background image

MICHAIŁ ACHMANOW

PRZYBYSZE Z CIEMNOŚCI 2

KONTRATAK

Ответный удар

Przełożyła z rosyjskiego

Agnieszka Chodkowska-Gyurics

background image

CZYSTOŚĆ MOWY

W   jednym   z   odcinków   serialu   „Ranczo”   pracownik   ambasady   USA  zauważa,   że 

Polacy częściej mówią  OK  niż Amerykanie. To prawda. Mówimy  OK, wołamy  wow  (nie 

ukrywam, że dla mnie brzmi to wyjątkowo paskudnie), witamy się nieraz „wdzięcznym” hi

Różne rzeczy i zjawiska są cool, trendy, jazzy itp.

Nie,   nie   chcę   tutaj   jakoś   specjalnie   mirmiłować   i   rwać   włosów   z   głowy   nad 

konstrukcją naszego języka. Niezmiernie trudno uniknąć obcych wpływów, jeśli nie żyje się 

w zupełnej izolacji od świata. Tak to już jest, że obcojęzyczne słowa przenikają do mowy 

ojczystej, stając się jej częścią. Co więcej, nierzadko zdają się bardziej swojskie niż rodzime. 

Bo kto na hebel powie strug, może z wyjątkiem niektórych fachowców? Dla kogo wyrazy 

gwint, orszak, szereg, giermek, wata brzmią obco? Nie pochodzą przecież z niemieckiego, 

węgierskiego, japońskiego... Przeniknęły do języka polskiego jak najbardziej naturalnie, albo 

jako nowe określenia nowych rzeczy, albo wzbogacenie istniejącego słownictwa.

Nieodmiennie denerwuje mnie jednak robienie z mowy ojczystej zwykłego śmietnika 

- właśnie wszystkie te angielskie odzywki i silenie się na obco brzmiące terminy. Pięknie 

podsumował to Łukasz Rybarski z Kabaretu pod Wydrwigroszem podczas benefisu profesora 

Miodka,   kiedy   fantastycznie   naśladując   sposób   mówienia   naukowca,   opisywał,   jak   jeden 

wzburzony   młody   człowiek   powinien   załatwić   nieporozumienie   z   drugim   wzburzonym 

młodym człowiekiem. Cytuję: „Niechże mu on przyfasoli, przypieprzy, przypierniczy. Ale 

niechże on mu nie przykeczupia, a już nie daj Boże, nie przykeczapia!”. No właśnie... Czy 

bowiem nie lepiej zamiast coraz powszechniejszego fuck albo shit użyć naszych treściwych i 

nie mniej mocnych zwrotów? Z tego, co obserwuję, widać jednak nie. Może dlatego, że zbyt 

wielu ludziom wydaje się, że będą bardziej światowi, używając bluzgów pochodzących z 

Zachodu.

Obce,   dla   wrażliwego   ucha   niedopuszczalne   terminy   nieubłaganie   przenikają   do 

żywego, powszechnego języka i nic tego procesu raczej nie zatrzyma. Gorzej, że podobny 

obyczaj wkracza także na grunt publicystyki, a przez nią i literatury. Jako redaktor naczelny 

miesięcznika   „Science   Fiction,   Fantasy  i   Horror”   niejednokrotnie   miałem   do   czynienia   z 

tekstami,   w   których   okropnych   i   niedopuszczalnych   anglicyzmów   używano   nie   tylko   w 

dialogach (co może być czasem usprawiedliwione), ale także w zwykłej narracji, a autorzy 

background image

bywali bardzo zdziwieni uwagami  i wysuwali argument: „no bo tak się przecież mówi”. 

Podobnie jest ze stosowaniem słów wulgarnych - rodzimi autorzy sięgają po nie chętnie, 

nierzadko   ich   nadużywając.   Wulgaryzm   w   literaturze   powinien   być   środkiem   wyrazu, 

podkreśleniem i absolutnym wyjątkiem, a nie regułą. Na to też „przyszła moda od Zachoda”: 

wystarczy posłuchać dialogów w amerykańskich filmach sensacyjnych. Francuskich zresztą 

też...

Dlaczego piszę o takich zjawiskach we wstępie do książki rosyjskiego autora? Otóż 

sam przełożyłem z języka naszych wschodnich sąsiadów kilkanaście pozycji. I zauważyłem, 

że Rosjanie - przynajmniej w wypadku fantastyki - o wiele bardziej od nas dbają o własną 

mowę. Oczywiście, można bez trudu znaleźć tam obce naleciałości, jak w każdym żywym 

języku, lecz po pierwsze w wyraźnie mniejszym stopniu niż u nas, a po drugie często w 

formie „zrusycyzowanej”, przez co nie brzmią obco. Co do przekleństw i wulgaryzmów zaś... 

Język rosyjski jest w nie równie bogaty jak polski, a jednak tamtejsi pisarze nie zwykli sypać 

nimi na prawo i lewo. Bywało, że musiałem coś wyostrzać i dodawać pieprzu do tekstu, bo 

dla   polskiego   czytelnika,   nawykłego   już   do   brutalizacji   języka,   wypowiedzi   bohaterów 

brzmiałyby sztucznie i zbyt grzecznie.

Jest takie powiedzenie, że po rosyjsku można kogoś ciężko znieważyć nie używając 

słów uznanych powszechnie za obelżywe. I Rosjanie dbają, aby tak pozostało. Przekonałem 

się o tym nie tylko przy okazji tłumaczeń, ale również oglądając znakomity serial „Karny 

batalion”.   Druga   wojna   światowa,  oddział   wojska   złożony  ze   skazańców   i   wyrzutków,   a 

przecież nie „maciują” co drugie słowo, ich język jest wprawdzie prosty, nierzadko brutalny, 

ale na pewno nie sparszywiały. Zapewne w realiach życia frontowego wyglądało to o wiele 

gorzej,   jednakże   twórcy   nie   uznali   za   stosowne   epatować   widza   niepotrzebnymi 

wulgaryzmami. Bo i po co? Kto wie, sam sobie dopowie co trzeba.

Albowiem   sztuka,   w   tym   literatura,   nie   musi   absolutnie   wiernie   odwzorowywać 

rzeczywistości. Powinna dawać radość, skłaniać do refleksji, nieść jakieś przesłanie. I jeśli 

brak   usprawiedliwionej   konieczności,   nie   powinna   działać   przez   chamskie   epatowanie 

hipernaturalizmem - wszak lepiej posługiwać się raczej wdzięcznym niedopowiedzeniem.

Czego sobie i Czytelnikom życzę...

Rafał Dębski

background image

ZAŁOGA FREGATY KOMODOR LITWIN 

TRZECIA FLOTA ZSK

Paul Richard Corcoran, kapitan

Celina Praa, zastępca dowódcy okrętu

Nikołaj Tumanow, pierwszy nawigator

Oki Yamaguto, drugi nawigator

Igor Siery, pierwszy pilot

Bonifacy Santini, pilot

Ba Lin, pilot

Kirył Pielewicz, starszy oficer uzbrojenia

Robert Wentworth, strzelec

Władimir Paszyn, strzelec

Samuel Bigelow, strzelec

Kro Jasna Woda, strzelec

Sancho Fernandez, starszy inżynier

Sigurd Linder, inżynier cybernetyk

Kamil DuPress, oficer łączności

Klaus Sybel, oficer tajnych służb ZSK

background image

PROLOG

„ENCYKLOPEDIA WOJEN KOSMICZNYCH XXI WIEKU”,

NOWY JORK-LONDYN-PARYŻ-MOSKWA,

ULTRANET 2114 (16 LAT PO INWAZJI).

R

YS

 

HISTORYCZNY

Dwudziesty   pierwszy   wiek   wszedł   do   historii   jako   epoka,   w   której   zbrojna 

konfrontacja   między   państwami,   uniami   politycznymi   i   różnorodnymi   elementami 

destrukcyjnymi   rozrosła   się   do   tego   stopnia,   że   ogarnęła   początkowo   przestrzeń 

okołoziemską, a następnie cały Układ Słoneczny aż po pas asteroid i orbitę Jowisza. Takiemu 

rozwojowi sytuacji sprzyjało kilka czynników zarówno natury technicznej, jak i związanych z 

ekologią i wzrostem napięć społecznych na Ziemi. Najczęściej wymieniane są cztery z nich:

1.   Powstanie   nowych   materiałów   konstrukcyjnych   i   kompaktowego   napędu 

termojądrowego, dzięki czemu możliwe stało się swobodne przemieszczanie rakiet w obrębie 

Układu Słonecznego.

2. Ogromne zainteresowanie niezbędnymi dla rozwoju cywilizacji zasobami, złożami 

rud,  minerałów,  czystymi  metalami  i  innymi   surowcami,  w  tym  energetycznymi,  których 

źródłem mogły stać się inne planety i pas asteroid

3. Problemy demograficzne. Chociaż było jasne, że żadna z planet, w tym Mars i 

Wenus, nie nadaje się do masowej kolonizacji oraz że flota kosmiczna nie jest w stanie 

przewieźć do innych światów setek milionów, a tym bardzie, miliardów przesiedleńców, to 

jednak rozwój technologii kosmicznej stwarzał pewne możliwości. W tych czasach nadzieje 

potencjalnych emigrantów wydawały się iluzją, lecz mimo to na przeludnionej Ziemi byli 

zwolennicy teorii, że ludzkość dotrze do gwiazd i zdatnych do życia planet, a to z kole 

umożliwi ekspansję na dziewicze światy o nienaruszonych zasobach.

4. Ostatnim i najważniejszym czynnikiem była destabilizacja sytuacji politycznej i 

nieustające naciski na Rosję i mocarstwa zachodnie ze strony Chin Indii, świata arabskiego i 

pozostałych   gęsto   zaludnionych   rejonów   charakteryzujących   się   jednocześnie   niskim 

poziomem   życia.   Naciski   te   były   wzmacniane   ciągłymi   atakami   terrorystycznymi   oraz 

działaniami dysydentów antyglobalistów, odgrywających rolę piątej kolumny w najbardziej 

rozwiniętych krajach. Mocarstwa potrzebowały nowego instrumentu władzy nad światem, 

background image

nowej   metody   zwalczania   terroryzmu,   buntów   i   lokalnych   wojen,   charakteryzującej   się 

mobilnością i efektywnością. Tę właśnie rolę przejęła flota kosmiczna.

Stworzenie   w   2054   roku   Zjednoczonych   Sił   Kosmicznych   (ZSK)   było   ważnym 

etapem   na   drodze   udoskonalania   nowego   instrumentu.   ZSK   podlegały   wyłącznie   Radzie 

Bezpieczeństwa ONZ

1

, a na ich czele stała, tak samo jak obecnie, rada trzech admirałów: po 

jednym z KSZ, UEA i UE

2

. Pierwszymi dowódcami Zjednoczonych Sił Kosmicznych byli 

admirałowie Young (1991-2072), Robin (1996-2068) i Ilin (2000-2076). To oni stworzyli 

potężną organizację, która bez większych zmian przetrwała do naszych czasów, czyli ponad 

sześćdziesiąt lat. Rozdzielili pełnomocnictwa, tworząc trzy floty - w skład każdej weszło 

dwadzieścia   potężnych   krążowników   i   około   stu   okrętów   niższych   klas,   fregat   i   korwet. 

Pierwszą Flotę zgrupowano na Księżycu i w przestrzeni okołoziemskiej, bazą Drugiej Floty 

był Mars, a Trzeciej - Merkury i pas asteroid. Dość szybko w ramach ZSK powstały struktury 

pomocnicze:   korpus   desantowy   z   grupami   szybkiego   reagowania   i   małymi   okrętami 

myśliwcami,   korpus   naukowo-badawczy  i   kilka   służb:   tajne,   informacyjne,   asteroidalne   i 

układowe. Obecnie dołączyła do nich Służba Kontroli Przestrzeni Pozaukładowej, z bazą na 

Plutonie, obserwująca obrzeża naszej gwiazdy.

Jednakże w 2088 roku, sześćdziesiąt lat temu, gdy na czele ZSK stali admirałowie 

Chávez (ur. 2040), Haley (ur. 2034) i Tymochin (2037-2088), nikt nie brał poważnie pod 

uwagę możliwości wykorzystania floty wojennej do odparcia ataku z zewnątrz. Hipotetyczni 

Obcy,   „przybysze”,   „kosmici”,   pozostawali   w  sferze   rozważań   teoretycznych;   uznano,   że 

rozumne   życie   to   zjawisko   unikatowe   w   Galaktyce,   prawdopodobieństwo   kontaktu   jest 

niewiarygodnie małe, a jeśli nawet do niego kiedyś dojdzie, nastąpi to dopiero w bardzo 

odległej   przyszłości,   gdy   rozwój   transportu   kosmicznego   pozwoli   dotrzeć   do   gwiazd   i 

utworzyć kilkadziesiąt kolonii. Na razie jednak Flota utrzymywała porządek na Ziemi, w 

pasie   asteroid   i   w   Układzie   Słonecznym,   ponadto   zapewniała   ochronę   w   sytuacji   klęsk 

żywiołowych zdolnych zniszczyć planetę, takich jak upadek asteroidy, zderzenie z jądrem 

komety   czy   wzrost   twardego   promieniowania   kosmicznego   związany   z   podwyższoną 

aktywnością Słońca.

Pojawienie się bino faata na ogromnym statku kosmicznym, niosącym na pokładzie 

około   półtora   tysiąca   jednostek   bojowych,   było   wielką   niespodzianką.   Pierwszy  kontakt, 

który nastąpił 14 maja 2088 roku. był całkowicie przypadkowy: krążownik Skowronek (zob. 

1

  Przypomnijmy, że w 2012 roku ONZ została przekształcona w Ogólnoświatowy Parlament, na którego 
czele stanął pierwszy przewodniczący, a Rada Bezpieczeństwa w Komitet Układu Słonecznego zarządzany 
przez drugiego przewodniczącego. Natomiast struktury ZSK pozostały praktycznie niezmienione.

2

 KSZ - Kanada i Stany Zjednoczone; UEA - Unia Europejsko-Azjatycka skupiająca Rosję, Białoruś, szereg 
krajów kaukaskich i Gubernię Mongolską; UE - Unia Europejska.

background image

oddzielne   hasło)   rozmieszczający   radiolatarnie   nawigacyjne   za   orbitą   Jowisza   odnotował 

wzmożoną emisję promieniowania gamma, wysłał cztery MU

3

  klasy Gryf (zob. oddzielne 

hasło)   i   ruszył   w   kierunku   epicentrum.   Przyczyny   wybuchu   będącego   źródłem 

promieniowania   pozostały   niewyjaśnione;   przypuszcza   się,   że   jednostki   bojowe   faata 

zaatakowały i zniszczyły statek zwiadowczy rasy silmarri, o której brakuje wiarygodnych 

informacji. Faata przechwycili ziemski krążownik za pomocą ukierunkowanego promienia 

grawitacyjnego i podjęli próbę przyciągnięcia go do własnego okrętu; kapitan Skowronka 

wystrzelił ze swomów

4

, jednakże strumień cząstek został odepchnięty przez pole ochronne 

statku kosmicznego Obcych, podziurawił krążownik oraz jeden z myśliwców, a trzy pozostałe 

drasnął. Skowronek i myśliwce zostały przeniesione do ładowni okrętu faata jako wzorce 

obcej broni. Przeżyła tylko trójka pilotów MU: dowódca klucza, komandor podporucznik

5

 

Paul Litwin, kapitan Abigail McNeal i kapitan Richard Corcoran. Ten ostatni wkrótce zginął - 

zgodnie z wersją oficjalną na skutek odniesionych ran.

Okręt   Obcych   wykryto   dopiero,   gdy   zbliżał   się   do   orbity   Marsa.   Napływające 

komunikaty nosiły przyjacielski charakter, jednakże na spotkanie wysłano potężną flotyllę 

pod   dowództwem   admirała   Tymochina:   fregatę   admiralską   Suzdal,   ciężkie   krążowniki 

Sachalin, Pamir i Lancaster, średnie krążowniki Sydney, Newa, Fuji, Parana, Tiburón, Ren, 

Wiking i Wołga (zob. oddzielne hasła - lata wprowadzenia do służby i parametry techniczne). 

Rada   postawiła   przed   Tymochinem   następujące   zadanie:   prowadzić   negocjacje   z 

przybyszami, ale nie dopuszczać w pobliże Ziemi ich ogromnego okrętu. (Uwaga: w tym 

czasie nie były jeszcze znane szczegóły zniszczenia Skowronka; uważano, że krążownik z 

nieznanych przyczyn nie może nawiązać łączności).

Nie udało się wypełnić dyrektywy Rady Bezpieczeństwa środkami pokojowymi; faata 

dążyli do wylądowania na naszej planecie, w zamian za podpisanie przymierza obiecując 

przekazanie w ręce ludzi szeregu osiągnięć naukowych. Ponieważ zaistniały wątpliwości, czy 

ich   deklaracje   są   szczere,   Rada   Bezpieczeństwa   oraz   przywódcy   światowych   mocarstw 

potwierdzili   rozkazy   wydane   Tymochinowi.   W   dniu   3   lipca   2088,   gdy   statek   gwiezdny 

skierował się ku Ziemi, flotylla Tymochina zagrodziła mu drogę i podjęła walkę z modułami 

bojowymi wysłanymi z okrętu matki, w wyniku czego została całkowicie zniszczona; zginęło 

3

 MU - myśliwiec uniwersalny, mały wielozadaniowy pojazd kosmiczny o przeznaczeniu bojowym.

4

  Swom (z ang.  swarm  - rój, chmara) - broń wyrzucająca dużą liczbę drobnych elementów, najczęściej 
stalowych igieł lub kulek lecących z ogromną prędkością. Aby nie zaśmiecać przestrzeni metalem, w broni  
kosmicznej wykorzystywane są kryształki lodu.

5

  Stopnie   oficerskie   we   flocie   kosmicznej   utworzono   zgodnie   z   tradycją   angielskiej   i   amerykańskiej 
marynarki wojennej: podporucznik  (ensign), porucznik  (junior lieutenant),  kapitan  (lieutenant),  komandor 
(lieutenant commander),  komandor porucznik  (commander),  komandor i kontradmirał, kolejne stopnie to 
admirał i admirał floty.

background image

2026 osób - wszyscy członkowie załóg dwunastu jednostek. Zapis wydarzeń (prawie 6 minut 

transmisji) został wysłany na Ziemię jako dowód przewagi militarnej (słynna i powszechnie 

znana „Odezwa do prezydentów” - zob. Ultranet).

Jednakże   relacja   wychwalająca   zwycięstwo   okazała   się   przedwczesna.   W   trakcie 

bitwy,   nazwanej   później   Bitwą   przed   Orbitą   Marsa,   flotylla   Tymochina   ostrzelała   okręt 

Obcych z mocą stu czterdziestu megaton. Zgodnie z wersją oficjalną, pole ochronne bino 

faata   nie   było   w  stanie   całkowicie   pochłonąć   energii   wybuchu;   okręt   został   uszkodzony. 

Najprawdopodobniej przybysze (znowu zgodnie z wersją oficjalną) nie docenili rozmiaru 

szkód lub nie zdołali ich naprawić podczas lotu na Ziemię. Gdy gigantyczny okręt wylądował 

w Antarktyce, a  właściwie na  biegunie  południowym,  na pokładzie wystąpiły dodatkowe 

awarie w systemach łączności wewnętrznej i podtrzymania życia, co być może doprowadziło 

do chaosu, a nawet paniki wśród załogi.

W   tym   miejscu   należy   nadmienić,   że   ze   względu   na   ogromne   rozmiary   (6   km 

długości,   3   km   średnicy),   okręt   faata   był   de   facto   urządzeniem   grawitacyjnym.   Tylko 

nieliczne   elementy   konstrukcji,   a   wśród   nich   mechanizmy   służące   do   lądowania,   były   z 

przyczyn praktycznych nieważkie. Także niektóre windy transportowe, ładownie i wybrane 

pomieszczenia pozostawały w stanie nieważkości. Cyrkulacja powietrza odbywała się pod 

wpływem   siły   grawitacji.   Innymi   słowy,   sztuczne   ciążenie   było   podstawą   systemów 

podtrzymywania   życia,   a   awaria   generatorów   grawitacji   lub   związanych   z   nim   urządzeń 

byłaby fatalna w skutkach. (Uwaga: informacje te - pochodzące od komandora podporucznika 

Litwina - zostały potwierdzone podczas badania szczątków okrętu).

Zanim   nastąpiła   katastrofa,   Obcy   zdążyli   wysłać   nad   stolicę   i   największe   miasta 

naszej   planety   kilkadziesiąt   modułów   bojowych   uzbrojonych   w   miotacze   antymaterii. 

Jednakże   chaos   panujący   na   pokładzie   uniemożliwił   dalsze   prowadzenie   operacji   -   tym 

bardziej że Litwin i McNeal zdołali uciec z niewoli, porwać mały moduł i posługując się jego 

miotaczem,   zniszczyć   niektóre   systemy   okrętu.   Być   może   właśnie   to   doprowadziło   do 

ostatecznej katastrofy; część załogi zginęła przywalona szczątkami wewnętrznej konstrukcji, 

część zginęła w tunelach grawitacyjnych, pozostali faata udusili się, gdy została przerwana 

dostawa powietrza. W tym samym czasie moduły autonomiczne uległy samozniszczeniu, ale 

związane z tym wybuchy nie były tak silne, jak by można oczekiwać; w promieniu półtora 

kilometra od miejsca eksplozji zburzone zostały dzielnice mieszkaniowe Londynu, Brukseli, 

Pekinu, Moskwy, Buenos Aires i innych miast. (Uwaga: liczba ofiar wyniosła w przybliżeniu 

43 miliony osób. Litwin i McNeal przeżyli - udało im się uciec z okrętu).

Taki był tragiczny finał pierwszego spotkania Ziemian z obcą, aczkolwiek w pełni 

background image

humanoidalną i rozwiniętą technicznie rasą. Po upływie sześćdziesięciu lat - gdy emocje już 

ostygły,   usunięto   ostatnie   ślady   zniszczeń,   a   resztki   statku   kosmicznego   szczegółowo 

przebadano   -   można   wyciągnąć   uzasadniony   wniosek,   że   faata   przybyli   do   Układu 

Słonecznego bynajmniej nie z przyjacielską wizytą. Niniejsza publikacja ograniczona jest do 

tematyki   wojenno-historycznej,   dlatego   też   nie   będziemy   omawiać   wielu   aspektów 

cywilizacji i kultury przybyszów. Zaznaczymy tylko, że z punktu widzenia biologii są oni 

bardzo podobni do Ziemian (możliwe jest nawet krzyżowanie), nie należy jednak dać się 

zwieść   pozornej   bliskości   lub   nawet   tożsamości   -   psychologia   bino   faata   jest   całkowicie 

odmienna, a organizacja społeczna diametralnie różni się od naszej. Wystarczy zauważyć, że 

hierarchia społeczna wyróżnia dwie klasy: w pełni rozumnych (to ich dotyczy określenie 

„bino faata”) i rozumnych w ograniczonym stopniu (tak zwani „tho”), którzy z kolei dzielą się 

na   szereg   warstw   lub   podklas   -   są   to   między   innymi   robotnicy,   słudzy,   ochroniarze 

(„olkowie”) i samice zajmujące się wyłącznie powoływaniem na świat potomstwa („ksa”). 

Cywilizacja   faata,   która   przeżyła   dwa   globalne   kataklizmy   („Zaćmienia”   według   ich 

terminologii),   znajduje   się   obecnie   w   fazie   rozwoju,   a   najważniejszym   elementem   ich 

doktryny   jest   nieograniczona   ekspansja.   To   właśnie   czyni   bino   faata   niebezpiecznymi 

sąsiadami - tym bardziej że gdzieś na obrzeżach Galaktyki leżą skolonizowane przez nich 

światy.

Badanie okrętu Obcych znacznie popchnęło naprzód ziemską naukę, technologię i 

technikę wojskową. Ale nie to jest najważniejsze; najważniejsza jest wiedza o bogactwie 

zasiedlonych   światów.   Albowiem   Galaktyka   bynajmniej   nie   jest   martwa,   a   wśród 

zamieszkanych światów możemy znaleźć zarówno wrogów, jak i przyjaciół.

ROCZNIK „ANNAŁY INWAZJI”, 2118 (30 LAT PO INWAZJI).

CLAUDE MARAIS, FILOZOF, PSYCHOLOG I SOCJOLOG NA SORBONIE,

AUTOR ARTYKUŁU PRAWDA I KŁAMSTWA O INWAZJI,

ZNANEGO PÓŹNIEJ JAKO HIPOTEZA MARAIS’GO.

Trzydziesta   rocznica   Inwazji...   Ponury   jubileusz   świętowany   na   całej   Ziemi   przy 

dźwiękach fanfar, chociaż bardziej na miejscu byłby śpiew hymnów żałobnych i czytanie 

psalmów ku czci zabitych. Czterdzieści trzy miliony ludzi! Czterdzieści trzy miliony cywilów 

i dwa tysiące żołnierzy floty kosmicznej oddało życie za wolność naszej planety i naszego 

systemu! Ich krew domaga się pomsty...

Jednakże   Inwazja   zdaje   się   nam,   współczesnym,   bardzo   odległa   w   czasie,   a 

background image

bohaterowie, chociaż nie zapomniani, są postrzegani z perspektywy historycznej, niemalże 

tak samo jak od dawna martwi weterani pierwszej i drugiej wojny światowej XX wieku. 

Wszystkie   wydarzenia   przeanalizowano   i   opisano   szczegółowo   setki   razy,   a   także 

wyciągnięto z nich wnioski, jakie były do wyciągnięcia, i odniesiono korzyści, jakie można 

było odnieść - na przykład napęd międzygwiezdny.

Ogromny błąd!

Mam na myśli nie zapożyczenie osiągnięć technicznych, które otwarły nam drogę ku 

gwiazdom, lecz same zdarzenia i fakty związane z Bitwą przed Orbitą Marsa i potworną 

katastrofą. Twierdzę, że pozostało wiele niejasności i wątpliwości, a niektóre okoliczności 

cuchną dezinformacją rozsiewaną przez Zjednoczone Siły Kosmiczne. Przypomnę, że okręt 

faata badali wyłącznie specjaliści korpusu naukowo-badawczego ZSK; że miejsce katastrofy 

w pobliżu bieguna południowego po dzień dzisiejszy jest terenem zamkniętym; że ani jeden 

niezależny naukowiec - a tym bardziej dziennikarz! - nie widział szczątków na własne oczy, 

ponieważ   ogólnie   dostępne   są   jedynie   projekcje   holograficzne.   W   chwili   obecnej   w 

odniesieniu do bino faata znamy tylko jeden bezsporny fakt: wszystkie informacje o nich 

zostały ukryte w centralnym archiwum ZSK i są interpretowane wyłącznie przez wysoko 

postawionych urzędników w wygodny dla nich sposób. Chodzą słuchy, że podstawą tych 

swobodnych interpretacji jest pewne memorandum, przygotowane przez admirałów Orlando 

Cháveza i Josépha Haleya w roku 2088 po zakończeniu interesujących nas wydarzeń, lecz 

dokumentu tego także nikt nigdy nie widział, nie jest nawet dostępny w Ultranecie. Brak 

danych i - przynajmniej w moim odczuciu - jednostronność punktu widzenia upoważnia do 

zadania   szeregu   pytań   i   sformułowania   hipotez   -   co   też   zamierzam   zrobić   w   niniejszym 

artykule.

Wersja   oficjalna   nie   jest   jednorodna,   można   w   niej   wydzielić   dwie   częściowo 

sprzeczne interpretacje wydarzeń określane potocznie jako zewnętrzna i wewnętrzna. Oto 

zewnętrzna:   flotylla   Tymochina   spotyka   Obcych   przed   orbitą   Marsa   i   po   krótkich 

negocjacjach rozpoczyna walkę. Faata niszczą flotyllę, wysyłają odezwę do prezydentów, lecą 

na Ziemię i lądują na lodowcu w pobliżu bieguna południowego. Ich okręt został uszkodzony 

podczas   bitwy   z   Tymochinem.   To   wszystko,   co   możemy   wywnioskować   z   nurtu 

zewnętrznego.   Interpretacja   wewnętrzna   jest   znacznie   ciekawsza   i   bardziej   zagadkowa: 

dwadzieścia dni przed bitwą z Trzecią Flotą przybysze przypadkowo natknęli się w rejonie 

Jowisza na krążownik Skowronek, zniszczyli go i wzięli do niewoli trzech oficerów, których 

tożsamość jest powszechnie znana - byli to: komandor podporucznik Paweł Litwin (Rosjanin, 

dowódca klucza myśliwców); kapitan Abigail McNeal (Amerykanka, pilotka gryfa); kapitan 

background image

Richard Corcoran (Austriak, również pilotujący gryfa). Corcoran zginął w niewyjaśnionych 

okolicznościach, a Litwin i McNeal - razem lub osobno - zbiegli z celi i przez kilka dni 

ukrywali się przed bino faata, błądząc we wnętrzu ogromnego okrętu. Dalsze wydarzenia, po 

lądowaniu Obcych, są w wersji oficjalnej interpretowane jednoznacznie: Litwin i McNeal 

przechwytują w jednym z hangarów mały moduł bojowy, strzelają z niego, powodując dalsze 

uszkodzenia   okrętu.   Następuje   awaria   generatorów   grawitacyjnych,   przestaje   pracować 

system dostarczający powietrze na skutek czego załoga ginie, aczkolwiek Litwin i McNeal 

uchodzą   z   opresji   w   porwanym   module.   Wiodą   życie   w   dobrym   zdrowiu,   jednakże   nie 

udzielają żadnych wywiadów czy też raczej potwierdzają wersję oficjalną. A tymczasem...

A tymczasem istnieją niezaprzeczalne fakty, po których uwzględnieniu „interpretacja 

wewnętrzna” (czyli wydarzenia na pokładzie okrętu widziane oczami dwojga uwięzionych 

oficerów) staje się mocno niejasna.

Wiadomo, że Abigail McNeal nie wróciła do ojczyzny (stan Ohio), lecz zamieszkała w 

rosyjskim mieście Smoleńsk (gdzie osiadł Paweł Litwin i jego rodzice), i to nie sama, tylko z 

dzieckiem. Choć trudno jednoznacznie określić wiek niemowlęcia, z przybliżonych obliczeń 

wynika, że w chwili uwięzienia była w szóstym albo siódmym miesiącu ciąży. Niepojęte - 

przecież kobiety oficerowie desantu przechodzą stosowne badania lekarskie! Jej stan powinni 

byli zauważyć jeszcze na Skowronku - dlaczego więc tak się nie stało? Wspomniane dziecko 

(obecnie już dorosły mężczyzna) nosi nazwisko poległego Richarda Corcorana i z pewnością 

jest spokrewnione z Abigail McNeal, o czym świadczy uderzające podobieństwo. Udało nam 

się ustalić, że Paul Corcoran służy w Trzeciej Flocie, ma żonę i dwójkę dzieci, a jego rodzina 

nadal mieszka w Smoleńsku.

Można by podejrzewać, że ojcem młodego Paula Corcorana w rzeczywistości jest 

Litwin, ale to błędny domysł (Corcoran był partnerem McNeal, ponadto w obu wypadkach 

nic   nie   tłumaczy   tak   szybkiej   ciąży).   Po   kosmicznej   eskapadzie   Litwin   przyjechał   do 

Smoleńska z Abigail McNeal, jej niemowlęciem i jeszcze jedną kobietą, która została jego 

małżonką i zmarła po sześciu latach od ślubu. Była kobietą niespotykanej urody (Litwin 

utrzymywał, że jest Chilijką lub Peruwianką), nie zostawiła potomstwa, lecz była bardzo 

przywiązana do syna McNeal. Została pochował w Smoleńsku. Świadkowie twierdzą, że po 

jej śmierci Litwin pogrążył się w rozpaczy. Znalazł jednak dość sił, by kontynuować karierę 

wojskową,   uczestniczył   w   ekspedycjach   na   Baala   i   Astarte,   obecnie   jest   komodorem, 

dowódcą sztabu Pierwszej Floty.

Statki   kosmiczne   są   projektowane   z   ogromnym   marginesem   bezpieczeństwa,   co 

odnosi się przede wszystkim do systemów podtrzymywania życia. Musi to być prawdą także 

background image

w wypadku bino faata, którzy pokonują nie lata świetlne, lecz dziesiątki parseków. W jaki 

sposób Litwin doprowadził do awarii? Skąd wiedział, gdzie jest newralgiczne miejsce, w 

które   należy   uderzyć?   Jak   wydostał   się   z   więzienia   i   dlaczego   nie   został   natychmiast 

znaleziony?  Jak przechwycił moduł bojowy? I wreszcie jak mogła mu pomagać ciężarna 

McNeal?

Nonsens! Nie na darmo zaznaczyłem, że „interpretacja wewnętrzna” jest niejasna i 

niezbyt   wiarygodna.   W   dalszej   części   artykułu   przedstawię   hipotezę   rozwiewającą 

wątpliwości i odpowiadającą na postawione pytania.

Przede   wszystkim   McNeal   i   jej   dziecko.   Można   przyjąć   za   pewnik,   że   Obcych 

interesowała kwestia przedłużenia gatunku ludzkiego i że McNeal i Corcoran byli obiektami 

eksperymentów.   Prawdopodobnie   przyśpieszono   sztucznie   rozwój   płodu   McNeal,   co 

rozsierdziło Corcorana do tego stopnia, że zaprotestował i za to został zabity. W późniejszym 

okresie   ciężarna   McNeal   była   dla   Litwina   nie   pomocnikiem,   lecz   towarzyszem,   którego 

ratował kierowany poczuciem obowiązku i przyjaźnią.

W rzeczywistości pomocnikiem Litwina była nie McNeal, lecz druga kobieta, oddana 

mu duszą i ciałem. To najważniejszy punkt mojej hipotezy: dziewczyna, którą przywiózł do 

Smoleńska i z którą się ożenił, była bino faata!

Najwyraźniej miała wysoką pozycję, dzięki czemu wiedziała dużo o okręcie, jego 

uzbrojeniu i słabych punktach. Hipoteza ta wyjaśnia wszystko - i sukces ucieczki Litwina, i 

przechwycenie modułu bojowego, i powodzenie akcji dywersyjnej. Człowiek orientował się, 

co porwać i gdzie uderzyć! Obcy podpowiedzieli mu, a może nawet pomogli.

Fakt   ten,   oczywiście,   pozostał   tajemnicą.   Jest   po   temu   wiele   przyczyn:   i   honor 

munduru   ZSK,   i   duma   naszej   rasy,   i   nastroje   społeczeństwa   podzielonego   Inwazją   na 

warstwy,   grupy  i   grupki;   jedni   nienawidzą   bino   faata,   drudzy   ich   uwielbiają   i   sądzą,   że 

utraciliśmy klucz do raju, a jeszcze inni, zwani „binokami”, wierzą, że pochodzą od Obcych, 

którzy   jakoby   rozpylili   nad   Ziemią   swoją   spermę   i   zapłodnili   tysiące   kobiet.   Nonsens! 

Jednakże nawet w naszym szalonym świecie małżonka komodora Litwina zasłużyła na prawo 

do spokojnego życia w prowincjonalnym Smoleńsku. Gdyby wyszło na jaw, kim jest! Gdyby 

wyszło na jaw!... Ale umarła prawie ćwierć wieku temu, jej mąż podróżuje w kosmosie, a ja 

doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, by opublikować moją hipotezę.

Hipotezę, domysł, nic więcej! Być może kiedyś poznamy całą prawdę, jeśli niemłody 

już komodor Litwin zostawi nam notatki i jeśli jego pamiętniki nie zostaną utajnione na 

najbliższe sto lat. Mimo wszystko podzielę się swymi nieprawomyślnymi przypuszczeniami, 

które są szczególnie bliskie francuskiemu sercu. A jeśli ratunek zawdzięczamy nie potędze 

background image

naszych krążowników, nie bohaterom floty kosmicznej, nie odwadze admirała Tymochina i 

nawet nie Pawłowi Litwinowi, a jedynie kobiecie, która poświęciła wszystko dla miłości? 

Byłby to dowód, że miłość jest w Galaktyce siłą potężniejszą niż okręty bojowe i miotacze 

plazmy.

NAPIS NA PŁOCIE W POBLIŻU WIEŻY TELEWIZYJNEJ

W OSTANKINO W MOSKWIE - 2101 (13 LAT PO INWAZJI).

JESZCZE WRÓCIMY I UPUŚCIMY WAM KRWI. BINOKI.

ARCHIWUM ZJEDNOCZONYCH SIŁ KOSMICZNYCH, BAZA KSIĘŻYCOWA.

„PODSUMOWANIE”, MEMORANDUM HALEYA-CHAVEZA,

ZAPREZENTOWANE W RADZIE BEZPIECZEŃSTWA ONZ WE WRZEŚNIU 2088 R.

(3 MIESIĄCE PO INWAZJI).

ZASTRZEŻONE.

Podczas   konfliktu   zbrojnego   z   bino   faata   w   bieżącym   roku   i   przede   wszystkim 

podczas potyczki nazwanej później Bitwą przed Orbitą Marsa ZSK okazały się nie zdolne do 

odparcia celowej i zdecydowanej agresji z kosmosu. Nie dostrzegam błędów ani w ogólnych 

działaniach,   ani   w   szczególności   w   taktyce   walki   wybranej   przez   admirała   Tymochina. 

Wyniku, to jest zniszczenia dwunastu okrętów, czyli połowy Trzeciej Floty, nie można byłoby 

zmienić,   gdyby   zamiast   zastosowanego   przez   Tymochina   ataku   rakietowego   zastosować 

koncentrację   siły   ognia,   inne   manewry,   czy   uderzenie   bronią   laserową.   Uważamy,   że   w 

każdym wypadku rezultat byłby taki sam, gdyż statek matka faata miał na pokładzie około 

trzystu dużych i ponad tysiąc mniejszych modułów bojowych z miotaczami antymaterii, co o 

rząd wielkości przewyższało moc bojową całych ZSK. Nawet pomijając czynnik zaskoczenia 

- działający na naszą niekorzyść - nie byliśmy w stanie odeprzeć podobnej armady.

W   najbliższym   czasie   sytuacja   ta   ulegnie   zmianie.   Badanie   okrętu   faata   już   dał 

potężny impuls do rozwoju wszystkim gałęziom nauki i techniki i niedługo doprowadzi nas 

na   galaktyczny   poziom   wiedzy,   a   to   oznacza,   że   za   cztery   do   pięciu   lat   nie   będziemy 

bezbronni wobec dowolnej agresji, czy to ze strony bino faata, czy też innych mieszkańców 

Galaktyki. Rozpoczęliśmy już budowę nowej linii statków kosmicznych zdolnych dotrzeć do 

pobliskich gwiazd, zainicjowaliśmy budowę baz na orbicie Plutona i wypuściliśmy ponad 

pięćdziesiąt   automatycznych   sond   zwiadowczych   działających   w   obrębie   Układu 

Słonecznego; nie ma wątpliwości, że w ciągu najbliższych lat będziemy w stanie kontrolować 

background image

przestrzeń w pobliżu Słońca aż po obłok Oorta

6

.

Jednakże   rozwój   wojskowo-techniczny   wymaga   adekwatnego,   jeśli   nie   większego 

wysiłku   w   sferze   psychologii.   Uporządkujmy   wiedzę,   wymieniając   najważniejsze   punkty 

niedawnej tragedii;

-   krążownik   Skowronek   został   zniszczony   w   rejonie   Jowisza   podczas   pierwszego 

spotkania z bino faata. Zrządzeniem losu przy życiu pozostali komandor podporucznik Paweł 

Litwin i dwoje jego podwładnych, kapitan Abigail McNeal i Richard Corcoran. Zostali oni 

uwięzieni   na   okręcie   Obcych.   Corcoran   zginął   w   wyniku   eksperymentów   biologicznych, 

natomiast   McNeal   uśpiono   i   poddano   sztucznemu   zapłodnieniu.   Cel   tej   operacji   jest 

całkowicie   jasny;   skrzyżowanie   faata   z   człowiekiem   i   wyhodowanie   hybrydowej   rasy 

niewolników   (być   może   żołnierzy).   Litwinowi   udało   się   zbiec.   Za   pomocą   znalezionego 

przyrządu,  którego   pochodzenie   nie   jest  nam  znane,   nawiązał   kontakt   z  quasi-rozumnym 

intelektem   (komputerem?...   żywą   istotą?...)   odpowiedzialnym   za   sterowanie   okrętem. 

Znaczna część informacji o bino faata została zdobyta  przez Litwina od tego urządzenia 

(istoty);

- podczas drugiego starcia, gdy admirał Tymochin próbował zagrodzić przybyszom 

drogę  na  Ziemię,  jego flota  została  całkowicie  zniszczona.  Podkreślmy:  całkowicie. Trzy 

nowoczesne   rajdery,   osiem   średnich   krążowników,   fregata,   dwa   tysiące   załogi.   Nikt   nie 

przeżył. Straty bino faata (szacunkowe) - pięć lub sześć modułów bojowych;

-   statek   matka   bino   faata   skierował   się   ku   Ziemi   i   wylądował   bez   przeszkód   na 

Antarktydzie,   w   rejonie   bieguna   południowego.   (Zakładamy,   że   przybysze   potrzebowali 

dużych ilości wody). Pozyskując lód, okręt wystrzelił kilkadziesiąt modułów bojowych, które 

zajęły pozycje nad największymi ziemskimi miastami;

Litwin, ukrywający się wraz z McNeal i kobietą faata Io w jednym z tuneli, przez 

który   przebiegała   linia   komunikacyjna   qusi-rozumnego   intelektu,   utrzymuje,   że 

zmaterializowała się przed nim istota w ludzkiej postaci, znana jako Günter Foss, posługująca 

się   też   innymi   imionami   (Li   Chen,   Umkonto   Tloome,   Roy   Bunch)   i   przybierająca 

odpowiednie postacie.

Foss   przedstawił   się   jako   emisariusz   nieznanej   ludziom   kosmicznej   rasy   i 

zaproponował   pomoc.   Teleportował   pewne   urządzenie   zdolne   zniszczyć   quasi-rozum,   w 

wyniku czego statek gwiezdny przestał funkcjonować jako całość, załoga zginęła, a odłączone 

6

  Obłok  Oorta   (znany  też  pod  nazwą   obłoku  Öpika-Oorta)   -  obszar   na  obrzeżach   Układu  Słonecznego 
składający się z okruchów materii pochodzącej z okresu przed utworzeniem planet, które po zbliżeniu do 
Słońca stają się zaczątkiem komet. Odległość Obłoku od Słońca wynosi 150 j.a. Jednostka astronomiczna 
(j.a.) jest równa 149,6 min km, czyli średniej odległości Ziemi od Słońca.

background image

moduły wybuchły, zadając ogromne szkody w szeregu zaludnionych miejsc. Foss przeniósł 

Litwina i dwie jego towarzyszki w bezpieczne miejsce, a sam się ukrył.

Informacje otrzymane od Litwina, McNeal i częściowo od Io - jedynej bino faata, 

której   udało   się   przeżyć   -   zostały   starannie   zweryfikowane   przez   psychologów   oraz 

specjalistów   badających   wrak   okrętu.   Ich   prawdziwość   nie   budzi   żadnych   wątpliwości. 

Ponadto nie znamy żadnej innej przyczyny, która by spowodowała tak potężną awarię statku 

kosmicznego zdolnego pokonać drogę od obrzeży galaktycznej spirali.

Zaprezentowany przed chwilą opis sytuacji może zostać odebrany przez polityków, 

środki   masowego   przekazu   i   część   społeczeństwa   jako   klęska   działań   obronnych   ZSK   i 

dowód   naszej   nieporadności   w   chwili   agresji   z   kosmosu.   Choć   jest   to   prawda,   należy 

aktywnie walczyć  z takimi nastrojami, aby zapobiec ich negatywnym skutkom, które nie 

ulegają wątpliwości. W tym celu należy całkowicie utajnić osobę kobiety faata Io, osobę 

emisariusza   Fossa   i   decydującą   rolę,   jaką   odegrał   on   w   wydarzeniach,   oraz   dodatkowo 

przedstawionym przez nas faktom nadać inną interpretację. Oto możliwy wariant.

Chociaż   admirał  Tymochin   nie   obronił   Ziemi   przed   inwazją   z   kosmosu,   uczciwie 

wypełnił swój obowiązek i zginął bohaterską śmiercią. Podczas Bitwy przed Orbitą Marsa 

ludzie spowodowali poważne uszkodzenia okrętu Obcych, w wyniku czego faata wylądowali 

na bezludnej Antarktydzie, nie ryzykując poszukiwań wygodniejszego miejsca - na przykład 

w rejonie Moskwy,  Nowego Jorku, Paryża  czy innego dużego  miasta.  Znajdujący się na 

pokładzie okrętu komandor podporucznik Litwin wykorzystał nadarzającą się sposobność, 

przechwycił i uruchomił jeden z małych modułów bojowych, co pozwoliło zniszczyć systemy 

podtrzymywania życia. Ten sam moduł pozwolił ujść z życiem Litwinowi (i McNeal), gdy 

nadeszła katastrofa.

Zaproponowana   przez   nas   wersja   wyjaśnia   wszystkie   podstawowe   fakty   i   po 

uszczegółowieniu   powinna   być   wprowadzana   do   świadomości   społecznej   wszelkimi 

dostępnymi środkami propagandy. Tak czy inaczej flota kosmiczna wypełniła swoje zadanie! 

To   stwierdzenie   ma   być   panaceum   na   wszelkie   przejawy   fatalizmu,   panikę   oraz   próby 

zaprowadzenia chaosu i anarchii, które mogą opanować planetę w ciągu najbliższych lat. 

Sądzimy też, że należy uczcić pamięć poległych bohaterów (w pierwszej kolejności admirała 

Tymochina) wszystkimi tradycyjnymi sposobami: na niwie sztuki (książki, filmy, pomniki 

itd.),   informacji   (witryny   w   Ultranecie,   związki   i   stowarzyszenia   pamięci,   specjalne 

odznaczenia i nagrody). Dowództwo ZSK wydzieli na ten cel specjalne środki. Co zaś się 

tyczy   komandora   porucznika   Litwina,   to   został   przedstawiony   do   odznaczenia   Wieńcem 

Chwały I stopnia, a po urlopie otrzyma awans i podejmie dalszą służbę na jednym z okrętów 

background image

Trzeciej Floty.

Uwaga.   Kapitan   McNeal   (dziewiąty   miesiąc   ciąży)   przebywa   obecnie   w   szpitalu 

wojskowym bazy księżycowej ZSK. Badania wykazały, że płód jest płci męskiej; oficjalna 

wersja   głosi,   że   to   syn   poległego   Richarda   Corcorana,   z   którym   McNeal   pozostawała   w 

związku. Zgodnie z życzeniem matki otrzyma imię Paul Richard (na cześć Pawła Litwina i 

swego   domniemanego   ojca).   Jeśli   dziecko   urodzi   się   żywe,   pozostanie   pod   obserwacją 

tajnych służb ZSK. To samo dotyczy Abigail McNeal i kobiety faata, Io.

Podpisano:

Dowódca Pierwszej Floty, admirał Orlando Chávez.

Dowódca Drugiej Floty, admirał Joséph Haley.

KOMITET   BEZPIECZEŃSTWA   UKŁADU   SŁONECZNEGO.   TAJNE   SŁUŻBY 

ZSK.

DOSSIER   Nr   112/56-AD,   OBIEKT  GÜNTER  FOSS.   2121   R.   (33   LATA   PO 

INWAZJI).

ŚCIŚLE TAJNE.

IMIĘ I NAZWISKO (PSEUDONIM UŻYWANY PRZEZ OBIEKT):  Günter  Foss. 

Inne pseudonimy: Li Chen, Umkonto Tloome, Roy Bunch.

DATA URODZENIA: Nieznana. Przypuszczalny wiek: kilkaset lat.

MIEJSCE   URODZENIA:   Nieznane.   Przypuszczalnie   jedna   z   planet   Galaktyki 

zamieszkana przez rasę niehumanoidalną.

RODZICE: Nie dotyczy

NAJBLIŻSZA RODZINA: Nie dotyczy

MIEJSCE ZAMIESZKANIA: Nieznane. W 2088 roku przed Inwazją zamieszkiwał w 

kilku miejscach (Bruksela, Singapur i inne), przybierając odpowiednią postać i pseudonim.

FIKCYJNY STATUS: Piastował różne stanowiska w społeczeństwie ludzkim. Znane i 

zbadane szczegółowo zostały cztery wcielenia:

Günter  Foss   -   reporter   (specjalność:   wyszukiwanie   sensacji)   dziennika   „Kosmo-

Spiegel”. Europejczyk; portret pamięciowy i dodatkowe informacje w aneksie A;

Li   Chen   -   astronom   odbywający   staż   w   obserwatorium   Kepler,   pierwszy 

zaobserwował   wybuch   w   pobliżu   Jowisza   (wynik   starcia   faata   ze   statkiem   silmarri). 

Chińczyk; portret pamięciowy i dodatkowe informacje w aneksie B;

Umkonto Tloome - dyplomata, tymczasowy przedstawiciel Niezależnego Terytorium 

background image

Zulusów w Radzie Bezpieczeństwa. Murzyn; portret pamięciowy i dodatkowe informacje w 

aneksie C;

Roy Bunch - podporucznik, oficer łączności w sztabie singapurskiej bazy - portret 

pamięciowy i dodatkowe informacje w aneksie D.

REALNY STATUS: Emisariusz nieznanej wysoko rozwiniętej rasy (zwanej umownie 

metamorfami   lub   proteidami

7

),   posiadającej   zdolność   radykalnej   zmiany   wyglądu 

zewnętrznego   i   prawdopodobnie   także   metabolizmu   i   fizjologii.   Przyczyny   wrogości 

proteidów i bino faata dotychczas pozostają nieznane, ale ten fakt nie budzi wątpliwości. 

Podczas Inwazji emisariusz rozpoczął aktywną działalność: Li Chen sformułował hipotezę o 

pojawieniu się w Układzie Słonecznym wrogiego obcego statku; Günter Foss nadał rozgłos 

wielu sensacyjnym materiałom związanym z tym tematem; Umkonto Tloome uporczywie 

informował Radę Bezpieczeństwa o Inwazji; Roy Bunch prowadził analogiczną propagandę 

w szeregach ZSK. Celem tych działań (i być może także innych, dotychczas nie odkrytych) 

było pobudzenie sił zbrojnych Ziemi do aktywnego oporu i w rezultacie do zniszczenia bino 

faata. W praktyce akcja została zrealizowana osobiście przez emisariusza metamorfów. Po 

lądowaniu   Obcych   dostarczył   na   pokład   i   przekazał   komandorowi   podporucznikowi 

Litwinowi kontener z mikrorobotami - biomechanicznymi odpowiednikami owadów - które 

dokonały   utylizacji   tkanki   quasi-rozumnego   urządzenia   sterującego   okrętem,   co   z   kolei 

doprowadziło do zniszczenia całej załogi.

WSKAŹNIKI FIZJOLOGICZNE: Nieznane. Zdolny do zmiany rysów twarzy, wagi, 

koloru skóry. Posiada umiejętność teleportacji obiektów o masie do stu kil gramów na Ziemi i 

kilku gramów na odległości w skali kosmicznej (według zeznań komandora podporucznika 

Litwina).

WSKAŹNIKI PSYCHOLOGICZNE: Wszystkie osoby, które zetknęły się z Fossem, 

Li Chenem, Tloome’em i Bunchem, zgodnie twierdzą, że emisariusz wiarygodnie imitował 

ludzkie zachowanie i emocje; nikt z przesłuchiwanych nie żywił wątpliwości, że ma przed 

sobą człowieka. Jednakże ani wieloletnia dyskretna opieka, ani pomoc w zmaganiach z bino 

faata nie gwarantują, że emisariusz proteidów i cała jego rasa są przyjacielsko nastawieni do 

Ziemian.   Z   pewną   dozą   ostrożności   można   przyjąć   hipotezę,   że   nie   są   nam   wrodzy.   O 

pozostałych aspektach psychologicznych i motywacjach nic nie wiadomo.

UWAGI: Po likwidacji faata Foss zniknął. Można zakładać, że nadal przebywa na 

Ziemi. Jego wcześniejsze kontakty pozostają pod ścisłym nadzorem.

7

 Proteidzi - nazwa pochodzi od Proteusza, syna Posejdona, zdolnego zmieniać swą postać.

background image

KOMITET BEZPIECZEŃSTWA UKŁADU SŁONECZNEGO.

TAJNE SŁUŻBY ZSK. DOSSIER Nr 112/56-AF, OBIEKT PAUL RICHARD CORCORAN.

2123 R. (35 LAT PO INWAZJI).

ŚCIŚLE TAJNE.

IMIĘ I NAZWISKO: Paul Richard Corcoran.

DATA URODZENIA: 22 września 2088 r

MIEJSCE URODZENIA: Szpital wojskowy bazy księżycowej ZSK.

RODZICE: Abigail McNeal (zob. dossier Nr 122/56-AB), Richard Corcoran (nie żyje; 

zob. dossier Nr 122/56-AC).

UWAGI: Badania genetyczne przeprowadzone w 2088 roku natychmiast po urodzeniu 

oraz dodatkowa analiza z 2099 roku wykazały, że Paul Richard Corcoran nie jest synem 

Richarda   Corcorana.   Niektóre   cechy   szczególne   materiału   genetycznego   sugerują,   że   ze 

strony męskiej jest potomkiem bino faata (zob. dossier Nr 122/56 - AB, punkt „Eksperymenty 

przeprowadzone na kapitan McNeal na pokładzie jednostki Obcych”).

NAJBLIŻSZA   RODZINA:   Matka   -   Abigail   McNeal.   Żona   -   Wiera   Corcoran 

(nazwisko panieńskie: Kowalowa, ślub zawarty w 2114 roku). Córki - Nadieżda (ur. 2116) i 

Lubow (ur. 2117).

MIEJSCE   ZAMIESZKANIA:   UEA,   Rosja,   Smoleńsk,   dzielnica   Chołmy,   dom   94 

(wolno stojący).

STATUS: Oficer ZSK w stopniu komandora porucznika, pierwszy zastępca dowódcy 

krążownika Europa, Trzecia Flota.

PRZEBIEG SŁUŻBY:

2105-2111   -   słuchacz   Bajkonurskiej   Akademii   Kosmicznej.   Ukończył   studia   z 

wyróżnieniem. Po zakończeniu nauki otrzymał stopień porucznika.

2111-2113   -   pilot   MU   klasy   Kania,   krążownik   Tajga,   Trzecia   Flota.   W   2112   r. 

awansowany do stopnia kapitana.

2113-2114 - Wyższa Szkoła Nawigacji ZSK, Malaga. Po zakończeniu nauki otrzymał 

stopień komandora podporucznika.

2114-2117 - drugi nawigator, krążownik Czyngis-chan, Trzecia Flota.

2117 - kurs monograficzny ZSK. Specjalizacje: „Praca z załogą”, „Strategia i taktyka 

wojen kosmicznych”, „Zastosowanie robotów bojowych”.

2118-2120 - trzeci zastępca kapitana, krążownik Europa, Trzecia Flota.

2120-2122 - drugi zastępca kapitana, krążownik Europa, Trzecia Flota. W 2122 r. 

background image

awansowany do stopnia komandora porucznika.

Od   2122   r.   po   dzień   dzisiejszy   -   pierwszy   zastępca   kapitana,   krążownik   Europa, 

Trzecia Flota. Udział w operacjach zbrojnych - zob. aneks A.

Wykaz nagród i odznaczeń - zob. aneks B.

WSKAŹNIKI MEDYCZNE I PSYCHOLOGICZNE: Całkowicie zdrowy, psychika 

stabilna.   Zdecydowany,   odważny,   przejawia   inicjatywę.   Nieco   zamknięty   w   sobie. 

Szczegółowa charakterystyka i wyniki testów zob. aneks C.

UWAGI:   Zna   tajemnicę   swego   pochodzenia.   Posiada   zdolności   paranormalne 

(zdolność   do  kontaktu   myślowego),  odziedziczone  najprawdopodobniej   po  przodku  faata. 

Talentu tego nie stwierdzono u dzieci Corcorana.

„THE WASHINGTON POST’, 24 WRZEŚNIA 2120 (32 LATA PO INWAZJI).

RECENZJA MEGAPRODUKCJI „INWAZJA”.

PRODUKCJA: STAR LIGHT, HOLLYWOOD, ROSKINO MOSKWA.

PRODUCENT: K. VANDERBILT, REŻYSERIA. MICHAŁKOW.

W ROLACH GŁÓWNYCH:

CHUCK NORRIS JR., ALEKS GŁUCHOW, JACKLIN MAO,

VANESSA STRAUB, PETER VAN DAMME, OLAF LINDGREN.

W   ciągu   trzydziestu   dwóch   lat,   które   upłynęły   od   Inwazji,   tragedia   pierwszego 

międzyplanetarnego konfliktu posłużyła za osnowę kilkuset holofilmów - dokumentalnych i 

fabularnych - nie wspominając o tysiącach książek, artykułów zamieszczanych w prasie i 

Ultranecie   oraz   licznych   badaniach   przeprowadzonych   przez   naukowców,   dziennikarzy   i 

polityków. Jednakże wielkie wydarzenia mogą być przedstawione odpowiednio tylko przez 

wielkich   ludzi,   których   talent   i   siła   duchowa   są   porównywalne   ze   skalą   kataklizmu.   To 

właśnie   przypadek   omawianej   megaprodukcji,   gdyż   Korneliusz  Vanderbilt  i   Arman 

Michałkow bezsprzecznie są największymi ludźmi kina od czasów Charliego Chaplina.

Trudno jest recenzować genialne dzieła, gdyż z jednej strony arsenał pochwał jest 

ograniczony, z drugiej wszystkie przychodzące na myśl  słowa są wyświechtane jak stara 

kapota, a z trzeciej - wyszukanie i wskazanie wad jest obowiązkiem recenzenta, głęboko 

przekonanego,   że   nie   ma   miodu   bez   łyżki   dziegciu.  Ale   jak   mówią,   najbezpieczniej   jest 

podążać   przetartym   szlakiem,   dlatego   postąpię   zgodnie   z   mądrością   ludową   i   zacznę   od 

omówienia zalet, a o wadach pomówimy później.

Na   pochwałę   zasługuje   przede   wszystkim   wierność   faktom,   potwierdzona   przez 

background image

pracowników ZSK związanych z opisywanymi wydarzeniami, jak również przez uznanych 

historyków. Reżyser dał upust twórczej fantazji, łącząc wersję oficjalną z tak zwaną hipotezą 

Marais’go opublikowaną przez francuskiego naukowca w „Annałach Inwazji” w 2118 r. Jeśli 

nawet historia miłości Ziemianina i kosmitki jest całkowicie zmyślona, to wspaniale zdobi 

dzieło wielkiego mistrza, łącząc wojenno-kosmiczną tragedię światów z dramatem ludzkich 

uczuć.

Cała reszta jest całkowicie wiarygodna. W najdrobniejszych szczegółach odtworzono 

wnętrza jednostki Obcych, po których błądzi Litwin (Chuck Norris Jr.), przebieg Bitwy przed 

Orbitą   Marsa,   zagładę   krążownika   Skowronek   oraz   katastrofę   okrętu   Obcych   w   lodach 

Antarktydy.  Jednakże   największe   wrażenie   i  napięcie   emocjonalne   wywołują  nie   epizody 

walk, nie sceny liryczne z udziałem Litwina i Io (Jacklin Mao), lecz obraz lądowania Okrętu, 

gdy   gigantyczny   walec   o   wysokości   sześciu   i   średnicy   trzech   kilometrów   runął   na 

południowy ląd. Odpowiada to w pełni prawdzie historycznej: jak wiadomo podczas walki z 

flotyllą   admirała   Tymochina   (Olaf   Lindgren)   Okręt   uległ   poważnym   uszkodzeniom 

pogłębionym   przy   uderzeniu   o   powierzchnię   lodowca.   Umożliwiło   to   komandorowi 

porucznikowi Litwinowi zawładnięcie modułem bojowym, zniszczenie tablicy rozdzielczej 

systemu dystrybucji powietrza i innych niezbędnych do podtrzymania życia urządzeń.

Cóż   to   za   wspaniała   scena,   gdy   obiekt   wielkości   asteroidy,   rozbryzgując   tumany 

obłoków i rodząc huragany, pada na wieczną zmarzlinę! Gdy zapada się w głąb ku skalnej 

płycie skrytej pod lodem; gdy potworne fontanny pary wzbijają się w powietrze, by spaść z 

ulewnym   deszczem;   gdy  wichura   rozrywa   lodowe   pola   i   wrzuca   w   morze   lodowe   góry, 

rozgania fale na cztery strony świata - ku Ziemi Ognistej i Przylądkowi Dobrej Nadziei, ku 

Tasmanii i Nowej Zelandii! Istna apokalipsa! Tyle że - podobnie jak pozostałe rekonstrukcje 

komputerowe   -   oparta   na   materiałach   historycznych   dostarczonych   przez   ZSK.   Arman 

Michałkow   wykorzystał   też   słynne   „Orędzie   do   prezydentów”   -   nagranie   przesłane   po 

zniszczeniu flotylli Tymochina na dowód swego zwycięstwa przez bino faata do przywódców 

Rosji,   KSZ  i   innych   mocarstw.   Obecnie   wiemy  już,   że   było   to   pyrrusowe   zwycięstwo   - 

zmasowany atak rakietowy uszkodził okręt Obcych.

O aktorach można powiedzieć tylko jedno - świetnie dobrani. Oprócz wspomnianych 

już Chucka Norrisa  Jr.,  Olafa Lindgrena i Jacklin Mao w filmie udział wzięły także inne 

gwiazdy pierwszej wielkości: Aleks Głuchow, który stworzył drugoplanową, lecz przejmującą 

postać kapitana Corcorana,  Vanessa Straub  (jego ukochana, Abbie McNeal) oraz Peter  Van 

Damme,  któremu przypadło w udziale szczególnie trudne zadanie przedstawienia Obcego. 

Van   Damme  jako   przywódca   bino   faata,   bezlitosny  Yata   Opoka   Porządku,   jest   w   pełni 

background image

przekonujący. Wiarygodne źródła twierdzą, że aktor nie potrzebował nawet charakteryzacji - 

jest smukły, delikatny, ciemnowłosy, o rysach twarzy przypominających faata (wysokie czoło, 

szerokie kości policzkowe i wąski, lecz wyrazisty podbródek). Van Damme jako przywódca 

Obcych byłby może gwiazdą sezonu, gdyby nie przyćmiła go zachwycająca Jacklin Mao 

grająca   Io,   czarującą   kosmitkę   uratowaną   z   katastrofy   i   zgodnie   z   hipotezą   Marais’go 

poślubioną  przez  komandora  podporucznika  Litwina.  Duet  ten  -  mam  na  myśli  Jacklin  i 

Chucka - przedstawił namiętność tak szczerze, otwarcie, tak...

(Dalej następuje jeszcze dwadzieścia pochlebnych akapitów. Co się tyczy walk, autor 

upatruje je przede wszystkim w nadmiernym naturalizmie niektórych szczególnie okrutnych 

scen - śmierci admirała Tymochina płonącego na mostku kapitańskim fregaty Suzdal oraz 

zagłady Obcych uwięzionych na Okręcie pozbawionym systemów podtrzymywania życia. 

Pod koniec autor podejmuje ostrą polemikę ze światem dziennikarskim, którego jedna część 

uważa   hipotezę   Marais’go   za   niegodną   wzmianki   brednię,   a   druga   twierdzi,   że 

megaprodukcję nakręcono za pieniądze ZSK, by propagować wielce dyskusyjną oficjalną 

wersję wydarzeń).

NAPIS NA PŁOCIE W POBLIŻU LOTNISKA JFK,

NOWY JORK - 2120 (32 LATA PO INWAZJI).

WRÓCILIŚMY. DRŻYJCIE, PRZEKLĘCI THO! BINOKI.

ZJEDNOCZONE SIŁY KOSMICZNE, BAZA MERKURY-1.

ROZKAZ Z DNIA 7 MARCA 2125 (37 LAT PO INWAZJI).

Do Trzeciej Floty.

Niniejszym   rozkazem   zwalnia   się   komandora   podporucznika   Paula   Richarda 

Corcorana z funkcji pierwszego zastępcy dowódcy krążownika Europa, mianuje go dowódcą 

fregaty Komodor Litwin i nadaje stopień komandora.

Fregata Komodor Litwin dołączy do grupy specjalnej „37”.

Podpisano

Dowódca Trzeciej Floty, admirał Konstantyn Jumaszew

background image

1

SNY

Przestrzeń za orbitą Plutona i w systemie Baala

2125 rok

Paula  Corcorana  często  nawiedzały  sny.  Nie  zwykłe  senne widzenia,  jakie  miewa 

każdy człowiek, nie obrazy, w których przypomina o sobie przeszłość naszego ziemskiego 

bytu   skrzywiona   w   zwierciadle   śpiącego   umysłu,   lecz   coś   innego   w   żaden   sposób   nie 

związanego   ani   z   życiem   bliskich   Corcorana,   ani   z   jego   lotami   wśród   planet   i   gwiazd. 

Oczywiście śniły mu się także zwyczajne sny: przychodziła Wiera w sukni ślubnej albo małe 

Lubasza i Nadia, albo matka pochylona nad jego posłaniem, albo wujek Paweł i ciocia Io, 

albo inne osoby i krajobrazy; przychodzili i odchodzili, nie pozostawiając po sobie uczucia 

nierealności, albowiem wszyscy ci ludzie byli mu znani. Natomiast Sny - pisane właśnie tak, 

dużą literą - przypływały jakby z pustki, z nieznanych astralnych otchłani - w każdym razie 

nie pochodziły ani z przeszłości, ani z pamięci Corcorana. Czasami widział siebie z boku, 

nagiego,   wiszącego   w   ogromnym   pomieszczeniu   wśród   innych   obnażonych   ludzi   albo 

zanurzonego w jakiejś gęstej półprzezroczystej substancji; czasami rozpościerały się przed 

nim korytarze - jasno oświetlone, szerokie, bez końca; czasami wyrastały ruiny gigantycznego 

nieziemskiego miasta - budynki wzniesiono nie z kamienia, nie z metalowych konstrukcji, 

lecz jakby odlano w całości z plastiku, popękanego obecnie ze starości, pokrytego warstwą 

brązowego i pomarańczowego mchu. Bywało, że z kimś rozmawiał lub dyskutował, ale nie 

po   rosyjsku,   a   w   jakimś   dziwnym   języku,   w   myślomowie,   gdzie   słowa   i   myśli   były 

równorzędne   i   niejako   pomagały   sobie   nawzajem:   dźwięk   zlewał   się   z   obrazem,   obraz 

stanowił kontynuację niewypowiedzianych słów. Zresztą ten język był najbardziej znajomym 

elementem - język, którego nauczyła go Io, pamiętał teraz równie wyraziście jak trzydzieści 

lat   temu,   w   dniu   jej   śmierci.   Ale   o   czym   mówił,   o   czym   dyskutował?...   Najczęściej 

wspomnienie tych rozmów odchodziło razem z ulatniającym się Snem.

Jednakże   teraz   przebywał   w   milczeniu   i   ciszy.   Milczenie   i   cisza   królowały   w 

drzemiącej   świadomości   i   na   mostku   kapitańskim,   a   także   za   burtami   fregaty   Komodor 

Litwin   -   ciągnęły   się   od   orbity   Plutona   po   najdalsze   gwiazdy   jaśniejące   na   ekranie 

background image

obserwacyjnym. Corcoran nie widział gwiazd - trwała wachta Celiny Praa, traktującej swe 

obowiązki tak zazdrośnie, że kapitan mógł pozwolić sobie na drzemkę. Ze sfery miraży i 

fantomów  nadciągnął   niezwykły Sen,  który  nawiedził  go  pięć,   może   sześć  razy w  ciągu 

całego życia. Taką rzadkość warto było zobaczyć od początku do końca.

Stał w dziwnych zaroślach pod ogromnym drzewem o koronie rozpostartej jak parasol 

ze   splecionych   gałęzi   i   szerokich   liści;   otaczał   go   pierścień   innych   drzew   tego   samego 

gatunku, lecz nie tak rozłożystych, grunt pokrywała niebieskozielona trawa lub mech, a na 

czystym fioletowym niebie wisiało słońce - nie złociste jak na Ziemi, lecz pomarańczowe, 

dwukrotnie większe od ziemskiego. Takiego nieba, takiej trawy i takich drzew nie było ani na 

Baalu, ani na Astarte, ani na żadnym ze światów, które odwiedził, chociaż służąc czternaście 

lat   we   flocie   kosmicznej,   lądował   na   wielu   planetach,   a   jeszcze   więcej   widział   podczas 

projekcji   holowizyjnych.   Liczba   światów   zbadanych   od   czasu,   gdy   odkrycie   napędu 

konturowego   otwarło   drogę   do  gwiazd,   cały  czas   rosła,   ale   nie   przekroczyła   możliwości 

ludzkiej pamięci, dlatego kapitanowie i nawigatorzy mieli obowiązek znać je wszystkie na 

pamięć. Wiedział, że nigdy nie znaleziono planety z taką refrakcją w atmosferze.

Drzewa otaczające centralnego giganta utrudniały obserwację. Corcoran podskoczył 

kilka   razy   -   lekko,   zdecydowanie,   jak   to   bywa   w   snach   -   przemknął   między   dwoma 

gruzłowatymi pniami i pokręcił głową, obrzucając wzrokiem okolicę. Dziwny zagajnik rósł 

na   wierzchołku   podłużnego   pagórka.   Wokoło   rozciągała   się   równina   pokryta   tą   samą 

niebieskozieloną trawą, usiana podobnymi pagórkami o łagodnych zboczach zwieńczonymi 

drzewami   zasadzonymi   koliście,   a   może   rozmieszczonymi   tak   przez   naturę.   Równinę 

przecinała rzeka, powolna, lecz dość szeroka. Na jednym z jej brzegów widać było budynki 

lub   baraki   -   długie,   niewysokie,   białe,   przypominające   kształtem  przewróconą   pirogę.  W 

stronę jednego z nich płynęły nieśpieszną karawaną załadowane platformy, które po chwili 

niknęły w ciemnej jamie bramy. Wiozły trawę - Corcoran nie miał co do tego wątpliwości, 

chociaż z tej odległości nie mógł dokładnie obejrzeć ładunku.

Pamięć genetyczna... To, co zobaczył i poznał któryś z przodków, staje się pożywką 

dla Snów potomków... Ciocia Io, nauczycielka języka, o niczym takim nigdy nie opowiadała - 

a w każdym razie Corcoran niczego takiego nie pamiętał, mimo że pamięć miał doskonałą. 

Ale ona była tho, tylko tho, Corcoran zaś bez wątpienia pochodził od bino faata - kasty 

rządzącej, w pełni rozumnej. Tego samego zdania był Klaus Sybel, a któż może wiedzieć 

lepiej niż on? I ja - pomyślał Corcoran, cały czas pozostając w półśnie. W wieku trzydziestu 

siedmiu lat człowiek wie o sobie wystarczająco dużo, by pojąć tajemnice umysłu, duszy i 

serca.   Zwłaszcza   gdy   nie   jest   całkiem   człowiekiem...   Platformy   płynęły   i   płynęły 

background image

niekończącym  się  potokiem,   ginęły  w przepastnej   paszczy bramy  i  Corcoran   w pewnym 

momencie   odgadł,   że   widzi   fabrykę   żywności.   Czy   był   to   jego   własny   pomysł,   czy 

podpowiedziała   mu   to   pamięć   przodków?   Najprawdopodobniej   to   drugie;   w   nielicznych 

Snach,  podczas których  trafiał na planetę  z fioletowym niebem, nie  mógł  się zbliżyć  do 

budynku na brzegu. Znaczyło to, że faata, jego biologiczny ojciec, nie bywał tam i nie ocalało 

po   nim   żadne   wspomnienie   oprócz   ogólnego   widoku   -   oczywiście   zakładając,   że 

wspomnienia nie giną częściowo przy przechodzeniu na potomków. Corcoran nie wykluczał 

takiej możliwości, ale też nie miał na jej poparcie żadnych dowodów - ani on, ani Sybel.

Mimo wszystko spróbował zrobić krok w stronę fabryki nad rzeką, jednak rezultat był 

taki sam jak zawsze: Sen się urwał. Ostatecznie dowódcę obudził mentalny impuls biegnący 

od Celiny Praa.

- Kapitanie!

Uniósł powieki, rzucił wzrokiem na ekran obserwacyjny, potem na panel sterowania, 

przy którym siedział Santini. Unosił się nad nim srebrzysty miraż z pływającymi w głębi 

ciemnymi   symbolami   glifów

8

  Przejście   od   Snu   do   jawy   było   nieoczekiwane,   ale   takie 

przeskoki dawno już przestały szokować Corcorana; miał nadzwyczajnie stabilną psychikę.

- Kapitanie, sygnał od okrętu flagowego. Pełna gotowość za dwadzieścia minut. - Głos 

Celiny był równy, bez śladu zdenerwowania; nie pierwszy raz przechodzili przez limbus

9

.

- Widzę. Wszyscy na stanowiska bojowe.

Celina   Praa   przekazała   mu   dowodzenie.   Była   dobrym   zastępcą,   niezawodnym, 

kompetentnym   i   najprawdopodobniej   zdolnym   do   czegoś   więcej   niż   służba   na   fregacie 

zwiadowczej. „Pierwszy zastępca dowódcy krążownika” brzmiałoby znacznie poważniej, a 

tutaj nie miała nawet tytułu „pierwszy” - Komodor Litwin był niewielką jednostką, zatem 

drugiego, trzeciego ani innych zastępców nie przewidziano. A jednak we wszystkich trzech 

flotach   kosmicznych   zaszczyt   służenia   w   doborowym   zespole   ceniono   bardziej   niż 

stanowisko. Corcoran odwrócił się w stronę ekranu lokalizatora. W głębi pełzły ustawione w 

luźnym   rzędzie   sylwetki   ogromnych   okrętów:   najbliższy   -   flagowiec   Europa,   na   którym 

służył jeszcze niedawno, a za nim pięć sióstr, wszystkie z tej samej serii, wszystkie na „A”, 

Azja, Ameryka, Afryka, Australia i Antarktyda. Grupa „37” - jak nazywano ją w tajnym spisie 

8

 Glify - system znaków wykorzystywanych podczas przekazywania komunikatów w przestrzeni kosmicznej. 
Wyszkolony specjalista może je czytać bezpośrednio, natomiast komputery wykorzystują je do korekty i 
odtwarzania dźwięków (języka mówionego).

9

  Limbus (z  łac.  granica,  brzeg) -  wymiar chaosu kwantowego, nieuporządkowana  część wszechświata, 
odwrotna strona materii ustrukturyzowanej w postaci Metagalaktyki. Po zanurzeniu w limbus możliwe jest 
połączenie   dwóch   punktów   (dwóch   konturów   ciała   materialnego)   w   różnych   częściach   przestrzeni 
metagalaktycznej i wykonanie natychmiastowego Przejścia między nimi. Efekt ten jest wykorzystywany 
przez wszystkie wysoko rozwinięte rasy do podróży międzygwiezdnych.

L

background image

Trzeciej Floty - lub eskadra kontrataku - jak nazywano ją oficjalnie. „37” nie było numerem 

jednostki   taktycznej,   nie   oznaczało   też   niczego   w   rodzaju   modelu   okrętu   czy   broni; 

zastosowano inną symbolikę, przypominającą, że od chwili Inwazji faata minęło trzydzieści 

siedem lat. Ponad jedna trzecia wieku; okres wystarczający do rozgryzienia tajemnicy obcego 

okrętu i stworzenia na tej podstawie własnych - nie tak wielkich, ale równie potężnych - oraz 

przeszukania okolic Słońca w promieniu trzydziestu parseków i rozmyślania o zemście. Jaka 

ona będzie, wiedział tylko Karel Vrba, komodor i dowódca grupy „37”; tylko on miał dostęp 

do   dyrektyw   Komitetu   Bezpieczeństwa   i   dokumentów   wręczonych   mu   osobiście   przez 

drugiego sekretarza. Zasadniczo eskadrą miał dowodzić Paweł Litwin, ale ludzie planują, a 

Bóg   przydziela   każdemu   jego   czas   na   ziemskim   padole...   Po   śmierci   Litwina   dowódcę 

wybierano   szczególnie   starannie,   a   Vrba   był   najlepszym   kandydatem   -   doświadczony, 

opanowany, jeszcze nie stary i gotowy wykonać każdy rozkaz. Podczas Bitwy przed Orbitą 

Marsa zginęli jego ojciec i starszy brat, nic więc dziwnego, że Vrba szczerze nienawidził 

Obcych. Nie pozwalał jednak, by emocje wpływały na decyzje.

Na   mostek   wszedł   Tumanow,   pierwszy   nawigator,   w   milczeniu   zasalutował 

kapitanowi i usiadł w fotelu przed pulpitem KAN-u

10

. Za nim jak cień wślizgnął się Klaus 

Sybel, ekspert i oficer tajnych służb ZSK. Wymienili uśmiechy z Corcoranem - ich znajomość 

trwała  już  trzydzieści  lat  z   okładem,   mogli   więc  obejść  się  bez   formalności.   Na  mostku 

fregaty   mieściło   się   nie   więcej   niż   pięć   osób   -   trzy   siedzenia-kokony

11

  przed   panelami 

sterowania, z tyłu na niewielkim podwyższeniu stanowisko kapitana i jeszcze jeden kokon, 

zapasowy, obok wyjścia. Pozostali członkowie załogi - w liczbie jedenastu - zajmowali swe 

stanowiska   w   segmencie   rezerwowego   sterowania,   w   wieżyczkach   bojowych,   w   punkcie 

łączności   dalekiego   zasięgu   i   w  maleńkim   segmencie   nazywanym   tradycyjnie   reaktorem, 

chociaż na okręcie żadnego reaktora nie było. Był za to napęd grawitacyjny przeznaczony do 

manewrów   wewnątrzsystemowych   i   rura   o   długości   stu   dwudziestu   metrów   -   szyb 

akceleratora napędu konturowego.

Nad   konsolą   pilota   znowu   przemknęła   ciemna   wiązka   znaków   zakodowanego 

komunikatu.

- Dziesięć minut do skoku, sir - szepnęła  Celina. Jej smagła twarz  o delikatnych 

wschodnich rysach zdała się Corcoranowi odlana z brązu; tylko orzechowe oczy pełne życia i 

niepokoju zdradzały, jak wielkie napięcie owładnęło kobietą.

- Raport o stanie sekcji - rozkazał, nachyliwszy się do interkomu, i wbił wzrok w 

10

 KAN - kompleks astronawigacyjny.

11

  Kokon   -   biomechaniczny   fotel-skafander   zapewniający   bezpieczeństwo   podczas   ostrych   manewrów, 
połączony z systemami sterowania silnikiem, bronią i innymi urządzeniami statku.

background image

szkarłatny   pasek   nieśpiesznie   pełznący   wzdłuż   pulpitu   kapitańskiego.   Z   lewej   strony 

umieszczono pentalion, stylizowany odcisk pięciopalcowej dłoni, w żargonie pilotów zwany 

„łapą”,   czyli   włącznik   napędu   konturowego.   Lub   bardziej   precyzyjnie,   sterującego   nim 

programu.

