background image
background image
background image
background image

Tytuł oryginału: The Bodyguard 

Opracowanie graficzne: ABCh & TOMATO 

Fot. na okładce © Copyright by Gamma/Liaison 

All rights reserved 

Copyright TM © 1992 Warner Brothers, a Time Warner 

Entertainment Company 1992 
Copyright © Robert Tine 1992 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo OPUS, 

Łódź 1993 
ISBN 83-7089-016-4 

background image

Prolog 

Padły trzy strzały. Najpierw jeden, a natychmiast po nim 

dwa następne. Błyski wystrzałów na chwilę przerwały panowa-

nie ciemności. Ciszę przeszył odgłos ciała upadającego na 

ziemię. 

Garaż oświetlony był na tyle, że Frank Farmer mógł 

dostrzec swój cel: postawnego faceta w ciemnym garniturze, 

osuwającego się powoli na ziemię po masce limuzyny cadil-

laca. Potężny strumień krwi znaczył na aucie ślad po jego 

ciele. 

Miejsce, w którym kiedyś biło serce człowieka, zmieniło się 

w wielką, czerwoną, poszarpaną dziurę. Farmer zdziwiony 

przyglądał się ranie. Wyglądała jak zapakowana w ciemno-

zielony papier: zielone strzępki przykleiły się do ciała, pływały 

we krwi. I wtedy zrozumiał. Dwie kule, którymi trafił tego 

człowieka, musiały przejść przez portfel sprytnie umieszczony 

na jego sercu. Skrawki pieniędzy znalazły się w ranie. Farmer 

pokiwał głową — w końcu o to chodziło w tej sprawie — 

o pieniądze. 

— Jezu Chryste, Farmer! 

Frank Farmer leżał na kościstych plecach Stanleya Kling-

mana przygniatając schludnie ubranego finansistę do brud-

nej podłogi. Klapy jego garnituru od Armaniego nasiąkały 

olejern gęstym jak zakrzepła krew. Na ułamek sekundy przed 

Pierwszym wystrzałem Farmer rzucił się na Klingmana obala-

background image

jąc go na ziemię i przygniatając całym sobą, jak zapaśnik 

pokonujący przeciwnika. Własnym ciałem zasłonił swojego 

klienta. Kula rozbiła szybę samochodu Klingmana, ale zanim 

szkło spadło na ziemię, Farmer zdążył oddać dwa śmiertelne 

strzały. 

Klingman spróbował strącić z siebie Farmera, ale po-

nownie został wciśnięty w ziemię. Ochroniarz przylgnął 

do cementowej podłogi nadsłuchując zbliżających się 

kroków. 

Człowiek okrążył limuzynę i z przerażeniem dostrzegł ciało 

w kałuży krwi. Po czapce na jego głowie Frank zorientował 

się, że to szofer limuzyny. 

— Nie ruszaj się! — rozkazał Farmer. 

Szofer spojrzał na broń w ręku Farmera i zamarł w bez-

ruchu, z podniesionymi rękoma, jakby miał zostać zatrzy-

many. 

Mimo, że głos Franka Farmera był spokojny, nie było 

wątpliwości, że jego słowa są rozkazem. 

— Wezwij policję — powiedział. 

Szofer skinął głową i pobiegł. 

Farmer rozluźnił uścisk i wstał. Klingman też wstał, ciężko 

łapiąc powietrze. Krew całkowicie odpłynęła z jego przystojnej 

twarzy, trząsł się jak w gorączce. 

— Jezu Chryste... — westchnął i otarł czoło. 

Frank Farmer przez trzynaście godzin użerał się z glinami 

z wydziału zabójstw, z kryminalnego, z tymi z prosektorium. 

Poza tym musiał odbyć rozmowy z inspektorami, detektywami 

federalnymi, z chłopakami od narkotyków, a wreszcie z jakimś 

wkurzającym bubkiem z Giełdowej Komisji Bezpieczeństwa. 

Komisja wkraczała do akcji zawsze, ilekroć w zabójstwo 

zamieszana była taka gruba ryba jak Klingman. 

Dla nowojorskiego Departamentu Policji trzynaście godzin 

to ekspresowa robota. Zanim Farmer zaczął działać na własną 

rękę, pracował dla ministra skarbu, w tajnej policji. Był więc 

jednym z nich, należał do aparatu wymuszania prawa; mógł 

background image

spodziewać się pewnych względów od byłych kolegów po 

fachu. 

Frank uporał się z formalnościami w trzynaście godzin, 

z których ostatnie spędził w Prokuraturze Rejonowej, gdzie 

sędziowie przysięgli zebrali się, aby zdecydować, czy prawo 

zostało złamane, czy raczej Frank Farmer je złamał, zabijając 

Franco Manganaro, zwanego „Grubym Frankiem". Przysięgli 

zawsze robią to, czego chcą od nich prokuratorzy, jak 

w starym kawale — skazaliby nawet kanapkę z szynką, gdyby 

było trzeba. Tym razem prokurator dał do zrozumienia, że 

pan Farmer miał pozwolenie na noszenie broni i użycie jej we 

własnej obronie, oraz że pan Manganaro, najemny bandzior 

z Filadelfii, w pełni zasłużył sobie na taką śmierć. Wobec tego 

sędziowie nikogo nie skazali, a Frank Farmer odzyskał broń 

i mógł spokojnie odejść. 

Udał się prosto do hotelu, spakował rzeczy i pojechał 

taksówką do wspaniałego apartamentu Klingmana przy Piątej 

Alei, naprzeciwko Muzeum Metropolitan. 

Przez te trzynaście godzin Frank Farmer zadbał, aby 

sprawiedliwości stało się zadość. Klingman natomiast schronił 

się w swoim mieszkaniu, przespał się chwilę, a potem oddał się 

w ręce masażysty, fryzjera, manikiurzysty i lokaja. Wyglądał 

świeżo i zdrowo, jednak gdzieś w środku ciągle czuł strach 

i dreszcze. Frank w wygniecionym garniturze sprawiał wraże-

nie wykończonego, ale był spokojny. 

Mimo użytej przemocy i następującej po niej biurokratycz-

nej walki, sprawa Klingmana nie była specjalnie trudna. 

Klient Farmera popełnił błąd i zeznawał przeciwko kilku 

znajomym z Wall Street. Jego zeznania przyczyniły się do 

osadzenia dwóch ludzi w więzieniu. Jeden z nich poprzysiągł 

zemstę, a spotkanie z Grubym Frankiem Manganaro było jej 

wypełnieniem. Przez miesiąc Frank Farmer nie odstępował 

Klingmana czekając na atak. Kiedy nastąpił, odparł go. To 

wszystko. 

Klingman wprowadził Farmera do gabinetu wyłożonego 

boazerią, nalał dwie szklaneczki brandy, podał jedną Far-

merowi. 

background image

— Czy trzęsą ci się kiedyś ręce, Frank? 

Farmer uśmiechnął się lekko. 

— Czasami. Ale to nic. To jedynie mała dawka adre­

naliny. 

Klingman pokiwał głową. 

— Czy mogę ci zadać jedno pytanie? 

Farmer nie miał obiekcji. 

— O co chcesz spytać? 

— Skąd wiedziałeś? 

— O czym? 

— O Manganaro. Skąd wiedziałeś, że czegoś spróbuje? 

— Nie wiedziałem, że to będzie on. Do tej pory nawet 

o nim nie słyszałem. To tylko zabijaka do wynajęcia — Frank 

wzruszył ramionami. — Grożono ci. Spodziewałem się, że 

prędzej czy później ktoś spróbuje cię dopaść. 

— Ale... kiedy to się stało, wiedziałeś, że to teraz. Jakbyś 

wyjrzał o kilka sekund w przyszłość i zobaczył to, zanim się 

stało. 

Frank Farmer pozwolił sobie na uśmiech. 

— Sam się wydał. Widziałem go. 

— Niech to diabli — roześmiał się Klingman — ja też go 

widziałem. Ale to nic dla mnie nie znaczyło. Po prostu facet 

w garażu. 

— Mył samochód — powiedział Farmer, jakby to miało 

wszystko wyjaśnić. 

— Co z tego? 

— Nie wolno myć samochodów w garażach. Sam się 

wydał. 

Klingman z niedowierzaniem potrząsnął głową. 

— Chyba miałem szczęście, że byłeś przy mnie. 

Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął kopertę, którą 

wręczył Frankowi. Frank jej nie otworzył, prawie na nią nie 

spojrzał, wsuwając do kieszeni. 

— Dziękuję — powiedział. 

— Wiesz — zaczął Klingman — chciałbym, żebyś został. 

Na stałej posadzie. Powiedz, ile chcesz. 

Farmer zaprzeczył ruchem głowy. 

background image

— Nie nadaję się do stałej pracy. Muszę czasami od­

poczywać. 

Z tonu głosu ochroniarza Klingman wywnioskował, że nie 

zmieni on zdania. Nawet dla pieniędzy. 

Uniósł szklankę jakby w toaście. 

— Dziękuję, że uratowałeś mi życie — powiedział. 

Klingman wychylił całą szklankę, jakby chciał alkoholem 

uspokoić nerwy. Farmer nawet nie podniósł szklaneczki do 

ust. 

background image

Rozdział I 

Przedmioty na sfatygowanym, starym biurku ułożone 

były w iście wojskowym porządku. Ryza białego papieru 

maszynowego, słoik kleju, nożyczki, sterta czasopism, paczka 

obcisłych chirurgicznych rękawiczek i pilot od telewizora. 

Telewizor był włączony na MTV. Wprawdzie grał bardzo 

cicho, ale i tak można było dosłyszeć muzykę towarzyszącą 

obrazowi. Rachel Marron śpiewała swój ostatni przebój Nie 
mam nic. 

Sięgnął do paczki z rękawiczkami i założył je, ciasno 

opasując nadgarstki. Ostrożnie wziął czasopismo ze sterty. 

„Gwiazdy Ekranu" to pismo zapełnione pochwalnymi arty­

kułami opisującymi życie największych sław Hollywood. 

Okładka roiła się od rozmaitych zdjęć i nagłówków, ale 

najważniejszy był artykuł pod tytułem „NAJWIĘKSZY 

TRIUMF RACHEL MARRON". 

Przez chwilę przyglądał się literom, a potem z precyzją 

godną chirurga wziął nożyczki i wyciął z okładki słowa 

„Rachel Marron". Następnie przeciął nazwisko na dwie 

części, rozdzierając niedbale „Rachel". 

Starannie pokrył klejem kawałek papieru i przyłożył do 

czystej, białej kartki. Przeglądając kolejno wszystkie czaso­

pisma, ułożył całą wiadomość. Mimo, że litery pochodziły 

z różnych pism i miały różne kroje, dobierał je w taki sposób, 

że wiadomość była nadzwyczaj przejrzysta i wyraźna. 

10 

background image

To schludne i wypieszczone dziełko na pierwszy rzut oka 

nie mogło zawierać wiadomości o tak ohydnej treści. Ale 

kiedy człowiek skończył pracę, napis głosił: „MARRON, TY 

DZIWKO! TY MASZ WSZYSTKO, JA NIE MAM NIC. 

CZAS ŚMIERCI NADCHODZI". 

Tłum w ułamku sekundy potrafi przekształcić się w mo-

tłoch, potrzebna jest tylko niewielka iskierka. Ludzka masa, 

która zebrała się w hali na Long Beach na koncercie Rachel 

Marron, właśnie dochodziła do tej granicy. Tłum wielbicieli za 

chwilę miał zmienić się w niekontrolowany, dziki rój. 

Iskrą była Rachel Marron. Kiedy jej gołąbkowa limuzyna 

cadillaca zajechała przed wejście, wielbiciele rzucili się w kie­

runku samochodu, naparli na drzwi i uwięzili obiekt swoich 

westchnień wewnątrz pojazdu. 

Bramkarze z estrady zdołali odepchnąć gawiedź od samo­

chodu i przeprowadzić Rachel przez tłum. Natychmiast wy­

ciągnęły się w jej kierunku tysiące rąk, pragnących dotknąć 

jej ubrania, włosów, jakby była szczęśliwym talizmanem, 

jakby jej sława mogła udzielić się innym i wzbogacić ich 

życie. 

— Rachel! Rachel! Rachel! — skandowali. 

Wprawdzie uśmiech nie opuszczał twarzy Rachel Marron, 

ale szła skulona, z opuszczoną głową, a strażnicy niby 

lodołamacze torowali jej drogę. 

Za Rachel postępowała jej świta: przyjaciele, rodzi­

na, menadżerowie, pomocnicy; ludzie zwykle towarzy­

szący znakomitościom. Tłum wiernych fanów zasypywał 

gwiazdę podarunkami. Zbierali je ludzie ze świty. Były to 

zwykle kwiaty, listy z gratulacjami, wiadomości, kasety, 

prośby o autografy. Z lasu rąk wyłoniła się mała laleczka 

przybrana wstążkami, na których widniał napis: „Kochamy 

cię, Rachel". Ktoś wepchnął ją w ręce charakteryzatorki 

Rachel. 

Wreszcie zniknęła. Drzwi się za nią zamknęły; tłum 

uspokoił się, wyczerpany kilkoma minutami szaleństwa. 

11 

background image

W budynku Rachel Marron nareszcie odetchnęła. 

— Jak się cieszę, że mam to za sobą. 

Nicki, jej siostra i powiernica, pogłaskała ją delikatnie po 

ramieniu. 

— Kochają cię, to wszystko. 

— Okazują to w naprawdę zabawny sposób. 

Asystent kierownika sceny już na nią czekał. 

— Rachel — powiedział pospiesznie — charakteryzatorka 

czeka. 

Trzydzieści pięć minut później Rachel wyszła na 

olbrzymią, szeroką scenę i jeszcze raz usłyszała oklaski 

i okrzyki. Hałas z widowni odbijał się od niej niczym 

fale od morskiego brzegu. Ta elektryzująca chwila, mo­

ment czystego, nie udawanego uwielbienia, jak narko­

tyk dostarczał jej siły i energii. Żyła właśnie dla tej 

chwili. 

Podniecenie przeniknęło za scenę, ogarnęło szatnię, udzie­

liło się towarzyszom Rachel Marron. Nie mogli być nią, ale 

mogli być blisko niej, pochłaniać choć część jej sławy. Roz­

mawiali i śmiali się w poczuciu, że stanowią część czegoś 

wielkiego, niezwykłego. 

Rozrzucone po garderobie kwiaty i prezenty zostały chwi­

lowo zapomniane, koncert właśnie się zaczynał. Oczy wszyst­

kich skierowały się na monitory telewizyjne, transmitujące 

występ ze sceny. 

— Jest na wizji! 

— Daj im popalić! 

— Pokaż im, Rachel! 

I pokazała. Pomruk zachwytu przeszedł przez widownię, 

kiedy zabrzmiały pierwsze tony Nie mam nic. Jednak w jed­

nej sekundzie głosy uznania, muzykę, i śpiew Rachel za­

głuszyła eksplozja — wybuchnęła mała laleczka leżąca obok 

monitora. 

Gdzieś na chwilę zapalił się ogień, a szatnia natychmiast 

wypełniła się dymem i krzykiem. Wybuchł kineskop, potłukło 

się szkło. Pokój przeniknął cierpki, elektryczny zapach, prze­

paliły się korki. 

12 

background image

Świta piosenkarki wpadła w panikę. Ludzie rzucili się na 

podłogę, krzyczeli przekonani, że już dawno nie żyją, że już po 

nich. 

Na scenie, wśród zachwyconej publiczności, nieświadoma 

niczego Rachel Marron śpiewała dalej. Słodkie słowa jej 

najnowszego hitu płynęły nad ciemną widownią. Śpiewała, 

jakby od tego zależało jej życie, jakby chciała przekazać 

wielbicielom swoją miłość, nie wiedząc, że jeden z nich 

próbował ją zabić. 

background image

Rozdział II 

Zaniedbany ogródek za podmiejskim domem Franka Far­

mera tchnął spokojem i ciszą. To właśnie Frank lubił. 

Nieustanna czujność bardzo męczyła, podejrzliwość nisz­

czyła, napięcie wykańczało; zupełnie jakby był podłączony do 

szlifierki. Ale Frank Farmer miał stary, wypróbowany sposób 

zwalczania stresów związanych z jego niezwykłym zawodem. 

Po każdym zadaniu robił sobie urlop; długie, leniwe dni 

spędzał na czytaniu i spaniu. Podładowywał swoje baterie, 

dekompresował się jak nurek wychodzący z głębin na po­

wierzchnię. 

Ubrany w krótkie spodenki wylegiwał się na sfatygowa­

nym leżaku; okulary słoneczne zsunęły mu się z nosa. Obok, 

na małym metalowym stoliku, stała szklanka mrożonej her­

baty i zdecydowanie kiepskie, stare radio tranzystorowe. 

Nastawione było na stację z muzyką z dawnych lat, właśnie 

puszczano Nie odchodź, Renee. 

Polewaczka kręciła się w tę i z powrotem, zraszając 

spaloną trawę jak delikatny deszcz. Frank nie troszczył się za 

bardzo o trawnik. Lubił jednak kojący szum wody. 

Kiedy tak leżał w ogródku i chłonął słońce, nie wy­

glądał na ochroniarza. Obcy przechodzień mógłby po­

myśleć, że Frank niczym nie różni się od swoich sąsia­

dów — klasa średnia, średnia praca, średni wiek, zwyczajna 

Ameryka. 

14 

background image

O tym, że Frank Farmer był inny, że nie należał do 

pracowitego, przeciętnego otoczenia, świadczyło osiem błysz­

czących w słońcu dwustronnych noży powbijanych w trawę 

wokół niego. 

Farmer nie spał, nawet nie drzemał, po prostu leżał, 

odpoczywał. Odprężony, rejestrował w myśli wszystkie od­

głosy i wrażenia. Słyszał kosiarkę pracującą kilka domów 

dalej, dochodził do niego zapach hamburgerów skwierczących 

na grillu u sąsiadów. Jakiś pies szczekał po drugiej stronie 

ulicy. Kilka przecznic dalej nagle włączył się alarm w czyimś 

samochodzie, ale natychmiast zamilkł. Wszystko jak zawsze. 

Wtedy Frank Farmer usłyszał samochód parkujący przed 

jego domem. To nie mógł być zwykły samochód dostawczy ani 

typowe podmiejskie auto sąsiadów. Niski, potężny warkot 

silnika wskazywał, że był to szybki sportowy wóz, rzadko 

spotykany w tej dzielnicy. 

Samochód zatrzymał się i silnik ucichł. Trzasnęły drzwiczki 

i w kilka sekund później w mieszkaniu odezwał się dzwonek. 

Farmer uniósł się na łokciu i zawołał: 

— Jestem w ogrodzie! 

Zza domu wyłonił się wysoki mężczyzna. Farmer dokład­

nie mu się przyjrzał zza słonecznych okularów. Murzyn 

o jasnym odcieniu skóry, koło pięćdziesiątki, dystyngowany, 

ubrany spokojnie, ale drogo. Żadnej biżuterii. Lekki sportowy 

jedwabny płaszcz nie był skrojony w sposób wskazujący na 

ukrytą broń. Nie stanowił zagrożenia. 

— Pan Farmer? 

Frank powoli podniósł się z leżaka. 

— Uhm. 

— Proszę nie wstawać. 

Mężczyzna wykonał gest w powietrzu, jakby nakłaniając 

Farmera, by ponownie usiadł. 

— Okay — Frank wzruszył ramionami i wrócił na leżak. 

— Bill Devaney — przedstawił się mężczyzna wyciągając 

rękę. — Miło mi pana poznać. 

Farmer uśmiechnął się. 

— Czym mogę służyć, panie Devaney? 

15 

background image

— Proszę mi mówić Bill. 

— Bill — Frank Farmer uniósł brwi w zaskoczeniu. 

— Frank — zaczął Devaney — możesz pomóc mi roz­

wiązać duży problem. 

— Jaki to problem? 

— Chciałbym wynająć cię do ochrony pewnej osoby. 

Ważnej osoby. Sławnej. 

— Z show-businessu? 

Bill Devaney uśmiechnął się. Wziął to za dobrą monetę. 

Wszyscy kochali show-business, każdy na tym świecie byłby 

zachwycony przebywając w towarzystwie gwiazd. Ten Frank 

Farmer nie wydawał się inny od reszty. 

— Tak. To ważne nazwisko. Najważniejsze. 

Farmer potrząsnął głową. 

— Przykro mi, panie Devaney... 

— Bill. 

— Przepraszam, Bill. Nie zajmuję się ochroną gwiazd. 

Mam nadzieję, że przyjazd tu nie naraził cię na zbyt wielką 

stratę czasu — z tonu głosu Farmera można było wywnio­

skować, że spotkanie i znajomość dobiegały końca. 

Devaney zasmucił się. 

— Ale... nie chcesz nawet wiedzieć, kto to taki? 

— Nie. 

— To Rachel Marron — powiedział Devaney, jakby nie 

zrozumiał odmowy Franka. — Jestem jej menadżerem, trosz­

czę się o nią. 

Nagle zdał sobie sprawę, jak zabrzmiały jego słowa. 

— Do pewnego stopnia. Ale niektóre rzeczy wymagają 

bardziej fachowej ręki. To właśnie miejsce dla ciebie. 

Nawet gdyby Farmer był wielbicielem Rachel Marron, nie 

pokazałby tego po sobie. Nic nie wskazywało nawet na to, że 

skojarzył nazwisko. Wzruszył ramionami bez przekonania. 

— Rachel Marron — powtórzył Devaney. — Najważniej­

sze nazwisko w show-businessie, a ty nie chcesz jej chronić. 

— Właśnie. 

— Dlatego, że jest w show-businessie? 

— Powiedziałem ci, nie zajmuję się gwiazdami. 

16 

background image

— Ale show-business to największe pieniądze — tłumaczył 

Bill Devaney. 

Frank Farmer ponownie wzruszył ramionami i zamknął 

oczy. 

Devaney przyglądał mu się przez chwilę. Z jego doświad­

czenia wynikało, że pieniądze, szczególnie duże sumy, inte­

resowały każdego. Aż do tej chwili zawsze potrafił kupić sobie 

przepustki do ludzi. To, że Farmer nie interesował się 

pieniędzmi, rozdrażniło go, ale jednocześnie zaintrygowało. 

Postanowił zmienić taktykę. 

Devaney pochylił się i podniósł jeden z noży. O jakieś pięć 

metrów od niego tkwił w ziemi drewniany palik. Pełen był 

śladów po wbitych nożach i rys w miejscach, w które nóż 

trafił, lecz się nie wbił. 

Trzymając nóż za ostrze, Devaney rzucił nim celując 

w palik. Chybił o jakiś metr, nóż odbił się od siatki od­

gradzającej ogród Farmera od sąsiadów. Farmer otworzył 

oczy, aby sprawdzić, co spowodowało hałas. Rozejrzał się, po 

czym znów je zamknął. 

— Naprawdę się na tym znasz? Na nożach? — zapytał 

Devaney. 

Frank Farmer nie zamierzał odpowiadać. To chyba oczy­

wiste, że osiem noży i palik do rzucania świadczą o jego 

znajomości rzeczy. 

— Czy to ona kolekcjonuje lalki? — spytał Farmer. 

Był raczej odporny na kulturę masową. Bardzo rzadko 

chodził na najnowsze filmy, nie czytywał kroniki towarzyskiej. 

Ilość godzin, które spędzał przed telewizorem, a właściwie 

przed kanałem z wiadomościami, nie odpowiadała średniej 

krajowej. Jednak nie można żyć w Stanach, żeby tak zupełnie 

nie słyszeć o gwiazdach. Coś — może artykuł przeczytany 

w samolocie, a może jakiś nagłówek w gazecie na mijanym 

straganie lub też zasłyszana rozmowa — kazało mu kojarzyć 

Rachel Marron z kolekcją lalek. 

Bill Devaney zdenerwował się. 

— Farmer, Rachel Marron to jedna z najbardziej zna­

nych osób w Ameryce. Zdobyła wszystkie nagrody muzyczne. 

— Ochroniarz 

17 

background image

Teraz śpiewa największy przebój w kraju. Nie mam nic — 

znasz? 

— Chyba nie — powiedział Farmer nadal nie otwierając 

oczu. — Może gdybyś zanucił kilka linijek... 

Devaney nie wiedział, czy Farmer mówi poważnie, czy się 

z niego nabija. Z reguły to on panował nad sytuacją; tym 

razem było odwrotnie i wcale mu się to nie podobało. 

— Daj spokój. Rachel Marron występowała w filmie 

Królowa nocy.

 To jej pierwszy film, ale na pewo dostanie 

nominację do Oscara. Nie ma większych gwiazd, a ty chcesz 

wiedzieć, czy ona zbiera lalki? 

Frank Farmer otworzył oczy i spojrzał na Devaneya znad 

okularów. 

— To znaczy, że to nie ona zbiera lalki? 

Devaney pokonany wzruszył ramionami. 

— Tak. To ona kolekcjonuje lalki. 

Frank skinął głową, jakby chciał coś potwierdzić. Ułożył 

się z powrotem na leżaku. 

— Tak mi się zdawało. 

Devaney wziął następny nóż, obrócił go w ręku, obejrzał 

błyszczące ostrze. 

— Pewnie jesteś w tym zawodzie świetny, prawda? 

— Świetny — upewnił go Frank. 

— Pokaż mi. 

Frank nie poruszył się. 

Devaney potrząsnął głową. 
— Dlaczego nie chcesz wziąć tej roboty? — spytał. — 

Dobrze płacimy... — popatrzył na nieruchomą twarz 

Franka — dwa tysiące dolców tygodniowo. 

Suma była tak przekonująca, jak skuteczny był rzut nożem 

w wykonaniu Devaneya. 

— Dobrze, dobrze... dwa i pół tysiąca tygodniowo. 

— Za takie pieniądze możesz mieć kilku dobrych facetów. 

Frank Farmer nadal nie otwierał oczu, ale przynaj­

mniej Devaney sprowokował go do odpowiedzi. To lepsze 

niż nic. 

— Tak, ale... 

18 

background image

— Rozmawiałeś z Fitzgeraldem albo z Racinem? 

A z Portmanem? Są dobrzy. Bardo dobrzy. 

— Tak — powiedział Bill Devaney — Portman był 

zainteresowany, ale... 

— To weź Portmana. 

Devaney poczuł grunt pod nogami. Może Farmer da się 

namówić, jeśli usłyszy nazwiska swoich rywali. Trzeba go 

trochę podrażnić. 

— Portman by chciał, ale powiedziano nam, że ty jesteś 

najlepszy. Nie Portman. 

— Najlepszy? W tym fachu nie ma najlepszych. 

Nadszedł czas na odkrycie kart. 

— Farmer, nieważne, że ona jest gwiazdą. Nieważne, że 

jest w show-businessie. Mówimy o bardzo przestraszonej ko­

biecie. O przerażonej kobiecie, która ma siedmioletniego syna. 

Uwierz mi, nie przyjechałbym tu, gdybym nie uznał, że to 

poważna sprawa. 

Napięcie w jego głosie stało się wyraźniejsze. 

— Farmer — ciągnął — błagała mnie, żebym cię namówił. 

Słuchaj, spakuj się, przyjedź do mnie, zostań kilka dni. 

Rozejrzysz się. Co ci szkodzi? 

Frank przemyślał propozycję, usiadł i zdjął okulary. Przez 

chwilę przygląda! się Devaneyowi. Podniósł pięć noży i ułożył 

je sobie na ręku. 

— Dobra. Przyjadę i rozejrzę się. Jeśli wezmę tę robotę, 

chcę trzy tysiące tygodniowo. 

Devaney zagwizdał cicho. 

— Trzy tysiące tygodniowo? Za takie pieniądze musisz 

być naprawdę niesłychany. Zgoda. Niech będzie trzy tysiące. 

Jakby pragnąc umocnić swoją pozycję twardego faceta, 

Frank przybrał kamienny wyraz twarzy, wyprostował plecy 

i wybrał jeden nóż. Rzucił nim energicznie, nóż kilka razy 

zawirował w powietrzu. Chybił o ponad metr i walnął w par­

kan, podobnie jak przed paroma chwilami zrobił to Devaney. 

Prawdę mówiąc, Devaney był o wiele bliższy celu od Farmera. 

— Cholera — powiedział Farmer. 

Devaney pobladł. 

19 

background image

Frank Farmer obejrzał dokładnie następny nóż, jakby 

spodziewał się znaleźć na nim instrukcję obsługi. 

— To chyba jakoś tak... — mruknął wywijając nadgar­

stkiem, jakby ćwicząc rzuty. 

Zamachnął się i rzucił kolejnym nożem, który jednak 

wyślizgnął mu się z ręki. Ostrze świsnęło nad uchem Devaneya 

i wbiło się w krzaki. 

— Farmer, na miłość boską! — Devaney usunął się 

z drogi, stając w najbezpieczniejszym jego zdaniem miejscu, 

czyli za plecami Franka. 

— Przepraszam — powiedział Farmer uśmiechając się 

nieśmiało. 

Uniósł rękę, aby rzucić kolejny nóż, ale zatrzymał się. 

— Wiesz, nie powinieneś stać tak blisko... gdyby mi się 

wymsknął, mógłbym cię niechcący zranić. 

Devaney odszedł kilka kroków. Farmer rzucił nóż, który 

przeciął ze świstem powietrze, obrócił się kilka razy błyskając 

srebrnym ostrzem. Leciał prosto do celu. Wbił się na pięć 

centymetrów w palik. Ułamek sekundy później drugi nóż trafił 

w cel, za chwilę trzeci. 

Devaney mrugnął. Noże ułożyły się w idealnie prostej linii. 

Uśmiechnął się. 

— Znasz się na tym. 

— Wystarczająco — Farmer wzruszył ramionami. 

background image

Rozdział III 

Samochód powie o tobie wszystko, przynajmniej tak 

twierdzą w Los Angeles. Jeśli to prawda, to zakurzony, 

ciemnobrązowy Chevrolet Caprice Franka Farmera mógł go 

określić nader mylnie. Sfatygowane auto mówiło: „Jestem 

nikim. Nie zwracajcie na mnie uwagi". To zwykle odpo­

wiadało Frankowi, ale nie kiedy jechał naj szykowniejszymi 

dzielnicami Los Angeles. W otoczeniu zapełnionymi ferrari 

Testarossa, bentleyami Mulsanne i innymi autami wartości pół 

miliona dolarów, powszechnymi w Bel Air i Beverly Hills, 

Chevrolet Franka bardzo się wyróżniał. Poświadczał, że wła­

ściciel tu nie przynależy. 

Na kilka minut przed umówionym spotkaniem z Rachel 

Marron zatrzymał wóz przed jej domem. Zgasił silnik, wysiadł 

i uważnie obejrzał dom i cichą ulicę. 

Posiadłość Rachel znajdowała się na Waverly Lane w Bel 

Air. Rozciągała się na hektarze bardzo drogiej ziemi. Dom, 

stanowiący dziwną mieszankę stylów architektonicznych, stał 

wśród bujnych trawników i zadbanych ogródków. Kilka 

tarasów schodziło w stronę ulicy. W ogrodzie rozmieszczone 

były typowe dla gwiazd rekwizyty: duży basen z czystą, 

Połyskującą wodą, dwa korty tenisowe. 

Zaglądając przez bramę z kutego żelaza można było 

dostrzec tylko niewielką część domu, reszta budynku kryła się 

za drzewami i krzewami. Całość otoczona była wysokim 

21 

background image

kamiennym murem, jednak każdy normalny człowiek mógłby 

się przez niego przedostać. 

Frank Farmer pokiwał głową na ten widok. Właśnie tego 

się spodziewał. Typowy dla Hollywood dom-forteca: jeśli oni, 

a „oni" to wielbiciele, turyści i maniacy, których każda 

gwiazda się obawiała, lecz nie mogłaby bez nich żyć, nie 

widzieli cię — byłeś bezpieczny. Prawdziwe było jednak tylko 

rozumowanie odwrotne: jeśli ty ich nie widziałeś, nie wiedzia­

łeś, że tam są. 

Frank Farmer lustrował posiadłość kilka sekund. To, co 

inni uznaliby za luksusowy i niezdobyty dom, on widział jako 

drogie, niebezpieczne miejsce. Nie tylko nie było nieosiągalne, 

było niesłychanie łatwe do zdobycia. Ale on widział rzeczy 

inaczej niż zwykli ludzie. Jego praca, życie, oraz życie tych, 

których ochraniał, sprawiły, że jego czujność i uwaga były 

w nieustannej gotowości. Nic nie było nieważne, niegodne 

zapamiętania. Nie mógł pozwolić sobie na przegapienie jakie­

goś przyziemnego szczegółu życia, ponieważ nigdy nie wie­

dział, kiedy coś drobnego nabierze groźnego, śmiertelnego 

znaczenia. 

Przy bramie zauważył domofon, jednak nie od razu z niego 

skorzystał. Zamiast tego złapał jeden z prętów w żelaznej 

bramie i uwiesił się na nim całym ciężarem, niemal wyrywając 

drzwi z zardzewiałych zawiasów. Wystarczyłaby mała fur­

gonetka, żeby wyważyć bramę i podjechać pod drzwi, zanim 

ktokolwiek z domowników zdąży zareagować. Devaney miał 

rację, Rachel Marron i jej syn potrzebowali ochrony, a przy­

najmniej wzmocnienia bezpieczeństwa ich domu. 

Kiedy Frank odstępował od bramy, poczuł, że jest obser­

wowany. Nie przez kogoś z domu, nie przez ukrytą kamerę, 

ale gdzieś z tyłu. Powiedziało mu o tym dziwne mrowienie 

w karku. 

Odwrócił się. Kilkanaście metrów dalej stała zaparkowana 

czarna terenowa toyota o bardzo wysokim zawieszeniu. Z tej 

odległości nie mógł odczytać tablicy rejestracyjnej ani zapa­

miętać wyglądu kierowcy. W chwili, kiedy Frank ruszył 

w kierunku samochodu, usłyszał warkot silnika i wóz od-

22 

background image

jechał. Ruszył dość szybko — nie bardzo szybko, ale i tak 

wzbudził podejrzenia Farmera. Odnotował sobie w pamięci, 

żeby sprawdzić czarną terenową toyotę. To pewnie nic nie da, 

po Los Angeles muszą jeździć ich tysiące, ale nie wolno mu 

było tego zignorować. 

Frank zasiadł za kierownicą swojego auta, podjechał pod 

bramę i nacisnął guzik domofonu. Czekał chwilę, a potem 

usłyszał zniekształcony męski głos. Domofon nie był naj­

lepszy. 

— Słucham? 

— Frank Farmer do panny Marron. 

— Co? 

Frank zniechęcony pokręcił głową. 

— Aleksander Graham Bell do panny Marron. 

Albo człowiek po drugiej stronie nie dosłyszał wyraźnie, 

albo uznał, że wynalazca telefonu przyszedł z wizytą. 

— Jest pan umówiony? 

— Liczba atomowa cynku to trzydzieści — powiedział 

Frank. 

— Proszę. 

Dzwonek odezwał się bardzo głośno, odblokował się 

elektryczny zamek i brama otworzyła się powoli i z trzaskiem, 

jakby żelazo zdążyło już dawno zardzewieć. 

Frank przejechał i w tylnym lusterku obejrzał drzwi 

bramy. Drzwi pozostawały otwarte tak długo, że nie jeden 

a trzy lub cztery samochody zdążyłyby przejechać. Pro­

fesjonalnym okiem rozejrzał się po ogrodzie, pełnym klom­

bów kwiatowych, ocienionych miejsc, drzew o nisko zwi-

sających gałęziach. Farmer pomyślał, że rezydencja nie 

sprawia wrażenia luksusowej, jest raczej dobrym schro­

nieniem. 

Przed domem panny Marron był okrągły podjazd, ale 

Frank nie zaparkował tam. Podjechał pod garaże i zatrzymał 

się obok różowego jaguara XKE. Szofer lewą ręką polerował 

maskę gotowego do skoku jaguara. Prawą rękę miał zaban­

dażowaną. Był to szczupły, wysoki Murzyn. Frank ocenił go 

na jakieś dwadzieścia pięć lat. 

23 

background image

Kiedy Frank zaparkował samochód, szofer odłożył ścierkę 

i przyjrzał mu się podejrzliwie. Obok garażu zaparkowała 

ciężarówka malarzy, dwóch ludzi rozładowywało z niej sprzęt. 

Farmer zastanawiał się, czy zostali sprawdzeni i w jaki 

sposób. 

— Czym mogę służyć? — spytał szofer. 

— Czy z panem rozmawiałem przez domofon? 

— Nie — szofer pokręcił głową. — Czym mogę służyć. 

— Nazywam się Edison. Jestem umówiony na dziś z pan­

ną Marron. 

— Tak? — kierowca nadal był podejrzliwy, co bardzo 

spodobało się Frankowi. 

To pierwszy i jedyny znak jakiejkolwiek ochrony, jaki tu 

zobaczył. Miał nadzieję, że reszta obsługi okaże się tak samo 

czujna. 

— Kto umówił na spotkanie? — zapytał szofer. 

— Pan Devaney. 

Wątpliwości szofera zniknęły. Wskazał na szerokie, białe 

drzwi niczym kelner na sali. 

— Proszę bardzo, panie Edison. 

Frank Farmer skrzywił się. Kierowca właśnie stracił 

wszystkie przyznane mu punkty. Frank skierował się do drzwi, 

ale zatrzymał się i ponownie odwrócił do młodego człowieka. 

— Co się panu stało w rękę? 

Szofer uśmiechnął się sztucznie i spojrzał na bandaż. 

— To lalka — powiedział cierpko. 

Powrócił do jaguara i zabrał się do czyszczenia. 

Frank zadzwonił i czekał. Drzwi nie były zamknięte, ale 

lekko uchylone. Po chwili otworzyły się na oścież. Gospodyni 

okazała się sympatyczną, dostojną kobietą po pięćdziesiątce. 

Uśmiechnęła się mile. 

— Henry Ford. Do pana Devaneya — powiedział Frank. 

— Proszę wejść, panie Ford. Jestem Emma. 

— Bardzo mi miło. 

Frank wszedł do obszernego hallu; ciemnoniebieska kafel­

kowa posadzka błyszczała czystością. Przy jednej ze ścian stał 

ciężki, rzeźbiony kredens. Na ciemnym marmurowym blacie 

background image

ustawiono wielki wazon z kwiatami. Kręcone schody wiodły 

na wyższe piętra. 

Emma nie zachowywała się zbyt ceremonialnie. 

— Powiem panu prawdę, panie Ford. Nie wiem, gdzie jest 

pan Devaney. Czy powiedział, że tu można go zastać? 

— Tak powiedział — Frank skinął głową. 

Emma wzruszyła ramionami, pochyliła się do Franka, 

jakby chciała opowiedzieć mu nieprzyzwoity dowcip. 

— Skoro tak powiedział, to pewnie jest. Poszukam go. 

Zaprowadziła Franka do dużego, rzadko używanego sa­

lonu. Malarze przygotowywali się do pracy, właśnie pokrywali 

meble pokrowcami, żeby nie ubrudzić ich farbą. Mimo 

pokrowców Farmer był pewien, że meble były stare i rzadko 

spotykane. Pokrowce nie sięgały podłogi, gdzieniegdzie dało 

się zauważyć rzeźbione nóżki starych krzeseł i foteli. 

Najważniejszym sprzętem w pokoju był olbrzymi telewi­

zor, który pokazywał ostatni teledysk Rachel Marron Nie 
mam nic.

 Muzyka dochodziła z ukrytych głośników. 

— Proszę się czuć jak u siebie — powiedziała Emma. — 

Czy podać coś panu? 

— Nie, dziękuję. 

— Zaraz wracam. 

Emma zostawiła go na środku pokoju i zniknęła w olbrzy­

mim hallu. Frank poczekał, aż odejdzie, potem sam po­

szedł na obchód domu, w przeciwnym kierunku niż go­

spodyni. 

Wyglądało na to, że dom był właśnie odnawiany. Malarze, 

stolarze, dekoratorzy i projektanci kręcili się w różne strony lub 

pracowali. Żaden z nich nie zwracał uwagi na Franka. 

Pokoje, które mijał, miały już inny charakter. Im dalej 

zapuszczał się w głąb domu, tym stawały się mniejsze i bardziej 

ludzkie, przytulniejsze i zamieszkane. Chodząc po domu, zbliżał 

się wyraźnie do źródła muzyki. Na początku ledwie ją słyszał, 

teraz stawała się coraz wyraźniejsza. 

Dotarł do pokoju wyłożonego kafelkami, ciepłe kalifor­

nijskie słońce wlewało się przez wysokie rozsuwane drzwi. 

ściana naprzeciw drzwi obwieszona była półkami z różnymi 

25 

background image

nagrodami Rachel Marron, odmierzającymi jej drogę ku 

sławie. Zauważył nagrodę Tony za pierwsze, i jak dotąd 

jedyne, wystąpienie panny Marron na Broadwayu. Trzy 

nagrody Grammy wisiały obok złotych i platynowych płyt. 

Obok nich znajdowały się statuetki i odznaki przyznane przez 

różne organizacje z kraju i zagranicy. 

Trofea nie zajmowały Franka tak, jak zdjęcia stojące na 

półkach i wiszące na ścianach. Było ich całe mnóstwo, 

większość to oficjalne zdjęcia przedstawiające Rachel Marron 

przyjmującą nagrody, stojącą wśród ważnych osobistości 

i innych gwiazd. Jedno wyróżniało się. Zobaczył na nim 

Rachel i małego chłopca, najwyżej siedmiolatka. Nie było 

pozowane, jak cała reszta, było naturalne i niewymuszone. 

Matka i syn uśmiechali się do aparatu szeroko, szczęśliwie. 

Biło z niego ich wzajemne, głębokie uczucie. W rogu zdjęcia 

widniał dziecinny podpis: „Dla Rachel Marron, mojej najważ­

niejszej wielbicielki, Fletcher". 

Farmer uśmiechnął się. Pomyślał, że gdyby Rachel Marron 

była zmuszona wybrać tylko jedno trofeum z półki, to wesołe 

zdjęcie wygrałoby z wszystkimi Grammami, nagrodami Tony 

i ze złotymi oraz platynowymi płytami. 

Nagle muzyka urwała się. 

Farner podszedł do drzwi i wyjrzał. Zadbany trawnik 

dochodził do basenu. Mały chłopiec, którego widział na 

zdjęciu, kucał nad brzegiem. Trzymał w ręku pilota, którym 

sterował niewielkim modelem motorówki, ślizgającej się po 

przejrzystej, błękitnej wodzie, Fletcher z uwagą obserwował 

łódkę. Na wapiennej ławce siedziała opiekunka, która raz po 

raz odrywała wzrok od szydełkowania, jakby sprawdzając, czy 

jej podopieczny nie wpadł do wody i nie utopił się. 

Znów rozbrzmiała muzyka, tym razem głośniejsza, o moc­

nej basowej barwie. To inny przebój Rachel Marron, rytmicz­

ny i żywy. Farmer poszedł za dźwiękiem do następnego 

pokoju. 

Znalazł się w rodzinnej sali, dużej i wygodnej. Stały w niej 

olbrzymie kanapy, barek profesjonalnych rozmiarów, wieża 

stereo i ekran projekcyjny. 

26 

background image

Pokój zapełniony był ludźmi i sprzętem filmowym. Młode 

kobiety i mężczyźni na środku ubrani byli w dresy i getry, to 

tancerze ćwiczący kroki i układy pod czujnym okiem choreo­

grafa. Ostre światło słoneczne wdzierające się przez okno 

rzucało ich cienie na ceglaną ścianę po przeciwnej stronie. 

Kamerzysta krążył wokół, filmował próbę kamerą ustawioną 

na ramieniu. Ujęcia, które zrobił, pokazywały się na dużym 

ściennym telewizorze. 

W pokoju wprost wrzało. Ładna Murzynka właśnie za­

kładała kostium, identyczny jak ten, w którym Rachel Marron 

miała wystąpił na teledysku. Technicy uwijali się z kamerami 

i sprzętem nagłaśniającym. Inni przygotowywali światła i mi­

krofony; kilka młodych kobiet, asystentek producenta, stu­

diowało scenariusz albo rozmawiało przez bezprzewodowy 

telefon. Ludzie byli wszędzie, niektórzy odpoczywali na kana­

pach o wysokich oparciach. Wydawało się, że ci, którzy nie 

mieli wyznaczonych funkcji w organizacji Marron, mieli za 

zadanie sterczeć wokół, palić papierosy, rozmawiać i głośno 

się śmiać. 

Nikt nie zwracał na Franka uwagi. Usiadł na wygodnym 

stołku barowym i przyglądał się wirującemu, niemal nie 

kontrolowanemu chaosowi. W pewnej chwili z tłumu wyłonił 

się Devaney, pomachał do Franka i skierował się ku niemu. 

Frank zauważył powitanie, ale przyglądał się innemu 

mężczyźnie, wysokiemu facetowi w obcisłej, białej koszuli, pod 

którą wyraźnie rysowały się potężne mięśnie, kołnierzyk 

ledwie opinał olbrzymią szyję. Frank nie miał wątpliwości, 

kim był ten facet. Ten kolos, ta kupa mięsa, to ochroniarz. 

On także zauważył Franka, podniósł się i ruszył w jego 

stronę z groźnym wyrazem twarzy. Widząc to, Devaney 

uspokoił go ruchem ręki. 

— W porządku, Tony. On tu miał być. 

Facet, do którego Devaney zwrócił się „Tony", skinął 

głową i usiadł z powrotem, obok innej młodej Murzynki. Nie 

była ubrana jak tancerki, poza tym nie bardzo interesowała się 

tym, co działo się w pokoju. Nie była znudzona ani znie­

chęcona, po prostu nie widziała nic ciekawego. Raczej po-

27 

background image

dobna do Rachel Marron, mniej więcej w tym samym wieku, 

może nieco starsza. Nie trzeba mieć wnikliwości Franka 

Farmera, żeby domyślić się, że to ktoś z rodziny wielkiej 

gwiazdy. Siostra, może kuzynka. Obok niej siedział starszy 

mężczyzna i rozmawiał przez telefon. Wyglądał na pewnego 

siebie. 

Uwaga wszystkich skupiała się na głębokiej kanapie 

z przodu pokoju, wokół której kręciła się cała ta wrzawa. 

Oparcie było tak wysokie, że Frank nie mógł dostrzec osoby 

tam siedzącej, ale doskonale domyślał się, kto to taki. Co 

chwila do kanapy podchodzili asystenci lub sekretarki, ich 

twarze wyrażały szacunek. 

Muzyka umilkła i tancerze zamarli na swoich miej­

scach. 

— Playback, uwaga! 

To głos reżysera kontrolującego działania w pokoju. 

Cofnięto film pokazywany na dużym ekranie i wszystkie ujęcia 

można było obejrzeć od tyłu. 

Frank usłyszał z kanapy głos Rachel Marron: 

— Rory! — zawołała do choreografa. — Chodź tu, 

kochanie! To będzie świetne. Podoba mi się... 

Jedyne, co Frank mógł zobaczyć, to ręce kobiety uniesione 

nad wysokim oparciem kanapy. 

