background image

Roman Konik 

 

Przeczekać sztukę niepiękną 

 

O tzw. sztuce współczesnej 

Świat  sztuki  przedstawia  sobą  niezmierne  bogactwo  i  różnorodność; 

różnorodności  tej  nie  sposób  wyczerpać  i  przewidzieć.  Sztuka  na  przestrzeni 

wieków,  będąc  częścią  kultury,  stanowiła  jej  motor  i siłę  napędową.  Tak  było  

do  początku  XX  wieku,  kiedy  to  pełna  blasku  sztuka  straciła  swój  splendor. 

Powodów  tego  stanu  rzeczy  jest  wiele.  Jednym  z  głównych  jest  nowożytny 

kryzys racjonalizmu, który sprawił, że refleksja naukowa (głównie filozoficzna) 

rozpoczęła  poszukiwanie  alternatywnych  dróg  poznania.  Postmodernizm, 

wyrzucając  metafizykę  poza  obręb  nauk  pewnych  i  traktując  co  najwyżej  jako 

wielką metanarrację – czyli coś w rodzaju opowieści, nie mającej nic wspólnego 

z rzeczywistością  – zwrócił się ku „bardziej otwartym” nurtom myślenia. Owa 

awangarda  postmodernizmu,  odciskająca  piętno  na  całej  kulturze,  uważana 

jest przez twórców tego nurtu za kolejny szczebel kulturowego rozwoju. Jednak 

nie trzeba być specjalnie bacznym obserwatorem rzeczywistości by odkryć, jak 

wielki fałsz kryje się za tą tezą. 

Na  wzór  współczesnych  nauk  humanistycznych  alternatywną  metodą 

poznającą,  opisującą  i  docierającą  do  prawdy  została  także  sztuka  –  metoda 

poznania  bliższa  życiu  i  atrakcyjniejsza  od  dotychczasowych  pojęciowych 

dyskursów, nie ograniczona  tradycyjnym metafizyczno-zmurszałym ratio  oraz 

ramami logicznymi, a przeto zezwalająca na odrzucenie wymogów formalnych 

(a  często  i merytorycznych)  w  uprawianiu  nauk.  Sztuka  XX  wieku  jako 

background image

twórczość  bez  reguł,  ram  i  zasad  wkomponowała  się  idealnie  

w  postmodernistyczny  pejzaż  kultury  współczesnej.  To  pseudonaukowe 

przeświadczenie  leży  u  podstaw  tak  zwanego  mitu  estetyczności,  który 

kształtuje współczesne myślenie tych, którzy mienią się być artystami. Tak więc 

wedle  nich  tylko  za  pomocą  sztuki  trzeba  szukać  innych  sposobów  poznania  

i  analizowania  świata,  w  sztuce  bowiem  intuicje,  przeczucia  i  spontaniczność 

mogą  zająć  miejsce  naukowego  dyskursu.  Spekulatywne  traktaty  zostały  więc 

wyparte  przez  lekkostrawne  eseje,  poszukujące  prawdy  o  świecie  w  grach 

językowych,  kulturze  masowej  czy  we  wszechobecnej  i nie  oszczędzającej 

niczego  ironii,  w  niekończącym  się  kwestionowaniu  i  odrzucaniu  wszelkich 

autorytetów  oraz  wiary  w  absolutne  i  obiektywne  wartości.  W malarstwie 

tajemnicza  gra  światłocieni  zastąpiona  została  przez  „sztukę  graficiarską”, 

performance wyparł teatr, zaś harmonijna rzeźba i architektura przez różnego 

rodzaju  instalacje.  Sztuka  XX  wieku  nie  jest  już  zatem  uzupełnieniem  świata 

nauki, pokazywaniem niedostrzegalnego piękna; została sprowadzona do rangi 

reprezentacji.  Estetyka  współczesna,  mająca  badać  świat  sztuki  i  jego 

oddziaływania  na  odbiorców,  stanęła  przed  karkołomnym  zadaniem.  Poprzez 

nobilitacje  i  wprowadzenie  w  krąg  świata  sztuki  kultury  masowej  stała  się 

niejako  dziedziną  wiedzy  bez  przedmiotu  badań.  Wystarczy  prześledzić 

współczesne podręczniki estetyczne by dostrzec, że dziedzina ta już na samym 

wstępie  ma  problemy  z  definicją  swego  przedmiotu  badawczego.  O  ile  do  XX 