-   Sekcja   nawigacyjna   gotowa   -   powiedział   Tumanow,   obserwując   uważnie 

obsydianową głębię pulpitu. Tam, podporządkowane rozkazom komputera, jasno błysnęły 

dwie   gwiazdy,  Słońce   i  Baal   -  punkt  startu   i  punkt   docelowy.  Dwadzieścia  trzy  parseki, 

siedemdziesiąt sześć lat świetlnych...

- Sekcja techniczna gotowa - zadudnił w wokoderze głos Sancha Fernandeza. - Pełna 

moc na konturze za pięć i pół minuty.

Corcoran skinął głową. Szkarłatny pasek kontynuował podróż wzdłuż pulpitu. Gdy 

dojdzie   do   granicy   obok   kciuka   pentalionu,   przestrzeń   w   szybie   akceleratora   napędu 

konturowego rozjarzy się oślepiającym blaskiem. Potem - jeden ruch ręką niewyczuwalny 

wybuch elektronów w molekularnych chipach komputera i napęd konturowy przerzuci okręt 

przez pianę kwantową

12

  limbusu. Fregatę i sześć ogromnych krążowników zdolnych rozbić 

planetę i zmienić ją w okruchy i pył. Trzy tysiące dwieście osób, sześćset bojowych sokołów, 

anihilatory, roboty, miotacze plazmy, kontenery z wirulentnymi drobnoustrojami...

Jako trzeci, zgodnie z regulaminem, zaraportował Pielewicz, oficer uzbrojenia.

- Sekcja bojowa gotowa.

Kirył Pielewicz, zawinięty w kokon i podłączony do anihilatora, wisiał w komorze za 

mostkiem   sterowania,   a   podlegli   mu   czterej   strzelcy   siedzieli   w   wieżyczkach   bojowych 

sterczących nad korpusem Litwina jak półkuliste narośle. Zasadniczo nie było powodu, by 

szykować   się   do   walki   -   w   systemie   Baala,   skolonizowanym   i   zamieszkanym   od 

kilkudziesięciu lat, funkcjonowały okręty patrolujące, forty i służby wczesnego ostrzegania. 

Niemniej zgodnie z instrukcją każde wyjście ze skoku wiązało się z czerwonym alarmem

13

, 

gdyż nie było wiadomo, co czeka w kolonii - swoi z chlebem i solą czy Obcy z bombami i 

armatami. Oprócz bino faata Ziemianie poznali trzy rasy kosmiczne i trzeba przyznać, że te 

pierwsze   kontakty   nie   wzbudziły   niepokoju.   Loona   eo,   podobni   do   delikatnych   elfów, 

wyglądali   na   nastawionych   pokojowo   i   nawet   proponowali   wymianę   handlową,   lecz 

haptorowie   i   dromi   ani   nie   widzieli   w   ludziach   braci   w   rozumie,   ani   nie   darzyli   ich 

przyjaznymi uczuciami.

12

  Piana   kwantowa   -   chaotyczne   fluktuacje   cząstek   subkwantowych   w   limbusie,   „lewa   strona” 
uporządkowanego wszechświata.

13

 Alarm czerwony - pełna gotowość bojowa.

background image

Na   szczęście   ich   strefy  wpływów

14

  rozciągały  się   daleko   od   Słońca   i   pierwszych 

ziemskich kolonii.

Celina Praa odwróciła głowę, popatrzyła na Sybela siedzącego w fotelu koło wyjścia i 

zameldowała:

- Sekcja dowodzenia gotowa, kapitanie.

Z nieodgadnionych dla Corcorana powodów traktowała Sybela w sposób szczególny. 

Być może chodziło o to, że niemłody już Sybel nie był zawodowym kosmonautą, a więc 

wymagał opieki; być może Celina Praa jako kobieta musiała komuś matkować, a niewysoki 

szczupły Sybel, przypominający jednocześnie staruszka i nastolatka, nadawał się do tego celu 

lepiej   niż   jakikolwiek   inny  członek   załogi.  Tylko   się   nie   pomyl,   moja   droga   -   pomyślał 

Corcoran. Przejął okręt cztery miesiące temu i tyle samo trwała znajomość Celiny Praa z 

Sybelem, natomiast dwaj mężczyźni znali się od trzydziestu lat, a dokładniej - od trzydziestu 

jeden. Wygląd Sybela potrafił zmylić, przywodził bowiem na myśl człowieka bezbronnego, 

dobrego   z   natury,   a   nawet   nieco   infantylnego,   tymczasem   była   to   tylko   maska.   Żelazny 

człowiek z tego Sybela! I zagadkowy! Być może właśnie tajemniczość pociągała Celinę?

- Trzy minuty do startu - powiedziała, patrząc kątem ciemnego oka na glify znów 

szybujące w powietrzu.

Połowę ekranu lokalizatora bliskiego zasięgu zajmował masywny korpus Europy, za 

nim widać było niewyraźne cienie - pozostałe okręty, nie ustawione w szyku, lecz skupione 

wokół flagowca. W tym momencie wszystkimi manewrami sterował komputer Europy, co 

gwarantowało pełną synchronizację skoku i wyjście w określonym punkcie końcowym, na 

samej granicy systemu Baala, z dala od mas będących źródłami grawitacji. Zasadniczo silne 

pola grawitacyjne nie stanowiły przeszkody do zanurzenia się w limbusie, jednakże wpływały 

na dokładność skoku, rozciągając strefę końcową do kilku dni świetlnych. A czasem nawet 

miesięcy.   Sztuka   dowodzenia   polegała   na   tym,   by   po   wykonaniu   skoku   zebrać   razem 

wszystkie jednostki w ciągu godziny, a jeszcze lepiej - kilku minut.

- Przygotować się! - powiedział Corcoran. - Włączam silnik.

Szkarłatny pasek dotarł do kciuka pentalionu. Mężczyzna podniósł rękę, na chwilę 

zamarł, zamkniętymi oczami odbierając emocje członków załogi, jakby wszyscy oni skryli się 

głęboko   w   otchłani   jego   świadomości,   niewidoczni   i   milczący,   lecz   związani   z   nim 

łańcuchem impulsów mentalnych. Czuł  podniecenie Fernandeza, Praa  i Pielewicza,  pełną 

napięcia gotowość strzelców Wentwortha, Bigelowa, Paszyna i Jasnej Wody, strach władający 

DuPressem,   młodym   łącznościowcem   i   cybernetykiem   Linderem,   słyszał   modlitwę 

14

 Strefa wpływów - sektor Galaktyki, w którym dominuje jakaś rasa.

background image

powtarzaną zgodnie z tradycją pilotów i nawigatorów Tumanowa, Yamaguta, Sierego, Ba 

Lina,  Santiniego  -  I powtarzał  ją we  własnym  języku,  ale  sens był  ten  sam:  „Niech  nie 

pochłonie   nas  Wieczna   Ciemność,   niech   rozwieje   się,   roztopi,   pozwoli   zobaczyć   światło 

gwiazd  niech  strzeże  nas Władca  Pustki, Władca  Istniejącego.  Niech...”.  Modlitwa,  słaba 

niepewność były naturalną reakcją przed skokiem i tylko jeden człowiek pozostał spokojny i 

twardy jak skała. Sybel... Staruszek Klaus Sybel, znajomy od dzieciństwa, zastępujący Io, 

potem wujka Pawła, prawie krewny, lecz jakże tajemniczy.

Corcoran opuścił rękę, mocno przycisnął dłoń do pentalionu. Kapitański przywilej - 

wysłać statek w podróż przez nieskończoność limbusu. Rozpocząć daleką podróż, na skraj 

ramienia Galaktyki, do Uskoku i Nowych Światów bino faata.

Pod sklepieniem mostka zabrzmiał silny akord, coś drgnęło wewnątrz i napięło mocną 

naciągniętą strukturę, zamigotało światło, na krótką, niedostrzegalną część sekundy oślepły 

ekrany i natychmiast znowu rozbłysły. Obce niebo patrzyło na Corcorana setkami jasnych 

gwiazd. Nie było ani Pasa Oriona, ani Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy, ani Kasjopei, ani 

zodiakalnych   gwiazdozbiorów.  Ale   czy   to   niebo   na   pewno   jest   obce?...   Był   na   Baalu 

dwukrotnie, gdy docierali Europę, i pamiętał, że to skupisko gwiazd to Krzyż Maltański, a 

para obok - błękitnawa i łagodna jak oczy Maryi Dziewicy. Ci, którzy urodzili się pod ich 

czułym spojrzeniem, dawno już dorośli i zwą się nie Ziemianami, a dziećmi Baala... Nie, to 

niebo nie jest obce.

Tumanow głośno, z widoczną ulgą, wypuścił powietrze.

- Jesteśmy w wyznaczonym rejonie. Współrzędne... - przeciągnął ręką nad panelem 

sterowania KAN-u i nad pulpitem kapitana zawisła pajęczyna glifów.

W  skład   systemu   Baala   wchodziło   siedem   planet,   ale   nie   było   w   nim   gazowych 

gigantów   podobnych   do   Jowisza   ani   pasa   asteroid;   najbliżej   położony   gwiazd   świat 

przypominał   Merkurego,   drugim   był   zamieszkany   Baal   z   trzema   niewielkimi   satelitami, 

pozostałe globy wyglądały jak gigantyczne martwe kamienne bryły krążące daleko od słońca 

w   wiecznym   zimnie   i   ciemności.   Najbardziej   zewnętrzna   planeta   służyła   jako   wysunięta 

placówka obronna; umieszczono tam, wkopaną na setki kilometrów w głąb, bazę ZSK ze 

stacją wykrywania dalekiego zasięgu. Ze współrzędnych punktu końcowego wynikało, że 

eskadra   wynurzyła   się   w   odległości   pół   jednostki   astronomicznej   od   bazy,   czyli   tak   jak 

założono w obliczeniach.

- Raport - zarządził Corcoran.

Wysłuchał meldunków z wszystkich czterech sekcji, ale zanim przebrzmiały głosy 

Tumanowa, Fernandeza, Pielewicza i Praa, wiedział już, że wszystko jest w porządku: w 

background image

mentalnych impulsach członków załogi miejsce przerażenia i trwogi zajęła ulga. Pierwszą 

sondę   międzygwiezdną   wysłano   w   stronę   Alfy   Centauri   trzy   lata   po   Inwazji,   po 

rozpracowaniu   napędu   faata,   i   od   tego   czasu   w   limbusie   nie   zaginął   ani   jeden   statek   - 

wszystkie pojawiały się w miejscu przeznaczenia. Rozsądek przyjmował tę informację do 

wiadomości, lecz emocje - nie; pokonywanie gigantycznych odległości z prędkością myśli 

wciąż wydawało się magią i budziło strach. Bezwładność ludzkiej psychiki i tyle... Ziemianie 

latali do gwiazd  jedną  trzecią wieku, poznali  drobną część  galaktycznej  spirali  - żałosne 

doświadczenie, gdy porównać je z osiągnięciami starszych ras.

-  Nawigator,  podać  położenie  eskadry  - rzucił  Corcoran.  - DuPress,  łączność!  Co 

słychać?

-   Rozrzut   nie   przekracza   wartości   planowanej,   sir   -   zameldował  Tumanow.   -   Od 

fregaty   dzieli   nas   trzy   i   dwadzieścia   siedem   setnych   megametra,   najdalej   znajduje   się 

Australia, około ośmiu megametrów. Przeszliśmy zwartą grupą!

Nad pulpitem pilota przemknął pojedynczy glif, potem po krótkiej przerwie pokazały 

się jeszcze dwa.

-   Nie   zarządzono   czerwonego   alarmu   -   powiedziała   Praa.   -   Z   okrętu   flagowego 

przyszedł rozkaz, by się przybliżyć. Odległość: dwie dziesiąte megametra.

-   Pilot,   wykonać   -   rozkazał   Corcoran.   Okręt   lekko   zadrżał,   włączyły   się   silniki 

grawitacyjne.   -   Załoga   może   opuścić   kokony.   Łączność!   Kamilu,   śpisz?   Nie   słyszałem 

meldunku.

-   Przepraszam,   sir,   dostrajałem   częstotliwość,   mamy   niewielkie   zakłócenia.   - 

Porucznik DuPress był młody, ale znał się na rzeczy i emanował ogromnym entuzjazmem. - 

Na   głównej   częstotliwości   komodor   Vrba   prowadzi   rozmowy   z   bazą;   druga   i   trzecia: 

przesyłanie rozkazów, instrukcji i wiadomości osobistych do garnizonu i kolonistów. Zgodnie 

z informacjami z bazy tutaj wszystko w porządku. Chce pan posłuchać?

- Nie. Na zachodzie bez zmian - wymamrotał Corcoran po rosyjsku, potem zerknął na 

zegar   umieszczony   na   dole   konsoli   i   dodał:   -   Komandor   podporucznik   Praa,   przejmuję 

wachtę. Ba Lin, zastąpisz Santiniego, DuPress, pozostań w kontakcie. Pozostali są wolni. 

Zgodnie z planem lotu spędzimy tutaj czterdzieści dwie godziny.

- Bez opuszczania okrętu, sir? - zabrzmiał chrapliwy głos cybernetyka Lindera.

- Bez, Sigurdzie. Pospacerujesz sobie na Gondwanie.

Z komunikatora doleciało ciężkie westchnienie.

- Szkoda! Nie byłem na Baalu.

-  Nie   masz  czego   żałować,   stary -  powiedział  Tumanow,   wstając.   - To  nie   twoja 

background image

Szwecja z sosnami i dębami, tutaj rosną w piachu trzy wiechcie na krzyż, a i to za płotem, 

żeby ich ktoś przypadkiem nie rozdeptał.

Była to prawda. Minie parę stuleci, zanim pustynie Baala pokryje zieleń.

*

Paul Corcoran leżał na koi w maleńkiej kajucie kapitańskiej i spał. Sen zaczął dobrze: 

jadą   z   Wierą   i   dziewczynkami   do   Swobody,   do   smoleńskiej   Szwajcarii,   a   wśród   skał   i 

sosnowego lasu błyszczą błękitem kryształowo czyste jeziora, na czystych plażach bawią się 

ludzie i przy każdej ścieżce stoją po trzy automaty z piwem, ciastkami i zimnymi napojami. 

Byli kiedyś na takiej wycieczce, jakieś pięć lat temu, gdy po locie na Astarte awansowano go 

do   stopnia   komandora   podporucznika   i   przydzielono   mu   trzydzieści   dni   urlopu... 

Dziewczynki, Nadia i Lubasza, mogły spokojnie leżeć na tylnym siedzeniu: Nadia miała 

cztery lata, Luboczka - trzy.... jadą drogą pośród jodeł i sosen, Corcoran nie patrzy na drogę, 

to spogląda w chabrowe oczy Wiery, to odwraca się w stronę maluchów i podziwia ich figle, a 

w duszy czuł tak lekko i spokojnie, tak dobrze, nie niepokoją go żadne złe myśli. Ani o wujku 

Pawle,   który  choć   trzyma   fason,   zdrowie   ma   nie   najlepsze,   ani   o   samochodzie   ochrony 

jadącym cały czas z tyłu, ani nawet o własnej przeklętej krwi i przeklętych zdolnościach. U 

Wiery co w sercu, to na języku, ale na twarzy tylko uśmiech i radość. Niczego więcej nie da 

się tam zobaczyć. On też się cieszy. Nawet jeśli nie jest całkiem człowiekiem. Ziemianinem, 

nikt mu nie zabroni radości! Tym bardziej, że ma przy sobie to, co najważniejsze: Wierę, 

Nadieżdę i Lubow - wiarę, nadzieję i miłość.

Nieoczekiwanie sen - ten pisany małą literą - zmienia się w Sen. Jest w wielkim 

mieście wśród ogarniętego paniką tłumu; ludzie przypominający Ziemian, choć mają dziwne 

ubrania, jakby utkane ze srebrnych wstążek i jasnych gałganków miotają się po placu, a może 

jakiejś   innej   otwartej   przestrzeni   przypominającej   plac.   Miejsce   jest   ogromne,   trudne   do 

ogarnięcia wzrokiem, a mimo to ludzie nie mieszczą się. I jest ich coraz więcej - napływają 

niczym fale przypływu. Gdzieś daleko, na krawędzi placu, widzi wysokie wieże wieńczące 

budynki - te zbudowane nie z kamienia, metalu i szkła, lecz jakby odlane w całości z plastiku. 

Ludzie biegną, mkną, uciekają od tych gigantów, gniotą i odpychają się nawzajem, robią 

wszystko, by dotrzeć na sam środek placu, gdzie rośnie pagórek z ciał; rozdeptywani jęczą, 

duszą się, krwawią, ale tłum wciąż się wspina - niektórzy z wyrazem przerażenia na twarzy, 

inni z wściekłością i uporem, nie zważając na to, że łamią żebra i kruszą kości leżących.

Co to takiego?... Dlaczego?.. - myślał Corcoran, nie rozumiejąc ani przyczyny strachu, 

ani powodu ucieczki do tego miejsca pod niskim szarym niebem, gdzie nie ma ani kryjówki, 

ani osłony, gdzie można co najwyżej paść na stertę zduszonych i zdeptanych trupów. Gdy tak 

background image

rozmyślał, ziemia pod jego nogami zadrżała - raz drugi, za każdym razem silniej - a na niebie 

nieoczekiwanie   wybuchła   łuna,   blada   przypominająca   rozmazane   chmury.   Niczym 

brudnofioletowe płótno z trzepotem pokryła miasto, budynki czy też wieże zaczęły pękać i 

walić   się.   Były  bardzo   wysokie   -   miały   dwa,   może   trzy   kilometry.   Padając,   posyłały   w 

powietrze lawinę odłamków lecących we wszystkie strony. Zamęt, jęki, krzyki stały się nie do 

zniesienia,  ludzie uciekli  z domów, lecz to ich nie  uratowało:  gigantyczne wieże padały, 

ziemia drżała od uderzeń, a każdemu upadkowi towarzyszyło potworne, nieludzkie wycie 

tysięcy umierających i rannych. Corcoran - bezradny, zduszony przez tłum, wleczony to w 

jedną,   to   w   drugą   stronę   -   niemalże   fizycznie   czuł   wiszące   nad   placem   przerażenie. 

Nieuchronność śmierci była tym straszniejsza, że zginął niejeden człowiek, nawet nie tysiąc 

ludzi, lecz cały naród; świat odchodził w niebyt, dobiegała kresu wielka cywilizacja, a na jej 

miejsce nadciągały ciemne wieki chaosu.

Potworne uderzenie w skroń, ból pod sercem, krew płynąca z ust... Zimno, ciemność, 

zapomnienie...

Jęknął i obudził się.

Obok   koi   zgięty,   niemal   dotykając   brodą   kolan,   siedział   Klaus   Sybel.   Wzrok 

Corcorana   przemknął   po   sylwetce   mężczyzny   i   zatrzymał   się   na   zegarze.   Czwarta 

dwadzieścia, wachta Okiego Yamaguta, drugiego nawigatora... Na fregacie spokój... Sny, nad 

którymi Corcoran nie panował, przenosiły go na Ziemię albo w inne miejsca, czyniąc widzem 

i uczestnikiem dziwnych i dawno zapomnianych wydarzeń, lecz gdy tylko otworzył oczy, z 

powrotem czuł się kapitanem. Osobą odpowiedzialną za załogę i okręt, za życie piętnastu 

osób. To było najważniejsze. W każdym razie wtedy, kiedy znajdowali się w kosmosie.

Usiadł, spuścił nogi z koi, zakaszlał i powiedział:

- Yamaguto, raport. - Głos miał spokojny.

- Nic nowego, kapitanie - dobiegło z wokodera. - O trzeciej trzydzieści siedem z 

flagowego   nadeszło   potwierdzenie   rozkazu,   że   mamy   iść   dotychczasowym   kursem. 

Kontynuujemy oddalanie się od granicy systemu.

Corcoran  skinął  głową.  Do następnego  skoku,  który  przeniesie  ich  na  Gondwanę, 

pozostała niecała doba. Potarł dłońmi skronie, ziewnął i wbił wzrok w ścianę. Tam, nad 

pulpitem   zapasowym   i   biurkiem   pełnym   zapisanych   kryształów   i   wszelkich   innych 

drobiazgów, wisiał portret i dwie duże fotografie. Na jednym hologramie - mama i ciocia Io, 

na drugim - Wiera z dziewczynkami. Między tymi dwoma obrazami mieściło się całe życie - 

ponad trzydzieści pięć lat. Z portretu namalowanego farbami patrzył na Corcorana wujek 

Paweł - taki, jaki był dwa lata przed śmiercią. W mesie fregaty był jeszcze jeden portret 

background image

Litwina, w mundurze i ze wszystkimi odznaczeniami, ale Corcoran niezbyt go lubił. Wujek 

Paweł był mu znacznie bliższy niż komodor Litwin, kosmonauta, desantowiec i bohater.

Sybel poruszył się na wąskim siedzeniu, podniósł głowę i zapytał:

- Ciężko ci, Paul?

- Ciężko - przyznał się Corcoran.

- Któryś z tych Snów?

- Tak. Chyba trafiłem na Zaćmienie... -  Corcoran  wzruszył ramionami. - Skąd niby 

mam wiedzieć! Było tam miasto z bardzo wysokimi domami, które padały i rozlatywały się w 

fontannach odłamków. Ludzie szukali ratunku na jakiejś odkrytej przestrzeni przypominającej 

plac,   na   darmo   jednak,   budynki   rozgniatały   ich   a   odłamki...   Widziałeś   kiedyś   salwę   ze 

swomów?... Tamto było bardzo podobne tylko w innej skali.

- Dużo było tych ludzi?

Corcoran  oszacował   rozmiar   placu   i   wysokość   wież   majaczących   na   horyzoncie. 

Zachmurzył się.

- Miliony. Pięć, może dwa razy tyle.

- Czyli to Pierwsze Zaćmienie - z pewnością w głosie oznajmił Sybel. - W okresie, 

który potem nastąpił, zaczął się niż demograficzny. Milionowe miasta już nie istniały.

Historię   rasy   faata   znano   z   informacji   zebranych   przez   Litwina   podczas 

przymusowego pobytu na okręcie Obcych. Dane były fragmentaryczne, do tego pochodziły 

nie od żywych istot, nie od Io, która nie rozumiała pojęcia historii, lecz od quasi-rozumnego 

biokomputera   sterującego   ogromnym   okrętem   gwiezdnym.   Mimo   to,   eksperci   ZSK   mieli 

niezłą   ogólną   wiedzę.   Wiedziano,   że   rozwój   cywilizacji   na   macierzystej   planecie   faata 

dwukrotnie   przerywały   globalne   kataklizmy   -   zwane   w   ich   terminologii   Zaćmieniami   - 

oddzielone   od   siebie   w   czasie   o   pięć   do   ośmiu   wieków.   Ostatnia   katastrofa,   Drugie 

Zaćmienie, wydarzyła się dwa tysiące lat temu i wśród długowiecznych faata nadal można 

było spotkać świadków tragedii.

Sybel zagryzł suche blade wargi.

- Pierwsze Zaćmienie... dwa i pół, a może nawet trzy tysiące lat temu... Oczywiście 

waszych, ziemskich. Ciekawe! Sądziłeś, że wspomnienia zacierają się podczas przekazywania 

z   pokolenia   na   pokolenie,   lecz   oto   najwyraźniej   zachowały   się   informacje   od   bardzo 

dalekiego przodka.

- Niekoniecznie - zaprotestował  Corcoran,  szczękając zamkiem kombinezonu. - Być 

może przodek był nie tyle odległy, ile długowieczny. Io mówiła na przykład że pośrednik 

Aiwe liczył prawie dwa tysiące lat.

background image

Gdy tylko to powiedział, skrzywił się - nie miał najmniejszej ochoty zaliczać Aiwe do 

swoich przodków. Sybel jak zwykle zrozumiał go bez słów i wydął w uśmiechu wąskie usta.

- W okresie między Zaćmieniami nie było długowiecznych osobników. W ciągi tych 

paru wieków żyło co najmniej piętnaście pokoleń. Nie, Paul, to dawne wspomnienia, bardzo 

dawne. Twój mózg... Corcoran wstał, wsunął koję i ze złością machnął ręką.

- Do diabła z nim, z moim mózgiem! Powiedz lepiej, dlaczego wszyscy zebrali się na 

tym przeklętym placu? Rozumiem, że chcieli uciec jak najdalej  od budynków, ale mogli 

przecież biec na pola, łąki, do lasów... jednym słowem na wieś. Co ich poniosło na plac?

Sybel, kronikarz i etatowy interpretator jego Snów, pokręcił głową.

- Lasy, łąki, pola... Przed Zaćmieniem nie było takich elementów krajobrazu! Miasto 

zajmowało dwa kontynenty w strefie umiarkowanej, a na lądach w rejonie równika uprawiano 

trawę, żeby nie zdechnąć z głodu. Wysoka trawa o dużej zawartości białka była surowcem dla 

przemysłu produkującego syntetyczną żywność.

- Skąd to wszystko wiesz? - zapytał Corcoran, a potem machnął ręką i zaczął wkładać 

buty. - Zresztą pewnie masz rację...

Sybel tylko uśmiechnął się tajemniczo. Rzeczywiście miał rację. Jako oficer tajnych 

służb   ZSK,   a   do   tego   doktor   psychologii   i   lingwistyki   korpusu   naukowo-badawczego, 

studiował problem faata tyle lat, ile Corcoran żył na świecie. Wiedział o nich wszystko, co 

udało   się   ustalić   na   podstawie   informacji   Litwina   i   podczas   badania   wraku   okrętu 

gwiezdnego, w trakcie przesłuchań Io i dzięki sekcjom tych nielicznych zwłok, które na 

Antarktydzie nie zostały roztarte na plamę. Znał nawet język faata i posługiwał się nim nie 

gorzej niż Corcoran - oczywiście, jeśli nie liczyć myślomowy. Telepatią Sybel raczej nie 

władał. Chociaż Corcoran nie był tego stuprocentowo pewien.

- Co ci się śniło oprócz miasta i ginących ludzi? - zapytał go Klaus.

-   Wiera   -   odpowiedział   z   uśmiechem   i   popatrzył   na   fotografię.   -   Wiera   i   moje 

dziewczynki. Słoneczny dzień, leśna droga, którą jechaliśmy. Wiera ubrana w coś liliowego, 

dobranego do koloru oczu, Luboczka i Nadiusza w żółtych sukienkach, jak dwa niedojrzałe 

dmuchawce... Ale to nie ma nic do rzeczy. To jest osobiste.

-   Wszystko   jest   osobiste   i   wszystko   ma   coś   do   rzeczy   -   burknął   Sybel,   również 

spoglądając   na   zdjęcie.   -   Sny   przychodzące   od   przodków   faata   to   cenne   informacje,   a 

osobiste... to, co ty uważasz za osobiste... to oznaka stabilności. Mam na myśli stabilność 

psychiczną. Miłość do żony i dzieci, do matki, uczucia wdzięczności i przyjaźni... - podniósł 

wzrok na portret Litwina. - Masz normalne sny i normalne reakcje, Paul. Hmmm... ludzkie, 

nie takie jak u faata.

background image

Uśmiech Corcorana lekko zbladł.

-   Dziękuję,   uspokoiłeś   mnie.   Wychodzi   na   to,   że   mimo   wszystko   nie   jestem 

potworem. Swoją drogą, ciebie też darzę uczuciem wdzięczności i przyjaźni.

Ajt t’tesi - powiedział Sybel w języku faata. - Miło mi.

background image

2

PAUL CORCORAN: DWA MIESIĄCE 

PO INWAZJI PLUS CAŁE ŻYCIE

Szpital bazy księżycowej

sierpień 2088 rok

- Aaa! Aaa!

- Przyj, dziewczyno, przyj... o tak... już widać główkę...

- Aaa! Aaa!

- Wygląda na to, że damy radę bez cesarki, doktorze Straub.

- Tak, doktorze Gromow. Pacjentka jest chuda, ale krzepka. Mimo wszystko oficer 

desantowiec floty kosmicznej... Siostro, jeszcze ligniny! Tutaj i tutaj! Tutaj powiedziałem!

- Aaa!

- Siostro, czemu się pani tak ręce trzęsą? Nie widziała pani nigdy porodu?

-   Nie,   nie   widziałam,   doktorze   Straub!   Żeby   nie   w   wodzie,   nie   na   oddziale 

porodowym, bez znieczulenia, bez...

- Niech siostra zamilknie!

- No, no, doktorze Straub... Monika ma rację, tak rodzono siedemdziesiąt lat temu. I to 

chyba tylko w Chinach i Indiach...

-   Gromow,   pan   też   zamilknie.  A  może   pan   wie,   jak   na   dziecko   zadziałają   środki 

przeciwbólowe? Na TO dziecko? Pan co, dokumentów nie podpisywał? Nie wie pan, co to za 

chłopak?

- Według badań prenatalnych normalny chłopczyk.

- Normalny czy nienormalny, zobaczymy, kolego, za jakieś dwadzieścia lat. Przyj, 

kobieto... już niedużo zostało...

- Aaa! Aaa!

- Tak, tak... Jeszcze troszeczkę... Świetnie! Wyskoczył jak korek z szampana!

- Aaach...

- Siostro... Moniko, do pani mówię!... Proszę odciąć pępowinę i wysłać do  analizy! 

Gromow, podaj jej coś na uspokojenie. Niech się prześpi. Żanna, umyj dziecko i na wagę z 

background image

nim!

- N-nie trzeba, doktorze... n-nie chcę spać... synka... dajcie mi synka... aaach.

- Jeszcze się z nim nabawisz, moja śliczna. Śpij! O tak... Żanna, waga!

- Cztery dwieście, doktorze Straub. Śliczny chłopak. Proszę spojrzeć, uśmiecha się!

- Tylko bez sentymentów, proszę! No, niech mu się przyjrzę... Na oko najzwyklejszy 

chłopak na świecie... Jak pan uważa, doktorze Gromow?

-   Dwie   ręce,   dwie   nogi,   pięć   palców,   jedna   głowa...   hmmm...   cała   reszta   jak   u 

chłopaka... Zdecydowanie nie potwór. Powiedziałbym nawet, że miły. Oczy szare, po matce. 

Jak dla mnie, nie ma w nim nic z faata.

- A widział ich pan, tych całych faata?

-   Widziałem,   doktorze   Straub.   Trupy   na   zdjęciach,   a   zdjęcia   w   relacji   z   okrętu 

Tymochina. Oczy mają całkiem inne, tęczówka jest srebrzysta i wypełnia niemal całą gałkę 

oczną, włosy ciemne i...

-   Zdecydowanie   za   wcześnie   na   rozmowy   o   włosach.   Zewnętrznie   wszystko   w 

porządku, ale chciałbym spojrzeć na organy wewnętrzne.

- Przeprowadzimy introspekcję?

- Tak, nie  zaszkodzi.  Żanna,  zanieś go  na  badanie.  Jeszcze  chwileczkę,  koledzy... 

siostry i doktorze Gromow... Przypominam o zobowiązaniu, które podpisaliśmy, i o tym, że 

jesteśmy nie zwykłymi medykami, lecz funkcjonariuszami ZSK. Odebraliśmy dzisiaj poród 

kapitan Abigail McNeal. Ojcem chłopca jest świętej pamięci kapitan Richard Corcoran. Nic 

więcej nie wiemy.

Szpital bazy księżycowej,

sierpień 2088 roku, kilka dni później

- Słoneczko moje, kochany mój, maleńki... - Cmok, cmok, cmok. - Zgłodniałeś...

- Przytrzymaj mu główkę, Abbie. Masz dobre mleko, tłuste. Mały szybko się najada.

- Tak, siostro Żanno. Jest śliczny, prawda?

- Oczywiście, dziewczyno, oczywiście. Śliczny maluch! Wiem, co mówię. Sama mam 

trójkę... Trzech synów i dwie wnuczki od najstarszego.

- Gdzie oni są?

- Średni służy na Barakudzie, najmłodszy na Orionie, a najstarszy nie wstąpił do floty. 

Jest malarzem. Był malarzem...

- Dlaczego był, siostro Żanno?

r

background image

- Zginął, Abbie. Niedawno... I jego żona, i moje maleńkie wnuczki też zginęły... Świeć 

Panie nad ich duszami... Wszyscy zginęli, Abbie, gdy nad Liège wybuchła maszyna faata...

- Niech pani nie płacze, siostro Żanno, proszę, niech pani nie płacze... Proszę spojrzeć, 

uśmiecha się do pani... Mój synek...

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

2089 rok

- Pawle, idzie do ciebie... patrz, jak ładnie idzie... a teraz do Io... Poznałeś wujka 

Pawła i ciocię Io, maleńki, prawda?

- Ta. Tata Pasza, tiotia O. Na oczki! Tiotia O!

- Chce, żebym go wzięła na ręce?

- Tak, Io. Podobasz mu się. Jesteś taka piękna!

- Jaki cieplutki... jaką ma delikatną skórę... i zapach... pachnie tym, co pije Pawle, nie 

podpowiadaj, przypomnę sobie... tak, mleko... Pachnie mlekiem. Zdumiewające!

- Dziwi cię to, Io? Dlaczego? Przecież już widziałaś dzieci, nieprawdaż?

- Widziałam, ale nie trzymałam na rękach. A poza tym one były... jak to się mówi?... 

aha, cudze. Nie mogłam ich dotknąć. Wiem, że dotykać można tylko swoich dzieci albo tych, 

które zna się bardzo dobrze. Tak się przyjęło na Ziemi.

- A u was?

- U nas, w Nowych Światach, nie spotykałam dzieci.

- Nawet gdy byłaś mała?

Milczenie.

- Abbie, niech mały pobawi się z Io. O tutaj, w piaskownicy...  A ja  chciałbym się 

przejść. Pokaż mi swój sad. Wiśnie... zdaje się, że to są wiśnie? Prawda?

- To nie wiśnie, Pawle, to śliwy. Wiśnie rosną za domem.

- Chodźmy tam.

- Dlaczego?

- Chcę ci coś powiedzieć. Nie pytaj Io o dzieci.  Bino  faata nie mają dzieci, tylko 

potomków. Następne pokolenie tho, robotników, żołnierzy albo pilotów.

- Czyż potomkowie nie są dziećmi?

- Nie całkiem. Mówiłem ci: nie daj się zwieść zewnętrznemu podobieństwu między 

nami. Podobieństwo fizjologiczne jest ogromne, nawet na poziomie komórkowym, ale ich 

świat jest urządzony inaczej i nie ma w nim miejsca dla dzieci. Ich zdaniem dzieciństwo to 

background image

okres nieproduktywny, dzieci niczego nie dają, a więc potrzebują, zabierając społeczeństwu 

masę   zasobów.   Poza   tym   dzieci   są   słabe,   to   najsłabsze   ogniwo   w   biologii   każdej   rasy: 

najbardziej podatne na choroby i śmierć w razie wojny czy katastrofy naturalnej. Słabość jest 

wprost proporcjonalna do długości dzieciństwa. Podczas Zaćmień pierwsze ginęły zawsze 

dzieci, a wraz z nimi ginęła pula genetyczna... Ponadto im więcej trzeba czasu, by osiągnąć 

dojrzałość,   tym   większe   są   koszty   utrzymania   nowego   pokolenia.   To   nieracjonalne, 

rozumiesz?

- Ale czy można poradzić sobie inaczej? Przecież faata to ludzie jak my!

-   Można.   Oni   stosują   sztuczne   zapłodnienie.   Płody   dojrzewają   w   ciałach   ksa... 

specjalnej kasty... w ciągu pięciu, sześciu tygodni. Bardzo szybko, pod wpływem specjalnego 

promieniowania,   tak   jak   to   przydarzyło   się   tobie   na   ich   okręcie.   Potem   niemowlę 

umieszczane   jest   w   inkubatorze...   nie   całkiem   inkubatorze,   raczej   w   urządzeniu   do 

przyśpieszonego rozwoju fizjologicznego. Io nie potrafiła opisać tej maszynerii. Wie tylko, że 

wyszła z niej po mniej więcej roku jako dorosły człowiek. Dorosły, władający językiem i 

nawet z pewnymi umiejętnościami zawodowymi... Oto całe jej dzieciństwo. Dla niej dziecko 

to cud nad cudy.

- A ona sama... to znaczy wy oboje... ty i ona..

- Nie, Abbie, nie będziemy mieć dzieci. Kasta tho jest bezpłodna.

- Przecież bezpłodność można leczyć!

-  To   nie   choroba,   nie   bezpłodność   ziemskiej   kobiety.   Jej   organizm   po   prostu   nie 

wytwarza niezbędnych gamet. Z tym nic nie można zrobić. Badali ją najlepsi specjaliści i na 

bazie księżycowej, i tutaj, na Ziemi... badali bardzo dokładnie, możesz mi wierzyć! Ale nie w 

tym rzecz.

- Nie w tym! Przerażasz mnie, Pawle! W takim razie w czym?

- W tym, że świat faata jest racjonalny od początku do końca. Starość jest równie 

nieproduktywna jak młodość i dlatego tho nie żyją długo. - Długa, długa przerwa. Potem: - 

Nie wiem, ile jej jeszcze zostało.

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

2093 rok

- Paul, powiedz: „T'taja orr n’ukuma sirend’agi patta".

- Tjetaja orrr nukuma sirentachi pata... Dobrze, ciociu Io?

- Nie, mój mały, nie. Nie tjetaja, tylko t’taja, nie nukuma, tylko n’uk’uma... Masz taki 

background image

śliczny,   elastyczny   języczek,   ułóż   go   tak,   jak   trzeba.   Posłuchaj   jeszcze   raz:  „T’taja   orr 

n’uk’uma sirend’agi patta"... A teraz powtórz.

- T’taja orrr n’uk’uma sirenfagi patta!

- Dużo lepiej. Orr, orr, wystarczy orr... Nie trzeba tak długo przeciągać. A w słowie 

sirend zakończenie jest dźwięczne: sirend, sirend, sirend’agi. Lepiej zamiast mówić, śpiewaj. 

Zaśpiewamy razem?

- Tak, ciociu Io. T’taja orr n’uk’uma sirend’agi patta.

- Świetnie, mój kochany! Rozumiesz, co to znaczy?

- Sirend wyszedł na słońce i wygrzewa się na ciepłych kamieniach. Sirend to taka 

jaszczurka   z  błyszczącą  niebieską  skórą...  Żyje  na   Nowych  Światach.  Opowiadałaś  mi  o 

nich...

- Na jednym z Nowych Światów. Na T’harze... To świat, gdzie mieszkałam.

- Jest dalej niż Mars?

- Dalej, Paul.

- Dalej niż Jowisz?

- Dużo dalej. Leży na granicy ramienia Galaktyki, światło biegnie stamtąd całe dwa 

stulecia.

- Tęsknisz za nim?

- Nie, raczej nie... Nie miałam tam bliskich, a tutaj jesteś ty i twoja mama, i Paweł... A 

poza tym na Ziemi jest dużo ładniej niż na T’harze.

- A ja i tak chcę zobaczyć T’hara. Gdy dorosnę, będę kosmonautą i polecimy tam 

wszyscy razem: ty, ja, wujek Paweł i mama.

- Obawiam się, że nie ucieszą się tam z naszej wizyty.

- Dlaczego?

- Wyjaśnię ci to, ale nie teraz. Później. Teraz powinniśmy mówić w faata’liu, żebyś 

wszystko dobrze rozumiał. Nie zapomniałeś, co to takiego faata’liu?

- Pewnie, że nie zapomniałem. To język bino faata.

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

2094 rok

- Mamo, dlaczego wujek Paweł płacze?

- Jak to płacze, synku? Na jego twarzy nie ma łez.

- Płacze. Czuję. Tutaj. - Dziecięca rączka dotyka czoła. - I ty też płaczesz. Mamo, 

background image

dlaczego?

Długie milczenie.

- Pewnie masz rację, mój drogi. Oboje płaczemy, wujek Paweł i ja. Ludzie rozpaczają, 

gdy odchodzi ktoś bliski. Odchodzi na zawsze. Nie chciałam ci mówić... Io umarła. Czy 

rozumiesz, co to znaczy?

Kass’iro tan... Chciałem powiedzieć, że rozumiem i nie rozumiem. Umierają starzy, 

a ciocia Io była młoda i taka piękna... Jak mogła umrzeć?

-   Wiesz,   że   ona   nie   była   człowiekiem...   nie   ziemskim   człowiekiem.   My   żyjemy 

siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, a nawet sto lat, a Io nie mogła tyle przeżyć. Była faata.

- Ale mówiła mi, że faata żyją bardzo długo i nigdy się nie starzeją. Czy to nieprawda?

- Są różni faata, mój drogi, tak jak na Ziemi są różne narody. Faata tacy jak Io żyją 

krótko.

Milczenie.

- To ona więcej do nas nie przyjdzie? Nigdy? Nie będzie mnie uczyć, rozmawiać ze 

mną w faata’liu, opowiadać o T’harze, o Nowych Światach i wielkim okręcie, na którym 

przyleciała na Ziemię? Nie chcę tak! Chcę, żeby żyła! Czy to takie trudne, po prostu żyć?

- Są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Trzeba się z nimi pogodzić, odważnie znieść 

smutek i żal. Popatrz na wujka Pawła... siedzi na ławce w naszym sadzie, ma smutne oczy, ale 

bez łez. Silny człowiek z tego naszego wujka...

- Ale w środku ma tylko ciemność. Czuję, wiem... Nie ma łez, ale płacze... - Przerwa. - 

Pójdę do niego, mamo, dobrze?

- Idź, synku.

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

listopad 2094 roku

- Synku, to pan Klaus Sybel z ZSK. Będzie...

-   Przepraszam   panią,   ale   wystarczy   Klaus.  A  ty   musisz   być   Paul...   Paul   Richard 

Corcoran... Jesteś bardzo podobny do mamy. Jaki masz wspaniały pokój... tyle fotografii, 

same hologramy... Widzę, że jest na nich kapitan Litwin... tutaj na Merkurym, tutaj w pasie 

asteroid... A to gdzie?

- Na Ajaksie. Tam są dwa słońca, panie Klausie, zielone i czerwone.

- Mów mi Klaus, chłopcze. Zgoda, jestem od ciebie starszy, ale tylko trochę, raptem 

dwadzieścia lat. To drobiazg, prawda? Fajny masz pokój... i okna wychodzą na ogród... a w 

background image

ogrodzie kwitną astry... Powiedz mi, dlaczego wyłączyłeś te dwa zdjęcia, to i to?

- Mama mówi, że taki jest zwyczaj: nie włączać programu przez czterdzieści dni. To 

hologramy cioci Jolandy. Ona umarła, Klausie.

- Chciałeś powiedzieć: hologramy Io?

- Chciałem powiedzieć Jolandy, bo tak ją nazywali wszyscy oprócz mnie, mamy i 

wujka Pawła. Ale ty jesteś z ZSK, więc wiesz, że miała na imię Io.

- Wiem. Włącz, proszę, te dwie fotografie. Włącz dla mnie, na pięć minut.

Milczenie.

- Piękna... Szkoda, że tak krótko mieszkała z wami...

- Nie mieszkała tutaj. Mieli z wujkiem Pawłem własny dom.

-   Przejęzyczyłem   się,   Paul.   Chciałem   powiedzieć:   z   nami,   na   Ziemi.   Była   twoim 

przyjacielem?

- Tak, Klausie.

- A masz innych przyjaciół?

- Kolę. Mieszka w tamtym domu z wieżyczką. Widzisz, Klausie? O tam. Rewami... I 

jeszcze Sieriożę i Pietię. Są braćmi, ale Pietia to maluch, a z Sieri pójdziemy razem do 

gimnazjum, tak powiedziała mama. Ale jeszcze nie prędko za rok... prawie...

- Ale nie zapomnisz tego, czego cię nauczyła Io? Na przykład faata’liu?

- Postaram się nie zapomnieć, ale oprócz cioci Io nikt nie zna faata’liu, nawet wujek 

Paweł.   Sierioża...   chciałem   nauczyć   Sieriożę,   ale   on   wszystko   wymawia   źle   i   nie   umie 

strzelać językiem. A teraz, kiedy nie ma cioci Io...

- Ale jestem ja. I znam trochę faata’liu, i umiem strzelać językiem. Tc, tc, tc. Słyszysz? 

Wiesz, po co przyszedłem?

- Po co, Klausie?

- Przyszedłem rozmawiać z tobą w faata’liu. Powinniśmy mówić, ty i ja, bo inaczej 

zapomnimy, a tak nie wolno. Język wroga trzeba znać... wroga albo przyjaciela, zależy, gdzie 

cię los rzuci. Rozumiesz?... Widzę, że nie wszystko jeszcze rozumiesz, ale z czasem pojmiesz. 

Będziemy ze sobą rozmawiać, Paul. Oczywiście, nie zastąpię ci Io, nie jestem ani trochę 

ładny i nie przypominam faata, ale dużo o nich wiem. Opowiem ci wszystko, co wiem. I my... 

może też zostaniemy przyjaciółmi

Milczenie. Niemalże bezwiednie mentalna macka dotknęła obcego umysł przylgnęła 

na chwilę i odskoczyła.

Dziwny jest ten Klaus Sybel... Dziwny,  ale wygląda na to, że chce dobrze. Chce 

rozmawiać... Rzeczywiście, chce rozmawiać...

background image

Ajt t’tesi - powiedział chłopiec w języku faata. - Miło mi.

Majorka, obóz dla dzieci Green Scout w pobliżu zatoki Alcudia,

lato 2099 rok

-   Paul?   Nazywasz   się   Paul   Corcoran?   Czyli   Paolo.   Ja   jestem   José   Gutiérrez   z 

Barcelony.

- Hiszpan?

-   Ha,   Hiszpan!   Jestem   Katalończykiem,   Paolo!   Mój   dziadek   mówi,   że   jesteśmy 

prawdziwymi Iberyjczykami, nie to co ci... - Obraźliwy gest. - A ty skąd jesteś ze Szwecji?

- Skąd ci to przyszło do głowy?

- Wszyscy Szwedzi są rudzi i ty jesteś rudy.

- Jestem z Rosji, José.

- Ha, kłamiesz! Rosjanie nie noszą takich imion! Jak nic jesteś Szwedem! Czy to źle 

być Szwedem?

-   Pewnie   dobrze,   ale   nie   jestem   Szwedem.   Moja   mama   jest   Irlandką,   ojciec   był 

Austriakiem, a ja mieszkam w Rosji, w Smoleńsku.

- Dlaczego? I dlaczego ojciec był?

- Dlatego, że umarł, a mama postanowiła, że w Smoleńsku będzie nam lepiej. Tam 

mieszka wujek Paweł.

- Twój nowy ojciec?

- Nie, przyjaciel mojego ojca, kapitan Paul Litwin. Teraz dowodzi Dreznem.

- A niech mnie! Kapitan floty kosmicznej, tak? Czytałem o Inwazji... Ten sam Litwin? 

Wieniec Chwały, Purpurowe Serce, Order Komety i... i...

-   Ten   sam   Litwin,  José.  Był   desantowcem...   i   mama...   i   mój   ojciec...   Latali   na 

Skowronku.

- Desantowcy, a niech mnie! Widziałem rano, jak skaczesz w tym... jak go tam... aha, 

w bloku nieważkości! Nieźle! Masz to po rodzicach, prawda? Po desantowcach? A moi... moi 

zawsze sprzedawali wino. Dziadek sprzedawał, teraz ojciec sprzedaje... A ja nie chcę. Gdy 

dorosnę - robi ogromne oczy - polecę na Plutona. Tam przylecieli ci... jak im tam... aha, loona 

eo! Potrzebują najemników, żołnierzy! Więc ja...

- José, dlaczego chcesz być najemnikiem? Źle ci na Ziemi?

- Dobrze, dobrze, ale nudno! A dziadek mówi: w nas, Katalończykach, płynie gorąca 

krew....

background image

Smoleńsk, gabinet kapitana Litwina w jego domu,

zima 2102 roku

- Klausie, dlaczego spotykamy się tutaj?

- Bo muszę ci powiedzieć coś ważnego, a to jest najlepsze miejsce na taką rozmowę. 

Twoja mama i wujek Paweł też tak uważają. Abbie, twoja mama, bardzo się boi, nie wie, jak 

zareagujesz... Być może będziesz chciał pobyć sam. Są rzeczy, którym mężczyzna powinien 

stawić   czoło   w   samotności,   a   ty,   Paul,   jesteś   już   mężczyzną,   masz   czternaście   lat.   Jeśli 

będziesz chciał zostać, masz hasło i klucz. Komodor Litwin zostawił je dla ciebie.

- Klausie... Nie gniewaj się, Klausie... Ale... skoro muszę dowiedzieć się o czymś 

ważnym, dlaczego od ciebie, a nie od mamy albo od wujka Pawła?

- A jak myślisz?

Cisza, słychać tylko trzask polan w kominku.

- Myślę, że jesteś specjalistą. Psychologiem. Służysz w ZSK i badasz faata. Pewnie ze 

wszystkich ludzi na świecie wiesz o nich najwięcej... - Przerwa... - Nasza rozmowa dotyczy 

bino faata?

- Słuszny wniosek, mój chłopcze. Bino faata, Abbie McNeal, twojej mamy, Pawła 

Litwina, Richarda Corcorana i czasów, gdy byli więźniami na okręcie obcych. A także innych 

ciekawych momentów i zabawnych ludzi, takich jak Günter Foss, zbawca Ziemi... Na tym 

dysku znajdziesz pełne sprawozdanie o tym, co się naprawdę zdarzyło. Obejrzysz go, gdy 

wyjdę. Ale najpierw porozmawiamy. Powiedz, czy czasami nie zauważasz u siebie czegoś 

dziwnego?

- Dziwnego? Nie... raczej nie.

- Nie? Podpowiem ci. Nie dziwi cię, że mówisz w faata’liu?

- Ty też mówisz.

- Przeszedłem operację, skomplikowaną operację krtani. Widzisz, struny głosowe i 

podniebienie faata są zbudowane nieco inaczej. Ziemianie po prostu nie potrafią opanować 

poprawnej wymowy. Oprócz mnie i ciebie... jeśli nie brać uwagę specjalnych wokoderów. Ale 

nie to jest najważniejsze... w twoim przypadku nie to. Zauważyłem, że wychwytujesz sens 

nieznanych  zdań,  a  czasem nawet  nie  wypowiedzianych  myśli.  Odkąd  wszedłeś  w okres 

dojrzewania, zdarza się to coraz częściej... Nie zastanawiałeś się, skąd ten dar? Nie drżyj, nie 

ma w tym nic złego. Masz takie zdolności i już, mój drogi.

- Klausie, teraz rozumiem, o czym mówisz. - Przerwa. - Klausie... boję się Klausie...

- Nie ma powodu do strachu. To nie wada, lecz odziedziczony dar. No, zmobilizuj się, 

background image

zajrzyj do mojej świadomości, do mózgu... Ile zwojów ma stary Klaus? Piątka się znajdzie?... 

O, już widzę uśmiech...

- Teraz boję się jeszcze bardziej. Odziedziczony dar? Dlaczego odziedziczony.

- Dlatego, że Richard Corcoran nie był twoim ojcem. Wyjaśnię ci... Słuchaj uważnie.

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

zima 2102 roku

- Mamo, Klaus powiedział mi...

- Wiem, co powiedział ci Klaus. Nie chcę o tym rozmawiać. Jesteś moim synem, krew 

z krwi, kość z kości... I to się liczy.

- Oczywiście, mamo. Ale i tak zapytam... nie, nie o to, co ci zrobili na okręć o coś 

innego. Klaus dał mi materiały o metamorfie, o Günterze Fossie... To nie bajki? Widziałaś go?

Westchnienie ulgi.

- Widziałam. Na własne oczy.

- Opowiedz!

- Wujek Paweł wie więcej. Kiedy wróci...

- Kiedy wróci, zapytam go, ale ty też powinnaś mi opowiedzieć! Skąd się wziął ten 

Foss i jak wyglądał. I dlaczego...

Smoleńsk, lekcja w dwunastej klasie Pierwszego Gimnazjum,

marzec 2105 roku

- ...analizując rosyjską, a właściwie rosyjskojęzyczną literaturę tego okresu, bez trudu 

dostrzeżemy przejawy rozczarowania i nihilizmu, co nietrudno wytłumaczyć ogólną sytuacją 

w końcu dwudziestego i na początku dwudziestego pierwszego wieku. Z jednej strony rozpad 

wielkiego   mocarstwa,   gwałtowny   upadek   ekonomiczny   i   obniżenie   stopy   życiowej 

większości   społeczeństwa,   z   drugiej   prostaccy   nuworysze,   leniwi   urzędnicy,   chciwi 

oligarchowie i ich niekończąca się uczta podczas dżumy. Tak jawi nam się Rosja tych lat, a to, 

oczywiście, musiało znaleźć odbicie w procesach twórczych. Weźmy na przykład utwory 

takich pisarzy, jak...

- Pasz, hej, Pasz...

- Co, Sierioża?

- Widziałeś nową dziewczynę? Tę, co przyszła do dziewiątej klasy?

- Jaką dziewczynę?

background image

- Wierkę Kowalową. Ja ją skanerem... kilka razy... nikt nie zauważył... Uważaj... zaraz 

ci prześlę fotę na pocketer

15

...

- Zaraz nas przyłapią i wywalą z zajęć. Zapomniałeś o ekuterze

16

?

- ...okres upadku, który będziemy dziś omawiać, trwał do przełomu lat dwudziestych i 

trzydziestych dwudziestego pierwszego stulecia. Wtedy powstał, między innymi, specyficzny 

rodzaj horroru. Weźmy jako przykład powieść „Nie”...

-   Zapomnij   o   ekuterze,   trochę   go   podkręciłem.   Popatrz,   Pasza,   jaka   dziewczyna! 

Zobacz drugie zdjęcie! Zrobiłem od dołu, jak szła po schodach... Ale nogi!

- Przecież to jeszcze smarkula. Piętnaście lat od wczoraj.

- No, my też nie jesteśmy starcami. W każdym razie ja. A poza tym... - Że niby co z 

ekuterem zrobiłeś? Już nas namierzyli. Co w nim podkręciłeś, ośle. Przerwa w przekazie 

wykładu.

- Siódmy blok! Siemionow i Corcoran! Wynocha z audytorium!

- Olgo Wasiliewna, my...

- Siemionow, powiedziałam wynocha, znaczy wynocha! Widzę, co macie na ekranach! 

Jeśli jeszcze raz spróbujecie...

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

maj 2105 roku

- Mamo, to Wiera.

- Dzień dobry, moja droga. Jestem Abbie. Uczysz się razem z Paulem?

- Nie, ciociu, jestem dopiero w dziewiątej klasie.

- Tak, oczywiście. Jesteś jeszcze... - zacięła się - jeszcze taka młoda.

- Mamo, chciałaś powiedzieć: „Jesteś jeszcze dzieckiem”.

-   Nieważne,   co   chciałam   powiedzieć,   ważne,   co   powiedziałam.   Wiera   nie   jest 

dzieckiem. Jest młodą dziewczyną. I do tego bardzo miłą. Aż dziw, że zwrócił, uwagę na 

takiego rudego głuptasa.

- Dziękuję, ciociu. Postaram się szybko dorosnąć.

- Bez pośpiechu, dziecino. Wszyscy rośniemy, potem starzejemy się i nic na to nie 

można poradzić... Podoba ci się u nas?

15

 Pocketer - komputer kieszonkowy spełniający także funkcję telefonu i urządzenia służącego do diagnostyki 
medycznej.

16

  Ekuter   (popularnie   „ucho”   lub   „słoniowe   ucho”)   -   przyrząd   przeznaczony  do   śledzenia   zewnętrznych 
zakłóceń  wśród   podstawowego   sygnału   dźwiękowego.  Nazwa  pochodzi   od  francuskiego  słowa  ecouter 
(słuchać); urządzenie jest wykorzystywane w instytutach naukowo-badawczych, a jego rozliczne odmiany 
można napotkać w służbach wywiadowczych, i show-biznesie, transporcie i w przemyśle.

background image

- Bardzo! Taki śliczny ogród! I bez... Lubię zapach bzu.

- Paul, narwałbyś bzu dla Wiery. Chyba wiesz, że dziewczętom trzeba dawać kwiaty? 

Wejdź, moja droga. Napijesz się herbaty?

Smoleńsk, brzozowy zagajnik w dzielnicy Chołmy,

lipiec 2105 roku

- Kiedy lecisz, Pawełku?

- Pojutrze, jaskółeczko.

- Na Bajkonur?

- Na Bajkonur.

Ciężkie westchnienie.

- To tak daleko... Zapomnisz o mnie...

- Prędzej zapomnę, że rano wschodzi słońce...

Odgłos pocałunku.

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

sierpień 2105 roku

- Słuchacze, róóóównać! Szybko! Ty, rudy,  zamknij  paszczę i nie szczerz zębów! 

Powtórzcie, kim jestem!

- Sierżant Cocks, sir!

- Nie słyszę, patałachy!

- Sieeeerżant Cocks, sir!

- Tak lepiej... Tak, jestem Brian Cocks, prawdziwy diabeł, i przez sześć lat będę dla 

was  wrzodem  na   tyłku.   Zrobię   z  was   mężczyzn!   Żołnierzy  desantowców  i   prawdziwych 

facetów! Ja... Rudy, powiedziałem: zamknąć paszczę i nie szczerzyć zębów!

- Proszę o pozwolenie zabrania głosu, sir!

- Czego?

- Mamy w drużynie trzy dziewczyny, z nich też pan zrobi prawdziwych mężczyzn?

Groźna, pełna napięcia cisza. Potem:

-   Taaaak...   Widzę,   że   mamy   tu   mądrale...   Z   jednej   strony  nieźle:   mamy   być   nie 

piechurami, tylko desantowcami. Z drugiej: wymądrzać się wolno na piątym roku. Na piątym 

i ani dzień wcześniej! Ty, rudy draniu! Jak ci tam?...

- Paul Richard Corcoran, sir!

background image

- Aha, Paul Richard... Co tam leży, Paulu Richardzie, o tam, na ziemi?

- Niedopałek, sir!

- Właśnie tak, niedopałek. Trzeba go pochować. Dzisiaj w nocy, o trzeciej zero zero, 

weźmiesz łopatę i do szóstej rano wykopiesz mogiłę metr na metr, trzy metry głębokości. Na 

środku położysz niedopałek, siądziesz obok niego w pozycji lotosu i będziesz na mnie czekał. 

I niech cię Bóg ma w swej opiece, jeśli mogiła będzie za mała! Jasne?

- Tak jest, sir!

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

wrzesień 2105 roku

- Panie i panowie, to jest bojowy skafander-symbiont. Trzeba go założyć w ciągu 

minuty.   A   to   MP-43M,   miotacz   plazmy,   zmodyfikowany   model   czterdzieści   trzy. 

najpotężniejsza broń, jaką dysponujemy. Co, Pawłowa, za ciężki? Nie szkodzi, przywykniesz. 

Teraz...

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

luty 2106 roku

-   Ty,   ty   i   ty!   I   jeszcze   ty,   Bajramow!   Rzygaliście,   osły?   Test   w   nieważkości 

niezaliczony. Pakujcie manatki!

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

marzec 2106 roku

- Jestem kapitan Janodrian, wasz wykładowca astronawygacji. Nawygatorzy z was, 

oczywyście, jak z kozego ogona patefon, ale podstawy trzepa znać. Trzepa, bojs! Zacznemy 

od systemu współrzendnych...

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

maj 2106 roku

-   Tak,   szanowni   kadeci...   Wszyscy,   kogo   nie   wykopali   won,   są   tutaj?   Widzę 

wszystkich... W takim razie zaczniemy przydział obowiązków. Dickinson, Astachowa, Barre, 

Tuang,  do  kambuza.  Klemienow,  Dębski,  Pawłowa, Reed,  zajmiecie  się trawnikiem koło 

koszar i żeby mi trawki stały równiutko jak żołnierze w szyku. Uważajcie, majowa trawka 

jest bardzo delikatna. Brau i Larsen, do dyspozycji porucznika Romanieckiego, potrzebuje 

background image

ludzi   do   noszenia   ciężarów.  Ty,   Sażyn,   do   lazaretu,   podłogi   szorować...  Taaak,   kto   nam 

jeszcze został? A, dwa kibelki, damski i męski! No, to jak zwykle dla najsprytniejszych. Paul 

Richard Corcoran!

- Tak jest, sir!

- Żeby mi kafelki błyszczały jak pancerz na krążowniku!

- Tak jest, sir!

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

lipiec 2106 roku

„Kochana  Mamo,  kochana  Wiero,   pamiętacie,   oczywiście,   że   na   pierwszym   roku 

mamy   zakaz   jakichkolwiek   kontaktów   z   bliskimi,   ale   dzisiaj   odwiedził   mnie   Klaus   i 

ubłagałem go, żeby przekazał Wam ten dysk. Nie martwcie się, ze mną wszystko w porządku, 

jestem zdrowy, pełen energii i jak na razie mnie nie wylali. Żyje nam się nieźle, opieka taka, 

że lepszej być nie może. Tutaj w ogóle ludzie są bardzo mili, szczególnie sierżant Cocks - 

przekroczył już pięćdziesiątkę, Ty, Mamo, możesz go pamiętać. Opowiedz Wierze, jaki z 

niego dobry i życzliwy wychowawca. Bardzo chciałbym Was zobaczyć, ale letni urlop nam 

się nie należy. Gdy wujek Paweł wróci z Astarte, przekażcie mu pozdrowienia ode mnie i 

powiedzcie, że...”

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

2107 rok

-   Kadet   Corcoran!   Za   szybko   rozwiązaliście   test   z   czytania   glifów.   Złamaliście 

zabezpieczenia i ściągnęliście rozwiązania?

- Nie, sir! Jak tak można!

- No, no... Czasem mam wrażenie, że wyciągacie rozwiązania prosto z mojej głowy.

- To jest znacznie bliższe prawdy, sir.

- Dowcipkować będziecie później, kadecie. Przejdźcie do następnego zadania.

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK,

lipiec 2108 roku

- Poznajmy się, kadeci: jestem waszym instruktorem pilotażu. Na początku będziemy 

latać   na   kani.   Maszyna   stara,   ale   pewna,   można   nią   i   na   Marsie   lądować,   i   na  Wenus. 

Zakładam, że teorię pilotażu opanowaliście...

background image

Wenus, przestrzeń nad Równiną Umarłych,

2109 rok

- Wsteczny ciąg, kadecie! Kurs na trzecią! I nie leź w tę chmurę! Teraz dobrze... 

równo, nie śpiesz się... Nie szarp rękami, nogami nie przebieraj, tutaj nie ma pstryczków-

elektryczków, masz tylko kokon i hełm kontaktowy. Teraz szybciej! Jeszcze szybciej! Nie 

boisz się? Widzę, że się nie boisz, co najwyższej nieco obawiasz. To dobrze. Na Ziemi latałeś, 

na Marsie latałeś i na Merkurym... Pamiętam, świetnie latałeś... Ale to Wenus, żeby ją tak! Tu 

każdemu mózg się lasuje i ręka drży... teraz dawaj do góry! Mocniej! Nie chcemy, żeby nas 

piorun trafił! Zmiataj znad tej piekielnej równiny! Wyżej, wyżej, wyżej! Nie wtrącam się, nie 

jestem   instruktorem,   tylko   pasażerem   albo   strzelcem   z   dziurą   w   brzuchu.   Krwawię, 

rozumiesz? Uratujesz mnie, dowieziesz do bazy na orbicie, będziesz nie kadetem, a pilotem. 

Dawaj, Paul, dawaj! Ja, chłopcze, się nie wtrącam...

Bajkonurska Akademia Kosmiczna ZSK, pokój przyjęć dowódcy,

2110 rok

- Grupa, równać! Komodorze, grupa B piątego roku gotowa do instruktażu! Dwunastu 

żołnierzy i sierżant Cocks!

-   Widzę.   Kadeci,   spocznij!   Informuję,   że   dzisiaj   o   piątej   dwadzieścia   pięć   rano 

separatyści Raji Alego napadli na misję Czerwonego Krzyża i obóz uchodźców w Lucknow

17

. 

Grupa desantowa z krążownika Joanna d’Arc odparła atak, rozproszyła bandytów i prowadzi 

pościg. Uciekinierzy skryli się w dżungli i podążają w stronę nepalskiej granicy. Liczebność 

oddziału: do dwustu osób. Zostaniecie zrzuceni tutaj i tutaj w dwóch grupach, jedna pod 

dowództwem   kapitana   Romanieckiego,   druga   sierżanta   Cocksa.   Wasze   zadanie:   podejść 

bandę z flanki, odciąć od przedgórza i zniszczyć, współpracując z desantem Joanny d’Arc. 

Kapitanie!

- Tak, sir!

-   Proszę   wziąć   pocketer.   Są   tam   mapy   i   niezbędne   dane.   Łączność   ze   mną   i 

krążownikiem natychmiast po przybyciu na miejsce, potem co pół godziny. Aha, jeszcze 

jedno... Kadeci! Zginęło ośmioro pracowników misji, są też ofiary wśród uchodźców, co 

najmniej dziesięć osób. Przypominam: to nie jest misja szkoleniowa. - To akcja bojowa.

Dżungla w stanie Uttar Pradesh, górny bieg rzeki Raptee,

17

 Lucknow - miasto w północno-wschodnich Indiach, w stanie Uttar Pradesh.

background image

2110 rok, czterdzieści minut od początku operacji

- Gdzie... Chrrr... Gdzie jestem? Gdzie jestem, do diabła?

- Na moich plecach, sierżancie. Jak dobrze, że odzyskał pan przytomność.

- To ty, Corcoran? A gdzie reszta?

- Czworo idzie za mną. Sażyn nie żyje, Tuang jest ranny, ale może iść. Panu... panu, 

sir, laser odciął stopę. Są też pewnie inne rany... Dopadła was rakieta: pana i Wańkę Sażyna. 

Wanię na śmierć... Ciało niosą Barre i Larsen, Astachowa ubezpiecza.

- Chrrr... Dlaczego nie masz na sobie skafandra?

-   Skafander   zdechł.   Mają   miotacze.   Stopili   łożysko   kolanowe.   Nie   było   czasu 

reperować.

- Zostaw mnie, Corcoran!

- Nie mogę, sierżancie. Tu wszędzie są bagna. Krok w prawo, krok w lewo i bul, bul, 

bul.   Noga   boli?   Nie   powinna   boleć,   potraktowaliśmy   ją   witasprejem   i   podaliśmy   środki 

przeciwbólowe.

- Zostaw mnie, to rozkaz! Zostawcie mnie i trupa! Uciekajcie! Chrrr... Uciekajcie! To 

roz...

- Corcoran!

- Co, Tuang?

- Stracił przytomność. - Przerwa. - Co robimy, Corcoran?

- Przejdziemy przez bagno, wleziemy w zarośla z tamtej strony i ostrzelamy drani. Idą 

za nami, ale na bagnach się nie ukryją, za płaska okolica.

- Mają miotacze...

- My też mamy. Tutaj nie wejdą! - Przerwa. - Ależ ciężki ten nasz sierżant... Dobrze 

chociaż, że przeżył... Kto nas teraz będzie ganiał przez ostatnie pół roku?

Smoleńsk, brzozowy zagajnik w dzielnicy Chołmy,

lato 2111 roku

- Pawełek, Pawełek, mój kochany! Oooo! Pawełek, moje szczęście!

Smoleńsk, dom w dzielnicy Chołmy,

lato 2111 roku

- Paulu, ty z nią tak na poważnie?

- A jakże, Klausie!

background image

- Matka ją akceptuje?

- I matka, i wujek Paweł.

- Akceptują, znaczy... Mmmm... Tak...

- Uważasz, że dziwoląg taki jak ja nie powinien zakładać rodziny?

- Nie jesteś dziwolągiem, Paulu, jesteś człowiekiem o szczególnych umiejętnościach, 

a to komplikuje sytuację. Co można ukryć przed kobietą, z którą się sypia. Nic, prawie nic, 

zapewniam cię. Gwarancją twej tajemnicy są jej miłość i oddanie. Jesteś pewien, że nigdy nie 

przeminą?... Nie, nie śpiesz się z odpowiedzią, tylko czas pozwoli poznać prawdę. Będziesz 

latał na Tajdze? Odsłuż tam kilka lat, potem decyduj. Zadecydujcie razem. Musi zrozumieć, 

że życie żony kosmonauty nie jest łatwe, będziecie spędzać razem miesiąc raz na pół roku.

- Masz rację, Klausie, masz rację jak zwykle. Porozmawiajmy lepiej o czymś innym, 

dobrze? - Przerwa. - Słyszałem, że loona eo chcą zbudować na Plutonie miasto albo stację 

kosmiczną...   Może   to   właśnie   oni   są   metamorfami?   Günter   Foss,   przecież   pamiętasz 

emisariusza Fossa?... może był jednym z nich?

Suchy śmiech.

- Nie. Na pewno nie był jednym z nich!

Baza księżycowa ZSK, krążownik Tajga, kajuta kapitana,

2111 rok

- Sir, porucznik Paul Richard Corcoran melduje się w związku z przydziałem do grupy 

pilotów desantowców krążownika.

- Spocznij, poruczniku. Widzę Krzyż Męstwa... Za co zostaliście nagrodzeni?

- Wyniosłem z pola walki rannego dowódcę, sir.

- No cóż, robi wrażenie. Chwileczkę, przejrzę wasze dokumenty... Tak, wszystko w 

porządku. Proszę iść na pokład F i przedstawić się komandorowi podporucznikowi Gułydze. 

Dowodzi pilotami desantu. Powodzenia na służbie, poruczniku!

- Dziękuję, sir!

Przestrzeń okołoziemska, pokład krążownika Tajga, seans łączności z Ziemią,

2113 rok

- Mamo, słyszysz mnie, mamo?

- Słyszę i nawet widzę. Mój kochany, schudłeś!

-   Nie   szkodzi,   podtuczysz   mnie.   Wracam,   mamo,   wracam!   Mam   skierowanie   do 

background image

szkoły nawigatorów w Maladze... Będę na Ziemi prawie dwa lata!

- Wiem, synku. Klaus przysłał informacje... mnie i Wierze.

- A ona nic ci nie mówiła?

- To bardzo skryta dziewczyna. Nie mówi dużo, tylko się uśmiecha i rumieni.

- Postanowiliśmy się pobrać, mamo. My...

- Koniec łączności, poruczniku! Twój czas minął, a w korytarzu czeka kolejka. Mam 

nadzieję, że najważniejsze zdążyłeś powiedzieć.

- Nie, Thyssenie. Nie powiedziałem, że kocham je obie.

System Telmacha, 22 parseki od Słońca pokład krążownika Czyngis-chan,

mesa oficerska 2117 rok

- Kapitan w pomieszczeniu! Baczność!

- Proszę siadać, panie i panowie. Drugi nawigator Corcoran! Wiadomość  dla  was. 

Gratuluję Luby! Żona urodziła wam córeczkę. To, zdaje się, już druga?

- Tak, kapitanie Pietrowicz. Dziękuję! Dziękuję, chłopaki! Nino, nie ściskaj mnie tak 

mocno, jestem w końcu żonaty... Dziękuję, Piotrze, dziękuję, Marat... Kiryle Pietrowiczu, 

pozwoli pan z takiej okazji?...

- Pozwalam. Powell, szampana! Paul, pozwól na słówko... Mam dla ciebie jeszcze 

jedną nowinę: awansujesz. Szkolenie w bazie księżycowej, potem funkcja trzeciego oficera na 

Europie. Kapitan ma takie zabawne nazwisko...  Verba...  nie,  Vrba,  Karel  Vrba.  Słyszałeś o 

nim?

Przerwa.

- Nie, Kiryle Pietrowiczu. Do tego przykro odchodzić z Czyngis-chana.

- Nie ma czego żałować. Po pierwsze, służba to służba, a po drugie, znasz przysłowie: 

„więcej   okrętów,   więcej   przyjaciół”?   Do   tego  Vrba  to   człowiek   poważny,   a   Europa   jest 

pierwszym  okrętem  nowej   serii. To nie  krążownik,  a  cała  planeta!  Będzie  więcej   takich. 

Zbudujemy całą eskadrę do zadań specjalnych. Być może szykują ją do obrony sektora loona 

eo, ale słyszałem... hmmm... Lepiej niech o tym opowie sam Vrba.

Przestrzeń okołoziemska, stocznia DX-51 pokład krążownika Europa,

kajuta kapitana, 2118 rok

- Ma pan trzydzieści lat, a już jest pan trzecim oficerem na moim okręcie. Jest pan za 

młody na tak odpowiedzialne stanowisko. Czy pan to rozumie?

background image

- Tak, sir.

- Ma pan jakieś przemyślenia na ten temat?

- Nie, sir.

- Być może uważa pan, że to efekt protekcji komodora Litwina? Wiem, że darzy 

wielką sympatią pańską rodzinę, a pana traktuje jak syna...

- To drugie to prawda, sir, ale pierwsze nie. Komodor Litwin oddziela służbę od spraw 

prywatnych. Taki typ człowieka, sir.

-   Taki   typ,   zgadzam   się.   -   Szelest   papieru.   -   Zapoznałem   się   z   opisem   pewnej 

operacji...   Osiem   lat   temu   podczas   zamieszek   w   okolice   Lucknow   przerzucono   grupę 

kadetów, by wsparli desantowców. Część grupy, osiem osób, natknęła się na przeważające 

siły wroga, jeden człowiek zginął, dowódca został ranny. Pan go wyniósł. Nie tylko wyniósł, 

ale urządził pułapkę na atakujących bandytów. Wygląda na to, że wiedział pan, ilu ich jest i 

dokąd idą. To nie jedyny taki przypadek. Przejrzałem raporty o innych pańskich wyczynach... 

Szczególny talent taktyczny. Jak pan sądzi, Corcoran?

- Sądzę, że raczej przypadek, sir. Czasami mam pioruńskie szczęście.

- Szczęściarz, tak? Załóżmy... - Znowu szelest papierów, potem na ekranie pojawia się 

jakiś tekst. - Nie mam na ten temat dokładnych informacji, ale mam wrażenie, że włada pan 

językiem faata.

- Sir, to zbyt trudny język, z nieosiągalną dla nas wymową. Obawiam się, że nie mogę 

uchodzić za specjalistę w tej dziedzinie. Studiowałem nawigację, pilotaż, analizę systemową, 

medycynę, zarządzanie personelem...

- Wystarczy, poruczniku, wystarczy! Pańska próba zamydlenia mi oczu...  jak  kiedyś 

mówiono... choć godna pochwały, nie powiodła się. Znam pańskie dossier jego oficjalną 

wersję. Oto kopia. - Jeszcze raz szelest papieru. - A tutaj - skinienie głową w stronę ekranu - 

tutaj mam inny dokument, otrzymany od tajnych służb ZSK, i on zawiera całą pańską tajną 

genealogię. To jej i kuratorowi Sybelowi zawdzięcza pan tak szybki awans. - Przerwa. - 

Wiążemy z panem wielkie nadzieje Corcoran. Gdy wyruszymy do systemów gwiezdnych, 

gdzie faata założyli kolonie.

Przerwa. Potem:

- Kontratak, kapitanie? O tym pan mówi?

- Tak.

- Co będę musiał zrobić?

- Wszystko, czego będzie wymagała sytuacja, Corcoran. Pan i Sybel jesteście naszymi 

ekspertami, znawcami języka, poglądów i obyczajów faata. Będziecie naszymi tłumaczami, 

background image

konsultantami,   pośrednikami   i   jeśli   zajdzie   taka   konieczność   wywiadowcami   na   wrogim 

terytorium. Prawdopodobnie dostaniecie okręt z napędem konturowym, fregatę albo korwetę. 

Gdy   zbliżymy   się   do   Nowych   Światów   faata,   przeprowadzicie   pierwszy   rekonesans.   W 

pewnym sensie to pan będzie dowodził siłami, które skierujemy do tego rejonu.

- Oprócz mnie i Sybela jest jeszcze jeden ekspert, sir. Moja matka nie wie zbyt wiele, 

ale komodor Litwin... Nie włada ich językiem, ale był na Okręcie, walczył z faata, nawet 

kontaktował   się   z  quasi-rozumem  i   z   tym   dziwnym   stworzeniem   metamorfem  Günterem 

Fossem. On...

- Będzie naszym dowódcą, Corcoran. Jeśli dożyje i zachowa dość sił, by uczestniczyć 

w ekspedycji.

- Jeśli dożyje? - Nie myśli pan chyba, że wylecimy jutro, mając do dyspozycji tylko 

Europę? Zaplanowano jeszcze pięć okrętów. Budowa i próbne loty zajmą prawie dekadę. A 

komodor Litwin ma już swoje lata, jego zdrowie zaś... Sam pan wie najlepiej.

- Mam nadzieję, że mimo wszystko będzie z nami. Z nim czułbym się bezpieczniej, 

kapitanie.

- Zgadzam się. Ja też czułbym się z nim bezpieczniej.

background image

3

SILMARRI

Układ Gondwana,

2125 rok

Godzinę   przed   rozpoczęciem   wachty   kapitańskiej   Corcoran   poświęcał   na   obchód 

jednostki. Obejść Europę, na której przesłużył siedem poprzednich lat, obejść tak po prostu na 

własnych   nogach,   było   niemożliwe;   każdy  z   dwunastu   pokładów  ogromnego   krążownika 

rozciągał się co najmniej na kilometr, a wszystkie były zapchane ludźmi, zapasami, bronią i 

maszynami   bojowymi.   Poza   jednym   wyjątkiem   -   półroczną   inspekcją   -   Europy   nie 

obchodzono, lecz oglądano z mostka, gdzie na wielofasetkowych ekranach widoczne były 

wszystkie   korytarze,   segmenty   i   ładownie   okrętu.   Ale   Komodor   Litwin   był   jednostką 

niskotonażową,   którą   spokojnie   można   było   zwiedzić   na   własnych   nogach.   Spacerując, 

wsłuchując się podczas przechadzki w cichy szum silników i wchłaniając emocje oraz myśli 

załogi, Corcoran czuł jedność z fregatą. Czasami miał nawet wrażenie, że z tyłu, tuż za 

plecami idzie wujek Paweł - milczący, bezcielesny, ale zadowolony: komodor Litwin jednak 

uczestniczył   w   ekspedycji,   chociaż   nie   jako   żywa   istota.   Był   bojową   jednostką   eskadry, 

okrętem zdolnym przeskoczyć setkę lat świetlnych i zadać miażdżący cios.

Obchód zaczynano od segmentów przylegających do mostka. Zaraz obok w lewej 

burcie znajdował się punkt dalekiej łączności i drugi mostek z rezerwowym sterem, natomiast 

na   prawej   burcie   mieściło   się   główne   stanowisko   ogniowe   wyposażone   w   anihilator   i 

wszystkie   środki   zniszczenia,   jakimi   dysponowała   fregata.   Dalej   umieszczono   mesę   - 

największe pomieszczenie na okręcie, jeśli nie liczy ładowni - zblokowaną z kambuzem oraz 

modułami sanitarnym i medycznym. Zgodnie z wykazem etatów, na okręcie nie przewidziano 

lekarza, lecz Sigurd Linder, cybernetyk, znał się na aparaturze medycznej, a i sam Corcoran w 

krytycznej sytuacji mógł obsłużyć reanimator, cyberdiagnostę i autochirurga. Za kambuzem 

biegł wyłożony plastikiem w kolorze sosny niezbyt długi korytarz z kajutami załogi. Po obu 

stronach. Kończył się śluzą z przesłonami luków wiodących do wieżyczek artyleryjskich, 

komór   wyjściowych   i   na   dolny  pokład   -   czyli   mówiąc   po   ludzki   do   ładowni.   Dalej,   za 

śluzami, korytarz zwężał się i brzydł, nic nie zakrywało metalowego poszycia, gdyż tę część 

background image

okrętu przeznaczono na agregaty cybernetyczne, laboratoria szybkich analiz, bloki systemu 

podtrzymania   życia   z   recyklerami   oraz   urządzenia   wytwarzające   sztuczne   ciążenie,   nie 

wymagające   specjalnej   troski   ze   strony   załogi.   Na   samym   końcu   górnego   pokładu   była 

jeszcze   jedna   komórka   -   maszynownia   lub   inaczej   stanowisko   techniczne,   miejsce   pracy 

Sancha Fernandeza i Sigurda Lindera. Za wysokim przepierzeniem, wzmocnionym płytami z 

metalu i ceramiki, zaczynał się szyb akceleratora napędu konturowego, do którego z obu stron 

po   bokach   przylegały   silniczki   planetarne,   a   od   dołu   -   anihilator   podobny   do   ogromnej 

spiralnej   sprężyny.   Dostęp   tam   umożliwiał   właz   techniczny,   lecz   ten,   tak   samo   jak 

maszynownia,   był   raczej   hołdem   oddawanym   tradycji   niż   czymś   przydatnym.   Napęd 

konturowy czerpiący energię z dowolnego źródła, od promieniowania gwiazd po jednolite 

pole wszechświata, praktycznie nie wymagał obsługi.