Devaney próbował zwrócić na siebie uwagę gwiazdy. 

— Rachel, jest tu ktoś... 

— Nicki! — zawołała Rachel, nie zwracając na niego 

uwagi. 

Podeszła kobieta, którą Frank uznał wcześniej za krewną. 

— Tak? 

— Nicki, podobało ci się? Podobała ci się końcówka? 

Uważasz, że było dobrze? 

— Wspaniale — zapewniła gorąco Nicki. 

Devaney spróbował jeszcze raz. 
— Rachel, chciałbym żebyś... 

W tym momencie z głośników rozległ się głos reżysera. 

— Rachel! Chcesz obejrzeć całość od początku, czy tylko 

końcówkę? 

28 

background image

— Chcę zobaczyć wszystko — zawołała Rachel. — Tony! 

Na pewno mu się podobało! 

Tony nonszalancko machnął ręką, jakby chciał odepchnąć 

video. 

— Eee — powiedział patrząc na Franka. 

Farmer pomyślał, że w taki właśnie sposób prezentuje 

siebie jako twardego faceta. Chciał podkreślić, że nikt nie 

może zawracać mu głowy, nawet szefowa. 

— Eee? — powtórzył choreograf. — Wypruwam z siebie 

flaki i słyszę za to marne „eee"? 

— Nie martw się, Rory — pocieszała go Rachel, głaszcząc 

po zmierzwionych włosach. — Tony taki jest. Wielka sztuka 

nie przemawia do niego. 

Dziewczyna, która mierzyła kostium, podeszła do grona 

otaczającego gwiazdę, odsuwając nieco Devaneya na bok. 

— Co o tym myślisz, Rachel? — przybrała pozę mo­

delki — Podoba ci się? 

Devaney znów się wtrącił. 

— Rachel, Frank Farmer jest... 

Rachel Marron oceniała kostium chłodnym, krytycznym 

okiem, rozważając jego wady i zalety. 

— Słuchaj, Devaney — zaczęła nie odrywając wzroku od 

ubrania. — Myślisz, że będzie mi pasował? 

Bill Devaney nawet nie spojrzał na kostium, jego zdanie 

w tych sprawach i tak niewiele się liczyło. 

— Cudowny... Rachel — dodał szybko — jest tu Frank 

Farmer. 

Skinął w kierunku Franka. Spojrzenia wszystkich, za 

wyjątkiem Rachel, powędrowały ku Farmerowi. 

— Kto taki? — spytała Rachel. 

— Frank Farmer. 

Rachel spojrzała obojętnie. 

— Ochroniarz. 

Nastąpiła chwila ciszy, potem Rachel znów zaczęła paplać. 

— Uważam, że Tony powinien być moim ochroniarzem. 

Wróćmy do kostiumu. Odwróć się, żebym mogła obejrzeć 

jeszcze raz plecy. 

29 

background image

Bill Devaney całkiem nieźle żył z tego, że potrafił radzić 

sobie z napuszonymi, zapatrzonymi w siebie gwiazdami, 

w szczególności z Rachel Marron. Był z nią od samego 

początku, doskonale ją rozumiał. Devaney wiedział, kiedy 

należy pozwolić Rachel paplać, a kiedy należy traktować ją 

twardo. 

— Rachel, podnieś tyłek z siedzenia i poznaj tego faceta. 

Rachel nie mogła uniknąć tego pocisku. Wstała. 

— No, stoję. 

Spojrzała przez pokój na Franka. 

— Możesz do nas podejść, Frank? — zawołał Devaney. 

Frank skinął głową, jego twarz nie zdradzała uczuć, ale po 

cichu myślał: „Właśnie dlatego nie pracuję z gwiazdami". 

Współpraca ze sławami ekranu była bardziej oficjalna niż 

praca ze szlachtą, z ludźmi z Białego Domu czy z Departa­

mentu Stanu. Rachel Marron, po wielu utyskiwaniach, mogła 

dla niego wstać, ale to on musiał do niej podejść, skoro już 

raczyła to zrobić. 

— Frank Farmer, Rachel Marron — powiedział Devaney 

z triumfem w głosie, jakby udało mu się zaprowadzić pod­

stępem pokój między dwiema zwalczającymi się frakcjami. 

Uścisnęli sobie ręce, a Rachel przyjrzała mu się uważnie. 

Niewielki uśmiech błąkał się na jej ustach. 

— Nie wyglądasz na ochroniarza. 

— A czego się spodziewałaś? — Frank nie pozostał jej 

dłużny. 

— Sama nie wiem — powiedziała spoglądając na To­

ny'ego. 

Tony przyglądał się im wzrokiem zazdrosnego męża. 

— Chyba spodziewałam się kogoś innego, jakiegoś twar­

dziela. 

— Tylko się tak przebrałem. 

Rachel chciała się roześmiać, ale opanowała się i pozwoliła 

sobie jedynie na uśmiech. 

— Cóż — powiedziała, jakby Farmer nie mógł jej usły­

szeć — ma niezły refleks. 

Devaney przejął pałeczkę. 

30 

background image

— To Nicki, siostra Rachel i jej sekretarka. 

— Miło mi, panie Farmer. 

Devaney wskazał na Tony'ego. 

— To Tony Scibelli. 

Tony skinął głową, ale nie pofatygował się, by podejść 

i podać Frankowi rękę. 

— Tam, przy telefonie — Bill Devaney wskazał na faceta 

z ważną miną — siedzi Sy Spector, zajmuje się prasą i reklamą 

Rachel. 

Frank skinął głową, zapamiętywał wszystko. 

Rachel znów jakby traciła zainteresowanie Frankiem. Na 

nowo zaczęła oglądać kostium. 

— Te plecy chyba nie są najlepsze... 

— Czy podać ci coś, Frank? — spytał Devaney. — Może 

drinka? 

— Sok pomarańczowy. 

Odpowiedź znów wywołała pewne zainteresowanie jego 

osobą. 

— Czysty? — dopytywała się Rachel z głupim uśmie­

chem. — Nicki, podaj panu sok pomarańczowy. 

— Rachel, powinniśmy już robić następną próbę! — 

krzyknął Rory. 

— Zaraz przyjdę, Rory. 

Usiadła na kanapie i wskazała Frankowi miejsce obok 

siebie. 

— Proszę posłuchać — powiedziała gorąco, jakby Far­

mer nagle stał się najważniejszą osobą w okolicy. — Uwa­

żam, że to jakieś nieporozumienie. To wszystko jest pomys­

łem Billa... ta nagła obsesja chronienia mnie. Do tej pory 

Tony zajmował się moim bezpiczeństwem i doskonale dawał 

sobie radę — uśmiechnęła się uprzejmie, jakby już wszystko 

wyjaśniła. 

Sy Spector zbliżał się do nich, cały czas trzymając przy 

uchu słuchawkę bezprzewodowego telefonu. 

— Tak, poczekam, ale nie za długo... 

Rory już zajął się pracą. 

- Rachel, chcesz przećwiczyć kroki, zanim zaczniemy? 

31 

background image

— Już idę — powiedziała roztargniona Rachel. 

Nicki wróciła niosąc wysoką szklankę zimnego soku 

pomarańczowego. 

— Bill chyba ma rację, Rachel, Powinnaś lepiej dbać 

o swoje bezpieczeństwo. To poważne — mówiła to do Rachel, 

ale patrzyła na Farmera. 

Sy Spector zakrył dłonią mikrofon słuchawki. 

— Nicki, jestem pewien, że pan Farmer powie ci, iż ilość 

wariatów piszących do Rachel listy wzrasta za każdym razem, 

kiedy jej zdjęcie pojawi się na okładce. 

Devaney pokręcił głową. 

— Nie tych listów, które przychodzą ostatnio. Nie takich. 

Asystentka przedarła się do nich, podając Rachel stertę 

papierów. Były to wiadomości telefoniczne, listy, dokumenty. 

Rachel wzięła od niej pióro i zaczęła przeglądać papiery, 

podpisując te, które powinna. Zmarszczyła brwi widząc jedną 

z różowych kartek. 

— To od kogo? 

— A, to — powiedziała asystentka — to z biura Clive'a. 

Dzwonili już trzy razy. 

— Rachel — ostrzegł Devaney — nie odchodźmy od 

tematu. 

— Spokojnie, panowie — była wyraźnie zirytowana. — 

Powiedziałam, że to zrobię. Widzicie, co tutaj mam? 

Machnęła papierami, wskazała na zapełniony pokój, na 

tancerzy, techników, choreografa. 

— Chętnie będę współpracować, ale musimy się nawzajem 

zrozumieć. Nie pozwolę, żeby to w jakiś sposób zmieniło moje 

życie. 

— Kochanie — nalegał Devaney — to żaden problem. 

Zwrócił się do Franka. 

— Widzisz, Frank, tu każdy mówi, co myśli. Rachel 

prowadzi dom na luzie, wszyscy mówimy sobie po 

imieniu... 

To miało uspokoić Franka, ale niczego po sobie nie 

pokazał. Sy Spector zakończył rozmowę, wyłączył przenośny 

telefon i włączył się do dyskusji. 

32 

background image

— Jestem pewien, że szybko się w to wciągniesz — za­

pewnił z udawaną sympatią. — Możesz wybrać dla domu taki 

alarm, jaki uznasz za najlepszy. Może należy wzmocnić 

ochronę przy bramie. Czy coś jeszcze, Rachel? 

Rachel wstała i skierowała się do Rory'ego i tancerzy. 

Frank spojrzał na Devaneya. Devaney był zmartwiony. Nie 

podobał mu się obrót spraw. 

Rachel powiedziała przez ramię: 

— Uważam że tu, w domu, jestem bezpieczna. Chyba naj­

ważniejsze jest, kiedy wychodzę. Tony opowie ci o wszyst­

kim. Będziecie musieli coś wspólnie wymyślić. Jasne, 

Tony? 

— Jasne, Rachel. 

— Ale nie chcę, żebyście obaj siedzieli mi na karku, kiedy 

gdzieś idę. I najważniejsze — nie chciałabym, żeby to w jaki­

kolwiek sposób dotknęło Fletchera. 

Sy Spector wybierał już następny numer telefoniczny. 

— Właśnie do tego zmierzałem. Chłopcu powiemy, że 

pełnisz tu jakąś inną funkcję... 

— Tak, właśnie. Nie chciałabym, żeby czuł się jak 

w więzieniu. Dlatego nie wolno zmienić domu ani ogro­

du. Nie powinien wyczuwać twojej obecności. Rozu­

miesz? 

Frank przyglądał się jej przez całe pięć sekund, potem 

szybko rzucił okiem na Devaneya. 

— Panno Marron... 

— Rachel. 

— Masz rację. 

— Tak? 

— Tak, zaszło tu pewne nieporozumienie. 

Rachel Marron triumfowała. Przebiegła oczami po kręgu 

doradców i pochlebców. 

— A widzisz! Mówiłam! 

— A więc — zaczął spokojnie Frank — gdybyś pokazała 

mi najkrótszą drogę do wyjścia, zaoszczędzilibyśmy sobie 

wszyscy wielu kłopotów. 

I już wychodził, kierując się do oszklonych drzwi. 

Ochroniarz 

33 

background image

— Najszybciej będzie przez basen — powiedział Tony. 

— Zamknij się, Tony! — huknął na niego Devaney. 

— Miło mi było was poznać — dodał Frank w drzwiach. 

— Farmer! — zawołał Devaney. — Poczekaj chwilę! 

— Bill — zatrzymał go Sy Spector. — Nie sądzę, żebyśmy 

musieli błagać tego faceta o pomoc. 

Devaney spojrzał ostro na prasowca. 

— Sy, ja się tym zajmuję. 

Pospieszył za ochroniarzem, dogonił go dopiero przy 

basenie, Fletcher i jego opiekunka wciąż tam byli, elektryczna 

motorówka nadal ślizgała się po spokojnej tafli wody. 

— Farmer, poczekaj — dotknął ramienia Franka. — 

Proszę. 

Farmer nie zatrzymał się. 

— Powinienem powiedzieć ci więcej — Devaney mówił 

bardzo szybko. — Przykro mi, że tak wyszło, ale bałem 

się, że ona tego nie zaakceptuje. Pomyślałem, że jeśli 

was poznam ze sobą, jakoś to dopracujecie, dojdziecie do 

porozumienia. 

— I doszliśmy — uprzejmie oznajmił Frank. 

— Słuchaj, nie pracujesz na co dzień z gwiazdami... 

— Wiesz już dlaczego? — odburknął Frank. 

Devaney skinął głową. 

— Zgoda, ale oni już tacy są. Wszyscy. Po prostu grają. 

Zarówno na scenie jak i poza sceną. 

Siedzący przy basenie Fletcher z zaciekawieniem przy­

glądał się dwóm mężczyznom. Wyłączył pilota i motorówka 

powoli zwalniała swój poślizg po wodzie. 

Devaney starał się jak mógł, by opóźnić odejście Franka. 

— Ona nie jest zła. I potrzebuje cię, nawet jeśli nie zdaje 

sobie z tego sprawy. 

Frank Farmer zmarszczył brwi. 

— To możliwe, ale... — wzruszył ramionami i chciał iść 

dalej. 

— Proszę — błagał Devaney. — Przejechałeś taki szmat 

drogi. Możesz poczekać jeszcze minutę? Chciałbym ci coś 

pokazać. Proszę, Farmer. 

34 

background image

Frank zatrzymał się i odwrócił zrezygnowany, był gotów 

zostać jeszcze pięć minut dłużej. 

— Okay, okay — powiedział Devaney cofając się, jakby 

w obawie, że jego słowa sprowokują atak. — Zostań tu, a ja 

wrócę za minutę. Proszę. 

Odwrócił się i pospieszył w kierunku domu. 

Frank Farmer obserwował, jak odchodzi, a w chwili, gdy 

Devaney zniknął wewnątrz domu, ochroniarz znów ruszył do 

samochody. Chciał wrócić w zacisze swojego spokojnego 

świata. 

background image

Rozdział IV 

Frank chciał wydostać się jak najszybciej, ale na swo­

jej drodze zastał przeszkodę, której tak łatwo nie mógł poko­

nać. Przeszkoda sięgała mu zaledwie do pasa. Siedmioletni 

Fletcher, mierzący niewiele ponad metr wzrostu, stał na 

ścieżce między Frankiem a wyjściem, trzymając w rączkach 

pilota od motorówki. 

— Cześć — powiedział Fletcher. 

— Cześć — odrzekł Frank. 

— Jak się masz? 

— Dobrze — skłamał Frank. — A ty? 

Spojrzał ponad ramieniem chłopca. Devaney może wrócić 

za kilka sekund, a wtedy on znajdzie się w pułapce. 

— Doskonale. 

Frank pomyślał, że w całym zamieszaniu panującym 

w domu panny Marron, nikt nie zwracał zbyt dużej uwagi na 

Fletchera. Mały chłopiec bardzo chciał z kimś porozmawiać. 

— Lubisz łodzie? 

— Nie, nie lubię — powiedział Frank z uśmiechem. 

Fletcher wyraźnie się zdziwił. Jak można nie lubić łodzi? 

— Nie lubisz! Dlaczego? 

Frank pokręcił głową. 

— Nie wiem... tak już chyba jest. Nie potrafię ci wyjaśnić. 

Fletcher nie uwierzył mu, zmrużył oczy. 

— Na pewno lubisz, tylko nie chcesz mi powiedzieć. 

36 

background image

Frank zastanowił się przez chwilę, patrząc z szacunkiem na 

chłopca. Przykucnął i spojrzał małemu w oczy. 

— Wiesz, jesteś bardzo bystrym dzieciakiem. 

Fletcher skinął głową. Frank powiedział prawdę, a chło­

piec zdawał sobie z tego sprawę. 

— Powiem ci, dlaczego nie znoszę łodzi — zaczął 

Frank. — Kiedyś spędziłem na jednej cztery miesiące. 

— Byłeś w łodzi ratunkowej? 

Frank zaprzeczył. 

— Nie. Na dużym, białym jachcie. Wiesz, co to jest jacht? 

Fletcher wiedział. 

— Tak. Mama wynajęła kiedyś jacht i pojechaliśmy na 

wycieczkę. Było świetnie. Wszyscy oprócz mnie wymiotowali. 

Uwielbiam łodzie. Wszystkie. Duże, małe, bez różnicy. 

— Każdy ma swoje wady. 

Frank wstał i spojrzał na dom. Ani śladu Devaneya. 

Może jeszcze uda mu się wyjść i nikt nie będzie go naga­

bywał. 

Fletcher przypatrywał mu się marszcząc nos, słońce raziło 

go w oczy. 

— Jesteś ochroniarzem, prawda? 

Zaskakujący chłopiec. 

— Skąd o tym wiesz? 

— Mam uszy — stwierdził Fletcher. 

— Będę o tym pamiętał — powiedział Frank. 

Dorośli zawsze popełniają ten sam błąd. Myślą, że mówią 

jakimś innym językiem, którego dzieci nie mogą zrozumieć. 

A dzieci potrafią być takie dyskretne i spostrzegawcze jak 

dobrze umieszczone mikrofony podsłuchowe. 

— Farmer! Chciałem ci to pokazać. 

Devaney wyłaniał się z domu, ucieszony, że Frank jeszcze 

na niego czeka. Niósł wypchaną kopertę, ale kiedy zobaczył 

chłopca, opuścił rękę i niedbale wymachiwał kopertą, jakby 

niósł niezbyt ważne reklamówki. Frank spostrzegł, że Fletcher 

z ciekawością przygląda się papierom. 

— Jak się masz, Fletch? 

— Dobrze. 

37 

background image

— W porządku. Frank, może pójdziemy na chwilę do 

patio? Na razie, Fletch. 

— Miło mi było cię poznać, Frank — powiedział poważ­

nie chłopiec. 

— Mnie również. 

Fletcher przez chwilę patrzył za nimi, potem pobiegł do 

basenu, w którym pływała łódka. 

Frank Farmer widział w swojej karierze ochroniarza 

mnóstwo teczek podobnych tej, którą właśnie pokazał mu 

Devaney. Zawierała listy z pogróżkami. Niektóre były długie, 

ostre, napisane niepewnym charakterem na tanim papierze. 

Inne były pisane na maszynie, z reguły z błędami. Niektóre 

składały się z wyrazów wyciętych z gazet. Wszystkie czymś 

groziły. 

Zawierały bardzo różne pogróżki. Niektóre prosto z mostu 

radziły Rachel Marron przygotować się na śmierć. Zdarzały 

się naprawdę nieprzyzwoite, opisujące w szczegółach to, co ich 

autorzy zrobiliby Rachel, zanim by ją zabili. Frank uznał, że 

najniebezpieczniejsze są te, które grożą nie tylko Rachel ale 

i jej synowi. Spojrzał w kierunku basenu, jakby chcąc się 

upewnić, że Fletcher wciąż tam jest. 

— Wszystkie te listy zebraliśmy przez ostatnie pół roku — 

powiedział Devaney. 

— Próbowałeś zbadać je profesjonalnie? 

Devaney zaprzeczył ruchem głowy. 

— Co tu badać? Ci ludzie to wariaci. 

— Dobrze, ale czy to niebezpieczni wariaci? — spytał 

Frank. 

Przeglądał listy przewracając kartki bardzo uważnie, trzy­

mając je za rogi. To stare przyzwyczajenie, w końcu te papiery 

przeszły przez ręce wielu ludzi, nie można by odczytać z nich 

odcisków palców. 

Do patio wszedł Sy Spector, jadł loda. Pochylił się nad 

ramieniem Franka, spoglądając od niechcenia na papiery, 

które Farmer przeglądał i układał w oddzielne kupki. 

— Devaney mówi, że byłeś w tajnej policji — zaczął, 

połykając loda. 

38 

background image

Frank potwierdził, nie odrywając się od listów. 

— Czy chroniłeś kiedyś prezydenta? 

— Dwa lata Cartera i cztery Reagana. 

— Reagan został postrzelony — powiedział Spector. 

— Nie na mojej zmianie. 

— To dobrze — Spector parsknął rubasznym śmiechem. 

Farmer nie podnosił oczu znad listów. Nad jednym 

zatrzymał się dłużej i uśmiechnął się. 

— Ten jest od pewnej starszej pani z Akron. Pisała do 

wszystkich, dla których pracowałem. Zawsze to samo: tak cię 

kocham, że muszę cię zabić. Jest niegroźna. 

— Możemy więc ją wykluczyć — powiedział Devaney. — 

Ale tu jest jeszcze pięćdziesiąt, sześćdziesiąt listów. 

— Nie jest tak źle. Na pierwszy rzut oka nie wydają mi się 

groźne — położył dłoń na jednej z kupek. — Ale zatrzymaj je. 

Nigdy nie wiadomo. 

Jeden list odłożył na bok. Była to bardzo porządnie 

napisana wiadomość, wyrazy starannie przyklejone do pa­

pieru. 

Devaney lekko zbladł, kiedy zobaczył list wybrany 

przez Farmera. „MARRON, TY DZIWKO! TY MASZ 

WSZYSTKO. JA NIE MAM NIC. CZAS ŚMIERCI NAD­

CHODZI". 

— Myślisz, że to może być ten sam facet? Ten, który 

podłożył bombę w lalce? 

Frank wzruszył ramionami. 

— Nie wiem. Trudno powiedzieć. Czy mówiliście o tym 

pannie Marron? Czy ona wie o lalce? 

Sy Spector i Bill Devaney wymienili spojrzenia. Devaney 

skrzywił się lekko. Frank Farmer wyczuł, że trafił w ognisko 

zapalne, że o to spierali się ci dwaj mężczyźni. 

Spector chrząknął. 

— Powiedzieliśmy, że mieliśmy problemy z elektryczno­

ścią, kiedy była na scenie. Małe spięcie czy coś takiego. 

— A więc ona nie wie o grożącym jej niebezpiczeń-

stwie? — Farmer nie pokazał po sobie, jak bardzo go to 

zdziwiło. 

39 

background image

— Słuchaj — powiedział Spector broniąc się. — Ona nie 

powinna się tym teraz przejmować. To by ją zmartwiło. 

— Bardziej by ją zmartwiło, gdyby wyleciała w powie­

trze — mruknął Devaney. 

— Bill... 

Frank Farmer chciał zapobiec odnowieniu konfliktu. 

— A policja? Powiadomiliście ich o wypadku z lalką? — 

mówiąc to spojrzał ponownie w kierunku basenu, gdzie 

Fletcher bawił się motorówką. 

— Nie było powodu zawiadamiać policji — powiedział 

Spector. — Nikomu nic się nie stało. 

— A szofer? — Frank zmarszczył brwi. 

— To nic poważnego, lekkie zadrapanie. Nic takiego. 

Tylko nasi ludzie tam byli. 

Frank ponownie odwrócił się i obserwował Fletchera 

zastanawiając się, jak by postąpił Spector, gdyby tej nocy był 

z nimi za kulisami Fletcher. Pewnie nie inaczej. 

Devaney uważnie obserwował Franka. Frank nadal utrzy­

mywał wyraz twarzy pokerzysty, ale Devaney już wiedział, że 

zaczyna się łamać. Przy odrobinie szczęścia i przy lekkim 

nacisku, może uda się go złapać. 

— Sy — zaproponował. — Chyba powinniśmy pokazać 

Frankowi pokój. 

Pokój — to zabrzmiało złowieszczo, ale nie okazało się 

takie straszne. Wprowadzono go do sypialni niesłychanie 

różowej i od podłogi aż po sugit wyłożonej lustrami. Białe 

meble jakby za suto obite, w stylu Ludwika XIV, okalały 

główny obiekt — łoże pod udrapowanym baldachimem. 

Rozmiarami pokój przypominał kort tenisowy. Dywan był tak 

puszysty i gruby, że Frank pomyślał, iż zapadnie się w nim po 

kolana. 

— Czy to jej sypialnia? — spytał Frank. 

Pokój był wprawdzie jaskrawy, przy tym dziwnie czysty, 

wszystko leżało na swoim miejscu, ładnie poukładane, żad­

nych śladów zamieszkania. 

— Tak — odpowiedział Spector. 

Devaney rzucił mu gniewne spojrzenie. 

40 

background image

— Sy, musimy być szczerzy. Nic nie zyskamy okłamując 

Franka. To nie jest jej sypialnia. Rachel sypia w pokoju obok 

sypialni Fletchera. 

— Więc co to jest? 

— Sy urządził to dla dziennikarzy — powiedział z nie­

smakiem Devaney. 

— Supergwiazdy w ich sypialniach — pochwalił się dum­

nie Spector. — Widziałeś to? 

— Nie, chyba przegapiłem — zaprzeczył Frank. 

— Rachel nigdy się nie podobał — wyjaśnił Devaney. 

— Nie musiał się jej podobać — warknął Spector. — Nie 

znacie się wcale na reklamie. 

Devaney położył list na łóżku. 

— Tu go znaleźliśmy. 

— Tu? Na łóżku? Ktoś tu był? 

Devaney ciężko westchnął. 

— Ktoś się włamał i... ktoś się włamał i onanizował się 

tutaj. 

— Niech zgadnę — o tym też jej nie powiedzieliście, 

prawda? 

— Nie, też nie — Devaney pokręcił głową. 

— Powiedzieć jej? — przeraził się Spector. — Żartujecie? 

To by ją strasznie przeraziło. 

— Co o tym sądzisz, Frank? 

Farmer skrzyżował ręce na piersiach. 

— Ktoś wdziera się do domu, idzie na górę, figluje 

na łóżku... to chyba spory problem — powiedział spo­

kojnie. 

— Jaki problem? 

Spector był coraz bardziej podenerwowany. 

— Cholera! Jeszcze tego nam potrzeba! 

— Dom jest praktycznie otwarty — powiedział Frank od 

niechcenia. 

— Co takiego? Co to ma znaczyć, do cholery? — rozjuszył 

się Spector. — Mamy ochronę. 

— Dom jest otwarty, a wy nie macie pojęcia, na czym 

Polega prawdziwa ochrona ani jak ją zorganizować. 

41 

background image

Devaney nie przejmował się tym, czy rozzłości Spectora. 

Teraz potrzebował Farmera. 

— Frank — powiedział szczerze. — Uważam, że masz 

całkowitą rację. Powiedz mi, jak chcesz pracować, a wszystko 

ci przygotuję. 

— Wielki Boże! — skomentował wykończony Spector. 

— Nie mogę jej chronić. Nie będę odpowiedzialny za jej 

bezpieczeństwo, dopóki ona nie dowie się, co się dzieje. 

— Frank, porozmawiam z nią. Wyjaśnię. Mogę to zrobić. 

— Nie — uciął Spector. — Ja z nią pomówię. 

Wyszedł pospiesznie z pokoju. 

Devaney odczekał chwilę, aż Sy Spector się oddali. 

— Nie przejmuj się nim, Frank. Przyzwyczai się. On nie 

stanowi problemu. 

— Mam nadzieję — mruknął Frank Farmer. 

— Nie przejmuj się tym — Devaney poklepał go po 

plecach. Przywiozłeś swoją walizkę? Pójdę z tobą do samo­

chodu. 

Henry skończył mycie jaguara, a teraz pracował nad 

limuzyną cadillaca. Przyglądał się z zaciekawieniem, jak 

Devaney i Frank wychodzą z domu. 

— ...Rachel nie da ci spokoju, Frank. Mogę ci to za­

gwarantować. 

— Na pewno nie da — zakpił Farmer. 

Devaney roześmiał się. 

— Żadna praca nie jest doskonała. W końcu jesteś ochro­

niarzem, prawda? 

— Tak — zgodził się Frank. 

— Henry! Zaprowadź Franka do jego pokoju. 

— Devaney — powiedział Frank. — Jeszcze jedno, o czym 

chcę cię poinformować. 

— Wszystko. Wszystko, co powiesz, Frank. 

Bill Devaney nie posiadał się z radości, że przekonał 

Franka Farmera. Chciał mieć za sobą wszelkie problemy 

z ochroną. 

42 

background image

— To bardzo proste — Frank zniżył głos. — Jeśli jeszcze 

raz mnie okłamiesz, rozerwę cię na strzępy. 

— Och! — Devaney zrobił głupią minę. 

Ze względu na zranioną rękę Henry'ego, Frank sam zaniósł 

swoją walizkę do pokoju, który mu wyznaczono. Pokój był 

wygodnie urządzony, ale wyglądał jak hotelowy. Dla Franka 

jednak nie miało to znaczenia. Wiedział, że nie będzie spędzał 

w nim zbyt wiele czasu; będzie tam jedynie spał i przebierał się. 

Henry oparł się o drzwi i obserwował, jak Frank roz­

pakowuje walizkę. 

— Mogę zadać ci jedno pytanie? 

Frank wrzucił do szuflady kilka koszul. 

— Jasne. 

— Dlaczego przedstawiłeś się jako Edison? 

— Chciałem sprawdzić, jak trudno dostać się do tego 

domu — przyznał Frank. 

— Nietrudno, prawda? 

Nieświadomie Henry naprężył mięśnie zranionej ręki, 

pragnąc ulżyć sobie w bólu. 

Frank zauważył, że młody człowiek cierpi. Wyjął z walizki 

pudełeczko z maścią i rzucił je szoferowi. 

— Posmaruj tym rękę. Uśmierzy ból. 

— Dzięki. 

Henry nie był wylewny, jakby nie był pewny życzliwości 

Franka. Może przecież okazać się wrogiem. 

— Założę się, że potrafisz wypełnić sobie dzień myciem 

samochodów i wożeniem Rachel Marron po mieście. 

— To moja praca — Henry wzruszył ramionami. 

— Dodamy coś do twoich obowiązków — powiedział od 

niechcenia Frank. 

— Tak? 

— Jesteś moim nowym asystentem. 

Farmer wyjął z walizki trzy ciężkie pudełka z dziewięcio-

niilimetrowymi nabojami i wsunął je do szuflady nocnej szafki 

stojącej przy łóżku. 

43 

background image

Henry był wyraźnie zdziwiony. 

— Kto tak powiedział? 

Frank spojrzał mu prosto w oczy. 

— Henry, spędziłem wiele czasu na chronieniu ludzi 

w różnych zakątkach świata i przekonałem się, że tylko jedno 

jest pewne. 

— Tak? Co to takiego? 

— Możesz to przyjąć na bank, Henry. Uwierz mi. Nie­

ważne, jak amatorski może być zabójca, nieważne, czy często 

chybia celu, jest zawsze ktoś, kto oberwie. 

— Naprawdę? Kto taki? 

Frank uśmiechnął się. 

— Zarozumiały, czarny kierowca. 

background image

Rozdział V 

Frank Farmer miał pełną swobodę w przeprowadzaniu 

zmian w posiadłości panny Marron; lustrował ją jak ge­

nerał fortyfikujący twierdzę przed długim oblężeniem. 

Razem z Henrym, który wszystko notował, przemierzyli każdy 

metr ogrodu, szukając słabych punktów. Znaleźli ich bardzo 

dużo. 

Wysoki, postrzępiony żywopłot oddzielający posiadłość od 

sąsiadów stanowił pierwszy problem, którym należało się 

zająć. Bardzo ładnie wyglądał, ale łatwo było przez niego 

przejść, poza tym stanowił doskonałe schronienie dla kogoś 

szukającego ukrycia. 

— Trzeba się go pozbyć — zdecydował Frank. 

— A czym go zastąpić? — spytał sceptycznie Henry. 

— Ogrodzeniem pod prądem. 

Henry roześmiał się. 

— Frank, to jest Bel Air. Stary, nie możesz wstawić tu 

dużego płotu pod prądem. Wiesz, kto mieszka po drugiej 

stronie? 

— Nie, kto? 

Henry wymienił nazwisko tak znanego gwiazdora, że 

nawet Frank o nim słyszał. 

— Och — skrzywił się Farmer. 

— Nie sądzę, żeby spodobał mu się tu taki płot, jakim 

można okalać więzienie federalne. 

45 

background image

— Nie, chyba nie — Frank zastanowił się przez chwilę. — 

Dobrze, zrobimy inaczej. Niech ogrodnik przytnie żywopłot 

do wysokości dwóch i pół metra. 

Henry zapisał to w swoim notesie. 

— Od środka wstawimy ogrodzenie nieco wyższe. Czy 

myślisz, że ten aktor się zgodzi? Będzie widział tylko jakieś 

dwadzieścia centymetrów płotu. 

Henry zastanowił się chwilę. 

— Dwa jego ostatnie filmy były bardzo kiepskie. Rachel 

jest już większą gwiazdą. Jeśli dostanie nominację, facet zda 

sobie sprawę z tego, kto jest mocniejszy — Henry skinął 

głową. — Tak, chyba możemy wystawić mu tyle płotu. 

Frank Farmer spojrzał z wyraźnym zaskoczeniem na 

swojego współpracownika. Pokręcił głową. 

— Show-business! — skwitował. 

Frank wybrał osiem punktów na trawniku, w których 

zamierzał zamontować dyskretne kamery. Stale pracujące 

kamery, które umieszczone byłyby na małych kolumienkach, 

dyskretnym elektonicznym okiem lustrowałyby całą posia­

dłość. Ich pola widzenia nakładałyby się na siebie tak, żeby nie 

omijały najmniejszego skrawka ziemi. Obraz wysyłany będzie 

do dwóch pomieszczeń: do pokoju ochrony domu, i do nowej 

strażnicy, którą Frank Farmer zamierzał wybudować przy 

bramie. 

— To mi przypomina o nowej bramie — zaczął Frank. — 

Nowa brama, strażnica i nowy domofon. 

— Zapisałem — powiedział Henry. 

— Chodźmy teraz sprawdzić dom. 

Dom składał się z siatki wielkich drzwi, które wiodły 

z ogrodu do wnętrza budynku. Frank nie mógł kazać ich 

zamurować, jedyne co mógł zrobić, to zainstalować nowy 

system alarmowy i zamki z kodem trudnym do złamania. 

— Czy przy sypialni panny Marron jest łazienka? Przy tej 

prawdziwej sypialni? 

— Tak. 

— Dobra. Trzeba wstawić nowe drzwi do łazienki. Sta­

lowe, wzmacniane. A w oknach kraty. 

46 

background image

— Aha. 

— Czy jest tam telefon? 

— Nie, chyba nie. 

— To trzeba zainstalować. Na oddzielnej linii i z osobną 

centralką. Niech firma alarmowa zamontuje tam przycisk 

alarmowy. 

— Po co to wszystko w łazience? — pytał z niedowierza­

niem Henry. 

— To już nie będzie łazienka — powiedział Frank z lek­

kim uśmiechem. 

— Nie? A co takiego? 

— OPS — poinformował Farmer. 

— A co to ma znaczyć? 

— Ostatni punkt schronienia. Jeśli wszystko inne zawie­

dzie, panna Marron ma schronić się w łazience, zamknąć się 

tam, nacisnąć ten guzik i czekać, aż przybędzie pomoc. Jeśli 

linia telefoniczna nie zostanie odcięta, będzie mogła skon­

taktować się ze światem. A jeśli zostanie... — Frank wzruszył 

ramionami. 

Henry roześmiał się. 

— Czego ty się spodziewasz? Terrorystów? Komandosów? 

Czy może Irańczyków? A może tylko zwyczajnej wojny 

atomowej? 

— Zrób to, Henry. I to szybko. 

— A ty co będziesz robił? 

— Obejrzę basen i altankę. 

— Poczekaj, niech zgadnę. Wpuścisz do basenu piranie. 

Piranie i krokodyle. Nie, już wiem. Wypełnisz go kwasem. 

Kwasem, piraniami i krokodylami. 

— Pamiętasz, co ci mówiłem o bezczelnym czarnym 

kierowcy, Henry? — uśmiechnął się Frank. 

Śmiejąc się do siebie, Henry odszedł wypełnić zlecenia. 

Altana przy basenie oddalona była od domu o jakieś 

Pięćset metrów. Był to budynek w hiszpańskim stylu, biały, 

z dachem krytym dachówką. Frank spodziewał się, co może 

47 

background image

być w środku. Przebieralnie, prysznice, pokoje zapełnione 

starymi ogrodowymi meblami i zabawki. 

Zaskoczyła go jednak muzyka dochodząca z wnętrza. Na 

niskim stoliku stała wielka, czarna wieża; pięć odtwarzaczy 

kompaktowych z płytami. Muzyka wydostająca się z potęż­

nych głośników była szybka i głośna, jej rytm dyktowało 

basowe energiczne dudnienie. Obok wieży stał duży kolorowy 

telewizor włączony na wiadomości, głos jednak był wyłączony. 

Frank wyjrzał przez oszklone drzwi wychodzące na basen. 

Mały pokój obok, przeznaczony do prób tańca, wyłożony był 

lustrami i poręczami. Na środku pomieszczenia stała Nicki 

w obcisłym kostiumie, który przylegał do niej jak druga skóra. 

Robiła jakieś rozciągające ćwiczenia, prawdopodobnie roz­

grzewała się przed sesją aerobiku. 

Dostrzegła Franka, uśmiechnąła się i pomachała mu. 

Chciał otworzyć drzwi, ale okazało się, że przejście blokuje 

wielki jak góra śpiący bernardyn wielkości kanapy. 

Frank zatrzymał się. Miał szacunek dla dużych psów. 

Przypomniało mu się stare powiedzenie: „Pies jest tylko psem, 

dopóki nie warknie. Wtedy staje się Panem Psem". 

— Nie gryzie — Nicki starała się przekrzyczeć muzykę. 

Frank z trudem popchnął drzwi, przesuwając zwierzę po 

podłodze. Pies jednak nie tylko go nie ugryzł, nawet się nie 

obudził. 

— Dziwne zachowanie jak na psa obronnego — zawo­

łał. — Ale zdaje egzamin. 

Nicki wzięła pilota i ściszyła muzykę. 

— Pies obronny? — roześmiała się. — Hannibal nie ma 

w sobie ani krzty waleczności. 

Na dźwięk swojego imienia bernardyn otworzył jedno oko, 

ale że nie zobaczył nic godnego uwagi, ziewnął potężnie i znów 

zasnął. 

— Nie chciałbym pani przeszkadzać — powiedział 

Frank. — Tylko się rozglądam. 

Zaprosiła go do pokoju. 

48 

background image

— Może się pan rozglądać, ile pan chce. 

— To chyba nie będzie konieczne — odwrócił się, by 

odejść. — Przepraszam, że przeszkodziłem. 

— Nie szkodzi. To dobra wymówka, żeby nie ćwiczyć. 

— Nie lubi pani tego? 

— Robię to — powiedziała Nicki śmiejąc się szczerze. — 

Ale nie twierdzę, że to lubię. 

— Wiem, że... 

— Szsz — rzuciła szybko, unosząc rękę jak policjant na 

skrzyżowaniu. 

Skierowała pilota na telewizor i włączyła głos. 

— Martin Grove — wyjaśniła. — Show-business dziś. 

Martin Grove, korespondent „Cable News Network", 

był jednym z najważniejszych dziennikarzy w mieście. Ty­

siące ludzi „z branży" z zapartym tchem słuchało jego 

wypowiedzi. 

— Proszę państwa, nadchodzi czas Oscarów. Członkowie 

Akademii głowią się dziś nad tegorocznymi nominacjami, 

a w Vegas już przyjmuje się zakłady, kto otrzyma nagrody. 

— W Vegas? — zdziwił się Frank Farmer. — Ludzie robią 

zakłady o nagrody? 

Nicki nie odpowiedziała. Stała bez ruchu, jakby każdy gest 

mógł zrobić niepotrzebny hałas. 

— Kierując się pogłoskami krążącymi po Hollywood, 

w Hiltonie w Las Vegas pojawił się jeden pewniak. Wscho­

dząca gwiazda Rachel Marron jest typowana trzy do jednego 

na tegoroczną Aktorkę roku. 

— Dobrze! — zawołała radośnie Nicki, wymachując pię­

ścią w powietrzu. 

Na ekranie ukazało się zdjęcie Rachel trzymającej nagrodę 

Grammy, którą przyznano jej rok wcześniej. 

— Na jesieni znana piosenkarka zadebiutowała w filmie 

Królowa nocy,

 w którym śpiewała znany utwór Nie mam nic. 

Jeśli dwudziestego marca zaniesie do domu statuetkę, pewnie 

będzie musiała odwołać te słowa... Znany nastolatek Luke 

Perry, występujący w wytwórni Fox... 

Nicki wyłączyła głos. 

Ochroniarz 

49 

background image

— Na pewno dostanie nominację, a potem Oscara. Mo­

żesz się założyć. 

— Wygląda na to, że niektórzy już to zrobili. 

— To pewne pieniądze. 

Nicki skierowała pilota na wieżę i znów włączyła muzykę, 

tym razem nie tak głośno. 

— Czy ktoś tu jeszcze ćwiczy? — spytał Frank. 

— Nie — zaprzeczyła Nicki. — Myślę, że to moje 

prywatne miejsce. Tylko ja jedna w ogóle ćwiczę. 

Pokój był prawie nie ozdobiony, zaledwie kilka zdjęć 

wisiało na bielonej ścianie. Przyjrzał się im. Na wszystkich 

była Nicki Marron w różnych momentach życia. Kilka zdjęć 

przedstawiało ją jako małą dziewczynkę na scenie, pewnie 

w szkolnym przedstawieniu. 

 Wschodząc przy słońcu — wyjaśniła. 

Zaśmiała się sztucznie, jakby zawstydzona. 

— Ósma klasa pani Parker — wskazała ręką na zdjęcia. — 

To moja ściana. Nie ma na niej platynowych płyt. 

— Na razie. 

— Nigdy nie będzie — powiedziała stanowczo Nicki. 

Frank przyglądał się jednemu ze zdjęć, zrobionemu nieco 

później. Nicki miała na nim siedemnaście albo osiemnaście lat. 

Stała z zespołem muzycznym. Trzymała mikrofon, i mimo że 

zdjęcie było nieruchome, od razu zorientował się, że śpiewała 

całym sercem. 

Na następnym zdjęciu już dwie dziewczyny występowały 

z zespołem. 

— To ty i Rachel? — spytał Frank. 

Nicki wzruszyła ramionami. 

— Kiedy byłam młoda, zorganizowałam mały zespół. 

Graliśmy na szkolnych potańcówkach i takich tam. Potem 

przyłączyła się Rachel — zaśmiała się Nicki. — Jak się 

domyślasz, była w tym bardzo dobra. Już wtedy potrafiła dać 

prawdziwy pokaz. 

— I co? 

— Zrezygnowałam. W każdym razie zawodowo. 

— Nigdy nie próbowałaś wrócić? 

background image

— Nie było wątpliwości, kto jest gwiazdą w naszej rodzi­

nie. 

Nicki nie mówiła tego z żalem, bez śladu zazdrości czy 

niezadowolenia. Jej słowa po prostu stwierdzały fakt, ale 

uśmiech na jej ustach nie był wesoły, lecz przygaszony i ża­

łosny. 

Henry zapukał do drzwi. 

— Wszystko załatwione, Frank — powiedział. — Jutro 

zaczną się prace. Masz pojęcie, ile to będzie kosztować? 

Rachel powinna dostać tego Oscara, żeby zasłużyć na taką 

ochronę. 

— To i tak taniej, niż dać się zabić — powiedziała 

poważnie Nicki. 

Frank uśmiechnął się. 

— Cieszę się, że ktoś się ze mną zgadza. Chodźmy, Henry, 

czas na nas. 

— Dokąd? 

— Do garażu. 

— Po co? 

— Zobaczysz. 

— Do zobaczenia, Nicki — zawołał Henry. 

Już go nie usłyszała. Włączyła muzykę na pełen regulator. 

— O co chodzi z tym garażem? — zapytał Henry, kiedy 

wspinali się po niewielkim wzniesieniu wiodącym do domu. 

— Nie chodzi o garaż — wyjaśnił Frank — tylko o to, co 

w nim jest. 

— O samochody? 

Frank Farmer skinął głową. 

— O samochody. 

— Zamierzasz je uzbroić? 

Frank zatrzymał się na chwilę, jakby rozważał taką 

możliwość. Jednak odrzucił ją. 

— Nie, to chyba nie będzie potrzebne. Ale trzeba usunąć 

wszystkie oznaki. 

— Oznaki? Czego? 

— Nie chcę, żeby każdy człowiek na ulicy patrząc na auto 

mógł bez trudu rozpoznać, do kogo należy. 

51 

background image

Henry pochylił się przy drzwiach garażu, nacisnął guzik 

uruchamiający drzwi. 

— Tu chyba nie ma nic, co mógłbyś nazwać oznaką. 

Drzwi otworzyły się, ukazując tylne zderzaki trzech limu­

zyn panny Marron. 

— Nie? — spytał Frank. — A to? 

Wskazał na tablicę rejestracyjną limuzyny cadillaca. Za­

miast numeru był napis „Rachel 2". 

— Albo to? — tablica na gołąbkowym mercedesie infor­

mowała „Rachel 3". 

Przy trzecim samochodzie Frank pokręcił głową z dezapro­

batą. Olbrzymi jaguar XKE, jeden z ulubionych wozów 

hollywoodzkiej elity, pomalowany był na niesłychany kolor: 

krzykliwy jasny róż. A na tablicy widniał napis „Rachel 1". 

— To są chyba oznaki — zgodził się wesoło Henry. 

Frank podniósł maskę jaguara i pochylił się nad silnikiem. 

Za chwilę podniósł się, trzymając w ręku rozdzielacz. 

— Słuchaj! To ulubiony samochód Rachel! 

Farmer wzruszył ramionami, co miało oznaczać „trudno". 

— Tym w ogóle nie może jeździć — oznajmił. — A do 

pozostałych trzeba zamówić nowe tablice. 

Henry zapisał w notesie. 

— Tak jest, szefie. 

Przez kilka następnych dni ludzie z różnych firm pracowali 

po dwanaście godzin, wprowadzając wszystkie usprawnienia 

w systemie alarmowym, które zarządził Frank. Ogrodzenie 

pod prądem postawiono w rekordowym tempie, kamery 

zainstalowano w ciągu tygodnia. 

Frank Farmer osobiście przyjmował umundurowanych 

ochroniarzy, którzy mieli pracować przy bramie i w pokoju 

z monitorami. Ochrona to bardzo rozbudowana dziedzina 

w bogatszych częściach Los Angeles. Wiele firm było skłon­

nych zapewnić wykwalifikowany personel. Frank wypytywał 

strażników o wszystko, nawet o narkotyki i skłonność do 

alkoholu oraz o ilość zapłaconych mandatów. W końcu był 

52 

background image

zadowolony z ludzi, których przyjął, ale wiedział, że nie należy 

spodziewać się z ich strony żadnych heroicznych czynów. 

Strażnicy to po prostu wynajęci gliniarze, którzy nie zrobią nic 

ponad to, na co zgodzili się za dwanaście dolarów za godzinę. 

Ludzie nie pozwolą się zabić za czterysta osiemdziesiąt dolców 

tygodniowo, nawet plus nadgodziny. 

Devaney narzekał na wysokie koszty, Rachel Marron 

narzekała na niewygodę i oszpecenie terenu. Frank narzekał 

na jakość wykonywanych usług. Jedynie Fletcher był za­

chwycony zmianami. 

