background image

Herbert George Wells
Wyspa Doktora Moreau
(Przełożyła: Ewa Krasińska)
The island of Doctor Moreau
Pl-1988r
 Wprowadzenie

Dnia  pierwszego lutego  1887  roku  parowiec  pasażerski  “Królowa  Próżności”  zatonął  na 

skutek zderzenia się z wrakiem na 1° szerokości geograficznej południowej i 107°  długości geo-
graficznej zachodniej.

Piątego stycznia  1888 roku,  a więc  po upływie  jedenastu miesięcy i  czterech  dni  od tego 

zdarzenia,  wuj niżej podpisanego,  zamożny dżentelmen nazwiskiem Edward Prendick,  o którym 
wiedziano,  iż  z  całą  pewnością  wsiadł  w  Callao  na  pokład  “Królowej  Próżności”,  i  którego 
następnie  uznano  za  zaginionego  - odnalazł  się  na  5°3'  szerokości  geograficznej  południowej  i 
101° długości geograficznej zachodniej w  niewielkiej szalupie o nieczytelnej nazwie,  przypuszc-
zalnie  należącej  do  zaginionego szkunera  “Ipecacuanha”.  Pierwsza relacja mego wuja brzmiała 
tak nieprawdopodobnie, iż posądzano go o pomieszanie zmysłów. Później utrzymywał  jednak,  że 
nie  pamięta,  co się z  nim działo po opuszczeniu pokładu “Królowej  Próżności”. Jego przypadek 
był  w  swoim czasie żywo dyskutowany wśród psychologów  jako interesujący przykład amnezji 
spowodowanej  ciężkimi  przeżyciami  i  fizycznym  wyczerpaniem.  Niniejsza  opowieść  została 
odnaleziona  w  papierach  Edwarda  Prendicka  przez  niżej  podpisanego,  bratanka  oraz  spadko-
biercę autora; nie zawierała żadnych wskazówek co do jej ewentualnej publikacji.

W rejonie, gdzie odnaleziono mego wuja, znana jest tylko jedna mała i bezludna wulkanic-

zna wysepka, nazwana imieniem Noble'a. W 1891 roku odwiedził  ją okręt Jej Królewskiej Mości 
“Skorpion”. Grupa marynarzy wysiadła  wówczas na ląd,  ale nie spotkała na wyspie  żadnych is-
tot  żywych prócz dość  osobliwego gatunku białych ciem,  pewnej  ilości dzikich  świń i królików 
oraz  szczególnej  odmiany  szczurów.  .Okazów  tych  stworzeń  nie  zabrano.  A  zatem  niniejsza 
opowieść  w  swym  najistotniejszym  szczególe  nie  znajduje  potwierdzenia.  Uczyniwszy  to 
zastrzeżenie  mogę,  jak mi  się  wydaje,  bez  niczyjej  szkody i  chyba  zgodnie  z  intencjami  mego 
wuja,  przedstawić  szerokiej  publiczności  jego osobliwą  historię.  Przemawia  za  nią  w  każdym 
razie jedna okoliczność,  ta mianowicie,  iż  wuj Prendick przepadł  bez wieści mniej więcej na  5° 
szerokości  geograficznej  południowej  i  105°  długości  geograficznej  zachodniej,  a  po  jedenastu 
miesiącach  pojawił  się  ponownie  w  tym  samym  rejonie.  Musiał  ten  okres  w  jakiś  sposób 
przetrwać. Wiadomo też,  że szkuner o nazwie “Ipecacuanha”,  prowadzony przez  zapijaczonego 
kapitana  Johna  Davisa,  istotnie  wyruszył  w  styczniu  1887  roku  z  portu  Arica,  wioząc  na 
pokładzie  pumę oraz inne zwierzęta,  że statek ten był  znany w  wielu portach Południowego Pa-
cyfiku,  ale  raz  na  zawsze  znikł  z  tych mórz  (wraz  ze  sporym  ładunkiem  kopry),  wypływając  z 
Banya  na  spotkanie  niewiadomego  losu  w  grudniu  1887,  która  to  data  pokrywa  się  w  pełni  z 
opowieścią mego wuja.

Charles Edward Prendick
1. W szalupie “Królowej Próżności”

Nie zamierzam  dodawać nowych informacji do tego,  co zostało już napisane  w  związku z 

katastrofą  “Królowej  Próżności”.  Jak wszystkim  wiadomo,  statek ten zderzył  się  z  wrakiem  w 
dziesięć  dni  po  wypłynięciu  z  Callao.  Osiemnaście  dni  później  kanonierka  Jej  Królewskiej 

background image

Mości “Mirt”  wyłowiła  barkas z  siedmioma członkami załogi  zatopionego statku,  a  historia  ich 
cierpień zyskała sobie niemal  równie  szeroką sławę,  jak znacznie  straszniejsze losy rozbitków  z 
“Meduzy”.  Chciałbym  jednak  do  znanej  opowieści  o  “Królowej  Próżności”  dopisać  jeszcze 
jedną,  równie okropną jak tamta,  a  na pewno znacznie bardziej  niezwykłą. Przyjęło się uważać, 
że  czterej  pasażerowie małej  szalupy ponieśli śmierć,  jest  to jednak wiadomość  nieścisła. Mam 
wszelkie podstawy, by tak twierdzić, ponieważ jestem jednym z nich.

Muszę  jednak  na  wstępie  zaznaczyć,  iż  szalupa  miała  od  początku  tylko  trzech,  a  nie 

czterech pasażerów. Ów  Constans, którego “kapitan widział  wskakującego do łodzi ratunkowej” 
(“Daily News”  z siedemnastego marca 1887), na nasze szczęście, a swoje nieszczęście nie zdołał 
do nas dotrzeć. Skakał  do wody spod szlagów zdruzgotanego bukszprytu, otoczony plątaniną lin; 
w  locie  zaczepił  piętą  o  jakąś  linkę,  chwilę  wisiał  głową  w  dół,  po  czym  spadając  trafił  na 
unoszącą się  na  wodzie  belkę  lub kawałek masztu. Rzuciliśmy  się  w  jego kierunku,  ale  już  nie 
wypłynął.

Uważam,  iż  nie  dotarł  do  szalupy  na  nasze  szczęście,  ale  chyba  i  na  swoje  również,  po-

nieważ mieliśmy tylko jedną małą baryłkę wody i odrobinę rozmoczonych sucharów - alarm był 
tak nagły,  a statek tak dalece  nie  przygotowany na  wypadek katastrofy. Sądząc,  iż  pasażerowie 
barkasu  mogą  być  lepiej  zaopatrzeni  (choć,  zdaje  się,  wcale  tak  nie  było),  próbowaliśmy się  z 
nimi  porozumieć.  Oni  jednak  nie  słyszeli  naszych  nawoływań,  a  gdy  nazajutrz  rozwiała  się 
deszczowa mgła - co nastąpiło dopiero po południu - znikli  nam z  pola widzenia. Nie mogliśmy 
wstać  i  rozejrzeć  się,  gdyż  łódź  silnie  kołysała.  Morze  było  tak  wzburzone,  że  z  trudem 
utrzymywaliśmy łódź  dziobem  do fali.  Dwoma  rozbitkami,  którym do tej pory udało  się  razem 
ze mną uratować, byli - pasażer jak i ja,  niejaki Helmar, oraz niski i barczysty,  jąkający się lekko 
marynarz o nie znanym mi nazwisku.

W  sumie  dryfowaliśmy  osiem  dni,  cierpiąc  męki  głodu,  a  po  wyczerpaniu  się  wody  - 

nieznośne pragnienie. Po dwóch dniach fale  powoli  opadły,  a  morze  stało się gładkie  i połysk-
liwe. Zwykły  czytelnik  żadną  miarą nie  potrafi  sobie  wyobrazić owych ośmiu dni. Nie  przeżył 
bowiem  - na  swoje  szczęście - niczego podobnego,  na  czym  jego wyobraźnia mogłaby się opr-
zeć.  Poczynając  od  drugiego  dnia  przestaliśmy  się  niemal  do  siebie  odzywać  i  każdy  leżał  w 
swoim  kącie  łodzi  wpatrując  się  w  widnokrąg  albo rozszerzającymi  się  z  dnia  na  dzień,  coraz 
mniej przytomnymi oczyma obserwował  mękę i postępującą  niemoc  towarzyszy niedoli. Słońce 
prażyło  niemiłosiernie.  Czwartego  dnia  skończył  się  zapas  wody,  a  nas  zaczęły  nawiedzać 
dziwne myśli, które  czytaliśmy sobie nawzajem z  oczu; ale chyba dopiero szóstego dnia Helmar 
wypowiedział  je na głos. Pamiętam nasze schrypnięte, piskliwe głosy - rozmawiając musieliśmy 
się  do  siebie  nachylać  i  oszczędzać  słów.  Ja  stawiłem  zacięty  opór  uważając,  iż  lepiej  już 
przedziurawić łódź i wspólnie zginąć  w  paszczach ciągnących za  nami rekinów,  ale gdy Helmar 
powiedział,  że  przyjęcie  jego  propozycji  pozwoli  nam  się  napić,  marynarz  przeszedł  na  jego 
stronę.

Odmówiłem  jednak  udziału  w  ciągnięciu  losów  i  najbliższej  nocy  marynarz  raz  po  raz 

szeptał  coś Helmarowi do ucha,  a ja siedziałem na dziobie z nożem w ręku,  choć nie sadzę,  bym 
w  decydującej  chwili  zdobył  się  na  stawienie  oporu.  Rankiem  przystałem  na  propozycję  Hel-
mara, po czym wyjęliśmy półpensówkę, która miała wskazać ofiarę.

Los padł  na marynarza,  ale ten był  z nas trzech najsilniejszy i zamiast się poddać,  skoczył 

na  Helmara.  Zwarli  się  jak  zapaśnicy i  prawie  wstali.  Zacząłem  się  ku  nim  czołgać;  chciałem 
pomóc Helmarowi chwytając marynarza za  nogę, ale łódź zakołysała,  marynarz stracił  równow-
agę,  padli  razem  na krawędź  burty i  spleceni w  uścisku stoczyli  się  do wody. Poszli  na  dno  jak 

background image

kamień.  Pamiętam  swój  śmiech,  a  potem  zdziwienie,  dlaczego  się  śmieję.  Dźwięk  własnego 
śmiechu zaskoczył mnie, jakby przyszedł skądś z zewnątrz.

Nie  wiem,  jak długo leżałem na  dnie łodzi oparty  plecami  o  ławkę myśląc sobie,  że  gdy-

bym miał  dosyć siły,  napiłbym się słonej wody, by oszaleć i szybciej umrzeć. Po pewnym czasie 
dostrzegłem na widnokręgu zbliżający się żagiel, ale przyglądałem mu się obojętnie,  jak malow-
anej pocztówce.  Musiałem  być półprzytomny,  ale pamiętam  dokładnie  wszystko,  co  się  działo. 
Pamiętam kołysanie  głowy  w  rytmie  morza  i horyzont z  tańczącym  na  falach żaglem. Ale  jed-
nocześnie  pamiętam  dokładnie  swoje  przeświadczenie,  iż  jestem  martwy,  i  że  sprawiłem  im 
niezły kawał wymykając się z dała tuż przed przybyciem pomocy.

Niezmiernie  długo  -  przynajmniej  w  moim  wspomnieniu  -  obserwowałem  powolne 

zbliżanie  się  pląsającego na falach  szkunera;  był  to  niewielki,  dwumasztowy  statek  z  typowym 
dla  szkunera ożaglowaniem skośnym. Szedł  pod wiatr,  musiał  co chwilę robić  zwrot i iść coraz 
dłuższymi halsami. Nie przychodziło mi do głowy,  by starać się zwrócić  na  siebie uwagę,  a po-
tem ujrzałem kadłub i od tej  chwili  aż  do  obudzenia  się w  kabinie na rufie mam tylko niejasne 
wspomnienia. Pamiętam mgliście,  jak  wciągają mnie po drabince,  a znad burty wychyla  się ku 
mnie  szeroka  i  rumiana,  piegowata  twarz  pod płomiennie  rudą  czupryną.  Zachowałem  też  mi-
gawkowy obraz jakiejś innej,  z bliska  widzianej ciemnej  twarzy o niesamowitych  oczach,  którą 
brałem za widziadło,  dopóki nie ujrzałem jej po raz drugi. Wydaje mi się,  iż pamiętam,  jak wle-
wano mi coś przemocą do ust. To wszystko.

2. Człowiek, który płynął donikąd

Znajdowałem  się  w  niewielkiej,  dość  niechlujnej  kabinie.  Obok  siedział  niestary 

mężczyzna  o  płowych  włosach,  szczeciniastym  wąsie  koloru  słomy  i  obwisłej  dolnej  wardze, 
który  trzymał  mnie  za  rękę. Przez  chwilę patrzyliśmy na  siebie  bez  słowa.  Miał  wodnistoszare 
oczy, dziwnie pozbawione wyrazu.

Nagle  tuż  nade  mną  rozległ  się  hałas,  jakby  ktoś  przestawiał  gwałtownie  żelazne  łóżko, 

oraz  niski,  gniewny  pomruk  jakiegoś  wielkiego  zwierzęcia.  W  tej  samej  chwili  mężczyzna 
odezwał się po raz drugi. 

Powtórzył pytanie:
- Jak się pan czuje?
Chyba  odpowiedziałem,  że  dobrze.  Nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  skąd  się  tutaj 

wziąłem. Musiał to pytanie wyczytać z mojej twarzy, gdyż głos odmówił mi posłuszeństwa.

- Wydobyto pana  z  szalupy,  bliskiego śmierci  głodowej. Szalupa  opatrzona  była  napisem 

“Królowa Próżności”, a na krawędzi jej burty widniały plamy krwi.

Gdy  to  mówił,  spostrzegłem  własną  rękę,  tak  chudą,  że  przypominała  brudną  skórzaną 

sakiewkę,  do której  wrzucono luzem kości,  i  w  jednej  chwili wróciła mi  pamięć całej  historii  z 
szalupą.

- Proszę  to połknąć - powiedział  mężczyzna,  podając mi jakąś zamrożoną,  szkarłatną sub-

stancję.

Mikstura miała smak krwi i od razu poczułem się silniejszy.
-  Miał  pan  szczęście  -  mówił  mężczyzna  -  trafić  na  statek  z  lekarzem  na  pokładzie.  - 

Trochę niewyraźnie artykułował słowa i lekko seplenił.

- Co to za statek? - spytałem wolno schrypniętym ód długiego milczenia głosem.
- Niewielki  handlowiec kursujący między Ariką a Callao. Nigdy nie przyszło mi  do głowy 

zapytać,  skąd pochodzi. Najpewniej  z  krainy  obłąkańców. Ja  jestem pasażerem  i płynę z Ariki. 

background image

Skończony  bałwan,  który  jest  właścicielem  i  dowódcą  statku  w  jednej  osobie,  niejaki  Davis, 
stracił  patent czy coś w tym rodzaju. Zna pan pewnie ten rodzaj ludzi. Nazwał  swoją idiotyczną 
łajbę  “Ipecacuanha”;  czy  można  sobie  wyobrazić  coś  równie  kretyńskiego.  Choć  na  pełnym 
morzu, kiedy nie ma wiatru przez dłuższy czas, z pewnością zachowuje się zgodnie z nazwą.* [* 
ipekakuana  brazylijska  -  roślina  o  oryginalnej  indiańskiej  nazwie  ipecacuana  lub  ipecacuanha, 
jest  stosowana w  lecznictwie  i  ze  względu na  swe  działanie nosi  popularne  miano  wymiotnicy 
lekarskiej (przyp. tłum.)]

Na  górze  rozległ  się  ponowny  rumor,  któremu  towarzyszyło  głuche  warczenie  i  ludzki 

głos. Po chwili inny głos nakazał jakiemuś “przeklętemu wypędkowi”, żeby się uspokoił.

- Znajdował  się pan  o krok od śmierci - ciągnął  mój rozmówca. - Jeszcze  trochę i  byłoby 

po wszystkim. Ale  pana podreperowałem. Czuje pan  ból  w  ramieniu?  To  od  zastrzyków.  Leżał 
pan bez przytomności przez blisko trzydzieści godzin.

Z trudem zbierałem myśli. Skowyt kilku psów znowu rozproszył moją uwagę.
- Czy mógłbym już zjeść coś solidniejszego? - spytałem.
- Dzięki mnie - odparł. - Właśnie gotują dla pana baraninę.
- To świetnie - powiedziałem z przekonaniem. - Chętnie zjem kawałek baraniny.
- Muszę panu powiedzieć - podjął  z pewnym wahaniem - iż jestem okropnie ciekaw,  jak to 

się stało, że został pan sam w szalupie.

W jego oczach dostrzegłem jakby błysk podejrzliwości.
- Do diabła z tym wyciem! Wypadł  nagle z  kabiny i wdał  się w gwałtowną kłótnię z kimś, 

kto  odpowiadał  niezrozumiałym  mamrotaniem.  Sprawa  zakończyła  się  chyba  odgłosami  uder-
zeń, ale mogłem się przesłyszeć. Potem mężczyzna krzyknął na psy i wrócił do kabiny.

- No więc? - spytał od drzwi. - Zaczął mi pan właśnie opowiadać.
Odparłem,  iż nazywam  się  Edward Prendick i że dla rozproszenia nudy mej dostatniej  eg-

zystencji podjąłem studia przyrodnicze. Ta ostatnia wiadomość jakby go trochę zaciekawiła.

-  Ja  też  zajmowałem  się  trochę  przyrodą,  przeszedłem  na  medycynie  kurs  biologii,  wie 

pan,  preparowanie jajników dżdżownicy,  narządów  gębowych ślimaka i tak dalej. Mój Boże! Już 
dziesięć lat upłynęło od tego czasu! Ale proszę, proszę, niech pan opowiada o szalupie.

Moja  szczera  opowieść,  wypowiedziana  zwięzłymi  zdaniami  -  byłem  bowiem  bardzo 

osłabiony  -  najwyraźniej  go  zadowoliła,  a  gdy  skończyłem,  powrócił  natychmiast  do  sprawy 
przyrodoznawstwa i swych studiów biologicznych. Wypytywał  mnie też dokładnie o londyńskie 
ulice - Tottenham Court Road i Gower Street.

- Czy Caplatzi nadal prosperuje? Cóż to był za sklep! 
Musiał  być chyba bardzo przeciętnym studentem medycyny,  gdyż szybko przerzucił  się na 

kabarety. Opowiedział mi kilka anegdotek.

- Rzuciłem wszystko dziesięć lat temu - oświadczył;
-  Co to były  za  czasy! Ale  fatalnie  się  zbłaźniłem...  Przegrałem  życie  nie  mając  jeszcze 

dwudziestu jeden lat.  Dziś wszystko się pewnie  zmieniło... No,  ale muszę  zajrzeć  do tego osła-
kucharza i dopilnować pańskiej baraniny.

Na górze  znowu rozległ  się ryk,  tak raptowny i pełen dzikiej  wściekłości,  że aż  podskoc-

zyłem.

- Co tam się dzieje? - krzyknąłem, ale on zdążył już zamknąć za sobą drzwi.
Wrócił  po chwili  niosąc baranią potrawkę,  której  apetyczny zapach wprawił  mnie w  takie 

podniecenie, iż zwierzęce pomruki natychmiast wyleciały mi z głowy.

Następny dzień,  podczas którego na przemian spałem lub  jadłem,  wzmocnił  mnie  na tyle, 

iż  uniosłem  się  z  koi  i  przez  iluminator  wyjrzałem  na  ścigające  się  ze  statkiem  zielone  fale. 

background image

Szkuner  najwidoczniej  płynął  z  wiatrem.  Montgomery  -  bo  tak  nazywał  się  jasnowłosy 
mężczyzna  -  wszedł  właśnie  do  kabiny,  więc  poprosiłem  go  o  jakieś  odzienie.  Pożyczył  mi 
własne drelichowe ubranie,  gdyż to,  które miałem na sobie w szalupie,  wyrzucono,  jak powiedz-
iał,  za burtę. Ubranie było na mnie trochę za obszerne, ponieważ jego właściciel był  postawnym 
mężczyzną o długich kończynach.

Wspomniał  mimochodem,  że  kapitan siedzi  zamknięty  w  swojej  kajucie,  pijany jak  bela. 

Podczas ubierania się zacząłem go wypytywać, którędy i dokąd płynie statek. Odparł,  iż szkuner 
zmierza na Hawaje, ale po drodze zatrzyma się, by wysadzić go na ląd.

- Gdzie? - spytałem.
- To taka wysepka... na której mieszkam. O ile mi wiadomo, nie ma nawet nazwy.
Po tych słowach dolna warga całkiem mu obwisła,  a wlepione we mnie oczy przybrały na-

gle wyraz tak jawnie udawanej tępoty, iż uznałem,  że woli uniknąć indagacji. Powstrzymałem się 
więc od dalszych pytań.

 3. Niesamowita twarz

Po opuszczeniu kabiny okazało się,  że jakiś człowiek blokuje nam wyjście na pokład. Stał 

na  drabince  zwrócony  do  nas  plecami,  patrząc  ponad  górną  krawędzią  luku.  Miał,  jak  zau-
ważyłem,  niekształtną postać - niską, barczystą i niezgrabną - przygarbione plecy, włochatą szyję 
i  wciśniętą  w  ramiona  głowę.  Miał  na  sobie  granatowe  drelichy,  a  jego  czarne  włosy  były 
dziwnie grube i szczeciniaste. Usłyszałem wściekłe warczenie niewidocznych psów i w tej samej 
chwili  człowiek  ów  skoczył  gwałtownie  do  tyłu  natykając  się  na  rękę,  którą  wyciągnąłem  od-
ruchowo, by się przed nim osłonić. Obrócił się z iście zwierzęcą zwinnością.

Nie  potrafię  wyjaśnić,  dlaczego  nagły  widok  jego  ciemnej  twarzy  zrobił  na  mnie  tak 

wstrząsające  wrażenie.  Była przedziwnie  szpetna. Wysunięta  do przodu  szczęka  mgliście  przy-
pominała  zwierzęcą  mordę,  a  z  ogromnych  półotwartych  ust  wystawały  białe  zęby  nie  spo-
tykanych  u  człowieka  rozmiarów.  Miał  przekrwione  w  kącikach,  niemal  zupełnie  pozbawione 
białek oczy o piwnych źrenicach. Jego twarz pałała jakimś osobliwym podnieceniem.

- Diabli cię nadali! - mruknął Montgomery. - Odsuń się, u licha!
Ciemnolicy mężczyzna bez słowa odskoczył w bok. 
Wstąpiłem  na  drabinkę,  nie  odrywając  od  niego  oczu.  Montgomery  zatrzymał  się  chwilę 

na dole.

- Mówiłem ci  przecież,  żebyś się  tutaj  nie kręcił  - rzekł  dobitnym tonem. - Twoje miejsce 

jest na dziobie. 

Ciemnoskóry mężczyzna skulił się.
- Oni... oni nie chcą mnie trzymać na dziobie.
- Mówił powoli jakimś nienaturalnie schrypniętym głosem.
- Nie chcą cię trzymać na  dziobie! - powtórzył  groźnie Montgomery. - Ale ja  każę ci  tam 

iść.

Miał  jeszcze  coś  dodać,  ale  rzucił  mi  szybkie  spojrzenie  i  wszedł  za  mną  na  drabinkę. 

Stałem  odwrócony  w  połowie  luku,  nadal  nie  mogąc  ochłonąć  ze  zdziwienia,  jakie  budziła 
przedziwna brzydota ciemnoskórego człowieka. Pierwszy raz w życiu widziałem tak odrażającą i 
niesamowitą  twarz,  ale jednocześnie - paradoks trudny do uwierzenia  -  miałem dziwaczne  poc-
zucie,  iż jego zdumiewające rysy i gesty są mi  skądś znane.  Pomyślałem  sobie później,  że  mu-
siałem  go  chyba widzieć,  kiedy wyciągano mnie  na pokład,  ale  i to nie  tłumaczyło podejrzenia 

background image

jakiejś wcześniejszej  znajomości.  Wydawało  się  niepodobieństwem,  bym  ujrzawszy  bodaj  raz 
tak szczególną twarz, mógł nie zapamiętać okoliczności owego spotkania.

Wejście  Montgomery'ego  na  drabinkę  przerwało  bieg  mych  myśli,  obróciłem  się  więc  i 

rozejrzałem  po  płaskim  pokładzie  małego  szkunera.  Uprzednie  hałasy  przygotowały  mnie 
częściowo na to,  co teraz  ujrzałem. Z całą pewnością  nigdy jeszcze nie widziałem  tak brudnego 
pokładu. Wszędzie  walały się  skrawki  marchwi,  strzępy  zieleniny i  paskudztwa  niewiadomego 
pochodzenia. Pod grotmasztem szarpało się na łańcuchach stado przerażających ogarów, które na 
mój widok zaczęły gwałtownie ujadać, a przy bezanmaszcie, w małej żelaznej klatce, tak ciasnej, 
że  zwierzę  nie  mogło  się  nawet  obrócić,  siedziała  wielka,  skulona  puma.  Nieco  dalej,  przy 
prawym  nadburciu spostrzegłem  kilka  sporych drewnianych  klatek z  królikami,  na  dziobie  zaś 
tkwiła samotna lama wciśnięta do zwykłej  skrzyni. Psy miały na pyskach skórzane kagańce. Je-
dynym  człowiekiem  na pokładzie  był  chudy  i milczący  marynarz  przy kole  sterowym. Główne 
żagle,  brudne  i połatane,  napinał  wiatr,  a  i w  górze,  jak się  zdaje,  postawiono wszystkie  dodat-
kowe żagle stateczku. Niebo było  czyste,  a  słońce minęło  zenit  i  zaczęło obniżać się ku zacho-
dowi;  wzdłuż  burt  pędziły  długie,  upstrzone  białymi  grzywami  fale.  Minąwszy  sternika 
zbliżyliśmy się do relingu rufowego; za  rufą  pieniła się woda,  a  w  kilwaterze  tańczyły i znikały 
bańki. Odwróciłem się i zmierzyłem wzrokiem niechlujny pokład.

- Czy to jakaś pływająca menażeria? - spytałem.
- Na to wygląda - odparł Montgomery.
-  Po  co  im  te  zwierzęta?  Na  handel?  Dla  rozrywki? A  może  kapitan  myśli,  że  zdoła  je 

sprzedać gdzieś na morzach południowych?

- Na to wygląda, nie sądzi pan? - odparł Montgomery odwracając się z powrotem ku rufie.
 Nagle od strony zejściówki rozległ  się wrzask, posypały się wściekłe wyzwiska i ciemno-

skóry  mężczyzna  pośpiesznie  wgramolił  się  na  pokład.  W  ślad  za  nim  wyłonił  się  masywny 
rudzielec w białej czapce. Ogary,  którym znudziło się tymczasem oszczekiwanie mnie,  na widok 
ciemnoskórego wpadły w  szał  i szarpiąc łańcuchy zaczęły na nowo ujadać. Ciemnoskóry zawa-
hał  się  przez moment na ich widok,  dzięki czemu rudy mężczyzna zdążył  go dopaść i zadał  mu 
potężny cios między łopatki. Nieszczęśnik zwalił  się jak podcięte drzewo na zaśmiecony pokład, 
między rozwścieczoną  sforę. Psy były na szczęście  w kagańcach. Rudzielec  aż zachłysnął  się  z 
uciechy i stał  chwiejąc się niepewnie na nogach, jakby lada chwila miał  runąć do zejściówki albo 
w przód, na swą ofiarę.

Widząc rudzielca, Montgomery gwałtownie się poderwał.
- Przestań pan! - zawołał tonem upomnienia. 
Na dziobie pojawiło się paru marynarzy.
Ciemnoskóry mężczyzna wił  się po pokładzie deptany przez psy,  wydając dziwne,  nienatu-

ralne  okrzyki.  Nikt  nie  pośpieszył  mu  z  pomocą.  Psiska  bezlitośnie  trącały  go  pyskami,  a  ich 
szare,  zwinne cielska w tanecznych podskokach kłębiły się  nad niezdarnym powalonym ciałem. 
Zebrani na dziobie marynarze pokrzykiwali zachęcająco, jakby to była  najlepsza zabawa. Mont-
gomery wydał gniewny okrzyk i rzucił się do przodu. Pośpieszyłem za nim.

Tymczasem ciemnoskóry poderwał  się na nogi  i  zatoczył  do przodu. Wpadł  z  rozpędu  na 

burtę przy wantach grotmasztu,  gdzie stanął dysząc ciężko i rzucając psom przez ramię wściekłe 
spojrzenia. Rudowłosy mężczyzna wybuchnął tryumfalnym śmiechem.

- Słuchajcie  no,  kapitanie - powiedział  Montgomery,  którego seplenienie  wyraźnie się  na-

siliło i chwycił rudowłosego za łokcie. - Za wiele pan sobie pozwala.

Stałem tuż za Montgomerym. Kapitan odwrócił głowę i spojrzał nań z tępą powagą pijaka.

background image

-  A  bo  co?  -  zapytał;  mierzył  przez  chwilę  Montgomery'ego  sennym  spojrzeniem,  a 

wreszcie rzekł:

- Przeklęty konował!
Gwałtownym  szarpnięciem  uwolnił  ręce  i po  paru nieudanych  próbach  zdołał  wpakować 

piegowate pięści do bocznych kieszeni.

- Ten człowiek jest pańskim pasażerem - oświadczył  Montgomery. - Radzę trzymać ręce  z 

daleka od niego.

- Idź do diabła! - huknął  kapitan. Odwrócił  się gwałtownie i  zatoczył  na bok. - To jest mój 

statek i robię na nim, co mi się podoba - oświadczył.

Uważam,  że  Montgomery  powinien  był  w  tym  momencie  zostawić  pijanego  brutala  w 

spokoju. Ale on zbladł tylko jeszcze bardziej i zbliżył się za kapitanem do burty.

- Słuchajcie  no,  kapitanie - powiedział. - Nie pozwolę  maltretować  mego służącego. Pan i 

pańscy ludzie znęcacie się nad nim bez przerwy, odkąd wszedł na pokład.

Alkoholowe opary na dłuższą chwilę odebrały kapitanowi mowę.
- Przeklęty konował! - To było wszystko, co uznał za stosowne odpowiedzieć.
Zorientowałem się, iż Montgomery należy do zawziętych uparciuchów, którzy stale podsy-

cają  hodowaną  w  sercu urazę  i  nigdy  niczego nie  darowują;  domyśliłem się  także,  że  ich  spór 
musiał narastać od dłuższego czasu.

-  Przecież  on  jest  pijany  -  wtrąciłem,  może  trochę  zbyt  nachalnie.  -  Nic  pan  z  nim  nie 

wskóra. 

Montgomery wykrzywił obwisłą wargę.
- On zawsze jest pijany. Czy pana zdaniem to ma usprawiedliwiać znieważanie pasażerów?
- Mój statek - zaczął  kapitan pokazując drżącą ręką klatki - był  kiedyś czysty i schludny. A 

dziś,  co? - Rzeczywiście,  czystości nie można mu było zarzucić. - Moja załoga - ciągnął. - Moja 
schludna, przyzwoita załoga.

- Zwierzęta znalazły się na pokładzie za pańską zgodą.
-  Niech będzie  przeklęty  dzień,  w  którym  moje  oczy  ujrzały  pańską  piekielną wyspę. Po 

jakiego  diabła... wozić zwierzęta na taką wyspę? I do tego ten pański pomagier... Myślałem,  że 
chodzi o człowieka. Ale to jakiś pomyleniec. I czego łazi  po  rufie. Co pan  sobie  myśli,  że cały 
statek do pana należy, czy co?

- Pańscy marynarze od pierwszej chwili robią,  co mogą, żeby temu nieborakowi zatruć ży-

cie.

- Ładny mi  nieborak,  toż to diabeł  z piekła rodem. Moi ludzie nie  mogą na niego patrzeć. 

Ja nie mogę na niego patrzeć. Nikt nie może na niego patrzeć. Pan też nie może na niego patrzeć.

Montgomery odwrócił się.
- W każdym razie proszę zostawić go w spokoju - powiedział kiwając głową.
Ale kapitan zmierzał teraz do awantury. Podniósł głos:
- Jeśli jeszcze raz przyłapię drania w tej części statku, wypruję mu flaki, zobaczy pan. Wy-

pruję mu te przeklęte flaki! Niech się  panu nie  wydaje,  że może mi pan dyktować, co mi wolno, 
a  czego nie  wolno. Ja  tu jestem kapitanem i właścicielem  - wbij  pan to sobie  do  głowy.  Jestem 
panem...  i  władcą.  Umowa  była,  że  zabiorę  do  Ariki  i  z  powrotem  człowieka  ze  służącym  i 
przywiozę  kilka  zwierząt.  Nie  godziłem  się  na  wożenie  piekielnego  wariata  z  durnym  kon-
owałem...

Nieważne,  jak nazwał  Montgomery'ego.  Zobaczyłem,  że  ten  ostatni  robi krok do  przodu, 

postanowiłem więc interweniować.

background image

- On jest pijany - rzekłem. Kapitan zaczął  sypać jeszcze plugawszymi obelgami. - Zamknij 

się  pan!  -  rzuciłem  mu  ostro,  widząc  w  twarzy  Montgomery'ego  niebezpieczny  błysk.  Tym 
odezwaniem się ściągnąłem lawinę na siebie.

Byłem jednak zadowolony,  że  udało mi  się  zapobiec wiszącej na włosku bójce - nawet za 

cenę pijanej furii kapitana. Ale choć zdarzało mi się bywać w dość podejrzanych towarzystwach, 
nie  pamiętam,  bym  kiedykolwiek  nasłuchał  się  tylu  najplugawszych  przekleństw  płynących 
jednym  nieprzerwanym  strumieniem.  Jestem  człowiekiem  łagodnym,  lecz  chwilami  z  trudem 
nad  sobą  panowałem.  Nakazując  kapitanowi  milczenie  zapomniałem,  niestety,  iż  jestem  tylko 
bezradnym,  odciętym  od  swoich  zasobów,  płynącym  na  gapę  rozbitkiem,  i  mój  los  zależy  od 
dobrej  woli  - albo interesowności - załogi  statku,  który mnie przygarnął. Kapitan nie  omieszkał 
dobitnie mi o tym przypomnieć. Ale przynajmniej zapobiegłem rękoczynom.

 4. Na pokładzie szkunera

Tego samego dnia wieczorem dostrzeżono po zachodzie słońca ląd i szkuner zatrzymał  się. 

Montgomery  oznajmił,  że  tu  kończy  się  jego  podróż.  Wyspa  była  zbyt  daleko,  by  rozpoznać 
jakiekolwiek  szczegóły;  przypominała  płaski  skrawek  bladego  błękitu  wśród  nieokreślonego, 
szarobłękitnego morza. Znad wyspy unosiła się ku niebu niemal pionowa smużka dymu.

Kapitana  nie  było  w  tym  czasie  na  pokładzie.  Wyładowawszy  na  mnie  gniew,  zszedł 

chwiejnym  krokiem  pod  pokład  i,  o  ile  wiem,  usnął  w  swej  kajucie  na  podłodze.  Faktyczne 
dowództwo przejął  jego zastępca. Był  nim  ów chudy,  małomówny osobnik,  który stał  poprzed-
nio  przy  sterze.  Widać  było,  że  i  on  ma  z  Montgomerym  na  pieńku.  Nie  zwracał  na  nas obu 
najmniejszej  uwagi.  Kolacja,  którą  jedliśmy  razem,  po  paru  nieudanych  próbach  nawiązania 
przeze  mnie  rozmowy upłynęła  w  ponurym  milczeniu.  Zwróciło  również  moją  uwagę,  ze  ma-
rynarze dziwnie nieżyczliwie odnoszą się do mego towarzysza oraz do jego zwierząt. Montgom-
ery,  jak  zauważyłem,  bardzo wymijająco  mówił  o  przeznaczeniu  zwierząt  i  celu swej  podróży, 
więc mimo narastającej ciekawości nie narzucałem się.

Zostaliśmy rozmawiając  na  pokładzie rufowym,  aż niebo zaroiło się od gwiazd. Noc była 

cicha i spokojna,  tylko z połyskującej  żółtym  światłem  dziobówki dolatywały czasem  oderwane 
dźwięki albo poruszyło się któreś ze  zwierząt. W kącie klatki majaczył  ciemny kształt zwiniętej 
w  kłębek pumy,  która  obserwowała  nas świecącymi  ślepiami.  Psy chyba  posnęły.  Montgomery 
wyjął cygara.

Z  nutą  na wpół  bolesnej  nostalgii  rozmawiał  ze  mną o  Londynie,  zadając  najrozmaitsze 

pytania,  by dowiedzieć  się,  co się  tam  zmieniło. Mówił  jak człowiek,  który uwielbiał  tamtejsze 
życie,  ale  został  zeń  nagle  i  nieodwracalnie  wykluczony. Gawędziłem  o  tym  i  owym  dla  pod-
trzymania rozmowy. Przez  cały czas narastało we  mnie  poczucie,  że  w  tym człowieku  kryje się 
coś dziwacznego, toteż ukradkiem obserwowałem jego bladą, zagadkową twarz, na którą padało, 
przyćmione  światło latarni  nad kompasem  za moimi  plecami. A  potem  popatrzyłem  na  ciemne 
morze, tam, gdzie w mroku kryła się jego wysepka.

Ten człowiek,  myślałem sobie,  wyłonił  się  z bezmiaru świata  po to tylko,  by uratować mi 

życie.  Jutro  przekroczy burtę  i znów  zniknie  z  mego  życia. Nawet  w  najbanalniejszych okolic-
znościach  miałbym  powód  do  zadumy.  Ale  jak  wytłumaczyć  zdumiewający  fakt,  iż  wyksz-
tałcony,  cywilizowany człowiek  mieszka  na nieznanej  wysepce,  a na  dobitkę  wiezie  z  sobą  tak 
niecodzienny ładunek. Przyszło mi na myśl to samo pytanie, które postawił kapitan:

background image

Po co  mu te  zwierzęta?  I dlaczego udawał,  iż  nie są  jego własnością,  kiedy  pierwszy raz 

zagadnąłem go o to? A ten jego pomocnik, którego dziwaczna powierzchowność tak bardzo mnie 
poruszyła.  Wszystkie  te  okoliczności  tworzyły  wokół  niego  aurę  tajemniczości.  Przykuwały 
moją wyobraźnię i pętały język.

Przed północą rozmowa  o Londynie wygasła,  więc  staliśmy obok siebie oparci o poręcz  i 

mierząc  rozmarzonym  wzrokiem  cichy,  połyskujący  w  blasku  gwiazd  ocean,  pogrążyliśmy  się 
każdy we  własnych  myślach. Atmosfera  sprzyjała  sentymentom,  przeto  poruszyłem  wątek  oso-
bistej wdzięczności.

-  Chciałbym,  jeśli  pan pozwoli  - ozwałem  się  po  pewnym  czasie  - podziękować  panu za 

uratowanie mi życia.

- Przypadek - odparł. - Ślepy traf.
- Chciałbym jednak wyrazić swoją wdzięczność jego wykonawcy.
- Niech pan nie dziękuje. Pan potrzebował  pomocy,  a  ja wiedziałem,  jak jej  udzielić,  kar-

miłem  więc  pana i  szpikowałem  zastrzykami  - można  powiedzieć,  że  był  pan  dla mnie nowym 
okazem  do  kolekcji.  Nudziłem  się,  szukałem  jakiegoś  zajęcia.  Gdybym  tamtego  dnia  był 
zmęczony lub gdyby nie przypadła mi do gustu pańska twarz... kto wie,  co by się z panem w tej 
chwili działo. 

Jego słowa trochę mnie ostudziły.
- Nie zmienia to jednak... - zacząłem.
- Ślepy traf,  zapewniam pana - przerwał mi - jak wszystko w ludzkim życiu. Tylko osły nie 

chcą tego zrozumieć. Dlaczego jestem tutaj,  wyrzucony poza nawias cywilizacji, zamiast cieszyć 
się  życiem,  korzystać  ze  wszystkich  uroków  Londynu?  Tylko  dlatego,  iż  jedenaście  lat  temu 
pewnej mglistej nocy na dziesięć minut straciłem głowę...

Urwał.
- Tak? - podchwyciłem.
- To wszystko.
Znów zapadło milczenie. Po chwili zaśmiał się.
- Światło gwiazd ma dziwną moc rozwiązywania języków. Wiem,  że robię z siebie głupca, 

a jednak coś mnie kusi, by się przed panem zwierzyć.

 - Cokolwiek pan powie, zapewniam, iż zachowam to dla siebie... jeśli o to chodzi.
Już miał zacząć, ale tylko z powątpiewaniem pokręcił głową.
- Proszę nie mówić - rzekłem. - Nie muszę nic wiedzieć. Tak będzie chyba dla pana lepiej. 

Cóż to może dać, oprócz chwilowej ulgi - o ile dochowam sekretu. A gdybym go nie dochował... 
prawda?

Chrząknął  niepewnie.  Czułem  się,  jak  bym  go  podstępnie  przyłapał  w  chwili  słabości. 

Prawdę powiedziawszy,  nie byłem specjalnie ciekaw,  co mogło młodego medyka wygnać z Lon-
dynu. Mam  odrobinę wyobraźni. Wzruszyłem ramionami i odwróciłem  się. Na  rufie,  wsparta o 
reling,  stała  ciemna,  milcząca postać obserwująca gwiazdy. Był  to dziwny pomocnik Montgom-
ery'ego. Gdy się poruszyłem, rzucił mi przez ramię szybkie spojrzenie i znów odwrócił głowę.

Ktoś powie może,  że to drobiazg,  ale ja poczułem się, jakby runął  we mnie grom z jasnego 

nieba.  Jedyne  światło  w  naszym  sąsiedztwie  padało  od  latarni  przy  sterze.  W  owej  krótkiej 
chwili,  gdy jego twarz wyłoniła się z mroku rufy i oświetlił  ją promień latarki, w zwróconych na 
mnie oczach zapaliły się bladozielone błyski.

Nie wiedziałem wówczas,  że ludzkie oczy też czasami fosforyzują - czerwonym blaskiem. 

W.  każdym  razie  widok  ten  sprawił  na  mnie  wrażenie  czegoś  absolutnie  nieludzkiego.  Owa 
czarna  postać  z  jarzącymi  się  ślepiami  wymiotła  ze  mnie  wszystkie  dojrzałe  myśli  i  uczucia  i 

background image

znalazłem się na moment w  zapomnianym świecie dziecinnych koszmarów. Dziwne to doznanie 
minęło  równie  szybko,  jak  się  pojawiło.  Oparta  o  reling  rysowała  się  na  tle  wygwieżdżonego 
nieba  ciemna  i  niezdarna,  mało  znacząca  postać,  a  jednocześnie  posłyszałem  głos  Montgom-
ery'ego.

- No, chyba już czas pójść spać - powiedział - pewnie i pan ma już tego dosyć.
Odpowiedziałem coś bez  sensu. Zeszliśmy pod pokład,  a Montgomery pod drzwiami  mej 

kajuty powiedział dobranoc.

Miałem  tej  nocy  nieprzyjemne  sny.  Malejący  księżyc  późno  wyszedł  na  niebo.  Smuga 

bladego,  upiornego światła  wdarła  się  do kajuty rzucając  złowieszczy  cień  na  deski koi.  Potem 
obudziły się psy;  ich wycie  i  ujadanie wplotło się w  moje  sny i do świtu prawie nie zmrużyłem 
oka.

 5. Człowiek, który nie miał dokąd pójść

Wczesnym  rankiem  -  było to  drugiego  dnia  po  mym  ozdrowieniu  i  chyba  czwartego  po 

odnalezieniu  mnie  -  z  otchłani  niespokojnych,  pełnych  wrzawy  i  szczęku  broni  snów  wyrwały 
mnie dochodzące z  góry ochrypłe wrzaski. Przetarłszy oczy nasłuchiwałem  chwilę hałasów,  nie 
bardzo wiedząc,  gdzie  jestem. Potem  rozległ  się  szybki  tupot  bosych  stóp,  odgłos przesuwania 
ciężkich przedmiotów,  gwałtowny zgrzyt i szczęk łańcuchów. Usłyszałem bulgotanie wody przy 
gwałtownym  obrocie  statku  i  spieniona  szarozielona  fala  zalała  małe,  okrągłe  okienko,  by  po 
chwili spłynąć po szybie strużkami wody. Pośpiesznie narzuciłem ubranie i wyszedłem z kajuty.

- Idąc  po schodkach,  na  tle  różowiejącego nieba  - słońce  zaledwie wschodziło - ujrzałem 

szerokie  bary  i  rudą  czuprynę  kapitana,  a  dalej,  patrząc  mu  przez  ramię,  zobaczyłem  klatkę  z 
pumą  huśtającą się na linie zamocowanego przy bezanbomie  wyciągu. Biedne,  skulone zwierzę 
przywarło ze strachu do podłogi swego ciasnego więzienia.

   -  Za  burtę  z  nimi!  -  wrzeszczał  kapitan.  -  Za  burtę!  Zaraz  oczyścimy  statek  z  całego 

tałatajstwa!

Ponieważ zagradzał  mi drogę, musiałem chcąc nie chcąc stuknąć go w  ramię, by wydostać 

się na pokład. Odskoczył  gwałtownie i z wybałuszonymi oczami zatoczył  się do tyłu. Nie trzeba 
było wielkiej przenikliwości, by poznać, że jest nadal pijany.

