background image

JENNIFER GREENE

MARZYCIELKA

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Widok, który miała przed sobą, obrażał jej poczucie estetyki. Czarna, posępna noc, 

szalejąca   nad   miastem   burza   -   czy   może   być   coś   bardziej   banalnego?   Nagle   jaskrawa 

błyskawica przeszywa niebo, a na jej tle wyłania się z ciemności wielka, szpetna rezydencja, 

która wygląda jak scenografia do tandetnego hollywoodzkiego filmu.

Najgorsze   jest   to,   że   niczym   bohaterka   kiepskiego   filmu   zamierza   się   włamać   do 

pogrążonej w mroku rezydencji.

Rebeka Fortune pisała powieści kryminalne. Umieszczała swe bohaterki w najbardziej 

niebezpiecznych sytuacjach, jakie tylko zdołała wymyślić, a wyobraźnię miała wyjątkowo 

bujną. Ale prędzej by wyrzuciła na śmietnik komputer, niż kazała bohaterce włamywać się po 

ciemku do ogromnej,, zamkniętej na cztery spusty rezydencji, w której zostało popełnione 

morderstwo.

Deszcz padał na jej rude loki, ciekł po szyi, spływał po powiekach i rzęsach. Drżała na 

całym ciele, od czubka nosa po czubki palców w przemoczonych tenisówkach. Zazwyczaj w 

marcu panowała w Minnesocie temperatura około zera, ale tego dnia od samego rana było 

nadspodziewanie ciepło i słonecznie, prawie wiosennie.

Przed wyjściem z domu Rebeka obejrzała w telewizji prognozę pogody; zapowiadano 

w nocy burzę. Gdyby miała czarny płaszcz od deszczu, pewnie by go z sobą wzięła, ale miała 

jaskrawożółty,  w   kolorze   całkiem   nieodpowiednim   dla   włamywacza,   więc   włożyła   grubą 

czarną bluzę oraz czarne dżinsy. Obie rzeczy lepiły się jej do skóry.

Przypuszczalnie kiedyś  w życiu czuła się bardziej nieszczęśliwa niż teraz, lecz nie 

pamiętała   tej   chwili.   Miała   bogate   doświadczenie   w   dziedzinie   kryminalistyki,   znała 

dziesiątki   metod   używanych   przez   włamywaczy,   jednakże   całą   swą   wiedzę   zdobyła   w 

ciepłym,   ładnie   urządzonym   gabinecie,   szperając   w   książkach   i   korzystając   z   Internetu. 

Praktyka okazała się odrobinę bardziej skomplikowana od teorii.

Rezydencję   otaczało   wysokie   ogrodzenie   z   kutego   żelaza.   Zamknięta   brama   nie 

stanowiła problemu; na ogrodzenie można się było wdrapać i zeskoczyć z niego po drugiej 

stronie.  Tuż  po zabójstwie  Moniki  Malone  po terenie  kręciło  się  mnóstwo policji.  Teraz 

ryzyko natknięcia się na kogokolwiek było znikome. Zarówno dom, jak i ogród opustoszały 

dawno temu; od wielu tygodni nikt tu nie zaglądał.

Do samej rezydencji prowadziło pięć par drzwi: frontowe, boczne, kuchenne, tylne i 

piwniczne. Rebeka próbowała je kolejno otworzyć - bez powodzenia. Z katalogu dla pisarzy 

powieści   kryminalnych   zamówiła   klucz   uniwersalny.   Okazało   się,   że   wcale   nie   był   tak 

background image

uniwersalny,   jak   go   reklamowano.   W   plecaku,   z   którym   wyruszyła   na   włamanie,   miała 

również łom - zawsze przydawał się jej bohaterkom. Ona jednak nie była stworzoną przez 

siebie postacią i, w przeciwieństwie do nich, z łomem kiepsko sobie radziła. Obeszła cały 

dom,   dokładnie   sprawdzając   okna   na   parterze.   Ani   jedno   nie   było   zabite   deskami,   ale 

wszystkie były szczelnie zamknięte. Jedyne, co zdołała łomem dokonać, to zdrapać z kilku 

framug farbę.

Poza łomem i wytrychem do plecaka zapakowała pełno innych narzędzi. Jako autorka 

kryminałów, która przed przystąpieniem do pracy zawsze starannie się przygotowuje, miała 

ogromną wiedzę na temat przestępstw i sposobów ich popełniania. Na razie jednak żadne z 

narzędzi nie znalazło zastosowania, a plecak, który ważył z tonę, wpijał się jej w łopatki.

Ciężkie   deszczowe   chmury   kłębiły   się   na   nocnym   niebie,   a   od   łoskotu   piorunów 

trzęsła się ziemia. A może nic się nie trzęsło, może to tylko ona, Rebeka, tak mocno dygotała.

Każda zdrowa na umyśle kobieta już dawno by się poddała, a ty co? - spytała sama 

siebie.

Otóż   Rebeka   Fortune   różniła   się   od   innych   kobiet.   Nigdy   się   nie   poddawała, 

zwłaszcza  gdy  na  czymś   jej  zależało.   Niektórzy  twierdzili,  że  cechuje  ją  upór  osła.  Ona 

broniła się, mówiąc, że stanowczość i determinację odziedziczyła po matce, Kate Fortune, 

której nigdy nie brakowało siły ani odwagi, aby dążyć do wytyczonego celu.

Cel, który Rebeka sobie wyznaczyła, był niezwykle ważny. Wiele osób starało się 

oczyścić Jake'a z zarzutu morderstwa, lecz czas mijał, a jakoś nikt nie znajdował dowodów, 

które mogłyby potwierdzić jego niewinność.

Rebeka sama postanowiła się tym zająć, tym bardziej że - pomijając członków rodziny 

- reszta ludzi podejrzewała, iż to właśnie Jake był winien śmierci Moniki.

Zacisnęła z determinacją usta i nie zwracając uwagi na mokrą trawę pod nogami, 

jeszcze raz okrążyła dom. Musi być jakiś sposób, żeby dostać się do środka. Musi!

Srogi, porywisty wiatr targał jej włosy. Gdy podniosła rękę, by odgarnąć z twarzy 

burzę rudych loków, w świetle błyskawicy, która przebiła mrok, zamigotała złota bransoleta. 

Widok   obwieszonej   ozdóbkami   bransolety   należącej   kiedyś   do   Kate   sprawił,   że   Rebekę 

opadły dziesiątki bolesnych wspomnień.

Prawie   straciła   ukochaną   matkę.   Wszyscy   sądzili,   że   Kate   Fortune   zginęła   w 

katastrofie samolotu; nikt nie wiedział, że w samolocie był jeszcze porywacz, że Kate z nim 

walczyła, że podczas zderzenia maszyny z ziemią wypadła przez otwarte drzwi na zewnątrz, 

w gęste zarośla, i że przez wiele miesięcy odzyskiwała w dżungli zdrowie. Rebeka nadal 

czuła ucisk w sercu na myśl o rozpaczy, w jakiej pogrążyła się rodzina, o ilości wylanych łez 

background image

oraz o spotkaniu u Sterlinga Fostera, doradcy prawnego rodziny, kiedy to oczom zebranych 

niespodziewanie ukazała się Kate.

Tego dnia, gdy po raz pierwszy od lat Kate nie pojawiła się w pracy, złota bransoleta 

obwieszona drobnymi ozdóbkami, które świętej pamięci Ben Fortune ofiarowywał żonie przy 

okazji   narodzin   kolejnych   dzieci   i   wnuków,   tkwiła   na   zakończonym   ręką   alabastrowym 

ramieniu  ustawionym  w gabinecie seniorki rodu. Dla Rebeki, podobnie jak i dla innych, 

bransoleta stanowiła wyraz miłości, rodziny, tradycji. Nie mogąc się oprzeć, przywłaszczyła 

ją sobie; potrzebowała chociażby takiego kontaktu z matką. Po odczytaniu testamentu każdy 

członek   rodziny   dostał   na   pamiątkę   serduszko,   podkowę,   różę   czy   inną   ozdóbkę,   którą 

doczepiono do bransolety w dniu jego narodzin. Przez pewien czas Rebeka nosiła pustą bran-

soletę bez pobrzękujących ozdób, ale potem zawiesiła na niej własne maleńkie wisiorki - 

symbole szczęścia.

Powróciwszy na łono rodziny, Kate prosiła córkę, aby chwilę dłużej zaopiekowała się 

bransoletą. Rebeka ucieszyła się. Traktowała bransoletę jak talizman, a jej złote ogniwa jak 

symbol nierozerwalności uczuć rodzinnych.

Potarła   je   palcem.   Owszem,   Kate   stworzyła   jedną   z   największych   dynastii 

finansowych   w   Stanach   Zjednoczonych,   ale   najbardziej   w   świecie   kochała   swoje   dzieci; 

rodzina   zawsze   była   dla   niej   najważniejsza.   Te   wartości   -   lojalność,   przywiązanie   do 

najbliższych, konieczność wspierania się w potrzebie - przekazała swym potomkom.

Swoim synom i córkom...

Nie była to najbardziej odpowiednia chwila, aby rozmyślać o dzieciach, ale Rebeka 

miała trzydzieści trzy lata, marzyła o własnym maleństwie, a w ostatnim okresie to pragnienie 

stało się tak silne, że nawiedzało ją o każdej porze dnia i nocy. Nie liczyło się to, że żyła 

samotnie, że żaden królewicz nie kręcił się na horyzoncie. Po prostu jej zegar biologiczny 

głośno tykał, zagłuszając wszelkie inne argumenty. Chciała mieć dziecko i już!

Zastanawiając się nad przyszłością, zawsze widziała siebie w roli szczęśliwej żony i 

matki. W przeciwieństwie do swych braci, sióstr, kuzynów, którzy szukali w życiu przygód 

czy   nowych   wyzwań,   ona   była   beznadziejną   romantyczką   i   domatorką.   Jednak   mimo   że 

szczęście utożsamiała z posiadaniem męża i dzieci, była jedyną osobą z klanu Fortune'ów, 

która nie założyła rodziny. Boże, nawet jej bratanice wydały już na świat potomstwo!

Chociaż   nie   miała   w   tym   większej   wprawy,  potrafiła   ukołysać   do   snu   niemowlę, 

natomiast zupełnie nie potrafiła włamać się do cudzego domu. Psiakrew!

Przeszył ją dreszcz przerażenia. Nie bała się burzy z piorunami. I na pewno nie bała 

się ogromnego, pustego domu, w którym popełniono morderstwo.

background image

Bała się porażki. Kochała brata, chciała mu pomóc, znaleźć dowód potwierdzający 

jego niewinność, i robiło się jej słabo na myśl, że może nie podołać. Ale nie! Gdzieś w tej 

wielkiej chałupie muszą być jakieś informacje, ślady czy znaki, które policja przeoczyła, a 

które oczyszczą Jake'a z ciążących na nim zarzutów. Dziesiątki osób, w tym co najmniej kilku 

Fortune'ów, miały powód, aby zabić tę starą jędzę. Monica była okrutną, zachłanną egoistką, 

która   od   niemal   dwóch   pokoleń   starała   się   zniszczyć   Bena   i   Kate.   Przysporzyła   sobie 

mnóstwo wrogów; nawet dwuletnie dziecko bez trudu mogłoby wskazać parę osób, które 

chętnie by się jej pozbyły.

Problem   w   tym,   że   na   skutek   działań   Moniki   Malone   Jake   omal   nie   stracił   tego 

wszystkiego, na czym mu najbardziej w życiu zależało, a zatem miał doskonały motyw, żeby 

ją zamordować. W dodatku w wieczór, gdy Monica zginęła, był na miejscu zbrodni i tysiące 

dowodów, takich jak odciski palców, wskazywały na jego winę. Ani policja, ani wynajęci 

przez   rodzinę   detektywi   nie   zdołali   wpaść   na   trop   jakiegokolwiek   innego   podejrzanego. 

Zespół  obrońców również  robił,  co  mógł,  lecz  sprawa  wyglądała   beznadziejnie.   Nikt  nie 

uronił łzy nad losem, jaki spotkał dawną hollywoodzką gwiazdę, ale też nikt nie wierzył w 

niewinność Jake'a.

Rebeka wiedziała ponad wszelką wątpliwość, że jej brat nie mógłby nikogo zabić, bez 

względu na to, jak bardzo ta osoba zalazłaby mu za skórę. Bała się jednak, że nie mając 

innych podejrzanych, sąd uwierzy oskarżycielowi i skaże Jake'a na wieloletnie więzienie.

Mimo że krążyła wokół domu i usiłowała dostać się do środka, żaden alarm się nie 

włączył.   Wszystkie   drzwi   były   zamknięte,   okna   także.   Zresztą   okna   na   parterze   miały 

specjalnie wzmocnione szyby. Okna na piętrze wyglądały na łatwiejsze do sforsowania, ale 

nie wiedziała, jak do nich dotrzeć. Treliaż, po którym pięły się róże, raczej nie wchodził w 

rachubę. Wprawdzie ważyła niewiele, zaledwie pięćdziesiąt kilogramów, ale podejrzewała, że 

chwiejna   drewniana   konstrukcja   nie   utrzyma   ciężaru   jej   ciała.   W   ogrodzie   rósł   wielki 

rozłożysty dąb, jednakże gałęzie nie sięgały na tyle blisko domu, by mogła przeskoczyć z 

którejś na dach - chyba że wyrosłyby jej skrzydła, a na to się nie zanosiło.

W ostateczności zamierzała zaryzykować wspinaczkę po kracie z różami, ale najpierw 

postanowiła jeszcze raz obejść dom. Tak też zrobiła, tym razem na czworakach. Przedzierała 

się przez krzaki rosnące pod domem i kolejno świeciła latarką we wszystkie okna prowadzące 

do pomieszczeń w piwnicy.

Od czasu do czasu kolce - wyobrażała sobie, że to szpony niewidocznej wiedźmy - 

czepiały się jej włosów i ubrania, wbijały się jej w skórę, drapały ją po ciele. W tenisówkach 

chlupotało błoto. Na jednej okiennej framudze złamała paznokieć. Kiedy usiłowała podważyć 

background image

inną, drzazga weszła jej w palec, a z palca popłynęła krew.

Deszcz przestał padać, ale ponieważ była przemoczona do suchej nitki, zmarznięta i 

nieszczęśliwa, nawet nie miała siły się z tego cieszyć.

Wreszcie   promień   latarki   oświetlił   ramę   okienną,   która   była   krzywa   i   pęknięta. 

Odgarnąwszy   na   bok   gałęzie   kwitnącego   bzu,   Rebeka   przysunęła   się   bliżej   i   zaczęła 

sprawdzać szybę. Okno nie było zamknięte, a jedynie zaklejone farbą.

Otwierało się na zewnątrz. Trochę niewygodnie, ale trudno. Gorzej było z wielkością. 

Może przez niewielką szparę zdołałby się przecisnąć chudy dziesięciolatek, ale nie dorosła 

kobieta...

Uznała,   że   warto   spróbować;   pewnie   nie   znajdzie   lepszego   wejścia.   Sięgnęła   do 

plecaka po łom. Dwa razy usiłowała podważyć okno. Bezskutecznie. W ciasnej przestrzeni 

miała małą swobodę ruchów, łom ślizgał się po mokrym błocie, nie było go o co oprzeć. Na 

szczęście za trzecim razem się udało. Wepchnęła łom pod dolną krawędź ramy; rozległ się 

koszmarny zgrzyt, a po chwili między gruntem a oknem pojawiła się szpara.

Oddychając   ciężko,   Rebeka   przysiadła   na   piętach   i   podrapała   się   po   brodzie.   W 

porządku. Sukces. Czuła się jednak tak, jakby trzymała w dłoni zwycięski kupon loteryjny, 

lecz nie miała jak ani gdzie odebrać nagrody. Okno faktycznie otwierało się na zewnątrz, lecz 

otwór był o wiele mniejszy, niż się spodziewała. Wszyscy zawsze twierdzili, że jest chuda jak 

patyk, ale żeby wśliznąć się do środka, musiałaby zgubić jeszcze parę kilo.

Powoli zbliżyła latarkę do otworu. Nigdy nie potrafiła dobrze oceniać odległości, ale 

miała wrażenie, że od twardej betonowej podłogi dzieli ją co najmniej trzydzieści metrów. W 

dole   nie   było   żadnych   poduszek,   materacy   czy   choćby   dywanu,   który   mógłby   złagodzić 

upadek. Spoglądając przez otwór, pomyślała sobie, że Stephen King mógłby śmiało umieścić 

akcję kolejnej swojej powieści w takich mrocznych, ponurych wnętrzach.

Podejrzewała, że jeśli nawet zdoła przecisnąć się przez otwór, to zabije się, spadając w 

dół. Z drugiej strony, tylko tędy może dostać się do środka. Innego wejścia nie znalazła, a 

poddawać się nie miała zamiaru.

No trudno, po prostu musi wciągnąć brzuch, wypuścić powietrze, skurczyć się. Bo cóż 

innego jej pozostało?

Zgasiwszy latarkę, schowała ją do plecaka, a plecak wrzuciła do środka. Przez chwilę 

panowała cisza; potem usłyszała głośne plaśnięcie. Plecak wylądował na podłodze.

Przełknęła ślinę. Strach dławił ją za gardło. Położywszy się na plecach, wepchnęła 

stopy w otwór, następnie poruszając barkami i nie zwracając uwagi na to, że pod bluzą zbiera 

się błoto, przysuwała się coraz bliżej otworu. Po chwili łydki miała po drugiej stronie, kolana, 

background image

uda, pośladki, biodra... I wtedy zaczęły się kłopoty. Utknęła. Nie była w stanie ruszyć się ani 

w przód, ani w tył.

Boże!   Tyle   razy   marzyła   o   tym,   aby   mieć   nieco   pełniejsze   kształty.   Tyle   razy 

zazdrościła innym kobietom, że dżinsy tak ładnie opinają im biodra. Teraz ogarnęła ją złość 

na samą siebie. Może gdyby w zeszłym tygodniu nie zjadła tych pięciu wysokokalorycznych 

ciastek, zdołałaby się przecisnąć albo w jedną, albo w drugą stronę. A tak... Cholera! Nogi 

sterczały jej wysoko nad podłogą piwnicy, tułów leżał w błocie przed domem, biodra i po-

śladki tkwiły zaklinowane. Sytuacja była poważna.

Korciło ją, żeby wybuchnąć płaczem. Chociaż nie, wcale nie miała ochoty płakać. Po 

prostu chciała znaleźć się we własnym domu i zrobić sobie gorącą kąpiel: napełnić wannę, 

wlać   do   wody   odrobinę   olejku   różanego,   potem   wyciągnąć   się   i   wymoczyć,   popijając 

kieliszek chablis, przeglądając plik informacji, jakie zgromadziła na temat banków spermy, i 

marząc o dziecku.

Uwielbiała snuć fantazje o dzieciach. Było to kuszące, choć w tym momencie nie 

bardzo   praktyczne.   Czuła   się   jak   kretynka.   Nie   mogła   wykonać   żadnego   ruchu;   ilekroć 

próbowała, bolały ją stawy, z kolei gdy leżała nieruchomo, protestował jej kręgosłup. Bądź co 

bądź,   gdyby   potrafiła   wyginać   ciało   na   wszystkie   strony,   może   zatrudniłaby   się   jako 

akrobatka w cyrku. Miło by było, gdyby nagle pojawił się przystojny rycerz na białym koniu i 

wybawił ją z kłopotów, ale było to mało prawdopodobne. Prędzej oblezą ją dżdżownice. Myśl 

o   glistach,   które   wychodzą   z   ziemi   po   deszczu   i   suną   w   jej   stronę,   podziałała   na   nią 

mobilizująco.

Wciągnęła powietrze i z całej siły się odepchnęła.

Udało   się!   Odniosła   sukces...   chyba.   W   każdym   razie   żyła,   kiedy   wylądowała   na 

twardej podłodze. Zanim jednak to się stało, rozbiła głowę o ramę okienną, a także boleśnie 

zgniotła i otarła piersi. Upadając zaś, stłukła sobie kość biodrową oraz skręciła nadgarstek.

Na dole było ciemno jak w grobowcu. W powietrzu unosił się duszny, stęchły zapach. 

Oczywiście nie robiłoby jej różnicy, gdyby znajdowała się teraz w pięknym, jasnym Tadż 

Mahalu;   była   zbyt   obolała,   aby   czymkolwiek   się   przejmować.   Świat   wirował   jej   przed 

oczami. Nie była pewna, czy można sobie złamać pośladki - nigdy nie widziała, aby ktoś 

nosił na biodrach gips albo leżał z pupą na wyciągu - bała się jednak, że ona tego dokonała.

Nagle oślepił ją ostry promień światła.

Jaskrawy blask pochodził z łysej żarówki zawieszonej na środku sufitu. Najgorsze 

było to, że mężczyzna, który stał w drzwiach, z ręką na kontakcie, i kręcił z niedowierzaniem 

głową, nie wyglądał na obcego. A kiedy otworzył usta, jego niski, ochrypły głos też brzmiał 

background image

znajomo.

- Sądziłem, że banda złożona co najmniej z tuzina nastolatków usiłuje się włamać do 

środka.   Narobiłaś   tyle   hałasu,   jakbyś   zmarłych   chciała   pobudzić.   Powinienem   był   się 

domyślić, że to ty. Chryste, Ruda, wyjaśnij mi, co u licha tu robisz?

Zacisnęła powieki.

- W tej chwili siedzę na podłodze w piwnicy i roztkliwiam się nad sobą, bo mam z 

pięćdziesiąt połamanych kości. Boże kochany, spraw, żeby to był zły sen. Żebym się obudziła 

i zobaczyła, że ten człowiek z ręką na kontakcie to ktoś inny, niż mi się wydaje. Niech to 

będzie rosyjski szpieg. Niech to będzie seryjny morderca. Niech to będzie ktokolwiek, byle 

nie Gabriel Devereax.

Czekała z zamkniętymi  oczami, aż zjawa zniknie, ale niestety niski, ochrypły głos 

przybliżał się.

- Nie wygłupiaj się, Ruda. Ja przynajmniej mam powód, żeby być w tym domu, ale 

ty? Chyba całkiem postradałaś zmysły. Mogłaś się zabić... albo ktoś mógłby cię zabić. Co ci 

strzeliło   do   łba?   Swoją   drogą,   wyglądasz   jak   bezpańska   kotka   po   przegranej   walce   na 

śmietniku.

- Ale jesteś miły! Ja tu leżę połamana, umieram z bólu, a ty na mnie krzyczysz!

- Krzyczałbym o wiele głośniej, gdybym wierzył, że to cokolwiek da. Tylko spójrz na 

siebie! Jesteś cała mokra, oblepiona błotem, z włosów wystają ci jakieś patyki. Nie powiesz 

mi chyba, że masz wszystko normalnie poukładane w głowie? Psiakrew, przestań machać 

ręką! Chcę tylko sprawdzić, gdzie cię boli.

- Wszędzie - warknęła.

I faktycznie, wszystko sobie poobijała, ale najbardziej ucierpiała jej duma.

Gabe kucnął obok. Wciąż miała zamknięte oczy; póki na niego nie patrzyła, mogła 

udawać, że to nie on. Kiedy jednak poczuła, jak jego silne dłonie zaczynają ją obmacywać, 

natychmiast podniosła powieki.

Kiedy   indziej   nie   miałaby   nic   przeciwko   temu,   aby   dotykał   jej   przystojny   facet, 

mógłby to nawet być detektyw, ale życzyłaby sobie, by okazywał trochę więcej delikatności. 

Na miłość boską, nie jest workiem kartofli!

Bezlitosne łapy wędrowały po jej ciele, ściskały jej stopy, kostki, łydki, sprawdzały 

stawy kolanowe, podnosiły i opuszczały jej ramiona, zginały i prostowały nadgarstki. Kilka 

razy jęknęła z bólu. Gabe albo był tak zaaferowany tym, co robi, że nic nie słyszał, albo jej 

niedowierzał.

A ona... cóż, przypuszczalnie odczuwałaby mniejsze upokorzenie i złość, gdyby facet 

background image

nie był tak piekielnie przystojny.

Nie wiedziała, jakim cudem dostał się do domu, ale nie dziwiła się, że tu jest. Był 

inteligentny,   przedsiębiorczy,   po   prostu   najlepszy   w   swojej   branży.   Dlatego   przekonała 

Jake'a, aby zlecił mu dochodzenie w sprawie katastrofy, w której - według policji brazylijskiej 

- zginęła Kate. Chociaż tej zagadki nie udało mu się rozwikłać, dokonał parę innych ważnych 

dla rodziny odkryć.

Wracając jednak do teraźniejszości...  Kiedy tak siedziała w piwnicy na betonowej 

podłodze,   wyglądała   jak   półtora   nieszczęścia.   On   zaś   był   elegancki,   uczesany,   świeżo 

ogolony. Ubranie miał czyste, bez ani jednej plamki czy rozdarcia. Jasne dżinsy, granatowa 

koszula starannie wpuszczona w spodnie, buty z cholewami. Nawet one nie nosiły śladów 

błota.

Nie   znała   go   zbyt   dobrze.   Zresztą   nie   była   pewna,   czy   kogoś   takiego   jak   Gabe 

Devereax jakakolwiek kobieta może dogłębnie poznać. W każdym razie od czasu do czasu 

wpadali na siebie i zwykle kończyło się to potężną scysją. Kilka osób z rodziny zauważyło, że 

żrą się jak pies z kotem. Wprawdzie to ona, Rebeka, zebrała informacje o różnych agencjach 

detektywistycznych   i   namówiła   rodzinę,   by   zatrudniła   właśnie   Gabe'a.   To   ona   najlepiej 

spośród  wszystkich  wiedziała, jak  doskonałą  Gabe cieszy się opinią  i jak  świetne  osiąga 

wyniki. Darzyła go szacunkiem. Ale kiedy w grę wchodziło życie najbliższych, nie potrafiła 

przekazać steru w obce ręce, choćby były najbardziej kompetentne.

Gabe zaś nie znosił, kiedy ktoś go pouczał albo wtrącał mu się do pracy. Coś, co ona 

określała   mianem   pomocy,   on   traktował   jak   niepotrzebną   ingerencję.   Ona   uważała,   że 

powinien zrozumieć, co nią kieruje: miłość, przywiązanie, lojalność. Jednakże nie była w 

stanie mu tego wytłumaczyć; prędzej udałoby się jej wywiercić palcem dziurę w granitowym 

bloku.

Mimo że ciągle mieli z sobą na pieńku, Rebeka nie była ślepa. Może i Gabe Devereax 

jest upartym osłem, ale tak przystojnego osła rzadko się widuje. Liczył trzydzieści osiem lat i 

na tyle wyglądał. Zdecydowany zarys szczęki, blizna na prawej skroni, zmarszczki wokół 

oczu i przy ustach - wszystko to świadczyło o tym, że człowiek ten wiele w życiu przeszedł.

Gabe nie oszczędzał się. Był mężczyzną, nie chłopcem. Mężczyzną, który emanował 

silą  i   energią.   Mężczyzną,   z  którego   twarzy  można   było  wyczytać  determinację,  upór  w 

dążeniu do celu, wolę zwycięstwa.

W głębi duszy Rebeka wierzyła, że tylko kobieta, która ma nie całkiem po kolei w 

głowie, mogłaby chcieć się zadawać z człowiekiem tak zatwardziałym i zamkniętym w sobie. 

Z   drugiej   strony   Gabe   Devereax   miał   najpiękniejsze   oczy,   o   najbardziej   zmysłowym 

background image

spojrzeniu, jakie kiedykolwiek widziała. W dodatku nie mogła ich zignorować, przynajmniej 

na razie, bo uporczywie się w nią wpatrywały. Właściciel tych oczu trzymał ją za brodę i z 

takim skupieniem, jakby badał pod mikroskopem robaka, oglądał jej policzki, czoło, nos, 

sprawdzając, czy są w jednym kawałku.

- Chyba  przeżyjesz  - oznajmił w końcu. - Chociaż pewności nie mam,  bo trudno 

cokolwiek dojrzeć pod tą warstwą brudu.

Ponieważ patrzył jej prosto w twarz, nie od razu się zorientowała, co robi. On zaś, jak 

gdyby nigdy nic, wsunął prawą rękę pod jej bluzę i lekko naciskał żebra.

Przeszył ją dreszcz.

- Hej!

Oburzona, usiłowała go odepchnąć. Nie dała rady.

- Nie denerwuj się, Ruda. Gdybym chciał cię poderwać, znalazłbym inny sposób. - 

Uśmiechnął się. - O seksie myślę tylko dwadzieścia godzin na dobę, a nie dwadzieścia cztery. 

-   Na   moment   zamilkł.   -   Masz   paskudnie   rozciętą   skórę,   tu   na   boku...   Spokojnie,   nie 

zamierzam sprawdzać, dokąd sięga rana. A teraz bądź tak miła i odkaszlnij.

- Mam kasłać? Po co?

-   Jeśli   wolisz,   możemy   podjechać   do   szpitala   i   zrobić   ci   prześwietlenie.   Aha! 

Spodziewałem się, że nie będziesz chciała. No więc jeśli zakaszlesz i jeśli nic cię wtedy 

bardziej nie zaboli, może... powtarzam:  może  uwierzę, że żebra  masz nie połamane. Ale 

oczywiście jeśli wolisz prześwietlenie...

Zakaszlała najgłośniej jak potrafiła.

- Na pewno nic cię nie zabolało?

-   Na   sto   procent.   I   przestań   mi   grozić   szpitalem.   Nie   dałabyś   rady   mnie   nigdzie 

zawieźć, nawet gdybyś miał pułk żołnierzy do pomocy. Czuję się świetnie. Po prostu upadek 

lekko mnie oszołomił i tyle.

- Tak? - Zabrał rękę, którą uciskał jej żebra, ale sam się nie cofnął. - Na czole wyrósł 

ci guz wielkości śliwki, ciało masz podrapane do krwi i jesteś cała mokra. Tylko patrzeć, jak 

nabawisz się zapalenia płuc. Rany możemy obmyć, bo wody w domu nie wyłączono, ale nie 

wiem, czy znajdziemy coś suchego, żebyś nie musiała siedzieć w tym ubraniu. Jak czoło? 

Bardzo boli? Nie kręci ci się przypadkiem w głowie? A może widzisz podwójnie?

Co za paskudny typ! Gdyby był odrobinę lepiej wychowany, zamilkłby na chwilę i dał 

jej szansę odpowiedzieć. On jednak nie miał zamiaru wierzyć jej na słowo, bo ponownie ujął 

ją za brodę i obrócił twarzą do siebie. Drugą ręką delikatnie odgarnął jej włosy z czoła. 

Dopiero gdy skończył zabawę w lekarza, napotkał jej wzrok.

background image

I wtedy... Nie, nie umiałaby powiedzieć, co się wtedy stało. Wpatrywał się w nią 

zaledwie parę sekund, ale grymas niezadowolenia znikł z jego twarzy. Wyraz oczu zmienił 

się. Ujrzała w nich coś... coś innego. Nie złość, nie zniechęcenie, nie obsesyjną potrzebę 

usuwania ze swojej drogi wszelkich przeszkód, nie irytację, że ktoś wtrąca się do jego pracy.

Z   całą   pewnością   nie   przedstawiała   ładnego   obrazka.   Była   mokra,   brudna, 

rozczochrana; podejrzewała, że ofiara wypadku  drogowego wyglądałaby atrakcyjniej.  Ale 

ciemne oczy detektywa wpatrywały się w nią tak intensywnie, z taką fascynacją, że nagle 

poczuła, jak wali jej serce.

Jeśli Gabe kiedykolwiek wcześniej dostrzegł w niej kobietę, nigdy nie dał tego po 

sobie   poznać.   On   sam   był   energicznym,   niezwykle   pociągającym   mężczyzną   i   póki   nie 

zwracał na nią większej uwagi, lubiła się z nim przekomarzać i droczyć. Nigdy go jednak nie 

kokietowała ani z nim nie flirtowała; takie kobiece gierki były jej obce. Upadek musiał jej coś 

pomieszać w głowie, sprawić, że pękła jakaś tama.

Nigdy dotąd   bliskość  Gabe'a  nie   wywoływała   w   niej  takiego   drżenia.   Przecież  to 

absurd, żeby akurat teraz, w środku deszczowej nocy, w piwnicy cudzego domu, ogarnęło ją... 

Przestań! - zganiła się. Masz majaki i tyle!

Serce biło jej niemal tak głośno jak dzwon na wieży kościelnej, kiedy wyraz oczu 

Gabe'a ponownie się zmienił. Na twarzy znów pojawił się grymas, jeszcze bardziej ponury 

niż ten przed chwilą. Zmarszczywszy czoło, odchylił się, po czym wstał i wyprostował.

- Może nie potrzebujesz lekarza - rzekł - ale zobaczmy, jak się będziesz czuła, kiedy 

dźwigniesz się z podłogi.

- Na miłość boską, nie przesadzaj. Naprawdę nic mi nie jest.

Ignorując wyciągniętą rękę, poderwała się na nogi.

To był błąd. Duży błąd. Ból rozsadzał jej głowę, piersi ją piekły, nadgarstki szczypały, 

a pośladki... Tak, nie miała już żadnych wątpliwości, że złamała sobie pupę. Strugała jednak 

chojraka.   Nawet   gdyby   ktoś   jej   zagroził,   że   zginie   marnie,   jeśli   nie   powie   prawdy,   nie 

przyznałaby się, że kolana ma jak z waty.

- A ty? Jak się tu dostałeś? - spytała.

-   Normalnie.   Legalnie.   Drzwiami   -   odparł   z   lekką   ironią   w   głosie.   -   Prędzej   czy 

później dom trafi na rynek nieruchomości, ale na razie stoi zamknięty. Dopóki nie skończy się 

postępowanie spadkowe, nie można go sprzedać. Zadzwoniłem do prawnika Moniki Malone, 

przedstawiłem się, wytłumaczyłem, że moim zdaniem w domu muszą być jakieś ślady, które 

policja przeoczyła, i spytałem, czy mógłbym się rozejrzeć. Zgodził się i dał mi klucz.

-   Tak   po   prostu?   Zadzwoniłeś   i   już?   To   wystarczyło?   Wydało   się   jej   to   bardzo 

background image

niesprawiedliwe.

- Wiesz, Rebeko, nie każdego natura obdarzyła bujną wyobraźnią oraz skłonnością do 

dramaturgii.   Niektórzy  z   nas   żyją   zwyczajnie,   można   powiedzieć,   że   nudnie.   A   w   życiu 

kierują się zwykłą logiką i zdrowym rozsądkiem.

- Niesamowite. Gotowa byłabym przysiąc, że odbyliśmy kiedyś identyczną rozmowę.

- Bo istotnie odbyliśmy. Wtedy też nic do ciebie nie trafiało. - Okrążył ją i zamknął 

otwarte okno. - No dobrze, chodźmy na górę. Przemyjemy ci rany, a potem wrócisz do domu.

- Mylisz się, koteczku. Nie po to ryzykowałam zdrowie i życie, żeby teraz potulnie 

spełniać twoje polecenia.

Była pewna, że żadna klientka nie odważyła się zwrócić per „koteczku” do detektywa 

Gabriela Devereax. W pierwszej chwili określenie go zaskoczyło, potem rozbawiło. Może i 

Gabe   był   władczym,   aroganckim   macho,   który   nie   dawał   się   przerobić   na   grzecznego 

baranka, ale zawsze miał duże poczucie humoru i potrafił się śmiać z samego siebie.

- Oj, Ruda, Ruda. Nie jestem tutaj dla własnej przyjemności. Może ci się to wydać 

dziwne i całkiem niedorzeczne, ale twoja rodzina mi ufa. Wierzy, że zrobię wszystko, co w 

mojej mocy, aby oczyścić Jake'a z ciążących na nim zarzutów. Wyobrażasz to sobie? Inni 

mają zaufanie do moich umiejętności zawodowych i ponad dziesięcioletniego doświadczenia.

Rebeka   schyliła   się   po   plecak   z   narzędziami.   Boże,   ależ   facet   ma   tupet!   Co   za 

bezczelność! Gdyby nie to, że dobro Jake'a leżało jej na sercu, pewnie by ryknęła śmiechem.

-   Ja   też   ci   ufam,   panie   Sherlock   -   oznajmiła   z   powagą.   -   Jesteś   doskonałym 

detektywem. Ale to nie twojego brata policja oskarżyła o morderstwo, tylko mojego. Kocham 

Jake'a. Później, kiedy zostanie uniewinniony, mogę siedzieć w domu i robić na drutach. A na 

razie... Powiedz, znalazłeś coś?

- Jeszcze nie miałem okazji się rozejrzeć. Ledwo przekręciłem klucz w zamku, kiedy z 

dołu doleciał mnie straszny hurgot. Jakoś od razu pomyślałem o tobie. Ciekawe dlaczego? - 

Twarz miał w cieniu; znużonym gestem podniósł do niej rękę i podrapał się po brodzie. - 

Rebeko, posłuchaj.

- Słucham. - W jej głosie można było wyczuć irytację.

- Jak dobrze wiesz, zajmuję się tą sprawą od dnia, kiedy aresztowano twojego brata. 

Byłem tu wtedy, kiedy policja szukała odcisków palców. Potem zaś, kiedy zdjęto żółtą taśmę, 

którą   otoczono   posiadłość   panny   Malone,   dokładnie   przeczesałem   cały   teren.   Dziś 

przyjechałem po raz trzeci. Na razie wszystkie dowody wskazują na Jake'a.

- Wiem.

Westchnęła   głośno.   Wiedziała,   że   Jake   jest   jedynym   podejrzanym,   ale   wiedziała 

background image

również, że nikogo nie zabił.

- Miłość i bezstronność nie idą w parze. Zdaję sobie sprawę, że chcesz pomóc bratu. 

Rozumiem to. I kiedy mówię, że powinnaś wrócić do domu i zająć się robótką na drutach, 

kieruje mną wyłącznie troska o ciebie. Nie chcę, żeby spotkała cię krzywda.

Wpatrując się w miejsce  pod ścianą, gdzie nie docierało światło żarówki, Rebeka 

ujrzała jakiś piec czy grzejnik oraz plątaninę rur, a także drewniane stopnie i balustradę. Po 

chwili skojarzyła, że to schody prowadzące na górę, do kuchni, salonu i innych pomieszczeń. 

Słyszała   głos   Gabe'a,   ale   słowa,   które   wypowiadał,   coraz   bardziej   utwierdzały   ją   w 

przekonaniu,   że   powinna   polegać   głównie   na   sobie.   Nie   wątpiła   w   jego   zdolności 

detektywistyczne. Ani w to, że sumiennie wykonuje powierzone mu zadanie. Problem polegał 

na tym, że Gabe, podobnie jak policja, nie wierzył w niewinność Jake'a.

Przez chwilę stała bez ruchu, po czym, odgarniając z twarzy mokre strąki, ruszyła w 

kierunku schodów.

- Masz rację, że nie jestem bezstronna. Bezstronność w ogóle mnie nie interesuje. Nie 

wiem,   czy   pamiętasz,   Gabe,   ale   to   ja   wyszukałam   dla   rodziny   twoją   agencję,   kiedy 

otrzymaliśmy wiadomość o katastrofie, w której zginęła moja matka.

- Oczywiście, że pamiętam.

- Dobrze. - Skinęła głową. - Nikt nie wierzył, że Kate przeżyła. Wszystkim wydawało 

się to niemożliwe. A ja nalegałam, żeby Jake skorzystał z usług twojej agencji, ponieważ 

jesteś najlepszy i ponieważ miałam świadomość, że potrafisz robić rzeczy, na których ja się 

zupełnie nie znam. Przyjąłeś zlecenie, ale tak jak inni nie wierzyłeś, że Kate mogła ocaleć. I 

kto miał rację? Ja czy ty?

- Ty. Ale to była całkiem inna sytuacja...

Tak energicznie potrząsnęła głową, że niewiele brakowało, aby guz odpadł jej z czoła. 

Przynajmniej takie miała wrażenie.

- Dokładnie taka sama! Ty kierujesz się rozumem, ja sercem. Tobie rozum mówi, że 

coś jest czarne, a mnie serce, że pod czernią tkwi biel. Bardzo mocno kocham brata i właśnie 

dlatego wiem, że nie zamordował Moniki, mimo że była podła i starała się go zniszczyć.

Gabe   westchnął.   Zezłościła   się.   Było   to   bowiem   typowo   samcze   westchnienie 

wyrażające politowanie i wielowiekową wyższość płci męskiej nad żeńską.

- Mam kilka zastrzeżeń do twojego toku rozumowania, ale mniejsza z tym. Chciałbym 

zwrócić ci uwagę na inną sprawę. Otóż jeśli wierzysz, że twój brat jest niewinny i wszystkie 

dotychczasowe dowody świadczące przeciwko niemu są wytworem czyjejś chorej wyobraźni, 

to znaczy, że prawdziwy morderca chodzi sobie po świecie. A więc tym bardziej powinnaś 

background image

wrócić do domu. Zrozum, osoba niedoświadczona, nie potrafiąca gasić ognia, nie powinna 

bawić się zapałkami, bo może wyrządzić sobie krzywdę.

- Na miłość boską, Gabe! Po to tu jestem! Nie żeby bawić się zapałkami, tylko żeby je 

odnaleźć.

- Czuję się, jakbym gadał do ściany. Nic do ciebie nie dociera, prawda? - Ponownie 

podniósł rękę do twarzy i potarł brodę. - Czyli nie zdołam cię przekonać, żebyś wróciła do 

domu i położyła się lulu?

- No, nareszcie mówisz do rzeczy. - Przyjaznym gestem poklepała go po ramieniu. - 

Zobaczysz, Gabe, pomogę ci. Jeszcze będziesz mi wdzięczny.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Rebeka była równie pomocna jak tornado. Z dwojga złego Gabe wolałby naturalną 

trąbę powietrzną; łatwiej by sobie z nią poradził. Opanowanie krnąbrnego rudzielca było 

ponad jego siły.

Ponownie zamoczył ściereczkę w zimnej wodzie, wyżął ją, po czym przyłożył do guza 

na czole Rebeki. Deszcz walił w okna niczym kanonada z dział. W Minnesocie zdarzały się 

potężne burze z piorunami, ale zazwyczaj później, nie w marcu. Trudno, pomyślał; nie ma 

sensu narzekać. Lepszy deszcz niż śnieżyca.  Błyskawice rozwidniały niebo, ściany domu 

trzęsły się od grzmotów; za każdym razem gdy strzelał piorun, światła migotały, jakby lada 

moment miały zgasnąć.

Oczywiście   nic   strasznego   by   się   nie   stało.   Gabe'owi   nie   przeszkadzałby   brak 

elektryczności. Detektyw Devereax był człowiekiem zaradnym. Spędził kilka lat w Siłach 

Specjalnych,   codziennie   w   najtrudniejszych   sytuacjach   wykazując   się   inteligencją, 

pomysłowością   i   odwagą.   Niebezpieczeństwo   nie   stanowiło   dla   niego   przeszkody. 

Przeciwności losu też nie. Ilekroć natykał się na problem, który należało rozwiązać, zawsze 

liczył na siebie, na swój spryt, przedsiębiorczość i doświadczenie, nigdy zaś na łut szczęścia 

czy pomoc boską.

Podejrzewał jednak, że po paru godzinach spędzonych w towarzystwie Rebeki nawet 

najbardziej   zatwardziały   poganin   mógłby   zacząć   odprawiać   modły,   błagając   Boga   o 

zmiłowanie.

- Au! Brałeś lekcje u inkwizycji, czy co? Zostaw mnie, potworze jeden!

Nie przerwał zabiegów, nawet nie podniósł głowy.

Rebeka   siedziała   na   kuchennym   blacie   z   twarzą   zwróconą   w   stronę   lampki 

przymocowanej do szafki nad zlewem. Na czole miała wielkiego guza, obok paskudne roz-

cięcie,   oprócz   tego   mnóstwo   zadrapań   na   całym   ciele,   które   należało   oczyścić,   ale   bez 

przerwy się wierciła.

- Siedź spokojnie! Jeśli cię boli, to wyłącznie twoja wina! Masz pełno śmieci w ranie 

na czole; sądzę, że to drobiny farby z ramy okiennej. Trzeba je usunąć. Gdybyś przestała się 

wiercić, już dawno bym skończył, a tak... Moim zdaniem nie obejdzie się bez paru szwów.

Na reakcję nie musiał długo czekać.

- Nie!

- A ponieważ nie wiadomo, o jakie jeszcze brudy się ocierałaś, myślę, że warto byłoby 

zrobić zastrzyk przeciwtężcowy.

background image

Reakcja była jeszcze szybsza niż poprzednia.

- Miałam robiony kilka tygodni temu.

- No jasne. A koty pływają kraulem. Masz niezwykle płodną wyobraźnię. To dobrze, 

pisz   dalej   te   swoje   książki,   bo   nie   wydaje   mi   się,   abyś   mogła   odnieść   sukces   jako 

włamywaczka. Sądząc po dzisiejszej próbce, nie masz w tym kierunku zbyt dużych zdolności.

- Przestań się wymądrzać, Devereax. I nie denerwuj mnie. Jestem tu z powodu mojego 

brata. Nawet gdybym miała poharatać sobie wszystkie członki, dla niego włamałabym się po 

raz drugi i trzeci.

Wierzył, że tak by było. I to go przerażało.

Większości ludzi daje się przemówić do rozsądku. Z kolei większość kobiet ceni sobie 

bezpieczeństwo,   nie   lubi   się   niepotrzebnie   narażać,   wie,   jak   wystrzegać   się   ryzyka.   Dla 

Rebeki poczucie bezpieczeństwa było pojęciem obcym, abstrakcyjnym. Kiedy on wspominał 

o ryzyku, ona wytrzeszczała oczy, jakby opowiadał jej o życiu na Marsie.

Odłożył na moment mokrą ściereczkę i obrócił twarz Rebeki w stronę światła, żeby 

mieć  lepszy  widok   na   rozcięte   czoło.   No,   chyba   wreszcie   udało   mu   się   oczyścić   ranę   z 

drobinek farby. Na myśl o tym, że tak brzydka rana szpeci jej gładką skórę, zrobił się zły. Na 

nią, Rebekę.

Przysunął palec do jej czoła. Fala gorąca, która go uderzyła, sprawiła, że zrobił się 

jeszcze bardziej zły. Na siebie.

Kiedy mężczyzna stoi pomiędzy rozwartymi udami kobiety, jest rzeczą naturalną, i 

chyba   nieuniknioną,  że  zaczyna   odczuwać  podniecenie.  Nie  dziwiła  go  reakcja  własnego 

ciała. W końcu raz na trzysta sześćdziesiąt pięć dni mężczyzna ma prawo przez kilka minut 

płonąć nieokiełznaną żądzą.

Ale z powodu tej żądzy ogarnęła go wściekłość.

Kiedy   cofnął   się   o   krok,   Rebeka   -   uznawszy,   że   skończył   zabiegi   lekarskie, 

odepchnęła się - zamierzając zeskoczyć z szafki.

- Nie waż się stąd ruszyć - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Trzeba nakleić 

plaster.

- Nie przesadzaj. To tylko drobne rozcięcie.

- Które może pozostawić paskudną bliznę.

- Mój brat siedzi w więzieniu oskarżony o morderstwo, a ja mam się przejmować 

głupią blizną? Już dość czasu zmarnowaliśmy na te...

- Jeszcze minuta i pozwolę ci zejść.

Ponownie wsunął się między jej uda. Nie miał wyboru. W przeciwnym razie na pewno 

background image

zeskoczyłaby na ziemię i pognała szukać dowodów niewinności tego brata. W jednej z szafek 

dojrzał starą apteczkę, a w niej kilka plastrów i bandaży.

Znów poczuł, jak ogarnia go podniecenie. Psiakość!

Wiedząc, że nic z tego nie będzie, starał się zignorować problem i skupić na czole 

Rebeki.

Od śmierci Moniki dom stał pusty i nikt w nim niczego nie ruszał. Z tego też powodu 

szafki, półki i szuflady były pełne różnych  rzeczy.  Gabe bez trudu znalazł potrzebne mu 

przybory: ściereczkę, ręcznik, apteczkę, suche ubranie. Na jednej z górnych półek zauważył 

butelkę trzydziestoletniej whisky. Łyk szkockiej... Hm, kuszące.

- Skończyłeś? - spytała z nadzieją w głosie Rebeka.

- Tak.

- Dzięki. Wiesz, Gabe, nie zdawałam sobie sprawy, że to rozcięcie jest tak głębokie. 

Gdybym wiedziała, może bym była bardziej potulna...

Ona?   Bardziej   potulna?   Jakoś   trudno   było   mu   sobie   to   wyobrazić.   Jednakże   w 

przeciwieństwie do wielu kobiet, z którymi się stykał, nie była próżna ani samolubna. Biorąc 

zaś pod uwagę pozycję oraz bogactwo Fortune'ów, nikt by się nie zdziwił, gdyby zadzierała 

nosa.

Dorastała otoczona rodziną, niczego jej nie brakowało, nie znała biedy. Może dlatego 

patrzyła na świat przez różowe okulary. Była idealistką, która wiodła uprzywilejowane życie. 

Odznaczała się inteligencją, ale pod wieloma względami była naiwna jak nowo narodzone 

dziecię. O nic nigdy nie musiała  walczyć,  niczego nie musiała  zdobywać.  Obce jej  były 

ciemne, ponure aspekty życia. Wierzyła w miłość, w dobroć i sprawiedliwość, w to, że z 

opresji wybawi ją rycerz na białym koniu. Nie miała pojęcia, że po ulicach miasta kręcą się 

różne wredne typy, które mogą wyrządzić jej krzywdę.

Najgorsze było to, że ponieważ napisała kilka powieści kryminalnych,  wyobrażała 

sobie, że jest żeńskim Sherlockiem Holmesem. Szukając dowodów niewinności brata, mogła 

niechcący zatrzeć inne ślady. Na samą myśl o tym Gabe miał ochotę ją udusić.

Kiedy zsunęła się z blatu, odruchowo powiódł wzrokiem po jej koronkowym staniku 

wystającym spod dekoltu swetra. Próbował ją namówić, żeby zdjęła mokrą, zabłoconą bluzę. 

Odmówiła. Zgodziła się dopiero wtedy, kiedy przyniósł z góry czarny sweterek z dużym 

dekoltem. Pewnie należał do Moniki Malone.

Do  świętej   pamięci  Moniki,  która  - jak   wiele  hollywoodzkich   gwiazd   świecących 

triumfy przed wieloma laty - miała dość pokaźny biust. Przypuszczalnie sweter ciasno opinał 

jej   kształty,   lecz   kształtów   Rebeki   nie   opinał.   Przeciwnie,   w   luźnym   swetrze   Rebeka 

background image

wyglądała jak biedna, mała sierotka, która włożyła ubranie starszej i grubszej koleżanki.

Sweter co prawda był obszerny, lecz za to czarne dżinsy były idealnie dopasowane; 

podkreślały   długie,   szczupłe   nogi   i   drobne   pośladki.   Ponieważ   nie   potrafiła   usiedzieć   w 

miejscu, podejrzewał, że dość boleśnie musiała poobijać sobie tyłek, ale duma nie pozwalała 

się jej do tego przyznać. Tak, ona ma więcej dumy niż rozumu, pomyślał, patrząc w jej 

lśniące zielone oczy.

Oczy...  duże  o powłóczystym  spojrzeniu,  twarz w  kształcie  serca,  szersza u góry, 

zwężająca się ku brodzie, cera jasna, może zbyt blada, usta pełne, mięsiste, nosek śmiesznie 

zadarty. Wzrost... pewnie metr sześćdziesiąt pięć, ani za niska, ani za wysoka, choć gdy stała 

przy nim, wydawała się maleńka. W myślach właśnie tak ją nazywał: mała.

Włosy miała kręcone, barwy ciemnego cynamonu, długości do ramion. I straszliwie 

potargane. On widział ją jednak nie po raz pierwszy w życiu i wiedział, że grzebień czy 

szczotka niewiele by pomogły. Jeśli chodzi o fryzurę, zawsze wyglądała tak, jakby dopiero 

wstała z łóżka po upojnej nocy w ramionach kochanka. Jako że należała do rodu Fortune'ów, 

nie ulegało wątpliwości, że gdyby chciała, stać by ją było na najdroższych fryzjerów w mie-

ście. A zatem szopa, którą nosiła na głowie, wynikała z jej lenistwa lub nonszalancji. Zresztą 

postrzyżyny nic by pewnie nie dały. Nawet obcięta na zapałkę i ubrana w bezkształtny wór, 

wciąż byłaby szczupła, zgrabna, seksowna i... cholera, jakaś taka krucha.

