background image

DZIEDZICTWO PEABODYCH 

  

                Nigdy nie poznałem mego pradziadka, Asapha Peabody’ego, choć miałem pięć lat, kiedy 
zmarł w swojej wielkiej starej posiadłości leżącej na północny wschód od Wilbraham w 
Massachusetts. Mam jedno tylko wspomnienie z dzieciństwa, związane z moim pobytem tam; kiedy 
staruszek leżał już złożony chorobą, moi rodzice weszli do jego sypialni, ja zaś zostałem z 
piastunką, przez co ani razu go nie ujrzałem. Podobno był bogaty, czas jednak skutecznie uporał się 
z jego fortuną, nawet kamień bowiem da się skruszyć, pieniądze zaś rozpływają się niby sen, w 
miarę kolejnych podwyżek podatków i zgonów mających miejsce w rodzinie. Tych ostatnich było 
w naszym rodzie wiele od czasu śmierci pradziadka w 1907 roku. Najpierw zmarło dwóch moich 
wujów, jeden poległ na froncie zachodnim, drugi zaś poszedł na dno wraz z „Lusitania”. Jako że 
trzeci wuj zmarł przed nimi, a żaden nigdy się nie ożenił, posesja po śmierci dziadka w roku 1919 
przeszła w ręce mojego ojca. 

                Ojciec nie był prowincjuszem, w przeciwieństwie do większości jego przodków. Nie 
przepadał za życiem na wsi i nie interesował się odziedziczoną posesją, wydawał natomiast 
pieniądze pradziadka, lokując je w rozmaite inwestycje w Bostonie oraz Nowym Jorku. Moja matka 
również nie znosiła wiejskiej atmosfery Massachusetts, żadne z nich jednak nie chciało sprzedać 
posesji. Kiedy któregoś razu, po moim powrocie z college’u, matka wysunęła taką propozycję, 
ojciec z miejsca ją odrzucił; pamiętam jego lodowaty wzrok i zimny, nieustępliwy grymas twarzy, a 
także dziwną wzmiankę o „dziedzictwie Peabodych”, po której padły starannie wyważone słowa: 

- Dziadek przewidział, że ktoś z jego linii przejmie dziedzictwo. 

- Jakie dziedzictwo? - spytała matka z pogardą w głosie. - Czy twój ojciec nie przepuścił 
wszystkiego do cna? 

                Ojciec nic nie odpowiedział, pogrążając się w zimnej obojętności, po czym rzucając jakby 
w przestrzeń, iż istnieją pewne ważkie powody nie zezwalające na sprzedaż posiadłości, nie 
związane z zakazami, natury prawnej. On sam wszelako nigdy nie zbliżył się nawet do majątku; 
opłacaniem podatków zajmował się regularnie niejaki Ahab Hopkins, prawnik z Wilbraham, 
składający moim rodzicom stosowne raporty, które jednak przez oboje były zgodnie ignorowane, 
podobnie jak jego sugestie o zamieszkaniu naszej rodziny na posesji, czy choćby utrzymaniu jej w 
dobrym stanie. 

                Posiadłość była kompletnie opuszczona, tak było i tak miało pozostać. Prawnik raz czy 
dwa podjął, niezbyt zresztą gorączkowe, próby wynajęcia jej, ale nawet krótkotrwały boom w 
Wilbraham nie sprowadził w te okolice wielu nowych osadników, którzy pozostaliby tu na stałe, 
dom Peabodych zaś powoli, acz nieubłaganie, poddawał się wpływowi czasu i warunków 
pogodowych. Zastałem go w ruinie, gdy jesienią 1922 roku, po nagłej śmierci rodziców w wypadku 
samochodowym, zjawiłem się w jego progach. Mimo kiepskiego stanu oraz gwałtownego spadku 
cen nieruchomości wskutek kryzysu, który nastał tego właśnie roku, postanowiłem sprzedać mą 
bostońską posiadłość i przysposobić sobie do użytku dom w Wilbraham. Po śmierci rodziców 
stałem się dostatecznie bogaty, aby zarzucić praktykowanie prawa, które zawsze wymagało ode 
mnie większej precyzyjności i uwagi, niż byłem jej gotów poświęcić. 

                Planu tego nie można było jednak zrealizować, dopóki choć cześć starego domu nie 
nadawała się do ponownego zamieszkania. Sam budynek był dziełem wielu pokoleń. Zbudowano 

background image

go w 1797 roku jako prosty dom kolonialny o topornych liniach, niedokończonym pięterku i 
czterech imponujących kolumnach frontowych. W miarę upływu czasu część ta stała się niejako 
sercem tego domu. Kolejne pokolenia wciąż coś w nim zmieniały, początkowo dobudowując 
łukowate schody i piętro, później zaś całe skrzydła i przybudówki. W czasie kiedy stałem się 
właścicielem domu, był on doprawdy wielki, zajmował ponad akr gruntów, włącznie z ogrodami i 
trawnikami, które, podobnie jak sam budynek, były potwornie zaniedbane i zapuszczone. 

                Surowe linie kolonialne zostały złagodzone przez czas i mniej uważnych budowniczych, 
architektura zaś nie była już czysta - z dwuspadowym dachem graniczył dach mansardowy, okna o 
małych szybkach łączono z wielkimi, cyzelowane, rzeźbione misternie karnesy z prostymi, a 
mansardy zestawiano z gładkim równym dachem. 

                Choć stary dom na pierwszy rzut oka nie sprawiał nieprzyjemnego wrażenia, zwłaszcza 
laikom pozbawionym smaku musiał wydawać się smętną, żałosną mieszanką stylów 
architektonicznych i ornamentowych. Odczucie to łagodziły bez wątpienia gigantyczne, prastare 
wiązy i dęby rosnące wokół domu, z wyjątkiem ogrodu, gdzie królowały niedoglądane przez 
nikogo róże, młode topole i brzozy. To nadawało budynkowi, mimo iż nadgryzionemu zębem czasu, 
aurę dawnej świetności i nawet jego niepomalowane ściany harmonizowały z rosnącymi dokoła 
rozłożystymi drzewami. 

                Dom miał, ni mniej, ni więcej tylko dwadzieścia siedem pokoi. Wybrałem spośród nich 
trzy mieszczące się w południowo- wschodnim skrzydle, gdzie zamierzałem zamieszkać, i przez 
całą jesień oraz wczesną zimę dojeżdżałem z Bostonu, kontrolując postępy prac. Czyszczenie i 
woskowanie starego drewna wydobyło zeń piękny kolor, elektryfikacja sprawiła, że pokoje 
przestały być posępne i mroczne, i tylko sprawa założenia wodociągów ciągnęła się prawie do 
końca zimy, aczkolwiek 24 lutego mogłem wreszcie wprowadzić się do starego domu Peabodych. 
Później jeszcze przez miesiąc zajmowałem się planami związanymi z resztą domu, choć 
początkowo miałem zamiar wyburzyć większość przybudówek, pozostawiając jedynie „serce” 
budowoli, czyli najstarszą jego część. Wkrótce odrzuciłem tę myśl na rzecz zachowania domu w 
jego obecnym stanie, miał on w sobie bowiem pewien bezsprzeczny urok i bądź co bądź żyło w nim 
wiele pokoleń moich przodków, w ścianach zaś zawierała się esencja zdarzeń, jakie się tu rozegrały. 