- Hej - mruknął  tępo,  ale po chwili oczy mu się rozjaśniły i dodał: - Ejże,  toć to szanowny, 

no jakże mu...?

- Prendick - rzekłem.
-  Jaki  tam  Prendick!  -  zawołał.  -  “Zamknij  Się”  -  tak  się  pan  nazywasz.  Wasza  Wiel-

możność “Zamknij Się”.

Nie było sensu wdawać  się z brutalem w sprzeczkę. Ale jego następne posunięcie przeszło 

moje  najśmielsze  oczekiwania.  Pokazał  ręką  przystawiony  do  burty  trap,  obok  którego  stał 
Montgomery  zajęty  rozmową  ze  świeżo  widać  przybyłym  na  pokład  potężnie  zbudowanym 
siwym mężczyzną w przybrudzonym granatowym ubraniu.

- Tędy, Wasza Przeklęta Wielmożność “Zamknij Się”. Tędy! - ryknął kapitan.
Montgomery i jego towarzysz odwrócili się na głos kapitana.
- O co panu chodzi? - spytałem.
- Tędy, Wasza Przeklęta Wielmożność - o to mi chodzi. Za burtę, panie “Zamknij Się”,  i to 

już. Robimy porządki,  oczyszczamy  ten biedny statek  z  wszelkiego  paskudztwa.  I wyrzucamy 
pana za burtę.

background image

Patrzyłem na niego, nie  wierząc własnym uszom. Ale po chwili pomyślałem sobie,  że nic-

zego innego nie pragnę. Perspektywa dalszej samotnej podróży w  towarzystwie awanturniczego 
pijaka bynajmniej nie była kusząca. Zwróciłem się więc do Montgomery'ego. 

- Nie możemy pana zabrać - odparł krótko jego towarzysz.
- Nie  możecie  mnie  zabrać?  -  zdumiałem  się. W życiu nie widziałem równie  stanowczej, 

zdecydowanej twarzy.                         

- Niech pan posłucha - zwróciłem się znów do kapitana.
- Za burtę - oświadczył. - Na tym statku nie ma od dziś miejsca dla dzikich zwierząt,  ludo-

jadów  i  gorszych  od  zwierząt  bydlaków.  Wynocha...  panie  “Zamknij  Się”.  Skoro  oni  nie  chcą 
pana  zabrać,  sam  pan sobie  popłyniesz. Ale ja  pana  stąd wyrzucam:  Razem  z pańskimi kamra-
tami. Skończyłem raz na zawsze z tą przeklętą wyspą i kropka! Mam was po dziurki w nosie.

- Niech pan posłucha, Montgomery- rzekłem błagalnie.
Wykrzywił  dolną  wargę  i  bezradnie  wskazał  głową  swego  siwowłosego  towarzysza  na 

znak, że nic nie może dla mnie zrobić.

- Zaraz się za pana weźmiemy - oświadczył kapitan. 
Rozpoczęła  się  osobliwa  rozgrywka  słowna  na  trzy  fronty.  Odwoływałem  się  kolejno  do 

trzech  mężczyzn  -  najpierw  do  siwowłosego pana,  aby pozwolił  mi  wysiąść  na  ląd,  potem  do 
kapitana, aby zatrzymał  mnie na statku. Zwracałem się nawet o pomoc do marynarzy. Montgom-
ery nie odezwał się słowem, tylko potrząsał głową.

- Wynocha ze statku i kropka - powtarzał  w kółko kapitan. - Do diabla z prawem! Ja tu jes-

tem królem.

Muszę wyznać, iż na koniec,  w trakcie wypowiadania energicznej pogróżki, załamał  mi się 

głos. Rozdrażniony, rozhisteryzowany, poszedłem na rufę i wbiłem ponury wzrok w nicość.

Tymczasem  marynarze  pośpiesznie  wyładowywali  pakunki  oraz  klatki  ze  zwierzętami. 

Przy  zawietrznej  burcie  stal  spory  dwumasztowy  lugier  z  postawionymi  żaglami,  do  którego 
spuszczano  osobliwy  dobytek.  Przybyłych  z  wyspy  pomocników,  którzy  odbierali  bagaże,  nie 
widziałem, gdyż kadłub lugra zasłaniało nadburcie szkunera.

Montgomery  i  jego  towarzysz  nie  zwracali  na  mnie  najmniejszej  uwagi.  Byli  zajęci 

doglądaniem czterech czy pięciu marynarzy,  którzy wyładowywali ich rzeczy. Kapitan plątał  się 
po dziobie, zawadzając raczej niż pomagając. Ogarniała  mnie na przemian rozpacz i rezygnacja. 
Oczekując  rozwiązania sytuacji  parę  razy  mimo woli  roześmiałem się  na  myśl  o  dziwaczności 
swego  położenia.  Pusty  żołądek  pogłębiał  moją  niedolę.  Głód  i  wycieńczenie  całkowicie  od-
bierają  człowiekowi  hart  ducha. Czułem,  iż  nie  starczy  mi  wigoru,  by  przeciwstawić  się  kapi-
tanowi,  gdy  ten  zechce  wyrzucić  mnie  za  burtę,  ani  by  zmusić  Montgomery'ego  i  jego 
towarzysza  do  zabrania  mnie  na  wyspę.  Czekałem  więc  bezwolnie,  co  przyniesie  los,  a  tymc-
zasem przeładunek dobytku Montgomery'ego trwał nadal, jak bym w ogóle nie istniał.

Wreszcie ukończono pracę i rozpoczęła się walka; prawie nie stawiając  oporu pozwoliłem 

się doprowadzić siłą  do  trapu. Już wtedy brunatne twarze  ludzi  siedzących w  łodzi obok Mont-
gomery'ego  sprawiły  na  mnie  dziwne  wrażenie.  Ale  wyładowana  po  brzegi  łódź  szybko  od-
płynęła  od  burty.  Widząc  w  dole  rozszerzające  się  pasmo  zielonkawej  wody,  zaparłem  się  z 
całych sił, by nie runąć w dół.

Z  łodzi  dobiegły  mnie  drwiące  okrzyki  majtków,  a  potem  łajania  Montgomery'ego. 

Wówczas kapitan, mat i jeden z marynarzy zawlekli mnie na rufę. Szalupa “Królowej Próżności” 
płynęła  za statkiem  na  holu; była  do połowy zalana  wodą,  pozbawiona  wszelkiego prowiantu i 
nie  miała wioseł. Padłem  jak długi na pokład,  odmawiając zejścia  do szalupy. W końcu spuścili 
mnie w dół na linie - nie mieli bowiem drabinki rufowej - i odcięli hol.

background image

Szalupa z wolna oddalała się od szkunera. W niemym osłupieniu obserwowałem,  jak ma-

rynarze podnoszą  żagle  i statek powoli,  ale  zdecydowanie ustawia  się do wiatru. Żagle załopo-
tały,  chwyciły  wiatr  i  wydęły  się.  Ujrzałem  nad  sobą  naruszoną  zębem  czasu  burtę  statku  w 
przechyle. Po krótkiej chwili szkuner znikł z pola mego widzenia.

Nawet  się  za nim  nie  obejrzałem.  W pierwszej  chwili  nie  mogłem  uwierzyć w  to,  co  się 

stało.  Siedziałem  skulony  na  dnie  szalupy,  oszołomiony,  spoglądając  tępo  w  oleistą  pustkę 
oceanu.  Dopiero  po  pewnym  czasie  zdałem  sobie  sprawę,  iż  jestem  z  powrotem  w  dobrze  mi 
znanym zamkniętym piekle,  na dodatek wypełnionym  do  połowy wodą. Spojrzawszy w  tył,  zo-
baczyłem  rudowłosego  kapitana,  który  drwił  sobie  ze  mnie,  wychylając  się  znad  relingu  ru-
fowego; a gdy popatrzyłem w kierunku wyspy, malejący w oczach lugier zbliżał się do brzegu.

Dopiero  teraz uświadomiłem  sobie  w  pełni,  jak  okrutnie  ze  mną  postąpiono. Nie  miałem 

możliwości dotarcia do lądu, chyba że fale przypadkiem mnie tam zaniosą. Pamiętajmy,  iż byłem 
jeszcze  osłabiony  po  poprzednich  przeżyciach  w  szalupie;  gdyby  nie  wycieńczenie  i  pusty 
żołądek,  z  większym męstwem stawiłbym czoła sytuacji. Ale w  ówczesnym stanie  rozpłakałem 
się  po  prostu  jak  małe  dziecko.  Łzy  spływały  mi  po  twarzy.  W  bezsilnej  rozpaczy  tłukłem 
pięściami zebraną na dnie łodzi wodę i wściekle kopałem o burty. Modliłem się na głos do Boga, 
aby pozwolił mi umrzeć.

 6. Dziwaczni wioślarze

Ale wyspiarze ulitowali się nade mną widząc, iż naprawdę znalazłem się na łasce fal. Moja 

szalupa  pod  ostrym  kątem  dryfowała  powoli  na  wschód,  w  stronę  wyspy,  gdy  nagle  ku  mej 
szaleńczej radości  łódź zawróciła i zaczęła płynąć w moim kierunku. Była mocno wyładowana; 
kiedy podpłynęła  bliżej,  zobaczyłem,  że siwy i  barczysty  towarzysz  Montgomery'ego  siedzi  na 
rufie wciśnięty między psy i  skrzynie. Człowiek ten uparcie  mi się przypatrywał,  nie poruszając 
się i nic nie mówiąc. Z dziobu równie uporczywie spoglądał  na mnie usadowiony w sąsiedztwie 
pumy  ciemnoskóry  pokraka.  W  łodzi  znajdowało  się  jeszcze  trzech  innych  dziwacznie  wy-
glądających,  zwierzopodobnych ludzi,  na których ogary wściekle warczały. Siedzący przy sterze 
Montgomery  doprowadził  łódź  do  szalupy,  po  czym  wstał,  chwycił  cumę,  którą  mu  rzuciłem, 
przywiązał do rumpla i wziął mnie na hol, gdyż o 'wejściu na zatłoczony pokład nie było mowy.

Zdążyłem się już opanować po histerycznym ataku i w miarę pogodnie odpowiedziałem na 

jego powitanie. Dowiedziawszy się,  że szalupa jest pełna wody,  podał  mi cebrzyk. Rzuciło mnie 
do  tyłu,  gdy  łączący  nas  hol  naprężył  się  i  szarpnął.  Przez  jakiś  czas  pracowicie  wybierałem 
wodę.

Dopiero  po  całkowitym  osuszeniu  szalupy  - była  bowiem  cała,  tylko  zalana  przez  fale  - 

mogłem się przyjrzeć spokojnie pasażerom łodzi.

Siwowłosy  mężczyzna  nadal  nie spuszczał  mnie z  oka,  ale  teraz na jego twarzy  czytałem 

jakby  pewne  zaniepokojenie.  Gdy  nasze  oczy  spotkały  się,  opuścił  wzrok  na  siedzące  między 
jego kolanami  ogary.  Był  to,  jak już  wspomniałem,  silnie  zbudowany mężczyzna  o wyniosłym 
czole i dość grubych rysach twarzy;  spod brwi  opadały mu na oczy fałdy skóry,  co często przy-
chodzi wraz z wiekiem,  a opuszczone  kąciki  mocno zarysowanych warg zdawały się świadczyć 
o porywczości  i zdecydowaniu. Mówił  do Montgomery'ego,  ale tak cicho,  że go nie  słyszałem. 
Potem  przeniosłem wzrok na trójkę ludzi  - jakże  przedziwną  stanowili  załogę. Widziałem  tylko 
ich twarze,  ale było w nich coś - sam nie wiedziałem co - budzącego mimowolną, niezrozumiałą 

background image

odrazę. Przypatrywałem  się  im  uważnie,  ale  przykre  wrażenie  nie  mijało,  choć  jego przyczyny 
nadal nie umiałem sobie wytłumaczyć.

Wyglądali na ciemnoskórych,  ale ich ciała,  z wyjątkiem  stóp i dłoni,  były od góry do dołu 

dokładnie  opatulone  białą  i  cienką,  pobrudzoną  materią.  Pierwszy  raz  w  życiu  widziałem  tak 
szczelnie okulanych mężczyzn,  a kobiety - tylko na Wschodzie. Na głowach mieli turbany,  spod 
których  wyzierały  na  mnie  twarze  koboldów,  twarze  o  wysuniętych  do  przodu  szczękach  i 
połyskliwych oczach. Mieli  czarne,  proste  włosy przypominające  końską  grzywę,  a  w siedzącej 
pozycji  zdawali  się  przewyższać  wzrostem  wszystkie znane rasy  ludzi.  Siwy  mężczyzna,  który 
musiał mieć ponad sześć stóp wzrostu, sięgał im głową do ramion.

Jak się później okazało,  nie  byli wcale  ode  mnie  wyżsi,  tylko ich tułowie były nienatural-

nie drugie,  a  za to nogi niezwykle krótkie,  o dziwnie kabłąkowatych udach. W sumie trudno so-
bie  wyobrazić  równie  szkaradną  grupę,  a  nad  ich  głowami,  spod  grotżagla  wyzierała  ciemna 
twarz człowieka, którego oczy świeciły w ciemnościach.

Oni też mi się przyglądali,  ale ilekroć nasze spojrzenia spotkały się, umykali oczami w bok 

i  popatrywali  na mnie ukradkiem. Pomyślałem  sobie,  że  być  może  wprawiam ich w  zakłopota-
nie, więc skierowałem uwagę na wyspę, do której właśnie dopływaliśmy.

Był  to nizinny skrawek lądu,  pokryty gęstą roślinnością,  wśród której przeważał  nie znany 

mi  gatunek  palmy.  Z  jednego  miejsca  wyrastała  pod  niebo  wąska  smuga  białej  pary  roz-
wiewająca się na końcu jak puchowe piórko. Wpłynęliśmy do szerokiej zatoki pomiędzy dwoma 
niskimi  cyplami. Pokryta  szarym  i  matowym piaskiem  plaża  wznosiła się  stromo na  wysokość 
sześćdziesięciu  lub  siedemdziesięciu  stóp  ponad  poziom  morza,  a  szczyt  skarpy  porastały 
nieregularne  kępy  drzew  i  krzewów. W połowie  zbocza  wznosił  się  czworobok  muru  z  pstro-
katego kamienia,  który, jak się później przekonałem, zbudowany był  z bloków pumeksu i koralu. 
Ponad ogrodzenie wystawały dwa pokryte strzechą dachy.

Na  skraju  wody  czekał  na  nas  jakiś  człowiek.  Będąc  jeszcze  daleko  od  brzegu  miałem 

wrażenie,  iż  na zboczu  widzę  jakieś inne,  pokraczne  istoty umykające  w  zarośla,  ale  gdy pod-
płynęliśmy bliżej, nie dostrzegłem żadnej. Stojący na brzegu był człowiekiem średniego wzrostu, 
o  czarnej,  negroidalnej  twarzy. Miał  wielkie,  niemal  pozbawione  warg usta,  niezwykle  cienkie 
ręce,  wąskie  i  długie  stopy  oraz  kabłąkowate  nogi,  a  wypatrując  łodzi  wysuwał  do  przodu 
potężną szczękę. Był  ubrany tak samo jak Montgomery i jego siwowłosy towarzysz - w  kurtkę i 
spodnie z granatowego drelichu.

Gdy podpłynęliśmy  jeszcze bliżej,  osobnik ów  zaczął  biegać  tam  i z  powrotem  po  plaży, 

wykonując przy tym nader groteskowe gesty. Na  rozkaz Montgomery'ego czteroosobowa załoga 
poderwała się z miejsc i dziwacznymi,  niezdarnymi  ruchami  zaczęła  zwijać  żagle. Montgomery 
wprowadził  łódź  do wąskiego  doku  wcinającego się  w  plażę. Oczekujący  osobnik podbiegł  do 
nas. Tak zwany dok był  po prostu krótkim rowem,  w którym przy ówczesnym stanie pływu łódź 
ledwie się mieściła.

Usłyszałem,  jak dziób szalupy szoruje po piasku,  odepchnąłem się cebrzykiem od rufy ża-

glówki,  odwiązałem  hol  i  wysiadłem  na  brzeg.  Trzej  opatuleni  w  białe  szmaty  osobnicy 
wyjątkowo  niezdarnie  wygramolili  się  na  plażę  i  z  pomocą  oczekującego  tutaj  człowieka 
przystąpili  niezwłocznie  do  wyładunku.  Uderzył  mnie  szczególnie  sposób  chodzenia  trzech 
opatulonych  i  obandażowanych  ludzi  -  ich  nogi  nie  były  sztywne,  ale  jakoś  dziwnie  znieksz-
tałcone,  jakby  miały  niewłaściwie  rozmieszczone  stawy.  Psy,  które  siwowłosy  mężczyzna 
wysadzał na ląd, bez przerwy warczały na nich i rwały się do nich szarpiąc łańcuchy.

Trzej potężni osobnicy porozumiewali  się dziwnie  gardłowymi głosami,  a gdy sięgnęli po 

leżące na rufie bele,  oczekujący na plaży człowiek zagadał  do nich żywo w  jakimś nie znanym 

background image

mi  chyba  języku.  Musiałem  już  słyszeć  podobne  dźwięki,  ale  nie  mogłem  sobie  przypomnieć, 
gdzie.  Siwy  mężczyzna  stał  spokojnie  otoczony szóstką  rozszalałych psów  i  przekrzykując  ich 
jazgot  wydawał  rozkazy.  Montgomery  po  wyjęciu  steru  również  wysiadł  na  brzeg  i  wszyscy 
zabrali się do wyładowywania bagaży. Ja czułem się zbyt słaby - miałem pusty żołądek, a na do-
datek słońce niemiłosiernie paliło mnie w głowę - by zaofiarować swoją pomoc.

Po chwili siwowłosy mężczyzna przypomniał  sobie  widać o moim  istnieniu i  podszedł  do 

mnie.

- Wygląda pan - rzekł - jakby od rana nie miał pan nic w ustach.
Jego małe czarne oczy błyszczały spod krzaczastych brwi.
-  Bardzo  mi  przykro.  Postaramy  się  zadbać  o  pańską  wygodę,  skoro  został  pan  naszym 

gościem; choć, jak pan wie - nieproszonym.

Patrzył mi badawczo w twarz.
- Montgomery mówił  mi, że  jest pan człowiekiem wykształconym - że wie pan coś niecoś 

o naukach przyrodniczych. Jak mam to rozumieć, jeśli wolno zapytać?

Wyjaśniłem  mu,  iż  spędziłem  kilka  lat  w  Królewskim  Kolegium  Naukowym,  prowadząc 

badania biologiczne pod kierunkiem Huxleya. Słysząc to, lekko uniósł brwi.

- To trochę zmienia postać rzeczy,  proszę pana - powiedział  z nieco większym szacunkiem. 

-  Tak  się  składa,  że  i  my  jesteśmy  biologami.  Prowadzimy  tutaj  swego  rodzaju  stację  bio-
logiczną. - Jego  wzrok spoczął  na trzech  osobnikach w  bieli,  którzy ciągnęli właśnie  ustawioną 
na rolkach klatkę z pumą w kierunku otoczonych murem zabudowań. - To znaczy ja i Montgom-
ery - dodał. 

A po chwili:
-  Trudno  mi  powiedzieć,  kiedy  zdoła  się  pan  stąd  wydostać.  Jesteśmy  oddaleni  od  mor-

skich szlaków. Statki widujemy mniej więcej raz w roku.

Potem nagle mnie opuścił, ruszył  przez plażę mijając tamtą grupę i chyba znikł  za murem. 

Montgomery  z  pomocą  dwóch  pozostałych  ludzi  ładował  mniejsze  paczki  na  niski,  opatrzony 
kołami wózek. Lama oraz klatki z królikami  nadal stały w łodzi; ogary były wciąż przywiązane 
do  ławek.  Po  załadowaniu  wózka  trzej  ludzie  zaparli  się  i  zaczęli  pchać  co  najmniej  tonowy 
ciężar w ślad za pumą. Montgomery zostawił ich po chwili, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.

- Cieszę się,  że tak się stało - rzekł. - Co za łajdak z tego kapitana. Dał  się panu porządnie 

we znaki.

- Uratował mnie pan po raz drugi.
-  To  zależy.  Mogę  pana  zapewnić,  że  wyspa  wyda  się  panu  diabelnie  podejrzana. 

Radziłbym  uważać,  gdzie  pan  chodzi.  On...  -  zawahał  się  i  widać  postanowił  wstrzymać  się  z 
tym,  co  miał  do  powiedzenia.  Zamiast  tego  rzekł:  -  Chciałbym  prosić  pana  o  pomoc  przy 
wyładowywaniu królików.

Postępował  z nimi w  sposób dość szczególny. Brodząc w  wodzie pomogłem mu wytaszc-

zyć  na  brzeg  jedną  z  klatek.  Natychmiast  otworzył  drzwiczki  i  przewróciwszy  klatkę  do  góry 
dnem wysypał  jej żywą zawartość na ziemię. Króliki spadały jeden na drugiego tworząc kłębiący 
się stos. Montgomery zaklaskał  w dłonie i pięt-' naście albo dwadzieścia zwierzątek rozbiegło się 
w podskokach po plaży.

- Rośnijcie  i  rozmnażajcie  się,  przyjaciele  - mruknął  za  nimi  Montgomery. - Zaludniajcie 

wyspę. Dotychczas brakowało nam trochę zwierzyny na mięso.

Gdy rozglądałem  się  za  uciekającymi  królikami,  siwy mężczyzna  wrócił  na  plażę  niosąc 

butelkę brandy i garść sucharów.              

background image

- Coś na podtrzymanie sił,  panie Prendick - powiedział  znacznie życzliwszym niż poprzed-

nio tonem.

Zabrałem  się  bez  ceregieli  do  pałaszowania  biskwitów,  a  tymczasem  siwy  mężczyzna 

razem z  Montgomerym  wypuścili następną  dwudziestkę  królików. Jednakże  trzy większe  klatki 
powędrowały  w  ślad  za  pumą  do  zagrody.  Alkoholu nie  wziąłem  do  ust,  ponieważ  jestem  ab-
stynentem od urodzenia.

 7. Za zamkniętymi drzwiami

Czytelnik łatwo chyba zrozumie,  iż znalazłszy się nieoczekiwanie w tak obcym otoczeniu, 

w  dodatku na  skutek  burzliwych wydarzeń,  nie  potrafiłem  początkowo  ocenić  stopnia  dziwac-
zności tej czy innej rzeczy,  którą wokół  siebie dostrzegłem. Ruszyłem  za lamą  w  górę  plaży,  ale 
Montgomery  dogonił  mnie  prosząc,  bym  nie  wchodził  do  zagrody.  Wtedy  spostrzegłem,  że 
klatkę z pumą i stos pakunków umieszczono przed wejściem do czworoboku.

Obróciwszy  się  zobaczyłem,  iż  łódź  została  tymczasem  rozładowana,  z  powrotem  wy-

prowadzona na wodę i jest właśnie wciągana na piasek,  a siwowłosy mężczyzna idzie w  naszym 
kierunku. Zwrócił się do Montgomery'ego.

- Teraz trzeba rozwiązać problem naszego nieproszonego gościa. Co z nim zrobimy?
- Ma pewne przygotowanie naukowe - rzekł Montgomery.
-  Spieszno  mi  wrócić  do  pracy...  nad  tym  nowym  materiałem  -  powiedział  siwy 

mężczyzna, ruchem głowy wskazując zabudowania. Gdy to mówił,. rozjaśniły mu się oczy.

- Domyślam się - mruknął Montgomery tonem dalekim od życzliwości.
- Tam nie możemy go odesłać, a na budowanie nowej chaty nie mamy czasu. O tym zaś, by 

go wtajemniczyć w nasze sprawy, nie może być na razie mowy.

-  Jestem w  waszych  rękach  - odparłem.  Nie  miałem pojęcia,  co  miał  na  myśli  mówiąc  o 

odesłaniu mnie “tam”.

- Ja też się nad tym zastanawiałem - rzekł Montgomery. - Mój pokój ma osobne wejście...
- Doskonale - odparł  szybko starszy mężczyzna patrząc Montgomery'emu w oczy,  po czym 

ruszyliśmy  we  trzech  w  stronę  zabudowań.  - Bardzo  pana  przepraszam,  panie  Prendick,  za  te 
sekrety,  ale proszę pamiętać,  iż jest pan nieproszonym gościem. Nasza mała placówka ma swoją 
tajemnicę, swoją,  że się tak wyrażę, komnatę Sinobrodego. Nie jest to zresztą żadna okropność - 
przynajmniej dla człowieka rozsądnego. Ale w obecnej chwili... nie znając pana...

- Ależ oczywiście - wtrąciłem. - Byłbym głupcem, gdybym czuł  się dotknięty brakiem zau-

fania.

Jego  wydatne  usta  wykrzywiły  się  w  lekkim  uśmiechu  -  należał  do  owych  posępnych 

ludzi,  którzy uśmiechając się  opuszczają kąciki warg  - i skinieniem  głowy  podziękował  za oka-
zane  zrozumienie.  Minęliśmy  główne  wejście  do  zagrody;  była  to  masywna,  drewniana  furta 
opatrzona-żelaznymi okuciami  i zaryglowana,  a przed nią leżał  na ziemi stos ładunków przynie-
sionych z łodzi. Zatrzymaliśmy się  dopiero na rogu muru,  przed niewielkimi  drzwiami,  których 
poprzednio  nie  zauważyłem.  Siwy mężczyzna  wyciągnął  z  kieszeni  wyświechtanej  granatowej 
kurtki pęk kluczy,  otworzył  zamek i wpuścił  nas do środka. Owe klucze oraz staranne zamykanie 
drzwi  do zabudowań  nawet  wówczas,  gdy miał  je  przez  cały czas na  oku,  wydały  mi  się  dość 
osobliwe.

Wszedłem  za  nim  do  niewielkiego,  prosto lecz  dość  wygodnie  umeblowanego  pomieszc-

zenia,  którego  wewnętrzne,  lekko uchylone  drzwi  prowadziły  na  brukowane  podwórko. Mont-

background image

gomery momentalnie zamknął  owe  wewnętrzne drzwi. W ciemniejszym kącie pokoju wisiał  ha-
mak, a małe okienko bez szyby, zabezpieczone żelaznym prętem, wychodziło na morze.

Tutaj  będę  mieszkał,  jak  mi  powiedział  siwy  jegomość,  oświadczając,  iż  poza  środkowe 

drzwi,  które  “dla  bezpieczeństwa”  zamknie  z  drugiej  strony  na  klucz,  nie  mam  prawa  wstępu. 
Wskazał  mi  wygodny  leżak  pod  oknem,  a  także  rząd  wysłużonych  książek  na  półce  koło  ha-
maka,  głównie,  jak  potem  stwierdziłem,  dzieł  chirurgicznych  oraz  greckich  i  łacińskich 
klasyków,  których  w  oryginale  nie  mogę  swobodnie  czytać.  Wyszedł  zewnętrznymi  drzwiami, 
jakby chciał uniknąć ponownego otwarcia drzwi prowadzących na podwórze.

-  Zwykle  jadamy  tutaj  posiłki  -  powiedział  Montgomery,  a  potem  coś sobie  jakby  przy-

pomniał  i  również  wyszedł  na  zewnątrz.  Usłyszałem,  jak  wołał  “Moreau!”,  ale  w  pierwszej 
chwili nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero po chwili, przeglądając książki na półce, zadałem so-
bie pytanie: gdzie ja już słyszałem nazwisko Moreau?

Usiadłem przy oknie i z wielkim apetytem zacząłem pałaszować resztę sucharów.
Moreau?
Z  okna  widać  było  cudacznego  osobnika  w  bieli  taszczącego  przez  plażę  drewnianą 

skrzynię.  W  chwilę  później  zasłoniła  go  okienna  rama.  Potem  za  moimi  plecami  rozległ  się 
szczęk wsuwanego w  zamek i  przekręcanego  klucza. Po jakimś czasie,  natężając  uszu,  za zam-
kniętymi  drzwiami  rozróżniłem  hałasy  czynione  przez  psy,  które  sprowadzono  tymczasem  z 
plaży. Psy nie szczekały,  tylko węszyły i dziwnie  powarkiwały. Słyszałem szybki tupot ich łap i 
uspokajający głos Montgomery'ego.

Skomplikowane zabiegi obu gospodarzy,  by ukryć przede mną zawartość domu, zrobiły na 

mnie  silne  wrażenie,  toteż  długo  o  tym  myślałem,  zastanawiając  się  jednocześnie,  skąd  znam 
nazwisko Moreau. Ale ludzka pamięć działa tak kapryśnie,  że w  tamtym momencie z niczym nie 
umiałem  go  skojarzyć.  Powróciłem  więc  myślami  do  nieokreślonej  dziwaczności  zdeformow-
anego osobnika w bieli, którego chwilę temu widziałem na plaży.

Chód i  cudaczne ruchy,  którymi  popychał  skrzynię,  były do niczego niepodobne. Zdałem 

sobie sprawę, iż ani jeden z tubylców nie odezwał się do mnie słowem,  choć parokrotnie miałem 
okazję zauważyć,  że przypatrują mi się w  dziwnie ukradkowy sposób,  nie spotykany. u prymity-
wnych,  szczerze  patrzących  dzikusów.  Usiłowałem  odgadnąć,  jakim  językiem  mówili.  Byli 
niezwykle milczący,  a gdy się odzywali, ich głosy miały wręcz niesamowite brzmienie. Co się w 
nich kryje? Nagle przypomniałem sobie oczy pokracznego sługi Montgomery'ego.

Ledwie  zdążyłem  o  nim  pomyśleć,  wszedł  do  pokoju.  Był  teraz  ubrany  na  biało,  a  w 

rękach  trzymał  niewielką  tacę,  na  której  stała  kawa  i  jakieś  jarzyny.  Z  trudem  opanowałem 
dreszcz odrazy, gdy z uprzejmym ukłonem postawił przede mną tacę na stole.

Skamieniałem  ze  zdumienia. Spod czarnych,  zlepionych  włosów  wyłoniło się  jego  ucho! 

Ujrzałem  je  nagle  tuż przed nosem. Miał  szpiczaste  uszy  porośnięte  delikatnym,  brązowym fu-
trem!

- Pańskie śniadanie, sir - powiedział. 
Nie odpowiedziałem,  tylko milcząco obserwowałem  jego twarz. Odwrócił  się  i  odszedł  w 

kierunku drzwi spoglądając na mnie dziwnie przez ramię.

Kiedy  odprowadzałem  go  wzrokiem,  nieświadome  procesy  myślowe  odbywające  się  w 

mym  mózgu  podsunęły  mi  nagle  następującą  frazę:  “Doktor  Moreau  i  jego...  okoliczności?”. 
Nie,  to było coś innego. “Doktor Moreau i...”  Zaraz, zaraz! Cofnąłem się pamięcią o dziesięć lat. 
“Doktor  Moreau i  jego  okropności”. Chwilę  powtarzałem  to zdanie w  pamięci,  nie mogąc go z 
niczym  skojarzyć,  aż  nagle  ujrzałem  je  wydrukowane  czerwoną  czcionką  na  cielistej  okładce 
broszury,  której  lektura  budziła  dreszcz  zgrozy i  przerażenia.  Wszystko  sobie  przypomniałem. 

background image

Dawno  zapomniana  broszura  stanęła  mi  jak  żywa  przed  oczami.  Byłem  wówczas  zaledwie 
młodzieńcem,  a  Moreau  musiał  mieć  chyba  około  pięćdziesiątki;  był  wybitnym  fizjologiem  o 
władczym  usposobieniu,  słynął  w  kołach naukowych z niezwykłej  wyobraźni i  brutalnej szcze-
rości w prowadzeniu dyskusji.

Czyżbym miał  do czynienia z tym samym Moreau? Ogłosił  rewelacyjne odkrycia z dziedz-

iny przetaczania krwi, a ponadto wsławił  się jako badacz nowotworów. Potem jego kariera nagle 
się skończyła. Musiał  opuścić Anglię. Pewien dziennikarz uzyskał  dostęp do jego pracowni jako 
laborant  z  zamiarem  dokonania  sensacyjnej  demaskacji,  mrożący  krew  w  żyłach  przypadek  - 
jeśli był  to przypadek - rozsławił  makabryczną  publikację. W dniu ukazania się demaskatorskiej 
broszury z domu Moreau wymknął się na ulicę obdarty ze skóry, potwornie okaleczony pies.

Rzecz działa się w  okresie kanikuły; pewien wybitny publicysta,  bliski krewny rzekomego 

laboranta,  zaapelował  do sumienia  narodu. Nie  była to pierwsza próba zwrócenia opinii public-
znej  przeciwko  metodom  prowadzenia  badań  naukowych.  Nagonka  zmusiła  wręcz  doktora  do 
opuszczenia  kraju.  Być  może  zasłużył  na  to,  ale  fakt,  iż  koledzy-badacze  bronili  go  zaledwie 
półgębkiem,  a  cały świat  naukowy  odwrócił  się  od  niego  plecami,  zawsze  uważałem  -  i  nadal 
uważam - za  rzecz haniebną.  Choć,  jeśli wierzyć rewelacjom owego dziennikarza,  niektóre  ek-
sperymenty  były  rzeczywiście  niepotrzebnie  okrutne.  Moreau  zdołałby  prawdopodobnie 
przebłagać  opinię  publiczną  rezygnując  ze  swoich  eksperymentów,  ale  on  najwidoczniej  nie 
chciał  tego  uczynić,  i  tak samo  postąpiłaby  zapewne  większość  badaczy  opętanych  pasją  nau-
kowych dociekań. Był  człowiekiem samotnym,  nie musiał  się więc liczyć z żadnymi względami 
prócz własnych zainteresowań...

Narastało  we  mnie  przekonanie,  iż  mam  do  czynienia  z  tym  samym  człowiekiem. 

Wszystko na to wskazywało. Zaczynałem rozumieć,  jakiemu przeznaczeniu służyć  mają  puma i 
inne  zwierzęta,  które wraz  z  pozostałym bagażem  wnoszono  właśnie na przylegające  do domu. 
podwórze;  nagle  zdałem sobie  jasno sprawę  z  obecności  dziwnie  znajomego,  ledwo  wyczuwal-
nego  zapachu,  który  do  tej  pory  czułem  tylko  podświadomie. Była  to  anty-septyczna  woń  sali 
operacyjnej. Za ścianą rozległ się ryk pumy; jeden z psów zaskomlił, jakby go uderzono.

No dobrze,  ale  badania  wiwisekcyjne  na  zwierzętach  nie  są  przecież  czymś aż  tak  okro-

pnym,  by  ukrywać się  z  nimi do tego stopnia  - w  dodatku  przed naukowcem.  Nagle,  skutkiem 
jakichś  nieświadomych  przeskoków  myślowych,  odżył  mi  w  pamięci  niezwykle  ostry  -obraz 
świecących  oczu  i  szpiczastych,  włochatych  uszu  cudacznego  sługi  Montgomery'ego.  Za-
patrzony  w  zieloną  toń  marszczonego  powiewem  wiatru  morza  pozwoliłem  myślom  błądzić 
swobodnie wokół tej oraz innych, dziwnych rzeczy, których byłem ostatnio świadkiem.

Co  się  w  tym  kryje?  Zamknięte,  pilnie  strzeżone  zabudowania  na  odludnej  wyspie, 

osławiony zwolennik wiwisekcji, i kalekie, zdeformowane istoty ludzkie?...

 8. Skowyt pumy

Około pierwszej  z  chaosu domysłów  i  podejrzeń wyrwało mnie wejście  Montgomery'ego, 

za  którym  postępował  jego groteskowy służący niosąc  na tacy chleb,  jakąś zieleninę i  inne po-
trawy,  butelkę  whisky,  dzbanek  wody,  trzy  szklanki  i  tyleż  noży.  Spojrzawszy  kątem  oka  na 
osobliwe  indywiduum  stwierdziłem,  że  i  ono  bacznie  mnie  obserwuje  swymi  dziwnymi,  nie-
spokojnymi  oczami.  Montgomery  powiedział,  iż  zje  ze  mną  lunch,  ale  Moreau  nie  przyjdzie, 
gdyż jest zbyt zaabsorbowany oczekującą go pracą.

- Moreau! - powtórzyłem. - Znam to nazwisko.

background image

- No jasne! - wykrzyknął. - A to ze mnie osioł;  nie powinienem był  wymieniać  przy panu 

jego nazwiska. Że też o tym nie pomyślałem. W każdym razie będzie pan teraz miał  pewne wyo-
brażenie o naszych... tajemnicach. Whisky?

- Nie, dziękuję. Nie piję.
- Obym mógł  to samo powiedzieć o sobie. Ale co się stało,  to się nie odstanie. Ten właśnie 

piekielny  trunek  sprawił,  że  się  tutaj  znalazłem.  On  i  mglista  noc.  Uważałem  się  wtedy  za 
szczęśliwca, kiedy Moreau zaproponował, że mnie z tego wyciągnie. Jakie to dziwne...

- Niech pan mi  powie  - przerwałem  nagle,  gdy zamknęły się zewnętrzne  drzwi  - dlaczego 

pański służący ma szpiczaste uszy?

- Do diabła! - odrzekł  przełykając pierwszy kęs; przez chwilę mi się przypatrywał, a potem 

powtórzył: - Szpiczaste uszy?

-  Lekko  zaostrzone  na  końcach  -  wyjaśniłem  starając  się  opanować  drżenie  głosu.  -  I 

obrośnięte na brzegach delikatnym czarnym włosem.

Z wielkim namysłem przyrządził sobie szklankę whisky z wodą.
- Wydawało mi się... że włosy zasłaniają mu uszy.
- Spostrzegłem  je,  kiedy się  pochylił  stawiając  na  stole  przysłaną  mi  przez  pana  kawę. A 

jego oczy świecą w ciemnościach.

Montgomery zdążył się już otrząsnąć z pomieszania, w które wprawiło go moje pytanie.
- Od dawna  podejrzewałem  - zaczął  powoli,  sepleniąc nieco silniej niż  zwykle - że z jego 

uszami może być coś nie w porządku. Zbyt starannie je zasłaniał... A jak wyglądały?

Byłem  przekonany,  że  tylko  udaje  nieświadomość.  Ale  nie  mogłem  przecież  powiedzieć 

mu w oczy, iż uważam go za kłamcę.

- Szpiczaste - odparłem. - Niezbyt duże i włochate... wyraźnie włochate. Zresztą  w  całości 

stanowi jedną z najcudaczniejszych istot, jakie kiedykolwiek widziałem.

W głębi  zabudowań  rozległ  się  zwierzęcy,  ochrypły ryk bólu.  Po  natężeniu i  tonacji  roz-

poznałem głos pumy. Przez twarz Montgomery'ego przebiegł nagły skurcz.

- Tak, słucham? - zapytał.
- Gdzie go pan wytrzasnął?
-  Ehm...  w  San  Francisco.  Jest  dosyć  paskudny,  przyznaję.  No  cóż,  niedorozwinięty.  Nie 

pamięta,  skąd pochodzi. Ale przywykłem do niego. Przywykliśmy do niego obaj. A jakie robi na 
panu wrażenie?

- Niesamowite - odparłem. - Jest w nim coś... Proszę mnie nie posądzać o nadmiar fantazji, 

ale kiedy się do mnie zbliża,  wszystko się we mnie kurczy. Jest to wrażenie... czegoś wręcz dia-
bolicznego.

Po moich ostatnich słowach Montgomery przerwał jedzenie.
- Ciekawe - rzekł. - Ja nic takiego nie odczuwam. 
Zabrał się z powrotem do jedzenia.
- Nie miałem  o tym pojęcia - mówił  dalej żując strawę. - Załoga szkunera... musiała  mieć 

wobec niego podobne odczucia. Okropnie biedakowi dokuczali... Pamięta pan kapitana?

Puma  zaskowyczała  nagle  jeszcze  boleśniej  niż  poprzednio.  Montgomery  zaklął  pod 

nosem.  Miałem  go właśnie  zagadnąć  o  ludzi  z  plaży,  kiedy  nieszczęsne  zwierzę  wewnątrz  za-
grody wydało z siebie kilka urywanych, przeraźliwych wrzasków.

- A do jakiego plemienia należą ludzie, których widziałem na plaży? - zapytałem.
-  Wspaniałe  typy,  nie  uważa  pan?  -  odparł  roztargnionym  tonem,  marszcząc  brwi  na 

dźwięk kolejnego, przeraźliwszego skowytu.

background image

Dałem spokój  pytaniom. Ryki  nasiliły się. Spojrzał  na  mnie tępo swymi szarymi oczami  i 

wychylił  kolejną szklankę whisky. Spróbował  wciągnąć mnie w  rozmowę o alkoholu dowodząc, 
iż  dzięki  niemu przywrócił  mi  życie. Zachowywał  się,  jakby chciał  koniecznie podkreślić,  że to 
on, Montgomery, uratował mnie od śmierci. Odpowiadałem nie całkiem przytomnie.

Wreszcie  posiłek dobiegł  końca,  pokraczny dziwoląg  o  szpiczastych uszach sprzątnął  na-

krycia.  Montgomery  wyszedł  i  znów  zostałem  sam  w  pokoju. Wrzaski  poddawanej  wiwisekcji 
pumy  przez  cały  czas  wprawiały  go  w  stan  źle  ukrywanej  irytacji.  Tłumacząc  się  dziwnym 
brakiem odporności nerwowej odszedł do swoich zajęć, których natury nie musiał mi wyjaśniać.

Nasilające  się  w  miarę  upływu godzin rozpaczliwe  wrzaski  stawały się  coraz  trudniejsze 

do  zniesienia.  Początkowo  były  tylko  nieprzyjemne,  ale  w  końcu  ich  uporczywość  kompletnie 
wytrąciła mnie z równowagi. Odrzuciłem szkolne wydanie Horacego, które usiłowałem czytać,  i 
zacząłem krążyć po pokoju, nerwowo zaciskając pięści i przygryzając wargi.

Doszło wreszcie do tego, że musiałem zatkać sobie uszy palcami.
Rozpaczliwy, żałosny skowyt coraz silniej działał  mi na nerwy,  a stopień zawartego w nim 

cierpienia  osiągnął  takie  natężenie,  iż  nie  mogłem  go  dłużej  znieść  w  zamkniętym  pomieszc-
zeniu. Wyszedłem  na próg zanurzając  się  w  senny  żar późnego popołudnia  i minąwszy główną 
bramę - która, jak zauważyłem, była z. powrotem zamknięta na klucz - skręciłem za róg muru.

Na  otwartej  przestrzeni  skowyt  rozlegał  się  jeszcze  donośniej.  Zdawał  się  wyrażać  ból 

całego świata. Gdybym jednak wiedział, iż jakaś istota cierpi podobne męki w sąsiednim pokoju, 
ale  nie  słyszał  jej  głosu,  potrafiłbym  pewnie  zachować  spokój.  Cierpienie  bowiem  dopiero 
wówczas  budzi  prawdziwe  współczucie,  gdy  głośnym  wołaniem  podrażni  nasze  nerwy. I  choć 
słońce  świeciło olśniewającym  blaskiem,  a  zielone pióropusze drzew  kołysały się  w  łagodnych 
podmuchach  bryzy,  chimeryczne  czarno-czerwone  cienie  przesłaniały  pogrążony  w  chaosie 
świat, dopóki dobywające się z domu za pstrokatym murem dźwięki nie zamilkły w oddali.

 9. Stwór w lesie

Nie  zastanawiając  się,  dokąd  idę,  wkroczyłem  w  rosnące  na  wzgórzu  za  domem  zarośla, 

minąłem stojącą  nieco dalej  gęstą kępę  strzelistych  drzew  i niebawem znalazłem  się po drugiej 
stronie  wzniesienia,  na  zboczu  wąskiej  doliny,  której  dnem  płynął  strumień.  Przystanąłem 
nasłuchując. Odległość od zabudowań,  a może  dzieląca  mnie od nich gęstwina  tłumiła wszelkie 
dźwięki.  Cicho  było  i  spokojnie.  W  pewnej  chwili  usłyszałem  szelest  królika  umykającego 
przede mną w górę stoku. Z ociąganiem usiadłem na skraju cienia.

Miejsce było przyjemne.  Rzeczułka  kryła  się  w  bujnym  gąszczu nadbrzeżnej  roślinności, 

tylko w  jednym  miejscu  dostrzegłem  trójkątny  skrawek  połyskującej  wody.  Na  przeciwległym 
brzegu niebieska mgła  osnuwała gęstwinę  drzew  i lian,  ponad  którą jaśniał  błękit  nieba. Wśród 
zieleni  jaskrawiły  się  gdzieniegdzie  szkarłatne  lub  białe  plamy  kwitnących  pnączy.  Czas  jakiś 
chłonąłem  wzrokiem  otaczający  mnie  świat,  ale  po  chwili  przypomniałem  sobie  dziwaczne 
cechy  usługującego  Montgomery'emu  osobnika.  Upał  uniemożliwiał  jednak  poważne  roz-
ważania i wkrótce pogrążyłem się w miłym błogostanie na pograniczu snu i jawy.