Nigdy   nie   pociągały   go   małe,   kruche,   wrażliwe   kobietki   potrzebujące   męskiego 

wsparcia, nie wiedział więc, dlaczego obecność Rebeki działa na niego tak podniecająco. I 

wolał   się   nad   tym   nie   zastanawiać.   Zatrudniono   go,   aby   wykonał   konkretne   zadanie   i 

zamierzał się z tego wywiązać. Owszem, czasem popełniał w życiu błędy i teraz intuicyjnie 

czuł, że bliższa znajomość z Rebeką byłaby właśnie błędem. Nie był niewiniątkiem; w wieku 

trzydziestu   ośmiu   lat   miał   całkiem   spore   doświadczenie   z   kobietami.   Doskonale   się 

orientował,   kiedy   warto   ryzykować,   a   kiedy   lepiej   sobie   odpuścić.   Lubił   ryzyko   i   nie 

brakowało mu odwagi, ale na pewno nie był kamikadze.

- Rebeko... - Patrząc za jej oddalającą się sylwetką, potarł z namysłem brodę. - Dokąd 

tak pędzisz?

- Wszędzie. Nigdzie. Boże, nie wiem. Pomyślałam sobie, że najpierw rzucę okiem na 

miejsce zbrodni. To było w salonie, prawda? A potem udam się na górę do sypialni panny 

Malone i tam się trochę rozejrzę.

-   Do   salonu   prowadzą   drzwi   z   prawej.   Tymi   z   lewej   dojdziesz   do   spiżarni   i 

pomieszczeń   zajmowanych   przez   lokaja.   Tylko   pamiętaj   o   jednym,   Sherlocku   Holmesie. 

Zostawiamy po sobie porządek. Niczego nie zabieramy. Tak z ręką na sercu, to wolałbym, 

background image

abyś bez porozumienia ze mną niczego nie dotykała...

- Spokojna głowa, Gabe. Przeczytałam dziesiątki książek o metodach pracy policji. 

Wiem, co mam robić. Jeśli zauważę cokolwiek, co uznam za dowód czy choćby trop, będę 

bardzo ostrożna. Nie denerwuj się.

- Sam fakt, że przeczytałaś dziesiątki książek jakoś nie rozprasza moich obaw.

Uśmiech miała porażający.

- Wiem, koteczku, wiem. Nic na to nie możesz poradzić, prawda? Po prostu jesteś 

władczym, autorytatywnym typem, który lubi mieć wszystko pod kontrolą. I który nie cierpi, 

kiedy kobieta wykazuje odrobinę inicjatywy. Boże, zupełnie nie wyobrażam sobie ciebie w 

roli ojca. Swoją żonę i córkę doprowadzałbyś do szału.

- Zagalopowałaś się, Ruda. Jaką córkę? Nie planuję być ojcem. Dzieci to ostatnia 

rzecz, o jakiej marzę.

- I tu się różnimy.  Choć muszę przyznać,  że jakoś to mnie nie dziwi. Gdyby nie 

zarzuty ciążące na moim bracie, dziecko byłoby dla mnie priorytetem. Boże, żebyś widział te 

góry materiałów, jakie zgromadziłam na temat banków spermy.

- Banków spermy? - zdumiał się. - Chyba nie mówisz tego poważnie?

- Jak najpoważniej. Na temat dzieci nigdy nie żartuję - rzekła, uśmiechając się od ucha 

do ucha. - Nie mogłam się oprzeć, kotku. Specjalnie wspomniałam o bankach spermy, bo 

chciałam zobaczyć wyraz, jaki pojawi się na twojej twarzy. No, ale bierzmy się do roboty...

Tak,  pomyślał   Gabe, na  razie   zbrodnia  bardziej  ją  pociąga.  Swoją  drogą  nie  znał 

nikogo, kto potrafiłby z równą łatwością przeskakiwać z tematu na temat.

Nie   zamierzał   krążyć   za   nią   z   pokoju   do   pokoju.   Miał   do   wykonania   konkretne 

zadanie.   Do   jego   obowiązków   nie   należała   opieka   nad   obarczonymi   bujną   wyobraźnią, 

rudowłosymi uparciuchami, nawet jeśli te rudowłose uparciuchy były blisko spokrewnione z 

człowiekiem, który płacił mu honorarium.

Skierował się do gabinetu zmarłej aktorki. Wiedział, że w rezydencji istnieje takie 

pomieszczenie, ponieważ odkrył je podczas swojej poprzedniej wizyty. Dziwnie się w nim 

czuł: ściany pokrywała jedwabna tapeta, w oknach wisiały zasłony, które bardziej pasowały 

do damskiej sypialni, przy biurku stał fotel obity brokatem. Żaden mężczyzna na pewno nigdy 

by   w   czymś   takim   nie   urzędował,   Monica   przypuszczalnie   też   rzadko   tu   zaglądała. 

Podejrzewał,   że   nigdy   sama   nie   wystawiała   czeków,   a   jeśli   nawet   to   robiła,   to   nie 

przychodziła w tym celu do gabinetu.

Tak jak się spodziewał, albo policja, albo prawnicy zabrali z biurka wszelkie rachunki 

i wyciągi bankowe. Mimo to zapalił światło - wielki ozdobny żyrandol - po czym zaczął 

background image

wyciągać szuflady.

Liczył na to, że mogli coś przeoczyć. Zwykle tak jest, że koncentrując się na jednym, 

nie dostrzega się czegoś innego. Policja zdołała zgromadzić już całkiem sporo informacji i 

dowodów w sprawie morderstwa aktorki, ale wciąż było mnóstwo pytań bez odpowiedzi.

Przystąpił do pracy; wszystko dokładnie sprawdzał, każdy przedmiot, każdą notatkę, 

każdy skrawek papieru. Pracował w skupieniu przez mniej więcej dwadzieścia minut.

Nagle zdał sobie sprawę z ciszy panującej w całym domu. Zupełnie jakby poza nim 

jednym na terenie rezydencji nie było żywego ducha.

Teoretycznie miał wymarzone warunki do pracy, nic mu nie przeszkadzało, żaden 

najmniejszy hałas. Tyle że właśnie z powodu tej ciszy nie mógł się skoncentrować.

Bez przerwy myślał o Rebece: usiłował odgadnąć, gdzie w tym momencie przebywa i 

co robi. Miał jej za złe, że określiła go mianem władczego, autorytarnego typa. Wcale nie był 

władczy i nikomu nie lubił nic narzucać. Jeśli zachowywał się autorytarnie, to dlatego, że po 

swoich   poprzednich   kontaktach   z   Rebeką   wiedział,   że   jest   ona   osobą   impulsywną,   która 

mimo najlepszych chęci potrafi przysporzyć mnóstwo problemów. A kiedy człowiek znajduje 

się w tym samym domu co reaktor jądrowy, chyba ma prawo odczuwać lekki niepokój.

Wyszedł   z   gabinetu.   Rebekę   odnalazł   w   salonie;   siedziała   skulona   w   fotelu   i 

wpatrywała się w marmurowy kominek. Usłyszawszy kroki, skierowała na Gabe'a wzrok.

-   Usiłuję   sobie   to   wszystko   wyobrazić   -   powiedziała   cicho.   -   Ona   tutaj   zginęła, 

prawda?

- Tak.

- Wiemy, że Jake ją odwiedził. I że był pijany. Wiemy też, że się kłócili i że doszło do 

rękoczynów. Jake twierdzi, że Monica” go podrapała, a potem rzuciła się na niego z nożem 

do listów. Pokazywał nam ranę, jaką mu zadała w ramię. Przyznał, że pchnął Monikę, że po-

leciała na kominek i rąbnęła głową o marmurową półkę.

-   Wszędzie   były   odciski   palców   twojego   brata   i   Moniki   -   zauważył.   Nie   musiał 

dodawać, że żadnych innych odcisków nie znaleziono.

Rebeka zacisnęła nerwowo dłonie.

- Zgadza się - przyznała. - Ale Jake przysięga, że Monica żyła, kiedy opuszczał jej 

dom. Wkrótce potem widziała go jego córka, Natalie. Wszyscy z nim rozmawialiśmy. Mówił, 

że pchnął Monicę, ponieważ go zaatakowała. Nie miał powodu nas okłamywać i twierdzić, że 

żyła, jeśli faktycznie nie żyła. Przecież śmiało mógł powiedzieć, że w obronie własnej pchnął 

ją tak nieszczęśliwie, że uderzyła się w głowę i poniosła śmierć na miejscu. Moim zdaniem, 

albo w domu był ktoś trzeci, albo pojawił się tuż po wyjściu Jake'a. Mój brat nikogo nie zabił.

background image

Gabe przeszedł na drugi koniec salonu do barku urządzonego w stylu art déco. Żaden 

ze stojących tam trunków nie dorównywał trzydziestoletniej whisky, którą widział w kuchni, 

ale   w   tym   momencie   zadowoliłby   go   zwykły   bimber.   Nie,   nie   chodziło   mu   o   siebie. 

Wprawdzie   przebywając   w   towarzystwie   Rebeki,   miał   ochotę   czymś   zagłuszyć   zmysły, 

głównie jednak myślał o niej: siedziała tak przeraźliwie smutna, że nie mógł tego wytrzymać.

Sięgnął po pierwszą z brzegu butelkę, wlał do kryształowej szklanki trochę złocistego 

płynu i podał ją Rebece. Podniosła szklankę do nosa.

- Fuj!

- Nie wybrzydzaj, mała. No, śmiało. Do dna.

- Jak mnie jeszcze raz nazwiesz „mała”... - zaczęła, ale nie dokończyła.

To   było   doprawdy   niezwykłe;   zamiast   się   zjeżyć   i   wszcząć   awanturę,   posłusznie 

przechyliła   szklankę   i   opróżniła   ją   w   trzech   haustach.   Po   chwili   wzdrygnęła   się   z 

obrzydzeniem i przetarła dłonią załzawione oczy.

- Osobiście wyznaję zasadę głoszoną przez Mary Poppins, słynną filmową opiekunkę 

do dzieci, że każde lekarstwo lepiej smakuje z łyżeczką cukru.

Teraz on się wzdrygnął z obrzydzeniem. Whisky z cukrem? Ohyda! Ale przynajmniej 

osiągnął swój cel. Rebeka nie była już tak trupioblada, przestała też nerwowo wykręcać palce. 

Teraz albo nigdy, uznał. Musi przemówić jej do rozumu, sprawić, aby wreszcie przejrzała na 

oczy.

-   Posłuchaj,   Rebeko.   W   całej   tej   sprawie   nie   ma   innych   podejrzanych.   Podczas 

śledztwa   nie   wypłynęło   jakiekolwiek   inne   nazwisko.   Nie   znaleziono   innych   odcisków 

palców. Wszystkie tropy prowadzą do Jake'a. Który w dodatku miał świetny powód, aby 

zabić Monicę.

- Tak, wiem. Ona go szantażowała. Odkąd odkryła, że Jake pochodzi z nieprawego 

łoża, postanowiła tanim kosztem zgromadzić jak najwięcej akcji Fortune Industries. Groziła 

Jake'owi,   że   ujawni   prawdę,   on   zaś   bał   się,   że   wtedy   straci   wszystko.   Znam   rodzinne 

tajemnice, Gabe. Tajemnice, czy może raczej brudy. I wiem, że mój brat popełnił w życiu 

wiele błędów. Okazał się słaby. Za dużo pił, zaniedbywał się w pracy. Stres i napięcie, które 

mu nieustannie towarzyszyły, wpłynęły na rozpad jego małżeństwa i sprawiły, że zwrócił się 

przeciwko Nate'owi. Ale to nie oznacza, że jest mordercą.

W życiu Gabe'a zawsze dotąd dwa plus dwa równało się cztery, wzruszała go jednak 

tak wielka miłość i lojalność siostry w stosunku do brata.

- Zamierzałem ci tylko uświadomić, jak kiepsko to wszystko wygląda - powiedział 

łagodnie.

background image

Zerwała się z fotela; złość nie pozwalała jej na bezczynne siedzenie.

- A wiesz, co sama sobie uświadomiłam? Że od dwóch pokoleń Monica Malone na 

różne sposoby starała się zniszczyć moją rodzinę. Teraz wredne babsko nie żyje, ale machina 

zła, którą puściła w ruch, wciąż się kręci. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile ta wiedźma ma na 

sumieniu: porwanie, sabotaż, cudzołóstwo, kradzieże, włamania, szantaż. I pewnie dziesiątki 

innych przewinień. Odkąd przed wieloma laty wdała się w romans z moim ojcem, próbuje się 

na nim, a zatem i na nas wszystkich, zemścić. Ale na szczęście ktoś ją pozbawił życia. Więcej 

krzywd już nam nie wyrządzi. Tak, ten koszmar musi się wreszcie skończyć.

- Rebeko, wróć do domu. Proszę cię.

- Nie.

- Może masz rację. Może faktycznie ktoś przyszedł tu po wyjściu twojego brata i 

zamordował Monicę. Jeżeli istnieje w tym domu choćby najmniejszy dowód wskazujący na 

winę trzeciej osoby, na pewno go znajdę. Przysięgam.

-   Nie   wątpię,   że   zrobisz   wszystko,   co   w   twojej   mocy.   I   wiem,   że   cieszysz   się 

doskonałą opinią. Ale nie jesteś kobietą, Gabe. Kobiety potrafią dojrzeć szczegóły, na które 

normalny   mężczyzna   nie   zwróciłby   uwagi.   Może   uda   mi   się   zobaczyć   coś,   co   ty   byś 

przeoczył.

Potarł ręką twarz. Na wszystko miała gotową odpowiedź. Postanowił zajść ją od nieco 

innej strony.

-   Słuchaj,   Ruda.   Jest  pewna   drobna   rzecz,   którą   pomijasz.   Nawet   jeśli   znajdziesz 

dowód na to, że ktoś inny zamordował Monicę, to wcale nie musi oznaczać, że skończą się 

twoje kłopoty. Dobrze wiem, jak bardzo Monica naraziła się Fortune'om. Ile mieliście przez 

nią zmartwień. I tu dochodzimy do sedna. Jeżeli Jake nie zabił Moniki, niewykluczone, że 

zrobił to inny członek twojej rodziny. Motywów nikomu z was nie brakuje.

- Mordercą nie jest żaden z Fortune'ów - oznajmiła stanowczo Rebeka.

- Myślę,  że nie przekonałabyś  sądu. Ławnicy prędzej  by uwierzyli,  że przemawia 

przez ciebie solidarność rodzinna niż rozsądek i obiektywizm.

- Byliby w błędzie. To wredne babsko... Zrozum, Gabe, ona od wczesnej młodości 

była obłudną, pazerną egoistką. Przez te wszystkie lata narobiła sobie tysiące wrogów. Nie 

tylko my poznaliśmy jej prawdziwą naturę. W dodatku... zresztą mniejsza z tym. Już dość 

czasu straciliśmy na gadanie. Idę się rozejrzeć.

Ruszyła w stronę drzwi i zanim się zorientował, co chce zrobić, zniknęła mu z oczu. 

Nie   miał   zamiaru   jej   powstrzymywać.   Równie   dobrze   mógłby   starać   się   przemówić   do 

rozsądku osłowi. Popatrzył z tęsknotą na butelkę whisky.

background image

Nie bardzo wierzył, że Rebeka znajdzie dowody, które mogłyby oczyścić jej brata, ale 

drobna   szansa   jednak   istniała.   Nawet   jeśli   prawdopodobieństwo,   że   Jake   jest   niewinny, 

wynosi jeden do tysiąca, oznacza to, że faktyczny morderca chodzi bezkarnie po mieście. 

Człowiek,   który  z   zimną   krwią   popełnił   morderstwo,   na   pewno   nie   życzyłby   sobie,   aby 

ktokolwiek   krążył   po   miejscu   zbrodni,   szukając   dowodów   niewinności   głównego 

podejrzanego.   Dotychczas   Gabe   nie   wspominał   Rebece   o   tym,   że   może   jej   grozić 

niebezpieczeństwo, ale nagle przyszło mu do głowy, że lepiej, aby ktoś miał ją na oku.

Oczywiście  nie należało to do jego obowiązków. W razie czego zawsze mógł się 

zwrócić   o   pomoc   do   seniorki   rodu.   Kate   Fortune   jednym   spojrzeniem   potrafiła   wymóc 

posłuch   na   każdym.   Podejrzewał,   że   batalion   piechoty   morskiej   grzecznie   wykonywałby 

wszystkie jej polecenia. Na szczęście tylko przez tę jedną noc Rebeka znajdowała się pod 

jego opieką. Marzyła mu się szklaneczka whisky, ale wiedział, że będzie mógł sobie na nią 

pozwolić   dopiero   później,   kiedy   wróci   do   domu.   Bo   na   razie   w   obecności   Rudej   musi 

zachować całkowitą trzeźwość i przytomność umysłu.

Rebeka oparła ręce na biodrach. Nie zdziwiła się na widok wyposażenia  sypialni. 

Kobieta tak próżna jak Monica Malone, tak łasa na splendory i pieniądze, nie mogłaby spać w 

jakichkolwiek innych warunkach.

Świat   Moniki   obracał   się   wokół   niej   samej.   Była   jego   najważniejszą   postacią. 

Świadczyły o tym choćby dwa obrazy olejne, na których została uwieczniona. W ogromnej 

garderobie   wisiały   dziesiątki   sukien   z   dekoltami   do   pępka;   obok   stały   buty   -   ich   liczby 

mogłaby śmiało pozazdrościć Monice słynna miłośniczka butów, Imelda Marcos. Zasłane 

aksamitną pościelą łóżko w kształcie serca - czy może być coś bardziej kiczowatego? - miało 

obite aksamitem wezgłowie. Zarówno w szafie, jak i na krześle przy łóżku leżały gorsety; 

starzejąca się gwiazda najwyraźniej lubiła niektóre części ciała chować i upychać, a inne 

eksponować i wypychać. Blatu toaletki nie było widać spod setek słoiczków, fiolek, tubek i 

buteleczek - takich ilości nie zdołałaby wyprodukować żadna firma kosmetyczna, o czym 

Rebeka doskonale wiedziała.

Minuty płynęły.  Przejrzała  już wszystkie  szuflady i półki w  szafie. Sprawdziwszy 

zawartość   szafek   w   luksusowej   łazience   utrzymanej   w   zielonej   kolorystyce,   postanowiła 

skorzystać   z   okazji,   że   jest   z   dala   od   świdrujących   oczu   detektywa,   i   ściągnęła   dżinsy, 

ciekawa, dlaczego tak strasznie boli ją pupa. W licznych lustrach bez trudu zobaczyła siniaka 

wielkości piłki nożnej, który zdążył przybrać intensywną barwę fioletu.

Psiakość. Paskudne rozcięcie na czole, fioletowe pośladki, długa rana ciągnąca się od 

żeber przez klatkę piersiową i oczywiście dziesiątki drobnych zadrapań... Wszystko bolące.

background image

No cóż, po powrocie do domu wymoczy się w wannie i od razu się lepiej poczuje. 

Teraz nie miała czasu się nad sobą użalać. Nawet nie przyjmowała do świadomości tego, że 

jest zmęczona, a przecież jest już trzecia rano i wszyscy dawno śpią. Na zewnątrz znów 

rozległ się huk piorunu. Popatrzyła w lustro. Grymas, który ujrzała na swojej twarzy, był 

równie ponury, jak burza za oknem.

Gabe nie wierzył, że w rezydencji Moniki można znaleźć jakiekolwiek dowody poza 

tymi,  które odkryli  policjanci.  W dodatku  jasno dał jej  do zrozumienia,  że  wolałby, aby 

wróciła do domu i nie przeszkadzała mu w pracy. W pewnym momencie sama zaczęła się 

zastanawiać,   czy   słusznie   zrobiła,   przychodząc   tu.   Ale   szklanka   whisky,   którą   wypiła, 

rozgrzała ją i dodała nowych sił.

To śmieszne, ale przez chwilę miała  nadzieję, że może zdoła przekonać Gabe'a o 

niewinności Jake'a. Nie udało się jednak. Pod tym względem nie różnił się od innych. Nie po 

raz pierwszy w życiu poczuła się osamotniona.

Rozglądając się uważnie po sypialni, odruchowo zaczęła pocierać złotą bransoletę. 

Ten   piękny   symbol   miłości   rodzinnej   zawsze   podtrzymywał   ją   na   duchu.   Chociaż 

Fortune'owie różnili się między sobą, Rebeka odstawała od wszystkich. Wyznawała własne 

poglądy i nigdy nie starała się do nikogo dopasować. Ale to nie miało znaczenia. Rodzina 

oznaczała dla niej wierność. Przywiązanie. Cudowne i nierozerwalne więzy krwi. Dlatego 

zamierzała oczyścić brata z zarzutów, przywrócić mu dobre imię. Wiedziała, że nie spocznie, 

póki tego nie dokona.

Przenosząc wzrok z toaletki na łóżko, z łóżka na fotel i szafki, raz po raz pocierała 

bransoletę. Zastanawiała się, czy Gabe ma rodzinę, a jeśli tak, to jak liczną. Nigdy nic nie 

mówił   o   braciach   i   siostrach   ani   jakichkolwiek   kuzynach.   Żona   i   dzieci   wyraźnie   nie 

figurowały   na   liście   jego   priorytetów.   Sprawiał   wrażenie   człowieka,   który   nie   szuka 

towarzystwa,   lecz   gdzieś   w   głębi   duszy  Rebeka   podejrzewała,   że   to   tylko   pozory;   że   w 

rzeczywistości dokucza mu samotność.

Pewnie potwornie by się oburzył, gdyby powiedziała mu coś takiego, może nawet... I 

nagle zapomniała o Gabrielu. Wbiła oczy w bransoletę, którą się bawiła, po czym szybko 

powiodła   wzrokiem   po   sypialni.   Biżuteria.   Monica   Malone   musiała   mieć   jej   całe   tony. 

Przypuszczalnie   drogocenne   broszki,   naszyjniki   czy   pierścionki   wciąż   tkwią   w   sejfie 

bankowym. Albo w sejfach prawników, którzy zajmowali się masą spadkową. Ale Monica 

zawsze chodziła obwieszona świecidełkami. Chyba na żadnym zdjęciu Rebeka nie widziała 

jej bez błyszczących ozdób, a to wielkich kolczyków, a to wisiorków, a to pobrzękujących 

bransolet. Gdzieś tu muszą być jakieś szkatułki, w których trzymała swoje skarby.

background image

Znalazła dwie pod ścianą w garderobie. Obie były załadowane po brzegi. Kucnąwszy, 

zaczęła wyciągać szufladki, grzebać wśród dziesiątków metrów bieżących lśniących pasków, 

bransolet, błyskotek.

Czuła   narastające   podniecenie.   Nie   wiedziała,   gdzie   powinna   szukać   dowodów 

niewinności Jake'a, na co powinna zwracać szczególną uwagę i czy w ogóle jakiekolwiek do-

wody istnieją. Ale intuicja mówiła jej, że jeśli Monica miała jakieś tajemnice, które pragnęła 

ukryć przed światem, należy ich szukać właśnie tu, w sypialni. O ile facet zwykle chowa 

rzeczy   w   samochodzie   lub   w   biurku,   dla   kobiety   takim   sekretnym   schowkiem   jest   jej 

sypialnia.

W   czwartej   szufladzie,   którą   wyciągnęła,   przypadkiem   coś   wyczuła.   Jakieś 

wybrzuszenie. Sprawdziła je jeszcze raz. Tak, nie pomyliła się. Obróciła szufladę do góry no-

gami, wyrzucając świecidełka na białą wykładzinę podłogową, po czym przysunęła szufladę 

do światła. W atłasowym obiciu ujrzała wyraźne wzniesienie.

Jednym ruchem ręki zerwała atłas.

Jej oczom ukazało się kilka kartek papieru. Wyjęła tę z wierzchu. Był to telegram na 

papierze pożółkłym ze starości i tak kruchym, że wyglądał jak pomięta serwetka - telegram 

zawierający wyznanie  miłosne.   Rebeka  odłożyła   go na  bok i  sięgnęła   po kolejną  kartkę. 

Okazało   się,   że   jest   to   list   miłosny   od   następnego   wielbiciela,   podpisany:   „Twój   wiemy 

kundel”. Już zamierzała rzucić go tam, gdzie wcześniej rzuciła telegram, ale raptem zawahała 

się. List był sprzed dziesięciu laty, czyli raczej nie miał związku z morderstwem, lecz skoro 

Monica go zatrzymała, musiała przywiązywać do niego wagę. Na wszelki wypadek Rebeka 

wsunęła go pod kolano.

Większość kartek to były nic nie znaczące skrawki papieru, jakieś bilety, zaproszenia, 

po   prostu   pamiątki.   Nagle   Rebekę   ogarnęła   wściekłość.   Wśród   tej   bezwartościowej 

makulatury znalazła kolejne dowody perfidii Moniki, rzeczy jednoznacznie wskazujące, że to 

ona stała za próbą kradzieży receptury kremu młodości, nad którym pracowano w Fortune 

Cosmetics,   że   to   ona   zachęcała   do   działania   faceta,   który   prześladował   Allie,   że   to   ona 

opłaciła ludzi, którzy włamali się do laboratorium, i że to ona usiłowała doprowadzić do 

deportacji ze Stanów Zjednoczonych naukowca Nicka Valkova. Groźba deportacji wpłynęła 

na decyzję o małżeństwie Nicka z Caroline Fortune, najstarszą córką Jake'a. To małżeństwo z 

rozsądku   okazało   się   bardzo   szczęśliwe.   Po   nim   ruszyła   lawina   kolejnych   małżeństw   w 

rodzinie.

No dobrze, pomyślała Rebeka, ale to wszystko nie ma związku z Jakiem i ciążących 

na nim zarzutach.

background image

Podniosła następny list. Zaczęła czytać i nagle zakręciło się jej w głowie. Przeczytała 

go po raz drugi. Serce zaczęło walić jej młotem.

List był pisany przez kalkę - nie do Moniki, lecz przez Monicę. Datowany dziesięć dni 

przed jej śmiercią, zawierał zaledwie kilka zdań, ale nie były to niewinne zdania o pogodzie. 

W liście Monica groziła niejakiej Tammy Diller: jeśli Tammy nie pojawi się w umówionym 

terminie, to gorzko tego pożałuje.

Oho! Strzał w dziesiątkę!

Rebekę przebiegł dreszcz podniecenia. Nazwisko adresatki wydało jej się znajome, ale 

nie mogła sobie przypomnieć, kiedy i gdzie mogła spotkać Tammy Diller. Na razie nie miało 

to większego znaczenia. Ważny był sam list. Może nie dowodził niewinności Jake'a. Ani nie 

świadczył   o   jakiejkolwiek   winie   Tammy   Diller.   Wskazywał   jednak   na   to,   że   tuż   przed 

śmiercią   Monica   zamierzała   się   z   kimś   spotkać   i   że   relacje,   jakie   łączyły   ją   z   Tammy, 

zdecydowanie nie należały do przyjacielskich.

Zapominając   o   siniakach   i   potłuczeniach,   poderwała   się   na   nogi.   Trzymała   list 

delikatnie, jakby był cenną porcelanową filiżanką. Wybiegłszy z sypialni do holu, zaczęła 

wydzierać się na całe gardło, wołając Gabe'a.

Zobaczyła, jak sadzi na górę, przeskakując po trzy stopnie naraz. Dopiero później 

pomyślała sobie, że może jej krzyk go wystraszył; może uznał, że o mało się nie zabiła i 

dlatego wrzeszczy wniebogłosy. Ona zaś czuła jedynie podniecenie, ulgę i radość, że znalazła 

namacalny dowód na to, iż ktoś inny poza Jakiem miał kontakt z Monica niedługo przed jej 

śmiercią.

Kiedy Gabe wbiegł na górę, rzuciła mu się naprzeciw.

Zareagowała najnormalniej w świecie. Oplotła ręce wokół jego szyi. Był to zdrowy 

ludzki odruch. Każda kobieta zrozumiałaby jej zachowanie.

Gabe jednak nie był kobietą.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Widząc, jak Rebeka pędzi w jego stronę, tylko jedno przyszło mu do głowy: że gonią 

ją  demony,  potwory...  lub  morderca.   Wprawdzie  w   Siłach  Specjalnych   nie  służył już  od 

siedmiu lat, ale pewne reakcje miał zakodowane w pamięci i po prostu działał instynktownie. 

Wyciągnął rękę. Zamierzał chwycić Rebekę, odsunąć za siebie i własnym ciałem bronić ją 

przed niebezpieczeństwem. Gotów był przyjąć na siebie ciosy, stawić czoło zagrożeniu.

Gotów był na wszystko,  tylko  nie na to, że ta kretynka  rzuci  mu się w ramiona. 

Zapewne chciała go cmoknąć w policzek, ale nie trafiła. Wpiła się ustami w jego usta, i to z 

całej siły. Miał wrażenie, jakby trafił go pocisk.

Dwukrotnie w życiu  był postrzelony.  Jest to doświadczenie, którego nigdy się nie 

zapomina. On też nie zapomniał, mimo że ani za pierwszym, ani za drugim razem nie czuł 

bólu, przynajmniej nie w chwili uderzenia. Raczej czuł ostre pieczenie, jakby ktoś skierował 

ku niemu gorący palnik. Lecz kule były niczym w porównaniu z Rebeką.

Od   dawna   wiedział,   że   bliższy   kontakt   z   tą   rudowłosą   diablicą   oznacza   kłopoty. 

Instynkt mu mówił, że tylko trzymając się od niej z daleka, może im zapobiec. Chwycił ją, bo 

działał   odruchowo,   wierząc,   iż   grozi   jej   niebezpieczeństwo.   W   pierwszej   chwili   czuł 

niesamowity przypływ adrenaliny. Sekundę później do głosu doszedł testosteron.

Hol był długi, pogrążony w mroku i pusty. W tej ciszy i pustce Gabe'owi wydawało 

się, że słyszy bicie własnego serca. Że każde uderzenie odbija się od ścian niczym echo w 

górach. Nie domyślał się, dlaczego Rebeka rzuciła mu się w ramiona. Po paru sekundach od-

chyliła do tyłu głowę i wbiła w niego swoje zielone ślepia. Wielki radosny uśmiech zadrżał na 

jej wargach, po czym znikł. Nie cofnęła się, nie opuściła rąk, którymi oplotła mu szyję, nie 

zachowała   się   jak   normalna,   rozsądna,   trzeźwo   myśląca   kobieta.   Wspięła   się   na   palce   i 

pocałowała go znowu.

Miała   smak   świeżego   wiosennego   wiatru.   Smak   niewinności.   Smak,   jakiego   od 

dłuższego czasu Gabe nie kosztował. Za jakim nie tęsknił i o jakim, psiakość, wcale nie 

marzył.  Aż  do tej   chwili.  Zamknął  oczy. Jej  usta  były   miękkie,   gorące,  skóra  pachnąca, 

gładka jak jedwab. W jednej ręce coś chyba trzymała, bo poczuł lekkie draśnięcie w szyję. 

Coś jakby kawałek papieru. Drugą zaś... tak, w drugą chwyciła garść jego włosów i przywarła 

do niego całym ciałem, zapierając mu dech.

Wszystko w porządku, nic się nie dzieje, powtarzał w myślach Gabe. Nic a nic. To 

tylko testosteron. Od dłuższego czasu żył jak mnich, w celibacie, a bardzo tego nie lubił. 

Rebeka zaś, choć doprowadzała go do białej gorączki, była atrakcyjną kobietą. Żądza, jaką w 

background image

nim wzbudziła, była czymś zupełnie naturalnym. Ot, biologia.

Tak   to   już   jest,   że   mężczyzna   reaguje   podnieceniem   na   kontakt   fizyczny   z  ładną 

kobietą.

Wsunął palce w potargane rude loki i wpił się w jej usta. Oboje zapomnieli o bożym 

świecie. Byli tylko oni, on i ona, mężczyzna i kobieta. Całowała go namiętnie, z uczuciem, 

bez jakichkolwiek hamulców. Była jak dziecko, które po raz pierwszy wsiada na karuzelę i 

zachwycone pragnie, by ta chwila szczęścia trwała jak najdłużej.

Tak,   trzymając   w   objęciach   Rebekę,   mężczyzna   łatwo   mógł   stracić   głowę.   Gabe 

jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Oderwał usta od jej warg, po czym wciągnął w płuca 

powietrze. Pomogło, ale na krótko. Parę sekund później wziął kolejny oddech. Znów nie 

osiągnął zamierzonego celu. Postanowił wykonać bardziej inteligentny ruch: opuścił dłonie i 

zaklął pod nosem. To zadziałało.

Rebeka   otworzyła   oczy.   Przez   moment   wpatrywała   się   w   niego   niepewnie,   jakby 

wolno wyłaniał się z mlecznych oparów. Wreszcie zabrała ręce, ale wciąż stała na palcach. 

Miał wrażenie, że minął rok lub dwa, zanim opadła z powrotem na pięty.

- No, no - mruknęła.

Nie podobał mu się jej ton: na wpół drwiący, na wpół żartobliwy. Potem uniosła z 

rozbawieniem brwi. Spojrzenie, jakim go obrzuciła, też mu się nie podobało.

- Oj, koteczku, gdybym wiedziała, że tak wspaniale całujesz, wcześniej bym poprosiła 

o próbkę twoich umiejętności.

Boże, miej litość nade mną, pomyślał Gabe.

- Przepraszam. Nie... nie planowałem tego.

- Wiem.

- Więcej to się nie powtórzy.

- Aż dziw, że w ogóle się zdarzyło - powiedziała. - Dotychczas ilekroć przebywaliśmy 

razem   w   jednym   pomieszczeniu,   zawsze   wydawało   mi   się,   że   prędzej   mnie   udusisz   niż 

pocałujesz.

- Bo to prawda. Ale coś się między nami zaiskrzyło. Wprawdzie ty żyjesz w swoim 

własnym świecie, wpatrzona w komputer, i nie wiesz, co się wkoło dzieje, ja natomiast... 

Nieważne. Po prostu lepiej nie budzić licha. Tam, skąd ja pochodzę, obcy ludzie, którzy nic 

do siebie nie czują, nie padają sobie w ramiona i nie całują się. A teraz mów. Bo zakładam, że 

musiałaś mieć jakiś powód, żeby mnie wołać, prawda?

- Co? Powód?

Miała   taką   minę,   jakby   nie   wiedziała,   o   co   mu   chodzi.   Ale   w   wypadku   Rebeki 

background image

wszystko było możliwe. Przez chwilę jej piękne zielone oczy błądziły po jego twarzy, badały 

ją, jakby chciały zapamiętać każdy szczegół.

Nagle zamrugała i w tym momencie ocknęła się. Podniosła rękę, w której trzymała 

kartkę. Dopiero teraz sobie o niej przypomniała.

- Jasne, że miałam powód! I to jaki! Boże, Gabe, nie uwierzysz, co znalazłam!

Wepchnęła mu list do ręki i przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, czekała, aż go 

przeczyta.   Potem   zaprowadziła   detektywa   do   sypialni   Moniki.   Wskazała   mu   garderobę 

aktorki oraz wybebeszoną szkatułkę, w której trafiła na pisany przez kalkę list do Tammy 

Diller. Parę minut później, kiedy zeszli do salonu, wciąż roznosiła ją energia. Oczywiście nie 

mogła oprzeć się pokusie, aby wytknąć Gabe'owi jego brak wiary w jej zdolności śledcze.

-   A   nie   mówiłam,   że   coś   znajdę?   Że   kobiety   bywają   bardziej   spostrzegawcze   od 

mężczyzn? Nie mówiłam?

- Posłuchaj, mała. Za bardzo się podniecasz. Ten list o niczym nie przesądza. Wcale 

nie musi nic oznaczać...

- Jak to? Stanowi dowód, że motywem zabójstwa mogło być coś całkiem innego. Że 

ktoś inny poza moim bratem miał w tym czasie na pieńku z Monicą.

Tak,   to   prawda.   Chcąc   nie   chcąc,   musiał   przyznać   jej   rację.   I   bardzo   mu 

przeszkadzało, że idealistka, marzycielka, pisarka żyjąca w świecie fantazji zdołała znaleźć 

coś, co on przeoczył. A przecież to on jest detektywem, w dodatku trzy razy przeczesywał 

całą rezydencję, i za każdym razem wychodził z niczym.

Ponieważ jednak był starym wygą, wziął od Rebeki list, złożył go starannie i, jak 

gdyby nigdy nic, schował do kieszeni. U góry strony figurował adres Tammy Diller; Rebeka z 

pewnością go zauważyła, ale - miał nadzieję - nie zapamiętała.

Zaczął obmyślać kolejne kroki, układać plan działania. Natychmiast po powrocie do 

domu wprowadzi dane do komputera. Może pojawią się jakieś informacje na temat Tammy 

Diller? Jeśli tak, czeka go podróż do Los Angeles.

Ale najpierw musi pozbyć się Rebeki. Nie mieściło mu się w głowie, jak można być 

tak rześkim w środku nocy. Wciąż roznosiła ją energia, mimo że wyglądała, jakby w ciemnej 

alejce stoczyła zacięty bój z bandą chuliganów. Twarz miała białą niczym suknia ślubna dzie-

wicy, a osłonięty plastrem guz na czole stawał się coraz większy.

- A nie mówiłam? Nie wierzyłeś, że cokolwiek znajdę, prawda? Tak jak dawniej nie 

wierzyłeś   mi,   kiedy   upierałam   się,   że   moja   mama   żyje.   Rozum,   kotku,   nie   zawsze   ma 

przewagę nad intuicją. Kobieta i mężczyzna  po prostu inaczej myślą. Ich umysły inaczej 

funkcjonują.   Nawet   gdybym   nie   przeczytała   setek   książek   o   prowadzeniu   śledztwa   i 

background image

rozwiązywaniu   zagadek   kryminalnych,   może   jako   kobieta   zdołałabym   dojrzeć   pewne 

szczegóły...

Nie dawała mu dojść do słowa. Skorzystał z okazji, kiedy na moment zamilkła, żeby 

złapać oddech.

- No dobrze - wtrącił. - Przyznaję, że spisałaś się na medal. Ale zbliża się czwarta rano 

i myślę, że czas najwyższy zakończyć rewizję...

-   I   co?   Udać   się   do   domu?   -   spytała   zdumiona.   Pomysł   opuszczenia   rezydencji 

wyraźnie nie przypadł jej do gustu.

- Jestem skonany. - Gabe ziewnął szeroko. - Chętnie pozamykałbym tu wszystko i 

położył się wreszcie spać, ale nie zamierzam zostawiać cię samej. Miałaś świetnego nosa, 

szukając wskazówek w sypialni - dodał szybko, bojąc się, że jeśli jeszcze raz jej nie pochwali, 

Rebeka znów zacznie wiercić mu dziurę w brzuchu. Jej przechwałki wychodziły mu bokiem. 

- A teraz proponuję, żeby każde z nas ruszyło w swoją stronę. Prześpię się kilka godzin i 

zaraz potem spróbuję dowiedzieć się czegoś o adresatce tego listu.

- Jeśli jesteś skonany, to faktycznie jedź do domu i się prześpij. Ja mogłabym sobie 

dalej tu poszperać. Niewykluczone, że Monica miała inne skrytki czy kryjówki...

- Owszem, niewykluczone. Ale pamiętaj, że policja kilkakrotnie przeczesała cały dom. 

Szukanie kolejnej kryjówki, którą wszyscy przeoczyli, to jak szukanie igły w stogu siana. 

Zresztą mamy list Moniki do jakiejś Tammy Diller i tym się teraz trzeba zająć, a nie dalszym 

szperaniem. Szperamy od paru godzin...

- Ale ja nie jestem zmęczona - zapewniła go Rebeka, marszcząc butnie czoło.

On swoje też zmarszczył. Groźnie. Zwykle to skutkowało, gdy miał do czynienia z 

malkontentem czy wojowniczo nastawionym uparciuchem.

- Kogo próbujesz oszukać, co? Wyglądasz jak kocica z naderwanym uchem, która 

przegrała   walkę   z   bandą   kocurów   na   śmietniku.   Nie   wierzę,   że   te   wszystkie   siniaki   i 

potłuczenia   nie   bolą.   Masz   guza   wielkości...   już   nawet   nie   śliwki,   ale   gruszki.   Gdzie 

zaparkowałaś samochód?

Stanowczy ton i groźna mina nie wystraszyły jej, lecz pytanie o samochód zbiło ją z 

tropu.

- Mniej więcej półtora kilometra od głównej bramy - odparła. - Pomyślałam sobie, że 

jak zostawię wóz tak daleko i resztę drogi pokonam pieszo, wtedy nikt nie skojarzy osoby 

przełażącej przez ogrodzenie z...

- Starczy! Nie chcę słuchać o tym, jak się włamywałaś do cudzego domu.

Dopóki nie poznał Rebeki, uważał się za stosunkowo młodego człowieka. Młodego 

background image

ciałem i duchem. Miał trzydzieści osiem lat i kruczoczarne włosy. Kiedy służył w Siłach 

Specjalnych,   stykał   się   ze   śmiercią,   z   destrukcją,   z   atakami   terrorystów.   Ale   dopiero 

znajomość z Rebeką sprawiła, że pojawiły mu się na głowie pierwsze siwe włosy.

- Ja zaparkowałem przed domem, więc podwiozę cię te półtora kilometra, żebyś nie 

musiała drałować na piechotę. A gdzie zostawiłaś swoją mokrą bluzę?

- W kuchni.

Zerknęła na czarny sweter, który miała na sobie, i odruchowo zasłoniła ręką dekolt. 

Diabli wiedzą po co. Wielokrotnie dzisiejszego wieczoru widział jej stanik oraz wgłębienie 

między piersiami. I za każdym razem ten widok go podniecał.

- Przebiorę się... Tylko nie wiem, gdzie mam odłożyć pożyczony sweter?

- Nigdzie. Kiedyś odbiorę go od ciebie i zwrócę. Paradowanie w mokrej bluzie w 

zimną marcową noc nie jest najlepszym pomysłem. Po prostu weź swoje rzeczy i idziemy.

- Za moment, dobrze? Chyba zostawiłam na górze włączone światło. Poza tym muszę 

sprzątnąć bałagan w garderobie. No i trzeba umyć szklankę po whisky...

Dlatego Gabe zawsze pracował sam, bez pomocników. Miał w agencji świetny zespół 

ludzi, którzy do różnych zadań przystępowali w grupach dwu - lub trzyosobowych. Ale nie 

on.   Nie   lubił   być   zależny   od   kogokolwiek.   Wolał   działać   szybko,   sprawnie   i   polegać 

wyłącznie na sobie.

„Moment” Rebeki trwał przeraźliwie długo. Zanim była  gotowa do wyjścia, Gabe 

zdążyłby   ze   sto   razy   odmówić   pacierz.   Niecierpliwym   gestem   wskazał   w   końcu   drzwi. 

Przekręciwszy klucz w zamku, skierował się do stojącego przed domem luksusowego, starego 

morgana   o   typowym   dla   tych   samochodów   niskim   zawieszeniu.   Na   widok   auta   Rebeka 

zagwizdała przeciągle.

- Ale cudo!

-   Prawda?   Rocznik   pięćdziesiąty   piąty.   Za   to   bardzo   niewielki   przebieg.   Przez   te 

wszystkie lata służył głównie jako eksponat.

- A jak się coś zepsuje? Wciąż można zdobyć części?

-   Można,   choć   z   trudem.   I   oczywiście   kosztują   majątek.   Nawet   wśród   dealerów 

wyspecjalizowanych w starych autach mało jest takich, którzy znają się na tej marce.

- Ale tobie to nie przeszkadza, bo kochasz ten wóz i jesteś gotów do najwyższych 

poświęceń?

- Zgadza się - przyznał.

Nie spodziewał się, że Rebeka to zrozumie.

Otworzył drzwi od strony pasażera i patrzył, jak pod piękną, długą tablicą rozdzielczą 

background image

znikają piękne, długie nogi. Przemknęło mu przez myśl, że rudowłosa, zielonooka Rebeka i 

jego wymuskany morgan idealnie do siebie pasują.

Chyba   z   niewyspania   przychodzą   mu   do   głowy   takie   głupoty.   Zatrzasnął   drzwi   i 

okrążył auto, by zająć miejsce za kierownicą. Po chwili silnik zamruczał.

- Ależ wspaniałe maleństwo - szepnęła z zachwytem Rebeka.

Na dźwięk słowa „maleństwo” Gabe natychmiast przypomniał sobie to, co mówiła 

wcześniej   o   dzieciach   i   bankach   spermy.   Czym   prędzej   ugryzł   się   w   język.   To   była   jej 

sprawa; nie powinien się wtrącać. Z drugiej strony, pomysł sztucznego zapłodnienia wydał 

mu się tak niedorzeczny...

Przez kilka minut w samochodzie panowało milczenie. Burza oddaliła się, ale deszcz 

wciąż siąpił. Rosnąca wzdłuż podjazdu trawa i drzewa połyskiwały srebrzyście w blasku 

reflektorów, Gabe zatrzymał się przed bramą, wysiadł, otworzył zamek kluczem, przejechał 

kilka   metrów,   znów   stanął   i   wrócił   zamknąć   bramę.   Wokół   było   pusto.   Wszyscy   spali. 

Nigdzie nie paliło się światło, a ciszę zakłócał jedynie szelest liści i szmer deszczu.

Odnalezienie samochodu Rebeki okazało się nad wyraz łatwe. Było to jedyne auto 

zaparkowane przy krawężniku. Samochody mieszkających wkoło ludzi stały w garażach lub 

na podjazdach.

Podjechawszy   do   czerwonej   ciery,   Gabe   zerknął   na   swoją   pasażerkę.   Głośno 

zachwycała się jego morganem. Pochodziła z bogatej rodziny; gdyby chciała, stać by ją było 

na tuzin morganów. Zamiast tego wybrała porządny,  solidny samochód. Czterodrzwiowy. 

Odpowiedni dla osoby mającej dużą rodzinę. Oczywiście nie kryła, że takie jest jej marzenie: 

mieć kochającego męża i gromadkę dzieci. A jeśli męża nie znajdzie, to przynajmniej gro-

madkę dzieci.

Sprawa ta nie dawała Gabe'owi spokoju.

- Chyba nie mówiłaś serio o bankach spermy? - spytał w końcu.

- Dlaczego nie? - Schyliła się po leżący na podłodze plecak i wilgotną bluzę.

- Bo zazwyczaj kiedy kobieta chce mieć dziecko, to kocha się z mężem. A jeśli nie ma 

męża, rozgląda się za jakimś kandydatem albo na męża, albo na ojca dziecka.

- Zazwyczaj tak - przyznała kwaśno. - Ja też się rozglądałam. I nadal się rozglądam. 

Jednakże przynależność do rodu Fortune'ów, oprócz pewnych niezaprzeczalnych plusów, ma 

również   minusy.   Wielu   mężczyzn   wykazuje   większe   zainteresowanie   majątkiem   mojej 

rodziny niż mną samą. Poza tym, jak człowiek siedzi w domu i pisze książki, to nie ma zbyt 

dużo okazji  do nawiązywania znajomości. Wierz mi, kotku, wcale  nie tak łatwo spotkać 

królewicza z bajki. Przynajmniej mnie to jakoś nie wychodzi, a mój zegar biologiczny tyka 

background image

coraz głośniej.

- Nie wątpię, że trafiło ci się paru łowców posagu, ale daj sobie jeszcze szansę. Wciąż 

jesteś młoda...

- Młoda i niemłoda. Trzydzieści  trzy lata to idealny wiek na zajście w ciążę. Na 

szczęście żyjemy w latach dziewięćdziesiątych. Nikt nie wytyka palcem samotnych matek. A 

ja nie widzę powodu, żeby dłużej zwlekać. Jestem zdrowa, finansowo niezależna i o niczym 

bardziej nie marzę niż o dziecku. Najchętniej miałabym szóstkę.

Szóstkę? Z trudem przełknął ślinę.

-   Nie   sądzisz,   że   poddanie   się   sztucznemu   zapłodnieniu   to   trochę...   drastyczne 

rozwiązanie?

- Nie. Drastycznym rozwiązaniem byłoby małżeństwo za wszelką cenę. Poślubienie 

pierwszego z brzegu mężczyzny tylko po to, żeby dziecko miało ojca. Jestem romantyczką, 

kotku. Wierzę w miłość do grobowej deski i namiastka małżeństwa mnie nie interesuje. Ale 

bardzo   pragnę   mieć   dzieci,   które   mogłabym   kochać   i   otaczać   opieką.   Oczywiście   lepiej 

byłoby, żeby dzieci chowały się w pełnej rodzinie, lecz jeśli mąż nie jest mi pisany, czy 

również muszę rezygnować z potomstwa?

- Rozmawiałaś o tym ze swoją mamą?

- Z Kate? - Uśmiechnęła się, wyraźnie rozbawiona. - A co, myślisz, że wybiłaby mi 

pomysł z głowy?

Tak, do licha! Banki spermy? Na miłość boską, to powinna być ostateczność!

- Rozczaruję cię, kotku. Jestem pewna, że mama  by mi przyklasnęła.  Zawsze we 

wszystkim starała się mnie wspierać. Odkąd pojawiłam się na świecie, zachęcała mnie, abym 

szła własną drogą, nie oglądając się na innych. Ludziom wydaje się, że jesteśmy całkiem do 

siebie   niepodobne.   Ona   stąpa   twardo   po   ziemi,   jest   osobą   rzeczową,   kochającą   pracę   i 

sukcesy.   Nic   dziwnego,   że   stoi   na   czele   wielkiego   finansowego   imperium.   Ja   jestem   jej 

przeciwieństwem.   Ale   to   ona   pchnęła   mnie   do   pisania,   to   ona   zachęcała,   abym   żyła   po 

swojemu, to ona przekonywała, żebym nigdy nie rezygnowała z marzeń i nie poddawała się 

presji otoczenia. Wierz mi, Gabe, Kate całe życie mnie wspierała. Teraz też służyłaby mi 

wsparciem.

Gabe nie był do końca przekonany. Podejrzewał, że starsza pani bardzo by chciała, 

żeby Rebeka zakochała się i wyszła za mąż, najlepiej za faceta, który nie dałby się jej owinąć 

wokół palca, tylko sam potrafiłby utrzymać ją w sensownych ryzach. Tak, Kate znacznie 

bardziej   wolałaby,   aby   jej   wnuki   miały   prawdziwego   tatusia,   a   nie   anonimowego   dawcę 

nasienia.

background image

Rebeka uważnie mu się przypatrywała. Poczuł się nieswojo.

- A w tobie nie tyka żaden zegar? - spytała wreszcie. - Nie chcesz mieć syna, córki, 

rodziny, do której mógłbyś wracać po ciężkim dniu pracy? Nie kusi cię przedłużenie rodu?

- Bynajmniej - odparł krótko. - Obawiam się, że nie podzielam twoich idealistycznych 

poglądów. Szczęśliwe rodziny istnieją tylko w filmach dla dzieci.

- Straszny z ciebie cynik, kotku.

- Realista, mała. Realista.

Nagle pochylił się i wyciągnąwszy rękę, pchnął drzwi od strony Rebeki. Rozmowa 

stawała się zbyt osobista; należało ją czym prędzej zakończyć.

- No dobra, wyskakuj. Nalej sobie gorącej wody do wanny, wymocz się, a potem 

kładź się spać. Nie myśl o liście, który znalazłaś. Ja się wszystkim zajmę. Odtąd, Rebeko, 

masz się trzymać z dala od śledztwa.

- Proszę, proszę! Od kiedy to jesteś moim szefem? Było wpół do piątej rano, a ona 

wciąż miała energię, żeby się z nim kłócić.

- Posłuchaj. Spisałaś się dziś znakomicie. Wpadłaś na trop, który może okazać się 

ważny. Uczyniłaś dla swojego brata więcej niż ktokolwiek inny. Ale ten list zmienia całą 

postać   rzeczy.   Być   może   Jake   przestanie   być   jedynym   podejrzanym.   Być   może   policja 

zainteresuje się panią Diller.

- O co ci chodzi?

- O to, że jeśli Jake jest niewinny, mordercą może okazać się Tammy Diller.

- Rozumiem.

- Nawet jeśli Tammy Diller nie zamordowała Moniki Malone, to jednak czymś się jej 

naraziła. Nie wydaje mi się, żeby to była miła osoba. Dlatego wolałbym, żebyś trzymała się 

od niej z daleka. Słyszysz, Ruda, co mówię?

- Słyszę, kotku.

Wysiadła z samochodu, zamiast jednak zatrzasnąć za sobą drzwi, schyliła się, wsunęła 

głowę do ciemnego wnętrza i przez kilka sekund stała bez słowa, patrząc Gabe'owi w oczy. 

Po jej wargach błąkał się uśmiech, trochę drwiący, trochę łobuzerski. Może dlatego Gabe nie 

był pewien, na ile Rebeka sobie z niego żartuje, a na ile przyznaje mu rację.

Nagle uśmiech zniknął z jej twarzy. Gabe'a przeszył dreszcz. Mierzyła go dziwnym 

spojrzeniem, ciepłym, a zarazem natarczywym. Przez moment bał się, że zaraz znów rzuci mu 

się na szyję. Nie, tym razem na pewno nie czuł podniecenia - czuł strach.