                Po miesiącu byłem już zauroczony domem i zamiast o tymczasowym pobycie, myślałem 
raczej o zamieszkaniu tu na stałe. Nie ma jednak ideału bez skazy, a to doprowadziło do wypadków, 
w których nigdy nie chciałbym wziąć udziału. Przyszło mi bowiem na myśl, by przenieść do 
grobowca rodzinnego szczątki moich pogrzebanych w Bostonie rodziców. Postanowienie to było 
tak silne, że próbowałem również sprowadzić do Stanów doczesne szczątki mego sp. wuja, 
spoczywającego gdzieś we Francji, a tym samym przyczynić się do swoistego zjednoczenia całej 
rodziny na ziemiach przodków pod Wilbraham. Pomysł taki mógł zrodzić się wyłącznie w umyśle 
kawalera i odludka, jakim stałem się przez ten miesiąc, otoczony planami architektonicznymi i aurą 
starego domu, rozpoczynającego nowy etap swego żywota w nowej epoce, odległej od czasów jego 
powstania. 

                Przygotowania do realizacji tego planu skłoniły mnie pewnego marcowego dnia do 
wizyty w grobowcu rodzinnym, dokąd udałem się zaopatrzony w klucze otrzymane od prawnika 
zajmującego się posesją. Grobowiec nie był imponujący, widać było tylko masywne drzwi, 
wpuszczone w zbocze wzgórza, całkiem ukryte wśród drzew i niemal równie stare jak sam dom. W 
krypcie tej znaleźli swoje miejsce wszyscy członkowie rodu Peabodych, począwszy od starego 
Jedediaha. Drzwi stawiły lekki opór, nikt ich bowiem od lat nie otwierał, w końcu jednak ustąpiły i 
otwarły się szeroko. 

                Peabody’owie spoczywali w trumnach - było ich w sumie trzydzieści siedem, niektóre w 

background image

niszach, inne na zewnątrz. Kilka nisz, gdzie znajdowały się najstarsze ze szczątków, zawierały 
jedynie pozostałości trumien, ta zaś, w której miało leżeć ciało Jedediaha, była zupełnie pusta, po 
trumnie i zwłokach nie pozostał nawet kurz. 

                Wszystkie stały równo, z wyjątkiem jednej, w której znajdowało się ciało mego 
pradziadka Asapha Peabody’ego. Trumna wystawała spomiędzy dwóch innych, ze szczątkami mego 
wuja i dziadka, dla których nie było miejsca w niszach, więc ustawiono je na kamiennym parapecie 
wystającym ze ściany. Co więcej, wydawało się jakby ktoś uniósł lub próbował podnieść wieko, 
jeden zawias był bowiem złamany, drugi natomiast obluzowany. 

                Instynktownie zapragnąłem poprawić ułożenie trumny pradziadka, lecz gdy tylko 
spróbowałem, wieko obsunęło się, ukazując mym zdumionym oczom to, co pozostało z Asapha 
Peabody’ego. Jakimś upiornym zrządzeniem losu pochowano go twarzą do dołu i choć minęło tyle 
czasu od jego śmierci, wolałem nie myśleć, że mógł zostać pogrzebany w stanie katalepsji i umarł 
okrutną, bolesną śmiercią przez uduszenie w tych ciasnych, pozbawionych powietrza drewnianych 
ścianach. Zostały tylko kości, kości i strzępy odzienia. Uznawszy ułożenie ciała za wypadek lub 
omyłkę, starannie odwróciłem czaszkę i kości, aby szkielet mego dziadka spoczął w pozycji na 
wznak. Czynność ta, choć w innych okolicznościach mogła się wydać odrażająca i przeraźliwa, 
była dla mnie czymś zgoła naturalnym, wnętrze krypty bowiem wypełniały promienie słońca i 
płożące się na podłodze cienie, nadające pomieszczeniu innego niż zwykle, wręcz radosnego 
charakteru. Przyszedłem tu jednak, aby oszacować, ile miejsca pozostało w krypcie, i z 
zadowoleniem stwierdziłem, że pomieszczą się tu zarówno moi rodzice, jak i wuj, jeśli tylko 
udałoby się odnaleźć we Francji jego szczątki i przetransportować je do Stanów; starczy także 
miejsca i dla mnie. 

                W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak tylko wprowadzić plany w czyn. 
Zamknąłem za sobą bramę krypty i wróciłem do domu, zastanawiając się nad sposobem 
przewiezienia szczątków mego wuja na powrót do rodzinnego kraju. Bezzwłocznie napisałem do 
Bostonu list z prośbą o ekshumację zwłok moich rodziców oraz do władz hrabstwa, by zezwoliły 
mi złożyć ich oboje w rodzinnym grobowcu. 

  

                Osobliwy łańcuch wydarzeń, które zdawały się toczyć wokół starego domu Peabodych, 
zapoczątkowany został, o ile dobrze pamiętam, jeszcze tej samej nocy. To prawda, otrzymałem już 
pierwsze ostrzeżenie, że z domem jest coś nie tak, stary Hopkins bowiem przekazując mi klucze, 
pytał mnie wielokrotnie, czy wiem, co robię i czy naprawdę tego chce, upierał się przy tym, iż 
posiadłość roztacza „silną aurę samotności”, a okoliczni mieszkańcy „nigdy nie patrzyli na 
Peabodych przychylnym okiem” i że zawsze były kłopoty z jej wynajęciem. Na koniec dodał, że 
jest to jedno z takich miejsc, dokąd nikt nigdy nie chadza na pikniki i gdzie nie znajdziesz 
pozostawionych papierowych talerzyków czy serwetek. Starzec upierał się przy swoim, posiłkując 
się w dyskusji ze mną plotkami i niesprawdzonymi faktami, które zapewne nimi nie były, trudno się 
więc dziwić, że sąsiedzi krzywym okiem patrzyli na nieużytkowaną posiadłość stojącą na 
niewątpliwie żyznych gruntach. Wokół mojej posesji rozciągał się 40-akrowy obszar urodzajnych 
gruntów, porośniętych głównie lasami, kraina małych poletek, kamiennych murów, ogrodzeń z 
siatki, w koronach drzew zaś i gęstych krzewach pełno było kryjówek dla ptactwa. 

                Austriackie gadanie, pomyślałem, uznawszy, że prawnik solidaryzuje się z właścicielami 
farm otaczających moją posiadłość. Byli to twardzi, krzepcy jankesi, w typie Peabodych, tyle że 
pracowali ciężej i zapewne dłużej. 

background image

                Tej nocy jednak, gdy na zewnątrz zawodził marcowy wiatr, szumiąc w konarach drzew, 
nabrałem przekonania, że nie byłem w domu sam. Nie doszły mnie odgłosy stąpania ani żadne 
poruszenia na pięterku, trudno opisać moje odczucia, odniosłem po prostu wrażenie, jakby ktoś 
poruszali się w bardzo wąskiej, ciasnej przestrzeni, przesuwając się w przód i w tył, w przód i w tył. 

                Pamiętam, że wszedłem w mrok panujący na schodach i wsłuchiwałem się w panującą 
wokół mnie ciemność. Dźwięk zdawał się dobiegać z dołu, był wyraźny lecz cichy niczym szept. 
Stałem tam, nasłuchując i nasłuchując, w nadziei, że uda mi się rozpoznać źródło tego odgłosu, i 
poszukiwałem w swym racjonalnym umyśle jego sensownego, naukowego wyjaśnienia, wcześniej 
bowiem nic takiego nie słyszałem. Wreszcie skonstatowałem, że to konar pobliskiego drzewa, 
poruszany wiatrem, ociera się o ścianę domu. 