wieku sztuka definiowana była jako twórczość wedle określonych reguł, zaś jej 

podstawowym  zadaniem  było  ukazywanie  piękna,  to  sztuka  współczesna, 

rezygnując  z  kategorii  piękna  czy  wzniosłości,  a  także  pewnego  poziomu 

biegłości  warsztatowej  twórców,  nie  jest  w  stanie  określić  nawet  tego,  jakie 

dziedziny kultury mogą być zaliczone do jej świata (czy sztuką jest fotografia, 

film, performance?). Co uczynić zatem przedmiotem badań estetyki? Podobnie 

background image

utrzymujący się przez wieki podział na sztukę niską i wysoką został zarzucony. 

Nobilitacja  kultury  masowej  oraz  terror  postmodernistycznej  filozofii 

(nakazujący  rezygnację  z  jakiejkolwiek  hierarchizacji  aksjologicznej) 

doprowadził  do  swoistej  bezpłodności  nauk  estetycznych.  Współczesna  era 

postkultury ukazuje  się jako żenująca propaganda wartości  niskich, nigdy nie 

mających  tak  istotnego  miejsca  w  kulturze.  W  momencie  zniesienia  barier 

sztuka  współczesna  wyrzuciła  na  śmietnik  idee  ją  fundujące,  takie  jak 

wzniosłość,  piękno,  refleksję,  harmonię,  alegorię,  wreszcie  związek  piękna  

z  innymi  transcendentaliami,  zastępując  je  szybkością,  lekkością, 

reprodukcyjnością, otwartością, nieciągłością, improwizacją, nieokreślonością, 

symultanicznością,  nietrwałością,  fantazją,  zabawą,  humorem,  happeningiem, 

parodią,  ironią  czy  efemerycznością  sztuki.  Nastąpiło  swoiste  odwrócenie  ról: 

do  wieku  XX  to  sztuka  tworzona  przez  artystów  kreowała  gusta,  wiek  XX 

przyniósł  twórczość  pseudoartystyczną  sterowaną  gustem  przeciętnego 

odbiorcy,  posiadającego  protezę  umysłu  w  postaci  odbiornika  telewizyjnego. 

Jednak  tylko  pozorna  jest  dyktatura  masowego  odbiorcy  sztuki.  Pokolenie 

współczesne  jest  pokoleniem  obrazu,  a  nie  druku.  Obraz  telewizyjny  czy 

reklamowy, pokazując gotowe obrazy, nie zmusza odbiorcy do tego, by tworzył 

je  na  własny  użytek  (jak  mamy  do  czynienia  w  przypadku  druku,  który  jest 

katalizatorem  naszej  wyobraźni).  Od  wieków  w  sztuce  poszukiwano  tego,  

co niewyrażalne lub niedostrzegalne, jednak współczesny model poszukiwania 

w  sztuce  tego,  co  z  różnych  względów  nie  było  do  znalezienia  w  innych 

dziedzinach,  zaczął  tracić  sens  w momencie  nobilitacji  wytworów  kultury 

masowej.  Wszelkie  iluzje,  że  sztuka  będzie  w  stanie  wznosić  ducha  odbiorcy  

na  wyższe  poziomy  tak,  by  obcując  z  nią  stał  się  lepszy,  pękły  jak  bańka 

mydlana.  Już  na  początku  XX  wieku  przedstawiciele  Szkoły  Frankfurckiej 

nazwali  ten  proces  ukazywania  dobra  przez  sztukę  uleganiem  fetyszyzmowi, 

background image

służebną 

rolę 

sztuki 

nazywając 

interesem 

klasy 

dominującej”.  

de  facto deklaracja  ta  ogłasza  koniec  tradycyjnej  estetyki,  skoncentrowanej  

na pięknie czy niepowtarzalności i wzniosłości dzieła sztuki. 

Deklaracje  filozofów,  dezawuujące  sztukę  wieków  minionych,  

a  lansujące  jarmarczną  hecę  jako  sztukę  nowoczesną  sprawiły,  że  grono 

pseudotwórców  (pozbawionych  nie  tylko  jakiegokolwiek  warsztatu 

artystycznego,  ale  i  talentu  oraz  podstawowych  zasad  moralności  i dobrego 

wychowania)  otrzymało  swoisty  mandat,  legitymizujący  pseudotwórczość. 

