśnie chwili wagon się zatrząsł i wszyscy krzyknęli.
–  Słyszę  pociąg  –  zwołała  Hannah.  Znów  zgięła  zdrowe  kolano

i wyjrzała przez szparę. Po szynach toczyła się ciemna lokomotywa,
prosto do nich. – Widzę go.

– Boże ręce, moje dzieci – powiedział głośno rabin.
Kiedy  lokomotywa  dotknęła  wagonów,  wstrząsając  nimi  tak,  że

trudno było utrzymać się na nogach, Hannah zdołała obrócić się do

background image

rabina na tyle, żeby zwrócić się wprost do niego.

–  Proszę,  rabinie  –  zaczęła  błagać.  –  Musimy  coś  zrobić.  I  to

szybko. Wiem, dokąd nas zabierają. Jestem… jestem z przyszłości.
Proszę.

Rabin Boruch odkaszlnął.
–  Wszystkie  dzieci  są  z  przyszłości.  Ja  jestem  z  przeszłości.

A przeszłość mówi nam, co musimy robić w przyszłości. To dlatego
nauczaniem  zajmują  się  dorośli,  a  dzieci  pobierają  nauki.  Więc
musisz  mnie  słuchać,  kiedy  ci  mówię,  że  teraz  pozostaje  nam
modlitwa. Modlitwa, bo wszyscy jesteśmy w rękach Boga.

Gitl miała rację, pomyślała Hannah. Ręce Boga były bardzo gorące

i  spocone.  Smród  panujący  w  zatłoczonym  wagonie  był  nie  do
zniesienia  –  obezwładniająca  mieszanina  zapachu  ludzkiego  potu,
strachu  i  dziecięcych  wymiocin.  Gdy  pociąg  turkotał  po  szynach,
Hannah  myślała  o  tym,  jakie  miała  szczęście,  że  znalazła  się
w miejscu z dostępem do odrobiny świeżego powietrza. Większość
nie była takimi szczęściarzami.

Przez długi czas nikt się nie odzywał. Ale po godzinie cisza stała

się  zbyt  deprymująca  i  rozległy  się  głosy,  niosące  pociechę,  jaką
tylko mogły.

– Troszkę widzę – powiedział mężczyzna stojący przy drzwiach. –

Mijamy miasto. Teraz widzę wieśniaków w polu.

Spontanicznie rozległ się krzyk kilku osób:
– Pomocy! Pomóżcie nam!
– Jakieś reakcje? – spytał Icchak.
– Tak. Przeciągnęli palcami po szyi.
– Gnoje. Nic ich nie obchodzi? – spytała jakaś kobieta.
– A czy kiedykolwiek obchodziło? – odparł Szmul.
Odezwał się mężczyzna niskim, chropawym głosem:

background image

– Słyszałem, że jakiś sztetl przewieźli na dworzec gdzieś w Rosji.
–  Po  co  przesiedlać  rosyjskich  Żydów?  Rosja  chyba  jest  dość

duża, żeby pomieścili się wszyscy?

– Na tyle duża, że mogło się tam zdarzyć wszystko. Więc powiedz

nam, gdzie dokładnie w Rosji? – zapytała Gitl.

–  Kto  wie,  gdzie?  –  odkrzyknął  mężczyzna.  –  Co  za  różnica,

gdzie?  Sztetlu  już  nie  ma.  Ale  gdziekolwiek  był,  mieszkańcom
kazano położyć się w rowie. Leżeli jak śledzie. A później, Boże drogi,
zastrzelili  ich  tak,  jak  leżeli,  z  karabinów  maszynowych.  Jeszcze
ciepłych  zasypali  warstwą  wapna,  a  na  ich  ciała  kazali  kłaść  się
następnym.  Sześć  warstw  ułożyli.  Sześć  warstw.  Aż  zabili
wszystkich.

– Słyszał pan, słyszał – odezwała się histerycznie jedna z kobiet. –

Ale  skoro  wszyscy  zginęli,  jak  ktokolwiek  zdołał  się  o  tym
dowiedzieć?

Mężczyzna  zakaszlał  i  mówił  dalej,  nie  odpowiadając  jej  na

pytanie.

– Kiedy kazali nam się położyć, przypomniało mi się, co słyszałem.
– Ale nas nie zabili – zauważyła inna kobieta. – Zadali nam tylko

bissel niewygody.

–  Niewygody!  Zabrali  moją  obrączkę!  Mojego  Abrama  kopnęli

w nos. Niewygody! – To była trzecia kobieta.

–  To  jakaś  bujda  –  podsumowała  pierwsza.  –  Koszmar.  Proszę

nam więcej nie opowiadać tych swoich potwornych historii.

Mężczyzna znów zakaszlał.
–  Czyż  nie  jest  napisane,  że  musimy  być  świadkami?  –  odezwał

się.

–  Jakimi  świadkami?  –  krzyknęła  Fajga.  –  Był  pan  tam?  To  tylko

plotki. Okrutne, straszne plotki. Pogłoski. Szmulu, powiedz im, że to

background image

nic innego.

Szmul milczał.
– To nie plotki, Fajgo. To prawda. Ja wiem… – zapewniała Hannah.
Gitl uszczypnęła ją w ramię, żeby ją uciszyć.
–  Opowiedział  mi  o  tym  daleki  kuzyn  –  odezwał  się  znów

mężczyzna. Znał kogoś, kto uciekł.

– Przecież mówił pan, że nikt nie uciekł – przerwała mu Fajga.
– Ćśś – odezwała się kobieta nieopodal Hannah. – Dzieci usłyszą

i będą się bały.

– Słyszałem… – zaczął inny mężczyzna. Hannah rozpoznała głos

Icchaka. – Kiedy byłem w Jańsku po drób, usłyszałem inną historię.
Był  pewien  lekarz,  porządny  człowiek,  bardzo  kulturalny.  Operował
w  szpitalu  chrześcijankę.  Ufała  mu  bardziej  niż  sobie.  I  w  samym
środku  operacji  wkroczyli  żołnierze,  zawezwani  przez  jej  męża,
wywlekli lekarza i go zabili. Jego własnymi narzędziami. Na oczach
jego rodziny.

–  A  kobieta  zmarła?  Ta  sziksa,  którą  operował?  –  spytał  jakiś

mężczyzna.

– Mam nadzieję – odezwał się cichy głos.
– Nie – odparł Icchak. – Nie umarła. I nie zasługiwała na śmierć.
–  Ona  może  nie  –  skwitowała  Gitl.  –  Ale  jej  mąż,  owszem.

I żołnierze. Potwory.

– Ćśś – znów odezwała się kobieta stojąca obok Hannah. – Dzieci

słyszą.

Rabin odkaszlnął głośno.
– To  są  tylko  plotki  i  pogłoski.  Księga  przysłów  głosi:  „kto  sprawę

rozgłasza, poróżnia przyjaciół”

[6]

.

–  A  ja  słyszałem…  –  z  tyłu  wagonu  dobiegł  głos  kolejnego

mężczyzny. Z początku mówił tak cicho, że stojący obok niego ludzie

background image

uciszali pozostałych, żeby można go było usłyszeć. – Ja słyszałem,
również  z  wiarygodnego  źródła,  że  w  pewnym  miasteczku  przy
polskiej granicy całą społeczność zamknięto w synagodze. A później
Niemcy  ją  podpalili.  Każdy,  kto  próbował  wyskoczyć  przez  okno,
został  zastrzelony.  Na  szczęście  pewien  Polak,  dobry  człowiek,
szabes-goj

[7]

, otworzył tylne drzwi, i kilku mieszkańcom sztetlu udało

się  uciec,  i  ten  szabes-goj  ukrywał  ich  we  własnym  domu.  We
własnym  domu!  Wśród  tych  siedmiu,  którzy  zdołali  uciec,  był  mój
przyjaciel. Powiedział mi, że woń palonych ludzkich ciał niewiele się
różni od zapachu gotowanej wieprzowiny.

– Ha! – odezwała się Gitl. – A skąd on, porządny Żyd, niby wie, jak

pachnie gotowana wieprzowina?

–  Może  nie  przestrzegał  zasad  koszerności.  Albo  powiedział  mu

ten szabes-goj.

– No właśnie!
– Jak możesz żartować z takich rzeczy? – spytała Hannah ledwie

słyszalnym głosem.

Gitl cmoknęła.
–  Możemy  się  śmiać  albo  płakać.  Od  płaczu  jeszcze  bardziej  się

zgrzejemy  i  spocimy.  My,  Żydzi,  lubimy  żartować  na  temat  śmierci,
bo  to,  z  czego  się  człowiek  śmieje  i  z  czym  oswaja,  przestaje  go
przerażać. Poza tym, Chajaleh, co nam zostało?

– Ćśś – znów zwróciła uwagę sąsiadka Hannah. – Dzieci.
– Możemy wyważyć drzwi i uciec – zaproponowała Hannah.
– Uciec? Dokąd, mała Chajo? Do Lublina? – spytała Gitl.
– Do Ameryki – odpowiedziała Hannah.
– Do Abrama Morowitza? Mój dom jest tutaj.
– W tym wagonie? – wyszeptała Hannah.
– Nie bądź bezczelna.

background image

– No to do Izraela.
Gitl się roześmiała, dziwnym, pustym śmiechem.
– A gdzie jest ten Izrael? – spytała. – Poza naszymi modlitwami.
– Ćśś – błagała kobieta.
Opowieści się ciągnęły.
– Słyszeliście o Mostochowej? – zaczął jeden z mężczyzn.
–  Chodzi  panu  o  tę  miejscowość,  gdzie  wszystkich  wypędzono

z domów i kazano stać nago w śniegu? – uściślił Icchak.

– Plotki – ostrzegł rabin.
– Zostali pobici – powiedziała jedna z kobiet.
– Tam, Masza, ma rację, bezlitośnie pobici. Jak powiedział mój wuj

Mosze, który tam był, krew padała na śnieg niczym płatki róż. Płatki
róż, powiedział.

– Dość tych opowieści! – krzyknęła Fajga. – Nic gorszego nam się

nie  stanie.  Nic.  Jest  nam  niewygodnie  i  stoimy  w  ścisku.  Jesteśmy
głodni.  Ale  to  przeminie.  Zostaniemy  przesiedleni.  To  wszystko.
A później wyjdę za mąż. Pod baldachimem.

– Słyszałem…
– Cicho! Cicho! – wyrzuciła z siebie kobieta zmęczonym głosem. –

Dzieci  więcej  nie  zniosą.  Moje  mi  już  zemdlało  od  tych  wszystkich
opowieści.

–  Daj  mi  to  dziecko,  matko.  Potrzymam  je  trochę  –  odezwał  się

obok  niej  cichy  głos,  a  wszyscy  się  lekko  poruszyli,  żeby  zrobić
miejsce na manewr. – O mój Boże, to dziecko nie zemdlało. Ono nie
żyje. Baruch dayan ha-emet. Błogosławiony Sędzia sprawiedliwy…

Hannah zapłakała.
 
 
 

background image

[6]

  Księga  przysłów  17,  9.  Pismo  Święte  Starego  i  Nowego  Testamentu,  Biblia

Tysiąclecia, Poznań 1965 s. 741.

[7]

  Chrześcijanin  zatrudniony  do  wykonywania  niezbędnych  czynności,  które  są

zakazane Żydom podczas szabatu

 

w żydowskim domu lub bożnicy.

background image

 

background image

 
 

11

 
 
 
 
 
 

Wagony  jechały  przez  cztery  dni  i  noce;  Hannah  rozróżniała  pory
tylko  po  temperaturze.  W  południowym  słońcu  czuła  się  jak
w  piekarniku  śmierdzącym  ludzkim  potem,  moczem  i  fekaliami.  Ale
w nocy, kiedy było zimno, wszyscy byli wdzięczni za ten ścisk.

Przez  całą  drogę  pociąg  stanął  tylko  dwa  razy.  W  Troninie,  na

małej  stacyjce,  którą  rozpoznał  jeden  z  mężczyzn,  drzwi  się  nagle
otworzyły, a oni wysiedli w ciemności na żwirową ścieżkę. To wtedy
okazało  się,  że  trzy  starsze  kobiety  zmarły,  a  czwarta  była  bliska
śmierci  i  nie  miała  dość  sił,  żeby  wysiąść  z  wagonu.  Wszystkie
cztery ciała żołnierze wyrzucili na bocznicę. Zmarłe dziecko wyrwano
z ramion matki i rzucono za koryto z wodą dla koni. Matka zaczęła
zawodzić, ale mąż zakrył jej usta dłonią, szepcząc:

– Ćśś, ćśś, ćśś.
Z  rąk  do  rąk  krążyło  wiadro  z  brudną  wodą  i  każdy  się  na  nią

rzucał. Hannah zdołała wypić jeden haust, zanim wiadro chwycił ktoś
inny. W wodzie było siano, ale się tym nie przejęła. Nigdy nie miała
w ustach niczego równie słodkiego, jak ta woda.

Z drugiego wagonu dobiegało wątłe dudnienie.
– Na miłość boską – krzyknął Szmul. – Otwórzcie im drzwi!

background image

Ale  żołnierze  go  zignorowali,  zmuszając  ludzi  do  pośpiechu

z wiadrem.

Na  drugim  przystanku  usłyszeli  krzyki  wdzięczności  sąsiadów,

którym pozwolono wysiąść z wagonu. Ale choć sami walili w deski,
drzwi ich wagonu pozostały zamknięte.

– Bestie! – powiedziała Gitl ochrypłym głosem. – Bestie!
Były to ostatnie słowa wypowiedziane podczas podróży pociągiem.
 
 

Czwartego dnia pociąg zwolnił, a jego koła wydały przeraźliwy pisk.
Hannah  poczuła,  jak  nadzieja,  niczym  mała  bańka,  rodzi  się  w  jej
pustym brzuchu. Wargi miała tak wyschnięte, że język zdawał jej się
wielki  między  zębami  niczym  kiełbasa.  Odetchnęła  głęboko,
z westchnieniem, i wokół siebie usłyszała echo tego westchnienia.

Pociąg zatrzymał się gwałtownie, a cisza była jak modlitwa. W tej

ciszy  surowy  odgłos  przesuwanych  drzwi  wydał  się  głośny  niczym
huk  pioruna.  Powietrze,  świeże  powietrze,  dostało  się  do  środka.
Hannah starała się nabrać do płuc tyle, ile tylko mogła.

–  Raits,  raus,  schneller!  –  padła  ostra  komenda.  –  Wysiadać,

wysiadać, szybciej!

Wygramolili  się  z  wagonu  i  stali,  mrugając  oczami  w  porannym

dziennym  świetle.  Hannah  czuła,  że  od  wysiłku,  jakim  okazało  się
tych  parę  kroków,  drżą  jej  kolana,  a  w  głowie  kręciło  jej  się  od
nagłego przypływu świeżego powietrza. Gdy rozejrzała się dookoła,
zauważyła,  jak  osłabieni  są  wszyscy.  Jedynie  Gitl,  w  pomiętej
ciemnozielonej sukni, z podartym białym kołnierzykiem, miała głowę
wysoko podniesioną. Podtrzymywała Fajgę pod rękę, pomagając jej
utrzymać  równowagę.  Biała  ślubna  suknia  Fajgi  była  potwornie
poplamiona, z przodu i z tyłu, a ona sama – blada jak ściana.

background image

Icchak,  trzymający  na  rękach  córkę  i  syna,  ciągle  łapczywie

nabierał  powietrza.  Dzieci  się  nie  ruszyły.  A  Szmula  Hannah  nie
mogła  odnaleźć.  W  końcu  zauważyła,  że  nadal  stoi  w  drzwiach
wagonu.

– Tu są zmarli! – krzyknął.
– Zostaw ich! – rozkazał żołnierz, kolbą karabinu smagając Szmula

po goleniach. – Wysiadaj!

Obolały  Szmul  wysiadł  i  pokuśtykał  do  Gitl.  Z  czułością  położył

dłoń na głowie Hannah, ale wydała jej się ciężka jak odważnik.

– Jest tam pięć starszych kobiet z Wioski i stary krawiec Szimszon

– wyszeptał. A pod nosem wymamrotał: – I dziecko.

– Baruch dayan ha-emet… – powiedziała Gitl.
– Tam! – krzyknął żołnierz, wskazując karabinem.
Księżyc  jeszcze  wisiał  na  niebie,  tworząc  jasną  aureolę  nad  jego

blond głową.

Hannah  poszła  tam,  gdzie  skierowana  była  broń.  Przed  nimi,

poniżej  żwirowego  nasypu,  znajdowała  się  surowa  linia  niskich
baraków. Próbowała je policzyć, ale zdawało się, że ciągną się bez
końca. Okolone były płotem zwieńczonym kolczastym drutem.

Obok  baraków  stał  mały,  ładny  dom,  przy  którym  zaczynały

rozkwitać wczesnowiosenne kwiaty. Do budynków prowadziła brama
z  kutego  żelaza,  a  napis  nad  nią  wielkimi  czarnymi  literami  głosił:
ARBEIT MACHT FREI.

Kilkoro  mieszkańców  sztetlu  wyszeptało  te  słowa,  ale  rabin,

osłaniając dłonią oczy, na próżno wysilał się, by je odczytać.

–  Co  tam  jest  napisane,  Fajgeleh?  –  spytał,  kurczowo  trzymając

córkę za rękę, nagle całkiem postarzały. – Moje oczy…

Ale  Fajge  nie  była  w  stanie  odpowiedzieć.  Powiedziała  mu

Hannah, głosem pełnym goryczy.

background image

– Praca czyni wolnym.
Rabin kiwnął głową.
–  Widzicie,  moje  dzieci  –  odezwał  się  ochryple.  –  Jesteśmy

w rękach Boga. Pracy się nie boimy.

– To dzieło diabła, nie Boga – wyszeptał stojący za nim marszalik.
– Tam – krzyknął znów jasnowłosy żołnierz. – Schnell!
Żołnierze  zmusili  ich  do  zejścia  z  wysokiego  żwirowego  nasypu.

Śliskie  kamienie  wysuwały  im  się  spod  stóp.  Hannah  upadła  na
skaleczone kolano i krzyknęła. Fajga za nią próbowała ją wyminąć,
żeby na nią nie wpaść, ale potknęła się, przewróciła i zaczęła coraz
szybciej  staczać,  aż  z  łoskotem  wylądowała  na  dole.  Biała  suknie
zadarła jej się do ud. Szmul pobiegł do niej, uklęknął przy niej i wziął
ją w ramiona.

– Moja żona, moja żona – szeptał, wygładzając jej suknię.
Fajga się nie poruszyła.
– Wstawać! Wstawać! Mężczyźni na lewo, kobiety na prawo!
Wykrzykiwali  teraz  wszyscy  żołnierze.  Jeden  szarpnięciem

podniósł Szmula. Icchakowi wydarto z ramion dzieci i pchnięto je do
grupy kobiet.

Mały  Reuben  zaczął  popłakiwać,  ale  dziewczynka,  Cipora,

milczała.

Fajdze pomogła wstać Gitl. Niedoszła panna młoda wyglądała na

zamroczoną.  Łzy  ciekły  po  jej  brudnych  policzkach,  zostawiając
szare smugi. Hannah podeszła do nich szybko, chcąc jakoś pomóc.

– Co mogę zrobić? – spytała.
–  A  czy  ktokolwiek  z  nas  może  cokolwiek  zrobić?  –  wymruczała

Fajga.

– Widzisz, miałam rację – wyszeptała Hannah do Gitl. – Dlaczego

mi nie uwierzyłaś? Od samego początku miałam rację. Powinniśmy

background image

byli uciekać.

– Uciekać. – Fajga wyłapała ostatnie słowo i powtórzyła je cichym,

beznamiętnym głosem. – Uciekać.

Gitl pokręciła głową.
– Uciekać nie ma dokąd, Fajgo. Jesteśmy, gdzie jesteśmy. Ćśś. –

Później  odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  żołnierzy.  –  Bestie  –
powiedziała na tyle głośno, żeby usłyszeli.

 
 
–  Jesteście  zugangi,  nowe,  najniższe  z  najniższych  –

poinstruowała  je  wysoka  ciemnowłosa  kobieta,  gdy  tłoczyły  się
w  surowym  wnętrzu  baraku.  Miała  na  sobie  niebieską  sukienkę
z  zieloną  lamówką,  a  krótkie  rękawy  odsłaniały  długi  numer
wytatuowany na ręce.

– Ale ten numer… więc pani też jest więźniarką – wypaliła Hannah.

Była  przekonana,  że  będą  musiały  nosić  pasiaste  piżamy,  jak
więźniowie ze starych fotografii, a jednak, jak na razie, w obozie nie
zauważyła  nikogo  w  takim  stroju.  Może  to  znaczyło,  że  jej
wspomnienia  były  fałszywe.  Może  jednak  sprawy  nie  przybiorą
obrotu tak złego, jak się obawiała.

–  Zgadza  się,  jestem  więźniarką  –  odparła  kobieta.  –  Ale  nie

jestem  Żydówką.  Widzicie…  –  Wyciągnęła  rękę  w  górę  tak,  żeby
pokazać  niebieski  numer.  To,  co  miały  odczytać,  wprawiło  je
w  zakłopotanie  i  zaczęły  szeptać  między  sobą.  –  Cisza.  Nie
odzywacie  się  niepytane.  Jestem  więźniarką,  ale  wy  jesteście
zugangi,  nowe.  Jedną  z  pierwszych  lekcji,  jakich  musicie  się
nauczyć,  jest  to,  że  nie  należy  zwracać  na  siebie  uwagi.  Ty,
dziewczyno,  za  to,  że  się  odezwałaś,  oddasz  mi  te  niebieskie
wstążki, które masz we włosach.

background image

–  Nie!  –  zaprotestowała  Hannah,  zaskoczona  swoją  gwałtowną

reakcją. – Nie są moje, żebym mogła nimi rozporządzać. Nie mogę
ich pani dać.