                Usatysfakcjonowany tą myślą wróciłem do siebie, nie zwracając więcej uwagi na ów 
dźwięk, który bynajmniej nie ucichł, lecz dla którego posiadałem już racjonalne wytłumaczenie. 

                Trudniej mi było zracjonalizować sny, które przyśniły mi się tej nocy. Zwykle ich nie 
miewam, teraz jednak nawiedziły mnie iście nieziemskie koszmary, w których odgrywałem bierną 
rolę i poddawany byłem najróżniejszym doświadczeniom z naginaniem czasu i przestrzeni czy 
iluzjami sensorycznymi; kilka razy widziałem też mroczną, przerażającą postać w czarnym, 
stożkowym kapeluszu, u boku której brykało równie ciemne, niewyraźne zwierzątko. Ujrzałem to 
wszystko jak przez ciemne zwierciadło, skąpany zaś w blasku zmierzchu krajobraz - jak przez 
pryzmat. Były to niecałe sny, lecz ich fragmenty, pozbawione początku i końca, zapraszające mnie 
do całkiem obcego, przeraźliwego świata, jakby w inny wymiar, z istnienia którego nie zdawałem 
sobie sprawy w świecie materialnym. Mimo tych wątpliwych atrakcji zdołałem jakoś przetrwać 
noc. 

                Następnego dnia dowiedziałem się wielce ciekawych rzeczy od architekta, który przybył, 
by omówić ze mną plany dalszych renowacji. Był to młody mężczyzna nie podzielający typowych 
dla prymitywnych, ciemnych wieśniaków przesądów na temat starych, opuszczonych domów. 

- Patrząc na ten dom - powiedział - przeciętny człowiek nigdy by się nie domyślił, że znajduje się w 
nim ukryty pokój. Sekretne pomieszczenie. - Po czym rozłożył przede mną swoje wykresy. 

- Doprawdy? - spytałem. 

- Może to księża jama - zastanawiał się na głos. - Kryjówka dla zbiegłych niewolników. 

- Nigdy nie zwróciłem na to uwagi. 

- Ja też nie. Ale proszę tu spojrzeć... - I na planach, które sporządził, a które przedstawiały rozkład 
pomieszczeń w całym budynku, wskazał niedużą wolną przestrzeń przy północnej ścianie, w 
najstarszej części domu. Nie była to z pewnością księża jama, wśród Peabodych nie było bowiem 
papistów; ale kto wie może i przechowywano tu zbiegłych niewolników. Skoro tak, czemu 
pobudowano to pomieszczenie tak dawno temu, kiedy ucieczki niewolników do Kanady nie były 
jeszcze tak częste? Nie, to wyjaśnienie raczej też nie wchodziło w rachubę. 

- Czy byłby pan w stanie je odnaleźć? - zapytałem. 

- Musi tam być. , 

                I było. Sprytnie ukryte, choć brak okna w północnej ścianie sypialni powinien był 

background image

wzbudzić we mnie pewne podejrzenia. Wejście zamaskowane było wśród wykwintnych 
płaskorzeźb z czerwonego cedru zdobiących całą ścianę. Gdyby ktoś nie wiedział, że za tą ścianą 
jest pokój, raczej nigdy nie odnalazłby drzwi, pozbawionych klamki i otwierających się po 
naciśnięciu jednego z fragmentów rzeźby, co zresztą odkrył sam architekt, ja bowiem nigdy nie 
miałem do tego smykałki. Ponieważ otwieranie sekretnych pomieszczeń leżało raczej w gestii 
architekta niż w mojej, przystanąłem tylko na chwilę, aby przyjrzeć się zardzewiałemu 
mechanizmowi drzwi, zanim przestąpiłem próg. 

                Pomieszczenie było małe i ciasne. Choć nieduże, kąty wewnątrz niego wydawały się 
dziwaczne i wymyślne, jakby konstruktor za wszelką cenę chciał wprawić właściciela domu w 
osłupienie. Co więcej, na podłodze widniały dziwaczne znaki, niektóre wycięte po barbarzyńsku w 
klepkach posadzki, tworzące, symbol przypominający krąg, wewnątrz i na zewnątrz którego 
umieszczono odrażające i nader osobliwe rysunki. Podobnie odpychająco wyglądało biurko, 
bardziej czarne niż brązowe i sprawiające wrażenie nadpalonego - najwyraźniej miało jeszcze inne 
zastosowanie niż tradycyjne. Na blacie stała sterta bardzo starych książek, głównie oprawnych w 
skórę, ale były wśród nich też starannie obłożone manuskrypty. 

                Nie miałem czasu bliżej się im przyjrzeć, był bowiem ze mną architekt, który ujrzawszy, 
co było do zobaczenia, i potwierdziwszy istnienie sekretnego pokoju, chciał go jak najszybciej 
opuścić. 

- Mamy go wyburzyć, wybić okno? - zapytał i dorzucił: - Chyba nie zechce go pan zatrzymać? 

- Nie wiem - odparłem. - Nie jestem pewien. Wszystko zależy od tego, jak stare jest to 
pomieszczenie. 

                Gdyby, tak jak przypuszczałem, okazało się, że pobudowano je bardzo dawno, 
zawahałbym się przed wyburzeniem go. Chciałem trochę się tu rozejrzeć, poszperać wśród starych 
ksiąg. Poza tym nie było przecież pośpiechu, nie musiałem podejmować decyzji natychmiast. 
Architekt miał co robić, zanim zajmie się sekretnym pokojem. Ta sprawa mogła zaczekać. 

                Zamierzałem wrócić do tego pokoju następnego dnia, lecz przeszkodziły mi w tym pewne 
wydarzenia. Po pierwsze, miałem bardzo burzliwą noc, dręczony byłem wielce niepokojącymi 
koszmarami, których nie zdołałem zapamiętać, zawsze bowiem traktowałem sny lekceważąco, co 
najwyżej uważając je za zapowiedź nadchodzącej choroby. Sny, czego skądinąd mogłem się 
spodziewać, traktowały o moich przodkach, zwłaszcza o jednym z nich, starym, długobrodym 
mężczyźnie noszącym stożkowaty czarny kapelusz o dziwnym wzorze. Twarz mężczyzny, 
aczkolwiek we śnie obca, była w rzeczywistości twarzą mego pradziadka Asapha, co następnego 
ranka potwierdziłem, oglądając galerię rodzinnych portretów. Przodek ów zdawał się chodzić w 
powietrzu, wydawało się, jakby latał. Ujrzałem go przechodzącego przez ściany, stąpającego w 
powietrzu, wędrującego ponad wierzchołkami drzew. Gdziekolwiek się udał, towarzyszył mu 
wielki, czarny kot, posiadający te same zdolności łamania zasad czasu i przestrzeni. Moje sny nie 
były ze sobą logicznie powiązane, stanowiły swoisty misz-masz, mieszankę scen, w których 
oglądałem mego pradziadka, jego kota, dom i całą posiadłość. Koszmary te były luźno związane ze 
snami z ubiegłej nocy, towarzyszyło im natomiast, jak za pierwszym razem, uczucie przełamywania 
barier czasoprzestrzennych, tyle tylko że znacznie wyraźniejsze i wyrazistsze. Sny te nawiedzały 
mnie przez całą noc. 

