Emma Darcy
Autobus z La Paz
Rozdział 1
Luis Angel Martinez wracał windą do swojego pokoju. Był w dobrym
humorze. Załatwił sprawy, w związku z którymi przybył do La Paz, zjadł
dobrą kolację, a polityczne zamieszki w mieście dostarczyły mu
doskonałego pretekstu, by się nie stawić na własnym przyjęciu
zaręczynowym, i nawet jego matka, powszechnie uwaŜana za
najbogatszą i najbardziej wpływową kobietę w Argentynie, nic nie mogła
na to poradzić.
Uśmiechnął się z zadowoleniem i dopiero teraz zauwaŜył utkwione w
sobie, pełne podziwu i nadziei spojrzenia dwóch młodych kobiet
jadących windą razem z nim. Sądząc z akcentu i stroju, były to
Amerykanki. Uśmiech na twarzy Luisa zgasł i w jego oczach błysnęło
lekcewaŜenie. Nie znosił tych cudzoziemskich turystek, które nade
wszystko szukały w Południowej Ameryce przygód seksualnych, a
przede wszystkim draŜniło go, gdy patrzyły na niego jak na potencjalną
zdobycz. Luis, ze swą oliwkową cerą i czarnymi włosami, wyrazistymi
rysami twarzy odziedziczonymi po hiszpańskich przodkach, wyŜszy i
mocniej zbudowany niŜ większość Latynosów, zawsze robił wraŜenie na
kobietach i zapewne był w ich oczach łakomym kąskiem, ale ta rola w
najmniejszym stopniu go nie pociągała. Sparzył się juŜ raz i to mu
zupełnie wystarczyło.
Winda zatrzymała się i blondynki wyszły na korytarz. Luis patrzył za
nimi ponurym wzrokiem. Ich jasne włosy nawet się nie umywały do
jedwabistych, świetlistych włosów Shontelle, sądził jednak, Ŝe ich
podejście do zmysłowych przyjemności z tubylcami było dokładnie takie
samo. Nic z tego, panienki, pomyślał, gdy winda znów ruszyła w górę.
Pod jednym względem jego matka miała rację: najlepiej było się związać
z kobietą naleŜącą do tej samej rasy i kultury, o podobnym pochodzeniu.
Wówczas człowiek nie naraŜał się na przykre niespodzianki, lecz mógł
wieść gładkie Ŝycie. Szczególnie gdy Elvira Rosa Martinez stała przy
sterze i kierowała wszystkim według własnego widzimisię.
Jego matka nie wzięła pod uwagę tylko jednego:
Ŝ
e w Boliwii wybuchnie rewolucja i Luis nie stawi się na przyjęcie
zaręczynowe, które zorganizowała za jego plecami. Nieprzewidziane
okoliczności. Nie mógłby sobie wymarzyć lepszej wymówki. Na tę myśl
odzyskał humor i wyszedł z windy uśmiechnięty. Nikt nie mógł mu
zarzucić, Ŝe zatrzymał się w hotelu. Nie sposób było wyjść na ulicę, by
się nie wpakować w kłopoty.
Poprzedniego dnia odbył się gwałtowny przemarsz farmerów ulicami
La Paz. W Boliwii szykowała się kolejna zmiana rządu. Lotnisko zostało
zamknięte i ustanowiono godzinę policyjną. Wszędzie było pełno
Ŝ
ołnierzy.
Luisa, bezpiecznego i otoczonego komfortem w hotelu PlaŜa, te
wydarzenia nie poruszyły nawet w najmniejszym stopniu. Boliwia to
była Boliwia.
Wciśnięta między Peru, Paragwaj, Argentynę, Brazylię i Chile, na
przestrzeni wieków najeŜdŜana najpierw przez konkwistadorów, a potem
przez wszystkich sąsiadów, przeŜywała nieustanne wstrząsy polityczne.
Rząd zmieniał się tu częściej niŜ w jakimkolwiek innym kraju. Ostatnio
nawet zdarzyło się, Ŝe zmienił się pięciokrotnie w ciągu jednego dnia.
Pucze wojskowe następowały jeden po drugim, kolejni generałowie
pojawiali się u steru rządu, a potem znikali.
Luis był pewien, Ŝe groźna sytuacja w końcu przeminie i Ŝycie dalej
będzie się toczyć zwykłym torem.
Wszedł do swojego apartamentu i od razu skierował kroki w stronę
barku. Trzeba było uczcić ten dzień. Wiedział oczywiście, Ŝe wkrótce
odbędzie się drugie przyjęcie zaręczynowe, ale tym razem to on je
zorganizuje, po swojemu. To było nieuniknione. Miał trzydzieści sześć
lat. NajwyŜsza pora na oŜenek i załoŜenie rodziny. RównieŜ na to, by
matka wreszcie przestała się wtrącać w jego sprawy.
Wiedział, Ŝe matka na pewno dusi się z wściekłości. ZaleŜało jej na
tym, by jak najszybciej ogłosić publicznie wiadomość o zrealizowaniu
największej ambicji jej Ŝycia – połączeniu fortuny Martinezów z fortuną
Gallardów. To jej dobrze zrobi, pomyślał Luis bezlitośnie. Za bardzo
lubiła narzucać innym swoją wolę.
Matka wybrała dla niego Claudię Gallardo wkrótce po śmierci jego
brata, Eduarda. Claudia była wtedy jeszcze uczennicą, matka jednak
uznała ją za najodpowiedniejszą kandydatkę na synową. Miała wszystkie
zalety tradycyjnej Ŝony. Luis wykrzyczał wtedy, Ŝe sam sobie znajdzie
Ŝ
onę, ale w gruncie rzeczy odkąd Shontelle, ta zielonooka wiedźma,
odrzuciła go jak śmieć, było mu wszystko jedno. Nie potrafił wymazać z
pamięci tego doświadczenia. Po nim oczekiwał od kobiety czegoś więcej
niŜ tylko tego, Ŝe będzie „odpowiednią Ŝoną". Pragnął czuć, Ŝe... Ŝe...
MoŜe jednak nie pozostały w nim juŜ Ŝadne uczucia, Ŝadne
namiętności. MoŜe podobne doświadczenie juŜ nigdy więcej nie
powtórzy się w jego Ŝyciu. CóŜ więc za róŜnica, jakie będzie jego
małŜeństwo pod względem seksualnym? OŜeni się z Claudią i razem
dadzą Ŝycie nowej linii dziedziców majątku. Przypuszczał, Ŝe uda mu się
pokochać własne dzieci.
Co innego jednak poddać się z rezygnacją własnemu losowi, a co
innego dać sobą rządzić. Choć Luis wyrósł juŜ z okresu młodzieńczego
buntu i przyjął na siebie rolę, która powinna naleŜeć do jego starszego
brata Eduarda, to jednak nie zamierzał oddawać matce pełni władzy nad
swoim Ŝyciem. Cieszył się, Ŝe nie moŜe teraz polecieć do Buenos Aires,
by zaspokoić jej Ŝyczenia. Był pewien, Ŝe Claudia posłusznie poczeka.
Claudia zawsze była posłuszna, pomyślał Luis, krzywiąc się. Czasem
podejrzewał, Ŝe jest to gra, która ma sprawić, by czuł się szanowanym i
uwielbianym władcą własnego królestwa. Ale nawet jeśli tak było, to co
z tego? Przy Claudii w kaŜdym razie wiedział, na czym stoi.
Wyjął z lodówki lód i limonę. Gdy mieszał drinka, zadzwonił telefon.
W pierwszej chwili Luis pomyślał, Ŝe to zapewne matka znalazła jakiś
sposób, by mógł przylecieć do Buenos Aires.
– Luis Martinez – powiedział.
– Luis, mówi Alan Wright. Proszę, nie odkładaj słuchawki. Straciłem
mnóstwo czasu, Ŝeby cię znaleźć. Rozpaczliwie potrzebuję twojej
pomocy.
Jedynie desperacja w głosie Alana sprawiła, Ŝe Luis powstrzymał
odruch i nie przerwał połączenia.
Nie miał ochoty na Ŝadne kontakty z męŜczyzną, którego siostra
potraktowała go jak latynoskiego samca.
– Jakiej pomocy? – spytał ze złością.
– Luis, mam tu grupę. Utknęliśmy w La Paz.
Wczoraj mieliśmy odlecieć do Buenos Aires. Bóg jeden wie, kiedy
lotnisko znów zostanie otwarte. Ludzie są przeraŜeni, w panice, a
niektórzy cierpią na chorobę wysokościową. Muszę znaleźć jakiś
autobus, Ŝeby ich stąd wydostać. Sam poprowadzę. Pomyślałem, Ŝe moŜe
ty mógłbyś mi pomóc.
Autobus. To słowo przywiodło Luisowi na myśl stare wspomnienia z
czasów, gdy Alan był znacznie młodszy i bardziej szalony.
Przyprowadził wtedy zdezelowany autobus przez dŜunglę amazońską do
kopalni Martinezów. Luis zaś, wysłany przez rodzinę w bezpieczne
miejsce, przeczekiwał w kopalni rozruchy polityczne w Argentynie. Alan
przepracował w kopalni pół roku, słuŜąc umiejętnościami mechanika w
zamian za części do autobusu, który miał się stać kamieniem węgielnym
jego własnego biura podróŜy.
Alan był Australijczykiem zakochanym w Ameryce Południowej i
zdecydowanym przekonać rodaków do tego kontynentu. Postanowił
zacząć od trampingów, a potem stopniowo przejść do organizowania
droŜszych, bardziej komfortowych i bardziej dochodowych wycieczek.
Luis podziwiał jego inicjatywę i determinację. Bardzo polubił
towarzystwo tego zawsze pogodnego chłopaka. Przez dziewięć lat
utrzymywali nieregularne, lecz serdeczne kontakty i wszystko byłoby
dobrze, gdyby Alan nie przedstawił Luisa swojej siostrze...
– Czy Shontelle jest z tobą? – zapytał teraz Luis wrogim tonem.
Alan nie zaprzeczył. Na drugim końcu linii zapanowało milczenie.
– Jest czy nie? – powtórzył Luis. Wiedział doskonale, Ŝe w kaŜdej
chwili moŜe przerwać połączenie;
Alan zdany był na jego łaskę i niełaskę.
– Niech to diabli, Luis! Zapłacę ci za ten autobus.
Czy nie moŜemy dogadać się tylko we dwóch? – wybuchnął Alan.
– A więc była tam. Luis poczuł się tak, jakby poraził go prąd o
wysokim napięciu.
– Gdzie jesteś? – zapytał krótko.
– W hotelu Europa – odrzekł Alan pośpiesznie.
– Bardzo blisko ciebie.
– Znakomicie! – Luis uśmiechnął się, ale w jego oczach pojawił się
lodowaty chłód. – Ile osób liczy twoja grupa?
– Razem ze mną trzydzieści dwie.
– Mogę zdobyć dla ciebie autobus...
– To wspaniale! – westchnął Alan z głęboką ulgą.