Kobieta podeszła do niej i mocno ją spoliczkowała.
– Nigdy nie używaj słowa „nie”. O ile chcesz tu przeżyć. Dostanę te

wstążki. Pasują do mojej sukni.

Hanna,  z  dłonią  na  rozpalonym  policzku,  wzięła  głęboki  oddech,

usiłując powstrzymać się od płaczu.

Gitl szturchnęła ją w bok i wyszeptała:
–  Oddaj  je.  Jakie  znaczenie  mają  dwie  drobne  wstążki?  –

Zręcznymi  palcami  zaczęła  rozplatać  lewy  warkocz  Hannah.  Ona,
niechętnie, rozplotła prawy.

– Dobrze. – Kobieta wcisnęła wstążki do kieszeni swojej sukienki.

–  A  teraz  wszystkie  pójdziecie  tam.  –  Wskazała  wąski  korytarz.  –
Schnell  to  najważniejsze  słowo,  które  powinnyście  znać.  Czy
powiem je ja, czy Niemcy, macie się spieszyć. Schnell!

Ruszyły szybko korytarzem i znalazły się w swoistym amfiteatrze.

Hannah  zauważyła  stojące  razem  Szifrę  i  Jente,  trzymające  się  za
ręce.  Estera  stała  obok  wysokiej  kobiety  o  srogim  spojrzeniu,
prawdopodobnie  matki.  Więźniarka  w  niebieskiej  sukni  znów  się
odezwała.

– Cisza! Cisza! – krzyknęła, wyciągając ręce w górę. – Ponieważ

jesteście  brudne  po  podróży,  musicie  wziąć  prysznic.  Tutaj  się
rozbierzecie. Pomóżcie dzieciom. Macie to zrobić szybko. Szybko.

– Jak to, tutaj? – spytała Gitl. – Przy wszystkich?
Kobieta wyglądała na zdegustowaną.
– Nie nauczyłaś się jeszcze pierwszej lekcji. Nie przetrwasz tutaj.
Gitl się jej przyglądała.
– Przetrwam – odpowiedziała cicho.

background image

–  Dalej,  rozbierać  się.  Schnell!  Wyobraźcie  sobie,  że  jesteście

w waszej rytualnej łaźni. Zgadza się, Żydówką nie jestem, ale nawet
ja o nich słyszałam. Jak je nazywacie?

– Mykwa – wymruczała matka Estery.
–  Prawda,  mykwa.  Więc  to  wasza  mykwa,  przygotowująca  do

nowego życia w obozie. – Uśmiechnęła się i wyszła.

Część  kobiet  usiadła  na  drewnianych  ławkach  i  powoli  zaczęła

zdejmować  buty  oraz  pończochy.  Ale  Hannah  stała  na  środku
pomieszczenia i rozglądała się dookoła.

– Nie rozumiecie? – krzyknęła. – Tu nie ma żadnych pryszniców!

Są tylko komory gazowe. Spalą nas wszystkich.

Estera, dwie ławki dalej, płakała cicho, ściągając prawy but.
–  Nie  ma  żadnych  komór,  Chajo.  Nie  próbuj  nas  przestraszyć.

Dość już się boimy.

Hannah chciała odpowiedzieć, ale Gitl pociągnęła ją na ławkę.
–  Ona  ma  rację,  dziecko.  Sytuacja  jest  wystarczająco  zła.  Żyjmy

z  godziny  na  godzinę.  Marzenie  o  prysznicu  nie  jest  niczym  złym.
Weszłybyśmy nawet wszystkie razem.

Hannah była wściekła. Musiały jej posłuchać. Zmusi je. Na co ta jej

cała  wiedza  z  przyszłości,  skoro  nikt  jej  nie  chce  słuchać?  Może
mają ją za dziwaczkę, chorą czy nawet stukniętą, ale nic z tego nie
było  prawdą.  Jakimś  cudem  pochodziła  z  przyszłości.  Jeśli  bardzo
się wysiliła, była w stanie przywołać tamte wspomnienia. Wiedziała,
że  może  im  wszystkim  pomóc,  jeśli  tylko  jej  pozwolą.  W  końcu
podniosła wzrok. Kobiety i pozostałe dziewczyny nieśmiało, z bólem,
powoli  zdejmowały  ubranie.  Hannah  pomyślała,  że  wyglądają  na
takie bezbronne, bezradne. A jednak była w nich pewna niewinność
i  nadzieja.  Czekały  tylko  na  prysznic.  Zagryzając  dolną  wargę,
pomyślała  o  tym,  jak  jej  wiedza  na  temat  komór  gazowych,

background image

brutalnych strażników, nazw takich jak Auschwitz i Dachau, może im
się  tu  przydać,  nagim  i  bezbronnym,  poza  tym,  że  zabierze  te
kolejne  chwile  nadziei.  Może  Gitl  miała  rację.  Jesteśmy,  gdzie
jesteśmy
.  Nie  powinna  dodawać  im  cierpienia.  Pochyliła  się
i rozsznurowała buty.

 
 

Czekały  prawie  dwadzieścia  minut  w  zimnym  pomieszczeniu,
w którym panowała przeraźliwa cisza. Siedząca obok Hannah Gitl po
cichu zaczęła śpiewać piosenkę o marzeniu.

– Lepiej jest marzyć, lepiej jest śnić – zaśpiewała.
Przyłączyły się do niej Estera, Jente i Szyfra.
Hannah  rozejrzała  się  dookoła,  a  później  pochyliła  i  szeptem

spytała Esterę:

– Gdzie jest Rachela?
Estera śpiewała dalej, ale po jej policzkach popłynęły łzy.
– Lepiej jest śnić.
–  Gdzie  ona  jest?  –  Hannah  się  nie  poddawała,  choć  jej  pytanie

pozbawione  było  autorytarności,  kiedy  obie  siedziały  nagie,  z  gęsią
skórką na rękach i udach.

Estera  nagle  przestała  śpiewać  i  spojrzała  na  swoje  nagie  nogi.

W końcu się odezwała.

– Rachela każdej wiosny miała problemy z oddychaniem.
Hannah przypomniała sobie specyficzne przerwy na złapanie tchu,

jakie dziewczyna robiła podczas mówienia.

– Miała… kłopoty z oddychaniem… w wagonie? – spytała Hannah.

Zaczęła się trząść jeszcze zanim usłyszała odpowiedź Estery, choć
sama nie wiedziała, dlaczego. – Czy ona… czy ona… nie żyje?

background image

– Lepiej jest marzyć – zaśpiewała Estera, ale jej głos załamał się

na wysokim tonie.

Hannah otworzyła usta i zorientowała się, że łapczywie pochłania

powietrze.  Nie  mogła  przestać.  Po  mniej  więcej  siedmiu  głębokich
oddechach  odezwała  się,  swoich  słów  nie  kierując  do  nikogo
szczególnego:

–  Powinnam  była  jej  powiedzieć,  że  jest  moją  najlepszą

przyjaciółką. Powinnam była powiedzieć: tak, powinnam była…

Nagle drzwi zamaszyście się otworzyły i do środka weszło dwóch

żołnierzy, obcasami głośno stukając o drewnianą podłogę.

–  Achtung!  –  krzyknął  młody  mężczyzna  z  uciekającym  lewym

okiem.

Dziewczyny  krzyknęły  i  odwróciły  się  plecami,  a  młodsze  kobiety

usiłowały  osłonić  się  dłońmi.  Fajga  zgięła  się  w  pół,  a  jej  długie
czarne włosy okryły ją niczym koc. Starsze kobiety nie drgnęły.

– Pod prysznic – rozkazał żołnierz z wadą wzroku. – A potem do

fryzjera.

Hannah  wstała  powoli.  Będę  odważna.  Tylko  ja  wiem

o  krematoriach,  ale  będę  odważna.  Nie  odbiorę  im  nadziei,  bo
została  im  tylko  ona.  Nie  powiem  im,  że  Niemcy  często  kłamali,
zapewniając  ludzi,  że  idą  pod  prysznic,  gdy  tymczasem  prowadzili
ich na śmierć. 
Ledwie trzymała się na nogach. Wydawało jej się, że
nie  jest  w  stanie  stawiać  jednej  przed  drugą.  Cieszyła  się,  że  Gitl
przez  cały  czas  trzyma  ją  pod  ramię.  Woda  była  lodowata,  ale
Hannah  poczuła  taką  ulgę,  że  rzeczywiście  znalazły  się  pod
prysznicem, a nie w komorze gazowej, jak się spodziewała, że stała
pod strumieniem przez długą chwilę. Odchyliła głowę, otworzyła usta
i  połykała  zimne  krople,  aż  zapełniła  żołądek.  Nagle  wodę
zakręcono.

background image

–  Schnell,  schnell!  –  krzyczeli  żołnierze,  przeganiając  je

z powrotem, bez ręczników, do zimnego pomieszczenia.

Ze spuszczoną głową i dłońmi na piersiach Hannah przeszła przed

szeregiem  żołnierzy,  marząc  o  błękitnej  sukience,  którą  kiedyś
uważała za tak dziecinną.

Ich  ubrania  zniknęły.  Nie  mając  w  co  się  wytrzeć  i  bez  żadnych

ubrań, które mogłyby założyć, czekały nagie, drżąc z zimna. Dzieci
zaczęły cicho popłakiwać, a Hannah musiała się powstrzymać, żeby
się  do  nich  nie  przyłączyć.  Nagle  drzwi  od  zewnątrz  się  otworzyły
i  jeden  z  żołnierzy  wprowadził  do  pomieszczenia  niskiego
mężczyznę o ciemnej karnacji.

–  To  jest  fryzjer  –  poinformował.  –  Ustawicie  się  w  rzędzie,  a  on

wykona  swoje  zadanie.  Żadnych  hałasów.  Pamiętajcie,  nie  ma
włosów, nie ma wszy.

Wszy? Pomyślała Hannah. Przecież my nie mamy wszy.
Fryzjer bez wątpienia był więźniem. Sam też miał ogoloną głowę,

a  kości  twarzy  miał  tak  wydatne,  że  zdawało  się,  że  składa  się
wyłącznie  z  czoła  i  nosa.  Obcinając  włosy,  nie  wykazywał  się
żadnymi  nadzwyczajnymi  zdolnościami,  grube  kosmyki  często
traktował  tępymi  nożyczkami.  Dwa  jasne  warkocze  Szyfry,  obcięte
w  całości,  z  cichym  łoskotem  wylądowały  na  podłodze.  Dotknęła
jednego  bosą  stopą,  jakby  był  jakimś  nieznanym  zwierzęciem.  Loki
Fajgi, rozprostowane po kąpieli, rozsypały się po podłodze, tworząc
wzór,  niczym  malunek  na  dywanie.  Mała  Cipora  krzyczała
z  przerażenia,  kiedy  nadeszła  jej  kolej,  aż  jakaś  kobieta  mocno  ją
przytrzymała.

Kiedy  mężczyzna  podszedł  do  Hannah,  zagryzła  dolną  wargę,

żeby się nie rozpłakać i przez cały czas nie otworzyła oczu. Skupiała
się  na  tym,  co  będzie  dalej  –  po  prysznicu  i  obcięciu  włosów  –

background image

przypominając  sobie  szkolne  lekcje  o  Holokauście.  Ale  kiedy
nożyczki pozbawiły ją włosów, a brzytwa ogoliła ich resztki, z nagłą
potworną  paniką  uświadomiła  sobie,  że  nie  pamięta  już  niczego
z  przeszłości.  Nie  pamiętam,  wyszeptała  do  siebie.  Nie  pamiętam.
Wspomnień  została  pozbawiona  równie  brutalnie,  co  włosów,  nie
pytana  o  pozwolenie,  bez  powodu.  Otworzyła  oczy  i  wbiła  wzrok
w  podłogę.  Wokół  leżały  kępy  mokrych  pukli:  ciemnych,  jasnych,
krótkich,  długich,  i  dwa  jasne  warkocze.  Przepadło,  wszystko
przepadło
,  znów  pomyślała  wzburzona,  nie  wiedząc  już  nawet,  co
właściwie  przepadło,  i  co  opłakuje.  Podniosła  wzrok  i  nie  mogła
rozpoznać  żadnej  z  kobiet.  Bez  włosów  wszystkie  wyglądały
jednakowo.

–  Gitl  –  krzyknęła,  wypowiadając  jedyne  imię,  jakie  pamiętała.  –

Gitl,  gdzie  jesteś?  –  Głos  jej  się  załamał  i,  choć  wcale  nie  chciała,
zaczęła  szlochać,  niemal  bezgłośnie.  Objęły  ją  czyjeś  ramiona,
a dotyk skóry na skórze przyprawił ją o dreszcz. Wszystko wydawało
się dziwne, obce, jakby znalazła się na innej planecie, jakby znalazła
się na księżycu.

–  Gitl?  –  wyszeptała  do  nieznajomej  z  ogoloną  głową,  która  ją

tuliła.

– Tak, dziecko. Ale obiecaj mi, że już nigdy więcej nie zapłaczesz

przy tych bestiach. Nie zapłaczemy nigdy więcej.

–  Nigdy  –  przytaknęła  Hannah,  wycierając  oczy  grzbietem  dłoni.

Dzięki tej obietnicy poczuła się silniejsza. – Nigdy.

background image

 

background image

 
 

12

 
 
 
 
 
 

Siedziały  na  ławkach  nagie  i  zziębnięte  przez  długi  czas,  kiedy
fryzjer zajmował się każdą po kolei. Hannah rozejrzała się ostrożnie
dookoła. Bez włosów wszystkie wyglądały jak drobnej budowy starzy
mężczyźni.  Była  ciekawa  swojego  wyglądu,  ale  powstrzymała  się
i  nie  uniosła  po  raz  kolejny  dłoni  do  głowy.  Nie  zamierzała  o  tym
myśleć.  Myślenie  było  niebezpieczne.  W  tym  miejscu  nie  będzie
myśleć, tylko robić.

Po chwili straciła poczucie czasu. Minuty odmierzało jedynie ciach-

ciach nożyc i rzadki płacz ofiar fryzjera. Hannah miała wrażenie, że
w tej atmosferze jak ze snu, za chwilę może wydarzyć się wszystko.

W  odległych  drzwiach  stanęła  kobieta  w  niebieskiej  sukni  i  przez

długą chwilę przyglądała się im wszystkim z kwaśną miną. Hannah
siedziała akurat przodem do drzwi w chwili, gdy nadzorczyni weszła,
i  bezwiednie  spojrzała  jej  w  oczy.  To  ta  kobieta  pierwsza  odwróciła
wzrok.

–  Schnell!  Do  drugiej  sali.  Musicie  się  ubrać.  –  Odwróciła  się

gwałtownie,  wykonując  gest  dłonią.  Hannah  dopiero  teraz
zauważyła, że ma tylko trzy palce u prawej dłoni.

Ciekawe, jak straciła palce, pomyślała Hannah. Może już się taka

urodziła?  Nagle  sobie  przypomniała,  co  postanowiła  na  temat

background image

myślenia. Wstała i wraz z innymi wyczłapała z pomieszczenia.

Po  raz  pierwszy  pozwoliła  sobie  na  to,  by  odczuwać  głód.  Ale

kiedy zaczęła się zastanawiać, kiedy mogą dostać coś do jedzenia,
cichy  głos  przypomniał  jej:  nie  myśl,  rób.  Wyciągnęła  rękę
i  odnalazła  dłoń  jednego  z  dzieci.  W  milczeniu  ścisnęła  ją  dla
pokrzepienia.

 
 

Sala,  do  której  je  zagoniono,  była  małym,  niskim  pomieszczeniem
z  jednym  oknem  umieszczonym  wysoko,  tuż  pod  sufitem.  Hannah
kojarzyła się z jakimś poddaszem, nie wiedziała, jakim. Nad kilkoma
długimi  stołami,  na  których  piętrzyły  się  szmaty,  zwisała  naga
żarówka.

– Shmattes! – ochrypłym głosem wyszeptała kobieta za Hannah.
–  Wybierać!  –  ryknęła  kobieta  w  błękicie  z  trzema  palcami.  –

Schnell!

Hannah  stanęła  przy  jednym  ze  stołów  i  zaczęła  przekopywać

ubrania.  Były  podarte,  zniszczone  i  miały  specyficzny  zapach,
wyczuwalny  odór  starego  potu  i  czegoś  innego,  ale  Hannah  nawet
nie chciała domyślać się, czego. Zawahała się.

– Wybierajcie, Żydówki. Teraz nie możecie się już stroić.
Nie myśl. Rób. Hannah wsadziła dłoń w stos, po czym wyciągnęła

ciemnoszarą sukienkę z brudnym białym kołnierzykiem i mankietami.
Przy  rąbku  miała  postrzępione  rozdarcie,  a  pod  pachami  –  mocne
plamy od potu. Rozejrzała się i zobaczyła, że pozostałe kobiety już
wkładają  na  siebie  to,  co  wybrały.  Podniosła  szarą  sukienkę  nad
głowę  i  założyła  ją.  Materiał  był  jedwabisty  i  w  miejscu  plam  dość
sztywny.

background image

Zapinając  trzy  guziki  na  przedzie,  przypomniała  sobie  nagle

granatową  sukienkę  od  Gitl,  którą  uznała  za  brzydką  i  nazwała
szmatą. Nawet to ulotne wspomnienie, które powróciło, przyniosło jej
pociechę.  Kiedy  nazwała  tę  suknię  szmatą,  nie  miała  pojęcia,  co
znaczy nosić szmaty. Rękawy opinały jej ręce.

– Pomóż dzieciom – wyszeptał ktoś obok niej.
Szept przypominał głos Gitl.
Hannah  spojrzała  na  nagie  dziecko  obok  niej.  Czyżby  to  była

Cipora?  Biedulka,  trzymała  kciuk  w  buzi.  Powieki  miało
sinoniebieskie  i  kołysała  się,  stojąc.  Hannah  szybko  przeszukała
stos  ubrań  i  znalazła  bluzkę  i  sweter  wyglądające  na  odpowiednie
rozmiarem.  Mała  nie  wykonała  najmniejszego  ruchu,  żeby  pomóc
przy  ubieraniu,  więc  Hannah  musiała  ubierać  ją  tak,  jakby  ubierała
lalkę, wpychając jej ręce w rękawy bluzki najdelikatniej jak mogła.

Stamtąd  zagoniono  je  prosto  do  następnego  pomieszczenia

i  kazano  ustawić  się  w  kolejce.  Przy  drewnianym  stole  siedział
kolejny  więzień  z  ogoloną  głową  i  dziwnym  metalowym
instrumentem. Drzwi pilnowali strażnicy.

Hannah słyszała szmer głosów przy stole, ale nie była w stanie się

domyślić,  o  czym  rozmawiają.  Trzymając  Ciporę  za  rączkę,
przesuwała się w powolnym rytmie szurających po podłodze bosych
stóp: czekaj, idź, czekaj, idź. Bliżej stołu zauważyła, że mężczyzna
posługiwał  się  narzędziem,  żeby  napisać  coś  na  ręce  każdej
z  kobiet.  Dziwne,  ale  żadna  nie  protestowała  ani  nie  cofnęła  ręki.
Powróciło  do  niej  kolejne  wspomnienie,  bardziej  mgliste  niż
wspomnienie sukienki. „To…”, usłyszała krzyk znajomego męskiego
głosu. „Ja im to dam!”. Nie była w stanie skojarzyć, kto to był, ani co
komu dawał. Kiedy się odwróciła, żeby zobaczyć, kto mówi, wszyscy
za nią w milczeniu wpatrywali się w podłogę.

background image

– Następna!
Miał na myśli Hannah. Podeszła do stołu i usiadła na krześle przy

bocznej krawędzi.

–  Powiedz,  jak  masz  na  imię  –  odezwał  się  mężczyzna.  –  A  ja

w zamian dam ci numer.

Sprawa  wydawała  się  dość  prosta,  ale  nie  była  w  stanie  podać

swojego imienia. Nic nie przychodziło jej do głowy.

– Chaja – wyszeptała ochryple Gitl z tyłu. – Chaja Abramowicz.
Powtórzyła to głośno.
– Chaja.
Miała wrażenie, że to imię należy – i nie należy – do niej.
Mężczyzna  spojrzał  na  nią,  a  jego  oczy  były  najsmutniejszymi,

jakie w życiu widziała, błotnistobrązowe, w odcieniu rzecznego mułu.
Wargi  miał  pomarszczone  i  stare.  Dolna  szczęka  opadła  jak  klapa
otworu  jakiegoś  urządzenia,  a  z  jego  ust  wydobył  się  dźwięk  nieco
przypominający krzyk.

– Wiedziałem, że kiedyś się to stanie – wyszeptał. – Któregoś dnia.

Malach ha-mavis.

– Co? Co? – spytała Hannah.
–  Sukienka,  którą  masz  na  sobie,  należała  do  mojej  córki,  Chajo

Abramowicz.  Mojej  Chaji.  W  Lublinie  przywiozłem  ją  dla  niej
w prezencie.

– Chaja – powiedziała Hannah.
– Imię też takie samo. Bóg jest dobry. Twoje imię oznacza: życie. –

Głos mu się załamał.

– Życie – powtórzyła Hannah.
Kiwnął  głową,  a  później  nią  pokręcił,  wszystko  jakby  w  jednym

ruchu.

– Nie jesteś już Chają, dziecko. Teraz jesteś J197241. Zapamiętaj.

background image

–  Niczego  nie  umiem  zapamiętać  –  wyznała  Hannah,

zdezorientowana.