Na kilka dni chłopiec porzucił swoją motorówkę i oglądał 

ustawianie bramy i ogrodzenia, sekundował wielkiej koparce 

kręcącej się po ogrodzie, wykopującej drzewa i rozwalającej 

ściany. 

Kiedy zniszczenia przestały go interesować, obserwo­

wał, jak Frank Farmer uczy Henry'ego prowadzić samo­

chód. Duża limuzyna cadillaca rozpędzała się na długim 

podjeździe, potem nagle hamowała. Henry gwałtownie skręcał 

kierownicę, naciskał na hamulce, i jednocześnie od razu 

dodawał gazu. Opony piszczały jak wiedźmy, olbrzymie auto 

skręcało raptownie w prawo przy pisku hamulców, wznie­

cając tumany kurzu. W ułamku sekundy cadillac obracał 

się o sto osiemdziesiąt stopni i jechał w przeciwnym kie­

runku. 

Henry wysiadł z samochodu i otarł dłonią czoło. 

— To dopiero zabawa! 

— Frank! — zawołał Fletcher. — Naucz mnie, jak to się 

robi. 

Kurz jeszcze nie opadł wokół samochodu. 

— Frank, mogę spróbować jeszcze raz? 

— Oczywiście, za chwilę... 

Farmer nie zwracał na niego uwagi. Patrzył na ulicę. 

Z jednej z bocznych uliczek dochodzących do Waverley Lane 

wystawał przód czarnej terenowej toyoty. Fletcher podążył 

wzrokiem za spojrzeniem Franka. 

Powoli samochód skręcił w drugą stronę i niespiesznie 

odjechał. 

53 

background image

Pisk hamulców limuzyny zainteresował Rachel, która 

wyszła na balkon na pierwszym piętrze domu. Stała tam przez 

chwilę przyglądając się scenie na dole: tumany kurzu, robot­

nicy z narzędziami, koparka. A pośrodku tego jej mały synek. 

Bardzo łatwo może przytrafić się nieszczęście. Ale przede 

wszystkim nie chciała, żeby chłopiec zaprzyjaźnił się z ochro­

niarzem. 

Przyłożyła dłonie do ust. 

— Fletcher! Chodź! Wracaj do domu! 

Chłopiec obrócił się i zmrużył oczy, patrząc pod słońce na 

matkę. 

— Oj, mamo... 

— Słyszałeś, co powiedziałam! Wracaj! 

Chłopiec wzruszył ramionami. 

— Muszę iść — powiedział Frankowi. 

— Mama nie powinna się na ciebie denerwować. 

— Tak, chyba nie powinna — ruszył w kierunku domu. 

— Chyba ma czarną terenówkę — zauważył Fletcher 

zniżając głos. — To może być Chevrolet, ale chyba raczej 

toyota. Terenowa toyota z napędem na cztery koła. 

Frank Farmer pokiwał głową, jakby Fletcher był jego 

równorzędnym partnerem. 

— Sprawdzę to. 

background image

Rozdział VI 

Pokój był chłodny i ciemny, a jedynym słyszalnym dźwię­

kiem był delikatny trzask projektora, rzucającego światło na 

ekran. 

Frank odezwał się zza projektora: 

— Właśnie na tym musimy się skoncentrować. 

Na ekranie pojawiły się wyrazy wycięte z gazet i porządnie 

przyklejone na papier. „MARRON, TY DZIWKO! TY 

MASZ WSZYSTKO. JA NIE MAM NIC. CZAS ŚMIERCI 

NADCHODZI". 

W ciemności dał się słyszeć inny głos. 

— Skąd to wziąłeś, Frank? 

Ten głos był ciężki, jakby zniszczony papierosami i whisky. 

należał do Raya Courta, starego weterana tajnej policji. Przez 

lata ochraniał prezydentów, bogaczy i polityków, zaczynał 

w czasach Kennedy'ego. Court był z tego dumny. W klapie 

jego niebieskiej marynarki widniała spinka, prezent od sa­

mego Johna Kennedy'ego. Court nie był w Dallas wtedy, 

w 1963 roku. Kiedyś myślał, że gdyby tam był, sprawy 

potoczyłyby się inaczej. Teraz nie był tego pewien. 

— Traktuję to poważnie ze względu na miejsce, w którym 

to znaleziono. Leżało na jej łóżku. Ktoś to tam zostawił, 

Potem zabawiał się sam ze sobą. To wiele mówi. 

Jeszcze jeden człowiek siedział z nimi w pokoju. Roześmiał 

się sucho. 

55 

background image

— Jezu, nie brakuje na tym świecie wariatów, co Frank? 

Czy ktoś pomyślał, żeby zabezpieczyć plamy, które po nim 

zostały? 

To Terry Minella, też z tajnej policji. Młodszy od Courta, 

ale prawie tak samo sterany. 

— Ludzie tej Marron nie myślą w ten sposób, Terry. 

— Szkoda, można by sprawdzić DNA. Nie dałoby to nam 

nazwiska ani adresu faceta, ale chociaż mielibyśmy pod­

stawowe informacje: wiek, rasę i takie rzeczy. 

— Przyglądaliśmy się tej kartce — wtrącił się Ray Court. — 

Poświęciliśmy jej dużo pracy, ale nic to nie dało. Żadnych 

odcisków palców, nic. Nawet śladów. To nie przypadek. 

— Nie — zgodził się Frank. 

— Czy myślisz, że to ten sam, który podrzucił lalkę? — 

spytał Minella. 

Zapalił zapałkę i przybliżył ją do twarzy. Chwilę później 

błękitny dym z papierosa unosił się w świetle projektora. 

— Tak uważa jej menadżer — powiedział Frank. 

Court nadal przyglądał się kartce na ekranie. 

— To „Nie mam nic" bardzo pasuje do płyty, do filmu, 

do wszystkiego. 

— To bardzo ładna piosenka — zauważył Minella. 

— Dobra, Frank — zarządził Court. — Skończmy z tym. 

Farmer wyłączył projektor i włączył światło. Pokój pro­

jekcyjny w rządowym budynku w Los Angeles był tak goły 

i nieprzytulny jak każdy inny pokój rządowy. Court wstał 

i przeciągnął się, jakby rządowe krzesło mocno dało mu się we 

znaki. 

— Po Waszyngtonie zniknąłeś mi z oczu, Frank — po­

wiedział. 

Stary agent policji przyjrzał się Farmerowi i jego staro­

modnemu, szaremu garniturowi. Frank nie ubierał się kolo­

rowo, ale jego ubrania były świetnie skrojone, w dobrym 

gatunku. Lepsze niż lekko wytarty garnitur Raya Courta. 

Frank jak zwykle zachował się dyplomatycznie. 

— Tak? Kręciłem się tu i ówdzie. 

— Jak ci idzie na swoim? Dbasz o siebie? 

56 

background image

— Tak. Idzie mi nieźle. 

— Duża forsa, co? — mrugnął Court. 

Frank wzruszył ramionami. Court i Minella wymie­

nili porozumiewawcze spojrzenia. Minella zmusił się do 

uśmiechu. 

— Cholera! — Court uderzył pięścią w dłoń — wiedzia­

łem. Duża forsa. Niech to diabli! 

— Nie taka znów duża — uspokajał Frank. 

— Jasne — nie wierzył mu Court. — Frank, nie po­

trzebujesz pomocnika? Chętnie się tym zajmę. 

— Ty? Daj spokój — powiedział Frank. — Ty nigdy nie 

zrezygnujesz z policji. Umrzesz w tej robocie. 

— Tego się właśnie obawiam — roześmiał się szczerze 

Court. — Ale poważnie, Frank, muszę z tym skończyć. Tracę 

podstawową zdolność w tym zawodzie. Wiesz co? Niepraw­

dopodobną wytrzymałość na kretynów. 

— Poza policją też trzeba się z nimi użerać. 

— Na pewno nie do tego stopnia co tu. Gdybyś widział 

faceta, którego teraz kryjemy... 

— Senator „Piekielny Henry" Kent — wtrącił Terry 

Minella wyciągając papierosa. — Ktoś chce go kropnąć. 

Wyobrażasz sobie coś podobnego? 

Senetor Kent był wojującym apostołem, posiadał przy 

tym niesłychaną zdolność denerwowania ludzi. Teraz, 

kiedy bezbożny komunizm ustąpił pola i nie nadawał się 

do bicia, jako swój obiekt Kent wybrał „rozkład war­

tości rodzinnych". Dało mu to okazję do wygłaszania 

długich i nieco sprośnych kazań o złym wpływie por­

nografii, homoseksualizmu, prostytucji, niezamężnych 

matek, aborcji, oraz nieprzyzwoitej muzyki i tekstów pio­

senek. 

— Kiedy posłucham tych bzdur, które wygłasza, wcale 

mnie nie dziwi, że ktoś chce go ukatrupić — powiedział 

spokojnie Court. — Poza tym facet nigdy nie siedzi cicho. 

Kiedy ktoś go zastrzeli, będziemy wszyscy mieli trochę spo­

koju i ciszy. 

Minella chętnie się z tym zgodził. 

57 

background image

— Tak! Wyświadczy wszystkim przysługę... — kaszlnął 

ironicznie. — Jak wiesz, Frank, teraz nie zajmujemy stanowis­

ka politycznego. 

Wszyscy się roześmiali. Frank doskonale wiedział, co 

dzieje się w policji. Agenci tajnej policji uważali się za 

żołnierzy w nie bardzo sprecyzowanej, ale morderczej wojnie. 

Jak zwykli żołnierze narzekali na przełożonych, na zadania, 

jakie im wyznaczano, ale kiedy nadchodził odpowiedni czas, 

odkładali swoje żale na bok i wypełniali obowiązki. 

Court spojrzał na zegarek. 

— Muszę iść. 

— Ja też — dodał Frank. 

— Frank, wyślemy to do Waszyngtonu. Za kilka dni 

powinieneś mieć jakąś odpowiedź. 

— Dzięki — Frank już miał odejść, gdy nagle coś sobie 

przypomniał. — Ray! 

— Tak? 

— Dlaczego mi pomagacie? 

— Bo mamy dobre serduszka, stary — Court poklepał 

Franka po ramieniu. 

— Tak — zgodził się Minella. — Rachel Marron jest 

dobrą obywatelką, płaci podatki. Zasługuje na taką samą 

ochronę jak sam prezydent. 

— A naprawdę? 

— To proste. Jest wielką gwiazdą. Troszczą się o nią 

ważni ludzie — powiedział Minella. 

— Wiesz jak to jest, Frank — dodał Court. — W dzi­

siejszych czasach polityka i show-business to właściwie 

jedno. 

— Chyba... 

— Przy okazji — wtrącił Minella — masz jakieś zdjęcia 

w tłumie? Może znalazłoby się kilka znajomych twarzy. Nie 

zaszkodzi popatrzeć. 

— Nie wiem, czy to do czegoś doprowadzi. Ona ma wielu 

wielbicieli, i to poważnych. Łażą za nią wszędzie. Mówią, że ją 

kochają. 

— Tak, kochają na śmierć. 

58 

background image

— Rozejrzę się po tym, co mają w papierach, ale ostatnio 

nie ma tego dużo. 

— Dlaczego? — zapytał Minella. 

— Staram się trzymać ją z daleka od tłumów. 

Court wybuchnął śmiechem. Rachel Marron z daleka od 

tłumów? 

— No to powodzenia. 

Cicha, elegancka restauracja Ivy na głównej ulicy w Santa 

Monica przyciągała bogatych i sławnych ludzi z branży 

rozrywkowej. W czasie lunchu wszystkie stoliki wewnątrz i na 

tarasie były zajęte przez agentów, kierowników, producentów, 

reżyserów, i oczywiście przez śmietankę hollywoodzkiej ary­

stokracji — gwiazdy. 

O pierwszej po południu można tam było zobaczyć naj­

większe światowe sławy. Doskonale przyrządzone jedzenie 

zawsze było nienagannie podane. Dosiadanie się do stoli­

ków — hollywoodzka dyscyplina olimpijska — w Ivy nie 

miało miejsca. Nie wystarczyło powiedzieć, że jesteś bliskim 

przyjacielem gwiazdy albo producenta, naprawdę musiałeś 

nifta być, żeby udało ci się podejść do któregoś z gości 

jedzących posiłek lub popijających wodę. 

Prawdopodobnie po to, żeby zdenerwować Franka, Rachel 

Marron nie chciała usiąść przy stoliku w restauracji. Nalegała, 

aby kelner posadził ją na tarasie, blisko ulicy, tak że każdy 

przechodzień mógł być potencjalnym zagrożeniem. 

Lunch, który jadła z Sy Spectorem, Nicki i z trzema 

pełnymi czci dziennikarzami z jakichś mało znanych gazet, był 

dla Farmera bardzo denerwujący. Po raz pierwszy wyszedł 

gdzieś z nową szefową, po raz pierwszy musiał uważać na nią 

w miejscu publicznym. Swoje śledztwo prowadził od niedaw­

na, dlatego nie wiedział jeszcze, kogo w zasadzie szuka. Mógł 

jedynie pozostać czujny. 

A Rachel Marron zachowywała się wprost okropnie. 

W przeciwieństwie do wszystkich innych pracowników branży 

rozrywkowej, gwiazdy miały boskie prawo zmieniania stoli-

59 

background image

ków i przywoływania do siebie każdego, kogo zapragnęły 

widzieć. A wszyscy przywołani natychmiast się stawiali. Przy 

stoliku panny Marron panował ciągły ruch. 

Jakby chciała go dodatkowo zdenerwować, Rachel po­

stanowiła powiększyć swoją świtę. Nalegała, aby Tony z nim 

poszedł. Olbrzym jedynie przeszkadzał Farmerowi, wchodził 

mu w drogę, dawał niepotrzebne rady i cały czas rzucał się 

w różne strony. 

Po półtorej godzinie Sy Spector spojrzał na zegarek 

i powiedział coś po cichu do dziennikarzy. Wywiad był 

skończony. Wszystkim nagle przypomniało się, że mają inne 

spotkania, podziękowali Rachel za rozmowę i odeszli. Pewnie 

po to, by przez najbliższych kilka tygodni zabawiać swoich 

czytelników historiami w stylu „Jaka naprawdę jest Rachel 

Marron". Frank zauważył, że wszyscy wychodzą tyłem, jakby 

właśnie skończyli audiencję u królowej. 

Rachel przez kilka minut rozmawiała ze Spectorem; Nicki 

siedziała obok, wyłączona z dyskusji. W końcu wszyscy wstali 

i ruszyli do wyjścia. 

„Najwyższy czas" — pomyślał Frank Farmer. 

Rachel zauważyła ulgę na jego twarzy. Rozejrzała się 

po sąsiednich stolikach w poszukiwaniu kogoś znajome­

go i oczywiście znalazła. Zauważyła kobietę w średnim 

wieku, niezbyt ważną kierowniczkę jednego ze studiów. 

Normalnie Rachel nie miałaby dla niej czasu. Kobieta pod­

chwyciła spojrzenie Rachel i natychmiast podeszła do jej 

stolika. 

— Abby! — pisnęła Rachel Marron. 

— Rachel! 

Przywitały się jak siostry, które zostały w dzieciństwie 

rozdzielone, a teraz, po wielu przeżyciach, cudem się odna­

lazły. Obie ucałowały powietrze przy policzku tej drugiej. 

Natychmiast zaczęły coś sobie szeptać, jak nastolatki na 

szkolnej zabawie. Abby powiedziała coś Rachel, która od­

wróciła się i spojrzała na Franka. Potem Rachel szepnęła coś 

do Abby i obie zachichotały. Wreszcie znów wymieniły 

pocałunki, zadowolone, że każda z nich osiągnęła swój cel. 

60 

background image

Abby pokazała wszystkim, że jest kimś ważnym. Rachel 

zdołała dodatkowo zirytować swojego ochroniarza. 

Po krótkim namyśle Abby uśmiechnęła się do Nicki. 

— Do widzenia, Nicki — zagruchała. — Tak się cieszę, że 

cię spotkałam. 

Wcale nie starała się zamaskować sztuczności w głosie. 

Chciała powiedzieć: może i jesteś jej siostrą, ale i tak jesteś 

nikim. 

Nicki pomachała jej i zmusiła się do uśmiechu. Frank 

pomyślał, że zachowuje się o wiele za spokojnie, zwa­

żywszy na okoliczności. Podziwiał grzeczną siostrę Rachel 

Marron. Była jak podmuch świeżego powietrza we mgle 

zakłamania unoszącej się nad Hollywood niczym fabryczne 

dymy. 

Henry podstawił cadillaca pod wejście do restauracji. 

Frank wyszedł pierwszy, rozejrzał się podejrzliwie po ulicy 

i parkingu. Skinął na swoich podopiecznych, ale jak tylko 

Rachel Marron postawiła nogę na chodniku, okazało się, że 

nie może iść dalej. 

— Rachel! — zawołała mała dziewczynka. 

A ta skąd się tu wzięła? Frank zesztywniał. 

— Witaj, kochanie — powiedziała Rachel uśmiechając się 

słodko do dziecka. 

Dziewczynka podsunęła aktorce notes do autografów. 

— Dasz mi swój autograf? — spytała. 

— Oczywiście, kochanie. Jak masz na imię? 

— Cindy. 

Kiedy Rachel pisała coś w notesie dziewczynki, do grupy 

przyłączyła się jej matka. 

— Rachel — pisnęła. — Jestem mamą Cindy. Jakie to 

wspaniałe! Wiesz, jestem twoją największą wielbicielką. 

Wsunęła rękę do wielkiej torby i wyjęła coś czarnego, 

wielkości dłoni. 

W ułamku sekundy Frank zorientował się, że to aparat 

fotograficzny, ale ciśnienie już mu podskoczyło. 

— Możemy zrobić sobie zdjęcie? 

Rachel roześmiała się. 

61 

background image

— Oczywiście. Cindy, chodź tu do mnie, twoja mama też. 

Nicki, zrób nam zdjęcie. 

Mama Cindy objęła Rachel, uśmiechnęła się i utkwiła 

wzrok w obiektywie. Prawie drżała z podniecenia. Trzasnęła 

migawka. 

— Jeszcze jedno — nalegała Rachel. — Nicki, zrób jeszcze 

jedno. 

Nicki posłusznie zrobiła, co jej powiedziano i oddała 

aparat kobiecie. 

— Proszę bardzo — powiedziała Rachel. — Chciałabym, 

żebyście trzymały za mnie kciuki, kiedy będą przyznawać 

Oscary. 

— Na pewno, Rachel — zapewniła kobieta. — Jestem 

pewna, że wygrasz, czuję to w kościach. 

— To dobrze. Założę się, że masz przewidujące kości. 

Kobieta wybuchnęła śmiechem. Zanosiło się na to, że 

Rachel zamierza tak stać na chodniku i rozmawiać z nimi. 

Frank Farmer miał tego dość. Otworzył drzwi limuzyny 

i kazał wszystkim wsiadać. Rachel pozwoliła się odciągnąć od 

kobiety. 

— Dziwi mnie, że ich nie zastrzeliłeś — szepnęła mu do 

ucha, wsiadając do auta. 

„Niewiele brakowało" — pomyślał Frank. Zatrzasnął 

drzwiczki i jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Stojący obok 

niego Tony już się niecierpliwił. 

— Idziemy — powiedział. 

Cindy i jej matka nadal stały na chodniku. 

— Spotkałyśmy Rachel Marron — kobieta powiedziała 

w powietrze, nadal bardzo zdziwiona. — Rachel Marron! 

— Powiedziałem chodźmy — nalegał Tony. — Już późno. 

Frank Farmer nawet na niego nie patrzył. 

— Wsiadaj. 

— Ale... 

— Wsiadaj. 

Tony wsiadł. Frank rozejrzał się po raz ostatni i usiadł na 

przednim siedzeniu, wciskając Tony'ego pomiędzy siebie i kie­

rowcę. 

62 

background image

— Okay — powiedział cicho. — Jedźmy. 

Henry wrzucił bieg i olbrzymi samochód ruszył z parkingu 

delikatnie i powoli, jak jacht wychodzący w morze. 

Tony kipiał z wściekłości. Mówił szeptem, ale nie potrafił 

ukryć gniewu. 

— Pozwól, że wyjaśnię ci parę rzeczy, Farmer — wy­

mamrotał wściekle. 

Frank skupił się na lusterku przy drzwiach i obserwował 

ruch po prawej stronie. 

. — Proszę bardzo, Tony — zgodził się. 

— Dobra. Po pierwsze, kocham tę kobietę — powiedział 

wskazując kciukiem na pasażerkę na tylnym siedzeniu. — To, 

co dla niej robię, robię z miłości, rozumiesz? 

Frank nie odrywał wzroku od lusterka. 

— Rozumiem, Tony. 

— Widzisz, nie jestem jakimś wynajętym gnojkiem, który 

tylko utrudnia jej życie. 

— Aha. 

Czarny wóz z napędem na cztery koła, toyota, wyjechał 

z bocznej uliczki i podążył za cadillakiem. Trzymał się w takiej 

odległości, że Frank nie mógł dojrzeć kierowcy. 

— Robię wszystko tak, jak ona sobie życzy — ciągnął 

Tony, lekko podnosząc głos. — Jej szczęście znaczy dla mnie 

wszystko. 

— To dobrze, Tony. 

— I wydaje mi się, że powinniśmy działać tak, jak ona 

sobie tego życzy, ja wiem, jak to robić. Ty nie wiesz. Ty 

przyszedłeś z zewnątrz. 

Toyota cały czas była w lusterku. Umysł Farmera praco­

wał na pełnych obrotach. Czy to tylko zbieg okoliczności, czy 

jakiś spokojny człowiek jeździ swoim samochodem, który 

przypadkiem jest bardzo popularny? Czy jedzie ostrożnie, 

zachowując bezpieczną odległość, jak radzi policja drogowa? 

Czy to może on, zabójca, gra z nimi w kotka i myszkę? 

— Słuchasz mnie, Farmer? 

— Tak. Nie ma sprawy. Powiedz mi, jak sobie z tym 

radzisz, Tony. 

63 

background image

Tony był zaskoczony tak szybkim ustępstwem Farmera. 

Skinął głową, udobruchany. 

— Dobrze. Ze wszystkim sobie radzę, Frank. Obserwuj 

mnie, a może się czegoś nauczysz. 

— Skręć w lewo — zarządził Frank. 

Henry spojrzał we wsteczne lusterko, natychmiast zauwa­

żył toyotę. 

— Czy to on? 

Frank potrząsnął głową. 

— Nie wiem. To możliwe. 

— Kto? Jaki on? Kto? 

Tony próbował odwrócić się, ale nie mógł skręcić szyi 

więcej niż o dwadzieścia stopni. Uniósł się niecierpliwie na 

siedzeniu. 

— Co tu się dzieje? 

— Skrót — poinformował go Frank. 

Cadillac łagodnie skręcił w lewo, toyota nadal jechała za 

nim, utrzymując sporą odległość. Oba wozy zbliżały się do 

Waverly Lane. 

— Henry, zwolnij. Jedź bardzo powoli. 

Kierowca chciał popisać się swoimi nowymi umiejętno­

ściami. 

— Czy mam szybko zrobić zwrot o sto osiemdziesiąt? — 

zapytał. 

— Nie, tylko zwolnij. 

Henry dotknął hamulców i potężne auto zwolniło. 

Spector i Rachel, dotąd pogrążeni w rozmowie, podnieśli 

głowy. 

— Dlaczego się zatrzymujemy? — spytał niecierpliwie Sy 

Spector. 

Cadillac zatrzymał się na środku cichej ulicy. Czarna 

toyota też się zatrzymała, była doskonale widoczna w tylnym 

lusterku limuzyny. Gdyby prowadził ją zwykły człowiek, 

powinien nacisnął klakson i dodać gazu, żeby ich ominąć. Ale 

nic takiego się nie stało. 

„Zrób coś" — pomyślał Frank. Chciał, żeby to stało się 

teraz. Miejmy to z głowy. 

64 

background image

Zamiast tego, jakby wyczuwając wyzwanie Farmera, silnik 

toyoty nagle zawył i kierowca skręcił ostro w lewo, znikając 

w jednej z uliczek. 

— Jedziemy — nakazał Frank. 

Kiedy limuzyna zatrzymała się przed bramą posiadłości 

Rachel Marron, Frank szybko wyskoczył. 

— Podwieź ich pod dom — powiedział. 

Przecinając rozłożysty trawnik, szybko pobiegł w kierunku 

sąsiedniej posiadłości. 

Patrzyli za nim, jak zniknął za niewielkim wzgórzem 

porośniątym krzakami. 

Tony wypowiedział myśli wszystkich: 

— Co mu jest? 

Ochroniarz 

background image

Rozdział VII 

Frank, przypominając sobie mapę sąsiedztwa, biegł rów­

nolegle do toyoty. Jeśli będzie wystarczająco szybki i jeśli 

będzie miał szczęście, może przeciąć drogę toyoty, kiedy 

ta zjedzie ze wzgórz za posiadłościami. Nie planował za­

trzymania samochodu, ale chciał zobaczyć kierowcę lub 

zapamiętać tablice rejestracyjne. Jednego był pewien: kierowca 

toyoty nie mógł podejrzewać, że Farmer będzie go gonił 

pieszo. 

Przedarł się przez kilka drogich ogródków na jakiejś ładnie 

zaprojektowanej posiadłości i zaczął wspinać się na pagórek. 

Eleganckie buty od garnituru nie bardzo nadawały się do 

biegania; ześlizgiwał się po trawie, nie mógł wbić obcasu 

w suchą ziemię i złapać równowagi. 

Pagórek od strony drogi umocniony był ścianą zabez­

pieczającą — wzgórza wokół Los Angeles często osuwały się 

w czasie deszczu lub trzęsienia ziemi. Ścianka miała około pół 

metra wysokości. Frank zeskoczył na asfalt zbyt energicznie, 

zachwiał się na nogach. 

Aby odzyskać równowagę, chwycił się wystającego betono­

wego obrębu muru. Kiedy poczuł się pewnie, przylgnął do 

ściany obserwując drogę. Toyota przemknęła tuż obok. 

Frank ciężko upadł na ziemię, amortyzując upadek kola­

nami. Potoczył się po zakurzonej ziemi i szybko uniósł się na 

czworaki, jakby spodziewał się strzałów. 

66 

background image

Ale samochód już skręcił za rogiem. Frank słyszał z da­

leka, jak kierowca zmienia biegi, a auto mknie szybko po 

ulicy. 

Otrzepał kurz z kolan i rozpoczął długi, mozolny spacer 

przez wzgórza do posiadłości panny Marron. 

Zaledwie przez trzy minuty Frank zbiegał ze wzgórza, ale 

podejście zajęło mu co najmniej piętnaście minut ślizgania. 

Robotnicy pracowali nad nową bramą, inni wykańczali 

strażnicę postawioną na początku podjazdu. Zaraz za bramą 

czekał na niego komitet powitalny: Henry i Fletcher. 

— Złapałeś ich? — spytał Fletcher. 

— Nie. 

— Może następnym razem — pocieszał go uśmiechnięty 

Henry. 

— Mam nadzieję. 

Poszli razem do domu. Cadillac spokojnie stał przed 

domem, silnik postukiwał i dzwonił, kiedy włączyła się 

chłodnica. 

Frank otworzył bagażnik i wyjął niewielką walizkę. 

— Chodź — powiedział. — Chcę wam coś pokazać. 

— Co? — dopytywał się Fletcher. 

— Zobaczysz. 

Frank poprowadził ich wokół domu, usiedli przy stoliku 

w patio. Przy basenie Rachel Marron wylegiwała się na 

leżaku. Opalała się, ubrana w jednoczęściowy kostium. Zza 

ciemnych okularów słonecznych przyglądała się dwóm męż­

czyznom i synowi. Westchnęła i spróbowała się odprężyć. Cała 

posiadłość, a także dom, rozbrzmiewały odgłosami pracy. 

Robotnicy zakładali różne urządzenia ochronne, które za­

mówił Frank. Nie skonsultował się z nią. 

Frank Farmer odblokował zamki przy walizce i otworzył 

wieko. Henry i Fletcher zajrzeli do środka. To, co zobaczyli, 

przypominało dwa zwykłe walkmany. 

Obaj jednak zdawali sobie już sprawę, że przy Franku 

Farmerze nic nie jest tak proste, jak wygląda. 

67 

background image

— To awaryjny system komunikacyjny — wyjaśnił Frank. 

Zdjął marynarkę i przymocował słuchawkę-odbiornik do 

paska. Potem ostrożnie rozwinął kabelek od mikrofonu i prze­

prowadził go wewnątrz prawego rękawa marynarki. Mały 

mikrofonik przypiął do rękawa koszuli, tuż obok guzików. 

Odwinął następny kabelek zakończony małą słuchawką i wło­

żył ją sobie do ucha. Ponownie założył marynarkę. 

— Na pewno widziałeś tajną policję — powiedział do 

Fletchera. — To faceci chroniący prezydenta. Właśnie tak się 

kontaktują. 

— Niezłe — przyznał Fletcher. 

Henry wziął drugi aparacik i przymocował go do swojej 

marynarki tak samo, jak przed chwilą zrobił to Frank Farmer. 

— Nadają na tej samej częstotliwości, Henry. Jeśli chcesz 

ze mną rozmawiać, podnosisz rękę do ust — Farmer powie­

dział do mikrofonu — i mówisz do rękawa. 

Henry zaśmiał się, kiedy usłyszał głos Franka w słuchawce. 

— Słyszę cię głośno i wyraźnie. 

— Właśnie o to chodzi. 

Fletcher chwycił Franka za rękę i powiedział do guzika: 

— Jaki to był samochód? 

Frank uśmiechnął się do chłopca. 

— Toyota. Czarna. 

— Z napędem na cztery koła? Jaki model? Nowa? Czy 

stara i zjechana? 

— Nowa. 

— C5-V6 terenowa toyota, zgadza się? 

— Tak, Fletcher. 

— Wiedziałem! 

— Jest jednak pewien problem. Mała niedogodność. 

— Jaka? — Fletcher przestał się uśmiechać. 

— W samym Los Angeles jest trzysta sześćdziesiąt tysięcy 

takich samochodów. A w całym kraju może ich być kilka 

milionów. 

— Skąd wiesz? 

— Sprawdziłem. Ale dobrze się spisałeś, zauważając to 

wszystko. 

68 

background image

Fletcher wzruszył ramionami. 

— Cóż — powiedział filozoficznie — nikt nie jest dosko­

nały, prawda Frank? 

— Prawda. 

Rachel Marron przyglądała się Farmerowi i Fletcherowi, 

kiedy siedzieli w patio. Denerwowało ją to. Jej synek naj­

wyraźniej był bardzo zapatrzony w ochroniarza, nie podo­

bało jej się to. Fletcher nie należał do dzieci, którym 

łatwo zaimponować, a jednak podziwiał Farmera jak praw­

dziwego, poważnego mężczyznę. Nigdy nie mogła zagrać 

takiej roli, mimo że była wielką gwiazdą, zdobywała Oscary 

i Grammy. 

Przekręciła się na leżaku, jakby nie mogła znaleźć wygod­

nej pozycji. Nagle z domu dobiegł głośny, denerwujący dźwięk 

wiercenia metalu. Hałas przewiercał się jej przez głowę. Wstała 

energicznie. 

— Zamknijcie się, durnie! — krzyknęła w kierunku domu. 

Jednak hałas wcale nie ucichł. 

Fletcher spojrzał na matkę. 

— Aha, mama wstąpiła na ścieżkę wojenną. Uciekam. 

— Ja też — dodał Henry. 

— Czekajcie — powiedział Frank. — Uważam, że powin­

niśmy sprawdzić nowe kamery. 

— Dobry pomysł. 

Cichcem poszli do domu, jak mali chłopcy uciekający 

przed groźnym spojrzeniem starego belfra. 

Dom i ogród roił się od hałasujących pracowników. Gdzieś 

warczała betoniarka. Jej odgłos, monotonny i męczący, bar­

dzo denerwował Rachel. Od czasu do czasu technicy insta­

lujący alarmy sprawdzali działanie urządzeń, włączając wyjące 

syreny. 

Zirytowana Rachel założyła walkmana, podkręciła głos 

i ponownie ułożyła się w słońcu. Słuchała swojego własnego 

69 

background image

głosu, ale nawet jej piosenka nie mogła zagłuszyć wycia 

alarmów, skrzeku wiertarki czy stukania młotka. 

Zdjęła słuchawki i popatrzyła wściekła na dom, jakby 

budynek był winny hałasowi. 

— Okay! — wrzasnęła. — Wystarczy! 

Usiadła energicznie i spuściła nogi z leżaka. 

Zamierzała pójść do domu, zamknąć się w sypialni, 

włączyć magnetofon i klimatyzację i nie myśleć o najeździe, 

jaki spotkał jej spokojny dom. 

W patio natknęła się na Nicki. 

— Zadzwoń do Charliego — Rachel instruowała sio­

strę. — Powiedz Arlene, że jutro przyjdziemy na lunch w sześć 

osób, a nie tak jak zwykle. 

W plażowej restauracji Charliego Rachel była cenioną, 

stałą klientką. Znała imiona całej obsługi i bardzo ją za to 

lubiano. 

Nicki skrzywiła się. 

— Rachel... Farmer powiedział, że nie powinniśmy iść 

jutro do Charliego. 

Rachel nachmurzyła się. 

— Przekonamy się. Zadzwoń do Devaneya. Niech tu 

przyjdzie. I to szybko. 

— Dobrze, Rachel. Zaraz zadzwonię. 

Rachel wpadła do domu jak burza, szybko wbiegła na 

drugie piętro i otworzyła drzwi do sypialni. Na progu zdarła 

z siebie kostium kąpielowy. 

Kiedy stanęła naga na środku pokoju, zobaczyła starszego 

ślusarza, który właśnie zakładał zamek na wysokich oknach 

sypialni. Spostrzegł ją i otworzył usta ze zdziwienia. 

Rachel była taka wściekła, jakby zaraz miała wybuchnąć. 

Zakryła piersi kostiumem, próbując się schować pod skąpym 

skrawkiem materiału. Tego już za wiele. 

— Ty! Ty! Wynocha! Natychmiast! — wrzeszczała. 

Tym razem jej głos dał się słyszeć w całym domu, 

przekrzyczała wszystkich robotników. 

Przerażony ślusarz porzucił narzędzia i zaczął wycofywać 

się w kierunku drzwi. Poruszał się bardzo uważnie, jakby 

70 

background image

Rachel była dzikim zwierzęciem, a każdy nagły ruch mógł 

sprowokować atak zębami i pazurami. 

— Wynocha! Szybko! 

— Tak, proszę pani — bąknął. 

Mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, nie potrafił 

powstrzymać się od lustrowania smukłego ciała Rachel. Jakby 

chciał zapamiętać każdy szczegół i zaokrąglenie. 

— Powiedziałam, wynocha! 

— Tak, proszę pani. Dziękuję, pani. Wychodzę. 

Mężczyzna schylił się, wziął pudełko z narzędziami i po­

spieszył do drzwi. 

— Jestem pani wielbicielem, panno Marron. 

Nie obchodziło to Rachel. Nie miała zwyczaju zabawiania 

fanów w sypialni. Zatrzasnęła za nim drzwi i rzuciła się na 

łóżko, okładając pięściami materac i krzycząc w poduszki. 

Odezwał się cichy dzwonek telefonu. Rachel podniosła 

słuchawkę. 

— Co? 

— Przyszedł Bill Devaney — poinformowała ją Nicki. 

— To dobrze — warknęła. 

Ubrała się szybko i pobiegła do pokoju, w którym zebrali 

się jej pomocnicy. Sy Spector wiercił się na barowym stołku. 

Devaney nerwowo przemierzał pokój. Rory, choreograf, po­

chylał się nad blatem, za którym Nicki spokojnie kroiła owoce 

i wrzucała je do srebrnego miksera. 

— Rachel, kochanie — zaczął Rory — wyglądasz na 

zdenerwowaną. 

— Bo jestem — burknęła. — Kto by nie był? 

— Chodź tu, moja droga. Pomasuję ci plecy. 

Rory stanął za nią i zaczął ugniatać i masować jej szyję 

oraz ramiona. Jego zabiegi sprawiały Rachel wyraźny ból. 

— Jesteś spięta, kochanie. Musisz się odprężyć. 

— Odprężę się, kiedy go tu już nie będzie — powiedziała 

ostro. 

Nie musiała wyjaśniać, o kogo jej chodzi. 

Devaney westchnął. Z takim trudem zdobył Franka Far­

mera. Teraz wydawało się, że nie uda mu się go tu utrzymać. 

71 

background image

— O co chodzi, Rachel? 

— Powiedział Rachel, że nie może iść w niedzielę na lunch 

do Charliego — wyjaśniła szybko Nicki. 

Obierała brzoskwinię, pokroiła ją i wrzuciła do miksera. 

Devaney skulił się, jakby wielki ciężar włożono mu na 

barki. 

— Nie może iść na lunch? — agent Rachel Marron 

pokręcił głową. — Nie może iść na lunch? Czy to dlatego mnie 

tu wezwałyście? 

— Nie tylko dlatego — powiedziała gniewnie Rachel. — 

To moje pieniądze, moje życie i ja go tu nie chcę. 

— Gdzie on jest? — spytał wykończony Devaney. 

— W patio — objaśniła go Nicki. 

Devaney podszedł do drzwi i otworzył je. 

— Skończył bruździć mi w życiu — powiedziała stanow­

czo Rachel. — Rozumiesz, Bill? 

Devaney odwrócił się gniewnie. 

— Rachel, mam dość przybiegania tutaj za każdym razem, 

kiedy on nadepnie ci na odcisk. 

— Będziesz tu przybiegał, kiedy ci każę — rzuciła 

Rachel. — Nie zapominaj, że dla mnie pracujesz. 

Wszyscy w pokoju zamarli, a jej wściekłe, pogar­

dliwe słowa zawisły w powietrzu jak gryzący dym. Sy 

Spector, Rory i Nicki rozglądali się niepewnie, unika­

jąc spojrzeń Rachel i Devaneya. Czuli się jak obcy, 

którzy przypadkowo biorą udział w rodzinnej kłótni. 

Nicki zajęła się obieraniem i krojeniem ananasa. Nie pod­

nosząc wzroku, wrzuciła kostki do miksera, dolała porcję 

jogurtu. 

Devaney i Rachel patrzyli na siebie ze złością. Przez 

chwilę wyglądało na to, że agent podniesie rękawicę, którą 

rzuciła mu pod nogi niezrównoważona gwiazda. Devaney 

miał wybór: mógł kontynuować kłótnię, ale jedyną bronią 

była groźba rezygnacji z pracy. Rachel, w stanie w jakim 

się właśnie znajdowała, mogła tę rezygnację przyjąć. Druga 

możliwość: mógł uratować pracę i pieniądze, ustępując jej 

pola. 

72 

background image

Mężczyzna wahał się przez chwilę, starając się szybko 

dokonać trafnego wyboru. Potem zagryzł wargi i wychylił się 

przez drzwi. 

— Farmer! Możesz tu na chwilę przyjść? 

Rachel zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko 

i usiłowała rozluźnić napięcie. 

— Przecież wiedziałeś, że to wariat, Bill. 

Udało jej się uśmiechnąć, jakby Devaney nie ponosił 

żadnej winy za poczynania Farmera. 

— Wiecie, kto nie mógł się dziś tutaj dostać? — zapytał 

Spector. 

— Kto? 

— Robin Leach! 

Spector zajmował się prasą. Dla niego mały, łysie­

jący i piskliwy gospodarz programu Z życia znanych i bo­

gatych,

 bardzo wpływowy w telewizji, był niemal boską 

figurą. 

Jednak nieszczęśliwie dla Spectora inne osoby w pokoju za 

wysoko nie ceniły tego łowcy plotek. Rory parsknął, chowając 

się za włosami Rachel, starał się nie wybuchnąć śmiechem. 

Wywołał tym reakcję lawinową. Rachel i Nicki nie potrafiły 

zachować powagi. 

— Uważacie, że to śmieszne? — spytał skwaszony Sy 

Spector. — Facet przemawia do dwudziestu milionów ludzi 

tygodniowo, a tu go nie wpuszczają. 

— Czy był umówiony? — Frank Farmer właśnie stanął 

w drzwiach. 

— Robin Leach nie musi być umówiony. 

— Od dziś musi. To dotyczy także wszystkich innych — 

Farmer rozejrzał się po twarzach, czekając aż ktoś odważy mu 

się sprzeciwić. 

Spector był wściekły. 

— Farmer, w tym mieście najlepszym sposobem na samo­

bójstwo jest poróżnienie się z prasą. 

Jednak natychmiast pożałował tych słów. Próbował zała­

godzić brzmienie swojej wypowiedzi. 

— Przecież wiecie, co mam na myśli — wymamrotał. 

73 

background image

— To nieważne — przerwał mu Devaney. — Farmer, o co 

chodzi z tym lunchem u Charliego? Rachel chodzi tam 

w każdą niedzielę już od pięciu lat. 

— Uważam, że nie powinna już robić tego, co robiła 

zawsze. 

Rachel zniżyła głos i mówiła bardzo powoli, przedrzeźnia­

jąc ochroniarza. 

— „Nie powinna robić tego, co robiła zawsze". Ten facet 

to fanatyk — powiedziała tonem lekarza stawiającego dia­

gnozę. 

— Tak jak ludzie, przed którymi cię chroni — zawyroko­

wał Devaney. 

Rachel rzuciła mu gniewne, wzgardliwe spojrzenie. 

— Wybaczcie mi, jeśli nie zemdleję. 

— Rachel, pomyśl o Fletcherze — zaczęła Nicki. 

Reszta jej słów utonęła w hałasie miksera, który właśnie 

włączyła Rachel. Nożyki wirowały, tnąc owoce na drobne 

kawałeczki. Frank chłodno patrzył na Rachel i zastanawiał 

się, dlaczego tak poniżała siostrę przed przyjaciółmi i znajo­

mymi. Rachel odwzajemniła spojrzenie, wyzywająco patrzyła 

mu w oczy. Wyłączyła mikser i hałas ucichł. 

Zdjęła pokrywkę i zajrzała do środka. 
— Czy wiecie, że on założył podsłuch? 

— O Boże, Bill — powiedział Spector — tego chyba już za 

wiele. 

Sy zaczerwienił się lekko, kiedy pomyślał o niektórych 

rozmowach, które odbył z domu Rachel, a których treść 

wolałby zachować dla siebie. 

— Może podsłuchuje, kiedy z kimś rozmawiam — mówiła 

sarkastycznym, szyderczym tonem, jakby Farmera nie było 

w pokoju. — Wiecie, ten ciężki oddech w słuchawce... 

— Rachel — powiedział rozgniewany Devaney — czego 

ty ode mnie chcesz, do cholery? Czego chcesz, na miłość 

boską? 

— Chcę mieć trochę spokoju — ucięła. — Ten hałas! Ci 

obcy ludzie! 

— To prawda — wtrącił Spector. 

74 

background image

Zawsze dbał o to, żeby zajmować takie samo stanowisko, 

jak jego pani. 

Devaney spojrzał błagalnie na Farmera. 

— Frank, czy możesz postarać się, żeby tu był spokój? 

Farmer pomyślał, że Rachel jakoś nie przeszkadzał hałas 

i zamieszanie, jakie powodowali robotnicy odnawiający jej 

dom, ale nie powiedział tego. 

— Już prawie skończyliśmy. 

— I chcę zjeść lunch z moimi przyjaciółmi — zażądała 

Rachel jak rozpieszczone dziecko. 

— Możesz. Ale idź w tym tygodniu we wtorek. 

Spector spojrzał na Franka jakby był kosmitą, który 

właśnie wylądował w pokoju Rachel Marron. Niedzielny 

wczesny lunch był w Hollywood czymś w rodzaju święta. Nie 

można go było zjeść we wtorek. 

— We wtorek? — reklamowiec pokręcił głową ze zdziwie­

niem i pytająco spojrzał na Devaneya. — Skąd u diabła 

wytrzasnąłeś tego faceta? 

background image

Rozdział VIII 

Rachel Marron uwielbiała robić zakupy, a że była bogata, 

chodziła zwykle do drogich, ekskluzywnych sklepów w Be­

verly Hills i Santa Monica. Sprzedawcy z Rodeo Drive 

i z Main Street zawsze z zadowoleniem witali jej limuzynę 

przed swoimi sklepami. Rachunki, które Rachel płaciła, 

zazwyczaj opiewały na pięciocyfrowe sumy. 

Jednak jej zakupy nie ograniczały się do eleganckich 

sklepów. Czasami jechała dalej, do zachodnich dzielnic Los 

Angeles i wstępowała do tanich sklepów przy Alei Weteranów. 

Dzielnica nie była najgorsza, ale nie była też dobra. Normalnie 

nie spotykało się tam olbrzymich cadillaców. 

Limuzyna podjechała pod sklep Louise, która handlowała 

używanymi ciuchami. Rachel zawsze znalazła tam coś dzi­

wacznego i odlotowego, czym zapychała i tak pękającą 

w szwach szafę. 

Frank, siedzący z tyłu z Rachel, obejrzał zapuszczoną 

ulicę i zaniedbany sklep, po czym pokręcił głową. Dlaczego 

ta kobieta tak bardzo pragnie wystawiać się na niebezpie­

czeństwo? 

Rachel zauważyła jego karcące spojrzenie. 

— Nie bierz tego do siebie, Farmer — powiedziała 

wysiadając z auta. — Przyjeżdżałam tu, zanim cię zatrud­

niłam, i będę tu przyjeżdżać, kiedy ciebie już nie będzie. 

Frank pochylił się i popukał Tony'ego w ramię. 

76 

background image

— Uważaj na samochód. I obserwuj tych tam — wskazał 

na grupkę nastolatków stojących na chodniku i zazdrośnie 

oglądających limuzynę. 

— A co ja mam robić? — spytał Henry. 

— Uważaj na Tony'ego. 

— Wolałbym, żeby Rachel tu nie przyjeżdżała — powie­

dział Henry. — Niepewnie się tu czuję. 

— Ja też bym wolał — skrzywił się Tony. — Tylko że ja 

się nie denerwuję, bo ty jesteś ze mną. 

Frank poszedł za swoją szefową do obskurnego sklepu. 

Wszędzie stały wieszaki z używanymi ciuchami i Rachel 

rzuciła się na nie ochoczo, przerzucając wszystkie, jakby 

tasowała karty. Frank uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu 

i odsłonił kotarę przy mierzalni. Z ulgą stwierdził, że oprócz 

nich w sklepie była jeszcze tylko jedna osoba, Louise — 

właścicielka. 

— Louise! — zawołała Rachel. — Masz tu tyle wspania­

łych rzeczy! 

Louise pozostała na zapleczu. Z doświadczenia wiedziała, 

że najlepiej zostawić Rachel samej sobie, wtedy więcej kupo­

wała. Zaśmiała się głośno. 

— To na sprzedaż. Możesz wziąć wszystko, kochana. 

Frank oparł się o ścianę, na wszelki wypadek stał 

blisko drzwi. Co kilka sekund niespokojnie wyglądał na 

ulicę. 

Rachel zdjęła z wieszaka jedną z sukienek i przyłożyła do 

siebie. 

