background image

DEBRA DOYlE JAMES D. MACDONALD 

 

Spisek w pałacu 

 

Krąg Magii

 

 

 

 

Bruce owi Coville,owi, który nie szczędził słów zachęty zdołał nam wbić do głowy nieco rozsąd, 

 

Rozdział I 

jarmarczny tragik 

- Grosik, dobrzy ludzie! Przedstawienie za grosik! 

Randal dreptał tam i z powrotem, wymachując przed zaintrygowanymi przechodniami pustą czapką. 
Beret z zielonego filcu należał do Lys, pieśniarki, przyjaciółki Randala i jego towarzyszki podróży. 
Czarnowłosa dziewczyna w chłopięcym ubraniu siedziała tuż obok na krawędzi olbrzymiej marmurowej 
fontanny - ozdoby głównego rynku Pedy. Randal jeszcze raz machnął czapką, po czym położył ją na 
bruku, a sam usiadł pod fontanną. Do delikatnego szelestu spadającej wody dołączyły pierwsze tony 
pieśni. 

Zgromadzony tłumek w jednej chwili ucichł. Uwaga niemal wszystkich skupiła się na śpiewającej 
dziewczynie. Nieliczni, którzy wciąż patrzyli na Randala, oglądali wysokiego, mocno zbudowanego 
chłopaka, bezustannie odgarniającego sprzed oczu długie brązowe włosy. Na sfatygowanych w 
wędrówkach szatach chłopiec nosił czarną togę, wyposażoną w nieprawdopodobnie szerokie rękawy. Był 
to oficjalny strój wędrownego czarodzieja, wychowanka Schola Sorceriae 

Szkoły Czarodziejów w Tarnsbergu na brzegu Zachodniego Morza. 

„Czas zapracować na śniadanie" - pomyślał Ran-dał, wsłuchując się w melodię pieśni. Słów nie rozumiał; 
Lys śpiewała w swoim ojczystym języku, mowie Okcytanii, do której udali się po ucieczce z Widsegar-du. 

background image

Mimo to podczas trwającej wiele miesięcy wędrówki na południe zdążyli przećwiczyć ten numer tyle 
razy, że chłopiec dokładnie wiedział, kiedy i jak wplatać w muzykę swoje czary. 

Młody czarodziej skoncentrował się i bezgłośnie wyszeptał zaklęcie. W powietrzu popłynął głęboki 
basowy trójdźwięk, którego tony kolejno cichły i pojawiały się w innych miejscach skali tak, by akord 
zawsze współbrzmiał z melodią pieśni. Podkład udał się już za pierwszym razem. „Dobrze - pomyślał 
Randal 

a teraz wyższe rejestry". Skoncentrował się jeszcze raz i przywołał łagodny trel podobny do 

dźwięków fletu, wznoszący się i opadający o oktawę wyżej od głosu Lys. 

Niewidzialny flet od razu zagrał we właściwej tonacji i podążał za melodią bez żadnych fałszów lub 
potknięć. Randal pozwolił sobie na uśmiech satysfakcji: muzyka udała się dziś bezbłędnie. „A teraz 
światła...". 

Spróbował wyczarować świetlisty obłok. Po chwili między Lys a fontanną wyrosła zwiewna zasłona 
fosforyzującej mgły. Koncentrując się jeszcze bardziej, Randal zabarwił mgłę czerwoną poświatą, 
pulsującą w takt najniższych akordów muzyki. W obłoku zaczęły krążyć niebieskie i zielone kule, 
prowadzone dźwięcznym altem Lys i upstrzone złotymi cętkami, 

pojawiającymi się tym gęściej, im głośniej brzmiała partia fletu. 

Pierwsze czary, jakie zobaczył Randal, były bardzo podobnym pokazem światła i dźwięku. Jednak Madoc 
Obieżyświat, czarodziej, który przed laty zaprezentował owe cuda w głównej sali zamku Doun, był 
mistrzem sztuk magicznych, a nie zwykłym wędrownym czarodziejem. Randal spędził kilka ostatnich 
miesięcy na szlifowaniu metodą prób i błędów rozmaitych czarodziejskich technik, pozwalających na 
przywoływanie za każdym razem właściwych dźwięków lub barw i utrzymywanie ich w ryzach woli. 

Bywały dni, kiedy Randal posługiwał się magią z łatwością; innym razem jego wysiłki przynosiły więcej 
wstydu niż oklasków. Mimo wszystko ani on, ani Lys nie mieli powodów do narzekania. Jako wędrownym 
artystom wiodło im się nienajgorzej: było dość pieniędzy, by się gdzieś posilić, a tu na południu, gdzie 
noce były suche i ciepłe, sypiali pod gołym niebem i rzadko musieli płacić za nocleg. 

Kiedy pieśń Lys dobiegła końca, Randal wyciszył muzykę i niedbałym gestem rozwiał świetlisty obłok. 
Kłaniając się publiczności, nie omieszkał szybko zerknąć na porzuconą na bruku czapkę. Była pusta. 

„Nie rozumiem - pomyślał, czując jednocześnie zdumienie i rozczarowanie. - To już drugi raz. Czy w tym 
mieście mieszkają sami skąpcy? Od kilku tygodni nie mam żadnych kłopotów z zaklęciami, a Lys nigdy nie 
potrzebowała magii, by pięknie śpiewać. Nie liczyłem na wiele, ale zasłużyliśmy chyba na jeden lub dwa 
miedziaki". 

Zamiast pieniędzy artyści doczekali się jedynie wątłych oklasków od gwałtownie rzedniejącego tłumu. 
Randal westchnął i ukląkł, sięgając po pustą czapkę. Palce ledwo dotknęły zielonego filcu, gdy w berecie 
wylądował nieduży mieszek z czarnego aksamitu. Rozległ się metaliczny brzęk. Randal podniósł sakiewkę 
i zważył ją w dłoni. Była ciężka, a jej zawartość przesypywała się z dźwięcznym grzechotem. Ostrożnie, 

background image

obawiając się, że jego nagle obudzona nadzieja rozwieje się bez śladu, pociągnął za srebrną nitkę, jaką 
ściągnięty był brzeg woreczka. Na dłoń chłopca wysypały ęię złote monety: więcej pieniędzy, niż 
kiedykolwiek widział, odkąd porzucił zamek swojego wuja, by studiować magię. 

Randal wsypał monety z powrotem do sakiewki. Wsuwając ją do kieszeni togi, podniósł głowę, by 
spojrzeć na hojnego ofiarodawcę. Wzrok chłopca prześliznął się po niezwykle wysokich cholewach 
skórzanych butów, krótkiej czarnej tunice ozdobionej srebrnymi haftami, by zatrzymać się na gładko 
wygolonej inteligentnej twarzy, okolonej gęstwą rudych włosów. 

- Stokrotne dzięki, mój panie - powiedział Randal, wyczerpując tym samym cały swój zasób okcytań-skich 
słów. 

Wytwornie ubrany nieznajomy skinieniem zachęcił czarodzieja do powstania z klęczek i wypowiedział 
kilka zdań łagodnym przyjemnym głosem. Randal posłał Lys pytające spojrzenie. Dziewczyna sfrunęła z 
krawędzi fontanny, zgrabnie lądując na chodniku. Jej oczy płonęły podnieceniem. 

 

Zbieraj się, Randy - powiedziała wesoło. - Idziemy z tym jegomościem. Chce, byśmy wystąpili w 

pałacu. 

W pałacu? - wyszeptał zdumiony Randal, gdy razem z Lys ruszyli za nieznajomym. - Wiedziałem, 

że jesteśmy świetni, ale nie sądziłem, że aż tak. 

Tu, w Okcytanii - odrzekła pieśniarka - każde miasto jest niezależnym państwem, a władający 

nimi dożowie są bogaci i potężni. Bierz, co ci przynosi los, i ciesz się. Skoro mamy zagrać dla Jego 
Łaskawości, w najgorszym razie możemy spodziewać się porządnego obiadu, a może i kilku nowych 
koszul. 

Randal skinął głową, wciąż niepewny, czy niespodziewane zaproszenie jest uśmiechem losu, czy może 
zwiastunem kłopotów. Lys zdawała się nie mieć żadnych wątpliwości; śmiała się i figlarnie poszturchiwała 
Randala łokciem, kiedy podążali za nieznajomym przez zatłoczony rynek. 

Ryży mężczyzna poprowadził ich po wiodących pod górę szerokich ulicach, wśród rzędów wysokich 
kamiennych domów. Wspiąwszy się na szczyt wzgórza, ujrzeli olbrzymi marmurowy gmach - w istocie 
zbiór wielu połączonych bielonymi murami budowli, rozrzuconych wśród zielonych trawników i słodko 
pachnących ogrodów. 

Randal i Lys podążyli za swoim przewodnikiem przez labirynt korytarzy, krużganków, przykrytych 
szklanymi dachami ogrodów i krętych schodów. Rezydencja oszołomiła ich niebywałym przepychem. 
Młody czarodziej z zapartym tchem podziwiał wymyślne malowidła zdobiące sufity i ściany; przeglądał się 

w wypolerowanych parkietach, mozaikach z różnych gatunków drewna i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że 
mijane po drodze marmurowe posągi spoglądają ze wzgardą na jego poplamioną błotem togę i 
zakurzone buty. „To musi być pałac. Któż jeśli nie książę mógłby otoczyć się takim luksusem?" - myślał, 
czując się małym, nic nie znaczącym obszarpańcem. 

background image

Przewodnik wprowadził gości do niewielkiej komnaty, gdzie czekał już inny mężczyzna. Nieznajomi 
zamienili kilka słów, po czym ryży młodzieniec powiedział coś do Randala. 

Prosi, byś z nim poszedł. Ja mam zostać tutaj -przetłumaczyła Lys. 

Czy mogę odmówić? 

Nie sądzę. To posłaniec księcia. Lepiej będzie, jeśli go posłuchasz. 

Randal wzruszył ramionami i poszedł za przewodnikiem, który już zniknął za drzwiami komnaty. Po 
pokonaniu kolejnej serii korytarzy młodzieńcy dotarli do długiej i wąskiej sali. Posłaniec zatrzymał się, 
odwrócił do Randala i wypowiedział krótkie zdanie. Domyśliwszy się, że polecono mu poczekać w tym 
miejscu, czarodziej skłonił się lekko i złożył dłonie przed sobą w geście oczekiwania. Dworzanina 
zadowoliła taka reakcja. Gdy tylko oddalił się, wychodząc innymi drzwiami, Randal począł rozglądać się 
ciekawie po pomieszczeniu. 

Jedną z dłuższych ścian komnaty zajmował szereg wysokich okien, wychodzących na okolony murem 
ogród. Pozostałe ściany były zasłonięte sięgającymi sufitu regałami, których półki uginały się od ksiąg. 

Widok opasłych woluminów na chwilę przeniósł Ran-dala w czasy początków jego nauki w Szkole 
Czarodziejów. Chłopiec uśmiechnął się do siebie, przypomniawszy sobie bibliotekę w Tarnsbergu, 
pierwszą, jaką zobaczył. 

Miał wówczas trzynaście lat i spore kłopoty z czytaniem. W niespokojnej, pogrążonej w bezkrólewiu 
Bre-slandii znajomość liter znaczyła mniej niż umiejętność władania mieczem. Mimo to Randal porzucił 
przyszłość dziedzica jednej z północnych baronii, by móc zgłębiać tajniki sztuk magicznych. Wybierając 
karierę czarodzieja, musiał przyrzec, że nie będzie posługiwał się rycerskim orężem. Teraz oprawne w 
skórę tomy zdawały się wzywać go z wysokości półek biblioteki. 

Młody czarodziej zadowolił się przejrzeniem najbliższych tytułów. Zaciekawiony, właśnie zaczął się 
zastanawiać, czy sięgając po jedną z ksiąg nie popełniłby głupstwa, gdy z zadumy wyrwało go 
skrzypnięcie otwieranych drzwi. Zza framugi wyłoniła się ruda głowa oraz dłoń, wykonująca przyzywający 
gest. Randal przeszedł wzdłuż rzędów książek i w ślad za posłańcem przekroczył próg sąsiedniej komnaty. 

Drzwi zatrzasnęły się za nim samoczynnie. Nagle Randala ogarnęła fala dziwnego, atakującego od 
wewnątrz chłodu. Chłopiec poczuł obecność magicznych niematerialnych zamków i blokad, które 
uaktywniły się nagle, zabezpieczając wejście. „Pułapka?" -pomyślał, walcząc z odruchem paniki. Nie 
dostrzegając jednak żadnych bezpośrednich niebezpieczeństw, zmusił się do zachowania spokoju i tylko 
uważnie rozejrzał się wokół. Porozrzucane w nieładzie księgi i re- 

kwizyty potwierdziły jego przypuszczenia - znajdował się w pracowni mistrza sztuk magicznych. 

Skoro tak, to czekający za wielkim biurkiem ciemnowłosy mężczyzna o haczykowatym nosie musiał być 
czarodziejem, gospodarzem tego miejsca. Randal pomyślał, że ktoś ubrany w tak bogate szaty z 
powodzeniem mógłby być samym księciem. Długą złotą togę nieznajomego zdobiły mistyczne symbole, 
haftowane czarnymi i srebrnymi nićmi. Pod togą nosił sięgającą kostek tunikę, uszytą z karmazynowego 

background image

jedwabiu przedniej jakości. Czarodziej gestem odprawił posłańca i skinął na Randala. 

Podejdź bliżej - rzekł. - Niech ci się przyjrzę. 

Chłopiec posłuchał po chwili wahania. Nieznajomy przemówił w Zapomnianej Mowie, języku znanym 
wszystkim czarodziejom. Teraz splótł długie palce i podłożywszy je pod brodę, zmierzył Randala 
przenikliwym spojrzeniem. 

Czy jesteś świadom - cedził powoli - że w tym mieście wszystko, co magiczne, należy do księcia? 

Czy zdajesz sobie sprawę, że jedynym czarodziejem, którego Jego Łaskawość darzy na tyle wielkim 
zaufaniem, by pozwolić mu na praktykowanie sztuk magicznych, jestem ja? Czy wiesz, jaka kara grozi 
każdemu, kto sprzeciwi się woli Jego Łaskawości? 

Randal osłupiał. „Lys nie ostrzegła mnie, że coś takiego może się zdarzyć - pomyślał, nagle zdjęty 
strachem. - Już raz trafiliśmy z Nickiem do więzienia tylko za to, że wyglądałem jak czarodziej". 

Wspomnienie było bolesne. Nicolas Wariner także był wychowankiem Szkoły Czarodziejów i pierw- 

szym prawdziwym przyjacielem Randala. Zginął niedawno, w Widsegardzie, pomagając Randalowi w 
walce ze zbuntowanym czarodziejem. „Gdybym nie poprosił Nicka o pomoc, żyłby do dziś" - wyrzucał 
sobie chłopiec. 

Na krótką chwilę żal i poczucie winy odebrało Randalowi mowę, co zresztą zdarzało mu się dość często 
od czasu tych tragicznych wydarzeń. Tym razem młody czarodziej szybko odepchnął gorzkie myśli. 
Bolesne wspomnienia okazały się o tyle pożyteczne, że niepostrzeżenie zniwelowały strach. Nadworny 
mag księcia nie napawał już chłopca trwogą. 

Nie, mistrzu - powiedział Randal, unosząc wzrok. - Nie znam obowiązujących tutaj praw. 

Przybyłem do Pedy dopiero wczoraj. 

Mistrz skinął głową. 

Wczoraj wieczorem urządziłeś pierwszy pokaz na rynku, a dziś o świcie przyniesiono mi wieści. 

Czarnowłosy czarodziej rozparł się na krześle. Jego głos zabrzmiał nagle miękko i łagodnie. 

Na szczęście książę Vespian Niezrównany, władca Pedy, pozostawia mi znaczną swobodę w 

sprawach dotyczących magii. Dlatego proszę: zabaw mnie. 

Brzmiało to bardziej jak rozkaz niż prośba. Randal potrząsnął głową. 

Przepraszam mistrzu, ale nie rozumiem... 

Zabaw mnie - powtórzył czarodziej. - Zademonstruj jakiś czar. Pokaż, co potrafisz. 

Randal spoglądał ponuro na ciemnowłosego mężczyznę. „Jak mam zadziwić mistrza czarodzieja?" -pytał 
w duchu. Nareszcie ogarnięty rezygnacją zdecy- 

background image

i 16 

 

dował się na prostą barwną iluzję. „Lepiej wyczarować coś, co zadziała na pewno, niż rzucać 
skomplikowane zaklęcie, na jakim łatwo się potknąć". 

Wyciągnął przed siebie dłonie i bezgłośnie poruszając wargami, wywołał drżącą niczym bańka mydlana 
kulę światła: nie błękitny płomień, jakiego czarodzieje używali do oświetlania drogi i czytania w nocy, ale 
ciepłą żółtą poświatę, unoszącą się w powietrzu i sprawiającą, że blizna na prawej dłoni chłopca odcinała 
się ciemnym reliefem na tle białej skóry 

Randal pozwolił kuli płonąć przez krótką chwilę, po czym wypuścił ją spomiędzy dłoni, by krążyła 
swobodnie wokół komnaty. Wyszeptał jeszcze jedno zaklęcie i światło rozszczepiło się na dwie, a potem 
na cztery oddzielne kule o różnych barwach. Świetlne globy zaczęły na przemian przygasać i rozpalać się 
pełnym blaskiem, każdy w swoim własnym wewnętrznym rytmie. Pulsowały tak coraz szybciej, by po 
kilku sekundach eksplodować z suchym trzaskiem. Powietrze wypełniło się migocącymi kolorowymi 
iskierkami, które znikały, nim zdążyły opaść na podłogę. 

Kiedy sczezła ostatnia iskierka, Randal opuścił ręce. Czekał. Ciemnowłosy czarodziej długo mierzył go 
wzrokiem, nim wreszcie przemówił. 

- Przychodzą mi do głowy dwa pytania - powiedział, marszcząc brwi. - Po pierwsze: co człowiek z północy 
robi tak daleko od domu? A po drugie: dlaczego wychowanek Szkoły Czarodziejów, dysponujący tak 
wielką mocą, trwoni swój czas zabawiając ludzi trywialnymi pokazami świateł i dźwięków? 

% A 

 

 

 

Pytania ugodziły Randała prosto w serce. Chłopiec zaczerpnął powietrza i powoli wypuścił je z płuc. 
Potem odpowiedział. 

W Breslandii mieszka mistrz czarodziej i potężny wielmoża. Obaj pragną mojej śmierci. Dlatego 

nie mogę wrócić do domu. 

Mistrz skinął głową. 

To wystarczający powód - przyznał. - Wiem, że powiedziałeś prawdę, jak przystało na czarodzieja, 

ale nie odpowiedziałeś jeszcze na drugie pytanie. 

Randal spojrzał przed siebie niewidzącym wzrokiem i zacisnął pięści tak mocno, że jego prawa dłoń, 
przecięta blizną, zaczęła pulsować tępym bólem. 

background image

Miewałem już do czynienia z potężną magią -powiedział powoli. - Zginęło od niej wielu ludzi, w 

tym mój najlepszy przyjaciel. Światła i dźwięki może są prostą zabawą, jako rzekłeś, mistrzu, ale niosą 
tylko radość, nie czyniąc nikomu szkody. 

Tym razem mistrz milczał tak długo, że Randal zaczął się zastanawiać, czy nie uraził go swoją 
odpowiedzią. Jednak kiedy nieznajomy czarodziej przemówił, w jego głosie nie było słychać gniewu; 
raczej pewną dozę sympatii. 

Cóż... - westchnął mistrz - dostałem odpowiedź, choć podejrzewam, że mógłbyś opowiedzieć mi 

znacznie więcej. Twoja historia z pewnością byłaby bardzo zajmująca. 

Mężczyzna po raz pierwszy uśmiechnął się do Randala. 

Powiedz mi, jak mam cię nazywać w czasie twego pobytu tutaj? 

Mam na imię Randal. Mistrzu, dlaczego powiedziałeś „w czasie pobytu"? 

-Jego Łaskawość książę pozwala mi decydować o losie wędrownych magików zgodnie z moją wolą. Nie 
zawracam mu głowy szczegółami. W tym przypadku, młodzieńcze, zamierzam wykorzystać twoje 
zdolności do ulżenia mi w moich obowiązkach. 

Jak długo będę musiał tu zostać? 

Kilka tygodni... Co najmniej do nocy świętojańskiej. 

Randal uspokoił się nieco. Nie wyglądało na to, że jego wizyta w tym mieście skończy się pobytem w 
więzieniu, albo czymś jeszcze gorszym. 

Co będę musiał robić? - spytał. 

Masz pewne doświadczenie w urządzaniu magicznych pokazów - powiedział mistrz. - Są, jako 

rzekłem, prostackie, ale wymagają pewnego talentu, a ty go posiadasz. 

Raz jeszcze mag zmierzył chłopca uważnym spojrzeniem, rzuconym znad splecionych pod nosem dłoni. 

Twoja obecność tutaj jest dla mnie uśmiechem losu - powiedział po namyśle. - Książę Vespian 

kocha teatr. Teatr pozwala mu odpocząć od trosk i odpowiedzialności władcy, a ja znajduję przyjemność 
w sprawianiu, by każde przedstawienie było czymś godnym zapamiętania. Jednak ostatnio spadły na 
mnie znacznie pilniejsze sprawy. 

Rozumiem - powiedział Randal. - Mam zatem dołączyć do książęcej trupy, czy tego chcę czy nie? 

Obawiam się, że tak - powiedział mistrz, uśmiechając się. - Zostaniesz za to hojnie wynagrodzony, 

 

obiecuję. Książę jest szczodry dla tych, którzy mu służą, a ja nauczę cię wszystkiego, co wiem o 
magicznych technikach maskowania i tworzenia iluzji. Jednocześnie przejmiesz moje obowiązki w 

background image

teatrze, podczas gdy ja zajmę się innymi problemami. 

Randal milczał przez długą chwilę. Nie bardzo wiedział, co myśleć o ofercie nieznajomego czarodzieja. 
„To nawet nie jest oferta - poprawił się w myśli: - nie pozostawiono mi wyboru... Z drugiej strony pobyt w 
pałacu będzie miłą odmianą po miesiącach spędzonych na szlaku, a poznawanie nowych zaklęć jest tym, 
czym powinien się zajmować wędrowny czarodziej". 

Kiedy mogę zacząć? - spytał. 

Mistrz głośno klasnął w dłonie i drzwi komnaty otworzyły się, wpuszczając do środka rudowłosego 
dworzanina. Mistrz wyrzekł kilka słów po okcytań-sku i zwrócił się do Randala. 

Ten człowiek zaprowadzi cię do twojego pokoju we wschodnim skrzydle. Naukę rozpoczniemy 

jutro zaraz po śniadaniu. I jeszcze jedno: zauważyłem, że masz pewne trudności z porozumiewaniem się 
w tutejszym języku. Nie przejmuj się tym. Do rana na pewno znajdę jakieś rozwiązanie. 

Randal zamyślił się. 

Mistrzu... - zaczął z wahaniem. 

Petrucio - podpowiedział czarodziej. 

Mistrzu Petrucio, będę szczęśliwy ucząc się od ciebie i pomagając ci we wszystkim, w czym 

zechcesz, ale muszę zapytać o moją przyjaciółkę Lys. Co się z nią stanie? 

Petrucio uśmiechnął się jeszcze raz. 

- Pieśniarka? O ile wiem, nie złamała żadnego prawa. Jest wolna i może odwiedzać cię, kiedy zechce. Jeśli 
jednak śpiewa tak dobrze, jak mi mówiono, jestem pewien, że i dla niej znajdzie się miejsce w książęcej 
trupie. Teraz zostaw mnie samego. Zobaczymy się rankiem. 

 

Rozdział II ^ 

Teatr 

Takiej wygody Randal nie zaznał od czasu, kiedy porzucił dom dla kariery czarodzieja. Przydzielona mu 
komnata w przeznaczonym dla służby skrzydle olbrzymiego pałacu przy jego dawnym pokoju w zamku 
Doun wydawała się godną samego króla. Tutaj, zamiast ciasnej klitki o zimnych kamiennych murach, w 
jakiej mieszkał razem z kuzynem Walterem, miał do własnej dyspozycji olbrzymią sypialnię z drewnianym 
parkietem, wielkimi oknami i tynkowanymi na biało ścianami. Zamiast wąskiej i twardej pryczy dostał 
miękkie łóżko, ale największy zachwyt wzbudziła w nim wysoka szafa, ustawiona w rogu komnaty i 
wypełniona całkiem nowymi szatami, skrojonymi na jego miarę. 

Obudziło go słońce, zaglądające do sypialni przez kryształowo czyste szyby. Gdy tylko skończył się 
ubierać, usłyszał głośne pukanie. Otworzył drzwi i ujrzał nieznajomego młodzieńca w pałacowej liberii. 

background image

Dworzanin skłonił się i rzekł: 

JL 22 

 

Mistrz Petrucio prosi cię, panie, byś raczył dotrzymać mu towarzystwa przy śniadaniu. 

Zaprowadzę cię, kiedy będziesz gotów. 

Randałowi, który chłopięce lata spędził jako paź, a potem giermek w zamku swojego wuja, nie była obca 
dworska etykieta. Chłopiec nie zwlekając odwzajemnił ukłon. 

Prowadź. 

W tejże chwili poraziła go osobliwa myśl. „W jakim języku z nim rozmawiam?". Natychmiast przypomniał 
sobie wczorajszą obietnicę Petrucia i zrozumiał, że posłaniec przemówił po okcytańsku, a on sam 
odruchowo odpowiedział w tej samej mowie. 

Dworzanin zaprowadził Randala przed próg pracowni Petrucia. Chłopiec otworzył drzwi i ujrzał mistrza, 
czekającego za stołem, nakrytym dla dwóch osób. 

Witaj! - zawołał czarodziej, wskazując dłonią puste krzesło. - Mam nadzieję, że dobrze spałeś. 

O tak - skwapliwie przyznał Randal, zajmując miejsce naprzeciw Petrucia. - Boję się, że zanadto 

polubię takie życie. Na północy nie mieszkamy w takich luksusach. 

Mistrz przyjrzał mu się uważnie. 

Czy mimo wszystko zamierzasz tam powrócić? 

Przynajmniej do Tarnsbergu - powiedział Randal. - Pewnego dnia będę musiał zjawić się tam, jeśli 

mam przystąpić do egzaminów mistrzowskich. 

„To nie nastąpi prędko - dodał w myśli - a ja nie jestem pewien, czy chcę zajmować się tym rodzajem 
magii, którego znajomości wymaga się od mistrza. Zbyt wiele to kosztuje". 

Zanim Randal zdążył powiedzieć cokolwiek jeszcze, otworzyły się drzwi i do pracowni wszedł młodzieniec, 
niosący tacę pod srebrną pokrywą. Sługa postawił tacę między czarodziejami, zdjął pokrywę i 
bezszelestnie się oddalił. 

Poza tym - dokończył Randal, śledząc wzrokiem odchodzącego dworzanina - Breslandia to mój 

dom. 

W rzeczy samej - wymamrotał Petrucio i wbił wzrok w naczynia na tacy. - Wyśmienicie! Nie ma 

jak jajecznica na maśle na rozpoczęcie dnia. 

Randal skinął głową z uśmiechem i obrzucił spojrzeniem srebrne sztućce, spoczywające przy jego talerzu. 
Nóż i łyżka nie były mu obce, choć nigdy dotąd nie widział tak eleganckich i finezyjnie wykonanych. 

background image

Jednak na widok niewielkiego dwuzębnego narzędzia, leżącego obok na serwetce, ściągnął brwi nieco 
zbity z tropu. Z drugiej strony stołu dobiegł go chichot Petrucia. 

Nazywamy to widelcem. Widzę, że masz przed sobą jeszcze wiele nauki. 

Widelec - powtórzył pod nosem Randal, po czym przeniósł wzrok na czarodzieja. - Mistrzu... a 

skoro mowa o nauce... może i mam jej wiele przed sobą, ale jedną umiejętność tajemniczym sposobem 
posiadłem w ciągu tej nocy. 

Chłopiec ostrożnie ułożył widelec na serwetce. 

Jak to możliwe, mistrzu - ciągnął - że mówię tutejszym językiem, skoro nie dalej jak wczoraj 

znałem mniej niż tuzin słów? 

Ależ chłopcze! - zawołał ubawiony Petrucio. -Sądziłem, że wędrowny czarodziej potrafi rozpoznać 

efekt działania czaru. 

Owszem, potrafię - powiedział Randal. - Zastanawiam się tylko, dlaczego takich zaklęć nie używa 

się w szkole. Kiedy pomyślę, ile nocy spędziłem nad książką, próbując nauczyć się, jak powiedzieć w 
Zapomnianej Mowie „świeczka jest na stole" ... 

Petrucio sięgnął po łyżkę i nałożył sobie, a potem Randalowi porcję jajecznicy. 

To nowy czar - powiedział. - Mój własny. Opracowałem go, bazując na moich badaniach nad 

naturą języka. Niestety rzucanie tego zaklęcia wymaga bliskiego doskonałości zrozumienia, jak działa 
dany język, a taką wiedzę nabywa się po dziesiątkach lat studiów. 

Czarodzieje zamilkli i zajęli się jedzeniem. Po śniadaniu Petrucio odchylił się do tyłu na krześle i zaklaskał 
w dłonie. Przy stole wyrósł sługa, który błyskawicznie uprzątnął nakrycia. Petrucio odprowadził go 
wzrokiem do drzwi, po czym znów spojrzał na Randala. 

Nie tak dawno temu - powiedział cicho - opowiedziano mi zajmującą historię. Podobno w jednym 

z północnych krajów zdarzyło się, że pewien uczeń Szkoły Czarodziejów wbrew wszelkim prawom i 
tradycjom zabił człowieka mieczem. Czy słyszałeś może o tym wypadku? 