–  To  pamiętać  musisz,  bo  jeśli  zapomnisz,  życie  się  skończy.  –

Długopis  do  tatuażu  palił  jej  ciało,  pozostawiając  szlak  niebieskich
cyfr  na  ręce  nad  nadgarstkiem.  J197241.  Nie  płakała.  Nie  mogła
tego  zrobić.  To  była  jeszcze  jedna  rzecz,  jaką  pamiętała:  obietnica
złożona  Gitl.  Kiedy  mężczyzna  wytatuował  całą  liczbę,  wyciągnął
rękę  i  dotknął  kołnierzyka  jej  sukienki,  delikatnie  go  wygładzając.  –
Żyj  –  wyszeptał.  –  Za  moją  Chaję.  Za  wszystkie  nasze  Chaje.  Żyj.
I pamiętaj.

Rozległo  się  głośne  kaszlnięcie  i  Hannah  spojrzała  w  górę  na

pozbawioną uśmiechu twarz strażnika.

– Następna! – powiedział.
Następna  była  mała  Cipora.  Hannah  wzięła  ją  na  kolana,  zakryła

jej  oczy  lodowatymi  dłońmi  i  nuciła  jej  do  ucha  piosenkę.  Była  to
piosenka weselna, jedyna, jaka przyszła jej do głowy, mówiąca coś
o zgotowanym losie. Słowa nie miały znaczenia, liczyła się melodia,
liczył się kojący rytm. Dziecko, Cipora, J197242, wtulała się w ciszy
w jej ramiona.

 
 

Wzdłuż  jednej  ze  ścian  baraku,  do  którego  je  przydzielono,  ciągnął
się długi ceglany piec, a po bokach, w głębokich dołach, znajdowały
się  prycze  na  kształt  potrójnych  łóżek  piętrowych,  ściśnięte  obok
siebie  w  nieprawdopodobnie  małych  odległościach.  Wychodki  były
na zewnątrz.

Hannah  pomogła  Ciporze  wdrapać  się  na  jedną  z  niskich  prycz.

Nie było koców ani poduszek, ale mała się nie skarżyła. Skuliła się
w kłębek i leżała nieruchomo, nie przestając ssać kciuka.

background image

–  Sprawdzę,  czy  jest  coś  do  jedzenia  –  wyszeptała  do  niej

Hannah. – I czy są skarpetki. I buty. I jakieś koce. Albo poduszki. Ty
śpij.  –  Kiedy  wstała,  zobaczyła,  że  Gitl  pomaga  Fajdze  położyć  się
na pryczy mniej więcej w połowie budynku. Wiedziała, że to ona, bo
Fajga, nawet z ogolonymi włosami i twarzą w odcieniu starej książki,
w  bezkształtnej  brązowej  wzorzystej  sukience,  była  nieziemską
pięknością.  Ale  jej  oczy  były  dziwnie  nieruchome;  przesunęła  się
tam, gdzie pchnęła ją Gitl.

Gitl podniosła głowę i spojrzała na Hannah. Położyła sobie ręce na

biodrach,  niemal  zakrywając  jaskrawe  kwiaty  na  czerwonej
wzorzystej sukience, i uśmiechnęła się kpiąco.

– No i?
–  No  i!  –  odpowiedziała  szeptem  Hannah.  W  tym  ciemnym,

zimnym  miejscu  zdawało  się  to  jakąś  pociechą.  Akurat  w  tej  chwili
zaburczało  jej  w  brzuchu,  potwornie  głośno  w  barakowej  ciszy.  To
również był odgłos życia. Gitl odchyliła głowę i ryknęła śmiechem.

– Jak możesz się śmiać? – oburzyła się Hannah.
– A jak ty możesz się nie śmiać? – odparła Gitl. – Bez śmiechu nie

ma nadziei. Bez nadziei nie ma życia. Bez życia…

– Bez życia… – Hannah załamał się głos na wspomnienie starego

tatuażysty.

–  Bez  jedzenia  nie  ma  życia  –  powiedziała  Gitl.  –  Pójdziemy

zobaczyć, czy któraś z tych bestii wierzy w jedzenie.

W  chwili,  gdy  spróbowały  wystawić  stopę  na  zewnątrz,  drogę

zablokował  im  strażnik.  Dzięki  temu,  że  posługiwały  się  jidysz,
zrozumiały jego niemiecki.

– Nie wyjdziecie – oznajmił z surową miną na dziecinnej twarzy.
– Mamy tu dzieci, które nie jadły od wielu dni – odpowiedziała Gitl.

background image

–  Przywykną  –  odparł  żołnierz,  jakby  te  słowa  były  dla  niego

rutyną. – Przywykną.

–  Jest  taka  anegdota  o  chłopie,  który  przyuczał  konia,  żeby  jadł

coraz  mniej  –  zaczęła  Gitl.  –  A  kiedy  już  prawie  udało  mu  się  go
nauczyć  nie  jeść  zupełnie  nic,  niewdzięcznik  zdechł.  Chyba  ją  pan
słyszał?

– Od Żydów nie słyszę niczego ważnego – stwierdził żołnierz. – Za

to mam im coś ważnego do powiedzenia. – Wskazał wznoszący się
nad  budynkiem  z  płaskim  dachem  ceglany  komin,  z  którego
w powietrze wzbijała się leniwie cienka smużka dymu. – To żydowski
dym!  Naucz  się  jeść,  kiedy  ci  dają,  Żydówko,  bo  inaczej  ty  też
pójdziesz z tym dymem.

– Żydowski dym? – wyszeptała Gitl.
Ale  żołnierz  już  zamykał  drzwi,  mimo  jej  protestujących  dłoni.

Hannah  zagryzła  wargę.  Komin  i  wydobywający  się  z  niego
złowieszczy czarny kłąb dymu, rozpływający się na błękitnym niebie,
z czymś jej się kojarzył. Ale nie mogła sobie przypomnieć, z czym.
Uciekło jej to z pamięci. Coś na temat dymu. I ognia. I pieców.

– Piec – wyszeptała.
– No nic – odezwała się Gitl. – Przynajmniej coś wiemy.
Hannah spojrzała na nią w górę, a strzęp wspomnień znikł.
– Co?
– Że dadzą nam jeść.
– Kiedy?
– Bóg jeden wie. I miejmy nadzieję, że powie Niemcom!
Odwróciły  się  i  rozejrzały,  oswajając  z  mrokiem  baraków.  Hannah

dostrzegła,  że  niemal  wszystkie  prycze  są  zajęte.  Kobiety  i  dzieci
leżały nieruchomo jak trupy.

– Patrz, nawet myśl o jedzeniu ich nie kusi – skomentowała Gitl.

background image

Hannah  nie  mogła  się  powstrzymać  i  potarła  oczy.  Nagle

owładnęła nią myśl o śnie, w pozycji leżącej.

– Gdzie ja mam głowę? – zreflektowała się Gitl, stukając się dłonią

w  czoło.  –  Przecież  jesteś  dzieckiem.  Tak  samo  jak  jedzenia,
potrzeba ci snu. – Wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać ją po głowie, ale
się zawahała i pogłaskała ją po ramieniu. – Idź się przespać, Chajo.

– Idź się przespać… – Hannah zerknęła na nadgarstek. – Chciałaś

powiedzieć: idź się przespać, J197241.

–  Masz  imię,  nie  jesteś  numerem.  Nigdy  nie  zapominaj  tego

imienia,  bez  względu  na  to,  co  ci  tu  powiedzą.  Dla  mnie  zawsze
będziesz  Chają:  życiem.  Jesteś  dzieckiem  mojego  brata.  Płynie
w tobie moja krew.

Hannah  powoli  pokręciła  głową,  ale  ani  ona,  ani  Gitl  nie  widziały,

co  właściwie  chce  przez  to  powiedzieć.  Potarła  palcami  cyfry  na
obolałej  ręce,  jakby  je  zapamiętywała.  Później  pozwoliła  Gitl
zaprowadzić  się  na  niezajętą  pryczę.  Wsunęła  się  na  nią  i,  nie
zwracając uwagi na to, że jest twarda, zasnęła.

Śniła jej się pieczeń wołowa, słodkie wino i gorzkie zioła.

background image

 

background image

 
 

13

 
 
 
 
 
 

Obudził  ją  dziwny  mechaniczny  ryk.  Przez  chwilę  myślała,  że  to
radio  z  budzikiem  przy  jej  łóżku.  Usiadła  gwałtownie  i  z  hukiem
uderzyła  głową  w  półkę  ponad  nią.  Oszołomiona,  rozejrzała  się.
Radio z budzikiem? Słowa ciężko osiadły w jej myślach. Nie bardzo
wiedziała,  czym  jest  radio  z  budzikiem.  Poza  tym  głowa  bolała  ją
w  miejscu  uderzenia,  a  plecy  były  obolałe  od  leżenia  na  twardej
pryczy.  Bolała  ją  nawet  noga.  Zgięła  kolano  i  podciągnęła  ją,  żeby
się  przyjrzeć.  Na  kości  piszczelowej  była  zaschnięta  krew  i  duży
strup. Wtedy sobie przypomniała: podróż wagonem bydlęcym, długie
dni o głodzie, upał i chłód, smród, zmarłe niemowlę, tatuaż, ogolone
włosy. Ostrożnie podniosła rękę i dotknęła głowy. Z włosów została
szczecina.  Nie  odważyła  się  spojrzeć  na  numer  na  ręce.  Powoli
zwiesiła  nogi  i  stanęła  na  podłodze,  świadoma,  że  wycie  ustało.
Pozostali  w  barakach  wstawali  równie  wolno.  Rozejrzała  się,  choć
wzrok miała ciągle zaspany.

Drzwi  baraków  otworzyły  się  zamaszyście  i  do  środka  głowę

wsadził strażnik.

–  Jak  chcecie  jeść,  to  się  ustawiać.  Już.  Schnell.  Musicie  jeść.

Głodny Żyd to martwy Żyd. Martwi Żydzi nie pracują.

background image

– Jedzenie! – wyszeptała do siebie Hannah, i powrócił do niej sen,

który jej się przyśnił: wszystkie sederowe potrawy i znajome twarze,
twarze,  które  niemal  –  ale  niezupełnie  –  była  w  stanie  nazwać.
Wyobraziła  sobie  smak  wołowej  pieczeni  i  ślina  wypełniła  jej  usta.
Stojąc, wygładziła pognieciony dół sukienki i rozejrzała się za Gitl.

Ta  pochylała  się  nad  jedną  z  najniższych  półek.  Hannah

rozpoznała  ją  po  paskudnej  czerwonej  wzorzystej  sukience.
Podeszła do niej szybko i krzyknęła:

– Jedzenie, Gitl! Dadzą nam jeść. O ile się pospieszymy. Wreszcie!
Gitl patrzyła w kierunku drzwi, poza Hannah, jakby jej nie widziała.

Jej wargi coś szeptały, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk,
a jej dłonie zaciskały się w pięści i rozluźniały.

Coś kazało Hannah się pochylić i spojrzeć na pryczę. Mała Cipora

leżała  skulona,  z  palcem  w  ustach  jakby  smoczkiem  butelki.  Na  jej
policzku  siedziała  mucha.  Hannah  wyciągnęła  rękę,  żeby  ją
odegnać.

– Nie dotykaj jej – powiedziała Gitl.
–  Ale…  –  Dłoń  Hannah  zawisła  nad  policzkiem  dziecka  i  nad

muchą, która nie chciała odlecieć.

– Powiedziałam: nie dotykaj jej! – Głos Gitl był dziwnie ochrypły.
Hannah,  mimo  wszystko,  wyciągnęła  rękę  w  kierunku  muchy,

z niedowierzaniem, a Gitl chwyciła jej dłoń i odwróciła ją. Dwukrotnie
ją spoliczkowała.

– Nie… – policzek – …dotykaj jej – drugi.
Później, równie niespodziewanie, objęła ją z taką siłą, że Hannah

sapnęła. Gitl ukryła twarz w ramieniu Hannah, szlochając.

–  Icchak…  co  ja  mu  powiem…  Cipora…  trzeba  mu  powiedzieć…

co ja mam… bestie!

background image

Hannah zdołała jedynie na tyle uwolnić dłonie, żeby pogłaskać Gitl

po  ogolonej  głowie,  dotykając  jej  najdelikatniej  jak  umiała.  Policzki
ciągle paliły ją od niespodziewanych razów.

Z  baraków  wyszły  jako  ostatnie.  Nawet  Fajga  zdołała  ustawić  się

w  kolejce  po  jedzenie  przed  nimi,  dzięki  pomocy  jednej  z  kobiet
z  wioski.  Gdy  wyłoniła  się  z  budynku,  mrugając  w  południowym
słońcu,  Hannah  dostrzegła,  że  oczy  Gitl  są  suche,  ale  była  w  nich
jakaś  potworna  niewypowiedziana  złość.  Kolejka  przesuwała  się
szybko,  w  milczeniu.  Przy  pierwszym  stole  jakaś  dziewczynka
wręczyła  każdej  z  nich  metalową  miskę.  Z  pospolitą  twarzą,
szerokim  czołem  i  głęboko  osadzonymi  brązowymi  oczami
przywitała  je  uśmiechem,  jak  stare  przyjaciółki.  Hannah
przypuszczała, że ma nie więcej niż dziesięć lat, jednak po jej twarzy
trudno byłoby to odgadnąć.

–  Musicie  bardzo  pilnować  swoich  misek  –  poinstruowała  je.  Nie

ulegało wątpliwości, że te same słowa recytowała kolejnym grupom
nowo  przybyłych,  a  jednak  w  jej  głosie  były  słodycz  i  cierpliwość
dość  nieprzystające  do  przekazywanej  informacji.  –  Mówię  na  nie
„miski-wszystko”,  bo  są  dla  nas  wszystkim.  Bez  miski  nie  można
zjeść,  umyć  się,  napić.  Zapamiętajcie  swoje  miski:  ich  wgniecenia,
kształt.  Zawsze  pamiętajcie,  gdzie  je  kładziecie.  Drugiej  nie
dostaniecie.  –  Puściła  oko  do  Hannah.  –  To  wersja  oficjalna.  Moja
mama, niech spoczywa w pokoju, dawała je, a teraz ja ją zastępuję.
Jeżeli  spotkasz  się  ze  mną  dziś  po  kolacji,  powiem  ci  resztę.
A gdybyś nie mogła mnie znaleźć, pytaj o Ryfkę. Ryfkę.

Hannah,  zbyt  wyczerpana,  żeby  zareagować,  kiwnęła  głową

i  podniosła  miskę,  by  otrzymać  przysługującą  jej  chochlę  wodnistej
kartoflanki.  Przy  następnym  stole  dostała  małą  kromę  ciemnego

background image

chleba.  Zaczęła  jeść  jeszcze  zanim  opuściła  kolejkę.  Była  zbyt
głodna, żeby robić to powoli, a zupa i chleb znikły, ani się obejrzała.

Po  posiłku  zugangi  znów  zostały  ustawione  w  porządku,  który

Hannah zdawał się zupełnie przypadkowy, ustalonym przez tę samą
kobietę  o  trzech  palcach.  Rozdzielała  razy  i  pchnięcia  z  taką
zapalczywością,  że  wszystkie,  bez  protestu,  robiły  to,  co  kazała.
Hannah  zdołała  uniknąć  uderzenia  w  policzek.  Policzek
przeznaczony dla niej trafił w Szyfrę, która krzyknęła z bólu i jeszcze
raz  została  spoliczkowana  za  hałas.  Hannah  skuliła  się,  słysząc
stłumiony  szloch  Szyfry,  z  poczuciem  winy,  że  to  przez  nią,
i z poczuciem ulgi, że cios nie spadł na nią.

Kiedy  już  stały  w  rzędzie  ku  zadowoleniu  kobiety,  kiwnęła

energicznie głową i przeszła naprzód, żeby do nich przemówić.

– Zastanawiacie się, czego się od tej pory spodziewać? – spytała.

– Powiem wam, czego się spodziewać. Otóż ciężkiej pracy. Ciężkiej
pracy  na  okrągło.  I  kary,  jeśli  nie  będziecie  wykonywać  zadania
dobrze i na czas, bez marudzenia.

Jej przemowa była na tyle krótka, że Hannah odetchnęła głęboko

z  ulgą.  Zaczynała  się  rozluźniać,  kiedy  do  kobiety  podszedł
mężczyzna w ciemnym mundurze obwieszonym medalami. Kobieta
skłoniła głowę, a później podniosła wzrok na więźniarki, z groźnym,
ostrzegawczym  uśmiechem.  Stojąc  przez  długą  chwilę  z  rękami  za
plecami,  oficer  przyglądał  im  się  w  milczeniu.  Hannah  czuła,  jakby
zaglądał  do  jej  wnętrza,  sumował  jej  zdolności,  oceniał  jej
możliwości.  Ktoś  jeszcze,  kogo  znała,  stał  w  ten  sposób.  Pan…
Pan… Pan Unsward. Przypomniała sobie nazwisko i niemal widziała
go  w  myślach,  ale  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  kto  to  taki  –
pamiętała tylko, że stał przez grupą i w ten sam sposób kręcił głową.
Zastanawiała  się,  czy  powinna  się  uśmiechnąć  do  oficera  i  czy  to

background image

może jakoś pomóc. W szkole czasami działało. Na pana Unswarda.
W szkole! A więc złapała ten ulotny strzęp wspomnień. Znikł równie
szybko, jak się pojawił, a zastąpiło go wspomnienie o wiele bardziej
wyraźne: małej Cipory ciągle leżącej na najniższej pryczy, z palcem
w buzi, tak ostatecznie zakrzywionym. Ten obraz odebrał szansę na
uśmiech.

Oficer odkaszlnął.
–  Macie  zachowywać  dyscyplinę  –  odezwał  się  nagle,  bez

żadnego  wstępu.  –  Macie  ciężko  pracować.  Macie  nigdy  nie
pyskować,  nie  narzekać  i  nie  zadawać  pytań.  Macie  nie  próbować
ucieczki. Będziecie to robić dla Ojczyzny. Inaczej umrzecie. – Oficer
efektownie odwrócił się na pięcie.

Później  naprzód  wysunęła  się  kobieta  o  trzech  palcach,  żeby

powiedzieć im o pracy, jaka je czeka, i czego się od nich codziennie
oczekuje.  Ponad  ich  głowami  nurkował  i  krążył  kwartet  jaskółek,
świergoczących  jak  szalone  podczas  polowania  na  owady.  Gdzieś
z  prawej  strony  dobiegało  brzęczenie  maszyn.  W  oddali,  za  długim
rzędem baraków, Hannah widziała samotną smugę dymu, unoszącą
się na tle jasnego, wiosennego nieba, wydobywającą się bez końca
z wysokiego komina. Kolejny raz uświadomiła sobie, że czegoś nie
pamięta,  czegoś  bardzo  ważnego  dla  niej,  dla  nich  wszystkich.
Zastanawiała  się,  czy  Gitl  będzie  wiedzieć,  co  to  takiego
i  postanowiła,  że  ją  zapyta.  Ale  zahipnotyzowały  ją  hałaśliwe
jaskółki, surowe rozkazy kobiety i niski warkot maszynerii.

Kątem oka zerknęła na Gitl. Później, nie poruszając głową, jedynie

oczami, zdołała odnaleźć Fajgę. Stała w środku rzędu, z przeraźliwie
bladą  twarzą  i  zamkniętymi  oczami.  Kołysała  się  w  miejscu.  Za  nią
stała Estera, a obok Estery – Szyfra, której rzęsy, z powodu ogolonej
głowy,  wyglądały  jeszcze  dziwniej.  Hannah  je  pamiętała,  pamiętała

background image

wszystko,  co  jej  powiedziały  w  lesie.  Pamiętała  las.  I  pamiętała,  że
raczyła  ich  opowieściami.  Ale  samych  opowieści  nie  była  w  stanie
sobie przypomnieć, i ją to martwiło.

W  pierwszych  chwilach  ich  zbiórki  widziała  zbiegających  się  na

zgromadzenie  mężczyzn,  ale  nie  miała  odwagi  się  wtedy  odwrócić.
Nawet  teraz  bała  się  spojrzeć.  Czy  jest  tam  Szmul?  Icchak?  Rabin
Boruch, marszalik, członkowie klezmerskiej kapeli? Pan Unsward?

–  Gitl  –  wyszeptała  kącikiem  ust,  na  tyle  cicho,  żeby  kobieta

w błękitnej sukni jej nie usłyszała. – Gitl.

Gitl dotknęła jej dłoni.
– Chajo – odpowiedziała szeptem, tak żarliwym, że zabrzmiał jak

obietnica. Albo rozkaz.

background image

 

background image

 
 

14

 
 
 
 
 
 

Tego  wieczoru,  po  kolejnym  posiłku  złożonym  z  wodnistej  zupy
i małej kromki chleba, Hannah odnalazła Ryfkę. Były z nią już Estera
i Szyfra. Wyglądały na równie skrępowane jak Hannah, na otwartej
przestrzeni,  z  gapiącymi  się  na  nie  z  góry  wieżami  wartowniczymi
rozstawionymi co trzy metry wzdłuż płotu z drutu kolczastego.

– Nie bójcie się – uspokoiła je pośpiesznie Ryfka. – Wieczorem nie

ma się czego bać. W nocy nie puszczają gazu. Wypuszczają nas co
wieczór  na  godzinę  na  przymusowy  odpoczynek.  Jeśli  jesteś  żywa
teraz, w tej minucie, to wystarczy.

–  Jak  to:  wystarczy?  –  spytała  Estera  tonem  graniczącym

z piskiem. – Mój ojciec zaginął. Babcia umarła w pociągu. Nie mogę
znaleźć żadnej z ciotek. Jente i Racheli nie ma.