W  maszynowni  Corcoran  przystanął  na  kilka  chwil,  by obejrzeć  masywne  stojaki 

urządzeń sterujących silnikiem, błyszczące odbitym spokojnym zielonym światłem. Komodor 

Litwin, unoszący się gdzieś nad jego ramieniem, uśmiechał się z akceptacją.

- Tutaj wszystko w porządku, wujku Pawle - szepnął Corcoran i nieśpiesznie ruszył z 

powrotem ku śluzie, a stamtąd na dolny pokład.

Podzielono  go na  dwie  ładownie  -  dziobową  i rufową;  tę  drugą  przeznaczono  na 

towary i zapasy, a w wyrzutniach pierwszej czekał unieruchomiony tuzin robotów bojowych, 

sondy badawcze, para myśliwców typu Sokół i badawczy robot terenowy. Tutaj także, obok 

specjalnej   śluzy,   stał   mały   moduł   bojowy   podobny   do   prostokątnego   pudła   z   obciętymi 

rogami - była to jedna z maszyn ocalałych z katastrofy okrętu faata. Corcoran umiał nią 

kierować, choć zadanie nie należało do łatwych.

Obejrzał arsenał, pomacał nawet potężne tłoki popychaczy i wrócił na górę, przeszedł 

wzdłuż cichego korytarza, zerknął na tarczę chronometru w mesie i równo o szóstej zero zero 

przekroczył próg mostka, gdzie dyżur pełnił nawigator Oki Yamaguto.

- Kapitan na mostku! - Oki wydał rozkaz samemu sobie i energicznie wydostał się z 

kokonu   nawigacyjnego.   -   Sir,   melduję,   że   podczas   wachty   nie   odnotowano   żadnych 

incydentów. - Pomyślał chwilę i dodał: - Jeśli nie brać pod uwagę przykrych wspomnień 

męczących pełniącego wachtę. Wachta zdana!

- Wachta przyjęta - odparł Corcoran, siadając na miejscu Celiny Praa, które zachowało 

wyczuwalny zapach kobiety przypominający mu o Wierze i dziewczynkach. - I cóż takiego 

cię męczyło, Oki? Obraz śnieżnego Sapporo? Wspomnienia kwitnących wiśni?

Oki  Yamaguto,   mały   krępy   Japończyk,   który   wyglądał,   jakby   został   skręcony   ze 

stalowych żył, smętnie zwiesił głowę. Ironia zmieszana ze smutkiem - wyczuł Corcoran.

background image

-   Gdy   byłem   młody,   głupi   i   skłonny   do   awantur,   popełniłem   błąd,   kapitanie.   I 

posłuchałem mego czcigodnego ojca.

Oki miał dwadzieścia siedem lat; zbyt mało, by żałować błędów młodości. Co takiego 

nabroił?... - przemknęło Corcoranowi przez głowę. - Podpalił petardą kimono taty? A może 

zerwał w ojcowskim ogródku nie tę chryzantemę co trzeba. Telepatyczne umiejętności nie 

były na tyle silne, by mógł odbierać mętne, niejasne myśli, a takie właśnie błąkają się w 

świadomości większości ludzi.

- Mój ojciec, komandor Oki Saburo, skierował mnie do tokijskiej szkoły pilotów. To 

rodzinna tradycja: szkołę tę ukończył mój pradziadek i wszyscy moi dostojni przodkowie 

służyli potem w Pierwszej Flocie ZSK, chroniąc z nieba Japonię i całą planetę. A ja... - 

podrapał się za uchem. - Wychodzi na to, że jestem wyrodkiem. Uczyłem się dwa lata, a gdy 

skończyłem osiemnaście, uciekłem na Plutona do loona eo. To znaczy zostałem najemnikiem.

„Polecę   na   Plutona.   Tam   przylecieli   ci...   jak   im   tam...   aha,   loona   eo!   Potrzeba 

najemników,  żołnierzy!  Więc  ja...”  -  zadźwięczał  w uszach  Corcorana  inny głos  całkiem 

dziecinny. Jakże dawno to było! Kiedy?... I gdzie?.. Pamięć usłużnie podsunęła: Majorka, 

ćwierć   wieku   temu,   smagły   chłopiec,   José   Gutiérrez   z   Barcelony.   Pewnie   nie   został 

najemnikiem, raczej sprzedaje wino jak ojciec i dziadek. A Oki Yamaguto, potomek pilotów i 

nawigatorów, mimo wszystko dotarł na Plutona.

- Jak długo dla nich tyrałeś? - zapytał Corcoran, wspominając, że osobiste akta Okiego 

nie wspominają o tym epizodzie. - Standardowy kontrakt? Pięcioletni?

- Wystarczyły mi trzy miesiące, kapitanie. W zasadzie jeden, ale wahałem się rozumie 

pan,  giri, gimu

18

 obowiązek samuraja i takie tam... Potem pomyślałem: a to za obowiązek 

wobec Obcych?... To nie są dzieci Amaterasu

19

, nie ludzie ani nawet nie istoty podobne do 

ludzi, jak faata... Posłałem do ojca list, błagając o wybaczenie. O mało nie zbankrutował, ale 

wykupił mój kontrakt. Na kolanach wyprosił, żeby mnie z powrotem przyjęli do szkoły i nie 

wpisali mi do życiorysu haniebnej historii.

- Dlaczego haniebnej? - zapytał Corcoran. - Setki tysięcy ludzi wstępuje na służbę do 

loona eo, miliony przeprowadzają się do ich świata. Chińczycy, Hindusi, Arabowie, uchodźcy 

z Czarnej Afryki, z Brazylii, z Indonezji...

Oki się skrzywił.

- Robią to, bo muszą, sir. Nie mają wyjścia. A ja poszedłem dobrowolnie, jak ostatni 

głupek, wzgardziwszy obyczajami przodków. To co dla innych jest koniecznością, dla mnie 

18

 Giri - uczucie powinności; gimu - obowiązek, który należy spełnić (terminy japońskie)

19

 Amaterasu - bogini Słońca, zajmująca najwyższą pozycję w hierarchii sintoizmu, pramatka imperatorów, 
opiekunka Japonii.

background image

okazało się hańbą!

Było w tym ziarno prawdy. Loona eo byli drugą, po bino faata, wysoko rozwiniętą 

rasą, którą Ziemianie spotkali w dalekim kosmosie, rasą starą, pozbawioną ambicji podbijania 

innych światów, lecz nadal posiadającą ogromne bogactwa. Potrzebowali sprzymierzeńców i 

obrońców, a Ziemianie z przeludnionej planety pełnej wojowniczych plemion świetnie się 

nadawali   do   tej   roli.   Punkt   werbunkowy  otwarto   na   Plutonie,   gdzie   ciążenie   cztery  razy 

mniejsze od ziemskiego nie dokuczało zbytnio przybyszom. Za służbę płacili po królewsku - 

tym,  czego  najemnicy pragnęli  najbardziej:  cennymi  dobrami   lub  miejscem  na  wygodnie 

urządzonych   światach,   gdzie   każdy,   odsłużywszy   kontrakt,   mógł   znaleźć   nową   ojczyznę. 

Było to bez wątpienia korzystne dla mieszkańców przeludnionych biednych krajów, takich 

jak Chiny czy Indie, jednakże Japonia do nich się nie zaliczała. Dumna nacja, pomyślał 

Corcoran, z przyzwyczajenia analizując impulsy mentalne wysyłane przez Okiego; dumna, 

niezależna i ogromnie honorowa.

- W moim dossier nie ma o tym ani słowa, sir - powiedział drugi nawigator - ale chcę, 

żeby pan wiedział.

-   Uznajmy,   że   oczyściłeś   sumienie   -   odpowiedział   Corcoran,   kładąc   mu   dłoń   na 

ramieniu. - Idź, Yamaguto, odpocząć. Za pięć godzin skaczemy na Gondwanę... Zdążysz się 

trochę przespać.

Nawigator   zasalutował   i   wyszedł.   Corcoran,   nie   zakładając   hełmu   kontaktowego, 

popstrykał chwilę klawiszami na pulpicie, wywołał z pamięci KAN-u odpowiedni blok, po 

czym wydał polecenie wizualizacji. Ekran obserwacji dziobowej dosłownie rozlał się wszerz i 

w   głąb;   obraz   holograficzny   był   wyraźny,   przestrzenny.   Niczym   półprzezroczysta   taśma 

zasłonił ściany i sufit mostka, okrągłe oko lokalizatora, pulpit pilotów z rzędami wskaźników 

podświetlonych na pomarańczowo i zielono. Corcoran westchnął z zachwytem. Przed nim 

leżał rozpostarty błyszczący ogród Galaktycznej Ekumeny: sto miliardów gwiazd, cefeidy i 

obłoki   rozrzedzonego   gazu,   mgławice   i   gorące   gwiazdy,   błękitne,   białe,   żółtawe:   Spica, 

Syriusz, Procjon; żółte i pomarańczowe - Słońce i Tau Ceti; czerwone i białe karły; czerwone 

i żółte olbrzymy - Kapella, Arktur, Aldebaran; przerażające giganty - Rigel, Betelgeza, której 

jasność setki tysięcy razy przewyższa jasność Słońca. Gromady gwiezdne, Obłok Magellana, 

Hiady,   Plejady,   stare   gromady   kuliste   wiszące   nad   i   pod   Drogą   Mleczną   i   sama   spirala 

galaktyczna - leżące najbliżej centrum Galaktyki Ramię Strzelca, Ramię Oriona, w którym 

błyszczy   iskierka   Słońca,   i   ciemna,   mroczna   przepaść   szeroka   na   cztery   parseki:   Ramię 

Perseusza. Stamtąd, z niewyobrażalnej dali, przybyli faata i gdzieś tam, ciągle jeszcze poza 

zasięgiem okrętów Ziemi, ukryty był ich świat - być może centrum ogromnego imperium. 

background image

Lecz jego granica, trzy planety w dwóch różnych układach, była znacznie bliżej, na skraju 

Ramienia Oriona: dwadzieścia trzy parseki od Baala, czterdzieści od Gondwany i szesnaście 

od   Nowych   Światów,   jak   nazywali   kolonie   bino   faata.   Niecałe   osiemdziesiąt   parseków, 

nędzna   wielkość   w   porównaniu   z   odległościami   między   ramionami   Galaktyki...   Bez 

wątpienia Ziemia miała więcej praw do tego regionu. Loona eo wyjaśnili, że każda gwiezdna 

rasa   dąży  do   rozszerzenia   swej   strefy  wpływów   aż   po   naturalną   granicę   do   mgławicy  z 

protomaterią, do obłoku wodoru lub luki w przestrzeni kosmicznej - miejsca pozbawionego 

gwiazd,   planet   i   innych   obiektów   zdolnych   pełnić   rolę   barier   obronnych   na   wypadek 

ekspansji   sąsiadów.   Takie   przygraniczne   obszary   rozciągają   się   zazwyczaj   na   odległość 

trzystu do pięciuset parseków, co stanowiło całkiem akceptowalną gwarancję bezpieczeństwa 

przed atakami obcej floty czy uderzeniem cybernetycznym. Z tego punktu widzenia Nowe 

Światy wchodziły w skład strony o strategicznym znaczeniu dla Ziemi, ale była to tylko 

przykrywka, pretekst do aneksji. Prawdziwy powód, w żaden sposób nie związany z polityką 

galaktyczną dotyczący tylko faata i Ziemian, był znacznie bardziej ważki: rozgromienie floty 

Tymochina, ruiny ziemskich miast i miliony zabitych.

Palce   Corcorana   znowu   dotknęły   klawiszy   i   gromady   kuliste,   Obłok   Magellana, 

świecące jasno centrum Galaktyki umknęły na boki. Jakby mknął niewidzialnym statkiem nie 

w pianie kwantowej limbusu, lecz w rzeczywistej przestrzeni, mijając w ułamku sekundy 

słabo świecące mgławice, pojedyncze punkty z otchłaniami czarnych dziur i grona gwiazd 

rozstępujących się przed nim i znikających za krawędzią ekranu. Mapa gwiezdna przekazana 

ludziom   przez   posłańców   loona   eo   była   niezwykle   stara   -   pochodziła   jeszcze   z   czasów 

daskinów

20

. Mimo to były na nim widoczne obie gwiazdy z Nowymi Światami; sterczały na 

granicy Uskoku niczym dwie pineski, z pomarańczową i białawą główką, wbite w czarny 

marmur   odwiecznej   ciemności.   Wraz   z   Alfą   Młota   tworzyły   maleńką   grupę   gwiazd 

oddalonych od siebie mniej więcej jednakowo - nie więcej niż o pół parseka. Z Ziemi obiekt 

ten był niewidoczny; Młot należał do gwiazdozbiorów widocznych z Gondwany.

Wokół   Bety   Młota,   białego   karła,   krążył   Özat;   wokół   Gammy   -   pomarańczowej 

gwiazdy - bino faata zagospodarowali jeszcze dwa światy, Roon i T’har. Oczywiście planet 

tych nie było na mapie daskinów, gdzie zaznaczono tylko duże obiekty, gwiazdy, czarne 

dziury  i  mgławice;   zewidencjonowanie   miriadów  planet,   komet,   asteroid   było  ponad  siły 

nawet tej mądrej starożytnej rasy. Ale Ziemianie - naturalnie nie wszyscy, a tylko wybrani - 

20

  Daskinowie   -   jedna   z   najstarszych   ras   w   Galaktyce,   która   rozsiała   po   całej   jej   przestrzeni   przeróżne  
artefakty badane obecnie bardzo intensywnie przez niektóre gwiezdne rasy. Daskinowie zniknęli ponad 
miliard lat temu. Istnieje hipoteza, że Wielka Czerwona Plama na Jowiszu, to jeden z pozostawionych przez 
nich artefaktów.

background image

dowiedzieli się o Nowych Światach jeszcze przed spotkaniem z loona eo i otrzymaniem mapy 

Galaktyki. O trzech planetach na samym brzegu Uskoku opowiadała Io i choć potrafiła o nich 

przekazać tylko bardzo skąpe informacje, to starczyło ich, by zainteresować ludzi. Bliskie 

Ziemi  położenie, zdatna do oddychania atmosfera,  przyjazna  grawitacja,  korzystny bilans 

energetyczny - wszystko to kusiło.

O Ezacie Io wiedziała tylko, że istnieje i jest zamieszkany, lecz gęstość zaludnienia 

jest tam znacznie niższa niż na planetach Gammy Młota. O Roonie miała niewiele większe 

pojęcie - urodzona na T’harze, tam też spędziła okres inkubacji i kilka późniejszych lat. T’har 

zdecydowanie nie był światem ze Snów Corcorana - nie mógł się pochwalić ani ogromnym 

szczodrym słońcem, ani fioletowym niebem, ani rozległymi równinami pełnymi traw i drzew. 

Większą   część  T’hara   pokrywały  skały,   kamienie   i   mech,   jednakże   obszar   równikowy  o 

chłodnym, lecz nie nazbyt surowym klimacie zagospodarowała Wiązka Ain, kilka tysięcy w 

pełni rozumnych i trzy miliony robotników, tho. Corcoran sądził, że jego wizje przedstawiają 

raczej   Roona,   cieplejszą   i   przytulniejszą   planetę,   położoną   bliżej   centralnej   gwiazdy   niż 

T’har. Być może jego biologiczny ojciec pochodził z Roona lub przyleciał tam i przeżył wiele 

lat - znacznie więcej, niż było to dane Io. Ile? Wiek lub dwa? A może trzy? Niewykluczone - 

wszak należał do najwyższej kasty; potwierdzały to odziedziczone zdolności mentalne.

Corcoran   westchnął,   wyłączył   obraz   Galaktyki   i   jak   niewidoczny   cień   dotknął 

umysłów swoich podwładnych. Spali, jedni spokojnie, drudzy miotając się w pełnym lęku 

zapomnieniu; Celina Praa była uśmiechnięta, Okiego męczyło poczucie winy, Jasnej Wodzie, 

Indianinowi Nawaho, śniło się coś przyjemnego. Corcoran nie miał dostępu do ich snów, 

mógł uchwycić jedynie błysk towarzyszących im emocji, coś w rodzaju mentalnego echa, 

które   rozbrzmiewało   w   świadomości   śpiących,   cichnąc   stopniowo.   Rozumiał   tylko 

sformułowane myśli i dlatego różnych ludzi „słyszał” różnie: niektórych wyraźnie, niemalże 

na poziomie sygnału akustycznego i wizualnego, innych mgliście, jakby ich myśli stanowiły 

pejzaż skryty za rzedniejącą mgłą. Zdaniem Sybela wszystko zależało od potencjału mózgu, 

przy czym odchylenia bywały znaczne - na Ziemi wciąż rodzili się zarówno geniusze, jak i 

jednostki ograniczone umysłowo.

Załoga spała. Spali wszyscy oprócz Klausa, który albo udawał śpiącego, albo drzemał, 

na   wpół   czuwając,   albo   skrył   się   za   skorupą   nieprzeniknioną   nawet   dla   telepaty.   Taka 

nieokreśloność dawno już  przestała  dziwić  Corcorana,  gdyż  Klaus Sybel, jego najbliższy 

przyjaciel, brat niemalże, był osobowością tajemniczą i dziwną. Myślał nadzwyczaj logicznie 

i jasno, lecz choć jego mózg zdawał się otwarty, nie można było w niego wniknąć głębiej. 

Paul nie wiedział, czy wynikało to z jego pracy jako oficera w tajnych służbach ZSK, było 

background image

wynikiem długotrwałych ćwiczeń czy może unikatową cechą intelektu zdolnego odseparować 

się od cudzych impulsów mentalnych. Tak czy inaczej nigdy nie próbował przebić tej bariery 

i  dotknąć tego sedna. Nie ze  strachu, że  znajdzie  tam coś potwornego, nieoczekiwanego 

przyjemnego. Po prostu chroniąc własną tajemnicę, szanował sekrety innych.

Godzinę przed końcem wachty załoga obudziła się i mostek szybko wypełnili ludzie. 

Corcoran przeszedł na fotel kapitański; Praa, Tumanow i Ba Lin - dyżurny pilot - zajęli swoje 

miejsca.   Klaus   wszedł   do   kokonu   umieszczonego   obok   pilota.   Wszystko   szło   zgodnie   z 

planem, znanym i typowym dla okrętu: raporty, taniec glifów nad pulpitem pilotów, cichy 

głos Celiny Praa odliczającej czas, sylwetki krążowników na ekranie lokalizatora, ożywiony 

czerwony   pasek   niespiesznie   pełznący   w   stronę   pentalionu...   Do   tego   spokojne 

nieprzeniknione twarze i bezdźwięczny chór modlitw. Te ostatnie przypominały, że człowiek 

nie jest tym czym się wydaje; że wygląd zewnętrzny to tylko maska skrywająca strach, lęk, 

niepewność   i   pragnienie   pokonania   słabości,   to   wszystko,   czego   ludziom   -   żołnierzom   i 

kosmicznym wędrowcom - ujawniać nie przystało.

Potem rozległ się przenikliwy dźwięk syreny, mięśnie zadrgały, dalekie słońce Baala 

znikło i w lewym górnym rogu ekranu obserwacyjnego wybuchł mały, bardzo jasny dysk. 

Chwila w limbusie i czterdzieści parseków zostało za burtą. Szybciej niż światło, szybciej niż 

wiatr słoneczny, szybciej niż reliktowe promieniowanie kosmosu. Szybciej niż cokolwiek, co 

może promieniować i poruszać się, przekazywać zakłócenia, rozchodzić się w rzeczywistej 

przestrzeni.

Dotarli do systemu Gondwany.

*

Było tutaj pięć planet i trzy pasy asteroid, pozostałości światów, które uległy zagładzie 

w tak dalekiej  przeszłości, że czasu tej  katastrofy nie sposób określić. Asteroidy krążyły 

między   czwartą   a   piątą   planetą   -   dwoma   gazowymi   gigantami   przewyższającymi   masą 

Jowisza; widocznie potężne ciążenie rozrywało ciała niebieskie, które miały pecha dostać się 

pomiędzy dwa olbrzymy. Każda z tych protogwiazd władała szeregiem satelitów wszelakich 

form i rozmiarów - piąty świat miał ich ponad setkę, czwarty - osiemdziesiąt. Trzecia planeta, 

malutka, sucha, jałowa, przypominała Marsa; pierwszą, położoną najbliżej gwiazdy, paliły i 

topiły burze słoneczne. Wyłącznie druga, Gondwana, nadawała się do życia, które wybrało tę 

samą   drogę   ewolucji   co   na   Ziemi.   Teraz   królował   tam   rozkoszny   miocen

21

  -   atmosfera 

zawierała dwadzieścia cztery procent tlenu, panował klimat tropikalny. Miocen zaczął się na 

21

 Miocen zaczął się na Ziemi ok. 25 milionów lat temu. W epoce tej istniały rośliny i zwierzęta niewiele się  
różniące od współczesnych, pojawiły się nawet małpy człekokształtne.

background image

Ziemi ok. 25 milionów lat temu. W epoce tej istniały rośliny i zwierzęta niewiele się różniące 

od współczesnych, pojawiły się nawet małpy człekokształtne, powierzchnię pokrywały lasy 

liściaste i zamieszkiwały miriady zwierząt, z których część można było nawet uznać za ssaki. 

Ląd Gondwany podzielił się już na dwa ogromne kontynenty, lecz nie zasiedlono ich, gdyż 

wciąż żywe było pytanie: zachować miejscową faunę i florę czy przeprowadzić globalne 

terraformowanie

22

? Ziemscy koloniści i baza ZSK urządzili się na archipelagu w pobliżu 

stałego lądu. Miejsca mieli aż nadto - wewnętrzne Morze Turkusowe otaczały trzy wyspy 

wielkości Sycylii i jedna o powierzchni Madagaskaru. Bezpośrednio nad nimi wisiał orbitalny 

dok, dysponowali także trzema dużymi, umieszczonymi ponad atmosferą satelitami i parą 

krążowników połączonych w system obronny. Wykorzystywana na razie głównie w celach 

militarnych Gondwana miała ogromny potencjał turystyczny: przy odrobinie szczęścia mogła 

z czasem przeistoczyć się w kurort i rezerwat dla myśliwych.

Troje członków załogi podległej Corcoranowi było tutaj  już wcześniej. Gdy tylko 

odwołano stan podwyższonej gotowości, przyszli do mesy oświecić nowicjuszy, jakież to 

przyjemności ich czekają: kąpiele w morzu, tańce i flirty z miejscowymi nimfami, przejażdżki 

wierzchem i zachwycające wino ze zmutowanej czarnej porzeczki o owocach osiągających 

rozmiar gruszek. Corcoran nie przeszkadzał im; zostawił na mostku przy pulpicie tylko Celinę 

Praa i Ba Lina. Towarzystwo, filiżanka kawy, śmiech i płocha gadanina pomagały rozładować 

niedawne napięcie.  Wyłoniwszy się z niebytu  za  orbitą  piątej  planety,  eskadra  ruszyła w 

stronę Gondwany,  gdzie zamierzano spędzić tydzień lub nieco dłużej, wyładować towary 

przeznaczone   dla   bazy   i   przerzucić   na   satelity   setkę   sokołów.   Gondwana   była   ostatnim 

bezpiecznym   punktem   podróży   ku   obcym   i   wrogim   światom,   dlatego   Vrba,   zgodnie   z 

otrzymanymi rozkazami, miał umocnić tę rubież ludźmi i sprzętem. Nikt nie wiedział, czy 

grupa specjalna „37” wróci czy zginie i co - zwłaszcza w tym drugim przypadku - zrobią 

faata: zaatakują ponownie Ziemię czy uderzą w jej kolonie. Odpowiedź na te pytania miała 

przynieść dopiero przyszłość, na razie na wszystkich okrętach królował spokój i przedsmak 

krótkiego odpoczynku na ciepłej, gościnnej Gondwanie.

Po chwili namysłu Corcoran odesłał do mesy także Celinę, by wraz z resztą załogi 

zaznała nieco rozrywki, poluzował kokon, wyciągnął się w fotelu i przymknął oczy. Do końca 

wachty kapitańskiej zostało siedemnaście minut, nie było żadnych rozkazów od dowództwa, 

mógł więc pozwolić sobie na chwilę relaksu. Silniki grawitacyjne śpiewały cichutko, Ba Lin 

podśpiewywał   pod   nosem   coś   po   chińsku,   za   przepierzeniem   w   mesie   trwała   ożywiona 

22

  Terraformowanie   -   zmiana   planety   zgodnie   z   ziemskimi   standardami;   przede   wszystkim   wytępienie 
miejscowych   gatunków,   pełne   lub   częściowe   biologiczne   oczyszczenie,   a   następnie   rozpowszechnienie 
ziemskiej mikroflory, roślin i zwierząt.

background image

rozmowa, dzwoniły filiżanki, unosił się aromat świeżo parzonej kawy. Corcoran wiedział, że 

ani o nim, ani o pilocie nie za pomniano i też dostaną swoje porcje - przyniesie je albo Celina, 

albo Klaus Sybel. Ale dopiero za chwilę. Teraz byli zajęci czym innym: Praa opowiadała 

Sybelowi coś śmiesznego i Corcoran czuł, jak łącząca ich nić staje się coraz wyraźniejsza i 

trwalsza   Cieszył   się   z   powodu   Klausa,   który   dotychczas   zdawał   się   nie   przejawiać 

zainteresowania kobietami, a może tylko skrzętnie ukrywał przed obcymi tę część swego 

życia. Co do jednego Corcoran miał absolutną pewność - Klaus Sybel by samotny. Jednakże 

czas   płynie,   zmieniając   człowieka,   nawet   gdy  ten   ma   kamienne   serce   i   duszę   suchą   jak 

marsjański piasek. Gdy ktoś dobiega sześćdziesiątki, zaczyna rozumieć, że każda szansa jest 

ostatnia; jeśli nie wykorzystasz daru losu, czeka cię samotna starość, egzystencja bez czułości 

i ciepła.

Może im się uda? - pomyślał Corcoran, nie otwierając oczu. - Wprawdzie Klaus jest 

od niej starszy o dwadzieścia pięć lat i nie grzeszy specjalnie urodą, ale takie drobiazgi nie 

powstrzymają kobiety, szczególnie takiej jak Celina. Wystarczy zajrzeć do jej dossier, by to 

pojąć. Uparta osóbka! Dzieciństwo w Singapurze spędzone w ubóstwie, siedem prób dotarcia 

do lokalnej bazy ZSK, nieodparty pęd ku gwiazdom i...

- Meldunek z flagowca, kapitanie - rozległ się głos DuPressa. - Wygląda na to że 

komodor pana potrzebuje. Przełączyć na mostek?

- Przełącz, Kamilu.

Ba Lin natychmiast przerwał ćwiczenia wokalne, usiadł prosto i napiął mięśnie: gwar 

w mesie przycichł. Na ekranie obserwacyjnym tuż pod gwiazdozbiorem Młota otwarło się 

okno i zimne oczy Karela Vrby spojrzały na Corcorana.

- Sir - powiedział wstając i salutując.

- Kapitanie. - Vrba skinął głową, po czym rzucił: - Marzyła się wam kąpiel w Morzu 

Turkusowym? Tym razem musicie odpuścić. Macie zadanie. Taki tam drobiazg.

W mesie zapanowała kompletna cisza. Są rozczarowani - pomyślał Corcoran. On sam 

dwukrotnie lądował na Gondwanie i trzeci raz do tego edenu go nie ciągło; przywykł do 

odpoczynku z Wierą i dziewczynkami. Lepiej zająć się czymś pożytecznym... Co prawda po 

siedmiu   latach   służby   na   Europie   pod   dowództwem   Vrby   wiedział,   że   jego   „takie   tam 

drobiazgi” bywają bardzo pracochłonne i w większości przypadków niebezpieczne.

- Słucham, sir.

- Komodor Dickson ma kłopoty. - Dickson był dowódcą bazy ZSK na Gondwanie, 

czyli stał na czele miejscowej administracji. - Zauważyli obcy statek. Niedawno.

Ba Lin drgnął. W mesie nadal panowała martwa cisza.

background image

- Faata, sir?

- Nie. Raczej nie... To bardzo dziwny statek. Niewykluczone, że w stanie uśpienia. 

Dryfuje w drugim pasie asteroid, na próby nawiązania kontaktu nie reaguje. - Przerwa. - 

Przed chwilą rozmawiałem z Dicksonem. Mógłby zniszczyć ten statek... to znaczy sądzi, że 

mógłby, ale postąpił rozsądniej: zaczekał na nas. W naszym zespole są kompetentni eksperci. 

Posyłam   ci  Asenowa   i   Helgę   Swan.   Dwaj   doświadczeni   ksenolodzy   plus   Sybel...   Mam 

nadzieję, że dadzą radę.

- Czas na wykonanie rozkazu? - zapytał Corcoran.

- Nie więcej niż dwa tygodnie. Dopóki wisimy nad Gondwaną. - Vrba odwrócił głowę, 

słuchając któregoś z oficerów, i na ekranie lokalizatora od Europy oderwał się jasny punkt. - 

Eksperci już wylecieli, ich szalupę zostaw sobie, przyda ci się. Sprawdź, o co tam chodzi, 

tylko ostrożnie. Niepotrzebne nam pobojowisko. Co do rozkazów... O NWZ wiesz?

- Mogę użyć broni?

-   Tylko   w   skrajnym   przypadku,   po   zasięgnięciu   opinii   ekspertów.   Ale   eksperci 

ekspertami, a ja chcę, żebyś posłuchał sam. Przecież umiesz świetnie słuchać... Nieprawdaż, 

Paulu?

Corcoran skinął głową w milczeniu. Karel Vrba był jedną z niewielu osób znających 

tajemnicę jego pochodzenia i daru odziedziczonego po faata. Być może w całej eskadrze 

znaleźliby się tylko dwaj tacy dobrze poinformowani ludzie - komodor i Klaus Sybel.

- Współrzędne przekażę na twój KAN. Bądź ostrożny. Powodzenia! - zakończył Vrba i 

zniknął z ekranu. Na mostek pośpieszyli starsi oficerowie, Celina Praa i Tumanow, tuż po 

nich pojawił się Sybel, a w mesie znowu zaszumiało. Jednakże Corcoran nie wyczuwał już 

niedawnego rozczarowania, co zresztą nie było dziwne: Gondwana ze wszystkimi jej urokami 

nie przepadnie, a statki Obcych nie trafiają się codziennie.

- Statek! - Cienkie brwi Celiny powędrowały ku górze. - W stanie uśpienia! Co to 

może znaczyć?

- Myślę, że spotkamy statek, którego załoga nie żyje, albo automatyczną sondę z 

wyczerpanym zapasem energii - wyraził przypuszczenie Tumanow.

- Prawdopodobieństwo takiego przypadkowego spotkania jest niewyobrażalnie małe - 

oznajmił   cybernetyk   Linder,   dołączając   do   grupy  na   mostku.   -   Zatem   raczej   mówimy   o 

aktywnym  urządzeniu szpiegowskim.  Udaje zdechlaka,  ale  obserwuje system, do którego 

przybyliśmy.

-   Cóż   wiemy   o   prawdopodobieństwie!   -   powiedział   Sybel.   -   Na   mapie   daskinów 

zaznaczono dziesiątki ras, jeśli więc każda z nich ma flotę liczącą tysiące statków plus sondy 

background image

bezzałogowe, to...

- Kapitanie! - W luku zamajaczyła masywna sylwetka Kiryła Pielewicza. - Ci ma robić 

moja sekcja? Rozgrzać anihilator? - Przestąpił próg i na mostku od razu zrobiło się ciasno.

- Tak - odparł Corcoran, wstając. - Wszystkich poza obsadą proszę o opuszczenie 

mostka. Teraz twoja wachta, Nikołaju. Obliczysz kurs, zameldujesz o planowanym czasie 

przybycia. Będziemy działać zgodnie z instrukcjami i z uwzględnieniem rad ekspertów. Nie 

zapomniałeś jeszcze instrukcji NWZ?

Dokument   ten,   określający   zasady   postępowania   podczas   spotkania   z   obcym   i 

nieznanym statkiem, miał numer i oficjalną nazwę, lecz we wszystkich flotach określano go 

skrótem   NWZ.   Nie   Wal   w   Zęby...   Przynajmniej   nie   od   razu.   Kontakt   był   procesem 

delikatnym, wymagającym szczególnej cierpliwości, tolerancji i odrobiny zaufania. Zaufanie 

było w Galaktyce towarem równie rzadkim jak życzliwa mądrość braci w rozumie. Bajki i nic 

więcej! Szczególnie gdy chodziło o haptorów i dromów, z którymi zetknęli się już najemnicy 

służący dla loona eo. Dlatego najważniejszą częścią NWZ było określenie, czy należy strzelać 

czy uciekać. I kiedy.

Pokład drgnął ledwie wyczuwalnie.

- Szalupa z ekspertami przycumowała - zameldował Ba Lin.

- Pójdę ich przywitać. - Corcoran rzucił okiem na okrętowy chronometr i ruszy w 

stronę luku. - Wachta zdana!

- Wachta przyjęta - odpowiedział Tumanow, siadając w fotelu przed pulpitem KAN-u. 

- Chwileczkę, kapitanie. Zaraz obliczę kurs.

*

- Nigdy czegoś podobnego nie widziałem - burczał Iwan Asenow, ksenolog specjalista 

obcych technologii. - Nie przypomina modułów bojowych faata, nie ma też nic wspólnego ze 

statkami loona eo, dromów i haptorów.

- Po prostu sterta szarego błota - zauważyła Helga Swan. Oboje ksenolodzy niedawno 

służyli   razem   z   Corcoranem,   dlatego   pamiętał   doskonale,   że   specjalnością   Helgi   jest 

transinformatyka, a dokładniej rozszyfrowywanie sygnałów i symboli języków Obcych.

- Nigdy nie widziałem... Po prostu sterta błota... - powoli powtórzył Corcoran - No, 

eksperci, co jeszcze mądrego powiecie? Czym mnie ucieszycie?

Wraz z Klausem Sybelem i pilotem Sierym było ich pięcioro. Odziani w skafandry 

siedzieli  w  szalupie,  pod  przezroczystym  pancerzem  kabiny zapchanej  przyborami  Swan, 

deszyfratorami, czujnikami optycznymi i akustycznymi i wszelkiego rodzaju urządzeniami 

sygnalizacyjnymi.   Jakiś   kilometr   od   nich,   wycelowawszy   broń   w   obcą   jednostkę,   wisiał 

background image

Komodor Litwin, a prosto na kursie zastygła ta sama kupa błota, która prawdopodobnie była 

statkiem Obcych lub skrywała go pod szarą skórą z mnóstwem narośli i zmarszczek. Jeśli był 

to   kamuflaż,   to   zupełnie   niedorzeczny   -   obiekt   zdecydowanie   różnił   się   od   asteroid, 

kamiennych i metalowych obiektów pobłyskujących ostrymi krawędziami w świetle dalekiej 

gwiazdy.

-   Igor   -   powiedział   Corcoran   do   pilota   -   oblećmy   toto   dookoła   i   sfotografujmy 

wszystkie szczegóły. Tylko wypuść reflektory. Myślę, że cztery wystarczą...

- Tak jest.

Ze   stanowisk   nad   kabiną   wystrzeliły   cztery   kapsuły,   poleciały   w   różne   strony   i 

rozbłysły,   zalewając   jasnym   światłem   dziwną   konstrukcję.   Stateczek   zaczął   okrążać   je 

niespiesznie, utrzymując cały czas dystans kilkuset metrów. Cicho zaterkotały holokamery.

-   Silnik   -   mamrotał   wyraźnie   skonfundowany Asenow.   -  Władco   Pustki,   gdzie   to 

draństwo ma silnik? Musi przecież jakoś się przemieszczać...

- Nie reaguje na sygnały - powiedziała nachylona nad przyrządami Helga Swan. - 

Cisza na wszystkich częstotliwościach poza zakresem IR

23

.

- Profil?

-   Rozkład   normalny

24

  Temperatura   około   stu   dwudziestu   kelwinów.   Paulu,   może 

podlecimy bliżej? Przesonduję powierzchnię intraskopem i wtedy...

-   Nie   trzeba   -   rzucił   nagle   milczący   do   tej   pory   Sybel.   -   Nie   trzeba   intraskopu, 

koleżanko. Mamy przed sobą statek silmarri, a ten pagórek skierowany w stronę gwiazdy to 

moduł dokujący. Jeśli nieco podniesiemy temperaturę, wejdziemy do środka.

- Sezamie, otwórz się... - Asenow chciał podrapać się po karku, ale ręka dotknęła 

hełmu. - Skąd to wiesz, Klausie?

- Z meldunku komodora Litwina i protokołów z rozmów przeprowadzonych z Io. 

Czyżby pan, Iwanie, nie znał ich? Ma pan przecież dostęp do tajnych akt!

- Oczywiście, że je przeglądałem. - Asenow wyglądał na z lekka oszołomionego. - 

Jednakże nie pamiętam...

- Trzeba było czytać, czytać uważnie, a nie przeglądać. Faata są wrogami silmarri i 

zebrali mnóstwo informacji na ich temat - sucho zauważył Sybel. - Za pozwoleniem, Paulu... 

Jeśli   podlecimy   do   tego   wzgórka   podobnego   do   japońskiej   czapki   i   oświetlimy   go 

reflektorem, a jeszcze lepiej dwoma, to śluza otworzy się i wejdziemy do środka. Myślę, że to 

całkowicie bezpieczne.

23

 IR (z ang. infrared) - promieniowanie podczerwone lub cieplne.

24

 Rozkład normalny albo rozkład Gaussa - krzywa przypominająca wyglądem dzwon.

background image

Corcoran wahał się przez sekundę, po czym skinął na pilota.

-   Igor,   wykonać.   Podciągnij   tam   wszystkie   reflektory.   Szalupa   ruszyła   ku 

stożkowatemu wybrzuszeniu. Dwie świetliste kule płynę przed nią, a dwie za nią, oświetlając 

nierówną szarą powierzchnię jakby ulepioną z kawałków gliny.

- Jak wyglądają u tych silmarri systemy obronne? - zapytała Helga Swan z nerwowym 

uśmiechem na twarzy. - Jakieś automaty obronne? Komputery pilnując roboty, coś jeszcze?

- Statek jest dobrze uzbrojony, ale jeśli się nie mylę, nie ma na nim typowych środków 

obrony.

- Dlaczego?

- Dlatego, moja droga, że silmarri nie są ludźmi, myślą inaczej i nie potrzebują ani 

komputerów, ani robotów. Statku broni załoga... lub mówiąc bardziej precyzyjnie, zbiorowy 

rozum mieszkańców.

Dwa reflektory podpłynęły do górnej części śluzy. Tę część statku skrywał ciężki 

masywny kadłub o średnicy pół kilometra nie dopuszczał światła, przez co zdawało się, że 

gwiazdy świecą wyjątkowo jasno.

Corcoran pstryknął klawiszami interkomu.

- Praa? Mówi kapitan. Podejmujemy próbę przeniknięcia na obcy statek.

- Zrozumiałam, sir. Jesteśmy w pełnej gotowości bojowej.

Kształt stożka nieoczekiwanie uległ zmianie - wyciągnął się ku górze, zgiął i zaczął 

przypominać   dziób   drapieżnego   ptaka.   Przez   pancerz   statku   przebiegły   fale,   stożek, 

wchłaniając je, rósł w oczach, był coraz szerszy i dłuższy, a po chwili jego powierzchnię po 

obu stronach przecięły czarne linie. „Dziób” nieśpiesznie rozchyl się; dolna połowa odjechała 

jak   zawieszona   na   łożyskach   szczęka.   Promienie   reflektorów   oświetliły   obszerne 

pomieszczenie. Śluza mogłaby bez trudu pomieścić szalupę, ale Corcoran - przechwyciwszy 

pytające spojrzenie pilota - pokręcił przecząco głową.

- Nie, zostaniesz tutaj, Igorze. W razie czego będziesz nas ubezpieczał.

Przezroczysta kopuła przesunęła się, otwierając kabinę. Teraz od pustki dzieliły ich 

tylko   hełmy   i   elastyczna   tkanina   roboczych   skafandrów.   Pozbawione   egzoszkieletu   były 

lżejsze od bojowych, dzięki czemu dało się z nich korzystać bez specjalnego przygotowania. 

Z całej grupy tylko Corcoran potrafił się poruszać w skafandrze bojowym, no, może jeszcze 

Sybel. Ale on rzadko mówił o swych umiejętnościach.

Zamocowawszy  na  ramieniu   holokamerę,  Corcoran   odbił  się   i  poleciał   w otwartą 

paszczę śluzy. Jego ruchy były pewne, pełne wdzięku i rozważne jak u każdego kosmonauty 

przyzwyczajonego do nieważkości, w której nie można chodzić ani biegać, lecz trzeba skakać 

background image

i latać. Jeden z wiszących za burtą stateczku reflektorów posłuszny rozkazowi przytłumił 

blask i podążył za człowiekiem.

Za   kapitanem   skoczył   Sybel,   potem  Asenow.   Helga   Swan,   wbijając   paznokcie   w 

oparcie fotela pilota, patrzyła, jak znikają w śluzie obcego statku. Strach sparaliżował ją; 

Corcoran   czuł   to   równie   wyraźnie   jak   niezłomny   spokój   Sybela   i   ciekawość  Asenowa. 

Wspomniał opowieści wujka Pawła, wyrywkowe dane o silmarri, które przekazał Litwinowi 

mechaniczny quasi-rozum, a może istota kierująca przybyłym z Nowych Światów statkiem. 

Wedle   tych   informacji   silmarri   byli   dziwną   rasą   -   gigantyczne   robaki   nie   posiadające 

indywidualności, nie mające ani oczu, ani nóg, ani płuc, ani żołądka. A jednak podróżowali 

po kosmosie i nie można ich było bynajmniej nazwać nieszkodliwymi, o czym przekonało się 

wielu - nie wyłączając faata, którzy stanęli im na drodze.

- Helgo, jeśli nie chcesz, nie musisz iść z nami - rzekł miękko Corcoran. - Zostań na 

statku z Igorem.

- Pójdę.

Zdecydowanym   ruchem,   jakby   skacząc   w   nieznaną   głębię,   pokonała   dzielącą   ich 

przestrzeń. Teraz cała czwórka stała w śluzie - obszernym pomieszczeniu w kształcie walca 

ciągnącym się w głąb statku na kilkadziesiąt kroków. Wzdłuż ścian biegło sześć ułożonych 

spiralnie szerokich rynien, skupiających  się w oddalonym  końcu korytarza, przy zaworze 

pierścieniowym przypominającym mocno zaciśnięte mięsiste wargi.

- Gródź - ocenił Sybel. - Myślę, że trzeba na nią poświecić.

Świetlista kula rozbłysła jaśniej i ruszyła w stronę zaworu.

-   Nie   trzeba   zbytnio   podnosić   temperatury.   O,   tyle   wystarczy...   To   bardzo   czuły 

mechanizm.

- Rynny - powiedział Asenow, patrząc dookoła. - Jeśli poruszają się nimi, masa ich 

ciała musi być większa niż u człowieka. Powiedziałbym, że znacznie większa, nawet o rząd 

wielkości.

-   Niewykluczone.   -   Sybel   patrzył,   jak   otwierająca   się   powoli   mięsista   gardziel 

przybiera   kształt   pierścienia.   -   Komodor   Litwin   po   obejrzeniu   nagrań   na   okręcie   faata 

oszacował ich rozmiar na jakieś sześć metrów długości i półtora metra średnicy. Ale mogą 

rozciągać ciało, osiągając...

- Ogromne węże! - przerwała mu drżąca Helga Swan. - Każdego z nas mogą połknąć 

jak królika!

- Bzdura - burknął Sybel. - Jak mają łykać, skoro są pozbawione przełyku i układu 

trawiennego? Przyjmują pokarm przez skórę.

background image

Corcoran  nie uczestniczył  w dyskusji, wytężał swój  wewnętrzny słuch,  by złowić 

choćby   echo   fali   mentalnej.   Na   próżno!   Nie   było   ani   informacji   wizualnych,   ani 

dźwiękowych, ani nawet ciepła towarzyszącego dotknięciu cudzego umysłu... Mógł przysiąc, 

że statek jest pusty albo dryfuje wśród asteroid z martwą załogą na pokładzie. Przez zawór 

pierścieniowy   przeszli   do   następnego   pomieszczenia.   Było   ogromne   -   prawdopodobnie 

zajmowało całe wnętrze statku, rozciągając się na setki metrów w górę, w dół i na boki. 

Błyszczące   w   świetle   reflektora   cienkie   kryształowo   czyste   płyty   różnych   kształtów 

połączono   w   chaotyczną,   niezrozumiałą   dla   ludzkiego   umysłu   konstrukcję;   płaszczyzny 

przecinały się i łączyły pod ostrymi i rozwartymi kątami, tworząc trójwymiarowy labirynt z 

setek, a może nawet tysięcy niewielkich komór. Komórki te nie miały ani ścian, ani podłogi, 

ani sufitu, a jedynie obramowanie usiane mnóstwem dziur - okrągłych, o średnicy około 

metra. Tu i ówdzie na zewnętrznej części poszycia wzdłuż łączeń płyt ciągnęły się giętkie 

węże albo kable z ciemniejszego materiału, otwierające się na końcach szerokimi głębokimi 

czaszami   podobnymi   do  ogromnych   tulipanów   albo   lilii   z   okrągłymi   płatkami   i  kilkoma 

pręcikami.   Przez   tę   zapełniającą   całą   przestrzeń   strukturę,   sprawiającą   wrażenie 

nieskończonej,   delikatnej   i   przezroczystej   niczym   zjawa   astralna,   prześwitywał   centralny 

rdzeń - masywny, długi, jakby odlany z pochłaniającego światło czarnego graniastego szkła. 

Prawdopodobnie   przebiegał   przez   statek   od   dziobu   aż   po   rufę,   jeśli   takie   pojęcia 

obowiązywały także tutaj.

- Miałeś ochotę obejrzeć silnik? - Sybel trącił łokieć Asenowa. - Wygląda na to, że to 

on. Ta czarna rura.

Ksenolog kiwnął głową.

- Zgadzam się. A skoro rura, to znaczy, że mamy przed sobą napęd konturowy. Z tego 

wniosek, że przemieszczają się w limbusie. Ciekawe, jak obliczają kierunek i długość skoku? 

Nie widzę...

- Ekranów, chipów molekularnych, czujników, sensorów i tak dalej? - z uśmiechem 

przerwał mu Sybel. - Nakrytego stolika też nie ma ani fanfar na cześć naszego przybycia. To 

nie ludzie, Iwanie, nie zapominaj o tym! Nie ludzie, lecz istoty całkiem innego rodzaju.

- Mnie to mówisz? Ksenologowi? - Tym razem na twarzy Asenowa zagościł uśmiech. 

Iwan zadarł głowę i wbił wzrok w kryształowe płyty. - Najwyraźniej mogą rozciągać ciała i 

przemieszczać się przez te otwory... oczywiście w nieważkości... a półkuliste konstrukcje na 

ciemnych kablach czy też żyłach przypominają elementy systemu sterowania... Co o tym 

sądzisz, kapitanie?

- Nic. Zapamiętuję wygląd miejsca i komentarze specjalistów.

background image

Corcoran dotknął umocowanej na ramieniu kamery. Wbrew jego woli w świadomości 

powstał   wyrazisty   obraz:   ogromne   robaki   szybko   i   płynnie   ślizgają   się   w   kryształowym 

labiryncie, to zwinięte w białawy kłębek, to rozciągnięte na paręnaście metrów, pochylają się 

nad czaszami, wsuwają do nich pozbawione oczu głowy, a może ogony i zamierają, stając się 

jednym gotowym do działania, obdarzonym intelektem stworzeniem. Był niemal pewien, że 

to   nie   wytwór   wyobraźni   a   echo   rzeczywistości,   tym   bardziej   że   wizja   niezwykle 

przypominała   Sen,   choć   śniony   na   jawie.   Co   prawda,   nie   mógł   mieć   źródła   w   pamięci 

genetycznej - trudno byłoby uwierzyć, że któryś z przodków obserwował żywych silmarri, i 

to   na   pokładzie   statku.   Najwyraźniej   odziedziczony   dar   nie   ograniczał   się   do   Snów   i 

zdolności do komunikacji mentalnej, lecz pozwalał na znacznie więcej...

Zatrzeszczał analizator włączony ręką Helgi Swan.

- Jest tu atmosfera, ale rozrzedzona - powiedziała. - Azot, tlenek węgla, metan, gazy 

szlachetne   i   związki   organiczne...   dziwne,   urządzenie   nie   potrafi   ich   rozpoznać.   Pokarm 

silmarri?

Popatrzyła na Sybela, ten jednak tylko wzruszył ramionami.

- Być może. Nie wiem. Mam za mało informacji. Pochodzą tylko z tych źródeł, o 

których wspomniałem. W ogóle o silmarri wiadomo niewiele. Na przykład nasi przyjaciele 

loona eo nic o nich nie wiedzą i wiedzieć nie chcą. Po prostu przepuszczają ich przez swój 

sektor i nigdy nie wchodzą z nimi w konflikt.

-  Wygląda   na   to,   że   mamy  szczęście   -   powiedział  Asenow.   -   Zdobyliśmy  bogaty 

materiał do badań: cały statek, najwyraźniej porzucony.

Klaus Sybel chrząknął, zerknął na Corcorana, ale ten ledwie zauważalnie pokręcił 

głową - nie, kolego, niczego nie czuję.

- To błędny wniosek, Iwanie. Silmarri nie porzucają statków, bo nie mają innego 

domu. To galaktyczni wędrowcy... Każdy statek to rodzina i jeśli dobrze na tym poszukamy, 

też ją znajdziemy.

- Jakoś nie mam ochoty na poszukiwania - wyjąkała pobladła Helga Swan.

- Lepiej przyniosę ze statku swoje przybory i zabiorę się do analiz.

- Słusznie. My mimo wszystko poszukamy.

Sybel odepchnął się czubkiem buta i przeleciał przez otwór w wiszącej pod skosem 

ściance.   Corcoran   i   Asenow   popłynęli   za   nim,   to   chwytając   za   krawędzie   dziur,   to 

podskakując   na   przezroczystych   płytach,   które   okazały   się   giętkie   i   sprężyste   jak   batut. 

Wspinali   się   i   zniżali,   śledząc   kierunek   ciemnych   żył,   zaglądając   do   półkulistych   nisz 

usianych przyssawkami - być może były to urządzenia komunikacyjne. Można było odnieść 

background image

wrażenie,   że   Sybel   wie,   dokąd   ich   prowadzi;   Corcoran   nagle   zrozumiał,   że   segmenty   o 

dziwnych   kształtach   i   jak   się   okazało,   różnych   rozmiarach   -   nieduże   niczym   mesa   na 

Komodorze Litwinie albo ogromne jak ładownia - nie są przeznaczone do mieszkania ani 

pracy. Tę funkcję spełniał sam statek, a te przezroczyste sprężyste powierzchnie odgrywały 

rolę pajęczych nici, stanowiąc oparcie dla ciał mieszkańców i służąc jako linie komunikacyjne 

łączące   ich   nawzajem,   a   także   z   powierzchnią   statku,   silnikiem,   śluzami   i   całą   resztą 

maszynerii.   Olśnienie   przyszło   nieoczekiwanie   w   postaci   myśli,   że   cały   ten   statek, 

wypełniająca go pajęczyna, korytarz napędu hiperświetlnego, podobne do kwiatów czasze - 

wszystko to jest raczej obiektem biologicznym niż urządzeniem z metalu, ceramiki i plastiku. 

Skąd to wiedział? Pytanie nie bezzasadne, a jednak pozostające bez odpowiedzi. Wiedza nie 

objaśniała samej siebie.

Odeszli jakieś dwieście metrów od śluzy, gdy Sybel przystanął i nakazując czujność, 

uniósł rękę. Giętka płyta pod ich nogami łączyła się z pięcioma lub sześcioma innymi - były 

ułożone   pod   kątem,   tworząc   coś   w   stylu   piramidy   trzy   razy   wyższe   od   człowieka;   w 

sąsiednich segmentach takiej samej wielkości na końcach czarnych łodyg rozkwitały kwietne 

czasze, a na wierzchu majaczyła graniasta powierzchnia szybu akceleratora - w odczuciu 

Corcorana najciekawszy obiekt. Jednakże Sybel patrzył w dół, tam gdzie ziała obszerna jama, 

której dno pokryte było białawą mgłą. Po chwili Corcoran zauważył, że ta przypominająca 

obłoki masa rozpada się na oddzielne fragmenty, niektóre długie i rozciągnięte, inne zwinięte 

w kłębek, jakby mgła była ziarnistą substancją złożoną z bardzo dużych cząstek. Wszyscy 

troje wisieli nad tym obrazem jak pasażerowie lecącego nad obłokami stratolotu.

W   hełmie   każdego   z   nich   rozległo   się   przekazane   przez   komunikator   ciężkie 

westchnienie Asenowa.

- Ach, więc tacy są... całe stado... co najmniej kilka setek...

- Nie stado, tylko komórka rodzinna - zaprotestował Klaus Sybel. - Rozumna istota. 

Wystarczająco inteligentna, aby przenieść się w kosmos, gdy na Ziem człowiek kromanioński 

śledził mamuty u podnóża lodowców Würmu

25

. Stworzenie które odrzuciło stabilizację, jaką 

daje planeta, i stworzyło własny świat, taki, na jaki miało ochotę. - Sybel rozejrzał się i 

płynnie   powiódł   ręką.   -   Nie   dążące   do   kontaktu   z   innymi   rasami,   nieagresywne,   nie 

wojownicze, jeśli tylko zostawić je w spokoju. Ale jeśli ktoś je urazi, zniszczy mu statek albo 

przeszkodzi w wędrówce... Powiem tylko tyle: lepiej tego nie robić.

- Silmarri odrzuciły stabilizację, jaką daje planeta... - zadumał się Asenow - W tym 

25

 Würm - chodzi o zlodowacenie Würm (znane w Polsce jako zlodowacenie północnopolskie. 30-40 tysięcy 
lat temu.

background image

akurat   nie   ma   niczego   oryginalnego,   loona   eo   też   żyją   głównie   w   kosmosie   Chociaż 

oczywiście osady loona eo i legowiska gigantycznych gąsienic... - Popatrzył w dół, potem 

rzucił pełne strachu spojrzenie na Corcorana. - Paul! Rejestrujesz to?

-  Każdy szczegół  - uspokoił  go  kapitan,  od  dłuższej   chwili  oglądający zbitych  w 

ogromną stertę gospodarzy statku. - Chciałbym wiedzieć, co się z nimi dzieje - Całkowity 

bezruch, bezwładność, brak kontaktu ze światem zewnętrznym, ni uczuć, ni myśli, ni żadnej 

reakcji na nasze wtargnięcie... Zwyczajnie śpią? Zahibernowali się? Umarli?

- Są zajęci nie cierpiącą zwłoki sprawą: oczekują potomstwa - wyjaśnił Sybel. - W 

takich momentach są całkowicie bezbronni. Ale jak wspominałem, lepiej ich nie ruszać. Etap 

rozmnażania dobiegnie końca i znikną, odejdą cicho, nikogo nie niepokojąc. Taki meldunek 

złóż Vrbie i Dicksonowi.

- I to wszystko?

-   Skądże...   Nasza   wiedza   o   silmarri   znacznie   się   poszerzyła:   mamy   twoje   filmy, 

analizy Helgi i obserwacje nas wszystkich. Ludzie są nowicjuszami w Galaktyce, można 

powiedzieć, że dopiero raczkują, i dlatego najważniejsze dla nas jest określić, kto stanowi 

zagrożenie, a kto nie. Jakikolwiek jest cel istnienia silmarri, ludzie ich nie interesują. Jestem 

tego absolutnie pewien.

- Walczą z faata - zauważył Corcoran.

- Walczą. A jak myślisz, kto zaczął? - Kąciki warg Sybela leciutko uniosły się ku 

górze; nie był to prawdziwy uśmiech, co najwyżej jego namiastka. - Wiecie co? Spadajmy 

stąd. To nieładnie podglądać cudzą sypialnię.

Przez   niekończący się   labirynt   otworów  popłynęli   ku  Heldze   Swan  i   reflektorowi 

oświetlającemu śluzę.

*

Komodor Litwin czekał na eskadrę za orbitą piątej planety. Lot na Gondwanę byłby 

stratą czasu; pozbywszy się ładunku, krążowniki ruszyły w stronę granicy systemu, skąd 

miały wykonać ostatni w tej podróży skok. W limbusie można było pogrążyć się w dowolnym 

miejscu, ale zazwyczaj wybierano punkty oddalone od gwiazd - pod wpływem silnych pól 

grawitacyjnych obszar docelowy był mniej wyrazisty. Mistrzostwo nawigatora polegało na 

tym, by dotrzeć na granicę danego układu gwiezdnego i by grupa statków startujących razem 

nie była po skoku rozproszona. Napęd konturowy umożliwiał loty na ogromne odległości, 

lecz naprowadzenie na cel wymagało skomplikowanych obliczeń i uwzględnienia czynników 

zakłócających. Zadanie było prostsze, gdy miejsce startu znajdowało się daleko od gwiazdy i 

planet, gdzieś w rejonie odpowiadającym słonecznemu Obłokowi Oorta.

background image

Tak   więc   czekali   zawieszeni   w   ciemnej   zimnej   pustce;   załoga   pełniła   wachty, 

specjaliści - Sybel, Asenow i Helga Swan - przeglądali nagrania ze statku silmarri, a kapitan 

trwał pogrążony w zadumie. Coś się z nim działo, padały jakieś ściany rozgradzające różne 

obszary świadomości, padały bariery, drzwi stawały otworem, niewidzialny potok mentalny 

zmywał resztki przeszkód i unosił je z sobą coraz dalej, coraz szybciej, ale dokąd?... Choć 

tego nie wiedział, zachodzące przemiany nie budziły w nim strachu. Już raz przeżył coś 

podobnego   -   w   dzieciństwie,   gdy   zaczął   łowić   skrawki   myśli,   odczuwać   emocje, 

współprzeżywać, wpadając wbrew własnej woli w mentalny rezonans z obcymi umysłami. 

Wtedy czuł lęk i gdyby nie Klaus Sybel, żyłby w przerażeniu przez długie miesiące, a nawet 

lata... Wtedy, w dzieciństwie! Lecz teraz był dorosłym mężczyzną i zmiany wywoływały w 

nim nie strach, nie panikę, lecz ciekawość.

Co było przyczyną? Być może osiągnął wiek, w którym nowa mutacja dała o sobie 

znać; być może to lot ku Nowym Światom spełnił rolę wyzwalacza - sama podróż albo te 

dziwne rzeczy, które zobaczył na statku silmarri. Nic nie wskazywało na to, że jego zdolność 

odczytywania obrazów mentalnych stała się silniejsza, także Sny nawiedzały go z taką samą 

częstotliwością jak dotychczas, jednakże zyskał nowy dar: otoczenie nagle zaczęło z nim 

rozmawiać. Głos przedmiotów był cichy, wizje raz rozmyte, kiedy indziej znów wyraźne, lecz 

zawsze   krótkotrwałe   jak   blask   błyskawicy   rozświetlającej   noc.   Za   pierwszym   razem   - 

kryształowy labirynt i ciała silmarri prześlizgujące się w mrocznej przestrzeni, potem inne 

miraże, przedstawiające to mamę, to ciocię Io, to wujka Pawła, wyglądających nie tak jak na 

portretach i fotografiach, lecz biorących udział w epizodach, których Corcoran nie pamiętał i 

pamiętać   nie   mógł.   Na   przykład   w   ciasnej   ciemnej   komórce:   mama   oparta   o   ścianę,   Io 

pochylona nad nią, a wujek Paweł niby wartownik strzegący ich obu stoi zakuty w skafander 

bojowy.  Wszyscy  są   młodzi,   jakby  czas   się   cofnął,   czyniąc   ich   znowu   więźniami   statku 

faata...

Eskadra minęła trzeci pas asteroid, na miejsce powinna dotrzeć w ciągu doby. Poranną 

wachtę pełniła  Celina  Praa; na  statku i w okolicy królował  całkowity spokój. Po zdaniu 

wachty Corcoran siedział w kajucie Sybela. Była równie mała jak jego własna, kapitańska, ale 

miejsce   rezerwowego   pulpitu   dowodzenia   zajmował   długi   wąski   stół,   zajęty   przez   parę 

projektorów   holograficznych,   stertę   książek,   pocketer   i   rozciągnięty   nad   nim   ekran 

cienkowarstwowy.   Dodatkowo   stół   zdobił   jakiś   bibelot   przypominający   filigranową 

ośmiornicę   z   kolorowego   plastiku   lub   szkła.   Najwyraźniej   pamiątka   ta   była   bliska   sercu 

Klausa - ochraniał ją półprzezroczysty klosz, gaszący kolory i zacierający kontury.

- I to wszystko? - zapytał Sybel.

background image

Corcoran   kiwnął   głową   potakująco.   Jego   wzrok   cały   czas   wracał   do   cacka   pod 

kloszem   wywołującego   na   chwilę   dziwny   obraz:   coś   czarnego,   zawiniętego   w   tkaninę, 

ułożone na wąskiej dłoni o czterech palcach. Ręka loona eo, pomyślał automatycznie.

- Ciekawe rzeczy powiedziałeś... - Nasadę nosa Sybela przecięła głęboka zmarszczka. 

- W dawnych wiekach nazywano to jasnowidztwem. Dotknięty przedmiot opowiadał historię 

swego   właściciela.   Na   przykład   biorąc   do   ręki   but   zdjęty   z   trupa,   jasnowidz   mógł 

zdemaskować mordercę. Oczywiście to wszystko stek bzdur! Ale ciekawych.

- Nie mam kogo demaskować - wymamrotał Corcoran. - Trupy są u nas chwilowo 

towarem deficytowym, a poza tym nie mam żadnej władzy nad nowym darem.

- Czy to znaczy, że nie możesz nim kierować?

- Tak. Jawią mi się jakieś dziwne epizody, ale tylko wtedy, gdy mają na to ochotę... - 

Wyciągnął rękę w stronę przedmiotu pod kołpakiem. Przypominał ni to ośmiornicę, ni to 

mątwę. - Mogę obejrzeć?

- Nie. - Klaus odsunął klosz dalej, za holoprojektor. - To nie jest rzecz do oglądania. 

Kiedyś ci wyjaśnię, w czym tkwi sekret, ale na razie bądź tak dobry i powtórz, co widziałeś 

na statku silmarri. Komentuj film jak najbardziej szczegółowo.

Corcoran   powtórzył.   Potem   poszukał   wzrokiem   „ośmiornicy”,   upewnił   się,   że   nie 

widać go zza korpusu projektora, i zasępiony burknął:

- Ciągle masz jakieś sekrety, Klausie, nawet figurka na stole kryje tajemnicę. Nie 

mówiąc już o tobie samym.

Cienkie wargi Sybela drgnęły.

- Taki los, Paulu. My obaj, ja i ty, jesteśmy tajemniczymi osobnikami. Ty jesteś tylko 

w połowie człowiekiem, a ja... - znowu uśmiechnął się lekko - ja być może wcale nie jestem 

człowiekiem.

Corcoran   milczał   dobrą   minutę,   analizując   to   oświadczenie.   Żart,   gra?   Mimo 

uśmiechu na twarzy Sybel nie wyglądał, jakby żartował! Wręcz przeciwnie, Paul wyczuwał w 

nim pewną determinację, jak gdyby przyjaciel miał dość udawania. Odniósł wrażenie, że 

maski skrywające prawdziwe oblicze, duszę i umysł Sybela są gotowe opaść.

Jakaś myśl trzepotała w świadomości Corcorana. Niemal dosięgnął prawdy skrytej 

pod tymi maskami.

-   Silmarri   -   powiedział   powoli   -   silmarri...   Trochę   za   dużo   o   nich   wiesz.   Skąd, 

Klausie?   Io  z  pewnością   o  nich  nie   mówiła.  Wszystkie  informacje  pochodzą   z  raportów 

Litwina.   W   przeciwieństwie   do   Asenowa   pamiętam   je   doskonale.   Wspomniano   tam   o 

kolektywnym intelekcie, o wrogim nastawieniu do faata i o statku zniszczonym w pobliżu 

background image

Jowisza. Jest jeszcze opis wyglądu zewnętrznego, ale bez podawania rozmiarów... Niczego 

więcej tam nie ma.

- Doprawdy? - Sybel z ironią uniósł brwi. - Czego tam nie ma twoim zdaniem?

-   Na   pewno   nie   ma   ani   słowa   o   tym,   jak   wejść   na   statek,   ani   o   mechanizmach 

wrażliwych na ciepło czy o tym, że silmarri odżywiają się przez skórę, o ich rozmnażaniu i 

wędrówkach przez Galaktykę - wyliczył Corcoran. - Nie mydl mi oczu, Klausie, nie jestem 

Asenowem! Tego wszystkiego nie mogło być w raportach, a to dlatego, że nie sądzę, by choć 

jeden faata widział żywego silmarri.

- Faata może nie widzieli, ale my... mam na myśli tajne służby... jesteśmy znacznie 

bardziej dociekliwi. Wziąłeś to pod uwagę, Paulu? Być może nie było to pierwsze spotkanie z 

silmarri,   tylko   nie   wszyscy   o   tym   wiedzą.   Powiedzmy,   nie   wszyscy   oficerowie   floty 

kosmicznej.

-  Ksenolog  byłby  na  bieżąco...  i  Vrba...  -  Corcoran   zamilkł  na   sekundę,  potem  z 

uśmiechem dotknął palcem skroni. - Kogo chcesz oszukać, Klausie? Jesteś zamknięty, nie 

widzę   twoich   myśli,   ale   emocje   to   co   innego,   nie   schowasz   ich   za   barierą...  A  jeśli   już 

rozmawiamy   szczerze,   to   nigdy   nie   spotkałem   człowieka   umiejącego   stworzyć   blokadę 

mentalną. Nikogo i nigdy poza jednym pracownikiem tajnych służb!

Sybel zaśmiał się, lecz jego spojrzenie pozostało poważne, wręcz smutne.

- No, uznajmy, że mnie zdemaskowałeś. Być może nie dzisiaj, a dawno temu. Jeśli 

tak, doceniam twoją delikatność. Ale świat idzie naprzód, toczą się koła losu i niezależnie od 

naszej woli docierają tam, gdzie chcą... Kiedyś musiało dojść do tej rozmowy, dlaczego by nie 

teraz? Bardzo dobry moment, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, czego chce komodor.

- Vrba?

- Tak. Czego  chce od ciebie,  po co na twój  statek  załadowano  moduł i  dlaczego 

zostałeś członkiem tej ekspedycji... Zastanawiałeś się nad tym?

- Jestem domyślnym chłopcem - powiedział Corcoran.

- Nie wątpię. W takim razie patrz!

Sybel  potarł  dłońmi  twarz  i  nagle  jego rysy  straciły wyrazistość,  czoło  i  policzki 

pociemniały, nos zrobił się szerszy z głębokimi otworami nozdrzy, wargi napuchły. a włosy 

czarne jak noc skręciły się w zwarte kędziorki. Mimo że Corcoran był przygotowany na coś w 

tym   rodzaju,   mimowolnie   zadrżał   i   w  zdumieniu   rozchylił   usta.   Magia,   diabelstwo!   Nad 

szczupłymi ramionami Sybela sterczała głowa rosłego Murzyna - duża czaszka, skóra koloru 

czekolady, potężne łuki brwiowe, wystające kości policzkowe... Człowiek ten był całkiem 

młody i zadziwiająco urodziwy, tym szlachetnym pięknem, którym obdarowywała swoich 

background image

synów Czarna Afryka.

- Kto? - wychrypiał Corcoran. - Kto?

-   Umkonto   Tloome,   dyplomata,   były   przedstawiciel   Niezależnego   Terytorium 

Zulusów w Radzie Bezpieczeństwa. Tak właśnie zapisano w dossier Güntera Fossa w tajnym 

dokumencie numer... Chcesz zobaczyć Fossa? A może Roya Buncha, Li Chena, Nikołaja 

Krywina? Są też inni figuranci... Pokazać?

Corcoran głośno wciągnął powietrze.

- Myślę, że wystarczy. Sam nie jestem w stu procentach człowiekiem, ale dla obu 

moich połówek ten spektakl jest lekko przerażający. Czy mogę cię prosić... tak lepiej. Murzyn 

z ciebie przystojny, ale jednak przyzwyczaiłem się do Klausa.

- Co do tej połowy człowieka, to żartowałem - z poważną miną powiedział Sybel, - 

Wybacz, jeśli cię uraziłem. I Ziemianie, i faata są ludźmi, jesteś na to najlepszym dowodem. 

A ja... nawet ja... tak jakby stałem się człowiekiem. Prawie.

Siedzieli   w   ciasnej   kajucie   niewielkiego   statku   zabłąkanego   na   krańcach   systemu 

Gondwany i z uśmiechem patrzyli na siebie nawzajem. Potem Corcoran zapytał:

- Opowiesz, Klausie?

- Opowiem. Ale Paulu, to jest długa, bardzo długa historia...

background image

4

KLAUS SYBEL: WIEKI SAMOTNOŚCI

Imię, które dostał po narodzeniu, nie było przekazywane za pomocą dźwięków lecz 

podobnie   jak   większość   imion   we   wszystkich   zamieszkanych   obszarach   Galaktyki   miało 

swoje znaczenie. Nieszczególnie przyjemne dla Klausa Sybela, ale nie obraźliwe; z punktu 

widzenia   rasy  podkreślało   jego   odmienność,   to,   czym   się   różnił   od   innych   metamorfów, 

determinowało jego dalszy los i to, czym będzie się zajmował w przyszłości. Wykorzystując 

słowa   służące   do   określania   fizycznych   niedostatków,   imię   to   można   przetłumaczyć   na 

ziemskie języki na setki sposobów. Kulawy, Ślepy, Głuchy, Beznogi... Wszystko w zasadzie 

pasowało do Sybela, z tą tylko różnicą, że jego współplemieńcy nie mieli rąk ani nóg, uszu 

ani   oczu.   Gdyby   chcieli,   mogliby   je   sobie   wykształcić,   ale   w   pierwotnej   postaci   byli 

sprężystą, giętką i plastyczną substancją bez konkretnej formy. Z tego powodu bardziej na 

miejscu byłoby miano niezwiązane z brakiem tego czy innego organu, lecz opisujące problem 

całościowo: Okaleczony, Niepełnosprawny, Inwalida...

Lecz   i   to   nie   oddawało   istoty   rzeczy,   lecz   stanowiło   tylko   pewne   przybliżenie; 

zdolność   metamorfów   do   przekształcania   swych   ciał   wyklucza   istnienie   takich   pojęć   jak 

wymienione wyżej, tak samo jak istnienie pojęcia starości czy śmierci.

Zatem   nie   Okaleczony,   nie   Inwalida,   lecz   Odszczepieniec   -   tak   mniej   więcej 

należałoby przetłumaczyć imię Klausa Sybela na język Ziemian. Określenie jego statusu i 

wykonywanego   przez   niego   zajęcia   też   rodzi   niejednoznaczności   wynikające   z   ludzkiego 

egocentryzmu   i   przekonania,   że   Ziemia   jest   pępkiem   wszechświata,   a   człowiek   koroną 

stworzenia.   Pobłażliwy   dla   tej   niedorzecznej   idei   Sybel   -   Odszczepieniec   -   w   ostatnim 

stuleciu coraz częściej przedstawiał się jako emisariusz, co przyjemnie łechtało miłość własną 

Ziemian,   z   którymi   nawiązał   bezpośredni   kontakt.   Jako   że   emisariusz   oznacza   posłańca, 

osobę   z   pełnomocnictwami   dyplomatycznymi   lub   z   ważną   misją,   najwyraźniej   Ziemię 

wyróżniono   spośród   wielu   innych   prymitywnych   światów,   uznając   jej   wyjątkowość   albo 

przynajmniej okazując jej zainteresowanie. A zatem ludzie nie są tacy znowu prymitywni! 

Żadne   tam   krwiożercze   dzikusy   na   peryferiach   Galaktyki,   tylko   coś   więcej,   prawie 

cywilizowane istoty!

Biorąc pod uwagę rolę, którą Sybel - Günter Foss - odegrał w walce z faata, można by 

background image

go   nazwać   nie   tylko   emisariuszem,   ale   i   obrońcą   Ziemi.   Wręcz   zbawcą!   Jak   wszyscy 

metamorfowie posiadał zdolność teleportacji, choć nieco ograniczoną: potrafił przemieszczać 

się w obrębie planety i wysyłać drobne przedmioty za orbitę Marsa lub do pasa asteroid. 

Bezcenny   dar!   Czyż   nie   wykorzystał   go,   aby   pomóc   uwięzionemu   na   okręcie   faata 

Litwinowi? Czyż natychmiast po wylądowaniu Obcych nie zniweczył planów najeźdźców i 

nie pozbawił ich wszystkich życia? Może nie własnoręcznie, lecz to właśnie on obmyślił 

śmiercionośną akcję, a inspirująca myśl jest ważniejsza niż mięśnie wykonawcy! Oczywiście 

nie udało się uniknąć ofiar, co więcej, były one kolosalne, ale taki jest świat: nie ma nic za 

darmo, ani piasku na pustyni, ani wody obmywającej brzeg rzeki. Ziemscy autochtoni mają 

niewielki rozum, ale tę zasadę pojęli.

Gdyby   mógł,   zniszczyłby   faata   w   pojedynkę,   odgrywając   rolę   zbawcy   bez 

pomocników. Ale jeśli coś jest niemożliwe, to jest niemożliwe... Chociaż przeżył na Ziemi 

niemało lat i przyswoił sobie wiele nawyków wynikających z ludzkiej fizjologii, zabójstwo 

przekraczało  jego  możliwości.   Pożyteczny instynkt,   jednakże  utracony  przez   jego  rasę   w 

zamierzchłych   czasach...   Prametamorfowie   dominowali   na   planecie,   mając   tylko   zadatki 

rozumu i siły mentalnej, i w ciągu kilkunastu tysięcy lat wytrzebili wszystkie zagrażające im 

gatunki, wszystkich konkurentów na lądzie, w wodzie i w powietrzu, zajmując przy tym nisze 

ekologiczne drapieżników. Życie stało się bezpieczne, ale ceną za to było zniszczenie wielu 

gatunków zwierząt, przerwanie łańcucha pokarmowego i ubóstwo planetarnej biocenozy. I nie 

tylko to: brak wrogów doprowadził do atrofii instynktu zabijania.

Alternatywa własnoręcznego zadawania śmierci była prosta - nie zabijać samemu, lecz 

manipulować tymi, którzy zachowali tę cenną zdolność. Dlatego właśnie Odszczepieniec - 

Klaus Sybel - który w ciągu setek lat wykorzystał tysiące imion, nie był ani emisariuszem, ani 

posłańcem, ani tym bardziej obrońcą czy zbawcą. W świecie metamorfów, porzuconym tak 

dawno, że wspomnienie ojczyzny zaczynało blednąć, był Chroniącym. Chronił jednak nie 

Ziemię, lecz właśnie ów porzucony świat.

*

Metamorfowie nie mieli płci. Nowe życie powstawało, gdy zlało się kilka osobników; 

jeden z nich przejmował uformowany pączek, potem hodował go we własnym ciele i po 

długim czasie, równym trzem piątym obrotu planety wokół gwiazdy, następowało odłączenie. 

Więź między potomkiem i rodzicem, powstała jeszcze przed odłączeniem, była niezwykle 

mocna.   Gdy   potomek   dorastał   (co   także   było   długotrwałym   procesem),   związek   miał 

charakter mentalny i emocjonalny, lecz z czasem zmieniał się w porozumienie intelektualne. 

Potomek przejmował od przodka pewien zasób informacji umożliwiający mu określenie się w 

background image

świecie dorosłych i zrozumienie, że długość czekającego go życia jest tak ogromna, że każdy 

talent, każdy dar przyrody można rozwinąć do perfekcji. Talenty urozmaicały egzystencję i 

były lekarstwem na nudę, gdyż  innych  zmartwień rasa  Odszczepieńca nie  znała; w swej 

naturalnej postaci metamorfowie odżywiali się dowolnymi substancjami organicznymi, nie 

potrzebowali ubrań, mieszkań i wszystkich tych drobiazgów, bez których nie potrafią się 

obejść mniej doskonałe istoty.

A jednak w niedoskonałości tych ostatnich było coś pociągającego. Inne kształty, inne 

organy,   inne   radości   i   smutki,   inne   obyczaje   i   przyjemności   -   wszystko   to   kusiło! 

Stworzywszy   jeszcze   w   prehistorycznych   czasach   napęd   międzygwiezdny,   metamorfowie 

spotkali   setki   ras   i   dostali   możliwość   zabawy   w   cudze   życie.   Zmiana   postaci   stała   się 

przyzwyczajeniem,  potem  tradycją;  uważano,  że  pogrążając  się  w zadumie,  najlepiej   jest 

przybrać postać spoldera, a do prac wymagających wysiłku fizycznego odpowiednie jest ciało 

droma lub haptora. Gdy rozmawiano o rzeczach poważnych, odpowiedni był wygląd ajha - 

stworzenia oszczędnego w słowach, ale odczuwającego szczerze i głęboko.

Wielce   Nieszczęsny  -   tak   zwał   się   rodzic   Odszczepieńca,   wyglądał   teraz   jak   ajh. 

Poprzednio nosił imię Unoszony Wiatrem, a nowe przyjął tego tragicznego dnia, gdy znikły 

ostatnie   wątpliwości   co   do   niepełnowartościowości   potomka.   Być   może,   myślał 

Odszczepieniec, żal  rodzica  minie, gdy podaruje życie innej  istocie, bardziej  udanej, bez 

błędów   genetycznych?   Lecz   kiedy   to   będzie?   Za   wiele   tysięcy   obrotów,   w   dalekiej 

przyszłości? A może nigdy? Akt poczęcia był wśród tej rasy niezwykle rzadki.

Współdzielił rozpacz rodzica, odczuwając ją silniej niż własne nieszczęście. Bolesne, 

ale co robić? Rodzice zawsze bardzo silnie przeżywają porażki swoich potomków.

