background image

Wiersze Tomasza Różyckiego

 
Dziura

To jest właśnie w skraju nieba, pomiędzy
 chmurami. Jeśli unieść się i spojrzeć z bliska,
 można przez chwilę zobaczyć tamten świat.
 Tamto miasto, silną rzekę i tamtych ludzi

w pokoju. Ale cóż mogą znaczyć te papiery,
 bałagan, niedopita kawa, te papierosy na stole?
 Kim jest ta kobieta, tak zgrabnie udająca
 ciebie ruchem i ciałem, i ten obok mężczyzna,

małpujące mnie? I cóż to za speszone spojrzenia,
 gorączkowe ubieranie, rozczochrane włosy
 i ledwie widoczne drżenie rąk? To nieme
 poruszanie ustami w naszą stronę,

to, że nagle zaczynają mówić, wołać coś?
 I ten, w decydującej chwili, olbrzymi palec
 zatykający ją?

Anima (1999)

 

 Robak

Czasem przypominam się im. Wszystkie zaginione listy
 przychodzą jednego dnia i palenie ich niewiele pomaga.
 Czarne strzępy krążą w powietrzu, siadają na wargach.
 W snach staję blisko, rano widać ślady na pościeli.

Nie można doprać. Czasem przypominam się stąd,
 szepcę zaklęcia cicho bez złości. Tam zaraz krzyczą
 w nocy, mylą się w liczeniu i nagle tłuką szkło, chwilowe
 zmęczenie, przepraszam. Mydło tego nie zmyje.

Czasem myślę o tym i nie mogę zasnąć, jeszcze tutaj
 rosną mi włosy i paznokcie. Czasem wydaje mi się,
 że ktoś przyszedł, słychać kroki i piach sypie się
 do otwartych oczu. Wyobrażam sobie taki dzień.

 Anima (1999)

 

 

background image

24 lutego, Opole

 Tymczasem nasza napowietrzna wojna
 przybiera nieoczekiwany obrót. Deszcz pada
 drugi dzień i powoli rozmazuje litery, wiatr
 jest coraz większy i błoto pożera dzikie pola

za furtką. Wszędzie zostawiam białe kartki.
 Do uratowania jest tylko to, co podlega
 zaklęciu, co jest z żalu, podlega mgle. Tu
 przedmioty tracą twardość, szklanki i buty

są pełne mgły, mgła wychodzi z szafy.
 Trzecią siłą jest pleśń i to przed nią robaki
 uciekają w górę, ona zajmuje kuchnię i zlew.
 Dopiero we snach mam taką siłę, że widzę

to wszystko z góry. Potem się uczę na pamięć
 tych zdań, listów i szyfrów, numerów telefonu,
 zanim przeczyta je grzyb. To piórko, znalezione
 zimą pod drzwiami nie uniesie ich.

 Anima (1999)

 

Abecadło

Lato się kończy deszczem w tej taniej dzielnicy,
 gdzie dwie chude dziewczyny obchodzą granice
 jak lotny patrol; Mimi i ta druga, ruda,
 przez którą już dwunastu uwierzyło w cuda

kiedy zdjęła sukienkę nad rzeką, w niedzielę,
 i teraz się modlą do niej w świetlistym kościele,
 aż pocą się obrazy. Pokój jest nieduży,
 ze śladami świetności i tłustego kurzu

na lustrze, które krzywi okopcone ściany,
 lekkie plecione krzesło, lampę, żółte plamy
 na stole i podłodze. Uczę się języka,
 niech mi pozwoli nazwać to, co się wymyka

przez uchylone okno, w noc. Nadał imiona
 takim dniom przecież po to, żeby mnie pokonać.

 Anima (1999)

 

 

background image

Okno

 Śnieg z deszczem, późno, marcowe migdały
 światła i śmierci. Dzisiaj zamieszkałem
 w oddechu rzeki, jakbym został bogiem
 tych domków z ości, świętych ryb i kobiet
 o sinych wargach. Wieczorem zacząłem
 to drugie życie. Stąd widać wyraźniej
 okno i kuchnię, gdzie siedzisz za stołem
 i czytasz. Późno, lampa właśnie gaśnie.