Zaplecze  intelektualne  zapewnili  pseudointelektualni  krytycy,  gotowi  pisać 

zawiłe  dysertacje  o  najgłupszych  wybrykach  i  przypisywać  hałdzie  śmieci 

w galerii  jakąś  metafizyczną  głębię.  Wiek  XX  w  samym  tylko  malarstwie 

przyniósł  takie  kierunki  jak  nabizm,  fowizm,  kubizm,  surrealizm,  futuryzm, 

abstrakcjonizm, 

by 

zwieńczyć 

swój 

pochód 

ku 

nowoczesności 

monochromatycznym  malarstwem  Iwo  Kleina,  który  organizując  wernisaż 

malarski...  zrezygnował  z  wystawienia  jakichkolwiek  obrazów.  W dziedzinie 

muzyki zaś zwieńczeniem „geniuszu” stał się utwór Cage’a, w którym orkiestra 

w  „utworze”  milczy  przez  4  minuty  i  33  sekundy.  W  roku  1910  Kandinsky  

w  malarstwie  „szokował”  swym  obrazem  zatytułowanym  Biały  kwadrat  

na  białym  tle,  przedstawiającym  dokładnie  to,  co  jest  zawarte  w  tytule,  czyli  

po prostu czyste płótno... Ten obraz, swoisty manifest artystyczny zachwalany 

za  „geniusz  i  głębię”  spowodował,  że  masowo  pojawili  się  kolejni  twórcy, 

malujący  rozszczepioną  materię,  plamy  i  zwykłe  przypadkowe  posunięcia 

pędzla po płótnie. „Artyści” ci usprawiedliwieni i wyniesieni zostają na wyżyny 

geniuszu  żenującą  interpretacją  czy  pseudonaukowym  bełkotem  przez  grono 

krytyków  i „znawców  sztuki”.  W  roku  1964  znany  amerykański  krytyk  Jakub 

Tworker  napisał  na  łamach  „New  Yorkera”:  „Skoro  można  tworzyć  obrazy  

z  kawałków  naklejonego  papieru,  metalu  czy  drewna,  dlaczego  nie  z  łóżka, 

background image

kozy  czy  opony  samochodowej?  To  pytanie  jest  wstrząsające  w  sensie 

filozoficznym”.  Dzięki  tego  rodzaju  deklaracjom  otworzono  w  sztuce  drogę  

do  całkowitego  i  bezdyskusyjnego  przyzwolenia  na  wszystko  –  a  także  

do  dyletantyzmu.  Znany  jest  fakt  zawieszenia  w  muzeum  sztuki  współczesnej  

w Paryżu obrazu Matisse’a Le bateau do góry nogami (przez wiele miesięcy nikt 

nie  spostrzegł  pomyłki)  czy  wyrzuceniu  przez  sprzątaczkę  na  śmietnik 

„instalacji  artystycznej”,  wziętej  omyłkowo  (?)  za  skandaliczne  pozostałości  

po  libacji  chuliganów  w  jednej  z  sal  (pełne  popielniczki  papierosów,  puste 

puszki  po  piwie,  porozrzucane  śmieci).  W  dniu  otwarcia  Muzeum  Sztuki 

Współczesnej w Bonn grupa znawców zachwycała się „przepiękną konstrukcją 

i  głębią  przekazu”  instalacji  z metalu,  desek  i  rur  pomalowanych 

w różnobarwne plamy. Do grupy kiwających z zachwytem głowami „znawców” 

podeszli  robotnicy  przepraszając,  że  po  malowaniu  sali  nie  zdążyli  jeszcze 

rozebrać brudnego rusztowania... Podobną demaskacją była inicjatywa Bereda 

Feddersena,  który  we  frankfurckiej  galerii  wystawił  płótna  namalowane 

rzekomo  przez  młodą  japońską  artystkę.  Po  rewelacyjnych  recenzjach  

i ofertach kupna prac ogłosił, że autorką jest szympansica z zoo. W niemieckiej 

Galerii  Sztuki  Współczesnej  prace  Höke’a,  zatytułowane  Do  wyrzucenia,  

po  prostu  wyrzucono  na  śmietnik,  narażając  się  na  proces  sądowy  (!) 

wytoczony przez obrażonego artystę. 