Ryfka ze smutkiem pokręciła głową.
– Jestem tu od roku, przez ten czas zginęli tu moja mama, siostry,

ojciec  i  brat.  –  Wskazała  komin  w  oddali.  –  Mama  dlatego,  że  za
ciężko  kaszlała,  żeby  pracować,  siostry  –  trzy  młodsze  ode  mnie  –
dlatego, że nie odstępowały jej na krok. Tata i mój brat Saul dlatego,
że  byli  za  bardzo  rozwścieczeni,  za  silni,  zbyt  wygadani.  Ostał  się
mój  brat  Wolfe,  ale  jest  w  Sonderkommando,  jest  żywym  trupem.
Równie  dobrze  mógłby  być  z  resztą  rodziny.  Wszyscy  mamy  takie

background image

historie. To brutalna arytmetyka. Ale ja – ja żyję. Wy żyjecie. Dopóki
oddychamy,  widzimy  i  słyszymy.  Dopóki  pamiętamy,  wszyscy  ci,
którzy odeszli przed nami, żyją w nas.

Estera zamierzała się odwrócić, ale Ryfka chwyciła ją za rękę.
–  Wysłuchaj  mnie.  Proszę.  Musisz  słuchać,  jeśli  chcesz  przeżyć.

Powiem  wam  o  rzeczach,  które  musicie  wiedzieć,  żeby  przetrwać
w tym miejscu. Nad nami unosi się malach ha-mavis, anioł śmierci.
Ale możemy go oszukać, jeśli będziemy stosować się do zasad.

–  A  kim  ty  jesteś,  żeby  nam  cokolwiek  mówić?  –  odezwała  się

Szyfra. – Co cię do tego uprawnia?

–  To  mnie  uprawnia  –  odparła  hardo,  wyciągając  rękę,  żeby

pokazać  numer.  J18202.  –  Bo  jestem  jak  wy,  Żydówką.  Jedynka
opisuje  mnie,  bo  jestem  sama.  Ósemka  moją  rodzinę,  bo  było  nas
ośmioro, kiedy mieszkaliśmy w wiosce. A dwójka, bo tylu nas teraz
zostało,  ja  i  Wolfe,  który  uważa  się  za  zero.  Ale  kocham  go  bez
względu  na  to,  do  jakich  prac  został  zmuszony.  A  kiedy  będziemy
wolni i to wszystko przeminie, znów będziemy dwójką. Daj Boże.

– Boga tu nie ma – skwitowała Hannah. – Marszalik miał rację. To

miejsce diabła.

– Diabła stworzył Bóg, więc Bóg też tu jest – odpowiedziała Ryfka.
– Pilpul, męskie dywagacje – wtrąciła Szyfra.
Ryfka się uśmiechnęła.
–  Przestrzegam  męskich  reguł.  Przestrzegam  diabelskich  reguł.

Przestrzegam Bożych reguł. I dlatego żyję. Żywa mogę wam pomóc.
Martwa nikomu w niczym nie pomogę.

Hannah bezwiednie odwzajemniła uśmiech.
–  Dobrze  –  powiedziała  Ryfka,  kiwając  głową.  –  Skoro  się

uśmiechasz, przeżyjesz.

background image

–  No  to  opowiedz  nam,  Ryfko,  o  tych  zasadach  –  zagadnęła

Hannah.

–  Po  pierwsze,  możecie  mówić  do  mnie  Ryfka,  a  ja  mogę  się

zwracać  do  was  po  imieniu,  ale  zapamiętajcie  mój  numer  tak,  jak
własny.  Musicie  umieć  odczytywać  numery  tak,  jak  odczytałybyście
imię. Są numery dobre i złe.

– Jak to? – zdziwiła się Szyfra.
Estera  oddaliła  się  od  nich,  kręcąc  głową  i  głośno  nucąc,  jakby

chciała zagłuszyć głos Ryfki.

– Estera – krzyknęła Szyfra.
– Zostaw ją – powiedziała Ryfka. – Zostaw ją. Czasami ludzie tak

reagują.  Przestają  słuchać.  Przestają  widzieć.  Tak,  jakby  doszli  do
wniosku,  że  o  życie  nie  warto  walczyć.  Nazywamy  takich
musselmen

[8]

.  To  smutne.  Bardzo  smutne.  Będzie  mi  przykro,  jeśli

twoja przyjaciółka wybierze tę drogę, ale jeśli tak, pozwolę jej na to.
I wy też musicie jej pozwolić.

Szyfra kiwnęła głową.
– Rozumiem.
–  A  ja  nie  –  zaprotestowała  Hannah.  –  Nie  można  jej  po  prostu

odpuścić.

–  Będziesz  musiała  –  uprzedziła  Ryfka.  –  To  jedna  z  trudnych

rzeczy, na które trzeba się zdobyć, żeby przeżyć. Pozwolić ludziom
odejść. Wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy odpuścić. Wiedzieć, z kim
rozmawiać,  a  kogo  unikać.  Posłuchajcie.  Nigdy  nie  stawajcie  obok
kobiety  z  literą  „G”  w  numerze.  To  Greczynka,  a  Grecy  nie  znają
jidysz i nie rozumieją niemieckiego. Greccy Żydzi znikają szybko.

– Stają się musselmen? – spytała Szyfra.
–  Stają  się…  Znikają  –  odparła  Ryfka.  –  No,  nie  dość  szybko

rozumieją  rozkazy,  nie  reagują  z  miejsca.  Każda  stojąca  obok  nich

background image

może  zniknąć  razem  z  nimi,  odesłana  do  jaskini  Lilit  razem
z Greczynką. Jest jeszcze jedna zasada…

– To nie są zasady – zaprotestowała Hannah. – To szaleństwo.
–  Tak  czy  owak  musicie  je  znać  –  orzekła  Ryfka.  –  Widzicie  mój

numer? Jest niższy od waszego. Ktoś z numerem takim jak mój jest
tu  długo.  Jesteśmy  ocalałymi.  Możemy  wam  wiele  powiedzieć.
Czytajcie numery. Mój niższy numer mówi, że potrafię organizować
rzeczy.

– Organizować? – Hannah pokręciła głową. – Co masz na myśli?
– Organizować – powtórzyła Ryfka. – Tak, jak zorganizowałam dla

was  buty  zamiast  drewnianych  chodaków.  I  swetry.  Będą  wam
potrzebne,  bo  noce  są  jeszcze  zimne.  A  jeżeli  będziecie
potrzebować leków, chociaż mamy ich niewiele, nawet w szpitalu –
a  tam  nie  chcecie  się  dostać,  o  ile  tylko  da  się  tego  uniknąć  –
musicie  znaleźć  Sarę  Lubliniankę,  J11177.  Pracuje  przy  sortowaniu
rzeczy i czasami uda jej się zorganizować maści z kieszeni płaszczy
czy walizek. A czasem tabletki. I chyba nawet bandaże, ale możecie
je  nosić  tylko,  jak  nikt  nie  widzi,  bo  inaczej  Sara  miałaby  problemy.
Komendant  ją  lubi.  W  Lublinie  była  śpiewaczką.  W  kawiarniach.
Każe jej śpiewać w czasie kolacji, kiedy przychodzi.

Hannah i Szyfra gapiły się na trajkoczącą Ryfkę. Te informacje były

jak  lawina,  pomyślała  Hannah.  Jak  można  to  wszystko  przyswoić
i ocaleć?

–  I  nigdy  nie  możecie  zbliżać  się  do  tego.  –  Ryfka  odwróciła  się

nagle  i  wskazała  na  drugą  stronę,  na  długi  drewniany  płot.
Znajdowała się w nim czarna furtka bez klamki. Za ogrodzeniem stał
wysoki  komin.  –  Nazywamy  ją  drzwiami  do  jaskini  Lilit,  jaskini
narzeczonej śmierci. Jeśli przejdziecie przez te drzwi, nie wrócicie.

background image

–  Lilit…  –  wymruczała  Hannah,  jakby  przypominała  sobie  jakąś

historię.

–  Ale  przede  wszystkim  musicie  wiedzieć  o  wysypisku  –

poinformowała Ryfka.

– Wysypisku? – zdziwiły się Szyfra i Hannah jednocześnie.
–  Tak.  Komendant  Breuer  nie  powinien  przyjmować  do  obozu

dzieci  poniżej  czternastego  roku  żucia.  Więc  kiedy  przyjeżdża  na
inspekcję,  dzieci  muszą  zniknąć.  Czego  nie  widzi,  to  nie  istnieje.
Najlepszą  kryjówką  jest  wysypisko.  Żaden  Niemiec  tam  nie  chodzi.
To  poniżej  ich  godności.  Oczywiście  wiedzą,  że  chowają  się  tam
dzieci, ale udają, że śmietnik jest po prostu zbyt brudny i odrażający.
Więc nie patrzą. Tak naprawdę wie nawet Breuer.

–  Musimy  wchodzić  do  śmietnika?  –  Hannah  była  wyraźnie

wstrząśnięta.

–  My  nie.  My  wyglądamy  na  odpowiednie  wiekiem.  Ja  mam

dopiero  dziesięć  lat,  ale  wszyscy  myślą,  że  jestem  starsza.  Wy
z  pewnością  też  ujdziecie.  Macie…  –  Wskazała  na  swoje
niewykształcone  piersi.  –  Więc  my  nie  musimy  nurzać  się
w śmieciach. Ale musimy pomagać maluchom.

–  Niemcy  mają  rację  –  skwitowała  Szyfra.  –  To  naprawdę

odrażające.

–  Odrażające?  Śmieci  mogą  być  rajem  –  odparła  Ryfka.  –  Jedna

z moich sióstr nie umiała biegać dość szybko, żeby zdążyć się ukryć
w śmietnikowej świątyni. Posłali ją z moją mamą przed tamte drzwi
do  jaskini  Lilit.  Ciągle  słyszę,  jak  mnie  woła,  żebym  jej  pomogła,
żebym ją ukryła…

Hannah  nagle  usłyszała  dziecięcy  głos,  jakby  z  oddali:  „Hannah,

patrz,  gdzie  się  schowałem…”.  Nie  mogła  dociec,  kim  jest  to

background image

dziecko. Ani kim była ona. Tak bardzo usiłowała sobie przypomnieć,
że rozbolała ją głowa.

– Poszła do kolejki i znikła – dokończyła Ryfka.
Hannah wpatrywała się w nią.
– Do jakiej kolejki?
–  Do  tej.  Tej,  którą  pochłania  malach ha-mavis,  anioł  śmierci.  Tej

do… – Blada na twarzy, z oczami koloru kawy, zamilkła.

Hannah  powoli  kiwnęła  głową,  nagle  pewna  jednego,  jakby

wiedziała to przez całe życie.

– Do komór gazowych – wyszeptała.
– Och, Chajo, tylko nie te twoje opowieści – zaprotestowała Szyfra

z szeroko otwartymi ze strachu oczami.

Ryfka zaprowadziła je do swojego baraku, trzy budynki od miejsca,

w  którym  umieszczono  zugangi.  Na  pryczach  wyżłobione  były
imiona,  a  na  gwoździach  w  ścianach  nabite  reklamy  z  gazet,  jakby
kobiety  próbowały  udomowić  tę  przestrzeń,  ale  to  nic  nie  dało.  Te
baraki  były  równie  odpychające,  jak  ich.  Spod  swojej  pryczy  Ryfka
wyciągnęła  stos  butów.  Szybko  je  przejrzała,  aż  znalazła  trzy  pary,
spośród  których  dwie  pasowały  idealnie,  a  buty  trzeciej  stylem
i rozmiarem były jednakowe, ale jeden był ciemnobordowy, a drugi –
brązowy.  Buty  były  bardzo  sfatygowane  i  dziurawe  na  palcach,  ale
nadawały się do noszenia.

– Mam nadzieję, że będą dobre albo prawie dobre.
– Dlaczego nie oddadzą nam naszych butów? – spytała Hannah.
– Bo dobre buty wysyłają do Niemiec – odpowiedziała Ryfka. – Ale

tutaj nikt nie pyta, dlaczego.

– Kolejna zasada? – spytała Hannah.
–  Pożyteczna  –  odparła  Ryfka.  –  Pewnych  rzeczy  lepiej  nie

wiedzieć. Inaczej można oszaleć.

background image

– Pończoch nie ma? – zapytała Szyfra.
–  Macie  szczęście,  że  dostałyście  prawdziwe  buty.  Inni  mają

zwykłe chodaki. Po przyjeździe tutaj przez wiele miesięcy musiałam
chodzić w drewniakach, które wyciosała mi mama.

– Drewniane buty! – zdziwiła się Hannah.
– Nieważne. – Ryfka się uśmiechnęła. – Będę się starać o lepsze

buty dla nas. – Spojrzała na własne. Prawy był tak bardzo znoszony
na  pięcie,  że  prześwitywała  jej  stopa.  –  Na  szczęście  jest  wiosna
i mamy czas, żeby się rozejrzeć. Zeszły miesiąc był ciężki. Było dużo
śniegu  i  mróz.  Masza  z  Krakowa,  J16689,  straciła  dwa  duże  palce
u  stóp  i  było  mnóstwo  przypadków  odmrożeń.  Na  tyle  poważnych,
żeby  wylądować  przez  nie  w  szpitalu.  A  tam  anioł  śmierci  zagląda
najpierw. Macie szczęście.

– Szczęście! – wymruczała Hannah.
– Tak, szczęście – powtórzyła Ryfka takim tonem, jakby zaczynała

tracić cierpliwość. – Tu, w obozie, szczęście mierzy się inaczej.

Szyfra bez słowa wpatrywała się w buty, które trzymała w dłoni, ale

Hannah kręciła bez przerwy głową.

– A teraz mi powiedzcie, jak macie na imię.
– Szyfra. – Ryfka kiwnęła głową.
–  Chaja  –  wyszeptała  Hannah,  ale  imię  zabrzmiało  w  jej  ustach

dziwnie,  obco.  Zagryzła  wargę  i  przypominając  sobie  wyjaśnienie
Ryfki,  wyciągnęła  rękę.  –  Również  „jot”  od  Żydówki.  A  jedynka
dlatego, że jestem sama. Całkiem, całkiem sama. A dziewiątka… po
angielsku  wymawia  się  „najn”,  tak  samo,  jak  niemieckie:  „nie”.  Nie,
nie umrę tutaj. Nie teraz. Nie we śnie jak… małe… małe dzieci.

–  Skąd  znasz  angielski?  –  zaciekawiła  się  Szyfra.  –  Uczyłaś  się

w szkole w Lublinie?

background image

– Chodziłaś do szkoły? – W głosie Ryfki dało się słyszeć wyraźne

zdziwienie.

–  Nie.  Tak.  Nie  pamiętam  –  odpowiedziała  Hannah,  zaskoczona

swoim płaczliwym tonem.

Ryfka  wyciągnęła  rękę  i  delikatnie  dotknęła  numeru  Hannah,

głaszcząc go dwoma palcami, bardzo ostrożnie.

–  Czasami  tak  się  zdarza.  Zapominamy,  bo  pamiętanie  jest  takie

bolesne.  Ale  wspomnienia  wrócą,  jak  będziesz  na  to  gotowa.  Mów
dalej, Chajo, jot-jeden-dziewięć…

Hannah kiwnęła głową.
–  Jot-jeden-dziewięć-siedem.  Siódemka  to  każdy  kolejny  dzień

tygodnia, kiedy pozostaję przy życiu. Dzień po dniu. A dwójka to Gitl
i Szmul, którzy też tutaj są.

–  Jej  ciocia  i  wujek  –  wyjaśniła  Szyfra.  –  Mieszka  z  nimi…

mieszkała.

– A czwórka to… to… – Zamilkła, zamknęła oczy i zastanawiała się

przez  chwilę.  Czwórka  była  cyfrą  tak  krzepiącą,  tak  znajomą,
rodzinną.  Nie  wiedziała,  dlaczego.  –  A  czwórka  to  chyba  moja
rodzina.  Prawie  ich  pamiętam.  Jak  zamknę  oczy,  to  są  w  zasięgu
wzroku. Ale jak je otwieram, znikają.

– To się zdarza – oceniła Ryfka.
– Jej rodzice zmarli na cholerę. W Lublinie. To była wielka tragedia,

mówiła tante Gitl – wyjaśniła Szyfra. – Ale może… – Rozejrzała się
po baraku. – Może to było wielkie błogosławieństwo.

–  Nie  –  zaprotestowała  nagle  Hannah.  –  Nie.  Nie  oni.  Nie

w Lublinie. Nie ci rodzice. W każdym razie, niedokładnie ci.

Tym razem dłoń na ręce Hannah położyła Szyfra, ale odezwała się

do Ryfki.

background image

– Nie zwracaj uwagi na jej paplaninę. Była strasznie chora, zanim

zamieszkała z Gitl i Szmulem. Raz lekarze nawet myśleli, że umarła,
ale  ją  odratowali.  Wiele  tygodni  spędziła  w  szpitalu.  Mówi  dziwne
rzeczy.

–  A  jedynka  –  ciągnęła  Hannah,  jakby  w  ogóle  nie  przerywała

wywodu – bo jestem zupełnie sama. Tutaj. W tym miejscu. W tym…
tym czasie! – zakończyła tryumfalnie, choć sama w głębi duszy nie
wiedziała, co te słowa miały znaczyć.

–  Chaja  mówi,  że  przeżyje  –  powiedziała  Ryfka  do  Szyfry.  –  Bez

względu  na  to,  gdzie  błąkają  się  jej  myśli,  to  właśnie  mówi.  I  mam
nadzieję, że tak myśli. Teraz, Szyfro, ty mi powiedz twój numer w ten
sam  sposób.  To  pomoże  nam  obu  go  zapamiętać.  A  później
poszukamy waszej koleżanki.

– Estery? Ale powiedziałaś, że dla niej nie ma nadziei.
–  Estery!  Jeszcze  nie  jest  „muzułmanem”.  Jest  jeszcze  nadzieja.

Ale jeśli nie przyjmie butów i swetra, i lekcji o obozowych regułach,
nie przetrwa długo nawet jak na ten świat, mówię wam.

Nie udało im się jednak znaleźć Estery w ciągu tej krótkiej godziny,

po której zagoniono je z powrotem do baraków. Szyfra wzięła dla niej
buty nie do pary, a Hannah sweter i wraz z innymi weszły do baraku
nowo przybyłych na pierwszą długą noc w obozie.

Hannah  zapadła  w  niespokojny  sen,  pośród  odgłosów

siedemdziesięciu śpiących kobiet. Niektóre hałasowały, podkreślając
swoje  sny  chrapnięciami.  Jedna  czy  dwie  głośno  krzyczały  przez
sen.  A  któraś  z  kobiet  przez  całą  noc  płakała,  wydając  z  siebie
odgłosy cichego, przeraźliwego szlochu, przybierającego na sile, aż
ktoś  wstał,  żeby  ją  pocieszyć.  Później  znów  zaczynała  szlochać,
coraz głośniej i mocniej.

background image

Sny  Hannah  były  pełne  krzyków,  lecz  w  jej  snach  były  to  krzyki

radości. Śniło jej się, że stoi na szkolnym podwórku z dziewczynami
w  niebieskich  sukienkach  i  niebieskich  rajstopach  i  kolorowych
swetrach, trzymających się za ręce, roześmianych, które wykluczyły
ją ze swojej grupy. Obudziła się z płaczem. Jej ręce, które służyły jej
za  poduszkę,  były  mokre.  Sweter,  z  którego  zrobiła  koc,  zsunął  się
na podłogę. Nie mogła sobie przypomnieć snu.

 
 
 

[8]

 „Muzułman”, zniekształcona forma słowa „muzułmanin”. W żargonie obozowym słowo

to  oznaczało  więźnia  skrajnie  wycieńczonego  z  powodu  głodu,  z  czasem  całkowicie
obojętniejącego na bodźce zewnętrzne. W trakcie selekcji w obozie kierowani byli na śmierć
w komorach gazowych.

background image

 

background image

 
 

15

 
 
 
 
 
 

Rano, po apelu i śniadaniu, dostały pierwszą lekcję w śmietniku.

–  Komendant!  –  krzyknął  mężczyzna  zza  drutów  kolczastych

obozu mężczyzn.

– Komendant idzie! – podchwyciła jedna z kobiet.
– Idzie – Ryfka ponagliła Hannah i Szyfrę, które stały przy kotłach

i pomagały wydawać wodnistą zupę. – Róbcie to, co ja. – Przyłożyła
dłonie do ust, jakby chciała krzyknąć, ale zaczęła cmokać, dotykając
językiem  podniebienia.  Takie  samo  cmokanie  rozległo  się  w  innych
częściach  obozu,  jakby  napadły  go  rozszalałe  świerszcze.  Małe
dzieci, na dźwięk ostrzeżenia, zaczęły wybiegać z każdego miejsca.
Pędziły w kierunku sterty śmieci za barakami. Przyłączyli się nawet
strażnicy,  na  zmianę  cmokając  i  śmiejąc  się,  gestem  zaganiając
dzieci w stronę śmietnika. Największe niosły te małe na rękach. Było
ich  w  sumie  trzydzieścioro.  Hannah  obserwowała  je,  oszołomiona
ich  prędkością.  Kiedy  dotarły  do  śmietnika,  rozebrały  się  i  nagie
zanurkowały w śmieciach.

Hannah nagle zauważyła, że jedno z obozowych niemowląt nadal

znajdowało  się  w  balii.  Nie  pytając  nikogo,  chwyciła  je  i  pobiegła
z  nim  w  sam  środek  składowiska.  Śmieci  ślizgały  się  po  jej  gołych
nogach.  Brnęła  przez  hałdę  starych  szmat,  zużytych  bandaży,

background image

odpadów  wyrzuconych  z  wiader.  Choć  zdążyła  już  przywyknąć  do
uporczywego  obozowego  zapachu,  ciężkiej  woni  spowijającej
wszystko  –  połączenia  odoru  potu,  strachu,  choroby  i  nieustannie
plamiącego  niebo  dymu,  smród  w  wysypisku  był  najgorszy.
Zamknęła  oczy  i  zanurkowała  w  śmieciach  z  niemowlęciem  na
rękach.