— Ooo! Przymierzę ją. 

Spojrzała na Franka i poczuła się nieco zawiedziona. 

Nadal obserwował ulicę, jakby wydawała mu się bardziej 

interesująca od niej. 

Zasunęła zasłonę od przymierzalni i po chwili namysłu 

wyjrzała i zawołała: 

— Farmer, chcesz tu ze mną wejść? Wiesz, żeby było 

bezpieczniej. 

Frank patrzył na nią przez chwilę, a potem bez słowa 

powrócił do obserwowania okolicy. 

77 

background image

Rachel zamknęła się w przymierzalni, z której co chwilę 

wyglądała. 

— Pewnie mi nie uwierzysz, Farmer, ale ludzie uważają, że 

jestem jędzą. 

Frank nie odrywał oczu od ulicy. Kilku chłopaków 

podeszło do limuzyny i mówiło coś do Henry'ego i To­

ny'ego. Nie było się czym przejmować, to nieszkodliwa 

gra uliczna. Kręcili się wokół auta, może obrzucali tych 

dwóch w środku mało oryginalnymi obelgami, komento­

wali wygląd samochodu. Frank słyszał ich żarty i śmiech, 

odbierał je z nadajnika, który miał Henry. Wyglądało na to, 

że rozmiary Tony'ego zniechęciły ich do robienia jakich­

kolwiek kłopotów. 

— Farmer, słuchasz mnie? 

Frank skinął głową. 

— To dobrze — powiedziała zapinając suwak na plecach. 

— Nie zawsze taka byłam, to znaczy jędzowata. Ale sam 

wiesz, jak to jest. Ludzie znają cię od jakiejś strony, od tej, 

którą sami wymyślą. I w końcu taki się stajesz. 

Wzruszyła ramionami, poprawiając ułożenie sukienki i jed­

nocześnie przepraszając za swoje zachowanie. 

— Nic na to nie poradzę — dodała. 

Frank uśmiechnął się wyrozumiale, ale jego mina przeczyła 

wszystkim jej słowom. 

— Nie zgadzasz się ze mną? Tak się dobrze znasz na 

sławnych ludziach? 

— Spotkałem już kilku. 

— I nie zgadzasz się? Nie uważasz, że stajemy się tacy, 

jakich chce nas widzieć publiczność? To jest właśnie tak — 

zakończyła stanowczo. 
Frank mówił spokojnie, zrównoważonym tonem. 

— Stajesz się tym, kim chcesz być. To może czasem 

wymagać trochę dyscypliny, ale da się zrobić. 

Rachel wyszła zza zasłony i stanęła przed lustrem. Mówiła 

do odbicia Franka. 

— To dlatego nigdy nie zostajesz ze swoimi klien­

tami? Są za mało zdyscyplinowani jak dla ciebie? Czy 

78 

background image

może obawiasz się, że naprawdę zaczniesz się o nich 

troszczyć? 

Jej amatorskie próby psychoanalizy nie zainteresowały 

Franka. 

— Tak, masz rację — powiedział na odczepne. 

Rachel odwróciła się gniewnie. 

— Czy chociaż raz nie możesz odpowiedzieć sen­

sownie? Dlaczego nie rozmawiasz ze mną? Nie jestem 

taka zła. 

— Jesteś dla mnie za mądra. Nie dorównałbym ci. 

Nadal czujnie obserwował ulicę. 

Rachel podeszła do niego, tak że poczuł zapach jej perfum 

i gniew, który zza niego przebijał. 

— Spójrz na mnie, Farmer! 

Niechętnie oderwał oczy od okna wystawowego i spojrzał 

na nią pytająco. 

— Nie podoba ci się to, co robię, prawda? 

— Nie mogę pozwolić sobie na taki luksus — powiedział 

spokojnie. — Przeszkadzałoby mi to w pracy. 

— Nie dopuszczasz do siebie żadnych emocji, tak? 

Mówiła to przedrzeźniającym, karcącym tonem. A mimo 

to Farmer pomyślał, że w ten sposób próbuje z nim flir­

tować. 

— Nigdy nie mieszasz pracy z przyjemnością, tak? 

— Tak — Frank skinął głową. 

Jeśli spodziewała się, że zacznie się jej zwierzać, bardzo 

się myliła. To jego teren, nie odda ani kawałka, a ona 

nie zdobędzie się na dalszą walkę. Niewidzialna sprężyna 

wciągnęła ją z powrotem do roli gwiazdy, a jego do roli 

pracownika. 

— Podaj mi tę sukienkę — powiedziała wskazując 

na pierwszą kieckę z brzegu, na której zatrzymał się jej 

wzrok. 

Frank zamarł na chwilę w bezruchu, potem wrócił do 

oglądania ulicy. 

— Jestem tu, by nie dać cię zabić — powiedział cicho — 

a nie żeby pomagać ci w zakupach. 

79 

background image

— Niech cię diabli! 

Złapała sukienkę i energicznie zasunęła za sobą zasłonę 

przymierzalni. 

Frank uśmiechnął się. 

Rachel Marron nie miała zwyczaju spędzać wieczorów 

w zaciszu domowym. Z reguły chodziła na obiady, przy­

jęcia lub premiery, życie towarzyskie nia miało końca. 

Frank nie za bardzo to aprobował, przy każdym wyjściu 

narażała się na niebezpieczeństwo. Ale nawet on zdawał 

sobie sprawę, że bycie gwiazdą w dużej mierze polegało 

na pokazywaniu się. Musiała się pokazywać, i to nie tylko 

publiczności, ale także innym gwiazdom, ludziom z branży, 

dziennikarzom. Tu nie dało się oddzielić pracy od przy­

jemności. 

Nicki powiedziała Frankowi, że tym razem wybierała się 

do Mortona na niewielką kolację w małym gronie — w końcu 

to poniedziałek. Farmer nie spodziewał się kłopotów. Mo­

żliwe, że na chodniku zbierze się grupka gapiów, pragnących 

zobaczyć sławnych i wpływowych gości Mortona, ale w samej 

restauracji będą jedynie zamożne osobistości. Zdarzało się 

niekiedy, że kucharze i kelnerzy w niektórych restauracjach 

w Los Angeles potajemnie współpracowali z prasą i plotkar­

skimi gazetami, i informowali dziennikarzy i reporterów, jeśli 

miała pojawić się jakaś naprawdę znana postać. U Mortona 

nie tolerowano takich praktyk. 

— To zwykła kolacja — powiedziała mu Nicki. — Ubierz 

się w dżinsy. Rachel mówi, że nie chce nic wymyślnego. 

Farmer roześmiał się, kiedy to usłyszał. Nic wymyślnego, 

dżinsy — w restauracji, w której najtańsze wino w karcie 

kosztowało siedemdziesiąt pięć dolarów. Ale i tak poczuł ulgę. 

U Mortona Rachel nie będzie na nic narażona. 

Dużo bardziej martwił się o samochód. Morton udostęp­

niał gościom piętrowy parking, ale nikomu z obsługi nie wolno 

było pozostać w samochodzie. Bez większych problemów ktoś 

niepowołany mógł się tam dostać i zainstalować przy aucie 

80 

background image

„materiał wybuchowy", jak tajna policja zwykła nazywać 

bomby. 

Henry podjechał samochodem do miejsca, w którym czekał 

Frank. Farmer otworzył bagażnik cadillaca i wyjął długi, 

aluminiowy pręt, zgięty w dwóch trzecich długości, i zakoń­

czony szerokim lusterkiem. 

— Chodź tu, Henry — powiedział Frank. — Chcę ci coś 

pokazać. 

— Co to jest? 

Farmer wsunął lusterko pod cadillaca tak, że widział 

w nim zabłocone podwozie samochodu. 

— Co ty robisz, do cholery? Szukasz rdzy? — skrzywił się 

młody kierowca. 

— Nie — Farmer powoli przesuwał się wzdłuż samo­

chodu, uważnie obserwując lusterko. — Sprawdzam, czy nie 

ma bomby. 

— Bomby! Miałem już z jedną bombą do czynienia, 

wystarczy mi — powiedział Henry wskazując na zaban­

dażowaną rękę. — Wiesz, Farmer, chyba przekwalifi­

kuję się. Zajmę się czymś miłym i bezpiecznym. Może 

boksem? 

— Rozumiem cię — roześmiał się Frank. 

— Czy ktoś chciał cię kiedyś wysadzić? 

— Nie — przyznał Frank. — Próbowano jedynie mnie 

zasztyletować. Strzelano do mnie, bito mnie, kopano i tłu­

czono pałką. Ale nigdy nie miałem przyjemności wylecieć 

w powietrze. 

— Czyli wcale mnie nie rozumiesz — powiedział roz­

bawiony Henry. — Tego nie można z niczym porównać. 

Otworzyły się drzwi i z domu wyszli kolejno Devaney, 

Spector i Rachel Marron. Frank spojrzał na nią i jęknął. 

— O co chodzi, Farmer? Nie podoba ci się moja sukienka? 

Nie wiedziałam, że znasz się na modzie. 

Rachel ubrała się w obcisłą, krótką i błyszczącą czarną 

suknię, założyła szpilki. Albo postanowiła nie ubierać się 

„spokojnie", albo wcale nie jechali do bezpiecznego, dyskret­

nego Mortona. 

6 — Ochroniarz 

81 

background image

— Myślałem, że jedziemy na kolację, Henry. Na cichą 

kolację do Mortona. 

Henry wzruszył ramionami. 

— Myślałem, że wiesz. Zmiana planów. 

— Jedziemy gdzie indziej? Dokąd? 

Spector zamachał mu przed nosem kasetą video. 

— Do Mayana, Frank. Jedziemy do Mayana. 

— Co to jest Mayan? 

Spector już wsiadał do limuzymy. 

— To klub, Frank. Chodź, Henry, jedziemy. 

Frank Farmer chwycił Spectora za ramię, nie pozwalając 

mu wsiąść. 

— Klub? Co za klub, Spector? Prywatny? 

— Nie, to klub muzyczny. Taneczny. 

Po chwili dodał, jakby chciał przetłumaczyć swoje słowa na 

inny język: 

— Pewnie nazwałbyś to dyskoteką. 

— Spector — rzucił gniewnie Frank. — Musisz mi mówić 

o takich rzeczach. 

— Właśnie ci powiedziałem. 

Usadowił się z tyłu obok Billa Devaneya. Wychylił się 

przez drzwi i zawołał: 

— Chodź, Rachel, spóźnimy się. 

Rachel żegnała się w drzwiach z Fletcherem. Chłopiec stał 

w hallu, za nim dwaj umudurowani strażnicy. 

— Dobranoc, kochanie — powiedziała klękając i całując 

go w policzek. — Jak wrócę, masz już spać. 

— Dobrze. 

— Obiecujesz? 

— Obiecuję, mamo. 

— Świetnie. 

Rachel odwróciła się i wpadła na stojącego tuż za nią 

Franka. 

— Cześć, Frank — uśmiechnął się Fletcher macha­

jąc mu. 

— Na razie, stary. 

Odprowadził Rachel do czekającego auta. 

82 

background image

— O co chodzi? — zapytała. — Uważasz, że ktoś napad­

nie mnie na moich własnych schodach? 

— Nie. 

Zmieniła taktykę, poprawiła mu klapy i udawała, że 

strząsa jakiś pyłek z marynarki. 

— Ładny garnitur, Frank — powiedziała pogardliwie. 

Frank nie przejmował się uwagami o gliniarzach w tanich 

marynarkach. 

— Panno Marron. 

— Słucham. 

Wyjął z kieszeni małe skórzane pudełeczko, jak od pier­

ścionka. Zupełnie, jakby chciał się oświadczyć. 

— Proszę to wziąć. 

— Co to jest? 

— Proszę otworzyć. 

Oboje wiedzieli, że są obserwowani przez Spectora i Deva-

neya. Sy otworzył butelkę szampana i obaj popijali powoli, 

patrząc na ochroniarza i jego pracodawczynię jak na aktorów 

na scenie. 

Rachel ostrożnie otworzyła pudełeczko. Na welwetowej 

poduszce leżał zielono-czerwono-złoty krzyżyk, niewiele więk­

szy od wisiorka. Patrzyła na niego przez chwilę, zmieszana 

i ułagodzona. Tego nie mogła spodziewać się po Franku 

Farmerze. 

— To dla mnie?! — wykrzyknęła. — Jest śliczny. 

Frank wziął krzyżyk i odwrócił go, pokazując zapinkę 

z tyłu. 

— Tu jest nadajnik — objaśnił. — Jeśli naciśniesz, wyśle 

sygnał. 

Popukał w swoją słuchaweczkę. 

— Gdyby coś się stało, a mnie nie byłoby w pobliżu, 

naciśnij i będę wiedział, że mnie potrzebujesz. 

Wzburzona Rachel nie bardzo wiedziała, jak ma zareago­

wać, zabrakło jej słów. Zdziwiło ją to, co usłyszała. Z jednej 

strony to Frank Farmer, jej goryl, dawał jej instrukcje, jak ma 

się z nim skontaktować w przypadku kłopotów. Z drugiej 

strony, przemawiał do niej jak kochanek. 

83 

background image

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Nagle Sy Spector 

przerwał magiczny moment. 

— Okay — warknął. — Rachel już wie, jak to działa. 

Jedziemy. 

Zanim wsiadła do samochodu, obdarzyła Franka zniewa­

lającym uśmiechem. 

Frank wsiadł z przodu obok Tony'ego. Olbrzym włączył 

radio i wygodnie rozsiadł się w fotelu. 

— Opowiedz mi o Mayan, Tony. 

Wzruszył ramionami. 

— To klub, bardzo duży. Co tu powiedzieć? Popularny. 

— Wspaniale — powiedział głucho Frank. 

Wyobrażał sobie, jak Mayan może wyglądać: ciemno, 

tłoczno, może być śmiertelną pułapką. Ich jedyna szansa 

w tym, że Rachel zmieniła plany w ostatniej chwili. Mało 

prawdopodobne, żeby ktoś o tym wiedział. Jednak chwila ulgi, 

jakiej doznał na tą myśl, nie trwała długo. 

Kiedy tylko Henry skręcił na drogę do Doheny, prezenter 

radiowy przerwał muzykę. 

— Kochani, słuchacie radia KROK, najważniejszej mu­

zycznej rozgłośni Los Angeles. Tak, mamy nowe wieści. 

Obiecaliśmy rozwiązać zagadkę tajemniczego gościa — i do­

trzymamy słowa. Jeśli jeszcze ktoś z was o tym nie słyszał — 

dziś wieczorem tajemniczym gościem w Mayan będzie nie kto 

inny jak Rachel! 

— Rachel? — Frank podskoczył jak oparzony. 

— Oczywiście ta Rachel — ciągnął prezenter — którą 

znamy z Królowej nocy, niezrównana wykonawczyni Nie mam 
nic:

 Rachel Marron! 

Wszyscy w samochodzie zamarli, kieliszki z szampanem 

zatrzymały się w pół drogi od ust. Słuchali słów sączących się 

z głośników. 

— O co chodzi, do cholery? — dopytywał się Farmer. 

Prezenter nie przestawał nadawać. 

— Rachel Marron pojawi się dziś jako specjalny gość Billa 

Thomasa. Słyszałem plotki, że zaśpiewa coś absolutnie no­

wego. Ale jeśli nie macie biletów, nawet nie próbujcie się tam 

84 

background image

dostać. Dowiedzieliśmy się, że klub już jest pełen. Tak, 

szpiedzy KROK docierają wszędzie. 

Frank zatopił się w fotelu, kiwał głową. 

— Skurwiel — mruczał. — I czy ona specjalnie chce dać 

się zabić? 

Atmosfera w limuzynie stała się bardzo napięta, awantura 

wisiała w powietrzu. Devaney zmartwił się tak samo jak 

ochroniarz, oczy Rachel rozszerzyły się ze zdumienia. Sy 

Spector miał skruszoną minę. 

— Skąd się dowiedzieli, Sy? — spytał Devaney zaciskając 

usta i podejrzliwie marszcząc oczy. 

— Nie ode mnie. 

Frank Farmer odwrócił się w fotelu. 

— Czy to twój pomysł na dobrą prasę, Spector? Nie 

mogłeś się powstrzymać, tak? Niech to diabli. 

Odwrócił się ponownie i wpatrzył się w drogę przed sobą. 

— Licz się ze słowami, Farmer. Nie muszę wysłuchiwać od 

ciebie takich rzeczy — Spector zwrócił się do Rachel. — To 

naprawdę nie ja. Szczerze. Musisz mi uwierzyć. 

— Oczywiście, Sy, wierzę ci. 

— Uwaga, KROK nadaje wiadomość oficjalną — ciągnął 

prezenter. — Policja prosi, żebyście trzymali się z daleka. 

A więc, moi mili, bez podniecenia. Słuchajcie nas, a my 

postaramy się zdobyć dla was jakiś wywiad po przedstawieniu. 

Pamiętajcie, słuchajcie KROK: K-rock, Los Angeles, roz­

głośni, która wszystko wie. 

Właśnie dojeżdżali do Mayan. Frank zbladł, kiedy zoba­

czył olbrzymi tłum, setki ludzi stłoczonych na wąskim chod­

niku, wylewających się na ulicę. 

Spełniły się najgorsze obawy Franka. Tony natomiast 

podsumował je patrząc na tłum: 

— Kurwa — powiedział. — Możemy mieć kłopoty. 

background image

Rozdział IX 

Prawie wszyscy pasażerowie limuzyny byli niezadowo­

leni na widok tłumu czekającego na Rachel przed Mayan. 

Frank był niezadowolony z wiadomych powodów. Rachel 

nachmurzyła się, ponieważ chciała zaśpiewać nowy utwór 

w kameralnym gronie, dla publiczności, która się tego nie 

spodziewała, a nie dla licznej grupy fanów. Chciała poznać 

prawdziwe reakcje ludzi, nie oczekiwała ślepego uwielbienia. 

Devaney był zły, ponieważ pragnął spokoju w życiu, tym­

czasem jego gwiazda nie dawała się okiełznać. W takim 

wielkim zbiorowisku ludzi nie może liczyć nawet na odrobinę 

spokoju. 

Jedynym wyjątkiem był Sy Spector. Tak liczny tłum, który 

zaraz zacznie szaleć, ściągnie na nich uwagę prasy, może nawet 

telewizji. Na pewno skomentują to ludzie z „Rozrywki" 

i z CNN, a także z programu „Bawmy się". Co z tego, że teraz 

się na niego wkurzają? Nie można winić człowieka za to, że 

wykonuje swoją pracę. Poza tym, to nie jemu przyszło do 

głowy, żeby powiadomić prasę o dzisiejszym występie Rachel 

w Mayan, ale to już tajemnica... 

Tłum na ulicy zawył radośnie, kiedy limuzyna podjechała 

pod drzwi. Żadnego innego hałasu nie dało się porównać do 

wrzawy roju ludzi. To wielbiciele Rachel Marron, jednak 

odgłosy przez nich wydawane były jakby złowróżbne, przera­

żające. Ten tłum to oszaleli adoratorzy, balansujący niepewnie 

86 

background image

między miłością a nienawiścią. Nie można przewidzieć, która 

ze stron przeważy. 

Ludzie zeszli z chodnika i okrążyli samochód; pukali 

w dach i zaglądali przez okna. W jednej chwili rozbły­

snęły flesze, drogę oświetliło białe światło reflektora ka­

mery telewizyjnej. Pojawili się strażnicy, którzy starali się 

utorować drogę dla samochodu Rachel. Od razu można było 

zauważyć, że są nieco nadgorliwi. Złapali jakiegoś faceta 

i przyparli do wozu; krew cieknąca mu z nosa zabrudziła 

szybę. 

Frank kątem oka obserwował Henry'ego. Kierowca wahał 

się, gotów wcisnąć hamulec, jeśli tłum wyjdzie przed auto. 

— Nie zatrzymuj się — powiedział spokojnie Frank. — 

Nie zwalniaj. Jedź. Nie kochają jej tak bardzo, żeby dali się 

przejechać. 

„A nawet jeśli — pomyślał Frank — to niech ich diabli". 

Natychmiast się uspokoił. W takiej sytuacji należało kierować 

się rozumem, nie gniewem. 

Strażnicy zdołali w jakiś sposób zatrzymać tłum i Henry 

skręcił w prawo na parking przed głównym wejściem do 

Mayan. 

— Proponuję, żeby to odwołać — zasugerował Frank. 

— Nie wygłupiaj się — uciął Sy Spector. 

— Frank — prosił Devaney — oni rozniosą tę budę na 

strzępy. Spójrz na nich, na Boga! 

— I tak to zrobią — skwitował Frank, mówiąc opanowa­

nym, spokojnym tonem. — Tylko że kiedy to zrobią, nas tu 

nie będzie. 

— Nie — powiedziała stanowczo Rachel. — Nic nie 

zrobią, jeśli wystąpię. 

— Okay — zgodził się Frank. — Ty tu jesteś szefem. 

Wyskoczył z samochodu i otworzył drzwi. Rachel wy­

siadła i natychmiast przeszła zdumiewającą zmianę. Chwilę 

wcześniej była zła, nawet przestraszona, teraz dawała pokaz. 

Obdarzyła wszystkich szerokim, aktorskim uśmiechem — 

tak wyglądała jej publiczna twarz — i pomachała swoim 

fanom. 

87 

background image

Tłum napierał na kordon strażników; krzyczał, wrzeszczał, 

wymachiwał. W końcu ludzie zaczęli skandować: „Rachel! 

Rachel! Chcemy Rachel!" 

Rachel szła wciśnięta między Spectora i Devaneya, Tony 

szedł przed nimi, a Frank zamykał pochód. Jakiś młody 

człowiek przedarł się przez kordon i zaczął biec w ich 

kierunku. 

Spokojnie, prawie delikatnie Frank złapał go, zanim zdą­

żył dotknąć gwiazdy, po czym odprowadził do strażników. 

Jeden z nich już naszykował pałkę, którą zamierzał uspokoić 

natręta. 

— Nie potrzeba — powstrzymał go Frank. — Nic się nie 

stało. 

Pospieszył do Rachel i reszty, dogonił ich przy drzwiach 

dla artystów. 

Rachel doskonale znała zaplecze Mayan, poszła prosto do 

przebieralni przeznaczonej dla gwiazd. Frank pierwszy dopadł 

do drzwi, wszedł i uważnie obejrzał pomieszczenie. 

Nikt tam na nią nie czekał, ale wszędzie stały ogromne 

wymyślnie poukładane bukiety kwiatów. Frank wyjął z kie­

szeni coś, co przypominało pilota do telewizora, różniło się 

jedynie wystającym grubym, srebrnym drutem. 

Włączył urządzenie i badał nim bukiety kwiatów. 

Rachel parsknęła i przybrała pogardliwy wyraz twarzy. 

— Co to jest, do cholery? 

— Magnometr. 

— Czego szukasz? Bomby? 

— Tak. 

— Nie sądzę, żeby ktoś chciał mnie wysadzić w powietrze. 

Frank zatrzymał się na chwilę, potem wrócił do badania 

kwiatów. Nadal nie powiedzieli jej o lalce-pułapce. 

— Cóż — powiedział po chwili — lepiej zrobić coś na 

próżno, niż potem żałować. 

— Tak, tak. 

Rachel usiadła przy stoliku i włączyła silne lampy zamon­

towane wokół lustra. Sprawdziła makijaż, wyjęła szminkę 

i uniosła ją do ust. 

88 

background image

— Muszę ci przyznać, Farmer, że jesteś bardzo dokładny. 

— Za to mi płacisz. 

Tuż przy stoliku stał przepięknie ułożony, liliowy bukiet. 

Na pewno nie był największy, najstrojniejszy, ani najdroższy 

w pokoju, ale bez wątpienia był najładniejszy. Koperta obok 

niego zaadresowana była po prostu „Rachel". Artystka od­

pięła kopertę i otworzyła. 

I nagle krzyknęła. 

Frank odwrócił się, rzucił magnometr, jedną ręką sięgał po 

broń, drugą już wyciągał, żeby rzucić Rachel na podłogę. 

Zatrzymał się jednak widząc w lustrze jej twarz — przerażoną, 

osłupiałą. 

Usłyszał, że otwierają się drzwi. Znów się odwrócił, tym 

razem trzymając w dłoni pistolet. 

Devaney podniósł ręce, jakby ten gest miał go uchro­

nić przed dziewięciomilimetrową kulą. Zaraz za nim stał 

Spector. 

— Jezu Chryste, Farmer! 

— Zamknij drzwi. 

— Usłyszeliśmy krzyk. Czy to ona krzyczała? — dopyty-

wał się Spector. 

— Rachel? Nic ci nie jest? 

Rachel Marron nie poruszyła się. Siedziała przed lustrem 

roztrzęsiona i zdumiona. Nadal trzymała kartkę. Frank scho­

wał rewolwer i zabrał jej kartkę. 

Malutkie literki, wycięte z książki, możliwe że ze słownika, 

mieściły się dokładnie na niewielkim kartoniku. Wiadomość 

jednak była raczej mocna, i jakby znajoma: „MARRON, 

TY DZIWKO! TY MASZ WSZYSTKO. JA NIE MAM 

NIC, PRZYGOTUJ SWĄ DUSZĘ NA ŚMIERĆ. CZAS 

ŚMIERCI NADCHODZI". 

Frank Farmer podał kartkę Devaneyowi. 

— O Boże, przysłał następną. 

Rachel nagle doszła do siebie. 

— Jak to „następną"? 

Frank spojrzał na Spectora. 

— Nie powiedzieli ci? 

89 

background image

— O czym? Co mieli powiedzieć? — Rachel była za­

skoczona. 

Devaney chrząknął, zaszurał butami, wycierając je 

o dywan. 

— Były już takie listy, Rachel. Podobne. Groźby, no 

wiesz, takie tam... 

— Nie chcieliśmy cię martwić — starał się załagodzić 

Spector. — Pomyśleliśmy, że się tym zajmiemy. 

— Bo widzisz, ktoś dostał się do domu... 

Rachel nagle poczuła kłucie w żołądku, ucisk w gardle, 

mdłości. Starała się przezwyciężyć mdłości i panikę, która 

w niej narastała. 

— Ktoś był w moim domu? 

— Okay — powiedział Spector, jakby uspokajał małe 

dziecko bojące skę burzy — nie histeryzuj... 

— Zabierzmy ją stąd — zaproponował Frank. 

Rachel nie zwróciła na niego uwagi, nadal nie mogła pojąć 

tego, co usłyszała. 

— Ktoś był w moim domu? — powtórzyła. 

— To miało miejsce kilka tygodni temu — wyjaśnił 

Spector. — Wyjechałaś z miasta. Nie chcieliśmy cię martwić. 

Jesteśmy od tego, żeby zajmować się takimi rzeczami. 

— Nie — sprostował Farmer. — To ja jestem od zajmo­

wania się tymi rzeczami i twierdzę, że ona nie może... 

— Fletcher — przypomniała sobie Rachel. — Czy 

Fletcher był wtedy w domu? 

— Przestań, przecież nic mu nie jest. A teraz dom jest jak 

forteca, prawda Frank? 

— Powinniśmy ją stąd zabrać, i to natychmiast. 

— Frank, nie przesadzaj! — Spector już widział, jak jego 

plany się rozsypują. — Nie ma możliwości, żeby ktoś... to 

znaczy, nikt nie byłby na tyle głupi, żeby... 

— Nie ma możliwości, żeby co? — Rachel naprawdę się 

wystraszyła, drżenie jej głosu zdradzało napięcie. 

— Nie, czekajcie. Uspokójcie się wszyscy. Spokojnie — Sy 

zniżył głos, jakby uspokajał spłoszonego konia. 

— Sy — wtrącił Devaney — Frank ma rację. 

90 

background image

— Zapytajmy Rachel — zaproponował Spector, jakby 

właśnie wpadł mu doskonały pomysł. — Zostawmy to jej. Jak 

się czujesz, kochanie? 

Frank skrzyżował ręce na piersiach. Gniew narastał w nim 

tak szybko, jak strach w Rachel. 

— Powiem tak jasno jak potrafię. Może to mieć pewne 

znaczenie. Nie mam możliwości jej tam ochronić. Rozumiecie? 

Czy to wystarczająco proste? 

Rachel odwróciła się do Billa Devaneya. 

— Myślisz, że on może tam być? 

— Nie wiem — Devaney wzruszył ramionami. 

Teraz odwróciła się do Franka. 

— Jest tam, prawda? 

— To możliwe — skinął głową. 

— Dajcie spokój — wtrącił Spector. — Nie wiemy tego. 

Naprawdę tego nie wiemy. 

Dzisiejszy występ zszedł na dalszy plan, kiedy Rachel 

uświadomiła sobie coś znacznie gorszego. 

— Wiedzieliście, że on był w moim domu i nie powiedzie­

liście mi... nie mogę w to uwierzyć... O mój Boże! 

Devaney zamachał rękoma. Zdawał sobie sprawę, że 

Rachel nie jest w stanie wyjść na scenę. 

— Chodźmy do domu, Sy. Musimy to ogłosić. 

— Doskonale — zgodził się Spector. — Ty to ogłoś. I weź 

na siebie odpowiedzialność za to, co zrobią z tą cholerną budą. 

Posłuchajcie. 

Nawet tu, na tyły, dobiegał hałas z klubu. Publiczność 

klaskała, wrzeszczała, wołała Rachel Marron. 

— Chcesz tą publiczność? Proszę bardzo. 

— Trzeba tak zrobić, Sy — powiedział Devaney. — 

Przykro mi. 

— Odważny człowiek — naigrywał się Spector. 

Kiedy Bill Devaney wyszedł na scenę w Mayan, przez 

widownię przeszedł pomruk niezadowolenia. Tłum był nie­

spokojny, niecierpliwy, nie mógł doczekać się występu. Pod-

91 

background image

szedł do mikrofonu na środku sceny, próbując przebić się 

przez ścianę hałasu. Nigdy nie czuł się taki samotny w sali 

wypełnionej tysiącem ludzi. 

Devaney puknął palcem w mikrofon, ale hałas prawie nie 

zmniejszył się. 

— Przepraszam... — pogłos niósł się w powietrzu. — 

Chciałbym coś ogłosić. Jest mi przykro, ale ze względu na 

pewne okoliczności, które są niezależne od... 

— Gdzie Rachel? — ktoś krzyknął. 

— Rachel niestety... 

Wiedzieli, czego mają się spodziewać. Wzniosła się 

niesłychana wrzawa, która zagłuszyła jego słowa. W pew­

nym momencie ludzie zaczęli skandować: „Rachel! Rachel! 

Rachel!" Klaskali i tupali w rytm wykrzykiwanego imienia. 

Budynek drżał jak podczas trzęsienia ziemi. 

Frank już prawie doprowadził Rachel do wyjścia, kiedy 

usłyszeli skandowanie. Wtedy zatrzymała się, a jej twarz, 

przed chwilą pełna obaw, rozjaśniła się jak niebo po burzy. 

— Poczekaj — powiedziała. — Słyszysz to? 

Frank już wiedział, co miała na myśli. 

— Rachel, nie rób tego. Nie warto. 

Jednak to skandowanie, aplauz, już ją zahipnotyzowały. 

Nawet nie zauważyła, że po raz pierwszy zwrócił się do niej po 

imieniu. 

Frank ujął ją pod rękę i starał się wyprowadzić, ale 

odtrąciła go gniewnie. 

— Żaden pieprzony wariat nie wystraszy mnie ze sceny. 

Kiedy Rachel weszła w światła reflektorów, powitał ją 

okrzyk radości, publiczność ucieszyła się. Przez chwilę stała 

tak wśród burzy oklasków, upajała się, całą sobą chłonęła 

pochlebstwa. Skłoniła się i biła brawo swoim fanom. Za chwilę 

wskazała na Billa, polecając go publiczności. Jeszcze przed 

chwilą był ich wrogiem, teraz, po jednym geście Rachel, ludzie 

krzyczeli i bili mu brawo. 

Rachel podeszła do mikrofonu. 

92 

background image

— Mój menadżer, panie i panowie, Bill Devaney. Dzię­

kuję ci, Bill. Muszę ci jednak powiedzieć, że nie potrafisz 

zapowiadać występów. 

Może nie był to najlepszy żart, ale publiczność wybuchnęła 

śmiechem. Napięcie spadło. Devaney ukłonił się i zszedł ze 

sceny, pot spływał mu z czoła. 

Rachel odwróciła się i spojrzała na publiczność. 

— Witajcie! — zawołała, jakby wszystkich znała oso­

biście. — Czy Bill Thomas, właściciel tego klubu, nie jest 

najwspanialszym facetem? Prosił mnie, żebym wam coś za­

śpiewała. Mam nadzieję, że się wam spodoba... 

Frank stał z boku, usiłował dojrzeć coś przez oślepiające 

światła reflektorów, nerwowo rozglądał się, z której strony 

mogą nadejść kłopoty. Ze swojego miejsca widział, że Rachel 

trzęsie się ze strachu, ale widział też, że z tym walczy, nie 

poddaje się. 

Odwróciła się lekko, spojrzała na niego i uśmiechnęła 

się przelotnie. Kiedy rozległa się muzyka, stała sama, od­

słonięta na środku sceny, w świetle reflektorów. Zaczęła 

śpiewać Nie mam nic. 

background image

Rozdział X 

Głos Rachel unosił się w powietrzu. Publiczność, jeszcze 

przed chwilą tak wzburzona, teraz siedziała spokojnie na 

krzesłach. Wszyscy oczarowani słuchali słodkiej muzyki. 

Frank stał tuż za sceną, ukryty za zasłoną, w każdej chwili 

gotów do działania. Uspokoiło się nieco, ale Farmer wiedział, 

że sytuacja może zmienić się w mgnieniu oka. Rachel zdołała 

uspokoić tłum, ale nie było gwarancji, na jak długo. 

Głównym problemem Franka były kulisy. Sy Spector 

przysunął się do niego, zasłaniając mu widok na Rachel. 

— Mamy jakieś problemy z porozumieniem, czy co? — 

spytał Spector. 

— O czym mówisz? 

Frank wiedział, że Spector dotknął czułego punktu. Mieli 

problemy z porozumieniem, Farmer uważał, że Spector za 

dużo mówi. Wolał, żeby wcale nie musieli ze sobą rozmawiać. 

Obecność Spectora jedynie wprowadzała zamieszanie. Far­

mer starał się wyjrzeć zza niego, usuwając się nieco na bok, 

żeby lepiej widzieć. Postanowił nie spuszczać Rachel z oczu. 

Spector też się przesunął, specjalnie zasłaniając Frankowi 

piosenkarkę. Zachowywał się jak szkolny łobuz, napastujący 

młodszego, słabszego kolegę. 

— Chyba nie wyraziłem się dostatecznie jasno — powie­

dział Spector przez zaciśnięte zęby. 

Farmer patrzył ponad jego ramieniem. 

94 

background image

— Czego nie wyjaśniłeś, Spector? 

— Nie wyjaśniłem ci, jak to wszystko ma wyglądać. 

Frank oderwał na chwilę wzrok od Rachel i spojrzał 

nieprzyjaźnie na Spectora. 

— Jedno jest jasne: okłamałeś mnie. Obiecałeś, że powiesz 

jej o tym, co się dzieje, i nie zrobiłeś tego. Nic dziwnego, że jej 

się coś nie podobało. Nie można chronić osoby, która nie wie, 

że jest w niebezpieczeństwie. 

— Nie powiedziałem jej, ponieważ uważałem, że nie 

poradzi sobie z tym. Okay? Jedynie dlatego. 

— Ale poradziła sobie nienajgorzej — Frank znów spoj­

rzał na scenę. 

Teraz dało się zauważyć podziw w jego spojrzeniu. Rachel, 

uspokojona czcią, jaką darzyła ją publiczność, przestała się 

bać i zaczęła być sobą. 

Spector zorientował się, że konfrontacja nie doprowadzi 

go do celu. Zmienił taktykę, postanowił być przyjacielski 

i szczery. Przez chwilę rozważał możliwość położenia ręki na 

ramieniu Franka, ale doszedł do wniosku, że to nie jest dobry 

pomysł. 

— Słuchaj Frank, wiem co chcesz powiedzieć. I wiem, 

o co tu chodzi. Robisz wszystko tylko dla jej dobra. Rozu­

miem to. 

— Czyli nie ma problemu — powiedział Frank. 

— Przykro mi to mówić, Frank, ale jest. Widzisz, masz 

robotę do wykonania, ale musisz zrozumieć, że nie tylko ty. 

Inni też mają swoją do zrobienia. 

— Utrzymuję ją przy życiu. Czy ktoś robi coś ważniej­

szego? 

— Nie, oczywiście że nie. To nie ulega wątpliwości. Ale 

praca Rachel też jest ważna. I moja też. A jej praca polega na 

wychodzeniu tam — wskazał palcem oświetloną scenę. — Ona 

pracuje, Frank. Właśnie tam. Jest bardzo popularna. Musi 

wykorzystać czas. Jeśli dobrze wszystko rozegra, całe życie 

będzie gwiazdą. A jeśli coś zepsuje, za rok nikt nie będzie 

o niej pamiętał. 

— Ale będzie żyła — skomentował Frank. 

95 

background image

— Jeśli przestanie występować, to dla niej równoznaczne 

ze śmiercią. Zapomnijmy o tych pogróżkach. Jeśli nie będzie 

śpiewać, i tak jest martwa — Spector nerwowo oblizał usta. — 

A te wszystkie groźby... Słuchaj, jeśli dobrze się nimi 

zajmiemy, mogą być znakomitą reklamą. 

Frank Farmer zaatakował tak szybko, że Spector nie 

zdążył się zasłonić. Ochroniarz złapał Spectora jedną ręką za 

gardło i przyparł go do ściany, po czym naparł na niego 

i spojrzał mu w oczy. 

— Jedno słowo na ten temat... — szepnął gniewnie. 

— Mogłoby pomóc w zdobyciu Oscara — wymamrotał 

Spector. 

— Jeśli chociaż słowo dostanie się do prasy, jeśli zaczną 

krążyć najmniejsze plotki... — Farmer nie dokończył groźby, 

ale Spector doskonale go zrozumiał. 

— Pojmuję — skinął głową. 

Farmer rozluźnił uścisk. 

— Pamiętaj, co ci powiedziałem. 

Spector rozmasował sine gardło. 

— Problem polega na tym, że nie doceniasz zaufania 

innych. 

Frank już nie zwracał na niego uwagi. Skupił się na scenie. 

Po krótkiej chwili ciszy, kiedy skończyła się piosenka, na­

stąpiły burzliwe oklaski, publiczność znów krzyczała. W ciem­

ności rozbłysnęły flesze, odbijały się w urzekającym, szerokim 

uśmiechu Rachel. Czuła, jak jest kochana. Nawet najsilniejszy 

narkotyk nie mógłby dostarczyć takiej podniety. 

Rachel rzuciła Frankowi przelotne spojrzenie, obdarzając 

go figlarnym uśmiechem. Już czuła się dobrze, odżyła dzięki 

uwielbieniu swoich fanów. 

Wzięła w rękę mikrofon i przebiegła po scenie. 

— Podobało się wam? Chcecie posłuchać następnej? Zapy­

tam szefa — spojrzała gdzieś w bok. — Billy? Co ty na to? 

Billy Thomas, właściciel Mayan, ochoczo skinął głową. 

— Zgodził się — uśmiechnęła się Rachel. 

Tłum był wyraźnie zachwycony, znów podniosły się 

okrzyki. Muzyka zmieniła się na żywszą, bardziej taneczną. 

96 

background image

Zasłony za plecami Rachel rozsunęły się i odsłoniły olbrzymi 

błyszczący ekran. Kamera śledziła ruchy Rachel na scenie 

i przekazywała jej obraz na ekran. 

— Coś mi podpowiada, że może by tak... Chcecie zoba­

czyć nowy teledysk? 

Tłum wybuchnął radością. Poruszali się razem z nią 

w rytmie muzyki. 

 Chcę tańczyć] — krzyknęła Rachel. 

Na ekranie pokazał się teledysk: Rachel i tancerze przed­

stawiali to, co Frank widział na próbie w jej domu, pierwszego 

dnia, kiedy tam przyszedł. Cała sala ożyła, wszyscy tańczyli 

w takt muzyki. 

Rachel podeszła na brzeg sceny, prawie dotykając wy­

ciągniętych rąk wielbicieli. Tłum, podniecony jej bliskością, 

rzucił się naprzód. Ona tylko drażniła ich, dręczyła swoją 

obecnością. 

Po bokach sceny pojawili się dwaj strażnicy z Mayan, 

Frank widział, że są bardzo spięci. Wiedzieli, że we dwóch nie 

mają szans przeciwko podnieconemu, oszalałemu tłumowi, 

który za moment może wyrwać się spod kontroli. 

Za chwilę pojawiło się pierwsze potencjalne zagrożenie. 

Jakiś młody człowiek przeskoczył barierki i wdarł się na scenę. 

Jeden ze strażników rzucił się ku niemu jak chłopiec łapiący 

piłki na kortach i wrzucił go z powrotem w las wyciągnię­

tych rąk. 

Tłum ośmielał się coraz bardziej, napierał na barierki, był 

już tak blisko, że prawie mógł dotknąć swojej gwiazdy. Frank 

szalał ze zdenerwowania. Zdawał sobie sprawę, że jego zadanie 

jest już niewykonalne. Zabójca mógł być wszędzie w tym 

ludzkim lesie, mógł czekać, aż będzie blisko i wtedy uderzyć. 

Farmer rozglądał się na wszystkie strony, mrużył oczy pod 

Światło, przyglądał się twarzom, starając się rozpoznać za­

bójcę. Chciał siłą woli powstrzymać i jego, i cały wzburzony 

tłum. 

Rachel spojrzała na niego, wyczuwając jego zdenerwowa­

nie. Podniecała ją jego bezradność, posuwała się coraz dalej, 

coraz bliżej niebezpieczeństwa. Odważnie podbiegła na sam 

7 — Ochroniarz 

97 

background image

skraj sceny. Jakiś człowiek wyskoczył z tłumu i dołączył do 

niej na scenie. 

Tego już za wiele. Frank chciał rzucić się naprzód, ale 

Rachel powstrzymała go ruchem ręki. Zaczęła tańczyć z tym 

człowiekiem, kołysała się podniecająco, skręcała się i padała 

na kolana, jakby podziwiając go. Ludzie wrzeszczeli i piszczeli. 

Spector walnął Franka w plecy. 

— Spójrz na nią! Jest cudowna! — zawołał zachwycony. 

Frank wcale nie uważał, że to cudowne. Uniósł rękę 

i odsłonił przekaźnik. 

— Henry, jesteś tam? 

— Jestem po drugiej stronie, razem z Billym. 

Farmer spojrzał na drugą stronę jasno oświetlonej sceny 

i dojrzał swojego pomocnika. Henry pomachał mu. 

Frank skinął głową. 

— Przygotuj się do wyjścia. Idź i przyprowadź samochód. 

Musimy ją stąd zabrać. 

— Dobrze, Frank. 

Henry zniknął za zasłoną i poszedł do tylnych drzwi. 

Tancerz na scenie posunął się jeszcze dalej. Wyciągnął rękę 

i objął Rachel wpół, przyciągając ją do siebie. Jeden z potęż­

nych strażników nie wytrzymał i rzucił się w ich kierunku, aby 

wyrwać ją z objęć narwańca. Wpadł na nich, odepchnął 

mężczyznę, ale siłą rozpędu wypchnął Rachel wprost na 

widownię, w ręce jej wielbicieli. 

Chociaż to wydawało się niemożliwe, tłum rozochocił się 

jeszcze bardziej. Rachel pomiędzy publicznością! Kiedyś znana 

była z takich właśnie wyczynów. Wtedy dopiero zaczynała, 

dopiero marzyła o zostaniu taką gwiazdą, jaką była w tej 

chwili. 

Wokół Rachel kręcili się oszaleli wielbiciele, dotykali jej, 

obmacywali ubranie, przekazywali ją sobie z rąk do rąk, 

wpychali coraz głębiej w tłum. Gmatwanina ludzi zacieśniała 

się wokół piosenkarki, jakby wszyscy chcieli rozebrać ją na 

kawałki. 

Na twarzy Rachel odmalował się strach. Przekroczyła 

niewidzialne barierę— dosłownie i w przenośni — i teraz 

98 

background image

strach przed pojedynczym zabójcą ustąpił miejsca obawie 

przed tłumem. Straciła panowanie przekraczając tę granicę 

między wykonawcą a publicznością, złamała niepewny rozejm 

istniejący między gwiazdą a jej czcicielami. 

Tony wprowadził na widownię strażników, którzy roz­

pychali się między ludźmi, zmiatali ich z drogi. Musieli się do 

niej przedzierać jak ekipa ratunkowa walcząca z naporem fal. 

Frank doszedł do wniosku, że naga siła nie wystarczy, aby 

wyrwać Rachel z objęć tłumu. Jeśli ci ludzie zwrócą się 

przeciwko strażnikom, z łatwością ich pokonają. Złapał 

gaśnicę i rzucił się w wir walki. 

Pierwsza fala piany zaskoczyła tłum. Druga rozproszyła 

ludzi po kątach, jakby Frank był ognistym, szalejącym 

koniem. Farmer skoczył w powstałą dziurę, kopniakiem 

odsunął stojącego mu na drodze młodego człowieka i porwał 

Rachel. Zauważył go Tony, który zaczął torować drogę do 

głównego wyjścia, poruszał się jak gracz na boisku. Olbrzymi 

ochroniarz rozpychał fanów jak zabawki, ale od drzwi dzieliła 

go nadal spora przestrzeń. 

Frank od razu wiedział, że nie należy tamtędy wychodzić. 

— Nie, Tony, nie! Nie tędy! 

Ale Tony dostrzegł szansę popisania się swoją nadzwyczaj­

ną siłą, chciał zostać bohaterem dnia. 

— Ja się tym zajmę — wrzasnął, rozkładając jakiegoś 

widza jednym ciosem w szczękę. — Idźcie za mną. 

Pochylił głowę do przodu i natarł na drzwi jak szarżu­

jący byk. 

Przebił się przez tłum i wyleciał przez drzwi wprost na ludzi 

nadal czekających na chodniku przed wejściem. Padał deszcz, 

który wyraźnie ochłodził ich szaleństwo. 

Tony triumfował. Przytrzymał otwarte drzwi. 

— Zróbcie przejście! — wrzeszczał na ogłupiałych 

ludzi. — Odsunąć się! 

Udało mu się dostać na ulicę, ale nie czekała tam żadna 

limuzyna. 

Tony odwrócił się i spojrzał na tłum pozostawiony w klu­

bie. Nie tylko nie było limuzyny, zniknęli też Rachel i Frank. 

99 

background image

Wybiegł na ulicę wprost w ulewne strugi deszczu i zobaczył 

cadillaca odjeżdżającego spod Mayan. Usłyszał pisk opon na 

asfalcie. 

— Hej! — zawołał. — Co do cholery? Farmer! Farmer! 

Wracaj! 

