background image

Harry Harrison

Stalowy Szczur i piąta 

kolumna

(Przekład: Jarosław Kotarski)

background image

1

Blodgett jest pokojowo nastawioną planetą; słońce świeci tu pomarańczowo, wiatr jest 

łagodny,   lato   miło   chłodne,   ciszę   przerywa   jedynie   niekiedy   daleki   odgłos   silników, 

dochodzący z portu kosmicznego.  Bardzo  odprężające  miejsce.  Za  bardzo, jak dla kogoś 

takiego   jak   ja,   kto   przez   cały   czas   powinien   być   czujny,   sprawny   i   przygotowany   na 

wszystko.

Przyznaję,   że   gdy   zadzwoniono   do   drzwi,   nie   byłem   w   żadnym   z   wymienionych 

stanów ducha. Ciepła woda lała mi się na głowę i wyglądałem jak lekko przytopiony kociak.

- Zajmę się tym - burknęła Angelina na tyle głośno, abym ją usłyszał poprzez szum 

wody.

Wymamrotałem   coś   pod   nosem   i   z   niechęcią   wyłączyłem   prysznic.   Suszarka 

dmuchnęła   na   mnie   subtelnie   perfumowanym   gorącym   powietrzem,   powodując   kolejną 

poprawę samopoczucia; byłem całkowicie pogodzony ze światem i nagi jak noworodek - no, 

z wyjątkiem paru drobiazgów, z którymi się nie rozstaję nigdy (dobrowolnie, znaczy się). 

Życie ma swoje uroki, stwierdziłem przeglądając się w lustrze. Leciutka siwizna na skroniach 

dodawała  mi  nieco  powagi i  ogólnie  nie miałem  żadnych  powodów  do zmartwień. Poza 

jednym, który właśnie sobie uświadomiłem, a który zmroził mnie dokładnie, błyskawicznie 

usuwając wszystkie inne bzdury: Angelina zbyt długo bawiła przy drzwiach - coś było nie 

tak.

Wypadłem do hallu i przez drzwi do ogrodu - dom z przyległościami był pusty. Po 

chwili byłem przy bramie - podskakując na jednej nodze na podobieństwo różowej gazeli i 

wyciągając pistolet z kabury nad kostką drugiej nogi, wpatrywałem się w Angelinę wpychaną 

przez dwóch niesympatycznych typów do czarnego wozu. Zaryzykowałem tylko jeden strzał 

w opony; maszyna wyrwała do przodu niknąc w dość gęstym o tej porze ruchu. Zaciskając 

zęby strzeliłem w powietrze,  aby podziwiający mój  brak ubrania mimowolni  świadkowie 

czym prędzej skryli się po kątach. Udało mi się zachować tyle rozsądku, aby zapamiętać 

numery odjeżdżającego wozu.

Ledwie znalazłem się z powrotem w domu, wpadło mi do głowy zadzwonić na policję 

(jak  na   dobrego  obywatela   przystało),   ale   z  uwagi  na  to,   że  zawsze   byłem  bardzo   złym 

obywatelem,  uznałem ten pomysł  za bezsensowny. Sprawa należała do mnie i do nikogo 

innego, zająłem się więc komputerem. Wduszając kciukiem przycisk identyfikacji, nadałem 

mój kod pierwszeństwa, a następnie spytałem o właściciela czarnej maszyny.  Nie było to 

specjalnie trudne zadanie dla komputera planetarnego, toteż odpowiedź pojawiła się prawie 

natychmiast. Spowodowała, że osłupiałem i opadłem bezwładnie na krzesło - oni ją mieli.

background image

Było o wiele gorzej, niż mogłem się spodziewać. Nie jestem tchórzem, a nawet można 

rzec, wręcz przeciwnie. Jako długoletni kryminalista i równie długoletni agent Korpusu - 

organizacji   o   zasięgu   galaktycznym,   używającej   eks-bandytów   do   łapania   bandytów 

czynnych, miałem pewne powody do takiego mniemania o sobie. Fakt dożycia dojrzałego 

jednak wieku najlepiej świadczył o moim refleksie, nie wspominając już o takim drobiazgu 

jak inteligencja. Te wszystkie lata doświadczeń miały teraz zaowocować przy wyciąganiu 

mojej ukochanej żony z bagna. Teraz bowiem wskazana była nie tyle natychmiastowa akcja, 

ile,   na   początek   przynajmniej,   odrobina   refleksji,   toteż,   choć   nadal   był   wczesny   ranek, 

napocząłem   flaszkę   stuczterdziestoprocentowego   katalizatora   pomysłów,   aplikując   sobie 

wspaniałomyślnie odpowiednią dawkę.

Ledwie   skończyłem,   stwierdziłem,   że   tym   razem   chłopcy   będą   uczestniczyć   w 

eskapadzie. Jako troskliwi rodzice, Angelina i ja chroniliśmy ich dotąd od okrucieństw życia, 

ale to już się skończyło. Co prawda ukończenie szkoły nastąpić powinno dopiero za kilka dni, 

nie wątpiłem jednak, że przy odpowiednio zastosowanej i właściwej argumentacji jestem w 

stanie je przyśpieszyć. Dziwnym uczuciem było uświadomienie sobie, że nie są już dziećmi - 

tyle lat minęło, a Angelina nadal była piękna jak w dniu naszego poznania. Co do własnej 

osoby:   byłem   starszy,   ale   nie   głupszy   -   siwizna   na   głowie   wcale   nie   zmieniła   moich 

zwyczajów ani trybu życia.

Nie traciłem czasu na roztkliwianie się nad sobą. Zaopatrzyłem się w normalny zestaw 

zabójczych nader urządzeń i wpadłem do garażu. Mój czerwony firebom 8000 wystrzelił na 

ulicę, ledwie otworzyły się drzwi. Spokojni obywatele spokojnej planety rozpierzchli się na 

boki.   Jedynym   powodem   mojego   chwilowego   pobytu   w   tym   nudnym   świecie   była   chęć 

znajdowania się jak najbliżej chłopców w czasie pobierania przez nich nauki. Wiedziałem, że 

opuszczę to miejsce, nie oglądając się za siebie. Nie dość, że była toto nudna planeta rolnicza, 

to w dodatku z nader rozbudowaną biurokracją. Wszelkiej maści urzędasy i oficjele zwalili 

się   tu   tak   z   uwagi   na   łagodny   klimat,   jak   i   na   centralne   położenie   wśród   sporej   liczby 

systemów gwiezdnych. Co do mnie, wolałem rolników.

W   miarę   jak   gnałem   przed   siebie,   pola   uprawne   zastąpione   zostały   przez   lasy,   a 

następnie otoczyły mnie poszarpane góry. W końcu wziąłem ostatni zakręt i droga skończyła 

się   przed   solidną   bramą   umieszczoną   na   jednej   z   najwyższych   i   najmniej   gościnnie 

wyglądających grani w okolicy.

Brama znajdowała się w wysokim kamiennym  murze  zakończonym  pordzewiałym 

drutem kolczastym (pod napięciem). Nad nią znajdował się wykuty w stalowej płycie napis:

SZKOŁA WOJSKOWA I INTERNAT PENITENCJARNY DORSKIEGO

background image

Jako ojciec czułem uzasadnioną dumę, że moi synowie przebywają w czymś takim. 

Jako obywatel powinienem był  odczuwać ulgę. To, co ja skłonny byłem  uznawać za ich 

przymioty, reszcie świata jakoś niespecjalnie się podobało. Przed przybyciem tu obaj zostali 

wyrzuceni   w   sumie   z   dwustu   czternastu   szkół.   Pięć   z   nich   spłonęło   w   tajemniczych 

okolicznościach, a jedna wyleciała w powietrze. Nigdy nie wierzyłem, żeby fala samobójstw 

wśród personelu jednej z pozostałych miała cokolwiek wspólnego z moimi chłopcami, ale 

zawistne języki sądziły inaczej. Koniec końców trafili na równego sobie w osobie starego 

pułkownika Dorskiego. Po przymusowym  przejściu na emeryturę, otworzył  on ów zakład 

wnosząc weń doświadczenie lat służby, w trakcie której rozwinął wyrafinowane i nader silne 

skłonności do zachowań sadystycznych. Moi chłopcy trafili tu w końcu i mimo ich usilnych 

starań ledwie parę dni dzieliło ich od ceremonii zakończenia nauki i opuszczenia zakładu. 

Tyle tylko, że aktualnie trzeba by to wyjście trochę przyśpieszyć.

Jak   zawsze   z   niechęcią   oddałem   swoje   uzbrojenie,   zostałem   prześwietlony   przez 

wszelkie   aparaty   zabezpieczające,   zamknięty   w   szeregu   śluz   odkażających   i   w   końcu 

wprowadzony na podwórze, po którym  snuły się zdesperowane postacie,  pokonane przez 

zabezpieczenia zakładu. Pomiędzy nimi dostrzegłem dwie radosne i wyprostowane sylwetki 

nie poddające się rozpaczy. Zagwizdałem nasz stary sygnał i obaj, rzucając książki, podbiegli, 

aby   powitać   mnie   gorąco.   Po   chwili   podniosłem   się   powoli,   otrzepałem   ubranie   i 

udowodniłem empirycznie, że ja, stary, w dalszym ciągu mogę ich jeszcze pewnych rzeczy 

nauczyć.   Trzeba   przyznać,   że   wyglądali   świetnie.   Byli   ciut   niżsi   ode   mnie   -   wzrost 

odziedziczyli po matce - ale postawą i muskulaturą nie ustępowali mi ani na jotę. Ojcowie 

wielu dziewcząt znajdą się w rozterce, gdy chłopcy opuszczą szkołę.

- Jak się nazywa ten cios ramieniem, tato? - zapytał James.

- Wyjaśnienia mogą poczekać. Jestem tu, aby przyśpieszyć  wasze wyjście, bo coś 

niezbyt miłego przytrafiło się waszej matce.

Uśmiechy zniknęły natychmiast i obaj pochylili się, spijając dosłownie wyjaśnienia z 

moich ust i potakując ze zrozumieniem.

-   Tak   więc   -   stwierdził   Bolivar,   gdy  skończyłem   -   trzeba   będzie   tę   Starą   Świnię 

przekonać, żeby nas wypuścił...

-   ...i   zrobić   coś   z   tym   -   James   dokończył   zdanie   za   brata.   Nie   było   w   tym   nic 

dziwnego, często bowiem ich myśli biegły jednym torem.

Ruszyliśmy więc równym krokiem (120 stąpnięć na minutę) poprzez wielki hall z 

przykutymi do ścian szkieletami, a następnie, rozpryskując wiecznie spływającą wodą klatką 

schodową, dotarliśmy do biura dyrektora.

background image

-   Nie   możecie   tu   włazić!   -   wrzasnął   sekretarz-goryl,   podrywając   na   nogi   swoje 

dwieście kilo wytrenowanych w walce mięśni.

Lekko   złamaliśmy   krok   przechodząc   przed   jego   nieprzytomnym   ciałem.   Dorski 

powitał nas przekleństwem, stojąc przy biurku z bronią w ręku.

-   Odłóż   to   -   poradziłem   mu.   -   To   jest   sytuacja   wyjątkowa.   Muszę   mieć   swoich 

chłopców parę dni wcześniej. Mógłbyś być tak miły i wydać mi ich świadectwa, łącznie z 

zezwoleniami na opuszczenie szkoły.

- Idź do diabła! Nie ma wyjątków, wynocha stąd! - zaproponował w odpowiedzi.

Uśmiechnąłem się w stronę rozpylacza, który trzymał w dłoni i zdecydowałem, że 

wyjaśnienia mogą być w tym przypadku owocniejsze od przemocy.

-   Moja   żona,   a   ich   matka,   została   dziś   rano   aresztowana   i   zabrana   z   domu   - 

powiedziałem.

-   Zdarza   się.   Należało   się   tego   spodziewać   przy   tak   niezdyscyplinowanym   trybie 

życia. A teraz spierdalać - odparł.

-   Słuchaj   no,   zakamieniały   wypierdku   zdrowego   rozsądku   i   tępa   pało   trepackiego 

zidiocenia.   Nie   przyszedłem   tu   wysłuchiwać   słów   współczucia   czy   obrazy   z   twojej 

obsmarkanej strony. Gdyby chodziło o normalne aresztowanie, to ci, którzy przyszli to zrobić, 

byliby  nieprzytomni  zaraz  po  otwarciu  drzwi.  Detektywi,  gliniarze,   żandarmeria,   celnicy, 

obojętnie - nikt nie zdążyłby palcem kiwnąć przy mojej słodkiej Angelinie.

- I co dalej? - spytał wojak, nie opuszczając jednak broni.

- Poszła z nimi spokojnie, aby dać mi czas, którego będę potrzebował. Sprawdziłem 

tablicę rejestracyjną tych typów. To byli agenci Międzygwiezdnego Urzędu Skarbowego - 

odpowiedziałem na głębokim wdechu.

- Poborcy podatkowi! - Dorski szepnął z płonącym wzrokiem (broń zniknęła). - James 

di Griz, Bolivar di Griz, wystąp! Przyjmijcie te świadectwa jako dowód rzetelnego spędzenia 

czasu i przyswojenia wiedzy w tym zakładzie! Jesteście teraz absolwentami Szkoły Dorskiego 

i mam nadzieję, że przed udaniem się na spoczynek wieczny wspomnicie mnie jeszcze, jak 

wielu innych, choć z przekleństwem. Uścisnąłbym was, ale moje kości są zbyt stare, by je 

łamać i wyszedłem już trochę z wprawy w walce wręcz. Idźcie ze swoim ojcem i przyłączcie 

się do walki ze złem. Dajcie im po łbie i ode mnie - dodał cicho. Minutę później byliśmy na 

zewnątrz i wsiadaliśmy do wozu.

- Oni nie odważą się skrzywdzić mamy? – spytał James.

- Nie pożyją długo, jeśli to zrobią - zgrzytnął zębami Bolivar.

- Oczywiście, że nic jej nie zrobią. Z uwolnieniem nie będzie żadnego problemu - 

background image

poinformowałem ich. - Jeśli uda się nam zniszczyć ich zapisy.

- Jakie zapisy? - to był Bolivar. - I dlaczego ten wieprz Dorski tak łatwo ustąpił? To do 

niego niepodobne.

- Podobne, dlatego że pod patyną głupoty, przemocy i wojskowego ogłupienia to nadal 

człowiek   taki   jak   my.   I   tak   samo   jak   my   automatycznie   uważa   on   każdego   faceta   od 

podatków za naturalnego wroga gatunku ludzkiego.

- Nie rozumiem - przyznał James, łapiąc za klamkę, gdy braliśmy kolejny zakręt nad 

przepaścią.

-  Głupia   sprawa,   ale   jeszcze   zrozumiesz.  Dotąd  żyliście   jakby pod  ochroną,   gdyż 

traciliście   pieniądze,   nie   zarabiając   ich.   Wkrótce   będziecie   zarabiać,   podobnie   jak   reszta 

ludzkości,   a  wraz  z  otrzymaniem  pierwszego   kredytu  -  efektu  waszego  potu   i  wysiłku   - 

pojawi się facet z urzędu podatkowego. Będzie kręcił się coraz bliżej, aż w końcu prześlizgnie 

się pod waszym ramieniem i zwinie swoimi lepkimi paluchami większość waszych pieniędzy. 

Nowoczesne rządy oznaczają wielką biurokrację, a ta pociąga za sobą wielkie podatki - i nie 

ma na to rady. Kiedy zetkniecie się z tym systemem, już jesteście złapani i kończycie płacąc 

wciąż więcej i więcej podatków. Razem z matką mamy coś odłożone na waszą przyszłość, ale 

to nie wystarczy. Są to pieniądze zarobione jeszcze przed waszym urodzeniem.

- Ukradzione - poprawił mnie Bolivar. - Dochody z nielegalnych machinacji.

- Majaczysz, nigdy nie zrobiliśmy...

-   Zrobiliście,   tato   -   poparł   go   James.   -   Włamaliśmy   się   do   wystarczającej   liczby 

archiwów, aby wiedzieć, skąd są te wszystkie pieniądze.

- Te czasy się skończyły!

-  Mamy  nadzieję,  że  nie!  - wrzasnęli   chórem.   - Co  galaktyka   zrobiłaby bez  paru 

Stalowych Szczurów ożywiających jej gospodarkę. Słuchaliśmy twoich wykładów o tym, jak 

napady   na   banki   zapewniają   zajęcie   znudzonej   policji,   zbyt   gazetom,   dostarczają   opinii 

publicznej   tematów   do  dyskusji   i   narażają   na  wydatki   towarzystwa   ubezpieczeniowe.   To 

działalność utrzymująca pieniądz w obrocie.

- Nie. Nie pozwolę, aby moje dzieci stały się przestępcami!

- Naprawdę?

- No, powiedzmy niech będą porządnymi przestępcami: niech biorą tylko od tych, 

których stać na straty, niech nie krzywdzą nikogo, niech będą bystre, przyjacielskie i zaradne. 

Niech będą przestępcami akurat tak długo, aby trafić do Korpusu Specjalnego, gdzie mogą 

służyć ludzkości łapiąc prawdziwych bandytów.

- Takich, jakich będziemy teraz ścigać?

background image

- Tak długo, jak wraz z waszą matką uczciwie kradliśmy i traciliśmy pieniądze, nie 

było   problemu.   Ledwie   wzięliśmy   ciężko   zarobione   wynagrodzenie   z   Korpusu   i 

zainwestowaliśmy je legalnie, nie możemy się opędzić od urzędu podatkowego. Zrobiliśmy 

parę błędów...

- Jak niezgłoszenie dochodów? - spytał niewinnie James.

- Między innymi. Przyznaję, że było to nieostrożnością. Powinniśmy byli wrócić do 

obrabiania banków, a teraz mają nas w kartotekach, zaplątani jesteśmy w sprawy sądowe i 

inne takie. Dlatego wasza matka poszła z nimi spokojnie - abym jako człowiek wolny mógł 

przygotować się do przecięcia węzła gordyjskiego. I abym wyciągnął nas wszystkich z tego 

bagna.

- Co mamy zrobić? - spytali.

- Zniszczyć nasze dane w ich zapisach. Wtedy będziemy zupełnie wolni i szczęśliwi.

2

Siedzieliśmy w ciemnym samochodzie i zapamiętale skubaliśmy paznokcie.

- Nie jest dobrze - oświadczyłem w końcu. - Nie mogę być spiritus movens przemiany 

pary niewinnych dusz w kryminalistów.

Z   tylnego   siedzenia   dobiegły   mnie   stłumione   warknięcia,   bez   wątpienia   objawy 

silnych stanów emocjonalnych, po czym obie pary drzwi zostały błyskawicznie otwarte i za-

trzaśnięte   tak   szybko,   że   dojrzałem   tylko   dwie   postacie   oddalające   się   niezbyt   dobrze 

oświetloną ulicą. Czyżbym ich aż tak uraził, że postanowili zrobić to sami, kładąc wszystko 

przez brak doświadczenia? Walczyłem z klamką od drzwi, gdy kroki rozległy się ponownie. 

Ledwie wysiadłem, obaj byli z powrotem. Twarze poważne, bez śladu dobrego humoru.

- Mam na imię James - odezwał się jeden - a to jest mój brat Bolivar. W myśl prawa 

jesteśmy pełnoletni, ukończyliśmy osiemnaście lat. Możemy oficjalnie pić, palić, przeklinać i 

kochać się. Możemy też, jeśli  zechcemy,  złamać  każde prawo lub prawa każdej  planety, 

wiedząc, że jeżeli zostaniemy złapani, narażamy się na pełny wymiar kary. Słyszeliśmy z 

pewnego źródła, że ty, Jimie di Griz, zamierzasz złamać prawo w szczególnie słusznej, ba, 

bardzo słusznej sprawie i chcemy się do ciebie przyłączyć. Co ty na to, tato?

Co mogłem powiedzieć? Tym bardziej, że coś mi akurat siadło na struny głosowe. 

Cała nadzieja, że była to grypa, a nie wzruszenie. Uczucia i przestępstwa stanowią złą parę.

- Dobrze - warknąłem udając złość. - Jesteście przyjęci. Stosować się do instrukcji, 

zadawać pytania tylko w razie niejasności, a poza tym robić tylko to, co każę. ZGODA?

- ZGODA! - zabrzmiało chórem.

background image

- To powkładajcie te drobiazgi do kieszeni, nigdy nie wiadomo, kiedy coś się może 

przydać. Macie rękawiczki daktyloskopijne? - Unieśli dłonie, które lekko rozbłysły w świetle 

lamp. - Ślicznie. Ucieszy was wiadomość, że będziecie zostawiali ślady palców tutejszego 

burmistrza i komisarza policji. Niemniej będzie to trudna akcja. Wiecie, dokąd się udajemy? 

Jasne, że nie. Budowla za rogiem, stąd nie widać, to kwatera urzędu kontrolującego banki 

pamięci z zapisem ich wszystkich niegodziwych i oszukańczych machinacji. Dziś w nocy 

wyrównamy rachunki z tymi panami. Nie będziemy próbowali tam wejść bezpośrednio, gdyż 

systemy   obronne   mają   znakomite;   wiedzą   doskonale,   że   nie   są   kochani.   Wejdziemy   do 

budynku obok, który wybrałem nieprzypadkowo - jego tył dochodzi prawie do naszego celu. - 

W trakcie rozmowy szliśmy już w wyznaczonym  kierunku.   Ledwie  skręciliśmy  za  róg, 

gdy chłopcy zostali lekko zaskoczeni serią świateł i tłumem kłębiącym się przed nami. Syreny 

wyły, kamery telewizyjne warczały, reflektory biły w niebo.

- Czyż to nie cudowne? - uśmiechnąłem się radośnie i szturchnąłem obu. - Kto brałby 

pod uwagę możliwość wyjścia z budowli, do której wszyscy chcą wejść? Otwarcie sezonu - 

premiera nowej opery „Cohoneighs w ogniu".

- Będziemy potrzebowali biletów...

- Kupiłem po południu od konika za bluźnierczą cenę. Idziemy!

Przepchnęliśmy się przez tłum, oddaliśmy bilety i dostaliśmy się na poddasze. Opera 

byłaby tu ledwie słyszalna, ale nie miałem najmniejszej ochoty słuchać wycia i rzępolenia. 

Poddasze miało też inne zalety, jak np. bar, do którego natychmiast weszliśmy. Odświeżyłem 

się piwem, z zadowoleniem konstatując, że pociechy zamówiły niealkoholowe napoje. Z innej 

ich aktywności byłem mniej zadowolony. Przysunąłem się do Bolivara, łapiąc go za ramię - 

mój palec wskazujący nacisnął przy tym nerw paraliżujący rękę.

- Bardzo brzydko - powiedziałem łagodnie, gdy diamentowa bransoletka wyślizgnęła 

mu   się   ze   zdrętwiałych   palców   na   dywan,   i   stuknąłem   stojącą   obok   matronę   w   ramię, 

wskazując w dół, gdy się obróciła.

- Przepraszam, madam, czy nie zsunęła się pani bransoletka?

- Tak?

- Nie, proszę mi pozwolić! Ależ skąd, cała przyjemność po mojej stronie.

Spojrzałem wymownie na Jamesa - uniósł dłonie w geście pokoju.

-   Zrozumiałem   już,   tatusiu.   Przepraszam,   po   prostu   dla   wprawy   i   już   wsunąłem 

gościowi portfel z powrotem, ledwie zauważyłem, że Bolivar rozciera sobie ramię.

- Pięknie, tylko żeby mi to było ostatni raz. Mamy poważne i odpowiedzialne zadanie 

dziś w nocy i żadne duperele nie powinny wam się pałętać po głowie. Dalej, ostatni dzwonek, 

background image

kończyć drinki i w drogę.

- Na nasze miejsca?

- Oczywiście, że nie. Do ubikacji.

Osiągnęliśmy  każdy osobną kabinę i stojąc na sedesach, aby nie było  widać nóg, 

poczekaliśmy,  aż ucichną ludzie i okoliczny teren opustoszeje i aż rozlegną się pierwsze 

przeraźliwe   dźwięki   oznajmiające   początek   spektaklu.   Odgłos   spuszczanej   wody   był 

zdecydowanie bardziej melodyjny.

- No to zaczynamy - oznajmiłem.

I zaczęliśmy.

Wilgotne oko w wylocie ścieku obserwowało, jak wychodzę. Moment później wychyliła 

się   para   czułków,   które   były   częścią   składową   ciała   należącego   z   wyglądu   do   ścieku.  

Właściwie to nawet do czegoś gorszego - owo coś było obrzydliwe, oślizłe i ogólnie rzecz  

biorąc nieprzyjemne.

- Wygląda na to, że znasz drogę - stwierdził Bolivar, gdy po przejściu przez zamknięte 

drzwi z napisem OBCYM WSTĘP WZBRONIONY ruszyliśmy ciemnym korytarzem.

- Kupiwszy bilety pozwoliłem sobie na małą wycieczkę. Jesteśmy.

Pozwoliłem chłopcom rozbroić dla wprawy alarm przeciwwłamaniowy i podbudował 

mnie fakt, że nie potrzebowali wskazówek. Wlali nawet na nasze ślady parę kropli skutecznie 

maskującego trop śmierdzidła. Wyjrzeliśmy na zewnątrz. Ciemna bryła budynku majaczyła o 

dobre pięć jardów.

- Co dalej? - spytał Bolivar.

- To znaczy, jak się tam dostaniemy? - uściślił James.

- Za pomocą tego. - Wyciągnąłem podobny do pistoletu przedmiot z wewnętrznej 

kieszeni.   -   Nie   ma   nazwy,   ponieważ   sam   go   skonstruowałem.   Gdy   naciśnie   się   spust, 

wystrzeliwuje   mały   generator   pola,   ciągnący   za   sobą   nić   molekularną,   która   jest   nie   do 

zerwania.   Pole   jest   wytwarzane   przez   blisko   piętnaście   sekund   i   w   tym   czasie   może 

wytrzymać obciążenie tony. Proste?

- Skąd możesz wiedzieć, że trafisz w kawałek stali po ciemku? - zdumionym głosem 

odezwał się Bolivar.

-   Z   kilku   powodów,   niedowiarku.   Odkryłem   wcześniej,   że   okna   mają   metalowe 

framugi to raz, a dwa, to pole jest tak silne, że trudno jest utrzymać je z daleka od rzeczy 

metalowych. Masz linkę, James? Pięknie. Przytwierdź jeden koniec do rury. Tylko starannie, 

bo pod nami jest kilka pięter. Drugi daj mi. Macie pancerne rękawice? Ideał, trochę ćwiczeń 

przyda się waszym muskułom. Gdy linka będzie przymocowana, pociągnę za nią trzy razy. 

background image

No to zaczynamy!

Podtrzymywany na duchu przez własną filozofię, wkroczyłem do akcji.

- Powodzenia - doszło mnie z tyłu.

- Dzięki, uczucia doceniam, ale pomysłu nie - Stalowe Szczury muszą mieć własne 

szczęście.

Pociągnąłem   za   spust.   Pocisk   pofrunął   zygzakiem   i   przywarł   do   celu.   Wcisnąłem 

przycisk wciągarki i wyleciałem przez otwarte okno. Piętnaście sekund to niewiele. Zgiąłem 

się, wysuwając nogi i lewą rękę do przodu, klnąc zarazem na czym świat stoi. Wyszło na to, 

że amortyzacją spotkania ze ścianą zajęła się tylko prawa noga. Jeśli nie była złamana, to 

graniczyło   to   z   cudem.   Nic   takiego   nigdy   się   nie   zdarzyło,   odkąd   ćwiczyłem   w   domu. 

Sekundy uciekały, a ja wisiałem jak worek. W dodatku ciężki worek. Niefunkcjonująca noga 

musiała zostać zignorowana, niezależnie od faktu, czy mi się to podobało, czy nie. Czubkiem 

buta   namacałem   krawędź   okna   po   lewej   i   używając   zdrowej   nogi   kopnąłem   w   szybę, 

wkładając w to wszystkie moje siły. Efekt był zerowy, co było zrozumiałe, biorąc poprawkę 

na   jakość   szkła   pancernego   w   dzisiejszych   czasach.   Pożytkiem   było   to,   że   się   nieco 

obsunąłem,   stając   czubkiem   buta   na   dolnej   listwie,   a   palce   lewej   dłoni   zacisnąłem   na 

krawędzi górnej.

Dokładnie w tym momencie pole zniknęło i pozostałem sam ze sobą. Trzymałem się 

ściany opuszkami palców lewej dłoni, wsparty na czubku buta, upodabniając się do muchy 

niedojdy.

- Dobrze ci idzie, tato? - dobiegł mnie z tyłu szept.

Muszę   przyznać,   że   sporo   wewnętrznej   dyscypliny   kosztowała   mnie   kontrola 

cisnących   się   na   usta   odpowiedzi.   Dzieci   nie   powinny   wysłuchiwać   czegoś   takiego   od 

własnych   rodziców.   Efektem   tego   było   coś   na   kształt   „fiszlesloop".   Palce   zaczynały   się 

męczyć,   a   sytuacja   przestawała   być   zabawna.   Ostrożnie   wsunąłem   zbędny   drobiazg   za 

pazuchę,   po  czym   sięgnąłem  do  kieszeni  po  diament.   Zdecydowanie   nie   był   to  czas   ani 

miejsce na subtelności. Normalnie wyciąłbym mały otwór wokół przyklejonej przyssawki, 

wyjął   ostrożnie   szklany   krążek,   odciągnął   zasuwkę   i   uniósł   delikatnie   okno.   Nie   teraz. 

Jednym szarpnięciem wyciągnąłem go i wyciąłem kaleki owal, następnie kontynuując ów 

ruch wbiłem go pięścią do środka. Diament powędrował jego śladem, ja zaś sięgnąłem do 

wnętrza i złapałem za ramę.

Szkło uderzyło w podłogę z głośnym dźwiękiem, akurat gdy mój but ześlizgnął się z 

oparcia. Zawisłem na jednej ręce, starając się zignorować ostrą krawędź wrzynającą się w 

ramię. Podciągnąłem się tak wysoko - oto co znaczy stały trening - że mogłem użyć drugiej 

background image

ręki do wsparcia. Dalej wszystko było już proste jak drut, choć cieknąca z ramienia krew 

przeszkadzała mi jak mogła. Ponowne oparcie buta na rynnie i otwarcie okna było dziełem 

chwili - po unieszkodliwieniu alarmu, rzecz jasna. Gdy wślizgnąłem się przez otwarte okno, 

usiadłem bezwładnie na podłodze.

- Myślę, że jestem już trochę za stary na takie rzeczy - powiedziałem sobie, gdy wrócił 

mi oddech.

Wokół pozorna cisza - brzęk szkła, przeraźliwy dla mnie, nie zwrócił najwyraźniej 

niczyjej uwagi. Do roboty.  Znalazłem coś solidnego do przymocowania liny,  zrobiłem to 

najlepiej, jak mogłem i pociągnąłem trzy razy.

- Napędziłeś nam stracha - oświadczył James.

-  Napędziłem  sobie strachu  - poprawiłem  go. - To jest  latarka,  tu  zaś  medpakiet. 

Sprawdźcie,   czy   można   coś   zrobić   z   moim   ramieniem.   Krew,   jak   wiecie,   jest   idealnym 

dowodem.

Zrobili nawet sporo. Rozcięcie zostało opatrzone fachowo, a pulsujący ból prawej nogi 

świadczył, że wraca ona do życia. Zmusiłem się do zrobienia paru okrążeń po pokoju, aby 

przywrócić w niej krążenie.

- Dobra - oznajmiłem - teraz do zabawy.

Wyprowadziłem ich z pokoju i dalej ciemnym korytarzem, tak szybko, jak pozwoliła 

mi   niezdyscyplinowana   kończyna.   Chłopcy   zostali   parę   kroków   z   tyłu,   tak   że   za   róg 

wyszedłem   z   trzyjardową   przewagą...   Byli   więc   nadal   niewidoczni,   gdy   wzmocniony 

elektronicznie głos wykrzyknął mi w twarz:

- Nie ruszaj się, di Griz. Jesteś aresztowany!

3

Życie jest pełne tego typu niespodzianek - przynajmniej moje. Za innych trudno mi się 

wypowiadać. Mogą być wzruszające, zaskakujące, a nawet śmiertelne, gdy ktoś nie jest na nie 

przygotowany.   Szczęściem,   dzięki   przewidywaniu   i   wiedzy   fachowej,   ja   byłem 

przygotowany. Granat dymny poleciał, zanim jeszcze przebrzmiał ów głos. Ładunek wybuchł 

z zadowalającym hukiem, wypełniając cały korytarz kłębami czarnego dymu i powodując 

złośliwe komentarze z kilkunastu gardeł. Aby dodać im powodów do narzekań, posłałem w 

ślad za pierwszym granatem następny - trochę inny. Jest to poręczny drobiazg sam w sobie 

całkowicie   niewinny,   wytwarzający   jednakże   takie   ilości   efektów   akustycznych   w   guście 

strzałów i wybuchów, że wystarczy ich na małą wojnę, i wyrzucający na wszystkie strony 

kapsuły gazu usypiającego. Muszę przyznać, że wywarł znakomity efekt psychologiczny. Ja 

zaś cichutko wróciłem do zmartwiałych pociech i poprowadziłem je w głąb korytarza.

background image

-   Teraz   się   rozdzielimy   -   oznajmiłem,   gdy   pozwoliły   mi   na   to   cichnące   odgłosy 

kanonady. - Tu macie kod komputera blokującego.

Bolivar złapał go odruchowo, po czym potrząsnął głową próbując coś zrozumieć.

- Tato, mógłbyś nam powiedzieć...

- Oczywiście. Kiedy wykopałem szybę, wiedziałem, że odgłos tego, choć minimalny, 

musiał włączyć alarm dźwiękowy. Dlatego zacząłem realizować plan B, a nie mówiłem wam 

o tym, aby uniknąć protestów. Polega on na tym, że ja robię dywersję, a wy obaj udajecie się 

do pomieszczenia pamięci  i kończycie  robotę. Używając  priorytetowych  kodów Korpusu, 

zdołałem zebrać wszystko, co jest do tego potrzebne. Macie instrukcję kasowania pamięci, 

którą coś tak głupiego jak komputer wykona bez wahania. Zniszczy ona akta wszystkich 

obywateli na paręnaście lat świetlnych wokoło, którzy mają to szczęście, że ich nazwiska 

zaczynają się na literę D. Po dokonaniu tego zbożnego dzieła wykasujecie także nazwiska na 

U   i   P   w   przypadku,   gdyby   ktoś   bezpodstawnie   próbował   łączyć   moją   obecność   ze 

zniszczeniami. Wybór tych dwóch liter, dodam, nie jest przypadkowy.

- Zwłaszcza, że „dup" jest jednym z większych przekleństw w tutejszym slangu.

-   Racja,   James,   twoje   szare   komórki   przechodzą   same   siebie.   Zrobiwszy   to, 

otworzycie grzecznie któreś z parterowych okien i zmieszacie się z tłumem. Proste?

- Poza tym, że dasz się aresztować - mruknął Bolivar. - Na to nie pozwolimy.

-   Nie   zatrzymacie   mnie,   choć   doceniam   uczucia.   Bądźcie   rozsądni.   Krew   jest 

niepodważalnym dowodem, a mojej mają tam w pokoju aż nadto. Jeśli teraz ucieknę, będę 

ścigany, ledwie zrobią analizy, nie wspominając o drobiazgu, że i tak mnie już widzieli i z 

pewnością mają serię doskonałych zdjęć. Poza tym wasza matka jest w więzieniu i muszę 

dotrzymać  jej towarzystwa. Przy zniszczonych zapisach wszystko, co mogą mi zrobić, to 

oskarżyć o włamanie i przysłać rachunek za szklenie. I tak wkrótce opuszczamy tę planetę.

- Mogą potrzymać cię do rozprawy - zmartwił się James.

- No cóż, w takim przypadku wasi rodzice będą zmuszeni wyłamać się z tutejszego 

kibla.   Nie   ma   co   się   martwić   -   niespecjalnie   trudne   zadanie.   Po   wykonaniu   zadania 

zameldować się w domu i spać. Pogadamy później, a teraz znikać.

Będąc rozsądnymi dziećmi, zrobili to natychmiast. Ja zaś powróciłem na plac boju i 

nałożyłem gogle i filtry nosowe. Miałem jeszcze masę granatów i to w szerokim wyborze - 

dymne, duszące, łzawiące, ogłuszające - a ponieważ urząd zdenerwował mnie parokrotnie, 

toteż jak mogłem, tak starałem się oddać dług.

Ktoś zaczął strzelać, co było głupim posunięciem, gdyż miał znacznie większe szansę 

trafić któregoś z kumpli niż mnie. Odszukałem go w dymie, zabrałem broń i dałem klapsa, 

background image

który powinien być przyczyną sporego bólu głowy po odzyskaniu świadomości. Prawie pełny 

magazynek wypróżniłem, z dużą przyjemnością, prosto w sufit.

-   Nigdy   nie   złapiecie   Chytrego   Jima!   -   wrzasnąłem   w   głąb   bardzo   hałaśliwej 

ciemności, wiodąc tę zgraję fiskalnych piratów na trasę krajoznawczą po budynku.

Obliczyłem, ile czasu powinno wystarczyć bliźniakom na skończenie roboty, dodałem 

jeszcze kwadrans na wszelki wypadek, po czym z ulgą opadłem na fotel dyrektora w jego 

gabinecie, zapaliłem jedno z jego cygar i odprężyłem się zadowolony.

-   Poddaję   się,   poddaję!   -   wrzasnąłem   ku   tłumowi   potykających   się,   kaszlących   i 

rzewnie płaczących  osobników, podążających  moim tropem. - Jesteście zbyt  męczący dla 

mnie. Tylko musicie mi obiecać, że nie będziecie mnie torturować.

Zbliżyli się ostrożnie - z dumą stwierdziłem, że ich przerzedzone szeregi składały się z 

funkcjonariuszy miejscowej policji, która przybyła najwyraźniej po to, aby sprawdzić, w co 

się tu bawimy, jak i plutonu - teraz już znacznie uszczuplonego - wojsk lądowych z pełnym 

wyposażeniem.

- Tyle zachodu o moją skromną osobę - stwierdziłem z podziwem, wypuszczając ku 

nim kółka dymu. - Czuję się zaszczycony. Chcę także złożyć oświadczenie prasie o tym, jak 

zostałem porwany, przewieziony tu bez przytomności, po czym byłem straszony i goniony po 

całym budynku. I CHCĘ MOJEGO ADWOKATA!!!

Faktycznie brakowało im elementarnego poczucia humoru - ja byłem jedynym, który 

się uśmiechał, gdy opuszczaliśmy budynek. Nie próbowali być twardzi - zbyt wielu żądnych 

sensacji ludzi kręciło się po okolicy. Syreny wyły,  światła błyskały różnokolorowo i cały 

konwój (plus ja w kajdanach) ruszył z piskiem.

Najzabawniejsze było, że nie do więzienia. Dojechaliśmy do bramy więzienia, gdzie 

było trochę krzyków i groźnego wymachiwania bronią, po czym z powrotem do miasta, gdzie 

ku mojemu zaskoczeniu zdjęto mi kajdanki i wprowadzono do jakiegoś budynku. O tym, że 

dzieje się coś dziwnego, wiedziałem już przy bramie, ale co to jest, zrozumiałem,  gdy z 

pomocą jednego tylko kopniaka wepchnięto mnie za nieodznaczające się niczym drzwi, które 

zaraz zamknięto, ja zaś otrzepałem ubranie i przyjrzałem się znajomej postaci za biurkiem.

- Co za przyjemna niespodzianka - oznajmiłem. - Dobrze się czujesz?

- Powinienem cię zastrzelić, di Griz - warknął Inskipp, mój osobisty szef, główny 

mózg   Korpusu   Specjalnego,   prawdopodobnie   najpotężniejszy   człowiek   w   galaktyce   we 

własnej osobie. Korpus powołała Liga do utrzymania pokoju i spokoju wśród gwiazd, co ten 

robił   w   swoisty   sposób,   i   choć   nie   zawsze   najuczciwszą   drogą,   zawsze   jednak   z 

zadowalającym wynikiem.

background image

Dawno   już   stwierdzono,   że   złodzieja   najlepiej   złapać   posługując   się   drugim 

złodziejem - Korpus stosował tę właśnie maksymę. Swego czasu - przed moim przyłączeniem 

się do Korpusu - Inskipp był największym i najlepszym przestępcą w galaktyce, inspiracją dla 

wszystkich STALOWYCH SZCZURÓW. Zmuszony jestem przyznać, że nie prowadziłem 

zbyt   pomnikowego   żywota   przed   przymusowym   nawróceniem   ku   dobrym   mocom. 

Nawróceniem, jak łatwo można stwierdzić, niezbyt całkowitym, choć przekonany jestem, że 

nie zrobiłem w życiu nic, czego musiałbym żałować. Słysząc go, wyciągnąłem zza pazuchy 

straszak noszony na takie okazje i przystawiłem sobie do skroni.

- Jeśli uważasz, o Wielki, że powinienem być zastrzelony, jestem gotów ci pomóc. 

Żegnaj, okrutny świecie... - pociągnąłem za spust, robiąc w ten sposób sporo huku.

- Przestań się wygłupiać, to poważna sprawa.

- Jestem zawsze z tobą, niezależnie od tego, czy wierzę w uzasadnienia,  jakie mi 

wciskasz. Pozwól mi zdjąć ten pyłek, który jest na twojej klapie.

Zrobiłem to, wyciągając mu przy okazji etui na cygara - był tak zamyślony, że nie 

zauważył,   dopóki   nie   zapaliłem   jednego   i   nie   poczęstowałem   go   resztą.   Złapał   etui   z 

warknięciem i sapnął:

- Potrzebuję twojej pomocy!

-   Oczywiście   -   przytaknąłem.   -   Dla   jakiego   innego   powodu   sprawdzałbyś   to 

oskarżenie i robił całą resztę? Gdzie jest Angelina?