Randal zacisnął pięści i przełknął ślinę. „Prawdziwy czarodziej nie może skłamać - myślał. - Jeśli to zrobi, 
jego magia będzie rosła spaczona i prędzej czy później obróci się przeciwko niemu". Nadludzkim 
wysiłkiem woli chłopiec podniósł głowę, by spojrzeć w oczy mistrzowi. Smukła śniada twarz Petrucia była 
nieodgadniona. 

Owszem, słyszałem - powiedział wreszcie Randal. - To ja jestem owym uczniem. 

Duma nie pozwoliła mu na dodanie czegokolwiek jeszcze, choć mógł spróbować usprawiedliwić swój 
czyn. Był to wszak akt desperacji. Randala uwięził jego nauczyciel, mistrz czarodziej, który zamierzał 
ofiarować krew chłopca demonom. Sięgnięcie po ceremonialny miecz było jedyną szansą na ocalenie; 
klinga przecięła prawą dłoń Randala do kości, pozostawiając mu pamiątkę w postaci szpetnej blizny. 

background image

„Zapłaciłem już za złamanie zakazu posługiwania się rycerskim orężem - pomyślał Randal. - Jeśli książę 
Ve-spian zamierza mnie wygnać... Cóż, nie znajdę się w gorszym położeniu niż wczoraj o tej samej porze". 

Jednak Petrucio uśmiechał się. 

Wspaniale - rzekł po chwili. - Zatem mogę dotrzymać obietnicy, jaką złożyłem memu 

przyjacielowi. To on opowiedział mi tę historię, dodając, że pewnego dnia w moje progi może zawitać 
wędrowny czarodziej z blizną na prawej dłoni. Prosił, bym udzielił ci wszelkiej pomocy, na jaką będzie 
mnie stać. 

Randal odetchnął. Wraz z uspokojeniem spłynęło nań zdumienie: nie znał wielu osób, które mogłyby 
rozmawiać o nim z mistrzem czarodziejem. 

Czy twój przyjaciel, mistrzu, nie nazywa się przypadkiem Madoc Obieżyświat? 

Petrucio uśmiechnął się szerzej. 

Przypadkiem, tak. 

Mistrz Madoc był pierwszym czarodziejem, jakiego spotkałem - powiedział Randal. - Wiele mu 

zawdzięczam. 

JL 26 

A * 

Chłopiec zamilkł na chwilę wspominając postać maga w zakurzonych szatach wędrowca, który przed laty 
zawitał do zamku Doun, by oczarować jego mieszkańców fantastyczną feerią barw i dźwięków. Madoc 
był bystrym obserwatorem i znawcą ludzkich charakterów, a zarazem potężnym czarodziejem. Ktoś, kto 
nazywał go swoim przyjacielem, z pewnością był osobą godną szacunku i zaufania. 

Nie widziałem go, odkąd opuściłem szkołę -podjął Randal. - Co teraz porabia? 

Włóczy się, jak zwykle - Petrucio wzruszył ramionami. - Nie zagrzał tu miejsca. O tobie wyrażał się 

serdecznie i bardzo chwalił twoje zdolności. 

Mam nadzieję, że okażę się godny jego dobrej opinii. Obawiam się, że nie należałem do 

najbardziej obiecujących uczniów. 

Sądzę, że możemy zaufać osądowi Madoca. Wczoraj pokazałeś mi, co potrafisz, i według mnie 

potrzebujesz tylko odrobiny praktyki w magii barw, iluzji i maskowania, a wnet będziesz gotów do pracy z 
aktorami księcia. 

Poranek upłynął Randalowi na nauce nowych zaklęć, zwłaszcza specjalistycznych scenicznych iluzji, jakie 
mogły przydać mu się podczas pracy w książęcym teatrze. Około południa od strony wewnętrznych drzwi 
pracowni rozległo się charakterystyczne pukanie: dwa szybkie stuknięcia, przerwa, a potem jeszcze trzy. 

background image

Petrucio spojrzał na drzwi, a następnie na stojącego przed nim Randala. Młody czarodziej właśnie 
zakończył konstruowanie iluzji, która sprawiła, że wy- 

glądał na o kilkanaście lat starszego i kilkadziesiąt funtów cięższego niż w rzeczywistości. Mistrz ścią- 

Randal... - powiedział roztargnionym głosem. -Bądź tak dobry i wyjdź na chwilę do biblioteki, 

dobrze? Możesz czytać co chcesz, ale nie wracaj, dopóki cię nie zawołam. Przy okazji zobaczymy, jak 
długo zdołasz podtrzymać iluzję. 

Randal był zaskoczony, ale bez słowa spełnił polecenie. Wciąż ukryty za twarzą i ciałem innego mężczyzny 
wyszedł do sąsiedniej komnaty, na chybił trafił sięgnął po książkę i opadł na jedno ze stojących pod 
oknem krzeseł. Siedział dość długo, pogrążony w lekturze, podczas gdy zza zamkniętych drzwi pracowni 
dobiegały przytłumione, przeplatające się głosy Petrucia i jego niespodziewanego gościa. 

Minęło już południe, kiedy drzwi pracowni uchyliły się i wyszedł zza nich Petrucio. 

Wybacz, że musiałem w taki sposób przerwać twoje zajęcia - powiedział mistrz. - Czasem to się 

zdarza. Już czas, byś pokazał się w teatrze. Kiedy tam dotrzesz, powiedz Vincente'owi, że jesteś moim 
nowym pomocnikiem, i poproś, by powiedział ci, jakich efektów będzie potrzebował do przedstawienia. 
Nad tym, z czym nie poradzisz sobie sam, popracujemy jutro z samego rana. 

Randal przybrał swój naturalny wygląd i pożegnawszy Petrucia, oddalił się. Znalezienie teatru zajęło mu 
więcej czasu, niż się spodziewał - być może dlatego, że nigdy dotąd teatru nie widział. Nareszcie stanął 
przed olbrzymimi dwuskrzydłowymi drzwia- 

gnął brwi. 

mi, inkrustowanymi mahoniem i macicą perłową. „Czerń i srebro to zapewne barwy księcia" - pomyślał, 
po czym ostrożnie popchnął drzwi i prześliznął się przez szczelinę. Tuż za progiem zatrzymał się i potoczył 
wokół zdumionym wzrokiem. 

Teatr był olbrzymią, wysoko sklepioną salą z dużą sceną na przeciwległym do drzwi końcu. Nad 
proscenium wznosił się masywny marmurowy łuk, podtrzymujący ciężką czarną kurtynę, teraz 
podciągniętą do góry, a po opuszczeniu zapewne przesłaniającą większą część sceny. Światło wpadało do 
sali poprzez rzędy okien, umieszczonych tuż pod stropem. Gigantyczne kandelabry i niezliczone 
świeczniki na ścianach nie pozostawiały wątpliwości co do sposobu oświetlania teatru w nocy. 

Przy scenie stała grupa mężczyzn i kobiet. Randal dostrzegł wśród nich Lys, gorączkowo klarującą coś 
temu samemu mężczyźnie, który wczoraj przyprowadził wędrowców do pałacu. Aksamitną tunikę 
zastąpiła dziś zwyczajna biała koszula i czarne pończochy, ale płomiennie rude włosy nie pozostawiały 
wątpliwości. 

Kiedy Randal podchodził do sceny, rudowłosy dworzanin wybiegł mu naprzeciw, szczerząc zęby w 
radosnym uśmiechu. 

- Widzę, że mistrz Petrucio przydzielił nam, biednym aktorom, własnego czarodzieja. Serdecznie witam. 

background image

Ja jestem Vincente, a resztę z nas z pewnością wkrótce poznasz. Powiedz mi, czy potrafisz wyczarować 
ducha? 

Randal zamrugał oczami, nieco oszołomiony tym potokiem słów. 

Ducha? 

Potrzebny nam duch do ostatniego aktu tragedii - wyjaśnił Vincente. - Petrucio obiecał, że 

sporządzi nam jednego, ale książę obarcza go tyloma obowiązkami, że mistrz w ogóle nie ma dla nas 
czasu. Chodzi mi o... 

Duch... - wymamrotał Randal. 

Zamyślił się na chwilę, po czym rzucił zaklęcie iluzji wzrokowej. Przy podwójnych drzwiach na końcu sali 
pojawiła się mglista postać, która bezszelestnie pożeglowała w stronę sceny. 

Coś w tym rodzaju? 

Nienajgorzej - Vincente zmarszczył brwi. - Będziemy musieli dać mu odpowiednią twarz i 

popracować nad głosem, ale skoro potrafisz wyczarować coś takiego na poczekaniu, to sądzę, że nie 
będzie żadnych kłopotów. 

Mówiłam ci, że Randy jest dobry - wtrąciła Lys, stając obok Vincenta. 

Pieśniarka popatrzyła na Randala. Jej błękitne oczy promieniały radością. 

Spodoba ci się praca tutaj, zobaczysz. Książę Ve-spian uwielbia sztuki, dlatego zbudował ten teatr 

i dlatego stworzył stałą trupę aktorską, zamiast najmować przyjezdnych artystów. 

Jeden z aktorów skinął głową i uśmiechnął się szyderczo. 

Kiedy tylko książę zbudował teatr w swoim pałacu, każdy inny władca w Okcytanii koniecznie 

musiał zrobić to samo. Jednak większość dworów nadal wynajmuje wędrowne trupy, dlatego takich 
przedstawień 

Ducha? 

Potrzebny nam duch do ostatniego aktu tragedii - wyjaśnił Vincente. - Petrucio obiecał, że 

sporządzi nam jednego, ale książę obarcza go tyloma obowiązkami, że mistrz w ogóle nie ma dla nas 
czasu. Chodzi mi o... 

Duch... - wymamrotał Randal. 

Zamyślił się na chwilę, po czym rzucił zaklęcie iluzji wzrokowej. Przy podwójnych drzwiach na końcu sali 
pojawiła się mglista postać, która bezszelestnie pożeglowała w stronę sceny. 

Coś w tym rodzaju? 

background image

Nienajgorzej - Vincente zmarszczył brwi. - Będziemy musieli dać mu odpowiednią twarz i 

popracować nad głosem, ale skoro potrafisz wyczarować coś takiego na poczekaniu, to sądzę, że nie 
będzie żadnych kłopotów. 

Mówiłam ci, że Randy jest dobry - wtrąciła Lys, stając obok Vincenta. 

Pieśniarka popatrzyła na Randala. Jej błękitne oczy promieniały radością. 

Spodoba ci się praca tutaj, zobaczysz. Książę Ve-spian uwielbia sztuki, dlatego zbudował ten teatr 

i dlatego stworzył stałą trupę aktorską, zamiast najmować przyjezdnych artystów. 

Jeden z aktorów skinął głową i uśmiechnął się szyderczo. 

Kiedy tylko książę zbudował teatr w swoim pałacu, każdy inny władca w Okcytanii koniecznie 

musiał zrobić to samo. Jednak większość dworów nadal wynajmuje wędrowne trupy, dlatego takich 
przedstawień 

Ducha? 

Potrzebny nam duch do ostatniego aktu tragedii - wyjaśnił Vincente. - Petrucio obiecał, że 

sporządzi nam jednego, ale książę obarcza go tyloma obowiązkami, że mistrz w ogóle nie ma dla nas 
czasu. Chodzi mi o... 

Duch... - wymamrotał Randal. 

Zamyślił się na chwilę, po czym rzucił zaklęcie iluzji wzrokowej. Przy podwójnych drzwiach na końcu sali 
pojawiła się mglista postać, która bezszelestnie pożeglowała w stronę sceny. 

Coś w tym rodzaju? 

Nienajgorzej - Vincente zmarszczył brwi. - Będziemy musieli dać mu odpowiednią twarz i 

popracować nad głosem, ale skoro potrafisz wyczarować coś takiego na poczekaniu, to sądzę, że nie 
będzie żadnych kłopotów. 

Mówiłam ci, że Randy jest dobry - wtrąciła Lys, stając obok Vincenta. 

Pieśniarka popatrzyła na Randala. Jej błękitne oczy promieniały radością. 

Spodoba ci się praca tutaj, zobaczysz. Książę Ve-spian uwielbia sztuki, dlatego zbudował ten teatr 

i dlatego stworzył stałą trupę aktorską, zamiast najmować przyjezdnych artystów. 

Jeden z aktorów skinął głową i uśmiechnął się szyderczo. 

Kiedy tylko książę zbudował teatr w swoim pałacu, każdy inny władca w Okcytanii koniecznie 

musiał zrobić to samo. Jednak większość dworów nadal wynajmuje wędrowne trupy, dlatego takich 
przedstawień 

JL 30 

background image

jak nasze nie zobaczysz w żadnym innym mieście. Możesz mi wierzyć - aktor zapalał się coraz bardziej. - 
To próby, próby i jeszcze raz próby. Wędrowne zespoły nie mają czasu... 

Skoro mowa o próbach, Montalban - Vincente znacząco spojrzał na kolegę - to chyba czas wziąć 

się do pracy. Randal, pierwszy akt rozgrywa się w czasie od świtu do wczesnego poranka. Potrzebujemy 
odpowiedniego światła. Dasz sobie radę? 

Chyba tak - powiedział czarodziej. - Gdzie mam stać podczas rzucania zaklęć? 

Kilka minut później Randal stał za czarną aksamitną kurtyną, oświetlając czerwonawym światłem scenę, 
gdzie Vincente i Montalban próbowali pierwszą odsłonę sztuki. Do chwili, gdy odległy dźwięk gongu 
obwieścił początek przerwy obiadowej, czarodziej stworzył już więcej niż tuzin magicznych wschodów 
słońca. Jak się okazało, Vincente miał określone wyobrażenia dotyczące barwy nieba podczas każdej 
kwestii, wygłaszanej przez niego lub Montalbana. Randal szybko pojął, że w przeciwieństwie do aktorów, 
którzy muszą pamiętać tylko niektóre partie tekstu, on będzie musiał nauczyć się na pamięć całej sztuki. 
„Dobrze, że w szkole uczyłem się technik zapamiętywania - myślał. - Będę musiał tylko udawać, że sztuka 
jest szczególnym rodzajem zaklęcia". 

Kilka następnych dni upłynęło w podobny sposób. Rano Randal uczył się nowych zaklęć, by po południu 
dołączyć do Vincentego i innych aktorów w książęcym teatrze. Ćwicząc pod kierunkiem Petrucia, mło- 

dy czarodziej poprawił swoje umiejętności kontrolowania mocy do tego stopnia, że wkrótce potrafił 
maskować iluzją wygląd czterech aktorów jednocześnie, nie czując przy tym zmęczenia. 

Lys bardzo odpowiadała praca w teatrze i sceniczna rola siostry bohatera sztuki. Po raz pierwszy od 
bardzo długiego czasu przebywała wśród ludzi mówiących jej własnym językiem i hołdujących tym 
samym co ona obyczajom. Ponadto przynależność do trupy teatralnej najwyraźniej sprawiała jej 
olbrzymią satysfakcję. Obserwując ją podczas prób, Randal zastanawiał się czasem, czy jego przyjaciółka 
nie znalazła sobie domu wśród aktorów księcia. Jeśli tak, to pobyt w Pedzie mógł okazać się ostatnimi 
chwilami, jakie spędzą razem. Chłopiec polubił życie w pałacu i pracę z mistrzem Petruciem, ale przede 
wszystkim był wędrownym czarodziejem. Surowe prawa Szkoły Czarodziejów nakazywały mu 
przemierzać świat w poszukiwaniu magicznej wiedzy. 

„Nie zostanę tutaj - powiedział sobie pewnego dnia, gdy stał w teatrze obok Vincentego i obserwował Lys 
próbującą nową scenę z Montalbanem - nie mogę, jeśli mam zostać mistrzem. Jeśli chcę kiedykolwiek 
przygotować się do powrotu do Tarnsbergu, nie mogę wiecznie trzymać się z dala od szlaku. Ale Lys... 
Oto życie, do jakiego się urodziła". 

- Patrz teraz - wyszeptał Vincente, chwytając Randala za łokieć. - Dotąd opuszczaliśmy Montalbana na 
linie ze stryszku. Dziś wypróbujemy wejście spod sceny przez zapadnię. Obserwuj, a potem powiesz mi, 
co o tym sądzisz. 

Randal kiwnął głową i skupił całą uwagę na Mon-talbanie, odgrywającym scenę pojawienia się 
niegodziwego wuja. 

background image

Żaden z tych sposobów nie przypomina magicznego portalu - powiedział wreszcie. - Dziwię się, że 

książę nie zlecił Petruciowi sporządzenia jednego lub dwóch magicznych przejść oprócz tych wszystkich 
zapadni. 

Myślał o tym - odparł Vincente. - Tyle, że teatr nie jest nowy. Urządzono go w przebudowanym 

skrzydle pałacu. 

Rozumiem. 

Randal zamyślił się. Magiczne portale, jeśli miały być stałe, należało budować razem z budynkiem, 
którego miały być częścią. Stworzenie tymczasowego przejścia pochłaniało więcej energii, niż 
najpotężniejszy nawet mistrz chciałby poświęcić dla sprawy nie dotyczącej życia i śmierci. 

Zapadnia będzie lepsza - zadecydował chłopiec. - Choć ani trochę nie wygląda na prawdziwą 

magię. 

Nie musi - odparł Vincente. - Błysk światła i głośny huk powinien wystarczyć do zamaskowania 

wszelkich niezręczności. 

Randal skinął głową i skupił się na obserwowaniu aktorów. Po kolejnej próbie Lys podeszła do krawędzi 
sceny. 

I jak było? - spytała. 

Lepiej niż ostatnim razem - powiedział Vincente. - Obawiałem się, że będziemy musieli okroić tę 

scenę, ale jeszcze ją dopracujemy 

Czarnowłosa pieśniarka usiadła na proscenium, 

spuszczając nogi za rampę. 

 

Świetnie - powiedziała, przeciągając się niczym kot. - Nie macie pojęcia, jak dobrze być znowu w 

teatrze. Przez ostatnie trzy lata wyłącznie śpiewałam, albo występowałam jako akrobatka, a przecież 
urodziłam się w rodzinie aktorów i gra jest tym, co robię najlepiej. 

Vincente uśmiechnął się. 

Jesteś cennym nabytkiem dla naszej trupy... Myślałaś o tym, by zostać z nami po letnim 

przedstawieniu? 

Randal wstrzymał oddech i odwrócił wzrok; nie był jeszcze przygotowany na tak brutalne potwierdzenie 
swoich obaw. Tymczasem Lys ze smutkiem potrząsnęła głową i westchnęła. 

Sama nie wiem... - powiedziała cicho. - Dobrze jest być znowu wśród swoich, a służba u księcia 

nie jest najgorszym zajęciem, ale... Randy i ja trzymamy się razem, od kiedy się spotkaliśmy. Zawdzięczam 

background image

mu życie. Zostanę tak długo jak on i ani dnia dłużej. 

Randal poczuł, że rumieni się ze szczęścia. Zawsze był wdzięczny Lys za jej przyjaźń, ale nie przypuszczał, 
że dziewczyna przywiązuje do niej aż tak wielką wagę. 

Poza tym - mówiła Lys - coś ciągnie mnie do Breslandii. Pieśń nie została dośpiewana do ostatniej 

zwrotki, jeśli wiesz, co mam na myśli. 

Dziewczyna zawahała się, jakby szukając właściwych słów. 

Moja rodzina chciała powędrować do tamtego kraju... Czuję, że powinnam na swój sposób 

dokończyć to, co oni zaczęli. 

Randal był zdumiony tym, co powiedziała Lys, a także tonem jej głosu, z którego ulotniła się zwykła 
hardość i pewność siebie. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, podwójne drzwi na końcu sali 
teatralnej otworzyły się z hukiem. Do stojącej przy scenie grupy podbiegł dworzanin w czarno-srebrnej 
liberii. Zdyszany posłaniec złożył pospieszny ukłon Lys i Randalowi, po czym odciągnął Vincentego na 
stronę. 

Zaskoczony Randal obserwował rozgrywającą się scenę spod ściągniętych brwi. Vincente stał, kiwając 
głową, podczas gdy posłaniec pośpiesznie klarował mu coś półgłosem. Kiedy skończył, aktor podszedł do 
pozostałych. Na jego skupionej przed chwilą twarzy wykwitł niepewny uśmiech. 

- Przepraszam was - powiedział. - Wygląda na to, że jestem pilnie potrzebny gdzie indziej. Kończymy na 
dziś. Jutro zaczniemy od miejsca, w którym przerwaliśmy próbę. 

Rudowłosy aktor skłonił się i szybko oddalił. Randal odprowadzał go zaniepokojonym spojrzeniem, 
usiłując poukładać myśli cisnące mu się do głowy. Z jakiegoś powodu nagle odejście Vincentego 
skojarzyło mu się z dziwnym pukaniem do drzwi pracowni Petrucia podczas pierwszej lekcji iluzji. 
Wówczas mistrz wyprosił chłopca na zewnątrz, udzielając równie skąpych wyjaśnień, jak teraz Vincente. 
„Może to dlatego, że jestem tu obcy?" - zastanawiał się młody czarodziej. „Czasem wydaje mi się, że w 
pałacu dzieje się więcej, niż mogłoby się wydawać". 

 

, * * ^ Rozdział   

Sekretne przejścia 

minęło kilka tygodni, czego Randal prawie nie zauważył, dzieląc swój czas między naukę i próby. Zbliżała 
się noc świętojańska, a wraz z nią termin premiery. Próby stawały się coraz intensywniejsze. Vincente, 
zawsze uśmiechnięty i uprzejmy, okazał się mistrzem w wyciskaniu z podwładnych największego wysiłku, 
na jaki było ich stać. Randal nader często wracał do swojej komnaty długo po zmroku. 

Ostatnia próba okazała się wyjątkowo długa i wyczerpująca. Randal wyczarowywał jeden wschód słońca 
za drugim, a iluzoryczny duch defilował przez salę teatralną tyle razy, że chłopiec wkrótce stracił rachubę. 

background image

Nareszcie Vincente zlitował się nad aktorami i ogłosił przerwę. 

Za kulisami na żelaznym trójnogu stała kamienna kadź, wypełniona wodą z miodem i miętą; Randal 
zanurzył w niej kubek i osuszył go kilkoma potężnymi łykami. „Iluzje i zabawy światłem może i są 
trywialne - myślał, ponownie napełniając kubek - ale wyczaruj tego odpowiednio dużo, a okażą się 
równie wyczer- 

ł 36 

A* 

pujące jak magiczna błyskawica albo przepowiadanie przyszłości". 

Wciąż dzierżąc swój kubek, Randal dołączył do Lys i Vincentego, stojących przy brzegu sceny. Aktorzy 
patrzyli na krzątaninę pałacowych sług, wynoszących z magazynku pod sceną długie miękko wyściełane 
ławy i ustawiających je w równych rzędach na widowni. Randal szybko obliczył, ile osób może oglądać 
letnie przedstawienie, i osłupiał. 

Skąd wezmą się ci wszyscy ludzie? - zapytał. 

Zewsząd - Vincente wzruszył ramionami. - Ostatecznie to będzie nie byle jakie święto, a nasz 

książę musi dbać o reputację. Zaproszono wszystkie znamienite rody Pedy, a inne grody wysyłają swoich 
ambasadorów. Zobaczysz tu ludzi przybyłych aż z Breslandii. 

Randal pociągnął mały łyk z trzymanego w dłoni kubka. 

Myślałem, że kupcy z Pedy nie podróżują tak daleko na północ. 

Kupcy z Pedy nie zapuszczają się dalej niż do Widsegardu - przyznał Vincente. - Jednak Jego 

Łaskawości, naszemu jedynemu władcy, zdarza się czasem pożyczyć trochę złota temu lub owemu 
wielmoży z północy... Oczywiście na umiarkowany procent. 

A na cóż im cudze złoto? - Lys wyglądała na szczerze zdziwioną. 

Randal wzruszył ramionami. 

Wojaczka kosztuje - powiedział ponuro. - Żywność... broń... żołd dla najemników. 

Chłopiec pomyślał o kufrach wypełnionych złotymi monetami, tkwiących w skarbcu zamku Doun. Jego 

wuj trzymał je na wypadek, gdyby niepokoje w Bre-słandii przyniosły zbyt wiele kłopotów, by mogli sobie 
z nimi poradzić rycerze z Doun i skromna zamkowa armia. 

W Breslandii zawsze gdzieś toczy się wojna - ciągnął Randal - a na wojnie, jak to na wojnie: 

zwycięzca bierze wszystko. Jeśli książę wspiera właściwą stronę, odzyskuje swoje pieniądze z niemałym 
zyskiem. 

Tak właśnie jest - zgodził się Vincente. - Co prawda te sprawy nie interesują mnie zbytnio, ale 

background image

słyszałem, że nasz książę, oby los zawsze się do niego uśmiechał, daje posłuch swojemu sumieniu i 
pozwala zaczerpnąć ze skarbca Pedy tylko tym, których motywy uzna za sprawiedliwe. Może o tym nie 
słyszałeś, ale w mieście jest już poseł z Breslandii, przybyły właśnie w takiej misji. 

Wiesz, jak się nazywa? - spytał Randal, bez wielkiej nadziei na odpowiedź. 

„Nawet jeśli poznam jego imię - myślał - zapewne okaże się, że o nic o nim nie wiem. Minęło sporo czasu, 
odkąd opuściłem kraj". 

Vincente wzruszył ramionami. 

Obawiam się, że dyplomaci i aktorzy raczej nie interesują się sobą nawzajem. Mawiają jednak, że 

to prawy człowiek. 

Lys uśmiechnęła się krzywo. 

Prawy czy nie - powiedziała do Vincentego - jestem pewna, że na takich układach Peda wychodzi 

najlepiej. 

Randal nie mógł się nie zgodzić; bogactwo księcia rzucało się w oczy. Wszystko w pałacu aż ociekało 

zbytkiem: od niebywale obfitych posiłków w jadalni dla służby po marmurowe posągi w pięknych 
ogrodach. Również poza murami pałacu nie sposób było nie zauważyć efektów szczęśliwych rządów 
Vespiana. Nawet najubożsi mieszkańcy Pedy wyglądali na szczęśliwszych i lepiej odżywionych niż zamożni 
mieszczanie z grodów dalekiej północy, takich jak Tattinham czy Cingestoun. 

Czarodziej w milczeniu przyglądał się dworzanom, ustawiającym ostatnie ławy. Nagle jego uwagę 
przykuło poruszenie przy bocznych drzwiach sali. Kilku potężnie zbudowanych mężczyzn o czerwonych z 
wysiłku twarzach taszczyło do środka coś olbrzymiego i ciężkiego. Po chwili zza drzwi wyłonił się czarny 
masywny tron, wyrzeźbiony z pojedynczego bloku drewna, z poręczami w kształcie skaczących delfinów i 
łbem lwa wieńczącym niebywale wysokie oparcie. 

Randal skinął głową w stronę osiłków, walczących z osobliwym meblem. 

Przypuszczam, że to miejsce dla księcia. 

Vincente uśmiechnął się. 

Szpetny, prawda? I bardzo niewygodny... przynajmniej tak mówią. Mimo to musisz przyznać, że 

robi wrażenie. 

Vincente mówił coś jeszcze, ale jego słowa zagłuszył okrzyk przestrachu. Jeden z tragarzy potknął się o 
róg ławy, opadł na jedno kolano, a podstawa tronu wyślizgnęła mu się z dłoni. Pozostali mężczyźni 
desperacko starali się podtrzymać ładunek, ale ciężar był zbyt wielki dla zmęczonych rąk. Tron przechylał 
się 

coraz szybciej i wreszcie z trzaskiem spadł prosto na 

background image

Przeraźliwy wrzask rozniósł się echem po sali teatralnej. Vincente błyskawicznie zeskoczył ze sceny i 
trzema potężnymi susami dopadł przewróconego kolosa. 

Lys! - zawołał przez ramię. - Sprowadź nadwornego medyka, migiem! Randal, pomóż nam to 

podnieść! 

Nawet z odległości Randal wyraźnie widział krew, tryskającą z przygniecionej nogi w miejscu, gdzie 
wrzynała się w nią krawędź podstawy tronu. „Zmiażdżona kość przecięła tętnicę. Biedak wykrwawi się na 
śmierć, nim dotrze tu medyk" - pomyślał i nie tracąc czasu wypowiedział zaklęcie lewitacji. Wielki 
drewniany tron majestatycznie uniósł się w powietrze. W chwili, gdy grzmotnął na parkiet kilka jardów 
dalej, Randal przepychał się już przez zbiegowisko, otaczające rannego mężczyznę. 

Znam uzdrawiające zaklęcia, przepuśćcie mnie! 

Czarodziej wyciągnął dłonie nad zgruchotaną nogą. 

Badał uszkodzenia magicznym zmysłem, właściwym wszystkim czarodziejom, a sięgającym dalej niż 
wzrok i dotyk. „Zasklepić przeciętą arterię... potem poukładać odłamki kości na miejscach i zainicjować 
ich zrastanie... na koniec wzmocnić go i ulżyć w bólu". 

Zaklęcia uzdrawiające, jakich dawno temu nauczył się od mistrza Balpesha, wciąż były świeże w jego 
pamięci; zaklęcia, które Balpesh nazywał najwyższą formą magii, mimo iż bardzo niewielu czarodziejów 
decydowało się na zgłębianie tej gałęzi sztuk magicznych. Ran- 

nogę nieszczęśnika. 

40 

dal wypowiedział odpowiednie słowa i poczuł, że ranny mężczyzna zapada w uzdrawiający sen. Vincente, 
Lys i zebrani wokół dworzanie patrzyli w zdumieniu, jak ustaje krwawienie, a zmiażdżona noga powoli 
wyprostowuje się, zrastając w swym naturalnym kształcie. Oddech mężczyzny stał się głębszy i bardziej 
regularny. 