- Wiem, że mi nie wierzysz - rzekła szeptem - ale naprawdę jestem dużą dziewczynką 

i potrafię się o siebie troszczyć. Dobranoc, Gabe. Ty też się wyśpij. A o mnie się nie martw.

background image

Nie martw się. Łatwo powiedzieć, pomyślał, patrząc, jak idzie te kilka kroków do 

czerwonej ciery. Po drodze upuściła plecak; podnosząc go, potknęła się i o mało nie zwaliła z 

nóg.   Wreszcie   wsiadła   do   samochodu,   który   -   jak   zauważył   właściwie   bez   zdziwienia   - 

pozostawiła otwarty. Zatrzasnęła drzwi, ale ich nie zablokowała.

Tak,   Rebeka   Fortune   wierzy   w   miłość   do   grobowej   deski   i   królewiczów   z   bajki. 

Wierzy w sprawiedliwość, w to, że dobro zwycięży, a jej samej nie może stać się krzywda.

I jak tu się o głupią nie martwić?

Zaparkowała wynajętego forda taurusa na jedynym wolnym miejscu, jakie znalazła w 

promieniu trzech kwartałów, po czym rozglądając się wkoło, wzięła głęboki oddech. Czuła 

się   trochę   niepewnie;   nie   znała   tej   części   Los   Angeles.   Popołudniowe   słońce   oświetlało 

tabliczkę z nazwą ulicy: Randolph. W porządku. Chodziło jej o dom przy Randolph 12970, 

kilka przecznic dalej. Nigdzie bliżej jednak nie mogła zaparkować. No cóż, postanowiła, że 

zostawi tu samochód i pokona ten kawałek na piechotę.

Okolica   nie   wyglądała   zbyt   zachęcająco.   Na   rogu   stała   grupka   wytatuowanych 

skinów. W bramach domów kręciły się dzieciaki w różnym wieku. Na najbliższym murze 

widniało wykonane kolorowym sprayem graffiti oferujące darmową edukację seksualną. Jakiś 

mężczyzna   leżał   wyciągnięty   na   chodniku;   nie   wiadomo,   czy   martwy,   czy   pijany.   Z 

pordzewiałych koszy wysypywały się zwały cuchnących śmieci. Sądząc po wizerunkach na 

koszulach   wygolonych   młodzieńców   podpierających   ściany,   ulica   należała   do   Gangu 

Tygrysa.

Zebrawszy się na odwagę, Rebeka wysiadła z samochodu, pamiętając o zablokowaniu 

okien   i   drzwi.   Przemknęło   jej   przez   myśl,   że   dziesiątki   razy   opisywała   takie   sceny   w 

książkach,   ale   sama   nigdy   w   podobnej   nie   uczestniczyła.   Podejrzewała,   że   gdyby   Gabe 

wiedział, czym się zajmowała, odkąd pożegnali się nad ranem, i gdzie obecnie przebywa, 

dostałby zawału.

Ale oczywiście nie wiedział. Bo skąd mógł wiedzieć, że przed oddaniem mu listu 

zapamiętała adres Tammy i że tuż po otwarciu biur podróży zarezerwowała bilet na najbliższy 

lot do Los Angeles?

Mały   Latynos,   na   oko   dwunastoletni,   zagwizdał   przeciągle,   kiedy   go   mijała.   Hm, 

byłby   z   niego   świetny   ojciec,   pomyślała.   Nie,   nie   gwiżdżący   chłopaczek,   tylko   Gabe 

Devereax.

Z całej siły usiłowała się skupić na wynajętym przez rodzinę detektywie i nie patrzeć, 

jak   stojący   nieopodal   młodzian   o   tępym,   zamglonym   spojrzeniu   bawi   się   nożem 

sprężynowym.

background image

Gabe był cierpliwym, opiekuńczym  człowiekiem z zasadami - właśnie takie cechy 

powinien   mieć   ojciec   jej   dziecka.   Nie   pozwoliłby   jakiemukolwiek   łowcy   posagów   -   ani 

skinowi - zbliżyć się do swej żony lub córki. Jego samego nie interesowały pieniądze; w 

identyczny   sposób   traktował   bogaczy   i   biedaków.   Swoje   dzieci   na   pewno   nauczyłby 

odróżniać   dobro   od   zła.   Nie   wyobrażała   sobie,   aby   kiedykolwiek   mógł   wpaść   w   furię, 

urządzić dziką awanturę. Jedyną rzeczą... a raczej osobą, która go denerwowała, była ona - 

Rebeka.

Ich pocałunek mocno odcisnął się w jej pamięci. Był niesamowity: pełen żaru, seksu, 

namiętności.   Zawsze   marzyła   o   pocałunkach,   które   zwalają   z   nóg,   które   powodują,   że 

zapomina się o całym świecie, ale nigdy dotąd jej marzenie się nie spełniło. Może dlatego, że 

dotychczas   całowała   się   albo   z   żabami,   czyli   osobnikami   udającymi   zakochanych,   a 

myślącymi  wyłącznie o stanie jej konta, albo z miłymi  facetami, którzy najbardziej lubili 

kąpiel w letniej wodzie - i takie też wzbudzali uczucia.

Gabe   nie   mieścił   się   ani   w   jednej,   ani   w   drugiej   kategorii.   Był   inny,   cudownie 

zblazowany, niebezpieczny, nonszalancki, a zarazem wyjątkowo troskliwy. Nie zdradził jej, 

dlaczego jest tak przeciwny pomysłowi założenia rodziny. Niestety, zbyt słabo się znali, by 

mogła go o to spytać wprost.

Ciekawe,   czy   równie   przeciwny   byłby   odegraniu   roli   kochanka.   Jej   kochanka. 

Zastanawiała się, jaki jest w łóżku: czy równie sumienny i dokładny jak w pracy? Skoro 

jednym pocałunkiem potrafił wzniecić w niej ogień namiętności, sprawić, by przeniosła się w 

inny świat, co by było, gdyby się kochali? Do jakiego stanu podniecenia doprowadziłyby ją 

jego pieszczoty, uciskanie czułych miejsc...

Nagle tknęło ją, że chyba całkiem zwariowała - jest w obcym mieście, w obskurnej 

dzielnicy,  rozmyśla  o Gabrielu  i  seksie,  a z naprzeciwka  nadchodzi  sześciu  twardzieli  w 

koszulach  z rysunkiem tygrysa.  Z odległości dwudziestu metrów widziała ich pogardliwe 

spojrzenia, posuwisty krok, zadziorne miny.

Nie spuszczali z niej wzroku. Ci wszyscy zaś, którzy zaledwie kilka sekund wcześniej 

stali w grupkach, podpierając ściany, rozpierzchli się jak stado kur na widok jastrzębia.

W jedwabnej zielonej sukience i butach na wysokich obcasach Rebeka była zapewne 

niestosownie ubrana do okoliczności, ale cóż, nie wiedziała zawczasu, po jakiej dzielnicy 

będzie musiała spacerować. Tammy Diller znała Monicę Malone. A jej, Rebece, nigdy nie 

przyszło do głowy, że jakakolwiek znajoma uwielbiającej luksusy Moniki może mieszkać w 

tak obskurnej części miasta.

Przed wyjściem z domu uznała, że idąc z wizytą, nawet niezapowiedzianą, wypada się 

background image

ładnie ubrać. Teraz żałowała, że zamiast szpilek nie włożyła tenisówek, a zamiast krótkiej 

zwiewnej sukienki - kamizelki kuloodpornej. Pamiątkowa bransoleta połyskiwała w kalifor-

nijskim słońcu. Złoty naszyjnik pewnie też rzucał się w oczy.

Coraz mniejsza odległość dzieliła Rebekę od sześciu członków Gangu Tygrysa. Jeden 

z młodzieńców wpatrywał się w jej szyję, drugi nie odrywał oczu od jej długich nóg.

Wiedziała, że nie zdoła ich wyminąć. Tworzyli mur. Może powinna zwymiotować? 

Czy wymiotująca ofiara potrafi zniechęcić złodzieja lub mordercę? Nie była pewna, nawet nie 

orientowała się, czy kiedykolwiek robiono taki sondaż wśród niedoszłych ofiar. W każdym 

razie Rebeka, gdy ogarniał ją paniczny strach, natychmiast zwracała posiłek.

Najwyższy z Tygrysów,  o czarnych  włosach wygolonych  po bokach, a na czubku 

głowy postawionych w szpic, powiedział coś do idącego po swojej prawej ręce kolesia. Coś 

na jej temat, bo cała grupa wybuchnęła rubasznym śmiechem. Strach ścisnął ją za gardło. 

Dystans zmniejszył  się do ośmiu metrów. Siedmiu. Sześciu. Mur powoli zamieniał się w 

półkole. Przełknęła ślinę.

Zdobywając   się   na   odwagę,   wbiła   oczy   w   twarz   najwyższego   i   uśmiechnęła   się 

promiennie.

- Cześć - oznajmiła przyjaznym tonem. - Słuchaj, może mógłbyś mi pomóc...

Może nikt się nigdy nie zwracał do niego z taką prośbą. Może żadnego z szóstki nikt 

nigdy nie prosił o pomoc, bo przez moment patrzyli  na Rebekę zbyt oszołomieni, aby w 

jakikolwiek sposób zareagować. Wreszcie chudy dryblas wysunął do przodu nogę i zahaczył 

kciuki o pasek spodni.

- Jasne, lalunia, że mogę ci pomóc - powiedział niskim, ochrypłym głosem.

Słysząc to, jego koledzy zarechotali grubiańsko.

Gdyby miała na nogach czerwone sportowe buty, może spróbowałaby ucieczki, ale w 

szpilkach daleko by nie dobiegła. Zdawała sobie sprawę, że tupetem też wiele nie osiągnie, 

nie bardzo jednak wiedziała, co innego może robić.

- To świetnie! - ucieszyła się. - Przypadkiem nie znasz kobiety o nazwisku Tammy 

Diller? Mieszka tu niedaleko... - Pochyliwszy głowę, sięgnęła do torebki po kartkę z adresem. 

- O, mam.  Przy Randolph, pod numerem  12970. To chyba  za kolejnym  skrzyżowaniem, 

prawda?

- Przykro mi, lalunia, żadnej Tammy nie znam. Ale ciebie chętnie poznam. Blisko, 

dogłębnie...

Wyciągnął  rękę,  na  której   połyskiwało   kilka  sygnetów   w  kształcie   węży,   i wolno 

zaczął pocierać szyję Rebeki.

background image

To wystarczyło, by opuściły ją resztki udawanej odwagi. Wiedziała, że lada moment 

zwymiotuje; nie zdoła temu zapobiec...

Nagle jednak dryblas opuścił rękę i cofnął się o krok, a lubieżny uśmieszek znikł z 

jego twarzy. Pozostali członkowie Gangu Tygrysa też przestali szczerzyć zęby. I też cofnęli 

się o krok.

Odruchowo Rebeka obejrzała się przez ramię.

Nie wierzyła własnym oczom. Gabe? Skąd, u diabła, się tu wziął? Promieniowała od 

niego wściekłość. Był jak chmura brzemienna piorunami. Sprawiał wrażenie, jakby wzrokiem 

potrafił nieść śmierć.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Wyjechali z dnia na dzień, ona z tym swoim facetem. Nawet nie zapłacili za ostatni 

miesiąc. Następnym razem nie będę taki ufny, na pewno nie. Z niego... nie pamiętam, jak 

miał na imię; Wayne, Dwayne, jakoś tak... był całkiem przystojny gość, ale intelektem to 

zbytnio nie grzeszył. Natomiast Tammy... och, to dopiero była kobitka! Każdego potrafiła 

owinąć   sobie   wokół   palca.   Ładna   figura,   ładne   oczy,   zawsze   ładnie   ubrana.   Może   nie 

pierwszej młodości, ale kto by się tym  przejmował. Dałem się nabrać na ich wygląd, na 

sposób ubierania się. Po prostu uwierzyłem, że chwilowo znaleźli się w dołku finansowym. 

Bo tacy jak oni, eleganccy, kulturalni ludzie zazwyczaj nie szukają mieszkania w tej dziel-

nicy...

Gabe postanowił przerwać długi, monotonny wywód. Właściciel domu przypominał z 

wyglądu smutnego oposa o wydłużonym pysku i wyłupiastych oczach, ale był gadatliwy jak 

sroka.

-   Czyli   Tammy   Diller   wyjechała,   nie   płacąc   panu   za   ostatni   miesiąc,   tak?   A   jej 

narzeczony, ten Dwayne lub Wayne...

-   No   właśnie,   nawet   nie   wiem,   jak   się   gość  nazywał.   To  ona   zawsze   regulowała 

czynsz, a ponieważ płaciła gotówką, nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi jak imię jej 

faceta. Swoją drogą, nie bardzo mi się ten narzeczony podobał. Za szeroko się uśmiechał. Nie 

można ufać takim, co to ciągle szczerzą zęby.

- Kiedy ostatni raz pan ich widział?

- Bo ja wiem? Pewnie ze dwa tygodnie temu. Wie pan, dbam o dom, dość często tu 

bywam,  ale  przecież nie  codziennie.  Najemcy  nie daliby mi  spokoju.  Ciągle mają jakieś 

pretensje i żądania, a to kran cieknie, a to wyłącznik światła nie działa...

Gabe pokiwał współczująco głową.

- Cóż, każdy lubi pomarudzić... Czyli co, nie widział pan Tammy i jej narzeczonego 

co najmniej od dwóch tygodni i nie wie pan, dokąd mogli wyjechać?

- Gdybym wiedział, pojechałbym za nimi i odebrał forsę, którą są mi winni. Może 

zdradzili   swoje   plany   któremuś   z   sąsiadów,   ale   kiedy   ich   pytałem,   wszyscy   zgodnie 

twierdzili, że o niczym  nie mają pojęcia. Oczywiście mieszkańcy tej dzielnicy niechętnie 

udzielają informacji...

Właściciel domu wyraźnie należał do wyjątków. Ale póki mówił na temat Tammy 

Diller, Gabe gotów był zacisnąć zęby i nie okazywać zniecierpliwienia. To się raptownie 

zmieniło, kiedy ni stąd, ni zowąd sięgnął za siebie, spodziewając się trafić na rękę Rebeki. 

background image

Trafił na ścianę.

Zapominając o swoim rozmówcy,  obrócił się na pięcie. Zaledwie ułamek sekundy 

temu   Rebeka   stała   tuż   obok,   na   wyciągnięcie   ręki.   Teraz   jej   nie   było.   Zupełnie   jakby 

rozpłynęła się w powietrzu.

Obiecał   sobie,   że   kiedy   następnym   razem   będą   sami,   zabije   ją.   Udusi   własnymi 

rękami. Ciągle pakuje się w kłopoty, a on ciągle wybawia ją z opresji. Jeżeli znów ktoś jej 

grozi... Nie, psiakość, chciał mieć pierwszeństwo! To oznaczało, że musi się o nią troszczyć, 

dopóki nie nadarzy się odpowiednia okazja. Troszczyć, czyli nie spuszczać z oczu, zwłaszcza 

tutaj, w dzielnicy rządzonej przez gangi.

Pożegnał   się   szybko   z   gadatliwym   właścicielem   domu   i   ruszył   pędem   w   stronę 

siatkowych drzwi. Zatrzasnęły się z hukiem. Dlaczego nie mogła zaczekać w środku? Tu 

przynajmniej była bezpieczna.

Wiedział   dlaczego:   bo   ta   idiotka   nie   ma   za   grosz   rozumu!   Ani   instynktu 

samozachowawczego!

Na zewnątrz było duszno i gorąco. Powietrze zdawało się stać w miejscu. Przez kilka 

sekund Gabe tkwił bez ruchu, rozglądając się w prawo i lewo; szukał kobiety z burzą rudych 

włosów. Gdyby była w zasięgu wzroku, na pewno by ją zauważył. Na rogu prostytutka w 

obcisłej skórzanej  spódnicy oferowała  chętnym  swoje  usługi,  parę metrów dalej handlarz 

sprzedawał narkotyki. Koło Gabe'a przemknął chudy nastolatek, przyciskając do piersi pismo 

ze   zdjęciami   pornograficznymi,   którego   wyzywał   od   parszywców   i   złodziei   zgarbiony, 

pomarszczony sklepikarz.

Kiedy tego popołudnia Gabe przyleciał z Minnesoty - dumny, że tak szybko udało mu 

się zdobyć bilet na lot do Los Angeles - dokładnie wiedział, gdzie powinien się udać i jak 

będzie   wyglądała   ulica,   przy   której   mieszka   Tammy   Diller.   Jego   przypuszczenia   się 

potwierdziły, zobaczył obdrapane domy, graffiti na murach, snujących się wyrostków, ale 

jedno go zaskoczyło - widok przerażonej Rebeki otoczonej bandą łobuzów. Ilekroć o tym 

myślał, od nowa wstępowała w niego furia.

Jeżeli ta wariatka znów wpakuje się w kłopoty, naprawdę ją zabije! Cholera, żeby 

tylko nic się jej nie stało. Gdzie, do diabła, mogła poleźć?

O tam!

Po drugiej stronie ulicy dojrzał gęstą, kasztanową czuprynę, która lśniła ogniście w 

blasku zachodzącego słońca. Przez moment widział tylko włosy - ją samą przysłaniała postać 

Murzyna   co   najmniej   dwumetrowego   wzrostu,   ubranego   w   bawełnianą   koszulkę   ciasno 

opinającą   umięśniony   tors.   Mężczyzna   miał   ramiona   pokryte   tatuażami,   na   głowie   zaś 

background image

wygolony pojedynczy inicjał. Rebeka prowadziła z nim ożywioną rozmowę, zupełnie jakby 

byli starymi przyjaciółmi.

Obserwując ich, Gabe zauważył, że w tylnej kieszeni spodni olbrzyma tkwi nóż o 

piętnastocentymetrowym ostrzu. Rebeka postąpiła krok do przodu. Teraz widział ją jak na 

dłoni: potargana fryzura, plaster na czole, kretyńskie buty na wysokich, cienkich obcasach, 

krótka, zwiewna sukienka, złota biżuteria połyskująca na rękach i szyi. Olbrzym spojrzał w 

bok. Oczom Gabe'a ukazała się długa szrama ciągnąca się przez cały policzek.

I wtem Murzyn podniósł rękę.

Gabe ruszył do akcji. Nawet nie zaklął, żeby nie tracić czasu. Zdarzało mu się biec 

szybciej, ale na pewno nie w tym dziesięcioleciu. Zbyt dużo ludzi kręciło się po chodnikach i 

ulicy,   aby   mógł   zwiększyć   tempo,   ale   ci,   którzy   w   porę   dostrzegli   wyraz   determinacji   i 

gniewu malujący się na jego twarzy, sami czym prędzej usuwali się z drogi. Ruda głowa to 

znikała, to znów się pojawiała, ale towarzyszący jej czarny wielkolud przez cały czas był 

doskonale widoczny.

Kiedy Gabe ich dogonił, sapał jak miech kowalski; w głowie mu huczało, czuł kłucie 

w płucach. Niewiele się zastanawiając, chwycił olbrzyma za ramię. Ten obrócił się, warcząc 

groźnie:

- Co, do jasnej...

Spostrzegłszy detektywa, Rebeka uśmiechnęła się od ucha do ucha.

- Gabe! Zgadnij, czego się dowiedziałam?! - zawołała radośnie.

W   tym   momencie   uświadomił   sobie   własną   pomyłkę.   Wielkolud   wcale   nie   miał 

zamiaru skrzywdzić Rebeki; podniósł rękę, by na pożegnanie uścisnąć jej dłoń.

Gabe puścił olbrzyma i starał się uspokoić. Oczywiście Rebeka nie wiedziałaby, że 

coś jej grozi, nawet gdyby wrzucono ją do klatki z lwami, ale - z jakichś niezrozumiałych 

powodów   -   akurat   tym   razem   nic   jej   nie   zagrażało.   Szczebiocząc   wesoło,   przedstawiła 

Gabe'owi swojego czarnoskórego przyjaciela Snarka. Czy on, Gabe, daje wiarę?  Snark zna 

Tammy  Diller!  Kiedy ostatni  raz się z nią  widział,  wybierała  się z narzeczonym  do Las 

Vegas; podobno mieli tam załatwić jakieś interesy.

Snark popatrzył na detektywa równie przyjaźnie, jak kobra na jaszczurkę - nie miał 

cienia   wątpliwości,   dlaczego   ten   chwycił   go   za   ramię.   Rebeka   niczego   nie   zauważyła. 

Szczebiotała dalej, jak gdyby nigdy nic.

Po chwili Snark powściągnął złość, a Gabe opanował bicie serca. Parę minut później 

umięśniony, czarnoskóry olbrzym oddalił się dostojnym krokiem, zostawiając swoją nową 

rudowłosą przyjaciółkę z jej troskliwym, trochę zbyt nerwowym opiekunem.

background image

- Czyli nie zastaliśmy ich w Los Angeles - trajlowała Rebeka - ale przynajmniej mamy 

wskazówkę, dokąd mogli się udać. A tobie jak poszło? Zdobyłeś jakieś informacje?

- Nie - odparł krótko.

- No cóż... - Pokiwała współczująco głową. - Czasem kobiecie łatwiej jest nawiązać z 

obcymi rozmowę, pociągnąć ich za język. Chyba dobrze, że tu przyjechałam, prawda?

Istotnie.   Zdobyła   wskazówkę,   której   jemu   nie   udało   się   uzyskać.   Lecz   to,   że   jej 

metody nie są bezpieczne i że ktoś mógłby ją zgwałcić lub ukatrupić, po prostu nie przyszło 

jej do głowy. Swoim strojem i wyglądem przyciągała spojrzenia wszystkich mężczyzn  w 

promieniu kilkuset metrów, ale z tego też nie zdawała sobie sprawy.

- Gdzie zostawiłaś samochód?

- Dwie przecznice stąd.

Lewą ręką wykonała jakiś nieokreślony ruch. Gabe zauważył z satysfakcją, że nie 

próbowała uwolnić prawej ręki z jego dłoni. Jej policzki niespodziewanie przybrały barwę 

róży.

- Odprowadzę cię - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu. - W którym hotelu się 

zatrzymałaś?

- Co? W żadnym. Nie zdążyłam zrobić rezerwacji. Ledwo udało mi się zdobyć bilet na 

samolot. Pomyślałam sobie, że po przylocie na miejsce zajmę się sprawą noclegu, a jeśli nie 

zdołam nic znaleźć, wtedy zacznę się martwić.

Podejrzewał, że tak prozaiczna sprawa jak brak noclegu na pewno nie przysporzyłaby 

jej zmartwień. Po raz nie wiadomo który z rzędu próbował sobie wytłumaczyć, że to nie jej 

wina - żyła dotąd otoczona troską i miłością, w świecie, w którym nic jej nie zagrażało. Nic 

dziwnego, że nie myślała o żadnych bandytach czy gwałcicielach. Ale oni istnieli, żyli obok 

niej.

Gabe   westchnął,   świadom,   że   zapewnienie   bezpieczeństwa   tak   żarliwej   idealistce 

wymaga niemało wysiłku.

- Znasz to miasto? Nie zgubisz się?

- Och, byłam  w  Los Angeles  wielokrotnie. - Nagle  zawahała  się. - Choć  prawdę 

mówiąc, w tej dzielnicy jestem po raz pierwszy. Ale mam mapę, więc...

- Powiem ci, jak zrobimy. Podwieziesz mnie swoim samochodem do mojego wozu, a 

potem ruszysz za mną. Razem znajdziemy ci jakiś w miarę przyzwoity pokój, dobrze?

Hotelowi   „Shelton   Arms”   daleko   było   do   „Ritza”,   ale   Rebeka   nie   narzekała. 

Rozglądając się po pokoju o ścianach barwy przydymionego błękitu, uznała, że można trafić 

dużo   gorzej.   Dostarczony   na   górę   stek   nie   pozostawiał   nic   do   życzenia.   Był   olbrzymi   i 

background image

wyśmienity. Olbrzymie były też fotele; można było wygodnie się w nich zwinąć i urządzić 

sobie drzemkę.

Rebeka   zjadła   z   apetytem   całą   porcję:   mięso,   wielkiego   pieczonego   ziemniaka, 

sałatkę, po czym uniosła pokrywkę, która chroniła przed wystygnięciem kolację Gabe'a.

- Jeśli nie chcesz swoich żeberek...

- Nie ruszaj! Już kończę.

- Kończysz? Zanim jeszcze zaczęliśmy? No, no. Gabe wzniósł oczy do nieba.

- Oj, Ruda, Ruda. - Westchnął głośno. - Dziwne masz poczucie humoru. Hej, co ci 

mówiłem? Wara od żeberek!

- No dobra. Myślałam, że skoncentrowany na pracy nie zauważysz, jak sobie kawałek 

skubnę.

Na długo przed pojawieniem się kelnera  z kolacją Gabe ustawił na biurku swego 

laptopa. Obserwując go, Rebeka pomyślała z rozbawieniem, że nie ma już detektywów w 

prochowcach, którzy zdzierają sobie podeszwy, wydeptując dziesiątki ścieżek,  by zdobyć 

najdrobniejszą  informację.  Gabe nigdzie nie musiał chodzić, nawet nie musiał szperać w 

książce telefonicznej; wystarczyło wcisnąć parę klawiszy i informacje same ukazywały się na 

ekranie.

- I co? Odkryłeś, czy nasza kochana Tammy kręci się po Las Vegas?

- Tak. I za wszystko płaci kartą. Tylko nie wiem, czy jest sama, czy z narzeczonym. 

Może limit na jego karcie został dawno wyczerpany? A może postanowiła rzucić kochasia? 

Wydaje mi się, że Tammy Diller nie jest jej prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Widoczna 

tu lista płatności i zakupów jest podejrzanie krótka. Fałszywe dokumenty okazują się bardzo 

przydatne,   kiedy   przekracza   się   limit   i   występuje   o   kolejną   kartę.   Ma   się   czyste   konto, 

żadnych zadłużeń...

- No i kogoś takiego, kto się posługuje fikcyjnym nazwiskiem, trudniej odszukać - 

wtrąciła Rebeka. - A czy na podstawie płaconych przez nią rachunków jesteś w stanie odkryć, 

gdzie się zatrzymała?

- Tak - odparł, ale nie powiedział gdzie. Wstał od komputera i przeciągnął się, po 

czym  przeszedł do stołu, na którym stała taca. - Zjadłaś całą swoją porcję? To była fura 

jedzenia!

- Mam teorię na temat cholesterolu i kalorii. Jak grzeszyć, to na całego.

- Ale tego musu czekoladowego na pewno nie zmieścisz.

Oczy lśniły jej wesoło.

- Oj, kotku. Zupełnie, ale to zupełnie mnie nie znasz. Czekolada to mój przysmak. Nic, 

background image

ani żadne tornado, ani wojna światowa, ani wezwanie z urzędu podatkowego, nie zdoła mnie 

powstrzymać przed zjedzeniem tego musu.

Już wcześniej zdjęła buty; teraz rozsiadła się wygodniej w fotelu, podwinęła nogi pod 

siebie i z błogim westchnieniem przystąpiła do konsumpcji deseru.

Gabe   przysunął   do   siebie   talerz   z   mięsem.   Jadł   w   podobny   sposób,   w   jaki   robił 

wszystko: sprawnie, dokładnie, nie tracąc czasu na delektowanie się smakiem czy zapachem. 

Najwyraźniej   uważał   jedzenie   za   czynność   potrzebną   do   prawidłowego   funkcjonowania 

organizmu. Paliwo dla ciała.

Opróżniając talerz, cały czas bacznie obserwował Rebekę. Jakby bał się, że jeśli na 

moment spuści z niej wzrok, ona zacznie się huśtać na żyrandolu - chociaż w pokoju były 

tylko kinkiety. Pokój, który wynajął dla niej, mieścił się na drugim końcu korytarza. Tam też 

nie było żyrandoli.

Przywiózł Rebekę do hotelu, w którym zarezerwował dla siebie nocleg. Poprosił w 

recepcji o przydzielenie im pokojów na tym samym piętrze. Następnie zaproponował wspólną 

kolację. Tak, u niego w pokoju. Gdyby z taką propozycją wyszedł ktokolwiek inny, Rebeka 

zawahałaby się. Podejrzewałaby swojego towarzysza o niecne zamiary.

Gabe natomiast zachowywał się tak, jakby nie pamiętał ich namiętnego pocałunku. 

Traktował ją jak krnąbrną młodszą siostrę, w dodatku chorą na ospę.

Skończywszy posiłek, podszedł do zamkniętego barku przy łóżku, przekręcił klucz i 

wyjął malutką butelkę whisky.

- Masz na coś ochotę? - spytał Rebekę.

- Jeśli jest tam wino, to chętnie wypiję kieliszek.

- Mus czekoladowy popity kieliszkiem wina? Zwariowałaś?

- Mam strusi żołądek. A boję się, że gdybym zamówiła kawę, nie spałabym do rana. 

Jeżeli jednak nie ma wina...

-  Jest.  -  Pogrzebał  w  barku;  chwilę   później wydobył   niedużą butelkę,  mieszczącą 

najwyżej dwa kieliszki. - Nie mam pojęcia, czy nadaje się do picia...

- Nie szkodzi. Ludzie myślą, że jak człowiek pochodzi z Fortune'ów, to zna się na 

winach, a przynajmniej odróżnia dobrą markę od sikacza. A mnie po prostu alkohol usypia i 

tyle. - Na moment zamilkła. - Gabe, jak myślisz, co mogło łączyć Monicę z Tammy?

- Nie wiem - przyznał. - Wszystko i nic. Monica nigdy nie przebierała w środkach. To, 

na   czym   jej   zależało,   zdobywała   wszelkimi   sposobami,   legalnymi   i   nielegalnymi. 

Podejrzewam, że ich znajomość mogła mieć związek z twoją rodziną.

Rebeka zmarszczyła czoło.

background image

- Dlaczego tak sądzisz?

- Monica od dawna żyła tylko jedną myślą: żeby się zemścić na Fortune'ach. Od lat 

miała obsesję na punkcie twojego ojca, do tego stopnia, że kiedy okazało się, że nie może 

mieć z nim dziecka, porwała jego syna. To ona stała za próbą kradzieży receptury kremu 

młodości;   wiemy,   że   wynajęła   ludzi,   którzy   włamali   się   do   laboratorium   i   którzy 

prześladowali   Allie.   To   była   osoba   chora   psychicznie,   opętana   zazdrością   i   chęcią 

wyrządzenia krzywdy twojej rodzinie, może nawet zniszczenia jej.

Potem ktoś zabija Monicę, twój brat trafia do więzienia oskarżony o morderstwo... i 

nagle   wypływa   nazwisko   Tammy,   do   której   Monika   zaledwie   kilka   dni   przed   śmiercią 

wysłała   list   z   pogróżkami.   Dziwny   zbieg   okoliczności,   prawda?   Z   informacji,   jakie 

dotychczas zdobyłem, wynika, że Tammy lubi żyć na bakier z prawem. Nigdzie nie pracuje, 

nie ma stałego miejsca zamieszkania, za to regularnie otrzymuje duże zastrzyki gotówki, za-

ciąga kredyty. Wygląda mi to dość podejrzanie. Zazwyczaj tak funkcjonują różni oszuści.

- Masz rację. - Rebeka pokiwała z namysłem głową. - I to, co mówisz, pasowałoby do 

treści   listu,   Monica   była   wyraźnie   wściekła.   Może   Tammy   coś   odkryła   i   próbowała   ją 

szantażować? Cholera. Tammy... Tammy Diller... To imię i nazwisko nie dają mi spokoju. 

Mam wrażenie, że już je kiedyś słyszałam, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie.

- Cierpliwości. Poznamy przeszłość panny Diller. Tego możesz być pewna. Kazałem 

swoim   ludziom   w   biurze   w   Minneapolis   zebrać   o   niej   informacje.   Wszystkie   nieczyste 

sprawki, jakie ma na sumieniu, prędzej czy później wypłyną. To tylko kwestia czasu.

Niestety,   czas   był   jedyną   rzeczą,   jakiej   im   brakowało.   Rebeka   odstawiła   pustą 

salaterkę na tacę, wzięła kieliszek wina i ponownie rozsiadła się w fotelu.

- To kiedy lecimy do Las Vegas? - spytała.

- My? My w ogóle nie lecimy. Ja lecę.

- Chyba żartujesz! - oburzyła się. - Kto znalazł list Moniki do Tammy? Kto odkrył, 

dokąd się Tammy wyniosła, kiedy porzuciła mieszkanie na Randolph? No, kto? Czyżby uszło 

twojej   uwadze,   że   jednak   na   coś   się   przydaję?   Ale   nie   przejmuj   się,   kotku.   Jak   wolisz 

podróżować w  pojedynkę,  proszę  bardzo. Jestem  dużą dziewczynką,  potrafię kupić sobie 

bilet, dotrzeć na lotnisko i zapiąć pasy. Po prostu wydawało mi się logiczne, że skoro zaj-

mujemy się tą samą sprawą, możemy połączyć siły...

Nie odrywając oczu od twarzy Rebeki, Gabe nalał do szklanki whisky i wypił jednym 

haustem.

- Posłuchaj, mała. Być może Tammy Diller nie jest notowana na policji, ale jeśli tak 

jest, to tylko dlatego, że szczęście jej sprzyja, a nie dlatego, że wiedzie uczciwe życie. To 

background image

cwana bestia, która po trupach dąży do celu.

-   Tak?   To   dobrze.   Bardzo   dobrze.   Mimo   że   nie   mamy   żadnych   konkretnych 

dowodów, wszystko coraz bardziej wskazuje na to, że może być zamieszana w morderstwo 

Moniki. Więc o co ci chodzi?

- O to, że powinnaś wrócić do domu - odparł Gabe, usiłując zachować cierpliwość. - 

Jeżeli Tammy istotnie jest zamieszana w zabójstwo Moniki i jeżeli dowie się, że ktoś ją śledzi 

albo próbuje zdobyć o niej informacje, na pewno nie przyjmie tego wzruszeniem ramion. Wo-

lałbym, żebyś wróciła do Minneapolis, skupiła na pisaniu książek i robieniu dzieci.

- O niczym bardziej nie marzę. Natychmiast bym cię posłuchała, gdyby mój brat nie 

tkwił w więzieniu.

Odstawiła kieliszek. Oczywiście spodziewała się wykładu. Wiedziała, że Gabe czuje 

się w obowiązku ostrzec ją przed czyhającym wokół niebezpieczeństwem. Wciągając głęboko 

powietrze, postanowiła jeszcze raz przedstawić mu swój punkt widzenia. Zależało jej na tym, 

aby ją zrozumiał.

-   Dziś   po   południu   byłam   naprawdę   przerażona.   Wszystkiego   się   bałam.   I   tych 

wytatuowanych wyrostków snujących się po Randolph. I Snarka. Owszem, olbrzym okazał 

się całkiem  pomocny, ale  nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  jak się  ucieszyłam,  kiedy do nas 

podszedłeś. Nie przywykłam do takich miejsc i takich ludzi.

- Psiakość, Ruda! Przecież cały czas próbuję ci to wytłumaczyć.

Skinęła głową, po czym kontynuowała cicho:

- Wiem. Ale Jake to mój brat, więc nie zamierzam się przejmować własnym strachem. 

Będę gmerać, szperać, rozmawiać ze wszystkimi, dopóki nie oczyszczę jego imienia. Nikt i 

nic mnie nie powstrzyma.

Gabe słuchał uważnie. Słuchał, ale nic do niego nie docierało. Przyglądając mu się, 

Rebeka poczuła dziwne kłucie w sercu. Polubiła tego człowieka. Jej sympatia nie miała nic 

wspólnego z tym, że pomagał jej szukać dowodów niewinności Jake'a, że kilka razy wybawił 

ją z opresji, że... Mniejsza o to. Żałowała, że nie zna go lepiej; że ich znajomość ogranicza się 

niemal wyłącznie do spraw służbowych.

Widziała, że jest skonany. Zawsze, gdy ogarniało go zmęczenie, jego ciemne oczy 

obramowane   długimi   ciemnymi   rzęsami   stawały   się   czarne.   Siedział   w   fotelu,   lekko 

potargany,   z   zarostem   ocieniającym   policzki.   Mimo   znużenia   szykował   się   do   kolejnego 

ataku. Nie zamierzał popuścić; uważał, że koniecznie powinna zaszyć się w domu i czekać, aż 

sprawy się same wyjaśnią.

Ale ona nie miała zamiaru patrzeć, jak sąd skazuje Jake'a za morderstwo, którego nie 

background image

popełnił.

Postanowiła zajść go od innej strony. Zresztą i tak chciała dowiedzieć się czegoś o 

jego życiu prywatnym.

-   Słuchaj,   a   ty   nie   masz   brata?   Albo   rodziny?   Kogoś,   za   kogo   dałbyś   się 

poćwiartować?

Wzruszył ramionami.

- Owszem, mam rodzinę. Tyle  że dorastałem w innym świecie niż ty. W Nowym 

Orleanie, ale nie wśród luksusów. Moi rodzice ciągle skakali sobie do oczu. Najstarszy brat 

dość wcześnie wszedł na drogę przestępstwa. Środkowy brat jako nastolatek uciekł z domu i 

więcej   się   nie   pojawił.   Ja   uciekłem   do   wojska.   Na   podstawie   własnych   doświadczeń   i 

obserwacji mogę powiedzieć, że ludzie, którzy twierdzą, że się kochają, wyrządzają sobie 

nawzajem więcej szkód niż żołnierze swoim wrogom podczas walki. A w para potyczkach 

brałem udział. Więc wracając do twojego pytania... Nie, nie mam nikogo takiego, za kogo 

dałbym się poćwiartować.

- Współczuję ci - powiedziała cicho. Zdumiała go jej reakcja.

- Niepotrzebnie - rzekł.

Ona jednak była przeciwnego zdania. Często w obecności Gabe'a mówiła o dzieciach i 

rodzinie, wiedząc, że będzie się krzywił i oburzał. Od samego początku ona była niepoprawną 

idealistką, on zaś do wszystkiego podchodził trzeźwo i rzeczowo. Lubiła się z nim drażnić, 

wyrzucać mu cynizm... ale wcześniej nic nie wiedziała o jego pochodzeniu, o tym, w jakich 

warunkach   był   wychowywany.   Z   tego,   co   mówił,   wynikało,   że   dorastał   w   domu 

pozbawionym ciepła i miłości. Jakie to smutne.

Rebeka zawsze ponad wszystko stawiała miłość, rodzinę, dzieci. Wierzyła w to, że 

ludzie   rodzą   się   dobrzy.   Nigdy   nie   uważała   się   za   osobę   mającą   idealistyczne   lub 

altruistyczne poglądy. Jej zdaniem, bez miłości i rodziny życie nie miało sensu. Było jej żal 

Gabe'a, że nie miał okazji, aby się o tym przekonać.

- Co mi się tak przyglądasz? - spytał podejrzliwym tonem. - Ubrudziłem się czy co?

- Nie - odparła. - Po prostu się zastanawiam. Czy naprawdę nigdy nie poznałeś smaku 

miłości...

- Poznałem, mała, poznałem. Tyle że nie patrzę na świat przez różowe okulary. Jak 

kocham, to nie wmawiam w siebie, że to miłość do grobowej deski. Życie całkiem dobrze się 

ze mną  obchodzi.  Nie potrzebuję złudzeń, żeby czuć  się szczęśliwy. - Nagle zmarszczył 

czoło,   zaskoczony   kierunkiem,   w   jakim   potoczyła   się   ich   rozmowa.   -   Ale   wracając   do 

tematu... Chciałbym, żebyś mnie posłuchała i jutro pierwszym lotem, jaki...

background image

Spuściła nogi z fotela i wstała. Ją też dopadło zmęczenie. Obfita kolacja i kieliszek 

wina   podziałały   na   nią   jak   proszek   nasenny.   Zresztą   nic   dziwnego;   w   ciągu   ostatnich 

czterdziestu ośmiu godzin prawie w ogóle nie zmrużyła oka. W dodatku napięcie i siniaki 

sprawiały, że czuła się jak zbity pies.

- Ależ z ciebie, kotku, uparciuch - powiedziała lekkim tonem. - Nie złość się, proszę, 

ale   nie   zamierzam   nigdzie   lecieć   żadnym   pierwszym   lotem.   Podejrzewam,   że   jak   tylko 

przyłożę głowę do poduszki, zasnę kamiennym snem i przez najbliższych dwanaście godzin 

nie dam się zbudzić.

On też wstał z fotela, a właściwie poderwał się tak szybko i ochoczo, jakby nie mógł 

się doczekać, kiedy wreszcie zostanie sam.

- To świetny pomysł. Sen dobrze ci zrobi. Wyglądasz jak ostatnie nieszczęście.

- Och, przestań. Jeszcze jeden taki komplement i zacznę zadzierać nosa.

Wyszczerzył zęby. Nawet nie udawał skruszonego.

- Nie chciałem cię urazić.

- Chcesz czy nie, robisz to bez przerwy - burknęła.

-   Naprawdę   wyglądasz   tak,   jakbyś   dawno   nie   spała.   Gdzie   masz   buty?   I   gdzie 

położyłaś klucz?

- Jedno i drugie gdzieś tu jest.

Rozejrzała się po pokoju, ale po chwili podniosła wzrok i zaczęła uważnie wpatrywać 

się w twarz Gabe'a. Jak to możliwe, że samotność, która czaiła się w jego oczach, brała 

przedtem za chłód i obojętność? Gabe nie był zimnym draniem. Może nie wierzył w miłość, 

wierzył   za   to   w   honor   i   odpowiedzialność.   Był   człowiekiem   sumiennym,   troskliwym, 

pracowitym.  Wyznawał  nieco inne wartości niż ona, na co innego kładł w życiu  nacisk, 

szkoda tylko, że nie dane mu było zaznać prawdziwej miłości.

Zamierzała schylić się po buty, lecz zamiast tego uniosła ręce i oplotła je wokół szyi 

Gabe'a.   Może   gdyby   stał   dalej,   nie   zrobiłaby   tego.   Ale   on,   znalazłszy   na   stoliku   klucz, 

podszedł bliżej, żeby go jej wręczyć. Po prostu był pod ręką, a ona czuła nieprzepartą pokusę, 

żeby przytulić się do niego. Oczywiście natychmiast wymyśliła sobie dziesiątki pretekstów. 

Biedak miał takie podłe dzieciństwo. Dorastał w domu bez miłości, we wrogim otoczeniu. 

Samotny, szukający zrozumienia... Nawet jeśli głoszone przez niego opinie doprowadzały ją 

do szału,  nawet  jeśli   buntowała  się  przeciwko  jego  wrodzonej  skłonności  do rządzenia  i 

dyrygowania, to jednak była mu wdzięczna za pomoc, za to, że tyle razy wybawił ją z opresji. 

Poza tym...

Poza tym oszukiwała samą siebie. Wszystkie powody były ważne, ale - co tu dużo 

background image

mówić! - po prostu chciała się przytulić i już.

Dwie sekundy po tym, gdy przytuliła do Gabe'a, klimatyzacja w pokoju się zacięła. 

Zamiast chłodzić powietrze, grzała je. Temperatura skoczyła o jakieś dwadzieścia stopni. Żar 

tropików był niczym w porównaniu z ciepłem, które oni wytwarzali. A przecież zaczęło się 

tak niewinnie.

Z chwilą, gdy Gabe przywarł wargami do jej ust, niewinne myśli uleciały niczym 

drobinki pyłu na wietrze. Rzecz niewinna nie może być tak kusząca. Ani tak podniecająca. 

Czuła   na   jego   ustach   smak   whisky   -   ostry,   mocny,   gorzkawy.   Czuła   goryczkę,   czuła 

pożądanie, czuła ostrzeżenie. Tak, ostrzegał ją, że jest mężczyzną z krwi i kości, którego nie 

zadowoli niewinne cmoknięcie. Ona zaś była na tyle dorosła, aby wiedzieć, że nie można 

drażnić   się   z   lwem.   Nie   drażniła   się.   Pragnęła   go.   A   on   pragnął   jej.   Był   brutalny,   a 

jednocześnie delikatny, dziki, a zarazem wrażliwy. Różnił się od wszystkich mężczyzn, jakich 

kiedykolwiek znała. Z żadnym nie czuła się tak jak z nim.

Nigdy nie była cicha, potulna, uległa. Ale to, czego teraz doświadczała, to nie była 

uległość - to było poczucie przynależności. Byli dla siebie stworzeni, idealnie dopasowani 

psychiką, ruchami...

Wargi miała obolałe, szyję zdrętwiałą. Nie mogła oddychać. Ale wcale nie chciała. 

Tak było dobrze. Całe życie bardziej niż faktom wierzyła intuicji. I w tym momencie intuicja 

mówiła jej, że nie należy się bać. Że wszystko się cudownie ułoży. Jego ręce błądziły po jej 

ciele, coraz szybciej, coraz pewniej. Nagle zacisnął dłonie na jej biodrach...

Jęknęła, bardziej zaskakując siebie niż Gabe'a. Ten odgłos jednak nie był wyrazem 

sprzeciwu lub niezadowolenia z tempa, w jakim wszystko się posuwało. Przeciwnie, tempo 

całkiem jej odpowiadało. Po prostu od czasu upadku w domu Moniki miała na pupie siniaki i 

kiedy Gabe mocniej ją przycisnął, nie zdołała powstrzymać krzyku.

- Sprawiłem ci ból? - spytał, przerywając pocałunek.

- Nie. Tak. To znaczy... - Doświadczała tyle wspaniałych wrażeń, że nie była w stanie 

się skupić i sensownie odpowiedzieć. - Nic się nie stało. Niechcący chwyciłeś za posiniaczoną 

część mojego ciała.

- A chcący za mnóstwo innych części. - Opuścił ręce tak szybko, jakby trzymał je nad 

ogniem. Głos miał ochrypły, oddech przyśpieszony, spojrzenie płomienne. - Szlag by to trafił, 

Ruda.

- A nawet dwa szlagi - powiedziała szeptem. Chciała, by się rozchmurzył, uśmiechnął. 

- Całujesz wybornie, kotku. Więc nie miej mi za złe, że się wciągnęłam.

- Niczego nie mam ci za złe. Żadne z nas nie spodziewało się takiej chemii. Ale oboje 

background image

dobrze wiemy, że nie powinniśmy pozwolić, aby sprawa wymknęła nam się spod kontroli. 

Ani żeby podobna sytuacja powtórzyła się w przyszłości.

- No tak - mruknęła. - Zbyt wiele nas dzieli.

- Zgadza się. Pasujemy do siebie jak osioł do karocy. Ponownie zlokalizował klucz do 

drugiego pokoju, wcisnął go Rebece do prawej ręki, do lewej zaś podał jej buty.

- Idziemy - powiedział. - Odprowadzę cię.

Szedł obok niej ciemnym korytarzem, bez słowa, z nasrożoną miną, która zniechęcała 

do   rozmowy.   Odczekał,   aż   Rebeka   otworzy   drzwi.   Kiedy   weszła   do   środka,   ruszył   z 

powrotem do siebie.

Rebeka   rzuciła   pantofle   i   klucz   na   łóżko,   oparła   się   o   zamknięte   drzwi   i   głośno 

westchnęła. Gabe miał rację, mówiąc, że są diametralnie inni. Teraz, gdy wiedziała, w jakim 

wyrastał środowisku, nie dziwiła się, że nie marzył o posiadaniu rodziny, ale to niczego nie 

zmieniało. Jej zależało na dzieciach, na mężu, na miłości. Związek bez miłości, oparty na 

pożądaniu, nie interesował jej. Nie zamierzała wiązać się z mężczyzną, który nie podzielał jej 

wartości.

Nie mogła przestać myśleć o namiętnych pocałunkach. Drżała na całym ciele, serce 

waliło jej młotem, nogi miała jak z waty. Tłumaczyła sobie, że to nie miłość, tylko pożądanie. 

Że po raz pierwszy w życiu spotkała mężczyznę, który wzbudził w niej tak wielką żądzę. 

Gabe był z nią szczery, nie próbował mydlić jej oczu, kłamać. Prosto z mostu oznajmił, że nie 

jest dla niej odpowiednim partnerem.

Miał słuszność. Sama też o tym wiedziała. Ale co z tego? Trudno się otrząsnąć i o 

wszystkim zapomnieć. Najgorsze było to, że dopóki sąd nie uniewinni Jake'a, dalsze kontakty 

z Gabe'em będą nieuniknione.

Dawno nie czuła się taka rozdarta i zagubiona.

Zdawała sobie sprawę, że musi być bardzo, bardzo ostrożna, bo tylko krok dzieli ją od 

zakochania.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Jak to dziwnie czasem w życiu bywa, pomyślał Gabe. Chciał, by Rebeka wsiadła do 

pierwszego samolotu odlatującego z Kalifornii do Minnesoty, a zamiast tego wsiadł on. W 

dodatku sam. Ona została w hotelu.

Niebo nad Minneapolis dopiero zaczynało się rozwidniać, kiedy w podłym nastroju 

opuścił   lotnisko,   niosąc   dwie   torby:   jedną   podróżną,   drugą   z   komputerem.   Nigdy   nie 

potrzebował   wiele   snu,   toteż   parogodzinna   drzemka   w   samolocie   w   zupełności   mu 

wystarczyła. Kiedy uzyskał informację o najbliższym locie, zastanawiał się, czy nie obudzić 

Rebeki. W końcu zrezygnował z pomysłu. Niech odpocznie. Była tak zmęczona, że pewnie 

prześpi cały dzień. A w hotelu nic jej nie grozi. Przez szparę pod drzwiami wsunął do pokoju 

kartkę z wiadomością, że wyjeżdża. O tym, dokąd się udaje, nie wspomniał słowem. Nie miał 

zamiaru się jej spowiadać. Spowiadać zamierzał się jej matce.

Odnalazłszy   swego   czarnego   lexusa   -   bo   starego   morgana   za   nic   w   świecie   nie 

zostawiłby   na   parkingu   przed   lotniskiem   -   ruszył   w   kierunku   centrum.   Po   drodze   zjadł 

naprędce śniadanie.

Niecałą   godzinę   po   wylądowaniu   w   Minneapolis   wkroczył   do   siedziby   Fortune 

Cosmetics.   Strażnik   dokładnie   sprawdził   jego   dokumenty,   zanim   pozwolił   mu   wsiąść   do 

prywatnej windy, jedynej, która docierała na najwyższe piętra, gdzie mieściły się laboratoria 

chemiczne oraz gabinet Kate.

Teoretycznie to Jake Fortune płacił Gabe'owi za jego usługi, ale póki Jake tkwił za 

kratkami, czeki podpisywał prawnik rodziny, Sterling Foster. Gabe miał obowiązek składania 

ustnych raportów obu mężczyznom. I tak też robił. Doskonałe się jednak orientował, kto w 

świecie Fortune'ów naprawdę dzierży władzę i nad wszystkim sprawuje pieczę.

Kate   Fortune   życzyła   sobie,   by   informować   ją   o   każdej   najdrobniejszej   rzeczy 

dotyczącej jej dzieci. Wolała spotkania w cztery oczy; nie cierpiała rozmów przez telefon. Za 

czas, jaki detektyw tracił na dojazdy do jej biura, hojnie go wynagradzała. Ale i bez tego 

Gabe chętnie spełniałby jej prośbę.

Lubił Kate. Właśnie od niej zaczęła się jego praca dla rodziny; wynajęli go, by zbadał 

okoliczności jej śmierci. Samolot, który prowadziła, rozbił się w dżungli, kiedy porywacz 

usiłował przejąć nad nim kontrolę. Znaleziono jedno ciało, tak spalone, że identyfikacja była 

niemożliwa. Wszyscy uznali, że to szczątki Kate. Okazało się jednak, że Kate wypadła z 

samolotu, zanim ten stanął w ogniu. Zaopiekowało się nią indiańskie plemię. Kiedy odzyskała 

zdrowie, wróciła do Minneapolis - zdążyła w porę na otwarcie swego testamentu. Bała się, że 

background image

człowiek, który opłacił porywacza, będzie znów próbował ją zabić - albo skrzywdzić kogoś z 

jej rodziny - jeżeli dowie się, że pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem.

Dlatego   Kate   postanowiła   nie   ujawniać   się;   skontaktowała   się   jedynie   ze   swoim 

starym przyjacielem i wieloletnim doradcą rodziny, Sterlingiem Fosterem. Przez kilka lat żyła 

incognito, z ukrycia obserwowała najbliższych, od czasu do czasu bawiła się w swatkę. Ale 

nie   zamierzała   stać   bezczynnie   i   patrzeć,   jak   jej   najstarszy   syn   zostaje   oskarżony   o 

morderstwo. Przynajmniej chciała go wesprzeć duchowo.