– ... i podstawić go pod hotel. Twoja grupa moŜe wyjechać jutro,
wcześnie rano...
– Wiedziałem, Ŝe jeśli ktokolwiek moŜe mi to załatwić, to tylko ty –
rzekł Alan ze szczerą wdzięcznością.
– ... ale pod jednym warunkiem.
W słuchawce znów zapanowała pełna napięcia cisza.
– Pod jakim? – zapytał Alan ostroŜnie.
Uczucia Alana w najmniejszym stopniu nie obchodziły Luisa. Był
pewien, Ŝe ta przyjaźń nie była tak do końca bezinteresowna. W końcu,
dla organizatora wycieczek zagranicznych kontakty z Luisem Angelem
Martinezem były bardzo cenne. Mogły otworzyć wiele drzwi.
– Shontelle będzie musiała przyjść do mojego apartamentu w hotelu
PlaŜa, Ŝeby wynegocjować układ – powiedział śmiało. – Im szybciej to
zrobi, tym lepiej dla ciebie.
– Chyba nie mówisz powaŜnie! – wykrzyknął Alan. – PrzecieŜ jest
juŜ po godzinie policyjnej! Po ulicach jeŜdŜą czołgi i wszędzie – kręci
się pełno uzbrojonych Ŝołnierzy. Samotna kobieta na ulicy o tej porze...
Luis, to zbyt niebezpieczne.
Podobnie jak wyjazd z miasta autobusem, pomyślał Luis. Zbuntowani
chłopi zablokowali wszystkie drogi wylotowe z La Paz. Alan
najwyraźniej był gotów podjąć kaŜde ryzyko, byle tylko wyciągnąć stąd
ludzi, których miał pod opieką. Prawdopodobnie liczył na swoją
elokwencję oraz łapówki.
– Jeśli chcesz, moŜesz ją odprowadzić. To bardzo blisko, a ulica
łącząca nasze hotele to tylko mały zaułek. Raczej trudno się tu
spodziewać czołgów i uzbrojonych Ŝołnierzy – zauwaŜył.
– Nie mogę opuścić grupy. Shontelle teŜ. Jest potrzebna kobietom,
Ŝ
eby...
– Do mojego hotelu prowadzi boczne wejście od strony schodków na
Prado 16 de Julio. Dopilnuję, Ŝeby był tam ktoś, kto ją wpuści.
Powiedzmy... za pół godziny?
Nie czekając na odpowiedź, odłoŜył słuchawkę i z uśmiechem
zamieszał lód w szklance. Odpowiedzialność wobec innych często
popychała na drogi, których człowiek nie wybrałby dobrowolnie.
PoniewaŜ był synem swojej matki, musiał się oŜenić z Claudią Gallardo.
A poniewaŜ Shontelle była siostrą Alana, musiała jeszcze tego wieczoru
stawić się w jego pokoju.
Rozdział 2
Shontelle zauwaŜyła, Ŝe jej brat mocno zacisnął zęby, odkładając
słuchawkę. Na moment serce jej zamarło, a potem zaczęło bić jak
oszalałe.
– Czego chciał? – zapytała. Przysłuchując się rozmowie,
zorientowała się, Ŝe Luis nie odrzucił prośby od razu. Z pewnością był w
stanie znaleźć jakiś autobus. Rodzina Martinezów prowadziła rozległe
interesy i miała liczne kontakty na całym kontynencie:
w rolnictwie, kopalniach, cementowniach, rafineriach, transporcie...
– Daj spokój, nie ma o czym mówić – mruknął Alan, machając ręką z
rezygnacją. – Spróbuję czegoś innego.
Ale nie było juŜ czego próbować. Shontelle bezradnie potrząsnęła
głową, zerkając na stertę karteczek na stole. Próbowali juŜ wszystkiego,
ale pomoc znikąd nie nadchodziła.
Siedzieli w saloniku wspólnie zajmowanego apartamentu. Patrząc na
wielką postać Alana, Shontelle odnosiła wraŜenie, Ŝe pokój jest dla niego
zbyt ciasny.
Ogarniało ją klaustrofobiczne poczucie poraŜki. Pobyt w nowym,
pięciogwiazdkowym hotelu Europa miał być ukoronowaniem tej
wycieczki, teraz jednak członkowie grupy czuli się tu jak w więzieniu.
Wszyscy byli mocno spięci i kolejna zła wiadomość łatwo mogła
sprowokować wybuch.
Alan z zasady unikał przekazywania swoim grupom złych
wiadomości, szczególnie gdy nie miał niczego pocieszającego na osłodę.
Zazwyczaj potrafił zachować zimną krew w kaŜdej sytuacji i znaleźć
wyjście z kaŜdego kryzysu. W Ameryce Południowej kryzysy były na
porządku dziennym i elastyczność była warunkiem powodzenia w jego
działalności, toteŜ Alan zwykle miał w zanadrzu jakiś alternatywny plan
działania. Tym razem jednak na kaŜdym kroku natrafiał na mur nie do
przebicia.
Nie znosił sytuacji, gdy czuł się bezradny i musiał kogoś prosić o
pomoc. Podobnie jak Luis Martinez, pomyślała Shontelle. Pod tym
względem ci dwaj męŜczyźni byli do siebie bardzo podobni. Pokrewne
dusze. Kiedyś łączyła ich bliska przyjaźń, której nie mogła naruszyć
odległość ani róŜnica w pozycji społecznej. Bywało, Ŝe nie widywali się
przez długi czas, ale nie miało to Ŝadnego znaczenia.
Shontelle wciąŜ czuła się winna zerwania tej przyjaźni. Alan
ostrzegał ją, Ŝe związek z Luisem nie ma szans powodzenia, ona jednak
nie chciała go słuchać, nie chciała tego dostrzec. W końcu Elvira Rosa
Martinez brutalnie otworzyła jej oczy. Potem zaś zbyt była
zaabsorbowana leczeniem złamanego serca i uraŜonej dumy, by się
zastanowić, jak jej zerwanie z Luisem odbije się na jego przyjaźni z
Alanem.
Alan nie wspomniał jej o tym ani słowem, Shontelle jednak usłyszała
kiedyś, jak Vicki, jego Ŝona, sucho poinformowała pracowników biura,
Ŝ
e nie są juŜ mile widzianymi gośćmi na terytorium Martinezów.
Popularna jednodniowa wycieczka z Buenos Aires na ranczo młodszego
brata Luisa, Patricia, została skreślona z programu.
Gdy Shontelle zapytała o to Vicki, otrzymała druzgocącą odpowiedź:
– Shontelle, czy ty naprawdę spodziewałaś się, Ŝe Luis Martinez nie
zerwie kontaktów z Alanem? Mało, Ŝe jesteście rodzeństwem, to jeszcze
do tego wyglądacie podobnie!
To była prawda. Alan był o dziesięć lat starszy, ale byli do siebie
bardzo podobni. Mieli ten sam układ twarzy: szerokie brwi, wysoko
osadzone kości policzkowe, prosty nos i wyrazisty podbródek. Alan miał
oczy piwne, ona zielone. Jasnoblond włosy Alana ściemniały z wiekiem,
wciąŜ jednak były niejednolite w kolorze. KaŜde z nich musiało
przywodzić na myśl to drugie, a tego Luis Angel Martinez z pewnością
sobie nie Ŝyczył.
Shontelle wiedziała, Ŝe zraniła jego dumę. Wówczas nie wydawało jej
się to waŜne, ale dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo się myliła.
– Rozmawiałeś o mnie z Luisem – odezwała się.
Alan spojrzał na nią z przygnębieniem.
– Pytał o ciebie – odrzekł obojętnie.
Shontelle zmarszczyła brwi. Zanim Alan odłoŜył słuchawkę,
wspomniał coś o tym, Ŝe wychodzenie na ulicę po godzinie policyjnej
jest zbyt niebezpieczne dla kobiety.
– Nie, chodziło o coś innego. Powiedz mi, czego on chciał – nalegała.
– JuŜ ci mówiłem, Ŝebyś nie zawracała sobie tym głowy! – prychnął
niecierpliwie jej brat.
– Chcę wiedzieć. Mam prawo wiedzieć – zirytowała się Shontelle. –
Jestem odpowiedzialna za grupę w takim samym stopniu jak ty.
Alan przerwał wędrówkę po pokoju, ale cała jego postać wciąŜ
emanowała agresją. W jego oczach błysnęła wściekłość i frustracja.
– Nie pozwolę, Ŝeby moja siostra czołgała się na kolanach przed
Luisem Martinezem! – wybuchnął.
Shontelle jasno zrozumiała, Ŝe Luis wykorzystał prośbę o autobus do
czysto osobistych porachunków.
Wzięła głęboki oddech, by uspokoić rozedrgane nerwy. Nie mogła
tak tego zostawić. Czuła się winna wobec Alana, a poza tym losy całej
grapy zaleŜały od nich dwojga.
– Nie jestem juŜ dzieckiem – rzekła stanowczo. Mam dwadzieścia
sześć lat i umiem o siebie zadbać.
– A, tak! – obruszył się Alan. – Tak jak dwa lata temu, gdy
przekonałaś mnie, Ŝebym cię zostawił w Ameryce Południowej z
Luisem!
– To juŜ przeszłość. Teraz potrafię sobie z nim poradzić – odparła.
– Nie chciałaś tu wracać. Nie przyjechałabyś ze mną, gdyby nie to, Ŝe
Vicki dostała zapalenia węzłów chłonnych. A gdy byliśmy w Buenos
Aires, wyglądałaś jak kłębek nerwów.
Policzki Shontelle zapłonęły.
– Przyjechałam tu po to, Ŝeby ci pomagać. To moja praca! – Odsunęła
krzesło od stołu i podniosła się.
– Pójdę z nim porozmawiać – rzekła stanowczo.
– Niczego takiego nie zrobisz!
– Alanie, Luis był twoją ostatnią deską ratunku.
Dwa lata temu załatwiłby ci autobus bez problemu.
To przeze mnie nie chce tego zrobić, dlatego ja powinnam zająć się
sprawą.
Alan próbował przekonać siostrę, ale była nieugięta. Nic nie mogło
jej powstrzymać: ani godzina policyjna, ani groźba niebezpieczeństwa –
co prawda niezbyt wielka, gdyŜ hotel PlaŜa znajdował się tuŜ za rogiem
– ani niepokój Alana. Poczuła, Ŝe zbyt długo juŜ Ŝyła z poczuciem winy i
wstydu. Przez dwa łata zŜerały ją wspomnienia. Skoro Luis Martinez
chciał teraz spotkać się z nią twarzą w twarz, niech tak będzie. MoŜe
wyniknie z tego coś dobrego.
Przynajmniej autobus. Tyle z pewnością była winna Alanowi.
