background image

 

Barbara Cartland

 

Ucieczka 

No escape from love 

 

background image

Od Autorki 
Zdarzenia,  będące  tłem  tego  opowiadania  -  internowanie 

brytyjskich turystów w 1803 roku we Francji oraz szczegóły z 
prywatnego  życia  Napoleona  i  jego  siostry,  księżnej  Pauliny 
Borghese - są zgodne z rzeczywistością. 

Hotel  de  Charost  kupiony  w  1814  roku  przez  diuka 

Wellingtona  za  pięćset  tysięcy  franków  stał  się  siedzibą 
ambasady brytyjskiej i  jest  nią po dziś dzień. Nadal  znajduje 
się  w  nim  wiele  mebli,  pochodzących  z  czasów,  gdy 
właścicielką hotelu była księżna Borghese. 

Obecność okrętów Nelsona na Morzu Śródziemnym i jego 

szaleńcze  wysiłki  dogonienia  płynącej  do  Indii  Zachodnich 
floty francuskiej, zakończone zwycięstwem pod Trafalgarem, 
są faktami historycznymi. 

Trzeciego  grudnia  1804  roku,  dzień  po  koronacji 

Napoleona  na  cesarza,  Anglia  podpisała  tajny  układ  ze 
Szwecją  na  mocy  którego  uzyskała  prawo  korzystania  z 
bałtyckiej  wyspy  Rugii  oraz  twierdzy  Stralsund  do 
stacjonowania wojsk angielskich i rosyjskich. 

background image

Rozdział 1 
Rok 1805 
Skończyłam, mamo - oznajmiła Vernita. 
Lady  Waltham  leżała  w  łóżku  wsparta  o  poduszki.  Oczy 

miała  zamknięte,  ale  słysząc  słowa  córki  otworzyła  je  i 
powiedziała cichym, słabym głosem: 

 - Cieszę się, kochanie. 
Była bardzo szczupła, chyba już na skraju wycieńczenia, i 

tak blada, jakby miała przezroczystą skórę, ale mimo to na jej 
twarzy można było dostrzec ślady dawnej urody. 

Jej córka była również bardzo szczupła, lecz urok i wdzięk 

młodości  sprawiał,  że  się  tego  prawie  nie  dostrzegało.  Teraz 
wstała  i  uniosła  w  górę  peniuar,  aby  matka  mogła  ocenić  jej 
pracę.  Wykonany  był  z  indyjskiego  muślinu  z  ażurowym 
haftem,  wykończony  bladoróżową  lamówką  i  zawiązywany 
wstążkami  z  tego  samego  materiału  przystrojonymi  koronką. 
Na tle obskurnego pokoju na poddaszu, z drewnianą podłogą i 
oknami  bez  firanek,  strój  ten  wydawał  się  absurdalnie  nie  na 
miejscu. 

 - Pięknie to wykończyłaś, kochanie - pochwaliła matka. - 

Miejmy tylko nadzieję, że od razu nam zapłacą. 

 -  Postanowiłam,  że  nie  zaniosę  go  do  Maison  Clare,  ale 

prosto do księżnej Borghese - oznajmiła Vernita. 

 -  Nie  powinnaś  tego  robić  -  próbowała  trochę  głośniej 

zaprotestować  lady  Waltham.  -  To  byłoby  niebezpieczne.  A 
poza tym zlecił ci to przecież Maison Clare. 

 - Oni nas wyzyskują - tłumaczyła Vernita. - Za to, co dla 

nich robimy, każą płacić klientom ogromne sumy, a nam dają 
jakieś marne grosze. 

 -  Bez  ich  zleceń  nie  przeżyjemy  -  perswadowała  lady 

Waltham. 

 -  I  tak  nie  przeżyjemy,  jeżeli  nie  dostaniemy  więcej 

pieniędzy - upierała się dziewczyna. 

background image

Mówiła  w  liczbie  mnogiej,  chociaż  tak  naprawdę  już  od 

kilku miesięcy sama zajmowała się szyciem. Lady Waltham z 
każdym  dniem  stawała  się  coraz  słabsza.  Bała  się  jednak 
posłać  po  doktora,  a  Vernita  doskonale  wiedziała,  że  matce 
przede  wszystkim  potrzebne  było  pożywne  jedzenie,  a  nie 
pomoc  lekarska.  Graniczyło  prawie  z  cudem,  że  udało  im  się 
przeżyć w ukryciu tyle czasu. Dawno już sprzedały wszystko, 
co miało jakąś wartość, a teraz musiały polegać wyłącznie na 
sobie i na tym, co zapracują własnymi rękami. 

Minęły  już  dwa  lata,  pomyślała  Vernita,  odkąd 

przyjechały  wraz z ojcem do Paryża, tak jak tysiące turystów 
angielskich  tłumnie  opuszczających  Anglię  wkrótce  po 
podpisaniu  traktatu  w  Amiens,  który  położył  kres  wrogości 
między Francją i Anglią. 

Był  wtedy  rok  1802.  Lato  zastało  Anglię  opromienioną 

blaskiem 

układu 

pokojowego. 

Anglicy 

wyczerpani 

dziewięcioma  latami  konfliktu,  przytłoczeni  nałożonymi 
podatkami  i  wysokimi  cenami  żywności,  teraz  cieszyli  się 
powrotem pokoju i dostatku. 

Po  zakończeniu  walk  pełni  ufności  Brytyjczycy  przestali 

się  bać  młodego  zdobywcy  Austrii  i  Włoch,  Napoleona 
Bonaparte,  a  nawet  zaakceptowali  jego  kontrolę  nad 
wybrzeżem holenderskim. Turyści angielscy, którzy cierpliwie 
przeczekali  lata  wrogości  z  Francją,  teraz  zapragnęli 
podróżować  po  świecie.  Przeprawiali  się  więc  tłumnie 
statkami przez kanał La Manche, a porty po obu jego stronach 
oblegało wytworne towarzystwo. 

Sir Edward Waltham rozważnie odczekał, aż opadną nieco 

początkowe emocje, i dopiero w marcu 1803 roku wybrał się 
wraz z żoną i córką do Paryża. Miasto było rzeczywiście tak 
atrakcyjne,  jak  się  Vernita  spodziewała.  Czas  płynął  im 
przyjemnie, prowadzili bogate życie towarzyskie, byli wprost 
rozrywani  przez  liczne  grono  przyjaciół  i  znajomych.  Na 

background image

jednym  z  przyjęć  dyplomatycznych  widzieli  pierwszego 
konsula  Napoleona  Bonaparte;  wydał  im  się  atrakcyjnym, 
nawet przystojnym mężczyzną, zupełnie niepodobnym do tych 
nędznych  karykatur,  w  których  robiono  z  niego  jakiegoś 
potwora.  I  gdy  wszyscy  z  niecierpliwością  wypatrywali 
kolejnych  balów  i  bankietów,  ciesząc  się  myślą  o  letnich 
porannych  przyjęciach  na  dworze,  nagle  dowiedzieli  się,  że 
rozejm został  zerwany. Nietrudno więc sobie wyobrazić, jaki 
to był dla nich szok. 

A  Bonaparte  wpadł  w  furię.  Owszem,  spodziewał  się 

wojny,  ale  nie  tak  szybko!  Podejmując  działania  wojenne, 
zanim  flota  Napoleona  zdążyła  przygotować  się  do  walki, 
Anglia  odzyskała  połowę  ziem,  które  straciła  w  wyniku 
traktatu pokojowego. 

Anglicy,  znajdujący  się  w  tym  czasie  za  granicą  nie  byli 

zorientowani,  jakie  zamiary  ma  ich  rząd,  i  stali  się 
mimowolnymi  ofiarami  jego  decyzji;  Napoleon  aresztował  i 
internował 

dziesięć 

tysięcy 

angielskich 

turystów 

przebywających  wówczas  we  Francji.  Takie  postępowanie  - 
uwięzienie  osób  cywilnych  -  było  sprzeczne  z  wszelkimi 
cywilizowanymi  normami.  Anglię  ogarnęła  trwoga;  teraz 
wszyscy  byli  już  całkowicie  pewni,  że  mają  do  czynienia  z 
okrutnym  barbarzyńcą.  W  żaden  sposób  nie  mogli  jednak 
pomóc  rodakom  we  Francji,  brutalnie  wyciąganym  z  domów 
albo z eleganckich hoteli, w których się zatrzymali. 

Sir  Edward  na  szczęście  miał  przyjaciela  w  rządzie 

francuskim,  który  na  dwanaście  godzin  przed  wejściem  w 
życie  dekretu  uprzedził  go  o  mających  nastąpić 
aresztowaniach. Przeniósł się więc pospiesznie wraz z rodziną 
do niezbyt okazałego domu przy małej bocznej uliczce, gdzie 
bez zbędnych pytań wynajmowano pokoje każdemu, kto o to 
poprosił. 

background image

Sir Edward planował, choć wydawało się to zamierzeniem 

zupełnie  nierealnym,  przedostać  się  do  Anglii.  Niestety, 
niespodziewanie  zachorował.  Vernita  uważała,  że  przyczyną 
choroby ojca była woda paryska, której czystość pozostawiała 
wiele do życzenia. Ale cokolwiek to było, zanim urządzili się 
w  zaciszu  pensjonatu,  sir  Edward  dostał  wysokiej  gorączki. 
Chociaż żona i córka zajmowały się nim najlepiej jak umiały, 
zmarł  nagle  po  tygodniu  męczarni,  pozostawiając  je 
oszołomione, bezradne i zrozpaczone. 

Zbyt późno zdały sobie sprawę z tego, że pomimo ryzyka 

ujawnienia  ich  narodowości,  powinny  posłać  po  doktora.  Co 
prawda doktorzy francuscy mieli tak złą reputację, iż należało 
wątpić,  czy  nawet  najbardziej  doświadczony  medyk  byłby  w 
stanie uratować sir Edwarda. 

Lady  Waltham,  która  całym  sercem  kochała  swojego 

męża,  wpadła  w  bezgraniczną  rozpacz.  Wszystkie  obowiązki 
spadły na Vernitę, ona też musiała się zająć przeprowadzką z 
wygodnych apartamentów na poddasze. 

Sir  Edward miał przy sobie dość pokaźną gotówkę,  gdyż 

po  otrzymaniu  wiadomości,  że  będą  musieli  się  ukrywać, 
podjął  z  banku  wszystkie  posiadane  pieniądze.  Vernita 
rozsądnie  przewidywała,  że  pieniądze  kiedyś  się  skończą,  a 
ponieważ  do  podpisania  rozejmu  walki  trwały  dziewięć  lat, 
więc  przy  obecnej  zaciekłej  wrogości  -  myślała  z  drżeniem 
serca - mogą trwać tak samo długo. 

 - Musimy oszczędzać każdy grosz - oznajmiła matce. 
Bezradna odpowiedź matki utwierdziła ją w przekonaniu, 

że  teraz  sama  musi  przejąć  obowiązki  ojca  i  decydować  o 
wszystkim, co powinny robić. 

Gniew  Napoleona  udzielił  się  wszystkim  Francuzom.  To 

od nich Vernita dowiedziała się, że korsykańska żądza zemsty 
każe  Napoleonowi  podbić  „plemię  zuchwałych  sklepikarzy", 
które  ośmieliło  się  stanąć  mu  na  drodze  do  panowania  nad 

background image

światem.  Gazety  donosiły,  że  był  nawet  zdecydowany 
przeprawić armię przez kanał i napaść na Anglię. 

 -  Chcą  byśmy  przekroczyli  kanał  -  krzyczał  -  więc 

przekroczymy! 

Aby  pokonać  flotę  angielską,  nakazał  zbudować  setki 

barek  i  kanonierek  i  postawił  w  stan  gotowości  wszystkie 
francuskie  porty  morskie.  Porwani  wizją  przyszłego 
zwycięstwa  Francuzi  szydzili  z  Brytyjczyków  oraz  z  ich 
pewności,  że  uda  się  im  stawić  czoło  takiej  armadzie. 
Jednakże  czas  mijał  i  na  początku  1805  roku  Napoleon 
zrozumiał, że jego marzenia o przekroczeniu kanału zbladły z 
chwilą, gdy flota brytyjska zagrodziła mu drogę. 

Nie można było powiedzieć, żeby teraz Paryż łaskawszym 

okiem  patrzył  na  Anglików.  Za  każdym  razem,  gdy  Vernita 
szła  ulicą  lub  robiła  zakupy,  wyczuwała  nienawiść  do 
Anglików,  emanującą  z  każdego  „zwycięskiego  Francuza", 
który rzucił Europę na kolana. 

Ale  zwycięstwa  nie  zahamowały  wzrostu  cen  żywności  i 

coraz  trudniej  jej  było  wykarmić  siebie  i  matkę.  Lady 
Waltham  nigdy  już  nie  doszła  do  zdrowia  po  szoku 
spowodowanym  śmiercią  męża,  Vernita  z  bólem  serca 
obserwowała,  jak  z  każdym  miesiącem  i  z  każdym  dniem 
matka wyglądała coraz gorzej. Nic nie mogła na to poradzić, 
poza  oddaniem  się  w  ręce  władz.  Jednak  wzdrygała  się  na 
samą  myśl  o  internowaniu,  a  odwaga  i  duma  sprawiały,  że 
była  zdecydowana  nie  poddawać  się,  nawet  gdyby  miała 
umrzeć z wyczerpania. 

Teraz  patrząc  na  twarz  matki,  oświetloną  promieniami 

wiosennego słońca, wiedziała, że musi coś zrobić, i to szybko. 
Właśnie  skończyła  elegancki  peniuar,  który  szyła  na 
zamówienie  Maison  Clare,  i  podjęła  decyzję,  że  pomijając 
dom mody zaniesie go wprost do klientki. 

background image

Wiedziała  doskonale,  że  była  nią  księżna  Paulina 

Borghese; to właśnie ona nabywała te wszystkie piękne stroje, 
które  wraz  z  matką  robiły  tak  starannie.  Nawet  ostatniego 
roku, gdy księżna przebywała w Italii, nadchodziły do Paryża 
zamówienia  na  halki,  nocne  koszule  i  peniuary  -  wszystkie 
szyte  w  rekordowym  czasie,  aby  kurier  mógł  je  zabrać  z 
powrotem do Rzymu. 

Dom  mody  Maison  Clare  zdzierał  ze  szwaczek  ogromny 

haracz.  Kiedyś  Vernitę  wezwano  do  sklepu,  aby  wybrała 
materiały  i  koronki  potrzebne  do  wykonania  eleganckich 
strojów  zleconych  jej  do  uszycia.  Wtedy  zorientowała  się, 
jakie ceny płaciły klientki, i uświadomiła sobie, że dom mody 
straszliwie wyzyskuje szwaczki. 

Była  oburzona  faktem,  że  gdy  ona  wraz  z  matką 

pracowały  bezustannie,  poświęcając  cały  swój  czas  na 
wykonywanie  strojów  dla  księżnej  w  tak  krótkich  terminach, 
Maison Clare nie płacił im za pośpiech ani grosza więcej. 

Koronacja, która odbyła się w grudniu, zwiększyła liczbę 

zamówień również na bieliznę damską, tak piękną i strojną, że 
dorównywała wyglądem sukniom. 

Zamówienia  od  księżnej  Pauliny  nadchodziły  masowo. 

Gdy Vernita próbowała protestować, wyjaśniając, że nie zdążą 
zrobić wszystkiego, czego od nich oczekiwano w tak krótkim 
czasie, odpowiadali jej szorstko, że albo będą robić, co im się 
każe, albo je zwolnią i znajdą na ich miejsce kogoś innego. 

Słysząc  to  Vernita  buntowała  się  w  głębi  duszy,  lecz  nie 

odważyła  się  podjąć  otwartej  walki.  Dopiero  teraz,  gdy 
skończyła  muślinowy  peniuar,  strojniejszy  i  piękniejszy  niż 
wszystko cokolwiek przedtem robiła dla księżnej, postanowiła 
wziąć sprawy w swoje ręce. 

 -  Jeśli  włożę  najlepszą  sukienkę  i  kapelusz  Louise  - 

powiedziała głośno do matki - będę wyglądać jak prawdziwa 
petite 

bourgeoise 

(Petite 

bourgeoise 

(franc.) 

background image

drobnomieszczanka  (przyp  tłum.).)  i  nikt  nawet  przez  chwilę 
nie będzie podejrzewał, że jestem kimś innym. 

 -  To  zbyt  duże  ryzyko  -  odrzekła  słabym  głosem  lady 

Waltham. - Co się stanie, gdy domy ślą się, kim jesteś? 

 -  Wtedy  pójdziemy  do  więzienia  -  oznajmiła  Vernita.  - 

Może  to  będzie  nawet  lepsze  rozwiązanie.  Więźniowie 
przynajmniej dostają jeść. 

Lady  Waltham  krzyknęła cicho, a córka podeszła do niej 

bliżej. 

 - Ja tylko żartowałam, mamo. Nikt nie domyśli się, że nie 

jestem  Francuzką.  Zawsze  gdy  robię  zakupy,  sklepikarze  tak 
samo  niegrzecznie  odnoszą  się  do  mnie,  jak  i  do  innych 
biednych  kobiet,  które  targują  się  o  każdy  grosz  i  długo 
przebierają, zanim wybiorą najtańszą kapustę. 

 -  Żeby  wreszcie  ta  okropna  wojna  się  skończyła  -  rzekła 

łady Waltham - a w ogóle, po cośmy przyjeżdżali do Paryża. 

W  jej  głosie  słychać  było  szloch;  najwidoczniej  matka 

znów  myślała  o  ojcu  i  pewnie  gorzko  żałowała,  że  opuściła 
swój dom w Anglii. 

 - To wszystko przeze mnie - oskarżała się Vernita. 
Przed  laty  ojciec  postanowił,  że  gdy  córka  skończy 

siedemnaście  lat,  otrzyma  od  niego  w  prezencie  podróż  za 
granicę. Dotrzymał słowa i któregoś dnia opuścili należący do 
rodziny  Waltham  od  pięciu  pokoleń  Manor  House  w 
Buckinghamshire, aby udać się do Francji. 

Poczuła  nagły  żal  i  gorycz,  że  los  obszedł  się  z  nimi  tak 

okrutnie.  Uśmiechając  się  smutno  przypomniała  sobie 
powiedzenie  starej  niani,  że  nie  ma  co  płakać  nad  rozlanym 
mlekiem.  Teraz  była  z  matką  w  Paryżu  i  jedyne,  co  mogła 
zrobić, to starać się za wszelką cenę przetrwać. Schyliła się i 
pocałowała matkę w chłodny policzek. 

 - Idę na dół, poszukam Louise - rzekła. - Ona jest bardzo 

uprzejma, jestem pewna, że nie odmówi mi pomocy. 

background image

Lady  Waltham  nie  protestowała,  wiedziała  bowiem 

doskonale,  że  jeżeli  Vernita  coś  postanowi,  nic  nie  jest  w 
stanie  sprowadzić  jej  z  wybranej  drogi.  Równocześnie  nie 
mogła powstrzymać myśli o niesprawiedliwości, jaka spotkała 
jej  córkę,  dziewczynę  tak  miłą  i  pełną  uroku,  która  ciężko 
pracując  musi  spędzać  młodość  na  tym  nędznym,  ubogim 
poddaszu.  W  Anglii  spędzałaby  przyjemnie  czas  w  majątku 
ojca,  jeździła  konno,  chodziła  na  bale  i  przyjęcia,  bywała  w 
londyńskim wielkim świecie. 

 -  Jaka  przyszłość  ją  czeka?  -  zastanawiała  się  lady 

Waltham przygnębiona. 

I  choć  stale  modliła  się  gorąco,  aby  Vernicie  los 

oszczędził  takiego  strasznego  życia,  jakie  teraz  prowadziły  - 
nie było odpowiedzi. Najwidoczniej Pan Bóg też je opuścił. 

 -  Och,  Edwardzie!  Gdziekolwiek  jesteś  -  powiedziała 

zwracając  się  o  pomoc  do  swego  zmarłego  męża,  jak  często 
robiła  w  samotności  -  gdziekolwiek  jesteś,  czy  naprawdę  nie 
możesz nam pomóc? 

Na samą myśl o mężu łzy napłynęły jej do oczu. Otarła je 

szybko,  gdy  usłyszała,  że  Vernita  wchodzi  po  drewnianych 
stopniach  schodów;  gdyby  córka  zobaczyła,  że  płacze, 
martwiłaby  się  jeszcze  bardziej.  Vernita  weszła  do  pokoju 
niosąc  przerzuconą  przez  ramię  czarną  suknię.  W  dłoni 
trzymała mały, czarny, słomkowy kapelusz. 

 - Tak jak przypuszczałam, Louise była bardzo życzliwa - 

oświadczyła  -  ale  muszę  ostrożnie  obchodzić  się  z  tym 
ubiorem,  ponieważ  to  jej  najlepszy  niedzielny  strój!  Zaraz 
zobaczysz,  mamo,  jak  przemienię  się  w  najprawdziwszą 
szwaczkę,  dokładnie  taką,  jaką  sobie  pewnie  wyobraża  Jej 
Książęca Wysokość. 

Dotychczas wychodząc z domu Vernita wkładała na głowę 

szal,  a  na  ramiona  zarzucała  niezgrabny  płaszcz,  który 
ukrywał  jej  smukłą  sylwetkę.  Chodziło  jej  o  to,  by  nikt  nie 

background image

zorientował  się,  że  jest  cudzoziemką  i  aby  młodzi  francuscy 
zalotnicy nie zwracali zbytniej uwagi na jej ogromne fiołkowe 
oczy,  które  wydawały  się  za  duże  do  jej  drobnej  pięknej 
twarzy. 

Mimo że w czarnej sukience Louise, zachodzącej wysoko 

pod 

szyję, 

rękawami 

sięgającymi 

nadgarstków, 

przypominała prawdziwą petite bourgeoise, wyglądała bardzo 
atrakcyjnie. 

Lady Waltham patrzyła na nią z przerażeniem. 
 -  Nie  możesz  tak  wyjść,  kochanie!  Mężczyźni  będą  cię 

zaczepiać. Mogą cię obrazić! 

 -  Będę  szła  Rue  du  Faubourg  Saint  Honore,  potem 

bocznymi  uliczkami  z  dala  od  bulwarów.  Nikt  mnie  nie 
zaczepi, jestem tego pewna, mamo. 

 -  Mam  nadzieję,  że  masz  rację  -  odparła  nadal  jeszcze 

zaniepokojona  lady  Waltham.  -  Chociaż,  kochanie,  muszę 
przyznać, że w tym śmiesznym kapeluszu nawet ci do twarzy. 

 -  Uprzedziłaś  się  do  tego  stroju,  mamo  -  stwierdziła 

Vernita.  -  I  nie  martw  się,  zapewniam  cię,  że  będę  zupełnie 
bezpieczna. 

Zapakowała 

peniuar,  potem  rozejrzała  się,  czy 

przypadkiem matce czegoś nie potrzeba. 

 -  Mogę  wrócić  trochę  później,  ale  nie  denerwuj  się  - 

uprzedziła.  -  Gdy  od  razu  dostanę  pieniądze,  w  powrotnej 
drodze kupię mleka, a może nawet kurczaka, jeżeli oczywiście 
zapłacą mi tyle, ile się spodziewam. 

 -  Nie  możesz  być  tak  rozrzutna  -  machinalnie 

zaprotestowała lady Waltham. 

 -  Czy  to  w  ogóle  możliwe?  -  zapytała  Vernita  z  nutą 

goryczy w głosie. 

Pocałowała czule matkę. 

background image

 -  Dobrze  chociaż,  że  słońce  dzisiaj  grzeje  -  dodała  -  ale, 

kochana  mamo,  lepiej  nie  wyjmuj  rąk  spod  koca.  Wiesz 
przecież, jak tu jest zimno. 

Mówiąc  to  przypomniała  sobie,  jak  ostra  była  ostatnia 

zima i  jak strasznie  marzły  w czasie długich ciemnych nocy, 
nie mogąc pozwolić sobie na żadne ogrzewanie. Jakże często 
się  bała,  że  któregoś  ranka  znajdą  je  obie  zamarznięte  na 
śmierć,  a  budząc  się  w  nocy  przepełniona  strachem 
nasłuchiwała w napięciu, czy jej matka jeszcze oddycha. Ale 
jakimś cudem przeżyły. 

Teraz  zbiegając  szybko  po  schodach  do  drzwi 

wyjściowych  czuła  ulgę,  że  wreszcie  wyjdzie  na  świeże 
powietrze i  może przestanie ją boleć głowa,  co jej się  często 
zdarzało od tego ciągłego ślęczenia nad szyciem i niedostatku 
pożywienia. 

Pierwsze  i  drugie  piętro  domu,  w  którym  mieszkały, 

zajmowali  lepiej  sytuowani  lokatorzy;  monsieur  i  madame 
Danjou  -  dozorca  ze  swoją  żoną  -  którym  powierzono  pieczę 
nad  całym  budynkiem,  a  którzy  na  szczęście  byli  bardzo 
wyrozumiali dla biednych kobiet mieszkających na poddaszu. 
Jeżeli nawet podejrzewali, że panie Waltham nie były tymi, za 
które  się  podawały,  nie  dawali  im  tego  odczuć.  Znali  je 
oczywiście jako madame i mademoiselle Bernier. Nazwisko to 
wybrał  jeszcze  sir  Edward,  gdy  tylko  zaczęli  się  ukrywać, 
uważając,  że  we  Francji  jest  ono  tak  samo  popularne  jak 
Smith, Jones lub Brown w Anglii. 

Państwo  Danjou  mieli  jedno  dziecko,  Louise,  która  była 

mniej  więcej  w  tym  samym  wieku  co  Vernita.  Louise  lubiła 
Vernitę  i  często  namawiała  ją,  aby  wyszły  gdzieś  razem 
wieczorem.  Zachęcała,  że  być  może  poznają  kogoś,  kto 
mógłby  im  towarzyszyć  do  tych  niedrogich  miejsc  zabaw  i 
rozrywek, w których zbierała się młodzież Paryża. Nie mogła 

background image

pojąć,  dlaczego  Vernita  zawsze  odmawiała  wymawiając  się, 
że nie może zostawić matki samej. 

 -  Tracisz  młode  lata  -  nieraz  powtarzała  Louise  z  nutą 

wyższości  w  głosie.  -  Jeżeli  będziesz  tak  dalej  postępować, 
mademoiselle, z pewnością zostaniesz starą panną. 

Chociaż  Vernita  śmiała  się  z  tego,  co  mówiła  Louise, 

czasem  zastanawiała  się,  czy  kiedykolwiek  dane  jej  będzie 
wieść  inne  życie  niż  obecne,  na  zimnym  niewygodnym 
poddaszu w towarzystwie samotnej matki. 

Tęskniła  za  rówieśnikami  i  przyjaciółmi,  z  którymi  w 

Anglii  spotykała  się  tak  często.  Bardzo  brakowało  jej  też 
rozmów z ojcem i książek, które razem z nim czytała. 

Sir  Edward  był  bardzo  inteligentnym  mężczyzną, 

dbającym  o  odpowiednie  wykształcenie  córki.  Dlatego  teraz, 
przytłoczona nędzą i strachem, czuła się czasem tak, jakby jej 
umysł  przestał  funkcjonować.  Nie  myślała  o  czymkolwiek 
innym prócz pieniędzy. 

Mama  musi  szybko  dostać  coś  do  jedzenia  -  rozmyślała 

kierując się w stronę Rue du Faubourg Saint Honore. 

Tak jak obiecała matce szła pustymi  bocznymi  uliczkami 

unikając  tętniących  życiem  bulwarów  i  tłumów  ludzi 
przechadzających  się  trotuarami  lub  siedzących  w  kafejkach 
na otwartym powietrzu. 

W  końcu  skręciła  w  prostą  ulicę,  którą  już  bez  żadnych 

trudności dotarła do hotelu de Charost, wspaniałej rezydencji 
należącej teraz do Jej Książęcej Wysokości Pauliny Borghese. 

Gdy  Napoleon  w  czasie  koronacji  na  cesarza  nadał 

braciom,  Józefowi  i  Ludwikowi,  tytuły  książęce,  jego  siostry 
wpadły  w  furię  na  wiadomość,  że  nie  one,  lecz  ich  bratowe 
zostaną  księżnymi.  Zrobiły  Napoleonowi  taką  scenę,  że 
zdegustowany w końcu stwierdził: 

background image

 -  Gdyby  ktoś  usłyszał  teraz  moje  siostry,  mógłby  co 

najmniej  pomyśleć,  że  pozbawiłem  je  należnego  po  ojcu 
dziedzictwa. 

Jednak  po  wielu  wylanych  łzach  i  wymówkach  ustąpił 

wreszcie  i  zakomunikował,  że  w  przyszłości  „siostry  cesarza 
będą nosić tytuły Książęcych Wysokości". 

Wejście  do  hotelu  było  niezwykle  imponujące,  a 

umieszczona nad wysoką bramą wjazdową czarna marmurowa 
płyta  z  herbem  wskazywała,  że  jego  dawni  właściciele  mieli 
znacznie lepsze pochodzenie niż obecni lokatorzy. 

Vernita  przeszła  przez  bramę  i  znalazła  się  na 

półokrągłym  dziedzińcu.  Dopiero  teraz  ogarnął  ją  strach,  że 
może zostać odprawiona, a strój dla księżnej będzie zmuszona 
odnieść do Maison Clare i przyjąć taką zapłatę, jaką zechcą jej 
ofiarować. 

 - Czego tu szukasz? - zapytał szorstko lokaj, na którym jej 

pojawienie się najwyraźniej nie zrobiło żadnego wrażenia. 

Lokaj  miał  na  sobie  liberię  w  ulubionym  przez  księżnę, 

jak Vernita słyszała, zielonym kolorze. 

 -  Przyniosłam  zamówiony  peniuar  dla  Jej  Książęcej 

Wysokości. 

Przez chwilę bała się, że lokaj odbierze od niej przesyłkę i 

nie będzie miała okazji, tak jak zamierzała, poprosić księżnę o 
następne  zamówienia.  Jednak  skinął  przyzwalająco.  Więc 
przeszłą  przez  drzwi  frontowe  i  znalazła  się  w  holu  z 
marmurowymi  kolumnami  i  kolorowymi  kasetonami.  Ale  nie 
miała  czasu  się  rozglądać.  Zaprowadzono  ją  do  pokoju,  w 
którym  księżna  rozmawiała  właśnie  z  kilkoma  dostawcami, 
krawcowymi  i  modystkami.  Ubrana  w  przezroczysty  zielony 
peniuar ledwie skrywający jej wspaniałą sylwetkę o kształtach 
greckiej  bogini,  na  pół  leżąc  na  szezlongu  księżna  oglądała 
pokazywane jej tkaniny, z których miały być uszyte następne 
stroje. 

background image

Kiedy  była  w  Maison  Clare,  Vernita  dowiedziała  się,  że 

księżna  o  wiele  bardziej  woli  kupować  w  mniejszym  domu 
mody  La  petite  Leblanc  niż  w  najbardziej  chyba  znanym  i 
modnym  magazynie  Leroya.  Jednak  tego  ranka  ani  tkaniny, 
ani projekty strojów najwyraźniej jej nie zadowalały. 

 -  To  za  mało  szykowne  -  mówiła  władczym  tonem  w 

chwili, gdy Vernita wchodziła do salonu. - Wyglądałabym  w 
tym okropnie. Zabieraj to i przynieś coś lepszego. 

 -  Ależ,  madame...  -  zaczął  projektant,  lecz  księżna 

natychmiast mu przerwała. 

 - Pardi! (Pardi (franc) - do licha (przyp. tłum.).) Nie mogę 

wprost uwierzyć, że ośmielasz się ze mną dyskutować! 

Wybuch gniewu, który okazała mówiąc te słowa, zupełnie 

nie  pasował  do  jej  wyglądu.  Była  piękna,  piękniejsza  chyba 
nawet od greckiego posągu, delikatna i zwiewna jak puch. W 
gazetach  wielokrotnie  pisano,  że  jest  ideałem  klasycznej 
urody,  ale  Vernita  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że  w 
rzeczywistości była o wiele piękniejsza niż mogły to wyrazić 
jakiekolwiek słowa. Miała idealne rysy, a twarz tak piękną, że 
wydawało  się  prawie  absurdem,  aby  mogła  gniewać  się  na 
kogokolwiek. 

Gdy  krawiec  odwrócił  się,  by  wyjść,  rozbawiona 

uśmiechnęła się uwodzicielsko do dżentelmena siedzącego  w 
fotelu niedaleko szezlonga. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. 
Usta  wyrażały  zachęcającą  prowokację  i  była  niesłychanie 
pociągająca.  Trudno  było  oderwać  wzrok  od  tak  uroczej 
istoty. Po chwili księżna zwróciła się w stronę następnej osoby 
czekającej na łaskawe posłuchanie - kobiety trzymającej dwa 
pudełka  na  kapelusze  -  więc  Vernita  przeniosła  wzrok  na 
dżentelmena  siedzącego  w  fotelu.  On  również  wyglądał  tak, 
jakby trafił tu z jakiejś bajki. Był smukły i elegancki; siedział 
swobodnie  odchylony  do  tyłu,  a  cyniczny  wyraz  oczu  oraz 

background image

lekko skrzywione wargi wskazywały na lekceważenie, z jakim 
odnosił się do rozgrywającej się przed nim sceny. 

Gdyby  wstał,  z  pewnością  byłby  wysoki,  pomyślała 

Vernita,  a  jego  szerokie  ramiona  i  władcza  postawa 
przywiodły  jej  na  myśl  ojca.  Nie  mogła  dokładnie  określić 
jego wieku, lecz nie był bardzo młody, miał na pewno ponad 
trzydzieści  lat.  Zastanawiała  się,  kim  też  może  być.  Ale  gdy 
księżna  ponownie  uśmiechnęła  się  do  niego,  nie  miała  już 
wątpliwości, jaką pozycję zajmował w tym domu. 

Flirty księżnej opisywano w gazetach z otwartością, która 

nie  pozostawiała  miejsca  na  domysły.  Powszechnie  było 
wiadomo, że po śmierci jej pierwszego męża, który zginął na 
polu  bitwy,  Napoleon  Bonaparte  czym  prędzej  ponownie 
wydał ją za mąż, aby ktoś trzymał ją w ryzach. 

Mijały  już  dwa  lata,  odkąd  wyszła  za  mąż  za  księcia 

Camilla  Borghese.  Na  wieść  o  ich  zaręczynach  sir  Edward 
Waltham  wyraził  opinię,  że  dla  dziewczyny  pochodzącej  z 
mało  znanej  rodziny  korsykańskiej,  mariaż  z  księciem 
Borghese  wywodzącym  się  z  jednego  z  największych  i 
najszlachetniejszych 

rodów 

arystokracji 

włoskiej,  to 

wyjątkowo dobra partia. 

Gdy Vernita przyjechała do Paryża, miała siedemnaście lat 

i  jak  wszystkie  dziewczęta  w  tym  wieku,  przepełniona  była 
romantyzmem.  Z  ogromnym  zainteresowaniem  śledziła  tę 
niezwykle  romantyczną  historię  pary  książęcej.  Wiedziała 
więc, że książę Camillo Borghese miał dwadzieścia osiem lat, 
był przystojnym rzymianinem o ciemnych falujących włosach 
i błyszczących czarnych oczach. 

Był  nieprawdopodobnie bogaty,  miał rozległe posiadłości 

w  całej  Italii  oraz  niesłychanie  imponującą  listę  tytułów. 
Matka Vernity również żywo interesowała się tym mariażem. 
Któregoś dnia powiedziała: 

background image

 -  Mówią,  że  klejnoty  rodziny  Borghesów  należą  do 

najpiękniejszych  i  najbardziej  wyszukanych,  a  ich  skarbiec 
rodzinny  uznany  został  podobno  za  najlepszą  prywatną 
kolekcję na świecie. 

Zaręczyny  pary  książęcej  odbyły  się  na  krótko  przed 

zerwaniem rozejmu, a ślub w sierpniu następnego roku. Cały 
Paryż  czekał  w  podnieceniu  na  to  wydarzenie.  Vernita 
dowiedziała się o ślubie od madame Danjou i Louise. 

A  później  tego  samego  roku,  gdy  szukała  pracy,  by 

uzupełnić  ich  skromny,  topniejący  w  oczach  kapitał, 
dowiedziała  się  w  Maison  Clare,  że  zleconą  jej  do  uszycia 
bieliznę  będzie  nosiła  księżna,  którą  tak  bardzo  się  wtedy 
interesowała.  Patrząc  teraz  na  dżentelmena,  do  którego 
księżna  tak  kusząco  się  uśmiechała,  wiedziała  na  pewno,  że 
nie był jej mężem. 

Modystka właśnie prezentowała bardzo atrakcyjny bonnet 

( Bonnet (franc. i ang.) - kapelusz w kształcie zawiązywanego 
pod  szyją  czepka,  ozdobiony  falbanką  wokół  twarzy  (przyp. 
tłum.).) przystrojony zielonymi strusimi piórami. Dżentelmen 
zwrócił się do księżnej: 

 - Moim zdaniem, będzie ci w nim do twarzy. 
 -  Doprawdy?  -  dopytywała  księżna.  -  Wydawało  mi  się, 

że falbana jest trochę za wysoko. 

 - Będzie okalała twoją piękną twarz niczym aureola. 
 - Sądzisz, że zasłużyłam sobie na ten kapelusz? Spojrzała 

na niego prowokacyjnie spod rzęs. 

 - Sądzę, że musisz go mieć - odparł, a ona roześmiała się 

odsłaniając śnieżnobiałe zęby; 

Potem,  jakby  pozwalając,  aby  podjął  za  nią  decyzję, 

zwróciła się do modystki: 

 -  Dobrze,  zatem  biorę  go.  Jutro  możesz  jeszcze  coś 

przynieść. Coś nowego, czego jeszcze nie miałam. 

background image

 -  Merci  bien,  madame  la  princesse!  -  dziękowała 

modystka składając głęboki ukłon. 

Dopiero  teraz  księżna  dostrzegła  Vernitę.  Wykonała 

nieokreślony  ruch  dłonią,  aby  podeszła.  Z  bijącym  sercem, 
Vernita zbliżyła się do szezlonga i ukłoniła się. 

 -  Kim  jesteś?  Widzę  cię  po  raz  pierwszy!  -  zdziwiła  się 

księżna. 

 -  Przyniosłam  peniuar,  który  księżna  pani  raczyła 

zamówić - wyjaśniła Vernita. 

Wydało  się  jej,  że  księżna  jest  zaskoczona,  więc  szybko 

rozpakowała  paczkę,  wyciągnęła  peniuar,  potrząsnęła  nim, 
aby rozprostował się, i uniosła go wysoko, żeby księżna mogła 
zobaczyć,  jaki  jest  piękny,  przystrojony  falbankami  i 
ozdobiony ażurowym haftem. 

 - Mais oui! - wykrzyknęła księżna. - Jaki piękny! Będzie 

mi  w  nim  wyjątkowo  do  twarzy.  Właśnie  taki  był  mi 
potrzebny! 

Mówiąc  to  wstała  z  szezlonga  i  ku  zdumieniu  Vernity 

zaczęła  zdejmować  zielony  peniuar,  a  zaraz  po  nim  nocną 
koszulę.  Rzuciła  je  na  podłogę  i  stała  naga,  piękniejsza  od 
bogini,  doskonała  od  samego  czubka  głowy  do  delikatnych 
małych stóp. 

Vernita  -  oblewając  się  rumieńcem  z  zakłopotania,  że 

jakaś kobieta, i to na dodatek sama księżna, zachowuje się tak 
w obecności mężczyzny - szybko pomogła jej włożyć peniuar. 
Księżna  zawiązała  wstążki  i  odwróciła  się  w  stronę 
przyglądającego  się  jej  dżentelmena.  Rozłożyła  ramiona  i 
obracała się dookoła, by mógł obejrzeć ją z każdej strony. 

 -  Jak  ci  się  podoba,  Axel?  -  zapytała.  -  Powiedz,  jak 

wyglądam? 

 - Piękna jak anioł - ocenił. 
 - Właśnie to chciałam usłyszeć - uśmiechnęła się. 
Odwróciła się do Vernity. 

background image

 - Więc twierdzisz, że sama to zrobiłaś? 
 - Oui, madame la princesse, sama to zrobiłam. Wszystko, 

co ostatnio zamawiałaś, pani, sama robiłam. 

Przerwała na chwilę. Potem, upewniwszy się, czy księżna 

nadal słucha, dodała: 

 -  Ale  Maison  Clare  płaci  mi  bardzo  mało  -  tak  mało,  że 

musiałam  przyjść  wprost  do  ciebie,  pani.  Chciałabym  nadal 
wykonywać  tak  piękne  rzeczy  dla  Waszej  Książęcej 
Wysokości, ale nie będę mogła tego robić, jeśli nie otrzymam 
za pracę więcej pieniędzy. 

Serce jej biło mocno, ręce drżały. Zastanawiała się, czy ta 

piękna  nieskromna  kobieta  ma  jakiekolwiek  pojęcie,  co 
znaczy  pracować  ciężko,  tak  ciężko  jak  pracowały  z  matką 
przez  ostatni  rok,  i  czy  wie,  że  posiadanie  jednego  sou 
oznacza różnicę między tym, czy jest się głodnym, czy umiera 
z głodu? 

 - Ile pani płaci Maison Clare? 
To  nie  księżna,  lecz  siedzący  przy  niej  dżentelmen  zadał 

pytanie. Nie zapominając ani przez chwilę o tym, jaką pozycję 
zajmuje  w  tym  domu,  Vernita  najpierw  mu  się  ukłoniła,  a 
potem,  czując  instynktownie,  że  jest  jej  życzliwy,  wyjaśniła 
szybko, ile jej płacono za paniuary, koszule nocne i halki dla 
księżnej. 

Wysłuchał, a potem rzekł: 
 -  Nic  dziwnego,  że  się  pani  zbuntowała!  O  ile  mi 

wiadomo,  Paulino,  wysyłasz  astronomiczne  rachunki  do 
Maison  Clare.  Słyszałem,  jak  Clermont  Tonnerre  skarżył  się 
na to któregoś dnia. 

 -  Mój  szambelan  narzeka  na  wszystkie  moje  wydatki  - 

księżna zrobiła kwaśną minę. - Jestem absolutnie przekonana, 
że  to  Napoleon  kazał  mu  kontrolować  moje  zakupy  i 
pilnować,  bym  była  oszczędna,  chociaż  Bóg  raczy  wiedzieć 
dlaczego! 

background image

Odwróciła twarz w stronę Vernity. 
 -  No  więc,  ile  chcesz  dostać  za  peniuar,  w  którym,  jak 

twierdzi ten oto dżentelmen, wyglądam jak anioł? 

Vernita podała cenę, stanowiącą dokładnie połowę kwoty, 

którą brał Maison Clare. 

 -  To  chyba  okazyjna  cena  -  rzekła  księżna  z 

roztargnieniem.  -  Co  jeszcze  mogłabyś  dla  mnie  zrobić  -  to 
znaczy szybko zrobić? - dodała. 

 - Co tylko Wasza Książęca Wysokość zechce. 
 - Chcę wszystko! Przede wszystkim nowe nocne koszule - 

tamte już mi się znudziły! I halki, chusteczki - wszystko nowe 
i piękne jak ten peniuar. Kupię natychmiast, jak tylko będzie 
gotowe. 

 -  Dziękuję...  dziękuję!  -  szeptała  Vernita  ledwo  łapiąc 

oddech. 

 - Więc zaczynaj czym prędzej i nie każ mi długo czekać - 

rozkazała księżna władczym tonem. 

 -  Tak  uczynię  -  zapewniła  Vernita.  -  Ale  chciałabym 

jeszcze  prosić...  księżno...  czy  mogłabym  od  razu  otrzymać 
zapłatę? Nie tylko dlatego, że bardzo potrzebuję pieniędzy, ale 
też, aby kupić nowe materiały, koronki, wstążki i muślin. 

Księżna wykonała nieokreślony ruch ręką. 
 -  Zwróć  się  z  tym  do  mojego  szambelana  lub  jego 

sekretarza. I nie zaprzątaj mi głowy takimi sprawami. 

 - Tak jest, madame, oczywiście, madame! Vernita jeszcze 

raz skłoniła się i skierowała w stronę drzwi. 

Wspaniale!  Wszystka  poszło  nawet  lepiej  niż  się 

spodziewała!  Teraz  będzie  mogła  wreszcie  kupić  matce 
mleka, którego ona tak potrzebuje, i kurczaka, i inne pożywne 
jedzenie. 

Otworzyła  drzwi,  wyszła  do  holu  i  nagle  poczuła  się 

przytłoczona ogromem przeżyć. Była oszołomiona tym, co jej 
obiecano. Pociemniało  jej  w  oczach,  a  podłoga  rozstąpiła  się 

background image

pod stopami. Oparta o ścianę próbowała walczyć ze słabością, 
lecz ciągle kręciło się jej w głowie, a całe ciało ogarnął chłód. 
Wtem usłyszała za sobą niski głos: 

 - Źle się pani czuje, mademoiselle? 
Nie była w stanie nic powiedzieć, domyśliła się jednak, że 

to  był  ten  sam  dżentelmen,  który  rozmawiał  z  księżną  w 
salonie, mężczyzna, do którego zwracała się „Axel". 

 -  Nie...  już  dobrze  -  powiedziała  z  wysiłkiem,  czując  jak 

obejmuje ją ramieniem i pomaga usiąść. 

Zawstydzona słabością uniosła dłonie do twarzy, słyszała 

jednak,  jak  mężczyzna  wydaje  służącemu  jakieś  polecenia,  a 
potem zwraca się do niej: 

 -  Proszę  pochylić  głowę  w  dół,  jak  najniżej,  do  samych 

kolan. 