Od   pierwszego   spotkania   Gabe   darzył   ją   szacunkiem   i   podziwem.   Miała   wiele 

wspólnych  cech ze swoją najmłodszą  córką, jednakże w przeciwieństwie  do Rebeki  była 

osobą rozsądną i logiczną. W nic nie grała, niczego nie udawała, może dlatego cieszyła się tak 

powszechną sympatią.

Nie zdziwił się, że o siódmej rano Kate pracuje w najlepsze. Zanim jeszcze zdążył 

usiąść, nalała mu filiżankę kawy. Po wyposażeniu gabinetu - nowego, bo w starym urzędował 

teraz Nate - trudno było poznać, że stojąca przy ekspresie kobieta jest twórcą i właścicielką 

wielkiego imperium kosmetycznego. Gabinet urządzony był w sposób wygodny i praktyczny. 

Wprawdzie ściany obito drewnem tekowym, a na podłodze leżał orientalny dywan, ale biurko 

i reszta mebli mogłyby służyć za wzór prostoty i funkcjonalności.

Kate miała na sobie biały fartuch.

- Od ilu godzin jesteś na nogach? - spytał. - O której zaczynasz pracę?

Wybuchnęła śmiechem.

- To nie praca, Gabe. To przyjemność. A jestem tu od piątej rano. Uwielbiam tę porę. 

Nikt nie dzwoni, nikt nie przeszkadza. W ciągu dnia niczego sensownego nie można zrobić. - 

Wsunęła na nos okulary w cienkich złotych oprawkach. Jak zwykle, nie traciła czasu. - No 

dobrze. Zamieniam się w słuch.

Opowiedział jej wszystko po kolei, zarówno o ślepych zaułkach, po których błądził 

nadaremnie, jak i o sukcesach, które udało mu się odnieść. Zmarszczyła z namysłem czoło, 

kiedy podał jej kopię listu Moniki do Tammy Diller. Przeczytanie go zajęło Kate najwyżej 

dziesięć sekund. Wykorzystał ten czas, by się jej dokładnie przyjrzeć.

Uderzyło   go   niesamowite   podobieństwo   między   matką   a   córką.   Kate   dość   późno 

urodziła swe najmłodsze dziecko. Teraz pewnie zbliżała się już do siedemdziesiątki. I matka, 

i córka były szczupłe, drobnej budowy, o regularnych rysach twarzy i wydatnych kościach 

policzkowych. Obie miały duże piękne oczy i gęste kasztanoworude włosy, z tą różnicą, że 

włosy Kate były poprzetykane siwymi nitkami i, jak przystało na kobietę interesów, starannie 

upięte w kok.

background image

Przypuszczalnie  Kate stosowała wytwarzane przez własną firmę kosmetyki,  ale na 

pewno ich nie nadużywała. Miała niewiele zmarszczek, co doskonale było widać w świetle 

poranka, lecz nigdy nie próbowała ich ukryć pod grubą warstwą pudru. Odznaczała się siłą, 

zdecydowaniem.   Nie   bawiła   się   w   sentymenty.   Była   inteligentna,   rzeczowa,   czasem 

apodyktyczna, ale właśnie to się Gabe'owi spodobało. Twardo broniła swoich zasad, nigdy 

nie spuszczała z tonu. I miała wspaniałe poczucie humoru.

Obserwując matkę, bez przerwy myślał o córce. Były podobne, a jednak tak różne. Z 

Kate   dawało   się   normalnie   porozmawiać.   W   przeciwieństwie   do   Rebeki   nie   bujała   w 

obłokach. Była realistką. Rebeka pewnie nawet nie wiedziała, co to słowo oznacza.

Przeczytawszy list, Kate oddała go Gabe'owi.

- Prawdę mówiąc, liczyłam na coś więcej - rzekła.

- Obawiam się, że zawarte w liście pogróżki Moniki pod adresem Tammy to za mało, 

żeby przekonać sąd o niewinności Jake'a.

- Wiem. Ale trudno znaleźć coś, co być może nie istnieje.

Kate   westchnęła   głośno,   po   czym,   oparłszy   łokcie   o   biurko,   popatrzyła   swemu 

rozmówcy prosto w oczy.

-   Słuchaj,   nie   mogę   przysiąc,   że   mój   syn   nie   zabił   Moniki.   Od   początku   ci   to 

mówiłam. Ale chcę znać prawdę, całą prawdę, bez względu na to, jaka by ona była. Lada 

moment rozpocznie się proces. Czas nagli, Gabe. Jeżeli Jake jest niewinny, nie chcę, żeby 

trafił do więzienia. A na to się zanosi. - Zamilkła. Przez dłuższą chwilę siedziała z wzrokiem 

utkwionym w okno. Wreszcie ponownie przeniosła spojrzenie na Gabe'a. - Tammy Diller... 

To nazwisko nie daje mi spokoju.

- Zauważyłem to po twojej minie, kiedy czytałaś list - powiedział. - Miałem nadzieję, 

że je rozpoznasz.

- Nie. Nigdy nie spotkałam żadnej Tammy Diller. Uderzyło mnie jednak, że ma takie 

same inicjały jak Tracey Ducet. - Wzruszyła ramionami. - Pewnie to przypadkowa zbieżność. 

Zwykły zbieg okoliczności. A ja, przejęta losem Jake'a, jestem jak tonący, który chwyta się 

brzytwy. Chociaż trudno się dziwić, że pomyślałam sobie o Tracey. Pojawiła się ni stąd, ni 

zowąd, namieszała, narobiła pełno kłopotów, a potem zniknęła, zanim ktokolwiek zdążył jej 

udowodnić kłamstwo. Słyszałeś o tej sprawie?

-   Tak.   Nawet   próbowałem   dowiedzieć   się   czegoś   o   przeszłości   panny   Ducet. 

Twierdziła, że należy się jej część spadku po tobie. Ale ponieważ nie potrafiła przedstawić 

żadnych dowodów świadczących o pokrewieństwie z Fortune'ami i dość szybko zniknęła z 

pola widzenia, przestałem się nią interesować. Może byś mi zdradziła, o co w tym wszystkim 

background image

chodziło?

Kate wstała i zaczęła przemierzać gabinet. Podobnie jak Rebekę, roznosiła ją energia.

- Jak wiesz, zbudowałam potężne imperium kosmetyczne. Niestety, zawsze znajdą się 

pijawki i pasożyty podszywające się pod członków rodziny w nadziei na to, że kapnie im 

trochę forsy. Każdy, kto posiada choć trochę większy majątek, musi się z tym liczyć. Tracey 

Ducet   była   właśnie   taką   pijawką.   Oszustką   wykorzystującą   ludzką   naiwność...   -   Kate 

zawahała się. - Nie wiem, czy jest sens, żebym ci o niej opowiadała. Nie sądzę, aby istniał 

jakikolwiek związek pomiędzy Tammy Diller a Tracey Ducet.

- Może nie istnieje. Ale najpierw opowiedz mi o Tracey - zaproponował Gabe - a 

potem wspólnie zastanowimy się, czy coś z tego wynika, czy nie.

Kate skinęła głową.

-   No   dobrze.   Jak   wiesz,   dawno   temu   urodziłam   bliźnięta.   Jedno   dziecko   zostało 

porwane. Prasa tak szeroko się o tym rozpisywała, że mimo upływu lat co jakiś czas ktoś się 

do nas zgłasza, twierdząc, że jest porwanym bliźniakiem. Tak też było z Tracey; uznała, że 

poda   się   za   siostrę   Lindsay.   Pewnie   wpadła   na   ten   pomysł,   kiedy   zobaczyła   jej   zdjęcie. 

Rzeczywiście podobieństwo między nią a Lindsay jest uderzające. Gdyby kazano jej wypluć 

gumę do żucia i porządnie ją ubrano, trudno byłoby je rozróżnić.

- Ale ty nie miałaś wątpliwości? - spytał Gabe.

-   Najmniejszych.   W   tamtym   czasie,   gdy   nastąpiło   porwanie,   FBI   starało   się   nie 

ujawniać szczegółów śledztwa. Liczyliśmy na to, że może uda się złapać kidnaperów. Prasy 

nigdy nie poinformowano, jakiej płci było porwane dziecko. A był to chłopiec, Brandon. 

Czyli Tracey chciała osiągnąć rzecz niemożliwą. Może innych zdołałaby przekonać, ale ze 

mną by nie wygrała. Reszta rodziny nie wiedziała o Brandonie. Kiedy wróciłam z Lindsay ze 

szpitala,   zamknęłam   się   w   sobie.   Nie   potrafiłam   mówić   o   tym   koszmarze,   który   mi   się 

przydarzył. A potem, zanim do czegokolwiek doszło, Tracey rozpłynęła się w powietrzu. Po 

prostu zniknęła. Nie było o co jej oskarżyć. W końcu nie popełniła żadnego przestępstwa. 

Naprawdę  mogła   działać   w   dobrej   wierze.   Mogła   zobaczyć   w   gazecie   zdjęcie   Lindsay  i 

uznać, że jeść jej zaginioną siostrą bliźniaczką.

- Z  twojego  opisu panna  Ducet  jakoś  nie  wydaje mi się słodkim niewiniątkiem  - 

oznajmił Gabe.

- To przebiegła cwaniara - skwitowała Kate.

- Poszukam czegoś o niej w komputerze, ale nie nastawiaj się na żadne rewelacje. Jest 

raczej mało prawdopodobne, aby obie te kobiety miały cokolwiek wspólnego z morderstwem 

Moniki Malone.

background image

- Też tak myślę.

Gabe podrapał się po brodzie.

- Tracey Ducet coś musiała wywęszyć. - Zamyślił się. - Jeżeli odkryła, że Monica stała 

za   porwaniem   twojego   dziecka,   mogła   dojść   do   wniosku,   że   zamiast   przekonywać 

wszystkich, że w jej żyłach płynie krew Fortune'ów, szybciej zdobędzie pieniądze szantażem.

W Kate wstąpiła nadzieja. Ale tylko na moment.

- Takie rozumowanie nazywa się pobożnym życzeniem, Gabe. Zresztą nawet gdyby ta 

cwaniara szantażowała Monicę, to nie znaczy, że ją zabiła. Musiałaby mieć sposobność i 

motyw, a my musielibyśmy przedstawić niezbite dowody, aby sąd nam uwierzył i uniewinnił 

Jake'a... Swoją drogą, to nagle zniknięcie Tracey wydało mi się dość podejrzane. Pamiętasz 

tamten seans spirytystyczny, na którym wystąpiłam w roli ducha? Zrobiłam to ze względu na 

nią. Któryś z sąsiadów Moniki opisał policji osobę, którą widział koło domu zamordowanej. 

Osoba ta była z wyglądu podobna do Lindsay. Chciałam zwrócić wam na to uwagę. Ale 

potem   w   całym   zamęcie,   jaki   towarzyszył   mojemu   „zmartwychwstaniu”,   Tracey   Ducet 

całkiem wyleciała mi z głowy.

Widział troskę malującą się na jej twarzy.

- Posłuchaj, Kate - rzekł. - Wcale nie musimy udowadniać w sądzie, kto zabił Monicę. 

Wystarczy,  jeżeli w umysłach ławników zasiejemy wątpliwości. Jeżeli pokażemy, że ktoś 

inny, poza Jakiem, mógł to zrobić. A na moje oko Tammy Diller można uznać za podejrzaną. 

Niewiele o niej wiemy, umiejętnie zaciera ślady, ale mamy kopię listu, jaki Monica do niej 

wysłała, i wiemy, gdzie obecnie przebywa. Zaraz po wyjściu stąd lecę do Las Vegas. Jeżeli 

Tammy ma cokolwiek na sumieniu, na pewno to odkryję. - Zawahał się. - Jest jeszcze jedna 

sprawa, którą chciałbym z tobą omówić.

Pokiwała głową, jakby domyślała się, o co zamierza ją poprosić.

-   Chodzi   ci   o  transport,   tak?   Firmowym   samolotem   szybciej   dolecisz   na   miejsce. 

Powinnam była sama ci to zaproponować...

- Nie, mylisz się. Z transportem sobie poradzę. Zresztą już kupiłem bilety. Sprawa, 

którą chcę poruszyć, dotyczy Rebeki.

- Rebeki? - Przyjrzała mu się znad złotych oprawek. - Na miłość boską, co ma piernik 

do wiatraka?

Podobała mu się bezpośredniość Kate. Sam nigdy nie grzeszył nadmiernym taktem i 

przy Kate mógł być sobą; nie musiał niczego owijać w bawełnę, udawać lepszego niż jest ani 

bić pokłonów.

- Ano ma. Twoja najmłodsza córka włamuje się do cudzych domów i w dzielnicach 

background image

zamieszkanych przez bandziorów prowadzi pogaduszki z członkami młodzieżowych gangów. 

Gotowa jest na wszystko, żeby zdobyć dowody niewinności Jake'a.

Kate, która ponownie zaczęła wydeptywać ścieżkę w dywanie, stanęła w pół kroku. 

Obróciwszy się, przez moment uważnie wpatrywała się w Gabe'a. Coś w jego podkrążonych 

oczach i zachmurzonej twarzy wzbudziło jej czujność. Jake, jej pierworodny syn, znajdował 

się w strasznych tarapatach i głównie o nim myślała, ale to nie znaczyło, że reszta dzieci się 

dla   niej   nie   liczyła.   Wszystkie   darzyła   miłością.   Jednak   szczególne   miejsce   w   jej   sercu 

zajmowała Rebeka; chociaż nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, właśnie najmłodsza córka 

najbardziej się w nią wdała.

- Lojalność to jedna z naszych gorszych cech - oświadczyła. - I obawiam się, że u 

Rebeki jest ona silniej rozwinięta niż u pozostałych.

-   Silniej?   To   mało   powiedziane.   Rebece   się   wydaje,   że   potrafi   na   własną   rękę 

prowadzić śledztwo. W dodatku uważa, że powinna czynnie uczestniczyć w szukaniu do-

wodów wskazujących na winę osób trzecich. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale twoja córka nie 

ma   za   grosz   instynktu   samozachowawczego.   Łatwiej   powstrzymać   erupcję   wulkanu   niż 

Rebekę, kiedy uprze się, żeby coś zrobić.  - Poderwał się na równe nogi, zupełnie jakby 

użądliła go osa. - Pomyślałem sobie, że jeśli ktokolwiek ma nad nią władzę, to tylko ty. 

Przywołaj ją do porządku, Kate.

- Ojej - szepnęła starsza pani, nie odrywając oczu od twarzy Gabe'a. - Ona nigdy mnie 

nie słuchała. Ani mnie, ani nikogo.

- Najwyższy czas, żeby ktoś przemówił jej do rozsądku. - Gabe wydobył z kieszeni 

klucze i zacisnął wokół nich palce. - Nie zdradziłem jej, w którym hotelu Tammy zatrzymała 

się w Las Vegas, ale podejrzewam, że poleci tam i zacznie szukać. Nie gniewaj się, Kate, ale 

moim zdaniem zwykła mysz polna ma więcej rozumu niż twoja córka.

- No tak, widzę, że przysparza ci problemów.

Kate przybrała współczującą minę, bądź co bądź nie wypadało się jej roześmiać. Od 

kilku lat obserwowała z ukrycia poczynania Gabe'a. Widziała go w różnych kryzysowych 

sytuacjach,  patrzyła,  jak reaguje  na stres, napięcie,  niebezpieczeństwo. Za każdym  razem 

przyjmował   wszystko   ze   stoickim   spokojem,   nad   wszystkim   miał   kontrolę.   A   tu   nagle 

okazuje się, że z równowagi wyprowadza go Rebeka, najmłodsza z jej córek, o najsłodszym 

usposobieniu i największym sercu.

Ciekawe...

- Nie spotyka się przypadkiem z jakimś miłym, kulturalnym młodzieńcem? - drążył 

Gabe. - Z kimś, kto by na nią wpłynął? Kogo by posłuchała?

background image

- Zna wielu, jak to mówisz, miłych, kulturalnych  młodzieńców, ale trzyma  ich na 

dystans. Nie pozwala im się do siebie zbliżyć. Obawiam się, że ci mili i kulturalni po prostu ją 

nudzą. Wszystkie moje dzieci dawno pożeniły się, powychodziły za mąż, tylko ona wiedzie 

samotny żywot. Marzę o tym, żeby wreszcie się ustatkowała, ale niestety, Rebeka jest...

Kiedy   zamilkła,   szukając   odpowiednich   słów,   Gabe   ochoczo   podrzucił   jej   kilka 

propozycji.

- Wybredna? Humorzastą? Przekorna? Uparta jak osioł?

- Hm, widzę, że dość dobrze ją poznałeś. Gabe...? Ściskając klucze, powoli kierował 

się ku drzwiom.

- Słucham?

Na twarzy Kate malowała się powaga.

- Nie obchodzi mnie, jakich będziesz musiał użyć metod. Ale proszę cię, pilnuj jej. 

Nie pozwól, żeby spotkało ją cokolwiek złego. Liczę na ciebie.

Świetnie, pomyślał. Jazda w dół szybkobieżną windą sprawiła, że żołądek podszedł 

mu do gardła. Oczywiście istnieje szansa, że Rebeka zachowa się jak mądra, rozsądna osoba i 

nie pojedzie do Las Vegas. Idąc do Kate, miał nadzieję, że znajdzie w niej sprzymierzeńca; 

skończyło się na tym, że przybył mu kolejny obowiązek.

Dotychczas   śledztwo   w   sprawie   morderstwa   Moniki   Malone   przypominało   wielką 

łamigłówkę,   której   nie   dawało   się   ułożyć   w   całość.   Opowieść   Kate   o   Tracey   Ducet 

uzmysłowiła   mu,   że   kobieta   podająca   się   za   porwaną   przed   laty   bliźniaczkę   może   być 

kolejnym wrogiem Fortune'ów, z drugiej jednak strony wszyscy bogacze mają wrogów, ludzi, 

którzy im zazdroszczą pozycji, władzy i pieniędzy. Na razie chciał odkryć, co łączyło Tammy 

Diller z Monicą i przekonać się, czy maczała palce w jej zabójstwie. Z listu wynikało, że 

Tammy   szantażowała   Monicę,   natomiast   informacje,   jakie   zdobył   przez   komputer, 

świadczyły o tym, że zawsze starannie zaciera za sobą ślady. To zaś oznaczało jedno: że ma 

coś do ukrycia. Pachniało to kłopotami, a tam, gdzie pojawiały się kłopoty, często pojawiało 

się niebezpieczeństwo.

Wiedział, że pilnowanie Rebeki dodatkowo skomplikuje mu pracę, która i bez tego 

była wystarczająco skomplikowana. Ale nawet gdyby Kate nie poprosiła go o ochronę córki, i 

tak strzegłby jej jak oka w głowie.

Strzec przed bandziorami to jedno, strzec przed nim, Gabrielem Devereax, to całkiem 

co   innego.   Czy   podoła?   Kiedy   obejmowała   go   za   szyję,   najzwyczajniej   w   świecie   tracił 

rozum. Hormony w nim buzowały, przestawał logicznie myśleć...

Z drugiej strony, nie należał do ludzi, którzy lubią gdybać lub wyobrażać sobie nie 

background image

istniejące problemy.  Może Rebeka jest żarliwą idealistką, ale chyba ma odrobinę oleju w 

głowie. A jeśli tak, to jest teraz w drodze do domu, a nie w drodze do jaskini hazardu.

Ledwo zeszła po schodkach z samolotu w Las Vegas, a już doleciał ją szczęk i brzęk 

automatów do gry. Zmęczeni podróżą pasażerowie żwawym krokiem skierowali się w ich 

stronę; na widok maszyn do hazardu wstąpiła w nich energia.

Rebekę   korciło,   aby   wydobyć   bilon   z   portmonetki   i   spróbować   szczęścia.   Hazard 

miała we krwi. Fortune'owie zawsze w interesach grali o wysokie stawki. Jej matka uważała, 

że tylko ryzykując, można coś osiągnąć. Tchórzom sukces nie sprzyja.

Ale po chwili namysłu uznała, że prawdziwym wyzwaniem są nie automaty do gry, 

ruletka   i   hazard,   lecz   Gabriel   Devereax.   Tajemnicza,   mroczna   postać.   Ogromne   ryzyko, 

wysoka stawka, niepewna nagroda.

Przestań! - zganiła się w myślach. W brzuchu jej burczało, głowa pękała z bólu. Była 

rozczochrana, ubrana w pomiętą flanelową bluzę. Wyglądała jak straszydło.

Powtarzała sobie, że musi się skupić na Jake'u, a nie na Gabrielu czy kimkolwiek 

innym. Tak czy owak, zamierza odszukać Tammy Diller. Najpierw jednak musi coś zjeść, 

najlepiej wielkiego hamburgera z frytkami, i porządnie się wyspać. Była na nogach, odkąd 

Gabe wsunął jej pod drzwiami kartkę. Tak ją zezłościł, że nie zdołała później już zmrużyć 

oka.

Napisał, że wyjeżdża. Akurat ta wiadomość jej nie zaskoczyła; poza tym mógł zniknąć 

bez   słowa,   a   więc   to,   że   poinformował   ją   o   swoim   zamiarze,   całkiem   dobrze   o   nim 

świadczyło. Zirytowało ją co innego. Jakim prawem cokolwiek ten człowiek jej rozkazuje? 

Pisał,   by   wróciła   do   Minneapolis.   I   jeszcze   coś   -   pismo   miał   dość   nieczytelne   -   o 

niebezpieczeństwie,   które   może   jej   grozić.   Wcale   by  się   nie   zdziwiła,   gdyby   ten   uparty, 

nadopiekuńczy   neandertalczyk,   ten   twardogłową   zagorzały   jaskiniowiec,   napuścił   na   nią 

Kate.

O Boże! Jeżeli śmiał niepokoić Kate, ona, Rebeka, chyba go zabije! Myśl o okrutnej 

zemście, jaką mu zgotuje, ogromnie ją ożywiła. Podobnie jak jazda przez miasto taksówką.

Znała Paryż,  Szwajcarię, prawie całe Stany zwiedziła z rodziną podczas wakacji i 

podróży służbowych, ale po raz pierwszy była  w Las Vegas. Miasto miało swój własny, 

niepowtarzalny   klimat   -   ulice  rozjarzone   barwnymi   neonami,   migoczące   reklamy,   zgiełk, 

wszędzie pełno barw, ludzie w różnych strojach, jedni ubrani wieczorowo, inni w podarte 

dżinsy. Plakaty na latarniach zachęcały do odwiedzania burdeli, które w Newadzie działały 

legalnie.

Patrzyła   przez   okno   szeroko   otwartymi   oczami,   zachwycona   i   oszołomiona   jak 

background image

wszyscy przyjeżdżający do Las Vegas turyści.

- W którym hotelu ma pani rezerwację? - spytał taksówkarz.

- W żadnym. - Psiakość! Powinna myśleć o takich rzeczach. - Sądzi pan, że może być 

z tym problem?

- Wątpię. To miasto żyje z turystów i hazardu. - Chwilę wcześniej zatrzymał się przed 

McDonaldem. Wychodził z założenia, że jeśli pasażer ma ochotę siedzieć w taksówce, jedząc 

hamburgera,   wolno   mu.   Licznik   i   tak   tyka.   -   Ale   dobrze   by   było,   gdybym   znał   pani 

preferencje - dodał. - Woli być pani w centrum wydarzeń, przy głównej ulicy, czy w miejscu 

trochę bardziej cichym i ustronnym?

Zanim   wysadził   ją   przed   „Circus   Circus”,   znała   już   całą   historię   jego   życia.   Był 

rozwiedziony,   miał   dwójkę   dzieci.   Starszy   syn   wpakował   się   w   nie   lada   tarapaty   - 

romansował z dziewczyną, która nie dość, że okazała się niepełnoletnia, to jeszcze zaszła z 

nim w ciążę. Rozmawiali na różne tematy. Najlepsze centrum handlowe? Niedaleko. Można 

przejść na piechotę. Tammy Diller? Nie, nigdy nie obiło mu się o uszy to nazwisko. Jedzenie? 

Lokali jest od groma. Swoją drogą powinna koniecznie zajrzeć do restauracji jego kuzyna; 

jeśli powie, z kim jechała z lotniska, Harry na pewno da jej zniżkę.

Na pożegnanie serdecznie uścisnęła swego nowego przyjaciela, po czym wręczyła mu 

banknot dwudziestodolarowy.

Na szczęście w „Circus Circus” mieli wolne pokoje. Był to też chyba jedyny hotel w 

mieście, do którego wpuszczano gości z małymi dziećmi. Właśnie dlatego go wybrała. Hotel, 

w którym nie krzywiono się na dzieci, wydał się jej najbardziej... ludzki. Oczywiście nie 

łudziła się, że znajdzie tu Tammy Diller. Zresztą na razie wcale nie zamierzała jej szukać. 

Chciała wyspać się, wykąpać, przebrać w czyste ubranie. Według tego, co mówił taksówkarz, 

miasto zaczynało żyć dopiero po zachodzie słońca. Poważni gracze rzadko pojawiali się przy 

stołach przed zapadnięciem zmroku.

Przekręciwszy klucz w zamku, weszła do różowo - białego pokoju. Rzuciła torbę na 

podłogę, następnie położyła się na łóżku, żeby sprawdzić miękkość materaca. Obudziła się po 

czterech godzinach. Sen dobrze jej zrobił; czuła się świeża, wypoczęta. Zamówiła do pokoju 

mleko oraz kanapkę z masłem orzechowym, po czym otworzyła walizkę.

Dobrze. Czas na kąpiel i decyzję. W drodze z lotniska do hotelu przekonała się, że w 

Las Vegas nie obowiązują żadne reguły dotyczące stroju; równie dobrze mogła wyjść na 

miasto w spodniach i flanelowej koszuli. Ale chciała odszukać Tammy Diller, oszustkę i 

dziwkę, czyli powinna się ubrać podobnie do niej, też jak dziwka i oszustka.

Nie  wzięła  z sobą żadnej sukni przetykanej  złotem.  Nawet takiej  nie miała.  Lecz 

background image

ponieważ należała do bogatej rodziny,  zawsze mogła  błysnąć  jakąś biżuterią. Umyła  się, 

wytarła   do   sucha;   mokrym   grzebieniem   zwilżyła   włosy,   żeby   nadać   fryzurze   kształt. 

Używając  rodzinnych  kosmetyków,  wykonała staranny makijaż oczu, następnie wciągnęła 

czarne pończochy ze szwem i skropiła się perfumami. Nie odrywając wzroku od sukni ko-

ktajlowej, zasiadła do kolacji. Kanapka z masłem orzechowym popita mlekiem - pyszne.

Suknia była czarna jak noc i zdawała się zachęcać do grzechu. Obcisła, o długich 

rękawach, z przodu wyglądała skromnie, za to z tyłu... właściwie w ogóle nie miała żadnego 

tyłu. Rebeka ubrała się, włożyła szpilki, wszędzie, gdzie można było, obwiesiła się biżuterią.

Przed   wyjściem   zerknęła   do   lustra.   Nie   całkiem   wygląda   jak   kobieta   lekkich 

obyczajów, ale niewiele brakuje.

W windzie dwóch facetów zaczęło składać jej niedwuznaczne propozycje. Ucieszyła 

się,   bo   to   znaczyło,   że   przebranie   dobrze   spełnia   swoją   funkcję.   Kiedy   tylko   drzwi   się 

rozsunęły i wysiadła na parterze, natychmiast zapomniała o zaczepkach.

Postanowiła,   że   zanim   wyruszy   na   poszukiwanie   Tammy,   powinna   lepiej   poznać 

klimat   miasta.   Przez   jakiś   czas   spacerowała   bez   celu.   Ulica   tętniła   życiem,   lokale   też. 

Wszędzie  panowała   atmosfera  podniecenia,   radości,   oczekiwania;   gdzie  się  nie  spojrzało, 

migotały kolorowe neony, gasnące i zapalające się światła układały się we wzory i napisy. 

Kelnerki krążyły między graczami, oferując darmowe drinki. Co chwila z automatów sypały 

się z głośnym  brzękiem monety. Przy stołach  do ruletki i blackjacka było  nieco ciszej  i 

dostojniej, ale w powietrzu wyczuwało się głód zwycięstwa. Oczy graczy lśniły gorączkowo, 

jednym z przejęcia, innym z rozpaczy.

Rozglądała   się   wokół   z   zafascynowaniem.   Jako   pisarka   lubiła   obserwować   ludzi, 

badać ich reakcje; wiedziała, że nieprędko nadarzy się jej okazja, aby z tak bliska patrzeć na 

euforię zwycięzców, smutek przegranych, nerwowe podniecenie gapiów.

W   którymś   momencie   zawędrowała   na   pierwsze   piętro.   Słyszała   dobiegający   zza 

drzwi   głośny   śmiech   dzieci   i   postanowiła   sprawdzić,   co   się   tam   dzieje   -   uchylić   drzwi, 

wsunąć głowę do środka, a zaraz potem zejść z powrotem na dół. Atmosfera na piętrze była 

całkiem inna niż na dole. Dzieciaki skakały, chichotały, ganiały się, niektóre oglądały popisy 

klownów i akrobatów, inne bawiły się w przygotowane dla nich gry.

Dziesięć   minut   po   przyjściu   na   górę   Rebeka   wygrała   pluszowego   zwierzaka; 

podarowała go małemu blondasowi, który płakał z powodu stłuczonego kolana. Wieść, że 

Rebeka celnie rzuca piłką  w przesuwającą się kaczkę  i rozdaje  swe nagrody, szybko  się 

rozniosła; po chwili zebrał się wokół niej tłum małych widzów. Pracownik przy stanowisku z 

kaczką zdawał sobie sprawę, że nie powinien pozwolić jej grać, bądź co bądź już dawno 

background image

skończyła   osiemnaście   lat,   ale   ponieważ   jego   praca   polegała   na   tym,   by   dzieci   były 

zadowolone, postanowił przymknąć oko na reguły.

Odwróciła się, żeby jakiemuś małemu urwisowi wręczyć białego jednorożca, kiedy 

nagłe spostrzegła skórzane buty. Męskie, nie dziecięce. Duże męskie buty. Na nich opierały 

się nogawki czarnych eleganckich spodni. Powoli przesuwała wzrok, coraz wyżej i wyżej, 

minęła zamek błyskawiczny, doszła do umięśnionego torsu okrytego białą koszulą, zauważyła 

ręce skrzyżowane na piersi...

Z   trudem   przełknęła  ślinę   i  zmusiła  się,   by  spojrzeć  wyżej,   na  twarz   mężczyzny. 

Psiakość. Gabe!

Serce waliło jej mocniej niż wtedy, gdy była małą dziewczynką i bała się, że pod 

łóżkiem czyha na nią groźny krokodyl. Gabe nie był krokodylem - w eleganckim czarnym 

garniturze uosabiał siłę, męskość, zmysłowość - ale patrzył groźnie, jakby miał ochotę ją 

rozszarpać.

Dzieciaki rozbiegły się. Gdyby była niższa, starałaby się wtopić w tłum i uciec razem 

z nimi.

Przez   dobrą   minutę   Gabe   nic   nie   mówił,   jedynie   mierzył   ją   wzrokiem:   ogarnął 

spojrzeniem rude loki, potem obcisłą czarną suknię, na końcu nogi w czarnych pończochach. 

Coś   błysnęło   w   jego   oczach.   Ogień.   Tak,   z   całą   pewnością   żar.   Ale   raczej   wywołany 

wściekłością niż pożądaniem.

- Cześć - powiedziała wesoło, choć wcale nie było jej do śmiechu. - Skąd się tu 

wziąłeś? Szukałeś mnie?

-   Ja?   Broń   Boże!   Wiedziałem,   że   jako   mądra,   inteligentna   osoba   wrócisz   do 

Minneapolis. Wiedziałem, że posłuchasz głosu rozsądku i zrozumiesz, że dalsza zabawa w 

Sherlocka Holmesa może się źle skończyć. Tłumaczyłem sobie, że nie muszę się o ciebie bać. 

Mówiłem: nie martw się, Gabe; ta kobieta ma więcej rozumu, niż sądzisz; na pewno zrobi z 

niego użytek i...

- Proszę, kotku, uspokój się - przerwała mu. - Bo jeżeli zaczniesz na mnie krzyczeć w 

miejscu   publicznym,   huknę   cię   w   nos,   a   to   zdenerwuje   wszystkie   dzieci.   Jeśli   chcesz 

wiedzieć, posłuchałam głosu rozsądku. Tyle że ty i ja co innego uważamy za rozsądne. Poza 

tym dobrze wiesz, że to ja znalazłam list Moniki i ja odkryłam, dokąd Tammy wyjechała. 

Chyba udowodniłam, że potrafię się na coś przydać...

Nie,   nie   tędy   droga,   uznała.   Grymas   na   twarzy   Gabe'a   pogłębił   się,   przybierając 

gigantyczne rozmiary. Oczy ziały furią. Może lepiej zmienić temat? Sprowadzić rozmowę na 

inne tory?

background image

- Jakim cudem mnie znalazłeś? - spytała.

-   To   akurat   nie   było   trudne.   Większość   hoteli,   restauracji   i   kasyn   w   Las   Vegas 

nastawiona jest na dorosłych turystów. Na palcach jednej ręki można policzyć miejsca, gdzie 

wolno przebywać z dziećmi. Wiedziałem, że właśnie tam należy cię szukać. A teraz wyjaśnij 

mi, mała, gdzie podziałaś buty?

- Buty?

Spojrzała   na   nogi.   Faktycznie,   była   boso.   Nie   pamiętała,   kiedy   zdjęła   szpilki,   ale 

pamiętała, jak strasznie bolał ją kręgosłup.

- Buty? - powtórzyła. - Nie wiem. Gdzieś tu muszą być.

- No dobrze, Ruda. Poszukamy ich, a potem odbędziemy poważną rozmowę.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Chciał rozmawiać, ale nie zaproponował, żeby poszli do niego lub do niej, gdzie nikt 

by im nie przeszkadzał. No tak, pomyślała, woli nie ryzykować, że znów mu się rzucę na 

szyję.   Tchórz.   Z   rozbawieniem   zauważyła,   że   trzyma   się  od   niej   na   dystans,   jakby   była 

groźnym drapieżnikiem, po którym nie wiadomo czego się spodziewać.

Ponownie zsunęła  buty z nóg. Po co ma się męczyć?  Zresztą  nikomu to nie robi 

różnicy. Każdy tu nosi, co chce, i pewnie gdyby wyszła z hotelu nago, nikt poza Gabe'em nie 

wyciągnąłby z tego żadnych radykalnych wniosków.

Wokół   kasyn   było   zatrzęsienie   najróżniejszych   barów,   ale   Gabe   wybrał   lokal   na 

uboczu, stosunkowo pusty i cichy, po czym zaprowadził ją do stolika w najdalszym kącie sali. 

Nad barem zapalały się kolejne numery losowane w jakiejś loterii, ale poza tym  nic nie 

wskazywało na to, że znajdują się w stolicy hazardu. Błysk świateł, zgiełk i wrzawę zostawili 

daleko za sobą. Rebeka rozejrzała się z zaciekawieniem: ciemna boazeria na ścianach, fotele 

obite czerwonym atłasem, miękkie dywany. Długi granatowy obrus zakrywał jej gołe stopy. 

Na każdym stole paliła się świeczka.

Gabe zamówił dla siebie kufel piwa i z westchnieniem spojrzał w sufit, kiedy ona 

poprosiła   o   szklankę   mleka.   Rebeka   odetchnęła   z   ulgą.   Przynajmniej   złość   mu   minęła. 

Szczerze mówiąc, wolałaby kieliszek brandy, lepiej by się jej spało, ale trudno. Na twarzy 

Gabe'a, odkąd tylko pojawił się w sali zabaw, malowało się niezadowolenie. Dopiero kiedy 

kelnerka postawiła na stoliku zamówione napoje i gdy wypił parę łyków, trochę się odprężył.

Przedstawił jej wszystkie informacje, jakie zdołał zebrać na temat Tammy. Nawet się 

zdziwiła, że jest taki szczery i niczego nie próbuje zataić. Później jednak zrozumiała, o co mu 

chodzi. Ten spryciarz wcale nie chce dzielić się informacjami. Chce ją nastraszyć, pokazać, że 

Tammy   jest   niebezpieczna   i   zwłaszcza   ktoś,   kto   pija   w   barze   mleko,   powinien   się   jej 

wystrzegać jak ognia.

Rebeka   słuchała   uważnie,   majtając   pod   stołem   nogą,   bardziej   zainteresowana 

wiadomościami, jakie jej przekazywał, niż jego nieudolną próbą zasiania w niej strachu.

-   W   porządku   -   powiedziała,   kiedy   skończył.   -   Podsumujmy:   wiemy,   że   używa 

fałszywych dokumentów. Że wraz z narzeczonym przenosi się z miejsca na miejsce. Że ma 

około trzydziestu pięciu lat i jest w miarę atrakcyjna. Lubi obracać się wśród ludzi z gotówką, 

lubi   robić   zakupy   w   najdroższych   sklepach,   a   także   nocować   w   najlepszych   hotelach. 

Rachunek na ogół reguluje kartą; zaciąga kredyt, którego nie spłaca. Z rachunku hotelowego 

wiemy, że była w Minneapolis w tym czasie, kiedy zamordowano Monicę. Nie znaczy to, że 

background image

sama ją zadźgała. Ale przynajmniej miała sposobność. Musimy tylko znaleźć dowody jej 

winy.  Wiemy też, że nigdy nie pracowała  i nie ma stałego źródła utrzymania,  które po-

zwalałoby jej żyć na poziomie, do jakiego przywykła. Niczego nie pominęłam?

- Nie. To wszystko.

- Do jasnej cholery, Gabe! Jesteśmy tak blisko! Nie mam żadnych wątpliwości, że to 

ona zabiła Monicę. Po prostu czuję to. Gdybyśmy tylko mogli się jej przyjrzeć, zamienić z nią 

parę słów, na pewno odkrylibyśmy,  co ją łączyło  z Monicą... Powiedziałeś, że w którym 

hotelu się zatrzymała?

- Tracisz czas, mała. Nie podałem ci nazwy hotelu i nie mam zamiaru tego robić. A 

informacjami podzieliłem się z tobą wyłącznie z jednego powodu...

- Wiem. Nie jestem głupia. Chciałeś mnie przekonać, po raz nie wiadomo który, abym 

nie mieszała się do śledztwa. - Zniżyła głos o trzy oktawy i naśladując chropawy baryton 

Gabriela, kontynuowała: - Jeszcze nie wszystko wiem o pannie Diller, ale wydaje mi się, że to 

osoba, która nie przebiera w środkach i po trupach dochodzi do celu. Jeżeli istnieje choć cień 

szansy, że maczała palce w zabójstwie Moniki, wpadnie w złość, kiedy usłyszy, że dwoje 

ludzi zbiera o niej informacje. To ją może sprowokować do działania. A wierz mi, Ruda, le-

piej nie prowokować osoby, która nie cofa się przed morderstwem. Będzie bezpieczniej, jak 

wrócisz   do   domu   i   zaczniesz   piec   ciasteczka.   Czekoladowe,   z   rodzynkami,   z   makiem,   z 

siakiem...

- Widzę, że nie muszę już nic mówić - stwierdził Gabe. - Wyjęłaś mi te słowa z ust. 

Chociaż ja bym nie wspomniał o ciasteczkach. Aż tak bym się nie narażał!

- Wcale nie - zaprotestowała. - Uwielbiam piec ciastka. Mogę ci obiecać, że kiedy sąd 

uniewinni mojego brata, natychmiast wrócę do domu i zajmę się wypiekami...

Właściwie   straciła  już   wiarę,  że   Gabe  kiedykolwiek   zrozumie  jej  punkt   widzenia. 

Miała jednak nadzieję przekonać go, że w kwestii pomocy Jake'owi na pewno nie zmieni 

zdania; nie będzie siedziała grzecznie w domu, podczas gdy jej brat gnije za kratkami.

Gabe odchrząknął.

- Jak się będziesz rozbierać w miejscach publicznych, sama wylądujesz w ciupie.

Na moment zamilkła stropiona, po czym wybuchnęła śmiechem.

- Na razie niczego poza butami nie zdjęłam. Ale ta biżuteria doprowadza mnie do 

szału. Ciężkie toto. I potwornie uwiera.

Odpięła   naszyjnik   i   rzuciła   na   stos   błyskotek   na   stole,   wśród   których   leżała   już 

broszka, pierścionek i para długich klipsów. Jedyną rzeczą z biżuterii, jaką lubiła nosić, była 

pamiątkowa bransoleta z ozdóbkami.

background image

Klejnoty   lśniły   w   blasku   świecy.   Podobnie   jak   oczy   Gabe'a.   Nagle   Rebeka 

uświadomiła  sobie,  że   w  niczyim   innym   towarzystwie  nie   siedziałaby   boso,  nie   zdejmo-

wałaby swoich cennych świecidełek, nie czułaby się tak dobrze i swobodnie. Od samego 

początku ufała mu; ani razu nie wkładała przy nim żadnych masek, po prostu była sobą. On 

przeciwnie - ciągle zdawał się spięty, zdenerwowany. Biedaczek! Teraz znów potarł ręką 

czoło.

- Mogłabyś to schować do torebki? - poprosił, wskazując na powiększający się stosik. 

- Zanim zlecą się wszyscy złodzieje i oszuści w mieście?

- Nie wzięłam torebki. Zresztą to sztuczna biżuteria, tyle że dobrej jakości. Jak chcesz, 

sam ją schowaj.

Czym prędzej zgarnął precjoza ze stołu, żeby nikogo nie kłuły w oczy.

- Skoro nie wzięłaś torebki, gdzie wsadziłaś klucz do pokoju? - spytał.

- Do buta. - Sięgnęła po szklankę mleka. - Razem z monetą ćwierćdolarową. Kiedy 

skończyłam   cztery   latka,   wytłumaczono   mi,   że   zawsze   powinnam   mieć   przy   sobie   kilka 

centów na telefon do domu. To mi już zostało. Pewnie jako dziewięćdziesięcioletnia staruszka 

wciąż będę nosić w kieszeni drobniaki... - Zamyśliła się. - Wiesz co? Jutro wybiorę się do 

jednego z tutejszych burdeli.

Z wrażenia aż się zachłysnął.

- Słucham?

- Nie widziałeś ogłoszeń? W Newadzie prostytucja jest legalna.

- Wiem, że jest legalna. Ale... Pewnie od brzęku tych wszystkich automatów do gry 

trochę ogłuchłem, bo usłyszałem coś dziwnego. Że chcesz się wybrać do burdelu. Ale to 

niemożliwe. Nie powiedziałabyś czegoś tak głupiego, prawda?

- Czyste masz uszka, czyste. Boże, Gabe, to miasto jest istną kopalnią wiedzy dla 

autorki   powieści  kryminalnych.   Mogę   tu  zebrać   informacje   do  kilku  następnych  książek. 

Nigdy na własne oczy nie widziałam nałogowego hazardzisty. Ani prostytutki z prawdziwego 

zdarzenia. No i nigdy nie miałam okazji zwiedzić burdelu...

- Jeszcze chwila, a dostanę przez ciebie zawału!

- A ty miałeś? Pytam z ciekawości.

- Czy co miałem? Zawał?

- Nie, głuptasie. Okazję wybrać się do burdelu. - Uniosła rękę, nie dopuszczając go do 

słowa. - Och, wiem, co mi powiesz. Że nie musisz płacić za seks. Słusznie. Jesteś przystojny, 

dobrze zbudowany, ale jesteś również facetem z krwi i kości. Nigdy nie pociągał cię seks dla 

seksu? Z doświadczoną, wyuzdaną... Co ci jest, kotku? Boli cię głowa?

background image

Natychmiast przestał pocierać czoło.

- Jeszcze nie, ale za chwilę rozboli. Ta rozmowa każdego może przyprawić o migrenę. 

Jakoś nie spodziewałem się tego rodzaju pytań od osoby, która pija mleko. Często wypytujesz 

facetów, których ledwo znasz, o ich życie erotyczne?

Bez   biżuterii,   w   czarnej   sukni   pod   szyję,   wyglądała   od   przodu   skromnie   jak 

zakonnica.

- Pewnie chodziłeś do tej samej szkoły co mój ojciec. Tata zawsze tłumaczył mi, że 

dama nigdy nie porusza w rozmowie trzech tematów: seksu, polityki i religii. Obawiam się, że 

jego nauki trafiły na niepodatny grunt. Akurat te trzy tematy ogromnie mnie fascynują. No i 

jestem pisarką. Nigdy niczego bym się nie dowiedziała, gdybym nie zadawała ludziom pytań. 

Na tym polega moja praca.

- Na wścibstwie? Uśmiechnęła się.

-   Między   innymi.   Ale   twoja   też,   więc   nie   udawaj   świętego.   Poza   tym   chciałam 

zauważyć, że bardzo sprytnie próbujesz wymigać się od odpowiedzi. A przecież często się 

zdarzaże ojciec prowadzi syna do panienki lekkich obyczajów, aby z nią stracił dziewictwo. 

Traktuje to jako pewnego rodzaju rytuał inicjacyjny...

- Rany boskie, pchła na psie nie jest tak namolna jak ty! Kiedy wreszcie zakończysz 

ten temat?

- Kiedy dasz mi odpowiedź.

- No dobrze. Brzmi: nie. Z żadną dziwką nie przechodziłem rytuału inicjacyjnego ani 

w ogóle nic.

- Więc z kim straciłeś dziewictwo?

- Z trzydziestotrzyletnią mężatką, która uwiodła mnie, kiedy miałem czternaście lat. I 

co? Jesteś zadowolona, że wyciągnęłaś to ze mnie?

-   Boże!   Zupełnie   jak   na   filmie   „Absolwent”.   Tyle   że   Dustin   Hoffman   był  trochę 

starszy. - Odstawiła na środek stołu szklankę z resztką niedopitego mleka. - To seksualne 

wykorzystywanie dzieci!

- To stara historia, która nie ma większego znaczenia.

- Mylisz się, Gabe. Nikt nie zapomina swego pierwszego razu. Od tego, jakie to było 

doświadczenie, miłe, przykre, bolesne czy nijakie, w dużym stopniu zależy nasz stosunek do 

płci przeciwnej, podejście do spraw miłości, seksu...

- Przystopuj, Ruda. Mój „pierwszy raz” nie zasługuje na żadną głębszą analizę. Babka 

miała ognisty temperament, a pojęcie moralności było jej obce. Uznała, że czternastoletni 

smarkacz będzie pełen chęci i wigoru. Nie pomyliła się. Kiedy dowiedziałem się, że ma męża, 

background image

przestałem ją odwiedzać. Koniec historii. Długo jeszcze będziesz siedzieć nad tą szklanką 

mleka? - W jego głosie pobrzmiewała lekka ironia.

- Jeszcze trochę.

Zauważyła,  że się rozluźnił. Wyciągnął  nogi, rozpiął pod szyją  koszulę. Wyglądał 

zupełnie inaczej niż pół godziny temu. Kiedy tu weszli, był spięty. Teraz, nawet jeśli gorszyła 

go rozmowa o seksie, siedział wyraźnie odprężony. Widać było, że jej towarzystwo sprawia 

mu przyjemność. Ciekawa była, czy zdaje sobie z tego sprawę.

- Wiesz, kotku, te pytania o prostytutki mają głębszy sens - dodała po chwili. - Cały 

czas myślę o tym, gdzie można odnaleźć Tammy Diller.

- Tak? - Uśmiechnął się od ucha do ucha. - I do jakich doszłaś wniosków? Zamieniam 

się w słuch.

Podparła brodę na dłoni i przyjrzała mu się z powagą.

-   Wiemy,   że   Tammy   jest   hochsztaplerką.   Kimś,   kto   zarabia   na   życie   oszustwem, 

naciąganiem,   szantażem.   Kimś,   kto   w   pogardzie   ma   zarówno   moralność,   jak   i   prawo. 

Podejrzewam, że ona kocha ryzyko i wyzwanie, że możliwość uczciwej pracy nigdy jej nie 

pociągała. Woli knuć, kraść, obmyślać intrygi; to znacznie bardziej podniecające. Cały czas 

oczy ma szeroko otwarte. Szuka frajera, bogatego frajera, którego mogłaby usidlić albo przy-

najmniej porządnie oskubać.

Gabe pokręcił z niedowierzaniem głową.

- Wymyśliłaś  to na podstawie tych  para informacji, których  ci udzieliłem? Muszę 

przyznać, że masz niezłą intuicję. Podobnie odbieram Tammy, ale nadał nie wiem, do czego 

zmierzasz.

- Usiłuję ją rozgryźć. Jeżeli jest w Vegas, jakimi drogami chadza? Z kim się zadaje? 

W jakim towarzystwie się obraca? Pewnie szuka bogatego starca... chociaż niekoniecznie 

starca,   po   prostu   bogacza,   którego   mogłaby   wycyckać.   Nie   żartowałam,   mówiąc   o   tym 

burdelu...

- Żartowałaś. Nie wybierzesz się i już.

- Niby nie mam powodu sądzić, że jest prostytutką - kontynuowała Rebeka jak gdyby 

nigdy nic - ale ma mentalność prostytutki. Prostytutka ciałem zarabia na życie, Tammy z 

kolei wykorzystuje swój wygląd, aby zwabić do siebie ofiarę. Cholera, mam wrażenie, że już 

kiedyś się z nią zetknęłam, ale nie mogę sobie przypomnieć kiedy ani gdzie...

- Pewnie stworzyłaś taką postać w którejś z książek. Bo jakoś nie wydaje mi się, żebyś 

obracała się wśród dziwek i oszustek.

Czasem   lubił   sobie   z   niej   pokpić,   z   jej   uprzywilejowanego   życia   i   nieznajomości 

background image

prawdziwego świata. Tym razem puściła to mimo uszu.

- Masz rację, nie obracam się. Stąd pomysł wizyty w burdelu. Bo znalezienie Tammy 

to pestka. Trudniej będzie znaleźć sposób na to, żeby ją przechytrzyć. Przecież sama niczego 

nam   nie   zdradzi.   Więc   pomyślałam   sobie,   że   gdybym   pogadała   z   panienkami   lekkich 

obyczajów, może potrafiłabym lepiej zrozumieć...

- Rebeko, posłuchaj. Po pierwsze, nikt cię nie wpuści do burdelu. Jesteś kobietą. Ich 

interesują mężczyźni. A po drugie, jeżeli chociaż zbliżysz się do któregoś z tych przybytków 

rozkoszy, uduszę cię własnymi rękami. Przysięgam.

- Gabe?

- Co?

- Wierzę, że masz porywczy charakter. Wierzę też, że poradziłbyś sobie w bójce na 

pięści, gdyby napadnięto cię w ciemnej alejce. Ale nie wierzę, abyś w największym nawet 

szale wyrządził mi jakąkolwiek krzywdę.

Siedział bez słowa, z grymasem niezadowolenia na twarzy, zły, że odgadła prawdę. 

Obdarzyła go promiennym uśmiechem, po czym schyliła się, znikając mu z pola widzenia. Po 

chwili wyłoniła się, trzymając w ręku szpilki.

- Wiesz, kotku, któregoś dnia muszę cię wziąć na spytki, dowiedzieć, skąd się wzięła 

ta twoja nadmierna opiekuńczość. Ale to już nie dziś. Oczy mam na zapałki. Pora uderzyć w 

kimono.

- Jeszcze nie skończyliśmy rozmowy.

- Wiem. Spotkajmy się jutro koło południa. Na dole przy recepcji.

- W porządku.

Wstała, nie mogąc powstrzymać ziewnięcia. Na twarzy Gabe'a malowały się różne 

emocje.  Frustracja  -  jakoś  zawsze   ją  w   nim   wywoływała.   Ulga  -  jakby   zmęczyło  go  jej 

towarzystwo i cieszył się, że wreszcie zostanie sam.

Ale widziała coś jeszcze, tylko nie była pewna co.

Prześliznął po niej wzrokiem - trwało to ułamek sekundy. Po jej skłębionych rudych 

włosach,   po   twarzy   lekko   opromienionej   złocistym   blaskiem   świecy,   po   figurze   opiętej 

lśniącym   czarnym   materiałem.   Wcześniej   nie   było   w   jego   spojrzeniu   cienia   pożądania. 

Przeciwnie, patrzył na nią z dystansem, jak na kogoś, kto trzyma w ręku dynamit. Ale teraz... 

tak, teraz wyraźnie dostrzegła żądzę, a po chwili - przerażenie.

Przerażenie pojawiło się, kiedy podeszła krok bliżej i pochyliła się.

- Dobranoc, pchły na noc.

Siedział sztywno, bez ruchu, jakby wykuty z kamienia, kiedy niewiele się namyślając, 

background image

cmoknęła  go w  czoło.  Pocałunek  był  lekki  jak muśnięcie  piórkiem,  krótki  jak mgnienie. 

Mimo to serce zaczęło jej walić. Bo ten kamień był gorący, jakby w jego głębi szalał ogień.