Rozdział 3
O dobre intencje było jednak najłatwiej w bezpiecznej odległości od
przyczyny zagroŜenia. Shontelle z drŜącym sercem wpatrywała się w
drzwi prowadzące do apartamentu Luisa. W dalszym ciągu nie był jej
obojętny i wątpiła, czy taka chwila kiedykolwiek nadejdzie. Była
zakochana nawet w jego imieniu. Luis Angel... Ciemny anioł, pomyślała,
powstrzymując dreszcz. W końcu przemogła się, podniosła rękę i
zastukała, myśląc: koniecznie trzeba zdobyć ten autobus.
Jej strój był dowodem na to, Ŝe nie chodziło jej o nic więcej:
ciemnoczerwona koszulka ze znakiem firmowym Amigos Tours, spodnie
khaki z kieszeniami na udach i mocne buty.
W końcu drzwi się otworzyły i pojawił się w nich Luis we własnej
osobie. Shontelle stała jak wmurowana. Nie była w stanie oddychać ani
myśleć. W jednej chwili zupełnie zapomniała o wszystkich swoich
postanowieniach.
– Witaj w moich stronach – powiedział i dźwięk jego głosu
przywrócił dziewczynę do rzeczywistości.
Głos Luis miał piękny, głęboki i zmysłowy, ale w tej chwili nie było
w nim ani odrobiny ciepła. Spojrzał na nią przenikliwie z lekkim
grymasem na ustach, a potem odsunął się na bok, Ŝeby mogła wejść do
ś
rodka.
– Boisz się? – zapytał szyderczo. To ją otrzeźwiło do reszty.
– Nie. A powinnam? – odparowała, wymijając go.
Za plecami usłyszała złowieszcze szczęknięcie zasuwki w drzwiach.
– Latynoscy kochankowie bywają gwałtowni mruknął Luis
ironicznie.
Shontelle tylko wzruszyła ramionami.
– Od tamtych czasów upłynęło juŜ wiele wody – rzuciła lekko i chcąc
się od niego jak najbardziej oddalić, podeszła do wielkiego okna na
drugim końcu pokoju, skąd roztaczał się imponujący widok na La Paz
nocą.
– Muszę przyznać, Ŝe jesteś równie energiczny jak zawsze –
zauwaŜyła. – Chyba Ŝycie traktowało cię nie najgorzej.
– Mogło być lepiej – odparł, patrząc na nią z rozbawieniem.
– Przypuszczam, Ŝe jesteś juŜ Ŝonaty – dodała Shontelle, próbując
umocnić się na z góry upatrzonych pozycjach. Podwinięte rękawy
koszuli Luisa ukazywały umięśnione ramiona. Górne guziki koszuli miał
rozpięte; widziała ciemny zarost na jego piersiach. Myśl, Ŝe Ŝona Luisa
zna jego ciało równie blisko jak ona sama, była dla Shontelle nie do
zniesienia.
– Nie. Tak się składa, Ŝe nie jestem Ŝonaty.
Ze zdumienia zaparło jej dech. Na pewno kłamie, pomyślała,
odwracając się do okna, by ukryć zmieszanie. PrzecieŜ przed dwoma laty
był zaręczony z dziedziczką rodu Gallardów, o czym jednak zapomniał
poinformować Shontelle. Pozwolił jej wierzyć, Ŝe jest jedyną kobietą,
która liczy się w jego Ŝyciu, choć dwie inne kobiety miały do niego
znacznie większe prawa. Tą drugą była Elvira Rosa Martinez. To
przeoczenie wyraźnie jej powiedziało, ile dla niego znaczyła. Dla niego
była to tylko rozrywka, przelotny romans na boku z cudzoziemką, chwila
relaksu.
Z drugiej strony jednak, niczego jej wtedy nie obiecywał.
– Przypuszczam, Ŝe ty teŜ nie wyszłaś za mąŜ, skoro podróŜujesz z
bratem – powiedział Luis przeciągle, podchodząc do niej.
– Posłuchaj, przyszłam tutaj w konkretnej sprawie – odrzekła
Shontelle szorstko. Wolała nie poruszać osobistych tematów, a poza tym
Luisowi nie moŜna było wierzyć. I tak powiedziałby jej to, co najlepiej
słuŜyłoby jego celom.
– Czy masz jakiegoś przyjaciela, który czeka na ciebie w domu,
gotów spełniać wszystkie twoje zachcianki? – zapytał Luis jadowicie.
– Akurat skończyły mi się zapasy przyjaciół mruknęła, nie patrząc na
niego.
– I dlatego tu przyjechałaś?
Shontelle ugryzła się w język, by nie odpłacić mu pięknym za
nadobne. Pamiętała jednak, co ją tu przywiodło. Zacisnęła zęby,
skrzyŜowała ramiona na piersiach i nieruchomo wpatrzyła się w światła
za oknem.
– Widok jak z bajki, prawda? – zauwaŜyła swobodnie.
I rzeczywiście tak było. La Paz to najwyŜej połoŜona stolica na
ś
wiecie, zbudowana na wysokości czterech tysięcy metrów, na dnie
kanionu w kształcie spodka, przypominającego księŜycowy krater.
Miasto prawie zupełnie pozbawione było zieleni; niedostatek tlenu w
powietrzu nie sprzyjał roślinności, podobnie jak turystom,
przybywającym tutaj z niŜej połoŜonych miejsc. Teraz jednak, w nocy,
stolica Boliwii stanowiła imponujący widok. Shontelle patrzyła nań z
dołu, z zagłębienia spodka. Światła miasta wznosiły się wielkim łukiem
nad hotelem i sięgały tak wysoko, Ŝe wydawało się, jakby były
zawieszone na niebie.
Nie sposób było uwierzyć, Ŝe tam mieszkają ludzie.
– Przydałby się czarownik, Ŝeby zdjął z ciebie ten urok – zakpił Luis,
stając tuŜ za nią.
– Potrzebujemy autobusu – odrzekła Shontelle szybko.
– Godzina policyjna kończy się o szóstej rano.
Serce Shontelle zaczęło szybciej bić. Co to miało oznaczać? CzyŜby
Luis przewidywał, Ŝe negocjacje potrwają całą noc?
– Nie lubię, kiedy masz włosy splecione w warkocz – dodał,
wprawiając ją w jeszcze większe zakłopotanie.
Ujął warkocz w rękę. Gdy dotknął jej pleców, Shontelle poczuła
dreszcz. Wiedziała, co on zamierza zrobić, lecz w duchu nie potrafiła
tego zaakceptować.
To niemoŜliwe, by Luis wciąŜ jej pragnął!
A moŜe wcale jej nie pragnął, tylko bawił się z nią jak kot z myszą.
Miała ochotę spojrzeć na jego twarz, ale bała się tego, co mogłaby tam
zobaczyć, i nie chciała dostarczać mu zbyt wiele satysfakcji. Uspokój się,
uspokój, powtarzała sobie gorączkowo w myślach.
Luis zdjął gumkę z jej warkocza i zaczął rozplątywać pasma włosów.
– Czego ty ode mnie chcesz? – wybuchnęła Shontelle.
– Tego, co miałem wcześniej.
Obróciła się gwałtownie i stanęła twarzą do niego.
– Co to znaczy?
– To znaczy, Ŝe chcę korzystać z dnia. Czy teŜ raczej z nocy. Tobie
potrzebny jest autobus, a mnie jeszcze jedna noc z tobą.
Shontelle była wstrząśnięta. A więc tak miała wyglądać zapłata za
autobus!
– To chyba nie powinno być dla ciebie zbyt trudne? – zakpił Luis. –
Daj mi to samo, co dawałaś mi dwa lata temu, a w zamian dostaniesz to,
czego wówczas chciałaś.
– Nie dostałam wtedy tego, co chciałam – zaprotestowała drŜącym
głosem.
W oczach Luisa błysnęła złość.
– CzyŜbym nie spełnił wtedy twoich oczekiwań?
Trudno, w takim razie postaram się zaspokoić je dzisiaj. Mamy przed
sobą wiele godzin. Obiecuję, Ŝe ich nie zmarnujemy – oznajmił
bezlitośnie.
Najgorsze było to, Ŝe Shontelle nie potrafiła powstrzymać fizycznego
podniecenia. Od dwóch lat nie pociągał jej Ŝaden inny męŜczyzna. Na
samą myśl o dotyku Luisa czuła dreszcz. On jednak traktował ją jak
dziwkę.
Puścił warkocz i połoŜył dłonie na jej piersiach.
– Przestań! – syknęła Shontelle, ale on tylko uniósł kpiąco brwi.
– JuŜ tego nie lubisz?
To był diabeł wcielony, a co najgorsze, Shontelle wcale nie chciała,
by przestał. Naraz przyszła jej do głowy pewna myśl. Luis powiedział, Ŝe
nie jest Ŝonaty. WciąŜ jej pragnął i chciał rekompensaty za swą zranioną
dumę. PrzecieŜ ona pragnęła tego samego!
– Zazwyczaj nie interesują mnie przygody na jedną noc – stwierdziła.
– Ale to są szczególne okoliczności – odparł Luis jedwabistym
głosem.
– Chcę się upewnić, Ŝe dobrze cię zrozumiałam...
Z głośno bijącym sercem odpięła guzik jego koszuli i przesunęła ręką
po skórze. Luis głośno wciągnął oddech. A więc ona równieŜ miała nad
nim władzę.
– Jeśli spędzę z tobą noc, to dostanę autobus? upewniła się,
prowokacyjnie zatrzymując spojrzenie na jego ustach. – Umowa stoi?
– Tak – syknął Luis.
– W takim razie obydwoje zadzwońmy teraz. Chcę usłyszeć, jak
ustalasz przez telefon, Ŝe autobus podjedzie pod hotel Europa jutro rano,
zaraz po godzinie policyjnej. A potem ja zadzwonię do Alana i powiem
mu, Ŝe wszystko jest w porządku i zostaję tutaj na noc.
Luis zacisnął zęby. Nie podobało mu się, Ŝe Shontelle dyktuje
warunki, ale sam ustalił zasady tej gry, nie mógł jej więc winić za to, Ŝe z
nich korzysta.
Pocałował ją i na widok jej reakcji uśmiechnął się z satysfakcją.
– To wygląda obiecująco – wymruczał. – Zdaje się, Ŝe stęskniłaś się
za męŜczyzną.
Puścił ją i w pełni opanowany podszedł do telefonu. Shontelle drŜała
na całym ciele. śaden inny męŜczyzna nigdy nie wzbudzał w niej takich
reakcji. Jedna noc... jeszcze jedna noc. Wiedziała, Ŝe musi tu zostać,
nawet gdyby miała stracić wszystko.
Rozdział 4
Luis podniósł słuchawkę, wystukał numer i powiedział coś władczym
tonem męŜczyzny nawykłego do posłuchu u innych. Mówił w dialekcie
kiczua, starym języku Inków. Sprawiało mu perwersyjną przyjemność to,
Ŝ
e Shontelle nie rozumie rozmowy. Dobrze znała hiszpański, ale z
dialektów indiańskich rozumiała tylko po kilka słów. W Boliwii były one
wciąŜ Ŝywe; choć hiszpański był w tym kraju językiem urzędowym, to
wielu ludzi, szczególnie na prowincji, nie mówiło nim w ogóle.