- W drodze do domu, aby okiełznać twoich występnych następców. Tłumoki z tej 

planety mogą się nie zorientować, co się dzieje w ich aktach, ale ja wiem. Zapomnijmy o tym, 

zwłaszcza że statek czeka na kosmodromie, aby zawieźć cię na Kakalak 2.

- Ponura skała okrążająca ciemną gwiazdę. Co znajdę na tym zadupiu?

-   Liczy   się   to,   czego   tam   nie   znajdziesz.   Satelitarnej   bazy,   która   była   miejscem 

spotkania Szefów Sztabów Floty Ligi...

- Powiedziałeś „była" z dość dużym uczuciem. Czy mam wierzyć...

- Powinieneś. Zniknęła bez śladu. Nie mamy pojęcia, co się mogło wydarzyć.

-   Zawsze   myślałem,   że   może   to   spowodować   jedynie   szczery   entuzjazm   wśród 

niższych szarż...

- Oszczędzaj poczucie humoru, di Griz. Jeśli prasa złapie ślad tego wydarzenia, wolę 

nie myśleć o politycznych reperkusjach. Nie mówiąc już o dezorganizacji naszej obrony.

- To ostatnie nie powinno cię zbytnio martwić, nie widzę zwiastunów żadnej wojny na 

horyzoncie.   A   tak   w   ogóle,   muszę   zadzwonić   do   domu   i   podać   ocenzurowaną   wersję 

wypadków. Potem możemy pogadać.

background image

Za kratką wentylacyjną wisiała jakaś wyposażona w okryte przylgami macki istota. 

Mrugała zielonymi oczami, żując coś ostrymi jak igły zębami.

Ona również śmierdziała zgnilizną.

- Coś mi tu śmierdzi i w ogóle nie podoba mi się to - oznajmiła błyskając oczami 

Angelina.

- Nic nie śmierdzi, skarbie! - zełgałem. - Nagłe zadanie, to wszystko. Wyjazd na parę 

dni.   Wrócę,   ledwie   się   skończy.   Teraz,   po   ukończeniu   szkoły,   najlepiej   będzie,   jeśli 

odkurzysz  foldery reklamowe  i uzgodnisz z chłopcami  jakieś miejsce, gdzie  moglibyśmy 

udać się na urlop.

-   Dobrze,   że   sobie   przypomniałeś.   Obaj   wrócili   parę   minut   temu,   umorusani   do 

obrzydzenia i zmęczeni jak reksy i nie chcą powiedzieć słowa o tym, co się z nimi działo.

- Powiedzą ci, przekaż im tylko, że tata skończył operację i że powinni ci opowiedzieć 

o   nowym   sposobie   spędzania   wieczorów.   Do   zobaczenia,   skarbie!   -   przesłałem   całusa   i 

przerwałem połączenie, nim zdążyła zaprotestować powtórnie.

Zanim   usłyszy   o   niedawnych   nonsensach,   powinienem   być   daleko   w   kosmosie, 

kończąc tę głupawą historię. Zresztą, to co przydarzyło się paru setkom wojskowych osłów, 

nie obchodziło mnie w żadnym stopniu - interesowało mnie tylko, jak to się stało.

Ledwie  znaleźliśmy  się w  drodze, otworzyłem  akta, zaaplikowałem  sobie  uczciwą 

dawkę Syrian Panther Sweat i zabrałem się za lekturę. Pierwszy raz zrobiłem to wolno i 

uczciwie, drugi raz trochę szybciej, trzeci zatrzymując się na najważniejszych fragmentach. 

Gdy  odłożyłem   teczkę,   dostrzegłem   siedzącego   naprzeciwko   Inskippa,   który   gapił   się   na 

mnie, żując zawzięcie wargę i bębniąc palcami po stole.

- Nerwy? - spytałem uprzejmie. - Mam tu wspaniały uspokajacz...

- Zamknij się! Powiedz lepiej, co tam znalazłeś ciekawego i co o tym myślisz.

- Myślę, że lecimy w złą stronę. Zmień kurs na naszą Kwaterę Główną. Muszę z kimś 

pogadać.

- Ale śledztwo...

- Nie da więcej, niż tu jest - postukałem w akta.- Już wszystko  zostało zrobione, 

charakterystyki porwanych typów, sprawdzenie zabezpieczeń, nagranie radiowe wszystkich 

częstotliwości,   próby   zrozumienia   okrzyku   „Zęby!"   itd.   Twoi   wywiadowcy,   w   dobrze 

dobranym i niegłupim składzie, przybyli na miejsce, znajdując pustą przestrzeń i ani śladu 

satelity   czy   poprzednich   wydarzeń.   Sądzisz,   że   ja   mam   większe   szansę   niż   ci   eksperci? 

background image

Bzdura! Dalej, lecimy do Coypu.

- Po co?

-   Bo   on   jest   mistrzem   time-helixu.   Aby  stwierdzić,   co   się   wydarzyło,   zamierzam 

wybrać się w przeszłość i obejrzeć na własne oczy przebieg wypadków.

- Nigdy o tym nie pomyślałem - mruknął.

- Oczywiście, że nie. Płaszczysz dupę za biurkiem, a ja jestem najlepszym agentem 

polowym Korpusu. Pozbawiam cię cygara, które wypłacam sobie jako wynagrodzenie za stałą 

naukę niedocenianego geniusza.

Coypu był przeciwny. Przygryzł wargę imponującymi, żółtymi zębami i potrząsnął 

kategorycznie głową, rozsypując na boki kosmyki siwych włosów i machając równocześnie 

zaciekle rękami.

- Czy próbujesz dać nam do zrozumienia, że pomysł nie spotyka się z twoją aprobatą? 

- spytałem uprzejmie.

- Szaleństwo! Nie, nigdy! Od ostatniego użycia time-helixu przez cały czas są czasowe 

spięcia wzdłuż statycznych linii energii.

- Maniak! - jęknąłem. - Proszę uprzejmie potraktować mnie i mojego obecnego tu 

szefa, jakbyśmy byli naukowymi imbecylami.

- Jesteście - sapnął. - Musiałem z niego skorzystać, aby uratować nas wszystkich, po 

czym zostałem zmuszony do powtórnego użycia, aby wyciągnąć ciebie z przeszłości. Masz 

jednak moje słowo, że nie będzie on używany, dopóki nie zostanie dokładnie wyskalowany.

Inskipp dowiódł, że jest z twardszego surowca niż naukowiec - zrobił dwa szybkie 

kroki, aż on i Coypu znaleźli się oko w oko, raczej nos w nos - obaj mieli imponujące organy 

powonienia.   Po   czym   będąc   na   pozycji,   odpalił   taką   salwę   przekleństw,   jakiej   nie 

powstydziłby się zawodowy sierżant i zakończył wiązanką wcale osobistych gróźb.

- I jako twój pracodawca, jeśli powiem ci, że masz iść, to pójdziesz! Bez wahania! Nie 

powiem, że cię zabiję, nie jesteśmy okrutni, ale jeśli nie, to skończysz ucząc na podstawowym 

kursie fizyki  bandę cymbałów  na jakimś  zadupiu, dla których  maszyna  czasu oznacza to 

samo, co zegarek. Będziesz współpracował?

- Nie możesz mi grozić! - obruszył się Coypu.

- Już to zrobiłem. Masz minutę do namysłu. Straż!

Para antropoidalnych  osobników w kombinezonach  bojowych  pojawiła się po obu 

stronach profesora, łapiąc go bezceremonialnie pod pachy tak, że jego stopy zaczęły dyndać 

w powietrzu.

- Trzydzieści sekund - glos Inskippa wypełniony był całym ciepłem atakującej kobry.

background image

- Zawsze chciałem wyskalować doświadczalnie time-helix - namyślił się Coypu.

- No. Postawcie go! To będzie proste - wyślesz go tydzień w tył, ustawiając maszynę 

na sygnał powrotu. Damy ci dokładne koordynaty czasoprzestrzenne. Nic więcej nie musisz 

wiedzieć. Jesteś gotów, DiGriz?

- Jak zawsze mruknąłem bez entuzjazmu, zezując na kombinezon i stertę ekwipunku. - 

Tylko się ubiorę i poumieszczam to wszystko. Tak samo jak ty gotów jestem zobaczyć, co się 

stało, a wrócić pragnę jeszcze bardziej niż ty!

Gotowa sprężyna time-helixu błyskała zielonkawo. Westchnąłem, przygotowując się 

duchowo   do   podróży.   Zatęskniłem   niemal   za   spokojnym,   trupiopodobnym   uściskiem 

poborców podatkowych.

Niemal.

4

Fakt,   że   nie   była   to   moja   pierwsza   podróż   w   czasie,   bynajmniej   nie   zmieniał 

związanych z nią nieprzyjemnych wrażeń. Przeciwnie, poczułem, jakby coś mnie rozciągało, 

znowu były widoczne gwiazdy i znów pojawiło się poczucie przeraźliwego zimna. Było to 

paskudne i trwało stanowczo za długo. W końcu sensacje skończyły się i szarość przestrzeni 

zmieniła się w zdrową, pocętkowaną gwiazdami czerń kosmosu. Byłem w stanie nieważkości; 

obracałem się wolniutko i podziwiałem wygląd satelity, który właśnie pojawił się w polu 

widzenia.   Radar   oznajmił,   że   jestem   o   piętnaście   mil   od   tej   skały   -   czyli   tam,   gdzie 

powinienem być.

Satelita   był   uczciwych   rozmiarów   -   opleciony   antenami   z   mnóstwem   jasno 

oświetlonych   okien.   Jak   pamiętałem,   wypełniony   był   pałętającą   się   zgrają   cymbałów, 

zajmujących się czymś użytecznym przez minimalną cząstkę swojego żywota. Przełączyłem 

radio na ich częstotliwość i stwierdziłem, że jestem o godzinę spóźniony w stosunku do planu 

- Coypu będzie mocno zaintrygowany, jak mu to oświadczę. Mimo to miałem jeszcze pięć 

godzin do spędzenia, zanim się coś zacznie.

Z oczywistych powodów nie mogłem zapalić cygara, ale mogłem się napić. Już dość 

dawno   przedsięwziąłem   odpowiednie   kroki   po   temu,   wypuszczając   wodę   ze   zbiornika, 

nalewając zaś burbona z wodą. Zalety tej mieszanki odkryto jakieś trzydzieści dwa tysiące lat 

wcześniej na Planecie Ziemia. Planeta, co prawda, została zniszczona bardzo dawno temu, ale 

przepis   uratowałem   osobiście   po   sporej   ilości   prób   -   niebezpiecznych,   bo   na   sobie   - 

nauczyłem się produkować znośną imitację. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by złapać 

rurkę w zęby i zdrowo pociągnąć. Mieszanka faktycznie była dobra. Podziwiałem okoliczne 

gwiazdy, jak i pobliskiego satelitę, uzupełniając regularnie równowagę płynów w organizmie, 

background image

i czas jakoś leciał.

Jakieś  pięć minut  przed punktem krytycznym,  dostrzegłem  kątem oka nagły ruch. 

Odwróciłem   się   i   zobaczyłem   identyczny   kombinezon   próżniowy,   unoszący   się   opodal   i 

siedzący na dwujardowej rakiecie. Wyciągnąłem miotacz i wycelowałem w nowo przybyłego.

Trzymaj łapy na widoku i obróć się powoli, abym mógł cię obejrzeć.

- Odłóż, durniu, tę pukawkę - oświadczył tamten, nadal odwrócony tyłem, grzebiąc 

coś przy kontrolkach rakiety. - Skoro ty nie wiesz, kim jestem, to nikt tego nie wie.

- Mną! - stwierdziłem starając się zamknąć usta.

- Nie, sobą! Ja jestem tobą albo coś w tym guście. Gramatyka nie jest stworzona do 

takich rzeczy. Schowaj spluwę, cymbale.

-- Czy mógłbyś mi wyjaśnić...

- Pewnie będę musiał, skoro ty czy ja nie mieliśmy dość inteligencji, by pomyśleć o 

tym   wcześniej   i   potrzebna   była   druga   podróż.   To   jest   kosmiczna   pluskwa   -   spojrzał   na 

zegarek albo ja spojrzałem na zegarek, czy coś w tym stylu.

Potem on /ja?/ wskazał: - Uważaj, to naprawdę jest niezłe widowisko.

Było. Przestrzeń za satelitą była pusta - po czym nagle już nie była. Coś wielkiego, 

bardzo   wielkiego   pojawiło   się   i  mknęło   ku  satelicie.   Widziałem   jedynie   czarny   jajowaty 

kształt,  który niespodziewanie  otwarł się z przodu. Wnętrze  było  niesamowicie  obszerne, 

rozświetlone ogniem piekielnym, zupełnie jak gigantyczna paszczęka obramowana zębami.

- ZĘBY! - trzasnęło moje radio wiadomością z zaginionego satelity.

Biały strumień ognia przeciął pole widzenia i pluskwa runęła ku satelicie. Zgranie 

było idealne, gdyż paszcza już zamknęła się po połknięciu satelity; wokół kolosa zamigotało 

pole ochronne i statek, a wraz z nim pluskwa zniknęły.

- Co to było? - westchnąłem.

- Skąd niby mam wiedzieć? - odparłem. - Zabieraj się z powrotem, żebym ja się mógł 

zabrać albo ty. Mam na myśli... do cholery z tym, ZNIKAJ!

- Nie pyskuj - mruknąłem - nie sądzę, żebym powinien w ten sposób zwracać się do 

siebie.

Uruchomiłem   mechanizm   powrotny   i   po   wszystkich   wyżej   opisanych   przejściach 

wróciłem do punktu wyjścia.

- Co znalazłeś? - Inskipp był przy mnie ledwie otworzyłem hełm.

-   Wystarczająco   dużo,   aby   wybrać   się   ponownie.   Potrzebuję   kosmiczną   pluskwę, 

potem ci opowiem. - Zdejmowanie i nakładanie kombinezonu jest gorsze od siedzenia w nim, 

toteż zrezygnowany oparłem się o ścianę, pociągając solidny łyk mieszanki.

background image

Inskipp głośno pociągnął nosem.

- Piłeś w pracy?

- Oczywiście. Jest to jedyny sposób, żeby ta robota nadawała się do strawienia. Teraz 

zamknij się i słuchaj.

Coś   naprawdę   dużego   pojawiło   się   z   nadprzestrzeni,   o   milę   od   satelity.   Niezły 

kawałek nawigacji; nie sądziłem, że tak można, ale najwyraźniej się myliłem. Cokolwiek to 

było, otwarło lśniącą, obramowaną zębiskami paszczę, i połknęło admirałów wraz ze stacją 

satelitarną.

- Upiłeś się! Wiedziałem!

- Nie, i mogę tego dowieść, chyba że sądzisz, iż moja kamera też się schlała. Ledwie 

to się stało, gość wrócił w nadprzestrzeń i zniknął.

- Musimy mu przyczepić pluskwę!

- To właśnie powiedziałem sobie... Dalej, Coypu, daj mi to i przenieś o pięć minut 

przed   godziną   zero.   Tak   na   marginesie   -   spóźniłeś   się   o   godzinę   za   pierwszym   razem, 

oczekuję poprawy.

Coypu   coś   mruknął,   nastawiając   zegary,   ja   zaś   złapałem   pluskwę   i   zniknąłem. 

Scenariusz   był   ten   sam   co   poprzednio,   tylko   z   innego   punktu   widzenia.   Gdy   powtórnie 

wróciłem, miałem serdecznie dość podróży w czasie - nie pragnąłem już niczego poza sporym 

posiłkiem z małą butelką wina i miękkim łóżkiem. Dostałem wszystko i miałem nawet kiedy 

się tym nacieszyć. Prawie tydzień minął, zanim dostaliśmy meldunek od kosmicznej pluskwy. 

Byłem akurat z Inskippem, gdy go doręczono i mogę stwierdzić, że wytrzeszcz jego oczu i 

ilość czasu, jaki strawił na lekturze, były imponujące.

- To niemożliwe - oznajmił w końcu.

-   To   właśnie   w   tobie   lubię   -   nieustający   optymizm.   -   Wyłuskałem   kartkę   z 

bezwładnych   palców,   przeczytałem,   sprawdziłem   koordynaty   na   mapie   i   przyznałem   mu 

rację. Prawie.

Pluskwa spisała się znakomicie. Odpaliłem ją na czas, toteż bez trudu przywarła do 

tego statku czy cokolwiek to było. Razem powędrowali w nadprzestrzeń, możliwe zresztą, że 

zrobili   całą   serię   skoków   -   nie   było   to   zbyt   istotne,   zwłaszcza   że   pluskwa   była 

zaprogramowana na odłączenie się jedynie w normalnej przestrzeni i w pobliżu bądź planety 

z   atmosferą   tlenową,   bądź   stacji   kosmicznej.   Była   całkowicie   niemetalowa   i   dopóki   nie 

zaczęła nadawać, praktycznie niewykrywalna.

Gdy zbliżyła się do czegoś, na co była zaprogramowana, kierowała się na najbliższą 

boję świetlną Ligi i ogłaszała swoje przybycie.  Nie trzeba dodawać, że robiła zdjęcia na 

background image

wszystkie możliwe i niemożliwe strony. Analizował je później komputer, określając miejsce, 

z   którego   przybywała.   Pięknie.   Tyle   że   odpowiedź,   jakiej   tym   razem   udzielił,   była 

nieprawdopodobna.

- Jeśli lokalizacja jest właściwa - postukałem w mapę - mam paskudne przeczucie, że 

jesteśmy w kłopotach.

- Nie myślisz, że ci admirałowie zostali porwani przypadkiem?

- A jak ci się wydaje?

- Sądziłem, że to właśnie powiesz.

Żeby zrozumieć problem, trzeba było zastanowić się nad kształtem naszej galaktyki. 

Wiem, że to trudne dla wszystkich, wyłączając astrofizyków i inne takie przypadki, ale jest to 

niezbędne.   Ma   ona   kształt   rozgwiazdy,   której   ramiona   i   korpus   stanowią   duże   skupiska 

gwiezdne, pomiędzy kończynami zaś znajdują się pojedyncze gwiazdy, gaz kosmiczny i inne 

śmieci. Wszystkie planety Ligi usytuowane są w prawym górnym ramieniu. Parę poznanych, 

a nie skolonizowanych jeszcze światów leży w górnym lewym i prawym dolnym. A ze zdjęć 

wyglądało na to, że nasz porywacz przybył z dolnej lewej kończyny.

Cóż, jest to część tej samej galaktyki - problem w tym, że jest to część galaktyki, w 

której nigdy nie byliśmy, z którą nigdy się nie kontaktowaliśmy i, z tego co wiemy, nie ma 

tam zamieszkanych planet.

Zamieszkanych przez ludzi, znaczy się. Przez całe tysiąclecia ludzkość ciskała się na 

lewo   i   prawo,   aby   znaleźć   braci   w   rozumie,   i   nigdy,   jak   dotąd,   jej   się   to   nie   udało. 

Znaleźliśmy ślady dawno zaginionych cywilizacji, ale zniknęły przed milionami lat. Podczas 

Ery Imperium Słonecznego, Gwiezdnego Lenna, czy temu podobnych bzdur, statki latały w 

najrozmaitszych   kierunkach.   Potem   nastąpiło   Załamanie   i   zanik   komunikacji   na   całe 

tysiąclecia.  Wychodzimy właśnie z niego, napotykając  planety we wszystkich  możliwych 

stadiach rozwoju - lub też jego braku. Zbieramy do kupy coś, co już kiedyś znaleźliśmy, może 

kiedyś   nastąpi   dalsza   ekspansja,   ale   nie   dojdzie   do   tego   szybko.   Tyle   że   teraz   sytuacja 

cokolwiek się zmieniła.

- Co zamierzasz zrobić? - spytał Inskipp.

- Ja? Dokładnie nie wiem, ale chyba nic poza obserwowaniem, jak wydajesz rozkazy 

zbadania tej ciekawostki.

- Właśnie. Rozkazy! Rozkaz numer jeden. Polecisz tam, di Griz, i sprawdzisz co i jak.

- Jestem przepracowany. Masz do dyspozycji zasoby tysiąca planet, całą flotę i stada 

agentów. Użyj czegoś innego dla odmiany.

- Nie. Mocno mi się wydaje, że posłanie normalnego patrolowca będzie czymś w stylu 

background image

wepchnięcia nosa w stos atomowy.

- Porównanie do kitu, ale wiem, co masz na myśli.

- Mam nadzieję. Jesteś najbardziej przywiązanym do życia facetem, jakiego znam. 

Opieram się na tym i na możliwościach twojego skonanego mózgu i zakładam, że ci się uda, 

tak jak dotąd. Poleć tam, popatrz, co się tam tworzy, i najważniejsze - wróć z raportem.

- Czy może mam dostarczyć jeszcze admirałów?

- Tylko jeśli chcesz. Mamy ich całą masę na miejscu.

- Jesteś pozbawionym serca brutalem o równie zboczonym umyśle, jak mój.

- Oczywiście, a jak ci się wydaje, czy inaczej mógłbym kierować tym cyrkiem? Kiedy 

nas opuszczasz i czego potrzebujesz?

Musiałem się zastanowić. Nie mogłem lecieć nie zawiadamiając Angeliny, a kiedy ona 

dowie się, jak dalece wyprawa jest niebezpieczna, nie ma siły, aby odwieść ją od udania się 

razem   ze   mną.   Zgoda,   jestem   antyfeministą,   ale   potrafię   dostrzec   prawdziwy   talent,   co 

musiało   doprowadzić   do   wniosku,   że   wolałbym   mieć   ją   ze   sobą   zamiast   całego   sztabu 

Korpusu   Specjalnego.   Tylko   co   z   chłopcami?   Odpowiedź   była   równie   oczywista.   Z   ich 

naturalnymi zdolnościami, pozostawały tylko dwa wyjścia - przestępstwo lub Korpus. Muszą 

kiedyś odbyć chrzest i wyglądało na to, że ten czas właśnie nadszedł. Otworzyłem oczy i 

zdałem sobie sprawę, że od dłuższej chwili mamroczę pod nosem, a Inskipp przygląda mi się 

podejrzliwie sięgając powoli do przycisku alarmowego. Wygrzebałem z dna pamięci pytanie, 

które mi zadał.

- Ach, tak, hm, oczywiście. Wylatuję wkrótce z własną załogą, potrzebny mi w pełni 

wyposażony krążownik klasy Gnasher z pełnymi zapasami i uzbrojeniem, i innymi takimi.

- Zrobione, ściągnięcie najbliższego zajmie nam dwadzieścia godzin. Masz ten czas na 

spakowanie się i napisanie testamentu.

- Miło z twojej strony. Muszę też wykonać jedno połączenie psi.

Podszedłem   do   centrum   komunikacyjnego,   dostałem   połączenie   z   operatorem   na 

Blodgett i w parę sekund później miałem na linii Angelinę.

- Witaj, słonko. Zgadnij, dokąd jedziemy na wakacje? - spytałem.

5

- Fajny okręt, tato - oznajmił Bolivar, oglądając pulpity centralne krążownika.

- No myślę. Krążowniki tej klasy są uważane za najlepsze w całym wszechświecie.

-   Stanowisko   kierowania   ogniem   jest   wspaniałe.   -   James   wdusił   guzik,   zanim   go 

zdołałem powstrzymać.

- Nie musiałeś rozwalać tego kawałka skały, nie zrobił ci nic złego - oświadczyłem z 

background image

naganą. Przełączyłem sterowanie ogniem na własny pulpit pilota, zanim zdążył wymyślić coś 

nowego.

- Chłopcy muszą się wyszaleć - Angelina spojrzała na niego z matczyną czułością.

- Mogą to robić za własne kieszonkowe. Wiesz, ile tysięcy kredytów kosztuje salwa 

burtowa tego okrętu?

- Nie i nic mnie to nie obchodzi - uniosła brew. - A tak w ogóle, to od kiedy ty się o to 

troszczysz, czyścicielu publicznych kieszeni?

Mruknąłem coś i odwróciłem się w stronę zegarów. Czy mnie to obchodziło? Czy był 

to ojcowski klaps? Nie - to był autorytet! Jakkolwiek by było, byłem tu DOWÓDCĄ!

- Jestem kapitanem i załoga musi mnie słuchać! - oświadczyłem.

- Możemy podyskutować na ten temat, kochanie - Angelina była słodka jak miód.

- Jeśli będziecie tu grzecznie siedzieć - szybko zmieniłem temat - zarządzę butelkę 

szampana i tort czekoladowy, żebyśmy nieco odpoczęli, zanim misja naprawdę się zacznie i 

będę używał bata.

-  Już  nam  wszystko  powiedziałeś  -  stwierdził  James.   - Czy  to  nie  może  być   tort 

wiśniowy?

- Wiem, że wy wiecie wszystko o tym, co się stało i dokąd lecimy, ale trzeba ustalić, 

co będziemy robić, gdy już się tam znajdziemy.

- Wiem, że nam o tym powiesz, gdy nadejdzie odpowiedni czas, kochanie. A poza 

tym, czy nie jest trochę za wcześnie na szampana?

Znowu zająłem się zegarami; musiałem uporządkować myśli. Sami wodzowie i ani 

jednego Indianina w tym zespole! Muszę być twardy.

-   Porządek   dnia.   Startujemy   dokładnie   za   kwadrans   i   udajemy   się   dokładnie   na 

pozycję określoną przez pluskwę. Wynurzamy się z nadprzestrzeni na półtorej sekundy, co 

pozwoli instrumentom sprawdzić otoczenie i automatycznie wracamy na poprzednią pozycję, 

aby skontrolować odczyty. Co będzie dalej, zobaczymy. Jasne?

- Jesteśmy na twoje rozkazy - mruknęła Angelina pociągając szampana. Z tonu jej 

głosu nie można było wyczuć, co chciała naprawdę powiedzieć.

Postanowiłem zignorować jej uwagę.

- No to do roboty, Bolivar - z twoich stopni wynika, że byłeś dobry w nawigacji.

- Musiałem być. Byliśmy przykuci do pulpitów bez jedzenia, dopóki nie zrobiliśmy 

zadania.

- To wszystko jest już za tobą. Wyznacz kurs do punktu docelowego i pozwól, że 

sprawdzę to, zanim wsadzisz go do komputera. James, zaprogramuj komputer na zebranie 

background image

potrzebnych danych w normalnej przestrzeni i odlot po półtorej sekundy.

- A co ja mam robić?

- Otworzyć następną butelkę i rozkoszować się osiągnięciami własnych pociech.

Osiągnięcia   były   i   to   bez   zastrzeżeń   -   obaj   zrobili   porządną   robotę.   Zabawy   się 

skończyły - to było życie i obaj zrobili wszystko, jak mogli najlepiej. Sprawdziłem wyniki na 

wszystkie możliwe sposoby i nie znalazłem ani jednej pomyłki.

- Medal dla każdego z was - oznajmiłem - możecie wziąć sobie podwójną porcję tortu.

- Wolelibyśmy szampana.

- Dobrze, czas na toast. Za sukces!

Trąciliśmy się kieliszkami, wypiliśmy zawartość i ja wcisnąłem guzik startu. Podobnie 

jak   we   wszystkich   podróżach,   w   tej   nie   było   nic   do   roboty,   odkąd   zaprogramowaliśmy 

komputer.

Bliźniaki   zwiedzały   statek,   dopóki   nie   nauczyły   się   na   pamięć   działania   każdego 

detalu,   a  my   z  Angeliną   znaleźliśmy  ciekawsze  sposoby  spędzenia   wolnego   czasu.  I  tak 

mijały   dni.   Wreszcie   zabrzmiał   alarm:   byliśmy   w   trakcie   ostatniego   skoku.   Ponownie 

zgromadziliśmy się w sterowni.

- Tato, wiesz, że mamy na pokładzie dwie łodzie patrolowe?

- Wiem. Są gotowe do natychmiastowego startu. Gdy odskoczymy, ubieracie się w 

kombinezony pancerne.

- Po co? - to był James.

-   Bo   macie   takie   polecenie   -   oznajmiła   z   mocą   Angelina.   -   Chwila   logicznego 

myślenia da wam odpowiedź.

Tak   wzmocniony   poczułem,   że   mój   autorytet   jest   trwały   i   niezniszczalny.   Jeśliby 

oczekiwały   nas   niespodzianki,   to   te   kombinezony   utrzymają   nas   przy   życiu   nawet   po 

całkowitym zniszczeniu statku.

Nic nas nie oczekiwało. Przybyliśmy, instrumenty zapiszczały i zawirowały i zaraz 

wycofaliśmy się o sto lat świetlnych. Pozostaliśmy w kombinezonach, sprawdziliśmy, czy coś 

za nami nie poleciało, po czym zabraliśmy się za odczyty.

- W pobliżu nic - oznajmiła Angelina przeglądając zapisy. - O dwa lata świetlne jest 

natomiast system planetarny.

- A więc to jest nasz następny cel. Plan jest taki. Zostajemy tu, w miłym oddaleniu od 

tego, co tam może być i kierujemy ku owemu systemowi szperacza, który będzie wysyłał nam 

stałe i dokładne raporty poprzez umieszczonego na orbicie satelitę. Satelitę zaprogramujemy 

na natychmiastowy powrót, jeśli szperaczowi coś się stanie. Zgoda?

background image

- Mogę zaprogramować szperacza? - zapytał o moment szybciej od brata Bolivar.

Ochotnicy! Serce mi rosło, gdy dawałem swoją zgodę.

W ciągu paru minut oba urządzenia były gotowe i w drodze, a my zasiedliśmy do 

obiadu. Zdążyliśmy go skończyć, gdy satelita oznajmił swój powrót.

- Szybko poszło - mruknęła Angelina.

- Za szybko. Jeśli coś tak szybko wyszperało szperacza, to muszą mieć nielichy sprzęt 

wykrywający. Zobaczymy, co my tam mamy.

Przyśpieszałem przegrywanie, dopóki nie doszliśmy do tego, co istotne. Gwiazda w 

centrum systemu stała się słońcem, a dane na drugim ekranie wskazywały, że system składa 

się z czterech planet, połączonych ze sobą stałą komunikacją i innym hałasem, wskazującym 

na   uprzemysłowiony   charakter   całości.   Szperacz   skierował   się   ku   najbliższej   planecie, 

obniżając pułap.

- O cholera! -jęknęła Angelina. Osobiście mogłem się z nią zgodzić.

Cała planeta zdawała się jedną wielką fortecą - lufy potężnych dział plazmowych, 

gigantyczne   lasery,   wyrzutnie   rakiet   balistycznych   zdawały   się   spoglądać   we   wszystkie 

kierunki   wszechświata.   Z   grubsza   biorąc,   chyba   miliardy   tego   pokrywały   planetę.   W 

niekończących   się   szeregach   stały   okręty   wojenne,   wypełniające   aż   po   horyzont   luki   w 

działobitniach.   Ani jeden  skrawek  naturalnej  powierzchni   planety  nie  był   widoczny  spod 

potężnych i nowiutkich maszyn bojowych.

-   Spójrzcie   -   wskazałem.   -   Wygląda   zupełnie   jak   to,   co   połknęło   satelitę 

admiralskiego. Tu jest następny, i jeszcze jeden.

- Zastanawiam się, czy są przyjaźnie nastawieni -mruknęła Angelina ze szczątkami 

poczucia dobrego humoru w głosie.

Nagle na radarze pojawiły się cztery błyski,  zbliżające się z zawrotną szybkością. 

Potem obraz nagle znikł.

- Niezbyt przyjaźnie nastawieni - odparłem nalewając sobie niepewną ręką drinka. - 

Zróbcie z tego nagranie i zacznijcie je transmitować do bazy. Znajdźcie najbliższą stację z 

psimenami, żeby streszczenie było szybciej na miejscu. Jeśli ktoś nam nie zaproponuje czegoś 

mądrzejszego, to po nadaniu raportu mamy wolne pole do działania.

- I możemy zaryzykować? - spytał Bolivar.

- Szybko się uczysz.

- Wspaniale - oznajmił entuzjastycznie James. - Wszystko własne i żadnych rozkazów.

Niedokładnie wiedziałem, co miał na myśli, ale byłem z niego dumny. Z obu znaczy 

się.

background image

- Są jakieś propozycje? - spytałem. - Jeśli nie, to mam pomysł na plan.

- Jesteś tu kapitanem - wtrąciła Angelina; miałem nadzieję, że faktycznie tak myśli.

- Racja. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale ten system przypomina przepełniony 

kibel z kosmicznym  śmieciem różnego kalibru. Proponuję poszukać kawałka skały odpo-

wiedniej wielkości, wydrążyć go i umieścić we wnętrzu jeden z naszych patrolowców. Jeśli 

odpowiednio go zamaskujemy, nic nie będzie wskazywało na różnice między nim a innym 

kosmicznym  gruzem.Umieścimy go na wyliczonej orbicie i obejrzymy spokojnie cały ten 

system. Zbierzemy trochę informacji i opracujemy plan ataku. Musi być przecież miejsce, 

które nie jest po zęby uzbrojone. Mam rację?

Straciliśmy   trochę   czasu   na   dyskusję,   ale   nikt   nie   wpadł   na   lepszy   pomysł,   toteż 

zabraliśmy się za realizację mojego...

Ruszyliśmy z normalną szybkością światła i, pracując na pełnej mocy, po godzinie 

znaleźliśmy   całą   chmurę   skał,   kamieni   i   innych   fragmentów   niegdyś   większej   planety 

poruszającej się po eliptycznej  orbicie wokół najbliższej gwiazdy.  Zająłem się pilotażem, 

szukając czegoś, co najbardziej by się nadawało do naszych planów.

- Jest - oznajmiłem w końcu. Właściwy kształt, odpowiednia wielkość i prawie samo 

żelazo, które dokładnie zamaskuje wszystkie echa. - Angelino, weź stery i podleć do niego. 

Bolivar, ty i ja polecimy w patrolowcu, użyjemy jego laserów, aby wytopić otwór w środku. 

James zajmie się łącznością. Będziecie w pogotowiu i wyślijcie nam wyposażenie specjalne, 

jeśli będziemy go potrzebować. To powinna być prosta robota.

Była. Przy minimalnym ogniu dziobowego lasera wcisnęliśmy się w żelazo, wysyłając 

w   przestrzeń   chmury   gazu.   Gdy   dziura   wyglądała   na   wystarczająco   głęboką,   wdziałem 

kombinezon i ruszyłem, by zbadać ją osobiście.

- Wygląda dobrze - oznajmiłem wracając. - Bolivar, myślisz, że możesz wprowadzić 

tu patrolowiec, nie rozbijając go i nie tracąc zbyt wielu anten?

- To proste, tato!

Faktycznie, był niezły. Patrzyłem, jak srebrzysty kształt przepływa koło mnie i znika 

we wnętrzu, nie tracąc przy tym anten ani innego wyposażenia. Teraz mogliśmy zająć się 

rozmieszczeniem   instrumentów   na   powierzchni   skały.   Potem   trzeba   podłączyć   je   do 

komputera patrolowca i poszukać odpowiedniego kawałka do zatkania otworu...

Patrzyłem   na  Gnasher,  układając   sobie   kolejność   prac  i  podziwiając  jego  smukły, 

oświetlony   kształt,   oddalony   o   półtorej   mili,   gdy   pojawił   się   czarny   cień   przysłaniający 

gwiazdy.

Był   równie   wielki   jak   szybki   i   rozświetlony   poświatą   bijącą   z   otwierającego   się 

background image

dziobu. Ruszył naprzód i w mgnieniu oka pochłonął krążownik. Dziób zamknął się i przybysz 

zniknął.

Wszystko to działo się błyskawicznie, podczas gdy ja stałem i gapiłem się bezczynnie.

Wszystko - okręt, Angelina i James - zniknęło!

Miałem   wiele   krytycznych   chwil   w   życiu,   ale   ta   była   najgorsza.   Unosiłem   się   w 

przestrzeni z zaciśniętymi pięściami, wbijając przerażony wzrok w miejsce, w którym przed 

chwilą znajdował się krążownik. Do tej pory spotykały mnie różne przykre niespodzianki, ale 

dotyczyły   one   zawsze   tylko   mnie.   Takie   zagrożenia   cudownie   oczyszczają   umysł,   a 

adrenalina wspaniale działa na ustrój, gdy jest potrzebna akcja. Tym razem nic mi nie groziło, 

natomiast Angelina i James byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie. W dodatku ja czułem się 

zupełnie bezradny.

Musiałem wydać jakiś dźwięk, gdy sobie to uświadomiłem i bez wątpienia musiał być 

on   raczej   nieprzyjemny,   gdyż   w   moich   słuchawkach   zadźwięczał   zaniepokojony   głos 

Bolivara:

- Tato? Co się dzieje? Coś nie tak? Paraliż minął, ruszyłem ku niemu, wyjaśniając, co 

się stało. Był trupio blady, ale panował nad sobą.

- Co robimy? - spytał stłumionym głosem.

- Jeszcze nie wiem. Lecimy za nimi oczywiście. Tylko dokąd? Potrzebujemy planu...

Wysoki, przeraźliwy dźwięk rozległ się od strony modułu łączności, przerywając mi 

skutecznie kwestię. Wytrzeszczyłem oczy w kierunku jego źródła.

- Co to jest? - zdumiał się Bolivar.

- Ogólny alarm. Czytałem o czymś takim w trakcie szkolenia, ale nie słyszałem, aby 

kiedykolwiek ogłoszono go inaczej niż w celach treningowych i na małym obszarze. Wiesz 

przecież, że fale radiowe podróżują z prędkością światła i przesyłanie nimi wiadomości w 

kosmosie jest nonsensem. Dlatego większość z nich przewożona jest przez statki kurierskie, 

sprawy  najważniejsze   zaś   są   przesyłane   przez   psimenów,   bo   myśli   zdają   się   sięgać   celu 

natychmiast. Jeden psiman może porozumiewać się z drugim bez względu na dzielącą ich 

odległość, nie tracąc chwili czasu. Wszyscy dobrzy operatorzy pracują dla Ligi, a większość 

dla Korpusu. Są urządzenia elektroniczne, które mogą wykryć tę komunikację, ale tylko przy 

jej   pełnym   natężeniu,   a   i   to   nie   dekonspiruje   szczegółów.   Każdy   statek   Ligi   ma   taki 

wykrywacz, choć jak dotąd nigdy ich nie używano. Aby je uruchomić, każdy żywy psiman 

transmituje w tym samym czasie co inni tylko jedną wiadomość. Jedno słowo: KŁOPOTY. 

Kiedy taki alarm zostaje odebrany, każdy statek udaje się natychmiast w pobliże którejś z 

naszych planet lub stacji, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Ruszamy.

background image

- Mama i James...

-   Odnalezienie  ich   będzie   wymagało   namysłu   i   pomocy.   Możesz   to   nazwać,   jak 

chcesz, ale wydaje mi się, że ten alarm ma związek z naszą obecną sytuacją.

Pech   sprawił,   że   miałem   rację.   Wyłoniliśmy   się   z   nadprzestrzeni   w   pobliżu 

automatycznej radiolatarni i nagrany sygnał natychmiast zabrzmiał w naszych odbiornikach:

- ...powrót do baz. Wszystkie jednostki zameldują się po rozkazy. W ciągu ostatniej 

godziny siedemnaście planet Ligi zostało zaatakowanych przez obce siły. Wszystkie jednostki 

- powrót do baz. Wszystkie...

Ustaliłem kurs, zanim jeszcze wiadomość zaczęła się powtarzać. Do Kwatery Głównej 

Korpusu. Obrona z pewnością  była  koordynowana  przez  Inskippa  i tam też  musiały być 

kierowane wszystkie informacje. Podróż była markotna. Jedyną pociechę znajdowaliśmy z 

Bolivarem w powtarzaniu sobie, że siła ognia, jaką widzieliśmy na ekranach, wskazywała bez 

dwóch zdań na to, że mogli rozbić krążownik na atomy w mgnieniu oka. A nie zrobili tego. 

Chcieli więc mieć załogę żywą. Nie odważyliśmy się snuć rozważań dlaczego, ale sam fakt, 

że Angelina i James byli więźniami, był pocieszający: więźniów można odbić.

Gdy   wyszliśmy   z   nadprzestrzeni,   leciałem   jak   wariat.   Hamowanie   w   ostatnim 

momencie, wyłączenie kontaków ledwie ujęły nas macki pola, wyjście w chwili, gdy właz 

zaczął się otwierać. Mając obok Boliyara, gnałem przez korytarze wprost do biura Inskippa. 

Tylko po to, aby znaleźć go chrapiącego na biurku.

- Gadaj - zażądałem, ledwie otworzył najbardziej zaczerwienione oczy, jakie w życiu 

widziałem.

- Powinienem był wiedzieć - jęknął. - Musiałeś wleźć akurat, gdy usiłowałem zasnąć 

pierwszy raz od czterech dni. Czy ty wiesz...

- Wiem, że jeden z ich statków połknął mój krążownik razem z Angelina i Jamesem i 

że przez ostatnie cztery dni gnietliśmy się w patrolowcu.

- Przepraszam, nie wiedziałem - wymamrotał chwiejąc się na nogach. Zbliżył się do 

szafy i wyciągnął zeń kryształową flaszkę, z której łyknął solidnie.

Powąchałem zawartość i zrobiłem to samo.

- Wyjaśnij - zakomenderowałem. - Co się dzieje?

- Inwazja obcych. Pozwól sobie powiedzieć, że oni są dobrzy. To, co połknęło twój 

krążownik, to najcięższy, opancerzony polami pancernik, jaki kiedykolwiek widziałem, a my 

nie mamy nic, co byłoby w stanie go ugryźć. Więc wszystko, co możemy zrobić, to stale się 

wycofywać. Jak dotąd nigdzie jeszcze nie wylądowali, ograniczając się do ostrzału naszych 

pozycji. Nie wiemy, jak długo to może potrwać, ale na pewno zaczną się desanty.

background image

- Mówiąc krótko - przegrywamy?

- W stu procentach.