Wyprostowała się, unikając jego oczu i trzymając buty za paski, przewiesiła je przez 

ramię.

- Nie martw się, kotku. Wspólnymi siłami poradzimy sobie z Tammy - oznajmiła.

Skierowała się do wyjścia, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Pięć minut później 

wjechała windą na górę i ruszyła korytarzem do swego pokoju. Sześć minut później zamknęła 

za sobą drzwi. Uff, wreszcie jest sama i bezpieczna.

Rzuciwszy buty na podłogę, opadła na łóżko i przez chwilę wpatrywała się tępo w 

sufit. Nagle oczami wyobraźni ujrzała twarz Jake'a. Pięćdziesięcioczteroletni Jake był od niej 

starszy o dwadzieścia jeden lat. Ostatni raz spotkali się w pokoju widzeń pod okiem strażnika. 

Zawsze uważała brata za przystojnego, niezwykle dystyngowanego mężczyznę, w więzieniu 

jednak wydawał się jakiś wychudzony, wymizerowany. Kraty oraz ciążące na nim zarzuty 

zupełnie pozbawiły go energii i woli życia. Był cieniem dawnego siebie.

Kilka tygodni temu rozmawiała z Adamem, najstarszym synem Jake'a. Bał się, że jeśli 

ojciec zostanie skazany, nie przetrwa w więzieniu nawet roku.

Rebeka, choć się do tego nie przyznawała, żywiła te same obawy.

Wiedziała, co Gabe myśli: że urządziła sobie zabawę w detektywa. Ale to nieprawda. 

W nic się nie bawi. Podchodzi do śledztwa z najwyższą powagą. A że czasem zdarza jej się 

zażartować? Po prostu w ten sposób rozładowuje napięcie. Rodzina dawno temu nadała jej 

przydomek „Nieustraszona”, bo zawsze brała za rogi każdy problem i niczego się nie bała.

Teraz jednak bała się - tego, że może zawieść brata.

A   także   uczuć,   jakie   wzniecał   w   niej   Gabe.   Wystarczy   zwykły   pocałunek   - 

przyjacielski, w czoło! - by serce łomotało jej jak opętane. Zawsze ufała swojemu instyn-

ktowi. Zawsze też słuchała głosu serca, ale nawet taka niepoprawna optymistka i miłośniczka 

ryzyka jak ona zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa.

Pragnęła Gabe'a jak zbłąkany wędrowiec przemierzający pustynię pragnie deszczu. 

Kiedy jej dotykał, znikało poczucie osamotnienia. Wszystko stawało się inne, piękniejsze, 

bardziej wyostrzone, naładowane elektrycznością.

W pewnym sensie Gabe przypominał jej Jake'a. Nie dlatego, że darzyła go braterskim 

uczuciem. Co to, to nie! Ale dlatego, że - podobnie jak on - żył w izolacji, odcięty od świata. 

Różne bywają formy odosobnienia. Jake tkwi w małej, zamkniętej celi, z której nie ma wyj-

ścia, Gabe zaś za kratami, którymi odgradza się od miłości.

A ona, głupia i naiwna, myślała, że może je złamać albo się między nimi przecisnąć. 

background image

Gabe nie chce jej pocałunków. Ostatnim razem wyraźnie dał jej to do zrozumienia. Nie marzy 

o rodzinie, nie przepada za dziećmi. Podejrzewała, że nic tego nie zmieni.

Pragnęła pomóc im obu, i bratu, i Gabe'owi. Ulżyć ich niedoli. Bała się jednak, że jeśli 

popełni błąd, obaj jeszcze bardziej na tym ucierpią.

Nie stać jej było na pomyłki.

Jake   jest   jednak   najważniejszy.   Nie   może   sprawić   mu   zawodu.   Ale   Gabe...   Tak 

niewiele brakowało, by straciła dla niego głowę. Musi uważać, powściągnąć swe pragnienia, 

nim będzie za późno.

Nerwowo   podrzucając   w   kieszeni   drobne,   przemierzał   hol   tam   i   z   powrotem.   Po 

chwili wyciągnął rękę z kieszeni i znów spojrzał na zegarek. Trzecia. A dokładniej: druga 

pięćdziesiąt sześć. Właściwie na jedno wychodzi.

Gabe   nigdy   nie   wpadał   w   panikę.   Bez   względu   na   okoliczności,   zawsze   potrafił 

panować nad nerwami. Kiedy służył w Siłach Specjalnych, dwukrotnie został odznaczony - 

za to, że w krytycznej sytuacji nie stracił zimnej krwi.

Teraz jednak był bliski obłędu. Do jasnej cholery, gdzie się podziewa ten nieznośny, 

uparty rudzielec?

Nie wierzył jej, że zgodnie z obietnicą o dwunastej zjawi się na dole przy recepcji. 

Znając  ją,   wiedział,  że   pomiędzy   wstaniem   a  dwunastą  zdążyłaby  wywołać   kilka   wojen. 

Dlatego o dziewiątej zadzwonił do niej do pokoju. Nikt nie podniósł słuchawki. Godzinę 

później zadzwonił po raz drugi. Po raz trzeci wykręcił numer o jedenastej. O dwunastej zszedł 

na dół do holu i przez kilka minut krążył, czekając. O pierwszej zszedł ponownie. A potem 

znów o drugiej.

Coraz   bardziej   zniecierpliwiony   pchnął   oszklone   drzwi;   stojąc   przed   hotelem, 

rozglądał   się   w   prawo   i   w   lewo.   Jaskrawe   słońce   raziło   go   w   oczy.   Zmrużył   powieki. 

Taksówki trąbiły, dziesiątki turystów krążyły po ulicach i chodnikach, ale nigdzie nie było 

widać mierzącej metr sześćdziesiąt pięć rudowłosej piękności.

Wróciwszy do środka, przeczesał ręką czuprynę, po czym znów spojrzał na zegarek. 

Druga pięćdziesiąt dziewięć. Minęły zaledwie trzy minuty, odkąd poprzedni raz sprawdzał 

czas. Psiakrew! Zabije ją, kiedy wreszcie się pojawi. A jeśli jest ranna albo wpakowała się w 

kłopoty, zabije ją z tym większą furią.

Tylko   jedna   rzecz   pozwalała   mu   zachować   resztki   opanowania:   świadomość,   że 

Rebeka nie wpadła na trop Tammy Diller i jej narzeczonego. Wprawdzie obiecał Kate, że 

dopilnuje, aby jej córki nie spotkało żadne nieszczęście, ale - do licha! - nie jest niańką. Ma 

do wykonania poważne zadanie. I wykonał je: odkrył, gdzie panna Diller urzęduje.

background image

Okazało  się, że wynajęła  z narzeczonym  skromną chałupę poza granicami  miasta. 

Postanowił złożyć im wizytę. Pojechał tam wynajętym samochodem, pukał do różnych drzwi, 

rozmawiał z sąsiadami. Tammy i jej gacha nie było w domu, ale wszyscy potwierdzili, że taka 

para tu mieszka.

Nie spieszyło mu się. Ważne, że wie, gdzie ich szukać; reszta może poczekać.

Co innego Rebeka. Ją chciał odnaleźć jak najszybciej.

Przecież to niemożliwe, przekonywał sam siebie, aby jednak wybrała się do burdelu. 

Nie mówiła tego serio. Lubiła się z nim drażnić, prowokować go...

Prowokowała   sposobem,   w   jaki   mówiła   do   niego   „kotku”   -   cicho   i   ponętnie. 

Prowokowała spojrzeniem, zachowaniem, ubiorem. Strojem, który wczoraj miała na sobie, 

mogłaby skusić do grzechu nawet mnicha. Tak, wczoraj Rebeka Fortune dała prawdziwy 

popis   swoich   umiejętności   uwodzicielskich.   Czarna   suknia,   gołe   plecy,   długie   nogi, 

jedwabista cera, włosy w seksownym nieładzie, szelmowski błysk w oku... Niełatwo było się 

jej oprzeć. Kiedyś zastanawiał się, czy istnieje na świecie kobieta, która potrafiłaby zburzyć 

jego opanowanie, doprowadzić go do białej gorączki. Teraz chyba już znał odpowiedź.

Rozejrzawszy  się po holu, jeszcze  raz przeczesał ręką włosy, po czym  gniewnym 

krokiem skierował się do aparatów telefonicznych. Zadzwoni do niej do pokoju. Ostatni raz. 

Jeżeli   nie  odbierze,   wtedy...   Sam  nie   wiedział.  Może  zacznie   obdzwaniać   szpitale,  może 

poprosi o pomoc policję, wojsko albo Kate...

Chociaż podejrzewał, że nikt - ani Kate, ani policja - nie zdoła przemówić tej rudej 

wariatce do rozumu.

Akurat   podniósł   słuchawkę,   kiedy   kątem   oka   ujrzał   przemieszczającą   się   holem 

barwną plamę. Odłożył słuchawkę na miejsce. Strach, który od paru godzin w nim narastał, 

powoli zaczął ustępować. Rebeka nie jest ranna. Nie wpakowała się w żadne kłopoty.

Ubrana w obszerną bawełnianą bluzkę z rysunkiem Myszki Miki, obcisłe dżinsy i 

tenisówki   z   jaskrawozielonymi   sznurowadłami,   gnała   przed   siebie   tak   szybko,   że   chyba 

prościej byłoby zatrzymać rozpędzony pociąg. Rude włosy jak zwykłe miała w nieładzie. 

Gdyby nie wiedział, że to ona, z odległości kilkunastu metrów wziąłby ją za dwunastolatkę.

Tymczasem nie była to żadna dwunastolatka. To była kobieta z krwi i kości, która 

powinna się nazywać Udręka, bo ciągle tego przez nią doświadczał. Diabli wiedzą, dlaczego 

wystroiła się w Myszkę Miki, ale przynajmniej pusty, nudny hol nabrał koloru i życia.

No i żyje. Świetnie! Doskonale!

Będzie mógł ją udusić!

Wreszcie go spostrzegła.

background image

- Gabe! - zawołała. Wymijając ludzi i walizki, rzuciła się w jego kierunku. Uśmiech, 

który wykwitł na jej twarzy, był jaśniejszy niż słońce. - Zgadnij, co zrobiłam!

Oczywiście  nie miała pojęcia, co on zamierza  z nią zrobić. Była  tak przejęta, tak 

podniecona, że uwiesiła mu się na szyi.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Spóźniłaś się.

Chciał ryknąć, wyrazić oburzenie, ale coś się stało z jego głosem. Przez kilka chwil, 

kiedy obejmowała go za szyję, ledwo nad sobą panował. Jej włosy pachniały jak świeże 

truskawki, usta miała rozchylone, skórę miękką, aksamitną.

Poczuł okropną suchość w gardle. Wiedział, że uścisk Rebeki nic nie znaczy, że jest to 

spontaniczny odruch; że w ten sposób Ruda daje wyraz radości, która ją rozpiera. Nigdy nie 

potrafiła ukrywać emocji.

W przeciwieństwie do niego. Nie był przyzwyczajony, by ktokolwiek okazywał mu 

uczucie. Ani tego nie oczekiwał, ani o to nie prosił. I nigdy nie sądził, że kiedyś będzie mu 

brakowało ciepła, serdeczności. To się zmieniło, kiedy poznał Rebekę.

- Wiem. Przepraszam. Strasznie mi głupio. Ale nie mogłam się wcześniej wyrwać.

Napotkała jego oczy zaledwie na ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Powoli opuściła 

ręce i cofnęła się o krok. A potem zaczęła trajkotać jak najęta.

- Byłam w jednej z salek na zapleczu. Tam, gdzie toczy się gra w pokera. Nawet sobie 

nie wyobrażasz, jak wielka może być pula! W każdym razie towarzystwo szemrane, ostra 

rywalizacja... Nie bardzo mi wypadało nagle wstać i wyjść. Zdawałam sobie sprawę, że robi 

się coraz później, ale kiedy człowiek wygrywa, musi zostać do końca, a przynajmniej dopóki 

szczęście się od niego nie odwróci. Oczywiście mogłabym specjalnie źle zagrać, kilka razy 

stracić forsę, ale tak wiele rzeczy się w trakcie dowiadywałam, że...

- Poczekaj. Zwolnij. Gdzie byłaś? W salce na zapleczu z największymi, najbardziej 

zatwardziałymi hazardzistami?

Może się przesłyszał. Miał nadzieję, że się przesłyszał.

- Tak. Właśnie dlatego włożyłam koszulkę z Myszką Miki. - Uśmiechając się szeroko, 

wskazała na duże czarne uszy znajdujące się mniej więcej na wysokości jej piersi. - Uznałam, 

że faceci wezmą mnie za naiwną frajerkę. Za nadzianą babę, która nie zna się na pokerze, ale 

którą   hazard   podnieca.   Chodziło   mi   o   to,   żeby   nie   wzbudzić   ich   podejrzeń.   Chciałam 

pociągnąć ich za języki, no i udało się! Bo wiesz, pomyślałam sobie, że pewnie Tammy bywa 

w takich miejscach. No i miałam rację. Okazało się, że jeden z graczy ją zna, mnóstwo mi o 

niej opowiedział. O niej i tym jej przyjacielu... Słuchaj no, Gabe. Czuję, że spada mi poziom 

cukru. Muszę koniecznie zjeść coś słodkiego. Jest tu gdzieś lodziarnia?

Wcale nie miała ochoty na lody, wolała znacznie zdrowszy mrożony jogurt, najlepiej o 

smaku malinowym. Trochę trwało, zanim znaleźli lokal, w którym mogła coś takiego kupić. 

background image

Zapłaciwszy, wyszli na zewnątrz. Ponieważ dość się nasiedziała podczas gry w pokera, teraz 

chciała pochodzić.

Na ulicy panował straszliwy skwar, słońce raziło w oczy, jogurt topniał, ciekł po 

waflu,  po  palcach.  Zgrabnie  wymijając  przechodniów,   Rebeka   zlizywała,  co   się  dało  i   z 

przejęciem dzieliła się zdobytymi informacjami.

- Najczęściej Tammy odwiedza „Caesar's Palace” i ,,O'Henry's”. Z tych dwóch zdaje 

się, że woli „O'Henry's”. Oczywiście nie gra tam gdzie wszyscy. Dwudolarowe stawki jej nie 

interesują. Lubi duże zakłady i duże wygrane, jakie padają w salkach na zapleczu. Facet, 

który mi o niej opowiadał... oczywiście to nie musi być prawda, może się tylko przechwalał, 

w każdym razie dał mi do zrozumienia, że spali ze sobą. Wyobrażasz to sobie?

- Wiesz, mała, nie mam zbyt wysokiego mniemania o naszej tajemniczej przyjaciółce. 

Nie jest to osoba, która przywiązuje wagę do dziesięciorga przykazań.

Wyciągnął z kieszeni kolejną chusteczkę. Jak to dobrze, pomyślał, że wziął z sobą 

zapas. Rebeka nadstawiła ubrudzoną jogurtem brodę.

- Nic nie kapujesz! Byli w trójkę. Ona, jej narzeczony i ten facet. Przynajmniej tak mi 

się wydaje. Nie powiedział tego wprost, ale...

Gabe kontynuował swe rozważania. Może nic dziwnego, że Rebeka tak bardzo go 

fascynuje. Nigdy dotąd nie spotkał kobiety, która nosi brylanty i pija w barach mleko. I która 

idąc ulicą i liżąc lody, opowiada o trójkącie erotycznym.

-   Powiedz   mi,   jak   to   się   stało,   że   obcy   człowiek   zaczął   ci   opowiadać   o   swoich 

przygodach łóżkowych?

- Wcale nie zaczął! Graliśmy w pokera, a po jakimś czasie napomknęłam, że szukam 

swojej starej szkolnej kumpelki. Ledwo wymieniłam imię i nazwisko Tammy Diller, facetowi 

oczy się zaświeciły. Mrugnął porozumiewawczo do siedzącego z prawej gościa, tego z lewej 

trącił łokciem i dopiero wtedy opowiedział nam o swojej przygodzie z Tammy. Ale nie mówił 

wprost. Mówił półsłówkami, rzucał aluzje, obrzydliwe dwuznaczniki. Wstrętny typ. Nie do 

końca mu wierzę z tym trójkątem, podejrzewam, że raczej się przechwalał, w każdym razie 

opisał Tammy. Brunetka o piwnych oczach, szczupła, średniego wzrostu... Myślałam, że nie 

wytrzymam i parsknę śmiechem. Połowa kobiet w mojej rodzinie tak wygląda. Tyle że potem 

przeszedł   do  opisu  bardziej,  że   tak  powiem,   intymnego.  Rany boskie,   znali  się  zaledwie 

godzinę! Nie wierzę, żeby jakakolwiek kobieta...

Bał się, że będzie ciągnęła rozmowę o trójkącie w nieskończoność. Gorzej, że będzie 

chciała podzielić się z nim każdym pasjonującym szczegółem. Postanawiając odwrócić jej 

uwagę od tego jakże interesującego tematu, skorzystał z chwili, gdy na moment zamilkła, i 

background image

sam zaczął opowiadać o tym, czego się dziś dowiedział: jak narzeczony Tammy ma na imię 

(Dwayne), gdzie mieszkają (w nędznej chałupie za miastem) i gdzie panna Diller zostawia 

najwięcej pieniędzy.

Nowe informacje faktycznie odciągnęły uwagę Rebeki od trójkątów i seksu.

- Dwayne, powiadasz? Mogłabym przysiąc, że już gdzieś słyszałam to imię. Tak, na 

pewno. Tylko nie pamiętam, kiedy i gdzie. Mam dziwne poczucie, jakbym znała Tammy i 

Dwayne'a. Jakbyśmy się kiedyś spotkali...

- Znów ta twoja słynna kobieca intuicja? Dokończyła loda, oblizała ze smakiem palce 

i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

- Straszny z ciebie sceptyk, kotku! Wciąż się ze mnie wyśmiewasz, ale zauważ, że 

posuwamy się naprzód nie tylko dzięki twojej chłodnej logice. Naprawdę tworzymy świetny 

tandem. Co dwie głowy, to niejedna! Więc jak? Wybierzemy się wieczorem do ,,O'Henry's”?

Wczoraj też twierdziła, że tworzą razem zgrany zespół. Gdyby nie wymknęła się w 

nocy i nie zdobyła nowych informacji, pewnie na jej pytanie odparłby: „Po moim trupie!” Ale 

teraz się zawahał.

Chociaż wcale się z tego nie cieszył, trudno mu było zaprzeczyć, że Rebeka całkiem 

sporo wnosi do śledztwa. Oczywiście w znacznej mierze jest to zasługa przypadku. Szczęścia. 

Przez przypadek znalazła w szkatułce na biżuterię kopię listu Moniki do Tammy.  I przez 

przypadek spotkała faceta, który znał Tammy. Owszem, ma dobrego nosa i choć kieruje się 

intuicją, a nie logiką, osiąga niezłe rezultaty. Ale nie zamierzał tworzyć z nią żadnego ze-

społu. On pracuje w pojedynkę. Tak jest lepiej; szybciej zdobywa się wiadomości, szybciej 

osiąga wyniki.

Poza   wszystkim   innym   nie   mógł   pozwolić,   żeby   Rebeka   narażała   się   na 

niebezpieczeństwo. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś się jej stało.

Niestety, powoli dochodził do przykrego wniosku, że na pannę Idealistkę Fortune nie 

ma mocnych. Robi, co chce, nie słuchając innych. Omal nie połamała sobie kości, włamując 

się po ciemku do rezydencji aktorki. Dwukrotnie ruszyła na drugi koniec kontynentu, nie 

zastanawiając  się  nad  konsekwencjami.   A  osoby,  z  którymi  wdaje  się  w  pogawędki!  Na 

przykład czarnoskóry olbrzym w Los Angeles albo kretyn pokerzysta chwalący się podbojami 

erotycznymi! Na samą myśl o tych typach Gabe poczuł, jak go przechodzą ciarki.

- Gabe, słyszałeś, co mówiłam? Nie sądzisz, że warto byłoby zajrzeć wieczorem do 

,,O'Henry's”?

Boże, co za kobieta! Nie może mu dać nawet pięciu sekund, żeby zastanowił się nad 

odpowiedzią!   Ale   czy   myślenie   rozwiąże   problem?   Nie,   bo   tu   nie   ma   żadnych   dobrych 

background image

rozwiązań. A co do Rebeki, to lepiej nie spuszczać jej z oka. Przynajmniej wtedy będzie 

wiedział, że nic jej nie grozi.

- W porządku - odparł. - Pójdziemy do „Caesar's”, potem wstąpimy do ,,O'Henry's”. 

Obejdziemy wszystkie  kasyna,  gdzie toczy się gra o prawdziwe pieniądze. Ale najpierw, 

mała, musimy ustalić kilka zasad.

- Jak chcesz.

- Trzymamy się razem. Nie ma tak, że nagle odchodzisz sobie sama do jakiejś salki na 

zapleczu.

- Dobrze - zgodziła się.

-   Naszym   głównym   celem   jest   zlokalizowanie   Tammy.   Najpierw   musimy   poznać 

teren, po którym się porusza, a dopiero potem zastanowimy się, jak ją podejść.

- Dobrze - powtórzyła.

-   Wolałbym,   aby   nie   wiedziała,   że   pochodzisz   z   Fortune'ów.   Że   masz   cokolwiek 

wspólnego   z   Jakiem   lub   Monicą.   Czyli   umawiamy   się,   że   nic   nie   mówisz.   Z   nikim   nie 

wdajesz   się   w   rozmowy.   Kiedy   odnajdziemy   Tammy,   usuniesz   się   w   cień.   Zostawisz 

wszystko w moich rękach. Czy to jasne?

Ściągnęła brwi. Nastawił się psychicznie na to, że zacznie się z nim wykłócać. Serce 

zabiło  mu   mocniej,   kiedy  podniosła   rękę   i   poufałym   gestem   poprawiła   mu   kołnierzyk   u 

koszuli.

-   Nie   martw   się   o   mnie,   Gabe   -   powiedziała   łagodnie.   -   Proszę   cię.   Nie   jestem 

dzieckiem. Od wielu lat żyję sama, na własnym garnuszku, i doskonale sobie radzę.

Akurat!   -   pomyślał,   ale   nie   zaprotestował.   Bał   się,   że   cokolwiek   powie,   może 

zabrzmieć protekcjonalnie. A przecież nie wątpił w siłę Rebeki, w jej intuicję ani zdolności 

intelektualne. Przeszkadzało mu co innego: jej idealizm. Rebeka Fortune wierzy w miłość. 

Wierzy w królewiczów z bajki, w to, że dobro zawsze zwycięża zło, że nie spotka jej żadna 

krzywda. Ponieważ od urodzenia żyje w świecie Fortune'ów i nie styka się ze ziem, nie dziwił 

się jej romantycznym ideałom. Tyle że były one nieprawdziwe.

Ufność i naiwność czyniły z niej łatwiejszy łup.

Nagle przyszło mu do głowy, że nie chciałby, aby się kiedykolwiek zmieniła. Chociaż 

utrudniało to jego zadanie, bo prościej pilnować realistki, która sama zdaje sobie sprawę z 

zagrożeń,   wolał,   żeby   Rebeka   pozostała   taka,   jaka   jest,   żeby   nadal   wierzyła   w   miłość, 

szlachetność i dobro.

Na samą myśl o tym, że mogłoby się jej przydarzyć coś złego, przeszył go piekący 

ból. Zupełnie jakby ktoś wbił mu w nóż w serce.

background image

Hm. Do tej pory sądził, że wszelkie uczucia, jakimi ją darzył, rodzą się w nim pod 

wpływem hormonów.

Oby dalej tak było.

Z żądzą umiał sobie radzić, z miłością nie. A Rebeka należy do kobiet, od których 

dzieli go przepaść. Do kobiet, których nie może, nie chce i nie powinien kochać.

-   Szlag   by   to   trafił!   Najchętniej   wybiłabym   dziurę   w   ścianie,   cisnęła   na   podłogę 

bezcenną porcelanową filiżankę, rozkwasiła komuś nos...

- Wybacz, że ci przerwę. Ale czy mogłabyś na moment pohamować swój napad złego 

humoru i odszukać klucz do pokoju? - zapytał Gabe, ledwo powstrzymując radość.

Wcisnęła mu go do ręki.

- Grrr, czuję się taka sfrustrowana...

- Serio?

-   Chodź.   Wypij   ze   mną   drinka   i   przestań   być   taki   irytujący.   Zawsze   jesteś   tak 

cholernie   opanowany?   Nigdy   nie   tracisz   cierpliwości?   Nie   masz   ochoty   tupnąć   nogą, 

wrzasnąć, poryczeć się?

-   Poryczeć   się?   Nie   -   odparł   z   lekką   ironią   w   głosie.   Od   powrotu   do   hotelu 

zachowywał się jak dżentelmen:

odprowadził ją na górę, otworzył drzwi, ale zaproszenia na drinka wyraźnie nie chciał 

przyjąć.

- Słuchaj, już dawno minęła północ. Myślę, że o tej porze...

- Tylko nie mów, że oczy ci się kleją, bo nie uwierzę. Jesteś tak samo rozbudzony jak 

ja. Ale nie obawiaj się. - Uśmiechnęła się. - Proponując drinka, wcale nie miałam na myśli 

mleka. Wszędzie wożę z sobą metalową piersioweczkę. Nie pamiętam, co do niej wlałam, 

whisky czy koniak, ale na pewno coś z procentami.

Wszedł   do  środka,  by  wyjąć   klucz   z   zamka.   Nadal   jednak   miał   wątpliwości,   czy 

powinien zostawać na drinka.

Zatrzasnąwszy drzwi, Rebeka ruchem głowy wskazała mu stół stojący w rogu pokoju i 

dwa fotele. Skierował się w ich stronę. Postanowił nie wchodzić jej w drogę.

Ściągnęła   buty,   rzuciła   torebkę   na   łóżko,   przyniosła   z   łazienki   dwie   szklanki,   a 

następnie   zaczęła   grzebać   w   walizce.   Najpierw   wydobyła   piersiówkę,   potem   spore 

opakowanie ciastek, paczkę krakersów oraz ogromną torebkę kolorowych M&M - sów. Po 

chwili wstała z klęczek i cisnęła przysmaki przez pokój.

Gabe złapał je w locie. Usiadłszy w fotelu, wyciągnął przed siebie nogi i zarechotał 

pod nosem.

background image

- Zawsze podróżujesz ze spiżarnią?

- Zawsze - odparła. - Nie ma to jak smaczne, pożywne jedzenie. Wiesz, jakie są posiłki 

w   restauracjach:   ładnie   podane,   ale   czy   można   się   nimi   najeść?   -   Na   moment   urwała.   - 

Psiakość! Gdziekolwiek poszliśmy, oni przed chwilą zdążyli wyjść. Gdybyśmy pojawili się 

pół minuty wcześniej, a oni wyszli pół minuty później, prawdopodobnie byśmy się na nich 

natknęli. To niesamowite, że się tak mijaliśmy.

- Przynajmniej wiemy, że na pewno tu są. I że nie próbują się ukrywać.

- Ale być tak blisko celu i nie móc go dosięgnąć! - Nie potrafiła przejść nad tym do 

porządku dziennego.

- A ty, dlaczego jesteś taki spokojny? Dlaczego się nie wściekasz?

- Moim zdaniem dobrze się stało, że panna Diller cię nie widziała. Posłuchaj, mała. 

Sporo się dziś dowiedzieliśmy. Myślę, że jutro na pewno dojdzie do konfrontacji.

Faktycznie, sporo się dziś dowiedzieli, przyznała w duchu Rebeka. Usiadła na drugim 

fotelu; po chwili wyciągnęła nogi i oparła je na łóżku. Niewiele to pomogło. Potrafiła zmusić 

ciało do bezruchu, ale nie potrafiła powstrzymać gonitwy myśli.

Gabe wyjął z kieszeni garść lśniącej biżuterii - zapomniał ją zwrócić wczorajszego 

wieczoru. Rebeka też nie pamiętała o swoich błyskotkach.

Spojrzała na materiał opinający jej uda. Przydałaby się jakaś biżuteria, żeby ożywić 

czarną sukienkę, którą miała na sobie. Wcześniej, kiedy zeszła na dół do holu, Gabe omal nie 

dostał zawału. Sądził, że ona paraduje w halce.

Oczywiście   nie   była   to   halka,   tylko   przeraźliwie   droga   sukienka   na   cienkich 

ramiączkach   sięgająca   do   połowy   uda.   Problem   w   tym,   że   nie   dawało   się   jej   nosić   ze 

stanikiem.

Wyruszając z domu, Rebeka nie zabrała wieczorowych kreacji. Po prostu nie przyszło 

jej do głowy, że mogą się przydać. Przed wyjściem z Gabe'em do kasyna miała zaledwie kilka 

minut na kupno odpowiedniego stroju. Cieszyła się, że w ogóle znalazła coś w swoim roz-

miarze.

Pamiątkowa   bransoleta   zawieszona   ozdóbkami   zabrzęczała.   Rebeka   wysypała   z 

torebki garść czekoladowych drażetek i zaczęła segregować je według kolorów.

Podobno Tammy Diller, tym razem ufarbowana na jasny blond, też krąży po mieście 

bez stanika. Z tego, co opowiadali ludzie, którzy ją widzieli, lubi intensywne barwy. Usta 

miała pociągnięte szkarłatną szminką, ubrana zaś była w czerwoną suknię rozciętą z przodu i 

z tyłu, która jeśli nawet wszystkiego nie odsłaniała, to niewiele zostawiała wyobraźni.

Przyjaciel   Tammy,   Dwayne,   chudy   blondynek   obdarzony   chłopięcym   wdziękiem, 

background image

który   najbardziej   uwidaczniał   się,   gdy   zalecał   się   do   pulchnych   wdów,   miał   na   sobie 

wytworny   smoking.   Wyglądali   jak   para   bogaczy,   która   nie   musi   liczyć   się   z   groszem. 

Każdego, z kim rozmawiali, usiłowali namówić do zainwestowania pieniędzy we wspaniałą 

nieruchomość, która... I tu następował opis.

Mieli wystarczająco dużo gotówki, aby mogli sobie pograć. I grali, ale tylko chwilę. 

Byli za sprytni na to, aby ryzykować kapitał. Pieniądze służyły im za maskę, za parawan.

- Nie bardzo przestrzegałaś zasad - powiedział nagle Gabe. - Mieliśmy się trzymać 

razem, a ty się ciągle oddalałaś.

- Pewnie, że się oddalałam. Niczego byśmy nie odkryli, gdybyśmy wszędzie chodzili 

jak   papużki   nierozłączki.   Inaczej   ludzie   rozmawiają   z   mężczyzną,   inaczej   z   kobietą.   - 

Wsunęła garść zielonych M&M - sów do ust. - Pamiętasz tę blondynkę w „Caesar's”? Miała 

ochotę rzucić się na ciebie, nie przejmując się obecnymi na sali ludźmi. Wykazałeś, kotku, 

niezwykłe opanowanie. Bo była bardzo seksowna...

Ale  nikt nie  był  tak  seksowny,  tak  pociągający jak  on sam, pomyślała.  Wszędzie 

zwracał na siebie uwagę. Teraz siedział bez marynarki, z rozpiętą pod szyją koszulą, twarz 

pokrywał   mu   ciemny   zarost.   Lecz   to   niczego   nie   zmieniało.   Śnieżna   biel   koszuli 

kontrastującej   z   opaloną   skórą,   wysoki   wzrost,   umięśnione   ciało,   ciemne   oczy   o 

przenikliwym spojrzeniu... to wystarcza, by każdą kobietę przebiegały dreszcze.

Teraz te ciemne oczy wpatrywały się w Rebekę.

- Zaczynasz wreszcie dochodzić do siebie? Uspokajać się?

- Bo jest druga nad ranem? Nie. - Potarła palcami skronie. - Zrozum, Gabe; muszę 

pomóc Jake'owi. Data procesu zbliża się szybciej niż tornado. Nie interesuje mnie szukanie 

dowodów w lipcu. Potrzebuję ich dziś, jutro. Chcę, żeby mój brat wyszedł z więzienia. Chcę, 

żeby przywrócono mu jego dobre imię.

- Nie denerwuj się, Ruda. - Otworzył piersiówkę, przysunął do nosa, powąchał jej 

zawartość, po czym wlał trochę do dwóch szklanek, sobie o połowę mniej niż Rebece. - 

Posłuchaj. Moi pracownicy cały czas trzymają rękę na pulsie, sprawdzają stare informacje, 

zbierają   nowe.   W   każdej   chwili   może   pojawić   się   kolejne   nazwisko,   na   które   dotąd   nie 

wpadliśmy. Ostatnio twoja mama podała mi jedno, które zamierzam sprawdzić. Wiemy, że 

Monica miała mnóstwo wrogów. Zainteresowałem się Tammy,  bo list Moniki pisany był 

kilka dni przed jej śmiercią. Ale to nie znaczy, że Tammy ją zabiła. Może tak, może nie. 

Pamiętaj   o   jednym.   Niczego   nie   musimy   udowadniać.   Wystarczy   jeśli   pokażemy,   że 

przebywała w Minneapolis w dniu zabójstwa i że mogła mieć powód, aby pozbyć się Moniki. 

Wystarczy jeśli zasiejemy w ławnikach wątpliwości. Bo żeby skazać twojego brata, muszą 

background image

być absolutnie przekonani o jego winie.

- To za mało, Gabe. Mnie to nie satysfakcjonuje. Jake nikogo nie zamordował. Chcę, 

żeby osoba winna zawisła  na szubienicy.  Mój brat musi zostać  oczyszczony z zarzutów, 

całkowicie   uniewinniony.   Nienawidzę   tego   uczucia   bezsilności!   Tak   strasznie   chcę   mu 

pomóc...

-   Pomagasz,   mała.   Naprawdę   -   powiedział   cicho.   -   Dowiedzieliśmy   się   dziś 

wszystkiego, co trzeba. Może miło byłoby zobaczyć, jak Tammy z Dwayne'em wyglądają, ale 

to nie takie istotne. Chodziło nam o poznanie ich zamiarów, i poznaliśmy. Informacja, że 

naciągają ludzi na kupno jakiejś lipnej nieruchomości, pomoże mi opracować plan działania. 

Będę wiedział, jak ich podejść, jak z nimi rozmawiać. Więc nie narzekaj, że nic dziś nie 

osiągnęliśmy, bo osiągnęliśmy wiele.

Pociągnęła kolejny łyk whisky. Nie lubiła tego smaku, ale przynajmniej alkohol ją 

rozgrzewał,   koił   nerwy.   Powoli   opuszczała   ją   złość   i   rozdrażnienie.   Oczywiście   nadal 

niepokoiła   się   o   los   brata,   ale   dzięki   Gabe'owi   potrafiła   spojrzeć   na   sytuację   z   nieco 

większego dystansu. Może Gabe nie wierzył w niewinność Jake'a, wiedziała jednak, że nic - 

żadne tornado czy trzęsienie ziemi - nie przeszkodzi w wykonaniu powierzonej mu pracy. Jest 

solidny, dokładny, nieustępliwy i - chwała Bogu - uparty jak osioł.

- Masz rację - przyznała po chwili. - Odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

Skinął głową.

Zobaczyła w jego oczach wahanie, może rozterkę - nie była pewna. Gabe rozejrzał się 

po małym, ciasnym pokoju.

- Całkiem tu przytulnie - powiedział, chcąc zmienić temat. - Ale podejrzewam, że dom 

masz urządzony w zupełnie innym stylu.

- Jakbyś zgadł!

Ponieważ patrzył na nią wyczekująco, dodała:

- Najwięcej czasu spędzam w gabinecie i tam panuje największy bałagan. Po prostu 

wszędzie walają się stosy książek, na podłodze, na krzesłach, na biurku. Ledwo komputer się 

mieści. Większość mebli przywiozłam od mamy. Stały na strychu i nikt ich nie chciał. Nic do 

niczego   nie   pasuje,   każda   rzecz   jest   jakby   z   innej   parafii.   Pełen   eklektyzm.   Ale   ja   to 

uwielbiam.   W   łazience   z   kolei...   Boże,   chybabyś   zemdlał   na   widok   tych   wszystkich 

kosmetyków. Cóż, po znajomości dostaję z firmy każdy produkt, zanim jeszcze trafi na rynek. 

W ogóle cały dom jest potwornie zagracony. Pewnie po godzinie zacząłbyś się w nim dusić. - 

Roześmiała   się.   -   Mam   jeden   wolny   pokój,   prawie   pusty,   który   zamierzam   kiedyś 

przeznaczyć na pokój dla dziecka.

background image

Temat dzieci omijał z daleka, jakby to była zaraza.

- Twoja mama nie nalegała, żebyś została z nią? - spytał. - Żebyś nie wyprowadzała 

się?

- Nie. - Potrząsnęła głową. - Wiedziała, że to nic nie da. Dwie uparte kobiety żyjące 

pod jednym  dachem? Ciągle byśmy  się żarły.  Mama  oczywiście  miała  bzika  na punkcie 

mojego bezpieczeństwa, ale to zrozumiałe.

Chociaż   nie   byłam   związana   z   rodzinnym   interesem,   nosiłam   nazwisko   Fortune. 

Nigdy jednak nie ograniczała mojej swobody. Kochałam oboje rodziców, a po śmierci ojca 

matka stała mi się jeszcze bliższa. Ale miałam własne życie, własną pracę. Nie wyobrażam 

sobie, abym w moim wieku nadal mogła mieszkać z matką. A ty? Jaki jest twój dom?

- Mój? Nic szczególnego. Ot, cztery ściany, a w nich różne sprzęty ułatwiające życie. 

Zresztą większość czasu i tak spędzam w pracy. Cztery lata temu kupiłem do biura rozkładaną 

kanapę. Niekiedy prościej się na niej przespać, niż wracać po nocy na drugi koniec miasta.

Rebeka zamyśliła się. Królestwo Gabe'a wydawało się jej puste, zimne, bezosobowe. 

Nie było to miejsce, w którym człowiek odpręża się długim męczącym dniu pracy.

- Wiesz - powiedziała z zadumą - kiedy cię poznałam, uważałam cię za aroganckiego, 

apodyktycznego szowinistę. Myliłam się.

- Miło mi to słyszeć.

-   Lubisz   nad   wszystkim   mieć   kontrolę,   ale   nie   narzucasz   innym   swojego   zdania. 

Apodyktyczny i arogancki stajesz się dopiero wtedy, kiedy się o kogoś martwisz. Wynika to z 

twojego poczucia odpowiedzialności.

-  Pani  psycholog  zamierza   przeprowadzić   gruntowną analizę  mojej  osobowości?   - 

spytał.

- Nie. - Uśmiechnęła się. - Po prostu zastanawiam się, skąd to się bierze. Ta twoja 

potrzeba osłaniania innych, zapewniania im ochrony.

- Diabli wiedzą. Zresztą co za różnica?

- Pomyśl. Proszę cię. Jak mi odpowiesz, przestanę cię nękać.

- Oho! Już to widzę! Ty, Ruda, będziesz wścibska do grobowej deski.

Przyglądała mu się uważnie. Czy skusi go łapówka, którą mu zaoferowała? Chyba nie.

Przez moment nie odzywał się, jakby dumał nad tym, czy warto zaspokajać cudzą 

ciekawość.

- No dobrze - oznajmił wreszcie. - Może rzeczywiście bywam nadmiernie opiekuńczy. 

Kiedy   dorastałem,   brakowało   mi   poczucia   bezpieczeństwa.   W   domu   ciągłe   wybuchały 

kłótnie, awantury. Bez względu na to, co robiłem, nie byłem w stanie im zapobiec. Okoliczne 

background image

dzieciaki ginęły w przypadkowych strzelaninach na ulicy, brały narkotyki, wdawały się w 

bójki na noże, przyłączały do gangów. To byli moi koledzy. Nie mogłem ich zmienić, nie 

mogłem ochronić.

Rebeka słyszała zarówno słowa, które wypowiadał na głos, jak i to, co się za nimi 

kryło.   Gabe   był   człowiekiem   zamkniętym   w   sobie;   otwierał   się   tylko   wtedy,  gdy   chciał 

przekazać konkretną wiadomość, na przykład taką, że pochodzą z dwóch różnych światów i 

zupełnie do siebie nie pasują.

- Czy... czy dlatego, że czułeś się taki bezradny, zdecydowałeś się wstąpić do wojska?

- Służba w wojsku stanowiła dla mnie jedyną możliwość ucieczki. Siły Specjalne, do 

których wstąpiłem, pozwalały mi się wyrwać z tego piekielnego kręgu. Nie tylko nauczyłem 

się, jak chronić podległych mi ludzi, ale również wielokrotnie miałem okazję to czynić.

W wojsku liczy się odpowiedzialność, obowiązkowość, honor. Niestety, liczą się także 

siła, refleks, wytrwałość, a przede wszystkim młodość. Kiedy odszedłem z Sił Specjalnych... 

praca detektywa wydała mi się naturalną kontynuacją tego, co robiłem wcześniej.

-   Fakty,   zasady,   porządek.   Sprawowanie   kontroli.   Planowanie.   Trzymanie   ręki   na 

pulsie. Hm...

- Ty natomiast nie lubisz niczego planować, wolisz podejmować decyzję w locie, 

działać spontanicznie. Mój sposób musi wydawać ci się straszliwie nudny.

- Mylisz się, Gabe. Nie miałeś wyjścia. To całkiem zrozumiałe, że ktoś, kto przez całe 

dzieciństwo patrzy bezradnie na otaczający go chaos, wybiera później tak zwaną „nudę”, 

czyli życie ustabilizowane, bez niespodzianek. W porównaniu z twoim, moje dzieciństwo to 

istna sielanka.

Wiedziała, że jest z nią szczery, choć nie otworzył się do końca. Na pewno nie kłamał, 

opowiadając o swojej przeszłości, ale też i nie wszystko mówił. Jakby się bał. Ilekroć ona 

zdradzała najmniejszy ślad zainteresowania nim jako mężczyzną, ilekroć okazywała troskę, 

sympatię, on natychmiast ostrzegał ją, aby nie robiła sobie nadziei, bo dzieli ich przepaść nie 

do pokonania.

Zdawała  sobie   sprawę  z   różnic.   Miała  też  świadomość,  że   pokochanie  człowieka, 

który nie pragnie dzieci i nie wierzy w sens rodziny, stanowi ryzykowny krok. Ale była 

gotowa podjąć to ryzyko. Uczuć, jakimi darzyła Gabe'a, nie umiała powstrzymać. Równie 

dobrze ktoś mógłby jej kazać powstrzymać deszcz.

Tak, z każdą minutą kochała go coraz mocniej.

- Każdy dźwiga jakiś krzyż - rzekł po chwili. - Twoje dzieciństwo pewnie też nie 

przebiegało bezproblemowo. Myślę, że niełatwo się dorasta wśród Fortune'ów.

background image

- Bo ja wiem? Może niełatwo, ale na pewno ciekawie. Byłam jednak zawsze otoczona 

miłością. Nigdy nie czułam się odsunięta na boczny tor.

- Otoczona miłością... Miłość, moja droga, to zużyta waluta.

Kiedy   indziej   błyskawicznie   by   zareagowała,   ale   teraz...   Zawsze   lubił   się   z   nią 

drażnić;   udając   cynika,   lubił   wyśmiewać   się   z   jej   idealistycznego   podejścia   do   świata. 

Potyczki słowne obojgu im sprawiały przyjemność. Teraz jednak zadumała się; ciekawa była, 

czy Gabe kiedykolwiek wyzwoli się z przeszłości, czy kiedykolwiek będzie w stanie spojrzeć 

optymistycznie w przyszłość.

- Przestań - powiedział.

Nagle pojawiło się w nim napięcie. A przecież nic nie zrobiła, jedynie spuściła nogi na 

podłogę i wstała. Widząc zaś przerażenie w jego oczach, można by sądzić, że rozebrała się do 

naga w miejscu publicznym.

- Ten drink to był doskonały pomysł. Pomógł mi się odprężyć, ale teraz powinienem 

już ruszać do siebie.

- Tak, powinieneś - zgodziła się.

Zauważyła, że nie zaprotestował, kiedy wpadła na kolejny doskonały pomysł i usiadła 

mu na kolanach.

- Oj, mała, lepiej nie.

- Zdecydowanie lepiej nie.

- Do tej pory świetnie sobie dawaliśmy radę.

- Wiem.

- Trzeba dalej ignorować to wzajemne przyciąganie.

Nie zwracając na nie uwagi, nie wpakujemy się w kłopoty.

-  Teoretycznie   masz  rację  -  przyznała  -  ale  przymykanie   oczu  nie   zawsze  odnosi 

pożądany skutek. Ilekroć jesteśmy razem, między nami aż iskrzy. A przynajmniej we mnie się 

iskrzy. Nogi mam jak waty. Serce mi łomocze. Dlaczego tak się dzieje, kiedy jesteś przy 

mnie? Dlaczego  nigdy wcześniej  tego  nie czułam?  Nie cierpię  pytań,  na  które nie  znam 

odpowiedzi. Męczą mnie. Nie cierpię też niejasnych sytuacji.

- No dobrze, ale to jeszcze nie powód, żebyś siedziała mi na kolanach.

- To mnie zrzuć.

Nie chciał tego zrobić, i nie umiał.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Chwycił   ją   wpół.   Nagle,   brutalnie.   Jakby   był   rozbitkiem   na   środku   ciemnego, 

wzburzonego morza, który ratując się przed topielą, chwyta boję.

Znieruchomiała.   Nie   miała   najmniejszego   zamiaru   uciekać.   I   wtem   poczuła   na 

wargach miażdżący ucisk jego warg. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie zaznała. To 

było   jak   erupcja   wulkanu.   Pierwszy   pocałunek,   dziki,   szalony,   niebezpieczny,   był   tylko 

wstępem. Przymiarką. Potem potoczyła się lawina.

Świat przestał istnieć. Byli tylko oni. Ona i Gabriel. Żaden mężczyzna nie wzbudzał w 

niej takiego pożądania. Z żadnym nie było jej tak dobrze. Mimo różnic i przepaści byli dla 

siebie stworzeni.

Wysunął rękę z jej gęstych włosów. Odrzuciła w tył głowę. Drobnymi pocałunkami 

okrywał jej szyję, kość obojczyka, dekolt. Delikatnie ujął w zęby ramiączko sukni. Po chwili 

ujął w dłoń jej nagą pierś.

Był dobrym człowiekiem. Chociaż tak wiele ich dzieliło, czuła, że po raz pierwszy w 

życiu spotyka człowieka tej miary co on. Wspaniałego, szlachetnego. Ale teraz nie był dobry 

ani szlachetny. Teraz co innego było mu w głowie.

Ostrym  zarostem  drapał  jej  skórę.  Ustami   i  językiem   doprowadzał  do  szaleństwa. 

Oczy mieli zamknięte, oddechy przyśpieszone. Jeszcze nigdy nikogo tak nie pragnęła, nigdy 

sama nie czuła się tak pożądana. Rozpięła Gabe'owi koszulę. Pachniał ciepłem, czystością, 

seksem.

Jak ktoś zbyt długo trzymany w zamknięciu, zdawał się łaknąć towarzystwa, słońca, 

piękna. A ona tym wszystkim była. To wszystko dla niego uosabiała. Była jego słońcem, jego 

światem. Trzymała w ręku klucz otwierający drzwi celi. Tak, tylko ona mogła go wypuścić, 

uwolnić. Potrzebował jej.

Podobnie jak on, jeszcze nigdy nie czuła się tak naga. Ale nie wstydziła się okazywać 

emocji, głodu, samotności, pożądania. Obróciwszy się twarzą do Gabe'a, trochę niezdarnie 

objęła go w pasie udami. Podciągnął wyżej  jej sukienkę, po czym  zacisnął dłonie na jej 

pośladkach.

- Rebeko... - szepnął.

I w tym momencie zadzwonił telefon. Ostry przenikliwy terkot zaskoczył ich oboje.

Przez kilka sekund Rebeka tkwiła bez ruchu, wpatrując się w Gabe'a nieprzytomnym 

wzrokiem. Dopiero po chwili skojarzyła, że jest pokoju hotelowym i że gdzieś w tym pokoju 

jest również telefon, który wydaje przeraźliwe dźwięki. Znajdował się daleko, na stoliku po 

background image

drugiej stronie łóżka. Nie chciała go odbierać, ale nie miała wyboru: Gabe zepchnął ją z 

kolan.

-   Kiedy   indziej,   mała,   zaproponowałbym,   żebyśmy   wyrwali   sznur   ze   ściany.   Ale 

obawiam się, że jak ktoś dzwoni w środku nocy, sprawa może być poważna. Lepiej podnieś 

słuchawkę.

To, co mówił, brzmiało logicznie, tyle że do niej ta logika docierała jakoś wyjątkowo 

powoli i opornie.

Potykając   się   o   buty,   Rebeka   obeszła   łóżko   i   chwyciła   słuchawkę,   zanim   głośne 

brzęczenie ponownie zdążyło wypełnić pokój.

- Halo?

- Rebeka Fortune?

- Tak, słucham.

Nie   rozpoznała   głosu   osoby   dzwoniącej,   ale   akurat   w   takim   momencie,   kiedy 

dosłownie   przed   chwilą   rozkoszowała   się   pieszczotami   Gabe'a,   prawdopodobnie   nie 

rozpoznałaby   głosu   własnej   matki.   W   myślach   wciąż   siedziała   u   Gabe'a   na   kolanach, 

skupiona na jego dłoniach, wargach, ramionach. Jeszcze minuta, może dwie, najwyżej pięć, a 

wylądowaliby w łóżku, kochaliby się... Nie potrafiła skoncentrować się na niczym innym.

- Mówi Tammy. Tammy Diller.

Imię i nazwisko rozmówczyni  podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. Zniknęło 

pożądanie, zniknęły myśli o miłosnych igraszkach. Wciągając gwałtownie powietrze, Rebeka 

usiadła na łóżku.

- Nie - sprzeciwił się stanowczo Gabe. - Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie spotkasz się z tą 

kobietą. Absolutnie wykluczone. Wybij to sobie z głowy.

- Uspokój się, kotku. Mnie też się ten pomysł nie bardzo podoba, ale nie mam wyboru. 

Po prostu muszę.

- Po moim trupie! - zawołał. - Zrozum, Ruda. Naprawdę nie musisz. Diabli wiedzą, o 

co jej chodzi.

- Ciekawe, jak mnie znalazła...

- To  nie było  trudne. Szukałaś  jej  po całym  mieście,  ba! po dwóch miastach,  bo 

wcześniej w Los Angeles. Jak gdyby nigdy nic wypytywałaś o kobietę, która być może jest 

morderczynią. Cholera jasna, powinienem był cię zakneblować! Teraz panna Diller wie, jak 

się nazywasz i w którym hotelu mieszkasz. Wrzodów się przez ciebie nabawię! - W jego 

głosie zabrzmiała złość. - No dobra, pakujesz się i wracasz do domu. Tym razem to rozkaz, a 

nie prośba.

background image

- Przestań się na mnie wydzierać, bo to nic nie da. Zostaję tu i już.

- Wyjeżdżasz!

- Gabe, wiem, że się niepokoisz. Ja też się boję. Ale nareszcie mam szansę, żeby 

pomóc Jake'owi. I nikt mnie nie powstrzyma.

Powiedziała to cicho i łagodnie, lecz z taką stanowczością, że miał ochotę ją udusić.

Zaczęli przemierzać ciasny pokój; on chodził od ściany do ściany po jednej stronie 

łóżka, ona po drugiej. Przy każdym nawrocie ich spojrzenia się krzyżowały.

Nigdy dotąd nie walczył z kobietą. Nigdy też na żadną nie podnosił głosu. Było to 

sprzeczne z jego naturą. Po prostu tak nie zachowuje się mężczyzna wobec kobiety.

Dręczyły   go   wyrzuty   sumienia.   Wyrzuty   z   powodu   podniesionego   głosu   nie   były 

jeszcze najgorsze. Westchnął głośno. Cholera, jest uparta jak kozioł. Jeżeli okaże się, że musi 

ją związać i zakneblować, by ocalić jej życie, zrobi to bez najmniejszych skrupułów. O ileż 

mniejszym   wysiłkiem   wymuszał   posłuszeństwo   na   podległych   mu   żołnierzach!   A   tego 

przeklętego rudzielca nic nie jest w stanie zastraszyć czy spłoszyć. Nie świadczy to o jej 

odwadze,  przeciwnie  stanowi  dowód  głupoty i lekkomyślności.  Nawet  nie zdawała  sobie 

sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa!

Na   razie   ani   prośbą,   ani   krzykiem   nie   zdołał   przemówić   jej   do   rozumu,   lecz   nie 

zamierzał się poddać. W razie czego gotów był użyć siły. W tym wypadku cel uświęca środki.