Luis rozmawiał z Ramonem Floresem, człowiekiem, który był w
stanie zorganizować kaŜdego rodzaju transport w La Paz. Umyślnie
stanął plecami do Shontelle, by nie widziała jego twarzy. Niech się
trochę podręczy niepewnością, pomyślał. Była zbyt pewna, Ŝe moŜe
dostać wszystko, czego tylko zechce. Ale jeszcze tej nocy przekona się,
kto jest prawdziwym panem sytuacji, a rankiem on powie jej:
Ŝ
egnaj. Tak, jak ona powiedziała jemu przed dwoma laty.
– Autobus to nie problem, Luis – oznajmił Ramon, dokładnie tak, jak
moŜna było przewidzieć. Ale...
– Ale co? – zapytał Luis ostro.
– Ale nawet nie będę próbował przekonać któregoś z moich
kierowców, Ŝeby do niego wsiadł. śaden z nich nie miałby szans
dojechać do hotelu. Zostałby zatrzymany i aresztowany zaraz na
pierwszym kilometrze. Edykt wojskowy zabrania zgromadzeń, a dla nich
trzy osoby to juŜ zgromadzenie. Boliwijczyk prowadzący autobus... to
zbyt podejrzane.
Luis zmarszczył czoło. Nie pomyślał o tym wcześniej. Ale jeśli nie
podstawi autobusu... nie, musiał to zrobić. Nie chciał wyjść na
bezradnego i nieskutecznego w działaniu w oczach Shontelle. Musiał coś
wymyślić.
– Ten Australijczyk... on jest cudzoziemcem, moŜe jemu udałoby się
przejechać – zasugerował Ramon. – Skoro i tak jest przygotowany na
ryzyko, to powiedz mu, Ŝeby sam tu się zjawił i zabrał autobus.
Będzie czekał z pełnym bakiem.
Owszem, to brzmiało rozsądnie, Luis jednak umawiał się ze Shontelle
inaczej. Z drugiej strony nie musiał się zgadzać na wszystkie dyktowane
przez nią warunki. W zasadzie i tak spełniłby jej prośbę. Autobus miał
być gotów. Alan prosił tylko o to.
– Czy ktoś będzie w bazie, Ŝeby przekazać autobus? – zapytał.
– Godzina policyjna kończy się o szóstej. O wpół do siódmej ktoś
będzie czekał przy bramie.
– Dziękuję ci, Ramonie.
– Luis, ten twój przyjaciel to idiota.
– To jego wybór.
– Ale autobus jest nasz. MoŜemy mieć kłopoty.
– W razie czego ja się tym zajmę. Ty po prostu rób, co ci kaŜę.
– Jak chcesz.
Luis powoli odłoŜył słuchawkę. Całe to przedsięwzięcie było
zupełnie bezsensownym proszeniem się o kłopoty. Grupa Alana była
bezpieczna w hotelu.
CóŜ znaczył tydzień czy dwa? Lepiej być uwięzionym w luksusie niŜ
martwym. On sam równieŜ nie powinien się angaŜować. Równowaga
polityczna w Boliwii była zbyt chwiejna. Nie naleŜało naraŜać na szwank
nazwiska Martinezów.
I w dodatku w imię czego? Dla kobiety, która kiedyś najzwyczajniej
w świecie wykorzystała go... dla nic niewartej kobiety!
Niepotrzebnie pozwolił dojść do głosu chęci zemsty. To było
niegodne. Powinien teraz odesłać Shontelle do jej hotelu i pozwolić, by
odczuła smak poraŜki. To byłaby wystarczająca zemsta.
Spojrzał na nią. Stała przy oknie, otoczona światłami miasta niczym
aureolą. Jej długie włosy lśniły srebrzyście, usta miała lekko rozchylone.
Zatrzymał wzrok na jej piersiach, zastanawiając się, jak to moŜliwe, by
jednocześnie tak jej pragnąć i nienawidzić.
– Czy autobus będzie gotów na jutro rano? – zapytała z napięciem.
Luis zrozumiał, Ŝe dla niej to nie zabawa. No i dobrze. Zabawiła się
poprzednim razem. Dziś była jego kolej.
– Tak, dostaniecie autobus – odparł.
Umowa została przypieczętowana.
Shontelle spuściła wzrok.
– Luisie, jeśli masz Ŝonę, to zachowujesz się podle i nie chcę brać
udziału w tej grze.
Zacisnął zęby. To z jej powodu dotychczas się nie oŜenił, ale nie
zamierzał wyznawać tego głośno.
– Gdybym był Ŝonaty, to w ogóle byś się ze mną nie spotkała –
odrzekł sucho.
Powoli podniosła wzrok i spojrzała na niego z dziwną, gryzącą ironią.
Jej twarz nie wyraŜała rezygnacji, raczej determinację, by sprostać tej
sytuacji z podniesionym czołem. Luis poczuł się nieco zbity z tropu. Nie
tego po niej oczekiwał.
– O której autobus będzie przed hotelem? – zapytała. – Alan musi to
wiedzieć, Ŝeby przygotować grupę.
Luis juŜ chciał powiedzieć, Ŝe Alan będzie musiał sam przyprowadzić
autobus z bazy, ale powstrzymała go duma. Za Ŝadną cenę nie chciał się
narazić na lekcewaŜenie ze strony Shontelle.
Szaleństwem było naraŜać własną skórę oraz reputację Martinezów,
wolał jednak osobiście przyprowadzić autobus, niŜ dać dziewczynie
szansę wyśliźnięcia się z sideł. Musiała naleŜeć do niego, choćby przez
tę jedną noc.
– O siódmej – odrzekł krótko. – Pod warunkiem, Ŝe nie zatrzyma go
Ŝ
aden patrol. Na to juŜ nie mam wpływu.
Shontelle z westchnieniem skinęła głową.
– W porządku. Zadzwonię do Alana.
Triumf Luisa był gorzki. Shontelle wyrwała od niego więcej, niŜ na
to zasługiwała. Obiecał sobie jednak, Ŝe odbierze naleŜytą zapłatę i moŜe
wtedy uda mu się wreszcie od niej uwolnić.
Rozdział 5
Shontelle z desperacją zastanawiała się, jak powiedzieć Alanowi, Ŝe
zostaje na noc z męŜczyzną, który dwa lata temu złamał jej serce, a
potem zerwał stosunki z nimi obydwojgiem. Była pewna, Ŝe brat tego nie
zrozumie.
Ta noc mogła jej pomóc uwolnić się od wspomnień albo teŜ... Luis
był arogancko pewny siebie, mimo wszystko jednak nie oŜenił się
dotychczas. Dziedziczka rodu Gallardow jeszcze go nie zdobyła. MoŜe
Elvira Rosa Martinez nie znała swego syna tak dobrze, jak sądziła.
Z krzywym uśmieszkiem podeszła do telefonu.
– To nie będzie łatwe – mruknęła.
– A czy myślisz, Ŝe dla mnie było to łatwe? Musieli mnie uznać za
idiotę. Kto prosi o autobus w tak niepewnej sytuacji? – odparował.
Miał rację. Obydwoje zachowywali się jak idioci.
Z jakiegoś powodu ta myśl podniosła Shontelle na duchu.
Luis nie odszedł od telefonu, tylko oparł się o krawędź stołu,
najwyraźniej zamierzając wysłuchać rozmowy od początku do końca.
Słiontelle odwróciła się plecami do niego, nie chcąc, by widział jej twarz.
– Skąd dzwonisz? – zapytał Alan.
– Jestem w apartamencie Luisa. Będziemy mieli autobus.
– Jaką cenę wyznaczył?
– Nic takiego. Powiedz ludziom, Ŝeby czekali w holu o siódmej, o ile
wszystko dobrze pójdzie.
W głosie Alana pojawiła się podejrzliwość.
– Jeśli co dobrze pójdzie? Słiontelle, co takiego Luis wykombinował?
– Załatwił autobus, ale nie moŜe zagwarantować, Ŝe wojsko nie
zatrzyma go w drodze do hotelu.
Alan odetchnął głośno. Luis poruszył się i stanął za plecami
Shontelle.
– W porządku – usłyszała w słuchawce. – Skoro juŜ wszystko
załatwione i skończyliście rozmowę, to będę na ciebie czekał za pięć
minut przy tylnych drzwiach hotelu PlaŜa.
Shontelle poczuła dłonie Luisa na swojej talii. Stanął tuŜ za nią i
zaczął odpinać pasek u jej spodni.
Sens słów Alana dotarł do niej dopiero po chwili.
– Hm... nie. Nie, właściwie jeszcze nie skończyliśmy – wykrztusiła.
– Dopiero zaczynamy – wymamrotał Luis, przechodząc do suwaka.
Shontelle wstrzymała oddech, nieświadomie wyczekując chwili, gdy jego
dłonie dotkną jej ciała.
– Co się tam dzieje? – zapytał Alan ostro.
Shontelle zmusiła się do myślenia.
– Zostaję tu na noc – rzuciła nerwowo i w tej samej chwili Luis
ś
ciągnął jej spodnie do kostek. Omal nie wypuściła słuchawki z ręki,
zdumiona szybkością jego działania.
– Co takiego?! – zdumiał się Alan. – Zaraz po ciebie przychodzę!
– Nie! – wykrzyknęła i zwróciła się twarzą do Luisa. – Nie!
Nie zwaŜając na jej protest, Luis podniósł ją i posadził na stole, a
potem oparł jej stopę na swoim udzie i zajął się rozsznurowywaniem
buta. Shontelle nie miała pojęcia, jak powinna zareagować. Luis
rozbierał ją z bezlitosną skutecznością. Czy nie powinna mu
przeszkodzić? Gdyby podniosła nogę...
– Shontelle! – zawołał Alan w słuchawce. – Jeśli to ma być
kontrakt...
– Alanie, załatwiłam juŜ to, o co mnie prosiłeś – przerwała mu
gorączkowo, pragnąc jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. – To
sprawa wyłącznie pomiędzy mną a Luisem. Całkowicie osobista,
rozumiesz?
Luis ściągnął jej skarpetkę i podniósł drugą nogę.
– Czyś ty zupełnie zwariowała? PrzecieŜ on jutro znów wyrzuci cię
jak śmieć! – zagrzmiał Alan.
Shontelle nie miała juŜ czasu, by go uspokajać.
Zresztą i tak by jej się nie udało.
– Trudno, najwyŜej tak się stanie – odrzekła beztrosko. Luis właśnie
ś
ciągał jej spodnie.
– Czy chodzi o autobus? – wypytywał Alan z niepokojem.
– Proszę cię, braciszku, zrób coś dla mnie. Spakuj moje rzeczy, Ŝeby
były gotowe rano. Wrócę zaraz po godzinie policyjnej.
– Shontelle, na litość boską! Czy ty...
Luis odebrał jej słuchawkę.