Za  ten  skandaliczny  stan  rzeczy  odpowiadają  w  większym  stopniu 

interpretatorzy  i  krytycy  owej  pseudosztuki  niż  sami  twórcy.  Marni  artyści 

istnieli  na  obrzeżach  kultury  zawsze,  lecz  los  ich  dzieł  oscylował  przeważnie 

pomiędzy kiczem a śmiesznością. To dzięki krytykom (w dużej mierze sierotom 

po  filozofii  marksistowskiej,  którzy  –  nie  potrafiąc  wyzbyć  się  myślenia 

dialektycznego  –  uczynili  z  postmodernizmu  siłę  intelektualną)  ów  upadek 

artystyczny  stał  się  naczelnym  przesłaniem  sztuki  współczesnej.  Oglądając 

background image

wystawy  w  muzeach  sztuki  współczesnej  spotykamy  skandaliczne  „dzieła”  nie 

tylko autorów dopiero co debiutujących, ale i także profesorów sztuki (profesor 

sztuk  plastycznych  z  Düsseldorfu  wystawił  zapaćkane  tłuszczem  krzesła, 

mające  obrazować  upadłą  klasę  mieszczan;  prof.  Ryszard  Bodelus  wystawił... 

węgorze  pływające  w szklanych  rurach  i  mające  rzekomo  obrazować  naturę 

linii;  na  pracę  Newtona  Harrisona,  ustawioną  w  muzeum  w  Nowym  Jorku, 

składał  się  żywy  knur,  trawa  i  dżdżownica;  wiedeński  prof.  Otto  Muehl 

patroszył  w  muzeum  świnie  na  roznegliżowanej  kobiecie;  Karina  Raeck 

wystawiła  kompozycję  ze  zużytych  butów  i pociętych  przewodów 

elektrycznych).  Przykładów  tej  sztuki  kontestacyjnej,  okrzykniętej  nowym 

wyzwaniem  dla  wyobraźni,  można  by  mnożyć  bez  liku,  jednak  istotniejszym 

będzie  pytanie:  jaki  cel  ma  taka  twórczość?  (Krytycy  sztuki  współczesnej, 

broniąc  się  przed  odpowiedzią,  mamroczą  bezradnie,  że  sztuka  nie  musi 

posiadać żadnego celu.) 

Odpowiedź  na  to  pytanie  nie  jest  jednak  wbrew  pozorom 

skomplikowana.  Największe  idiotyzmy  i  błazenady,  godne  raczej  leczenia 

psychiatrycznego  niż  wystawiania  w  świetle  reflektorów,  traktowane  są  przez 

„twórców”  jako  swoisty  protest  estetyczny,  wszystko  jedno  przeciwko  czemu. 

Natchniony  sztuką  kontestacyjny  protest  jest  na  rynku  sztuki  popularnej 

gwarantem  zwrócenia  na  siebie  uwagi.  I  tylko  o  to  chodzi.  Za  parawanem 

prowokacyjnej  wulgarnej  maskarady  zwanej  sztuką  współczesną  nie  kryje  się 

po  prostu  nic,  nie  ma  żadnego  przesłania.  Większość  współczesnych  twórców  

z  grupy  sztuk  plastycznych  pomimo  ukończenia  akademii  malarskich  nie 

posiada  nawet  podstawowego  przygotowania  warsztatowego  do  swej  pracy 

(czytaj: nie potrafi namalować portretu ani pejzażu), jednak w zamian posiada 

genialną wręcz znajomość uzasadniania i tłumaczenia swej pseudotwórczości. 