Posłuchała, chociaż miała wrażenie, że jego głos dochodzi 

z bardzo daleka... 

Po  paru  sekundach,  a  może  trochę  później,  powiedział 

stanowczo: 

 - Proszę to wypić. 
Wspierał  ją  ramieniem,  gdy  ona  z  trudnością  starała  się 

unieść  głowę.  Poczuła  najpierw  zapach  koniaku,  a  potem 
palenie  w  gardle.  Wzięła  głęboki  oddech,  lecz  nadal  miała 
ogień w ustach, a oczy napełniły się łzami. 

 - Już nie chcę... proszę... już dosyć - błagała. 
 - Jeszcze jeden łyk - nie ustępował. 
Była zbyt słaba, żeby protestować, więc zrobiła, jak kazał. 

Koniak  sprawił,  że  ciemności  się  rozproszyły,  poczuła  się 
silniejsza  i  ogarnęło  ją  przyjemne  ciepło.  Podniosła  głowę, 
żeby spojrzeć na niego. 

 -  Prze...  praszam  -  wydusiła  z  trudem.  Przyglądał  się  jej 

przez chwilę, po czym zapytał: 

 - Kiedy ostatni raz pani jadła? 
 - Ja... już mi dobrze... dziękuję. 

background image

 - Zadałem pytanie. 
 - Ja... dziś rano... nie byłam głodna... 
 -  Więc  ostatni  posiłek  jadła  pani  wczoraj  wieczorem  - 

stwierdził - i chyba nie był zbyt obfity. 

Spuściła  oczy  onieśmielona  jego  spojrzeniem,  a  policzki 

jej  oblał  rumieniec.  Była  zakłopotana,  że  stała  się  przyczyną 
takiego zamieszania. Wszystko z powodu ogromnej ulgi, jaką 
poczuła, gdy księżna kupiła od niej peniuar i gdy uświadomiła 
sobie, że będzie mogła wreszcie kupić matce jedzenie i wiele 
innych rzeczy, których tak bardzo potrzebowała. 

Dżentelmen pochylił się i wziął ją pod ramię. 
 - Proszę pójść ze mną - powiedział. 
Mogła jedynie go posłuchać, więc natychmiast zrobiła, jak 

kazał.  Zaprowadził  ją.  do  salonu  znajdującego  się  po 
przeciwnej stronie holu. Potem zwrócił się do lokaja. 

 - Przynieś kawę i rogaliki, tylko żywo! 
 -  Tak  jest,  monsieur  -  odparł  lokaj.  Mężczyzna 

podprowadził Vernitę do sofy. 

Usiadła i zakłopotana powiedziała: 
 -  Tak  mi...  przykro,  że  niepokoję  pana...  czuję  się  już 

dobrze... naprawdę. Lepiej już... pójdę. 

 - Najpierw proszę coś zjeść. Przeszedł przez pokój i stanął 

przy oknie. 

 - Zbyt często miałem do czynienia z biedą, by nie poznać 

się na niej - rzekł cicho. - Chyba ma pani kogoś, kto mógłby 
się nią zaopiekować. 

 -  To  raczej  ja  muszę  opiekować  się...  matką  -  odparła 

Vernita. - Ona jest... chora... i jesteśmy bardzo... biedne. 

Dżentelmen nic nie odpowiedział. Po paru minutach drzwi 

się  otworzyły  i  wszedł  lokaj  z  tacą,  na  której  stał  srebrny 
dzbanek  oraz  przykryty  pokrywką  półmisek  z  gorącymi 
rogalikami. 

background image

 - Czy jeszcze życzy sobie pan czegoś, monsieur? - zapytał 

lokaj. 

 - Na razie nie - odparł mężczyzna - powiedz sekretarzowi 

pana Clermont - Tonnerre'a, że tej pani trzeba zapłacić... 

Przerwał i spojrzał na Vernitę. 
 - Ile pieniędzy ma przynieść? - zapytał. 
Podała kwotę, mówiąc ledwo słyszalnym głosem i czując 

się  przy  tym  ogromnie  zakłopotana.  Dżentelmen  powtórzył 
podaną kwotę lokajowi. 

Służący odszedł. Vernita, pojmując że nie ma sensu dłużej 

zwlekać, nalała sobie trochę kawy i wzięła z półmiska rogalik. 
Była przecież straszliwie głodna. Tak często była głodna i od 
tak dawna, że ani na chwilę nie opuszczał jej tępy ból tkwiący 
gdzieś głęboko we wnętrzu. Czuła też bezustanny ból głowy, 
który  jak  żelazna  obręcz  ściskał  jej  czoło.  W  miarę  jedzenia 
ból  ustępował,  a  gdy  dokończyła  rogalik  i  wypiła  kawę, 
poczuła, jak energia wstępuje w jej ciało. 

Nie zdawała sobie sprawy z tego, że dżentelmen, który się 

nią  tak  troskliwie  zaopiekował,  cały  czas  przyglądał  się  jej 
uważnie. Teraz rzekł: 

 -  Proszę  zjeść  jeszcze  jeden,  pani  organizm  tego 

potrzebuje - zachęcał. 

Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem w oczach. 
 - To... byłoby... łakomstwo. 
 -  Nierozsądnie  byłoby  je  marnować.  Jeżeli  nie  zostaną 

zjedzone, na pewno je wyrzucą. 

Wyciągnęła dłoń o długich, szczupłych palcach. 
 - Często... myślę o tym... jak dużo jedzenia marnuje się w 

tych  wszystkich  dużych...  domach,  a  najczęściej  myślę  o 
tym... w nocy, gdy czuję się taka... pusta w środku. 

Nie  mogła  pojąć,  dlaczego  zwracała  się  do  tego  obcego 

człowieka z taką ufnością. Przez chwilę przyszło jej nawet do 

background image

głowy, że to, co powiedziała przed chwilą, może być uznane 
za impertynencję; była przecież tylko szwaczką. 

Od tak dawna żyję w odosobnieniu, bez towarzystwa osób 

z  mojej sfery, że  zapomniałam, jak się należy zachowywać  - 
pomyślała. - A przecież szwaczka nie powinna tak się zwracać 
do przyjaciela Jej Książęcej Wysokości. 

Ale, ku jej zdziwieniu, wcale się tym nie przejął. 
 -  Głód  na  każdego  oddziałuje  inaczej  -  powiedział.  -  Są 

tacy, którzy zupełnie opadają z sił, nie są w stanie ani myśleć, 
ani  cokolwiek  rozumieć.  Inni  miewają  halucynacje.  Jeszcze 
inni - sny o jedzeniu. 

 - Wydaje się czymś... tak przyziemnym... śnić o jedzeniu 

- odparła Vernita. - Powinniśmy raczej pościć, tak jak robią to 
święci,  aby  nasze  umysły  mogły  skupić  się  na  wyższych 
celach. 

Dżentelmen roześmiał się. 
 - Zapomniała pani chyba o pokusach świętego Antoniego, 

które  bez  wątpienia  były  skutkiem  poszczenia,  a  poza  tym 
jestem  absolutnie  pewien,  że  diabły,  demony  i  straszydła, 
które tak często ukazują się świętym, pojawiają się wyłącznie 
dlatego, że są puści w środku. 

 -  Moim  zdaniem,  to.;.  niezupełnie  tak  jest  -  zaprzeczyła 

Vernita.  -  Bardziej  mi  się  podoba  myśl,  że  święci  posiadali 
specjalną moc, którą my nie zostaliśmy łaskawie obdarzeni, a 
ich wizje były jak najbardziej prawdziwe. 

Znowu  przemknęła  jej  myśl,  że  to  dość  osobliwa 

konwersacja.  Przestraszyła  się,  że  może  zacząć  coś 
podejrzewać, dopiła więc szybko kawę i postawiła filiżankę na 
stole. 

 -  Jestem  panu  bardzo  wdzięczna...  monsieur.  Drzwi 

otworzyły  się  i  wszedł  lokaj  niosąc  pieniądze  na  srebrnej 
tacce. 

background image

 -  Sekretarz  pana  szambelana  chciałby  otrzymać 

pokwitowanie - poinformował. 

 -  Tak..,  oczywiście  -  podchwyciła  Vernita  -  powinnam 

była dać rachunek. 

Zapomniała  wcześniej  o  tym,  bo  poczuła  się  tak  słabo. 

Teraz  otworzyła  torebkę  i  wyjęła  pokwitowanie,  które 
napisała  na  kartce  papieru  jeszcze  przed  wyjściem  z  domu. 
Rozejrzała  się  dookoła, podeszła  do  stojącego  przy  jednej  ze 
ścian  sekretarzyka,  wzięła  w  dłoń  białe  gęsie  pióro  leżące; 
przy  kałamarzu,  podpisała  kwit  i  położyła  go  na  srebrnej 
tacce.  Potem  z  lekkim  uczuciem  zadowolenia  odebrała 
pieniądze i włożyła je do torebki. 

Gdy  lokaj  wyszedł,  nieco  onieśmielona  odezwała  się  do 

mężczyzny, który cały czas ją obserwował: 

 -  Jestem  panu  bardzo  wdzięczna,  monsieur,  doprawdy 

bardzo wdzięczna! 

 -  Jest  pani  jeszcze  bardzo  słaba  -  oświadczył.  -  Odwiozę 

panią do domu. 

 -  Nie.  Nie...  ależ  nie  -  zaprotestowała.  -  To  zupełnie 

niepotrzebne. 

 - Mimo to, nalegam - upierał się. - Wprawdzie trochę się 

już pani posiliła, ale nie jest jeszcze najlepiej i mogłaby pani 
upaść na ulicy. 

 - Przysięgam panu, że wszystko będzie... dobrze. 
 -  Dyskutowanie  ze  mną  to  po  prostu  strata  czasu  - 

oznajmił uśmiechając się. 

Czując, że ma nad nią władzę i przekonywanie go na nic 

się nie zda, podążyła w ślad za nim. Wszedł do holu i wydał 
polecenie  jednemu  z  lokajów.  Na  dziedzińcu  stała  bryczka 
zaprzężona w dwa konie. 

Lokaj  skinął  na  stajennego,  który  podjechał  do  drzwi 

wejściowych. 

 - Proszę wsiąść - zwrócił się dżentelmen do Vernity. 

background image

Spojrzała  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami,  chciała 

zaprotestować,  ale  dobrze  wiedziała,  że  cokolwiek  powie, 
zostanie  zdecydowanie  odrzucone.  Gdy  więc  powtórzył,  aby 
wsiadła  do  powozu,  nie  mogąc  się  sprzeciwić,  posłusznie 
zajęła  w  nim  miejsce.  Usiadł  obok  niej  i  chwycił  lejce. 
Stajenny usadowił się za nimi. Powoli objechali dziedziniec i 
przez bramę wyjechali na Rue du Faubourg Saint Honore. 

 - Gdzie pani mieszka? - zapytał. 
 -  Na  małej  uliczce  -  Rue  des  Arbres.  Niedaleko  stąd.  To 

przecznica  ulicy  Boulevard  des Capucines. Mogę  wysiąść  na 
rogu i dalej pójść pieszo. 

 -  Chyba  nie  sądzi  pani,  że  mógłbym  zachować  się  tak 

nieuprzejmie. 

 -  To...  bardzo  miło  z  pana  strony...  jestem  bardzo 

zobowiązana. 

 - Czy mogę wiedzieć, jak się pani nazywa? 
 - V... Vernita... Bernier. 
Zanim  wymówiła  nazwisko,  zawahała  się  chwilę  i  bała 

się, że mógł to zauważyć. Ale on rzekł: 

 - Ja nazywam się Storvik - bardziej oficjalnie hrabia Axel 

de Storvik. 

 - Więc pan nie jest Francuzem? 
 - Nie. Jestem Szwedem. 
 -  Tak  mi  się  właśnie  zdawało,  że  chyba  nie  jest  pan 

Francuzem. 

 -  I  miała  pani  rację.  Ja  natomiast  nie  wątpię, 

mademoiselle,  że  jesteś  Francuzką,  choć  wcale  na  nią  nie 
wyglądasz. 

 - Mój... ojciec pochodził z... Normandii. Już dawno sobie 

zaplanowała,  że  tak  właśnie  powie,  gdy  ją  ktoś  o  to  zapyta. 
Normandczycy  mieli  jasną  karnację,  co  doskonale  mogło 
wyjaśniać typ urody Vernity, która, chociaż nie miała jasnych 

background image

włosów, nie miała też tak ciemnych jak większość francuskich 
dziewcząt. 

Hrabia nic nie odpowiedział, tylko przyglądał się jej przez 

chwilę. Potem odwrócił wzrok w stronę koni. 

Vernita  postanowiła  odwrócić  uwagę  hrabiego  od  swojej 

osoby, więc zapytała: 

 - Jak się panu podoba Paryż? 
 -  Jestem  nim  zachwycony  -  odparł  hrabia,  ale  wcale  nie 

zabrzmiało  to  tak,  jakby  w  istocie  był  zachwycony.  -  Od 
dawna pani tu mieszka? - zapytał po chwili. 

 -  Od  kilku  lat  -  odparła  szczerze  Vernita.  -  Przedtem 

mieszkaliśmy na wsi. 

 - Tak mi się właśnie zdawało, że pewnie woli pani wieś. 
Spojrzała na niego zaskoczona. 
Takich uwag, pomyślała, nie powinien kierować hrabia do 

biednej  szwaczki.  Nie  mogła  wprost  uwierzyć,  że  próbuje  z 
nią  flirtować.  Ale  nigdy  nic  nie  wiadomo,  matka  często 
ostrzegała  ją,  aby  była  ostrożna  i  nie  zadawała  się  z 
nieznajomymi.  A  hrabia  był  uprzejmy,  nawet  bardzo 
uprzejmy.  Nie  pojmowała,  dlaczego  tak  się  o  nią  troszczył. 
Serce  biło  w  jej  piersi  jak  oszalałe,  pomyślała  więc,  że  to 
pewnie  z  powodu  koniaku  i  kawy.  Wjechali  właśnie  na 
Boulevard des Capucines. 

 -  Ulica,  przy  której  mieszkam,  Rue  des  Arbres,  znajduje 

się za ostatnim zakrętem na lewo, przed Avenue l' Opera. 

Hrabia  skręcił  powozem  z  umiejętnością,  której  trudno 

było nie podziwiać, i wjechał w dość niepozorną małą Rue des 
Arbres. Dalej drogę wskazywała Vernita. 

 -  Następny  dom...  na  lewo.  Hrabia  podjechał  i  zatrzymał 

konie. 

 - Jeszcze raz bardzo dziękuję, monsieur - rzekła Vernita. - 

Był pan tak uprzejmy i życzliwy, nigdy tego nie zapomnę! 

background image

Wyciągnęła  odruchowo  rękę  na  pożegnanie,  hrabia 

ściągnął rękawiczkę i ujął jej dłoń. 

 -  Proszę  dbać  o  siebie,  mademoiselle  Bernier  -  rzekł.  - 

Zdaje się, że właśnie o tym pani zapomina... 

Nie  skończył  mówić,  gdyż  jego  uwagę  przyciągnęła 

Louise  Danjou,  która  właśnie  wypadła  z  domu  i  biegła 
chodnikiem. 

 -  Mademoiselle,  czekaliśmy  na  panienkę!  -  krzyknęła.  - 

Proszę  szybko  na  górę,  matka  panienki  jest  chora  -  bardzo 
chora. Moja mama jest przy niej! 

Vernita  krzyknęła,  zeskoczyła  ze  stopnia  powozu  i 

pobiegła do domu najszybciej jak potrafiła. 

background image

Rozdział 2 
Księżna  Paulina  obudziła  się  o  dziesiątej  rano,  gdy 

pokojówka rozsunęła zasłony w sypialni na pierwszym piętrze 
hotelu  de  Charost.  Teraz  leżała  w  niewielkim  łóżku 
udrapowanym różowym haftowanym muślinem. 

W  sąsiednim  pokoju  czarnoskóry  służący  Paul, 

przygotowywał  dla  niej  kąpiel.  Tak  jak  wszyscy 
Bonapartczycy  Paulina  była  wyjątkową  fanatyczką  kąpieli. 
Starała  się  też  jak  najczęściej  kąpać  w  mleku,  które  jej 
zdaniem doskonale wpływało na cerę i gładkość skóry. 

Łazienka była wysoka, lecz nieduża, z wydzieloną alkową, 

w  której  stała  wanna.  Paulina  zwykle  leżała  w  niej  dłuższy 
czas,  wypoczywając  w  dobrze  ogrzanej  wodzie  zmieszanej  z 
pięcioma  galonami  mleka.  Gdy  jednak  zorientowała  się,  że 
mleko  pozostawia  na  ciele  nieprzyjemny  zapach,  kazała 
służącemu  wchodzić  tylnymi  schodkami  do  małego  pokoju 
nad  łazienką  i  na  jej  rozkaz,  przez  specjalnie  wykonany  w 
suficie otwór, spłukiwać się z góry czystą wodą. 

Czasem  księżna  pozwalała,  aby  w  czasie  kąpieli  był 

obecny  któryś  z  jej  faworyzowanych  adoratorów  lub 
kochanków. Tego ranka była jednak sama. Po kilku minutach 
zawołała: 

 - Paul! 
Służący, stojący tuż przed drzwiami, wszedł do łazienki. 
 -  Wezwij  pana  hrabiego!  -  rozkazała.  Paul  pobiegł 

odszukać hrabiego Axela, który 

po  paru  minutach  wszedł  do  łazienki.  Właściwie 

spodziewał się, że będzie wezwany. Wiedział bowiem, że nikt 
oprócz  niego  nie  był  tego  ranka  zaproszony  do  hotelu  de 
Charost,  a  przecież  księżna  nie  lubiła  przebywać  sama. 
Wiedział  też,  że  interesowała  ją  wyłącznie  własna  osoba  i 
własna uroda, a jedynym uczuciem, do którego była zdolna, to 

background image

poczucie  dumy  z  pięknego  ciała,  gdy  odsłaniała  je  przed 
zachwyconym wzrokiem patrzących. 

Hrabia  wszedł  do  łazienki,  usiadł  na  krześle 

przyniesionym przez Paula, i spojrzał w stronę alkowy, gdzie 
w  wannie  pełnej  mlecznej  wody,  odchylona  lekko  do  tyłu, 
leżała  księżna.  Wyglądała  wyjątkowo  pięknie.  Długie  czarne 
włosy  miała  zgarnięte  pod  mały  czepek  udekorowany 
przykrywającymi uszy kokardami z różowych wstążek. 

Hrabia  wiedział,  że  doskonałe  pod  każdym  względem 

ciało  księżnej  miało  jednak  pewną  wadę.  Kobiety  z 
towarzystwa,  zazdrosne  o  urodę  Pauliny,  lubowały  się  w 
opowiadaniu pewnego zdarzenia, które miało miejsce parę lat 
temu, jeszcze przed przyjazdem hrabiego do Paryża. 

Otóż  zimą  tamtego  roku  Paulina  została  uznana  za 

najpiękniejszą  kobietę  Paryża.  Jak  zawsze  łasa  na  pochwały, 
była jeszcze bardziej niż zazwyczaj  przekonana o tym, że jej 
uroda  robi  na  wszystkich  ogromne  wrażenie,  szczególnie  zaś 
na mężczyznach. 

Ale  niespodziewanie  jej  pozycja  została  zagrożona  przez 

madame de Contades, córkę markiza de Bouille, tego samego, 
który  pomagał  Ludwikowi  XVI  w  nieudanej  ucieczce  z 
Paryża. 

Madame  de  Contades  również  miała  urodę  greckiej 

bogini,  czarne  bujne  włosy  i  błyszczące  oczy.  Zaciekle 
nienawidziła  Napoleona,  dyskredytując  jego  wszystkie 
zwycięstwa,  i  kategorycznie  odmawiała  przyznania  palmy 
pierwszeństwa  pod  względem  urody  jego  siostrze, 
„obywatelce Leclerc", jak nazywano wówczas Paulinę. 

Wspomniane  zdarzenie  miało  miejsce  na  balu  wydanym 

przez  madame  Permon,  która  zaprosiła  wielu  swoich 
przyjaciół,  śmietankę  towarzyską  z  Faubourg  St.  Germain, 
oraz  rodzinę  Bonapartych.  Było  to  wydarzenie  sezonu,  więc 
Paulina przygotowywała się do niego starannie, prawie z taką 

background image

samą pieczołowitością jak jej brat zwykle przygotowywał się 
do bitwy. 

Przeprowadziła  długie  konsultacje  z  najlepszą  fryzjerką  i 

najmodniejszą  krawcową  w  Paryżu,  chciała  mieć  absolutną 
pewność, że pojawienie się jej tego wieczoru na balu wywoła 
prawdziwą  sensację.  Poprosiła  nawet  madame  Permon  o 
zgodę  na  przebranie  się  u  niej  w  domu  przed  samym  balem, 
aby  nikt  jej  nie  zobaczył  do  chwili,  gdy  krocząc  dostojnie 
przez salę balową zajmie przygotowane dla niej miejsce. 

Po  godzinach  zastanawiania  się,  zmian  decyzji  i  wahań, 

postanowiła  w  końcu,  że  włoży  białą  grecką  tunikę  bez 
rękawów;  suknia  miała  duży  złoty  szlak  uchwycony  na 
ramionach broszami z kameą, a pod biustem złotą przepaskę z 
zapinką  wykonaną  z  ogromnego  antycznego  kamienia.  Strój 
bardziej chyba podkreślał niż ukrywał jej doskonałą sylwetkę. 

Na jej ramionach połyskiwały złote bransolety i kamee, a 

wysoko  upięte  włosy  otoczone  były  wieńcem  z  kiści  złotych 
winogron. 

Gdy weszła do sali balowej, wszyscy wpatrywali się w nią 

z zachwytem, składali wyrazy uznania i podziwiali jej urodę. 
Madame Contades kipiała z gniewu i zazdrości. 

Gdy  w  końcu  Paulina  usiadła  na  długiej  sofie  i  przyjęła 

swoją ulubioną, półleżącą pozycję, madame Contades przeszła 
wraz  ze  swym  partnerem  przez  salę  i  podeszła  do  księżnej. 
Najpierw  wyraziła  uznanie  dla  wyglądu  rywalki,  a  po  tym 
wspaniałym  wstępie  zwróciła  się  do  swego  towarzysza 
głośnym szeptem, aby wszyscy mogli usłyszeć: 

 - Jaka szkoda, że ta piękna istota jest tak zdeformowana! 

Gdybym  ja  miała  takie  brzydkie  uszy,  chyba  kazałabym  je 
sobie obciąć! 

Goście skierowali wzrok na uszy Pauliny. Wcześniej nikt 

oczywiście  nie  zwracał  na  nie  najmniejszej  uwagi,  teraz 

background image

jednak  wszyscy  dostrzegli,  że  rzeczywiście  były  małe, 
bezkształtne i nie miały wywiniętej małżowiny. 

Paulina wybiegła z płaczem do buduaru madame Permon i 

od  tamtej  chwili  zawsze  ukrywała  uszy  pod  włosami, 
biżuterią, kokardami lub opaskami. 

Teraz, gdy z takim wdziękiem uśmiechała się do hrabiego, 

zdawało  się,  że  żaden  mężczyzna  nie  byłby  wstanie  dostrzec 
nic  innego  oprócz  oszałamiającego  piękna.  Jednak  oczy 
hrabiego  oraz  charakterystyczne  skrzywienie  warg  wyrażały 
jedynie cynizm. 

 - Chcę się ciebie poradzić, Axel. - W jakiej sprawie? 
 -  Te  złośliwe  kobiety  chyba  nigdy  nie  zostawią  mnie  w 

spokoju. Obmyśliły nową intrygę, by mnie zranić. 

 - Nową intrygę? 
 -  Czy  one  nigdy  nie  przestaną  mnie  krytykować  i 

oczerniać? 

 - Co się tym razem stało? 
Hrabia wiedział, że od pewnego czasu księżna starała się 

zachowywać mniej skandalicznie niż zazwyczaj . Obiecała to 
bratu, który tylko pod tym warunkiem pozwolił jej wrócić do 
Paryża. 

Nie lubiła Italii i całym sercem pragnęła się z niej wyrwać. 

Napoleon  natomiast  stale  upominał  ją  w  listach,  aby  choć  na 
tyle  zachowała  zdrowego  rozsądku,  żeby  dostosować  się  do 
obowiązujących  w  Rzymie  obyczajów  i  nie  okazywać 
niechęci jego mieszkańcom. 

Kochaj  męża  i  rodzinę.  Bądź  uprzejma  i  przyjazna  - 

surowo zalecał w jednym z listów - i nie licz na moją pomoc, 
jeżeli pozwolisz sobie na złe prowadzenie się. Bądź pewna, że 
w  Paryżu  znikąd  nie  otrzymasz  pomocy,  a  ja  nigdy  nie 
przyjmę Cię bez męża. 

background image

Paulina,  przeczytawszy  te  słowa,  aż  krzyknęła  z 

wściekłości,  lecz  jeszcze  bardziej  się  wzburzyła,  gdy 
zobaczyła, co Napoleon napisał dalej: 

Jeżeli rozejdziesz się z mężem, będzie to wyłącznie Twoja 

wina;  wówczas  Francja  odwróci  się  od  Ciebie.  Stracisz 
szczęście i moją życzliwość. 

Wreszcie przed samą koronacją Napoleon ustąpił i wyraził 

zgodę  na  przyjazd  Pauliny  do  Paryża.  Jednak  ona  cały  czas 
bała się, że brat każe jej wrócić do Rzymu z mężem, księciem 
Camillem  Borghese,  który  od  chwili  przyjazdu  na  koronację 
cesarza stale wspominał o powrocie do domu. 

Paulinę  przerażała  myśl,  że  mogą  ją  zmusić  do  powrotu. 

Na kolanach błagała Napoleona, by ją ratował, a ponieważ nie 
potrafił  długo  gniewać  się  na  swą  ukochaną  siostrę,  szybko 
znalazł sposób na rozwiązanie problemu. 

Wiedział,  że  jeśli  książę  Camillo  otrzyma  francuskie 

obywatelstwo,  wówczas  Paulina nie  będzie  musiała  mieszkać 
w  Italii.  Nadał  więc  mu  patent  oficerski  i  ustanowił 
pułkownikiem w gwardii grenadierów rozłożonej obozem pod 
Bolonią. 

Po powrocie Pauliny do Paryża  Napoleon nakazał  jej, by 

zachowywała się jak przystoi Jej Książęcej Wysokości. I choć 
doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  jak  jest  żywiołowa  i 
nieokiełznana,  zdecydował,  że  swoją  osobą  Paulina  wniesie 
wkład  w  nowo  formowany  przez  niego  ustrój,  który  miał 
zyskać  mu  szacunek  wszystkich  koronowanych  głów 
europejskich.  Oświadczył  jej,  że  otrzyma  służbę  i  własny 
dwór,  lecz  bez  prawa  mianowania  na  nim  stanowisk.  On 
dokona  tego  osobiście,  ewentualnie  wyręczy  go  wielki 
marszałek dworu. Wszystko zaaranżowano po to, żeby zrobić 
jak  największe  wrażenie  na  arystokratycznych  rodach  z 
Faubourg St. Germain.  

background image

Szambelanem  dworu  Pauliny  został  monsieur  Clermont  - 

Tonnerre, arystokrata ze znanego, lecz zubożałego rodu. Jego 
kwalifikacje  towarzyskie  były  bez  zarzutu,  poza  tym  był 
miłym,  sympatycznym  człowiekiem,  lubianym  przez  całą 
służbę. 

Starszy koniuszy księżnej, Louis de Montbreton, stanowił 

również  bardzo  cenny  nabytek  jej  dworu;  był  pełen  życia, 
wszechstronnie  uzdolniony  i  niesłychanie  rozmiłowany  w 
swojej pani. 

Księżnej  przydzielono  ponadto  dwie  dystyngowane  i 

atrakcyjne  damy  dworu  oraz  bardzo  nudną,  jak  stwierdziła 
Paulina natychmiast po jej przyjeździe, damę do towarzystwa. 
Polubiła  jednak  mademoiselle  Mills,  inteligentną  autorkę 
popularnych  powieści  historycznych,  a  czytane  przez  nią 
lektury okazały się bardzo interesujące. 

Pozostałe  stanowiska  w  oficjalnym  składzie  dworu 

księżnej zajmowali: medyk, giermek, dwaj kapelani, sekretarz, 
szef  służby  oraz  aptekarz.  Wszyscy  mieszkali  w  hotelu  de 
Charost. 

Mimo  że  dwór  robił  na  wszystkich  doskonałe  wrażenie, 

postępowanie  księżnej  było  nie  do  przewidzenia.  Jej 
nadzwyczajna  wprost  umiejętność  wpadania  w  kłopoty 
martwiła Napoleona i sprawiała, że cały dwór „siedział" jak na 
rozżarzonych węglach. 

 - Co tym razem zrobiłaś? - zapytał hrabia. 
 - Wcale nie chodzi o to, co ja zrobiłam - burknęła księżna 

- lecz co one mówią na mój temat. 

 - No więc, co one mówią? 
 -  Te  zarozumiałe  kobiety  ciągle  ośmielają  się  mnie 

krytykować  -  a  wstrętna  madame  de  Contades  jest  na  czele 
całego  spisku.  -  Teraz  uznały,  że  to  niemoralne,  aby  Paul 
wnosił i wynosił mnie z wanny. 

background image

Hrabia  uśmiechnął  się.  Nie  raz  już  słyszał  grubiańskie 

uwagi  na temat  zachowania się  księżnej, która pozwalała, by 
czarnoskóry  służący  miał  tak  intymny  kontakt  z  jej  ciałem. 
Wiedział  też,  że  nie  wynikało  to  z  jej  lenistwa,  lecz  z 
niezwykłej przyjemności, jaką odczuwała na widok kontrastu 
między perłową bielą jej cery i czernią skóry służącego. 

 -  Przecież  on  nie  jest  człowiekiem  -  stwierdziła  z 

przekonaniem.  -  Jak  myślisz,  a  może  dlatego  są  tak 
zszokowane, bo Paul jest młody i nieżonaty? No cóż, w takim 
razie będę musiała to jakoś załatwić! 

Hrabia nie odpowiadał, a Paulina ciągnęła dalej: 
 - Mogę ożenić go z jedną z naszych kucht. Poślę po którąś 

i powiem, żeby się pobrali. 

 - Kobieta może się sprzeciwiać - zauważył hrabia. 
 - Zrobi, jak jej każę, albo ją wyrzucę! - odpaliła Paulina. 
 - Myślałem, że chcesz mnie zapytać o radę. 
 -  Chciałam,  ale  już  postanowiłam  bez  słuchania  twoich 

rad - oświadczyła Paulina. 

Po chwili uśmiechnęła się jednak i dodała: 
 -  Porozmawiajmy  lepiej  o  czymś  innym.  Rozmowy  o 

służbie  są  zawsze  takie  nudne,  a  ty  nawet  mi  jeszcze  nie 
powiedziałeś, czy pięknie wyglądam. 

 -  To  się  rozumie  samo  przez  się,  nie  ma  potrzeby  nawet 

mówić - odparł hrabia. - Wyglądasz przepięknie, dobrze o tym 
wiesz.  

To  była  szczera  prawda.  Paulina  uśmiechnęła  się 

zachęcająco:  

 - No, mów dalej! 
 - Co chciałabyś jeszcze usłyszeć? - zapytał. - Może to, że 

twoja cera przypomina sznur pereł na Mlecznej Drodze? 

Paulina roześmiała się. 
 - Och, Axel, jesteś taki spostrzegawczy. O wiele bardziej 

podobają  mi  się  twoje  komplementy,  niż  tych  francuskich 

background image

bawidamków,  którzy  wymawiają  je  tak  potoczyście  jakby 
powtarzali je już setki razy. I naturalnie mówili je nie raz! 

Hrabia uśmiechnął się. 
 - Zdaje się, że nie bardzo ci się to podoba. 
 - Oczywiście, że nie! - przyznała Paulina. - Któż bowiem 

może być bardziej godny komplementów niż ja? 

 -  Pomyślałem  właśnie,  że  może  powinnaś  sobie  sprawić 

peniuar,  w  którym 

wyglądałabyś  jeszcze  bardziej 

zachwycająco niż teraz - powiedział powoli hrabia Axel. 

Paulina  odwróciła  twarz  w  jego  kierunku.  Zawsze  pilnie 

słuchała, gdy ktoś mówił o strojach. 

 -  A  może  byś  sprawiła  sobie  biało  -  srebrny  peniuar  - 

ciągnął  hrabia - z bladoróżowym podbiciem dla podkreślenia 
barwy twojej cery? 

Paulina usiadła w wannie ukazując wspaniale zarysowane 

piersi z różowymi sutkami. 

 -  Och,  Axel,  jesteś  genialny!  -  krzyknęła.  -  Byłby 

cudowny,  a  równocześnie  jakże  ponętny!  Dlaczego  sama  o 
tym nie pomyślałam? 

 -  Nie  widzisz  siebie  tak,  jak  ja  ciebie  widzę  -  wyjaśnił 

hrabia. 

 -  Zaraz  zejdziemy  na  dół  i  zamówimy  taki  właśnie 

peniuar  -  postanowiła  Paulina.  -  Białosrebrny  z  różowym 
podbiciem - i do tego oczywiście srebrne wstążki do włosów. 

Zawołała: 
 - Paul, prysznic! 
Hrabia 

usłyszał 

kroki 

czarnoskórego 

służącego 

człapiącego w stronę tylnych schodów. 

 - Ale kto mógłby zrobić ci taki strój? - zapytał hrabia, gdy 

księżna stanęła w wannie pod otworem w suficie, przez który 
miała spadać woda. 

background image

 -  Któż  inny,  jeśli  nie  ta  kobieta,  która  robiła  mi 

poprzednie  peniuary?  -  odparła. -  Poślij  zaraz  po nią  służącą. 
Ma przyjść tutaj jak najszybciej! 

 -  To  może  być  trudne  -  odparł  hrabia  z  nutą 

powątpiewania w głosie. 

 - Trudne? - zapytała Paulina. - A niby dlaczego? 
Mówiąc  to  poprawiała  na  głowie  czepek,  aby  woda  nie 

zniszczyła jej fryzury. 

 -  Szwaczka,  która  wczoraj  przyniosła  ci  peniuar, 

wychodząc z salonu upadła - zdaje się zasłabła z głodu. Żal mi 
się jej zrobiło, więc odesłałem ją do domu powozem. 

 -  Do  tej  pory  już  pewnie  wydobrzała  -  zauważyła 

obojętnie Paulina. 

 - Mój stajenny powiedział, że gdy tylko podjechali do jej 

domu, dowiedziała się o śmierci matki - ciągnął dalej hrabia. - 
Pomyślałem,  że  w  takich  okolicznościach  może  porzucić 
pracę i wyjechać na wieś, by zamieszkać z krewnymi.  

Paulina aż krzyknęła ze złości. 
 -  Pardi!  Nie  zgadzam  się.  Jest  mi  tu  potrzebna!  Musi  tu 

zostać! Nie znam nikogo, kto by umiał szyć tak ładnie jak ona. 
Przywieź ją tu natychmiast, a ja już przekonam ją, by została 
w Paryżu i pracowała dla mnie. 

 - A jeśli odmówi? - podsunął hrabia. 
 -  Wówczas  porwę  ją,  zamknę,  zatrzymam  jakimś 

sposobem, zrobię wszystko, żeby nie wyjechała. 

Paulina tupnęła nogą rozchlapując wodę i dodała: 
 -  Nie  drażnij  mnie  już,  Axel,  i  każ  służącemu  aby  ją  tu 

czym prędzej przywiózł. Powiem jej, co ma robić. 

Hrabia  wstał  powoli  z  krzesła.  Chciał  jeszcze  coś 

powiedzieć, ale Paulina i tak by nie usłyszała co do niej mówi, 
bo właśnie z góry chlusnęła woda wylewana przez służącego. 
Gdy schodził na dół, aby wezwać powóz, na ustach igrał  mu 
lekki uśmiech. 

background image

Kiedy  wczoraj  odwiózł  Vernitę,  pośpiesznie  wysiadła  z 

powozu  i  pobiegła  chodnikiem  a  potem  schodami  na  samą 
górę  wysokiego  domu  z  szarymi  okiennicami.  Zwrócił  się 
więc do Louise, która stała obok wpatrując się zachwyconym 
wzrokiem w powóz i konie: 

 - Co się stało? 
 - Madame Bernier umarła - odpowiedziała dziewczyna.  - 

Moja matka weszła na górę zanieść jej filiżankę kawy, ale ona 
już nie żyła. Umarła, gdy panienki nie było. 

 -  To  straszne!  -  wykrzyknął  hrabia.  -  Może  mógłbym 

jakoś jej pomóc? 

Oddał lejce stajennemu i wszedł do domu. 
 -  Na  którym  piętrze  mieszka  panienka?  -  zapytał  Louise 

idącą w ślad za nim. 

 -  Na  samej  górze,  monsieur.  Ale  trzeba  wejść  aż  na 

czwarte piętro! 

 - Chyba podołam - mruknął. 
Zaczął  wspinać  się  wąskimi  schodami.  Gdy  doszedł  do 

trzeciego  piętra,  chodnik  wyściełający  schody  skończył  się, 
dalej  były  tylko  gołe,  drewniane  deski.  W  końcu  dotarł  do 
poddasza;  drzwi  do  pokoju,  w  którym  mieszkała  Vernita  z 
matką, były otwarte. Stanął w przejściu i zobaczył, że Vernita 
klęczy  przy  łóżku. Przy  oknie  stała  madame  Danjou;  płakała 
ocierając łzy chusteczką. 

Stał  przez  chwilę  przyglądając  się  zmarłej;  jej  drobną 

twarz  o  delikatnych  rysach  okalały  białe  włosy,  oczy  miała 
zamknięte.  Nieoczekiwanie  przyszło  mu  na  myśl,  że 
wyglądała na szczęśliwą. 

Vernita  płakała  bezradnie  jak  dziecko.  Nie  chciał  jej 

przeszkadzać, skinął więc na madame Danjou, która wyszła z 
pokoju zamykając za sobą drzwi. 

 - Może mógłbym jakoś pomóc? 

background image

 - To takie straszne, monsieur. Biedna pani była taka słaba 

- żaliła się madame Danjou, a łzy ciekły jej po policzkach. 

 -  Zdaje  się,  że  były  bardzo  biedne,  prawda?  -  zapytał 

hrabia,  myśląc  o  skromnym  posępnym  poddaszu,  na  którym 
nie było nic, co mogłoby złagodzić jego surowość. 

 - Tres pauvres, monsieur ( Tres pauvres, monsieur (franc.) 

- bardzo biedni, monsieur (przyp. tłum.).) - przyznała madame 
Danjou.  -  Głodowałyby,  gdybym  im  od  czasu  do  czasu  nie 
pomogła. 

 -  Doprawdy,  jest  pani  taka  życzliwa  -  odparł  hrabia.  - 

Teraz będą potrzebne pieniądze na pogrzeb.  

Madame Danjou wzruszyła znacząco ramionami, a hrabia 

wyciągnął z kieszeni parę złotych monet. 

 -  Proszę  zapłacić  za  wszystko  -  powiedział  -  jutro 

przyjadę  i  zobaczę,  czy  będę  mógł  jeszcze  jakoś  pomóc 
panience. Proszę nie pozwolić jej nigdzie wyjechać bez mojej 
wiedzy. 

 -  Ona  nie  zrobi  tego,  monsieur  -  stwierdziła  madame 

Danjou. - Nie ma dokąd pojechać. 

 -  Nie  ma  żadnych  krewnych  ani  przyjaciół?  -  Nikogo,  o 

kim bym słyszała lub wiedziała.  

 - Przyjadę tu jutro - powtórzył hrabia i zszedł po schodach 

pozostawiając  madame  Danjou,  która  ze  zdumieniem 
wpatrywała się w złote monety na dłoni. 

Przez  całą  drogę  powrotną  do  hotelu  de  Charost 

zastanawiał się, w jaki sposób mógłby pomóc Vernicie. 

Dzisiaj  już  mógł  zaoferować  jej  coś  konkretnego.  Nie 

wysłał, jak sugerowała księżna, służącego, lecz sam pojechał 
na Rue des Arbres. 

Wiedział,  że  Paulina  nie  będzie  go  szukać,  ponieważ  po 

kąpieli  zawsze  dużo  czasu  spędzała  w  sypialni  siedząc  przed 
lustrem  w  koszulce  i  czekając,  aż  pokojówka  upnie  jej 
wspaniałe  czarne  włosy.  Później  będzie  jeszcze  długo  z  nią 

background image

dyskutowała, jakie wybrać uczesanie; często też się zdarzało, 
że gdy fryzura była gotowa, Paulina nagle zmieniała zdanie i 
wszystko trzeba było zaczynać od nowa. 

Mnóstwo  czasu  zajmowało  jej  też  nakładanie  makijażu. 

Zwykle  używała  do  tego  celu  kremu  migdałowego,  balsamu 
ogórkowego,  mleczka  różanego  i  oczywiście  specjalnych 
pomad orientalnych, którymi przyciemniała brwi i rzęsy. 

Następnie  pokojówka  skrapiała  całe  jej  ciało  olejkiem 

różanym, po czym Paulina wkładała jakiś rozkoszny peniuar, 
w którym przyjmowała porannych gości. 

Hrabia doskonale wiedział, że bez trudu zdąży pojechać na 

Rue  des  Arbres  i  wrócić  na  długo  przedtem,  zanim  Paulina 
zejdzie  na  dół  do  fioletowego  buduaru,  w  którym  czekali  na 
nią kupcy z towarami. 

Później  udawała  się  zazwyczaj  do  swojego  ulubionego 

salonu  znajdującego  się  obok  sypialni  paradnej,  w  której  na 
podwyższeniu  stało  kunsztownie  rzeźbione  łoże  ozdobione 
orłem  i  złotą  koroną  przybraną  dwudziestoma  sześcioma 
strusimi piórami. Na zewnątrz łoże było błękitne, od wewnątrz 
wysłane  białym  atłasem  utkanym  w  złote  rozety.  Ściany 
sypialni pokrywały niebieskie draperie haftowane złotą nitką, 
lamowane  ornamentami  w  kształcie  złotych  liści  mirtu  - 
symbolu Wenus. 

Paulina  rzadko  spała  w  tym  przytulnym  pokoju;  zwykle 

służył jej do romantycznych schadzek, których tak pragnęła jej 
namiętna, uczuciowa natura. 

To doprawdy tragiczne - pomyślał hrabia - że książę, który 

kochał, a nawet  ubóstwiał swoją żonę, w przeciwieństwie do 
większości Włochów był kiepskim kochankiem. Owszem, był 
dość  sympatyczny,  pogodny  i  dobroduszny,  jednak 
namiętnością obdarzał przede wszystkim konie i powozy. 

Paulina nie ukrywała przed przyjaciółmi, że uważała go za 

nieznośnego nudziarza.  

background image

Laure  Junot,  żona  generała  Junota,  który  już  w  wieku 

dwudziestu  dziewięciu  lat  został  gubernatorem  Paryża, 
opowiadała, jak zaraz po ślubie Pauliny z księciem Camillem 
otrzymała propozycję towarzyszenia im w podróży z St. Cloud 
do  Paryża.  Wyraziła  wtedy  obawę,  że  podczas  miodowego 
miesiąca jej towarzystwo może być nie na miejscu. 

 -  Miesiąc  miodowy  z  tym  kretynem?!  -  wykrzyknęła 

Paulina. - Jak ty to sobie, na miłość boską, wyobrażasz? 

Tymczasem  hrabia  wjechał  na  dość  ruchliwy  o  tej  porze 

Boulevard  des  Capucines,  a  po  chwili  skręcił  w  Rue  des 
Arbres. 

Wiosna  w  Paryżu  była  wyjątkowo  piękna  tego  roku. 

Kosze ulicznych sprzedawców kwiatów mieniły się barwnymi 
goździkami  przywiezionymi  z  południa,  zebranymi  w 
ogromne  pęki  fiołkami  parmeńskimi,  żonkilami,  narcyzami 
oraz tak chętnie kupowanymi na wschodzie kraju liliami. 

Po  kolorowych  ruchliwych  bulwarach,  Rue  des  Arbres 

wydawała  się  jeszcze  brzydsza  i  bardziej  ponura  niż 
poprzedniego  dnia.  Po  obu  jej  stronach  stały  wysokie  domy, 
przez które nie przezierało nawet słońce. Hrabia z niesmakiem 
patrzył  na brudną drogę i nie zamiecione trotuary. Zatrzymał 
konie  przed  domem,  w  którym  mieszkała  Vernita,  wysiadł  z 
powozu,  otworzył  drzwi  wejściowe  i  wszedł  do  wąskiego 
holu.  Z  sutereny  dochodziły  kuchenne  zapachy.  W  holu  nie 
było nikogo, zaczął więc wspinać się po schodach na wyższe 
kondygnacje,  tak  jak  poprzedniego  dnia.  Dotarłszy  do 
półpiętra  trzeciej  kondygnacji  zobaczył  schodzącą  po 
schodach Vernitę. Zatrzymał się i czekał, aż podejdzie bliżej. 