- Połączyłem się z Chłodem Obłoków - powiedział Wielce Nieszczęsny, poruszając w 

zadumie górną parą macek. - Z Chłodem Obłoków, z Tęczą, z Ciemnymi Wodami, z każdym, 

kto cię badał... Wszyscy twierdzą, że nie ma nadziei.

- Wiem - stwierdził Odszczepieniec.

W przeciwieństwie do rodzica nie przybrał wyglądu ajha, lecz pozostał we własnej 

postaci - był wstęgą przelewającą się w blasku na jednym z filarów altanki. Konstrukcja 

przypominała ażurowy koszyk z kwitnących krzewów, usiany plamami srebrnego i różowego 

mchu. Metamorfowie byli rasą estetów o nieprzepartych ciągotkach do piękna, do pełnych 

wdzięku konstrukcji, otwartych przestrzeni i pejzaży. by je podziwiać, warto było od czasu do 

czasu wykształcić oczy.

Rodzic czule pogładził Odszczepieńca macką.

- Barwna Tęcza mówi, że masz atrofię komórek omm odpowiedzialnych za produkcję 

background image

hormonów niezbędnych do transformacji. To znaczy... - Wiem. - Odszczepieniec mocniej 

owinął się całym ciałem wokół słupa, czując jego gładką nagrzaną powierzchnię. - To znaczy, 

że   przejście   z   naturalnej   postaci   do   dowolnej   innej   formy   będzie   dla   mnie   pierwszym   i 

ostatnim. Po takim wysiłku komórki omm do szczętu znikną... nie wszystkie, ale ich większa 

część.   Te,   które   pozostaną,   będą   wytwarzać   hormony,   lecz   w   minimalnej   ilości,   nie 

wystarczającej do bardziej radykalnych zmian. Kształt, fizjologia, mechanizmy genetyczne, 

wszystko   pozostanie   niezmienne.   Możliwa   będzie   wyłącznie   modyfikacja   wyglądu 

zewnętrznego.

- Niezwykle rzadka mutacja - ze smutkiem zauważył Wielce Nieszczęsny.

-   Barwna  Tęcza   twierdzi,   że   takich   jak   ty  jest   obecnie   nie   więcej   niż   dziesięciu. 

Wszyscy oni należą do Straży.

- Ciemne Wody powiedział mi, że taka mutacja wystąpiła czterdzieści osiem razy w 

ciągu dwudziestu tysięcy obrotów. Gdzie się podziali pozostali... - Odszczepieniec zawahał 

się, nim wypowiedział nieprzyjemne słowo: - odszczepieńcy?

-   Ciemne   Wody   nie   chciał   cię   zasmucić.   Pozostali...   pozostali,   moje   nieszczęsne 

dziecię, nie wytrzymali. Nie wstąpili do Straży, woleli pozostać w naszym świecie, wśród 

swoich, ale... - Macki Wielce Nieszczęsnego nerwowo zadrżały. - Nie wyszło.

Odszczepieniec przemyślał tę informację. Nie chciał umierać - w każdym razie nie 

teraz,   gdy   stał   się   dorosłą   i   rozumną   istotą.   Szkoda,   że   nie   zniszczono   go,   kiedy   był 

pozbawionym uczuć zarodkiem... Być może byłby to akt miłosierdzia.

- Co się z nimi stało? - zapytał. - Z tymi, którym nie wyszło?

-   Zginęli.   Jedni   próbowali   dokonać   transformacji   mimo   niedostatecznej   ilości 

hormonów, lecz w takim przypadku nie można stworzyć zdolnego do życia organizmu. Inni 

rzucili się w kosmos, w pustkę... Sucha Kora skierował statek ku gwieździe, Ostatni Zachód 

wszedł w pole dezintegrujące... Jeszcze inny, nie pamiętam imienia, zaprogramował sniggę na 

zniszczenie... Sposoby różne, los ten sam.

Odszczepieniec rozmyślał. Pierwotna forma jego rasy, jedyna, którą znał i z którą był 

związany   przez   całe   swoje   świadome   życie,   nie   dawała   zbyt   dużych   możliwości,   gdyż 

metamorfowie nie mieli - poza mózgiem, systemem trawiennym i gruczołami wydzielania 

wewnętrznego   -   żadnych   wyspecjalizowanych   organów.   Odżywianie   i   oddychanie, 

komunikacja mentalna, teleportacja, zmysł dotyku, możliwość niezbyt szybkiego poruszania - 

i to w zasadzie wszystko... Dowolne elementy biologiczne i receptory - służące do percepcji 

fal elektromagnetycznych, do delikatnych i precyzyjnych prac, do lotu lub szybkiego biegu, 

do   lokalizacji   akustycznej   -   jednym   słowem,   co   tylko   sobie   zamarzysz,   tworzono   w 

background image

zależności od wyznaczonego celu. Gdyby zastosować ziemską analogię, Odszczepieniec był 

ślepy   i   głuchy,   pozbawiony   języka   i   kończyn,   nie   odczuwający   smaków   i   zapachów   i 

niezdolny przeczołgać się choćby metr bez ryzyka wpadnięcia na przeszkodę. Co prawda 

ziemskie   analogie   nie   do   końca   tutaj   pasują   -   świat   telepatów   szczodrze   dzielił   się   z 

Odszczepieńcem informacjami. W tej chwili patrzył na ciągnącą się aż ku podnóżom gór 

równinę, na plamy mchu i zarośla z liliowymi kwiatami, na niebo z ciepłą tarczą gwiazdy, 

patrzył oczyma rodzica i rozmawiał z nim bezdźwięcznie nie potrzebując ani drgań powietrza, 

ani prymitywnych organów mowy.

Ale mimo to, mimo to... Tak bardzo pragnął widzieć samodzielnie! Widzieć, słyszeć, 

czuć!

Oczywiście było wyjście: dokonać jedynej w życiu transformacji, biorąc za wzorzec 

loona eo albo haptora, kni’lina, ajha albo droma. Rozumną istotę o uniwersalnej formie, by 

nie żałować potem utraconych możliwości i nie mieć pretensji do samego siebie za pochopny 

wybór.

Przeobrazić się raz na zawsze, żyć w niezmiennej formie i z czasem stać się obcym 

dla współplemieńców, których istnienia nie ogranicza stałość formy cielesnej. W końcu wpaść 

w złość i odejść...

Rodzic widział jego myśli.

- Nie chcę cię stracić ani na siłę pchać do Straży - powiedział Wielce Nieszczęsny. - 

Mógłbyś zostać tutaj, ze mną... mógłbyś, gdybyś przybrał postać spoldera.

- Ktoś już tak zrobił?

- Nie wiem, ale mogę zapytać Potoku Wśród Kamieni. On zna kilku spolderów.

- Jeśli już pytać, to bezpośrednio ich. Sam bym zapytał... zapytam, jeśli pozwolą i 

zechcą się ze mną spotkać.

Kiedyś rasa Odszczepieńca przesiedliła spolderów z umierającego świata na własną 

planetę, oddając im żyzną wyspę w rejonie równika. Spolderowie stanowili nieliczną grupę, 

byli odludkami dążącymi do ciszy i spokoju, nie uznawali techniki i unikali kontaktów z 

metamorfami. Chociaż oczywiście bywały wyjątki.

- Spróbuję cię z którymś umówić - powiedział Wielce Nieszczęsny. - Z jednym takim, 

co utrzymuje z nami kontakt. Czekaj tu na mnie, moje dziecko.

Jego ciało zaczęło się zmieniać, znikły giętkie macki, przysadziste niezgrabne ciało 

ajha   wysmuklało,   grubą   skórę   zastąpiły   błyszczące   łuski,   zatrzepotały   ogromne   szare 

skrzydła. W mgnieniu oka wzbił się nad równiną, poszybował ku błękitnemu niebu i wraz z 

ciepłym wiatrem goniącym obłoki podążył na południe. Mógł dotrzeć na wyspę spolderów 

background image

dużo   szybciej,   ale   nie   wykorzystał   teleportacji   -   widocznie   zamierzał   przystanąć   jeszcze 

gdzieś po drodze.

Odszczepieniec, owinięty spiralą wokół słupa, podjął rozmyślania. Tracąc łączność z 

rodzicem i pogrążając się w ciemności, myślał o Straży i o swych braciach w nieszczęściu, 

rzuconych przez los na dalekie światy gdzieś w galaktycznych otchłaniach. Najpewniej na 

planety   najdzikszych   i   najbardziej   krwiożerczych   ras,   które   stworzywszy   okręty 

międzygwiezdne i potężną broń, marzyły o podbojach i władzy. Odszczepieniec nie miał 

ochoty znaleźć się wśród takich dzikusów. Sama myśl o tym była przerażająca.

Metamorfowie   nie   mieli   floty   wojennej,   baz   wojskowych,   kolonii   na   innych 

planetach,   nie   odczuwali   też   potrzeby   ekspansji   ani   władania   innymi   rasami.   Idee   te, 

aczkolwiek w pełni zrozumiałe dla istot rozumnych i myślących logicznie, były im zarazem 

obce,   sprzeczne   z   ich   psychiką   i   biologiczną   naturą.   Jednakże   Galaktyka   nie   jawiła   się 

królestwem sprawiedliwości i pokoju, a po zniknięciu daskinów stała się wręcz areną walk i 

wojen, to cichnących na chwilę, to wybuchających z nową siłą, gdy kolejni pretendenci do 

roli władców wszechświata pragnęli zaprezentować swoją moc. Każdy konflikt w pobliżu 

systemu   metamorfów   mógł   doprowadzić   do   ich   wyginięcia   lub   zniewolenia   gatunku 

posiadającego   cenną   zdolność   mimikry,   jakby   bogowie   wyznaczyli   im   rolę   szpiegów, 

dywersantów i wywiadowców.

Takiemu biegowi wypadków przeciwdziałano nie zbrojnymi potyczkami, lecz tajną 

dyplomacją, kontrolując agresywne cywilizacje. Uważano, że należy je nastawiać przeciwko 

sobie,   by  rozładowywały emocje  w lokalnych   konfliktach  i  nie  wykraczały poza   granice 

podległych im sektorów. Czasami wykorzystywano je też do obrony własnych interesów - 

prowokując do niszczenia innych, jeszcze bardziej niebezpiecznych ras.

Te subtelne manipulacje przeprowadzał korpus Straży wraz z niewielkim zespołem 

Chroniących;   przybrawszy   postać   tych   czy   innych   stworzeń,   wybrani   metamorfowie 

przenikali   do   obcych   struktur   władzy   lub   znajdowali   inne   sposoby  wywierania   presji   na 

rządzących.   Polityka   taka   była   prowadzona   przez   tysiąclecia   i   za   jej   przyczyną   niejedno 

galaktyczne   imperium,   wspiąwszy   się   na   wyżyny   potęgi,   zaczynało   nagle   kłonić   się   ku 

upadkowi pod ciężarem ataków sąsiada albo pokorniało wskutek wyniszczających niesnasek, 

buntów   i   wojen   domowych.   Chroniący,   w   większości   przypadków   tak   samo   kalecy   jak 

Odszczepieniec, mimo wszystko byli długowieczni i mogli wpływać na kontrolowany przez 

siebie   wszechświat   na   przestrzeni   wieków,   powstrzymując   zapędy   i   nadając   kierunek,   a 

czasami podsuwając korzystne idee lub nowinki techniczne. W pewnym sensie chronili nie 

tylko swych współplemieńców, lecz i podopiecznych jak najbardziej zdolnych zagonić własną 

background image

cywilizację   w ślepy  zaułek   katastrofy ekologicznej   czy wojny planetarnej.  -  Taki  rozwój 

wypadków   byłby   klęską   Chroniącego,   gdyż   „powstrzymywać   i   kierować”   nie   oznaczało 

„pchać ku samozagładzie”.

Metamorfowie nie mieli organizacji państwowych i nie potrzebowali ich, podobnie jak 

nie   potrzebowali   władzy   centralnej,   armii,   policji,   prawodawstwa   i   innych   wymysłów 

prymitywnych   ras.   Straż   była   czymś   wyjątkowym   w   ich   społeczeństwie,   organizacją 

chroniącą planetę, a u jej podstaw leżał nie obowiązek, lecz raczej ofiarność - choć i ta idea 

była   metamorfom   równie   obca   jak   pojęcie   obowiązku.   Niemniej   dziesiątka   nieuleczalnie 

chorych złożyła siebie w ofierze na ołtarzu bezpieczeństwa ojczystego świata i była to ofiara 

ogromna   -   wszak   życie   metamorfów,   nawet   w   niezmiennej   postaci,   trwało   tysiąclecia. 

Człowiekowi trudno pojąć ogrom ich tragedii; najlepszym porównaniem byłoby uwięzienie w 

ciele węża, psa lub szczura - wieczne, beznadziejne i bezterminowe. Aczkolwiek - skoro już 

korzystamy z ziemskich analogii - należy dodać, że Chroniący uchodzili wśród metamorfów 

za bohaterów.

Odszczepieniec nie miał jednak ciągotek do heroizmu. Odebrawszy sygnał od rodzica, 

przeniósł się do spolderów, na ich równikową wyspę, na porośniętą mchem polanę, gdzie pod 

drzewami gimu stała chata zbudowana z nieokorowanych pni.

*

Otaczający pejzaż widział oczami Wielce Nieszczęsnego przemienionego w spoldera. 

Z   pomocy   musiał   skorzystać   także,   by   nawiązać   kontakt   z   miejscowymi:   podobnie   jak 

większość istot w Galaktyce porozumiewali się, wywołując drgania powietrza. Polana, na 

której   wylądował   Odszczepieniec,   była   zadbana   gdyż   stanowiła   takie   samo   miejsce 

zamieszkania   jak   drewniany   domek   czy   leżąca   nieopodal   plantacja   jadalnych   roślin. 

Pokrywający większą część polany biały, różowy i fioletowy mech wyglądał jak dywan z 

wyszukanym wzorem, drzewa gimu z licznymi korzeniami powietrznymi stały wokół jak 

błękitnawa żywa ściana, tylko w dwóch miejscach odstępy między pniami były szersze - tam 

miały swój początek biegnące do lasu ścieżki. W ramie z mchów pobłyskiwał przezroczystą 

wodą okrągły stawik, ku lśniącej tafli schylały się srebrzyste olongi. Pod dającymi przyjemny 

chłód   gałęziami  Odszczepieniec   widział  kilka  kępek.   Najwyraźniej  pełniły rolę   foteli;  na 

największej i najmiększej zajął miejsce rodzic Odszczepieńca, obok niego usiadł gospodarz, 

spolder w podeszłym wieku, podobny do kulki z mchu z krótkimi nóżkami i rączkami. Jego 

twarz   była   pozbawiona   owłosienia,   jeśli   nie   brać   pod   uwagę   brwi,   czoło   miał 

nadspodziewanie wysokie, nozdrza drgały mu ledwie zauważalnie, spod wypukłych łuków 

brwiowych łypały ciemne oczy.

background image

- To Zwiastun Tajnego Południka Doskonałości - powiedział Wielce Nieszczęsny i 

Odszczepieniec   przypomniał   sobie,   że   imiona   spolderów   bywają   niezwykle   dziwaczne.   - 

Zwiastun jest mędrcem, przywódcą miejscowej społeczności i przyjacielem Potoku Wśród 

Kamieni. Zgodził się porozmawiać z nami.

-   Odszczepieniec   jest   twoim   potomkiem?   -   zapytał   spolder,   podpierając   brodę 

sześciopalczastą rączką i spoglądając to na jednego, to na drugiego gościa. - Tym, który chce 

się do nas przyłączyć? O ile pamiętam, wspominałeś, że nie wszystko u niego w porządku z 

genami, ale na ile mogę ocenić, wygląda całkiem zdrowo.

-  Wiele   wad  genetycznych  jest   niedostrzegalnych   gołym  okiem  -  wyjaśnił  Wielce 

Nieszczęsny. - Mam na myśli zwykłe oczy. Aby postawić diagnozę, nasi specjaliści... jak by 

to   powiedzieć?...   wykształcają?...   tak,   wykształcają   specjalne   organy   pozwalające   poznać 

sedno sprawy. Tylko za ich pomocą...

- Wiem, wiem! - gderliwie przerwał mu Zwiastun. - Nie jestem takim nieukiem, za 

jakiego można mnie wziąć. Wady genetyczne mogą się odbić na wyglądzie zewnętrznym, ale 

mogą być też głęboko ukryte. I tyle chciałem powiedzieć.

- Tak, oczywiście - przytaknął Wielce Nieszczęsny. - Wybacz, jeśli moje słowa wydały 

ci się zbyt moralizatorskie. Choroba mojego potomka polega na tym, że jest on zdolny do 

dokonania   tylko   jednej   transformacji.   Przed   podjęciem   decyzji   musi   się   więc   dobrze 

zastanowić.   Jeśli   wybierze   formę   droma   albo   szada,   zostanie   dromem   albo   szadem   na 

wieczność, a jeśli spoldera...

- Będzie na zawsze spolderem - dokończył Zwiastun. - Rozumiem. Twój potomek 

chciałby stać się stworzeniem doskonałym, silnym i miłym dla oka, obdarzonym wszystkimi 

możliwymi zmysłami i talentami. Ale jak ja mogę w tym pomóc? Jestem spolderem, co mnie 

zadowala. Nie potrafię, jak wy, metamorfowie, zmienić się w droma, szada ani cokolwiek 

innego, żeby sprawdzić, czy mógłbym być bardziej zadowolony. - Zadumał się na chwilę, a 

potem gładząc brodę, dodał: - Ale czy Odszczepieniec potrzebuje wzorca do transformacji? 

Po co mu spolder, dlaczego drom, szad, ajh albo haptor? Można wymyślić ideał lub coś 

zbliżonego, stworzenie pełne zalet, jakiego nie było i nie ma w Galaktyce. Dlaczego by nie? 

Oto wyzwanie! Szczególnie z punktu widzenia filozofii.

- Nie zaryzykuję takiego eksperymentu z własnym ciałem i psychiką - włączył się do 

rozmowy Odszczepieniec. - Chociażby dlatego, że to idealne stworzenie byłoby jedyne w 

całej Galaktyce, co równałoby się samotności. Nie chcę tego.

- Sądzisz, że w postaci spoldera unikniesz samotności? - z powątpiewaniem spytał 

Zwiastun Tajnego Południka. - Wątpię! Nie mogę obiecać ci towarzystwa, gdyż nie wygląd 

background image

zewnętrzny   czyni   spoldera   spolderem   i   mimo   wszystko   pozostaniesz   inny   niż   my. 

Najprawdopodobniej wywołasz zawiść, a nawet niechęć.

- Niechęć? Z jakiego powodu? - Odszczepieniec poczuł się zdezorientowany.

- Jestem stary, przeżyłem ponad sto dwadzieścia obrotów i niedługo odejdę w Wielką 

Ciemność. To długie życie jak na spoldera, ale ty przeżyjesz stokroć więcej i w ten sposób 

zdradzisz   swą   naturę...   znaczy   podrobioną   naturę...   Myślisz,   że   nikt   tego   nie   zauważy? 

Myślisz, że nie wywoła to zawiści i niechęci? Jest nas, Odszczepieńcze, nie tak już wielu i 

wszystko widać jak na dłoni... Nie ukryjesz się.

Odszczepieniec był wstrząśnięty, gdyż coś podobnego nie przyszło mu nawet na myśl. 

Nie   wątpił   jednak,   że   Zwiastun   mówi   szczerze;   słowa   spoldera   docierały   doń   za 

pośrednictwem Wielce Nieszczęsnego, ale emocje i ogólny sens słów wychwytywał własnym 

zmysłem mentalnym. Zmieszany i niezdecydowany powiedział:

-   Być   może   nie   będę   się   tak   wyróżniał,   jeśli   zajmę   się   tym,   czym   zajmują   się 

spolderowie.   Może   to   nas   pogodzi...   Mógłbyś   o   tym   opowiedzieć?   Co   czyni   spoldera 

spolderem?

- Oczywiście, opowiem! - Zwiastun się ożywił. - Spolderowie rozmyślają o różnych, 

ale niewątpliwe najważniejszych sprawach.

- Na przykład?

- Na przykład o roli rozumnych istot we wszechświecie. Ten problem filozoficzny 

zrodził   dwie   podstawowe   koncepcje:   zgodnie   z   pierwszą,   rozum   jest   darem   naturalnym 

powstałym na drodze ewolucji; druga twierdzi, że intelekt podarował nam Stwórca, który być 

może   do   tej   pory   opiekuje   się   nami.   To   prowadzi   do   różnego   rozumienia   naszego 

przeznaczenia.   Do   tego   pierwotny   postulat   można   interpretować   na   wiele   sposobów:   w 

szerokim aspekcie lub zawężonym, z punktu widzenia moralności, logiki, racjonalizmu lub 

duchowości. Załóżmy, że słuszna jest druga koncepcja, której jestem zwolennikiem. Wtedy... 

- Zwiastun ożywił się jeszcze bardziej, aż wstał ze swojego siedziska. - Wtedy możemy 

zadawać   następując   pytania:   czy   Stwórca   stworzył   tylko   nas,   rozumnych,   czy   też   cały 

wszechświat wraz z nami?... Jaki cel Mu przyświecał?... Czy Jego cel pozostał niezmienny?... 

Kim jesteśmy dla Niego teraz: rozrywką, odpadkiem po porzuconym eksperymencie. czy 

może ukochanymi dziećmi, których moralność postanowił poddać próbie? Połączymy się z 

Nim po śmierci wszyscy czy tylko niektórych przyjmie do siebie, a innych odrzuci?... I na 

koniec pytanie nad pytaniami: czy możemy Go pojąć naszym umysłem? Jeśli odpowiedź jest 

negatywna, to...

-   Stwórca   -   przerwał   Odszczepieniec   oszołomiony   potokiem   słów.   -   Mówisz   o 

background image

Stwórcy lub Stwórcach. A może o daskinach, dawnych władcach Galaktyki?

- Nie. Bezwzględnie nie!

- Dlaczego?

- Dlatego, że jeśli nas stworzyli daskinowie, to kto stworzył ich?

Retoryka,   pomyślał   Odszczepieniec,   gra   słów,   a   granica   jest   oczywista:   jeśli   nas 

stworzył   Stwórca,   to  kto  stworzył   Jego?   Poruszył   się,  czując,  jak  miękkie   łodyżki   mchu 

łaskoczą jego skórę, i zapytał:

- Czym jeszcze zajmują się spolderowie? Oprócz takich rozważań?

Zwiastun oklapł. Najwyraźniej inne zajęcia nie budziły w nim entuzjazmu.

- Tańczą na polach - wymamrotał - hodują owoce i warzywa, rzeźbią figurki z drewna. 

Młodzi... hmmm... mają swoje rozrywki... Ale nie sądzę, żeby cię to zainteresowało.

- Dziękuję ci, Zwiastunie - dyplomatycznie odparł rodzic Odszczepieńca. - Dziękuję, 

gdyż ta rozmowa była dla nas bardzo pouczająca. Dowiedzieliśmy się wiele nowego. Teraz 

mamy o czym myśleć.

Pożegnawszy spoldera, wrócili do swej altanki. Wielce Nieszczęsny przybrał postać 

ajha i powiedział:

- Biedne moje dziecię! Czuję, że porzuciłeś myśl o dołączeniu do spolderów... A to 

oznacza rozstanie...

- Rozstanie - potwierdził z goryczą Odszczepieniec. - Kiepski ze mnie filozof, tańczyć 

też nie lubię.

I tak Straż zyskała jeszcze jednego bohatera.

*

Mimo   doskonałości   ciał   metamorfowie   nie   odrzucali   techniki.   Mieli   statki   do 

podróżowania wśród gwiazd, niewielkie mechanizmy zdolne stworzyć miasto lub obrócić je 

w   pył   i   wyhodować   w   tym   samym   miejscu   przepiękne   ogrody,   agregaty   dostarczające 

pożywienie   odpowiednie   dla   wszelkiego   rodzaju   ciał   i   metabolizmów,   urządzenia   do 

obserwacji   kosmosu   i   stanu   rodzimej   gwiazdy   charakteryzującej   się   niestabilnością 

wywołującą burze magnetyczne i potoki plazmy. Wśród tych licznych przyborów i urządzeń 

można by znaleźć odpowiedniki ziemskich komputerów - nie całkiem maszyny i nie całkiem 

żywe istoty, których zadanie polegało na zapamiętywaniu obrazów mentalnych i odtwarzaniu 

ich w razie potrzeby. Metamorfowie nadali im nazwę deintro i wykorzystywali je do edukacji, 

rozrywki,   przywoływania   zapomnianych   wspomnień   i   przechowywania   informacji   o 

wszechświecie, Galaktyce i zamieszkujących ją rasach. Odszczepieniec nawiązał kontakt z 

takim   urządzeniem,   by   poznać   możliwe   warianty   oczekującej   go,   pierwszej   i   ostatniej, 

background image

transformacji. Było to deintro Straży zdolne podpowiedzieć, które ze światów potrzebują w 

danej chwili Chroniącego.

Gdy chodziło o wygląd zewnętrzny, uniwersalność fizyczną i potencjał intelektualny, 

Odszczepieniec skłaniał się ku humanoidom. Nie byli tak krusi jak loona eo ani tak masywni 

jak dromy czy haptorowie; ich organizmy były bardziej złożone i doskonalsze niż u ajhów 

czy szadów, co implikowało większą uniwersalność; kuszące było też szybkie tempo rozwoju 

charakterystyczne   dla   ludzkiej   cywilizacji.   Co   prawda   humanoidzi   mieli   zadziwiającą 

zdolność zapędzania samych siebie w ślepą uliczkę planetarnej katastrofy, ale wiele kultur 

rozwijało się bardzo energicznie i bezwzględnie warto było je obserwować. Kni’lina byli już 

obserwowani  -  w  ich  metropolii  od  dwóch  wieków  przebywał   Chroniący,   który osiągnął 

wysoki status Cienia Areopagu, czyli dowódcy tajnej służby na dworze imperatora. Bino faata 

także   znajdowali   się   pod   kontrolą;   podniósłszy   się   z   upadku   po   Drugim   Zaćmieniu, 

rozszerzali swój sektor, co według prognozy deintro mogło doprowadzić do szeregu wojen 

międzygwiezdnych. Co więcej, na jednej z planet udało im się znaleźć artefakty Starej Rasy, 

quasi-rozumne   stworzenia   pełniące   w  cywilizacji  daskinów   rolę   tłumaczy  i   wzmacniaczy 

emocji. Znalezisko było bardzo wartościowe, ponieważ umożliwiło rozwój nowej technologii 

opartej na symbiozie quasi-rozumnych i jednej z kast faata zdolnej do komunikacji mentalnej. 

Mogło to przyśpieszyć ich dalszą ekspansję, tak więc pozostawienie tej rasy bez nadzoru 

byłoby ogromną lekkomyślnością.

Jednakże po konsultacjach z ekspertami Straży Odszczepieniec doszedł do wniosku, 

że przeniknięcie do tej kultury nie dałoby oczekiwanych efektów. Cywilizacja faata była zbyt 

sztywna i niepodatna na zewnętrzne wpływy. Sukcesu nie należało się spodziewać, nawet 

gdyby udało się dostać do rządzącej Wiązki - zdobyć pozycję Opoki Porządku lub Stratega i 

Obrońcy   Niebios.   Najprawdopodobniej   zostałby   zgładzony   przy   pierwszej   próbie 

ograniczenia ekspansji, gdyż faata, przeżywszy grozę Zaćmienia, uważali, że tylko dzięki 

takiej polityce można zapobiec globalnym kryzysom. Pozostawała możliwość pośredniego 

oddziaływania,   przy   wykorzystaniu   innej   rasy,   potencjalnie   równie   agresywnej,   lecz 

elastyczniejszej i bardziej podatnej na kontakty z Chroniącym. Analiza przeprowadzona przez 

deintro wskazała kilka cywilizacji zdolnych stać się przeciwwagą. Tylko jedna z nich była 

stworzona   przez   ludzi.   Mieszkańcy  dzikusi   nazywali   swój   świat   różnie,   w  każdym   razie 

mowa o planecie, której kiedyś nadadzą nazwę Ziemia... Na razie była ona pogrążona w 

ignorancji, lecz prognoza deintro przepowiadała wzlot za siedem lub osiem stuleci, albowiem 

Ziemianie byli płodni, energiczni, zarozumiali i nad zwyczaj pomysłowi. Kreślili już mapy 

swych lądów, znali geometrię i medycynę wytapiali stal, pisali książki, budowali ogromne 

background image

twierdze, handlowali, wojowali hodowali bydło i rozwinęli wiele rodzajów rzemiosła. Bardzo 

zróżnicowana rasa z tych Ziemian! - myślał Odszczepieniec. - Gdy stworzą naukę i wejdą w 

stadium cywilizacji technicznej, niektórzy będą musieli ustąpić im miejsca... Kilka tysięcy lat 

i cała Galaktyka uzna ich za w pełni rozumnych!

Dokonawszy  wyboru,   pewnego   dnia   pożegnał   na   zawsze   rodzica,   przybrał   postać 

człowieka i teleportował się na statek czekający nań w pobliżu stacji orbitalnej. Stateczek był 

niewielki,   gdyż   skok   na   Ziemię   nie   wymagał   wiele   czasu.   W   środku   oprócz   pilota 

umieszczono tylko kontener z wyposażeniem. Narzędzia i urządzenia, które Odszczepieniec 

zabierał ze sobą, były miniaturowe i w większości wypadków miały postać spor lub zarodków 

mechanicznych; odpowiednim impulsem myślowym mógł zainicjować to lub inne ziarno i 

wyhodować potrzebny agregat - deintro, siggę, syntezator żywności lub przekaźnik mentalny 

zaprojektowany pod kątem ziemskich umysłów. Niestety, Ziemianie nie mieli wrodzonego 

daru telepatii.

Posłuszny   rozkazom   Odszczepieńca   statek   rozpoczął   skok,   zanurzając   się   w   tym 

wymiarze   wszechświata,   gdzie   nie   istnieje   ani   przestrzeń,   ani   czas,   ani   gwiazdy,   ani 

zamieszkane   światy,   ani   światło,   ani   ciemność,   ani   ciepło,   ani   chłód.   Odległość   między 

planetą metamorfów a Układem Słonecznym była ogromna, jednakże wędrowiec pokonał ją z 

prędkością myśli. Wynurzył się na peryferiach systemu, a gdy statek odnalazł właściwy glob - 

trzeci, licząc od lokalnej gwiazdy, zbliżył się do niego, wykonując jeszcze jeden bardzo krótki 

skok.   Potem   Odszczepieniec   krążył   nad   planetą,   obserwując   oceany   i   lądy   za   pomocą 

urządzeń   optycznych   przystosowanych   do   ludzkich   oczu.   Przybrawszy   nową,   ostateczną 

postać, odczuwał coś w rodzaju emocjonalnej euforii; wszechświat, a nawet ciasnota i mrok 

statku otwarły się przed Odszczepieńcem, prezentując całe bogactwo swych barw i dźwięków, 

zapachów i wrażeń dotykowych. Po raz pierwszy od dnia narodzin patrzył własnymi oczami, 

mógł   rozmawiać   ze   statkiem,   słyszeć   jego   odpowiedzi   nie   tylko   mentalnie,   ale   i   za 

pośrednictwem   drgań   powietrza   wypełniającego   kabinę.   To   było   tak   zachwycające,   tak 

niezwykłe i piękne! Być może organy metamorfów były doskonalsze, lecz nie rozmyślał już o 

swej niedoskonałości; ludzkie zmysły i uczucia wystarczały, by wpisać się w żywą, zmienną i 

niezbadaną rzeczywistość, w czekający na niego byt.

Na jednej z półkul planety leżały dwa kontynenty: północny - ogromny, rozciągający 

się   od   lodów   polarnych   aż   po   strefy   tropikalne   -   i   południowy,   równikowy   -   dwa   razy 

mniejszy,  oddzielony od północnego  niebieskimi  przestrzeniami  mórz. Na drugiej  półkuli 

również rozpościerały się dwa masywy lądu skromniejszej wielkości, oprócz nich był jeszcze 

gigantyczny lodowiec na biegunie i liczne wyspy, z których jedna niemalże dorównywała 

background image

wielkością kontynentom. Odszczepieniec skupił uwagę na największym kontynencie. Jego 

zachodnia   i   południowo-wschodnia   część   były   gęsto   zaludnione   i   tam,   wykorzystując 

przyrządy optyczne statku, wypatrzył miasta i drogi, kanały i pola wśród masywów leśnych, 

kamienne bryły twierdz, a także łodzie wiosłowe i żaglowce pływające po rzekach i wzdłuż 

wybrzeża  morskiego.  Oba te rejony bezsprzecznie były centrami  cywilizacji, jednakże to 

zachodni, z bardziej kapryśnym ukształtowaniem terenu i zmienną linią brzegową, wyglądał 

na odpowiedniejszy do jego celów - przylegał do niego ląd południowy, a za stosunkowo 

wąskim oceanem leżały jeszcze dwa kontynenty, które za sto lat z okładem będą w pełni 

dostępne dla autochtonów. Ponadto Odszczepieniec zauważył też, że ze wschodnich stepów 

ciągną na zachód ogromne masy jeźdźców i pieszych, wielkie stada zwierząt i tysiące wozów, 

cały naród koczujący wśród piasków i traw. Masowa migracja - pomyślał, kierując statek w 

głębiny potężnego jeziora, które kiedyś nazwą Bajkałem.

Według   ziemskiej   rachuby   lat   był   rok   1219.   Wojska   Czyngis-chana   ciągnęły   do 

Chorezmu.

*

Ze statku, bezpiecznie ukrytego pod masą wód, Odszczepieniec teleportował się ku 

armii   podążającej   na   zachód.   Bez   trudu   zagubił   się   wśród   nieprzeliczonego   tłumu, 

przybierając   to   postać   żołnierza,   to   poganiacza   bydła,   to   pastucha,   to   niewolnika. 

Modyfikowanie zewnętrznego wyglądu podstawowego organizmu - wybranego przezeń ciała 

mężczyzny - leżało w zakresie jego możliwości, w przeciwieństwie do radykalnych przemian. 

Nie byłby w stanie stać się kobietą ani którymkolwiek ze zwierząt zamieszkujących ten świat 

o   zadziwiająco   bogatej   faunie   i   florze.   Tak   wielka   zmiana,   wymagająca   ingerencji   na 

poziomie genetycznym,  stworzenia nowych organów, znacznego przeobrażenia szkieletu i 

masy   mięśniowej,   była   ponad   jego   siły.   Na   szczęście   zdolność   błyskawicznego 

przemieszczania   się   i   wspomniane   maski   czyniły   go   praktycznie   nieuchwytnym.   Był 

bezpieczny - przynajmniej teraz gdy na Ziemi nie istniały przybory skomplikowane bardziej 

niż kompas czy astrolabium i broń potężniejsza niż kusza.

Kilka   miesięcy   spędził   w   armii   Czyngis-chana,   gdzie   wykorzystując   swój   dar 

mentalny,   opanował   chiński,   mongolski   i   ujgurski,   rozmawiał   z   chińskimi   inżynierami 

odpowiedzialnymi za katapulty i maszyny miotające strzały i dowiedział się wiele o krainie 

rozciągającej się pod stopami koczowników. Były to bardzo cenne informacje! Zdobywszy 

bogatą   wiedzę,   Odszczepieniec   postanowił,   że   będzie   nadal   wędrować   z   wojskiem,   lecz 

wyszło   inaczej:   Mongołowie   rozgromili   armię   szacha   Muhammada,   opanowali   doliny 

Chorezmu   i   zaczął   się   koszmar.  Teoretycznie   Odszczepieniec   był   przygotowany   na   akty 

background image

przemocy, ale rzeczywistość okazała się zbyt krwawa, zbyt bolesna dla istoty nie znającej 

wcześniej   tej   przerażającej   różnorodności   sposobów,   jakimi   śmierć   może   dosięgnąć 

człowieka.   Przerażony   bezwzględnością   zwycięzców   przeskoczył   na   zachód,   na   ziemie 

Słowian,   i   wpadł   w   samo   serce   konfliktu   między   księciem   kijowskim   i   Wielkim 

Nowogrodem. Mniej okrutnego co prawda - rzeź nie była tak zajadła jak w Chorezmie, a 

okoliczne lasy dające schronienie pozwalały przetrwać najgorsze chwile..

W ciągu kolejnych lat przeżył kilka najazdów Batu-chana na Ruś, szturmowanie i 

klęskę Kijowa, bitwę na jeziorze Pejpus i kilka mniejszych wojen i potyczek, kończących się 

setkami zabitych, obróconymi w perzynę wsiami i jeńcami sprzedanymi w niewolę. Wraz z 

upływem czasu przywykł do trupów i krwi, pożarów i ciągłych spustoszeń, odwiedził Ziemię 

Świętą, gdzie krzyżowcy walczyli z Saracenami, zagościł w krajach Europy i przygotował 

kilka   baz   w   hanzeatyckich   miastach   -   najspokojniejszych   i   najbardziej   pokojowo 

nastawionych. Był teraz Twierdzisławem z Nowogrodu, kupcem woskowym i konopnym; 

hamburskim   handlarzem   Kurtem   See;   Peterem   Allbachem,   właścicielem   warsztatu 

wytwarzającego   liny   w   Antwerpii;   a   jako   Falk   Miedziany   Grosz   posiadał   lombard   w 

Gdańsku. Przywykł do ciała ziemskiego człowieka, podobnie jak do ziemskich krajobrazów i 

widoków miast: Wenecji i Damaszku, Granady, Kairu, Szanghaju, Samarkandy, Riazania i 

Konstantynopola. W każdym z nich przeżył jakiś czas, nawiązał kontakty, ale nigdzie nie 

znalazł   ani   przyjaciół,   ani   miłości.   Był   samotny   -   pyłek   z   obcego   świata   zagubiony   w 

piaskach   Ziemi.   Dziesięciolecia   uchodziły  w  przeszłość   i   wreszcie   niespokojny  trzynasty 

wiek jął zbliżać się ku końcowi; zaczął się wiek czternasty, a wraz z nim wojna stuletnia. Tak 

nazwą ją w przyszłości i powiedzą, że walczyli w niej Francuzi z Anglikami, z przerażeniem 

wspomną   czasy   żakerii,   zachwycą   się   bohaterstwem   Joanny   d’Arc   i   wielkich   rycerzy, 

Chandosa   i   Edwarda   Czarnego   Księcia,   Bertranda   du   Guesclin   i   Rodriga   Villandrando, 

Gressarda i Bedforda. Wszakże Odszczepieniec, obserwując te wydarzenia na własne oczy, i 

to nie w jednym miejscu, sądził, że wojna trwała ponad wiek i ogarnęła wszystkie mocarstwa 

na kontynencie eurazjatyckim. Polacy i Rosjanie walczyli z zakonem krzyżackim, Dymitr 

Doński z Mamajem i Tochtamyszem, Tamerlan podbił Persję, Kaukaz, Mezopotamię i Syrię, 

Turcy osmańscy Bajazyda dotarli do Dunaju i granicy Węgier, władcy nowej dynastii Ming 

wyrzynali się nawzajem z Mongołami, w Japonii i Indiach szalały wojny domowe, szczęk 

oręża   rozbrzmiewał   w   Hiszpanii   i   Szkocji,   w   Niemczech   i   we  Włoszech,   w   Szwajcarii, 

Bohemii i Skandynawii. Wojnom z przerażającą regularnością towarzyszyły trzęsienia ziemi i 

powodzie,   huragany,   ulewy,   szarańcza,   głód   i   pomór;   dżuma   i   cholera   zabierały  miliony 

istnień, a na wyludnionej ziemi zostawały tylko szczury, wrony i wilki. Pokój i odpoczynek 

background image

można   było   znaleźć   wyłącznie   na   cmentarzach,   a   i   to   nie   zawsze.   Straszne   czasy!  Ale 

cywilizacja się rozwijała, życie na Ziemi trwało, a autochtoni - nie bacząc na kolejne klęski i 

nieszczęścia - rozmnażali się, wykazując jednocześnie niesamowite zdolności adaptacyjne. 

Była to uparta, drapieżna, chciwa, lecz zarazem bardzo obiecująca rasa! Odszczepieniec lubił 

ludzi pomimo wszelkich ich niedoskonałości. Wiedział, że wady dają początek zaletom - i tak 

na przykład chciwość i chęć gromadzenia bogactw były siłą napędową postępu, duma i upór 

rodziły odwagę, a z niej powstawała ofiarność. Przez wiele lat studiował ludzi, analizował 

przeszłość i teraźniejszość, by - z pomocą deintro ze statku - podejmować próby odgadnięcia 

przyszłości.   Rozpatrywał   i   oceniał   ludzkie   motywacje,   pragnienia,   marzenia   oraz   to,   co 

uważali za mądrość i życie duchowe, uczył się rozumieć ludzi i prawidłowo przewidywać 

reakcje zarówno struktur społecznych, jak i poszczególnych jednostek. Była to wyszukana 

umiejętność   -   doskonaląc   ją,   sam   stopniowo   stawał   się   człowiekiem.   Co   prawda   nadal 

samotnym; nawet wielkie umysły, którym zdradzał swą istotę, nie były w stanie jej pojąć i 

najczęściej uznawały, że spotkały anioła lub posłańca diabelskich sił.

Nadeszła epoka Renesansu i czas popłynął szybciej. Popędzając go, Odszczepieniec 

zrealizował   szereg   projektów:   otworzył   warsztat   w   Norymberdze,   w   którym   wytwarzał 

zegary, dał kilka setek talarów na pierwszą drukarnię w Moguncji,  pewnemu malarzowi z 

Florencji   podsunął   pomysł   latającego   aparatu,   a   młodego   żeglarza   z   Genui   obdarował 

własnoręcznie   wykonaną   mapą   przedstawiającą   zamorskie   terytoria.   Wraz   z   tym 

podróżnikiem   wyruszył   na   zachód   w   ładowni   nędznej   karaweli,   przybierając   postać 

marynarza, Juana Álvareza. Uznał, że pierwsza wypraw za ocean to zbyt poważna sprawa, by 

zdać się na los szczęścia, a Genueńczyk, choć nadzwyczaj uparty, w chwilach zwątpienia 

wymagał wsparcia mentalnego. Tak czy inaczej dotarli do wysp u wybrzeży Ameryki - a 

właściwie   wtedy   jeszcze   bezimiennego   kontynentu,   który   zgodnie   z   nadziejami 

Odszczepieńca miał być skolonizowany w ciągu najbliższych stuleci. Kolonizacja przebiegała 

w takim tempie że w szesnastym i siedemnastym wieku przybysze niemal całkowicie wybili 

rdzennych   mieszkańców,   a   tych,   którym   udało   się   przeżyć,   odepchnęli   do   nieprzebytych 

puszcz i na rozległe prerie. Jednakże zwolnione przez nich miejsce nie pozostał puste - na 

dawnych terenach łowieckich Indian powstały plantacje tytoniu, kakao i trzciny cukrowej, a z 

Afryki zaczęli napływać niewolnicy.

W   osiemnastym   wieku   postęp   jeszcze   bardziej   przyśpieszył:   odkryto   prawo 

zachowania masy i siódmą planetę Układu Słonecznego, którą prawie sto lat później nazwa 

no Uranem; oprócz tego zamorskie kolonie zdobyły niepodległość, a do listy wynalazków 

dopisano piorunochron, kolej, ołówki z grafitowym rdzeniem i ideę demokracji Ta ostatnia 

background image

odbiła się echem w Europie, wywołując kolejną rzeź: pod hasłami Liberté égalité, fraternité 

zwolennicy wolności ścinali głowy arystokratom, a przy okazji sobie nawzajem. Te krwawe 

bachanalia   trwały   też   w   kolejnym   stuleciu,   gdy   Odszczepieniec  pod  postacią   drobnego 

urzędnika wyruszył wraz z Napoleonem - najpierw de Egiptu, potem do Hiszpanii, Włoch, 

Austrii i w końcu do Rosji. W tym ogromnym północnym imperium pozostał do końca wieku, 

urządziwszy się  na  Uralu  jako  właściciel  kopalni.  Stamtąd  robił  wypady  a  to do  krajów 

zachodnich, a to na wschód kontynentu, a to do Afryki lub Ameryki. Wszędzie, a szczególnie 

w Europie, widział cywilizację rosnącą jak na drożdżach; narodził się telegraf i telefon, silnik 

spalinowy dynamit i karabin maszynowy, spirytyzm i teoria wartości dodanej. Z jednej strony, 

postęp był niezaprzeczalny, lecz z drugiej wszystko to nie miało prawa skończyć się dobrze - 

nowe   teorie   władzy   nad   światem   i   równości   społecznej   w   połączeniu   z   dynamitem   i 

karabinem maszynowym tworzyły diabelską mieszankę wybuchową.

Na   czas   pierwszej   wojny   światowej   i   rewolucji   październikowej   Odszczepieniec 

Przeprowadził się do spokojnej Australii. Tkwić w środku wydarzeń, które miał sposobność 

nieraz już obserwować, nie miało sensu, a ryzykować życia nie miał ochoty, gdyż nie tylko 

idee były nowe, ale i broń służąca do ich wprowadzania. Ani zdolności mentalne, ani zmiana 

postaci, ani telekineza nie uchroniłyby go przed przypadkową i natychmiastową śmiercią od 

kuli snajpera, od wybuchu miny, od serii z automatu. Rany były mu niestraszne, dopóki 

zachowywał  kontrolę  nad ciałem i dopóki  mózg nie  został  uszkodzony w nieodwracalny 

sposób, ale któż mógł to zagwarantować? Z rozbitą czaszką będzie martwy jak najzwyklejszy 

Ziemianin; straciwszy przytomność wskutek szoku wywołanego bólem, wykrwawi się, a na 

polu   minowym   zginie   rozerwany   na   strzępy.   Dlatego   właśnie   Odszczepieniec   siedział   w 

Australii,   przybierając   na   zmianę   postaci   starego   farmera   Pita   Jonesa   i   młodego   Clive’a 

Tyrrella   studiującego   dziennikarstwo   na   uniwersytecie   w   Canberze.   Była   to   niezwykle 

obiecująca   profesja;   zgodnie   z   prognozami   deintro   od   pojawienia   się   stacji   radiowych   i 

telewizyjnych dzieliły ich tylko lata. A gdy to nastąpi, wpływ środków przekazu na władzę 

niezmiernie wzrośnie.

I   tak   się   stało.   Oprócz   jeszcze   jednej   wielkiej   wojny,   i   mnóstwa   mniejszych, 

dwudziesty wiek przyniósł rzeczy pożyteczne i straszne: z jednej strony teorię kwantową, 

lotnictwo,   komputery,   syntezę   chemiczną,   telewizję,   nylon   i   insulinę;   z   drugiej   -   bomby 

jądrowe i rakiety, gazy bojowe, szczepy śmiercionośnych wirusów i wielki wzrost napięcia, 

gdyż świat był już podzielony, a bogactwa i władza dostały się nie wszystkim. Na Ziemi, z jej 

ograniczonymi   zapasami   surowców,   zrobiło   się   ciasno   i   głodno   i   Odszczepieniec   coraz 

częściej   myślał,   czyby   nie   podrzucić   kilku   pożytecznych   pomysłów   dotyczących 

background image

zagospodarowania   Układu   Słonecznego   i   produkcji   syntetycznej   żywności.   Nie   zdążył 

jednak;   Ziemianie   sami   wpadli   na   pomysł   inżynierii   genetycznej,   klonowania,   napędu 

termojądrowego   i   ogólnoplanetarnej   sieci   komputerowej.   Nie   minęło   nawet   sto   lat   od 

pierwszego lądowania na Księżycu, gdy ekspedycje z Ziemi dotarły do Urana, Neptuna i 

Plutona, na Merkurym, Marsie i Wenus powstały osiedla, a w pasie asteroid rozpoczęto prace 

wydobywcze. Problemów nie ubyło, lecz dzięki szybkiemu rozwojowi techniki, rozległości 

Układu   Słonecznego   i   bogactwu   jego   zasobów   niebezpieczeństwo   zostało   zażegnane. 

Zasadniczo   ludziom   nie   zagrażały  już   ani   wewnętrzne   niepokoje,   ani   lokalne   wojny,   ani 

wyczerpanie się zapasów naturalnych, ani asteroidy czy komety, które uderzając w Ziemię, 

mogłyby zniszczyć  cywilizację  i  życie.  Jeszcze  trochę  - myślał  Odszczepieniec  -  jeszcze 

jakieś   dwa,   trzy   stulecia   i   dotrzemy   do   gwiazd,   zasiedlimy   nadające   się   do   kolonizacji 

planety, zbudujemy miasta w kosmosie, zapomnimy o kłótniach i wojnach. Galaktyka jest 

ogromna,   miejsca   starczy   dla   wszystkich,   dla   nowej   gwiezdnej   rasy   też.   Już   niedługo... 

całkiem niedługo...

I wtedy pojawili się faata.

*

Odszczepieniec - a właściwie Günter Foss i pozostałe jego ziemskie wcielenia - nie 

słyszał o nich od ponad ośmiu stuleci. Szmat czasu dla humanoidalnej cywilizacji! Ziemianie 

dotarli z brzegów Europy do Plutona, zmienili żaglowce na statki międzyplanetarne, żałosne 

przesądy   zastąpili   prawdziwym   obrazem   wszechświata.   Jednakże   faata   także   nie   stali   w 

miejscu i nie zastygli w stagnacji. Było to oczywiste od momentu, gdy Odszczepieniec pod 

postacią Li Chena zaobserwował odległy wybuch anihilacji i korzystając z obserwatorium 

Kepler uwiecznił to wydarzenie na zdjęciu. Technologia faata wyprzedzała ziemską i zapewne 

ich rozwój także przebiegał szybciej - najwyraźniej udało im się pokonać Uskok między 

ramionami Galaktyki! Nie było to nic nadzwyczajnego - po zanurzeniu w limbusie statek bez 

trudu   pokonywał   ogromne   odległości,   ale   konieczność   stosowania   takich   rozwiązań 

świadczyła o tym, że sektor faata ciągle się rozszerza, a strefa ich wpływów dosięgła Układu 

Słonecznego. W takiej sytuacji szanse Ziemian na stworzenie własnego imperium spadły do 

zera, a to z kolei oznaczało, że ludzie nie będą przeciwwagą dla faata.

Najbardziej   przerażające   z   punktu   widzenia   Güntera   Fossa   było   ich   bliskie 

pokrewieństwo genetyczne z ludźmi. Jeśli Ziemianie i faata mogą mieć wspólne potomstwo 

(czego był niemal pewien), wchłonięcie rasy ludzkiej przez wysoko rozwiniętą cywilizację 

jest nieuchronne. Nie miało większego znaczenia to, że Ziemian były miliardy, podczas gdy 

faata   pozostali   nieliczni;   z   pewnością   na   statku   znajdował   się   bank   spermy  i   inkubatory 

background image

przyśpieszające cykl rozwoju. Eugeniczna polityka przywódców była nadzwyczaj sztywna, a 

Foss miał podstawy sądzić, że przez osiem wieków nie uległa zmianie: faata reprodukowali 

rządzącą kastę i kilka  kast żołnierzy i niewolników w sposób przypominający ul lub inne 

społeczeństwa owadów. Jednocześnie zachowywali ludzką postać, a to rodziło dodatkowe 

niebezpieczeństwo: ludzie szybciej uwierzą ludziom niż dziwnemu metamorfowi.

Zniszczyłby   ich,   gdyby   tylko   mógł.   Lecz   na   przeszkodzie   oprócz   zahamowań 

psychicznych   uniemożliwiających   zabijanie   stał   też   brak   broni   zdolnej   ugodzić   faata   na 

ogromną odległość. Działał tak, jak powinien działać Chroniący: wykorzystując siłę i moc 

rasy, z którą zżył się przez długie wieki, spróbował utrzymać przybyszów jak najdalej od 

Ziemi, w pasie asteroid lub w najgorszym razie na orbicie Marsa. Niewykluczone, że na 

Ziemi dałby sobie z nimi radę (opracował kilka planów awaryjnych), lecz wtedy nie obyłoby 

się bez zniszczeń i ofiar. Ziemia, z jej gęstym zaludnieniem i gigantycznymi miastami, nie 

była najlepszym miejscem na kosmiczną bitwę; uderzenia plazmy i antymaterii zabiją miliony 

bez sprawdzania, kto ma rację, a kto zawinił.

Odszczepieniec   miał   jednak   nadzieję   na   rozwiązanie   problemu   bez   użycia   tych 

potwornych środków. W tym celu musiał przechwycić zarządzanie statkiem faata. Sterował 

nim  quasi-rozumny  stwór   przypominający  biokomputer;   porzucone   dziedzictwo   daskinów 

tym   chętniej   podporządkowywało   się   nowym   symbiontom,   im   wyższy   był   ich   potencjał 

mentalny. Ta właśnie okoliczność spowodowała, że faata wydzielili kastę rządzącą zdolną 

kontrolować   quasi-rozum;   całą   resztę   traktowano   jako   niezbyt   cenny   dodatek   do   niego, 

nawiązujący   kontakt   mentalny   za   pomocą   specjalnego   przyboru   -   kaffu.   Ów   niezbyt   się 

nadawał w wypadku Ziemian, jednakże w arsenale Odszczepieńca znajdowało się potężne 

urządzenie, przekaźnik mentalny teleportowany przez niego na statek Obcych.

Przypadek! - rozmyślał Foss, wysławszy swój dar Dejaniry. - Wszechświat pełen jest 

przypadków, a ten, kto potrafi je wykorzystać... oczywiście z rozwagą!... wygra. Krążownik 

Ziemian, który przypadkiem spotkał faata, został zniszczony, ale na pokład wzięto jeńców: 

dwóch mężczyzn i kobietę. Jeden z mężczyzn zginął, stawiając opór sondowaniu umysłu, a 

kobietę po sztucznym zapłodnieniu umieszczono w inkubatorze; na polu boju został drugi 

mężczyzna, nadzwyczaj zawzięty, choć wcale niegłupi. Kolejny przypadek! Jeśli wykorzysta 

przekaźnik mentalny, to...

Niestety   to   był   koniec   szczęśliwych   zbiegów   okoliczności;   protegowany 

Odszczepieńca, Paweł Litwin, nie był w stanie podporządkować sobie quasi-rozumu. Potem 

odbyła się potyczka z ziemską flotyllą, jej zagłada i lądowanie na Antarktydzie. Wydarzenia 

przebiegały według najgorszego scenariusza i Foss zrozumiał, że nie uniknie ofiar. Przerzucił 

background image

na statek siggę, kontener z minirobotami pożeraczami. Litwin aktywował je i zniszczył quasi-

rozumne   stworzenie.   Towarzyszący   temu   kataklizm   był   wstrząsający...   Czterdzieści   trzy 

miliony zabitych, setki zburzonych miast, nienaprawialne szkody - stare świątynie i pałace, 

obrazy   i   rzeźby,   filmy   i   książki,   zabytki...  Ale   przede   wszystkim   -   te   straszne   straty   w 

ludziach!  Jednakże  Odszczepieniec  zdołał  uratować  Litwina  i  dwie  kobiety,  Io  i  McNeal 

noszącą płód faata.

W tym miejscu Günter Foss, redaktor KosmoSpiegla, rozpłynął się w niebycie, a wraz 

z nim znikli Li Chen, astronom, Umkonto Tloome, dyplomata, i Roy Bunch, oficer naziemnej 

bazy ZSK. Pojawiły się za to inne osoby, siedem albo osiem, a wśród nich Klaus Sybel, 

stażysta tajnej służby, i chirurg cudotwórca Chaim Diane, specjalizujący się w operacjach 

jamy nosowo-gardłowej   i  krtani.  W  ustalonym   terminie  Diane   zoperował   Klausa  Sybela; 

kiedy, gdzie i w jakim izraelskim szpitalu pozostało na zawsze tajemnicą, ale rezultat był 

wstrząsający - Sybel mógł mówić w faata’liu, języku Obcych. Od tego momentu jego kariera 

była pewna: szybki awans, kontakty z Litwinem i Io, opieka kuratorska nad latoroślą Abbie 

McNeal, dostęp do wszystkich materiałów mających  choćby najlżejszy związek z faata i 

Günterem Fossem, metamorfem... Pracując w tajnych służbach, uparcie próbował odszukać 

samego siebie, pamiętając przy tym, by we właściwym czasie zestarzeć się i doskonalić język 

faata podczas rozmów z młodym Paulem Corcoranem. Co powiedziałeś, mały?  T’taja orr 

n’uk’uma sirend’agi patta?  Tak, rozumiem.. Sirend wyszedł na słońce i wygrzewa się na 

ciepłych kamieniach... Mam dobrą wymowę? No cóż, dziękuje za pochwałę. Ajt t'tesi... miło 

mi...

Czas już się nie wlekł, nie ciągnął jak w poprzednich wiekach, a mknął naprzód w 

zabójczym tempie: chwila i młody Paul jest już nie taki młody, jeszcze chwila i jest już 

oficerem floty kosmicznej, żonatym mężczyzną, potem - ojcem rodziny. Dwie dziewczynki 

pchają się na kolana wujka Klausa, łaskoczą włosami w szyję, opowiadają - przerywając 

sobie nawzajem - jak spotkały w ogrodzie a to żabę, a to jaszczurkę... Dwie kobiety, matka 

Corcorana i jego żona, spoglądają z werandy, uśmiechają się, brzęczą talerzami, sprzątają po 

śniadaniu... A gdzie jest Paul? Unosi się gdzieś w drodze do Baala albo Syriusza, Telemacha 

lub Gwiazdy Barnarda... To już nie Paul, żaden tam Paul, od dawna nie Paul, lecz komandor 

podporucznik Corcoran, pierwszy zastępca kapitana na krążowniku Europa...

Coś   dojrzewało   w   duszy   Klausa   Sybela,   Chroniącego,   coś   częściowo   ludzkiego, 

częściowo   odziedziczonego   po   dalekich   przodkach,   po   nieszczęsnym   rodzicu,   którego 

najpewniej nigdy już nie zobaczy. Takie silne i dziwne uczucie! Wejrzawszy w głąb tej swojej 

połowy, która pozostała metamorfem, zrozumiał: to budził się instynkt przedłużenia gatunku. 

background image

Odszczepieniec   nie   mógłby   go   przedłużyć   sam,   nawet   gdyby   ponownie   przybrał   swą 

pierwotną postać, jednakże istniały inne związki, nie cielesne, lecz duchowe. Czuł, jak z roku 

na rok związki te krzepną.

Wyglądało na to, że zmienił się w człowieka. Albo został tym, kim był, tylko czas 

samotności dobiegł końca.

*

-   Dziękuję   -   powiedział   Corcoran.   -   Dziękuję,   że   mi   to   wszystko   opowiedziałeś. 

Jestem wzruszony twoim zaufaniem.

Sybel niejako w podzięce skinął głową. Dwie albo trzy minuty siedzieli w milczeniu, 

potem Corcoran rzucił spojrzenie na tajmer, wyciągnął rękę, by włączyć interkom.

- Niedługo zmiana wachty, Klausie. Powiedz... przez wszystkie te wieki, wszystkie 

szalone   stulecia...   nie   miałeś   obok   siebie   nikogo?  Ani   przyjaciela,   ani   wychowanka,   ani 

kobiety?

- Nie - odparł Sybel. - Nie.

- Coś się teraz zmieniło?

- Być może. Ja...

Z wokodera dobiegł szum, a zaraz po nim głos Celiny Praa:

- Podczas wachty nie odnotowano żadnych incydentów. Wachta zdana!

- Wachta przyjęta - odezwał się Nikołaj Tumanow. - Kawa czeka, Celino. Jeszcze 

gorąca.

- Dziękuję, z przyjemnością wypiję.

Corcoran   pstryknął   klawisz   interkomu,   popatrzył   na   Sybela.   A   może   na 

Odszczepieńca?

Czy   to   nie   wszystko   jedno?   -   pomyślał.   -   Rzecz   nie   w   imieniu,   nawet   nie   w 

zewnętrznej postaci. Zaufanie i zrozumienie, to jest najważniejsze.

Na   twarzy   jego   przyjaciela   błąkał   się   uśmiech.   Przechyliwszy   głowę,   Klaus 

nasłuchiwał, jakby głos Celiny Praa wciąż jeszcze dźwięczał w ciasnej kajucie.

-   Chciałem   zaznaczyć,   że   ta   postać   -   Sybel   dotknął   policzka   -   nie   jest   czymś 

niezmiennym.   Myślisz,   że   jeśli   stanę   się   o   dziesięć,   dwadzieścia   lat...   jeśli   wszystko   jej 

opowiem... nie przestraszy się?

Teraz uśmiechnął się Corcoran.

- Nie przestraszy. - Po krótkim zastanowieniu dorzucił: - Ajt t’tesi. Miło mi, że takie 

myśli chodzą ci po głowie.

background image

5

PRZYGOTOWANIA

Gamma Młota,

2125 rok

Sala   obserwacyjna   Europy  była   ogromna.   Znajdowała   się   na   pokładzie  A,   tuż   za 

mostkiem kapitańskim i punktem dowodzenia - przestrzeń równa stadionowi piłkarskiemu, 

nakryta   cienkowarstwowym   ekranem,   którego   kształt   wiernie   naśladował   kontur 

zewnętrznego poszycia. Pomieszczenie przypominało okno wychodzące na kosmos; w głębi 

ekranu błyszczały obce gwiazdozbiory i aż trudno było uwierzyć, że nad głową rozpościera 

się nie przezroczysta kopuła, lecz twardy pancerz z dziesiątkami wideoczujników. Corcoran, 

który wiele lat służył na Europie, pamiętał, że sala ta zwykle stoi pusta, jeśli nie liczyć wizyt  

admirałów   i   innych   oficjalnych   uroczystości.   W   najdalszym   kącie   obok   przegrody 

oddzielającej mostek kapitański migotał kolorowymi światełkami pulpit sterowania MAZ

26

 

w   żargonie   floty   „puchacz”;   na   środku   piętrzyły   się   ustawione   na   wspornikach   półkule, 

połączone   z   teleskopem   i   przeznaczone   do   wizualizacji   zebranych   danych,   i   pozostałe 

przybory grupy naukowej; wzdłuż ścian ustawiono w dwóch rzędach stoły robocze, cztery 

automaty dystrybucyjne, blok sanitarny z przenośnym prysznicem i kilka kanap. Na jednej 

ktoś spał - specjaliści korpusu naukowo-badawczego pracowali tu od wielu dni, nie schodząc 

na pokład mieszkalny, aby odpocząć.

Część pomieszczenia, odgrodzona dużymi kwadratowymi ekranami, pełniła funkcję 

sali   narad.   Stały   tam   fotele   z   twardego   plastiku,   kolumny   holoprojektorów,   zewnętrzny 

terminal Ultranetu i Gaduła Ben - translator, który wedle zamysłu twórców miał za zadanie 

ułatwić kontakty z faata. Cały ten obszar nakryto polem dźwiękoszczelnym; Corcoran mógł 

obserwować krzątających się  wokół  urządzeń  astrofizyków, ksenologów i lingwistów, ale 

przez niewidoczną barierę nie przenikał żaden szmer. Uczeni byli na widoku, a jednocześnie 

pozostawali   w   pełnej   izolacji.   Komodor   siedział,   wyciągnąwszy   długie   nogi,  Corcoran  i 

Joaquin  Ibáñez,  kierownik sekcji naukowej Europy,  stali i spoglądali na ekrany, Asenow, 

ksenolog, odprawiał czary przy terminalu.

26

  MAZ - mały automatyczny zwiadowca, nieduża rakieta z urządzeniami do skanowania w zakresach fal 
optycznych i radiowych.

background image

-   Proszę   sobie   nie   przeszkadzać,   doktorze  Ibáñez  -   powiedział   Vrba,   z   lekka 

pochylając głowę pokrytą jasnymi, przystrzyżonym na jeża włosami. Pobłyskiwały złotem, 

jakby dowódca ekspedycji specjalnie dobrał je pod kolor szewronów i zapięcia munduru.

- Dziękuję. Poproszę siódmy schemat... tak, świetnie... dziękuję, señor Iwan.

-  Ibáñez,  smukły ciemnooki Kastylijczyk, wyróżniał się nienaganną starohiszpańską 

uprzejmością; do podwładnych zwracał się per señor i señora, a do starszych lub równych mu 

rangą   per  don  lub  caballero  i  doña.  -   I   oto   przed   nami   system   Gammy   Młota,   wynik 

trzydniowych obserwacji. Godzinę temu otrzymaliśmy ostatnie dane z jednostek Afryka i 

Azja   oraz   z   wysłanych   przez   nie   MAZ-ów.   Zakładam,  caballeros,  że   wszystkie   ciekawe 

obiekty zostały wykryte, a ich trajektorie uściślone. Aż po asteroidy na tyle duże, by można je 

dostrzec z tej odległości.

Trzy dni! Tylko trzy dni! - pomyślał Corcoran. - Zuchy!

Sekcja naukowa ekspedycji stała bez wątpienia na najwyższym poziomie. Słuchając 

szybkiej mowy Ibáñeza, obserwował jednocześnie migające na ekranach wykresy, schematy i 

tabele z parametrami orbit poszczególnych planet. Po wynurzeniu z otchłani limbusu eskadra 

rekonstruowała okolice Gammy Młota. Okręty dryfowały w obszarze zagęszczenia komet, z 

dala   od   planet   zewnętrznych;   tutaj,   podobnie   jak   w   Układzie   Słonecznym,   odległość   od 

Obłoku Oorta wynosiła około miesiąca świetlnego, lecz duże roje występowały w liczbie nie 

dwóch, a ośmiu - mnóstwo możliwości, by ukryć się szybko i dobrze. Komety, trochę pyłu i 

kamieni   scementowanych   zestalonym   gazem,   były  rozmieszczone   nierównomiernie,   puste 

przestrzenie   między   rojami   zajmowały   więc   setki   miliardów   kilometrów.   Jednakże 

alternatywy dla tej kryjówki nie było - z daleka żaden lokalizator nie wykryje obcych statków 

wśród materii roju. Aby przyśpieszyć  pracę, Azja i Afryka  przeskoczyły na drugą stronę 

gwiazdy, wypuszczając MAZ-y powyżej i poniżej płaszczyzny ekliptyki, zwiększając w ten 

sposób dokładność pomiarów.

- Osiem planet - powiedział Ibáñez, prezentując kolejny wykres. - Osiem, jeśli uznać 

za   planety  trzy  ciała   niebieskie   w   bezpośredniej   bliskości   gwiazdy  centralnej.  Wszystkie 

bardzo małe, ich masa jest prawie trzykrotnie mniejsza niż masa Merkurego, a odległość od 

gwiazdy   wynosi   jedną   czwartą   jednostki   astronomicznej.   To   promień   orbity   trzeciej 

planetoidy.

- Dwie pierwsze są oczywiście niewidoczne? - zapytał Corcoran.

-   Powiedzmy,   niepoddające   się   obserwacjom,   kapitanie.   Pierwsza   znajduje   się 

niemalże   w   koronie   słonecznej,   druga,   niezwykle   mała,   bardzo   blisko   niej.   Orbity 

wyliczyliśmy na podstawie odchyleń toru trzeciej. Z punktu widzenia stojących przed nami 

background image

zadań, ciała te nie są interesujące. Nie ma tam ani wody, ani atmosfery, ciążenie wynosi około 

jednej   dziesiątej   g,   temperatura   po   prostu   potworna...   na   powierzchni   trzeciej   planetoidy 

pięćset stopni Celsjusza... co najmniej pięćset.

Rzeczywiście   mało   interesujące   -   zgodził   się   milcząco   Corcoran.   Jakiekolwiek 

działania: budowa bazy czy wydobycie rud, byłyby ekstremalnie trudne, a więc nieopłacalne. 

Vrba najwyraźniej podzielał tę opinię, machnął bowiem ręką i powiedział:

- Proszę dalej, doktorze.

- Dalej, caballeros, mamy dwa bardzo podobne do Ziemi globy z atmosferą tlenową. 

Zakładam, że czwarty to Roon, a piąty T’har, ale nawet na nim warunki klimatyczne są 

całkiem znośne: średnia temperatura powyżej zera. Na Roonie plus osiemnaście... cieplej niż 

na   Ziemi

27

...   Odległość   od   gwiazdy   zero   koma   siedemdziesiąt   siedem   jednostki 

astronomicznej,   ciążenie   zero   koma   dziewięć   g,   okres   obrotu   dwadzieścia   osiem   i   trzy 

dziesiąte godziny, rok trwa trzysta dwadzieścia dni.

-   Sztuczne   konstrukcje?   -   lakonicznie   zapytał   komodor,   przenosząc   wzrok   na 

Asenowa. Ksenolog wzruszył ramionami.

- Nic, co można by zauważyć stąd, z obłoku. Ani widocznych na powierzchni miast, 

ani dużych obiektów orbitalnych. Zakres fal radiowych prawie czysty.

- Zgodnie z obowiązującą wiedzą - niezbyt głośno powiedział Corcoran - bino faata 

Trzeciej Fazy nie mają miast. Rozrywek, w naszym rozumieniu, również nie mają. Trudno 

więc oczekiwać, że przechwycicie jakieś audycje radiowe zawierające przydatne informacje.

- Pan wie lepiej, kapitanie. To pan jest tutaj ekspertem.

Vrba zwrócił się ku niemu. Twarz miał jak przedtem spokojną, ale kąciki warg mu 

drgnęły - komodor się uśmiechnął. Corcoran z doświadczenia wiedział, że Karel Vrba nie 

szafuje uśmiechem bez powodu. W zasadzie niczego nie robił bez powodu i nawet zmysł 

mentalny nie zawsze pozwalał wyczuć jego zamierzenia czy przewidzieć działania, które 

podejmie w ciągu najbliższych minut. Jak przystało na dobrego dowódcę, Karel Vrba był 

człowiekiem nieprzewidywalnym.

Lecz tym razem jego myśli wydawały się jasne: wspomniał stocznię DX-51, pokład 

Europy i młodego komandora podporucznika stojącego w jego kajucie. „Wiążemy z panem 

wielkie nadzieje, Corcoran. Gdy wyruszymy do systemów gwiezdnych, gdzie faata założyli 

kolonie...”

I wyruszyli! A nawet dolecieli! Co teraz?

- Proszę kontynuować, doktorze - zwrócił się do Ibáñeza komodor.

27

 Średnia temperatura na powierzchni Ziemi wynosi +15°C.

background image

- Szósty i siódmy glob to planety typu marsjańskiego. Brak atmosfery, masa równa 

dwóm   dziesiątym   ziemskiej,   kamienie,   piasek,   pozbawiona   wody   pustynia,   niskie 

temperatury... Ale do budowania baz są zdatne.

- Pas asteroid?

- Nie ma. Zaobserwowaliśmy pojedyncze asteroidy, ale żadnego obiektu o wielkości 

choćby   zbliżonej   do   Hygiei   czy   Psyche,   nie   wspominając   nawet   o   Ceres   czy   Pallas

28

. 

Największe... señor Asenow, poproszę zdjęcia... O! Ta ma dziewięćdziesiąt osiem kilometrów 

średnicy, są jeszcze cztery o rozmiarach od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu kilometrów. 

Pozostałe się do nich nie umywają. Nie określiliśmy precyzyjnego położenia w przestrzeni, co 

do liczby zaś... z tej odległości wykryliśmy około setki. Masywniejsze ciała krążą wokół 

ósmej planety, ale i tutaj skala jest mniejsza niż u nas: niczego podobnego do Ganimedesa, 

Tytana, Trytona czy choćby Tetydy

29

. Kilkadziesiąt księżyców nieregularnych, wielkości od 

dwudziestu do stu osiemdziesięciu kilometrów. Señor Asenow... tak, o tę fotografię chodziło... 

Największy naturalny satelita na tle planety... masa sześć dziesiątych do minus piątej, jeśli 

porównać z Księżycem... a oto jeszcze jeden, sto pięćdziesiąt kilometrów średnicy...

- Wygląda na to, że największe satelity zostały wychwycone z przestrzeni? - zapytał 

Vrba.

- Bezwzględnie tak. Masa planety zewnętrznej o trzydzieści procent przewyższa masę 

Jowisza, ciążenie na niej jest ogromne... Giganty gazowe... jeśli występują... oczyszczają ze 

śmieci każdy system gwiezdny. A to jest właśnie typowy gigant gazowy: wodór, hel, metan, 

amoniak   i   promieniowanie   o   długości   trzech   centymetrów

30

  Ale   atmosfera   jest 

prawdopodobnie spokojniejsza niż na Jowiszu; nie ma tu odpowiednika Io, a największy 

księżyc krąży w odległości miliona kilometrów

31

.

- Czwarty - burknął Asenow, pochylając się nad pulpitem terminala. - Czwarty satelita, 

kolego.

- Tak, tak, oczywiście,  señor.  Poproszę zdjęcia na ten ekran. Widok ogólny potem 

obszar fenomenu i wyniki analizy komputerowej. - Przygładziwszy ciemne włosy,  Ibáñez 

28

 Planetoidy, czyli największe asteroidy w Układzie Słonecznym, mają następujące rozmiary: Ceres - 955 km 
średnicy, Pallas - 560 km, Hygiea - 380 km, Psyche - 240 km.

29

 Największe księżyce planet w Układzie Słonecznym to: Ganimedes - księżyc Jowisza o średnicy 5270 km, 
Tytan   -   księżyc   Saturna   o   średnicy   5800   km,   Tryton   -   księżyc   Neptuna   o   średnicy   6000   km.   (Dla 
porównania: średnica Merkurego wynosi 4880 km, Księżyca 3476 km). Tetyda - księżyc Saturna o średnicy 
1000 km.

30

 Promieniowanie Jowisza, emitującego fale o długości 3 cm, odkryto w 1956 roku; jest ono spowodowane 
przez cząsteczki zyskujące potencjał elektryczny w atmosferze planety.

31

  Szereg efektów burzowych występujących w atmosferze Jowisza powoduje bliskość jego księżyca  Io, 
większego od Księżyca zarówno pod względem masy, jak i wielkości (masa równa 1,2 masy Księżyca, 
średnica 3640 km, odległość od Jowisza 422 tys. km).

background image

wyjaśnił:   -   Czwarty   satelita   gazowej   planety,   któremu   nadaliśmy   nazwę  Obscuras

32

 jest 

prawdopodobnie zamieszkany lub w jego pobliżu są prowadzone jakieś świadome działania, 

dla   nas   niestety   zupełnie   niezrozumiałe.   Zbyt   duża   odległość   nie   pozwala   rozróżniać 

drobnych   obiektów.   Dzięki   wykorzystaniu   zaawansowanej   interpolacji   udało   nam   się 

zwiększyć rozdzielczość, ale tylko nie znacznie. Proszę spojrzeć!

Na   pierwszym   ekranie   powoli   wirowała   ciemna   bryła   o   pomarszczonej,   pociętej 

pęknięciami powierzchni. Kształtem Obscuras przypominał z grubsza wyciosany czworościan 

o wygładzonych lub odciętych wierzchołkach. Wzdłuż krawędzi biegły kręte łańcuchy gór, a 

boki wyglądały jak trójkątne równiny bez widocznych szczegółów ukształtowania terenu. 

Jednakże   seria   zdjęć   wykonanych   przy   maksymalnym   powiększeniu,   wyświetlona   przez 

Asenowa na drugim ekranie pokazała, że wrażenie gładkości i równości jest iluzoryczne. W 

słabym świetle sączącym się z gigantycznego dysku gazowej planety widoczne były czarne 

cienie część rzucały prawdopodobnie wzniesienia, skały, a być może nawet góry, inne mogły 

być przełęczami, kanionami lub kraterami powstałymi wskutek upadku meteorytów. Jedna z 

takich plam miała kształt rozmytej elipsy. Na podstawie narzuconej na zdjęcia siatki można 

było ocenić jej długość na dwadzieścia kilometrów, a szerokość na osiem i pół kilometra. 

Formacja ta miała jakąś wewnętrzną strukturę; dało się zauważyć ledwie dostrzegalne jasne 

punkty, jakby ciemna plama była ogromnym szybem lub tunelem przechodzącym na wylot 

przez całą planetę, a iskierki światła pochodziły od gwiazd wiszących gdzieś w niezmierzonej 

dali. Moduł interpolacyjny, wyposażony w intuicję i niemalże ludzką wyobraźnią, rozjaśnił 

obraz:   na   trzecim   ekranie   widać   było,   że   niektóre   punkty   są   zgrupowane   wzdłuż 

krzywoliniowych torów, a inne rozrzucone zupełnie przypadkowo.

- Może to jakiś kompleks astronawigacyjny? - zapytał komodor.

-   Niewykluczone,   sir   -   odpowiedział   Asenow,   który   najwyraźniej   zajmował   się 

badaniem   fenomenu.   -   Niestety,   ani   Afryka,   ani   Azja   nie   widzą   księżyców   planety 

zewnętrznej, gdyż znajduje się ona względem ich położenia z drugiej strony gwiazdy. Oto - 

ksenolog machnął w stronę ekranu - uogólnione wyniki naszych obserwacji. Mogę zapewnić, 

że wycisnąłem wszystko, co się dało, z przyrządów i programów.

- Macie panowie jakieś hipotezy?

Ksenolog się uśmiechnął.

-   Dziesiątki.   Kosmiczna   kopalnia,   osiedle   albo   całe   miasto,   kolonia   karna,   zakład 

przetwarzający surowce, baza wojskowa albo wszystko razem.

- Możliwe, że obiekt nie ma nic wspólnego z faata - dodał Ibáñez. - Dziwne zjawisko 

32

 Obscurus (łac.) - ciemny.

background image

naturalne albo artefakt daskinów... Wyjaśnimy to, gdy podlecimy bliżej.

- Na razie nie podlecimy.  - Vrba wstał. Był szczupły, wręcz wysuszony,  i bardzo 

wysoki, o głowę wyższy od swych podwładnych. - Panowie... - Lekkie skinienie głowy w 

kierunku  Ibáñeza   i  Asenowa.   -   Dziękuję   wam   obydwóm.   Jesteście   wolni.   Proszę   tylko 

przesłać wyniki na pozostałe jednostki eskadry.

- Tak jest, sir.

Ibáñez i Asenow opuścili salę narad. Corcoran spojrzał w górę. Na ekranie nad jego 

głową na całą szerokość sufitu rozciągało się gwieździste niebo. Widok nie robił takiego 

wrażenia   jak   na   Ziemi   czy   na   Gondwanie   -   przepaść   dzieląca   parę   ramion   Galaktyki 

wyglądała   niczym   ciemna   rzeka   wymiatająca   naporem   mroku   słabe   iskierki   gwiazd. 

Pomarańczowe   słońce   Roona   i  T’hara,   na   razie   jeszcze   bezimienne,   było   najjaśniejszym 

punktem wśród tlących się węgielków tego ogniska niebios. Na tle mroku majaczyły sylwetki 

trzech   krążowników   -   najbliżej   znajdowała   się  Australia,   za   nią  Ameryka   i  Antarktyda. 

Litwin, zadokowany do Europy, był niewidoczny.

- Zostaniemy tu i będziemy czekać - powiedział komodor. - Ty podlecisz do Roona. To 

z pewnością gęściej zaludniony świat, centrum miejscowej cywilizacji... W zasadzie to nie 

jest   rozkaz,   a   jedynie   propozycja.   Naradź   się   z   Sybelem,   Paul.   T’har   ma   swoje   zalety: 

dysponujemy   przynajmniej   podstawowymi   informacjami   na   jego   temat.   Można   się 

spodziewać, co nas tam czeka.