Z  owego  błogostanu  wyrwał  mnie,  nie  wiem  po  jak  długim  czasie,  szelest  gałęzi  dobie-

gający  z  drugiej  strony  rzeczki.  Przez  chwilę  widziałem  tylko  falujące  pióropusze  trzcin  i 
paproci. Raptem  na  brzeg  strumyka wyjrzało jakieś stworzenie,  którego w  pierwszej  chwili  nie 
rozpoznałem. Pochyliło się nad wodą i zaczęło pić. Dopiero wtedy zobaczyłem, że jest to człow-
iek stojący na czworakach jak zwierzę!

background image

Był  ubrany  na  granatowo,  miał  śniadą  skórę  i  czarne  włosy.  Groteskowa  pokraczność 

stanowiła widać niezmienną cechę mieszkańców wyspy. Usłyszałem głośne chłeptanie wody.

Wychyliłem się do przodu,  by lepiej mu się przyjrzeć,  i strąciłem bryłkę lawy, która potoc-

zyła się z grzechotem w  dół  stoku. Stwór niespokojnie podniósł  głowę  i  spojrzał  mi w oczy. W 
mgnieniu  oka  poderwał  się  na nogi  i  spoglądając  na  mnie  zaczął  niezgrabną  ręką ocierać  sobie 
usta. Nogi miał  nieco krótsze od górnej części ciała. Mierzyliśmy się wzrokiem,  obaj jednakowo 
skonsternowani,  chyba z minutę. Po czym,  oglądnąwszy się raz czy drugi za siebie, stwór wyco-
fał  się w zarośla na prawo - patrząc od mojej strony - i począł  się oddalać, a w ślad za nim szedł 
cichnący szum paproci. Co pewien czas rzucał  mi w  tył  baczne spojrzenie. Dawno już znikł,  a ja 
wciąż za nim patrzyłem. Senny błogostan całkowicie mnie opuścił.

Przestraszony nagłym hałasem za plecami odwróciłem się gwałtownie i ujrzałem biały po-

drygujący ogonek królika znikającego pod szczytem wzgórza. Zerwałem się na równe nogi.

Pojawienie  się  półzwierzęcego  dziwoląga  zaludniło  nagle  senną,  popołudniową  ciszę. 

Trochę  podenerwowany  rozejrzałem  się  dokoła  siebie żałując,  że  jestem  nie  uzbrojony. Ale  po 
chwili  uświadomiłem  sobie,  iż  ów  dziwny  stwór  nie  chodził  nago  jak  dzikus,  był  ubrany  w 
granatowe drelichy, a więc mimo srogiego oblicza mógł być wcale niegroźną,  pokojowo usposo-
bioną istotą.

Jednakże  jego  obecność  wytrąciła  mnie  z  równowagi.  Począłem  iść  zboczem  w  lewą 

stronę,  rozglądając się uważnie w gąszczu strzelistych drzew. Co to za człowiek, który chodzi na 
czworakach  i  chłepcze  wodę  wprost  z  rzeki?  Niebawem  dobiegł  mnie  znowu  zwierzęcy  pisk  i 
biorąc  go  za  krzyk  pumy  ruszyłem  w  przeciwnym  kierunku.  Znalazłem  się  w  ten  sposób  na 
skraju  strumienia,  przeszedłem  na  drugi  brzeg i  przedzierając  się  wśród  chaszczy  ruszyłem  w 
górę przeciwległego stoku.

Przestraszyła mnie wielka,  jaskrawoszkarłatna plama  na  ziemi,  ale  z  bliska okazało się,  iż 

jest  to po prostu jakaś szczególna odmiana  rozgałęzionego i strzępiastego  jak listkowaty porost 
grzyba,  który pod  palcami  rozpływał  się  w  śliską maź.  Natomiast  nieco dalej natknąłem  się  na 
przykrą  niespodziankę  -  w  cieniu  rozłożystych  paproci  leżały  ciepłe  jeszcze,  otoczone  rojem 
much zwłoki  królika  z ukręconą głową.  Stanąłem  jak wryty  na  widok dokonanego  mordu. Oto 
jedna przynajmniej z nowo przybyłych istot straciła życie.

Poza  ukręconą  głową  królik  był  nie  naruszony.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  ktoś złapał  go 

nagle  i  zabił.  Przypatrując  się  małemu  włochatemu  stworzeniu  zdałem  sobie  nagle sprawę,  jak 
trudno jest czegoś takiego dokonać. Gdy tak stałem,  nieokreślony lęk towarzyszący mi od chwili, 
gdy  nad  strumieniem  ujrzałem  dziwnie  nieludzką  twarz,  stał  się  jeszcze  wyraźniejszy.  Zdałem 
sobie  sprawę,  jak  nieopatrznie  postąpiłem  wybierając  się  samo-pas  w  głąb  wyspy  zaludnionej 
przez  nieznane  istoty.  Moja wyobraźnia  ożywiła  rozciągającą  się  wokół  dżunglę.  Każdy najm-
niejszy  cień  mógł  być  pułapką,  każdy  szelest  zapowiadał  nieokreślone  niebezpieczeństwo. 
Wszędzie czułem niewiadome, śledzące mnie oczy.

Postanowiłem wrócić do domu nad plażą. Natychmiast  zawróciłem i  szybko,  może trochę 

gorączkowo  ruszyłem  przez  zarośla,  aby  jak  najszybciej  wyjść  z  powrotem  na  otwartą 
przestrzeń.

Jeszcze krok,  i znalazłbym się na  polanie. Była to niewielka  poręba leśna; młode szczepy 

wyrastały  już  z  ziemi  gotowe  objąć  w  posiadanie  kawałek  wolnej  przestrzeni,  otoczonej 
gąszczem  krzewów  i  krętych  lian,  usianej  jaskrawymi  plamami  grzybów  i  kwiatów.  Na  wprost 
mnie,  na  spróchniałym  pniu  wielkiego,  powalonego drzewa  siedziały rzędem  w  kucki  trzy  cu-
daczne  ludzkie  postacie,  jeszcze  nieświadome  mojej  obecności,  Jedna z  nich  była niewątpliwie 
samicą.  Dwie  pozostałe  -  samcami.  Wszyscy  byli  nadzy,  tylko  wokół  bioder  nosili  szkarłatne 

background image

przepaski,  a  ich  skóra  miała  nie  spotykaną  u  prymitywnych  ludów  różowoszarą  barwę.  Mieli 
wielkie  nalane twarze  bez  podbródków,  cofnięte  czoła  i  rzadkie,  szczeciniaste  włosy. Pierwszy 
raź w życiu widziałem tak zbydlęciałe istoty.

Rozmawiali ze sobą,  a właściwie jeden z samców  przemawiał  do pozostałej dwójki,  i byli 

tak sobą zaprzątnięci,  że szelest moich kroków  uszedł  ich uwadze. Siedzieli kołysząc  się z boku 
na  bok i  kiwając  głowami. Głos mówcy  był  gruby,  ale  niewyraźny i  choć  dobrze go słyszałem, 
niczego nie  mogłem  zrozumieć. Miałem wrażenie,  że  mówiący mamrocze coś bardzo zawiłego. 
W pewnej chwili podniósł głos niemal do krzyku i wstając z pnia rozpostarł ręce.

Na  to  pozostała  dwójka  przyłączyła  się  do  bezsensownej  deklamacji  wstając  również  z 

rozpostartymi rękami i kołysząc się rytmicznie. Zauważyłem,  że mają nienormalnie krótkie nogi 
i niezdarne,  wąskie stopy. Cała trójka krążyła teraz powoli w kółko przytupując nogami i wyma-
chując  rękami; w  ich rytmicznej recytacji  pojawił  się jakby cień melodii  oraz  powtarzający się 
refren,  brzmiący jak “Jelluji”  albo  “Belluji”. Oczy  im  rozbłysły,  a  szkaradne  twarze  zajaśniały 
dziwnym rozanieleniem. Z ust pozbawionych warg kapała ślina.

Obserwując ich niepojęte,  poczwarne gesty  pojąłem nagle  z niezwykłą jasnością,  co mnie 

w  tych  istotach od początku raziło,  rodząc  dwa  tak sprzeczne  odczucia - całkowitej obcości,  a 
zarazem  czegoś  znajomego.  Owe  trzy  pochłonięte  jakimś  mistycznym  obrządkiem  dziwolągi 
miały  wprawdzie  ludzką  postać,  ale  jednocześnie  zdumiewająco  przypominały  pewne  dobrze 
znane zwierzę. Mimo ludzkiej  postaci i strzępów  odzienia,  mimo nieporadnej człekokształtności 
każda z tych istot miała w swoich ruchach,  w wyrazie twarzy i w ogólnej postawie coś nieodpar-
cie przypominającego świnię - jakiś ledwo uchwytny, a jednak niewątpliwy ślad tego zwierzęcia.

Stałem osłupiały tym zdumiewającym odkryciem i do głowy cisnęły mi się najstraszliwsze 

pytania. Stwory zaczęły teraz kolejno wykonywać podskoki,  którym towarzyszyły okrzyki i po-
chrząkiwania.  Jeden  z  cudaków  poślizgnął  się,  przez  moment  stał  na  czterech  łapach,  ale  mo-
mentalnie się wyprostował. Wystarczył jednak ów krótki błysk prawdziwej zwierzęcości.

Odwróciłem się najciszej  jak umiałem  i drętwiejąc co chwila  ze strachu,  by trzask gałązki 

lub  szelest  liścia  nie  zdradził  mej  obecności,  wycofałem  się  w  zarośla.  Długo  trwało,  zanim 
ośmieliłem się iść swobodniejszym krokiem.

Miałem na razie tylko jedną  myśl - uciec jak najdalej  od tych paskudnych stworów - toteż 

nie  bardzo  wiem,  kiedy ani  jak znalazłem  się na  ledwo widocznej,  leśnej ścieżynie. Nagle,  mi-
jając  niewielką przecinkę,  w  odległości mniej więcej trzydziestu jardów w  bok,  pomiędzy drze-
wami z przykrym zdziwieniem spostrzegłem przesuwającą się równolegle ze mną parę niezgrab-
nych nóg. Głowę i tułów  przesłaniał  gąszcz lian. Zatrzymałem się  raptownie,  mając nadzieję,  że 
stwór mnie nie zauważył. Para nóg znieruchomiała  w  tej samej  chwili. Byłem  tak przerażony,  iż 
tylko ogromny wysiłek woli powstrzymał mnie od panicznej ucieczki.

Wytężyłem  wzrok i  po chwili  w  splątanej  gęstwie  udało  mi  się  wypatrzyć  głowę  i  tułów 

stwora,  którego widziałem nad wodą. Poruszył  się. Stał  w cieniu drzew,  a kiedy spojrzał  w moją 
stronę,  w  jego oczach  zapaliły  się  szmaragdowe,  opalizujące  błyski,  które  zgasły natychmiast, 
gdy  odwrócił  głowę.  Stał  chwilę  nieruchomo,  po  czym  zaczął  bezgłośnie  uciekać  w  głąb  zie-
lonego gąszczu. Wkrótce  zasłoniły go drzewa. Choć nie mogłem go widzieć,  czułem, że stanął  i 
nadal mnie obserwuje.

Kim  jest,  u licha  -  człowiekiem  czy  zwierzęciem?  Czego ode  mnie  chce?  Byłem  całkiem 

bezbronny, nie miałem nawet kija. Ucieczka byłaby szaleństwem. Jedno nie ulegało wątpliwości, 
tajemniczy stwór najwyraźniej  nie  miał  odwagi  mnie  zaatakować.  Zacisnąwszy zęby ruszyłem 
mu  na  spotkanie.  Starałem  się  nie  okazać  przenikającego  mnie  do  szpiku  kości  strachu.  Prze-
darłem  się przez  gęstwinę  obsypanych białym  kwieciem  krzewów  i  zobaczyłem,  że  stoi w  od-

background image

ległości  dwudziestu jardów  niepewnie  spoglądając na mnie przez ramię. Zrobiłem parę  kroków 
do przodu patrząc mu prosto w oczy.

- Coś ty za jeden? - spytałem. 
Próbował wytrzymać mój wzrok.
- Nie! - krzyknął  nagle,  odwrócił  się i długimi susami popędził  w  zarośla. Tam przystanął  i 

znów się obejrzał. Jego oczy świeciły jasno w cieniu drzew.

Serce podchodziło mi do gardła,  wiedziałem jednak,  że tylko pozory śmiałości mogą mnie 

uratować,  szedłem  więc  uparcie  w  jego  kierunku.  Powtórnie  podał  tyły,  znikając  w  mroku. 
Jeszcze raz mignął mi chyba blask jego oczu, i było po wszystkim.

Dopiero  teraz  zdałem  sobie  sprawę  z  późnej  pory  i  jej  ewentualnych  skutków.  Słońce 

zaszło przed paroma minutami; nagły tropikalny zmierzch zdążył  ogarnąć wschodnią połać nieba 
i  pierwsza  ćma  zafurkotała  mi  nad  głową.  Muszę  szybko  wracać  do  domu,  jeśli  nie  chcę  no-
cować w tym niebezpiecznym, tajemniczym lesie.

Myśl  o powrocie  do przybytku cierpienia  sprawiała  mi  niezmierną  przykrość,  ale  obawa, 

że ciemności i wszystko, co się w nich kryje, zaskoczą mnie na otwartej przestrzeni, była stokroć 
silniejsza. Spojrzawszy po raz ostatni w siny mrok,  który wchłonął  dziwaczną istotę, zawróciłem 
w dół stoku ku rzeczce idąc, jak mi się wydawało, w kierunku, skąd przyszedłem.

Podążyłem  szybkim krokiem,  zaprzątnięty niezwykłymi  przeżyciami  i  po pewnym  czasie 

znalazłem  się  na  niewielkiej  równinie  z  rzadka  porośniętej  drzewami.  Bezbarwna  jasność, 
następująca po czerwieni zachodu, zaczynała blednąc. Niebo granatowiało z każdą chwilą i coraz 
więcej  gwiazd  rozświecało  półmrok;  odstępy  między  drzewami  i  luki  w  odległych  zaroślach, 
które za dnia otaczała błękitna mgiełka, zionęły tajemniczą czerwienią.

Maszerowałem  co  sił  w  nogach.  Świat  stracił  barwę,  na  tle  jaśniejącego  granatem  nieba 

rysowały  się  atramentowe  wierzchołki  drzew,  a  na  dole  wszystko  tonęło  w  jednolitym 
bezkształtnym mroku. Niebawem drzewa przerzedziły się,  a zarośla zgęstniały. Dalej rozciągała 
się pusta, piaszczysta przestrzeń, a za nią kolejny odcinek splątanych chaszczy.

Niepokoił  mnie  cichy  szelest  dobiegający  z  prawej  strony.  Brałem  go  początkowo  za 

wytwór własnej wyobraźni,  ilekroć  bowiem stanąłem,  szelest milkł  i słychać  było jedynie szum 
wiatru  w  gałęziach  drzew.  A  gdy  ruszałem,  echo  znów  zaczynało  powtarzać  szmer  moich 
kroków.

Wydostawszy się  z  gęstwiny na mniej zarośniętą przestrzeń,  co jakiś czas odwracałem  się 

raptownie, myśląc,  że jeśli ktoś rzeczywiście się za mną skrada,  zdołam go w ten sposób zaskoc-
zyć. Ale choć  nikogo nie  dostrzegłem,  coraz bardziej  narastało we  mnie  poczucie czyjejś obec-
ności. Przyspieszyłem kroku, po jakimś czasie znalazłem się na niewielkim pagórku, zszedłem w 
dół,  odwróciłem  się  gwałtownie  i  wytężyłem  wzrok.  Czarny  wierzchołek  wzgórza  odcinał  się 
wyraźnie od ciemniejącego nieba.

Niebawem  na  tle  nieba  mignęło  bezkształtne  cielsko  i  znów  znikło.  Wiedziałem  już  na 

pewno,  że mój  ciemnolicy prześladowca  nadal się za mną skrada. A jednocześnie zrobiłem dru-
gie, przykre odkrycie - iż zabłądziłem.

Szedłem  dalej  bezradny  i  zakłopotany,  czując  za  plecami  skradającego  się  prześladowcę. 

Kimkolwiek  był,  nie  miał  odwagi  zaatakować  albo  zwlekał  czekając  dogodniejszej  chwili. 
Trzymałem  się  starannie  otwartej  przestrzeni.  Co  jakiś  czas  odwracałem  się  nasłuchując,  i  na 
koniec zacząłem sobie wmawiać,  że albo prześladowca zrezygnował  z pościgu, albo od początku 
był  tworem  mojej  wyobraźni.  Potem  usłyszałem  szum  morza. Jeszcze  bardziej  przyspieszyłem 
kroku i natychmiast usłyszałem za sobą gwałtowny tupot.

background image

Odwróciłem się raptownie,  wpijając wzrok w niewyraźną linię drzew. Wydawało mi się, że 

jeden czarny  cień  wtopił  się  w  inny.  Natężyłem  słuch,  ale  usłyszałem tylko szum  pulsującej  w 
uszach krwi. Uznawszy,  iż nerwy odmawiają mi posłuszeństwa i zwodzi mnie wyobraźnia,  zde-
cydowanym krokiem ruszyłem w kierunku, skąd dochodził szum morza.

Po paru minutach drzewa przerzedziły się i wyszedłem na płaski, nagi cypel, który wrzynał 

się  w  głąb  mrocznego  morza.  Noc  była  jasna  i  spokojna,  a  wygwieżdżone  niebo  odbijało  się 
migotliwie  w  łagodnie  falującej  powierzchni  wody.  Nieco  dalej  połyskiwało  własnym  bladym 
światłem  nieregularne,  obmywane  falami  pasmo  podwodnych  skał.  Na  zachodnim  niebie  roz-
poznałem  zodiakalne  światło,  zlewające się z. żółtą poświatą gwiazdy wieczornej. Brzeg morza 
spływał  w  dół  ku wschodowi,  a  od zachodu zasłaniała  go grań przylądka. Przypomniałem sobie 
nagle, że plaża doktora Moreau leży po zachodniej stronie.

Z  tyłu trzasnęła  gałązka i rozległ  się  szelest.  Odwróciłem się,  stając  naprzeciwko ciemnej 

ściany drzew. Nic nie widziałem - w przeciwnym razie widziałbym o wiele za dużo. Każdy cień 
miał  w sobie coś złowieszczego,  zapowiadał  czyjąś czujną obecność. Stałem tak może z minutę, 
po czym  nie odrywając oczu od kępy drzew,  skręciłem na zachód w  kierunku cypla. Gdy to uc-
zyniłem, z mroku oderwał się ciemny kształt i ruszył w ślad za mną.

Serce  biło  mi  gwałtownie.  Po  chwili  moim  oczom  ukazał  się  szeroki  łuk  zatoki  i 

przystanąłem.  Bezgłośny  cień  zatrzymał  się  o  kilkanaście  kroków  za  mną.  Na  przeciwległym 
brzegu zatoki  widniał  drobny punkcik  światła,  a  szeroki łuk  piaszczystej  plaży tonął  w  nikłym 
blasku  gwiazd.  Od  świetlnego  punkciku  dzieliły  mnie  ze  dwie  mile.  Chcąc  się  przedostać  na 
plażę, musiałem przebyć mroczny las i porośnięte drzewami zbocze.

Stwór był  teraz nieco lepiej widoczny. Stał  na dwóch nogach,  a więc nie był  zwierzęciem. 

Chciałem do niego przemówić, ale nie mogłem dobyć głosu. Spróbowałem jeszcze raz i udało mi 
się krzyknąć:

- Kto tu jest?
Nie odpowiedział. Zrobiłem  krok w jego kierunku. Nie poruszył  się,  tylko zwarł  się w so-

bie. Potrąciłem nogą kamień.

To  podsunęło  mi pewien pomysł.  Nie spuszczając  ciemnej  postaci  z  oczu schyliłem  się  i 

podniosłem odłamek skały. Na ten gest  stwór zawrócił  jak pies i chyłkiem umknął  w  bok,  ginąc 
w  ciemnościach.  Przyszła  mi  na  myśl  uczniowska  metoda  odstraszania  dużych  psów,  wyjąłem 
więc  z  kieszeni  chustkę  do  nosa,  obwiązałem  nią  kamień  i  przytroczyłem  pocisk  do  przegubu 
ręki. Z  oddali dobiegał  szelest krzaków,  jakby stwór pierzchnął. I właśnie wtedy,  gdy miałem  w 
ręku narzędzie  obrony,  a przeciwnik podał  tyły,  długotrwałe napięcie nerwów  dało o sobie znać: 
oblał mnie gęsty pot i zacząłem się trząść na całym ciele.

Dopiero  po  niejakim  czasie  zdobyłem  się  na  to,  by  wejść  w  gąszcz  drzew  i  zarośli 

dzielących skraj cypla od plaży. Cały ten odcinek pokonałem biegiem,  a  gdy wydostałem się na 
plażę, za plecami usłyszałem trzask przedzierającej się w ślad za mną innej istoty.

Wówczas kompletnie straciłem głowę i puściłem się pędem wzdłuż brzegu. Po chwili do-

biegł  mnie  z  tyłu  miękki  tupot  chyżych  stóp.  Z  dzikim  wrzaskiem  podwoiłem  tempo.  Jakieś 
czarne,  niewyraźne  stworzenia  trzy-albo czterokrotnie  większe od  królika  umykały  przede  mną 
susami  w  zarośla. Do końca życia  nie zapomnę  tej  przerażającej  pogoni. Biegłem  samym skra-
jem  wody,  słysząc  od  czasu  do  czasu  za  plecami  coraz  bliższy  plusk. W oddali,  rozpaczliwie 
daleko,  migotało  żółte  światełko.  Ze  wszystkich  stron  otaczała  nas  ciemna,  niezmącona  noc. 
Płask,  płask,  chlupotały  coraz  bliżej  chyże  stopy  mego prześladowcy.  Zaczynało  mi  brakować 
tchu, skutki wycieńczenia dawały o sobie znać; przy każdym oddechu charczało mi w płucach,  a 
ostry  ból  przebijał  mi  bok niby  sztyletem. Zdając  sobie  sprawę,  iż  stwór  dopędzi  mnie  daleko 

background image

przed zabudowaniami,  zrobiłem  gwałtowny  obrót  i  z  trudem  chwytając  powietrze  natarłem  na 
niego ze wszystkich sił. Przy tym ruchu umieszczony w chustce kamień wyleciał jak z procy.

Kiedy się obróciłem,  stwór,  który biegł  na czterech łapach,  nagle  się wyprostował  i pocisk 

trafił  go prosto w lewą  skroń. Kamień odbił  się z hukiem od czaszki,  a zwierzo-człowiek zatoc-
zył  się  w  przód,  odepchnął  mnie  wyciągniętymi  przed  siebie  rękami,  wykonał  jeszcze  parę 
chwiejnych kroków, po czym runął jak długi na piasek, twarzą w wodę. I tak pozostał.

  Nie ośmieliłem się podejść do ciemniejącej na piasku postaci. Zostawiłem go pod cichym 

niebem,  wśród pluskających fal  i ominąwszy z daleka nieruchome  ciało pospieszyłem w  stronę 
pobłyskującego żółtawym światłem domostwa. Po chwili z wyraźną radością usłyszałem ten sam 
żałosny jęk pumy,  który przed paroma godzinami skłonił mnie do wyruszenia w głąb tajemniczej 
wyspy.  Mimo  osłabienia  i  krańcowego  wyczerpania,  słysząc  ten  dźwięk  zebrałem  resztki  sił  i 
zacząłem biec w kierunku światła. Zdawało mi się, iż ktoś mnie woła.

 10. Skowyt człowieka

Zbliżywszy się  do zabudowań  spostrzegłem,  że  światło  płynie  z otwartych  drzwi  mojego 

pokoju  i  wtedy  usłyszałem  okrzyk  Montgomery'ego  z  ciemności  obok pomarańczowego  pros-
tokąta:

- Prendick!
Wciąż  biegłem.  Znów  usłyszałem  jego  wołanie,  słabym  głosem odpowiedziałem  “Hej!”  i 

po chwili stałem już przed nim, ledwie dysząc.

- Gdzie się pan podziewał?  - wykrzyknął  chwytając mnie za ramię i odwracając  twarzą do 

światła.  -  Byliśmy  obaj  tak  zajęci,  że  dopiero  przed  półgodziną  przypomnieliśmy  sobie  o 
pańskim  istnieniu.   Pomógł  mi wejść do pokoju i usadowił  na leżaku. W pierwszej  chwili  świ-
atło całkiem mnie oślepiło.

- Nie przyszło nam do głowy,  iż ruszy pan na obchód wyspy bez naszej wiedzy - powiedz-

iał. I po chwili:

- Miałem porządnego stracha! Hej... co to!
W  tej  bowiem  chwili  siły  ostatecznie  mnie  opuściły  i  głowa  opadła  mi  bezwładnie  na 

piersi. Myślę, że podał mi whisky nie bez pewnej satysfakcji.

- Na miłość boską - wyjąkałem - niech pan zamknie drzwi na klucz.
- Czyżby zdążył pan poznać niektóre nasze osobliwości? - zapytał.
Zamknąwszy drzwi na klucz znów  się  mną zajął. O nic nie  pytając nalał  mi  jeszcze jedną 

whisky z wodą i zmusił  do jedzenia. Byłem kompletnie wypompowany. Powiedział  coś niejasno, 
iż  zapomniał  mnie  ostrzec,  i  spytał  krótko,  kiedy  wyszedłem  z  domu  i  co  widziałem.  Odpow-
iedziałem mu równie krótko, urywanymi zdaniami.

-  Niech  mi  pan  powie,  co  to  wszystko  znaczy  -  spytałem  wreszcie  niemal  histerycznym 

tonem.

- Nic aż tak strasznego - odparł. - Myślę jednak, że miał  pan już dosyć,  jak na jeden dzień. 

- Puma  wydała nagle przenikliwy ryk bólu. Montgomery zaklął  pod nosem. - Niech to wszystko 
diabli! Zupełnie jakbym był na Gower Street - z jej kotami.

-  Powiedz  mi,  Montgomery  -  zacząłem  znowu  -  kim  był  ten  stwór,  który  mnie  ścigał. 

Zwierzęciem czy człowiekiem?

- Jeśli się pan dzisiaj nic prześpi, dostanie pan do jutra pomieszania zmysłów. 
Stanąłem naprzeciw niego.

background image

- Kim był stwór, który mnie ścigał? - powtórzyłem. 
Popatrzył  mi prosto w twarz wykrzywiając usta. Jego ożywione przed chwilą oczy straciły 

wszelki wyraz.

- Sądząc z pańskiej opowieści - odparł - musiał być chyba upiorem.
Ogarnęła  mnie  bezsilna  złość,  ale  natychmiast  minęła.  Opadłem  z  powrotem  na  leżak 

przyciskając dłonie do czoła. Puma znów zaskowyczała.

Montgomery podszedł z tyłu do leżaka i położył mi rękę na ramieniu.
- Niech pan posłucha, panie Prendick. Nie powinienem był pozwolić panu błądzić samopas 

po tej idiotycznej wyspie. Ale nie jest tu aż tak okropnie, jak się panu

wydaje,  przyjacielu.  Jest  pan rozstrojony. Proszę,  niech  mi  pan pozwoli  dać  sobie coś  na 

sen. To... potrwa jeszcze wiele godzin. Musi się pan przespać... inaczej za nic nie odpowiadam.

Nic  nie  odrzekłem.  Pochyliłem się  i  ukryłem  twarz  w  dłoniach. Wrócił  po chwili,  niosąc 

małą  menzurkę  z  ciemnym  płynem.  Podał  mi  ją,  a  ja  bez  oporu  wypiłem  lekarstwo,  po  czym 
ułożył mnie w hamaku.

Kiedy się obudziłem, był  jasny dzień. Czas jakiś leżałem bez ruchu,  wpatrując się w sufit. 

Krokwie, jak zauważyłem,  były zrobione z okrętowych belek. Potem odwróciłem głowę i zobac-
zyłem stojące na stole śniadanie. Zdałem  sobie  sprawę,  że  jestem  głodny,  i  zacząłem wygrzeby-
wać  się  z  hamaka,  ale  ten  uprzedził  mój  zamiar  usłużnie  umykając  w  bok,  i  w  rezultacie 
wylądowałem na czworakach na podłodze.

Wstałem  i zabrałem się  do  śniadania. W mej  ociężałej głowie  tliło się  niejasne  wspomni-

enie wydarzeń  minionego wieczoru. Przez nie  oszklone okno napływał  miły,  poranny wietrzyk, 
który w  połączeniu z jedzeniem wprawił  mnie w nastrój bezmyślnej błogości. W pewnej chwili z 
tyłu za mną otwarły się wewnętrzne drzwi,  prowadzące w głąb zabudowań. Obróciwszy się,  zo-
baczyłem twarz Montgomery' ego.

- Wszystko w  porządku?  - zapytał. - Jestem okropnie  zajęty. - I znikł  za drzwiami. Jak się 

później przekonałem, zapomniał przekręcić klucz w zaniku.

Stanął  mi  przed  oczami  wyraz  jego  twarzy  z  wczorajszego  wieczoru  i  stopniowo  odt-

worzyłem  w  pamięci  wszystkie  niedawne  przeżycia.  Powrócił  strach,  a  jednocześnie  w  głębi 
zabudowań rozległ się skowyt. Ale tym razem nie był to krzyk pumy.

Odłożyłem  kęs  jedzenia,  który  właśnie  miałem  włożyć  do  ust,  i  natężyłem  słuch.  Cisza, 

tylko szumi poranny wiatr. Musiałem się chyba przesłyszeć.

Po  długiej  przerwie  zabrałem  się  znów  do  jedzenia,  ale  wciąż  nasłuchiwałem.  Wkrótce 

usłyszałem inny,  bardzo cichy,  słaby głos. Zastygłem w  bezruchu. Ów  głos,  choć tak słaby  i  ci-
chy,  wstrząsnął  mną nieporównanie  głębiej   niż wszystkie   dotychczasowe okropności,  których 
echa  dochodziły  zza  ściany.  Tym  razem  nie  mogłem  mieć  wątpliwości  co  do  natury  i  po-
chodzenia  stłumionych,  urywanych  dźwięków;  najwyraźniej  słyszałem  udręczony,  przerywany 
szlochami jęk. Bynajmniej nie zwierzęcy. Słyszałem jęk maltretowanego człowieka!

Uświadomiwszy to sobie,  porwałem się na nogi,  trzema  susami  przemierzyłem  pokój,  na-

cisnąłem klamkę i pchnąłem prowadzące na dziedziniec drzwi.

- Prendick! Stój! - usłyszałem ostrzegawczy krzyk Montgomery'ego.
Przestraszony  ogar  zaskomlał  i  warknął.  Zobaczyłem  zakrwawiony  zlew,  rudoczerwone 

plamy  krwi,  poczułem  charakterystyczny  zapach  karbolu.  W  głębi  dziedzińca,  za  otwartymi 
drzwiami  leżało  przywiązane  do  stołu,  słabo  widoczne  w  cieniu,  okrwawione  i  zmaltretowane, 
pokryte bandażami ciało. Po chwili widok ten przesłoniła blada, przerażająca twarz doktora Mo-
reau.

background image

Bez  słowa  chwycił  mnie umazaną  we krwi ręką  za ramię,  podciął  mi  nogi  i cisnął  w głąb 

pokoju.  Podniósł  mnie,  jakbym  był  małym  dzieckiem. Runąłem  na ziemię jak długi,  i równoc-
ześnie  trzasnęły  drzwi,  kryjąc  jego  wykrzywioną,  zapalczywą  twarz.  Rozległ  się  szczęk 
przekręcanego w zamku klucza i skruszony głos Montgomery'ego.                                       

- Zmarnować pracę całego życia! - usłyszałem głos Moreau.
- On nie rozumie - zaczął Montgomery, i mówił jeszcze coś ściszając głos.
- Nie mam teraz czasu - odrzekł Moreau.
Reszty nie  słyszałem. Wstałem z podłogi trzęsąc się na  całym ciele, a w głowie kłębiły mi 

się najstraszniejsze podejrzenia. Czy to możliwe,  myślałem  sobie,  żeby dokonywano wiwisekcji 
na  ludziach?  Pytanie  to poraziło mnie jak grom z jasnego nieba. I nagle  w  mym osłupiałym  ze 
zgrozy mózgu wyklarowała się ostra świadomość własnego zagrożenia.

 11. Polowanie na człowieka

Świadomość,  że  zewnętrzne  drzwi  nadal  stoją  otworem,  obudziła  we  mnie  niedorzeczną 

nadzieję ratunku. Miałem głębokie, absolutnie niepodważalne przekonanie,  że Moreau dokonuje 
wiwisekcji na ludzkiej istocie. Od pierwszej chwili,  kiedy usłyszałem jego nazwisko, usiłowałem 
doszukać  się  jakiegoś związku  między cudacznym animalizmem mieszkańców wyspy  a  przypi-
sywanymi mu okrucieństwami; teraz wszystko stało się  jasne. Przypomniałem  sobie  jego osiąg-
nięcia  w  dziedzinie  przetaczania  krwi.  Istoty,  które  spotkałem,  były  ofiarami  jakiegoś potwor-
nego eksperymentu!

Ci  bezecni  dranie  chcą  mnie  po  prostu  omamić  pozorami  zaufania,  by  w  odpowiedniej 

chwili  zgotować  los  gorszy  od  śmierci,  wydać  na  tortury  prowadzące  do  ohydnej  i  niewyo-
brażalnej  degradacji,  a  potem,  odartego  z  duszy  i  człowieczeństwa,  odesłać  w  szeregi  swej 
komusowej trzody. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiejkolwiek broni. Nic. W nagłym natch-
nieniu przewróciłem leżak i przytrzymując go nogą oderwałem boczne oparcie. Razem z prętem 
wyciągnąłem przypadkiem  gwóźdź,  który sterczał  na  końcu nadając tej skądinąd żałosnej  broni 
nieco groźniejszy  wygląd. Słysząc  na  zewnątrz  kroki,  jednym  susem  skoczyłem do  drzwi,  roz-
warłem je i o krok od siebie ujrzałem Montgomery'ego. Chciał mnie zamknąć od zewnątrz.

Podniosłem  do góry opatrzony gwoździem  kij mierząc  mu w  twarz,  ale zdążył  się cofnąć. 

Chwilę stałem niezdecydowany, a potem odwróciłem się i mijając róg zacząłem uciekać.

- Prendick, przyjacielu! - usłyszałem za sobą zdumiony okrzyk. - Nie wygłupiaj się, człow-

ieku!

Jeszcze  chwila,  pomyślałem,  a  siedziałbym  pod  kluczem,  jak  królik  doświadczalny 

czekając swojego losu. Montgomery wyszedł za róg domu, bo usłyszałem wołanie:

- Panie Prendick!
Po chwili, nie przestając nawoływać,  puścił  się za mną biegiem. Tym razem popędziłem na 

oślep  w  kierunku  północno-wschodnim,  pod  kątem  prostym  do  wczorajszej  trasy.  W pewnym 
momencie,  rwąc co sił  w nogach przez plażę, obejrzałem się i zobaczyłem,  że razem z nim bieg-
nie  jego  pomagier.  Wpadłem  z  rozpędu  na  zbocze,  zbiegłem  w  dół,  po  czym  skręciłem  na 
wschód posuwając się  kamienistą doliną,  której zbocza porastała dżungla. Przebiegłem w  sumie 
chyba  z milę - w  uszach mi  szumiało,  a serce  gwałtownie  waliło  w  piersiach - aż  wreszcie,  nie 
słysząc  za  sobą  Montgomery'ego  ani jego pomocnika,  skręciłem  gwałtownie  w  kierunku,  gdzie 
powinna  znajdować  się plaża,  dałem  nura  w gąszcz trzcin  i  doszczętnie  wyczerpany  padłem  na 
ziemię.

background image

Długi  czas przeleżałem  w ukryciu,  zbyt  przerażony,  by drgnąć,  a nawet  by zebrać myśli  i 

zastanowić się nad swoim położeniem. Dzika roślinność drzemała  cicho w promieniach słońca i 
prócz  lekkiego  brzęczenia  paru  komarów,  które  odkryły  moją  obecność,  nic  nie  zakłócało 
wszechobecnego spokoju. Dopiero po niejakim czasie do mej świadomości dotarł  senny poszum 
uderzających o brzeg fal.

Mniej więcej po upływie godziny usłyszałem głos Montgomery'ego,  który gdzieś daleko z 

północy  wołał  mnie  po  imieniu.  To  skłoniło  mnie  do  zastanowienia  się  nad  dalszym  planem 
działania.  Ludność  wyspy,  jak sobie  wówczas wyobrażałem,  składała  się wyłącznie  z pary  chi-
rurgów i ich uzwierzęconych ofiar. W razie potrzeby na pewno potrafią skłonić niektóre z nich do 
udziału w akcji przeciwko mnie. Wiedziałem,  że zarówno Moreau jak i Montgomery noszą przy 
sobie broń, podczas gdy ja miałem tylko kij z gwoździem, nędzną imitację maczugi.

Leżałem  więc  dalej  bez  ruchu,  aż  głód i  pragnienie  dały o  sobie  znać. Dopiero  wówczas 

uświadomiłem  sobie  całą  beznadziejność  mego  położenia.  Nie  miałem  zielonego  pojęcia,  jak 
zdobywać  pożywienie;  za  słabo  znałem  botanikę,  by  wśród  otaczającej  mnie  roślinności  roz-
poznać jadalne korzenie czy owoce; nie miałem też z czego zmontować pułapki na króliki,  które 
znajdowały się na wyspie. Moja przyszłość,  w miarę jak zastanawiałem się nad nią, rysowała się 
w coraz czarniejszych kolorach.

Nie  wiedząc,  co  czynić,  zwróciłem  myśli  ku napotkanym  zwierzęco-ludzkim  istotom. Ze 

swoich  wrażeń  próbowałem  wysnuć  jakąś  nadzieję  dla  siebie.  Wywoływałem  kolejno  obrazy 
każdego  z  nich,  by  doszukać  się  odruchów  pozwalających  liczyć  na  ewentualną  pomoc  z  ich 
strony.

Nagłe ujadanie psów uświadomiło mi całkiem nowe niebezpieczeństwo. Niewiele myśląc - 

gdybym  zaczął  się zastanawiać,  już  by mnie mieli  - porwałem swój  kij  z  gwoździem,  wyskoc-
zyłem z kryjówki i na łeb na szyję popędziłem tam, skąd dochodził  szum morza. Pamiętam kolc-
zaste,  siekące  ostrymi  cierniami  zarośla. Wybiegłem z  nich  okrwawiony,  w  poszarpanym  ubra-
niu, u ujścia długiego, płynącego od północy strumienia.

Bez  chwili  wahania  rzuciłem  się  w  fale  i  ruszyłem  w  górę  strumyka,  który sięgał  mi  po 

kolana. W końcu wygramoliłem się na zachodni brzeg czując pulsowanie krwi w  uszach i ukryty 
w gąszczu paproci czekałem, co nastąpi. Słyszałem coraz bliższe szczekanie psa - był  tylko jeden 
-  a  potem  skomlenie,  gdy  dotarł  do  kolczastych  zarośli.  Następnie  zapadła  cisza,  więc  po-
myślałem, iż jestem na razie bezpieczny.

Mijały minuty, cisza przedłużała się i po godzinie spokoju odzyskałem trochę animuszu.
Przerażenie  i  niepokój  o  własny los  całkiem  mnie  opuściły. W pewnym  sensie  przekroc-

zyłem  granicę  strachu  i  rozpaczy.  Uznałem  się  za  człowieka  zgubionego  bez  ratunku i  w  tym 
przeświadczeniu gotów byłem ważyć się na wszystko. Chętnie spotkałbym się twarzą  w  twarz z 
doktorem Moreau. Brodząc w strumieniu uświadomiłem sobie,  iż w ostatecznej potrzebie znajdę 
niezawodny  sposób uniknięcia męczarni  -  utopię  się  i nawet  oni  nie  zdołają  mi  w  tym  przesz-
kodzić. Chciałem nawet uczynić to od razu,  ale powstrzymała mnie osobliwa ciekawość, jak po-
toczy  się  moja  przygoda  -  dziwnie  bezosobowe,  niemal  teatralne  zainteresowanie  własnym 
losem. Rozprostowałem obolałe,  podrapane  kolczastymi  cierniami  dało  i  rozejrzałem  się  wśród 
otaczających  drzew.  Nagle  znieruchomiałem;  z  gąszcza  liściastych  esów-floresów  wyzierała 
ciemna, wpatrzona we mnie twarz.

Rozpoznałem podobnego do małpy dziwoląga,  który czekał  na  plaży na powrót żaglówki. 

Tkwił  uczepiony  pochyłego  pnia  palmy.  Zwróciłem  się  w  jego  stronę,  ściskając  w  ręce  kij. 
Zaczął  coś  mamrotać.  “Ty,  ty,  ty”  -  w  pierwszej  chwili  niczego więcej  nie  mogłem zrozumieć. 

background image

Raptem  zeskoczył  z drzewa  i  w  następnym  momencie  stał  wśród rozchylonych  paproci  patrząc 
na mnie zaciekawionym wzrokiem.

Nie czułem do niego takiej odrazy jak do innych Zwierzoludów.
- Ty - powiedział - w łodzi. 
Był  więc  człowiekiem, w  każdym razie takim samym  jak służący Montgomery'ego;  umiał 

mówić. 

- Tak - odparłem. - Przypłynąłem łodzią. Ze statku.
- Och! - powiedział,  a tymczasem jego błyszczące,  niespokojne oczy biegały ciekawie, za-

trzymując się na moich dłoniach,  na kiju,  na podziurawionej kurtce,  na ranach i zadrapaniach od 
cierni. Był czymś zaintrygowany. Jego wzrok znów spoczął  na moich dłoniach. Wyciągnął  rękę i 
wolno przeliczył swoje palce:

- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, hę?
Nie rozumiałem,  o co mu chodzi. Dopiero później miałem się przekonać,  że dłonie Zwier-

zoludów są na ogół  niedorozwinięte, czasami pozbawione aż trzech palców. Ale biorąc jego gest 
za  powitanie,  odpowiedziałem  w  ten  sam  sposób...  Wyszczerzył  zęby  niezmiernie  ukontentow-
any. Ale jego niespokojne,  rozbiegane spojrzenie znów  umknęło w  tył. Zrobił  gwałtowny ruch i 
znikł. Kiście paproci, wśród których stał, zamknęły się za nim z cichym szelestem.

Przedarłem  się za  nim przez zarośla  i ze  zdziwieniem  zobaczyłem,  że  uczepił  się  wąskim 

ramieniem zwisającej liany i huśta się wesoło. Był odwrócony plecami.

- Hej! - zawołałem.
  Zeskakując zrobił w powietrzu obrót i wylądował na ziemi twarzą do mnie.
- Powiedz mi - zapytałem - gdzie mógłbym znaleźć coś do jedzenia.
- Jedzenie - powtórzył. - Teraz trzeba jeść ludzkie jedzenie. - Jego oczy znów powędrowały 

w kierunku splątanych lian. - W szałasach.

- A gdzie są szałasy?
- Och!
- Jestem tutaj obcy, jak wiesz. 
Wtedy  gwałtownie  się  odwrócił  i  pomaszerował  szybkim  krokiem  przed  siebie.  Miał 

dziwnie raptowne ruchy.

- Chodź - powiedział.
Ruszyłem za nim ciekaw,  co z tego wyniknie. Domyślałem się, że szałasy oznaczają jakieś 

prymitywne  schronienia,  w  których  mieszka  wraz  z  innymi  Zwierzo-ludami.  Może  okażą  mi 
życzliwość,  może  zdołam  ich  sobie  zjednać.  Nie  zdawałem  sobie  jeszcze  sprawy,  do  jakiego 
stopnia wyzbyli się ludzkiego dziedzictwa, które im przypisywałem.

Mój  małpokształtny  towarzysz  śpieszył  truchtem  obok  mnie  z  wysuniętą  do  przodu 

szczęką i zwisającymi luźno długimi ramionami. Zastanawiałem się, na ile zachował pamięć.

- Jak długo mieszkasz na wyspie? - spytałem go.
- Jak długo? - powtórzył.
A  kiedy  ponownie  zadałem  mu  to  pytanie,  podniósł  trzy  palce.  Biedak  był  półidiotą. 

Próbowałem  wybadać,  co chciał  przez  to powiedzieć,  ale  najwidoczniej go znudziłem. Po paru 
dalszych  pytaniach  odbiegł  na  bok  i  zerwał  zwisający  z  drzewa  owoc.  Obrawszy  go  z  kolc-
zastych łupin pomaszerował  dalej gryząc miękki miąższ. Z zadowoleniem odnotowałem to zdar-
zenie jako pierwszą wskazówkę,  czym się żywić. Zadałem mu parę innych pytań, ale najczęściej 
odpowiadał  szybkim,  niedorzecznym  trajkotaniem.  Czasami  powiedział  coś  z  sensem,  kiedy 
indziej zaś powtarzał tylko moje słowa jak papuga.

background image

Tak byłem zaabsorbowany dziwacznym stworzeniem,  iż przestałem prawie uważać,  dokąd 

idziemy.  Po  pewnym  czasie  minęliśmy  kępę  zwęglonych,  brunatnych  drzew,  a  potem  nagą 
przestrzeń  pokrytą  żółtobiałą  skorupą,  gdzie  wiatr  roznosił  gryzący  dym.  Spoza  nagiej  skały 
wyzierał  po prawej stronie gładki błękit morza. Kręta, stroma ścieżka schodziła w głąb wąskiego 
parowu  pomiędzy dwoma  usypiskami  gruzłowatej,  czarniawej  skorii.* [* skoria  -  rodzaj  skały 
wulkanicznej.] Zapuściliśmy się w kotlinę.