 - Dzień dobry, mademoiselle - uniósł lekko kapelusz. 
Ukłoniła  się,  a potem  wpatrywała  się  w  niego  pytającym 

wzrokiem,  szeroko  otwartymi  oczami.  Była  jeszcze  bledsza 
niż  poprzedniego  dnia,  a  jej  zaczerwienione  od  płaczu  oczy, 
wyglądały niczym otchłanie rozpaczy. 

background image

Nie była ubrana na czarno, tak jak wczoraj, lecz w suknię 

fioletoworóżową,  kolorem  przypominającą  sprzedawane  na 
bulwarze  fiołki.  Suknia  była  skromna,  ale  znający  się  na 
modzie kobiecej hrabia natychmiast zorientował się, że uszyto 
ją z porządnego materiału i kiedyś z pewnością musiała sporo 
kosztować. 

 - Madame Danjou mówiła, że pan... chciał... bym przyszła 

- powiedziała Vernita drżącym głosem. 

 -  Chciałbym  wyrazić  współczucie  z  powodu  śmierci 

matki. 

Łzy napłynęły jej do oczu, odwróciła wzrok. 
 -  Mama  umarła,  ponieważ  nie  miałyśmy  dość  pieniędzy, 

by kupić jedzenie. 

W  łagodnym  głosie  Vernity  pojawiła  się  nuta  goryczy, 

której wcześniej nie słyszał. 

 - Tak mi przykro - powiedział cicho. 
 -  Bardzo  cierpiała  w  czasie  tych  chłodnych  zimowych 

miesięcy...  Teraz  chyba  jest  szczęśliwa,  że  jest  już  razem  z 
papą. 

Patrzyła na wprost, zdawało się jakby mówiła do siebie. 
Hrabia rzekł łagodnie: 
 -  Wczoraj  widząc  pani  matkę  również  pomyślałem,  że 

wygląda,  jakby  była  szczęśliwa,  jakby  spełniły  się  jej 
pragnienia. 

Vernita spojrzała na niego zdumiona, więc wyjaśnił: 
 -  Poszedłem  na  górę.  Dziewczyna,  która  panią  zawołała, 

powiedziała mi, że pani matka umarła. 

 -  Madame  Danjou  mówiła,  jak  bardzo  był  pan  życzliwy 

dając  pieniądze  na  pogrzeb.  Mama  została  pochowana  dziś 
rano - nie chcieli długo trzymać jej w domu. 

 -  Rozumiem  -  powiedział  hrabia  -  a  co  zamierza  pani 

teraz zrobić ze sobą? 

background image

Wzruszyła  ramionami  niewyraźnym  gestem,  a  po  chwili 

milczenia rzekła: 

 - Będę pracować. 
 - Gdzie będzie pani mieszkać? 
 -  Mam  nadzieję,  że  madame  Danjou  pozwoli  mi 

zatrzymać pokój. 

 - Bez matki będzie się pani czuła bardzo samotna. 
 - Tak - przyznała - ale cóż mogę zrobić? 
 -  Chciałbym  coś  zaproponować.  Spojrzała  na  niego 

ponownie i znieruchomiała. 

Zdając sobie sprawę, że może źle zrozumiała jego słowa, 

dodał szybko: 

 - Mógłbym znaleźć pani posadę w hotelu de Charost. 
Teraz twarz jej wyrażała zdumienie, więc wyjaśnił: 
 - Księżnej bardzo spodobało się pani szycie. Ma już nowe 

zamówienia, a resztę sam mógłbym zorganizować. Jeżeli tylko 
pani się zgodzi, może oficjalnie mieszkać w hotelu de Charost 
jako jej osobista szwaczka. 

Vernita  zacisnęła  palce  i  stała  wpatrując  się  w  schody, 

jakby  pomogło  to  w  jakiś  sposób  zrozumieć  i  ocenić 
propozycję, którą jej przedłożono. 

Hrabia patrzył  na nią. Domyślał  się, że jeszcze nigdy nie 

rozmyślała  o  takich  sprawach,  była  zdenerwowana  i 
oszołomiona perspektywą zamieszkania  w hotelu de Charost. 
Czekał, nie odzywając się. Gdy tak stał na wąskich schodach 
małego półpiętra -  wysoki, ubrany  w  modne bryczesy koloru 
szampana,  dobrze  skrojony  surdut,  z  białym  muślinowym 
krawatem zawiązanym w skomplikowany węzeł - wydawał się 
zupełnie nie na miejscu. 

Uświadomiwszy  sobie  ogromny  kontrast  między 

wyglądem hrabiego i tym nędznym otoczeniem, powiedziała z 
wahaniem: 

background image

 -  To...  bardzo  miło  z  pana  strony...  ale  sądzę,  że  może... 

lepiej będzie, jeśli... zostanę tutaj. 

 - Jest pani przekonana, że to właściwa decyzja? - zapytał 

hrabia. - Będzie pani tu zimno i samotnie, nie będzie nawet z 
kim  porozmawiać,  może  z  wyjątkiem  tej  kobiety  i  jej  córki, 
które wczoraj miałem sposobność poznać. 

Vernita  lekko  zadrżała  i  choć  starała  się  nie  dać  tego  po 

sobie  poznać,  hrabia  jednak  to  zauważył.  Już  wcześniej 
myślała  o  tym,  jak  ciężko  będzie  jej  mieszkać  bez  matki  na 
tym posępnym poddaszu. Zdawała sobie też sprawę z tego, że 
Louise  znów  będzie  ją  namawiała  do  wychodzenia 
wieczorami  na  ulicę  w  nadziei,  że  spotkają  jakichś 
młodzieńców, z którymi będą mogły przyjemnie spędzać czas. 

Vernita  była  bardzo  wymagająca  i  dobrze  wychowana, 

dlatego też cała jej istota wzbraniała się przed wszystkim, co 
mogłoby kiedyś przerazić matkę, a równocześnie wiedziała, że 
trudno jej będzie wciąż odmawiać Louise. 

 -  Chyba  zrobi  pani  rozsądniej  pozwalając,  bym 

zadecydował za nią - powiedział hrabia. 

 -  Dlaczego  pan...  chce  to  zrobić?  -  zapytała  Vernita.  - 

Dlaczego tak bardzo zajmuje się pan... moją osobą? 

Chciała wyrazić w ten sposób dumę i niezależność, ale w 

jej słowach słychać było tylko bezradność i lęk, jakie odczuwa 
dziecko bojące się ciemności. 

 -  Wczoraj  bardzo  mi  było  pani  żal  -  zaczął  hrabia  -  gdy 

uświadomiłem  sobie,  jak  byłyście  z  matką  wykorzystywane 
szyjąc za te marne grosze, które wam płacono. Czasem wydaje 
mi  się,  że  najgorszą  wadą  Francuzów  jest  ich  potworne 
skąpstwo. 

 -  Ale...  oni  bywają  też...  życzliwi  -  odparła  Vernita, 

myśląc o madame Danjou. 

 -  Jeżeli  będzie pani  mieszkała  tu  sama,  może  się  okazać, 

że są aż nazbyt życzliwi - zauważył hrabia. 

background image

Spojrzała na niego szybko, potem jeszcze raz. Zrozumiał, 

że  dotknął  szczególnie  czułego miejsca.  A  ona  przypomniała 
sobie,  jak  bardzo  jej  matka  lękała  się  za  każdym  razem,  gdy 
wychodziła  sama  na  ulicę. Pamiętała  też  drobne  zdarzenia,  o 
których  nigdy  nawet  nie  wspomniała  matce,  gdy  na  ulicy 
zaczepiali ją różni mężczyźni. Czasem wychodząc po zakupy 
naprawdę  bardzo  się  bała  ponieważ  nie  miała  nikogo,  kto 
mógłby stanąć w jej obronie. 

W  dużym  domu,  takim  jak  hotel  de  Charost,  myślała, 

znajdowałaby  się  wśród  innych  zatrudnionych  kobiet,  z 
którymi mogłaby się przyjaźnić, a one na pewno uznałyby ją 
za swoją. 

Wszystko,  pomyślała  nagle  z  pasją  będzie  lepsze  niż 

mieszkanie  na  poddaszu  bez  towarzystwa  matki  -  przecież 
cały czas byłabym sama, w dzień i w nocy. 

 -  Czy  księżna  powiedziała,  że  chce  mnie  zatrudnić?  - 

zapytała głośno. 

 - Jeszcze nie - odparł hrabia - ale  wysłała  mnie po panią 

ponieważ chce natychmiast mieć nowy peniuar. 

 - Czy mam teraz jechać z panem? 
 -  Bezzwłocznie!  Wkrótce  przekona  się  pani,  że  gdy  Jej 

Książęca Wysokość wypowiada jakieś życzenie, musi je mieć 
spełnione  w  tej  samej  sekundzie  albo  zanim  jeszcze  o  nim 
pomyśli! 

Jego  żart  sprawił,  że  przez  usta  Vernity  przemknął  lekki 

uśmiech. Po chwili powiedziała: 

 - Gdyby pan był tak miły i zechciał zaczekać na mnie na 

dole - zabiorę tylko kapelusz. 

 - Więc proszę się pospieszyć. Zszedł po schodach, wsiadł 

do  powozu  i  wziął  lejce  od  stajennego.  Po  paru  minutach 
pojawiła  się  Vernita;  przeszła  przez  chodnik,  wsiadła  do 
powozu  i  zajęła  miejsce  przy  nim.  Zauważył,  że  miała  teraz 
inne nakrycie głowy niż poprzedniego dnia. Zamiast czarnego 

background image

słomkowego  kapelusza, jakie nosiły  młode dziewczyny same 
zarabiające  na  życie,  miała  na  sobie  bonnet,  który  na  pewno 
kosztował wiele pieniędzy. Był bardzo prosty, przybrany tylko 
bladoróżowymi 

wstążkami 

odcieniem 

fioletu, 

harmonizującymi  z  jej  suknią.  Zmiana  stroju  sprawiła,  że 
wyglądała teraz jak prawdziwa dama, którą - pomyślał hrabia 
-  z  pewnością  była.  Jakby  zgadując  jego  myśli,  powiedziała 
głośno:  

 - Ja... nie miałam czasu... się przebrać. Przerwała, a potem 

czując, że powinna powiedzieć prawdę, dodała: 

 - Wczoraj... tę suknię, którą miałam na sobie, pożyczyłam 

od córki madame Danjou. Dzisiaj nie miałam już odwagi o nią 
prosić. Nie miałam co włożyć, prócz tej jednej sukni. 

Nie  powiedziała,  że  suknia  należała  do  jej  matki,  która 

bardzo lubiła fioletowy kolor, i że był to jedyny strój nadający 
się na żałobę; nic odpowiedniejszego nie znalazła wśród całej 
garderoby.  Wszystkie  cenne  ubrania,  a  przede  wszystkim 
futra,  dawno  już  były  sprzedane.  Sukien  nie  było  sensu  się 
pozbywać, ponieważ i tak trzeba by je było czymś zastąpić. 

Na dnie dwóch stojących na poddaszu kufrów znajdowały 

się  wykonane  z  drogich  tkanin  suknie  wieczorowe,  które 
dotychczas  nie  zostały  sprzedane.  Może  któregoś  dnia, 
pomyślała Vernita, przerobię je na coś użytecznego. Na razie 
miała  jeszcze  sporo  ładnych,  eleganckich  sukien  dziennych, 
które dwa lata temu przywiozły ze sobą do Paryża. 

Doskonale  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  nie  wygląda 

jak  szwaczka,  ale  nie  miała  nic  bardziej  odpowiedniego  do 
włożenia. 

Jeżeli  księżna  nie  zechce  jej  zatrudnić  z  powodu  tego 

stroju,  wówczas  nie  pozostanie  nic  innego  jak  wrócić  na 
poddasze i mieszkać tam samotnie. 

 -  Może  powie  mi  pani  coś  o  sobie?  -  zaproponował 

niespodziewanie hrabia. 

background image

W  pierwszym  porywie  chciała  zrobić  to,  o  co  prosił,  i 

opowiedzieć, jak straszliwie los obszedł się z jej rodziną, gdy 
Napoleon  wtrącił  wszystkich  turystów  brytyjskich  do 
więzienia. Ale czy może powiedzieć prawdę, nie ryzykując, że 
też  znajdzie  się  w  więzieniu?  Mimo  że  hrabia  był  Szwedem, 
na pewno przyjaźnił się z wieloma zaciekłymi wrogami Anglii 
i nie było raczej wątpliwości wobec kogo czuł się lojalny. 

 -  Tak  jak  powiedziałam  wczoraj  -  zaczęła  -  mój  ojciec 

pochodził  z...  Normandii,  a  w  Paryżu  mieszkaliśmy  niecałe 
trzy lata. 

 -  Czym  zajmował  się  pani ojciec?  Vernita przywołała  na 

pomoc  całą  wyobraźnię,  aby  wszystko  co  powie  brzmiało 
prawdziwie i wiarygodnie. 

 - Prowadził interesy w wielu dziedzinach - odpowiedziała 

wymijająco  -  ale  nie  był  chyba  dobrym  przedsiębiorcą,  poza 
tym rzucił się w wir zabawy. 

To nawet była prawda, pomyślała. 
 -  A  gdy  umarł,  pozostałyście  z  matką  prawie  bez 

pieniędzy? 

Vernita westchnęła. 
 - Zdaje się, że papa nie miał szczęścia... w kartach. 
To  była  bardzo  sensowna  wymówka,  ponieważ  już  w 

pierwszych  dniach  po  przyjeździe  do  Paryża  zauważyła,  jak 
bardzo się tu wszyscy pasjonują hazardem. Oprócz kart i gier 
hazardowych  szansą  na  wzbogacenie  się  była  też  ogromna 
liczba różnych loterii, w których biedacy z ufnością odwracali 
kartę lub skrawek papieru, z napisaną na nim cyfrą,  wierząc, 
że zdobędą w ten sposób fortunę, a wszystko odbywało się w 
atmosferze fanatycznej wiary w przeznaczenie. 

 - Więc był hazardzistą! - rzekł cicho hrabia. 
 - Obawiam się... że tak. 
Kiedyś  ojciec  opowiadał  jej  o  grach  hazardowych 

odbywających  się  w  Palais  Royal,  gdzie  każdego  dnia  na 

background image

pokrytych  zielonym  suknem  stołach  trwoniono  całe  fortuny. 
Wiedziała  też,  że  na  balach  i  przyjęciach,  na  które  byli 
zapraszani,  zawsze  znajdowali  się  dżentelmeni  porzucający 
wytworne  towarzystwo,  gdyż  bardziej  pociągał  ich  blask 
złotych luidorów niż blask oczu pięknych pań. 

 - Więc pozostawił was bez pieniędzy - rzekł hrabia. - Czy 

nie ma pani krewnych lub przyjaciół, aby z nimi zamieszkać? 

 -  Mieszkając  w  Paryżu  straciliśmy...  kontakt  ze 

wszystkimi, których... znaliśmy... na wsi. 

Pomyślała,  że  zabrzmiało  to  całkiem  wiarygodnie  i  tylko 

miała nadzieję, iż zaraz dojadą do hotelu de Charost, a hrabia 
przestanie zadawać pytania. 

 -  Więc  to  tak  -  powiedział  jakby  do  siebie.  -  Czy  zdaje 

pani sobie sprawę, że dziewczyna w pani wieku, samotna i tak 
atrakcyjna, może wpaść w kłopoty? 

 -  Mam  nadzieję,  że  tak  się  nie  stanie  -  powiedziała 

szybko. 

 -  Wiem  dobrze,  że  tak  może  być  -  nie  ustępował.  - 

Dlatego  będę  się  starał  pani  pomóc,  ale  proszę  pamiętać,  że 
trzeba bardzo uważać na siebie. 

 - Tak, oczywiście. Jestem tego świadoma. 
 - Więc proszę być bardzo ostrożna - powiedział - uważać 

na to, co pani robi i mówi, starać się nie wyglądać tak pięknie. 

Odwróciła  twarz  i  spojrzała  na  niego  szeroko  otwartymi 

oczami.  Wprost  niewiarygodne,  że  mógł  powiedzieć  coś 
takiego. 

 - Mówię poważnie - rzekł hrabia. - Jest pani w Paryżu, a 

to jedna z nielicznych stolic europejskich, w której docenia się 
piękno  kobiet.  Ale  może  to  stać  się  również  przyczyną 
kłopotów. 

Teraz  Vernita  pojęła,  że  próbował  ją  ostrzec,  ale  przed 

kim? 

background image

Skręcili w Rue du Faubourg Saint Honore i hrabia nie miał 

już  czasu  zadawać  pytań.  Zauważyła,  że  .  mówił  bardzo 
poważnie,  prawie  uroczyście,  obiecała  więc  w  duchu,  że 
weźmie  sobie  do  serca  jego  słowa.  Tymczasem  okrążyli 
dziedziniec  i  podjechali  do  drzwi  wejściowych  hotelu  de 
Charost.  Wysiadła  z  powozu.  W  stroju,  który  dziś  miała  na 
sobie,  lokaj  nie  rozpoznał  jej  i  asystował  ze  służalczą 
uprzejmością  należną  damom,  przybywającym  z  wizytą  do 
księżnej. 

Hrabia  podał  lokajowi  kapelusz  i  rękawiczki,  przeszedł 

przez  hol  i  otworzył  drzwi  buduaru,  w  którym  Vernita 
rozmawiała  z  księżną  Pauliną  poprzedniego  dnia.  W  pokoju 
znajdowały się trzy osoby - prawdopodobnie byli to dostawcy. 
Hrabia natychmiast zamknął drzwi, nie proponując, by Vernita 
dołączyła  do  nich.  Wskazał  jej  natomiast  małą  sofę  stojącą 
przy schodach w drugim końcu holu. 

 -  Proszę  tu  poczekać!  -  polecił  i  wszedł  na  schody 

pozostawiając ją samą. 

Usiadła  na  brzegu  kanapy,  na  kolanach  oparła  zaciśnięte 

dłonie. Stojący w holu na baczność czterej lokaje w perukach 
spoglądali  na  nią  podejrzliwie.  Pomyślała,  że  są  zapewne 
zdziwieni  jej  obecnością,  ale  nie  odzywali  się.  Byli  dobrze 
nauczeni,  żeby  nie  okazywać  nadmiernego  zainteresowania; 
stali  więc  bez  ruchu  ubrani  w  zielono  -  złote  liberie  i  białe 
bryczesy. Wyglądali, można by rzec, imponująco. 

Hrabia znalazł księżnę Paulinę, jak się tego spodziewał, w 

sypialni. Miała na sobie peniuar, który Vernita przyniosła jej 
poprzedniego  dnia.  Kokardy  z  bladoróżowego  muślinu  i 
koronki  w  kolorze  niebielonego  płótna  sprawiały,  że 
wyglądała wyjątkowo powabnie. Najwyraźniej zadowolona ze 
swojego wyglądu odwróciła się do hrabiego z uśmiechem. 

 -  Gdzie  byłeś,  Axel?  -  zapytała.  -  Nie  miałam  z  kim 

rozmawiać podczas ubierania się. 

background image

 -  Wypełniałem  twoje  rozkazy  -  odparł,  umyślnie  nadając 

słowom powściągliwy ton. 

Krzyknęła. 
 -  Ależ  oczywiście!  Posłałam  cię,  byś  znalazł  tę 

dziewczynę, która ma uszyć biało - srebrny peniuar. 

 -  Oto  cała  ty!  Wysyłasz  mnie,  bym  wykonał  jakieś 

niemiłe zadanie, i zupełnie o tym zapominasz. 

 - Znalazłeś ją? 
 - Oczywiście! Czy kiedykolwiek cię zawiodłem? 
 - Jest tutaj? 
 - Czeka na ciebie na dole. 
 -  Och,  wspaniale.  Właśnie  przyszło  mi  na  myśl,  że 

mogłaby  mi  uszyć  jeszcze  inne  stroje.  Muszę  je  koniecznie 
mieć. 

 - Ta dziewczyna nie będzie w stanie robić kilku rzeczy na 

raz - zauważył hrabia. 

 -  Więc  będzie  musiała  się  postarać!  -  odparła  księżna 

rozdrażniona. - Nie podobała ci się moja nocna koszula, którą 
miałam  na  sobie  ostatniej  nocy,  więc  ją  wyrzuciłam.  Miałeś 
rację - była nietwarzowa. 

Hrabia  patrzył  na  księżnę  posępnym  wzrokiem,  przeszła 

więc  przez  pokój,  położyła  dłonie  na  jego  ramionach  i 
spojrzała mu prosto w oczy. Była tak mała, że ledwie sięgała 
mu do ramion. 

 - Nie złość się, Axel - błagała. - Jestem ci  wdzięczna, że 

przyprowadziłeś tę dziewczynę,  tak jak cię prosiłam. Pomyśl 
tylko, jak pięknie będę wyglądała w strojach, które ona zrobi. 

 -  Jeżeli  je  zrobi!  -  zauważył  hrabia.  Księżna 

znieruchomiała.  -  Cóż  to  ma  znaczyć?  Przecież  nie  może 
odmówić wykonania moich rozkazów. 

 - Mówiłem ci, że umarła jej matka. Dowie - . działem się 

też,  że  zamierza  opuścić  Paryż,  ponieważ  nie  ma  się  gdzie 

background image

zatrzymać.  Nie  jest  obecnie  łatwo  znaleźć  w  mieście  tanie 
mieszkanie. 

Księżna roześmiała się. 
 -  I  to  wszystko?  Cóż,  rozwiązanie  jest  proste.  Przecież 

może zostać tutaj. 

Hrabia udał, że jest zaskoczony. 
 - Nigdy bym o tym nie pomyślał. 
 -  Jesteś  tak  niepraktyczny,  mon  cher!  -  stwierdziła 

księżna.  -  Ale  najważniejsze,  że  przyprowadziłeś  tę 
dziewczynę.  Resztę  już  pozostaw  mnie.  Wiesz,  że  jeżeli  ja 
czegoś chcę, muszę to mieć. 

Mówiła  jak  rozpieszczone  dziecko.  Hrabia  roześmiał  się, 

palcami  uniósł  w  górę  jej  brodę  i  odwrócił  twarz  w  swoją 
stronę. 

 - Któregoś dnia zapragniesz mieć księżyc - powiedział - i 

zdziwisz się, że nie spada ci prosto w ramiona! 

 - A właśnie, że wpadnie - oświadczyła księżna. 
Hrabia pocałował ją w mały kształtny nos. 
 -  Teraz  już  wiem,  dlaczego  rodzina  Bonapartych 

zawojowała ćwierć świata. 

 - Tylko ćwierć? - zdziwiła się. - Co sobie właściwie myśli 

ten Napoleon? Mówił, że zdobędzie cały! 

 - No i została jeszcze Anglia. 
 - A komu potrzebna jest ta mała nudna wyspa? - zapytała 

rozdrażniona księżna, odwracając się od niego. 

 - Przede wszystkim twojemu bratu. 
 -  Więc  będzie  ją  miał!  Napoleon  zawsze  ma  to,  czego 

chce - zapewniła Paulina - i nie ośmielaj się twierdzić inaczej! 

 -  Jakżebym  mógł  być  tak  nietaktowny  -  uśmiechnął  się 

hrabia. 

 - Zdaje się, że Napoleon chce się ze mną jutro zobaczyć. 

Wybiera się tutaj.  

 - Może więc będę miał sposobność porozmawiać z nim. 

background image

Paulina roześmiała się. 
 -  Nadal  chcesz  mu  przedstawić  projekt  tych  swoich 

śmiesznych dział? 

 - Czemu nie? To będą naprawdę doskonałe armaty. 
 -  Jeżeli  będą  działać!  -  stwierdziła  z  pogardą  księżna.  - 

Powiedziałam  Napoleonowi,  że  chcesz  rozmawiać  z  nim  na 
ten  temat,  a  on  na  to,  że  pokazywano  mu  już  wiele  różnych 
projektów  do  oceny  i  że  po  ich  zrealizowaniu  armaty 
przeważnie  rozlatywały  się  na  drobne  kawałki  już  przy 
pierwszym  strzale,  albo  były  za  ciężkie  do  przetaczania  po 
podmokłym gruncie. 

 -  Z  moimi  działami  tak  nie  będzie  -  zaprzeczył  hrabia  z 

nutą  agresji  w  głosie.  -  Generał  Junot  przed  wyjazdem  do 
Portugalii widział projekty i był pod ich wrażeniem, podobnie 
zresztą jak marszałek Ney! 

Księżna  roześmiała  się  ponownie.  Wspięła  się  na  palce, 

objęła  go  za  szyję  ramionami  i  przyciągnęła  jego  głowę  do 
swojej. 

 - Uwielbiam cię, Axel! - szepnęła: - Podniecasz mnie, jak 

żaden  mężczyzna.  A  po  tym  jak  wyszłam  za  mąż  za  tego 
nudnego  Camilla,  który  ma  w  sobie  tyle  namiętności  co 
eunuch,  jesteś  jedynym  mężczyzną,  który  doprowadza  mnie 
do szału! 

 -  Miło  mi  to  słyszeć  -  rzekł  hrabia  z  nutą  sarkazmu  w 

głosie. 

 -  Ale  musimy  być  ostrożni,  bardzo  ostrożni  -  ostrzegła 

Paulina.  -  Gdyby  Napoleon  się  dowiedział,  odprawiłby  cię 
natychmiast.  Wiesz,  że  on  nie  pozwala,  bym  miała 
kochanków. 

 -  Wobec  tego  rzeczywiście  musimy  być  ostrożni  - 

przyznał hrabia. 

background image

 -  Nie  podoba  mi  się  twoja  odpowiedź!  -  rzekła  szorstko 

księżna.  -  Gdybyś  mnie  kochał,  sprzeciwiłbyś  się 
Napoleonowi! Przecież w końcu jest tylko moim bratem. 

 -  I  cesarzem!  Skrzywiła  się,  lecz  hrabia  wiedział,  jak 

bardzo  się  bała,  żeby  Napoleon  nie  sprowadził  do  Paryża  jej 
męża, by zapobiec skandalowi. 

 -  Chcę,  byś  kochał  mnie  tak  bardzo,  żeby  wszystko  inne 

nie  miało  dla  ciebie  żadnego  znaczenia  -  nie  ustępowała.  - 
Napoleon  powiedział  kiedyś,  że  między  dwojgiem  ludzi, 
którzy  się  kochają,  przepływają  jakieś  magnetyczne  fluidy.  I 
zdaje się, miał rację. 

 -  Oczywiście,  że  miał  rację  -  przyznał  hrabia.  Księżna 

pocałowała  go,  przywierając  ustami  do  jego  warg,  ale  po 
chwili zsunęła ręce z jego szyi. 

 -  Chodźmy  zamówić  peniuar  -  postanowiła  -  a  później, 

gdy  skończę  wszystkie  moje  poranne  sprawy,  zostaniemy 
sami. 

 - Czemu nie? - mruknął. 
Księżna nie czekała jednak na odpowiedź. Szybko wyszła 

z salonu kierując się w stronę schodów prowadzących w dół, a 
potem  do  fioletowego  buduaru,  w  którym  czekali  na  nią 
krawcy. 

Niezależnie od tego jak bardzo zajmował ją kochanek, jak 

bardzo pociągał mężczyzna, którego sobie upodobała, nie było 
dla niej nic ważniejszego od upiększania swojego wspaniałego 
ciała. 

background image

Rozdział 3 
W  drodze  do  hotelu  Vernita  nie  mogła  się  zdecydować, 

czy  ma  być  zadowolona,  czy  raczej  zaniepokojona,  że 
wszystko  tak  zostało  zorganizowane.  Tymczasem  księżna 
majestatycznie  schodziła  po  schodach.  Przezroczysty  peniuar 
ledwo przysłaniał jej piękne ciało. Gdy dotarła do holu, idący 
za nią hrabia powiedział cicho: 

 - Mademoiselle Bernier czeka na ciebie. 
 - Tak, widzę. 
Vernita  na  jej  widok  zerwała  się  z  sofy  i  ukłoniła,  a 

księżna powiedziała szorstko: 

 -  Wszystko  jest  już  obmyślone  -  zostajesz  tutaj.  Jest  dla 

ciebie dużo pracy i masz natychmiast się do niej zabrać. 

Vernita spojrzała na nią z lękiem, potem rzekła cicho: 
 -  Muszę  spakować  swoje  rzeczy,  Wasza  Książęca 

Wysokość. Czy mogłabym... przyjść jutro? 

Właściwie  nie  wiedziała,  dlaczego  mówiła  tak 

wymijająco, trudno jej też było złapać oddech, zupełnie jakby 
zalała ją jakaś ogromna fala. 

 -  No  dobrze,  możesz  przyjść  jutro  -  zgodziła  się  księżna 

niechętnie - ale peniuar muszę mieć jak najszybciej! 

Spojrzała na hrabiego. 
 - Wyjaśnij tej dziewczynie, o co mi chodzi, Axel, a jutro 

niech  przyniesie  tkaniny,  abym  mogła  zobaczyć,  czy  są 
dokładnie takie, jakie mam na myśli. 

Ostatnie słowa wymówiła już łagodniej, po czym spojrzała 

na  hrabiego  w  taki  sposób,  że  Vernita  z  zakłopotaniem 
spuściła wzrok. 

 -  Możesz  polegać  na  mnie  -  zgodził  się  hrabia, 

uśmiechając się nieznacznie. - Dotychczas sądziłem, że jestem 
ekspertem  od  armat,  a  tu  okazuje  się,  że  mam  jeszcze  jedną 
profesję - projektanta peniuarów! 

Księżna roześmiała się. 

background image

 -  No  dobrze,  rób  jak  uważasz,  ale  jeżeli  mnie 

rozczarujesz, zapłacisz mi za to. 

 -  To  będzie  dla  mnie  prawdziwy  zaszczyt.  Jeszcze  raz 

roześmiała  się  i  odeszła  sunąc  majestatycznie  w  stronę 
fioletowego buduaru. 

 -  A  teraz  chodź  i  pomóż  mi  wybrać  suknię  na  bal,  który 

ma  być  w  przyszłym  tygodniu  -  rzuciła  mu  przez  ramię, 
dochodząc do drzwi. 

 -  Natychmiast  dołączę  do  ciebie,  gdy  tylko  skończę 

wybierać to, co założysz pod suknię - odparł, a ona obdarzyła 
go kolejnym wabiącym uśmiechem i zniknęła zatrzaskując za 
sobą drzwi. 

Hrabia spojrzał na milczącą Vernitę. 
 -  Pewnie  będzie  pani  potrzebowała  pieniędzy,  aby  kupić 

materiały? - zapytał. 

 -  Tak,  istotnie  -  przyznała  -  i  chciałabym  jeszcze 

wiedzieć,  jaki  peniuar  mam  zrobić  dla  Jej  Książęcej 
Wysokości. 

 - Proszę pójść ze mną, wszystko wyjaśnię. Poprowadził ją 

do  małego  salonu,  w  którym  rozmawiali  poprzedniego  dnia. 
Gdy lokaj zamknął za nimi drzwi, hrabia rzekł; 

 -  Powiedziałem  księżnej,  że  pani  matka  umarła  i  myśli 

pani  o  opuszczeniu  Paryża.  Właśnie  dlatego  zaproponowała 
zamieszkanie w hotelu. 

 -  Jestem  tak  wdzięczna...  bardzo  dziękuję  -  powiedziała 

Vernita  -  ale  proszę  zrozumieć...  wszystko  jest  tu  takie... 
niepokojące. 

Spojrzała na eleganckie  meble, rozejrzała się po pokoju i 

pomyślała,  że  stanowił  wielki  kontrast  w  zestawieniu  z 
nędznym  pokojem  na  poddaszu,  w  którym  mieszkała  przez 
ostatnie dwa lata. 

background image

 -  Wiem,  że  na  początku  może  być  trudno  -  starał  się 

pocieszyć ją hrabia - i będzie pani musiała mieszkać ze służbą, 
ale to i tak lepsze od tego koszmarnego poddasza! 

 - Tak, oczywiście - zgodziła się Vernita. 
 -  Teraz  proszę  powiedzieć,  ile  pieniędzy  potrzeba  na 

kupno  materiałów.  Peniuar  ma  być  biały  ze  srebrnymi 
przybraniami i różowym podbiciem w odcieniu cielistym. 

 - Będzie bardzo ładny. 
 - Z pewnością, jeżeli pani go zrobi. 
 - Tkaniny mogą być bardzo drogie. 
 - To nie ma znaczenia. Pójdę do szambelana księżnej lub 

do  jej  sekretarza  i  wszystko  załatwię.  Będzie  pani  mogła 
zamówić niezbędne materiały w najlepszych sklepach Paryża. 

Skierował się w stronę drzwi i dodał: 
 - Proszę tu zostać, dopóki nie wrócę! 
Gdy  odszedł,  Vernita  usiadła  w  fotelu.  Kręciło  się  jej  w 

głowie. Nie mogła wprost uwierzyć, że to prawda. Wiedziała 
doskonale, że chociaż rozwiązałoby to wszystkie jej problemy, 
byłby  to  zarazem  krok  w  nieznane.  Czułaby  pewnie  jeszcze 
większy lęk, gdyby wiedziała, że hrabia nie zabrał jej ze sobą 
do  Clermont  -  Tonnerre'a,  ponieważ  szambelan  zbyt  dobrze 
znał się na pięknych kobietach. 

Vernita  wyglądała  bardzo  atrakcyjnie  i  przez  chwilę  bał 

się  nawet,  że  księżna  nie  zechce  jej  zatrudnić.  Na  szczęście 
Paulina była zajęta  wyłącznie  własną osobą. Przekonany był, 
że nie umiałaby nawet dokładnie opisać Vernity, gdyby ją o to 
zapytał. 

A Vernita nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej 

wygląd  różnił  się  w  porównaniu  z  poprzednim  dniem. 
Wczoraj,  w  czarnej  sukni  i  prostym  słomkowym  kapeluszu, 
jak  na  szwaczkę  wyglądała  zaskakująco  atrakcyjnie,  ale 
dzisiaj,  z  tak  piękną  damą,  myślał  hrabia,  można  z  dumą 
pokazać się w najwytworniejszym towarzystwie Paryża. 

background image

Po  chwili  hrabia  wrócił.  Wszystko  już  omówił  - 

wprawdzie nie z szambelanem, lecz z jego sekretarzem, który 
prowadził  rachunki  wydatków  na  utrzymanie  domu  -  i  teraz 
zastanawiał  się,  jak  powiedzieć  Vernicie,  że  będzie  musiała 
zmienić  swój  wygląd.  Potem  pomyślał,  uśmiechając  się 
sarkastycznie,  że  przecież  nie  wystarczy,  by  zmieniła  strój, 
musiałaby zmienić całą twarz. 

Gdy  wszedł  do  salonu,  Vernita  wstała.  W  jej  oczach 

można  było  dostrzec  niepokój;  domyślił  się,  że  była 
zmartwiona, ponieważ zostawił ją samą. 

 - Wszystko zorganizowane - poinformował krótko. 
Podał  jej  trzy  karty,  z  odciśniętym  na  nich  herbem 

księżnej, podpisane przez szambelana. 

 - Dzięki nim będzie pani mogła zamawiać w najlepszych 

sklepach  Paryża  wszystko,  co  jest  potrzebne  do  szycia,  a 
towary będą dostarczone na miejsce - wyjaśnił. 

 - Dziękuję. 
 -  Rozmawiałem  też  na  temat  pani  wynagrodzenia  - 

ciągnął  dalej  hrabia.  -  Będzie  pani  otrzymywała  osiemset 
franków rocznie, płatne miesięcznie, i oczywiście mieszkanie 
oraz wyżywienie. 

 - Ależ to za dużo! - Vernicie zaparło dech w piersiach. 
Hrabia uśmiechnął się. 
 -  Wątpię,  czy  ktokolwiek  w  Paryżu  uznałby,  że  to  zbyt 

dużo  -  odparł,  mając  na  myśli  nieokiełznaną  ekstrawagancję 
księżnej, która płaciła większe kwoty za jeden nowy kapelusz. 

Potem  przypomniał  sobie,  że  Vernita  żyła  dotychczas  w 

bardzo skromnych warunkach i może zupełnie nie orientować 
się, jakie są ceny, więc wyjaśnił: 

 -  To  jest  książęcy  dwór  i  cesarz  nie  życzyłby  sobie,  by 

jakikolwiek  jego  pracownik,  niezależnie  od  zajmowanego 
stanowiska, był nieodpowiednio opłacany. 

 - Jakże jestem panu wdzięczna. 

background image

 - Zawiozę panią do domu - zaproponował hrabia. 
Otworzył  drzwi  przepuszczając  Vernitę  przed  sobą 

Dopiero gdy doszła do stopni schodów, zdała sobie sprawę, że 
ze względu na swoją pozycję, powinna była iść za nim. 

Gdy jechali Rue du Faubourg, powiedziała cicho: - Mam 

nadzieję,  że  nie...  popełnię  jakiegoś  błędu  i  nie  rozczaruję 
pana. 

 -  To  księżnę  będzie  pani  musiała  zadowolić  -  nie  mnie  - 

zwrócił uwagę hrabia - poza tym, nie wiem, jak długo jeszcze 
zabawię w Paryżu. 

Słysząc to Vernita szybko spojrzała na niego i zapytała: 
 - Wyjeżdża pan? 
Nie  wiedziała  dlaczego,  ale  na  wieść  o  jego  wyjeździe 

poczuła niepokój i lęk. 

 -  Może  się  tak  zdarzyć,  że  będę  zmuszony  natychmiast 

wracać  do  domu  -  odparł  hrabia.  -  Właśnie  dlatego,  zanim 
wyjadę, chcę dać pani dobrą radę. 

 - Usłucham wszystkiego... co pan raczy... powiedzieć. 
 -  Trudno  rozmawiać  w  takich  warunkach  -  stwierdził 

hrabia  poganiając  konie.  -  Gdy  pani  spakuje  swoje  rzeczy, 
chciałbym, abyśmy dziś wieczorem zjedli razem obiad. 

Twarz  Vernity  wyrażała  zaskoczenie  -  to  była  ostatnia 

rzecz, jakiej mogła się spodziewać. 

 - O... obiad? - zająknęła się. 
 -  Wygodniej  będzie  nam  rozmawiać  w  jakiejś  cichej 

restauracji. 

 -  A...  a...  księżna?  Była  pewna,  że  gdyby  księżna 

dowiedziała się o wyjściu hrabiego z jej służącą, uznałaby to 
za wyjątkowo karygodny czyn, a może nawet za zniewagę ze 
strony mężczyzny, którego najwyraźniej sobie upodobała. 

 - Księżna nie dowie się, gdzie będziemy - odparł hrabia. - 

Ona  będzie  dziś  na  proszonym  obiedzie,  na  który  ja  nie 
otrzymałem zaproszenia. 

background image

Vernita milczała przez chwilę, po czym zapytała: 
 - Czy to nie będzie... niestosowne? 
Nie  była  całkiem  pewna,  co  chciała  tym  wyrazić, 

wiedziała jedynie, że zaproszenie na obiad było dla niej czymś 
absolutnie  niesłychanym.  Nigdy  jeszcze  nie  była  na  obiedzie 
sama  z  mężczyzną  i  miała  wrażenie,  że  matka  nie 
pochwaliłaby jej decyzji. 

Hrabia wydawał się coś rozważać, po czym zapytał: 
 - Z pewnością nie będzie to niestosowne, choć być może 

niekonwencjonalne,  ale  obawiam  się,  że  nie  jestem  w  stanie 
załatwić  odpowiedniej  przyzwoitki,  a  zresztą,  czy  naprawdę 
jest nam ona potrzebna? 

 - Nie... chyba... nie. 
Serce zabiło jej gwałtownie i chociaż starała się spokojnie 

rozważyć 

stosowność 

zaproszenia, 

poczuła 

dreszcz 

podniecenia, którego nie była w stanie opanować. 

 - To dobrze - zdecydował hrabia. - Wobec tego przyjadę 

po panią o siódmej. 

Jechali już Rue des Arbres. Vernita zapytała szybko: 
 - Proszę mi powiedzieć... jak mam się ubrać?  
To było typowo kobiece pytanie, hrabia uśmiechnął się. 
 -  Udamy  się  w  jakieś  spokojne  miejsce  -  odparł.  -  Jeżeli 

więc  ma  pani  jakąś  prostą  suknię  wieczorową,  na  pewno 
będzie  odpowiednia;  jeśli  nie  -  wystarczająco  elegancka  jest 
ta, którą ma pani na sobie. 

 -  Ale  nieodpowiednia  do  mojej  pozycji  -  stwierdziła 

Vernita. - Zrozumiałam to dopiero w hotelu de Charost. 

 -  Ja  również  pomyślałem  -  odparł  -  że  powinna  pani 

ubierać się trochę inaczej. Potem zdałem sobie sprawę, że to 
niewiele  pomoże,  bo  przecież  nie  może  pani  zmienić  ani 
twarzy, ani oczu. 

background image

Zadrżała  słysząc,  w  jaki  sposób  wypowiedział  te  słowa. 

Tymczasem konie zatrzymały się, z tylnego siedzenia powozu 
zeskoczył stajenny i pomógł jej wysiąść. 

 -  O  siódmej  -  przypomniał  cicho  hrabia,  uchylając 

kapelusza. 

Vernita  nie  oglądała  się  za  siebie.  Szła  szybko  brudnym 

chodnikiem w stronę ciemnego posępnego domu. Gdy dotarła 
do pokoju na poddaszu, w którym mieszkała tak długo, rzuciła 
się  natychmiast  do  kufrów  stojących  przy  ścianie.  Po  kolei 
wyjmowała  z  nich  suknie,  gorączkowo  starając  się  znaleźć 
coś, co hrabia uznałby za wystarczająco atrakcyjne. 

Przyjechał punktualnie. Gdy zawracał powozem na ulicy, 

Vernita czekała na dole w holu, który wydał się jej nagle tak 
brzydki,  że  zaczęła  się  zastanawiać,  jak  mogły  z  matką  tak 
długo  wytrzymać  w  tym  domu.  Tapety  odchodziły  od  ścian, 
na  schodach  wprawdzie  leżał  chodnik,  ale  był  już  podarty  i 
zakurzony.  W  powietrzu  unosiły  się  kuchenne  zapachy 
docierające  z  sutereny,  a  na  wieszaku  wisiały  najróżniejsze 
stare  płaszcze  i  kapelusze  pozostawione  przez  leniwych 
lokatorów, którym nie chciało się wnosić ich do mieszkań. 

Gdy  konie  zatrzymały  się,  zauważyła,  że  nie  były 

zaprzężone  do  bryczki,  którą  jechali  rano,  lecz  do  zakrytego 
powozu z woźnicą i lokajem na koźle. Lokaj otworzył drzwi i 
z  powozu  wysiadł  hrabia.  W  wieczorowym  stroju  wyglądał 
tak szykownie, że Vernicie zaparło dech w piersi. 

Dawno  już  nie  widziała  tak  przystojnego  dżentelmena. 

Przypomniały się jej przyjęcia, na które była zapraszana wraz 
z rodzicami dwa lata temu, zaraz po przyjeździe do Paryża. 

Nie  było  bardziej  fascynujących  i  barwnych  przyjęć, 

pomyślała,  niż  na  cesarskim  dworze.  Nigdy  też  nie  zapomni 
przyjęcia, na które ojciec zabrał ją do Tuileries, Setki lokajów 
w  zielono  -  złotych  liberiach,  wystrojeni  urzędnicy  pałacowi, 
paradujący  w  westybulach,  pazie  ze  złotymi  łańcuchami  i 

background image

medalionami  oraz  adiutanci  w  galowych  mundurach  - 
wszystko przyprawiało ją wtedy o zawrót głowy. 

Dżentelmeni, towarzyszący jej wówczas na balach, ubrani 

byli  albo  w  mundury  ze  złotymi  epoletami,  albo  w  równie 
wytworne,  krótkie  bryczesy  i  surduty  z  długimi  ogonami. 
Strojów  dopełniały  zawiązywane  na  szyjach  krawatki  z 
połyskującymi w nich ozdobnymi spinkami. 

Teraz,  gdy  hrabia  szedł  chodnikiem  w  jej  stronę,  Vernita 

żałowała,  że  nie  wybrała  bardziej  strojnej  sukni.  Ale  była  w 
żałobie  po  matce,  odrzuciła  więc  wszelką  myśl,  aby  włożyć 
coś  kolorowego  i  natychmiast  odłożyła  na  bok  wszystkie 
niebieskie,  różowe,  żółte  i  zielone  suknie,  które  przed 
wyjazdem do Francji kupiły na Bond Street. 

W  kufrze  matki  znalazła  jasną  szyfonową  suknię  w 

odcieniu fioletoworóżowym z miękko udrapowanym dekoltem 
i  krótkimi  rękawami,  które  nadawały  jej  mniej  oficjalny 
wygląd.  Wkrótce  po  kupieniu  tej  sukni  lady  Waltham 
narzekała,  że  bardziej  nadawałaby  się  dla  kogoś  młodszego, 
ale  ponieważ  była  w  jej  ulubionym  kolorze,  wkładała  ją  od 
czasu  do  czasu  wychodząc  na  obiad  z  mężem  i  córką,  nie 
uważała jednak, by była dość strojna na inne okazje. 

Komplet  z  suknią  stanowił  długi  szal  z  aksamitu  w  tym 

samym  kolorze;  był  to  jeden  z  niewielu  szali  wieczorowych, 
które  nie  były  ani  wykończone,  ani  oblamowane  futrem,  i 
dlatego nie został sprzedany. 

Dawno  już  Vernita  nie  wkładała  sukni  wieczorowej,  gdy 

więc  teraz  przejrzała  się  w  małym  pękniętym  lustrze 
wiszącym  na  ścianie,  doszła  do  wniosku,  że  wygląda  bardzo 
ładnie.  Czuła  się  jak  Kopciuszek,  którego  łachmany,  po 
dotknięciu  czarodziejską  różdżką,  przemieniły  się  w  suknię 
balową. Zastanawiała się jednak, czy przypadkiem hrabia nie 
będzie się jej wstydził, gdy ktoś z jego znajomych zobaczy ich 

background image

razem. Dlatego też, gdy szedł w jej kierunku, wpatrywała się 
w niego z niepokojem. Ujął jej dłoń i podniósł do ust. 