– Nie wtrącaj się w to, Alan! – rzekł stanowczo.
– Twoja siostra i ja mamy bardzo wiele osobistych spraw do
omówienia – rzucił i odłoŜył słuchawkę, a potem ściągnął Shontelle
koszulkę i wprawnie rozpiął biustonosz.
Shontelle siedziała na stole zupełnie naga, a obok niej, na podłodze,
leŜała sterta ubrań. Stało się to tak szybko, Ŝe nie zdąŜyła jeszcze
ochłonąć. Nade wszystko zdumiona była zupełnym brakiem
jakiegokolwiek erotyzmu w działaniach Luisa. Jego twarz nie wyraŜała
niczego, była jak dumna, ciemna maska.
Nie zostawił jej czasu na myślenie ani zadawanie pytań, tylko
schwycił wpół i trzymając w pewnej odległości od swego ciała, zaniósł
do sypialni jak przedmiot, a potem rzucił na łóŜko i sam rozciągnął się
obok niej.
– Tu właśnie chciałem cię mieć – oznajmił, wygodnie splatając
ramiona pod głową. – Tu jest twoje miejsce... obszar, po którym
najsprawniej się poruszasz.
Te słowa i towarzyszące im ostre spojrzenie sprawiły, Ŝe Shontelle
wzdrygnęła się, niepewna, czy Luis jeszcze Ŝywi do niej jakiekolwiek
uczucia. Poruszyła się prowokująco i ułoŜyła wygodniej na łóŜku,
przerzucając włosy przez ramię.
– Ty równieŜ byłeś dobrym graczem, Luisie. Uśmiechnęła się
zmysłowo. – Szkoda, Ŝe zatraciłeś całą subtelność. Brutalna siła do
ciebie nie pasuje.
Zaśmiał się ponuro.
– Jestem pewien, Ŝe w swoim poszukiwaniu urozmaiceń zetknęłaś się
juŜ z brutalną siłą. Przypuszczam, Ŝe mogła być to dla ciebie przyjemna
odmiana, gdy ja juŜ ci się znudziłem.
– Nigdy mi się nie znudziłeś – rzekła szczerze.
– Zawsze uwaŜałam, Ŝe to, co nas łączyło, było wy – jątkowe.
– Więc wyjechałaś, zanim zdąŜyło się zepsuć – mruknął Luis z
niechęcią.
– Sprawa była od początku przesądzona – powiedziała Shontelle
cicho.
– A niby dlaczego? – zdziwił się Luis, zdejmując buty i skarpetki.
– Z powodu twojego prawdziwego Ŝycia w Buenos Aires – wyjaśniła.
Oczekiwała, Ŝe Luis zrobi minę winowajcy. Rozczarowała się jednak.
– Rozumiem – odrzekł przeciągle. – Nasza romantyczna idylla nad
Amazonką dobiegła końca.
Musiałem wrócić do pracy w Buenos Aires i nie mogłem ci
poświęcać całego czasu. Zamierzam nadrobić to dzisiaj – dokończył
spokojnie, rozpinając spodnie.
– Dlaczego? – zawołała, sfrustrowana tym, Ŝe traktował ją wyłącznie
jako obiekt seksualny. Choć z drugiej strony moŜliwe, Ŝe tylko tym
zawsze dla niego była.
Impuls kazał jej odpłacić mu pięknym za nadobne. – Czy inne
kobiety wydają ci się zbyt mdłe? Potrzebujesz odrobinę pikantnej
przyprawy?
Strzała sięgnęła celu. Luis zacisnął usta i w jego oczach pojawił się
błysk gniewu.
– Wydaje ci się, Shontelle, Ŝe jesteś wyjątkowa?
– zapytał ironicznie, zrzucając z siebie ostatnie części ubrania. Stanął
nad nią nagi i potęŜny, z uśmiechem mściwej satysfakcji. – Bo owszem,
jesteś... – Przeciągnął się zmysłowo. – Jesteś wyjątkowo apetycznym
daniem w łóŜku. Tak wyjątkowym, Ŝe zamierzam dzisiaj urządzić sobie
ucztę.
Shontelle poczuła ucisk w Ŝołądku, nie pozbyła się jednak jeszcze
resztek nadziei.
– Ryzykujesz – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Od takich
apetycznych dań moŜna się uzaleŜnić.
Zaśmiał się i wbrew jego intencjom twarz przybrała lŜejszy,
sympatyczniejszy wyraz. Przez chwilę stał się tym Luisem, którego
Shontelle znała kiedyś. Wyciągnął się nad nią na łóŜku, odgarniając jej
włosy na bok.
– śeby się uzaleŜnić, trzeba mieć stały dostęp do narkotyku –
wymruczał, wpatrując się w jej usta. A ja spróbuję wziąć, co się da,
jednorazowo.
Shontelle poddała się jego pocałunkom. Rozbudzały w niej głód,
który tłumiła przez dwa lata. Ten męŜczyzna naleŜał, musiał naleŜeć do
niej. Nie było takiego drugiego na całym świecie. Była pewna, Ŝe on
czuje to samo. Wsunęła palce w jego włosy, on jednak nagle odsunął jej
ręce i przygwoździł je do materaca.
– Shontelle, to ma być moja noc i moja zabawa.
Znieruchomiała ze zdumienia i juŜ więcej nie próbowała go dotykać.
Ta noc rzeczywiście była ucztą Luisa. Nie zezwolił na Ŝadną
wymianę, nie chciał wzajemności. Potraktował Shontelle jak potrawę,
którą mógł smakować do woli, kęs po kęsie, w swoim tempie i wedle
własnego apetytu. Jej uczucia obchodziły go jedynie o tyle, o ile
zwiększały jego przyjemność i satysfakcję, Ŝe potrafi nad nią panować.
Odpowiedź, której Shontelle szukała, stała tuŜ przed nią. Nie było dla
niej przyszłości u boku Luisa Angela Martineza. Nic jej tu nie czekało,
absolutnie nic.
W końcu siłą uwolniła się z jego objęć i nie zwazając na hiszpańskie
przekleństwa, poszła do łazienki i starannie zamknęła za sobą drzwi.
Wyglądała jak kupka nieszczęścia – rozedrgana, beznadziejna kupka
nieszczęścia. Mogła zrobić tylko jedno: nie dopuścić do tego, by Luis
kiedykolwiek jeszcze miał okazję wykorzystać ją tak jak ostatniej nocy.
Wiedziała, Ŝe bez względu na to, co on moŜe powiedzieć albo zrobić,
ona nie zgodzi się więcej grać na jego warunkach.
Ucieczka Shontelle zaskoczyła i sfrustrowała Luisa. Dziewczyna nie
dała mu Ŝadnego sygnału ostrzegawczego; jej uległość w jednej chwili
zmieniła się w odrzucenie. Gdy mocno trzasnęła drzwiami łazienki,
zaczął się zastanawiać, cóŜ takiego uczynił. Shontelle nie płakała, nie
skarŜyła się ani nie protestowała.
Nie zranił jej fizycznie, zresztą jej ciało przez cały czas reagowało na
niego przychylnie. Nie, potrząsnął głową. Nie mógł jej wyrządzić Ŝadnej
krzywdy.
Dlaczego więc tak nagle uciekła?
Nie pozwolił jej rozsnuć uwodzicielskich sieci. Nie miał zamiaru
znów stać się jej zabawką. Od razu postawił sprawę jasno, choć w
pierwszej chwili zapewne mu nie uwierzyła. Pewnie w końcu
zdenerwowało ją to, Ŝe nie była w stanie wbić w niego swoich szponów.
Wzruszył ramionami, nieco zirytowany. Niech sobie posiedzi w
łazience i wyzłości się. Przekona się, Ŝe i tak nic w ten sposób nie
uzyska. Poza tym zdobył juŜ to, czego chciał, i nie miał zamiaru błagać o
więcej.
Z uśmiechem satysfakcji przerzucił nogi przez krawędź łóŜka. Budzik
na stoliku wskazywał jedena stą czterdzieści siedem. Nawet nie minęła
jeszcze północ. Mowa była o całej nocy. Shontelle znów go oszukała.
Wszystko obiecywała i niczego nie dotrzymywała. Jak zwykle.
Wyjął z szafy hotelowy szlafrok, zarzucił go na ramiona i poszedł do
saloniku, gdzie znajdował się barek. Z łazienki dochodził szum
prysznica. Widocznie Shontelle próbowała zmyć ze skóry ślady jego
dotyku.
Ś
wiatło w saloniku wciąŜ się paliło. Ubrania Shontelle leŜały na
podłodze. Luis przyjrzał się im z wisielczym humorem i nalał sobie
drinka. Wiedział, Ŝe dziewczyna nie wyjdzie z hotelu, dopóki się nie
ubierze. Wcześniej czy później będzie musiała tu przyjść.
Wyczekiwał tej chwili z zainteresowaniem.
Z drinkiem w ręku stanął pod oknem i zapatrzył się na bajkową
panoramę La Paz, którą wcześniej zachwycała się Shontelle. Jedna warta
drugiej, pomyślał Luis z goryczą. Oszukańcze pozory magii, kryjące w
ś
rodku niszczycielską moc. JuŜ za kilka godzin miał przemierzyć te
ulice, samotny i nie uzbrojony, w drodze na dworzec. A potem, gdy
usiądzie za kierownicą, sytuacja stanie się jeszcze bardziej
niebezpieczna. Co za głupia umowa... i wszystko po to, by jeszcze raz
doświadczyć smaku zwycięstwa nad Shontelle i zakosztować jej ciała.
A przecieŜ wiedział, Ŝe nie ma tu nic do wygrania.
Gdy się rozstawali, powiedziała mu to jasno. Nie kochała go,
chodziło tylko o seks. Luis kiedyś wierzył, Ŝe ten seks był połączony z
czymś znacznie głębszym. Zemsta miała gorzki smak. Potrząsnął głową z
niechęcią. Krótka przyjemność zmysłów, która po zostawiła go z
poczuciem pustki.
Powoli pił drinka ze świadomością, Ŝe nic go nie obchodzi to, Ŝe
następnego ranka moŜe zginąć na ulicach La Paz. Było mu wszystko
jedno.
Rozdział 6
Shontelle zgasiła światło w łazience, cicho przekręciła klamkę i
uchyliła drzwi. Wstrzymała oddech i nasłuchiwała, ale z sypialni nie
dobiegał Ŝaden dźwięk. CzyŜby Luis zasnął? Modliła się, by tak było.
Spędziła w łazience ponad godzinę, próbując wziąć się w garść.
Nawet umyła i wysuszyła włosy, by jak najdokładniej oczyścić się ze
ś
ladów jego dotyku.
Owinęła się ręcznikiem i weszła do korytarza, za którym znajdował
się salonik. Światło wciąŜ się paliło. Widziała stertę swoich ubrań na
podłodze. Zrzuciła ręcznik i zaczęła się pośpiesznie ubierać. Narzuciła
na siebie spodnie i koszulkę, a potem usiadła na podłodze, by
zasznurować buty. Gdy juŜ była w pełnym rynsztunku, odwróciła się do
okna, gdzie stały fotele, które mogły zapewnić jej w miarę wygodne
schronienie na resztę nocy.