background image

Podobny  charakter  posiadają  „dzieła  sztuki”  zamierzone  jako 

bluźnierstwo.  Propaganda  wymierzona  przeciwko  katolicyzmowi  stała  się 

swoistą  modą,  gwarantuje  bowiem  to,  że  obrazoburcze  prace  zostaną 

zauważone.  Co  więcej,  bluźnierstwo  skierowane  przeciwko  katolicyzmowi  jest 

zajęciem  niegroźnym.  Każdy  twórca  podobnych  dzieł  wie  bowiem  doskonale,  

że  profanacja  symboli  religii  żydowskiej  jest  nieopłacalna,  muzułmańskich 

niebezpieczna,  a  religii  Wschodu  –  niemodna,  wybiera  zatem  opluwanie 

symboli  chrześcijańskich  jako  pewny  środek  do  tego,  by  szybko  zostać 

zauważonym.  Jest  to  najskuteczniejszy  sposób  na  darmową  reklamę  

i  zapoznanie  „środowisk”  z  nazwiskiem  autora.  Sprawcą  najsłynniejszej 

dyskusji  o  bluźnierstwie  w  sztuce  był  w  latach  osiemdziesiątych  amerykański 

fotografik  Andrzej  Serrano.  Zaczęło  się  od  pracy  Niebo  i piekło 

(przedstawiającej  hierarchów  Kościoła  jako  sadystów).  Nie  warto  nawet 

opisywać  późniejszych  bluźnierczych  „prac”  tego  nurtu.  Na  gruncie  polskim 

wzorem  zachodnich  twórców  pojawili  się  także  rodzimi  kontynuatorzy  nurtu 

bluźnierczego  w sztuce.  W maju  1999 r.,  przy  braku  jakiejkolwiek  cenzury 

obyczajowej,  ruszyła  w  Polsce  lawina  prac  bluźnierczych.  Rozpoczęła  

ją  Katarzyna  Kozyra  billboardem  eksponowanym  w  całym  kraju, 

zatytułowanym  Więzy  krwi,  a  przedstawiającym  nagą,  okaleczoną  kobietę  

na tle krzyża. Plakaty zdjęto, jednak część hierarchów Kościoła kokietowanych 

przez  media  dostrzegło  w  plakatach  humanistyczne  przesłanie.  Tym 

gwarantującym sławę tropem poszła „artystka” Dorota Nieznalska (nagrodzona 

między  innymi  przez  Prezydenta  Miasta  Gdańska  nagrodą  dla  Młodych 

Twórców i Naukowców –sic!). Ta młoda „artystka” zaistniała na scenie sztuki 

skandaliczną, bluźnierczą instalacją w ramach szerszej wystawy zatytułowanej 

Irreligia.  Wystawa  ta  prezentowana  była  w  brukselskim  „Atelier 340”  przy 

okazji prezentacji sztuki państw kandydujących do Unii Europejskiej w ramach 

background image

znanego  Festiwalu  Europalia  2001.  Mimo  sprzeciwu  i  protestów  Kościoła 

i  organizacji  katolickich  prace  Nieznalskiej  zostały  wysoko  ocenione  przez 

krytyków  sztuki.  Jolanta  Rodowska  pisała  o polskiej  „artystce”:  „Jej  prace 

wzbudzają  skrajne  emocje  –  od  zachwytu  nad  prostotą  i  naturalizmem  jej 

sztuki po obrazę moralności bigotów i cenzorskie zapędy urzędników”. Wedle 

Rodowskiej  sztuka  Nieznalskiej  to  „proces  odsłaniania  sensów,  odkrywania 

prawdy,  nie  zaś  wyłącznie  doświadczenie  estetyczne”,  zaś  krytyk  Wojciech 

Krukowski  uznał  prace  Kozyry  i  Nieznalskiej  za  „jedno  z  najbardziej 

znaczących  przedsięwzięć  wystawienniczych  ostatnich  lat,  stanowiące 

niezwykle  cenny  wkład  w  promowanie  oraz  dokumentowanie  twórczości 

artystek polskich”. Na brukselskiej wystawie Irreligia obok bluźnierczych prac 

Nieznalskiej  prezentowany  był  cykl  performances  i  obiektów  Zbigniewa 

Warpechowskiego, zatytułowany Champion of Golghota z serii Zdjęcie z krzyża 

oraz  seria  nagich  Madonn  Katarzyny  Górnej,  zaś  na  dziedzińcu  tłumnie 

odwiedzanego  przez  turystów  brukselskiego  ratusza  umieszczono  instalację 

Termofory Roberta Rumasa, w której wielkie worki z wodą przytłaczały figurę 

Matki  Boskiej.  Obok  wymienionych  „artystów”  pokazano  na  Irreligii  cztery 

prace  Zbigniewa  Libery:  bramę  obozu  zagłady  z  napisem  „Jezus  ist  meine 

Liebe” oraz zbudowany z klocków lego obóz w Auschwitz (m.in. krematorium, 

wieżyczki,  baraki  i  stosy  szkieletów).  Kolejną  pracą  Libery,  pokazaną 

w brukselskim kościele św. Mikołaja, był film, którego bohaterką jest staruszka 

(do  filmu  artysta  z  Pabianic  wykorzystał  swą  babcię,  która  akurat  umierała). 