Po oślepiającej jasności odbitego od siarkowej ziemi słońca wąwóz wydawał się niezwykle 

ciemny. Jego zbocza stały się strome,  niemal pionowe. Przed oczami latały mi zielono-czerwone 
plamy. Mój przewodnik raptownie stanął. “Dom,”  powiedział;  znajdowałem się na dnie  rozpad-
liny,  ale  byłem  na  razie  kompletnie  oślepiony.  Usłyszałem  jakieś  obce  dźwięki  i  zacząłem 
przecierać  oczy.  Przykry  odór,  przypominający  woń  nie  oczyszczonej  małpiej  klatki,  uderzył 
mnie w nozdrza.

W oddali skały znów  się rozszerzały i  widać było łagodne,  porosłe trawą,  zalane słońcem 

zbocze  góry,  skąd  wąskim  tunelem,  w  głąb  mrocznego jądra  rozpadliny z obu stron sączyło się 
światło.

 12. Odmawiacze Prawa

Poczułem  na  ręce  jakieś  zimne  dotknięcie  i  gwałtownie  drgnąłem. Obok mnie  stał  mały, 

ledwo  widoczny  dziwoląg  o różowawej  skórze,  przypominający dziecko  obdarte  ze  skóry. Cu-
daczne  to  stworzenie  miało  łagodny,  choć  paskudny  pyszczek  leniwca,  równie  niskie  czółko  i 
powolne  ruchy. Oswajałem  się  stopniowo ze  zmianą  oświetlenia i  zaczynałem  rozróżniać otac-
zające  mnie  przedmioty.  Podobny  do  leniwca  stworek bacznie  mi  się  przypatrywał.  Mój  prze-
wodnik znikł.

Miejsce,  gdzie się znajdowałem,  było wąskim  jarem lub szczeliną przecinającą strome ści-

any zastygłej, gruzłowatej lawy,  a po obu bokach owego jaru widniały przytulone do skał  ciemne 
kryjówki sklecone  byle jak z morskiej trawy,  trzcin i palmowych liści. Między nimi biegło kręte 
przejście  mające  nie  więcej  jak  trzy jardy szerokości,  w  dodatku  usiane  stertami gnijących od-
padków napełniających parów paskudnym fetorem.

Różowy “leniwcoludek”  nadal mi się przypatrywał mrugając ślepkami, gdy oto z otworu w 

najbliższej  kryjówce  wyłonił  się  mój  przyjaciel Małpolud zapraszając  gestem  do środka. W tej 
samej  chwili  z  nieco  dalszej  nory wygramolił  się  na  tę  dziwną  ulicę  jakiś  zgarbiony  potwór  i 
stanąwszy  tyłem  do  światła,  tak  że  tylko  jego  sylwetka  rysowała  się  na  tle  jaskrawozielonego 
stoku,  wlepił  we mnie wzrok. Po chwili wahania - miałem silną pokusę zrobić  w  tył  zwrot i  dać 
nogę - postanowiłem jednak nie rezygnować z przygody i chwyciwszy swój ostry kij w  połowie 
długości, wczołgałem się za mym przewodnikiem do cuchnącej nory.

Półkoliste  wnętrze  przypominało  kształtem  przepołowiony  ul,  pod  kamienną  ścianą,  po 

przeciwległej stronie  leżał  stos orzechów kokosowych i najrozmaitszych owoców. Na ziemi i na 
prymitywnym stołku  stały niezgrabne  naczynia z  drewna  i lawy.  Ogniska  nie było. W najciem-
niejszym  kącie  szałasu siedziała  bezkształtna  czarna  bryła,  z  której  na  mój  widok  wydobył  się 
pomruk:  “Witaj!”  A  gdy  wczołgałem  się  i  przykucnąłem w  drugim  kącie,  Małpolud,  stojący  w 
smudze słabego światła padającego przez otwór wejściowy,  podał  mi rozłupany kokos. Wziąłem 
owoc i mimo nerwowego drżenia,  a  także  nieznośnej  duchoty starałem  się jak najspokojniej go 
obgryzać.  U  wejścia  do  szałasu  stał  różowy  leniwcoludek,  a  spoza  jego  pleców  zaglądała  do 
środka czyjaś mroczna twarz o błyszczących ślepiach.

background image

- Witaj! - odezwała się bezkształtna postać w głębi.
- To  jest  człowiek! To  jest  człowiek! - trajkotał  mój przewodnik. - Człowiek,  prawdziwy 

człowiek, taki sam jak ja.

- Cicho bądź! - powiedział  głos z ciemności i chrząknął. W uroczystym milczeniu gryzłem 

swój  owoc.  Wytężałem  wzrok chcąc  przeniknąć  ciemności,  ale  niczego  nie  mogłem  dojrzeć. - 
Człowiek - powtórzył głos - który przyszedł, żeby z nami zamieszkać?

Głos był  gruby,  z  jakimś  dziwnym  rodzajem  poświstu,  ale  o  zadziwiająco  dobrej  angiel-

skiej wymowie.

Małpolud patrzył  na  mnie,  jakby  na coś czekał. Zrozumiałem,  że  milczenie  ma charakter 

pytający.

- Który przyszedł, żeby z wami zamieszkać - potwierdziłem.
- Jest człowiekiem. Musi poznać Prawo. 
Zaczynałem  rozróżniać ciemniejący w  mroku zarys zgarbionej postaci. Jednocześnie zau-

ważyłem, że w otworze pojawiły się dwie nowe głowy. Moja ręka zacisnęła się na kiju.

- Mów  za  mną - powtórzył  czarny stwór podnosząc  głos. Jego poprzednie słowa umknęły 

mojej uwadze.

- Nie będziesz chodził na Czworakach; tak każe Prawo - powtórzył śpiewnym tonem. 
Zgłupiałem.
- Mów za nim - rzekł  Małpolud powtarzając słowa,  a stojące u wejścia stwory zawtórowały 

mu z nutą groźby w  głosach. Pojąłem,  że muszę powtórzyć  idiotyczną formułę. I rozpoczęła się 
obłąkańcza ceremonia.

Głos w ciemnościach intonował  kolejne wersy wariackiej litanii,  które ja i wszyscy pozos-

tali powtarzaliśmy chórem. Kołysali się przy tym  z boku na bok bijąc rękami o kolana,  uznałem 
więc  za  stosowne  pójść  za  ich  przykładem.  Czułem  się,  jakbym  umarł  i  znalazł  się  w  innym 
świecie.  Ciemny  szałas i  te  niewyraźne,  cudaczne  postacie,  na  które  tylko gdzieniegdzie  padał 
nikły odblask, światła, kołyszące; się miarowo w rytm śpiewnej inkantacji.        

- Nie będziesz chodził na Czworakach - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
- Nie będziesz chłeptał Wody - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
- Nie będziesz pożerał Zwierza ani Ryby - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
- Nie będziesz obdzierał kory z Drzew - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
- Nie będziesz polował na innych Ludzi - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
Po  tych  zdaniach  zakazujących  czynności  bezsensownych  nastąpiły  dalsze,  zakazujące 

czynów, które wydały mi się wtedy wręcz niewyobrażalnie głupie, niemożliwe i bezecne.

Wpadliśmy  w  zbiorowy,  rytmiczny  trans,  kołysząc  się  i  bełkocząc  coraz  szybciej, 

wykrzykiwaliśmy  kolejne  reguły  zdumiewającego  prawa.  Powierzchownie  udzieliło  mi  się  ich 
szaleństwo, ale w duchu rozbawienie walczyło o lepsze z odrazą.

Po odmówieniu długiej litanii inkantacje zmieniły charakter i pojawiła się nowa formuła:
- On jest Panem Domu Cierpienia.
- On jest Tym, który stwarza.
- On jest Tym, który zadaje rany.
- On jest Tym, który leczy i koi.
I  tak  dalej  ciągnęła  się  kolejna  idiotyczna  seria  inwokacji  do  jakiegoś  niewiadomego 

“Pana”. Gdyby nie to,  iż nie przypominam sobie, by kiedykolwiek śniły mi się zbiorowe śpiewy, 
uznałbym wszystko za sen.

- On jest Panem błyskawic - pialiśmy chórem.
- On jest Panem głębokiego słonego oceanu. 

background image

Zaświtała  mi  szaleńcza  myśl,  że  Moreau  pozbawiwszy  te  istoty  człowieczeństwa,  zaszc-

zepił  ich  skarlałym  umysłom  kult  własnej  osoby.  Ale  zbyt  wyraźnie  czułem  bliskość  białych 
zębów i mocnych pazurów, by z tego powodu przerwać odmawianie litanii.

- On jest Panem gwiazd na niebie.
Śpiewy nareszcie  dobiegły  końca. Zobaczyłem,  że  twarz Małpoluda lśni od potu  i  na  tyle 

oswoiłem  się z ciemnościami,  by dokładniej  rozpoznać kształty prze-mawiającej z kąta postaci. 
Była  wzrostu  człowieka,  ale  całe jej  ciało porastała szara  szorstka  szczecina  podobna  do sierści 
skajteriera.  Czym  jest  ten  stwór?  Kim  oni  wszyscy  są?  Żeby  lepiej  uprzytomnić  czytelnikowi, 
jak się czułem  wśród  tych groteskowych  karykatur  ludzi,  radzę  mu wyobrazić sobie,  iż znalazł 
się nagle w otoczeniu potwornie zdeformowanych zwyrodnialców i kalek.

- On ma pięć palców, pięć palców, pięć palców... tak jak ja - oświadczył Małpolud.
Rozpostarłem dłonie. Szary włochaty stwór pochylił się do przodu.
-  Nie  będziesz  chodził  na  Czworakach  -  tak  każe  Prawo.  Czyż  nie  jesteśmy  Ludźmi?  - 

powtórzył.

Wyciągnął  dziwnie niekształtną łapę i ujął  moją rękę.  Łapa przypominała zakończone  pa-

zurami  kopytko.  O mało  nie  krzyknąłem  ze  zdziwienia  i  bólu.  Przyglądając  się  moim  palcom 
wysunął głowę do przodu, dzięki czemu znalazła się w świetle płynącym od wejścia do nory, a ja 
zatrząsłem  się  z  odrazy,  gdyż  to,  co  zobaczyłem,  nie  było  twarzą  człowieka  ani  pyskiem 
zwierzęcia,  lecz  po  prostu kępą  siwej  sierści  z  trzema  półkolistymi  wgłębieniami  na  oczy i  na 
usta.

- Ma małe paznokcie - wymruczał znad szczeciniastej brody cudaczny stwór. - To dobrze.
Puścił moją dłoń, a ja instynktownie chwyciłem za kij.
- Będziesz spożywał korzonki i rośliny - taka jest Jego wola - powiedział Małpolud.
- Jestem  Odmawiaczem  Prawa  - oświadczył  szary włochaty stwór. - Wszyscy  nowi  przy-

chodzą do mnie uczyć się Prawa. Siedzę w ciemnościach i odmawiam Prawo.

- Tak jest - potwierdził jeden ze stojących u wejścia stworów.
- Ciężkie kary spadają na tych, co łamią Prawo. Nikt nie ujdzie kary.
- Nikt nie ujdzie kary - powtórzyły Zwierzoludy spoglądając płochliwie jeden na drugiego.
- Nikt,  nikt  - przytaknął  Małpolud. - Nikt nie  ujdzie  kary. Sam  kiedyś przeskrobałem,  nic 

wielkiego. Mamrotałem, bełkotałem,  przestałem mówić. Nikt mnie nie rozumiał. Jestem naznac-
zony, mam na ręku wypalone piętno. On jest wielki. On jest dobry!

- Nikt nie ujdzie kary - powiedział z kąta szary stwór.
- Nikt nie ujdzie kary - zawtórowały Zwierzoludy popatrując na siebie z ukosa.
-  Każdego  kusi  inne  zło  -  mówił  szary  Odmawiacz  Prawa.  -  Nie  wiemy,  co  ciebie  kusi. 

Przekonamy się. Jedni chcą ścigać to, co się porusza,  czaić się,  skradać z ukrycia,  napadać i zabi-
jać,  gryźć,  wpijać  zęby,  szarpać  i  wysysać  krew...  Źle  czynią.  Nie  będziesz  polował  na  innych 
Ludzi - tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi? Nie będziesz pożerał  Zwierza ani Ryby - tak 
każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzył cętkowany stwór u wejścia do nory.
-  Każdego kusi  inne zło -  ciągnął  siwy Odmawiacz  Prawa. - Niektórzy lubią  dokopywać 

się łapami i zębami do korzeni, prychając z nosem w ziemi. Złe czynią.

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzył chór.
-  Inni  drą  pazurami  korę  albo  rozkopują  groby;  są  tacy,  którzy atakują  głową,  wierzgają 

albo drapią; niektórzy gryzą bez żadnej przyczyny, inni pławią się w nieczystościach.

- Nikt nie ujdzie kary - rzekł Małpolud drapiąc się w łydkę.
- Nikt nie ujdzie kary - powtórzył różowy leniwco-ludek.

background image

- Kara będzie dotkliwa i niechybna. Dlatego musisz poznać Prawo. Mów za mną - i zaczął 

odmawiać na nowo przedziwną litanię,  a ja  i wszystkie stwory,  kołysząc się rytmicznie,  powtar-
zaliśmy jego słowa. Od tego bełkotu oraz  panującego w  norze zaduchu mąciło mi się w  głowie, 
ale nie ustawałem licząc na jakiś pomyślniejszy obrót sytuacji.

- Nie będziesz chodził na Czworakach; tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
Czyniliśmy taki zgiełk,  że powstała na zewnątrz wrzawa uszła mej uwadze,  dopóki któryś 

stwór  -  chyba  jeden  z  dwóch  znajomych  Świnioludów  -  nie  zajrzał  do  środka  nad  głową 
różowego  ludka  wykrzykując  gorączkowo  coś,  czego  nie  zrozumiałem.  Stojące  przy  wejściu 
stwory momentalnie  się  ulotniły.  Małpolud  wybiegł  z  nory,  za  nim  podążył  szary stwór -  zau-
ważyłem tylko w przelocie, że jest wielki, niezdarny i porośnięty siwą sierścią - i zostałem sam.

Zanim doczołgałem się  do wejścia,  usłyszałem szczekanie psa. W sekundę  później  stałem 

już  przed  norą  z  poręczą  od  leżaka  w  ręku,  drżąc  cały  z  napięcia.  Ujrzałem  przed  sobą  plecy 
chyba  ze dwudziestu Zwierzoludów  o nieforemnych  głowach wciśniętych między  barki. Wszy-
scy  gorączkowo  gestykulowali.  Z  nor  wychylały  się  inne  półzwierzęce,  zaciekawione  twarze. 
Spojrzałem w kierunku, w którym byli zwróceni, i oto na polanie przed wejściem do parowu zo-
baczyłem  wyłaniającą  się  z  cienia  drzew  ciemną  sylwetkę  i  straszną,  bladą  twarz  doktora  Mo-
reau.  Prowadził  szarpiącego  się  na  smyczy  psa,  a  tuż  za  nim  postępował  Montgomery  z  re-
wolwerem w ręku.

Stałem przez chwilę sparaliżowany strachem. 
Obejrzałem się za siebie; wąskie przejście blokował  podążający w  moim kierunku potężny 

stwór  o  wielkiej  popielatej  twarzy  i  małych,  mrugających  ślepiach.  Rozejrzawszy  się  na  boki 
dostrzegłem, że w skalnej ścianie po prawej stronie, zaledwie o parę jardów przede mną widnieje 
wąska, ukośna szczelina, z której sączy się w dół smuga światła.

- Stój! - krzyknął  Moreau,  gdy doskakiwałem do szczeliny. - Trzymajcie go! - Stwory zac-

zęły  powoli,  jeden  po  drugim,  oglądać  się  w  moją  stronę. Były,  na  szczęście,  po  zwierzęcemu 
niepojętne.

Dziwacznego  potwora,  który  odwracał  się,  by  zobaczyć,  o  co  chodzi,  odepchnąłem 

ramieniem  tak  silnie,  że  wpadł  na  swego  sąsiada.  Zamachał  na  oślep  rękami  próbując  mnie 
schwytać,  ale  mu  się  wymknąłem.  Różowego  stworka,  który  na  mnie  skoczył,  grzmotnąłem 
kijem  tak,  że  gwóźdź  rozharatał  paskudną  mordkę  i  w  następnej  chwili  wspinałem  się  stromą 
ścieżyną  przypominającą  ukośny  komin.  Słyszałem  za  sobą  wycia  i  okrzyki:  “Łapać  go! Trzy-
mać go!” Zobaczyłem, że potwór o popielatej twarzy utknął w wąskiej szczelinie.

- Dalej! Dalej! - ryczały stwory.
Wdrapywałem  się  coraz  wyżej  wąską  rozpadliną,  która  wyprowadziła  mnie  na  siarkową 

polanę położoną na zachód od wioski Zwierzoludów.

Szczelina  okazała  się  prawdziwym  błogosławieństwem,  gdyż  pościg  wąską  i  stromą, 

ukośną  rozpadliną  musiał  być  bardzo  utrudniony.  Minąwszy  białą  polanę  rzadko  porośniętą 
drzewami,  zbiegłem zboczem na dół między wysokie trzciny. Wydostawszy się z trzcin wpadłem 
w niskie  i ciemne, uginające się  pod stopami zarośla. Pierwsi prześladowcy wyłonili się ze skal-
nej  szczeliny,  kiedy  dotarłem  do  trzcin.  Bieg  przez  zarośla  trwał  kilka  minut.  Niebawem  ze 
wszystkich stron rozbrzmiewały groźne nawoływania.

Słyszałem zgiełk u wylotu szczeliny,  potem szum trzcin i trzask łamanych gałęzi. Niektóre 

zwierzęta  porykiwały  jak  drapieżne  bestie.  Z  lewej  strony rozległ  się  skowyt  psa.  Stamtąd też 
doszły mnie okrzyki Montgomery'ego i Moreau. Skręciłem gwałtownie w prawo. Już wtedy wy-
dało mi się, że Montgomery nawołuje, bym zmykał co sił w nogach.

background image

Po pewnym czasie zacząłem się zapadać w śliski muł, ale posuwałem się rozpaczliwie na-

przód,  brnąc chwilami po kolana w błocie. W końcu wyszedłem na ścieżkę, która wiła się wśród 
wysokich trzcin. Nawoływania pościgu odpływały coraz bardziej w lewo. W pewnej chwili  trzy 
dziwaczne  różowe  stworzenia wielkości kotów  czmychnęły przede mną  w  podskokach. Ścieżka 
biegła w górę,  przecinała jeszcze jeden biały,  zaskorupiały płaskowyż  i znów  zapadała w gąszcz 
trzcin.

Potem skręcała gwałtownie wzdłuż kamienistej krawędzi kryjącej, niby graniczny murek w 

angielskim parku,  niewidoczne zapadlisko; zakręt był  bardzo ostry i niespodziewany. Biegnąc co 
sił w nogach nie zauważyłem uskoku, dopóki nie uświadomiłem sobie, że lecę w powietrzu.

Upadłem na  głowę i  ręce  pomiędzy ciernie  i  podniosłem  się  okrwawiony,  z  naderwanym 

uchem. Byłem w  głębokim,  kamienistym,  porośniętym  kolczastymi  krzewami  jarze,  po  którym 
snuły  się  mgliste  opary dobywające  się  z  płynącego  w  dole  krętego  wąskiego potoku.  Mgła  w 
jasny,  słoneczny dzień trochę  mnie zdziwiła,  ale  nie miałem  czasu,  by się nad tym zastanawiać. 
Skręciłem  na  prawo  skrajem  potoku  mając  nadzieję,  iż  wyprowadzi  mnie  na  brzeg  morza,  w 
którym w razie czego będę się  mógł  utopić. Dopiero później  miałem się przekonać, że  w  trakcie 
upadku zgubiłem swój kij z gwoździem.

W pewnym  miejscu  jar  bardzo  się  zwęził,  toteż  niewiele myśląc  wkroczyłem  do  potoku. 

Ale  natychmiast  zeń  wyskoczyłem,  gdyż  woda  była  niemal  gotująca.  Na  wzburzonej  pow-
ierzchni  unosiła  się  żółtozielona  piana.  Nieco dalej jar zakręcał  i w  dali  ujrzałem  błękitny wid-
nokrąg.  Morze  przy brzegu  migotało  w  słońcu.  Miałem  otwartą  drogę  na  tamten  świat. Byłem 
jednak  zgrzany  i  zdyszany,  a  krew  pulsowała  mi  w  skroniach  i  przyjemnie  krążyła  w  żyłach. 
Zmylenie  pogoni  napełniło  mnie  miłym  poczuciem  triumfu.  Nie,  nie  miałem  na  razie  ochoty 
żegnać się z życiem. Obejrzałem się za siebie.

Nasłuchiwałem. Prócz  brzęczenia  komarów  i  szelestu  drobnych skaczących między  cier-

niami  owadów  panowała  niezmącona  cisza.  Potem  w  oddali  zaszczekał  pies,  rozległ  się 
niezrozumiały  zgiełk  głosów,  świst  bata  i  nawoływania.  Hałas  narastał,  ale  po  chwili  znów 
zaczął  cichnąć. Oddalał  się w  górę  strumienia,  aż całkiem zamilkł. Zakończył  się pierwszy etap 
pościgu.

Ale wiedziałem już, do jakiego stopnia mogę liczyć na pomoc Zwierzoludów.

 13. Pertraktacje

Ruszyłem dalej  w  kierunku  morza.  Gorący potok,  jak  się  okazało,  rozszerzał  się  tworząc 

płytkie,  zachwaszczone  rozlewisko,  obfitujące  w  kraby  oraz  podługowate  wielo-nożne  żyjątka, 
które umykały mi spod nóg. Doszedłszy do samej granicy słonej wody poczułem się bezpieczny. 
Stanąłem  odwrócony  plecami  do  morza  i  wsparłszy  się  pod  boki,  obserwowałem  gęstą  ścianę 
zieleni,  przez środek której  przechodziła  parująca  kreska  dymiącego  jaru. Ale  jak już  powiedz-
iałem,  zanadto  byłem  podekscytowany,  a  także  - mówię  szczerą  prawdę,  choć  ci,  którzy  nigdy 
nie znaleźli się w prawdziwym niebezpieczeństwie,  mogą mi nie uwierzyć - zbyt zdesperowany, 
by odebrać sobie życie.

Przyszło  mi  nagle  do  głowy,  iż  mam  jeszcze  jedną  szansę.  Czy  teraz,  kiedy  Moreau  i 

Montgomery  na  czele  swej  poczwarnej  hałastry  przeszukują  wyspę,  nie  udałoby  się  dotrzeć 
brzegiem  plaży do  zabudowań,  słowem  - okrążyć  łukiem  pogoni,  rozbić  zamek  u  drzwi,  może 
wyrwanym  z  luźno  spojonego  muru  kamieniem,  i  poszukać  noża,  rewolweru,  jakiegokolwiek 

background image

narzędzia,  by  stawić  im  czoła,  kiedy  wrócą  do  domu?  Nie  oddałbym  przynajmniej  życia  za 
darmo.

Skręciłem  przeto  brzegiem  morza  na  zachód.  Słońce  zniżyło  się,  porażając  wzrok  ośle-

piającym blaskiem. Łagodne fale przypływu marszczyły powierzchnię Pacyfiku.

Linia brzegowa skręcała dalej ku południowi i słońce znalazło się po mojej prawej stronie. 

Nagle  na  wprost przed sobą  ujrzałem w  oddali  najpierw jedną,  potem kilka  wyłaniających się z 
zarośli postaci - przodem szedł  Moreau ze swym szarym gończym psem, a za nim Montgomery i 
dwaj inni ludzie. Zatrzymałem się na ich widok.

Oni  też  mnie  spostrzegli  i  gestykulując  zaczęli  się  zbliżać.  Obserwowałem  ich.  Dwa 

biegnące przodem Zwierzoludy odcięły mi drogę  w  zarośla. Montgomery biegł  także,  ale prosto 
na mnie. Za nim nieco wolniej podążał Moreau prowadząc psa.

Ocknąłem  się  na  koniec  z  odrętwienia,  wszedłem  do  wody  i  zacząłem  oddalać  się  od 

brzegu. Woda  była początkowo bardzo płytka. Dopiero po  jakichś trzydziestu krokach sięgnęła 
mi pasa. Ledwo widoczne nadbrzeżne żyjątka umykały mi spod nóg.

- Co ty robisz, człowieku? - zawołał Montgomery. 
Obejrzałem się stojąc po pas w wodzie i popatrzyłem na nich.
Montgomery zatrzymał  się na skraju morza ciężko dysząc. Miał  zaczerwienioną z wysiłku 

twarz,  jego długie płowe  włosy były w  nieładzie,  a  opadająca dolna  warga odsłaniała  nierówne 
zęby.  Moreau  właśnie  nadchodził  z  wyrazem  zdecydowania  na  bladej  twarzy;  prowadzony  na 
smyczy pies zajadle  szczekał. Obaj mężczyźni mieli przy sobie  potężne  biczyska. Z  głębi plaży 
popatrywały ku nam Zwierzoludy.

- Co robię? Zamierzam się utopić - odparłem. 
Montgomery i Moreau wymienili spojrzenia.
- Dlaczego?! - krzyknął Moreau.
- Ponieważ wolę śmierć niż wasze tortury.
- Mówiłem ci - rzekł Montgomery, a Moreau odpowiedział mu ściszonym głosem.        
- Co nasunęło ci przypuszczenie, że chcemy cię torturować? - spytał Moreau.
- To, co zobaczyłem - odpowiedziałem. - I widok tych - tam.
- Cicho! - krzyknął Moreau podnosząc rękę.
- Nie  będę cicho! - odkrzyknąłem. - Oni byli ludźmi; co z  nimi zrobiłeś? Przynajmniej nie 

stanę się jednym z nich.

Sięgnąłem  wzrokiem ponad  ich  głowami.  Powyżej  plaży  stał  pomocnik  Montgomery'ego 

M'ling i biało odziany stwór - jeden z dwóch wioślarzy. Nieco dalej,  w cieniu drzew dostrzegłem 
znajomego Małpoluda, a za nim jeszcze kilka niewyraźnych sylwetek.

-  Kim  są  te  stworzenia?  - spytałem  wskazując  palcem  Zwierzoludy i  coraz  bardziej  pod-

nosząc glos,  aby i one mogły mnie słyszeć. - To byli kiedyś ludzie, ludzie jak ty,  ale wszczepiłeś 
im  zwierzęce  cechy,  ujarzmiłeś  ich,  a  jednak  boisz  się  ich!  Słuchajcie  -  krzyknąłem  jeszcze 
głośniej do stojących daleko Zwierzoludów,  wskazując  ręką Moreau. - Słuchajcie mnie! Czy nie 
widzicie,  że  ci  ludzie  boją  się  was,  że  budzicie  w  nich  lęk?  Czego  się  obawiacie?  Jest  was 
wielu...

- Prendick, na litość boską! - wrzasnął Montgomery. - Przestań!
- Prendick! - zawtórował Moreau.
Obaj  krzyczeli  jednocześnie  na  cały głos,  jakby  chcieli  mnie  zagłuszyć. A  za ich plecami 

wyciągały się do przodu zaciekawione,  zdziwione twarze przygarbionych,  długorękich Zwierzo-
ludów.  Sprawiały  wrażenie,  jakby  wielkim  wysiłkiem  woli  usiłowały  mnie  zrozumieć,  przy-
wołać - jak wówczas sądziłem - resztki utraconego człowieczeństwa.

background image

Wciąż krzyczałem,  sam nie bardzo pamiętam co. Że Montgomery i Moreau są śmiertelni i 

nie  trzeba  się  ich  bać  -  oto  w  skrócie  sens  nauk,  które  wbijałem  Zwierzoludom  do  głów  nie 
wiedząc,  iż  działam  na  własną  zgubę.  Zielonooki  człowiek  w  ciemnych  łachmanach,  który 
zaskoczył  mnie  wieczorem  po  przybyciu  na  wyspę,  wysunął  się  spomiędzy  drzew,  by  lepiej 
słyszeć, a za jego przykładem poszły inne stwory.

W końcu zabrakło mi tchu i umilkłem.
- Posłuchaj mnie przez  chwilę  - ozwał  się  opanowanym tonem  Moreau - a  potem zrobisz, 

co uznasz za stosowne.

- Słucham! - odparłem. 
Odchrząknął, pomyślał chwilę i zawołał:
- Łacina,  Prendick! Marna,  szkolna  łacina! Ale  postaraj  się  zrozumieć. Hi  non sunt homi-

nes,  sum  animalia  qui  nos  habemus...  * [* Oni  nie  są  ludźmi,  są  zwierzętami,  które  mamy...] 
zostały zoperowane. Zabiegi uczłowieczające. Wszystko ci wyjaśnię; wyjdź na brzeg. 

Roześmiałem się.
- Piękna bajeczka - odparłem. - Mówią,  budują chaty,  gotują. Byli ludźmi. Nie nabierzesz 

mnie.

- O parę kroków za tobą zaczyna się głębia... pełna rekinów.
- To świetnie - odparłem. - Raz dwa będzie po wszystkim. Już idę.
- Poczekaj chwilę. - Wyjął  z kieszeni jakiś przedmiot,  który zabłysnął  w słońcu,  i rzucił  go 

na ziemię. - To jest naładowany rewolwer - powiedział. - Montgomery zrobi to samo. Teraz cof-
niemy się  na  plażę na  taką  odległość,  jaką  uznasz za  bezpieczną. Potem  wyjdziesz  i zabierzesz 
broń.

- Nie. Któryś z was ma pewnie trzeci rewolwer.
-  Zastanów  się,  Prendick.  Po pierwsze,  nikt  cię  tutaj  nie  zapraszał.  Po  wtóre,  gdybyśmy 

chcieli  ci  coś  zrobić,  dziś  w  nocy  mieliśmy  cię  uśpionego  w  rękach;  a  po  trzecie,  teraz  kiedy 
ochłonąłeś z  pierwszej  paniki,  pomyśl  -  czy  widzisz  Montgomery'ego  w  roli,  jaką  mu  przyp-
isujesz? Ścigaliśmy cię dla twego własnego dobra. Ponieważ wyspa roi się od... niebezpiecznych 
zjawisk. Po co mielibyśmy do ciebie  strzelać,  skoro przed chwilą  oświadczyłeś,  że  sam  zamier-
zasz się utopić?

- Dlaczego poszczuliście na mnie te... tych ludzi, kiedy byłem w szałasie?
- Byliśmy pewni,  że zdołamy cię zatrzymać i wyprowadzić z niebezpiecznego miejsca. Po-

tem skierowaliśmy pościg w inną stronę, dla twojego dobra.

Zamyśliłem się. Może to prawda. Coś sobie jednak przypomniałem.
- Ale to, co widziałem... wewnątrz zagrody...
- To była puma.
- Słuchaj, Prendick. Zachowujesz się jak skończony osioł - odezwał  się nagle Montgomery. 

- Wyłaź z wody,  bierz rewolwery,  a później pogadamy. Gdybyśmy mieli wobec ciebie złe zami-
ary, moglibyśmy to równie dobrze zrobić teraz jak i potem.

Przyznam się,  że Moreau zawsze,  a zwłaszcza wtedy,  budził  we mnie nieufność  i  lęk. Na-

tomiast Montgomery wydawał mi się człowiekiem, którego potrafię rozszyfrować.

- Odejdźcie w głąb plaży - rzekłem po namyśle, i dodałem: - z podniesionymi rękami.
- Nie możemy - odparł  Montgomery robiąc znaczący ruch głową do tyłu. - Trzeba trzymać 

fason.

- Dobrze, cofnijcie się, jak chcecie - rzekłem. - Pod las.
- Co za głupia heca - mruknął Montgomery. 

background image

Odwrócili się obaj stając na wprost sześciu czy siedmiu cudacznych postaci,  żywych istot z 

krwi i  kości,  które rzucały  na  piasek  długie cienie,  a jednak wydawały  się  tak nierealne. Mont-
gomery  strzelił  z  bata  i  stwory  rozpierzchły  się  w  popłochu,  ginąc  wśród  drzew.  Kiedy 
osądziłem,  że Montgomery i  Moreau znajdują się w bezpiecznej  odległości,  wyszedłem  z  wody 
na brzeg,  podniosłem rewolwery  i  dokładnie  je obejrzałem. Obawiając się jakiegoś podstępu na 
wszelki wypadek strzeliłem z jednego z rewolwerów  w  bryłę lawy,  która ku memu zadowoleniu 
rozprysła się obsypując plażę żużlowym pyłem.

Stałem  jeszcze  chwilę  niezdecydowany.  Zaryzykuję,  powiedziałem  sobie  w  końcu  i 

poszedłem ku nim przez plażę, trzymając w obu rękach rewolwery.

- No, nareszcie - powiedział z ulgą Moreau.
- Przez pańską przeklętą imaginację straciłem prawie cały dzień.
A potem z odcieniem pogardy,  która mnie  trochę  ubodła,  obaj  z Montgomerym  odwrócili 

się do mnie plecami i w milczeniu ruszyli pierwsi do domu.

Gromadka  zaintrygowanych  Zwierzoludów  stała  między  drzewami.  Mijając  ich  starałem 

się  zachować obojętność.  Jeden ruszył  za  mną,  ale  cofnął  się,  gdy  Montgomery  strzelił  z  bata. 
Reszta stała w milczeniu,  mierząc nas badawczym wzrokiem. Może kiedyś byli zwierzętami. Ale 
nigdy dotąd nie widziałem zwierzęcia usiłującego myśleć.

 14. Doktor Moreau wyjaśnia

-  A  teraz  wszystko  panu  wyjaśnię  -  oświadczył  doktor  Moreau,  gdy  nasyciliśmy  głód  i 

pragnienie. - Trzeba powiedzieć,  iż jest pan najbardziej bezwzględnym gościem,  jakiego kiedyk-
olwiek miałem okazję przyjmować. Uprzedzam,  że na przyszłość będę mniej wyrozumiały. Jeśli 
jeszcze  raz zażąda pan czegoś pod groźbą samobójstwa,  nie  ustąpię,  choć  sprawi  mi to osobistą 
przykrość.

Siedział  na moim  leżaku trzymając w  zwinnych  białych palcach na  pół  wypalone cygaro. 

Światło kołyszącej  się  pod sufitem  lampy  padało  na  jego  siwą  głowę;  przez  małe  okienko  spo-
glądał  na wygwieżdżone niebo. Ja  siedziałem  w  najdalszym końcu pokoju,  oddzielony od niego 
stołem,  mając  pod  ręką  rewolwer.  Montgomery'ego nie  było  w  pokoju.  Nie  chciałem  mieć  ich 
obu koło siebie w tak małym pomieszczeniu.

- A zatem przyznaje pan,  że to co nazwał  pan operowaną żywcem istotą ludzką, jest w isto-

cie pumą? - spytał Moreau.

Zaprowadził  mnie  przedtem  do  pomieszczenia  wewnątrz  zagrody,  abym  się  upewnił,  że 

ofiara makabrycznych zabiegów nie jest człowiekiem.

- Tak,  jest to puma  -  odparłem  - jeszcze żywa,  ale  tak okaleczona i zmaltretowana,  że nie 

chciałbym więcej oglądać żywego ciała w podobnym stanie. To nieludzkie...

-  Mniejsza  z  tym  -  przerwał  Moreau.  -  Niech  mi  pan  przynajmniej  oszczędzi  swego 

młodzieńczego oburzenia.  To  samo  miałem  na  początku  z  Montgomerym. Przyznał  pan,  że  to 
puma. A teraz proszę słuchać spokojnie, gdyż zrobię panu mały wykład fizjologii.

Po  czym  trochę  znudzonym  tonem,  ale  zapalając  się  stopniowo  w  miarę  mówienia,  wy-

jaśnił  mi,  na czym polega jego praca. Mówił bardzo przejrzyście i przekonująco, niekiedy z nutą 
sarkazmu w głosie. Wkrótce nie wiedziałem, gdzie podziać oczy ze wstydu.

Istoty,  które poznałem,  nie są  ludźmi  i nigdy nimi  nie były. Są to zwierzęta,  ale zwierzęta 

uczłowieczone - arcydzieła sztuki chirurgicznej.

background image

- Zapomina pan,  jak wiele potrafi dokonać z żywą istotą zręczny chirurg - mówił  Moreau. - 

Osobiście bardzo się dziwię,  dlaczego nikt przede mną nie podjął  podobnych doświadczeń. Robi 
się,  oczywiście,  pewne nieśmiałe próby - amputacje,  podcinanie  języka,  przeszczepy. Wie pan z 
pewnością,  iż chirurg może  spowodować albo usunąć zeza? Przeszczepy natomiast  powodują  w 
organizmie  najrozmaitsze  zmiany  wtórne  -  zaburzenia  pigmentu,  modyfikację  popędów, 
procesów wydzielania tkanki tłuszczowej, i tak dalej. Musiał pan o tych sprawach słyszeć.

- Oczywiście - odparłem. - Ale te paskudne stwory...
- Wszystko w swoim czasie - przerwał, machając niecierpliwie ręką - dopiero zacząłem. To 

były  przypadki  najtrywialniejszych  zmian.  Chirurgia  dysponuje  znacznie  szerszymi  możli-
wościami. Potrafi  budować,  niszczyć  i  przekształcać. Słyszał  pan może o dość rozpowszechnio-
nym  zabiegu  stosowanym  w  przypadku  poważnych uszkodzeń  nosa.  Polega  on  na  wycięciu  z 
czoła płata skóry,  który po dopasowaniu do kształtu nosa przyjmuje się w nowym miejscu. To są 
przeszczepy w  obrębie  tego samego organizmu. Ale  można  również  przeszczepiać  świeżo  am-
putowane części innego organizmu,  na przykład - zęby. Dla przyspieszenia procesu gojenia się i 
zrastania  przeszczepia  się  fragmenty skóry lub  kości.  Chirurg pokrywa  ranę  kawałkiem  skóry 
innego, świeżo zabitego zwierzęcia lub wszczepia jego kości. Słyszał  pan może o eksperymencie 
Huntera, który zaszczepił  kogucią ostrogę na szyi wołu. Albo o szczuro-nosorożcach algierskich 
żuawów  -  potworki  te  powstają  w  ten  sposób,  że  normalnemu  szczurowi  przyszywa  się  do 
pyszczka koniuszek ogona, który przyrasta doń na stałe.

- Produkowanie potworów!  - wykrzyknąłem. - Chce pan powiedzieć...
-  Tak  jest.  Istoty,  które  pan  widział,  są  przetworzonymi,  ukształtowanymi  na  nowo 

zwierzętami.  Tej  sprawie  -  badaniu  plastyczności  żywych  organizmów  -  poświęciłem  życie. 
Zajmuję się nią  od lat,  stale  poszerzając  swą wiedzę  i  umiejętności. Ma  pan przerażoną minę,  a 
przecież mówię o rzeczach dobrze znanych. W anatomii praktycznej wszystko to było od dawna 
widoczne  gołym okiem,  tylko  nikt nie miał  odwagi  wyciągnąć  wniosków.  Potrafię zmienić  nie 
tylko zewnętrzny kształt  zwierzęcia. Fizjologię  istot żywych  oraz rytm  procesów  chemicznych, 
które w nich zachodzą,  można również trwale modyfikować takimi znanymi skądinąd metodami 
jak wstrzykiwanie lub wszczepianie żywych i martwych substancji.

-  Podobnym  zabiegiem  jest  transfuzja  krwi,  dziedzina,  od  której  rozpocząłem  notabene 

swoją karierę.  Wszystko to są sprawy ogólnie wiadome. Mniej  wiemy  o przypuszczalnie znac-
znie bardziej  złożonych operacjach,  dokonywanych przez  średniowiecznych medyków  specjali-
zujących się  w  produkowaniu  karłów,  żebrzących  kalek  i  cyrkowych  potworków;  pozostałości 
ich sztuki  można się  doszukać  w  zabiegach stosowanych  za młodu wobec  późniejszych  sztuk-
mistrzów,  tak  zwanych  ludzi  z  gumy  i  różnych  akrobatów.  Wiktor  Hugo  opisał  te  sprawy  w 
Człowieku śmiechu... Ale  być może zaczyna  pan już  rozumieć,  do czego zmierzam.  Jest  chyba 
jasne,  że  można  przeszczepiać  tkankę  z  jednej  części  organizmu  na  inną  bądź  jednemu 
zwierzęciu  tkankę  innego  zwierzęcia,  wpływać  na  jego  reakcje  chemiczne  i  procesy  wzrostu, 
modyfikować czynności kończyn, a nawet całą wewnętrzną strukturę.

-  A  jednak  nikt  ze  współczesnych  badaczy  nie  zajął  się  systematycznie  tą  niezwykłą 

dziedziną wiedzy - dopiero ja! Chirurgia tylko w ostateczności ucieka się do tego typu zabiegów; 
większość  pokrewnych odkryć,  które  być może przychodzą  panu w  tej  chwili  na  myśl,  była  na 
ogół  dziełem  przypadku - dokonywali ich tyrani,  zbrodniarze,  hodowcy koni i psów, wszelkiego 
rodzaju niewykwalifikowani  partacze,  działający w  imię własnych,  egoistycznych celów. Ja jes-
tem  pierwszym  człowiekiem,  który  zajął  się  tym  zagadnieniem  ze  znajomością  współczesnej, 
antyseptycznej chirurgii i odkrytych przez naukę praw rozwoju. Ale nie sposób sobie wyobrazić, 
by już dawniej nie uprawiano tych rzeczy w sekrecie. Takie, na przykład,  bliźnięta syjamskie... A 

background image

co musiało się dziać w lochach Inkwizycji. Głównym celem było oczywiście wymyślanie wyraf-
inowanych tortur,  ale przynajmniej część inkwizytorów z pewnością przejawiała bodaj cień nau-
kowych zainteresowań...

- No tak - wtrąciłem - ale te stwory... Te zwierzęta mówią!
Przytaknął,  po czym zaczął wyjaśniać,  iż chirurgia potrafi wywoływać przemiany nie tylko 

fizyczne.  Świnia  poddaje  się  uczeniu.  Struktura  umysłu jest  jeszcze  mniej  zdeterminowana  niż 
struktura  fizyczna.  Pierwsze  osiągnięcia  naukowej  hipnozy  zdają  się  otwierać  możliwość 
zastępowania  dawnych,  wrodzonych  instynktów  nowymi  sugestiami  -  usuwania  dziedzicznie 
utrwalonych  idei  i  wszczepiania  na  ich  miejsce  nowych.  Tak  zwane  wychowanie  moralne 
sprowadza  się  w  istocie  rzeczy  do  równie  sztucznych  zabiegów  modyfikujących  lub  znieksz-
tałcających  naturalne  instynkty;  wojowniczość  przekształcamy  w  zdolność  do  heroicznego  sa-
mopoświęcania,  a  stłumiony popęd  seksualny  w  uczucia  religijne. Główna  zaś różnica  między 
człowiekiem  a  małpą,  oświadczył,  tkwi  w  budowie  krtani,  w  niemożności  tworzenia  subtelnie 
zróżnicowanych symboli  dźwiękowych  wspomagających  procesy myślowe.  Ośmieliłem  się  za-
protestować,  ale  on  dosyć  niegrzecznie  zignorował  moje  argumenty,  powtórzył  poprzednie 
twierdzenie i dalej opowiadał o swojej pracy.

Zapytałem go jednak, dlaczego za model wybrał  sobie właśnie ludzką postać. Od początku 

dopatrywałem się w tym wyborze jakiejś szczególnej nikczemności, i nadal się jej dopatruję. 

Przyznał, że stało się to właściwie przypadkiem.
- Równie dobrze mógłbym  się  zajmować przerabianiem owiec na lamy albo lam  na  owce. 

Sądzę,  iż  ludzka  postać  znacznie  silniej  przemawia  do  naszej  wyobraźni  artystycznej  niż 
jakiekolwiek  kształty  zwierzęce.  Ale  nie  ograniczam  się  do  tworzenia  ludzi.  Parokrotnie...  - 
zamilkł  na  dłuższą chwilę.  -  Ile  to  już  lat!  Jak  one  zleciały! A  teraz  straciłem  dzień,  żeby  ura-
tować panu życie, i tracę kolejną godzinę, żeby się przed nim wytłumaczyć!

- Bardzo przepraszam - wtrąciłem  - ale nadal  czegoś nie rozumiem. Czym  usprawiedliwia 

pan  zadawanie  tak  okropnych cierpień?  Jedyne,  co  moim  zdaniem  może  uzasadnić  stosowanie 
wiwisekcji, to jakiś praktyczny cel...

- No właśnie - przytaknął. - Tyle tylko,  że  nasze sposoby myślenia  są diametralnie różne. 

Mówimy innymi językami. Pan jest materialistą.

- Nie jestem materialistą - zaperzyłem się.
- Powtarzam: z mego punktu widzenia. Różnimy się właśnie  podejściem do bólu. Dopóki 

widoczne  lub  słyszalne  objawy  bólu  stanowią  dla  człowieka  udrękę,  dopóki  motorem  jego 
działania jest chęć uniknięcia bólu,  dopóki jego koncepcja grzechu wynika ze stosunku do bólu - 
dopóty, mówię panu, jest on tylko zwierzęciem uświadamiającym sobie nieco jaśniej to samo, co 
odczuwa zwierzę. Ból to przecież...