 -  Nie  tylko  jest  pani  punktualna  -  co  jest  niezwykłe  u 

kobiety - ale też wygląda pani cudownie. 

We  Francji  słowa  mają  mniejszą  wagę  niż  w  Anglii, 

przypomniała  sobie  Vernita,  lecz  mimo  to  oblała  się 
rumieńcem  i  nie  wiedziała,  co  ma  powiedzieć.  Hrabia 
poprowadził ją chodnikiem i pomógł wsiąść do powozu. Gdy 
ruszyli,  oparła  się  o  miękkie  poduszki  i  przykryła  kolana 
pledem,  ale  nie  mogła  powstrzymać  lekkiego  dreszczu 
podniecenia. 

 -  Planowałem  zabrać  panią  w  jakieś  spokojne  miejsce, 

gdzie moglibyśmy swobodnie porozmawiać - rzekł hrabia. - A 
może  wolałaby  pani  pojechać  do  jakiejś  bardziej  wytwornej 
restauracji? 

 -  Nie,  ależ  nie  -  zaprzeczyła  szybko  -  poza  tym  jestem 

pewna,  że  nie  byłoby  dobrze,  gdyby  ktoś  pana  ze  mną 
zobaczył. 

 -  Nie  chodzi  o  mnie  -  odparł  hrabia  -  lecz  o  panią; 

prawdopodobnie  otrzymałaby  pani  mnóstwo  zaproszeń  i 
trudno byłoby odmawiać. 

Zrozumiała, że to był komplement. Po chwili rzekła: 
 -  To  takie  dla  mnie...  niezwykłe...  ja  nigdy  nie  jadłam 

obiadu w... paryskiej restauracji. 

Jedzenie  posiłków  w  jakimkolwiek  innym  miejscu  poza 

własnym  domem  lub  domem  przyjaciół,  matka  uważała  za 
zbyt wulgarne. Hrabia chyba odgadł jej myśli, rzekł bowiem: 

 -  Jestem  kawalerem,  więc  nie  wypada  pani  przyjść  do 

mojego  domu.  Dlatego  jeśli  chcę  z  panią  porozmawiać,  nie 
widzę innego wyjścia jak tylko udać się do restauracji. 

 - Tak, oczywiście, że tak - zgodziła się Vernita. 
Ale  ciągle  przychodziły  jej  na  myśl  te  tanie  miejsca 

publiczne,  do  których  odwiedzenia  namawiała  ją  Louise. 

background image

Teraz  była  zadowolona,  że  nigdy  nie  przystała  na  jej 
propozycje. 

Powóz  zatrzymał  się  na  małym  placyku  z  kwitnącymi 

krzewami pośrodku, a pasiaste markizy wskazywały drogę do 
małych  przytulnych  restauracyjek  urządzonych  na  parterach 
wysokich, masywnych domów. 

Lokaj  pomógł  Vernicie  wysiąść  z  powozu  i  wkrótce 

weszli  do  restauracji,  która  wyglądała  zupełnie  inaczej  niż 
Vernita  oczekiwała.  Spodziewała  się  przestronnej  sali 
wypełnionej stolikami, a zamiast tego ujrzała kilka małych sal 
połączonych ze sobą przejściami. W każdej  z nich stało parę 
stolików,  a  pod  ścianami  obite  aksamitem  kanapy.  Na 
ścianach wisiały obrazy i lustra, a powietrze przesycone było 
zapachem kwiatów. 

Przywitała  ich  madame  w  szeleszczącej  czarnej  sukni  i 

zaprowadziła  do  kanapy  w  odosobnionym  miejscu  na  końcu 
sali. 

Vernita  usiadła.  Natychmiast  położono  przed  nią 

oprawione  w  czerwoną  skórę  menu.  Spojrzała  bezradnie  na 
hrabiego. Było tyle potraw do wyboru, a ona prawie całkiem 
zapomniała, co kryje się pod tymi wszystkimi nazwami. 

 - Wiem, że jest pani głodna - rzekł hrabia - ale ja wybiorę 

potrawy. Jeżeli ktoś jadał bardzo mało przez dłuższy czas, nie 
może jeść ciężko strawnych dań. 

Vernita  była  wdzięczna,  że  nie  musi  nic  robić,  jedynie 

słuchać,  jak  hrabia  starannie  dobiera  potrawy.  Na  końcu 
wybrał wino i zwracając się w jej stronę usiadł wygodniej, aby 
móc na nią patrzeć. 

 -  To  chyba  pani  pierwszy  obiad  w  restauracji  -  rzekł  -  i 

mam  wrażenie,  że  pierwszy  raz  sam  na  sam  z  mężczyzną, 
który nie jest pani ojcem. 

 - Tak... to prawda. 

background image

 - Więc jestem zaszczycony, że ja jestem tym mężczyzną. 

Musimy to szczególnie uczcić, tym bardziej że może się to już 
nigdy nie powtórzyć. 

 - Kiedy pan wyjeżdża? - zapytała. 
 -  Uczciwie  mówiąc,  nie  wiem  -  odparł  hrabia  -  oboje 

jednak  wiemy,  że  musimy  wykorzystać  ten  wieczór  najlepiej 
jak  potrafimy,  a  potem  być  może  będziemy  musieli 
zapomnieć, że w ogóle się wydarzył. 

Poczuła  lekkie  ukłucie  w  sercu;  nie  rozumiała  dlaczego, 

wiedziała  tylko,  że  był  to  bardzo  konkretny  ból.  Po 
dzisiejszym wieczorze, powiedziała do siebie, zostanie służącą 
w hotelu de Charost, a hrabia będzie zwracał się do niej tylko 
po to, by wydać jakieś polecenie, i nie może być nawet mowy 
o jakiejkolwiek między nimi przyjaźni. 

 -  Zapomnijmy  o  jutrze  -  powiedział  hrabia,  jakby  znowu 

odgadł  jej  myśli  -  i  cieszmy  się  każdą  chwilą.  Proszę  mi 
powiedzieć, co najbardziej lubi pani robić. 

Starając  się  ze  wszystkich  sił  podtrzymać  nastrój,  jaki 

hrabia usiłował stworzyć, Vernita odparła: 

 -  Czytać,  gdy  mam  książki,  i  jeździć  konno,  gdy  mam 

konia. 

 -  Mogłem  się  domyślić,  że  właśnie  takie  są  pani 

zainteresowania - rzekł hrabia. - Czy coś jeszcze? 

Vernita wykonała lekki ruch dłonią. 
 -  Grałam  trochę  na  pianinie,  ale  wyszłam  już  z  wprawy. 

No i chyba nigdy nie miałam talentu do akwareli, tak jak moje 
przyjaciółki. 

Mówiąc  to  zastanawiała  się,  czy  nie  popełniła  czasem 

błędu.  W  Anglii  wszystkie  dziewczęta  zachęcano  do 
rysowania  i  malowania.  Nie  miała  pojęcia,  czy  od  ich 
francuskich  rówieśniczek  również  tego  wymagano.  Dodała 
szybko: 

 - Bardzo mi się podobały konie, którymi tu jechaliśmy. 

background image

 -  Niestety,  nie  są  moje  -  odparł  hrabia.  -  Pożyczył  mi  je 

przyjaciel, wicehrabia de Cleremont.  Zatrzymałem się  w jego 
domu przy Polach Elizejskich. 

 -  Znam  hotel  de  Cleremont!  -  wykrzyknęła  Vernita.  - 

Często  podziwiałam  wspaniały  herb  na  portyku  przed 
wejściem. 

 -  Mój  przyjaciel  również  stale  się  nim  zachwyca  - 

uśmiechnął  się  hrabia.  -  Jak  pewnie  pani  wiadomo,  hotel 
należy  do  bardzo  starej  rodziny  wywodzącej  się  od  Karola 
Wielkiego  (  Karol  Wielki  (742  -  814)  -  od  768  roku  król 
Franków,  a  od  800  roku  jako  Karol  I  -  cesarz  Imperium 
Rzymskiego (przyp. tłum.).). 

Obawiając  się,  że  hrabia  może  spodziewać  się  po  niej 

lepszej  znajomości  starych  rodów  francuskich  niż  w 
rzeczywistości posiadała, szybko zmieniła temat. 

 - Słyszałam, że Szwecja to piękny kraj. 
 -  Ja  również  tak  uważam,  ale  chyba  nie  jestem 

obiektywny  -  odparł  hrabia.  -  Chciałbym  bardzo,  aby  pani 
mogła zobaczyć moje konie. Mam parę tak pięknych, że chyba 
nie mają sobie równych. 

 -  Miałam  kiedyś  własnego  konia  -  odpartą  Vernita  -  i 

kochałam  go bardziej niż cokolwiek na świecie, z  wyjątkiem 
oczywiście moich rodziców. Nauczyłam go, by podchodził do 
mnie na krótki gwizd i chociaż wobec innych osób był bardzo 
niesforny, zawsze robił to, o co ja prosiłam. 

 - Jak się nazywał? 
 -  Dragonfly  (Dragonfly  (ang.)  -  latający  smok  (przyp. 

tłum.).)  -  odparła  Vernita  bez  zastanowienia  i  natychmiast 
uświadomiła sobie, że powiedziała to po angielsku. 

Na  chwilę  serce  jej  zamarło  z  przerażenia,  zrozumiała 

bowiem,  że  popełniła  gafę.  Dała  się  po  prostu  ponieść 
uczuciom. Wyobraziła sobie, że jest w domu, stoi przy bramie 

background image

paddocku  i  gdy  tylko  zagwiżdże,  Dragonfly  natychmiast 
podbiegnie do niej kłusem. 

 - Więc pani koń miał angielskie imię - zauważył hrabia. 
 -  Pochodził  z  Anglii  -  wyjaśniła  szybko  Vernita.  -  Mój 

ojciec kupił go zaraz po podpisaniu traktatu o rozejmie. 

Natychmiast  jednak  pomyślała,  że  chyba  było  to  mało 

przekonujące  wyjaśnienie,  gdyż  niewiele  byłoby  czasu  na 
kupno  konia  i  przywiezienie  go  do  Francji.  Miała  jednak 
nadzieję, że hrabia nie pozna się na tym kłamstwie. 

Na szczęście do stolika podszedł kelner, przynosząc wino 

w  wiaderku  z  lodem.  Otworzył  butelkę,  a  gdy  hrabia 
spróbował  wina  i  przyzwalająco  skinął  głową  napełnił 
kieliszek Vernity. Niepewnie spojrzała na kieliszek z winem. 

 - Od dawna nie miałam alkoholu w ustach - powiedziała - 

sądzę, że popełniłabym błąd, gdybym teraz wypiła. 

 - Popełniłaby  pani  błąd  pijąc  przed  jedzeniem  -  przyznał 

hrabia  -  obiecuję  jednak,  że  będę  na  panią  uważał  i  nie 
pozwolę wypić za dużo. 

Toń  jego  głosu  sprawił,  że  się  zawstydziła.  Nie  śmiała 

podnieść wzroku, wzięła więc z talerza bułkę, przełamała ją i 
posmarowała masłem. Bułka była świeża, a ponieważ Vernita 
była  bardzo  głodna,  smakowała  jej  wyjątkowo.  Ku  jej 
zdziwieniu  hrabia  pochylił  się  nad  stolikiem  i  zabrał  stojący 
przed nią talerz. 

 -  Nie  chcę,  aby  zaspokoiła  pani  apetyt  przed 

spróbowaniem  wszystkiego,  co  zamówiłem  -  wyjaśnił.  - 
Jedzenie  jest  tu  naprawdę  wyśmienite.  Znajdujemy  się  w 
jednej  z  tych  małych  paryskich  restauracyjek,  które  są  rajem 
dla smakoszy, i chciałbym, aby dzisiaj wieczorem miała pani 
okazję przekonać się o tym. 

Uśmiechnęła się. 
 - Jestem głodna i trudno mi czekać. 

background image

 - Wiem - odparł - ale wiem też, że trudno pani będzie nie 

rzucić  się  łapczywie  na  pierwsze  danie,  które  pojawi  się  na 
stole.  Lecz  gdy  od  razu  zaspokoi  się  apetyt,  następnych  dań 
nawet nie ma się ochoty spróbować. 

 - Skąd pan to wszystko wie? - dopytywała Vernita. 
 -  Bywałem  głodny  -  czasami  nawet  bardzo  głodny  - 

wyjaśnił hrabia. 

 - Naprawdę? Kiedy? - zapytała Vernita zdumiona. 
 -  W  czasie  podróży  -  poinformował,  ale  miała  wrażenie, 

że nie była to prawdziwa odpowiedź. 

Podano jedzenie, które było tak wyśmienite, że zgodnie z 

przypuszczeniami hrabiego Vernita zjadła całe pierwsze danie, 
po  którym  nie  mogła  już  zjeść  nic  więcej  prócz  paru  kęsów 
następnego dania. 

 -  Właściciel  restauracji,  który  jest  tu  również  szefem 

kuchni, będzie niepocieszony - zachęcał hrabia, ale to nic nie 
pomogło. 

Lata  niedostatku  sprawiły,  że  nie  była  wybredna,  jeśli 

chodzi  o  jedzenie.  W  końcu  podziękowała  i  dalej  hrabia 
musiał jeść sam. Gdy kelner przyniósł kawę, rzekł: 

 - Chciałbym teraz porozmawiać o tobie, Vernito. 
Spojrzała na niego zaskoczona, ponieważ  wy -  mówił jej 

imię, ale nic nie powiedziała, więc kontynuował: 

 -  Martwię  się,  jaka  przyszłość  panią  czeka.  Mogę  tylko 

błagać,  byś  była  ostrożna,  naprawdę  bardzo  ostrożna,  żeby 
uniknąć sytuacji, z której nie będzie wyjścia. 

 -  Ja  nie  sądzę...  nie  całkiem  rozumiem,  co  chce  pan 

powiedzieć. 

 - Ile pani ma lat? 
 -  Dziewiętnaście.  Za  dwa  miesiące  będę  miała 

dwadzieścia. 

 - Kiedy zmarł pani ojciec? 
 - Dwa lata temu. 

background image

 - I od tamtej pory mieszkała pani sama z matką? 
 - Tak. 
 -  Nie  rozumiem,  co  się  stało  z  waszymi  przyjaciółmi,  z 

którymi przyjaźniliście się, gdy żył jeszcze ojciec. 

Spuściła wzrok - jej długie rzęsy odbijały się czernią na tle 

bladych policzków. 

 - Mama... była  chora - zaczęła  wyjaśniać z  wahaniem -  i 

byłyśmy  takie  biedne,  że  nie  mogłyśmy.  ..  przyjmować  u 
siebie nikogo i nie mogłyśmy liczyć na to, że... inni będą nas 
zapraszać. 

 - Zdaje się, że rozumiem - rzekł hrabia - ale wydaje mi się 

dziwne, że nikt się nie zaopiekował dwiema tak atrakcyjnymi 
damami.  Z  pewnością  miałyście  jakichś  przyjaciół,  którzy 
dowiedziawszy się p waszych kłopotach, chętnie by się wami 
zajęli. 

 -  Może  byłyśmy  zbyt  dumne,  aby...  zdać  się  na  czyjąś 

łaskę - rzekła Vernita, starając  się znaleźć jakieś  wiarygodne 
wyjaśnienie. 

 -  Moim  zdaniem,  prawdziwa  przyjaźń  -  rzekł  hrabia  - 

łączy  ludzi  bez  względu  na  okoliczności,  bez  względu  na  to, 
co się stanie, a najbardziej liczy się wówczas, gdy przyjaciele 
znajdują się w kłopotach. 

Właśnie  tak  samo  myślała  Vernita,  powiedziała  więc 

impulsywnie: 

 -  Oczywiście,  wszyscy  tak  powinniśmy  się  zachowywać, 

tylko że ludzka natura jest tak chwiejna. 

 - Czy właśnie z tym się zetknęłyście? 
 - Niezupełnie. Zetknęłyśmy się z życzliwością... tak jak w 

pana przypadku - odparła Vernita. 

Powiedziała to bez zastanowienia, potem pomyślawszy, że 

chyba było to nazbyt śmiałe wyznanie, oblała się rumieńcem. 

background image

 -  Dziękuję  za  te  miłe  słowa  -  powiedział  cicho  hrabia.  - 

Chcę ci  pomóc, Vernito, tak bardzo chciałbym ci  pomóc, ale 
doprawdy nie wiem, co będzie dalej. 

Westchnął głęboko i dodał: 
 -  Jestem  w  Paryżu  jak  przelotny  ptak.  Mówiłem  już,  że 

może będę musiał wyjechać stąd w każdej chwili. I nie wiem, 
czy dobrze zrobiłem, zabierając panią do hotelu de Charost. 

 - Będzie mi na pewno lepiej niż gdybym... została sama... 

bez mamy. 

 -  Właśnie  tak  myślałem,  dopóki  nie  zobaczyłem  pani 

dzisiaj rano. 

 - Czy stało się coś złego? 
 - Nie, nic złego - odparł hrabia. - Wczoraj domyśliłem się, 

że  nie  jest  pani  szwaczką.  Ale  było  mi  pani  bardzo  żal, 
wiedziałem  bowiem,  że  znajdujecie  się  na  skraju  nędzy. 
Jednakże, dziś rano... 

Przerwał na chwilę, po czym ciągnął dalej: 
 -  Gdy  zobaczyłem  panią  w  tej  fioletowej  sukni, 

wiedziałem, że moje podejrzenia były słuszne. Jest pani damą 
stworzoną do innego życia niż to obecne.  

 -  Dobre  wychowanie  nie  chroni  przed  biedą  i  głodem  - 

uśmiechnęła  się  Vernita  -  wątpię  też,  czy  moje  drzewo 
genealogiczne pomoże mi zarobić choć jeden grosz. 

 - To wyjątkowe szczęście, że umie pani tak dobrze szyć. 
 - Moja matka pięknie haftowała, umiała też tkać gobeliny. 

To jedyny nasz talent na sprzedaż. 

W jej głosie słychać było rozpacz, ponieważ uświadomiła 

sobie,  że  żadne  posiadane  talenty  nie  ocaliły  jej  matki  przed 
śmiercią. 

 - Tak bardzo się martwię - rzekł hrabia. 
 - O co? 
 -  O  panią.  O  to,  co  się  z  panią  stanie.  Co  będzie  w 

przyszłym roku i w następnych latach? 

background image

W  pierwszej  chwili  Vernita  chciała  odpowiedzieć,  że 

jedyną rzeczą, która by jej pomogła, jest  zakończenie  wojny, 
ale zamiast tego rzekła: 

 - 

Jeśli  księżna  uzna,  że  jestem  niezastąpiona, 

prawdopodobnie będę z nią podróżowała. 

 - Dlaczego tak pani sądzi? - zapytał hrabia. 
 - Wiem że księżna niedawno wróciła z Rzymu - wyjaśniła 

Vernita  -  i  że  Italia  jest  krajem  jej  męża,  który  posiada  tam 
rozległe dobra, dlatego można przypuszczać, że któregoś dnia 
tam wrócą. 

 - Też tak uważam - zgodził się hrabia - ale to oznacza, że 

będzie  pani  otoczona  Włochami,  którzy  większości  kobiet 
wydają się tak fascynujący, choć są bardzo nieodpowiedzialni. 

Jakby  dla  potwierdzenia  swoich  słów,  zupełnie 

nieoczekiwanie uderzył pięścią w stół aż zabrzęczały filiżanki. 

 -  Nom  de  Dieu  (  Nom  de  Dieu  (franc.)  -  na  miłość 

boską(przyp.  tłum.).)!  -  rzekł  gniewnie.  -  Powiem,  co  o  tym 
myślę!  Jak  żyjąc  w  takich  warunkach,  dla  których  nie  ma 
zdaje się alternatywy, znajdzie pani męża? 

 - Męża? - zapytała zdumiona. 
 -  Tak.  Jest  pani  młodą  kobietą  i  musi  pomyśleć  o 

małżeństwie, bo nie ma nikogo, kto wyręczyłby w tym panią. 

 -  Ja...  nie  myślę...  o  małżeństwie  -  powiedziała  Vernita 

cicho. 

 - Ale jak każdy człowiek pragnie pani miłości. A miłość, 

którą pani zaoferują w hotelu de Charost, nie będzie miała nic 
wspólnego z małżeństwem.  

Vernita  spojrzała  zdumiona,  potem  odwracając  twarz 

powiedziała: 

 - Więc... pan... sądzi? 
 - Oczywiście, że tak sądzę! - przerwał ostro hrabia. - Jest 

pani  bardzo  piękna,  a  hotel  de  Charost  jest  zawsze  pełen 
mężczyzn. Wprawdzie przychodzą do księżnej, ale wystarczy, 

background image

że  raz  spojrzą  na  panią  i  na  pewno  będą  chcieli  zrobić  to 
ponownie.  

Przerwał, a po chwili kontynuował: 
 - Poza  tym  na  dworze  jest  szambelan,  który  jeśli  nie jest 

ślepy,  z  pewnością  będzie  się  do  pani  umizgał,  podobnie  jak 
wielu  innych  mężczyzn,  a  pani  -  mam  takie  wrażenie  -  nie 
będzie wiedziała, jak odrzucić ich zaloty. 

 - To mnie... przeraża. 
 - Chcę panią przerazić - przyznał hrabia. - Chcę, by zdała 

sobie  pani  sprawę,  co  ją  czeka  i  na  co  powinna  być 
przygotowana.  Mon  Dieu!  Chciałbym,  żeby  było  gdzieś  na 
świecie takie miejsce, dokąd mógłbym panią zabrać! 

Vernita znieruchomiała, a po chwili powiedziała:  
 -  Ja...  rozumiem,  co  chce  pan  powiedzieć,  i  wiem,  że 

wykazuje pan... troskę o mnie... ale zdaje się zapomina pan... 
że ja w głębi serca wiem, co jest... dobre a co złe i nie zrobię 
nigdy...  niczego,  czego  by  moja  matka  lub  ojciec  nie 
pochwalili. 

Hrabia uśmiechnął się - srogość zniknęła z jego twarzy. 
 -  Sądzi  pani,  że  o  tym  nie  wiem?  -  zapytał.  -  Jest  pani 

piękna,  Vernito,  a  twoja  niewinność,  opromienia  cię  jak 
aureola. Niestety, w tym mieście właśnie z tego powodu może 
pani stać się niezwykłą atrakcją dla wielu mężczyzn, mających 
do  czynienia  głównie  z  kobietami,  które  dawno  już 
zapomniały, co znaczy słowo niewinność. 

Vernita zastanowiła się chwilę, potem powiedziała coś, co 

płynęło chyba wprost z głębin jej podświadomości: 

 - Czy wyjeżdżając... nie może pan... zabrać mnie ze sobą? 
Słowa  te  miały  ogromną  wagę.  Vernita  nie  zamierzała 

nadawać im takiego znaczenia, pomyślała po prostu, że gdyby 
pojechała do Szwecji, może stamtąd udałoby się jej dotrzeć do 
domu w Anglii, gdzie nadal jej oczekiwano, mimo że matka i 
ojciec już nie żyją. 

background image

Ale  hrabia,  patrząc  na  nią  z  niedowierzaniem,  rzekł 

surowo: 

 -  Czy  sądzi  pani,  że  ja  tego  nie  chcę?  I  że  gdybym  miał 

jakiś  wybór,  nie  postąpiłbym  tak?  Ale  to  niemożliwe!  Nie 
mogę  wiązać  się  z  powodów,  których  nie  mogę,  niestety, 
wyjawić. 

Sposób, w jaki  mówił, jak również same słowa zdumiały 

ją. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Wyraz jego 
twarzy  był  tak  intrygujący,  że  nie  mogła  oderwać  wzroku. 
Przez  dłuższą  chwilę  siedzieli  patrząc  na  siebie,  po  czym 
hrabia rzekł: 

 - To jakieś szaleństwo! Lepiej odwiozę panią do domu. 
Zażądał  rachunku.  Vernita  siedziała  mając  wrażenie,  że 

cały świat stanął na głowie. Nie miała pojęcia, jak zapanować 
nad tym uczuciem. Nie była w stanie myśleć logicznie, miała 
kompletny  chaos  w  głowie.  Czuła  w  piersiach  oszalałe  bicie 
serca i zdawało się jej, że hrabia rozpływa się we mgle. Chyba 
nigdy w życiu niczego tak bardzo nie pragnęła, jak za wszelką 
cenę powstrzymać go od wyjazdu.  

Hrabia  zapłacił  rachunek,  madame  kłaniając  się 

odprowadziła  ich  do  drzwi.  Wyszli  na  ulicę,  gdzie  czekał 
powóz. 

Gdy wsiedli, Vernita pomyślała, że hrabia umyślnie usiadł 

jak  najdalej  od  niej.  Kiedy  konie  ruszyły,  spojrzała  na  niego 
spod rzęs i dostrzegła surowy wyraz twarzy, a po obu stronach 
ust  głęboko  wyryte  bruzdy,  nadające  mu  wygląd  cynika. 
Patrzył przed siebie. Pomyślała z rozpaczą, że chyba nie tylko 
był  rozdrażniony,  ale  wręcz  gniewał  się  na  nią.  Cicho,  tak 
cicho, że ledwie sama słyszała własne słowa, powiedziała: 

 -  Jeżeli...  pana  zdenerwowałam...  doprawdy,  nie 

chciałam... to był  dla mnie tak... cudowny  wieczór... i  byłam 
taka...  szczęśliwa,  taka  szczęśliwa...  dopóki  pan  się  nie 
pogniewał. 

background image

 -  Nie  gniewam  się  -  w  każdym  razie  nie  na  panią  - 

wyjaśnił. 

Odwrócił  się,  by  spojrzeć  na  jej  twarz  ukrytą  w  cieniu 

zapadającego  zmroku,  i  nagle  cicho  krzyknął,  wyciągnął 
ramiona  i  przygarnął  ją  do  siebie.  Potem  nic  nie  mówiąc 
odsunął lekko i przywarł wargami do jej ust. 

W  pierwszej  chwili  Vernita  była  zbyt  zaskoczona,  zbyt 

zdumiona, by pojąć, co się dzieje. Trudno było jej oddychać, 
czuła,  jak  jego  namiętny,  natarczywy  pocałunek  bierze  ją  w 
posiadanie  i  jak  przeszywa  ją  jakaś  ciepła  cudowna  fala 
płynąca z piersi aż do samych warg. 

To  był  jej  pierwszy  pocałunek  -  inaczej  go  sobie 

wyobrażała.  Nie  wiedziała,  że,  może  być  tak  cudowny,  tak 
ekscytujący  -  czuła,  jakby  ulatywała  w  powietrze,  a  hrabia 
niósł ją do samego nieba. Jej ciało współgrało z jego ciałem i 
pulsowało  tysiącem  dziwnych  emocji,  o  których  istnieniu 
nawet nie miała pojęcia. Przytulił ją mocno do siebie. 

Wargi  Vernity  były  miękkie  i  uległe,  natomiast  jego 

stawały  się  coraz  bardziej  naglące,  bardziej  żarliwe  -  oboje 
wibrowali w rytmie jakiejś nieziemskiej muzyki płynącej z ich 
serc  i  przepełniającej  powietrze.  Gdy  w  końcu  hrabia  uniósł 
głowę,  Vernitę przeszył  dreszcz,  ale  nie  z  powodu lęku,  lecz 
uniesienia, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyła. 

 -  Coś  ty  ze  mną  zrobiła,  Vernito?  -  zapytał.  -  O,  moje 

małe  kochanie,  tak  bardzo  walczyłem  z  sobą  by  do  tego  nie 
dopuścić, ale to było ponad moje siły. 

Jego  głos  przepełniony  namiętnością,  sprawił,  że  się 

zawstydziła.  Odwróciła  głowę,  aby  ukryć  twarz  w  jego 
ramieniu, ale ujął jej brodę i uniósł do góry patrząc głęboko w 
oczy. 

 - Nie spałem całą noc. Powtarzałem sobie bez przerwy, że 

muszę  być  rozsądny  i  zostawić  cię  w  spokoju  -  powiedział  - 
ale to było niemożliwe. 

background image

 - Dlaczego? - szepnęła Vernita. 
 - Ponieważ pragnę cię - odparł. - Ponieważ pragnę cię tak 

bardzo, jak nigdy dotąd nie pragnąłem żadnej kobiety, a twoja 
słodka twarz i fiołkowe oczy wciąż mnie prześladują. 

Znowu  jego  wargi  spoczęły  na  jej  ustach.  Całował 

namiętnie, zapamiętale, z zachłannością człowieka, który wie, 
że wkrótce straci ukochaną. 

A  Vernita  czuła,  jakby  maleńkie  płomyki  ognia 

przesuwały  się  przez  jej  ciało  od  palców  stóp  aż  do  samych 
warg,  i  zlewały  się  z  ogniem,  który  płonął  w  nim.  Było  to 
uczucie  tak  zachwycające,  tak  cudowne,  że  zastanawiała  się, 
czy  na  pewno  jest  prawdziwe,  czy  tylko  jest  wytworem  jej 
wyobraźni.  Ciało  jej  płonęło  wznieconym  gdzieś  w  głębi 
ogniem. Nie wiedziała, co się dzieje, pragnęła tylko, aby tulił 
ją coraz mocniej i ciągle całował. 

Po chwili, tak samo gwałtownie jak porwał ją w ramiona, 

niespodziewanie uwolnił z uścisku. 

 - Zachowuję się okropnie! - rzekł. - Nie powinienem tego 

robić!  Wstyd  mi  za  siebie,  moja  najdroższa,  lecz 
doprowadzasz mnie do szaleństwa! 

 - Czy to coś... złego? - zapytała Vernita. 
 - Pragnę tylko twojego dobra - rzekł hrabia rozpaczliwie. 
 -  Ale  ja...  kocham  ciebie!  Natychmiast  zdała  sobie 

sprawę, że nie ona pierwsza powinna wymówić te słowa, ale 
cisnęły się na jej usta i opuszczały je w sposób tak naturalny 
jak oddech. Wiedziała już, że to miłość - niczym błyskawica - 
wtargnęła  w  jej  ciało.  Była  oślepiająca,  zachwycająca  i  tak 
czysta, jakby docierała tu wprost z nieba, i stanowiła część jej 
modlitw, które zostały wysłuchane. 

Hrabia wyciągnął ramiona i delikatnie przygarnął ją znów 

do siebie. 

 - Nie możesz mnie kochać - powiedział. - Musisz o mnie 

zapomnieć. Któregoś dnia będę musiał wyjechać. 

background image

 - Nie... proszę... proszę, nie rób tego! - krzyknęła Vernita. 

-  Kocham  cię...  kocham  cię...  nigdy  nie  myślałam,  że  to 
możliwe...  by  tak  kogoś...  kochać.  Nie  miałam  pojęcia,  że... 
miłość może być... taka. 

 - Jaka? 
 -  Taka  cudowna...  taka  wspaniała...  jakby  się  było 

blisko... samego Boga. 

Mówiła to głosem pełnym uniesienia i choć mówiła cicho, 

zdawało  się,  jakby  słowa  wibrowały  w  powietrzu.  Hrabia 
westchnął  i  przytulił  ją  jeszcze  mocniej,  wargami  muskając 
włosy. 

 - Mój skarbie, moje słodkie kochanie - rzekł - to nigdy nie 

powinno się nam przydarzyć. 

 -  Ale  się  zdarzyło!  -  krzyknęła  Vernita.  -  Gdy  cię 

zobaczyłam,  od  pierwszej  chwili  wiedziałam,  że  różnisz  się 
bardzo...  od  innych  mężczyzn...  z  którymi  wcześniej  się 
stykałam. A potem, gdy byłeś dla mnie tak życzliwy, czułam, 
że... coś niezwykłego wydarzy się w moim życiu. 

 -  To  znaczy  -  rzekł  hrabia  -  że  takie  jest  nasze 

przeznaczenie.  Mieliśmy  się  spotkać  i  rozpoznać,  ale  chyba 
jeszcze nie teraz, nie w tej chwili. 

 -  Ale  dlaczego?  -  dopytywała  Vernita.  Nie  rozumiem, 

dlaczego? 

 -  Nie  mogę  ci  tego  wyjaśnić  -  odparł  hrabia.  -  Od 

pierwszej  chwili,  gdy  cię  zobaczyłem,  pragnąłem  jedynie  ci 
pomóc,  ale  nic  więcej  nie  miało  się  wydarzyć!  Muszę 
wyjechać i musimy zapomnieć o sobie. 

 -  Czy  to  możliwe,  bym  mogła...  zapomnieć?  -  zapytała 

Vernita. 

Dopiero  gdy  to  powiedziała,  w  pełni  pojęła  znaczenie 

swoich słów. Krzyknęła z przerażenia i  przytuliła się mocno, 
zaciskając dłonie na klapach jego surduta. 

background image

 -  Nie  zostawiaj  mnie...  proszę,  nie  zostawiaj!  -  błagała.  - 

Mimo  że  twierdzisz,  iż  to...  niedobrze...  jestem  pewna,  że  to 
Bóg... nas... razem złączył. 

Zaszlochała i ciągnęła dalej. 
 -  Byłam  taka  samotna...  tak  nieszczęśliwa,  bezgranicznie 

nieszczęśliwa... a teraz jest cudownie. Jakby ktoś zabrał mnie 
z otchłani piekła wprost do nieba. Kocham cię! Kocham cię... 
całą istotą... i... nic nie jest w stanie tego zmienić. 

 -  Moje  kochanie,  mój  skarbie!  -  rzekł  hrabia  drżącym 

głosem. - Nie jestem  wart  twojej miłości. Jest tak doskonała. 
Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że  znajdę  taką  miłość,  a  już 
najmniej, że stanie się to w Paryżu. 

 -  Odnaleźliśmy  się  -  nie  ustępowała  Vernita  -  i  czy  to 

dobrze  czy  źle,  tak  się...  stało...  i  bez  względu  na  to  co 
powiemy czy zrobimy, nic nie jest w stanie... tego zmienić. 

Czuła, jak hrabia przygarnia ją jeszcze mocniej. Pocałował 

ją delikatnie w czoło, a jej znów łzy napłynęły do oczu. 

 - Proszę, nie wyjeżdżaj - błagała. - Jeżeli tak zrobisz, będę 

pragnęła tylko... umrzeć... tak jak mama. Wiem, że jeżeli... nie 
będzie ciebie tutaj... życie straci dla mnie sens. 

 - Nie wolno ci mówić takich rzeczy - rzekł surowo. 
 - Ale to prawda - nie ustępowała. - Kiedyś  myślałam,  że 

miłość to uczucie ciche, spokojne i romantyczne - jak światło 
księżyca lub zapach róży. Ale to, co czuję do ciebie, jest tak... 
intensywne jak najwyższe uniesienie, którego nie da się nawet 
opisać.  I  czuję  też  ból,  który  nieomal...  rozrywa  mnie  na 
strzępy. 

 - Czy sądzisz, że ja tego nie czuję? - zapytał hrabia. 
Znów zaczął całować - tak namiętnie, że nie byli w stanie 

myśleć.  Czuli  się  jakby  otoczeni  jakimś  cudownym  i 
tajemniczym  blaskiem,  a  Vernita  wiedziała,  że  coś  takiego 
nigdy się już nie wydarzy. 

background image

Powóz  zatrzymał  się.  Vernita  mając  wrażenie,  że 

przyjechali  tu  z  innego  świata,  powoli  wysunęła  się  z  objęć 
hrabiego i czekała na lokaja, który miał otworzyć drzwi. 

 - Idź już, najdroższa - ponaglał hrabia - bo nie zniosę tego 

dłużej. 

 -  Czy...  zobaczę  cię...  jutro?  -  zapytała  Vernita  głosem 

przepełnionym strachem. 

 - Tak - potwierdził. - Przyjadę rano i zabiorę cię do hotelu 

de Charost. 

 - I nie... wyjedziesz z Paryża... bez uprzedzenia? 
 - Przysięgam, że tak nie zrobię. Nie jestem nawet pewien, 

czy w ogóle będę w stanie wyjechać, choć wiem doskonale, że 
muszę. 

 -  Zostań...  proszę.  Nic  nie  odpowiedział,  ponieważ  lokaj 

właśnie  otworzył  drzwi.  Czując,  że  traci  coś  cennego  i 
wspaniałego,  czego  już  pewnie  nigdy  nie  odzyska,  powoli 
wysiadła z powozu. Hrabia odprowadził ją do drzwi. Nie były 
jeszcze zamknięte, najwidoczniej nie wrócili jeszcze wszyscy 
lokatorzy. Miała wrażenie, że cały wiek minął od chwili, gdy 
opuściła ten brzydki hol przepełniony kuchennymi zapachami. 

Stanęła  w  drzwiach  i  wyciągnęła  rękę  na  pożegnanie. 

Hrabia przytrzymał ją przez chwilę w swoich dłoniach, ale nie 
pocałował, tylko spojrzał głęboko w oczy i powiedział cichym 
głosem, w którym słychać było krzyk rozpaczy. 

 - Dobranoc, moja najdroższa, moja jedyna. Odwrócił się i 

odszedł.  Nie  mogła  patrzeć,  jak  odchodzi,  zamknęła  drzwi  i 
zaczęła wspinać się po schodach. 

background image

Rozdział 4 
Napoi  eon  golił  się.  Mężczyźni  powierzali  przeważnie  tę 

czynność służącemu albo cyrulikowi - Napoleon zawsze golił 
się  sam.  Rustam,  mamelucki  przyboczny,  trzymał  lusterko,  a 
Napoleon namydliwszy twarz przesuwał brzytwę posuwistymi 
ruchami w dół, co jakiś czas zanurzając ją w gorącej wodzie. 

Brzytwy  zawsze  kupował  w  Anglii,  ponieważ  były 

wykonywane z o wiele lepszej niż francuska stali pochodzącej 
z Birminghamu. 

W czasie rozejmu kupił kilka sztuk, wszystkie z pięknymi 

uchwytami z macicy perłowej, i myślał teraz z zadowoleniem 
o tym, jak dokładnie usuwają zarost. 

Przedtem  kąpał  się  ponad  godzinę;  wszystkie  dzieci  z 

rodziny  Bonapartych  miały  wpojoną  szczególną  dbałość  o 
higienę osobistą. 

Po  dokładnym  umyciu  się  nacierał  dłonie  kremem 

migdałowym i przystępował do mycia zębów. Miał wspaniałe 
zęby, naturalnie białe i mocne. 

W  ogóle  nie  wymagały  uwagi  dentysty,  który  nic  nie 

robiąc  otrzymywał  sześć  tysięcy  franków  rocznie.  Później 
następowało golenie. 

Kiedy  kończył  się  golić,  służący  Konstanty  polewał  mu 

głowę  wodą  kolońską,  a  gdy  ściekła  na  nagi  tors,  Napoleon 
wcierał ją w piersi i ramiona twardą szczotką, gdy tymczasem 
służący robił to samo na plecach cesarza. 

 - Twoja siostra zachowuje się jak zawsze skandalicznie - 

głos docierał z drugiego końca pokoju. 

Napoleon  odwrócił  głowę;  siedziała  tam  jego  żona, 

Józefina, obserwując go uważnie. Przemknęła mu przez głowę 
myśl,  że  Józefina  wygląda  bardzo  atrakcyjnie  i  że  nadal 
bardzo  ją  kocha.  Wciąż  była  dla  niego  miłą  małą  wdówką, 
którą  kiedyś  kochał  tak  namiętnie,  że  swoją  niewiernością  o 
mało nie złamała mu serca. 

background image

Jej  jasnokasztanowe  jedwabiste  włosy  straciły  już  trochę 

blasku,  ale  oślepiająco  biała  cera  i  miły  głos,  z  dźwięcznym 
kreolskim akcentem, nie zmieniły się ani trochę. Słabą stroną 
jej  urody  były  zęby,  dlatego  też  śmiejąc  się  starała  się  nie 
rozchylać ust, co powodowało, że śmiech dobywał się gdzieś z 
głębi gardła. 

 -  Czy  masz  na  myśli  Paulinę?  -  zapytał  szorstko 

Napoleon. 

 -  Oczywiście!  A  kogóż  by  innego?  Napoleon  włożył 

czystą bawełnianą koszulę. 

 - Co tym razem zrobiła? 
Wiedział, że jego żona i siostra nienawidziły się szczerze i 

starał się raczej unikać historyjek o flirtach Pauliny, o których 
Józefina  lubiła  opowiadać  z  nadmierną  gorliwością. 
Właściwie wcale się nie dziwił, że żona nie lubiła ani Pauliny, 
ani  pozostałych członków jego rodziny, którzy od dnia ślubu 
odnosili się do niej nieżyczliwie i  cały czas starali się zasiać 
niezgodę między małżonkami. 

Wiedziała  dobrze,  że  rodzina  stale  namawiała  go  do 

rozwiedzenia się z nią, ponieważ nie mogła dać mu syna. Gdy 
Napoleon  był  w  Egipcie,  bawiąca  wówczas  w  Plombieres 
Józefina  miała  poważny  wypadek  -  zapadł  się  balkon,  na 
którym stała, i po upadku z wysokości prawie pięciu metrów 
doznała  tak  poważnych  urazów  wewnętrznych,  że  nie  mogła 
już mieć dzieci. 

Teraz  gdy  Napoleon  był  cesarzem,  strach  przed  tym,  że 

może  jej  się  pozbyć,  wisiał  nad  nią  jak  złowieszcza  chmura. 
Bała  się  nie  tylko  rozwodu,  ale  też  utraty  ukochanego  męża, 
bo  choć  po  ślubie  wcale  go  nie  kochała,  obecnie  darzyła  go 
szczerym uczuciem. Czasem przypominała sobie ze wstydem, 
że podczas kampanii włoskiej, gdy Napoleon pisywał do niej 
pełne  namiętności  listy,  ona  spędzała  czas  z  kochankiem.  W 
takich  chwilach  wyjmowała  jego  bardzo  poetyczne  listy  i 

background image

przypominała  sobie  słowa,  które  pisał  do  niej  w  pierwszych 
miesiącach małżeństwa. 

Nie  dostaję  od  Ciebie  listów!  Najwyżej  jeden  co  cztery 

dni,  a  przecież  gdybyś  mnie  kochała,  pisałabyś  co  najmniej 
dwa razy dziennie... Kocham Cię każdego dnia coraz goręcej! 
Być  może  nieobecność  leczy  małe  namiętności,  lecz  jestem 
przekonany, że wielkie namiętności tylko umacnia.  

Jak  mogłam  być  tak  głupia?  -  często  zadawała  sobie  to 

pytanie i sięgała po następny list, w którym Napoleon pisał: 

Moje  łzy  kapią  na  Twój  portret.  Twoja  podobizna  to 

jedyna rzecz, z którą nigdy się nie rozstaję. 

Ale teraz nie myślała o tym. Mówiła do męża: 
 -  Paulina  ma  nowego  kochanka,  który  całymi  dniami 

przesiaduje  w  hotelu  de  Charost.  Wszyscy  już  szepczą  o  jej 
skandalicznym zachowaniu. 

 - Kim on jest? - przerwał szorstko Napoleon. 
Służący  pomagał  mu  ubrać  się  w  jego  ulubiony  strój  - 

surdut  o  prostym  kroju,  bez  koronek  i  upiększeń,  ze 
szkarłatnym  kołnierzem  i  takim  samym  wykończeniem  klap. 
Wziął  od  służącego  chusteczkę  spryskaną  wodą  kolońską, 
włożył ją do prawej kieszeni, a do lewej wsunął tabakierkę. 

 -  Nazywa  się  hrabia  Axel  de  Storvik  -  poinformowała 

Józefina.  -  Jest  Szwedem,  przyjechał  do  Francji  sprzedać 
nowe  działa,  które,  jak  twierdzi,  są  o  wiele  lepsze  niż 
wszystkie obecnie używane armaty. 

 - Słyszałem o nim - zauważył krótko Napoleon. 
 -  Więc  kup  od niego  te  armaty  i  powiedz, by  zostawił  w 

spokoju twoją siostrę. Powinna raczej zająć się swoim mężem, 
a  nie  jakimś  Szwedem,  który  nawet  nie  dałby  jej  lepszego 
tytułu. 

 -  Każę  Fouchemu  go  śledzić  -  zdecydował  Napoleon 

zbliżając się do drzwi. 

background image

Wyszedł z pokoju. Józefina wiedziała, że nie zobaczy go 

aż do czasu obiadu. 

Napoleon spożywał dwa posiłki dziennie; pierwszy - lunch 

- jadł przeważnie sam o jedenastej, nie przerywając pracy przy 
małym  mahoniowym  stoliku  stojącym  na  podwyższeniu,  a 
drugi  -  obiad  -  z  żoną  i  przyjaciółmi,  mniej  więcej  o  siódmej 
trzydzieści.  Jadł  szybko  i  lubił  proste  dania.  Do  posiłku  pił 
niedrogie  czerwone  wino  burgundzkie  rozcieńczone  wodą  - 
mniej  więcej  pół  butelki  dziennie.  Gdy  wyszedł,  Józefina 
westchnęła  zadowolona,  że  odegrała  się  na  szwagierce  za 
wszystkie dawne zniewagi. Nie zapomni i nigdy nie wybaczy 
Paulinie  i  jej  siostrom  ich  zachowania  na  krótko  przed 
grudniową koronacją. 

Napoleon  długo  nie  mógł  się  zdecydować,  czy  Józefina 

ma  być  koronowana  na  cesarzową,  a  cała  jego  rodzina  była 
przeciwko  niej,  usiłując  przekonać  Napoleona,  że  teraz  jest 
najlepsza  pora,  by  się  z  nią  rozwiódł,  zarzucając  jej 
niewierność i ekstrawagancję. 