Ale   targały   nim   również   innego   rodzaju   wyrzuty   sumienia,   i   te   było   mu   o  wiele 

trudniej zaakceptować - wyrzuty z powodu żądzy, jaka w nim wrzała.

Jedno   z   cienkich   ramiączek   wisiało   oderwane.   Tylko   wypukłość   piersi 

powstrzymywała sukienkę przed osunięciem się niżej. Rebeka wzięła głęboki oddech. Usta 

miała czerwone, nabrzmiałe od pocałunków, włosy rozczochrane, skórę gładką, zaróżowioną 

z podniecenia.

Ilekroć   patrzył   na   stojące   pomiędzy   nimi   łóżko,   uświadamiał   sobie,   jak   niewiele 

brakowało, aby się w nim znaleźli. I jak bardzo tego nadal pragnął - porwać Rebekę w 

ramiona, pieścić ją, tulić, całować.

Mężczyzna ma prawo pożądać kobiety. Ma prawo się z nią kochać, zwłaszcza jeśli 

ona również tego chce. Ale w tym wypadku kobietą jest Rebeka, która marzy o dzieciach, o 

wielkiej miłości, o rodzinie. O stabilizacji.

To zaś w ogóle jego nie kusiło.

Co innego seks, co innego zaangażowanie emocjonalne. Żadnej kobiety świadomie 

dotąd nie skrzywdził; zawsze wybierał takie, którym odpowiadały te same reguły gry.

Nigdy   też   nie   zdarzyło   się,   aby   ktokolwiek   -   kobieta,   mężczyzna,   dziecko   - 

background image

przeszkodził mu w pracy.

- Psiakrew! - mruknął pod nosem. - Sytuacja całkiem wymknęła mi się spod kontroli. 

Tammy nie powinna była domyślić się twojego nazwiska.

- Gdyby go nie odkryła, nigdy by się ze mną nie skontaktowała - stwierdziła Rebeka. - 

Zresztą przez telefon brzmiała bardzo sympatycznie. Najpierw przeprosiła, że dzwoni tak 

późno. A potem powiedziała, iż słyszała od znajomych, że jej szukam. Wprawdzie nie wie po 

co, ale jeżeli zależy mi na spotkaniu, to jutro ma trochę wolnego czasu.

Gabe wywrócił oczami.

- A ty od razu musiałaś się zgodzić?!

-  Musiałam  i  chciałam.  Na  miłość  boską,  przecież  po to  tu  jesteśmy.  Żeby z  nią 

porozmawiać. A ona sama to zaproponowała.

- No właśnie. Jaka miła! A jakie miłe miejsce wybrała. Ciche, puste, odosobnione. 

Kanion Red Rock. Zrozum, Tammy Diller nie jest żadną miłośniczką przyrody. Jeśli wybrała 

miejsce z dala od cywilizacji, to na pewno nie dlatego, że chce tam z tobą pomedytować.

- Ależ ty jesteś podejrzliwy! - zirytowała się Rebeka. - Skąd wiesz, że ona coś knuje? 

Że chce mi wyrządzić krzywdę? Nic nie wiemy i niczego się nie dowiemy, dopóki się z nią 

nie spotkam.

- Nie puszczę cię samej.

- Gabe, ona  chce rozmawiać  ze mną,  nie z  tobą. Proszę  cię,  przestań  myśleć  jak 

troskliwy tatuś małolaty, która wybiera się na pierwszą randkę, i skup się na moment. Pojadę 

do tego kanionu. Sama. Kobieta inaczej rozmawia z kobietą, a inaczej z mężczyzną. Zobaczę, 

co mi powie, a co pominie milczeniem. Wiele można wyczytać między wierszami, a jeszcze 

więcej z wyrazu oczu. Ty byś wszystko sknocił. Owszem, jesteś przystojny i mógłbyś jej 

zawrócić w głowie, ale czasem masz skłonności do krzyku. A poza tym zupełnie nie potrafisz 

być subtelny.

- Ja mówię o bezpieczeństwie, a ty o moich manierach? Kogo to obchodzi, czy jestem 

subtelny, czy nie?

Posłała mu szelmowski uśmiech.

- Nie dyskutujmy, kotku. Jadę na to spotkanie i już.

- Jestem przeciwny.

- Wiem.

- Bardzo mi się to nie podoba.

- Wiem.

W końcu poddał się. Niechętnie i wbrew sobie. Gdyby wierzył, że to cokolwiek da, 

background image

zadzwoniłby do Kate i poprosił ją, by natychmiast zamknęła córkę w klasztorze. Podejrzewał 

jednak, że Kate, choć niezwykle prężna i stanowcza w interesach, nie ma nad Rebeką żadnej 

władzy.

Rebeka nikogo nie słuchała. Uważała, że wszystko wie najlepiej. Musiał coś z tym 

fantem zrobić.

Najgorsze   było   to,   że   nie   miał   do   niej   za   grosz   zaufania.   Już   kilka   razy   coś 

obiecywała, a potem bezczelnie łamała reguły. Mógłby ją odwieźć na lotnisko, wsadzić do 

samolotu,   ale   nie   miał   żadnej   pewności,   czy   nie   sterroryzowałaby   załogi   i   nie   zmusiła 

kapitana   do   wylądowania   w   Red   Rock.   Niemal   gotów   był   się   założyć,   że   związana   i 

poćwiartowana też dotarłaby na spotkanie z Tammy.

Dlatego się poddał, lecz postawił kilka warunków. On pierwszy się uda do kanionu - 

oddzielnym samochodem. Nie będzie go widziała - bo gdzieś się ukryje. Ona ma uważnie 

słuchać wszystkiego, co Tammy mówi; wolno jej zadawać pytania, ale absolutnie nie wolno 

wspominać o śmierci Moniki. Niech sobie wymyśli, co chce, dowolną bajeczkę, by wyjaśnić 

Tammy,   dlaczego   próbowała   się   z   nią   skontaktować,   lecz   niech   unika   wszelkich   nie-

bezpiecznych tematów.

Rebeka bez wahania przystała na wszystkie warunki.

Gabe pominął dwa drobne szczegóły: że na wyznaczone miejsce zamierza przybyć 

uzbrojony i dopiero wtedy zdecyduje, czy cały czas pozostanie w ukryciu, czy jednak się 

ujawni.

Rebeka   o   nic   go   nie   zapytała.   Po   chwili   głośno   ziewnęła.   Przeciągnąwszy   się, 

przetarła oczy i uśmiechnęła się bezradnie.

- Strasznie męczące są te kłótnie z tobą. - Spojrzała na zegarek. - O rety! Wiesz, która 

jest godzina?

Nie miał pojęcia, lecz kiedy sprawdził, natychmiast sięgnął po marynarkę.

- Słuchaj, omówimy wszystko jeszcze raz, zanim ruszysz jutro w drogę. Jeśli macie się 

spotkać p drugiej, może zjemy wczesny lunch o... na przykład o jedenastej. Przyjdę po ciebie 

na górę.

- Dla kogo lunch, dla tego lunch. Dla mnie to pewnie będzie śniadanie. Przed dziesiątą 

nie wstanę.

- Świetnie. Wyśpij się.

Podejrzewał, że on sam nie zdoła zmrużyć oka. Miał mnóstwo spraw do załatwienia 

przed jutrzejszym  spotkaniem, choćby wynajęcie  drugiego wozu czy dokładne  obejrzenie 

kanionu. Skierował się pośpiesznie ku drzwiom. Nagle stanął w pół kroku.

background image

- Mała...

Nie był pewien, co chce powiedzieć, jedynie czuł, że powinien coś powiedzieć. Nie 

wypada wybiec bez słowa. Całowali się, pieścili. Telefon od Tammy zburzył intymny nastrój; 

podziałał   jak   zimny   prysznic.   Ale   przecież   te   pocałunki   były   prawdziwe,   pieszczoty   nie 

dokończone...

- Zamierzasz przeprosić za to, do czego prawie między nami doszło? - spytała cicho.

- Przeprosić? Nie. - Potarł ręką brodę. - A właściwie tak. Chcę cię przeprosić.

- To nie była twoja wina, Gabe. Grzecznie sobie siedziałeś, a ja ci się wpakowałam na 

kolana. - Też potarła ręką twarz, jakby ten gest był zaraźliwy. - Powinnam cały czas myśleć o 

Jake'u. To z jego powodu tu przyleciałam. Kiedy Tammy zadzwoniła, myślami byłam gdzie 

indziej. Mam tego powodu wyrzuty sumienia.

-   Niepotrzebnie.   Szukanie   dowodów   niewinności   Jake'a   to   moja   praca,   nie   twoja. 

Wiem,   że   go   kochasz   i   chcesz   mu   pomóc,   ale   ty   żyjesz   w   innym   świecie.   Nie   jesteś 

przyzwyczajona do krętactw ani łajdactw, do śledzenia podejrzanych typów, do rozmów z 

ludźmi z marginesu. - Wsunął ręce do kieszeni. - Poza tym martwisz się o brata. Kiedy żyje 

się w stresie, wszystko się inaczej postrzega. Inaczej reaguje się na rzeczywistość. Wewnę-

trzne napięcie wypacza nasz sposób myślenia, czucia...

- Moje myślenie czy czucie wcale nie jest wypaczone. - Popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Jedynie wybrałam nieodpowiedni moment. I tego żałuję. Ale niczego poza tym. Rozumiesz?

- Dobra, dobra. Kiedy wrócisz do Minneapolis, znów będziesz marzyła o domku na 

wsi, z huśtawką w ogrodzie. O dzieciach. I o mężczyźnie, który ci je da.

Otworzyła   usta,   żeby   zaprotestować,   ale   po   chwili   je   zamknęła.   W   jej   dużych 

zielonych oczach Gabe dojrzał smutek i ból. Ból, który sam zadał, odbierając jej nadzieję.

Skinąwszy na pożegnanie głową, wyszedł z pokoju.

Korytarz  był  pusty.  Gabe ruszył  przed siebie. Cisza dzwoniła  mu w uszach. Miał 

wrażenie, że słyszy stukot własnego serca.

W rozmowie z Rebeką był szczery. Nie chciał sprawiać jej przykrości, ale nie chciał 

też, by nastawiała się na coś, co nie ma szansy się spełnić. Jest romantyczką, która buja w 

obłokach i wierzy w królewiczów z bajki. Gdyby związała się z nim, przeżyłaby bolesne 

rozczarowanie. Bezwzględna uczciwość - to jedyne, co mógł jej zaofiarować, mimo to czuł 

się jak ostatni drań.

Była tym, o czym marzył jako mały chłopiec - blaskiem księżyca, promykiem słońca. 

Bał się takich wielkich słów jak miłość, ale nie ukrywał, że darzy ją uczuciem. Wcale nie 

chciał, żeby się zmieniła. Ma prawo być altruistką, wierzyć w bajki, dążyć do spełnienia 

background image

marzeń.

Dlatego   musi   ją   chronić.   Nie   przed   niebezpieczeństwem   z   zewnątrz.   Przed   nim 

samym, Gabrielem Devereax.

Zdawał   sobie   sprawę,   że   nie   jest   mężczyzną,   jakiego   Rebeka   potrzebuje,   a   tym 

bardziej pragnie.

Nóż był jej ulubionym narzędziem zbrodni. Kilka osób uśmierciła za pomocą trucizny, 

jedną czy dwie zastrzeliła, używając starego brytyjskiego stena, parę utopiła, kilka innych 

zrzuciła ze skał. W komputerze miała na ukończeniu kolejną powieść kryminalną: główny 

złoczyńca   posługuje   się   srebrnym   sztyletem.   Śmierć   zadana   tą   metodą   jest   znacznie 

okrutniejsza,   wymaga   większej   odwagi,   bezpośredniego   kontaktu   z   ofiarą.   A   Rebece 

sprawiała to dużo większą przyjemność.

Pamiętała jedną recenzję. Krytyk  pochwalił ją za drapieżną wyobraźnię i zabójcze 

poczucie humoru. Czuła się mile połechtana. Ale tak ochoczo i tak lekką ręką mordowała 

jedynie postaci fikcyjne - swoich książkowych bohaterów. W życiu natomiast miała wyrzuty 

sumienia, kiedy zabijała komara. Nigdy też nie marzyła o spotkaniu w cztery oczy w osobą, 

która może być mordercą.

Zapięła  guziki   jasnej   bawełnianej  koszuli,  wsunęła  poły  do  beżowych  sportowych 

spodni, po czym włożyła tenisówki. W głowie jej szumiało, w żołądku czuła dziwny ucisk. 

Jasna koszula i beżowe spodnie były trzecim strojem, który przymierzyła  po wstaniu, co 

najlepiej   świadczyło   o   stanie   jej   nerwów.   Dziesiątki   godzin   poświęcała   na   tworzenie 

bezdusznych morderców, a nie miała najmniejszego pojęcia, jak się ubrać na spotkanie z 

prawdziwym potencjalnym zabójcą.

Poranne   słońce   wpadało   przez   okno   do   pokoju.   Nie   zwracając   uwagi   na   pogodę, 

Rebeka chwyciła szczotkę do włosów. Włosy jak zwykle sterczały jej na wszystkie strony. 

Przez moment zastanawiała się, czy nie spiąć ich klamerkami, potem zrezygnowała z tego 

pomysłu. Na miłość boską, przecież nie idzie na rozmowę w sprawie pracy!

To, że Monica Malone zginęła dźgnięta nożem do korespondencji,  nie znaczy, że 

Tammy - adresatka jednego z listów - pozbawiła ją życia. Nie ma żadnych dowodów na to, że 

w dniu morderstwa Tammy przebywała w domu Moniki. Na nożu nie było śladów jej palców. 

Jednakże   od   chwili   znalezienia   listu   Rebeka   miała   silne,   choć   niczym   nie   uzasadnione 

przeczucie,   że   pomiędzy   Tammy   Diller   a   rodziną   Fortune'ów   istnieje   jakiś   tajemniczy 

związek. Z drugiej strony, Gabe bez przerwy powtarzał jej, że ma zbyt bujną wyobraźnię.

Podejrzewała, że gdyby naprawdę wierzył w winę Tammy, stanąłby na głowie, aby 

nie   dopuścić   do   ich   spotkania.   On   natomiast   uważał,   że   Tammy   jest   typową   oszustką   i 

background image

naciągaczką,   osobą   o   koszmarnej   opinii   i   brudnych   rękach,   mającą   jakieś   powiązania   z 

Monicą, które mogą rzucić światło na śledztwo i przyczynić  się do zwolnienia Jake'a. W 

niewinność Jake'a nie bardzo wierzył. Tylko rodzina obstawała przy tym, że Jake nie mógł 

zabić Moniki. Ale rodzina wynajęła najlepszych prawników i im zostawiła obronę Jake'a.

Ona, Rebeka, wolała nie ryzykować; bądź co bądź chodziło o jej brata.

Jake   był   niezdolny   -   psychicznie,   emocjonalnie,   moralnie   -   do   popełnienia 

jakiejkolwiek   zbrodni.   Rebeka   nie   miała   co   do   tego   cienia   wątpliwości.   Ale   ktoś 

zasztyletował   aktorkę.   I   tą   osobą   mogła   być   Tammy,   która   mniej   więcej   w   tym   czasie 

kontaktowała się z Monicą.

Rebeka spojrzała na zegarek. Do spotkania w kanionie zostały równe trzy godziny.

Rzuciła szczotkę na łóżko, pomalowała usta, pociągnęła różem policzki. Zapinając 

pamiątkową bransoletę - dziś bez swojego talizmanu nie zamierzała wychodzić - zastanawiała 

się,   czy   zdąży   zwymiotować.   Denerwowała   się.   Sama   myśl   o   spotkaniu   z   Tammy 

przyprawiała ją o mdłości. Ale lada moment powinien nadejść Gabe. Jest już dwie minuty 

spóźniony.

Zastukał do drzwi, zanim uporała się z bransoletą. Kiedy mu otworzyła, przyjrzał się 

jej z zatroskaniem, jakby wyruszała w długą podróż za ocean.

- Jak się czujesz? Spałaś dobrze? Nie zmieniłaś zdania?

- Czuję się świetnie i rwę się do działania - odparła.

Okazało się, że wcale nie musi go okłamywać. Albowiem z chwilą, gdy się pojawił, 

ogarnął ją błogi spokój - mdłości minęły, choć serce waliło, jakby dopiero skończyła bieg na 

setkę.

Ubrany był na sportowo: koszula w kratkę, dżinsy, cienka kurtka. Zauważyła, że bez 

względu   na   to,   co   Gabe   ma   na   sobie,   dres   czy   smoking,   zawsze   wygląda   bardziej 

dystyngowanie od niej. Poły koszuli tkwią mu w spodniach, włosy nie sterczą na wszystkie 

strony. Był ogolony, ale oczy miał wyraźnie podkrążone. Nie mógł spać, pomyślała. Podobnie 

jak ona, pewnie leżał, dumając o tym, co robili, zanim przerwał im telefon.

Wcześniej zastanawiała się, czy przypadkiem nie zakochała się w Gabie. Teraz już 

wiedziała. Z jednej strony, pociągał ją fizycznie, a z drugiej... Tak, z drugiej strony serce jej 

łomotało, kolana miała jak z waty, dłonie wilgotne.

-   Wciąż   nie   jestem   pewien,   czy   powinienem   ci   pozwolić   na   to   spotkanie   -   rzekł 

ponuro:

- Dam ci dobrą radę, kotku. W dzisiejszych czasach lepiej nie używaj w rozmowie z 

kobietą takich słów jak „czy powinienem ci pozwolić”, bo możesz zarobić guza.

background image

Oparł się o framugę drzwi.

- Z innymi kobietami na pewno bym nie użył. Tu nie chodzi o płeć, mała, lecz o 

charakter.   Jedni   mają   wojowniczą   naturę,   inni   łagodną   jak   baranek.   Ty   do   końca   życia 

będziesz barankiem.

-   Może.   Ale   jeśli   się   zastanowisz,   zrozumiesz,   że   bycie   barankiem   ma   kilka 

niezaprzeczalnych korzyści. - Chwyciła z łóżka torebkę oraz kartkę z podyktowaną jej przez 

Tammy  instrukcją  dojazdu  do  kanionu,   po  czym  wyszła   na  korytarz   i  skierowała   się  do 

windy.   -   Naprawdę   możesz   się   o   mnie   nie   martwić.   Jestem   straszliwym   tchórzem.   Jeśli 

myślisz,  że uczynię  coś, co by mogło rozgniewać  czy sprowokować  pannę Diller, to się 

mylisz.

Gabe   przekręcił   klucz   w   zamku   i   pośpieszył   za   Rebeką.   Oboje   jednocześnie 

wyciągnęli ręce, żeby wcisnąć guzik przywołujący windę.

- Ty tchórzem? Prędzej uwierzę w obietnice wyborcze naszych polityków. Odkąd cię 

poznałem, podejmujesz ryzyko za ryzykiem. Żyjesz po to, żeby ryzykować. Ale dziś, Ruda, 

musisz zagrać bezpiecznie. To ważne. Pamiętasz, o czym  rozmawialiśmy wczoraj? Jeżeli 

poczujesz, że coś jest nie tak, jeżeli cokolwiek wyda ci się dziwne lub podejrzane, masz 

natychmiast wsiąść do samochodu i odjechać.

Drzwi windy rozsunęły się z cichym sykiem. Weszli do środka. W oczach Rebeki 

pojawiły się wesołe iskierki.

- Ależ, Gabe! Co ty mówisz? Czyżbyś zaczął wierzyć w przeczucia, w intuicję?

Westchnął głośno.

- Mam nadzieję, że wrócisz do hotelu cała i zdrowa. Po chwili, gwoli przypomnienia, 

powtórzył jej to, co uzgodnili wczoraj: jadą dwoma samochodami, on pozostaje w ukryciu, 

potem spotykają się w ustalonym miejscu o ustalonej porze. Wręczył jej mapkę z zaznaczoną 

flamastrem trasą. Rebeka domyśliła się, że zamiast próbować w nocy zasnąć, udał się do 

kanionu i dokładnie obejrzał teren.

Wysiedli z windy. Zbliżali się do restauracji, kiedy Gabe skończył litanię rozkazów, 

próśb i żądań. Zanim pchnął szklane drzwi, wcisnął Rebece do ręki klucz.

- Co to? - spytała.

- Wynająłem ci wóz. Czarną mazdę RX - 7. Uniosła brwi.

- Wystarczyłby chevy.

- Może. Wziąłem mazdę na wypadek, gdyby pojawił się jakiś problem i chciałabyś 

szybko zwiać.

Do tej pory Rebeka grzecznie słuchała. Nawet nie próbowała nic dodać od siebie. 

background image

Bądź co bądź chirurgowi w trakcie operacji nie przerywa się. Widziała, że Gabe jest w swoim 

żywiole; wszystko dokładnie sprawdził, zaplanował, przygotował. Bez niego na pewno by 

sobie nie poradziła. Ale ostatniej uwagi nie mogła puścić bez komentarza.

Delikatnie   ujęła   go   za   łokieć,   po   czym   oznajmiła   cicho:   -   Nie   uciekam   przed 

problemami, Gabe. Czasem ogarnia mnie strach, czasem z nerwów wymiotuję, czasem robię 

nie to, co trzeba. Ale nie uciekam. Tego możesz być pewien.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Chociaż odległość z Las Vegas do kanionu Red Rock wynosiła tylko dwadzieścia pięć 

kilometrów, Gabe miał wrażenie, jakby nagle znalazł się na innej planecie. Zgiełk ucichł, 

światła wygasły, domy zniknęły - miasto zostało w tyle. Najpierw pojawiła się pustynia, a 

parę kilometrów dalej dziki, kamienisty krajobraz.

Dla   turysty,   któremu   znudziło   się   przegrywanie   forsy   w   kasynach,   wycieczka   do 

kanionu mogła  stanowić  miłą  odmianę.  Gabe jednak  podejrzewał,  że Tammy  wybrała  to 

pustkowie z całkiem innych powodów.

Podrapał   się   po   brodzie.   Kilka   minut   temu   panna   Diller   przybyła   na   miejsce 

jasnożółtym cadillakiem. Nie swoim - wynajętym. Miał okazję dokładnie się jej przyjrzeć. I 

to, co ujrzał, bardzo mu się nie podobało.

Leżał   na   skraju   półki   skalnej,   około   dziesięć   metrów   nad   dnem   kanionu.   Trudno 

byłoby o lepszy punkt obserwacyjny; widział wszystko jak na dłoni. Liczył na to, że może 

uda mu się również śledzić przebieg rozmowy - o ile wcześniej nie roztopi się w słońcu.

Tammy   zaproponowała   spotkanie   przy   stołach   piknikowych   w   parku   na   terenie 

kanionu. Teoretycznie było to idealne miejsce na rozmowę, ciche, spokojne. W parku - a 

zatem wśród ludzi. Tyle że ludzie przyjeżdżali do kanionu w soboty i w niedziele. W środku 

tygodnia panowała tu pustka. Słońce prażyło niemiłosiernie, promienie odbijały się o łyse 

skały, powietrze stało nieruchomo. I w promieniu wielu kilometrów nie było widać żywej 

duszy - ptaka, jaszczurki, a tym bardziej człowieka.

Gabe miał przy sobie menażkę z wodą, ale bał się wyciągnąć ją z kieszeni i podnieść 

do ust, by hałas nie zdradził jego obecności. Dla geologa okolica ta pewnie była rajem; tu i 

ówdzie  rosło parę  poskręcanych  topoli rzucających  zbawienny cień  na stoliki  piknikowe, 

dalej jednak ciągnęły się różowopomarańczowe formacje skalne, które przyjmowały dziwne 

strzeliste kształty.

Gabe   nie   był   geologiem;   nie   interesowały   go   formacje   skalne   ani   surowe   piękno 

krajobrazu.   Samochód   zostawił   daleko   od   parku.   Pokonując   drogę   piechotą,   cały   czas 

denerwował się, że miejsce wybrane przez Tammy jest tak ustronne. Tak na uboczu. Mogła tu 

zrobić wszystko i nikt by niczego nie widział.

To,   że   przybyła   dwadzieścia   minut   przed   czasem,   wydało   mu   się   podejrzane   i 

natychmiast wzmogło jego czujność. Ale dzięki temu miał okazję dobrze się jej przyjrzeć. 

Najbardziej rzucała się w oczy fryzura - Tammy miała włosy do ramion, dość puszyste, a 

może natapirowane.

background image

Pewnie uważała, że ma na głowie artystyczny nieład. Gabe zaś uważał, że czesała się 

koszmarnie. Kiczowato.

Tak samo się malowała. W myśl zasady, że im więcej koloru na powiekach i tuszu na 

rzęsach, tym lepiej. Nogi - długie i zgrabne. Bluzka, pełna falbanek i koronek, opinała obfity 

biust. Przypuszczalnie dzięki tym koronkom Tammy Diller chciała sprawiać wrażenie osoby 

niewinnej i godnej zaufania, a sprawiała wrażenie zdziry. Lafiryndy. Nie chodziło o ubranie, 

bo to, co miała na sobie, musiało sporo kosztować. Chodziło raczej o sposób, w jaki je nosiła, 

i o sposób, w jaki się poruszała.

Spojrzenie miała zimne, przebiegłe. Twarz całkiem ładną, gdyby nie makijaż. I gdyby 

nie wyraz okrucieństwa, sprytu i wyrachowania, którego nic nie było w stanie ukryć. Była 

wyraźnie spięta; co rusz podskakiwała nerwowo i oglądała się za siebie, jakby coś słyszała. A 

słyszeć nic nie mogła, bo on nie czynił najmniejszego szmeru.

Wreszcie z oddali dobiegł ich cichy warkot silnika. Rebeka. Gabe poczuł, jak mięśnie 

mu się napinają, nie oderwał jednak oczu od Tammy. Kobieta rzuciła papierosa na ziemię, 

zgniotła go butem, wypluła gumę do żucia, zawiązała na głowie cienką chusteczkę, włożyła 

na nos wielkie okulary słoneczne i czym prędzej przybrała wyraz spokoju i powagi.

Rebeka zatrzymała  czarną mazdę tuż obok cadillaca i wysiadła. No dobrze, mała. 

Bądź grzeczna, prosił ją w myślach Gabe. Zachowuj się tak, jak uzgodniliśmy. Rozmawiaj, 

ale   nie   wspominaj   słowem   o   Monice,   o   Jake'u   i   o   morderstwie.   Jutro   możesz   sobie 

ryzykować, ile chcesz. Przysięgam, że nie będę na ciebie krzyczał, ale dziś błagam, bądź 

ostrożna.

Spostrzegłszy Tammy, Rebeka skierowała się w jej stronę. W porównaniu z nią, była 

jak powiew wiatru, jak promień słońca - czysta, naturalna, świeża.

- Panna Diller?

Coś jest nie tak. Gabe wyraźnie to widział. Znał Rebekę, jej sposób chodzenia i stania. 

Ktoś inny pewnie niczego by nie zauważył, ale on od razu spostrzegł nienaturalną sztywność 

w jej ruchach oraz przylepiony do warg uśmiech - szeroki, promienny, lecz wymuszony.

Natychmiast rozdzwoniły się w nim dzwonki alarmowe. Maksymalnie wytężył wzrok, 

wzmógł czujność. Wczesnym rankiem postanowił zajrzeć do komputera, zobaczyć, czy nie 

pojawiło się więcej informacji o Tammy lub o jakimś innym podejrzanym, o którym dotąd 

było cicho. Monica nie narzekała na brak wrogów. Pracownicy agencji dokładnie sprawdzili 

każde nazwisko otrzymane  od Kate i Jake'a Fortune'ów. Wygrzebali mnóstwo ciekawych 

informacji, ale nic, co mogłoby się przydać w śledztwie. Gabe uznał, że nie ma powodu 

zakazywać Rebece spotkania z Tammy, skoro tak bardzo jej na tym zależy.

background image

Teraz   żałował   swej   decyzji.   Trzeba   było   zakazać   i   już.   Skoro   Rebeka   jest   tak 

poruszona samym widokiem Tammy, znaczy to jedno: że istnieje coś, o czym on nie wie. Tak 

w   ogóle   to   lubił   niespodzianki,   ale   nie   wtedy,   gdy   dotyczyły   Rebeki,   a   szczególnie   jej 

bezpieczeństwa.

Obserwował   ją   uważnie.   Po   chwili   nienaturalna   sztywność   zniknęła.   Rebeka 

wyciągnęła na powitanie rękę i - jak to ona - ćwierkając wesoło, rzekła:

- Dziękuję, że chciała się pani ze mną spotkać. - Rozejrzała się dookoła. - Boże, jak tu 

pięknie!

Tammy uścisnęła jej dłoń, szczerząc zęby w fałszywym uśmiechu.

-   Prawda?   Uwielbiam   to   miejsce.   Cisza,   spokój,   można   się   odprężyć,   swobodnie 

porozmawiać. Zwłaszcza tu, w Vegas, człowiek potrzebuje chwili wytchnienia. - Mówiła z 

południowym  akcentem,  którego chyba  nie udawała, głosem ociekającym  słodyczą,  która 

niewątpliwie prawdziwa nie była.

- No tak. Po wrażeniach w kasynie...

Nie wszystko docierało do jego uszu. Tammy stała zwrócona tyłem; przyglądał się jej 

więc bez obawy, że go dostrzeże. Z początku tylko na to liczył: że znajdzie kryjówkę na tyle 

blisko, by mógł śledzić obie kobiety,  a gdyby co do czego doszło, rzucić się Rebece na 

ratunek. To, że w czystym powietrzu i panującej wokół niezmąconej ciszy głos niósł się tak 

dobrze, było miłą niespodzianką. Najmniejszy ruch powodował jednak, że głosy się zlewały. 

A kobiety, wiadomo, nie potrafią ustać w miejscu.

Gabe wstrzymał oddech. Starał się zignorować swędzenie w okolicy karku, zapomnieć 

o żarze lejącym się z nieba, nie zwracać uwagi na ostre odłamki wpijające mu się w tors.

Sądząc   po   twarzy   Rebeki,   nie   mówiły   o   niczym   ważnym;   po   prostu   prowadziły 

uprzejmą,   zdawkową   rozmowę.   Rebeka   uśmiechała   się,   potakiwała,   co   pewien   czas 

entuzjastycznie przyznawała swej rozmówczyni rację.

Brawo, Ruda, pochwalił ją w myślach. Świetnie się spisujesz.

Podeszły   nieco   bliżej   skały,   na   której   leżał.   Po   chwili   Tammy,   uznawszy,   że   nie 

przyjechała tu, by rozprawiać o urodzie kanionu, przystąpiła do sedna.

- Gdziekolwiek się wczoraj pojawiłam, ktoś mówił, że pani mnie szuka. Ponieważ nie 

znamy się, nigdy się nawet nie widziałyśmy, zastanawiałam się, o co może chodzić...

- Jeśli mogę być z panią szczera...

Szczera? Gabe poczuł dreszcz trwogi. Mógł się tego spodziewać. Wczoraj wyraźnie 

mu powiedziała, że nie ma zwyczaju uciekać przed problemami. Zresztą sam to doskonale 

wiedział. Wielokrotnie udowodniła swoim zachowaniem, że gotowa jest uczynić wszystko, 

background image

żeby   pomóc   bratu.   Żadne   problemy   nie   były   jej   straszne.   Nie   myślała   o   ryzyku   czy 

zagrożeniu. Miał tego najlepszy przykład wczorajszej nocy, kiedy o mało nie wylądowała z 

nim w łóżku.

Każdy dotyk, każda pieszczota i pocałunek odżyły w jego pamięci. Miotany paniczną 

trwogą, usiłował telepatycznie przekazać Rebece swe myśli, przypomnieć jej, co ustalili.

- Ależ, moja droga! Oczywiście, że tak - zapewniła ją Tammy.

- Pewnie czytała pani w gazecie o morderstwie Moniki Malone? No więc mój brat 

Jake został oskarżony o tę zbrodnię. W rzeczach Moniki znalazłam kopię listu, który napisała 

do pani kilka dni przed śmiercią. Nie wiem, co panią łączyło z Monicą, ale miałam nadzieję, 

że zdoła mi pani jakoś pomóc. Szukam jakichś  śladów, informacji,  czegokolwiek, co by 

mogło oczyścić dobre imię mojego brata.

Serce Gabe'a zamarło. W ustach mu zaschło, jakby godzinami wędrował po pustyni. 

Psiakrew! Tyle razy jej tłumaczył, a ona kiwała głową na znak, że się zgadza i rozumie! 

Przecież uzgodnili, że nie wolno jej słowem wspomnieć o śmierci Moniki. Jeżeli tak zrobi, 

wówczas Tammy dostrzeże w niej wroga. Zagrożenie.

Cholera, Ruda! Zamknij się, ani słowa więcej!

Przez moment nie widział twarzy Tammy  Diller, widział jedynie,  że uniosła ręce, 

jakby wyznanie Rebeki ogromnie ją zdziwiło.

- Tak, oczywiście, że słyszałam o morderstwie. Monika Malone była sławną aktorką i 

wszystkie gazety pisały o jej śmierci. Ale nie znałam jej osobiście...

- No a list? - spytała Rebeka. - Napisała do pani zaledwie kilka dni przed śmiercią...

Serce Gabe'a znów zaczęło bić. A raczej walić młotem. Przez chwilę zastanawiał się, 

co   ma   zrobić,   kiedy   wreszcie   dorwie   tę   rudowłosą   kretynkę.   Czy   ma   ją   usmażyć   na 

skwierczącym tłuszczu, przywiązać do słupa na środku termitiery, czy utopić? Wszystkie trzy 

rozwiązania   były   tak   kuszące,   że   nie   potrafił   się   zdecydować.   No   cóż,   później   nad   tym 

pomyśli, a na razie przygwoździł wzrokiem Tammy Diller. Nie zamierzał spuszczać z niej 

oczu - nawet na moment, żeby mrugnąć.

- Tak, to prawda - przyznała  Tammy.  - Byłam  zaskoczona. Jak się pani zapewne 

domyśla  - wykonała ręką nieokreślony gest, jakby wskazywała na swoją twarz i figurę - 

jestem modelką. Uznałam, że pani Malone chce mi zaoferować pracę. Czytałam kiedyś, że 

jest   związana   z   firmą   kosmetyczną   należącą   do   pani   rodziny.   Akurat   byłam   między 

zleceniami... Ale sama nie wiem. Wkrótce zaproponowano mi ciekawe zajęcie, a potem... Nie 

zdążyłam odpowiedzieć na list pani Malone ani dowiedzieć się, o co jej chodziło.

- Szkoda. - Rebeka westchnęła. - Liczyłam na coś więcej. Że podsunie mi pani jakiś 

background image

trop, na przykład nazwisko osoby, która mogła źle Monice życzyć...

- Przykro mi, kochana. Nigdy w życiu nie spotkałam pani Malone. Rzecz jasna, byłam 

przerażona, kiedy przeczytałam o jej morderstwie. To straszne! Stara hollywoodzka aktorka 

ginie zasztyletowana ozdobnym nożem do listów. Zupełnie jak na filmie, no nie? Po prostu 

wierzyć się nie chce, że ktoś mógłby popełnić tak ohydną zbrodnię.

Cholera! Znów coś jest nie tak! Rebeka pokiwała głową, mruknęła, że tak, to straszne, 

ale Gabe zauważył, że krew odpłynęła jej z twarzy. Zauważył też, że z całej siły zaciska 

dłonie. Choć robiła to dyskretnie, w sposób ledwo widoczny, pamiątkowa bransoleta głośno 

zabrzęczała.

Tammy,   starając   się   uciec   od   tematu   Moniki,   pochwaliła   bransoletę   i   po   chwili 

rozmowa zeszła na biżuterię. Obie kobiety przestępowały nerwowo z nogi na nogę. Były 

wyraźnie   spięte.   Obie   wyjęły   z   torebki   kluczyki   samochodowe.   Podrzucając   je   w   dłoni, 

kontynuowały   rozmowę.   Nie   chciały   przedłużać   spotkania,   ale   żadna   nie   umiała   go 

zakończyć.

Gabe z ulgą wypuścił z pluć powietrze. Uznał, że nic groźnego się już nie wydarzy. 

Gdyby Tammy chciała wyrządzić Rebece krzywdę, miała aż nadto czasu. Być może była 

zadowolona ze spotkania. Może stwierdziła, że poszło po jej myśli. Bo przecież osiągnęła cel: 

zdołała zamydlić Rebece oczy, wcisnąć jej trochę kitu, a przy okazji dowiedzieć się, czego 

Rebeka od niej oczekuje.

Niestety, Gabe nie wierzył w szczęśliwe zakończenia. Trafiały się jedynie w bajkach i 

czasem w filmach.

Leżenie bez ruchu doprowadzało go do szału. Miał ochotę zejść ze skały, wrócić do 

samochodu i odjechać, zanim Tammy wsiądzie do swojego cadillaca. Ale to nie wchodziło w 

grę. Każdy najlżejszy szmer mógł zdradzić jego obecność. Musiał uzbroić się w cierpliwość, 

poczekać, aż Tammy ruszy w drogę. Dziesiątki myśli kłębiły się w jego głowie. Nawet jeżeli 

będzie   miała   kilka   minut   wyprzedzenia,   bez   trudu   powinien   ją   dogonić.   Niewiele   dróg 

prowadzi do kanionu, a żółty cadillac łatwo da się zauważyć na autostradzie.

Nie wiedział, dokąd Tammy planuje się stąd udać, instynkt jednak podpowiadał mu, 

że   należy   to   koniecznie   sprawdzić.   Siedząc   ją,   zorientuje   się,   czy   rozmowa   z   Rebeką 

wytrąciła ją z równowagi i co z tego dalej wynika.

Rudą zajmie się później.

Ręce Rebeki, wilgotne ze zdenerwowania i podniecenia, ślizgały się po kierownicy. 

Czarna mazda pruła w kierunku Las Vegas z prędkością około stu czterdziestu kilometrów na 

godzinę.   Rebeka   wreszcie   zreflektowała   się,   jak   mocno   naciska   pedał   gazu.   Ale   tak   jak 

background image

jeździec nie może spowolnić konia podczas wyścigu, tak ona nie potrafiła zmusić się do 

wolniejszej jazdy.

Czarny pojazd wyrywał się do przodu. Spieszyło mu się. Jej też. Na widok Tammy 

omal nie dostała ataku serca. Chociaż kobieta starała się zmienić swój wygląd, podobieństwo 

między   nią   a   starszą   siostrą   Rebeki,   Lindsay,   było   uderzające.   Kiedy   Rebeka   to   sobie 

uświadomiła,   dziesiątki   porozrzucanych   części   łamigłówki   nagle   zaczęły   układać   się   w 

całość.

Tammy Diller i Tracey Ducet to jedna i ta sama osoba. Od początku imię i nazwisko 

adresatki listu wydawało jej się znajome, nie mogła sobie jednak przypomnieć, gdzie się z 

nim zetknęła. Oczywiście nigdzie się z nim nie zetknęła. Po prostu było dziwnie zbieżne z na-

zwiskiem Tracey Ducet. Rebeka oczywiście słyszała opowieść o kobiecie, która mniej więcej 

rok temu usiłowała się podać za porwaną w dzieciństwie bliźniaczkę Lindsay. Cała rodzina 

żyła tą historią. Ale nie powiązała Tracey z Tammy, dopóki nie stanęła z nią twarzą w twarz.

Tracey - Tammy ma niebywały tupet, decydując się na spotkanie z członkiem rodziny 

Fortune'ów. Żadna ilość makijażu ani żadne przebranie nie jest w stanie zmienić człowieka 

tak, by go nie rozpoznano.

Rebeka nie dość, że prawie zemdlała na widok Tracey - Tammy, to potem omal nie 

dostała drugiego ataku serca, kiedy ta wspomniała o śmierci Moniki przez zasztyletowanie. 

Ani w poważnych gazetach, ani w prasie brukowej nie podano narzędzia zbrodni. Policja 

strzegła   tej   informacji   niczym   sztabek   złota.   Oficerowie   prowadzący   śledztwo   mieli 

wystarczającą ilość dowodów, by oskarżyć Jake'a o morderstwo, ale wiele pytań wciąż po-

zostawało bez odpowiedzi, na przykład: kto jeszcze dotykał zdobionego kamieniami noża do 

listów?  Do  kogo  należały   zamazane   odciski  palców?   Ponieważ  oskarżony  był   członkiem 

jednej z najbogatszych rodzin w Stanach, oczekiwano, że proces stanie się głośny. Wszyscy 

bali się popełnić jakikolwiek błąd. Dlatego do informacji mogących mieć bezpośredni wpływ 

na wynik procesu nie dopuszczano prasy.

Tammy   jednak   wiedziała,   jak   Monica   zginęła.   Wspomniała   zarówno   o 

zasztyletowaniu, jak i o ozdobnym nożu.

To ostatecznie przekonało Rebekę, że dawna Tracey Ducet, a obecna Tammy Diller 

zabiła aktorkę. Dalsza rozmowa z nią stanowiła prawdziwą udrękę. Nie chciała rozmawiać, 

chciała   jak   najszybciej   pożegnać   się,   wrócić   do   hotelu,   podzielić   się   wiadomością   z 

Gabrielem i policją. Niech policja aresztuje prawdziwego mordercę, czy raczej morderczynię, 

i zwolni niesłusznie przetrzymywanego w areszcie Jake'a.

Autostrada była stosunkowo pusta, dopiero pod miastem ruch się nasilił. Rebeka, która 

background image

przez   cały  czas   rozmyślała   o   swoim   odkryciu,   kilka   razy   skręciła   nie   tam,   gdzie   trzeba. 

Trudno było zgubić się w Las Vegas - główne hotele z daleka rzucały się w oczy, ich nazwy 

migotały na tle nieba - jej się jednak udało.

Wreszcie   zlokalizowała   „Circus   Circus”.   Była   wściekła   na   siebie,   że   straciła   tyle 

czasu, a przecież tak bardzo się jej spieszyło. Skierowała wóz na wielopoziomowy parking. 

Przy wjeździe zwolniła, by wziąć z automatu kwit z godziną, od której liczy się czas postoju. 

Oślepiające słońce pozostało na zewnątrz; w środku panował chłodny półmrok. Umówiła się 

z Gabe'em w swym pokoju. Ponieważ błądziła, było całkiem prawdopodobne, że już na nią 

czekał.

Ciekawa była jego reakcji, kiedy przekaże mu wiadomość o Tracey. Wiedziała, że 

wysłucha jej w skupieniu, bo do pracy zawsze podchodził z powagą. I że w jego oczach 

pojawi się błysk zawiści lub urażonej dumy - biedak nie znosił, kiedy to ona coś odkrywała 

albo  wpadała  na  trop,   który  jemu   uniknął.   W  sumie   jednak   ucieszy  się   i  pogratuluje  jej 

sukcesu. Może z radości nawet zapomni o tym, że zignorowała jego polecenia dotyczące 

przebiegu spotkania w kanionie.

Zdążył ją poznać dość dobrze, powinien zatem wiedzieć, z kim ma do czynienia: z 

osobą, która nie lubi, jak ktoś jej coś każe czy czegoś zabrania. Poczuła ukłucie w sercu. 

Zawsze   gdy   jej   na   kimś   zależało,   robiła   wszystko   na   opak,   łamała   wszelkie   zasady,   ale 

jeszcze nigdy tylu nie złamała co teraz, przy Gabie.

Na razie jednak nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Na pierwszym poziomie 

wszystkie miejsca były zajęte, więc wjechała na drugi. Przez chwilę krążyła, rozglądając się 

na boki; wreszcie dojrzała puste miejsce. Zgasiła  silnik, wyciągnęła  ze stacyjki kluczyki, 

wzięła torebkę. Na myśl o tym, że zaraz zobaczy Gabe'a i opowie mu o Tammy, zadrżała z 

podniecenia.

Wysiadłszy z samochodu, sprawdziła, czy drzwi są zamknięte, po czym odwróciła się. 

Wokół było ciemno, pusto, cicho - betonowe ściany, betonowa podłoga, masy samochodów. 

Przez moment stała zdezorientowana, niepewna, gdzie są schody lub winda i którędy wiedzie 

droga do hotelu.

- Hej!

Na dźwięk męskiego głosu obejrzała się przez ramię. W pierwszej chwili nawet się nie 

zdziwiła, że ktoś do niej woła. Las Vegas zostało zbudowane z myślą o turystach, więc obcy 

ludzie często zagadywali do siebie. Najpierw zobaczyła uśmiech na twarzy obcego. Potem 

zarejestrowała   kilka   innych   szczegółów:   że   mężczyzna   jest   sympatycznie   wyglądającym 

blondynem   w   wieku   około   trzydziestu   pięciu   lat,   dość   wysokim,   ubranym   podobnie   jak 

background image

dziesiątki innych ludzi na ulicach... i nagle doznała olśnienia.

Tammy Diller miała narzeczonego. Choćby z tego powodu ona, Rebeka, powinna była 

skojarzyć Tammy z Tracey. Bo Tracey też cały czas towarzyszył narzeczony, który pomagał 

jej,   gdy   odgrywała   rolę   odnalezionej   siostry   bliźniaczki.   Jak   on   miał   na   imię?   Dwayne, 

Wayne, jakoś tak. W głowie jej zaszumiało, zrozumiała bowiem, że nie jest bezpieczna, ale 

było   już   za   późno.   Mężczyzna   podbiegł   bliżej.   Mimo   półmroku   wyraźnie   widziała   jego 

chłopięcy uśmiech i uprzejmy wyraz twarzy.

A potem w jego prawej ręce spostrzegła długie lśniące ostrze. Podnosząc je, wciąż się 

uśmiechał.

Wokół nie było żywego ducha. Cisza aż dudniła w uszach. Rebeka uzmysłowiła sobie, 

że   jest   zdana   wyłącznie   na   siebie.   Chociaż   wiedziała,   że   nikt   jej   nie   usłyszy,  wciągnęła 

głęboko powietrze, zamierzając krzyknąć na całe gardło. Tak głośno, by pobudzić zmarłych.

Nie zdążyła; wydała z siebie jedynie żałosny kwik. Obcy boleśnie wykręcił jej do tyłu 

rękę. W nozdrza uderzył ją duszny zapach wody kolońskiej. Nie mogła oddychać. Do szyi 

miała przytknięty nóż; jego srebrne ostrze rzucało fantazyjne refleksy na ścianę nieopodal.

Czuła narastającą panikę. Nie umiała się przed nią bronić. Nagle przyszło jej do głowy 

imię i nazwisko narzeczonego Tracey Ducet: Wayne Potts. Niestety, na niewiele mogło się jej 

teraz przydać. Coraz więcej fragmentów łamigłówki układało się w całość, ale...

Psiakość, Gabe miał rację. Powinna była bardziej na siebie uważać. Powinna była też 

zaufać swojej intuicji, starać się rozgryźć, kim jest Tammy Diller i jej tajemniczy towarzysz. 

No ale nie czas teraz na gdybanie i robienie sobie wyrzutów, gdy czubek ostrza kłuł ją w 

szyję.

-   Panna   Rebeka   Fortune...  Spóźniłaś   się,   ciziuniu.   Spodziewałem   się   ciebie 

dwadzieścia minut temu. Już zaczynałem się martwić, że coś się stało. Zgubiłaś się, czy co? 

W końcu ile czasu trzeba na pokonanie niecałych trzydziestu kilometrów?

Chciał rozmawiać? Przytykając jej nóż do szyi? Nie była w nastroju do rozmowy. 

Mogła posikać się ze strachu, wpaść w histerię, zemdleć, zacząć dygotać jak w febrze - albo 

wszystko naraz. Ale z nożem przy szyi nie mogła rozmawiać. Z drugiej strony, póki on mówi, 

ona żyje. Póki mówi, nie kroi jej na kawałki.

- Skąd... skąd znasz moje nazwisko?

- Telefony w samochodach to świetny wynalazek. Wszystko wiem o tobie. Tracey nie 

mogła   się   doczekać,   żeby   mi   opowiedzieć   o   waszym   spotkaniu.   Muszę   przyznać,   że 

doskonała z ciebie aktorka, wiesz? Tracey nabrała się na twoją szczerość i naiwność. Była 

przekonana, że uwierzyłaś w każde jej słowo. Ja jednak dość wcześnie w życiu nauczyłem się 

background image

odróżniać prawdę od fałszu.

Wykręcił mocniej jej rękę. W oczach zapiekły ją łzy. Poprzez zapach wody kolońskiej 

przedzierał się odór potu. Napastnik pocił się z podniecenia. Rebeka instynktownie pojęła, że 

podoba mu się rola agresora i zabawa ostrym nożem.

- To jakaś pomyłka. Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. O czym ty mówisz? Nie znam 

żadnej Tracey...

Zarechotał jej prosto w ucho.

- Całkiem nieźle, ciziuniu. Całkiem nieźle. Ale nie próbuj okłamywać zawodowca. Od 

razu rozpoznałaś Tracey, prawda? Wygląda dokładnie tak samo jak twoja starsza siostra. 

Tłumaczyłem jej, żeby nie dzwoniła do ciebie, że spotkanie z tobą to głupi pomysł, ale uparła 

się. To ważne, mówiła, żebyśmy odkryli, co wiesz. No i odkryliśmy. Wiesz za dużo...

Nagle rozległ się przeraźliwy pisk opon. Zaskoczony hałasem Wayne uniósł głowę, 

odruchowo przyciskając mocniej nóż. Rebeka poczuła, jak po szyi cieknie jej strużka krwi. 

Bała się drgnąć choćby o milimetr. Kątem oka dojrzała lśniący biały dach auta Gabe'a, który 

właśnie wyłaniał się zza zakrętu.

Silnik wył, samochód - niczym odrzutowiec pędzący po pasie startowym - nabierał 

coraz większej szybkości, zupełnie jakby kierowca nie przejmował się tym, że na jego drodze 

stoją dwie osoby: mężczyzna z nożem i skostniała ze strachu kobieta. Po chwili wóz zniknął z 

jej pola widzenia. Ułamek sekundy później huknął w auto zaparkowane obok mazdy, którą 

Rebeka przyjechała. Koła wciąż się obracały, a silnik warczał, kiedy drzwi się otworzyły i ze 

środka wypadł Gabe.

Wszystko   trwało   zaledwie   parę   sekund.   Gdyby   Wayne   miał   odrobinę   rozumu, 

domyśliłby   się,   że   trzyma   w   ręku   asa,   którego   absolutnie   nie   powinien   wypuszczać.   On 

jednak zdał się na instynkt, a instynkt kazał mu brać nogi za pas i uciekać.

Ostrze przesunęło się po jej gardle. Rebeka poczuła piekący ból, po czym  została 

brutalnie odepchnięta. Uderzyła brzuchem o maskę stojącego obok wozu. Jest wolna! Przez 

chwilę nie mogła złapać ani oddechu, ani równowagi; miała ochotę przysiąść na betonowej 

podłodze, na przemian głośno śmiać się i płakać - ale nagle zobaczyła Gabe'a. Przemknął 

obok, nie patrząc na nią, z dziką furią w oczach.

- Gabe, on ma nóż! - krzyknęła.

Ale równie dobrze mogłaby wołać do pilota w odrzutowcu. Do głuchego pilota w 

ryczącym odrzutowcu. Rzucił się na wroga jak wygłodniały tygrys. Obaj przeturlali się kilka 

razy.   Nóż   błysnął   w   powietrzu,   spadł   na   beton   i   zniknął   pod   najbliżej   zaparkowanym 

samochodem.

background image

Wayne nie miał szansy. Wył, jęczał, szlochał, usiłował się wyrwać, uwolnić, ochronić 

przed ciosami.

Rebeka   stała   nieruchomo,   z   ręką   zaciśniętą   na   brzuchu,   zbyt   przerażona   i 

zdenerwowana, by jasno myśleć. Chciała pomóc Gabe'owi, ale nie wiedziała jak. Czy po-

winna   wyciągnąć   spod   samochodu   nóż?   A   może   wezwać   policję?   Ale   bała   się   odejść   i 

zostawić mężczyzn samych.

Wtem usłyszała warkot silnika i po chwili zza zakrętu wyłonił się inny samochód. Na 

przednich fotelach siedziała para turystów, starsze małżeństwo, które wybrało ten niefortunny 

moment na szukanie miejsca do zaparkowania. Potykając się, Rebeka wybiegła na środek 

drogi   i   zaczęła   machać   do   kierowcy,   by   się   zatrzymał.   Dwie   pary   wystraszonych   oczu 

patrzyły na nią przez szybę.

- Zostawcie tu wóz i wezwijcie policję! - zawołała do turystów.

Zdjęci przerażeniem, nie ruszyli się z miejsca.

- Błagam! Biegnijcie do hotelu i zadzwońcie po policję!

Drzwi się otworzyły i małżonkowie posłusznie wysiedli. Spoglądając niepewnie na 

Rebekę, siwowłosy mężczyzna zapytał:

- Dobrze się pani czuje?

- Świetnie - zapewniła go, ale ledwo zniknęli jej z oczu, pomyślała sobie, że gorzej 

chyba jeszcze nigdy się nie czuła.