Randal wstał i otarł pot z czoła. 

Będzie spał, dopóki nie wydobrzeje. Okryjcie go kocem. Zaklęcia mogły spowodować 

wychłodzenie ciała. 

Czarodziej przecisnął się przez gwarne zbiegowisko i ciężko opadł na jedną z ław. Uzdrawianie zawsze 
było wyczerpujące, a ten przypadek zmęczył go bardziej niż inne, ponieważ wymagał bardzo intensywnej 
i szybkiej pracy. 

Po minucie lub dwóch obok Randala usiadł Vincente. Poważna twarz rudego aktora była niemal tak 
blada, jak lico rannego mężczyzny. 

background image

To było wspaniałe - powiedział do Randala. -Lecz jeśli potrafisz robić takie rzeczy, to dlaczego u 

licha nie zostaniesz nadwornym czarodziejem jakiegoś magnata, zamiast bawić się w teatr? 

Jestem tylko wędrownym czarodziejem - Randal skrzywił się ponuro. - Tacy nie zostają 

nadwornymi magami. 

Ranga nie ma znaczenia - upierał się Vincente. -W Okcytanii jest więcej książęcych dworów 

poszukujących czarodzieja niż mistrzów, którzy mogliby zaspokoić popyt. Dokądkolwiek byś się udał, 
zyskałbyś znaczenie i posłuch, zyskałbyś władzę. Tu, w Pe-dzie, mistrz Petrucio jest prawą ręką Vespiana. 

Randal gwałtownie potrząsnął głową, z całej siły zaciskając splecione pod brodą dłonie. Blizna dała 

sobie znać falą tępego bólu. 

Nie chcę posłuchu i władzy - powiedział, zwracając ku aktorowi złowrogo błyszczące oczy. - 

Widziałem, czym kończą się igraszki z wyższą magią 

próby naprawiania świata... Nie chcę przeżywać tego jeszcze raz. 

Tymczasem do rozmawiających podeszła Lys; stanęła za Randalem i położyła rękę na jego ramieniu. 

Daj mu spokój, Vincente - powiedziała do aktora, który już otwierał usta, by zaprotestować. - Ma 

swoje powody. Byłam z nim i wiem, o czym mówi. 

Vincente wstał i uśmiechnął się. 

Wobec tego ani słowa więcej. Ustawmy na miejscu krzesło Jego Łaskawości i wracajmy do 

próby... Idziesz, Randal? 

Dobiegała północ, kiedy Vincente nareszcie uznał, że przedstawienie wygląda mniej więcej tak, jak 
oczekiwał. Randal żegnał się z aktorami, z trudem powstrzymując ataki ziewania. Na koniec powiedział 
dobranoc Lys i powlókł się do swojej komnaty. 

Trąc dłońmi załzawione oczy, chłopiec przemierzał ciemne i ciche korytarze. Inne części pałacu zapewne 
rozbrzmiewały światłami i muzyką; dwór mógł bawić się do świtu, ale w skrzydle dla służby nie spali 
jeszcze tylko książęcy aktorzy. Takie i inne myśli przewijały się przez głowę Randala, gdy w ciszę, dotąd 
przerywaną jedynie monotonnym echem jego kroków, wdarł się pośpieszny tupot. Nim nowy dźwięk w 
pełni dotarł do świadomości czarodzieja, zza zakrętu ko- 

rytarza wypadł pałacowy posłaniec, który w pełnym biegu zderzył się z Randalem i upadł, pośliznąwszy 
się na wypolerowanym parkiecie. 

- Szukasz kogoś? - spytał czarodziej, czując, jak zalewa go fala niepokoju. Posłaniec o tej porze nie mógł 
oznaczać niczego dobrego. - Czy mistrz Petrucio chce się ze mną widzieć? 

Posłaniec potrząsnął przecząco głową, po czym zerwał się z podłogi i pomknął dalej. Randal odprowadzał 
go osłupiałym wzrokiem, dopóki czarno-srebrna liberia sługi nie rozpłynęła się w mroku korytarzy. 

background image

„Dziwne. Zazwyczaj ci ludzie są wzorem uprzejmości i dworskich manier, a ten potrącił mnie i nawet nie 
przeprosił - pomyślał Randal i zaraz skarcił się w duchu - a kimże u licha jestem, że chciałbym, by słudzy 
księcia kłaniali mi się w pas? Czarodziejem bez grosza, przyjezdnym nie należącym nawet do dworu. 
Lepiej będzie, jeśli będę o tym pamiętać". 

Jednak uczucie niepokoju nie opuszczało go, a kiedy odczynił zaklęcia, zabezpieczające drzwi jego 
komnaty, niepokój przerodził się w lęk. Czar ustąpił zbyt łatwo, tak jakby został przez kogoś złamany, a 
potem pośpiesznie założony ponownie. Randal zamarł z dłonią zaciśniętą na gałce drzwi, walcząc z 
pragnieniem odwrócenia się i ucieczki. „Tak zaczęły się moje kłopoty w Widsegardzie - myślał - od 
złamanych magicznych pieczęci i niezapowiedzianego gościa w moim pokoju". 

Randal wyprostował się, wziął głęboki wdech i otworzył drzwi. Komnata była pusta i wyglądała tak jak 
wtedy, gdy z niej wychodził. Błękitna poświata 

 

44 

magicznego światła nie wydobyła z mroku niczego podejrzanego. Czując się cokolwiek głupio, chłopiec 
otworzył szeroko drzwi szafy z ubraniami, ale tam również nie było nikogo. Jednak poszukiwania coraz 
bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że choć wszystko było na swoim miejscu, cała komnata została 
skrupulatnie przeszukana. 

„Tu dzieje się coś dziwnego" - pomyślał Randal, przygotowując się do sporządzenia kolejnej magicznej 
blokady drzwi, tym razem takiej, by natychmiast poczuł każdą próbę jej przełamania, nawet we śnie. Po 
kilku minutach, czując się tak bezpiecznie, jak tylko mógł w takich okolicznościach, zwalił się w ubraniu na 
łóżko. Nim zmorzył go upragniony sen, pomyślał jeszcze, że rano będzie musiał poprosić o radę Petrucia. 

Następnego dnia przy śniadaniu, smarując masłem kolejną chrupiącą bułkę, Randal chrząknął i 
powiedział: 

Wydaje mi się, że wczoraj wieczorem ktoś przeszukał mój pokój. 

Widelec Petrucia zawisł nad talerzem jajecznicy. 

Naprawdę? - zdziwił się mistrz, podnosząc wzrok. - Czy założyłeś zwykłe blokady na drzwi 

komnaty? 

Owszem, i kiedy wróciłem z próby, blokady wciąż były na miejscu. Wiem jednak, że ktoś 

przełamał czar, a potem założył go na nowo. 

Randal przerwał, by przywołać wspomnienia z poprzedniej nocy. 

I jeszcze jedno - podjął po chwili. - Kiedy wracałem do wschodniego skrzydła, wpadł na mnie czło- 

wiek, biegnący w przeciwną stronę. Był w pałacowej liberii, ale sądzę, że równie dobrze mógł być tu obcy. 

background image

Petrucio zmarszczył brwi. 

Czy mógłbyś mi go pokazać... stworzyć jego wizerunek, jak ducha w teatrze? 

Spróbuję. 

Randal skoncentrował się, usiłując przypomnieć sobie twarz i sylwetkę nieznajomego. Kiedy uznał, że 
wyobraził go sobie wystarczająco dokładnie, wypowiedział zaklęcie iluzji wzrokowej. Obok stołu zadrgało 
powietrze. Anomalia stopniowo przeistoczyła się w przestrzenny wizerunek dworzanina z nocnej 
przygody. 

Petrucio wstał i obszedł drżącą postać dookoła, przyglądając się jej spod ściągniętych brwi. 

Jesteś pewien? - rzucił wreszcie. 

Całkowicie. 

Mistrz skinął głową. 

Obawiałem się, że coś takiego może się wydarzyć. Zlikwiduj iluzję i chodź za mną. 

Petrucio podszedł do ściany i popchnął jedną z płyt boazerii. Prostokąt wypolerowanego drewna 
przesunął się w prawo z cichym stuknięciem, odsłaniając ciemny otwór. „Tajne przejście. Ciekawe, dokąd 
prowadzi" - pomyślał Randal, czując przyjemny dreszcz emocji. 

Petrucio stał już w przejściu, skąd wyczekująco spoglądał na Randala. Młody czarodziej roześmiał się w 
duchu z własnego podniecenia. „Dokądkolwiek prowadzi, zdaje się, że zaraz się tego dowiem" - pomyślał 
i śmiało ruszył w mrok. 

i 46 

wiek, biegnący w przeciwną stronę. Był w pałacowej liberii, ale sądzę, że równie dobrze mógł być tu obcy. 

Petrucio zmarszczył brwi. 

Czy mógłbyś mi go pokazać... stworzyć jego wizerunek, jak ducha w teatrze? 

Spróbuję. 

Randal skoncentrował się, usiłując przypomnieć sobie twarz i sylwetkę nieznajomego. Kiedy uznał, że 
wyobraził go sobie wystarczająco dokładnie, wypowiedział zaklęcie iluzji wzrokowej. Obok stołu zadrgało 
powietrze. Anomalia stopniowo przeistoczyła się w przestrzenny wizerunek dworzanina z nocnej 
przygody. 

Petrucio wstał i obszedł drżącą postać dookoła, przyglądając się jej spod ściągniętych brwi. 

background image

Jesteś pewien? - rzucił wreszcie. 

Całkowicie. 

Mistrz skinął głową. 

Obawiałem się, że coś takiego może się wydarzyć. Zlikwiduj iluzję i chodź za mną. 

Petrucio podszedł do ściany i popchnął jedną z płyt boazerii. Prostokąt wypolerowanego drewna 
przesunął się w prawo z cichym stuknięciem, odsłaniając ciemny otwór. „Tajne przejście. Ciekawe, dokąd 
prowadzi" - pomyślał Randal, czując przyjemny dreszcz emocji. 

Petrucio stał już w przejściu, skąd wyczekująco spoglądał na Randala. Młody czarodziej roześmiał się w 
duchu z własnego podniecenia. „Dokądkolwiek prowadzi, zdaje się, że zaraz się tego dowiem" - pomyślał 
i śmiało ruszył w mrok. 

Gdy obaj znaleźli się za ścianą, mistrz zamknął tajne drzwi, wyczarował zimny płomień i żwawo podążył 
przez wąski korytarz, pociągając za sobą Randala. Tunel rozgałęział się w kilku miejscach, ale Petrucio bez 
wahania wybierał właściwą drogę. Nareszcie dotarli do niskich drzwi. Gdy Petrucio otworzył je, Randal ze 
zdumieniem skonstatował, że patrzy na wnętrze dużej komnaty... przez otwór kominka. Nim zdążył 
wyrazić swoje zaskoczenie, mistrz wstąpił na palenisko i pochylając się pod gzymsem, wyszedł na środek 
pomieszczenia. Uczyniwszy to samo, chłopiec ciekawie rozejrzał się wokół. Na jednej ze ścian komnaty, 
nad olbrzymimi dwuskrzydłowymi drzwiami wisiał herb, wyobrażający srebrne lwy i delfiny na czarnym 
polu. Po drugiej stronie mniejsze otwarte drzwi wychodziły na jeden z wielu pałacowych korytarzy. 

Petrucio podszedł do większych drzwi, przywołał Randala gestem i bez pukania popchnął ciężkie skrzydło; 
ustąpiło bezszelestnie, odsłaniając przestronną komnatę, wyposażoną jedynie w kilka krzeseł i 
sekre-tarzyk. Przed jednym z okien siedział śniady mężczyzna odziany w niewyszukane, niemal ubogie 
szaty. W ręku trzymał niewielki zwój, zapisany drobnym pismem. 

Mężczyzna podniósł głowę i w milczeniu przyglądał się niespodziewanym gościom. Petrucio zastygł w 
głębokim ukłonie. Zaskoczony Randal wahał się przez chwilę, ale odruchy nabyte w czasie, gdy służył jako 
giermek w zamku swojego wuja, szybko wzięły górę. On również zgiął się dwornie i zamarł, czekając, co 
będzie dalej. 

47 i 

Mężczyzna na krześle przemówił cichym, przyjemnie brzmiącym głosem. 

Witaj, mój przyjacielu. Jakież to pilne sprawy sprowadzają cię dziś do mnie? 

Stało się to, czego się obawiałem, książę - powiedział Petrucio, prostując grzbiet. - Diuk próbuje 

swoich starych sztuczek. 

Randal wyprostował się także, unosząc głowę dokładnie w momencie, w którym mężczyzna odkładał 
zwój na parapet, obrzucając przybyłych uważnym spojrzeniem. Słowa i zachowanie Petrucia powiedziały 

background image

chłopcu, że stanął przed obliczem samego księcia Vespiana Niezrównanego, suwerena miasta Peda. 

„A więc to jest Jego Łaskawość" - pomyślał Randal, czując się nieco rozczarowany. „Raczej nie wygląda na 
potężnego władcę. Nie ma w nim nic imponującego... i nawet Vincente ubiera się lepiej". Spod 
spuszczonej uniżenie głowy chłopiec rzucił jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie i uznał, że pierwsze 
wrażenie było mylące. Mimo niepozornego wyglądu książę roztaczał wokół siebie aurę dostojeństwa i 
budził respekt, przypominając Randalowi jego przyjaciela Madoca Obieżyświata. Mistrz Madoc wyglądał i 
ubierał się jak półdziki wieśniak z dalekiej północy, ale nikt, kto go poznał, nie śmiał wątpić, że jest on 
jednym z najpotężniejszych czarodziejów Breslandii. W ten sam sposób, co rychło odkrył Randal, ten, kto 
spojrzał na Vespiana dwa razy, nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia: z absolutnym władcą Pedy i 
okolicznych ziem. 

Książę posłał Randalowi badawcze spojrzenie, po czym znów przeniósł wzrok na Petrucia. 

Rozumiem, że dowiesz się, co knuje diuk, i pokrzyżujesz jego plany - powiedział beznamiętnym 

głosem. 

Oczywiście, książę - odrzekł czarodziej. 

Zatem życzę dobrego dnia, czarodzieju. Doceniamy twoje wysiłki. 

Randal i Petrucio skłonili się ponownie i zaczęli wycofywać ku drzwiom, gdy zatrzymał ich głos księcia. 

Jeszcze jedno, mistrzu Petrucio. 

Tak, wasza miłość? 

Chciałbym, żebyś choć raz zapukał, nim tu wejdziesz. 

Książę zachichotał, dając do zrozumienia, że żartował. Petrucio również się roześmiał. 

Gdybym pukał, książę, skąd wiedziałbyś, że to ja? 

Wciąż uśmiechnięty Petrucio oddalił się, dyskretnie pociągając za sobą oszołomionego Randala. Po chwili 
obaj weszli do wnętrza kominka i tajnym korytarzem dotarli do pracowni mistrza czarodzieja. 

W komnacie ktoś był. Randal stanął jak wryty, widząc chudego, ubranego z miejska mężczyznę, piszącego 
coś przy stole Petrucia. Nieznajomy z pewnością nie był czarodziejem. U jego pasa wisiał poręczny sztylet, 
a z drugiej strony długa szpada o rękojeści wyświeconej od częstego używania. „Nie wiem, kto to jest 
-pomyślał Randal - ale wygląda na niebezpiecznego". 

Słysząc trzask przesuwanej płyty boazerii, nieznajomy gwałtownie odwrócił się. Petrucio nie wydawał się 
zaskoczony jego obecnością. 

Tak szybko z powrotem? - spytał, unosząc jedną brew. 

49 JL 

background image

Mężczyzna skinął głową, zerkając ciekawie na Ran- 

Nowe wieści - rzucił krótko i podał mistrzowi skrawek pergaminu. - Wszystko jest tutaj. 

Petrucio szybko przejrzał dokument. 

To niewiele. 

Mogę przynieść więcej informacji - nieznajomy wzruszył ramionami - ale wiesz, dokąd będę 

musiał się udać, by je zdobyć. 

Rób, co uważasz za stosowne - powiedział Petrucio. - Zostawiam ci wolną rękę, ale bardzo 

proszę, bądź dyskretny. 

Oczywiście. To... ja już pójdę. 

Mężczyzna wstał, ukłonił się i wyszedł z pracowni. Po jego odejściu zapanowała cisza. Petrucio przez kilka 
sekund wpatrywał się w zamknięte drzwi, po czym zwrócił się do Randala. 

Pokazałem ci dziś rzeczy, o jakich większość mieszkańców Pedy nie ma nawet pojęcia. Teraz 

potrzebuję twojej pomocy. Czy mogę na ciebie liczyć? 

Randal zamyślił się na chwilę. 

Pomogę ci z przyjemnością, mistrzu - powiedział wreszcie - byle w honorowy sposób. 

Petrucio uśmiechnął się. Randalowi zdało się, że był to uśmiech ulgi. 

Znakomicie - powiedział mistrz. - Zapewne domyśliłeś się już, że moje obowiązki nie ograniczają 

się tylko do zabawiania Jego Łaskawości. 

Byłem ciekaw, czym się zajmujesz, gdy ja wyczarowuję iluzje dla Vincentego - przyznał Randal. - 

Nie rozumiem tylko, co to wszystko ma wspólnego ze 

dala. 

mną. Dlaczego ktoś przeszukał moją sypialnię? Zjawiłem się w mieście kilka tygodni temu, nie mając 
pojęcia o księciu, teatrze, a tym bardziej pałacowych intrygach. 

To, co wiesz lub czego nie wiesz, pozostaje tajemnicą dla większości ludzi. 

Petrucio okrążył stół i podszedł do otwartego okna. 

Ostatecznie jesteś czarodziejem - podjął, założywszy ręce za plecami. - Ktoś, kto szperał w twoich 

rzeczach, chciał zapewne dowiedzieć się czegoś o tobie. 

Randal uśmiechnął się krzywo. 

Jeśli tak, to nie dowiedział się wiele. Poza starym ubraniem i kajetem nie mam niczego, co nie 

background image

pochodzi z pałacu. Zresztą kajet zawsze noszę przy sobie. 

Bardzo rozsądnie - pochwalił Petrucio. - Zapewne już się domyśliłeś, że w mieście są ludzie, 

którzy nie darzą Jego Łaskawości miłością, tak jak większość mieszkańców. Ponieważ to mnie książę 
obarcza zadaniem tropienia spisków, a ty jesteś moim pomocnikiem, mimo woli stałeś się jednym z ich 
celów. 

Randal przypomniał sobie dziwne wydarzenia i rozmowy ostatnich kilku godzin. 

Podejrzewasz, mistrzu, że ktoś zamierza odebrać księciu władzę? 

Wiem na pewno, że tak jest - powiedział Petrucio i westchnął boleśnie. - Obawiam się, że tego 

problemu długo nie uda się rozwiązać. Książę jest człowiekiem o miękkim sercu, wręcz sentymentalnym. 
Rozpieszcza swego najgroźniejszego wroga, darowuje mu rezydencję poza miastem, wypłaca pensję i 
zapewnia wszystko, czego ten mógłby potrzebować. 

A czymże ów człowiek odwdzięcza się za dobroć? Bezustannym spiskowaniem! Ale książę Vespian jest, 
jak już mówiłem, sentymentalny i nie zgadza się na zgładzenie Bartolomea. 

- Bartolomeo? - podchwycił Randal. - Któż to 

- Brat Vespiana - odrzekł Petrucio. - Identyczny brat bliźniak, młodszy o kwadrans i równie nikczemny, jak 
książę jest dobry. 

taki? 

Zatem książę ma brata bliźniaka, którego nie darzy zaufaniem - pomyślał Randal. - To musi komplikować 
życie Jego Łaskawości". 

Muszę przyznać, że spałbym znacznie lepiej, pokrzepiony wieścią, że diuka Bartolomea spotkał 

śmiertelny wypadek - ciągnął Petrucio. - Jednak książę stanowczo zakazał krzywdzić jego brata. W 
rezultacie sabotowanie poczynań diuka często zajmuje mnie bardziej, niżbym sobie życzył. 

Randal popatrzył na Petrucia. 

Powiedziałem, że pomogę ci, jak tylko będę mógł, i zrobię to. 

Znakomicie - powiedział mistrz, odwracając się plecami do okna. - Czy czujesz się na siłach, by 

zbudować jedną z owych teatralnych iluzji na sobie? Musisz wyglądać zupełnie inaczej niż czarodziej 
ćwiczący codziennie z aktorami. 

Randal zamyślił się. W czasie nauki u mistrza Petrucia zdarzało mu się przybierać cudzą postać, ale nigdy 
na dłuższy czas, ponieważ jedynym sposobem na 

sprawdzenie jakości iluzji było przejrzenie się w lustrze. Jednak zasada była taka sama, czy rzucało się 
czar na siebie, czy na kogoś innego, a w ciągu ostatnich tygodni Randal nabył niezgorszej praktyki. 

background image

Chyba dam sobie radę - powiedział po chwili. 

Wobec tego słuchaj... 

Petrucio podsunął sobie pod nos pergamin, otrzymany od nieznajomego. Odchrząknął i zaczął czytać na 
głos: 

Wysoki mężczyzna, szczupły i muskularny; niebieskie oczy; krótkie proste i czarne włosy, 

gdzieniegdzie poprzeplatane siwizną; mała szpiczasta bródka; ubiera się zgodnie z miejscową modą; nie 
nosi broni. 

Niezbyt szczegółowe informacje - wymamrotał Randal. 

Muszą ci wystarczyć. Postaraj się. 

Randal zamknął oczy i puścił wodze wyobraźni, starając się na podstawie skąpego opisu stworzyć w myśli 
kompletny wizerunek człowieka. Następnie pomyślał raczej, niż wypowiedział, słowa zaklęcia, które 
przyoblekły go w iluzoryczną postać. 

Nie poczuł niczego, ale gdy zerknął na swoje odbicie w wypolerowanej podstawie świecznika, z mosiężnej 
gładzi spojrzał nań obcy mężczyzna. „Udało się" - pomyślał z ulgą. 

Czy to wystarczy? - spytał głośno. 

Nienaj gorzej - Petrucio z uznaniem pokiwał głową. - Czy jeśli będziesz musiał, zdołasz 

podtrzymać iluzję przez cały dzień? 

Po całych tygodniach ćwiczeń z Vincentem i aktorami... nie sądzę, bym miał z tym poważniejszy 

problem. 

Znakomicie. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. 

Petrucio wziął ze stołu bryłkę białej kredy i podał 

ją Randalowi. 

Weź to. Pójdziesz na główny rynek Pedy... 

Wiem, gdzie to jest - wtrącił Randal. - Lys i ja urządziliśmy tam dwa występy. 

Zatem wiesz także, że jest tam fontanna z czterema rzędami stopni prowadzących do sadzawki. 

Randal skinął głową. Petrucio odszedł od okna i stanął przed chłopcem, patrząc mu prosto w oczy. 

Podejdziesz do schodków po północnej stronie i kredą narysujesz krzyżyk tuż przy lewej krawędzi 

trzeciego stopnia od dołu. Potem pójdziesz do najbliższej gospody i zamówisz obiad. Masz tu pięć 
srebrnych talarów... 

background image

Mistrz poszperał w przepastnej kieszeni i wyłowił stamtąd pięć monet. 

Zapłacisz nimi za posiłek. 

Wszystkimi? 

Randal wytrzeszczył oczy na leżące już na jego dłoni pieniądze: błyszczące krążki srebra z wybitą pieczęcią 
księcia Vespiana i jego wizerunkiem. W większości zajazdów w Breslandii można było posilić się i 
przenocować za jednego miedziaka, a nawet tu, na południu, ceny nie były tak wysokie, by za obiad 
trzeba było płacić srebrem. 

Wszystkimi - powiedział twardo Petrucio. 

A co potem? 

Potem patrz, co się będzie działo, i wróć do pałacu, kiedy uznasz, że już czas. Oczywiście przed 

północą; musisz zdążyć na przedstawienie. 

„Kiedy uznam, że już czas". Randal westchnął w duchu. 

Skąd mam wiedzieć, kiedy to będzie? 

Co z tobą, Randal? - powiedział Petrucio z błyskiem irytacji w oku. - Wychowanek Szkoły 

Czarodziejów nie powinien zadawać takich pytań. Istnieje zbyt wiele możliwych odpowiedzi. Z pewnością 
wybierzesz właściwy moment, chyba że pomyliłem się w swoich ocenach. 

Petrucio podszedł do drzwi pracowni: nie tych, przez które zwykle wchodził Randal, lecz innych, 
mniejszych. Gdy je otworzył, chłopiec ujrzał, że wychodzą nie na pałacowy korytarz, ale na ulicę 
prowadzącą w dół ku centrum miasta. 

Zmykaj już - powiedział mistrz. - Będę czekał na ciebie w pracowni. 

Randal przestąpił przez próg i usłyszał za sobą głuchy łomot zamykanych drzwi. Gdy się odwrócił, ujrzał 
przed sobą tylko gładką powierzchnię pałacowego muru: bez szczelin, nierówności, bez najmniejszego 
nawet śladu wejścia. Chłopiec rozejrzał się, próbując zachować w pamięci wygląd miejsca, w którym 
opuścił pałac. Potem westchnął i ruszył w dół, w stronę głównego rynku Pedy. 

Jak zawsze, gdy opuszczał pałacowe mury, by udać się z jakąś sprawą do miasta, Randal z zachwytem 
przyglądał się otaczającym go budynkom: przestronnym, przewiewnym, o wielkich oknach i cienkich 
ścianach z kamienia lub cegły. Na północy nikt nie ośmieliłby się wznosić tak kruchych, choć niewątpliwie 
pięknych gmachów. Chłopiec przypomniał sobie 

swój dom: zamek Doun w samym środku Breslandii. Jego mury, zbudowane z olbrzymich granitowych 
bloków, miały wiele stóp grubości i dawały pewne schronienie w razie ataku. 

Wspomnienia obudziły w Randalu tęsknotę. Minęło kilka miesięcy odkąd wraz z Lys opuścił Breslandię, 
lata od chwili, gdy po raz ostatni widział Tarnsberg i Szkołę Czarodziejów, a z zamku Doun wyruszył w 

background image

świat, kiedy miał dwanaście wiosen. Głosu o akcencie z rodzinnych stron nie słyszał od czasu, gdy w 
Widsegardzie zginął jego przyjaciel Nick Wariner, a on sam musiał uciekać na południe. „Odkąd Petrucio 
rzucił na mnie urok, narzucając znajomość tutejszego języka, nawet własna mowa brzmi dla mnie obco" - 
myślał z goryczą Randal. 

Nim dotarł do stóp wzgórza, był już gotów zamienić wszystkie bogactwa Pedy na kubek ciemnozłotego 
breslandzkiego jabłecznika i wesoły głos kuzyna Waltera. Przemierzając obce ulice, pełne obcych ludzi, 
Randal coraz bardziej nasiąkał melancholią. Otrząsnął się z niej dopiero, gdy stanął u wylotu ulicy 
wychodzącej na główny rynek Pedy. Barwny tłum, płynący przez gąszcz straganów, na których 
handlowano wszystkim - od owoców po naczynia ze szczerego złota - okazał się znakomitym lekarstwem 
na smutek. Rozglądając się ciekawie, Randal jął przeciskać się przez ciżbę w stronę fontanny. 

Po kilku minutach siedział na schodkach przy brzegu sadzawki, z miną człowieka, który postanowił 
poświęcić cały dzień na przyglądanie się handlującym mieszkańcom miasta. Prawą dłonią namacał w 
kiesze- 

ni kawałek kredy. Po kilku chwilach pochylił się i udając, że poprawia but, szybko nakreślił krzyżyk z lewej 
strony trzeciego stopnia marmurowych schodów. 

„Jak dotąd idzie jak po maśle - pomyślał, prostując się i rozglądając nerwowo. - A teraz gospoda". 

Znalezienie właściwej gospody wcale nie było łatwe. Po północnej stronie targowiska były aż trzy. Randal 
długo łamał sobie głowę, nim zdecydował, że najbliżej fontanny znajduje się tawerna o nazwie Pod 
Czaplą. 

Młody czarodziej wstał i ruszył w stronę gospody. Zatrzymał się tuż za drzwiami, by rozejrzeć się po 
cienistym wnętrzu. Główna sala Czapli wydała mu się czysta i przytulna. Klienci zajmowali mniej więcej 
połowę miejsc. Randal podszedł do tęgiego mężczyzny w białym fartuchu, zajętego zmiataniem 
okruchów z niedawno zwolnionego stolika. 

Chciałbym zjeść obiad - powiedział czarodziej. 

Dobył z kieszeni pięć srebrnych monet i trzasnął 

nimi w stół. Mężczyzna zręcznie zgarnął pieniądze, ledwie na nie zerknąwszy. 

Mam dla pana coś specjalnego - mruknął, strzepując ściereczkę. - Proszę za mną. 

Karczmarz zaprowadził Randala do mniejszej sali, pozbawionej okien i również zastawionej stolikami. 
Chłopiec był tu jedynym gościem. Mężczyzna wskazał mu miejsce, po czym wyszedł, zamykając za sobą 
drzwi. 

Młody czarodziej czekał bardzo długo, albo przynajmniej tak mu się zdawało. Skoro nic się nie działo, 
wkrótce zaczął wiercić się niespokojnie, zastanawiając 

58 

background image

A* 

się, czy aby na pewno wybrał właściwą gospodę. Skaczący Delfin mieścił się zaledwie dwa domy dalej -a 
jeśli Petrucio miał na myśli właśnie Delfina? Trwał tak w coraz bardziej dręczącej niepewności, kiedy 
nagle drzwi otworzyły się ponownie i do środka wszedł posługacz, niosący talerz z mięsem i serem oraz 
wielką szklanicę wody. 