Józefina  wpadła  w  rozpacz.  Ale  gdy  Napoleon  zobaczył, 

jak jego siostry wymieniają triumfalne spojrzenia, dodał żonie 
otuchy  i  stanął  po  jej  stronie,  występując  równocześnie 
przeciwko całej swojej kłótliwej i mściwej rodzinie. 

Nowo  mianowane  księżne  -  Karolina,  Elsa  i  Paulina  - 

zawarły  przymierze  i  uknuły  złośliwą  intrygę  przeciwko 
przyszłej  cesarzowej.  Zdarzenie  miało  miejsce  w  katedrze 
podczas  odbywającej  się  koronacji.  Gdy  po  włożeniu  korony 
Józefina  podniosła  się  z  kolan  i  szła  w  stronę  tronu,  trzy 
siostry  Napoleona  trzymające  ciężki,  obszyty  gronostajami 
aksamitny  tren  puściły  go  nieoczekiwanie,  tak  że  całym 
ciężarem opadł w dół. Józefina wchodząc na stopnie podium o 
mało się nie przewróciła. Na szczęście Napoleon dostrzegł, co 
się  święci,  i  gniewnym  szeptem  ostrzegł  siostry,  które 

background image

natychmiast uniosły tren w górę. Józefina nigdy nie zapomni 
tej chwili. 

Paulina  natomiast  nigdy  nie  zapomni  tego  dnia,  gdy 

upokorzyła  ją  Józefina.  Wydarzyło  się  to  wówczas,  gdy 
szykowała się do złożenia cesarzowej  oficjalnej  wizyty  zaraz 
po swoim ślubie. Wyszła za mąż za bogatego i utytułowanego 
księcia  Camilla  Borghese.  Triumfowała.  Była  pewna,  że 
paradując  w  oślepiającym  blasku  klejnotów,  korzystając  z 
należnych  jej  obecnie  tytułów,  zrobi  wrażenie  na  Józefinie  i 
wzbudzi  w  niej  zazdrość.  Wiedziała  też,  że  i  urodą  łatwo 
przyćmi  cesarzową,  która  przekroczyła  już  czterdziestkę. 
Natomiast  ona  -  w  modnej,  jasnej,  prawie  przezroczystej, 
doskonale układającej się sukni - wyglądała naprawdę pięknie. 

Paulina i książę Camillo Borghese, błyszczący zdobiącymi 

ich  brylantami,  przybyli  do  pałacu  St.  Cloud  powozem 
zaprzężonym  w  szóstkę  koni.  Zaanonsował  ich  tubalnym 
głosem szambelan. 

Paulina  była  ubrana  w  bardzo  starannie  wybraną  zieloną 

suknię. Zaraz po wejściu do sali przyjęć zorientowała się, że 
cała  dekoracja  wokół  niej,  meble  oraz  draperie  są  w  kolorze 
niebieskim. W drugim końcu sali siedziała Józefina, w prostej 
sukni z białego muślinu bez żadnych klejnotów. 

Umyślni  donieśli  cesarzowej,  w  co  będzie  ubrana 

szwagierka,  więc zadrwiła sobie z niej w taki sposób, w jaki 
potrafią  to  robić  tylko  złośliwe  kobiety.  Upokorzona  Paulina 
kipiała wściekłością, ale obie kobiety przywitały się tak, jakby 
w ich sercach nie było ani kropli jadu. 

Idąc  teraz  do  swojej  sypialni  Józefina  pomyślała  z 

satysfakcją,  że  znowu  zadała  cios  znienawidzonej  kobiecie, 
która zajmowała tak ważne miejsce w sercu Napoleona. Jeżeli 
ktokolwiek jest w stanie dowiedzieć się wszystkiego o niej i o 
jej  szwedzkim  kochanku,  to  właśnie  Fouche  -  obmierzły, 
myszkujący wszędzie naczelnik policji. 

background image

Bał się go cały Paryż. Nie był też faworytem Napoleona, 

choć cesarz tolerował go, ponieważ był mu bardzo przydatny. 

 -  Fouche  z  pewnością  dowie  się  wszystkiego  - 

powiedziała  do  siebie  Józefina  -  a  wówczas  Napoleon  zmusi 
Paulinę, żeby zachowywała się przyzwoicie. 

Cesarz, siedząc przy swoim biurku, myślał o tym samym. 

Tymczasem zegar wskazywał już dwie minuty po dziewiątej. 
A  jak  zwykle  należało  przejrzeć  całą  stertę  papierów  i  na 
audiencji przyjąć tłum ludzi czekających w poczekalni. Mimo 
to otwierając pierwszy dokument, leżący przed nim na biurku, 
myślami nadal był przy Paulinie. 

Zbliżało się późne popołudnie. Paulina przebierała się na 

wieczór. 

Vernita  prawie  cały  dzień  spędziła  przy  księżnej,  gdy  ta 

przygotowywała się do publicznego  wystąpienia, co zdarzało 
się zawsze, gdy  miała uczestniczyć  w balach lub przyjęciach, 
na które była zapraszana wieczorami. 

Po  południu  w  wielkim  salonie,  obitym  czerwonym 

aksamitem w kolorze maków, stanowiącym doskonałe tło dla 
jej  kruczoczarnych  włosów,  przyjęła  paru  najbliższych 
przyjaciół. 

Teraz, siedząc przed lustrem, oceniała krytycznym okiem 

gładkość  swej  skóry,  gdy  garderobiana  przyniosła  kilka 
sukien, aby księżna wybrała któraś na dzisiejszy wieczór. 

Vernicie  kazano  podszyć  oderwany  brzeg  bladozielonej 

szyfonowej  sukni,  na  której  połyskiwały  maleńkie  złote 
cekiny; drapowania wokół głębokiego dekoltu nadawały sukni 
grecki styl. 

 -  Może  włożę  tę  suknię  -  mówiła  z  namysłem  -  a  włosy 

zakręcę  w loki, przystroję je złotymi  wstążkami  i  spinkami  z 
kameą... 

Potem dodała: 

background image

 -  Lepiej  nie,  bo  gdybym  dziś  wieczorem  spotkała  kogoś, 

kto mnie już w niej widział, byłoby fatalnie. 

Odwróciła  się  od  lustra,  aby  spojrzeć  na  pozostałe  dwie 

suknie; biało - różową i bladożółtą naszywaną topazami. 

 -  Te  już  mi  się  znudziły  -  oświadczyła  rozdrażniona.  - 

Przynieście inne. 

Pokojówki  pobiegły  szybko  spełnić  życzenie  księżnej,  a 

Vernita klęcząc na podłodze wciąż podszywała brzeg zielonej 
sukni. Księżna Paulina spojrzała na nią tak, jakby zobaczyła ją 
pierwszy raz. 

 - Ładnie szyjesz - oceniła. - Podoba ci się tutaj? 
 -  Jestem  bardzo  wdzięczna  Waszej  Książęcej  Wysokości 

za to, że była łaskawa mnie zatrudnić - odparła Vernita. 

Po  przyjeździe  czuła  się  samotna  i  była  trochę 

wystraszona. Służba jednak była dla niej bardziej uprzejma niż 
się  spodziewała,  poza  tym  spodobał  się  jej  przydzielony  na 
najwyższej  kondygnacji  domu  mały  pokoik,  którego  okna 
wychodziły  na  ogród,  a  za  jego  murem  widać  było  Pola 
Elizejskie.  Przypomniała  sobie,  że  tam  mieszka  hrabia,  i 
poczuła się tak, jakby była bliżej niego. 

Poprzedniej nocy nie mogła zasnąć z powodu cudownych 

uczuć, jakie w niej wzbudził, i przepełniającego ją szczęścia, 
sprawiającego,  że  całe  jej  ciało  drżało  z  uniesienia.  Już  nie 
czuła  się  osamotniona  na  tym  obskurnym  poddaszu,  które 
przez dwa lata było jej domem, lecz jakby otulona niebiańską 
poświatą, otoczona aureolą szczęścia i przeniknięta światłem, 
pochodzącym nie z tego świata. 

Dopiero  gdy  nadszedł  ranek,  przypomniała  sobie,  że 

dzisiaj  musi  iść  do  hotelu  de  Charost  i  podjąć  obowiązki 
szwaczki.  Tam  trudno  będzie  hrabiemu  znaleźć  okazję  do 
rozmowy z nią, a o zbliżeniu się do niej nawet nie może być 
mowy.  Pragnęła  znów  znaleźć  się  w  jego  ramionach, poczuć 
jego wargi na swoich, jeszcze raz przeżyć rozbudzone w niej 

background image

miłość i uniesienie - uczucia, o jakich nawet  nie  marzyła,  że 
staną się jej udziałem. Wydawało się nieprawdopodobne, że w 
tak  krótkim  czasie  znalazła  mężczyznę,  którego  pokochała  i 
który równie gorąco ją pokochał. 

 - Dzięki ci, Boże, dzięki! - szeptała w ciemności. 
Przyszła  jej  do  głowy  dziwna  myśl,  że  to  pewnie  za 

sprawą matki spotkała hrabiego i to ona odsunęła od niej biedę 
i samotność w chwili, gdy myślała, że nikt już nie pojawi się 
w jej życiu. 

 -  Zaopiekuj  się  nim,  mamo  -  modliła  się  Vernita  -  i 

proszę, spraw, by pozostał ze mną. Nie pozwól mu odjechać. 
Jakże teraz... mogłabym go... stracić? 

Ostatnie  słowa  stłumił  lekki  szloch,  ale  nawet  teraz  była 

zbyt  szczęśliwa,  aby  płakać.  Spełniły  się  jej  marzenia. 
Znalazła miłość, na którą już nie liczyła, i pomyślała, że chyba 
niemożliwe było spotkać kogoś wspanialszego niż Axel. 

Ubrała się wcześnie, skończyła pakowanie i pożegnała się 

z  madame  Danjou  i  Louise,  które  akurat  wychodziły  po 
zakupy.  Poprosiła  pana  Danjou,  by  pomógł  znieść  na  dół  jej 
kufry;  były  bardzo  ciężkie,  więc  trochę  narzekał,  ale  Vernita 
nie  słuchała  go.  Stojąc  przy  drzwiach  wyglądała  na  ulicę  i 
czekała; niecierpliwie na pojawienie się powozu hrabiego.  

Powóz  w  końcu  podjechał,  lecz  był  oznaczony  herbem 

księżnej,  a  wewnątrz  nie  było  nikogo.  Poczuła  się 
rozczarowana  jak  dziecko,  któremu  obiecano  zabawę  i  w 
ostatniej chwili odmówiono. 

 -  Szambelan  Jej  Książęcej  Wysokości  przysłał  po  panią 

powóz, mademoiselle - oznajmił lokaj - i nakazał mi, żebym w 
powrotnej  drodze  do  hotelu  de  Charost  zatrzymał  się  i 
zaczekał, jeśli będzie pani chciała kupić jakieś materiały. 

Vernita  była  pewna,  że  wszystko  zaaranżował  hrabia  w 

trosce  o  to,  by  nie  chodziła  sama  po  mieście.  Równocześnie 
pomyślała, że może hrabia planuje opuścić Paryż i  więcej go 

background image

nie  zobaczy.  Ale  gdy  przybyła  do  hotelu  de  Charost, 
dowiedziała  się,  że  pojechał  z  księżną  do  Bois,  zrozumiała 
więc dlaczego nie przyjechał po nią osobiście tak jak obiecał. 

W hotelu starała się zachowywać taktownie i uprzejmie w 

stosunku  do  starszych  pokojówek  oraz  pozostałej  służby. 
Pamiętała  jeszcze,  jak  w  jej  domu  w  Anglii  starsi  służący 
boczyli  się,  gdy  przyjmowano  kogoś  nowego,  dlatego  teraz 
była bardzo skromna i posłuszna, aby zrobić dobre wrażenie. 

 -  Nie  jestem  pewna,  czy  będę  w  stanie  zadowolić  Jej 

Książęcą  Wysokość  -  zwierzyła  się  jednej  ze  służących  -  i 
byłabym  bardzo  wdzięczna,  gdybyście  pomogły  mi  uniknąć 
popełnienia jakiegoś błędu. 

Ich nieufność do niej ulotniła się. A gdy jedli razem obiad, 

zrozumiała  -  sądząc  po  swobodzie,  z  jaką  gawędzili  w  jej 
obecności i jak szczegółowo objaśniali jej, o kim jest mowa - 
że w pełni ją zaakceptowali. 

 -  Ani  w  Paryżu,  ani  nigdzie  na  świecie  na  ten  przykład, 

nie  ma  piękniejszej  pani  od  naszej  -  oświadczyła  z 
entuzjazmem jedna z pokojówek. 

 -  Ma  jednak  trudny  charakter  -  podjęła  inna.  -  Wczoraj, 

gdy o drugiej w nocy kładła się spać, była wściekła. 

 - Co się stało? - zainteresowała się inna. 
 -  Zdaje  się,  że  jedna  z  tych  starych  wdów  i  z  ancient 

regime'u  (Ancient  regime  (franc.)  -  określenie  ustroju  we 
Francji  przed  1789  rokiem,  wprowadzone  podczas  Wielkiej 
Rewolucji.  Tutaj  oznacza  -  stary  porządek  (przyp.  tłum.).) 
wbiła jej niezłą szpilę. Wiesz, jaka ona jest pobudliwa, zresztą 
jak  cała  ich  rodzina.  Koniec  końców  są  przecież 
Korsykaninami a nie Francuzami. 

Była  zaskoczona,  że  rozmawiali  tak  otwarcie,  ale  dobrze 

wiedziała, że służba zawsze wie o wszystkim, co się dzieje w 
domu. Ojciec często powtarzał, puszczając oko: 

background image

 -  Dla  służby  nikt  nie  jest  bohaterem  i  wątpię,  czy 

jakakolwiek pokojówka przyzna, że jej pani jest piękna! 

Pokojówki  księżnej  powiedziały  Vernicie,  że  ich  pani 

musi  ukrywać  uszy  i  gdyby  nie  ten  defekt,  ciało  jej  byłoby 
doskonałe. 

 -  A  gdy  w  Rzymie  rzeźbił  ją  w  marmurze  Canova  - 

podobno  największy  włoski  rzeźbiarz  -  opowiadała  dalej 
służąca - przykrywała ucho ręką. 

 -  Ale  mimo  wszystko  -  dodała  inna  służąca  -  ja  się  nie 

dziwię, że mężczyźni się w niej kochają. 

 - A ona w nich! - dodała ta druga. 
Obie  roześmiały  się  i  to  w  sposób,  pomyślała  Vernita, 

raczej niegrzeczny. 

Gdy księżna wyszła, pokojówki  zaproponowały Vernicie, 

że  pokażą  jej  cały  dom.  W  czasie  oglądania  zachwycała  się 
wspaniałością  barw,  które  księżna  dobrała  podczas  zmiany 
wystroju w całej rezydencji. 

Poprzedni  właściciel  hotelu,  diuk  de  Charost,  był 

nauczycielem  młodego  Ludwika  XVI.  Po  jego  śmierci  żona 
sprzedała hotel księżnej Paulinie za czterysta tysięcy franków. 
Paulina usunęła z pałacu nawet eleganckie osiemnastowieczne 
meble  zastępując  je  takimi,  jakie  obecnie  były  uznawane  za 
modne  i  wytworne.  Pokoje  kazała  pomalować  jaskrawymi 
farbami, ponieważ takie lubił jej brat. W salonie jońskim były 
draperie  z  aksamitu  w  kolorze  czerwonych  maków 
oblamowane złotem, sypialnia paradna była jasnoniebieska, a 
biblioteka pomarańczowa. 

Oprowadzając  Vernitę  po  domu,  pokojówki  bez  przerwy 

gadały.  Powiedziały  jej  między  innymi  o  tym  jak,  jedna  z 
pracujących w kuchni służących była zła, gdy księżna kazała 
jej  wyjść  za  czarnoskórego  Paula,  oraz  o  tym,  że  gdy  w 
chłodne dni księżnej jest zimno ogrzewa stopy stawiając je na 
dekolcie  damy  dworu,  której  w  tym  celu  każe  kłaść  się  na 

background image

podłodze!  Dowiedziała  się  też,  że  kaplica  pałacowa  została 
zamieniona  w  salę  bilardową  i  pokryta  tapetami  w  kolorach 
żółtym i srebrnym, a zdjęte ze ścian święte obrazy powieszono 
w pokojach służby. 

Vernita  najpierw  pomyślała,  że  pewnie  sobie  żartują,  ale 

potem doszła do wniosku, że przecież; księżna sama dla siebie 
stanowiła tu prawo. 

Na  długo  przed  zakończeniem  oglądania  pałacu  Vernita 

była  rozbawiona  wszystkim,  co  usłyszała,  i  bardzo  chciała 
opowiedzieć  o  tym  hrabiemu.  Pomyślała  tylko,  że  on 
zrozumiałby  śmieszność  tych  sytuacji  i  może  podobnie  jak 
ona  uznał,  iż  ocaleli  członkowie  francuskich  rodów 
arystokratycznych  mają  prawo  patrzyć  niechętnym  okiem  na 
zachowanie  rodziny  Bonapartów  i  oburzać  się  na  jej pozycję 
oraz znaczenie. 

Z  wyjątkiem  tych  chwil,  gdy  oprowadzano  ją  po  domu, 

dzień  mijał  powoli.  Pewnie  dlatego,  że  nie  mogła  się 
doczekać,  kiedy  znowu  zobaczy  hrabiego.  Pragnęła  tego  tak 
mocno,  że  intensywność  uczucia  chwilami  ją  przerażała.  A 
może -  myślała z lękiem - później, wieczorem, dowie się, że 
wyjechał?  Potem  przypomniała  sobie  o  jego  obietnicy,  że 
powiadomi  ją  o  wyjeździe,  jeżeli  będzie  to  w  ludzkiej  mocy. 
Była pewna, że dotrzyma słowa. 

Ciągle  zastanawiała  się,  dlaczego  hrabia  z  takim 

przekonaniem twierdzi, że ich miłość nie może trwać i muszą 
zapomnieć  o  sobie.  Wiedziała  doskonałe,  że  w  stosunku  do 
jego  pozycji  ona  jest  nikim  -  nie  pochodzącą  z  towarzystwa, 
biedną Francuzką. Nawet jeżeli nie myślał o małżeństwie, ale 
kochał  ją,  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  nie  mogą  się 
spotykać,  a  nawet  przebywać  ze  sobą  potajemnie,  gdyby  nie 
chciał pokazywać się z nią oficjalnie. 

Wszystko to było bardzo dziwne. Zastanawiała się też, czy 

starczy  jej  odwagi,  aby  powiedzieć  mu  prawdę  o  sobie. 

background image

Wiedziała,  że  nie  doniesie  na  nią  policji;  w  końcu  nie  był 
Francuzem,  lecz  Szwedem.  Ale  była  przecież  wrogiem 
Napoleona, a więc i całego państwa, i jeżeli ktoś dowiedziałby 
się  o  tym,  mogłoby  to  wyrządzić  krzywdę  człowiekowi, 
którego kochała. 

W  żadnym  wypadku,  pomyślała,  nie  może  zrobić nic,  co 

mogłoby  postawić  go  w  kłopotliwym  położeniu, na  przykład 
takim,  w  którym  mógłby  zostać  oskarżony  o  ukrywanie 
obywatelki wrogiego państwa. 

 -  Zrobiłabym  błąd,  mówiąc  mu  o  tym  -  zdecydowała 

ostatecznie. 

Równocześnie  pragnęła  być  wobec  niego  uczciwa  i 

szczera, chciała powiedzieć, że nie jest, jak on pewnie sądzi, 
biedną dziewczyną bez koligacji, ale kimś, kto może trzymać 
wysoko 

głowę 

towarzystwie, 

szczególnie 

tych 

pseudozamożnych parweniuszy z cesarstwa Bonapartych. 

Pokojówki  właśnie  wróciły,  przynosząc  z  garderoby 

następne  suknie;  jedną  z  białego  szyfonu,  na  której 
połyskiwały  brylanty,  drugą  w  kolorze  bladej  zieleni, 
przystrojoną  różowymi  kwiatami  migdałowymi.  Paulina 
spojrzała na suknie i krzyknęła: 

 -  Właśnie  sobie  przypomniałam!  Wczoraj  po  południu 

miałam  na  sobie  brylantowe  kolczyki  pasujące  do  tej  białej 
sukni i zostawiłam jeden na dole w sypialni paradnej. 

Odwróciła się do Vernity i rozkazała: 
 -  Pobiegnij  szybko  na  dół  i  przynieś  go.  Leży  na  stoliku 

obok  łoża.  Pamiętam,  że  gdy  wstałam,  włożyłam  jeden 
kolczyk, a o drugim całkiem zapomniałam. 

Powiedziawszy  to  odwróciła  się  do  lustra.  Vernita 

dostrzegła,  że  damy  dworu  spojrzały  na  siebie  znacząco.  Po 
wyrazie  ich  twarzy  domyśliła  się,  o  czym  myślały.  Poczuła 
nagłe ukłucie zazdrości. Czy to dla hrabiego - zastanawiała się 

background image

-  księżna  zdjęła  kolczyki  leżąc  w  łożu  pod  białym 
baldachimem haftowanym w złote rozety? 

Wstała  posłusznie,  odłożyła  suknię,  którą  właśnie 

podszywała, wyszła z pokoju księżnej i zeszła na dół. Weszła 
do  sypialni  paradnej,  w  której  stało  łoże  małżeńskie 
oświetlone teraz promieniami zachodzącego słońca. 

Za  oknem  w  ogrodzie  kwitły  przepiękne  kwiaty. 

Przystanęła na chwilę przyglądając się zielonym trawnikom i 
drzewom  ostro  zarysowanym  na  tle  błękitnego  nieba.  Nagle 
zatęskniła  za  swoim  krajem,  za  ogrodem  koło  domu,  który 
urządzała razem z matką, i za paddockami, na których stojące 
pod  drzewami  konie  machały  ogonami.  Pogrążyła  się  na 
chwilę  w  myślach.  Nagle  drgnęła  przestraszona  usłyszawszy 
skierowane do siebie słowa: 

 -  Kim  jesteś?  Nie  przypominam  sobie,  bym  cię  tu 

kiedykolwiek widział. 

Odwróciła  się  i  wydała  zduszony  okrzyk.  Nie  musiała 

pytać,  kto  się  do  niej  zwracał.  Natychmiast,  poznała  cesarza 
Napoleona.  Wielokrotnie  widziała  go  na  obrazach,  a  kiedyś 
nawet  na przyjęciu, zaraz po przyjeździe do Paryża. Skłoniła 
się  i  spuściła  wzrok;  jej  rzęsy  mocno odbijały  się  czernią  od 
bladej  cery.  Wyprostowała  się,  a  Napoleon  przeszedł  przez 
pokój  i  stanął  przed  nią.  Wiedziała,  że  czeka  na  odpowiedź, 
więc po chwili wyjaśniła: 

 -  Jestem  tu...  zatrudniona  jako...  szwaczka  Jej  Książęcej 

Wysokości. Ja dopiero dzisiaj... tu przyjechałam. 

 - Ach, to dlatego nie znam twojej twarzy - rzekł Napoleon 

- trzeba przyznać, bardzo ładnej twarzy! 

 -  Dziękuję  Wasza  Wysokość  -  odparła  zdenerwowana 

Vernita. - Posłano mnie, abym znalazła kolczyk, który księżna 
zostawiła przy łóżku. 

background image

Twarz  Napoleona  zachmurzyła  się,  a  Vernita  pojęła 

natychmiast,  że  popełniła  niedyskrecję.  Chciała  odejść,  ale 
zatrzymał ją: 

 - Jak się nazywasz? 
 - Vernita... Bernier, Wasza Wysokość. 
 - Vernita! Nigdy nie słyszałem takiego imienia, ale  masz 

fiołkowe  oczy  i  jeżeli  ja  miałbym  wybierać  dla  ciebie  imię, 
nazwałbym cię Fiołkiem! 

Vernita  patrzyła  zaskoczona.  Nie  wiedziała,  że  Napoleon 

zawsze wymyślał imiona kobietom, które sobie upodobał. Gdy 
pierwszy raz ujrzał Józefinę, nazwał ją Różą. Swoją pierwszą 
miłość, Desiree - Eugenią. Przez całe życie wymyślał imiona 
kobietom, które robiły na nim wrażenie. 

 -  Masz  fiołkowe  oczy  -  ciągnął  dalej,  zanim  Vernita 

odzyskała głos. - A ja uwielbiam fiołki. 

Sposób, w jaki to powiedział, uświadomił jej, że sytuacja 

stała się groźna i że musi odejść jak najszybciej. 

 -  Jej  Książęca  Wysokość...  czeka  na  mnie...  sire  - 

powiedziała z trudnością łapiąc oddech.  

Chciała  wybiec  z  pokoju  nie  zabierając  nawet  kolczyka, 

ale  Napoleon  wyciągnął  ręce,  by  ją  zatrzymać.  Nie  zdążyła 
uciec,  chwycił  ją  i  przyciągnął  do  siebie.  Zrozumiała,  że 
zamierza  ją  pocałować,  więc  zapamiętale  próbowała  wyrwać 
się z jego objęć. Był jednak bardzo silny. Poczuła się bezradna 
wobec  tej  siły,  a  wyraz  jego  twarzy  wskazywał,  że  nie 
zamierza  rezygnować.  Odwróciła  głowę,  ale  wiedziała,  że  za 
parę sekund osiągnie swój zamiar dosięgnięcia jej warg. Lecz 
właśnie w tej chwili od strony drzwi dobiegł głos: 

 -  Tak  bardzo  pragnąłem  spotkać  Waszą  Wysokość, 

niebiosa chyba wysłuchały mojej prośby! 

Vernita  poczuła  ogromną  ulgę;  zanim  Napoleon  zwolnił 

uścisk, wiedziała już, kto wypowiedział te słowa: 

 - Kim jesteś? - zapytał surowo cesarz. 

background image

Równocześnie  rozluźnił  ramiona,  którymi  obejmował 

Vernitę,  a  ona  natychmiast  się  z  nich  uwolniła.  Hrabia 
przeszedł przez pokój i trzasnął obcasami pochylając zarazem 
głowę. 

 - Chciałbym się przedstawić, sire - zaczął. - Nazywam się 

Axel  de  Storvik.  Od  dawna  żywiłem  nadzieję,  że  będę  miał 
sposobność  rozmawiać  z  Waszą  Wysokością  w  kwestii  o 
wielkim znaczeniu wojskowym! 

Wybiegając z pokoju Vernita słyszała, z jaką śmiałością i 

pewnością siebie  mówił hrabia i  była z niego bardzo dumna. 
Domyśliła  się,  że  specjalnie  wszedł  do pokoju,  aby  wybawić 
ją z kłopotliwego położenia, ale bała się, iż może być zły, bo 
zastał ją w objęciach cesarza. 

Gdyby  hrabia  był  mniej  odważny,  mógłby  pomyśleć,  że 

przerywanie  Napoleonowi  w  takiej  chwili  to  wyjątkowe 
natręctwo, tym bardziej że  miał  do cesarza osobistą sprawę i 
liczył na jego przychylność. Dobrze wiedziała, że postąpił tak 
mając  na  uwadze  bardziej  jej  dobro  niż  swoje.  Gdy  z 
rumieńcem na policzkach zbiegała po schodach, serce biło w 
jej  piersi  jak  oszalałe.  Na  myśl,  że  hrabia  jest  taki  odważny, 
kochała go jeszcze goręcej. 

Weszła do sypialni księżnej, która zajęta była przy toaletce 

i nawet nie odwróciła głowy. Dopiero po chwili zapytała: 

 - Przyniosłaś kolczyk? 
 -  Nie,  Wasza  Książęca  Wysokość.  Wróciłam  bez 

kolczyka,  ponieważ  Jego  Wysokość,  cesarz,  był  na  dole  i 
pomyślałam, że pewnie szuka Waszej Książęcej Wysokości. 

 -  Cesarz?!  -  krzyknęła  Paulina.  -  Pardi,  ależ  ja  go  wcale 

nie oczekiwałam! Ciekawe dlaczego przybywa właśnie teraz? 

Przez  chwilę  w  jej  pięknych  oczach  widać  było 

niezadowolenie, a po chwili  zniecierpliwiona zwróciła się do 
pokojówek: 

background image

 -  Na  co  czekacie?  Szybciej!  Przynieście  mi  peniuar. 

Słyszałyście chyba, że na dole czeka cesarz. 

Pokojówki  przyniosły  z  garderoby  peniuar,  który 

dotychczas  naga  księżna  natychmiast  włożyła.  Rzuciwszy 
ostatnie  spojrzenie  na  odbicie  w  lustrze  wyszła  z  pokoju,  a 
potem zeszła schodami na dół. Gdy weszła do salonu, zdziwiła 
się  nie  zastawszy  nikogo.  Ale  usłyszała  głosy  dochodzące  z 
sąsiedniego pokoju, w którym znajdowało się łoże małżeńskie, 
weszła  tam  i  zobaczyła  hrabiego  Axela  rozmawiającego  z 
Napoleonem. 

 -  Więc  jest  pan  całkowicie  przekonany,  że  są  dobre  - 

usłyszała, jak mówił brat. 

 -  Wypróbowaliśmy  je,  sire,  wyniki  są  doskonałe.  Mogę 

nawet  stwierdzić  z  całą  stanowczością,  że  Wasza  Wysokość 
nie  posiada  w  swojej  armii  nic,  co  by  się  mogło  z  nimi 
równać. 

 -  Któż  ośmiela  się  tak  twierdzić?  -  zapytał  szorstko 

Napoleon. 

 -  Zarówno  marszałek  Ney,  sire,  jak  i  generał  Jouret  są 

przekonani,  że  Wasza  Wysokość  nie  ma  obecnie  w 
wyposażeniu nic równie nowoczesnego. 

Napoleon  ujął  w  dłoń  brodę  i  rozważał  słowa  hrabiego, 

gdy tymczasem podbiegła do niego Paulina. 

 -  Witaj,  mój  drogi,  nie  spodziewałam  się  ciebie!  - 

krzyknęła obejmując brata za szyję. 

Pocałował ją, po czym powiedział: 
 - Przyszedłem porozmawiać z tobą na osobności. 
 -  Wobec  tego  odchodzę  -  zdecydował  hrabia,  zanim 

Paulina  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć  -  ale  przedtem 
chciałbym  jeszcze,  sire,  podziękować  Waszej  Wysokości  za 
posłuchanie. 

Skinął głową i nie spojrzawszy nawet na Paulinę odwrócił 

się i wyszedł z pokoju. 

background image

 - Więc  Axel powiedział  ci  w końcu o swoich armatach - 

zwróciła się Paulina do brata. - Nosił się z tym zamiarem od 
pierwszego  dnia,  gdy  przybył  do  Paryża.  Mon  Dieu!  Jakże 
mnie nudzą te wszystkie rozmowy o armatach, muszkietach i 
pociskach! Napoleon roześmiał się. 

 - Wiem doskonale, moja droga siostrzyczko, jaki jest twój 

ulubiony  temat  rozmów  i  właśnie  o  tym  przyszedłem  z  tobą 
porozmawiać. 

Paulina skrzywiła nos. 
 - Chyba wiem, co chcesz powiedzieć - odparła. - Józefina 

pewnie  namówiła  cię,  byś  ze  mną  porozmawiał.  Jak  ja  mam 
tego dosyć! 

Tupnęła  nogą,  jakby  na  potwierdzenie  swoich  słów,  i 

spojrzała na brata spod rzęs, by zorientować się, jak zareaguje. 
Od tyłu oświetlało ją słońce, uwydatniając wspaniałe kształty; 
równie  dobrze  mogłaby  być  naga.  Napoleon  przez  chwilę 
przyglądał się jej taksująco, a potem umyślnie nadając głosowi 
szorstkość powiedział: 

 -  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że  gdy  Camillo  bawi  w 

Bolonii,  powinnaś  zachowywać  się  przyzwoicie,  w 
przeciwnym razie będę nalegał, abyś wróciła do Rzymu. 

Paulina  wyciągnęła  ręce;  zbyt  lekko  zawiązany  peniuar 

rozchylił się odsłaniając jej nagość. 

 - Pardi! - krzyknęła używając swego ulubionego zwrotu. - 

Lecz  cóż  ja  złego  robię?  -  Chyba  tylko  źle  oddycham! 
Kobiety,  nie  wyłączając  twojej  niemłodej  już  i  bezpłodnej 
żony,  tylko  mi  zazdroszczą!  Wystarczy,  że  spojrzą  na  moją 
twarz, a zaraz wydaje się im, że jest w niej coś niemoralnego. 

 - W tej chwili narzekałyby nie tylko na twoją twarz. 
Teraz jednak na ustach Napoleona igrał lekki uśmiech, a w 

oczach widać było błysk rozbawienia, Zorientowawszy się, że 
przestał się już gniewać, Paulina podbiegła do niego, objęła za 
szyję i przytuliła się twarzą do jego policzka. 

background image

 -  Och,  kochany  Napoleonie,  dlaczego  ich  słuchasz?  - 

zapytała.  -  Naprawdę  jestem  grzeczna  jak  anioł  i  jeżeli 
miałabym zrobić coś, czego byś nie pochwalił, przysięgam, że 
wolałabym się raczej zamknąć na trzy spusty! 

Napoleon znowu roześmiał się. 
 -  Jesteś  jak  zawsze  niepoprawna,  ale  trudno  mi,  moja 

droga, długo złościć się na ciebie! 

Paulina zsunęła ręce z jego szyi  i  owijając się peniuarem 

przeszła w stronę salonu.. 

 - Usiądźmy na sofie i porozmawiajmy - zaproponowała. - 

Tak dawno już nie rozmawialiśmy. 

 - Nie mogę zostać - odparł Napoleon. - Powiedz mi tylko, 

czy  ten  młody  Szwed,  którego  właśnie  przed  chwilą 
poznałem, wiele dla ciebie znaczy? 

 - A jak sądzisz? - zapytała Paulina. - Przecież muszę mieć 

kogoś do towarzystwa, a poza tym, on jest taki przystojny! 

 -  Nie  będę  ci  przypominał  -  powiedział  Napoleon  -  bo 

wiesz  o  tym  równie  dobrze  jak  ja,  że  dwory  europejskie 
przypatrują  się  nam  uważnie.  Tylko  czekają  na  jakikolwiek, 
choćby  najmniejszy  skandal,  który  można  by  wykorzystać 
jako zgubną i skuteczną broń przeciwko mnie. 

Powiedział to z nutą goryczy, a wzruszona Paulina wtuliła 

twarz w jego ramię. 

 -  By  oszczędzić  ci  kłopotów,  będę  ostrożna,  bardzo, 

bardzo ostrożna, kochany braciszku. 

 - Jeżeli mnie nie posłuchasz, pogniewam się. 
 -  Obiecuję,  że  nie  tylko  zamknę  się  na  trzy  spusty,  ale 

jeszcze zaciągnę kotary! 

Rozbawiony  Napoleon  roześmiał  się  głośno.  Po  chwili 

wstał i powiedział już innym tonem: 

 -  Gdy  tu  wszedłem,  natknąłem  się  na  bardzo  ładną 

dziewczynę. Powiedziała, że jest twoją nową szwaczką. 

 - Tak, pracuje od dzisiaj. 

background image

Ponieważ Napoleon milczał, Paulina zapytała: 
 - Podoba ci się? 
 - Być może. Na pewno jest niezwykle pociągająca. 
 - Naprawdę? Nie przyjrzałam się jej jeszcze. 
 - Przyjdę jutro wieczorem od strony ogrodu. Powiedz jej, 

aby tu na mnie czekała. 

 - Każę jej tak zrobić. 
 - Doskonale! 
Napoleon wyciągnął zegarek z kieszeni kamizelki. 
 -  Mam  spotkanie,  muszę  wracać  do  domu.  Paulina 

podeszła,  by  pocałować  go  w  policzek,  a  on  objął  ją 
ramieniem i ruszyli w stronę drzwi. 

 -  Zachowuj  się  przyzwoicie  -  rzekł  -  i  nie  zapomnij 

powiedzieć  tej  małej  z  fiołkowymi  oczami,  że  ma  czekać  na 
mnie  o  dziewiątej.  Wprawdzie  jestem  zaproszony  na  obiad, 
ale wyjdę trochę wcześniej. 

 -  Nie  zapomnę  -  obiecała  Paulina.  Cesarz  wyszedł  do 

holu,  przeszedł  wzdłuż  szeregu  zgiętej  w  ukłonie  służby  i 
wsiadł do czekającego na zewnątrz powozu. 

Paulina szybko pobiegła na górę. Wspaniale, że Napoleon 

zainteresował  się  jedną  z  jej  służących  -  pomyślała  -  chyba 
lepiej  być  nie  mogło.  To  oczywiście  odwróci  uwagę  od  jej 
flirtów.  Była  absolutnie  przekonana,  że  Józefina  podburzyła 
go przeciwko niej. 

Bez względu na to, co Józefina mu powiedziała - myślała, 

wchodząc  do  sypialni  -  nie  zrezygnuję  z  Axela,  w  każdym 
razie nie teraz. 

Ubrała  się,  a  gdy  już  była  gotowa  i  wyglądała  naprawdę 

pięknie, odprawiła całą służbę nakazując Vernicie, by została. 
Przez  chwilę  milczała.  Przepełniona  lękiem  Vernita  czekała, 
czując  instynktownie,  że  to,  co księżna  Paulina  chce  jej  po  - 
wiedzieć, ma jakiś związek z Napoleonem. 

background image

 -  Cesarz  -  zaczęła  Paulina  po  chwili  -  twierdzi,  że  masz 

oczy jak fiołki. Czy ktoś mówił ci to przedtem? 

 - Nie... madame - odparła Vernita z wahaniem. 
Słowa księżnej wzbudziły w niej jeszcze większy lęk. Co 

cesarz jej powiedział? A może chciała ją odprawić? 

 - Mój brat jest bardzo wybredny, jeśli chodzi o kobiety - 

mówiła dalej Paulina, patrząc na swoje odbicie w lustrze. - To, 
że przejawił zainteresowanie twoją osobą, możesz uważać za 
wyjątkowy zaszczyt. A ponieważ pragnie ponownie popatrzeć 
w twoje oczy, masz czekać na niego w sypialni paradnej jutro 
wieczorem o dziewiątej. 

 - Cze... czekać na... cesarza? 
Z trudem wymawiała słowa, była tak zdumiona. 
 - Wejdzie od strony ogrodu przez drzwi, które wychodzą 

na  Pola  Elizejskie  -  rzekła  księżna.  -  Dzięki  temu  nikt  z 
domowników  z  wyjątkiem  ciebie  nie  będzie  wiedział,  że  tu 
przyszedł. 

 -  Ale  po  co...  chce  się  ze  mną...  widzieć?  -  zapytała 

Vernita łamiącym się głosem. 

Pytanie było tak naiwne, że Paulina uśmiechnęła się. 
 -  Sądzę,  że  jesteś  wystarczająco  inteligentna,  aby  znać 

odpowiedź na to pytanie - odparła. 

 - Ale... ale... ja nie mogę... nie chcę... być sam na sam,.. z 

cesarzem - jąkała się Vernita. 

 - Jesteś kobietą i chyba zdajesz  sobie sprawę z tego, jaki 

to  dla  ciebie  zaszczyt,  że  cesarz  w  ogóle  zauważył  twoje 
istnienie. 

Odwróciła się i spojrzała na Vernitę. 
 -  Musisz  być  miła  i  robić,  co  ci  każe.  Jeżeli  nie 

posłuchasz, nie będzie dla ciebie miejsca w moim domu! 

Ostatnie  słowa  powiedziała  podniesionym  głosem,  po 

czym  wyszła  z  sypialni.  Przerażona  Vernita  patrzyła  za  nią 
szeroko otwartymi oczami. 

background image

Rozdział 5 
Vernita  szalała  z  niecierpliwości.  Dzień  mijał,  a  hrabiego 

ciągle  nie  było.  Mógł  nadjechać  w  każdej  chwili,  więc  cały 
ranek krążyła w pobliżu schodów mając nadzieję, że zobaczy 
go w holu, ale nie doczekała się jego przybycia. 

W  tym  czasie  do  fioletowego  buduaru,  w  którym  księżna 

wybierała  nowe  stroje  i  kapelusze,  przychodziło  paru 
dżentelmenów, ale z żadnym z nich księżna nie miała zamiaru 
spędzić  dzisiejszego  wieczoru,  lecz  -  jak  oznajmiła  -  z 
przyjacielem. 

Vernita  w  pierwszej  chwili  chciała  zapytać,  czy  to 

przypadkiem  nie  hrabia  wychodzi  z  nią  po  południu,  ale 
powstrzymała się. Zachęcała tylko księżnę do  mówienia -  co 
Paulina  często  robiła  podczas  ubierania  -  zadając  jej  pytania 
na temat ostatniego nocnego przyjęcia oraz tego, na które była 
dziś  zaproszona.  Księżnej  zawsze  pochlebiała  rozmowa  na 
własny temat, ale choć Vernita starała się ze wszystkich sił tak 
pokierować  rozmową,  żeby  wspomniała  coś  na  temat 
hrabiego, nie udało się jej tego osiągnąć. 

Odkąd  cesarz  zainteresował  się  Vernitą,  księżna 

spoglądała na nią z ciekawością a nawet zaczęła traktować ją 
jak istotę ludzką. 

Świadomość,  że  wieczór  zbliża  się  coraz  szybciej  i  że 

będzie  musiała  zrobić,  jak  jej  kazano,  albo  odmówić 
człowiekowi, który uważał się za niezwyciężonego, napełniała 
ją przerażeniem. 

Choć była niewinna, wiedziała jednak, że kobiety takie jak 

księżna  miały  kochanków,  i  choć  nie  była  pewna,  co  razem 
robili,  domyślała  się,  że  było  to  coś  bardzo  intymnego  i 
osobistego.  Na  samą  myśl  o  tym,  że  poza  hrabią  może  ją 
dotknąć  jakiś  inny  mężczyzna,  odczuwała  niesmak  i 
oburzenie;  a  wczoraj,  gdy  Napoleon  chciał  ją  pocałować, 
poczuła do niego gwałtowną odrazę. 

background image

Rozmyślała o tym całe popołudnie i doszła do wniosku, że 

tak czy inaczej  będzie musiała opuścić hotel de Charost albo 
na  własne  życzenie,  albo  wyrzucona  przez  księżnę.  Nie 
zdążyła  jeszcze  rozpakować  całej  zawartości  kufra,  wyjęła 
tylko parę rzeczy, które zamierzała włożyć. Teraz zapakowała 
je na powrót i była gotowa opuścić hotel w każdej chwili. Ale 
nie może przecież tego zrobić, dopóki nie omówi wszystkiego 
z hrabią. 

Miała  nadzieję,  że  będzie  mogła  wrócić  do  swojego 

starego pokoju na Rue des Arbres. Nie będzie jednak w stanie 
zapłacić za jego wynajmowanie, dopóki nie zacznie zarabiać, 
a  myśl  o  chodzeniu  po  ulicach,  szukaniu  pracy  zbytnio  ją 
przerażała,  aby  mogła  brać  to  pod  uwagę.  Próbowała  się 
modlić,  ale  nie  potrafiła.  Mogła  tylko  prosić  o  pomoc  matkę, 
tak jak to robiła będąc jeszcze dzieckiem. 

 - Pomóż mi, mamo, pomóż  mi - błagała. - Poradź mi, co 

robić? A jeśli Axel wyjechał z Paryża... i nie jestem mu już... 
potrzebna? 

Nie  mogła  uwierzyć,  że  miłość  do  hrabiego  miałaby 

pozostać  tylko  chwilą  uniesienia,  a  on  mógłby  o  niej 
zapomnieć.  Słyszała  przecież  szczerość  w  jego  głosie,  gdy 
mówił, że ją  kocha. Widziała Wyraz jego oczu i  trudno było 
jej  uwierzyć,  by  jakiś  mężczyzna,  nawet  gdyby  był 
najlepszym aktorem, potrafił udawać z takim przekonaniem. 

 - Kocham go! - szepnęła do siebie. 
Jej  ciało wyrywało się ku niemu, a ona wołała, że jest  w 

niebezpieczeństwie,  błagała,  by  przyszedł  i  jej  pomógł.  Była 
już tak zdesperowana, że gdy o czwartej po południu księżna 
położyła  się  w  swojej  sypialni,  zeszła  do  holu  i  zapytała 
lokaja, czy nie widział hrabiego. Udała, że ma  mu przekazać 
wiadomość od księżnej. Lokaj jednak tylko pokręcił głową. 

background image

 -  Monsieur  nie  pojawił  się  dzisiaj  -  odparł.  -  Może 

zainteresował  go ktoś ładniejszy, chociaż trzeba przyznać, że 
trudno byłoby znaleźć kogoś piękniejszego od księżnej. 

Powiedział  to  z  poufałością,  tak  jak  służący  mówi  do 

służącego,  a  gdy  Vernita  odwróciła  się  zrozpaczona,  dodał 
jeszcze: 

 - Może wyjdziesz ze mną dziś wieczorem. Zabawimy się. 
 -  Dziękuję,  ale  mam  zbyt  dużo  pracy  -  wykręciła  się  i 

wbiegła  po  schodach,  myśląc,  że  lokaj  z  pewnością  by  się 
zdziwił,  gdyby  wiedział,  kto  oprócz  niego  zaprosił  ją  na 
dzisiejszy wieczór. 