„Naradź   się   z   Sybelem”...   Corcoran   oderwał   wzrok   od   rozgwieżdżonego   nieba   i 

popatrzył   na   komodora.   Dowódca   oblicze   miał   nieprzeniknione.   Wie   czy   nie   wie?   - 

przemknęła   Paulowi   myśl.   Jeśli   wierzyć   impulsom   mentalnym,   Vrba   nie   wiedział   nic   o 

sekrecie  Sybela.   Coś  -  być   może   zmysł  przewidywania  obudzony tak  nieoczekiwanie  na 

statku silmarri - podpowiadało mu, że jest jedyną wtajemniczoną osobą. Nie chciał się teraz 

zastanawiać nad przyczyną takiego zaufania. Oczywiście Sybel był jego przyjacielem, ale...

-   Omówię   trasę   z   Sybelem,   chociaż   sądzę,   sir,   że   pańska   sugestia   jest   słuszna   - 

powiedział. - Na T’harze istnieje jedna rządząca wiązka, na Roonie, jeśli Io się nie myliła, są 

aż trzy. Trzy kontynenty i trzy Opoki Porządku. Większe możliwości, więcej informacji.

-   Informacje...   -   W   spojrzeniu   Vrby   przemykającym   po   masywnym   korpusie 

translatora   pojawiła   się   zaduma.   -   Informacji   potrzebujemy   najbardziej,   gdyż   faktycznie 

wiemy bardzo  mało. Wroga  trzeba  poznać.  Być  może  przy bliższym  poznaniu  stanie  się 

sojusznikiem lub przynajmniej stroną neutralną, jak loona eo - Dlatego nie będziemy się 

śpieszyć z miotaczami plazmy i anihilatorami. To zbyt potężne środki, Paulu. Powiedziałbym, 

ostateczne.

background image

Umilkł, wbiwszy wzrok w ekran, gdzie cały czas majaczył ciemny rozmyty kontur 

Obscurusa. Corcoran rozumiał myśli kłębiące się w głowie przełożonego; Vrba wspominał 

ojca i brata poległych w Bitwie przed Orbitą Marsa, zburzoną Pragę, miliony ofiar, zabitych i 

okaleczonych - wspominał i walczył z nienawiścią. Dla niego najprostszym rozwiązaniem 

byłby anihilator, nie chciał jednak korzystać z prawa zemsty. Przynajmniej na razie.

- Chce pan, bym zszedł na planetę? - zapytał Corcoran po długim milczeniu.

- Tak, jeśli uznasz to za konieczne. Masz do dyspozycji moduł faata. Poza tym znasz 

język i w pewnym sensie sam... - Vrba nie dokończył. - Możesz nie nawiązywać kontaktu, 

potrzebujemy przede wszystkim wywiadu i rozpoznania geopolitycznego. Nie mają miast, ale 

powinni   zakładać   jakieś   ośrodki   przemysłowe,   centra   zarządzania,   węzły   obronne, 

astrodromy,  miejsca   skupiające   większą  liczbę   tho  i  przedstawicieli   wyższej  kasty...   Jeśli 

Roon ma trzy Opoki Porządku, to czy nie ma między nimi rozdźwięku? Być może jeden z 

przywódców jest bardziej pokojowo nastawiony niż reszta? Bardziej tolerancyjny? Bardziej 

skłonny do współpracy? Jakkolwiek na to patrzeć, i my jesteśmy ludźmi, i oni są ludźmi.

- Zrozumiałem, sir. - Corcoran kiwnął głową, a pamięć usłużnie podsunęła jeszcze 

jeden epizod spotkania w stoczni DX-51.

„Co będę musiał zrobić? Wszystko, czego będzie wymagała sytuacja...”

Być może lądowanie na Roonie mijało się z celem i graniczyło z samobójstwem, ale 

warto było spróbować. Vrba miał rację - anihilatory to argument ostateczny.

Komodor   zwrócił   się   ku   ekranowi,   na   którym   majaczyła   bryła   Obscurusa,   i 

powiedział:

- Jeszcze jedno: zerknij, co tam majstrują. Tylko ostrożnie, nie zdradź swej obecności. 

Weź na pokład z dziesiątkę puchaczy i wypuść, jeśli potrzebna będzie obserwacja.

- Kontakt z eskadrą za pomocą sond informacyjnych? - zapytał Corcoran. - W razie 

gdybyśmy nie byli w stanie wrócić?

- Tak. Ale mam nadzieję, że dacie radę. - Vrba rozpiął zewnętrzną kieszeń i wyjął 

torebkę z miniaturowym chipem podobnym do złotej łuski. - Weź. To program cyberchirurga.

- Wstawia implanty? Obawiam się, że moja żona nie będzie zadowolona!

- Żadnych implantów. Jesteś podobny do faata, tylko włosy masz rude i oczy szare. 

Skorygujemy to. Będziesz przystojnym brunetem jak Ibáñez. Małżonka nie zgłosi pretensji.

- Za to dzieci mogą mnie nie poznać - burknął Corcoran, zasalutował i wyruszył na 

swój okręt.

*

Planeta   zewnętrzna   wisiała   na   ekranie   obserwacyjnym   niczym   zamglona   kula   z 

background image

mlecznego szkła muśnięta pędzlem artysty - gdzieniegdzie różowe maźnięcie, tu i ówdzie 

błękitne lub brązowe. Komodor Litwin, kruchy świerszczyk skaczący z ciemności roju komet 

na białą opalizującą kulę, doganiał ją coraz bardziej z każdą godziną, jakby spadał w wylot 

gigantycznego szybu wypełnionego bladym blaskiem i bezładnym tańcem kolorowych pasów 

i plam. Szyb zdawał się wycięty w czarnym obsydianie kosmicznej ciemności i prowadził na 

takie krańce wszechświata, gdzie nie bywali nawet daskinowie.

Trwała wachta Okiego Yamaguta, drugiego nawigatora; wraz z nim dyżurował Ba Lin. 

Pozostali dwaj piloci, Bonifacy Santini i Igor Siery, przebywali w mesie wraz ze starszymi 

oficerami, obserwując, jak biała plama rośnie i stopniowo zmienia się z płaskiego dysku w 

obiekt trójwymiarowy, wypukły, otulony gęstą warstwą atmosfery, metanowymi chmurami i 

obłokami amoniaku. Świat ten, podobny do Jowisza pod względem masy, objętości i składu 

chemicznego, zewnętrznie wcale go nie przypominał - planeta krążyła wolniej, nie była tak 

mocno spłaszczona na biegunach i nie miała Wielkiej Czerwonej Plamy ani równoległych do 

równika pasów

33

.

W ciągu całego swojego życia Corcoran widział ze dwie dziesiątki takich gazowych 

olbrzymów,   którym   nie   udało   się   stać   gwiazdami,   a   mimo   to   zawsze   sprawiały   na   nim 

wrażenie niedoskonałych - nie miały światła ani ciepła jak Słońce i życia ani rozumu jak 

Ziemia. Oferowały za to bogate - można by rzec, niewyczerpane - zapasy surowców.

Klaus Sybel siedzący pod portretem komodora Litwina wstał i zaczął parzyć kawę. 

Robił to po mistrzowsku - w ciągu wieków miał czas na naukę. Powietrze przesycił aromat, 

cichutko zadzwoniła porcelana. Sybel napełnił filiżanki, pierwszą z ukłonem podał Celinie. 

Potem   przyszła   kolej   na   Corcorana   i   pilotów.   Tumanow,   który   zrezygnował   z   kawy   i 

zaopatrzył się w sok w automacie dystrybucyjnym, wypił płyn jednym haustem i burknął do 

interkomu:

- Oki! Widzisz już satelity?

- Tylko największe. Koryguję trajektorię.

- Pomóc ci?

- Sam dam radę. A przy okazji, są już wyniki analizy spektralnej.

- Chciałbym na nie zerknąć - powiedział Corcoran, popijając kawę.

- Tak jest, sir. Wysyłam na pański ekran.

Na   lewo   od   planety   wiszącej   na   środku   rozwiniętego   w   mesie   ekranu 

33

 Okres obrotu Jowisza wokół własnej osi wynosi około dziesięciu godzin (jest najkrótszy pośród wszystkich 
planet Układu Słonecznego). Szybkie obracanie się potężnej gazowej atmosfery sprawia, że planeta jest 
spłaszczona   na   biegunach.   Inne   charakterystyczne   cechy   planety   to   Wielka   Czerwona   Plama   i   pasy 
równoległe do równika.

background image

cienkowarstwowego pojawił się słupek symboli i liczb. Wodór - 72%, hel - 25%, metan - 

1,2%, amoniak - 0,7%... dalej widniały etan, acetylen, fosforowodór, siarczek amonu i para 

wodna w śladowych ilościach.

- Metanu i amoniaku jest znacznie więcej niż na Jowiszu - stwierdził Sybel.

- Co najmniej sześć razy więcej - potwierdził Siery, pierwszy pilot. - Latałem koło 

papy Jowisza, żeby go pokręciło! Skład atmosfery do tej pory znam na pamięć z dokładnością 

do tysięcznych części. - Pomyślał chwilę i dodał: - O mało mnie tam na sokole nie rozgniotło. 

Wyprawa Marynicza w siedemnastym roku, gdy dobieraliśmy się do Czerwonej Plamy.

-   Latałeś   z   Maryniczem?   -   Praa   uniosła   cienkie   brwi.   -  A  niech   mnie!   Nic   nie 

wiedziałam!

- Trzeba było zapoznać się z życiorysami załogi - powiedział Corcoran. - To zadanie 

zastępcy: wiedzieć wszystko o wszystkich.

- Nawet o panu, sir? - nie bez pewnej dozy złośliwości zapytała Celina.

- Oczywiście, ale tylko w ramach dossier.

Sybel patrzył na niego z uśmiechem. Ich akta osobowe były przechowywane w wielu 

miejscach: część można było znaleźć w archiwum floty i w komputerach Europy i Komodora 

Litwina,   inne,   bliższe   prawdy,   w   bazie   danych   tajnych   służb   ZSK.   Chociaż   w   wypadku 

Sybela i tam nie było za grosz prawdy.

-   Zakończono   analizę   informacji   dotyczących   siedmiu   największych   satelitów   - 

doniósł Oki. - Przekazuję parametry orbit.

Ekran pokryły plamy liczb, napisów i znaków umownych. Według uściślonych danych 

Obscurus,   czwarty   i   najbardziej   zagadkowy   satelita,   krążył   w   odległości   pół   miliona 

kilometrów od planety, ale nie był jej najbliższym księżycem: istniały jeszcze dwa, niemalże 

tej   samej   wielkości,   umieszczone   na   orbitach   o   mniejszym   promieniu.   Oprócz   siedmiu 

sporych planetoid wokół protogwiazdy krążyły inne ciała niebieskie, kilkadziesiąt lodowych i 

metalowych   brył,   które   właśnie   badały   wideoczujniki   fregaty   przesyłające   informacje   do 

KAN-u. Mimo że Litwin charakteryzował się bardzo dobrą manewrowością, wlatywanie w 

rój satelitów giganta bez uprzedniego wyliczenia ich torów byłoby bardzo niebezpieczne.

Ogromna planeta zajmowała już prawie pół ekranu, gdy dyżurny nawigator oznajmił;

- To wszystko, kapitanie. Jeśli coś zostało, to nie jest większe niż polny kamień. Klnę 

się na honor samuraja! - Po chwili dodał: - Do końca wachty pozostało trzynaście minut i 

czterdzieści sekund.

Jest zmęczony - wyczuł Corcoran, łowiąc impulsy mentalne Yamaguta. Wszyscy byli 

na   miejscach   w   pełnej   gotowości   bojowej:   Pielewicz   przy   anihilatorze,   strzelcy   w 

background image

wieżyczkach, Fernandez w maszynowni, Linder w sekcji medycznej, łącznościowiec DuPress 

w swojej komórce tuż obok mesy. Zasadniczo nie miał czego słuchać; na częstotliwościach 

radiowych nie było żadnych sygnałów poza trzaskami fal o długości trzech centymetrów.

- Za chwilę będzie zmiana, Oki - rzekł Corcoran i odwrócił się w stronę Tumanowa. 

Pierwszy nawigator był  o osiem lat starszy od niego i poza bezcennym  doświadczeniem 

odznaczał   się   ostrożnością   i   zadziwiającym   opanowaniem.   -   Zawiśniemy   na   orbicie   na 

wysokości   jakichś   pięciuset   megametrów,   ale   z   drugiej   strony   planety,   poza   obszarem 

widocznym z Obscurusa. Wyślemy MAZ-y... myślę, że wystarczą dwa. Jednego użyjemy jako 

przekaźnika, a drugi skierujemy do obiektu. Co o tym sądzisz, Nikołaju?

- Logiczne. - Tumanow potarł dłonią łysawą czaszkę. - To ja już pójdę, porachuję, 

dobrze, kapitanie?

- Minutkę. Ktoś ma jakieś inne propozycje?

-   Może   obejdzie   się   bez   puchaczy?   Weźmiemy   z   Bonifacym   sokoły   i   polecimy, 

popatrzymy...

- Za duże ryzyko - zaprotestował Tumanow. - Sokół jest o rząd wielkości większy niż 

MAZ. Do tego systemy podtrzymywania życia promieniują, łatwiej wykryć taki pojazd. A 

jaki z tego zysk?

-   Osobiste   wrażenia.   Nic   ich   nie   zastąpi.   Do   dziś   pamiętam,   jak   schodziłem   nad 

Jowiszem...   albo   lądowałem   na   Minerwie   koło  Arktura...   albo...   -   Pilot   machnął   ręką.   - 

Jednym słowem: gacie pełne wrażeń.

- Tego akurat nam nie trzeba. - Corcoran wstał, odsunął pustą filiżankę. Wujek Paweł 

srogo spozierał ze ściany: teraz nadszedł twój czas, mały.

Dawno już nadszedł - przemknęła mu przez głowę myśl.

Zasępił się i rzekł:

- Czyli zrobimy tak: Tumanow do KAN-u, Siery do pulpitu dowodzenia, Praa na 

wachtę, do tego odpowiada za gotowość sond informacyjnych, ja i Sybel obserwujemy. Boni, 

poprowadzisz puchacze z rezerwowego mostka. Dasz radę zająć się dwoma jednocześnie?

- Nawet czterema, kapitanie. To posłuszne bydlątka. - Santini zasalutował i ruszył 

dziarsko wąskim korytarzem. Za nim wyszli Praa, Tumanow i starszy pilot. Sybel został.

- Uwaga, załogo! - powiedział Corcoran, pochylając się nad wokaderem. - Zmiana 

wachty. Alarm zielony

34

, gotowość wszystkich sekcji za dziesięć minut.

- Nic nie czujesz? - zapytał Sybel. Cały czas stał w progu. Pokręcił palcem po skroni i 

dodał: - O tutaj? Zupełnie nic?

34

 Alarm zielony - stan przygotowawczy przed alarmem czerwonym.

background image

- Nic.

- Dobrze. Później porozmawiamy.

Jeden za drugim przeszli na mostek, usiedli w fotelach, wpadając w mocne objęcia 

kokonów. Sekcje złożyły meldunki w ustalonej kolejności: Tumanow, Fernandez, Pielewicz, 

Praa. DuPress oświadczył, że w przestrzeni nie odnotowano żadnej rozumnej aktywności: ani 

sygnałów   radiowych,   ani   zakodowanych   impulsów   -   tylko   promieniowanie   tła   i   fale   o 

długości trzech centymetrów. Następnie głos zabrał Bonifacy Santini: dwa puchacze były już 

gotowe do startu. Konsola KAN-u zamrugała do Corcorana szkarłatnymi światełkami, potem 

zielonymi i pulpit pilota rozświetlił słaby wybuch.

- Obliczanie kursu zakończone - zameldował Tumanow.

- Kurs przyjęty.

Dłonie Sierego zatańczyły nad pulpitem. Gigantyczna kula planety odpłynęła w bok, 

ku brzegowi ekranu, cicho szczęknął KAN i w słupie światła tuż obok pulpitu przeleciały 

liczby. Odległość od obiektu, składowe prędkości, przyśpieszeń liniowe i kątowe, położenie w 

przestrzeni...   Na   pokładzie   panowało   normalne   ciążenie   -   wahania   kompensował   system 

sztucznej grawitacji. Okrągłe oko lokalizatora mrugało uspokajająco, z przodu nie było ani 

kamieni, ani pyłu, ani żadnych innych kosmicznych śmieci czy sztucznych obiektów.

Zabrzmiał krótki akord i dłonie pilota opadły.

Okrętem   kierowały   teraz   automaty;   trajektoria   ulegała   stopniowemu   zakrzywieniu 

wokół planety, czujne wideokamery rejestrowały ten mglisty świat, przesyłając informacje do 

pamięci komputera pokładowego. Od gęstych warstw atmosfery dzieliło ich półtora tysiąca 

megametrów. Na bocznych ekranach, dających maksymalne przybliżenie, płynęły potworne 

stada chmur błyszczących srebrzyście w promieniach dalekiej gwiazdy.

- Turbulencje nie są tutaj zbyt silnie odczuwalne - powiedział Tumanow. - Są wiatry i 

trąby powietrzne, jednakże... - zmrużył oczy wpatrzony w przemykające u dołu ekranu dane 

analizatorów - jednakże nie ma nic porównywalnego z Jowiszem. Spokojna atmosfera.

- Zgodnie z prognozami z Europy, tak właśnie powinno być - zauważył Corcoran. - 

Satelity  mają   niewielkie   masy,   dlatego   praktycznie   nie   występuje   ani   przypływ,   ani   inne 

zakłócenia.

Sybel kręcił się w ciasnych objęciach kokonu.

- I co z tego wynika?

- Możemy tam polecieć - burknął Siery. - Nie schodząc zbyt nisko. U góry nie będzie 

żadnych problemów. Łatwizna!

- Możemy polecieć - powtórzył Sybel. - Wodór, metan, hel, acetylen, nawet woda, 

background image

ogromne zasoby, plus minerały na satelitach, podstawa syntezy chemicznej... I można lecieć! 

Coś mi przychodzi do głowy.

-   Sądzisz,   że   jest   tu   fabryka   i   sieć   transportowa?   -   Corcoran   wyraził   na   głos 

przypuszczenie. - Czerpią surowce z atmosfery, metale pozyskują na księżycach, transportują 

na Obscurusa i coś produkują?

- Na przykład sedesy próżniowe - podpowiedział pilot.

- Zobaczymy - na twarzy Sybela nieoczekiwanie zagościł uśmiech. - Węglowodory to 

przydatna rzecz, Igorze, można z nich zrobić, co tylko chcesz. Oczywiście trzeba wiedzieć 

jak. Pożywienie, tkaniny, plastik... A jeśli dodać surowce mineralne, spektrum możliwości jest 

jeszcze bogatsze. W zasadzie wszystkie znane na Ziemi dobra i luksusy.

-   Sieć   transportowa   potrzebuje   łączności.   Zarządzanie   przewozami,   polecenia   dla 

pilotów, sygnały rozpoznawcze i inne takie. A my - Tumanow spojrzał z ukosa na milczący 

interkom - nie słyszymy absolutnie niczego, ani rozmów, ani innych sensownych sygnałów. A 

przecież przy tak niewielkiej odległości i czułej aparaturze...

Na mostku zapanowała cisza. Corcoran zerkał to na ekran, to na pulpit kapitański z 

ciemnym zagłębieniem pentalionu i zastanawiał się, jakimi środkami łączności dysponują 

Obcy.   Wujek   Paweł   wspominał   o   kaffie,   wzmacniaczu   telepatycznym,   odbiornik   fal 

radiowych   nie   był   mu   potrzebny.   Eksperci   badający  okręt   faata   znaleźli   zwykłe   systemy 

przeznaczone   do   nawiązywania   drogą   radiową   kontaktów   z   Ziemią   i   przechwytywania 

sygnałów   ze   stacji   radiowych   i   telewizyjnych.   W   modułach   bojowych   nie   było   niczego 

podobnego, a pytanie, jak okręt utrzymywał kontakt z pilotami, pozostało bez odpowiedzi. 

Było   oczywiste,   że   nie   za   pomocą   metod   znanych   w   Układzie   Słonecznym.   Ani   fal 

radiowych, ani promieni lasera, ani żadnego innego promieniowania w znanych zakresach... 

Technika mentalna? Być może. Klaus powinien wiedzieć...

Spróbował   przeniknąć   do   umysłu   Sybela,   lecz   jak   zwykle   natknął   się   na   potężną 

barierę. Aczkolwiek kilka myśli przez nią przenikło: „Zaczekaj, przyjacielu, nie śpiesz się”.

Minęła godzina w pełnej napięcia ciszy, od czasu do czasu przerywanej uwagami 

Sybela i Celiny Praa. Pilot i nawigator pracowali w milczeniu, manewrując nad atmosferą 

planety   i   starając   się   skierować   fregatę   w   pobliże   jakiegoś   niewielkiego   satelity,   co 

pozwoliłoby lepiej ją ukryć. W końcu Siery westchnął z ulgą, rozprostował kości na tyle, na 

ile pozwolił kokon, i zameldował:

-   Jesteśmy   na   orbicie,   kapitanie.   Pięćset   dwadzieścia   megametrów   od   środka   tej 

drańskiej gwiazdy. Okres obrotu osiemnaście i trzy dziesiąte godziny.

- Obiekt jest z drugiej strony planety i stopniowo dogania nas, ale szybkość zbliżania 

background image

jest niewielka - dodał Tumanow. - Przez trzy doby możemy się nim nie przejmować.

-   To   znacznie   więcej,   niż   potrzebujemy   -   powiedział   Corcoran.   -   Celino,   sonda 

gotowa?

- Tak jest, sir.

- Santini, co u ciebie?

-   Pełna   gotowość   bojowa.  Aż   mnie   palce   na   klawiszach   świerzbią   -   dobiegło   z 

interkomu.

- Wypuść zwiadowców.

Komodor Litwin zadrżał ledwie wyczuwalnie. Dwa niewielkie walce wystrzeliły ze 

stanowisk startowych, rozłożyły podwójne anteny, przez co rzeczywiście stały się podobne do 

puchaczy z okrągłymi oczami, i szybko znikły w ciemnościach. Praa natychmiast przełączyła 

obraz; teraz ogromny dysk planety zapełnił lewy boczny ekran a na głównym i prawym, które 

odbierały sygnały MAZ-ów, błyszczały gwiazdy i niczym szarfa żałobna rozciągał się Uskok 

między   ramionami   Galaktyki.   Silniki   grawitacyjne   napędzające   puchacze   zasilały 

jednocześnie   aparaturę   obserwacyjną   i   niewielki   przekaźnik   impulsowy.   Panowało 

przekonanie,   że   jest   niewykrywalny   -   sygnały   były   precyzyjnie   ukierunkowane,   impulsy 

przekazywano z niewielką częstotliwością, a brakujące obrazy otrzymywano dzięki funkcji 

interpolacji komputera pokładowego.

Maleńcy zwiadowcy rozwijali potworne prędkości; przemieszczając się po tej samej 

orbicie co Komodor Litwin i skrywająca go kamienna bryła, skracały odległość od Obscurusa 

o dziesięć megametrów na minutę. Miały jednak niemałą drogę do pokonania; minęło dobre 

pół godziny, zanim Santini mógł zameldować:

- Puchacz A hamuje. Jeszcze chwila i umieszczę go na pozycji.

Temu MAZ-owi przypadła w udziale rola przekaźnika. Jego towarzysz, puchacz B, 

raźno pomykał dalej, znikając za dyskiem planety, ale obraz na głównym ekranie nadal był 

stabilny. W kilkuminutowych odstępach przemknęły dwa małe satelity i jeden nieco większy, 

bezkształtne   odłamki   zryte   uderzeniami   mikrometeroidów;   w   końcu   majaczący   z   przodu 

ciemny punkt zaczął rosnąć, coraz bardziej przypominając grubo ciosaną trójkątną piramidę z 

odrąbanymi wierzchołkami. Puchacz ostro zahamował, obraz na ekranie zaczął skakać, ale 

trwało to nie dłużej niż sekundę; potem przekaz ustabilizował się i nabrał ostrości.

- Obscurus, kapitanie - rozległ się głos Santiniego. - Czterdzieści siedem kilometrów 

do powierzchni.

Tumanow zasapał z zadowolenia.

- Z takiej odległości wypatrzymy nawet muchę!

background image

- Ale na początek widok ogólny - powiedziała Praa. - Trwa zapis do pamięci sondy. 

Boni, sfotografuj widok ogólny z paru pozycji, przygotujemy hologram.

- Tak jest. Z przyjemnością. Wszystko dla pani ognistych oczu i karminowych ust - 

Bonifacy Sergio Hektor Santini był wesołkiem i dowcipnisiem, lecz przy tym wspaniałym 

pilotem.   Cokolwiek   pływało,   jeździło,   nurkowało   lub   latało,   poddawało   mu   się   bez 

szemrania: być może dlatego, że sześć implantów wszczepionych w jego ciało nadało mu 

jakiś stopień pokrewieństwa ze wszystkim, co miało dysze, śruby albo koła.

MAZ ruszył naprzód, wybierając najlepszy punkt obserwacyjny; ludziom wydawało 

się,   że   to   bryła   Obscurusa   zawirowała,   jakby   chciała   zademonstrować   wszystkie   swoje 

tajemnice i sekrety. Pasmo górskie tworzące krawędź czworościanu płynnie przesunęło się 

poza   brzeg   ekranu,   a   jego   miejsce   zajęła   mroczna   powierzchnia   poprzecinana   cieniami, 

pokaleczona   pęknięciami   wijącymi   się   niczym   koronka   na   tle   umbry   i   popiołu.   Ale 

czarnoszarobura barwa okazała się nie jedynym odcieniem tej równiny - na samym środku 

lśniła słabo owalna kopuła, a w głębi, pod tą efemeryczną zasłoną, błyszczały jasne światła. 

Wyznaczały kontury trzech jednakowych kół widocznych bardzo wyraźnie.

- Lądowiska... - niepewnym głosem powiedział Tumanow. - Jak sądzisz, Igorze?

- Nie, raczej...

Na   mostku   nagle   zapanowało   milczenie.   Corcoran   zauważył,   że   jego   zastępczyni 

zamarła z otwartymi ze zdumienia ustami.

- Dalsze rozkazy, Celino. Co tam z widokiem ogólnym? Zarejestrowany?

Praa drgnęła.

-   Tak,   kapitanie.   Boni,   daj   zbliżenie.   Tylko   nie   pionowo,   a   pod   kątem,   jakieś 

czterdzieści, pięćdziesiąt stopni. Mam wrażenie, że jest tam pustka... tam, za tymi światłami...

Obraz   przesunął   się   i   przybliżył.   Niebieskawa   mgła   zalała   główny   ekran,   lecz 

patrzącym ten dymek nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie: w jego miękkim równym blasku 

można   było   dostrzec   szyb,   a   może   naturalną   kawernę   o   eliptycznym   przekroju   i   trzy 

pogrążone w niej walcowate bloki. Na ich szczytowych ścianach lśniły światła, a niżej biegły 

gładkie błyszczące powierzchnie, objęte w otchłani szybu systemem gigantycznych pierścieni 

połączonych ze sobą nawzajem i ze ścianami korytarza belkami, kablami i przejściami. Tam, 

wśród kratownic i rur, coś się poruszało, pełzło to tu, to tam, to pojawiało się, to znikało w 

otworach,   którymi   usiane   były  ściany.   Rytmicznymi   wybuchami   rozkwitały  języki   ognia, 

bryzgały fontanny pomarańczowych iskier, drgały półprzezroczyste wypustki - raz długie, raz 

krótkie, od czasu do czasu wypluwające spienioną białą masę. W tej krzątaninie - chaotycznej 

na   pierwszy  rzut  oka   -  wszystko  miało  jakiś  sens  i  cel,   jak  w  dziwnej  dysharmonicznej 

background image

symfonii, która mimo wycia trąb i dudnienia kotłów brzmi zgodnie z zamysłem twórcy.

- Ta kopuła... - szepnęła Praa. - Co to może być? Pole siłowe? Ekran utrzymujący 

powietrze?

- Tak - zgodził się Tumanow. - Utrzymuje atmosferę i chroni przed meteorytami. 

Poznaliśmy już tę technologię faata, sami z niej korzystamy w marsjańskich miastach. Aby 

nakryć osadę takim ekranem, trzeba...

- Nie osadę - zabrzmiał cichy głos Sybela. - Nie osadę, Nikołaju, tylko stocznię. Albo 

jeśli wolisz, dok. Ogromny dok, gdzie powstają trzy statki międzygwiezdne. Takie jak ten, na 

którym przylecieli do nas.

- Na Władcę Pustki!... - wymamrotał Siery i obrócił się w fotelu, żeby spojrzeć na 

Corcorana. - Trzy takie cuda rozniosą nas w proch i pył! Rozniosą wszystko, od Plutona po 

Merkurego! Trzeba by, kapitanie, podlecieć bliżej, póki jeszcze nie skończyli, i dołożyć im z 

całej mocy ze wszystkich luf!

-   O   tym   zadecyduje   komodor,   my   tylko   obserwujemy.   -   Corcoran   podszedł   do 

monitora i długo patrzył w głąb potwornej przepaści pod kopułą pola siłowego. Zdarzało mu 

się   bywać   w   stoczniach   poza   atmosferą:   i   tych   w   pobliżu   Ziemi,   i   tych   zbudowanych 

ostatnimi laty na Ceres i Pallas, ale to widowisko było wstrząsające. Rozumiał, że widzi tylko 

wierzchołek góry lodowej; z pewnością Obscurus był zryty wzdłuż i wszerz przejściami i 

pieczarami,   a   jego   wnętrze   skrywało   gigantyczne   kompleksy   przemysłowe. 

Najprawdopodobniej  przerabiano  w nich  surowce,  pozyskiwane  z  atmosfery planety i  jej 

satelitów, na miliony ton metalu, ceramiki, plastiku, wszystkiego, co niezbędne do wykonania 

poszycia, przegród  i pokładów, tuneli  akceleratorów i silników grawitacyjnych,  modułów 

bojowych,   delikatnych   i   skomplikowanych   narzędzi,   mechanizmów,   broni,   generatorów 

pola... Oczywiście całym tym kramem należało kierować, koordynować pracę robotników z 

poszczególnych oddziałów.

- DuPress! - zawołał Corcoran. - Co tam u ciebie słychać, DuPress?

- Cisza, sir. Nic, co choćby przypominało zakodowane sygnały. Okręt znajduje się w 

strefie ciszy radiowej, ale puchacz ma anteny skierowane prosto na obiekt. Gdyby ktoś tam 

rozmawiał, na pewno przechwyciłbym przekaz.

- Widzisz może coś przypominającego promień lokalizatora?

- Nie, sir. Żadnych śladów urządzeń ani działań zwiadowczych. Wygląda na to, że nie 

kontrolują przestrzeni.

- Jasne. Nie przerywać poszukiwań.

W tym samym czasie Celina przekazała dodatkowe instrukcje Boniemu i w rezultacie 

background image

obraz   na   ekranie   został   powiększony.   Santini   wycisnął   maksimum  z   czułych   przyrządów 

optycznych   MAZ-a.   Teraz   Corcoran   dostrzegł,   że   wśród   plątaniny   belek   i   kabli   pełzają 

mechanizmy podobne do morskiej rozgwiazdy z mnóstwem giętkich wyrostków. Były wielkie 

- nad półprzezroczystą i chwiejną środkową częścią każdego z nich sterczała malutka ludzka 

głowa, nie większa niż ziarnko loszku na spodku. Ciała operatorów ledwie prześwitywały 

przez   obudowę   maszyn   i   zdawały   się   nieruchome,   ale   same   maszyny   pracowały 

niezmordowanie, nie szczędząc rąk - a właściwe macek. Ich giętkie manipulatory cały czas 

pozostawały   w   ruchu,   wydłużały   się   i   skracały,   przenosiły   jakieś   części   i   podzespoły, 

umieszczały je na miejscu, potem pokrywały pianą lub gęstą białawą cieczą, a na koniec 

zalewały fajerwerkami ognia. Agregaty montażowe - pomyślał Corcoran. Było ich tyle, ile 

termitów   w   kopcu:   tysiące,   dziesiątki   tysięcy,   on   jednak   skoncentrował   się   na   figurkach 

robotników. Pierwsi żywi faata, jakich spotkał, nie licząc oczywiście Io... Ale Io była piękna, 

a ci urodą raczej nie grzeszyli. Nawet przy maksymalnym powiększeniu nie mógł rozróżnić 

twarzy, ale odnosił wrażenie, że mają bezwłose dziwnie zdeformowane czaszki - były nie w 

kształcie półkuli chroniącej mózg, lecz dziwnie płaskie.

- Patrzcie, patrzcie! - nieoczekiwanie krzyknął Tumanow. - Dostawa! Może kontenery 

z surowcami... Ale jak nimi kierują? Kamilu, słyszysz coś?

- Nie, sir - w głosie DuPressa brzmiała nutka poczucia winy.

Nad ograniczającym równinę pasmem górskim pojawiły się podłużne bąble. Widzieli 

takie już wcześniej, ale teraz nie było wątpliwości ani co do ich sztucznego pochodzenia, ani 

co   do   tego,   że   przypominają   moduły   bojowe   faata   -   były   tylko   trochę   większe   i   mniej 

kanciaste. Każda z maszyn zakreśliła wyszukaną krzywą nad ciemnymi wierzchołkami gór, 

by zniknąć za krawędzią pola siłowego, jakby pogrążała się w gruncie. Najprawdopodobniej 

znajdowała się tam śluza, choć obserwatorom wydawało się, że to Obscurus chciwie połyka 

statki   transportowe   wraz   z   ładunkiem.   Ciągnęły   nieprzerwanym   sznurem   -   minutę,   pięć 

minut,   dziesięć,   piętnaście,   dwadzieścia,   jakby   przestrzeń   wystrzeliwała   je   z   jakiegoś 

niewidzialnego magazynu.

Potok ustał w siedemnastej minucie.

- Ileż ich było? - wyszeptał wstrząśnięty Tumanow. - Tysiąc? Więcej?

- Praa, dokładna liczba - zażądał Corcoran.

- Osiemset trzydzieści dwa, sir. - Głos jej drżał. - Flota ziemska ma więcej statków, ale 

nie takie ogromne! Według wstępnych szacunków długość do półtora kilometra.

Corcoran   pokiwał   głową,   zdając   sobie   sprawę,   że   można   oczekiwać   dalszych 

niespodzianek.   Uznał,   że   warto   kontynuować   obserwację   stoczni.   Im   dłużej   trwały 

background image

obserwacje i im bardziej były szczegółowe, tym cenniejszych mogły dostarczyć informacji. 

Jeśli faata nie kontrolowali bliskiego kosmosu, mógł ze swoim statkiem wisieć za chroniącą 

ich skałą choćby i tydzień. Potem pomyślał, że niespodzianki bywają różne, w tym także 

niemiłe, i lepiej byłoby zabezpieczyć się na taką okazję, pozyskując jak najwięcej informacji - 

szczególnie że na pokładzie mają dobre pół tuzina sond informacyjnych i nie ma co ich 

oszczędzać.

-   Alarm   zielony   odwołany   -   powiedział,   rozpinając   kokon.   -   Wszyscy   oprócz 

pełniących wachtę mogą odpocząć. Boni, przełącz puchacze na automatyczne sterowanie. 

Celino, jaki stan sondy informacyjnej? Pełna?

- Tak, kapitanie.

- Dodaj komentarze do sfilmowanego materiału i poinformuj, że zostaniemy tu dwie 

doby. Wyślij pierwszą sondę, a za czterdzieści osiem godzin drugą z wynikami najnowszych 

obserwacji.

- Można by wysłać wszystko w jednym pakiecie - powiedziała Celina. - To znaczy po 

dwóch dobach.

- Nie. Informacje nie mogą zaginąć, a co z nami będzie za dwie doby, wie tylko 

Władca Pustki - rzucił Corcoran i opuścił mostek.

*

W   kajucie   Sybela   nic   się   nie   zmieniło,   tylko   klosz   z   podobnym   do   ośmiornicy 

bibelotem był nakryty torebką z nieprzezroczystego plastiku. Mimo to przyciągał Corcorana 

jak magnes; musiał użyć całej swej woli, by odwrócić wzrok i nie dotknąć dziwnej ozdoby. 

Jej rozmyty obraz, zbiór kolorowych plam ledwie rozróżnialnych pod matową powierzchnią 

przykrycia, uparcie tkwił w podświadomości.

- Stocznia - powiedział Klaus - stocznia i te budowane statki... Czy widziałeś coś 

takiego w swoich Snach?

Corcoran pokręcił głową.

- Zdecydowanie nie. Znasz przecież wszystkie moje Sny, zawsze ci je opowiadam... 

Takich wydarzeń dotychczas nie było. - Ściągnął brwi i wbił wzrok w podłogę, żeby nie 

patrzeć na plastikową torbę. - Wychodzi na to, że wśród moich przodków ze strony faata nie 

było kosmonautów.

- Z pewnością byli. Nasze służby sądzą, że pochodzisz nie od robotnika tho, ale od 

bino   faata,   przedstawiciela   najwyższej   kasty.   Wszyscy   oni   są   potomkami   gwiezdnych 

wędrowców, którzy powrócili do domu w okresie Drugiego Zaćmienia... Ale co innego latać 

na statku, a co innego budować. Myślę, że w stoczni jest bardzo mało w pełni rozumnych: 

background image

dwoje, może troje. I wszyscy oni są Utrzymującymi Łączność.

- Utrzymujący Łączność? - Corcoran się zasępił. - Specjaliści od kontaktów z quasi-

rozumem?   Ci,   którzy   zachowują   jego   psychiczną   stabilność?   Nie   inżynierowie,   nie 

konstruktorzy, nie technolodzy? To mało prawdopodobne, Klausie. Są ich dziesiątki, jeśli nie 

setki tysięcy robotników, skomplikowane mechanizmy, sieć transportowa oraz potężna, a tym 

samym   niebezpieczna   broń...   Kto   w   takim   razie   kieruje   budową?   I   jak   ona   przebiega? 

Przecież nie zaobserwowaliśmy sygnałów radiowych, a taki gigantyczny kompleks wymaga 

zarządzania.

Podłoga pod jego nogami zadrżała - to Celina wysłała sondę informacyjną. Maszyna 

ta   była   większa   niż   MAZ   i   wyglądała   jak   dwumetrowy   walec   z   silnikiem   konturowym 

zdolnym zanieść ją na koniec wszechświata, ale tylko raz; niewielkie rozmiary akceleratora 

sprawiały, że jednorazowe przejście do limbusu i z powrotem niszczyło silnik. Faata chyba w 

ogóle nie rozwiązali tego problemu - ich moduły bojowe z napędem grawitacyjnym nie były 

przystosowane do podróży ku dalekim gwiazdom.

- Kapitanie, sonda wysłana - w interkomie zabrzmiał głos Praa.

-   Dziękuję.   -   Corcoran   ocenił,   że   za   kilka   milisekund   ich   raport   znajdzie   się   w 

komputerze Europy, po czym znowu spojrzał na Sybela.

Ten uśmiechał się, przez co wyglądał jakby młodziej. A może rzeczywiście postanowił 

odmłodnieć dla Celiny? - pomyślał Corcoran.

- Chcesz wiedzieć, kto jest głównym konstruktorem? Daskiński stwór, a któż by inny! 

Przebywa na jednym ze statków. Inżynierowie nie są mu potrzebni, a jedynie efektory tho z 

kasty   robotników.   Kontaktuje   się   z   nimi   telepatycznie,   a   Utrzymujący...   Utrzymujących 

przydzielono na wszelki wypadek, jako nadzór.

Po plecach Corcorana przebiegł zimny dreszcz. Nagle przypomniał sobie opowieści 

matki i wujka Pawła i niemal zobaczył pięciokątne ciasne pomieszczenie, gdzie pośrodku 

królowała bura, pulsująca powoli masa. Potem bezdźwięczny wybuch targający powietrzem i 

pojawiająca się znikąd sylwetka człowieka, wysokiego i chudego, z jasnymi zmierzwionymi 

włosami. Günter Foss, taki, jakiego zapamiętał Litwin... Foss, a na jego kolanach ciężka, 

brzęcząca   z   cicha   snigga...   Foss,   Odszczepieniec,   Chroniący  -   istota   siedząca   teraz   tutaj, 

całkiem blisko, metamorf noszący maskę Klausa Sybela!

Świadomość   tej   niewiarygodnej   sytuacji   na   mgnienie   oka   zmroziła   Corcorana. 

Nachylił się nad Sybelem i powoli powiedział:

- To znaczy, że gdzieś tutaj na jednym ze statków jest quasi-rozum... Taki sam stwór 

jak   ten,   którego   wykończyliście   do   spółki   z   Litwinem....   Mógłbyś   mnie   do   niego 

background image

teleportować?

-   Nie.   Trzeba   było   uważnie   słuchać   mojej   historii.   Mógłbym   cię   przenieść   na 

kilkadziesiąt tysięcy kilometrów, a od Obscurusa dzieli nas ponad milion.

- No dobrze... rozumiem, za duża odległość... A gdybyśmy podlecieli bliżej do stoczni, 

powiedzmy na odległość równą średnicy Ziemi. Co wtedy?

- Wtedy nie byłoby problemu. - Z twarzy Sybela nie schodził delikatny uśmieszek. - 

Chcesz zniszczyć to stworzenie czy podporządkować je sobie? Pamiętaj, że nie mam przy 

sobie   ani   sniggi,   ani   wzmacniacza   mentalnego!   A   ty,   mój   przyjacielu,   nie   powinieneś 

kozaczyć. To nie czasy Inwazji, a wasze krążowniki to nie bezbronne skorupki. Minęła ponad 

jedna   trzecia   wieku,   macie   inne   okręty,   inną   broń,   kolonie   wokół   wszystkich   pobliskich 

gwiazd... Jesteście galaktyczną rasą!

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Corcoran, spoglądając podejrzliwie na 

przyjaciela.

- Mówiłem: nie ma potrzeby bawić się w bohatera. Komodor Vrba poradzi sobie ze 

stocznią bez naszej pomocy. Uwierz mi! Stocznia to nie planeta, lecz lokalny obiekt, kiepsko 

zabezpieczony.   Nieoczekiwane   uderzenie   w   satelitę   i   cała   ta   bryła   wyparuje   razem   z 

niedokończonymi statkami, tysiącami tho i daskińskim stworem. Rozumiesz to, prawda?

- Oczywiście.

Corcoran powoli zaczął wracać do równowagi. Klaus ma rację - pomyślał. - Nie ma 

potrzeby powtarzać wczorajszych wyczynów.

Wziął kilka głębokich wdechów i powiedział:

- Wróćmy do naszej sytuacji. Twierdzisz, że na jednym ze statków jest quasi-rozum. 

To domysł czy potwierdzona wiedza?

- Możesz sam sprawdzić.

- Jak?

- Sondowaniem mentalnym, potrafisz to zrobić.

- Wcale nie - ze złością odparł Corcoran. - Odbieram emocje i myśli, ale tylko z 

bliska, a nie w skali kosmicznej. Do tego jesteśmy z drugiej strony planety, która ekranuje 

pola mentalne.

Sybel spojrzał na niego z lekką ironią - tak jak mądry wychowawca, który przeżył 

tysiąclecia, patrzy na młodego ucznia.

-   Co   ty   wiesz   o   polach   mentalnych?   Oczywiście   ich   natężenie   słabnie   wraz   z 

odległością, lecz duże masy nie stanowią dla nich przeszkody. I co wiesz o samym sobie? 

Zmieniasz   się,   Paulu,   rosną   twoje   możliwości,   powinieneś   do   tego   przywyknąć.   Dzisiaj 

background image

możesz nieco więcej niż wczoraj, jutro będziesz mógł więcej niż dzisiaj... Spróbuj! Zrób krok 

tam, gdzie jeszcze nie byłeś. Potrafisz!

Corcoran oparł się o ścianę, zamknął oczy i dotknął umysłów załogi. Uczucie było 

znajome, jakby patrzył na jasne płomienie gorejące tuż obok, tak że można poczuć ich ciepło i 

usłyszeć trzask palącego się chrustu. Za tym pierścieniem znanej i silnej łączności leżała 

ciemność,  którą   dotychczas  uważał   za  mentalną   barierę  lub  coś  w  tym   rodzaju;  czasami 

próbował   przeniknąć   przez   tę   ciemność,   bezskutecznie   jednak   -   myśl   grzęzła   w  niej   jak 

muszka zastygła w bursztynie. Rozumiał, że ciemność to tylko złudzenie, że gdzieś w niej 

płoną inne ogniska czy umysły, ale dotrzeć do nich wydawało się zadaniem niewykonalnym.

A jednak... Nadszedł czas, by zrobić krok w nieznane! „Potrafisz!”

Miał   wrażenie,   że   w   kosmicznej   dali   kryje   się   coś   ogromnego,   podobnego   do 

pajęczyny z cienkich splątanych nici, ciemne, a jednocześnie różne od otaczającej ciemności. 

Corcoran parł w tamtą stronę ze wszystkich sił i miejsca, gdzie krzyżowały się nici pajęczyny, 

nieoczekiwanie   rozbłysły,   jednakże   nie   jasnym,   czystym   płomieniem,   lecz   tak,   jak 

rozbłyskają żarzące się przysypane popiołem węgle. W głowie zawirowały tysiące obrazów; 

Paul   miał   wrażenie,   że   prowadzi   kosmiczny  transport   przez   atmosferę   ogromnej   planety, 

wypełnia zbiorniki gazami, drąży niepodatne asteroidy,  ścierając skały w proch, dowodzi 

półrozumnymi   maszynami,   dziwnymi   symbiontami   ludzkich   stworzeń   i   ceramicznego 

pseudociała, nieprzeliczonymi parami oczu śledzi miriady innych urządzeń i agregatów, tak 

samo dziwnie łączących ludzi i sztuczne mięśnie, promienie laserów, czujniki, regeneratory 

dostarczające pożywienie i powietrze, zarodki, które rosną, tworzą skomplikowane struktury i 

zmieniają się w znane przyrządy. Jakimś cudem odgadł, że żyjące z drugiej strony planety 

stworzenie nie dostrzega go - może dlatego, że jest zajęte własnymi sprawami, a może z 

innego powodu. Wyglądało na to, że mimo całej swej potęgi i mocy nie może ono przeniknąć 

przez barierę mroku zasłaniającą ziemską fregatę wraz z jej załogą.

Gwałtownie wciągając powietrze, Corcoran przerwał kontakt i otworzył oczy.

Twarz Sybela majaczyła białą plamą, wzrok powoli wracał do normy, przez kilka 

sekund ściany kajuty, koja i stół zawalony książkami i holoprojektorem kołysały się niczym 

na walczącym z burzą żaglowcu. Po chwili cały ten dziwny taniec ustał i świat okrętu, znany i 

stabilny, otoczył Corcorana.

Sybel wyciągnął rękę i ścisnął go za nadgarstek, ni to uspokajając, ni to badając puls.

- Najpierw jest trudno, ale za każdym razem będzie łatwiej... coraz łatwiej, zobaczysz, 

nauczysz się tłumić rezonans mentalny... A teraz pomyśl o czymś przyjemnym. Pomyśl o 

Wierze, o dziewczynkach, wyobraź sobie wasz ogród w Chołmach, kwitnące wiśnie i śliwy, 

background image

różowy krzak obok ganku... to jest twoja realność, Paulu, wróć, wejdź w nią...

- Tam też jest realność. - Corcoran kiwnął w stronę luku, jakby za nim płynęła ciemna 

bryła Obscurusa. - Wszystko w porządku, Klausie. To... to było pouczające. Nie wiedziałem, 

że potrafię zrobić coś takiego!

- Potrafisz - powiedział Sybel twardo, jakby wbijał gwoździe w deskę. Potem zapytał: 

- Usłyszałeś go? I co myślisz?

- Diabelstwo! Jesteś pewien, że jest tam tylko jedno... jedno stworzenie?

- Tak. Jedno na razie wystarczy, ale gdy statki będą już gotowe, w każdym zamieszka 

taki stwór. Chociaż my... mam na myśli moją rasę... rzadko mieliśmy z nimi do czynienia, 

wiemy, że faata je hodują. Tu, w Nowych Światach, też jest ferma, na Roonie albo na T’harze. 

Raczej na Roonie, te stworzenia lubią ciepło i potrzebują wody. Dużo wody.

- Ferma - w zamyśleniu powtórzył Corcoran. - Io była z T’hara i nigdy mi o czymś 

takim   nie   opowiadała...   Z   pewnością   masz   rację:   ferma   jest   na   Roonie   -   Sądzę,   że 

powinienem ją odnaleźć w pierwszej kolejności.

-   Powinniśmy  -   odparł   Sybel,   akcentując   końcówkę.   -   My!   Naprawdę   sądzisz   że 

zostanę tutaj? Że cię porzucę? Co bym powiedział twojej matce, gdybyś nie wrócił?  Co 

powiedziałbym żonie i córkom? - Jego wygląd nagle zaczął ulegać zmianie: włosy i oczy 

pociemniały, podbródek i kości policzkowe zwęziły się, czaszka wydłużyła, skóra nabrała 

mlecznej białości. -  Faata m’regi  - powiedział z pytającą intonacją, przywołując na twarz 

parodię uśmiechu. - Czyż nie jestem faata? Czy nie tworzymy pięknej pary? Władca i jego 

wiemy dżinn gotowy zanieść swego pana na kraj świata, gdy pojawi się niebezpieczeństwo...

Corcoranowi, ze zdziwieniem i zachwytem śledzącemu transformację, wrócił dobry 

humor.

- Chcesz być moim środkiem transportu? W rzeczy samej, nie pomyślałem o tym... 

Żywy  teleporter!  Czy   może   być   coś   pewniejszego?   Weźmiemy   ze   sobą   jeszcze   robota 

bojowego. Ty nas wozisz, a my służymy ochroną.

- Nie ma takiej potrzeby. Nie jestem bezbronny - Ale nie masz sniggi! I wzmacniacza 

mentalnego też nie masz! A może coś jeszcze zostało z zeszłego wieku?

-   Co   zostało,   to   zostało   -   odpowiedział   z   godnością   Sybel,   wracając   do   zwykłej 

postaci. - A poza tym mogło się pojawić coś nowego. Postęp trwa nieprzerwanie Paulu, i na 

Ziemi, i na innych światach, a jego owoce bywają tak zadziwiające...

Popatrzył na malutki przedmiot nakryty ciemnym plastikiem i uśmiechnął się szerzej.

background image

6

DAJT, UTRZYMUJĄCY ŁĄCZNOŚĆ

Nowe Światy,

2125 rok

Po   zapomnieniu   w   t’hami   zawsze   czuł   przypływ   energii.   Nic   w   tym   dziwnego   - 

osiągnął już wiek dojrzały, wszak urodził się nie w Nowych Światach, lecz z tamtej strony 

Uskoku, na Aindoo, w jednej z kolonii zasiedlonych jeszcze na początku Trzeciej Fazy. Nie 

był tak stary jak Uajra czy Fojn, ale mimo wszystko jego ciało czuło ciężar minionych lat, 

więc odmładzające procedury, eliminujące jednocześnie napięcie tuahha, były nie od rzeczy.

Opuściwszy   komorę   t’hami,   długo   stał   na   środku   własnej   podziemnej   siedziby   i 

podziwiał swój holograficzny obraz utkany z nici światła. Nie było jeszcze widać oznak 

starości; wśród ciemnych błyszczących włosów nie pojawiła się na razie zieleń, skóra była 

gładka, bez śladu zmarszczek, wargi - elastyczne, figura - szczupła i smukła jak u wszystkich 

faata z najwyższej kasty. Według ziemskiej rachuby przeżył trzysta dwadzieścia lat i mógł 

pociągnąć jeszcze drugie tyle albo i więcej, szczególnie na przyjaznym ciepłym Roonie. Roon 

był najlepszym z Nowych Światów, prawdziwą perłą znalezioną wśród gwiazd przez okręt 

Uajry - pierwszy i jak na razie jedyny, który pokonał Uskok. Okręt poleciał dalej, zabierając 

na pokładzie Yatę, drugiego Opokę Porządku, albowiem Okręty powinny latać, rozszerzając 

posiadłości rasy, a Uajra prawem starszeństwa zajął najlepszy kontynent na Roonie. Teraz 

Wiązka Uajry rządziła tym lądem i nikt poza Pośrednikiem Aiwe go nie opuścił - ani Ian, 

Obrońca   Niebios,   ani   Obserwujący,   Jaton   i   Ujggi.   On,   Dajt,   Utrzymujący   Łączność,   też 

został, wysyłając z Yatą i Aiwe swe nasienie i swojego potomka. Niech lecą! Oby nigdy nie 

zobaczyli zmroku Zaćmienia!

Samego Dajta nigdy nie ciągnęło ku nowym miejscom, a tym bardziej ku dalekim 

podróżom. Aindoo, jego ojczyzna, była ziemią zimną i biedną, ubogą w życie i surowce 

naturalne;   głównym   zmartwieniem   mieszkańców   było   wzbogacanie   atmosfery   w   tlen   i 

kopanie szybów niezbędnych, by dostać się do wód podziemnych. Hodowano tam tylko małe 

quasi-rozumy,   zdolne   regulować   bilans   wodny   lub   kierować   kilkoma   tysiącami   tho 

pracującymi   w   fabryce   atmosfery.   W   ciągu   najbliższych   tysiącleci   Aindoo   nie   mógł 

background image

wyszykować   własnego   Okrętu,   gdyż   do   tego   celu   potrzebny   był   quasi-rozum   wyższego 

stopnia,   który   w   procesie   dojrzewania   potrzebował   ciepła   i   mnóstwa   wody   nasyconej 

minerałami. Dla Dajta, którego dar mentalny przejawił się bardzo wcześnie i z ogromną siłą, 

rodzinna   planeta   była   ślepym   zaułkiem.   Dajt   był   z   pewnością   jednym   z   najlepszych 

Utrzymujących Łączność Trzeciej Fazy, a być może nawet najlepszym w bieżącej epoce. Co 

ktoś taki mógł robić w suchym biednym świecie, choćby i po trzykroć rodzinnym? Dlatego z 

entuzjazmem przyjął propozycję Uajry, gdy Okręt dążący ku Uskokowi dotarł do Aindoo, a 

Opoka Porządku zaczął kompletować załogę. Robił to zgodnie z dawną tradycją: wyruszający 

w   podróż   Okręt   zabierał   tho   i   w   pełni   rozumnych   z   wielu   planet,   aby   zapewnić 

przesiedleńcom   jak   najbogatszą   pulę   genetyczną.   Ponadto   wzbogacano   bank   spermy 

wykorzystywany do zapładniania ksa.

Roon po latach spędzonych na Aindoo wydawał się mu krainą szczęścia: trzy duże 

lądy, równiny pokryte trawą i mchami stanowiącymi niewyczerpane źródło błonnika, brak 

niebezpiecznej   fauny,   cykl   ekologiczny   odpowiedni   dla   uprawianych   od   wieków   roślin, 

szczodre  słońce, słony ocean i  masa słodkiej  wody.  W systemie  tym oprócz  Roona była 

jeszcze jedna planeta zdatna do zasiedlenia - T’har - a w pobliżu sąsiedniej gwiazdy - Ezat, 

też nie najgorszy ze światów, na jakich przyszło mieszkać faata. Był tu jeszcze gazowy gigant 

z całą świtą satelitów - wspaniałe źródło surowców dla Okrętów, które budowano wszędzie, 

gdy   tylko   pozwoliły   na   to   okoliczności.   Jedynym   chyba   cennym   zasobem,   którego   nie 

znaleziono,   były   rozumne   stworzenia   nadające   się   do   służby   i   pracy   i   dlatego   Aiwe, 

Pośrednik, Rozmawiający z Bino Tegari, to znaczy z obcymi, nie został na Roonie, lecz 

wyruszył razem z Yatą w dalszą podróż. Tutaj nie miał z kim rozmawiać.

Okręt odleciał, gdy wyrosło pierwsze pokolenie tho zdolne zastąpić zmarłych pilotów, 

olków, ksa i robotników. W zasadzie każdy nowo skolonizowany świat powinien wysłać w 

podróż macierzysty Okręt i zbudować jeszcze jeden, aby nie przerywać ekspansji i żeby inne 

rasy, dromy i p’ata, haptorowie i lliano, kni’lina i szada, czuły strach przed potęgą Trzeciej 

Fazy. Okręt budowano długo, ogromnym wysiłkiem, ale Uajra, Fojn i Jass, Opoki Porządku z 

trzech   kontynentów,   zaplanowali   od   razu   całą   flotyllę,   bo   trzeba   było   jak   najszybciej 

rozszerzyć przyczółek w tej części Galaktyki. Jakie kryły się tu niebezpieczeństwa? Jakie żyły 

rasy?   Tego   nie   wiedział   nikt.   Daskinowie   zaznaczyli   najbliższy   sektor   jako   pozbawiony 

inteligentnego życia, ale nie można było w pełni wierzyć ich mapie - stworzono ją w czasach, 

gdy porośnięci sierścią przodkowie faata nie pozbyli się jeszcze ogonów. W ciągu milionów 

lat mogły tu zawitać wojownicze rasy, choćby dromy czy haptorowie.

Stworzenie   floty   z   trzech   Okrętów   to   ogromna   praca,   długi,   długi   wysiłek...   - 

background image

rozmyślał Dajt, wpatrzony w swój obraz pośrodku mrocznej sali. Aż trzy Okręty! Siłą umysłu 

wyłączył projektor i zaczął wkładać ubranie. Dla jednego quasi-rozum jaki wyhodowano i 

wysłano   go   na   planetę   zewnętrzną   wraz   z   parą   jego   własnych   potomków,   nie   tak 

utalentowanych   jak   pierworodny   Tijcz,   który   odszedł   z   Yatą,   lecz   będących   w   stanie 

podtrzymywać   stabilność   gigantycznego   mózgu.   Dwa   pozostałe   dojrzewały   w   ciepłych 

wodach M’ar’nehadi i nawet tutaj, w odległości jednej trzeciej średnicy planety, wyczuwał 

ich senne zadowolenie. Jeszcze nie całkiem rozumne, ale już nie bezmózgie masy neuronów i 

krzemoorganicznych tkanek... Niedługo zyskają indywidualność. Z pewnością zanim włosy 

mu pozielenieją, a skórę pokryją zmarszczki.

Dajt ruszył w stronę szybu prowadzącego na powierzchnię i odblokował membranę 

wejściową. Pozostało tylko przekroczyć próg i w strudze ciepłego powietrza unieść się ku 

światłu   i   słońcu,   ku   zieleni   traw   i   drzew,   wrócić   do   świata,   który   w   ciągu   wielu   cykli 

spędzonych w zapomnieniu zrobił maleńki krok naprzód. Dotknął membrany, popatrzył, jak 

drży, i nagle zastygł, starając się wydobyć ze świadomości coś ważnego. Jakąś myśl albo 

sprawę zapomnianą w t’hami? Nie, raczej nie; trans przerywany w odpowiednim momencie 

przez aparaturę wybudzającą nie zatrzymywał pracy mózgu. Kłopoty w domu? Też wątpliwe; 

ochrona była doskonała, poza tym nie odebrał żadnych niepokojących sygnałów. Coś z jego 

wyglądem? Jakiś szczegół, detal, którego nie zauważył?...

Włączywszy   projektor,   Dajt   jeszcze   raz   obejrzał   uważnie   swego   holograficznego 

bliźniaka - tym razem w obcisłym jasnozielonym stroju. Nic! Rozciągnąwszy wargi, co było 

oznaką   irytacji,   spojrzał   na   moduł   latający   i   zdecydowanym   krokiem   ruszył   do   windy 

grawitacyjnej. To, co mu teraz umykało, nie zniknie, przypomni się w chwili kontaktu z 

quasi-rozumem, w chwili krystalicznej, przenikającej jasność dającej władzę nad przeszłością 

i przyszłością. Większą władzę niż ta, jaką posiadali na Roonie najwyżsi przywódcy - władcy 

teraźniejszości.

Na górze, na przezroczystym fioletowym niebie, wisiała nad horyzontem ogromna 

tarcza   słoneczna   zalewająca   niebieskozieloną   równinę   pomarańczowym   blaskiem. 

Prześwitywała między nierównymi pniami drzew i płynnie sunęła od pagórków ku rzece 

migoczącej w promieniach poranka niczym szmaragd.

Drzewa   htaa   rosły   na   wierzchołku   pagórka   nieregularnym   szerokim   kołem 

obstąpiwszy giganta praprzodka, z którego nasion rozsianych wiatrem po okresie owocowania 

powstał ten zagajnik, podobnie jak i wszystkie inne w okolicy, wieńczące pobliskie pagórki 

płaskimi   zielonymi   czapkami.   Na   brzegu   rzeki   bielały   spiczaste   dachy   budynku,   gdzie 

pracowali   i   mieszkali   tho.   Odpowiadał   za   nich   Nadzorca   Hajza,   niedoszły   Utrzymujący 

background image

Łączność, zdolny jednak do komunikowani, się z małym regionalnym quasi-rozumem. Mózg 

kontrolował tho i mechanizmy Pozyskujące z mchów, liści i traw substancje odżywcze, ale 

dla   mieszkających   na   Wzgórzach   faata   najwyższej   kasty   była   to   poboczna   funkcja. 

Najważniejsze było pole mentalne, które quasi-rozum utrzymywał w okolicy; umożliwiało 

komunikację i wydawanie rozkazów drogą mentalną, bez konieczności używania kaffu i masy 

kontaktowej.

Pod drzewami htaa, tam, gdzie pagórki zaczynały przechodzić w równinę, rozłożyło 

się na trawie czterech muskularnych olków. Ich gładka skóra i bezwłose czaszki lśniły na 

słońcu,   bransolety-wzmacniacze  obejmowały  masywne   przedramiona.  Twarze   o  szerokich 

kościach policzkowych wyglądały na spokojne, jednakże Dajt wiedział, jak myląca jest ich 

beztroska. Olkowie byli zawsze gotowi do walki i nic oprócz śmierci lub nowego rozkazu nie 

mogło ich powstrzymać.

Olkowie strzegli spokoju (bywało, że robotnicy z brzegu rzeki, nie podłączeni do 

quasi-rozumu, zachodzili na wzgórza), ale on nie czuł sympatii do strażników, jak zresztą i do 

pozostałych tho. Ani sympatii, ani niechęci, ani współczucia; czuł wyłącznie obojętność i 

lekkie   obrzydzenie.   Tho   oczywiście   byli   niezbędną   częścią   cywilizacji,   jej   materiałem 

eksploatacyjnym, który szybko się zużywał i szybko odnawiał, nie należeli jednak do w pełni 

rozumnych.   Tysiącletnia   selekcja   zmieniła   ich   w   dodatki   do   mechanizmów   lub   w 

bezmyślnych wykonawców, dając w zamian stabilizację: Trzecia Faza nie znała sprzeczności 

poglądów, masowego niezadowolenia, buntów i wojen, tego wszystkiego, co doprowadziło do 

upadku poprzedniej kultury.

Kiedyś było inaczej, ale tamte czasy minęły - pomyślał Dajt, obrzucając strażników 

obojętnym spojrzeniem. Cały czas czuł irytację, męczyła go myśl o czymś, co się zdarzyło i 

zostało zapomniane.

Moduł latający czekał na zboczu. Z miękkiej podłogi kabiny wyłonił się wzgórek 

tworzący siedzenie, ściany zasnuł dymek, lecz po chwili odzyskały przezroczystość i przez 

jedną   z   nich   Dajt   dojrzał   łańcuszek   zawalonych   trawą   tratw   nieśpiesznie   płynących   ku 

budynkom na brzegu rzeki. Nigdy tam nie był i nie kontaktował się z Hajzą, miejscowym 

Nadzorcą.   Ich   rangi   były   nieporównywalne.   Hajza   zarządzał   kilkuset   robotnikami,   Dajt 

należący do Wiązki był jednym z władców planety.

Moduł wzleciał bezgłośnie i skręcił na południe, ku wąskiemu, rozdzielającemu dwa 

kontynenty   morzu   M’ar’nehadi.   Chudy   nagi   pilot,   owinięty   masą   kontaktową,   wisiał   w 

dziobie kabiny. Dajt na moment połączył się z nim i rozkazał: „Wyżej!... Wyżej i szybciej!”. 

Niebieskozielona równina gwałtownie pomknęła do tyłu, potem bieg traw, drzew i pagórków 

background image

zwolnił - aparat wzbił się w fioletowe niebo, horyzont się otworzył, drzewa i trawy były teraz 

jednobarwnym dywanem poprzecinanym srebrnymi nitkami rzek i zmarszczkami wzniesień. 

Dajt znowu dotknął świadomości pilota. Tho był szczęśliwy; szybki lot i zlanie się z maszyną 

napełniały go poczuciem wolności. Tylko lot, nic poza lotem... Należał do pokojowej kasty 

transportowej i nie potrafił posługiwać się bronią ani zabijać. Piloci żołnierze byli inni - 

radość   czerpali   z   niszczenia.   Śmierć   znienawidzonych   obcych,   zniszczenia   okrętów, 

płomienie pożerające miasta... Życie jako krwawy bój, zastępujący trans t’hami, w którym 

zazwyczaj przebywali.

W dole, otaczając równinę, wznosił się opatulony chmurami łańcuch gór. Góry były 

niewysokie   i   malownicze:   po   zboczach   spływały   wodospady   ginące   w   rozpadlinach,   w 

wystygłych kraterach lśniły jeziora, liliowym, żółtym i białym skałom przychodziły od czasu 

do czasu na zmianę łąki i płaskowyże, gdzieniegdzie ciemniały plamy lasów, endemicznej 

flory Roona, jeszcze nie wypartej przez rośliny przybyszów. Okolica ta była lubiana przez 

faata chroniących pamięć praojczyzny - nie tej zwęglonej gołej planety, jaką stała się po 

Drugim Zaćmieniu, lecz kwitnącej, obfitej, jeszcze nie tkniętej przez cywilizację. Kiedyś było 

inaczej, ale tamte czasy minęły - znowu pomyślał Dajt, podziwiając migotanie kolorów i 

odcieni. Zniżyli lot, minęli wodospady skrywające pionowe zbocze górskie; tutaj, chronione 

kamiennym   sklepieniem   i   polem   siłowym,   kryło   się   centrum  Wiązki,   a   za   nim,   w  głębi 

skalnego   masywu   -   mózg   koordynujący   i   hangary   modułów   bojowych.   Klimat   w   tych 

miejscach był gorący i wilgotny, często padały deszcze i woda ściekająca z przepełnionych 

jezior   na   nadbrzeżną   równinę   dawała   początek   rzekom.   Równina   wąska   i   wyciągnięta 

równoleżnikowo   graniczyła   z   morzem,   a   za   jego   spokojną   powierzchnią   rozpościerał   się 

południowy kontynent należący do Wiązki Jassa, najmniej licznej na Roonie. Jass był młody i 

ambitny, z pewnością odleci na pierwszym Okręcie szukać nowego świata, gdzie będzie mógł 

się stać jedynym władcą.

Moduł   leciał   coraz   niżej.   Przed   oczami   przemknął   ograniczony   polem   siłowym 

rezerwat, gdzie hodowano photy, potem z naprzeciwka wyłonił się taras z dwiema błękitnymi 

kopułami; ich dalszy brzeg krył się w morzu, gdzie przed śluzą wejściową bulgotała woda.

Do świadomości dotarł mentalny szum. Nojah, Utrzymujący Łączność Wiązki Fojna... 

Dotknięcie było ostrożne, wręcz pokorne - Nojah doceniał jego siłę. Na Okręcie, pokonawszy 

ciemność Uskoku, był pomocnikiem Dajta i nie wyróżniał się specjalnym talentem. Tijcz, 

który odleciał razem z Yatą, budził dużo większe nadzieje.

Stan stabilny - z szacunkiem przekazał Nojah, dołączając do tej myśli wizualny obraz: 

dwa  duże   baseny  z  morską  wodą,  a   na  dnie  pomarszczone   brązowe  cielska.  Widząc  ich 

background image

miarowe   nieśpieszne   pulsowanie,   Dajt   zrozumiał,   że   nic   ważnego   nie   zdarzyło   się,   gdy 

przebywał w transie. Najprawdopodobniej Nojah nie nawiązywał kontaktu z quasi-rozumem 

z obawy przed ryzykiem; w stadium rozwoju mózgi były bardzo czułe.

Możesz odlecieć. Nie jesteś mi już potrzebny.

Zerwał kontakt. W spektrum emocji Nojaha złowił starannie skrywaną niepewność i 

strach - nigdy wcześniej nie hodował dużych quasi-rozumów. Naprawdę dużych mózgów, 

zdolnych kierować gigantycznym Okrętem i tysiącami tho. Dar Utrzymującego Łączność był 

rzadki, na Roonie, T’harze i Ezacie jak dotąd nie pojawiły się ani nowe talenty, ani obiecujące 

linie genetyczne. Nikt oprócz Tijcza i dwóch pozostałych potomków Dajta. Nie było to wiele, 

ale   nie   tak   też   mało,   jeśli   wziąć   pod   uwagę   niską   płodność   ksa   i   prawa   dziedziczności 

ograniczające przekazywanie zdolności mentalnych.

Moduł   wylądował.   Dajt   wyszedł,   pogrążywszy   uprzednio   pilota   w   transie 

oczekiwania. Stojąc na tarasie, obrzucił wzrokiem ciągnący się u jego podnóża las, słuchał 

dalekiego   ryku   photów   i   kilka   razy  westchnął   głęboko.   Ciężkie   powieki   opadły,   miejsce 

światła słonecznego zajął półmrok, wycie zwierząt, szum fal, szelest liści były coraz dalej, 

odpływały ze świadomości, dopóki nie zapanowała w niej głucha cisza. Zdjąwszy mentalną 

barierę   ochraniającą   umysł,   Dajt   zwrócił   się   do   mózgu   drzemiącego   na   dnie   basenu, 

przerzucił myślową nić do drugiego, pobudzając ich aktywność. Odpowiedziały, zaczerpnęły 

nieco jego energii i połączyły się w telepatycznej jedności; ciemność znikła, świat zaczął 

energicznie rosnąć, pochłaniając najpierw cały Roon, potem zimny T’har, dwa niewielkie 

bezpłodne światy wirujące za T’harem i w końcu Mejtani, planetę wewnętrzną, na której 

księżycu montowano Okręty. Było to początkowe stadium łączności - ustanowienie kontaktu 

z trzecim mózgiem, dojrzałym i zdolnym do rozumnego kontaktu. Ten daleki quasi-rozum 

mógł uczyć swych młodszych współbraci o wiele szybciej i skuteczniej niż jakikolwiek faata, 

nawet władający doświadczeniem Utrzymującego Łączność. Jeśli mentalna więź trwała, to...

Dajt drgnął, otworzył oczy i rozciągnięta w kosmosie nić się urwała. Przez jakiś czas 

stał nieruchomo, przerzucając napływające wspomnienia, oceniając je i ważąc; gdyby był 

człowiekiem  z   Ziemi,  uczucia  nim  władające   można   by  nazwać  mieszaniną   zdziwienia   i 

niedowierzania. Ale w przeciwieństwie do ziemskich ludzi Dajt i jego współplemieńcy nie 

traktowali   dziwnych   faktów   jako   czegoś   irracjonalnego,   niewyjaśnialnego   czy   wręcz 

nieistniejącego; zakładali, że zmysły ich nie oszukują i że nawet niezrozumiały fakt można 

mimo wszystko wykorzystać. Dlatego Dajt nie wątpił w realność zdarzeń, lecz myślał o ich 

sensie i ewentualnych konsekwencjach.

Wyjaśniwszy tyle,  ile  mógł,  mając  tylko  skąpe  informacje,  dotknął  umysłu  Uajry, 

background image

Opoki Porządku, i poprosił o spotkanie.

*

Uajra   był   stary.   Jego   długie   włosy   lśniły   zielenią,   oczy   ginęły   wśród   głębokich 

zmarszczek, wargi obwisły, upodobniając się do ptasiego dzioba, ciało wyschło, a obcisłe 

ubranie   tylko   podkreślało   delikatność   i   efemeryczność   sylwetki.   Osiągnął   ten   wiek,   gdy 

terapia promieniowaniem w okresie tuahha podtrzymuje życie, ale nie poprawia wyglądu 

zewnętrznego, gdyż każdy środek ma swoje ograniczenia jednakże żyć mógł jeszcze długo i 

równie długo rządzić, bo faata na starość nie dręczył spadek zdolności intelektualnych ani 

inne   choroby   podeszłego   wieku   O   Uajrze   mawiano,   że   należy   do   grupy   gwiezdnych 

wędrowców, którzy wrócili do ojczystego świata w epoce Drugiego Zaćmienia, i jeśli nawet 

nie było to prawdą to początek Trzeciej Fazy widział na pewno. Równie stary był tylko Ajwe, 

lecz on dawno porzucił Roona i w Nowych Światach nie było rówieśnika Uajry.

Szybował w strefie nieważkości, w pobliżu kuli przedstawiającej planetę. Ogromna 

sala, której ściany ginęły gdzieś w górze, szerokimi łukami otwierała się na południe, na 

przybrzeżną równinę; dalej błyszczała zasłona z pola siłowego a z gór bez końca spadał potok 

wody.   Wisząca   pośrodku   kula   symbolizowała   władzę,   władzę   nad   Okrętem   lub   planetą, 

dlatego zgodnie z dawną tradycją pomocników Opoki Porządku nazywano Stojącymi obok 

Kuli.

Lecz teraz Uajra był sam. Zbliżył się do żebrowanego dysku umieszczonego pod kulą, 

skrywającego generator przyciągania, i przebierając cienkimi delikatnym palcami, pozwolił 

Dajtowi podejść.

-   Chciałeś   ze   mną   rozmawiać.   Słucham.   -   Nieoczekiwanie   mocny   głos   rozlał   się 

echem pod sklepieniem sali.

-   Miałem   okres   tuahha   -   powiedział   Dajt,   przesyłając   obraz   mentalny:   jego   naga 

postać wisząca w półmroku, owinięta przewodami i folią. - Spędziłem siedem cykli w t’hami.

-   Miałeś   tuahha   i   spędziłeś   siedem   cykli   w   t’hami   -   bardzo   wyraźnie   akcentując 

poszczególne wyrazy, powtórzył Uajra. - Myślisz, że to kogoś interesuje? Mnie nie.

Na starość faata robią się nerwowi, zauważył Dajt, nie wypuszczając jednak tej myśli 

na zewnątrz. Jego blokada mentalna była doskonała.

- Trans t’hami jest bardzo głęboki i wyłącza świadomość - powiedział. - Lecz mimo to 

otrzymałem informacje. Pewien sygnał. Najpewniej na poziomie podświadomości.

W podobnej sytuacji Ziemianin powiedziałby, że miał sen. Ale faata Trzeciej Fazy, tho 

i w pełni rozumni, nie potrzebowali snu. Ich cykl fizjologiczny był odmienny: długie cykle 

aktywności   przerywały   znacznie   krótsze   okresy   tuahha   -   czas   zwiększonej   aktywności 

background image

emocjonalnej   związanej   z   nadmiarem   hormonów   płciowych.   W   starożytności   tuahha 

stymulowały   rozmnażanie   tą   samą   metodą   co   u   Ziemian,   kni’lina   i   innych   ras 

humanoidalnych, lecz w obecnej epoce uważano to za nieodpowiednie i dziwne. Od ponad 

tysiąca lat faata stosowali sztuczne zapłodnienie, za pojawienie się potomstwa odpowiadały 

ksa, a wszystkie pozostałe kobiety były sterylne. Jednakże okresowe wydzielanie hormonów 

tkwiło   zbyt   głęboko   w  genetyce   rasy  i   aparacie   dziedziczenia,   by  można   je  wykorzenić, 

dlatego   popęd   płciowy   tłumiono   pełną   utratą   świadomości   w   t’hami.   W   takim   stanie 

niepamięci procesy życiowe były spowolnione jeszcze bardziej niż we śnie, prawie całkiem 

zanikała   potrzeba   powietrza   i   pokarmu,   a   wraz   z   nią   przemijało   napięcie   seksualne.   I 

oczywiście nikt nigdy nie miewał w t’hami marzeń sennych. Właściwie nie istniało nawet 

takie pojęcie.

Uajra   rozciągnął   obwisłe   wargi.   Nie   był   to   uśmiech,   lecz   oznaka   niedowierzania; 

mimika faata była całkiem inna niż ludzka.

-   Trans   t’hami   rzeczywiście   jest   głęboki   -   zgodził   się.   -   Jeśli   otrzymałeś   jakąś 

informację, została ona za barierą świadomości. Nie pojmiesz jej rozumem.

- Zapominasz, że jestem Utrzymującym Łączność i że mój dar jest silniejszy niż u 

Nojaha   czy   kogokolwiek   innego   żyjącego   w   Nowych   Światach.   Silniejszy   niż   u   ciebie, 

Opoko Porządku, chociaż jesteś najbardziej doświadczonym i mądrym pośród nas. - Dajt 

zgiął ręce w geście pokory. - Po wyjściu z t’hami nawiązałem kontakt z quasi-rozumem i to 

pomogło mi wydobyć wspomnienia. Przy mocnym kontakcie bariery padają... Rozumiesz, o 

czym mówię.

Przesłał wrażenie mentalnego lotu w pustce i jasności równie zimnej i nieograniczonej 

jak   przestrzeń   międzygwiezdna   leżąca   za   ciepłym   małym   światkiem   Roona.   Oczy  Uajry 

błysnęły. Opoka Porządku znał to uczucie - jak wszyscy faata zdolni do mentalnej wymiany 

informacji. Tysięczna część rasy, intelekt cywilizacji, gdyż setki milionów tho były zaledwie 

kamieniami w stopniach jej piedestału.

- A zatem, Utrzymujący Łączność, otrzymałeś wiadomość.. Skąd nadeszły sygnały? Z 

Ezata czy zza Uskoku?

- Zza Uskoku? Nie sądzę. Nawet Ezat jest za daleki i niedostępny dla kontaktów 

mentalnych, dopóki nie będzie miał co najmniej pięciu dużych quasi-rozumów.

- Być może na Ezacie zbudowano Okręt, który teraz się do nas zbliża - zaprotestował 

Uajra. - Albo Okręt wykonuje serię skoków od strony Uskoku i dlatego... - W zadumie ścisnął 

wargi z całej siły. - Nie, to mało prawdopodobne. Nie minęło zbyt wiele czasu od chwili, gdy 

przebyliśmy Uskok. Za wcześnie jeszcze na wysyłanie drugiego Okrętu. Na Starych Światach 

background image

poczekają na nowiny od nas, poczekają na Okręty, które my budujemy... Czyli jednak Ezat?

- Wątpię, Opoko Porządku. Ezat jest za biedny i choć budują tam jeden Okręt, a nie 

trzy jak w naszym systemie, to jednak my skończymy wcześniej. Jestem tego pewien.

-   W   takim   razie   skąd   otrzymałeś   sygnały?   I   dlaczego   przyjąłeś   je   w   t’hami? 

Próbowałeś zwrotnego kontaktu?

-  Tak,   ale   bez   skutku.   Bardzo   mało   wiemy  o   podświadomej   łączności   mentalnej, 

jednakże sądzę... - Dajt był niezdecydowany - sądzę, że to Okręt Yaty. A dokładniej jeden z 

małych modułów bojowych wysłany przez niego na Roona albo T’har z peryferii systemu. 

Myślę, że Yata wraca.

Skóra pod oczami Uajry obwisła i Dajt po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego jak 

bardzo stary jest przywódca. Być może starszy niż Ajwe i wszyscy, którzy widzieli początek 

Trzeciej Fazy.