- Jakie to optymistyczne. Mógłbyś mi jeszcze powiedzieć, z kim walczymy?

- Mógłbym. Mogę ci nawet pokazać. Masz!

Wdusił przycisk i na środku pomieszczenia pojawił się holowizyjny obraz. Macki, 

czułki, pazury, kleszcze, śluzowaty, zielonkawy kadłub ze zbyt wieloma oczami wystającymi 

w najrozmaitszych kierunkach oraz masą innych detali, których lepiej nie opisywać.

- Uggh - oznajmił Bolivar mówiąc za nas obu.

- Jeśli ten się nie podoba - warknął Inskipp - to co powiecie o tym... albo o tym?

Istoty   zmieniały   się   przy   kolejnych   wduszeniach   klawisza   i   każda   była   bardziej 

obrzydliwa od poprzedniej.

- Wystarczy! -wrzasnąłem w końcu. - Dobry sposób na odchudzenie, obrzydlistwo! 

Nie ruszę jedzenia przez najbliższy tydzień. Który z nich jest naszym wrogiem?

- Wszystkie. Niech ci to Coypu wyjaśni.

Wywołany profesor pojawił się na ekranie. Po tych stworach, jego wystające zęby i 

belferskie maniery były przyjemną odmianą.

- Zbadaliśmy złapane okazy, zrobiliśmy sekcję zabitych i odczyty mózgów żyjących. 

To, co odkryliśmy, nie jest zbyt pocieszające. Walczy przeciwko nam duża liczba stworzeń z 

różnych systemów planetarnych. Z tego co mówią, a nie mamy podstaw, aby im nie wierzyć, 

jest   to   coś   w   rodzaju   świętej   krucjaty.   Ich   jedynym   celem   jest   zniszczenie   ludzkości   i 

zmiecenie przedstawicieli naszej rasy z powierzchni wszechświata.

- Dlaczego? - wyrwało mi się.

- Pytacie dlaczego? - kontynuował Coypu. - Zupełnie naturalne pytanie. Odpowiedź 

brzmi: bo nie mogą na nas patrzeć. Uważają, że jesteśmy zbyt odrażający, aby istnieć. Była 

mowa o zbyt małej liczbie kończyn, o tym, że jesteśmy za mało mokrzy, nasze oczy nie są na 

słupkach,   nie   wydzielamy   miłego   śluzu,   brak   nam   wielu   istotnych   organów.   Doszli   do 

wniosku, że nie możemy istnieć obok siebie.

- I kto to mówi!? - zdenerwował się Bolivar. - Te wstrętne obrzydlistwa...

- Piękno jest względne - uświadomiłem go. - Co nie zmienia faktu, że całkowicie się z 

tobą zgadzam. Teraz zamknij się i słuchaj profesora.

- Inwazja została dokładnie przygotowana - poinformował nas Coypu, przeglądając 

jakieś  papiery.  - Od jej  rozpoczęcia  znaleźliśmy wielu ich  agentów  ukrytych  w zsypach, 

przewodach  wentylacyjnych,  toaletach  i  innych  takich.  Najwyraźniej   obserwowali   nas   od 

dłuższego   czasu.   Porwanie   admirałów   było   preludium   do   inwazji,   próbą   wprowadzenia 

background image

zamieszania w naszych siłach poprzez usunięcie dowódców. Faktycznie, odczuwamy pewien 

niedobór admirałów, ale młodsi oficerowie objęli dowództwo oddziałów i ich efektywność w 

szybkim czasie się zdublowała. Brak nam wiadomości o nieprzyjacielu, o jego organizacji, 

bazach i uzbrojeniu, gdyż zdołaliśmy pochwycić jedynie małe jednostki, dowodzone przez 

osobników niskiej rangi. Najważniejsze jest teraz zebranie informacji o...

- Uch, serdeczne dzięki - warknął Inskipp wygaszając Coypu w połowie zdania. - Sam 

bym na to nigdy nie wpadł.

- Mogę to załatwić - powiedziałem, z przyjemnością obserwując wygląd białek jego 

oczu, czerwonych raczej, niż białych, zwracających się ku mnie i próbujących jednoczenie 

wyjść z orbit.

- Ty!?

- Oczywiście, że ja! A kto niby? Przezwyciężę wrodzoną skromność i powiem ci, że 

jestem tajną bronią, którą wygramy wojnę.

- Jak?

- Najpierw muszę pogadać z Coypu, potem ci wszystko wyjaśnię.

- Jedziemy za mamą i Jamesem? - spytał Bolivar.

- Możesz być pewny. A przy okazji ocalimy cywilizowany Świat przed zniszczeniem.

- Dlaczego mi zawracacie głowę, kiedy mam kupę roboty? - Coypu odsunął się od 

ekranu komputera, przełykając ślinę i spoglądając wymownie na Inskippa.

- Spokój - włączyłem się - rozwiążę wszystkie twoje problemy, tak jak to wielokrotnie 

robiłem w przeszłości, ale potrzebna mi twoja pomoc. Ile ras obcych odkryliście do tej pory?

- Trzysta dwanaście, ale co...

- Chwileczkę. Są one najrozmaitszych kształtów, wielkości i innych detali.

- Lepiej w to uwierz na słowo! Powinieneś zobaczyć, co mi się śni!

- Serdeczne dzięki. Musiałeś znaleźć język, jakim się one porozumiewają?

- Używasz go w tej chwili. To esperanto.

- Przestań się wygłupiać!

- Nie wrzeszcz na mnie! - pisnął histerycznie, po czym wziął jakąś pigułkę i otrząsnął 

się.-Dlaczego nie? Obserwowali nas dość długo i uczyli się wszystkiego, czego mogli, zanim 

nas zaatakowali. Słyszeli z pewnością całą masę naszych języków i wybrali esperanto dla 

tych samych powodów, dla których my to zrobiliśmy. Bo jest najprostsze, najłatwiejsze i 

najbardziej funkcjonalne ze wszystkich języków.

-   Przekonałeś   mnie.   Dzięki,   profesorze,   a   teraz   trochę   odpocznij,   bo   będziesz   mi 

pomagał   przy   przedostawaniu   się   do   ich   kwatery   głównej,   odkrywaniu   ich   tajemnic   i 

background image

ratowaniu mojej rodziny, a może i admirałów - to ostatnie się zobaczy.

- O czym ty, do diabła, bredzisz! - wrzasnął Inskipp, mając w tle profesora Coypu, 

mówiącego dokładnie to samo, tylko cieńszym głosem.

- To proste, przynajmniej dla mnie. Profesor zrobi mi kombinezon wraz z urządzeniem 

do wydalania śluzu i całą resztą detali wzorowanych na wyglądzie obcych. Powitają mnie w 

nim jak swojego. Będę przedstawicielem nowej rasy, która dopiero dowiedziała się o świętej 

wojnie i zamierza się przyłączyć do nich. Pokochają mnie - zapewniam was.

Technicy   wykonali   szybką   i   dokładną   robotę.   Naładowali   komputer   projektujący 

wszystkim, co wiedzieli o wyglądzie obcych i zaprogramowali go na wariacje, jakich dotąd 

nie odkryto wśród napastników.

Wysililiśmy naszą wyobraźnię i znaleźliśmy coś odpowiedniego.

Wywarło to wrażenie nawet na Bolivarze.

- Oto mój ojciec! - oświadczył obłażąc mnie w kółko i podziwiając ze wszystkich 

stron.

Było   co   podziwiać   -   wyglądałem   jak   miniaturowy   tyranozaurus   dotknięty 

zaawansowanym  trądem,  skrzyżowany  z mrówką.  Z oczywistych  powodów  miałem  dwie 

nogi. Potężny ogon w końcowym fragmencie przeradzał się w czułki z przylgami. W jego 

wnętrzu   było   dość   miejsca   na   urządzenie   wydalające,   ministos   i   magazyn   wyposażenia. 

Przerośnięta szczęka aż wiła się od żółtozielonych wypustków, przyozdabiając front uroczego 

pyska,   który   mógł   się   przyśnić   w   koszmarnym   śnie.   Uszy   jak   u   nietoperza,   wąsy   jak   u 

szczura, oczy jak u zmutowanego kota - naprawdę wyglądało to obrzydliwie. Z przodu było 

wejście, którym, jak mogłem najostrożniej, wlazłem.

- Ręce są jedynie lekko wspomagane i pasują do twoich własnych - informował mnie 

Coypu - nogi natomiast chodzą na serwomechanizmach, które naśladują ruchy twoich nóg. 

Uważaj, jak łazisz: te pazury mogą zrobić dziury w stalowych płytach.

- Zamierzam spróbować. Co z ogonem?

- Automatyczna przeciwwaga, kiwa się podczas chodzenia, tu masz kontrolki. Możesz 

go opierać, gdy nie chodzisz lub siedzisz przez dłuższy czas, albo włączyć toto, będzie drgał 

co jakiś czas, żeby wyglądało realistycznie. Uważaj na to tutaj: to bezpiecznik automatycznej, 

bezodrzutowej siedemdziesiątki piątki zamontowanej między oczami, celownik zaś masz na 

nosie.

- Cudownie. Co z granatami?

- Miotacz masz pod ogonem. Same granaty są zamaskowane jako wiesz co.

-   Świństwo.   Widzę,   że   masz   zboczoną   wyobraźnię.   Daj   mi   się   teraz   pozapinać   i 

background image

odsuńcie się. Mam ochotę to wszystko wypróbować.

Trochę czasu zajęło mi dojście do wprawy w naturalnym poruszaniu się, ale w końcu 

się nauczyłem. Oblazłem pomieszczenie, zostawiając śluzowaty ślad i dziury od pazurów w 

podłodze oraz straty w majątku ruchomym od machania ogonem. Wybiłem nawet parę dziur 

moją armatą.

Automatyczna czy nie, ale zdecydowałem się zostawić ją na faktycznie ostatnią czarną 

chwilę   i   póki   co   wziąłem   solidną   porcję   pastylek   od   bólu   głowy.   Gdy   wróciłem   do 

laboratorium, coś jakby mały robot wyłoniło się z sąsiedniego pomieszczenia i przejechało mi 

po ogonie.

- Uspokójcie to bydlę! - wrzasnąłem, widząc jak przed nosem zapala mi się napis „Ból 

ogona".

Wymierzyłem  robotowi kopniaka, którego z łatwością uniknął, po czym  stanął mi 

przed nosem. Górna część z czujnikami opadła i znalazłem się oko w oko z uśmiechniętym 

Bolivarem.

- Czy mogę się dowiedzieć, co robisz w tej blaszance?

- Jasne, tato. Jadę z tobą. Służący do noszenia bagażu, czy to nie jest logiczne?

-   Nie   jest   -   oznajmiłem   i   wytoczyłem   ciężkie   argumenty,   wiedząc   z   góry,   że   tę 

dyskusję i tak przegram.

Przegrałem i uśmiechnąłem się w duchu. Mimo obawy o jego i moje bezpieczeństwo, 

jakaś pomoc była z pewnością potrzebna, a zwłaszcza pomoc kogoś, kogo możliwości dobrze 

znałem.

-   Dokąd   teraz?   -   zapytał   Inskipp   spoglądając   z   dużym   niesmakiem   na   mój 

kombinezon.

- Na tę uzbrojoną planetę, na którą zabrali admirałów i chyba moją żonę, i syna. Jeśli 

to nie ich główna kwatera, to z całą pewnością jedna z głównych baz.

- Nie piśniesz ani słowa o tym, co knujesz?

- Będę zaszczycony. Wyruszamy w tym samym patrolowcu, ale najpierw chcę, by 

rozwalono mu kadłub i byle jak załatano. We wnętrzu też powinno być trochę uszkodzeń. 

Najlepiej rozwalcie jakieś mało istotne instrumenty dla dodania autentyzmu. Potrzebuję dużo 

krwi,   aby  wszystko   malowniczo  pokropić.   I  jeszcze   jedno.  Co  prawda   niezbyt   mi  się   to 

podoba, ale cel uświęca środki: macie parę zbędnych ciał?

- Aż za wiele - odparł ponuro szef. - Chcesz mieć w mundurach?

-   Mogą   mi   uratować   życie.   Mam   zamiar   pojawić   się,   rycząc   na   wszystkich 

częstotliwościach i mrugając wszystkimi światłami, zgłaszając ochotnicze przystąpienie mojej 

background image

osoby plus całej planety do szlachetnej sprawy.

- O której właśnie dowiedzieliście się zdobywając ten statek?

-   Szybko   kojarzysz,   jak  na   swój   wiek.  Każ   zrobić   to   wszystko,   co   powiedziałem 

natychmiast, albo jeszcze szybciej, bo mam zamiar odlecieć za jakieś pięć minut.

Ponieważ misja zdawała się naszą jedyną nadzieją, mieliśmy wszelką możliwą pomoc. 

Połatany   patrolowiec   został   załadowany   na   pokład   krążownika,   odlot   zaś   był   dosłownie 

natychmiastowy. Dostarczono nas w najbliższy, w miarę bezpieczny rejon wrogiego systemu 

i serdecznie pożegnano. Pokręciłem się wokół paru chmur śmieci, przeleciałem przez obłok 

pyłowy  i dwie czarne  dziury,  aby skuteczniej  zatrzeć  ślady,  po czym  ruszyłem  ku bazie 

wroga.

- Gotów? - spytałem włażąc do wnętrza kombinezonu.

- Równo z tobą, tato - usłyszałem robota zatrzaskującego i blokującego górną sekcję.

Zamknąłem   kombinezon   i   opatrzoną   w   pazury   łapą   ująłem   jego   górny   chwytak. 

Dodatkowe   światła   zostały   zainstalowane   według   mojego   pomysłu   na   kadłubie,   teraz 

włączyłem   je   i   ruszyliśmy   pełnym   ciągiem,   niby   kosmiczna   choinka   transmitując   na 

wszystkich stu trzydziestu siedmiu częstotliwościach pieśń mojej świeżo wymyślonej planety. 

Uzbrojona po zęby baza była coraz bliżej.

-   Kiu   vi   estas?   -   spytał   ponury   głos,   jednocześnie   ekran   rozjaśnił   się,   ukazując 

szczególnie ohydnego przedstawiciela napastników.

- Kiu vi estas? Ciuj konas min, se mi ne kones un, belulo - stwierdziłem, że odpowiedź 

będzie   najlepsza,   jeżeli   doda   się   do   niej   trochę   uczucia,   ale   nazwanie   tego   straszydła 

przystojniaczkiem, wymagało sporego samozaparcia.

Okazało się to skuteczne - rozmówca kontynuował rozmowę w dużo przyjemniejszym 

tonie.

- No, no - nie ma się co obrażać. Mogą cię dobrze znać w domu, ale teraz jesteś daleko 

od niego. Poza tym jest wojna i musimy przestrzegać przepisów bezpieczeństwa.

- Naturalnie. Wy naprawdę walczycie? Z tymi bladosuchymi?

- Robimy, co możemy, ślicznotko.

-  Dopisujcie nas do tego! Złapaliśmy ich statek szpiegujący na naszej planecie. Nie 

mamy   własnych,   ale   zestrzeliliśmy   ten   i   zrobiliśmy   pranie   mózgów   tym,   co   ocaleli. 

Nauczyliśmy   się   ich   języka   i   odkryliśmy,   że   wszystkie   ludy   galaktyki   zjednoczyły   się 

przeciwko nim. Chcemy się do was przyłączyć - jestem ambasadorem i czekam na wasze 

rozkazy!

- Wspaniale - pojaśniał cały z wrażenia. - Wysyłamy statek, aby cię przyprowadzić. 

background image

Ale najpierw jedno pytanie, słodka.

- Pytaj, przystojniaczku.

- Z takimi oczami jak twoje... Jesteś płci żeńskiej?

- W przyszłym roku o tej porze będę. Teraz jestem w neutralnej fazie, pomiędzy nim a 

nią.

- A więc za rok spotkamy się na randce!

- Zapisuję cię w notesie - obiecałem. Bolivar nalał mi szklaneczkę, którą opróżniłem 

przez słomkę.

- Czy się mylę, tato - spytał - czy ten uciekinier z szamba ma na ciebie chrapkę?

- Niestety, mój chłopcze, masz rację. W naszej ignorancji, zrobiliśmy damski kostium 

i to sądząc z jego zachowania, bardzo seksowny. Musimy go trochę zeszpecić.

- Co prawdopodobnie zrobi go jeszcze bardziej seksy.

- Cholera, masz oczywiście rację! Muszę się wobec tego przyzwyczaić do ich amorów 

i wyciągnąć z nich jakieś korzyści.

Statek-pilot pojawił się na ekranach i nastawiłem auto-pilota na jego ślad. Lecieliśmy 

zygzakiem przez niewidzialne pola siłowe i zapory minowe, aby w końcu wyładować na 

metalowej płycie wewnątrz fortecy. Miałem nadzieję, że jest to lądowisko dla gości, a nie 

wjazd do więzienia.

- Chciałbyś pewnie swój hełm, tato? - przypomniał mi Bolivar, używając syntetyzatora 

dźwięków, aby uzyskać głos maszynowy.

-   Masz   rację,   szanowny   robocie   -   nałożyłem   pozłacany   kask   (z   diamentami)   i 

przejrzałem   się   w   lustrze.   Odmieniło   mnie.   -   I   lepiej   nie   nazywaj   mnie   ojcem. 

Spowodowałoby to masę niewygodnych pytań natury biologicznej.

Imponująca kolekcja pełzających, skaczących i chodzących figur oczekiwała naszego 

wyjścia. Gdy wymaszerowałem z kabiny - Bolivar podążał za mną, niosąc stertę starannie 

skonstruowanego, obcego z wyglądu bagażu - jeden z nich, ze złotą obręczą na łbie, wystąpił 

do przodu, machając ku mnie mackami.

- Witamy, ambasadorze - stwierdziło toto. - Jestem Gar-Baj, Pierwszy Oficer Rady 

Wojennej.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Jestem Sleepery Jeem Geshtunken.

- Sleepery to twoje imię czy tytuł?

-  W moim ojczystym języku oznacza to „Ten Który Stąpa po Plecach Niewolników 

Ostrymi Pazurami" i oznacza, że jestem członkiem arystokracji.

- Nadzwyczajnie obrazowy język. Sleepery, musisz mi więcej o sobie opowiedzieć 

background image

prywatnie.

Sześć   z   jego   osiemnastu   czułków   mrugnęło   znacząco   i   już   wiedziałem,   że   stary 

seksapil nadal działa.

- Zawiadomię cię o moim następnym okresie, Gar. Ale do rzeczy: jest wojna, czy jej 

nie ma? Powiedz mi, jak stoją sprawy i co my możemy zrobić, aby pomóc w tym świętym 

boju?

- Zrobię to, ale pozwól mi najpierw zaprowadzić cię do twojej kwatery, wyjaśnię ci 

wszystko po drodze. - On, ja i mój wierny robot ruszyliśmy. - Wojna przebiega zgodnie z 

planem... oczywiście nie wiesz o tym, ale planowaliśmy ją przez wiele lat. Ja i moi szpiedzy 

spenetrowaliśmy wszystkie ich planety i znamy ich siłę aż do ostatniego pistoletu. Nie mogą 

nas zatrzymać. Mamy absolutną kontrolę przestrzeni i teraz przygotowujemy się do drugiej 

fazy.

- Którą jest...?

- Inwazja planetarna.  Po zniszczeniu  ich floty,  powybieramy ich planety jedną po 

drugiej jak zgniłe jajka.

- To coś dla nas! - wrzasnąłem wybijając sporą dziurę lewą nogą. - Jesteśmy gotowi 

prowadzić natarcie, nawet jeśli jest to związane ze śmiercią dla sprawy.

-  Właśnie  czegoś  takiego   oczekiwałem  od  kogoś  tak  dobrze  zbudowanego  jak ty. 

Statków   transportowych   mamy   dość,   ale   zawsze   się   przydadzą   doświadczeni   żołnierze. 

Zapraszam cię na następne posiedzenie Rady, gdzie uzgodnimy, jak będą wyglądały zasady 

naszej współpracy. Teraz pewnie jesteś zmęczony i chcesz odpocząć.

-   Nigdy!   -   zgrzytnąłem   zębami.   -   Nie   chcę   odpoczynku,   dopóki   nie   zniszczymy 

ostatniego z tych obrzydliwców.

- Szlachetne uczucie, ale musimy kiedyś odpoczywać.

- Nie macie jakiegoś jeńca albo nawet kilku, których mógłbym osobiście rozerwać dla 

propagandy?

- Mamy cały ładunek admirałów, ale potrzebujemy ich jako źródła informacji.

- Uwielbiam wyrywać kończyny admirałom. A nie macie jakichś kobiet albo dzieci? 

Bardzo melodyjnie krzyczą- było to pytanie za 64000 kredytów ukryte wśród pozostałych 

bzdur. Zakręciłem ogonem, oczekując w napięciu na odpowiedź, a Bolivar przestał brzęczeć.

- Zabawne, że pytasz. Złapaliśmy nieprzyjacielski okręt szpiegowski, którego załogę 

stanowiła właśnie samica i młody samiec.

- O właśnie! - wrzasnąłem z autentycznym podnieceniem. - Gdzie oni są? Zaprowadź 

mnie do nich!

background image

- Normalnie byłbym szczęśliwy, mogąc to zrobić, ale teraz jest to niemożliwe.

- Nie żyją? - spytałem starając się, aby zabrzmiało to jak zawód, nie radość.

- Nie, choć życzylibyśmy sobie, żeby tak było. Do tej pory nie wiemy, co się stało. 

Pięciu   naszych   żołnierzy,   wszyscy   bardzo   doświadczeni,   było   z   nimi   w   zamkniętym 

pomieszczeniu. Wszyscy nie żyją, nie wiadomo dlaczego, a oni zwiali i ślad po nich zaginął.

- Tragiczne - westchnąłem machając ogonem. - Czy złapaliście ich powtórnie?

-   Nie,   i   to   jest   najdziwniejsze,   bo   minęło   już   parę   dni.   Ale   nie   ma   się   czym 

przejmować. Posłaniec przyjdzie po ciebie, kiedy Rada się zacznie. Śmierć paskudom.

-   Śmierć   paskudom.   Jeśli   sam   chcesz,   spotkamy   się   na   zebraniu.   Cześć.   Drzwi 

zamknęły się, a Bolivar-robot odezwał się:

- Gdzie złożyć bagaże, szlachetny Sleepery?

- Gdziekolwiek,  metalowy  cymbale  - dodałem  do oświadczenia  kopniaka,  którego 

zręcznie uniknął. - Nie zawracaj mi głowy.

Przespacerowałem się po pokoju, nucąc hymn i sprawdzając ściany czujnikiem. W 

końcu otwarłem kombinezon i wyszedłem z niego dla rozprostowania kości.

-   Możesz   wyjść   i   pogimnastykować   się   -   oznajmiłem.   -   Nasze   stworki   są   dość 

łatwowierne. W tym pomieszczeniu nie ma ani jednej pluskwy.

Bolivar   opuścił   powłokę   robota   i   wykonał   parę   przysiadów   i   skłonów,   którym 

towarzyszyło skrzypienie kości.

- Po dłuższym czasie robi się tam ciasno - stwierdza. - Co dalej?

- Dobre pytanie, ale nie przywodzi mi na myśl nic sensownego. Wiemy, że są żywi, 

zdrowi i sprawiają wrogowi kłopoty.

- Może zostawili dla nas jakąś wiadomość lub ślad.

- Można sprawdzić, ale nie sądzę. Wszystko to mogłoby być niebezpieczne dla nich. 

Otwórz flaszkę Środka Dopingującego i nalej  mi  szklaneczkę,  o ile ją znajdziesz w tym 

śmietniku. Ja muszę trochę pomyśleć.

Rozmyślałem intensywnie, ale z nikłym rezultatem. Możliwe, że powodem była nieco 

przygnębiająca atmosfera pomieszczenia. Ściany były zgniłozielone. Obrusy na nich wiszące 

fioletowobordowe, a połowę pokoju wypełniał obrzydliwy śmierdzący basen jakiegoś szarego 

błota. Bolivar udał się na obchód reszty apartamentów, ale gdy toaleta omal go nie wciągnęła, 

a zawartość kuchni przyprawiła go o równie twarzową zieleń co ta na ścianie, siadł bez słowa 

i   włączył   telewizor.   Większość   programów   okazała   się   niemożliwa   do   zrozumienia   i 

obrzydliwa nad podziw.

Żaden   z   nas   nie   pomyślał,   że   telewizor   może   być   tu   komunikatorem,   dopóki   nie 

background image

zadzwoniono i scena bombardowania bezbronnej planety znikła, ustępując miejsca fizjonomii 

GarBaja.   Na   szczęście   refleks   di   Grizów   działał.   Bolivar   przystanął   za   ekranem,   a   ja 

odwróciłem się dopiero po zapięciu kombinezonu.

- Przykro mi, że muszę ci przeszkodzić, Jeem, ale Rada zbiera się i chciałbym, abyś 

wzięła udział w obradach. Posłaniec wskaże ci drogę.

- Dobra, dobra - mruknąłem ku blednącemu odbiornikowi, starając się wsadzić ręce 

we właściwe miejsca. Komunikator przy drzwiach wskazał gościa.

- Robot, zajmij się tym! Powiedz, że za chwilę będę gotowy i przynieś mój tren.

Gdy wyszliśmy, potwór przysłany po mnie wytrzeszczał z tuzin oczu na czułkach na 

nasz widok. Naprawdę wywarł na mnie wrażenie, jako że czułki miały z dobre trzy stopy.

- Pokazuj drogę - poleciłem słodko.

Ruszyłem jego śladem, moim zaś ruszył robot, trzymając końce mego przypiętego do 

ramion trenu. Ten wspaniały przyodziewek miał dobre trzy jardy długości. Został wymyślony 

w  całości   przeze   mnie,  głównie  jako  pretekst,  aby  stale   mieć   przy  sobie  Bolivara.  Choć 

przyznaję, że względy psychologiczne też się liczyły. Była to wściekle błyszcząca purpura, 

ozdobiona tu i tam złotymi gwiazdami i srebrnymi kometami oraz różowym szlaczkiem. Na 

szczęście  nie   musiałem   na to  patrzeć,   ale  współczułem   Bolivarowi  -  on nie  miał  innego 

wyjścia.

Rada z miejsca znalazła się pod wrażeniem mego wyglądu, jeśli uznać ilość cmoknięć 

i   pomruków   za   wyraz   aprobaty.   Przeszedłem   pomieszczenie   dwa   razy   wokoło,   zanim 

usiadłem na wyznaczonym miejscu.

- Witamy cudowną Sleepery Jeem na naszej Radzie Wojennej - zamlaskał Gar-Baj. - 

Rzadko ta  sala była  tak  zaszczycona  cudowną obecnością.  Jeśli wszyscy  Gesh-tunken  są 

podobni do tej przedstawicielki, to wygramy wojnę za pomocą samego morale!

- Film! Film dla wojska! - zagulgotało coś czarnego i galaretowego i pojawili się 

filmowcy.

-   Pozwólmy   żołnierzom   cieszyć   się   wraz   z   nami   wspaniałym   widokiem   naszego 

gościa. Nie mówiąc już o dodatkowych oddziałach, które niedługo zasilą nasze szeregi.

- Dobrze gada! Wspaniały pomysł!

Ze   wszystkich   stron   rozległy   się   okrzyki   aplauzu,   przy   akompaniamencie 

wymachiwania mackami, kleszczami, przyssawkami i innymi kończynami. Prawie straciłem 

ostatni posiłek, ale rozdziawiłem pysk na całą szerokość, aby pokazać, jak mi przyjemnie. 

Pojęcia   nie   mam,   jak   długo   by   to   trwało,   gdyby   nie   sekretarz,   walący   głośno   stalowym 

młotkiem w mosiężny dzwon.

background image

- Szanowni zebrani, mamy parę nie cierpiących zwłoki spraw. Czy możemy przejść do 

obrad?

Odpowiedzią były wściekłe krzyki dość obraźliwej treści... Sekretarzem wstrząsnęło, 

co   było   ciekawym   widokiem,   jako   że   z   wyglądu   przypominał   żabę   obrośniętą   futrem,   z 

mięsistym ogonem i czymś w rodzaju trąby na głowie. Należy jednak przyznać, że sprawnie 

przystąpił do rzeczy.

- Otwieram 4013 zebranie Rady Wojennej. Dziś na porządku dziennym są następujące 

sprawy:   nowa   organizacja   wojsk   desantowych,   logistyczne   plany   inwazji,   usprawnienie 

zaopatrzenia   w   środki   bojowe   oddziałów   bombardujących   i   możliwości   żywieniowe 

wysuniętych jednostek. Przed tym jednakże prosiłbym naszego nowego członka o parę słów, 

które będą transmitowane w naszych wieczornych wiadomościach. Prosimy, Sleepery Jeem.

Rozległa się salwa wrzasków - tym razem aplauzu i widowiskowego klepania górnymi 

kończynami, które wziąłem za oklaski. Skłoniłem się do kamery i zacząłem:

- Drodzy moi - mokrzy, śluzowaci, wyłupiastoocy - nie mogę wprost wyrazić, jaką 

przyjemność   odczuwają   moje   dwa   serca   z   powodu   możliwości   przebywania   wśród   was. 

Odkąd dowiedzieliśmy się, że są inni podobni do nas na świecie, nie mogliśmy się wprost 

doczekać   spotkania   z   wami.   Szczęśliwy   traf   sprawił,   że   jestem   tu   dziś   i   mogę   wam 

powiedzieć,   że   jesteśmy   z   wami,   zjednoczeni   w   wielkiej   sprawie   zniszczenia   suchych   w 

naszej galaktyce. Jesteśmy dumni z naszych bojowych umiejętności - wykopałem dziurę w 

mównicy,  przy ogłuszającym aplauzie. - Chcemy je oddać do waszej dyspozycji. Tak jak 

nakazała nasza królowa Engela Rdenrundt.

Usiadłem wśród nie milknącej owacji, mając nadzieję, że się udało. Wydawało się, że 

nikt nie zwrócił specjalnej uwagi na ostatnie zdanie - co prawda był to daleki strzał, ale jeśli 

Angelina   miała   szansę   obejrzenia   mojego   wystąpienia,   to   z   pewnością   rozpozna   imię   i 

nazwisko, pod którym spotkałem ją po raz pierwszy parę ładnych lat temu. To był daleki 

strzał, ale lepsze to niż nic.

Moje współpotwory nie były zbyt zadowolone z perspektywy zabrania się do roboty, 

ale sekretarz jakoś w końcu ich do tego zmusił. Zapamiętałem co ważniejsze kwestie ich 

planów, a będąc nowo przybyłym, nie wtrącałem się do ich ustalania. Odezwałem się tylko 

raz, spytany, ile wojsk możemy dostarczyć i podałem dane, które ponownie wprowadziły ich 

w euforię. Ciągnęło się to wszystko zdecydowanie zbyt długo i nie byłem osamotniony w 

głośnym okazywaniu swej radości, gdy sekretarz ogłosił koniec spotkania. Gar-Baj położył 

mi na ramionach coś, co mogę określić jako przyjacielską wypustkę.

-  Dlaczego  nie  poszlibyśmy  do  mnie,  słodka?  Możemy  się  napić  łyczek  czy dwa 

background image

wyciągu ze zgniłych jaj. Co ty na to?

-   Cudownie,   ale   Sleepery   jest   śpiąca   i   musi   odpocząć.   Spotkamy   się   jutro   i   to 

koniecznie. Nie dzwoń do mnie, sama zrobię to z przyjemnością.

Ruszyłem z kopyta do kwatery, zanim zdążył odpowiedzieć, i z robotem następującym 

mi na pięty, zatrzasnąłem drzwi szczęśliwy, że uciąłem prostackie zapędy tego trędowatego 

durnia.

Zanim zdążyłem się odwrócić, ładunek miotacza wypalił dziurę obok mojej nogi, a 

ponury głos warknął mi do ucha:

- Rusz się, a następny ładunek wyląduje wprost na twoim przegniłym łbie.

8

- Jestem bezbronna! - wrzasnąłem, zastanawiając się, skąd ja znam ten głos.

Bolivar był szybszy. Gdy robot stanął, góra odskoczyła i ukazała się jego głowa.

- Cześć, James - zawołał radośnie. - Co się stało z twoim gardłem? Poza tym bądź 

łaskaw nie strzelać do tego obrzydlistwa. Wewnątrz jest twój własny stary.

Zaryzykowałem przesuniecie głowy i zobaczyłem Jamesa: z opuszczonym miotaczem 

i   szczęką.   Angelina,   gustownie   ubrana   w   futrzane   bikini,   wyszła   z   drugiego   pokoju, 

wkładając do kabury swój miotacz.

-   Wyłaź   z   tego   natychmiast   -   poleciła.   Bez   wahania   wyswobodziłem   się   z   objęć 

plastiku, zanurzyć się w jej, co było zdecydowanie przyjemniejsze.

- Yum - westchnęła  po długim a namiętnym  pocałunku, przerwanym  wyłącznie  z 

braku tlenu. - Dawno cię nie widziałam.

- Ja ciebie też. Widzę, że dostałaś moją wiadomość.

- Kiedy ten stwór wymienił  to imię,  wiedziałam,  że maczałeś  w tym  palce.  Skąd 

miałam wiedzieć, że siedzisz wewnątrz? Dlatego zjawiliśmy się z bronią.

- Dobra, jesteście teraz tutaj i to się liczy - spojrzałem uważniej na futrzane szaty 

Jamesa. - Widzę, że macie tego samego krawca.

- Zabrali nasze rzeczy - chrapliwie oznajmił James.

-   Czy   ta   szrama   na   twoim   gardle   ma   cokolwiek   wspólnego   ze   sposobem,   w   jaki 

mówisz?

- Dostałem przy ucieczce od tego, który nam sprezentował obecne stroje.

- Bolivar, otwórz szampana z naszej apteczki, jeśliś łaskaw. Powinniśmy uczcić to 

zjednoczenie, a twoja matka, jak sądzę, będzie tak uprzejma i opowie nam, co się działo, 

odkąd ostatni raz ją widzieliśmy.

- Niewiele - oświadczyła machając zawartością kieliszka. - Połknął nas jeden z ich 

background image

pancerników. Sądzę, że to widziałeś?

- Jeden z najgorszych momentów w moim życiu.

-   Biedactwo.   Jak   możesz   sobie   wyobrazić,   czuliśmy   to   samo.   Strzelaliśmy   ze 

wszystkich dział, ale hangar wyłożony był collaporium i niewiele to dało. Wstrzymaliśmy 

więc ogień czekając na obcych, ale to też nic nie dało. Strop się opuścił i zgruchotał statek. 

Musieliśmy wyjść i wtedy nas rozbroili. Przynajmniej tak im się wydawało. Przypomniałam 

sobie   twój   pobyt   na   Buradzie   i   numer   z   zatrutymi   paznokciami   -   zrobiliśmy   to   samo. 

Walczyliśmy, dopóki nie skończyły się ładunki, potem zaciągnęli nas do więzienia czy izby 

tortur   -   nie   byliśmy   tam   wystarczająco   długo,   aby   się   tego   dowiedzieć.   Załatwiliśmy 

strażników i poszliśmy sobie - tam było niezbyt przyjemnie.

- Cudownie, ale to było parę dni temu. Jak się wam powodziło od tego czasu?

- Bardzo dobrze, dziękuję - przy pomocy tych tu Cill Airne.

Machnęła   ręką   i   pięciu   mężczyzn   wyskoczyło   z   sąsiedniego   pomieszczenia 

wymachując bronią. Było to dość denerwujące, ale stałem spokojnie widząc, że na Angelinie 

nie wywarło to większego wrażenia. Mieli bladą cerę i długie czarne włosy, ich ubiór składał 

się   zaś   z   fragmentów   skór   obcych,   połączonych   ze   sobą   drutem.   Ich   topory   i   miecze 

wyglądały dość prymitywnie, ale ostro i użytecznie.

- Estas gvanda plezvro renkonti vin - oświadczyłem, ale nie wykazali żadnych oznak 

zrozumienia. Spytałem więc Angelinę: - Jeśli nie znają esperanto, to jak się z nimi dogadałaś?

- Ich własnym językiem,  nie jest trudny. Dpo gheobhai gaii dearmand taisco gach 

seoid - dodała.

Skinęli potakująco, schowali broń i wydali przenikliwy i przejmujący okrzyk wojenny.

- Chyba się lubicie - mruknąłem.

- Powiedziałam im, że jesteś moim mężem i że przybyłeś tu, aby zniszczyć naszych 

wspólnych wrogów i poprowadzić nas do zwycięstwa.

- Prawda - przytaknąłem potrząsając złączonymi dłońmi, na co odpowiedzieli nowym 

okrzykiem. - Bolivar, podaj no, chłopcze, coś konkretnego dla naszych sprzymierzeńców, a 

twoja mamusia będzie uprzejma powiedzieć mi, co tu się, u diabła, wyprawia.

-   Nie   jestem   pewna   szczegółów   -   oznajmiła   upijając   szampana.   -   Nie   znam   zbyt 

dobrze ich języka i całej reszty. Wydają się oryginalnymi mieszkańcami tej planety lub jej 

pierwszymi   kolonistami,   najwyraźniej   następna   zapomniana   kolonia,   bo   bez   wątpienia   są 

ludźmi. Nieźle im się działo, dopóki nie przybyli obcy - obustronna nienawiść od pierwszego 

wejrzenia. Walczyli z nimi od początku i robią to nadal. Obcy zrobili, co mogli, aby ich 

wykluczyć, niszcząc powierzchnię planety i pokrywając ją stalą. Nie poskutkowało. Ludzie 

background image

spenetrowali   ich   budowle   i   dotąd   żyją   w   fundamentach,   pustych   pomieszczeniach   i 

podwójnych ścianach.

- Stalowe Szczury! - ucieszyłem się. - Moja sympatia do nich wzrasta coraz bardziej.

- Wiedziałam, ze tak będzie. Po ucieczce z tego pomieszczenia, o którym ci mówiłam, 

biegliśmy korytarzem, nie bardzo wiedząc dokąd, gdy otworzyły się drzwi w podłodze i oni 

wyskoczyli machając rękami, abyśmy szli za nimi. Wtedy właśnie napatoczył się strażnik, 

którego James załatwił. Cill Airne docenili to w pełni wyprawiając go na nasze ubrania. To 

wszystko, co się wydarzyło. Odtąd ukrywaliśmy się razem z nimi, a w wolnych chwilach 

planowaliśmy porwanie jednego ze statków i uwolnienie admirałów.

- Wiesz, gdzie są?

- Oczywiście. Niedaleko stąd.

-   Potrzebujemy   planu,   a   ja   potrzebuję   porządnego   odpoczynku.   Proponuję   się 

przespać, a do bitwy przystąpić rano.

- Nie ma na to czasu, a poza tym wiem, co ci się widzi w tym twoim robaczywym 

umyśle. Idziemy się bić!

- Zgoda - westchnąłem. - Co dalej?

Zdecydowano  za   nas,  gdyż   drzwi  otwarły  się  gwałtownie   i  do  środka  wpadł  mój 

rozamorowany   Gar-Baj.   Musiał   być   nastawiony   kochliwie,   jeśli   u   nich   różowa   koszulka 

oznaczała to samo co u nas, i dlatego miał zdrowo stępiony refleks.

- Jeem, kochanie... dlaczego stoisz bez ruchu? Aw-wrrruk! - to ostatnie dodał, gdy 

trafił go pierwszy topór.

Nastąpiła krótka walka, którą rzecz jasna przegrał, ale za późno; gdy się zaczęła, nie 

był   w   całości   w   pokoju.   Jego   ogon   skorzystał   z   tego,   bez   wątpienia   obdarzony   swoim 

własnym rozumem, gdy jeden z ciosów go odrąbał. Bezczelne stworzenie ruszyło z kopyta 

wzdłuż korytarza.

- Lepiej wykonajmy odwrót - oświadczyłem.

- Do tunelu - zarządziła Angelina.

- Zmieszczę się w tym kombinezonie?

- Nie.

- To powstrzymajcie się z odwrotem - stwierdziłem, myśląc głęboko. - Mam nadzieję, 

Angelino, że znasz drogę w tym labiryncie?

- Znam.

- Ślicznie. Bolivar, masz okazję rozprostować nogi. Wyłaź z robota i objaśnij matce 

zasady poruszania tą konserwą. Obaj pójdziecie razem z nimi, spotkamy się gdziekolwiek. 

background image

James, uzgodnij to z matką.

- Co za przewidywanie - mruknęła Angelina. - Nogi mnie bolą już od paru dni. James, 

spotkamy się w przejściowej rotundzie. Aha, i najlepiej wytnijcie z tego tu trochę mięsa, tym 

bardziej że na obiad przyjdzie paru gości.

Że co? - zdziwiłem się.

Admirałowie.   Z   całym   arsenałem,   jaki   sprowadziłeś   tutaj,   spokojnie   możemy   ich 

uwolnić, a nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy być potem głodni.

Zrozumienie   było   całkowite   i   błyskawiczne,   co   w   rodzinie   Di   Griz   jest   regułą,   a 

tubylcy   musieli   się   tego   dawno   uczyć,   prowadząc   nieustającą   wojnę.   Maty   podłogowe 

zsunięto odkrywając następne klapy w podłodze. Moja opinia o przeciwnikach spadła o kilka 

stopni - nie byli zbyt dobrzy, skoro pozwalali, aby takie rzeczy działy się pod ich nosem czy 

wypustką węchową, czort wie, jak to się nazywa. Bolivar i James poszli razem z naszymi 

sprzymierzeńcami wśród głośnych okrzyków wojennych.

- Scadan! Scadan! - (cokolwiek to znaczy).

-   Faktycznie   trochę   tu   ciasno   -   Angelina   wsunęła   się   wnętrza   robota.   -   Mamy 

możliwość porozumiewania przez kierunkowy obwód?

- Mamy - kanał trzynasty, przełącznik obok prawej dłoni.

- Mam - oznajmiła, po czym jej głos zabrzmiał w moim uchu: - Prowadź. Jak będzie 

potrzeba, powiem ci, gdzie masz iść.