Weszła do swojego pokoju i usiadła, zastanawiając się, co 

ma dalej robić. Czas płynął. Jeżeli hrabia nie przyjedzie, sama 
będzie  musiała  podjąć  decyzję  przed  dziewiątą  wieczorem. 
Drzwi  otworzyły  się,  weszła  jedna  z  pokojówek.  Niosła 
przerzucony  przez  rękę  ciemnoniebieski  aksamitny  płaszcz. 
Podała go Vernicie. 

 - Bądź tak dobra i napraw go - poprosiła. - Odwiesiłam go 

na  zimę,  myśląc  że  nie  będzie  już  potrzebny,  ale  księżna 
kazała mi go przynieść. 

 -  Czy  Jej  Książęca  Wysokość  zamierza  włożyć  go  dziś 

wieczorem? - zapytała Vernita. 

Pokojówka kiwnęła głową. 
 -  Zrobiło  się  zimno,  a  ponieważ  ona  zawsze  chodzi 

prawie naga, ciągle jej się zdaje, że za chwilę się przeziębi. 

W  głosie  pokojówki  nie  było  ani  źdźbła  szacunku,  a 

wychodząc z pokoju dodała jeszcze: 

 -  Pospiesz  się!  Ona  myśli,  że  poszłam  po  niego  do 

garderoby,  a  gdy  się  zorientuje,  że  odwiesiłam  go  nie 
naprawiwszy pierwej, dopiero pokaże mi gdzie raki zimują. 

To prawda, pomyślała Vernita. Księżna przy całej swojej 

próżności była niezwykle wymagająca, jeśli chodziło o stroje i 
wygląd domu. Choć była bardzo leniwa, w każdy poniedziałek 

background image

dokonywała  inspekcji  domu  sprawdzając  porządek  we 
wszystkich 

miejscach. 

Wszelkie 

oznaki 

niechlujstwa 

doprowadzały  ją  do  wściekłości,  którą  wyładowywała  na 
odpowiedzialnych za to służących, oni zaś drżeli przed nią ze 
strachu. 

Vernita  położyła  na  kolanach  płaszcz  podszyty  atłasem  i 

wykończony  śnieżnobiałym  gronostajem,  szybko  przyszyła 
rozluźnioną  sprzączkę,  a  po  chwili  wybiegła  na  schody 
kierując się w stronę sypialni księżnej. Zbliżając się do drzwi 
dostrzegła  ku  swemu  zdziwieniu  sylwetkę  wchodzącego  tam 
mężczyzny.  Rzuciła  na  niego  tylko  przelotne  spojrzenie,  ale 
serce jej zabiło mocniej w nadziei, że to może być hrabia.  

Jest  tutaj  -  nareszcie  przyszedł!  Teraz  musi  tylko  znaleźć 

stosowną  chwilę,  aby  powiedzieć  mu,  co  się  wydarzyło,  i 
zapytać; co powinna w takiej sytuacji uczynić. Podeszła bliżej 
i już uniosła dłoń, by zapukać, gdy usłyszała okrzyk księżnej: 

 - Napoleon! Nie spodziewałam się ciebie o tej porze! 
 -  Muszę  z  tobą  porozmawiać.  Nastała  chwila  ciszy. 

Pewnie w tym czasie, pomyślała Vernita, pokojówki opuściły 
sypialnię i wyszły do sąsiedniego pokoju. 

 - Co się stało? Czy coś złego? - zapytała Paulina. 
 -  Otrzymałem  właśnie  raport  od  Fouchego  na  temat 

twojego  szwedzkiego  hrabiego  i  przyszedłem  natychmiast, 
aby z tobą porozmawiać. 

 -  Raport  od  Fouchego?!  -  krzyknęła  księżna  gniewnie.  - 

Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że  kazałeś  temu  wstrętnemu 
kąśliwemu  szczurowi  śledzić  mnie?  Nienawidzę  go! 
Gdziekolwiek się pojawi, sieje zamęt. 

 -  Wiem  o  tym  doskonale  -  odparł  Napoleon  -  ale  potrafi 

też dotrzeć do najbardziej nieprawdopodobnych miejsc. 

Dziwny  ton  głosu  Napoleona  sprawił,  że  siostra 

zastanowiła się. 

 - Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała, 

background image

 -  Fouche  sądzi  -  mówił  powoli  cesarz  -  chociaż  nie  jest 

jeszcze  całkowicie  pewien,  że  ten  człowiek,  który  podaje  się 
za  hrabiego  Axela  de  Storvik,  jest  szpiegiem  na  usługach 
Anglii. 

 - To niemożliwe! - krzyknęła Paulina. - Skąd on może to 

wiedzieć? Dlaczego wymyśla takie rzeczy? 

 -  Szwedzki  ambasador  ręczy  za  jego  bona  fides  (Bona 

fides  (łac.)  -  uczciwe  zamiary  (przyp.  tłum.).),  ale  w 
ambasadzie Szwecji jest pewien urzędnik, który, ma zupełnie 
inne zdanie na jego temat. 

 - Urzędnik? - rzekła z pogardą Paulina - co urzędnik może 

o nim wiedzieć? 

Cesarz przemierzał pokój tam i z powrotem. 
 -  Fouche  zajął  się  nim.  W  każdym  razie  podczas 

przesłuchania na policji powiedział, że dwa - czasem trzy razy 
na tydzień hrabia wysyła z Paryża kurierów. 

 - Dokąd? 
 - Do Szwecji - odparł cesarz - ale informator podejrzewa, 

że  to  tylko  dla  zmylenia  śladów,  a  informacje  są  przesyłane 
dalej do naszych wrogów. 

 - Jeśli chcesz wiedzieć, co o tym myślę, to powiem ci, że 

to  jakieś  fantazje!  -  stwierdziła  niegrzecznie  Paulina.  -  Nie 
mogę sobie wyobrazić Axela w roli szpiega. Poza tym on jest 
Szwedem,  a  wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że  Szwecja  jest 
krajem neutralnym. 

 -  Nie  mam  co  do  tego  całkowitej  pewności  -  odparł 

cesarz.  -  Dotarły  do  mnie  informacje,  choć  jeszcze  nie 
potwierdzone, że Szwedzi podpisali jakiś układ z Anglią. 

 - To absurdalne! - znowu krzyknęła Paulina. - Jeżeli Axel 

jest  wrogiem,  dlaczego  miałby  sprzedawać  ci  broń,  którą 
przecież na pewno byś użył przeciwko Anglii? A może nawet 
i przeciwko Szwecji. 

background image

 -  To  oczywiście  przemawia  na  jego  korzyść  -  przyznał 

cesarz - ale mówiąc szczerze, Paulino, nie podoba mi się to, co 
usłyszałem! 

 - Mnie się nigdy nie podoba to, co słyszę od Fouchego! - 

stwierdziła księżna rozdrażniona. 

 - To, co tamten człowiek powiedział mu! o kurierach, jest 

absolutną  prawdą,  poza  tym  Fouche  jest  przekonany,  że 
powiedziałby więcej, gdyby mu więcej zapłacić albo bardziej 
zagrozić. 

 -  Nie  uwierzę  w  ani  jedno  twoje  słowo,  dopóki  nie 

zdobędziesz dowodów - oświadczyła Paulina. 

 - Wieczorem otrzymamy potwierdzenie tych informacji - 

odparł  cesarz.  -  Urzędnik  szwedzki  jest  w  tej  chwili 
przesłuchiwany  przez  tajną  policję,  a  Fouche  poszedł  do 
ministerstwa,  aby  dowiedzieć  się,  czy  są  jakieś  nowe 
informacje. 

 - Więc poczekajmy, dopóki się wszystko nie wyjaśni. 
 -  Nie  poczynię,  oczywiście,  żadnych  kroków,  dopóki 

ponownie nie skontaktuję się Fouchem - zdecydował cesarz. - 
Ale ty, moja droga, na razie nie możesz się z nim widywać. 

 - Ale dlaczego? - zapytała księżna niepocieszona. 
 -  To  chyba  oczywiste  -  wyjaśnił  Napoleon.  -  Wiesz 

równie  dobrze  jak  ja,  że  jeżeli  okaże  się  on  szpiegiem,  to 
niezależnie  od  tego  jak  byśmy  się  starali  zatuszować  tę 
sprawę,  dowie  się  o  tym  cały  Paryż,  a  jeżeli  jego  nazwisko 
skojarzą z twoim, będzie prawdziwy skandal. 

Westchnął, po czym dodał: 
 - To niesłychane, Paulino, jak to się dzieje, że cokolwiek 

byś zrobiła, zawsze doprowadzasz do sytuacji, których ja tak 
staram się unikać - spekulacji i plotek na temat rodziny. 

 -  Jeżeli  wysyłasz  Fouchego,  by  myszkował  w  ściekach, 

nie możesz chyba oczekiwać, że przyniesie ci coś innego niż 
brudy! 

background image

 -  Najwyraźniej  nie  doceniasz  powagi  sytuacji  -  rzekł 

Napoleon  ostro.  -  Ten  człowiek,  de  Storvik,  prowadził 
rozmowy o strategii wojskowej z wieloma moimi generałami. 
A dzisiaj nawet ja sam go wysłałem na spotkanie z generałem 
Berthierem. 

Mówił dalej poirytowanym głosem: 
 - Berthier podobnie jak Ney jest dyskretny, ale Bóg raczy 

wiedzieć, co mu powiedział Junot przed swoim wyjazdem do 
Portugalii. 

 -  Więc  sadzisz,  że  wszelkie  informacje,  które  od  nich 

uzyskał, wysyłał do Szwecji? 

 -  Mogę  mieć  tylko  nadzieję,  że  to  jedyne  miejsce,  do 

którego je przekazywał. 

 -  Jeżeli  chodzi  o  mnie,  to  ta  cała  intryga  istnieje  tylko  w 

wyobraźni  Fouchego  -  oświadczyła  Paulina.  -  Chciałeś,  by 
znalazł  coś  niemiłego,  no  to  znalazł.  Straciłby  reputację, 
gdyby zrobił inaczej. 

 -  Pozostaje  nam  tylko  czekać,  co  z  tego  wyniknie  - 

podsumował  Napoleon.  -  Dla  ciebie  Paulino,  oznacza  to,  że 
nie możesz się z nim ani spotkać, ani komunikować, a przede 
wszystkim - on nie może wejść do tego domu! To rozkaz!  

Paulina krzyknęła z nie ukrywaną wściekłością! 
 -  Zdaje  mi  się,  że  sam  to  wszystko  wymyśliłeś,  aby 

pozbawić  mnie  obecności  jedynego  człowieka,  którego  teraz 
pragnę - jedynego człowieka, który potrafi mnie zabawić. 

 - W Paryżu jest mnóstwo innych mężczyzn. 
 - Ale nie ma mężczyzn tak atrakcyjnych jak, Axel! 
 - Jeżeli rzeczywiście jest szpiegiem - rzekł Napoleon - to 

musisz  zrozumieć,  naiwne  dziecko,  że  służysz  mu  tylko  do 
tego,  aby  za  twoim  pośrednictwem  docierał  do  ludzi,  od 
których chce wyciągać potrzebne mu informacje. 

Paulina nie odpowiadała, więc po chwili zapytał: 

background image

 -  Kto  przedstawił  go  Junotowi?  Nastąpiła  chwila 

milczenia, wreszcie Paulina przyznała z niechęcią: 

 - Chyba ja. Nie pamiętam. 
 - Można się tylko domyślać, że Junot wysłał go z kolei do 

Neya - zirytował się cesarz. - Łańcuch zdarzeń jest oczywisty, 
a  jeżeli  mam  być  szczery,  to  muszę  ci  powiedzieć,  że  ten 
człowiek, 

którego 

uważasz 

za 

tak 

atrakcyjnego, 

najprawdopodobniej  skończy  przed  plutonem  egzekucyjnym! 
Paulina krzyknęła. 

 - Nie, nie! Nie pozwolę na to! 
 - Nie jesteś w stanie niczemu zapobiec - odparł Napoleon. 

- A tymczasem, jeżeli nie chcesz, bym cię odesłał do męża do 
Rzymu,  nie  wolno  ci  się  komunikować  z  tym  szwedzkim 
filistrem ani nawet wymawiać publicznie jego nazwiska. 

 - Nienawidzę cię! - wrzasnęła Paulina. - Nigdy nie dajesz 

mi się dobrze bawić, zawsze mnie tylko unieszczęśliwiasz! 

Przez  chwilę  trwała  cisza,  potem  cesarz  powiedział  z 

goryczą: 

 - Przepraszam, Paulino. 
Nie odpowiadała, więc po chwili dodał: 
 -  Muszę  już  iść.  Mam  jeszcze  audiencję  przed  obiadem. 

Przyjdę wieczorem, ale już nie po to, by widzieć się z tobą. 

 - Dlaczego ty możesz mieć przyjemności, a ja nie? - żaliła 

się księżna. 

 - Może wszystko okaże się tylko burzą w szklance wody - 

odparł  cesarz  -  ale  szczerze  mówiąc,  nie  mam  na  to  wielkiej 
nadziei. 

Vernita  stojąc  za  drzwiami  słuchała  wszystkiego  z 

zapartym tchem. Teraz, wiedząc, że cesarz za chwilę wyjdzie, 
odwróciła  się  i  pobiegła  szybko  schować  się  za  schodami. 
Usłyszała,  jak  drzwi  najpierw  się  otworzyły,  a  potem 
zamknęły. 

background image

Cesarz przeszedł obok miejsca, gdzie się ukryła, a potem 

jeszcze  przez  parę  salonów  i  dotarł  w  końcu  do  głównych 
schodów prowadzących do holu. Tam czekał na niego adiutant 
i  rząd zgiętych  w ukłonie  lokajów;  przeszedł  wzdłuż szeregu 
służby  i  skierował  się  w  stronę  stojącego  na  dziedzińcu 
powozu. 

Poczekała  jeszcze  parę  minut,  aby  mieć  pewność,  że  nie 

wróci,  potem  podeszła  do  drzwi  księżnej  i  zapukała. 
Otworzyła jedna z jej pokojówek. 

 - Przyniosłam płaszcz dla Jej Książęcej Wysokości. 
 -  Możesz  zabrać  z  powrotem  -  odpowiedziała  służąca.  - 

Dziś wieczorem nie będzie potrzebny. Jej Książęca Wysokość 
postanowiła włożyć inny strój.  

Zatrzasnęła  drzwi,  nie  zapraszając  jej  do  środka.  Vernita 

pojęła,  że  jest  wolna  -  będzie  mogła  ostrzec  Axela  i 
powiedzieć,  że  musi  natychmiast  opuścić  Paryż.  Nie  wątpiła 
ani przez chwilę, że to, co powiedział Napoleon, było prawdą. 
Teraz  rozumiała,  dlaczego  hrabia  mówił  o  konieczności 
wyjechania  w  każdej  chwili  i  że  muszą  o  sobie  zapomnieć. 
Ale  najważniejsze,  że  nie  był  jej  wrogiem!  Nie  był 
sprzymierzony  z  Francuzami  -  jak  początkowo  myślała  - 
przeciwko  Anglii. To były  wspaniałe wieści, czuła, że kocha 
go  jeszcze  mocniej!

 

Ale rozumiała też, że był w śmiertelnym 

niebezpieczeństwie i miał mało czasu na ucieczkę; podejrzenia 
Fouchego mogą zostać w każdej chwili potwierdzone. 

Pobiegła schodami na parter, a potem przez kilka salonów 

na tył domu. 

Weszła  do  sypialni  paradnej,  otworzyła  jedno  z  dużych 

francuskich  okien  i  wyszła  do  ogrodu.  Dalej  biegła  klucząc 
między  krzewami  i  zaroślami,  aby  nikt  jej  nie  zobaczył  z 
okien  domu,  i  dotarła  do  muru,  w  którym  znajdowały  się 
drzwi  wychodzące  na  Pola  Elizejskie.  To  przez  te  drzwi, 
przypomniała  sobie,  cesarz  miał  przyjść  dziś  wieczorem  na 

background image

spotkanie z nią. Na ulicy ostrożnie rozejrzała się w obie strony 
obawiając  się,  że  ktoś  z  hotelu  de  Charost  mógłby  ją 
obserwować. 

Tymczasem zaczęło padać i zrobiło się zimno. Dopiero w 

tym  momencie  uświadomiła  sobie,  że  niesie  przewieszony 
przez  rękę  należący  do  księżnej  płaszcz  z  niebieskiego 
aksamitu. 

Pomyślała,  że  jeżeli  go  włoży,  mniej  będzie  zwracała  na 

siebie uwagę niż ubrana tylko w cienką suknię, którą nosiła w 
domu.  Narzuciła  płaszcz  na  ramiona,  na  głowę  nasunęła 
kaptur obszyty białymi gronostajami i pobiegła co sił w stronę 
hotelu de Cleremont. 

Co za szczęście, pomyślała, że wcześniej widziała już ten 

hotel  i  wiedziała,  jak  do  niego  dotrzeć.  Odsunięty  nieco  od 
ulicy,  z  dużym  dziedzińcem  otoczonym  metalowym 
ogrodzeniem  ze  złotymi  okuciami,  miał  bardzo  okazałe 
wejście. Ale teraz Vernita nie myślała o tym, starała się tylko 
jak  najmocniej  stukać  do  drzwi  błyszczącą  srebrną  kołatką. 
Drzwi  otworzyły  się  prawie  natychmiast,  stanął  w  nich  lokaj 
ubrany  w  bordowo  -  złotą  liberię  Cleremontów  i  czekał,  co 
powie Vernita. 

 - Chcę się widzieć z hrabią Axelem de Storvik. 
 -  Czy  pan  hrabia  oczekuje  pani,  madame?  -  zapytał 

głosem pełnym szacunku. 

Na  lokaju  najwyraźniej  zrobił  wrażenie  wytworny, 

elegancki płaszcz obszyty gronostajami. 

 -  Proszę  powiedzieć  panu  hrabiemu,  że  mademoiselle 

Bernier chce się z nim widzieć niezwłocznie. 

Vernita  biegła  bardzo  szybko,  więc  teraz  mówiła 

przerywanym  głosem,  ledwo  łapiąc  oddech.  Lokaj  domyślił 
się,  że  miała  pilną  sprawę,  zaprosił  ją  do  środka  i  wskazał 
drzwi  do małego salonu. Był  to elegancki  pokój  urządzony z 
gustem jakże odmiennym od kwiecistego stylu salonów hotelu 

background image

de  Charost.  Klasyczne  siedemnasto-  i  osiemnastowieczne 
meble  pokrywały  haftowane  obicia,  których  barwy 
wypłowiały  z  upływem  czasu,  a  obrazy  w  złotych  ramach 
przedstawiały antenatów rodu Cleremontów, z których każdy 
miał swój własny wkład w historię Francji. 

Vernita  nie  miała  czasu  na  oglądanie  salonu.  Myślała 

jedynie  o  Axelu  i  jego  bezpieczeństwie.  Serce  biło  jej 
gwałtownie  w  piersi,  zaciskała  drżące  dłonie.  Czas  uciekał  - 
Fouche  i  tajna  policja  mogą  przybyć  tu  w  każdej  chwili. 
Wkrótce drzwi  otworzyły się i  stanął  w nich hrabia. Na jego 
twarzy widniało zdziwienie. 

 - Vernita! - krzyknął. - Co cię tu sprowadza? Co się stało? 
Podbiegła  do  niego,  rzuciła  mu  się  w  ramiona,  a  gdy  ją 

objął, zaczęła mówić szybko: 

 - Dowiedzieli się, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz. 

W  każdej  chwili...  może  tu  przybyć  policja...  aby  cię 
aresztować.  Musisz  opuścić...  Paryż.  Musisz  uciekać 
natychmiast! 

 - Co to wszystko ma znaczyć? O czym ty mówisz? 
 -  Podsłuchałam  rozmowę  cesarza  z  księżną.  Cesarz 

rozkazał, by szef policji Fouche zrobił dochodzenie w twojej 
sprawie. Urzędnik ze szwedzkiej ambasady powiedział im, że 
wysyłasz  do  Szwecji  kurierów  i  ma  ujawnić  jeszcze  więcej 
informacji na twój temat. 

Podczas gdy Vernita mówiła, hrabia cały czas  wpatrywał 

się w nią uważnie. Potem pochylił się i pocałował ją w czoło. 

 - Dziękuję ci, moja najdroższa! 
Uwolnił  ją  z  objęć,  otworzył  drzwi  pokoju,  z  którego 

przed chwilą wyszedł, i zwrócił się do lokaja: 

 - Wezwij natychmiast Henriego! 
 - Tak jest, panie hrabio. Hrabia zamknął drzwi. 
 -  A  więc  muszę  opuścić  Paryż  -  rzekł.  -  Dziękuję,  że 

ocaliłaś mi życie. 

background image

Vernita spojrzała na niego, potem powiedziała cicho: 
 - Zabierz mnie... proszę, ze sobą. 
 -  To  niemożliwe  -  odparł  hrabia.  -  Być  może  uda  mi  się 

uciec, lecz gdyby stało się inaczej  - aresztowaliby nas oboje. 
Nie mogę narażać cię na takie niebezpieczeństwo. 

 - Ty... nie wiesz wszystkiego. Ja... ja jestem... Angielką! 
 - Angielką?! - wykrzyknął hrabia.  
 - Gdy rozejm się skończył, byłam z rodzicami w Paryżu. 

Musieliśmy się ukrywać. 

 - Żeby was nie aresztowali! - krzyknął hrabia. - Dlaczego 

nie  pomyślałem  o  tym  wcześniej?  Oczywiście,  to  wszystko 
wyjaśnia!  

 - Więc.. mogę jechać... z tobą? 
Wyglądało na to, że się jeszcze wahał, więc dodała: 
 -  Musisz  mnie  zabrać!  Cesarz  kazał  mi...  spotkać  się  z 

nim...  dziś  wieczorem  w  tej  sypialni...  w  której  nas  wczoraj 
zastałeś. 

 -  Niech  go  diabli!  -  powiedział  hrabia.  -  Tak,  to 

oczywiste, że musisz jechać ze mną! 

Drzwi otworzyły się i wszedł do pokoju niski mężczyzna. 
 - Wzywał mnie pan, monsieur? 
 - Tak, Henri, musimy natychmiast wyjeżdżać! Psy gończe 

depczą mi po piętach! 

Vernita  zauważyła,  że  wyraz  twarzy  mężczyzny  nie 

zmienił się, powiedział tylko: 

 - Wszystko gotowe, monsieur. Zniosę na dół bagaże. 
 - Dziękuję ci, Henri. 
Służący  wyszedł,  a  Vernita  spojrzała  na  hrabiego 

pytającym wzrokiem. 

 -  Henri  i  ja  spodziewaliśmy  się  tego  w  każdej  chwili  - 

wyjaśnił.  -  Ale,  moja  droga,  czy  jesteś  pewna,  że  z  pełnym 
zaufaniem możesz powierzyć mi siebie? 

background image

 -  Wiem  tylko,  że  wolałabym...  umrzeć  z  tobą  niż...  żyć 

bez ciebie. 

Wyciągnął ramiona i Vernita jeszcze raz rzuciła mu się w 

objęcia.  Jego  usta  odnalazły  jej  wargi;  całował  powoli, 
namiętnie i  władczo. Po chwili wziął ją pod rękę i  wyszli do 
holu.  Lokaj  przyniósł  mu  pelerynę,  kapelusz  i  rękawice  do 
powożenia.  Hrabia  ujął  Vernitę  za  rękę  jak  dziecko  i 
poprowadził długim pasażem, na tyły domu, gdzie znajdowały 
się stajnie. 

Dwaj  stajenni  zaprzęgali już do powozu parę koni, trzeci 

podnosił  dach.  Z  tyłu  lokaj  pomagał  Henriemu  mocować 
bagaże. 

Hrabia pomógł Vernicie wsiąść do powozu i okrył kolana 

pledem.  Potem  ujął  wodze.  Henri  usadowił  się  na  tylnym 
siedzeniu  i  parę  sekund  później  wyjeżdżali  z  dziedzińca  w 
wąską  uliczkę  prowadzącą  na  Pola  Elizejskie.  Wszystko 
odbyło  się  tak  szybko,  że  ledwo  Vernita  zdążyła  odzyskać 
oddech, a już jechali szeroką aleją w stronę Bois. 

 - Uda nam się uciec? - zapytała trochę zdenerwowana. 
To  były  pierwsze  słowa,  jakie  powiedziała  od  chwili 

opuszczenia hotelu de Cleremont. 

 - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy! - obiecał hrabia. 
Vernita aż krzyknęła ze zdziwienia. 
 - Mówisz po angielsku! 
 - Cóż w tym dziwnego - odparł - tak się składa, że to mój 

ojczysty język. 

Odwróciła się i wpatrywała w niego zdumiona. 
 - Jesteś Anglikiem? 
 -  Naprawdę  nazywam  się  Tregarron  -  wyjaśnił  -  lord 

Tregarron.  Ale  nietrudno było  mi  udawać  Szweda,  ponieważ 
moja  babka  pochodziła  ze  Szwecji,  a  rodzina  Storvik  to 
naprawdę moi krewni, 

background image

 -  Ale  cesarz  mówił,  że  ambasador  szwedzki  ręczył  za 

ciebie. 

 - Widocznie wziął mnie za mojego kuzyna, który również 

ma  na  imię  Axel,  i  jest  tym  prawdziwym  hrabią  Axelem  de 
Storvik. Jest tylko sześć lat starszy ode mnie. 

 -  Jesteś  naprawdę  bardzo  odważny!  -  wyznała  Vernita  z 

błyszczącymi  z  zachwytu  oczami.  -  Ani  przez  chwilę  nie 
pomyślałam,  że  jesteś  Anglikiem,  w  przeciwnym  razie 
powiedziałabym ci, kim jestem. 

 -  A  ja,  nie  domyślając  się,  kim  jesteś,  okazałem 

wyjątkowy brak sprytu - odparł  Axel -  mimo  że praca, którą 
wykonuję,  nauczyła  mnie  być  bardzo  podejrzliwym  w 
stosunku  do  tych,  którzy  nie  grają  dobrze  swoich  ról.  Ale 
pewnie  dlatego  nie  odgadłem  prawdy,  że  tak  doskonale 
mówisz po francusku. 

 - Cieszę się, że doceniasz moją znajomość francuskiego - 

odparła.  -  Nauczyłam  się  biegle  posługiwać  tym  językiem 
wtedy, gdy dużo czasu przebywałam w otoczeniu francuskiej 
rodziny emigrantów, którym mama i papa ofiarowali gościnę 
na  czas  rewolucji.  W  rodzinie  tej  było  dwoje  dzieci  mniej 
więcej  w  moim  wieku,  więc  francuski  stał  się  dla  mnie  tak 
samo bliski jak język ojczysty. 

 -  To  wszystko  wyjaśnia  -  odparł  Axel  -  ale  powinienem 

był  się  domyślić,  na  przykład  wtedy,  gdy  powiedziałaś,  że 
twój koń nazywał się Dragonfly. 

Vernita roześmiała się. 
 -  Powiedziałam  to  bez  zastanowienia  i  natychmiast 

zdałam  sobie  sprawę,  że  popełniłam  gafę.  Och,  Axel,  czy  to 
prawda,  czy  może  tylko  śnię,  że  jesteśmy  razem  i  między 
nami nie ma już żadnych tajemnic? 

 - To prawda - powiedział powoli Axel. - Ale, moja droga, 

czy  zdajesz  sobie  sprawę,  co  cię  czeka,  jeżeli  nas  złapią? 

background image

Wprawdzie nie twierdzę, że cię zabiją, ale z pewnością wtrącą 
do więzienia aż do samego końca wojny. 

 -  Dopóki  jestem  z  tobą,  nie  boję  się.  Odwrócił  się  i 

uśmiechnął do niej. Po chwili zapytała: 

 -  Może  powinnam  była  wcześniej  o  to  zapytać,  ale 

powiedz mi, dokąd jedziemy? 

 -  Na  południe  -  poinformował  Axel.  -  Henri  i  ja  dawno 

już  postanowiliśmy,  że  jeżeli  będziemy  musieli  uciekać,  nie 
skierujemy  się  na  północ,  dokąd  na  pewno  uda  się  policja  i 
wojsko  oraz  wszyscy,  którzy  będą  chcieli  nas  złapać,  lecz  w 
stronę Marsylii. 

 -  Czy  Henriemu  możesz  ufać?  Czy  możesz  za  niego 

ręczyć? - zapytała Vernita. 

 - Ręczę za niego życiem, tak jak on ręczy swoim za mnie! 
Przez chwilę przyglądał się przejeżdżającym powozom, a 

po chwili wyjaśnił: 

 -  Henri  był  stajennym  u  diuka  de  Trevise,  spadkobiercy 

jednego z najstarszych rodów Francji. Kiedyś zabił żołnierza, 
który  napastował  jego  siostrę.  Uciekł  z  aresztu  i  w  łodzi 
przemytniczej przedostał się do Anglii. 

 -  To  bardzo  odważnie  z  jego  strony  -  oceniła  Vernita 

zafascynowana opowiadaniem. 

 -  Niestety,  przemytnicy  okradli  go  ze  wszystkiego,  co 

miał przy sobie. A potem złapano go, gdy kradł rzepę z pola w 
moim majątku, bo od kilku dni nie miał nic w ustach. 

 - I ty udzieliłeś mu schronienia. 
 -  Wziąłem  go  do  siebie  na  służbę  -  ciągnął  dalej  Axel.  - 

Było to jeszcze w czasie rozejmu. 

Wtedy  właśnie  odszedłem  z  armii,  w  której  walczyłem 

przez  pięć  lat.  Ale  podobnie  jak  inni  Anglicy  czułem,  że  to, 
cośmy  wtedy  doświadczyli,  było  jedynie  ciszą  przed  kolejną 
burzą. 

background image

 -  Papa  wierzył,  że  wkrótce  nastanie  pokój  -  powiedziała 

Vernita pełna zadumy. 

 -  Wszyscy  mieli  taką  nadzieję  -  odparł  Axel  -  ale  ja 

wiedziałem, jak nienasycony jest Napoleon i że nie spocznie, 
dopóki nie zawojuje całego świata. 

 -  Czy  sądzisz...  że  zdoła  osiągnąć  swój  cel?  -  zapytała 

bardzo cicho. 

 -  Dopóki  Anglia  żyje,  nigdy!  Tego  jestem  absolutnie 

pewien! 

 - Więc gdy wojna znów się zaczęła, zostałeś szpiegiem? 
 - Nie jest to dobre słowo - skrzywił się Axel - ale istotnie 

tak się stało. 

 -  Pomyślałeś  pewnie,  że  łatwiej  ci  będzie  zdobyć 

niezbędne  informacje,  jeżeli  pojedziesz  do  Francji  pod 
nazwiskiem swojego kuzyna. 

 -  To  był  starannie  obmyślony  plan  -  wyjaśnił  Axel.  - 

Omówiłem  go  z  premierem  i  oczywiście  z  ministrem  spraw 
zagranicznych  oraz  wieloma  dowódcami  armii  angielskiej, 
którzy  bardzo  chcieli  wiedzieć,  jaką  bronią  dysponują 
Francuzi. 

 -  Więc  cesarz  miał  rację!  -  krzyknęła  cicho  Vernita.  - 

Mówił  księżnej,  że  marszałek  Ney  i  generał  Junot  mogli  ci 
przekazać  informacje  o  strategicznym  znaczeniu,  niezwykle 
cenne dla wrogów Francji. 

 - Napoleon jest wyjątkowo przebiegły - stwierdził Axel. - 

Było dokładnie tak, jak powiedział. Właśnie dlatego upierałem 
się,  abym  mógł  zabrać  z  Anglii  projekty  o  wiele  bardziej 
nowoczesnych  i  bardziej  mobilnych  armat  niż  te,  którymi 
dysponuje w tej chwili Francja, 

 - Ale przecież mogą je sami zrobić. 
 -  Mogą  zrobić,  ale  to  wymaga  czasu.  Tymczasem  nasza 

armia  ma już sporo takich armat, a  wkrótce będzie ich miała 
znacznie więcej. 

background image

Vernita klasnęła w dłonie. 
 -  Wspaniale!  Jakże  wspaniale  to  obmyśliłeś!  I  chociaż 

teraz  musisz  uciekać,  to  czego  się  dowiedziałeś  dotychczas 
może pomóc naszemu krajowi. 

 -  Informacje,  które  przesłałem,  mogą  okazać  się  bardzo 

cenne, jeżeli oczywiście tam dotrą. 

 - Sądzisz, że dotrą? 
 -  Jestem  ó  tym  przekonany.  Moje  raporty  przewożą 

kurierzy  dyplomatyczni,  a  Szwecja  oficjalnie  jest  krajem 
neutralnym. 

 - Cesarz, zdaje się, wątpi w to. 
 -  I  ma  rację.  Powiem  ci  coś,  co  i  tak  wkrótce  przestanie 

być tajemnicą. 

 - Cóż to takiego? 
 -  Trzeciego  grudnia,  następnego  dnia  po  koronacji 

Napoleona  na  cesarza,  Anglia  podpisała  tajny  układ  ze 
Szwecją  zapewniając  sobie  za  kwotę  osiemdziesięciu  tysięcy 
funtów  korzystanie  z  bałtyckiej  wyspy  Rugii  i  twierdzy  w 
Stralsund. 

 - Ale po co? 
 - Do stacjonowania angielskich i rosyjskich wojsk. 
 -  Sądzisz  więc,  że  może  się  to  przyczynić  do  klęski 

Napoleona? 

 -  Sądzę,  że  może  to  być  kolejnym  gwoździem  do  jego 

trumny. 

Gdy skończył mówić, westchnął. 
 - Mamy jeszcze długą drogę przed sobą. Teraz Napoleon 

panuje nad całym kontynentem i większość państw boi się mu 
przeciwstawić w jakikolwiek sposób. 

Vernita  milczała  myśląc  o  tym,  jak  bardzo  pewny  siebie 

był cesarz i jak ubóstwiali go jego rodacy, którym podarował 
olśniewające  zwycięstwa  i  poczucie  mocy,  jakiego  nie 
doświadczyli od wielu pokoleń. Axel spojrzał na nią i rzekł: 

background image

 - Wyglądasz tak zamożnie i elegancko! 
 - Ten płaszcz, zdaje się... ukradłam. 
 -  Niemniej,  bardzo  ci  w  nim  do  twarzy.  Zarumieniła  się, 

widząc  wyraz  jego  oczu.  Potem,  gdy  popędził  konie,  znowu 
się odezwała: 

 -  Muszę  ci  powiedzieć,  że  nic  nie  zdążyłam  zabrać,  z 

wyjątkiem tego, co mam na sobie. 

 - Kupimy wszystko, co ci będzie potrzebne. 
 -  Musisz  być  oszczędny  i  nie  wydawać  za  szybko 

pieniędzy  -  ostrzegła  Vernita,  pamiętając,  jak  pieniądze  jej 
ojca topniały z dnia na dzień, a ona z matką stawały się coraz 
biedniejsze. 

Axel, jakby czytając w jej myślach, zaraz ją pocieszył: 
 -  Nie  martw  się.  Dzisiaj  zatrzymamy  się  u  mojego 

przyjaciela,  który  pożyczy  mi  tyle  pieniędzy,  ile  będzie  nam 
potrzeba  do  czasu  dotarcia  na  statek,  którym  popłyniemy  do 
domu. 

 - Przyjaciela? 
 - Wicehrabia de Cleremont, u którego zatrzymałem się w 

Paryżu, jest moim przyjacielem. Obecnie przebywa w jednym 
ze swoich majątków pod Merlun, dokąd właśnie jedziemy. 

 -  Czy  wiedząc  o  tym,  że  ściga  cię  policja,  starczy  mu 

odwagi, by nas ukrywać? 

 - Mój przyjaciel jest wyjątkowy. Na pewno ci się spodoba 

-  rzekł  Axel.  -  Należy  do  jednego  z  tych  starych  francuskich 
rodów,  które  nienawidzą  Napoleona  i  pogardzają  nim, 
uważając go za parweniusza i Korsykanina, a nie Francuza! 

Vernita roześmiała się. 
 -  Dokładnie  tak  samo  wyrażała  się  służba,  mówiąc  o 

swojej pani. 

 -  Arystokracja  ancien  regime'u  ma  w  sobie  wiele  dumy. 

Wicehrabia  de  Cleremont  jest  jednym  z  moich  najbliższych 

background image

przyjaciół - razem studiowaliśmy na uniwersytecie, często też 
zatrzymywał się u mnie w Anglii. 

 - Więc po przyjeździe do Francji mogłeś mu zaufać. 
 - Podobnie jak kiedyś Henri w moje ręce, teraz ja z pełną 

ufnością powierzyłem swój los w ręce przyjaciela. 

 - Boję się o ciebie. 
 -  Jestem  prawdziwym  szczęściarzem,  mając  przy  sobie 

tyle  osób,  którym  nie  jest  obojętny  mój  los  -  uśmiechnął  się 
Axel - a przede wszystkim, że mam ciebie, mój skarbie. 

 -  Cały  dzień  się  martwiłam  i  byłam  taka  nieszczęśliwa  - 

westchnęła  Vernita.  -  Gdy  wczoraj  księżna  powiedziała,  że 
cesarz  wyznaczył  mi]  schadzkę  o  dziewiątej,  byłam  tak 
przerażona... Myślałam tylko o tym, że koniecznie muszę ci to 
powiedzieć i zapytać, jak mam postąpić. 

 - Dziś nie mogłem przyjść do hotelu. 
 -  Teraz  już  wiem.  Słyszałam,  jak  cesarz  mówił  do 

księżnej,  że  wysłał  cię  do  St.  Cloud,  abyś  spotkał  się  z 
generałem Berthier. 

 - Otrzymałem wiadomość w ostatniej chwili i nie miałem 

możliwości zawiadomić cię, że o świcie wyjeżdżam - wyjaśnił 
Axel  -  ale  wie  -  działem,  że  księżna  po  południu  jest 
zaproszona na obiad, zamierzałem więc poczekać, aż wyjdzie 
z domu, a potem przyjść zobaczyć się z tobą. 

 - Służba bardzo by się zdziwiła! 
 - Znalazłbym jakaś wymówkę - powiedział lekko Axel. - 

Najważniejsze było to, żebyś się nie martwiła. 

Przerwał na chwilę, po czym dodał: 
 -  Zdawałem  sobie  sprawę  z  tego,  jak  musiałaś  czuć  się 

wczoraj,  gdy  wszedłem  do  sypialni  i  zobaczyłem  cię  w 
objęciach cesarza. 

 - Czy byłeś... zły? - zapytała Vernita cicho. 

background image

 -  Byłem  pewien,  że  to  nie  twoja  wina  -  odparł  Axel  -  a 

Napoleon  o  mały  włos  uniknął  pobicia  przeze  mnie;  byłby 
prawdopodobnie jedynym tak poniżonym cesarzem. 

 -  Nie  mógłbyś  tego  uczynić!  -  krzyknęła  Vernita.  -  Bóg 

jeden wie, co by się z tobą stało!  

 -  Przemknęła  mi  taka  myśl  -  odparł  Axel  -  więc 

pomyślałem  sobie,  moja  najdroższa,  że  dla  ciebie  lepiej 
będzie,  jeżeli  będę  żywy  a  nie  martwy  lub  wtrącony  do 
Bastylii. 

 - Byłam tak zaskoczona... Posłano mnie, abym przyniosła 

kolczyk, który księżna zostawiła na stoliku... przy łóżku... 

Mówiąc to przypomniała sobie, o czym wtedy myślała; o 

swoich  przypuszczeniach  co  do  przyczyny  pozostawienia 
kolczyka  w  sypialni.  Rumieniec  oblał  jej  policzki,  patrzyła 
przed  siebie  nie  widzącym  wzrokiem,  czując  jak  w  jej  piersi 
wzbiera  zazdrość.  Axel  przełożył  lejce  do  prawej  ręki,  lewą 
ujął dłoń Vernity i podniósł do ust. Była bez rękawiczek, jego 
wargi mocno i namiętnie przywarły do jej delikatnej dłoni. 

 -  Kocham  cię!  -  powiedział  z  żarem.  -  Zapomnijmy  o 

przeszłości,  zapomnijmy  o  wszystkim...  los  zrządził,  że 
jesteśmy razem właśnie tak jak pragnęliśmy. 

Namiętność,  z  jaką  wypowiedział  te  słowa,  i  dotyk  jego 

warg  sprawiły,  że  jej  ciało  przeszył  dreszcz.  Przysunęła  się 
bliżej, spojrzała na Axela błyszczącymi oczami i szepnęła: 

 - Kocham cię... kocham cię tak bardzo... że nic na świecie 

się nie liczy... tylko ty. 

 - Właśnie to pragnąłem usłyszeć. Uwolnił jej rękę, potem 

dodał już innym tonem: 

 -  Oboje  musimy  dobrze  się  zastanowić  i  starannie 

zaplanować  naszą  przyszłość.  Nie  możemy  też  popełnić 
najmniejszego  błędu.  Najdrobniejsze  przejęzyczenie  lub 
nieostrożne  postępowanie  może  spowodować,  że  stracimy 
nasze szczęście i siebie nawzajem. 

background image

 - Tak, wiem - zgodziła się. - Och, Axel, pomóż mi być tak 

mądrą jak ty, naucz mnie grać... swoją rolę tak dobrze, by nikt 
się... nie domyślił. 

Axel uśmiechnął się. 
 -  Jestem  przekonany,  Vernito,  że  osiągniemy  to  co 

zamierzamy,  ponieważ  jesteśmy  tak  sobie  bliscy.  Poza  tym 
mamy wszystko do zyskania - i równie wiele do stracenia. 

Vernita położyła dłoń na jego ramieniu. 
 -  Masz  rację  -  powiedziała  cicho.  -  Zwyciężymy  - 

ponieważ  -  wiem  to  na  pewno  -  mama  i  papa  pomogą  nam. 
Będę  się  modlić  bezustannie  dzień  i  noc,  żebyśmy  dojechali 
bezpiecznie do Anglii. 

 - Do Anglii i do domu - dodał łagodnie Axel. 
Spojrzeli  na  siebie.  Pragnęli  tego  samego  -  być  w  domu 

razem do końca życia. 

background image

Rozdział 6 
Powóz  toczył  się  szybko.  Jechali  już  przez  jakiś  czas  i 

teraz  znajdowali  się  w  lesistej  okolicy  daleko  za  rogatkami 
Paryża.  Vernita  ciągle  spoglądała  do  tyłu,  aby  zobaczyć,  czy 
nie  jadą  za  nimi  żołnierze  albo  konna  policja.  Chociaż  Axel 
zapewniał  ją,  że  zarówno  minister  Fouche,  jak  i  sam  cesarz 
będą myśleli, że pojechali na północ, nie mogła powstrzymać 
lęku.  Cały  czas  starała  się  przekonać  samą  siebie,  że  nie  ma 
powodu do obaw, chyba że Fouche był bardziej przebiegły niż 
im  się  zdawało.  Milczała  przez  pewien  czas,  po  czym 
zapytała: 

 -  Czy,  twój  przyjaciel  nie  będzie  bał  się  przyjąć  nas  w 

swoim domu, jeżeli dowie się, o co podejrzewa cię cesarz? 

Axel uśmiechnął się. 
 -  Powiem  ci  w  tajemnicy,  że  Etienne  de  Cleremont  w 

ciągu  ostatnich  dwóch  lat  udzielił  schronienia  wielu 
uciekinierom, bo jest zaciekłym wrogiem obecnej władzy. 

 -  Naraża  się  na  ogromne  niebezpieczeństwo  -  oceniła 

Vernita. 

Axel wzruszył ramionami. 
 -  Napoleon  zabiega  obecnie  o  względy  prawdziwej 

francuskiej arystokracji i bardzo liczy na jej poparcie. Wie, że 
dwory  europejskie  uważają  go  za  parweniusza,  a  cesarz 
Austrii,  który  jest  głowa  najstarszego  europejskiego  rodu 
królewskiego, odrzucił jego ofertę przyjaźni. 

 -  Twój  przyjaciel  zachowuje  się  bardzo  odważnie 

pomagając  tym  wszystkim,  którzy  próbują  uciec  z  Francji  - 
stwierdziła Vernita. - Szkoda, że nie znałam go wtedy, gdy... 
żyła mama.  

 -  Również  tego  żałuję  -  odparł  Axel  -  ale  najważniejsze, 

kochana, że ty jesteś bezpieczna. 

 -  I  ty  -  dodała  Vernita  łagodnie.  Przyglądał  się  jej  przez 

chwilę z uśmiechem, a potem popędził konie, jakby uznał, że 

background image

najważniejszą  teraz  sprawą  jest  szybkie  dotarcie  do  domu 
przyjaciela, gdzie będą już bezpieczni. 

Gdy dojechali do rogatek Fontainbleu i zatrzymali się, by 

zjeść  skromny  posiłek  w  mało  uczęszczanej  gospodzie, 
Vernita zaniepokoiła się. Co innego, pomyślała, zaopiekować 
się przyjacielem i  zapewnić  mu  bezpieczeństwo, a  co innego 
przyjąć  go  z  kobietą,  która  w  takiej  sytuacji  może  być  tylko 
ciężarem. Gdy w końcu skręcili w drogę wytyczoną szpalerem 
lip,  prowadzącą  do  szarego  pałacyku  z  drewnianymi 
okiennicami, było już późne popołudnie. 

 -  To  jeden  z  wiejskich  majątków  mojego  przyjaciela  - 

powiedział  Axel,  gdy  powóz  podjechał  półkolistą,  wysypaną 
żwirem  drogą  do  drzwi  wejściowych  -  na  szczęście  jeden  z 
mniej  znanych.  Jeżeli  Fouche  mnie  szuka,  prawdopodobnie 
uda się do zamku w dolinie Loary, rodowej rezydencji rodziny 
Cleremontów. 