- Yata wraca? - powiedział Opoka Porządku. - Dlaczego? Powrót nie jest za wczesny, 

jest po prostu niemożliwy! Znaleźć i zasiedlić nową planetę, wyhodować kolejne pokolenie 

tho, zbudować nowy Okręt... Na to potrzeba czasu!

Omawiali   nie   istotę   złowionych   przez   Dajta   sygnałów,   lecz   coś   ważniejszego   - 

potencjalne   źródło   ich   pochodzenia.   Na   dużych   odległościach   fala   mentalna   ulegała 

rozproszeniu,   sygnały   ciężko   było   odebrać,   przekaz   ulegał   zniekształceniu   wręcz 

uniemożliwiającemu   zrozumienie,   ponadto   przesłanie   mogło   okazać   się   spontanicznym 

promieniowaniem myślowym, o którym nadawca nie miał pojęcia nie zawierającym nic, co 

chciałby przekazać. Nadawcą był oczywiście faata - Daj nie przyjąłby obcego mentalnego 

impulsu. Mózgi mieszkańców Galaktyki miały różną budowę i w Trzeciej Fazie nie spotkano 

jeszcze stworzenia, z którym można by nawiązać bezpośredni kontakt telepatyczny.

Uajra czekał. Milczenie się przeciągało. Za osłoną ekranu siłowego bezdźwięcznie 

spływał wodospad, tarcza słońca prześwitywała pomarańczową plamą przez wodną kurtynę, 

nad górami piętrzyły się obłoki. Ciepłe deszcze zraszały płaskowyże, powietrze było tam 

gorące   i   wilgotne,   ale   w   ogromnym   podziemnym   pomieszczeniu   oddychało   się   lekko. 

Królująca tu cisza i chłód uspokajały Dajta.

- Yata mógł napotkać kłopoty - powiedział w końcu. - Nie wiemy, na co trafił. Na flotę 

wojenną dromów albo haptorów, najemników loona eo, karawanę silmarri orbitalne bazy 

p’ata czy szadów... Ale jednego jestem pewien: sygnał pochodzi od mojego potomka. Od 

potężnego   Utrzymującego   Łączność,   wysyłającego   impulsy   zdolne   pokonać   ogromną 

odległość i przeniknąć do mojego mózgu. - Dotknął dłonią czoła, zrobił przerwę i mówił 

dalej: - Moi potomkowie z Mejtani nie nawiązywali kontaktu, sprawdziłem to. Pozostaje 

background image

tylko Tijcz. A Tijcz odleciał z Yatą i nie może zjawić się tutaj bez Okrętu. A to znaczy, że Yata 

wraca.

Znowu zapanowała cisza. Po chwili Uajra zapytał:

- Jesteś pewien, że to Tijcz?

- Jest moim potomkiem - powtórzył Dajt z uporem. - Kogo jeszcze mogłem usłyszeć? 

Z tak ogromnej odległości, podświadomie, w transie t’hami?... Tijcza, tylko Tijcza! Co do 

tego nie mogę się mylić, Opoko Porządku, znam spektrum promieniowania i rozpoznałem go 

bezbłędnie. Tijcz ma te same cechy genetyczne co ja. - To silny Utrzymujący! A z czasem 

będzie jeszcze silniejszy.

- Co słyszałeś? Albo widziałeś?

Dajt zamknął oczy, skoncentrował się, przywołując obraz mentalny.

-   Moduł...   mały   moduł   bojowy   -   powiedział   cicho,   przesyłając   wizję   ciasnego 

pomieszczenia.

Półmrok uwięziony w ścianach kabiny, masa kontaktowa rozciągnięta od podłogi do 

sufitu i uczucie otaczającej pustki, ciemnej, zimnej i bezbrzeżnej... Nie mógł powiedzieć, 

dokąd zmierza latający mechanizm, ale odpowiedź wydawała się oczywista - na Roona albo 

T’hara. Moduły te przygotowano do walki, do lotów w obrębie systemu planetarnego i do 

patrolowania;  zasięg   ich  działania  i   zasoby  były ograniczone.  A to  oznaczało   Roona  lub 

T’hara...   raczej  Roona,   jeśli   wziąć  pod  uwagę,   że  tutaj  mieszkała  najważniejsza  Wiązka, 

Wiązka Uajry.

- Mały moduł - jak echo powtórzył Uajra. - I co jeszcze?

- W nim dwoje.

- Oczywiście, że dwoje! Przecież nie Tijcz nim kieruje! - w głosie Opoki Porządku 

znowu   zadźwięczała   irytacja,   lecz   natychmiast   zastąpiła   ją  troska.   -  Okręt   wraca,   a  Yata 

wysłał   moduł,   jakby   chciał   nam   coś   oznajmić...   Jeśli   spotkał   dromów   albo   haptorów... 

szczególnie dromów... i jeśli podążają oni w ślad za Okrętem... - Teraz mentalne impulsy 

Uajry  pełne   były  nie   troski,   lecz   trwogi.   -   Naradzę   się   z   Fojnem   i   Jassem,   a   ty  nadasz 

ostrzeżenie na T’hara. Wyślemy kilka modułów i mózg koordynujący, tym zajmą się Ian i 

dwóch pozostałych Strategów... Możesz określić kierunek?

- Sektor między orbitami Roona i T’hara, skierowany w stronę Mejtani - powiedział 

Dajt.   -   Z   Mejtani   też   trzeba   wysłać   zwiadowców.   Jest   tam   quasi-rozum   i   dwóch   moich 

potomków. Być może znajdą Okręt i tych, którzy za nim podążają.

Nagle poraziła go myśl o nieznanym niebezpieczeństwie. Do tej pory życie na Roonie 

było takie przyjemne i spokojne... Jednakże obawa była zbyt nieokreślona - cokolwiek Uajra 

background image

mówił,  Yata   mógł   wracać   z   miliona   powodów.   Na   przykład   dlatego,   że   uznał   wybrany 

kierunek   lotu   za   mało   perspektywiczny,   a   zasoby   biologiczne   załogi   na   wyczerpaniu   - 

bywało, że ksa nagle traciły płodność albo rodziły mutanty. W takich przypadkach należało 

odnowić pulę genetyczną i zasoby banku spermy.

- Masz rację co do Mejtani - zgodził się Uajra. - Połącz się ze swoimi potomkami, 

niech   zaczną   kontrolować   przestrzeń   na   peryferiach.  Ale   najważniejszym   zadaniem   jest 

ochrona Okrętu... Powiedz im to!

- Nie omieszkam, Opoko Porządku.

- Idź. Obyśmy nigdy nie zobaczyli znowu mroku Zaćmienia!

Dajt   wykonał   gest   szacunku,   ruszył   w   stronę   szybu   grawitacyjnego   i   zjechał   na 

najniższe   piętro.  Tutaj,   w   labiryncie   centrum  Wiązki,   w   plątaninie   korytarzy,   schodów   i 

pochylni, ciasnych pomieszczeń i przestronnych sal, panowało ożywienie; na planecie nie 

było chyba  drugiego miejsca, gdzie pracowałoby pięć setek w pełni rozumnych i prawie 

dziesięć tysięcy tho. Zajmowano się tu przede wszystkim chirurgią embrionalną, selekcją ksa 

i zwiększeniem ich płodności, adaptacją żołnierzy i robotników do warunków Roona, a także 

zagadnieniami genetyki mentalnej. Ten ostatni problem miał kluczowe znaczenie dla całej 

cywilizacji faata, a tym bardziej dla Nowych Światów - jej niewielkiego okrucha zagubionego 

w otchłaniach Galaktyki. Ksa zapładniano wyłącznie spermą w pełni rozumnych, lecz mimo 

to zdolność kontaktów telepatycznych zdarzała się parę razy na dziesięć tysięcy przypadków i 

przejawiała   tendencję   spadkową.   Próby   wyhodowania   rasy   telepatów,   na   tyle   licznej, 

produktywnej i silnej, by można zrezygnować z tho, jak dotąd nie przyniosły rezultatu i 

postęp   Trzeciej   Fazy   nadal   zależał   od   milionów   osobników   zdolnych   do   bezpośrednich 

kontaktów   z   quasi-rozumnymi   symbiontami.   Część   specjalistów   uważała,   że   aktywizacja 

genów   odpowiedzialnych   za   talenty   mentalne   jest   tylko   kwestią   czasu,   inni   eksperci 

twierdzili, że konieczne jest przekazywanie potrzebnych cech zarówno w linii męskiej, jak i 

żeńskiej,  była  też   trzecia   grupa,  przekonana,   że  nadciąga   nowe   Zaćmienie.   Nikt  nie   lubi 

posępnych przepowiedni, co jednak nie przeszkadza im się sprawdzać.

Dajt wyszedł na wiszącą nad przepaścią sztuczną esplanadę. Z prawej strony szumiały 

wodospady,   leżący   w   dole   wąwóz   spowijały   mgły,   w   oddali   za   przybrzeżną   równiną 

pobłyskiwała jasnymi refleksami powierzchnia M’ar’nehadi, a na zachodzie chyliła się ku 

zachodowi, ku kontynentowi Fojna, ciepła tarcza słońca. Na esplanadzie stały trzy rzędy 

modułów   latających,   setki   aparatów   z   zastygłymi   w   transie   pilotami;   sterczały   niczym 

ułożony ręką giganta mur z czarnych kanciastych kamieni. Dajt przesłał impuls myślowy, 

który rozbudził  tho w jego maszynie,  odblokował membranę,  ale nie  uczynił  następnego 

background image

kroku - zastygł wpatrzony w unoszącą się nad przepaścią mgłę i analizował nawiedzającą go 

wizję.

Był   w   niej   moduł,   maleńki   stateczek   lecący   w   przestrzeni,   ciemna   otchłań   pełna 

gwiazd i dwie istoty, których impulsy mentalne - choć rozmyte - odbierał przez przestrzeń 

oddzielającą   ich   od   Roona.   Jedna   -   potomek   z   jego   nasienia,   a   więc   Tijcz;   druga   - 

najwidoczniej   pilot.   Jednakże   masa,   masa   kontaktowa   rozciągnięta   od   podłogi   po   sufit 

kabiny!... Dajt spróbował wskrzesić wspomnienie i nagle zdało mu się, że masa kontaktowa 

jest   pusta   jak   skórka   owocu   pozbawionego   miąższu   i   soku.   Był   niemalże   pewien,   lecz 

pewność ta była sprzeczna z wiedzą: statki bez Pilotów nie latają.

W każdym razie statki Trzeciej Fazy.

background image

7

REKONESANS

Przestrzeń wokół Roona i Roon,

2125 rok

Dotknięcie masy kontaktowej parzyło tak, jakby skóra za chwilę miała zacząć dymić, 

stanąć w ogniu i spłonąć wraz z ciałem aż do kości. Corcoran rozumiał, że to tylko złudzenie, 

ale zmysły oszukiwały, przekonując, że w głąb połączeń nerwowych wbito rozpalone szpilki, 

a szyję i kręgosłup gładzą płomienie spawarki lub gorące żelazko. Ból wyciskał łzy z oczu, 

zmieniał twarz Klausa i przybory w rozmyte plamy, utrudniając śledzenie kursu, lecz mimo 

wszystko czerwony punkt symbolizujący moduł był coraz bliżej zielonej linii oznaczającej 

trajektorię. Gdy tylko się zetkną, nadejdzie kres mąk Corcorana! Dalej czeka ich lot zgodny z 

prawami   mechaniki   -   po   eliptycznej   orbicie,   która   w   odpowiednim   momencie   przetnie 

atmosferę Roona, a wtedy... Wtedy znowu zaboli - pomyślał.

Bez względu na podobieństwo, niemalże tożsamość faata i Ziemian były między nimi 

także różnice, nieznaczne, gdy rzecz szła o najwyższe kasty faata. Jednakże piloci, zarówno 

ci, którzy kierowali statkami międzygwiezdnymi, jak i latający w małych i dużych modułach, 

byli   szczególną   kategorią,   mocno   różniącą   się   od   ludzkich   standardów.   Badania   ciał 

odnalezionych po katastrofie na Antarktydzie wywołały szereg burzliwych dyskusji wśród 

ziemskich   uczonych:   część   naukowców   uważała   pilotów   za   bioroboty,   inni   mieli   je   za 

organizmy naturalne poddane silnym modyfikacjom genetycznym. Tak czy inaczej, zwykły 

człowiek  -  czy  to  Ziemianin,  czy  faata,   nie   mógł  kierować   modułem  latającym   ani  jako 

uzupełnienie   mechanizmu,   ani   jako   żywy   MAZ   -   strzelec   i   blok   mentalny   w   jednym. 

Corcoran   po   przejściu   specjalnego   szkolenia   był   w   stanie   wytrzymać   pół   godziny,   w 

najlepszym razie trzy kwadranse, nie więcej. Czasu ledwie starczyło, by wprowadzić moduł 

na odpowiedni kurs albo wylądować w nadającym się do tego miejscu.

Miał wrażenie, że jest rakietą przecinającą gęste warstwy powietrza. Poszycie było 

rozpalone do czerwoności, lecz ukryte pod nią broń, silnik, regenerator i reszta Maszynerii 

pracowały bezawaryjnie; czuł, jak do kabiny napływa mieszanka oddechowa, jak równo i 

potężnie wibrują grawitatory rozpędzające mały stateczek, jak w krzepkich objęciach pola 

background image

siłowego drży plazma gotowa na rozkaz wychlusnąć w przestrzeń niczym cienki palący sznur. 

Patrzył   na   świat   własnymi   zaćmionymi   bólem   oczami,   ale   także   dziesiątkami   źrenic,   a 

wszystko, co zobaczył, tworzyło jeden spójny obraz: szybko oddalającą się fregatę, słońce 

miotające w kosmiczną ciemność mgliste protuberancje, gwiazdy płonące na aksamitnym 

sklepieniu   nieba,   czarny   pas   Uskoku.   Przepiękny   widok!   Lot   pod   słońcem   i   odległymi 

gwiazdami byłby tak piękny, gdyby nie ból...

Fregatę   pozostawili   na   orbicie   Roona,   dwa   miliony   kilometrów   od   planety. 

Gwarantowało to z jednej strony zachowanie pobytu w tajemnicy, z drugiej - operatywność; 

jeśli   Corcoran   nie   da   rady  oderwać   się   od   powierzchni   swego  aparatu,   Komodor   Litwin 

przyleci na pomoc w ciągu sześciu godzin lub wyśle na ratunek sokoły. Nie przewidziano 

łączności   radiowej   poza   sytuacjami   awaryjnymi;   przesyłanie   informacji   miały   umożliwić 

dwie sondy informacyjne umieszczone na pokładzie. Sondy, czujniki pozycji, odbiornik i 

komputer obliczający kurs - ot, i cała modernizacja stateczku faata; cała reszta była obca, 

wykonana w Nowych Światach albo gdzieś pod nieznaną gwiazdą świecącą po drugiej stronie 

Uskoku.

Wszystko tutaj jest obce - myślał Corcoran, walcząc z kolejnym atakiem bólu.

- Wszystko obce, nieziemskie, nawet załoga: jeden jest człowiekiem tylko w połowie, 

drugi to w ogóle jakieś dziwadło, okaleczony emisariusz proteidów... Zmusił się do uśmiechu, 

wyczuwając równomierną pulsację silników i korygując kurs; tylko milimetr dzielił czerwony 

punkt od zielonego markera. Milimetr na ekranie, czyli osiem tysięcy kilometrów w pustce, 

osiemdziesiąt sekund lotu, milion rozpalonych szpilek przebijających skórę...

Czerwony punkt rozpłynął się w zieleni, wskaźnik kursu cicho brzęknął, a Corcoran 

mógł wreszcie złapać brzeg masy kontaktowej i zacząć odrywać ją od ciała. Uwolniony z 

objęć kokonu padł na podłogę twarzą w dół, wyprostował nogi i głęboko, z ulgą wciągnął 

powietrze do płuc. Suche ciepłe dłonie Sybela dotknęły go, zaczęły masować szyję, ramiona i 

gołe plecy, rozcierać kark.

- I jak tam? Żyjesz?

-   Żyję,   żyję   -   wychrypiał   Corcoran.   -   Jesteśmy   na   kursie.   Teraz   zostało   tylko 

wylądować tym draństwem... Czuję się, jakby mnie przewróciło na lewą stronę - Pieczenie 

ustało. Z dłoni Sybela płynęło orzeźwiające ciepło. W przedniej części kabiny, przed obwisłą 

płachtą   masy   kontaktowej,   pobłyskiwał   wgięty   półkulisty   ekran   z   iskierkami   gwiazd. 

Wskaźnik kursu nucił cichą delikatną melodię. Mknęli ku Roonowi, zbliżając się do planety z 

każdą sekundą o sto kilometrów.

- Zaraz wszystko minie - powiedział Sybel. - O, już przeszło... Wszystko w porządku.

background image

Corcoran spróbował usiąść, ale bezskutecznie.

- Akurat, w porządku - burknął. - Wyglądam pewnie jak nieboszczyk...

- Wyglądasz zupełnie normalnie. Chcesz zobaczyć?

Rysy Klausa rozmyły się, twarz uległa gwałtownej zmianie: podbródek zwęził się, 

tęczówki   pojaśniały,   niemal   znikły   na   tle   białek,   wargi   nabrały   wyrazistości,   włosy 

poczerniały, stały się krótkie i bardzo gęste. Corcoran patrzył na samego siebie - takiego, jaki 

wczoraj  stanął  przed wstrząśniętą załogą.  Vrba nie  kłamał, nie  wszczepiono mu  żadnych 

implantów;   cybernetyczny   chirurg   sterowany   programem   popracował   nad   pigmentacją 

włosów i oczu i nieco rozjaśnił skórę. Innych zmian nie było. Corcoran nie podejrzewał, że 

jest aż tak podobny do faata. Odkrycie nie było zbyt przyjemne.

- I coś taki skwaszony? - zapytał Sybel. - Fizjonomia ci nie odpowiada? To nic, Paulu, 

to nic! Wiera takiego też cię pokocha, a córki nie wyprą się ojca. A poza tym nie będziesz 

brunetem na zawsze. Wrócimy na pokład i odzyskasz rude kudły.

Jeśli wrócimy - pomyślał Corcoran, lecz zagłuszył niemiłą myśl, nim zdążyła dotrzeć 

do Sybela. Powiedział za to:

- Zatem tak teraz wyglądam. A jaką ty przybierzesz postać?

Jego przyjaciel potarł kark. Całkiem ludzki gest - przemknęło Paulowi przez głowę.

- Biorąc pod uwagę mój wiek, trzeba stworzyć kogoś poważniejszego... co najmniej 

osiemsetlatka. Na przykład...

Włosy Klausa wydłużyły się, pozieleniały tu i ówdzie, wargi z lekka obwisły, od oczu 

ku skroniom pobiegły drobne zmarszczki. Oznaki starości u długo żyjących faata nie były tak 

zauważalne   jak   u   Ziemian,   ale   jednak   istniały,   uwidaczniając   się   w   wieku   kilkuset   lat   - 

najczęściej pod koniec pierwszego tysiąclecia. Corcoran wiedział o tym, ale nigdy się nie 

zastanawiał,   ile   lat   dane   będzie   przeżyć   jemu   -   przerażała   go   perspektywa   samotnej 

egzystencji bez Wiery i córek.

Powoli   odzyskiwał   siły.   Wstał   i   z   pomocą   Sybela   wciągnął   liliowy   kombinezon 

naśladujący   ubrania   faata.  W  ciasnej   kabinie   każdy   ruch   wymagał   uwagi   -   mały   moduł 

bojowy   nie   był   przystosowany   do   przewożenia   pasażerów   i   ładunku.   W  tylnej,   szerszej 

części,   obok   membrany   wejściowej,   leżały   pojemniki   z   jedzeniem,   wodą   i   jakiś   sprzęt, 

natomiast   z   przodu   z   obu   stron   ekranu   umieszczono   komputer   obliczający   kurs   i 

wielozakresowy odbiornik fal. Wolnego miejsca było akurat tyle, by dwie osoby mogły się 

położyć   i   wyciągnąć.  Ani   foteli,   ani   koi,   ani   krzeseł...   Dobrze   chociaż,   że   podłoga   była 

miękka.

- Zdrzemnij się - poradził Sybel. - Przed nami jeszcze pięć godzin lotu. Wy, Ziemianie, 

background image

macie ogromną przewagę nad faata i nad nami... to jest nad moimi Współplemieńcami... - 

Westchnął. - Umiecie spać.

- A nawet śnić - dodał Corcoran. - Uważasz, że to przewaga?

-   Oczywiście.   Zdolność   do   snu   to   cud,   szczególnie   gdy   życie   jest   długie!   Czas 

szybciej mija...

Podszedł   do   odbiornika,   usiadł   przed   nim   po   turecku   i   włączył   program 

automatycznego   wyszukiwania.   Błysnął   jasny   słupek   światła,   popłynęły   -   wirując 

nieśpiesznie - ciemne glify zakresów, kabinę wypełniły ledwie dosłyszalne trzaski i szum 

podobny do szemrania dalekiego morza. Głosy Kosmosu coś szeptały, usypiając Corcorana; 

cichym   szelestem   rozlewało   się   promieniowanie   reliktowe

35

  brzęczała   Gamma   Młota, 

szczebiotały i popiskiwały gwiazdy, a obłoki gazowe dodawały do tej muzyki skrzypienie i 

zgrzytanie. Orkiestra wszechświata grała na miriadach instrumentów, na wszystkim, co miała 

we władaniu, od maleńkich atomów po gigantyczne gwiazdy i całe galaktyki, i tylko jednego 

nie było słychać w tym chórze: żywego ludzkiego głosu.

-   Milczą   -   mamrotał   Klaus   Sybel   -   milczą...   Na   falach   milimetrowych   cisza,   na 

centymetrowych   i   na   długich   to   samo...   I   słusznie,   po   co   im   łączność   radiowa? 

Demaskowałaby tylko ich światy... Przy odległościach dzielących  gwiazdy nie ma  sensu, 

minęłoby ze sto lat, zanim usłyszałby cię sąsiad oddalony o piętnaście parseków, a w obrębie 

jednego   systemu   nie   ma   nic   lepszego   od   kontaktu   myślowego...   Wyhodować   tuzin 

daskińskich stworzeń, rozesłać po planetach i gadać na zdrowie... skutecznie, szybko, bez 

żadnych chipów, hologramów i śladów w eterze...

- Na swoim okręcie mieli radiostację - przypomniał Corcoran.

- Na okręcie, tak! Żeby podsłuchiwać, o czym wrzeszczycie na cały Kosmos, i dodać 

do   tego   jakąś   mądrą   uwagę.   O   tym,   że   was   obsypią   dobrem   wszelakim...   nowymi 

technologiami, lekarstwami, syntetyczną żywnością... Kuszące, co?! Pamiętasz, jakie bunty 

wzniecono w Indiach i Chinach po tym, jak Rada Bezpieczeństwa zabroniła Obcym zbliżać 

się   do   Ziemi?   Jakie   organizowano   manifestacje,   marsze   głodnych,   samospalenia 

okaleczonych? Nie, nie pamiętasz... nie było cię jeszcze na świecie... Ale binoków powinieneś 

znać. Co oni tam wypisują na płotach?... Drżyjcie, przeklęci tho! Wrócimy i upuścimy wam 

krwi! Tak oto, mój drogi Paulu, ziarna zła zostały posiane i trzeba będzie się nieźle napocić, 

żeby nie wzeszły...

35

  Promieniowanie   reliktowe   jest   pozostałością   tej   epoki,   gdy   cała   materia   wszechświata   miała   postać 
rozszerzającej   się   gorącej   plazmy.   Promieniowanie   reliktowe   pokrywa   całą   dostępną   obserwacji   część 
Metagalaktyki. W chwili obecnej jest wykrywalne i przebadane w zakresie od części milimetra do piętnastu 
centymetrów.

background image

Klaus   burczał   i   burczał,   siedząc   w   kucki   obok   odbiornika   i   zadziwiając   swym 

zachowaniem Corcorana, który przywykł, że Sybel wyraża myśli jasno i zwięźle. Teraz jego 

myśli były jakieś niejasne, rozmyte, jakby przyjaciel myślał jedno, a mówił drugie.

Może   chce   mnie   uspokoić   -   uznał   w   duchu   Corcoran.   -   A   może   sam   jest 

zdenerwowany i potrzebuje wsparcia?...

Odwrócił się na bok i zapytał:

- Powiedz mi, Klausie, kto jeszcze wie o tobie? Mam na myśli twoją prawdziwą 

istotę... Vrba? Jacyś ludzie w tajnych służbach? Albo...

- Nie ma nikogo więcej. Ty i tylko ty.

- Powiesz jeszcze komuś?

- Na przykład?

To   znowu   był   dawny   Sybel   -   konkretny,   oschły,   ukrywający   świadomość   za 

siedmioma barierami mentalnymi.

- Na przykład bliskiemu człowiekowi. Celinie, jeśli wam się uda.

- Jeśli się uda... - W głosie Klausa nagle zadźwięczał smutek. - Boję się, Paulu że 

wcześniej   czy   później   sprawię   jej   ból,   dużo   bólu.   Wedle   waszej   rachuby   dobijam, 

sześćdziesiątki, niedługo będę stary, a starcy odchodzą... tak musi być... To znaczy, że coś mi 

się przytrafi, coś, co sprawi, że Klaus Sybel zniknie, a jego miejsce zajmie ktoś inny. Nie 

wymyśliłem jeszcze, co, gdzie i kiedy, ale przytrafi się na pewno. Nawet skremować nie 

będzie czego, bo nie znajdą zwłok... Jednym słowem Klaus zniknie, a ona zostanie sama... już 

nie taka młoda i atrakcyjna jak teraz. Rozumiesz, Paulu?

Wygląda na to, że całkiem zmienił się w człowieka - pomyślał Corcoran. - Gdera, 

czuje smutek, żałuje i nawet myśli z lękiem o przyszłości, do tego nie swojej, a cudzej. To 

właśnie jedna z najpiękniejszych ludzkich cech.

- Gdybym zniknął teraz - powiedział Sybel - a potem zjawił się w bardziej... hmmm... 

pasującej do niej postaci... O, mógłbym łatwo zniknąć podczas wypełniania niebezpiecznego 

zadania... obecna sytuacja jest aż nadto sprzyjająca... Jak sądzisz, Paulu?

Corcoran uniósł się na łokciu.

- Też coś! Co to w ogóle za pomysł?

Sybel odwrócił się, rozrywając delikatną mentalną więź łączącą ich przez kilka chwil. 

Myśli   Corcorana   jakby   mimochodem   popłynęły   w   innym   kierunku.   Słuchając   szumu   i 

gruchotu wszechświata, rozważał czekające go zadanie, obmyślał cele strategiczne i plan 

działania. Plany były trzy. Pierwszy, opracowany razem z Vrbą i sztabem floty, zakładał, że 

Corcoran obleci planetę i znajdzie najlepsze punkty do pierwszego uderzenia. Nie miasta, 

background image

których   przeciwnik   nie   miał,   lecz   centra   zarządzania,   łączności   i   kontroli,   najważniejsze 

zakłady przemysłowe, punkty obronne, astrodromy i bazy orbitalne. Po wykonaniu zadania 

powinien   wysłać   sondę   informacyjną,   a   następnie,   jeśli   zdobyczny   moduł   nie   wywoła 

podejrzeń,   wylądować   i   działać   wedle   własnego   uznania.   Z   tego   niejednoznacznego 

sformułowania wynikał drugi, konkretniejszy plan, wymyślony osobiście przez Paula: wziąć 

jeńca i dostarczyć go na Komodora Litwina. Tho, nawet należący do najwyższej kasty, nie 

nadawał się na jeńca; Corcoran pamiętał, że kochana cioteczka Io bardzo mało wiedziała o 

swojej   planecie.   Zakładał,   że   wylądowawszy   na   astrodromie,   znajdzie   oficera   służb 

kosmicznych, pomocnika Stratega lub inną dobrze poinformowaną osobę, którą zabierze ze 

sobą. Środki perswazji miał skuteczne: gaz i paralizator. W najgorszym wypadku - akcja 

bojowa z udziałem robotów.

Plany te miały oczywiście wady, jak to zwykle bywa, gdy wiedza o przeciwniku jest 

skąpa. Dane o systemach obronnych i ogólnej sytuacji należałoby zebrać za pomocą nasłuchu 

radiowego,   ale   eter   milczał,   można   więc   było   polegać   wyłącznie   na   obserwacjach 

wizualnych.   Zdobycie   bardziej   szczegółowych   informacji   podczas   lotu   modułem   było 

nierealne - moduł zapewniał niezły kamuflaż, lecz Corcoran nie mógł latać nim przez dłuższy 

czas,   a   w   razie   potyczki   przegrałby   z   każdym   pilotem   faata.   Nie   było   też   gwarancji 

powodzenia  podczas  szukania  jeńca  posiadającego  odpowiednią   wiedzę   -  faata   nie  nosili 

mundurów,   przez   co   oficerowie   nie   odróżniali   się   od   cywilów.  W   tej   sprawie   Corcoran 

polegał na skanowaniu mentalnym, ale ten kij miał dwa końce - równie dobrze mógł sam 

zostać przesondowany, szczególnie gdyby natknął się na Utrzymującego Łączność.

Jednakże   teraz  nie   był   sam,  teraz  miał   przy  sobie  Sybela...   przyjaciela,   telepatę   i 

metamorfa.. To zmieniało postać rzeczy, otwierając niemalże nieograniczone perspektywy. 

Sybel   mógł   przerzucić   go   w   dowolne   miejsce   na   świecie,   pokonać   każdą   ścianę   i   pole 

ochronne, obronić przed atakiem mentalnym i odnaleźć obiekt posiadający potrzebną wiedzę. 

Mógł przenieść ich z orbity prosto na powierzchnię, w razie potrzeby nawet teleportować z 

powrotem do modułu lub na sokoła, rozmawiać z jeńcami i być może z quasi-rozumnymi 

symbiontami. Mógł... Czegóż on nie mógł!? Zabijać? W tej sprawie akurat Corcoran nie 

potrzebował pomocy.

Rozmyślał o trzecim planie, który po uwzględnieniu talentów Sybela, miał większe 

szanse powodzenia niż dwa poprzednie. Wejść na orbitę Roona? Nie warto. Ryzyko duże, a 

rozpoznanie niezbyt godne zaufania. Skoczyć w dół - szybko, zdecydowanie - oto najlepszy 

wariant! Nie szukać astrodromu, tylko zejść na powierzchnię w jakimś bezludnym miejscu... 

Roon to ogromny świat, nie mniejszy od Ziemi, a do tego o małej gęstości zaludnienia... Io 

background image

mówiła, że na T’harze są trzy miliony mieszkańców, tutaj pewnie będzie ich dwadzieścia lub 

pięćdziesiąt   milionów   -   tyle   co   nic   w   wypadku   tak   ogromnej   planety...   Można   się   tutaj 

schować... schować, a potem..

Jawa   zmieszała   się   z   sennymi   widzeniami;   sny   nadciągnęły,   skrywając   falującym 

całunem kabinę, sylwetkę Sybela skulonego obok nadajnika, słup światła z krążącymi glifami 

i przezroczystą pełną gwiazd soczewkę ekranu. Corcoran nie leżał już na miękkiej podłodze, 

lecz unosił się w nieważkości: ręce obejmują kolana, głowa opuszczona na piersi, ciemne 

włosy   rozsypane   na   ramionach,   oczy   zamknięte.   Opanowało   go   dziwne   uczucie   -   był 

człowiekiem   wiszącym   w   maleńkim   pomieszczeniu   pełnym   przewodów   i   rurek,   a 

jednocześnie obserwował sam siebie z boku, jakby podzielił się na dwoje - uczestnika i widza 

tej   zagadkowej   sceny.   Widok   był   statyczny,   nic   się   nie   poruszało,   nie   drgało,   a   nagi 

ciemnowłosy   człowiek   wyglądał   jak   martwy   lub   pogrążony   w   głębokim   transie 

nieodróżnialnym od śmierci. Jednakże Corcoran nie miał wątpliwości, że mężczyzna żyje - 

świadczyło   o   tym   słabe,   lecz   wyczuwalne   pulsowanie   pola   mentalnego.  Wiedział,   że   za 

ścianami pomieszczenia jest pusta przestrzeń, a na górze inna, jeszcze większa, pełna słońca i 

światła,   jakby   tajemnicze   miejsce   znajdowało   się   w   podziemiach.   Dla   Corcorana, 

bezcielesnego   ducha,   ściany   nie   stanowiły   przeszkody;   przeniknął   przez   tę,   w   której 

pobłyskiwała  wejściowa  membrana,  i znalazł  się w pokoju z  miękką  podłogą  i  licznymi 

niszami, jednymi wąskimi jak szczeliny, innymi szerokimi, ale jednakowo ciemnymi - być 

może były to korytarze prowadzące dalej, w głąb podziemnej siedziby. Nie zatrzymał się; 

dręczyła go ciemność, cisza, brak ruchu i potężne przeczucie wolności, jakie dają ptakowi 

otwarte przestworza niebios.

Przeciąwszy pełną splecionych korzeni glebę, stanął pod płaskim wzgórzem. Widok 

okazał się znajomy: rozrzucone po pagórkach, rosnące na planie okręgu drzewa z koronami 

przypominającymi parasole, pokryta niebieskozieloną trawą równina płynnie opadająca ku 

rzece, jasne pomarańczowe słońce. Jak balonik napompowany helem Corcoran leciał w górę, 

obserwował   rzeki   i   doliny,   lasy  i   wzgórza   rozpościerającego   się   na   dole   kontynentu.   Na 

południu ograniczało go pasmo gór, za którym lśniło morze i wznosił się stromy brzeg jeszcze 

jednego lądu; na zachodzie i wschodzie, za oceanem, leżały inne ziemie, których nie widział, 

lecz o których wiedział na pewno, że nie są pustynne ani bezludne. Na północy nie było ani 

śniegu,   ani   lodów,   ani   tundry,   za   to   rozciągał   się   kamienisty   płaskowyż   poprzecinany 

kamiennymi wąwozami - ich szare, żółte i brunatne zbocza odcinały się od bujnej zieleni 

lasów   subtropikalnych.   Północny   kraniec,   ciągnący   się   wzdłuż   południka   na   tysiące 

kilometrów, był niemalże jałowy i dlatego niezamieszkany.

background image

Wrażenie ruchu nie opuszczało Corcorana, ale czy był to znany ze Snów bajkowy lot, 

czy coś bardziej realnego? Wydawało mu się, że niesie go potok myśli podążających ku 

kosmicznej ciemności, ku innym światom i kruchym tworom ludzkich rąk zagubionym w 

bezbrzeżnej   pustce.   Na   chwilę   dostrzegł   swój   okręt   krążący   na   orbicie   Roona,   potem 

kanciaste, podobne do pudełek aparaty - konwój transportowy ciągnący na T’hara albo na 

planetę  wewnętrzną;  potem zobaczył  ową planetę z  korowodem satelitów i ciemną  bryłą 

Obscurusa. Przemknął obok księżyca; fale mentalne ciągnęły go coraz dalej, aż na granicę 

systemu,   gdzie   ustawione   w   szyku   bojowym   leciały   ziemskie   krążowniki.   Widocznie 

komodor ruszył  w stronę protogwiazdy, by zablokować stocznię i obce okręty;  Corcoran 

rozumiał   tę   decyzję,   jakby  otrzymał   raport   z   objaśniającymi   glifami.   Nie   miał   czasu   na 

zdziwienie, gdyż coś się nagle zmieniło - może Sen dobiegł końca, a może był jakiś inny 

powód, by wrócić do rzeczywistości. Nasłuchiwał, pozostając jeszcze przez chwilę w półśnie. 

Czyżby dźwięki wskaźnika kursu stały się głośniejsze i wyższe? To ostatecznie go rozbudziło.

Ciepły półmrok kabiny otulił Corcorana; postać Sybela nadal majaczyła niczym cień 

obok odbiornika, przez słupek światła nadal przepływały glify, ale obraz na ekranie zmienił 

się: błękitnozielona kula Roona wisiała na niebie, zasłaniając gwiazdy.

Uniósł się i zachrypniętym od snu głosem zapytał:

- Coś słychać, Klausie?

- Nic. Bez sensu! - Sybel klepnął panel odbiornika i dotknął palcem czoła.

- Tym trzeba słuchać. Wejdziemy na orbitę i...

-   Nie   wejdziemy   -   powiedział   Corcoran,   ściągając   ubranie.   -   Wylądujemy   i 

przyczaimy się. Sądzę, że najlepiej gdzieś w górach. Miałem Sen. Widziałem człowieka w 

t’hami i znajome miejsce: pagórek z drzewami i rzekę. Potem cały kontynent... Na północy 

jest dobre miejsce, skały, wąwozy, płaskowyże. Jednym słowem, bezludne tereny. A poza 

tym...

- Poza tym... - powtórzył Sybel z niepokojem. - Widziałeś coś jeszcze?

- Tak. Komodor... Sądzę, że zamierza zaatakować Obscurusa. Nie, właściwie jestem 

tego pewny!

Klaus pokiwał głową.

- Wspaniale! Wygląda na to, że dotarłeś aż do obłoku komet... Twoja siła rośnie, 

Paulu!

- Być może. - Nagi i smutny Corcoran ruszył w stronę masy kontaktowej. - Zaraz 

sprawdzimy, jaki jestem silny.

Owinęła   go   błękitna   powłoka   i   natychmiast   wszystkie   nerwy   przeszyły   tysiące 

background image

szpilek. Gdyby nie ta  tortura,  czułby przyjemność  - kontakt  ze stateczkiem był  znacznie 

silniejszy niż z najdoskonalszym ziemskim MU, sokołem czy harpią. Jak faata uzyskali taki 

efekt,  pozostawało   tajemnicą;   być   może   rozwiązaniem  były  nie   sztuczki   techniczne,   lecz 

umiejętność   przystosowywania   się   żywych   organizmów   do   współpracy   z   aparatami 

latającymi.   Corcoran   był   dostosowany   kiepsko,   nie   pomagało   nawet   pokrewieństwo   z 

Obcymi,   zresztą   oni   sami,   z   wyjątkiem   pilotów,   też   nie   poradziliby   sobie   z   diabelską 

maszyną.

Pokonując ból, zmniejszył prędkość w górnych warstwach atmosfery. Obraz planety 

zmieniał się w znajomym rytmie: najpierw ogromna elipsoida ze strzępami obłoków, potem 

niebieskozielona czasza o zadartych ku górze brzegach i w końcu płaska powierzchnia usiana 

różnokolorowymi   plamami   równin,   jezior   i   gór   -   Mknął   wzdłuż   południka,   od   bieguna 

południowego   ku   północnemu,   ledwie   zdążając   zaobserwować   szczegóły   ukształtowania 

terenu. Na dole przemknął kontynent południowy: wąski i długi, przypominający Kubę, tylko 

dwadzieścia razy większy, za nim morze lub raczej cieśnina oddzielająca go od największego 

lądu. Był dokładnie taki sam jak w niedawnym Śnie: niezbyt szeroka przybrzeżna równina 

pokryta   tropikalną   zielenią,   łańcuch   górski   i   leżąca   za   nim   ziemia   z   lasami   i   stepami, 

jeziorami i rzekami. Niektóre akweny był ogromne i przelatując nad nimi niczym meteor, 

Corcoran obserwował odbicia słońca w kryształowo czystej wodzie. Nic więcej nie był w 

stanie zaobserwować: lot był zbyt szybki, a rwący ból przyćmiewał myśli. Co prawda zdążył 

pomyśleć, że ten świat w niczym nie ustępuje Gondwanie, a być może jest nawet lepszy - 

przecież na Roonie żyły już istoty rozumne, które zdążyły zagospodarować planetę. A on, 

Corcoran,   był   mesjaszem   przybyłym,   by   je   wygnać!   Albo   zniszczyć,   jeśli   się   nie 

podporządkują.

Była w tym sprawiedliwość dyktowana nie tylko chęcią zemsty, lecz - jak mu się 

zdawało   -   niezależnymi   od   woli   człowieka   kosmicznymi   prawami   określającym   istotę 

wszechświata od chwili Wielkiego Wybuchu. Jedno z nich głosiło, że akcja równa jest reakcji, 

a to oznacza, że każda rasa w Galaktyce, każde stworzenie, rozumne albo i nie, ma prawo 

odpowiedzieć uderzeniem na uderzenie. Przez wszystkie wieki i epoki koncepcja kontrataku 

była   na  Ziemi   aksjomatem  nie  podlegającym  dyskusji;   pytanie   polegało   nie   na  tym,  czy 

należy odpowiedzieć, lecz jedynie, czy starczy na to sił. I choć komodor Vrba twierdził, że nie 

należy   się   śpieszyć   z   miotaczami   plazmy   i   anihilatorami,   to   i   jedno,   i   drugie   miał   na 

podorędziu jako najlepszy argument podczas wszelkich negocjacji i kontaktów. Jeśli nawet 

broń   nie   wypali   aksjomat   nie   ulegnie   zmianie   -   sama   obecność   ziemskiej   flotylli   była 

kontratakiem Podporządkowany myślom Corcorana moduł ostro schodził w dół. Prędkość 

background image

spadła do kilku metrów na sekundę, niebieskozielony dywan roślinności pod dnem stateczku 

zastąpiły skały, jałowe osypiska, łagodne skłony gór ubarwione gdzieniegdzie kolorowymi 

plamami mchów i porostów. Pewnie wiały tu często silne wiatry walcząc z kamieniami przez 

miliony lat - Corcoran nie widział ostrych wierzchołków, za to trafiały się dziwaczne strome 

skały   przypominające   to   indyjską   świątynię,   to   rzeźbioną   chińską   pagodę.   Pagórkowatą 

powierzchnię   płaskowyżu   przecinało   mnóstwo   pęknięć   wyglądających   z   wysoka   jak 

pajęczyna ciemnych, cienkich linii naniesionych na płótno zagruntowane brązowym, żółtym 

albo   szarym   podkładem.   W   miarę   zniżania   pęknięcia   powoli   zmieniały   się   w   głębokie 

kaniony; słońce oświetlało ich górną część, wydobywając blask z kawałków kwarcu i miki, 

ale dna pozostawały niewidoczne. Corcoran doszedł do wniosku, że pęknięcia są świetną 

kryjówką, skierował moduł do jednego z wąwozów, zmusił pojazd do zawiśnięcie między 

stromymi ścianami i rozejrzał się dookoła. Dojrzał dno - sto, może sto pięćdziesiąt metrów 

niżej...   Miał   kłopot   z   oceną   odległości:   skóra   mu   płonęła,   głowa   pękała,   był   na   granicy 

kompletnego wyczerpania.

Wylądował, wyszedł z kokonu i zamarł oparty dłońmi o ścianę. Nogi mu drżały, na 

czoło wystąpiły kropelki potu, gdzieś w środku szalały dziwne zmiany: serce znowu stawało 

się   sercem,   płuca   -   płucami,   a   nie   agregatami   diabelskiej   maszyny.   Corcoran   usłyszał 

szczęknięcie pojemnika, potem na łopatce poczuł dotknięcie zimnego metalu i coś na chwilę 

odciągnęło skórę - zadziałała próżniowa przyssawka ampułki.

- I jak? Lepiej? - zapytał Sybel, wkładając zestaw medyczny z powrotem do kieszeni 

plecaka.

-   Przeklęta   konserwa...   -   wymamrotał   Corcoran   i   zaczął   się   ubierać.   Wciągnął 

kombinezon   i   buty,   złapał   oddech,   czując,   jak   środek   uspokajający   przywraca   mięśniom 

sprężystość, i zapytał: - Zauważyłeś coś? Budynki, lądowiska, załogi, jakikolwiek ciekawy 

obiekt... Co widziałeś, Klausie?

- Budynki, tak, budynki, załogi, maszyny, tereny rolnicze - wymieniał Sybel. - Co 

nieco   jest,   ale   skala   skromna.   Na   powierzchni   mieszczą   się   siedziby   tho   i   niewielkie, 

porozrzucane po całym terenie zakłady przemysłowe. Żadnych astrodromów, żadnych fabryk 

porównywalnych   z   tymi,   które   widzieliśmy   na   Obscurusie.   My...   -   odczekawszy  chwilę, 

sprecyzował: - Moja rasa mało wie o cywilizacji faata Trzeciej Fazy. Nie mam na myśli 

technologii ani administracji, lecz codzienne życie. Teraz wiem nieco więcej. Podczas lotu 

przesondowałem pola mentalne na południowym i północnym kontynencie. Jest sporo jaskiń i 

pieczar, szczególnie w górach nad morzem, a wszystkie zamieszkane... są trzy setki mózgów, 

małych   i   średnich   daskińskich   tworów,   również   ukrytych   pod   ziemią...   są   arsenały,   są 

background image

kopalnie,   gdzie   wydobywa   się   surowce,   są   centra   rozmnażania...   ty   nazywasz   je 

inkubatorami... są odpowiedniki laboratoriów... Co jeszcze cię interesuje?

- Planetarny punkt kontroli, jeśli taki mają. I oczywiście miejsce, gdzie hodują mózgi. 

Te największe.

- Na wybrzeżu. Wyczułem parę... duże, znacznie większe od pozostałych, ale na razie 

w stadium rozwoju; najwyraźniej hodują je na potrzeby stoczni na Obscurusie. Co się tyczy 

punktów kontroli, to każdy kontynent ma swój. Trzy kontynenty, trzy Wiązki, trzy organy 

rządzące... Tutejszy, jak sądzę, kryje się we wnętrzu nadmorskich gór. Możesz sam sprawdzić. 

Jeśli dałeś radę dotrzeć do naszej flotylli, to przeszukanie planetarnego tła będzie dla ciebie 

fraszką.

Ale   Corcoran   nie   zamierzał   niczego   sprawdzać,   gdyż   lądowanie   wykończyło   go 

całkowicie. Aktywizowali robota stróżującego, opuścili moduł, przez chwilę podziwiali, jak 

zręcznie srebrzysty pajączek wspina się po ścianie kanionu, a gdy dotarł do płaskowyżu i 

dokonał pomiarów, obliczyli, że ciemność zapadnie za trzy godziny i dwadzieścia siedem 

minut. Potem otworzyli skrzynkę z konserwami, przekąsili w półmroku i chłodzie, wśród 

porozrzucanych to tu, to tam malowniczych granitowych kamieni, po czym Corcoran zajął się 

robotami bojowymi, a Sybel przystąpił do programowania sond informacyjnych, zapisując w 

ich   pamięci   mapę   sporządzoną   przez   komputer   i   dodając   jednocześnie   własne   uwagi   i 

spostrzeżenia.

Dwie   maszyny   bojowe   były   największym   ładunkiem,   jaki   ze   sobą   zabrali.   Po 

włączeniu programu rozpakowującego Corcoran obserwował, jak metalowe paczki zmieniają 

się   w   masywne   giganty   z   sześcioma   kończynami   zakończonymi   dłońmi   -   kleszczami   i 

półkulami   dział   wystającymi   tam,   gdzie   górna   część   rąk   łączy   się   z   korpusem.   Gdy 

transformacja   dobiegła   końca,   wysłał   jednego   robota   na   górę,   do   pająka   obserwatora,   a 

drugiego pozostawił w wąwozie. Ich główne zadanie polegało na ochronie modułu, lecz w 

razie   potrzeby   mogły   służyć   jako   środek   transportu   do   przewożenia   ładunków,   do   prac 

ziemnych i jako ruchome punkty analizy fizyko chemicznej. Co prawda tylko w miejscu 

lądowania - Sybel raczej nie był w stanie teleportować ważących ponad tonę maszyn.

Zapadł zmrok, na wąskim pasie nieba widocznym z wąwozu zabłysły gwiazdy Sybel 

zakończył   pracę   -   cienki   walec   sondy   informacyjnej   bezszelestnie   zawisł   nad   modułem, 

zamarł na chwilę, po czym jak strzała pomknął prosto w górę. Corcoran odzyskał siły, otwarł 

pojemniki z bronią, wyjął mały laserowy promiennik i umocował go na prawym nadgarstku, 

na lewym zapiął bransoletę pełniącą funkcje rejestratora obrazu i dźwięku oraz komunikatora, 

do   pasa   przytwierdził   miotacz   plazmy,   do   plecaka   wrzucił   baterie,   koncentrat   odżywczy, 

background image

manierkę i apteczkę. Potem zamknął oczy i zaczął nasłuchiwać.

Jego mózg wypełnił bezdźwięczny gwar głosów, niewyraźny szybki bełkot, rozmyte 

obrazy i wybuchy cudzych emocji. Fale mentalne płynęły nad planetą, krążyły, wirowały, 

mieszały się, nakładały i przez jakiś czas Corcoran czuł się ogłuszony, jakby wpadł w środek 

ogromnego tłumu, gdzie każdy mówił o czymś innym, a do jego uszu dobiegały tylko urywki 

zdań, oddzielne słowa i krzyki. Na Ziemi było inaczej, tam promieniowanie myślowe nie 

atakowało z hukiem, lecz szeleściło cicho, dzięki czemu potrafił zawsze bez trudu dostroić się 

do   odpowiedniej   fali.   Niełatwo   być   telepatą   w   świecie   telepatów   -   pomyślał,   próbując 

skoncentrować się i odnaleźć porządek wśród dźwięczącej w głowie kakofonii. Określenie 

„dźwięczącej” było nie do końca precyzyjne, podobnie jak inne słowa: „widzieć”, „słyszeć”, 

„czuć”, jednakże w ziemskich językach nie istnieje nic lepszego; być może odpowiednie 

słowa pojawią się za wiek czy dwa, gdy kontakty mentalne przestaną być rzadkością.

Tak więc słuchał i stopniowo z chaosu sygnałów wyodrębnił potężne wyraźne impulsy 

napływające   z   południowego-zachodu,   z   odległego   krańca   kontynentu.  Te   fale   dosłownie 

podtrzymywały mnóstwo innych, nie tak silnych i nie tak dokładnych, ale za to zrozumiałych, 

gdyż niosły informacje w języku faata’liu. Były to przede wszystkim krótkie rozkazy dla tho, 

ale odnalazł też coś ciekawszego: pięciu lub sześciu ludzi omawiało jakiś problem związany z 

genetyką i wyglądało na to, że nie mogą uzgodnić wspólnego stanowiska.

Mo r’ari - stwierdził jeden z nich, a wraz z jego słowami do umysłu Corcorana dotarło 

uczucie bezsilności. Mo r'ari... wszystko na nic...

Z   modułu   wyszedł   Sybel.   Usłyszawszy   odgłos   kroków,   Corcoran   otworzył   oczy. 

Przyjaciel był gotowy do drogi: ciemnofioletowe ubranie opinało go od szyi aż po kostki, na 

plecach, zlewając się z kombinezonem, wisiał płaski pojemnik, na lewej ręce pobłyskiwała 

bransoleta, na pasie wisiała mała torba. Dziwnie było widzieć go w tej postaci - starego faata 

z długimi czarnymi włosami przetykanymi zielenią i ustami przypominającymi ptasi dziób. 

Klaus nie wziął broni, lecz coś rozpychało jego plecak - owalny przedmiot wielkości dłoni. 

Kapsuła z gazem? - pomyślał Corcoran.

Nie, kapsuła miała inny kształt.

- Sondujesz pole? - zapytał Sybel. - I jak wrażenia?

-   Miałeś   rację,   w   górach   na   południu   coś   jest.  Wymiana   mentalna   na   tle   silnego 

rytmicznego pulsowania... To quasi-rozumni? Ci jeszcze niedojrzali?

- Tak. Chcesz się do nich wybrać?

- Nie teraz, Klausie. Najpierw obejrzymy inne miejsce.

Złowiwszy jego myśl, Sybel kiwnął głową.

background image

- To, które widywałeś w Snach? Wzgórze, rzeka, pagórek... Co cię tam ciągnie?

- Ten typ w t’hami. Mam wrażenie, że to bardzo dobrze poinformowana osoba. Jeśli 

jeszcze się nie ocknął...

- Wyjmiemy go jak jajo z gniazda! - Zęby Klausa błysnęły w uśmiechu. - Zatem na 

wzgórze. Wyobraź sobie to miejsce i przekaż mi obraz... to wystarczy...

Ciemne niebo, wąwóz, moduł i znieruchomiały robot nagle znikły i oczy Corcorana 

zalało światło. Stali na zboczu wzgórza, za kręgiem drzew, których korony z poplątanych 

gałęzi   i   szerokich   liści   przypominały   parasole.   Przed   nimi   ciągnęła   się   równina,   a   na 

zachodzie, odległa o kilka kilometrów, błyszczała powierzchnia rzeki i białe kopuły długich 

niewysokich   budowli.   Rzeka   była   taka,   jak   ją   zapamiętał   Corcoran   -   spokojna,   szeroka, 

ozdobiona łuną różowego blasku promieni zachodzącego słońca. Nad płaskowyż nadciągnęła 

noc, a tutaj jeszcze trwał wieczór i do zapadnięcia zmroku pozostało jakieś pół godziny. 

Ogromna tarcza słoneczna wisiała nad wodami i stepem i zdawało się, że trawy - lub być 

może mchy - zmieniły kolor z niebieskozielonego na fioletowy, prawie czarny. Na równinie i 

nad rzeką nie widać było żadnego ruchu - ani ludzi, ani płynących w stronę zabudowań 

platform, ani żadnych mechanizmów.

Corcoran niczym lunatyk zrobił kilka kroków po zboczu. Nie odrywał wzroku od 

rzeki i stojących na brzegu budynków.

- Dokąd to? - Głos Sybela przywołał go do rzeczywistości.

- Ja... Widzisz, Klausie, ten pejzaż przychodził w Snach, ale nigdy nie mogłem zrobić 

ani kroku w stronę rzeki. Pamięć genetyczna milczała. A teraz jestem tutaj i...

- Już o tym rozmawialiśmy - przerwał mu Sybel. - Twój przodek nie schodził nad 

rzekę, więc nie miał takich wspomnień. Myślę, że nie masz czego szukać nad rzeką. Jest tam 

kilkuset tho, nadzorca i mały mózg. Produkują koncentraty odżywcze z trawy.

Ale Corcoran słuchał go jednym uchem. Owładnęła nim nowa myśl, uderzając z mocą 

pioruna - aż stracił oddech. Odwrócił się, obejrzał płaski wierzchołek wzgórza widoczny 

między pniami drzew i wymamrotał:

- Człowiek w t’hami... ten, po którym odziedziczyłem dar mentalny i wspomnienia... 

ten, który przeżył tu wiele lat... Władco Pustki! To mój przodek! Mój ojciec!

- Biologiczny - spokojnie przypomniał mu Sybel. - Nie mierz faata ziemską miarką, 

oni nie znają więzi rodzinnych. Twój tak zwany ojciec jest przodkiem kilku tysięcy tho i być 

może dziesiątki w pełni rozumnych. To, że jego spermą zapłodniono komórkę jajową, z której 

powstałeś, nie powinno wywoływać w tobie żadnych emocji. A jeśli przypomnisz sobie, jak 

do tego doszło... co zrobili z twoją matką... tam, na ich przeklętym Okręcie...

background image

Fala zimnych dreszczy przebiegła po plecach Corcorana. Sybel jak zwykle miał rację - 

na   tym   przeklętym   Okręcie   Abbie   McNeal   padła   ofiarą   wstrętnego   i   podłego   gwałtu, 

potraktowano   ją   jak   laboratoryjne   zwierzę:   królika   albo   szczura.  A  człowiekowi,   którego 

nazwisko nosił, Richardowi Corcoranowi, przypadł w udziale jeszcze gorszy los - zadręczono 

go na śmierć. Sybel ma rację, ma rację! Jeśli kogokolwiek powinien uważać za ojca, to tylko 

Corcorana, Litwina albo Klausa metamorfa...

Z rozdrażnieniem kiwnął głową i ruszył w górę po stoku, ku parasolowatym drzewom. 

Za   nimi   leżała   polana,   którą   widywał   w   Snach:   niewysoka   miękka   trawa   otoczona 

pierścieniem   drzew,   a   pośrodku   -   drzewo   olbrzym   o   konarach   rozpościerających   się   na 

kilkadziesiąt   metrów.   Sybel   szedł   obok   niego   z   głową   przekrzywioną,   jakby   czegoś 

nasłuchiwał,   a   grymas   wykrzywiający   jego   twarz   był   zupełnie   nietypowy   dla   faata. 

Zdziwienie? Odraza? Nie, najpewniej obrzydzenie - zadecydował Corcoran.

Weszli na polanę, ale nie zdołali zrobić nawet dziesięciu kroków, gdy do ich uszu 

dobiegł   rozkazujący   okrzyk.   Energicznymi   skokami   przybliżała   się   do   nich   czwórka 

muskularnych półnagich mięśniaków, bladoskórych i bezwłosych, owiniętych rzemieniami 

czy   może   jakąś   uprzężą   podobną   do   rynsztunku   gladiatora.   Ich   fizjonomie   wydały   się 

Corcoranowi obrzydliwe, mimo że poszczególne części były w jak najlepszym porządku - 

wyraźne  kości  policzkowe i podbródki,  szerokie nosy,  wargi w typie  europejskim, szare, 

niemalże   przezroczyste   oczy.   Jednakowe   twarze   -   pomyślał   -   i   jakieś   zatarte,   jakby   je 

ulepiono z gliny i przetarto mokrą szmatą. Powiedzmy szczerze, piękni to oni nie są, żadnego 

podobieństwa do ciebie, ciociu Io...

- Olkowie - powiedział spokojnie Sybel. - Musi mieszkać tu ktoś bardzo ważny, skoro 

do jego barłogu przydzielono ochroniarzy.

- Mają paralizatory - szepnął Corcoran, zauważywszy wiszącą na pasach broń.

- Zaraz ich... - Podniósł uzbrojoną rękę, lecz Sybel pokręcił głową.

- Nie trzeba, Paulu. Jesteśmy faata, więc olkowie nas nie skrzywdzą. Porozmawiaj z 

nimi  kilka chwil. Są pod kontrolą małego mózgu. Dam sobie z nim radę bez problemu. 

Głupkowaty, ale posłuszny... to nie jest quasi-rozum z Okrętu.

Corcoran zrobił krok naprzód i krzyknął:  „Hr’doa!”  co znaczy „Stać!” - wysyłając 

jednocześnie rozkazujący impuls myślowy. Strażnicy zamarli, zginając ręce w geście pokory - 

najwyraźniej dostrzegli, kto ich odwiedził. Potem, przestępując z nogi na nogę, wymamrotali:

- W pełni rozumny...

- Nie wolno tutaj wchodzić, w pełni rozumny...

- Nie wolno przebywać...

background image

- Siedziba Dajta...

- Dajt, Utrzymujący Łączność...

- Nie wolno, w pełni rozumny...

- Powinieneś odejść...

- Rozkazać, aby przysłano moduł...

- Dajt, Utrzymujący... Nie wolno...

Nagle oczy zaszły im mgłą i cała czwórka upadła na trawę. Żyją - zauważył Corcoran; 

oddychali rytmicznie, wyglądali tylko na pogrążonych w głębokim śnie.

- I po wszystkim - stwierdził Sybel. - Mózg ich odłączył. Gdy się ockną, nie będą nas 

nawet pamiętali.

Ruszył w kierunku drzewa rosnącego na środku polany, lecz Corcoran zatrzymał go, 

mówiąc:

- Poczekaj. Schowajmy ich gdzieś.

Odciągnęli bezwładnych olków na stok, gdzie rosły wysokie trawy, potem obejrzeli 

uważnie wierzchołek wzgórza. W odległości paru kroków od środkowego drzewa znaleźli 

wystające   lekko   nad   ziemią   pole   siłowe   przypominające   kształtem   soczewkę.   Takie 

urządzenia zastępowały faata drzwi, zamki i zapory. Otwierał je wyłącznie impuls mentalny 

odpowiedniej   częstotliwości.   Za   membraną   prawdopodobnie   były   schody   lub   winda 

prowadząca na dół, do siedziby Dajta. Wysoki tytuł! - uznał Corcoran, starając się zagłuszyć 

myśl o tym, że Dajt jest jego przodkiem - Hierarchia Wiązki - grupy rządzącej w świecie 

Trzeciej   Fazy   -   była   znana   już   w   kronikach   z   czasów   admirała   Tymochina.   Za 

najważniejszego uważano Opokę Porządku - władcę o nieograniczonych pełnomocnictwach, 

drugi z kolei był Strateg, Obrońca Niebios, a trzeci - Pośrednik, Rozmawiający z Bino Tegari, 

jak faata nazywali wszystkich obcych. Utrzymujący Łączność był czwarty w hierarchii, jego 

zadanie   polegało   na   kontrolowaniu   quasi-rozumów,   sprawowaniu   nad   nimi   nadzoru   i 

rozmnażania ich. Było jasne, że Utrzymujących wybierano na podstawie wrodzonego talentu 

- szczególnie rozbudowanego daru do kontaktów mentalnych, natomiast droga prowadząca 

pozostałych rządzących na szczyty władzy pozostawała niejasna. Uważano, że ważną rolę 

odgrywały   indywidualne   zalety,   doświadczenie   i   wiek,   przy   czym   decydujący   był   wiek: 

przekroczenie   granicy   trzech,   czterech   stuleci   wiązało   się,   co   zrozumiałe,   z   ogromnym 

życiowym doświadczeniem.

- Połączę się teraz z tym daskińskim draństwem i otworzę membranę - oznajmił Sybel. 

- Mógłbym nas teleportować, ale nie mam pojęcia, jak jest urządzone podziemie... twój Sen o 

tym nic nie mówił.

background image

Jego   wzrok   na   chwilę   stał   się   szklisty,   jednocześnie   przez   membranę   przebiegły 

błękitnawe   fale.   Soczewkowate   pole   siłowe   zmętniało,   potem   znikło;   pod   spodem   ziała 

kiepsko oświetlona studnia.

- Przypomina szyb grawitacyjny - powiedział Corcoran. - Jedziemy, Klausie.

Pierwszy zrobił krok w pustkę i porwany przez potok powietrza powoli sunął w dół. 

Sybel podążył za nim. Jego palce coś wymacały w wiszącej przy pasie torbie i Corcoran 

pomyślał, że może jednak przyjaciel zabrał broń. Pojemnik z gazem usypiającym, serum 

obezwładniające - jednym słowem, coś nie powodującego śmiertelnego zejścia. Mimo stuleci 

spędzonych wśród ludzi Sybel wciąż nie potrafił zabijać.

Droga   w   dół   dobiegła   końca.   Przez   dolną   membranę   weszli   do   obszernego 

pomieszczenia z wysokim sklepieniem poprzecinanym pasami światła. Corcoran nie był w 

stanie   powiedzieć   nic   konkretnego   o   tym   miejscu;   ściany  płynnie   wyginały   się,   tworząc 

mnóstwo nisz, wgłębień i występów niczym w grocie, gdzie nie ma równych powierzchni, do 

jakich przywykły ludzkie oczy, a jedynie lekko oszlifowane naturalne formy. Niektóre nisze 

tonęły w mroku, inne zalewało światło - w tych pobłyskiwała przezroczysta masa, coś w 

rodzaju dużych kryształów zebranych w dziwaczne pryzmy. Kilka zagłębień umieszczonych 

w ścianach na różnych wysokościach było pustych, migotały w nich tylko rytmicznie odbicia 

światła. Sufit o dziwacznej formie podkreślał wrażenie obcości równie silne jak to, które 

Corcoran   odczuwał   na   statku   silmarri.   Dziwne,   zważywszy,   że   silmarri   nie   należeli   do 

humanoidów, a faata jednak byli ludźmi.

Sybel   pozostał   obojętny   wobec   nastroju   panującego   w   podziemnej   siedzibie. 

Znieruchomiał   obok   jednej   z   nisz   przechodzącej   płynnie   w   małe,   skryte   w   mroku 

pomieszczenie;   stał   tam   jakiś   skomplikowany   agregat   owinięty   rurkami   i   przewodami   z 

owalnymi   przyssawkami,   a   na   podłodze   widoczny   był   dysk   -   metalowy   lub   z   plastiku 

przypominającego   metal.   Świadomość   Corcorana   przeszyło   krótkie   wspomnienie:   nagi   i 

skurczony wisi w powietrzu nad tym dyskiem, a do ciała ma przyczepione mnóstwo rurek i 

przewodów.

- Sala t’hami - powiedział Sybel, oglądając niszę i przyrząd. - O ile dobrze widzę, 

pusta.   Utrzymujący   Łączność   gdzieś   sobie   poszedł...   najpewniej   programuje   mózg   nad 

południowym morzem. - Odwrócił się w stronę Corcorana. - Jaki będzie nasz kolejny krok? 

Czekamy czy wybierzemy się do quasi-rozumnych?

- Chciałbym obejrzeć i zarejestrować to wszystko. - Corcoran włączył bransoletę i 

obrzucił pomieszczenie badawczym spojrzeniem. - Jest tu wiele ciekawych rzeczy, których 

nie było na Okręcie. Nie sądzisz, Klausie? O, na przykład to coś...

background image

Wskazał   niszę   z   kryształami,   jednakże   Sybel   nie   odpowiedział.   Jego   twarz   nagle 

przybrała wyraz skupienia; znowu łowił fale mentalne i Corcoran poczuł ich echo we własnej 

świadomości. Stojąc na środku cudzego mieszkania, wśród dziwacznie zakrzywionych ścian, 

słyszał głosy miotające się nad planetą niczym stado oszalałych ptaków. Mężczyźni spojrzeli 

na siebie i Sybel powiedział:

-   Wie   już,   że   ktoś   przeniknął   do   jego   domu.   Mózg   mu   powiedział.   Mogłem 

zablokować te sygnały, ale...

- Nie szkodzi, Klausie. Niech tutaj przyjdzie. Oby tylko nie zabrał ze sobą olków.

Sybel pokręcił głową.

-  Wraca   sam.   Jest   pewny  swej   mocy.   Nie   potrzebuje   olków.   Jest   już   w   aparacie 

latającym, dotrze tutaj za kilka minut.

- No cóż - powiedział spokojnie Corcoran - poczekamy.

background image

8

OJCIEC I SYN

Roon, centralny kontynent,

2125 rok

Sybel cofnął się w głąb ciemnej pustej niszy.

- Paulu, posłuchaj mnie. - Jego głos cicho zaszeleścił pod sklepieniem sali. - Ten Dajt 

to twój hipotetyczny przodek... Co chcesz od niego uzyskać?

- Wzajemne zrozumienie - odpowiedział Corcoran. - Zamierzamy wygnać ich stąd i 

zrobimy to. Ale chciałbym, żeby obeszło się bez miotaczy plazmy i anihilatorów.

- A jeśli pokojowe rozwiązanie będzie niemożliwe?

- Wtedy przynajmniej zdobędziemy informacje. Kto mieszka tutaj, na Roonie, a także 

na T’harze i Ezacie, kto rządzi Wiązkami i czego w ogóle chcą. A nuż któryś z rządzących 

okaże się bardziej skory do ustępstw... Komodor Vrba nie chce rozlewu krwi.

- Jesteś tego pewien? Słyszałem, że jego ojciec zginął w Bitwie przed Orbitą Marsa...

-  To   nie   ma   znaczenia,   Klausie.   Komodor   ma   instrukcje   parlamentu   oraz   ZSN   i 

wypełni je co do joty.

- Oprócz jego krewnych na Ziemi zginęły miliony - przypomniał Sybel.

- To prawda - zgodził się Corcoran. - Ale czy z tego powodu należy zniszczył miliony 

tho? Tutaj, na Roonie, na T’harze i Ezacie?

- Mówisz tak, bo sam jesteś w połowie faata?

- Nie, dlatego, że jestem człowiekiem.

Po chwili milczenia Sybel burknął:

- Świat się zmienia, wy też... Chyba na lepsze. Pomogę ci, Paulu. Będę tu, obok ale 

Utrzymujący nie zobaczy mnie ani nie wyczuje. Taka mała sztuczka mentalna.. Jeśli coś 

pójdzie nie tak, wtrącę się. Powinieneś być gotowy na wszystko.

- Masz broń? - zapytał Corcoran. - Włożyłeś do torby kapsułę z gazem?

- Nie. Wziąłem hipnoglif

36

. Jeden z hipnoglifów loona eo. Dostarczają je na Ziemię, 

36

  Hipnoglif - obiekt zdolny wprowadzić człowieka w lekki trans hipnotyczny lub całkowicie pozbawić go 
woli. Przykłady hipnoglifów: natrętna melodia raz za razem powtarzana w myślach; niewielki kawałek 
drewna lub plastiku określonej formy - obraca się go w palcach, ściska i gładzi; rytmiczne pulsowanie 
światła   przyciągające   wzrok.   Hipnoglify   wytwarzane   przez   loona   eo   wchodzą   w   rezonans   z   falami 

background image

co prawda w niewielkich ilościach i tylko na potrzeby określonych służb. Słyszałeś o tych 

cudach?

- Nie przypominam sobie. Jak działa hipnoglif?

- Paraliżuje podświadomość. Popatrz przez chwilę...

To   ten   bibelot   z   jego   kajuty   -   przypomniał   sobie   Corcoran.   Drobiazg   przykryty 

kloszem,   podobny   do   małej   ośmiornicy   z   przemykającymi   po   powierzchni   pękami 

kolorowych plam... Rzecz, którą tak bardzo miał ochotę wziąć do ręki, podnieść ku twarzy i 

patrzeć na nią, patrzeć, patrzeć...

- Tak - potwierdził Sybel, złowiwszy jego myśl. - Wprowadza w trans i uniemożliwia 

opór. Działa na wszystkich humanoidów, a najmocniej na telepatów.

- A na ciebie?

- Nie jestem humanoidem - odparł ze śmiechem Sybel. - Mój dar ma inny charakter.

Zamilkli.   Corcoran   stał   na   środku   podziemia,   naprzeciwko   szybu   grawitacyjnego, 

Sybel skrył się w półmroku jednej z nisz. Jego twarz była niewidoczna, dało się dostrzec 

tylko niewyraźną sylwetkę niemalże wtopioną w ścianę. Strumyczek mentalnych impulsów 

cieknący  od   niego   do  Corcorana   nagle   zanikł,   jakby  zamknięto   śluzę   odcinającą   dopływ 

wody.   Teraz   w   przestrzeni   mentalnej   Sybel   był   niewidoczną   zjawą,   cieniem   wśród 

szepczących cieni.

- Przyleciał - doleciało do Corcorana po kilku minutach ciszy. - Idzie w stronę windy. 

Sądzi, że należysz do załogi Okrętu, który nas zaatakował. Jest przekonany, że Okręt wrócił, a 

ty jesteś wysłannikiem Yaty.

- No to czeka go niespodzianka - wymamrotał Corcoran, obserwując membranę u 

wylotu szybu.

Przez   pole   siłowe   przebiegła   ciemna   fala,   otaczając   zamgloną   sylwetkę.   Jeszcze 

chwila   i   z   windy  wyszedł   człowiek   -   niewysoki   i   giętki   poruszał   się   z   gracją   tancerza. 

Srebrzyste oczy, wąski podbródek, maleńkie pulchne usta, długie ciemne włosy... Rysy twarzy 

przypominały   Io.   Wspomnienie   napełniło   smutkiem   duszę   Corcorana.   Jakby   wrócił   do 

czasów dzieciństwa i usłyszał cichy głos: T’taja orr n’uk’uma sirend’agi patta...

Lecz to nie ukochana ciocia Io stała przed nim, tylko Utrzymujący Łączność Dajt, 

czwarty w Wiązce, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i wymuszania posłuszeństwa. 

Faata’liu, język faata, w jego ustach brzmiał twardo i urywanie.

- Jesteś moim potomkiem. - Świadomość Corcorana musnął szum mentalny. - Jesteś 

moim potomkiem, ale nie pochodzisz od ksa... Zatem wędrówka Yaty została uwieńczona 

mózgowymi humanoidów i działają znacznie efektywniej; faktycznie są bronią psychotropową.

background image

sukcesem? Znalazł rasę podobną do nas? Podobną bardziej ni kni’lina? Podobną tak bardzo, 

że...

Impuls   mentalny   przekazał   obraz:   naga   kobieta   z   rozdętym   łonem   i   nogami 

podciągniętymi na piersi. Ciemnowłosa, o wąskiej twarzy, niepodobna do matki Corcorana, 

który jednak na jej widok poczuł nieoczekiwany przypływ złości. Mimo wszystko to była 

ona, Abbie McNeal, uwięziona na okręcie faata, zgwałcona, znieważona... Jeśli nawet nie 

przez   tego   człowieka,   to   przez   jego   współplemieńców   bezceremonialnych,   okrutnych, 

uważających się za jedyną rozumną rasę.

Zdusił gniew i powiedział:

- Yata dotarł do mojego ojczystego świata, gdzie rzeczywiście żyją ludzie podobni do 

was, i urządził tam rzeźnię. Zginęły miliony, wiele osób zostało okaleczonych, a pamięć o 

tych  wydarzeniach  przetrwała  w ruinach  naszych  miast. Ale  co  było,  to było...  Jesteśmy 

gotowi zapomnieć.

- My? - przez myśli Utrzymującego przemknęło zdumienie. - My? Czyż nie jesteś 

faata? Moim potomkiem?

- Prawdopodobnie - z westchnieniem przyznał Corcoran. - Ale to nie ma znaczenia. 

Jestem potomkiem zwycięzców.

- Oczywiście. Yaty.

Jego pewność siebie była niewzruszona. Corcoran z uczuciem mściwej satysfakcji 

odpowiedział:

- Mylisz się, Utrzymujący. Zniszczyliśmy Yatę. Całą załogę Okrętu i kierującego nim 

quasi-rozumnego stwora. Nie zostało nic poza szczątkami na biegunie naszej planety.

Przesłał   informację   wizualną:   gigantyczna   wieża   Okrętu   wśród   lodów  Antarktyki, 

pęknięcia i dziury ziejące w poszyciu, pogrążone w półmroku korytarze z przekrzywioną 

podłogą, zgaszona kula obserwacyjna na mostku i trupy, trupy, trupy... Był to fragment filmu 

nakręconego przez ekspertów korpusu naukowo-badawczego, jedną z pierwszych grup ludzi, 

jakie dostały się na Okręt faata. Film, można powiedzieć, historyczny! Jakąś dekadę temu 

rozpoczęto utylizację jednostki i teraz była już rozebrana do połowy.

- Ale ty sam... - zaczął Utrzymujący.

- Jestem ofiarą eksperymentu, zbrodniczego i na szczęście jedynego - z mrocznym 

uśmiechem przerwał mu Corcoran. - Nie żywię żadnych ciepłych uczuć ani do Yaty, ani do 

Ajwe, ani do ciebie, Utrzymujący. Słyszałeś, co powiedziałem? Yata zabił ogromną liczbę 

rozumnych na mojej planecie, nie mniej, niż żyje w Nowych Światach, a być może więcej. 

Nie mamy tho i życie każdego człowieka jest...

background image

Chciał powiedzieć „święte”, co byłoby znacznym odstępstwem od prawdy, lecz nie to 

go powstrzymało: język faata był pozbawiony terminów religijnych. Być może kiedyś oni 

także wynaleźli siłę wszechmogącą, boga i diabła, raj i piekło, ale wszystko to zaginęło w 

przeszłości;   dwa   Zaćmienia,   dwie   katastrofy   ich   cywilizacji   udowodniły,   że   boga   nie 

interesują ludzkie sprawy, a do wywołania nieszczęść wcale nie trzeba diabła.

Dajt rzucił się w stronę Corcorana i wbił wzrok w jego twarz.

- Okręt Yaty został zniszczony... A ty jesteś tutaj, w Nowych Światach! W jakim celu? 

I jak się tutaj dostałeś? - Źrenice błysnęły. - Nie urodziła cię ksa, ale masz umysł faata, a nie 

bino tegari... Jesteś pomiotem ciemności! Wiesz, co to znaczy? Mogę przeniknąć do twej 

świadomości i znaleźć tam odpowiedź na każde pytanie!

Corcoran się zachwiał. Jego mózg ścisnęły rozpalone kleszcze. A może nie były to 

kleszcze, lecz wiertło; wirując z zawrotną prędkością, wchodziło w tkankę coraz głębiej, 

ciągnąc ją za sobą w nieprzerwane tany stalowego ostrza. Bariery, które Corcoran próbował 

wznieść,   legły   w   ruinach;   obrona   padła,   nie   wytrzymawszy   naporu   władczej   obcej   siły 

szalejącej   w   jego   świadomości,   wyciągającej   wspomnienia,   bezceremonialnie   oglądającej 

znalezisko   i   obojętnie   odrzucającej   je   precz.   Posłuszne   obrotom   wiertła   wspomnienia 

rozwijały   się   niczym   jasny   łańcuch   padający   w   morską   otchłań;   wbrew   woli   Corcorana 

ogniwo podążało za ogniwem, a każde wybuchało obrazem przeszłości.

Znów powrócił do lat dziecinnych, widział dom w Chołmach, znajome twarze matki, 

Io i Litwina, słyszał ich głosy; przemknął mu w pamięci budynek gimnazjum w Smoleńsku, 

lazurowe   wody   zatoki  Alcudia,   stara   twierdza   nad   Dnieprem,   ciągnąc   za   sobą   na   wpół 

zapomnianych przyjaciół z tych lat, Sieriożę, Joségo Gutiérreza, kolegów z klasy, dziewczęta 

i chłopców; potem zobaczył budynki Akademii Bajkonurskiej, wściekłą twarz Briana Cocksa, 

betonowe płyty astrodromu i kanie unoszone w górę jasnymi strumieniami ognia. Znowu 

mknął   nad   Równiną   Umarłych   w   półmroku   wenusjańskiego   nieba   i   słuchał   gderania 

instruktora; znowu chwiejąc się i potykając. brnął przez indyjską dżunglę; znowu patrzył na 

martwą twarz Wani Sażyna, którego nieśli Barre i Larsen; i znowu, jak czternaście lat temu, 

całował Wierę w brzozowym zagajniku i czuł słodycz jej ust. Potem przed oczami stanęła mu 

przytulna mesa Czyngis-chana, zabrzęczały kieliszki w rękach towarzyszy, na ich twarzach 

znowu zakwitły uśmiechy - gratulowali mu narodzin Luby... Przemknęła stocznia, wypukłe 

ściany Europy oświetlone reflektorami, a zaraz po nich - surowa fizjonomia Karela Vrby. „Co 

będę musiał zrobić? Wszystko, czego będzie wymagała sytuacja...”

Krążowniki...   Sześć   ogromnych   krążowników   niczym   sześć   srebrnych   płynęło   w 

mroku i zimnie jego świadomości. Grupa specjalna „37”, operacja Kontratak... Opuściwszy 

background image

Obłok Oorta, okręty szły w szyku bojowym. W czeluściac anihilatorów czaiła się śmierć, ich 

celem był Obscurus; za kilka godzin deszcz plazmy spadnie na asteroidę, zmiatając pola 

ochronne...   Corcoran   chciał   ukryć   tajne   informacje,   ale   przeszywające   go   wiertło   było 

bezlitosne. A może było to nie wiertło lecz kleszcze; wyciągały z niego wspomnienia i życie.

Jęknął z bezsilności, starając się przełamać skuwającą go cudzą wolę, i nagle poczuł 

wolność. Przed oczami zawirowały kolorowe fale i natychmiast odpłynęły, a wraz z nimi 

ustąpił męczący ból; łańcuch zgrzytnął, zatrzymał się i znikł. Drżącymi rękoma Corcoran 

namacał blok medyczny, dotknął odpowiednich przycisków i przyłożył apteczkę do grzbietu 

dłoni. Świat zwidów, dźwięków i szeptów napływający do niego z minionego życia nagle 

znikł, a jego miejsce zajęła rzeczywistość, tonące w półmroku pomieszczenie z niszami w 

ścianach, pasy światła na suficie błysk kryształów i postać Utrzymującego zastygła przed nim 

w jednym z wgłębień.