Frank Farmer słyszał wrzaski ochroniarza, ale nie pozwolił 

zatrzymać się Henry'emu. Obejrzał się na Rachel. Siedziała 

samotnie na wielkim siedzeniu, mała i krucha. Roztrzęsionymi 

dłońmi zakryła twarz i zaczęła płakać. 

Frank odwrócił wzrok, nie chciał się na nią gapić. Nie zdał 

pierwszego egzaminu, pozwolił, żeby Rachel kompletnie się 

załamała. 

Henry popatrzył w lusterko, potem znów na ulicę. 

— Nigdy wcześniej tego nie zrobiła — powiedział cicho. 

— To była długa noc — podsumował zmęczony Frank. — 

Dla nas wszystkich. 

Frank pomógł Rachel wysiąść z samochodu i wejść do 

domu, podtrzymywał ją na schodach. 

— Frank — szepnęła. — Tak się bałam. 

— Wyśpisz się i poczujesz się lepiej. Postaraj się tym nie 

martwić. Tu jesteś bezpieczna. 

— Fletcher — powiedziała cicho. — Muszę sprawdzić, czy 

nic mu nie jest. 

Frank poprowadził ją korytarzem i otworzył drzwi 

do pokoju Fletchera. Chłopiec smacznie spał, spokojny 

i ufny. 

— Widzisz? Nic mu nie jest. 

Rachel poczuła ulgę. Weszła cicho do pokoju i pocałowała 

synka w czoło. Fletcher mruknął przez sen i odwrócił się na 

drugi bok. Uśmiechnięta Rachel wyszła z sypialni. 

— Obiecaj mi, że zawsze będzie bezpieczny — poprosiła. 

— Daję słowo — wziął ją za rękę. — Chodź. Czas do 

łóżka. 

W jej sypialni — tej prawdziwej, a nie tej, którą Sy Spector 

przygotował dla dziennikarzy — Frank szybko sprawdził 

100 

background image

okna. Zamki zostały założone, nie wyglądało na to, żeby ktoś 

przy nich dłubał. 

Rachel stała na środku sypialni oszołomiona, nie mogła 

poradzić sobie z suwakiem przy sukience. Skrzyżowała ręce na 

plecach i manipulowała przy zamku, jakby był bardzo skom­

plikowanym mechanizmem, którego nie umiała obsługiwać. 

Farmer rozpiął jej sukienkę, poczuł jak lekko suwa się po 

jej ciele, potem objął ją i poprowadził do łóżka. Wydała mu się 

taka delikatna. Miała tak drobne kości, że mógłby je połamać, 

gdyby był nieostrożny. Szok, strach i obawa przed śmiercią 

całkowicie zmieniły Rachel Marron z pewnej siebie kobiety 

w przerażone, kruche dziecko. 

Frank odgarnął laleczki poukładane na poduszkach 

Rachel i odkrył kołdrę. Delikatnie posadził ją na łóżku 

i ściągnął jej wymiętą sukienkę. Siedziała naga i potulna, aż 

położył ją i przykrył. 

Rachel wtuliła głowę w poduszkę i westchnęła, jakby 

wreszcie poczuła się bezpieczna. Frank wygładził kołdrę i już 

miał odchodzić, kiedy wzięła go za rękę, tak jak małe 

dziewczynki chwytają za dłonie swoich rodziców. Farmer 

pogłaskał ją po włosach. 

— Czy nie zapytasz mnie, dlaczego się tak zachowuję? — 

spytała zmęczonym głosem. 

— Wiem dlaczego — powiedział kiwając głową. 

Nie odezwali się już, a on został, dopóki nie zasnęła. 

W domu panowała cisza, ale Frank Farmer, nadal pod­

niecony wydarzeniami tego wieczoru, nie mógł zasnąć. Siedział 

przy dębowym stole w kuchni. Zdjął marynarkę i krawat 

i zatopił się w fotelu. Nadal miał na sobie przepoconą, brudną 

koszulę. Jadł brzoskwinię, ostrożnie odcinając kawałki owocu 

małym, ostrym nożykiem. 

Frank wracał myślami do ostatnich słów, które wypowie­

działa Rachel. Czy naprawdę wiedział, dlaczego się tak 

zachowywała? Tak mu się zdawało, a wydarzenia tego wie­

czoru potwierdzały jego teorię, a raczej liczne teorie. 

101 

background image

W głębi duszy była dzieckiem, które chciało być w centrum 

zainteresowania. Nie była pewna siebie, swojego talentu, 

potrzebowała ciągłego potwierdzenia, jakie znajdowała u wier­

nej publiczności. Była aktorką, musiała panować na scenie 

i w życiu, była odważną młodą kobietą, która rzucała wy­

zwanie wszystkiemu: sobie samej, swoim fanom, otaczającym 

ją ludziom. 

Drzwi kuchenne otworzyły się z łomotem i pomieszczenie 

owiał chłodny wiatr. To wpadł Tony. Udało mu się dostać do 

domu z Mayan; kipiał wściekłością. 

— Cholera, zostawiłeś mnie tam — warczał, wymachując 

zaciśniętymi pięściami. 

— Musiałem zabrać Rachel — powiedział Frank, nie 

podnosząc wzroku znad swojej brzoskwini. 

— Jak diabli! Gdybyś za mną poszedł, też byśmy stamtąd 

wyszli. 

— To było zbyt ryzykowne. 

— Niech cię diabli! Chciałeś się popisać! 

— Nie robię tego dla popisów — tłumaczył spokojnie 

Farmer. 

— Bzdura! 

Tony nie był w nastroju do dyskusji. Natarł na Franka 

z uniesionymi pięściami. Farmer odczekał, aż podszedł bar­

dzo blisko. Kiedy Tony chciał złapać go za koszulę, Frank 

poderwał się z krzesła i rzucił się całym ciężarem na nogi 

przeciwnika, podcinając go. 

Tony upadł na ziemię uderzając głową o podłogę. Farmer 

natychmiast go dopadł, łapiąc po drodze krzesło, na którym 

przed chwilą siedział. Nogami przytrzymał go na podłodze, 

jak treser mocujący się z lwem. 

— Tony, to była długa noc. Wystarczy, dobrze? 

Tony spojrzał na niego, ale wiedział, że jest w pu­

łapce. 

— Wystarczy — burknął. 

— Okay. 

Farmer zwolnił uścisk. Tony powoli podniósł się 

z podłogi. 

102 

background image

Ale chyba nie miał dość. Za chwilę skoczył na równe 

nogi, zamachnął się szeroko i chciał uderzyć Franka prosto 

w szczękę. 

Uderzenie miało wielką siłę, ale olbrzym stał na całych 

stopach i włożył w cios cały swój ciężar, starając się roz­

łożyć Franka za pierwszym razem. Farmer uchylił się i prze­

darł się przez osłonę Tony'ego. Zdzielił go dwa razy so­

lidnie w żebra, prawie mu je połamał. Tony stracił równo­

wagę i oparł się o drewniane szafki kuchenne stojące pod 

ścianą. 

Przyparty do ściany Tony złapał długi nóż kuchenny leżący 

na ladzie i wymachiwał przed nosem Franka, usiłując go 

nastraszyć. 

Farmer westchnął i pokręcił głową. Już się zdenerwował. 

Złapał nożyk, którym kroił brzoskwinię i ułożył go wygodnie 

w dłoni trzymając za ostrze. Zamachnął się i wprawnym 

ruchem rzucił nóż, który wbił się w szafkę zaledwie o centy­

metr od ucha Tony'ego. 

Tony przez chwilę patrzył na chwiejące się ostrze, po czym 

opuścił nóż. 

— Słuchaj — powiedział Farmer tonem dyrektora kar­

cącego niegrzecznego ucznia. — Uważasz, co mówię? 

Tony skinął głową. 

— To dobrze — Frank skrzyżował ręce na piersiach. — 

Ostrzegam cię, Tony. Nie chciałbym ci tego więcej powtarzać. 

Ekipa porządkowa przystąpiła do sprzątania Mayan. 

Tuzin ludzi uwijało się po zdemolowanym klubie ze szczot­

kami i kubłami. Billy Thomas stał na scenie i oceniał 

wyrządzone szkody. Światła nie były zbyt jasne, ale i tak 

widział dokładnie, co zostało zniszczone. Meble poszły 

w drzazgi, podłoga pełna była potłuczonego szkła, dekoracje 

pozrywano ze ścian. 

Kilku zagorzałych fanów Rachel Marron jeszcze kręciło 

się po sali, zbierali się w grupki i rozprawiali o wydarze­

niach, wymieniając swoje doświadczenia. Nadal byli pod-

103 

background image

nieceni wrzawą, w której brali udział. Dwóch z nich jeszcze nie 

doszło do siebie — ci naprawdę dotknęli Rachel Marron. 

Ani wielbiciele, ani obsługa nie zwracali uwagi na sa­

motnego człowieka chodzącego po widowni, wpatrującego się 

w podłogę, jakby czegoś szukał. 

Gdyby ktoś go zaczepił, powiedziałby, że w zamieszaniu 

wypadł mu portfel i że właśnie go szukał. Całkiem praw­

dopodobna historia. 

Ale on szukał czegoś innego, i w końcu znalazł. Kawałek 

podartego papieru, skrawek materiału, szmatka oderwana od 

sukienki Rachel. Przyklęknął obok skrawka materiału, pod­

niósł go i ukradkiem przytknął do nosa, zaciągnął się powie­

trzem. Setki rąk dotykało tej szmatki, wiele butów po niej 

deptało, ale mimo tego mógł wyczuć poprzez brud i pot resztki 

zapachu Rachel Marron. 

background image

Rozdział XI 

Frank Farmer nie spodziewał się zobaczyć Rachel następ­

nego dnia, doskonale rozumiał, jak się czuła. To co przeszła 

ostatniej nocy, wykończyłoby nawet najspokojniejszego, naj­

łagodniejszego człowieka. A dla kogoś tak wybuchowego 

i emocjonalnego jak Rachel musiało być strasznym doświad­

czeniem. Frank nie zdziwiłby się, gdyby nie pokazywała się 

cały tydzień. 

Jednak się mylił. Rano sprawdził strażników przy bramie 

i wracał do domu przez cichy ogród, kiedy usłyszał za sobą 

trzask łamanej gałązki. Odwrócił się błyskawicznie. 

Zobaczył Rachel, ubraną w błękitny dres, która bie­

gała po parku. Zatrzymała się przy nim, łapiąc oddech. 

Pomimo szalonych wydarzeń ostatniej nocy nie wyglądała 

na zmęczoną, przeciwnie, była wypoczęta i odprężona. 

Frank pojął, że należy do ludzi, którzy szybko podnoszą 

się po zadanych ciosach. Zdał sobie sprawę, że ją po­

dziwia. 

Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo, jakby czytała 

w jego myślach. 

— Zaskoczyłam cię, prawda? 

— Tak — przyznał z uśmiechem. 

— Pewnie zastanawiasz się, co robię — wskazała sportowe 

ubranie. — Nie wiedziałeś, że biegam, tak? 

Frank pokręcił głową. 

105 

background image

— O co chodzi? Boisz się, że ktoś napadnie na mnie 

w takim stroju? 

— Nie — powiedział powoli. — Gorzej. 

Zaskoczyło ją to. 

— Gorzej? Czy może być coś gorszego? 

— Obawiam się, że będę musiał biegać z tobą. 

Rachel roześmiała się. 

— To wspaniale — przyznała. — Chyba nie wolno mi 

biegać. Tak długo szukałam jakiejś wymówki! 

— To ulga. 

— Odprowadź mnie do domu, dobrze? 

— Z przyjemnością. 

Szli powoli przez ogród, przez pewien czas wcale nie 

rozmawiali, podziwiali słońce przeganiające poranną mgłę. 

Rachel przerwała ciszę. 

— Wiem, że to chyba za późno — powiedziała z wa­

haniem. 

Najwyraźniej szukała właściwych słów i nie mogła znaleźć. 

— Chciałam ci podziękować — rzuciła w końcu. — 

Naprawdę cieszę się, że tu jesteś. Teraz wszystko rozumiem. 

— To dobrze. 

— Postaram się współpracować z tobą. 

— To jeszcze lepiej — uśmiechnął się Frank. 

Przeszli jeszcze kawałek w milczeniu. Kiedy Rachel ode­

zwała się wreszcie, była jakby niepewna, zawstydzona i onie­

śmielona. 

— Farmer... mam taki problem. Nieduży. 

Jąkała się lekko, jakby denerwowała się tym, co chce 

powiedzieć. Frank pomyślał, że ta nowa Rachel Marron jest 

bardzo pociągająca. 

— Co takiego? 

— Widzisz, chciałabym wyjść gdzieś wieczorem. Tylko ja 

i jakiś facet... — skrzywiła się lekko, maskując zażenowa­

nie. — Coś jakby „randka". Ale nie mogę z nikim wyjść, bo ty 

musisz stale być ze mną. No bo co by było, gdyby on mnie 

potem do siebie zaprosił? Ty też byś poszedł? 

— Rozumiem, o co ci chodzi — przyznał Frank. 

106 

background image

— Tak, ale myślałam o tym i jedyne co wymyśliłam, to że 

ty możesz mnie gdzieś zabrać. 

— Ja? 

— Więc... zastanawiałam się nad tym... no wiesz. Co 

o tym sądzisz? Oczywiście tylko jeśli chcesz. 

Patrzyła na niego z nadzieją. Jej propozycja całkowicie 

zbiła Franka z tropu. 

— Czy to polecenie? 

— Nie, nie! Tylko jeżeli chcesz... Nie jestem aż taka 

zła. 

Przeciągnęła ręką po włosach i zaśmiała się nerwowo. 

— Posłuchaj, proszę cię. To jakbym znów była w szkole, 

tylko o wiele gorzej. 

Zatrzymała się i spojrzała na niego. 

— To takie żenujące. Słuchaj, zrobimy tak: ja pobiegnę 

przodem, a ty się zdecydujesz... 

Ale zanim zdążyła odbiec, Nicki wychyliła się z okna. 

— Rachel! Sandy Harris dzwoni. Mówi, że to pilne. 

— Powiedz jej, żeby poczekała — krzyknęła Rachel. — 

Załatwiam coś. 

Nicki bez słowa zamknęła okno i zniknęła. 

— No, Farmer, co powiesz? 

— Frank. 

— Co ty na to, Frank? 

— Zgoda. 

Szeroki dziób cadillaca wynurzył się z myjni jak łódź 

podwodna z morskich głębin. Mydlana woda spływała z szyb 

i maski. Dwóch pracowników myjni, jeden czarny, drugi biały, 

zaczęli pucować lakier irchowymi szmatkami. 

Henry stał obok znudzony, czekał aż skończą mycie wozu. 

Może i Frank Farmer zrobił z niego swojego asystenta, ale 

przecież nadal był szoferem. A szofer musi zadbać, żeby 

samochód był czysty i nawoskowany. 

Henry nie zwracał uwagi na pracujących ludzi. Po prostu 

wykonywali swoją brudną, nieciekawą robotę za niewielką 

107 

background image

pensję. Nawet nie zauważył, że na kombinezonach mają 

wyszyte imiona: Jamal i Dan. 

Jednak Dan, biały chłopak, rozpoznał Henry'ego. Był na 

koncercie Rachel Marron w Mayan — to właśnie jego Frank 

tak bezceremonialnie kopnął. Chłopak pomyślał, że skoro 

Henry przyprowadził ten samochód, to pewnie jest to auto 

samej Rachel Marron. Bardzo go to zainteresowało. 

Dan odrzucił szmatę, wziął rurę od odkurzacza i otworzył 

drzwi limuzyny. 

— Hej! — zawołał Henry. — Nie prosiłem o czyszczenie 

środka. 

— Spokojnie — mruknął Dan. — To wliczone w rachu­

nek. 

— Aha — powiedział Henry i nie myślał o tym więcej. 

Dan dokładnie wyczyścił wykładzinę i obicia. Pod jednym 

z siedzeń znalazł pognieciony papier, za duży i za gruby, 

żeby zmieścił się w rurę od odkurzacza. Dan wyprostował 

papier na tylnym siedzeniu i zobaczył, że było to podpisane 

zdjęcie Rachel Marron, takie jak zwykle gwiazdy rozdają 

setkami. 

Bardzo spokojnie Dan złożył zdjęcie i schował do kieszeni 

kombinezonu. Wygramolił się ze środka samochodu i wyłączył 

odkurzarz. 

— Gotowe — powiedział. 

— Świetnie — stwierdził Henry i wręczył każdemu z nich 

dziesięciodolarowy banknot. 

Wsiadł do auta i odjechał. 

— Dobry napiwek — zauważył Jamal. 

— Tak — przyznał Dan. 

Dan wyszedł z myjni i udał się wprost do swojej szafki 

w przebieralni dla pracowników. Przekręcił zamek i otworzył 

stare, metalowe drzwiczki. 

Całe wnętrze szafki oklejone było zdjęciami Rachel 

Marron. Wisiały tam plakaty, zdjęcia wycięte z gazet i czaso­

pism, okładki płyt i wkładki z pudełek po płytach kompak­

towych. Na samym środku tego zbioru, niczym święta re­

likwia, wisiał kawałek materiału, znaleziony poprzedniej nocy. 

108 

background image

Wszystko to wyglądało jak kapliczka ku czci Rachel Marron, 

ale pewien szczegół psuł to wrażenie. Na jednym z większych 

zdjęć Rachel ktoś wypisał jedno słowo: „Kurwa". 

W Kokusai zebrało się około stu wielbicieli kina japoń­

skiego. Mniej więcej dziewięćdziesięciu ośmiu z nich nie 

zdawało sobie sprawy, że Rachel Marron siedziała z nimi na 

widowni. Ten sekret znali tylko Rachel i Frank. 

Nie była specjalnie przebrana, miała kapelusz na głowie, 

szyję obwiązała jedwabną chustką, a okulary słoneczne zdjęła 

dopiero, kiedy film się zaczynał. 

Frank Farmer nie znał się na kulturze masowej, ale potrafił 

docenić dobry film. Yojimbo Akiro Kurosawy stanowczo 

należał do najlepszych. 

Wspaniały japoński aktor Toshiro Mifune grał cynicznego, 

wynajętego samuraja, który przyczynia się do zagłady całego 

miasta. Był w tym świetny. Rachel nigdy przedtem nie 

widziała japońskiego filmu. Siedziała oczarowana, prawie nie 

poruszała się, odkąd na ekranie pojawiło się pierwsze ujęcie. 

Mifune stał tyłem, na tle wysokich, ośnieżonych gór. Ostatnie, 

ironiczne zdanie filmu brzmiało: „Nareszcie będzie w tym 

mieście spokój". 

Rachel wyszła z kina zamyślona. 

— Cóż — stwierdziła melancholijnie — według mnie nie 

wyglądał, jakby chciał umrzeć. 

— Przecież nie umarł, prawda? Jest ogromna różnica 

między chęcią śmierci a nie obawianiem się jej. 

Szli chodnikiem w stronę nie rzucającego się w oczy 

chevroleta Franka. Wyglądali jak typowa para na randce. 

— Czy to, że nie bał się śmierci — zapytała Rachel — 

sprawiło, że był niepokonany? 

— A jak myślisz? 

Rachel uśmiechnęła się. 

— Jedno jest pewne — na końcu rozłożył wszystkich. 

Frank skinął głową. 

— Tak. To był dobry film. 

109 

background image

— Ile razy go widziałeś? 

— Sześćdziesiąt dwa — powiedział bez namysłu. 

Rachel zdusiła śmiech. 

— A chociaż wiesz, co znaczy Yojimbo? 

— Tak — Frank wahał się przez chwilę. 

— Co? Powiedz. 

— To znaczy „ochroniarz". 

Teraz Rachel roześmiała się zadowolona. 

— No tak, rozumiem. To wszystko wyjaśnia. 

Restauracja Da Umberto na przedmieściu w Echo Park 

w niczym nie przypominała Mortona. Już prędzej przypomi­

nała spelunkę. Nikt znany tam nie przychodził. Jedzenie 

jednak było naprawdę toskańskie, nie za głośna, dobra 

muzyka dobiegała z ukrytych w kątach głośników. Restaura­

cja była prawie pusta, a na małym parkiecie nie było ani jednej 

pary. 

Rachel była oczarowana, szczęśliwsza niż zwykle. Już 

prawie nie pamiętała, jak to jest, kiedy wychodzi się dla 

przyjemności, a nie w celu pokazania się. Odprężyła się, coraz 

bardziej intrygował ją jej towarzysz. 

— Lubisz takie miejsca, co? 

Frank skinął głową. Bawił się swoim spaghetti, wodził 

długimi kluskami wokół talerza. 

Rachel przysłuchała się dokładniej muzyce. 

— I taką muzykę? 

— Tak — powiedział otwarcie. 

— Czy czujesz się tu bezpieczny? Uważasz, że tu nie ma 

żadnego zagrożenia? — nabrała sobie trochę makaronu. 

Frank Farmer wzruszył ramionami. 

— Jeśli ktoś naprawdę chce zabić, nic go nie powstrzyma. 

Rachel uśmiechnęła się smutno. 

— Świetnie. To po co mi jesteś potrzebny? 

— Może zamiast ciebie dostanie mnie. 

To nie były przechwałki pewnego siebie faceta. To proste 

stwierdzenie faktu. 

110 

background image

— Byłbyś gotów za mnie umrzeć? — otworzyła oczy ze 

zdziwienia. 

— To mój zawód — powiedział. 

Rachel patrzyła na niego, jakby z twarzy chciała wyczytać 

odpowiedź na swoje pytania. 

— I zrobiłbyś to? Dlaczego? 

— Bo nie umiem śpiewać — uśmiechnął się Frank. 

— Yojimbo — podsumowała rozweselona Rachel. 

— Nie, on był ode mnie lepszy. 

Nie uwierzyła w taką skromność. 

— To magia kina, Farmer. Ty, ty jesteś prawdziwy. 

Frank wzruszył ramionami i dolał im wina. 

— Czegoś jednak nie rozumiem. 

— Czego? 

— Może uratowanie prezydenta to powód do chwały, ale 

tak kogokolwiek... 

— Kogoś takiego jak ty? To sprawa zasad i dyscypliny. 

Rachel zmarszczyła brwi. 

— Nie ufam dyscyplinie, w każdym razie nie mojej. 

W najważniejszym momencie zawsze mnie opuszcza. 

— To się zdarza. 

— Ale nie tobie Frank — Rachel zaśmiała się ciepło. — 

Ty zawsze jesteś zdyscyplinowany, prawda? 

— Nie można przewidzieć, co się stanie w podbramkowej 

sytuacji. Powiedzmy, że tak raczej jest, nie wracajmy do tego. 

Kiedy kelner przyszedł po talerze, przestali rozmawiać, jakby 

nie chcieli, żeby obcy podsłuchiwali ich intymną rozmowę. 

— Powiedz mi... czy lubiłeś kiedyś kogoś? 

— Nie rozumiem. 

Doskonale rozumiał, o co pytała, ale nie chciał wyjawiać tak 

prywatnych spraw. Frank Farmer miał już we krwi trzymanie 

kart przy sobie. A życie prywatne traktował prywatnie. 

— Takiego jak ja... 

Frank roześmiał się głośno, bardzo rzadko mu się to 

zdarzało. 

— Nigdy nie znałem nikogo takiego jak ty. 

— Nie o to chodzi. Dziewczynę. 

111 

background image

Wiercił się niepewny, zastanawiał się nad pytaniem. Była 

z nim całkiem szczera. Dobrze by zrobił, gdyby jej się 

odwzajemnił. To byłoby też uprzejme. Mogliby sobie zaufać, 

wtedy lepiej mógłby ją chronić. Ale pewnej granicy nie 

należało przekraczać, wiedział o tym. 

— Była pewna dziewczyna — powiedział nie patrząc na 

nią. — Dawno. 

— Tak? I co się stało? Jeśli mogę spytać, oczywiście. 

— A czy mogę nie odpowiadać? — odparował z uśmie­

chem. 

— Nie chcę nalegać... 

Frank Farmer uśmiechnął się szeroko. Rachel należała do 

najbardziej wścibskich osób, jakie znał. 

Rachel też zaczęła się śmiać, nie mogła przestać. 

— Ona nie umarła, prawda? — spytała lekkomyślnie. — 

To znaczy nikt jej nie zabił, kiedy ją chroniłeś? 

Frank przestał się uśmiechać. Zmienił się na twarzy, 

milczał, ale to wiele mówiło. 

Rachel nagle przestała chichotać. Spojrzała wystraszona, 

zbladła. 

— O Boże! Tak było, prawda? 

Frank mówił cicho, wyglądał poważnie i smutno. 

— Nikt nie jest doskonały — powiedział. 

Rachel zawstydziła się brakiem wyczucia. Zniszczyła na­

strój wieczoru, rzucając na niego cień smutku. 

— Frank, tak mi przykro — mruknęła. 

Nagle, jakby ktoś przełączył niewidzialny guzik, powaga 

zniknęła z jego twarzy i roześmiał się lekko. 

— Nie, nikt jej nie zabił. 

Przerwał, nie wiedząc, czy ma mówić dalej. 

— To o wiele mniej dramatyczne — powiedział w koń­

cu. — Po prostu przestała mnie kochać. Możesz sobie to 

wyobrazić? 

Rachel spojrzała mu prosto w oczy. 

— Nie, nie bardzo. 

Muzyka umilkła i na chwilę zapanowała cisza. Potem 

zaczęła się następna płyta, usłyszeli Co dzieje się ze złamanymi 

112 

background image

sercami.

 To jedna z pierwszych piosenek Rachel Marron, 

dzięki niej dostała się na szczyt. Frank uśmiechnął się, kiedy 

usłyszał jej głos. Uniósł kieliszek, jakby wznosząc toast za nią 

i jej pierwszy wielki przebój. 

— A więc — powiedziała uśmiechając się tajemniczo — 

czy to randka z pełną obsługą, Frank? 

Frank spojrzał na nią zaskoczony. 

— Proszę cię do tańca. 
— Z przyjemnością — powiedział. 

Frank za każdym razem ją zaskakiwał. Jak na takiego 

człowieka był delikatnym, dobrym tancerzem; trzymał ją 

blisko, nie był spięty. Nie myślała, że będzie się dobrze czuł 

w takiej roli. Ułożyła głowę na jego ramieniu i wsłuchiwała się 

we własny głos. 

Frank czuł perfumy w jej włosach, czuł, jak porusza się 

w jego ramionach. Oboje słuchali słów smutnej piosenki, 

jedwabisty głos Rachel podkreślał melancholijny tekst. Pod­

niosła głowę i zapytała: 

— Podoba ci się? Ta piosenka. 

— Tak — Frank skinął głową. 

Rachel wybuchnąła śmiechem. Frank zaczerwienił się 

zażenowany. Obawiał się, że powiedział coś poniżającego. 

— Co? Z czego się śmiejesz? 

Rachel próbowała się opanować. 

— Przepraszam — chichotała. — Tylko że ta piosenka jest 

taka... załamująca. 

— Tak, to prawda — musiał się z nią zgodzić. 

Nagle z kuchni dobiegł ich ostry dźwięk naczyń roz­

bijających się o podłogę. Bez namysłu Frank zmienił pozycję, 

stanął między Rachel a kuchnią, jakby chciał ją zasłonić. 

Spojrzał przez ramię sprawdzając, co się stało. Chciał się 

upewnić, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. 

Rachel znów położyła mu głowę na ramieniu. 

— Nie bój się — szepnęła mu do ucha. — Ochronię cię. 

Znów oddali się muzyce, Rachel śpiewała cicho zagubiona 

we własnych myślach, w jego ramionach. Frank natomiast 

cały czas bacznie obserwował, cały czas był czujny. 

8 — Ochroniarz 

113 

background image

Rozdział XII 

Podobnie jak w jego sercu, tak i w skromnym domu 

Franka Farmera było prywatne miejsce, niedostępne dla 

obcych. W piwnicy urządził sobie pracownię i salę ćwiczeń, 

sam wszystko przygotował, sam pokrył gołe ściany i położył 

kafelki na podłodze. 

W jednym rogu stały błyszczące, chromowane przyrządy 

do ćwiczeń, worek do boksowania, leżały ciężarki, ciężka piłka 

do podnoszenia. W innej części pomieszczenia miał stół, na 

którym stały poukładane narzędzia i bardziej skomplikowane 

urządzenia: tokarka, wiertarka. Potrafił obrabiać metal, ulep­

szał broń, której używał. 

Najdziwniejsza część piwnicy była oddzielona od reszty 

pomieszczenia i stanowiła wąski, dźwiękoszczelny korytarz 

biegnący wzdłuż jednej ze ścian. To jego prywatna strzelnica, 

na końcu wyłożona workami z piaskiem. 

Pokój był uporządkowany, wszystko miało swoje miejsce, 

choć nie sprawiało pedantycznego wrażenia. Zupełnie jak sam 

Farmer. 

Siedział na kanapie, sączył drinka i przyglądał się jej. 

Rachel kręciła się po pokoju, dotykała narzędzi na stole, 

zaglądała do długiego korytarza strzeleckiego. 

— Tak tu cicho — powiedziała do siebie. 

Podeszła do ściany z książkami i nagrodami. Książki 

stanowiły dość dziwną zbieraninę — powieści stały obok 

114 

background image

podręczników technicznych, biografie i książki histo­

ryczne opierały się o albumy, książki o egzotycznych 

kwiatach, o broni, o kinie japońskim i sztuce prymi­

tywnej. 

Na ich podstawie Rachel zorientowała się, że Farmer to 

człowiek o żywym umyśle, interesujący się wieloma dziedzi­

nami. Jednak to wszystko wiedziała już wcześniej. Bardziej 

interesowały ją rzeczy osobiste, porozstawiane na półkach. 

Zakurzone nagrody, cytaty w ramkach, zdjęcia. Przedstawiały 

Franka, kiedy zdobył czarny pas, w ubraniu baseballisty, 

z wysoko uniesionym kijem. Zauważyła też jego zdjęcia 

z trzema prezydentami. 

Rachel wzięła jedno zdjęcie i odwróciła do światła. Zdjęcie 

przedstawiało drużynę piłkarską, młodzi zawodnicy z powagą 

wpatrywali się w obiektyw aparatu. Przeczytała podpis pod 

fotografią. 

— Drużyna piłkarska Uniwersytetu Zachodniej Virginii. 

Rachel przebiegła wzrokiem wszystkie poważne twarze, aż 

znalazła Franka. Uśmiechnęła się. 

— Boże, jak ty wyglądałeś. 

— To było dawno temu. 

— Nie wiedziałam, że grasz w piłkę. 

— Bo już nie gram. 

— Na jakiej byłeś pożyci? 

— Z tyłu — powiedział. 

— Byłeś twardy? — spytała z uśmiechem. 

— Nie. Szybki. 

Najwspanialsza jednak była wisząca na ścianie długa, 

lakierowana na czarno pochwa japońskiego miecza. Rachel 

dokładnie się jej przyjrzała, delikatnie dotknąła zdobionej 

powierzchni. 

— Ty też jesteś samurajem? 

— To wymaga prawdziwej dyscypliny — roześmiał się 

Frank. 

— Słyszałam, że byłeś w tajnej policji. Dlaczego zre­

zygnowałeś? 

— Dla pieniędzy. 

115 

background image

Rachel rozejrzała się po dziwnie urządzonym pokoju 

i uśmiechnęła się. 

— Jak widzę, masz ekstrawaganckie upodobania. 

Mogę? — spytała wskazując na miecz. 

Frank skinął głową, więc zdjęła pochwę ze ściany i powoli 

wyciągnęła z niej miecz. 

— Uważaj — ostrzegł ją. 

Piękno nagiego ostrza zapierało dech, żadnej skazy nie 

było na błyszczącej stali. Miecz był doskonale wyważony, 

wyglądał tak lekko jak promień światła. Skierowała ostrze do 

przodu i podeszła do niego. 

— Trudno cię rozszyfrować, Franku Farmerze. 

Podeszła jeszcze bliżej, końcem miecza celując między jego 

oczy, kilkanaście centymetrów od twarzy. 

— Wydaje mi się — powiedziała — że i ochroniarz musi 

mieć czasami spokój. 

Frank wstał, miecz był tak blisko, że prawie go dotykał. 

Wyciągnął ręce i odwiązał jedwabną chustkę, którą Rachel 

miała na szyi. Jedną ręką zdjął chustkę, drugą przez moment 

pozostawił na zgięciu jej szyi. 

— Popatrz — szepnął. 

Uniósł chustkę nad głowę, obiema rękami rozprosto­

wał delikatny materiał, potem puścił. Powoli, kołysząc się 

w powietrzu, cieniutki jedwab opadł na ostrze. Niesłychanie 

ostry miecz wdarł się w materiał i przeciął chustkę na dwa 

kawałki. 

Frank odsunął miecz i przyciągnął Rachel do siebie. 

Objęci, osunęli się na podłogę i zaczęli się całować. 

Na początku kochali się gorączkowo, jakby poddali się 

nareszcie, po tygodniach wyrzeczeń; zaspokajali narosłą 

w nich żądzę. Oboje za długo czekali, żadne nie było przygoto­

wane na tak intensywne przeżycie. Później zwolnili nieco, 

napięcie trochę opadło i kochali się wolniej, bardziej leniwie, 

spokojnie. 

W nocy, leżąc nago w łóżku Franka, Rachel wsunęła się 

w jego ramiona, wsparła się na nim. 

— Nigdy nie czułam się tak bezpiecznie — szepnęła. 

116 

background image

Frank nie odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie i pogłaskał 

jej zmierzwione włosy. 

— Nikt nie może ci nic zrobić. 

— Teraz to nie byłoby takie trudne. 

Rachel roześmiała się i pocałowała go, potem położyła mu 

głowę na ramieniu. 

— Wcale się nie martwię — powiedziała. 

Słuchał jej spokojnego oddechu, kiedy zasypiała. On 

jeszcze nie zasnął, wpatrywał się w ciemność. 

Obudził ją trzask rozsuwanych żaluzji. Światło zalało całą 

sypialnię. Usiadła i zamrugała. 

— Co się dzieje? Co robisz? 

Frank ubrany był już w białą koszulę i spodnie od 

garnituru. Właśnie wiązał krawat. Założył już podramienną 

kaburę, ale jeszcze była pusta. Wystarczało na niego spojrzeć, 

żeby zorientować się, że coś było nie tak. Wydawał się zły, 

zdenerwowany. Nie odpowiadał jej. 

— Frank? 

Farmer nie patrzył na nią. 

— Rachel, nie wolno zapomnieć, co ja tu właściwie robię. 

Kiedy obudził się rano, przeraził się tym, co zrobił 

poprzedniego wieczoru. Okazał się słaby, a jego słabość oboje 

naraża na niebezpieczeństwo. Był bardzo zły, ale na samego 

siebie, na swoją głupotę, nie na Rachel. 

— Zapomnieć? — powtórzyła. 

Jego ostre słowa bardzo ją zaskoczyły. 

— Ja o niczym nie zapominam. 

— Płacisz mi za ochronę. I to mam robić. 

— Więc? Czy zrobiłam coś złego? Co zrobiłam? 

— Nic. To nie twoja wina. 

— To o co chodzi? 

Uwidzicielsko uniosła pościel i spojrzała na niego uśmie­

chając się figlarnie. Odwrócił wzrok. 

— Mam cię błagać? 

— Nie — powiedział szorstko. — Masz przestać. 

117 

background image

Potrząsnęła głową i zmarszczyła czoło. 

— O co chodzi, Frank? 

— Nie może mi się pomieszać, co ja właściwie robię. 

Kiedy to mówił, wbił wzrok w podłogę, jakby koncen­

trował się na swoich słowach, pragnął je zapamiętać. 

— A co takiego robisz? Mieszasz mnie z błotem? 

Przesunął ręką po czole. Nie chciał być taki niemiły. Wcale 

nie zamierzał jej zranić, szczególnie po ostatniej nocy. 

— To nie twoja wina, tylko moja. Zaangażowałem się 

w coś z klientką. 

— Z klientką? — uderzyło ją to bezosobowe stwierdze­

nie. — To wszystko czym dla ciebie jestem? Klientką? 

— Popełniłem błąd. 

Frank mówił niskim głoseś. Sam się przeklinał za nieroz­

tropność. Ochroniarz zakochany w kobiecie, którą chroni 

może być tak samo niebezpieczny jak morderca. 

— Jaki błąd? Już nie uważasz mnie za atrakcyjną. Tak? 

Frank bardzo się zdenerwował. 

— Chryste! Już ci powiedziałem. Nie mogę cię chronić 

w taki sposób. Nie jestem dla ciebie odpowiedni. 

— A to co ma znaczyć? — wybuchnęła. — Że to już 

koniec? Jedna noc i po wszystkim? 

— Właśnie — skinął głową Frank. 

Rachel podniosła oczy, jakby prosiła niebiosa o wyjaśnie­

nie tej niepojętej sytuacji. 

— Nie mogę w to uwierzyć. 

Otworzył szufladę nocnego stolika i wyjął pistolet, spraw­

dzając go automatycznie, zanim włożył do kabury. 

— Możesz to zaakceptować albo mnie zwolnić. 

— Ale nie mogę z tobą sypiać — podsumowała. 

Frank odwrócił się i spojrzał na nią. W jego oczach 

malował się ból. Czy nie widziała, że dla niego to też jest 

bardzo trudne? 

— Przykro mi — powiedział smutno. 

— Nie wierzę w to. 

Przez chwilę siedziała w milczeniu, zastanawiała się, co się 

jej przytrafiło. Parę godzin temu myślała, że znalazła bez-

118 

background image

pieczenstwo i szczęście. Teraz on to wszystko burzył, tak 

szybko, jak to powstało. 

— Pytam cię... Pozwól, że ci powiem... — zaczęła. 

Nagle przestała się martwić; ogarnęła ją wściekłość. 

Odrzucił ją! Rachel Marron nie była przyzwyczajona do 

takiego traktowania. 

— Co ty wyprawiasz, do cholery? 

— Robię to, co do mnie należy. Robię to, co jest dobre dla 

nas obojga. 

Rachel patrzyła na niego przez chwilę, jakby nie rozu­

miała, co powiedział. Potem, zmartwiona, upokorzona i wście­

kła, wyskoczyła z łóżka i sięgnęła po ubrania. Frank zamknął 

oczy, próbował przezwyciężyć ból i cierpienie, które w nim 

narosło. 

background image

Rozdział XIII 

Nad basenem w ogrodzie Rachel Marron unosiła się 

poranna mgła. Frank klęczał na brzegu, obok niego Fletcher. 

Chłopiec obserwował, jak Frank wymienia baterie w pilocie 

jego motorówki. Farmer nadal myślał o wydarzeniach ostat­

niej nocy i ranka, Fletcher widział zmartwienie na jego 

twarzy. 

— Jest na ciebie bardzo zła, prawda? 

Frank patrzył na baterie, które trzymał w dłoni, jakby nie 

całkiem wiedział, do czego służą. Jego milczenie potwierdzało 

przypuszczenia chłopca. 

— Powiedziała mi, że nie rozumie, dlaczego ją tak par­

szywie potraktowałeś. Podobno jesteś naszym przyjacielem. 

Farmer skulił ramiona i westchnął niesłyszalnie. 

— Bo jestem — powiedział nie podnosząc wzroku. 

Zajął się na powrót bateriami, wkładając je na miejsce. 

— To co się stało? 

— Bardzo długo uczyłem się, jak nie zwracać uwagi na to, 

co robią inni — wyjaśnił mając nadzieję, że te słowa dotrą do 

chłopca, że je zrozumie. — To moja praca. Muszę być 

zdyscyplinowany — znów westchnął. — Ale nie zawsze mi się 

to udaje, Fletcher. Nie zawsze. 

Fletcher pokręcił głową. 

— Nie rozumiem. Chyba nie rozumiem, Frank. 

Frank uśmiechnął się i wzruszył ramionami. 

120 

background image

— W porównaniu z tobą jestem bardzo stary, a też nie 

rozumiem. I powoli dochodzę do wniosku, że nigdy nie 

zrozumiem. 

Usłyszeli za sobą kroki na ścieżce wiodącej do basenu. 

Nicki niosła naręcze czasopism i gazet. 

— Ta-daa! 

„Codzienne nowiny", gazeta show-businessu, upadła jej na 

ziemię. 

— Popatrzcie — powiedziała. — Ogłosili nominacje. 

Wielki nagłówek oznajmiał: „NOMINACJE DOSTALI..." 

Na jednym z pierwszych miejsc widniało nazwisko Rachel. 

— Udało się! — zawołał szczęśliwy Fletcher. 

Nicki ciekawie patrzyła na Franka, nie ukrywała pogardy. 

Ona pierwsza zorientowała się rano, że Rachel nie spała 

w swoim łóżku. 

— Pomyślałam, że będziesz chciał wiedzieć o nominacji. 

Nikt w nią nie wątpił. Oczywiście, na pewno wiesz wszystko — 

powiedziała głosem przepełnionym ironią. 

Jeśli chciała go zawstydzić, nie uda się jej. 

— Co chcesz powiedzieć? — spojrzał jej prosto w oczy. 

Odwróciła wzrok. 

— Przepraszam. Nic nie mówię. To nie moja sprawa — 

podała mu gazety. — To twoja porcja na dziś. 

Wziął je bez słowa, a ona odwróciła się i poszła szybko do 

domu, jakby uciekała przed nim. 

— Chyba wszystkich dziś martwisz, Frank — zauważył 

Fletcher. 

— W tym jestem dobry. 

Fletcher roześmiał się i spuścił swoją łódkę na błękitną 

wodę. 

Jego pierwsze polecenie tego dnia zabraniało otwierania 

paczek, zanim on je obejrzał. Zajął niewielki warsztacik przy 

garażu, gdzie ekipa porządkowa trzymała swoje narzędzia. 

Urządził tam małe laboratorium, w którym mógł sprawdzić 

wszystkie podejrzane paczki, nie narażając domowników na 

121 

background image

niebezpieczeństwo. W poczcie, która przyszła dziś rano, Nicki 

przyniosła mu też małe pudełko, niewiele większe od paczki 

papierosów. 

Frank trzymał paczuszkę nad głębokim, betonowym zle­

wem, który wcześniej wypełnił piaskiem i umocnił na zewnątrz 

workami z piaskiem. Badał pudełko ostrożnie jak chirurg, 

przysłuchiwał mu się stetoskopem, sprawdzał wykrywaczem 

metali. Było zwyczajnie zaadresowane, jedynie nazwisko Ra­

chel wycięto z gazety i przyklejono do adresu. Może to znak, 

że ten człowiek znów się odezwał. 

Wykrywacz metalu niczego nie wykazał, a przez słuchawki 

nie dało się słyszeć żadne złowróżbne tykanie. To jednak 

o niczym nie świadczyło. W dzisiejszych czasach konstruk­

torzy bomb używali cichych kwarcowych zegarów. 

Ostrożnie przeciął brązowy papier skalpelem i zdjął 

wierzchnią warstwę opakowania. Nabrał powietrza i otwo­

rzył pudełko. Zobaczył, że coś, co było w środku jest 

dodatkowo zapakowane w gazety. Wziął pincetę i bardzo 

ostrożnie zabrał się do odwijania gazety. Zdawał sobie 

sprawę, że jeden nieostrożny ruch może spowodować wybuch 

bomby. 

Najpierw usłyszał metaliczny trzask, potem brzęczenie, 

papier osunął się z lekka. Odruchowo Frank rzucił paczkę do 

zlewu i padł na ziemię, nakrywając głowę rękoma. Czekał na 

wybuch. 

Leżał na podłodze przez kilka sekund, chociaż wydawało 

mu się, że o wiele dłużej, i słuchał jak brzęczenie powoli 

milknie. 

Cisza. 

Frank wstał ostrożnie i zajrzał do zlewu. Paczuszka 

wyglądała zwyczajnie. Wciągnął powietrze — nie poczuł 

swądu niewypału. Wstrzymał oddech i jednym ruchem roz­

pakował paczkę. W pudełku leżała mechaniczna zabawka, 

nakręcany zwierzak, na którym ktoś wypisał kolorowymi 

literami: „KOCHAMY CIĘ RACHEL! PREZENT OD 

WIERNYCH WIELBICIELEK Z BEAVER, PENSYLVA-

NIA — SALLY I KATE". 

122 

background image

Frank położył zabawkę na stole, zwierzak kłapał plasti­

kowymi zębami, jakby śmiejąc się z niego. Frank wypuścił 

powietrze i spróbował się uspokoić. Taka mała denerwująca 

przygoda prawdopodobnie skracała mu życie o dziesięć lat. 

Wyciągnął przed siebie wyprostowaną rękę i spojrzał na nią. 

Nie trzęsła się. 

W drzwiach pojawił się Henry. 

— Frank, co ty wyprawiasz do cholery? 

— Tylko sprawdzam. 

— Aha. Sy Spector czeka na ciebie w swoim biurze. 

Frank Farmer skulił ramiona. 

— Świetnie. Tylko tego mi brakuje. 

Może i Spector chciał go widzieć, ale wcale nie ucieszył się 

na jego widok. Siedział za biurkiem w gabinecie producenta, 

który Rachel urządziła u siebie w domu. Jego nachmurzona 

mina kontrastowała z wielkimi bukietami kwiatów i z balo­

nami unoszącymi się pod sufitem w całym pokoju. To 

prezenty od całego Hollywood, typowy sposób gratulowania 

z powodu nominacji do Oscara. W małym pomieszczeniu na 

tyłach biura dwie sekretarki bez przerwy odpowiadały na 

urywający się telefon. Ludzie z branży, zarówno przyjaciele 

jak i wrogowie, dzwonili z gratulacjami dla Rachel. Takie były 

wymogi ich zawodu, reguły, których nie wolno łamać w tym 

interesie. 

Spector nie miał nastroju do kłótni. 

— Przedstaw mi listę twoich wydatków. Podsumuj wszyst­

ko. Przynieś mi to za godzinę, wypiszę czek. 

To wszystko. Wrócił do papierów zalegających na biurku. 

Frank uniósł brwi. 

— Nie masz zwyczaju mówić, o co ci chodzi, Spector? 

Spector wybuchnął. Wstał, twarz mu poczerwieniała, żyły 

na szyi nabrzmiały, jakby chciały przebić się przez naprężoną 

skórę. 

— Chodzi mi o to, że jesteś zwolniony, Frank. Nie sta­

wiła się wczoraj na żadne spotkanie przez twoją małą 

123 

background image

randkę. Zdajesz sobie sprawę, że nie spotkała się z Barbarą 

Walters? 

Niestawienie się na wywiad z dziennikarką ABC to nietakt, 

ale niezbyt poważny. Spector ułagodził Walters i jej producenta, 

przełożył spotkanie i w sumie nic się nie stało. Ale ważniejsza 

była nominacja: Sy Spector czuł się dumny z tego powodu, miał 

w tym niemały udział, a to znaczyło, że uważał się za naj­

ważniejszą osobę w otoczeniu Rachel Marron. Wierzył nieza­

chwianie w starą prawdę o władzy: korzystaj z niej, albo ją 

stracisz. I właśnie korzystał, aby pozbyć się rywala. 

Frank zastanawiał się, czy w kwiatach nie ma bomby, 

może Henry to sprawdził? 