Randal łapczywie rzucił się na jedzenie - wszak nie zdążył skończyć śniadania. Posiłek nie był tak 
wyszukany jak pałacowe dania, ale równie sycący. Chłopcu przyszło na myśl, że życie w tym mieście 
bardzo się różni od takiego, do jakiego musiał przywyknąć, odkąd opuścił zamek Doun, by studiować 
sztuki magiczne. Madoc Obieżyświat nie mylił się, gdy roztaczał przed dwunastoletnim giermkiem uroki 
bycia czarodziejem. „Będziesz głodny częściej niż syty i więcej nocy spędzisz na lodowatej ziemi niż pod 
bezpiecznym dachem" - ostrzegał mistrz. Z drugiej strony, w ciągu ostatnich kilku tygodni życie Randala 
przypominało piękny sen. Dopiero po włamaniu do sypialni zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem w 
pałacu nie dzieje się coś złego - coś, czego nie rozumiał. Nowa myśl przejęła go falą chłodu. „Madoc miał 
rację we wszystkim. Powiedział: być może nawet przetrwasz to wszystko, ale tej chwili zapewne nie 
dożyje żaden z twoich przyjaciół. Nick zginął tylko dlatego, że zachciało mi się poprosić go o pomoc". 

- Lys... - szepnął sam do siebie. - A co będzie z Lys? 

Nadstawianie własnego karku to jedno, ale Randal czuł, że jeśli kolejny oddany przyjaciel miałby cierpieć 
z powodu jego uczynków, to byłoby to więcej, niż 

59 J 

mógłby znieść. Spojrzenie chłopca padło na naczynie z wodą. Pod ręką było wszystko to, co potrzebne do 
zajrzenia w przyszłość - czemu więc nie spróbować? Randal przysunął szklanicę bliżej, zatopił w niej 
wzrok i wyszeptał słowa zaklęcia. 

Przez długi czas woda w szklance pozostawała krystalicznie czysta. Potem gdzieś przy dnie pojawiła się 
barwna plamka: czerwień kwitnącej róży, zachodzącego słońca, albo krwi. „Krew" - pomyślał Randal, 
koncentrując się na plamce. Niepostrzeżenie czerwień wypełniła całe jego pole widzenia, po czym 
odpłynęła w dal, stając się rzeką krwi, płynącą przez piaszczyste jałowe ziemie. 

Randal żeglował wysoko w powietrzu, niczym orzeł wypatrujący ofiary. Nagle spostrzegł, że rzeka nie jest 
rzeką, lecz czerwonym sznurem, którego końce krępowały dwóch mężczyzn. Obaj mieli na twarzach 
maski - proste białe maski bez otworów, z niezgrabnie wyrysowanymi oczami, ustami i nosem - i obaj byli 
ubrani w bogate szaty: jeden miał na sobie biały płaszcz z czarną podszewką, a drugi czarny płaszcz z 
białą podszewką. 

Mężczyźni mocowali się, ciągnąc sznur każdy w swoją stronę. Brązowe brzegi rzeki przemieniły się w 
deski sceny książęcego teatru. Nagle między przeciwnikami pojawił się Petrucio. Sznur był owinięty wokół 
jego szyi; mistrz dusił się. Randalowi zdało się, że słyszy głos Madoca Obieżyświata, przemawiającego doń 

background image

z wielkiej odległości: 

- Tylko ty możesz ich powstrzymać, chłopcze. Magicznej mocy należy używać, a nie trwonić. 

JL 60 

Nie mogę - jęknął Randal, niezdolny odwrócić oczu od rozgrywającej się w dole walki. - Cena jest 

zbyt wysoka. Dziś wiem to na pewno. 

Wysoka czy niska - powiedział znajomy głos -wszyscy musimy ją płacić. To powinność 

czarodziejów. 

Zgrzyt naciskanej klamki gwałtownie ściągnął Randala do rzeczywistości. Chłopiec znów był w tawernie. 
Siedział w pustej sali, wpatrując się w szklankę z wodą, w której pływało tylko jego własne odbicie. 
Uświadomiwszy sobie, że patrzy na swoją prawdziwą twarz, na chwilę wpadł w panikę. Pośpiesznie 
wyszeptał zaklęcie, mając nadzieję, że iluzja pojawi się na czas. 

Drzwi otworzyły się i do sali wszedł mężczyzna. 

Tak? - powiedział Randal, starając się nadać swojemu głosowi znudzony ton. 

Zarzucił łokieć na oparcie krzesła i zmrużywszy oczy, spokojnie obejrzał przybysza od stóp do głów. „Nosi 
miecz - stwierdził - i jest dobrze ubrany, choć nie w pałacowej liberii... Zaraz... Skąd mi to przyszło do 
głowy?". Nagle przypomniał sobie: „To na niego wpadłem wczoraj w nocy, kiedy przeszukano mój pokój". 

Doszły nas wieści o twoim przybyciu, panie -powiedział nieznajomy. - Mam nadzieję, że jesteś 

zadowolony z warunków. 

„Za kogo on mnie bierze? - zastanawiał się Randal -i o jakich warunkach mówi?". Potem przyszła mu do 
głowy jeszcze jedna myśl: „Jak, do diabła, mam kontynuować tę rozmowę i niczego nie zełgać? 
Czarodziej, który skłamał, nie może już ufać swojej mocy". 

Starannie ważąc każde słowo, Randal powiedział prawdę: 

Czekam tu bardzo długo. Chciałbym zająć się już swoim zadaniem. 

Znakomicie - ucieszył się mężczyzna. - Zatem chodźmy. 

Nieznajomy wyprowadził Randala z gospody. Gdy znaleźli się na zewnątrz, czarodziej zatrzymał się i 
powiódł dokoła zdumionym wzrokiem. Dotąd był przekonany, że zaglądanie w przyszłość nie zajęło mu 
więcej niż kilka minut. Tymczasem zapadł zmierzch; niebo między budynkami było już ciemne, a liczne 
pochodnie i latarnie napełniały rynek migotliwym blaskiem. „Czy szukają mnie w pałacu? - zadumał się 
Randal. - Aktorzy będą przygotowywać się do przedstawienia i oczekują mojej pomocy". 

Powóz już czeka - powiedział nieznajomy. - Czy jest coś, co musisz załatwić, zanim pojedziemy? 

Nie - odparł Randal. I była to prawda. 

background image

Przewodnik skinął głową i poprowadził chłopca do 

wylotu najbliższej uliczki. W mroku czekał tęgi mężczyzna, pilnujący czwórki koni, zaprzężonych do 
wysokiej karocy. 

Nareszcie jesteście - powiedział woźnica z wyrzutem. - Mam pietra zawsze, kiedy tu przyjeżdżam. 

Randal i mężczyzna z gospody wsiedli do powozu. Woźnica zatrzasnął za nimi drzwi i jął pośpiesznie 
wspinać się na wysoki kozioł. Karoca zachybotała się z bolesnym jękiem resorów. 

Wio! - zawołał woźnica i powóz z turkotem potoczył się po bruku. 

» 62 

Randal wyglądał przez okno, przybrawszy obojętny wyraz twarzy Karoca wyjechała z miasta i teraz 
pędziła w stronę jednej z wsi, jakie otaczały Pedę. „Dokąd oni mnie wiozą? - zastanawiał się chłopiec. -W 
mojej wizji pojawił się teatr, ale jedziemy przecież w przeciwnym kierunku". 

Po kilkunastu minutach karoca minęła bramę jednego z gospodarstw i wtoczyła się do stodoły. Tam 
czekał już inny powóz z oknami zasłoniętymi grubymi czarnymi zasłonami. Randal i jego przewodnik 
przesiedli się doń i raz jeszcze powieziono ich w mrok. 

W trzęsącym się zaciemnionym powozie Randal czuł się jak krasnal w pudle na kapelusze. Mimo to nie 
mógł powstrzymać uśmiechu złośliwej satysfakcji na myśl, że kilka warstw czarnego aksamitu to za ma-. 
ło, by czarodziej stracił poczucie kierunku. Nakreślił już tyle magicznych kręgów - każdy opatrzony 
znakami czterech stron świata - że potrafił odnaleźć północ za pomocą szóstego zmysłu, nawet w 
całkowitej ciemności. 

Powóz zatoczył wielki krąg i teraz jechał z powrotem w stronę miasta. Randal zachował to spostrzeżenie 
dla siebie i cierpliwie czekał. Wkrótce w turkot kół wkradło się nowe brzmienie; karoca zakołysała się, 
zwolniła i wreszcie stanęła. 

Ktoś otworzył drzwi powozu, wypuszczając Randala i jego towarzysza podróży na wysypaną żwirem, 
oświetloną pochodniami alejkę. Wokół rozpościerał się wykwintny ogród, a za starannie przystrzyżonymi 
krzewami i marmurowymi posągami wznosiły się mury wiejskiego dworku, spowite bladą księżycową po- 

światą. Po ogrodzie przechadzali się uzbrojeni mężczyźni. Ich miecze różniły się od lekkiej broni, 
rozpowszechnionej wśród dworzan Vespiana: swoimi długimi i szerokimi klingami przywodziły na myśl 
ciężkie miecze, jakimi Randal posługiwał się podczas lekcji fechtunku w zamku Doun. 

Przewodnik poprowadził czarodzieja przez ogród, a potem przez długi westybul dworku. Tutaj również, 
podobnie jak w pałacu księcia, ściany były otynkowane i ozdobione fantazyjnymi malowidłami. Z 
półkolistych wnęk patrzyli na przechodzących herosi z brązu i marmuru. Randal i jego towarzysz 
przekroczyli próg drzwi, strzeżonych przez dwóch wartowników, i weszli do niedużej komnaty, w której 
jedynym umeblowaniem był stół i kilka krzeseł. Latarnie zawieszone w czterech kątach rzucały mdły blask 
na środek pokoju, gdzie z pochyloną głową stał mężczyzna zakuty w łańcuchy. 

background image

Randala ogarnęło przerażenie, jeszcze zanim rozpoznał w więźniu człowieka spotkanego tego ranka w 
pracowni Petrucia. Wszystko, co wydarzyło się do tej pory, było dlań przygodą: tajemniczą, ale 
ekscytującą. Teraz młody czarodziej poczuł lodowaty dreszcz, a cała przyjemność pierzchła, ustępując 
miejsca pospolitemu strachowi. 

Dobrze znamy twoją reputację, mistrzu Edmon-dzie - powiedział przewodnik Randala, - ale mój 

pan jest podejrzliwy i żąda jej potwierdzenia. 

Mężczyzna wyciągnął palec w stronę więźnia. 

To szpieg, którego schwytaliśmy dziś po południu. Zabij go. 

L 64 

 

 

światą. Po ogrodzie przechadzali się uzbrojeni mężczyźni. Ich miecze różniły się od lekkiej broni, 
rozpowszechnionej wśród dworzan Vespiana: swoimi długimi i szerokimi klingami przywodziły na myśl 
ciężkie miecze, jakimi Randal posługiwał się podczas lekcji fechtunku w zamku Doun. 

Przewodnik poprowadził czarodzieja przez ogród, a potem przez długi westybul dworku. Tutaj również, 
podobnie jak w pałacu księcia, ściany były otynkowane i ozdobione fantazyjnymi malowidłami. Z 
półkolistych wnęk patrzyli na przechodzących herosi z brązu i marmuru. Randal i jego towarzysz 
przekroczyli próg drzwi, strzeżonych przez dwóch wartowników, i weszli do niedużej komnaty, w której 
jedynym umeblowaniem był stół i kilka krzeseł. Latarnie zawieszone w czterech kątach rzucały mdły blask 
na środek pokoju, gdzie z pochyloną głową stał mężczyzna zakuty w łańcuchy. 

Randala ogarnęło przerażenie, jeszcze zanim rozpoznał w więźniu człowieka spotkanego tego ranka w 
pracowni Petrucia. Wszystko, co wydarzyło się do tej pory, było dlań przygodą: tajemniczą, ale 
ekscytującą. Teraz młody czarodziej poczuł lodowaty dreszcz, a cała przyjemność pierzchła, ustępując 
miejsca pospolitemu strachowi. 

Dobrze znamy twoją reputację, mistrzu Edmon-dzie - powiedział przewodnik Randala, - ale mój 

pan jest podejrzliwy i żąda jej potwierdzenia. 

Mężczyzna wyciągnął palec w stronę więźnia. 

To szpieg, którego schwytaliśmy dziś po południu. Zabij go. 

 

Randal zaniemówił na dłuższą chwilę. Mimo paraliżującej go trwogi, nadludzkim wysiłkiem woli zdołał 
utrzymać obojętny wyraz twarzy. Naraz groza sytuacji dotarła doń w pełni. „Nazwał mnie mistrzem i 
widzi, że nie noszę broni. Ci ludzie wynajęli czarodzieja, by za nich mordował... Myślą, że ja nim jestem". 

background image

Jako tako opanowawszy zdenerwowanie, Randal przyjrzał się zakutemu w łańcuchy mężczyźnie. Choć 
mocno poturbowany - zapewne bito go, by wydobyć informacje o zamiarach księcia - wciąż stał o 
własnych siłach. Teraz powoli podniósł głowę i śmiało spojrzał czarodziejowi w oczy. 

„Nie mogę tego zrobić - pomyślał Randal - ale jeśli odmówię, zgubię i jego, i siebie. Nie umknę 
strażnikom, nie zabijając przynajmniej kilku z nich". Pozostało tylko jedno wyjście. Młody czarodziej 
przywołał do siebie całą swoją magię i jednym tchem wyrecytował zaklęcie wzrokowej iluzji - a 
dodatkowo kilka innych zaklęć. 

- Fiat! - zawołał, kończąc budowanie czaru. -Niech się stanie! 

W tejże chwili rozległ się ogłuszający huk. Z dłoni czarodzieja wystrzeliła błyskawica, która uderzyła w 
skutego mężczyznę, rozsiewając dookoła deszcz błękitnobiałych płomieni. Więzień zgiął się z bólu. Jego 
ciało w jednej chwili sczerniało, skurczyło się i rozsypało w proch. Niczym nie podtrzymywane łańcuchy 
grzmotnęły o podłogę z metalicznym łoskotem. Gorący wiatr, jaki magicznym sposobem zerwał się w 
zamkniętej komnacie, porwał ze sobą niewielki stos popiołu; szara chmura zawirowała i rozpłynęła się 
bez śladu w powietrzu. 

 

Towarzyszący Randalowi mężczyzna przyglądał się w milczeniu pustym kajdanom. 

- Dziękuję, mistrzu - powiedział wreszcie. - Jestem pewien, że mój pan będzie zadowolony. 

„Dopóki nikt nie wejdzie za te krzesła - pomyślał Randal. - Zaklęcia uzdrawiające powinny były uśpić tego 
człowieka. Pozostanie niewidzialny, dopóki się nie poruszy, ale jeśli go znajdą... wtedy będzie niewe- 

Przewodnik stał już przy wewnętrznych drzwiach komnaty, gestem przywołując czarodzieja do siebie. 
Randal wszedł za nim do sąsiedniego pomieszczenia i aż jęknął ze zdumienia. Na środku komnaty stał 
mężczyzna. Randal znał go: spotkał się z nim nie dalej jak dziś rano. Oto znowu znalazł się w obecności 
księcia Vespiana. 

Mężczyzna zbliżył się do przybyłych i młody czarodziej przyjrzał mu się uważniej. Tym razem dostrzegł 
różnice i to raczej w sposobie poruszania się niż w wyglądzie, tym niemniej zauważalne. „Skoro nie jest 
księciem, to musi być...". 

Randal zgiął się w głębokim ukłonie. 

- Jestem do twoich usług, diuku Bartolomeo. 

 

Rozdział V 

Lochy ^ 

Randal wyprostował się i spojrzał w zimne oczy Bartolomea. 

background image

Błąd, mistrzu Edmondzie - powiedział brat Ve-spiana. - Nazywaj mnie księciem, bo już niebawem, 

z twoją pomocą, zostanę nim. 

Młody czarodziej pokłonił się jeszcze raz, by ukryć szok, wywołany niedawnym wspomnieniem. „Moja 
wizja, oczywiście... dwaj walczący bracia... a ja wpadłem w sam środek całej intrygi". 

Jak sobie życzysz, mój książę - powiedział głośno. 

Bartolomeo uśmiechnął się i zwrócił do posłańca. 

Podoba mi się ten człowiek, Carvelli. Pokaż mu jego pokój i wróć do mnie. Mamy wiele spraw do 

omówienia. 

Chodźmy, mistrzu Edmondzie - powiedział Ca-rvelli. - Twoja sypialnia jest już gotowa. 

Posłaniec Bartolomea wyprowadził Randala tą samą drogą, którą weszli do gabinetu diuka. Przechodząc 
przez sąsiednią komnatę, młody czarodziej niespokojnie zerknął na leżące na podłodze łańcuchy. 

Z ulgą skonstatował, że jego niedoszła ofiara nadal pozostaje niewidzialna - i najpewniej nieprzytomna. 
Prosty czar niewidzialności prysnąłby, gdyby więzień się poruszył. 

„Muszę tu wrócić, zanim się obudzi - pomyślał Randal. - To jeden z ludzi Vespiana. Jeśli schwytają go 
znowu, czeka go jeszcze gorszy los. I mnie także". 

Carvelli zaprowadził czarodzieja do zbytkownie urządzonego pokoju, wyposażonego w kominek, łoże z 
baldachimem i marmurową umywalnię z dzbanem i misą, ale pozbawionego okien. Następnie oddalił się, 
pozostawiając Randala samego. Gdy zamknął drzwi, dał się słyszeć cichy chrobot przesuwanego rygla. 

„Muszę wrócić do pałacu i ostrzec mistrza Petrucia" - pomyślał Randal, rozpoczynając oględziny komnaty. 
Nie było w niej innych drzwi niż te, przez które wszedł, a kanał komina przegradzała stalowa krata, 
wmurowana kilka stóp nad rusztem. Luksusowe wnętrze, ale jednak więzienie. 

Czarodziej podszedł do drzwi. „Zamknięte. Czemu mnie to nie dziwi? - Przyłożył ucho do deski. -Ktoś tam 
stoi i stara się być cicho. Chyba strażnik" -pomyślał, po czym wypowiedział zaklęcie magicznego 
rezonansu: czaru, który odbijał się od każdego magicznego obiektu, innego czaru lub czarodzieja, by 
powrócić do źródła niczym echo. Randal wykrył nikły ślad magicznej energii, tak słabej, że mogła 
pochodzić najwyżej od znachorki lub lichego czarodzieja-samouka. „Przy odrobinie szczęścia, ktokolwiek 
to jest, nawet nie zauważył czaru. A jeśli zauważył... cóż, 

czemu mistrz Edmond nie miałby rozejrzeć się po swoim nowym mieszkaniu?" - pomyślał Randal. 

Nieco podniesiony na duchu, przygotował czar otwierający zamki oraz drugi, wyciszający hałasy. 
Następnie położył dłoń na drzwiach, by poczuć raczej niż usłyszeć odsuwający się rygiel. Odczekał jeszcze 
sekundę, po czym ostrożnie uchylił drzwi i wyjrzał przez szczelinę. Widok na korytarz zasłaniały szerokie, 
opancerzone plecy. 

Randal zamknął drzwi, nie wiedząc, czy ogarniające go uczucie jest radością, czy pogardą. Wprowadzony 

background image

przez księcia zakaz posługiwania się magią zdziałał przynajmniej tyle dobrego, że Bartolomeo i jego ludzie 
nie bardzo wiedzieli, jak radzić sobie z czarodziejami. „Będą potrzebowali czegoś więcej niż zamki i 
wartownicy, jeśli nie chcą, by nowy najemnik wymknął im się z rąk" - pomyślał i wypowiedział zaklęcie, 
jakim posługiwał się w teatrze przy sporządzaniu efektów dźwiękowych. Po sekundzie, uśmiechając się 
do siebie z satysfakcją, słuchał coraz głośniejszego odgłosu kroków, brzmiącego tak, jakby ktoś skradał się 
za zakrętem korytarza. 

Szuranie nieistniejących stóp ucichło tuż za rogiem. Zastąpił je blaszany szczęk zbroi - to wartownik 
odszedł, by sprawdzić, kto nadchodzi. Randal odczekał chwilę i ponownie uchylił drzwi. Tym razem nikt 
nie zasłaniał mu widoku. 

Młody czarodziej szybko wymknął się z komnaty. Kiedy wartownik powrócił na posterunek, drzwi były już 
zamknięte, a obok nich stał Carvelli albo przynajmniej jego dość wierna kopia. 

„Wygląd chyba mi się udał - pomyślał Randal -mam nadzieję, że głos również". 

Kiedy ostatnio polerowałeś napierśnik? - spytał żołnierza, patrząc nań z góry i starając się nadać 

swemu głosowi arogancki ton. 

Wartownik zmieszał się. 

Tego ranka, panie, nim poszedłem na wartę. 

Następnym razem przyłóż się lepiej. 

Tak jest, panie! 

Randal szybkim krokiem odszedł w głąb korytarza. „Teraz ma nad czym się zastanawiać. Nie będzie 
pamiętał, że kiedykolwiek odchodził z posterunku" -pomyślał. Wciąż skryty pod postacią Carvellego, 
skierował swe kroki do komnaty, w której pozostawił uśpionego więźnia. Jej drzwi pilnowało dwóch 
wartowników. „Zapewne nie płacą im za myślenie ani za kwestionowanie tego, co widzą - pomyślał 
Randal -Skoro moja iluzja zadziałała raz, zadziała i drugi". 

Czarodziej pomaszerował ku drzwiom z taką miną, jakby był właścicielem dworku i wszystkiego, co się w 
nim znajduje. Strażnik po prawej stronie usłużnie otworzył przed nim drzwi i zamknął je natychmiast, gdy 
Randal przekroczył próg. 

Uwagę chłopca przykuły stłumione głosy, dobiegające zza drzwi gabinetu Bartolomea. Najwyraźniej 
toczył się tam zażarty spór. Randal znieruchomiał w nadziei, że usłyszy coś, co mogłoby mu się później 
przydać. 

Na wszystkie demony! - grzmiał głos prawdziwego Carvellego. - Wcale mi się to nie podoba! 

Wasza miłość wybaczy, ale zawsze uważałem, że sprowa- 

dzenie tu obcego to najgorszy z możliwych pomysłów, i nadal tak uważam. 

- On jest nam potrzebny, Carvelli - łagodnie perswadował Bartolomeo. - Doceniam to, co uczyniłeś dla 

background image

mnie w przeszłości i co jeszcze uczynisz, ale zgodzisz się chyba, że iluzja to nasza jedyna szansa na 
przedarcie się przez ochronę mojego brata. Szkoda tylko, że twoje możliwości nie sięgają tak daleko. 

Mało tego - ciągnął Bartolomeo. - Potrzebujemy kogoś, kto potrafi zabić Petrucia. Bez czarodzieja 

ani rusz, mój drogi. Mój brat też to wie. Jak sądzisz, czemu zakazał posługiwania się magią w obrębie 
miasta? 

Panie, skoro musisz polegać na wynajętym czarodzieju - nalegał Carvelli - uczynisz mądrze, nie 

utrzymując go przy życiu dłużej, niż to konieczne. 

I nie zamierzam, ale na razie jest nam potrzebny. Zbliża się północ. Lepiej zacznijmy się 

przygotowywać. 

Za drzwiami zaszurały odsuwane krzesła. Ktoś chwycił za klamkę. „Nie mogą mnie tu zobaczyć!" 
-pomyślał Randal. Przypadł plecami do ściany i pośpiesznie rzucił na siebie czar niewidzialności. „Jeśli się 
poruszę albo ktoś mnie dotknie, to będzie mój koniec". 

Drzwi otworzyły się, wpuszczając do komnaty prawdziwego Caryellego, Bartolomea, oraz kogoś, kogo 
Randal nie znał. Trzej mężczyźni w milczeniu przemierzyli pokój, podeszli do drugich, zewnętrznych drzwi 
i wyszli na korytarz. 

Randal z westchnieniem ulgi rozproszył iluzje, jakie dotąd podtrzymywał, zachowując jedynie wygląd 
tajemniczego mistrza Edmonda. Następnie ukląkł 

- Ale... 

obok mężczyzny, którego wcześniej kazano mu zabić. Nieznajomy leżał bez ruchu obok rozkutych kajdan, 
ale jego rany zagoiły się już pod wpływem uzdrawiających zaklęć. „Muszę go stąd wydostać. Może od 
niego dowiem się czegoś więcej" - pomyślał Randal. Wyciągnął rękę i dotknął czoła mężczyzny; powieki 
leżącego rozchyliły się. Randal szybko przykrył dłonią jego usta; niepotrzebnie - nieznajomy nie próbował 
wypowiedzieć ani słowa. 

Czarodziej cofnął dłoń i położył palec na ustach, gestem nakazującym milczenie. Potem wstał i cicho 
podszedł do zewnętrznych drzwi. Przez dłuższą chwilę nasłuchiwał dźwięków, dobiegających z korytarza. 
„Ktoś idzie!". Randal podbiegł do drzwi prowadzących do gabinetu Bartolomea i zajrzał do ciemnego 
teraz wnętrza. Upewniwszy się, że pokój jest pusty, pomógł nieznajomemu wstać i pociągnął go za sobą 
przez próg. 

Zamknął drzwi dosłownie w ostatniej chwili. Do pokoju obok ktoś wszedł. Słysząc zbliżające się kroki, 
Randal i jego towarzysz przywarli plecami do ściany. Raz jeszcze czarodziej wypowiedział zaklęcie 
niewi-dzialności, ukrywając siebie i nieznajomego. „Mam nadzieję, że się nie poruszy" - pomyślał. 

Skrzypnęły drzwi. Mrok rozdarła poszerzająca się smuga błękitnego światła, jakie wkrótce wypełniło cały 
pokój. Do środka wszedł Carvelli z zimnym płomieniem unoszącym się nad głową. „A więc to on jest 
nadwornym magikiem Bartolomea" - pomyślał Randal. To dlatego zdołał wedrzeć się do mojej komnaty. 
Jeśli jednak skończył jakąś szkołę magii, to ja jestem królem elfów". 

background image

Tymczasem Carvelli podszedł do biurka Bartolomea i jął szperać wśród leżących tam stosów 
dokumentów. Chwytał jeden papier za drugim, szybko przebiegał po nich wzrokiem i gniewnie odrzucał 
na podłogę. 

Gdzie to jest? Gdzie to jest? - mamrotał przez cały czas. - Aha, mam! 

Magik znalazł to, czego szukał. Pośpiesznie złożył kartkę na czworo i wepchnął ją do sakiewki za pasem. 
W następnej chwili zamarł. „O nie! Zauważył coś" -pomyślał Randal. 

Carvelli powoli odwrócił się od biurka. Lewą ręką wyciągnął zza pasa sztylet, a prawą dobył miecz. 

Kto tu jest? Pokaż się zaraz! - zawołał, rozglądając się niespokojnie. 

Nagle zamachnął się i ciął powietrze przed sobą. W następnej chwili okręcił się na pięcie, by ze świstem 
machnąć mieczem z drugiej strony. „Wie, że ktoś tu jest - być może, usłyszał oddech któregoś z nas - ale 
nie ma pojęcia, kto i gdzie. Nie wie też, jak działa nie-widzialność" - myślał Randal. 

Jednak Carvelli okazał się przebiegły. Magik samouk wyczarował jeszcze jeden zimny płomień: tym razem 
na podłodze. Plama światła rozpostarła się u jego stóp i zaczęła rozszerzać we wszystkich kierunkach, 
zalewając upiorną poświatą kolejne sprzęty w komnacie. Randal wiedział, że gdy magiczny blask dotrze 
do ściany, otoczy postacie niewidzialnych obserwatorów, ujawniając ich kontury. 

Carvelli rozglądał się nerwowo. Randal rozważał różne możliwości. „Mógłbym zaskoczyć go magicz- 

 

nym ciosem. Nie miałby szans, tyle że nie używałem takich zaklęć od śmierci Nicka, i za nic nie chciałbym 
zacząć teraz. Jeśli będę musiał, rozpalę rękojeść jego miecza, a gdy upuści broń, uniosę go czarem 
lewitacji i wyrzucę przez okno". 

Plama błękitnego światła dopełzła do stóp Randala i zaczęła piąć się po jego nogach. Czarodziej nie śmiał 
spojrzeć w dół, bojąc się przedwcześnie złamać czar niewidzialności, ale Carvelli i tak zobaczył intruza. 

Mam cię, szpiegu! - wysyczał. - Wiedziałem, że nie można ci ufać. 

Rzucił się w przód, celując mieczem w serce czarodzieja. Randal skoczył w bok i ostrze chybiło, rozrywając 
jedynie szeroki rękaw togi. Carvelli wycofał się po pchnięciu, odwracając tak, by stanąć twarzą w twarz z 
przeciwnikiem. Randal wiedział, że nie jest już niewidzialny i że następny cios będzie precyzyjniejszy. 
„Trzeba działać" - pomyślał i otworzył usta, by wyrecytować zaklęcie, które rozpaliłoby do białości 
rękojeść miecza Carvellego. 

Nie zdążył wypowiedzieć ani słowa, gdyż w tej samej chwili uratowany nieznajomy postąpił o krok 
naprzód, pojawiając się tuż za Carvellim. Mężczyzna wziął zamach i wymierzył potężny cios w tył czaszki 
magika. Błękitne światło zgasło; Randal usłyszał raczej, niż zobaczył, że nieznajomy złapał wpół osuwające 
się ciało i cicho złożył je na podłodze. 

Musiałeś to zrobić? - wymamrotał. 

background image

Machinalnie wyczarował własny zimny płomień, 

by rozproszyć ciemności. 