Ze środka, niczym diabeł z pudełka, wyskoczył Sybel.

- No, Paulu, teraz już wiesz, czym jest głębokie sondowanie mentalne. Trudno je 

zaliczyć do przyjemności, nieprawdaż? Wyssałby z ciebie wszystko, a potem zafundował ci 

zawał i udar mózgu... albo zatrzymał oddychanie, albo wymyślił coś równie ciekawego... taki 

ci się trafił tatuś. No dobrze, dobrze! Jesteś młody silny i musisz się uczyć... A jak masz się 

uczyć, jeśli nie podczas mentalnych potyczek? - Klaus obszedł nieruchomego faata, stanął za 

jego plecami i z wyrazem zadowolenia na twarzy zauważył: - Twardy orzech do zgryzienia z 

tego nasze Utrzymującego! Bez wzmacniacza nie da rady przejąć nad nim kontroli... A jednak 

poradziliśmy sobie z nim. Tak czy inaczej, poradziliśmy sobie!

-   Chrrr...   -   wydusił   z   siebie   Corcoran.   -   Co   z   nim?   Co   zrobiłeś?   Niczego   nie 

zauważyłem.

- I nie zobaczysz, bo zablokowałem twoje zmysły. Taka wybiórcza blokada ośrodka 

wzroku...  A  on   widzi!   Ja   zresztą   też.   Gra   kolorów   po   prostu   zachwycająca...   przepiękne 

przejścia... mówię o hipnoglifie loona eo... stoi tam, w niszy na podłodze... On widzi i będzie 

patrzył   na   to   cudo   do   końca   świata,   jeśli   go   nie   dezaktywuję.   Póki   patrzy,   jest   twój, 

przyjacielu. Pytaj, o co chcesz!

Corcoran   utkwił   spojrzenie   w   Utrzymującym.   Jego   biała   skóra   stała   się   jeszcze 

bledsza   i   nabrała   niebieskawego   odcienia,   na   czoło   wystąpiły   mu   kropelki   potu   wargi 

obwisły, a oczy wyglądały jak odłamki srebrnego lustra. Jego biologiczny ojciec, którego 

spermę przyniósł Okręt faata... człowiek, który omal go nie zabił... Dziwne, lecz nie czuł 

nienawiści do Dajta. Rodzinnych uczuć też dla niego nie miał.

Preparat z apteczki zadziałał. Ustało drżenie rąk, w głowie się przejaśniło.

background image

- Słyszysz mnie, Utrzymujący? - powiedział Corcoran. - Możesz odpowiadać?

- Tak. - Tylko jedno słowo, bez żadnych obrazów mentalnych. Widocznie hipnoglif 

zablokował zdolność komunikacji mentalnej.

- Powiedz, czego chcecie? Jaki jest wasz cel? Dlaczego wysłaliście do nas Okręt? 

Czego potrzebujcie z Ziemi?

Wargi Dajta drgnęły. Mówił w sposób urywany, ale zrozumiały;  ostry, trzaskający 

język faata brzmiał jak uderzenia bicza.

-   Okręty   powinny   latać...   latać   coraz   dalej...   od   gwiazdy   do   gwiazdy...   latać, 

przesuwać granice... nowe światy... dużo nowych światów... zasiedlić je, wychować nowe 

pokolenie tho i quasi-rozumnych, zbudować następny okręt... weźmie go Stojący obok Kuli... 

najsilniejszy, najmądrzejszy, najstarszy... będzie Opoką Porządku... poleci na poszukiwania 

własnego świata... coraz dalej... aby nigdy nie nadeszło Zaćmienie...

Faata umilkł.

- Coraz dalej - w zadumie powtórzył Sybel. - Widzisz, Paulu, w zasadzie chcą tego 

samego co i wy. Mam wrażenie, że dążenie do ekspansji leży u podstaw natury humanoidów. 

Weźmy na przykład takich kni’lina...

Corcoran nic nie wiedział o kni’lina, gdyż Ziemianie nie zetknęli się jeszcze z tą rasą, 

ale   i   tak   był   gotów   zgodzić   się   z   Sybelem.   Historia   dowolnego   narodu   na   Ziemi   - 

starożytnego   jak   Egipcjanie,   Helleni,   Rzymianie,   czy   współczesnego,  Anglików,   Rosjan, 

Hiszpanów,   Skandynawów   i   innych   -   sprowadzała   się   w   istocie   do   rozszerzania   granic, 

zniewalania słabszych, a gdy zwyciężeni stawiali opór, do masowego ludobójstwa. Dążenie 

do   ekspansji   było   właściwe   zarówno   krajom   Zachodu,   jak   i   mocarstwom  Wschodu,   bez 

względu na kulturę, styl życia i wiarę; Aleksander Macedoński ruszył na Indie, Rzymianie - 

na Partię, krzyżowcy podbijali Palestynę, Rosjanie - Syberię, a z gór i stepów Azji spadały na 

Europę   zastępy   Persów,   Hunów,   Arabów   i   Mongołów.   Ekspansja   stała   się   naturalnym 

instynktem rasy,  a rozwój  cywilizacji  niczego  nie zmienił: Ziemia była  podzielona, teraz 

nadszedł czas na dzielenie Galaktyki.

Statki   powinny   latać   coraz   dalej   -   pomyślał   Corcoran   -   a   gwiezdne   imperium 

człowieka powinno stale się rozszerzać... To nieuniknione, inaczej nastąpi stagnacja i czeka 

nas koniec. Populacja dwanaście miliardów, wszyscy potrzebują powietrza, jedzenia i wody, 

przestrzeni do życia, surowców do fabryk i warunków do rozmnażania... Trzecia Faza będzie 

musiała   zrobić   nam   trochę   miejsca.   Zemsta   za   zabitych   to   tylko   pretekst,   a   prawdziwą 

przyczyną jest to, że T’har, Roon i Ezat nadają się dla Ziemian równie dobrze jak dla faata.

- Wymień waszych przywódców - rozkazał Corcoran. - Rządzących tutaj, na Roonie. 

background image

Ilu ich jest?

- Trzy Opoki Porządku - zabrzmiała odpowiedź. - Uajra na tym kontynencie Jass za 

południowym morzem M’ar’nehadi... i jeszcze Fojn.

Utrzymujący zamilkł.

- Dalej!

- W tym  stanie  może  odpowiadać  tylko  na  konkretne  pytania  -  wyjaśnił  Sybel.  - 

Musisz użyć jednoznacznego sformułowania.

- Aha - Corcoran kiwnął głową - rozumiem. Posłuchaj mnie, Utrzymując Wiesz o 

okrętach na granicy waszego systemu. Jeśli będzie ich za mało, przylecą następne, równie 

potężne,   ale   liczniejsze.   Nie   chcemy   jednak   was   zabijać,   choć   Opoka   Porządku,   który 

przyleciał na Ziemię, nie cackał się z nami. Chcemy tylko żebyście stąd odeszli. Wracajcie do 

swojego świata, do waszego ramienia Galaktyki! Wracajcie na drugą stronę Uskoku! - Zrobił 

przerwę, by myśl dotarła do świadomości Dajta, po czym zapytał: - Czy jest to technicznie 

możliwe?

- Możliwe - potwierdził Dajt, wbijając wzrok w ciemną niszę.

- Jesteście gotowi się podporządkować?

- Nie. Nigdy!

- Co zamierzacie zrobić w razie ataku?

- Zniszczymy was.

Siedzący na podłodze Sybel westchnął głęboko.

- Szczerze wierzy, że odniosą sukces. To bardzo, bardzo agresywna rasa... i tak pewna 

siebie...

- Jesteśmy gotowi dojść do porozumienia, ale nie ze wszystkimi Opokami Porządku, 

tylko z jednym z nich - powiedział Corcoran. - Który jest najostrożniejszy i najmądrzejszy? 

Może Uajra? Albo Jass? Albo Fojn?

Z gardła jeńca dobiegł ochrypły klekot. Corcoran nie wiedział, jak zinterpretować te 

dźwięki: przypominały śmiech, lecz faata nie umieli się ani śmiać, ani nawet uśmiechać.

- Opoki Porządku nie będą rozmawiać z bino tegari! Żaden z nich! Tylko niszczyć!

- Boję się, że to ich instynktowna reakcja - skomentował Sybel.

- Ale Yata i Ajwe prowadzili rokowania z Tymochinem. Pamiętam protokoły ponad 

trzydzieści godzin nagrań. Starali się uzgodnić warunki...

-   Nie   zapomniałem,   Paulu.   Jednakże   nie   pochlebiaj   sobie   zbytnio.   Co   to   były  za 

negocjacje? Oszustwo, nic więcej! A Utrzymujący nie próbuje nas okłamać. Nie jesteśmy w 

Układzie Słonecznym, lecz w Nowych Światach, a to zupełnie co innego.

background image

- Dobrze - powiedział Corcoran po namyśle. - W takim razie porozmawiamy na inne 

tematy.   Jakie   jest   najbardziej   czułe   miejsce   systemu   obronnego?...   Słyszysz;   mnie, 

Utrzymujący? Odpowiadaj!

Znowu długi ochrypły klekot... Potem na wdechu, jakby pokonując samego siebie, 

Dajt rzucił:

- Okręty... niedokończone Okręty...

- Jeszcze! Tutaj, na planecie!

- Wiązka Uajry... centrum... tam, gdzie Kula... i pozostałe centra... Fojna i Jassa...

- Gdzie? Podaj dokładne położenie!

-  Wiązka   Uajry...   nad   morzem   M’ar’nehadi...   za   wodą   spadającą   z   gór...   Wiązka 

Jassa... na południowym brzegu morza... w wąwozie pod kopułą z pola siłowego... Wiązka 

Fojna... drugi kontynent... za oceanem... na płaskowyżu, gdzie rosną drzewa htaa...

Utrzymujący wyciskał z siebie słowa, oddzielając je klekoczącym chrypieniem, jakby 

czyjeś niewidoczne ręce ściskały go za szyję, dławiły, nie pozwalając zaczerpnąć tchu. Sybel 

niespokojnie poruszył się i zaczął wstawać, burcząc pod nosem:

-   Co   za   diabelstwo...   Co   się   z   nim   dzieje?...   Paulu,   ostrożniej...   Nie   naciskaj... 

Wygląda na to, że stawia opór... W rzeczy samej, twardy orzech do zgryzienia...

Konieczny jest pośpiech - zadecydował w duchu Corcoran. Myśl ta zapuściła mocno 

korzenie w jego świadomości, choć nie do końca wiedział, jakie jest jej pochodzenie; być 

może od Utrzymującego napłynął strumyczek mentalnych fluidów pobudzających niepokój. 

Wbijając wzrok w trupio siną twarz jeńca, Paul zapytał:

- Gdzie są quasi-rozumni, których programujesz? Para przeznaczona do budowanych 

Okrętów? Gdzie oni są?

Jedyną odpowiedzią było klekotanie i skrzypienie. Dajt zachwiał się, uniósł ręce do 

gardła, jakby chciał zerwać duszący go sznur, i upadł na podłogę.

Ciałem wstrząsały konwulsje, nogi drgały, z otwartych ust wypadł język; wyglądało to 

tak,   jakby  chciał   złapać   oddech,   lecz   coś   mu   nie   pozwalało,   nie   przepuszczając   ni   łyka 

powietrza. Corcoran i Sybel pochylili się nad nim; na twarzy Klausa, zazwyczaj skupionej i 

spokojnej, widniało zakłopotanie.

- A niech to diabli! Jednak dotarł do układu oddechowego... Niewiarygodne! Pełna 

blokada, nic nie można zrobić!

- Nie trzeba nic robić - powiedział Corcoran. - Dla niego to najlepsze wyjście. I tak 

bym go żywego stąd nie wypuścił.

Brwi Sybela powędrowały w górę.

background image

- Z powodu matki? Z powodu zadanego jej gwałtu?

- Nie tylko. Jest wiele powodów.

Przez ciało Dajta przebiegł ostatni skurcz. Błękitny odcień znikł z policzków i twarz 

wyglądała teraz jak wyrzeźbiona w marmurze, na który ktoś rzucił karminową ścierkę języka. 

Nędzny koniec - pomyślał Corcoran - ale sam go sobie wybrałeś. Nie oszczędziłbyś mnie. Ani 

mnie, ani Klausa.

Wyprostował   się,   czując   falę   zmęczenia.   Dziwne,   uczucie   było   przyjemne, 

potwierdzało, że jest człowiekiem z Ziemi, a nie faata, i dlatego potrzebuje odpoczynku. To, 

co odziedziczył po Dajcie, nie zmieniło ludzkiej fizjologii - miał normalną potrzebę snu i 

nigdy nie odczuwał cyklicznego pobudzenia związanego z tuahha. Co innego mózg...

Jego mózg miał oczywiście specyficzną budowę - gdyby był taki jak u wszystkich 

ludzi,   Dajt   nie   zdołałby   zawładnąć   jego   świadomością   -   kontakty   mentalne   między 

Ziemianami   i   faata   były   niemożliwe.  Ale   jak   się   okazało,   Corcoran   słyszał   i   jednych,   i 

drugich, mógł więc się uważać za bardzo udaną mutację.

W rzeczy samej, szczególny mózg... Ciekawe, czy przekazał swój dar Nadii i Lubie... 

Na myśl o córkach serce zabiło mu żwawiej, a martwa twarz Utrzymującego rozpłynęła się 

przed oczami. Przecież jesteś ich dziadkiem! - pomyślał. Po chwili przez głowę przemknęło 

mu: - Uchowaj nas, Panie, od takiego dziadka.

Kiwnął na Sybela.

- Bierzemy go, Klausie. Ty za nogi, ja za ręce.

Zataszczyli Dajta do komory t’hami i położyli na dysku antygrawitacyjnym. Potem 

Sybel wrócił do niszy, schował hipnoglif i zaczął uważnie oglądać kryształy przelewające się 

tysiącami   barw  na  tle  ciemnych  ścian.  Wybrał  jeden, wsunął  rękę  prosto  w blady  blask, 

znieruchomiał na sekundę, zmrużył oczy i powiedział:

- Wygląda na masę kontaktową, biourządzenie, coś w rodzaju stacjonarnego kaffu... 

Pozwala lepiej współpracować z miejscowym mózgiem, a za jego pośrednictwem także z 

dowolnym odbiorcą sygnałów mentalnych... Chwilowo tego nie potrzebujemy. - Wyciągnął 

rękę,  z obrzydzeniem otrząsnął  palce,  popatrzył  na Corcorana. - Coś kiepsko wyglądasz. 

Zmęczony?

-   Tak.   Potrzebuję   drzemki   -   odparł   Paul   z   niewesołym   uśmiechem   na   ustach   - 

Mieliśmy ciężkie lądowanie, a potem przetrzepano mi mózg... plus dwie dawki formerytu

37

... 

sam wiesz, jak organizm na niego reaguje... Padam na pysk. Mimo wszystko nie jestem ani 

37

  Formeryt - środek uspokajający i antydepresyjny, stosowany do szybkiego zablokowania uczucia bólu i 
przywrócenia zdolności do pracy.

background image

faata, ani metamorfem.

- Nam też niektóre ludzkie potrzeby nie są obce - zauważył Sybel, wyciągając się na 

podłodzie.   -   Kładź   się,   śpij,   a   ja   sobie   pogadam   z   miejscowym   quasi-rozumem.   Można 

powiedzieć, że jesteśmy już przyjaciółmi... Małe stworzonko, głupiutkie, ale zabawne. Kładź 

się, odpoczywaj!

Corcoran posłuchał rady i usnął niemal natychmiast. Tym razem nawiedziły go takie 

same   wizje   jak   w   poprzednim   Śnie   -   ciemna   bryła   Obscurusa   z   bąblem   pola   siłowego, 

krążowniki w szyku bojowym, jego fregata i półtorej dziesiątki ciepłych żywych płomyków 

pod ceramicznym poszyciem. Zobaczył także karawanę podążającą z Roona na T’hara, albo - 

być   może   -   na   planetę   zewnętrzną,   setkę   kanciastych   modułów   podobnych   do   starych 

kanistrów.   Podzieliły   się   na   kilka   grup   -   widocznie   wcale   nie   leciały   na   T’hara,   lecz 

przeczesywały   kosmos   w   pobliżu   Roona.   Flota   nie   transportowa,   tylko   bojowa   -   statki 

mniejsze, a na dole, pod kabiną pilota, sterczy anihilator.

Zły   znak!   -   pomyślał   Corcoran   i   w   pamięci   natychmiast   zabrzmiały   słowa 

Utrzymującego: „Opoki Porządku nie będą rozmawiać z bino tegari! Żaden z nich! Tylko 

niszczyć!”.

*

Obudził   się   po   ponad   pięciu   godzinach   przerażony,   niewypoczęty.   Klaus   Sybel 

siedział obok ze skrzyżowanymi nogami, po jego twarzy starego faata przemykały cienie. W 

głębokiej niszy przed nim to rozjaśniała się, to blakła przezroczysta substancja. Ciągnęły się 

od niej ku skroniom Sybela dwie długie wąskie macki. Klaus delikatnie kołysał się w takt 

błyskającego światła.

- Odkryłeś coś? - zapytał Corcoran, masując zdrętwiałą szyję.

- Tak. Wiele ciekawych rzeczy, ale nic istotnego. Żadnych informacji strategicznych, 

wszystko dotyczy tho, ich wychowania i życia. Widzisz, to jest regionalny mózg: kieruje 

fabryką, miejscowym inkubatorem i automatyką w mieszkaniach faata. Rozumu nie ma ani za 

grosz.

Corcoran zrobił kilka przysiadów.

- Warto by coś przegryźć, Klausie, i w drogę.

- Jeśli chcesz, skosztujemy miejscowych dań. Wydam polecenie quasi-rozumowi.

- Nie trzeba mi żadnych eksperymentów. W zupełności wystarczą kapsułki odżywcze.

Macki  łączące  Sybela  z urządzeniem  w niszy  zadrżały  i znikły.  Światło  przestało 

migotać. Corcoran wyciągnął z plecaka cylindryczny pojemnik, szczęknął dźwigienką - na 

dłoń upadły cztery kapsułki, po dwie na głowę. Należało popić je wodą. Posiłek zajął niecałe 

background image

pięć sekund.

- Złe nowiny - powiedział Corcoran. - Jeśli Sny mnie nie mamią, faata przeszukują 

bliski kosmos. Widziałem moduły bojowe... oby tylko nie natknęły się na fregatę. Praa nie da 

rady szybko uciec, skok w limbus byłby ryzykowny, planeta jest za blisko.

- Bez nas nie uciekną - z zatroskaną miną odparł Sybel.

- Mamy więc jeszcze jeden powód, by jak najszybciej zakończyć nasze sprawy tutaj. 

Najważniejsze  już  wiemy.   - Corcoran  rzucił  okiem na  komorę  t’hami,  gdzie  leżało  ciało 

Utrzymującego. - Komodor i bez nas zgadł, że najważniejszym obiektem jest stocznia. W 

ciągu najbliższych godzin zaatakuje Obscurusa.

- To też informacja ze Snu?

- Oczywiście. Na jawie nie dałbym rady dotrzeć tak daleko. Dziwne, prawda?

- Bynajmniej. Sen to dla mózgu okres, gdy nic go nie niepokoi. Spokój i jednocześnie 

chwila maksymalnego skupienia... Jeszcze się tego nauczysz. Raz już ci się udało!

- Nauczę się - powtórzył Corcoran. - Kiedy?

-   Z   czasem,   mój   drogi,   z   czasem.   -   Położył   mu   rękę   na   ramieniu   i   zapytał:   - 

Wybierzemy się teraz na wybrzeże? Widziałem na brzegu morza duże kopuły, budowli z 

kamienia i nieprzebyte dżungle, ale nie zdążyłem obejrzeć szczegółów, za szybko lecieliśmy. 

Myślę, że quasi-rozum jest tam, nad cieśniną. Nad morzem M’ar’nehadi, jak je nazywał 

Utrzymujący.

M’ar’nehadi...   W   faata’liu:   Wąska   Woda...   Mogliby   wymyślić   bardziej   poetycką 

nazwę - wzruszył ramionami Corcoran. Ale poezja, podobnie jak muzyka, malarstwo i inne 

rodzaje sztuki, nie była znana cywilizacji Trzeciej Fazy, zbyt racjonalnej i odrzucającej miłe 

sercu drobiazgi. No nic - pomyślał Paul - ziemscy osadnicy nazwą wszystko po swojemu, 

imionami dawnych bogów i demonów, bohaterów i proroków. Szczególnie jeśli pojawią się 

tutaj Hindusi i Brazylijczycy... Roon, gorąca planeta, powinien im przypaść do gustu...

Mroczna siedziba Utrzymującego znikła, w oczy uderzył snop światła, płuca napełniło 

ciepłe wiosenne powietrze. Stali wśród bujnej roślinności - jakby na potwierdzenie słów, że 

planeta nadaje się dla Hindusów i Brazylijczyków. Ku niebu pięły się potężne drzewa pokryte 

brązową   i   białawą   korą,   pod   nogami   leżała   pierzyna   z   gnijących   liści,   marszczyły   się 

gigantyczne,   dorównujące   wysokością   człowiekowi   mchy   z   drobnymi   miotełkami   na 

szczycie,  straszyły kolce  jakieś kuliste  rośliny,  przerośnięte  kaktusy,  ale  nie zielone,  lecz 

granatowe.

Ptaków   nie   było,   ale   wszystkie   drzewa   giganty   śpiewały   i   dzwoniły   -   chmury 

skrzydlatych owadów krążyły wokół mięsistych liści i owoców zwisających obfitymi gronami 

background image

lub walających się na ziemi. Drzewa rosły niezbyt gęsto i przez przestrzenie między koronami 

prześwitywało fioletowe niebo z płonącymi na zachodzie obłokami i gasnącymi gwiazdami. 

Słońca nie dostrzegli - był wczesny ranek i ogromna tarcza dopiero wstawała nad morzem.

- Jesteśmy kilka kilometrów od brzegu - powiedział Sybel, rozglądając się dookoła. - 

Wygląda na to, że się trochę przemachnąłem. Zaraz to naprawię. Skoczymy bliżej kopuł.

- Poczekaj. Coś się tam przelewa... Widzisz? - Corcoran wyciągnął rękę. - Warto by 

obejrzeć. Światło wyraźnie sztuczne.

Wdeptując   w   glebę   liście   i   przejrzałe   owoce,   ruszyli   ku   migoczącemu   między 

drzewami blaskowi. Las sprawiał wrażenie dzikiego - w poszyciu nie było ścieżek, na pniach 

ani nacięć, ani innych śladów, nikt nie zbierał leśnych darów. Gdzieniegdzie kępy mchów lub 

podobnych do mchu roślin tworzyły zbitą ścianę, tu i ówdzie sztywne łodygi uginały się pod 

stopami i natychmiast prostowały, uderzając po twarzach. Mając tego dość, Corcoran w końcu 

uruchomił promiennik. Palący promień wystraszył stworzenia gnieżdżące się w poszyciu: w 

panice umykały cienkie wężowate ciała pokryte sierścią lub piórami, na krótko rozlegał się 

nieprzyjemny skrzek i zwierzęta nikły.

Dalej leżał pas gołej ziemi ciągnący się w obie strony jak okiem sięgnąć. Za nim 

znowu była dżungla i wystarczyłoby parędziesiąt kroków, by do niej wejść, gdyby pośrodku 

martwego pasa nie lśniło coś przezroczystego, lecz wyraźnie widocznego - zasłona jakby 

utkana ze strumieni wody i blasku błyskawicy.

- Bariera siłowa - stwierdził Sybel.

- Tak - zgodził się z nim Corcoran.

- Dziesięć metrów wysokości. A tam, na południu, coś się niebieści. Pewnie morze.

-   Prawdopodobnie.   Czujesz?   Wiatr   jest   słonawy.   Może   ogrodzili   teren   z   quasi-

rozumnymi?

- Nie sądzę, Paulu. Wtedy bariera biegłaby wzdłuż brzegu albo skręcała, a zakrętu nie 

widać.

- Ale coś przecież ogrodzili! Niezły kawał dżungli, sądząc po tym kawałku. Po co?

- Po co, po co... - warknął Sybel. - Tradycja humanoidów! Lubicie wszystko ogradzać 

ścianami:   dom,   ogród,   miasto,   nawet   miejsca,   gdzie   śpicie   i   jecie.   Taki   macie   instynkt 

socjalny: co ogrodzone, to moje.

- Gdy wrócimy do domu, zrobię ci przyjemność i rozbiorę płot wokół naszego ogrodu 

- obiecał Corcoran.

- Wiesz, o czym myślę, gdy widzę takie ogrodzenie? Zastanawiam się, czy jestem z 

dobrej  strony.  Przecież  rolą  płotu  jest oddzielić  jednych  od  drugich,  własne od  cudzego, 

background image

niebezpieczne od bezpiecznego. Jak myślisz, Paulu, czy aby nie wtargnęliśmy...

Zaszeleściła   roślinność   za   ich   plecami,   Corcoran   energicznie   się   odwrócił, 

wyprostował rękę z promiennikiem i zabił w locie ogromnego czarnego potwora. Rozcięte na 

pół monstrum, ociekając krwią, upadło u stóp Sybela, który na chwilę osłupiał. Omal nie 

zapłacili za to życiem: jeszcze jeden stwór wyskoczył z zarośli prosto na Corcorana, za nim 

następne dwa, trzy kolejne wypadły zza pni, atakując Sybela, a pięć lub sześć pojawiło się na 

gołej   ziemi   nie   wiadomo   skąd   -   jakby   z   powietrza.   Było   to   stado   rozwścieczonych 

drapieżników, poruszających się szybko i niemalże bezgłośnie, a do tego nie pozbawionych 

dozy  rozsądku.  W  każdym   razie   potrafiły  okrążać   zdobycz   i   napadać   nieoczekiwanie   ze 

wszystkich stron.

Wiązka ognia rozcięła najbliższego zwierza, ale było jasne, że nie dadzą rady wybić 

całego stada. Stworzenia nie przypominały ziemskich drapieżników, nie szczerzyły zębów, 

nie ryczały i prawdopodobnie nie bały się ani broni, ani człowieka, nie przerażały ich także 

trupy   współbraci.   Bez   ociągania   skoczyły   wszystkie   razem   i   Corcoran   zrozumiał,   że 

zatrzymać je może tylko miotacz plazmy. Jednak nie zdołał go nawet wyjąć.

Na moment, nieodczuwalny jak lot przez limbus, w jego świadomości powstał obraz: 

dwóch ludzi na skraju lasu i tuzin czarnych bestii zastygłych w skoku. Giętkie potężne ciała, 

długie smocze szyje, łapy zakończone pazurami i paszcze jak u aligatorów... Uderzenie serca, 

jedna pulsacja krwi w skroniach, zimno w piersi i obraz uległ zmianie: stali po drugiej stronie, 

patrząc   na   drapieżniki   przez   barierę   siłową.   Stado   się   rozpierzchło;   część   rzuciła   się   na 

martwych współbraci, inne przechadzały się wzdłuż bariery i pożądliwie łypały na ludzi. 

Ogromne bestie, większe od lwów i tygrysów - skonstatował Corcoran, ocierając z czoła 

zimny pot.

-  Nie  słyszałem ich!  -  jęknął  Sybel  ze  skruszoną  miną.  -  Ze  zwierzętami  zawsze 

najtrudniej...   Inna   częstotliwość   mentalna,   inna   psychika,   wszystko   inne...   Do   tej   z 

nierozwiniętym   mózgiem   pracować   trudniej.   Raczej   nie   potrafiłbym   ich   zatrzymać.   -  To 

photy - wyjaśnił Corcoran. - Litwin zabił takiego stwora na okręcie faata. Opowiadał mi o 

tym.

- Photy. - Głowa Sybela zakołysała się raz, drugi, trzeci, jakby o czymś rozmyślał. - 

Photy... Drapieżne zajadłe stwory, a za ogrodzeniem ich hodowla... I znaczy, że teraz jesteśmy 

z dobrej strony.

- Wygląda na to, że zmieniłeś zdanie co do płotów i ogrodzeń?

-   Raczej   nie,   Paulu.   W   końcu   nie   jestem   człowiekiem,   choćby   dlatego,   że 

przemieszczam się inaczej. Dla mnie, wolnego syna eteru, płoty są po prostu głupie.

background image

Corcoran przywołał na twarz uśmiech, rozładowując napięcie. Potem powiedział.

- Przekąską z syna eteru też by nie pogardziły.

- Jeśli nawet, to niewielką: kawałek ciała stąd, kawałek stamtąd. Aczkolwiek możliwe, 

że straciłem okazję do rozstania z Klausem Sybelem. Mógłbyś napisać w raporcie: Sybel, 

oficer   tajnych   służb   ZSK,   rozszarpany   i   pożarty   przez   dziki   photy.   Resztek   ciała   nie 

odnaleziono, w załączniku skrwawione buty i zapięcie kombinezonu.

- Taki raport mogę napisać nawet w tej chwili - zauważył Corcoran. - Tylko co dalej?

- Dalej jakoś wrócę na Ziemię. Zmienię postać i stanę przed Celiną piękny i młody. 

Będziemy żyć długo i szczęśliwie...

- Naiwny jesteś, Klausie, choć stary. Jeśli cię kocha, to takiego, jaki jesteś, i innego nie 

zechce.

- I tu, przyjacielu, mylisz się, i to bardzo. Stworzenie takie jak ja wie, jak efemeryczny 

jest wygląd zewnętrzny, a jednocześnie jak ważny dla was, humanoidów. Szczególnie dla 

kobiet. Szczególnie wygląd ukochanego. Szczególnie jeśli jego istota pozostała niezmieniona, 

a wygląd zewnętrzny dopasował się do niej. Przecież to takie piękne, Paulu: harmonia duszy i 

ciała!

Jeden   z   photów   rozdrażniony   widokiem   potencjalnej   zdobyczy   skoczył   na   ekran 

siłowy  i   natychmiast   upadł   na   ziemię,   ryjąc   ją   pazurami.   Szpony   były   straszne   -   każdy 

długości ludzkiego palca.

- A co ze mną? - zapytał Corcoran. - Czy mój wygląd zewnętrzny harmonizuje z 

wnętrzem?

- Bezwzględnie, jeśli kocha cię taka kobieta jak Wiera. Jesteś szczęściarzem, Paulu, bo 

od dzieciństwa otacza cię miłość. Było jej tyle, że nawet mnie trochę przypadło w udziale...

Oj, biedny ty jesteś - pomyślał Corcoran. - Nieszczęsny Odszczepieniec, przybywszy 

na Ziemię w nieoświeconych wiekach, musiał przeżyć je w smutku i samotności... Ale teraz 

są inne czasy. Teraz możesz powiedzieć, kim jesteś i skąd przybyłeś, i nikt nie weźmie cię za 

wysłannika   diabła,   czarnoksiężnika   czy   szaleńca.   Być   może   zechcą   cię   wykorzystać   do 

własnych celów, ale nikogo nie zdziwi twój talent, bo wiadomo już, że Galaktyka pełna jest 

cudów, a największym z nich jest życie. Nie takie jak na Ziemi, ale jednak życie!

Rzucił   okiem   na   photy  wściekające   się   po   drugiej   stronie   przezroczystej   ściany  i 

powiedział:

- O miłości porozmawiamy kiedy indziej. A teraz w drogę, Klausie!

Świat drgnął, by w mgnieniu oka znowu odzyskać stabilność. Znaleźli się na długim 

wysokim   tarasie   z   obrobionych   i   dopasowanych   do   siebie   granitowych   brył.  Taras   biegł 

background image

wzdłuż   brzegu   morza.   Z   jednej   strony   królowała   zieleń   drzew,   a   z   drugiej   lśniło   i 

pobłyskiwało   morze.   Las   ciągnął   się   aż   do   łańcucha   górskiego   przypominającego   stare 

chińskie rysunki: wygładzone kontury, miękkość pastelowych barw i zagadkowość pejzażu 

pozostawiająca   pole   do   popisu   wyobraźni   widza.   Morze,   puszyste   stada   obłoków   i 

wschodzące   słońce   emanowały   taką   samą   tajemniczością,   lecz   wrażenie   psuł   element 

przemysłowy:   dwie   duże   błękitnawe   kopuły   sterczące   nad   tarasem   jak   dwie   połówki 

gigantycznego jajka. W miejscu, gdzie łączyły się podstawami, błyszczała niczym blady duży 

księżyc membrana wejściowa.

- Są tutaj - powiedział Sybel. - Tylko dwa quasi-rozumy i nikogo więcej. Wygląda na 

to, że Dajt, nasz nieodżałowany przyjaciel, nie potrzebował pomocników. Słyszysz je?

Wrażenie było zupełnie inne niż to, co Corcoran czuł podczas krótkiej chwili kontaktu 

z mózgiem na Obscurusie. Ta istota - albo daskiński stwór, jak go nazywa Sybel - była nie 

tylko ogromna, lecz także dojrzała i potężna, obdarzona wielką indywidualnością, a do tego 

związana z tho i faata pracującymi w stoczni. Quasi-rozumni pod kopułami przypominali 

raczej gigantyczne drzemiące zwierzęta, syte pytony trawiące pokarm w ciszy i spokoju; nie 

przejawiali intelektu, a ich pamięć była niemalże czysta. Prawdopodobnie w tym stadium 

rozwoju   funkcjonowały   w   sposób   bardzo   zbliżony   do   zaplanowanego   pierwotnie   przez 

daskinów - żywe urządzenia wzmacniające emocje i przekazujące je telepatycznie. Po co to 

było   potrzebne   starożytnej   rasie,   nikt   w   Galaktyce   nie   wiedział;   nie   wykluczano,   że 

daskinowie   utracili   zdolność   odczuwania   i   próbowali   jakoś   tę   stratę   zrekompensować 

Corcoran opuścił przestrzeń mentalną, wrócił do świata huczących fal i fioletowego nieba.

- Trzeba je zniszczyć, Klausie. Innych, mniejszych mózgów nie będziemy ruszać, 

dopóki ewakuacja nie dobiegnie końca, ale te trzeba zniszczyć koniecznie. Są zbyt duże i 

nieprzewidywalne... jak potworne smoki, które jeszcze nie osiągnęły pełni swej potęgi.

- Jak wąż Midgardsorm

38

... - wymamrotał Sybel. - No cóż, zgadzam się z tobą trzeba 

je koniecznie zniszczyć. Te daskińskie zabawki są zbyt niebezpieczne. Dopóki faata ich nie 

znaleźli, istniały inne warianty rozwoju, inne sposoby zapobieżenia katastrofie. Być może tho 

byliby ludźmi, a nie dodatkiem do myślących maszyn.

Corcoran w milczeniu skinął głową, popatrzył na morze szalejące u podnóża kopuł, 

potem na dżunglę podpełzającą do tarasu zielonymi falami. Gdy w polu widzenia nie było 

kopuł, krajobraz sprawiał wrażenie całkowicie pierwotnego.

-  Ani   autostrady,   ani   nawet   ścieżki...   żadnych   dróg   dla   transportu   naziemnego... 

38

 Wąż Midgardsorm lub Jormungand - w mitologii skandynawskiej gigantyczny wąż opasujący ciałem cały 
zamieszkany świat, Midgard.

background image

Dziwne, Klausie.

- Nie sądzę. Nie mają pojazdów kołowych ani gąsienicowych. A aparaty z napędem 

grawitacyjnym nie potrzebują dróg. Mogą startować i lądować wszędzie, chociażby na tym 

tarasie.

- Wygląda na to, że właśnie do tego służy - zgodził się Corcoran. - Czy możesz 

przenieść nas do środka, Klausie? A może trzeba będzie dezaktywować membranę?

- Spróbuję nas przenieść. Byłoby bezpieczniej, gdybym potrafił wyobrazić sobie cel. 

W tym wypadku sklepienie w kształcie kopuły, gładką podłogę, kanały doprowadzające wodę 

i parę brunatnych stworów... Informacji mam dość.

- Po co woda? - zaciekawił się Corcoran.

- Jako nośnik substancji odżywczych. Związki organiczne, sole, metale, krzem, tlen, 

wodór... Wszystko, co jest potrzebne do rozwoju.

Świat znowu mignął, otwierając niewidzialne drzwi do ogromnej, na pierwszy rzut 

oka pustej przestrzeni. Wszystko wyglądało tak, jak oczekiwali: błękitny sufit na wysokości 

stu   metrów,   podłoga   wyłożona   kamiennymi   płytkami,   dwa   szerokie   otwory  w   ścianie,   z 

których z szumem i hukiem wylewała się morska woda. Z miejsca, gdzie stali, Corcoran 

widział brzegi okrągłych  basenów, z których każdy był przykryty oddzielną kopułą, oraz 

umieszczoną wyżej przezroczystą płytę na szybie windy grawitacyjnej.

Płyta najprawdopodobniej była miejscem pracy Utrzymującego - z wysokości dało się 

bez trudu obserwować oba baseny i spoczywające na ich dnie bure cielska. Dwa nieruchome 

ciała w formie dysków o średnicy około czterdziestu metrów nie wykształciły jeszcze macek; 

woda - bulgocząc i kipiąc - obmywała je, tworząc przezroczystą soczewkę, a widziane przez 

nią stwory wyglądały na jeszcze większe niż w rzeczywistości. Powietrze pod kopułami było 

gorące, przesiąknięte wilgocią.

Corcoran podniósł miotacz plazmy.

- Nie wiedzą o naszej obecności - powiedział Sybel.

- Postawiłeś barierę?

- Tak. Ale nie utrzymam jej, gdy wykończysz pierwszego. Drugi poczuje... Reakcja 

będzie bardzo silna, Paulu.

-   Jak   silna?   -   zapytał   Corcoran,   przesuwając   regulator   mocy   na   maksimum. 

Zachwycający MP-44, który trzymał w rękach, był śmiercionośną bronią zdolną roznieść na 

kawałki skałę albo zagotować niewielkie jezioro.

- Nie wiem. Bardzo silna. Być może potworna... Zrobię, co w mojej mocy, by ją 

osłabić, ale przygotuj się na najgorszy wariant.

background image

- Jestem gotów.

Podniósł miotacz i wystrzelił. Powierzchnię basenu pokryły kłęby pary, brzeg stopił 

się i płynną masą ściekł na dno, przez kanał doprowadzający wodę przemknęła ognista kula, 

zamieniając kolejne strumienie wody w parę. W twarz uderzył gorąc, mokra mgła wypełniła 

kopułę,   zasłaniając   to,   co   się   działo   w   basenie.   Nie   było   potrzeby   patrzeć   -   w   punkcie 

uderzenia świecił obłok plazmy o temperaturze korony słonecznej. Niewielki, ale gorący jak 

ogień piekielny.

Corcoran wytarł załzawione oczy i ochraniając twarz dłonią, odwrócił się w stronę 

lewego basenu. Jeden ze stworów wyparował razem z wodą i plastikowym poszyciem, lecz 

został drugi - wiedzący, co go czeka. Corcoran był przygotowany na atak mentalny, na próbę 

przeniknięcia do świadomości, zatrzymania serca, rozerwania naczyń krwionośnych, na coś 

takiego, co próbował mu zrobić Utrzymujący - nie czuł jednak niczego podobnego. Na razie.

- Szybciej - wymamrotał stojący z tyłu Sybel - szybciej... Nie mam już siły trzymać 

go...

Coś bezdźwięcznie trzasnęło albo być może pękła niewidoczna nić łącząc; Klausa z 

Corcoranem. Nie zdążył dotknąć spustu - strach zalał rozum, wszechogarniające przerażenie, 

strach   przed   ciemnością   nieistnienia,   zniknięciem   na   zawsze.   Emocja   była   nieludzka, 

pochodziła od istoty świadomej swego „ja” nie bardzie niż dzikie zwierzę, ale nawet dzikie 

zwierzę nie rozumiejące, czym jest śmierć, boi się jej. Chęć życia, tysiąckrotnie wzmocniony 

nieświadomy   instynkt   sprawił,   że   Corcoran   zgiął   się   wpół   i   znieruchomiał,   omal   nie 

wypuszczając przy tym miotacza z ręki. Zwalił się na niego strach, lecz w tym uczuciu było 

coś jeszcze, coś przekraczającego granice zwierzęcej paniki - prośba?... błaganie o litość?... 

pokusa?... obietnica darów, które otrzymałby jako symbiont tego dziwnego stworzenia?...

-   Strzelaj!   -   ochrypłym   głosem   zawołał   Sybel.   -   Zniszcz   go   albo   z   nami   koniec 

Doprowadzi nas do szaleństwa, przeklęty stwór!

Pokonując   płynące   z   basenu   przerażenie   i   śmiertelny   smutek,   Corcoran   podniósł 

miotacz. Miał wrażenie, że celuje w matkę albo w Wierę, a może w obie naraz, że wystarczy 

nacisnąć spust, a zniknie wszystko co najdroższe, zmieniając się w odrobinę plazmy. Nie 

tylko matka i Wiera, lecz także Nadia, Lubaszka, ich dom w Smoleńsku i miasto, i cała 

planeta wraz z Układem Słonecznym...

Bzdura! - krzyknął w duchu. - Kłamstwo i złuda! Przesadziłeś, przyjacielu!

Z lufy wyrwał się palący piorun, nowe kłęby pary wypełniły kopułę i strach opuścił 

go. Stało się to tak nagle, tak nieoczekiwanie, że Corcoran stracił władzę w nogach; kolana 

ugięły się pod nim i upadł na podłogę. Sybel z ulgą wypuścił powietrze.

background image

- Szkoda, że nie ma sniggi... Ale ty, Paulu, dałeś sobie radę nie najgorzej.

- Chciał mi coś zaproponować - wymamrotał Corcoran, ściskając miotacz obiema 

rękami. - Może awans na admirała, może konto w banku szwajcarskim, może władzę nad 

światem... Do tego groził! Groził, drań! Groził, że zniszczy Ziemię albo co najmniej moją 

rodzinę! Nie, nie tak.... że to ja sam ich zniszczę...

- Uprzedzałem, że to groźna zabawka, nie dla humanoidów. - Oczy Sybela zmętniały, 

jakby   znowu   czemuś   się   przysłuchiwał.   -   Tak   łatwo   was   oszukać   albo   przekupić,   albo 

napuścić   jednych   na   drugich...   Moim   zdaniem   dlatego,   że   za   mocno   odczuwacie   własną 

indywidualność. W tym kryje się źródło waszej siły, ale i słabości. Tak, jesteście zdolni do 

wielkich czynów... Ale każdy z was jest zamkniętym światem, do którego prawie nikt inny 

wejść nie może, i dlatego...

- Nawet najbliżsi? - przerwał mu Corcoran, wstając.

- Powiedziałem „prawie”. Ale ilu ich jest, tych najbliższych? Troje? Czworo? A i to, 

jeśli ktoś ma szczęście tak jak ty. Co z pozostałymi? Pozostali... tacy jak ja... są skazani na 

samotność.

- Niedawno mówiłeś co innego. - Corcoran, ledwie stojąc na nogach, wsunął miotacz 

za   pas   i   z   zadowoleniem   oglądał   oba   baseny,   a   właściwie   to,   co   z   nich   zostało.   Woda 

wypełniła już czarne dziury otoczone zwęglonymi brzegami i ciekła po podłodze, widocznie 

odpływy były zapchane. - Mówiłeś, że jestem szczęściarzem, bo od dzieciństwa otacza mnie 

miłość. A kto mi ją podarował, Klausie? Kto obdarza miłością, jeśli nie najbliżsi?

- Tak, to prawda, jednakże... - zaczął Sybel  i nagle jego twarz się zmieniła, rysy 

starego   faata   straciły   wyrazistość   niczym   roztopiony   od   gorąca   wosk.   Uniósł   głowę   ku 

ginącemu w tumanach pary stropowi kopuły. Zacisnął pięści, przycisnął je do piersi i umilkł.

- Co? - zapytał Corcoran. - Co się dzieje, Klausie?

- Moduły bojowe... te, które widziałeś we Śnie... odkryły fregatę... nasi ludzie się 

bronią, ale atakujących jest dużo, za dużo... Celina... Celina!

background image

9

VRBA

Przestrzeń w pobliżu planety zewnętrznej i inne miejsca,

2125 rok

Segment admiralski na Europie był obszerny: poza apartamentami mieszkalnymi w 

jego   skład   wchodził   salon   przeznaczony   do   prowadzenia   narad,   odpoczynku   i   spotkań 

towarzyskich. Innych krążowników nie wyposażono w takie luksusy, gdyż były zwykłymi 

jednostkami bojowymi, ale Europa - pierwszy okręt z serii - już w chwili budowy została 

pomyślana   jako   flagowiec.   Zgodnie   z   pierwotnym   planem   w   salonie   powinien   siedzieć 

komodor Paweł Litwin, prowadząc flotę do kontrataku... Jednakże Paweł Litwin nie dożył 

chwili   zemsty   i   miejsce   dowódcy   przy   stole   narad   należało   teraz   do   innego   człowieka: 

wysokiego,   szczupłego,   z   naszywkami   komodora   na   kołnierzu   munduru.   Karl   Vrba   ani 

wyglądem, ani zachowaniem nie przypominał Pawła Litwina, aczkolwiek miał z nim coś 

wspólnego: obydwaj mieli do faata osobisty żal.

Przed komodorem Vrbą leżała otwarta koperta i cienki stos dokumentów. Już sam w 

sobie fakt ten był zadziwiający, gdyż od dawna nie korzystano ani z papieru, ani z plastiku, 

ani z innych materiałów przypominających tradycyjne listy czy pisma. Chipy, pocketery i 

ekrany cienkowarstwowe zastąpiły tradycyjne książki, nawet malarze tworzyli nie na papierze 

czy płótnie, lecz używając komputerów i holoprojektorów. A jednak Vrba wyjął z koperty 

zadrukowane   dużymi,   wyraźnymi   literami   kartki.   Na   każdej   widniały   trzy   podpisy: 

pierwszego i drugiego przewodniczącego parlamentu oraz dowódcy Trzeciej Floty, admirała 

Jumaszewa. Gruby żółtawy papier, czarne linijki, podpisy i przeszywająca kartki kontrolna 

taśma potwierdzająca ich autentyczność - wszystko to nadawało dokumentowi archaiczny 

wygląd, jakby przed komodorem leżał staroegipski papirus.

Pozostałe pięć foteli zajmowali kapitanowie. Oczywiście nie we własnych osobach: 

opuściwszy Obłok Oorta, grupa „37” podążała w szyku marszowym ku planecie zewnętrznej, 

a kapitanowie przebywali na swoich mostkach. Szyk był zwarty, opóźnienie sygnałów nie 

przekraczało   kilku   milisekund,   dzięki   czemu   hologramy   ludzi   nie   odróżniały   się   od 

rzeczywistości. Na prawo od Vrby siedział jego pierwszy zastępca i kapitan Azji - komodor 

background image

Rustem   Adyszerow.   Z   lewej   strony   -   drugi   zastępca,   James   Douglas   Clayton,   kapitan 

Ameryki. Afrykę, Antarktydę i Australię reprezentowali Bruce Kallinge, Jurij Szawrin i Paul 

Burg.

- Znacie, panowie, trzy raporty otrzymane z Litwina - powiedział komodor Vrba. - 

Dwa   pierwsze   dotyczą   stoczni,   ostatni   to   przegląd   sytuacji   na   Roonie,   gdzie   obecnie 

przebywa   nasz   zwiad.   Czy   wszyscy   są   zgodni,   że   stocznia   na   Obscurusie   jest   naszym 

najważniejszym celem?

Siedzący za stołem zgodnie przytaknęli skinieniem głowy. Wszyscy byli weteranami 

ZSK,   którym   udało   się   dożyć   otrzymania   kapitańskich   dystynkcji,   i   posiadali   subtelną 

umiejętność   wyszukiwania   słabych   miejsc   wroga.   Kwiat   floty   kosmicznej   -   z   radością 

pomyślał Vrba.

- Jeśli nie ma innych opinii, zajmijmy się opracowaniem planu operacji. Burg, oddaję 

panu głos.

Paul   Burg,   urodzony   na   Marsie   w   kopule   Mały  Queensland,  był   najmłodszym 

uczestnikiem rady kapitańskiej. Zazwyczaj starszeństwo traktowano jako czystą formalność 

związaną z numerami przypisanymi poszczególnym okrętom, z wyjątkiem dwóch sytuacji: po 

pierwsze, w radzie zabierano głos w kolejności zgodnej z rangą; po drugie, w razie klęski 

grupy   „37”   to   Australia   miała   za   zadanie   powrócić   na   Ziemię.   W   jej   komputerach 

przechowywano te same informacje co na okręcie flagowym, kopie wszystkich rozkazów, 

raportów i doniesień, memoranda i referaty sekcji naukowo-badawczej, a także materiały 

wideo zarejestrowane przez MAZ-y i obserwatorów.

- Nie wolno wplątywać się w długotrwałą walkę, szczególnie gdy wynik jest trudny do 

przewidzenia   -   powiedział   Burg.   -   Według   danych   otrzymanych   od   Corcorana,   jeden   z 

Okrętów   faata   szykowanych   w   stoczni   jest   już   wyposażony,   dostarczono   tam   też  quasi-

rozum...  Przypomnę, że Okręt, który zaatakował Ziemię, miał na pokładzie prawie półtora 

tysiąca   jednostek   bojowych.  Tutaj   może   ich   być   tyle   samo,   a   nawet   więcej...   przeciwko 

naszym sześciu krążownikom i sześciuset sokołom. Rezultat nietrudno odgadnąć.

- Tak, przy takim rozkładzie sił wynik jest do przewidzenia - zgodził się Vrba.

- Szawrin, pańska kolej.

-  Atak   z   zaskoczenia,   komodorze.   Od   czasu   Inwazji   znamy   parametry   ich   pola 

obronnego.   Nie   wytrzyma   uderzenia   anihilatorów   z   trzech   krążowników.   Przebijemy   je, 

spalimy Okręty i systemy obronne. Jeśli będziemy działać szybko, nie zdążą rzucić przeciwko 

nam flotylli modułów.

- Kallinge?

background image

- Szawrin ma rację, zaskoczenie to najlepsza strategia. Być może nie uda nam się 

zniszczyć wszystkich modułów zmasowanym atakiem, ale nawet przeciwko tysiącowi mamy 

szanse. Sokołów jest tylko sześć setek, nie zapominajmy jednak o wsparciu z krążowników. 

Poza tym możemy zrzucić na stocznie roboty bojowe, a za nimi desant.

- Clayton.

Kapitan  Ameryki   był   stosunkowo   młody,   lecz   zdążył   już   zabłysnąć   jako   taktyk   i 

strateg. Posiadał szczególny dar, który czyni z żołnierza wodza: nie zapominał o niczym, co 

dawało mu przewagę nad wrogiem - nawet o najdrobniejszych szczegółach. Wykorzystywał 

je ze zręcznością doświadczonego magika. Prorokowano mu błyskotliwą karierę, oczywiście 

pod warunkiem, że wróci żywy z Nowych Światów.

- Być może pokonamy ich obronę - mówił, spoglądając na monitor, na którym powoli 

obracała się bryła Obscurusa. - Mamy pola ochronne, anihilatory i silniki grawitacyjne, zatem 

nie ustępujemy przeciwnikowi ani pod względem manewrowości, ani siły ognia. Być może 

wygramy, ale będzie to kosztowne zwycięstwo. Atak wykrwawi nas, a są jeszcze planety... 

dwa światy w tym systemie i Ezat w systemie Bety Młota.

- Co pan proponuje?

- Postawić na to, co daje nam przewagę. Nie na zaskoczenie, choć ono też jest ważne, 

lecz na napęd konturowy. Moduły bojowe faata, podobnie jak nasze myśliwce, poruszają się 

tylko   w   realnej   przestrzeni,   natomiast   krążowniki   potrafią   zanurzyć   się   w   limbusie.   To 

gwarantuje szybkość manewru.

- Ale nie w pobliżu planety zewnętrznej - zaprotestował Szawrin. - Tak ogromna masa 

wytwarza grawitację nie pozwalającą...

- Oczywiście!  Jaki z tego wniosek?  - Na twarzy Claytona,  który miał fizjonomię 

sprytnego farmera z Oklahomy, rozkwitł uśmiech. - Jeden, Juriju, tylko jeden! Powinniśmy 

wywabić   ich   tak   daleko,   byśmy   mogli   skoczyć   w   limbus   i   znowu   pojawić   się   w 

nieoczekiwanym   miejscu.   Według   obliczeń   moich   nawigatorów,   około   stu   tysięcy 

megametrów od planety. Istnieje ryzyko, ale plan jest wykonalny.

- Niewyobrażalne ryzyko - wymamrotał Kallinge. - Sto tysięcy megametrów... Raptem 

doba lotu krążownika... Po takim skoku można trafić do jądra Galaktyki.

- Nie sądzę. Nieokreśloność nie jest aż tak duża, nie dolecimy dalej niż do Obłoku 

Oorta. Oczywiście punkt docelowy będzie rozmyty, ale zostaniemy w granicach systemu. 

Najważniejsze to nie zbliżyć się do gwiazdy. Jeśli poszycie zacznie się topić...

-   ...będziemy   nieboszczykami   -   zauważył   Paul   Burg.   -   Obliczyłeś 

prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków, Jamesie?

background image

- Wynosi około jednej setnej. Moim zdaniem mamy spore szanse.

Vrba stukał w blat stołu opuszkami palców.

- Za szybko przeszliśmy do dyskusji. Nie wysłuchaliśmy jeszcze Adyszerowa. Pana 

kolej, Rustemie.

- Skok w pobliżu protogwiazdy rozrzuci nas po całym systemie. Nawet jeśli ryzyko 

nadmiernego zbliżenia do słońca jest małe, łączność stracimy na pewno. Nie można zawczasu 

przewidzieć położenia okrętów, a jeśli kogoś rzuci do obłoku, potrzebna będzie doba albo 

nawet i dwie, zanim znowu znajdzie się w obszarze gwarantowanej łączności. I jeszcze więcej 

czasu, by zebrać flotę do drugiego ataku na Obscurusa.

- Trzeba się więc rozdzielić - powiedział komodor. Spojrzeniem pobiegł ku cienkiemu 

stosikowi  dokumentów  leżących  obok jego  łokcia.  Przykrył  je dłonią  i  dodał:  - Mam tu 

instrukcje   parlamentu.   Chcąc   działać   zgodnie   z   nimi,   powinienem   zrezygnować   z 

bezpośredniego ataku. Mówiąc precyzyjnie, chodzi nie tyle o atak, ile o jego skutki: mam 

uniknąć zniszczenia okrętów. To nie do przyjęcia.

- Dlaczego, sir? - zapytał zasępiony Szawrin.

- Znamy gęstość zaludnienia na T’harze: dwa tysiące w pełni rozumnych oraz trzy i 

pół miliona tho. Są to dane uzyskane od kobiety faata, tej... hmmm... tej, która została z 

komodorem Litwinem. Na Ezacie może być tyle samo mieszkańców co na T’harze lub nieco 

mniej, a na Roonie znacznie więcej, powiedzmy, o rząd wielkości. Daje to jakieś czterdzieści 

milionów. - Twarz Vrby była nieprzenikniona. - Co z nimi zrobimy?

- Czterdzieści milionów... - burknął Szawrin. - Mniej więcej tylu, ilu oni zabili na 

Ziemi...

- Tak. Jednakże - komodor wbił w niego ciężkie spojrzenie - jednakże są niuanse, 

kapitanie. Nie możemy i nie chcemy upodobnić się do faata. Jeśli wysłałbym pana na Roona i 

kazał   zastosować   sankcje...   na   przykład   wypuścić   obłok   wirulentnych   mikroorganizmów, 

spalić   siedziby   bronią   plazmową,   zniszczyć   wierzchnią   warstwę   planety   anihilatorem... 

wykonałby pan taki rozkaz?

Na   policzki   Szawrina   wystąpiły   purpurowe   plamy.   Opanował   się   i   po   trwającej 

sekundę pauzie odpowiedział:

- Wykonam każdy rozkaz,  komodorze,  i moi  ludzie  także. Połowa z nich  straciła 

bliskich... rodziców, starsze pokolenie... jak...

- Jak ja - dokończył niewzruszony Vrba. - Jest takie stare przysłowie: zanim zaczniesz 

się mścić, wykop dwa groby. - Uśmiechnął się ponuro. - Można oczywiście zabić dziesięć 

milionów   rozumnych   stworzeń   i   dwadzieścia,   i   czterdzieści...   środki   techniczne   na   to 

background image

pozwalają... Ale jak można po czymś takim żyć? Jak?... - Żółtawe kartki zaszeleściły w jego 

dłoni.   -   Na   szczęście   instrukcje   nie   wymagają   ludobójstwa.   My,   Ziemianie,   dopiero 

wchodzimy do rodziny ras galaktycznych i musimy liczyć się z tym, że wielu członków tej 

rodziny będzie na nas krzywo patrzeć i niesłusznie nas posądzać, jak posądza się nie wiadomo 

o   co   bastardów   żądających   swojej   części   spadku.   Wymordowanie   milionów   Obcych   nie 

poprawiłoby naszego wizerunku. Powinniśmy wygnać ich stąd, nie zabijać. Zważywszy na 

Inwazję, będzie to sprawiedliwa kara, a ponadto Beta i Gamma Młota leżą w strefie naszych 

wpływów. Systemy te znajdują się znacznie bliżej Ziemi niż imperium faata.

- Wygnać - powtórzył Szawrin, kiwając głową. - Teraz rozumiem... Żeby się stąd 

zabrali, trzeba statków. Ale nawet setka ich ogromnych Okrętów nie pomieści czterdziestu 

milionów!  A  w   tej   chwili   istnieje   w   zasadzie   tylko   jeden:   ten   z   quasi-rozumem.  To   nie 

rozwiązuje problemu, nieprawdaż, komodorze?

Vrba wymienił spojrzenia z Adyszerowem. Prawdopodobnie pierwszy zastępca znał 

dyrektywy parlamentu, gdyż odpowiedział bez zastanowienia:

- Na tamtym Okręcie było, wedle różnych szacunków, od stu do stu dwudziestu faata i 

tho. A to znaczy, że najwyższa kasta z Ezata, T’hara i Roona może odlecieć, zabierając ze 

sobą tysiące pracowników. Co zaś się tyczy pozostałych, mogą przysłać po nich nieuzbrojone 

statki; nie będziemy się temu sprzeciwiać. Niech wywiozą całe czterdzieści milionów, jeśli 

zdążą.

- Jeśli zdążą? - upewnił się Kallinge. - A dlaczego mieliby nie zdążyć?

- Dlatego, że czas życia tho jest ograniczony - wyjaśnił Adyszerow. - Zlikwidujemy 

inkubatory i zajmiemy czymś robotników, strażników i inne kasty, lecz bez faata wszyscy oni 

szybko wymrą. Zdaniem ekspertów w ciągu kilku lat, góra dekady. Nie potrafimy podarować 

im dłuższego życia. Albo ich zabiorą, albo... - Wzruszył ramionami.

Zapanowała cisza. Pięć hologramów w salonie i żywy gospodarz trwali w bezruchu, 

rozważając   usłyszane   słowa.   Ich   okręty,   przykryte   zasłonami   pól   siłowych,   mknęły   ku 

planecie   zewnętrznej,   a   gotowe   do   boju   załogi   stały   na   stanowiskach:   na   głównym   i 

pomocniczym mostku, przy urządzeniach łączności, podtrzymywania życia, naprowadzania 

na cel, obok drapieżnych sokołów, przy pulpitach MAZ-ów i ciężkich cielskach robotów 

bojowych.   Strzelcy,   desantowcy,   piloci,   nawigatorzy...   Najczęściej   ludzie   młodzi,   nie 

pamiętający   potworności   Inwazji,   urodzeni   później,   lecz   pielęgnujący   pamięć   o   zabitych 

krewnych...  Może  byli   i  tacy,  co  nie  stracili  nic  ani  nikogo,  ani  domu,  ani  dobytku,  ani 

rodziny, ale nie zmieniało to istoty rzeczy - tutaj, w obcym świecie, niewyobrażalnie daleko 

od Ziemi, każda strata wydawała się własną.

background image

Komodor przerwał przeciągające się milczenie.

- Do roboty, koledzy! Nasze zadanie to: zdobyć stocznię, zniszczyć technikę bojową, 

lecz ocalić okręty... co najmniej jeden. Potem spróbujemy negocjacji.

- Czy to realne? - wyraził powątpiewanie Kallinge, a Szawrin uniósł brwi.

- Będą chcieli z nami rozmawiać?

- Będą. Jeśli w systemie nie ma innych okrętów, jesteśmy panami sytuacji. Oddamy 

im rozbrojoną jednostkę, niech odlatują. Można nie lubić faata, można ich nienawidzić, ale 

nie da im się odmówić logiki i trzeźwego myślenia. - Komodor zebrał kartki z instrukcjami, 

włożył do koperty i dodał: - Dobrze by było obejść się bez ofiar... nie licząc oczywiście 

pierwszego starcia. Plan opracujemy na podstawie pomysłu Claytona. Zaskoczenie, napęd 

konturowy i trochę sprytu... Nie ma się nad czym dłużej zastanawiać!

Naradzali się około dwóch godzin, potem hologramy zaczęły znikać jeden za drugim. 

Znikł ciemnoskóry Bruce Kallinge urodzony w na wpół zburzonym Londynie; zgasła twarz i 

postać Adyszerowa, który na własne oczy widział rodzimy Taszkient zmieniający się w ruiny; 

rozpłynął się Szawrin - jego wieś w rejonie pskowskim nie ucierpiała, lecz zburzono białe 

cerkwie,   dumę   Pskowa;   nie   było   już   wizerunku   Claytona   z   miasteczka   Muskogee   w 

Oklahomie, położonego tak daleko od światowych wydarzeń, że gdy dotarła tam wieść o 

Inwazji, nie uwierzono w ani jedno słowo. Ostatni rozpłynął się Paul Burg, który podczas 

narady   powiedział   nie   więcej   niż   dziesięć   zdań   -   jak   wszyscy   urodzeni   na   Marsie 

instynktownie oszczędzał powietrze i dlatego był milkliwy.

Komodor Vrba potarł skronie, wystukał na bransolecie kod klimatyzatora, osunął się 

w   głąb   fotela   i   zamknął   oczy.   W   salonie   zapachniało   wodą,   kwiatami   i   bzem,   ledwie 

dosłyszalnie zaszumiały liście. Rysy komodora złagodniały. Wydawało mu się, że siedzi w 

wiosennym praskim parku nad szeroką cichą Wełtawą, z tyłu sterczą gotyckie iglice katedry 

Świętego Wita, a w dole leży rzeka, jej przystanie, bulwary, mosty, z których najstarszy - 

most Karola - mierzy w niebiosa dwiema wieżami.

Jak pięknie! - pomyślał. - Jak pięknie było wtedy, gdy stał kościół i most, a nad 

Wełtawą kwitły ogrody, jakich już nigdy nie będzie...

*

Czerwony alarm ogłoszono o szesnastej dwadzieścia pięć. Zaraz potem Azja, Afryka i 

Antarktyda wyskoczyły zza gigantycznej kuli protogwiazdy i bez zniżania kursu przeleciały 

nad   Obscurusem,   zalewając   rozpaloną   plazmą   trójkątną   równinę   z   plamą   pola   siłowego. 

Zakładano, że na powierzchni satelity mieszczą się wyrzutnie - gdyby zatkały je roztopione 

skały, część modułów bojowych znalazłaby się w pułapce. Ogniowy szkwał jeszcze szalał 

background image

wśród   kamiennych   brył,   zamieniając   je   w   płynną   lawę,   gdy   okręty   otwarły   śluzy, 

wypuszczając w przestrzeń myśliwce. Krążowniki, zmniejszając prędkość, odleciały w stronę 

bieguna północnego, przemykając nad zamgloną kulą planety niczym srebrne pociski. Sokoły 

zatrzymały się dwie dziesiąte megametra od Obscurusa, nie próbując nawet atakować; ich 

uzbrojenie nie miało mocy wystarczającej do naruszenia pola siłowego. Patrolowały pustkę, 

ostro zmieniając kurs niczym meszki w mroku tropikalnej nocy. Czekały.

Komodor  Vrba  śledził   te   manewry   przez   stacje   przekaźnikowe.   Trzy   jego   okręty 

zajęły   pozycje   w   pobliżu   planety   i   ukryte   w   górnych   warstwach   atmosfery   nieśpiesznie 

dryfowały w wodorowej koronie protogwiazdy, ponad obłokami metanu. Utrzymanie niskiej 

orbity   w   pobliżu   masy   wytwarzającej   wysoką   grawitację   było   zadaniem   niełatwym   dla 

pilotów,   nie   groził   im   za   to   brak   energii:   wodór   wspaniałe   paliwo   dla   silników 

grawitacyjnych. Europa, Ameryka i Australia płynęły niczym wieloryby wśród pożywnego 

planktonu, wyłapując gaz rozwartymi gardzielami konwerterów.

Nagle powierzchnię Obscurusa zasnuł dym. Lawa, stygnąc, rozsadzała pęknięcia; pył, 

żwir i duże odłamki skał wylatywały w górę, niknąc w kosmicznej puste a wraz z nimi 

wzbijała się armada modułów bojowych. Być może część zginęła podczas pierwszego ataku, 

ale te, które ocalały, podnosiły się ku niebu fala za falą w tumanach pyłu i świecącego gazu. 

Na   mostku   Europy,   jeszcze   niedawno   rozbrzmiewającym   ludzkimi   głosami,   zapanowało 

milczenie;   piloci,   nawigatorzy,   pomocnic   Vrby   i   sam   komodor   nie   odrywali   oczu   od 

centralnego ekranu. Komputer otrzymujący informacje od czujników MAZ-ów podliczał siły 

wroga i wyrzucał dane na monitor; zmieniały się w szalonym tempie, potem zwolniły i na 

koniec zastygły.

- Tysiąc dwieście czterdzieści jednostek - zameldował oficer pełniący wachtę.  Vrba 

ściśnięty kokonem tylko skinął głową. Nie tak mało, jak miał nadzieję, ale i niewiele więcej...

Cztery na jednego, co w starciu bezpośrednim oznacza duże straty po naszej stronie... 

- pomyślał.

Straty były nieuniknione. Usiłował przejść nad tym do porządku dziennego.

- Przemieszczają się bezładnie - zabrzmiał głos Leonidesa, pierwszego pomocnika.

Komodor   nadal   milczał,   lecz   jego   wargi   drgnęły,   formując   ledwie   dostrzegalny 

uśmiech.

Bezładnie!   Nie   całkiem,   mimo   wszystko   widać,   że   okrętami   kieruje   czyjaś   wola 

jednolita i stanowcza. Z doniesień Corcorana wynika, że w stoczni nie ma Stratega, czy też 

Obrońcy   Niebios,   jak   faata   nazywają   jednego   ze   swoich   przywódców.  A  to   oznacza,   że 

obroną kieruje triumwirat: dwóch Utrzymujących Łączność i quasi-rozum pozostający z nimi 

background image

w   kontakcie   mentalnym.   Strateg   reagowałby   inaczej,   szybciej   i   bardziej   zdecydowanie... 

Domysły, wszystko to tylko domysły!

Nigdy nie walczył z faata, nie spotkał ani ich Stratega, ani Utrzymującego Łączność, 

ani tworów daskinów.

Krążące nad stocznią myśliwce utworzyły szeroki pierścień, przepuszczając pierwszy 

wrogi eszelon. Najwyraźniej manewr ten został przez mózg uznany za przejaw zmieszania - 

wyglądało to tak, jakby sokoły wystawiły się na atak z obu stron, z przodu i z tyłu. Ale okręty 

Adyszerowa,   Kallinge’a   i   Szawrina   już   zawróciły   nad   biegunem   planety   i   zwiększając 

prędkość, szły na Obscurusa. Przemknęły nad modułami faata, uderzając ze wszystkiego, co 

mogło strzelać i zabijać: z dział plazmowych i swomów, z laserów i rakiet. Potem ciemność 

przecięły trzy niebieskawe promienie i kilka modułów, które wpadły w potok antymaterii, 

wybuchło i znikło w obłoku.

Promienie połączyły się na polu siłowym chroniącym stocznię. Napuchnięty tęczowy 

bąbel   wybuchł   natychmiast   jasną   fontanną;   w   jego   krwawoczerwonych   strumieniach   coś 

miotało się i wiło, coś płonęło, rozbryzgując iskry, jakieś konstrukcje rozgrzane do białości 

niczym ginące gwiazdy, stygnąc, ulatywały w pustkę lub waliły się w dół, w chmury metanu 

płonące złowrogą łuną. Po sekundzie lub dwóch bąbel pękł i z ciemnej dziury wylały się 

białawe   kłaki   zamarzniętego   powietrza.   Słabe   światło   reflektorów,   przebijając   się   przez 

zamieć, przeczesywało powierzchnię Obscurusa.

- Mam nadzieję, że nie uszkodzili Okrętów - powiedział komodor. - Wachtowy! Czy 

coś widać?

- Tylko pył i śnieg, sir. Boję się, że dopóki nie osiądzie, puchacze pozostaną ślepe.

-   No   cóż,   poczekamy...   -   Vrba   omiótł   spojrzeniem   mostek,   siedmiu   pilotów 

utrzymujących   krążownik   w   burzowej   atmosferze   protogwiazdy,   dziesiątkę   nawigatorów, 

tuzin   obserwatorów   i   trzech   swoich   zastępców   siedzących   przy   pulpitach   łączności   i 

kierujących   ogniem.  Fotel  komodora,  połączony  z  podłogą  i przepierzeniem,  przykryty  z 

wierzchu ochronną obudową, stał na podwyższeniu, skąd widać było szeroki półokrąg paneli, 

wystające tu i tam walce hologramów z ciemnymi znaczkami glifów, głowy i ramiona ludzi 

zapakowanych w kokony i szereg ekranów. Na jednych świeciły gwiazdy albo płynęły nad 

planetą   szare   rzeki   obłoków,   albo   widniało   wnętrze   jakiejś   znajomej   sekcji;   na   innych, 

połączonych   ze   stacjami   transmisyjnymi,   szalała   nad   kamieniami   Obscurusa   śnieżyca, 

błyskały pioruny anihilatorów i wybuchały kłębami pary ginące okręty. Toczyła się walka: 

trzy   krążowniki   i   trzysta   sokołów   przeciw   armadzie   faata.   Koordynacja   wrogiej   floty 

sprawiała   wrażenie   niezakłóconej   -   najwyraźniej   quasi-rozum   i   obaj   Utrzymujący   nie 

background image

ucierpieli podczas ataku anihilatorami.

- Uwaga! - powiedział komodor. - Leonides, niech pan przekaże na Azję: opuścić pole 

walki! Clayton i Burg: czekać!

Nad przekaźnikiem zawirowały glify. Trzy walczące krążowniki przesunęły się w głąb 

ekranu, ciągnąc za sobą blade iskry myśliwców próbujących zatrzymać wroga.

Czy uda im się oderwać?... i za jaką cenę?... - przemknęło przez głowę komodorowi.

Sokoły nieoczekiwanie rozdzieliły się i poleciały w trzech kierunkach, opróżniając 

przestrzeń; rakietowa salwa krążowników zmiotła kilka dziesiątek modułów i niebieskimi 

ostrzami błysnęły ostatnie wybuchy anihilatorów. Azja, zbierając po drodze swoje sokoły, 

ruszyła   w   górę,   unosząc   się   nad   płaszczyzną   ekliptyki  Afryka   zawróciła   ku   biegunowi 

Galaktyki,   Antarktyda   szła   dotychczasowym   kursem,   w   stronę   Obłoku   Oorta.   Śluzy 

krążowników były otwarte i komodor mimowolnie liczył wracające do gniazda myśliwce.

Poszło nieźle, operacja przebiegła w dobrym tempie - pomyślał z zadowoleniem.

Okręty odlatywały coraz dalej. Komodor pomyślał, że z ludzkiego punktu widzenia 

przypomina to paniczną ucieczkę. A faata? Co pomyślą faata? I najważniejsze, co pomyśli 

mózg? Vrba nie miał bladego pojęcia o psychice quasi-rozumnych. Nie pierwszy raz doszedł 

do wniosku, że nieprawnie zajmuje stanowisko. Na jego miejscu powinien siedzieć Litwin, 

Paweł Litwin! Jedyny człowiek, który kontaktował się z pomiotem daskinów i który mógł 

przewidzieć jego reakcję! Wszak: komodor Litwin, jak przyjęto we flocie kosmicznej, płynął 

teraz ku Alfie Centaui Procjonowi lub Syriuszowi, zamknięty w pogrzebowym kontenerze, a 

na jego piersi stała urna z prochami Io...

Obawy   Karela   Vrby   okazały   się   płonne:   moduły   walczące   nad   Obscurusem   nie 

zamierzały wypuścić  zdobyczy.  Podążały za  krążownikiem w ciemność i wieczną noc,  z 

każdą minutą zwiększając odległość od stoczni, sunęły niczym wilcze stado za uciekającą 

zwierzyną, by ją dogonić i zabić. Daremna próba! Ale nie od razu to zrozumieją... nie od razu!

- Kirianow, nawiązać połączenie z Adyszerowem, Kallinge’em i Szawrinem - rozkazał 

drugiemu pomocnikowi. - Czekam na raport o stratach.

Najsmutniejszy   moment   każdego   starcia,   nawet   wygranego   -   pomyślał.   -   Nie   ma 

zwycięstwa   bez   strat...   Właściwie   zwycięstwo   odróżnia   od   przegranej   tylko   liczba   strat: 

własnych i przeciwnika.

- Nadeszły dane - zameldował Kirianow. - Wprowadzić na ekran?

- Na głos, Siergieju, na głos. Włącz kanał ogólny i przekaż na wszystkie jednostki.

- Na Azji zniszczony zewnętrzny radar i pęknięte poszycie w okolicy piąte ładowni. 

Nie wróciło osiemnastu desantowców... Na Afryce nie ma uszkodzeń stracono dwadzieścia 

background image

trzy   sokoły...   Na  Antarktydzie   rozhermetyzowana   wieża   41   i   przylegająca   do   niej   część 

pokładu, ośmiu zabitych... nie wróciło dwudziestu dziewięciu desantowców... Koniec raportu. 

Zwykła procedura?

- Tak.

Z całej siły nacisnął dźwignię uwalniającą go z objęć kokonu i wstał. W jego ślady 

poszli wszyscy przebywający na mostku, w sekcjach i na pokładach Europy oraz innych 

okrętów.

- Nasze straty: pięćdziesięciu ośmiu ludzi - powiedział Vrba i zasalutował - Niech ich 

prochy wędrują w Wielkiej Pustce po kres czasów, a my, żywi, pamiętajmy ich i czcijmy... Do 

hymnu! Kirianow, wymienić poległych!

Niedużo   krwi   -   myślał   wsłuchany   w   znajome   imiona.   -  Ale   czy   krwi   może   być 

mało?... Tylko na papierze albo mikrochipie w zwycięskiej relacji: załoga ogółem ponad trzy 

tysiące   ludzi,   straty   wyniosły   niecałe   dwa   procent...   albo   troszkę   więcej,   jeśli   nie   wróci 

Corcoran...   Tymochin   w   Bitwie   przed   Orbitą   Marsa   stracił   wszystkich.   Karel   Vrba   nie 

pamiętał   dokładnej   liczby,   lecz   o   własnej   stracie,   o   ojcu   i   bracie,   nie   zapomniał.   I   gdy 

przebrzmiały ostatnie takty melodii, gdy padło ostatnie nazwisko, naszła go straszna ochota, 

by zaatakować bezbronną stocznię, zrzucić do przeklętego szybu każdy większy pocisk, a 

potem nawiedzić ogniem i mieczem T’hara, Roona i Ezata.

Zgrzytając zębami, siadł w fotelu i spokojnym głosem oznajmił:

-   Alarm   odwołany.   Pozostaniemy   na   orbicie   przez   dwadzieścia   godzin,   dopóki 

pierwsza grupa nie przejdzie do limbusu, następnie blokujemy Obscurusa. Ibáñez, pańscy 

specjaliści i Gaduła Ben mają być w pełnej gotowości. Wszyscy nie pełniący służby mogą 

odpocząć. Leonides, niech pan przekaże te rozkazy na Australię i Amerykę.

*

Po   skoku   przez   limbus   Azja   wynurzyła   się   w   pobliżu   orbity   T’hara.   Afryka   i 

Antarktyda miały więcej szczęścia: oba okręty wyszły w realną przestrzeń blisko siebie, pół 

drogi do Obłoku Oorta. Kolejny skok przerzucił je w pobliże Obscurusa i po nawiązaniu 

łączności komodor Vrba polecił im dobić do podstawowego zgrupowania. Azję skierowano 

na T’hara - miała osiągnąć cel w ciągu doby. Vrba zakładał, że do tego czasu zdoła opanować 

Nowe Światy: T’har i Roon raczej nie były zdolne do skutecznego oporu, obronę stoczni 

złamano, a ochraniająca ją flota błąkała się w przestrzeni wiele godzin lotu od Obscurusa. 

Flota ta, choć poniosła straty w walce z krążownikami i sokołami, wciąż stanowiła poważne 

zagrożenie - liczyła ponad tysiąc modułów i kolejna bitwa mogła się różnie skończyć. Nawet 

jeśli zwycięstwem i ostatecznym rozgromieniem wroga, cena byłaby za wysoka - prognozy 

background image

komputerowe przepowiadały straty od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu procent ziemskich 

okrętów. Na szczęście moduły bojowe faata goniące za widmami nieprędko pojawią się nad 

stocznią, a w tym czasie Vrba będzie już trzymał w garści sterujący nimi mózg. No, może nie 

w garści, a na dłoni - zostanie mu tylko zacisnąć palce.

Na jego rozkaz trzy okręty pojawiły się nad wodorową atmosferą i przeleciawszy nad 

protogwiazdą - Europa od strony bieguna, Ameryka i Australia wzdłuż równika - spotkały się 

nad   satelitą  podobnym   do  byle  jak  wyciosanego  czworościanu.   Jedna  jego  krawędź  była 

zasypana   śniegiem,   lecz   warstwa   ta   była   na   tyle   cienka,   że   prześwitywały   przez   nią 

roztopione kamienie, zawalone skały i pęknięcia.

Nad szybem znowu lśnił bąbel pola siłowego, ale jego błyski były słabe, a forma 

niestabilna:   pole   to   nadymało   się   do   postaci   półkuli,   to   osiadało,   niemalże   dotykając 

powierzchni planetoidy. Nie chroniło przed zbrojnym atakiem: najprawdopodobniej w stoczni 

próbowano uratować resztki powietrza.

Ameryka i Australia otoczone rojem gotowych do ataku sokołów szybowały wysoko, 

jakieś pięćdziesiąt kilometrów nad satelitą. Europa zeszła niżej, wypuszczając na zwiad kilka 

MAZ-ów. Ekran pola siłowego, cienki i prawie całkiem przezroczysty, nie przeszkadzał w 

ocenie stanu stoczni po ataku anihilatorami. W porównaniu z tnącymi laserami, palącą plazmą 

i   przebijającymi   na   wylot   swomami,   gazami   bojowymi,   bronią   biologicznej   i   rakietami, 

anihilatory   były   urządzeniami   innego   kalibru,   potężniejszymi   i   bardziej   niszczycielskimi. 