Wymaszerowałem na korytarz z robotem najeżdżającym mi na ogon, zamykając drzwi 

potężnym   kopniakiem,   póki   nie   wklinowały   się   w   metalowe   framugi.   Zawsze   to   trochę 

opóźni pościg.

Ruszyliśmy przed siebie.

Była to długa i prawdę powiedziawszy, nużąca podróż. Obcy nie byli zbyt dobrymi 

architektami.   Budowle   przeplatały   się   ze   sobą,  zupełnie   jakby  dobudowywano   nowe,   nie 

patrząc na poprzednie. Przed chwilą byliśmy w opuszczonym i przerdzewiałym korytarzu, a 

zaraz   potem   przecięliśmy   wznoszące   się   metalowe   pole,   lśniące   od   świeżości.   Niektóre 

korytarze   były   najwyraźniej   używane   jako   odpływniki   -   pokonywaliśmy   je   biegnąc. 

Mijaliśmy magazyny, fabryki i lokale, których zastosowania nie podejmowałem się zgadnąć. 

W jednej z fabryk pracowały stwory przypominające rozkładające się aligatory - coś z tysiąc 

tych przyjemniaczków zajmowało się nitowaniem blach. Wszędzie, ilekroć się pojawiliśmy, 

potwory pozdrawiały nas w esperanto i za każdym razem witały wielką owacją. Pięknie - 

kląłem pod nosem odmachując pozdrowienia.

- Zaczyna mnie to męczyć - zwierzyłem się Angelinie.

background image

- Odwagi, już prawie jesteśmy. Jeszcze z trzy mile.

W   końcu   przed   nami   pojawiła   się   zamknięta   i   odrutowana   na   szczycie   brama, 

pilnowana przez stwory, mające coś, co wyglądało na samopały laserowe sprzed paru stuleci. 

Oczywiście na mój widok podniosły ogłuszającą wrzawę.

-   Jeem,   Jeem!   Niech   żyje   Geshtunken!   Witamy!   -   krzyczały.   Uniosłem   łapy   i 

poczekałem, aż się uspokoją.

- Dziękuję! - wrzasnąłem. - To wielka przyjemność służyć z kimś takim jak wy, dzieci 

zakazanego   świata   pod   rozkładającym   się   słońcem.   -   Wrzawa   dowodziła,   że   dzieci   są 

zachwycone i domagają się więcej. – Podczas mego tu pobytu widziałem stworzenia, które 

pełzają, skaczą i chodzą, ale muszę przyznać, że jesteście najlepsi z nich wszystkich. My na 

Geshtunken widzieliśmy tylko kilku blado-suchych, których zabiliśmy od ręki. Rozumiem, że 

macie tu ich cały ładunek. Czy to prawda?

-   W   samej   rzeczy,   Jeem   -   odparł   jeden.   Teraz   dopiero   zauważyłem,   że   ma   złotą 

kometę po bokach kasku, co bez wątpienia oznaczać miało jakąś tam rangę.

- Wspaniała nowina - oznajmiłem. - Są tutaj?

-Są.

- Nie macie jakiegoś, który nie jest niezbędny, aby można go było rozerwać lub zjeść?

-   Gdyby   to   ode   mnie   zależało,   dałbym   któregoś   komuś   tak   znanemu   jak   ty,   ale 

niestety,   wszyscy   są   potrzebni   w   celach   wywiadowczych.   Poza   tym   lista   ochotników   do 

uśmiercania jest już pełna - same szarże.

- Bardzo źle. Jest jakaś szansa, abym mógł ich obejrzeć?

-   Nikt   nie   może   tam   wejść   bez   upoważnienia,   ale   przesuń   oko   albo   dwa   między 

kratami, to obejrzysz ich wszystkich.

Jedno oko miałem na szypułce - była w nim kamera tv. Zrobiłem, jak mi powiedział, 

dostrajając   jednocześnie   ostrość.   Oni,   czyli   obiekty   mego   zainteresowania,   leżeli   na 

dziedzińcu lub gadali w małych grupach - brudni, obrośnięci, w strzępach mundurów. Mogli 

być admirałami, ale i tak zrobiło mi się ich żal - nawet admirałowie byli kiedyś ludźmi.

- Serdeczne dzięki - odparłem chowając szypułkę. - Będę o tobie pamiętał w moim 

wystąpieniu na Radzie Wojennej.

Pomachałem odchodząc, oni pomachali do mnie i zrobiło się nagle sielsko - jakby 

eksplodowała kolonia ośmiornic.

- Jestem załamany - zwierzyłem się żonie. - Jeśli jest tu niższy poziom, to dostaniemy 

się do nich od dołu.

- Geniuszu, nie przejmuj się, tak się do nich nie dostaniemy.

background image

-   Geniuszu   -   powiedziałem,   kładąc   z   uczuciem   łapę   na   obudowie.   -   Tak   właśnie 

zrobimy, i coś mi się zdaje, że przed nami są schody, ale skąd będziemy wiedzieć, kiedy 

staniemy we właściwym miejscu?

- Stąd, że zostawiłam tam nadajnik ultradźwiękowy, gdy wygłaszałeś swoje polityczne 

przemówienie do tych robali.

- Oczywiście, gdyby był to ktoś inny, zapadłbym się pod ziemię ze wstydu, a tak mogę 

pogratulować sobie, mając taką żonę.

- Następnym razem postaraj się, aby to nie brzmiało tak dumnie. Zupełnie jakby... 

było twoją zasługą.

- Spokojnie, zaczynasz być przewrażliwiona.

Zjechaliśmy   pokrytą   śluzem   i   śmieciami   klatką   schodową   w   całkowitą   ciemność. 

Angelina włączyła reflektory i ujrzeliśmy przed sobą metalowe drzwi.

- Spalić je? - spytała, wysuwając się z obudowy.

- Nie - zrobiłem się podejrzliwy. - Spróbuj swoich detektorów i zobaczymy, czy za 

tym metalem toczy się jakieś elektroniczne życie.

- Aktywnie - oświadczyła po chwili - co najmniej tuzin alarmów. Zneutralizować?

- Szkoda wysiłku - sprawdź tę ścianę. Powinna być czysta. Była. Toteż przeszliśmy 

przez   nią.   Ci   obcy   byli   faktycznie   naiwni.   Znaleźliśmy   się   w   magazynie,   z   którego 

przeszliśmy do pomieszczenia, które miały chronić owe drzwi. Operacja prosta nawet dla 

początkującego włamywacza - znowu straciłem trochę wiarę w inteligencję przeciwnika.

- Więc dlatego nie chcieli, aby ktoś się tu dostał - westchnęła Angelina, omiatając salę 

reflektorem.

- Miejski skarbiec - mruknąłem - musimy tu wpaść przy okazji.

Góry   monet   piętrzyły   się   ze   wszystkich   stron,   złoto,   platynowe   sztaby   jako 

przerywnik, do tego szlifowane diamenty i inne kamienie. Wystarczająca ilość, aby zbudować 

z nich bank, a co dopiero otworzyć jakiś. Zaczynałem odczuwać kompleks mniejszości - w 

życiu nie widziałem tyle  gotówki, nie mówiąc o jej kradzieży i w dodatku nikt tego nie 

pilnował. Kopnąłem w najbliższą stertę - posypał się deszcz monet.

- Wiem, że to ci pomogło - łagodnie powiedziała Angelina. - Ale powinniśmy chyba 

zająć się pracą.

- Oczywiście - zgodziłem się z nią. Przeszliśmy przez skarbiec, przebiliśmy się przez 

parę następnych ścian i drzwi, osiągając w końcu miejsce, nad którym był nadajnik.

- Brama powinna być tutaj - mruknąłem mierząc krokami odległość. - Tu były jakieś 

śmieci, więc zaczynając stąd, będziemy osłonięci w razie czego. Świder udarowy gotów?

background image

- Warczy i brzęczy.

- No to zaczynamy.

Ramię ze świdrem wysunęło się w górę i zagłębiło w zardzewiały metal. Angelina 

wyłączyła   reflektor,   a   gdy   wyjęła   świder,   z   góry   spłynął   promień   światła   słonecznego. 

Czekaliśmy w napięciu, ale nie było żadnego alarmu.

- Czekaj, wysunę kamerę.

Wspiąłem się na palce i czubek ogona, aż udało mi się wysunąć oko z kamerą przez 

otwór. Okręciłem je o trzysta sześćdziesiąt stopni i schowałem.

- Wspaniale. Śmiecie naokoło, nikogo w pobliżu, żadnej straży w zasięgu wzroku. 

Podaj mi dezintegrator.

Wylazłem   z   kombinezonu,   wspiąłem   się   na   jego   barki,   skąd   z   łatwością   mogłem 

sięgnąć sufitu i zabrałem się do roboty. To bardzo przyjemne narzędzie ten dezintegrator, 

cechuje go możliwość niwelacji  wiązań międzycząsteczkowych,  co prowadzi  do zamiany 

praktycznie każdego materiału w szary pyłek. Wyciąłem spory otwór, starając się nie kichnąć 

w tumanie pyłu, po czym podałem wycięty dysk Angelinie i wystawiłem głowę przez otwór 

na zewnątrz. Wszystko zgodnie z planem - nikt na mnie nie patrzył, niedaleko zaś siedział 

admirał ze szklanym okiem. Obraz nędzy i rozpaczy. Wysunąłem się jeszcze kawałek.

- Psst, admirale - syknąłem.

Odwrócił się, a jego zdrowe oko rozszerzyło się ze zdumienia.

- Proszę głośno nie mówić, jestem tu, aby was uratować. Jasne? Proszę tylko skinąć 

głową.

Tyle o dzielnym admirale - nie dość, że nie skinął głową, to w dodatku skoczył na 

równe nogi i wrzasnął ile sił w płucach:

- Straż! Pomocy! Jesteśmy uwalniani!!!

Nie oczekiwałem zbytniej wdzięczności, szczególnie od wyższego oficera, ale to było 

doprawdy   zaskakujące.   Przelecieć   tysiące   lat   świetlnych,   pokonując   niebezpieczeństwa   i 

wrogów   zbyt   licznych,   aby   ich   wymieniać,   ścierpieć   lubieżne   zapędy   Gar-Baja,   i   teraz 

ratować bandę starych ramoli tylko po to, aby oni, ledwie się o tym dowiedziawszy, starali się 

oddać człowieka w łapy wroga. Za dużo tego dobrego jak na mnie!

Nie żebym wiele więcej oczekiwał, ale zawsze to przykre, gdy się człowiek utwierdza 

w pesymizmie. Miałem w dłoni pistolet igłowy, oczekując problemów ze strony strażników, 

spodziewając się lekkich także ze strony więźniów. Przestawiłem broń z trucizny na sen, co 

było sporym wysiłkiem z mojej strony i wsadziłem trepowi stalową igłę w kark. Osunął się, 

malowniczo wyciągając ku mnie ramiona, jakby w ostatnim wysiłku chciał złapać swego 

background image

oswobodziciela. Brr! Zamarłem, widząc, co znajduje się na jego nadgarstkach.

- Co się dzieje? - zaszeptała z dołu Angelina.

- Nic dobrego - odszepnąłem. - Całkowita cisza.

Wolno wycofałem się tak, że tylko oczy pozostały w otworze otoczonym połamanymi 

meblami,   różnymi   opakowaniami   i   innym   śmieciem,   zastanawiając   się,   czy   straż   coś 

usłyszała   i   obserwując   zbliżających   się   paru   dziadków   przyglądających   się   leżącemu 

kumplowi.

- Co mu się stało? - spytał jeden głos. - Słyszałeś, co on krzyczał?

- Nie bardzo, wyłączyłem wzmacniacz, aby oszczędzać akumulator. Coś jakby Sfton 

Gnory, Łesemy Oknaronliami.

- To bez sensu. Może krzyczał coś w ojczystym języku?

- Chyba nie. Stary Schimrasch pochodzi z Deshnik, a to nic po ichniemu nie znaczy.

- Przewrócę go na plecy i zobaczę, czy jeszcze oddycha.

Zrobili to i skinąłem zadowolony głową widząc, jak igła wypada z karku. Dowody 

zostały   usunięte,   a   zatem   miałem   parę   godzin   spokoju,   zanim   stary   dojdzie   do   siebie   i 

rozpowie, co mu się przytrafiło. A to było wszystko, czego potrzebowałem - plan rodził się 

już w mojej głowie.

Pochyliłem się, biorąc podany Angelinie przed chwilą stalowy dysk, przesmarowałem 

brzegi lepikiem trzymającym mocniej niż cement i wtłoczyłem go z powrotem na miejsce. 

Trzasnęło, gdy klej łączył się z otoczeniem i po chwili podłoga na górze i sufit na dole były 

równie  nierozerwalną  całością, jak przed rozpoczęciem  moich  ćwiczeń. Zlazłem  na dół i 

westchnąłem ciężko.

- Angelino, bądź tak dobra, zapal jakieś światło i otwórz butelkę, najlepiej whisky, 

jeśli jest w apteczce.

Światło  rozbłysło   i rozległ  się  dźwięk  przestawianych   butelek,  po  czym  cierpliwa 

Angelina poczekała, aż odejmę pustą szklaneczkę od ust.

- Nie sądzisz, że już najwyższa pora, abyś wtajemniczył swą kochającą żonę w to, co 

się tam wyprawia?

-   Wybacz   mi,   światło   mego   życia,   ale   właśnie   przeżyłem   szok.   Gdy   chciałem 

porozumieć   się   z   najbliższym   admirałem   -   uśmiechnąłem   się   słabo   -   zerknął   na   mnie   i 

poleciał po straż. Zastrzeliłem go.

- Jeden mniej do uratowania - stwierdziła z satysfakcją.

- Nie całkiem, uśpiłem go. Nikt dokładnie nie usłyszał, co wołał, toteż wymknąłem się 

chyłkiem i zatkałem otwór, ale nie to mnie zmartwiło.

background image

- Wiem, że nie jesteś pijany, ale nie mówisz zbyt rozsądnie.

-   Przepraszam,   ale   to   ten   admirał.   Gdy   upadł,   zobaczyłem   jego   ręce,   wokół 

nadgarstków miał ślady jakby sznurów.

- I co? - Była zaskoczona, po czym nagle zbladła. - Nie, to nie może być to!

Przytaknąłem powoli stwierdzając, że nie mogę się uśmiechnąć.

- Szarzy, ich rękodzieło rozpoznam zawsze i wszędzie.

Szarzy ludzie - samo myślenie o nich powodowało, że coś zimnego lało mi się po 

plecach.   Jestem   dość   odważny   i   wytrzymały   na   zagrożenia   stwarzane   przez   życie   co   do 

kwestii fizycznych, lecz podobnie jak większość ludzi, bezpośrednie ataki na szare komórki 

przyjmuję dość niechętnie. Umysł nie ma żadnej obrony, gdy impulsy płynące z ciała zostaną 

odłączone. Wystarczy królikowi doświadczalnemu wszczepić elektrodę w ośrodek rozkoszy i 

trzymać włączony prąd, a zwierzę - czy z głodu, czy z pragnienia - umrze szczęśliwe.

Parę   ładnych   lat   temu,   gdy   zajmowałem   się   kwestią   międzyplanetarnych   inwazji, 

miałem wątpliwy zaszczyt wystąpić w roli królika doświadczalnego. Zostałem schwytany, 

potem zresztą uwolniony, ale tymczasem widziałem, jak odrąbano mi dłonie w przegubach. 

Straciłem   przytomność,   a   gdy   ją   odzyskałem,   zobaczyłem,   że   przyszyto   mi   obie   dłonie. 

Szramy były akurat dokładnie takie same, jakie dostrzegłem na rękach owego admirała.

Tyle że nikt nigdy nie odciął mi dłoni - scena ta została umieszczona bezpośrednio w 

moim   umyśle.   Jednak   dla   mnie   to  się   zdarzyło   i   było   jedną   z  najgorszych   rzeczy,   jakie 

przytrafiły mi się w życiu.

-   Oni   muszą   tu   być   -   stwierdziłem.   -   Współpracują   z   obcymi.   Nic   dziwnego,   że 

admirałowie nie dość, że mówią wszystko, o co ich się pyta, to jeszcze wykazują inicjatywę 

we   współpracy.   Przez   prawie   całe   życie   przebywali   w   świecie   głupoty   i   rozkazów 

doprowadzonych do absurdu. Są idealnym celem dla kuracji, jaką im zaaplikowano.

- Musisz mieć rację - tylko jak to możliwe? Obcy nienawidzą wszystkich ludzi bez 

wyjątków, nie współpracowaliby z żadnym z nich. Szarzy są obrzydliwi, ale są ludźmi.

Ledwie to powiedziała, a rozwiązanie pojawiło się przed moimi oczami jasne i czyste. 

Uśmiechnąłem się, łapiąc ją w ramiona i całując, co podobało się nam obojgu. Odsunąłem ją 

później na długość ramienia, gdyż zbytnia jej bliskość zawsze powodowała dziwny zwrot w 

moim umyśle.

- Posłuchaj, kotku. Sądzę, że widzę rozwiązanie tego bałaganu. Detale nie są zbyt 

ważne, ale wiem, co trzeba zrobić. Możesz tu sprowadzić chłopców i parunastu Cill Airne, po 

czym przebić się przez podłogę, zlikwidować straże, uśpić admirałów i wynieść ich w pobliże 

kosmodromu?

background image

- Mogę się postarać, ale to nie będzie łatwe. Jak się stąd wydostaniemy?

- Tym ja się zajmę. Jeśli dokładnie wszędzie będzie zamieszanie i nikt nie będzie 

wiedział, co się dzieje, kogo gonić, a kogo słuchać - czy to nie pomoże?

- Z pewnością uprości sprawę. Co zamierzasz?

- Gdybym ci powiedział, mogłabyś uznać to za zbyt niebezpieczne i przekonać mnie, 

że tak jest. Powiedzmy, że to musi zostać zrobione, a ja jestem jedynym, który może się tym 

zająć. Idź po aliantów, a ja włażę w kombinezon. Jak zacznie się ogólny bajzel - ruszaj. 

Wrócę do mojej kwatery tak szybko, jak będę mógł. Niech czeka tam na mnie przewodnik. 

Tylko upewnij się, czy będzie wiedział, na co czeka i żeby sterczał tam nie dłużej niż godzinę 

od   rozpoczęcia   zamieszania.   Powinienem   być   tam   grubo   wcześniej,   ale   jeśliby   coś   się 

skomplikowało, to niech się zgłosi do ciebie. Wiesz, że umiem się o siebie troszczyć, a nie 

możemy wszystkiego  zarywać  dla jednej osoby.  Gdy on wróci, ze mną czy beze mnie  - 

ruszajcie na kosmodrom, złapcie statek, co nie powinno być zbyt trudne, jeśli uda się to, co 

planuję, wyrywajcie stąd na pełnym ciągu.

- Czekam na ciebie - ucałowała mnie, ale nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. - Nie 

powiesz mi, co chcesz zrobić?

- Masz na mnie destrukcyjny wpływ, mógłbym się rozmyślić, tym bardziej że samemu 

mi   się  to  niezbyt  podoba.  Muszę  zrobić   trzy  rzeczy:   znaleźć   szarych,   oddać  ich  naszym 

przyjaciołom i wydostać się z tego.

- Dokonasz tego, tylko uważaj, żebyś gdzieś nie przedobrzył, szczególnie na końcu.

Przebraliśmy się w kombinezony i wsparci na duchu wymianą poglądów, podążyliśmy 

każde w swoją stronę. Sądziłem, że znam drogę, ale okazało się to całkowitym złudzeniem. 

Idąc gdzieś na skróty, wlazłem na jakąś przerdzewiałą płytę i znalazłem się w podskórnym 

bagnie, z którego wylazłem z wielkim trudem, znajdując przejście za jakąś stalową przegrodą. 

Utorowałem   sobie   drogę,   wypuszczając   spod   ogona   granat,   który   przymocowałem   do 

przeszkody celnym ruchem ogona, po czym przedostałem się przez dymiący otwór na światło 

dzienne. Zaraz ujrzałem oficera z patrolem potworków zbliżającego się, aby sprawdzić co to 

za hałasy.

-   Pomocy!   -   jęknąłem,   chwiejąc   się   na   nogach.   Na   szczęście   oficer   był   także 

wielbicielem popołudniowych audycji tv.

- Słodka Sleepery, co się stało? - wrzasnął uczuciowo, pokazując jakieś pięć tysięcy 

zepsutych zębów i jard albo dwa różowego gardła.

- Zdrada! - wrzasnąłem jeszcze głośniej. - Wyślij wiadomość do swego dowódcy, aby 

zwołał nadzwyczajne posiedzenie Rady Wojennej. I zabierz mnie stąd natychmiast.

background image

Zajął się wszystkim równocześnie. Złapali mnie w pięćdziesiąt macek, czułków, łap i 

innych podobnych odnóży i pognali niosąc w objęciach. Ułatwiało to podróż, a poza tym był 

to mile widziany odpoczynek, toteż nie protestowałem. W końcu postawili mnie na podłodze 

przed salą Rady.

- Jesteście wspaniali - oznajmiłem im. - Nigdy was nie zapomnę.

Odpowiedzią był zgodny wrzask radości i mniej zgodne tupanie. Pogalopowałem do 

środka wrzeszcząc na całe gardło.

- Zdrada! Oszustwo! Fałsz!

-   Zajmij   swoje   miejsce   i   wyjaśnij   sprawę   we   właściwy   sposób,   gdy   posiedzenie 

zostanie należycie otwarte - przerwał mi sekretarz.

Na   szczęście   stwór   przypominający   różowego   wieloryba   w   ostatnim   stadium 

owrzodzenia był bardziej współczujący.

- Wyglądasz na wzburzoną, droga Jeem. Słyszeliśmy, że coś dziwnego stało się w 

twojej kwaterze, ale wszystko, co znaleźliśmy z szacownego Gar-Baja, to jego ogon, który nie 

był w stanie wiele nam powiedzieć. Mogłabyś to wyjaśnić?

- Mogę i wyjaśnię, jeżeli tylko sekretarz da mi dojść do głosu.

- Och, załatwmy to wreszcie - sapnął ten ostatni ze zniechęceniem, z każdą chwilą 

wyglądając na coraz bardziej zdenerwowaną żabę. - Spotkanie zwołane przez Sleepery Jeem, 

która ma głos w jakiejś nader istotnej sprawie.

-   Najpierw   muszę   wyjaśnić,   że   my,   Geshtunken,   mamy   parę   możliwości,   nie 

wspominając   o   nadzwyczajnym   seksapilu   -   zwróciłem   się   do   słuchającej   Rady,   która 

oświadczenie  to przyjęła  owacją  gwizdów  i  mlaśnięć.  - Dziękuję. Do rzeczy:  mój  zmysł 

węchu naprowadził mnie na to, że coś tu jest nie tak. Wąchałam na prawo i lewo i w końcu 

wywąchałem ludzi!

Poprzez okrzyki zgrozy i oburzenia usłyszałem:

- Cill Airne!

Skwitowałem to lekceważącym machnięciem:

- Nie Cill Airne, tych wyczułem od razu, to są myszy, którymi zajmują się oddziały 

pomocnicze. Mam na myśli to, że ludzie są tutaj, wśród nas! Zostaliśmy spenetrowani!

Wstrząsnęło nimi lepiej, niż się spodziewałem. Poczekałem spokojnie, aż uniesienie 

minie, po czym uniosłem łapy prosząc o ciszę. Miałem ją prawie natychmiast. Każde oko - 

czerwone,   zielone,   białe,   normalne   czy   na   wypustkach,   duże,   małe   czy   wyłupiaste, 

wpatrywało się we mnie.

- Tak, ludzie są wśród nas i robią wszystko, aby przeszkodzić nam w świętej misji. 

background image

Mam zamiar pokazać wam jednego i to natychmiast!

Serwomechanizmy   cichutko   zabrzęczały,   gdy   skoczyłem   z   przysiadu,   lecąc   około 

dwudziestu   jardów   niezłym   stylem   i   lądując,   z   dużym   trzaskiem   rozbijanych   mebli   i 

szarpnięciem amortyzatorów na stole prezydialnym. Ledwie wylądowałem, a już trzymałem 

w łapie wyrywającego się i wrzeszczącego sekretarza, wymachując nim nad głową.

- Zgłupiałeś!? Puszczaj mnie natychmiast! Nie jestem bardziej człowiekiem niż ty!

To mnie do reszty przekonało - jak dotąd były to jedynie przypuszczenia. Oni tu byli - 

tego już byłem pewny, a jedynym stworzeniem o czterech kończynach poza mną był on. Był 

ponadto w stanie wpływać na różnorodne decyzje i miał dojście do wszystkich informacji. 

Poza   tym   był   jedynym   pedantem   postępującym   według   zwyczajów   urzędniczych   w   tym 

całym towarzystwie. Rycząc z radości wbiłem mu pazury drugiej łapy w gardło.

Trysnęło jakąś ciemną cieczą, sekretarz zaś zaczął ryczeć jak zarzynane prosię.

Omal nie przerwałem jatki, takie to było realistyczne. Nie miałem jednak wyboru, i 

tak omal nie urwałem łba sekretarzowi na oczach całej Rady. Jeśli była to pomyłka, to nie 

mogłem liczyć na wdzięczność, pozostawało więc tylko jedno. Urwać mu ten łeb do końca.

Nastąpiła   ogólna   cisza,   gdy  głowa   sekretarza   poturlała   się   po   podłodze,   po   czym 

zewsząd rozległy się westchnienia.

Wewnątrz odgłowionego korpusu znajdowała się druga głowa.

Blada i wykrzywiona wściekle twarz człowieka!

Rada wychodziła z szoku, ale on w nim już nie był - wyciągnął zza pazuchy broń, 

czekałem właśnie na coś takiego. Wydaje mi się, że trochę mu nadwerężyłem ścięgna. Nie 

byłem tak szybki, gdy złapał mikrofon wykrzykując coś w obcym języku. Nie byłem, bo 

właśnie chciałem, aby to zrobił. Dałem mu wystarczająco dużo czasu, aby zdołał podnieść 

alarm, po czym odebrałem mu mikrofon. Kopnął mnie złośliwie w brzuch, co spowodowało, 

że   go   puściłem   i   zwinięty   wpół   na   podłodze   patrzyłem,   jak   znika   w   zamaskowanych   w 

podłodze drzwiach.

- Nie przejmujcie się mną! - jęknąłem opędzając się od prób pomocy. - I tak zaraz 

umrę. Pomścijcie mnie!

Ogłoście alarm i złapcie go i resztę! Nie pozwólcie nikomu uciec.

Zrobili  grzecznie,  co  kazałem,  i  to  tak  energicznie,  że  musiałem  odturlać   się  pod 

ścianę, aby mnie nie stratowali. Pozwijałem się w agonii na użytek spóźnialskich, po czym 

znieruchomiałem  i zerknąłem na świat  przez na wpół przymknięte  oko. Pusto - wszyscy 

pognali łapać, co się dało.

Zerwałem się na równe nogi i ruszyłem śladem sekretarza.

background image

Profilaktycznie   w   czasie   szamotaniny   przypiąłem   mu   do   futra   generator   neutrino. 

Neutrino jako takie ma minimalne problemy przy przenikaniu przez całą planetę. Metal tego 

miasta   był   dla   niego   przeszkodą,   o   której   nie   warto   w   ogóle   wspominać.   Nie   warto   też 

wspominać, że miałem wykrywacz w kombinezonie. Zawsze mówiłem: nie ma to jak szeroko 

rozwinięta profilaktyka.

Fosforyzująca igła wskazywała drogę. Byłem mocno ciekaw, co oni tu robią i miałem 

nadzieję, że zdołam coś wymyślić, aby dowiedzieć się, gdzie jest ich planeta. Imć sekretarz 

był moim przewodnikiem.

Gdy zobaczyłem  z przodu światło, zwolniłem,  po czym  dyskretnie  wyjrzałem  zza 

muru. Olbrzymia  jaskinia wypełniona była  w całości korpusem ich statku, do którego ze 

wszystkich   stron   zbiegali   się   współplemieńcy   mojego   przewodnika.   Niektórzy   w 

kombinezonach, inni w ich fragmentach lub normalnych strojach. Szczury opuszczają tonący 

okręt. Zamieszanie na planecie musiało sięgnąć szczytu, czyli wszystko przebiegało zgodnie z 

planem.

Przyznaję, że mnie zaskoczyli. Liczyłem na odkrycie ich kryjówki, a nie statku, i to w 

sytuacji,   w   której   wykonywali   odwrót   strategiczny   na   pełną   skalę.   Istniały   rzecz   jasna 

sposoby i sposobiki, aby ich wyśledzić - wystarczyło przyczepić im do burty urządzenie w 

stylu   kosmicznej   pluskwy,   tyle   że   akurat   nie   miałem   żadnego   –   najlżejsze   ważyło 

dziewięćdziesiąt kilogramów i miało objętość dziesięciolitrowego wiadra. Okazja była zbyt 

dobra, aby ją przegapić, ale zanim zdołałem pomyśleć, co by tu zrobić, na łeb spadła mi 

metalowa sieć, a od tych przyjemniaczków aż się zaroiło.

Dawałem sobie wcale dobrze radę mimo sieci, zdaje się, że dwóch czy trzech z nich 

nigdy już nikomu nie zrobi przykrości, gdy któryś przyłożył mi całkiem porządnie metalową 

sztabą w ucho. Nie zdołałem się uchylić i poczułem, jak głowa kombinezonu idzie w drzazgi.

Moja zresztą też - tylko chwilę później.

10

Obudziłem   się   z   uczuciem   duszności,   spowity   w   coś   nieustępliwego   i   w   dodatku 

ślepy.  Na dokładkę z największym  bólem głowy,  który potęgował sam siebie w postępie 

geometrycznym,  aż mi się od tych doznań nieco we łbie rozjaśniło. Kawałek po kawałku 

opanowałem panikę i zacząłem analizować sytuację. Okazało się, że nikt mnie w nic nie 

owinął, tylko jakiś fragment wyściółki kombinezonu zwisał zaklejając mi twarz.

Gdy spokojnie przesunąłem głowę w bok, mogłem oddychać zupełnie swobodnie. W 

końcu poprzez falę bólu zaczęła wracać mi pamięć. Szarzy! Złapali mnie w sieć, przyłożyli 

po łbie, po czym zapadła ciemność. Co dalej? Dokąd mnie zabrali? Gdy doszedłem do tego 

background image

miejsca,   zaczęła   wracać   zdolność   logicznego   i   praktycznego   myślenia.   Ciągle   byłem   w 

kombinezonie. Moje ręce były uwięzione w kończynach przebrania, ale zdołałem, delikatnie i 

powolutku, oswobodzić prawą, mając przy tym wrażenie, że pęknie mi czaszka. Odsunąłem 

zawadzający fragment plastiku i stwierdziłem, że głowę mam w szyi kombinezonu. Dalsze 

spazmatyczne ruchy przybliżyły mnie do zestawu optycznego: dojrzałem metalową podłogę. 

Próby poruszenia drugim ramieniem i nogami zakończyły się fiaskiem. Wszystko to było 

deprymujące, a w dodatku chciało mi się pić i wciąż bolała mnie głowa. Jakiś szósty zmysł 

kazał mi kiedyś zamontować w kombinezonie dodatkowy zbiorniczek obok pojemnika na 

wodę.

Znalazłem rurkę doprowadzającą, napiłem się wody, po czym przełączyłem mały za 

worek, zmieniając płyn na życiodajną stuprocentową whisky. Obudziła mnie wystarczająco 

szybko   i   choć   nie   zlikwidowała   bólu   głowy,   to   jednak   pozwoliła   mi   jakoś   do   niego 

przywyknąć. Zająłem się kamerą i po długich staraniach wysunąłem wypustkę, obracając ją o 

trzysta sześćdziesiąt stopni.

Interesujące. Nie mogłem się ruszyć, gdyż ciężkie łańcuchy przymocowywały mnie do 

podłogi,   przytwierdzone   do   niej   tak   solidnie,   że   nie   było   co   marzyć   o   ich   wyrwaniu. 

Pomieszczenie było niewielkie i idealnie pozbawione czegokolwiek, z tym że sufit był lekko 

półkolisty. To mi coś przypominało.

Okręt! Byłem w kosmolocie, który widziałem, zanim zgasili mi światło. Ich okręt i do 

tego będący w ruchu. Cel tej podróży był oczywisty, ale nie miałem najmniejszej ochoty 

poddać   się   pesymizmowi   akurat   teraz.   Były   ważniejsze   sprawy:   na   przykład,   dlaczego 

zamknęli mnie w kombinezonie?

- Dlatego, durniu, że nie wiedzieli o tym - oznajmiłem na głos, żałując tego prawie 

natychmiast, bo we łbie zahuczało mi jak w studni.

Tak właśnie musiało  być.  Przebranie  było  dobre i pomyślane tak, aby wytrzymać 

bliższe   oględziny.   Zaatakowali   mnie   i   pokonali   błyskawicznie,   a   nie   mieli   podstaw,   by 

przypuszczać,   że   jestem   kimkolwiek   innym,   niż   wyglądam.   Musieli   się   zresztą   trochę 

śpieszyć, o czym dobitnie świadczył sposób zamocowania łańcuchów. Nie wydaje mi się, 

żeby mieli ochotę wpaść w łapy obcych, mających sadystyczno-spożywcze inklinacje co do 

nich. Zapakowali mnie na pokład w celu przyszłego śledztwa i ruszyli w drogę.

To  już było  znacznie  lepsze.  Nie  tracąc   czasu  zabrałem  się  do wyczołgiwania  na 

świeże powietrze. Nie było to proste, ale w końcu udało mi się wydostać przez częściowo 

otwarte wyjście. Poczułem się znacznie lepiej, a samopoczucie wróciło prawie do normy, gdy 

wydobyłem pistolet igłowy. Poprzez płytę pokładu czułem leciutkie drżenie: bez wątpienia 

background image

byliśmy w podróży. A gdzież mogli się kierować moi mili gospodarze po nieudanej misji i 

pośpiesznej ewakuacji, jeśli nie do domu?

Nie   było   to   zbyt   pocieszające,   ale   istniała   duża   szansa,   że   będę   miał   coś   do 

powiedzenia w tej kwestii. Najprawdopodobniej upłynęło niezbyt dużo czasu od startu, toteż 

zmęczona i zestresowana paniką załoga powinna zaznać zasłużonego odpoczynku. A więc, do 

roboty. Przesunąłem kontrolkę pistoletu z „wybuchowe" na „trujące", po namyśle ustawiłem 

ją jednak na „sen". Choć zasłużyli wielokrotnie na śmierć, nie byłem katem, który byłby w 

stanie uśmiercać śpiących. Jeśli opanuję statek, to zajmą się nimi inni, a jeśli mi się nie uda, to 

liczba pozostałych przy życiu nie miała znaczenia.

- Naprzód, di Griz, zbawicielu ludzkości! - mruknąłem dodając sobie otuchy, która 

prawie natychmiast mi się przydała, gdyż drzwi okazały się solidnie zamknięte. Czego zresztą 

należało  się spodziewać.  Wróciłem  do kombinezonu i zabrałem  się za wyrzutnik.  Granat 

wypadł na pokład z głośnym plaśnięciem. Dalej sprawa była już prosta. Przylepiłem go do 

drzwi i zdetonowałem. Łupnęło niegłośno i rozszedł się wokół gryzący dym.

Starając się ze wszech miar nie ulec atakowi ostrego, wściekłego kaszlu, wykopałem 

zamek i wyturlałem się na korytarz, rozglądając się na wszystkie strony, tak oczyma jak i lufą 

pistoletu. Nic. Pustka i cisza. Lufą pistoletu zamknąłem ciepłe jeszcze drzwi. Poza osobliwą 

dziurą w zamku były całe, a fakt, że są zamknięte, mógł dać mi parę decydujących sekund.

Na drzwiach był numer. Jeśli ten statek zbudowano zgodnie z regułami konstrukcji 

takich jednostek, to numery powinny maleć w kierunku dziobu i sterowni. Ruszyłem w tamtą 

stronę,   kierując   się   powyższą   zasadą,   gdy  otwarły   się   jedne   z   bocznych   drzwi.   Wyszedł 

stamtąd facet i oczywiście od razu mnie dostrzegł. Oczy mu się zaokrągliły, szczęka opadła... 

i to by było na tyle, ponieważ igła trafiła go prosto w gardło. Osunął się miękko na ziemię. 

Poza nim w zasięgu wzroku nie było nikogo. Póki co nie miałem powodów do narzekań.

Wciągnąłem go do środka i zamknąłem za nim drzwi. Cofnąłem się i otworzyłem 

najbliższe z kolejnym numerem. Cudownie. Na łóżkach chrapał dobry tuzin szarych. Sądzę, 

że spało im się znacznie lepiej, gdy poczęstowałem każdego igłą.

Zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, zamknąłem drzwi i ruszyłem w dalszą 

drogę.

Zdecydowałem,   że   próba   uśpienia   wszystkich   członków   załogi   byłaby   zbyt 

niebezpieczna, ponieważ nawet nie wiedziałem, ilu ich jest. O wiele lepiej było opanować 

sterownię, skierować statek ku najbliższej stacji Ligi i wezwać pomoc.

Ruszyłem więc w stronę dziobu z bronią w pogotowiu. Po drodze napotkałem jeszcze 

drzwi oznaczone „Łączność" i położyłem  spać operatora. Następne drzwi, jakie ujrzałem, 

background image

były tymi właściwymi. Tył i flanki miałem zabezpieczone, toteż wziąłem głęboki oddech i 

ostrożnie je uchyliłem.

Ostatnią rzeczą, której chciałem, to strzelanina, zwłaszcza że przewaga liczebna nie 

była po mojej stronie. Wsunąłem się cicho do środka i zamknąłem za sobą drzwi. Było ich 

czterech, wszyscy w fotelach przed konsolami sterowniczymi. Dwa karki były odsłonięte, 

toteż posłałem każdemu igłę i zająłem się pozostałymi. Facet przy kontroli silników musiał 

coś usłyszeć. Odwrócił się i dostał igłę w grdykę. Pozostał jeden: komendant. Chcąc uzyskać 

określone   informacje,   nie   miałem   ochoty   go   usypiać.   Schowałem   broń   i   na   paluszkach 

podszedłem do fotela, sięgając dłońmi ku szyi siedzącego.

Odwrócił się w ostatniej  chwili, ostrzeżony diabli wiedzą przez co, ale trochę  się 

spóźnił. Złapałem go i nie zamierzałem puścić. Oczy wyszły mu z orbit, pięty zaś całkiem 

przyjemnie   zabębniły   o   pokład.   Poczekałem   chwilę,   słuchając   tych   miłych   dla   ucha 

dźwięków, zanim go puściłem.

-   Mecz   zakończony   wynikiem   szesnaście   do   zera!   -   powiedziałem   głośno   i   z 

zadowoleniem. - Ale najpierw należy dokończyć zbożne dzieło!

Miałem rację i jak zwykle  dałem  sobie dobrą radę. Szuflada przy konsoli napędu 

zawierała szpulkę mocnego drutu, którego użyłem do związania dowódcy jako takiego, jak i 

do przytwierdzenia go do fotela, aby uniemożliwić mu grzebanie w przyrządach. Pozostałą 

trójkę ułożyłem za jego fotelem i zabrałem się za komputer.

Było   to   miłe   urządzenie   i   bardzo   się  starało,   aby  dobrze   ze   mną   współpracować. 

Najpierw   podał   mi   aktualny   kurs   i   cel   podróży,   które   zapamiętałem   i   zapisałem   po 

wewnętrznej stronie nadgarstka. Na wszelki wypadek. Jeśli cel był tym, czym sądziłem, że 

był, to Korpus nader chętnie złoży tam wizytę. Z pewnością przydadzą się takie porządki w 

rodzinnym  świecie moich przymusowych współpasażerów. Nie miałem nic przeciw temu, 

aby im w nich pomóc. Potem spytałem o najbliższe bazy Ligi, wyznaczyłem kurs do jednej z 

nich i odprężyłem się.

- Dwie godziny, Jim - powiedziałem sobie – potem będziemy w kontakcie z bazą, 

jedna krótka wiadomość i kawaleria pojawi się na horyzoncie.

Coś zamrowiło mnie w karku, zupełnie tak, jakby ktoś mi się nachalnie przyglądał. 

Odwróciłem się i dostrzegłem, że dowódca tej zgrai odzyskał przytomność i gapi się na mnie.

- Słyszałeś, co mówiłem, czy mam powtórzyć? - spytałem uprzejmie.

- Słyszałem - głos był szorstki i wyprany z jakichkolwiek emocji.

- To dobrze. Nazywam się Jim di Griz - cisza. - No, dalej, przedstaw się, albo będę 

musiał to z ciebie wyciągnąć.

background image

- Jestem Kome. Twoje nazwisko jest nam znane. Przeszkodziłeś już nam. Zginiesz.

- Jak to miło być sławnym. Ale, ale, nie sądzisz, że to pusta groźba?

- W jaki sposób nas odkryłeś? - spytał ignorując moje pytanie.

- Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, to sami się skończyliście. Jesteście pojętni, ale 

macie   mało   wyobraźni.   Rytuał   obcinania   rąk   znam   z   autopsji,   a   nadal   go   używacie. 

Zobaczyłem ślady u jednego z admirałów.

- Zrobiłeś to sam?

Kto,   u   diabła,   kogo   pyta?   Rozumiejąc   jednak   całokształt   sytuacji,   mogłem   być 

bardziej uprzejmy.

- Teraz jestem sam, ale za parę godzin będzie tu dość tłoczno od wojsk Ligi. Tam było 

nas czworo, pozostali wraz z admirałami są aktualnie bezpieczni i sądzę, że przygotują wam 

serdeczne powitanie. Nie wiem, czy wiesz, ale nie jesteście za bardzo lubiani w galaktyce.

- Mówisz prawdę?