Miałem wszystko pod kontrolą - dodał. 

Nieznajomy gorączkowo szperał w sakiewce u pasa Carvellego. Naraz uniósł głowę, by zmierzyć Randala 
lodowatym spojrzeniem. 

Nie wiem, kim jesteś, czarodzieju, ale wiem, że nie możesz być tym, kogo udajesz. Trzymaj się z 

dala ode mnie i moich spraw. 

Spotkaliśmy się tego ranka - powiedział Randal cicho, by nie usłyszały go straże, czekające za 

drzwiami sąsiedniej komnaty. - Jestem wędrownym czarodziejem i służę Petruciowi. Jeśli powiesz mi, 
czego tu szukasz, może będę mógł ci pomóc. 

Nieznajomy zignorował go. 

Świetnie, jest! 

Skrawek papieru zniknął w jego kieszeni. 

Co to jest? - spytał Randal. 

Lista wszystkich zdrajców w pałacu. A teraz wynośmy się stąd i wracajmy do Pedy. 

Nie możesz stąd wyjść tak po prostu - zauważył Randal. - Mogę zmienić twój wygląd. 

Nieznajomy ruchem głowy wskazał nieprzytomnego Carvellego. 

Może przemienisz mnie w niego? 

Niezły pomysł - Randal jeszcze raz spojrzał na uratowanego przez siebie człowieka. - Może 

zdradzisz mi swoje imię? Wolałbym nie wołać do ciebie „hej, ty" przez resztę nocy. 

Możesz mówić do mnie Hernando - powiedział mężczyzna z krzywym uśmiechem. - To nie jest 

moje prawdziwe imię, ale spełni swoje zadanie. 

Wobec tego, Hernando, stój przez chwilę spokojnie. 

Po raz drugi tej nocy Randal sporządził magiczną podobiznę Carvellego. Tym razem oryginał leżał bez 
przytomności tuż obok, umożliwiając wprowadzenie korekt do iluzorycznego wizerunku. Młody 
czarodziej czuł, że stworzył znacznie wierniejszą kopię od poprzedniej. 

Gotowe - powiedział, cofając się o krok i przyglądając swemu dziełu z zadowoleniem. - Teraz nie 

odróżniłaby was jego własna matka. 

Hernando zignorował ten komentarz i pochylił się nad zwiotczałym ciałem magika. 

background image

Musimy go związać i gdzieś ukryć. Pomóż mi, zamiast gadać. 

Randal i Hernando ściągnęli pończochy z chudych nóg Carvellego, by użyć ich do spętania jego stóp i 
dłoni. 

Wepchniemy go pod biurko - wysapał Hernando, zaciskając ostatni węzeł. - Czy możesz 

wyczarować coś, co przytrzymałoby go tam na pewien czas? 

Randal skinął głową. 

Uczynię go niewidzialnym i zabezpieczę węzły magicznymi pieczęciami. Niewidzialność utrzyma 

się, dopóki magik się nie poruszy, a nie poruszy się, dopóki nie złamie pieczęci. Powinniśmy zyskać 
wystarczająco dużo czasu na ominięcie wartowników i powrót do miasta. 

Młody czarodziej pomógł Hernandowi wepchnąć pod biurko związanego Carvellego. Następnie założył 
magiczne pieczęcie na węzły i okrył czarem niewi-dzialności zwiniętą w kłębek postać. Po chwili 
sobowtóry mistrza Edmonda i Carvellego szybkim kro- 

kiem wymaszerowały z gabinetu i mijając straże przy drzwiach sąsiedniej komnaty, wyszły na korytarz. 
Poza dwoma wartownikami nie było tam nikogo. Randal i Hernando przemierzali kolejne, równie puste 
korytarze, kierując się w stronę dziedzińca. Nagle Randal zatrzymał się i nadstawił uszu. Z oddali doszły 
go głosy i tupot wielu nóg. 

Chyba mamy kłopoty - wyszeptał. - Nie sądzę, by spodziewali się, że mistrz Edmond tak wcześnie 

opuści swoją komnatę. 

Hernando nie tracił czasu. 

Tędy, szybko! - rzucił. 

Szpieg chwycił Randala za przedramię i wciągnął do jednego z wąskich bocznych korytarzy, niewątpliwie 
przeznaczonych wyłącznie dla służby. Minąwszy w biegu kilka ostrych zakrętów, uciekinierzy dotarli do 
ślepego zaułka, zamkniętego zaryglowanymi na głucho drzwiami. 

Gdzie jesteśmy? - wysapał Randal. 

W lochach. 

Nie wiedziałem, że Bartolomeo... 

Teraz już wiesz. Potrafisz otworzyć te drzwi? 

Randal wymamrotał zaklęcie otwierające zamki. 

Gdy tylko szczęknęły odsuwane rygle, Hernando pchnął drzwi, przeciągnął Randala przez próg i zamknął 
drzwi za sobą. 

Zarygluj je teraz. 

background image

Randal spełnił polecenie i odwrócił się, czekając, aż oczy przyzwyczają się do ciemności. Był w więzieniu 
Bartolomea. Stał u wylotu mrocznego tunelu, oświetlonego jedynie księżycową poświatą, sączącą się 

przez zakratowane okienka w sufitach cel. Drugi koniec tunelu również zamykały ciężkie, okute żelazem 
drzwi. Uciekinierzy ruszyli wzdłuż korytarza, mijając kolejne żelazne kraty, jakimi zamknięte były cele. 
Więzienie było puste. Tylko w ostatniej celi Randal dostrzegł jasną plamę na słomie, pokrywającej 
kamienną podłogę. Leżał tam mężczyzna w białej koszuli; na odgłos kroków odwrócił się i spojrzał w górę. 
Zaskoczenie odebrało Randalowi mowę - to był Vincente. Aktor był zarośnięty, brudny i poturbowany, ale 
jego rude włosy niezbicie świadczyły o tym, że jest to ten sam mężczyzna, z którym Randal spędził cały 
poprzedni wieczór na próbie letniego przedstawienia. 

Randal zrzucił maskę mistrza Edmonda i podszedł do kraty, zamykającej wejście do celi. 

Co ty tutaj robisz, Vincente? 

Aktor uniósł się na łokciu. 

Jacyś ludzie napadli mnie, kiedy wracałem do domu - powiedział słabym głosem. - Zarzucili mi 

worek na głowę i zdjęli dopiero tutaj. 

Jak długo tu jesteś? - spytał Hernando. 

Nie jestem pewien... ale minęły przynajmniej dwa dni, odkąd mnie tu zawlekli i porzucili. 

Dwa dni?! 

Zimny dreszcz przebiegł Randalowi po grzbiecie. Przecież rozmawiał z aktorem nie dalej jak wczoraj przed 
północą. „Jeśli to jest prawdziwy Vincente, to w książęcej trupie znalazł się jego sobowtór, a to 
oznacza...". 

W tok jego myśli wdarł się dźwięk, który sprawił, że Randal oblał się zimnym potem. W sforsowanych 

przed minutą drzwiach na końcu tunelu zgrzytnął przekręcany klucz. Czarodziej gorączkowo 
wypowiedział zaklęcie, przywracając sobie postać mistrza Ed-monda - w samą porę. 

Pchnięte z ogromną siłą drzwi otworzyły się z trzaskiem. W smugę księżycowego światła wstąpił 
Bartolomeo, otoczony przyboczną strażą. 

 

Rozdział 

Spisek 

Randal z wahaniem przygotował się do zadania magicznego ciosu. „Mam nadzieję, że Hernando poradzi 
sobie z otworzeniem drzwi z drugiej strony. Tylko co z biednym Vincentem...?". 

Nim zdążył cokolwiek uczynić, ciszę przerwał Bartolomeo. 

background image

Aaa, Carvelli! - zawołał. - Widzę, że sprowadziłeś już mistrza Edmonda. Znakomicie! Zatem 

bierzmy się do roboty. 

Diuk zwrócił się do Randala. 

No i co, czarodzieju? Czy zdołasz sprawić, bym wyglądał tak samo, jak ten człowiek? 

Bartolomeo wyciągnął palec w stronę przestraszonego Vincentego. Randal wyzwolił przygotowany czar z 
więzów woli, pozwalając niewykorzystanej energii na rozproszenie się. 

Z łatwością, wasza miłość - powiedział, zginając się w ukłonie. 

Była to prawda. Bartolomeo i Vincente byli niemal jednakowego wzrostu i postury. Choć diuk był o kil- 

81 I 

ka lat starszy od gwiazdy książęcego teatru, różnica nie była na tyle duża, by przysporzyć młodemu 
czarodziejowi poważniejszych kłopotów. 

Obyś się nie mylił - powiedział Bartolomeo. - Ta iluzja ma zwieść mistrza Petrucia, nadwornego 

czarodzieja mojego brata, a mawiają, że ma on wielkie doświadczenie w tej materii. 

Istotnie, słyszałem o tym - odparł Randal - ale Petrucio nie będzie szukał iluzji tam, gdzie nie 

podejrzewa jej istnienia. 

„Nawet jeśli Petrucio nie podejrzewa jeszcze najgorszego, z pewnością zacznie, gdy zamienię z nim kilka 
słów" - dodał w myśli, unosząc ręce w teatralnym geście, zapożyczonym od ducha ze sztuki książęcej 
trupy. Młody czarodziej rozpoczął konstruowanie czaru, jaki miał nadać diukowi wygląd uwięzionego 
aktora. Pragnąc utwierdzić swego mocodawcę w jego fałszywym wyobrażeniu o magii, przeciągał 
wszystkie czynności tak bardzo, jak tylko mógł, urozmaicając je mnóstwem niepotrzebnych, acz 
efektownych gestów i min. Urządzał własny magiczny pokaz, na nowo kształtując i kolorując twarz 
Bartolomea. 

Fiat! - zawołał gromkim głosem, utrwalając iluzję na miejscu. 

W wyglądzie mężczyzn po obu stronach więziennej kraty nie było teraz żadnej różnicy, jeśli nie liczyć 
brudu i sińców na twarzy prawdziwego Vincentego. Randal opuścił ręce, mając nadzieję, że w 
zamieszaniu, jakie wywołał, nikt nie zauważył odsuniętego rygla w zamku celi. Przynajmniej tyle mógł 
zrobić dla 

Vincentego, nie demaskując się, a nie chciał po prostu zostawiać aktora na łasce i niełasce Bartolomea. 

Diuk triumfalnie spojrzał na Hernanda. 

No i co powiesz, Carvelli? Nadal utrzymujesz, że nie powinienem wtajemniczać mistrza Edmonda 

w nasze plany? 

background image

Hernando potrząsnął głową. 

Nie, panie. Iluzja zaiste jest wyśmienita, ale... jak długo się utrzyma? 

Randal stłumił uśmiech, cisnący mu się na usta. Zamaskowany szpieg najwyraźniej obawiał się o trwałość 
swojej tymczasowej maski. 

Będzie trwać, dopóki nie pozwolę jej się rozproszyć - powiedział Randal-Edmond, najbardziej 

obojętnym głosem, na jaki było go stać. - Podobnie jak wszystkie czary tego rodzaju - dodał po chwili. 

Wobec tego nie traćmy czasu - powiedział Bartolomeo, zacierając dłonie. - Powozy już czekają. 

Dokonamy dziś wielkich czynów. 

Diuk okręcił się na pięcie, aż zafurkotał jego długi płaszcz, i dziarskim krokiem pomaszerował w stronę 
wyjścia z więzienia. Tuż za nim podążyli żołnierze, a na końcu Randal i Hernando, pozostawiając 
Vincentego samego w ciemnościach. „Jeśli choć raz dotknie drzwi, zauważy, że są otwarte. Reszta zależy 
od niego" - pomyślał Randal, przemierzając korytarze dworku z oczami wbitymi w miecz idącego przed 
nim żołnierza. 

Na dziedzińcu czekały dwa powozy. Lokaj uchylił drzwiczki pierwszego, wpuszczając Bartolomea do 
ciemnego wnętrza. Diuk zdecydowanym gestem nakazał Randalowi, by wsiadł do karocy razem z nim. 

Wstępując na stopień, młody czarodziej obejrzał się przez ramię - do drugiego powozu posłusznie wsiadał 
Hernando i jeden z ludzi Bartolomea. 

Diuk gwałtownie załomotał pięścią o dach karocy. Trzasnęły lejce. Powóz szarpnął i z chrzęstem potoczył 
się po żwirowanej alejce. 

Tym razem zasłony nie były zaciągnięte i Randal mógł obserwować trasę, jaką zdążali w stronę Pedy. 
Kiedy na drodze konie puściły się kłusem, młody czarodziej rozparł się na jedwabnych poduszkach, 
starając się wyglądać tak, jakby niczemu się nie dziwił. Głowę miał jednak pełną splątanych myśli i mniej 
lub bardziej prawdopodobnych domysłów. „Jak wiele już wiem - pytał sam siebie - a co tylko 
podejrzewam? Bartolomeo zamierza zrobić coś złego podczas dzisiejszego przedstawienia... Zapewne 
chce zabić Ve-spiana, skoro mówił o zajęciu miejsca swojego brata". 

Randal mimo woli zatopił w diuku ponure spojrzenie, a jego myśli galopowały coraz szybciej. „Jak mam 
uratować księcia? Wydaje się sprawiedliwym władcą, a Bartolomeo jest niegodziwcem". 

Siedzący naprzeciw Bartolomeo złowił spojrzenie czarodzieja i westchnął, jakby się nad czymś 
zastanawiał. 

- Wiem, że jesteś gotów do odegrania swojej roli -zaczął, przerywając tok myśli Randala. - Chciałbym 
jednak, byś posłuchał mnie przez chwilę uważnie. Mogę zaoferować ci znacznie więcej niż suma, jaką ci 
obiecałem. 

„A może zabić go tu, na miejscu?" - zastanawiał się Randal, nie spuszczając wzroku z Bartolomea. Musiał 

background image

wytężyć całą swoją wolę, by odeprzeć pokusę pokazania łotrowi swojej prawdziwej twarzy „Od lat 
potrafię posługiwać się magicznymi ciosami i błyskawicami. Używałem ich przeciwko ludziom i 
czarodziejom... Co powstrzymuje mnie teraz?". Randal westchnął w duchu. Dobrze znał przyczyny swej 
niechęci do magicznych technik walki, ale ta wiedza wcale nie przynosiła mu ulgi. „Widziałem, jak mój 
przyjaciel ginie od magii... Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam znów użyć tych zaklęć". 

Oczywiście nasza pierwsza umowa pozostaje w mocy - ciągnął Bartolomeo, nieświadom 

wewnętrznej walki, jaką toczył jego towarzysz. - Unieszkodliwisz Petrucia w sposób, jaki uznasz za 
najskuteczniejszy, ale dopiero gdy stanę przed wszystkimi na scenie. Kiedy się tam zjawię, wykonasz swój 
ruch; dokładnie wtedy i nie wcześniej. 

Randal skinął głową. 

Zrobię wszystko, co obiecałem. 

„Na szczęście niczego ci nie obiecywałem" - dodał w duchu. Myśl ta skojarzyła mu się z obietnicami, jakie 
rzeczywiście złożył sobie i innym. „Książę nie chce, by jego bratu stała się krzywda, a ja nie chcę 
postępować wbrew jego woli". 

Znakomicie - ucieszył się Bartolomeo. 

Diuk był okrutnym i bezdusznym człowiekiem, ale - jak zauważył Randal - tej nocy emocje rozwiązały mu 
język, skłaniając do gadulstwa, przynoszącego ulgę napiętym jak postronki nerwom. Bartolomeo pochylił 
się w stronę czarodzieja i spojrzał nań błyszczącymi oczami. 

85 ' 

% A 

Powiedz, czy zgodzisz się zostać moim nadwornym czarodziejem? - spytał półgłosem. - Obiecane 

złoto należy do ciebie, bez względu na odpowiedź. 

Randal nie odpowiedział. „Niech myśli, że słucham z uwagą". Bartolomeo przełknął ślinę i podjął wątek. 

Kiedy Petrucio umrze, zostaniesz jedynym czarodziejem w mieście. Pomyśl o potędze i 

bogactwach... 

Diuk przysunął się jeszcze bliżej Randala i zniżył głos do szeptu. 

Tak czy owak chciałbym zlecić ci jeszcze jedno zadanie... Zabij Carvellego. Nie ufam mu. Dopóki 

żyje, jest dla mnie zagrożeniem. 

Bartolomeo wyprostował się i spojrzał w okno. 

Poza tym, kto potrzebuje domorosłego magika, kiedy ma pod ręką czarodzieja z Tarnsbergu? - 

dorzucił normalnym już głosem. 

background image

Randal poczuł mdłości. „Ta żmija zdradza nawet własnych ludzi. Carvellemu obiecał, że zabije Edmon-da, 
kiedy tylko ten spełni swoje zadanie". Czarodziej z trudem opanował drżenie głosu. 

Mamy dziś zbyt wiele do zrobienia, by rozmawiać o jutrze, wasza miłość - powiedział, siląc się na 

spokój. - Mogę obiecać jedno: udzielę odpowiedzi, kiedy książę będzie już martwy. 

On już nie żyje, choć jeszcze o tym nie wie - powiedział Bartolomeo ze złym uśmiechem. - Nie 

doczeka świtu, a sprawi to mój miecz. 

Westchnąwszy w duchu raz jeszcze, Randal odwrócił wzrok od diuka i udał, że całkowicie pochłonął go 
widok za oknem. „Książę Yespian nie życzy sobie 

 

krzywdzić brata - myślał - lecz jeśli Petrucio i ja nie zdołamy pokrzyżować planów Bartolomea, książę 
zginie... Wtedy to, czego chce lub nie, przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie". 

W tejże chwili minął czas na oddawanie się rozmyślaniom. Rozpędzony powóz przejechał przez bramę 
pałacu - olbrzymie wrota z kutego żelaza, ozdobione wizerunkami lwów i delfinów - i potoczył się wzdłuż 
podjazdu, mijając rzędy uzbrojonych wartowników. 

Randal wcisnął się głębiej w poduszki, starając się za wszelką cenę ukryć swoje przerażenie. Twarze 
wszystkich wartowników były dla niego nowe, a przecież w ciągu kilku tygodni pobytu w pałacu zdążył 
poznać większość żołnierzy pałacowej straży. Jednocześnie czarodziej rozpoznał kilku dworzan w liberii: 
byli to ludzie, którzy wcześniej patrolowali ogród przy dworku Bartolomea. Czy książę wiedział o tym czy 
nie, jego brat zdążył już opanować pałac. 

Oba powozy zatrzymały się gwałtownie przed jasno oświetlonym wejściem do pałacu. Nim Randal 
zdecydował, co powinien uczynić, drzwiczki otworzyły się i fałszywy Vincente zniknął w tłumie dworzan. 
Po chwili obok powozu pojawił się mężczyzna, który podróżował wraz z Hernandem w drugiej karocy. 

- Chodźmy, mistrzu - powiedział z szacunkiem. -Zaprowadzę cię na miejsce. 

Młody czarodziej tylko kiwnął głową, czując, że nie może ufać swemu głosowi. Wysiadł z powozu. 
Poprawiwszy na sobie togę, podążył w ślad za nowym przewodnikiem, który poprowadził go przez jasno 
oświetlony korytarz, prowadzący do głównej sali ba- 

lowej pałacu księcia Vespiana. Wewnątrz sali powietrze wypełniała muzyka, gwar i śmiech. W żółtawym 
blasku niezliczonych świec falował różnobarwny tłum mężczyzn i kobiet w wytwornych strojach. 

Karnawał równonocy istotnie przyciągnął gości z całego cywilizowanego świata. Randal dostrzegł 
ambasadorów sąsiednich państw-miast, otyłego kupca z Widsegardu, a także jednego lub dwóch 
mężczyzn w długich wschodnich szatach. Jednak nigdzie w zasięgu wzroku nie było ani mistrza Petrucia, 
ani księcia Vespiana. 

W pewnym momencie nad gwarem wielu głosów uniósł się znajomy alt Lys, dobiegający z drugiego 

background image

końca sali. Randal uśmiechnął się do siebie. Pieśniarka mogła pójść dokądkolwiek bez wzbudzania 
niczyich podejrzeń. „Będzie mogła zanieść wieści do Petrucia, nawet jeśli nie uda mi się wymknąć na tak 
długo, by zrobić to samemu" - pomyślał czarodziej, gwałtownie przeciskając się przez tłum w stronę, z 
której dobiegał śpiew. Gdy dotarł na miejsce, opadły mu ręce. Owszem, Lys była tam: odziana w piękną 
czarno-srebrną suknię i z niezrównaną wprawą grająca na zupełnie nowej lutni. Szkopuł w tym, że siedząc 
wysoko, na galerii dla muzyków, była całkowicie niedostępna. 

Randal zmarszczył brwi, zastanawiając się gorączkowo nad następnym krokiem. „Jak mam ją zawiadomić, 
że tu jestem?" - myślał, patrząc na przyjaciółkę. Nagle znalazł rozwiązanie. Tak jak czynił to setki razy na 
okcytańskich targowiskach, wyczarował akord, zawieszając go nad muzyką Lys, po czym rozmnożył 

go w kilka linii melodycznych, tworząc ruchliwy gobelin dźwięków. 

Zaskoczona pieśniarka spojrzała w tłum, kłębiący się pod galerią muzyków. Była doświadczoną artystką, 
więc nie zgubiła rytmu i nie sfałszowała ani jednej nuty. Po chwili płynnie zmieniła piosenkę na inną, tę 
samą, którą najczęściej zabawiała widzów w swojej wędrówce z Widsegardu do Okcytanii. 

„Wie, że wróciłem - pomyślał Randal z satysfakcją - ale jak mam dać jej znać, gdzie ma mnie szukać, bez 
zwracania uwagi wszystkich gości?". Ponownie zerknął na galerię i aż przygryzł wargę z gniewu. Kiedy 
roztrząsał swój problem, Lys zniknęła, a jej miejsce zajął kwartet muzyków. Za artystami stał wysoki 
rudowłosy mężczyzna, wypatrujący czegoś w kolorowym tłumie gości. 

Vincente. 

„Nie - przypomniał sobie Randal - diuk Bartolomeo. Muszę się stąd wydostać i opowiedzieć o wszystkim 
Petruciowi. Księciu nie wolno pojawić się na przedstawieniu". Czarodziej rozejrzał się i z niemałą ulgą 
zauważył, że najbliższym wyjściem były niepozorne drzwi, wiodące do kwater służby i aktorów. Patrząc 
wzdłuż rzędu kolumn, znów ujrzał rudowłosego mężczyznę, tym razem idącego przez salę i znikającego w 
jednym z bocznych korytarzy. 

Znów Vincente. 

Randal nie wierzył własnym oczom. „Może to jeden z dworzan?". Czarodziej potrząsnął głową. Był 
pewien, że widział znajomego aktora. Jeszcze raz spojrzał na galerię. 

89 JL 

 

 

 

Vincente stał tam tak samo jak przedtem. 

background image

„Jeden z nich musi być prawdziwym Vincentem -myślał Randal - albo to jego nieznany sobowtór. Tylko 
dlaczego jeszcze tutaj jest, skoro pod aktora podszył się Bartolomeo...? A jeśli nie pracuje dla 
Bartolomea, to dla kogo?". 

Młody czarodziej zrozumiał, że proste przekazanie ostrzeżenia przez Lys może nie wystarczyć. Sprawy za 
bardzo się skomplikowały. Musiał sam opowiedzieć wszystko Petruciowi - i to szybko, zanim sytuacja 
wymknie się spod kontroli. 

Randal spojrzał na wartownika, pilnującego wyjścia z sali. „Muszę przejść obok, nie zwracając jego uwagi. 
Szkoda, że niewidzialność nie działa w przypadku poruszających się przedmiotów" - myślał. Przez chwilę 
rozważał zastosowanie kolejnej iluzji. „Nic z tego -zdecydował wreszcie - ludzie zauważą zmianę. Ponadto 
utrzymuję już trzy iluzje. To jeszcze nie jest szczyt moich możliwości, ale już bardzo blisko". Czarodziej 
gniewnie potrząsnął głową. „Jestem wędrownym czarodziejem. Powinienem wiedzieć, jak 
niepostrzeżenie wymknąć się z sali pełnej ludzi". Nagle przypomniały mu się słowa Vincentego, 
wypowiedziane podczas próby kilka tygodni temu: „Błysk światła i głośny huk powinien wystarczyć do 
zamaskowania wszelkich niezręczności". Randal uśmiechnął się do siebie i ruszył w stronę wyjścia. Gdy 
znalazł się o krok od wartownika, uruchomił czar, jaki przygotował po drodze. 

Świece w najbliższym kinkiecie nagle zapłonęły wysokimi na stopę płomieniami. Oczy wszystkich -w tym 
strażnika - zwróciły się w stronę błękitnożół- 

tego rozbłysku i patrzyły w zdumieniu, jak dziesięć woskowych słupków w jednej chwili topi się do 
mosiężnych podstaw. W tym samym momencie Randal trzema szybkimi krokami minął wartownika, by 
puścić się biegiem, gdy tylko znalazł się w korytarzu. 

Nikt go nie gonił. „Gdy to wszystko się skończy, będę musiał podziękować Vincentemu za podsunięcie mi 
pomysłu" - pomyślał Randal. Przez kilka minut na chybił trafił przeszukiwał korytarze, po czym skierował 
się do pracowni Petrucia. „Może wciąż czeka tam na mnie?" - zastanawiał się gorączkowo. „Nie 
zauważyłem go w tłumie gości. Jeśli go nie będzie, spróbuję przynajmniej dotrzeć stamtąd do księcia". 

Biegnąc przez pałacowe korytarze, nagle usłyszał odległy gong, a potem wołanie herolda: 

- Wszyscy goście proszeni są do teatru, gdzie wraz z Jego Łaskawością, księciem Vespianem 
Niezrównanym, suwerennym władcą Pedy, obejrzą sztukę pod tytułem Zemsta bratanka! 

Młody czarodziej pobiegł jeszcze szybciej, obawiając się, że jeśli czegoś nie zrobi, w pałacu wydarzy się 
tragedia większa niż jakakolwiek z odgrywanych dla księcia przez jego utalentowanych aktorów. 

 

Rozdział 

x ^ 

maski     

Drzwi pracowni Petrucia były zamknięte, ale przez szczelinę przy podłodze przesączało się światło. 
„Dobrze. Wciąż pracuje" - pomyślał Randal i nie pukając, obrócił gałkę. 

background image

Mistrzu Petrucio?! - zawołał, przestępując próg. - Mistrzu Petrucio! 

Nie ruszaj się, ty...! - niski kobiecy głos kipiał gniewem. 

Randal odwrócił się i ujrzał Lys, przebraną już w teatralny kostium. Płomienie świec, płonących w 
wieloramiennym lichtarzu, igrały miriadami refleksów wśród złotych nitek, jakimi przetkana była materia 
jej sukni. Jeszcze jaśniej błyszczał uniesiony do ciosu nóż. 

Nie wiem, kim jesteś, ale nie powinieneś móc tak po prostu otworzyć tych drzwi - głos pieśniarki 

drżał z emocji. 

Lys... - powiedział Randal, powoli unosząc dłonie. - Możesz odłożyć nóż. To ja. 

Randy? 

 

92 

Na twarzy Lys malowała się dezorientacja. „No tak - pomyślał Randal - przecież wciąż wyglądam jak 
mistrz Edmond". 

Powinienem zostawić cię w Tarnsbergu - powiedział po breslandzku i pozwolił iluzji zgasnąć. 

Pozbywszy się własnej maski poczuł się silniejszy, choć iluzje, jakimi obdarzył Hernanda i Bartolomea, 
wciąż czerpały z jego rezerw magicznej energii. 

Lys opuściła nóż. 

To naprawdę ty! - zawołała z nerwowym śmiechem. 

Zgadza się - przytaknął. - Ale co ty tutaj robisz? Zaraz zacznie się przedstawienie. 

Wiem. Mistrz Petrucio zastępuje cię w teatrze, a mnie poprosił, bym tu na ciebie czekała. 

Powiedział, że oprócz mnie będziesz jedyną osobą, która zdoła otworzyć drzwi. Chyba martwi się o 
ciebie. 

A ja o niego - powiedział Randal. - Czy zostawił dla mnie jakąś wiadomość? 

Lys skinęła głową. 

Powiedział, że sytuacja zmienia się zbyt szybko, by mógł dać ci jakiekolwiek wskazówki i że 

powinieneś postępować w sposób, jaki uznasz za stosowny. 

To wszystko? 

Randal był rozczarowany. Miał nadzieję, że wszystkie jego rozterki skończą się, gdy znajdzie Petrucia. 

Diuk Bartolomeo będzie próbował zabić księcia. Ktoś musi go powstrzymać - powiedział po 

background image

chwili. 

Lys odłożyła nóż. Nie wyglądała na bardzo zdziwioną - zapewne Petrucio powiedział jej o 
niebezpieczeństwie. 

Zatem wracajmy do teatru. 

Randal zgasił świece dmuchnięciem magicznego wiatru, a potem wraz z Lys wyszedł na korytarz. Razem 
pobiegli w stronę książęcego teatru. Przed wejściem dla aktorów Randal zatrzymał się. 

Poszukaj Petrucia za kulisami - powiedział. - Powiedz mu, by powstrzymał Vincentego za wszelką 

cenę. 

Vincente? A co on...? 

Później ci wyjaśnię. Ja pójdę na widownię i ostrzegę księcia. 