Wiązka   anihilacyjna   ulegająca   jedynie   bardzo   słabemu   rozsianiu   była   zdolna   przebyć 

dziesiątki   tysięcy   megametrów,   nim   napotkała   przeszkodę;   wtedy,   zgodnie   z   prawem 

równoważności masy i energii, wyrażonym słynnym wzorem E=mc

2

, uwalniała potworną 

energię. W rezultacie następował wybuch, któremu towarzyszyła emisja światła, ogromna 

ilość twardego promieniowania i przegrzana plazma powstała z materii znajdującej się na 

skraju   wiązki.   Pole   siłowe   ochroniło   faata   przed   tym   smutnym   losem,   lecz   jeden   z 

budowanych Okrętów wyglądał jak zbieranina połamanych belek, poszarpanych powierzchni 

i kropli zastygłego metalu, a w poszyciu drugiego ziały ogromne dziury. Trzeci wyglądał na 

nieuszkodzony lub poddano go natychmiastowemu remontowi - u jego podstawy krzątały się 

wielorękie maszyny.

Zrzucony przez Europę zespół ogniowy sokołów przemknął nad bąblem, zawrócił tuż 

przed skałami i cztery niebieskie ostrza przebiły dwukrotnie rozdętą kopułę, roztapiając glebę 

na jej granicach. Następnie myśliwce wzbiły się wyżej i krążyły nad szybem, strzelając od 

czasu   do   czasu   z   laserów:   promienie   kierowano   po   stycznej   tak,   by   ledwie   muskały 

powierzchnię bąbla, na której natychmiast rozkwitały nieforemne karminowe kleksy.  Być 

background image

może silmarri albo inne niehumanoidalne rasy nie zrozumiałyby aluzji, lecz faata byli ludźmi, 

mieli do czynienia z mechanizmami, które - poza quasi-rozumnymi - niewiele różniły się od 

ziemskich   odpowiedników.   Dach   wam   przecieka   -   szeptały   wybuchy   laserów   -   a   wasi 

obrońcy   są   daleko...   Moglibyśmy   spalić   was   i   wasze   bezcenne   Okręty.  Ale   poczekamy, 

poczekamy! Jeśli chcecie, porozmawiamy o warunkach, potargujemy się... Bylebyśmy nie 

musieli czekać za długo!

Nad   gigantycznym   walcem   uniósł   się   nieuzbrojony   pojazd   transportowy.   Płynnie 

podleciał ku wierzchołkowi kopuły, pokonał pole siłowe, poczekał, aż otoczą go sokoły, i 

ruszył   w   stronę   otwartego   luku   krążownika.   Przywitano   go   na   dolnym   pokładzie 

desantowym,   ale   z   honorami:   obecni   byli   trzeci   pomocnik   Raivo   Paulinen,   dwa   roboty 

bojowe i oddział żołnierzy z pochylonymi miotaczami.

- Jeden człowiek, sir - zameldował Paulinen, zaglądając do kabiny modułu. - I jeszcze 

coś gołe i kościste... Zawinięte w folię wisi przed głównym ekranem.

Komodor   Vrba   przebywał   na   mostku   i   śledził   poczynania   gościa   na   monitorze 

łączności wewnętrznej.

- To pilot, Raivo - powiedział i wstał z fotela. - Nie ruszaj go, niech wisi tam, gdzie 

wisiał. Faata zaprowadź na pokład A, prosto do Gaduły Bena. Wachtowy!

- Na rozkaz, sir!

- Wezwać do mnie natychmiast doktora Ibáñeza. Będę w sali narad. Zabrać stamtąd 

astrofizyków, przy lukach i śluzach ustawić desantowców. Przekaz na okręty flotylli, ale tylko 

na   kanałach   kapitańskich.   Pełny   zapis.   Niech   się   tym   zajmie   Borsetti,   kontrolę   zlecić 

Kirianowowi.

- Tak jest, sir!

Oficer wachtowy rzucił się do interkomu, lecz Vrba powstrzymał go.

- Proszę przekazać kierownikowi grupy naukowo-badawczej: potrzebny ekspert od 

informatyki   translatorycznej.   Najlepiej   ktoś   z   grupy,   która   programowała   Gaduły.   Doktor 

Swan i doktor Cuba. Wykonać!

Wyszedł z centrum dowodzenia i nieśpiesznie ruszył szerokim korytarzem pokładu A. 

Zgodnie   z   regulaminem   postępowania   w   razie   ogłoszenia   czerwonego   alarmu,   stali   tam 

żołnierze  w  skafandrach  bojowych  dowodzeni  przez  kapitana  Biełoruczka,  a  przy lukach 

prowadzących do sali obserwacyjnej zajął pozycję pluton desantowców.

Poprzedni użytkownicy opuścili już pomieszczenie - nikogo nie było przy pulpitach, 

teleskopy   stały   samotnie,   na   kanapach   i   fotelach   leżały   porzucone   pocketery,   chipy   z 

nagraniami, hologramy z obrazami rozgwieżdżonego nieba przeciętego Uskokiem. W dalszej 

background image

części sali, ogrodzonej ekranami, przy masywnym cielsku Gaduły Bena krzątały się dwie 

kobiety: Isabelle Cuba i Helga Swan. Obok, niecierpliwie pocierając dłonie, przestępował z 

nogi na nogę Joaquin Ibáñez.

- Melduję pełną gotowość, don comodoro... Przyprowadzą go tutaj? Jak wygląda? To 

faata czy tho z uprzywilejowanej kasty?

Vrba nie odpowiedział, odwrócił się w stronę translatora i zapytał:

- To cudo zadziała? Jest pani pewna?

Helga Swan się zasępiła. Jej koleżanka, mała energiczna osóbka, obrzuciła Karela 

Vrbę pełnym oburzenia spojrzeniem.

-   Wątpi   pan,   komodorze?   Pracowaliśmy   nad   urządzeniem   ponad   osiem   lat, 

testowaliśmy   na   nagraniach   Tymochina...   tych   z   nieudanych   negocjacji.   Sprawdzał   je 

Corcoran...   Corcoran   i   ten   oficer   z   tajnych   służb   ze   zoperowanym   gardłem.   Piękne 

tłumaczenia w obie strony z uwzględnieniem wszelkich niuansów języka!

- Wolałbym widzieć tu Corcorana i tego oficera - ponuro odparł Vrba. - Mówi pani, że 

tłumaczenie jest piękne i uwzględnia wszystkie niuanse języka? To emocje, droga pani doktor. 

Nie zamierzam tu recytować Byrona i Mickiewicza. Potrzebuję wiernego tłumaczenia.

Być może doktor Cuba chciała zaprotestować, ale znieruchomiała z otwartymi ustami. 

Zahuczała winda, ściany kabiny rozsunęły się na boki i do sali wszedł faata eskortowany 

przez Paulinena i trzech desantowców w pełnych skafandrach bojowych. Obcy był młody i 

przystojny: miał wąską białą twarz z niewielkimi karminowymi ustami i srebrzystymi oczami, 

długie czarne jak smoła loki, delikatną szczupłą figurę i ruchy pełne gracji jak u elfa z bajki. 

Opięte   ubranie   błyszczało   na   nim   to   niebiesko,   to   turkusowo,   to   fioletowo,   nogi   stąpały 

bezdźwięcznie, ręce miał zgięte w łokciach, dłonie uniósł do twarzy, jakby chciał przeczytać 

coś zapisanego na ich wewnętrznej stronie. Gest pokory - przypomniał sobie komodor. Gest 

pokonanego w walce, gotowego rozstać się z życiem.

Kobiety za jego plecami cicho jęknęły, Ibáñez głośno wciągnął powietrze. Karl Vrba 

odwrócił głowę i jednym ruchem brwi przywołał ich do porządku. Potem wskazał głową 

platformę przed translatorem:

- Stanąć tam! Włączcie tę waszą piekielną maszynę!

Faata odgadł znaczenie rozkazu, podszedł do translatora, obejrzał go i nie opuszczając 

rąk,   przeniósł   wzrok   na   Vrbę.   Gdyby   był   tutaj   Litwin!...   -   przemknęło   przez   głowę 

komodorowi. Znał jego historię, może nie tak szczegółowo jak Corcoran, bo za źródło wiedzy 

służyły mu dokumenty i nagrania, a nie opowieści żywych ludzi, ale pamiętał wystarczająco 

dużo, by pozwolić sobie na krótki uśmiech. Dziwne figle płata los, w dziwne gry z nami gra, 

background image

gdy wywracając przeszłość na lewą stronę, wlewa do starego bukłaka nowe wino. Było, 

wszystko   już   było!   Był   bezbronny  jeniec   na   obcym   okręcie,   stał   przed   władczym   faata, 

otaczała go straż, tłumacze, pośrednicy, przybysze z nieznanego świata, obcego i złego... 

Wszystko się powtarza jak odbicie w lustrze - myślał Karel Vrba - tylko jeńcem jest teraz 

faata, a okręt, tłumacze i pośrednicy są moi!

-   Można   opuścić   ręce   -   powiedział,   a   Gaduła   Ben   wydał   z   siebie   szereg   ostrych 

rzężących i skrzypiących dźwięków. Obcy wykonał polecenie i odpowiedział; jego wymowa 

była znacznie bardziej melodyjna.

- Jaki ty jesteś? - przetłumaczył Ben. - Jesteś kim? Kni’lina? Spotykać Trzecia Faza? 

Spotykać wcześniej?

Komodor się wyprostował. Był o głowę wyższy od faata, szerszy w ramionach, stojąc 

obok Obcego, wyglądał jak wielkolud.

- Nie jestem kni’lina. Jestem Opoką Porządku innej rasy. Wasz okręt wtargnął do 

naszego systemu gwiezdnego. Yata... znasz to imię?

Imiona   nastręczały   sporo   trudności   -   translator   podawał   je   zgodnie   z   ziemską 

wymową. Przez kilka minut dyskutował zawzięcie z jeńcem, który najwyraźniej miał kłopoty 

z rozpoznaniem imienia.

- Dajcie mi spróbować - szepnęła Helga Swan za plecami komodora.

- Cisza! - burknął i powtórzył, przeciągając pierwszą sylabę: - Yyaata, Yyaata...

- Jest tak - oznajmił w końcu Gaduła Ben. - Znać Yata. Słyszeć. Okręt odlecieć przed 

moja urodzony.

Całkiem młody, nawet w ziemskiej skali - pomyślał Vrba. - Młody i niewinny. W innej 

sytuacji...

Zmrużył oczy. Sytuacja była, jaka była. Dzieliła ich śmierć milionów.

- Okręt Yata - wyskrzypiał Gaduła. - Co Okręt Yata? Co się stać, zdarzyć, zrobić?

-   Powiedziałem,   że  Yata   wtargnął   do   naszego   systemu   -   powiedział   komodor.   - 

Zniszczyliśmy okręt i całą załogę. Teraz jesteśmy tutaj.

Ciśnienie na mózg - słabe, ledwie wyczuwalne. Vrba rozciągnął wargi; nie był to 

uśmiech,   lecz   zrozumiała   dla   jeńca   oznaka   zdenerwowania.   Ziemscy   psycholodzy   znali 

pewne elementy mimiki faata.

- Wiem, że jesteś Utrzymujący, wiem, co chcesz zrobić. Nic z tego. Mój umysł nie jest 

podatny na działanie fal mentalnych.

- Tho? - zapytał jeniec, dotykając czoła cienkimi palcami.

- Opoka Porządku. - Komodor przyłożył dłoń do piersi. - W pełni rozumny Opoka 

background image

Porządku,   od  tej   chwili  i   na  zawsze  władca  Nowych   Światów. Władca   twoich   władców. 

Zrobisz to, co ci rozkażę.

Gaduła znowu zaskrzypiał, ale chyba poradził sobie z tłumaczeniem. Czekając na 

odpowiedź, Vrba zerknął spod oka na swoich pomocników. Wszyscy karnie milczeli. Trójka 

członków   grupy  naukowo-badawczej   wpatrywała   się   w  faata,   desantowcy  w   skafandrach 

bojowych   wyglądali   jak   stalowe   pomniki,   a   trzeci   pomocnik,   Raivo   Paulinen,   czujnie 

obserwował otoczenie, nie tracąc z pola widzenia strażników stojących przy lukach, jeńca i 

pilnujących   go   żołnierzy.   Na   holokamerach   świeciły   zielone   lampki   -   cały   czas   trwało 

nagranie i można było mieć pewność, że Kirianow i Borsetti nie przegapią najcichszego 

szmeru.

Translator znowu zakrakał.

- Czego sobie życzysz, Opoko Porządku bino tegari? Co mam zrobić?

- No, tak znacznie lepiej. Czuję, że doszliśmy do porozumienia - powiedział Vrba. - 

Możesz nawiązać kontakt z Roonem?

- Tak, Opoko Porządku. Daleko, bardzo daleko. Ale quasi-rozum, który tutaj, pomóc.

- Połącz się. Natychmiast.

Oczy jeńca straciły blask. Vrba nie widział teraz jego źrenic, jakby zatopionych na 

dnie srebrnych jezior; ta zmiana upodobniła twarz faata do beznamiętnych androidów. Minęła 

minuta, dwie i pozostający cały czas w transie faata coś wyszeptał.

-  Głośniej   - rozkazał  komodor.  - Mów  głośno i  wyraźnie,  inaczej   nasza  maszyna 

niczego nie zrozumie.

- Nie ma kontakt Utrzymujący Dajt - zabrzmiało w odpowiedzi. - Rozum nie ma 

kontakt...  stracony...  rrrddd... wzzz...  brak...  wzz...  rrrddd... -  Ryki   i  gwizdy urwały się  i 

Gaduła Ben oznajmił: - Brak terminu. Brak terminu, brak terminu, brak terminu.

-   Informacja   przyjęta.   Przerwać   cykl   -   zarządził   komodor.   -   Przetłumaczyć: 

Utrzymujący Dajt nie jest potrzebny. Potrzebny kontakt z Opokami Porządku na Roonie i 

T’harze. Z pierwszymi w Wiązce.

Translator wymamrotał kilka krótkich urywanych zdań. Twarz faata znieruchomiała. 

Wydawało się, że opuścił ten świat i błądzi w rejonach niedostępnych ani dla statków, ani dla 

urządzeń,   ani   dla   ludzkich   myśli.   Gładkie   policzki   nabrały   niebieskiego   odcienia,   na 

skroniach   pulsowały   żyły.   Nie   przypominał   teraz   rozumnej   istoty   -   raczej   mechanizm, 

któremu biegły mistrz nadał ludzką postać.

-   Przeżywa   ogromne   napięcie,  don   comodoro   -  powiedział   Ibáñez.   -   Sądzę,   że   z 

Utrzymującym   byłoby   znacznie   łatwiej   nawiązać   kontakt   niż   z   Opoką   Porządku. 

background image

Utrzymujących szkoli się do...

-  Uajra  - nieoczekiwanie mocnym głosem powiedział jeniec. -  Singa p'aata n’ori.  

Knitan'di. Alwen r’ilat.

- Wezwanie dosięgnąć... dotrzeć... osiągnąć... - wymamrotał translator, zaciął się i w 

końcu oznajmił: - Nieprzetłumaczalny idiom, brak terminu. Dotrzeć Uajra, Opoka Porządku, 

Roon. Pytanie: co powiedzieć Uajra?

- Powiedz, że jest tu flota wojenna z systemu gwiezdnego, w którym zginął Okręt 

Yaty. Powiedz też: po jego wizycie nie mamy powodów was kochać. Zdobyliśmy stocznię i 

zniszczymy ją, jeśli Opoka Porządku nie przyjmie naszych warunków.

Gaduła   zacharczał,   zaklekotał,   powtarzając   usłyszane   słowa   w  faata’liu,  potem 

przetłumaczył odpowiedź jeńca.

- Uajra rozumieć. Uajra dokładnie... brak terminu. Uajra wiedzieć... wie o bino tegari. 

Dwóch na planecie... wyrządzić szkody... Jeszcze mały okręt... orbita Roona... zaatakowany. 

Niedługo zniszczony.

- Komodor Litwin... nasza fregata - wyszeptał Ibáñez. - I tamci dwaj... Mój Boże! 

Mówi o Corcoranie i Sybelu!...

Twarz komodora skamieniała.

- Niech odwoła swoje moduły i zostawi w spokoju moich ludzi. Natychmiast!

-   Wykonał...   Uajra   tak   wykonał...   wykonuje...   Co   jeszcze?   Petycja...   prośba... 

życzenie... nie ruszać duży statek na stocznia... nie ruszać  quasi-rozum..  Co w zamian? Co 

chce Opoka Porządku bino tegari?

- Macie opuścić Roona, T’hara i Ezata. Natychmiast odlecą wszyscy w pełni rozumni i 

wybrani przez nich tho. Oddamy duży statek i quasi-rozum, ale moduły osłaniające stocznię 

zostaną tutaj, pod naszą kontrolą!

Na czoło Utrzymującego wystąpił pot - widocznie utrzymywanie łączności na duże 

odległości było niełatwym zadaniem. Vrba nie wiedział, nawet nie wyobrażał sobie, jakie siły 

trzeba wprawić w ruch, by myśl w mgnieniu oka pokonała otchłań między Obscurusem i 

Roonem. Oprócz mieszańca Corcorana na Ziemi nie było ani telepatów, ani telekinetyków, 

nie było nawet szans na ich pojawienie się. Byli tylko szarlatani oszukujący publiczność. Co 

drugi binok uważał się za potomka bino faata.

- Uajra zgodzi się... zgodził... Tylko nie niszczyć statku... - wychrypiał Gaduła Ben. - 

Uajra pytać: czy są inne warianty? Nie opuszczać Nowych Światów... Co w takim przypadku? 

Czy jest al... alternatywa?

Komodor zacisnął pięści i cedząc słowa, powiedział:

background image

- Zawsze jest alternatywa. Jeśli nie odejdziecie za Uskok, urządzę wam tu Zaćmienie. 

Pełne! W najbliższej przyszłości!

Jego oczy groźnie błyszczały pod zmarszczonymi brwiami.

background image

10

BITWA

Orbita Roona i Roon,

2125 rok

Wody   wciąż   przybywało.   Czarne   jamy   ziejące   w   miejscu   wypalonych   basenów 

przepełniły się, morze wtargnęło pod kopuły i kołysząc na falach opalone resztki plastiku, 

uderzało   w   ściany  i   obracało   długie   pętle   wodorostów.   Jednakże   Corcoran   nie   zauważał 

panującego   wokół   bałaganu   i   chaosu.   Jego   myśl,   podtrzymywana   czyjąś   potężną   wolą, 

mknęła   przez   pustkę,   leciała   lekko   jak   we   Śnie,   przecinając   atmosferę   Roona   i   ciepłe 

fioletowe niebo, by wpaść w ciemność i chłód. Iluzja śniona na jawie była tak wyraźna, tak 

realna! Pamiętał, że stoi na podwyższeniu pod podwójną kopułą, czuł w dłoni żebrowany 

uchwyt miotacza, słyszał szept Klausa „Za mną... podążaj za mną, Paulu...” i nawet domyślał 

się, czyja moc mentalna po pycha go, pomaga mu wzlecieć nad planetę, kierując ku okrętowi. 

Tam,   gdzie   lśniły   błyskawice   anihilatorów,   kłębił   się   rozpalony   gaz   i   purpurowe   bryzgi 

metalu  wzbijały się niczym fontanny przyćmiewające  gwiazdy.  Tam, gdzie walczyli  jego 

ludzie.

*

- Czerwony alarm - powiedziała Celina Praa schylona nad kulką interkomu. - Wszyscy 

na pozycje. Siery i Santini do myśliwców, Oki i DuPress na mostek rezerwowy. Fernandez, 

aktywuj pole siłowe. Pielewicz, co z twoimi żołnierzami?

- Już są w wieżyczkach - odparł oficer uzbrojenia. - Ja jestem w punkcie kontroli 

anihilatora.

- Strzelać na mój rozkaz. - Głos Celiny był spokojny, jakby do fregaty zbliżały się nie 

dwie dziesiątki okrętów faata, lecz dwie niegroźne kamienne bryły.

Zgodnie z regulaminem, na mostku było ich troje: Tumanow - pierwszy nawigator, Ba 

Lin - pilot i Praa siedząca na swym zwykłym miejscu obok ekranu lokalizatora. Jego okrągłe 

oko   zaćmił   pył   ciemnych   punktów;   nadlatywały   niczym   rój   pszczół,   a   każdy   z   tych 

kanciastych owadów groził śmiercionośnym jadem.

- Jest ich za dużo - burknął Tumanow i popatrzył na Ba Lina, jakby szukał u niego 

background image

poparcia. - Trzeba odlecieć. Najlepiej... - palce nawigatora zatańczyły na klawiaturze KAN-u 

- tak, najlepiej wzbić się nad płaszczyznę ekliptyki i przyjąć ten kurs: siedemnaście stopni 

względem bieguna galaktycznego. W ciągu doby oddalimy się od planety i skoczymy w 

limbus. Pod warunkiem, że wcześniej nas nie dopadną.

- Na Roonie jest kapitan i Sybel - takim samym spokojnym głosem przypomniała 

Celina Praa. - Nie odlecimy bez nich.

- Czyli będziemy ryzykować. - Tumanow machnął ręką nad konsolą, przesyłając do 

pamięci KAN-u obliczony kurs. Znowu popatrzył na Ba Lina, lecz twarz pilota zdawała się 

pozbawiona emocji. Ba Lin był lekko po trzydziestce, samej Inwazji nie pamiętał, ale nie 

zapomniał ruin Hongkongu.

-   Pierwszy   pilot   do   komandor   podporucznik   Praa   -   rozległo   się   w   interkomie.   - 

Jesteśmy w maszynach. Melduję pełną gotowość.

- Oki, odpalić sokoły po zakończeniu odliczania.

- Tak jest.

- Trzy, dwa, jeden... zero!

Fregatą zatrzęsło.

- Wyszli w przestrzeń - zameldował Igor Siery. - Zaraz im dokopiemy w jaja. Proszę 

wybaczyć, pani komandor podporucznik.

- Atakować z flank - rozkazała Praa. - Pielewicz, przygotować broń. Jeszcze się nie 

rozśrodkowali. Uderzaj w środek grupy. Wszystkie wieże, ognia!

Na spotkanie rojowi popłynął potok ognia. Pielewicz wypalił z anihilatora, ale cienki 

niebieski   promień   zaginął   w   ciemności,   niemalże   niewidoczny   wśród   pomarańczowych 

strumieni plazmy. Wybuchła bezgłośna eksplozja, z mroku wychynął czteroskrzydły feniks, 

by po chwili rozsypać się garścią iskier. Całkowite zniszczenie - zauważyła w myślach Praa; 

anihilator dosięgnął celu. Bicze plazmy również naruszyły kilka modułów, lecz Celina nie 

była w stanie ocenić szkód. Ba Lin, wyprowadzając okręt ze strefy ostrzału, skierował go 

ostro w górę i wszystkie ekrany wypełniły gwiazdy.

W  następnej  chwili  zareagowały  wideoczujniki  i  obraz  znowu uległ  zmianie.  Pod 

dnem fregaty drżała fioletowa łuna, zwarty rój rozpadł się na części - wyglądał teraz jak 

rozgwiazda   z   mnóstwem   ramion.   Dwa   z   nich   spazmatycznie   drżały   i   tańczyły,   jakby 

próbowały uchwycić grudki ciemności albo jakby uciekały przed czerwonymi wybuchami. 

Walczyły tam sokoły, nie pozwalając otoczyć fregaty. Każdy bił się z co najmniej dwoma 

modułami.

- Pole wytrzymuje - doleciał z interkomu głos Fernandeza.

background image

- Dostali jednego - zameldował Siery.

- Sokoły w porządku - tym razem głos należał do Okiego Yamaguta odpowiedzialnego 

za łączność z myśliwcami.

Praa machnęła ręką nad pulpitem. Ba Lin posłuszny niememu rozkazowi zawrócił 

okręt. Broń z wieżyczek Komodora Litwina mogła dosięgnąć dowolnego obiektu leżącego w 

granicach półkuli, ale anihilator - podstawowa broń podczas ataku - nie miał takiego stopnia 

swobody. Kierunek nadawały mu tłoki i częściowo manewry jednostki.

- Gotowy - zameldował Pielewicz.

- Ognia!

Nowy   Żar-Ptak   wynurzył   się   z   ciemności,   by   spłonąć   w   czerwonym   ognisku. 

Anihilator na fregacie miał mniejszy kaliber niż na krążowniku, lecz radził sobie z modułami. 

Gdyby tylko nie było ich tak dużo...

- Naprzód, Ba Lin! - rzuciła Celina. - Nie pozwól, by nas okrążyli.

Okręt energicznie przemknął między dwoma ramionami rozgwiazdy. Pluł plazmą, a na 

ochronnych   polach   siłowych   osłaniających   moduły   wroga   wybuchały   i   topniały   roje 

oślepiających plam. Strzelcy ściśnięci tkaniną kokonów łączących ich z komputerem fregaty 

sprawiali wrażenie zastygłych, spojrzeniami przemykali po siatce celownika; lekkie, prawie 

niedostrzegalne ruchy nóg obracających lufy i wieżyczki, palce muskające sensory. Wszyscy 

czterej strzelcy byli bardzo młodzi, ale już uchodzili za mistrzów: Bob Wentworth i Sam 

Bigelow przeszli z Europy, Władimir Paszyn - z Pierwszej Floty, Kro Jasna Woda - z Drugiej. 

Przez chwilę Celina wyobraziła ich sobie - skulonych, wiszących w ciasnych wieżyczkach, 

wypatrujących   celu   i   strzelających,   strzelających,   strzelających...   Strzelają,   nawet   nie 

wiedząc, czy przeżyją kolejną salwę - na ten czas wyłączono pole ochronne, a wieżyczki i 

napęd konturowy wraz z jego akceleratorem uważano za najsłabsze punkty okrętu.

- DuPress, straty wroga. Ruchy, ruchy, Kamilu!

Podczas walki jeden na jednego, gdy nie było konieczności kontaktu operacyjnego z 

innymi   jednostkami,   porucznik   obserwował   przeciwnika   i   efektywność   działań 

poszczególnych strzelców.

-   Już   się   robi!   Melduję:   trzy   aparaty   zniszczone,   trzy   prawdopodobnie   straciły 

zdolność bojową.

- Prawdopodobnie?

-   Nie   mam   stuprocentowej   pewności.  Trzy  przerwały  ogień,   w   walce   uczestniczy 

obecnie szesnaście małych modułów.

- Małych - warknął Tumanow wpatrzony w korowód glifów nad panelem KAN-u. - 

background image

Pewnie, że małych. Gdyby były większe, już by nas rozsmarowały od Roona po T’hara!

Fregata   zawróciła.   Moduły   faata   równie   manewrowne   i   szybkie   mknęły   jej   na 

spotkanie. W ciemnych paszczach ich anihilatorów czyhała śmierć. Serce Celiny zamarło. 

Czy mieli szanse wygrać w tym starciu?... Czy mieli szansę uratować kapitana i Sybela?... 

Nie myślała o tym. Myślała tylko, że ich nie zostawi.

Klausie, Klausie...

- Ognia! Wszystkie wieże, ognia!

Fregatą zatrzęsło. Powietrze wypełnił gryzący zapach płonącego plastiku.

*

Rozległ się trzask i Corcoran odzyskał świadomość. Część kopuły znikła, w wyrwie 

widać było niebo, przez fioletowe przestworza płynęły chmury, kanciaste moduły kreśliły 

płynne łuki - jeden, drugi, trzeci... Woda szalejąca pod platformą uniosła się o metr, zatapiając 

szyb windy.

- Znaleźli nas - powiedział Sybel. - Wiedzą już, że oba stwory zostały zniszczone. 

Pora zmykać stąd, Paulu.

Corcoran   jakby  go   nie   słyszał   -   zmrużonymi   oczami   patrzył,   jak  migając   między 

obłokami niczym cienie, mkną w ich stronę okręty faata.

- Powinna była posłuchać Tumanowa - powiedział. - Nie podejmować walki i jak 

najszybciej ukryć się w limbusie. Nawet teraz mogłaby to zrobić, gdyby...

- Gdyby?

- Gdyby poświęciła sokoły. Boni i Igor powinni zatrzymać przeciwnika.

- Wydałbyś taki rozkaz?

- Oczywiście. Gdybyśmy mogli wysłać im przekaz mentalny.

- To niemożliwe, Paulu. Ludzki mózg nie jest zdolny nawiązać kontaktu myślowego.

Sybel wyglądał na zdezorientowanego i udręczonego. Corcoran nigdy nie widział go 

w takim stanie; metamorf chyba rzeczywiście stał się człowiekiem i zbierał teraz kamienie 

smutku w dolinach bezsilności i żalu. Jego twarz drżała jak odbicie w wodzie, skóra i włosy 

zmieniały   kolor   i   tylko   podobne   do   ptasiego   dzioba   usta   starego   faata   pozostawały 

niezmienne.

- Celina - szeptał - Celina...

Jakby odpowiadał na jej wołanie o pomoc.

- Wróćmy do naszego modułu - powiedział Corcoran. - Jest tam radio. Spróbujemy 

nawiązać łączność.

Niebo przecięła błyskawica. Oślepiający blask sprawił, że zamknął oczy, a gdy je 

background image

otworzył, zobaczył bure ściany wąwozu usiane plamami mchów, sylwetkę modułu wśród 

kamieni i stojące obok kontenery. Górował nad nimi robot, a czujniki nad jego masywnymi 

ramionami obracały się powoli, skanując okolicę. Błysnął zielony ognik, otwarła się szczelina 

- to robot rozpoznał właścicieli.

- Poślij go na górę, Klausie. Jest tam już jeden, niech oba obserwują niebo. A ja idę do 

nadajnika.

Zanurkował   do   kabiny   i   włączył   urządzenie   do   łączności   głosowej.   Zawirowały 

świetlne cylindry, popłynęły glify - sygnały wywoławcze - i Corcoran, jakby podążając za ich 

ruchem, znowu poszybował nad Roonem, nad kamienistą równiną pociętą wąwozami, nad 

ciemnym pasem kanionu, którego strzegła para robotów. Czując obecność i wsparcie Sybela, 

leciał przez pustkę tam, gdzie walczył jego okręt.

*

Fregatą zatrzęsło. Powietrze wypełnił gryzący zapach płonącego plastiku, sufit mostka 

pokryła siatka drobnych pęknięć, z góry coś się osypało, pokład zadrżał i kokon ochraniający 

głowę Celiny Praa wysunął płytę nakarczka. Pomarańczowe płomienie, które miotała trzecia i 

czwarta wieżyczka, zgasły. Tumanow zakaszlał, z rzężeniem wciągnął powietrze i przysunął 

fotel   bliżej   konsoli   nawigacyjnej,   osłaniając   ją   przed   odłamkami.   Niebieski   promień 

wyrzucony przez anihilator Litwina przeciął ciemność, rozkwitł piekielnym kwieciem i Ba 

Lin natychmiast skierował okręt w dół. W dół, w dół, w bok... Fregata miotała się niczym 

ranny wieloryb wśród latających śmiercionośnych harpunów.

- Pole ochronne! Co z polem ochronnym? - krzyknęła Praa.

-   Przywrócone   w   osiemdziesięciu   trzech   procentach   -   zameldował   Fernandez   i 

spokojnie dodał: - Coś się pali. Uruchomiony kompleks remontowy.

Zimnym mechanicznym głosem przemówił moduł diagnostyczny:

-   Uszkodzona   lewa   burta.   Naruszona   regeneracja   powietrza.   Dziury   w   szybie 

akceleratora,   w   sektorach   siedemnastym   i   osiemnastym.   Wieża   numer   trzy   zniszczona, 

porucznik   Wentworth   nie   żyje.   Wieża   numer   cztery   straciła   zdolność   bojową.   Pęknięcia 

poszycia, zaklinowany mechanizm obrotowy.

- Rozmiar zniszczeń i stan porucznika Kro.

- Wentworth... - wymamrotał Tumanow. - Pokój jego duszy... I Kro Jasna Woda...

Robert Wentworth, strzelec z trzeciej wieżyczki, zmienił się w parę, ale Kro, strzelec z 

czwartej, być może jeszcze żył. Brązowe oblicze Indianina Nawaho stanęło Celinie przed 

oczami, gdy nachylała się nad interkomem.

- Linder, weź się do roboty i wyciągnij Kro. Przenieś go do sekcji medycznej.

background image

- Posłałem Lindera do regeneratora - powiedział Fernandez. - Bez powietrza udusimy 

się wszyscy.

- Zrozumiałam. W takim razie niech idzie DuPress. Słyszałeś, Kamilu?

- Tak jest! Już się robi!

-   Do   pomocników   kapitana:   nawigatora,   inżyniera,   pierwszego   pilota,   oficera 

uzbrojenia. Czy możemy kontynuować walkę?

- KAN nie został uszkodzony - zameldował Tumanow. Po skroni ciekła mu strużka 

krwi, widocznie trafił go odłamek.

-   Pole   ochronne   sto   procent   -   rozległ   się   głos   Fernandeza.   -  Linder  z   robotami 

naprawia   systemy   podtrzymywania   życia.   Dodatkowo   dwie   brygady   pracują   w   szybie 

akceleratora i przy wieży numer trzy. Silniki grawitacyjne nieuszkodzone.

- U nas w porządku. - Z wokodera doleciał ochrypły, świszczący oddech Igora.

- W porządku, komandorze podporuczniku! - Zaklął po rosyjsku, w języku, który 

Celina ledwie rozumiała, i dodał: - Pancerz mocny i czołgi nasze szybkie... - Słowa starej 

piosenki, której pochodzenie ginęło w mrokach historii, weszły do codziennego języka jego 

narodu, oznaczając niezachwianą wiarę w zwycięstwo.

Powietrze   na   mostku   powoli   oczyściło   się   z   zapachu   spalenizny   -   najwidoczniej 

Linderowi udało się przywrócić normalną cyrkulację.

-  Anihilator,   wieża   numer   jeden   i   wieża   numer   dwa   gotowe   do   walki   -   oznajmił 

Pielewicz. - Wypuścimy rakiety, ma’am? Wprawdzie nie przebiją ich osłon, ale zyskamy czas 

na manewry... a nuż ktoś nawinie się pod miotacz...

- Wypuszczaj, Kiryle. DuPress, co z czwartą wieżą?

- Luk zaklinowany. Roboty wycinają przejście...

Salwa rakietowa wprawiła pokład fregaty w drżenie, z góry posypały się odłamki 

poszycia.   Rakiety   podobnie   jak   swomy   były   bardzo   starą,   lecz   efektywną   bronią,   jeśli 

atakowanego obiektu nie osłaniało pole siłowe. Jednakże tym razem osłona odbiła rakiety, 

pociski detonowały i na minutę Komodora Litwina otuliły płomienie, jakby okręt wpadł w 

sam środek gwiazdy. Oszołomiło to lub przestraszyło wrogich pilotów; wykorzystując ich 

niepewność, Pielewicz spalił jeszcze jedną maszynę, po czym Ba Lin wyprowadził fregatę 

spod ostrzału. W głębi głównego ekranu przemknął szybki cień - sokół goniący kanciasty 

okręt. Boni albo Igor... Rażący purpurowy wybuch na chwilę oślepił Celinę, potem ekran 

przecięła   ciemna   szrama   Uskoku,   gwiazdy   się   zakołysały   i   niczym   upiór   z   innego 

wszechświata   pojawiła   się   sylwetka   modułu   bojowego.   Podkradł   się   do   lewej   burty,   do 

rozbitych  wieżyczek  z martwymi  strzelcami...  Lufa  poruszyła   się,  wylot  spojrzał  w  oczy 

background image

Celinie.

To   ostatni   widok   w   moim   życiu   -   pomyślała.   -   Czarny   Uskok,   czarna   paszcza   i 

promień anihilatora...

Miotacz w wieżyczce Kro Jasnej Wody wypluł strumień ognia. Zaciskając pięści, Praa 

patrzyła, jak potok plazmy przebija pole siłowe i uderza w burtę obcego okrętu. Komodor 

Litwin szarpnął się w bok, ale potworny wybuch dopadł go i rzucił niczym gałązkę na fali 

tsunami - tak, że zabolały zęby i kości, pociemniało w oczach.

- Żyje, uratował nas! - usłyszała Celina i zrozumiała, że Tumanow mówi o Kro. - Za 

blisko - odpowiedział Ba Lin. - Do tego tuż nad pancerzem. Pole...

Myśl   wywołała   w   świadomości   Praa   reakcję   łańcuchową:   wybuch   był   za   blisko, 

potężny wybuch... tuż na granicy pola siłowego... mogło nie wytrzymać... Gdzieś za plecami 

zaszeleściły przesuwane przepierzenia i blok diagnostyczny zameldował.

-   Przebite   pole   siłowe   i   pancerz.   Rozhermetyzowany   mostek   rezerwowy.   Drugi 

nawigator Oki Yamaguto nie żyje. Liczne uszkodzenia w systemie regeneracji powietrza i 

podsystemach obrotu.

Praa zagryzała wargi, nie zwracając uwagi na cieknące po brodzie krople krwi. Oki 

Yamaguto... duch Okiego odszedł do Wielkiej Pustki... Zmusiła się, by o tym nie myśleć, i 

zawołała:

- Fernandez! Linder! Jak długo jeszcze damy radę oddychać?

Odpowiedział jej śmiech inżyniera.

- Gwarantuję trzy godziny. Jeśli tyle przeżyjemy.

Wykonując ostry skręt, okręt wbił się w grupę modułów faata. Sokoły ochraniały lewą 

burtę.

- Żyć będziemy tak długo, jak długo damy radę strzelać - powiedział oficer uzbrojenia 

Pielewicz. - Jestem gotów.

- Ognia!

Strzały   niebieskich   błyskawic   przecięły   ekran,   ocalałe   wieżyczki   zawtórował   im 

purpurowym blaskiem. Obie - zauważyła Celina; Paszyn i Bigelow żyją. Broń wieży numer 

cztery milczała.

- DuPress! Wycięliście przejście?

- Tak, ma’am. Kro... - Łącznościowiec zamilkł.

- Meldunek o jego stanie, poruczniku!

- Żyje. Chyba... Przenosimy go do sekcji medycznej. Zmiażdżona klatka piersiowa... 

utrata krwi i silne oparzenia... i jeszcze ręka ... prawa ręka... nie ma jej.

background image

- Wiesz, jak obsługiwać reanimator?

- Sarkofag? Tak, ma’am. Ale tutaj jest potrzebna natychmiastowa operacja... Obawiam 

się, że bez Lindera nie dam rady...

-  Linder  jest zajęty. Jeśli sobie nie poradzisz, Jasna Woda umrze - oschłym tonem 

powiedziała Praa.

Jeden   z   sokołów   ochraniających   fregatę   buchnął   nagle   pomarańczową   łuną.   Po 

sekundzie zgasła, myśliwiec manewrował, nie przerywając ostrzału, lecz prawdopodobnie 

leciał już na autopilocie. Santini czy Siery?... Czyje serce przestało bić?... Kto odleciał do 

Wielkiej Pustki?... Pokonując atak strachu, schyliła się nad interkomem, by zadać pytanie, i 

usłyszała:

- Wzywam Komodora Litwina. Tu kapitan. Praa, Tumanow, Fernandez, Pielewicz, 

odezwijcie się. Tu kapitan. Kapitan wzywa najstarszego rangą oficera.

Chwała Wielkiej Pustce - pomyślała Celina - wszyscy oni żyją. Na razie...

- Kapitanie! - zawołała. - Kapitanie. Klausie...

Ale zamiast odpowiedzi rozległ się daleki wybuch, potem jeszcze jeden i serce Celiny 

zamarło. Skąd dobiegły te dźwięki? Z jej ginącego okrętu? Z pokładu, z ładowni, z wieżyczki 

strzelniczej? A może fale radiowe przyniosły je z odległej planety, na której znajdowali się 

kapitan i Klaus? Drogi wierny Klaus, nie zdążył jej niczego powiedzieć...

*

Huk   był   taki,   że   Corcoranowi   aż   zadzwoniło   w   uszach.   Znieruchomiał,   potem 

odwrócił się od radiostacji i pobiegł na zewnątrz. Na niebie, nad wąwozem, nabrzmiewał 

grzyb ognia płonący złowrogim brunatnoczerwonym światłem, wokół niego niczym stada 

ptaków wirowały ciemne strzępki poszycia i rozbitych mechanizmów. Nieco wyżej, jakieś sto 

metrów od kamienistej równiny, wzbijały się w niebo trzy kanciaste maszyny, a za nimi gnały 

niemalże niewidoczne w jasnym świetle słońca promienie laserów. Jeszcze chwila i dogoniły 

moduły, zamieniły je w sterty płonących odłamków. Huk nowych wybuchów zabrzmiał w 

wąwozie przeciągłym echem.

Roboty - domyślił się Corcoran. - Roboty z systemami laserowymi i maszyny faata... 

raczej nie bojowe. Nie miały ochronnych pól siłowych, leciały wolno i nisko; być może 

chciały   odszukać   obcych   albo   patrolowały   powierzone   im   terytorium.   Idealny   cel   dla 

robotów! Jak stado domowych kaczek dla dobrego Strzelca! Ale w ślad za kaczkami przybyły 

kanie.

- Klausie! - rozejrzał się, wypatrując wśród kamieni znajomej sylwetki. - Klausie, 

połączyłem się z okrętem. Gdzie jesteś, Klausie?!

background image

Odpowiedziało mu tylko echo miotające się między ścianami wąwozu. Poczuł, jak 

jego   dusza,   rozum,   serce   -   pojedynczo,   a   może   razem   -   wszystko,   co   tworzyło   Paula 

Corcorana, nagle się rozdwoiło; jedna połówka parła do tyłu, do nadajnika, druga wiedziała, 

że nie wróci do modułu, dopóki nie znajdzie Sybela.

Gdzie on się podział? Corcoran zastanawiał się nad tym wpatrzony w spadające z 

nieba resztki  czterech  maszyn. Wyruszył  na górę  razem z robotem?  Postanowił zwiedzić 

wąwóz?   Przeskoczył   do   innego   kanionu,   a   może   na   inną   część   kontynentu?   Na   drugą 

półkulę? Po co?

Był tylko jeden sposób, by poznać odpowiedź. Corcoran spojrzał na moduł, z którego 

dobiegał głos Celiny, i wszedł w mentalny trans, wysyłając krótkie potężne sygnały. Nie 

słowa, gdyż słowa należą do języka, a on nie używał żadnej mowy istniejącej na Ziemi, po 

prostu wołał.

Gdzie jesteś, Klausie? Co z tobą? Odpowiedz! Klausie! Klausie!

Odpowiedź   nadeszła   natychmiast   -   z   góry,   gdzie   stały   na   straży  roboty   bojowe   i 

dyżurował wielonogi pająk obserwator.

Milcz, Paulu! I wybacz mi, byłem nieostrożny, powinienem się domyślić. Milcz po  

prostu milcz! Są już blisko! Namierzają promieniowanie mentalne. Oprócz Dajta są jeszcze  

inni Utrzymujący... na szczęście myślą, że jestem sam... Możesz odlecieć gdy mnie...

Na górze znowu huknęło i kontakt się urwał. Corcoran odchylił głowę - po niebie 

sunął moduł bojowy otoczony falującą łuną pola siłowego, ostrzeliwując brzegi wąwozu. 

Roboty odpowiedziały, jednakże tym razem przeciwnik był inny, nie kaczka, lecz kania z 

ostrym dziobem i szponami: lasery nie mogły przebić jego pola ochronnego i kilka małych 

rakiet nie uczyniło mu żadnej szkody. Nad wąwozem zawirowały płomienie i dym, błysnął 

niebieskawy promień anihilatora niczym grad posypały się kamienie i po zboczu popłynął 

czerwony   strumyczek   lawy.   Corcoran   zrozumiał,   że   wynik   pojedynku   jest   z   góry 

przesądzony.

Ku   niebu   wzbiły   się   dwie   kolumny   ognia,   przecinając   obłok   dymu.   Spróbował 

wezwać roboty, ale bez skutku - najwidoczniej oba przeniosły się do lepszego świata Nie 

zasmuciło to specjalnie Corcorana, martwiło go co innego: gdzie jest Sybel, co z nim? Nie 

myślał o śmierci czającej się za plecami ani o tym, że jeśli promień anihilatora przejdzie 

wzdłuż wąwozu, z Paula Corcorana nie zostanie nawet kupka prochu.

Pył i dym kłębiące się nad kanionem przesłoniły niebo, ale udało mu się dostrzec 

kontury   modułu.   Maszyna   wisiała   nieruchomo,   gotowa   zejść   w   dół   lub   zalać   wąwóz; 

potokiem   lawy,   jednakże   to   nie   przerażało   Corcorana.   Klaus!   Gdzie   jesteś,   Klausie? 

background image

Zaryzykować, spróbować poszukiwania mentalnego? Przecież prosił, by milczeć..

Moduł drgnął i poleciał w górę, oddalając się z każdą sekundą. Prostokątna sylwetka 

zamieniła się w kreskę, w punkt, a potem znikła pochłonięta przez obłok dymu. Odlecieli? 

Dziwne - pilot, dodatek do mechanizmu, nie podjąłby takiej decyzji. Zatem odwołano go? 

Dlaczego?...

Nie zdążył dokończyć tej myśli. Nagły powiew powietrza miękko pchnął Corcorana i 

na   ziemi,   między   dwoma   kontenerami,   pojawiło   się   ciało   Sybela.   Metamorf   leżał   w 

nienaturalnej pozycji, z podwiniętą prawą ręką; oczy miał zamknięte, głowę zalaną krwią, 

ramię   i   pierś   poparzone   tak,   że   spod   zwęglonego   ciała   prześwitywały   żebra.   Przerażony 

Corcoran ruszył ku niemu, klęknął, pochylił się, wbijając wzrok w wykrzywioną z bólu twarz. 

Klaus nie przypominał już faata; wróciły zmarszczki i siwe włosy, tylko teraz wyglądał o 

dziesięć lat starzej. Albo o dwadzieścia - pomyślał Corcoran. Zresztą jak można oceniać wiek 

kogoś, kto wpadł w ogień piekielny..

- Klausie! Słyszysz mnie, Klausie?

- Tak. - Pochwycił spojrzenie Corcorana i nieoczekiwanie się uśmiechnął. - Kiepsko 

wyglądam, Paulu. Nie martw się... Mimo wszystko nie jestem człowiekiem, lecz zupełnie 

inną   istotą.   Człowiek   dawno   by   umarł...   od   szoku,   od   uszkodzeń   czaszki,   od   złamania 

kręgosłupa   szyjnego,  od  tego,   że  odłamek   żebra  przebił   komorę  serca...   I  oczywiście   od 

oparzeń.

-   Co   to   ma   być,   diagnoza?   -   zapytał   Corcoran.   Opanował   się,   przegnał   panikę   i 

poczucie   nieuniknionej   straty.   Sybel   miał   rację:   dla   metamorfa   wszystkie   te   rany   nie 

oznaczały jeszcze śmierci.

- Diagnoza będzie inna - odparł Odszczepieniec. - Ale najpierw powiedz: odlecieli? 

Tam, na górze, odegrałem cały spektakl... wszystko wypadło naturalnie, wiarygodnie... bitwa, 

spalone zwłoki wroga, szczątki robotów, przedśmiertna agonia... Odlecieli?

- Odlecieli, ale sądzę, że z innego powodu.

- To już nieważne. Możesz wracać, a ja znajdę cichą przystań, wieczny odpoczynek...

- Odejdziesz, aby wrócić?

- Jeszcze nie wiem. Zobaczymy, jak wyjdzie, Paulu...

- Nie ma takiej potrzeby - powiedział Corcoran w nadziei, że uda mu się zmienić 

decyzję  przyjaciela.  -  Celina  żyje,  przetrwał  nasz  okręt. Walczyli,  Klausie.  Słyszałem jej 

głos... wołała cię.

- Też słyszałem, słyszałem każde jej wołanie. Nie mogę przekazać jej swoich myśli... 

Ale   ty,   Paulu,   powiesz:   Klaus,   umierając,   szeptał   twoje   imię.   Powiedz   jej   o   tym.   Nie 

background image

zapomnij. Wasze kobiety są takie delikatne, takie uczuciowe...

- Stary spryciarz! - krzyknął Corcoran, widząc, że z ramienia Sybela znikają straszne 

oparzenia. - Stary chytry oszust!

- Niech tak będzie. A teraz idź. Idź, Paulu, i daj mi umrzeć w ciszy i spokoju. Śmierć 

to bardzo osobista sprawa. Nie potrzebuję świadków.

Corcoran   pogładził   jego   rękę   jakby   w   geście   pożegnania.   Spojrzał   w   niebo   i 

zdecydowanym krokiem ruszył do modułu. Nad nadajnikiem płynął niekończący się korowód 

glifów, a głos Celiny powtarzał raz za razem:

- Kapitanie, Klausie! Kapitanie! Odebrałam wasze wezwanie. Mam ważną informację. 

Odpowiedzcie, kapitanie!...

*

Łączność urwała się nieoczekiwanie. Ba Lin manewrował, próbując uniknąć uderzeń 

niebieskich   błyskawic,   broń   fregaty   strzelała   do   wroga,   nad   uszkodzonymi   wieżyczkami 

przelatywały sokoły, gdzieś we wnętrzu okrętu inżynierowie naprawiali regenerator, a Celina 

Praa jakby na chwilę wypadła z tego kołowrotka - siedziała wpatrzona w nadajnik, słuchając 

niezrozumiałego chóru szepczących gwiazd.

Żadnych sygnałów - tylko szelest i szum zakłóceń. Wybuchy miały miejsce tam, na 

Roonie - komputer nie meldował o nowych stratach. Pokaleczona fregata ciągle utrzymywała 

się na powierzchni. Mogła walczyć i mogła usłyszeć wołanie swego kapitana... Ale kapitan 

milczał.

Tumanow odwrócił się do Celiny. Przez jego szeroką twarz, od skroni do ucha, ciągnął 

się krwawy ślad.

- Bierz się do dowodzenia, zastępco! Trwa walka!

Szarpnęła głową, uderzając o płytę nakarczka.

- Słyszałeś, Nikołaju? Kapitan! To był kapitan!

- Słyszałem. Słyszałem ja, słyszał Sancho, Kirył, Ba Lin... Wszyscy słyszeliśmy! I 

odpowiemy, gdy nas wezwie.

- Coś tam wybuchło.

-  A  to   dopiero   niespodzianka   -   z   interkomu   dobiegł   pełen   ironii   głos   Pielewicza. 

Komodor Litwin i dwa jego wierne sokoły szły do ataku i Praa zapomniała o milczącej 

radiostacji. Teraz na lokalizatorze widać było mniej znaków, lecz wciąż było ich sporo - 

trzynaście. Rozsypały się po ekranie, próbując okrążyć fregatę ze wszystkich stron; prosta 

taktyka, ale przy przewadze liczebnej najskuteczniejsza. Pole ochronne trzymało pełną moc, 

anihilator   i   silniki   były   w   dobrym   stanie,   jednakże   bez   połowy   strzelców   i   broni   okręt 

background image

przegrywał. Z jednym sokołem działo się coś dziwnego. Tego MU pilotował Yamaguto... 

Celina zdziwiona jego milczeniem dopiero po chwili przypomniała sobie, że Oki nie żyje.

- Siery, Santini! Co tam u was?

- Santini dostał, kieruję oboma skorupami - oznajmił pierwszy pilot. - Mam kłopoty z 

manewrowaniem, ale mogę strzelać. Amunicji mam do diabła i trochę! Starczy na wszystkich 

binoków!

Dorzucił jeszcze coś niezrozumiałego po rosyjsku. Świadomość Celiny zignorowała 

całkowicie to krótkie mocne zdanie. Była już gdzie indziej, w świecie prędkości, odległości, 

współrzędnych i mocy rażenia broni - własnej i obcej. Gdzie, kiedy, kogo - ale tak, żeby nie 

strzelić   sobie   w   nogę...   Zagadnienie   z   zakresu   teorii   gier   uwzględniające   różnorodne 

scenariusze; błędy wroga była nieokreślone, to znaczy miały cały szereg rozwiązań o różnej 

nebularności

39

. Człowiek i komputer powinni wybrać jedno z nich i potwierdzić ten wybór 

słowem.

- Ognia!

Salwa uderzyła w pustkę, znaczki na lokalizatorze pełzły po brzegach, moduły bojowe 

faata   nadal   uciekały   we   wszystkie   strony   jak   mrówki   z   płonącego   mrowiska.   Sens   ich 

manewru był niejasny - oddaliły się od Komodora Litwina na jakieś trzydzieści kilometrów i 

nic nie wskazywało na to, by zamierzały wrócić lub atakować. Co więcej, nie strzelały! 

Wracały na Roona, tworząc szeroki stożek, jakby chciały uniknąć pościgu - Litwin mógł 

dogonić jeden, ale nie całą rozśrodkowaną grupę.

- Ki czort? - wymamrotał Tumanow. - Czy to jakiś podstęp?

- Moim zdaniem wycofują się - powiedziała Celina Praa, ze zdziwieniem marszcząc 

czoło. - Wracają na planetę.

Pierwszy nawigator wytarł krew ze skroni.

- Nie będziemy się śpieszyć. A nuż to jakiś ruch taktyczny... Pielewicz, jak sądzisz?

- Sądzę, że wzięli nogi za pas - odparł oficer uzbrojenia. - Ale lepiej poczekajmy. 

Mamy co robić.

- Mamy - przytaknęła Celina. -  Fernandez,  zastąpisz Lindera, niech idzie do sekcji 

medycznej, Kro potrzebuje pomocy. Siery, wróć na pokład. Kamilu, Kro jest w reanimatorze?

- Tak. On...

-  Linder  cię   zastąpi.   Idź   do  ładowni.   Przyjmiesz   Santiniego.   Może   jeszcze   żyje... 

Przygotować   drugi   sarkofag.   -   Po   chwili   namysłu   dodała:   -   Pielewicz,   nie   odwołuję 

czerwonego alarmu. Strzelcy, pozostać na stanowiskach.

39

 Nebulamość - miara nieokreśloności zdarzenia (termin z zakresu informatyki).

background image

Śluzy wlotowe otwarły się, sokoły jeden za drugim znikły w czarnych paszczach. 

Kadłub myśliwca Santiniego był stopiony i Praa pomyślała, że pilota - lub to, co z niego 

zostało - trzeba będzie wycinać laserem. Serce ściskało się jej z bólu. Santini,  Wentworth, 

Oki, Jasna Woda... Stracili jedną czwartą załogi, a może więcej - kapitan i Sybel nadal nie 

dawali znaku życia.

Ledwie o tym pomyślała, a nad odbiornikiem zawirowały glify. Przekaz był dwojaki - 

za pomocą głosu i symboli; Borsettiego, oficera łączności, prawie nie było słychać, ale glify 

dublowały informację. Praa, Tumanow i Ba Lin patrzyli jak zaczarowani na taniec ciemnych 

znaków, odczytując je bez najmniejszego trudu i nie zwracając większej uwagi na wysiłki 

Borsettiego. Gdy przekaz dobiegł końca, Praa powiedziała:

-  Do  całej  załogi:   alarm  czerwony  odwołany.   Otrzymaliśmy komunikat   z  Europy. 

Włączam przekaz.

Wysłuchali wzmocnionej komputerowo transmisji. Tym razem głos oficera łączności 

był donośny i wyraźny. Tumanow rozpiął kokon i odsunął się od panelu KAN-u, Ba Lin 

zgarbił   się,   schylił   głowę   -   napięcie   związane   z   walką   jeszcze   go   nie   opuściło.   Gdy 

przebrzmiały ostatnie słowa przekazu, Celina pochyliła się nad interkomem.

- Linder, DuPress, Pielewicz, Fernandez. Meldować. Słucham.

-   Kro   znajduje   się   w   stanie   śmierci   klinicznej   -   powiedział   Linder.   -   Jest   w 

reanimatorze, krwotok zatrzymany. Jego szanse oceniam na jeden do dziesięciu. Boję się, że 

go stracimy.

- Górna kopuła sokoła rozcięta - w głosie DuPressa brzmiała rozpacz. - Santini nie 

żyje. Pierwszy pilot mówi, że na skutek działania wysokiej temperatury. Ciało... to, co z niego 

zostało... przeniesiemy do kontenera pogrzebowego.

- Dwaj moi strzelcy i ocalała broń są w porządku. Ja też - oznajmił Pielewicz.

-   Powietrza   starczy   nam   na   maksymalnie   cztery   godziny,   potem   trzeba   będzie 

wyłączyć   systemy   podtrzymywania   życia.   Remont   w   trakcie   lotu   nie   jest   możliwy   - 

powiedział Fernandez. - Jest z tym roboty na co najmniej dobę. Albo założymy skafandry, 

albo...

-   Lecimy   na   Roona   i   lądujemy   -   zarządziła   Celina   Praa.   -   Co   z   mostkiem 

rezerwowym, Sancho?

- Wysłałem roboty. Hermetyzacja sekcji zakończona.

- Pielewicz, ty i twoi ludzie będziecie kompanią honorową. Wydobądźcie ciało Okiego 

i   przenieście   do   kontenera   pogrzebowego.   Przygotujcie   jeszcze   jeden,   dla   Wentwortha, 

zgodnie z tradycją...

background image

-   Zrozumiałem,   komandorze   podporuczniku   -   odpowiedział   oficer   uzbrojenia.   - 

Wykonuję.

- Nikołaj, kurs na Roona. Spróbuję nawiązać łączność z kapitanem. Teraz nie ośmielą 

się go tknąć, jeśli tylko przeżył.

- Jeśli tylko przeżył... - jak echo powtórzył  Tumanow, lecz Celina nachylona nad 

nadajnikiem go nie usłyszała.

- Kapitanie! Klausie! Kapitanie! Odebrałam wasze wezwanie. Mam ważną informację. 

Odpowiedzcie, kapitanie!

*

W świetlnym cylindrze wirowały glify, rozbrzmiewał głos Celiny Praa i reszty załogi - 

nawigatora, pilota, inżyniera, oficera uzbrojenia. Corcoran wsłuchiwał się w nie oparty o 

miękką  ścianę  kabiny.   Przez  otwarty luk  patrzył   na  wąwóz   i  niebo,   gdzie  powoli   rzedła 

zasłona   dymu.   Głosy  brzmiały  niczym   muzyka.   Była   to  symfonia   okrętu,   ożywiające   go 

dźwięki, znane i drogie jak szelest liści w ogrodzie i płynące nad Dnieprem bicie dzwonów. 

Praa, Ba Lin, Tumanow, Pielewicz, Fernandez... Ocaleli. Kto jeszcze?

- Tu kapitan - powiedział niezbyt głośno. - Praa, mamy łączność.

Długie, długie i pełne ulgi westchnienie. Potem:

- Kapitanie! Słyszałam wybuchy...

- To nic ważnego. Masz informacje od flotylli?

- Tak, sir, od komodora. Stocznia na Obscurusie zdobyta, opór złamany. Komodor 

skontaktował się z Opoką Porządku, atakujące nas moduły zostały odwołane. Walczyliśmy z 

nimi i...

- Wiem. Raport o stratach, komandorze podporuczniku.

- Kapitanie, te wybuchy...

- Powtarzam, Praa: raport o stratach.

- Robert Wentworth - odpowiedziała po krótkiej pauzie. - Bezpośrednie trafienie w 

wieżę numer trzy, nawet proch nie został... Oki Yamaguto. Zginął na mostku rezerwowym. 

Bonifacy   Santini.   Spłonął   w   myśliwcu.   Kro   Jasna   Woda.   Jeszcze   żyje,   jest   w   bloku 

reanimacyjnym. Pozostali... Pozostałych wkrótce pan zobaczy, kapitanie. Lecimy do was.

Wentworth, Oki, Kro, Santini... Corcoranowi zaschło w gardle. Nerwowo przełknął 

ślinę, po czym zapytał:

- Stan okrętu?

-   Zniszczone   wieże   na   lewej   burcie.   Pęknięcia   kadłuba   i   szybu   akceleratora 

zespawane. System regeneracji uszkodzony, są kłopoty z odzyskiwaniem powietrza. Nie ma 

background image

problemów z napędem. Silniki i pole siłowe w porządku. Możemy wylądować. Namierzamy 

wasz nadajnik. Co to za miejsce, sir?

-   Płaskowyż   na   północy  dużego   kontynentu.   Są   szczeliny  i   wąwozy,   ja  jestem  w 

jednym z nich. Na górze widać stopione kamienie i resztki naszych robotów. Znajdziecie nas 

bez trudu.

- Te wybuchy? - po raz trzeci zapytała Celina Praa.

- Tak, nas też zaatakowano. I też ponieśliśmy straty. - Corcoran zacisnął pięści. Lepiej 

powiedzieć jej od razu, postanowił w duchu i powiedział: - Sybel nie żyje.

Cisza. Potem rozległ się głos Tumanowa.

- Możesz płakać, jeśli chcesz, Celino. Nie patrzymy.

- Nie od razu umarł - powiedział Corcoran. - Prosił, aby przekazać, że nie wszystko 

stracone i że wszystko odzyskasz. Wszystko! Rozumiesz, Celino? Wiarę, nadzieję, miłość... 

Był bardzo mądrym człowiekiem, z gatunku tych, którzy widzą przyszłość.

Trudno jest pocieszać - przemknęło mu przez głowę. Podwójnie trudno, gdy twoja 

Wiara, Nadzieja i Miłość żyją, są szczęśliwe i czekają na ciebie... Trudno, ale trzeba. Taki jest 

obowiązek kapitana: rozmawiać z tymi, czyi bliscy już nie wrócą.

Wentworth, Oki, Santini... Być może Jasna Woda...

- Komandorze podporuczniku! Słyszycie mnie?

- Tak, sir. Ja... pamiętam o swoich obowiązkach.

Twardy ołowiany żołnierzyk - pomyślał Corcoran, a głośno powiedział:

- Proszę uściślić informacje otrzymane z Europy.

- Azja leci na T’hara, Afryka i Ameryka szykują się do skoku do systemu Ezata - 

martwym cichym głosem odparła Praa. - Antarktyda została nad stocznią. Europa i Australia 

wzięły   kurs   na   Roona.   Eskortują   duży   statek   z   quasi-rozumem.   Zgodnie   z   zawartym 

porozumieniem, zabierze z Nowych Światów faata i część tho, potem wyruszy na drugą 

stronę Uskoku. Później przyślą po pozostałych tho. Na trzech planetach jest ich około dwóch 

milionów.

- Polecenia dla nas?

-   Przygotować   fregatę   do   powrotu   do   Układu   Słonecznego.   Trasa   taka   sama   jak 

poprzednio, przez Gondwanę i Baala. Zabierzemy sprawozdanie komodora dla sztabu floty i 

parlamentu.   Przysłano   jeszcze   listę   poległych.   Wszystkich   z  Azji,  Afryki   i  Antarktydy. 

Atakowali stocznię.

- Niech towarzyszy im łaska Władcy Pustki - powiedział Corcoran. - Czekam na was. 

Bez odbioru.

background image

Opuścił moduł i ruszył wzdłuż wąwozu zasypanego resztkami zniszczonych maszyn. 

Pomarańczowe   słońce   minęło   zenit   i   wisiało   teraz   nad   południowo-zachodnim   skrajem 

urwiska,   wiatr   rozegnał   pył   i   dym,   fioletowe   niebo   było   jasne   i   czyste,   nie   zmącone 

wybuchami,   nie   opalone   ogniem.   Wysoko   powoli   płynęły   podświetlone   słońcem   obłoki, 

różowe jak stado gigantycznych flamingów. Mech na ścianach wąwozu był wypalony do cna i 

szarobure   tło   skał   urozmaicały   teraz   tylko   języki   zastygniętej   lawy,   błyszczące   niby 

wypolerowane lustra. Poza chmurami wszystko trwało w bezruchu. Corcoran nie widział ani 

latających maszyn, ani ptaków, ani jakichkolwiek zwierząt, węży czy jaszczurek.

-  T’taja orr n’ukuma sirend’agi patta  - wyszeptał niczym zaklęcie zapamiętane w 

dzieciństwie słowa. - Sirend wyszedł na słońce i wygrzewa się na ciepłych kamieniach... 

Dobrze   byłoby   go   zobaczyć,   ciociu   Io,   skoro   już   dotarłem   do   twojej   ojczyzny.   Prawie 

dotarłem. Przecież żyłaś na T’harze... - Zamyślił się i dodał:

- Nie, ty żyłaś na Ziemi, gdzie nauczyłaś się uśmiechać. Na T’harze tylko istniałaś.

Zrobił jeszcze kilka kroków i przysiadł na kamieniu obok Sybela. Ciało wyglądało jak 

najprawdziwsze zwłoki: znieruchomiałe, zakrwawione, choć oparzenia na klatce piersiowej i 

ramieniu   nie   wyglądały   już   tak   strasznie   -   widocznie   metamorf   co   nieco   skorygował   z 

pobudek   estetycznych.   Corcoran   westchnął,   oparł   czoło   o   kolana,   skoncentrował   się   i 

pogrążył w mentalnym transie. Jednakże nie udało mu się przeprowadzić sondowania - może 

dlatego, że podświadomie nie chciał nawiązać połączenia z myślami faata, a może z innego, 

znacznie ważniejszego powodu. Być może osiągnął wiek dojrzały, a jego dar wzmocniony w 

Nowych Światach pozwalał na dokonania, o których wcześniej nie wiedział ani nawet nie 

marzył. Dokonania podobne do wizji na statku silmarri.

Widział mrok spowijający przyszłość. Rozsunął go wysiłkiem woli niczym teatralną 

kurtynę. Przed jego oczami przewijały się niewyraźne obrazy:  zobaczył Wierę w koronie 

siwych, pobłyskujących platynowym blaskiem włosów, swoje dorosłe córki, Nadię na jakiejś 

niewielkiej okrągłej wyspie zagubionej wśród łagodnych fal oceanu, satelitę - bez wątpienia 

bazę wojskową - krążącego wokół Roona; zobaczył samego siebie na mostku krążownika 

ogromnego niczym stacja orbitalna, w otoczeniu eskadry fregat i statków transportowych. 

Widział  też   obce  statki,  okręty  faata  pokonujące  Uskok  fala  za   falą   -  było  ich   w sumie 

cztery

40

, bo żadne z imperiów nie chciało ustąpić, nie potrafiło poskromić uporu, nienawiści i 

dumy - ani ludzie, ani ich przeciwnicy też będący ludźmi. Widział, jak ziemska rasa umacnia 

się, staczając bitwy i podbijając kolejne planety, walcząc z wrogiem i nawiązując kontakty z 

tymi,   którzy   nie   byli   ani   wrogami,   ani   przyjaciółmi   i   których   cele   i   myśli   zdawały   się 

40

 Corcoran przewiduje potężne starcie ludzi i faata - cztery tak zwane Wojny Uskoku trwające ponad wiek.

background image

nieprzeniknione.

Widzenia przepłynęły i znikły, ciemność znowu spuściła kurtynę i Corcoran otworzył 

oczy. Sybel leżał obok nieczuły jak marmurowy posąg. Komu będę teraz opowiadać Sny? - 

przez głowę Corcorana przemknęła nieoczekiwana myśl. Wstał i wyszeptał:

- Pamiętaj, obiecałeś wrócić. Nie tylko do Celiny, ale i do mnie.

Potem uniósł głowę i spojrzał w niebo - błysnęła tam jasna srebrna iskra. Jego fregata 

szykowała się do lądowania.

background image

EPILOG

Ogromny Okręt był zatłoczony - zabrano nie tylko w pełni rozumnych z Roon T’hara i 

Ezata,   lecz   także   wiele   dziesiątek   tysięcy   tho.   Wszystkich   pomocników   wyższych   kast, 

wszystkich olków i pilotów i oczywiście wszystkie samice, aby przeklęci bino tegari nie 

mogli połączyć swych genów z genami faata. Samic było zbyt wiele i Uajra nakazał zgładzić 

mniej cenne egzemplarze. Przerobiono je na biomasę, a potem na koncentrat odżywczy, jak 

zwykle czyniono podczas długich kosmicznych wędrówek, gdy brakowało źródeł pożywienia. 

Uajra nie żałował ksa bardziej niż milionów tho i drobnych quasi-rozumnych pozostawionych 

w Nowych Światach.

Obcy zaproponowali, by po nich wrócić, i on, Uajra, zrobi to. Wróci. On i Opoka 

Porządku: Fojn i Jass z Roona, Ajn z T’hara i Nejho z Ezata. Wrócą wszyscy, a wraz z nimi 

Okręty, piloci i moduły bojowe. Wrócą nie po marnych tho, lecz by spalić przybyszów, a ich 

prochy rozsypać w próżni. Trzecia Faza zawsze egzekwuje długi, a bino tegari musieli za 

wiele zapłacić - za zniszczenie Okrętu Yaty, za próbę przechwycenia Nowych Światów i 

zburzenie stoczni, za Dajta i jego quasi-rozumnych. Co się tyczy robotników, tych głupoli 

porzuconych na T’harze, Roonie i Ezacie, ich wartość była niewielka. Za kilka cykli małe 

mózgi wyślą sygnał, życie tho zakończy się i trzy planety zaścielą zwłoki. Miliony zwłok! 

Góry martwych ciał! Bil tegari to się spodoba. Ich przywódca oznajmił, że Yata jest winny 

śmierci ludzi i ich planecie. No cóż, miliony zginęły tam, miliony tutaj... Bino tegari będą 

musieli długo palić ciała. Albo klonować photy, żeby pożarły padlinę...

Gdyby Uajra wiedział, czym jest śmiech, chichotałby teraz na całego. Ale taka emocja 

u   faata   dawno   uległa   atrofii,   podobnie   jak   wiele   innych   uczuć   -   miłość   i   przyjaźń, 

wdzięczność, wiara i miłosierdzie. Ale nienawidzić nadal potrafili. A teraz nienawiść do bino 

tegari była najsilniejszym odczuciem w spektrum ich emocji.

Stojąc obok kuli obserwacyjnej Okrętu i skrywając świadomość przed quasi-rozumem 

i   myślami   pilotów,   Uajra   hołubił   swą   nienawiść.   Uczucie   to   przekazał   innym   Opokom 

Porządku jako ostrzeżenie o zagrażającym niebezpieczeństwie, albowiem wiek Uajry i potęga 

mentalnego wezwania czyniły go liderem. Wiedzieć że przeżyje jeszcze wiek lub dwa i że 

czasu  tego   starczy,   by  wrócić   do   Nowych   Światów,  a   nawet   podążyć   dalej,  na   rodzinną 

planetę obcych. Znajdzie ich, gdziekolwiek się ukryją! Poszukiwania nie potrwają długo - 

background image

nikt nie słyszał o tej rasie, ani haptorowie, ani dromy, ani kni’lina, a to znaczy, że nie mają 

dalekich kolonii ani podległych światów. Ich macierzysta planeta jest blisko Roona i odnaleźć 

ją będzie łatwo - wystarczy podążyć śladami Yaty. I on, Uajra, tego dokona!

Kierujący   Okrętem   mózg,   przypominając   o   sobie   i   pilnych   sprawach,   delikatnie 

musnął jego umysł. Mózg, piloci i stojący obok Kuli czekali na rozkazy. Świadomość tego 

napełniła Uajrę poczuciem mocy i własnej ważności. Spojrzał na kulę, na ledwie widoczne 

punkty słońc Roona i Ezata blado płonące w oddali, pożegnał je i wysłał niezbędny impuls 

mentalny.

Szyb akceleratora wypełniło widmowe światło, energia wychlusnęła w przestrzeń i 

Okręt wykonał skok - pierwszy z serii, która zaprowadzi go do gwiazd z drugiej  strony 

Uskoku.

*

Inna jednostka, całkiem maleńka w porównaniu z Okrętem faata, również szykowała 

się   do   skoku.   Miało   to   nastąpić   za   cztery  godziny,   pod   koniec   wachty  kapitańskiej,  gdy 

obudzona załoga zajmie miejsca na stanowiskach bojowych. Na razie wszyscy ludzie poza 

pełniącymi wachtę spali i śnili; jedni o domu i bliskich, drudzy o tych, którzy odeszli w 

pustkę i będą wracać tylko we wspomnieniach. Radosne sny, smutne sny...

Corcoran   i   Ba   Lin   siedzieli   na   mostku,   pierwszy   w   fotelu   koło   pentalionu 

uruchamiającego silnik dalekiego zasięgu, drugi - przy konsoli pilotów. Oprócz nich czuwał 

Sigurd   Linder   na   stanowisku   w   sekcji   medycznej,   obok   cyberchirurga   i   sarkofagu 

reanimatora. Pod przezroczystym przykryciem leżało ciało Kro Jasnej Wody, w którym tliły 

się   ostatki   życia   -   popiskiwanie   czujników   i   sporadyczne   impulsy   na   monitorach 

potwierdzały, że serce bije, a aktywność mózgu nie ustała.

W ścianie sekcji medycznej przylegającej do poszycia okrętu ziała nisza z wąskim 

korytarzem   prowadzącym   do   śluzy.   W   niszy   stały   cztery   cylindryczne   kontenery   takiej 

wielkości, by mogły ześlizgnąć się korytarzem do luku. W dwóch umieszczono ciała Okiego 

Yamaguta i Sybela, w trzecim - spalone kości i resztki implantów Santiniego, a w czwartym 

leżał złożony starannie galowy mundur Roberta Wentwortha. Zgodnie z tradycją, mundur 

umieszczano   w   trumnie,   gdy   po   poległym   nie   zostały   nawet   prochy.   Ta   sama   tradycja 

nakazywała wystrzelić kontenery w Pustkę, by płynęły wśród galaktyk i mgławic, póki nie 

wypalą się ostatnie gwiazdy, póki nie zgaśnie światło i nie nadejdzie kres wszechświata.

Linder drzemał na leżance, skrajem świadomości rejestrując pisk czujników. Dźwięki 

były coraz rzadsze i cichsze, co znaczyło, że Kro Jasna Woda szykuje się do wiecznego rejsu. 

Właściwie już był w Wielkiej Pustce i tylko sterujący reanimatorem komputer podtrzymywał 

background image

iluzję życia, zmuszając serce do kolejnych uderzeń i płuca do pracy. Ale jak wszystkie iluzje i 

ta nie mogła trwać wiecznie i Linder ze smutkiem uświadamiał sobie własną bezsilność. 

Wskrzesić Kro nie mógł nikt: ani lekarze, ani preparaty i sprytne urządzenia, gdyż jego ciało 

przekroczyło już próg, za którym życie zmienia się w wieczne milczenie śmierci.

Czujniki zapiszczały ostatni raz i zamilkły, lecz natychmiast rozległ się alarmujący 

pisk reanimatora. Linder chciał wstać powodowany poczuciem obowiązku, chociaż wiedział, 

że nie jest w stanie pomóc Jasnej Wodzie. Chciał wstać i nawet uniósł się lekko, lecz nagle 

ogarnęła go dziwna senność, zwalając z powrotem na leżankę. W zasadzie nie było w tym nic 

dziwnego - nie spał już trzecią dobę i czuwał tylko dzięki lekarstwom.

Sygnał   alarmu   ucichł,   w   sekcji   medycznej   zapanowała   cisza   przerywana   tylko 

pochrapywaniem Lindera. Minęło pięć minut, dziesięć i obok jednego z kontenerów pojawiła 

się   naga   sylwetka   -   chudy,   niewysoki   siwiejący   człowiek.   Kontenery  były  zamknięte   na 

głucho, a jednak siwy bez trudu przesunął pokrywę. Jedna trumna była teraz pusta.

Nie zamykając jej, siwy bezdźwięcznie przemknął ku reanimatorowi, postał przy nim 

chwilę,   spoglądając   to   na   martwą   twarz   Jasnej  Wody,   to   na   monitory  przecięte   płaskimi 

liniami. Wyglądało, jakby czekał na nagły impuls lub dźwięk mówiący, że Kro jeszcze żyje, 

jednakże   czujniki   milczały,   a   na   ekranach   nie   było   ani   fal,   ani   poszarpanych   krzywych. 

Wzruszył ramionami i burknął:

- Wybacz, ale to wyjątkowo sprzyjający przypadek.

Z  tymi  słowami  zaczął  uwalniać  martwe  ciało  od przyssawek  reanimatora.  Potem 

przeniósł je do trumny, uniósł rękę w pożegnalnym salucie i zamknął pokrywę.

Nie zrobił ani jednego ruchu, by dostać się do reanimatora, po prostu nagle znalazł się 

wewnątrz przezroczystego sarkofagu. Przyssawki, kable i rurki natychmiast znalazły się na 

swoich miejscach. Pisnął wokoder jednego z czujników, po nim drugi i trzeci, ożyły linie na 

monitorach - najpierw pojedyncze drgnienia, potem zdecydowane równe zygzaki. W tym 

samym czasie człowiek w reanimatorze uległ zmianie: skóra przybrała brązowawy odcień, 

szare włosy poczerniały i nabrały blasku, przybyło mięśni, kończyny wydłużyły się, znikła 

prawa dłoń, a na jej miejscu pojawił się zalany witasprejem kikut. Teraz wyglądał kropka w 

kropkę jak Kro Jasna Woda, miał takie same niezagojone rany, złamania i oparzenia. Lecz 

jego serce biło pewniej i mocniej, pierś unosiła się i opadała w rytm równomiernego oddechu, 

jakby lecznicze roztwory wtłaczane przez reanimator, elektrostymulacja i promieniowanie 

zaczęły działać: bez wątpienia żył. Może mu się nawet poprawiało.

Ocknąwszy  się z  krótkiego  snu,  Sigurd Linder  z radosnym  niedowierzaniem  wbił 

wzrok   w   przyrządy.  W  tej   samej   chwili   siedzący  na   mostku   Paul   Corcoran   poczuł   chęć 

background image

odwiedzenia sekcji medycznej  tak potężną, nieprzezwyciężoną i nieoczekiwaną, że aż po 

kręgosłupie   przebiegł   mu   zimny   dreszcz.   Wstał,   kiwnął   głową   do   Ba   Lina,   wyszedł   na 

korytarz, minął mesę z wiszącym na ścianie portretem komodora Litwina i przestąpił próg 

sekcji medycznej. Wpatrzony we wskazania czujników i taniec linii na monitorach Linder się 

odwrócił.

- Dobra wiadomość, kapitanie! Kro wraca do życia... W każdym razie jego stan się 

stabilizuje.

- Silne chłopy z tych Indian - wymamrotał Corcoran i zrobił krok w stronę sarkofagu. 

- Synowie Manitou, leśne wilki, bizony prerii... faata nie dadzą im rady. Prawda, Kro?

Kro   nie   zaprotestował   ani   jednym   słowem   -   leżał   nieruchomy   w   pajęczynie 

przewodów i rurek.

- Wie pan, sir - ze skruchą w głosie powiedział Linder - o mało nie usnąłem. Tak na 

sekundę... Przywidziało mi się, że Kro... no, rozumie pan... że czujniki ucichły, na monitorach 

płaskie linie i sarkofag dzwoni... A ja nie mogę się ruszyć. Ani ręką, ani nogą!

- To pewnie halucynacje spowodowane zmęczeniem. Musisz się wyspać, Sigurdzie - 

powiedział Corcoran, patrząc na twarz człowieka w reanimatorze. Potem schylił się i szepnął 

cicho: - Witaj z powrotem. Ajt t’tesi...

Wargi Jasnej Wody drgnęły i Corcoranowi wydało się, że to uśmiech.


Document Outline