Straciłem cierpliwość i palnąłem mu kilka słów prawdy, jakich dotąd chyba nie miał 

okazji usłyszeć pod swoim adresem.

- Nie mam powodu kłamać, durniu, skoro trzymam wszystkie karty - zakończyłem. - 

Teraz zamknij się i odpowiadaj tylko na moje pytania. Jasne?

- Nie sądzę!

Lekko zwątpiłem, gdyż po raz pierwszy uniósł głos. Nie był to krzyk i nie było w nim 

złości, po prostu głośno wyrażony rozkaz.

- Zabawa  skończona. Wiemy,  co chcieliśmy wiedzieć. Możecie wstać!  - rzucił  za 

siebie.

Czułem się, jakbym brał udział w horrorze. Drzwi otworzyły się i powoli zaczęli przez 

nie wchodzić jego ludzie. Strzelałem do nich, a oni nadal szli. Dwóch spośród postrzelonych 

oficerów także wstało i ruszyło w moją stronę. Cisnąłem w nich pistoletem i wpadłem w 

depresję.

Tym razem mnie mieli.

Jestem niezły w walce wręcz i temu podobnych przydających się w życiu sztukach, 

istnieją   jednak   granice   możliwości.   Tym   razem   granicą   był   praktycznie   niewyczerpany 

kontyngent napastników, a żeby było jeszcze gorzej, oni tak naprawdę nie umieli walczyć. 

Było ich jednak wielu i ciągle dochodzili nowi. Przetrąciłem parę karków, połamałem trochę 

żeber i zmiażdżyłem nieco krtani, ale w końcu zalali mnie masą. Obalili na pokład, związali 

mi ręce i nogi i zostawili na podłodze. Po czym zabrali się za zmianę mojego kursu, co mnie 

jeszcze   bardziej   wpędziło   w   depresję.   Gdy  się   z   tym   uporali   i   posprzątali   ofiary,   Kome 

background image

odwrócił się do mnie.

-   Oszukałeś   mnie   -   oświadczyłem.   Nie   było   to   zbyt   mądre,   ale   podtrzymywało 

rozmowę.

- Oczywiście.

Lakoniczność. To było jedyne właściwe określenie. Nigdy nie używaj dwóch słów, 

gdy wystarczy jedno.

- Nie miałbyś ochoty powiedzieć mi dlaczego?

-   Sądziłem,   że   to   oczywiste.   Moglibyśmy   oczywiście   użyć   normalnych   technik 

kontroli umysłu, co i tak zresztą planowaliśmy. Ale to zajmuje trochę czasu, a odpowiedzi 

potrzebowaliśmy natychmiast. Byliśmy wśród obcych przez lata i nie podejrzewali niczego, 

więc musieliśmy wiedzieć, jak nas odkryłeś. Przygotowaliśmy się właśnie do sprawdzenia 

zawartości twego umysłu, gdy odkryliśmy twoje przebranie. Metalowe czaszki nie istnieją w 

przyrodzie, a twoja twarz bardzo przypominała mi kogoś, kogo szukałem od lat. Kiedy sobie 

o tym przypomniałem, zorganizowałem to małe przedstawienie. Wiedzieliśmy, że twoje ego 

nie pozwoli ci pomyśleć, że dałeś się oszukać.

- Skurwysyn - warknąłem, co było dość prymitywną odpowiedzią, ale jedyną, jaką 

chwilowo dysponowałem. Miał gnojek rację i to od początku do końca.

-   Wiedziałem,   że   gdy   będziesz   sądził,   że   jesteś   górą,   odpowiesz   dobrowolnie   na 

pytania,   które   chcieliśmy   ci   zadać.   Więc   załadowaliśmy   ci   pistolet   sterylnymi   igłami. 

Wszyscy zagrali swoje role znakomicie, a ty byłeś najlepszy.

- Popatrzcie na cwaniaka - warknąłem.

- Jestem nim. Organizowałem operacje polowe przez wiele lat i nie udało mi się tylko 

wtedy, gdy ty mi przeszkodziłeś. Teraz cię złapaliśmy i przeszkody się skończyły.

Na dany znak dwaj z załogi pozbierali mnie.

- Zamknijcie go aż do lądowania. Nie mam ochoty go więcej widzieć.

Nigdy jeszcze nie byłem tak przybity. Przypuszczam, że byłem wówczas tylko o włos 

od samobójstwa. Wiedziałem,  co mnie  czeka  i nie  miałem  żadnej  możliwości,  aby temu 

zaradzić. Już samo to było przygnębiające, a myśl o przyszłości wpędzała mnie w czarną 

depresję.

Na dokładkę oni byli za dobrzy: zawiesili moje skute ręce na umieszczonym w ścianie 

haku, pocięli całą odzież i wyczyścili dokładnie moją skromną osobę ze wszystkiego. Po 

czym zabrali się za mnie z fluoskopem i wykrywaczami metali równie metodycznie, tylko 

wolniej. Efektem tych starań było to, że byłem o parę kilogramów lżejszy i pozbawiony całej 

pomocnej   techniki,   jaką   ze   sobą   zawsze   nosiłem.   To   było   upokarzające,   zwłaszcza   że 

background image

zostawili mnie gołego na zimnych płytach pokładu. Które, jak po chwili odkryłem, stawały 

się coraz zimniejsze, do tego stopnia, że szczękałem zębami sinozielony od mrozu. Z braku 

innych możliwości zacząłem wyć i walić w drzwi, co mnie lekko rozgrzało i sprowadziło 

strażnika.

- Zamarzam na śmierć! - wykrztusiłem przez dzwoniące zęby. - Specjalnie to robicie, 

żeby mnie torturować!

- Nie - odparł obojętnie. - Okręt był nagrzany, gdy luki były otwarte, teraz wraca do 

normalnej temperatury.

- Zamarzam! Może takie bałwany jak wy mogą żyć w tej temperaturze, ale ja nie! 

Albo mi dajcie ubranie, albo ze mną skończcie!

Pomyślał   chwilę   nad   zagadnieniem   i   poszedł.   Wrócił   z   czterema   pomagierami   i 

futrzanym   przyodziewkiem.   Ubrali   mnie,   bez   gestu   czy   słowa   z   mojej   strony.   Wylot 

miotacza,   ustawionego   przez   cały   czas   ubierania   dokładnie   na   wprost   moich   oczu,   był 

wystarczającym argumentem, aby nic nie robić.

Osiągniecie celu zajęło wiele dni, a moi strażnicy byli najgorszymi rozmówcami w 

galaktyce. Nie odpowiadali nawet na najwulgarniejsze z bogatego repertuaru moich obelg. 

Jedzenie było pożywne, ale całkowicie wyprane z jakiegokolwiek smaku, a jedynym napojem 

była woda. W końcu wylądowaliśmy.

- Gdzie jesteśmy? - zapytałem strażnika, gdy przyszli po mnie. - No, nie wygłupiaj się. 

Zastrzelą cię, jak mi powiesz?

Pomyślał chwilę nad tą możliwością, po czym oznajmił:

- Kekkonshiki.

- Grzeczny chłopiec. Tylko nie wpadnij w dumę z tego powodu.

Szczytem ironii było, że wiedziałem to, co (po informacji, jak wygrać wojnę) było 

najbardziej   poszukiwaną   przez   Ligę   wiadomością   i   nie   mogłem   zrobić   z   tego   użytku. 

Gdybym posiadał jakieś zdolności psi, to za parę godzin byłaby tu połowa wojsk Ligi, ale za 

pomocą rozmaitych testów dawno już stwierdziłem, że nie mam żadnych.

Było   jednak   coś,   co   wyrwało   mnie   z   odrętwienia.   Nadeszła   pora,   by  zaplanować 

ucieczkę. Wkrótce opuścimy statek, a na planecie znajdą mi z pewnością jakieś przytulne i 

dobrze pilnowane miejsce, z którego na pewno nie będę w stanie uciec. Nie wspominając już 

o tym, co w tymże miejscu by ze mną wyprawiali. Co prawda dokładnie nie wiedziałem, co 

zamierzają ze mną zrobić, ale byłem pewien, że lepiej się tego nie dowiadywać. Jedyną moją 

szansą pozostało dać nogę ze statku.

Moi strażnicy, co było do przewidzenia, zrobili wszystko, aby mi utrudnić ewentualną 

background image

ucieczkę. Starałem się nie drżeć, kiedy uwalniali mnie z łańcucha i nakładali mi na szyję 

znaną już skądinąd metalową obróżkę, ale nie bardzo mi się udało. Obroża połączona była 

cienkim kablem z trzymanym przez jednego ze strażników w ręku pudełkiem.

- Nie musisz mi pokazywać - oznajmiłem pośpiesznie. - Nosiłem już coś takiego i twój 

kumpel Kraj, pamiętasz go pewnie, pokazał mi, jak to działa; nieźle się zresztą przy tym nade 

mną napracował.

-  Mogę   zrobić   coś   takiego   -   odpowiedział   osobnik   zbliżając   palec   do   jednego   z 

przycisków.

- Już to znam! - wrzasnąłem. - Przyciśniesz go i...

Płonąłem,  ślepy,  głuchy i otępiały.  Każdy nerw skręcał  się pod wpływem  prądów 

generowanych przez pudełko. Wiedziałem o tym, ale i tak nic to nie zmieniało.

Kiedy się skończyło,  stwierdziłem, że leżę zwinięty w kłębek, całkiem wyprany z 

energii   i   prawie   bezbronny.   Dwóch   strażników   złapało   mnie   pod   pachy   i   praktycznie 

wyniosło na korytarz, a ten z pudełkiem, idąc z tyłu, od czasu do czasu pociągał za kabel, aby 

przypomnieć mi, kto tu jest górą. Nie sprzeczałem się z nim. Zacząłem nieporadnie przebierać 

nogami, ale i tak większość ciała spoczywała na strażnikach.

Bardzo mi się to podobało i musiałem ciężko się wysilać, by nie zacząć się uśmiechać. 

Byli pewni, że nie ucieknę!

- Oziębiło  się?  - spytałem,  widząc,  że nakładają w śluzie rękawice i futrzane czapy. 

- A moje rękawiczki?

Zostałem   zignorowany.   Kiedy   otwarto   drzwi,   do   wnętrza   wpadł   tuman   śniegu   i 

prawdziwie   arktyczne   powietrze,   co   momentalnie   odebrało   mi   oddech.   Na   zewnątrz   z 

pewnością nie było lato, ale moim opiekunom nie sprawiało to widać różnicy. Pociągnęli 

mnie   za   sobą   bez   chwili   zwłoki.   Fala   śniegu   pokryła   nas   i   przeszła   w   ciągu   sekundy. 

Słabiutkie słoneczko oświetlało oślepiająco biały krajobraz rozciągający się monotonnie we 

wszystkich kierunkach. Moment później przed nami zamajaczyło coś ciemnego: kamienny 

mur   albo   jakiś   niewysoki   budynek.   Kierowaliśmy   się   ku   niemu   na   tyle   szybko,   na   ile 

pozwalał sypki śnieg. Mieliśmy jeszcze około dwustu jardów przed sobą, a moja twarz i 

dłonie zaczynały tracić czucie w zastraszającym tempie. Byliśmy gdzieś w połowie drogi, gdy 

dopadła  nas  kolejna  zadymka.  Tuż przed  nią potknąłem  się malowniczo,  padając  wraz z 

jednym   ze   strażników.   Nie   miałem   żadnych   zastrzeżeń,   chociaż   idący   z   tyłu   sadysta 

poczęstował mnie sekundową dawką bólu. Nie protestowałem, gdyż zdołałem okręcić kabel 

dookoła ramienia, a zaraz potem złapać go w zęby i przegryźć.

Nie było to wcale takie trudne, zwłaszcza że pod emalią na przednich zębach miałem 

background image

wstawione koronki z węglika krzemu, który przy prześwietleniu daje obraz identyczny jak 

naturalne zęby, a twardością dorównuje stali. Wirujący wokół śnieg dokładnie zasłonił moje 

poczynania  w   ciągu   tych  paru  najistotniejszych   sekund.  Ludzkie   szczęki   mogą  wywierać 

nacisk około trzydziestu pięciu kilogramów każda. Wydaje mi się, że byłem bliski tej granicy, 

ale kabel puścił. Ledwie to się stało, wykonałem ćwierć obrotu i wsadziłem kolano w krocze 

tego po prawej. Stęknąt i zwalił się na Ziemię puszczając moją rękę. Zrobiłem półobrót w 

drugą   stronę   i   trzasnąłem   jego   koleżkę   w   krtań.   Nawet   nie   jęknął.   Mając   wolne   boki 

odwróciłem się do przeciwnika trzymającego w ręku pudełko.

Ten zaś stracił najcenniejsze sekundy wierząc w technikę, a nie w refleks. Załatwiłem 

jego kumpli mając plecy zwrócone kuniemu, a on przez cały czas nic nie robił. To znaczy nic 

poza wściekłym naciskaniem guzików w swoim pudełku. Nadal zresztą to robił, gdy moja 

noga   spotkała   się   z   jego   splotem   słonecznym.   Ktoś   zaczął   krzyczeć,   ja   zaś   złapałem 

padającego i ruszyłem z kopyta w prawo - był to jedyny kierunek, jaki mogłem wybrać. W 

chwili przerwy w pamięci wydało mi się, że nie ma tam żadnych budynków, a zataczając się 

w   tym   kierunku   z   ładunkiem   na   plecach   i   tak   nic   nie   widziałem.   Możliwe,   że   to   było 

szaleństwo,   ale   według   mnie   większym   błędem   byłoby   pozostanie   w   ich   łapach.   Nie 

zapominałem oczywiście i o tym istotnym drobiazgu, że będąc wolnym miałem przynajmniej 

szansę zaszkodzenia im w jakiś sposób. Zresztą nie byłem wcale taki słaby, jak mogłoby się 

wydawać   komuś   obserwującemu   moje   wyjście   ze   statku.   To   była   gra   właśnie   dla 

obserwujących,   choć   słabłem   z   każdym   krokiem,   zamarzając   powoli,   a   w   dodatku   gość, 

którego i niosłem, ważył tyle co ja. W pewnym momencie potknąłem się i runąłem głową 

naprzód w jakąś zaspę. Twarz i dłonie miałem tak zamarznięte, że nic nie czułem. Wokoło 

słychać było krzyki, ale jak na razie nic nie pojawiło się w zasięgu mego wzroku. Zgrabiałymi 

palcami   udało   mi   się   zdjąć   czapkę   z   głowy   nieprzytomnego   i   umieścić   ją   na   własnej. 

Rozpięcie ubrania i zdjęcie rękawic było zadaniem o wiele trudniejszym, ale w końcu mi się 

udało. Poczułem piekący ból, gdy do zdrętwiałych kończyn zaczęło wracać krążenie. Nowy 

przyodziewek skutecznie zatrzymywał ciepło.

Albo rąbnąłem go za słabo, albo było tu zimniej, niż sądziłem, w każdym razie mój 

podopieczny zaczął zdradzać objawy świadczące o powrocie do świadomości. Poczekałem, 

aż   otworzy   oczy,   po   czym   rąbnąłem   go   pięścią   w   szczękę.   Poprawa   była   widoczna 

natychmiast:   znów   spał.   Przeczekałem,   aż   okrzyki   trochę   się   oddalą,   po   czym   ruszyłem 

biegiem, zapadając się w śnieg i wywracając co paręnaście kroków. Jedyną pociechą było to, 

że   przestało   mi   być   zimno.   Gdy   zaczęło   mi   brakować   tchu,   padłem   w   najbliższą   zaspę, 

czując, jak uspokaja i normuje się oddech, a pot zamarza na twarzy. Krzyki były znacznie 

background image

przygłuszone i o wiele rzadsze.

Następny bieg doprowadził do zderzenia z wysoką metalową siatką, ciągnącą się jak 

okiem sięgnąć w obu kierunkach. Jeśli był do niej podłączony alarm, to zdążyłem go i tak 

uruchomić, toteż nie zwlekając zacząłem się wspinać.

Po   chwili   namysłu   zeskoczyłem   jednak   w   dół.   Jeśli   był   alarm,   to   kierują   się   ku 

miejscu, w którym  byłem.  Po co im ułatwiać życie?  Biegłem wzdłuż ogrodzenia może z 

dziesięć   minut,   nie   dostrzegając   nikogo,   po   czym   wspiąłem   się   na   nie,   zeskoczyłem   po 

drugiej stronie i skierowałem się w śnieżnobiały i niezmierzony bezkres rozciągającej się 

przede   mną   gładzi.   Biegłem   tak   długo,   aż   straciłem   oddech,   a   nogi   odmówiły   mi 

posłuszeństwa, po czym znowu wylądowałem w zaspie.

Odpocząłem nieco i ostrożnie rozejrzałem się wokoło. Jak okiem sięgnąć - pustka. 

Żadnych budowli, żadnych śladów, nikogo. Podniesiony na duchu zebrałem się w sobie i 

ruszyłem w szalejącą śnieżycę.

12

-  Jesteś wolny, Jim! Wolny jak ptak! - mówiłem sobie, podtrzymując się na duchu. 

Tyle że tu nie było ptaków. Tu nie było nic poza zamarzniętą pustką i mną.

Z tego co widziałem,  w okolicy nie było nic żywego. Życie, jak to pamiętałem z 

wypowiedzi Krają, to tylko ryby w oceanie. Poza mną nie miało tu prawa kręcić się nic 

żywego.   Ja   zaś   miałem   szansę   pozostać   żywy   tak   długo,   jak   długo   byłem   w   stanie 

maszerować.

Ubranie było dobre, ale musiało mieć jakieś ciepło do utrzymania, a ciepło mogło 

pochodzić  jedynie  z  ruchu  mojego  ciała.   Widziałem   jeden  budynek   - powinny  być   inne. 

Powinno tu w ogóle być coś jeszcze oprócz śniegu.

Było. Prawie w to coś wpadłem. Przy kolejnym kroku poczułem, jak podłoże ustępuje 

mi spod nóg i jedynie refleks spowodował, że nie wpadłem w dziurę; rzuciłem się w tył, 

lądując na śniegu. Około jarda przede mną, kawał lodu osunął się gdzieś w dół i spojrzałem 

na ciemną powierzchnię wody. Od otworu rozchodziły się promieniste pęknięcia. Byłem na 

zamarzniętym morzu, a nie na stałym lądzie.

Przy tej temperaturze wystarczyłoby zamoczyć stopę, a zagłada przyszłaby szybko i 

nieubłaganie. Pomysł nie wydał mi się zbyt pociągający, toteż rozpłaszczyłem się jak żaba i 

ruszyłem w tył, byle dalej od przerębli. Jakieś pięćset jardów od niej wstałem i czym prędzej 

podążyłem z powrotem po znikających już w sypiących płatkach śniegu własnych śladach. 

Śnieg przestawał padać, ale wiatr nie słabł ani na chwilę, podrywając leżący na ziemi puch w 

miniaturowe zawieje. Uważnie rozejrzałem się wokoło: pustka i biel. Teraz, gdy wiedziałem 

background image

czego szukać, ciemny wał lodu wyraźnie wskazywał linię brzegową. Rozciągał się w lewo i 

prawo jak okiem sięgnąć, dokładnie na przecięciu linii, którą maszerowałem tutaj.

Tamtędy nie idę - zdecydowałem. Sądząc po paralitycznym śladzie, stamtąd właśnie 

przybyłem i wracać nie ma sensu, tym bardziej że na kosmodromie już ostrzą noże na moje 

powitanie. Wobec tego trzeba iść brzegiem, w stronę przeciwną niż kosmodrom.

Tak też zrobiłem, starając się ignorować fakt coraz niższego położenia słońca. Gdy 

zapadnie   noc,   zapadnie   też   kurtyna   za   niejakim   Jimem   di   Griz.   Chyba   że   znajdę   jakieś 

schronienie, na co na razie się nie zanosiło.

W   miarę   zachodzenia   słońca,   gasła   nadzieja   na   znalezienie   czegokolwiek.   Byłem 

zmęczony, a do powłóczenia nogami mobilizowała mnie tylko perspektywa zbliżającej się 

śmierci. Prosta czynność marszu była wszystkim i musiało minąć całkiem sporo czasu, zanim 

rozpoznałem, co oznaczają poruszające się na tle horyzontu ciemne kształty. To byli ludzie, 

którzy na dodatek szli w moim kierunku. Wraz ze zrozumieniem tego faktu, wylądowałem na 

śniegu; zastygłem w bezruchu patrząc, jak trzy postacie przemykają cicho jakieś dwieście 

jardów ode mnie. Przemieszczali się z wprawą zawodowych narciarzy.

Zmusiłem się do bezruchu, zanim nie zniknęli z pola widzenia, po czym wstałem z 

nową   nadzieją   w   sercu.   Wiatr   ucichł,   śnieg   ustał   i   ślady   były   doskonale   widoczne.   Ci 

narciarze zmierzali gdzieś, gdzie zdążą przed nocą, nie mieli bowiem ze sobą żadnego sprzętu 

czy prowiantu. Skoro oni zdążą, to ja też!

Nie było to jednak takie łatwe. Choć drogę miałem w miarę przetartą, nogi to nie to, 

co narty, przynajmniej w tych warunkach.

Teoria była słuszna, ale w praktyce omal nie zawiodła. Miałem już naprawdę dość, 

gdy goniąc resztkami sił w przedwieczornym zmroku, zobaczyłem przed sobą czarny kształt 

budynku. Mój umysł nadal był w stanie hibernacji, toteż dopiero po paru sekundach dotarło 

do mnie, co właściwie widzę.

- Czarne jest piękne! - wykrzyknąłem zataczając się we właściwym kierunku.

Ciemny   kształt   rozpadł   się   na   parę   mniejszych.   A   więc   nie   jeden,   lecz   grupa 

budynków. Małe drzwi, kamienne ściany, dwuspadowe dachy. Ogólne brzydactwo, dla mnie 

jednakże piękne. Tylko, do cholery, co tak skrzypi?

Ja nie, bo szedłem po świeżym śniegu. Ledwie to zrozumiałem, a już znalazłem się na 

brzuchu. Skrzypienie ubitego śniegu zbliżało się. Niejedna osoba, lecz całe stado defilowało o 

rzut kamieniem ode mnie. Do dziś zresztą nie wiem, jakim cudem mnie nie dostrzegli. Fakt, 

że   tego   nie   zrobili.   Kroki   maszerowały   obok,   skręciły   za   róg   i   ścichły.   Desperackim 

wysiłkiem zerwałem się na nogi i podążyłem za nimi. Wyjrzałem zza rogu, gdy ostatni z nich 

background image

znikał w pierwszym z budynków. Potężne drzwi zamknęły się z hukiem, a ja szyłem ku nim, 

pchany jakimiś rozkazami mego organizmu, których to rozkazów istnieniu dotąd nie miałem 

pojęcia.

Dopadłem drzwi wykonanych z szarego metalu i naparłem na klamkę. I ani drgnęły.

Życie ma takie chwile, które potem wydają się i częstokroć rzeczywiście są zabawne, 

ale   gdy   się   dzieją,   są   tragiczne.   Szarpanie,   ciągnięcie,   próba   obrócenia   klamki   nie   dały 

absolutnie żadnych rezultatów. Nowe zapasy siły odpłynęły równie błyskawicznie, jak się 

pojawiły. Oparłem się o drzwi, aby nie upaść. Ustąpiły z lekkim zgrzytem.

Pierwszy i ostatni raz w życiu nie sprawdziłem, co jest za nimi. Na pół wszedłem, na 

pół wpadłem do środka, pozwalając im zamknąć się za sobą. Ciepło, rozkoszne ciepło ze 

wszystkich stron. Oparłem się o ścianę i rozkoszowałem się tym pięknym doznaniem. Byłem 

w długim i słabo oświetlonym korytarzu. Sam, ale znajdowało się tu wiele drzwi, a z każdych 

mógł ktoś wyjść. I nie było dokładnie nic, co mógłbym wtedy zrobić. Gdyby jakaś złośliwość 

losu zabrała ścianę, o którą się opierałem, po prostu padłbym na pysk i nie pozbierał się już o 

własnych   siłach.   Stałem   więc   na   podobieństwo   żywej   zmarzliny,   tworząc   wokół   siebie 

rosnącą kałużę z topniejącego śniegu.

Najbliższe   drzwi,   jakieś   dwa   jardy   ode   mnie,   otwarły   się   i   na   korytarz   wyszedł 

mężczyzna. Wszystko co musiałby zrobić, by mnie dostrzec, to obrócić głowę. Widziałem go 

doskonale, mimo parszywego oświetlenia, więc i on nie miałby żadnych problemów. Facet 

zamknął   drzwi,   wsadził   klucz   w   zamek,   przekręcił   go   i   poszedł,   jakby   mnie   celowo 

ignorował.

Najwyższy czas przestać się wygłupiać. Raz miałem więcej szczęścia niż rozumu, ale 

liczyć na coś takiego ponownie byłoby głupotą. Trzeba zniknąć z korytarza, biorąc poprawkę 

na fakt, że drzwi dopiero co zamknięte dawały dużą szansę, iż nikt się nimi w najbliższym 

czasie nie zainteresuje. Zdjąłem rękawice, wsuwając je wraz z czapką za pazuchę, czując, jak 

do moich fioletowych palców wraca życie (wraz z mniej przyjemnymi odczuciami), po czym 

za pomocą przeżutych na miazgę drutów z przegryzionego kabla zabrałem się za zamek.

Był  to prosty zamek,  z wielką dziurką, a ja mam  wspaniałe  uzdolnienia.  Mówiąc 

krótko, uśmiechnęło się do runie szczęście. Wewnątrz była ciemność, w którą błyskawicznie 

wsiąkłem,   zamykając   za   sobą   te   cholerne   drzwi.   I   Po   raz   pierwszy   od   chwili   podjęcia 

ucieczki, miałem szansę na sukces. Z westchnieniem ulgi osunąłem się na podłogę i zapadłem 

w drzemkę.

Znaczy, prawie zapadłem, gdyż mimo senności, wyczerpania i otumanienia, dotarło 

jednak do mnie, że nie jest to najwłaściwsze miejsce na sen. Dokonać tyle, co ja ostatnio i dać 

background image

się złapać z powodu zaśnięcia, to byłoby naprawdę niesmaczne, toteż czym prędzej ugryzłem 

się w język. Przeszyła mnie fala bólu - zapomniałem, że te cholerne koronki są na wierzchu i 

omal nie odgryzłem sobie języka. Za to senność przeszła jak ręką odjął. Zacząłem macać 

drogę w ciemnościach i ruszyłem przed siebie. Był to ciasny pokoik albo średnio szeroki 

korytarz. Stanie tutaj niczego nie dawało, toteż ruszyłem przed siebie. Tuż za najbliższym 

załomem muru zobaczyłem poświatę. Ostrożnie wystawiłem głowę. W ścianie było okno. Po 

drugiej stronie stał dziesięcioletni może brzdąc i gapił się na mnie.

Zmartwiałem. Starałem się uśmiechnąć, ale nie sądzę, żeby mi się udało. Chłopczyna 

przeciągnął dłońmi po włosach, potrząsnął głową i poszedł sobie.

- Idioto! - jęknąłem pod własnym adresem. - Weneckie lustro!

Skąd   się   ta   nazwa   wzięła,   diabli   wiedzą,   w   każdym   razie   było   to   z   pewnością 

weneckie lustro: z mojej strony szyba, z jego lustro. Nikt go tu nie umieścił przypadkowo. 

Ciekawe więc po co? Wiadomo, dla obserwacji, tylko kogo i czego? Podszedłem bliżej i 

zajrzałem do czegoś, co bez wątpienia było klasą.

Chłopak, wraz z parunastoma rówieśnikami, siedział w ławce i słuchał nauczyciela. 

Indywiduum wygłaszało coś z kamienną twarzą. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że oblicza 

dzieciaków cechuje ten sam pusty wyraz. Żadnych uśmiechów, szturchańców czy gumy do 

żucia.   Nic   poza   skupioną   uwagą.   Jak   na   moje   doświadczenia   szkolne,   było   to   dość 

nienormalne. Za plecami nauczyciela wisiała oprawiona w ramki kartka, na której czarnymi 

wołami napisano:

NIE ŚMIAĆ SIĘ

Z drugiej strony była następna z ciągiem dalszym:

NIE KRZYWIĆ SIĘ

Co   to   za   zboczona   szkoła?   W   miarę   jak   wzrok   przyzwyczajał   się   do   ciemności, 

rozróżniałem   coraz   więcej   szczegółów.   Przy   oknie   był   głośnik   i   przełącznik,   których 

zastosowanie   było   zrozumiałe.   Wcisnąłem   przełącznik   i   rozległ   się   obojętny   głos 

wykładowcy:

- Filozofia Moralna. Ten kurs jest obowiązkowy, każdy z was musi go zdać. Jeśli nie 

uda   wam   się   to   w   normalnym   terminie,   będziecie   uczyli   się   tak   długo,   aż   osiągniecie 

perfekcyjną znajomość tematu. Filozofia Moralna jest tym, co czyni nas wielkimi i dlatego 

nie może być innych ocen niż perfekt. Filozofia Moralna czyni z nas wielkich. Czytaliście 

podręczniki do historii, wiecie, jak zostaliśmy opuszczeni, jak marliśmy z głodu i zimna, jak 

tylko tysiąc pozostało przy życiu. Ginęliśmy, gdy byliśmy słabi, ginęliśmy, gdy pozwalaliśmy 

kierować   się   uczuciom.   Jesteśmy   dziś   tutaj   dlatego,   że   oni   przeżyli.   Filozofia   Moralna 

background image

pozwoliła im przeżyć i pozwolić żyć wam. Żyć i dorastać, a gdy dorośniecie, opuścić ten 

świat, wprowadzić nasze rządy pośród słabych i miękkich ras. My jesteśmy najwyżsi, gdyż 

mamy do tego prawo. Teraz powiedzcie mi: - Jeśli jesteście słabi...?

- Umrzemy - odparł chór pozbawionych wyrazu głosów.

- Jeśli poddacie się uczuciom...?

- Zginiemy.

- Jeśli...

Wyłączyłem głośnik z uczuciem, że usłyszałem więcej niż dość jak na początek. Przez 

wszystkie te lata, gdy miałem do czynienia z szarymi, nigdy nie zadałem sobie trudu, by 

zastanowić się, dlaczego są tym,  czym  są. Przyjmowałem ich obcość i obrzydliwość,  ale 

dopiero   te   podsłuchane   kwestie   uzmysłowiły   mi,   że   ich   bezduszność   i   brutalność   nie   są 

przypadkowe. Ta osada, założona z pewnością z uwagi na surowce naturalne, gdyż nikt nie 

mógł być na tyle szalony, aby próbować skolonizować coś takiego, nie była przystosowana do 

samodzielnego przetrwania.

Gdy w wyniku lokalnej wojny, czy może załamania, została odcięta od reszty świata i 

zapomniana,   spowodowało   to   wymarcie   większości   mieszkańców.   Przeżyła   garść,   o   ile 

można   mówić   o   przeżyciu,   i   to   kosztem   porzucenia   tego   co   ludzkie   w   człowieku, 

koncentrując się na przetrwaniu. Wygrali, ale tracąc człowieczeństwo. Stali się umysłowymi 

kalekami,   czymś   co   pisarze   SF   określali   mianem   androidów   białkowych   -   organizmami 

obdarzonymi inteligencją, ale nie znającymi uczuć. Filozofia Moralna ma sens jedynie na tej 

planecie. Wszędzie indziej musi zostać uznana za jedną wielką bzdurę. Choć z ich punktu 

widzenia   w   stu  procentach   słuszna,  bo  dla   nich  cała  reszta  świata   to  słabeusze   i  głupcy 

kierujący się uczuciami, a nie rozsądkiem. Oni byli faktycznie najlepszą rasą zdobywców, 

jaką   wymyślił   wszechświat,   a   ponieważ   nie   było   ich   wielu,   posługiwali   się   innymi. 

Zorganizowali inwazyjne imperium. Korpus rozbił je w puch, w czym miałem swój udział. 

Teraz powtórnie wlazłem im w łapy. Ta szkoła zaś była ich obozem treningowym, w którym 

dzieciaki   przekształcano   w   miniaturowe   kopie   dorosłych.   To   miejsce,   w   którym   z 

perwersyjną zaciekłością uprawiano sadystyczne praktyki na całej rasie, fascynowało mnie. 

Równocześnie zrobiło mi się przyzwoicie ciepło, toteż zacząłem przemyśliwać, czym by tu 

się zająć, poza chowaniem się po ciemnych korytarzach.

Następna szyba ukazała wnętrze pracowni, w której przebywała starsza grupa uczniów 

zajmujących się jakimiś sprzętami.

Jakimiś? Znów coś zimnego lazło mi po plecach. Połówkę takiego urządzenia miałem 

jeszcze na sobie. Metalowe pudełko z guziczkami plus kabel zakończony obrożą. Powolutku 

background image

włączyłem głośnik.

- ...różnica jest w zastosowaniu, nie w teorii. Składacie i testujecie te axion feeds, aby 

zaznajomić   się   z   ich   zastosowaniem.   Gdy   przejdziecie   do   pracy   z   nimi,   mieli   wiedzę 

praktyczną, która jest bardzo pomocna, otwórzcie diagramy na stronie trzydziestej.

Axion feeds. O tym powinienem wiedzieć więcej. Było to jedynie przypuszczenie, ale 

wydawało  mi  się, że tego drobiazgu nie zapamiętałem,  choć widywałem go dość często. 

Krasnoludek w  żelaznych  kapciach,  który spacerował  po moim  umyśle  według własnego 

widzimisię, zmieniając moje wspomnienia i pamięć. Miałem wielką ochotę dostać coś takiego 

w swoje ręce.

Wszystko   to   świadczyło   o   wyższym   niż   zwykle   zidioceniu.   Stać   tu,   jak   sadysta 

przeżywający   najpiękniejsze   chwile   swego   życia   i   nie   myśleć   o   flankach.   Ponieważ 

włączyłem głośnik, nie byłem w stanie usłyszeć zbliżających  się kroków. Nadchodzącego 

dostrzegłem dopiero, gdy wyłonił się zza rogu i prawie wpadł na mnie.

13

W takich sytuacjach akcję ceniłem zawsze wyżej niż myślenie: najpierw uspokoić 

gościa,   potem   dopiero   się   zastanawiać.   Złapałem   go  za   gardło,   on   natomiast   zamiast   się 

uciszyć, przemówił:

- Witamy w Szkole Yuu Bavete, Jamesie di Griz. Miałem nadzieję, że trafisz tutaj.

Miał pomarszczoną skórę i dopiero po tym zorientowałem się, że jest stary, bardzo 

stary. Przez cały czas, gdy moje palce ściskały jego krtań, nie poruszył się, spokojnie patrząc 

mi w oczy.

Jestem   dobrze   wyszkolony,   przyzwyczajony   do   walki   wręcz   i   do   zabijania,   ale 

duszenie spokojnie obserwujących ten zabieg pradziadków nie jest moją mocną stroną. Palce 

rozluźniły się same, spojrzałem mu w oczy i warknąłem ostro:

- Piśnij o pomoc i jesteś trupem.

- To ostatnie na co mam ochotę. Nazywam się Hanasu i chciałem cię spotkać od 

chwili twej ucieczki. Zrobiłem co mogłem, aby cię tu sprowadzić.

- Czy nie miałbyś nic przeciw temu, aby to trochę uściślić?

- Oczywiście. Ledwo usłyszałem przez radio o ucieczce, starałem się wejść w twoje 

położenie. Jeśli poszedłbyś w stronę wschodu lub południa, skończyłbyś w zabudowaniach 

miasta, w których szybko by cię złapali. Na północy miałeś morze, a więc jedynie idąc na 

zachód miałeś szansę, a zachód to tu. Opierając się na tym, zmieniłem dzisiejsze zajęcia i 

zdecydowałem, że chłopcy potrzebują więcej ćwiczeń. Teraz wszyscy, co do jednego, zamiast 

spać, muszą odrabiać stracone godziny, a mają w nogach niezłą liczbę mil, za co zresztą 

background image

serdecznie mnie nienawidzą. Ich narciarskie trasy nieprzypadkowo zresztą biegły na południe, 

potem na wschód i z powrotem tu, dość sporym  łukiem.  Wszystko  to w tym  celu, abyś 

podążył ich śladem, jeśli ich spotkasz. Zrobiłeś tak?

- Owszem - nie widziałem powodu, aby kłamać. - Co teraz zamierzasz zrobić?

- Co? Porozmawiać oczywiście. Nie widziano ci jak dotąd?

- Nie.

-   Jest   lepiej,   niż   sądziłem.   Spodziewałem   się,   że   będę   musiał   użyć   axion   feeds. 

Powinienem pamiętać, że jesteś specem w tych sprawach. Drugie wyjście z tego korytarza 

obserwacyjnego jest w moim gabinecie. Pozwolisz?

- Po co? Czekają tam na mnie?

- Nie, chcę z tobą spokojnie porozmawiać.

- Nie wierzę ci.

-   Rozumiem,   ale   wybór   masz   niewielki.   Jeśli   nie   zabiłeś   mnie   od   razu,   to   jest 

wątpliwe, abyś chciał to uczynić teraz. Idź za mną - po czym najspokojniej odwrócił się i 

odszedł.

Jedyne co mogłem zrobić, to udać się za nim i trzymać się jak najbliżej. Możliwe, że 

nie byłem w stanie go udusić, ale z pewnością byłem w stanie zrobić mu coś innego, jeśli 

tylko ogłosiłby jakiś alarm.

W korytarzu  było  sporo okien, ale  przy żadnym  nie miałem  ani okazji, ani chęci 

przystanąć. Zresztą dość szybko wspięliśmy się na krótkie schodki i dotarliśmy do drzwi. 

Powstrzymałem go, gdy dotykał klamki.

- Co tam jest?

- Jak już mówiłem, mój gabinet.

- Jest tam ktoś?

- Wątpię. Nikomu nie wolno tam przebywać pod moją nieobecność.

- Jeśli pozwolisz, to sprawdzę osobiście.

Zrobiłem to i okazało się, że miał rację. Przeszukując pokój czułem, jak dostaję zeza 

patrząc jednym okiem na kąty, a drugim cały czas na niego. Wąskie okno otwierało się na 

głęboką czerń, ściany pokryte były regałami pełnymi książek, w kącie zaś stało biurko i parę 

krzeseł. Kazałem mu usiąść możliwie daleko od biurka, gdzie były umieszczone wszystkie 

przyciski.   Zrobił   to   bez   protestu   i   trzymał   ręce   na   widoku.   Widząc   karafkę   z   wodą, 

stwierdziłem, że bardzo chce mi się pić. Wysuszyłem ją do dna, opadłem z westchnieniem na 

fotel i umieściłem nogi na biurku.

- I naprawdę chcesz mi pomóc? - spytałem sceptycznie.

background image

- Chcę.

- To na początek pokaż mi, jak zdjąć tę obrożę.

- Proszę. W prawej górnej szufladzie znajdziesz klucz. Dziurka jest pod złączem kabla 

z metalem.

Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu otworzyłem ją i z zadowoleniem cisnąłem w 

kąt.

- Ty kierujesz tym interesem?

-  Jestem  kierownikiem   szkoły.   Zostałem   tu zesłany  za  karę.  Mieliby ochotę  mnie 

zabić, ale jak dotąd nie stało im odwagi.

- Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz. Mógłbyś wyrażać się trochę jaśniej?

- Mógłbym. Planetą kieruje Komitet Dziesięciu, byłem w nim przez wiele lat, a do 

fiaska operacji na Cliaandzie, którą organizowałem, byłem Pierwszym w Komitecie. Wtedy 

spróbowałem zmienić nasz program i za karę znalazłem się w... szkole. Nie mogę jej opuścić, 

nie   mogę   nawet   zmienić   ani   jednego   słowa   w   programie   nauczania.   To   doskonale   i 

bezpieczne więzienie.

- Jakie zmiany chciałeś wprowadzić?

- Radykalne. Zacząłem wątpić we wszystkie nasze cele, bo widziałem inne kultury. 

Oceniono, że zostałem przez nie skorumpowany,  a kiedy spróbowałem wprowadzić moje 

pomysły w życie, znalazłem się tutaj. Nie może być nowych idei.

Drzwi   otwarły   się   nagle   i   wjechał   wózek   na   kółkach   popychany   przez 

dziesięcioletniego brzdąca.

-   Przyniosłem   obiad,   kierowniku   -   powiedział   i   zobaczył   za   biurkiem   mnie.   Nie 

zmieniając wyrazu twarzy stwierdził: - To jest więzień, który uciekł.

Zmęczenie zatrzymało mnie na fotelu, a poza tym, co mogłem zrobić? Zabić dziecko?

- Masz rację, Yan - odparł Hanasu. - Popilnuj go, a ja pójdę po pomoc.

To   mnie   postawiło  na  nogi,   ale   Hanasu  nigdzie   nie  poszedł.   Stanął   za  chłopcem, 

zamknął   drzwi   i   zdjął   z   półki   czarny   przyrząd,   który   przytknął   malcowi   do   karku.   Ten 

otworzył szeroko oczy i zamarł w bezruchu.

- Nie ma już niebezpieczeństwa - oznajmił  gospodarz. - Muszę tylko  usunąć parę 

minut z jego pamięci.

Poczułem, jak wzbiera we mnie obrzydzenie zmieszane ze strachem.

- Co to jest, to co trzymasz w ręku?

- Axion feeds. Widziałeś je wielokrotnie, tylko rzecz jasna nie pamiętasz o tym. Stań 

teraz za drzwiami, aby cię nie zobaczył, gdy wejdzie z kolacją.

background image

Może to widok tej maszynki do kasowania pamięci spowodował, że przyjąłem bierną 

postawę,   a   może   rzeczywiście   nie   miałem   wyboru.   Zrobiłem,   co   mi   kazał,   zostawiając 

uchylone drzwi, aby obserwować, co się dzieje. Hanasu pomajstrował przy skali urządzenia i 

ponownie przytknął je brzdącowi do karku, po czym spokojnie zasiadł za biurkiem. Po dwóch 

czy trzech sekundach, chłopak drgnął i popchnął wózek w głąb pokoju.