W samą porę Randal przypomniał sobie, że przed wejściem między ludzi Bartolomea powinien znów 
przybrać postać mistrza Edmonda. Pośpiesznie wypowiedział odpowiednie zaklęcia, zauważając, że przy 
każdej zmianie postaci iluzja coraz łatwiej poddaje się jego woli. Gdy był gotów, pobiegł co tchu wzdłuż 
korytarza. W pobliżu głównego wejścia do teatru zatrzymał się na chwilę dla złapania oddechu, po czym 
splótł ręce na piersi i ruszył dalej krokiem bardziej stosownym dla siwowłosego mistrza Edmonda. 
Wartownicy przy drzwiach nie zwrócili nań uwagi. 

W teatrze goście księcia Vespiana zajmowali już niemal wszystkie rzędy wyściełanych ław. Stojąc w 
tylnym rogu sali, spomiędzy kolumn podpierających balkony Randal widział księcia, siedzącego na środku 
pierwszego rzędu. Masywny tron wznosił się nad głowami widzów niczym olbrzymia drewniana góra. W 
drugim rzędzie, zaledwie kilka stóp od Vespiana, zajął miejsce mistrz Petrucio. 

„Muszę ich ostrzec" - pomyślał Randal i starając się nie zwracać niczyjej uwagi, jął przesuwać się 

94 

 

w stronę sceny, ukrywając się za kolejnymi kolumnami. Nie uszedł daleko, gdy poczuł czyjąś dłoń na 
swoim ramieniu. Odwrócił głowę i ujrzał człowieka, który eskortował go z powozu do pałacu. 

- Dobrze, że jesteś, mistrzu - powiedział sługus Bartolomea z wyraźną ulgą w głosie. - Myślałem już, że się 
zgubiłeś. Lepiej się pośpieszmy. Jeśli nie zajmiesz się w porę czarodziejem Vespiana, cała akcja spali na 
panewce, zanim na dobre się rozpocznie. 

Ujął Randala za łokieć i poprowadził w stronę sceny. Zatrzymali się przy rzędzie ław, w którym siedział 
mistrz Petrucio. „Tak blisko - myślał Randal. - Ale jeśli go zawołam, ten żołnierz mnie zabije... Chyba że 
zajmę się najpierw nim". 

background image

Randal powoli zacisnął pięści. Blizna na prawej dłoni zabolała go, choć nie było jej widać zza 
iluzorycznego wizerunku mistrza Edmonda. „To nie jest moja walka - myślał. Nadal mogę stąd wyjść i 
pozwolić tym ludziom pozabijać się bez mojej pomocy... Ale Petrucio... Nie mogę zawieść jego zaufania". 
Randal westchnął i zaczął przygotowywać czar, jaki pozbawiłby jego strażnika przytomności, dając 
czarodziejowi swobodę działania na wystarczająco długi czas, by mógł obronić się przed innymi ludźmi 
Bartolomea i przekazać mistrzowi swoją wiadomość. Tymczasem przyszedł mu do głowy inny pomysł. 
„Przecież mogę użyć magicznego rezonansu - pomyślał z ulgą. - Petrucio zauważy czar. Będzie wiedział, że 
to ja". 

Nie tracąc czasu, wymamrotał zaklęcie. Tak jak się spodziewał, magiczne echo powróciło doń z kilku 
różnych źródeł. Randal wyczuł obecność pewnej licz- 

by drobnych uroków, działających na scenie i za kulisami - były to zapewne maski aktorów i iluzoryczne 
efekty, przygotowane do pierwszego aktu. „Petrucio zastępuje mnie, tak jak obiecał". 

Spoza pomniejszej magii echo mistrza czarodzieja uderzyło Randala niczym bezgłośny grom. Kiedy jednak 
czar rezonansu wygasł, zdumiony młodzieniec zmarszczył brwi. Celowo skierował większą część czaru w 
stronę Petrucia, ale ciemnowłosa postać w wyszywanej złotą nicią todze prawie nie miała w sobie magii. 
Echo mistrza dobiegało skądinąd. 

„Iluzja?" - zastanawiał się Randal. Już miał wypowiedzieć zaklęcie dostrzegania prawdy, gdy poczuł łokieć, 
wbijający mu się między żebra. 

Przygotuj się, mistrzu - wyszeptał żołnierz. -Patrz na scenę. 

Randal spojrzał akurat w momencie, gdy na scenę wychodziła Lys. Była nienaturalnie blada i miała 
roztargniony wyraz twarzy. Pieśniarka odwróciła się ku lewej stronie sceny i wyrecytowała kwestię, 
zapowiadającą pierwsze pojawienie się Vincentego - tytułowego bratanka. 

Któż to jest, kto mój dom nocą nachodzi? 

Dokładnie we właściwym momencie na scenę 

wkroczył Vincente. „Nie - przypomniał sobie Randal - to Bartolomeo!". Podobieństwo do rudowłosego 
aktora było dokładne, ale przy uważniejszej obserwacji czarodziej zdołał wykryć w jego postaci nikłe ślady 
własnej magii. Diuk odziany był w czarno-srebrny kostium, jaki Vincente wybrał dla bratanka, by złożyć 
hołd księciu. W dłoni dzierżył szpadę. 

i 96 

A * 

 

Randal wstrzymał dech. Bartolomeo podszedł do krawędzi sceny, jakby zamierzał wygłosić pierwszy 
monolog. Zamiast tego wrzasnął na cały głos: 

background image

Wszystkiego dobrego, bracie! 

Po czym skoczył przed siebie i zatopił miecz w ciele Vespiana. W kilku miejscach sali rozległy się okrzyki 
strachu. W tej samej chwili mistrz Petrucio - albo też jego imitacja - rozpłynął się bez śladu w powietrzu. 
Bartolomeo wyrwał z piersi księcia zakrwawioną klingę, wskoczył na scenę i uniósł dłoń. 

Mieszkańcy Pedy! - zawołał, przekrzykując wrzawę. 

Tłum, który cisnął się do rannego księcia, na głos Bartolomea zatrzymał się i uciszył. Jednak nim diuk 
zdążył cokolwiek dodać, na widowni znów zapanowało poruszenie. Oto zza kulis wypadła na scenę 
jeszcze jedna postać w czarno-srebrnych szatach, trzymająca przed sobą obnażoną szpadę. „Vincente!" 
-pomyślał Randal. 

Tchórz! - okrzyk aktora odbił się gromkim echem od stropu sali. - Morderca! Walcz ze mną, 

łotrze! 

Bartolomeo odwrócił się ku przeciwnikowi. Szczęknęła stal. Dwóch Vincentow zmierzyło się wzrokiem 
znad skrzyżowanych kling. 

Sługus diuka mamrotał do ucha Randala coś o dobrej robocie i załatwieniu mistrza, ale młody czarodziej 
nie słuchał go. Był zbyt zajęty ponownym uruchamianiem czaru rezonansu w desperackiej próbie 
odnalezienia Petrucia. I tym razem nie udało się zlokalizować mistrza. Co gorsza, echo jego mocy 
znacznie osłabło. „Muszę dostać się do księcia. Jeśli nie zaj- 

mę się nim, wkrótce umrze, a rana jest zbyt poważna, bym mógł wyleczyć ją na odległość" - pomyślał 
Randal i popatrzył na wzburzoną publiczność. Niektórzy goście cisnęli się w stronę pierwszych rzędów i 
księcia. Inni rzucili się do ucieczki. Krzycząc i przewracając ławy, biegli w stronę wyjść, zablokowanych 
przez żołnierzy Bartolomea. Powietrze wypełniał ogłuszający rumor. „Nigdy nie przedrę się przez ten 
oszalały tłum". Czarodziej zerknął na swojego anioła stróża. Uwagę wartownika przykuła szermiercza 
potyczka na scenie. „Czas na moją słynną scenę zniknięcia" - pomyślał Randal i pobiegł do wyjścia. 

Stojący za drzwiami wartownik opuścił halabardę, zagradzając nią przejście. 

- Rozkaz diuka! - warknął Randal, zdecydowanym gestem odpychając ostrze na bok. 

Po chwili, przez nikogo nie ścigany, gnał co tchu wzdłuż pałacowego korytarza. Schody prowadzące nad 
scenę były niedaleko, tuż za zakrętem. Randal odnalazł właściwe drzwi, szybko otworzył je zaklęciem i 
przesadzając po kilka stopni naraz, zaczął szybko wspinać się na poddasze. 

Schody wyprowadziły go do rozległego, choć niskiego pomieszczenia z klapą na samym środku podłogi. 
Czarodziej uniósł klapę; stąd widział wszystko, co dzieje się na scenie. Na proscenium Vincente i 
Bartolomeo wciąż walczyli zażarcie, obserwowani przez przestraszonych aktorów, zbitych w gromadkę za 
kulisami. W innych okolicznościach Randal patrzyłby z podziwem na styl pojedynku: same pchnięcia, 
riposty i żadnego z owych szerokich cięć, jakie pozwalały 

JL 98 

background image

ciężkim breslandzkim mieczom przebijać się przez skórzane kurty i stalowe kolczugi. Teraz jednak uwagę 
młodzieńca przykuwali sami walczący. „Widziałem to w mojej wizji: dwaj identyczni przeciwnicy, a 
między nimi walczący o życie Petrucio" - pomyślał Randal. 

Ile mam ci zapłacić, byś opuścił szpadę?! - zawołał jeden Vincente do drugiego, po odparowaniu 

kolejnego sztychu. 

Morderco! - odkrzyknął drugi. - Nie chcę twoich przeklętych pieniędzy! 

Pojedynek toczył się dalej. Za walczącymi Randal dostrzegł Vespiana, opartego bezwładnie o poręcz 
swego tronu. Jeden z dworzan usiłował zatamować krwawienie czymś, co wyglądało na koronkową 
chustkę. Kilka stóp dalej Hernando, wciąż ukryty pod postacią Carvellego, przeciskał się przez tłum, 
najwyraźniej usiłując dotrzeć do księcia. „Będzie potrzebował pomocy. Sam go stąd nie wydostanie" 
-pomyślał Randal, rozglądając się po zawalonym rupieciami poddaszu. Na jednym z kołków, 
umocowanych nieopodal do dachu, wisiał zwój grubej liny. Czarodziej zdjął ją i przywiązał jeden koniec 
do krokwi, dokładnie nad otworem w podłodze. Następnie ujął zwój i już miał rzucić go w dół, gdy 
zatrzymała go pewna myśl. „Lepiej będzie, jeśli przywrócę sobie swój własny wygląd - zdecydował. - 
Ludzie Bartolomea nie do końca wiedzą, kim jestem, a poza tym w ten sposób nikt nie zobaczy mistrza 
Edmonda pomagającego księciu". Krótkim zaklęciem rozproszył iluzję i cisnął linę przez otwór. Nie tracąc 
czasu, owinął dłonie w szerokie rękawy togi i ująwszy linę 

99 i 

przez materiał, błyskawicznie zjechał na scenę. Gdy tylko uderzył stopami o deski, zobaczył Lys, biegnącą 
ku niemu zza kulis. W oczach dziewczyny czaiła się trwoga. 

Randy! Musisz pomóc księciu! 

Próbuję się do niego dostać, ale wszyscy stoją mi na drodze - powiedział Randal, patrząc na pas 

sceny, dzielący jego i Lys od rannego Vespiana. 

Na proscenium, na przemian przyskakując i odskakując od siebie, wciąż walczyli dwaj identyczni 
mężczyźni, tak pochłonięci sobą, że nawet nie zauważyli obecności Randala. 

Chodź za mną - powiedziała Lys i nie czekając, pobiegła na skrzydło sceny. 

Randal dobiegł do niej akurat w momencie, gdy unosiła ciężką klapę w podłodze, podobną do tej, przez 
jaką sam dostał się na scenę. Pieśniarka bez wahania opuściła się w mroczną czeluść. Randal zrobił to 
samo. Spiesząc się, nie próbował nawet wyczarować magicznego płomienia, tylko podążał za głosem Lys, 
która odnajdywała drogę po omacku. 

Tu trzymamy rekwizyty, materiały i dekoracje -mówiła pieśniarka już znacznie spokojniejszym 

głosem. - Gdzieś tu powinny być drugie drzwi. Pamiętasz? Wczoraj wieczorem służba wynosiła stąd 
ławy... O nie. Drzwi są zamknięte od zewnątrz. 

Zajmę się tym - powiedział Randal. 

background image

Namacał ręką prostokąt drzwi i wypowiedział zaklęcie otwierające zamki. Mieli coraz mniej czasu. 
Czarodziejowi wydawało się, że rzucanie czaru trwa całe wieki. Nareszcie usłyszał szczęknięcie odsuwane- 

I 100 

A * 

go skobla. Randal pchnął drzwi i zmrużył oczy, uderzony światłem i głośną wrzawą. Kilka stóp przed sobą 
ujrzał nieprzytomnego Vespiana, wciąż leżącego na swym tronie. Garstka dworzan rozpaczliwie 
próbowała rozpędzić tłum, cisnący się, by zobaczyć, co się stało z władcą. Z rany pod ramieniem księcia 
wciąż lała się krew. 

Zamknij oczy - powiedział Randal do Lys. 

W następnej chwili wyczarował wielką kulę światła, która popłynęła pod sufit, przyciągając wzrok 
obecnych, po czym eksplodowała z wystarczająco jasnym błyskiem, by czasowo oślepić wszystkich 
patrzących. Jednocześnie Randal doskoczył do księcia, pociągając za sobą Lys. 

Złap za nogi! - rzucił, wsuwając ręce pod ramiona Vespiana. 

Nim ktokolwiek zdążył ochłonąć po niespodziewanej iluminacji, Randal i Lys na wpół zanieśli, a na wpół 
zawlekli bezwładne ciało do składziku pod sceną. Czarodziej szybko zatrzasnął za sobą drzwi i zawiesił w 
powietrzu zimny płomień, oświetlający twarz księcia białobłękitnym blaskiem. 

Władca Pedy był w złym stanie. Czarny aksamit jego tuniki przesiąkł na wylot, a z rany pod ramieniem 
wciąż sączyła się spieniona czarna krew. Śniada twarz bladła coraz bardziej. Jej widok obudził w Randalu 
wspomnienie kuzyna Waltera, umierającego od ran po walce z demonem w wieży mistrza Balpesha. 

Nie jest za późno, prawda? - spytała Lys z nadzieją w głosie. - Możesz mu pomóc? 

Mam nadzieję - powiedział młody czarodziej. 

Większość czarodziejów pogardzała magią uzdrawiającą, uznając ją za godną jedynie wiejskich 
znachorów, ale Randal uczył się jej od mistrza, który uczynił ją swoją specjalnością. 

Lys nachyliła się nad rannym księciem i podniosła wzrok na Randala. 

On próbuje coś powiedzieć - wyszeptała - ale nie mogę go zrozumieć. 

Randal wstrzymał swoje przygotowania. Lys miała rację: książę szeptał coś bardzo cicho. Z lekko 
rozchylonych ust rannego płynął potok słów. Młody czarodziej przysunął się bliżej i zamarł, starając się 
nie wydawać żadnego dźwięku. „Nic dziwnego, że Lys nie może go zrozumieć" - pomyślał zdumiony i 
spojrzał na przyjaciółkę. 

To Zapomniana Mowa. 

Wiesz, co on mówi? 

background image

Randal skinął głową. 

To zaklęcie kontynuacji. Podtrzymuje działanie innych czarów bez udziału czarodzieja, który je 

uruchomił... nawet po jego śmierci. 

Ale książę nie jest czarodziejem! - zaprotestowała Lys. 

Rzeczywiście, nie jest - wymamrotał Randal. 

Po chwili namysłu wypowiedział zaklęcie rozpraszające iluzję i zachłysnął się ze zdumienia. Mężczyzną 
wykrwawiającym się przed nim na podłodze był mistrz Petrucio. 

Mistrzu Petrucio! - zawołał Randal. - Co tutaj robisz? I gdzie jest książę? 

102 

Mistrz nie odpowiedział, wciąż szepcąc słowa zaklęcia. 

Fiat! - zakończył wreszcie, po czym zaczerpnął głęboki haust powietrza i wypuścił je z 

westchnieniem. - Czar skończony... i ja... ja chyba także... 

Nie pozwolę ci umrzeć - powiedział Randal, chwytając rannego za ramiona. - Uzdrowię cię, ale 

powiedz mi szybko, gdzie jest książę i co się tu dzieje? 

Aaa, Randal... - wyszeptał Petrucio. - Domyślałem się, że to ty. 

Oczy mistrza powoli otworzyły się i spojrzały na młodego czarodzieja. 

Bartolomeo chce zabić księcia... Nie spodziewałem się... 

Powieki Petrucia zaczęły drżeć, by po chwili zamknąć się znowu. 

Książę, mistrzu! Gdzie jest książę? - nalegał Randal. 

Vespian? - głos Petrucia był coraz słabszy. - Jest tam, gdzie zawsze... jest w... 

Słowa odpłynęły w ciszę. 

 

Rozdział 

Przyjaciele księcia 

- Szybko, Randy! - ponaglała Lys. - Zrób coś, nim będzie za późno! 

Randal recytował już zaklęcia zasklepiające rany i przywracające siłę. Oddech Petrucia wyrównał się, a z 
jego piersi przestała wyciekać krew. Wkrótce mistrz pogrążył się w uzdrawiającym śnie. 

background image

Randal usiadł na podłodze, przy jednym z drewnianych słupów podpierających scenę. Na kilka chwil jego 
własny oddech stał się ciężki i świszczący. Czary uzdrawiające pochłaniały olbrzymie ilości energii, a on 
tego dnia posłużył się nimi już dwukrotnie, raz dla Hernanda i raz dla Petrucia. 

Nad głową czarodzieja deski sceny łomotały pod butami walczących mężczyzn: Vincente - albo jego 
sobowtór - uparcie nacierał na diuka mordercę. Randal zapragnął położyć się w ciemnym składziku i 
przeczekać całą awanturę. Musiał zebrać całą siłę woli, by zmusić się do wstania. „Kimkolwiek jest ten 
Vincente, jego furia pozwala mi zyskać na czasie. Nie wolno mi zmarnować tej szansy" - pomyślał 
czarodziej, zerkając w górę. 

105   

* A 

 

Lys podążyła wzrokiem za spojrzeniem przyjaciela. Kiedy wstał, ona również zerwała się na równe nogi. 

Co teraz zrobimy? - spytała. 

Uratujemy księcia - odparł Randal, patrząc na śpiącego Petrucia - albo przynajmniej spróbujemy, 

skoro nawet nie wiemy, gdzie jest. 

Czarodziej usłyszał ciche westchnienie. 

Wiesz co... - zaczęła Lys. W jej głosie brzmiała złość. - Zanim cokolwiek zrobisz, chcę się upewnić, 

czy wszystko zrozumiałam. Ty jesteś Randal, tak? Randal z Doun, nie jakiś inny czarodziej, który 
przypadkiem wygląda jak on? Zgadza się? 

Randal niepewnie skinął głową. Dziewczyna spojrzała nań krzywo, krzyżując ręce na piersi. 

Zatem musisz być tym samym Randalem z Doun, który nie dalej jak wczoraj przysięgał, że nigdy 

już nie będzie próbował naprawiać świata. 

No tak, ale... 

Czy ty na pewno wiesz, co robisz? 

Teraz zirytował się Randal. 

Ja jestem Randal, ty jesteś Lys, a ten człowiek tutaj to mistrz Petrucio. Na razie to wszystko, co 

wiem na pewno. 

Młody czarodziej przerwał na chwilę, by się uspokoić. 

Może nie pamiętasz, ale to książę przyjął nas pod swój dach i otoczył opieką - podjął już 

spokojniejszym tonem. - Korzystałem z jego gościny i nie zamierzam stać bezczynnie, kiedy ktoś usiłuje go 
zamordować. 

background image

Wybrałeś znakomity moment na okazywanie wdzięczności. 

 

•r 

Pieśniarka przez chwilę patrzyła na przyjaciela w milczeniu, jakby się nad czymś zastanawiała. Randal nie 
wiedział, czy jej oczy są wilgotne od łez, czy to tylko złudzenie, wywołane jaskrawym blaskiem świetlnej 
kuli. 

Zatem idziesz - powiedziała zrezygnowanym tonem. - A co potem? 

Znajdę księcia i uratuję go... jeśli zdołam. 

Randal spojrzał na Petrucia, wciąż pogrążonego 

w głębokim śnie na zakurzonej podłodze składziku. Po chwili podniósł głowę. 

Tu będziesz bezpieczna - powiedział. - Na wszelki wypadek założę magiczne blokady na wszystkie 

wejścia. Kiedy Petrucio poczuje się lepiej, złamie je bez trudu. Nie sądzę, by ktokolwiek inny w mieście 
potrafił to zrobić. 

Lys już od dłuższej chwili gniewnie kręciła głową. 

Nie zamierzam siedzieć bezczynnie w tej ciemnicy, kiedy ty będziesz próbował dać się zabić. 

Zabić czarodzieja jest trudniej niż ci się wydaje -powiedział Randal - ale pewnie i tak cię nie 

przekonam. 

Młody czarodziej szybko założył magiczną blokadę na drzwi pod rampą. 

Chodźmy - rzucił, zmierzając do wyjścia w suficie. 

Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma nikogo z ludzi Bartolomea, Randal otworzył klapę na całą szerokość, 
błyskawicznie wspiął się na scenę i wciągnął za sobą Lys. Potem zamknął klapę i zabezpieczył ją magiczną 
blokadą. „Przynajmniej Petrucio jest bezpieczny" - pomyślał. 

107   

* A 

Randal i Lys ostrożnie wyjrzeli zza skrzydła sceny i stwierdzili, że sytuacja nie zmieniła się na lepsze. 
Vincente i Bartolomeo wciąż pojedynkowali się na proscenium. Czarodziej mógł rozpoznać diuka, 
wyczuwając własną magiczną energię w maskującej go iluzji. Tymczasem coś innego przykuło jego 
uwagę. „Vincente... - pomyślał - jest w nim coś dziwnego. Chciałbym wiedzieć, co to jest". 

Na widowni goście nie tłoczyli się już przy tronie, ale zbili w strwożoną ciżbę na środku sali. Żołnierze w 
czerni i srebrze rozstawili się gęsto wzdłuż ścian i zablokowali wszystkie wyjścia. Niektórzy dzierżyli 

background image

ciężkie kusze, napięte i gotowe do strzału. Randal dobrze wiedział, że posłana z takiej broni strzała z 
łatwością przebija nawet stalową zbroję. Nie dziwił się, że nikt z gości nie próbuje uciekać. 

Jak dotąd straże nie wtrącały się do wydarzeń na scenie, gdzie Vincente i Bartolomeo wymieniali 
śmiercionośne pchnięcia. Deski proscenium jęczały pod stąpnięciami identycznie obutych nóg, kiedy 
walczący na przemian nacierali na siebie i cofali się, parując kolejne ataki. Smukłe klingi raz po raz 
zderzały się i ślizgały po sobie, napełniając teatr metalicznym dźwiękiem. Żołnierze obserwowali 
widowisko w milczeniu, jak pod potężnym urokiem. „To strach - zrozumiał nagle Randal. - Strach ich 
powstrzymuje. Nie wiedzą, który Vincente jest prawdziwy, a nie chcą zabić Bartolomea". 

Nagle walczący odstąpili od siebie i zamarli ze szpadami skrzyżowanymi na linii wzroku. Bartolomeo i 
Vincente byli godnymi siebie przeciwnikami. Żaden 

JL 108 

A* 

 

nie przewyższał drugiego szybkością ani umiejętnościami, jakby rzeczywiście byli bliźniakami. Randal 
wiedział, że obaj zdali sobie z tego sprawę i teraz obserwują się uważnie, szukając u przeciwnika 
pierwszej oznaki słabości lub wahania: okazji do zdobycia przewagi. 

Nagle zza kulis po stronie przeciwnej niż ta, gdzie stali Randal i Lys, wypadła na scenę smukła rudowłosa 
postać. 

Trzeci Vincente. 

Prawdziwy Vincente; Randal był pewien, że patrzy na porwanego przez Bartolomea aktora. Rudy 
młodzieniec odziany był w czarne pończochy i obszerną białą tunikę, obszarpaną i poplamioną, tę samą, 
którą miał na sobie, kiedy Randal odnalazł go w lochach dworku. Podobnie jak jego sobowtóry, Vincente 
trzymał w ręku szpadę. „Skoro to prawdziwy Vincente - zastanawiał się Randal - a jeden z pozostałych to 
Bartolomeo, to kim jest trzeci i po czyjej stronie stoi naprawdę?". 

Przybysz stanął między walczącymi w pozycji szermierczej i z impetem opuścił szpadę prosto na 
skrzyżowane klingi. Rozległ się metaliczny zgrzyt. Trzy skrzyżowane ostrza oparły się o deski sceny. 
Vincente uśmiechnął się i śpiewnym głosem zadeklamował wers otwierający drugi akt Zemsty bratanka. 

- Bracia, zatem znów się spotykamy! 

Bartolomeo wycharczał przekleństwo. Koncentrując się mocniej, Randal zdołał przedrzeć się przez iluzję i 
dostrzec prawdziwe rysy diuka. 

Ku zdumieniu czarodzieja, drugi czarno-srebrny Vincente roześmiał się głośno i cofnął o krok, prezentując 
gardę. 

109 i 

background image

 

Zaiste, szczęśliwe to spotkanie, mój bracie - wyrecytował głośno drugi wers sztuki. 

Teraz roześmiał się także prawdziwy Vincente. Niczym na dany znak, obaj zwrócili szpady przeciw 
samotnemu diukowi. 

Bartolomeo cofnął się, a jego wzrok pobiegł ku rozstawionym pod ścianami kusznikom. „Nic z tego" 
-pomyślał Randal i nim ktokolwiek zdążył wydać rozkaz strzału, wyczarował powietrzny wir: uderzenie 
wichury, która w jednej chwili zdmuchnęła wszystkie świece w teatrze i natychmiast ucichła. Sala 
pogrążyła się w nieprzeniknionej ciemności. Od strony widowni dały się słyszeć pojedyncze okrzyki 
strachu. Randal złowił uchem brzęknięcie zwalnianej cięciwy i głuche stuknięcie grotu wbijającego się w 
drewno. 

W powietrzu rozszedł się swąd palonych włosów i świece, dymiąc i strzelając iskrami, zapłonęły 
ponownie. Randal osłupiał. „Kto to zrobił? - zastanawiał się gorączkowo. - Przecież nie ja, a Petrucio to 
mistrz, nie amator." 

Uwagę czarodzieja przykuł ruch na tyłach sali. To był Carvelli - nie zamaskowany Hernando, który w tejże 
chwili jął przeciskać się przez tłum w stronę najbliższego wyjścia, z miną świadczącą o tym, że nie 
zamierza pozwolić się zatrzymać byle strażnikowi. Mężczyzna stojący w otwartych tylnych drzwiach 
teatru był prawdziwym Carvellim, magikiem na służbie Bartolomea, łotrem, którego Hernando ogłuszył i 
pozostawił w gabinecie diuka. 

Panie mój, Bartolomeo! - zawołał magik. - Panie mój, zdrada! 

110 

A f 

 

Ale zamaskowany Bartolomeo zniknął. Na scenie pozostali tylko dwaj aktorzy: prawdziwy Vincente w 
brudnej tunice oraz drugi odziany w czarno-srebr-ne szaty. Mężczyźni wymienili spojrzenia i puścili się 
biegiem za kulisy. 

Dokąd oni pobiegli? - szepnęła Lys tuż przy uchu przyjaciela. 

Randal wzdrygnął się, jakby wyrwano go ze snu. 

Nie wiem... - zaczął niepewnie. 

Nagle skojarzenia ułożyły mu się w głowie w logiczną całość. 

Tajne przejście - powiedział. - Za kulisami musi być wejście do ukrytego korytarza. 

background image

Zdołasz je odnaleźć jakimś magicznym sposobem? 

To trochę potrwa, ale mogę spróbować... Nie, zaczekaj! Pracownia Petrucia! 

Raz jeszcze czarodziej wypowiedział zaklęcie iluzji, przywdziewając maskę mistrza Edmonda, czarodzieja 
wynajętego przez Bartolomea. 

Miejmy nadzieję, że straże przy wejściu dla aktorów wciąż uważają Edmonda za sojusznika. 

Ruszajmy. 

Mieli szczęście. Słowa „Rozkaz diuka" otworzyły im drogę niczym najprawdziwsze zaklęcie. Kiedy tylko 
znaleźli się w bezpiecznym miejscu, Randal przywrócił sobie rzeczywistą postać i pobiegł co tchu przez 
kręte korytarze służbowego skrzydła pałacu. Lys podążyła za nim tak szybko, jak tylko pozwalała jej długa 
suknia. 

Dogoniła go, kiedy przekraczał próg pracowni Petrucia. 

111 JL 

% A 

Właśnie przypomniałam sobie, dlaczego tak lubię spodnie i krótkie tuniki - wystękała żałośnie, z 

trudem łapiąc oddech. - Z tej sukni można by zrobić namiot. 

Randal stał już przy boazerii, zasłaniającej wejście do sekretnego tunelu. Odszukał właściwe miejsce, 
nacisnął i odsunął płytę na bok. 

Tędy przejdziemy do prywatnych pokoi księcia -powiedział, patrząc w głąb korytarza. - Jeśli 

Vespian jeszcze żyje, na pewno go tam znajdziemy. 

No to na co czekamy? - spytała rezolutnie Lys i mijając Randala, śmiało wkroczyła do mrocznego 

korytarza. 

Zatrzymała się tak nagle, że idący z tyłu Randal wpadł na nią, tracąc równowagę. 

Cicho...! - szepnęła, podnosząc palec. - Co to za dźwięki? 

Randal znieruchomiał i wsłuchał się w ciszę. Teraz i on usłyszał odgłosy, z jakimi zdążył się dobrze 
zapoznać w ciągu ostatniej godziny: brzęknięcia i zgrzyty dwóch cienkich pedańskich kling, zderzających 
się i ślizgających po sobie w zaciekłym szermierczym starciu. 