Słysząc te sofizmaty niecierpliwie wzruszyłem ramionami.
-  Och!  To  rzecz  tak  mało istotna.  Umysł  prawdziwie  otwarty  na  to,  co mówi  nauka,  nie 

może nie zdawać sobie  sprawy ze znikomości bólu. Być może  poza naszą małą planetą,  poza  tą 
grudką kosmicznego  pyłu,  która znikłaby z oczu podróżnika  na  długo przed  osiągnięciem  najb-
liższej  gwiazdy... otóż  chcę powiedzieć,  iż rzecz zwana  bólem być może nigdzie indziej  nie ist-
nieje. Natomiast prawa, ku którym po omacku się zbliżamy... Czym zresztą jest ból tu,  na ziemi, 
wśród istot żywych?

Mówiąc  to  wyjął  z  kieszeni  niewielki  scyzoryk,  otworzył  go  wyciągając  krótsze  ostrze  i 

odsunął  się z  leżakiem  tak,  bym widział  jego udo. Następnie,  wybrawszy z  rozmysłem  miejsce, 
wbił sobie scyzoryk w nogę, po czym wyciągnął ostrze.

background image

-  Musiał  pan  nieraz  widzieć  podobne  eksperymenty.  To  boli  tyle  co  ukłucie  szpilki.  A 

wniosek? Ból nie  jest mięśniom niezbędny i nie  jest im dany;  owszem,  w skórze spełnia pewną 
funkcję,  ale uda mają tylko parę miejsc czułych na ból. Ból jest po prostu wewnętrznym doradcą 
medycznym, który nas ostrzega i pobudza. Nie całe ciało jest wrażliwe na ból,  nawet nie wszyst-
kie  komórki  nerwowe  i  nie  wszystkie  komórki  organów  zmysłowych.  Nerw  wzrokowy  jest 
całkowicie  niewrażliwy  na  ból  -  to  znaczy  podrażnienie  go  nie  powoduje  prawdziwego  bólu. 
Wywołuje jedynie błyski światła, podobnie jak uszkodzenie nerwu słuchowego objawia się tylko 
szumem w uszach. Rośliny nie odczuwają bólu, a zwierzęta niższe,  takie na przykład rozgwiazdy 
czy raki, najprawdopodobniej też go nie znają. Ludzie natomiast, w miarę rozwijania swej inteli-
gencji,  będą coraz rozumniej dbać o własne bezpieczeństwo i potrzeba ostrzegawczych bodźców 
stopniowo zaniknie. Nie słyszałem jeszcze o bezużytecznym zjawisku, które w procesie ewolucji 
nie zostałoby prędzej czy później wyeliminowane, a pan? Ból staje się coraz mniej potrzebny.

A  po  drugie,  panie  Prendick,  jestem  człowiekiem  wierzącym,  jak  każda  istota  przy 

zdrowych zmysłach.  I chyba  nieco lepiej poznałem  sposoby działania Stwórcy tego świata  - al-
bowiem przez całe życie na swój sposób badałem Jego prawa - niż pan, który, o ile dobrze rozu-
miem,  zajmował  się kolekcjonowaniem motyli. Mogę więc pana zapewnić,  że niebo i piekło nie 
mają  nic wspólnego z przyjemnością i  bólem.  Przyjemność  i  ból! Też coś! Czym  różni się  teo-
logiczna  ekstaza  od  mahometańskiej  hurysy  w  mroku! Znaczenie,  jakie  rozkosz  i ból  mają  dla 
ludzi,  to miara  ich  zwierzęcości,  to  zapisane  w  ludziach  piętno zwierzęcia,  od którego  się  wy-
wodzą. Ból! Ból i przyjemność istnieją tylko tak długo, jak długo tarzamy się w prochu...

W moich  badaniach,  panie Prendick,  podążałem  tropem,  który  one  same  mi wskazywały. 

Nie słyszałem o innej metodzie prowadzenia badań naukowych. Zadawałem sobie jakieś pytanie, 
szukałem sposobu na uzyskanie odpowiedzi i w  rezultacie otrzymywałem - nowe pytanie. Może 
to  jest  możliwe,  a  może  tamto?  Nie  ma  pan  pojęcia,  co  to oznacza  dla  prawdziwego  badacza, 
jaką pasję intelektualną potrafi  zrodzić. Nie umie pan sobie wyobrazić owej szczególnej,  czysto 
intelektualnej rozkoszy poznania. Materiał, z którym ma pan do czynienia, przestaje być dla pana 
zwierzęciem,  żywą  istotą  taką  samą  jak pan,  stając się  problemem.  Współczucie  jest dla mnie 
jedynie wspomnieniem czegoś, co przeżywałem kiedyś,  przed laty. Mam tylko jedno pragnienie 
- poznać granice plastyczności żywego organizmu.

- Ale to, co pan robi, jest ohydne - rzekłem.
- Nigdy  nie zawracałem  sobie  głowy etyczną  stroną  zagadnienia. Człowiek badający Na-

turę staje się równie bezlitosny jak ona. Pracowałem myśląc jedynie o zaprzątającym mnie prob-
lemie,  a  produkty  owej  pracy...  odpływały  do  szałasów...  Blisko  jedenaście  lat  mija,  jak  przy-
byłem  tutaj  z  Montgomerym  i  sześcioma  Kanakami.  Pamiętam  widok  cichej  zielonej  wyspy 
pośrodku pustego oceanu, jakby to było wczoraj. Wydawało mi się, że na mnie czeka.

Wyładowaliśmy  bagaże  i  zbudowaliśmy  dom.  Kanakowie  postawili  sobie  szałasy  w 

pobliżu  kotliny. Przystąpiłem  do pracy nad  tym,  co  z  sobą  przywiozłem.  Początkowo  zdarzały 
się  przykre pomyłki. Zacząłem  od  owcy,  ale  w  połowie drugiego dnia omsknął  mi  się  skalpel  i 
zwierzę  zginęło;  wziąłem następną  owcę,  uczyniłem  z  niej  stworzenie  zbolałe  i przerażone,  po 
czym czekałem,  aż wyzdrowieje. W chwili gdy kończyłem pracę,  jej postać wydawała się bardzo 
ludzka,  ale  po  rozwinięciu  bandaży  spotkało  mnie  rozczarowanie;  pamiętała  mnie  i  bała  się 
straszliwie,  a  rozumu  miała  tyle  co  owca.  Im  dłużej  jej  się  przyglądałem,  tym  pokraczniejsze 
sprawiała na mnie  wrażenie  i w rezultacie  położyłem kres jej  niedoli. Te bojaźliwe,  zastrachane 
zwierzęta, pozbawione woli walki i odporności na ból nie nadają się do tego, by je uczłowieczać.

Następnie wybrałem goryla i wysilając cały swój kunszt,  pokonując z niesłychaną dokład-

nością wszystkie kolejne trudności i przeszkody, stworzyłem pierwszego człowieka. Pracowałem 

background image

nad nim dniem i nocą,  przez  cały tydzień. Głównym  zadaniem był  proces kształtowania mózgu; 
wiele należało dodać  i wiele zmienić. Kiedy pozszywany i zabandażowany leżał  nieruchomo po 
skończonej  pracy,  wyglądał  na  wcale  niezły  okaz  negroida.  Upewniwszy  się,  iż  jego życiu  nic 
nie  zagraża,  wróciłem do pokoju i  zastałem Montgomery'ego w stanie podobnym do pańskiego. 
Słyszał  krzyki  uczłowieczanej  istoty,  krzyki podobne  do  tych,  które tak bardzo  rozstroiły  pana. 
Ale początkowo nie wtajemniczałem go w swoje sprawy.

Kanakowie też zaczęli się czegoś domyślać. Bali się mnie jak samego diabła. Zdołałem do 

pewnego  stopnia  pozyskać  sobie  Montgomery'ego  i  robiliśmy  wszystko  co  w  naszej  mocy,  by 
zapobiec  ich  ucieczce.  Ale  po  pewnym  czasie  zbiegli,  pozbawiając  nas  jachtu.  Tymczasem 
zająłem  się  uczeniem zwierzęcia  - trwało  to w  sumie  trzy albo  cztery miesiące. Nauczyłem  go 
podstaw  angielskiego,  pewnych pojęć  arytmetycznych i próbowałem  zapoznać z  alfabetem. Ale 
nauka szła mu opornie,  choć muszę powiedzieć, iż znałem debili lepszych niż on. Jego umysł  był 
czystą,  nie zapisaną kartą; nie zachował  żadnych wspomnień z poprzedniego okresu swej egzys-
tencji. Kiedy jego ciało wygoiło się i oprócz pewnej bolesności oraz zesztywnienia członków nic 
mu  nie  dolegało,  zaprowadziłem  go  do  osady  Kanaków  i  przedstawiłem  jako  niezwykłego 
pasażera na gapę.

Początkowo budził  w  nich niezrozumiały,  śmiertelny strach - trochę  mnie  to ubodło,  gdyż 

byłem  bardzo  dumny  ze  swego  dzieła  -  ale  jego  potulność  i  nieporadność  sprawiły,  że  po 
pewnym  czasie  przyjęli  go  do  swego  grona  i  zaczęli  uczyć  różnych  czynności.  Okazał  się 
pojętnym uczniem,  miał  duże zdolności naśladowcze i łatwo się przystosowywał,  a szałas,  który 
sobie  zbudował,  był,  moim  zdaniem,  zrobiony  lepiej  niż  ich  chaty.  Jeden  z  Kanaków,  młody 
chłopak o misjonarskim zacięciu,  nauczył  go czytać,  a może  raczej rozpoznawać niektóre litery, 
a  ponadto  starał  się  wpoić  mu  pewne  podstawowe  pojęcia  moralne,  ale  o  ile  wiem,  obyczaje 
stwora pozostawiały nadal wiele do życzenia.

Zrobiłem sobie kilkudniową przerwę w pracy,  zamyślałem bowiem napisać sprawozdanie z 

eksperymentu,  aby obudzić  angielską fizjologię.  Jednakże  pewnego dnia  zastałem  mego stwora 
siedzącego  na  drzewie  i  bełkoczącego  niezrozumiale  do  dwóch  Kanaków,  którzy  się  z  nim 
drażnili. Ostro  go  zgromiłem  uświadamiając  mu niestosowność takiego nie  licującego z  człow-
ieczeństwem postępowania,  obudziłem w nim  poczucie wstydu i wróciłem do domu,  zdecydow-
any  nie  przedstawiać  angielskiej  opinii  swoich badań,  dopóki  nie  osiągnę  lepszych rezultatów. 
Od  tego  czasu  istotnie  osiągnąłem  znacznie  lepsze  wyniki;  cóż,  kiedy  z  niewiadomych 
powodów, prędzej czy później, zawsze następuje regres,  zwierzęca tkanka uporczywie, z dnia na 
dzień odrasta i odżywa... Ale dokonam jeszcze większych rzeczy. Pokonam i to. Puma...

Ale  żeby  skończyć  z  przeszłością;  Kanakowie  nie  żyją. Jeden  wypadł  z  szalupy i  utonął, 

drugi  zmarł  od  rany  w  stopie,  którą  zakaził  czy  zatruł  sokiem  jakiejś  rośliny.  Trzej  odpłynęli 
jachtem  i  mam  nadzieję,  że  również  zatonęli.  Jeden...  został  zabity.  No  cóż  znalazłem  ich 
następców. Montgomery zachowywał się początkowo podobnie jak pan, ale z czasem...

- Co się stało z ostatnim Kanaką? - przerwałem ostro. - Tym zabitym?
-  Widzi  pan,  kiedy  miałem  już  za  sobą  wiele  człeko-podobnych  istot,  zdarzyło  mi  się 

stworzyć coś... - zawahał się.                   

- Tak? - przynagliłem go.
- Został zabity.
- Nie rozumiem - odparłem. - Czy to znaczy...
- Tak,  to on zabił  Kanakę. Pozabijał  też kilka innych stworzeń,  które dopadł. Polowaliśmy 

na niego przez parę dni. Wymknął  się  z zagrody przypadkiem,  wcale nie  zamierzałem wypuszc-
zać go na  swobodę. Był,  że się  tak wyrażę,  półproduktem  - sporządzonym  w  celach czysto ek-

background image

sperymentalnych. Nie  miał  nóg ani  rąk,  tylko straszną  paszczę,  i wił  się  po ziemi  jak  wąż. Był 
niesłychanie silny i obłąkany z bólu;  posuwał  się  susami jak  płynący morświn. Buszował  przez 
kilka dni po lesie  niszcząc wszystko,  co napotkał  na swej drodze,  aż  na koniec,  gdy zdołaliśmy 
go wytropić,  umknął  na  północny kraniec wyspy. Rozdzieliliśmy się,  aby go zajść  z  dwu stron, 
ale Montgomery chciał  być  koniecznie ze  mną.  Kanaka miał  strzelbę.  Kiedy odnaleźliśmy  jego 
ciało,  jedna  z  luf była  przegryziona  prawie  na  pół  i  wygięta  w  literę  S.  Montgomery  zastrzelił 
potwora...  Od tego  czasu,  poza  drobnymi wyjątkami,  trzymam  się  konsekwentnie  modelu  ludz-
kiej  postaci.  Przerwał.  W milczeniu  obserwowałem  jego  twarz.  -  I  tak,  wliczając  dziewięć  lat 
spędzonych w  Anglii  -  ciągnął  po  chwili  -  pracuję  nad  tym  zagadnieniem  od  dwudziestu lat  i 
wciąż  natrafiam  na  jakiś  opór,  ponoszę  częściowe  porażki,  które  mobilizują  mnie  do  tym 
większego wysiłku. Czasami  osiągam  szczyty swoich  możliwości,  kiedy indziej  coś mi  się  nie 
udaje,  ale  wyniki  nigdy  nie  dorównują  temu,  co  sobie  wymarzyłem.  Modelowanie  ludzkiej 
postaci  -  smukłej  i  gibkiej  albo ciężkiej  i  masywnej  - nie  przedstawia  dziś dla mnie  trudności. 
Zdarzają się kłopoty z formowaniem rąk i paznokci - są to zabiegi  bardzo bolesne,  wymagające 
daleko  idącej  ostrożności.  Ale  sedno  problemu  tkwi  w  mózgu,  który  wymaga  subtelnych 
przekształceń i przeszczepów. Poziom inteligencji okazuje się niekiedy zadziwiająco niski,  zdar-
zają  się  nie  wyjaśnione  luki,  brak  myślowych  powiązań.  Ale  największy  opór  napotykam  w 
nieuchwytnej,  trudnej do zlokalizowania sferze  emocji. W jakiejś nieokreślonej  zbiornicy niszc-
zących  człowieczeństwo. instynktów  i  popędów,  które  wybuchają  ni  stąd ni zowąd,  napełniając 
całą istotę gniewem, nienawiścią albo strachem.

Panu  te  istoty  wydały się  w  pierwszej  chwili  cudaczne  i  niesamowite,  ja  natomiast,  bez-

pośrednio po ich stworzeniu,  widzę w  nich bezsporne istoty ludzkie. Dopiero po dłuższej obser-
wacji  wrażenie  to  zaczyna  słabnąć.  Powoli,  stopniowo  ujawniają  się  coraz  to  nowe  cechy 
zwierzęce  i  kłują  mnie  w  oczy...  Ale  kiedyś  dopnę  swego.  Pogrążając  kolejną  żywą  istotę  w 
otchłani  cierpienia,  zawsze sobie  powtarzam: tym  razem  wypalę z ciebie całą zwierzęcość,  tym 
razem  stworzę  własnymi  rękami  racjonalną  istotę  ludzką. Cóż  to w  końcu  znaczy dziesięć  lat? 
Człowiek potrzebował stu tysięcy lat, by stać się człowiekiem.

Spochmurniał, zamyślony.
- Zbliża się decydujący moment. Ta puma... 
Po chwili milczenia dodał:
- Ale zawsze przychodzi regres. Gdy tylko wypuszczę je z rąk,  bestia natychmiast zaczyna 

podnosić głowę i dochodzić swoich praw...

Ponowne długie milczenie.
- Wtedy odsyła je pan do szałasów? - spytałem.
-  Odchodzą.  Wypuszczam  je,  gdy spostrzegam  budzącą  się  zwierzęcość,  a  one  z  czasem 

wędrują  tam  same.  Boją  się  mnie  i  tego  domu. Życie,  które  tam  prowadzą,  jest  jakby parodią 
ludzkiej  egzystencji.  Montgomery lepiej się  na  tym zna,  gdyż  ingeruje  w  ich sprawy. Przyuczył 
kilka  stworów  do różnych posług. Podejrzewam,  chociaż  on  sam  wstydzi  się  o  tym  mówić,  że 
ma  do nich,  szczególnie do niektórych,  tajoną słabość. Ale to nie  moja rzecz. Dla mnie są  tylko 
przypomnieniem  klęski.  Nie  zajmuję  się  nimi.  O  ile  wiem,  postępują  nadal  w  myśl  zasad 
wyznaczonych przez kanackiego misjonarza,  a  ich życie jest  żałosną  karykaturą  racjonalnej  eg-
zystencji.  Biedne  zwierzaki!  Mają  coś,  co  nazywają  Prawem.  Śpiewają  jakieś  niby-religijne 
hymny. Budują szałasy,  gromadzą  owoce,  zbierają  zioła  -  a  nawet zawierają  małżeństwa. Ale  ja 
wiem,  co  się  za  tym  kryje,  przenikam na  wylot ich zwierzęce,  ułomne dusze  pełne  nienawiści, 
namiętnej  żądzy  życia i  chęci zaspokojenia  instynktów... A jednak  są  zastanawiające;  są skom-
plikowane - jak wszystko, co żyje. Tkwi w nich cień wyższych aspiracji - próżność, nie zaspoko-

background image

jona  ciekawość,  nie  spełniona  uczuciowość.  Dla  mnie  jest  to  czyste  urągowisko...  Ale  wiążę 
pewne nadzieje z pumą; poświęciłem wiele pracy na ukształtowanie jej mózgu i głowy...

- No i jak pan to widzi? - zapytał  wstając po długiej chwili milczenia, podczas której każdy 

z nas zajęty był własnymi myślami. - Czy przestał się mnie pan obawiać?

Spojrzałem  na  niego  i  zobaczyłem  jedynie  siwowłosego  mężczyznę  o  bladej  twarzy  i 

spokojnych  oczach.  Gdyby  nie  ten  szczególny,  niemal  zachwycający  spokój  wynikający 
częściowo  z  żelaznej  woli,  a  częściowo  z  imponującej  sylwetki,  Moreau  mógłby  przejść  nie 
zauważony wśród tysiąca dobrodusznie  wyglądających starszych panów. Potem wstrząsnął  mną 
dreszcz. W odpowiedzi na ostatnie pytanie wyciągnąłem ręce, oddając mu oba rewolwery.

- Proszę  je zatrzymać  - machnął  ręką,  lekko ziewając. Patrzył  na mnie przez chwilę,  a po-

tem z uśmiechem dodał: - Ma pan za  sobą dwa burzliwe  dni. Radzę się przespać. Cieszę  się,  że 
mamy to już za sobą. Dobranoc.

Jeszcze  chwilę  uważnie  mi  się  przyglądał,  a  potem  wyszedł  z  pokoju  wewnętrznymi 

drzwiami. Szybko przekręciłem klucz w drzwiach prowadzących na zewnątrz.

Opadłem na krzesło i długi czas siedziałem w  otępieniu,  zbyt wyczerpany - emocjonalnie, 

fizycznie  i  duchowo,  by  wybiec  myślami  poza  jego  ostatnie  słowa.  Zionący  czernią  prostokąt 
okna  wpatrywał  się we mnie jak oko. Zmusiłem się  na  koniec  do zgaszenia lampy i  padłem  na 
hamak. Niemal natychmiast zasnąłem.

 15. Kilka słów o Zwierzoludach

Obudziłem  się  wczesnym  rankiem.  Wyjaśnienie  doktora  Moreau  od  pierwszej  chwili 

miałem  jasno w  pamięci.  Wstałem  z  hamaka,  aby  się  upewnić,  czy  zewnętrzne  drzwi  są  zam-
knięte  na  klucz.  Następnie próbowałem potrząsnąć  żelazną sztabą w  oknie - była  dobrze zamo-
cowana. Świadomość,  że człekopodobne stwory są jedynie żałosną parodią ludzi,  budziła nieok-
reślone  obawy,  znacznie dotkliwsze niż jakiekolwiek sprecyzowane zagrożenie. Usłyszałem pu-
kanie do drzwi i gardłowy głos M'linga. Włożyłem rewolwer do kieszeni i nie zdejmując zeń ręki 
otworzyłem drzwi.

-  Dzień  dobry,  sejr -  powiedział  M'ling  wnosząc  śniadanie,  które  prócz  zwykłych  jarzyn 

składało  się  z  niedogotowanego  królika. Tuż  za  nim  wszedł  Montgomery.  Uśmiechnął  się  pod 
nosem widząc, iż trzymam rękę w kieszeni.

Puma  miała tego dnia odpoczywać po zabiegach;  jednakże Moreau,  samotnik z  upodoba-

nia,  nie pojawił  się na wspólnym śniadaniu. Wyciągnąłem Montgomery'ego na  rozmowę,  chcąc 
lepiej  poznać  obyczaje  Zwierze-ludów.  Interesowało  mnie  przede  wszystkim,  w  jaki  sposób 
jemu  i  doktorowi  Moreau  udaje  się  zapobiegać  napaściom  ze  strony  tych  poczwar,  a  także 
krwawym rozprawom pomiędzy Zwierzoludami.

Swoje  względne  bezpieczeństwo,  wyjaśnił  Montgomery,  zawdzięczają  umysłowemu 

ograniczeniu tych stworów. Mimo  wzmożonej  inteligencji  i  stałej  groźby  nawrotu pierwotnych 
instynktów,  w  umysłach tych istot tkwią  pewne  podstawowe pojęcia,  wpojone  im przez  doktora 
Moreau,  które  całkowicie  pętają ich  wyobraźnię. Zostały niejako zahipnotyzowane - wiedzą,  że 
pewne rzeczy są niemożliwe, a inne niedopuszczalne,  gdyż zakazy te zostały wszczepione w  ich 
tkankę mózgową w sposób wykluczający możliwość nieposłuszeństwa czy wątpliwości.

Pewne  jednak  sfery,  te  mianowicie,  gdzie  zamiarom  doktora  staje  na  przeszkodzie  pier-

wotny  instynkt,  są  znacznie  mniej  ustabilizowane.  Zbiór  reguł  postępowania  nazywanych 
Prawem - z którymi miałem  już okazję się zapoznać - walczy w nich o lepsze z głęboko zakor-

background image

zenionymi,  trudnymi  do  poskromienia  instynktami  zwierzęcymi.  Owo  Prawo  jest  wiecznie 
powtarzane,  jak odkryłem,  i stale łamane. Obaj z Moreau dokładają wszelkich starań,  by Zwier-
zoludy nie poznały smaku krwi. Obawiają się,  iż tego rodzaju doświadczenie mogłoby pociągnąć 
za sobą nieodwracalne skutki.

Moc  Prawa,  jak  powiedział  mi  Montgomery,  wyraźnie  słabnie  po  zapadnięciu  zmroku, 

szczególnie  u  stworów  kołowatych;  ich zwierzęca  natura  najsilniej  odzywa  się  nocą;  wówczas 
wstępuje w nie duch przygody; zdobywają się na postępki, o jakie za dnia nikt by ich nie podejr-
zewał.  Temu  należy  przypisać  zachowanie  się  Człowieka-Lamparta,  który  skradał  się  za  mną 
pierwszego  wieczora. Jednakże  w  początkowym  okresie  mego  pobytu  na  wyspie  Zwierzoludy 
łamały Prawo tylko ukradkiem  i  po  zapadnięciu zmroku;  w  ciągu  dnia  jego  wielorakie  zakazy 
otaczała atmosfera poszanowania.

Przy okazji podam  pewne  ogólne wiadomości dotyczące wyspy oraz  Zwierzoludów. Otóż 

mała  ta  wyspa,  zagubiona  w  bezmiernym  oceanie,  ma  nieregularny  kształt,  a  jej  powierzchnia 
wynosi,  jak  przypuszczam,  od  siedmiu  do  ośmiu  mil  kwadratowych*.[*  Opis  ten  pod każdym 
względem  odpowiada  Wyspie  Noble'a  - C.E.P.]  Powstała  na  skutek  wulkanicznego wybuchu  i 
jest  z  trzech stron otoczona rafami. Jedyny ślad sił,  które ją  niegdyś stworzyły,  to gorące  źródło 
oraz  buchające  z  północnego  cypla  fumarole.  Czasami  wyczuwało  się  lekkie  podziemne 
wstrząsy,  a  cienką  strużkę dymu  zastępowały skłębione  opary. Ale  to  wszystko. Według Mont-
gomery'ego  wyspę  zamieszkiwało  ponad  sześćdziesiąt  dziwolągów  będących  dziełem  doktora 
Moreau nie licząc  drobniejszych potworków,  które nie  przypominały ludzi i zaludniały podszy-
cie leśne.

Moreau  wyprodukował  w  sumie  prawie  sto  dwadzieścia  stworów,  ale  część  z  nich  wy-

marła;  niektóre  zginęły  gwałtowną  śmiercią,  między  innymi  ów  beznogi  potwór,  o  którym 
opowiadał  mi  Moreau. Odpowiadając  na  dalsze  pytania  Montgomery wyjaśnił,  iż  Zwierzoludy 
miewają małe,  ale większość  z nich umiera. Nic nie wskazuje  na to,  by potomstwo dziedziczyło 
ludzkie  cechy  wszczepione  rodzicom.  Jeśli  któreś  z  małych  utrzyma  się  przy  życiu,  Moreau 
zabiera  je rodzicom i nadaje mu ludzką postać. Samice  są mniej liczne  niż samce  i  wbrew  zale-
canej Prawem monogamii bywają często potajemnie wykorzystywane.

Nie potrafię  opisać dokładnie wyglądu Zwierzoludów  - nie mam  pamięci do szczegółów  i 

niestety,  nie  umiem  rysować.  Chyba  najbardziej  uderzającą  cechą  tych  stworzeń  była  dyspro-
porcja  między  długością  ciała  i  nóg;  nasze  poczucie  harmonii  kształtów  jest  jednak  tak 
względne,  iż  z  czasem  oswoiłem  się  z  ich  wyglądem  do  tego stopnia,  że  moje  własne,  długie 
nogi zaczęły mi się wydawać czymś nienaturalnym,  a nawet niezgrabnym. Następny rys charak-
terystyczny  to sposób  trzymania  głowy  z  wysuniętą  do przodu szczęką  i niezgrabna,  nieczłow-
iecza pochyłość pleców. Nawet Małpoludowi brakowało owego sinusoidalnego wygięcia pleców, 
które  nadaje  ludzkiej  postaci  tyle  gracji  i  wdzięku.  Większość  Zwierzoludów  miała  niezdarne 
krótkie ramiona,  zaś przedramiona zwisały bezradnie po bokach. Na ogół  nie były rażąco owło-
sione - w każdym razie do ostatniego okresu mego pobytu na wyspie.

Miały ponadto rażąco  zdeformowane  twarze  i  głowy  - silnie  rozbudowane,  wysunięte  do 

przodu szczęki,  nieforemne uszy,  wielkie, wydatne nosy,  skudlone albo szczeciniaste  włosy oraz 
dziwnie  zabarwione  i  rozmieszczone  oczy.  Oprócz  Małpoluda,  z  którego  gardła  dobywał  się 
czasami  piskliwy  chichot,  żaden  Zwierzolud  nie  umiał  się  śmiać.  Pomijając  wymienione  tu 
własności  ogólne,  ich  twarze  i  głosy  nie  były do  siebie  podobne;  każdy  stwór  zachował  cechy 
określonego gatunku - piętno  człowieczeństwa  nie  przesłoniło,  jedynie  zniekształciło lamparta, 
świnię,  wieprza lub  inne zwierzę albo zwierzęta,  które się  nań złożyły. Ich  głosy  też bardzo się 
różniły.  Wszystkie  Zwierzoludy  miały  niekształtne  dłonie,  czasami  zadziwiająco  ludzkie,  ale  z 

background image

reguły o mniejszej  ilości  palców  i o nieforemnych paznokciach,  niemal całkowicie pozbawione 
czucia.

Dwa  Zwierzoludy  były  najgroźniejsze  i  najdziksze  - wspomniany  już  Człowiek-Lampart 

oraz  stwór  powstały z  połączenia  hieny  i  wieprza. Ustępowali  oni  wielkością  trzem  Ludziom-
Bykom,  których  pierwszego  dnia  widziałem  w  łodzi.  Za  nimi  szedł  Szary  Stwór  zwany  Od-
mawiaczem  Prawa,  M'ling  oraz  satyropodobny  Małpo-Kozioł.  Dalej  wymienić  należy  trzech 
Wieprzoludów  i  jedną  Kobietę-Świnie,  Nosorożco-Kobyłę  i  kilka  innych  samic,  których  po-
chodzenia  nie  zdołałem  ustalić.  Było też kilku Wilkoludów,  Byko-Niedźwiedź,  oraz  Człowiek-
Bernardyn. O Małpoludzie już  pisałem. Była  też  wyjątkowo wstrętna (i  cuchnąca) stara  samica 
spreparowana  z niedźwiedzicy  i  lisicy,  którą  od pierwszej  chwili  znienawidziłem  z całej  duszy. 
Uchodziła za zagorzałą wyznawczynię Prawa. Do mniejszych stworów  należało,  między innymi, 
paru  nakrapianych niedorostków  oraz  wspomniany wcześniej  różowy  Leniwcoludek. Ale  dość 
już tego wyliczania.

Początkowo nie  umiałem  opanować  odrazy do tych stworów,  zbyt silnie  odczuwałem ich 

zwierzęcość,  ale stopniowo  oswoiłem  się  z  nimi,  do czego  walnie  przyczynił  się Montgomery. 
Żył  wśród  nich od tak dawna,  że zaczął  je traktować  prawie  jak normalnych  ludzi  - londyńska 
przeszłość  stała  się  jedynie  pięknym,  nieosiągalnym  wspomnieniem.  Mniej  więcej  raz  w  roku 
odbywał  podróż  do Ariki,  gdzie  załatwiał  interesy  z  tamtejszym  agentem  Moreau,  handlarzem 
zwierząt. Ludzie,  jakich spotykał  w tej nadmorskiej wiosce hiszpańskich mieszańców,  na pewno 
nie należeli do najwspanialszych okazów człowieczeństwa. Przyznał mi się kiedyś,  że marynarze 
na statku wydawali mu się początkowo tak samo dziwaczni jak Zwierzoludy mnie - raziły go ich 
nienaturalnie  długie  nogi.  płaskie  twarze  i  wypukłe  czoła,  ich  podejrzliwość,  złośliwość  i 
oschłość.  W gruncie rzeczy  nie  lubił  ludzi.  Mnie  polubił  chyba  dlatego,  że  zawdzięczałem  mu 
życie.

Podejrzewałem  go  nawet,  iż  potajemnie  darzy  niektóre  Zwierzoludy  czułą  sympatią  i 

złośliwie popiera niektóre ich narowy, ale na początku starannie to przede mną ukrywał.

Jego pomocnik,  czarnoskóry M'ling,  pierwszy Zwierzolud,  z jakim się  zetknąłem,  nie mi-

eszkał  ze  swymi  pobratymcami  na  drugim  końcu  wyspy,  lecz  w  niewielkiej  przybudówce  na 
tyłach zagrody. Chociaż inteligencją  nie dorównywał  Małpoludowi,  był  za to od niego znacznie 
potulniejszy i z  wszystkich Zwierzoludów  najpodobniejszy  do człowieka,  a  Montgomery  nauc-
zył  go gotować  i  wykonywać  wszystkie niezbędne  posługi  domowe. To  skomplikowane  osiąg-
nięcie  strasznej sztuki  doktora Moreau,  niedźwiedź “spokrewniony”  z  psem  i  wołem,  okazał  się 
zarazem jego  najstaranniej  wykończonym we wszystkich szczegółach dziełem. M'ling był  niez-
miernie  oddany  swemu  panu,  którego  darzył  osobliwą  czułością;  Montgomery  poświęcał  mu 
niekiedy  trochę  uwagi,  głaskał  i  poklepywał,  nadając  kpiąco  żartobliwe  przezwiska,  co  stwór 
przyjmował  z  oznakami  najwyższego  zadowolenia;  kiedy  indziej,  zwłaszcza  po  wypiciu 
większej  ilości  whisky,  maltretował  go,  bił,  kopał,  rzucał  weń  kamieniami,  a  nawet  płonącymi 
zapałkami. Ale M'ling,  niezależnie  od  humoru swego  pana,  najchętniej  nie odstępowałby go na 
krok.

  Jak już mówiłem,  oswoiłem się ze Zwierzoludami i wszystko, co z początku uważałem za 

nienaturalne i odrażające,  stało się  dla mnie  naturalne i normalne. Sądzę,  iż naszą wizję rzeczy-
wistości  kształtują  głównie  przeciętne  cechy  otoczenia:  Montgomery  i  Moreau  byli  ludźmi  o 
zbyt  wyrazistych  indywidualnościach,  by  obcowanie  z  nimi  pozwoliło  zachować  w  pamięci 
żywy  obraz  człowieka  w  ogóle.  Obserwując  niezdarnego  Człowieka-Byka  mozolnie 
przedzierającego się przez zarośla,  łapałem się czasami na tym,  że nie potrafię sobie uświadomić 
różnicy  między nim  a  znużonym  parobkiem,  który  ociężałym  krokiem  wraca  z  pola  do  domu; 

background image

albo natknąwszy  się przypadkiem  na  Niedźwiedzio-Lisicę  o  chytrej,  fałszywej  twarzy noszącej 
dziwnie ludzki wyraz podstępnej przebiegłości,  odnosiłem  wrażenie,  iż  spotkałem  ją już  kiedyś 
w ciemnych zaułkach jakiegoś dużego miasta.

Jednakże  od  czasu  do  czasu  porażała  mnie  nagle  czysta,  naga  zwierzęcość.  Szpetny 

mężczyzna,  przypominający z pozoru siedzącego w kucki przed szałasem dzikusa, przeciągał  się 
i w raptownym ziewnięciu obnażał  tnące jak nożyczki siekacze i szablowate kły - ostre i błyszc-
zące niby sztylety. Kiedy indziej,  spotkawszy na wąskiej  ścieżce gibką,  otuloną  w  białe szmatki 
istotę  odmiennej  płci,  w  przypływie  śmiałości  zaglądałem  jej  w  oczy,  by  nagle  (z  dreszczem 
obrzydzenia) ujrzeć przed sobą wąskie,  kocie źrenice albo opuściwszy wzrok dostrzec wystający 
zakręcony ogonek,  którym przytrzymywała otulającą  ją tkaninę. Przy okazji dodam,  iż z jakichś 
nie  wyjaśnionych powodów  w  pierwszym okresie mojego pobytu na wyspie owe  poczwarne is-
toty - mam na myśli samice - instynktownie wyczuwały swoją odrażającą szpetotę i przejawiały 
niespotykaną nawet u prawdziwych kobiet dbałość o przyzwoite i obyczajne odzienie.

 16. O tym, jak Zwierzoludy pokosztowały krwi

Widzę  jednak,  iż  brak  pisarskiego  doświadczenia  daje  o  sobie  znać  i  zaczynam  gubić 

wątek.  Otóż  po  wspólnym  śniadaniu  wybraliśmy  się  z  Montgomerym  na  drugi  koniec  wyspy, 
aby  obejrzeć  fumarole  i  gorące  źródło,  w  którym  poprzedniego  dnia  poparzyłem  nogi. 
Zabraliśmy  z  sobą  baty  i  naładowane  rewolwery.  Idąc  w  tamtą  stronę,  wśród  zielonej  dżungli 
usłyszeliśmy nagle pisk królika. Stanęliśmy nasłuchując,  ale ponieważ dźwięk nie powtórzył  się, 
ruszyliśmy dalej i  incydent  szybko wyleciał  nam z pamięci. Montgomery zwrócił  mi  uwagę  na 
niewielkie,  uwijające  się  w  zaroślach  zwierzątka  o  długich  tylnych  łapkach.  Powstały,  jak  mi 
powiedział,  z  potomstwa  Zwierzoludów,  i  Moreau  sam  je  wymyślił.  Sądził,  iż  nadadzą  się  na 
mięso,  ale  objawiły  króliczy  zwyczaj  pożerania  małych,  który  pokrzyżował  jego  plany.  Spot-
kałem  już uprzednio kilka  podobnych stworzeń  - po raz  pierwszy owego wieczoru,  gdy w  świ-
etle  księżyca  uciekałem  przed  Człowiekiem-Lampartem,  a  po  raz  wtóry  wczoraj,  kiedy  ścigał 
mnie Moreau. Jedno z owych stworzeń,  umykając nam  spod nóg, wpadło przypadkiem  do jamy 
pod  korzeniami  powalonego  przez  wiatr  drzewa.  Schwytaliśmy  je,  nim  zdołało  wyskoczyć. 
Parskało  jak  kot,  kopiąc  i  drapiąc  energicznie  tylnymi  łapkami,  a  nawet  próbowało  gryźć,  ale 
drobne  ząbki  szczypały  tylko  nie  zadając  bólu.  Małe  zwierzątko  wydało  mi  się  nad  wyraz 
wdzięczne,  a  gdy  Montgomery  powiedział,  iż  nie  niszczy  trawy  kopaniem  nor  i  jest  bardzo 
czyste,  pomyślałem  sobie,  że  w  prywatnym  parku  mogłoby  znakomicie  zastąpić  zwykłego 
królika.

Minęliśmy  też  drzewo o  pooranym pniu  i  zdartej w  wielu miejscach korze. Montgomery 

wskazał  je  mówiąc:  -  “Nie  będziesz  obdzierał  kory z  drzew;  tak  każe  Prawo”.  Dużo one  robią 
sobie z Prawa, zwłaszcza niektóre!

Chyba  zaraz  potem  spotkaliśmy  Satyra  z  Małpoludem.  Satyr  był  niewątpliwie  pamiątką 

klasycznego  wykształcenia  doktora  Moreau;  miał  koźlą  twarz  o  nieco  hebrajskim  typie,  tylko 
bardziej  prostacką,  gruby,  beczący  głos  i  diabelskie  kopytka.  Mijając  nas  ogryzał  jakiś 
strączkowy  owoc. Obaj pozdrowili Montgomery'ego.

       - Witamy - rzekli. - Witamy Drugiego-z-Batem.
- Teraz jest jeszcze trzeci z batem - odparł Montgomery. - Więc lepiej uważajcie!
- To on nie jest zrobiony? - spytał Małpolud.
- Mnie powiedział, że jest zrobiony. 

background image

Satyr ciekawie mi się przypatrywał.
- Trzeci-z-Batem, ten który chodzi w morze i płacze, ma długą bladą twarz.
- Oraz. długi ostry bicz - odparł Montgomery.
- Wczoraj płakał i krwawił - zauważył Satyr.
- Ty nie płaczesz i nie krwawisz. Nasz Pan nie płacze i nie krwawi.
- Do kroćset diabłów! - zaklął Montgomery.
- Lepiej uważaj, żebyś sam nie zaczął płakać i krwawić.
- On ma pięć palców, on ma pięć palców tak samo jak ja - oświadczył Małpolud.
-  Chodźmy,  Prendick  -  rzekł  Montgomery  biorąc  mnie  za  ramię.  Poszliśmy  dalej  swoją 

drogą.

Satyr i Małpolud stali jeszcze spoglądając za nami i wymieniając uwagi.
- On nic nie mówi - zauważył Satyr. - Ludzie mówią.
- Wczoraj prosił  mnie o jedzenie - odparł  Małpolud. - Nie wiedział,  skąd wziąć  jedzenie. - 

Potem powiedział coś, czego nie dosłyszałem, a Satyr zachichotał.

Na  zabitego  królika  trafiliśmy w  powrotnej  drodze. Okrwawiony,  rozszarpany  na  strzępy 

trup zwierzątka miał ogryzione do białości żebra i zmiażdżony kręgosłup.

Montgomery stanął jak wryty.
-  Boże  Święty!  -  wykrzyknął  pochylając  się,  by  podnieść  kawałek  zdruzgotanego 

kręgosłupa, i uważnie go obejrzał. - Boże Święty! - powtórzył. - Co to może znaczyć?

-  Któremuś  z  waszych  drapieżników  przypomniały  się  dawne  czasy  -  zauważyłem  po 

chwili. - Kręgosłup jest przegryziony.

Montgomery patrzył nieruchomo z pobladłą twarzą, wykrzywiając wargi.
- To mi się nie podoba - powiedział wolno.
- Pierwszego dnia natknąłem się na coś podobnego - rzekłem.
- Do kroćset! Co widziałeś?
- Królika z ukręconą głową.
- W dniu przyjazdu?
- Tak. W zaroślach,  na tyłach  zabudowań,  kiedy  po  południu  wyszedłem  z domu.  Głowa 

była całkowicie oderwana.

Gwizdnął przeciągle.
- A  w  dodatku  domyślam  się,  kim  może  być  winowajca.  Jest  to  oczywiście  tylko  przy-

puszczenie. Zanim  natknąłem  się  na  królika,  widziałem,  jak jeden  z  waszych stworów  pił  wodę 
ze strumienia.

- Chłepcząc?
- Tak.
- “Nie będziesz chłeptał  wody; tak każe Prawo”. Niewiele robią sobie z  Prawa,  kiedy Mo-

reau nie ma w pobliżu.

- To był ten sam, który się za mną skradał.
- Oczywiście - przytaknął  Montgomery. - Mięsożerne zwierzęta zawsze  tak postępują. Po 

upolowaniu zwierzęcia idą pić wodę. To ze względu na smak krwi,  rozumie pan. Jak wyglądał? - 
zapytał  żywo.  -  Czy  poznałby  go  pan?  -  Stanąwszy  okrakiem  nad  zwłokami  królika,  błądził 
wzrokiem po otaczającej nas masie zieleni, pełnej zasadzek i kryjówek. - Smak krwi - powtórzył.

Wyciągnął  rewolwer,  sprawdził,  czy  jest  naładowany,  i  z  powrotem  włożył  do  kieszeni. 

Zaczął miętosić w palcach swą obwisłą dolną wargę.

-  Myślę,  że  potrafiłbym  rozpoznać  tego stwora.  Ogłuszyłem  go. Powinien mieć  na  czole 

sporego guza.

background image

- Ale musimy udowodnić,  że  to on  zabił  królika  -  powiedział  Montgomery.  -  Bodaj  bym 

nigdy ich tutaj nie przywoził.

Chciałem  iść  dalej,  ale  on  nadal  stał  zamyślony  nad  zmasakrowanym  królikiem,  jakby 

chciał  rozwiązać jakąś zagadkę. Odszedłem więc  parę kroków,  by nie widzieć szczątków  zwier-
zaka.

- Chodźmy już! - rzekłem.
Ocknął się po chwili i ruszyliśmy w powrotną drogę.
- Widzi pan - mówił  ściszając głos niemal do szeptu - one mają żyć w przeświadczeniu, że 

pożeranie  tego,  co  się  porusza,  jest  zakazane.  Jeśli  któryś  z  nich  przypadkiem  poznał  smak 
krwi...

Czas jakiś szliśmy w milczeniu.
- Zastanawiam  się,  jak  do tego  doszło... - rzekł  do  siebie.  -  Zrobiłem  onegdaj  głupstwo - 

ciągnął.  -  Mój  służący...  Pokazałem  mu,  jak  oprawiać  i  gotować  królika.  To  dziwne...  Zau-
ważyłem,  że  oblizywał  palce...  Nigdy bym  nie  pomyślał. -  I  po chwili:  -  Trzeba  temu położyć 
kres. Muszę zawiadomić Moreau.

Przez całą drogę do domu nie był w stanie myśleć o niczym innym.
Moreau  przejął  się  sprawą  jeszcze  bardziej  niż  Montgomery,  a  nie  muszę  dodawać,  że  i 

mnie udzieliła się ich widoczna konsternacja.

- Trzeba im  dać nauczkę - oświadczył  Moreau. - Winowajcą jest bez  wątpienia Człowiek-

Lampart. Ale jak mu to udowodnić? Lepiej by było,  gdybyś zapanował  nad swoim upodobaniem 
do  mięsnych  potraw  -  zwrócił  się  do  Montgomery'ego  -  i  nie  wprowadzał  tych  ekscytujących 
nowinek. Możemy się teraz znaleźć w kłopotliwym położeniu.

- Wiem,  postąpiłem jak dureń - przyznał  Montgomery. - Ale już się stało. Pamiętaj zresztą, 

że sam pozwoliłeś je przywieźć.

-  Trzeba  natychmiast  przystąpić  do  rzeczy  -  oświadczył  Moreau.  -  Mam  nadzieję,  że  o 

M'linga można się w razie czego nie obawiać?

- Nie jestem tego taki całkiem  pewien - odparł  Montgomery. - A sądziłem,  że znam go na 

wylot.