- Przyniosłem obiad, kierowniku.

- Zostaw go i nie wracaj dziś w nocy. Nie chcę, by mi przeszkadzano.

- Tak, kierowniku - obrócił się i wyszedł, ja zaś wyszedłem zza drzwi.

- Ta maszynka jest najwstrętniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem.

- To tylko maszyna - odparł obojętnie. - Nie jestem głodny, a sądzę, że tobie przyda 

się posiłek. Częstuj się.

Zbyt wiele się działo i zbyt szybko, abym mógł myśleć o apetycie, ale gdy o tym 

wspomniano, stwierdziłem, że byłbym w stanie zjeść konia. Na surowo. Zabrałem się więc za 

posiłek - równie bezsmakową papkę jak na statku, ale w tym momencie smakowała mi ona 

jak najprzedniejsze same delicje. Jadłem starając się słuchać, co mówi Hanasu.

- Próbuję zrozumieć to, co powiedziałeś o tym urządzeniu. Chodzi ci o to, że jego 

zastosowanie jest wstrętne? - Skinąłem głową. - Mogę cię zrozumieć i to jest właśnie mój 

problem. Jestem inteligentny bardziej i inaczej niż większość moich współplemieńców. Są 

głupi i pozbawieni wyobraźni. Wyobraźnia i ciekawość są tym, co świadomie wytrzebiliśmy 

wiele lat temu. A to oznacza, że jestem nienormalny. Jestem mutantem. Z początku się to nie 

ujawniało; wierzyłem we wszystko, co mi mówiono. Teraz dręczą mnie pytania. Wiem, że nie 

jesteśmy lepsi niż reszta ludzi. Jesteśmy po prostu inni. Nasze próby władania resztą są złe, a 

nasza pomoc w inwazji obcych jest największą zbrodnią ze wszystkich.

- To prawda - oświadczyłem przełykając ostatni kęs.

Miałem ochotę powtórzyć spektakl z nową zawartością talerza.

- Gdy odkryłem te fakty, starałem się zmienić nasze cele, ale to jest niemożliwe. Nie 

mogę nawet zmienić jednego słowa w treningu tych dzieci. A ponoć kieruję tą szkołą.

- Ja mogę zmienić wszystko - poinformowałem go uprzejmie.

-   Oczywiście   -   jego   nieruchoma   twarz   drgnęła,   kąciki   ust   powędrowały   w   górę. 

Leciutko, ale jednak uśmiechnął się. - A jak sądzisz, dlaczego chciałem, abyś tu przybył? Ty 

możesz zrobić to, co ja starałem się osiągnąć przez całe życie. Możesz uratować mieszkańców 

tej planety.

- Wystarczy jedna wiadomość: koordynaty tego globu i mój podpis.

- I twoja Liga przybędzie, by nas zniszczyć. Tragiczne, ale prawdziwe.

background image

- Włos wam z głowy nie spadnie.

- Tak, bo spadnie głowa! To jest kłamstwo i nie podoba mi się, że kłamiesz!

-   To   jest   prawda!   Po   prostu   nie   wiecie,   jak   reagują   cywilizowane   społeczeństwa. 

Przyznaję,   że   wielu   ludzi,   wiedząc,   gdzie   was   szukać,   rozerwałoby   was   na   kawałki   i   to 

powoli. Liga po prostu będzie na was uważać i pilnować, żebyście nie wpadli na kolejny głupi 

pomysł. Natomiast we wprowadzeniu zmian, o których mówisz, może wam tylko pomóc.

- Nie rozumiem tego - był wyraźnie zaskoczony. - Oni muszą nas zabić.

- Przestań z tym zabijaniem, bo już mi się rzygać chce. To jest wasz główny problem: 

życie albo śmierć, zabić lub być zabitym. Ta filozofia należy do historii. Do mrocznej historii, 

która   na   szczęście   jest  już  dawno   za   nami.   Możliwe,   że   nie   mamy   najlepszego   systemu 

etycznego,   ale   przynajmniej   zakazuje   on   przemocy   zinstytucjonalizowanej.   Jak   sądzisz, 

dlaczego waszym oślizłym koleżkom tak dobrze idzie? Bo nie ma czegoś takiego jak Flota 

czy Armia Ligi. Nie mamy wojen, nie mówiąc o jakichś lokalnych konfliktach. To co walczy 

z obcymi,  to zbieranina  Flot i Policji różnych  planet. Nie ma  potrzeby,  aby rząd używał 

zabijania   jako   narzędzia,   chyba   że   znajdą   aż   coś   takiego,   jak   na   Cliaandzie,   gdzie 

próbowaliście cofnąć zegar o jakieś dwadzieścia tysięcy lat.

- Musi istnieć prawo. Kto zabija, sam musi być zabity.

- Bez sensu. To nie wskrzesi zabitego, a społeczeństwo dokonujące zabójstwa samo 

staje się mordercą. Już widzę co chcesz powiedzieć. Przemoc rodzi przemoc. Kara śmierci 

jest urzędową wendetą, a nie żadnym rozwiązaniem.

Maszerował w tę i z powrotem po pokoju, starając się zrozumieć tę obcą filozofię. 

Tymczasem wylizałem do czysta naczynie i łyżeczkę. W końcu opadł na swoje krzesło.

- To co mi powiedziałeś, wykracza poza nasze rozumienie. Muszę to przeanalizować, 

ale nie w tym rzecz. Pewien jestem, że plany Kekkonshiki muszą zostać pokrzyżowane, było 

już   zbyt   wiele   niepotrzebnych   zabójstw.   To   może   się   skończyć   jedynie   śmiercią   nas 

wszystkich. Trzeba wysłać tę wiadomość do Ligi.

- Jak?

- To ty musisz mi powiedzieć. Nie uważasz, że zrobiłbym to, gdybym wiedział?

- Pewnie - teraz ja wydeptywałem podłogę. - Nie ma poczty, nie ma psimenów, zresztą 

to i tak nieistotne. Jeśli są, to tej wiadomości na pewno nie wyślą. Radio?

- Najbliższa baza Ligi jest o czterysta trzydzieści lat świetlnych.

- Nie będę tyle czekał. Muszę znaleźć sposób, by dostać się na statek.

- To zbliżone do niemożliwości.

- Jestem tego pewien, ale musi istnieć jakiś sposób. Najlepiej będzie przespać całą 

background image

sprawę. Jest tu jakieś miejsce, gdzie mógłbym się zdrzemnąć?

Przerwał mi wysoki pisk.

- Komunikator - poinformował mnie Hanasu. - Połączenie zewnętrzne. Stań w tym 

miejscu. Będziesz poza zasięgiem kamery.

Usiadł za biurkiem i włączył urządzenie.

- Hanasu - oznajmił obojętnym tonem z kamiennym wyrazem twarzy.

-   Za   parę   minut   będzie   u   ciebie   grupa   poszukiwawcza,   która   zamknie   wszystkie 

wyjścia ze szkoły.  Ślady obcego zostały wykryte  w tych  okolicach. Musi ukrywać się w 

budynkach.   W   drodze   jest   transport   z   dalszymi   sześcioma   jednostkami.   Szkoła   zostanie 

przeszukana, a on znaleziony.

- Jakie macie dowody na to, że on jest tutaj?

- Ślady na śniegu zmierzają w waszą stronę. Albo ukrył się w szkole, albo jest martwy.

- Uczniowie pomogą w poszukiwaniach, znają dobrze zabudowania.

- Wydaj rozkazy.

Wyłączył komunikator i spojrzał na mnie zimno.

- Mimo wszystko nie zrealizujemy naszych planów. Gdy cię złapią, użyją axion feeds i 

odkryją, co się stało w tym pokoju. Wolisz popełnić samobójstwo, czy chcesz, żebym ja cię 

zabił? - Wszystko to zostało powiedziane tak obojętnym tonem, że mimo chłodu panującego 

w pokoju oblałem się potem.

- Zaraz! Chwila! Jeszcze nie wszystko stracone. Zostawmy samobójstwo na koniec. 

Musi tu być, do cholery, jakieś miejsce, gdzie mnie nie znajdą.

- Nie. Będą szukać wszędzie.

- A tutaj? W twoim pokoju? Powiesz im, że sprawdziłeś, że mnie tu nie ma.

-   Nie   rozumiesz.   Mogę   powiedzieć,   co   chcę,   a   rewizja   zostanie   przeprowadzona 

zgodnie z planem.  Jesteśmy bardzo dokładną rasą.

- Ale bez wyobraźni; czekaj, coś mi świta - poza adrenaliną wydzielaną na samą myśl 

o samobójstwie nic mi nie świtało. - Okno...

- Nie otwiera się.

- Nawet w lecie?

- To jest lato.

- Tego się właśnie spodziewałem. Mam. Jeśli nie wewnątrz, to ukryję się na zewnątrz. 

Dach. Musi tu być wyjście awaryjne dla dokonywania napraw.

- Nie ma napraw.

- Słuchaj no, nie bądź taki drobiazgowy, musi istnieć jakaś droga na dach. Nigdy nie 

background image

wiadomo, co może się wydarzyć, a wy nie jesteście pozbawieni daru przewidywania.

- Może masz rację.

- Gdzie są plany szkoły?

- W tej teczce.

-   No   to   dawaj   je   tu!   -   praktycznie   wydarłem   mu   teczkę   z   ręki.   Przerzucałem   ją 

gorączkowo, starając się nie słuchać jego mamrotania.

- To strata czasu, nie ma ucieczki, a ja nie chcę być przesłuchiwany za pomocą axion 

feeds. Dlatego jeśli ty nie...

- Przestań pieprzyć! - warknąłem. - Co to jest? Co oznacza ten symbol?

- To są drzwi.

- No! - klepnąłem go w plecy. - A teraz zrób, co ci powiem, zgoda? Zbierz ich do 

kupy, resztę wyjaśnię ci później. Oficjalnie mają pomóc w poszukiwaniach.

Dobra stara dyscyplina... Posłuchał natychmiast. Zanim skończył mówić, miałem już 

w głowie dalszy ciąg.

- Nie mogę ryzykować, że ktoś mnie zobaczy, więc musisz mi przynieść z warsztatu 

następujące rzeczy: z pięćdziesiąt jardów liny o wytrzymałości pięciuset kilogramów, dziesięć 

długich   mocnych   gwoździ   i   młotek   molekularny   oraz   latarkę   i   śrubokręt.   Gdzie   mogę 

bezpiecznie poczekać na ciebie?

- Tu. Nie wiem, co planujesz, ale pomogę ci. Na samobójstwo zawsze będzie czas.

- Wciąż ten budujący optymizm!

Poszedł, a ja zacząłem obgryzać paznokcie. Podskoczyłem, gdy komunikator znowu 

zadzwonił, ale trzymałem się od niego z daleka. Hanasu wrócił po czterech minutach.

- Ktoś do ciebie - poinformowałem go, odbierając wyposażenie i rozkładając je po 

kieszeniach.

- Wszyscy są w hallu, a pierwszy oddział już przyjechał - oznajmił.

- Ślicznie. Idź na dół i pomóż im, żeby zaczęli od piwnicy. Potrzebuję całego czasu, 

jaki mogę mieć, bo diabli wiedzą, co spotkam na drodze.

- Wychodzisz na dach?

- Tego czego nie wiesz, nigdy nie powiesz. Pa.

- Masz oczywiście rację - podszedł do drzwi i obrócił się. - Powodzenia. Tak się chyba 

mówi w podobnych sytuacjach.

- Się mówi. Dzięki. Już ja dopilnuję, żeby ci wyszły z głowy głupoty o samobójstwie.

Byłem tuż za nim, tyle że on schodził w dół, a ja gnałem schodami w górę z planem 

budynku w dłoni. Zanim dotarłem na strych, zdążyłem się zdrowo zasapać - to był dość długi 

background image

dzień.   Drzwi,   do   których   tak   biegłem,   były   zamknięte.   Użyłem   jednego   z   gwoździ   i 

zaatakowałem olbrzymi  zamek. Puścił ze straszliwym  zgrzytem.  Zanim ucichł, byłem  już 

wewnątrz i na najlepszej z możliwych dróg do zablokowania zamku. Powietrze nie było zbyt 

przyjemne: wokół unosiła się woń kurzu i stęchlizny, a w dodatku nie było nigdzie światła. 

Użyłem więc latarki i rozejrzałem się wśród otaczających mnie pudeł i starych akt. Drzwi, 

których szukałem, były o cztery jardy w górze, a w pobliżu nie było drabiny.

- Ślicznie.

Zebrałem co solidniej wyglądające pudła, tworząc z nich piramidę. Zajęło mi to trochę 

czasu, gdyż z uwagi na kurz nie mogłem ich ciągnąć po podłodze. Gdy zakończyłem prace 

budowlane, nie odczuwałem już żadnego zimna. Prawdę mówiąc było mi gorąco. Myśl o 

zbliżającym się pościgu dodawała mi skrzydeł.

Drzwi o trzystopowej średnicy, a raczej klapa w dachu, umieszczone tuż przy górnym 

wierzchołku dachu, były zamknięte na głucho, ale na szczęście nie miały zamka. Gdy je 

otworzyłem, posypała się całkiem niezła ilość rdzy. Ostrożnie zdrapałem ją śrubokrętem, po 

czym starłem z krawędzi. W przeciwnym razie ślepy by zobaczył, że były ostatnio otwierane. 

Miałem nadzieję, że tutejszy woźny nie będzie się fatygował  na strych.  Uchyliłem  klapę 

szerzej i wytknąłem głowę na zewnątrz. Oczywiście na całym dachu nie było ani jednego 

miejsca, za którym lub w którym mógłbym się schować.

Nie   przejąłem   się  zbytnio   tym   wszystkim.   Wbiłem   przy  drzwiach   duży  gwóźdź   i 

obwiązałem go liną. Tę o wytrzymałości pięciuset kilogramów, mającą odpowiednią średnicę. 

Dlatego też taką wybrałem.

Po tym zabiegu spokojnie pozanosiłem pudła na miejsca, po czym uważnie zbadałem 

podłogę, zacierając ślady mojej działalności. Przy jednym z pudeł był śliczny odcisk mojej 

stopy,   przewróciłem   je   więc   na   bok.   Zamaskowałem   parę   mniej   wyraźnych   śladów   w 

podobny sposób, po czym złapałem linę zwisającą z dachu. Wyłączyłem światło upewniwszy 

się   uprzednio,   czy   młotek   i   gwoździe   są   na   miejscu   i   usłyszałem   jak   ktoś   z   tyłu   w 

ciemnościach dobiera się do zamka.

Nie wiem, czy gdziekolwiek uwzględniają rekordy we wspinaczce na czterojardową 

linę, ale jestem pewien, że osiągnąłem jeden z lepszych czasów. W jednej chwili byłem na 

górze, a w następnej leżałem płasko na dachu wyciągając linę. Zamykałem klapę, gdy na dole 

zabłysło światło.

- Przeszukaj prawą stronę, Bukai - usłyszałem bezbarwny głos. - Zaglądaj za pudła, 

otwieraj te, w których może się ukryć człowiek.

Ostrożnie spuściłem klapę, omal nie tracąc przy tym palców. To, że wlezą na dach, nie 

background image

ulegało wątpliwości. Wejdą wszędzie tam, gdzie może wejść człowiek. Toteż ja musiałem 

być tam, gdzie nie może.

Odkryta powierzchnia dachu nie była zbyt sprzyjającym miejscem do ukrycia się, a w 

odległości   pięciu   jardów   znajdowała   się   jego   krawędź.   Postanowiłem   zbadać,   co   jest   po 

drugiej   stronie   i   odkryłem,   że   metal   powleczony   jest   cienką   warstwą   lodu.   Poślizg   był 

gwałtowny i po chwili zatrzymałem się z nogami dyndającymi poza dachem. Pamiętając, że 

moment otwarcia klapy jest coraz bliższy, powoli podciągnąłem się do szczytu i wyjrzałem.

Oczywiście   druga   strona   dachu   była   równie   beznadziejnie   gładka   jak   tamta. 

Odwiązałem   linę   i   ruszyłem   pełznąc   po   szczycie   i   robiąc   co   się   da,   aby   nie   zjechać   na 

krawędź, bo oznaczało to pewny, acz niezbyt przyjemny sposób skręcenia karku.

Ślizgawica na dachu dawała mi do wiwatu, aż dach się skończył, a ja, spoglądając 

przez ramię, widziałem klapę doskonale, co znaczyło, że sam byłem równie dobrze widoczny. 

Lina   pomogła   mi   poprzednio   i   będzie   to  musiała   zrobić   ponownie.   Powoli   wyciągnąłem 

młotek i wsunąłem gwóźdź w zaczep. Jeśli dach był  cienki, to mógł zadziałać jak pudło 

rezonansowe, ale musiałem ryzykować. Jednym muśnięciem wbiłem gwóźdź w szczyt dachu 

i okręciłem linę grabiejącymi palcami. Zawiązałem na niej pętlę, w której umieściłem nogę i 

zsunąłem się z dachu.

Klapa odskoczyła z głośnym hukiem. Wisiałem cicho, słysząc wyraźnie rozmowę.

- Widzisz kogoś, Bukai?

- Nie. Mogę wracać?

Świetnie, di Griz! Znowu ich przechytrzyłeś!

- Nie. Przejdź się po dachu i sprawdź.

To były automaty nie ludzie! Żaden inteligentny człowiek nie wylazłby na ten dach. 

Wiedziałby, co go może spotkać. Te cymbały wypełniają instrukcje na ślepo.

Odgłosy sapania i skrzypienia przybliżały się, a moja lina drgnęła, gdy ktoś za nią 

pociągnął. Spojrzałem w górę i zobaczyłem pozbawione wyrazu oblicze, wychylające się nad 

krawędź dachu jakieś pół jarda nad moją głową.

15

Jego oczy malowniczo się rozszerzyły, gdy mnie zobaczył. Obrócił głowę i krzyknął:

- Ahiru!

Wyciągnąłem rękę, aby się go pozbyć, ale w tym momencie się poślizgnął. Pierwszy 

raz zobaczyłem jakikolwiek wyraz na twarzy tubylca - autentyczne przerażenie. Drapiąc dach 

zjechał   za  krawędź  i  zniknął.  Poza  odgłosem  uderzenia  ciała   o ziemię   nie  było   żadnego 

innego dźwięku.

background image

Wisiałem  na linie  czekając, co będzie  dalej. Poprzez uchylone  drzwi doszło mnie 

przyciszone pytanie.

- Czy Bukai powiedział coś?

- Moje imię.

- Gdy się ześlizgiwał?

- Tak.

- To niedobrze.

- Nie, lepiej, że jest martwy. Człowiek, który okazuje emocje... - Drzwi zamknęły się.

Przyjemniaczki. Bukai miał miłych kumpli. Zanim do reszty przymarzłem do liny, 

zdecydowałem, że pora się ruszyć - przy pustym dachu i zamkniętych drzwiach z pewnością 

na górze było bezpieczniej i przyjemniej niż tu. Zrobiłem to jeszcze ostrożniej niż schodząc, 

przed oczyma miałem twarz Bukai i to było wystarczającym powodem.

Na   dachu   spędziłem   długie   jak   wieczność   dziesięć   minut.   Po   czym,   szczękając 

zębami, zabrałem się do zejścia na strych. Miałem nadzieję, że jest pusty, ale tak właściwie to 

zaczynało mi być wszystko jedno.

Na szczęście był pusty.

Są granice wysiłku i napięcia, jakie może znieść człowiek. Ja swoją osiągnąłem na 

strychu. Ledwie zamknąłem klapę, zwaliłem się na podłogę i zasnąłem. Nie wiem, jak długo 

spałem.   Kiedy   się   obudziłem,   nie   wiedziałem,   jak   się   mają   sprawy   za   drzwiami   i   jaką 

właściwie   mamy   porę   doby.   Pozostawało   jedynie   sprawdzić.   Ostrożnie   uchyliłem   drzwi. 

Korytarz był pusty, a za oknem nadal panowała noc.

Miałem   więc   ponownie   szczęście,   a   ponieważ   sen   mnie   odświeżył,   ruszyłem   do 

gabinetu   Hanasu,   uważając   na   wszystko   dookoła   jak   za   najlepszych   czasów.   Wszędzie 

panowała cisza i ciemność, jednak spod drzwi gabinetu widać było smugę światła.

Sam Hanasu siedział za biurkiem, najwyraźniej czekając na mnie. Wślizgnąłem się do 

wnętrza.

- To ty - odezwał się odstawiając szklankę z wodą.

- Pić mi się chce - oznajmiłem sięgając po nią.

- To trucizna - stwierdził beznamiętnie. - Nie miałem pojęcia, kto pierwszy wejdzie 

przez te drzwi. Chwilę trwało, zanim się oswoiłem z tą nowiną.

- Wszyscy poszli?

-   Wszyscy,   niczego   nie   znaleźli,   a   jeden   spadł   z   dachu   i   zabił   się.   Jesteś   za   to 

odpowiedzialny?

- Pośrednio. Przestraszyłem go i widziałem, jak leciał.

background image

- Przyjęli, że zamarzłeś w śniegu, rano zaczną poszukiwania. Nie będą zbyt dokładni, 

gdyż są przypuszczenia, że utopiłeś się w przerębli na morzu.

- Omal mi się to udało. Ale do rzeczy: zabawa się skończyła i czas wrócić do naszych 

problemów.

- Przesłania wiadomości do Ligi.

- Właśnie. W spokojniejszych  chwilach trochę  nad tym  myślałem  tej  nocy.  Jesteś 

zmęczony?

- Nie bardzo.

- Dobra. Musimy trochę popracować w warsztacie elektronicznym. Czy to możliwe 

bez natrętów?

- Da się zrobić, a co chcesz tam zdziałać?

- Zadzwoń do biblioteki i postaraj się o schemat detektora napędu nadprzestrzennego. 

Zakładam, że masz tu części, z których można go sklecić.

- Mam nawet cały detektor. Jest częścią szkolenia.

- Jeszcze lepiej. Idziemy. Na miejscu pokażę ci, o co mi chodzi.

Muszę przyznać, że poszło nam nadspodziewanie dobrze. Metalowa tuba, długa na 

trzy stopy i zamknięta z góry, mająca po bokach dwie metalowe prowadnice, nie wyglądała 

okazale, ale była dokładnie tym, czym miała być.

- Co to robi? - zainteresował się Hanasu.

- To musi być przymocowane do jednego z waszych statków. I to właśnie jest nasz 

następny problem. Jeśli założę go gdzie trzeba, nikt tego nie znajdzie, wygląda bowiem jak 

standardowy   miotacz   flar   -   pokazałem   mu   plastikowy   pojemnik.   -   Ten   natomiast 

wystrzeliwuje   to:   jest   to   solidna   bateria   i   nadajnik.   Zrobiłem   ich   dziesięć,   powinno 

wystarczyć.   Za   każdym   razem,   gdy   statek   wyjdzie   z   nadprzestrzeni   i   napęd   zostanie 

wyłączony, detektor w czubku wyrzutni wykryje to i wystrzeli jeden z pojemników z radiem. 

Mają wbudowany opóźniacz trzydziestominutowy, tak że zaczną nadawać, gdy statek będzie 

znów w nadświetlnej. Transmitowany sygnał zawiera mój kod identyfikacyjny, lokalizację tej 

planety i wezwanie o pomoc. Gdy to wystartuje, pozostanie nam jedynie czekać na kawalerię.

- A co będzie, gdy statek nie wynurzy się z nadświetlnej w pobliżu odbiornika?

-   Zwykły   rachunek   prawdopodobieństwa.   Większość   pilotów   używa   określonego 

punktu nawigacyjnego, a więc, większość z nich leży w pobliżu stacji Ligi. Prawie każda 

podróż   wymaga   trzech   do   czterech   sprawdzianów   w   normalnej   przestrzeni.   Któryś   z 

nadajników powinien zostać przechwycony.

- Lepsze to niż nic, ale samobójstwo jest nadal możliwe - mruknął Hanasu.

background image

- Mówiłem ci już, że jesteś niepoprawnym optymistą? Hanasu wrócił do zasadniczego 

tematu:

- Jak przymocujesz go do statku?

-  Młotkiem!   Dobra,  nie  pora  na   żarty.  Muszę  znaleźć   sposób,  aby zbliżyć   się  do 

któregoś.   Samo   przymocowanie   zabiera   zaledwie   parę   minut.   Czy   kosmodrom   jest   pil-

nowany?

- Jest wokół niego siatka, o czym doskonale wiesz Strażnicy, z tego co wiem, stoją 

tylko przy bramie.

- Więc nie powinno to być zbyt trudne. Potrzebuję twojej pomocy w dwóch kwestiach: 

w zorientowaniu się, kiedy odlatuje jakiś statek i w kwestii transportu na kosmodrom.

- Informacja nie jest problemem. Biuletyn podał, że „Takai Cha" startuje dziś o szóstej 

czterdzieści pięć.

- Która jest teraz?

- Trzecia jedenaście - odparł studiując cyferblat.

- Możesz mnie tam jakoś podrzucić na czas? Chwilę zastanowił się, po czym skinął 

głową.

- Normalnie nie mógłbym, bo nie mam powodu, by wyjeżdżać ze szkoły, ale dziś 

mogę. Zamelduję, że chcę pomóc w poszukiwaniach. Powinni się zgodzić.

Zgodzili się i w ciągu dziesięciu minut podskakiwaliśmy po zlodowaciałym polu w 

elektrycznym   i   zaopatrzonym   w   płozy   urządzeniu,   służącym   do  wytrząsania   z   człowieka 

flaków. W tym czymś nie było foteli, ogrzewania i hermetyzacji kabiny. Ci ludzie naprawdę 

przesadzali w samoumartwianiu się. Pod pachą dzierżyłem metalową rurę, między nogami 

miałem   skrzynkę   z   narzędziami,   a   obydwoma   rękami   trzymałem   się   metalowej   rury 

obciągniętej   brezentem,   a   udającej   siedzenie,   aby   nie   rozbić   sobie   głowy   o   boki   i   dach 

skaczącego pojazdu.

- Jak blisko ogrodzenia możesz podjechać?

-   Jak   blisko   zechcesz.  Nie   mamy   dróg   czy   oznaczonych   tras.   Poruszamy   się   na 

radiolatarnie kierunkowe, a trasa zależy od wyboru kierunku.

- Pierwsza dobra wiadomość. Słuchaj, wysadź mnie przy ogrodzeniu i pojedź dalej, 

tylko zapamiętaj miejsce. Wróć po godzinie. Jeśli usłyszysz coś, ale dostrzeżesz zamieszanie, 

jedź do szkoły.

- Dobrze, będę miał czas zażyć truciznę.

- Smacznego, tylko nie śpiesz się za bardzo. Zrób to jedynie wtedy, gdy faktycznie 

mnie złapią. Może być zamieszanie, ale to wcale nie będzie jeszcze równoważne z tym, że 

background image

mnie mają.

Po obu stronach drogi pojawiły się niewyraźne kształty, po czym z boku wyskoczyło 

ogrodzenie, wzdłuż którego Hanasu jechał z zacięciem kierowcy rajdowego.

- Wysiadam! - wrzasnąłem, gdy w oddali zamajaczyła brama. - Zapamiętaj czas i do 

zobaczenia.

Wyturlałem   się   z   całym   ekwipunkiem,   zanim   dobrze   zwolnił   i   znalazłem   się   w 

centrum miniaturowej śnieżycy. Wyjąłem ze skrzynki detektor i zbliżyłem się do ogrodzenia.

Nic.   Żadnego   alarmu.   Przecięcie   płotu   było   zadaniem   dla   średnio   ruchliwego 

paralityka. Zrobiłem to jedną ręką i z zamkniętymi oczami, i to dosłownie! Przepchnąłem 

przez   otwór   siebie   i   rurę   i   załatałem   dziurę.   Zadowolony   założyłem   narty   i   ruszyłem   w 

ciemność.   Sypiący   śnieg   zacierał   moje   ślady,   tak   że   miałem   wszelkie   powody   do 

zadowolenia.

Odnalezienie okrętu nie było żadnym problemem: wszystko wokoło spowijał mrok, 

kadłub zaś był zalany światłem reflektorów.

Wokół kręciły się maszyny obsługiwane przez ubranych w kombinezony techników.

Trzymając   się   cienia,   zastanawiałem   się,   jak,   do   cholery,   mam   tam   podejść   i 

przymocować mój drobiazg nie wywołując alarmu.

16

Problem ten miał tylko jedno rozwiązanie: musiałem wyglądać tak jak ci, którzy się 

kręcili   przy   statku.   Mówiąc   krótko,   potrzebowałem   kombinezonu   technika.   Tak   więc 

musiałem któregoś z nich rozebrać.

Znalezienie   ciemnego   kąta   za   jakimiś   beczkami,   żeby   złożyć   bagaże   nie   było 

problemem, ale postaranie się o kombinezon to zupełnie inna sprawa. Krążyłem w ciemności 

w tę i z powrotem, bez żadnych rezultatów. Łazili parami lub w większych grupach. Czas 

uciekał i godzina, jaką dałem Hanasu, dawno minęła.

Moja   cierpliwość   topniała,   rozważałem   jeden   samobójczy   plan   po  drugim,   gdy  w 

końcu któregoś ruszyło.  Zlazł z dźwigu i ruszył  ku budynkom. Oczywiście dokładnie po 

przeciwnej   stronie,   niż   byłem,   ale   to   już   drobiazg.   Zobaczyłem,   jak   wchodzi   w   drzwi 

oznaczone „Benjo" i ruszyłem tam, wykorzystując każdą możliwą osłonę.

Będąc   zwolennikiem   określonych   praw   osobistych,   poczekałem   przy   wyjściu,   aż 

załatwi interes z muszlą klozetową, po czym go rąbnąłem. Było to o tyle łatwiejsze, że ręce 

nadal miał zajęte przy rozporku i guzikach; najprawdopodobniej nawet nie wiedział, co się 

zdarzyło. Ja wiedziałem. Kant prawej dłoni bolał mnie jeszcze przez pół godziny. Rozebrałem 

go starannie, związałem jakimś drutem i zakneblowałem, zamykając w jednej z kabin. Nie 

background image

powinien zostać znaleziony przed odlotem.

Jego   kombinezon   był   lekko   przyciasny,   ale   i   tak   nikt   tu   nie   zwracał   uwagi   na 

elegancję, a ochronny kask twarzowo zakrywał mi fizjonomię.

Zabrałem,   co   moje,   i   ruszyłem   wolno   ku   statkowi.   Właśnie   ten   wolny   marsz   był 

najtrudniejszy   ze   wszystkiego.   Nikt   się   za   mną   nie   oglądał,   nikt   za   mną   nie   krzyczał, 

wyglądało   na   to,   że   tutaj   nic   nikogo   poza   własnymi   zajęciami   nie   interesuje.   Mimo   to 

odetchnąłem z ulgą, gdy doszedłem do dźwigu i wrzuciłem do środka manatki.

Obsługa urządzenia była jednym z prostszych zadań, więc bez problemów ruszyłem 

statecznie ku jednemu z ciemnych miejsc przy płetwie ogonowej. Ku silnikom.

Cała   zabawa   z   przymocowaniem   rury   przy   komorze   silnika   poszła   łatwiej,   niż 

należało się spodziewać. Dodatkową ciekawostką była nieobecność normalnej wyrzutni i to, 

że nic nie było widać z ziemi.

Wracając nie ryzykowałem marszu przez oświetlony plac. Zamiast tego odstawiłem 

dźwig w cień najbliższego budynku. Do odlotu zostało dziesięć minut. Była już nawet załoga, 

która przytupywała zawzięcie.

- Dlaczego ten dźwig tu stoi? - spytał głos z tyłu.

- Ramstmo? - wymamrotałem nie odwracając się.

- Nie słyszę cię. Powtórz! - głos się przybliżył.

- Teraz lepiej? - spytałem odwracając się na pięcie i łapiąc go za gardło.

Wybałuszył oczy, potem zresztą zamknął, gdy jego głowa zetknęła się parę razy z 

kabiną dźwigu.

W tej właśnie chwili usłyszałem odlot statku. Jeden z najprzyjemniejszych dźwięków 

w moim życiu.

-   Udało   się   -   pogratulowałem   sobie   półgłosem.   -   Niezliczone   generacje   będą 

błogosławić twoje imię, Jamesie di Griz.

Wciągnąłem   mojego   podopiecznego   głębiej   do   jednego   z   budynków,   przy   okazji 

stwierdziłem, że jedne z drzwi mają nader porządny i skomplikowany zamek. Napis nad nimi 

wyjaśnił wszystko, a w dodatku podsunął mi pomysł. Napis bowiem głosił:

ZBROJOWNIA

Idealny   schowek,   ale   po   małej   rozrywce.   Zdjąłem   kombinezon,   założyłem   narty  i 

pojechałem na oświetlony teren, starając się, żeby ktoś mnie zobaczył.

Byli największymi łamagami, jakich w życiu widziałem.

Pętałem się przeszło pięć minut, bez żadnego rezultatu. W końcu przejechałem parę 

jardów przed najbliższą dwójką i zdążyłem wlecieć w jakieś beczki, zanim zwrócili na mnie 

background image

uwagę. Gdy wreszcie to się stało, zakryłem twarz rękami i ruszyłem z kopyta w ciemność. 

Miałem nadzieję, że zapamiętali kierunek mojej ucieczki - prosto do płotu.

Tym   razem   zrobiłem   dziurę   wystarczającą   dla   czołgu   i   nie   trudziłem   się   z   jej 

maskowaniem. Ruszyłem w ciemność, szukając okazji do zamaskowania wyraźnego śladu. 

Nie   było   to   takie   trudne:   prawie   po   stycznej   zbliżał   się   jeden   z   tutejszych   pojazdów. 

Dogonienie   go   nie   wchodziło   w   rachubę,   ponieważ   był   znacznie   szybszy,   ale   zostawiał 

piękny ślad. Zmieszałem z nim swoje, posuwając się lekkim zygzakiem, po czym wbiłem kije 

w ubity śnieg i zrobiłem obrót o sto osiemdziesiąt stopni, z którego byłby dumny nawet mój 

instruktor. Trafiłem prosto we własne ślady i ruszyłem z powrotem nie używając kijków. 

Prosto do bezpiecznego i zacisznego miasta.

Muszę przyznać,  że nie przesadzali  tu z godziną  pobudki: na ulicach  dostrzegłem 

ledwie parę osób. Nie sądzę, aby ktoś zwrócił na mnie uwagę, w każdym razie na pewno nikt 

nie podniósł alarmu. Zbliżyłem się do portu kosmicznego. Tu także panowała cisza i spokój, 

żadnych   śladów   nagłej   aktywności.   Z   pobliskiego   okna   dochodził   miły   blask,   toteż   nie 

omieszkałem tam zajrzeć. Sprawa stała się bardziej atrakcyjna, gdy odpowiednio zaokrąglona 

autochtonka odwróciła  się do okna. Angelina zawsze urządza mi awantury o flirty,  toteż 

musiałem w końcu dać jej jakieś po temu podstawy. Nawet to, że marnowałem cały wysiłek 

włożony w zacieranie fałszywych śladów, nie zmieniło mojego postanowienia. Zdjąłem narty, 

postawiłem je w śniegu i otworzyłem drzwi.

- Dzień dobry. Wygląda na to, że nadal mamy mróz - oznajmiłem.

Spojrzała na mnie w milczeniu. Była młoda i atrakcyjna, choć zupełnie pozbawiona 

makijażu i ubrana tak, że każdą normalną kobietą by zatrzęsło.

- Jesteś tym, którego szukają - stwierdziła bez śladu emocji w głosie. - Muszę iść ich 

zaalarmować.

- Nie pójdziesz i nie zrobisz tego - skurczyłem się, gotów ją zatrzymać.

- Tak, panie - odparła i wróciła do garów.

Panie! Te przyjemniaczki musiały być antyfeministami wszech czasów. Uznając brak 

uczuć za cnotę, kobiety musieli traktować jak bydło i niewolników. Na to zresztą wskazywał 

stojący przede mną dowód. Po setkach lat tresury wyhodowali z całą pewnością perfekcyjne 

służące.

- Co gotujesz, kwiatuszku?

- Tu jest wrzątek, tu zupa rybna, a tutaj okraszona ryba, a tu...

- Ślicznie. Poproszę porcję każdej z tych rzeczy, z wyjątkiem wrzątku, rzecz jasna.

Podała mi parę metalowych misek i kościaną łyżkę. Jedzenie było równie bezbarwne 

background image

jak do tej pory, ale i tak dwukrotnie opróżniłem talerz, zanim stwierdziłem, że wystarczy.

- Nazywam się Jim - stwierdziłem skończywszy. - A ty?

- Kaem.

- Dobre jedzenie, Kaem. Trochę niedoprawione, ale to nie twoja wina. Zadowolona 

jesteś z tego zajęcia?

- Nie wiem, co to znaczy: zadowolona.

- Tak myślałem. W jakich godzinach tu pracujesz?

- Nie wiem, o co chodzi. Wstaję, pracuję, idę spać. Zawsze tak jest.

-   Bez   weekendów,   wakacji   i   świąt.   Tu   faktycznie   potrzeba   dużych   zmian.   Mam 

nadzieję, że to już niedługo. Tej kultury nie trzeba niszczyć.  Sama się rozpadnie, ledwie 

dotrze tu trochę cywilizacji. Historycy będą za parę lat nieźle łapali się za głowy nad waszymi 

zwyczajami. O której podajecie tu śniadanie?

- Za parę minut, gdy zadzwoni dzwon - odparła spoglądając na zegar.

- Kto tu jada?

- Mężczyźni, żołnierze.

Byłem na nogach, zanim wymówiła ostatnią sylabę i nakładałem rękawice.

- Jedzenie było wspaniałe, ale mam niewiele czasu. Muszę zdążyć, zanim wzejdzie 

słońce. Mam trochę spraw do załatwienia. Przepraszam, nie będziesz bardzo zachwycona, gdy 

cię zwiążę?

- Zrób ze mną, co zechcesz, panie - odparła opuszczając oczy.

Po raz pierwszy w życiu wstydziłem się, że jestem płci męskiej.

- Wkrótce będzie lepiej, Kaem. Przyrzekam ci. Jeśli się stąd wydostanę, to obiecuję ci 

przysłać   jakieś   stroje,   szminki   i   parę   publikacji   ruchu   emancypacyjnego.   Gdzie   tu   jest 

magazyn?

Grzecznie pokazała mi kierunek, więc pocałowałem ją na pożegnanie i z ledwością 

zdołałem przeszkodzić w rozebraniu się. Już widzę, jakimi czułymi kochankami są ci tutaj! 

Romantycy, psiakrew! Następny kwiatek do listy. Kaem zupełnie nie protestowała, gdy ją 

wiązałem i zamykałem.  I tak znajdą ją, ledwie śniadanie się spóźni, ale wszystko, czego 

potrzebowałem, to parominutowe wyprzedzenie.

Narty przypiąłem dopiero na lodzie, żeby nie zostawiać śladów; po czym ruszyłem 

przed siebie starając się, o ile to było możliwe, krzyżować swoją drogę ze śladami innych 

nart.

Przedostałem się przez płot, co robiło się już nudną rutyną i uśmiechnąłem się, słysząc 

po   drugiej   stronie   syreny   i   inne   oznaki   aktywności.   Chyba   w   końcu   dostrzegli   moją 

background image

poprzednią wizytę. Najwyższy czas. Nie dość, że chciało mi się spać, to jeszcze zaczynało 

świtać. Zamaskowałem dziurę i ruszyłem ku zbrojowni.

Oczywiście, nikt mnie nie widział, a facet, którego tu przywlokłem, zdążył zniknąć, 

jak zresztą wszyscy inni w zasięgu wzroku.

Sforsowałem zamek, uziemiłem alarm bez większych trudności, po czym podłączyłem 

wszystko na miejsce i na ołowianych nogach obszedłem pomieszczenie. Ułożyłem się na 

skrzynkach granatów odłamkowych mając nadzieję, że nie mają nic przeciw temu i zasnąłem 

prawie natychmiast.

Cudowne uczucie - byłem pewien, że mogę robić to całą wieczność, tyle że coś mi, 

cholera, nie dało. Obudziłem się momentalnie, gdy zrozumiałem, co. Było zupełnie jasno, a 

ktoś majstrował przy zamku.

Pretensje   mogłem   mieć   tylko   do   siebie.   Zapomniałem,   z   kim   mam   do   czynienia. 

Ledwie ci tutaj dowiedzieli się o moim zmartwychwstaniu, po prostu zarządzili przeszukanie 

całego miasta. Zabawa się skończyła.

17

Drzemka   mnie   odświeżyła,   a   wściekłość   dodała   sił.   Wściekły   byłem   głównie   na 

siebie, za głupie postępowanie, rzecz oczywista. Jak każdy normalny człowiek miałem wielką 

ochotę   wyładować   się   na   kimś   innym,   a   zatem   oberwał   ten,   który   wszedł   pierwszy. 

Przeszkodziły mi w tym trochę narty, o które się potknąłem, zapominając o ich istnieniu, ale i 

tak nie miało to większego znaczenia. Klient, podobnie jak wszyscy przedstawiciele jego 

rasy, nie miał pojęcia o walce wręcz.

Zebrałem   narty   i   kijki   i   wyjrzałem   na   korytarz.   Wszędzie   pełno   było   zapalonych 

poszukiwaczy mojej skromnej osoby, ale dopiero przy drzwiach wyjściowych jeden z nich 

mnie dojrzał. Zdążyłem zrobić całe trzy kroki, zanim zdobył się na reakcję.

- On jest tutaj, próbuje uciekać - oznajmił monotonnym tonem.

- Nawet to robi! - wrzasnąłem wypadając na dwór, prosto na najbliższego z nich. Po 

dwóch sekundach pozostało mi jedynie zapiąć narty i ruszać w drogę.

To wszystko było i tak odwlekaniem nieuniknionego.