                W tej sytuacji zdenerwowałem się, usłyszawszy od architekta o spodziewanym dalszym 
opóźnieniu prac renowacyjnych w moim nowym domu. Fachowiec nie chciał wyjawić, co było tego 
przyczyną, ja jednak naciskałem go bezwzględnie, aż w końcu wyznał, iż robotnicy, których 
wynajął, poinformowali go rano, że rezygnują z wykonania tego zlecenia. Zapewnił mnie przy tym 

background image

iż bez trudu wynajmie nową grupę tanich robotników z Bostonu, Polaków lub Włochów, jeśli tylko 
zechce okazać odrobinę cierpliwości. Nie miałem wyboru; moje zdenerwowanie zaś było bardziej 
udawane niż autentyczne, ponieważ zacząłem mieć wątpliwości, czy powinienem dokonywać w 
budynku jakichkolwiek przeróbek. Stary dom miał swoisty urok, nawet w swej obecnej postaci, w 
tej sytuacji powiedziałem architektowi, aby robił, co do niego należy, nie ponaglając go jednak, i 
wybrałem się na zakupy, które zamierzałem zrobić, odkąd zjawiłem się w Wilbraham. 

                Wkrótce na własnej skórze przekonałem się o nastawieniu wobec mnie niektórych 
spośród tutejszych mieszkańców. Jedni wcale nie zwracali na mnie uwagi, większość bowiem w 
ogóle mnie nie znała; inni pozdrawiali mnie zdawkowo, jakby od niechcenia; nikt nie chciał 
zamienić ze mną choć paru zdań, zapewne z obawy, by nie zostać na tym przyłapanym. Nawet 
sklepikarze wydawali się wyjątkowo małomówni i choć nie okazywali mi jawnej wrogości, swoim 
zachowaniem sugerowali, iż woleliby, żebym załatwił sprawunki gdzie indziej. Całkiem możliwe, 
skonstatowałem, że dowiedzieli się o moich planach renowacji starego domu Peabodych, co mogło 
zaowocować dwojakimi, rozwiązaniami, albo renowacja pozbawi dom jego osobliwego uroku, albo 
przedłuży żywot budowli, będącej solą w oku okolicznych farmerów. Pragnęli oni położyć łapę na 
moich rodowych gruntach, przeznaczając je pod uprawę, zrównawszy z ziemią budynek i 
wykarczowawszy drzewa porastające tereny wokół niego. 

                Wkrótce ogarnęło mnie oburzenie. Nie byłem pariasem, nie zasługiwałem, by mnie 
unikano, kiedy zaś w końcu dotarłem do biura Ahaba Hopkinsa, zacząłem rozmawiać z nim z 
większą niż zazwyczaj gwałtownością, choć widziałem wyraźnie, iż nie był z tego powodu 
zadowolony 

- Cóż, panie Peabody - rzekł, usiłując mnie nieco ułagodzić. - Nie brałbym tego nazbyt poważnie. 
Bądź co bądź, ludzie ci przeżyli poważny wstrząs i są nadmiernie podejrzliwi. Poza tym są bardzo 
przesądni i zabobonni. Jestem już stary i zaręczam panu, że zawsze tacy byli. 

                Powaga Hopkinsa na chwilę odebrała mi mowę. - Wstrząs, powiada pan. Proszę 
wybaczyć, ale nie wiem o co chodzi... 

                Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem, które mocno mnie zdeprymowało. 

- Panie Peabody, dwie mile stąd, przy drodze, mieszka rodzina Taylorów. Znam dobrze George’a. 
Mają sześcioro dzieci! A może raczej powinienem powiedzieć „mieli”. Zeszłej nocy ich dwuletni 
brzdąc, drugie z rzędu, najmłodsze dziecko zostało porwane z łóżeczka, gdzie spało, i zaginął po 
nim wszelki ślad. 

- Przykro mi to słyszeć. Ale co to ma wspólnego ze mną? 

- Nic, panie Peabody, zapewniam. Jest pan tu jednak względnie nowy i musi pan dowiedzieć się o 
tym, że nazwisko Peabodych nie cieszy się zbytnią estymą wśród okolicznej ludności, rzekłbym 
wręcz, iż jest ono przez nich mocno znienawidzone. 

                Zdziwiło mnie to i nie próbowałem tego ukrywać. - Ale dlaczego? 

- Bo wielu tutejszych wierzy w najbardziej absurdalne plotki i pomówienia - odrzekł Hopkins. - Jest 
pan dojrzałym mężczyzną i z pewnością zdaje sobie z tego sprawę, nawet nie znając tutejszych 
realiów. O pańskim pradziadku krążyły różne historie, pamiętam je jeszcze z dzieciństwa, mówiono 
także o pewnych zagadkowych zaginięciach małych dzieci, których nigdy nie odnaleziono. W tej 
sytuacji trudno się dziwić, że miejscowi łączą ze sobą te dwa zdarzenia. Oto do posiadłości 
wprowadza się nowy Peabody i znów zaczynają ginąć dzieci. 

background image

- To potworne! - krzyknąłem. 

- Bez wątpienia - przyznał z przejęciem Hopkins. - Ale tak to już jest. Poza tym mamy kwiecień. Za 
niespełna miesiąc będziemy mieli Noc Walpurgii. 

                Obawiam się, ze moja twarz, kompletnie pozbawiona wyrazu mocno zbiła go z tropu. 

- Ależ panie Peabody - rzucił Hopkins z fałszywą jowialnością - przecież musi pan wiedzieć, że 
pański pradziadek uważany był za czarownika! 

                Wyszedłem, trawiony całą masą pytań i wątpliwości. Pomimo szoku, zdenerwowania i 
oburzenia wywołanego lekceważeniem oraz lękiem okazywanym przez miejscowych, dręczyło 
mnie niepokojące, niesłabnące przypuszczenie, iż w wydarzeniach ubiegłej nocy i dzisiejszego dnia 
była pewna przerażająca logika. Miałem bardzo dziwne sny związane z osobą mego pradziadka, a 
teraz jeszcze poznałem te bulwersujące plotki na jego temat. Wiedziałem tylko, że zabobonni 
miejscowi unikali mego dziadka, uważając go za czarownika czy może czarnoksiężnika. Nie 
próbowałem już zachowywać się uprzejmie wobec miejscowych, którzy odwracali głowy, kiedy ich 
mijałem, wsiadłem po prostu do swego auta i pojechałem do domu.                 Tam moja cierpliwość 
została po raz kolejny wystawiona na ciężką próbę, na drzwiach frontowych ujrzałem bowiem 
prymitywne ostrzeżenie - przybity gwoździem do drewna kawałek papieru pakowego, na którym 
jakiś analfabeta, zapewne któryś z moich sąsiadów, nagryzmolił ołówkiem następujące słowa: 
WYNOŚ SIE STONOD BO BEDZIE ŹLE. 