Naraz zatrzymała się jak raŜona gromem, przykuta do miejsca przez
spojrzenie Luisa. W jednej chwili zrozumiała, Ŝe on był tu przez cały
czas i patrzył na nią, gdy się ubierała. Kolejne upokorzenie. Na
szczęście, nie był juŜ nagi, choć śnieŜnobiały szlafrok podkreślał urodę
jego diabolicznie pięknej twarzy.
Nie wyglądał juŜ na tak doskonale opanowanego.
Potargane włosy opadały mu na czoło. Spojrzenie czarnych oczu
straciło przenikliwą intensywność; teraz błyszczała w nich ironia. Luis
kpił z siebie, z niej i z całego świata.
– Rozumiem, Ŝe nie masz juŜ zamiaru przyłączyć się do mnie w łóŜku
– powiedział przeciągle.
– Dostałeś swoje – odparła gniewnie.
Wzruszył tylko ramionami.
– I tak juŜ straciłem apetyt – rzekł pogardliwie.
– To dobrze! – prychnęła Shontelle. – Bo ja teŜ.
Luis pomachał ręką, lekcewaŜąco wskazując na drzwi.
– MoŜesz wyjść, kiedy tylko zechcesz.
Wściekłość Shontelle narastała.
– Akurat! śebyś miał okazję wykręcić się z naszej umowy!
– To, czy zostaniesz, czy nie, nie ma juŜ Ŝadnego znaczenia. – Luis
wzruszył ramionami. – Jeśli obawiasz się wyjść na ulicę, to moŜesz
zadzwonić do brata. Na pewno przyjdzie po ciebie.
– Nie! – zawołała stanowczo. – Zostanę aŜ do końca godziny
policyjnej, tak, jak się umawialiśmy.
Potraktowałeś mnie jak dziwkę, ale nie dam ci Ŝadnego pretekstu, byś
mógł wymigać się ze zobowiązania!
– PrzecieŜ dałem ci słowo – stwierdził Luis dumnie.
– Rano się przekonamy, czy go dotrzymasz. Zdaje się, Ŝe Ŝadne z nas
nie czuje się dobrze w towarzystwie drugiego. Proponuję więc, Ŝebyś
wrócił do łóŜka, a ja zostanę tutaj.
– Dziękuję uprzejmie – odrzekł z drwiną. – Skoro wybrałaś tak
niewygodne miejsce, to śpij dobrze.
Wyszedł do sypialni, najwyraźniej uznając, Ŝe dalsza rozmowa
byłaby tylko stratą czasu. Shontelle czuła się zupełnie wyczerpana.
Powściągnęła impuls, by za nim pobiec i wykrzyczeć, jak bardzo nim
gardzi za kłamstwa i dwulicowość, ale właściwie jakie to miałoby
znaczenie? Jego i tak nic to nie obchodziło.
Właśnie w tym rzecz: nic go to nie obchodziło.
Nawet pozostając tu do rana, nie miała Ŝadnej gwarancji, Ŝe Luis
dotrzyma obietnicy, ze swej strony jednak zamierzała solennie wypełnić
umowę. Podeszła do okna i pochyliła się, szukając na podłodze gumki do
włosów, którą Luis ściągnął z jej warkocza.
Nie wiadomo dlaczego, naraz wydało jej się bardzo waŜne, by
przywrócić swój wygląd do dokładnie takiego samego stanu, jak w
chwili, gdy tu przyszła. Gumki jednak nigdzie nie było. Widocznie Luis
wsunął ją do kieszeni. Odczuła to jako bolesną poraŜkę.
Podeszła do telefonu i zamówiła budzenie na piątą czterdzieści pięć.
Wiedziała, iŜ telefon obudzi równieŜ Luisa, chciała mu jednak w ten
sposób udowodnić, Ŝe spędziła w jego apartamencie całą noc.
Zgasiła światło, zsunęła dwa fotele i spróbowała się na nich ułoŜyć. Z
nadzieją, Ŝe zmęczenie pomoŜe jej zasnąć, zamknęła oczy. Pod
powiekami zbierały się łzy.
– Shontelle...
Z trudem rozchyliła sklejone snem powieki. Luis ze zmarszczonym
czołem stał nad nią. Dlaczego ją obudził? Po chwili poczuła zapach
męskiej wody kolońskiej i dopiero teraz zauwaŜyła, Ŝe był juŜ ubrany i
ogolony. Musiała więc zaspać.
Odsunęła jeden z foteli i z wysiłkiem stanęła na nogi.
– Która godzina? – zawołała z przeraŜeniem.
Alan na pewno czekał na nią i szalał z niepokoju.
– Masz jeszcze czas – mruknął Luis szorstko. Prawie wpół do szóstej.
Zamówiłem śniadanie i pomyślałem, Ŝe moŜe zechciałabyś się wcześniej
umyć.
– Śniadanie... dla mnie? – powtórzyła nieprzytomnie.
– Dla nas obydwojga.
Po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Luis wpuścił kelnera.
Shontelle wpatrywała się w jego plecy, zastanawiając się, po co wstał tak
wcześnie.
Poszła do łazienki i na widok swego odbicia w lustrze skrzywiła się
boleśnie. Oczy miała zaczerwienione, twarz zmęczoną i opuchniętą.
Opłukała ją zimną wodą, ale niewiele to pomogło. Nic więcej nie mogła
na razie zrobić. Westchnęła, rozczesała włosy i wróciła do salonu.
Na stoliku na kółkach dymiły kubki z gorącą kawą.
Tego właśnie było jej trzeba. Wzięła jeden do ręki i usiadła.
– Gdzie się wybierasz tak wcześnie? – zapytała Luisa.
– Po autobus – mruknął obojętnie.
W pierwszej chwili Shontelle nie zrozumiała.
– Jak to: po autobus? Dokąd?
– Do bazy.
Dziewczyna zaniemówiła.
– PrzecieŜ tam chyba są jacyś kierowcy?
– śaden z nich nie odwaŜy się usiąść za kierownicą i wyjechać z
bazy. Wojskowi zatrzymaliby go zaraz za rogiem.
Shontelle patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
– A ty? Ty się nie boisz?
Luis tylko wzruszył ramionami.
– PrzecieŜ zawarliśmy umowę.
– Nie wierzę ci – powiedziała naraz Shontelle.
– To kolejne twoje kłamstwa. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
To tylko pretekst, Ŝeby się wyłgać z naszej umowy. Po prostu znikniesz i
zostawisz nas na lodzie. To ma być twoja zemsta! Nie wierzę juŜ w twoje
kłamstwa! Pójdę za tobą! Będę cię śledzić aŜ do chwili, gdy autobus
podjedzie pod drzwi hotelu!
– Jakie kłamstwa? – przerwał jej.
– Nie udawaj, Ŝe nie okłamywałeś mnie kiedyś!
Było ci bardzo wygodnie zapomnieć o Claudii Gallardo na czas,
który spędziliśmy razem!
– Ona nie jest moją Ŝoną – wtrącił Luis.
– Twoja matka mówiła, Ŝe jesteście zaręczeni.
Twoja matka, przed którą tak starannie mnie ukrywałeś, gdy
mieszkaliśmy razem w Buenos Aires! To właśnie ona opowiedziała mi o
twoim prawdziwym Ŝyciu!
– Kiedy to było? – zawołał Luis ostro.
– Na dzień przed moim wyjazdem. Wtedy, gdy odrzuciłeś jej
zaproszenie na lunch!
Luis zerwał się z krzesła. Shontelle skurczyła się, nie dała się jednak
zastraszyć. To on musiał się wytłumaczyć.
– Nic mi o tym nie powiedziałaś – rzucił oskarŜycielskim tonem.
– Ty teŜ byłeś raczej małomówny – odparowała.
– Pozwoliłaś, Ŝeby intrygi mojej matki zniszczyły wszystko, co było
między nami, i nie wspomniałaś mi o tym ani słowem! Pozwoliłaś, Ŝeby
postawiła na swoim, i nawet o nic mnie nie zapytałaś!
Wściekłość w jego głosie zdumiała Shontelle.
– Ani odrobiny serca, wiary, zaufania! I to dla ciebie ryzykuję Ŝycie!
– krzyczał Luis.
Patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc.
– Ryzykujesz Ŝycie? – powtórzyła bezwiednie.
Na twarzy Luisa błysnęła duma.
– Wracaj do swojego hotelu – powiedział tonem nie znoszącym
sprzeciwu. – Poczekaj tam razem z bratem. Jeśli nie przyprowadzę
autobusu, to nie będzie w tym mojej winy.
– Luis! – zawołała za nim, naraz przeraŜona, Ŝe juŜ nigdy więcej go
nie zobaczy i niczego sobie nie wyjaśnią. On jednak zamknął za sobą
drzwi i zniknął.
Shontelle rozpaczliwie usiłowała zebrać myśli. Nic tu nie miało
sensu. Sama juŜ nie wiedziała, w co wierzyć. Jeśli Luisowi uda się
przyprowadzić autobus, to... co dalej?
Kazał jej wrócić do hotelu, do Alana. To było najrozsądniejsze
rozwiązanie. Zresztą i tak nic innego nie mogła zrobić.
Rozdział 7
Alan czekał na nią w holu hotelu Europa, jednocześnie doglądając
regulowania rachunków przy recepcji. Podszedł do Shontelle, gdy tylko
pojawiła się w progu.
– Wszystko w porządku? – zapytał niespokojnie, obrzucając ją
badawczym spojrzeniem.
– Tak – odrzekła krótko, idąc do wind. – Czy moje bagaŜe są jeszcze
w pokoju?
– Są. Przypuszczałem, Ŝe zechcesz się przebrać.
– Słusznie. Daj mi klucz. To nie potrwa długo – dodała.
– Shontelle...
– Luis pojechał po autobus – przerwała mu, nie chcąc, by ją o
cokolwiek pytał.
– Luis? – powtórzył Alan ze zdumieniem.
– Powiedział, Ŝe jeśli nie będzie go tu do siódmej, to nie jego wina.
Gdzie są uczestnicy wycieczki?
– Część płaci rachunki, a inni są w restauracji odrzekł Alan z
roztargnieniem. – Ty teŜ powinnaś coś zjeść. Czeka nas męczący dzień.
Shontelle nacisnęła guzik windy. Miała szczęście:
drzwi otworzyły się natychmiast.
– Czy zamówiłeś jakiś prowiant na drogę? – zapytała, wchodząc do
windy.
– Tak, wszystko załatwione. Shontelle...