Bramę strzegła wzmocniona warta, a ze wszystkich stron widać było zbliżające się 

sylwetki tutejszych pojazdów. Mógłbym może dostać się do miasta i szukać tam kryjówki, ale 

jeden człowiek przeciw całej planecie ma minimalne szansę. Może Hanasu miał filozoficzną 

odpowiedź na ten problem, ale osobiście zdecydowanie nie nadaję się na samobójcę.

Rzecz jasna, moje rozmyślanie nie przeszkadzało mi w poruszaniu się. Za mną zresztą 

podążała   pogoń i  obie  te  kwestie  tak  zaabsorbowały moją   wyobraźnię,  że  silniki   rakiety 

background image

usłyszałem dopiero, gdy była nad moją głową. Podobnie jak reszta przytomnych stanąłem, 

popatrzyłem i osłupiałem.

Spoza nisko wiszących chmur opuszczał się na strumieniach odrzutu niewielki statek 

zwiadowczy.

Z połączonymi pierścieniami Ligi na kadłubie!

-  Udało   się! -  wrzasnąłem  ruszając  z  kopyta   ku podskakującej   na  amortyzatorach 

jednostce.

Nie   ma   potrzeby   dodawać,   że   biegłem   samotnie.   Tubylcy   nie   byli   równie 

entuzjastycznie nastawieni do tego, co przybyło.  W każdym razie byłem na miejscu, gdy 

otworzył się właz.

- Witamy na Kekkonshiki - oznajmiłem facetowi stojącemu w otworze. - Przyłącz tę 

planetę do Ligi, o zdobywco!

-   Nic   nie   wiem  o   żadnym   zdobywaniu   -   odparł   obdarzony   nader   bujną   fryzurą 

młodzian   w   nieporządnym   nad   wyraz   kombinezonie.   -   Dostałem   polecenie   zabrania   stąd 

niejakiego Jamesa Bolivara di Griz.

- Masz go przed sobą.

- Podobnie jak tubylcy, tylko że oni mają jeszcze całą masę broni. Właź na pokład.

- Najpierw uświadomię tym typom, jakiej wiekopomnej chwili są świadkami.

Z radością zobaczyłem znajomą gębę na czele całej zgrai. To był Kome, kapitan mojej 

ostatniej podróży.

- Rzuć broń - poleciłem. Zamiast tego ją uniósł.

- Pójdziecie ze mną. Obaj - rozkazał.

Czerwone płatki zawirowały mi przed oczami. Ci ludzie byli  tak tępi, że aż mnie 

zemdliło. To, że przez ich durnotę zginęło już tak wiele istnień, tylko pogłębiało to uczucie.

- Błagam, nie strzelaj! - wrzasnąłem wyrzucając w górę ręce i skacząc ku niemu.

Wykręciłem mu rękę, przechwyciłem pistolet i z całej siły wepchnąłem mu lufę w 

kark.

- Posłuchajcie, bałwany! - wykrzyknąłem. - Wszystko się skończyło. Przegraliście! 

Nie zdziałacie już nic złego w galaktyce. Jedyną podstawą waszej siły i władzy była nieznana 

lokalizaga   tej   planety,   tak   że   mogliście   się   tu   kryć   jak   karaluchy,   ale   to   już   przeszłość. 

Widzicie ten emblemat na burcie. To statek Ligi. Wiedzą, gdzie jesteście, kim jesteście i co z 

wami zrobić! Sprawiedliwość przybyła w postaci tego oto młodzieńca, który właśnie ogłosił 

przyłączenie waszej planety do Ligi.

- Zrobiłem to? - sapnął z niedowierzaniem.

background image

- Zamknij się, palancie, i bierz się do roboty.

- Moją robotą jest zabranie ciebie.

- Dostałeś awans. Zabierz im broń - byłem lekko zdesperowany, bo reszta zaczęła 

podnosić spluwy do oka, a znając ich zwyczaje, wiedziałem, że spokojnie zastrzelą Kome, 

byle mnie dostać. - No, Kome, powiedz kumplom, żeby się poddali. Jeśli ktoś tu wystrzeli, to 

wam wszystkim nogi z dupy powyrywam.

Rozmyślał chwilę na swój pokręcony sposób, po czym podjął decyzję:

- Obecność tego statku może być przypadkowa.

- Nie jest - wtrącił się pilot. - Pokażę ci wiadomość, jaką otrzymałem wraz z ogólnym 

alarmem, kierującym wszystkie jednostki ku tej planecie. Szukaliśmy was od jakiegoś czasu. 

Idę po wiadomość.

- Zabijcie ich obu - rozkazał Kome. - Jeśli zełgali, to będzie po problemie, a jeśli nie, 

to i tak nie ma żadnej różnicy. Wszyscy jesteśmy martwi.

- Odsuń się - polecił mu najbliższy. - Albo będę musiał cię zastrzelić.

- Strzelaj - padła spokojna odpowiedź.

- Stać! - wrzasnąłem, pakując gościowi kulę w ramię i wytrącając broń - To nie ma 

sensu!

Myśleli  inaczej. Paru wzięło mnie na cel, gdy pilot doręczył  wiadomość, o której 

wspominał. Nie taką zresztą, jakiej oczekiwali. Nie był na tyle głupi, zwiadowcy rzadko kiedy 

są imbecylami.

Dziobowa wieżyczka artyleryjska obróciła się łagodnie, siejąc pociskami na wszystkie 

strony. Nie tracąc czasu dałem mojemu więźniowi po łbie, żeby grzecznie szedł za mną i 

ruszyłem do śluzy. Wdusiłem przycisk uszczelniania, a Kome okazał oznaki żywotności, o 

które go nie podejrzewałem. Zdrowy kopniak w bok głowy załatwił tę sprawę, rozciągając go 

na śniegu. Normalnie nie lubię takich rzeczy, ale tym razem sprawiło mi to czystą, nieskalaną 

przyjemność.

- Lepiej się połóż. To będzie pięciogeowy start - poinformował mnie pilot.

Był. Dzięki niemu szybko pokonałem ostatnie cale dzielące mnie od podłogi. Gdy 

przestałem widzieć jedynie rozmazane plamy, unosiłem się już w stanie nieważkości.

- Serdeczne dzięki - mruknąłem.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Masz dość natrętnych kumpli.

- Kumpli! Te cymbały wymyśliły całą tę wojnę! A tak na marginesie, jak wam idzie?

- Nadal przegrywamy - warknął - i nic nie możemy na to poradzić.

- Nie opowiadaj bzdur - to tylko pech. Leć do najbliższej stacji z psimenami, mam 

background image

masę zaległej korespondencji. Nie wiesz przypadkiem, czy obcym odbito jeńców?

- Masz na myśli admirałów? Wrócili biedacy. Wiesz, normalnie nikogo nie obchodzi, 

co się przytrafia starszym rangom oficerom, ale tym razem to naprawdę nie było przyjemne.

- Wyleczą ich. Wybacz, że się cieszę, ale moja żona i synowie byli odpowiedzialni za 

tę ucieczkę, a to, co powiedziałeś oznacza, że im się udało.

- Masz niezłą rodzinkę.

- Możesz to powtórzyć?

- Masz niezłą rodzinkę.

- Miło to słyszeć. Wyduś trochę życia z tego mebla. Musimy się pośpieszyć.

Zanim dolecieliśmy do najbliższej stacji, miałem już wszystko rozpisane. Z pewnością 

stać było flotę na wyłączenie ze swojego składu paru jednostek z oddziałami desantowymi, a 

więcej   nie   było   tu   potrzeba,   a   zatem   Kekkonshiki   powinna   być   niedługo   normalnym, 

cywilizowanym światem. Do ogólnego planu dołączyłem jeszcze dokładne instrukcje, gdzie 

znaleźć   Hanasu   i   co   z   nim   zrobić.   Najważniejszą   sprawą   było   spacyfikowanie   planety   i 

osłonięcie   w   ten   sposób   tyłów.   Wojna   była   nadal   do   wygrania.   W   trakcie   drogi 

przestudiowałem   wszystkie   możliwe   raporty,   toteż   gdy   dotarłem   wreszcie   do   Kwatery 

Głównej Korpusu, miałem gotowych parę planów. Wszystkie zresztą zostały wymiecione z 

mojej głowy na widok ukochanej osoby.

- Powietrza... - jęknąłem po nieskończenie długim uścisku. - Miło być w domu.

- Mam coś więcej w zapasie, ale sądzę, że najpierw chciałbyś  trochę przyjrzeć się 

wojnie.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, najdroższa. Miałaś jakieś problemy z admirałami?

- Żadnych, tak pięknie wszystko zamieszałeś, że mogło to służyć za lekcję poglądową 

dla chłopców. Aktualnie są wraz z flotą i usiłują wygrać wojnę. Bałam się o ciebie.

- Miałaś rację, ale to już skończone. Czy nie zabrałaś przypadkiem paru upominków w 

drodze przez ich skarbiec?

- Zostawiłam to bliźniakom. Sporo odziedziczyli po tatusiu. Jestem pewna, że zabrali 

sobie sporo, ale i tak to, co zostało, wystarczy nam na niezależne życie. Jeśli przeżyjemy 

wojnę, oczywiście.

- Co się tam właściwie dzieje?

- Nic dobrego. Co prawda, gdy obcy pozostali sami, okazało się, że są dość głupimi i 

prymitywnymi przeciwnikami. Jednak muszą mieć paru dowódców trochę mniej durnych od 

reszty. Opuścili bazę i rozpoczęli frontalny, zmasowany atak. Poddaliśmy więc tyły i robimy 

to nadal, sprawiając jedynie czasami wrażenie, że stajemy do bitwy. Nie ma co się dziwić. Ich 

background image

przewaga w uzbrojeniu i liczebności wynosi coś koło dziewięciuset do jednego.

- Jak długo to może potrwać?

- Niedługo. Już prawie skończyły nam się przestrzenie międzyplanetarne. Wkrótce 

wejdziemy w pustkę międzygwiezdną, a tam nie ma już gdzie uciekać. Nawet te cymbały 

będą w stanie to przewidzieć. Wszystko, co muszą zrobić, to zostawić połowę swoich sił na 

jej skraju, aby nas nie wpuścić z powrotem i powybierać nasze planety na drodze desantów.

- To nie brzmi zbyt optymistycznie.

- Bo nie jest optymistyczne.

- Nie martw się, słonko. Twój kochany Jim uratuje galaktykę.

- Znowu! To miłe - pocałowała mnie.

- Kazano mi tu przyjść - oznajmił z tyłu znajomy głos - tylko po to, żebym zobaczył, 

jak się całujecie? Jestem zajętym człowiekiem i nie mam...

- Nie tak zajętym, jak wkrótce będziesz, profesorze.

- Co ty znowu wymyśliłeś?

- Wymyśliłem, że zrobisz broń, dzięki której uratujesz nas wszystkich. Twoje imię 

będzie pisane złotem we wszystkich podręcznikach historii. „Coypu, Zbawiciel Galaktyki".

- Zidiociałeś do końca!

- Nie myśl,  że jesteś oryginalny.  Wszyscy geniusze  nazywani  byli  idiotami.  Albo 

jeszcze gorzej. No, ale do pracy: czytałem ściśle tajne raporty, w których było napisane, że 

wierzysz w światy równoległe...

- Cicho, durniu! Nikt nie miał o tym wiedzieć! A zwłaszcza ty!!!

- Przypadek... hm... prawda... -westchnąłem. - Szafa się otworzyła, gdy przechodziłem 

i wypadła twoja teczka. Z tymi światami to prawda?

- Prawda, prawda - westchnął ciężko. - Na ślad naprowadziły mnie twoje eskapady z 

time-helixem, gdy trafiłeś do historii, której nie było.

- Dla mnie była!

- Oczywiście, właśnie ci to powiedziałem. Jeśli istnieje jedna odmienna przeszłość, to 

może ich istnieć nieskończona liczba, to chyba logiczne?

- Oczywiście - zgodziłem się natychmiast. - Poeksperymentowałeś więc?

-   Owszem.  Uzyskałem   dostęp   do   światów   równoległych   i   przeprowadziłem 

obserwacje. Tylko co to ma wspólnego z ocaleniem galaktyki?!

- Jeszcze tylko jedno pytanie i zaraz ci powiem. Jest możliwe przejście do takiego 

świata?

- Pewnie, że jest. Jak inaczej mógłbym poczynić obserwacje? Wysłałem tam robota.

background image

- Jak dużego?

- Miało być jedno pytanie. Z tobą tak zawsze. No dobra; wielkości małego słonia. A w 

ogóle, to wszystko zależy od rozmiarów pola.

- Otóż i mamy odpowiedź.

- Masz dla siebie - oznajmiła Angelina - ale dla mnie ma to niewiele sensu.

- Pomyśl trochę, skarbie. Montujesz to urządzenie na krążowniku, wraz z odpowiednio 

dużymi generatorami, po czym wysyłasz go, aby dołączył do naszej floty i wydajesz obcym 

bitwę. Nasza flota ucieka, krążownik zostaje w tyle, wróg nas goni i włączamy pole.

- I wyślemy te obrzydlistwa wraz z ich armatami do sąsiedniego wszechświata i mamy 

spokój!

- Właśnie coś takiego chciałem powiedzieć - zauważyłem. - Możemy tego dokonać, 

Coypu?

- To możliwe, całkiem możliwe...

- No, prowadź nas do laboratorium i pokaż to urządzenie!

Najnowszy   wynalazek   Coypu   nie   wyglądał   zbyt   okazale;   masa   skrzynek,   kabli   i 

innych takich, porozstawianych po całym pomieszczeniu. Tym niemniej wynalazek istniał był 

realnie.

- Nazwałem to parallelilizer - oświadczył.

- Nie chciałbym powtarzać tego trzy razy szybciej - mruknąłem.

-   Nie   błaznuj,   di   Griz!   To   urządzenie   zmieni   losy   naszego   wszechświata   i 

przynajmniej jednego nie znanego tobie.

- Nie udawaj zgryźliwego - powiedziałem ugodowo. - Bądź tak miły i pokaż nam, jak 

to działa.

Pomrukując coś pod nosem, wziął się do roboty przerzucając przełączniki, stukając w 

zegary   i   wiążąc   jakieś   druty.   Nie   mając   żadnego   konkretnego   zajęcia,   zabrałem   się   za 

całowanie   Angeliny,   czemu   ta   ostatnia   nie   była   przeciwna.   Coypu,   nieświadom   niczego, 

udzielał nam kursu teoretycznego.

- Precyzja jest najważniejsza. Różne światy równoległe są oddzielone od siebie nader 

cienkim tohtonem, jak sobie sami zresztą możecie wyobrazić. Najtrudniejsze jest wybranie 

jednego z nieskończoności, a szczególnie tego nabliższego nam. Oczywiście jest to także 

najprostsze z uwagi na energię, jaka jest potrzebna do tego celu. Dlatego też teraz znajdziemy 

się w najbliższym... O!

Światła przygasły, gdy wdusił ostatni guzik, urządzenie zaczęło melodyjnie buczeć, w 

powietrzu   zaś   można   było   wyczuć   zapach   ozonu.   Puściłem   Angelinę   i   rozejrzałem   się 

background image

wokoło.

- Wiesz, profesorze, z tego co widzę, to nic się nie stało.

- Kretyn! Spójrz przez ten generator pola.

Spojrzałem przez żarzącą się ramę z miedzianego drutu i nadal nic nie widziałem, o 

czym nie omieszkałem go poinformować. Spróbował wyrwać sobie dla dramatycznego efektu 

parę włosów, ale było to zadanie z góry skazane na niepowodzenie, jako że był prawie łysy.

- Spójrz przez pole, a zobaczysz sąsiedni świat.

- Wszystko, co widzę, to to samo laboratorium.

- Debil! To nie jest to laboratorium, tylko tamto, z tamtego świata. Istnieje tam, tak jak 

nasze istnieje tutaj.

- Cudownie - uśmiechnąłem się, nie chcąc go obrazić. - Rozumiem, że wystarczy 

przejść przez ten drut i już tam będę.

-   Przypuszczalnie,   ale   równie   dobrze   możesz   być   trupem.   Jak   dotąd   nie   robiłem 

doświadczeń z żywymi stworzeniami.

- Czy nie czas na nie? - spytała uprzejmie Angelina. - Tylko nie z moim mężem.

Ciągle mrucząc Coypu wyszedł, by wrócić po chwili z białą myszką. Obwiązał ją 

drutem, przywiązał do kija i powoli przesunął przez ekran. Nie stało się dokładnie nic, poza 

tym że mysz wyślizgnęła się z pętli i spadła na podłogę, po czym pozbierała się i zniknęła z 

naszego pola widzenia.

- Gdzie to polazło? - zdumiałem się.

- W świat równoległy.

- Biedactwo, wyglądała na przestraszoną - zauważyła Angelina. - Ale nie wydaje się, 

żeby doznała jakichś obrażeń.

- Trzeba zrobić test, puścić więcej myszy i sprawdzić dokładnie ich...

-  Normalnie, owszem - przerwałem mu wyliczankę - ale mamy wojnę i brak nam 

czasu. Jest jeden sposób, aby mieć całkowitą pewność od razu...

-  Nie!  - Angelina  była  szybsza  w  kojarzeniu  od  profesora, ale   i tak   się spóźniła. 

Albowiem mówiąc to przeszedłem przez ekran.

18

Jedyne, co poczułem, to lekkie mrowienie, choć i ono mogło być wytworem mojej 

wyobraźni. Rozejrzałem się wokoło. Wszystko wyglądało niby tak samo, choć rzecz jasna 

paralleliłizera nie było w pokoju.

-   Jamesie   di   Griz!  Wracaj   natychmiast,   albo   pójdę   po   ciebie!   -   usłyszałem   głos 

Angeliny.

background image

- To przełomowy moment w dziejach nauki i nie zamierzam zmarnować okazji.

Spojrzenie na drugą stronę ekranu spowodowało, że poczułem się osobliwie: ten sam 

pokój i to w dodatku z Angelina i profesorem, tyle że znikający. Od tej strony pole było 

niewidoczne, ale gdy obszedłem je z tyłu, zobaczyłem czarną płaszczyznę unoszącą się w 

powietrzu

Zanim wróciłem, wyjąłem pisak i aby uwiecznić wydarzenie napisałem na ścianie: TU 

BYŁ   STALOWY  SZCZUR.   Niech  ci   tutaj   też   mają   trochę   zajęcia   umysłowego.   W  tym 

momencie drzwi do pokoju zaczęły się otwierać, toteż dałem nura w ekran.

- Bardzo interesujące - oznajmiłem wysuwając się z objęć Angeliny.

Coypu wyłączył maszynę i przyglądał się nam pobłażliwie,

- Jak duży ekran możesz zrobić?

- Teoretycznie nie ma ograniczeń. Może być tak duży, że od razu wyślesz ich całą 

flotę do diabła.

- Właśnie o to mi chodziło. Zabierz się za robotę, ja zaś rozpowszechnię dobre wieści 

w naszych szeregach.

Zebranie   wszystkich   wodzów   Indian   do   kupy   nie   było   proste,   gdyż   byli   zajęci 

przegrywaniem   wojny   (i   to   na   dużą   skalę).   W   końcu   zaprzęgnąłem   do   tego   Inskippa,   a 

ponieważ   używali   naszej   bazy   jako   Kwatery   Głównej,   trudno   im   było   nie   przybyć. 

Oczekiwałem ich w odświętnym mundurze z baretkami na piersiach. Pomamrotali do siebie, 

zapalili  potężne cygara  i gapili się na mnie.  Gdy wszyscy usiedli, zastukałem w stół, by 

zyskać ich uwagę.

- Panowie, aktualnie przegrywamy wojnę - oznajmiłem -

- Nie przyszliśmy tu po to, żebyś był łaskaw nam o tym powiedzieć - warknął Inskipp. 

- O co chodzi, di Griz?

- Zebrałem was tu, aby oznajmić, że koniec wojny jest bliski. Wygramy ją! - to w 

końcu zwróciło ich uwagę;. Wszyscy jak jeden mąż wybałuszyli na mnie oczy. - Zostanie to 

dokonane   za   pomocą   urządzenia   zwanego   parallelilizerem,   które   pośle   flotę   obcych   do 

równoległego wszechświata.

- O czym mówi ten szaleniec? - zdumiał się jeden z admirałów.

- Mówię o pomyśle tak nowym, że mój umysł z trudem go rozumie i nie oczekuję, że 

wasze zwapniałe szczątki szarych komórek byłyby w stanie to zrobić, ale zawsze możecie 

próbować - odpowiedzią był wściekły pomruk. - Teoria jest taka: możemy podróżować w 

przeszłość, ale nile możemy jej zmieniać. Jednakże takie zmiany zostały poczynione, a nie 

odczuliśmy   ich   w   naszej   teraźniejszości.   Wniosek   jest   prosty:   zmieniliśmy   nie   naszą 

background image

przeszłość,   tylko   przeszłość   jakiegoś   innego   świata,   zbliżonego   do   naszego.   Wynalazek 

profesora Coypu pozwala nam przechodzić do tych równoległych wszechświatów. Mając wy-

starczająco   duży   ekran   możemy   wysłać   całą   nieprzyjacielską   flotę   w   inny   wymiar.   Są 

pytania?

Było dużo. Po półgodzinie wyjaśniania zdołałem ich przekonać, że po pierwsze nie 

jestem idiotą, po drugie to, co mówię, jest wykonalne. Morale zebranych wyraźnie uległo 

poprawie. Gdy Inskipp przemówił, jasne było, że mówi w imieniu ich wszystkich:

- Możemy to zrobić! Skończyć tę wojnę i posłać ich do innego świata!

- Całkiem słusznie - zgodziłem się.

- TO JEST ZABRONIONE - rozległ się głęboki głos promieniujący najwyraźniej z 

pustego powietrza nad stołem.

Przynajmniej jeden z obecnych złapał się za pierś. Czy to ze względów religijnych, 

czy też z uwagi na awarię stymulatora.

Z Inskippem nie poszło tak łatwo:

- Kto to powiedział? Który dowcipniś ma projektor głosu?

Rozległy   się   głośne   zapewnienia   o   niewinności   i   okrzyki   oburzenia.   Zapanowało 

zamieszanie i ogólne szukanie projektora. Uspokoiło się, gdy głos przemówił ponownie.

- Jest to zabronione, gdyż jest to niemoralne. Powiedzieliśmy.

- Kto powiedział? - syknął Inskipp.

-   My.   Korpus   Moralności   -   tym   razem   głos   doszedł   od   drzwi,   co   było   kolejnym 

zaskoczeniem.

Po kolei głowy zgromadzonych  odwracały się w tym  kierunku, tak że wchodzący 

skupił na sobie całą uwagę. Trzeba przyznać, że robił wrażenie: wysoki, z długimi białymi 

włosami i takąż brodą, ubrany w powłóczystą białą szatę. Inskipp jednak nie zwrócił na to 

większej uwagi.

- Jesteś aresztowany. Nigdy nie słyszałem o jakimś tam Korpusie Moralności.

- Oczywiście, że nie - odparł spokojnie nowo przybyły. - Jesteśmy zbyt utajnieni, byś 

mógł cokolwiek o nas wiedzieć.

- Utajnienie - warknął Inskipp. - Mój Korpus Specjalny jest tak tajny, że większość 

ludzi sądzi, że to tylko plotki.

- Wiem. To żadna tajność. Mój Korpus Moralności jest tak tajny, że nie ma o nim 

nawet plotek.

Inskipp   zaczynał   czerwienieć   i   najwyraźniej   brakowało   mu   powietrza.   Szybko 

stanąłem między nimi, zanim zdołał wybuchnąć.

background image

- Interesujące, ale chcielibyśmy jakiegoś dowodu, no nie?

- Proszę - nawet nie drgnęła mu powieka. - Jaki jest wasz najtajniejszy kod?

- Może mam ci powiedzieć?

- Oczywiście, że nie. Ja ci powiem. Szyfr Yasarnap, zgadza się?

- Niewykluczone - przyznałem.

- Jim, idź do komputera i podaj w tym kodzie następujące polecenie: wszystkie dane o 

Korpusie Moralności.

- Ja to zrobię - sapnął Inskipp. - Agent di Griz nie jest wtajemniczony.

Wszyscy mu się przyglądali, gdy uruchamiał komputer, (a ja przez grzeczność nie 

protestowałem). Wyjął z kieszeni taśmę z szyfrem, podłączył ją i wypisał polecenie.

- Kto pyta? - zachrypiał głośnik.

- Ja, Inskipp, szef Korpusu Specjalnego.

-   Korpus   Moralności   jest   tajną   siłą   Ligi   o   bezwzględnym   pierwszeństwie.   Jego 

rozkazy muszą być wykonywane natychmiast. Aktualnie jego szefem jest Jay Hovah.

- Jestem Jay Hovah - oznajmił nowo przybyły. - I powtarzam: zakazane jest wysyłanie 

najeźdźców do innego wszechświata.

-   Dlaczego?   -   spytałem.   -   Nie   masz   nic   przeciwko   temu,   żeby   ich   powystrzelać, 

powywieszać, zgwałcić, jeśli komuś z nas przyjdzie ochota, nie?

- Walka w obronie własnej nie jest niemoralna. To jest obrona czyjegoś domu, bliskich 

i samych obrońców.

- Skoro nie masz  nic przeciwko temu,  aby do nich strzelać,  to co ci przeszkadza 

wysłanie ich gdzie indziej? Nie będzie ich to bolało nawet w połowie tak jak przy strzelaniu.

- Ich w ogóle nie będzie bolało, ale wysyłając tę gigantyczną flotę wojenną do świata, 

w którym dotąd nie istniała, stajesz się odpowiedzialny za wszystkich ludzi, którzy mieszkają 

tam   i...   zginą.   Trzeba   znaleźć   sposób,   aby   wyeliminować   obcych,   nie   skazując   nikogo 

niepotrzebnie na uśmiercenie.

- Nie zatrzymasz nas - zapomniał się któryś z admirałów.

-   Mogę   to   zrobić.   Powiedziane   jest   w   Konstytucji   Ligi   Zjednoczonych   Planet,   że 

żadne   niemoralne   akcje   nie   będą   podejmowane   przez   planety   członkowskie.   W   aneksie 

podpisanym   przez   członków   założycieli   Ligi   znajdziecie   decyzję   powołania   Korpusu 

Moralności, do którego zadań należy ustalenie, co jest, a co nie jest moralne. Jesteśmy w tej 

kwestii zgodni i jeśli mówimy „nie", to musicie znaleźć sobie inny plan.

Podczas   tej   przerwy   w   mojej   głowie   kręciły   się   wszystkie   możliwe   kółka   i   gdy 

skończył, miałem już wygrywający numer.

background image

- Skończ z pierdołami - oznajmiłem, po czym wrzasnąłem to samo jeszcze raz i w 

końcu zostałem usłyszany. - Mamy nowy plan. Powiadasz, że niemoralne jest posłanie ich do 

równoległego wszechświata, w którym mogliby zabijać ludzi, tak?

- Zbrutalizowane, ale masz rację.

- A wiec, nie powinno cię obchodzić wysłanie ich do równoległego świata, w którym 

nie ma ludzi, prawda?

Szczęka mu opadła, zamknął ją z trzaskiem, po czym powtórzył parę razy ten zabieg i 

zmarszczył się. Uśmiechnąłem się szeroko i zapaliłem cygaro. Admirałowie - niezbyt lotni 

umysłowo - inaczej nie wstąpiliby do wojska, zaczęli mamrotać między sobą.

- Muszę przeprowadzić konsultację - oznajmił w końcu.

- Proszę uprzejmie, tylko się pośpiesz.

Posłał mi krzywe spojrzenie, ale wyciągnął z kieszeni jakieś złote pudełko i poszeptał 

z nim trochę, by po chwili skinąć głową.

-   Nie   jest   niemoralne   przesłanie   obcych   do   świata,   w   którym   nie   ma   ludzi. 

Powiedziałem.

- Co tu się dzieje? - spytał jeden z ogłupiałych oficerów.

-   Proste:   są   miliardy,   a   prawdopodobnie   nieskończoność   światów   równoległych   - 

oświeciłem  go. - Pomiędzy nimi  muszą  istnieć  takie, w których  homo  sapiens  nigdy nie 

istniał.   Może   nawet   istnieć   taki,   w   którym   żyją   wyłącznie   obcy,   gdzie   powitają   naszych 

wrogów z otwartymi ramionami, czy jak to się tam u nich anatomicznie nazywa.

- Właśnie zgłosiłeś się na ochotnika, żeby któryś znaleźć - zarządził Inskipp. - Ruszaj 

się, di Griz, i znajdź coś porządnego.

- Nie pojedzie sam - wtrącił się Jay Hovah. - Obserwujemy tego agenta od dawna, 

gdyż jest on najniemoralniejszym osobnikiem w całym Korpusie Specjalnym.

- Nader miło mi to słyszeć - stwierdziłem z dumą.

- Dlatego też jego słowo nie jest dla nas dowodem. W poszukiwaniach będzie mu 

towarzyszył jeden z naszych agentów.

-   Dobra,   tylko   nie   zapominaj,   że   jest   wojna   i   nie   chcę,   żeby   któryś   z   twoich 

płaczliwych i mruczących hymny maminsynków wisiał mi na plecach.

Jay znowu poszeptał z pudełkiem.

Nie odezwałem się, gdy agent wszedł. Jeśli brać długość koszuli za oznakę stażu, to 

miał niewielki, a raczej miała. Jej okrycie ukazywało nader interesujące krągłości, które w 

połączeniu ze złocistymi lokami i błyszczącymi oczami stanowiło bardzo atrakcyjną całość.

- To agent Incuba, która będzie ci towarzyszyć - oznajmił Jay.

background image

- Cóż, wycofuję zastrzeżenia. Wygląda na zdolnego oficera.

- Naprawdę? - rozległo się nad stołem, tyle że tym razem głos był żeński i doskonale 

mi znany. - Jeśli sadzisz, że będziesz się szlajał po świecie z tą małpą, Jamesie di Griz, to się 

grubo mylisz. Lepiej zamów trzy bilety!

19

- I to ma być tajna narada? - zawył Inskipp. - Twoja żona jest na podsłuchu, Jamesie di 

Griz!!!

-   Wygląda,   jakby   była   -   zgodziłem   się.   -   Proponowałbym,   żebyś   sprawdził 

zabezpieczenia, ale będziesz musiał zrobić to osobiście, bo jak wiesz, ja mam trochę roboty 

gdzie indziej. Wkrótce otrzymacie mój raport, panowie.

Wyszedłem, mając o parę kroków z tyłu Incubę. Angelina czekała na nas w korytarzu 

z płonącymi oczami i postawą wyrażającą gotowość na wszystko. Ledwie na mnie spojrzała, 

koncentrując się na Incubie.

-   Zamierzasz   latać   w   tej   nocnej   koszuli   cały   czas?   -   spytała   z   ciepłem   w   głosie 

zbliżonym do zera absolutnego.

Zapytana przyjrzała się jej z kamiennym wyrazem twarzy, po czym nozdrza jej się 

lekko rozszerzyły, jakby doleciał ją nader niemiły odór.

-   Prawdopodobnie   nie,   ale   cokolwiek   bym   włożyła,   będzie   to   z   pewnością 

ponętniejsze od tego, co ty masz na sobie.

Zanim   nastąpiła   eskalacja   wrogości,   wypuściłem   granat   dymny.   Był   to   skuteczny 

sposób, aby zwrócić na siebie ich uwagę.

-   Mamy   pół   godziny   na   przygotowanie   -   powiedziałem   szybko.   -   Jestem   w 

laboratorium z profesorem Coypu. Jeśli któraś nie przyjdzie na czas, lecimy bez niej.

Angelina była gotowa od razu; wczepiła się w moje ramię i posykiwała mi do ucha:

- Jedna próba, jedno spojrzenie czy dotknięcie i jesteś trupem, stary świntuchu - po 

czym, dla dodania wagi swojej wypowiedzi, ugryzła mnie w ucho.

-   A   co   z   zasadą   „niewinny   do   czasu   udowodnienia   winy"?   -   jęknąłem   masując 

małżowinę. - Kocham tylko ciebie i wiesz o tym. A teraz skończmy te nonsensy i złapmy 

Coypu.

Nie było to takie trudne.

-   Masz   tylko   jedną   możliwość   -   poinformował   mnie,   gdy   wprowadziłem   go   w 

zagadnienie.

- Że co? Mówiłeś o nieskończonej liczbie światów!

- Owszem, tyle  ich jest, ale dla czegoś tak dużego jak pancernik, istnieje możliwość 

background image

przejścia tylko do sześciu. Energia wymagana do przejścia do innych umożliwia otwarcie 

ekranu o średnicy dwóch jardów. Przez taką dziurę niewielu obcych tam wypchniesz.

- No to już zawsze jest coś. Dlaczego powiedziałeś, że tylko jeden?

- Bo w pozostałych pięciu to laboratorium istnieje i miałem okazję obserwować w nim 

siebie i innych. W szóstym ekran wychodzi w kosmos.

- Ten więc musimy sprawdzić - rozległ się z tyłu złocisty głos; Incubę weszła do 

laboratorium.

Ubrana była w obcisły kombinezon, którego wolałem dokładnie nie oglądać, jako że 

Angelina była tuż za mną.

Odwróciłem   się   do   Coypu   i   zawiesiłem   wzrok   na   profesorze.   Było   to   mniej 

przyjemne, ale bezpieczniejsze.

- Musimy więc spróbować szóstego - oświadczyłem.

- Tak też sądziłem. Na zewnątrz mam gotowy ekran o średnicy stu jardów. Sądzę, że 

zwiadowca powinien się zmieścić.

- Wspaniale. Klasa Lancer ma nawet mniejszą średnicę.

Wszystkie sprawdziany gotowości robiłem mając Angelinę u swego boku. Incuba jak 

dotąd nie pojawiła się w sterowni, co znacznie ułatwiało życie.

- Lećcie kursem cztery sześć - oznajmił głos Coypu w słuchawkach. - Zobaczycie 

pierścień   latarń:   to   jest   brama.   Proponuję   też,   żebyście   dokładnie   oznaczyli   pozycję   po 

przejściu, najlepiej zostawcie tam nadajnik.

- Serdeczne dzięki za radę. Może kiedyś będziemy chcieli wrócić.

Przejście odbyło się bez problemów. Z tej strony pole wyglądało jak czarne koło na tle 

mroków kosmosu.

- Pozycja zanotowana, nadajnik na miejscu - zameldowała Angelina.

- Jesteś wspaniała. Jakieś pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, jeśli wierzyć tej skrzynce - 

wskazałem na komputer - jest miłe małe słoneczko klasy G-2, a radio twierdzi, że pół wieku 

temu jego okolice były bardzo rozmowne.

- No to na  co czekamy?  I jeszcze raz cię ostrzegam: trzymaj się z daleka od tego 

umoralnionego kurczaka!

- Nie ma obaw! Jestem zbyt zajęty ponownym ocaleniem galaktyki!!!

20

Incuba dołączyła do nas, gdy wyszliśmy z nadprzestrzeni.

- Zdaje mi się, że są tu dwie zamieszkane planety? - spytała.

- Tak twierdzi ten elektroniczny oszust. Sprawdzimy najbliższą.

background image

Zbliżyliśmy się do niej bez straty czasu i weszliśmy w atmosferę. Błękitne niebo, białe 

obłoczki,   jednym   słowem   całkiem   przyjemne   miejsce.   Radio   wyło   jakimiś   kretyńskimi 

melodyjkami i przypadkowym zlepkiem dźwięków nie znanego mi i całkiem niezrozumiałego 

języka. Powierzchnia planety zaś zbliżała się coraz bardziej.

- Domy - oznajmiła nieszczęśliwa Angelina. - I pola. Zupełnie jak w domu.

- Niezupełnie - skorygowałem jej stwierdzenie, zmieniając powiększenie.

- Ślicznie! - westchnęła. I miała rację.

Coś   o   paru   tuzinach   odnóży   ciągnęło   pług,   którym   kierował   mniej   okazały,   lecz 

równie odrażający stwór. Oba mogłyby uścisnąć macki z naszymi wrogami.

- Obcy wszechświat! - ucieszyłem  się. - Mogą tu przylecieć. Będą ich oczekiwać 

kumple i szczęśliwa przyszłość. Wracamy z dobrymi nowinami.

- Sprawdźmy tę drugą planetę - wtrąciła się Incuba. - Z tego co wiemy, mogą tu żyć 

także ludzie.

Angelina spojrzała na nią jak na karalucha, a ja westchnąłem:

- Pewnie, tylko żebyś tego nie powiedziała w złą godzinę.

Wykrakała. Następna planeta zamieszkana była przez najbardziej człekopodobnych 

ludzi, jakich widziałem.

- Może są obcy wewnętrznie? - zaryzykowałem nieśmiało.

- Możemy paru rozpruć i sprawdzić - oświadczyła poważnie Angelina.

-   Rozpruwanie   obcych   stworzeń,   tak   ludzkich   jak   i   jakichkolwiek   innych,   jest 

zakazane   przez   Korpus   Moralności...   -   resztę   jej   wypowiedzi   przerwała   nagła   aktywność 

radia,   warczącego   coś   niezbyt   zrozumiale.   Jednocześnie   cała   masa   czujników   rozbłysła 

radośnie. Podszedłem do ekranu i natychmiast się cofnąłem.

- Mamy towarzystwo! - oznajmiłem. - Zrywamy się?

- Nie robiłabym niczego w pośpiechu - oświadczyła z namysłem Angelina.

Miała   sporo   racji,   gdyż   w   naszym   pobliżu   znajdował   się   niezbyt   przyjemnie 

wyglądający okręt wojenny czarnej barwy z działami raczej nieprzypadkowo skierowanymi w 

nasza stronę.

- Myślę, że trzeba z nimi pogadać - oznajmiłem wstając. - Pilnujcie gospodarstwa, 

dopóki nie wrócę.

- Idę z tobą - oświadczyła Angelina stanowczo.

- Nie tym razem, światło mego żywota. I jest to rozkaz. Jeśli nie wrócę, to postaraj się 

przekazać nasze spostrzeżenia.

Tym treściwym zdaniem zakończyłem dyskusję, wymykajać się do śluzy i wylatując 

background image

w przestrzeń. W kadłubie okrętu otworzył się właz, toteż skierowałem się ku niemu. Nastrój 

poprawił mi się na widok komitetu powitalnego złożonego w całości z ludzi: dość twardych, 

sądząc po gębach, typów wystrojonych w czarne uniformy.

- Kny piclin stimfbc! - wrzasnął do mnie ten z największą liczbą złotych odznak.

- Pewien jestem, że to wspaniały język, ale ni cholery go nie rozumiem - odparłem 

uprzejmie.

Posłuchał, po czym warknął coś i jeden z obstawy kopnął się do wnętrza, wracając po 

chwili   z   metalową   skrzynką   połączoną   drutami   z   nieprzyjemnie   wyglądającym   hełmem. 

Odsunąłem się od tego, ale jeszcze mniej przyjemnie wyglądająca broń zatrzymała mnie na 

miejscu lekkim puknięciem w żebra. Wsadzili mi ten garnek na głowę, pokręcili coś przy 

pudełku i ozdobiony złotem osobnik zagadał powtórnie:

- Rozumiesz mnie w końcu, natręcie?!

- I owszem, a poza tym nie ma najmniejszej potrzeby mnie obrażać. Przebyłem daleką 

drogę i nie mam ochoty wysłuchiwać obelg od byle pajaca.

Wyszczerzyłem zęby, tak że zacząłem się obawiać o swoje gardło. Reszta obecnych 

zaś zawrzała z oburzenia.

- Wiesz, kim jestem!? - ryknął.

- Nie, i nic mnie to nie obchodzi, bo ty też nie wiesz, kim ja jestem. Masz zaszczyt 

spotkać pierwszego ambasadora z sąsiedniego wszechświata. Możesz mi uścisnąć dłoń.

- On mówi prawdę - oświadczył jeden z pozostałych, obserwując jakiś instrument.

- Cóż, to zmienia postać rzeczy - oficer uspokoił się dość wyraźnie. - Nie możesz znać 

przepisów kwarantanny. Nazywam się Kongg. Chodź na drinka i powiedz mi, co tu robisz.

Alkohol   był   niezły,   a   całe   audytorium   zafascynowane   moją   opowieścią.   Zanim 

skończyłem, posłali kuter po damy, tak że reszta opowieści popłynęła już w pełnym gronie.

- Powodzenia - oświadczył Kongg unosząc kielich. - Nie zazdroszczę ci zajęcia. Jak 

widzisz, nasz problem z obcymi rozwiązaliśmy i ostatnią rzeczą, jakiej nam potrzeba, to nowa 

inwazja. Nasza wojna skończyła się jakieś tysiąc lat temu. Roznieśliśmy ich pancerniki, a 

teraz pilnujemy, żeby trzymali się swoich planet. Są gotowi rzucić się nam do gardeł przy 

lada okazji, dlatego też wykonujemy od czasu do czasu takie patrole jak ten.

- Musimy wrócić i zameldować, że niemoralnie byłoby wysyłać tu obcych - oznajmiła 

Incuba.

- Możemy wam pożyczyć parę pancerników, ale niewiele ich zostało.

- Zamelduję o twojej propozycji i dzięki, ale obawiam się, że potrzebujemy czegoś 

bardziej drastycznego. Dzięki za gościnę, musimy już lecieć. Mamy niewiele czasu.

background image

- Mam nadzieję, że im dołożycie. Potrafią być bardzo kłopotliwi.

Na statek wróciliśmy w nie najlepszych nastrojach i wzięliśmy kurs na pole. Tutejszy 

alkohol   musiał   mieć   dość   dziwne   właściwości   albo   też   moje   szare   komórki   robiły 

nadgodziny. W każdym razie wpadłem na dość ciekawą myśl.

- Mam! -wrzasnąłem z radością. -Mam odpowiedź na nasze problemy!