Zatrzymali  się  przed  wejściem.  Ze  stajni  natychmiast 

wybiegli  stajenni  chwytając  konie  za  uzdy,  a  nim  zdążyli 
wysiąść  z  powozu,  drzwi  wejściowe  otworzyły  się  i  na  ich 
powitanie wyszła służba. 

 -  Bonjour,  Jacques!  -  zwrócił  się  Axel  do  starszego 

służącego. - Czy pan wicehrabia jest w domu? 

 - Oui, panie hrabio - potwierdził służący - proszę państwa 

za mną, 

Poprowadził  ich  przez  hol  i  otworzył  drzwi  do  salonu,  z 

oknami  wychodzącymi  na  ogród.  Gdy  służący  zaanonsował: 
„Pan  hrabia  Axel  de  Storvik",  z  kanapy  podnieśli  się 
gwałtownie wicehrabia Cleremont z żoną. 

 - Axel! - krzyknął wicehrabia. - Co cię tu sprowadza? Co 

się stało? 

 - Sądzę, że znasz odpowiedź na to pytanie. Axel przeszedł 

przez pokój, ujął wyciągniętą dłoń wicehrabiny i podniósł do 
ust. 

background image

 - Miło mi cię widzieć, Marie - Claire - rzekł - mimo że nie 

są to najbardziej sprzyjające okoliczności. 

Para ciemnych oczu spojrzała na niego z lękiem. 
 - Odkryli, kim jesteś? - zapytała. 
 -  Na  razie  nie  jest  jeszcze  tak  źle  -  odparł  Axel.  -  Ale 

zaczynają mieć wątpliwości co do mojej wiarygodności. 

Mówiąc to, odwrócił się do Vernity stojącej nieco z tyłu. 
 -  Chciałbym  przedstawić  pannę  Vernitę  Waltham  - 

powiedział.  -  Przez  dwa  lata  ukrywała  się  wraz  z  rodziną  na 
paryskim poddaszu w obawie przed internowaniem. 

Wicehrabina  krzyknęła  cicho  i  wyciągnęła  ręce  do 

Vernity. 

 -  Biedne  dziecko!  -  powiedziała.  -  To  musiało  być 

okropne! Jak to dobrze, że Axel cię znalazł. 

 -  Odnaleźliśmy  się  -  sprostował  i  ciągnął  dalej.  -  Teraz 

więc, jak widzisz,  mam  aż dwa po - wody, by uciekać przed 
psami gończymi naczelnika Fouche. 

 -  Czy  sądzisz,  że  mogą  cię  tu  szukać?  -  do  -  pytywał 

wicehrabia. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  -  odparł  Axel.  -  Wyjeżdżając 

zostawiłem  list,  w  którym  informuję,  że  musiałem  wyjechać 
do  Szwecji  w  pilnych  sprawach.  I  choć  nie  kierowałem  go 
wprost do nich, zadbałem o to, by go znaleźli. 

 - Nie wiem tylko, czy to wystarczy - wtrącił wicehrabia. 
 -  Poza  tym  Henri  powiedział  stajennym,  że  udajemy  się 

na północ. 

 -  Cóż,  to  powinno  zmylić  Fouchego,  w  każdym  razie  na 

jakiś  czas  -  zauważył  wicehrabia  -  ale  czy  można  być  tego 
pewnym? 

 -  Domyślam  się,  że  panna  Waltham  chętnie  poszłaby  na 

górę  umyć  się  po  podróży  -  wtrąciła  jego  żona.  -  Kiedy 
ostatnio jedliście? 

background image

 - Zdaje się, że dość dawno - przyznał Axel. - A ponieważ 

bardzo się spieszyliśmy, nie był to zbyt treściwy posiłek. 

 - Więc musicie teraz zjeść porządny obiad - zdecydowała 

z uśmiechem wicehrabina. 

 -  Jest  jeszcze  jedna  rzecz,  o  którą  chciałbym  cię  prosić  - 

zwrócił się Axel do swojego przyjaciela. 

 - Cóż to takiego? 
 - Czy mógłbyś nam zorganizować ślub - mnie i Vernicie? 
Prośbą  tą  Axel  zaskoczył  nie  tylko  swojego  przyjaciela, 

ale  również  Vernitę.  Gdy  jednak  spojrzenia  ich  się  spotkały, 
widać było, że pragnęli tego oboje. Kochali się, więc ślub był 
czymś nieuniknionym. 

 -  Ślub?!  -  krzyknął  wicehrabia.  -  Ależ  oczywiście,  że 

mógłbym!  Stary  poczciwy  ojciec  Gerard  nadal  mieszka  na 
wsi,  mimo  że  nie  wykonuje  już  obowiązków  duchownego. 
Możemy powierzyć mu nasze najtajniejsze sekrety i nigdy nas 
nie zdradzi. Poślę po niego niezwłocznie. 

W  Charakterystyczny  dla  siebie  sposób,  domyśliła  się 

Vernita,  wicehrabia  nie  skomentował  decyzji  przyjaciela,  od 
razu ją zaakceptował i natychmiast poczynił kroki, by spełnić 
jego życzenie. 

 -  Nie  chcielibyśmy...  abyście  ryzykowali...  z  naszego 

powodu... - powiedziała Vernita z wahaniem i wsunęła rękę w 
dłoń Axela. 

Zacisnął palce na jej dłoni. Była pewna, że zawsze stanie 

w jej obronie. Wkrótce będzie należała do niego i tylko to się 
liczy. Jeżeli nawet wtrącą ich do więzienia, będą tam razem. 

 -  Wszystko  zorganizuję  tak,  jak  sobie  życzysz,  drogi 

Axelu  -  obiecał  przyjaciel  -  ale  ceremonia  musi  odbyć  się 
późnym  wieczorem,  gdy  służba  uda  się  już  na  spoczynek. 
Wprawdzie  mamy  do  nich  zaufanie,  ale  jak  wiesz,  im  mniej 
osób się o tym dowie, tym lepiej. 

 - Oczywiście, masz słuszność - zgodził się Axel. 

background image

Wicehrabina  ujęła  Vernitę  pod  rękę  i  pociągnęła  ją  w 

stronę drzwi. 

 -  To  takie  fascynujące!  -  mówiła  podniecona.  -  Musimy 

zrobić wszystko, żebyś  wyglądała pięknie. Axel  zasługuje na 
to - jest naszym najlepszym i najdroższym przyjacielem. 

 - Ale... ja nie mam nic... z wyjątkiem tego co... na sobie - 

odparła Vernita. - Wtedy, gdy podsłuchałam rozmowę cesarza 
z księżną Pauliną, pobiegłam prosto do domu Axela na Polach 
Elizejskich, tam gdzie się zatrzymał. 

 -  Podsłuchałaś,  co  mówił  cesarz?!  -  krzyknęła 

wicehrabina.  -  Byłaś  w  hotelu  de  Charost?  Opowiedz  mi 
wszystko! Od samego początku. 

Gdy wchodziły po schodach, Vernita zaczęła opowiadać o 

swoim  pobycie  w  hotelu  de  Charost.  Wkrótce  dotarły  do 
pięknie  urządzonej  sypialni  na  piętrze,  w  której  stało  łoże 
udrapowane  białym  muślinem.  Pokój  wyglądał  tak  świeżo  i 
wdzięcznie,  jak  kwiaty  wiosenne  w  ogrodzie  na  zewnątrz. 
Krzyknęła z zachwytu: 

 - Co za piękny pokój! Jakiż to piękny dom! 
 - Po latach spędzonych na poddaszu, chyba każde miejsce 

wyda  ci  się ładne  - stwierdziła z życzliwością  wicehrabina. - 
Teraz musimy pomyśleć o jakimś ładnym stroju na ślub. Masz 
przepiękny płaszcz. 

 -  Nie  jest  mój!  Należy  do  księżnej  Pauliny  -  wyjaśniła 

Vernita. - Biegnąc na Pola Elizejskie miałam go przy sobie, o 
czym  zupełnie  zapomniałam,  a  potem  zaczęło  padać  i 
włożyłam go. 

 -  Bardzo  ci  w  nim  do  twarzy  -  pochwaliła  wicehrabina  - 

ale  do  ślubu  musisz  pójść  w  czymś  białym.  Na  szczęście 
właśnie sobie przypomniałam, że mamy tu welon należący do 
rodu  Cleremontów.  W  zeszłym  miesiącu  pożyczyła  go  moja 
siostra i jeszcze nie zwróciła do zamku. 

background image

 -  Welon!  -  krzyknęła  Vernita  z  błyszczącymi  radością 

oczami. 

Chciała wyglądać pięknie i podobać się Axelowi. Widział 

ją tylko w prostej czarnej sukience, którą pożyczyła od Louise, 
i  później  podczas  obiadu  w  tej  fioletowej,  która  należała 
właściwie do matki. 

Na całym świecie nie ma chyba kobiety, pomyślała, która 

nie  pragnęłaby  włożyć  białej  sukni  na  swój  ślub.  Chociaż 
próbowała  protestować  i  prosić  wicehrabinę,  by  nie  robiła 
sobie  żadnych  kłopotów,  mówiła  to  bez  przekonania, 
ponieważ  tak  naprawdę  interesowało  ją  jedynie  to,  aby  być 
taką narzeczoną, jakiej pragnął Axel. 

Wicehrabina  zarządziła  kąpiel.  W  czasie  kąpieli  Vernita 

czuła, jak  ciepła  woda zmywa z niej nie tylko  kurz podróży, 
ale również nie opuszczające jej od chwili  wyjazdu z Paryża 
napięcie.  Gdy  wytarła  się  i  włożyła  bieliznę,  do  sypialni 
weszła  wicehrabina  niosąc  białą  suknię  wieczorową.  Była 
bardzo  delikatna,  ozdobiona  na  dole  i  przy  dekolcie 
koronkową falbanką. 

 - Jest wprawdzie bardzo prosta - rzekła wicehrabina - ale 

chyba ci się spodoba. 

 - Jest przepiękna! - krzyknęła z zachwytem Vernita. 
Suknie,  które  nosiła  przez  ostatnie  dwa  lata,  były 

przeważnie  stare  i  chociaż  tylko  kobieta  mogła  to  dostrzec, 
różniły  się  wyglądem  od  obecnie  noszonych,  gdyż  moda  i 
wykończenie sukien bardzo zmieniły się od 1803 roku. 

Gdy  Vernita  włożyła  suknię,  wicehrabina  aż  krzyknęła  z 

zachwytu. 

 - Jest tylko trochę za luźna  w talii - oceniła - dlatego, że 

jesteś taka szczupła. 

Mówiąc to, spojrzała na Vernitę i dodała łagodnie: 
 -  Domyślam  się  dlaczego  i  przykro  mi  z  tego  powodu. 

Świadomość,  że  nie  możesz  kupić  matce  wszystkiego,  czego 

background image

jej  było  potrzeba,  musiała  być  naprawdę  okropnym 
przeżyciem. 

 -  Tak  bym  chciała,  żeby  mama  była  tu  dzisiaj  - 

westchnęła Vernita. - Byłaby szczęśliwa, że spotkałam kogoś 
tak niezwykłego jak Axel. 

 - Sądzę, że każda matka byłaby szczęśliwa wiedząc, iż jej 

córka  wychodzi  za  mąż  za  tak  wspaniałego  człowieka  - 
zgodziła się wicehrabina. - Mój mąż zna Axela dłużej niż ja, 
ale  oboje  uważamy,  że  jest  człowiekiem  wyjątkowym,  o 
szlachetnym charakterze. 

 - I bardzo odważnym - dodała Vernita. 
 - To rozumie się samo przez się - przyznała hrabina - ale 

wiedz, że chociaż odwaga mężczyzn jest powodem do dumy, 
rani też serca. 

Powiedziała to z lekkim drżeniem w głosie. 
Vernita  pomyślała,  że  pewnie  często  niepokoiła  się  o 

swego męża. 

 - Czy nie jesteśmy zbyt samolubni narzucając wam swoje 

towarzystwo, które na dodatek może przysporzyć  wam  wiele 
kłopotów? - zapytała Vernita. 

Hrabina uśmiechnęła się. 
 - Czy sądzisz, że dla Etienne'a jest to kłopot? Pomógł już 

tak  wielu  uciekinierom.  Mimo  że  nie  chciałabym,  aby  się 
zmienił,  boję  się  jednak,  że  któregoś  dnia  posunie  się  za 
daleko i  w końcu albo wtrącą go do więzienia, albo skończy 
na gilotynie! 

 - Wstyd mi, że prosimy o tak wiele - wyznała Vernita ze 

skruchą w głosie. 

Hrabina wykonała lekki ruch ręką. 
 -  To  po  co  są  w  takim  razie  przyjaciele?  -  zapytała.  - 

Bardzo  pragniemy  wam  pomóc.  Wstyd  nam,  że  Francja 
dostarcza  tylu  cierpień  i  tylu  niepotrzebnych  śmierci,  jak 
Europa długa i szeroka. 

background image

Westchnęła głęboko. 
 -  Może  któregoś  dnia  nastanie  wreszcie  pokój  -  jestem 

jednak przekonana, że nie nastąpi on za życia Napoleona. 

Potem szybko zmieniając nastrój rzekła: 
 -  Ale  lepiej  nie  mówmy  o  niczym,  co  mogłoby  zmącić 

radość w dniu twojego ślubu. 

 - To bardzo dziwny ślub - uśmiechnęła się Vernita. - Do 

tej pory nawet o nim nie rozmawialiśmy z Axelem. 

 -  Ale  wiecie,  że  jesteście  sobie  przeznaczeni  - 

powiedziała łagodnie wicehrabina. 

 -  Chyba  wiedzieliśmy  o  tym  od  pierwszej  chwili 

spotkania. 

Wicehrabim  wezwała  pokojówkę  i  kazała  jej  zebrać 

suknię w talii tak, aby była dobrze dopasowana i podkreślała 
smukłą  sylwetkę  Vernity.  W  obecności  służącej  nie 
rozmawiały o mającym się odbyć ślubie. Dopiero gdy Vernita 
była już gotowa i schodziły na dół, hrabina powiedziała: 

 -  Po  obiedzie  wrócimy  na  górę  włożyć  welon  i 

brylantowy diadem, który będzie przytrzymywał go na głowie. 

 -  Doprawdy  jest  pani  taka  wspaniałomyślna.  Pokojówka 

ułożyła  jej  włosy  w  modną  fryzurę  i  Vernita  była  pewna,  że 
Axel nie powstydzi się jej przed przyjaciółmi. 

Wicehrabina  nie  była  piękna,  lecz  miała  miłą  twarz  i 

ciemne wyraziste oczy, a jej kruczoczarne włosy połyskiwały 
granatowymi refleksami. Ubierała się elegancko i poruszała z 
wdziękiem,  który  podkreślał  dumną  sylwetkę  i  wytworne 
maniery. 

W  salonie  czekali  na  nie  dwaj  dżentelmeni.  Gdy  Vernita 

weszła  do  pokoju,  pomyślała,  że  trudno  byłoby  znaleźć 
gdziekolwiek na świecie dwóch mężczyzn wyglądających tak 
dystyngowanie i godnie. Podchodząc do Axela wpatrywała się 
uważnie w jego twarz, aby dostrzec, czy jest zadowolony z jej 
wyglądu. Żadna kobieta nie pomyliłaby się uznając, że błysk 

background image

w oczach i uśmiech na ustach hrabiego są oznakami zachwytu. 
Podeszła bliżej, a on wziął ją za rękę. 

 -  Mam  nadzieję,  że  pochwalasz  wygląd  swojej  przyszłej 

żony  -  rzekła  wicehrabina.  -  Później  będzie  jeszcze  bardziej 
przypominała  narzeczoną,  to  znaczy  jeżeli  Etienne  wszystko 
zorganizował. 

 - Ojciec Gerard przyjedzie o dziewiątej trzydzieści - rzeki 

wicehrabia. - Posłałem po niego powóz. 

Vernita  czułą,  jak  palce  Axela  zaciskają  się  na  jej  dłoni. 

Dawał  w  ten  sposób  do  zrozumienia,  że  nie  może  się 
doczekać, kiedy zostanie jego żoną. Czuła, jak sama drży na tę 
myśl.  Potem  wicehrabia  nalał  szampana,  a  jego  żona 
podniosła kieliszek w górę. 

 - Za pannę młodą i pana młodego! 
Axel uśmiechnął się, Vernita oblała się rumieńcem. 
Wicehrabia zwrócił się do Axela: 
 - Zawsze ostrzegałem cię, że któregoś dnia zakochasz się, 

a ty utrzymywałeś wciąż, że zostaniesz kawalerem. 

 -  Tryb  życia,  jaki  wiodłem,  nie  dopuszczał  innej 

możliwości  -  odparł  Axel  -  ale  gdy  spotkałem  Vernitę, 
wiedziałem, że moje tułacze dni dobiegły końca. 

Przyjaciel spojrzał na niego zaskoczony. 
 - Co chcesz przez to powiedzieć? 
 -  Jeżeli  Bóg  pozwoli  wrócić  nam  bezpiecznie  do domu  - 

odparł  Axel  -  zamierzam  osiąść  w  swoim  majątku,  zająć  się 
polityką i uczestniczyć w posiedzeniach Izby Lordów. 

Vernita zacisnęła palce na jego dłoni. 
 -  Tak  się  cieszę,  tak  się  cieszę  -  powiedziała.  -  Gdybyś 

wyjeżdżał... chyba bym tego nie zniosła. .. ciągle bym się bała 
o twoje bezpieczeństwo... i zastanawiała, czy wrócisz do mnie. 

 - Wiem, że  właśnie tak by było - powiedział Axel cicho. 

Potem  dodał,  puszczając  oko:  -  Żeniąc  się,  każdy  musi  się 

background image

czegoś  wyrzec.  Ja  wyrzeknę  się  podkładania  głowy  pod 
stryczek, czy też mówiąc inaczej pod gilotynę. 

Wicehrabina  wydała  lekki  okrzyk  przerażenia:  -  Nie 

wolno ci mówić takich rzeczy! 

 -  Wybacz  mi,  Marie  -  Claire  -  przeprosił  Axel.  -  Nie 

powinienem  był  przyprawiać  cię  o  „gęsią  skórkę",  jak 
mawiała moja niania. 

Wicehrabia roześmiał się. 
 -  Mnie  mówiła  dokładnie  to  samo,  ale  nie  bez  powodu: 

wtedy wszyscy byliśmy wciągnięci w wydarzenia rewolucji. 

 -  To  mi  przypomniało  -  wtrąciła  jego  żona  -  że  nasza 

kaplica  jest  jeszcze  w  nie  najlepszym  stanie.  Była  bardzo 
zniszczona w czasie rewolucji. Dom już naprawiliśmy, ale nie 
mieliśmy  dość  czasu,  by  wyremontować  kaplicę.  Od  1802 
roku,  kiedy  to  Napoleon  zezwolił  na  ponowne  otwarcie 
kościołów, minęły zaledwie trzy lata. 

 -  Gdy  pomyślę  o  zamkniętych  kościołach  i  tak  niewielu 

księżach,  zdumiewa  mnie,  że  jesteś  w  stanie  zorganizować 
nasz ślub - dziwił się Axel. 

 -  Miałeś  rację,  myśląc,  że  może  to  stanowić  problem  - 

zgodził  się  wicehrabia,  -  Wyobraź  sobie,  że  gdy  Napoleon 
zgodził  się  na  otwarcie  kościołów,  trzeba  było  znaleźć  aż 
sześćdziesięciu biskupów! 

 - A niektórzy z nich, należy to jasno powiedzieć, zupełnie 

nie nadają się do tej roli! - dodała jego żona. 

 -  Cóż,  przynajmniej  ludzie  mogą  chodzić  do  kościoła, 

jeżeli mają takie życzenie - stwierdził Axel. 

 -  To  prawda  -  przyznała  wicehrabina.  -  Czy  wiesz,  że 

jedna  staruszka  ze  wsi  wyrażając  wdzięczność  powiedziała: 
„Cesarz  musi  być  dobrym  człowiekiem,  bo  zwrócił  nam 
święta". 

Podano  do  stołu.  W  obecności  służby  nie  rozmawiali  o 

bieżących  sprawach.  Panowie  cały  czas  żartowali 

background image

przypominając  sobie  młodzieńcze  czasy,  a  Vernita  z 
wicehrabiną zaśmiewały się do łez. Dopiero po obiedzie, gdy 
mężczyźni  skierowali  się  do  salonu,  hrabina  pociągnęła 
Vernitę do sypialni. 

 -  Teraz  będzie  jadła  służba  -  poinformowała  -  więc  nikt 

nie  zobaczy,  jak  wkładasz  welon. Potem  wszyscy  udadzą  się 
na  spoczynek  i  pozostanie  tylko  stary  Jacques,  który 
opiekował się moim mężem, kiedy jeszcze Etienne był małym 
chłopcem. Zna wszystkie nasze tajemnice. 

Posadziła  Vernitę  na  taborecie  przed  toaletką  i  wyjęła  z 

pudła  welon  z  koronki  brukselskiej  tak  piękny,  że  wykonały 
go  chyba  czarodziejskie  palce.  Potem  przykryła  nim  głowę  i 
twarz  Vernity  wkładając  na  wierzch  brylantowy  diadem.  Był 
przepiękny, w kształcie wieńca kwiatów, których giętkie listki 
połyskiwały  przy  najmniejszym  ruchu,  sprawiając  wrażenie, 
jakby był zrobiony z żywych kwiatów. 

 -  Wyglądasz  przepięknie!  -  oceniła  wicehrabina.  -  Teraz 

musimy zejść na dół - ojciec Gerard przyjechał już parę minut 
temu. 

Vernita  poczuła  się  zakłopotana.  Welon  przykrywał  jej 

twarz  i  wydawało  się,  że  oddziela  ją  od  reszty  świata. 
Zupełnie  nieoczekiwanie  pomyślała,  jakie  to  wszystko 
dziwne. Właśnie ma wyjść za człowieka, którego pierwszy raz 
zobaczyła  zaledwie  parę  dni  temu.  Prawie  go  nie  znała,  lecz 
jej  serce  mu  zaufało,  a  dusza  podpowiadała,  że  takie  jest  jej 
przeznaczenie. 

Wszystko  wydawało  się  tak  nierealne,  szczególnie  po 

ostatnich dwóch latach spędzonych na poddaszu, gdzie oprócz 
matki,  rodziny  Danjou  i  paru  sklepikarzy,  nie  miała  nawet  z 
kim  porozmawiać.  I  nagle  zupełnie  niespodziewanie,  jakby 
słońce  wyszło  zza  chmur,  odmieniło  się  jej  życie.  Nawet 
gdyby los zrządził, że krótko będzie żoną Axela, i tak będzie z 

background image

głęboką  pokorą  dziękować  za  to  Bogu,  który  okazał  się  dla 
niej bardzo łaskawy. 

Zeszła na dół. W holu czekał na nią wicehrabia. Trzymał 

w dłoni mały bukiet białych kwiatów, który wręczył Vernicie. 
Jego  żony  nie  było.  Vernita  pomyślała,  że  pewnie  poszła  do 
kaplicy.  Wicehrabia  podał  jej  ramię  i  poprowadził  długim 
korytarzem  do  starej  kaplicy,  która  rzeczywiście  była  bardzo 
zniszczona i pilnie wymagała remontu. Okna bez szyb zabito 
deskami,  a  dokoła  stały  posągi  świętych  z  utrąconymi 
głowami. Na przystrojonym kwiatami ołtarzu paliło się sześć 
świec. 

Kaplica  była  cicha  i  pusta.  Vernita,  trzymając  pod  ramię 

wicehrabiego,  przeszła  między  ławkami  do  miejsca,  gdzie 
czekał  Axel. Zbliżając się miała wrażenie, że szukali się całą 
wieczność, aby wreszcie się odnaleźć. Nic nie byłoby w stanie 
ich  powstrzymać  przed  tym,  by  należeli  do  siebie,  ponieważ 
tak  naprawdę  stanowili  jedną  istotę,  kiedyś  rozdzieloną,  a 
teraz dzięki łaskawości Bożej połączoną znów razem.  

Podeszła do Axela i spojrzała na niego; wyraz jego twarzy 

mówił  wszystko,  co  chciała  wiedzieć.  Cynizm  i  surowe 
spojrzenie  zniknęły;  teraz  był  tylko  zakochanym  mężczyzną 
który znalazł to, czego szukał i pragnął od dawna. 

Ksiądz był  bardzo stary.  Wygłosił  piękne kazanie, a jego 

słowa przepełnione były płynącą z serca serdecznością Vernita 
nie była katoliczką, choć w Paryżu każdej niedzieli chodziła z 
matką  do  kościoła  katolickiego,  aby  nie  wzbudzić  podejrzeń 
rodziny Danjou co do ich pochodzenia. Nauczyła się  mszy  w 
języku łacińskim i nawet bardzo je polubiła. 

 - Bóg usłyszy nasze modlitwy - - powiedziała do siebie - 

niezależnie  bowiem  od  obrządku,  do  jakiego  należy  kościół, 
jest to przecież dom Boży. 

Nie mogło być nic bardziej wzruszającego i świętego niż 

przysięga, którą teraz składali sobie z Axelem. Gdy w końcu 

background image

uklękli,  aby  otrzymać  błogosławieństwo,  miała  wrażenie, 
jakby  w  kościele  oprócz  nich  byli  jej  matka  i  ojciec  oraz  ci, 
którzy  kochali  Axela  w  dzieciństwie,  a  może  też  ich 
przodkowie  z  tamtego  świata,  którzy  przyszli  połączyć  swą 
miłość z miłością teraz przez nich odczuwaną. 

Gdy wstali z kolan, Axel odsunął welon z twarzy Vernity, 

pochylił  się  i  pocałował  ją.  Był  to  pocałunek,  w  którym  nie 
było pożądania, lecz ofiarowanie przypieczętowujące złożoną 
przysięgę i fakt, że zostali połączeni na zawsze i będą należeć 
tylko do siebie. 

Trzymając  Axela  pod  ramię  wyszła  z  kaplicy.  Po  chwili 

znaleźli się w holu. Myślała, że zaprowadzi ją do salonu, ale 
ku  jej  zdziwieniu  zaczął  wspinać  się  po  schodach.  Spojrzała 
na niego czekając na wyjaśnienia, a on rzekł cicho: 

 -  Nie  wydaje  mi  się,  by  któreś  z  nas  miało  teraz  ochotę 

rozmawiać, mam nadzieję, że chcesz być tylko ze mną, moja 
kochana, tak jak ja pragnę być z tobą. 

Głos  jego  brzmiał  niczym  muzyka.  Zaprowadził  ją  do 

pokoju położonego nieco dalej w głębi korytarza, większego i 
wytworniejszego  niż  ten,  w  którym  była  przed  obiadem. 
Stojące  w  nim  łoże  małżeńskie  ozdobiono  opadającymi  ze 
złotego gzymsu udrapowanymi niebieskimi zasłonami. Kiedy 
Axel  zamknął  drzwi,  nie  widziała  już  niczego  -  istniał  tylko 
on. Podszedł do niej i stał patrząc na nią przez chwilę. 

 -  Jesteś  uosobieniem  żony,  o  jakiej  marzyłem  -  wyznał  - 

nie mogę wprost wyrazić słowami, jak bardzo cię kocham. 

 -  Czy  to  rzeczywiście...  prawda,  że  jesteśmy  ... 

małżeństwem? 

 -  Tak,  jesteśmy  małżeństwem  -  potwierdził  -  ale  jeżeli 

będziesz chciała,  moja droga, po dotarciu do Anglii  możemy 
jeszcze raz wziąć ślub, bo wiem, że nie jesteś katoliczką. 

 -  Nie  mogłabym  nawet  marzyć  o  piękniejszym  ślubie  - 

odparła Vernita - tylko czy jest on ważny? 

background image

 -  Zgodnie  z  francuskim  prawem,  powinniśmy  udać  się 

jeszcze do burmistrza - wyjaśnił Axel - ale w każdym kraju na 
całym  świecie  ceremonia,  w  której  przed  chwilą 
uczestniczyliśmy, jest ważna, więc jesteś moją żoną. 

 - To wszystko... czego pragnęłam. 
 - Czy na pewno? 
 -  Ależ  tak...  z  pewnością  -  odparła  tuląc  twarz  do  jego 

twarzy. 

Nie  pocałował  jej,  tylko  zdjął  z  głowy  diadem,  a  potem 

welon.  Objął  ją  ramionami,  przygarnął  do  siebie,  jakby  nie 
mógł dłużej panować nad przepełniającą go namiętnością. 

 -  Kocham  cię,  Vernito!  -  szeptał.  -  Kocham  cię  tak 

bardzo,  że  trudno  opisać  słowami,  trudno  mi  nawet  o  tym 
myśleć.  Wiem,  że  należysz  do  mnie,  nie  może  być  inaczej, 
gdy widzę, jak patrzysz na mnie z taką bezradnością. 

Wargi  jego  spoczęły  na  jej  ustach.  Całował  ją  tak  jak 

wtedy  w  powozie.  Czuła  jak  podniosłość  i  cudowność 
doznawanego  uczucia  przenika  jej  ciało  niczym  promień 
słońca.  Uczucia,  jakie  teraz  w  niej  wzbudził,  były  jeszcze 
wspanialsze i bardziej zachwycające niż przedtem. Przywarła 
do niego mocniej, a on całował ją namiętnie, z pożądaniem - 
najpierw  wargi,  potem  oczy,  policzki  i  wreszcie  miękką  jak 
aksamit szyję. 

 -  Pragnę  cię,  Bóg  jeden  wie;  jak  bardzo  cię  pragnę!  - 

mówił  stłumionym  głosem  -  ale,  kochanie  moje,  będę 
obchodził się z tobą delikatnie, nie chciałbym cię przerazić. 

 -  Nie  boję  się...  -  szepnęła  Vernita  -  jest  tak  wspaniale... 

tak  cudownie...  właśnie  taka  powinna  być  miłość,  a  ty  jesteś 
takim... mężem, o jakim zawsze... marzyłam. 

 - Naprawdę? 
 -  Tak...  tylko,  że  ty  jesteś...  jeszcze  cudowniejszy... 

wspanialszy niż... mężczyzna, o jakim śniłam. 

background image

Roześmiał  się  przepełniony  szczęściem,  potem  znowu  ją 

pocałował,  tym  razem  gwałtownie  i  żarliwie.  Objęła  go  za 
szyję, pragnąc by był jeszcze bliżej. Po chwili uniósł głowę i 
spojrzał na nią - policzki miała zaróżowione, usta rozchylone, 
a oczy błyszczące - była przepełniona uczuciami, których nie 
rozumiała.  Wiedziała  tylko,  że  dreszcz  ogarniający  ciało 
sprawia, jakby żyła zupełnie innym życiem niż kiedykolwiek 
przedtem. 

 -  Jesteś  tak  piękna,  tak  rozkoszna,  jak  najpiękniejszy 

kwiat - szeptał namiętnie. 

Vernita zbliżyła usta do jego warg, pragnąc, by znowu ją 

pocałował. 

 - Moja żona - szepnął - moja własna, cudowna żona, moja 

miłość, moja jedyna miłość! 

Czuła,  jak  Axel  zdejmuje  z  niej  suknię.  Całował  ją  tak 

żarliwie, że nie była w stanie myśleć o czymkolwiek. 

Axel obudził Vernitę pocałunkiem. Było bardzo wcześnie, 

na  zewnątrz  panowała  jeszcze  ciemność.  Zamruczała  ze 
szczęścia i przytuliła się do niego. 

 - Musimy wstawać, kochanie. 
 - Kocham... cię! - szepnęła. 
 -  Ja  również  cię  kocham  -  odpowiedział  -  bardziej  niż 

jestem w stanie wyrazić! 

Objęła go ramionami i przyciągnęła do siebie jego głowę, 

lecz on powiedział: 

 - Wstajemy, kochanie. 
 - Chcę, żebyś mnie pocałował - szepnęła. 
 - Ja pragnę nie tylko cię całować, ale spędzić z tobą cały 

dzień nie wypuszczając cię z objęć - odparł. - Musimy jednak, 
mój  skarbie,  jak  najszybciej  dotrzeć  do  Marsylii,  w 
przeciwnym razie mogą nas dogonić. 

Słowa  te  podziałały  na  nią  jak  zimny  prysznic. 

Błyskawicznie usiadła na łóżku, ale uświadomiwszy sobie, że 

background image

jest  naga,  naciągnęła  szybko  kołdrę  na  obnażone  piersi.  Axel 
roześmiał  się  cicho  i  pocałował  ją  w  ramię.  Potem  wstał  i 
wyszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie czekał na niego Henri. 
Wstała  szybko  i  zaczęła  się  myć.  Właśnie  wkładała  suknię, 
gdy drzwi się otworzyły i weszła wicehrabina. 

 -  Przyniosłam  ci  trochę  ubrań  -  poinformowała  - 

zapakowałam  też  dwie  walizki;  włożyłam  tam  wszystko,  co 
może ci się przydać w podróży do Anglii. Mam nadzieję, że o 
niczym nie zapomniałam. 

 - Ależ nie mogę tego przyjąć! - krzyknęła Vernita. 
 - Muszę przyznać, że ofiarowanie ci czegokolwiek to dla 

mnie  prawdziwa  przyjemność  -  odparła  hrabina.  -  Axel 
powiedział, że nie możesz zabrać swojego płaszcza, ponieważ 
mogłoby  to  wzbudzić  podejrzenia,  więc  czuję  się 
usatysfakcjonowana  wiedząc,  że  będę  miała  piękną  nową 
pelerynę z gronostajami. 

Vernita uśmiechnęła się. 
 - Chyba jeszcze długo nie będę miała równie wspaniałego 

stroju! 

 -  Mam  nadzieję,  że  pozostałe  rzeczy,  które  ci 

zapakowałam, również ci się spodobają - rzekła wicehrabina - 
mam  tu  jeszcze  dla  ciebie  czarny  aksamitny  płaszcz  obszyty 
sobolami. 

 -  Ależ  ja  nie  mogę  przyjąć  tak  wspaniałej  rzeczy!  - 

krzyknęła Vernita. 

 -  Chcę,  abyś  wyglądała  jak  najlepiej  -  wyznała  hrabina  - 

ponieważ będziesz mnie uosabiać! 

 - Uosabiać panią? - powtórzyła zdumiona Vernita. 
Hrabina uśmiechnęła się. 
 - Axel miał cię wtajemniczyć w nasze plany, ale zdaje się 

ostatniej nocy mieliście ważniejsze sprawy do omówienia! 

Vernita oblała się rumieńcem, a hrabina ciągnęła dalej: 

background image

 -  Policja  będzie  szukała  powozu,  którym  będzie  jechał 

Axel  i  śliczna  dziewczyna  ubrana  w  niebieski  aksamitny 
płaszcz  z  gronostajami  -  właśnie  dlatego  musicie  zmienić 
tożsamość. 

Uśmiechnęła się i mówiła dalej: 
 -  Uciekinierzy,  którym  pomagamy,  przybierają  różne 

postaci;  czasem,  aby  bezpiecznie  dotrzeć  do  granicy 
szwajcarskiej,  mężczyźni  przebierają  się  nawet  za  kobiety. 
Teraz Etienne doszedł do wniosku, że najlepiej będzie, jeżeli 
podacie się za wicehrabiego i wicehrabinę de Cleremont. 

 -  A  jeżeli...  policja  znajdzie  was...  tutaj?  -  zapytała 

Vernita. 

 -  Nie  znajdzie  -  stwierdziła  hrabina.  -  Gdy  ktoś  będzie  o 

nas pytał, powiedzą, że wyjechaliśmy do Nicei, co jest bardzo 
prawdopodobne, szczególnie o tej porze roku. 

 - A naprawdę gdzie będziecie? 
 - Ponad dwadzieścia kilometrów stąd mamy mały domek 

myśliwski,  w  którym  czasem  ukrywamy  uciekinierów. 
Znajduje  się  on  w  lesie  i  o  ile  nam  wiadomo,  nikt  nie  wie  o 
jego istnieniu z wyjątkiem nas samych oraz dwóch lub trzech 
zaufanych  służących.  Będziemy  tam,  dopóki  nie  upewnimy 
się, że dojechaliście do Marsylii albo jesteście już w drodze do 
Anglii. 

 - Jesteście tak dla nas życzliwi... tak wspaniałomyślni !  - 

wykrzyknęła Vernita. 

Przez usta hrabiny przemknął figlarny uśmiech. 
 - Chyba nie muszę ci mówić, że czas spędzony z Etienne 

sam  na  sam,  gdy  nie  będzie  trzeba  zajmować  się 
uciekinierami,  będzie  dla  nas  prawie  jak  drugi  miesiąc 
miodowy - wyznała. - Ty będziesz szczęśliwa mając Axela, a 
ja, co może wydawać się dziwne, będę szczęśliwa mając przy 
sobie Etienne'a. 

Vernita pocałowała ją. 

background image

 - Jakże się wam odwdzięczę? 
 - Przede wszystkim spiesząc się! - odparła wicehrabina. - 

W przeciwnym razie Axel pogniewa się na ciebie a Etienne na 
mnie. 

Słowa te pobudziły Vernitę do działania. Szybko włożyła 

przepiękną  ciemnozieloną  suknię  oraz  mały  żakiecik  z  tego 
samego materiału, które przyniosła jej hrabina. 

Stroju  dopełniał  kapelusz  zawiązywany  wstążkami  w 

takim  samym  kolorze,  przystrojony  jedwabnymi  kwiatami. 
Wyglądała  bardzo  elegancko,  a  zarazem  niezwykle 
wdzięcznie. 

 -  Na  razie  płaszcz  nie  jest  ci  potrzebny  -  oświadczyła 

hrabina  -  ale  gdy  dotrzecie  do  wybrzeża,  prawdopodobnie 
będzie zimno. W Zatoce Biskajskiej bardzo często pogoda jest 
wietrzna i słotna. 

Vernita  westchnęła.  Zrozumiała,  że  zanim  dojadą  do 

Anglii, czeka ich jeszcze długa droga. Hrabina chyba odgadła 
jej myśli i próbowała ją pocieszyć: 

 -  Nie  martw  się.  Etienne  twierdzi,  że  mam  niezawodną 

intuicję,  a  ja  jestem  całkowicie  przekonana,  że  bezpiecznie 
dotrzecie do domu. 

 - Mam nadzieję, że ta okropna wojna wkrótce się skończy 

i  będziecie  mogli  nas  odwiedzić  -  powiedziała  Vernita. 
Zaśmiała się cicho. - To niewiarygodne, ale nawet nie pytałam 
Axela  o  jego  dom.  Nie  mam  pojęcia,  jak  wygląda  ani  nawet 
gdzie się znajduje! 

 -  Wkrótce  się  dowiesz  -  zapewniła  ją  wicehrabim.  -  Jest 

wspaniały i bardzo wygodny. 

Dała  jej  jeszcze  torebkę  z  kosmetykami,  których  Vernita 

dotychczas nigdy nie używała, po czym szybko zeszły na dół, 
gdzie nakryto do śniadania. Etienne i Axel już zjedli. Vernita 
szybko  zjadła  śniadanie,  wypiła  filiżankę  kawy  i  wyszła  do 
holu.  Za  otwartymi  drzwiami  zobaczyła  mały  faeton, 

background image

zaprzężony  W  czwórkę  koni  i  oznaczony  herbem  rodu 
Cleremontów  na  drzwiach.  W  podróży  mieli  im  towarzyszyć 
dwaj forysie. 

 - Gdy dojedziecie do Marsylii, odeślecie powóz - wyjaśnił 

wicehrabia uprzedzając pytanie Vernity. - Ci dwaj mężczyźni, 
którzy  będą  wam  towarzyszyć,  służą  u  mnie  już  wiele  lat 
Możecie im zaufać. Dla nich ta wyprawa oznacza wystawienie 
do  wiatru  policji  konnej  i  urzędników  Napoleona,  co  jest 
zarazem doskonałą zabawą jak i czynem bohaterskim.  

Potem pożegnali się i  ruszyli tak szybko, że zdawało się, 

iż  szybują  w  powietrzu.  Gdy  wreszcie  dotarli  do  głównej 
drogi, prowadzącej do Montarges, Vernita odezwała się: 

 -  Trudno  wprost  uwierzyć,  że  można  spotkać  tak 

życzliwych ludzi, którzy tyle robią w imię przyjaźni. 

 - Wiedziałem, że spodobają ci się Etienne i Marie - Claire 

-  stwierdził  Axel.  -  Są  rzeczywiście  wyjątkowi,  poza  tym 
bardzo ciebie polubili. 

Sądzą,  że  jesteś  dokładnie  taką  żoną,  jakiej  mi  było 

potrzeba. 

Vernita przysunęła się bliżej. 
 - Czy ty myślisz... tak samo? 
 - Czyżbyś w to wątpiła? - zapytał. - Gdy będziemy sami, 

tak  blisko  jak  ostatniej  nocy,  przekonam  cię  raz  jeszcze,  że 
jesteś taką żoną, jaką zawsze pragnąłem mieć. 

Mimo opuszczonego dachu powozu i obecności Henriego 

za nimi, Vernita oparła na chwilę policzek na ramieniu Axela. 

 - Kocham cię! - szepnęła. 
 -  Jeżeli  będziesz  tak  do  mnie  mówić  -  rzekł  -  nie 

wytrzymam, pocałuję cię i spowodujemy wypadek! 

 -  Wobec  tego  będę  grzeczna  -  powiedziała.  -  Och,  Axel, 

ostatnia  noc  była  tak  zachwycająca,  tak  wspaniała,  że  w 
każdym napotkanym kościele będę się modlić dziękując Bogu, 
że jestem twoją żoną. 

background image

 -  Ja  również  jestem  wdzięczny  losowi  -  odparł.  -  Czy  to 

oznacza, że jesteś szczęśliwa? 

 - Bardziej szczęśliwa niż mogę to wyrazić - zapewniła. Po 

ostatnich  dwóch  latach  spędzonych  na  poddaszu,  gdy 
myślałam,  że  nigdy  nie  znajdę  nikogo,  kogo  mogłabym  tak 
pokochać,  mam  wrażenie  jakby  zdarzył  się  cud.  I  tak  chyba 
rzeczywiście się stało! 

Axel patrzył przed siebie na drogę, więc po chwili dodała 

z cichym westchnieniem: 

 - Louise często śmiała się, że zostanę starą panną, i nagle 

stała  się  rzecz  zadziwiająca  i  nieprawdopodobna  -  jestem 
mężatką! 

 -  Musiałem,  niestety,  pożyczyć  dla  ciebie  obrączkę  - 

poinformował Axel. 

 -  Zastanawiałam  się,  jak  udało  ci  się  ją  zdobyć,  ale  to 

pewnie Etienne ci ją pożyczył. 

 -  Należała  do  jego  matki.  Obiecałem,  że  gdy  w  Anglii 

kupię  ci  obrączkę,  tę  zatrzymam  i  oddam  ją  dopiero  wtedy, 
gdy po nią osobiście przyjedzie. 

Vernita  położyła  prawą  dłoń  na  lewej  wyczuwając  pod 

rękawiczką kształt obrączki. 

 -  Wiekuisty  krąg  -  szepnęła.  -  Symbol  naszego 

małżeństwa, które będzie trwać wiecznie. 

 -  Czy  wyobrażałaś  sobie  choć  przez  chwilę,  że 

kiedykolwiek pozwolę ci odejść? 

Ton  głosu  Axela  sprawił,  że  zadrżała.  Czując 

niepohamowane pragnienie znalezienia się w jego ramionach, 
zmusiła się do myślenia o czymś innym. 

 - Ile czasu zajmie nam podróż do Marsylii? - zapytała. 
 -  Etienne,  z  którym  rozmawiałem  na  ten  temat  -  zaczął  - 

powiedział,  że  co  drugi  dzień  z  Paryża  do  Lyonu  jeździ 
dyliżans poruszający się mniej więcej z taką samą prędkością 
jak  nasz  powóz.  Podróż  dyliżansem  trwa  sześć  dni. 

background image

Uwzględniając  fakt,  że  my  będziemy  zatrzymywać  się 
rzadziej, obliczyłem, że naszymi końmi - dając im nawet dużo 
odpoczynku  -  powinniśmy  dojechać  do  Lyonu  w  ciągu 
niecałych pięciu dni; 

 - A do Marsylii? 
 - Trzeba doliczyć jeszcze trzy dni. Vernita milczała, więc 

po chwili dodał: 

 - Boję się, kochanie, że gospody, w których będziemy się 

zatrzymywać,  nie  są  zbyt  wygodne,  ale  na  pocieszenie 
powiem ci, że wieziemy ze sobą własną pościel i koce. 

Vernita spojrzała na niego zaskoczona, więc wyjaśnił: 
 - Cleremontowie zawsze tak podróżują. Poza tym ucieszy 

cię  pewnie  wiadomość,  że  mam  dość  pieniędzy,  aby 
wynajmować  najlepsze  pokoje.  Etienne  kazał  cię  ostrzec,  że 
najlepsze nie zawsze oznaczają bardzo dobre. 

 -  Nic  nie  jest  ważne,  gdy  jesteśmy  razem  -  zapewniła 

Vernita. 

 - Tak właśnie myślałem - przytaknął Axel. - Ale musimy 

być  ostrożni  i  starać  się  unikać  spotkań  z  ludźmi  znającymi 
Cleremontów. 

Przerwał na chwilę, po czym ciągnął dalej: 
 -  Wprawdzie  jest  mało  prawdopodobne,  byśmy  zostali 

rozpoznani, lecz jako stary wyga znający zasady tego rodzaju 
gry  wiem,  że  musimy  przedsięwziąć  wszelkie  środki 
ostrożności. 