 Anima (1999)

 

Wiersz śpiącego

 Więc śpiącego kto w podróż wysłał, kto
 bilet kupił i pozwolił oglądać migające krainy,
 domki z pierza, kurze miasteczka?
 W dwudziestym dziewiątym odwiedziłem
 miejsca święte, w nowych fasadach i stiukach,
 dotykałem schodów i przybytków.
 Kto więc kazał śpiącemu wierzyć, że w brzuchu
 tego miasta coś jest ukryte, kto mu kazał
 do piwnic zaglądać, kto go po schodach
 w dół prowadził i pokazywał alkohole,
 barwne i melodyjne, i przybrane kobiety
 - i pod spodem całą tę maszynerię, naoliwioną
 i rozgrzaną? Kto go tam zostawił, w brzuchu,
 kto mu we śnie naopowiadał? Ach, tusz do rzęs,
 mezcal, zmienna konfekcja.

 Anima (1999)

 

 

 Zimna Zośka

Trzech zimnych ogrodników tuż pod papierówką,
 w migotliwym ogródku, na chwilę przed deszczem
 i nadmuchane chmury zaczynają trzeszczeć.
 To maj jest, bardzo świeży, i chłód sprzyja sutkom

tej, która stoi w kuchni i jeszcze nic nie wie
 o tym, co dawno mówią parszywe gazety
 i zdjęcia w tych gazetach, o czym radio skrzeczy
 już od samego rana. Żółty dym po drzewie

background image

pełznie bardzo powoli – ogień jest w piwnicach,
 na schodach i w kieszeniach, żarzy się podłoga
  na podłodze łóżko pod plecami kogoś,
 kto przyjdzie i jej dotknie ogniem jeszcze dzisiaj.

A ona o tym nie wie. Jest maj, dziecko dmucha
 przez słomkę bańki z mydlin (a w każdej jest dusza)

 Chata umaita (2001)

 Ranne Pastylki

Poniedziałek przychodzi po nocy, w której
 siwieją jeszcze bardziej podstarzali kochankowie.
 Rano pękają witryny i pokazują swe eleganckie
 wnętrzności, trzysta rodzajów papierosów.

Poniedziałek przychodzi w nocy pełnej
 starych sztuczek pod kołdrą i w szafach,
 tabletek oraz zaklęć na trzy cuda świata.
 A świat tymczasem się upewnia – bardzo wyraźne

gołębie spacerują po pochyłym dachu i słychać
 jak na dole sąsiad rozmawia z sąsiadką,
 najwyraźniej o nowych darach na ten poniedziałek,
 który przychodzi jak złodziej, a oni leżą,

noc mają jeszcze na koniuszki palców, którymi
 ruszają i żółte trąbki grają im na okiennicach.

Chata umaita (2001)

 

Koniec pewnej epoki

 Trąby z lewej, trąby z prawej, dookoła dzwony.
 Państwo podziemne już przerasta na katolicką
 stronę i trawa bierze poniemieckie bunkry
 od strony działek. Gówniane podwórka

zamienione w raj. Bo się okazało, że wciąż żyją
 komary i legendarne kobiety właśnie zdjęły skórę
 i poddają się im ulice, kawiarnia po kawiarni
 i po kolei, kieliszki, filiżanki, łyżki i inne narządy

które jego były. W sklepach mielą kawę i czuć już
 na całym mieście. Niech nam uchyli rąbek spódnicy
 świat i niech ukaże, co tam przyszykował: ogródki
 jordanowskie i wojskowe orkiestry, błyszczące pipy

background image

i na Odrze statki, a  w domu gorączka i trąby z prawej
 trąby z lewej, bębny przez całą noc.

 Chata umaita (2001)

 

 Literaturexpress

Tydyn, tydyn, w kieszeni mam kartkę z numerem,
 zadzwonię zaraz z dworca. Ponadto zabrałem
 książkę, której nie czytam, z trującym rozdziałem
 o grzybach, dwie kasety, ponieważ zbawienie

przychodzi przez muzykę. Dopóki baterie
 się nie skończą, przeżyję. Śniło mi się wczoraj,
 że wszedłem do pokoju, a on jak po torach
 ruszył najpierw powoli, a potem oderwał

się zupełnie od świata. I nie mogłem wysiąść.
 Nie będziemy tu tańczyć, zostaniemy tyle
 tylko, ile potrzeba. Będziemy muzyką
 słodzić, muzyką solić. Dopóki się mylę

w liczeniu stacji, jestem. Kiedyś to lubiłem,
 siedzieć tak i nie wierzyć podanym wynikom.