Tego samego popołudnia Moreau,  Montgomery,  ja  i  M'ling wyruszyliśmy na drugi koniec 

wyspy,  do kotliny,  w  której  mieściła się osada  Zwierzoludów. Wszyscy trzej  byliśmy uzbrojeni. 
M'ling niósł niewielki toporek,  który służył  mu do rąbania drewna,  oraz kilka zwojów drutu. Mo-
reau przewiesił przez ramię ogromny pastuszy róg.

-  Zobaczy pan  zgromadzenie  Zwierzoludów  - powiedział  do mnie  Montgomery.  -  Widok 

wart obejrzenia. - Moreau przez całą drogę ani razu nie otworzył  ust,  a na jego mocnej, okolonej 
siwym włosem twarzy malował się wyraz stanowczości i zdecydowania.

Minąwszy jar,  którym płynął  parujący strumień gorącej wody,  krętą ścieżką biegnącą przez 

gęste  trzciny  wydostaliśmy  się  wreszcie  na  otwartą  przestrzeń  ziemi  pokrytej  grubą  warstwą 
żółtej  i  sypkiej  substancji,  jak  przypuszczam  siarki.  Znad  zielonej  skarpy  połyskiwało  morze. 
Doszedłszy do płytkiego naturalnego amfiteatru zatrzymaliśmy się. Moreau zadął  w róg,  przery-
wając  senną  ciszę  tropikalnego  popołudnia.  Musiał  mieć  potężne  płuca.  Donośny dźwięk rogu 
narastał  stopniowo,  aż zmienił  się w ogłuszający grzmot. - Uh! - odetchnął  Moreau,  pozwalając 
opaść zawieszonemu na ramieniu instrumentowi.

Niemal  natychmiast  w  żółtych  trzcinach  usłyszeliśmy  trzask,  a  w  zielonej  podmokłej 

dżungli,  przez którą  przedzierałem  się  poprzedniego dnia,  rozległ  się zgiełk głosów. Niebawem 
w  kilku  punktach  na  skraju  siarkowej  polany  pojawiły  się  groteskowe  sylwetki  Zwierzoludów 
spieszących w  naszą stronę. Mimo woli ogarnął  mnie  paniczny strach,  kiedy spostrzegłem  pier-

background image

wsze  stwory  wyskakujące  spomiędzy  drzew  i  trzcin  i  człapiące  po  gorącym  piasku.  Ale  po-
nieważ Moreau i  Montgomery zachowywali  względny spokój,  więc i ja, rad nie rad,  wytrwałem 
u ich boku.  Pierwszy pojawił  się Satyr  i  choć jego kopytka wznosiły  kurz,  a  ciało rzucało cień, 
bardziej  przypominał  zjawę niż  realną  istotę; po nim wyłonił  się z zarośli żując trawę  monstru-
alny  gburowaty  Konio-Nosorożec;  za  nim  biegła  Kobieta-Świnia  i  dwie  Kobiety-Wilki, 
wiedźmowata,  czarnooka  Niedźwiedzio-Lisica  o  purpurowej  z  wysiłku  spiczastej  twarzy,  oraz 
wiele  innych  Zwierzoludów,  a  wszystkie  podążały  w  największym  pośpiechu.  Zbliżały  się  w 
czołobitnych ukłonach śpiewając  - każde sobie - różne inwokacje z drugiej  części  Prawa:  - “On 
jest Tym, który zadaje ból, On jest Tym, który koi i leczy” - i tak dalej.

Zatrzymywały się w odległości może trzydziestu jardów od nas,  po czym padały na kolana 

i schylając twarze posypywały sobie piaskiem głowy. Proszę sobie łaskawie wyobrazić podobne 
widowisko. Pośrodku żółtej  polany stoi w  oślepiającym słońcu trzech mężczyzn w granatowych 
ubraniach,  mając  u  boku  pokracznego ciemnoskórego  dziwoląga,  a  dokoła  nich leżą  plackiem 
wymachując  rękami najrozmaitsze  poczwary  -  od  takich,  które,  pomijając drobne  gesty i miny, 
prawie przypominają ludzi,  poprzez różne kalekie stworzenia,  aż po zdeformowane potwory nic-
zym  z koszmarnych snów.  Dalej zaś z  jednej strony rozciągał  się gąszcz trzcin,  z  drugiej  -  pal-
mowy  gaj  oddzielający  nas  od  szałasów  w  kotlinie,  na  północnym  zaś  widnokręgu  migotał 
przestwór Pacyfiku.

- Sześćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt trzy - liczył Montgomery.
- Brakuje czterech.
- Nie widzę Człowieka-Lamparta - rzekłem. 
Moreau  zadął  ponownie  w  wielki  róg,  na  co  wszystkie  Zwierzoludy  znów  przypadły  do 

ziemi wijąc się w  kurzu. Po chwili z gąszczu trzcin wyłonił  się Człowiek-Lampart i skradając się 
chyłkiem  za  plecami  Moreau próbował  dołączyć  do  wzniecającego  pył  kręgu.  Zauważyłem,  że 
ma  skaleczone  czoło.  Ostatni  przyszedł  mały  Małpolud. Zgrzane  i  zmęczone  tarzaniem  się  po 
ziemi stwory obrzuciły go nienawistnymi spojrzeniami.

- Dosyć  - rozkazał  Moreau donośnym,  zdecydowanym  głosem,  a  Zwierzoludy przysiadły 

na zadach, odpoczywając po bałwochwalczym wysiłku.

- Gdzie jest Odmawiacz Prawa? - spytał Moreau, na co szary stwór pokłonił się do ziemi.
-  Powtarzaj  przykazania  -  rozkazał  Moreau  i  całe  zgromadzenie,  kołysząc  się  na  boki  i 

wzbijając siarkowy kurz raz prawą, raz lewą ręką, zaczęło raz jeszcze odmawiać litanię.

Kiedy  doszły do  słów  “Nie  będziesz  pożerał  Zwierza ani  Ryby,  tak każe  Prawo”,  Moreau 

podniósł w górę białą wąską dłoń.

- Dosyć! - krzyknął i natychmiast zapadła cisza jak makiem siał.
Myślę,  że wszystkie czekały ze strachem na dalszy ciąg,  wiedząc dobrze,  na co się zanosi. 

Rozejrzałem  się  po dziwacznych  twarzach. Widząc  ich  spłoszone  pozy i  czający  się  w  błyszc-
zących oczach lęk zdziwiłem się, iż mogłem kiedykolwiek uważać te stwory za ludzkie istoty.

- Prawo zostało złamane - ozwał się Moreau.
- Nikt nie ujdzie kary - odparł Srebrnowłosy Stwór bez twarzy.
- Nikt nie ujdzie kary - zawtórował krąg klęczących Zwierzoludów.
- Kto to  zrobił? - huknął  Moreau i  trzasnąwszy  z  bata  powiódł  wzrokiem  po  zgromadzo-

nych.  Wydawało  mi  się,  że  Hieno-Wieprz  ma  niewyraźną  minę;  podobne  zaniepokojenie 
zdradzał  Człowiek-Lampart.  Gdy  Moreau  skierował  na  niego  wzrok,  stwór  skulił  się  cały  na 
wspomnienie przebytych męczarni. Moreau donośnym głosem powtórzył: - Kto to zrobił?

- Źle czyni ten, kto łamie Prawo - zaintonował Odmawiacz Prawa.
Moreau wpatrywał się w Człowieka-Lamparta, jakby chciał mu zajrzeć w głąb duszy.

background image

- Kto łamie  Prawo...  -  zaczął  Moreau spuszczając  nieszczęśnika  z  oczu  i  zwracając  się w 

naszą stronę. Miałem wrażenie, że w jego głosie wyczuwam lekką nutę tryumfu.

- Ten wraca  do  Domu  Cierpienia  - zakrzyknął  tłum. - Wraca  do  Domu Cierpienia,  Panie 

nasz i Władco!

-  Wraca  do  Domu  Cierpienia...  do  Domu  Cierpienia  -  paplał  Małpolud,  jakby  ta  myśl 

sprawiała mu szczególną przyjemność.

- Czy słyszysz? - rzekł Moreau zwracając się znowu do winowajcy... - Hej... ty!
Albowiem uwolniony od jego spojrzenia Człowiek-Lampart podniósł  się tymczasem z ko-

lan  i  obnażywszy  potężne  kły  drapieżnika,  z  płonącymi  ślepiami  skoczył  na  swego 
prześladowcę.  Jestem  przekonany,  że  tylko  obłąkańczy,  nieopanowany  strach  mógł  go  do  tego 
skłonić. Cały sześćdziesięciokilkuosobowy krąg potworów  porwał  się na nogi i zaroił  wokół nas. 
Wyciągnąłem  rewolwer.  Nastąpiło  zderzenie.  Zobaczyłem,  że  Moreau  zatacza  się  do  tyłu  pod 
ciosem  Człowieka-Lamparta.  Zewsząd  słychać  było  dzikie  wrzaski  i  ryki.  Wszyscy  biegali 
gorączkowo. Przez chwilę sądziłem, że wybuchł ogólny bunt.

Mignął  mi przed oczami rozwścieczony pysk Człowieka-Lamparta i twarz rzucającego się 

za  nim  w  pościg M'linga. Żółte ślepia Hieno-Wieprza  błyszczały  podnieceniem;  wydawało się, 
że  ma ochotę mnie zaatakować. Wyzierający zza jego pochyłych pleców  Satyr również  mierzył 
mnie łakomym wzrokiem. Wrzawę przeciął  suchy trzask pistoletu Moreau i zobaczyłem różową 
smużkę  ognia.  Wszystkie  twarze  odwróciły  się  w  kierunku  strzału,  jakby  przyciągnięte  jego 
magnetyczną siłą. W następnej sekundzie  biegłem wśród oszalałego,  wrzeszczącego tłumu,  ści-
gając uciekającego Człowieka-Lamparta.

To  wszystko,  co potrafię  powiedzieć z całą  pewnością. Widziałem,  jak Człowiek-Lampart 

atakuje  doktora  Moreau,  potem  wszystko  zawirowało,  a  w  następnej  chwili  pędziłem  co  sił  w 
nogach.

M'ling biegł  na  przedzie,  tuż  za  uciekinierem. Za  nim  z  wywieszonymi  językami  sadziły 

Kobiety-Wilczyce,  a  dalej  pokrzykujący  z  podniecenia  Ludzie-Wieprze  i  dwaj  biało  odziani 
Bykoludzie.  Nieco bardziej  w  tyle,  otoczony ciżbą Zwierzoludów,  sunął  Moreau z rewolwerem 
w  dłoni;  zgubił  swój  biały  słomkowy  kapelusz  i  siwe  włosy  rozwiewały  mu  się  na  wszystkie 
strony.  Równo  ze  mną  biegł  Hieno-Wieprz  rzucając  mi  z  boku  kocimi  ślepiami  ukradkowe 
spojrzenia, a z tyłu dolatywał tupot nóg i wrzaski pozostałych stworów.

Człowiek-Lampart torował  sobie drogę wśród gąszczu trzcin, których odgięte łodygi siekły 

po  twarzy  pędzącego  za  nim  M'linga.  Zanim  reszta  pościgu  dopadła  zarośli,  ścieżka  była  już 
przetarta.  Przebiegłszy  mniej  więcej  ćwierćmilowy  odcinek  trzcin,  zanurzyliśmy  się  w  gęste 
chaszcze,  które  niezmiernie  opóźniały  pościg,  choć  szliśmy  zwartą  grupą  -  paprocie  smagały 
nam twarze, śliskie liany owijały się wokół  szyi i pętały nogi, kolczaste rośliny rozdzierały ubra-
nie i skórę.

-  Od  początku  biegł  na  czterech łapach -  wysapał  Moreau,  który  pędził  teraz  tuż  przede 

mną.

-  Nikt  nie  ujdzie  kary  -  zachichotał  pod  nosem  rozradowany  polowaniem  Wilko-

Niedźwiedź.

Wypadłszy znowu na otwartą skalistą przestrzeń,  ujrzeliśmy przed sobą ściganego zwierza, 

który  biegł  lekko  na  czworakach,  od  czasu  do  czasu  gniewnie  na  nas  parskając  przez  ramię. 
Ludzie-Wilki zawyli z uciechy. Stwór był  nadal ubrany i z daleka jego twarz wciąż wydawała się 
ludzka,  ale  postawa  i  ruchy,  w  szczególności  wyginający  się  w  biegu  grzbiet,  upodobniły  go 
całkowicie  do  umykającego  drapieżnego  kota.  Przeskoczywszy  kępę  kolczastych,  żółto  kwit-
nących krzaków znikł nam z oczu. M'ling przebył połowę odkrytej przestrzeni.

background image

Duża  część  ścigających  straciła  tymczasem  pierwszy  rozpęd  i  biegliśmy  teraz  równym, 

wydłużonym  krokiem. Pokonując odkrytą  przestrzeń zauważyłem,  że kolumna ścigających roz-
sypuje się w długi szereg. Ale Hieno-Wieprz nadal biegł  obok mnie zerkając spod oka i krzywiąc 
mordę w warkliwym chichocie.

Człowiek-Lampart dotarł  do krawędzi skał  i widząc,  że biegnie w  kierunku wystającego w 

morze cypla,  na  którym dopadł  mnie owego pamiętnego wieczora,  skręcił  w  bok w  zarośla. Ale 
Montgomery zauważył manewr i zabiegł stworowi drogę.

Tak oto, dysząc  i potykając  się o kamienie, drapany przez ciernie,  smagany przez trzciny i 

paprocie,  pomagałem  ścigać  Człowieka-Lamparta,  który  złamał  Prawo,  a  obok  mnie  biegł 
chichocząc dziko Hieno-Wieprz. Huczało mi w  głowie,  nogi odmawiały  posłuszeństwa,  serce o 
mało nie  wyskoczyło z  piersi,  ale choć  ledwo żywy ze zmęczenia,  nie śmiałem  odłączyć się od 
nagonki  lękając  się,  że  zostanę  sam  na  sam  z  tym  potwornym  towarzyszem.  Mimo  strasznego 
wyczerpania,  mimo  duszącego  upału  tropikalnego  popołudnia  zmuszałem  nogi  do  dalszego 
biegu.

Nareszcie szaleńcze tempo pościgu nieco osłabło. Zapędziliśmy nieszczęsne zwierzę w kąt 

wyspy. Moreau,  trzymając  bicz  w  ręku,  rozstawił  nas w luźnym szyku i pokrzykujące  do siebie 
Zwierzoludy  zaczęły  z  wolna  posuwać  się  naprzód,  zacieśniając  krąg  wokół  ofiary. Człowiek-
Lampart przyczaił  się bezgłośnie  w  tych samych zaroślach,  którymi uciekałem przed nim tamtej 
nocy.

- Ostrożnie! - zawołał Moreau. - Ostrożnie! 
Ramiona kordonu zeszły się po drugiej stronie zarośli, zamykając zwierza w pułapce.
- Uważajcie,  żeby się  nie wymknął!  -  usłyszałem  po  drugiej  stronie zagajnika głos Mont-

gomery'ego.

Znajdowałem się na  szczycie zbocza,  powyżej  zarośli. Montgomery i  Moreau szli z  dołu, 

od  strony  plaży.  Torowaliśmy  sobie  powoli  drogę  przez  splątaną  sieć  gałęzi  i  lian.  Ścigane 
zwierzę milczało.

-  Z  powrotem  do  Domu  Cierpienia,  do  Domu  Cierpienia,  do  Domu  Cierpienia  -  o 

dwadzieścia kroków na prawo ode mnie zachłystywał się Małpolud.

Słysząc  te  słowa  momentalnie  wybaczyłem  biedakowi  wszystkie  lęki,  o  jakie mnie  przy-

prawił.

Po prawej  stronie,  w  odległości  może  dwudziestu  kroków,  słyszałem  szum  rozsuwanych 

gałęzi  i  ciężkie  stąpania  Konio-Nosorożca. Nagle  w  niewielkiej  szparze  między  listowiem,  w 
cieniu  bujnej  roślinności  ujrzałem  ściganą  istotę.  Siedziała  przycupnięta  starając  się  zajmować 
jak najmniej miejsca i zielonymi, świecącymi ślepiami zerkała na mnie przez ramię.

Posądzicie mnie może o dziwny brak konsekwencji, ale - choć nie potrafię tego wytłumac-

zyć  - na widok przyczajonego w  czysto zwierzęcej  postawie stwora o zniekształconej  strachem 
półludzkiej twarzy i świecących ślepiach zdałem sobie na nowo sprawę z jego człowieczeństwa. 
Lada  chwila  wytropi  go reszta  nagonki;  zostanie  obezwładniony,  uwięziony i  wydany  na  pon-
owne  męki  w  domu  za  kamiennym  murem.  Szybko  sięgnąłem  po  rewolwer,  wycelowałem 
między porażone lękiem oczy i nacisnąłem cyngiel.

Ledwo  zdążyłem  to  uczynić,  a  już  Hieno-Wieprz  spostrzegł  ofiarę  i  skoczył  na  nią  z 

dzikim  wrzaskiem,  zatapiając  kły  w  jej  karku.  Wokół  nas  zielone  ściany  zarośli  chwiały  się  i 
rozbrzmiewały tupotem kroków. Wyłoniła się jedna twarz, potem druga.

- Nie zabijaj go,  Prendick! - krzyczał  Moreau. - Nie zabijaj go! - Zobaczyłem,  jak nurkuje 

między liśćmi wysokich paproci.

background image

Paroma  strzałami  z  bata  odpędził  Hieno-Wieprza  i  teraz  obaj  z  Montgomerym  nie 

dopuszczali  podnieconych,  drapieżnych Zwierzoludów,  w  szczególności M'linga,  do drgających 
jeszcze  zwłok.  Włochaty  Siwy  Stwór  wsuwał  mi  pod  pachę  węszący  nos.  Rozgorączkowane 
zwierzęta odpychały mnie, by lepiej widzieć.

- Niechże cię diabli porwą, Prendick! - rzekł Moreau. - On mi był potrzebny.
- Przepraszam  -  odparłem  nie  czując najmniejszego  żalu.  -  Zrobiłem to  w  pierwszym  od-

ruchu.

Ze  zmęczenia  i  emocji  zaczęło  mnie  mdlić.  Odwróciłem  się  i  torując  sobie  drogę  wśród 

napierających  Zwierzoludów,  wyszedłem  sam  na  szczyt  cypla.  Słyszałem,  jak  Moreau  wydaje 
głośne rozkazy, i trzej opatuleni Bykoludzie powlekli ofiarę w dół, do morza.

Mogłem  teraz  bez  obaw  pozostać  sam.  Zwierzoludy  objawiały  bardzo  ludzkie  zainter-

esowanie  zwłokami  -  zbite  w  gęstą  ciżbę,  prychając  i  pomrukując  posuwały  się  za  niosącymi 
trupa. Stojąc na końcu cypla obserwowałem ciemniejące na tle wieczornego nieba sylwetki Byk-
oludzi,  którzy  wlekli  ku  morzu  bezwładne  ciało  i  wtedy  do  mej  świadomości  wdarło  się  po-
rażające doznanie bezsensu dziejących się na wyspie rzeczy.

Poniżej mnie,  wśród skał  na  plaży stali Małpolud,  Hieno-Wieprz  i  jeszcze kilku Zwierzo-

ludów  skupionych  wokół  Montgomery'ego i Moreau.  Wszyscy byli  nadal  niezwykle  podekscy-
towani  i głośno  dawali  wyraz  swojej wierności  Prawu. Byłem  jednak głęboko  przeświadczony, 
że  Hieno-Wieprz musiał  mieć  coś wspólnego  z  zamordowaniem  królika. Przyszła  mi do głowy 
dziwaczna myśl,  iż mimo całego prostactwa i niezdarności tych istot mam oto przed sobą minia-
turową,  sprowadzoną  do najprostszych  form  wizję  ludzkiego  losu -  pełną  gamę  skutków  wza-
jemnego oddziaływania sił  instynktu,  rozumu i przypadku. Jedyna różnica polegała na tym,  że w 
tym szczególnym wypadku ofiarą padł Człowiek-Lampart.

Biedne zwierzęta! Dopiero teraz zaczynałem pojmować całkiem  dla mnie nowy,  a w  rzec-

zywistości  najnikczemniejszy  aspekt  okrutnej  działalności  doktora  Moreau.  Nie  zastanawiałem 
się  do tej pory,  na  jakie  cierpienia i niewygody  narażone  są  te stwory po wydostaniu się z  jego 
rąk.  Myślałem  jedynie  ze  zgrozą  o  strasznych  męczarniach  zadawanych  w  domu  za  murem. 
Teraz  ta  sprawa  zeszła  jakby  na  dalszy  plan.  Dawniej  były  zwierzętami,  które  dzięki 
dostosowanym do otoczenia instynktom pędziły w miarę szczęśliwy,  zwierzęcy żywot. Teraz zaś 
potykały  się  nieporadnie  w  okowach  człowieczeństwa,  żyły  w  ciągłym  lęku,  pod  grozą  praw, 
których  nie  mogły  pojąć;  ich  nibyludzka  egzystencja  poczęta  w  męce  była  jedną  nieustającą 
walką  wewnętrzną,  pasmem  wiecznej  obawy  przed  doktorem  Moreau  -  i  po  co? Właśnie  owa 
bezcelowość ich udręki poruszała mnie najbardziej.

Gdyby  doktorowi  Moreau  przyświecał  jakiś  racjonalny  cel,  być  może  zdobyłbym  się 

wobec niego na  odrobinę wyrozumiałości. Nie jestem aż tak przeczulony na punkcie  zadawania 
bólu.  Gdyby  powodowała  nim  nienawiść,  nawet  wówczas mógłbym mu  choć  w  części  wybac-
zyć. Ale  był  tak  nieodpowiedzialny,  tak  całkowicie  beztroski.  Jego  ciekawość,  jego  obłąkane, 
bezcelowe  dociekania  pchały  go coraz  dalej  i  dalej,  a  swoje  ofiary  puszczał  samopas,  by cier-
piały,  błądziły,  walczyły  ze  sobą  i  na  koniec  umierały  w  męce. Były wewnętrznie  skazane  na 
niedolę  -  pierwotna,  zwierzęca  agresja  podpowiadała  im  wzajemne  nienawiści,  ale  Prawo  nie 
pozwalało wyładować naturalnych animozji w krótkiej, zażartej walce.

W tamtym okresie  mój dawny lęk przed Zwierzoludami  ustąpił  miejsca  osobistej niechęci 

do doktora Moreau.

Popadłem w  chorobliwy stan głębokiego,  przewlekłego zobojętnienia,  który pozostawił  w 

mej psychice  nigdy nie  zabliźnione  rany. Obraz pogrążonej w  bolesnym chaosie wyspy odebrał 
mi wiarę w rozumny porządek świata.

background image

Oto bowiem  wydało mi  się,  iż  nieograniczony  bezlitosny mechanizm  ślepego  losu  przyk-

rawa  i  formuje  wedle  swej  woli  materię  egzystencji,  a  zarówno  ja,  jak Moreau  przez  swą  ba-
dawczą  pasję,  Montgomery  przez  pociąg  do  alkoholu  i  Zwierzoludy  -  z  ich  instynktami  i 
umysłowymi  ograniczeniami  - szarpiemy się wszyscy wśród niepojętych zawiłości jego nie  us-
tających w biegu kół,  które bezwzględnie,  nieuchronnie łamią nas i miażdżą. Ale to nastawienie 
nie pojawiło się od razu... Myślę, iż pisząc o tym w tej chwili, zanadto wybiegam w przyszłość.

 17. Katastrofa

Po  upływie  zaledwie  sześciu  tygodni  haniebne  eksperymenty  Moreau  budziły  we  mnie 

tylko  niechęć  i  odrazę.  Żyłem  jedną  myślą  -  uciec  od  żałosnych  parodii  mojego  Stwórcy  i 
znaleźć  się  z  powrotem  w  miłym  i  normalnym  ludzkim  świecie.  Pobratymcy,  z  którymi 
rozdzielił  mnie los, stawali się w mej wyobraźni uosobieniem idyllicznych cnót i piękna. Kiełku-
jąca  przyjaźń  z  Montgomerym  nie  rozwinęła  się.  Zniechęciło  mnie  do  niego  jego  długotrwałe 
oderwanie od ludzi,  skrywana skłonność do alkoholu i nie ukrywana sympatia do Zwierzoludów. 
Kilkakrotnie ich odwiedzał, ale beze. mnie. Wszelkimi sposobami starałem się ich unikać.

Coraz  więcej czasu spędzałem  na  plaży,  wypatrując  na  próżno  zbawczego żagla,  aż  pew-

nego dnia doszło do straszliwej katastrofy, która kazała mi spojrzeć na moje dziwaczne otoczenie 
w całkiem nowy sposób.

Nieszczęście  wydarzyło  się  w  siedem  czy  osiem  tygodni  od  mego  przyjazdu,  a  może 

później;  nie  wydaje mi  się,  bym śledził  dokładnie  upływ  czasu. Nastąpiło wczesnym  rankiem - 
chyba  około  szóstej.  Wstałem  wcześnie,  zbudzony  hałasem,  jaki  wywołały  trzy  Zwierzoludy 
wnoszące  drewno  do zagrody.  Po  śniadaniu  wyszedłem  na  dwór  i  paląc  papierosa  stanąłem  w 
otwartej bramie zagrody, rozkoszując się świeżością poranka. Po chwili zza rogu murów wyszedł 
Moreau i pozdrowił mnie.

Minął  mnie,  a  potem  słyszałem  z tyłu,  jak przekręca  klucz  i  wchodzi  do swego  laborato-

rium. Byłem  już tak uodporniony  na  tutejsze okropności,  iż  bez wzruszenia  przyjąłem  początek 
kolejnego  dnia  męczarni  nieszczęsnej  pumy.  Wrzask,  którym  powitała  swego  prześladowcę, 
przypominał do złudzenia krzyk rozwścieczonej megiery.

Potem  coś  się  stało.  Do  dziś  nie  wiem  dokładnie  co.  Usłyszałem  za  sobą  przejmujący 

krzyk,  odgłos upadku,  a gdy się odwróciłem,  ujrzałem zbliżającą się ku mnie okropną twarz,  ani 
ludzką,  ani  zwierzęcą  -  diabelskie,  brunatne  oblicze  usiane  gęsto  czerwonymi  bliznami,  na 
którym  zaczynały  występować  kropelki  krwi  -  i  płonące  oczy  bez  powiek.  Osłoniłem  się 
ramieniem  od ciosu,  który  powalił  mnie  na  ziemię  ze  złamaną  ręką,  a  otulony  w  białe  płótno, 
powiewający krwawymi bandażami ogromny upiór przeskoczył nade mną i popędził dalej.

Stoczyłem  się  po  zboczu  na  plażę,  chciałem  usiąść,  ale  upadłem  na  złamaną  rękę.  Po 

chwili  pojawił  się  Moreau;  spływające  z  czoła  krople  krwi  czyniły jego bladą  masywną  twarz 
jeszcze  straszniejszą  niż  zwykle.  Trzymał  rewolwer.  Rzuciwszy  mi  zaledwie  przelotne 
spojrzenie, rzucił się w pościg za pumą.

Pomogłem  sobie  drugą  ręką  i  usiadłem.  Wzdłuż  plaży  potężnymi  susami  gnała  oban-

dażowana postać, a za nią pędził Moreau.

Postać obejrzała się, a widząc go za sobą,  raptownie zboczyła w krzaki. Z każdym krokiem 

zyskiwała nad  nim przewagę. Widziałem,  że  kiedy  skręcała w  krzaki,  Moreau próbował  zabiec 
jej  drogę,  strzelił  i  chybił,  kiedy  znikała.  Po  chwili  Moreau  przepadł  również  w  zielonym 
gąszczu.

background image

Patrzyłem  za  nimi,  dopóki  nie  poczułem  w  ramieniu  palącej  fali  bólu  i  z  jękiem 

podniosłem się na nogi. W drzwiach stanął ubrany Montgomery z rewolwerem w ręku.

- Na  Boga, Prendick - zawołał  nie  zważając,  że jestem ranny. - Uciekła! Wyrwała  łańcuch 

ze ściany. Widziałeś ich? Co panu się stało? - dodał nagle widząc, iż ściskam rękę.

- Stałem w bramie - odparłem. 
Podszedł i ujął mnie za rękę.
- Krew na  rękawie - powiedział  odwijając  koszulę. Schował  rewolwer do kieszeni,  obma-

cał bolące ramię i zaprowadził mnie do domu.

- Ma pan złamaną rękę - oświadczył; i po chwili:
- Proszę mi dokładnie powiedzieć, jak do tego doszło, co się właściwie stało?
Urywanymi zdaniami, tracąc co chwila oddech z bólu opowiedziałem mu,  co widziałem,  a 

on  w  tym  czasie  bardzo  szybko  i  sprawnie  bandażował  mi  rękę.  Powiesiwszy  ją  na  temblaku, 
cofnął się o krok, by popatrzeć na swoje dzieło.

- Ujdzie  -  zawyrokował. - I  co teraz?  -  Zamyślił  się. Potem  wyszedł  i  zamknął  bramę  na 

klucz. Nie było go przez jakiś czas.

Głównym  moim  zmartwieniem  była  złamana  ręka.  Incydent  z  pumą  traktowałem  jako 

jeszcze jedną z wielu tutejszych okropności. Usiadłem na leżaku i,  co tu ukrywać, z całego serca 
przekląłem nieszczęsną wyspę.

Początkowe oszołomienie zdążyło się zmienić w piekielny ból, zanim Montgomery wrócił 

do pokoju.

Twarz mu trochę pobladła, a dolna warga obwisła niżej niż zwykle, ukazując nagie dziąsło.
-  Nigdzie  go  nie  widać  ani  nie  słychać  -  powiedział.  - Myślę,  że  może  potrzebować  po-

mocy. - Patrzył  na mnie pustym  wzrokiem.  - To bardzo  silne zwierzę - dodał. - Po  prostu  wyr-
wało łańcuch ze ściany.

Podszedł do okna, potem do drzwi, przystanął i odwrócił się.
-  Pójdę  go  poszukać  -  powiedział.  -  Mamy  trzeci  rewolwer,  który  mogę  panu  zostawić. 

Szczerze mówiąc, czuję dziwny niepokój.

Wyjął  rewolwer i położywszy go na stole w zasięgu mojej ręki,  wyszedł  z  domu zarażając 

mnie swym zdenerwowaniem. Nie usiedziałem długo na miejscu. Wziąłem rewolwer i  stanąłem 
w drzwiach.

Wokół  panowała  śmiertelna  cisza. Najmniejszy powiew  nie  mącił  powietrza,  morze  było 

gładkie  jak  tafla  szkła,  niebo  czyste,  plaża  opustoszała.  Byłem  podenerwowany,  lekko 
zgorączkowany, a wszechobecny spokój nieznośnie mi ciążył.

Próbowałem  gwizdać,  ale  melodia  zamarła  mi  na  ustach.  Zakląłem  -  już  drugi  raz  tego 

ranka. Następnie wyszedłem za róg muru i popatrzyłem na porastającą środek wyspy dżunglę,  w 
której zniknęli Moreau i Montgomery. Kiedy wrócą? W jakim stanie?

Potem daleko na plaży pokazał  się mały szary Zwierzolud, zbiegł  do wody i zaczął pluskać 

się w morzu. Wolnym krokiem wróciłem do drzwi,  znów wyszedłem za róg muru i znów,  i znów, 
chodząc tam i  z  powrotem jak wartownik na służbie. W pewnej chwili  posłyszałem  z oddali na-
woływanie Montgomery'ego.

- Mo-reau... Oodeeeezwiiiij sięęę!
Ból  ramienia  zelżał,  ale  nadal  było bardzo  rozpalone.  Czułem  narastającą  gorączkę  oraz 

pragnienie. Mój cień stał się krótszy. Obserwowałem odległą postać, dopóki nie odeszła z plaży.

Czy Moreau i Montgomery kiedykolwiek wrócą?
Trzy morskie ptaki rozpoczęły walkę o jakiś porzucony skarb.

background image

Gdzieś w  oddali,  w  głębi  wyspy,  rozległ  się  huk wystrzału.  Długa  cisza  i następny strzał. 

Potem,  nieco  bliżej,  dziki  wrzask i  znów  przerażająca  cisza.  Moja  nieszczęsna  wyobraźnia  za-
dawała mi nieznośne tortury. Kolejny wystrzał, bardzo bliski.

Przerażony wybiegłem  za róg i  ujrzałem  Montgomery'ego; miał  purpurową  ze zmęczenia 

twarz,  włosy  w  nieładzie  i  podartą nogawkę  spodni.  Był  widocznie przerażony. Za  nim człapał 
ociężale Zwierzolud M'ling ze złowieszczymi brunatnoczerwonymi plamami wokół ust.

- Czy wrócił? - odezwał się Montgomery.
- Moreau? - spytałem. - Nie.
- Och Boże! - Ciężko dyszał, z najwyższym trudem łapiąc powietrze. - Wejdźmy do środka 

- powiedział  kładąc  mi rękę  na ramieniu. -  Powariowały. Ganiają na wszystkie  strony jak osza-
lałe. Co mogło się  stać?  Nie  mam pojęcia. Wszystko panu opowiem,  jak trochę  odsapnę. Gdzie 
jest whisky?

Wszedł  pierwszy utykając i usiadł  na leżaku.  M'ling padł  pod  drzwiami  na ziemię  i sapał 

jak pies. Podałem Montgomery'emu whisky z wodą. Siedział  patrząc przed siebie tępym wzrok-
iem, a jego oddech stopniowo się uspokajał. Po paru minutach zaczął  opowiadać, co mu się przy-
trafiło.

Przez  jakiś czas szedł  ich śladem. Drogę wskazywały  połamane gałęzie,  strzępy  bandaży, 

od czasu do czasu smuga krwi na liściach krzewów i poszyciu.

Jednakże  na  skalistym  płaskowyżu  za  strumieniem,  przy  którym  zobaczyłem  kiedyś 

pijącego wodę  Zwierzoluda,  urywał  się  wszelki  trop  i  Montgomery  wędrował  dalej  na  zachód 
bez wyraźnego celu, wołając doktora Moreau.

Tam  przyłączył  się  do  niego  M'ling,  który  miał  przy  sobie  niewielki  toporek. M'ling nie 

widział  incydentu z pumą, gdyż rąbał  w lesie drzewo,  a teraz przyszedł  na głos Montgomery'ego. 
Zaczęli  razem  nawoływać.  Z  zarośli  wyjrzała  para  przyczajonych  Zwierzoludów,  których 
dziwnie ukradkowe,  niespokojne  gesty i miny poważnie  zatrwożyły Montgomery'ego. Kiedy  je 
zawołał,  oba  stwory  uciekły,  jakby  poczuwały  się  do  jakiejś  winy. Wtedy  przestał  wołać  i  po 
dalszych bezcelowych poszukiwaniach zdecydował się odwiedzić szałasy.

W kotlinie nie zastał nikogo.
Coraz  bardziej  zatrwożony  postanowił  wrócić  do  domu.  Po  drodze  napotkał  parę  Ludzi-

Wieprzy,  tych  samych,  którzy  podczas  mojej  pierwszej  wycieczki  tańczyli  na  polanie;  mieli 
zakrwawione  twarze  i  byli  niezwykle  podnieceni.  Przedzierali  się  z  szumem  przez  gąszcz 
paproci, a na widok Montgomery'ego przystanęli robiąc groźne miny.

Zaniepokojony  ich  postawą  strzelił  z  bicza  i  wówczas  oba  stwory  rzuciły  się  na  niego. 

Nigdy  jeszcze  żaden  Zwierzolud  nie  pozwolił  sobie  na  coś  podobnego.  Montgomery  powalił 
jednego  strzałem  w  głowę,  a  M'ling  skoczył  na  drugiego  i  obaj  padli  na  ziemię  tocząc  z  sobą 
walkę.

M'ling  wziął  przeciwnika  pod  siebie  i  wbił  mu  zęby  w  gardło,  po  czym  Montgomery 

zastrzelił  szarpiącego  się  w  uścisku  M'linga  Człowieka-Wieprza. Z  pewnym  trudem  odciągnął 
M'linga od martwej ofiary.

Po tym incydencie ruszyli pośpiesznie do domu. M'ling rzucił  się w pewnym momencie w 

krzaki,  skąd  wypłoszył  małego  zakrwawionego  i  kulejącego  Człowieka-Ocelota,  który  miał 
zranioną  stopę.  Stworzenie  przez  chwilę  biegło,  po  czym  zawróciło  i  zaatakowało  Montgom-
ery'ego, który - chyba trochę niepotrzebnie - również je zastrzelił.

- Co to wszystko znaczy? - spytałem.
Montgomery potrząsnął tylko głową i nalał sobie następną whisky.

background image

 18. Odnalezienie doktora Moreau

Kiedy  zobaczyłem,  że Montgomery wypija  trzecią  whisky,  postanowiłem  interweniować. 

Był  już nieźle wstawiony. Powiedziałem,  że doktora musiało spotkać coś złego, jeżeli do tej pory 
nie  wrócił,  i mamy obowiązek sprawdzić, co się z nim  stało. Montgomery wysunął  jakieś nieis-
totne  obiekcje,  ale  w  końcu  zgodził  się.  Po  skromnym  posiłku  wyruszyliśmy  we  trzech  na 
poszukiwania.

Zapewne  wskutek  nerwowego  napięcia,  w  jakim  się  wówczas  znajdowałem,  nasza  wy-

prawa  w  upalną ciszę  tropikalnego  popołudnia  z  niezwykłą wyrazistością utrwaliła  się w  mojej 
pamięci.  Przodem  szedł  M'ling  -  pamiętam  jego  lekko  przygarbione  plecy  i  szybkie  ruchy 
dziwnej ciemnej głowy, gdy badając drogę rozglądał  się raz w  jedną,  raz w drugą stronę. Był  nie 
uzbrojony. Toporek zgubił  podczas starcia z  Człowiekiem-Wieprzem. Gdy dochodziło do walki, 
jego prawdziwą  bronią  były  zęby. Za  nim,  trochę  niepewnym  krokiem,  ze  spuszczoną  głową  i 
rękami w kieszeniach podążał Montgomery, miał  do mnie pijacką urazę z powodu whisky. Jedną 
rękę - na szczęście lewą - miałem na temblaku, w prawej trzymałem rewolwer.

Wybraliśmy wąską ścieżkę przez środek gęstej dżungli, zmierzając na północny zachód. W 

pewnej chwili M'ling stanął  nagle i cały zamienił  się w słuch. Idący za nim Montgomery o mało 
na  niego  nie  wpadł. Po chwili  czujnego  nasłuchiwania  z  lasu  dobiegły  nas odgłosy rozmowy  i 
zbliżające się kroki.

- On nie żyje - mówił ktoś niskim, podnieconym głosem.
-   To nieprawda, że nie żyje, to nieprawda, że nie żyje - trajkotał drugi.
- Widzieliśmy, widzieliśmy - odezwało się kilka głosów jednocześnie.
- Hej! - krzyknął raptem Montgomery. - Hej, tam!
- Niech cię diabli! - zakląłem podnosząc rewolwer. 
Zapadła cisza, a potem usłyszeliśmy trzask splątanych gałęzi i stopniowo,  jedna po drugiej, 

z  różnych  stron  wyłoniło  się  sześć  dziwacznych  twarzy  oświetlonych  dziwacznym  światłem. 
M'ling wydał  gardłowy pomruk. Poznałem  Małpoluda - zresztą już wcześniej zidentyfikowałem 
jego  głos -  oraz  parę  ciemnoskórych,  otulonych  w  białe  płótno  Zwierzoludów  z  łodzi.  Były  z 
nimi  dwa  cętkowane  stwory  oraz  ów  niewiarygodnie  pokraczny  Odmawiacz  Prawa  -  ociężały 
stwór bez twarzy o policzkach zarośniętych długą szarą  sierścią,  szarych krzaczastych brwiach i 
równie szarych włosach spływających na dwie strony z  niskiego czoła,  spod których spoglądały 
na nas ciekawie dziwne czerwone oczy.

Przez  chwilę  nikt  nic  nie  mówił.  Wreszcie  Montgomery  odezwał  się  przerywanym 

czkawką głosem:

- Kto... powiedział, że on nie żyje?
Małpolud zerknął lękliwie na Szarego Włochacza.
-  Nie  żyje  -  odparł  Włochacz.  -  Oni  widzieli.  Bezstronna  rzeczowość  tych  stworów  nie 

miała w sobie nic groźnego. Byli raczej zaskoczeni i spłoszeni.

- Gdzie on jest? - spytał Montgomery.
- Tam - Szary Stwór wskazał kierunek.
- Czy jest jeszcze Prawo? - spytał  Małpolud. - Czy nadal to wolno,  a tamtego nie? Czy on 

naprawdę nie żyje?

- Czy jest jeszcze Prawo? - powtórzył stwór w bieli.
- Och Ty,  który  jesteś Drugi  i masz  bat,  czy jest jeszcze  Prawo?  On nie  żyje - powiedział 

Szary Wło-chacz.

background image

Wszyscy bacznie nas obserwowali.
- Prendick - rzekł Montgomery, spoglądając na mnie otępiałym wzrokiem. - On nie żyje,  to 

jasne.

Podczas całej dotychczasowej  rozmowy stałem  za plecami Montgomery'ego. Zaczynałem 

pojmować,  co dzieje  się w  głowach tych  stworów. Szybko wystąpiłem  naprzód i  oświadczyłem 
podniesionym głosem:

- Wierne dzieci Prawa! On nie umarł.
M'ling rzucił mi szybkie spojrzenie.   
- Zmienił  tylko swą  postać,  zmienił  swoje  ciało - mówiłem  dalej. - Na pewien  czas stanie 

się  dla  was  niewidoczny.  Jest  teraz...  tam  -  ciągnąłem,  wskazując  niebo  -  i  obserwuje  was 
stamtąd, choć wy nie możecie go zobaczyć. Drzyjcie przed Prawem.

Patrzyłem im prosto w oczy. Cofnęli się o krok.
- On jest wielki. On jest wielki - wymamrotał  Małpolud zerkając lękliwie  w górę  między 

wierzchołki drzew.

- A co się stało z tamtym stworzeniem? - spytałem.
- Stwór,  który krwawił,  biegł  i  ryczał  z bólu,  też  nie żyje - odparł  Szary Włochacz  wciąż 

patrząc mi w oczy.

- To dobrze - mruknął Montgomery.
- Ten-Drugi-z-Batem... - zaczął Szary Stwór.
- Tak? - podchwyciłem:
- Ten-Drugi-z-Batem powiedział, że On nie żyje. 
Ale  Montgomery zachował  dość trzeźwości,  by  zrozumieć,  dlaczego upieram się,  że Mo-

reau nie umarł.

- Nie, On żyje - powiedział wolno. - Nie umarł. Jest równie żywy jak ty.
- Niektórzy z was - podjąłem - złamali  Prawo. Spotka ich śmierć. Niektórzy już nie  żyją. 

Pokażcie  nam,  gdzie  leży  jego  dawne  ciało.  Ciało,  które  odrzucił,  gdyż  przestało  mu  być 
potrzebne.

- Tędy, Człowieku-Który-Chodziłeś-Po-Morzu - odparł Szary Stwór.
Jakoż  pod  przewodem  sześciu  stworzeń ruszyliśmy  przez  gąszcz  lian,  paproci  i drzew  na 

północny  zachód.  Nagle  rozległ  się  ryk,  trzask  gałęzi  i  obok  nas  przebiegł  z  piskiem  mały 
różowy homunkulus. Tuż za nim wyłonił się zdziczały, umazany krwią potwór i z rozpędu wpadł 
między nas.

Szary  Stwór  odskoczył  w  bok;  M'ling  rzucił  się  warcząc  na  przybysza,  ale  został 

odepchnięty; Montgomery  strzelił  niecelnie,  pochylił  się,  osłonił  głowę rękami i chciał  uciekać. 
Nacisnąłem  cyngiel,  ale  potwór  wciąż  się  zbliżał;  strzeliłem  po  raz  drugi,  mierząc  wprost  w 
paskudną mordę. Widziałem,  że jego twarz rozsypuje się i zapada. Minął  mnie jednak z rozpędu, 
wpadł  na  Montgomery'ego,  uczepił  się  go  i  wydając  ostatnie  tchnienie  padł  razem  z  nim  na 
ziemię.

Zostałem  sam  na  sam  z  M'lingiem,  martwym  stworem  i  rozciągniętym  na  ziemi  człow-

iekiem.  Montgomery  uwolnił  się  od  ciężaru  i  patrzył  półprzytomnym  wzrokiem  na  leżącego 
obok  martwego  Zwierzoluda.  Wyraźnie  otrzeźwiał.  Poderwał  się  na  nogi.  Między  drzewami 
zauważyłem wracającego ostrożnie Szarego Zwierzoluda.

-  Patrz  -  rzekł  do niego wskazując zabitego potwora.  - Czy  Prawo  przestało istnieć?  Tak 

kończy ten, kto złamie Prawo.

Przyjrzał się zwłokom.
- On zsyła Ogień, który zabija - powiedział niskim głosem, powtarzając rytualną formułę.

background image

Reszta  Zwierzoludów  zgromadziła  się  dokoła  i  przez  jakiś  czas  patrzyła  na  zabitego 

stwora.