— Po pierwsze — ciągnął Spector — przeszkadzasz jej 

w pracy. A teraz zawracasz jej głowę. 

— To nasza sprawa — powiedział zwięźle Frank. 

— Tak uważasz? Zapominasz, kto ci płaci. Nie rozumiesz, 

jaką ja tu odgrywam rolę. 

— Nie, ja rozumiem. To ty nie masz pojęcia, o co chodzi, 

Spector. 

— Co do cholery chcesz przez to powiedzieć? 

— Prowadzisz wszystko, prawda? I zarabiasz na Rachel 

Marron. 

— Właśnie. Tak już jest. 

— To powiedz mi, ile zarobisz, jeśli będziesz dostawał 

dziesięć procent od trupa? 

— Jesteś nienormalny Frank. Naprawdę walnięty. Szkoda 

mi cię. Pozbieraj swoje rzeczy i wynieś się do południa. 

— Frank zostaje. 

Frank i Spector odwrócili się i zobaczyli Billa Devaneya 

stojącego w drzwiach z Rachel. 

— A ja mówię, że odchodzi — nalegał Spector. 

— Bądź rozsądny, Sy. Teraz, po tej nominacji, Rachel 

potrzebuje ochrony bardziej niż kiedykolwiek. Jeśli Frank 

odejdzie, możesz zapomnieć o Miami. 

Wściekłość Spectora osiągnęła apogeum. 

— Zapomnieć o Miami? Podpisała ten pieprzony kon­

trakt, Bill. Mam ci przeczytać ten cholerny papier? 

124 

background image

Rachel obserwowała obu zdenerwowanych mężczyzn, 

patrzyła na nich kolejno, jak na graczy w meczu teni­

sowym. 

— Mam w dupie ten kontrakt — zapewnił go Devaney. — 

Jeśli on odejdzie, Rachel nie zaśpiewa ani linijki. To zbyt 

niebezpieczne. 

— Co? Masz w dupie kontrakt? Wspaniale. Może po­

zwolisz Rachel się wypowiedzieć? Chyba ma tu coś do 

powiedzenia. Rachel, co ty na to? 

Rachel spojrzała kolejno na Spectora, Devaneya i Franka. 

— Zostaje — zdecydowała bez wahania w głosie. 

— Panie Spector! — zawołała sekretarka. — Dzwoni pan 

Schiller. Jest na jedynce. 

Spector nie zwrócił na nią uwagi, ciągle patrzył na 

Devaneya, Rachel i Franka. Przecenił swoje możliwości, 

popełnił największy możliwy błąd, złamał pierwszą zasadę 

show-businessu. Nie wolno przeciwstawiać się gwieździe. 

— Cóż — powiedział, próbując wybrnąć z niezręcznej 

sytuacji — chyba na tym polega demokracja. 

— Masz rację — Rachel skinęła głową. 

Wzruszył ramionami pełen skruchy, chciał z powrotem 

wkraść się w łaski Rachel. 

— Poddałem się, tak? To nie jest dla mnie łatwe — 

wyciągnął rozstawione ramiona. — Nie uściskasz mnie? 

— Nie — powiedziała Rachel. — Nie uściskam. 

Spector pokręcił głową. 

— Chyba na razie pozostanę w lochu. 

Aby pokryć zmieszanie, podniósł słuchawkę. 

— Ben, jak się masz? Aha... 

— Ben Schiller jest dyrektorem hotelu Fontainebleau 

w Miami Beach — wyjaśniał Bill Devaney. 

Spector przez chwilę nic nie mówił. 

— Ambasadorski? Co chcesz powiedzieć, do diabła? 

Rachel zawsze dostaje apartament prezydencki... 

Wszystkich dochodził głos Schillera, który usiłował wy­

jaśnić pomyłkę. 

— Nie obchodzi mnie, co myślałeś — warknął Spector. 

125 

background image

Oto okazja wykazania się przed Rachel, starania się 

w jej imieniu, nawet w tak głupiej sprawie jak rezerwacja 

hotelu. 

— Znasz ten hotel? — spytał Devaney Franka. 

Ochroniarz skinął głową. 

— Co sądzisz o apartamentach prezydenckim i ambasa-

dorskim? 

Frank zastanowił się przez chwilę. 

— Prezydencki jest lepszy. Jest bardziej na uboczu. 

To pokoje na dwudziestym piętrze, w południowym skrzy­

dle. Tuż obok jest winda dla obsługi, moglibyśmy ją 

zająć. Okna wychodzą na ocean. Tam nie powinno być 

problemów. 

Spector cały czas rozmawiał z dyrektorem. 

— Zdaję sobie sprawę, że masz problem, Ben. Ale przecież 

sami nas zaprosiliście. 

— Daj mi słuchawkę — powiedziała Rachel. — 

Nie odchodź, Farmer, możemy potrzebować twojej 

opinii. 

Nacisnęła guzik na telefonie i włączyła Bena na 

głośnik. 

— Witaj, Ben — odezwała się słodko. 

— Rachel! — głos Bena Schillera wypełniał pokój. — 

Gratulacje z okazji... 

Rachel szybko ucięła grzeczności. 

— Ben, słyszałam, że dałeś mi służbówkę za kuchnią... 

Tego wieczora John Tesh, prowadzący jeden z najważniej­

szych programów show-businessu, „Rozrywkę", wykorzystał 

tę historię w swojej audycji. 

— Jak wiemy, nominację do nagrody dla najlepszej 

aktorki dostała Rachel Marron. W tym tygodniu Rachel 

da dwa koncerty w hotelu Fontainebleau w Miami, oba 

w celu zebrania funduszy na walkę z AIDS. Szczęśliwcy, 

którzy się tam dostaną, zapłacą za zaproszenia po tysiąc 

dolarów. 

126 

background image

Rozeszła się plotka, że ta miła pani przebiła samego 

gubernatora Florydy. Podobno spierali się, kto ma dostać 

najlepszy apartament w hotelu Fontainebleau. Prawdziwe 

nieszczęście dla kierownictwa tego hotelu. Zgadnijcie, 

kto wygrał? Gdybyście mieli głosować na rozrywkę lub 

politykę, kogo byście wybrali? Nie ma wątpliwości, 

prawda? 

— Rachel, życzymy miłych snów w apartamencie prezy­

denckim. Wygląda na to, że nominacja jest tak samo dobra 

jak nagroda. 

background image

Rozdział XIV 

Frank Farmer poleciał do Miami Beach trochę wcześniej 

niż Rachel i reszta towarzystwa. Chciał dokładnie sprawdzić 

apartament prezydencki w hotelu Fontainebleau, zanim po­

zwoli się jej wprowadzić. Przeszukiwał go przez sześć godzin, 

cały czas towarzyszył mu Al Thuringer, wesoły kierownik 

ochrony hotelowej. 

Apartament składał się z ośmiu luksusowych, słonecznych 

pokoi; z ich okien rozciągał się przepiękny widok na plażę 

i zielony ocean. Jak przystało na apartament za cztery tysiące 

dolarów dziennie, urządzony był z dużym przepychem; sty­

lowe meble doskonale dopasowane do nowoczesnej techniki. 

Cenne obrazy odsuwały się, ukazując wielkie ekrany telewi­

zyjne; za półkami pełnymi książek stały wieże stereo, magneto­

widy, laserowe odtwarzacze kompaktowe. 

Barek w rogu ogromnego pokoju zaopatrzony był we 

wszelkie możliwe napoje, zarówno niealkoholowe, jak i te 

mocniejsze. Przez godzinę Frank dokładnie sprawdzał je 

wszystkie, upewniając się, że żadna butelka nie była otwarta. 

Obejrzał każdy mebel i zajrzał do każdej szuflady, spraw­

dzone zaklejał taśmą. Sprowadził policję ze specjalnie tresowa­

nymi psami, szukającymi materiałów wybuchowych. Zwie­

rzęta biegały po pokojach, ale niczego nie znalazły. 

Jedynie na balkonie Frank odkrył coś, co mogło być 

groźne. Pękła podpórka przy balustradzie, a beton, w którym 

128 

background image

była zamocowana, dziwnie się kruszył. Frank stanął na nim 

i poczuł, jak się chwieje. Barierka była obluzowana, łatwo 

mógł zdarzyć się wypadek. 

— Hej, Thuringer. 

— Co jest? 

Farmer złapał balustradę i mocno nią potrząsnął. 

— Cholera — powiedział zaniepokojony kierownik. — 

Jak to mogło się stać? Zaraz kogoś tu przyślę. 

Zanotował sobie coś na kartce. 

— Sprawdźmy resztę budynku, niższe piętra — zapropo­

nował Frank. 

— Dobrze — zgodził się Thuringer. 

Głównymi drzwiami wyszli na korytarz. Zobaczyli tam 

dwóch ludzi, pracowników hotelu, czyszczących ciągnący 

się od ściany do ściany dywan. Frank przyjrzał im się 

podejrzliwie. 

— W porządku — zapewnił go Thuringer. — Sprawdzi­

liśmy ich. Są czyści. 

Z windy wysiadł mały chłopiec i jego opiekunka. Chłopiec 

ubrany był w kąpielówki i niósł mokry ręcznik. 

— Cześć! — przywitał się. 

— Cześć, Mark — odpowiedział Thuringer. — Pły­

wałeś? 

— Serfowałem. Było świetnie. 

Pobiegł szybko do drzwi drugiego apartamentu, jaki 

znajdował się na tym piętrze. 

Zaskoczony Frank spojrzał na kierownika ochrony. 

— Kim są ci ludzie, u licha? 

— Rodzina Katz, z St Louis — szepnął Thuringer. — To 

bardzo wpływowa rodzina na środkowym zachodzie. Nieru­

chomości, ropa. Przyjeżdżają tu co roku. Starsi ludzie i troje 

wnuków. Pielęgniarka i służąca. 

— Powiedziałeś, że na piętrze nie będzie nikogo. 

— Daj spokój, Farmer, nie denerwuj się. Ci ludzie 

są bogatsi od Pana Boga. I nie będą sprawiać kło­

potów. 

— Mam nadzieję. 

Ochroniarz 

129 

background image

— Ich pokoje znajdują się na samym końcu tego skrzydła. 

Pozostałe pokoje są puste. I tak jak prosiłeś, nie wynajęliśmy 

też żadnego pokoju piętro niżej. 

— To dobrze. 

— Teraz dokąd? 

— Chciałbym zobaczyć salę koncertową i kuchnię. 

Thuringer otworzył drzwi od windy. 

— Proszę. 

Mało które miejsce jest tak ruchliwe jak kuchnia dużego 

hotelu. Było wczesne popołudnie, godzina lunchu minęła, ale 

pracownicy już przygotowywali się do obiadu i kolacji. 

Szefowie kuchni i ich pomocnicy kroili i siekali warzywa. 

Specjaliści od sosów już pocili się nad gorącymi palnikami. 

Pośrodku stał kierownik i zarządzał ludźmi. Bez przerwy 

stukały pokrywki i patelnie, różne urządzenia, miksery i ro­

boty kuchenne głośno warczały. 

Frank popatrzył na pracowników i pokręcił głową. Jak 

może zadbać o bezpieczeństwo przy takiej ilości ludzi? Thurin­

ger odczytał jego myśli. 

— Sprawdziliśmy wszystkich, Frank — krzyknął Far­

merowi do ucha. — Nie ma się czym martwić. Ci ludzie 

nie chcą stracić pracy. Nikt z nich nie będzie kłopotał 

twojej klientki. Ale na wszelki wypadek wydaliśmy wszystkim 

karty identyfikacyjne. Muszą pokazywać je strażnikom, żeby 

wejść tylnymi drzwiami. Nikt niepowołany nie może się tu 

dostać. 

Frank doceniał troskliwość kierownika ochrony, ale wie­

dział, że nie było to całkowicie bezinteresowne działanie. 

Hotel będzie zarabiał więcej pieniędzy, jeśli zyska renomę 

ulubionego miejsca Rachel Marron. Z drugiej strony, jeśli 

przypadkiem Rachel zostanie tu zamordowana, mogą wiele 

stracić. 

— A bomby? Tu można schować tonę ładunków wybu­

chowych. 

— Jezu, naprawdę jesteś pedantem — zaśmiał się Thurin­

ger. — Wezwę tu policję z psami. Sprawdzą przed każdym 

koncertem. Może być? 

130 

background image

— Chyba więcej nie da się zrobić. 

— Nic się nie stanie, Frank. Nie martw się. 

— Sprawdźmy jeszcze widownię. 

W przeciwieństwie do kuchni, widownia okazała się prze­

strzennym, cichym pomieszczeniem. Dało się słyszeć jedynie 

pianino. 

Frank i Thuringer wyszli zza kulis i stanęli na środku 

sceny, rozglądając się po pustej sali, z której usunięto krzesła. 

Niedługo obsługa hotelowa wstawi tu stoliki dla grubych ryb, 

które zapłaciły po tysiąc dolarów za koncert i kolację. Ogrom 

sali i nieprzytulność sceny nie podobały się Frankowi. Rachel 

będzie tu jak na talerzu, bez szans na obronę. 

Potrząsnął głową i uśmiechnął się do Thuringera. 

— Co to za głupia praca! 

Po przybyciu do Miami Beach Rachel Marron i jej świta 

zorientowali się, że Sy Spector już rozkręcił machinę re­

klamową. Żeby zainteresować dziennikarzy, Spector zorgani­

zował ekipę telewizyjną, która „przypadkiem" trafiła na 

moment, w którym gwiazda zapragnęła popływać w basenie. 

Rachel stała w korytarzu, tuż za szklanymi drzwiami 

wiodącymi na basen i czekała, aż kamerzyści się ustawią. 

Razem z nią stał Frank, Sy Spector i Ben Schiller, dyrektor 

hotelu. Włączono oślepiające reflektory. 

— Dobra — zawołał reżyser. — Kręcimy, Rachel. 

Spector popchnął ją ku drzwiom. 

— No dobrze, Rachel. Zaczynamy pokaz. 

Frank popatrzył na tłumek stłoczony nad basenem. 

— Czy to konieczne? — spytał niespokojnie. 

— Tak — powiedział Spector. — Niezbędne. 

— Przestań marudzić, Farmer — skarciła go Rachel. — 

Za to ci przecież płacimy. 

Mówiąc to otworzyła szklane drzwi i wyszła, nie od­

stępowana przez kamerzystów. 

131 

background image

Teren wokół basenu zajmowała ponad setka gości hotelo­

wych, wygrzewających się w słońcu, drzemiących na leżakach. 

Frank pomyślał, że weszli na ocean opieczonych słońcem ciał, 

ciągnący się aż do plaży. Kelnerzy w krótkich białych mary­

narkach wędrowali od gościa do gościa, zbierali zamówienia, 

potem biegli do baru, żeby je zrealizować. 

Obok samego basenu stało wysokie krzesło ratownika. 

Przy tej masie spieczonego mięsa wyglądało jak drapacz 

chmur. Siedział na nim opalony, potężnie zbudowany młody 

człowiek, bezmyślnie obserwował turystów na basenie. On 

pierwszy zobaczył ze swego gniazda kamerzystów i zamiesza­

nie. Nagle wyprostował się w krześle, wyciągnął szyję, żeby 

lepiej widzieć. 

Frank spojrzał na Rachel; przyglądał się jej twarzy i za­

stanawiał się, jak mogła się tak zmienić. Ludzie nad basenem 

nie byli już zwykłymi turystami wygrzewającymi się w tropi­

kalnym słońcu. Stali się publicznością, grupą ludzi, nad 

którymi Rachel musiała zapanować. Musieli okazać jej swą 

miłość. Poczuła wydzielanie się adrenaliny. 

Rachel szybko weszła w swoją rolę, mijała półnagich ludzi, 

udając zaskoczenie taką ilością golizny. Bezwstydnie wdzię­

czyła się do kamery, dając operatorom to, czego oczekiwali. 

Zatrzymała się przed ciemnowłosą nastolatką, która leżała 

wyciągnięta na słońcu. Jej bikini było tak skąpe, że zmieści­

łoby się w garści. 

— Mój Boże! — zawołała sztucznie oburzona Rachel. — 

Co ty na siebie włożyłaś! 

Wskazała na grubego faceta w średnim wieku. 

— Powinien pan zakryć oczy. 

Nastolatka usiadła, osłoniła oczy przed słońcem i reflek­

torem kamery. 

— Rachel Marron! — zawołała, nie wierząc własnym 

oczom. 

— Tak, kochanie. 

— Mogę prosić o autograf? 

— Oczywiście, jeśli znajdziesz kawałek papieru w tym 

swoim kostiumie, w co bardzo wątpię. 

132 

background image

— Chwileczkę! Chwileczkę! — dziewczyna zanurzyła rękę 

w plażowej torbie leżącej obok jej fotela i szukała kartki 

i długopisu. 

— Nie mogłabym się w to ubrać... Moja droga, jesteś 

prawie naga. 

Dziewczyna zaśmiała się nerwowo i wsunęła Rachel kartkę 

papieru w dłoń. 

— Na imię mi Tracy. 

Rachel podpisała się. 

— Tracy, czy twoja mama wie, w co ty się ubierasz? 

Chociaż, gdybym była tak zgrabna jak ty... — oddała jej 

kartkę i poszła dalej. 

Teraz ludzie zaczęli szeptać, poznawali ją. Ci, którzy byli 

najbliżej, wyciągali do niej ręce, jakby była politykiem w trak­

cie kampanii wyborczej. 

— Jestem pani wielbicielem. 

— To wspaniale, kochany. 

— Byłam zachwycona Królową Nocy. 

— Widziałem to osiem razy. 

— Na pewno wygrasz, Rachel. 

— Cóż — powiedziała z uśmiechem — mam taką na­

dzieję. 

Wokół niej zbierał się coraz większy tłum. Frank czuł 

ciepło bijące od nagrzanych ciał, ręce miał upaprane olejkiem 

do opalania — odpychał spoconą publiczność, żeby Rachel 

miała czym oddychać. 

Niektórzy stawali na leżakach, żeby lepiej widzieć. Inni 

rzucili się po kartki i pióra. Tłum gęstniał, słychać było odgłos 

tłuczonego szkła, przewracających się krzeseł, wazonów toczą­

cych się po płytkach. Na zewnątrz zbiegowiska ludzie popy­

chali się i odciągali, żeby cokolwiek zobaczyć. 

Frank usunął ludzi aż do wysokiego krzesła ratownika. 

Rachel spojrzała z uznaniem na opalonego młodzieńca. 

— Wyglądasz na kogoś, kto zna się na muzyce. Przyjdź na 

moje przyjęcie... — odwróciła się do Bena Schillera. — Ben, 

upewnij się, że ten chłopak dostanie się na mój koncert. 

— Jak chcesz, Rachel. 

133 

background image

Spojrzała na Franka, chciała mieć pewność, że dobrze 

zrozumiał: ona, Rachel Marron, mogła zrobić to, na co miała 

ochotę, i nie musiała przejmować się bezpieczeństwem. 

Spector pochylił się i szepnął jej do ucha: 

— Wspaniale, kochana. Daliśmy im to, czego chcieli. 

Teraz możemy już wracać. 

— Dobrze — zgodziła się, ale jeszcze chwilę postała na 

słońcu, upajała się uwielbieniem ludzi. 

Jej basenowa publiczność zaczęła pogwizdywać, bić brawo, 

skandować jej imię coraz głośniej. 

Frank pocił się w swoim garniturze. Sytuacja wymykała się 

spod kontroli. Jakieś sześcio- lub siedmioletnie dziecko pła­

kało w tłumie, przerażone lasem nóg w krótkich spodenkach. 

Kilka starszych osób wyraźnie osłabło i przestało się cieszyć. 

Farmer chwycił stanowczo Rachel za ramię i poprowadził 

w kierunku hotelu. 

Tuż przy szklanych drzwiach odwróciła się ponownie 

i posłała widzom ostatni słoneczny uśmiech. 

— Dziękuję wam wszystkim, dziękuję. Przyjdźcie dziś na 

koncert, posłuchacie, jak śpiewam i dacie na instytucje do­

broczynne tyle, ile kto może. 

Frank przepchnął ją do chłodnego, klimatyzowanego ko­

rytarza i zamknął za sobą drzwi. Ręce i twarze przywarły do 

szkła, ktoś nawet chciał otworzyć drzwi i wejść za Rachel do 

środka. Frank jednak przekręcił klucz w zamku, potem szybko 

pobiegł za Rachel i Spectorem. 

Natychmiast zniknęła jej „publiczna" twarz. Założyła 

okulary słoneczne i wrzasnęła na reklamowca: 

— Zaczynam się zastanawiać, czy ty masz rację, Sy. Czy 

uważasz, że nadal muszę się tak wygłupiać? 

Spector jednak znał ją lepiej, niż się spodziewała. Od­

powiedział jej bardzo szybko. 

— Możesz mnie skopać, pobić, wychłostać. Rób to, 

co ci przyniesie ulgę. Ale nie udawaj, że tego nie lubisz. 

Ich możesz oszukać — wskazał palcem na pozostawio­

nych z tyłu wielbicieli, którzy ciągle pukali w zamknięte 

drzwi. — Ale nie mnie. Za dobrze się znamy. Poza tym. 

134 

background image

zdobyłaś to, co masz, dzięki umiejętności wprowadzania ludzi 

w ekstazę. 

Rachel zdjęła okulary i spojrzała Spectorowi prosto 

w oczy. Trafił w sedno. Żyła dla pochlebstw, dla gorączki, 

jaką wywoływała, ale nie spodziewała się, że coś, co tak 

bardzo starała się ukryć, było takie oczywiste i widoczne. 

Frank umiał dostrzec to tak samo wyraźnie jak Spector. To 

jeszcze bardziej ją denerwowało. 

Sy postanowił ją ułagodzić. Mówił spokojnym, przyjem­

nym głosem. 

— Nie ma się czego wstydzić. To dar... tylko niektórzy to 

potrafią. Wielu woła, ale tylko niektórym się odpowiada. 

Rachel roześmiała się. Złość już minęła. 

— W Biblii było trochę inaczej, Sy. Od dziecka śpiewałam 

w chórze kościelnym, wiem jak ma być. 

— Ja cytuję biblię branży rozrywkowej, kochana. Nie 

żartuj sobie z błogosławieństwa, Rachel. Czar działa, jeśli się 

go używa. Wiesz o tym lepiej' niż ktokolwiek inny. 

— Ty chcesz mi mówić o czarze? 

Wzruszyła ramionami, jakby chciała się od niego uwolnić. 

Poszła szybciej, kierując się do windy. 

— Daj sobie spokój, dobrze? 

Sy Spector wyrzucił w górę ręce, gotów się bronić. 

— Skończyłem. Nic więcej nie powiem. Ani słowa — 

uśmiechnął się przebiegłe. — Tylko wiem, że lubisz, aby ci 

o tym od czasu do czasu przypomnieć. 

Sy Spector spojrzał na Franka Farmera. Jego oczy przesy­

łały mu wiadomość: ty jesteś dobry w swojej pracy, ja 

w swojej... 

background image

Rozdział XV 

Sztuczne ognie wybuchały kolorowo nad oceanem, zo­

stawiały za sobą czerwone, zielone i złote ogony. Błyszczące 

iskry spadały do czarnej wody, znacząc ogniem drogę na 

niebie. Tłum na balkonie apartamentu Rachel Marron wył 

z zachwytu i bił brawo. 

Przedkoncertowa nerwowość, która dodawała sił Rachel 

i jej pomocnikom już zniknęła, zastąpiła ją niefrasobliwość, 

jaka zawsze napadała ich po występie. Rachel spędziła na 

scenie całe dwie godziny, śpiewała wspaniale, dała publicz­

ności więcej, niż można kupić za pieniądze. Pod koniec 

koncertu wszyscy stali, bili brawo, krzyczeli i prosili o więcej. 

Rachel bisowała trzy razy, zanim udało jej się oderwać od 

wielbicieli. 

Przyjęcie toczyło się w najlepsze, Rachel miała się właśnie 

pojawić. Frank Farmer oceniał, że po apartamencie kręciło się 

kilkaset osób. Niektórych dobrze znał, innych widział po raz 

pierwszy. Nie podobało mu się, że tylu ludzi kręci się po 

prywatnych pokojach Rachel. 

Dwa bary w przeciwległych krańcach pomieszczenia były 

oblegane przez amatorów drinków; kelnerzy przeciskali się 

przez tłum roznosząc kanapki i zakąski. Tony złapał garść 

krewetek i wpakował je sobie do ust. Siedział przed sypialnią 

Rachel, wyglądał tak groźnie i rzucał tak ostre spojrzenia, że 

nikt nie odważyłby się zakłócić spokoju piosenkarce. 

136 

background image

Pokój cały czas zapełniał się nowymi gośćmi. Al Thuringer 

postawił przy windach umundurowanych strażników. Kiedy 

tylko pojawiali się goście, strażnicy sprawdzali ich nazwiska 

z przygotowaną wcześniej listą. Potem przeprowadzali ich 

przez bramkę do wykrywania metali. 

Od czasu do czasu pokój rozjaśniał się w blasku reflek­

torów kamer i fleszy fotoreporterów. Reagowali natychmiast, 

kiedy spostrzegli jakąś znakomitość z Miami. Wystarczyło, że 

zauważyli spikera albo popularnego sprawozdawcę telewizyj­

nego, a już szykowali sprzęt niczym artylerię. 

Przyglądając się ludziom wypełniającym pokoje, Frank 

Farmer rozpoznał kogoś ze swojej przeszłości. To Greg 

Portman, wysoki, muskularny mężczyzna wzrostu Franka, ale 

potężniej zbudowany. Wydawało się, że za moment tradycyj­

nie skrojona marynarka pęknie pod naporem naprężonych 

mięśni. 

— Cześć, Farmer. 

— Witaj — Frank skinął głową. 

— Chcesz drinka? 

Właśnie przechodził kelner z tacą pełną szampana, Port­

man zgrabnie zabrał mu jeden kieliszek. 

Frank pokazał swoją szklankę. 

— Sok pomarańczowy — spojrzał podejrzliwie na Port-

mana. — Dawno się nie widzieliśmy. 

Frank Farmer i Greg Portman swego czasu razem służyli 

w tajnej policji. Zawsze istniała między nimi delikatna, prawie 

niewidoczna rywalizacja. Obaj byli uważani za najlepszych 

w swoim fachu. 

— Jesteś teraz w pracy? — spytał Farmer. 

Portman skinął głową. 

— W zasadzie mam teraz wolne, ale może się tu dziś 

pojawić gubernator. Pomyślałem, że rozejrzę się wcześniej — 

uśmiechnął się wymuszenie. — W tej chwili jest z nim ktoś 

inny. 

Gubernator znany był w całej tajnej policji ze swoich 

upodobań. 

— Naprawdę? — zapytał Frank. — Ile ma lat? 

137 

background image

Portman wzruszył ramionami ze śmiechem. 

— Może osiemnaście. A ty w pracy? 

W tym momencie przez salę przeszedł pomruk. Rachel 

wreszcie się pokazała. Wszystkie głowy odwróciły się w jej 

kierunku, zaczęły się wiwaty i toasty. 

— Dziękuję — powiedziała Rachel. 

Zatrzymała się na chwilę, jakby chciała, aby jej wielbiciele 

mogli się na nią napatrzeć. 

— Dziękuję wam wszystkim, dziękuję. Jesteście wspa­

niali... 

Farmer wskazał Rachel ruchem głowy. 

— Moja klientka — powiedział. 

Portman był pełen podziwu. 

— Nie żartujesz? To duży postęp od czasów prezydenta. 

Założę się, że lepiej śpiewa. 

— Chciałabym, żebyście wszyscy się dobrze bawili. Pijcie 

tyle alkoholu Bena Schillera, na ile macie ochotę. 

Rachel przeszła przez tłum śmiejąc się i rozdając całusy 

w powietrze. 

Portman uważnie się jej przyglądał krytycznym wzrokiem, 

jak typowy ochroniarz. 

— Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że ona potrafi 

sprawiać kłopoty. 

— Nawet nie domyślasz się, jakie — mruknął Frank. 

— Słyszałem, że musiałeś kropnąć kogoś w Nowym Jorku. 

Zawodowi ochroniarze też o sobie plotkowali, jak ludzie 

we wszystkich innych zawodach. Kiedy ktoś dowiedział się 

o wyczynach Franka, całe środowisko zaczynało wrzeć. 

— Nie dało się tego uniknąć — powiedział Frank przez 

zaciśnięte usta. 

— Zdarza się. Zniknąłeś mi z oczu po sprawie Reagana. 

— Tak — stwierdził sucho Frank, dając do zrozumienia, 

że nie chce rozmawiać o zamachu na życie Ronalda Reagana. 

Nastąpiła chwila ciszy, Frank lustrował wzrokiem pokój, 

jakby spodziewał się kłopotów. 

— Sprawa Reagana to nie twoja wina, Farmer. Nawet cię 

tam nie było. 

138 

background image

— Tu nikt nie jest winien, Portman. 

Obaj pilnie obserwowali pokój, dwóch ekspertów oceniało 

wszystko profesjonalnym okiem. 

— Dzwoniono do mnie z Nowego Jorku. Ten facet, 

którego kryłeś, Klingman. Chciał, żebym pracował dla niego, 

żebym przejął sprawę po tobie. Podobno poleciłeś mnie. 

— Jesteś zaskoczony? — uśmiechnął się Frank. 

— Trochę. 

— Nigdy nie wątpiłem w twoje umiejętności. 

Portman roześmiał się wesoło, sympatycznie. 

— Wiem. Jedyne w co wątpiłeś to moje powołanie na 

księdza. Zawsze mi to wytykałeś. 

— I co? Co z Klingmanem? Dobrze płacił. 

— Musiałem mu odmówić, Farmer. Coś innego mi wy­

padło i nie dało się tego pogodzić. Ale doceniam. Miło, że 

o mnie pomyślałeś. 

Portman zauważył, że zbliża się do nich Rachel. Patrzyła 

na niego zaciekawiona. Wzięła od Franka sok, napiła się 

i zaraz wykrzywiła się zawiedziona. 

— To sok pomarańczowy! — powiedziała z obrzydze­

niem. 

Rzuciła Gregowi Portmanowi jedno spojrzenie. Chyba się 

jej podobał. 

— Więc? Kim jesteś? 

— Jestem Greg Portman. 

— Rozumiem, że znasz mojego ochroniarza? 

— Kiedyś razem pracowaliśmy. Mamy za sobą kilka 

wspólnych lat. 

Rachel była coraz bardziej zainteresowana. 

— Aha. Proszę, proszę. A co robisz teraz? 

— To samo co Farmer — odpowiedział Portman. 

— A więc dwaj samuraje, tak? — uśmiechnęła się. 

Frank i Portman przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jak 

zazdrośni rywale ubiegający się o względy tej samej kobiety. 

— Frank zawsze był lepszym samurajem ode mnie — 

przyznał Portman. — Więcej myśli niż ja. Jest bardziej 

„mózgowy", rozumiesz? 

139 

background image

— Opowiedz coś jeszcze — poprosiła wesoło. — Czy teraz 

jesteś w pracy? 

— Nie, teraz nie. 

— To dobrze, ponieważ ja podobno potrzebuję ochrony. 

Wzięła go pod rękę i pociągnęła za sobą w tłum, rzucając 

Frankowi przez ramię wiele mówiące spojrzenie. 

Frank widział, jak Rachel wyprowadziła Portmana na 

balkon, po drodze wzięła od kelnera kieliszek szampana. Nie 

odrywała wzroku od twarzy Portmana, opierała się o niego, 

przytulała się, szeptała coś cicho. Portman powiedział coś, po 

czym wybuchnęła głośnym śmiechem. Potem, na krótką 

chwilę odwróciła się i spojrzała prosto na Franka Farmera. 

Denerwująco, prowokująco. 

Frank odwrócił się, nie chciał grać w tę grę. Za 

moment usłyszał głośny, ostry krzyk. Rzucił się 

w kierunku balkonu. Rachel i Portman balansowali nie­

bezpiecznie przy balustradzie. Frank wyciągnął rękę i zła­

pał Rachel za nadgarstek, ale Portman już odzyskał 

równowagę i popchnął Rachel do przodu, znów była bez­

pieczna. 

— Co się stało? 

— Ktoś coś spaprał — stwierdził Portman. — Już w po­

rządku. 

Rachel była roztrzęsiona. 

— Dzięki Bogu, że był ze mną ochroniarz — spojrzała 

w dół na leżący dwadzieścia pięter niżej basen. — Bardzo 

daleko na dół, Frank. Portman uratował mi życie. 

Poplamiła sobie sukienkę szampanem. Popchnęła Portma­

na przed Franka i wskazała mu drogę do sypialni. 

— Ktoś powinien mnie pilnować, kiedy się będę prze­

bierać. 

Frank i Portman wymienili spojrzenia. W końcu Portman 

odwrócił wzrok i wzruszył ramionami. Widać było, że współ­

czuje swojemu koledze po fachu. 

Frank nie mógł nic poradzić na zachowanie swojej klientki. 

Przeszedł przez zatłoczony pokój do baru i zamówił następny 

sok pomarańczowy. Za barem wisiało lustro, w którym Frank 

140 

background image

widział, jak Rachel prowadzi Portmana do sypialni. Wiedział, 

że ona wie, iż ją obserwuje... 

W pewnej chwili podeszła do niego niesłychanie piękna 

młoda kobieta. Wysoka blondynka, opalona po całodnio­

wym pobycie na słońcu. Jej sukienka miała głęboki, trój­

kątny dekolt. Ustawiła się w taki sposób, żeby za bardzo nie 

musiał się domyślać, co jest dalej. Stała tuż obok Franka, 

kiepsko trzymała się na nogach, jakby odrobinę za dużo 

wypiła. 

— Cały wieczór cię obserwowałam z drugiego końca 

pokoju — powiedziała spoglądając na niego pożądliwie. 

— Naprawdę? 

— Tak — mruknęła przymilnie. 

— Skąd dokładnie? 

Potrząsnęła długimi, jasnymi lokami. 

— Stamtąd. 

— To chyba powinnaś tam wrócić i obserwować dalej — 

odwrócił się na pięcie i wyszedł na balkon. 

Rachel i Portman całowali się przytuleni; mężczyzna 

wodził rękoma po jej ciele, wsunął dłonie pod jedwabną 

sukienkę. Nagle zdała sobie sprawę z tego, co robi i ode­

pchnęła go, odzyskując kontrolę. 

— Nie mam na to ochoty — szepnęła. 

— Myślę, że masz — Portman nie wypuszczał jej z objęć. 

Wyrwała mu się z ramion, odsunęła się szybko. 

— Jak mówiłam, jestem ci bardzo wdzięczna. Dziękuję 

i dobranoc — skierowała się ku drzwiom. — Proszę, idź już — 

powiedziała chłodno. 

Portman chciał złapać ją za rękę, przyciągnąć do siebie 

i popchnąć w kierunku szerokiego, podwójnego łóżka. Rachel 

udało się ominąć jego ręce, otworzyła drzwi. Tony, cały czas 

na posterunku, spojrzał czujnie, kiedy usłyszał trzask za­

wiasów. 

— W porządku, Rachel? 

— Pan Portman właśnie wychodzi, Tony. 

141 

background image

Portman wahał się przez moment, potem uśmiechnął się do 

Rachel i jej pomocnika. Pochylił się do przodu i pocałował 

Rachel w policzek, przecisnął się między nimi i wrócił do gości. 

Rachel spojrzała na kłębowisko ludzi, szukała Franka, ale nie 

dostrzegła go. Weszła z powrotem do pokoju i zamknęła za 

sobą drzwi. Na kredensie stało kilka butelek. Złapała pierwszą 

z nich, szkocką whisky, odkręciła nakrętkę i pociągnęła duży 

łyk. 

Frank ucieszył się, wreszcie nikogo nie było na balkonie. 

Oparł się o balustradę i patrzył na morze, obserwował, jak 

światło księżyca odbija się w wodach oceanu, słuchał spokoj­

nego rytmu fal. Wszystko było takie ciche i uporządkowane, 

ulga po gorącym i zwariowanym przyjęciu. 

Myślał, że jest sam, ale w pewnym momencie zauważył, że 

ktoś stoi na balkonie należącym do sąsiedniego apartamentu. 

To Mark Katz, chłopiec którego spotkał wcześniej, będąc tu 

z Thuringerem. Frank uśmiechnął się do dziecka. 

— Idź spać — powiedział. 

Frank odwrócił się ponownie i patrzył na ocean. Do­

chodziła go muzyka z przyjęcia, puszczali właśnie jedną 

z piosenek Rachel. Powolne, słodkie dźwięki dobiegały jakby 

z olbrzymiej odległości. Przez chwilę wszystko wydało mu się 

odległe. Istniał tylko księżyc i ocean. Przez moment zapomniał 

o czujności. 

background image

Rozdział XVI 

Rachel pojawiła się dopiero koło południa, zmaltretowana 

i z kacem. Ubrała się w luźną koszulę, przekrwione oczy 

ukryła za okularami słonecznymi. Ból głowy potęgował hałas 

wielkiego odkurzacza, za pomocą którego pokojówka usiło­

wała przywrócić czystość dywanu. 

— Proszę to wyłączyć — zarządziła Rachel. 

— Ale... 

— Proszę wyłączyć! 

Umilkł warkot małego silniczka, pokojówka szybko prze­

szła do następnego pokoju, żeby nie narażać się gwieździe. 

Rachel zeszła na dół, do kuchni przy apartamencie i natknęła 

się na Franka siedzącego przy stole i jedzącego lunch. Obok 

niego stało nakrycie i śniadanie. Opadła na krzesło, jakby 

bardzo zmęczyła ją droga do kuchni. Przez chwilę z obrzydze­

niem przyglądała się grzankom i jajecznicy na talerzu, potem 

podniosła kubek z kawą i wypiła. Frank spojrzał na nią, ale za 

chwilę znów zajął się swoją kanapką. 

— Na co tak patrzysz? — Rachel była zachrypnięta, 

mówiła nieprzyjemnym głosem. — Tobie pewnie nigdy w tym 

zdyscyplinowanym życiu nie zdarzyło się mieć ciężkiej nocy. 

Frank nadal jadł kanapkę. 

— Wiesz co, Farmer? Jesteś zarozumiałym sukinsynem. 

Frank tylko się uśmiechnął. Ten grymas wprowadził 

Rachel w jeszcze gorszy nastrój. 

143 

background image

— Nie śmiej się ze mnie, do cholery! — krzyczała. — I nie 

waż się mnie oceniać! 

Frank odłożył kanapkę. 

— Daj mi spokój, dobrze? Przecież nie kazałem ci się 

pieprzyć z całym hotelem. 

— Farmer! — zaczęła Rachel, ale powstrzymała się, kiedy 

w drzwiach stanął Tony. 

— Frank, telefon do ciebie. 

Farmer skinął głową i odebrał w kuchni. 

— Frank! Mówi Ray Court. 

— Jak się masz, Ray. 

Frank zastanawiał się, skąd stary agent ma jego numer. 

Court pewnie zadzwonił do biura Rachel Marron w Los 

Angeles i powiedzieli mu, gdzie jest. To ma być nadzwyczajna 

ostrożność? 

— Nie narzekam — powiedział Court. — Słuchaj, spraw­

dziliśmy klej, którego używał ten psychol do karteczek. Taki 

klej robią w Los Angeles. To miejscowy świr. 

— To ogranicza moje pole zainteresowania do jakichś 

dwóch milionów świrów — zauważył Frank. 

— Nie przejmuj się. Rozpracujemy go. Dotrzemy do tego 

skurwiela. 

— Pospieszcie się. 

— Słuchaj, Frank — zaczął Ray Court. 

— Co? 

— Dobrze ci płacą, co? 

— Cześć, Ray — powiedział Frank odkładając słuchawkę. 

Odwrócił się do Rachel. 

— Mam dobre wieści. Okazało się, że... 

— Gówno mnie to obchodzi — rzuciła z wściekłością. 

Wstała prędko i pobiegła korytarzem, trzasnęła drzwiami 

od sypialni. 

Frank westchnął i postanowił przejść się po plaży. 

Godzinę lub dwie później wrócił do apartamentu. Kiedy 

wychodził z windy, ze zdziwieniem zobaczył, że przed drzwia­

mi wejściowymi nie ma umundurowanego strażnika. 

144 

background image

Frank otworzył drzwi własnym kluczem i szybko rozejrzał 

się po pokojach. Wszystko było w porządku, ale nigdzie nie 

znalazł Rachel ani Tony'ego. 

Na balkonie zobaczył Billa Devaneya. 

— Gdzie ona jest? — spytał Frank. — I gdzie Tony? 

— Nie wiem — odpowiedział Devaney. — Myślałem, że 

jest z tobą. 

— Niech to diabli! 

Frank złapał za telefon i energicznie wykręcił numer. 

— Thuringer, tu Farmer. Gdzie ona jest, do diabła? Jak to 

nie wiesz? A gdzie jest twój strażnik, który miał siedzieć przy 

drzwiach? — Frank słuchał przez chwilę. — Przyślij tu kogoś 

natychmiast. 

Frank trzasnął słuchawką. 

— On nie wie, gdzie ona jest. Ale powiedział, że kazała 

strażnikowi odejść. 

Devaney pokręcił głową. 

— Frank, przykro mi... 

Farmer już biegł do drzwi. 

— Dokąd idziesz? 

— Poszukam jej. 

To jednak nie było potrzebne. Usłyszeli śmiech po drugiej 

stronie drzwi, potem odgłos klucza wkładanego w zamek. 

Frank otworzył. Przed nim stali Rachel i Tony, oboje obju­

czeni pakunkami i torebkami. Byli bardzo zadowoleni, ani 

śladu kaca. Rachel nie zwracała na Franka uwagi. 

— Cześć, Devaney. 

Rzuciła paczki na fotel i poszła do barku zrobić sobie 

drinka. 

— Czy Fletcher dzwonił? 

— Rachel, gdzie byłaś, u licha? — Devaney nie potrafił 

pohamować gniewu. 

— Pytałam, czy dzwonił mój syn. 

— Nie, nie dzwonił. No to gdzie byłaś? 

— Poszłam z Tonym do portu — mrugnęła do 

Tony'ego. — Potem na zakupy. Nie ma w tym nic złego, 

prawda? 

— Martwiliśmy się — powiedział Devaney. 

10 — Ochroniarz 

145 

background image

Mówił do Rachel, ale patrzył na Franka. 

— Wiesz, że nie powinnaś się tak zachowywać. 

— Daj spokój, Bill. Jestem już duża. Sama umiem się sobą 

zająć, chyba o tym wiesz. 

— Nie, nie umiesz — powiedział cicho Frank. 

Rachel odwróciła się ku niemu. 

— Nie mów do mnie w ten sposób, Farmer. Ty tu tylko 

pracujesz. Rozumiesz? Pracujesz dla mnie. Ja tu jestem szefem. 

— Rachel — Devaney wyciągnął rękę, żeby ją po­

wstrzymać. 

Farmer odwrócił się i skierował ku drzwiom. 

— Farmer, dokąd idziesz? 

Devaney przeraził się, że Farmer po prostu wyjdzie 

z pokoju i pójdzie dalej, zostawiając go samego z tym 

bałaganem. 

— Idę na obchód. Jak zwykle. 

Kipiący z wściekłości Frank zszedł na dół do kuchni i do 

sali koncertowej. Sprawdzał trasę, jaką Rachel będzie musiała 

przejść tego wieczora, zanim dotrze na scenę na swój drugi 

koncert. 

W kuchni wrzało jak zwykle, ale pracownicy usuwali mu 

się z drogi. Wystarczyło raz na niego spojrzeć, żeby wiedzieć, 

iż nie należy wchodzić Frankowi Farmerowi w drogę. 

Korytarz wiodący na scenę był pusty, a magazyny znaj­

dujące się po obu jego stronach miały być zamknięte na czas, 

w którym Rachel mieszka w hotelu. Sprawdził zamki i okazało 

się, że jeden z nich jest otwarty. 

Frank zapalił światło i zobaczył, że pomieszczenie wypeł­

nione było pustymi drewnianymi pudełkami. Za nimi, ukryty 

w cieniu, siedział jakiś człowiek. Był potężny i ciemny, czarne 

kręcone włosy przypominały wiecheć. Farmer pomyślał, że 

może być Kubańczykiem, ale nie miał na sobie kombinezonu 

pracownika kuchni. Człowiek nawet nie mrugnął, kiedy zoba­

czył Franka. 

— Kim jesteś? — zapytał Frank. — Co tu robisz? 

Kubańczyk wcale się nie poruszył. 

— Nie twój zasrany interes — powiedział pogardliwie. 

146 

background image

Frank wyczuł pogróżkę w jego głosie. Przytrzymał drzwi, 

żeby się nie zamknęły. 

— Wyjdź stąd. Szybko. 

Olbrzym skoczył na nogi i pochylił się nad Frankiem. 

— Zabieraj swoją dupę, pojebańcu — zagroził. 

Frank był już za bardzo wkurzony, żeby przejmować się, 

czy zrobi facetowi krzywdę, czy nie. Natarł na niego silnie 

i szybko, całą swoją wagę włożył w dwa ciosy w brzuch. 

Uderzenia sprawiły, że Kubańczyk pochylił się do przodu, 

objął Farmera i próbował ściągnąć go na ziemię. Farmer 

wydostał się z uścisku i kopnął przeciwnika trafiając go 

w klatkę piersiową. Człowiek upadł na stertę pudełek i wy­

rżnął w betonową ścianę. 

Kubańczyk naprawdę mocno uderzył o ścianę tyłem 

głowy. Przez chwilę nie mógł dojść do siebie, ale za mo­

ment chwycił szczotkę i zamachnął się drewnianą rączką 

jak kijem do baseballa. Frank wślizgnął się pod kij i wy­

mierzył przeciwnikowi dwa ciosy w piersi i szczękę. Jego 

pięści działały tak szybko, że prawie niepostrzeżenie. Ciosy 

zachwiały olbrzymem. Wtedy Frank uderzył faceta jedno­

cześnie w oba uszy, tak żeby piekący ból wdarł mu się do 

środka czaszki. 

Ogłuszony Kubańczyk osunął się na kolana na zimną 

podłogę. Frank miał ochotę dołożyć jeszcze trochę pokona­

nemu wrogowi, ale zanim zdążył skopać go na miazgę, 

usłyszał za sobą głośny krzyk. 

— Przestań! Proszę! Nie rób mu krzywdy! Proszę, 

przestań! 

W ich kierunku biegła kobieta w ubraniu pokojówki. 

Przyciskała do siebie torebkę, łzy płynęły jej z oczu. 

— Proszę przestać! 

— Kto to jest, do diabła? — zapytał wściekły Frank. 

— To mój mąż, panie. Niech go pan nie krzywdzi. On nic 

nie zrobić. On tylko tu czekać, żeby mnie zabrać do domu, 

podwieźć — kobieta rzuciła się na podłogę i objęła męża. — 

Oooj — łkała — Louis, pobrecito. 

Zdyszany Frank oparł się o ścianę. Czuł do siebie wstręt. 

147 

background image

— Przepraszam — powiedział. 

Pokojówka uniosła twarz i spojrzała na niego, nic nie 

rozumiała. 