Widać  na  nim  kobietę  odmawiającą  różaniec,  który  ma  założony  na  szyi. 

Przesuwając  palce  na  paciorkach,  zaciska  na  szyi  pętlę,  która  powoli  ją  dusi. 

Skandaliczna  wystawa  uświetniona  została  pokazem  mody  Arkadiusza 

Weremczuka  (polskiego  projektanta  mody  zamieszkałego  w  Londynie), 

inspirowanej  erotyzmem  i  katolickimi  strojami  liturgicznymi.  Największym 

background image

skandalem  całej  wystawy  było  jednak  umieszczenie  części  bluźnierczych  prac  

w  dwóch  świątyniach,  w  tym  jednej  czynnej  (w  kościele  Notre-Dame  

de  Lourdes  w  dzielnicy  Jette  oraz  w  starym,  zdesakralizowanym  kościele  

św.  Mikołaja  w  centrum  Brukseli).  Szczególnie  wyeksponowana  została  tam 

Absolucja  Doroty  Nieznalskiej,  wystawiana  w  ukrytej  za  ołtarzem  rotundzie, 

oraz  kompozycja  Rumasa  przedstawiająca  cztery  plastikowe  figury  Madonny 

wysadzane  deszczem  złotych  monet,  sugerująca  wyłudzanie  od  naiwnych 

wiernych  pieniędzy  w  zamian  za  oczekiwany  cud.  Obrazoburcze  wygłupy 

polskich  „artystów”  zostały  wysoko  ocenione  przez  zwiedzających  wystawę 

mieszkańców  Brukseli.  Warto  też  zaznaczyć,  że  cała  wystawa  znajdowała  się  

w  jedynej  dzielnicy  w  Brukseli  zarządzanej  przez  burmistrza  z  Partii 

Demokratyczno-Chrześcijańskiej,  co  więcej  –  została  ona  szczególnie 

wyróżniona  przez  władze  dzielnicy  za  odwagę  i  interaktywność.  Kolejnym 

skandalem jest, że wystawa Irreligia była sponsorowana przez chrześcijańskie 

stowarzyszenia  takie  jak  CSC  (Chrześcijańskie  Związki  Zawodowe),  MOC 

(Ruch  Robotników  Chrześcijańskich)  czy  PSC  (Partia  Społeczno-

Chrześcijańska).  Krytycy  sztuki  po  protestach  polskiego  duchowieństwa  (OO. 

Paulini  zaprotestowali  przede  wszystkim  z  powodu  wąsów  domalowanych 

Matce  Boskiej  Częstochowskiej  przez  Adama  Rzepeckiego  z grupy  artystów 

Łódź  Kaliska)  zwrócili  uwagę  hierarchów  Kościoła  na  to,  że  w  Belgii,  gdzie 

Kościół  ma  demokratyczne  tradycje  i  jest  otwarty  na  sztukę,  wystawa  zyskała 

przychylność  duchowieństwa  i  przez  to  wystawiana  była  między  innymi  

w  świątyni.  Kościół  belgijski  chce  w  ten  sposób  pokazać  swoją  otwartość  

i  gotowość  do  dialogu.  Warto  dodać,  że  ze  strony  polskiej  w  zorganizowaniu 

wystawy  Irreligia  pomagał  Kazimierz  Piotrowski,  dyrektor  Muzeum  Rzeźby  

im.  Ksawerego  Dunikowskiego,  będącego  oddziałem  Muzeum  Narodowego  

w Warszawie, a eksponaty z wystawy z Brukseli są własnością między innymi 

background image

Galerii  Zachęta.  Oto,  jak  tłumaczy  ich  posiadanie  w  zbiorach  Zachęty 

Agnieszka Morawińska, szefowa galerii: 