Kiedy  w  końcu  rozległo  się  cmokanie  informujące,  że  teren  jest

czysty, Hannah wyłoniła się ze sterty z kwilącym dzieckiem. Wytarła
siebie  i  malucha  szmatą,  a  po  chwili  podbiegła  do  niej  matka
niemowlęcia, Leja.

– Zamorduję tego Eliszę Krupnika. Gdzie on jest? Miał ją wziąć. No

i  zobacz!  Nie  rozebrałaś  jej!  Ma  brudne  ubranie.  –  Na  twarzy  Lei
malował się grymas złości.

– Nie podziękujesz? – odezwała się Ryfka. – Lejo, ona uratowała

dziecko.

Kobieta  wpatrywała  się  chwilę  w  Hannah,  jakby  zobaczyła  ją  po

raz pierwszy. Później, jakby z trudem, uśmiechnęła się.

–  Zorganizuję  wodę.  –  Zostawiła  brudne  dziecko  na  brudnych

rękach Hannah.

–  To  znaczy:  dziękuję  –  wyjaśniła  Ryfka  Hannah,  wpatrująca  się

w oddalającą się Leję.

–  Chyba…  –  odezwała  się  powoli.  –  Chyba  wolę  wodę  od

podziękowań.

Tego  wieczoru  wyprała  sukienkę  w  kubku  wody  i  powiesiła  ją  jak

zasłonę  na  swojej  pryczy.  Teraz  rozumiała,  dlaczego  dzieciaki  się
rozbierały  i  rzucały  ubrania  jak  kolorowe  szmaty  na  klepisku.
Martwiła  się,  że  ciuchy  będą  jaskrawymi  wskazówkami  dla
komendanta,  ale  on  z  całą  pewnością  wiedział  –  podobnie  jak
strażnicy – gdzie ukrywają się dzieci. To była jakaś potworna gra. Ale

background image

była zbyt przerażona, żeby się zatrzymać i zbyt zawstydzona, żeby
rozebrać się na dworze, zwłaszcza że wspomnienie długich godzin,
spędzonych  nago  w  oczekiwaniu  na  prysznic,  ciągle  wywoływało
rumieniec  wstydu  na  jej  twarzy.  Zwłaszcza  że  strażnicy,  niektórzy
pod dwudziestkę, zaśmiewali się nieopodal.

Zasypiając, czuła, jak smród śmieci wdziera się w jej ciało każdym

porem;  czuła,  że  w  całym  obozie  –  w  całej  Polsce  –  nie  ma  takiej
ilości wody, która mogłaby ten smród zmyć.

 

 
Dni  szybko  stały  się  rutyną:  apel,  śniadanie,  praca,  obiad,  praca,
kolacja, praca. Wszystkie posiłki składały się z wodnistej kartoflanki
i czasami chleba, twardego i starego. Później miały cenną godzinę,
zanim na noc zamykano ich w barakach.

Praca  nie  wymagała  myślenia.  Częściowo  polegała  na

zapewnieniu  funkcjonowania  obozu:  sprzątaniu  baraków,  mieszkań
strażników, szpitala, kuchni. Rąbaniu i znoszeniu drewna do pieców.
Budowania kolejnych baraków, kolejnych wychodków. Ale większość
zatrudniona  była  w  sortowniach  przy  segregowaniu  ubrań,  walizek
i  dobytku  ukradzionego  więźniom,  oraz  dzieleniu  ich  na  stosy  do
wysyłki do Niemiec.

Hannah,  mimo  wszystko,  cieszyła  się  z  tej  rutyny.  Dopóki

wiedziała,  czego  się  spodziewać,  nie  bała  się.  Największym  lękiem
napawała  ją  niewiadoma:  jakieś  ciało  wiszące  czasem  na  bramie
bez wyjaśnienia, niespodziewany kopniak od blokowej bez powodu.

Ją  i  Szyfrę  skierowano  do  pracy  z  Ryfką  w  kuchni  –  nosiły  ze

studni wodę w wielkich wiadrach, nakładały mizerne posiłki, zmywały
gigantyczne  kotły,  w  których  gotowano  zupę,  szorowały  ściany
i podłogi. Praca była ciężka, Hannah nie pamiętała, żeby tak ciężko

background image

wcześniej  pracowała.  Jej  dłonie  i  kolana  nie  zapamiętały  takiego
wysiłku. Niekończącego się. I powtarzalnego. Ale miewał zalety. Od
czasu do czasu udało im się zdobyć dodatkową porcję jedzenia dla
siebie  i  dla  maluchów,  kiedy  zmywały  gary  –  przypalone  części
ziemniaków,  które  przywarły  do  dna.  Nawet  te  przypalone  kawałki
smakowały wybornie, lepiej niż wołowina. Wydało jej się, że pamięta
smak wołowiny.

– Dała blokowej złotą obrączkę, którą zorganizowała, żeby was tu

umieścić  –  wyjaśniła  Leja,  wycierając  dłonie  w  szmatę  i  skinieniem
głowy  wskazując  Ryfkę.  Leja  kierowała  kuchenną  załogą;  dłonie
miała  zawsze  nabrzmiałe  i  poplamione.  Ale  praca  była  dobra,  bo
dzięki  niej  mogła  być  z  dzieckiem.  –  Inaczej  ta…  –  splunęła  na
ziemię, żeby okazać pogardę wobec kobiety z trzema palcami – …
kazałaby  wam  nosić  drewno  z  mężczyznami.  Tam  byś  nie
przetrwała, bo jesteś miastowa. Nie to co Szyfra ze wsi. Przeżyjemy
cię ze sto razy.

Kiedy  Hannah  chciała  podziękować  Ryfce,  ona  tylko  się

uśmiechnęła, a podziękowanie zbyła wzruszeniem ramion.

– Moja mama, niech spoczywa w pokoju, zawsze mówiła: nemer iz

nishtkeyn geber, ten, kto bierze, nie jest dawcą. A ten, kto daje, nie
jest biorcą. Nie dziękuj. Przekaż to dalej. – Powiedziała to łagodnie,
jakby zawstydzona.

Hanna rozumiała jej zawstydzenie i więcej nie wspomniała o tym,

że  próbowała  przekazać  dar  dalej.  Zaczęła  odkładać  bardziej
miękkie  kawałki  chleba  i  przemycała  go  Reubenowi,  kiedy  mogła.
Synek  Icchaka  był  bardzo  chudy,  wyglądał  tak  licho  i  ciągle
dopytywał  o  siostrę,  a  Hannah  miała  do  niego  słabość.  Próbowała
nawet oddawać mu cały swój przydział chleba, posiłek za posiłkiem,
dopóki Gitl się nie zorientowała.

background image

– Nie możesz pomagać maluchowi, sama głodując – powiedziała.

– Poza tym, z tymi wielkimi niebieskimi oczami wyjedna sobie pomoc
u wielu. A ten uśmiech…

Hannah  zagryzła  wargę.  Te  wielkie  niebieskie  oczy  i  promienny,

rzadki  uśmiech  przypominał  jej  kogoś,  kogo  nie  była  w  stanie
skojarzyć.

– Ale  ty…  ty  rośniesz,  Chajo.  Musisz  o  siebie  dbać.  –  Zacisnęła

dłonie Chaji na chlebie i odciągnęła ją od Reubena.

– Idź dokończyć pracę w kuchni. Ja zabiorę Reubena.
Hannah niechętnie się odwróciła, jakby w pewnym sensie zawiodła

Ryfkę.  Aż  nagle  zobaczyła,  jak  Gitl  daje  małemu  swój  chleb  –
a oprócz niego, połowę porcji swojej zupy.

Komendant Breuer wrócił do obozu trzy dni później, tym razem –

jak rozeszło się po obozie – „na wybieranie”.

Jego czarny samochód zajechał na sam środek obozu i zatrzymał

się  pomiędzy  rzędami  baraków,  z  radośnie  trzepoczącą  na  antenie
flagą. Kierowca wysiadł, otworzył tylne drzwi i stanął na baczność.

– Co to jest „wybieranie”? – spytała Ryfkę Hannah kącikiem warg,

kiedy  czekały  przy  kotłach,  które  myły.  Nie  wiedziała  dlaczego,  ale
czuła, że pot cieknie jej pod sukienką, choć dzień był chłodny, jakby
jej  ciało  wiedziało  coś,  czego  nie  zdradzał  umysł.  Sterta  śmieci
leżała  nieruchomo  niedaleko  kolorowych  spodenek  i  bluzek  dzieci,
wskazujących ich drogę.

Komendant przeszedł, nawet nie spoglądając w stronę śmietnika.

Ryfka  uciszyła  Hannach  syknięciem  i  przesunęła  palcem  po  szyi,
robiąc  ten  sam  gest,  co  chłopi  na  polu  mijani  w  czasie  podróży
w bydlęcym wagonie.

Hannah  znała  ten  gest.  Ale  nie  wiedziała,  co  właściwie  znaczy.

Zadrżała.

background image

Komendant  był  niskim,  przystojnym  mężczyzną,  tak  starannie

ogolonym,  że  jego  twarz  wyglądała,  jakby  lśniła.  Kości  policzkowe
miał ostro zarysowane, a w podbródku miał dziurkę.

Przystanął na chwilę przed Hannah, Ryfką i Szyfrą. Hannah czuła,

jak  po  bokach  cieknie  jej  pot.  Komendant  się  uśmiechnął,
uszczypnął  Ryfkę  w  policzek  i  ruszył  dalej.  Za  nim  podążał
mężczyzna  z  podkładką  i  kartką.  Szli  dalej,  nie  zatrzymując  się,
prosto  do  najdalszej  części  obozu.  Drzwi  zamknęły  się  za  nimi  ze
złowrogim łoskotem.

Ryfka westchnęła ciężko i odwróciła się do Hannah.
– Każdy, kto nie może się dziś podnieść z łóżka, zostanie wybrany

– wyjaśniła. Jej głos brzmiał łagodnie, ale rzeczowo.

– Wybrany do czego? – spytała Hannah, choć już się domyślała.
– Do procedur.
–  Chcesz  powiedzieć:  na  śmierć.  –  Nagle  dodała:  –  Jasiu,

wyciągnij paluszek, żebym zobaczyła, czy jesteś chudy czy tłusty.

– Nie wypowiadaj tego słowa na głos – ostrzegła ją Ryfka.
– Jakiego słowa? – spytała Hannah. – Palec? Tłusty? Chudy?
Ryfka westchnęła.
– Śmierć.
–  Ale  dlaczego?  –  spytała  Szyfra,  a  jej  blada  twarz  nabrała

rumieńców przy tym pytaniu. – Dlaczego niektórzy zostaną wybrani?

– Bo nie mogą pracować – odparła Ryfka. – A praca… – Jej głos

stał  się  bardzo  cichy  i,  po  raz  pierwszy,  Hanna  usłyszała  w  nim
gorycz. – Praca macht frei.

–  I  ponieważ  sprawia  mu  to  przyjemność!  –  dodała  Leja,

podchodząc, żeby zobaczyć, dlaczego dziewczynki nie pracują.

– Ale  nie  pozwól,  żeby  słyszeli,  jak  wypowiadasz  słowo  „śmierć”.

Nie  pozwól,  żeby  usłyszeli,  jak  wypowiadasz  słowo  „trup”.  Nawet

background image

jeśli  będzie  leżał  pod  twoimi  stopami  –  ostrzegła  Ryfka.  –  Tutaj
człowiek  nie  jest  zabijany,  ale  wybierany.  Nie  są  kremowani
w  krematoriach,  ale  poddawani  procedurom.  Nie  są  trupami,  ale
kawałkiem drek

[9]

shmattes, szmatami.

– Ale dlaczego? – spytała Hannah.
–  Dlaczego?  –  odezwała  się  Leja.  –  Ponieważ  za  to,  co  nie

zauważone,  nie  można  obarczać  winą.  Bo  tego  chcą  oni.  Więc  tak
musi być. Dalej, wracajcie do pracy.

Jak  tylko  wróciły  do  szorowania,  drzwi  szpitala  otworzyły  się

i  wyłonił  się  komendant  Breuer,  nadal  uśmiechnięty,  tym  razem
szerzej.  Kiedy  przechodził  obok  ze  swoim  pomocnikiem,  Hannah
zauważyła,  że  kartka  jest  teraz  zapisana  numerami  i  nazwiskami.
Komendant kogoś jej przypominał. Może kogoś ze zdjęcia. Jakiegoś
ruchomego zdjęcia. Gdzieś już widziała taką uśmiechniętą twarz.

–  Doktor…  doktor  Mengele  –  powiedziała  nagle.  –  Anioł

z Auschwitz. – Skojarzenie znikło równie nagle, jak się pojawiło.

– Nie – powiedziała zdezorientowana Ryfka. – Nazywa się Breuer.

Dlaczego to powiedziałaś?

– Mówiłam ci, że opowiada dziwne rzeczy – wtrąciła Szyfra.
Hannah spojrzała na swoje dłonie. Drżały.
– Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Staję się „muzułmanem”? Tracę

zmysły?

Nikt nie odpowiedział.
 
 

Gitl pracowała w sortowni, gdzie segregowano sterty ubrań i butów,
stosy książek, zabawek i artykułów domowych z waliz i toreb. Było to
także miejsce, gdzie mężczyźni i kobiety mogli spokojnie rozmawiać,
więc  następowała  tam  szybka,  cicha  wymiana  informacji  pomiędzy

background image

obozami  kobiet  i  mężczyzn.  Tego  wieczoru  podzieliła  się
wiadomościami z innymi mieszkankami baraku zugangi.

– Wszystkie ubrania i buty w dobrym stanie są wysyłane prosto do

Niemiec.  A  my  dostajemy  to,  co  zostaje.  Ale  spójrz,  co  dla  ciebie
wyciągnęłam, Chajaleh. – Pokazała błękitną apaszkę.

–  Zorganizowałaś.  Zorganizowałaś  ją,  tante  Gitl  –  krzyknęła

Szyfra, unosząc ręce z przejęcia.

Wszystkie kobiety się roześmiały, po baraku po raz pierwszy od ich

przyjazdu poniósł się taki dźwięk.

– Tak, zorganizowała.
Gitl  podniosła  wzrok,  na  chwilę  zacisnęła  wargi,  a  później  się

uśmiechnęła.

– W porządku. Zorganizowałam.
– Jak to zrobiłaś, Gitl? – krzyknęła któraś z kobiet.
– Z pewnością nie pytała o pozwolenie! – padła odpowiedź.
Gitl kiwnęła głową, rozpościerając apaszkę w dłoniach.
– Az m’fraygt a shyle iz trayf.
Hannah  przetłumaczyła  sobie  w  myślach:  „Jeśli  zapytasz,

powiedzą  ci  nie”.  Nagle  przypomniała  sobie  inne  zdanie,  które
brzmiało  niemal  podobnie:  „Łatwiej  prosić  o  przebaczenie  niż
o pozwolenie.” Wydawało jej się, że kiedyś widziała taki napis. Może
na koszulce?

–  Więc  –  odezwała  się  matka  Estery,  z  miną  pełną

samozadowolenia  –  może  i  jesteśmy  zugangi,  ale  już  umiemy
organizować.

Estera  patrzyła  na  apaszkę  tęsknym  wzrokiem  i  po  cichu  nuciła

sobie coś pod nosem. Gitl wręczyła apaszkę Hannah.

– Zamiast niebieskich wstążek – powiedziała łagodnie.

background image

– Niebieskich wstążek? – Hannah przez chwilę nie mogła ich sobie

przypomnieć. Aż w końcu jej się udało.

– I dlatego, że dziś są twoje urodziny – dodała Gitl.
– Ma urodziny! – krzyknęła Szyfra. – Nie powiedziałaś mi.
Hannah pokręciła głową.
–  Urodziny  mam…  w  zimie.  W…  lutym.  –  To  ostatnie  słowo

zabrzmiało dziwnie w jej ustach.

– Co to za brednie? – spytała Gitl z dłońmi na biodrach. – I co to

za słowo: luty? W Lublinie nauczyli cię liczyć dni według kalendarza
chrześcijańskiego?  –  Odwróciła  się  do  kobiet,  które  się  wokół  nich
zebrały.  –  Myślicie,  że  nie  wiem,  kiedy  ma  urodziny  moja  własna
bratanica? Przecież co roku wysyłałam prezent!

– Oczywiście, że wiesz – krzyknęła siwowłosa kobieta.
–  Pamiętam  dzień,  w  którym  się  urodziła  –  dodała  inna.  –

Powiedziałaś mi o tym w synagodze, cała w skowronkach. Chwaliłaś
się, że masz dopiero trzynaście lat, a już zostałaś ciocią.

– No i? – Gitl odwróciła się do Hannah.
Jej pewność zagłuszyła pewność Hannah. Poza tym zadała sobie

pytanie: „kto wie, jaki to był dzień i rok w tym miejscu?”.

–  Dziękuję,  Gitl  –  wyszeptała.  –  To  chyba  najlepszy  prezent,  jaki

w życiu dostałam. W każdym razie jedyny, jaki pamiętam.

–  Och,  moje  drogie  dziecko.  –  Gitl  przyciągnęła  ją  do  siebie.  –

Dzięki  Bogu,  że  twój  ojciec  i  twoja  matka  nie  żyją  i  cię  teraz  nie
widzą.

Hannah,  w  objęciach  Gitl,  nagle  przypomniała  sobie  mały  domek

w sztetlu i wielkie, czułe ramiona Szmula.

–  Co  ze  Szmulem?  –  spytała.  –  I  z  Icchakiem?  Wszystko…

dobrze?

background image

Gitl  usiadła  na  dolnej  pryczy  i  pociągnęła  Hannah  do  siebie.

Kobiety  zacieśniły  wokół  nich  krąg,  spragnione  wieści.  Gitl  kiwnęła
głową.

–  Posłuchaj.  Szmul  pracuje  w  grupie,  która  rąbie  drewno,  ale  nic

mu  nie  jest.  Umie  to  robić  i  jest  silny.  Jest  z  nim  rzeźnik  Icchak
i  Gedalja,  i  Natan  Borodnik,  i  ich  kuzyn  Nemuel.  Szewc  Cadyk
zajmuje się tym, co do tej pory, butami i paskami. Mają tam zakład
szewski.  Robi  parę  eleganckich  butów  do  jazdy  konnej  dla
komendanta. Rozmiar pięć.

– To rozmiar kobiecy! – zauważyła ze śmiechem matka Estery.
– Zgadza się, i wymyślili na ten temat rymowankę. Słuchajcie:
 
Breuer nosi damski but
Musi z niego być kogut.
 
Kobiety  zaczęły  chichotać;  Hannah  nie  zrozumiała  żartu.  Gitl

uniosła rękę i śmiech ucichł.

– A jeśli chodzi o ludzi z Wioski, złotnik Naftali robi pierścionki na

zamówienie dla wszystkich członków SS. Jest bardzo chory, ale tak
bardzo podoba im się to, co robi, że dają mu spokój.

–  A  skąd  bierze  złoto?  –  spytała  kobieta  w  poplamionej  zielonej

sukni.

– Z walizek, idiotko – odpowiedziała inna.
– Z naszych palców – dodała nagle Fajga, która odezwała się po

raz  pierwszy  od  wielu  dni.  Wyciągnęła  ręce  do  góry,  żeby  wszyscy
mogli zobaczyć jej gołe palce. – Z naszych uszu.

– Od naszych zmarłych – wyszeptała Gitl.
Hannah zastanawiała się, czy ktoś poza nią ją usłyszał.
– A co z innymi? – spytała matka Estery.

background image

– Nic więcej nie pamiętam – odparła łagodnie Gitl.
– A co z rabinem? – chciała wiedzieć kobieta z zajęczą wargą. –

Co z rabinem Boruchem?

Gitl nie odpowiedziała.
Fajga uklękła przed nią i położyła dłonie na spódnicy Gitl.
– Jesteśmy siostrami, Gitl. Musisz mi powiedzieć o moim ojcu.
Gitl zamknęła oczy i zacisnęła wargi. Przez długą chwilę milczała,

ale  jej  usta  się  otwierały  i  zamykały,  jakby  słowa  próbowały  się
wydobyć. W końcu powiedziała:

– Wybrany. Wczoraj. Baruch dayan ha-emet.
Fajga  rozchyliła  wargi,  żeby  krzyknąć.  Kobieta  w  zielonej  sukni

zakryła  dłonią  jej  usta,  tłumiąc  krzyk,  pociągając  ją  na  klepisko.
Objęły  ją  trzy  inne  kobiety  i  zaczęły  kołysać  w  rytm  jej  cichych
szlochów.

–  Wybrany  –  powtórzyła  Gitl  gwałtownie,  z  zamkniętymi  ciągle

oczami.  –  Razem  z  krawcem  Sadją,  marszalikiem,  rzeźnikiem
z Wioski i dwoma tuzinami innych. I zarządcą.

– Dlaczego? – spytała Hannah.
–  Rabin  był  w  szpitalu,  chorował  na  serce.  Sadja  też.  Pobili  go

prawie na śmierć. Marszalik dlatego, że postanowił pójść. Podobno
powiedział:  „Nie  jest  miejscem  dla  głupca  to,  którym  rządzą  idioci”.
A inni, których imion nie pamiętam, za przewiny, o których nie wiem.
A zarządca…

–  Z  całymi  swoimi  pieniędzmi  nie  mógł  się  z  tego  wyplątać?  –

spytała matka Estery.

–  W  tym  miejscu  jest  zwykłym  Żydem,  jak  my  wszyscy  –

stwierdziła Gitl. – Jak najmniejsi z nas.

– Teraz jest shmatte – dodała Hannah, przypominając sobie słowa

Ryfki.

background image

Gitl  otworzyła  szeroko  oczy  i  spoliczkowała  Hannah  bez

ostrzeżenia.