 Świat i Antyświat (2003)

 

Pierwszy hipotyk

 Jeżeli to jest kara, wiem, kiedy to się stało.
 Rankiem, ponieważ ranki są złowrogie. Rano,
 ponieważ ranem dzieje się najwięcej pomiędzy
 Panem Bogiem a podłogą.

Jeżeli to jest kara, to wiem, skąd przychodzi.
 Chciałem powiedzieć coś, otworzyłem usta
 i wtedy mała część tej pustki, której pełna była
 rankiem ulica i sąsiednie domy, weszła we mnie.

Jeżeli to jest kara, ja od tamtej pory próbuję
 ją wypełnić, małą pustą bańkę. I wrzucam
 w siebie napotkane sprawy, ludzi, samochody,
 domy i całe miasta, biorę to do siebie.

Jeżeli jest to darem, ja chciałbym go zwrócić.
 Wypluć już tę pastylkę, w której mieszka nicość,
 ale jej nie ma wśród słów, które codziennie,

background image

 i stąd te krzyki nocne, i stąd te polucje.

Jeżeli to jest dar, ja chciałem go wyjąć,
 na razie jednak tchawica i płuca, żołądek
 i wątroba, powłoki oraz serce, serce, serce.

Świat i Antyświat (2003)

 

Żarłacze i mątwy

 A to są nasze ulice, tutaj się kochaliśmy, to
 jest nasz akademik, nasza stancja, pokój, to tutaj
 są strychy, na których czyniliśmy miłość.
 A tam jest nasz park, ponieważ nie było

dla nas miejsca, więc nasza była ziemia, trawa
 i przedmieścia, to jest to drzewo, ono na pewno
 ma ślad. A tu leżeliśmy i tutaj rósł dziki szczaw,
 który jadłem jak zwierze, i tutaj jest kawiarnia,

w której piliśmy kawę, tanią, marną kawę, a tu piliśmy
 wódkę, marną, dobrą wódkę. Legendarne miasto.
 Jest most, przez który szedłem później, most lekki jak włos,
 wiał wiatr i był listopad i czarna rzeka i niebo było jak węgiel,

miasto było czarne, zupełnie nie jak teraz, wszystko
 było czarne i trzeba było otworzyć skórę, żeby ujrzeć kolor.

 Kolonie (2006)

 

  

Mrówki i rekiny
dla A. B.

Mrówka pożera larwę, według praw natury
 a dziecko zjada mrówkę - trochę szczypie w język,
 ciekawość zawsze szczypie. Dziecko połknie rekin
 na rajskiej plaży Goa, lecz widzi to z góry

Bóg i złapie rekina, tak jak łapie szczura,
 tygrysicę i słonia. Boga zaś poeta
 pożre w swoim pokoju, on będzie niestety
 żywić się wszystkim. Potwór, podobny do knura,

pęcznieje i wydala. Żywi się papierem,
 lecz wpuśćcie go do domu, a znajdzie w pościeli
 ukryte slady po snach, po miłości - skradnie

background image

 to , co macie świętego,przeżuje, obrośnie

of tego białym mięsem i trującym włosiem,
 wystarczy tylko dotknąć, otrzeć się przypadkiem.

 Kolonie (2006)

 

Kobiety i złoto

 Jest nas tu pięciu, ona tylko jedna. Kiedy
 przyjechaliśmy wczoraj kąpać się nad morze,
 pierwszy raz zobaczyłem, jakie ciało może
 mieć anioł. Jest nas pięciu i wszystkie zabiegi

są zabiegami o nią, tylko o jej względy
 toczy się gra co wieczór. Nie umiem tak dobrze
 pływac, jak A. i inni, i na pewno gorzej
 tańczę niż S. albo M. - ona to uwielbia.

Nie mam takiego auta, jak P. - ona lubi
 sportowe samochody. Nie mogę jej kupić
 perfum w takiej galerii, nie mogę zaprosić
 do klubu, tak jak oni. Jestem z najdzikszego,

najbiedniejszego kraju, ale mimo tego
 to do mojego łóżka przyjdzie dzisiaj w nocy.