— Dlaczego pan to zrobić? 

— Przepraszam... Nie wiem. 

Frank odszedł szybko, przeciągnął ręką po włosach, usiło­

wał się pozbierać. Otworzył drzwi na scenę i patrzył na jasne, 

gorące popołudniowe powietrze. Pierwszą rzeczą, jaką zauwa­

żył, był plakat. Słowa jakby drażniły go. RACHEL MAR-

RON. DZIŚ. KONCERT CHARYTATYWNY O ÓSMEJ 

WIECZOREM. 

Wiedział, że nadchodzi ten moment. 

background image

Rozdział XVII 

Rachel siedziała przed lustrem i robiła makijaż na scenę. 

Pokazała Farmerowi, gdzie jego miejsce; poczuła się znacznie 

lepiej, już ogarniało ją podniecenie przed występem. Pod­

śpiewując pod nosem zaczęła czesać włosy. Uśmiechnęła się do 

siebie na dźwięk telefonu. Dzwonił prywatny telefon, tego 

numeru nie łączono przez hotelową centralę, tylko niektórzy 

go znali. Doskonale wiedziała, kto może dzwonić tym razem. 

Podniosła słuchawkę. 

— Fletcher? 

Nie usłyszała odpowiedzi. 

— Kochanie, to ty? Tu mamusia. 

Głos w słuchawce był dziwnie zniekształcony, zimny 

i złowrogi. 

— Zgaduj jeszcze raz, kurwo! Niech diabli wezmą ciebie 

i całe Miami. Idę do ciebie. Wiem, gdzie jesteś i idę do ciebie. 

— Mój Boże! — Rachel rzuciła słuchawkę i wybiegła 

z pokoju. 

Wpadła do salonu i rzuciła się w objęcia Billa Devaneya. 

Łzy nie pozwalały jej mówić. 

— To był... To... 

— Co? Co się stało, kochanie? 

— To ON! Zadzwonił. 

— Jezu! A skąd miał... 

— Bill, groził, że mnie zabije. Wymyślał mi. 

149 

background image

Bill Devaney zaprowadził ją z powrotem do sypialni. 

— Połóż się, kochanie. Nie odbieraj telefonów. Pójdę po 

Farmera. 

Doprowadzony do wściekłości Frank wszedł do pokoju; 

już podjął ostateczną decyzję. 

— Mam dość — powiedział. — Odwiozę was do Los 

Angeles i odchodzę. Facet, który opiekuje się Fletcherem, 

będzie was chronił, aż znajdziecie zastępcę. 

Devaney natychmiast zgasił papierosa i szybko wstał. 

— Kiedy byłeś na dole, Rachel odebrała kolejny telefon. 

Sama podniosła słuchawkę. To on, Frank, ten sam człowiek. 

— Nie obchodzi mnie to — uciął Frank. 

— Farmer, to nią bardzo wstrząsnęło. Myślała, że to 

Fletcher dzwoni z Los Angeles. Uważam, że już będzie 

rozsądna. 

Frank Farmer wzruszył ramionami. Devaney zorientował 

się, że mówił poważnie. Naprawdę miał dość. 

Frank otworzył drzwi wychodzące na balkon. 

— A koncert? Nie odwołaliście go? 

Devaney skinął głową. 

— Nie da się odwołać tego w ostatniej chwili. Niestety. 

— Zawołaj mnie, kiedy będzie gotowa zejść na dół. 

Frank wyszedł, zamykając za sobą szklane drzwi. Wciąg­

nął słodkie, oceaniczne powietrze, oparł się o balustradę 

i spojrzał na morze. Zaledwie kilkaset metrów od brzegu 

przepływał jakiś jacht; widział jego liczne światła. Kiedyś 

Frank powiedział Fletcherowi, że nienawidzi łodzi. Teraz 

jednak pragnął być na tym jachcie, chciał płynąć samotnie 

w jakieś odległe miejsce. Wyobrażał sobie dźwięki, które tam 

słychać — łopotanie żagli na wietrze, fale rozpryskujące 

o burty. 

Usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi, obejrzał się. 

Weszła Rachel ubrana w estradowy kostium. Uczesała się już, 

zrobiła mocny makijaż; to stanowiło jej zbroję, chroniło ją 

przed publicznością. Ale tym razem przebranie nie dawało 

150 

background image

jej poczucia bezpieczeństwa. Nie wyglądała na pewną siebie. 

Trzymała papierosa, jego koniuszek żarzył się pomarańczowo 

na wietrze. Frank nigdy przedtem nie widział, żeby paliła. 

— Farmer — powiedziała cicho. — Chcę, żebyś wiedział, 

że to co zaszło między nami nie ma żadnego znaczenia... Już to 

rozumiem. Musisz mi uwierzyć, ponieważ nie zamierzam cię 

błagać. 

Uniosła papierosa do ust i zaciągnęła się głęboko. Cały 

czas słyszała słowa tego człowieka, jakby jakaś kaseta od­

grywała je bez przerwy w jej głowie. Czuła jego nienawiść. 

— Nie chodzi o to, co powiedział, ale jak to powiedział. 

Był taki... 

Głos się jej załamał, skuliła ramiona, jakby chciała znik­

nąć. Jednak zebrała się w sobie, wyprostowała się i chrząknęła. 

— Potrzebuję cię... Boję się i nienawidzę tego. Nienawidzę 

swojego strachu. 

Frank skinął głową. To właśnie jej główny problem. 

Rachel Marron nie mogła być słaba, nie mogła znieść myśli, 

że kogoś tak bardzo potrzebuje. Sama doszła do tego, co 

ma. Odważnie i z determinacją zbudowała swoją karierę. 

Teraz musiała na kimś polegać i to w tak podstawowej kwestii 

jak przeżycie. 

— Proszę cię, chroń mnie. Chroń Fletchera. Gdyby coś 

mu się stało, nie wiem... 

Łzy napłynęły jej do oczu i potoczyły się po policzkach, 

żłobiąc ścieżki w grubej warstwie makijażu. Otarła je szybko. 

— Nie mogę chronić cię w taki sposób — powiedział 

Frank. 

Wskazał na apartament, jakby przypominając jej o tłumie 

i zamieszaniu z zeszłej nocy. 

— To niemożliwe. Wszystko działa na jego korzyść. 

— Zrobię tak, jak mi poradzisz. 

Po raz pierwszy Frank usłyszał od Rachel takie słowa. 

Patrzył na nią przez chwilę, potem znów spojrzał na ocean. 

Jacht opływał przylądek, za moment zniknie z widoku. 

— Chciałbym zabrać cię stąd na jakiś czas. 

— Kiedy? 

151 

background image

— Natychmiast. Jutro. 

— Ale zaraz będą Oscary... 

Frank rzucił jej gniewne spojrzenie. Uśmiechnęła się 

i wzruszyła ramionami. 

— Przepraszam, przepraszam... Dokąd pojedziemy? 

— W jakieś nikomu nie znane miejsce. 

Skinęła głową. 

— Nie znane nawet Spectorowi, Devaneyowi i Tony'emu. 

Przyglądał się jej twarzy, spodziewał się zobaczyć wahanie. 

Jednak nie, zgodziła się od razu. 

— A jeśli tym razem będziesz robiła mi trudności, sam cię 

zabiję. Rozumiesz? 

Rachel uśmiechnęła się z widoczną ulgą. 

— Rozumiem — powiedziała. 

background image

Rozdział XVIII 

Nicki, Rachel, Fletcher i Farmer zapakowali się w jeden 

samochód, zwykły dodge, i wyjechali z Los Angeles auto­

stradą numer pięć na północ. Jechali całe dwa dni do 

środkowego Oregonu. Frank uważał, że to o wiele lepsze, niż 

gdyby lecieli tam samolotem. Większość gazet i magazynów 

plotkarskich miała na lotniskach swoich informatorów, na­

tychmiast dowiedzieliby się, że Rachel Marron odleciała wraz 

z rodziną i nikomu nie znanym facetem do Portland w stanie 

Oregon. 

Jechali zwyczajnym samochodem, nie wyróżniającym się 

wśród wszystkich innych aut na trasie. Fletcher siedział 

z przodu obok Franka, wyglądał przez okno. Oglądał pola, 

małe miasteczka i parkingi, jakby nigdy w życiu nie widział nic 

równie ciekawego. Frank pomyślał, że to normalne — dla 

kogoś, kto wychowywał się w willi na Bel Air i podróżował 

limuzyną, codzienne życie musiało wydawać się egzotyczne. 

Siedzący z tyłu Rachel, Nicki i Henry śpiewali wesoło. 

Przećwiczyli już wszystko: stare przeboje, piosenki harcerskie 

a nawet pieśni kościelne. Dwie siostry znały chyba słowa 

wszystkich piosenek, jakie kiedykolwiek zostały napisane. 

Henry pomagał im swoim wcale niezłym barytonem. Od czasu 

do czasu Frank spoglądał w lusterko i obserwował Rachel. 

Wiedział, że podjął właściwą decyzję. Po raz pierwszy, od 

kiedy się znają, Rachel wydawała się szczęśliwa. 

153 

background image

Wieczorem pierwszego dnia dojechali do północnej Kali­

fornii, nocowali w drugorzędnym motelu przy drodze dzie­

więćdziesiątej siódmej, przed wjazdem do nijakiego mia­

steczka Weed. Pokój w niczym nie przypominał prezyden­

ckiego apartamentu w hotelu Fontainebleau, ale Rachel, 

Nicki i Fletcher mieli doskonałe humory. Poczuli się zupełnie 

zwykli, niezależni, nikt nie zwracał na nich uwagi. Zjedli 

kolację w byle jakim barze, ale smakowała im jak najlepsze 

potrawy u Mortona albo w Spago. 

Cały następny dzień spędzili w samochodzie, podziwiali 

wspaniałe wodospady Klamath, jezioro Crater, lasy Fremont. 

Na Florydzie już panowało lato, ale na pozostałym obszarze 

kraju była dopiero wiosna. Kiedy wjechali w góry, złapała ich 

prawdziwa zima, łaty śniegu leżały na polach, drzewa pokryte 

były puchowymi poduszkami. Mijali małe miasteczka na dzie­

więćdziesiątej siódmej drodze: Chemult, Crescent, Gilchrist, 

La Pine, Sunriver, zbliżali się na miejsce. 

Miasteczko Bend położone jest nad rzeką Deschutes, 

w pobliżu lasu o tej samej nazwie, u stóp gór Cascades, pasma 

należącego do Gór Skalistych, ciągnących się aż do Kanady. 

Jest tak spokojne i piękne, jak można sobie wymarzyć, przy 

tym jest bardzo bezpieczne. To miejsce, w którym wszyscy się 

znają, a każdy obcy natychmiast zostanie zauważony. 

Bend to rodzinne miasto Franka Farmera. Jego ojciec 

Herb należy do najznamienitszych obywateli, od dwudziestu 

pięciu lat jest szefem tutejszego posterunku policji. 

Frank przejechał przez miasto w stronę jeziora Pilot Butte, 

nad którym leży jego dom. Duży, stary, dwupiętrowy budy­

nek, położony jest na niewielkim wzgórzu, posiadłość z trzech 

stron otaczają potężne sosny. Przed domem, aż do jeziora 

rozciąga się wielki trawnik, nadal pokryty śniegiem. Frank 

zauważył, że za niewielką przystanią należącą do Farmerów 

woda jest już wolna od lodu. 

Kiedy podjechali, wybiegł im na spotkanie szorstkowłosy 

terier. Pies szczekał i ślizgał się na asfalcie. Na werandę 

154 

background image

wyszedł mężczyzna koło sześćdziesiątki, patrzył, jak samochód 

podjeżdża pod drzwi. Herb Farmer był szczupłym, ogorzałym 

i wysportowanym człowiekiem. Ubrany w kraciastą koszulę, 

stare, wytarte dżinsy i wysokie kowbojskie buty, patrzył na 

przyjezdnych wesołymi, ciekawymi oczyma. Był zupełnie siwy. 

Wyglądał tak, jak prawdopodobnie będzie wyglądał Frank 

w jego wieku. 

Frank wysiadł z samochodu i przyjrzał się ojcu. Obaj 

bardzo cieszyli się na spotkanie, nie widzieli się od trzech lat, 

ale żaden z nich nie pokazał po sobie uczuć. Zachowywali się, 

jakby Frank właśnie wrócił z krótkiej wizyty w miasteczku, 

gdzie miał kupić drobne warzywa. Pies nie był tak powścią­

gliwy. Brykał i skakał, lizał Franka po ręku. 

— Jezioro bardzo opadło — powiedział Frank. 

— Zaraz przyjdzie odwilż, napełni się — starszy Farmer 

wskazał ruchem głowy pasażerów w aucie. — Wszyscy mają 

kłopoty? 

Frank wsunął ręce do kieszeni spodni. 

— Nie, tylko jedna osoba. 

Frank nie miał wątpliwiści, na co Fletcher ma największą 

ochotę. Mała rybacka łódka, którą Herb trzymał na jeziorze, 

nie była szybsza od zdalnie sterowanej łodzi w basenie 

chłopca, ale dla Fletchera miała jedną zaletę: była prawdziwą 

łódką, można w nią wsiąść i płynąć. Patrzył na mały stateczek 

tak zachwycony, jakby oglądał największy na świecie jacht. 

Rachel, Frank i Fletcher oraz terier Sparky poszli na 

przystań, Nicki i Henry wnieśli bagaże do domu i zaczęli je 

rozpakowywać. Fletcher i Sparky już zdążyli się zaprzyjaźnić. 

Biegali i bawili się na śniegu, a Frank sprawdził poziom paliwa 

w motorówce. Bak był pełen, więc podpompował, żeby trochę 

benzyny dostało się do silnika i ułatwiło jego uruchomienie. 

Rachel stała na brzegu obserwując swojego syna i psa. 

— Ten mały piesek będzie nas chronił? — spytała z niedo­

wierzaniem. 

— Przynajmniej robi dużo hałasu. 

155 

background image

— Wspaniale — powiedziała nieprzekonana. 

— Duże psy też się czasami przydają — powiedział 

Frank. — Ale często jest im bez różnicy, kogo jedzą. Fletcher! 

— Tak? 

Chłopiec tarzał się w śniegu, śmiał się, a Sparky usiłował 

polizać go po twarzy. 

— Czas płynąć. 

— Świetnie. 

Frank pomógł wsiąść Rachel i chłopcu. Rachel usiadła na 

ławce i otuliła się szczelnie płaszczem. 

— Tam może być zimno — spojrzała na jezioro i za­

trzęsła się. 

— Nie będziemy długo pływać. Słońce zaraz zajdzie. To 

tylko mała zapoznawcza wycieczka. 

— Zapoznawcza? Z czym? 

— Z łódką. Fletcher, weź linkę startową i uruchom silnik. 

Frank odblokował dopływ paliwa, Fletcher obiema ręko­

ma złapał linkę i pociągnął. Silnik parsknął, kichnął, prychnął, 

ale nie załapał. Chłopiec stracił równowagę. 

— Fletcher nie jest najlepszym pływakiem — powiedziała 

zaniepokojona Rachel. 

— To niech lepiej nie wypada. 

Frank otworzył luk i wyjął jasnopomarańczową kamizelkę 

ratunkową oraz linkę. 

— Fletcher, załóż to. 

— Muszę? 

— Tak. 

Chłopiec ubrał się w ogromną kamizelkę, a Frank dokład­

nie go obwiązał. 

— Dobra, teraz spróbuj jeszcze raz z silnikiem. 

Fletcher pociągnął energicznie za linkę i tym razem silnik 

zaskoczył. 

— Udało mi się! — zawołał zadowolony. 

— W takim razie przejmij ster i wyprowadź nas. 

Fletcher zasiadł za sterem, objął drobną rączką rumpel 

i poważnie, jak pilot wielkiego tankowca, wyprowadził łódkę 

na jezioro. Niepocieszony Sparky został na brzegu, skomlał, 

156 

background image

kiedy odpływali. Przez chwilę nawet wahał się, czy nie skoczyć 

do wody i nie popłynąć za nimi. 

Rejs po jeziorze Pilot Butte przypomniał Frankowi jego 

dzieciństwo. Pokazał swoim gościom, gdzie spędzał długie 

godziny łowiąc okonie, pokazał im zatoczki, w których 

jesienią można było złapać szczupaka albo inną sporą rybę. 

Na środku jeziora znalazł miejsca, w których razem z ojcem 

wycinali dziury w lodzie i budowali domki rybackie. 

Frank oprowadził ich po tajemniczych zakątkach swojej 

młodości. Znał miejsce, w którym woda była zimniejsza niż 

w pozostałych częściach jeziora, ponieważ biło tam podwodne 

źródło. Wszyscy chłopcy z okolicy nurkowali, żeby je znaleźć, 

ale jeszcze nikomu nie udało się zejść tak głęboko. 

— Naprawdę? — zachwycił się Fletcher. 

— Jeśli chcesz spróbować je znaleźć, możesz zanurkować 

sam. 

Chłopiec spojrzał na ciemną wodę i wzdrygnął się na myśl 

o głębokim źródle pogrążonym w mroku. 

— Nie, dziękuję. 

— Mądry chłopak — powiedziała Rachel. 

Fletcher był oczarowany opowiadaniami Franka, ale łódź 

pochłaniała go coraz bardziej. Powoli zwiększał prędkość 

motorówki, aż w końcu osiągnął maksymalną prędkość, na 

jaką pozwalał silnik o mocy czterdziestu koni. Zablokował 

rumpel i uniósł ręce, jakby chciał powiedzieć: „Patrz mamo, 

nie trzymam się". 

Pływali, dopóki słońce nie zaczęło zachodzić, a cienie sosen 

nie naszły na wodę. Powoli podnosiła się mgła. 

— Dobra, Fletcher! — zawołał Frank przekrzykując 

wiatr. — Czas wracać. 

Chłopiec posłusznie ujął ster i wprowadził łódkę w szeroki, 

kontrolowany zakręt, kierując ją ku brzegowi. Henry i Sparky 

czekali na nich na przystani. 

— Chodź, Fletcher — powiedziała Rachel. — Chodźmy 

do domu. Strasznie zmarzłam. 

Matka i syn wygramolili się z motorówki i poszli w kie­

runku domu. 

157 

background image

— Wejdź do łodzi, Henry — zarządził Frank. — Chcę ci 

pokazać, jak się ją parkuje. 

Frank poprowadził łódkę do przystani i wyłączył silnik, 

zanim dopłynął do pomostu. Motorówka uderzyła lekko 

w molo, Frank przycumował ją. 

— Nie chciałbym znów podnosić tego przykrego tematu... 

— Co? Co zrobiłem? 

— Nic — uśmiechnął się Farmer. — Ale musimy pogadać 

o bombach. 

— Znowu te bomby. 

— W łodzi bardzo łatwo przygotować pułapkę. O wiele 

prościej niż w samochodzie. Ale łatwiej też wykryć, jeśli coś 

jest nie tak. Bomby można podłożyć tylko w trzech miejscach. 

Tu — wskazał na czerwony zbiornik z paliwem. — Tutaj — 

powiedział pokazując mechanizm zapłonowy — i tutaj — 

uderzył dłonią w burtę. — Elektrody można podłączyć do 

osłony wału, a kiedy silnik wejdzie na pewne obroty, bomba 

wybucha. 

— Rozumiem — skinął głową Henry. 

— Nie pozwalaj wypłynąć Fletcherowi, zanim dokładnie 

wszystkiego nie sprawdzisz. Gdybyś zobaczył coś innego, niż 

w tej chwili, natychmiast uciekaj. 

Henry przyglądał się urządzeniom, starając się zapamiętać 

ich wygląd. 

— Rozumiem. 

— Pamiętaj, za każdym razem dokładnie sprawdź. 

— Dobrze — obiecał Henry. — Za każdym razem. 

Frank zastał Rachel przyglądającą się zdjęciom na ścianie. 

Oglądała historię rodziny Farmerów. Znalazła zdjęcie przed­

stawiające Franka jako dziesięcioletniego chłopca w drużynie 

baseballowej, zdjęcie młodego Herba na ćwiczeniach. Inne 

przedstawiało Herba w pełnym mundurze, kiedy odbierał 

nagrodę od mera Bendu. Zobaczyła takie samo zdjęcie, jakie 

widziała w domu u Franka — młody Frank w drużynie 

piłkarskiej. Na środku, na honorowym miejscu wisiało zdjęcie 

158 

background image

elegancko ubranych Herba i Katarzyny Farmerów, których 

syn przedstawiał prezydentowi Jimmiemu Carterowi. 

Na brzegu Rachel dostrzegła fotografię, na której uśmiech­

nięty Henry Kissinger udzielał wywiadu kilku dziennikarkom. 

Obok niego ramię w ramię stali Frank i Portman. Zdjęcie 

pokazywało znaną słabość Kissingera do kobiet, portretowało 

go w momencie, w którym flirtował z jedną z nich. Portman 

też się uśmiechał, przekomarzał się z kobietami. Frank nato­

miast wyglądał jak zawsze, był czujny, poważny, obserwował 

wszystko w napięciu. Przez moment Rachel przyglądała się 

obu mężczyznom. 

— Portman czasami zapominał, na czym polega jego 

praca. 

— Frank! — zawołał z kuchni ojciec. 

— Słucham? 

— Nakryj stół. Kolacja już gotowa. 

— Jak pan każe — Frank uśmiechnął się do Rachel. 

Zapach pieczonego kurczaka przyciągnął Rachel do 

kuchni. Herb Farmer już dawno przyzwyczaił się do samo­

dzielnego przygotowywania prostych posiłków, odmówił przy­

jęcia pomocy Nicki. Wolał sam wszystko zrobić. Rachel, 

trzymając w ręku drinka, przyglądała się, jak siekał warzywa 

na surówkę. Pracował pewnie, metodycznie, podobnie jak jego 

syn. Niska kuchnia była praktycznie urządzona, przypominała 

kuchnię na jachcie. 

— Katarzyna urządziła to tak, jak chciała — powiedział 

nie podnosząc wzroku znad surówki. 

— Katarzyna? 

— Matka Franka — dodał od niechcenia. — Moja żona. 

— Nie wiedziałam, że... — zaczęła Rachel. 

— To było tak dawno — Herb uśmiechnął się. — Frank 

powiedział, że jest pani jakąś piosenkarką. 

Rachel roześmiała się. 

— Jakąś... zgadza się. 

Frank zawstydził się nieco. 

— Nie chciałem... Rozumiem, że musi być pani bardzo 

sławna, ale tutaj niewiele dociera. Przepraszam. 

159 

background image

— Nic się nie stało. 

— Musi pani mieć powodzenie, skoro potrzebuje pani 

Franka. 

— Mam chyba za dużo powodzenia — wyjrzała przez 

okno. 

Słońce zeszło już poniżej drzew, jezioro wyglądało jak 

wypełnione atramentem. 

— Tak tu cicho i spokojnie. 

— Tak, to dobre miejsce — westchnął Herb. — Po tej 

sprawie z Reaganem Frank przyjechał tu na całe trzy 

miesiące. 

Rachel przypomniała sobie „sprawę z Reaganem". To 

stało się w pewien ponury marcowy dzień, kiedy była jeszcze 

nikim. Podróżowała po kraju z jakimś zespołem, tego dnia nie 

występowali. Był poniedziałek, dzień w którym dochodzili do 

siebie po koncertach, siedzieli w małej dziurze pod Chicago. 

Tego wieczora zamierzała oglądać relację z rozdania Oscarów, 

marzyła, że kiedyś sama znajdzie się na tamtej scenie. A po 

południu w Waszyngtonie strzelano do Reagana, rozdanie 

Oscarów przełożono na kiedy indziej. 

— Frank nie był tego dnia na służbie. Nigdy nie mógł się 

z tym pogodzić — powiedział Herb siekając marchewkę. — 

Oczywiście, powinien tam być, w końcu miał służbę u pre­

zydenta. 

— A gdzie był? 

— Tutaj — wyjaśnił Herb. — Tego dnia pochowaliśmy 

Katarzynę. 

Założył rękawice kuchenne, otworzył piekarnik i wyciągnął 

naczynie ze smakowitymi, pieczonymi ziemniakami. 

— Zanieś to na stół — powiedział. — I zawołaj innych. 

Po długiej podróży i krótkiej, szybkiej przejażdżce po 

jeziorze wszyscy przy stole byli bardzo głodni. Fletcher 

z zapałem rzucił się na kurczaka, twarz umorusał w okruchach 

i w sosie. Po obiedze zabrał się za porcję lodów obficie polaną 

czekoladą. 

Herb Farmer, który odwykł od towarzystwa przy obiedzie, 

wypił trochę wina i język mu się rozwiązał. Raczył przyjaciół 

160 

background image

swojego syna różnymi, często wstydliwymi opowieściami 

z jego dzieciństwa. 

— ...i aż do tej pory nigdy go nie uderzyłem. Nigdy. Aż do 

dziś — spojrzał na Franka szukając potwierdzenia. — Tak 

było, prawda? 

— Oczywiście — potwierdził Frank. 

— Tutaj to raczej niezwykłe — ciągnął Herb. — I wiecie, 

co się stało? Kiedy miał dziesięć lat narzekał na to! Możecie 

w to uwierzyć? 

— Na miłość Boga — roześmiał się Frank. — Bo opo­

wiem im, jak się rozebrałeś w sądzie. 

— Co takiego? — pisnęła Nicki. 

— Proszę bardzo, powiedz im. Cholera, jestem z tego 

dumny. 

Frank wstał i zaczął sprzątać ze stołu. 

— Frank, dlaczego chciałeś, żeby tata cię bił? Przecież to 

głupie — skomentował Fletcher. 

— Masz rację, chłopcze, ale wyjaśnię ci. Miał dziesięć lat 

i zaczął grać w drużynie rugby. Przyszedł do mnie i powiedział, 

że boi się, iż ktoś go uderzy. A boi się pewnie dlatego, że ja go 

nigdy nie biję. „Dlaczego mnie nie bijesz?" — zapytał. 

— Jeśli będziecie mieli szczęście, to opowie wam o majt­

kach, jakie nosiłem — zawołał z kuchni Frank. 

Wyjrzał przez okno na jezioro. 

— Ale jakoś przez to przeszedł — ciągnął dalej ojciec. — 

Okazało się, że jest bardzo dobry. Nie bał się. Jeśli coś go 

przerażało, robił to tak długo, aż strach ustępował — Herb 

dokończył wino i odsunął krzesło. — Jego matka była taka 

sama. 

Wstał, podszedł do szafki, otworzył drzwiczki, wyjął 

szachy i rozłożył je na stole. Figury nie były ustawione 

w zwykły sposób. To była nie dokończona partia. Herb 

Farmer pochylił się nad szachownicą i dmuchnął na nią jak na 

urodzinowy tort. Pyłki kurzu wzbiły się w powietrze. 

— Chodź, synu. Możesz uciekać, ale i tak się nie 

schowasz. 

Frank wyszedł z kuchni i usiadł przy stole. 

161 

background image

— Czyj ruch? 

— Twój, o ile mnie pamięć nie myli. 

Frank przyjrzał się sytuacji, starał się przypomnieć sobie, 

jaką obrał strategię, kiedy ostatni raz grali. 

— Chwileczkę... 

— Od jak dawna gracie tę partię? — spytała Rachel 

opierając brodę na ręku, drugą ręką objęła Fletchera. 

— Od trzech lat — powiedział Frank. 

— Przez pierwsze półtora roku miał przewagę. Ale potem 

szale się odwróciły, idzie po mojej myśli. 

Frank dotknął najpierw gońca, potem wieżę, nie wiedział, 

co ma zrobić. Zwrócił się do Fletchera. 

— Co o tym sądzisz? 

— Koń w stronę króla — powiedział Fletcher. 

Frank przemyślał posunięcie. 

— Dobry ruch. 

Herb spojrzał na chłopca zaskoczony. 

— Dzieciak z miasta — wyjaśnił Frank. 

Już o dziewiątej wieczorem Rachel i Nicki poszły do 

swoich pokoi, Fletcher zasnął przed kominkiem, a Herb 

drzemał obok chłopca. Frank zrobił ostatni obchód domu, 

sprawdził okna i zamki w drzwiach. Sparky plątał mu się pod 

nogami. 

Pogasił światła i patrzył na jezioro. Nie było widać wody, 

całe jezioro zasnuła mgła. Słyszał jedynie delikatne uderzenia 

fal o pomost. W takiej mgle ktoś niepowołany mógł niepo­

strzeżenie podejść do samego domu, ale wtedy Sparky naro­

biłby hałasu. Frank czuł się bezpiecznie. 

W kuchni zapaliło się światło, Frank odwrócił się i zoba­

czył Nicki nalewającą wody do szklanki. 

— Jeszcze nie śpisz? — zapytał z uśmiechem. — Już 

późno, prawie piętnaście po dziewiątej. 

Odwzajemniła jego uśmiech. 

— Środek nocy. A ty co robisz? 

— Zamykam. 

162 

background image

— Jesteś bardzo dokładny. 

— To część mojej pracy. 

Nicki piła wodę. 

— A Rachel? Też jest częścią twojej pracy? 

Frank rzucił jej ostre spojrzenie. 

— Daj mi spokój, Nicki. Proszę. 

— Frank, raz przyciąga cię do siebie, potem cię niena­

widzi. Nie mam pojęcia, jak jest teraz — powiedziała pod­

niesionym głosem, Herb przekręcił się przez sen. 

Frank wszedł do kuchni i zamknął drzwi. 

— Czy zawsze tak uważnie obserwujesz, co robi? 

— To moja praca — odpowiedziała Nicki. 

— Nie, wcale nie — zaprzeczył stanowczo. 

— Na pewno uważasz, że moje życie jest bez sensu. 

— Nie — Frank odwrócił wzrok. 

— Musisz tak uważać — nalegała. — Ja też tak sądzę. 

— To dlaczego tego nie zmienisz? Dlaczego czegoś nie 

zrobisz? 

— Myślisz, że to takie proste? 

Położyła mu ręce na ramionach i przysunęła się. Zaczęła go 

całować, przez moment też tego chciał, potem jednak odsunął 

ją od siebie. 

— Jesteś wspaniałą kobietą — powiedział. 

— Ale nie chcesz mnie — głos Nicki nabrał ciemnej, 

nieprzyjemnej barwy. 

Frank nie musiał odpowiadać. W jego spojrzeniu mogła 

wyczytać wszystko. Nicki zasmuciła się, zabolało ją, że została 

odrzucona. Poczuła palący gniew, wzmocniony poczuciem 

wstydu i świadomością, że została odtrącona. 

— Dziwi mnie to. Taki dokładny facet jak ty... Dla­

czego miałbyś poprzestać na jednej siostrze, skoro możesz 

mieć obie? 

— Robię czasem błędy — wyjaśnił Frank. — Ale umiem je 

naprawić. 

— Szefowej jednak nie odmówiłeś. 

Odwróciła się i chciała odejść, ale objął ją, nie pozwolił jej 

zrobić kroku. Stali blisko siebie, a Frank mówił gorąco. 

163 

background image

— Nie odchodź, Nicki. Nie zostawiaj mnie z tym. Opo­

wiedz mi. 

— O czym? Ona jest gwiazdą, ja nie. To cała historia. 

— Nie — zaprzeczył Frank. — Powiedz, od jak dawna 

jesteś na drugim miejscu. Powiedz, dlaczego ona ma dziecko, 

a ty nie. Powiedz mi więcej. Ale nie odwracaj się i nie zostawiaj 

mi takiego ciężaru. Weź za siebie odpowiedzialność. 

Nicki próbowała wykręcić się z jego objęć, ale trzymał ją 

mocno, nie dawał się jej odwrócić. 

— Nie potrzebuję twojej pomocy — powiedziała. 

— Może ja potrzebuję — mówił przez zaciśnięte zęby. — 

Mam dość ludzi, którzy mówią mi, że nie panują nad swoim 

życiem. Jeśli tak nie lubisz tej sytuacji, zmień coś. Nie jesteś 

w pułapce. Możesz odejść, kiedy będziesz chciała. 

W oczach Nicki pojawiły się łzy. 

— To nie takie proste. 

— Ależ proste. Możesz w każdej chwili wyjść tymi drzwia­

mi i nie wracać. Otworzę, jeśli chcesz. 

— Puść mnie! 

Nicki chciała się wyswobodzić, w końcu Frank ustąpił 

i pozwolił jej odejść. 

— Dobrze — powiedział. — To nie moja sprawa. 

background image

Rozdział XIX 

Ostre poranne słońce odbijało się od śniegu, raziło w oczy. 

Frank i Herb spacerowali wzdłuż brzegu jeziora. Od czasu do 

czasu zatrzymywali się i oglądali ślady zwierząt na śniegu 

i błocie. Zauważyli, że w nocy posiadłość odwiedził szop, jeleń 

i ptaki wodne. 

Frank zatrzymał się na chwilę i spojrzał na jezioro 

zasłaniając oczy przed słońcem. 

— Ładnie tu, prawda? 

— Bardzo. 

— Myślałeś kiedyś, żeby na stałe wrócić do domu? 

— Tak, ciągle o tym myślę. 

I wrócisz? 

- Tak. Ale jeszcze nie teraz. 

Słyszeli, jak w domu ktoś zmywa naczynia, sprząta 

po śniadaniu ze stołu. Sztućce pobrzękiwały w zlewie. 

Nicki i Rachel zmywały, śpiewając przy pracy pieśni 

kościelne. 

— Nigdy wcześniej nie słyszałem muzyki kościelnej 

w środku tygodnia — zauważył Herb. 

Ale Frank nie słuchał. Zauważył na śniegu jakieś obce 

ślady, ślady wroga, odciski solidnych butów do chodzenia 

po śniegu. Wiodły prostu w kierunku drzew okalających 

posiadłość. 

— Gdzie Fletcher? 

165 

background image

W tym momencie Frank usłyszał warkot silnika. Odwrócił 

się i spojrzał na przystań. Wtedy z budynku wyszedł Henry. 

— Frank! — zawołał. — Nie sprawdziłem... 

Frank już biegł przez trawnik w kierunku pomostu. 

Fletcher wyprowadził motorówkę z domku na przystani 

i powoli skierował ją na jezioro. 

— Fletcher! Fletcher! 

Chłopiec tak był zajęty prowadzeniem łódki, że nie patrzył 

wcale na Franka biegnącego w stronę pomostu. Nie mógł go 

też usłyszeć poprzez warkot silnika. 

Deski na molo uginały się i trzeszczały, kiedy Frank po 

nich biegł. Dopadł końca pomostu w momencie, gdy chłopiec 

zaczynał oddalać się od przystani. 

Frank nie wahał się ani przez chwilę. Skoczył w kierunku 

łodzi i ściągnął Fletchera z ławki przy sterze. Wpadli razem do 

wody. 

Rachel obserwowała wszystko z werandy, serce biło jej 

mocno w piersi. W chwili, kiedy wpadli do wody, zawołała: 

— Nie! On nie umie pływać! 

Fletcher płakał, był przerażony i zaskoczony tak nagłym 

wepchnięciem do wody. Frank trzymał chłopca lewą ręką pod 

pachami i szybko płynął do brzegu. Motorówka płynęła na 

środek jeziora, nabierała prędkości. 

Rachel była wściekła, prawie histeryzowała. 

— Fletcher, kochanie, nic ci nie jest? Kochanie? Po­

wiedz coś. 

Henry położył się na deskach pomostu i pomógł wydostać 

się ociekającym wodą nurkom. Fletcher kasłał, pluł wodą, 

trząsł się w przesiąkniętej kamizelce. Henry rozebrał go i otulił 

chłopca swoim wielkim płaszczem. 

— Wszystko w porządku, prawda Fletcher? 

Chłopiec z trudem skinął głową. 
Frank usiadł na pomoście, ciężko łapał oddech, dopiero 

teraz analizował sytuację. 

— Co ty wyprawiasz, do diabła? Zwariowałeś? — wrzesz­

czała Rachel. — Jesteś stuknięty! Mogłeś go utopić. 

Frank pokręcił głową. 

166 

background image

— Przepraszam, byłem nieostrożny. 

Henry też poczuwał się do winy. 

— Frank, przepraszam. Powinienem był... 

— Nic się nie stało, Henry — powiedział zmęczony Frank. 

— Już w porządku, synu? — nie bardzo było wiadomo do 

kogo mówił w tej chwili Herb. 

Henry spojrzał na jezioro. Motorówka oddaliła się już 

o jakieś pięćset metrów, pruła niekontrolowana przez fale. 

— Jak ją ściągniemy? 

W tym momencie łódź eksplodowała. Najpierw dojrzeli 

szary dym, natychmiast potem usłyszeli wybuch. Łódka 

zniknęła pod wodą, na powierzchni pozostało kilka spa­

lonych desek, ciężki dym i sadze unosiły się na czystym 

niebie. 

Nicki i Rachel krzyczały. Frank odwrócił się od dopalają­

cych się szczątków motorówki i wyciągnął rękę przed siebie. 

Dłoń mu się trzęsła. 

Frank i Henry dokładnie sprawdzili ich samochód, ale nie 

potrafili dojść do tego, dlaczego auto nie działa. Tak samo jak 

stara furgonetka Herba. Obydwa samochody nie dawały się 

uruchomić. 

Herb otworzył drzwi i szybko podszedł do Franka. 

— Frank — powiedział podniecony — ktoś przeciął linę 

telefoniczną. Uszkodzenie może być w każdym miejscu stąd aż 

do miasta. 

Frank skinął głową, jakby spodziewał się takiego obrotu 

spraw. 

— Oba samochody nie działają. Nie rozumiem, jak to się 

mogło stać. 

Frank i Herb wymienili zaniepokojone spojrzenia. 

— Kto mógł wiedzieć, że tu jesteśmy? To miejsce nie ma 

z nią żadnego związku. Jakim cudem nas tu wytropił? 

— Może nie chodzi o nią. Może ktoś chce policzyć się 

z tobą. 

Frank pokręcił głową. 

167 

background image

— Gdyby ktoś chciał mnie dostać, mógł zaatakować 

otwarcie, i to już dawno temu — zastanowił się przez 

chwilę. — Musimy ich stąd zabrać. 

— Jak? 

— Pójdziemy pieszo. 

— Synu, główna droga leży dwadzieścia kilometrów stąd, 

a miasteczko prawie pięćdziesiąt. 

— Tak, wiem. 

Herb spojrzał na niebo. 

— Zanim dojdziecie do drogi, zajdzie słońce. Nie możesz 

kazać im chodzić po nocy. On może gdzieś tam się czaić. 

— Masz rację — zgodził się Frank. — Przeczekamy noc 

i pójdziemy o świcie. 

Początkowo noc wydawała się cicha, pogrążona w mroku. 

Ale kiedy Frank skoncentrował się i wsłuchał, doszły go 

niezliczone odgłosy. Wiatr tańczył w koronach sosen, ćwier­

kały nocne ptaki, stary dom trzeszczał i zgrzytał. Z piwnicy 

doszedł go dźwięk pracującego pieca, w kuchni wirował 

silniczek lodówki... 

Frank siedział w salonie, na kolanach trzymał pistolet, 

czekał, aż nadejdzie świt. Przypominał sobie, gdzie kto 

jest. Henry był w swoim pokoju, Nicki też, Fletcher był 

razem z Rachel, Herb czuwał w korytarzu, Sparky leżał na 

schodach. 

Nagle usłyszał jakiś inny dźwięk. Z kuchni dochodziło 

ciche łkanie, to Nicki... 

Siedziała z głową ukrytą w dłoniach, tuż obok stała 

otwarta butelka burbona, przed nią pusta szklanka. Od­

wróciła swoją zapłakaną twarz do Franka, kiedy wszedł 

z pistoletem w dłoni. 

— Głupio się wczoraj zachowałam — powiedziała cicho. 

Dotknął jej ramienia, jakby chcąc ją uspokoić. 

— Jak myślisz, co się dziś stało? — spytała. 

— Uważam, że... uważam, że to nie jest wariat. On 

doskonale wie, cc robi. 

!68 

background image

Zapadła długa, bardzo długa cisza, przerywana łkaniem 

Nicki. W końcu osuszyła oczy i zaczęła mówić. 

— Masz rację. Wie, co robi. 

— Opowiedz mi o tym. 

Przez chwilę patrzyła w pustą szklankę, potem sięgnęła po 

butelkę. Złapał ją za rękę, nie pozwolił ruszyć butelki. 

— Kto to jest, Nicki? — spytał napiętym, niecierpliwym 

tonem. — Powiedz mi, może go powstrzymam. 

— Dziś o mało nie zabił Fletchera. 

— Jak można go zatrzymać? — zapytał ostro. 

— Mój kochany Fletcher... 

— Kto to jest? 

— Nie wiem... — zmartwiona potrząsnęła głową. — 

Naprawdę nie wiem. 

Frank próbował się uspokoić. Jeśli zareaguje zbyt ostro, 

kobieta może zamilknąć albo wpaść w histerię. 

— Odwołaj go — powiedział spokojnie. — Zatrzymaj go. 

— Nie mogę — jęknęła. — On nawet nie wie, kto go 

wynajął. On nie wie, kim jestem, a ja nie wiem, kim on jest. 

Frank Farmer zmarszczył brwi. 

— Więc jak to zrobiłaś? 

— Nicki była bliska histerii, kiedy uświadomiła sobie, jak 

straszną popełniła zbrodnię. Frank nie chciał dopuścić, żeby 

rozkleiła się całkowicie. Pogłaskał ją po głowie, po policzku, 

starał się ją uspokoić. 

— Jak? Jak to zrobiłaś? 

— Poszłam do baru gdzieś w Los Angeles — zaczęła 

niepewnie Nicki. — Wypytałam, pogadałam z facetem. 

— Nazwisko? 

Nicki nie była pewna. 

— Miał hiszpańskie nazwisko... Armando. Zorganizował 

wszystko. Wiem tylko tyle. 

— Czy już mu zapłacono? 

— Nie wszystko... dopóki nie skończy — podsumowała. 

— Więc będzie próbował, aż jej nie zabije? 

Nicki ponownie skinęła głową, potem znów ukryła twarz 

w dłoniach. Wyglądała jak ostatnie nieszczęście. 

169 

background image

— Jaki to był bar? 

— Nie pamiętam... byłam pijana. 

— A listy? Jak to załatwiłaś? 

— Nie, nie — zaprzeczyła gorąco Nicki. — Nic nie 

rozumiesz. Listy przyszły najpierw. Nie wiem, kto je przy­

syłał. Ktokolwiek to był, czytał w moich myślach. Jego myśli 

to moje myśli. Nienawidzę jej. Wtedy wpadłam na pomysł, 

żeby to zrobić. Ale nigdy nie chciałam skrzywdzić Fletchera. 

Nigdy. 

Złapała go za ręce, ścisnęła mocno, błagalnie. 

— Musisz go powstrzymać, Frank, proszę! 

— Zrobimy to razem. Ty i ja. Jutro wracamy do Los 

Angeles. Znajdziemy ten bar. Znajdziemy Armando — 

wstał. — Niedługo wszystko się skończy. 

— Nie zapytasz, dlaczego? 

— Już mi powiedziałaś. Ona ma wszystko. 

— A jeśli się nie uda? 

— Cicho — syknął Frank. 

Stał nieruchomo na środku pokoju, rewolwer gotowy do 

strzału. Sparky warczał. 

— Zostań tu, nie ruszaj się. 

Bardzo cicho Frank wyszedł z kuchni, znalazł schody, 

wchodził po dwa stopnie. Sparky był czujny, warczał, patrzył 

gdzieś w ciemność. Frank gwałtownie otworzył drzwi do 

pokoju Rachel, gotów od razu strzelać. 

Rachel siedziała na łóżku, obejmowała Fletchera. Frank 

usłyszał coś za sobą i odwrócił się, broń w pogotowiu. 

— To ja — krzyknął Herb trzymający w ręku swój 

policyjny pistolet. 

— Co się dzieje? — niepokoiła się Rachel. 

Fletcher siedział obok niej przerażony. 

Z dołu dobiegł ich krzyk Nicki. 

— Nie, nie! Przestań! To ja... 

Dalsze słowa utonęły w huku wystrzału. Rachel krzyknęła. 

Na korytarzu zjawił się Henry. 

— Co się dzieje? Gdzie Nicki? 

— Jezu! Herb, zostań z Rachel. 

170 

background image

Frank rzucił się ku schodom, zbiegł na parter. Nicki leżała 

w kałuży krwi tuż przy otwartych drzwiach wejściowych. 

Bluzka cała zbroczona była krwią. Frank uklęknął i sprawdził 

puls, jednak już go nie wyczuł. 

Wyjrzał we mgłę ścielącą się na dworze. 

— Tato! — wrzasnął. 

— W porządku! — szybko odpowiedział Herb. 

— Zostań tam. 

Frank wyskoczył w ciemność, plecami oparł się o ścianę. 

Przebiegł kilka metrów, potem zatrzymał się i nasłuchiwał. 

Oprócz wiatru kołyszącego gałęziami drzew usłyszał odgłos 

kroków, ciężkie buty zapadały się w śnieg. Frank zaczął 

szybko biec, kierując się słuchem. 

Mgła raz gęstniała, raz rzedła, Frank przebiegł następne 

kilka metrów i znów się zatrzymał. Nasłuchiwał, aż ponownie 

usłyszał ten odgłos, zaczął gonić bandytę. Kiedy znalazł się 

między drzewami, znów stanął i słuchał. 

Cisza. 

Zamarł w bezruchu i uniósł rewolwer. Zamknął oczy 

i czekał, słuchał tak uważnie, że słyszał samą ciszę. 

Kiedy dobiegł go najmniejszy odgłos wypalił dwa razy, 

pistolet odskakiwał mu w dłoniach. Ktoś zaczął biec, kule 

odbiły się od czegoś w ciemności. Frank nie otworzył oczu 

przy strzale, dzięki temu nadal widział coś w ciemności. 

Czuł strach tego człowieka. Facet biegł na oślep przez las, 

nie starał się już zatrzeć śladów. Frank strzelił jeszcze raz. 

Gdzieś zawył silnik samochodu. Frank wybiegł z lasu na 

zakurzoną drogę wyciętą między drzewami. 

Auto odjeżdżało, tylne koła buksowały w śniegu. Frank 

Ukucnął i strzelił kilka razy, trafił w tylną szybę samochodu, 

szkło posypało się na śnieg. Echo strzałów odbijało się od 

drzew, blask wystrzałów rozjaśniał niebo. Samochód zniknął 

z pola widzenia, Frank opuścił rewolwer. Serce biło mu 

mocno, z trudem chwytał oddech, powietrze, które wydychał, 

kłębiło się na mrozie. Noc była chłodna, ale całą koszulę miał 

przepoconą. Spojrzał na rękę — nie drżała. 

171 

background image

Rozdział XX 

Cały ranek padał śnieg. O świcie opuścili dom nad 

jeziorem i poszli w kierunku głównej drogi. Herb zatrzymał 

przejeżdżającą ciężarówkę, która zawiozła ich do miasta. 

Policja już jechała do domu; Rachel, Henry i Fletcher siedzieli 

na posterunku pilnowani przez policję. Pili kawę, usiłowali 

rozgrzać zmarznięte kości i próbowali zapomnieć o tym, co się 

stało. 