Wpadliśmy do naszego świata i zacumowaliśmy przy najbliższej  śluzie. Ruszyłem 

biegiem z dziewczętami depczącymi mi po piętach i akurat w chwili, gdy całe towarzystwo 

zebrało się już w komplecie wezwane sygnałem alarmowym, znalazłem się w sali obrad.

- Możemy ich tam wysłać? - spytał Inskipp.

- Nie da rady. Mają tam własne kłopoty.

- To co zrobimy? - jęknął jeden z admirałów.

- Wyślemy ich gdzie indziej - odparłem. - Coypu twierdzi, że to możliwe i pracuje 

właśnie nad projektem.

- Gdzie? - Inskipp domagał się wyjaśnień.

- Używaliśmy już podróży w czasie. Wyślemy ich tam.

- W przeszłość?

- Nie, czekaliby na nas i ledwie byśmy powstali, zniszczyliby nas. Wyślemy ich w 

przyszłość.

- Zdurniałeś, di Griz? Co to da?

- Słuchaj, wyślemy ich sto lat w przyszłość, a gdy będą w drodze, zapędzimy najlepsze 

umysły   galaktyki,   aby   znalazły   na   nich   sposób.   Sto   lat   powinno   wystarczyć,   żeby   coś 

wymyślić, a za sto lat będziemy na nich czekać. Gdy się pojawią, dostaną to, na co zasługują, 

i po sprawie.

- Cudownie - ucieszyła się Angelina. - Mój mąż to geniusz. Zabieramy się do roboty.

- TO ZABRONIONE - oznajmił głęboki głos znad stołu.

21

Absolutna   cisza,   która   nastąpiła   po   tym   zaskakującym   oświadczeniu   trwała   parę 

sekund, po czym została drastycznie przerwana przez Inskippa: mój szef wyciągnął spluwę i 

zaczął dziurawić sufit.

-  Tajne zebranie!  Najwyższe  bezpieczeństwo!  Dlaczego   nie  transmitujemy  tego  w 

telewizji? - Miał pianę na ustach.

Wszelkie   wysiłki   pragnących   go   uspokoić   podstarzałych   admirałów,   spełzły   na 

niczym. Przewróciłem więc na niego stół, a to celem rozbrojenia. Przy okazji lekko oberwał, 

toteż w końcu opadł na krzesło z dość tępym wyrazem twarzy.

background image

- Kto to powiedział?! - wrzasnąłem.

- Ja - przy akompaniamencie  głośnego puknięcia ponad stołem pojawiła się jakaś 

męska postać. Facet opadł na blat, po czym zeskoczył zręcznie na podłogę.

- Zaiste, jako rzekłem, czcigodni waszmościowie. Ja, Ga Binetto.

Był   dość   oryginalny,   trzeba   przyznać:   w   obszernym   jedwabnym   stroju,   wysokich 

butach   i   olbrzymim   kapeluszu   z   jeszcze   większym   piórem.   Prawą   dłoń   oparł   na   gardzie 

szpady, lewą dłonią podkręcał wąsy.

Ponieważ Inskipp był na etapie pomrukiwania do siebie, honory gospodarza spadły na 

mnie.

- Nie interesuje nas, jak... Jak się nazywasz?

- Moje imię brzmi Ga Binetto.

- Co cię upoważnia do włażenia z butami na tajną naradę?

- Nie ma sekretów przed Policją Czasu.

- Policja Czasu? - to było coś nowego. - Z przeszłości? Ten wniosek zaskoczył mnie 

samego.

- Ależ skąd! Dlaczegóż to wpadliście na ów pomysł?

- Dlategóż to, że ten język wyszedł z mody trzydzieści dwa tysiące lat temu.

Posłał mi niezbyt życzliwe spojrzenie i pomajstrował coś przy rękojeści szpady.

- Nie bądź taki ważny - warknął. - Spróbuj skakać w tę i nazad po różnych epokach, 

ucząc się kretyńskich dialektów, to nie będzie ci się wydawało...

- Możemy wrócić do tego tematu innym razem przerwałem mu. - Jesteś Gliniarzem 

Czasu. Nie z przeszłości, to znaczy, że z przyszłości. Zgadza się? Skiń głową, jeśli nie wolno 

ci mówić. - Usłuchał. - Wspaniale. Powiedz nam więc, dlaczego nie możemy wysłać obcych 

te marne sto lat naprzód?

- Dlatego, że jest to zakazane.

- Już to mówiłeś, podaj jakieś sensowne powody.

- Nie muszę - odparł nieuprzejmie. - Mogliśmy tu wysłać małą bombkę zamiast mnie, 

więc proszę się nie stawiać.

-   On   ma   rację   -  wtrącił   jeden   z   admirałów.   -  Witamy   w   naszych   czasach,   zacny 

podróżniku. Jeśli byłbyś tak uprzejmy, to powiedz, co mamy robić?

- Tak już lepiej. Szacunek tam gdzie się należy. Wszystko, co powinniście wiedzieć to 

to, że robotą Policji Czasu jest pilnowanie porządku w tymże  czasie. Pilnujemy,  aby nie 

zdarzały się paradoksy i inne nadużycia podróży w czasie, takie jak wasz plan. Coś takiego 

najprawdopodobniej naruszyłoby strukturę czasu. Dlatego jest zakazane.

background image

Odpowiedzią była pełna przygnębienia cisza. Ja tymczasem myślałem gorączkowo.

- Powiedz mi, Ga Binetto - spytałem w końcu - jesteś człowiekiem czy obcym w 

przebraniu?

- Jestem takim samym  człowiekiem jak ty - odparł zdenerwowany.  - Może nawet 

lepszym.

- Ślicznie. Skoro jesteś człowiekiem z przyszłości, to znaczy, że obcym nie udało się 

zniszczyć ludzkości. Zgadza się?

- Zgadza się.

- To jak wygraliśmy tę wojnę?

- Wygraliśmy dzięki... - przerwał i spąsowiał. - Ta informacja jest zastrzeżona. Sam 

sobie odpowiedz na to pytanie.

- Nie opowiadaj pierdoł - warknął Inskipp, odzyskawszy najwyraźniej dar mowy. - 

Uniemożliwiłeś   nam   realizację   jedynego   planu,   mogącego   uratować   ludzkość.   Zgoda, 

zaniechamy go, jeżeli nam powiesz, co innego możemy zrobić.

- Nie wolno mi tego powiedzieć.

- Nie możesz chociaż naprowadzić nas na trop? - zaproponowałem.

Pomyślał przez chwilę i uśmiechnął się. Ten uśmieszek wcale, ale to wcale mi się nie 

podobał.

- Rozwiązanie powinno być oczywiste dla kogoś o twojej inteligencji, di Griz. Mieści 

się w całości w umyśle - podskoczył, strzelił obcasami i zniknął.

- Co on chciał przez to powiedzieć? - Inskipp aż się zmarszczył z wysiłku.

Właśnie, co? Powiedział to do mnie i ja powinienem to wiedzieć. Początek był po to, 

aby mnie ogłupić, ale to „w całości w umyśle"... Moim? Czyim? Jaki to pomysł, na który 

dotąd nie wpadliśmy? Nie miałem bladego pojęcia.

Incuba  wpatrywała  się tępo w  przestrzeń,  bez  wątpienia  rozważała  jakieś  głęboko 

moralne zagadnienie. Natomiast Angelina uśmiechnęła się nagle. Gdy zobaczyła, że na nią 

patrzę,   uśmiech   stał   się   momentalnie   szerszy,   po   czym   mrugnęła.   Uniosłem   brwi,   a   ona 

skinęła leciutko głową. Jeśli właściwie zrozumiałem tę niemą konwersację, to najwyraźniej 

znalazła rozwiązanie. Skoro tak, to nie musiałem się wysilać. I tak wszystko zostawało w 

rodzinie.

- Skoro wiesz, to powiedz - nachyliłem się ku niej. - Nie czas teraz na zabawy.

- Dorastasz jak widzę - mruknęła, po czym podniosła głos: - Panowie, odpowiedź jest 

oczywista.

- Nie dla mnie - warknął Inskipp.

background image

- „W całości w umyśle", powiedział, a to po prostu oznacza kontrolę umysłu.

- Szarzy! - wrzasnąłem.

- Nadal nie... - zaczął Inskipp.

- Bo masz przed oczami fizyczną bitwę - poinformowałem go. - To, co powiedział ten 

przebieraniec, faktycznie oznacza całkowite zakończenie wojny.

- Jak?

- Poprzez zmuszenie ich do zmiany zapatrywań. Przez nauczenie ich, że ludzi należy 

kochać   i   że   trzeba   zakończyć   tę   bezsensowną   rąbaninę.   Zapewniam   cię,   że   specjaliści   z 

Kekkonshiki są w stanie przekonać cię, że mnie kochasz, uwierzysz w to i gotów będziesz 

założyć się o głowę, że sam na to wpadłeś, i jest to sama święta prawda. Powiedzieli mi, że w 

ten   właśnie   sposób   wywołali   tę   wojnę.   Niech   ją   teraz   zakończą.   Piąta   kolumna   zadziała 

wreszcie we właściwy sposób.

- Jak niby mają to zrobić? - zaciekawił się któryś z obecnych.

- Detale potem - i tak nie miałem o tym zielonego pojęcia. - Potrzebny mi krążownik z 

pełną obsadą i wzmocnionym oddziałem abordażowym. Lecę przygotować zwycięstwo.

- Nie jestem tego taka pewna - odezwała się Incuba. - Manipulacja ludzkim umysłem 

jest poważnym zagadnieniem i ma rozliczne aspekty moralne...

Ciągu dalszego nie było, gdyż osunęła się miękko na podłogę.

- Zemdlała, biedactwo - oznajmiła Angelina. - Te wszystkie stresy... Zabiorę ją do 

pokoju.

Zemdlała! Widziałem już przedtem moją ślubną w akcji, i znałem jej możliwości. 

Zemdlała zresztą czy nie, głupio byłoby tracić uzyskany w ten sposób czas.

- Krążownik do śluzy i to natychmiast! - zarządziłem.

- Zgadza się - potwierdził Inskipp, równie jak ja świadomy, co się wydarzyło i równie 

mocno pragnący wykorzystać niedyspozycję obserwatora Korpusu Moralności.

Podróż   była   tyle   błyskawiczna,   co   cicha.   Na   wszelki   wypadek   zarządziłem   ciszę 

radiową i wysłałem psimana na urlop. Dzięki temu osiągnęliśmy lodowy świat bez przeszkód.

Teraz nadszedł czas aktywności.

- Przerwać ciszę radiową i złapać oddział desantowy - zarządziłem.

- Są na linii, tyle że nie wylądowali.

- Co tu się porobiło?

- Dowódca na łączu, sir.

Na   ekranie   pojawił   się   oficer   z   obandażowaną   głową;   na   widok   wszystkich   tych 

świecidełek, które miałem na sobie, stanął momentalnie na baczność.

background image

- Oni uparli się, żeby walczyć - zameldował. - Dostałem rozkaz: „uporządkować tę 

planetę", a nie „wystrzelać tubylców", toteż wycofałem się po zniszczeniu ich floty.

- Wiedzą, że nie mogą wygrać!

- Pan to wie i ja to wiem. Proszę tylko jeszcze powiedzieć to tym durniom.

Powinienem był się tego spodziewać! Ta banda cymbałów wybrała śmierć zamiast 

poddania się. Niewykluczone zresztą, że nawet nie znali tego pojęcia. Była tylko jedna osoba 

tam w dole, o ile jeszcze żyła rzecz jasna, która mogła coś w tej kwestii zaradzić.

- Proszę pozostać na orbicie i czekać na rozkazy. Usłyszycie je, gdy przyjdzie pora na 

desant.

Wydałem   odpowiednie   polecenia   i   zabrałem   potencjalnie   przydatne   wyposażenie. 

Wbity w kombinezon ruszyłem w dół. Grawitator opuścił mnie łagodnie na znajomy dach. 

Było tu jak zwykle zimno i nieprzyjemnie, ale pocieszała mnie myśl, że po raz ostatni mam 

wątpliwą przyjemność oglądania tego świata.

W   zasadzie   powinienem   wylądować   na   podwórzu   z   plutonem   wsparcia   i   baterią 

ciężkiej   artylerii,   ale   stwierdziłem,   że   cichy   kontakt   za   Hanasu   będzie   korzystniejszy. 

Ponieważ   było   już   porządnie   ciemno,   nie   powinno   być   z   tym   większych   problemów. 

Otworzyłem   drzwi   i   po   wielu   trudach   udało   mi   się   przez   nie   przecisnąć   wraz   z 

kombinezonem. Ruszyłem potem znajomą trasą z mocnym przekonaniem, że to faktycznie 

ostatni raz.

-   Jesteś   nieprzyjacielem   i   musisz   zginąć   -   oznajmił   mi   bezbarwnym   głosem   jakiś 

malec rzucając się energicznie w moją stronę.

Odskoczyłem, a on wykopyrtnał się, zmieniając się w doskonały cel. Igła wbiła się w 

pewną wypukłość poniżej pleców i już było po sprawie. Wziąłem go pod pachę i ruszyłem 

dalej tak cicho, jak tylko umiałem.

Gdy   dotarłem   do   drzwi   gabinetu   Hanasu,   miałem   czterech   pasażerów   na   gapę   i 

zaczynałem się obawiać, czy nie skończy się to przepukliną.

Gospodarz podniósł głowę znad biurka i tym razem prawie udało mu się uśmiechnąć.

- Wszystko odbyło się tak, jak planowałeś"- powiedział. - Wiadomość dotarła do celu i 

udało ci się uciec.

- Owszem, a teraz wróciłem, razem z paroma malcami, którzy niezbyt się ucieszyli na 

mój widok.

- Słuchali komunikatów Kome i nie bardzo wiedzą, komu wierzyć. Są wytrąceni z 

równowagi.

- Chwilowo są uspokojeni, czekaj, niech ich wreszcie gdzieś poukładam.

background image

- Użyję axion feeds. Nie będą nic pamiętać.

-   Nie   tym   razem.   Będą   spali   wystarczająco   długo,   żeby   nam   nie   przeszkadzać. 

Powiedz mi najpierw, co tu się działo, jak mnie nie było?

- Zamieszanie. W Filozofii Moralnej nie ma słowa o tym, jak postępować w takich 

przypadkach, dlatego też, gdy Kome zarządził walkę do śmierci, posłuchali go automatycznie. 

Takie  stanowisko jest tutaj  w stanie  zrozumieć  dokładnie  każdy,  a ja nie miałem  żadnej 

możliwości,   aby   mu   się   sprzeciwić,   toteż   niczego   nie   robiłem.   Czekałem   na   rozwój 

wypadków.

- Przezorne postępowanie. Ale teraz ja tu jestem i istnieje parę istotnych drobiazgów, 

które możesz dla mnie załatwić.

- Co na przykład?

- Przekonać swoich, aby ponownie udali się do obcych i zajęli się kontrolowaniem ich 

posunięć.

- Nie rozumiem. Chcesz, aby ponownie zagrzewali ich do walki?

- Dokładnie odwrotnie. Chcę, by ich do niej zniechęcali.

- Możesz mi to wyjaśnić? Nic nie rozumiem.

- Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie.  Czy generator synoptyczny może być 

użyty w stosunku do obcych? Czy może ich przekonać, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy tacy 

obrzydliwi? Mamy wilgotne oczy i pocimy się całkiem obficie. Czy to da się zrobić?

- Z łatwością. Musisz zrozumieć, że oni powstali z prymitywnych kultur i łatwo jest 

nimi   sterować.   Gdy   zaczęliśmy   działać   wśród   nich,   byli   nastawieni   do   ludzi   neutralnie. 

Wobec   tego   przywódcy   zostali   wyszkoleni   tak,   aby   nas   nienawidzić,   potem   dzięki 

propagandzie przekonali resztę. Zajęło to sporo czasu, ale wyniki były całkiem zadowalające.

- Czy ten proces można odwrócić?

- Tak myślę, ale jak zamierzasz skłonić moich rodaków, aby się na to zdecydowali?

- Po to właśnie przybyłem. Muszę się z tobą naradzić. Możemy to osiągnąć jedynie za 

pomocą tej waszej Filozofii Moralnej. Myliłem się, gdy powiedziałem ci, że wasza kultura 

ulegnie zniszczeniu.  Tak naprawdę, jest ona potrzebna wszystkim  ludziom,  gdyż  zawiera 

elementy istotne dla całej ludzkości. Czy jest w niej cokolwiek, co nakazywałoby wam zostać 

gwiezdnymi zdobywcami?

-  Nie.  Nauczyliśmy  się  nienawidzić  tych,  którzy nas   opuścili,  gdyż   nie  mogliśmy 

pozwolić sobie na wiarę w to, że wrócą, by nas uratować. Musieliśmy ratować się sami. 

Początkiem i końcem jest przetrwanie, wszystko co działa przeciwko niemu, jest sprzeczne z 

Filozofią Moralną.

background image

- W takim razie Kome i jego nawoływania do samobójczej walki są błędem! Jak na 

szarego był mocno wstrząśnięty.

- Oczywiście - stwierdził po dłuższej chwili. - Jego postępowanie jest sprzeczne z 

Mądrością. Trzeba o tym powiedzieć innym.

-  Dobra,   ale   to   jeszcze   nie   koniec.   Posłuchaj   i   pomyśl   o   zasadach   Filozofii. 

Przetrwaliście, jesteście lepsi niż reszta ludzkości. Nienawidzicie tych, którzy was opuścili, 

ale   to   było   dawno.  Ludzie   żyjący   dziś   nie   wiedzą   nawet   o  tym   zdarzeniu,   a   w   żadnym 

wypadku nie są za nie odpowiedzialni. Dlatego też nienawiść wymierzona przeciwko nim jest 

bezsensowna. Idąc dalej: skoro wy jesteście lepsi i dojrzalsi niż reszta ludzi, to jesteście 

moralnie zobowiązani, by pomóc im przetrwać w razie zagrożenia. Jak to pasuje do zasad 

Filozofii Moralnej?

Hanasu wyglądał, jakby go piorun strzelił. Po chwili wolno skinął głową.

- Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Nigdy dotąd nie odwoływano się do zasad 

Filozofii   Moralnej   w   nowej   i   nieznanej   sytuacji,   bo   nie   było   takich   sytuacji.   Teraz   jest. 

Myliliśmy się i dopiero teraz widzę, jak dalece. Po prostu reagowaliśmy jak inni ludzie: 

pozwoliliśmy,   aby   kierowały   nami   emocje.   Gdy   wyjaśnię,   że   naruszyliśmy   podstawowe 

zasady Filozofii Moralnej, wszyscy to zrozumieją. Ocalimy ludzi. Dzięki ci. Uratowałeś nas 

przed   nami   samymi.   Wyrządziliśmy   wiele   zła,   ale   spróbujemy   je   naprawić.   Idę   do   nich 

przemówić.

- Zaraz, zaraz! Najpierw trzeba się zabezpieczyć, żeby przypadkiem Kome nie zaczął 

najpierw strzelać. Jeśli go uspokoimy, sądzisz, że jesteś w stanie poprowadzić ludzi?

-   Bez   wątpienia.   Gdy   wyjawię   im   właściwą   treść   zasad,   których   uczyli   się   od 

najmłodszych lat, nikt nie będzie się sprzeciwiał.

Jakby na zamówienie, drzwi otworzyły się gwałtownie i wpadła przez nie cała banda 

tych  właśnie najmłodszych,  pod przewodnictwem jednego z nauczycieli, który wycelował 

wprost we mnie jakiś rozpylacz.

- Odłóż broń! - rozkazał. - Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię!

22

Wypowiedź   była   spowodowana   faktem,   że   mój   pistolet   mierzył   prosto   w   nowo 

przybyłych.   Refleks   nadal   miałem   wyśmienity.   Powoli   podniosłem   się   z   przysiadu   i 

opuściłem   broń.   Nauczyciel   mnie   nie   martwił,   martwiła   mnie   cała   masa   różnorakich 

samopałów w nerwowych dłoniach towarzyszących mu dzieciaków.

- Co to ma znaczyć? - spytał Hanasu podchodząc do drzwi. - Opuścić broń! To rozkaz!

Chłopcy posłuchali go natychmiast: wiedzieli, kto tu żądzi. Z nauczycielem nie poszło 

background image

tak łatwo.

- Kome powiedział...

-   Kome   tu   nie   ma,   Kome   się   myli.   Rozkazuję   ci   po   raz   ostatni:   opuść   broń!   -- 

nauczyciel zawahał się i Hałasu rócił się do mnie: - Zastrzel go!

Oczywiście  nie miałem nic przeciwko i gość rozciągnął się na podłodze z igłą w 

barku. Igła była nasączona środkiem nasennym, ale chłopcy o tym nie wiedzieli, i nie sądzę, 

żeby dla Hanasu stanowiło to jakąś różnicę.

- Daj mi broń - polecił najbliższemu. - I zwołaj natychmiast zbiórkę całej szkoły.

Po kolei i bez wahania oddawali mu broń i znikali jeden po drugim.

Położyłem   nauczyciela   obok   jego   podopiecznych,   Hanasu   zaś,   pogrążony   w 

rozmyślaniach, zamknął drzwi.

-  Zrobimy tak - oznajmił po chwili. - Wyjaśnię im wszystkim różnicę w kwestiach 

interpretacji Filozofii Moralnej. Dotąd mieli kłopoty ze zrozumieniem, o co w ogóle chodzi. 

Teraz problem mamy  rozwiązany.  Gdy zrozumieją, pojedziemy na kosmodrom.  Tam jest 

Kome i jego poplecznicy. Wyjaśnię im to samo i przyłączą się do nas. Wtedy będziesz mógł 

kazać lądować swoim jednostkom i zabierzemy się za ciąg dalszy programu.

- Brzmi to nieźle. A co będzie, jeśli się nie zgodzą?

- Będą musieli, gdyż nie zgadzając się ze mną, nie popadliby w konflikt z Filozofią 

Moralną. Gdy tylko zrozumieją tę kwestię, z pewnością będą posłuszni; rzecz nie polega na 

wyborze, tylko na posłuszeństwie - sprawiał wrażenie pewnego siebie i mogłem jedynie mieć 

nadzieję, że wie, co robi.

- Może powinienem iść z tobą? W razie gdyby były jakieś problemy...

- Poczekaj tutaj. Jakby co, to przyślę po ciebie.

Uparł   się   przy   swoim,   więc   pozwoliłem   mu   iść.   Przebywanie   w   towarzystwie 

nieprzytomnych   tubylców   wpływało   dość   deprymująco   na   moje   samopoczucie,   toteż 

włączyłem   radio   i   poinformowałem   oczekującą   na   orbicie   kawalerię   o   dotychczasowym 

przebiegu wypadków. Słysząc pukanie do drzwi przerwałem połączenie.

- Chodź! - polecił mi obojętnie wyglądający nastolatek.

Hanasu   czekał   wraz   z   uczniami   i   kadrą   przed   budynkiem.   -   Udajemy   się   na 

kosmodrom - oznajmil - Będziemy tam przed świtem.

- Żadnych problemów?

- Skądże, mógłbym nawet powiedzieć, że odczuwają ulgę, gdyż przestał ich dręczyć 

problem   interpretacji   zasad   Filozofii   Moralnej.   Moi   ludzie   są   silni,   ale   siłę   czerpią   z 

posłuszeństwa. Teraz są silniejsi niż dotąd.

background image

Hanasu   kierował   jedynym   pojazdem   w   okolicy,   toteż   bytem   zadowolony,   mogąc 

trząść się obok niego. Reszta kadry i uczniowe podążali na nartach. Fakt, że godzinę temu 

wszyscy smacznie spali, nie miał żadnego znaczenia; to tyle na temat dyscypliny.

Choć   podróż  była  wolniejsza  z   uwagi   na  narciarzy   (dzięki   czemu   trzęsło   o  wiele 

mniej), mimo to byłem szczęśliwy, gdy o świcie przybyliśmy pod bramę portu kosmicznego.

Z pobliskiego budynku wyszło dwóch strażników, spoglądając na całą procesję tak 

spokojnie,   jakby   całe   to   zgromadzenie   było   czymś   całkiem   normalnym   i   zdarzało   się 

codziennie.

- Powiedz Kome, że chcę się z nim widzieć - polecił Hanasu jednemu ze strażników.

- Nikt nie ma pozwolenia na wejście, tak rozkazał Kome. Wszyscy wrogowie mają 

być zabici. W twoim wozie jest wróg. Zabij go.

-   Czternasta   zasada   posłuszeństwa   głosi,   że   każdy   musi   słuchać   poleceń   kogoś   z 

Dziesięciu - głos Hanasu był lodowato autorytatywny. - Wydałem ci polecenie. Nie ma żadnej 

zasady, która głosi, że należy zabijać wrogów. Odsuń się!

Twarz strażnika przez mgnienie oka prawie wyrażała ślad emocji, po czym zamarła, a 

jej właściciel zrobił dwa kroki w tył.

- Wchodźcie. Poinformuję Kome.

Uszeregowane   w   dwie   równe   kolumny   siły   inwazyjne   przemierzyły   teren 

kosmodromu. Obsługa dział przeciwlotniczych i wyrzutni rakiet obserwowała nas spokojnie, 

nie próbując nawet interweniować.

Hanasu   zatrzymał   wóz   przed   wejściem   do   budynku   administracyjnego   i   zdążył 

wysiąść, gdy drzwi otworzyły się, ukazując Kome i tuzin innych, wszystkich z bronią w ręku. 

Na wszelki wypadek pozostałem w pojeździe udając, że wcale mnie tu nie ma.

Mróz musiał przytępić moje procesy myślowe, gdyż dopiero teraz dotarło do mnie, że 

jestem jedynym z całej wycieczki, który ma broń.

- Wracaj do szkoły, Hanasu, nie jesteś tu potrzebny! - oznajmił Kome.

Hanasu zignorował go całkowicie, podchodząc tak blisko, aż stanął z nim twarzą w 

twarz.

- Nakazuję wam odłożyć broń, gdyż to, co robicie, jest sprzeczne z zasadami Filozofii 

Moralnej - odezwał się tak głośno, że wszyscy wokół doskonale go słyszeli. - Zgodnie z nimi 

musimy pomagać słabszym rasom. Nie wolno nam popełniać samobójstwa, walcząc z tymi, 

którzy nas przewyższają milion do jednego. Jeśli będziecie walczyć  - zginiemy,  a to jest 

sprzeczne ze wszystkim, czego naucza nas Filozofia Moralna. Musicie...

- Musisz się stąd wynieść!  - zawołał Kome.  - To ty złamałeś  zasady.  Odejdź lub 

background image

zginiesz.

Uniósł broń mierząc do Hanasu. Na ten widok wysunąłem się z wozu.

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego - powiedziałem unosząc moją kieszonkową 

armatę.

- Sprowadziłeś tu obcego! - Kome nie panował nad głosem. - On zginie i ty też!

Przerwał, gdyż Hanasu zrobił krok do przodu i trzasnął go w zęby.

- Jesteś wyjęty spod prawa! - oświadczył przy wtórze zdumionego jęku wszystkich 

obecnych. - Złamałeś zasady! Jesteś skończony!

- Skończony? To ty jesteś skończony! - wrzasnął Kome z wściekłością.

Skoczyłem w bok, starając się dostać go na muszkę, ale Hanasu ciągle był między 

nami. Napiętą ciszę przerwały serie z broni maszynowej.

Hanasu stał spokojnie, a sflaczały nagle Kome osunął się na ziemię. Wszyscy stojący 

za nim nacisnęli spusty w tym samym momencie. I to właściwie był koniec sprawy. Spokojny 

Hanasu   wyjaśnił   wszystkim   obecnym   nową   interpretację   prawa.   Starali   się   zachować 

kamienne   twarze,   ale   widać   było   na   nich   ulgę:   życie   znów   oparte   było   na   solidnych 

podstawach. Zwinięty trup Komę był jedynym powodem tego, że istniała kiedyś schizma, a 

sądząc z zachowania obecnych, nikt nie miał ochoty o tym pamiętać.

- Możecie lądować - rzuciłem do mikrofonu.

- Nie możemy. Nadeszły nowe rozkazy.

-   Co?!!!   -   ryknąłem.   -   Ściągaj   te   pudła   z   orbity   i   to   Inatychmiast,   albo   każę   cię 

postawić pod mur.

-  Nie  mogę.   Za  trzy  minuty  wyląduje   statek  zwiadowy.   - Połączenie  przerwano  i 

mogłem tylko czekać. Coraz więcej mężczyzn przyłączało się do słuchających. W zasadzie 

wszystko było w porządku, tyle że sytuacja znowu wymykała mi się z rąk. W końcu kuter 

zwiadowczy przebił chmury i osiadł na płycie  lądowiska. Na trapie  pojawiła się dziwnie 

znajoma postać; zupełnie wiedzieć czemu, dłoń sama powędrowała mi do kabury; Ledwie ją 

powstrzymałem. Ty! - warknąłem.

Tak, ja, i to na czas, aby przeszkodzić w naruszaniu moralności.

Rzecz jasna, był to Jay Hovah, szef Korpusu Moralności, a ja, niestety, wiedziałem, 

czemu zawdzięczam przyjemność ponownego spotkania.

- Nikt cię tu nie potrzebuje, a poza tym nie jesteś ubrany odpowiednio do pogody. 

Proponuję, abyś wrócił na statek.

- Moralność jest ważniejsza - odparł drżącym głosem. Nikt nie poinformował go o 

tutejszym klimacie, toteż ubrany był w swoją służbową nocną koszulę.

background image

- Próbowałam mu przemówić do rozsądku, ale nie chciał słuchać - rozległ się jeszcze 

bardziej znajomy głos i w luku ukazała się Angelina.

- Kochanie! - pocałunek przerwał nam oczywiście nasz zakładowy świętoszek.

- Rozumiem, że celem twojej wyprawy jest przekonanie tych ludzi, aby użyli techniki 

kontrolującej umysły obcych tak, abyśmy mogli wygrać wojnę? Te techniki są niemoralne i 

nie mogą zostać użyte.

- Kto to jest? - spytał Hanasu lodowato.

- Ma na imię Jay - odparłem. - Jest szefem Korpusu Moralności. Pilnuje, żebyśmy nie 

robili rzeczy sprzecznych z naszą moralnością.

Hanasu zmierzył  go spojrzeniem,  które ja rezerwuję dla  szczególnie  obrzydliwego 

robactwa, po czym obrócił się do niego plecami i poinformował mnie:

- Obejrzałem go. Możesz go zabrać. Sprowadź statki, zaczynamy operację przeciw 

obcym.

- Nie sądzę, abyś mnie usłyszał - wykrztusił Jay dzwoniąc zębami. - Ta operacja jest 

zabroniona, ona jest niemoralna.

Hanasu obrócił się powoli wpatrując się weń arktycznym zgoła spojrzeniem.

- Nie opowiadaj mi o moralności. Jestem stróżem Filozofii Moralnej i interpretatorem 

prawa. To co zrobiliśmy, nakłaniając obcych do wojny, było złe, teraz użyjemy tych samych 

technik, aby zatrzymać to zło.

- Dwa przestępstwa nie dają dobrego uczynku. To zabronione.

- Nie masz tu żadnej władzy i nie próbuj nas zatrzymać. Możesz jedynie kazać nas 

zabić, jeśli chcesz nas powstrzymać. Jeśli nie zostaniemy zabici, zrobimy to, co uważamy za 

moralne.

- Zostaniecie zatrzymani...

-   Tylko   poprzez   śmierć.   Jeśli   nie   możesz   kazać   nas   zabić,   to   wynoś   się   i   nie 

przeszkadzaj - odwrócił się i odszedł.

Jay chyba próbował coś powiedzieć, ale najwyraźniej miał z tym kłopoty. Poza tym 

zaczął sinieć. Skinąłem na dwóch najbliższych chłopców:

- Pomóżcie staruszkowi dostać się do statku. Jak się rozgrzeje, niech pomyśli nad 

starym problemem filozoficznym, który można określić: „trafiła kosa na kamień".

Nadal próbował coś rzec, ale młodzieńcy dali mu  kuksańca, kierując na właściwą 

drogę i odtransportowali do wnętrza statku.

- I co teraz? - spytała Angelina.

- Szarzy mają zakończyć wojnę. Korpus Moralności w żaden sposób nie będzie w 

background image

stanie uzasadnić zabicia ich, aby uniemożliwić to działanie, którego celem jest uwolnienie 

nas.   Przypuszczam,   że   nie   będzie   nawet   w   stanie   umotywować   nakazu   nieudzielania   im 

pomocy.

- Pewna jestem, że masz rację, a co dalej?

- Dalej? Jak to co? Ocalenie galaktyki. Ponowne.

- Oto mój skromny jak zawsze małżonek! - odparła i całując mnie głośno.

- Wygląda imponująco, nie sądzisz? - spytałem.

- Sądzę, że wygląda obrzydliwie - Angelina skrzywiła nos. - W dodatku śmierdzi.

- Innowacja pierwotnego modelu. Pamiętaj, że tam gdzie jedziemy, to co obrzydliwe, 

uznawane jest za piękne. Ogólnie rzecz biorąc miała rację: wyglądało obrzydliwie, co było 

bardzo, ale to bardzo korzystne. Staliśmy w sali odpraw krążownika oddelegowanego do 

misji. Przed nami rozciągało się pięćset solidnych (i opancerzonych) siedzeń ustawionych w 

rzędy, a na każdym rozwalało się, przykucnęło lub rozsiadło dość obrzydliwe stworzenie.

Większość z nich była przedstawicielami Geshtunken, ale były rozmaite też innowacje 

wzorowane na projekcie mojego dawnego kombinezonu.

Co nie ucieszyłoby naszych  gospodarzy,  to fakt, że wewnątrz każdego  stworzenia 

siedział trójwymiarowy i całkiem realny szary, a w każdy ogon czy odwłok wbudowany był 

generator synoptyczny.

Nasza pokojowa krucjata wchodziła w ostatnią fazę. Nie mogę powiedzieć, żeby łatwo 

poszło z jej organizacją. Korpus Moralności robił, co mógł, aby zapobiec praniu mózgów. 

Pierwszy raz byłem wdzięczny biurokracji. Musieli przepychać się przez nią, zanim mogli 

podjąć jakiekolwiek działanie, a w dodatku my ze swej strony też robiliśmy, co tylko się dało, 

żeby pogłębić panujący bałagan i zamieszanie: technicy zaginęli, ich ślady zaś rozpłynęły się 

w  papierach;  protestujący  Coypu  został  wyrwany  z  łóżka   w  środku  nocy  i zanim  zdołał 

naciągnąć   spodnie,   znalazł   się   w   głębokiej   przestrzeni;   pewna   wysoce   zautomatyzowana 

planetoida przemysłowa wypadła z orbity opanowana przez naszych ludzi...

Równocześnie   produkowano   przebrania,   a   Hanasu   przeprowadzał   programowanie 

technik   psychokontrolnych.   Zdążyliśmy   w   ostatniej   chwili,   odlatując   parę   godzin   przed 

flotyllą,   którą   wysłał   po   nas   Korpus   Moralności.   I   tak   polecieli   za   nami,   ale   na   widok 

parunastu pancerników obcych sił okazali dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy.

- Jesteśmy w zasięgu łączności - oznajmiłem. - Wszyscy gotowi?

- Gotowi - odparło pięćset obojętnych głosów.

- A więc powodzenia! - Obróciłem się włączając ekran komunikatora. Angelina i para 

zrobotyzowanych pociech stali obok mnie.

background image

Moja   droga   Sleepery   Jeem   wróciła!   -   wrzasnęło   jakieś   paskudztwo   widoczne   na 

ekranie.

- Nie znam pana - odburknąłem. - Ale musi chodzić panu o moją bliźniaczą siostrę. 

Jestem Sleepery Bolivar - uruchomiłem przycisk, dzięki któremu po policzku spłynęła mi 

wielka, oleista łza rozbijając się z pluskiem o pokład. – Słyszeliśmy o jej bohaterskiej śmierci 

i   przybywamy,   by   ją   pomścić.   Witamy   serdecznie   -   za   gulgotało   w   głośniku.   -   Jestem 

SessPula, nowy dowódca zjednoczonych sił. Zaraz dajemy bal na waszą cześć. Przyłączcie 

się. Połączyliśmy okręty rękawem i udałem się do nich wraz z Angeliną. Musiałem się nieco 

odsunąć, aby uniknąć sparszywiałego uścisku tego gada i zamiast mnie uściskał  podłogę.

- To Ann-geel, mój szef sztabu, a te roboty przyniosły napoje na dzisiejszy bankiet.

Przyjęcie rozkręciło się błyskawicznie. Coraz to nowi oficerowie przyłączali się do 

zabawy, aż zaczęło mnie zastanawiać, kto kieruje flotą. Prawdopodobnie nikt.

- Jak tam wojna? - spytałem.

- Strasznie! - jęknął Sess, wychylając flaszkę jakiegoś zielonkawego obrzydlistwa. - 

Uciekają przed nami, to fakt, ale nie chcą się bić. Morale upada, wojsko mruczy po kątach o 

powrocie do domu. Ale myślę, że musimy walczyć dalej.

- Pomoc jest w drodze! - krzyknąłem, klepiąc go w plecy, po czym wytarłem mackę 

starannie w obrus. - Mam na pokładzie kilku spragnionych krwi i zemsty ochotników. Oprócz 

tego, że są świetnymi żołnierzami, są też wspaniałymi nawigatorami i kucharzami.

- A dużo ich jest? - spytał z nadzieją.

- Cóż, wystarczy po jednym na pancernik. Każdy z nich może przewodzić flotylli, a 

oficerowie floty mogą zgłaszać się do nich po radę czy wsparcie moralne.

- Jesteśmy uratowani! - wrzasnął w zachwycie.

W  pewnym   sensie,  oczywiście...   dodałem   w  myślach,  uśmiechając   się szeroko  na 

prawo i lewo, błyskając zębiskami przebrania i zastanawiając się, ile czasu zajmie moim 

umysłowym sabotażystom załatwienie problemu.

Byli szybsi, niż się spodziewałem. Zaraza rozprzestrzeniała się błyskawicznie. Cztery 

dni   później   Sess   odwiedził   mnie   w   sterowni,   gdzie   używając   wszystkich   możliwych 

chwytów, robiłem, co się tylko  dało, aby uniemożliwić doścignięcie floty Ligi. Popatrzył 

smętnie pół tuzinem przekrwionych oczu na ekrany i westchnął.

- Nie sypiasz zbyt dobrze? - spytałem uprzejmie.

- Wszystko jest takie przygnębiające... Chciałbym być w domu i zająć się wylęgiem 

dzieci. Zapytuję sam siebie, co ja tu właściwie robię.

- A co tu robisz?

background image

- Nie wiem. Straciłem serce do tej wojny.

- Zabawne. Ja stwierdziłam to samo ostatniej nocy. Zauważyłeś, że oni nie są tacy 

wstrętni? Mają mokre oczy i pocą się całkiem, całkiem.

- Masz rację - westchnął. - Między nami mówiąc, nigdy o tym nie pomyślałem. Co 

możemy zrobić?

- Cóż...

Dziesięć godzin później, po lawinie radiogramów, największa armada wojenna, jaką 

kiedykolwiek   widziała   galaktyka,   wykonała   twarzowy   zakręt   o   180   stopni   wracając   do 

rodzinnych bagien i śmietników.

Podczas   pijackiej   orgii,   która   miała   miejsce   tego   wieczoru   z   okazji   zwycięskiego 

zakończenia wojny -musieli biedacy to jakoś nazwać - stałem z boku, trzymając w objęciach 

Angelinę.

- Wiesz, oni są całkiem mili, gdy się do nich człowiek przyzwyczai - powiedziała.

- Nie poszedłbym tak daleko, ale są całkiem nieszkodliwi, gdy zaprzestali wojny.

- Bogaci też są - oznajmił James, nalewając czegoś obrzydliwego do kieliszka.

-   Trochę   się   tu   pokręciliśmy   -   dodał   Bolivar,   podtaczając   się   z   drugiej   strony.   - 

Podczas swoich operacji wojennych złupili sporo rożnych banków, które wymietli do czysta, 

wiedząc, jak ceniona jest ich zawartość, choć zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego. Oni nie 

używają pieniędzy.

- Lepiej nie wnikaj w ich zasady płatności! -mruknąłem.

-   Wszystko   to   złożyli   w   ładowniach   flagowego   pancernika   -   wtrącił   James.   - 

Zamierzali zastanowić się nad tym w przyszłości.

- Pozwólcie mi zgadnąć - to była Angelina - ładownie są puste?

- Zawsze masz rację, mamusiu. Za to transportowiec jest nieco przeładowany.

-   Musimy   zwrócić   to   właścicielom   -   postanowiłem,   z   przyjemnością   widząc 

zaszokowane spojrzenia dwóch robotów i jednej poczwary.

- Jim! - jęknęła Angelina.

- Spokojnie, jestem przy zdrowych zmysłach. Musimy oddać to, co znaleźliśmy...

- ...a że nie udało się znaleźć zbyt dużo... - dokończyła za mnie.

Coś ciężkiego, sraczkowatej barwy, opatrzone mackami i przyssawkami zwaliło się 

obok na podłogę.

-   Za   zwycięssstwo!!!   Hick!!!   Ciiiisza!   Ciszszszsza!!!   Cudowna   Sleepery   wzniesie 

toaaaast!

Wszystkie oczy, aparaty wzrokowe, błony optyczne i różne takie, nie licząc trzech par 

background image

normalnych oczu, skierowały się na mnie, gdy wstałem.

- TOAST!!! - wrzasnąłem entuzjastycznie, unosząc zamaszyście kielich i rozlewając 

przy okazji połowę zawartości. Wylało się na dywan, wypalając sporą dziurę. - Piję zdrowie 

wszystkich stworzeń żyjących w naszej galaktyce: dużych i małych, kształtnych i rozlazłych, 

wszystkich! Niech pokój i miłość trwają wiecznie. Za życie, wolność i przeciwną płeć!!!

I tak lecieliśmy, przemierzając lata świetlne, ku nowej o wiele lepszej przyszłości.

Przynajmniej taką miałem nadzieję.