Zbliżyliśmy się  wreszcie  do  zachodniego krańca wyspy. Najpierw  natrafiliśmy na ogryzi-

one,  zmasakrowane zwłoki pumy z przestrzeloną łopatką, a dwadzieścia kroków dalej ujrzeliśmy 
to, czego szukaliśmy. Leżał wśród wydeptanych trzcin, twarzą do ziemi.

Jedną dłoń miał prawie całkowicie oderwaną,  a siwe włosy zlepione od krwi. Puma swoimi 

kajdanami  strzaskała  mu  czaszkę.  Dokoła  na  połamanych  trzcinach  widniały  smugi  krwi.  Re-
wolwer zniknął.

Montgomery odwrócił ciało.

Z pomocą siedmiu Zwierzoludów, odpoczywając co chwilę - Moreau był  zwalisty i ciężki - 

odnieśliśmy  zwłoki  do  zagrody.  Zbliżała  się  noc.  Po  drodze  w  bliskim  sąsiedztwie  naszej 
szczupłej gromadki dwukrotnie odzywały się wrzaski i wycia niewidocznych stworów, a raz wy-
biegł  z  krzaków  mały leniwcoludek,  popatrzył  na  nas i znowu  znikł.  Nikt  jednak nie  próbował 
nas  atakować. Pod  bramą  Zwierzoludy  odwróciły  się  i  odeszły.  Razem  z  nimi  odszedł  M'ling. 
Zaryglowawszy bramę  od środka,  wnieśliśmy  zmasakrowane  ciało na podwórze i złożyliśmy je 
na stosie gałęzi.

Potem  weszliśmy  do  laboratorium,  by  położyć  kres  życiu  wszystkich  istot,  jakie  tam 

jeszcze pozostały.

 19. Montgomery “świętuje”

Dopiero po wykonaniu tych  czynności,  umyciu się i zjedzeniu kolacji poszliśmy do mego 

pokoiku,  by zastanowić  się poważnie nad sytuacją. Zbliżała  się pomoc. Montgomery był  prawie 
trzeźwy,  ale zupełnie wytrącony z  równowagi. Osobowość doktora Moreau miała  na  niego zdu-
miewająco  silny  wpływ.  Sądzę,  iż  nigdy chyba  nie  brał  pod  uwagę,  że  Moreau może  umrzeć. 
Śmierć  doktora  zburzyła  system  nawyków,  które  w  ciągu  ponad  dziesięciu  monotonnych  lat 
spędzonych na  wyspie stały się  jego drugą naturą. Mówił  niejasno,  na  moje pytania odpowiadał 
od rzeczy, snuł mętne, ogólne dywagacje.

-  Co za  durny  świat  -  mówił.  -  Bez  krzty  sensu! Jakie  ja  miałem  życie.  Ciekaw  jestem, 

kiedy naprawdę się zacznie. Szesnaście lat pod kuratelą nianiek i nauczycieli, pięć lat wkuwania 
medycyny w  Londynie - byle jak jedząc, byle  jak mieszkając,  ubierając się byle jak,  potem byle 
jaki występek,  ot, zwykłe potknięcie,  nie stać mnie było na nic lepszego, i marsz na tę przeklętą 
wyspę. Dziesięć lat tutaj! I po co to wszystko,  niech mi pan powie? Czy jesteśmy tylko zabawką 
w ręku dziecka?

Cóż mogłem odpowiedzieć na te obłędne rojenia?
- Musimy się teraz zastanowić - przerwałem - jak wydostać się z wyspy.
- I co mi z tego? Jestem wyrzutkiem. Do czego ja mam wracać? Dobrze panu mówić, panie 

Prendick. Biedny stary Moreau! Nie możemy go zostawić drapieżnikom na pożarcie. W gruncie 
rzeczy... A w ogóle, co się stanie z przyzwoitą częścią Zwierzoludów?

-  To  sprawa  na  jutro  -  odparłem.  -  Możemy  zbudować  stos  i  spalić  jego  zwłoki...  inne 

także... A co się stanie ze Zwierzoludami?

- Nie wiem. Sądzę,  że  te,  które  pochodzą od drapieżników,  prędzej  czy później zdziczeją. 

Nie urządzimy chyba ogólnej masakry. Nie sądzi pan? A może takie właśnie rozwiązanie dyktuje 
panu pański humanitaryzm?... Ale one się zmienią. Na pewno się zmienią.

background image

Mówił  i  mówił,  nie  dochodząc  do  żadnego  wniosku,  aż wreszcie  zacząłem tracić  cierpli-

wość.

- Do diabła! - wykrzyknął,  gdy objawiłem rozdrażnienie. - Czy pan nie rozumie,  że jestem 

w znacznie gorszej sytuacji niż pan? - Wstał  i przyniósł  whisky. - Napij się - powiedział. - Napij 
się, ty zdrowo myślący, obłudny, niewierzący świętoszku.

-  Nie,  dziękuję  -  odparłem  i  z  ponurą  miną  obserwowałem  jego  twarz,  na  którą  padał  z 

góry blask naftowej lampy. Po  pewnym  czasie  ogarnęło  go pijackie rozczulenie. Zachowałem z 
tej rozmowy  wspomnienie  straszliwej,  jałowej  nudy. Wygłosił  ckliwą  obronę  Zwierzoludów,  w 
szczególności M'linga.

Oświadczył,  iż  M'ling  jest  jedyną  istotą,  która  kiedykolwiek  objawiła  mu  prawdziwe 

przywiązanie. Nagle zaświtała mu myśl.

-  Niech  mnie  diabli!  -  mruknął  podnosząc  się  chwiejnie  na  nogi  i  chwytając  butelkę 

whisky. W błysku intuicji zrozumiałem natychmiast, co zamierza uczynić.

- Niech pan nie upija tego zwierzaka! - zawołałem wstając i zagradzając mu drogę.
-  Zwierzaka!  -  powtórzył.  -  Sam  jesteś  zwierzakiem.  On  przyjmie  trunek  po  chrześci-

jańsku. Zejdź mi z drogi, Prendick.

- Zaklinam pana.
- Precz... z drogi - ryknął i błyskawicznym ruchem wyciągnął rewolwer.
- Proszę  bardzo - odparłem  i  odsunąłem się na  bok zastanawiając  się,  czy nie skoczyć  mu 

na plecy,  gdy będzie otwierał  drzwi,  ale przypomniałem sobie,  że  mam złamaną rękę. - Upił  się 
pan jak bydlę. Znajdzie pan wśród nich godne siebie towarzystwo.

Pchnął  drzwi  i  stanął  profilem  między  żółtawym  światłem  lampy  a  bladym  blaskiem 

księżyca; pod krzaczastymi brwiami rysowały się czarne plamy oczodołów.

- Jesteś pan głupim, nadętym osłem,  Prendick! Wciąż coś ci się roi i czegoś się boisz. Sto-

imy nad przepaścią. Jutro poderżnę sobie gardło. Ale dziś zabawię się jak nigdy w życiu.

Odwrócił się i wyszedł w blask księżyca.
- M'ling! - zawołał. - M'ling, stary przyjacielu! 
Trzy postacie,  ledwo widoczne  w  bladym świetle księżyca,  zbliżały się skrajem mrocznej 

plaży; biało odziany kształt na przedzie, a za nim dwie plamy ciemności.

Przystanęły,  wytrzeszczając  ślepia.  Po  chwili  zza  muru  wyłoniła  się  zgarbiona  sylwetka 

M'linga.

-  Pij  -  zawołał  Montgomery.  -  Pijcie,  bydlaki!  Pijcie  i  bądźcie  ludźmi.  Jestem  cholernie 

mądry! Nawet  Moreau na to nie  wpadł. Tego wam tylko brakowało. Pijcie,  powiadam wam. - I 
wymachując butelką,  szybkim truchtem pobiegł  na zachód,  za nim podążył  M'ling, a trzy niewy-
raźne postacie zamykały szereg.

Stanąłem  w  drzwiach.  Byli  już niemal  niewidoczni  w  świetle  księżyca,  gdy Montgomery 

przystanął. Widziałem,  jak wlewał  M'lingowi do gardła czystą whisky,  a po chwili pięć postaci 
zlało się w jedną ciemną plamę.

- Śpiewać - usłyszałem donośny głos Montgomery'ego. - Śpiewać wszyscy razem: “Niech 

diabli  porwą  przeklętego  Prendicka...”  Dobrze.  Jeszcze  raz:  “Niech  diabli  porwą  przeklętego 
Prendicka”.

Ciemna  grupa  rozpadła  się  na  pięć  odrębnych  postaci,  które  kołując  oddalały  się  powoli 

bielejącą  plażą.  Każdy  wrzeszczał  osobno  obrzucając  mnie  wyzwiskami  i  dając  upust  nowym, 
zrodzonym z whisky uczuciom.

background image

Niebawem  usłyszałem  z  daleka okrzyk Montgomery'ego:  - W prawo  zwrot! -  i  cała  gro-

madka  wrzeszcząc  i  rycząc  przesunęła  się  w  mroczne  zarośla.  Głosy  cichły  stopniowo,  aż 
całkiem umilkły.

Znów  zapanowała majestatyczna cisza nocy. Księżyc minął  zenit i schodził  ku zachodowi. 

Był w pełni, niezwykle jasny, wędrujący po pogodnym niebie.

Kamienny  mur  rzucał  mi  pod  stopy  atramentowo-czarną,  szeroką  na  krok  smugę  cienia. 

Wschodnia połać morza była szara,  mroczna i tajemnicza,  a  szare piaski (z  wulkanicznego szkła 
i kryształu) pomiędzy morzem i smugą cienia  pobłyskiwały jak  pole diamentów. Za  moimi  ple-
cami migotał rudy płomień naftowej lampy.

Potem  zamknąłem  drzwi,  przekręciłem  klucz  w  zamku  i  wyszedłem  na  podwórze,  gdzie 

obok  ostatnich ofiar  Moreau - psów,  lamy  i  paru  innych  nieszczęsnych  stworzeń -  spoczywały 
jego własne zwłoki; nawet po tak okropnej śmierci na potężnej twarzy malował  się spokój,  a sze-
roko otwarte oczy patrzyły surowo w martwą,  białą tarczę księżyca. Przysiadłem na skraju zlewu 
i  mając przed oczyma upiorny stos złowieszczych cieni i  srebrzystego światła - zacząłem  ukła-
dać plany.

Rano  zaniosę  do  szalupy  prowiant,  podpalę  stos i  jeszcze  raz  wypłynę  w  pustkę  morza. 

Czułem,  że  Montgomery  jest  zgubiony  bez  ratunku;  zbratawszy  się  ze  Zwierzoludami  stal  się 
niezdolny do życia wśród ludzi.

Nie  wiem,  jak  długo  siedziałem  snując  projekty.  Chyba  z  godzinę.  Moje  rozmyślania 

przerwał  powrót  Montgomery'ego.  Usłyszałem  dobywające się  z wielu gardeł  wrzaski,  podnie-
cony gwar tłumu - wycia,  pohukiwania,  radosne okrzyki  - który spłynął  zboczem na plażę  i  za-
trzymał  się  na brzegu  morza. Tumult  nasilał  się,  to znów  opadał; usłyszałem głośne  uderzenia i 
trzask rąbanego drzewa, ale dźwięki te nie wydały mi się wówczas podejrzane.

Ozwał się bezładny śpiew.
Wróciłem  myślami do  planowanej  ucieczki. Wstałem,  wziąłem  lampę  i  poszedłem  obejr-

zeć beczułki, które zauważyłem poprzednio w szopie.

Zainteresowała  mnie  zawartość  puszek  z  sucharami,  więc  zajrzałem  do  jednej  z  nich. 

Kątem oka dostrzegłem z tyłu jakiś czerwony kształt i gwałtownie się odwróciłem.

Miałem przed sobą porysowane ostrymi liniami białego światła i czarnych cieni podwórze, 

w  środku  którego  na  stosie  drewna  i  gałęzi  spoczywały zwłoki  Moreau,  a  obok nich - ułożone 
jedno na drugim - leżały ciała jego okaleczonych ofiar. Sprawiały wrażenie sczepionych ze sobą 
w  ostatnich,  morderczych  zmaganiach.  Rany na  ciele  doktora  zionęły  czernią,  a  krew,  która  z 
nich wyciekła,  ciemnymi plamami  znaczyła piasek. Dopiero po chwili zobaczyłem,  skąd wzięło 
się złudzenie czyjejś obecności - na murze,  po przeciwnej stronie podwórza tańczył  rudy, migot-
liwy odblask  światła. Pomyślałem  sobie,  że jest  to odbicie mojej filującej  lampy  i  zająłem  się z 
powrotem zgromadzonymi w szopie zapasami.

Starannie,  choć  miałem do dyspozycji  tylko jedną rękę,  przeszukiwałem szopę odkładając 

na bok różne przydatne przedmioty,  aby nazajutrz znieść je do łodzi. Moje ruchy były powolne, a 
czas płynął szybko. Wreszcie do szopy wdarły się pierwsze promienie brzasku.

Śpiew  tymczasem  ucichł,  zmienił  się w  zgiełk,  potem  znowu się ozwał,  aż nagle  wybuchł 

gwałtowny  tumult.  Usłyszałem  okrzyki:  “Jeszcze,  jeszcze!”,  odgłosy  kłótni  i  raptowny,  prze-
raźliwy wrzask. Hałasy tak dalece zmieniły swój charakter, że w końcu zwróciło to moją uwagę. 
Wyszedłem na podwórze i zacząłem nasłuchiwać. Wrzawę przeciął nagle ostry trzask wystrzału.

Wpadłem  momentalnie  do swego  pokoju.  Jednocześnie  usłyszałem  za  sobą  szurgot  osu-

wających się  na  podłogę szopy skrzyń i  grzechot  tłuczonego szkła. Ale nie  zważałem już  na to. 
Otworzyłem boczne drzwi i wyjrzałem na zewnątrz.

background image

Na  plaży  koło  przystani  płonęło  ognisko,  wyrzucając  w  górę,  w  szary  brzask,  fontanny 

iskier.  Wokół  ogniska  kłębiła  się  masa  ciemnych  postaci.  Usłyszałem  krzyk  Montgomery'ego: 
wzywał  mnie. Natychmiast pobiegłem w stronę ogniska z rewolwerem w ręku. W pewnej chwili 
znad ziemi wyskoczył  różowy języczek ognia;  powalili go na ziemię. Zacząłem krzyczeć  co sił 
w płucach i strzeliłem w powietrze.

Ktoś wrzasnął:  “To  ON!”  Skłębiona masa  walczących ciał  rozproszyła  się,  ogień buchnął 

w górę i przygasł. Ogarnięty nagłą paniką tłum Zwierzoludów umykał  przede mną z plaży, ginąc 
w  zaroślach.  Z  podniecenia  strzeliłem  jeszcze  raz  w  ślad  za  nimi.  Następnie  podszedłem  do 
rozciągniętych na ziemi ciemnych postaci.

Montgomery leżał  na plecach,  przywalony ciałem Szarego Włochacza. Zwierz nie  żył,  ale 

jego zakrwawione szpony były wciąż zaciśnięte na gardle Montgomery'ego. Obok nich ujrzałem 
M'linga;  leżał  nieruchomo  twarzą  do ziemi,  miał  przegryzione  gardło,  a  w  ręku trzymał  utłuc-
zoną  szyjkę butelki. Koło ogniska  leżały jeszcze  dwa Zwierzoludy;  jeden był  martwy,  drugi zaś 
od czasu do czasu wydawał urywane jęki, podnosił i opuszczał głowę.

Chwyciłem  Szarego  Stwora  i  uwolniłem  Montgomery'ego;  szpony  odciąganego  na  bok 

zwierza zerwały zeń podartą kurtkę.

Montgomery  miał  sczerniałą  twarz  i  ledwo  oddychał.  Spryskałem  go  morską  wodą  i 

podłożyłem  pod głowę własną zwiniętą  kurtkę. M'ling nie  żył. Ranny stwór koło ogniska  - bro-
daty Człowiek-Wilk  o  szarej  skórze  -  padł,  jak  się  okazało,  górną  połową  ciała  na  rozżarzone 
polana. Nieszczęśnik  był  tak okropnie  poraniony,  że  z  litości  strzeliłem  mu w  łeb.  Obok  niego 
leżał jeden z biało odzianych Ludzi-Byków. On też był martwy.

Reszta  Zwierzoludów  uciekła  z  plaży.  Wróciłem  do  Montgomery'ego  i  ukląkłem  obok 

niego, przeklinając swoją nieznajomość medycyny.

Z dogasającego ogniska zostały tylko zwęglone,  żarzące się na końcach,  przysypane spop-

ielałym  chrustem  belki.  Przez  głowę  przemknęło  mi  pytanie,  skąd  Montgomery  wziął  tyle 
drewna.  Tymczasem  nastał  świt.  Niebo  pojaśniało;  zapadający  krążek  księżyca  bladł  na  tle 
rozświetlonego błękitu. Niebo na wschodzie poczerwieniało.

Nagle  usłyszałem  za  plecami  głuchy łoskot  i  donośny  syk,  obejrzałem  się  i  z  okrzykiem 

grozy skoczyłem na równe nogi. Ze środka zagrody buchały w niebo wielkie czarne kłęby dymu, 
a  pomiędzy nimi  strzelały w  górę krwistoczerwone  języki ognia. Płomień momentalnie ogarnął 
strzechę.  Masa  zakrzywionych  płomieni  pędziła  w  górę  po  spadzistym  dachu.  Z  okna  mego 
pokoju buchnęła struga ognia.

W mgnieniu oka zrozumiałem, co się stało. Przypomniałem sobie łoskot w szopie. Biegnąc 

na ratunek Montgomery'emu, przewróciłem lampę.

Było jasne,  że niczego nie zdołam uratować. Pomyślałem o planowanej ucieczce i szybko 

spojrzałem w stronę przystani. Obie łodzie znikły! Niedaleko mnie leżały na piasku dwie porzu-
cone  siekiery,  plaża  była  zasypana  drzazgami  i  odpryskami  drewna,  a  w  brzasku nowego  dnia 
ciemniały dymiące  zgliszcza. Spalił  łodzie,  żeby się na mnie zemścić  i  uniemożliwić  powrót do 
świata ludzi.

Zatrząsłem się z wściekłości. Miałem ochotę rozwalić mu ten głupi łeb,  leżący bezsilnie u 

moich stóp. Wtedy on lekko poruszył  ręką  - tak  słabo,  tak żałośnie,  że  cały gniew  natychmiast 
mnie opuścił. Montgomery jęknął i na chwilę otworzył oczy.

Klęknąłem  i uniosłem mu głowę. Znów otworzył  oczy,  spojrzał  w  poranne niebo,  a potem 

pochwycił mój wzrok i zamknął powieki.

- Przepraszam - wyszeptał  z trudem. Wydawało mi się, że próbuje zebrać myśli. - Koniec - 

szepnął cicho - koniec tego głupiego wszechświata. Co za bezsens...

background image

Słuchałem. Głowa opadła  mu bezsilnie na ramię. Pomyślałem,  że odrobina jakiegoś płynu 

mogłaby go ocucić, ale nie miałem pod ręką niczego do picia ani naczynia,  w  którym mógłbym 
przynieść wodę. Zrobił się nagle cięższy. Serce mi zamarło.

Przyjrzałem się z bliska jego twarzy i wsunąłem rękę pod rozdartą koszulę. Był  martwy; w 

chwili  gdy  umierał,  znad  otaczającego  zatokę  wzgórza  wyłonił  się  biały  skraj  rozpalonego 
wschodzącego słońca,  oblał  niebo blaskiem,  a mroczne  wody zmienił  w  roziskrzone  szaleństwo 
światła. Jasność padła na skurczoną pośmiertnie twarz, otaczając ją bladą aureolą.

Delikatnie  złożyłem  jego  głowę  na  prowizorycznej  poduszce  i  wstałem.  Przede  mną  ot-

wierała się  połyskliwa pustka morza,  straszliwa  samotność,  która przysporzyła  mi już  tylu cier-
pień; a za sobą miałem wyspę, jakże cichą o świcie - z jej niewidocznymi,  milczącymi Zwierzo-
ludami.  Zabudowania -  razem  z  całą  amunicją  i  prowiantem  - paliły  się głośno  wśród nagłych 
wybuchów płomieni, trzasku ognia i łoskotu walących się belek. Gęsty dym unosił  się nad plażą 
i  sunąc  ponad wierzchołkami drzew  odpływał  w kierunku szałasów  w  kotlinie. Obok mnie  bie-
lały zwęglone szczątki łodzi i zwłoki pięciu istot.

Po  chwili  wyszły  z  zarośli  trzy  Zwierzoludy  o  przygarbionych  plecach,  pochylonych  do 

przodu  głowach  i  niezdarnych,  kalekich  dłoniach;  mierząc  mnie  nieprzyjaznymi,  badawczymi 
spojrzeniami, zaczęły się niepewnie zbliżać.

 20. Sam wśród Zwierzoludów

Stałem w obliczu tych istot, które miały zadecydować o moim losie, sam jeden, na dobitkę 

władając  tylko  jedną  ręką.  W  kieszeni  miałem  rewolwer  z  dwiema  opróżnionymi  komorami. 
Wśród porozrzucanych  wokoło szczap drewna leżały dwie  siekiery,  którymi  porąbano szalupę i 
łódź. Z tyłu nadciągała fala przypływu.

Tylko  odwaga  mogła  mnie  uratować.  Patrzyłem  zbliżającym  się  bestiom  prosto  w  oczy. 

Unikając  mojego  wzroku  obejrzały  leżące  dalej  na  plaży  zwłoki;  widziałem  ich  drgające 
nozdrza.  Postąpiłem  kilka  kroków  do  przodu,  podniosłem  przyciśnięty  zwłokami  Człowieka-
Wilka okrwawiony bat Montgomery'ego i strzeliłem z niego.

Bestie zatrzymały się mierząc mnie wzrokiem.
- Pokłońcie się - rzekłem. - Na kolana! Wahały się. Jeden stwór ugiął  kolano. Powtórzyłem 

rozkaz, choć serce podchodziło mi do gardła, i zacząłem iść w ich kierunku. Ukląkł  jeden, potem 
dwa następne.

Odwróciłem  się  bokiem  i  nie  spuszczając  wzroku  z  trzech  klęczących  Zwierzoludów, 

podszedłem  do zwłok  krokiem  aktora  przechodzącego  przez  scenę  z  twarzą  zwróconą  ku wid-
owni.

- Oni  złamali  Prawo - oświadczyłem stawiając stopę na martwym  Odmawiaczu Prawa. - I 

dlatego  zginęli.  Nawet  Odmawiacz  Prawa.  Nawet  Ten-Drugi-z-Batem. Wielkie  jest  Prawo!  Po-
dejdźcie i popatrzcie.

-  Nikt  nie  ujdzie  kary  -  ozwał  się  jeden  ze  Zwierzoludów,  zbliżając  się  i  zerkając  na 

zwłoki.

- Nikt nie ujdzie kary - powtórzyłem. - Przeto słuchając i czyńcie, jak wam każę.
Powstali z klęczek spoglądając pytająco jeden na drugiego.
-  Nie  ruszać  się  z  miejsca!  -  rozkazałem. Podniosłem  obie  siekiery  i  przewiesiłem  przez 

temblak,  odwróciłem  Montgomery'ego  na  drugi  bok,  wyjąłem  mu  z  kieszeni  rewolwer,  który 
miał jeszcze dwie. nie opróżnione komory, obszukałem ciało i w kieszeni znalazłem sześć naboi.

background image

-  Zabierzcie  go  -  rzekłem  prostując  się  i  wskazując  batem  ciało  -  zanieście  na  brzeg  i 

wrzućcie do wody.

Podeszli, choć widać było,  że nadal boją się Montgomery'ego. Ale jeszcze bardziej bali się 

strzałów  mojej  czerwonej  trzaskawki,  toteż z pewnym  wahaniem  i  ociąganiem,  ponaglani  trzas-
kami  bicza  i  krzykiem,  ostrożnie  go  dźwignęli,  ponieśli  przez  plażę  i  weszli  z  pluskiem  w 
roziskrzoną toń morza.

- Dalej! - zawołałem. - Dalej! Zanieście go na głęboką wodę.
Gdy woda sięgnęła im piersi, stanęli i spojrzeli pytająco.
- Upuśćcie go - rzekłem.
Ciało Montgomery'ego znikło z pluskiem pod wodą.
Poczułem nagły skurcz w piersiach.
- W porządku - oświadczyłem łamiącym się głosem,  a  oni, zalęknieni,  wrócili pośpiesznie 

na brzeg zostawiając za sobą na  srebrnej tafli morza ciemne podłużne  smugi. Wyszedłszy na pi-
asek  odwrócili się  i  zapatrzyli w  wodę,  jakby się spodziewali,  że Montgomery lada  chwila  wy-
chynie z toni i dokona zemsty.

- A teraz ci - rzekłem wskazując resztę ciał. 
Starannie  omijali  miejsce,  gdzie  upuścili  poprzednio  zwłoki  Montgomery'ego,  i  żeby  się 

doń nie zbliżyć, ciała czterech Zwierzoludów odnosili daleko, chyba na sto jardów wzdłuż plaży, 
nim decydowali się wejść do wody.

Kiedy  usuwali  pokiereszowane  szczątki  M'linga,  za  moimi  plecami  rozległy  się  ciche 

kroki. Obejrzawszy się szybko za siebie, w odległości kilkunastu kroków zobaczyłem potężnego 
Hieno-Wieprza.  Podany do  przodu,  trzymając  blisko ciała  swe  grube  zaciśnięte  pięści,  mierzył 
mnie spode łba błyszczącymi ślepiami. Kiedy się obróciłem, zastygł w półprzysiadzie nie patrząc 
mi w oczy.

Staliśmy chwilę oko w  oko. Odrzuciłem bat i szybkim ruchem sięgnąłem po rewolwer. Był 

najgroźniejszym z pozostałych jeszcze na wyspie Zwierzoludów i dlatego postanowiłem  pozbyć 
się  go  pod  byle  pretekstem.  Zamiar  może  zdradziecki,  ale  Hieno-Wieprz  budził  we  mnie  taki 
strach, że wolałbym mieć przeciwko sobie dowolną parę innych Zwierzoludów  niż jego samego. 
Wiedziałem, że póki będzie żył, nie zaznam chwili spokoju.

Upłynęło parę sekund, nim zdołałem nad sobą zapanować. Wtedy krzyknąłem:
- Oddaj pokłon! Na kolana! 
Zawarczał obnażając kły.
- Dlaczego miałbym przed tobą...
Wyciągnąłem  rewolwer,  chyba  trochę  zbyt  nerwowo,  wycelowałem  i  pośpiesznie  wy-

paliłem. Stwór zaskowyczał,  rzucił  się w  bok,  a  ja  widząc,  że  chybiłem,  odciągnąłem  kciukiem 
cyngiel do następnego strzału. Ale on umykał  już co sił  w  nogach,  odskakując raz w lewo,  raz w 
prawo,  nie  chciałem  więc  ryzykować  następnego  pudla.  Od  czasu  do  czasu  oglądał  się  przez 
ramię. Przebiegłszy ukosem plażę znikł  mi  z  oczu w gęstych kłębach dymu,  który wciąż  wydo-
bywał  się z płonącej zagrody. Patrzyłem za nim dłuższą chwilę. Kiedy się odwróciłem,  moje trzy 
posłuszne Zwierzoludy nadal stały z ciałem M'linga,  więc poleciłem wrzucić  je do wody. Potem 
wróciłem  do  miejsca  przy  ognisku,  gdzie  padły  zabite  istoty,  i  starannie  zasypałem  piaskiem 
wszystkie krwawe ślady.

Odprawiwszy ruchem ręki trójkę potulnych niewolników opuściłem plażę i zaszyłem się w 

zarośla. W ręku Wciąż trzymałem rewolwer,  a  bat,  razem  z  siekierami,  przewiesiłem przez tem-
blak. Chciałem w samotności zastanowić się nad sytuacją, w jakiej się znalazłem.

background image

Dopiero  teraz  z  najwyższym  przerażeniem zaczynałem  zdawać  sobie  sprawę,  że  na  całej 

wyspie nie ma ani jednego miejsca,  gdzie mógłbym w samotności,  z  poczuciem bezpieczeństwa 
wyspać się i odpocząć. Wprawdzie od przyjazdu na wyspę moje  siły fizyczne  nieco  miernie się 
wzmocniły,  ale  nadal  szybko się denerwowałem  i  w  trudnych sytuacjach łatwo  traciłem  głowę. 
Czułem,  że w  obecnej chwili należałoby złożyć  Zwierzoludom wizytę,  upewnić  się o ich lojal-
ności  i  utwierdzić  swój  autorytet.  Ale  nerwy  mnie  zawiodły.  Wróciłem  na  plażę  i  minąwszy 
płonącą zagrodę skręciłem  na wschód, w kierunku piaszczystej ostrogi łączącej brzeg z pobliską 
rafą. Tam  usiądę  plecami  do morza,  pewien,  że  nic  nie  może  mnie  zaskoczyć,  i  spokojnie  po-
myślę, co dalej robić. Siedziałem więc z brodą opartą o kolana, coraz bardziej przerażony,  w  os-
trych promieniach  słońca  -  zastanawiając  się,  jak dożyć  chwili,  nader  zresztą  wątpliwego,  wy-
bawienia.  Próbowałem  możliwie trzeźwo rozważyć  całą  sytuację,  niestety,  sprawa  zbyt  obrosła 
emocjami, bym mógł się od nich uwolnić.

Wciąż  wracała  mi  na  myśl  przyczyna  rozpaczy  Montgomery'ego:  “Oni  się  zmienią.  Na 

pewno  się  zmienią,”  powiedział. A  Moreau...  co  mówił  mi  wtedy  Moreau?  “Zwierzęca  tkanka 
uporczywie  odrasta  z  dnia  na  dzień...”  Potem  przypomniałem  sobie  Hieno-Wieprza.  Muszę  go 
zabić,  w przeciwnym razie on zabije mnie... Odmawiacz Prawa nie żyje - co za pech!... Przekon-
ali się, że ludzie z biczami są tak samo śmiertelni jak oni...

Może  już  teraz  obserwują  mnie  z  gąszczu  palm  i  paproci  czekając,  aż  zbliżę  się  na  od-

ległość skoku? Może zmawiają się przeciwko mnie? Co Hieno-Wieprz miał  im do powiedzenia! 
Rozigrana wyobraźnia wiodła mnie coraz dalej na manowce niczym nie umotywowanych lęków 
i obaw.

Z  zamyślenia  wyrwały  mnie  krzyki  mew  zlatujących  się  wokół  ciemnego  przedmiotu, 

który fale wyrzuciły na plażę w  pobliżu zagrody. Wiedziałem... co to może być,  ale  nie miałem 
odwagi wrócić i rozpędzić ptactwo. Ruszyłem plażą w przeciwnym kierunku,  aby okrężną drogą, 
omijając  ewentualne  zasadzki  w  gęstwinie,  dotrzeć  na  wschodni  kraniec  wyspy  w  sąsiedztwo 
szałasów.

Uszedłszy może pół  mili  zauważyłem,  że  z bliskich zarośli  wyłania się i idzie ku mnie je-

den z trzech poskromionych Zwierzoludów. Rozigrana imaginacja wprawiła mnie w  takie  zden-
erwowanie,  że momentalnie wyciągnąłem rewolwer. Nawet pojednawcze gesty Zwierzoluda  nie 
zdołały mnie uspokoić.

Zbliżał się niepewnym krokiem.
- Idź precz! - krzyknąłem.
Swymi przymilnymi gestami żywo przypominał  łaszącego się psa. Na mój okrzyk odbiegł 

trochę i  znów  przystanął  - zupełnie  jak  pies,  któremu każą wracać do domu  - patrząc  prosząco 
psimi, brunatnymi oczami.

- Idź precz - powtórzyłem. - Nie zbliżaj się do mnie.
- Nie mogę do ciebie podejść?
- Nie. Idź precz  - powiedziałem stanowczo, strzelając z bata. Potem wziąłem  bat w zęby i 

schyliłem się po kamień, a on uciekł przestraszony.

Jakoż  samotnie  dotarłem  okrężną  drogą  do  kotliny  Zwierzoludów  i  tam,  ukrywszy  się 

wśród trzcin i  chwastów  oddzielających skalną szczelinę  od morza,  obserwowałem pojawiające 
się od czasu do czasu stwory, próbując wyczytać z ich gestów i zachowania się,  jak oddziałała na 
nie  śmierć Montgomery'ego i Moreau oraz  zniszczenie  Domu Cierpienia. Dziś jasno widzę całą 
głupotę  swojego  tchórzostwa.  Gdybym  nie  puścił  wodzów  fantazji,  która  pozbawiła  mnie  ob-
jawionej rankiem  odwagi,  zdołałbym pewnie  przejąć wakujące po doktorze  Moreau berło i  stać 

background image

się  królem  Zwierzoludów.  A  tak  -  straciłem  sposobną  chwilę  i  w  rezultacie  spadłem  do  roli 
przywódcy wśród równych sobie.

Około południa na zbocze wyszło kilka Zwierzoludów,  które  przykucnąwszy wygrzewały 

się w upalnym słońcu. Głód i pragnienie okazały się w końcu silniejsze od strachu. Wyszedłem z 
zarośli i trzymając w  ręku rewolwer zszedłem w dół,  zmierzając w kierunku siedzących na stoku 
stworów. Jeden  z  nich,  była  to  Kobieta-Wilczyca,  obrócił  głowę,  by  mi  się  przyjrzeć,  a  za  jej 
przykładem  poszła  reszta.  Żaden  nie  wstał  ani  się  nie  pokłonił.  Czułem  się  zbyt  słaby  i 
zmęczony, by próbować narzucić swoją wolę całej gromadzie, a potem było już na to za późno.

- Chce mi się jeść - powiedziałem niemal przepraszającym tonem, podchodząc bliżej.
- Jedzenie jest w szałasach - odparł leniwie Niedźwiedzio-Wół nie patrząc mi w oczy.
Minąwszy  ich  zanurzyłem  się  w  cuchnący  mrok  niemal  wyludnionej  kotliny.  W pustym 

szałasie zaspokoiłem głód owocami, a następnie, zatkawszy otwór patykami i przegniłymi gałęz-
iami,  położyłem  się  z  rewolwerem  pod ręką  zwrócony  twarzą  do  wyjścia  - mając  nadzieję,  że 
usunięcie  kruchej  przegrody  spowoduje  dość  hałasu,  by  uchronić  mnie  od  nieprzyjemnego 
zaskoczenia - i zmożony przeżyciami ostatnich trzydziestu godzin zapadłem w płytki sen.

 21. Powrót do zwierzęcości

W ten oto sposób stałem się członkiem społeczności Zwierzoludów zamieszkującej Wyspę 

doktora  Moreau.  Kiedy  się  obudziłem,  wokół  panowały ciemności.  Pod  bandażem  czułem  ból 
złamanej ręki. Usiadłem,  nie  wiedząc  w  pierwszej  chwili,  gdzie się znajduję. Z  zewnątrz  dobie-
gały  grube,  chrapliwe  głosy.  Po  chwili  spostrzegłem,  że  moja  barykada  znikła  i  wejście  do 
szałasu stoi otworem. W ręku nadal miałem rewolwer.

Usłyszałem czyjś oddech i tuż obok siebie ujrzałem skuloną postać. Wstrzymałem oddech i 

wysilając  wzrok  próbowałem  rozpoznać,  co  to  takiego.  Postać  wolniutko,  nieznośnie  powoli 
przesuwała się w moją stronę. Nagle coś miękkiego i wilgotnego przesunęło się po moi ej dłoni.

Stężałem. Gwałtownie cofnąłem rękę. Okrzyk przerażenia zamarł  mi w  gardle. Już miałem 

nacisnąć cyngiel, ale w ostatniej chwili rozjaśniło mi się w głowie.

- Kto to? - spytałem zduszonym szeptem, trzymając rewolwer gotowy do strzału.
- To ja. Panie.
- Ktoś ty?
-  Oni  mówią,  że  nie  mamy już  Pana. Ale  ja  wiem,  ja  wiem. To  ja  wyrzucałem  w  morze 

ciała, ciała tych, których zabiłeś o Ty-Który-Chodzisz-Po-Morzu. Będę ci służył, o Panie.

- To ciebie spotkałem na plaży?
- Tak, Panie.
Jego przywiązanie było chyba szczere; mógł mnie przecież napaść podczas snu.
-  To dobrze  -  odparłem  wyciągając  dłoń,  którą  on z  pokorą  oblizał.  Zaczynałem  zdawać 

sobie  sprawę  z  wagi jego obecności  i  poczułem  nowy przypływ  odwagi. -  Gdzie  jest  reszta?  - 
spytałem.

- Powariowali. Stracili rozum - odparł  Człowiek-Pies. - Teraz zebrali się tam i rozprawiają. 

Mówią: “Nasz  Pan nie  żyje; Ten-Drugi-z-Batem nie  żyje;  Ten-Który-Chodzi-po-Morzu jest taki 
jak my. Nie ma Pana, nie ma Batów,  nie ma Domu Cierpienia. Skończyło się. Uznajemy Prawo i 
będziemy go przestrzegać, ale cierpienie,  władza i baty zniknęły raz na zawsze.”  Tak mówią. Ale 
ja wiem, o Panie, ja wiem.

Wymacałem w mroku łeb Człowieka-Psa i pogłaskałem go.

background image

- To dobrze - powtórzyłem.
- A teraz wszystkich pozabijasz - powiedział.
- Tak - odparłem,  - Zabiję ich,  ale stopniowo, w miarę tego,  co będzie się działo. Wszyscy, 

z wyjątkiem tych, którym darujesz życie, zostaną zabici - co do jednego.

-  Pan  zabija  wszystko,  co  zechce  -  z  odcieniem  zadowolenia  w  głosie  oświadczył 

Człowiek-Pies.

- Poczekamy, aż ich szaleństwo dojrzeje i dopełni się miara ich występku - powiedziałem. - 

Dlatego nie powinni się dowiedzieć, że jestem ich Panem.

-  Słodko  jest  spełniać  wolę  Pana  - z  intuicyjnym  psim  taktem  zapewnił  mnie  Człowiek-

Pies.

- Ale jeden  z  nich zgrzeszył  ciężko -  rzekłem. -  Tego  zabiję przy  pierwszej  sposobności. 

Kiedy powiem “to on”,  masz się natychmiast na niego rzucić. A teraz wyjdę do zgromadzonych 
na zewnątrz ludzi.

Wychodzący  Człowiek-Pies  zasłonił  na  chwilę  otwór  szałasu.  Wyczołgawszy  się  tuż  za 

nim, stanąłem niemal w  tym samym miejscu, skąd usłyszałem wówczas głos ścigającego mnie z 
psem  doktora  Moreau. Ale  teraz  była  noc,  w  przesiąkniętej  zastarzałymi  miazmatami  kotlinie 
panowały ciemności,  a  zamiast  zielonego  stoku ujrzałem  przed sobą  czerwone  ognisko,  wokół 
którego kręciły  się  pokraczne,  zgarbione  postacie. W oddali majaczyła  mroczna  ściana  gęstych 
drzew, których wierzchołki tworzyły na tle nieba czarną koronkę. Znad krawędzi kotliny podno-
siła  się  tarcza  księżyca,  przecięta  strzelistą  smugą  fumaroli  buchającej  nieprzerwanie  z  krańca 
wyspy.

- Będziesz szedł  u mego  boku - rzekłem  zbierając odwagę,  po czym nie  zwracając  uwagi 

na wyglądające z mrocznych szałasów twarze, ramię w ramię ruszyliśmy wąską ścieżką w dół.

Ani  jeden  z  zebranych  wokół  ogniska  Zwierzoludów  nie  próbował  mi  się  pokłonić. 

Większość  ostentacyjnie  udawała,  że  mnie  nie  widzi.  Rozejrzałem  się  za  Hieno-Wieprzem,  ale 
nie  było go wśród  nich. Wokół  ogniska  siedziało  w  kucki  może  ze dwadzieścia  Zwierzoludów; 
jedne patrzyły w ogień, inne rozmawiały.

- On nie  żyje,  nie żyje,  nasz Pan nie  żyje  - usłyszałem z prawej  strony głos Małpoluda. - 

Dom Cierpienia... Nie ma już Domu Cierpienia.

- On żyje - odezwałem się donośnym głosem.
- I obserwuje nas w tej chwili.
Stropili się. Poczułem na sobie dwadzieścia par oczu.
- Dom Cierpienia przestał istnieć - mówiłem dalej.
- Ale powstanie na nowo. Wasz Pan stał  się niewidoczny. Ale słyszy każde wasze słowo.   - 

To prawda! To prawda! - przytaknął Człowiek-Pies.

Moja pewność siebie zbiła ich z tropu. Zwierzę potrafi być zawzięte i przebiegle,  ale na to, 

by kłamać w oczy, trzeba być stuprocentowym człowiekiem.

- Dziwne rzeczy  opowiada Człowiek z Zabandażowanym  Ramieniem - odezwał  się  jeden 

ze Zwierzoludów.

- Jest tak,  jak  mówię - rzekłem. - Pan Domu Cierpienia powróci.  Biada  temu,  kto złamie 

Prawo!

Popatrzyli  po  sobie  pytająco.  Z  udaną  obojętnością  zacząłem  leniwie  rąbać  siekierką 

ziemię. Zauważyłem, że przyglądają się głębokim bruzdom w murawie.

Potem  Satyr wyraził  swoje  wątpliwości,  a  gdy mu  odpowiedziałem,  przeciwstawił  mi  się 

jeden z cętkowanych stworów  i  w  rezultacie  wokół  ogniska  rozpętała się  ożywiona dyskusja. Z 
każdą  chwilą  rosło  we  mnie  przeświadczenie,  że  przynajmniej  na  razie  jestem  bezpieczny. 

background image

Mówiłem  teraz  płynniej  niż  na  początku,  kiedy  z  podniecenia  łamał  mi  się  głos.  Po  godzinie 
zdołałem przekonać wielu Zwierzoludów, że mówię prawdę,  a w sercach pozostałych zasiać nie-
pewność.

Wypatrywałem  mego arcywroga  Hieno-Wieprza,  ale  się  nie  pojawił.  Kilkakrotnie  przes-

traszył  mnie  jakiś podejrzany ruch,  w  sumie jednak nabierałem  coraz  większej pewności siebie. 
A  kiedy  księżyc  zszedł  z  zenitu,  dyskutanci  zaczęli  kolejno  ziewać  (ukazując  w  świetle 
dogasającego ogniska najdziwniejsze komplety zębów) i jeden po drugim odchodzili na spoczy-
nek  do  swych  legowisk w  kotlinie.  Bojąc  się  ciszy  i  ciemności  poszedłem  za  ich  przykładem, 
czułem  zresztą,  że  w  gromadzie  będę  bezpieczniejszy,  niż  gdybym  został  z  którymś  na  osob-
ności.

Taki  był  początek  najdłuższego etapu  mego  pobytu  na  Wyspie  doktora  Moreau. Ale  po-

nieważ poza drobnymi przykrościami oraz stałym poczuciem zagrożenia przez cały ten czas - od 
opisanego wieczoru do chwili  opuszczenia  wyspy - zdarzył  się  tylko jeden godny odnotowania 
wypadek,  nie  będę z tego czasu zdawał  dokładnej  relacji i ograniczę  się  do opowiedzenia  najis-
totniejszego  epizodu  mojego dziesięciomiesięcznego  współżycia  z  owymi  na  pół  uczłowieczo-
nymi stworzeniami. Mógłbym opisać wiele rzeczy tkwiących w  mej pamięci, chociaż  z radością 
oddałbym prawą  rękę,  byle  o  nich  zapomnieć. Ale  nie  mają  one  dla  niniejszej  opowieści  istot-
nego znaczenia. Kiedy dziś wspominam ten okres z perspektywy czasu,  zadziwia mnie  łatwość, 
z jaką przejąłem obyczaje tych potworów  i  przestałem się ich obawiać. Oczywiście  zdarzały się 
między  nami  konflikty -  do  dziś noszę  na  ciele  liczne  ślady  zębów  -  ale  umiejętność  rzucania 
kamieniami oraz  bolesne ciosy siekierką pouczyły je wkrótce o konieczności  zachowywania od-
powiedniego  dystansu.  Wierny  Człowiek-Pies  oddawał  mi  nieocenione  usługi.  Poznałem  ich 
prosty  kodeks  honorowy;  opierał  się  głównie  na  umiejętności  zadawania  dotkliwych  ciosów. 
Mogę chyba  nie  chwaląc  się powiedzieć,  iż zdobyłem  sobie  wśród Zwierzoludów  pierwszopla-
nową  pozycję.  Wprawdzie  paru  osobników,  którym  w  różnych  sporach  dałem  się  mocniej  we 
znaki,  żywiło do mnie urazę,  ale dając jej upust ograniczali się w  zasadzie do grymasów czynio-
nych za moimi plecami, z bezpiecznej odległości.