Odwróciwszy się, zobaczyła, jak Gabe wali Wayne'a pięścią w brzuch. Potrzebował 

pomocy. Bała się. Nawet jeśli Wayne Potts otrzymuje ciosy, to - podświadomie czuła - Gabe 

znacznie   bardziej   cierpi.   Nigdy  dotąd   nie   widziała   go   w   takim   stanie,   ani   razu   czynem, 

spojrzeniem czy słowem nie zdradzał śladu agresji.

- Gabe, nic - mi nie jest! - zawołała, instynktownie szukając wyjścia z tej sytuacji. - 

Nie wyrządził mi krzywdy!

Zero reakcji. Nie była pewna, czy Gabe ją słyszał, czy zdawał sobie sprawę z jej 

obecności. Podbiegła bliżej. Nie wiedziała, co robić, w jaki sposób może pomóc. Im mniejszy 

dzielił ją dystans od Gabe'a, tym wyraźniej widziała dziką wściekłość malującą się w jego 

oczach i twarzy.

- Gabe, nic mi nie jest! - powtórzyła. - Nic mi nie jest. Rozumiesz? Nie skrzywdził 

mnie.

Może   wreszcie   zdołała   do   niego   przemówić,   a   może   po   prostu   sam   uznał,   że 

wystarczy. Ciosy ustały. Wayne podniósł się na czworaki; dyszał ciężko, szlochał, jęczał. 

Przez chwilę patrzył osłupiały, nie wierząc, że już nikt go nie bije. Na wszelki wypadek wolał 

background image

nie ruszać się z miejsca.

Raptem   otworzyły   się   metalowe   drzwi   i   parking   zapełnił   się   ludźmi.   Rebeka 

zauważyła  biegnących w ich stronę strażników. W oddali słychać było jadące na sygnale 

wozy policyjne. Przymknęła na moment powieki, usiłując złapać oddech.

Kiedy je uniosła, wszędzie panował straszliwy rozgardiasz. Mnóstwo ludzi krzyczało, 

nawoływało się. Ale ona tego nie widziała - widziała tylko oczy Gabe'a patrzące na nią z 

odległości trzech metrów, patrzące tak, jakby byli sami na świecie.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Gabe zastukał do drzwi łazienki.

- Obsługa hotelowa, proszę pani.

Ze środka dobiegł go stłumiony śmiech.

- Obawiam się, że w tym momencie obsługa hotelowa zarumieniłaby się po czubki 

uszu. Wciąż leżę w wannie, Gabe. Ale już zaraz wychodzę.

- Nie spiesz się. Im dłużej się pomoczysz, tym lepiej będziesz się czuła. Tyle że... hm, 

rosół wystygnie. Ale mam pomysł. Weź ręcznik, zawsze dają ich za dużo, i owiń się, żebym 

mógł wejść z kolacją.

- Mam jeść kolację, leżąc w wannie? - Westchnęła. - Co za wyrafinowana rozpusta!

- Czy to znaczy, że mam dać ci święty spokój czy przeciwnie: że czekasz owinięta 

ręcznikiem?

- Czekam owinięta. I nie mogę uwierzyć, że zamówiłeś dla mnie gorący rosołek.

Ostrożnie   balansując   tacą   na   jednej   dłoni,   drugą   ręką   nacisnął   klamkę.   Wewnątrz 

unosiły się kłęby pary przesiąkniętej słodkim zmysłowym zapachem, chyba jaśminu. Gabe 

natychmiast poczuł, jak skacze mu poziom adrenaliny, ale starał się zachować skromnie i 

przyzwoicie niczym mnich. Trzymał wzrok utkwiony w twarzy Rebeki.

Gdyby   numer   z   rosołem   nie   wypalił,   znalazłby   inny   sposób   na   dostanie   się   do 

łazienki, ale tego nie zdradził Rudej. Nie zdradził też, że zamierza pozbawić ją ręcznika.

Powtarzała mu wielokrotnie, że dobrze się czuje, że Wayne Potts nie wyrządził jej 

krzywdy. Oczywiście widział długi, wąski ślad po cięciu, jakie ten drań zostawił jej na szyi, 

ale to wszystko. Wcześniej Rebeka była ubrana od stóp do głów, więc niczego więcej nie dało 

się   zauważyć.   Miał   jednak   świadomość,   że   prędzej   krowa   zatańczy   walca,   niż   Rebeka 

przyzna się do otrzymanych ran.

-   Ponieważ   dopiero   terminuję   jako   kelner   i   jeszcze   nie   opanowałem   wszystkich 

potrzebnych w tym fachu umiejętności - rzekł - mam następującą propozycję. Jeżeli wyleję 

rosół do wanny, możesz nie dawać mi napiwku.

Z wzrokiem wciąż odwróconym od wyciągniętej w wodzie postaci, postawił tacę na 

umywalce,   po   czym   kopnął   nogą   drzwi,   żeby   gęsta,   zmysłowo   pachnąca   para   nie 

wydostawała się na zewnątrz.

- Najpierw łyżeczka. O, bardzo proszę. A teraz... ostrożnie... miseczka. Mamy również 

elegancką płócienną serwetkę, ale osobiście uważam, że śmiesznie by wyglądało, gdyby ją 

pani położyła sobie na kolanach albo zawiązała pod szyją. Zostawmy ją tu obok, dobrze? 

background image

Aha, i jeśli ma pani ochotę głośno siorbać, proszę się mną nie przejmować.

Zaśmiała   się   cicho   pod   nosem,   ale   inaczej   niż   zwykle.   Na   pewno   nie   był   to   jej 

normalny śmiech.

Odgrywając rolę kelnera, Gabe ani razu nie zerknął na przysłonięte ręcznikiem ciało. 

Wpatrywał się w twarz Rebeki, od czasu do czasu w rozcięcie na szyi.

Kiedy   zaczęła   jeść,   przysiadł   na   opuszczonej   desce   sedesowej.   Powietrze   było 

nagrzane, więc udając, że mu gorąco, schylił się, aby zdjąć buty i skarpetki. Zrobił to jednak 

tylko po to, aby móc dyskretnie i bezkarnie przyjrzeć się Rebece.

Na   skutek   wilgoci   niesforne   rude   włosy   jeszcze   bardziej   się   nastroszyły,   tworząc 

ognistą aureolę. Parę mokrych kosmyków przylepiło się do karku. Rebeka zawiązała ręcznik 

nad biustem, zakrywając najbardziej intymne części ciała, ale na szczęście hotelowe ręczniki 

nie miały wielkich rozmiarów i co nieco było widać.

Skórę   miała   białą   niczym   pierwszy   śnieg.   Na   widok   cienkiej   czerwonej   pręgi 

biegnącej w poprzek szyi Gabe zacisnął zęby; znów poczuł, jak wszystko się w nim gotuje. 

Na zanurzonym w wodzie udzie dostrzegł wielki fioletowoczarny siniec, dwa inne - jakby 

ślady odciśniętych dłoni - znaczyły jej ramiona. Bydlak się z nią nie patyczkował!

Ale mogło być gorzej, pocieszył się w duchu.

Najbardziej boląca rana nie była jednak widoczna w postaci sińca czy zadrapania. Ta 

największa i najdotkliwsza tkwiła głęboko ukryta, a dostrzec ją można było, patrząc w zielone 

oczy Rebeki, zawsze lśniące i pełne życia, a teraz mętne, pozbawione blasku.

Jadła zupę z apetytem, ale cały czas była spięta. Rozglądała się wkoło, jakby szukała 

drogi ucieczki. Na niczym  dłużej nie potrafiła zatrzymać  wzroku. Po prostu wciąż  czuła 

strach.

Minęły trzy godziny, odkąd zakuto Wayne'a w kajdanki i odwieziono do aresztu. Gabe 

udzielił policji szczegółowych odpowiedzi, po czym wziął Rebekę za rękę i zaprowadził do 

hotelu. Na parkingu zachowywała się spokojnie, nie okazując najmniejszego zdenerwowania. 

Nie   wiedziała,   że   gdy   człowiek   przeżywa   silny   wstrząs   psychiczny,   prędzej   czy   później 

zawsze następuje reakcja.

- Skąd ci w ogóle przyszedł do głowy pomysł rosołu? - spytała. - Czyżbyś jednak 

posiadał typowo ojcowski instynkt opiekuńczy?

- Ojcowski? Nie żartuj - oburzył się. - Zupa to jedyne, na co wpadłem. Uznałem, że 

normalnego jedzenia nie przełkniesz.

- Słusznie. Nie wyobrażam sobie, abym mogła zasiąść dziś nad stekiem... Jak sądzisz, 

czy policja złapała już Tracey?

background image

Rozmawiali o tym dziesiątki razy, ale nie dziwił się, że Rebeka wciąż powraca do 

tematu.

- Bardzo możliwe - odparł. - Tammy, czy też Tracey, nie miała powodu się ukrywać; 

nie   wiedziała,   co   się   przydarzyło   jej   narzeczonemu.   Przypuszczalnie   pojechała   prosto   do 

domu, żeby tam się z nim spotkać. Myślę, że policjanci bez trudu ją namierzyli.

- A myślisz, że... że powinnam jeszcze raz zadzwonić do mamy?

To też już przerabiali.

- Podejrzewam, że Kate wisi na telefonie, odkąd się z nią pożegnałaś. Miała dziwne 

przeczucie w sprawie Tammy Diller. Coś ją tknęło. Natychmiast przypomniała sobie Tracey 

Ducet. Kiedy mi o niej opowiedziała, postanowiłem sprawdzić oba nazwiska w komputerze. 

Ta kobieta tak często zmienia swój wygląd i tożsamość, że niełatwo cokolwiek o niej znaleźć. 

Zanim mi się udało, spotkałyście się w kanionie. Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie. 

Założę się, że Kate właśnie obdzwania wszystkich prawników broniących twojego brata...

- To... to, co się zdarzyło, wpłynie na wynik procesu, prawda?

- Możesz być spokojna.

- Nie chciałabym kiedykolwiek więcej mieć do czynienia z Wayne'em i jego nożem. 

Ani z Tracey. Ale tego jednego razu absolutnie nie żałuję. Gdyby nic się nie zdarzyło, gdyby 

do   niczego   nie   doszło,   wina   Tracey   byłaby   nie   do   udowodnienia.   Różne   oszustwa   czy 

szachrajstwa, na których  ewentualnie  można  byłoby ją przyłapać,  nie miałyby  związku z 

zabójstwem Moniki Malone.

- Fakt - przyznał Gabe.

Tak   naprawdę   to   miał   ochotę   ją   porządnie   zrugać.   Za   to,   że   zlekceważyła   jego 

polecenia, narażając się na ogromne niebezpieczeństwo. O mało, psiakrew, nie zginęła! Ale 

awantura   może   poczekać.   Nie   zamierzał   puścić   Rebece   nieposłuszeństwa   płazem,   lecz 

nakrzyczeć na nią może kiedy indziej. Nie dzisiaj.

Wbiła swoje wielkie smutne oczy w jego twarz.

- Nadal nie pojmuję, jak to się stało, że tak szybko mnie odnalazłeś.

O tym również rozmawiali wcześniej, ale ponieważ sprawa nie dawała jej spokoju, 

zaczął cierpliwie tłumaczyć po raz trzeci z rzędu:

- Jak już mówiłem, zamierzałem jechać za Tammy - Tracey, bo obserwując was z 

półki skalnej, widziałem, że coś cię poruszyło. Może nawet wystraszyło. Chciałem przekonać 

się,   dokąd   Tammy   pojedzie   i   co   zrobi.   I   nagle   zobaczyłem,   jak   sięga   w   dół,   po   czym 

przykłada do ucha słuchawkę. Uznałem, że jedyną osobą, do której może dzwonić, to jej 

wspólnik, a zarazem przyjaciel. Skoro postanowiła zdać mu sprawozdanie ze spotkania z 

background image

tobą,   pomyślałem   sobie,   że   lepiej   skoncentrować   się   na   nim.   Ze   z   jego   strony   może   ci 

zagrażać większe niebezpieczeństwo.

Skończywszy jeść, słuchała w milczeniu. Gabe wstał z deski sedesowej, wyjął jej z 

ręki pustą miskę i łyżkę, odstawi! je na tacę. Rebeka nie spuszczała z niego wzroku. Od kilku 

minut uważnie mu się przyglądała, jakby chciała zapamiętać każdy centymetr jego twarzy, 

każdą zmarszczkę, bruzdę, włosek.

Nie wytrzymał.

- Powiesz mi wreszcie, czy nie? - spytał wprost.

- Co?

-   Żebym   to   ja   wiedział!   Wałkujemy   jeden   temat   w   kółko   na   okrągło.   Wszystkie 

kwestie poruszyliśmy już co najmniej kilka razy. Ale mam wrażenie, że coś ukrywasz.

Przełknęła ślinę, po czym wolno pokiwała głową.

- Bałam się, kiedy biłeś Wayne'a. Bałam się, że zatłuczesz go na śmierć.

- Próbował cię zabić.

- To był gnojek. Tchórz. Niegodny ciebie przeciwnik.

-   Próbował   cię   zabić   -   powtórzył   Gabe,   po   czym   westchnął   głośno.   Żadnemu 

mężczyźnie nie musiałby nic więcej tłumaczyć, ale Rebeka nie była mężczyzną ani nie umiała 

myśleć jak mężczyzna. - Posłuchaj, Ruda. Jeśli sądzisz, że lubię się naparzać, to się mylisz. 

Nienawidzę przemocy.  Praca detektywa w niczym nie przypomina tego, co się ogląda na 

filmach  w telewizji.  Nie przypomina  też tego, co robiłem w wojsku.  Rzadko się zdarza, 

żebym rozwiązywał problemy za pomocą pięści. Zazwyczaj są inne metody. Ale potrafię się 

bić. I czasem nie ma innego wyjścia.

- Chciałeś wyrządzić mu krzywdę...

- Owszem, chciałem.  I bez trudu mógłbym  to zrobić.  Ale wbrew temu, co ci się 

wydaje, miałem nad wszystkim kontrolę. Wiedziałem, że nie wolno mi stracić panowania. Że 

tę parę cwaniaczków trzeba dostarczyć policji w jednym kawałku. Najpierw policja musi ich 

przesłuchać,   a   potem   sąd.   Wiedziałem,   jak   wiele   od   nich   zależy.   Uwierz   mi,   nigdy   nie 

naraziłbym na dłuższy pobyt w więzieniu twojego brata.

- A gdyby ich pojmanie nie miało wpływu na sytuację prawną mojego brata?

Gabe ponownie westchnął.

- Słuchaj, mała, żadna moja odpowiedź cię nie zadowoli. Rzuciłem się na drania nie 

dlatego, że  zapraszał  cię   na randkę,  ale   dlatego, że  groził   ci  nożem.  Że  mógł  cię   zabić. 

Uważasz,   że   powinienem   był   pacnąć   go   w   rękę   i   powiedzieć:   „Puść   ją,   ty   niedobry!”? 

Przykro mi, ale to w ogóle nie wchodziło w grę. Ponieważ nie wiem, jak Wayne'a potraktuje 

background image

wymiar sprawiedliwości, chciałem wbić mu do głowy, aby nigdy więcej nie ważył się do 

ciebie   zbliżyć.   On   nie   jest   miłym   chłopcem,   który   zbłądził.   To   dzikie   zwierzę,   które 

zatrzymało   się   na   niższym   stopniu   rozwoju.   Do   dzikiego   zwierzęcia   nie   trafiają   żadne 

rozsądne argumenty.

- W porządku. Rozumiem. Ale nie mogę pogodzić się z tym, że przeze mnie musiałeś 

uderzyć człowieka.

Nie  wiedział, jak  zareagować.  Zresztą  co innego  nie dawało  mu spokoju.  Rebeka 

słuchała, uważnie patrzyła mu w oczy, ale coś w jej twarzy i spojrzeniu sprawiało, że czuł 

rosnące podniecenie.

Chyba   zgłupiał!   Ostatnia   rzecz,   o   jakiej   powinien   teraz   myśleć,   to   seks!   Biedna 

Rebeka   jest   roztrzęsiona,   ciało   ma   fioletowosine,   twarz   bladą   jak   kreda,   oczy   wielkie   i 

wystraszone. Owszem, jest piękna, ale kiedy indziej powinien podziwiać jej delikatną urodę. I 

kiedy indziej odczuwać pożądanie, w dodatku tak silne, że ledwo nad nim panował.

- Gabe?

- Co?

Potarł   ręką   twarz,   usiłując   odzyskać   równowagę.   Wiedział,   skąd   się   wzięły   jego 

zdrożne myśli i płomienne uczucia. Kiedy zobaczył tego sukinsyna z nożem przytkniętym do 

gardła Rebeki, ogarnął go przeraźliwy strach. Bał się, że ją straci. Była tak blisko śmierci. Na 

szczęście nic się jej nie stało. Leżała teraz w wannie, trochę posiniaczona i poobijana, ale cała 

i zdrowa.

- Długo ci zajęło, ale wreszcie uwierzyłeś w niewinność Jake'a, prawda?

- Prawda - przyznał, rad, że może skoncentrować się na czymś innym. - Ale moje 

zdanie nie ma znaczenia. Ważne jest to, że zdobyliśmy dowody rzucające cień na inną osobę. 

Nie wiadomo, czy prokurator zdoła udowodnić Tracey winę. W dużej mierze będzie to za-

leżało od tego, co policja uzyska w trakcie przesłuchania. Jednakże nasze prawo pozwala 

skazać człowieka tylko wtedy, gdy jego wina nie budzi żadnych wątpliwości. Żeby skazać 

Jake'a, ławnicy musieliby być ślepi i głusi.

Rebeka zadumała się.

- Dla mnie twoje zdanie ma ogromne znaczenie - powiedziała cicho. - Jesteś pierwszą 

osobą spoza rodziny, którą udało mi się przekonać.

- Wiesz, mała, nie każdego natura obdarzyła taką intuicją jak ciebie. Większość z nas 

woli opierać się na faktach.

Wstał.  Czuł  się jak  lew uwięziony  w klatce.  Musiał  wyjść, coś zrobić.  Im dłużej 

patrzył na Rebekę, tym bardziej jego myśli podążały w zakazane rejony.

background image

- Przejdę do pokoju, a ty wyskakuj z wanny. Jeżeli jeszcze trochę poleżysz w wodzie, 

będziesz pomarszczona jak suszona śliwka. Niczego nie potrzebujesz? Piżamy? Szlafroka?

Zauważywszy   białe   jedwabne   kimono   wiszące   na   drzwiach   łazienki,   natychmiast 

wyobraził sobie w nim Rebekę. Przestań! - zganił się w myślach.

- Posiedzę z tobą, dopóki nie zaśniesz, dobrze? Możemy obejrzeć jakiś głupi serial w 

telewizji   albo   zamówić   kolację.   Cokolwiek.   Po   prostu   masz   się   wyciągnąć   wygodnie, 

odprężyć...

- Nic mi nie jest, Gabe.

Tak twierdziła. Powtarzała to do znudzenia. Ale nie bardzo jej wierzył.

Znalazłszy się po drugiej stronie drzwi, natychmiast przystąpił do działania. Okno 

było   odsłonięte   -   zaciągnął   zasłony;   górne   światło   się   paliło   -   zgasił   je.   Zrzucił   z   łóżka 

narzutę, poprawił poduszki, następnie przeleciał pilotem po kanałach telewizyjnych, aż trafił 

na spokojny program, przy którym nie trzeba wysilać umysłu; ściszył dźwięk.

Przez cały czas serce głośno mu waliło. Miał wrażenie, jakby ktoś rytmicznie wybijał 

takt na bębnie. W filmach Hitchcocka dźwięk bębnów zawsze poprzedzał jakąś tragedię, ale 

Gabe   nie   obawiał   się   żadnych   nieszczęść;   wszystkie,   jakie   miały   się   wydarzyć,   już   się 

wydarzyły. Owszem, Rebeka nadal była zdenerwowana, wciąż nie mogła dojść do siebie, ale 

nic jej nie groziło. Podejrzewał, że po raz pierwszy w życiu zetknęła się z przemocą, o której 

wcześniej jedynie pisała. Nie zdziwiłby się, gdyby tej nocy śniły jej się koszmary.

Przeczesując ręką włosy, rozejrzał się po pokoju. Usiądzie w fotelu. W najdalszym 

rogu. Tak, by dzieliła ich możliwie największa odległość. Nie mówił Rudej - bo i po co? - że 

zamierza zostać z nią do rana. Tylko by się złościła. A tak zaśnie, a kiedy zaczną dręczyć ją 

koszmary, on będzie przy niej.

Znów usłyszał w głowie dźwięk bębna - wolny, ponury, pogański rytm. Nie potrafił go 

uciszyć.  Zadumał się. Dlaczego serce mu tak wali? Na pewno nie dlatego, że całe życie 

marzył o takiej kobiecie jak Rebeka, bo to nie jest prawda. Nie dlatego, że wpadł w szał, 

kiedy zobaczył Wayne'a z nożem. Owszem, wpadł, ale to było wiele godzin temu. I na pewno 

nie ze strachu, że świat mu się zawali, jeśli straci Rudą - bo teraz była już bezpieczna.

Po prostu... po prostu miał za wiele wrażeń jak na jeden dzień. Zazwyczaj uwielbiał 

ryzyko,   stres,   ten   zastrzyk   adrenaliny,   który   pozwalał   mu   funkcjonować   na   najwyższych 

obrotach. Dziś jednak przeszkadzała mu świadomość, że Rebeka cierpi i nie może odzyskać 

spokoju. Niech już wreszcie wyjdzie z łazienki, położy się, otuli kołdrą i pogrąży w błogim 

śnie.

Ale   kiedy   drzwi   łazienki   się   otworzyły,   Rebeka   w   narzuconym   na   nagie   ciało 

background image

miękkim, jedwabnym kimonie nawet nie spojrzała na łóżko.

Skierowała się prosto w ramiona Gabe'a.

- Tak strasznie się bałam.

- Wiem, mała.

-   Jeszcze   nigdy   nie   byłam   tak   przerażona.   Najpierw   tam   w   kanionie,   kiedy 

rozmawiałam z Tammy. Po raz pierwszy w życiu widziałam oczy o tak pustym, lodowatym 

spojrzeniu. Miałam wrażenie, że patrzę na robota, a nie na człowieka. To śmieszne, ale chyba 

bardziej bałam się Tammy niż Wayne'a. Kiedy Wayne przyłożył  mi do gardła nóż... Nie 

wierzyłam w to, co się dzieje. W to, że chce mnie zabić. Że tak łatwo można kogoś okaleczyć 

lub pozbawić życia...

- Już dobrze, maleńka. Nigdy więcej nie musisz się z takimi ludźmi spotykać. Ciii... 

Już po wszystkim. Teraz nikt cię nie skrzywdzi. Teraz...

Wychodząc z łazienki, nie spodziewała się, że zacznie opowiadać Gabe'owi o swoim 

strachu. Nie wiedziała, że nagle zapragnie, aby ją przytulił, pocieszył, wziął w ramiona.

Potrzebowała Gabe'a, jego obecności, siły, spokoju.

Zaskoczyła ją jego reakcja. Okazało się bowiem, że on jej też potrzebuje.

W jego głosie, tak cichym i kojącym, słyszała ból. Ciekawa była, czy Gabe świadom 

jest własnego cierpienia. Twarz miał poważną, srebrzystą w blasku migoczącego telewizora, 

oczy czarne jak węgiel. Tulił ją mocno do piersi. Nagle jeszcze bardziej zacisnął ramiona, a 

słowa pocieszenia urwały się. Zapadła cisza. Po chwili wargi Gabe'a przysunęły się; od jej ust 

dzieliło je może z pięć centymetrów.

Pragnęła go. Rozpaczliwie pragnęła znaleźć się w jego objęciach. Ale to wszystko. O 

niczym więcej nie myślała. Napięcie i strach sprawiły, że szukała bliskości. Przerażała ją 

samotność.

Wyglądało na to, że jego też.

Przywarł wargami do jej ust. Przedtem w jego pocałunkach była dzikość i namiętność, 

która wzbudzała w niej żądzę. Teraz była w nich delikatność i czułość, która dotykała ją 

znacznie głębiej.

Kiedy  uniósł  głowę,  Rebeka   ujrzała  w   jego   oczach   pożądanie,  potrzebę   bliskości, 

zdziwienie. Zdziwienie własnym zachowaniem. Nie wiedział, że wkrótce będą się kochać. 

Ona to już wiedziała.

Nie   po   raz   pierwszy   uderzyło   Rebekę   podobieństwo   między   Gabe'em   a   Jakiem. 

Gabriel   Devereax   też   nie   potrafił   żyć   za   kratkami.   Uczuć   nie   sposób   tłumić   w   nie-

skończoność. Nawet gdy człowiek się boi, że nikt ich nie odwzajemni, że trafią w pustkę, 

background image

czasem trzeba zaryzykować. Chowanie głowy w piasek, udawanie, że wszystko jest dobrze, 

nie likwiduje pustki, nie zasklepia ran.

Zaczęła rozpinać mu pasek u spodni, guziki u koszuli. Po chwili jedwabne kimono 

osunęło się na podłogę.

Gabe wstrzymał oddech. Jest taka piękna.

- Rebeko...

Jego niski, ochrypły głos podziałał na nią jak najczulsza pieszczota. Opadli na łóżko. 

Oboje zżerała tęsknota i żądza. Świat przestał istnieć. Liczyli się tylko oni i dziki ogień, który 

w nich płonął.

- Poczekaj - szepnął, przytrzymując jej rękę.

- Nie mogę. Nie chcę.

Ściągnęła z niego resztę ubrania. W ostatniej chwili zauważyła, jak wyciąga coś z 

kieszeni. Prezerwatywę.

Poczuła ostre kłucie w sercu. Marzyła o tym, by Gabe został ojcem jej dzieci, by 

wyrzucił  prezerwatywę.  Z drugiej  strony wiedziała, że nie może mu tego zaproponować. 

Byłoby   to   sprzeczne   z   jego   zasadami.   Nie   chciał   mieć   dzieci,   a   był   człowiekiem 

odpowiedzialnym. Takim, na którym zawsze można polegać. Człowiekiem honorowym, który 

uważał za swój obowiązek zapewnienie kobiecie poczucia bezpieczeństwa.

Tak też zrobił. Najpierw zadbał o jej bezpieczeństwo, a później o jej przyjemność. 

Drażnił się z nią, bawił, sprawdzał, czy jest gotowa. Wstrzymywał  pieszczoty, przedłużał 

chwile rozkoszy.

Oplotła nogi wokół jego bioder. Niecierpliwiła się. Nie chciała czekać ani się bawić. 

Chciała się kochać.

- Kocham cię - szepnęła.

Słowa wymknęły się same. Z Gabe'em czuła się wolna, swobodna, nieskrępowana. 

Mogła być sobą, niczego nie musiała ukrywać. Jeśli chciała wyznać mu miłość, mogła. Nikt 

nie miał prawa jej tego zabraniać.

Było im ze sobą dobrze. Cudownie. Wspinali się razem na szczyty, razem szybowali 

po kwiecistych łąkach, razem badali nieznane obszary rozkoszy. Pragnęli, by ta wspaniała 

podróż trwała jak najdłużej, by razem dotarli na krańce świata.

Nagle coś się zmieniło.  Z początku Rebeka nie zorientowała się, o co chodzi. Po 

prostu wpadli jakby w inny rytm. Ale potem zobaczyła trwogę malującą się na twarzy Gabe'a. 

Z nich dwojga on pierwszy się domyślił, co się stało.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Albo  nie   mógł   przestać   się  ruszać,  albo   nie  chciał.   Rebeka   nawet  nie   próbowała. 

Pragnęła obdarować Gabe'a swoją miłością.  To, co ich łączyło,  było  zbyt piękne, aby je 

przerywać.   Kiedy   było   po   wszystkim,   uczucie   bliskości   nadal   trwało.   Serca   wciąż   biły 

mocno, i jego, i jej. Byli częścią siebie, jednością. Ona nie mogła oderwać od niego oczu ani 

dłoni. Głaskała go, pieściła, on nie pozostawał jej dłużny.

Leżeli w ciszy, złączeni uściskiem. Rozmowę prowadzili oczami. W końcu jednak 

Gabe szepnął, że musi na moment wstać. Udał się do łazienki. Nie było go zaledwie kilka 

minut. Kiedy wrócił, wyłączył telewizor, zgasił światło, po czym wsunął się pod kołdrę.

Przez wąską szparę w zasłonie wpadała cienka strużka światła, która niewiele w sumie 

dawała. W pokoju panował gęsty mrok. Rebeka nie była w stanie dojrzeć oczu Gabe'a ani 

wyrazu jego twarzy. Kiedy wszedł pod kołdrę, domyśliła się, że zamierza zostać do rana. Nie 

był typem kochanka, który po upojnym seksie wciąga spodnie i wraca do siebie.

O ile jednak kilka minut temu był rozgrzany, teraz skórę miał całkiem zimną. Mięśnie 

zaś,   przed   chwilą   rozluźnione,   teraz   były   napięte.   Rebeka,   która   zaczynała   przysypiać, 

natychmiast się obudziła. Ogarnął ją dziwny niepokój. Nie wiedziała, co powiedzieć ani jak 

się zachować. Miała wrażenie, że Gabe oddala się od niej z szybkością światła.

Wtem poczuła w ciemnościach, jak odgarnia jej z czoła kosmyk włosów.

- Powinienem był przestać - powiedział cicho. - To moja wina.

Zacisnęła powieki. Mogła się tego spodziewać: to ta pęknięta prezerwatywa nie daje 

mu spokoju. No dobrze, teraz wszystko zależy od niej. Od tego, jak zareaguje.

- Nie wydaje mi się, żeby „wina” było najlepszym słowem. Żadne z nas nie zawiniło. 

Zachowaliśmy się jak dorośli odpowiedzialni ludzie. Statystycznie rzecz biorąc, ryzyko, że 

prezerwatywa pęknie, jest naprawdę minimalna. Nie mogliśmy tego przewidzieć.

- Niby tak... Ale obiecaj mi, że jeśli zajdziesz w ciążę, powiesz mi o tym, dobrze? Że 

nie   będziesz   trzymać   tego   w   tajemnicy   i   się   denerwować.   To   nasz   wspólny   problem. 

Rozumiesz, mała? Nie zostawię cię samej. Razem znajdziemy rozwiązanie.

Zrobiło się jej przykro. Odpowiedzialność, obowiązkowość, honor. Wiedziała, jakim 

Gabe jest człowiekiem, dobrym i sumiennym, ale w tym momencie liczyła na inną reakcję. 

Na odrobinę uczucia, a nie na ofiarność i poświęcenie.

- Znam twój stosunek do dzieci i rodziny - rzekła cicho.

- No właśnie. Tym bardziej powinienem był uważać.

- Nie przesadzaj, kotku. Wypadki czasem się zdarzają. Nikt nie ponosi winy.

background image

- Zawsze istnieje ryzyko, że zabezpieczenie nie zadziała. Dlatego nigdy nie sypiam z 

kobietami, które mają inny system wartości niż ja. Które czego innego oczekują od życia. 

Ty... byłaś zdenerwowana spotkaniem z Tammy i incydentem na parkingu. Podświadomie 

szukałaś pomocy. Chciałaś, żebym cię przytulił, nic więcej. Nie chciałaś się ze mną kochać.

- Mylisz się. Bardzo chciałam - wtrąciła szybko, ale nie zamierzał jej słuchać.

- To nie było fair z mojej strony. Wykorzystałem twoją bezsilność i strach. Dobrze 

wiem, jak się czuje człowiek, który o włos uniknął śmierci. Strach wpływa zarówno na naszą 

psychikę, jak i na funkcje naszego organizmu. Ty tego nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć? W 

porządku, może chciałaś się ze mną przespać, ale podejrzewam, że rano będziesz żałować 

swojej decyzji.

- Na pewno nie! - oburzyła  się. - Kocham cię. Przez chwilę nie odzywał  się, ale 

Rebeka poczuła, jak napina wszystkie mięśnie.

- Nie twierdzę, że nie kochasz - oznajmił wreszcie. - Ani że się oszukujesz. Posłuchaj, 

mała. Nigdy cię nie okłamałem i nie zamierzam tego robić teraz. Ja... po prostu inną wagę 

przykładam do słowa „miłość”.

Rebeka westchnęła głośno.

- Devereax?

- Słucham?

- Nie wiem, co rozumiesz przez „ryzyko”. Mój ojciec zawsze powiadał, że człowiek 

nie powinien zasiadać do gry, jeśli stawka jest dla niego zbyt wysoka. Ja inaczej do tego 

podchodzę. Uważam, że nie ma sensu grać, jeśli stawka nie jest warta wygrania.

-   Dobra,   dobra.   W   kategorii   ryzyka   przyznałbym   ci   palmę   pierwszeństwa,   ale 

rozmawiamy o czymś całkiem innym. - Odwrócił ją twarzą do siebie. - Dla ciebie miłość nie 

jest grą.

-   To   prawda.   Coś   ci   powiem,   Gabe.   Gdybym   szukała   kandydata   na   ojca   mojego 

dziecka, wybrałabym ciebie.

Znów poczuła, jak Gabe się spina.

- To znaczy, że w ogóle mnie nie znasz.

- Chyba znam. Ale nie dlatego o tym mówię - rzekła. - Zrozum, nigdy nie starałabym 

się zastawić na ciebie pułapki. Wobec nikogo bym tak nie postąpiła, a tym bardziej wobec 

człowieka, którego kocham. Owszem, pragnę mieć dziecko i rodzinę. Ale wiem, że ciebie te 

sprawy nie interesują. Zwykle zabezpieczam się przed ciążą. Dziś niczego przy sobie nie 

miałam, bo nie wiedziałam, że wylądujemy w łóżku. Nigdy, przenigdy nie próbowałabym cię 

usidlić ani... - urwała.

background image

Odszukał w mroku jej oczy.

- Wiem, Ruda. Jesteś uczciwa aż do bólu. I masz rację: nie wiedziałaś, że wylądujemy 

w łóżku. Dlatego wina leży po mojej stronie. I dlatego masz mi obiecać, że gdybyś zaszła w 

ciążę, natychmiast mnie o tym powiadomisz. Że nie będziesz trzymała tego w tajemnicy.

- Przecież to był tylko jeden raz. Szansa ciąży jest naprawdę znikoma.

Zdawała sobie sprawę, że robi unik. Nie o to ją Gabe prosił. Ale czuła wewnętrzny 

opór przed złożeniem obietnicy, której - być może - nie potrafiłaby spełnić. Potrzebowała 

więcej czasu do namysłu.

- Co innego chciałam ci powiedzieć - dodała po chwili.

- Co takiego?

-   Mówiąc,   że   cię   kocham,   na   nic   nie   liczyłam.   Na   pewno   nie   czekałam,   że 

odwzajemnisz się podobnym oświadczeniem. - Zrobiło się jej żal biedaka: był tak piekielnie 

spięty. - Wolno mi cię kochać, Devereax. Jestem dorosła i sama o sobie decyduję.

Ułożyła   go   na   wznak,   po   czym   oparła   się   na   jego   klatce   piersiowej.   Małymi 

pocałunkami zaczęła obsypywać mu twarz. Przyjmował wszystko z pokorą, jak przystało na 

mężczyznę,   okazując   wyrozumiałość,   cierpliwość,   odwagę.   I   nie   potrafiąc   -   mimo 

najlepszych chęci - poskromić swej żądzy.

- Powiedz, kotku. Nie chcesz być kochany? Przymknął oczy.

- Wiedziałem, że będą z tobą kłopoty, Ruda. Domyśliłem się tego, kiedy tylko...

- Masz więcej prezerwatyw? - spytała, przerywając mu w pół zdania.

- Po doświadczeniu z pierwszą, wolałbym ich nie używać - odparł kwaśno.

- Hm, w takim razie musimy wykazać się inwencją. - Cmoknęła go w czubek brody, 

następnie przesunęła się niżej, w stronę szyi i obojczyka. - Liczę na twoją pomoc, kotku. 

Jestem dobra w wymyślaniu wrednych złoczyńców popełniających ohydne morderstwa, ale 

nigdy dotąd nie musiałam opisywać sceny uwodzenia. Jeśli jednak dasz mi parę wskazówek... 

Uczę się szybko. Zobaczysz, będziesz zaskoczony.

- Nigdy się nie uspokoisz? Zawsze musisz ściągać na siebie kłopoty?

- Kłopoty? Bez przesady. Powinieneś się cieszyć, że ktoś cię kocha i pragnie ci to 

okazać. Przyznaj się, kiedy ostatni raz się tobą troskliwie zajmowano?

- Jestem dorosły. Sam się sobą potrafię zająć.

- Mylisz się, kotku. - Delikatnie ugryzła go w szyję. - Każdy czasem potrzebuje troski 

i miłości. A teraz zamknij oczy i daj mi zrobić mały eksperyment. Tylko się nie denerwuj. 

Zobaczymy, czy potrafisz zaakceptować uczucie i nie wpaść w panikę.

- Rebeko...

background image

Więcej   nie   był   w   stanie   z   siebie   wydusić.   Zresztą   ona   wcale   nie   miała   zamiaru 

kontynuować rozmowy.

Poczekalnia   na   lotnisku   pełna   była   turystów   objuczonych   torbami  i   pamiątkami   z 

pobytu w stolicy hazardu. Samolot Rebeki odlatywał o trzeciej po południu. Mogła pojechać 

na lotnisko taksówką, ale Gabe się uparł, że ją odwiezie. Podejrzewała, że jej nie dowierza. 

Że chce się przekonać, czy na pewno wsiądzie na pokład i wróci do Minneapolis.

Odstawił na bok jej bagaż podręczny. Atmosfera na lotnisku była identyczna jak w 

dniu, gdy Rebeka wylądowała w Las Vegas. Jaskrawe promienie słońca wpadały przez okna; 

z samolotów wylewały się tłumy pasażerów rwących się do kart, kości, ruletki i innych gier; 

na ścianach wisiały plakaty reklamujące kasyna oraz odbywające się w nich przedstawienia; 

wszędzie wkoło brzęczały automaty.

Tak, wszystko było takie samo, a zarazem inne. Różnica między dniem przylotu a 

dniem wylotu uderzyła Rebekę z niespodziewaną siłą.

Sprawa   morderstwa   Moniki   Malone   nie   została   jeszcze   wyjaśniona.   Ale   to   była 

kwestia kilku dni. Kiedy sąd uniewinni Jake'a z ciążących na nim zarzutów, Fortune'owie 

zrezygnują z usług detektywa. Czyli wraz z ustaniem zlecenia Gabe nie będzie miał powodu 

dłużej się z nią widywać.

Poczuła  w   sercu...  nie,   nawet  nie   niepokój,   raczej  stopniowo  narastający  ból.  Nie 

muszą się przecież rozstawać. Mogą kontynuować znajomość. Wszystko zależy od Gabe'a, od 

jego nastawienia, od tego, czy potrafi dostrzec i docenić tę cudowną bliskość, która ich łączy.

Na   widok   stewardes   i   pilotów   podążających   w   stronę   płyty   lotniska   Gabe   zaczął 

podrzucać bilon w kieszeni. W przeciwieństwie do Rebeki, która miała na sobie wygniecioną 

bluzkę z rysunkiem Myszki Miki i której fryzurę nieustannie cechował artystyczny nieład, był 

starannie uczesany, a jego koszula wyglądała tak, jakby przed chwilą skończył ją prasować. 

Szkoda, pomyślała Rebeka, Wolała go potarganego, z rozpiętymi guzikami i wyciągniętymi 

połami - och, jaki wtedy był seksowny! - ale takim widziała go tylko raz czy dwa razy, w 

sytuacji intymnej.

Teraz - ogolony, uczesany, ubrany - był kimś obcym. Ból w jej sercu przybrał na sile. 

Wiedziała,   że   prawdziwy   Gabe   jest   szlachetny,   wrażliwy,   skory   do   poświęceń.   Niestety, 

prawdziwy Gabe gdzieś się zapodział. Zniknął.

- Masz pieniądze? - spytał. Zmusiła usta do uśmiechu.

- Nie noszę gotówki. Ale mam czterdzieści siedem różnych kart kredytowych.

- Czy Kate po ciebie wyjdzie?

- Nie. Zostawiłam przed lotniskiem samochód, więc nie ma powodu, aby ktokolwiek 

background image

po mnie wychodził. Z mamą zobaczę się później.

Zmarszczył niezadowolony czoło.

- Przylatujesz wieczorem. Będzie ciemno. Czułbym się lepiej, gdyby ktoś cię odbierał.

- Oj, kotku. Musisz się wyzbyć tych swoich typowo męskich uprzedzeń. My, kobiety, 

nie jesteśmy tak słabe i bezbronne, jak ci się wydaje.

Równie dobrze mogła mówić do ściany.

- Te ostatnie dni były dla ciebie stresujące.

- Owszem. Dla ciebie też.

Zapowiedziano lot do Minneapolis. Rebeka przewiesiła torebkę przez ramię, po czym 

schyliła się po bagaż podręczny. Kiedy wyprostowała się, Gabe wyciągnął ręce z kieszeni i 

zacisnął   na   jej   ramionach.   Popatrzyła   mu   w   oczy.   Nim   się   zorientowała,   o   co   chodzi, 

przycisnął   usta   do   jej   warg.  Był  to   pocałunek   w   jego   stylu.   Gorący,  namiętny.   Szalony, 

upajający. Kiedy jednak Gabe podniósł głowę, znów spostrzegła ten dziwny wyraz w jego 

oczach. Pocałunek oznaczał pożegnanie.

Zabolało ją to tysiąc razy bardziej niż ostrze Wayne'a. Z trudem przełknęła ślinę.

- A ty o której wylatujesz? - spytała.

-   Jeszcze   nie   mam   rezerwacji.   Ale   pewnie   jutro   po   południu.   Chcę   pogadać   z 

tutejszymi   policjantami.   Zobaczyć,   czego   się   dowiedzieli   od   Tracey   i   Wayne'a.   I   muszę 

jeszcze sprawdzić parę drobiazgów.

- A potem?

- Potem czeka na mnie fura kolejnych spraw. Żyję w zupełnie innym świecie niż ty, 

Ruda.

Czubkiem   palca   obrysował   zarys   jej   policzków   i   brody.   W   jego   oczach   Rebeka 

widziała tęsknotę. A także miłość, chociaż tak bardzo się przed nią bronił. Jednak Gabe nic 

nie powiedział. Ani że zadzwoni. Ani że chciałby się z nią zobaczyć po powrocie.

Opuścił rękę.

- Zawiadomisz mnie, gdyby pojawił się jakiś problem?

Powinna   była   wiedzieć,   że   przed   rozstaniem   znów   poruszy   temat   jej   potencjalnej 

ciąży. Był przecież rozsądnym, honorowym człowiekiem.

Ale jeśli o niej i dziecku myślał w kategoriach problemu, nie miała mu nic więcej do 

powiedzenia.

Kiedy otworzyła drzwi, ostatnią osobą, jaką spodziewała się ujrzeć, był Jake. Minęło 

pięć tygodni od niezwykłego, pełnego wrażeń weekendu, który spędziła z Gabe'em w Las 

Vegas. Trzy tygodnie temu zaś wycofano oskarżenia przeciwko Jake'owi. Wreszcie mógł się 

background image

cieszyć wolnością. Nie należał jednak do ludzi, którzy składają niezapowiedziane wizyty.

Z radosnym śmiechem rzuciła się bratu w objęcia.

-   Jak   to   miło   cię   widzieć!   No,   wejdź!   Nie   stój   w   drzwiach.   Czego   się   napijesz? 

Herbaty? Kawy?

-   Napiłbym   się   kawy,   ale   sądząc   po   twoim   wyglądzie,   chyba   ci   w   czymś 

przeszkadzam...

Rebeka spojrzała na swoje bose stopy. Dzień rozpoczęła starannie ubrana w czarny 

golf   i   miękką   sportową   spódnicę.   Od   czterech   godzin   siedziała   przy   biurku,   pisząc   na 

komputerze.   W   ciągu   tych   czterech   godzin   buty   się   jej   gdzieś   zapodziały,   spódnica 

przekrzywiła, sweter powyciągał; podejrzewała, że włosy też ma w nieładzie, jakby od paru 

dni nie widziały grzebienia.

Wyszczerzyła w uśmiechu zęby.

-   Strasznie   się   wiercę   przy   pracy.   Pewnie   spalam   więcej   kalorii   niż   sportowcy 

trenujący na olimpiadę. Ale dobrze, że wpadłeś. Właśnie zaparzyłam kawę i miałam zamiar 

zrobić sobie przerwę. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie przyjdę.

Po chwili wniosła do swojego gabinetu dwa kubki ciemnego aromatycznego płynu. 

Jake stał na środku pokoju, rozglądając się z zaciekawieniem.

- Wiesz, siostra, przydałby ci się jakiś buldożer...

- Jeśli myślisz, że mam bałagan, powinieneś zobaczyć, jak tu wygląda, kiedy nie jest 

posprzątane.

- Chcesz powiedzieć, że sprzątałaś ten pokój w ciągu ostatniej dekady?

Postawiwszy kubki na biurku, zacisnęła dłonie w pięści i podskakując jak bokser, 

wymierzyła w brata ze dwa ciosy. Kiedy ten, udając rannego, zaczął się zwijać z bólu, Rebeka 

aż popłakała się ze śmiechu. Wyglądał znakomicie. Móc go oglądać na wolności - to była 

prawdziwa uczta dla jej oczu i serca.

Inni uważali Jake'a za poważnego człowieka, niekiedy nawet wzbudzającego strach. 

Mało   kto   zdecydowałby   się   wymierzyć   mu   kuksańca   lub   się   z   nim   podroczyć.   Tylko 

najmłodsza siostra nie miała zahamowań.

Ogromna,   wynosząca   ponad   dwadzieścia   lat   różnica   wieku   nigdy   im   nie 

przeszkadzała. Jake był przystojnym mężczyzną liczącym metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, o 

ciemnych   włosach   i   identycznych   jak   Rebeka   zielonych   oczach.   Tygodnie   spędzone   w 

więzieniu odcisnęły na nim piętno. Zawsze był szczupły i zawsze się elegancko ubierał, teraz 

jednak   nawet   w   doskonale   skrojonym   garniturze   nie   potrafił   ukryć   dużego   ubytku   wagi. 

Przybyło mu też siwych włosów.

background image

Wszyscy mieli go za człowieka opanowanego, ponurego i zamkniętego w sobie. Ale 

co innego zamknąć się w sobie, a co innego być zamkniętym w celi. Rebeka instynktownie 

czuła, że pobyt za kratkami to najgorsza rzecz, jaka mogła się Jake'owi przydarzyć.  Ale 

nareszcie   był   wolny.   Nie   chciała   wracać   w   rozmowie   do   tych   przykrych   dla   niego 

wspomnień.

- Przyszedłeś, żeby wytknąć mi bałagan? I wpędzić mnie w kompleksy?  - spytała 

żartem.

Usiadła przy biurku i zaczęła grzać dłonie o gorący kubek.

-   Nie.   Przyświecał   mi   inny   pomysł.   -   Jake   spojrzał   za   siebie,   szukając   jakiegoś 

wolnego miejsca. Po chwili zdjął z krzesła parę kilo papierów i również usiadł. - Już dawno 

powinienem był tu wpaść i osobiście ci podziękować. Gdyby nie ty, pewnie wciąż gniłbym w 

pudle.

Potrząsnęła energicznie głową.

- Nie, Jake. Całe śledztwo prowadził Gabe. Ja tylko pomagałam.

- Widziałem się z nim. Miałem okazję mu podziękować, jak i reszcie rodziny. - Kawa 

stygła. Nawet po nią nie sięgnął. - Jestem naprawdę wzruszony, że wszyscy stali za mną 

murem.   Że   twardo   wierzyli   w   moją   niewinność.   Ale   ty   jedna   uznałaś,   że   nie   wystarczy 

wierzyć. Że trzeba również działać. Nie myśl, że tego nie doceniam.

Wiedziała, że jej wsparcie podtrzymywało go na duchu i dawało mu sił, aby wytrwać, 

ale wyjście z więzienia zawdzięczał wyłącznie Gabe'owi.

W ciągu ostatnich kilku tygodni wypadki potoczyły się w zawrotnym tempie. Gabriel 

Devereax cały czas był w kontakcie z policją w Newadzie. O wszystkim, co dotyczyło Tracey 

i Wayne'a, był na bieżąco informowany. Oczywiście, ta para oszustów potrafiła kłamać po 

mistrzowsku, bądź co bądź z tego się utrzymywała,  ale policyjni detektywi  każde z nich 

maglowali z osobna. Oboje tak się wystraszyli więzienia, że zaczęli się plątać, mylić, sypać. 

Gabe na własną rękę posprawdzał wszystkie nieścisłości i rozbieżności w ich zeznaniach. 

Skończyło się na tym, że Tracey została oskarżona o popełnienie morderstwa, a Wayne o 

udzielanie jej pomocy.

Jake'a   nie   tylko   wypuszczono   z   więzienia,   ale   również   oczyszczono   z   wszelkich 

zarzutów. Odzyskał dobre imię. Rebeka wiedziała, jakie to dla niego ważne. Wolność to coś 

więcej   niż   brak   krat;   to   również   poczucie   dumy.   Dzięki   Gabe'owi   Jake   mógł   chodzić   z 

uniesioną głową.

- Popatrz, jakie to dziwne. - Rebeka zadumała się.

- Tracey i Monica były do siebie podobne jak dwie krople wody. Ani jedna, ani druga 

background image

nie   znała   znaczenia   słowa   „etyka”.   Obie   cechowała   zachłanność,   obie   były   fałszywe, 

zakłamane,   gotowe   uciec   się   do   szantażu,   kradzieży,   oszustwa,   żeby   tylko   osiągnąć 

upragniony   cel.   Nie   twierdzę,   że   Monica   zasłużyła   na   śmierć   z   ręki   Tracey,   ale...   Sam 

powiedz, jak często się zdarza, żeby w świecie zamieszkanym przez miliony ludzi odnalazły 

się dwie wiedźmy?

Jake pokiwał głową.

- Tak, to niesamowite, cały ten ciąg wypadków. Najpierw Tracey odkrywa, że Monica 

zaadoptowała   Brandona   wkrótce   po   tym,   jak   porwano   dziecko   Kate   i   Bena   Fortune'ów; 

zaczyna drążyć, sprawdzać. Potem w jej podstępnej głowie rodzi się podejrzenie, że Brandon 

jest   tym   porwanym   przed   laty   niemowlęciem.   Idzie   do   Moniki.   Monica   usiłuje   na   niej 

wymóc, żeby nikomu nic nie mówiła. Tracey dochodzi jednak do wniosku, że...

- Jake urwał. - Dwie zepsute, diaboliczne baby! Widocznie było im pisane się spotkać. 

Ale wiesz co? Wiele cierpień można byłoby uniknąć, gdyby rodzina Fortune'ów nie miała 

tylu tajemnic.

-   To   dotyczy   również   ciebie,   prawda?   -   spytała   łagodnie   Rebeka.   -   Jak   po   tym 

wszystkim sobie radzicie? Córki nie pozwoliły powiedzieć na ciebie złego słowa, ale... Jak ci 

się układa z Ericą? No i z Adamem?

O ile z Ericą nigdy nie łączyła jej zbyt wielka zażyłość, o tyle z Adamem, jedynym 

synem Jake'a, z którym była  mniej więcej w podobnym wieku, razem się wychowywała. 

Wiedziała, że przez ładnych kilka lat pomiędzy ojcem a synem panowały napięte stosunki.

- Dobrze. Oczywiście mnóstwo błędów popełniłem w życiu. Robiłem rzeczy, których 

nie powinienem był robić. To wszystko się na mnie mści... - Zawahał się.

- Moje kontakty z Monicą... Szantażowała mnie. Nie wiem, skąd dowiedziała się, że 

moim   biologicznym   ojcem   nie   był   Ben   Fortune.   W   każdym   razie   wpadłem   w   panikę. 

Myślałem tak: jeśli wyjdzie na jaw, że nie jestem prawowitym spadkobiercą, stracę wszystko. 

Żonę, dom, pracę. Nie chodziło mi o majątek. Bałem się, że stracę wszystko, co w życiu 

osiągnąłem. Że stanę się nikim.

Poderwawszy się z krzesła, zaczął przemierzać tam i z powrotem mały, ciasny gabinet.

-   To   właśnie   było   najgorsze,   kiedy   zostałem   oskarżony   o   zamordowanie   Moniki. 