  

                Zapewne z uwagi na te niepokojące wydarzenia tej nocy nawiedzały mnie koszmary 
gorsze niż kiedykolwiek dotąd. Z jedną zasadniczą różnicą, poszczególne sceny miały większą 
zbieżność i ciągłość w porównaniu z tymi z poprzedniej nocy. Znów przyśnił mi się pradziadek 
Asaph Peabody, wydawał się jednak o wiele większy i groźniejszy niż dotychczas, a towarzyszący 
mu kot stąpał z najeżoną na karku sierścią, postawionymi uszami i sterczącym sztywno ogonem; 
potworne to stworzenie poruszało się w ślad za nim czy to po ziemi, czy w powietrzu, to 
wyprzedzając go, to pozostając nieco w tyle. Asaph niósł coś, coś białego lub cielistego, ale sen był 
tak mętny, że nie potrafiłem odgadnąć, co to takiego. Poruszał się przez las, ponad łąkami, wśród 
drzew, przemierzał wąskie przejścia, raz nawet, czego byłem pewien, znalazł się w grobowcu lub 
może krypcie. Rozpoznałem też niektóre fragmenty domu. W snach tych dziadek nie był jednak 
sam, w tle zawsze towarzyszył mu mroczny, lecz monstrualny Czarny Mężczyzna, nie Murzyn, lecz 
człowiek o skórze utkanej jakby z czystej ciemności, jego gorejące oczy zaś zdawały się płonąć 
żywym ogniem. Wokół starca pojawiały się też inne stworzenia: nietoperze, szczury i odrażające 
małe istoty, będące pół ludźmi, pół szczurami. 

Jednoczesnie doswiadczylem zludzen sluchowych, od czasu do czasu bowiem dochodził mnie 
stłumiony płacz, jakby cierpiącego dziecka i upiorny, złowrogi śmiech, a przejmujący głos zawodził 
przeciągle: „Asaph powróci. Asaph się odrodzi”. 

                Kiedy o świcie obudziłem się z tego niekończącego się koszmaru, a do pokoju wpłynęły 
pierwsze promienie wschodzącego słońca, gotów byłem przysiąc, że wciąż w uszach mych 
rozbrzmiewał szloch dziecka, jakby dochodził z otaczających mnie ścian domu. Nie zasnąłem już, 
ale leżałem z otwartymi oczami, zastanawiając się, co mi przyniesie nadchodząca noc, a potem 
kolejne. 

background image

                Przybycie polskich robotników z Bostonu na pewien czas pozwoliło mi zapomnieć o 
koszmarach. Byli to twardzi, solidni, małomówni ludzie. Ich brygadzista, krepy mężczyzna 
nazwiskiem Jan Cieciorka, był człowiekiem rzeczowym, konkretnym i trzymającym swoich ludzi 
twardą ręką. Ów muskularny twardziel mógł mieć około pięćdziesiątki; trzej jego podwładni 
wykonywali jego polecenia bez szemrania, jakby lękali się gniewu szefa. Brygadzista wyjaśnił, że 
powiedzieli architektowi, iż zjawią się tu dopiero za tydzień, ale robota, którą mieli wykonać, 
została odłożona, więc przyjechali prosto z Bostonu, wysławszy uprzednio telegram do architekta. 
Mieli jednak jego plany i wiedzieli, co trzeba zrobić. 

                Ich pierwszym zadaniem było usunięcie tynków z północnej ściany pomieszczenia 
znajdującego się bezpośrednio pod sekretnym pokojem. Musieli działać ostrożnie, aby nie 
uszkodzić belek podporowych, na których wspierało się pięterko. Tynk, jak się okazało, gdy zabrali 
się do dzieła, był staroświecki, wykonany domowym sposobem, trzeba więc było go zdjąć i nałożyć 
nowy. Na dodatek był popękany, w wielu miejscach odpadał od ściany płatami - toteż sądząc po 
wyglądzie, w pokoju tym raczej od dawna nikt nie mieszkał Tak samo było ze skrzydłem, gdzie 
obecnie mieszkałem, ale skoro dokonałem tam już większych zmian, przeróbki potrwają nieco 
dłużej. 

                Przez pewien czas obserwowałem budowlańców przy pracy i już przywykłem do hałasu, 
jaki czynili, gdy wtem cały ten potworny stukot ucichł. Odczekałem chwilę, po czym wyszedłem na 
korytarz. Ujrzałem tam całą ich czwórkę; stali przy ścianie i żegnali się nabożnie, by po chwili 
obrócić się na pięcie i co sił w nogach wybiec z domu. Mijając mnie, Cieciorka z gniewem i lękiem 
rzucił przez ramie kilka słów, uznawanych powszechnie za obelżywe. Zaraz potem wybiegli z 
domu i gdy tak stałem bez ruchu, usłyszałem, jak uruchamiają wóz i odjeżdżają w pośpiechu. 

                Kompletnie zdezorientowany ruszyłem do pokoju, gdzie pracowali. Zdarli spory fragment 
tynku, uciekli zaś w takim popłochu, że pozostawili na podłodze niektóre ze swych narzędzi. Udało 
się im odsłonić cześć ściany znajdującej się za listwą przypodłogową i cały detrytus, który nazbierał 
się przez lata w tym miejscu. Dopiero gdy zbliżyłem się do ściany, ujrzałem to samo co oni i 
zrozumiałem, czemu ci zabobonni ludzie z tak wielką zgrozą i odrazą, w przypływie nagłej paniki 
opuścili mój dom. 

                U podstawy ściany, za listwą przypodłogową, wśród pożółkłych papierów, na wpół 
wyżartych przez myszy, lecz wciąż noszących ślady narysowanych na nich dawno temu znaków 
kabalistycznych, pośród złowrogich atrybutów śmierci i zniszczenia, krótkich jak sztylety noży 
pokrytych rdzawymi plamami, zapewne od krwi, zobaczyłem małe czaszki i kości co najmniej 
trójki dzieci. 

                Patrzyłem z niedowierzaniem, gdyż zabobonne rojenia, którymi uraczył mnie ledwie 
wczoraj Ahab Hopkins, nabrały nagle całkiem nowego, posępnego wyrazu. Oto, co pojąłem w tej 
jednej chwili: za czasów mego pradziadka w okolicy znikały dzieci; podejrzewano go o czary, 
uprawianie magii, o praktyki, w których składanie ofiar z niewinnych dzieci odgrywało 
niepoślednią rolę. I oto, jak miałem okazję się teraz przekonać, w ścianach tego domu pozostały 
pamiątki potwierdzające podejrzenia przesądnych mieszkańców z okolicy o jego złowróżbnych i 
okrutnych praktykach. 

                Kiedy minął pierwszy szok, zrozumiałem, że muszę działać bez zwłoki. Gdyby wieści o 
odkryciu rozeszły się po okolicy, mieszkańcy mogliby stać się dla mnie wyjątkowo niemili i 
uciążliwi. Nie wahając się dłużej, pobiegłem po kartonowe pudło, przystawiłem pod ścianę, 
zebrałem wszystkie kawałki kości, jakie się tam znajdowały i przeniosłem owo upiorne brzemię do 
rodzinnego grobowca, opróżniając zawartość pudła do niszy, gdzie niegdyś. znajdowały się szczątki 

background image

Jedediaha Peabody’ego, które dawno już obróciły się w proch. Na szczęście małe czaszki rozpadły 
się, gdyby więc ktoś zechciał tu myszkować, natrafiłby tylko na stare, pożółkłe szczątki, w których 
jedynie ekspert rozpoznałby kości maleńkich dzieci. Zanim architekt dowie się o wszystkim od 
Polaków, wymyślę jakąś zgrabną bajeczkę, by podać ich słowa w wątpliwość. Okazało się jednak, 
iż moje obawy były płonne, przerażeni robotnicy bowiem nie wyjawili architektowi prawdziwej 
przyczyny rezygnacji z przyjętego zlecenia. 