Biczowanie  Chrystusa  kupiliśmy  do  Muzeum  Narodowego  w 1989  czy 

1990 r.  i nie  wydało  się  nam  niczym  bluźnierczym.  To  interpretacja  tematu 

religijnego.  Bardzo  łatwo  rzuca  się  oskarżenia  o bluźnierstwo,  zastępując 

kryteria  artystyczne  kryteriami  obyczajowymi  czy  religijnymi.  Są  to  kryteria 

zastępcze... Sztuka współczesna zaczęła wstrząsać, oburzać i to nie wartościami 

artystycznymi,  ale  sięganiem  do  sfery  obyczajowej.  Granica  pomiędzy  sztuką 

a bluźnierstwem  istnieje.  To  sprawa  indywidualnego  wyczucia.  Granicę  każdy 

nosi w sobie, fakt, że niektórzy mają ją bardzo płytko. 

Ten  pseudonaukowy  bełkot  dopełnia  i  odsłania  zarazem  dyletanctwo 

twórców  i  zwolenników  wystawy  Irreligia.  Grupa  pseudoartystów  nie  mogąca 

zaistnieć  w  świecie  sztuki  z  powodu  zwykłego  braku  talentu  czy  warsztatu 

sięgnęła  po  sprawdzony  w  zachodniej  Europie  sposób  –  epatowanie 

bluźnierstwem. Efekt został osiągnięty: w czasie trwania wystawy poświęcono 

jej około 100 artykułów prasowych, 20 audycji radiowych oraz 10 programów 

telewizyjnych  w  Belgii.  RTBF  (Belgijska  Publiczna  Telewizja  Frankofońska)  

ze  swojej  strony  postanowiła  przeznaczyć  budżet  –  początkowo  przewidziany 

na cały festiwal Europalia Polska – na specjalną emisję z cyklu Courants d’Art 

(Kierunki  sztuki),  dotyczącą  wyłącznie  Irreligii,  zaś  Dorota  Nieznalska 

dokonała tego, o co zabiegała – jest już... znalska. 

Powyższe  przykłady  prac  i  związana  z  nimi  klaka  medialna  zyskana 

drogą prowokacji i szokowania ukazała tak naprawdę ogromną pustkę twórczą 

i  zagubienie  pseudoartystów.  Warto  tu  zaznaczyć,  że  prezentowane  prace, 

nastawione  na  szokowanie,  tak  naprawdę  wieją  nudą.  Ktokolwiek  śledzi  losy 

sztuki  współczesnej  wie,  że  temat  bluźnierstwa  w  sztuce  był  już 

background image

wyeksponowany w Europie Zachodniej; wszystko to już było, a polscy „artyści 

awangardowi” posługują się wciąż tymi samymi matrycami, powielając pomysł 

szarlatanów  zza  zachodniej  granicy.  Moda  obowiązująca  w  tym  targowisku 

próżności  zwanym  sztuką  współczesną  popchnęła  polskich  „artystów”  

w  kierunku  samobójczym  –  marnego  naśladownictwa.  W  ubiegłym  roku  

po zamachu terrorystycznym na World Trade Center, na konferencji prasowej 

w  Hamburgu  Karol-Heinz  Stockhausen,  znany  na  całym  świecie  muzyk-

eksperymentator  obwieścił,  że  terrorystyczny  atak  był  „największym  dziełem 

sztuki, jakie kiedykolwiek istniało.  Wyobraźcie sobie  50 ludzi, którzy ćwiczą 

jak  szaleni  przez  dziesięć  lat,  żeby  dać  jeden  występ,  ludzi,  którzy  w  czasie 

tego  występu  umierają  i  wysyłają  pięć  tysięcy  innych  do  wieczności”. 

Aberracja twórców sztuki współczesnej podniosła więc masowy mord do rangi 

sztuki pięknej! 