Zbliżają się do nas - szepnęła Lys. - Uciekajmy. 

Nie spuszczając oczu z korytarza, Randal i Lys pośpiesznie wycofali się do pracowni. Lys natychmiast 
ruszyła do drzwi, ale Randal złapał ją za rękę i zaciągnął w róg komnaty. 

Nie ruszaj się - szepnął. - Będziemy niewidzialni, ale nie wolno ci się poruszyć. Chcę zobaczyć, co 

się wydarzy. 

background image

 

Oboje przywarli plecami do wyłożonej drewnem ściany. Randal wymamrotał zaklęcie - w samą porę. 
Szczękanie metalu o metal ucichło i zamiast niego dał się słyszeć coraz głośniejszy tupot nóg. Po chwili z 
wylotu tajnego tunelu wyłoniła się ciemna sylwetka, a zaraz potem druga. Postacie przypadły do siebie w 
szermierczym starciu na samym środku pracowni Petrucia. Świszczące w powietrzu klingi błyskały raz po 
raz w smudze księżycowego światła i słabym blasku świec, płonących w korytarzu za otwartymi drzwiami 
pracowni. 

Walczący byli jednakowego wzrostu i postury, ale Randal zdołał rozróżnić ich po szatach. Mężczyzna 
odziany w czarno-srebrną tunikę rysował się mrocznym cieniem na tle szarych ścian, ale srebrne nitki w 
jego stroju odbijały światło, migocąc niczym roje odległych gwiazd. Obszerna biała koszula drugiego była 
ruchomą bladą plamą, poruszającą się w przód i w tył przy każdej wymianie ciosów. 

„To musi być Vincente - pomyślał Randal. - Vincente, którego uwolniłem z lochów Bartolomea. Zatem 
drugi to zapewne sam Bartolomeo". 

Chwila koncentracji potwierdziła jego przypuszczenia. Iluzja, jaką zamaskował diuka, wciąż działała. 
Wyglądało na to, że drugi mężczyzna dopadł Bartolomea gdzieś po drugiej stronie sekretnego przejścia i 
próbował go powstrzymać. Nim Randal zdążył uczynić cokolwiek, by położyć kres walce, Bartolomeo 
zaskoczył przeciwnika nagłym wypadem i wbił szpadę w jego pierś. 

Vincente wypuścił broń z dłoni i osunął się na podłogę. Bartolomeo przez chwilę przypatrywał mu się w 
milczeniu. 

113   

* A 

Byłeś sprytny - powiedział - ale spóźniłeś się. Jeśli chodzi o twojego brata, to kimkolwiek jest 

naprawdę, zrobię z nim to samo co z moim, kiedy tylko Peda będzie należeć do mnie. 

Diuk przykląkł na jedno kolano, by wytrzeć skrwawione ostrze rękawem koszuli pokonanego. Potem 
wstał i szybkim krokiem wszedł do sekretnego tunelu. 

Gdy tylko zniknął w mroku, Randal podbiegł do leżącego, rozpraszając czar niewidzialności. Nie zwlekając 
wyczarował zimny płomień, wypełniając komnatę błękitnym blaskiem, po czym ukląkł przy głowie 
Vincentego. Z rany młodzieńca sączyła się krew. Na białym suknie tuniki powoli rosła szpetna ciemna 
plama. 

Lys uklękła naprzeciw Randala. W nienaturalnym błękitnym świetle jej nieszczęśliwa twarz wydawała się 
pozbawiona barwy. 

Czy on umarł? - spytała cicho pieśniarka. 

Nie, rana nie jest śmiertelna. Mogę go uzdrowić - Randal uśmiechnął się ponuro. - Gdyby 

background image

Bartolomeo wolał załatwiać swoje sprawy do końca, zamiast wygłaszać mowy, sytuacja byłaby zupełnie 
inna. 

Ulecz go, skoro potrafisz - powiedział głos, dobiegający zza pleców czarodzieja. 

Bez wątpienia był to głos Vincentego; podczas trwających wiele godzin prób w teatrze Randal i Lys 
doskonale poznali jego brzmienie. Czarodziej obejrzał się. Mówiącym istotnie był Vincente: Vincente w 
czerni i srebrze, ten sam, który wyzwał Bartolomea, kiedy ten zranił mistrza Petrucia. Przybysz postąpił 

114 

krok naprzód, przyglądając się smutno skrwawionej postaci swego sobowtóra. 

Oto kolejny człowiek, który tej nocy drogo zapłacił za swoją wierność - powiedział rudowłosy 

mężczyzna. - Uczyń dla niego, co w twojej mocy, ale spiesz się. Wiem, dokąd uda się diuk. 

Randal skinął głową i zajął się zasklepianiem rany aktora. Potem zesłał nań uzdrawiający sen. „Na 
szczęście nie był w aż tak złym stanie, jak mistrz Petrucio. Dziś to już moje trzecie uzdrawianie" - 
pomyślał, skończywszy pracę. Kiedy wstał, zatoczył się od chwilowego zawrotu głowy. Mężczyzna w 
czerni 

srebrze złapał go za ramię i pomógł utrzymać równowagę. 

Doskonale - powiedział. - Zatem ruszajmy. 

Jedną chwileczkę... 

Głos należał do Lys. Pieśniarka stała na progu sekretnego przejścia. W wyciągniętej przed siebie dłoni 
znów trzymała nóż. 

Powiedz mi zaraz, kim właściwie jesteś? - spytała, gniewnie marszcząc brwi. 

Tym samym Vincente, jakiego znasz z teatru, panno Lys - odparł mężczyzna, zginając się w 

dwornym ukłonie - jak również szczerym przyjacielem księcia, co, jak mniemam, ma teraz większe 
znaczenie. 

Powiedziawszy to, Vincente minął dziewczynę, ignorując nóż, po czym zniknął w ciemnym tunelu. Randal 
i Lys pośpieszyli za odgłosem jego kroków, oświetlając sobie drogę zimnym płomieniem. Po minucie 
kluczenia w labiryncie korytarzy aktor zatrzymał się przy drewnianej płycie, odsunął ją na bok 

115 JL 

* A 

 

background image

ii 

i wstąpił do wnętrza zaciemnionej komnaty. Randal i Lys stanęli tuż za nim. 

W blasku zimnego płomienia Randal dostrzegł proste łóżko i rzędy półek z książkami. Mężczyzna w 
czarno-srebrnych szatach („Niech już będzie Vincente - pomyślał Randal - skoro utrzymuje, że ma prawo 
do tego imienia") przesunął płytę na miejsce i lekko popchnął swoich towarzyszy w stronę podwójnych 
drzwi po drugiej stronie komnaty. 

Vincente przyłożył oko do szczeliny między skrzydłami drzwi, patrzył przez chwilę, po czym wyprostował 
się i potrząsnął głową. 

- Już tu jest - wyszeptał, zwracając się do Randala. - To nam nieco utrudni zadanie. 

Czarodziej zgasił magiczny płomień, pochylił się i zajrzał do sąsiedniej komnaty przez dziurkę od klucza. 
Nazbyt wąskie pole widzenia nie pozwoliło mu w pełni zaspokoić ciekawości, ale zobaczył wystarczająco 
wiele, by rozpoznać książęce apartamenty. Odwiedził je raz tego ranka - a może był to wczorajszy ranek? 
- kiedy towarzyszył Petruciowi podczas audiencji u Vespiana. 

Za książęcym biurkiem siedział mężczyzna, ale nie był to książę. Szczupła postać poruszyła się, położyła 
stopy na blacie i rozparła na krześle, szukając najwygodniejszej pozycji. Teraz Randal rozpoznał 
nieznajomego: to był Carvelli, nadworny magik diuka Bartolomea. 

Nagle drzwi na przeciwległej ścianie otworzyły się i do komnaty wszedł Bartolomeo, wciąż ukryty pod 
postacią Vincentego. Carvelli zerwał się na równe nogi. 

JL 116 

A* 

 

 

Którym z nich jesteś? - zapytał magik. Bartolomeo roześmiał się triumfalnie. 

Znasz mnie, Carvelli. Vespian zginął z mojej ręki i teraz ja jestem prawowitym władcą Pedy! 

 

Rozdział 

Taniec z miefeami 

Randal przyciskał oko do dziurki od klucza, starając się uważniej przyjrzeć dwóm mężczyznom w 
sąsiednim pokoju. Mimo jego wysiłków Bartolomeo i Ca-rvelli co chwila znikali z pola widzenia. W tej 
sytuacji trudno było odróżnić rzeczywistość od iluzji bez rzucenia czaru magicznego rezonansu. Wreszcie 
czarodziej dał za wygraną. Odsunął się od drzwi i zamknąwszy oczy skoncentrował się na wyczuwaniu 

background image

wszelkich śladów magicznej energii. 

Zaraz, zaraz... - wymamrotał po chwili tyleż do siebie, co do Vincentego i Lys. - To nie Carvelli, to 

Hernando. 

Kto? - dwa zdziwione szepty zlały się w jeden. 

Jeden z ludzi Petrucia - wyjaśnił Randal, znów pochylając się nad dziurką od klucza. - Stoi po 

naszej stronie. 

W sąsiednim pokoju Bartolomeo przechadzał się tam i z powrotem, wymachując szpadą, którą wciąż 
trzymał w dłoni. 

JL 118 

Teraz ja rządzę, Carvelli! Sprowadź mi zaraz mistrza Edmonda, bym mógł odzyskać własną 

postać. 

Na twarzy zamaskowanego Hernanda Randal dostrzegł wahanie. Bartolomeo uniósł szpadę i wycelował 
ją w stronę drzwi. 

Pośpiesz się, Carvelli. Moi wierni poddani czekają na mnie w teatrze. 

W ciemnej sypialni człowiek nazywający siebie Vincentem popukał Randala w ramię. 

Ten mistrz Edmond... Czy znasz go na tyle dobrze, by przybrać jego postać? 

Owszem - odrzekł Randal, uśmiechając się w duchu. - Mogę to zrobić. 

Doskonale. Wróć do tunelu i skręć w lewo. Znajdziesz tam inne wyjście, prowadzące przez 

kominek do komnaty obok gabinetu. 

Randal skinął głową, przypominając sobie wędrówkę przez sekretny tunel, jaką wczorajszego ranka odbył 
z mistrzem Petruciem. 

Znam to wyjście. 

Niech sługa diuka znajdzie tam mistrza Edmonda - ciągnął Vincente. - Im prędzej Bartolomeo 

odzyska własną postać, tym prędzej rozwikłamy nasz problem. 

Randal jeszcze raz skinął głową, po czym zanurkował w ciemnym tunelu. W biegu nadał sobie wygląd 
mistrza Edmonda, tym razem szybko i bez najmniejszego trudu. Wyszedł spod kominka akurat w 
momencie, w którym Hernando, zamknąwszy drzwi pod książęcym herbem, podążał w stronę drugich, 
wychodzących na pałacowy korytarz. Czarodziej odchrząknął w zwiniętą dłoń. 

119 i 

* A 

background image

Hernando obejrzał się i doskoczył do Randala z oczami pałającymi gniewem. 

Zjawiłeś się w samą porę - wysyczał. - Bartolomeo wygrał i to dzięki tobie. Gdybyś wykonał swoje 

zadanie, Vespian żyłby do tej pory. 

Vespian żyje - powiedział Randal. - Wciąż nie wiem, gdzie jest, ale wiem na pewno, że 

Bartolomeo dostał niewłaściwego człowieka. 

Wzburzony Hernando wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. 

Może więc nie wszystko stracone... Chodźmy, odegrajmy nasze role do końca. 

Zamaskowany szpieg zawrócił w stronę książęcych apartamentów. Randal ruszył za nim. Przez drzwi, 
zwieńczone srebrnymi lwami i delfinami, weszli do komnaty, gdzie zaledwie dzień wcześniej Randal 
poznał księcia Vespiana. Tym razem czekał tam nań Bartolomeo, wciąż ukryty pod postacią Vincen-tego. 

Diuk uśmiechnął się do czarodzieja. 

Witam, mistrzu. Teraz spotykamy się w znacznie pomyślniejszych okolicznościach. Zlikwiduj tylko 

maskę, w jaką mnie przebrałeś, i będziemy mogli cieszyć się zwycięstwem. 

Randal skłonił się uniżenie. 

Wedle twego życzenia, panie. 

Czarodziej zaczął szeptać zaklęcia. Postać Vincen-tego zadrżała, a jej kontury zatraciły wyrazistość. Po 
chwili iluzja rozproszyła się, odsłaniając prawdziwą twarz Bartolomea: tak podobną, a zarazem tak bardzo 
różniącą się od oblicza księcia. 

120 

Znów jesteś sobą, panie - powiedział Randal, splatając ręce na piersi. 

Dziękuję, mistrzu. W stosownym czasie okażę ci swoją wdzięczność w bardziej wymierny sposób, 

a tymczasem... 

Bartolomeo otworzył szufladę w książęcym biurku i wydobył stamtąd garść złotych monet. 

Uważaj to za pierwszą część zapłaty za twoje usługi. 

Randal potrząsnął głową. 

O zapłacie pomówimy później, wasza miłość. 

No i dobrze - mruknął diuk, wkładając pieniądze do kieszeni. - Chodź, Carvelli. Czas pokazać się w 

teatrze - powiedział, zwracając się do Hernanda. 

Bartolomeo i Hernando wyszli z gabinetu księcia. Randal poczekał, aż oddalą się na bezpieczną odległość, 

background image

po czym dopadł do drzwi sypialni. 

Lys? - zawołał cicho. - Vincente? 

Drzwi otworzyły się, wpuszczając do gabinetu pieśniarkę i aktora. Na twarzy Vincentego malowało się 
napięcie, jakiego Randal wcześniej nie zauważył. 

A więc uzurpator odzyskał swoją własną twarz -powiedział Vincente do siebie, a potem zwrócił 

się do pozostałych. - Sprawdźmy zatem, kto w pałacu dochował wierności księciu, a kto nie. Jesteście ze 
mną? 

Dokąd idziemy? - spytała Lys. 

Vincente uśmiechnął się smutno. 

Dokąd mieliby pójść aktorzy, jeśli nie do teatru? Większość gości opowie się za Vespianem... jeśli 

uwierzą, że mają jakiś wybór poza diukiem lub chaosem. 

121   

* A 

Aktor przekroczył próg sekretnych drzwi i gestem ponaglił Randala i Lys. Jeszcze raz czarno-srebrna 
postać powiodła ich przez labirynt ukrytych tuneli. Niektóre Randal pamiętał z wczorajszej wyprawy do 
książęcych apartamentów, ale większość widział po raz pierwszy. Jednak Vincente odnajdywał drogę 
bezbłędnie i bez zastanowienia. 

Widzę, że dobrze znasz pałac - powiedział Randal głosem drżącym w rytmie szybko stawianych 

kroków. 

Trójka towarzyszy biegła truchtem wzdłuż ciasnego korytarza. Wilgotne kamienne ściany połyskiwały w 
świetle zimnego płomienia. 

Urodziłem się tu i wychowałem - odparł po chwili Vincente, nie odwracając się i nie zwalniając 

kroku. - Sekretne przejścia to wspaniałe kryjówki dla małego chłopca. Kiedy dorosłem i dołączyłem do 
książęcej trupy, znałem już pałac równie dobrze jak Jego Łaskawość. 

Aktor roześmiał się. 

Nie przypuszczałem, że moje dziecięce figle okażą się kiedyś tak cennym doświadczeniem. 

Jesteśmy na miejscu. 

Vincente zatrzymał się przy przegradzającej tunel ceglanej ścianie. W murze widniały niskie drzwi. 

To znaczy gdzie? - spytała Lys. - W tym pałacu jest więcej tajnych przejść niż dziur w serze. 

Jesteśmy wewnątrz łuku, wznoszącego się nad proscenium - wyjaśnił aktor. - Po prawej stronie 

to lity kamień, ale ta strona jest wydrążona. To tędy uciekł Bartolomeo, kiedy zgasły świece. Nawiasem 

background image

mówiąc, wiecie, czyja to sprawka? 

122 

Moja - przyznał się Randal. - Diuk chciał wydać rozkaz swoim kusznikom. 

To byłby błąd - powiedział Vincente - ale typowy dla niego. Większość strażników nadal jest 

wierna księciu. Wydano im tylko złe rozkazy. Kiedy wszystko się uspokoi, książę bez trudu odróżni 
zdrajców od oszukanych. 

Skąd pewność, że książę jeszcze żyje? - spytała podejrzliwie Lys. 

Nazwij to przeczuciem. 

Vincente odwrócił się do drzwi, uchylił je nieznacznie i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Po chwili pokiwał 
głową z miną wyrażającą satysfakcję. 

Randal, sporządź iluzję, bym wyglądał dokładnie jak Vespian - powiedział, zamykając drzwi. - 

Zakończmy wreszcie tę farsę. 

Randal przypomniał sobie wypadek z tronem, jaki wydarzył się w teatrze podczas ostatniej próby. Przez 
głowę przemknęły mu słowa, wypowiedziane wówczas przez Vincentego, słowa o władzy i potędze. 

Jeśli ci pomogę - powiedział młody czarodziej, powoli cedząc słowa - jaką dasz mi gwarancję, że 

zwrócisz tron księciu, kiedy odegrasz już swoją rolę? 

Vincente zniósł natarczywe spojrzenie Randala, nawet nie mrugnąwszy okiem. 

Klnę się na mój honor - powiedział prawie wesoło - że książę zasiądzie na tronie przed brzaskiem 

albo ja zginę. 

Randal milczał przez chwilę, nie spuszczając oczu z aktora. 

Trzymam cię za słowo - wypalił wreszcie. 

123   

* A 

Zgoda. 

Oświetlona migotliwym blaskiem twarz Vincente-go stała się nagle poważna i uroczysta. 

Powiedz mi jednak, czemu obchodzi cię, kto będzie rządził Pedą? 

Nie wiem - odparł Randal. - Księcia właściwie nie znam... Ale widziałem miasto i myślę, że tylko 

dobry człowiek zdołałby uczynić życie swoich poddanych tak spokojnym, dostatnim i wolnym od strachu. 
Jeśli ja nie pomogę dobremu człowiekowi w potrzebie, to kto mnie pomoże? 

background image

Dobrze powiedziane - pochwalił Vincente. - Zatem do dzieła! 

Randal skinął głową. 

Stój spokojnie przez chwilę i nic nie mów. 

Czarodziej po raz kolejny wymamrotał słowa, 

tworzące magiczny wizerunek. Nagle zdziwił się: czar w osobliwy sposób wymykał mu się spod kontroli. 
Elementy iluzji najpierw nie chciały poddać się jego woli, po czym zmuszone do posłuszeństwa zajmowały 
swoje miejsce z nadspodziewaną łatwością. „Musiałem o czymś zapomnieć - wyrzucał sobie Randal. 
-Gdybym nie był tak zmęczony...". 

Nareszcie udało się. 

Doskonale - powiedział Vincente, z zainteresowaniem przyglądając się swoim dłoniom. - Kiedy 

dam znak, wyczaruj ducha. Tego samego, nad którym pracowaliśmy podczas prób. Postaraj się, by był tak 
straszny, jak to tylko możliwe. Musi odciągnąć uwagę kuszników, kiedy będziemy defilować przed nimi na 
scenie. Gdy dotrzemy do diuka, nie odważą się strzelać. 

I 124 

A * 

Jestem gotów - powiedział Randal. 

Vincente dobył szpady. 

Zaczynaj! 

Randal zaczął szeptać zaklęcie za zaklęciem, łącząc iluzję, światła i dźwięki w jeden czar, mający zawiesić 
nad widownią zwiewną nieziemską istotę. Ze swego miejsca w tunelu nie widział wnętrza teatru, ale nie 
stanowiło to dlań przeszkody. Wszak od blisko miesiąca ćwiczył scenę z pojawieniem się ducha, stojąc za 
kulisami i kierując się jedynie krytycznymi uwagami Vincentego. „Kto by pomyślał, że tak będzie wyglądać 
moje przedstawienie - dumał czarodziej. - Najpierw duch: biały i skrwawiony. Musi być wysoki, by 
wszyscy mogli go dostrzec... Teraz dźwięk...". 

Z wnętrza teatru dobiegł niski przeciągły jęk; najpierw cichy, potem coraz głośniejszy, przypominający 
wycie wichru w koronach sosen. „Dobrze... Duch idzie w stronę sceny... Teraz niech przemówi..." 

Randal poruszył ustami zjawy, jednocześnie kształtując wycie wichru w słowa. 

Zdrada...! Zemsta! 

Vincente gwałtownie otworzył drzwi. 

Teraz! - zawołał i wybiegł na scenę. Randal i Lys natychmiast ruszyli za nim. Czarodziej zmusił się, 

by nie patrzeć w stronę widowni i straszliwego półprzej-rzystego ducha, nad którego doskonaleniem 

background image

spędził tyle długich godzin. Całą uwagę skupił na dwóch mężczyznach, stojących na środku sceny. 

Bartolomeo, już we własnej postaci, oraz przemieniony w Carvellego Hernando wpatrywali się w 
osłupieniu w wiszącą przed nimi zjawę. 

125 1 

% A 

Zdrajca! Uzurpator! - wołało grobowym głosem widmo. 

Jak dotąd nikt nie zauważył przybycia nowych gości. Vincente stanął kilka stóp za diukiem i uniósł szpadę. 
Krawędź lewej dłoni szybko przesunął po grdyce. Randal pojął, że może już zlikwidować iluzję. Duch 
rozpłynął się w powietrzu, a aktor postąpił krok naprzód. 

Witaj, bracie! 

W zapadłej nagle ciszy głos aktora zagrzmiał wyjątkowo donośnie. 

Uważasz, że stałeś się na tyle silny, by móc zasiąść na moim tronie i władać moją ziemią? 

Bartolomeo odwrócił się. Jeśli widok całego i zdrowego Vespiana zaskoczył go w jakimkolwiek stopniu, to 
ukrył to znakomicie. 

Sądziłem, że już nie żyjesz - powiedział obojętnym tonem. - Teraz widzę, że się myliłem. Nie 

szkodzi. To drobny problem i łatwy do naprawienia. 

Diuk dobył szpady. 

Kątem oka Randal dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił głowę i ujrzał mężczyznę, pokonującego właśnie ostatni 
stopień schodków przy proscenium. „Zapomniałem o nim. Co za głupi błąd" - pomyślał czarodziej. Na 
scenę wpadł zdyszany Carvelli - prawdziwy Carvelli. Twarz magika wykrzywiał gniew. 

Panie, przy twoim boku stoi oszust! - zawołał do Bartolomea. - Zabij go! To nasz wróg! 

Ten człowiek łże - spokojnie powiedział Hernando. - To on jest oszustem. Czy mam go zabić, 

wasza miłość? 

Źf6 

Jak uważasz, Carvelli - powiedział Bartolomeo. -Załatwcie to między sobą. Ja mam porachunki z 

księciem. 

Diuk nie spuszczał oczu z Vincentego. Naraz uśmiechnął się. 

Co ty na to, bracie? Sprawdzimy, który z nas jest lepszy. Twoja szpada przeciwko mojej. 

Zwycięzca bierze wszystko. 

background image

Nie pozostawiasz mi wyboru - odrzekł Vxncente i nie odwracając głowy dodał: - Cokolwiek się 

stanie, czarodzieju, nie czyń niczego. To moja walka, nie twoja. 

Randal skinął głową. 

W porządku - powiedział diuk, śmiejąc się chrapliwie. 

Po chwili namysłu odwrócił się do żołnierzy i. zawołał: 

Będziemy walczyć jeden na jednego. Rozkazy przyjmiecie od zwycięzcy. 

Kilka stóp obok Hernando i Carvelli stali już naprzeciw siebie z obnażonymi szpadami. Bartolomeo i 
Vincente także przyjęli pozycję szermierczą. Przez dłuższą chwilę nikt się nie poruszał. 

Nagle Hernando ruszył do przodu z głośnym stąpnięciem i prostując ramię wyprowadził potężny sztych. 
Carvelli umknął w bok, dodatkowo parując cios klingą i odpowiedział własnym pchnięciem. Za późno. 
Hernando zdążył już wycofać się poza zasięg szpady przeciwnika. W tej samej chwili starli się Bartolomeo 
i Vincente. 

Randal poczuł szarpanie za rękaw; to Lys odciągała go na bezpieczną odległość od walczących. Czaro- 

127 i 

dziej poddał się niechętnie, nie spuszczając oczu z szermierzy. Nieznany mu styl walki fascynował go. 
Młodemu czarodziejowi z północy, przywykłemu do szerokich, ciężkich mieczy i grubych zbroi, potyczka 
na scenie kojarzyła się bardziej z tańcem niż z walką na śmierć i życie. Czterej fechtujący się mężczyźni 
wywijali lekkimi szpadami w skomplikowanych sekwencjach pchnięć, kontr, młynków i uników. Wąskie 
klingi, przystosowane do kłucia, a nie cięcia, poruszały się tak szybko, że ich czubków nie sposób było 
dostrzec. 

Po kolejnym szturchnięciu zirytowanej Lys Randal otrząsnął się z zapatrzenia. „Lepiej zacznę 
przygotowywać magiczny cios - pomyślał. - Jeśli zwycięży diuk, będziemy musieli wywalczyć sobie drogę 
ucieczki". 

Walka na scenie trwała. Czterej mężczyźni poruszali się sprawnie i z niemałą gracją wśród metalicznego 
pobrzękiwania kling. Nagle Carvelli cofnął się o krok, swobodną dłonią wykonując okrężny ruch. Klinga 
szpady Hernanda rozjarzyła się najpierw matową, a potem jaskrawą czerwienią. „Carvelli rozgrzewa 
szpadę!" - pomyślał Randal. Sam użył raz tego wybiegu, by pozbawić broni napastnika zdecydowanego 
uśmiercić go za wszelką cenę. 

Nad sceną uniósł się swąd przypalanego ciała, ale Hernando nie odrzucił szpady. Zamiast tego przypuścił 
atak, całkowicie zaskakując przeciwnika. Czubek klingi dotknął piersi magika i wniknął w nią tak gładko, 
że na okrywającej ją tunice nie pojawiła się ani jedna zmarszczka. Hernando wycofał szpadę i nadal nie 

128 

wypuszczając jej z dłoni, przyjął pozycję obronną. Na rozgrzanej do czerwoności klindze skwierczała krew. 

background image

Na twarzy Carvellego pojawił się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Szpada wysunęła się z bezwładnej dłoni 
i z brzękiem potoczyła po deskach sceny. Magik powoli osunął się na kolana, by po chwili runąć na twarz. 
Dopiero wtedy Hernando puścił swoją szpadę. 

Po śmierci Carvellego Bartolomeo i Vincente natarli na siebie ze zdwojoną furią. Nagle Bartolomeo, 
walczący bliżej rampy, sięgnął lewą dłonią do kieszeni. W następnej chwili jego ramię zatoczyło łuk i w 
twarz Vincentego uderzył rój złotych monet. Aktor cofnął się, odruchowo zamykając oczy, a diuk, 
wykorzystując chwilową przewagę, rzucił się w przód, wyprowadzając potężne pchnięcie. Vincente 
najwyraźniej spodziewał się ataku, bo w tym samym momencie uskoczył w bok. Klinga przeszyła czarny 
rękaw tuniki. Na białej podszewce pojawiła się ciemna plama krwi. 

Bartolomeo nie przewidział, że może chybić. Impet ciosu pociągnął go za sobą, na długą sekundę 
pozbawiając równowagi. Szpada Vincentego zawirowała w młyńcu, wiążąc klingę przeciwnika. Aktor 
naparł na diuka, zacieśniając zataczany przez klingę krąg, by ostatnim nieznacznym ruchem nadgarstka 
wyłuskać szpadę z dłoni Bartolomea i cisnąć ją w powietrze. 

Vincente oparł czubek szpady na grdyce diuka, który bez słowa opadł na kolana i uniósł ręce. Zapadła 
pełna wyczekiwania cisza. 

Wreszcie Vincente schował swoją broń. 

- Powinienem cię zabić - powiedział do klęczącego Bartolomea - ale ostatecznie jesteśmy tej samej 

130 

krwi. Wracaj do swojej rezydencji i nie nachodź wię- 

Aktor odwrócił się od diuka i ruszył w stronę Randala i Lys, czekających w tylnej części sceny. 

- Przyjaciele - zaczął z uśmiechem - muszę wam powiedzieć... 

Randal zamarł, widząc, że Bartolomeo podnosi się, jednocześnie wyciągając sztylet z cholewy buta. Nim 
czarodziej zdążył otworzyć usta, diuk cicho i zwinnie skoczył do przodu, z nożem uniesionym do ciosu i 
pełnym nienawiści wzrokiem utkwionym w plecach Vincenta. 

 

Rozdział 

Wdzięczność Książąt 

Randalowi zdało się, że czas stanął w miejscu. Sztylet w dłoni Bartolomea poruszał się nieskończenie 
powoli. Nikt prócz czarodzieja nie zauważył rozgrywającego się dramatu. Carvelli leżał martwy, a 
Hernando przyciskał do piersi poparzoną dłoń, spoglądając ponuro na ciało magika samouka. Lys patrzyła 
na Vin-centego od chwili, gdy ten odwrócił się od pokonanego przeciwnika. Sam Vincente był odwrócony 
tyłem do mknącego w jego stronę ostrza. 

background image

Wszystko działo się niesłychanie powoli, niczym w koszmarnym śnie. Jednak Randal aż zbyt dobrze 
zdawał sobie sprawę, że jest przytomny. 