– Zaraz tu będę – rzuciła i gdy drzwi zamknęły się przed nosem
Alana, odetchnęła z ulgą. Powiedziała mu wszystko, co dotyczyło
sytuacji grupy. Natomiast co do reszty... Być moŜe Luis miał trochę racji,
myśląc o niej źle, jeśli jego matka rzeczywiście kłamała, a Claudia
Gallardo była z nią w zmowie. Shontelle nie potrafiła rozstrzygnąć, gdzie
leŜy prawda. Z zamętu niepewności wyłaniały się ostro tylko dwa
niepodwaŜalne wnioski. Gdyby przed dwoma laty opowiedziała Luisowi
o spotkaniu z jego matką, teraz nie miałaby wątpliwości co do stanu jego
uczuć. Wina za to leŜała całkowicie po jej stronie. Ale nawet wziąwszy
pod uwagę, Ŝe Luis miał prawo myśleć o niej jak najgorzej, nie powinien
był jej traktować tak, jak to uczynił. To było niewybaczalne.
Nie było więc sensu roztrząsać dłuŜej ich spotkania. Czas najwyŜszy
zapomnieć o całej historii i pójść dalej. Shontelle była pewna, Ŝe nigdy
nie pozbędzie się Ŝalu do końca, ale musiała się pogodzić z tym, Ŝe Luis
na dobre zniknął z jej Ŝycia. Nawet jeśli osobiście przyprowadzi autobus,
to pozostanie tu przez kilka minut, a potem przekaŜe pojazd Alanowi i
zniknie.
Winda zatrzymała się i Shontelle poszła do swojego pokoju. Dopiero
przy pakowaniu bagaŜy przypomniała sobie, co Luis mówił o naraŜaniu
Ŝ
ycia, i skojarzyła to z faktem, Ŝe osobiście wybrał się po autobus.
CzyŜby to właśnie miał na myśli? Czy na ulicach naprawdę jest
niebezpiecznie? Chyba Alan nie zdecydowałby się na wyjazd z miasta,
gdyby ryzyko było aŜ tak wielkie? Wiedziała, Ŝe jej brat liczył się z
kłopotami przy wyjeździe, był jednak pewien, Ŝe uda się je jakoś
przezwycięŜyć. A Luis nosił przecieŜ nazwisko Martinez i na pewno był
w stanie sobie poradzić.
Wystarczyłoby, Ŝeby pstryknął palcami, i pół Boliwii rzuciłoby się
spełniać jego Ŝyczenia. Dlaczego miałby naraŜać dla niej Ŝycie? To nie
miało ani odrobiny sensu.
Przebrała się w zieloną koszulkę, równieŜ z emblematem Amigos
Tours, szybko przeczesała włosy, splotła je w warkocz i poczuła się
znacznie lepiej.
Sprawdziła, czy nic nie zostało w pokoju, i zniosła bagaŜe do holu.
– Idę na śniadanie – wyjaśniła bratu i uciekła do restauracji.
Większość członków grupy skończyła juŜ jeść i właśnie wychodziła.
Robiło się późno. Shontelle podeszła do bufetu. Nie była głodna, ale
rozsądek nakazywał jej uzupełnić zapasy energii.
Postawiła na tacy sok, połoŜyła dwie bułeczki, kilka plastrów
zimnego mięsa oraz sera i podeszła do pustego stolika. Nie miała ochoty
na rozmowy. Na szczęście nikt się do niej nie przysiadł. Zjadła w
spokoju i za dziesięć siódma dołączyła do Alana, który w holu uspokajał
zdenerwowanych członków grupy i przygotowywał ich na długą podróŜ.
Czekała ich dziesięciogodzinna jazda z La Paz do Santa Cruz,
oczywiście pod warunkiem, Ŝe nie natrafią na Ŝadne nieprzewidziane
okoliczności. Stamtąd mieli złapać samolot do Buenos Aires, a potem
wrócić do Australii.
Nastroje w grupie były nierówne. Ci, którzy cierpieli na chorobę
wysokościową, nie dbali o czekające ich niewygody, byle tylko wydostać
się z La Paz. Inni obawiali się, co moŜe ich czekać po wyjściu z hotelu.
Australijczycy nie przywykli do widoku Ŝołnierzy na ulicach. Oprócz
parady weteranów widywali czołgi jedynie w muzeum wojskowości.
Niektórzy zaczynali mamrotać pod nosem, Ŝe nigdy więcej nie ruszą się z
domu. Dopiero teraz zrozumieli, dlaczego Australię nazywa się „krajem
szczęściarzy".
Minuty mijały i wzrastało napięcie. Ludzie zaczynali nerwowo
grzebać w bagaŜach, sprawdzając, czy mają wszystko, co niezbędne, pod
ręką. Alan polecił wszystkim pozostać na miejscu, a sam stanął przed
hotelem, wypatrując autobusu.
Z przylepionym do twarzy cierpliwym uśmiechem Shontelle starała
się wyglądać jak uosobienie spokoju i pewności siebie. Wymagało to
niemałej koncentracji. Czuła ucisk w Ŝołądku. W miarę jak mijały
minuty, coraz trudniej było jej odsuwać od siebie niepokój.
Jeśli autobus nie przyjedzie, czy to będzie oznaczać, Ŝe Luisa
spotkało coś złego? Pomimo Ŝe ostatniej nocy zranił ją bardzo boleśnie,
nie chciała, by coś mu się stało fizycznie. Z pewnością nie Ŝyczyła mu
ś
mierci. To nie była przecieŜ jej wina, Ŝe ryzykował Ŝycie, by
przyprowadzić autobus, tylko jego świadomy wybór.
Przypomniała sobie, co Luis opowiadał jej kiedyś o swoim bracie
Eduardzie. Podczas politycznych niepokojów w Argentynie Ŝandarmeria
zgarnęła go wieczorem z ulicy, prawdopodobnie podczas obławy
urządzonej na młodych dysydentów, i rodzina nigdy więcej o nim nie
usłyszała. Stał się jednym z zaginionych, których śmierci nigdzie nie
odnotowano.
Shontelle na własne oczy widziała w Buenos Aires demonstrację
kobiet nazywanych Majowymi Matkami, które protestowały przeciw
zaginięciu ich dzieci.
Bez względu na to, ile lat juŜ minęło, w kaŜdy czwartek zjawiały się z
transparentami i fotografiami przed budynkiem rządu, nikt jednak nie
udzielał im Ŝadnych informacji. KrąŜyły pogłoski, Ŝe wielu z tych
zaginionych zabrano do helikopterów i zrzucono do morza.
Shontelle poczuła dreszcz. Czy coś podobnego mogło się zdarzyć
równieŜ w Boliwii? Nie, na pewno nie. Ten kraj pozbawiony był dostępu
do morza. Nawet gdyby Luis z jakiegoś powodu trafił do więzienia,
Elvira Rosa Martinez byłaby w stanie go uwolnić.
Eduardo prawdopodobnie zginął dlatego, Ŝe nie został w porę
rozpoznany.
Przeszyła ją kolejna okropna myśl. A jeśli Luis równieŜ nie będzie
miał okazji wyjaśnić, kim jest?
Jeśli jakiś bałwan naciśnie na spust...
Do holu wpadł Alan.
– JuŜ jest!
Kolana Shontełle ugięły się z ulgi.
– Zabierajcie rzeczy i wychodźcie na zewnątrz – nakazał Alan. –
Pamiętajcie, co mówiłem: kobiety natychmiast wchodzą do autobusu,
męŜczyźni ładują bagaŜe do luków. Im szybciej ruszymy, tym lepiej.
Wszyscy się oŜywili. Trzydzieści osób z torbami w rękach pobiegło
do drzwi. Shontełle została na końcu, udając, Ŝe sprawdza, czy w holu
nie zostały Ŝadne bagaŜe. Przez szybę widziała autobus manewrujący w
uliczce. Za kierownicą siedział Luis.
A więc nic mu się nie stało. Mógł teraz bezpiecznie wrócić do hotelu
PlaŜa.
Autobus zatrzymał się i otworzono luki bagaŜowe.
Luis podniósł się z fotela. Teraz sobie pójdzie, pomyślała Shontełle, i
nigdy go juŜ nie zobaczę. Czuła się dziwnie rozdarta. Po ostatniej nocy
było to absurdalne uczucie. To wszystko nie powinno juŜ mieć dla niej
Ŝ
adnego znaczenia. A jednak coś ją ciągnęło na ulicę.
Niemal siłą wypchnęła z holu ostatnich maruderów.
Luis stał przy masce pojazdu. ZauwaŜył ją natychmiast. Ich oczy
spotkały się na krótką chwilę, zaraz jednak oderwał od niej wzrok i
zaczął coś mówić do Alana. Shontelle była tak wstrząśnięta, Ŝe nie mogła
zebrać myśli. Co miało oznaczać to spojrzenie?
Wróciła do rzeczywistości. Jej obowiązkiem było dopilnować
wsiadających kobiet. Alan miał nadzorować załadunek bagaŜy. Gdy
wszystkie kobiety zniknęły w drzwiach autobusu, Shontelle podeszła do
Alana i Luisa.
– Dziękuję ci, Ŝe przyprowadziłeś, autobus – powiedziała szczerze.
Alan spojrzał na nią badawczo.
– On mówi, Ŝe jedzie z nami.
– Zaraz... – wyjąkała Shontelle. – Jak to?
– Nie chce mi oddać kluczyków. Upiera się, Ŝe sam będzie prowadził
– mruknął Alan.
– Do Santa Cruz? – zapytała Shontelle oszołomiona.
– Nawet do samego piekła i z powrotem, jeśli będzie trzeba –
wyjaśnił Luis posępnie.
– Ale dlaczego?
Przez jego usta przemknął grymas.
– Bo ty będziesz w tym autobusie, Shontelle. A ja jeszcze z tobą nie
skończyłem.
Powinna mu odpowiedzieć, Ŝe owszem, skończył.
A przynajmniej, Ŝe w kaŜdym razie ona juŜ z nim skończyła. Słowa
jednak nie chciały jej przejść przez gardło. Patrzyła na niego w
milczeniu, czując potęgę jego woli. To było szaleństwo. Nic dobrego nie
mogło z tego wymknąć. Za bardzo poranili się nawzajem.
Jednak jego wzrok wyraŜał teraz coś innego... nie była to juŜ pogarda
ani odrzucenie, i z pewnością nie była to równieŜ obojętność.
– Luis... – zaczął ostrym tonem Alan.
– To mój autobus – przerwał mu Luis bezceremonialnie. – Jeśli nie
chcesz, Ŝebym prowadził, to zabieraj swoich ludzi.
Trzasnęły pokrywy bagaŜników. MęŜczyźni zaczynali juŜ wchodzić
do środka.
– Rany boskie, człowieku, daj wreszcie spokój mojej siostrze! –
wykrzyknął Alan ze wzburzeniem.
Luis nie oderwał wzroku od Shontelle. Na jego twarzy odbijała się
absolutna determinacja. Dziewczyna wiedziała, Ŝe ma wybór: albo moŜe
zostać w La Paz, gdzie on równieŜ był, albo wraz z nim pojechać do
Santa Cruz.