                Nie czekałem na wiadomość od niego i zapewnienie, iż znajdzie w końcu kogoś, kto 
podejmie się wykonania przeróbek jakie sobie obmyśliłem, lecz wiedziony instynktem, istnienia 
którego nawet nie podejrzewałem, udałem się do sekretnego pokoju, uzbrojony w silną latarkę, by 
dokonać gruntownej inspekcji. 

                Niemal natychmiast, gdy tylko wszedłem do środka, dokonałem mrożącego krew w 
żyłach odkrycia; pośród śladów pozostawionych przeze mnie i architekta podczas naszego 
krótkiego pobytu ujrzałem inne, świeższe tropy, świadczące, że ktoś - lub coś - niedawno odwiedził 
to pomieszczenie. Natrafiłem na dwa rodzaje śladów: bosych, męskich stóp i kocich łap. Nie one 
same jednak przejęły mnie dojmującą zgrozą, lecz fakt, iż brały swój początek przy północno - 
wschodnim narożniku pokoju o dziwacznych kątach, w miejscu, gdzie nie byłby w stanie stanąć 
nawet kot, a co dopiero rosły mężczyzna. A jednak materializowały się właśnie tam i stamtąd 
kierowały się ku czarnemu biurku, gdzie natknąłem się na coś o wiele gorszego, choć zwróciłem na 
to uwagę dopiero, kiedy podszedłem bliżej. 

                Na blacie widniały świeże ciemne plamy i kałuże lepkiego, kleistego płynu, który zdawał 
się wypływać z ciemnego drewna. Warstewka kurzu pokrywająca biurko obok plamy o średnicy 
trzech cali była starta, jakby leżał tam kot, lalka lub może jakieś zwierzątko. Patrzyłem na ten ślad, 
usiłując w świetle latarki zorientować się, co go spowodowało, po czym skierowałem promień w 
górę, sądząc, że może w dachu była dziura i to, co miałem przed sobą, to pozostałości po ostatniej 
ulewie, tyle tylko, że od czasu mojej pierwszej i jedynej wizyty w tym osobliwym pokoju ani razu 
nie padało. 

                Dotknąłem plamy palcem wskazującym i uniosłem go do światła. Ciecz była czerwona, i 
nagle zrozumiałem, co to było. O tym, skąd wzięła się tu krew, wolałem nawet nie myśleć. 

                W umyśle mym poczęły kłębić się najprzeróżniejsze i przerażające wnioski, pozbawione 
jednak cienia logiki. Cofnąłem się od biurka, przystając tylko na moment, by zgarnąć kilka 
oprawnych w skórę woluminów i manuskryptów, które tam leżały. 

                Z książkami pod pachą opuściłem poddasze, by znaleźć się w bardziej prozaicznym 
otoczeniu pokoi nie charakteryzujących się niemożliwymi kątami, przywodzącymi na myśl 
wymiary niepojęte dla ludzkości. Pospiesznie, jakby nękany wyrzutami sumienia, zszedłem na 
parter, przyciskając opasłe księgi do piersi. 

                To dziwne, ale kiedy je otworzyłem, ogarnęło mnie niesamowite przeczucie, że znam ich 
treść. Nigdy jednak ich nie widziałem, ani nawet, o ile dobrze pamiętam, nie spotkałem się z 
tytułami w rodzaju Malleus Maleficarum i Daemonialitas Sinistrariego . 

                Dotyczyły one czarów i magii, najróżniejszych legend i zaklęć, sposobów unicestwiania 
wiedźm i czarowników z pomocą ognia oraz metod ich przemieszczania się. 

                „Śród najgłówniejszych dzieł jeich znajdywa się cielesne przemieszczanie się z miejsca 
na miejsce... za sprawą iluzji tudzież fantazmów dyjabelskich podróżują ony nocą czarną na 
grzbietach rozmaitych bestyj lubo też zwyczajnie w powietrzu stąpają, z otworów się wyłaniając dla 

background image

onych jeno się nadawających. Szatan we własnej osobie mami umysły tych, co ofiarami ich stać się 
mają, by do złego ich przywieść... Mazidła używają, czynionego za podszeptami dyjabła z 
członków dzieci maleńkich, tych zwłaszcza, których sami życia pozbawili, którem smarują potem 
ożóg, miotłę lubo też krzesło, poczem natychmiast w powietrze się zbijają czy to za dnia, czy też 
nocą, widzialni lubo, jeśli takie jest ich życzenie, niewidoczni...” 

                Na tym zakończyłem lekturę tej księgi i zająłem się Sinistrarim. 

                Niemal natychmiast wzrok mój przykuł niepokojący akapit: 

Promittunt Diabolo statis temporibus sacrificia, et oblationes; singulis quindecim diebus, vel 
singulo mense saltem, necem alicuius infantis, aut mortale veneficium, et singulis hebdomadis alia 
mala in damnum humani generis, ut grandines, tempestates, incendia, mortem animalium... - 
opisujący, jak czarownicy i wiedźmy muszą w regularnych odstępach czasu zabijać niewinne dzieci 
lub dokonywać innych równie krwawych czynów służących ich magicznym obrzędom. Już samo 
przeczytanie tych słów wzbudziło we mnie silny niepokój, więc rzuciłem tylko okiem na inne 
przyniesione księgi - Vitae sophistrarum Eunapiusa, De natura Daemonium Ananiasa, Fuga Satanae 
Stampy, Discours des Sarciers Bougeta i nie mające tytułu dzieło Olausa Magnusa oprawne w 
czarną, jak się później dowiedziałem ludzką, skórę. 

                Sam fakt posiadania tych ksiąg zdradzał niepospolite zainteresowania magią i czarami, i 
tłumaczył zabobonny lęk, jaki żywili wobec mego pradziadka mieszkańcy Wilbraham i okolic. A 
jednak musiało być coś jeszcze, mało kto bowiem wiedział o istnieniu tych ksiąg. Co zatem? Kości 
w ścianie pod ukrytym pokojem stanowiły przerażający dowód jakiegoś upiornego związku 
pomiędzy domem Peabodych i zbrodniami z przeszłości. 

                Zaginięcia nie zostały jednak odkryte, a przestępstwa ukarane. W życiu mego pradziadka 
musiało być zatem coś innego - poza jego samotniczym trybem życia i dziwactwami, o których 
wiedziałem - co sprawiło, że okoliczni mieszkańcy unikali go jak zarazy. Domyślałem się, że 
klucza do tej zagadki nie znajdę w sekretnym pokoju, ale może zdołam natrafić na coś w archiwach 
wilbrahamskiej „Gazette”, której roczniki dostępne były w bibliotece publicznej. 

                Pół godziny później zabrałem się do przeglądania stosów archiwalnych numerów 
„Gazette”. Było to czasochłonne zajęcie, gdyż musiałem „na ślepo” przeglądać jeden po drugim 
numery gazety z lat życia mego pradziadka, nie mając pewności, że moje poczynania przyniosą 
jakikolwiek skutek, choć prasa w owym czasie nie podlegała tak licznym, ścisłym ograniczeniom 
prawnym jak obecnie. Przez ponad godzinę nie natknąłem się na jedną choćby wzmiankę o Asaphie 
Peabodym, choć natrafiłem na notki o „odrażających i bulwersujących” napaściach na ludzi, 
głównie dzieci, w pobliżu domu Peabodych. Artykułom zawsze towarzyszyły krzykliwe nagłówki o 
domniemanym „zwierzęciu”, mającym być rzekomo ;,wielką czarną bestią”, rozmiary jej jednak 
różniły się w zależności od relacji - niektórzy opisywali ją jako dużego kota, inni zaś porównywali 
wielkością z lwem. 