Bartolomeo skoczył naprzód. Zdawało się, że nic nie może powstrzymać go przed zatopieniem sztyletu w 
ciele Vincentego. „Muszę odrzucić go na bok, ale mam mało czasu" - pomyślał Randal, unosząc dłoń i 
zwalniając z więzów woli magiczny cios, jaki przygotował na początku pojedynku. Gwałtownie uwolniony 
strumień energii trafił Bartolomea w pierś. 

i 132 

A * 

*« 

Młody czarodziej zastygł z wciąż uniesioną dłonią. „Za mocno. Uderzyłem go za mocno" - myślał z 
rozpaczą, patrząc, jak siła ciosu zgina Bartolomea wpół i z impetem odrzuca do tyłu. Brat Vespiana 
zatoczył w powietrzu szeroki łuk, by spaść z łomotem prosto na drewniany tron księcia. 

Rozległ się suchy trzask. Randal powoli opuścił dłoń. Bartolomeo siedział na tym samym tronie, który tak 
usilnie starał się zdobyć. Głowa diuka była odchylona do tyłu pod nienaturalnym kątem. Krawędź oparcia 
trafiła go w szyję i zgruchotała ją. „Nie żyje. Chciałem go tylko zatrzymać, ale zabiłem go" - myślał ponuro 
Randal. 

Vincente obrócił się na pięcie i podbiegł do krawędzi sceny. Przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę 
zamaskowany aktor patrzył na nieruchomą twarz, tak podobną do tej, za jaką sam się ukrywał. Nagle 
uniósł głowę. 

- Zostawcie nas! Niech wszyscy stąd wyjdą! - zawołał do gości i strażników, z trudem panując nad głosem. 

Vincente stał zwrócony twarzą do widowni, dopóki nie opróżniła się ostatnia ława. Dopiero gdy wszyscy 
wyszli, odwrócił się w stronę Randala. Jego twarz pałała wściekłością. 

-Jak śmiałeś?! - zawołał, powoli zbliżając się do czarodzieja. - Jak śmiałeś zaatakować go, choć wyraźnie ci 
tego zakazałem?! 

Randal poczuł narastający gniew. Postąpił krok w stronę aktora i gwałtownie wyrzucając w bok rękę, 
wskazał leżący na scenie sztylet. 

133 JL 

* A 

Oto dlaczego! - krzyknął. - Diuk zamierzał dźgnąć cię w plecy, a co do zakazów, to taki z ciebie 

książę, jak i ze mnie! Zdaje mi się, że już zapomniałeś o swoim przyrzeczeniu! 

Młody czarodziej wypowiedział zaklęcie, rozpraszając wszystkie podtrzymywane dotąd iluzje. Szpieg 
Hernando odzyskał własną postać, a spod mirażu księcia Vespiana na powrót wychynął rudowłosy aktor. 

background image

Nagle tuż przed sceną ktoś przemówił głębokim dźwięcznym głosem. 

Pośpiech w działaniu i pośpiech w mowie to dwa wielkie błędy, zwłaszcza w przypadku 

czarodzieja. Niech odsłoni się przed nami rzeczywistość, byśmy mogli odnaleźć prawdę. 

Głos należał do Petrucia. Mistrz, wciąż blady po wyrwaniu z objęć śmierci, ale teraz już zdrowy, wspiął się 
po stopniach na scenę i uniósł dłoń. Kiedy przemówił ponownie, Randal poczuł nieokreśloną odmianę, 
jakby nagle rozproszył się potężny czar. Za sobą usłyszał cichy okrzyk Lys. 

Vincente nie był już Vincentem. Wraz z przełamaniem ostatniej iluzji, popularny aktor znikł ze sceny. 
Człowiekiem, przed którym stał Randal, był książę Vespian Niezrównany, suwerenny władca Pedy. 

Randal opuścił dłoń, która dotąd wskazywała sztylet Bartolomea. Nic, co mógł teraz powiedzieć, nie 
odwróciłoby tego, co zdążył już powiedzieć. Mógł zrobić tylko jedno. Młody czarodziej opadł na jedno 
kolano i skłonił głowę przed księciem. 

Poddaję się twej woli, wasza miłość. 

 

Randal klęczał, nie podnosząc głowy, przez, zdawałoby się, bardzo długi czas. Wreszcie książę przemówił. 

- Idź do swej komnaty i pozostań tam, dopóki nie zostaniesz wezwany. 

Czarodziej wstał, skłonił się, nie patrząc Vespianowi w oczy, po czym oddalił się, przez cały czas walcząc z 
pokusą ucieczki. Przez dłuższy czas kluczył wśród pałacowych korytarzy, całkowicie ogłupiały. Nie mógł 
pozbierać myśli. To, że w końcu dotarł do swojej komnaty, zawdzięczał bardziej szczęśliwemu trafowi niż 
świadomym wysiłkom skołatanego umysłu. W sypialni natychmiast rzucił się na łóżko, nie zdjąwszy 
nawet butów. 

Nie mógł spać. Leżał z twarzą ukrytą w dłoniach, starając się wymazać z pamięci obraz diuka Bartolomea, 
roztrzaskanego na drewnianym tronie księcia. „Nie chciałem go zabić - powtarzał sobie bez końca. - 
Chciałem go tylko powstrzymać. Czy to moja wina, że stracił równowagę i upadł?". Jednak jako 
prawdziwy czarodziej Randal nie mógł oszukiwać nawet samego siebie. „Gdybym nie użył magicznego 
ciosu, Bartolomeo żyłby nadal". 

Wspomnienia pojawiały się i zmieniały, kierując się własną niepojętą logiką. Miejsce Bartolomea zajął 
Nicolas Wariner, leżący bez życia w jednej z wąskich uliczek Widsegardu. „To także moja wina - oskarżał 
się czarodziej. - Gdybym nie poprosił o pomoc, gdybym nie był tak skory do igrania z magią silniejszą ode 
mnie, Nick nadal cieszyłby się życiem". 

Z piersi Randala wyrwał się głuchy jęk bólu. Chłopiec zaszlochał; w tej chwili gorąco pragnął móc wy- 

135   

* A 

background image

 

rzec się wszelkiej magii, nawet niewinnych sztuczek, jakimi zabawiał przechodniów na rynkach 
okcytań-skich miast. Nie był w stanie uczynić tego przed rokiem, gdy żal po stracie przyjaciela był jeszcze 
świeży w jego pamięci, i wiedział, że z równym powodzeniem mógłby próbować wyrzec się oddychania. 

„Nick też tego nie potrafił - uświadomił sobie nagle. - Próbował żyć zwyczajnie, tak jak wszyscy, ale w 
końcu i on dokonał wyboru i zginął jako czarodziej. Zawsze będę się czuł odpowiedzialny za jego śmierć, 
ale wiem, że Nick nie chciałby, żeby poczucie winy powstrzymywało mnie przed posługiwaniem się 
własną mocą, kiedy jest potrzebna". 

Nagle do głowy przyszła mu inna myśl, nawet bardziej nęcąca niż perspektywa wyrzeczenia się magii. 
„Mógłbym użyć swojej mocy teraz i uciec z pałacu. Lys poszłaby ze mną, a Petrucio nie zdołałby mnie 
powstrzymać. - Randal rozważał przez chwilę różne możliwości ucieczki, ale zaraz skarcił się w duchu. 
-Kiedy opuszczałem Doun, by studiować sztuki magiczne, zobowiązałem się ponosić wszelkie 
konsekwencje swoich czynów. Oddałem się do dyspozycji księcia, więc teraz muszę przyjąć jego wyrok, 
bez względu na to, jak będzie okrutny". 

Wreszcie Randal zapadł w ciężki, urywany sen, który przez resztę nocy przynosił mu tylko koszmary: wizje 
procesów i kar, obrazy toporów, stryczków i płonących stosów. 

Następnego ranka wraz z pierwszymi promieniami słońca do komnaty Randala zawitał sam Petrucio. 

136 

Mistrz wszedł do sypialni gwałtownie i bez pukania, jakby magiczne blokady nie znaczyły więcej niż 
papierowe łańcuchy. Przed sobą dźwigał olbrzymią, zapełnioną półmiskami tacę. Spod srebrnych pokryw 
sączyły się smakowite wonie. 

Wstawaj, młodzieńcze! - ryknął Petrucio, ustawiając tacę na jedynym stole w komnacie. - Przed 

tobą daleka droga, a dobre śniadanie to najlepszy początek dnia. 

Randal ociężale odwrócił się na drugi bok, otrząsając się z resztek koszmarnego snu. Po chwili usiadł 
wśród gór pomiętej pościeli i zamrugał oczami. Nagle zrozumiał. 

A więc wygnanie - wymamrotał. 

Nadal był zbyt znużony, by poczuć cokolwiek poza rodzajem tępej ulgi. 

Można to tak nazwać - powiedział Petrucio. 

Mistrz nałożył na talerz kopiastą porcję jajecznicy, 

kilka cienkich pasków bekonu, dołożył dwie kromki chleba i podał to wszystko Randalowi. 

Wbrew temu, co myślisz, Jego Łaskawość nie zamierza cię karać. Zdołałem przekonać go, że 

śmierć Bartolomea była nieszczęśliwym wypadkiem i że dokonałeś najwłaściwszego wyboru w danych 

background image

okolicznościach. Nie można było wymagać od ciebie więcej i nikt nie skrzywdzi cię z tego powodu. 

Randal tylko skinął głową, bojąc się mówić, gdyż usta miał już wypchane bekonem. Gdy pochłonął 
wszystko, co miał na talerzu, poczuł się pokrzepiony na ciele i duchu. Dopiero wówczas ciekawość wzięła 
w nim górę nad zmęczeniem. 

137 i 

*A 

 

Jeśli książę nie zamierza mnie karać, to czemu muszę odejść? 

Petrucio uśmiechnął się przyjaźnie. 

Mógłbym powiedzieć, że miejsce wędrownego czarodzieja jest na szlaku, ale to nie byłaby cała 

prawda. Sedno problemu tkwi w tym, że Jego Łaskawość nie może pozwolić sobie na pozostawienie cię w 
mieście, skoro już poznałeś jego mały sekret... 

Ze Vincente to on? 

Randal podniósł kawałek chleba i w zamyśleniu jął kruszyć go nad talerzem. 

Lecz jeśli książę to Vincente, to kim jest ów człowiek, którego Bartolomeo więził w swoim 

dworku? 

Może lepiej będzie, jeśli opowiesz mi o swoich przygodach - powiedział Petrucio, marszcząc brwi. 

-Być może, objaśnię ci wszystko dokładniej, kiedy sam dowiem się więcej o wydarzeniach wczorajszej 
nocy. 

Randal opowiedział mistrzowi o tym, co go spotkało od chwili wyjścia z pracowni. Kiedy skończył, 
Petrucio pokiwał głową. 

Teraz rozumiem. Dotąd nie wszystko było dla mnie jasne. Intryga diuka była bardziej subtelna niż 

zazwyczaj. Gdybyś nie spotkał Carvellego, wracającego po przeszukaniu twojej komnaty, niczego bym się 
nie domyślił, dopóki nie byłoby za późno. Jednak nawet wczoraj nie przypuszczałem, że wszystko zacznie 
się tak szybko. Kiedy Hernando zawiadomił mnie, że Bartolomeo oczekuje kogoś spoza Pedy, 
zaryzykowałem i podstawiłem ciebie, byś dowiedział się czegoś więcej. Próbowałem zorganizować 
spotkanie z tobą 

138 

A * 

 

przez twoją przyjaciółkę, ale wydarzenia potoczyły się zbyt szybko. 

background image

To nadal nie wyjaśnia, kim był trzeci Vincente -zaprotestował Randal. - Jednym był Bartolomeo, 

którego sam zamaskowałem. Drugim był Vespian, przemieniony przez ciebie. Ale kim był człowiek, 
odnaleziony przeze mnie we dworku? 

A tak, Vincente - Petrucio skinął głową. - Vincente pracuje dla mnie, podobnie jak Hernando. Jest 

na tyle uprzejmy, że użycza swego imienia i wyglądu księciu na czas, który Jego Łaskawość spędza z 
aktorami. 

Randal osłupiał. 

Zatem Vincente, z którym pracowałem nad sztu- 

ką- 

Był w rzeczywistości księciem - dokończył mistrz. - Nie sądzę, byś spotkał prawdziwego Vincente 

więcej niż trzy razy: po waszym występie przy fontannie, w celi dworku Bartolomea i wtedy, gdy leczyłeś 
jego rany. A skoro o tym mowa, dobrze się wówczas spisałeś. Gdy dziś zaszedłem do mojej pracowni, był 
na najlepszej drodze do całkowitego wyzdrowienia. 

To dobrze - powiedział Randal. 

Młody czarodziej odstawił pusty talerz na podłogę i niezdarnie zwlókł się z łóżka. Toga, w której zasnął, 
owinęła się ciasno wokół jego łydek. Randal przeciągnął się i zabrał się do pakowania swojego skromnego 
dobytku: głównie ubrań, jakie otrzymał po zamieszkaniu w pałacu. 

Skoro mam opuścić Pedę tego ranka, czy Jego Łaskawość życzy sobie, bym udał się w jakieś 

konkretne miejsce? - spytał po kilku minutach. 

139 1 

* A 

W rzeczy samej, tak - odparł Petrucio, uśmiechając się nieznacznie. - Wiesz zapewne, że Vespian 

od czasu do czasu pożycza złoto książętom Breslandii. 

Wiem. Yincente... książę Yespian mówił mi kie- 

Petrucio skinął głową. 

Doskonale. Wiedz zatem, że właśnie dziś wyrusza z Pedy poseł jednego z północnych wielmożów. 

Zawiezie do kraju pieniądze na opłacenie wojennej kampanii. Tak się złożyło, że skarbnik Vespiana 
uskarża się na niewystarczającą liczebność eskorty. Włączenie do niej czarodzieja o twoich możliwościach 
powinno zapewnić mu w miarę spokojny sen. 

Randal roześmiał się. 

W ten sposób Jego Łaskawość za jednym zamachem pozbył się kłopotliwego gościa i znalazł 

background image

strażnika dla swoich pieniędzy. 

Książę darzy cię zaufaniem - łagodnie powiedział Petrucio. - Prosi, byś pozostał z wyprawą i 

podtrzymywał skarbnika na duchu, dopóki całe złoto nie zostanie wydane. Kiedy jednak znajdziesz się 
poza murami Pedy, powstrzymywać cię będzie tylko dane słowo. 

Dopilnuję książęcego złota - powiedział Randal z westchnieniem. 

Czarodziej położył ostatni strój na posłaniu i zwinął wszystko w zgrabny węzełek. 

Co się stanie z Lys? - spytał, wiążąc pakunek paskiem. 

Pojedzie z tobą - odparł Petrucio. - Widzisz... ona też zna sekret księcia. 

dyś o tym. 

140 

Randal zarzucił węzełek na plecy. 

Jestem gotów - powiedział. - Gdzie znajdę tego posła? 

Wskażę ci drogę. 

Dwaj czarodzieje podążyli przez pałacowe korytarze, o tej porze puste i ciche. Po chwili milczenia 
odezwał się mistrz Petrucio: 

Będzie mi brakowało twojej pomocy, Randal. Odkrywanie tajemnic przyszłości nigdy nie było 

moją mocną stroną, ale wiem, że masz przed sobą wspaniałe perspektywy. 

„Jeśli pożyję wystarczająco długo" - dodał w duchu Randal. Myśl pociągnęła za sobą następną. 

Co stało się z prawdziwym mistrzem Edmon-dem? - spytał młody czarodziej. 

Hernando poradził sobie z nim wczoraj rano. Nie pytaj, jak; raczej skutecznie, jak sądzę. Obawiam 

się, że nie warto wnikać głębiej w jego metody. 

Czarodzieje wyszli na rozległy dziedziniec w pobliżu jednej z tylnych bram pałacu. Czekał tam już tuzin 
objuczonych mułów oraz oddział pieszych żołnierzy odzianych w kolczugi i skórzane kurty, uzbrojonych w 
długie ciężkie miecze. Jeden pałacowy stajenny dzierżył uzdy trzech wierzchowców, a drugi 
bezskutecznie usiłował zmusić do posłuszeństwa ogromnego bojowego rumaka: jednego z owych silnych 
koni, od źrebięcia chowanych do noszenia rycerzy w bitwach. 

Randal rozejrzał się, szukając wzrokiem Lys. Stała obok stajennego, wiodącego mniejsze konie. Czarodziej 
uśmiechnął się, widząc ją znów w wędrownym 

141 JL 

background image

* A 

Randal zarzucił węzełek na plecy. 

Jestem gotów - powiedział. - Gdzie znajdę tego posła? 

Wskażę ci drogę. 

Dwaj czarodzieje podążyli przez pałacowe korytarze, o tej porze puste i ciche. Po chwili milczenia 
odezwał się mistrz Petrucio: 

Będzie mi brakowało twojej pomocy, Randal. Odkrywanie tajemnic przyszłości nigdy nie było 

moją mocną stroną, ale wiem, że masz przed sobą wspaniałe perspektywy. 

„Jeśli pożyję wystarczająco długo" - dodał w duchu Randal. Myśl pociągnęła za sobą następną. 

Co stało się z prawdziwym mistrzem Edmon-dem? - spytał młody czarodziej. 

Hernando poradził sobie z nim wczoraj rano.. Nie pytaj, jak; raczej skutecznie, jak sądzę. 

Obawiam się, że nie warto wnikać głębiej w jego metody. 

Czarodzieje wyszli na rozległy dziedziniec w pobliżu jednej z tylnych bram pałacu. Czekał tam już tuzin 
objuczonych mułów oraz oddział pieszych żołnierzy odzianych w kolczugi i skórzane kurty, uzbrojonych w 
długie ciężkie miecze. Jeden pałacowy stajenny dzierżył uzdy trzech wierzchowców, a drugi 
bezskutecznie usiłował zmusić do posłuszeństwa ogromnego bojowego rumaka: jednego z owych silnych 
koni, od źrebięcia chowanych do noszenia rycerzy w bitwach. 

Randal rozejrzał się, szukając wzrokiem Lys. Stała obok stajennego, wiodącego mniejsze konie. Czarodziej 
uśmiechnął się, widząc ją znów w wędrownym 

141 JL 

stroju - znoszonej chłopięcej tunice i pończochach. Na jej ramieniu wisiała nowa lutnia w skórzanym 
pokrowcu. Randal pomyślał, że ten podarunek musiał ją bardzo ucieszyć. Poprzedni instrument, prezent 
od Nicka, straciła w Widsegardzie i choć nigdy się nie skarżyła, Randal wiedział, że bardzo jej go 
brakowało. 

I co ty na to? Znowu na szlaku - powiedziała, wychodząc Randalowi naprzeciw. - W dodatku 

wracamy do Breslandii. 

Przykro mi, że nie możemy zostać tu dłużej -odrzekł czarodziej. 

Głos pieśniarki brzmiał radośnie, ale Randal nie potrafił otrząsnąć się z poczucia winy. 

Okcytania to twój dom. Na pewno nie jest ci łatwo wyjeżdżać stąd tak nagle. 

Lys potrząsnęła głową. 

background image

Będę tęskniła, to prawda, ale przypomnij sobie, co powiedziałam podczas pewnej próby. 

Mówiłam, że zostanę tak długo jak ty i ani dnia dłużej. Mówiłam też, że w Breslandii czekają na nas 
niezamknięte jeszcze sprawy. Skoro wracamy właśnie dziś, to znaczy, że nadeszła właściwa pora. 

Tymczasem z bocznych drzwi pałacu wyskoczył na dziedziniec niewielki człowieczek, ubrany zgodnie z 
miejscowym obyczajem. Zachowywał się hałaśliwie, uskarżając się na coś postawnemu mężczyźnie, który 
spokojnie kroczył obok. Wyższy mężczyzna odziany był w zbroję breslandzkiego rycerza. Randal 
wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, nie wierząc własnym oczom. 

Walter! - wrzasnął najgłośniej, jak potrafił. 

142 

Rycerz zatrzymał się i popatrzył w stronę, z której dobiegło go wołanie. 

- Randy! - odkrzyknął i nie zwracając uwagi na drobnego człowieczynę, puścił się biegiem w stronę 

Po chwili Randal uwiązł w mocarnym uścisku kuzyna; jedno ramię dociskało go do stalowej kolczugi, a 
drugie serdecznie, choć boleśnie, waliło w grzbiet. Nareszcie Walter uwolnił go, odstąpił o krok i 
trzymając za ramiona obejrzał od stóp do głów. 

Więc to ty jesteś owym czarodziejem, o którym nie przestaje mówić człowiek księcia. Kiedy 

widziałem cię po raz ostatni, wybierałeś się do Cingestoun. Co u licha robisz w Okcytanii? 

Czym prędzej ucieka, jak zwykle - powiedziała Lys, wysuwając się zza czarodzieja. 

Radosny uśmiech rycerza stał się jeszcze szerszy. W oczach zaszkliły mu się łzy. 

Panna Lys, niech ja skonam! Widzę, że nadal strzeżesz mego kuzyna od kłopotów. 

Bez powodzenia, jak dotąd - odparła Lys, również roześmiana. - Wierz mi, przeżyliśmy sporo 

przygód, odkąd się z nami rozstałeś. 

Randal rzucił kuzynowi zaintrygowane spojrzenie. 

Powiedz, jak powiodła się wyprawa na Wyspy Zachodnie. Marynarze opowiadają o nich 

niestworzone rzeczy. Jeśli dać im wiarę, to można tam spotkać wszystko: od piratów po morskie potwory 
i kilka syren na dokładkę. 

To wszystko prawda - skwapliwie przytaknął Walter. - Miałem w tej podróży wystarczająco dużo 

czarodzieja. 

kłopotów, by koszmary prześladowały mnie do końca mych dni. Daję słowo, nie chciałbym przeżywać 
tego drugi raz, zwłaszcza przygód z chorobą morską. 

"Więc cóż robisz tutaj? - spytał Randal, śmiejąc się. 

background image

Rycerz jakby się zawstydził. 

Wieści o moich przygodach jakoś rozeszły się w Breslandii - powiedział, spuszczając wzrok. - 

Kiedy baron pożyczył pieniądze od księcia, ludzie powiedzieli mu: „Dlaczego nie wyślesz bohatera, by 
strzegł twego złota". 

Walter wzruszył ramionami. 

A ponieważ nie miałem nic lepszego do roboty, oto jestem. 

Zatem przyrzekłeś posłuszeństwo owemu baronowi? - dopytywał się Randal. 

Przyrzekłem tylko, że dopilnuję, by skarb trafił doń nienaruszony. Nic więcej. Poza tym to 

człowiek honoru i nie dopatrzyłem się niczego złego w jego planie. Jak dotąd podróż przebiegała gładko. 

Rycerz zamilkł na chwilę i posłał Randalowi uważne spojrzenie. 

Nie masz chyba jakichś złych przeczuć, prawda? 

spytał podejrzliwie. 

Czarodziej roześmiał się. 

Nie. Wszystkie koszmary, jakie ostatnio śniłem, dotyczyły tylko mnie. 

Tak czy owak, cieszę się z twojego towarzystwa 

powiedział Walter, prostując się. - Nie przeczę też, że pomoc czarodzieja może okazać się 

nieoceniona. Dosiadajmy koni i ruszajmy. W południe chciałbym być już daleko za miastem. 

i 144 

Randal odwrócił się, by pożegnać mistrza Petrucia, ale czarodzieja nie było już na dziedzińcu. Podróżni 
dosiedli swoich koni: Randal, Lys i skarbnik wspięli się na mniejsze wierzchowce, a Walter na bojowego 
rumaka. Rycerz wydał rozkaz swojemu oddziałowi i karawana ruszyła w stronę bram pałacu. 

Ulice Pedy były jeszcze ciche i puste. Wkrótce karawana wyjechała z miasta i piętrowe budynki ustąpiły 
miejsca rozrzuconym z rzadka wiejskim chatom. Niebawem i one zniknęły; przed Randalem i jego 
towarzyszami ciągnęła się tylko żółta wstęga gościńca. 

Czarodziej w zamyśleniu przyglądał się mijanym stadom krów, gdy nagle usłyszał daleki tętent kopyt. 
Obejrzał się i ujrzał jeźdźca na czarnym koniu, zbliżającego się od strony miasta. W promieniach 
porannego słońca Randal wyraźnie dostrzegał plamę płomiennie rudych włosów. 

Chyba wiem, kto to jest - powiedział cicho do Waltera. - Porozmawiam z nim. 

Zawrócił konia, pragnąc pomówić z przybyszem sam na sam. Tak jak się spodziewał, był to Vincente. 
Aktor wyglądał na wyczerpanego, jakby nie spał tej nocy ani minuty. Kiedy się zbliżył, Randal dyskretnie 

background image

wyszeptał zaklęcie magicznego rezonansu i uśmiechnął się do siebie, wyczuwając echo potężnej magii. 
„Tak jak myślałem. Skoro jednak woli rozmawiać jako Vincente, nie będę się sprzeciwiał". 

Cóż to wyciągnęło cię z pałacu tak wcześnie? -spytał, kiedy Vincente zatrzymał konia. 

Wiadomość od Jego Łaskawości. Książę pragnie przeprosić cię za tak gwałtowne wyrzucenie z 

mia- 

145   

* A 

sta... i jeśli się nie mylę, także za słowa wypowiedziane w gniewie. 

Niepotrzebnie - powiedział Randal. - Sądzę, że ma powody, by się na mnie gniewać. 

Koń Vincentego kręcił się niespokojnie tam i z powrotem. Aktor milczał przez chwilę, jakby się nad czymś 
zastanawiał. 

Być może, masz rację - powiedział wreszcie - ale książę zawdzięcza ci życie i nie chce, byś 

odjechał, mając go za niewdzięcznika. 

Rudowłosy mężczyzna sięgnął do kieszeni, dobył stamtąd czarny aksamitny mieszek i rzucił go Randalowi. 

-Jego Łaskawość pragnie, byś przyjął to jako drobny wyraz wdzięczności. 

Czarodziej potrząsnął mieszkiem. Zadźwięczały monety - złote, sądząc po ich wadze i dźwięku, jaki 
wydawały. Randal przyglądał się woreczkowi przez chwilę, po czym odrzucił go aktorowi. 

Dam sobie radę i bez tego - powiedział. - Przekaż Jego Łaskawości, że nie potrzebuję jego złota... i 

że jego przyjaźń ceniłbym sobie wyżej niż jego wdzięczność. 

Vincente schował mieszek do kieszeni. 

Książęta płacą złotem, nie wdzięcznością - w jego głosie pobrzmiewała teraz nutka melancholii. 

-Nie mogą też pozwolić sobie na przyjaźń... Ale aktor czasem może. 

Wyciągnął do Randala dłoń, tym razem pustą. 

Będzie mi ciebie brakowało, Randal. Szkoda, że nie mieliśmy szansy na zademonstrowanie 

twojego ducha tak, jak planowaliśmy. 

146 

Czarodziej roześmiał się i mocno uścisnął dłoń Vincentego. 

Tak czy owak, był to sukces. Żegnaj, Vincente. 

Zegnaj i powodzenia! 

background image

Aktor spiął konia ostrogami i pognał w stronę miasta, zostawiając za sobą żółty warkocz pyłu. Randal 
przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, po czym ruszył w ślad za karawaną. Po kilku minutach dołączył 
do Waltera i Lys. 

Kto to był? - zapytał kuzyn. 

Nikt, kogo byś znał - odparł Randal. - Przyjaciel chciał się pożegnać. 

Obejrzał się dyskretnie, ale Vincente znikł już za horyzontem. Randal westchnął, wyprostował plecy i 
zwrócił oczy przed siebie: w stronę Breslandii i domu. 

Przeczytaj pozostałe tomy ekscytującej seńi Krąg Magii 

Debry Doyle i Jamesa D. macdonalda 

Jako młody giermek Randal nie wątpi, że w przyszłości zostanie rycerzem - do chwili, gdy bramy zamku 
przekracza tajemniczy mag. 

Ku swemu zdumieniu Randal odkrywa, że sam posiada nadprzyrodzoną moc. Wiedziony impulsem, 
porzuca poczucie bezpieczeństwa i pewną przyszłość, by zostać uczniem Szkoły Czarodziejów. 

Wkrótce po rozpoczęciu nauki Randal odkrywa, że będzie musiał pokonać wiele przeszkód - i jednego 
śmiertelnego wroga - zanim ze zwyczajnego ucznia awansuje do rangi wędrownego czarodzieja. 

Krąg Magii 

Debry Doyle i Jamesa D. fYlacdonalda 

Randal złamał świętą zasadę, zakazującą czarodziejom i ich uczniom posługiwania się rycerskim orężem. 
Musiał przyrzec, że nie będzie używał magii, dopóki pewien stary mistrz nie zwolni go z tej przysięgi. 

Randal musi dotrzeć do odległej pustelni mistrza. Podróż jest tym bardziej niebezpieczna, że wędrowiec 
nie może bronić się ani mieczem, ani czarami. 

Kiedy Randal dociera wreszcie do celu, wieża okazuje się opuszczona. Młody czarodziej szybko odkrywa, 
że ponure gmaszysko kryje w sobie straszliwą tajemnicę... 

Krąg Magii 

Debry Doyle i Jamesa D. macdonalda 

Randal, młody czarodziej, rozpoczyna ryzykowną przygodę, kiedy nieznajomy mężczyzna przed śmiercią 
powierza mu tajemniczy posążek. Zgodnie z ostatnią wolą umierającego, czarodziej ma przekazać figurkę 
najemnikowi o imieniu Dagon. 

Randal szybko odkrywa, że w posążku drzemie olbrzymia moc oraz że Dagon nie jest kimś, komu można 
zaufać. 

background image

Jednak nie tylko najemnik pożąda posążka. Randala i jego przyjaciół tropi wpływowy wielmoża, mistrz 
czarodziej i grupa magów ze starożytnego grodu Wid-segard. 

Co więcej, potęga posążka wydaje się rosnąć. Czy Randal znajdzie dlań bezpieczne miejsce, nim zła moc 
dosięgnie go i zniszczy?