 Kolonie (2006)

 

Przeciwne wiatry

 Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
 że każde moje słowo będzie zabierało
 po kawałku ze świata, w zamian zostawiając
 jedynie miejsca puste. Że powoli wiersze

zastąpią mi ojczyznę, matkę, ojca, pierwszą
 miłość i drugą młodość, a co zapisałem,
 ubędzie z tego świata, zamieni swe stałe
 istnienie na byt lotny, stanie się powietrzem,

wiatrem, dreszczem i ogniem, i to, co poruszę
 w wierszu, znieruchomieje w życiu, i pokruszy
 się na tak drobne cząstki, że się stanie prawie
 antymaterią, pyłem całkiem niewidzialnym,

wirującym w powietrzu, tak długo, aż wpadnie
 w końcu tobie do oka, a ono załzawi.

background image

 Kolonie (2006)

 

Ostrygi i daktyle

 Powiedz mi, jak byś chciała? Mamy tu owoce,
 ser, wino, nasiona, mamy trochę przypraw
 i kobiecą ulicę oraz męski lipiec,
 i Kraków, trochę światła, za sobą epokę

genialną i straszliwą, przed sobą widoki
 na jeszcze genialniejszą i jeszcze straszliwszą.
 I mamy do wyboru trzy rodzaje życia:
 możemy być bogaci i szczęśliwi, potem

szczęśliwi ale biedni, lub tylko szczęśliwi
 i pal diabli finanse. Pytam o to w chwili,
 kiedy się rozpadają korporacje, walą
 wystawy i imperia, legendy futbolu

zaczynają faulować. Nadeszła już pora,
 żeby to wszystko rzucić i trochę oszaleć.

 Kolonie (2006)

 

Kawa i tytoń

 Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
 co ze mnie zrobią wiersze, że się przez nie stanę
 jakimś dziwnym upiorem, wiecznie niewyspanym,
 o przezroczystej skórze, chodzącym po mieście

jakby lekko naćpany, kładącym najwcześniej
 się razem z wściekłym brzaskiem, i jeszcze nad ranem
 łażącym po znajomych, zupełnie spłukany,
 jak jakaś menda, insekt, przywołany we śnie

kawałkiem gołej skóry, czy może westchnieniem.
 I nawet nie wiedzialem, w co mnie wreszcie zmienią
 te durne wiersze, skarbie, i że to ty właśnie
 przywołasz mnie do życia i że dzięki tobie

tylko będę widzialny, z tobą się położę
 i odczekam tę chwilę, dopóki nie zaśniesz.

Kolonie (2006)

background image

Miljon

Tymczasem to działo się w tylu kobietach,
 że nie musiałem już pisać, życie samo brało
 ciało i krew, rosło. W tylu kobietach rozgrywała się
 ta historia z pewnym udziałem boskim

i niemniej pewnym diabelskim w szczegółach,
 przy zgaszonym świetle. Mogłem pozwolić sobie
 na milczenie, na nieobecność, a to toczyło się
 dalej, zaczęły się pierwsze sylaby, zdania,

uwagi i podejrzenia, zaczęło spełniać się to
 w tylu kobietach, że mogłem milczeć nadal.
 Tak jest, miałem dużo dzieci i to było takie boskie.
 Mogłem pozwolić sobie na nieobecność, wyjechałem.

Teraz one wszystkie mówią (ten szczegół),
 w łóżkach, w pościeli, w czarnym środku nocy.

                                               Z tomu: Anima

 List oceaniczny                     

Już nigdy tu nie wrócę. Wrzucam na pamiątkę
 do zatoki butelkę po wytrawnym porto
 kupioną za ostatnie znalezione drobne,
 może ona po latach zatka gdzieś aortę

świata, jeżeli wierzyć, że ma on podobny
 do naszego krwioobieg wód, wódek i płynów,
 i jeżeli uwierzyć, że gdzieś w końcu płyną
 wszystkie nasze spojrzenia, że gdzieś tam się kończą

tory, kable, poręcze, że na końcu wreszcie
 jest ta cholerna szafa, gdzie znajdą się wszelkie
 zgubione rękawiczki. Kiedy tam dopłynie, 
 ja będę już zajmował rozkładane miejsce

w międzygwiezdnej salonce, i choć nie zatrzyma
 się przez nią świat, przynajmniej zakłuje go serce.

                                                           Z tomu: Chata umaita