 - Co mianowicie mamy robić? 
 -  Musimy  starać  się  widywać  jak  najmniej  osób. 

Wszystkie  sprawy  w  zajazdach  załatwi  Henri,  a  my 
wejdziemy dopiero wtedy, gdy wszystko już będzie gotowe. 

 - Jak on to zrobi? 
 - Do gospody podjedzie sam na koniu jednego z forysiów, 

który  tymczasem  przesiądzie  się  do  powozu.  My  będziemy 
czekać za miastem lub wsią, aż on wszystko omówi, a potem 

background image

podjedziemy z fanfarami, oznajmiając w ten sposób, że jedzie 
ktoś bardzo ważny. 

Zaśmiał się, po czym kontynuował: 
 -  Gdy  tylko  podjedziemy  pod  drzwi,  Henri  pomoże  ci 

wysiąść, a ty szybko wejdziesz do gospody i od razu udasz się 
na  górę,  cały  czas  trzymając  przy  twarzy  chusteczkę,  jakbyś 
czuła  się  słabo  lub  miała  mdłości  od  jazdy  powozem.  Ja 
podążę  za  tobą  jak  najszybciej.  Będziemy  jadać  sami,  we 
własnej  jadalni,  ewentualnie,  jeżeli  nie  uda  nam  się  jej 
wynająć, w naszej sypialni. 

 - Tak właśnie bym chciała - powiedziała impulsywnie. 
 - Ja również - odparł Axel. Spojrzał na nią i dodał: 
 - Będziemy mieli dziwny miesiąc miodowy, moja droga, i 

zdaje się dość denerwujący. Ale jest to przecież nasz miesiąc 
miodowy i ośmielam się twierdzić, że wynagrodzimy to sobie! 

 -  Jeżeli  masz  na  myśli,  że  będę  szczęśliwa  -  powiedziała 

Vernita  -  odpowiem  tylko,  że  cię  kocham  i  zawsze  będę  to 
powtarzać. 

 - Ja również kocham cię, mój najdroższy skarbie. 
Spojrzała  na  niego  uśmiechając  się,  a  on  schylił  głowę  i 

pocałował  ją  w  usta.  Potem,  jakby  ożywiony  pocałunkiem 
popędził energicznie konie. Jechali dalej na południe - otuleni 
niebiańskim światłem miłości. 

background image

Rozdział 7 
Wydawało się, jakby jechali już całą wieczność. Przed ich 

oczami  bez  przerwy  przepływały  różnorodne  krajobrazy,  a 
wysokie drzewa rzucały ciemne cienie na wąską drogę zalaną 
albo  promieniami  słońca,  albo  silnymi  strugami  deszczu.  Na 
szczęście  powóz  miał  budę,  chroniąca  podróżnych  przed 
deszczem.  Henri,  dzięki  tak  znamiennej  dla  Cleremontów 
troskliwości, również miał nad głową mały daszek rozkładany 
nad  wysoko  ulokowanym  tylnym  siedzeniem.  Arystokraci, 
zarówno we Francji, jak i w Anglii, rzadko tak dbali o swoich 
służących.  Forysie  znajdowali  się  w  gorszym  położeniu,  ale 
byli to krzepcy mężczyźni i chyba nie przejmowali się zbytnio 
ani deszczem chłoszczącym ich twarze, ani  wiatrem, który  w 
każdej  chwili  mógł  zdmuchnąć  z  głów  białe  peruki  i 
aksamitne  czapki.  Jeżeli  nawet  noclegi  w  zajazdach 
pozostawiały wiele do życzenia, Vernita ledwo to dostrzegała. 
Lata  niedostatku  zbierały  swoje  żniwo.  Opadła  z  sił  -  w 
powozie prawie cały czas spała, w zajazdach też natychmiast 
zasypiała  ledwie  przytknąwszy  głowę  do  poduszki.  Nie 
widziała, czy pokoje, w których się zatrzymywali, były czyste 
czy brudne, a jedzenie, które im przynoszono, dobre czy złe. 

 -  Przepraszam...  -  zwróciła  się  do  Axela  uświadomiwszy 

sobie, że poprzedniej nocy usnęła, gdy ją całował. 

 - Sądzisz, że cię nie rozumiem? - zapytał. - Jedyne, czego 

pragnę,  mój  skarbie,  to  dotrzeć  do  Anglii.  Tam  będziesz 
mogła  odpocząć,  a  ja  zrobię  wszystko,  byś  znowu  tryskała 
zdrowiem i szczęściem - tak naturalnym w twoim wieku. 

 -  Ja  już  tryskam  szczęściem  -  odparła.  -  Jestem  bardziej 

szczęśliwa niż to w ogóle możliwe. Tak bardzo cię kocham. 

 - Ja również  cię kocham, tak że wprost trudno mi opisać 

słowami - odpowiedział przygarniając ją do siebie. 

Potem  znowu  musieli  się  szybko  ubierać  i  wyruszać  w 

drogę,  która,  jak  im  się  czasem  zdawało,  wiodła  w  stronę 

background image

wciąż oddalającego się horyzontu. Vernita przestała już nawet 
zwracać uwagę na małe miasteczka, przez które przejeżdżali. 
Minęli  Pouilly,  słynące  z  wód  mineralnych,  Nevers,  znane  z 
katedry  i  pałacu  książęcego,  Moulins,  w  którym,  jak 
poinformował  Axel,  stoi  pomnik  księcia  de  Montmorency,  i 
wreszcie dojechali do Lyonu, gdzie zbiegały się dwie wielkie 
rzeki, Saona i Rodan. 

Lyon  pamiętał  jeszcze  epokę  rzymską,  zachował  się  tam 

nawet  teatr  z  tego  okresu,  który  Vernita  bardzo  chciała 
obejrzeć,  lecz  była  zbyt  zmęczona,  by  cokolwiek  robić  - 
mogła tylko spać. Właściwie to dobrze, że nie interesowały ją 
miasta;  uliczki  były  wyjątkowo  wąskie,  brudne  i  bez 
chodników.  Axel  powiedział  jej,  że  tutejsze  kobiety  byłyby 
pewnie bardzo piękne, gdyby już w młodym wieku nie traciły 
włosów i zębów. 

 - Ale dlaczego? - dziwiła się Vernita. 
 - Mówiono mi, że doktorzy przypisują to częstym mgłom, 

które opadają na miasto - wyjaśnił - ale osobiście uważam, że 
ma to raczej coś wspólnego z brudną wodą. 

W  Lyonie  zatrzymali  się  w  dobrym  hotelu  -  Auberge  du 

Parc  -  gdzie  posiłki  były  o  wiele  lepsze  niż  te,  które  jedli  do 
tej pory. Wynajęli też wygodny salon. Axel nalegał, podobnie 
jak  w  innych  miejscach,  w  których  się  zatrzymywali,  żeby 
Vernita  nie  przebierała  się  w  żadną  z  wieczorowych  sukni 
wicehrabiny,  mimo  że  były  naprawdę  piękne.  Włożyła  więc 
peniuar  piękniejszy  nawet  od  tych,  które  szyła  dla  księżnej 
Pauliny,  i  tak  ubrana  jadła  obiad  leżąc  wygodnie  na  sofie. 
Kieliszek  szampana  usunął  na  jakiś  czas  zmęczenie,  a  gdy 
żartowali  i  śmiali  się  razem,  znowu  pomyślała,  że  Axel  jest 
najbardziej  atrakcyjnym  mężczyzną,  jakiego  spotkała  w 
swoim  życiu.  Gdy  skończyli  obiad  i  uprzątnięto  ze  stołu, 
powiedział: 

 - Teraz musisz iść spać. 

background image

Wyciągnęła ramiona i szepnęła: 
 - Jeżeli... ty też... pójdziesz. 
 -  Wiesz,  jak  bardzo  tego  pragnę  -  odparł  -  ale  muszę 

jeszcze zajrzeć do koni, moja droga. Zdaje się, że jeden z nich 
zachorował. 

Vernita spojrzała z lękiem. 
 - Czy to znaczy, że będziemy jechali wolniej?  
 - Albo będziemy  musieli kupić innego konia - wyjaśnił - 

chociaż  w  takim  pośpiechu  na  pewno  nie  uda  się  nabyć  w 
połowie tak dobrego jak ten, którego pożyczył nam Etienne. 

Schylił się i wziął ją na ręce. 
 - Zaniosę cię do łóżka - powiedział - ale wydaje mi się, że 

jesteś  za  lekka  i  będę  niezadowolony  do  chwili,  gdy  do 
uniesienia  cię  potrzebnych  będzie  przynajmniej  dwóch 
mężczyzn! 

Roześmiała  się,  objęła  go  za  szyję  i  przyciągnęła  jego 

głowę do swojej. 

 -  Tak  się  martwię  -  wyznała  -  że  przeze  mnie  będziemy 

mieli... nudny  miesiąc  miodowy  -  ja nic nie robię tylko śpię. 
Ale nie jestem nawet w stanie wyrazić, jak bardzo cię kocham. 

 - Na razie jestem zadowolony,  że  mam Śpiącą Królewnę 

za  żonę  -  odpowiedział  Axel  -  bo  mówiąc  szczerze,  moja 
kochana,  jadę  o  wiele  szybciej  niż  wtedy,  gdy  mnie 
rozpraszasz i nie mogę się powstrzymać, żeby cię nie całować. 

Zaniósł ją do sąsiedniego pokoju i położył na łóżku. 
 - Nie usnę, dopóki nie wrócisz - oznajmiła Vernita - więc 

proszę, pospiesz się. 

Ale nie dowiedziała się, czy  Axel  pospieszył  się czy nie; 

gdy  wrócił,  mocno  spała.  Nie  budził  jej.  Stał  przy  łóżku  i 
patrzył  z  czułością  na  jej  twarz  oświetloną  światłem  świec. 
Rozumiał  doskonałe,  dlaczego  jest  tak  bardzo  zmęczona;  nie 
można  w  ciągu  kilku  dni  nabrać  sił,  jeżeli  brak  jedzenia  i 
ciągły niepokój  stopniowo nadwątlały jej organizm przez tak 

background image

długi  czas.  Patrząc  teraz  na  jej  twarz,  na  ciemne  rzęsy 
odbijające  się  od  bladych  policzków,  obiecał  sobie,  że 
wynagrodzi  jej  wszystkie  cierpienia.  Wiedział,  że  niewiele 
kobiet  z  taką  cierpliwością  i  łagodnością  zniosłoby  trudy 
podróży ostatnich czterech dni. 

Drogi 

były 

wyboiste, 

strugi 

deszczu 

zacinały 

nieprzyjemnie,  a  jedzenie,  oferowane  im  w  brudnych 
zajazdach,  prawie  nie  nadawało  się  do  spożycia.  Ale  Vernita 
tylko żartowała z niewygód podróży. Każdego dnia od nowa 
wyruszali  w  drogę,  a  ona  przysuwała  się  do  Axela  jak 
najbliżej  i  prawie  natychmiast  zasypiała  kamiennym  snem. 
Axel  przepełniony  miłością do niej poganiał konie, myśląc o 
szczęściu,  jakie  go  spotkało,  że  ma  przy  sobie  kobietę,  która 
potrafi dostosować się do tych niepomyślnych okoliczności. 

W  jego  życiu  było  wiele  kobiet,  co  nie  było  niczym 

dziwnym,  zważywszy  na  to,  że  był  bardzo  przystojny.  Gdy 
walczył  w  Indiach  lub  odwiedzał  różne  kraje,  nie  zawsze 
podróżował samotnie. Nauczył się unikać kobiet, które zawsze 
starały się skupić uwagę wszystkich na własnej osobie, a gdy 
pojawiały się kłopoty, dąsały się, grymasiły i nie przestawały 
uskarżać na coś, co było nieuniknione. 

Gdy  Axel  położył  się  do  łóżka,  z  trudem  powstrzymał 

chęć  przytulenia  Vernity  i  powiedzenia  jej,  jak  bardzo  ją 
kocha. Z każdym dniem czuł pogłębiającą się miłość i rosnące 
pożądanie; nie był jednak samolubny i wiedział, że sen był jej 
tak  samo  potrzebny  jak  jedzenie.  Obiecał  sobie,  że  o  swojej 
miłości opowie jej rankiem, lecz nie było na to czasu. 

Obudził ich Henri, wchodząc do pokoju tuż po wschodzie 

słońca,  aby  odsłonić  zasłony.  Gdy  Axel  go  zobaczył, 
natychmiast pojął, że wydarzyło się coś niedobrego. Usiadł na 
łóżku, 

 - Co się stało, Henri? - zapytał. 
Henri podszedł bliżej do łóżka i szepnął cicho: 

background image

 -  Nie  chciałem  pana  niepokoić  ostatniej  nocy,  milordzie. 

Wczoraj  do  gospody  przyjechało  dwóch  mężczyzn, 
prawdopodobnie  są  z  policji.  Zadawali  właścicielowi  dużo 
pytań na temat gości. 

Oczy Axela stały się czujne. 
 - Czy sądzisz, że nas podejrzewają? 
 -  Nie  wiem,  milordzie,  ale  przyglądali  się  powozowi, 

stojącemu  w  podwórzu  i  pytali  jednego  z  forysiów 
obrządzających konie, dokąd jedziemy. 

 - Czy powiedział, że do Nicei? 
 - Tak, właśnie tak powiedział, milordzie, ale potem zadali 

właścicielowi  to  samo  pytanie,  co  wydało  mi  się  już 
podejrzane. 

 -  Może  niepotrzebnie  się  niepokoimy  -  powiedział  cicho 

Axel,  ale  wiesz,  że  Fouche  ma  wszędzie  swoich  szpiegów. 
Chociaż  wydaje  mi  się  mało  prawdopodobne,  aby  któryś  z 
nich dotarł tu z Paryża przed nami, nie możemy ryzykować. 

 - Właśnie tak myślałem, milordzie. 
 -  Bardzo  dobrze  -  postanowił  Axel  -  wyruszamy 

natychmiast. 

 -  Zobaczę,  czy  konie  już  są  gotowe,  milordzie.  Henri 

wyszedł  z  pokoju,  a  Axel  odwrócił  się  do  prawie  już 
rozbudzonej Vernity. 

 -  Co  się...  dzieje?  -  ziewnęła.  -  Czy  nie  za  wcześnie.. 

wstawać? 

 - Musimy natychmiast wyruszać, moja droga. 
W mgnieniu oka oprzytomniała. 
 - Co się stało? Czy coś złego? 
 -  Nic  strasznego  -  uspokoił  ją  Axel  -  to  tylko  tak,  dla 

ostrożności.  Kręcą  się  tu  jacyś  ludzie,  którzy  wydają  się  być 
nadto wścibscy. Pospiesz się, mój skarbie! 

Pocałował  ją  w  usta.  Gdy  wstała  z  łóżka,  nagłe 

wykrzyknęła. 

background image

 -  Och,  Axel,  wczoraj  jednak  usnęłam,  choć  tak  bardzo 

starałam się nie spać! 

 - We śnie wyglądasz bardzo pięknie. 
 - Ale nie miałam możliwości porozmawiać z tobą. 
 - Straciłaś nie tylko rozmowę - odparł z uśmiechem - ale 

nie  martw  się,  wszystko  nadrobimy,  jak  tylko  dotrzemy  do 
Anglii. 

 - Jak dotrzemy do Anglii! 
Wkładając  naprędce  ubranie  powtarzała  w  myślach  te 

słowa,  czując  zarazem,  jakby  jakaś  zimna  dłoń  ściskała  jej 
serce, przypominając, że grozi im niebezpieczeństwo. 

Dopiero gdy wyjechali poza Lyon i znaleźli się na otwartej 

drodze, poczuła, że znowu może swobodnie oddychać. To był 
już ostatni etap ich podróży. Modliła się jeszcze żarliwiej niż 
przedtem,  aby  udało  im  się  uciec  bezpiecznie.  Nawet  gdy 
spała w nocy, śniło się jej, że się modli i że ciągle jadą i jadą... 
Niepokój  i  zmęczenie  wydłużały  dni  w  nieskończoność,  a 
miasteczko  Vienne  było  tylko  jednym  z  wielu  mijanych  po 
drodze. Była zadowolona, gdy je opuszczali, ponieważ każdy 
kolejny dzień przybliżał ich do Marsylii. 

Na  noc  zatrzymali  się  w  Walencji,  która  wydała  się 

Vernicie  miastem  o  wiele  bardziej  złowrogim  niż  wszystkie 
poznane  do  tej  pory,  gdyż  dowiedziała  się  od  Axela,  że 
właśnie  w  tym  mieście  Napoleon  w  wieku  szesnastu  lat 
pobierał  nauki  w  Ecole  d'  Artillierie.  Sama  myśl  o  cesarzu 
wywoływała  uczucie  zagrożenia,  jakby  była  przez  niego 
ścigana,  i  zdawało  się  jej,  że  oto  wyciąga  po  nią  ręce,  jak  w 
hotelu de Charost, kiedy tylko nagłe wejście Axela uchroniło 
ją  przed  jego  pocałunkiem.  Nienawidziła  go  wtedy  całym 
sercem, a teraz chyba jeszcze bardziej, gdy uświadomiła sobie, 
jakie zagrożenie stanowił dla jej szczęścia, gdyby nie udało się 
im uciec. 

background image

Wkrótce Walencja była już za nimi, a powóz wjeżdżał do 

Montelimar.  W  tej  okolicy  Francja  już  w  szesnastym  wieku 
zaczęła uprawę drzew migdałowych oraz wytwarzanie nugatu, 
który,  jak  stwierdził  Axel,  był  najsmaczniejszy  na  świecie. 
Przyniósł jej trochę do spróbowania i następnego dnia jedli w 
powozie,  delektując  się  jego  lepkim,  smacznym  miąższem  i 
ciesząc się jak dzieci. 

Następnej  nocy  dojechali  do  Orange.  Gdy  przejeżdżali 

przez Łuk Triumfalny, wzniesiony w 49 roku przed naszą erą 
dla  uczczenia  zwycięstwa  Juliusza  Cezara,  Vernita  obiecała 
sobie, że po powrocie do Anglii, z wdzięczności za pomyślną 
ucieczkę,  zbudują  własny  łuk  triumfalny.  Ale  nie  będzie  to 
jakaś bezużyteczna kamienna budowla, lecz - jeżeli będzie na 
to ich stać - wybudują sierociniec albo ufundują szpital, żeby 
w  ten  sposób  wyrazić  wdzięczność  Bogu  i  podziękować  za 
ocalenie. 

Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że jedynym tematem, 

którego ani ona, ani Axel nie poruszali, były pieniądze. Z góry 
przyjęła,  że  jeżeli  wyglądał  na  bogatego  -  był  bogaty,  poza 
tym  Marie  -  Claire  mówiła,  że  Axel  ma  wspaniały  dom. 
Jednak nic nie wiedziała na pewno. 

 -  Nigdy  o  tym  nie  rozmawialiśmy,  ale  jestem  pewna,  że 

teraz,  gdy  papa  nie  żyje,  odziedziczę  po  nim  majątek  w 
Buckinghamshire - powiedziała. 

 -  Czyżbym  miał  nie  tylko  piękną,  ale  i  bogatą  żonę?  - 

zapytał Axel. 

 - Czy to jest dla ciebie ważne? 
 -  W  najmniejszym  stopniu  -  zaprzeczył.  -  Ja  sam 

posiadam tyle, że starczy dla nas obojga. 

 -  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  nigdy  jeszcze  o  tym  nie 

rozmawialiśmy? 

 -  Było  tyle  ważniejszych  spraw  i  tak  mało  chwil,  kiedy 

nie spałaś - zażartował. 

background image

Oblała  się  rumieńcem,  potem  oparła  policzek  na  jego 

ramieniu. 

 - Mamy jeszcze tyle do omówienia. 
 - To prawda - zgodził się. 
 - I wiemy o sobie tak niewiele. 
 -  Ja  wiem  wszystko,  co  najważniejsze  -  odparł.  -  Wiem, 

że jesteś piękna, słodka, uprzejma i mądra. Cóż jeszcze można 
chcieć od jednej małej osóbki? 

Słysząc  te  słowa  i  widząc  wyraz  jego  oczu,  Vernitę 

przeszedł, dreszcz. Po chwili rzekła: 

 - Mam tylko nadzieję, że ci się nie... znudzę. 
 - Wystarczysz mi na parę tysięcy lat - zażartował. 
 - A ja tak niewiele wiem o tobie, właściwie... prawie nic. 
 - Wiesz, że cię kocham, i to powinno ci wystarczyć. 
 -  Tylko  na  tym  mi  naprawdę  zależy  -  zawołała.  -  Och, 

Axel,  jestem  tak  okropnie,  szaleńczo,  fantastycznie... 
szczęśliwa. 

Roześmiał się czule, słysząc, z jaką żarliwością to mówiła. 

Po chwili, przytulona do niego, usnęła z uśmiechem na ustach. 

Gdy dojeżdżali do Marsylii, był już późny wieczór. Miasto 

tętniło  życiem;  po  ulicach  jeździło  mnóstwo  pojazdów,  a  po 
trotuarach  tłumnie  spacerowali  ludzie,  najwidoczniej  nie 
mający  nic  innego  do  roboty.  Axel  z  trudnością  kierował 
powozem.  Jakoś  przedarli  się  przez  miasto  i  dojechali  do 
równie ruchliwego i gwarnego portu. 

Dopiero  teraz  Vernita  dowiedziała  się,  że  będą  się 

ukrywać  do  chwili,  gdy  Axel  odnajdzie  statek,  którym  mają 
popłynąć wzdłuż wybrzeża do samego Gibraltaru. Wicehrabia 
podał mu nazwisko zaufanego właściciela statku. 

Zaraz  po przybyciu  do Marsylii  odprawili  powóz,  konie  i 

forysiów, ponieważ mogłoby się wydać komuś podejrzane, że 
Cleremontowie  zamierzają  opuścić  Francję.  W  tym  celu  pod 
pretekstem wypicia szklaneczki wina zatrzymali się w jednym 

background image

z  hałaśliwych  zajazdów,  a  Henri  w  tym  czasie  przeniósł  ich 
bagaże z powozu do dorożki. Potem pożegnali się z forysiami; 
jeden z nich przejął powóz, drugi poprowadził dwa konie. 

Axel  i  Vernita  pojechali  do  pensjonatu,  poleconego  im 

również  przez  wicehrabiego.  Pensjonat  był  skromny,  lecz 
schludny.  Właściciel  nawet  nie  pytał  o  ich  nazwiska,  tylko 
wskazał  sypialnię  i  salon  na  pierwszym  piętrze,  z  których 
rozciągał  się  doskonały  widok  na  port.  Henri  rozpakował 
wszystko,  co  mogło  być  im  potrzebne,  przygotował  łóżka  i 
zszedł na dół zobaczyć, co mogliby dostać na kolację. 

 -  Boję  się,  że  nie  będzie  ci  zbyt  wygodnie,  moja  droga  - 

usprawiedliwiał się Axel. 

 -  Zapewniam  cię,  że  to  prawie  pałac  w  porównaniu  z 

poddaszem, na którym mieszkałam z mamą tyle czasu. 

 -  Gdy  widzę  cię  taką  piękną  i  elegancką,  zapominam,  że 

przywykłaś do niewygód - uśmiechnął się. 

Vernita podeszła do niego bliżej, objął ją ramionami. 
 - Nic się nie liczy, jeżeli jestem... z tobą. 
 -  Cieszę  się,  że  tak  uważasz  -  odparł.  -  Chciałbym 

zapewnić ci wszelkie możliwe wygody, otoczyć cię luksusem 
i obchodzić się z tobą jak z królową. 

Vernita roześmiała się. 
 -  Ależ  ja...  mam  wszystko...  czego  pragnę...  -  szepnęła  i 

przytuliła się mocniej. 

Pocałował  ją  tak  namiętnie,  aż  świat  zawirował  jej  przed 

oczami i poczuła, jakby płynęli w chmurach wysoko na niebie, 
gdzie byli sami i tylko to się liczyło. Po chwili ktoś zapukał do 
drzwi.  Wszedł  Henri,  a  za  nim  służąca  w  czepku,  niosąca 
kolację. Posiłek był prosty, lecz dobrze przyrządzony, a wino, 
jak ocenił Axel, nawet nadawało się do picia. Henri wyszedł. 
W  tym  czasie,  gdy  Vernita  szykowała  się  spać,  Axel 
rozmawiał z nim w salonie. 

 - Czego się dowiedziałeś? - dopytywał Axel. 

background image

 - Statek Boueta jest jeszcze na morzu, milordzie, i nikt nie 

wie, kiedy zawinie do portu - informował go Henri. 

 - Więc nic innego nam nie pozostaje tylko czekać i mieć 

nadzieję, że nas nie znajdą. 

 - Również tak sadzę, milordzie - zgodził się z nim Henri. 

-  Jutro  ponownie  zejdę  do  portu.  Mam  nadzieję,  że  nie 
będziemy musieli długo czekać. 

 - Czy dowiedziałeś się jeszcze czegoś? - dopytywał Axel. 
 -  Niewiele,  milordzie,  z  wyjątkiem  tego,  że  Anglicy 

przejęli  pełną  kontrolę  nad  Morzem  Śródziemnym  i  że 
francuskie okręty wojenne boją się wypływać z Marsylii. 

 - Gdzie znajduje się główna flota francuska? 
 -  Spróbuję  dowiedzieć  się  tego  jutro,  milordzie.  Po  raz 

pierwszy, odkąd opuścili Paryż, Axel nie budził rano Vernity, 
mogła  więc  spać  tak  długo  jak  chciała.  Przez  okno  wpadało 
słońce zalewając pokój złotą poświatą. Mocne ramiona Axela, 
dotyk jego ust i dłoni wywoływały w niej uczucia, o których 
istnieniu nie miała do tej pory pojęcia. Jeszcze nigdy nie była 
tak szczęśliwa. 

Ale  dzień  mijał.  Widziała,  jak  Axel  niepokoił  się,  a  gdy 

stawał  przy  oknie  i  obserwował  statki  dobijające  do  portu, 
wiedziała bez słów, że bardzo się denerwował. Na pewno bał 
się, że jeśli będą czekać zbyt długo, policja może ich znaleźć. 
Ponieważ  kochała  go  tak  mocno,  wiedziała,  że  musi  zrobić 
wszystko  co  w  jej  mocy,  aby  ulżyć  jego  zmartwieniom. 
Starała się okazywać wesołość i dobry nastrój i zmusić go do 
śmiechu. 

Gdy  nastał  wieczór,  Axel  stał  się  jeszcze  bardziej 

niespokojny.  Domyśliła  się,  że  pewnie  chce  zejść  do  portu, 
aby  osobiście  zasięgnąć  informacji.  W  końcu  zrobiło  się 
ciemno.  Nie  mógł  już  dłużej  wytrzymać  i  oznajmił,  że  musi 
wyjść  na  chwilę.  Była  przerażona.  Równocześnie  wiedziała, 
że tylko dlatego pozostał z nią cały dzień, wysyłając do portu 

background image

Henriego,  że  ją  kochał.  Z  trudem  stłumiła  słowa  protestu 
cisnące  się  na  usta,  starając  się  wymawiać  słowa  tak,  aby 
brzmiały jak najbardziej naturalnie: 

 -  Nie  bądź  zbyt...  długo...  w  przeciwnym  razie...  usnę  i 

będę  żałować,  że  nie...  czekałam,  aby...  przywitać 
powracającego męża. 

Axel  objął  ją  ramionami  i  spojrzał  w  oczy.  Dobrze 

wiedział, co czuła i jak bardzo się starała, aby się nie martwił. 

 - Jesteś absolutnie doskonała - stwierdził. - Nie martw się, 

mój skarbie, nic złego mi się nie stanie. 

Pocałował  ją  namiętnie  i  wyszedł.  Vernita  zacisnęła 

dłonie,  żeby  powstrzymać  krzyk.  Przeżywała  prawdziwe 
męczarnie. Siedziała sama licząc upływające godziny, a każda 
mijająca  minuta  wydawała  się  trwać  wiecznie.  A  jeśli  Axel 
nigdy  nie  wróci?  A  jeżeli  go  złapią  i  wtrącą  do  więzienia  i 
nawet  nie  będzie  wiedziała,  co  się  z  nim  stało?  Potem 
wytłumaczyła  sobie,  że  przecież  Bóg  i  matka,  którzy  do  tej 
pory się nią opiekowali, nadal czuwają nad nią i wcale nie jest 
sama. 

Pomyślała  przez  chwilę,  że  może  lepiej  położy  się  spać, 

ale  to  było  niemożliwe.  Chodziła  po  pokoju  obserwując 
pojawiające  się  na  niebie  gwiazdy  i  odbijające  się  w  wodzie 
światła  statków.  Co  Axel  robi?  Z  kim  rozmawia?  Dlaczego 
jeszcze nie wraca? 

Gdy  wreszcie  usłyszała  kroki  na  schodach  i  po  chwili 

stanął w progu, wydała okrzyk odbijający się echem od ścian. 
Rzuciła  się  w  jego  stronę.  Porwał  ją  w  ramiona,  a  ona 
przywarła do niego kurczowo nie mówiąc nic; i choć jeszcze 
drżała, czuła ogromną ulgę. 

 - Myślałem, że będziesz spała, moja najdroższa. 
Ale  gdy  zobaczył  jej  blade  policzki  i  strach  nadal 

widniejący w oczach, powiedział: 

background image

 -  Powinnaś  była  mi  zaufać,  nie  chciałem,  byś  się 

martwiła, moja kochana. 

Pocałował ją, a gdy zauważył, jaka jest zziębnięta, wziął ją 

na  ręce,  posadził  na  sofie  i  przytulił  do  serca,  jakby  była 
dzieckiem, które trzeba pocieszyć. Ukryła twarz na jego piersi. 
Pocałował ją w czoło, a potem muskał wargami jej włosy. Po 
chwili rzekł: 

 - Mam dobre wieści, moja najdroższa. 
 - Dobre wieści? 
 - Tak, statek Boueta przypłynął dziś wieczorem. Właśnie 

dlatego  byłem  tak  długo.  Rozmawiałem  z  nim  -  wypływamy 
jutro o świcie! 

 - Do Gibraltaru? 
 - Wpadłem na lepszy pomysł. 
 - Jaki? 
 -  Bouet  dowiedział  się,  że  lord  Nelson,  który  jak  wiesz 

jest  naczelnym  wodzem  floty  brytyjskiej  na  Morzu 
Śródziemnym, opuścił wyspy Scillie i  płynie w naszą stronę. 
Spróbujemy dostać się na pokład jego statku. 

 - Na statek lorda Nelsona? - szepnęła Vernita. - Ale dokąd 

prowadzi on flotę brytyjską? 

 -  Chodzą  słuchy  -  i  tak  też  twierdzi  Bouet  -  że  statki 

francuskie,  do  których  dołączyły  jeszcze  statki  hiszpańskie, 
płyną w kierunku Indii Zachodnich. Jeżeli to prawda, Nelson 
popłynie za nimi. 

 - A co będzie... z nami? Axel uśmiechnął się. 
 -  Gdy  już  dostaniemy  się  na  pokład  brytyjskiego  okrętu 

wojennego,  nie  będę  dbał  o  to,  dokąd  płynę.  Będę  miał 
pewność,  że  jesteśmy  bezpieczni,  a  flota  francuska, 
gdziekolwiek  by  się  Nelson  na  nią  natknął,  zostanie 
unicestwiona tak samo jak w bitwie nad Nilem. 

Myśl o tym, że mogą znaleźć się w samym środku bitwy, 

wydała  się  Vernicie  przerażająca.  Ale  teraz  trudno  jej  było 

background image

myśleć  o  czymkolwiek;  otaczały  ją  ramiona  Axela,  znowu 
była  z  nim  i  przynajmniej  przez  najbliższe  parę  godzin  nie 
musi  się  niczego  obawiać.  Noc,  która  nastąpiła,  była  bardzo 
krótka. 

Gdy  szli  do  portu,  ulice  były  jeszcze  ciemne  i  zupełnie 

puste, jeśli nie liczyć paru zamiataczy ulic. Henri niósł bagaż, 
pomagał  mu  zmęczony  i  dziwnie  małomówny  właściciel 
pensjonatu.  Ożywił  się  jednak,  gdy  Axel  hojnie  go 
wynagrodził dając mu nadspodziewanie dużo złotych monet, i 
nawet z nie ukrywaną szczerością życzył im bon voyage. 

Właścicielem  statku  był  Antoine  Bouet,  krzepki,  żylasty 

mężczyzna  o  wyglądzie  prawdziwego  wilka  morskiego. 
Później  Vernita  dowiedziała  się,  że  przewiózł  już  wielu 
uciekinierów skierowanych przez wicehrabiego de Cleremont; 
słysząc to poczuła się o wiele raźniej. 

Właściwie  był  to  statek  rybacki,  lecz  jego  właściciel 

widocznie wolał zarabiać więcej pieniędzy, przewożąc ludzki 
„bagaż", niż zarzucając sieci,  mimo że podejmował  ogromne 
ryzyko. Zwierzył się Axelowi, że nie ma zwyczaju wtrącać się 
do polityki, jedynie chce, żeby urzędnicy państwowi zostawili 
go w spokoju i pozwolili zajmować się swoimi sprawami. 

 -  Zawsze  wtrącają  się  w  sprawy  uczciwego  człowieka!  - 

narzekał. - To prawdziwe pasożyty, a my musimy jeszcze ich 
utrzymywać. 

Wyrażał tym samym opinię większości Francuzów, którzy 

chętnie  się  wypowiadali  w  obecności  obcych,  natomiast  bali 
się mówić szczerze będąc wśród swoich, z wyjątkiem zacisza 
własnych domostw. 

Antoine  Bouet  wyprowadził  statek  z  portu  o  świcie,  lecz 

dopiero gdy wypłynęli na otwarte morze i byli pewni, że nikt 
się  tym  nie  zainteresował,  odetchnęli  z  ulgą.  Stali  na 
pokładzie,  Axel  obejmował  ją  ramieniem.  Gdy  spojrzała  na 
niego, zrozumiała, że spadł mu z ramion ogromny ciężar. 

background image

 - Uciekliśmy! - powiedziała cicho. 
 -  Jeszcze  niezupełnie  -  odparł.  -  Nadal  musimy  być 

ostrożni,  na  wypadek  gdybyśmy  natknęli  się  na piratów  albo 
jakąś  francuską  fregatę,  na  której  mogą.  się  zastanawiać, 
dlaczego jesteśmy tak daleko od terenów rybackich. - Mówił 
to  bardzo  poważnie,  ale  jego  błyszczące  oczy  przeczyły 
słowom.  Przygarniając  ją  mocniej  do  siebie,  dodał:  -  Teraz 
pozostało nam tylko wypatrywać floty brytyjskiej. 

 -  Jesteś  pewien...  że  znajduje  się  gdzieś...  na  Morzu 

Śródziemnym? 

 - Tak słyszałem, poza tym czuję to instynktownie - odparł 

Axel.  -  Jeżeli  to  prawda,  że  francuskie  i  hiszpańskie  okręty 
płyną do Indii Zachodnich, Nelson na pewno podąży za nimi. 

Gdy  opuszczali  port,  pogoda  była  bardzo  ładna,  teraz 

jednak  znacznie  się  pogorszyła.  Zaczął  się  szkwał  i  silna 
nawałnica.  Choć  było  wyjątkowo  nieprzyjemnie  i  ciągle 
zmieniał  się  kierunek  wiatru,  Vernita  cieszyła  się,  że  nie 
dostała  choroby  morskiej.  Axel  stale  nalegał,  aby  leżała  w 
kajucie,  w  obawie,  że  mogłaby  się  przewrócić  i  zrobić  sobie 
krzywdę.  Słuchała  go  chętnie,  a  gdy  wychodził  na  pokład 
wypatrując  brytyjskich  okrętów,  przeważnie  spała  albo 
czuwała  odmawiając  modlitwę  dziękczynną  za  każdą 
spędzoną na morzu godzinę, która oddalała ich od Francji. 

Dwa dni ciągłego kołysania i rzucania statkiem o fale były 

bardzo męczące. Dopiero w połowie trzeciego dnia usłyszała 
dochodzący  z  pokładu  silny  huk  wystrzału.  Axel  szybko 
zszedł  pod  pokład.  Nie  musiał  mówić,  że  dostrzegł  flotę 
brytyjską - z jego twarzy można było dokładnie wyczytać, co 
się  stało,  nawet  gdyby  nie  było  słychać  radosnych  okrzyków 
załogi.  

Pocałował ją, po czym znowu wybiegł na pokład, mimo że 

Vernita przytuliła się do niego mocno. Szybko włożyła ciepły, 
aksamitny,  obszyty  sobolami  płaszcz,  który  dała  jej  Marie  - 

background image

Claire, i po chwili dołączyła do niego. Z pokładu roztaczał się 
wspaniały  widok:  dwa  trzypokładowce  i  dwadzieścia  trzy 
krążowniki bojowe płynęły na pełnych żaglach biorąc kurs na 
wiatr. Widok był imponujący i wspaniały. Czuła, jak jej serce 
wzbiera dumą, i wiedziała, że Axel przeżywa to samo. 

Przez ostatnie dwa dni statek ich płynął ze zwiniętą flagą. 

Teraz na polecenie Axela Bouet podniósł flagę Zjednoczonego 
Królestwa  i  zaczął  nadawać  sygnały  chorągiewką.  Ponieważ 
wiatr  co  chwila  zmieniał  kierunek,  dopłynięcie  do  okrętów 
brytyjskich  zabrało  im  trochę  czasu.  Potem  wszystko 
potoczyło  się  bardzo  szybko.  Rzucono  im  linową  drabinkę  i 
weszli  na  pokład  okrętu  flagowego  należącego,  jak 
poinformował Axel, do admirała Nelsona. 

Po  wejściu  na  pokład  Vernita  zatrzymała  się  na  chwilę, 

aby  pomachać  ręką  marynarzowi,  który  dowiózł  ich  tu 
bezpiecznie,  po  czym  zostali  zaprowadzeni  do  kajuty 
admirała. Pierwszy raz zetknęła się z lordem Nelsonem. Była 
zdumiona  widząc,  że  był  jeszcze  niższy  niż  się  spodziewała, 
Miał tylko jedną rękę i opaskę na oku; wszystko to sprawiało, 
że  wyglądał  dziwnie.  Ale  była  dość  spostrzegawcza,  aby 
zorientować  się,  że  w  niepozornym  ciele  krył  się  wielki 
człowiek. Siła i władczość emanowały z niego prawie w takim 
samym stopniu jak z Axela; Gdy skłoniła się, a on uśmiechnął 
się do niej, zrozumiała, dlaczego lady Hamilton nie mogła mu 
się oprzeć. 

 - Nazywam się Tregarron, lordzie admirale - mówił Axel 

- uciekam wraz z żoną przed policją francuską. 

 - Słyszałem o panu, milordzie - odparł lord Nelson. - Gdy 

byłem  ostatnio  w  Anglii,  premier  wyrażał  się  o  panu  bardzo 
pochlebnie. 

 -  Mając  przed  sobą  lorda  admirała,  nie  muszę 

odwzajemniać komplementów - skłonił się Axel. 

background image

Admirał prosił ich, by usiedli i opowiedzieli mu o swoich 

przeżyciach. Dopiero gdy wysłuchał ich do końca i pochwalił 
Axela  za  uzyskanie  w  Paryżu  wielu  cennych  informacji, 
zaczął opowiadać o swoich kłopotach. 

 -  Admirał  Villeneuve  wyrwał  się  z  mojej  blokady  koło 

Przylądka Sebastiana - powiedział. - Teraz płynie na zachód, a 
nie na wschód, jak mnie poinformowano. Staram się nadrobić 
straty po zamieszaniu powstałym w wyniku złych informacji, 
które otrzymałem od rządu, ale wiatr też chyba sprzysiągł się 
przeciwko mnie. 

 - Istotnie, w ciągu ostatnich dwóch dni nie był sprzyjający 

- przyznał Axel. 

 - Przez dziewięć dni przepłynąłem zaledwie dwieście mil 

- narzekał lord Nelson. - Szczęście zdaje się mnie opuszczać. 

 -  Sądzi  pan,  admirale,  że  może  mieć  pan  kłopoty  z 

odnalezieniem floty francuskiej? - dopytywał Axel. 

 -  Mam  nadzieję,  że  Bóg  będzie  miłosierny.  Marynarze  z 

przepływającego  niedawno  statku  handlowego  widzieli 
Francuzów u wybrzeża hiszpańskiego - płynęli na zachód. 

 - I sądzi pan, że uda się panu ich przechwycić, admirale? - 

dopytywał Axel. 

 -  Zrobię,  co  w  mojej  mocy  -  odparł  lord  Nelson.  - 

Zostawiłem pięć fregat do strzeżenia wysp Scilli, no i dopiero 
dzisiaj uporaliśmy się nieco z najgorszym wrogiem żeglarzy - 
pogodą! 

Rozmawiali 

jeszcze  przez  chwilę.  Lord  Nelson 

postanowił,  że  gdy  dopłyną  do  Gibraltaru  i  pogoda  będzie 
sprzyjająca, pozostanie tam parę godzin. 

 - Płynie pan na zachód, milordzie? - zapytał Axel. 
 -  Najpierw  skieruję  się  na  Maderę,  a  potem  na  zachód  - 

poinformował lord Nelson. - jeżeli nie natrafię na Francuzów, 
którzy,  być  może,  nie  popłynęli  w  stronę  Indii  Zachodnich, 
będę skończony. Jednym słowem pozostanie mi alternatywa - 

background image

albo  zostanę  publicznie  potępiony,  albo  czeka  mnie  wieczna 
chwała i miejsce w Westminster Abbey.  

Axel  milczał.  Vernita  widziała,  że  był  zdenerwowany. 

Admirał chyba domyślił się, co Axel czuł. Uśmiechnął się. 

 -  Jeśli  chodzi  o  was,  nie  macie  powodu  do  zmartwienia. 

Zamierzam wysłać statek do Anglii, aby złożyć raport o tym, 
dokąd  zamierzam  płynąć  i  gdzie  spodziewam  się  znaleźć 
Francuzów. Pan i pańska małżonka możecie nim popłynąć. 

 - Dziękuję bardzo, lordzie admirale - odparł Axel. W jego 

głosie wyraźnie było słychać ulgę i wdzięczność. 

Zaprowadzono  ich  do  kajuty,  którą  mieli  zajmować  do 

chwili dopłynięcia do Gibraltaru. Nie była tak duża jak kajuta 
lorda  Nelsona,  ale  dość  wygodna.  Zrozumieli,  że  najgorszy 
koszmar dobiegł kresu. Strach się ulotnił. Byli razem. 

Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Axel wyciągnął ramiona, 

a  Vernita  rzuciła  się  w  jego  objęcia.  Odwiązał  wstążki  jej 
kapelusza i zdjął go z głowy. Nagle statek przechylił się, więc 
ją  chwycił  na  ręce  i  położył  na  łóżku.  Leżała  na  poduszkach 
patrząc na niego z uśmiechem. Zdjął surdut i usiadł na łóżku 
twarzą zwrócony w jej stronę. 

 - Udało się, kochanie - powiedział. - Uciekliśmy! 
 - Udało się - powtórzyła drżącym ze wzruszenia głosem. 
 -  Uciekliśmy  z  Francji  i  od  Napoleona  -  rzekł  Axel  -  ale 

pozostała  nam  jedna  rzecz,  przed  którą  nigdy  nie  zdołamy 
uciec. 

 - Cóż to takiego? - zapytała z lękiem. 
 - Przed miłością - odparł. - Moją miłością do ciebie, moje 

najdroższe  kochanie,  która  sprawia,  że  zatrzymam  cię  jako 
mojego  więźnia  teraz  i  na  zawsze.  Nigdy  ode  mnie  nie 
uciekniesz! 

Vernita roześmiała się. 

background image

 -  Sądzisz,  że  chciałabym  od  ciebie  uciec?  Potem  patrząc 

mu w oczy objęła go za szyję i przyciągnęła do siebie, dopóki 
ich wargi nie spotkały się. 

 -  Pragnę  być  twoim  więźniem.  Pragnę,  byś...  zamknął 

mnie...  nie  tylko  w  swoich  ramionach...  ale  też...  w  swoim 
sercu, do końca życia. 

 - Jesteś w moim sercu - odparł Axel - i jesteś częścią mnie 

samego tak bardzo, że nie jestem w stanie żyć bez ciebie. 

Chciała  przyciągnąć  jego  głowę  jeszcze  bliżej,  ale 

powstrzymał ją na chwilę. 

 - Jesteś tak odważna, tak cudowna, moja kochano żono - 

powiedział.  -  Ofiaruję  ci  wszystko  czego  zapragniesz, 
wszystko czego zażądasz. 

 -  Ależ  to...  proste  -  szepnęła  Vernita.  -  Pragnę  tylko... 

ciebie. 

 - Jestem twój, tak jak ty jesteś moja. 
Nie  mógł  się  już  dłużej  opierać  i  jego  wargi  spoczęły  na 

jej ustach. Drżała ogarnięta żarem namiętności, a on przytulał 
ją  coraz  mocniej  do  serca,  które  biło  przy  jej  sercu  jak 
oszalałe. 

 - Kocham cię... kochaj mnie... Och, Axel, kochaj mnie! - 

chciała powiedzieć, ale nie była w stanie wymówić ani słowa. 

Czuła  jedynie  wspaniałość  i  niezwykłość  jego  miłości, 

która porywała ją ze sobą dając zaczątek dzikiej i płomiennej 
namiętności  ogarniającej  ich  oboje.  Zapomnieli  o  całym 
świecie, pragnąc tylko siebie. Nad ich głowami łopotały żagle 
niosąc ich do Anglii - do domu.