Znajdowałem się pod wpływem  alkoholu. Pojechałem się z nią rozmówić. Byłem na nią 

wściekły. Ale nie miałem powodu pozbawiać jej życia. Wiem, wiem, można było odnieść 

odwrotne wrażenie. Że mam mnóstwo powodów. Ale ja już pogodziłem się z faktem, że 

prawda powinna wyjść na jaw. Że nie ma sensu dłużej tego ukrywać. Nie chciałem żyć w 

kłamstwie. Ale jak miałem o tym przekonać innych?

background image

- Obawiam się, że w sądzie prawda nie zawsze wystarcza. Zwykle musi być poparta 

konkretnymi   dowodami   -   powiedziała   cicho   Rebeka,   pamiętając   spory,   jakie   toczyła   z 

Gabe'em na temat faktów i intuicji. Czym prędzej odepchnęła od siebie te myśli. Na samo 

wspomnienie Gabe'a przenikał ją ostry, piekący ból, którego nic nie potrafiło załagodzić. - 

Nie powiedziałeś mi, jak Erica i Adam odnoszą się do tych rewelacji o twoim poczęciu.

- Normalnie. W ogóle im to nie przeszkadza. Adama zawsze denerwowało co innego. 

Moja nieuczciwość, upieranie się przy tajemnicach. On jest znacznie lepszym człowiekiem 

ode mnie. Bardziej moralnym.

- Och, ty też nie jesteś taki zły, jak ci się wydaje - zaprotestowała Rebeka. - Każdy 

może zbłądzić...

- Wiem. Na szczęście udało mi się odnaleźć. Jeśli chodzi o Erice... postanowiliśmy 

spróbować jeszcze raz. Powinno się nam udać. Ona mnie naprawdę kocha.

- Dziwi cię to? - Rebeka uśmiechnęła się z wyrozumiałością.

- Myślałem, że kocha syna Bena i Kate. Spadkobiercę imperium kosmetycznego. Że 

kocha   luksus,   pieniądze,   pozycję   społeczną.   -   Zadumał   się.   -   Starałem   się   spełnić   jej 

oczekiwania. Być takim człowiekiem, jakiego chciała we mnie widzieć. Zmarnowaliśmy kupę 

lat, nie będąc ze sobą szczerzy.

Rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Zarówno aparat telefoniczny, jak i sekretarka 

automatyczna   stały   na   stoliku   pod   przeciwległą   ścianą   i   były   niewidoczne   pod   stosem 

poduszek,   papierów,   nici   oraz   kordonków.   W   cudzym   domu   Jake   nigdy   nie   odebrałby 

telefonu, nawet gdyby udało mu się go zlokalizować, ale uniósł zdziwiony brwi, kiedy po 

pierwszym dzwonku Rebeka nie wstała z fotela.

Nie wstała, bo nie miała zamiaru podnosić słuchawki. Zacisnęła nerwowo dłonie. Po 

drugim   dzwonku   włączyła   się   sekretarka.   W   ciszy   wypełniającej   pokój   rozległ   się   głos 

Gabe'a. Niski, cichy, zmysłowy.

- Cześć, mała. Mam nadzieję, że któregoś pięknego dnia wreszcie cię zastanę. Muszę z 

tobą porozmawiać.

To   była   cała   wiadomość,   Jake   jednak   wyczuł,   że   coś   się   dzieje.   Przez   chwilę   w 

skupieniu przyglądał się siostrze.

- Wiedziałaś, kto dzwoni, prawda? - spytał. - Dlaczego nie odebrałaś telefonu?

- Bo ty tu jesteś, a rzadko mam okazję cię gościć. Oddzwonię później...

- Oj, Rebeko, kiepski z ciebie kłamczuch. Czy to był Gabe? Może bym rozpoznał jego 

glos, gdyby nie docierał spod stosu poduszek. Powiedz, co się stało?

- Nic. Wszystko jest w porządku - oznajmiła ze śmiechem, po czym szybko wróciła do 

background image

spraw rodzinnych.

Pół godziny później, kiedy odprowadzała Jake'a do drzwi, sądziła, że zapomniał o 

telefonie. Myliła się. Uścisnął ją na pożegnanie, a potem delikatnie ujął za brodę i zmusił, aby 

popatrzyła mu w oczy.

-   Jeśli   kiedykolwiek   będziesz   potrzebowała   pomocy,   wszystko   jedno   jakiej, 

chciałbym,  żebyś  do mnie   przyszła.  Cała  rodzina  podtrzymywała  mnie   na  duchu, ale   ty, 

myszko,   gotowa   byłaś   skoczyć   za   mną   w   ogień.   Wytrwałem   tylko   dzięki   tobie.   Więc 

pamiętaj, zawsze możesz na mnie liczyć. O nic nie będę cię pytał.

- Dzięki, staruszku.

Wiedziała, że brat ma dobre intencje, ale pewnym sprawom kobieta sama musi stawić 

czoło. Po wyjściu Jake'a przyłożyła rękę do brzucha.

Opakowanie po teście ciążowym leżało w łazience. Od trzech dni Rebeka znała jego 

wynik.

Wolnym   krokiem   wróciła   do   gabinetu,   włączyła   komputer   i   otworzyła   plik   z 

powieścią,   nad   którą   pracowała.   Gdyby   nie   praca,   nie   wytrzymałaby   ostatnich   tygodni. 

Pisanie ratowało ją przed depresją. Zazwyczaj kiedy siedziała przy biurku, myślała tylko o 

swych bohaterach; potrafiła zapomnieć o całym świecie, ze wszystkiego się wyłączyć. Jedna 

z postaci znajdowała się w straszliwym niebezpieczeństwie. Przed wizytą Jake'a Rebeka nie 

zdążyła   zaradzić   jej   kłopotom,   uratować   ją   od   śmierci.   Powinna   to   zrobić   teraz.   Mijały 

minuty, kursor mrugał, ale żadne pomysły nie przychodziły jej do głowy.

Na prawo od komputera trzymała ukochaną maskotkę - misia o wielkich smutnych 

oczach. Towarzyszył jej od lat i pomagał, kiedy miała chandrę albo trudności z pisaniem. 

Odruchowo przytuliła go do piersi. Tym razem miś nie pomógł. Odłożyła go na miejsce i 

zaczęła bawić się bransoletą. To też nie pomogło.

Podciągnęła kolana i oparłszy o nie brodę, zamknęła oczy. Gabe od tygodnia usiłował 

się z nią skontaktować. Udawanie, że nie ma jej w domu, było zachowaniem dziecinnym i 

nieuczciwym, ale nie czuła się na siłach, by odbyć z nim poważną rozmowę.

Mógł zadzwonić  wcześniej.  Nie odzywał  się od kilku tygodni  i to jego milczenie 

najbardziej ją bolało. Nie należała do osób przykładających zbyt dużą wagę do logiki, Gabe 

jednak   był   miłośnikiem   zdrowego   rozsądku.   To,   że   się   nagle   obudził   i   zaczął   do   niej 

wydzwaniać, ma konkretny i logiczny powód. Upłynęło dość czasu, aby mogła stwierdzić, 

czy przypadkiem nie jest w ciąży.

Wkrótce   po   powrocie   do   Minneapolis   uznała,   że   jeśli   podczas   tamtej   cudownej, 

niezapomnianej nocy w Las Vegas zaszła w ciążę, to nie przyzna się Gabe'owi. Od początku 

background image

stawiał   sprawę   jasno:   nie   interesuje   go   małżeństwo   ani   dzieci.   Ponieważ   jednak   był 

człowiekiem honorowym, spodziewała się, że kiedy usłyszy o ciąży, natychmiast przyleci z 

pierścionkiem zaręczynowym. Gorszego scenariusza nie potrafiła sobie wyobrazić. Trudno, 

żeby ludzie się kochali, kiedy jedno czuje się złapane w pułapkę. Zamiast miłości, narastają 

pretensje, nasila się poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.

Gdyby zadzwonił wcześniej, może uwierzyłaby, że mają szansę być razem szczęśliwi. 

Że sympatia, jaką ją darzył, może z czasem przerodzić się w coś głębszego. Ale teraz jest już 

za późno. Wiedziała, że nie powoduje nim żadna sympatia, tylko honor i obowiązkowość.

To nie duma powstrzymywała ją przed odebraniem telefonu, lecz miłość.

Otworzyła oczy i przez moment wpatrywała się w widoczne za oknem gałęzie okryte 

pączkami. Nigdy dotąd nie spotkała mężczyzny bardziej spragnionego miłości niż Gabriel 

Devereax. On jednak bał się zaangażowania emocjonalnego. Miał w sobie ogromne pokłady 

wrażliwości   i   uczucia,   ale   potrzebował   kobiety,   która   umiałaby   je   wyzwolić.   Która 

pokazałaby mu, że miłość to nie klatka pozbawiająca swobody, lecz brama otwierająca przed 

człowiekiem mnóstwo różnych  możliwości.  Odpowiednia kobieta mogłaby odmienić  jego 

życie, uczynić je o wiele szczęśliwszym.

Niestety ona, Rebeka Fortune, nie jest tą kobietą. Przełknęła łzy, które podeszły jej do 

gardła. Płacz na niewiele się zda. Gabe często żartował z niej, że jest idealistką, że nie potrafi 

zaakceptować rzeczywistości.

Teraz ją zaakceptowała. Zrozumiała, że nie przebije muru, za którym Gabe się skrywa. 

Mur jest za wysoki i za gruby, a jej miłość widocznie za słaba.

Rebeka   znała   smak   porażki.   Znała   smak   smutku   i   żalu.   Znała   też   różne   odcienie 

samotności. Ale jeszcze nigdy nie cierpiała tak jak teraz.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Kiedy sekretarka odszukała ją w laboratorium, Kate właśnie skończyła rozmawiać z 

chemikami.  Była  w  znakomitym  humorze.  Cudowny  krem odmładzający,  nad  którym  od 

dawna  pracowano  w  Fortune  Cosmetics,  a  którego  produkcję   Monica  Malone   niemal  od 

początku sabotowała, wreszcie przeszedł pomyślnie wszystkie próby i niedługo pojawi się na 

rynku. Na wieść, że Gabriel Devereax czeka w holu na dole, Kate ucieszyła się. Należała się 

jej krótka przerwa w pracy.

Weszła do holu, wyciągając na powitanie obie ręce.

- Co za miła niespodzianka! Ale dlaczego nie wjechałeś na górę? - spytała.

- Nie byłem pewien, co w takiej sytuacji nakazuje savoir - vivre - wyjaśnił. - Chyba 

teraz,   kiedy   już   nie   jestem   twoim   pracownikiem,   nie   bardzo   wypada,   żebym   krążył   po 

budynku...

Kate prychnęła pogardliwie.

-   Kto   by   się   przejmował   tym,   co   wypada,   a   co   nie!   Stęskniłam   się   za   tobą, 

przystojniaku.

Gabe roześmiał się wesoło.

- To dobrze. Bałem się, że możesz mnie nie lubić.  Bądź co bądź pojawiałem  się 

zawsze   wtedy,   gdy   działo   się   coś   nieprzyjemnego.   A   to   włamanie,   a   to   porwanie,   a   to 

morderstwo...

Mówił tak samo jak dawniej, z lekką drwiną w głosie, ale wyglądał jakoś inaczej. Coś 

się zmieniło w jego wyglądzie, w spojrzeniu, w sposobie bycia. Starając się odgadnąć, co to 

może być, Kate skierowała gościa do swojej prywatnej windy.

- Tak to już jest, kiedy się zarządza wielkim imperium  finansowym.  - Wzruszyła 

ramionami. - Po prostu bywa się narażonym na kłopoty. Ale ostatnio rzeczywiście mieliśmy 

ich w nadmiarze i należy nam się chwila spokoju. - Uśmiechnęła się pogodnie. - Wiesz co? 

Brakuje mi rozmów z tobą. Sterlingowi również.

Gabe tyle samo czasu spędził w gabinecie Sterlinga, co u niej. Oboje go szczerze 

polubili. Kate przyszło do głowy, że powinna wreszcie powiadomić rodzinę i przyjaciół, co 

czuje   do   wieloletniego   doradcy   prawnego   Fortune'ów.   Na   razie   jednak   skupiła   się   na 

detektywie. Wysiadłszy z windy, zapraszającym gestem wskazała drzwi do swojego gabinetu.

- Powiedz, Gabe, czemu zawdzięczam twoją wizytę? Czcze pogaduszki nigdy cię nie 

pociągały.   -   Nagle   zrobiła   przerażoną   minę.   -   Ojej,   mam   nadzieję,   że   czek,   który   ci 

wystawiłam, nie okazał się bez pokrycia?

background image

Błysnął zębami w uśmiechu, ale po chwili spoważniał.

- Nie. Czek zrealizowałem bez problemów. Drugi, ten z hojną premią, również. Nie 

sądziłem, że jesteś taka rozrzutna, Kate.

- Ja? Mylisz się. Mam bardzo mądre podejście do pieniędzy. Nigdy nie rozdaję ich bez 

powodu. Ty, mój drogi, uczciwie na wszystko zapracowałeś.

Puścił komplement mimo uszu. Nie usiadł. Wsunął ręce do kieszeni i stał sztywno, 

jakby kij połknął.

- Przyszedłem w sprawie osobistej - wyjaśnił. - Chciałam porozmawiać z tobą o twojej 

córce.

- Hm. Jakoś nie wydaje mi się, żebyś miał na myśli Lindsay. - Kate podeszła do 

srebrnej zastawy na stoliku. - Napiłbyś się kawy, Gabe? Albo herbaty? A może wolisz coś 

mocniejszego?

- Obawiam się, że nie będziesz taka miła, kiedy usłyszysz, co mam do powiedzenia.

- No, no, to brzmi groźnie.

A właściwie nie tyle groźnie, co intrygująco, poprawiła się w duchu. Kiedy ostatni raz 

rozmawiali, wyczuła, że coś się stało między Gabe'em a jej najmłodszą pociechą. Wiele o tym 

później rozmyślała. Nawet próbowała wyciągnąć coś z Rebeki, ale ta nabrała wody w usta.

Natomiast   sporo   jej   zdradził   sam   widok   Gabe'a.   Chwilę   trwało,   zanim   się 

zorientowała, co się zmieniło w jego wyglądzie. Otóż podczas swojej wielomiesięcznej pracy 

dla Fortune'ów zawsze prezentował się nienagannie. Był czysty, schludny, zadbany. Po jego 

stroju czy mimice nigdy nie można było niczego się domyślić.

Teraz   zaś...   Do   fryzjera   nie   zaglądał   co   najmniej   od   paru   tygodni.   Włosy   miał 

rozczochrane, buty zdarte, twarz chudszą niż przed miesiącem, jakąś wymizerowaną.

Jak zwykle, od razu przeszedł do sedna.

- Od trzech tygodni usiłuję skontaktować się z Rebeką. Kiedy dzwonię, nie odbiera 

telefonu. Ciągle trafiam na sekretarkę. A kiedy stukam do drzwi, to albo jej nie ma, albo 

udaje, że wyszła.

- Hm... - Kate przyjrzała mu się uważnie. - W trakcie pracy nad powieścią zdarza się 

jej żyć jak pustelnik, z nikim się nie widywać, z nikim nie rozmawiać. Jeśli chcesz, żebym w 

twoim imieniu...

- Nie, broń Boże! Sam to muszę załatwić. - Potarł ręką twarz. - Słuchaj, pewnie się 

wściekniesz, kiedy usłyszysz, co postanowiłem. Uznałem jednak, że zdradzę ci moje plany, 

żebyś niepotrzebnie się nie martwiła. Tajemnice pociągają za sobą kłopoty, a ty miałaś ich 

stanowczo za dużo.

background image

- To się robi coraz bardziej fascynujące - oznajmiła Kate, ale podejrzewała, że Gabe 

jej nie słyszy; że nic do niego nie dociera. - Nie wiem jak ty, ale kusi mnie kieliszek sherry. 

Niby pora jest wczesna...

- Mam zamiar porwać twoją córkę.

- Tak?

-  Ponieważ   unika  mnie  jak   zarazy,  przypuszczalnie   nigdzie  ze  mną   nie   pójdzie   z 

własnej nieprzymuszonej woli. Stąd mój pomysł.

- A dokąd chcesz ją porwać, jeśli wolno spytać?

- Jeszcze nie wiem. Pewnie na jakąś wyspę na środku oceanu. Gdzieś, gdzie nie ma 

telefonów i skąd trudno uciec. Tylko nie myśl, Kate, że proszę o twoje pozwolenie. Mówię ci 

o tym wyłącznie w jednym celu: żebyś się nie martwiła, kiedy Rebeka zniknie. Po prostu 

wiedz, że nic złego się jej nie stało.

- Nie wierzę! Jestem oburzona. Zszokowana! - zawołała Kate, po czym dodała cicho: - 

Gdybyś nie mógł znaleźć odpowiedniej wyspy, mogę ci pożyczyć rodzinny jacht.

- Rebeka... - zaczął Gabe. Nagle się zreflektował. - Co powiedziałaś?

- Zaoferowałam ci nasz jacht. A może wolałbyś samolot?

Zamurowało go. Miał taką minę, jakby nagle ujrzał słonia lub żyrafę. Podejrzenia 

Kate, że nic do Gabe'a nie dociera, potwierdziły się. Najwyraźniej spodziewał się ostrego 

sprzeciwu, wybuchu niezadowolenia.

Bez słowa nalała mu kieliszek sherry. Przypuszczalnie detektyw Devereax, twardziel 

walczący   z   groźnymi   przestępcami,   pijał   mocniejsze   trunki,   ale   whisky   czy   koniaku   nie 

trzymała w barku. Zresztą, lepsze sherry niż nic. Tym bardziej że Gabe wciąż wyglądał tak, 

jakby trwał w szoku.

Kiedy trochę się odpręży, będzie bardziej skory do rozmowy, pomyślała Kate. A nie 

zamierzała pozwolić mu opuścić gabinetu, dopóki nie dowie się, co go łączy z Rebeką.

Wszystkie klony wypuściły już liście. Żonkile i tulipany też zaczynały kwitnąć. Trawa 

zaś miała wspaniały odcień soczystej zieleni. Ale od zachodu nadciągały ciężkie deszczowe 

chmury. Popołudnie stawało się coraz bardziej ciemne i ponure.

Kiedy Gabe zajechał pod dom Rebeki, ulice były wyludnione. Dzieci nie bujały się na 

huśtawkach, młodzież nie szalała na rowerach, nikt nie spacerował, żadne mamy nie pchały 

wózków. Błyskawice rozdzierały niebo, a od grzmotów omal nie pękały bębenki w uszach.

Otworzył drzwi morgana i używając obu rąk, postawił lewą nogę na krawężniku. Od 

kostki po kolano otaczał ją gips. Z powodu gipsu był tylko w prawym bucie. Lewa ręka na 

temblaku stanowiła dodatkowe utrudnienie przy poruszaniu się. Powoli, niezdarnie wysiadł z 

background image

samochodu. Wyciągnął zza fotela drewnianą kulę i oparł się o nią.

W oknie salonu poruszyła się zasłona.

Gabe skrzywił się z bólu. Przystanąwszy na moment, potarł ręką prawą skroń, na 

której widniał duży plaster.

Na ziemię zaczęły padać wielkie grube krople deszczu; po chwili przeszły w rzęsistą 

ulewę. Gabe zadrżał z zimna. Miał na sobie bluzę i dżinsy rozcięte u dołu, by można je było 

wciągnąć   na   gips.   Wiedział,   że   zaraz   będzie   przemoczony   do   suchej   nitki,   ale   trudno   - 

wsparty na kuli, nie mógł rzucić się biegiem pod dach werandy.

Drzwi prowadzące do ciepłego, suchego wnętrza znajdowały się z siedem lub osiem 

metrów od chodnika. Daleko. Na tyle daleko, że kuśtykając wolno w ich kierunku, Gabe miał 

czas odtworzyć w myślach dziwną rozmowę, jaką odbył z Kate w jej gabinecie.

Biorąc pod uwagę to, że pochodził z innych sfer, że nie uczęszczał na uniwersytet, że 

nie miał wykwintnych manier i nigdy w życiu nawet nie widział garnituru od Armaniego, 

wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Kate nie oburzyła się, słysząc o tym, że coś go łączy z jej 

córką. Nawet nie spytała, czy zamierza się z Rebeką ożenić.

Zamiast tego nalała mu kieliszek słodkawego sherry i trochę zmieniła temat. W ciągu 

ostatnich dwóch lat, oznajmiła, w życiu jej rodziny zapanował chaos.

- Każde z moich dzieci przeżyło mniejszy lub większy kryzys emocjonalny. Poza tym, 

jak   sam   wiesz,   mieliśmy   również   do   czynienia   z   sabotażem   oraz   z   problemami   natury 

finansowej, które wywarły wpływ na firmę. Wszyscy wyszli z tych prób zwycięsko: silniejsi, 

mądrzejsi, szczęśliwsi. Wszyscy z jednym wyjątkiem.

- Z wyjątkiem Rebeki?

- Zgadłeś. - Sobie także nalała sherry, ale nawet nie zwilżyła nim ust. - Tylko jej nie 

byłam w stanie pomóc. Wszyscy uważają, że jesteśmy zupełnie do siebie niepodobne. To 

nieprawda. Owszem, ja nie bujam w obłokach, a Rebeka nie ma mojej głowy do interesów, 

ale charaktery mamy identyczne. Tak jak ja, Rebeka kieruje się w życiu własnymi zasadami i 

nigdy   się   nie   waha,   kiedy   już   podejmie   decyzję.   Pragnę   jej   szczęścia.   Chcę,   żeby   się 

ustatkowała. Żeby miała dom pełen dzieci, o jakim marzy. Ale spośród wszystkich mężczyzn, 

z którymi się spotykała, żaden nie zalazł jej za skórę. Żaden jej nie denerwował. Ty jesteś 

pierwszy.

Kuśtykając w stronę drzwi, wciąż usiłował dociec, co Kate miała na myśli. Czy to 

dobrze czy źle, że zalazł Rebece za skórę? Dobrze czy źle, że ją denerwował?

Uznał, że musi się o tym przekonać.

Kilka tygodni temu, kiedy Jake'a wreszcie wypuszczono do domu, Gabe odetchnął z 

background image

ulgą. Skończył pracę dla Fortune'ów i z zapałem przystąpił do innych zleceń.

Cieszył się swobodą, wolnością, brakiem jakichkolwiek ograniczeń.

A potem pojawiły się objawy dziwnej choroby. Uczucie pustki, ssanie w żołądku, 

tęsknota tak silna, że nie mógł jeść ani spać. Starał się zwalczyć te objawy, wyzdrowieć. 

Bezskutecznie.

Setki razy odtwarzał  w pamięci sceny ze swojego  dzieciństwa: oczami  wyobraźni 

widział   rodziców,   którzy   nieustannie   kłócili   się,   poszturchiwali   i   warczeli   na   siebie, 

zamieniając dom w piekło. Pamiętał awantury, po których następowały ciche dni, pamiętał 

gorycz, napięcie, łzy. Każda zakochana para obiecuje sobie dozgonną miłość, ale jakoś ta 

miłość szybko wygasa.

Gabe całe życie był realistą. Jako realista wierzył, że ludzie się zakochują i miłość 

naprawdę istnieje, tyle że jest nietrwała. Po co się więc łudzić, po co robić sobie nadzieję, a 

potem przeżywać rozczarowanie? Czy nie lepiej być zdanym wyłącznie na siebie?

I   nagle   któregoś   dnia,   w   trakcie   największego   nasilenia   choroby,   Gabe   doznał 

olśnienia. Wojujące pary, które bez przerwy skakały sobie do oczu, na pewno wpłynęły na 

jego filozofię  życiową,  na niechęć do zawierania  małżeństwa. Ale przecież  on z Rebeką 

wojowali od samego początku. W dodatku te zwady i utarczki sprawiały im autentyczną 

przyjemność.

Chciał móc toczyć z nią boje tak długo, jak będzie żył. A nawet i po śmierci.

Wiedział, że Rebeka stale pakuje się w kłopoty.  Ledwo z jednych  wybrnie,  zaraz 

wpada w następne. Rodzina ogromnie ją kocha, ale nie ma na nią najmniejszego wpływu. Na 

pewno nie zdoła uchronić jej przed żadnym niebezpieczeństwem.

Przypuszczalnie inne kobiety wierzyły w to samo, co Ruda. W rycerzy i królewiczów 

z bajki. W to, że człowiek jest z gruntu szlachetny, że dobro przezwycięża zło, że tych, co 

postępują uczciwie, nie spotka w życiu żadna krzywda.

Ale   Gabe'a   nie   obchodziły  inne   kobiety.   Obchodziła   go   wyłącznie   Rebeka.   Miała 

prawo do swoich marzeń i przekonań. Ktoś jednak powinien nad nią czuwać. Ktoś, kto wie, 

jak cudowną jest osobą. Ktoś na tyle silny, aby czasem stanąć okoniem i czegoś jej zabronić. 

Ktoś,   kto   nie   bałby   się   jej   gniewu.   Ktoś,   kto   odwzajemniałby   jej   uczucia.   Ktoś,   kto   by 

rozumiał, że Rebeka potrzebuje wolności, że uwięziona w sztywnych konwenansach uschnie 

jak kwiat pozbawiony wody.

Tak, ktoś powinien stale jej strzec. Chronić przed krzywdą, cierpieniem, złem.

I raptem uświadomił sobie, że nie ktoś, tylko on sam.

Kochał Rebekę. Kochał do bólu.

background image

Którejś nocy obudził się zlany potem. Śniło mu się, że Rebeka jest w ciąży, że nosi 

jego dziecko. Ku własnemu zdumieniu, z całego serca zapragnął zostać ojcem. Innym niż był 

jego własny ojciec. Czułym, troskliwym, kochającym. A także mężem. Ojcem i mężem.

Przeraził się. Zrozumiał bowiem, że Rebeka postanowiła zachować ciążę w tajemnicy 

przed nim. Mógł się tego domyślić! W takich sprawach Ruda nie uznawała kompromisów. 

Chciała   mieć   wszystko   albo   nic.   Wszystko   oznaczało   miłość,   ślub,   domek   z   ogródkiem. 

Połowiczne rozwiązania jej nie interesowały.

Zasłona w oknie znów się poruszyła. Tym razem powstała kilkucentymetrowa szpara.

Gabe ponownie wykrzywił się z bólu. Wolno, krok po kroku, zbliżał się do werandy, 

nie zwracając uwagi na strugi deszczu lejące mu się na głowę. Nagle drzwi się otworzyły.

- Gabe! Zauważyłam przez okno jakiś ruch, ale nawet kiedy wyjrzałam na zewnątrz i 

zobaczyłam twoją pochyloną głowę, nie skojarzyłam, że to ty! Mój Boże! Co się stało?

- Miałem mały wypadek - odparł.

Na  chwilę  zapomniał  o  cierpiętniczej  minie.  Po prostu  rozkoszował  się  widokiem 

Rudej. Ubrana była w pomiętą białą bluzę, lekko wystrzępioną u dołu, włosy sterczały jej na 

wszystkie strony, nogi miała bose, a spojrzenie przerażone.

- Mały wypadek? Na miłość boską, Gabe...

- Wiesz co, mała? Przydałaby mi się twoja pomoc. Słowo honoru. - Zatrzymał się przy 

balustradzie   okalającej   werandę.   -   Muszę   się   na   zaszyć   w   jakimś   cichym   miejscu,   żeby 

odpocząć i zregenerować siły. Znalazłem taki wymarzony zakątek, ale trudno mi tam samemu 

dojechać, nie mówiąc o wniesieniu do środka toreb z zakupami. Kiedy się już zainstaluję, z 

resztą   rzeczy   na   pewno   sobie   poradzę,   ale   teraz...   Gdybyś   mogła   mi   poświęcić   jedno 

popołudnie... - Wciągnął powietrze. - Potrzebuję cię, Ruda.

Jego głos zabrzmiał jakoś ostro i chrapliwie, ale może nie było w tym nic dziwnego. 

Gabe   nigdy   dotąd   nikomu   nie   mówił,   że   go   potrzebuje.   Bał   się,   że   Rebeka   zarzuci   mu 

kłamstwo.  Bo faktycznie,   nie  był  z  nią  do  końca  szczery,   jednakże  w  tej  najważniejszej 

sprawie nie kłamał.

Przez sekundę czy dwie patrzyła mu głęboko w oczy; decyzję podjęła błyskawicznie.

- Tylko wyłączę komputer i wezmę torebkę.

- Nie zapomnij o butach.

- E tam! Na co komu buty?

Wyszła   się   jednak   w   butach   i   nie   tracąc   czasu,   pomogła   Gabe'owi   wsiąść   do 

samochodu po stronie pasażera. Sama zajęła miejsce za kierownicą. Wyjaśnił jej, o co mu 

chodzi: żeby zawiozła go pod wskazany adres, przeniosła sprawunki z bagażnika do domu, 

background image

wróciła samochodem do siebie, a po tygodniu przyjechała po niego. Oczywiście wiedział, że 

plan nie trzyma się kupy, ale Rebeka, która zawodowo trudniła się wymyślaniem różnych 

mniej lub bardziej fantastycznych fabuł, niczego nie zakwestionowała.

Ruszyli sprzed domu. Przez całą drogę dawał wskazówki, którędy najlepiej jechać. Po 

godzinie skręcili z autostrady w węższą szosę stanową. Zamiast podziwiać wiejski krajobraz, 

Rebeka raz po raz spoglądała ukradkiem na swojego pasażera.

W  pewnym  momencie  zatrzymali  się przed  dużym  sklepem  spożywczym.  Rebeka 

przeistoczyła się w dyktatora. Pozwoliła Gabe'owi wejść z nią do środka, ale to wszystko. 

Sama wybierała z półek towary, ignorując wszelkie rady i sugestie, sama pchała wózek, sama 

taszczyła  torby z zakupami do samochodu. Kiedy Gabe niczemu się nie sprzeciwiał,  nie 

protestował, a jedynie potulnie kiwał głową, czym prędzej przyłożyła rękę do jego czoła.

- Na pewno nie masz gorączki? - spytała.

-   Tylko   dlatego,   że   jestem   miły   i   na   wszystko   się   zgadzam,   myślisz,   że   mam 

gorączkę?

- Nigdy dotąd nie słuchałeś mnie, kotku. A nawet kameleon tak szybko nie zmienia 

barwy. Oczywiście nie wykluczam, że może być inny powód twojej uległości. Powiedz, dużo 

łykasz leków przeciwbólowych?

W odpowiedzi mruknął coś niewyraźnie,  po czym  znów zaczął dawać wskazówki 

odnośnie dalszej jazdy. Skręcali raz w prawo, raz w lewo, zawracali, ponownie skręcali, aż 

wreszcie zjechali z czarnej asfaltowej szosy w wąską nieutwardzoną drogę, która wiła się 

między polami i lasami. Przypuszczalnie nawet wytrawny podróżnik wyposażony w świetny 

kompas miałby totalny mętlik w głowie.

Pół   godziny   później   zatrzymali   się   na   porośniętym   kępami   trawy   żwirowanym 

podjeździe. Rebeka pierwsza wysiadła z auta i z rękami wspartymi na biodrach, rozejrzała się 

wkoło. Na wzgórzu stała chata zbudowana chyba z drewna cedrowego. Za nią ciągnął się 

dziewiczy las. Od  frontu szklane  drzwi prowadziły na werandę, z której  rozpościerał  się 

widok na płynący w dole srebrzysty strumyk.

- Och, Gabe! Ależ tu pięknie! Wynająłeś ten dom?

- Tak, na tydzień.

- Nie wyobrażam sobie wspanialszego miejsca na odpoczynek, ale będziesz strasznie 

daleko od cywilizacji. Najbliższa posiadłość znajduje się co najmniej kilometr stąd.

Wyjęła   z  samochodu  torby  z  jedzeniem  i  rozkazawszy Gabe'owi  nie   ruszać  się  z 

miejsca,  wniosła  zakupy do  środka. Gabe  oparł  się  o maskę.  Wiedział,   co  Rebeka  ujrzy 

wewnątrz. Piękne drewniane podłogi, kamienny kominek czekający na rozpalenie, meble w 

background image

tonacji rdzawobrązowej; kuchnię z sosnowym stołem pełnym fantazyjnych sęków, urządzoną 

w stylu rustykalnym; oraz sypialnię z ogromnym oknem wychodzącym na zbocze, wielkim 

małżeńskim   łożem   i   kilkoma   komodami.   Żadnych   udziwnień.   Jedynym   luksusem   była 

przylegająca do łazienki sauna z drewna sekwojowego.

- Tu jest cudownie - oznajmiła Rebeka, kiedy wróciła na podjazd przed domem. - 

Cicho, sielsko i spokojnie. Nie zauważyłam telefonu...

- Bo go nie ma.

- Co? Ani telefonu, ani sąsiadów? A jeżeli upadniesz? A jeżeli będziesz potrzebował 

pomocy? - Potrząsnęła głową. - Nie wiem, czy mogę cię tu zostawić samego.

- Całe życie mieszkam sam i jakoś daję sobie radę.

- Tak, ale całe życie nie jesteś kaleką.

- Teraz też nie jestem. Ruda...

Otworzył dłoń, pokazując jej kluczyki, po czym cisnął je przed siebie. Całkiem niezły 

rzut, pomyślał z zadowoleniem. Wylądowały z pluskiem w strumyku.

Rebeka otworzyła usta ze zdziwienia.

- Nie wierzę własnym oczom! Czyś ty zwariował? Rany boskie, co ci strzeliło do łba? 

Bez kluczyków oboje jesteśmy tu uwięzieni...

Zanim skończyła mówić, Gabe cisnął w dół zbocza kulę. Następnie zerwał ze skroni 

plaster, wysunął rękę z temblaka, po czym schylił się i zaczął ściągać z nogi gips.

Wszystko   razem   zajęło   ze   trzy   minuty.   Kiedy   wyprostował   się,   serce   waliło   mu 

młotem.

Rebeka stała jak zahipnotyzowana. Nie drgnęła. Nie zmieniła pozycji. Mijały wieki, a 

ona wciąż milczała.

Podejrzewał, że go zabije.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Potem   wolno,   bez   słowa,   okrążyła   go,   uważnie   mu   się   przyglądając.   Był   trochę 

bledszy niż zazwyczaj, ale to wszystko. Z chwilą gdy pozbył się gipsu, jej oczom ukazała się 

zdrowa, włochata łydka. Żadnych obrzęków czy siniaków się na niej nie dopatrzyła. Na czole, 

policzkach czy nosie też nic nie było, nawet drobnego rozcięcia, jakie czasem się zdarzają 

przy goleniu. Im dłużej się w niego wpatrywała, tym bardziej się spinał; był jak dziki kocur 

zamknięty w klatce.

- Nie jesteś ranny - oświadczyła.

- Nie jestem - przyznał.

- Nie miałeś żadnego groźnego wypadku.

-   Wczoraj,   kiedy   chowałem   grill,   ukąsił   mnie   komar.   Natomiast   ostatni   raz 

niebezpieczeństwo groziło mi w Las Vegas. Rebeko...

- Słucham?

- Jakoś nie sprawiasz wrażenia zaskoczonej.

- Dziwisz się? Przecież cię znam. Gdyby w ciemnej alejce napadło cię sześciu zbirów, 

wszystkim porachowałbyś kości. Doskonale potrafisz sobie radzić sam. Chyba nie myślałeś, 

że uwierzę w bajeczkę o wypadku, co? Że nie zadając żadnych pytań, pojadę z tobą na jakieś 

odludzie?   Na   miłość   boską,   jestem   pisarką.   Wymyślam   fabuły.   I   z   zamkniętymi   oczami 

potrafię odróżnić prawdę od fałszu.

Wyraźnie zbiła go z tropu. Nie miał pojęcia, co powiedzieć.

- Ale... mimo to wsiadłaś do samochodu i przyjechałaś ze mną.

- Oczywiście. Bałam się o ciebie - rzekła, po czym natychmiast się poprawiła. - Nadal 

się boję. Kłamstwa nie są w twoim stylu, kotku. Coś ważnego musiało się wydarzyć, skoro 

nie szczędziłeś zachodu, żeby mnie tu ściągnąć.

- Owszem, wydarzyło się. Nie odbierasz telefonu, kiedy dzwonię. Robisz wszystko, 

żeby trzymać mnie na dystans. Chcąc nie chcąc, musiałem wymyślić sposób, żeby zwrócić 

twoją uwagę.

- Udało ci się.

Miał rację. Rzeczywiście go unikała, głównie dlatego, że nie chciała odpowiadać na 

pytania o ciążę. Ale podczas długiej jazdy samochodem z Minneapolis do domku na wzgórzu 

Gabe ani razu nie poruszył tego tematu. To jej dodało sił.

- Chciałeś ze mną porozmawiać? - spytała.

- Tak. Ale na razie już dość się nagadałem. Wciąż krążyła wokół niego, kiedy nagle 

background image

porwał ją w ramiona. Przytulił ją mocno - tak mocno, że czuła, jak serce mu wali - i przywarł 

ustami do jej ust.

Tego się właśnie obawiała. Że mu ulegnie. Że będzie chciała tkwić w jego objęciach i 

całować się z nim w nieskończoność. Że jeszcze mocniej go pokocha.

Ten   pierwszy   pocałunek   nie   rozwiał   jej   obaw.   Gabe   był   jak   zbłąkany   wędrowiec 

przemierzający pustynię, który wreszcie znalazł źródło. Źródło, które biło tylko dla niego. 

Wiosenny wietrzyk poruszył gałęziami drzew, strząsając z liści krople deszczu. W oddali 

słychać było szum strumyka, w powietrzu unosił się zapach sosen.

Rebeka zamknęła oczy. Och, gdyby tylko marzenia mogły się spełnić...

- Gabe... - Głos miała gruby, ochrypły.

- Wiem, mała, musimy porozmawiać. I porozmawiamy, obiecuję. Ale najpierw chcę 

sprawdzić, czy potrafię cię zdenerwować.

- Zdenerwować? Dlaczego?

- Diabli wiedzą. Ale to ważne. - Podniósł ją, a kiedy ona oplotła go nogami w pasie, 

ruszył po schodach do domu. - Koniecznie trzeba nad tym popracować.

- Nad moim stanem psychicznym?

- Tak. Wiesz, dokąd cię niosę? Do sypialni. Denerwujesz się? Powiedz.

- Nie. A powinnam?

Siatkowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Gabe nie odrywał od niej wzroku. I przez 

całą drogę obsypywał pocałunkami jej twarz i włosy.

- Nie będziemy tam grać w warcaby - oznajmił.

- To dobrze.

Uderzył  się o ścianę w holu. Uważaj,  kotku, ostrzegła  go w myślach  Rebeka, bo 

nabijesz sobie guza.

- Nie chodzi o seks - kontynuował po chwili. - Chodzi o coś całkiem innego. Po 

prostu...   jesteś   mi   potrzebna.   Każdy   dzień   bez   ciebie   jest   dniem   spisanym   na   straty. 

Wydawało mi się, że jestem wolnym człowiekiem. Okazało się, że ta wolność już mnie nie 

bawi. Chcę być wolny, ale tylko z tobą. Czy to, co mówię, niepokoi cię?

- Ani trochę - odparła szeptem.

- Kocham cię, mała. Bardziej niż kogokolwiek na świecie. Nie sądziłem, że jestem 

zdolny do takich uczuć. Do prawdziwej miłości... Rany boskie, Ruda! Kiedy się w końcu 

zdenerwujesz?

Pomyślała, że trzeba tę sprawę jak najszybciej wyjaśnić. Co on sobie ubzdurał z tym 

zdenerwowaniem? Na razie to on się coraz bardziej denerwował.

background image

Spieszył się do sypialni, pragnął dotrzeć tam jak najprędzej, ale gdy już dotarł, nie 

bardzo wiedział, co ma począć.

- Gabe - szepnęła między jednym pocałunkiem a drugim. - Puść mnie. Nigdzie nie 

ucieknę.

- Nie puszczę - wycharczał, ale po chwili posłusznie postawił ją na podłodze.

Ściągnęła mu przez głowę bluzę, po czym pocałowała go w brodę. Następnie rozpięła 

mu spodnie i pocałowała w usta. Wyraz strachu i niepewności nie zniknął z jego oczu. Kiedy 

przystąpiła do nieco śmielszych pieszczot, popatrzył na nią oskarżycielskim wzrokiem.

- W ogóle nie jesteś zdenerwowana - powiedział z pretensją w głosie.

- Za to ty jesteś. I dobrze, kotku. Bo ja bywam baaardzo grrroźna!

Pchnąwszy go na łóżko, szybko zdarła z siebie ubranie. Koc służący za narzutę, z 

ostrej, drapiącej wełny, działał na nią podniecająco z powodu kontrastu z jedwabiście gładką 

skórą Gabe'a.

Gabe. Twardziel, który wystrzegał się miłości, a jednak jej uległ. Rebeka słyszała 

słowa, których nigdy nie spodziewała się usłyszeć z jego ust. Ale wyznawał jej miłość nie 

tylko słowami - również dotykiem, pocałunkiem, spojrzeniem.

Wiele musieli sobie jeszcze wyjaśnić, ale na razie liczyło się tylko to, że się odnaleźli. 

Niebo   za   oknem   przybierało   coraz   ciemniejszą   barwę,   lecz   oni   nie   zwracali   uwagi   na 

upływające godziny. Pochłonięci sobą, wspinali się na szczyty rozkoszy, ofiarowując jedno 

drugiemu wszystko - ciało i duszę.

Rebeka nie pamiętała, kiedy zasnęła. Ale gdy otworzyła oczy, na zewnątrz panował 

nieprzenikniony   mrok.   Drapiący   wełniany   koc   znikł.   Leżała   przykryta   cienką,   puszystą 

kołdrą. Na stoliku nocnym paliła się lampka.

Gabe   leżał   obok,   w   pełni   obudzony,   z   wyrazem   zamyślenia   na   twarzy.   Rebeka 

wyciągnęła rękę i delikatnie pogładziła go po policzku. Bała się odezwać, ale bała się też 

milczeć. Postanowiła jednak zaufać Gabe'owi.

-   Będę   miała   twoje   dziecko   -   oznajmiła   cicho.   Myślała,   że   się   zasępi,   że   okaże 

niezadowolenie. Zamiast tego ujrzała błysk radości w jego oczach.

- Dzięki Bogu. Może jak dom się zapełni małymi urwisami, nie będziesz miała czasu 

na szpiegowskie misje i zabawy w detektywa.

Uniosła się na łokciu.

- To chyba nie są żadne oświadczyny, co? Kiedy ostatni raz się widzieliśmy, byłeś 

zdecydowanym  przeciwnikiem instytucji  małżeństwa. Nie interesowała cię rodzina, a tym 

bardziej dzieci.

background image

- Miłość sprawiła, że pewne rzeczy musiałem sobie przewartościować. Ja... po prostu 

bałem się popełnienia błędu. Nie chcę cię oszukiwać, mała. Wiążąc się ze mną, ryzykujesz.

- Mylisz się. Ryzykuje się wtedy, kiedy się nie wie, czego oczekiwać. A ja wiem. Nie 

uciekasz przed problemami...

- To prawda.

- Wiem też, że będziemy się spierać. Ale kto się czubi, ten się lubi.

- No właśnie. Dotąd sądziłem, że kłócą się tylko ludzie, którzy się nienawidzą. A z 

tobą... z tobą uwielbiam toczyć boje. Może nie zawsze będziemy się zgadzać, Ruda, ale na 

pewno nigdy nie będziemy się nudzić. Nie chcę, żebyś się zmieniała. Kocham cię taką, jaka 

jesteś.   -  Obsypał   jej   twarz   pocałunkami,   po   czym   przesunął   głowę   niżej,   do  szyi.   -   Nie 

przestanę, dopóki nie usłyszę słowa „tak” - zagroził.

- A wtedy przestaniesz? W takim razie przez kilka najbliższych godzin zamierzam 

milczeć.

- Czy po ślubie też będziesz taka okrutna i bezwzględna?

- Będę taka aż do śmierci. Sam się o to prosisz, Devereax. Obyś tylko nie żałował.

- Nie będę - odparł.

Ufała mu. Widziała w jego oczach, że wyzbył się lęku przed bliskością.

- Tak, kochany - szepnęła. - Tak, tak, tak. Całe życie marzyłam o takiej miłości, ale 

nie   wierzyłam,   że   moje   marzenia   się   spełnią.   Dopóki   nie   spotkałam   ciebie.   Powiedz   mi 

jednak...

- Co?

- Jak, u licha, wrócimy do domu, skoro wyrzuciłeś kluczyki?

- A może mam drugą parę?

- Jako człowiek logiczny i rozsądny zapewne masz.

-   A   wiesz,   że   ostatnio   coraz   częściej   polegam   na   intuicji   i   instynkcie?   Brzmi   to 

niewiarygodnie...   -   Na   moment   zamilkł.   -   Chociaż   nie.   Tobie   to   się   wydaje   zupełnie 

normalne. Ale...

- Co ale?

- Impulsywne zachowanie niekiedy pociąga za sobą negatywne konsekwencje.

- Hm, więc jednak nie masz zapasowych kluczyków?

- Mam. Ale w domu. Nie tu.

- To znaczy, że jesteśmy zdani wyłącznie na siebie? - Tak.

- Że ugrzęźliśmy tu na czas nieograniczony?

- Tak.

background image

- Świetnie - szepnęła i pochyliwszy się nad nim, wyłączyła lampkę.

background image

EPILOG

Kate rzadko wpadała w złość. Zbyt wiele w życiu widziała i zbyt wiele doświadczyła, 

aby   przejmować   się   drobiazgami.   Katastrofa   samolotowa,   próby   pozbawienia   jej   życia, 

sabotaż, knowania wrogów zazdroszczących jej pozycji oraz majątku, do którego dochodziła 

dziesiątkami lat - to wszystko przetrwała. Była silna. Byle problem typu kradzież czy kolejny 

szantaż nie byłby w stanie jej załamać.

Jednakże co innego kradzież, a co innego ślub i wesele.

Stała na tarasie, z którego rozciągał się wspaniały widok. Mała dziewczynka, która 

swoje dzieciństwo spędziła w sierocińcu, jest teraz właścicielką luksusowej rezydencji nad 

jeziorem.

Spoglądała   na   ogród,   sprawdzając,   czy   o   niczym   nie   zapomniała.   Wzdłuż   ścieżki 

posypanej białymi płatkami róż, którą miała iść panna młoda, rosły w donicach kamelie. Znad 

jeziora   nadciągał  lekki  wietrzyk;   liście  szeleściły, powietrze  wypełniała   balsamiczna  woń 

kwiatów. Powoli zbierali się goście, eleganccy mężczyźni, kobiety w bieli i pastelach. Śmiech 

oraz szmer rozmów niósł się po całym terenie.

W   głosach   gromadzących   się   w   ogrodzie   ludzi   Kate   słyszała   radość.   Na   wszelki 

wypadek, jakby nie dowierzając własnym uszom, obserwowała twarze gości, upewniając się, 

czy na pewno są szczęśliwi. Nick i Caroline, Kyle i Samantha, Rafe i Allie, Mike z Julią... 

Przez chwilę nie mogła doszukać się Luke'a i Rocky, ale potem ich dojrzała. Trzymając się za 

ręce, wracali ze spaceru nad brzegiem jeziora. Adam i Laura, Zach i Jane, Rick z Natalie, 

Grant z Meredith...

Ktoś obcy mógłby się pogubić w tym tłumie, ale nie Kate. Osoby, na które patrzyła, 

dzieci jej dzieci, reprezentowały kolejne pokolenie Fortune'ów. W ciągu ostatnich dwóch lat 

spotykali się na wielu ślubach, ale ten był najważniejszy, przynajmniej dla Kate.

Rebeka była  jej najmłodszą córką, jedyną,  która dotąd nie znalazła partnera. Kate 

powoli traciła nadzieję, czy to się kiedykolwiek  stanie. O Rebekę zawsze najbardziej  się 

niepokoiła.

Zrobiła, co mogła, żeby był to najszczęśliwszy dzień w życiu jej córki. Zamówiła u 

bogów   niebo   w   kolorze   błękitu.   I   takie   było.   Co   najmniej   ze   trzy   razy   obeszła   stoły, 

sprawdziła   nakrycia,   dekoracje,   bukiety   kwiatów.   Dziesiątki   razy   rozmawiała   ze   służbą. 

Poprawiała   drużbom   krawaty,   strzepywała   im   z   ramion   niewidoczne   pyłki,   druhnom 

doradzała w kwestii fryzur, kosmetyków, biżuterii.

Pomogła   córce   włożyć   suknię,   następnie   wpięła   jej   we   włosy   piękny   welon   z 

background image

delikatnej belgijskiej koronki. Łzy ścisnęły ją za gardło. Czym prędzej skryła się w pokoju na 

piętrze. Potrzebowała para minut dla siebie, z dala od zgiełku, żeby się wyciszyć, opanować 

emocje.

Stojąc   na   tarasie,   usłyszała,   jak   drzwi   się   otwierają.   Nie   musiała   się   odwracać   - 

wiedziała, że wszedł Sterling Foster. Kiedy objął ją w pasie, poczuła, jak spływa na nią błogi 

spokój. Zamknęła oczy i oparła się o jego klatkę piersiową.

Wkrótce   zamierzała   powiadomić   rodzinę   o   własnych   planach   małżeńskich.   Miała 

siedemdziesiąt jeden lat. Nigdy nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek znajdzie miłość, 

że pokocha jakiegoś mężczyznę, że zaufa mu i będzie chciała dzielić z nim życie.

- Jesteś zdenerwowana, Kate? - spytał. Potrafił wyczuwać jej nastroje.

- Nie, nie zdenerwowana, raczej wściekła na pana młodego. Chyba mam prawo dać 

córce prezent ślubny?

- Rozumiem. A więc Gabe podarł czek?

- Zaproponowałam, że pożyczę im jacht albo samolot. Niczego nie chce ode mnie 

przyjąć. I nie chce mi zdradzić, gdzie pojadą na miesiąc miodowy.

- Coś podobnego!

- Uścisnął mnie, serdecznie mi za wszystko podziękował, po czym oznajmił, że nie 

potrzebuje pomocy. Że sam potrafi zaopiekować się Rebeką. Psiakość! I co z takim zrobić?

Sterling zarechotał pod nosem.

- Człowiek tak dumny i uparty idealnie nadaje się na męża twojej córki.

- To prawda - przyznała Kate. - Ale nie po to mam pieniądze, żeby zabrać je z sobą do 

grobu. Mógłby mi drań okazać trochę szacunku i pozwolić nimi poszastać.

- Co się odwlecze, to nie uciecze. Przecież nikt ci nie zabroni rozpieszczania wnuków. 

A coś mi mówi, że pierwsze maleństwo jest już w drodze.

- Tak myślisz? - Kate nie posiadała się z radości. Spojrzała w dół na Gabe'a, który 

zajął   miejsce   obok   swojego   drużby.   W   przeciwieństwie   do   normalnych   panów   młodych, 

którzy nerwowo przestępują z nogi na nogę, Gabriel Devereax był spokojny i opanowany. 

Szeroki uśmiech na jego twarzy natychmiast podbił serce Kate. Tak, jej przyszły zięć cieszył 

się bardziej niż pirat, który wziął we władanie statek pełen skarbów.

Niemal   gotowa   była   wybaczyć   mu   jego   głupi   upór   i   odmowę   przyjęcia   od   niej 

pieniędzy.

- Nikomu nie zdradziłaś tajemnicy? - spytał Sterling, głaszcząc ją czule po policzku.

-   Nie.   Pokusa   była   bardzo   silna,   ale   dziś   jest   święto   Rebeki   i   Gabe'a.   Nie   chcę 

odciągać od nich uwagi.

background image

Oczywiście   rodzina   zdawała   sobie   sprawę,   że   zakończono   prace   nad   magicznym 

kremem   młodości,   jednakże   tylko   Kate   ze   Sterlingiem   wiedzieli,   że   przeszedł   pomyślnie 

wszystkie testy. Produkt, któremu poświęcono tyle czasu i wysiłku, wreszcie miał trafić na 

rynek.

Nowy produkt, nowa fortuna.

Kate pomacała bransoletę, którą włożyła na dzisiejszą uroczystość. Bransoletę, która 

stanowiła symbol rodziny, symbol siły, przywiązania i lojalności.

Przez pewien czas nosiła ją Rebeka. Dziś rano Kate odebrała córce starą bransoletę i 

podarowała jej nową. Rebeka nie potrzebowała wspomnień; powinna patrzeć w przyszłość, 

nie w przeszłość.

- Kate, kochanie... - Sterling ujął ją delikatnie za łokieć. - Gotowa jesteś wydać swoją 

najmłodszą córkę za mąż?

- Absolutnie. - Skinęła głową.

Tak, była gotowa. I nie wypadało, aby matka panny młodej spóźniła się na ślub.

Na moment zadumała się. Był taki czas w jej życiu, kiedy całą energię wkładała w 

powiększanie majątku, a co za tym idzie - władzy i wpływów. Ale to było dawno temu. Teraz 

liczyło się dla niej co innego.

Liczyło się szczęście jej dzieci. Oraz to, że rodzina jest razem. Czy może być coś 

ważniejszego?