Frank zadzwonił do Los Angeles, do Minelli i Courta. 

Opowiedział im, co zaszło, i przez chwilę słuchał zaskoczony. 

— Ale Frank — mówił Minella — to się nie trzyma 

kupy. 

— Jak to? 

— Już go złapaliśmy. 

— Co? Kogo? Gdzie? 

— Tutaj, wczoraj w nocy. To jakiś pętak, pracuje w myjni 

samochodowej. Gdybyś widział jego szafkę! Ma świra na 

punkcie Rachel Marron. 

Minella siedział w specjalnej sali obserwacyjnej w budynku 

FBI w Los Angeles. Zajrzał przez lustrzane okno do celi obok. 

W mroczym pokoju przy stoliku siedział Dan. Był przerażony 

i zagubiony. 

— Jesteś pewien, że to on? 

— Badania wykazują, że to musi być on. Poza tym ma 

czarną terenową toyotę. 

172 

background image

— Cóż — powiedział Frank — nie wiem, kogo złapaliście, 

ale to nie on był tu wczoraj w nocy. To zawodowiec. 

Frank prawie słyszał, jak Minella kręci głową. 

— To niesłychane. Co chcesz zrobić, Frank? 

— Jak długo możecie go zatrzymać? 

— W zasadzie on jedynie wysłał kilka listów. Najwyżej 

czterdzieści osiem godzin. Znasz przepisy. 

— Tak — mruknął Frank. — Znam. 

Wieści o tragicznej śmierci Nicki Marron rozeszły się 

błyskawicznie. Kiedy wynajęty samolot wylądował na lotnisku 

w Los Angeles, pasażerowie natknęli się na czekających tam 

dziennikarzy. Devaney i Spector zajęli się prasą, trzymali ich 

z daleka, żeby Rachel i jej towarzystwo mogło spokojnie 

wsiąść do czarnych limuzyn. 

Przed jej posiadłością czekało jeszcze więcej dziennikarzy 

i reporterów. Wykrzykiwali pytania w kierunku przejeżdżają­

cych samochodów. 

— Rachel, czy twoja siostra...? 

— Rachel, jak twoja siostra...? 

— Panno Marron, czy pani siostra...? 

Frank zdał sobie sprawę, że nawet po tragicznej śmierci 

Nicki nie może być nikim więcej niż siostrą supergwiazdy. 

Przed wejściowymi drzwiami Rachel wysiadła z limuzyny, 

zabrała Fletchera i rzuciła się w ramiona czekającej Emmy. 

Spector i Devaney zniknęli w innych częściach domu, Frank 

został sam. 

Z reguły nie pił, ale tym razem poszedł prosto do salonu. 

W tym pokoju po raz pierwszy spotkał Nicki. Nalał sobie 

trochę soku pomarańczowego i dużo wódki. Pociągnął łyk, 

skrzywił się i zagłębił się w jednym z foteli. 

Mijały godziny, zaszo słońce, a Frank siedział bez ruchu, 

lód topniał w szklance. W ciemności rozległ się czyjś głos. 

— W porządku, Frank? 

Frank usłyszał chłopca, ale nie spojrzał na niego. 

— Tak — powiedział w końcu. — W porządku. A ty? 

173 

background image

— Mama kazała mi iść do łóżka, ale nie mogę zasnąć. Tak 

się bałem, nawet na samą myśl o tym. 

Patrzył uparcie na Franka, przyglądał mu się w pół­

mroku. 

— Frank, czy ty się czasem boisz? 

— Tak, Fletcher, boję się. 

— Naprawdę? — oczy chłopca rozszerzyły się ze zdzi­

wienia. 

Frank położył rękę na głowie chłopca, jakby chciał go 

pobłogosławić. 

— Każdy się czegoś boi, Fletcher. W ten sposób wiemy, że 

na czymś nam zależy. Kiedy boimy się to stracić. 

— A ty czego się boisz? 

Frank pogłaskał go po włosach. 

— Chyba powinieneś iść spać, stary. 

— Powiedz mi Frank, proszę — nalegał chłopiec. — Czy 

tego człowieka, który zabił Nicki? Jego się boisz? 

Frank potrząsnął głową. Tego wcale się nie bał, nawet nie 

przyszło mu to do głowy. Ten rodzaj strachu był mu właściwie 

nie znany. 

— Więc czego? — dopytywał się Fletcher. — Czego się 

boisz? 

— Boję się... odejść stąd — powiedział w końcu, potem 

wstał. — Już późno. Chcesz, żebym odprowadził cię do 

pokoju? 

— Nie, nie trzeba — stwierdził Fletcher. 

— No chodź — Frank wziął chłopca za ramię. — Pójdę 

z tobą kawałek. 

Frank, trzymając kieliszek w ręku, poprowadził chłopca 

przez ciemne pokoje na parterze do schodów w korytarzu. 

Kiedy Fletcher zaczął wchodził po schodach, na górze 

pojawiła się Rachel. 

— Chyba kazałam ci iść spać — powiedziała. 

— Właśnie idę, mamo. 

Kiedy ją mijał, uklękła i pocałowała go, patrzyła, jak idzie 

do swojego pokoju. Potem zeszła powoli ze schodów, ani na 

chwilę nie odrywając oczu od twarzy Franka. 

174 

background image

Oczy miała czerwone od płaczu, policzki zapadnięte i sza­

re. W pewnej chwili puściły jej nerwy, rzuciła się na Farmera, 

zaczęła go bić po twarzy i tułowiu. Wytrąciła mu kieliszek 

z ręki. Upadł gdzieś na podłogę i potłukł się. 

— Ty, ty... to ty sprowadziłeś cierpienie na mój dom. 

Teraz jesteś na miejscu. A gdzie byłeś wtedy? Dlaczego jej nie 

uratowałeś? 

Wymierzyła mu kolejny policzek, jej dłoń zostawiła czer­

wony ślad na jego twarzy. 

Frank uniósł ręce zasłaniając się przed jej ciosami. Nie 

walczył z nią, czekał, aż wyrzuci z siebie gniew i zmartwienie. 

— Miałeś mnie ochraniać, a ona zginęła. To mnie szukają. 

Pozwoliłeś, żeby ją zabili — z trudem nabierała tchu, uderze­

nia które zadawała stawały się coraz słabsze. — Nigdy nikomu 

nic nie zrobiła! — krzyczała Rachel. 

Jakby nie miała już sił utrzymać się na nogach, Rachel 

osunęła się na podłogę i usiadła na stopniu schodów. 

— Nigdy nikomu nic nie zrobiła — jęczała przez łzy. — 

Nigdy nikomu źle nie życzyła. Prawda? Prawda?! 

Frank skinął głową. 

— Tak — powiedział cicho. 

Rachel nie dowie się, czego życzyła jej Nicki, nie dowie się, 

że to Nicki sprowadziła śmierć do tego domu. 

Frank usiadł na stopniu obok Rachel, objął ją. Przez 

chwilę walczyła w jego objęciach, potem poddała się, złożyła 

głowę na jego ramieniu. 

— Nigdy nikogo nie skrzywdziła... Nie kochałam jej 

jak powinnam. Nie zajmowałam się nią... A ona tak mnie 

kochała — mówiła powoli jak nakręcana zabawka. 

W końcu zamilkła na dłuższą chwilę. Łzy wyschły, oddech 

uspokoił się. Frank pomyślał, że zasnęła zmęczona wyda­

rzeniami ostatnich godzin. Ale nie, niedługo znów się ode­

zwała. 

— To jeszcze nie koniec, prawda? 

— On wie, że to nie ciebie zabił — potwierdził Frank. 

— Więc wróci? 

— Możliwe — przyznał. 

175 

background image

Nie chciał jej okłamywać, nie chciał ukrywać przed nią 

ciągle istniejącego niebezpieczeństwa. 

— Oscary? — spytała. 

— Może. 

Westchnęła głęboko. 

— Kiedy byłam młodsza, kiedy byłam nikim, zakładałam 

się z przyjaciółmi o pięćdziesiąt dolarów, że pewnego dnia 

zdobędę Oscara. Rozumiesz, dlaczego to dla mnie takie 

ważne? Jeśli zobaczą, że wygrałam? — Rachel uśmiechnęła się 

sztucznie. — Jeśli dotrzymają swoich zakładów, powinnam 

zarobić sporo pieniędzy. 

— To bardzo niebezpieczne — powiedział Frank. 

— Wiem. Ale nie mogę tu siedzieć wiecznie — wzruszyła 

ramionami. — Poza tym wcale nie rozsądkiem osiągnęłam 

w życiu to, co mam. 

— Rozumiem. 

— Naprawdę? Ty? Frank Farmer? Czy tobie też się to 

zdarza? Że robisz coś, co nie ma sensu, chyba że tylko dla 

ciebie? 

Frank nie odpowiedział. 

— Założę się, że tak — powiedziała, przerywając ciszę. — 

Jeśli nie ryzykujesz, nigdy nie będziesz dobry. A ty jesteś 

dobry. 

— Staram się. 

— Nie wiem, dlaczego to wszystko mi się przytrafiło. 

Ale zdaję sobie sprawę, że to nie twoja wina — znów się 

uśmiechnęła. — Przepraszam, że cię uderzyłam. To dla­

tego, że... 

Pogłaskał ją po włosach, dał jej do zrozumienia, iż wie, że 

nic się nie stało. 

— Więc pojadę i zobaczę, czy przyznali mi Oscara. Wcale 

się nie boję. Bo mam ciebie, będziesz mnie chronił. 

Frank uśmiechnął się. 

— Tak. 

Pochylił się, żeby ją pocałować, ułożył ją na miękkim 

dywanie i nakrył ją sobą, jak ochroniarz odgradzający ją od 

złych sił nocy. 

176 

background image

Rozdział XXI 

To najważniejszy wieczór w Hollywood. Przyznanie Os­

carów to długa, kosztowna i wystawna impreza przemysłu 

rozrywkowego, jubileusz składania gratulacji. 

Na długo zanim rozpoczęła się transmisja, całe miasto 

wpadło w szał uroczystości. Kolejka limuzyn przed Pantages 

ciągnęła się kilka przecznic. Wszystkie auta zmierzały do 

czerwonego dywanu wiodącego gości na czcigodne audyto­

rium. Po obu stronach chodnika i na ulicy stali wielbiciele 

gwiazd, zebrali się tam już wczesnym rankiem, żeby zająć jak 

najlepsze pozycje. 

Policja zapełniała ulicę przed budynkiem. Obok nich stali 

ochroniarze, reporterzy telewizyjni i dziennikarze. Kiedy 

otwierały się drzwi którejś z limuzyn, odźwierny doskakiwał 

do auta, sprawdzał czy przyjechała nim jakaś gwiazda, czy 

tylko reżyser, producent albo scenarzysta. Widok każdej 

z tych znakomitości przyprawiał tłum o szaleństwo. Ludzie 

wiwatowali, wołali, flesze błyskały jak ognie karabinów. Na 

mniej ważnych gości nie zwracano najmniejszej uwagi. 

Wszyscy mężczyźni w limuzynie Rachel Marron ubrali się 

w czarne wieczorowe fraki, mieli doskonale zawiązane muszki, 

koszule bez skazy. Rachel Marron, kandydatka do nagrody, 

miała też być dziś wieczór jedną z prezenterek. Ubrała się we 

wspaniałą błyszczącą czerwono-srebrną suknię, szyję i ra­

miona miała odkryte. 

12 — Ochroniarz 

177 

background image

Widzieli wrzawę panującą przed Pantages — kamerzystów, 

światła, fotografów. Reflektory przed wejściem prawie ich 

oślepiały. 

Napięcie w samochodzie opanowało tylko mężczyzn. 

Frank zauważył, że Rachel była odprężona i zadowolona. 

— Pójdziemy prosto do Zielonej Sali, tak Frank? 

Zielona Sala to ogromny pokój na tyłach, tam czekają 

gwiazdy, aż zostaną poproszone na scenę. 

— Dobrze — potwierdził Frank. 

— Rozumiesz, Tony? — Devaney odwrócił się do olbrzy­

ma. — Rozumiesz? 

— Tony wie, co ma robić — powiedział cicho Frank. 

Tony spojrzał na niego mile zaskoczony tą niespodziewaną 

pochwałą. 

Kiedy limuzyna podjechała blisko pod próg, Rachel roze­

śmiała się beztrosko. 

— Chłopcy, chciałabym, żebyście się trochę rozluźnili. 

Nic złego się nie stanie, rozumiecie? — zamyśliła się na 

chwilę i dodała: — Chyba, że nie dostanę tej cholernej 

nagrody. 

Nikt się nie roześmiał. Patrzyła na ich napięte twarze. 

Nawet Spector nie zachowywał się tak jak zwykle. 

— Jezu — zachichotała — co za ekipa. 

Odsłoniła lusterko wmontowane w obicie samochodu 

i sprawdziła makijaż. 

— Mam to gdzieś. Nie zamierzam się dłużej martwić. 

Kiedy przyjdzie na ciebie pora, nic nie da się zrobić. Prawda, 

Farmer? 

Farmer jednak pomyślał, że spróbuje coś zrobić. Auto już 

podjechało przed dywan, wysiadł, zanim się zatrzymało. 

Stanął na chodniku i rozejrzał się. Wszędzie było pełno ludzi 

i każdy z nich mógł być potencjalnym zabójcą. 

Otworzono drzwi i ukazała się Rachel. 

— Panna Rachel Marron — oznajmił mistrz ceremonii. 

Natychmiast zapaliły się jasne światła, rozbrzmiały okla­

ski. Wyciągnęły się ku niej niezliczone ręce trzymające ksią­

żeczki na autografy. 

178 

background image

— Wszyscy życzymy ci wygranej, Rachel — mówił pro­

wadzący. 

— Dziękuję. 

Uśmiech Rachel był bardzo przekonujący, ujmujący i pro­

mienny. Spector, Devaney i Tony wysiedli i okrążyli ją, miny 

mieli jak na pogrzebie. Frank poprowadził ich do budynku, 

poza zasięg publiczności. Pierwszą próbę mieli za sobą. 

W Zielonej Sali ludzie tłoczyli się wokół baru i bufetu, 

czekali na swoją kolej, by pojawić się przed wielomilionową 

widownią. W takich przypadkach nawet najbardziej opano­

wani profesjonaliści zwykli się trochę denerwować. Niektórzy, 

bojąc się stracić kontrolę przed kamerami, pili tylko wodę 

mineralną. 

Oczy wszystkich zwracały się ku najważniejszemu elemen­

towi wystroju pokoju. Był to wielki monitor telewizyjny, który 

pokazywał, co dzieje się na scenie. Obok stał ogromny zegar, 

odliczający każdą sekundę. 

Do Rachel podszedł Skip Thomas, jeden z realizatorów 

imprezy. 

— Cześć, Rachel. Za chwilę musisz zająć się swoimi 

obowiązkami. 

Thomas miał na uszach słuchawki, pod brodą mikrofon, 

wyglądał na zabieganego i wykończonego. 

— Dobrze, Skip. 

Podał jej zadrukowaną kartkę i objaśniał, co następuje po 

kolei. Na kartce był bardzo dokładny plan dzisiejszego 

wieczoru. Każda minuta pokazu była zaplanowana, nie mar­

nowała się ani sekunda. 

— Okay — powiedział. — Najpierw najlepsze udźwięko­

wienie, potem piosenka, i ty. Dokładnie o ósmej siedem 

będziesz zapowiadać, razem z Clivem Healym. Tuż przed tobą 

będzie sufler, mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. 

Rachel skinęła głową i uśmiechnęła się. 

— Doskonale. Rozumiem. Kiedyś będziesz bardzo waż­

nym człowiekiem, Skip. 

Spojrzała na zegarek. Siódma czterdzieści trzy. 

— Clive! — zawołała do szczupłego angielskiego aktora. 

179 

background image

Healy podszedł i pocałował ją w rękę. 

— O ile mi wiadomo, mam zaszczyt odprowadzić cię na 

scenę. 

— Tak, Clive. I wcale mi się nie podoba, że jesteś ode 

mnie szczuplejszy. 

— Kamera dodaje pięć kilo, wiesz o tym — roześmiał się. 

— Dzięki, że mi przypomniałeś. 

Na scenie jakaś kobieta i mężczyzna przyjmowali nagrodę 

za najlepsze udźwiękowienie filmu. Tacy ludzie są z reguły 

nieznani, cały rok pozostają w cieniu, tylko raz pokazują się 

publicznie. Starali się wykorzystać tę niepowtarzalną okazję, 

przeciągali i tak długą, nieco krępującą mowę, w której 

dziękowali za wyróżnienie. 

— Rachel — zawołał Skip. — Jeszcze ta piosenka i wcho­

dzisz. 

— Wiem. 

Nadszedł czas, aby Frank zabrał się do pracy. 

— Rozejrzę się — powiedział Tony'emu. — Zaraz do niej 

wrócę. Uważaj na wszystko. 

Tony skinął głową. Frank poszedł korytarzem łączącym 

Zieloną Salę ze sceną. Wszędzie byli ludzie, mężczyźni we 

frakach, technicy w dżinsach i adidasach, tancerze w dziwacz­

nych kostiumach, czekający na wyjście na scenę. Był tam także 

Portman. 

— Co tu robisz? — spytał Frank. 

— Pracuję — odpowiedział Portman. 

— Dla kogo? 

— Dla niego — Portman wskazał na monitor. 

Gospodarz przedstawienia, znany na całym świecie aktor, 

John Reardon, właśnie zapowiadał następny pokaz. 

— To krótka sprawa — wyjaśnił Portman, obserwu­

jąc swojego pracodawcę, który błaznował przed publicz­

nością — ale dochodowa. Słuchaj Frank, przepraszam 

z powodu Miami. Wiesz, w zasadzie nic się nie stało. 

Było mi przykro. Chciałem się jakoś wytłumaczyć, ale 

zniknąłeś. 

— Czasami tak bywa — Frank wzruszył ramionami. 

180 

background image

John Reardon zszedł ze sceny, otarł czoło chusteczką. 

Spojrzał na swojego ochroniarza, Portman wyprostował się, 

poprawił muszkę i mrugnął porozumiewawczo do Franka. 

— Czas wracać do pracy — powiedział. — Zobaczymy się 

pewnie na balu u gubernatora. 

Farmer obserwował, jak odchodzi, podniósł rękę do ust 

i odsłonił nadajnik. 

— Tony? Jesteś tam? 

— Tak, Frank — natychmiast usłyszał odpowiedź. 

— Tony — powiedział spokojnie Frank — mam przeczu­

cie, że to dziś. Wydaje mi się, że facet zaatakuje przed 

kamerami. 

— Zwariowałeś? To szaleństwo. 

— Tak zachowałby się maniak. A ten człowiek chce, żeby 

to tak wyglądało. Tylko że on nie jest maniakiem. Jest bardzo 

przebiegły. Potrzebuję twojej pomocy. 

W tej chwili nie rywalizowali już ze sobą. 

— Jestem z tobą, Frank. 

Dźwiękowiec puknął Franka w ramię. 

— Nie możesz tego używać — powiedział zdyszany i wku­

rzony. — Twoja częstotliwość zakłóca działanie mikrofonów. 

Musisz to rozłączyć. 

— Ale... 

— Nie ma żadnych ale — uciął stanowczo technik. 

Niechętnie Frank wyłączył nadajnik. Teraz był sam, sam 

jeden wśród morza ludzi. 

background image

Rozdział XXII 

Frank wrócił do Zielonej Sali. Rachel tylko raz spojrzała 

na niego, a jej spokój zniknął, zupełnie jakby przekazał jej 

swoje zdenerwowanie. Nagle zaczęła się bać, przeraziło ją to, 

co mogło się zaraz wydarzyć. Bała się, że najbliższe minuty 

okażą się jej ostatnimi. 

— Co się stało? — spytała. 

Zanim Frank zdążył odpowiedzieć, wpadł na nich Skip 

Thomas. 

— Rachel, Clive, już wychodzicie. 

Frank i Tony stanęli obok Rachel. 

— Nie przesadzasz? — zapytał zirytowany Skip. — Czy 

wszyscy muszą iść? Przy drzwiach stoją nasi ludzie. Rachel, nie 

wystarczy ci jeden goryl? 

— Tony zostanie — zdecydował Frank. 

— Chcę, żeby poszedł — odpowiedziała Rachel. 

Wolała mieć przy sobie wszystkich. Im większa ochrona, 

tym lepsza. 

Clive Healy ujął Rachel pod rękę. Wyglądał na spokojnego 

i opanowanego. 

— Chodźmy, moja droga, rozjaśnijmy ten wieczór. 

Rachel zmusiła się do uśmiechu i poszła za Frankiem na 

scenę. Tony szedł z tyłu. 

Healy wyczuł jej napięcie. Uspokajająco pogłaskał ją po 

dłoni. 

182 

background image

— Spróbuj się odprężyć, Rachel. Wiem, jaka musisz być 

zdenerwowana. 

Skip sprawdził, która godzina. Ósma pięć. 

— Dobrze. Uważajcie, jak będziecie szli — powiedział. — 

Ktoś rozlał trochę wody na scenie. 

John Reardon właśnie kończył swoją zapowiedź. 

— Nagrodę za najlepszą piosenkę wręczy nasz kochany 

przyjaciel z Anglii i dama, która ma wszystko: Clive Healy 

i Rachel Marron! 

We wszystkich kamerach zapaliły się czerwone lampki, 

włączono muzykę. Na olbrzymiej widowni zapanowała wrza­

wa. Clive i Rachel wyszli na oświetloną scenę. Clive uśmiech­

nął się swobodnie, idąca obok niego Rachel też starała się 

odprężyć, ale nie zdołała uśmiechem pokryć strachu i przera­

żenia. 

Kiedy weszli na podium, hałas ucichł. Tuż przed nimi stał 

elektroniczny sufler, ich kwestie wyświetlano na ekranie. 

— Rachel, moja droga — Clive zaczął czytać swoją 

kwestię — wiem, że przyszłaś tu tylko wręczyć nagrodę 

i chcesz jak najprędzej wrócić do domu. 

Przez widownię przeszła fala śmiechu, po chwili jednak 

umilkła. Ludzie czekali na ripostę Rachel. Jej słowa pojawiły 

się na ekranie, ale nie zaczęła czytać. Zapadła nieprzyjemna 

cisza. Patrzyła na publiczność, starała się coś dostrzec. 

Clive próbował naprawić sytuację. 

— Dzisiejszego wieczoru słyszeliśmy pięć wspaniałych pio­

senek, znamy nazwiska autorów i wykonawców. Niezależnie 

od tego, co sądzą inni, wiem, że ty nie masz tu swojego 

faworyta. 

Publiczność znów się roześmiała, jednak ludzie już wyczuli, 

że z Rachel dzieje się coś niedobrego. Nadal przebiegała 

oczami widownię. Czuła, że ON tam jest, stała spięta oczeku­

jąc wystrzału w ciemności... 

Healy mówił dalej. 

— Kandydatami do tytułu najlepszej piosenki są: Ścienny 

zegar

 z filmu Nasza jadalnia, autorstwa Dany S. Lee i Sary 

Spring. 

183 

background image

Healy zamilkł na chwilę, czekał, aż Rachel zacznie czytać 

swoją kwestię. Jednak nie odezwała się. 

 Zaufaj mi z filmu Wyjście z ciemności, napisana przez 

Davida Siegela i Barbarę Gordon — ciągnął niezmordowany 

Healy. — Nie mam nic z Królowej nocy, autorstwa Nancy 

Gabor, Może już wkrótce z filmu pod tym samym tytułem, 

napisana przez Anne Trop i Bena Glassa, oraz Co pamięta 

moje serce

 z Gorące i zimne, autorstwa Leslie Moraes. 

Znów nastąpiła chwila ciszy, aż wreszcie Rachel zdołała 

wykrztusić kilka linijek swojego tekstu. 

— No dobrze, Clive, sprawdźmy. Dowiedzmy się, kto 

otrzyma nagrodę. 

Clive Healy wziął kopertę, przedarł ją i wyjął kartkę. 

Rachel przypomniała sobie inne kartki, słyszała jego głos. 

MARRON, TY DZIWKO. JA NIE MAM NIC, TY MASZ 

WSZYSTKO. CZAS ŚMIERCI NADCHODZI... 

 Nie mam nic 

Rachel wstrzymała oddech, krzyknęła. 

— Zwyciężyła piosenka Nie mam nic z Królowej nocy, 

muzyka i słowa Nancy Gabor... 

Kiedy autorka szła na scenę, Rachel poczuła, że traci 

panowanie nad sobą. Zeszła z podium i zbiegła ze sceny. Za 

kulisami szybko otoczyli ją ludzie, starający się pomóc. 

— Rachel, nic ci nie jest? 

Na monitorze widzieli i słyszeli Nancy Gabor, prezentującą 

się przy mikrofonie. 

— Chciałabym podziękować Rachel Marron. Bez jej 

wsparcia, zachęty i uporu, nieznana autorka piosenek nigdy 

nie mogłaby... 

Rachel powoli dochodziła do siebie, usłyszała, jak jeden ze 

stojących za nią tancerzy mówi do drugiego: 

— Zawsze uważałem, że to wariatka. Zawsze tak mówi­

łem... 

Clive Healy zszedł ze sceny i natychmiast do niej podszedł. 

— Wszystko w porządku, Rachel? 

— Nic jej nie będzie — John Reardon objął ją ramie­

niem. — To trema. Mnie też się kiedyś zdarzyło. 

184 

background image

— Już dobrze — powiedziała. 

Otarła twarz chusteczką, odzyskiwała panowanie. Strach 

przeszedł, teraz zawstydziła się, kiedy uświadomiła sobie, jak 

się zachowała. 

— Boże, jaka ze mnie idiotka. Jezu! Co się ze mną dzieje, 

u diabła? 

Frank już przy niej był. 

— Rachel... 

— Farmer, zrobiłeś ze mnie wariatkę — przerwała mu. 

— John — powiedział Skip Thomas — wchodzisz za 

trzydzieści sekund. 

— Muszę wracać na scenę — powiedział Reardon. — Na 

pewno nic ci nie jest? 

— Dziękuję za pomoc, John. Chodź, Tony. 

Poszła do Zielonej Sali, zostawiając Franka z tyłu. 

Reardon już miał wyjść na scenę. 

— Gdzie Portman? — spytał Frank. 

— Kto? 

Reardon patrzył na zegar ścienny, uważnie obserwował 

wskazówkę sekundnika. 

— Portman. 

— Nie znam nikogo takiego. 

Włączono muzykę i Reardon wszedł w światła reflektorów. 

Rachel siedziała przed lustrem, poprawiała makijaż. 

Kipiała ze złości, że dała ponieść się nerwom i tak fatalnie 

wypadła na scenie. Podszedł Skip Thomas. 

— Rachel — powiedział — przepraszam, ale jeśli chcesz 

siedzieć na widowni, kiedy ogłoszą, kto zostanie najlepszą 

aktorką, musisz już iść. 

Gniewnie nakładała makijaż. 

— Skip, ruszam się tak szybko, jak potrafię. Na miłość 

boską, idź marudzić gdzie indziej. 

Spector postanowił uspokoić swoją gwiazdę. 

— Kochanie, wszystko w porządku. Nikt nic nie zauwa­

żył. Poza tym wszystkim tu puszczają nerwy. 

185 

background image

— Bzdura! — krzyknęła. — Sam mnie widziałeś! Farmer 

zmienił mnie w kompletną wariatkę. 

— Dzieje się coś, o czym powinnaś wiedzieć... — wtrącił 

się Frank. 

— Ona przez ciebie zwariuje. Wszyscy zwariujemy. 

— Rachel — ciągnął Frank nie zrażając się, nie dając za 

wygraną. — Wiem, kto to jest. Przyszedł tu dziś. Myślę, 

że to... 

— Zamknij się! — rzuciła w niego pędzelkiem od 

pudru. — Zamknij się, ty wariacie! Nigdy nie masz dość. 

A teraz zrobiłeś ze mnie idiotkę przed milionem ludzi! I nie 

masz dość! 

Wstała i odeszła. 

Frank złapał Tony'ego za rękaw. 

— Tony, to Portman. Pamiętasz? Facet z Miami. 

Rozdzielił ich Spector. 

— Tony, od jutra przejmujesz kontrolę. 

— Co? 

Spector rzucił Frankowi miażdżące spojrzenie. 

— Ten człowiek nie ma pojęcia o show-businessie. 

— Naprawdę? — po raz pierwszy w życiu Tony sprzeciwił 

się Spectorowi. — Ale nie jest kretynem. A ty jesteś. 

background image

Rozdział XXIII 

Zbliżała się najważniejsza część wieczoru, wzrastało napię­

cie. Za moment rozdadzą główne nagrody. Pierwszą — dla 

najlepszej aktorki, następnie dla najlepszego aktora, potem 

reżysera i w końcu dla najlepszego filmu. To najważniejsze 

chwile najbardziej uroczystej nocy w hollywoodzkim kalen­

darzu. 

Reardon zupełnie nie wyglądał na zmęczonego, wy­

dawał się odporny na napięcie wiszące w powietrzu. 

Jakby co wieczór występował przed wielomilionową pu­

blicznością. 

— Nagrodę dla najlepszej aktorki — mówił — wręczy 

człowiek, który w zeszłym roku uznany został za najwspanial­

szego aktora, dzięki roli w filmie Na wschód od Waco. Panie 

i panowie, Tom Winston! 

Winston, niesłychanie popularny aktor o nieco chłopięcym 

wyglądzie, wkroczył na scenę uśmiechnięty. Swobodnie przyj­

mował oklaski publiczności, należały mu się. 

— Dziękuję, John, dziękuję wszystkim członkom Aka­

demii — przerwał na chwilę i spojrzał na światła. 

— Wiecie — zaczął, jakby prowadził lekką rozmowę — 

moja tu obecność przywodzi mi na myśl wspaniałe wspo­

mnienia. W zeszłym roku myślałem sobie, że jakkolwiek 

cudownie jest być kandydatem do nagrody, samo zwycięstwo 

jest najmilszym wydarzeniem. 

187 

background image

Widownia wybuchnęła śmiechem, ale wszystkie pięć 

kobiet oczekujących na werdykt chciało to już mieć za 

sobą. 

— Kandydatkami do nagrody za najlepszą rolę pierwszo­

planową są: Constance Simpson występująca w Gorącym 
i zimnym

 — kamera najechała na twarz Constance Simpson. 

— Ellen Pearson za Może już wkrótce. 

I tym razem zdjęcie aktorki pojawiło się na ekranie. 

Frank już wiedział, którędy będzie przechodziła zwy­

ciężczyni. Przeszedł tyłem i usadowił się półtora metra od 

skraju sceny. Tony czuwał obok niego. 

— Rachel Marron za Królową nocy... 

Frank lustrował tłum. Zatrzymał wzrok na człowieku 

trzymającym na ramieniu kamerę. Wielki sprzęt zakrywał mu 

twarz. 

— Tony — szepnął — idź na drugą stronę. I sprawdź tego 

kamerzystę. Chyba nie powinno go tam być. 

— Rozumiem, Frank. 

Tony posłusznie poszedł, gdzie mu kazano, prosto do 

kamerzysty. 

Tom Winston skończył odczytywanie listy kandydatek. 

Nastąpiła chwila ciszy. 

Frank wyciągnął rewolwer. 

Winston wyjął kopertę. 

— Zwyciężczynią została... 

Tony puknął kamerzystę w ramię. 

— Hej, ty! Co tu robisz do cholery? 

— ...Rachel Marron za rolę w Królowej nocy\ 

Rozległy się burzliwe oklaski, ludzie krzyczeli, zagłuszali 

orkiestrę usiłującą zagrać melodię Nie mam nic. Rachel 

wyglądała na zaskoczoną. Pochyliła się, by ucałować Billa 

Devaneya i Sy Spectora. Ludzie w rzędzie za nią protekcjonal­

nie głaskali ją po ramieniu. Powoli zaczęła iść w stronę 

podium. 

Wykorzystując wrzawę i zamieszanie, Portman odwrócił 

się do Tony'ego. Bez wahania wpakował mu palce w oczy. 

Tony krzyknął i zakrył twarz dłońmi. Ostatnia rzecz jaką 

188 

background image

widział, to długa, cienka lufa tłumiku pistoletu przytwierdzona 

do ścianki kamery. 

Portman uderzył go mocno w głowę za uchem, uszkadza­

jąc nerw w czaszce. Tony poczuł piekący ból w oczach, potem 

stracił przytomność i osunął się na podłogę. 

Rachel szła już korytarzem, upajała się aplauzem 

i pochwałami. Frank obserwował, jak szła na scenę i zde­

nerwowany rozglądał się po sali. Gdzie Tony? Gdzie 

Portman? 

I nagle zobaczył go. Morderca stał w przejściu mię­

dzy krzesłami, jakieś sześć metrów od Rachel, uniósł 

kamerę. 

Ludzie wstali z miejsc, klaskali i zasłaniali Rachel przed 

jego wzrokiem. Jej głowa pojawiała się i znikała w tłumie 

innych głów, potem znów zniknęła. Portman nie mógł jej 

dobrze widzieć. Farmer nie widział Portmana. 

Zaczęła wchodzić po schodach na scenę, przez moment 

była niewidoczna w oślepiających reflektorach. Portman wśliz­

gnął się za nią w tę chmurę światła. Frank nie mógł go 

dokładnie widzieć, nie mógł też wystrzelić na oślep w widow­

nię. Rachel doszła na szczyt schodów, była teraz najbardziej 

narażona na niebezpieczeństwo. 

Frank mógł zrobić tylko jedno. Przebiegł przez scenę, 

przeskoczył parę metrów i rzucił się na nią. 

— Nie! — krzyknęła Rachel, głos jej nabrzmiał złością 

i strachem. 

Portman strzelił dwa razy, pistolet nie wydawał więcej 

hałasu niż dyskretne kaszlnięcie. Ale tłumik i tak nie miał 

znaczenia — Portman mógł zdetonowować całą laskę dyna­

mitu, nikt by tego nie usłyszał. 

Frank i kule dosięgły Rachel w tej samej chwili. Popchnął 

ją jak gracz w rugby popycha przeciwnika, wpadł na nią całym 

impetem, oboje upadli na scenę, nogi i ręce im się poplątały. 

Frank skrzywił się, kiedy poczuł, jak kule przeszywają jego 

ciało. 

189 

background image

Wybuchło istne piekło, widownia wrzała i szalała. Ze 

wszystkich stron na scenę rzucili się jacyś mężczyźni. Po­

wyciągali pistolety. Ludzie krzyczeli. Kamery telewizyjne 

kręciły się w kółko. Głos dyrektora był niespokojny, prawie 

histeryczny. 

— Puśćcie jakąś reklamę! Puśćcie reklamę! 

Rachel starała się wydostać spod swojego ochronia­

rza, uklękła obok niego. Zauważyła krew na jego koszuli, 

dotknęła — była gorąca i lepka. 

Już zebrał się nad nimi tłum ludzi. Frank poczuł, jak łapią 

go czyjeś ręce, jak ktoś odciąga go od Rachel, udało mu się 

jednak wszystkich odepchnąć. Rozglądał się po widowni, 

szukał Portmana, który cały czas musiał tam być. 

— To mój ochroniarz! Zostawcie go! Jest w porządku! — 

wołała Rachel. 

Portman chybił. Wiedział o tym już, kiedy strzelał. Teraz 

mógł jedynie wyjść niezauważony. Zaniósł swoją kamerę 

w kierunku wyjścia ewakuacyjnego, zdawał sobie sprawę, że 

ludzie nie widzą niczego poza sceną. Nikt nie zwracał na niego 

uwagi. 

Nagle przy drzwiach pojawili się strażnicy, zablokowali 

drogę. Portman zwinnie odwrócił się i poszedł w kierunku 

kulis. Miał nadzieję, że któreś z tylnych drzwi będą otwarte 

i nie pilnowane i że jakoś przejdzie. 

Wtedy poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Odwrócił się. 

Krew płynęła Tony'emu z oczu, ale rewolwer trzymał 

w pogotowiu i nie wyglądało, jakby po raz drugi dał się 

podejść Portmanowi. 

— Frank! — wrzasnął olbrzym przekrzykując ogólną 

wrzawę — Frank! Tutaj! 

Frank skoczył na równe nogi i odtrącił dwóch strażników, 

którzy się z nim siłowali. Przez moment nikt nie zasłaniał mu 

Portmana. Strzelił dwa razy. 

Obie kule trafiły w cel. Pierwsza utkwiła w sercu Port­

mana, rozrywając je na kawałki. Druga trafiła go w głowę. 

Skorupa czaszki odskoczyła od kamery nadal spoczywającej 

na jego ramieniu, odpryski poszły w widownię. 

190 

background image

Portman upadł ciężko, krew lała mu się strumieniem 

z piersi, wsiąkała w dywan obok ciała. Lufa pistoletu 

Franka nadal skierowana była na Portmana, nadal gotowa 

do strzału. Frank patrzył na trupa, jakby nie chciał odwrócić 

wzroku. 

Wtedy Rachel objęła go ramionami i przytuliła, jej gorące 

łzy mieszały się z jego krwią. 

— Zrobiłeś to — powtarzała. — Zrobiłeś to dla mnie... 

Twarz Franka była zmęczona i szara z bólu. Opuścił 

rewolwer, zamknął oczy i pozwolił, by głowa opadła mu 

na piersi. Już nic się nie stanie. Może przestać być 

czujny. 

background image

Rozdział XXIV 

Limuzyna podjechała na pas startowy lotniska i zatrzy­

mała się przed samolotem gotowym do startu. Bagażowi 

ładowali sprzęt grupy Rachel, prawie wszystko było już 

zapakowane. 

Pierwszą osobą, która wysiadła z samolotu był Ray Court. 

Wreszcie spełniło się jego marzenie: opuścił tajną policję 

i „przeszedł na swoje", dzięki Frankowi Farmerowi. Pra­

cownicy kręcili się wokół samochodu, wyjmowali z bagażnika 

walizki i szybko wnosili do samolotu. 

Court otworzył Rachel drzwi, zaraz za nią wysiedli Deva-

ney i Tony. Jedno oko Tony'ego zakryte było skórzaną 

przepaską, drugie było podeszłe krwią, ale pracowało. 

Zdrowym okiem rozejrzał się na pasie startowym i bu­

dynku. Jęknął na widok samolotu. RACHEL MARRON — 

TOURNEE '92 — głosił napis na kadłubie. Trzeba to zetrzeć. 

Nauczył się kilku rzeczy od Farmera. Court też się z nim 

zgodzi. 

W pewnej chwili zobaczył człowieka wychodzącego z bu­

dynku lotniska. 

— Hej, Frank! 

Frank Farmer ubrał się w zwyczajne dżinsy i starą roboczą 

koszulę. Tony dostrzegł bandaż opasujący przestrzelone żebra 

Franka. 

— Poprawia się coś? — spytał Farmer..— Jak oko? 

192 

background image

- Wszystko kontrolowane — powiedział Tony. — Ale 

nie będzie już idealne. 

Zablefował cios w szczękę. 

— Ty parszywcu! 
— Tony — Bill Devaney popukał znacząco w zegarek. — 

Już późno. 

— Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. 

Fletcher i Rachel stali nieco z boku, nie chcieli prze­

szkadzać. Tony zauważył ich i klepnął Franka w plecy. 

— Muszę iść. 

Fletcher roześmiał się szeroko do Franka, Rachel po­

zwoliła sobie na nieśmiały uśmiech. 

— Nie powinni cię tu wpuścić. 

Frank zaśmiał się. 

— Ochrona na tym lotnisku nie jest najlepsza. 

Rachel wzniosła oczy w niebo. 

— Ochrona, zawsze ta ochrona — przerwała na chwilę. — 

A więc porzucasz show-business... 

— Tak. 

— Szkoda. Miałeś talent. Co zamierzasz robić? 

— Myślałem, żeby pojechać do ojca — wskazał na ban­

daże. — Skończylibyśmy tę partię szachów. 

Rachel z uznaniem skinęła głową. 

— Jeśli nie będzie Fletchera, masz szanse go pokonać. 

— Chyba masz rację — Frank pogłaskał chłopca po 

włosach. 

Fletcher roześmiał się, ale w kącikach oczu Rachel poja­

wiły się łzy. 

Frank poruszył się niespokojnie. 

— Jak ci się podoba nowy ochroniarz? — spojrzał na 

Raya Courta, który przyglądał im się podejrzliwie, jakby 

obawiał się, że Frank zaraz wróci do pracy. 

Rachel uśmiechnęła się przez łzy. 

— Jest siwy, Frank. 

— Jest bardzo dobry. 

— Ale dlaczego znalazłeś mi takiego starego faceta? 

— Nie ufam ci — powiedział Frank. 

13 — Ochroniarz 

193 

background image

— No dobrze... Pocałuj mnie i kończmy z tym. 

Uścisnęli się i pocałowali lekko. 

— Pa, Rachel. 

Odwróciła się i szybko poszła do samolotu, zaczęła wcho­

dzić po schodkach do kabiny pasażerskiej. Kiedy tylko weszła, 

schodki schowały się do środka. Opadła na siedzenie obok 

Billa Devaneya. 

— Nie było tak źle, prawda? 

Silniki weszły na wyższe obroty, śmigło zaczęło się kręcić. 

Rachel wyjrzała przez okno i patrzyła na Franka ciągle 

stojącego na pasie startowym. Obserwował, jak mały samo­

locik odjeżdża, wywozi ją z jego życia. 

Rachel oparła się i zamknęła oczy. Nagle usiadła i sięgnęła 

do torebki. 

— Poczekajcie — powiedziała. 

Steward nie mógł ustawić schodków tak szybko, jak 

by sobie życzyła. Skoczyła pół metra na ziemę, zachwiała 

się, kiedy spadła na beton, wiatr targał jej włosy i ubranie. 

Nie zatrzymała się, tylko pobiegła do Franka, rzuciła mu 

się w ramiona. Całowali się namiętnie, złączyli usta. Nie 

przejmowali się, że w każdym oknie pojawiła się ciekawska 

twarz. 

Wreszcie Rachel powoli odsunęła się od niego. Oczy znów 

miała mokre od łez. 

— Pamiętasz, jak mi powiedziałeś, że możesz poświęcić 

dla mnie życie? 

— Rachel... 

— Wtedy nie uwierzyłam ci. Nikt nie mówi takich rzeczy 

poważnie. Ale nie ty, Frank. Ty to zrobiłeś. Zaryzykowałeś dla 

mnie własnym życiem. 

Frank chciał coś powiedzieć, ale położyła mu palec na 

ustach, nie dała mu dojść do słowa. 

— Nic nie mów. Nie chcę słyszeć tych bzdur o wykonywa­

niu swoich obowiązków. Zrobiłeś coś więcej niż uratowanie mi 

życia. Pokazałeś mi, jak można żyć. I kocham cię za to. 

Przez chwilę patrzyła mu w twarz, jakby chciała go 

zrozumieć, odgadnąć jego motywy. 

194 

background image

Potem uśmiechnęła się, zdała sobie sprawę, że naprawdę 

nigdy go nie poznała. 

- No, powiedziałam ci — mówiła tak cicho, że jej słowa 

prawie ginęły w huku silników. — Nigdy nie zapomnę, jak to 

jest, kiedy mnie pilnujesz. Nigdy. 

— Ja też cię nie zapomnę — powiedział Frank. 

Wcisnęła mu coś w rękę. 

— Masz... Chcę, żebyś to zatrzymał. Jeśli będziesz mnie 

potrzebował, załóż to, a znajdę cię, gdziekolwiek będziesz. 

Przyrzekam. 

Spojrzał na rzecz, którą mu dała. Mały polerowany 

krzyżyk błyszczał w słońcu. Pocałowała go w policzek i wró­

ciła do samolotu. 

Kilka sekund później silniki pracowały na pełnych obro­

tach, Frank patrzył, jak samolocik odjeżdża na pas startowy. 

Wydawało mu się, że huk samolotu jest podobny do burzy 

oklasków... 

Trzy miesiące później Rachel dawała ostatni koncert 

swojego tournee. Występowała w Cow Palace w Kansas City. 

Ostatnie miesiące wykończyły zarówno ją jak i całą obsługę, 

ale wreszcie wszystko zbliżało się do końca, nadchodziły 

ostatnie minuty występu. 

Rachel stała samotnie na scenie, gotowa do wykonania 

ostatniej piosenki. Za kulisami widziała Tony'ego i Fletchera, 

Billa Devaneya i Raya Courta. Szybko dogadała się z nowym 

ochroniarzem, już rozumiała, jak tacy ludzie podejmują swoją 

pracę. 

Ale ciągle myślała o Franku. 

— Chcę zaśpiewać wam moją starą piosenkę — przeszła 

kilka kroków po scenie. — Wiecie, kiedyś robiło mi się przy 

niej smutno... Ale teraz już nie. 

Publiczność milczała, ludzie z zapartym tchem czekali na 

muzykę. 

— Ta piosenka przypomina mi kogoś bardzo ważnego — 

powiedziała. — To dla niego... 

195 

background image

I zaczęła śpiewać, powoli i z uczuciem, dźwięki Nie-

szczęśliwych kochanków

 wypełniły salę. 

W miesiąc po powrocie do Bend w Oregonie, Frank 

Farmer został wreszcie pokonany przez ojca, musiał pozwolić 

zadać sobie mata. Herb przez chwilę cieszył się z szachowego 

zwycięstwa nad synem, potem zapytał poważnie: 

— Co będziesz teraz robić? 

Frank nie zastanawiał się ani przez chwilę. 

— Wracam do pracy — powiedział. 

— To dobrze — uznał Herb. — Inaczej się zestarzejesz. 

Żeby dostać się z powrotem do ekipy tajnej policji chro-

niącej prezydenta, trzeba się ciężko napracować, tak samo jak 

muszą pracować sportowcy chcący przejść do wyższej ligi. 

Pierwszym zadaniem Franka było chronienie kongresmana 

z Iowy, który naraził się jakimś grubym rybom ze świata 

zorganizowanej przestępczości. 

Galen Windsor zgodził się wygłosić mowę w pewnym 

klubie w hotelu Crescent w Iowa City, mimo tego, że 

wielokrotnie otrzymywał listy z pogróżkami. 

Zanim przemówił, mowę otwierającą spotkanie wygłosił 

miejscowy ksiądz. Chciał pobłogosławić wspaniałych biznes-

menów swojego regionu i ich niezrównanego kongresmana. 

— Ojcze Niebieski, pobłogosław nas dziś, którzy zebra-

liśmy się w tym przyjacielskim gronie. Nie pozwól, aby ci 

z nas, którzy podejmą jakieś niebezpieczne zadania, podejmo-

wali się ich bez Twojej łaski. Ponieważ w duszy wszyscy 

wiemy, że nie opuszczasz nas nawet, jeśli chodzimy po 

drogach na krawędzi śmierci... 

Stojący za kongresmanem Frank Farmer patrzył na wi-

downię, lustrował każdą twarz, czujny i gotów do działania. 

— Wiemy, że nas prowadzisz i ochraniasz... Amen. 

— Amen — powiedział Frank. 

196