                Podejrzewam, że różnice te wynikały li tylko z potęgi wyobraźni przesłuchiwanych 
świadków, głównie dzieci poniżej dziesiątego roku życia, które pokąsane i podrapane zdołały uciec 
napastnikowi i tak miały one o wiele więcej szczęścia niż mniejsze od nich dzieci, które zaginęły 
bez śladu w roku 1905, ten bowiem rocznik właśnie przeglądałem. Przez cały czas jednak nie 
napotkałem choćby jednej wzmianki o moim pradziadku i jak się okazało, miało tak być aż do roku, 
w którym umarł. 

                Wtedy i tylko wtedy naczelny „Gazette” opublikował artykuł przedstawiający 
domniemane praktyki, którymi zajmował się mój pradziadek. 

background image

                „Asaph Peabody odszedł. Nie zapomnimy go długo. Są wśród nas tacy, którzy przypisują 
mu moce przynależne bardziej do ciemnego średniowiecza niż epoki wynalazków, w której żyjemy. 
Wśród skazanych w Salem też był jeden z jego rodu, to właśnie stamtąd zbiegł Jedediah Peabody, 
by osiąść w naszej okolicy i wybudować swój dom pod Wilbraham. Uszy zabobonnych głuche są 
na głos rozsądku. Może to i przypadek, że od czasu śmierci Asapha nikt nie widział jego czarnego 
kota, i z całą pewnością jest ohydną plotką stwierdzenie, że trumny Peabody’ego nie otwarto przed 
złożeniem w krypcie, ponieważ pewne zmiany w wyglądzie ciała lub jego ułożenia do pochówku 
czyniły takowe otwarcie nieroztropnym. Znów przychodzą mi na myśl wiejskie przesady, mówiące, 
że czarownik musi być pogrzebany twarzą do dołu i trumny jego nie wolno otwierać, zniszczyć zaś 
można go jedynie ogniem...” 

                Artykuł był dziwny, pełen niejasności. A mimo to sporo się zeń dowiedziałem, więcej 
nawet, niż mógłbym sobie życzyć. Kota mego pradziadka uważano za chowańca, każdy czarownik i 
wiedźma ma bowiem swego osobistego diabła, w takim kształcie, jaki ów raczy przybrać, W 
gruncie rzeczy czy można się temu dziwić, skoro kot towarzyszył mojemu pradziadkowi za życia, 
będąc jego nierozłącznym kompanem, i tak samo postrzegałem go w moich snach, gdzie obaj się 
pojawiali. Niepokój wzbudził we mnie akapit traktujący o pochówku mego pradziadka, dziennikarz 
nie mógł bowiem wiedzieć, że Asaph Peabody faktycznie został złożony w trumnie twarzą do dołu. 
Dowiedziałem się jeszcze, że jego trumna została naruszana, a jego szczątki odwrócone, co, nie 
powinno było się zdarzyć. Miałem również podejrzenia, że prócz mnie ktoś jeszcze wędrował po 
naszych radowych gruntach, nawiedzając mnie w snach i spacerując w powietrzu, ponad 
wierzchołkami strzelistych drzew! 

  

                Tej nocy znów nawiedziły mnie sny, którym towarzyszyło samo uczucie nadwrażliwego 
słuchu, skutkiem czego odbierałem (a przynajmniej tak mi się zdawało) kakofonie odgłosów z 
innych wymiarów. Raz jeszcze pradziadek mój czynił swe bluźniercze praktyki, teraz jednak jego 
chowaniec, czarny kot, kilkakrotnie przystanął i spojrzał na mnie z ukosa, uśmiechając się ze 
złowróżbnym triumfem. Ujrzałem starca w stożkowym czarnym kapeluszu, przybywającego od 
strony lasu. Przeszedł przez ścianę domu wprost do ogarniętego mrokiem pokoju, urządzonego po 
spartańsku, po czym pojawił się przed czarnym ołtarzem, gdzie stał Czarny Mężczyzna, oczekując 
ofiary, zbyt okrutnej, by można na nią patrzeć, a jednak nie miałem wyboru, w snach byłem 
bowiem bezsilny i musiałem przyglądać się odrażającej ceremonii. Potem znów ujrzałem starca, 
kota i Czarnego Mężczyznę w środku ciemnego lasu, z dala od Wilbraham, było z nimi wielu 
innych, stali przed ogromnym ołtarzem, by urządzić tam Czarną Mszę, po której miała nastąpić 
bluźniercza orgia. Sny nie zawsze były tak wyraziste, niekiedy odbierałem tylko warzenie 
szybkiego spadania w głąb niezmierzonych otchłani wypełnionych osobliwym blaskiem zmierzchu 
i kakofonią ogłuszających dźwięków, gdzie nie działały prawa grawitacji; w otchłani kompletnie 
obcej natury, gdzie zawsze zmysły moje były nadmiernie wyczulone, słyszałem wtedy j widziałem 
rzeczy, których nie pamiętałem po przebudzeniu. W ten sposób usłyszałem bluźniercze śpiewy 
towarzyszące Czarnej Mszy, krzyki umierającego dziecka, atonalne dźwięki piszczałek, odwrotnie 
intonowane modlitwy oraz orgiastyczne wrzaski uczestników ceremonii, których jednak nie zawsze 
widziałem. Od czasu do czasu wychwytywałem też fragmenty rozmów, urywki słów, zwykle 
pozbawionych sensu, ale pozostawiających po sobie niepokój i lek. 

- Czy powinien zostać wybrańcem? - Na Beliala, Belzebuba, Sathanusa... 

- Jest z krwi Jedediaha, z krwi Asapha, przez przewodnictwo Balora. 

background image

- Przywiedźcie go do Księgi! 

                Pojawiły się teraz pewne fragmenty snu, w których uczestniczyłem osobiście, zwłaszcza 
jeden z nich, gdzie mój pradziadek i kot podprowadzali mnie do oprawnej w czerń księgi, której 
stronice zapełnione były gorejącymi żywym ogniem nazwiskami, kontrasygnowanymi krwią. 
Polecono mi, bym złożył w niej swój odpis, pradziadek poprowadził mą dłoń, kot natomiast, 
nazywany przez Asapha Balorem, kręcąc się bez przerwy, pazurem naciął mój nadgarstek, żebym 
mógł umaczać czubek pióra we własnej krwi. 

                We śnie tym jeden szczegół wydał mi się podejrzanie rzeczywisty. Podążając przez las, na 
miejsce sabatu, przechodziliśmy po mocno rozmytej i błotnistej ścieżce wiodącej wzdłuż 
moczarów, z wilgotnej ziemi zaś dokoła biły w górę drażniące, trupie wyziewy, przywodzące na 
myśl mdlącą woń rozkładu. Moje stopy raz po raz grzęzły w błocku, podczas gdy zarówno kot, jak i 
mój pradziadek zdawali się płynąć w powietrzu. 