–  Może  tak  się  mówi  po  obozowemu,  ale  tutaj  odmawiamy

modlitwy za zmarłych jak należy, jak porządni Żydzi.

– Gitl-niedźwiedzica – wyszeptała któraś z kobiet.
Hannah  podniosła  wzrok,  z  dłonią  na  piekącym  policzku.  Nie

mogła  znaleźć  kobiety,  która  to  powiedziała,  więc  zwróciła  się  do
wszystkich.

– Gitl ma rację – przyznała. – Gitl ma rację.
Gitl  zaczęła  odmawiać  Kadisz,  kołysząc  się  w  tył  i  wprzód  na

pryczy,  a  dźwięczne  słowa  modlitwy  brzmiały  jak  podzwonne.
Pozostałe kobiety od razu się przyłączyły. Hannah zorientowała się,
że recytuje słowa wraz z nimi, choć zdawało jej się, że jej umysł nie
pamięta takiej modlitwy: Yis-ga-dal v’yis-ka-dash sh’may ra-bo…

 
 
 

[9]

  Jidysz: gówno.

background image

 

background image

 
 

16

 
 
 
 
 
 

Pierwsze  wybieranie  było  najgorsze,  pomyślała  Hannah.  Później
stało się częścią rutyny. I jeśli nie stanęło się zbyt blisko Greczynek,
nie  pracowało  za  wolno,  nie  powiedziało  niewłaściwego  słowa  czy
nie  rozmawiało  zbyt  głośno,  ani  nie  zdenerwowało  strażnika  i  nie
groziło  blokowej,  ani  nie  potknęło  się  nieszczęśliwie  i  nie
zachorowało, były szanse, że tym razem nie zostanie się wybranym.
Tym razem.

Jakaś  jej  część  buntowała  się  przeciwko  tym  chorym  zasadom.

Inna  jej  cząstka  była  za  nie  wdzięczna.  W  świecie  chaosu
przydawały się jakiekolwiek wytyczne. I wiedziała, że każdego dnia,
który  przeżyła,  pozostawała  przy  życiu.  Jeden  plus  jeden.
Arytmetyka diabła, jak nazwała to Gitl.

I  tak  jeden  dzień  przeradzał  się  w  kolejny.  Jej  wspomnienia

ograniczyły się do wspomnień obozowych: dzień, kiedy strażnik dał
jej  kawałek  kiełbasy,  nie  chcąc  niczego  w  zamian.  Ranek,  kiedy
przybył  nowy  transport  zugangi.  Ranek,  kiedy  nowy  transport  nie
przyjechał.  Popołudnie,  kiedy  Gitl  zorganizowała  linę  i  wszystkie
dzieciaki  bawiły  się  skakanką.  I  ten  sam  wieczór,  kiedy  rudowłosa
Masza z Krakowa powiesiła się na tej linie, po tym jak dowiedziała,
że jej mąż i siedemnastoletni syn zamienili się w dym.

background image

W pewne słoneczne popołudnie, Hannah, szorując z Szyfrą garnki,

spytała z rozmarzeniem:

–  Jaka  jest  twoja  ulubiona  potrawa?  Spośród  wszystkich  potraw

świata.

Na  czworaka,  po  części  zanurzone  w  przewróconych  na  bok

kotłach,  szorowały  je  z  resztek  przypalonych  ziemniaków,  które
uparcie  przywierały  do  przepastnego  dna.  Szyfra  wyczołgała  się
z  gara  i  jedną  brudną  dłoń  wytarła  o  policzek.  Zastanawiała  się
chwilę  nad  odpowiedzią.  Pytanie  nie  było  nowe.  Zadawały  je  sobie
w różnych wersjach od tygodni.

–  Chyba  pomarańcza  –  powiedziała  powoli.  To  była  odmiana.

Zwykle wymieniała jajko.

– Pomarańcza – powtórzyła Hannah, zadowolona. – Zapomniałam

o pomarańczach.

– Albo jajko.
– Gotowane?
– Albo smażone. – Wróciły do typowej rozmowy.
– Albo jajecznica?
– Albo omlet.
– A może… pizza! – powiedziała nagle Hannah.
– Co to jest pizza? – spytała Szyfra.
–  To…  to…  nie  wiem  –  przyznała  żałośnie  Hannah,  z  palcami

w  buzi,  zniekształcającymi  słowa.  –  Nie  pamiętam.  Pamiętam  tylko
kartoflankę.

– Przecież pamiętasz jajka – odezwała się Szyfra.
–  Nie,  nie  pamiętam.  Ani  pizzy,  ani  jajek.  Tylko  kartoflankę

i brązowy chleb. Tylko to pamiętam.

Włożyła sobie do ust kawałek przypalonego ziemniaka.
– Trudno, nie będziemy płakać nad tą pizzą. Opowiedz mi o niej.

background image

–  Nie  mogę  –  wyznała  Hannah.  –  I  wcale  nad  nią  nie  płaczę,

czymkolwiek  jest.  Płaczę  dlatego,  że  nie  pamiętam,  co  to  jest.  Nie
pamiętam niczego.

– Na pewno pamiętasz sztetl – stwierdziła Szyfra. – I Lublin.
– W tym sęk, że nie.
Wtedy z kuchni wyszła Ryfka i pogroziła Hannah palcem.
– Żadnych łez. Jak blokowa zobaczy, że płaczesz…
–  Ta  trójpalczasta  su…  –  Hanna  w  porę  zmilkła.  Niebezpiecznie

było  nabrać  zwyczaju  obrzucania  blokowej  wyzwiskami.  Za  takie
zachowanie można było zostać wybranym.

–  Jak  przestanie  panować  nad  swoimi  zugangi,  będzie

dwupalczastą 

jak-ją-tam-zwiesz 

– 

odpowiedziała 

Ryfka

z uśmiechem.

– Jak to? – spytały jednocześnie Hannah i Szyfra.
– A jak myślisz, w jaki sposób straciła dwa palce?
Hannah się zastanowiła.
– Myślałam, że może nie ma ich od urodzenia.
Ryfka podniosła dłoń, poruszyła palcami i wskazała jeden.
– Przestała panować i cała grupa zugangi się zbuntowała. To było

tuż przed moim przyjazdem. Wysłali je do jaskini Lilit, a ona straciła
jeden  palec.  Później  znów  przestała  panować  i  sześć  zugangi
powiesiło się jednej nocy, wśród nich moja ciocia Sara. Ciocia Sara
od  długiego  czasu  chorowała  i  nie  mogła  już  dłużej  tego  ukrywać.
Wiedziała,  że  zostanie  wysłana  do  szpitala.  Wszyscy  poważnie
chorzy  pacjenci  szpitala  wychodzą  przez  komin.  Więc  powiedziała
mojej  matce:  „To  ja  będę  decydować,  nie  oni.  Bóg  zrozumie”.  –
Ryfka  się  uśmiechnęła.  –  Drugi  palec.  Szkoda,  że  ciocia  Sara  nie
mogła zobaczyć rano miny blokowej. Kiedy ucięli jej palec.

background image

–  Może  my  mogłybyśmy  jakoś  pomóc  blokowej  wyrównać  liczbę

palców? Trzy to taka pechowa cyfra – powiedziała Szyfra.

Ryfka pokręciła głową.
– To zbyt niebezpieczne. Plany niech robią dorośli.
– Jakie plany? – spytała Hannah.
– Dorośli zawsze mają jakieś plany – skwitowała tajemniczo Ryfka.
– Jakie plany? – spytały jednocześnie Hannah i Szyfra.
Ale  zanim  Ryfka  zdążyła  odpowiedzieć,  dotarł  do  nich  krzyk  od

obozowej furtki.

– Komendant!
–  Przecież  był  tu  wczoraj  –  zauważyła  Hannah  nerwowym

szeptem. – Powinien się zjawić dopiero za dwa dni.

Ryfka,  nie  zwracając  na  nią  uwagi,  miała  już  dłonie  w  buzi

i cmokała, żeby ostrzec dzieci. Szyfra też dawała znaki.

– To niesprawiedliwe – poskarżyła się Hannah, a jej głos zamienił

się w jęk.

Szyfra  szturchnęła  ją  ze  złością  i  Hannah  zaczęła  cmokać,

a  maluchy  wdrapywały  się  na  stertę  śmieci.  Pierwszą  dwójką  byli
brat  i  siostra,  siedmio-  i  ośmioletni.  Zostawili  na  skraju  śmietnika
zielone  i  niebieskie  spodenki.  Za  nimi  szła  dziewięciolatka
z  niemowlakiem  na  rękach.  Zrzuciła  buty  i  w  biegu,  jedną  ręką
przytrzymując  małą  dziewczynkę,  zdarła  z  niej  spódniczkę.  Gdy
położyła  nagiego  brzdąca  przy  stercie  śmieci,  żeby  zdjąć  sukienkę,
maluch  natychmiast  zaczął  się  czołgać  na  stertę.  Dzieci  wybiegały
zewsząd jak ryby w czasie tarła, by zanurkować w śmieciach. Brnęły
i zanurzały się jedno po drugim, a potworne cmokanie trwało. W tym
czasie  jaskółki  nad  głowami,  oczekujące  owadziej  uczty,  pikowały
i świergotały.

background image

Hannah  w  końcu  usłyszała  samochód  komendanta,  a  później

zobaczyła,  jak  toczy  się  w  ich  stronę  długą  nagą  aleją  pomiędzy
barakami.  Kierował  się  uparcie  w  stronę  szpitala,  znajdującego  się
na końcu obozu. Gdy minął barak zugangi, drzwi szpitala otworzyły
się  i  na  schodach  pojawił  się  kuśtykający  mały,  chudy  chłopiec
z zakrwawionym prawym kolanem, umazany pod błękitnymi oczami.
Rączki  wycierał  w  koszulę.  Kiedy  podniósł  głowę  i  zobaczył  jadący
na niego samochód, mimo rozpaczliwego cmokania dookoła, zamarł
i patrzył.

– Reuben! – krzyknęła Hannah. – Biegnij! Biegnij do śmieci!
Ale  mały  się  nie  ruszył,  a  ona  poczuła,  jak  przeszywa  ją  nagły

chłód, jakby w brzuch wbito jej sztylet z lodu.

– Gottenyu!

[10]

 – wyszeptała Ryfka.

Szyfra,  która  spoglądała  na  wysypisko  z  porozrzucanymi  wokół

jaskrawymi  ubrankami,  usłyszała  krzyk  Hannah  i  się  odwróciła.
Chwyciła ją za rękę i ścisnęła, aż Hannah straciła czucie.

Samochód zwolnił, po czym się zatrzymał. Komendant Breuer sam

wysiadł  z  auta.  Podszedł  do  Reubena,  a  mały  nie  był  w  stanie  na
niego spojrzeć. Patrzył na Hannah i wyciągał do niej rączkę. Wielkie
łzy ciekły mu po policzkach, ale płakał bezgłośnie.

– On wie – wyszeptała Hannah.
– Ćśś – upomniała ją Ryfka.
Komendant spojrzał na chłopca.
– Skaleczyłeś się, synku? – spytał głosem śmiertelnie łagodnym.
Hannah zrobiła pół kroku naprzód, ale Ryfka szarpnęła ją do tyłu.
–  Pokaż  –  odezwał  się  Breuer.  Wyciągnął  z  kieszeni  białą

chusteczkę  i  ostrożnie  przyłożył  ją  do  zakrwawionego  kolana
Reubena. – A gdzie masz mamę?

Kiedy nie odpowiedział, Hannah wyszła naprzód.

background image

– Sir, jego mama nie żyje.
Ryfka westchnęła. Hannah to usłyszała i szybko dodała:
– Zmarła kilka lat temu, gdy się urodził.
Komendant wstał i wbił w nią szare, nieprzeniknione oczy.
– Jesteś jego siostrą?
Pokręciła niemo głową, bojąc się dodać coś więcej.
– To dobrze. Dla ciebie. – Breuer pochylił się, opatrzył chusteczką

kolano  Reubena,  zawiązując  ją  delikatnie  pewnym,  wprawnym
ruchem.  Później  wziął  chłopca  na  ręce.  –  Dziecko  w  twoim  wieku
powinno być z mamą – stwierdził z uśmiechem. – Dopilnuję, żebyś
do niej trafił. – Podał Reubena swojemu kierowcy, który czekał przy
drzwiach  samochodu.  Później  bez  słowa  wszedł  po  schodach  do
szpitala  i  zamknął  za  sobą  drzwi  tak  cicho,  że  nie  było  wiadomo,
kiedy się domknęły.

Tego wieczoru niebo było czerwone i czarne od ognia oraz dymu.

Ludzie z ostatnich transportów przywiezieni w bydlęcych wagonach
nie  zostali  umieszczeni  w  barakach.  Obóz  był  pełen.  Nowych  od
razu poddano procedurom, a ta zmiana rutyny przeraziła nawet tych,
którzy byli tu od dawna. Po obozie krążyły plotki.

– Transport z Holandii.
– Transport ze Śląska.
Nikt nie wiedział. Ale Reuben nie wrócił. Ani tego wieczoru. Ani tej

nocy.

–  Nigdy  –  wymruczała  Hannah  do  siebie,  obserwując  wzbijający

się dym, rysujący długie liczby na niebie o kamiennej barwie. – I to
przeze mnie.

– Niby dlaczego przez ciebie? – spytała Ryfka.
– Powinnam była powiedzieć, że jest moim bratem.
– Wtedy nie byłoby tutaj także ciebie. Reubenowi byś nie pomogła.

background image

– On nie żyje. – Hannah wyrzekła to słowo na głos z ciekawości,

jakby dopiero teraz je zrozumiała. – Jest martwy.

– Nie wypowiadaj tego słowa.
–  Bestie!  –  krzyknęła  nagle  Hannah.  –  Gitl  ma  rację.  Wszyscy

jesteśmy bestiami.

– My jesteśmy ofiarami – poprawiła Ryfka. – Bestiami są oni.
–  Wszyscy  jesteśmy  bestiami  –  powtórzyła  Hannah  –  bo  na  to

pozwalamy.  –  Powiedziała  to  wcale  nie  dlatego,  że  była  o  tym
przekonana, ale powtórzyła słowa, które gdzieś kiedyś słyszała.

–  Bóg  na  to  pozwala  –  zauważyła  Ryfka.  –  Ale  jest  jakiś  powód.

Tylko my go jeszcze nie znamy. Jak ofiara z Izaaka. Mój tata zawsze
powtarzał,  że  Wszechświat  jest  wielkim  kręgiem,  a  my  widzimy
jedynie mały wycinek łuku. Bóg nie jest potworem, bez względu na
to, co teraz myślisz. Jest jakiś powód.

Hannah rysowała butem po ziemi.
– Powinniśmy walczyć – oznajmiła. – Powinniśmy stanąć do walki.
– A czym mielibyśmy walczyć? – Ryfka uśmiechnęła się smutno.
– Bronią.
– Nie mamy broni.
– Nożami.
– A gdzie te noże?
– Czymkolwiek.
Ryfka objęła Hannah.
– Chodź. Praca jeszcze nieskończona.
– Praca to nie walka.
–  Chcesz  być  bohaterką,  jak  Jozue  pod  Jerychem,  jak  Samson

przeciwko Filistyńczykom. – Znów się uśmiechnęła.

– Chcę być bohaterką jak… – Zastanowiła się chwilę, ale nikt nie

przychodził jej do głowy.

background image

– Jak kto?
– Nie wiem.
–  Moja  mama  mówiła,  zanim…  umarła…  że  o  wiele  trudniej  jest

żyć  w  ten  sposób  i  umrzeć  w  ten  sposób,  niż  iść  na  bój.  O  wiele
trudniej. Chajo, jesteś bohaterką. I ja nią jestem. – Ryfka spoglądała
przez  chwilę  na  niebo  i  kłęby  dymu.  –  Wszyscy  jesteśmy  tutaj
bohaterami.

 
 

Tego  wieczoru  Fajga  zaczęła  mówić,  jakby  słowa  tak  długo
tamowane nagle wezbrały ponad brzeg. Opowiedziała historię, jaką
usłyszała  od  ojca,  o  wielkim  HaBaal  Szem  Towie

[11]

.  Działo  się  to

w czasach, kiedy był chłopcem o imieniu Israel, i ojciec ostrzegł go:
„Wiedz,  mój  synu,  że  wróg  zawsze  będzie  przy  tobie.  Będzie
w cieniu twoich snów i w twoim żyjącym ciele, bo jest częścią ciebie
samego.  Będą  chwile,  kiedy  otoczy  cię  murem  ciemności.  Ale
zawsze  pamiętaj,  że  twoja  dusza  jest  bezpieczna,  bo  twoja  dusza
jest  całością,  i  on  nie  może  wtargnąć  do  twojej  duszy,  bo  twoja
dusza jest częścią Boga”.

Głos  Fajgi  przybierał  na  sile  i  cichł,  kiedy  opowiadała,  jak  młody

Israel  prowadził  małą  gromadę  dzieci  przeciwko  wilkołakowi,  który
miał serce szatana. W końcu Israel wszedł wprost do ciała wilkołaka
i  chwycił  jego  obrzydliwie  ciemne  serce  w  dłoń,  „drżące
i podskakujące jak ryba wyjęta z wody”. Fajga poruszała dłonią w ten
sam sposób. To obrzydliwe serce było przepełnione „niezmierzonym
bólem.  Bólem,  który  swój  początek  miał  przed  początkiem  czasów
i jego przeznaczeniem było wieczne trwanie”. Opowiadała tę historię
szeptem wśród zapadającej ciemności.

background image

–  Israelowi  zrobiło  się  w  końcu  żal  tego  serca  i  puścił  je  wolno.

Położył je na ziemi, a ziemia się otworzyła i je wchłonęła.

W  baraku  rozległo  się  westchnienie,  a  najgłośniej  westchnęła

Hannah.  Wilkołak,  pomyślała.  Tu  się  teraz  znajdujemy.  W  brzuchu
wilkołaka.  Ale  gdzie,  gdzie  jest  to  mroczne,  pełne  bólu  serce?
Wzdychając, zapadła w sen.

 
 
 

[10]

 Jidysz: mój Boże.

[11]

    Israel  ben-Eliezer,  znany  bardziej  pod  przydomkiem  HaBaal  Szem  Tow  (Mistrz

Świętego  Imienia,  Pan  Dobrego  Imienia  albo  Mąż  Dobrej  Sławy)  –  rabin,  cadyk,  jeden
z twórców chasydyzmu na terenach dawnej Rzeczypospolitej w XVIII wieku.

background image

 

background image

 
 

17

 
 
 
 
 
 
–  Jest  plan  –  wyszeptała  Gitl.  –  Icchak,  Szmul  i  ja  jesteśmy

wtajemniczeni. – Zakradła się na pryczę Hannah, objęła ją i mówiła
jej  bardzo  cicho  do  ucha.  –  Nie  musisz  się  bać,  ale  nie  możesz
nikomu powiedzieć. Ja też biorę w nim udział.

Hannah się nie poruszyła.
Głos Gitl łaskotał ją w ucho.
–  Mówię  ci  to  dlatego,  że  jesteś  naszą  jedyną  krewną.  Naszą

jedyną  więzią  z  przeszłością.  Jeśli  coś  nam  się  stanie,  musisz
pamiętać. Obiecaj mi, Chajo, że będziesz pamiętać.

Wargi  Hannah  się  poruszyły,  lecz  nie  wydobył  się  z  nich  żaden

dźwięk.

– Obiecaj.
–  Będę  pamiętać.  –  Słowa  same  przecisnęły  się  przez

zesztywniałe wargi.

– To dobrze.
– Co to za plan? – zdołała zapytać.
– Jeśli ci powiem, możesz wygadać.
– Nigdy.
– Możesz nie chcieć, ale ci się wymsknie.
– Nawet afile

background image

–  Afile  brenen  un  brutn…  nawet  gdyby  cię  przypalano.  Tego

powiedzenia nie należy wypowiadać głośno.

Przerażona  Hannah  poczuła,  że  zaczyna  chichotać.  Była  to

histeryczna reakcja, ale nie mogła się opanować.

– Mimo wszystko nie powiem ci.
– Kiedy? – wyszeptała Hannah.
– Dowiesz się.
Syrena  obwieściła  poranny  apel  i  Gitl  stoczyła  się  z  pryczy.

Hannah za nią, wstała i przyglądała się jej.

– To… z powodu Reubena? – spytała cicho.
–  Dla  Icchaka,  tak.  Co  mu  zostało,  biedakowi?  Uwielbiał  swoje

dzieci.

– Ale dlaczego ty? Dlaczego Szmul?
–  Jeśli  nie  my,  to  kto?  Jeśli  nie  teraz,  to  kiedy?  –  Gitl  się

uśmiechnęła.

– Gdzieś już chyba słyszałam te słowa – zastanawiała się Hannah.
– I jeszcze je usłyszysz – obiecała Gitl. – Ale nie możemy więcej

o tym rozmawiać.

 
 

Mimo obietnic Gitl zdawało się, że nic się nie dzieje. Dni toczyły się
według dotychczasowej rutyny, a jedyną zmianą była ciągła czerwień
na  niebie,  bo  torami  śmierci  nadjeżdżały  transporty  bezimiennych
zugangi.  Jednak  atmosfera  panująca  w  obozie  nieco  się  z  tego
powodu  rozluźniła,  bo  wszyscy  wiedzieli,  że  dopóki  procedurom
poddawani  są  inni,  oni  sami  ich  unikną.  Prosta  matematyka,  jak
odejmowanie,  mówiła,  że  jedynka  odjęta  od  góry  oznacza  jedynkę
dodaną na dole. Arytmetyka diabła.