Hieno-Wieprz  schodził  mi  z  drogi,  a  ja  miałem  się  stale  przed  nim  na  baczności.  Mój 

nieodłączny Człowiek-Pies bał  się go i nienawidził  z całego serca. Podejrzewam zresztą,  iż temu, 
między  innymi,  zawdzięczałem  jego  gorące  przywiązanie.  Upewniłem  się  niebawem,  iż  były 
Zwierzolud  istotnie  zakosztował  krwi  i  poszedł  w  ślady  Człowieka-Lamparta.  Gdzieś  w  głębi 
lasu  założył  sobie  legowisko  i  pędził  samotniczy  żywot.  Próbowałem  kiedyś  zorganizować  na 
niego  nagonkę,  ale  nie  miałem  u  Zwierzoludów  dostatecznego  autorytetu,  by  zmusić  je  do 
wspólnego działania. Wielokrotnie usiłowałem zajść go znienacka w mateczniku,  był  jednak ni-
esłychanie  czujny i zawsze  wypatrzył  mnie albo wywęszył  i zdołał  w  porę  umknąć. On ze swej 
strony czaił  się nieustannie  przy leśnych ścieżkach,  tak że ani ja,  ani moi sprzymierzeńcy nigdy 
nie czuliśmy się bezpieczni. Człowiek-Pies prawie nie śmiał oddalać się od mego boku.

W porównaniu  z  ich  późniejszym  stanem,  przez  pierwszych  parę  miesięcy  Zwierzoludy 

zachowywały  się  względnie  po  ludzku,  a  wobec  kilku  -  nie  licząc  oddanego  Człowieka-Psa  - 
odczuwałem nawet  coś w rodzaju przyjaznej pobłażliwości. Różowy leniwcoludek okazywał  mi 
szczególną  sympatię  i  prawie mnie nie odstępował. Natomiast  Małpolud okazał  się nieznośnym 
nudziarzem. Ze względu na swe  pięciopalczaste  dłonie uważał  się  za równego mi i  bez przerwy 
mełł  ozorem,  wygadując  najwierutniejsze  banialuki.  Miał  jedną  dość  zabawną  cechę  -  upodo-
banie  do  układania  nowych,  fantazyjnych  słów.  Był,  zdaje  się,  przekonany,  iż  prawidłowe 
posługiwanie się mową polega  na używaniu określeń, które nie mają żadnego sensu. Nazywał  je 
“wielkimi  rzeczami”  w  odróżnieniu  od  “rzeczy  małych”,  czyli  zwykłych,  zrozumiałych  spraw 

background image

codziennego życia.  Wychwalał  pod niebiosa  każdą  uwagę,  której  nie  pojmował,  kazał  ją  sobie 
powtarzać,  dopóki  nie  nauczył  się  niezrozumiałych słów  na  pamięć,  a  potem  zanudzał  nimi  co 
potulniejsze Zwierzoludy,  niemiłosiernie przekręcając  wyrazy. Miał  za nic  wszystko co proste  i 
zrozumiałe.  Specjalnie  na  jego  użytek  wymyślałem  najdziwaczniejsze  “wielkie  rzeczy”.  Był 
chyba  najgłupszym  stworzeniem,  jakie  kiedykolwiek w  życiu  spotkałem;  doprowadził  do  zdu-
miewającej  perfekcji  bardzo  ludzką  odmianę  idiotyzmu,  zachowując  jednocześnie  całą  małpią 
głupotę.

Wszystko to,  jak już wspomniałem,  działo się w  pierwszych tygodniach mej  samotnej  eg-

zystencji  wśród  Zwierzoludów. W tym  okresie  przestrzegały jeszcze  ustalonych Prawem  obyc-
zajów i respektowały zewnętrzne formy przyzwoitości. Raz natrafiłem na szczątki rozszarpanego 
królika - winowajcą był  zapewne Hieno-Wieprz - ale poza tym panował względny spokój. Chyba 
dopiero gdzieś w  maju sposób  mówienia  i  zachowania  Zwierzoludów  zaczął  ulegać  coraz  wy-
raźniejszym zmianom  - ich wymowa stawała się  mniej  wyraźna i  coraz  niechętniej posługiwali 
się językiem. Małpolud paplał  coraz głośniej,  a zarazem coraz  mniej  zrozumiale,  coraz  bardziej 
jak małpa. Niektóre Zwierzoludy zatraciły zdolność mówienia,  ale na razie rozumiały jeszcze, co 
do nich mówię. Czy możecie  sobie  państwo wyobrazić  czystą  niegdyś i wyrazistą mowę,  która 
traci stopniowo formę i sens rozmywając się w  powodzi nic nie znaczących dźwięków? Ponadto 
zachowanie  pionowej  pozycji  przychodziło  im  z  coraz  większą  trudnością. Choć  wyraźnie  się 
tego wstydzili, raz po raz spotykałem Zwierzoluda biegnącego na palcach nóg i rąk, który na mój 
widok nie potrafił  się już wyprostować. Ich ręce traciły zręczność; chłeptali wodę, szarpali jadło 
zębami, stawali się z każdym dniem coraz dziksi w obejściu. Dopiero teraz w pełni zrozumiałem, 
co  miał  na  myśli  Moreau  mówiąc  o  “nieujarzmionej  zwierzęcości”.  Cofali  się,  i  to  w  zas-
traszającym tempie.

Niektóre  stwory  -  ku  mojemu  zdziwieniu  przewodziły  tu  samice  -  zaczęły  lekceważyć 

zasady przyzwoitości, najczęściej  rozmyślnie. Zdarzały się  publiczne próby gwałcenia  obowiąz-
kowej  monogamii.  Moc  Prawa wyraźnie  słabła. Ale  wolałbym  nie  rozwijać  tego  przykrego  te-
matu. Wierny  Człowiek-Pies niepostrzegalnie zmieniał  się  w  zwyczajnego psa;  z dnia  na dzień 
upodabniał  się coraz bardziej do niemego,  kosmatego czworonoga. Nie umiem powiedzieć,  jak i 
kiedy  przyboczny  towarzysz  zmienił  się  w  chodzącego  przy  nodze  zwierzaka.  W  miarę 
narastającego  zamętu i  dezorganizacji woń mieszkalnych nor - od początku mało zachęcająca - 
stała  się  tak  nieznośna,  że  postanowiłem  przenieść  się  na  drugi  koniec  wyspy  i  wśród  sczer-
niałych  ruin siedziby doktora  Moreau skleciłem  sobie  kryjówkę z  gałęzi.  Mgliste wspomnienie 
przebytych tam męczarni chroniło mnie, przynajmniej na razie, przed atakami Zwierzoludów.

Niepodobna opisać  wszystkich etapów wstecznego procesu u tych stworów - jak z dnia na 

dzień  coraz  mniej  przypominały  ludzi;  jak  stopniowo  przestawały  okrywać  swe  ciała,  by  na 
koniec odrzucić ostatni kawałek odzienia;  jak ich nie  osłonięte części ciała  stopniowo porastały 
sierścią;  czoła  cofały  się,  a  szczęki  wysuwały  do  przodu;  jak,  na  koniec,  samo  wspomnienie 
prawie  ludzkiej  poufałości,  do  jakiej  w  pierwszym miesiącu dopuściłem  paru osobników,  stało 
się nieznośnym koszmarem.

Przemiana  była powolna,  ale nieubłagana. Nie  przyszła nagle - ani dla  nich,  ani  dla mnie. 

Nadal  czułem  się  pośród  nich  bezpieczny,  gdyż  regres  następował  bez  wyraźnych  wstrząsów 
zdolnych  spowodować  nagły  wybuch  agresywnego  animalizmu,  i  tylko  stopniowo  rugował 
ludzkie  cechy.  Zacząłem  się  jednak  obawiać  jakiegoś  nagłego  przeskoku.  Wierny  pies  od-
prowadzał  mnie  zawsze  pod  zagrodę  i  dzięki  jego  czujności  mogłem  czasami  spokojnie  się 
przespać.  Różowy  leniwcoludek  -  stał  się  płochliwy  wracając  do  swej  pierwotnej  egzystencji 
wśród  gałęzi  drzew. Można  powiedzieć,  iż  osiągnęliśmy  stan biologicznej  równowagi,  jaki  po 

background image

zniknięciu tresera mógłby zapanować w jednej z  owych cyrkowych klatek, w  których pogromcy 
demonstrują “pogodzoną rodzinę zwierząt”.

Nie  znaczy  to  oczywiście,  że  Zwierzoludy  stały  się  na  powrót  zwykłymi  zwierzętami  - 

niedźwiedziami,  wilkami,  tygrysami,  bykami,  wieprzami  czy  małpami  -  jakie  czytelnik  zna  z 
ogrodów  zoologicznych.  Nadal pozostały dziwolągami; doktor Moreau  w  każdym  z nich  pomi-
eszał  elementy różnych zwierząt  i  choć u jednego przeważały,  powiedzmy,  cechy niedźwiedzia, 
u innego - kota,  a u jeszcze innego - byka lub krowy,  to jednak każde  miało jakąś obcą przymi-
eszkę  i  w  rezultacie  spoza  własności  gatunkowych  wyzierała  jakaś  uogólniona  zwierzęcość. 
Zdarzały  im  się  również  zaskakujące,  szczątkowe  przebłyski  człowieczeństwa,  takie  jak  prze-
lotny nawrót mowy lub chwytności  przednich łap,  albo żałosna  próba  odzyskania  pionowej po-
zycji.

We  mnie  też  musiały  następować  dziwne  zmiany.  Chodziłem  w  pożółkłych  strzępach 

odzieży,  spod której  wyzierało spalone słońcem  ciało. Długie,  nie strzyżone włosy zlepiły się  w 
kołtun. Podobno jeszcze dziś mam dziwnie błyszczące i czujne oczy.

Początkowo  przesiadywałem  całymi  dniami  na  południowej  plaży,  wypatrując  wymar-

zonego statku.  Liczyłem  na  powrót  “Ipecacuanhy”,  gdyż  rok zbliżał  się  ku  końcowi,  ale  moje 
nadzieje  okazały  się  płonne.  Pięciokrotnie  na  horyzoncie  pojawiały  się  żagle,  trzy  razy  widz-
iałem  dym parowca,  ale  nigdy żaden statek nie  dobił  do  brzegu. Za  każdym  razem podpalałem 
przygotowane  zawczasu  ognisko,  ale  widocznie  szło  ono na  karb wulkanicznych wyziewów,  z 
których wyspa była ogólnie znana.

O budowie tratwy zacząłem myśleć dopiero gdzieś we  wrześniu albo w  październiku. Zła-

mane ramię  zdążyło się  tymczasem  zrosnąć  i mogłem  się  znów  posługiwać  obiema  rękami. W 
pierwszej chwili poczułem się przerażająco bezradny. Nigdy w życiu nie parałem się stolarką ani 
majsterkowaniem,  toteż  straciłem  wiele  dni  ćwicząc  się  w  rąbaniu  i  łączeniu  pni  drzew.  Nie 
miałem ani kawałka liny i nie  znalazłem niczego,  co mogłoby spełnić jej  rolę. Wszystkie  odmi-
any  bujnie  rosnących  lian  były  zbyt  słabe  i  nie  dość  giętkie,  a  moja  zaśmiecona  naukowymi 
mądrościami głowa nie  umiała ich udoskonalić. Ponad dwa  tygodnie  przeszukiwałem zwęglone 
zgliszcza zabudowań i każdy kawałek  plaży,  gdzie  spłonęły łodzie,  wybierając gwoździe i  inne 
metalowe  części,  które  mogły  się  przydać.  Pojedyncze  Zwierzostwory  przychodziły  czasami 
przypatrywać  się  mej  robocie,  ale  gdy  się  do  nich  odzywałem,  uciekały  w  podskokach.  Potem 
nastała pora ulewnych deszczy,  która poważnie opóźniła pracę,  w końcu jednak tratwa  była go-
towa.

Wprawiła  mnie  w  zachwyt. Ale  moja  wrodzona  nie-praktyczność  i  tu dała  o  sobie  znać, 

gdyż  zbudowałem  swoją  tratwę  o  milę  albo dalej  od  morza,  i  zanim  dociągnąłem ją  do  brzegu, 
rozpadła  się  na kawałki. Chyba  dobrze się stało,  że  nie wypłynąłem  nią na  morze.  Początkowo 
jednak  niepowodzenie  wprawiło  mnie  w  taką  rozpacz,  że  kilka  następnych  dni  przesiedziałem 
nieruchomo na plaży patrząc tępo w morze i rozmyślając o śmierci.

Nie  chciałem  jednak  umierać,  a  pewien  incydent  jasno  mi  uświadomił,  że  bezczynne 

trawienie  czasu  jest  szaleństwem,  gdyż  Zwierzostwory  z  każdym  dniem  stają  się  coraz 
groźniejsze.  Wylegiwałem  się  w  cieniu  muru  otaczającego  spaloną  zagrodę  i  patrzyłem  na 
morze,  kiedy  nagle  poczułem  na  pięcie  jakieś  chłodne  dotknięcie.  Podskoczywszy  raptownie, 
ujrzałem  przed  sobą  mrugający  pyszczek  różowego  leniwca.  Stworek  od  dawna  stracił  mowę, 
stawał  się  coraz  bardziej nieruchawy  i  włochaty,  a  jego  tępe  pazurki  coraz  bardziej  się zakrzy-
wiały. Widząc,  że ściągnął  na siebie moją  uwagę,  zapiszczał. cicho,  pobiegł  w  kierunku zarośli, 
stanął i obejrzał się.

background image

W pierwszej chwili nie  zrozumiałem,  o co mu chodzi,  ale po chwili  pomyślałem,  że  chce 

mi  coś pokazać,  wstałem więc  i  idąc powoli,  gdyż dzień był  upalny,  pozwoliłem się prowadzić. 
Gdy doszliśmy do drzew,  leniwiec  wskoczył  na gałąź. Łatwiej mu było poruszać się wśród zwi-
sających lian niż po ziemi.

Nagle  na  stratowanej  polanie  moim  oczom  ukazał  się  okropny  widok.  Mój  wierny  pies 

leżał  nieżywy,  a obok  siedział  skurczony  Hieno-Wieprz  i trzymając  w  zdeformowanych łapach 
drgające ciało,  darł  je  zębami,  wydając  pomruki zadowolenia. Kiedy się zbliżyłem,  potwór pod-
niósł  rozjarzone ślepia i zawarczał  groźnie,  odsłaniając krwawe zębiska. Nie czuł  lęku ani winy; 
zatracił  resztki  człowieczeństwa.  Zrobiłem  jeszcze  jeden  krok  i  sięgnąłem  po  rewolwer. 
Nareszcie spotkaliśmy się oko w oko.

Zwierz bynajmniej się nie spłoszył. Położył  uszy,  najeżył  sierść i spiął  się do skoku. Strze-

liłem  mu między oczy. W tej samej chwili  stwór rzucił  się do przodu powalając  mnie na ziemię 
jak  zabawkę.  Wyciągniętymi  w  przód  do  ciosu  zakrzywionymi  pazurami  trafił  mnie  w  twarz. 
Upadłem,  a  on  przeleciał  nade  mną. Przygniótł  mnie tylną połową  ciała,  ale na  szczęście strzał 
okazał  się  celny  i  stwór  w  trakcie  skoku  wyzionął  ducha. Wyczołgałem  się  spod  odrażającego 
ciężaru, i trzęsąc się na całym ciele spojrzałem na drgające jeszcze cielsko. Ten przynajmniej już 
mi  nie  zagraża.  Wiedziałem  jednak,  że  jest  to  jedynie  zapowiedź  dalszych podobnych  wypad-
ków.

Ułożyłem stos gałęzi i spaliłem oba ciała. Zdałem sobie nareszcie jasno sprawę, że jeśli nie 

opuszczę  wyspy,  prędzej  czy  później  czeka  mnie  niechybna  śmierć.  Zwierzoludy,  z  paroma 
zaledwie  wyjątkami,  dawno  wyniosły  się  z  kotliny  i  wedle  własnego  gustu  pozakładały  sobie 
leśne legowiska w różnych zakątkach wyspy. Tylko nieliczne żerowały za dnia; większość spała i 
nowo  przybyłemu  mogłoby  się  wydawać,  że  wyspa  jest  nie  zamieszkana;  natomiast  nocą 
zewsząd odzywały się mrożące krew w żyłach wycia i pohukiwania. Najchętniej bym je wymor-
dował  - pozakładał  potrzaski albo wyrżnął  nożem. Gdybym miał  dosyć  naboi,  bez wahania zro-
biłbym  masakrę.  Na  wyspie  zostało  najwyżej  kilkunastu  groźnych  drapieżców;  wszystkie  od-
ważniejsze  stwory  już  nie  żyły.  Po stracie  biednego psa,  mego jedynego przyjaciela,  przejąłem 
do pewnego stopnia zwyczaj przesypiania dni,  żeby nocą mieć się na baczności. Przebudowałem 
otwór swej kryjówki wewnątrz murów na tak wąski i ciasny, że każdy,  kto by próbował  wtargnąć 
do  wnętrza,  musiałby  narobić  sporo  hałasu.  Zwierzostwory  zatraciły  też  umiejętność  posługi-
wania  się  ogniem  i  wrócił  ich  lęk  przed  nim.  Z  zapałem  zabrałem  się  na  nowo  do  klecenia 
następnej tratwy.

Napotykałem  tysiące  trudności.  Mam  wyjątkowo  niezdarne  ręce  -  nauki  pobierałem  na 

długo  przed  wprowadzeniem  robót  ręcznych  do  szkół  - ale  w  ten  lub  inny,  mniej  lub  bardziej 
okrężny sposób  pokonałem  w  końcu wszystkie  problemy,  no  i  zadbałem  tym  razem  o  wytrzy-
małość  tratwy.  Jedyną  nieprzezwyciężoną  przeszkodą  okazał  się  brak  naczynia  na  wodę,  bez 
której  nie  mogłem  wypłynąć  w  rzadko  uczęszczane  rejony  morza.  Zabawiłbym  się  nawet  w 
garncarza,  ale  na  wyspie  nie  było  gliny.  Pełen  ponurych  myśli  przemierzałem  wyspę  tam  i  z 
powrotem,  szukając  rozpaczliwie  jakiegoś  rozwiązania.  Czasami  wpadałem  w  nieopanowaną 
wściekłość i dając upust bezradności,  siekłem i rąbałem nieszczęsne drzewa. Nie potrafiłem jed-
nak niczego wymyślić.

Aż nadszedł  ów cudowny dzień,  spędzony w radosnej ekstazie. Na południowo-zachodnim 

horyzoncie  pojawił  się  żagiel,  mały  żagiel  mogący  należeć  do  małego  szkunera;  natychmiast 
podpaliłem wielką stertę gałęzi  i nie  zważając  na  żar  ognia oraz  południowy upał,  stałem obok 
wypatrując  oczy. Cały dzień  obserwowałem  żagiel  nie  jedząc  ani  nie  pijąc,  aż  w  końcu  ledwo 
trzymałem  się  na  nogach;  Zwierzostwory przechodziły,  wytrzeszczały na  mnie  ślepia,  jakby się 

background image

nad  czymś zastanawiały,  i  znów  odchodziły.  Statek  był  jeszcze  daleko  od brzegu,  gdy  zapadła 
noc  i  żagiel  znikł  w  ciemnościach;  przez  całą  noc  pracowicie  dorzucałem  drew  do  ognia  pil-
nując,  by  palił  się  jasnym,  wysokim  płomieniem,  a  w  mroku  jarzyły  się  zadziwione  ślepia 
Zwierzostworów. Gdy  wstał  dzień,  żagiel  znajdował  się  znacznie  bliżej  wyspy;  był  to  brudny, 
ługrowy żagiel niewielkiej  łodzi. Ćmiło mi się w  oczach od ciągłego wypatrywania  i nie byłem 
pewien,  czy dobrze  widzę.  W łodzi  siedziało dwóch ludzi:  jeden na  dziobie,  drugi  przy sterze. 
Ale  stateczek  posuwał  się  w  nader  dziwny  sposób.  Zamiast  płynąć  pod  wiatr,  sunął  bokiem, 
jakby dryfował.

Kiedy  zrobiło  się  jaśniej,  zdjąłem  ostatni  strzęp kurtki  i  zacząłem  nim  wymachiwać;  ale 

oni  nie  zauważali  mnie,  tylko  nadal  siedzieli  nieruchomo,  zwróceni  twarzami  do  siebie.  Po-
biegłem  na sam koniec niskiego cypla  wrzeszcząc i  wymachując rękami. Nadal nie reagowali,  a 
tymczasem bezwolna łódź powoli, niezmiernie powoli sunęła w stronę zatoki. W pewnej chwili z 
łodzi wyfrunął  biały ptak,  ale dwaj ludzie nawet  nie drgnęli. Ptak zatoczył  koło i rozpościerając 
potężne skrzydła, szerokim łukiem wzbił się w powietrze.

Wtedy przestałem krzyczeć,  usiadłem na cyplu z brodą wspartą o kolana i milcząco obser-

wowałem  nadpływającą  łódź. Przesuwała  się  niezmiernie powoli,  ku zachodowi. Chciałem  rzu-
cić się  wpław, ale powstrzymał  mnie jakiś nieokreślony lęk. Po południu fala przypływu wyrzu-
ciła łódź na brzeg w odległości może stu jardów na zachód od spalonej zagrody,

Obaj ludzie byli martwi, martwi od tak dawna, że gdy przechyliwszy łódź wyciągałem ich 

na  piasek,  ciała  rozpadły  się.  Jeden  miał  rudą  czuprynę  jak  kapitan  “Ipecacuanhy”,  a  na  dnie 
łodzi  leżała  brudna  biała  czapka.  Kiedy  stałem  koło  łodzi,  z  zarośli  zaczęły  się  skradać  trzy 
prychające  Zwierzostwory.  Opanowała  mnie  fala  obrzydzenia.  Zepchnąłem  łódź  na  wodę  i 
wgramoliłem  się  do  środka.  Przodem  szły  dwa  Wilki  -  węszące,  błyskające  ślepiami;  za  nimi 
skradało się wstrętne nie do opisania połączenie niedźwiedzia z bykiem.

Kiedy zobaczyłem,  jak podchodzą do żałosnych ludzkich szczątków,  usłyszałem ich  wza-

jemne  powarkiwania  i  ujrzałem  błysk  zębów,  poprzednia  odraza  ustąpiła  miejsca  panice.  Od-
wróciłem się plecami,  opuściłem żagiel i powiosłowałem na głęboką  wodę. Nie miałem odwagi 
spojrzeć za siebie.

Ale  noc  spędziłem  na  kotwicy  między  rafą  a  brzegiem,  rankiem  zaś,  ze  znalezioną  na 

pokładzie  beczką,  udałem  się  okólną  drogą  do  strumienia,  by  nabrać  wody.  Następnie,  całym 
wysiłkiem  opanowując  chęć  ucieczki,  nazbierałem owoców,  a  potem  zapolowałem  na  króliki  i 
trzema  ostatnimi  nabojami  zabiłem  dwie  sztuki.  W  obawie  przed  Zwierzostworami  zacu-
mowałem łódź na ten czas po wewnętrznej stronie rafy.

 22. Samotność

Wieczorem  odbiłem  od  brzegu  i  pchany  łagodnym  wiatrem  z  południowego  zachodu, 

równo i powoli odpłynąłem w  morze - wyspa malała stopniowo w oddali,  a  wąska smuga dymu 
coraz cieńszą linią rysowała się na tle ognistego zmierzchu. Fala podniosła się,  zasłaniając przed 
moim  wzrokiem  daleki  skrawek  lądu.  Jasny  nimb  słońca  spłynął  z  nieba,  jakby  ktoś  nagle 
odsunął  świetlistą zasłonę, i ujrzałem nad sobą niewidoczny za dnia, osypany rojem wędrujących 
gwiazd niebieski  bezmiar przestworzy.  Cisza  zaległa  morze  i  niebo;  byłem  sam  pośród  nocy  i 
ciszy.

Przez  trzy  dni  dryfowałem  po  morzu  mało  co  jedząc  i  niewiele  pijąc,  rozmyślając  o 

wszystkim,  co mi się przydarzyło,  nie bardzo spragniony widoku ludzi. Miałem na sobie ostatni, 

background image

plugawy łachman,  na  głowie czarną skudloną strzechę. Moi wybawcy wzięli  mnie niewątpliwie 
za  wariata. Dziwna  rzecz,  ale nie  miałem ochoty wracać  między  ludzi.  Cieszyłem się  tylko,  że 
uwolniłem  się  od  wstrętnego  towarzystwa  Zwierzostworów.  Trzeciego  dnia  odnalazła  mnie 
załoga  brygu  płynącego z Apia  do San Francisco. Ani  kapitan,  ani  jego  zastępca nie  dali  wiary 
mojej  opowieści;  byli  przekonani,  że  samotność  i  strach  pomieszały  mi  w  głowie. Toteż  bojąc 
się,  by  inni  nie  podzielili  ich  opinii,  przestałem  opowiadać  o  moich  przygodach  i  twierdziłem 
odtąd,  iż  nie  wiem,  co  się  ze  mną  działo  przez  cały  rok  od  momentu  zatonięcia  “Królowej 
Próżności” aż do chwili, gdy znalazłem się na pokładzie brygu.

Musiałem  postępować  nadzwyczaj  ostrożnie,  by  uniknąć  podejrzenia  o  pomieszanie 

zmysłów.  Prześladowało  mnie  wspomnienie  Prawa  i  czających  się  w  mroku  zasadzek,  obrazy 
martwych marynarzy w  łodzi i odnalezionego wśród trzcin ciała. I choć wydaje  się to niepojęte, 
powrót między ludzi nie tylko nie przywrócił  mi oczekiwanego poczucia ufności i braterstwa, ale 
odwrotnie  - w  dziwny sposób  wzmógł  stan lęku i niepewności,  w  jakim  żyłem  na wyspie. Nikt 
nie  chciał  mi wierzyć; stałem się dla ludzi takim  samym dziwolągiem,  za jakiego uważały mnie 
Zwierzoludy. Być może udzieliła mi się jakaś cząstka przyrodzonej im dzikości.

Mówią, że strach jest chorobą. Ja mogę w każdym razie osobiście zaświadczyć,  iż od wielu 

lat żyję w nieustannym lęku,  jakiego zapewne doznaje wśród ludzi na pół oswojone lwiątko. Do-
legliwość ta przybiera najdziwniejsze formy. Nie potrafię uwolnić się od podświadomego poczu-
cia,  że  mężczyźni  i  kobiety,  z którymi  się  stykam,  to  jeszcze jedna,  na  razie znośnie  ludzka od-
miana  Zwierzoludów  - że  są  tylko zwierzętami  doraźnie uformowanymi  na  podobieństwo  istot 
ludzkich i lada chwila zaczną się cofać w rozwoju, objawiając kolejne oznaki stanu zwierzęcego.

Zwierzyłem się z mej przypadłości pewnemu zdumiewająco kompetentnemu człowiekowi, 

specjaliście od chorób psychicznych,  który znał  doktora Moreau i chyba  dał  wiarę  mojej  opow-
ieści; człowiek ten niezmiernie mi pomógł.

I chociaż nie sądzę, bym kiedykolwiek zdołał  się całkowicie wyleczyć z nabytego na Wys-

pie  lęku,  to  jednak  na  ogół  tkwi on  jedynie  w  głębi  podświadomości  niby  majaczący w  oddali 
obłoczek,  niejasne wspomnienie i lekka nieufność. Tylko czasami rozrasta się w  potężną chmurę 
przesłaniającą  całe  niebo.  W  takich  chwilach  rozglądam  się  wśród  moich  bliźnich.  I  ogarnia 
mnie trwoga. Widzę  bowiem twarze żarliwe  lub pogodne,  inne  są tępe lub  groźne,  jeszcze  inne 
niezdecydowane  albo  nieszczere,  w  żadnej  jednak  nie  dostrzegam  spokojnej  powagi  istot 
rozumnych. Wydaje  mi  się,  iż  widzę w  nich  wyzierające  na zewnątrz  zwierzę i  czekam chwili, 
kiedy degradacja Wyspiarzy po raz drugi rozegra się na moich oczach - w  niepomiernie szerszej 
skali. Wiem, że to złudzenie,  że ci pozorni ludzie,  którzy mnie otaczają,  są  w  istocie ludźmi i na 
zawsze  pozostaną  ludźmi,  istotami w  pełni  rozumnymi,  pełnymi ludzkich  pragnień i  braterskiej 
czułości,  wyzwolonymi  z  instynktów  i  nie  poddającymi  się  jakiemuś  absurdalnemu  Prawu  - 
jednym słowem  w  niczym  nie podobnymi do Zwierzoludów. A jednak uciekam od nich, unikam 
ich badawczych spojrzeń, ich nagabywań i ich usłużności, pragnę być sam, z dala od nich.

Dlatego  zamieszkałem  w  sąsiedztwie  pustych,  rozległych  łąk,  gdzie  szukam  schronienia, 

ilekroć  opanowują  mnie  owe  mroczne  myśli,  i  dobrze  mi  jest  w  takich  chwilach  wśród 
bezludnych łąk,  pod czystym niebem. Dopóki mieszkałem w Londynie, groza zdawała się nie do 
zniesienia. Nie  mogłem  uciec od ludzi;  ich głosy wdzierały  się  przez  okna,  nawet  zaryglowane 
drzwi  dawały  marną  ochronę.  Gdy  wychodziłem  na  ulicę,  by  zwalczyć  imaginacyjne  obawy, 
rozbestwione kobiety wabiły mnie miauczeniem,  a skrywający  swe żądze mężczyźni rzucali  mi 
zawistne spojrzenia; udręczeni, kaszlący robotnicy o bladych twarzach i umęczonych oczach mi-
jali  mnie  znużonym,  lecz  upartym  krokiem  postrzelonego,  krwawiącego  jelenia;  zgarbieni, 
otępiali  starcy przesuwali  się  mrucząc  do siebie pod  nosem,  obojętni  na  ciągnący za  nimi  szy-

background image

derczy orszak  obdartych dzieci.  Wtedy  zbaczałem  do  pierwszej  lepszej kaplicy,  ale  tak wielkie 
było  pomieszanie  mego umysłu,  że nawet  w  kazaniu księdza słyszałem  bredzenie Małpoluda o 
“wielkich  rzeczach”;  albo  wchodziłem  do  pierwszej  z  brzegu  biblioteki  i  w  skupionych  nad 
książkami  twarzach widziałem  tylko  zachłanną  cierpliwość  czyhających  na  zdobycz  stworzeń. 
Puste,  pozbawione  wyrazu  twarze  ludzi  w  pociągach  i  omnibusach  wydawały  się  szczególnie 
odrażające: bardziej przypominali trupy niż moich współbraci i dlatego nigdy nie wyruszałem w 
podróż,  dopóki  nie  upewniłem  się,  że  będę  miał  przedział  wyłącznie  dla  siebie.  Z  kolei 
prześladowało  mnie  uczucie,  iż  nie  jestem  rozumną  istotą  ludzką,  ale  zwierzęciem,  które  na 
skutek osobliwego zaburzenia mózgu błąka się samotnie jak porażona kołowacizną owca.

Ale,  dzięki Bogu, ostatnimi czasy takie stany nachodzą mnie coraz rzadziej. Usunąwszy się 

od gwaru miast i  tłumów,  spędzam  dni  wśród uczonych ksiąg - jasnych  okien naszej ziemskiej 
egzystencji,  w  których płonie blask  ludzkich  dusz.  Prawie  nie  spotykam  obcych  i mam  bardzo 
nieliczną  służbę.  Dnie  spędzam  na  lekturze  i  eksperymentach  chemicznych,  a  w  bezchmurne 
noce oddaję się często obserwacjom astronomicznym. Bo chociaż nie wiem,  jak się to dzieje ani 
dlaczego  tak  jest,  ale  właśnie  tam,  w  roziskrzonym  gwiazdami  niebie,  mieszka  poczucie  bez-
miernego  spokoju i  bezpieczeństwa.  I  myślę,  że  jedynie  w  odwiecznych,  wszechogarniających 
prawach materii,  a  nie  w  codziennych troskach,  upadkach i  kłopotach,  tą  ludzką  cząstką,  która 
odróżnia nas od zwierząt,  szukać musimy pociechy i  nadziei. Mam  tę nadzieję,  bez mej bowiem 
nie umiałbym żyć. I tak, w nadziei i osamotnieniu, kończy się moja opowieść.

Edward Prendick
 Posłowie
Pierwsze  utwory  fantastyczno-naukowe  H.G.  Wellsa  ujrzały  światło  dzienne  pod  koniec 

ubiegłego stulecia,  natychmiast,  szturmem niejako,  zdobywając rynek wydawniczy. Zyskały one 
zarówno  poklask  krytyki,  jak  i  ogromną  popularność  wśród  rzesz  czytelniczych.  Utworem 
najwcześniejszym  -  wielokroć  przez  autora  przerabianym  i  poprawianym  -  był  Wehikuł  czasu 
(The  Time  Machine,  1895),  opis  najsłynniejszej  bodaj  w  całej  literaturze  podróży  w  czasie. 
Przytłaczający  i  mroczny  jest  obraz  przyszłości,  jaki  przedstawia  się  oczom  Podróżnika:  ludz-
kość podzielona na dwa gatunki biologiczne, naziemny i podziemny, na tyle obce sobie i wrogie, 
że  pierwszy  służy  w  sensie  dosłownym  jako  pokarm  drugiemu.  Nie  mniej  pesymistyczna  jest 
wizja  ludzkości  zawarta  w  utworze  Wyspa  doktora  Moreau  (The  Island  of  Doctor  Moreau, 
1896).  Tej  powieści  więcej  uwagi  poświęcimy  niżej.  Niewidzialny  człowiek  (The  In-visible 
Man,  1897) ukazuje dylemat moralny uczonego, który pada ofiarą własnej pasji wynalazczej,  nie 
oglądając się na  jakiekolwiek normy  etyczne. Najbardziej  niewątpliwie  znaną  i  popularną  pow-
ieścią fantastyczno-naukową Wellsa,  podziwianą,  naśladowaną,  adaptowaną z niesłabnącym en-
tuzjazmem  jest  Wojna  światów  (The  War  of  the  Worlds,  1898).  Przedstawia  ona  najazd  na 
Ziemię i jej podbój  dokonany przez  Marsjan,  wojenną apokalipsę,  nie szczędzący nikogo i  nic-
zego uniwersalny konflikt  przyszłości,  na płaszczyźnie  metaforycznej  zaś -  wizję  totalnego  za-
grożenia wiszącego nad ludzkością, widmo niespodziewanej a całkowitej zagłady.

Niegdyś  niedocenianą,  dziś natomiast  ze  wszech miar  godną  uwagi  pozycją  jest  powieść 

Gdy śpiący  się  zbudzi  (When  the  Sleeper Wakes,  1899). Rzecz  zasługuje  na szczególną  uwagę 
dlatego,  że jest prekursorska w  stosunku do całej  tradycji utopii negatywnej XX  wieku: od E.M. 
Forstera, przez Aldousa Hux-leya, George'a Orwella, Kurta Vonneguta, po Ursulę Le Guin i in.

Wielką serię fantastyczno-naukową autora Wehikułu czasu wieńczy powieść Pierwsi ludzie 

na  Księżycu  (The  First  Men in  the  Moon,  1901),  przyjmująca  również  kształt  utopii  czarnej  - 
jako wizja posuniętej do skrajności groteskowej specjalizacji rasy ludzkiej z precyzyjnym wyraf-

background image

inowaniem podzielonej na klasy,  kasty,  grupy,  których sens i racja istnienia redukują się do ściśle 
określonej i wyznaczonej funkcji społecznej.

Następna  faza  twórczości  Wellsa  obejmuje  powieści  społeczno-obyczajowe  z  życia 

niższych warstw klasy średniej, z której pisarz sam się wywodził. Przedstawiona tu szara codzi-
enność  jej egzystencji,  zatęchła gnuśność  prowincjonalnego  bytu,  z  którego  nie sposób wyrwać 
się  na  szerszą  przestrzeń,  to  jakby  zaprzeczenie  owych  niezwykłych  wzlotów,  penetracji  nie 
znanych  i  nie  zbadanych  regionów  ludzkich  doświadczeń,  jakie  dokonywały  się  na  kartach 
wcześniejszych  utworów  autora  Wehikułu  czasu.  Najbardziej  znane  powieści  społeczno-
obyczajowe,  zdaniem  ówczesnej  poważnej  krytyki  rangą  przewyższające  jego  osiągnięcia  w 
dziedzinie  fantastyki  naukowej,  to:  Kipps  (Kipps,  1905),  Tono-Bungay  (Tono-Bungay,  1909), 
Anna  Weronika  (Ann  Veronica,1909),  Historia  pana  Polly  (The  History  of  Mr.  Polly,  1910). 
Równolegle  tworzy  pisarz  traktaty  i  powieści  utopijne,  w  przeciwieństwie  do  pesymizmu 
wcześniejszej  swej  science  fiction  nawiązujące  do  nadziei,  jakie  w  wieku  XVIII i  XIX  budził 
rozwój nauki i techniki,  i przedstawiające,  u progu nowej epoki,  na gruncie przeobrażeń społec-
znych,  towarzyszące  owym  procesom  wyłanianie  się  i  formowanie  nowoczesnej  technokraci  i. 
Do tego kręgu należą: Wizje przyszłości (Antici-pations,  1901), A Modern Utopia (1905,  Utopia 
nowoczesna),  The  World  Set  Free  (1914,  Świat  wyzwolony).  Ludzie  jak  bogowie  (Men  Like 
Gods, 1923), The Shape of Things to Come (1933, Kształt rzeczy przyszłych).

Z czasem - uwidoczni się to najwyraźniej w latach dwudziestych i trzydziestych - elementy 

traktatu, dyskusji,  analizy, dygresji  zdominują i przesłonią  elementy fabularne. Pisarstwo Wellsa 
będzie ciążyło ku czemuś,  co można  by określić pojemnym mianem powieści-eseju,  albo wręcz 
ku zbeletryzowanej publicystyce.

U  schyłku  życia  wróci  autor  do  swego  pierwotnego  pesymizmu,  tyle  że  w  zmienionej, 

posępniejszej, drastyczniejszej postaci, nie ożywionej już dynamizmem i energią młodości.

My  powróćmy  jednakże  do  owej  młodzieńczej  science  fiction.  Przez  swą  złożoność; 

walory literackie i filozoficzne stała się ona godną prekursorką dojrzałej fantastyki naukowej XX 
wieku  - ściślej,  dwudziestowiecznej tradycji  antyutopii  czy utopii  negatywnej. Jeśli zaś spróbu-
jemy wyłowić  i  uchwycić  to co najistotniejsze  w  fantastyce  naukowej  samego Wellsa  w  jej as-
pekcie  merytorycznym,  można  śmiało  zaryzykować  stwierdzenie,  iż  jedną  z  cech 
wyróżniających  ową  science  fiction  jest  usiłowanie  przeniknięcia  prawdy  o  ludzkiej  naturze, 
widzianej  przede  wszystkim  w  perspektywie  jej  ewolucyjnego  rozwoju,  zawierającej  się  przy 
tym w symbolicznej oprawie. Tak się ma rzecz z Wehikułem czasu, z tym że autor wybiega tu w 
daleką  przyszłość,  zaś  w  wypadku  Wyspy  doktora  Moreau  jest  akurat  odwrotnie,  pisarz  sięga 
wstecz, w odległą przeszłość, ku narodzinom ludzkości, po to,  by w metaforycznym skrócie uka-
zać tak jej prapoczątek, jak i cały dalszy cykl ewolucyjny.

Doktor  Moreau  na  wyspie,  która  bierze  odeń  swą  nazwę,  dokonuje  eksperymentów  na 

zwierzętach,  przekształcając je drogą wiwisekcyjnych zabiegów w ludzi. Moreau nie poprzestaje 
na  chirurgii.  Ażeby  podtrzymać  i  umocnić  cechy  ludzkie  u  swych  człekopodobnych  stworów 
musi  nie tylko  stale ponawiać swe  zabiegi operacyjne,  lecz również  innymi środkami  oddziały-
wać  na  swych  podopiecznych,  tworząc dla  nich dokładnie i  szczegółowo  wypracowany system 
nakazów  i  zakazów,  kodeks  obowiązków  i  praw  z  rygorem  najściślejszego  ich  przestrzegania. 
Podporządkowanie ma  być bezdyskusyjne  i totalne,  jakiekolwiek  wykroczenia  karane  są  i tępi-
one  bezlitośnie  i  okrutnie.  Wspomniany  kodeks  przyjmuje  postać  krótkich,  katechetycznych 
formuł,  których rytmiczne  chóralne  skandowanie wprawia uczestników  rytuału w  stan ekstatyc-
znego podniesienia:

background image

“Nie będziesz chodził na Czworakach - tak każe Prawo.
Czyż nie jesteśmy ludźmi?
Nie będziesz chłeptał Wody - tak każe Prawo. 
Czyż nie jesteśmy Ludźmi?           
Nie będziesz pożerał Zwierza ani Ryby - tak każe Prawo.
Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
Nie będziesz obdzierał kory z Drzew - tak każe Prawo.
Czyż nie jesteśmy Ludźmi?
Nie będziesz polował na innych Ludzi - tak każe Prawo.
Czyż nie jesteśmy Ludźmi?” itd.

Nic  jednak nie  potrafi  powstrzymać  regresu kreatur  doktora  Moreau do  stanu  pierwotnej 

zwierzęcości.  Zawodzą  prerogatywy  władzy,  skodyfikowane  zasady  dyscypliny  społecznej, 
obrządki sakralne, wreszcie nawet skalpel chirurga. Natura ludzka,  z jej wrodzonymi instynktami 
i  popędami,  nie  daje  się  ani ucywilizować,  ani  ujarzmić.  Moreau wraz  ze  swym pomocnikiem, 
Montgomerym,  ponosi  śmierć  z  rąk  (?!)  ludzi-potworów,  których  sami  powołali  do  życia,  for-
malny zaś bohater utworu,  Edward Prendick,  który przybył  na Wyspę,  by zostać wciągniętym w 
tryby rozgrywających się  tu tragicznych wydarzeń,  staje się  Robinsonem a rebours - świadkiem 
nie wzlotu cywilizacyjnego, lecz nawrotu do triumfu dzikości.

Na Wyspie przeto  instynkt  pokonuje rozum,  świtanie zaś intelektu utożsamione  zostaje  z 

zachwianiem  równowagi  w  przyrodzie,  rozsadzeniem  jej  biologicznej  spójności,  intensyfikacją 
cierpienia. Wiąże się z tym wpływ dziewiętnastowiecznego antyracjonalizmu,   którego  rzeczni-
kami  byli Nietzsche, Schopenhauer oraz Bergson.

Sam  Moreau  jest  postacią,  której  symbolika  rozrasta  się  do  granic  ostatecznych,  bądź  to 

jako ucieleśnienie  Stwórcy,  bądź  też  jako  uosobienie  albo narzędzie  bezwzględnego i  bezlitos-
nego procesu ewolucyjnego. Zakodowane w  ten sposób znamiona Nietzscheańskiego nadczłow-
ieczeństwa  nader często pojawiają  się na kartach  utworów  fantastyczno-naukowych autora Wo-
jny światów.

Egzystencja ludzka, tak w  sensie jednostkowym jak i społecznym, jest  nieustannym  dozn-

awaniem i  doświadczaniem bólu,  istota wyższa jednakże,  nadczłowiek w  rodzaju  Moreau,  trak-
tuje  ból  z  pogardą.  Narodziny  bólu  stanowią  zresztą  integralną  część  dzieła  stworzenia,  które 
autor świadomie demonizuje jako akt okrucieństwa i prapoczątek zła.

Warto  jeszcze  odnotować  na  marginesie  umiejętność,  jaką  wykazuje  autor  w  wychwyty-

waniu i odrysowywaniu charakterystycznych cech ludzi-zwierząt w  zależności od pochodzenia i 
gatunku: krwiożerczość  lamparta  i  hieny,  przewrotność  lisa,  oddanie i  wierność psa,  wreszcie - 
przykład szczególnie bogaty w akcenty humorystyczne - próżność i ograniczoność małpy,  która, 
aby  w  maksymalnym  stopniu  dowieść  swej  wyższości  i  zaimponować  innym,  niepotrzebnie 
komplikuje  i  gmatwa  najprostsze  wypowiedzi.  Jest  to  niewątpliwie  satyra  na  pretensjonalny 
bełkot pseudonaukowego żargonu.

Współczesna Wellsowi  krytyka nie  potrafiła odczytać  rzeczywistych intencji  dzieła. Pisar-

zowi  zarzucano,  że  zbyt  hojnie  szafuje  niesamowitością  i  grozą,  że  staje  się  autorem 
fantastyczno-naukowych dreszczowców. Wells czuł  się tym szczególnie dotknięty,  ponieważ in-
teresowały  go  przede  wszystkim  konsekwencje  i  wymowa  naukowo-technicznego  postępu, 
reperkusje  moralne  procesów  bądź  to  wymykających  się  spod  kontroli  człowieka,  bądź  też 
umożliwiających wywieranie totalnej presji na otoczenie.

background image

Z perspektywy dzisiejszej zupełnie  inaczej patrzymy na  omawiane tutaj dzieło przyznając, 

że jest jedną z zasadniczych pozycji Wellsowskiej science fiction, godne tego,  by zająć poczesne 
miejsce obok Wehikułu czasu, Wojny światów i Pierwszych ludzi na Księżycu.

Uzupełniając Wehikuł  czasu we wstecznej,  genealogicznej perspektywie - skrótowa,  meta-

foryczna  klamra  wyznacza  tu  jednocześnie  najszerszą  kanwę,  najrozleglejszą  w  całej 
Wellsowskiej science fiction panoramę dziejów, kształt doli człowieczej, ludzkiego losu.

Juliusz K. Palczewski