Rankiem zaś, kiedy się wreszcie obudziłem, odkryłem na stopach, które były czyste, gdym kładł się 
na spoczynek, ślady zaschniętego czarnego błota z mego snu! Na ten widok poderwałem się z łóżka 
i podążyłem za widniejącymi na podłodze śladami. Wyszedłem z pokoju i po schodach dotarłem do 
sekretnego pokoju na piętrze i kierując się w głąb niego, aż do owego osobliwego kąta, skąd 
prowadziły ujrzane przeze mnie po raz  pierwszy na zakurzonej podłodze ślady stóp! Patrzyłem z 
niedowierzaniem, a jednak oczy mnie nie zwodziły. Może to szaleństwo, niemniej nie mogłem temu 
zaprzeczyć. Podobnie jak wyraźnemu zadrapaniu widniejącemu na moim nadgarstku. 

                Wybiegłem stamtąd jak oszalały. Wiedziałem już, przynajmniej w pewnym stopniu, 
dlaczego moi rodzice nie chcieli sprzedać posiadłości Peabodych - mój dziadek musiał powiedzieć 
im coś na temat rodowego dziedzictwa, on to bowiem pochował pradziadka twarzą do dołu w 
rodzinnej krypcie. I choć z pewnością nie podzielali jego zabobonnych wierzeń, woleli nie kusić 
losu. Zrozumiałem też, czemu nie sposób było wynająć domu na dłużej, ogniskował on bowiem siły 
niepojęte i niemożliwe do kontrolowania przez jakiegokolwiek człowieka, ja zaś, mieszkając tu, 
zostałem raz na zawsze skażony jego zabójczą, złą aurą. Innymi słowy - stałem się więźniem tego 
domu i jego złowrogiej historii. 

                Zostało mi już tylko jedno źródło, z którego mogłem zaczerpnąć dalszych informacji. 
Dziennik mego pradziadka. Zasiadłem do lektury, nie zjadłszy nawet śniadania, i jak się okazało, 
był to zbiór sporządzonych jego zgrabnym, miłym dla oka charakterem pisma notatek, 
przeplatanych wycinkami z listów, czasopism a nawet książek, które wydawały mu się istotne, dla 
mnie jednak nie miały istotnego związku z treścią zapisków - wszystkie dotyczyły 
niewytłumaczalnych wydarzeń, niewyjaśnionych nawet dla mego pradziadka, powiązanych w 
pewien sposób z czarami i magią. Jego odręczne notatki były skąpe, ale treściwe. 

                „Dziś uczyniłem to, co było trzeba. I nabiera ciała. To niewiarygodne. Ajednak taka jest 
prawda. Odwrócony powrócił. Wszystko zaczyna się od nowa. Wraca chowaniec, glina znów 
nabiera kształtu, z każdą kolejną ofiarą jest go więcej. Ponowne odwrócenie nic by nie dało. 
Pozostaje ogień”. 

                I dalej: 

                „Coś jest w domu. Kot? Widzę go, lecz nie mogę pochwycić. Tak, to z całą pewnością 
czarny kot. Nie wiem, skąd przychodzi.” 

                „Niepokojące sny. Dwa razy byłem na Czarnej Mszy. We śnie kot poprowadził mnie do 

background image

Czarnej Księgi. Podpisałem”. 

                „We śnie widziałem diablę imieniem Balor. Nawet przystojny. Wyjaśnił mi więź i 
zależności.” 

                I niedługo potem: 

                „Dziś przyszedł do mnie Balor. Trudno byłoby mi go poznać. Jako kot jest równie 
przystojny jak młody diablik. Zapytałem go, czy w tej samej postaci służył J. Odparł, że tak. 
Poprowadził mnie do dziwnego ponadwymiarowego naroża będącego bramą na zewnątrz. To dzieło 
J. Pokazał mi, jak się przez nie przechodzi.” 

                Nie mogłem czytać dalej. Dość się już dowiedziałem. 

                Teraz ,wiem już, co się stało ze szczątkami Jedediaha Peabody’ego! Już wiem, co muszę 
uczynić. Choć bałem się tego, co tam zastanę niezwłocznie wróciłem do krypty Peabodych, 
wszedłem do środka i stanąłem przy trumnie pradziadka. Dopiero teraz, po raz pierwszy 
zauważyłem spiżową plakietkę umieszczoną pod nazwiskiem Asapha Peabody’ego, na której 
wygrawerowano: 

„Biada temu, kto zakłóci jego spokój!” 

                Uniosłem wieko. 

                Choć spodziewałem się tego, co tam zastanę, mimo wszystko ogarnęła mnie dojmująca 
groza. Kości bowiem, które widziałem ostatnim razem, wyglądały na dziwnie odmienione. To, co 
było tylko piszczelami i fragmentami kości, prochem i strzępami odzienia, znów zaczęło pokrywać 
się tkankami, ciałem biorącym swój początek ze zła, dzięki któremu powrócił do życia, kiedy tak 
nieroztropnie odwróciłem to, co zeń pozostało, a także z małej istotki spoczywającej wraz z nim w 
trumnie, żałosnego, pomarszczonego truchła dziecka, które choć zniknęło z domu George’a Taylora 
przed niespełna dziesięcioma dniami, wyglądało jak wyschnięta na wiór, odsączona z wszystkich 
żywotnych soków mumia! 

                Ogarnięty paniką i przerażeniem wybiegłem z krypty, tylko po to jednak, by przygotować 
stos, na którym zamierzałem spalić szczątki czarownika. Pracowałem gorączkowo, w pośpiechu, by 
nikt nie przyłapał mnie na tej czynności, choć wiedziałem, że ludzie omijali domostwo Peabodych 
od dziesięcioleci. 

                Gdy skończyłem, w pojedynkę wywlokłem trumnę Asapha Reabody’ego wraz z jej 
upiorną zawartością i ułożyłem na stosie, tak jak wiele lat temu Asaph uczynił z trumną Jedediaha i 
tym, co się w niej znajdowało. Potem stojąc z boku, patrzałem, jak chciwe płomienie pożerały 
drewno trumny i jej zawartość, i tylko mnie dane było usłyszeć wysoki piskliwy skowyt 
wściekłości, który popłynął z ognistego piekła niczym zawodzenie duszy potępionej. 

                Przez całą noc popioły stosu jarzyły się złowrogim czerwonym blaskiem. Widziałem to 
wyraźnie z okien domu. 

                Wewnątrz zaś ujrzałem coś innego. 

                Czarnego kota, który pojawił się pod drzwiami mego pokoju łypiąc na mnie z ukosa. 
Przypomniałem sobie marsz przez moczary, wilgotne ślady i błocko na moich butach. 
Przypomniałem sobie zadrapanie na nadgarstku i Czarną Księgę, gdzie złożyłem swój podpis. Tak 

background image

jak przede mną uczynił to Asaph Peabody. Odwróciłem się do siedzącego w cieniu kota i 
zawołałem: 

- Balor! 

                Przyszedł i usiadł tuż za progiem, przy wejściu. 

                Wyjąłem z szuflady rewolwer i bez wahania strzeliłem do niego. 

                On wciąż tylko się na mnie gapił. Nawet nie poruszył wąsikami. Balor. Jeden z 
pomniejszych czartów. 

                A wiec to było dziedzictwo Peabodych. Dom, grunty i las dokoła stanowiły tylko 
pospolitą materialną przykrywkę dla sekretnego pokoju z jego ponadwymiarowym przejściem, 
ścieżki wiodącej przez moczary, sabatu i podpisów w Czarnej Księdze. 

                Zastanawiam się, kto - kiedy umrę i zostanę pochowany tak jak pozostali - zjawi się, by 
mnie odwrócić? 

  

KONIEC