– Kiedy? – wyszeptała w nocy do Gitl.

background image

– Dowiesz się – odpowiedziała Gitl. – Dowiesz się.
A jednak, gdy w końcu się to wydarzyło, Hannah była zaskoczona,

że nie wiedziała ani nawet się nie domyśliła.

Nie  było  żadnych  oznak,  zwiastunów,  żadnych  tajemniczych

sygnałów. Zwykły obozowy dzień, po którym w nocy położyła się na
twardej  pryczy  bez  pościeli  i  próbowała  sobie  przypomnieć  kołdrę,
poduszki  i  narzutę,  kiedy  wokół,  w  czarnym  baraku,  słyszała
oddechy  śpiących  kobiet.  Dłoń  na  jej  plecach  i  na  jej  ustach  tak  ją
przestraszyła, że była zbyt zaskoczona, żeby protestować.

– Chajo, to już – wyszeptał jej do ucha głos Gitl. – Kiwnij głową, że

rozumiesz.

Kiwnęła,  otwierając  szeroko  oczy,  choć  było  zbyt  ciemno,  żeby

cokolwiek dostrzec.

–  Plan.  –  Jej  słowa  były  gorące  na  dłoni  Gitl.  Usiadła  gwałtownie

i ledwie uniknęła uderzenia głową o wyższą pryczę.

Gitl cofnęła dłoń.
– Chodź ze mną – wyszeptała.
– Ja też jestem w tym planie?
–  Oczywiście,  dziecko.  Myślisz,  że  zostawilibyśmy  cię  w  tym

piekle?

Zakradły  się  do  drzwi  i  Hannah  czuła,  że  jej  serce  łomocze  jak

oszalałe. W baraku było ciepło, ale ona czuła chłód.

– Masz – wyszeptała Gitl, wkładając jej coś w dłonie.
Hannah  spojrzała  w  dół.  W  ciemności  nic  nie  widziała,  ale

zorientowała się, że trzyma parę butów.

– Założymy je na zewnątrz.
Przystanęły  przy  drzwiach,  a  później  Gitl  powoli  je  otworzyła.

Zaprotestowały łagodnie.

– Nie są zamknięte! – zauważyła Hannah, wstrząśnięta.

background image

– Niektórych strażników można przekupić – wyszeptała Gitl. – Daj

mi rękę.

Wsunęła dłoń do dłoni Gitl i na chwilę się zawahała.
– A co z Fajgą? Szmul bez Fajgi nie pójdzie.
Uścisk Gitl zacieśnił się na jej dłoni.
– Fajga mówi, że woli ciemnego wilka, którego zna, od ciemności,

której nie zna.

– Mimo że Szmul idzie? Przecież go kocha.
–  Bardziej  pokochała  swoją  następną  miskę  zupy  –  skwitowała

Gitl. – A teraz cicho.

Wymknęły się za drzwi, zamknęły je i przekręciły klucz od zewnątrz

ze zbyt głośnym zgrzytem. Hannah wzdrygnęła się, słysząc odgłos,
i znów chwyciła Gitl za rękę, równie zimną jak jej własna.

–  Spotkamy  się  za  wysypiskiem  –  wyszeptała  Gitl.  –  A  odtąd

żadnego gadania.

Hannah  spojrzała  w  górę.  Nie  zobaczyła  księżyca.  Ponad  ich

głowami  po  bezchmurnym  niebie  rozsiane  były  gwiazdy,  gęsto  jak
piach.  W  obozie  powiewał  lekki  ciepły  wiatr.  Słychać  było  cykanie
nocnych  owadów.  Hannah  wzięła  głęboki  oddech.  Powietrze  miało
słodki,  świeży,  nowy  zapach.  Nagle  zaszczekał  pies,  ale  uciszył  go
ostry głos.

Gitl  pociągnęła  Hannah  do  ściany  baraku.  Hannah  czuła

podchodzący  jej  do  gardła  strach  i  groźbę  niekontrolowanego
krzyku, więc upuściła buty i zakryła sobie buzię obiema dłońmi. Była
spocona pod pachami, między nogami, na plecach. Jęknęła. I wtedy
rozległ  się  krzyk.  Strzał.  I  kolejny.  I  kolejny,  toczące  się  ciężkie
staccato. Jakiś mężczyzna zaczął krzyczeć, wysokim, przeraźliwym
głosem.

– Ribono shel-oylam

[12]

.

background image

–  Szybko!  –  wyszeptała  ochryple  Gitl.  –  Przepadło.  Przed

światłami. Szybko.

Kiedy to mówiła, wielkie światła zaczęły przeszukiwać teren obozu,

omijając  je  zaledwie  o  kilka  centymetrów,  przesuwały  się  po
zewnętrznym  obrębie  ogrodzenia  z  drutem  kolczastym  i  po  polach
minowych i lasem poza nimi, gdzie Hannah zdawało się, że widziała
wbiegający pomiędzy ciemne drzewa cień.

Gitl  pociągnęła  ją  z  powrotem  do  drzwi  baraku,  jedną  dłonią

otworzyła rygiel, a drugą wepchnęła Hannah do środka. Obie padły
z ulgą na ziemię.

– Co jest? – Z prywatnego pokoju blokowej dobiegł jej głos.
Usta Hannah się otworzyły. Co jej powiedzą? Wszystko się wyda.

Wtedy zostaną wybrane.

–  Szłam  po  moją  miskę,  żeby  się  wysiusiać  –  krzyknęła  Gitl

niewiarygodnie  opanowanym  głosem.  –  A  na  zewnątrz  rozległy  się
strzały  i  tak  się  przestraszyłam,  że  się  przewróciłam  i  miska  mi
upadła. – Mówiąc to, odepchnęła od siebie Hannah.

Hannah,  czołgając  się  na  czworakach,  wróciła  przez  barak  do

swojej  pryczy.  Położyła  się  na  niej  z  ulgą,  drżąc  tak  mocno,  że
z pewnością wszystkich obudziła.

– Wy, Żydzi… – Głos blokowej był sennie śpiewny. – Nie umiecie

zrobić  niczego  po  cichu  ani  skutecznie.  I  dlatego  Niemcy  was
wszystkich  wykończą.  Jak  chcesz  sikać,  musisz  zaczekać  do  rana
albo zrobić w łóżku. Bo inaczej będziesz mieć do czynienia ze mną.

– Tak jest, blokowa – odpowiedziała Gitl.
– Wracaj do łóżka.
Gitl,  zamiast  wrócić  na  swoją  pryczę,  położyła  się  z  Hannah

i  przytuliła  ją  tak  mocno,  że  ta  ledwie  mogła  oddychać.  A  jednak
cieszyła się, że nie musi leżeć tu sama. Wtuliła się w Gitl i czuła jej

background image

rozedrgany  bezgłośny  szloch.  Aż  nagle  przyszła  jej  do  głowy
potworna  myśl.  Nie  mogła  odwrócić  się  do  ciotki  na  pryczy,  wiec
wyszeptała do ściany:

– Gitl, Gitl, matko…
Gitl w końcu usłyszała.
– Co się stało?
–  Buty,  Gitl,  upuściłam  na  dworze  buty.  Zorientują  się,  że  tam

byłam. I co teraz. Co ja zrobię?

–  Co  zrobisz?  –  wyszeptał  jej  do  ucha  zdyszany  głos.  –  Co

zrobisz?  Nic,  moje  drogie  dziecko.  To  nie  były  twoje  buty.  Tylko
blokowej.  Wzięłam  je  sprzed  jej  drzwi,  bo  na  tę  trudną  podróż
potrzebowałaś porządnych butów. Rano odkryją jej buty. – Parsknęła
śmiechem,  tłumionym  w  plecach  Hannah,  a  jego  dźwięk  tak
przypominał  szloch,  że  Hannah  nie  wiedziała,  czy  to  śmiech  czy
płacz.

 
 
 

[12]

 Jidysz (dosł. Pan Wszechświata): o mój Boże.

background image

 

background image

 
 

18

 
 
 
 
 
 

Poranny  apel  odbywał  się  w  pięknym  słońcu  i  pod  niebem  tak
błękitnym,  że  bolały  oczy.  Las  po  drugiej  stronie  kolczastego  drutu
był  wypełniony  śpiewem  ptaków.  Przed  zgromadzonymi  stał  sam
komendant  Beuer  w  otoczeniu  strażników  SS.  Przed  sobą  miał
sześciu  mężczyzn  skutych  łańcuchem.  Hannah  rozpoznała  jedynie
Szmula  i  skrzypka  z  klezmerskiej  kapeli.  Pozostałych  czterech
mężczyzn  nie  znała.  Wszyscy  zostali  brutalnie  pobici,  a  dwóch  nie
miało sił stać.

– Icchak… – wyszeptała.
Gitl obok niej milczała.
– Icchak – spróbowała jeszcze raz.
– Ćśś.
Komendant rozglądał się po obozie, jakby myśli miał zajęte czym

innym.  Raz  spojrzał  nawet  w  niebo.  W  końcu  zwrócił  uwagę  na
Szmula,  który  stał  z  dumnie  podniesioną  głową.  Szmul  splunął.
Strażnik dźgnął go w brzuch kolbą karabinu, a Szmul padł na kolana,
ale nie wydał z siebie dźwięku.

–  Ci  mężczyźni…  –  zaczął  Breuer  –  …ci,  jak  wy  to  mówicie  po

żydowsku,  drek,  próbowali  w  nocy  uciec.  Uciec!  Niby  dokąd?  Na
pola minowe? Do lasu na śmierć głodową? Do miasta, gdzie żaden

background image

Polak  przy  zdrowych  zmysłach  nie  da  im  schronienia?  Ten  obóz
znajduje się na zupełnym odludziu, zapamiętajcie to sobie. Jesteście
na zupełnym odludziu. Życie możecie zawdzięczać jedynie pracy…
i  mojej  dobrej  woli.  Rozumiecie?  –  Rozejrzał  się,  jakby  sprawdzał,
czy  ktoś  odważy  mu  się  sprzeciwić.  Wszyscy  milczeli.  –  Widzę,  że
byłem dla was za dobry. Zrobiłem sobie z was zwierzątka. Tak o was
mówią,  wiecie:  brudne  zwierzątka  Breuera.  Inne  transporty  nie
docierają  tutaj  i  nie  śpią  w  barakach  i  nie  dostają  trzech  posiłków
każdego dnia. Nie mają opieki w nowoczesnym szpitalu. Nie dostają
ubrań ani butów.

Wyciągnął parę damskich butów i Hanna wysilała się, żeby na nie

nie patrzeć, ale przyciągały jej wzrok.

–  Nie,  są  poddawani  procedurom  od  razu,  zgodnie  z  rozkazem

z Berlina dotyczącym ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej.
Ale  wam,  moim  małym  zwierzątkom,  pozwalam  żyć  i  pracować.
I proszę, jak się odwdzięczacie swojemu panu.

Podszedł  do  skrzypka,  którego  strażnik  wcześniej  powalił  na

kolana. Odchylił głowę mężczyzny i zwrócił się wprost do niego:

– Pozwalałem ci grać, bo podobno muzyka jest pokarmem bogów.

No to teraz będziesz karmił swojego boga. – Kiwnął na swoich ludzi.
– Przesunąć ich pod ścianę.

W  tłumie  rozległy  się  odgłosy  protestów,  dziwny  szmer.  Hannah

nagle  zorientowała  się,  że  ona  także  jęczy,  choć  nie  wiedziała,  co
oznacza  pójście  pod  ścianę.  Domyślała  się  jedynie,  że  coś  bardzo
złego.

–  Cisza!  –  rozkazał  Breuer  nieznacznie  tylko  podniesionym

głosem. – Jak będziecie cicho, pozwolę wam popatrzeć.

Wszyscy milczeli. Nie dlatego, że chcieli się przyglądać, pomyślała

Hannah, ale dlatego, że chcieli być świadkami. I dlatego, że nie mieli

background image

wyjścia.  Strażnicy  zaciągnęli  mężczyzn  pod  mur  obok  bramy.  Mur
był  pełen  dziur  I  ciemnych  plam.  U  góry  po  prawej  stronie,  wśród
zgrzytów  kołysał  się  na  wietrze  szyld  ARBEIT  MACHT  FREI.  Ptaki
radośnie  ćwierkały  w  lesie,  a  korony  drzew  tańczyły  we  własnym
rytmie.

Wszystkich  sześciu  mężczyzn  ustawiono  plecami  do  muru.

Czterech  stało,  dwóch  siedziało.  Uśmiechał  się  tylko  Szmul.
Żołnierze powoli podnieśli karabiny, a Hannah zagryzła dolną wargę,
żeby nie krzyknąć na głos.

– Szema Jisrael, Adonai Elohejnu…– zaczął skrzypek dźwięcznym

głosem. Pozostali mężczyźni spod muru przyłączyli się do niego. Ale
Szmul  milczał,  przeszukując  wzorkiem  tłum  obserwujących,  z  tym
samym  dziwnym  uśmiechem  na  twarzy.  W  końcu  jego  wargi  się
poruszyły i Hannah odczytała jedno słowo.

– Fajga.
– Szmul! – rozległ się głośny skowyt, i Fajga przecisnęła się przez

tłum,  po  czym  padła  u  jego  stóp.  Skierowała  twarz  ku  jego  twarzy
i  się  uśmiechnęła.  –  Niebo  jest  naszym  baldachimem.  Bożym
baldachimem. Niebo.

Pochylił  się  i  pocałował  ją  w  głowę,  a  wtedy  rozległ  się  ryk

karabinów,  głośnych  salw,  które  zagłuszyły  śpiew  ptaków  i  krzyki.
Gdy w końcu zrobiło się cicho, komendant rzucił buty na ciało Fajgi.

–  Niech  wszyscy  wyjdą  przez  komin  –  powiedział.  –  Wezwać

Kommando. Schnell!

Żołnierze  odmaszerowali  na  skraj  obozu  poza  jednym,  który

otworzył  drzwi  do  jaskini  Lilit.  Wyszło  stamtąd  dziesięciu  mężczyzn
w zielonych kombinezonach. Choć Hannah o nich słyszała, bała się
ich  i  było  jej  ich  żal,  nigdy  wcześniej  żadnego  z  nich  nie  widziała.
Jeden  z  nich,  zaledwie  chłopiec,  przyłożył  palec  do  ust  i  powietrze

background image

przeszył  ostry  świst.  Członkowie  komando  podnieśli  głowy  na  ten
dźwięk i parodiując żołnierzy, podeszli do muru.

Chłopiec,  który  zagwizdał,  pochylił  się  i  chwycił  Fajgę.  Jego

pozbawiona  zarostu  twarz  była  ponura,  ale  nie  pojawił  się  na  niej
wyraz smutku czy przerażenia. Jednak niósł Fajgę tak, jak niosłoby
się ukochaną, ze świadomą czułością i dumą.

– Ten, co niesie Fajgę, to mój brat, Wolfe – powiedziała Ryfka, nie

zwracając się do nikogo szczególnego.

Naprzód  wystąpiła  blokowa  z  drewnianą  łyżką  w  dłoni,  którą  na

prawo i lewo rozdawała ciosy.

–  Schnell.  Schnell.  Kanalie.  Robota  czeka,  dużo  roboty.  –  W  jej

głosie pobrzmiewała nuta histerii. Łyżka z dłonią nie spoczywała, ale
drugą trzymała blisko przy ciele. Owinięta była szerokim bandażem,
a biała tkanina splamiona była świeżą krwią.

–  Gitl…  –  odezwała  się  Hannah,  kiedy  szły  w  kierunku  kuchni.  –

Widziałaś?

–  Widziałam  –  odparła  Gitl  chropowatym  głosem.  –  Wszystko

widziałam.

– Chodzi mi o to, czy widziałaś, że nie było tam Icchaka?
Gitl  odwróciła  się,  chwyciła  Hannah  za  ramiona  i  się  w  nią

wpatrywała.

– Icchaka?
– Nie było go tam. Ani w tłumie.
–  Ćśś  –  powiedziała  Gitl,  odwracając  się,  ale  w  jej  głosie  pojawił

się cień nadziei. – Ćśś.

Hannah  nic  więcej  nie  dodała,  ale  w  myślach  zobaczyła  zwinny

cień znikający wśród drzew. Uśmiechnęła się na to wspomnienie.

 
 

background image

Później tego popołudnia, gdy kotły były przygotowane do gotowania,
Hannah z Ryfką i Szyfrą poszła do studni. Estera już przy niej stała
i powolnymi ruchami napełniała wiadro dla kobiet w szwalni. Mocno
schudła, sukienka wisiała na jej kruchym ciele, wzrok miała martwy.

Jaskółki  nad  ich  głowami  nurkowały  do  ziemi,  żeby  porywać

wzbijające  się  z  niej  owady.  Hannah  obserwowała  je  przez  chwilę,
wstrzymując  oddech.  Miała  wrażenie,  że  cała  przyroda  ignoruje  to,
co się dzieje w obozie. Były piękne zachody słońca i delikatna bryza.
Wokół  domu  komendanta  z  kolorowymi  kwiatami  droczył  się  wiatr.
Kiedyś zauważyła przebiegającego przez łąkę lisa, który zanurkował
w lesie. Gdyby to się działo w książce, pomyślała, niebo by płakało,
a jaskółki odprawiały żałobne śpiewy przy kominie.

Jej  wargi  wykrzywiły  się  pod  wpływem  ironii  tej  myśli,  i  odwróciła

się  do  trzech  dziewczyn  przy  pompie.  Nagle,  zupełnie  wyraźnie,
zobaczyła inną scenę: dwie roześmiane dziewczyny przy fontannie,
w  jasnoniebieskich  pończochach  i  bawełnianych  swetrach.
Opryskiwały się wodą. Szkolny dzwonek wezwał je do klasy. Hannah
zamrugała, ale obraz pozostał.

Wzięła  głęboki  oddech  i  zmusiła  się  do  skupienia  na  obozie;

przypominało  to  nastawianie  ostrości  w  aparacie  fotograficznym.
Raz  widziała  fontannę,  innym  razem  studnię.  Serce  dudniło  jej  pod
szarą sukienką. Bała się poruszyć. Aż nagle podjęła decyzję.

–  Posłuchajcie  –  odezwała  się  do  dziewczyn  przy  studni.  –

Opowiem wam pewną historię.

–  Historię?  –  Szyfra  podniosła  wzrok  z  błyskiem  w  oczach

osłoniętych  jasnymi  rzęsami.  –  Nie  opowiadałaś  nam  nic  odkąd  tu
jesteśmy.  Od…  –  Zawahała  się  na  chwilę,  bojąc  się  nazwać
wspomnienie,  bojąc  się,  że  może  usłyszeć  strażnik  i,  jakoś,  je
wykraść.

background image

– Od ślubu – dokończyła Hannah. – Zabawne, że przywołujemy to,

co wypowiemy. Ślub. Szkoła. Dom.

–  Opowiedz  tę  historię  –  poprosiła  Ryfka.  –  Chciałabym  ją

usłyszeć.  –  Jej  słowa,  po  raz  pierwszy,  zabrzmiały  jak  słowa
dziesięciolatki.

Hannah kiwnęła głową.
–  To  nie  jest  historia,  która  zaczyna  się  od  słów:  dawno,  dawno

temu – wyjaśniła. – Mówi o teraźniejszości i o przyszłości.

–  Nie  chcę  historii  o  teraźniejszości  –  rzekła  powoli  Estera.  –

Teraźniejszości mamy aż za wiele.

– A przyszłości za mało – dodała Szyfra.
Hannah przysunęła się do nich.
– Sześć milionów Żydów umrze w obozach takich jak ten. Umrze!

No, powiedziałam to słowo. Czy dzięki temu to bardziej realne? Czy
mniej? I skąd wiem, że umrze sześć milionów? Nie wiem skąd, ale
wiem.

– Sześć milionów? – zdziwiła się Szyfra. – To niemożliwe. Sześciu

milionów Żydów nie ma nawet na całym świecie.

–  Sześć  milionów  –  powtórzyła  Hannah.  –  Ale  to  nie  wszyscy

Żydzi,  jacy  istnieją.  Na  koniec,  w  przyszłości,  będą  nadal  istnieć.
I  będzie  Izrael,  żydowskie  państwo,  z  żydowskim  prezydentem
i senatem. A w Ameryce, żydowskie gwiazdy filmowe.

– Nie wierzę ci – skwitowała Estera. – Nie sześć milionów.
– Musisz mi uwierzyć. Bo pamiętam.
–  Jak  możesz  pamiętać  coś,  co  się  jeszcze  nie  wydarzyło?  –

spytała  Ryfka.  –  Pamięć  tak  nie  działa.  Nie  działa  do  przodu,  tylko
w tył. To, co opowiadasz, to nie wspomnienie. To marzenie.

– A jednak to nie jest marzenie – upierała się Hannah. – Mam trzy

rodzaje  wspomnień,  które  się  na  siebie  nakładają.  Pamiętam,  jak

background image

mieszkałam z Gitl i Szmulem.

– Niech spoczywa w pokoju – wtrąciła Ryfka.
– Niech wszyscy spoczywają w pokoju – dodała Hannah.
– A Lublin? – zagadnęła Szyfra. – Pamiętasz Lublin?
–  Tak,  jest  Lublin,  ale  mam  wrażenie,  że  to  wspomnienie  jest

zasłyszaną  opowieścią.  Samego  Lublina  nie  pamiętam,  ale
przypominam  sobie,  że  tam  byłam.  No  i  jest  moje  wspomnienie
z  przyszłości.  Teraz  jest  bardzo  silne  i  rzeczywiste,  jakby
przypominało  mi  się  tym  więcej,  im  bardziej  usiłuję  sobie
przypomnieć.  Wspomnienie  na  wspomnieniu  na  wspomnieniu,  jak
warstwy tortu.