Musimy pamiętać, że analizując opisywaną sferę sztuki współczesnej nie 

możemy używać do niej argumentów natury artystycznej. Prowokacja w ogóle 

nie  ma  nic  wspólnego  ze  sztuką,  a  cały  problem  jest  raczej  natury 

socjotechnicznej.  Nie  zapominajmy,  że  za  dyletantami  artystycznymi  stoją 

powiązane  wzajemnie  interesy  galerii,  międzynarodowych  wystaw  i  muzeów,  

a  przede  wszystkim  fakt,  że  państwo  ma  do  wydania  na  wspieranie  twórców 

określoną sumę w postaci stypendiów i honorariów. Większość z bluźnierczych 

prac  nie  mogłaby  zaistnieć  bez  odpowiedniego  mecenatu  (najczęściej 

sponsorowanego przez nas wszystkich z podatków). Zaistnienie przez skandal 

jest najprostszą drogą do wejścia w sferę sławy. Jest to zwykłe wyrachowanie, 

kupiectwo – nie mające ze sztuką nic wspólnego. 

W  pewien  sposób  my  wszyscy,  korzystając  z  wytworów  kultury 

konsumpcyjnej,  przynależymy  do  niej,  jednakże  istnieje  ogromna  różnica 

pomiędzy  usilnymi  próbami  nobilitowania  konsumpcji  a dążeniem  do  tego,  

background image

by  teologia  przenikała  i  wypełniała  całe  życie  wierzącego,  także  w  dziedzinie 

sztuki. To prawda, że artysta jest swego rodzaju rewolucjonistą, występującym 

przeciwko zastanemu porządkowi, jednakże powinien on próbować poszukiwać 

lepszego świata, ukazywać zapomniane piękno i zapomniane wartości, a także 

odkrywać je na nowo w nowych formach. Sztuka współczesna pozostaje jednak 

na  poziomie  pustego  wygłupu  lub  jarmarcznej  błyskotki.  Pocieszające  jest  

to,  że  na  bluźnierstwo  w  sztuce  mało  kto  już  zwraca  uwagę,  wiedząc,  że  tego 

rodzaju  wybryków  było  już  bardzo  wiele  –  zbyt  wiele,  by  się  na  nie  oburzać. 

Jedyną  skuteczną  metodą  jest  przeczekanie.  Z  tego  rodzaju  „sztuką”  jest  jak  

z  wulgarnym  napisem  na  płocie  albo  na  ścianie  szaletu.  Za  pierwszym  razem 

szokuje,  potem  obojętnieje,  na  końcu  ginie  zamalowany.  I  nikt  już  o  nim  nie 

pamięta.  Trafną  definicję  cywilizacji  podała  Małgorzata  Mead:  „Cywilizacja 

jest tym, czego człowiek już nie będzie mógł zapomnieć”. O grupie kabotynów 

będących  pod  silnym  wrażeniem  swego  geniuszu  zapomnimy,  zanim  jeszcze 

sale galerii zostaną po nich zamiecione. Ta twórczość nie jest sztuką, a już tym 

bardziej częścią naszej cywilizacji. To są jej odchody. 

Podsumowując warto dodać, że za katastrofalny stan sztuki odpowiada 

przyzwolenie na grzech. Gdy zdjęto hamulce złu, rozpanoszyło się ono tandetą, 

bluźnierstwem i pustką w kulturze, dewastując wielowiekową tradycję łacińską 

zwykłym  barbarzyństwem.  Nie  można  bowiem  zapomnieć,  że  prawdziwym 

sercem kultury jest  religia. Współcześni twórcy zapomnieli, że należy  tworzyć 

rzeczy wielkie, jak Fra Angelico czy Albrecht Dürer. Winna za taki stan rzeczy 

jest  filozofia  nowożytna,  która  wysterylizowała  sztukę  z  duchowej  substancji. 

Teza  o  połączeniu  moralności,  wiedzy,  talentu  i  intymnego  kontaktu  Boga  

z  artystą  dla  postmodernistycznych  twórców  brzmi  jak  bluźnierstwo.  Sztuka 

współczesna  zrezygnowała  całkowicie  z  postulatu  „odkrywania  rzeczy 

pięknych  i  niewidocznych  poprzez  widoczne”.  Trudno  bowiem,  wędrując  

background image

po  różnych  muzeach  sztuki  współczesnej,  zgodzić  się,  że  twórcy  

są  towarzyszami  Boga  w  tworzeniu  i ukazywaniu  rzeczy  pięknych,  dobrych 

i prawdziwych.  W  zamian  za  to  jesteśmy  bombardowani  jałową  papką 

pozbawioną  duchowego  wymiaru,  która  na  dłuższą  metę  staje  się  nie  

do zniesienia. 

Ω