– Pamiętam tort – powiedziała Szyfra.
– Niemożliwe – zaoponowała Estera.
– A wręcz szalone – orzekła Ryfka.
–  Tak  czy  owak,  pamiętam  –  powtórzyła  Hannah.  I  wy,  wy  też

musicie  pamiętać,  żeby  ci  z  nas,  którzy  przetrwają  w  tym  miejscu,
zanieśli przesłanie do tej przyszłości.

– Jakie przesłanie? – spytała Ryfka zdyszanym, cichym głosem.
–  Że  przetrwamy.  My,  Żydzi.  Że  to,  co  się  tutaj  dzieje,  nie  może

wydarzyć się nigdy więcej – powiedziała Hannah. – Że…

–  Że  cztery  dziewczyny  gadają  zamiast  pracować  –  przerwał  jej

ostry głos.

Podniosły głowy. Obok nich stał nowy strażnik, z zaczerwienionym

od  słońca  nosem.  Na  jego  twarzy  malował  się  dziwny  wyraz
zadowolenia.

– Słyszałem, że ci, którzy nie pracują, idą tam. – Wskazał bramę.
– Nie! – krzyknęła Ryfka. – My pracujemy. Naprawdę. – Podniosła

puste wiadro.

background image

Strażnik  machnięciem  dłoni  zbył  jej  wyjaśnienia  i  cała  czwórka,

wstrzymując oddech, czekała.

– Słyszałem, że potrzebujemy jeszcze trzech Żydów, żeby dopełnić

ładunek.  Komendant  Breuer  jest  zwolennikiem  skuteczności,
a  nasze  urządzenia  nie  pracują  dobrze  przy  niepełnych  ładunkach.
Więc  wysłano  mnie  tutaj,  żebym  spośród  zwierzaków  komendanta
wybrał  trzy,  które  nie  pracują.  Polecił  mi  osobiście,  żeby  dopełnić
ładunek.

–  Ale  my  pracowałyśmy  –  błagała  Szyfra  drżącym  w  pośpiechu

głosem. – I jesteśmy zdrowe. Jesteśmy zdrowe i ciężko pracujemy.
Nie  bierze  się  zdrowych  i  ciężko  pracujących.  To  jedna  z  zasad.
Nigdy.

Strażnik znów się uśmiechnął.
– Skoro zasady ustala komendant Breuer, domyślam się, że może

je  także  zmieniać.  Ale  dlaczego  ty  się  tak  przejmujesz,  Liebchen?
Potrzebuję  tylko  trzech.  Może  ciebie  nie  wezmę.  –  Powoli  przyjrzał
się pozostałym dziewczynom. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. –
Wezmę ciebie. Ty wyglądasz najmniej zdrowo. – Wskazał na Esterę,
która niemal przewróciła się przy nim, jakby ktoś nagle kopnął ją od
tyłu, w zagięciach kolan.

Szyfra odetchnęła głośno i zamknęła oczy.
–  I  ciebie  –  powiedział,  figlarnie  kładąc  palec  na  nosie  Szyfry,

niemal jakby z nią flirtował. – Bo jednak za bardzo się stawiasz. I…
i…

Hannah  wypuściła  powietrze  z  płuc  najciszej,  jak  mogła.  Nie

chciała zwracać na siebie uwagi. Żeby przeżyć jeszcze jeden dzień,
jeszcze jedną godzinę, jeszcze jedną minutę – każda z nich myślała
tylko  o  tym.  Jedynie  na  to  mogły  mieć  nadzieję.  Ryfka  miała  rację.
Nawiedzało ją nie wspomnienie, ale marzenie.

background image

–  …I  ciebie,  w  chustce  na  głowie,  jak  stara  babcia.  Wezmę  też

ciebie.  –  Wskazał  na  Ryfkę,  a  do  Hannah  puścił  oko.  Później
odwrócił się i energicznym krokiem ruszył w kierunku bramy, pewny,
że wybrane przez niego dziewczyny pójdą za nim.

Ryfka uściskała szybko Hannah.
– I kto teraz będzie pamiętał? – wyszeptała.
Hannah  się  nie  odezwała.  Wspomnienia  Lublina,  sztetlu  i  obozu

nagle  wydały  jej  się  snem.  Ona  żyła,  wcześniej,  teraz  i  będzie  żyć
później – w przyszłości, ona, czy ktoś, z kim dzieli wspomnienia. Ale
Ryfka miała tylko teraźniejszość.

Nie zastanawiając się, Hannah zerwała Ryfce chustkę z głowy.
–  Biegnij!  –  wyszeptała.  –  Biegnij  do  wysypiska,  biegnij  do

baraków,  biegnij  do  kuchni.  Strażnik  jest  nowy.  Nie  zorientuje  się.
Dla  niego  wszyscy  Żydzi  są  tacy  sami.  Biegnij  ocalić  życie,  Ryfko.
Biegnij  ocalić  przyszłość.  Biegnij.  Biegnij.  Biegnij.  I  pamiętaj.  –
Mówiąc  to,  odepchnęła  Ryfkę,  drżącymi  palcami  rozwiązała  supeł
chustki  i  związała  ja  sobie  na  głowie.  Gdy  odgłosy  kroków  Ryfki
zniknęły  za  nią,  ruszyła  pewnym  krokiem,  z  podniesioną  głową,  za
Szyfrą  i  Esterą.  Dogoniwszy  je,  objęła  je  w  talii,  jakby  były  trzema
dziewczynami idącymi przez szkolny dziedziniec.

– Opowiem wam historię – odezwała się cicho, nie zważając na to,

że  obie  płaczą,  Szyfra  głośno,  a  Estera  cichutko.  –  Historię,  która
wam się spodoba. – Siła jej głosu uspokoiła je i zaczęły słuchać. –
Opowieść jest o dziewczynie. Zwykłej dziewczynie, która nazywa się
Hannah Stern i mieszka w New Rochelle. Nie w zwykłym Rochelle.
Zwykłego  Rochelle  nie  ma.  Jest  tylko  New  Rochelle.  Leży
w Ameryce,  gdzie  kablami  zdjęcia,  ruszające  się  zdjęcia,  dochodzą
wprost do salonu… – Zamilkła, kiedy otworzyły się przed nimi drzwi
do  jaskini  Lilit.  –  I  gdzie  kiedyś  prezydentem  zostanie  żydowska

background image

dziewczyna,  jeśli  zechce.  Jesteście  gotowe?  Gotowe  czy  nie,
idziemy…

Wszystkie trzy wzięły głęboki, nierówny oddech i przekroczyły próg

do wiecznej nocy.

background image

 

background image

 
 

19

 
 
 
 
 
 

Kiedy  ciemność  w  końcu  się  rozmyła,  Hannah  zorientowała  się,  że
patrzy  przez  pusty  korytarz  na  drzwi  oznaczone  „4N”.  Czwórka  to
czterej  członkowie  mojej  rodziny
,  pomyślała  Hannah.  A  „N”  to  New
Rochelle
.  Nigdzie  nie  widziała  Szyfry  ani  Estery.  Rozpierzchły  się
bez pożegnania. Niemal je zawołała, ale się zawahała i obejrzała za
siebie.

Zobaczyła długi stół nakryty białym obrusem. Uginał się od potraw:

macy, 

pieczeni 

wołowej, 

jajek 

na 

twardo, 

kielichów

ciemnoczerwonego  wina.  Przy  stole  siedziało  siedmioro  dorosłych
i mały blondynek. Otworzyli wyczekująco usta.

– I co, Hannah? – odezwał się stary mężczyzna u szczytu stołu. –

Idzie?

Hannah  odwróciła  się  i  spojrzała  w  długi,  ciemny  korytarz.  Był

nadal pusty.

– Nikogo tu nie ma – wyszeptała. – Nikogo.
–  No  to  wracaj  do  stołu  i  zamknij  drzwi  –  krzyknął  inny  starszy

mężczyzna.  –  Jest  przeciąg.  Wiesz,  że  ciocia  Rose  łatwo  się
przeziębia.

–  Sam,  nie  poganiaj  dziecka,  robi,  co  do  niej  należy.  –  Kobieta,

która  się  odezwała,  miała  pospolitą  twarz,  rozjaśnioną  wyjątkowym

background image

uśmiechem.  –  Chodź,  skarbie,  usiądź  przy  cioci  Evie.  –  Poklepała
puste  krzesło  obok  niej,  a  później  wyciągnęła  rękę  i  chwyciła  swój
kieliszek  wina.  –  Jesteś  taka  blada,  Hannahleh.  Jak  śmierć.  Jak
temu  zaradzimy?  –  Podniosła  kieliszek,  spoglądając  na  Hannah.  –
L’chaim. Za życie. – Wypiła łyk.

Hannah  wsunęła  się  na  krzesło,  wiedząc,  że  jest  zarezerwowane

dla proroka Eliasza, który przemierzał wieki niczym ryba wodną toń.
Obserwowała, jak wszyscy dorośli podnoszą kieliszki.

– L’chaim.
Ciocia  Eva  obróciła  się  do  niej  z  uśmiechem.  Rękaw  swetra

odsłaniał  jej  nadgarstek.  Kiedy  znów  podniosła  kieliszek,  Hannah
zauważyła na jej ręce numer: J18202.

–  Hannaleh,  co  tak  patrzysz?  –  wyszeptała  ciocia  Eva,  gdy  przy

stole  rozległy  się  rozmowy:  wuj  Sam  wykłócał  się  o  ceny  nowych
samochodów, dziadek Will narzekał z powodu ostatniego rządowego
skandalu, jej matka zagadywała ciocię Rose na temat jakiejś książki.

– Patrzę? – Bezwiednie powtórzyła słowo.
–  Tak,  na  moją  rękę.  Na  numer.  Ciągle  cię  przeraża?  Nigdy  nie

pozwoliłaś,  żebym  ci  o  nim  opowiedziała,  a  twoja  matka  nie  cierpi,
jak się o nim wspomina. Jednak jeśli chcesz…

Hannah  dotknęła  numery  na  ręce  ciotki  z  zaskakującą

delikatnością.

–  Nie,  nie,  proszę,  to  ja  ci  o  nim  opowiem  –  wyszeptała.  –  J

oznacza  Żyda.  Jedynka  to,  że  jesteś  sama,  sama  z  ośmiorga
z  twojej  rodziny,  a  przeżyło  z  niej  dwoje.  Twój  brat  był  w  komando
jednym  z  Żydów  zmuszonych  do  obsługi  krematoriów,  zajmowania
się zmarłymi, więc uważał się za zero. – Podniosła wzrok na ciocię
Evę, która się w nią wpatrywała. – Och! Twój brat, dziadek Will. To
on musiał nieść Fajgę. To dlatego…

background image

Ciocia Eva na chwilę zamknęła oczy, jakby o czymś myślała albo

coś sobie przypominała.

–  Miał  na  imię  Wolfe  –  wyszeptała.  –  Wolfe!  Jak  wilk.  A,  jak  na

ironię,  był  łagodny  niczym  baranek.  Po  przyjeździe  do  Ameryki
zmienił  imię.  Wszyscy  zmieniliśmy  imiona.  Żeby  zapomnieć.
Pamiętanie  było  zbyt  bolesne.  Ale  zapomnieć  się  nie  dało.  –
Otworzyła oczy. – Mów dalej, dziecko.

Hannah cofnęła dłoń z ręki ciotki i położyła ją sobie na kolanach.

Nie  była  w  stanie  patrzeć  na  ciotkę,  na  tę  znajomą-nieznajomą,
pospolitą, lecz piękną twarz.

–  Powiedziałaś…  –  wyszeptała  –  …  powiedziałaś,  że  jak  to

wszystko  się  już  skończy,  znów  będziecie  dwójką.  Na  zawsze.
J18202.

Siedziały  w  milczeniu  przez  długą  chwilę,  a  odgłosy  śmiechów

i rozmów przy stole krążyły wokół nich jak jaskółki.

W końcu Hannah podniosła głowę. Ciotka przyglądała jej się, jakby

zobaczyła ją po raz pierwszy.

– Ciociu Evo… – zaczęła Hannah, a dłoń Evy dotknęła mocno jej

warg, jakby chciała powstrzymać ją przed wypowiedzeniem tego, co
wypowiedziane zostać musiało.

–  W  mojej  wiosce,  w  obozie…  w  przeszłości…  nazywałam  się

Ryfka.

Hannah kiwnęła głową i odsunęła palce ciotki.
O wiele głośniej, niż zamierzała, tak głośno, że wszyscy przy stole

zamilkli, słysząc jej głos, powiedziała:

– Pamiętam. Oj, pamiętam.

background image

 

background image

 
 

EPILOG

 
 
 
 
 
 

Zakończenie  tej  historii  ciocia  Eva  opowiedziała  Hannah  dużo
później,  kiedy  były  tylko  we  dwie,  bo  nikt  inny  by  im  nie  uwierzył.
Powiedziała, że spośród wszystkich ludzi, z którymi tamtej wiosny do
obozu  przyjechała  Chaja,  do  końca  wojny  przeżyło  tylko  dwoje.
Icchak,  któremu  rzeczywiście  udało  się  uciec,  mieszkał  w  lesie
z  partyzantami  i  walczył  z  Niemcami.  I  Gitl.  Gdy  w  1945  roku
wyzwolono  obóz,  Gitl  ważyła  zaledwie  trzydzieści  pięć  kilogramów,
bo  swoimi  porcjami  żywności  cały  czas  dzieliła  się  z  dziećmi.  Ale
przeżyła.  Blokowa  i  wszyscy  mieszkańcy  Wioski  zginęli,  ale  wśród
żyjących,  oprócz  Icchaka,  Gitl  i  Ryfki,  znalazła  się  też  Leja
z  dzieckiem,  poważnym  trzylatkiem.  Gitl  i  Icchak  wyjechali  do
Izraela, gdzie żyli w przyjaźni do siedemdziesiątki. Żadne z nich nie
założyło  rodziny.  Icchak  został  politykiem,  członkiem  izraelskiego
Knessetu. Gitl, znana w kraju jako tante Gitl lub Gilt-niedźwiedzica,
zorganizowała  misję,  żeby  ratować  życie  młodych  ocalałych
i  odnaleźć  pozostałych  przy  życiu  członków  ich  rodzin.  Później
prowadziła  agencję  adopcyjną,  najlepszą  na  Bliskim  Wschodzie.
Nadała jej nazwę od imienia swojej małej siostrzenicy, która zginęła
w obozie bohaterską śmiercią. CHAYA.

Życie.

background image

 

background image

 
 

Co w tej książce jest prawdą

 
 
 
 
 
 

Choć seder rodziny Sternów odbiega nieco od tradycji, jest obrazem
tego,  jak  obchodzono  go  w  mojej  rodzinie.  To  mój  wujek  Louis
zawsze mówił: „Skąd to wiem? Bo tam byłem!”, chowając afikoman
na widoku pod swoim krzesłem, żeby najmłodsze dziecko bez trudu
mogło go znaleźć i ponownie ukryć. Słowo „seder” dosłownie znaczy
„porządek”,  ale  życie  religijne  moje  rodziny  nie  było  zbytnio
uporządkowane.  Jak  u  wielu  amerykańskich  Żydów,  składało  się
z  licznych  dość  dowolnie  wybranych  elementów  i  mnóstwa  miłości.
Byliśmy  Żydami  dlatego,  że  się  nimi  urodziliśmy,  a  nie  z  powodu
ścisłego  przestrzegania  zasad.  Kiedy  musiałam  uczyć  się
hebrajskiego  i  historii  na  moją  bat  micwę,  ciągle  narzekałam,  jak
bardzo  męczy  mnie  zapamiętywanie.  Jednak  seder  ma  swój
dokładnie  ustalony  porządek,  a  ciekawy  czytelnik  może  go  poznać
w opisującym go podręczniku, Hagadzie.

Wszystkie  fakty  dotyczące  potwornego  upowszechnienia  zła

w obozach są prawdą: koszmarne podróże w bydlęcych wagonach,
golenie 

głów, 

tatuowanie 

numerów, 

rozdzielenie 

rodzin,

niedożywienie,  „muzułmanie”  i  „komanda”,  brak  odpowiedniej
odzieży,  wybieranie  ofiar  do  kremacji.  Nawet  wysypisko  śmieci
pochodzi z obozowych wspomnień jednej z moich przyjaciółek.

background image

Wymyśleni  są  jedynie  bohaterowie:  Chaja,  Gitl,  Szmul,  Ryfka

i  pozostali  –  choć  stworzeni  zostali  z  fragmentów  prawdziwych
historii,  które  ujrzały  światło  dzienne  dzięki  niewielkiej  garstce
ocalałych.

Nienazwany przeze mnie obóz, który opisałam, nie istniał. Jest to

raczej zlepek obozów, które istniały naprawdę: najgorszym z nich był
Auschwitz  z  ironicznym  szyldem  ARBEIT  MACHT  FREI.  W  ciągu
dwóch  i  pół  roku  zagazowano  w  nim  dwa  miliony  Żydów  i  dwa
miliony 

rosyjskich 

jeńców 

wojennych, 

polskich 

więźniów

politycznych,  Cyganów  oraz  europejskich  nie-Żydów.  W  Treblince
zginęło  840  tysięcy  Żydów.  W  Chełmnie  –  360  tysięcy  Żydów.
W  Sobiborze  –  250  tysięcy.  Były  też  inne  obozy,  a  ich  wyliczanka
brzmi  jak  arytmetyka  diabła:  Bełżec,  Majdanek,  Dachau,  Birkenau,
Bergen-Belsen,  Buchenwald,  Mauthausen,  Ravensbrück.  Zginęła
niezliczona liczba anonimowych ludzi. Zniknęły całe rodziny, wioski,
regiony.  W  czasie  Holokaustu  trudno  było  to  sobie  wyobrazić,  bo
skala  zagłady  przekraczała  ludzkie  pojęcie.  Dziś,  po  wielu  latach,
możemy  powtórzyć  słowa  Winstona  Churchilla,  który  napisał:  „To
bez  wątpienia  największa  i  najpotworniejsza  zbrodnia  popełniona
w  całych  dziejach  świata”.  A  jednak  nadal  zdaje  się  czymś
niemożliwym,  niewyobrażalnym,  trudnym  do  pojęcia.  Choć  mamy
przed  sobą  fakty,  liczby,  niepodważalne  fotografie,  autobiografie,
nadgarstki  noszące  długie  numery,  są  na  świecie  ludzie,  którzy
negują fakt, że takie rzeczy naprawdę miały miejsce.

Bo  w  końcu,  jak  wierzyć,  że  ludzie  tacy  jak  my  –  matki,  ojcowie,

siostry,  bracia  –  mogli  zgotować  swoim  bliźnim  tak  zaplanowaną
niedolę,  taką  rutynę  tortur,  wszystko  ubrane  z  język  przemysłu:
„Mnóstwo  dostarczonych  jednostek…  działamy  pełną  parą”.  To  nie

background image

były obozy, choć tak je nazywano. To były fabryki przeznaczone do
skutecznego mordowania ludzi.

Nie ma szans, żeby fikcja choć częściowo oddała to, jak nieludzka,

obca, wręcz szatańska była w obozach ta machina śmierci. Ani tego,
jak  należy  postrzegać  bohaterstwo:  nie  w  buncie,  który  był
całkowicie  bezsensowny,  bo  oznaczał  śmierć  kolejnych  niewinnych
ludzi. „Brak działania”, napisał Emmanuel Ringelblum, zajmujący się
Holokaustem  żydowski  historyk,  „niepodnoszenie  ręki  przeciwko
Niemcom  stało  się  milczącym,  biernym  bohaterstwem  przeciętnego
Żyda”.

Ten  heroizm  –  opór  wobec  dehumanizacji,  dążenie  do  przeżycia

swoich  oprawców,  cicha,  codzienna  troska  o  równie  znękanych
bliźnich. Świadectwo. Pamięć. To były jedyne obozowe zwycięstwa.

Fikcja nie jest w stanie oddać przytłaczających liczb, ale może być

tym  świadkiem,  tą  pamięcią.  Narrator  może  próbować  opowiedzieć
ludzką historię, z chaosu może stworzyć galaktykę, może wskazać,
że niektórym udało się przeżyć, choć większość ludzi zginęła. I może
nam  przypomnieć,  że  wokół  kominów  wciąż  rozlega  się  śpiew
jaskółek.

background image

 

background image

 
 

Nota o autorce

 
 
 
 
 
 

Jane  Yolen  –  urodziła  się  w  1939  roku  w  Nowym  Jorku.  Pisarka
mająca  w  dorobku  blisko  400  wierszy  oraz  książek  dla  młodzieży
i  dorosłych.  Wielokrotna  zdobywczyni  prestiżowych  nagród,  takich
jak: Nebula, Golden Kite, Mythopoeic, a także Jewish Book. W roku
2009  otrzymała  World  Fantasy  Award  za  osiągnięcia  życiowe  oraz
Damon  Knight  Memorial  Grand  Master  Award.  Aż  sześć
uniwersytetów  przyznało  jej  doktoraty  honoris causa  za  jej  dorobek
literacki.  Najważniejszą  powieścią  Yolen  jest  nagradzana
i sfilmowana Arytmetyka diabła. Książka została przetłumaczona na
wiele  języków,  regularnie  trafiała  również  na  listy  bestsellerów.  Po
blisko  trzydziestu  latach  od  jej  wydania,  autorka  po  raz  kolejny
poruszyła  ważną  kwestię  Holokaustu  w  powieści  Mapping  the
Bones
.  Oprócz  bycia  pisarką,  Jane  Yolen  zajmuje  się  również
komponowaniem  piosenek  i  storytellingiem.  Mieszka  w  Hatfield
w stanie Massachusetts.

background image

 

background image

 
 

Spis treści

 
 
 
 
 
 

1
2
3
4
5
6
7
8
9

10

11

12
13
14
15
16
17
18

background image

19

EPILOG

Co w tej książce jest prawdą

Nota o autorce


Document Outline