W Ŝadnym razie jednak Luis nie miał zamiaru pozwolić jej uciec,
dopóki sam nie uzna sytuacji za zakończoną.
Cokolwiek to dla niego oznaczało.
Z pewnością nie oznaczało seksu, pomyślała. Poza tym autobus był
pełen ludzi. Lepiej załatwiać te „nie zakończone sprawy" w tłumie.
– Alanie, lepiej pojechać z Luisem niŜ wcale.
Wszyscy juŜ siedzą na miejscach – zauwaŜyła. – Pójdę ich policzyć.
– Nie umiesz prowadzić autobusu tak dobrze jak ja – upierał się Alan.
– Widziałem, co się dzieje na ulicach. Będziesz miał pełne ręce
roboty przy uspokajaniu swoich ludzi – odrzekł Luis zimno. – To nie jest
piknik. MoŜesz usiąść za kierownicą, kiedy wyjedziemy z La Paz.
– Po to, Ŝebyś ty mógł do reszty zniszczyć Shontelle?
Słysząc te słowa, dziewczyna zastygła w pół kroku.
– To nie w porządku, Luis – ciągnął Alan. – Ona jeszcze się nie
pozbierała po tym, co. zaszło między wami dwa lata temu.
– Ja teŜ nie, przyjacielu – odrzekł Luis chłodno.
– Ja teŜ nie.
Shontelle zmarszczyła brwi. Czy rzeczywiście tak było?
– Człowieku, co chcesz osiągnąć? PrzecieŜ i tak nigdy się z nią nie
oŜenisz. Mówiłem jej to od samego początku, ale nie chciała mnie
słuchać.
– Ty teŜ, Alanie? – zapytał Luis lodowatym tonem. – W takim razie
wina leŜy równieŜ po twojej stronie.
– Co to ma właściwie znaczyć?
– To znaczy, Ŝe podczas tej podróŜy nie wolno ci się wtrącać do
moich spraw. Nie masz najmniejszego pojęcia o tym, co ja czuję ani co
mogę zrobić.
Shontelle równieŜ nie miała pojęcia. Wsiadła w końcu do autobusu i
z roztargnieniem sprawdziła listę obecności. Nikogo nie brakowało. Luis
zajął miejsce za kierownicą, a Alan usiadł obok, na fotelu pilota. Włączył
mikrofon, przedstawił grupie Luisa i opowiedział o najbliŜszych planach.
Shontelle usiadła na wolnym fotelu za kierowcą.
Autobus ruszył. Shontelle nie słuchała słów brata.
Zastanawiała się, czego jeszcze Luis od niej chce.
Rozdział 8
Na ulicach La Paz panowała nienaturalna cisza.
Ruch był bardzo niewielki i prawie nie widziało się cywilów. Dziwne
wraŜenie poruszania się w strefie wojny stawało się coraz bardziej
dojmujące. W autobusie zaległa cisza, nieliczne rozmowy toczyły się
wyłącznie szeptem.
Shontelle zauwaŜyła, Ŝe Luis unikał głównych ulic i krąŜył po
bocznych zaułkach. Widocznie obawiał się, Ŝe mogą zostać zatrzymani.
Za kaŜdym razem, gdy na horyzoncie pojawiała się grupa Ŝołnierzy, ostro
przyśpieszał i wymijał ich, zanim zdąŜyli zareagować.
Alan prosił wszystkich, by siedzieli naturalnie, nie próbowali się
chować za oparciami foteli ani nie robili niczego, co mogłoby wzbudzić
podejrzenia. Obecny konflikt polityczny nie był wymierzony przeciwko
turystom. Shontelle miała nadzieję, Ŝe jej brat odpowiednio ocenił
sytuację.
Jechali długą, pustą ulicą, gdy naraz zza rogu wyłonił się czołg i
skierował się wprost na nich. Luis musiał ostro zahamować, by uniknąć
zderzenia. Autobus zatrzymał się z piskiem opon i czołg równieŜ się
zatrzymał, a potem powoli i złowieszczo lufa działa obróciła się w ich
kierunku.
W grupie powstało poruszenie. Kobiety zaczęły krzyczeć, męŜczyźni
– przeklinać.
– Bądźcie cicho i nie ruszajcie się! – zawołał Alan do mikrofonu.
Wszyscy ucichli, ale atmosfera w autobusie była nabrzmiała
strachem. Lufa nie poruszała się. Shontelle naraz uświadomiła sobie, Ŝe
wycelowana jest prosto w Luisa.
W jednej chwili zerwała się z fotela, zarzuciła mu ramiona na szyję i
pochyliła głowę tak, by widać było tylko jej jasne włosy. Jej uroda nie
była latynoska i wydawało się logiczne, Ŝe ten, kto siedzi za celownikiem
czołgu, zastanowi się jeszcze raz, zanim do nich wystrzeli.
– Shontelle... – zdziwił się Alan.
– Alanie, Luis ma ciemne włosy. Wygląda jak Boliwijczyk. PokaŜ
się. Powiedz im, Ŝe jesteśmy turystami i mamy w grupie kilkoro chorych.
– Racja! Luis, otwórz drzwi.
Alan pomachał ręką, by zwrócić na siebie uwagę załogi czołgu, i
podniósł się z miejsca. Luis nacisnął guzik. Drzwi otworzyły się z
sykiem.
– Trzymaj się blisko autobusu, Alan – poradził Luis z napięciem. –
PokaŜ im, Ŝe nie jesteś groźny.
Następne minuty ciągnęły się w nieskończoność.
Alan zatrzymał się tuŜ przy drzwiach autobusu, pomachał ręką i
zaczął coś szybko mówić po hiszpańsku. Z czołgu nie dochodziła Ŝadna
odpowiedź. Mimo to Alan mówił dalej, podkreślając, Ŝe są
Australijczykami.
W końcu lufa powoli zaczęła się obracać i wróciła do pierwotnego
połoŜenia, a potem cały czołg drgnął i pojechał dalej w swoją stronę.
Trudno opisać uczucie ulgi, jakie zapanowało wśród pasaŜerów. Alan
wskoczył do autobusu. Grupa, wdzięczna za zaŜegnanie kryzysu,
powitała go radosnymi okrzykami.
Shontelle dopiero teraz uprzytomniła sobie, Ŝe wciąŜ wisi na szyi
Luisa, i odsunęła się od niego. On jednak pochwycił ją za rękę i szybko
uścisnął. Ten uścisk poraził ją jak prąd elektryczny, trwał jednak tylko
krótką chwilę, a potem Luis zamknął drzwi i znów skoncentrował się na
jeździe.
Alan poklepał siostrę po ramieniu.
– Masz refleks – powiedział, uśmiechając się szeroko.
Skinęła głową i wróciła na swój fotel. Alan wziął do ręki mikrofon i
zaczął coś mówić, ale Shontelle nie słuchała go. Wpatrywała się w swoją
dłoń, palcami drugiej gładząc miejsce, którego dotknął Luis.
Fatalne zauroczenie, pomyślała z goryczą.
Wiedziała jednak, Ŝe nie da się kupić tak łatwo.
Jeśli chciał od niej czegoś więcej, to musiał tym razem oprzeć
wszystko na zupełnie innych zasadach. Przede wszystkim na szacunku. I
obydwoje musieli być wobec siebie szczerzy. Tym razem nie mogło być
mowy o uraŜonej dumie i przemilczeniach. Wiedziała jednak, Ŝe nie
zostanie znów jego kochanką.
Po chwili zaśmiała się gorzko w duchu. „Nie dokończone sprawy"
wcale nie musiały wiązać się z seksem. Bardziej prawdopodobne, Ŝe Luis
chciał po prostu wszystko wyjaśnić, a potem znów ruszyć w swoją
stronę, zadowolony z rozwiązania zagadki.
Ona zresztą równieŜ pragnęła usłyszeć prawdę.
Autobus zbliŜał się do szczytu długiego wzniesienia, za którym
znajdowało się lotnisko. Musieli je wyminąć, by wyjechać na drogę
wylotową do Santa Cruz. Było jednak pewne, Ŝe teren wokół lotniska
jest pilnie strzeŜony. Alan właśnie tam przewidywał największe kłopoty.
Przy drodze pojawiły się grupy Ŝołnierzy, którzy podejrzliwie
spoglądali na autobus. Gdzieniegdzie stały równieŜ wojskowe dŜipy,
Ŝ
aden jednak nie próbował za nimi jechać. Gdy wreszcie wyminęli
niebezpieczny teren nie zatrzymani przez nikogo, zakrawało to na cud.
Członkowie grupy zaczęli się rozluźniać. Wyjechali na przedmieścia.
Alan opowiedział o kilku niebezpiecznych sytuacjach, w jakich
znajdował się w przeszłości, zabarwiając swe opowieści humorem.
Wydawało się, Ŝe niebezpieczeństwo jest juŜ za nimi. WyjeŜdŜali na
otwartą przestrzeń.
62 AUTOBCSZLAPAZ Nikt nie pamiętał o buncie chłopów.
W kaŜdym razie Shontelle zupełnie o tym zapomniała. Wpatrywała
się w siedzącego przed nią Luisa i zauwaŜyła niebezpieczeństwo dopiero
w chwili, gdy wykrzyknął:
– Alan... tam, przed nami!
W poprzek drogi leŜało coś, co wyglądało jak wielki garb. Dokoła
niego kręcili się ludzie.
– Wykopali rów – wyjaśnił Luis rzeczowo.
Shontelle znów poczuła ściskanie w Ŝołądku. Przez garb moŜna było
przejechać, ale przez rów?!
– Dodaj gazu, Luis – polecił szybko Alan. – Będziemy musieli to
przeskoczyć.
– Nie wiadomo, jak jest szeroki – mruknął Luis.
– Jeśli nie chcesz zaryzykować utraty autobusu...
– Przygotuj ludzi – przerwał mu Luis ponuro.
– Trzymajcie się mocno i wsuńcie wszystkie bagaŜe głęboko pod
fotele – zakomenderował Alan przez mikrofon. – Przyspieszamy, Ŝeby
przelecieć nad rowem. Szybciej, szybciej... pochowajcie te torby, bo
jeszcze ktoś oberwie w głowę.
Przyspieszanie autobusu utrudniało zadanie, ale w końcu wszystkie
torby zniknęły pod siedzeniami.
Garb, za którym ukryty był rów, zbliŜał się coraz szybciej i z chwili
na chwilę wydawał się coraz wię – kszy. To zaś mogło oznaczać tylko
jedno: Ŝe rów jest bardzo szeroki. Shontelle zaczęła się modlić w duchu.
Ta zabawa mogła się zakończyć bardzo nieprzyjemnym wypadkiem.
– Wszyscy na miejsca! – krzyczał Alan. – Trzymajcie się mocno,
Ŝ
ebyście nie polecieli do przodu, gdy wylądujemy po drugiej stronie!
O ile wylądujemy, pomyślała Shontelle.
– Jeśli ktoś ma kłopoty z kręgosłupem, niech spróbuje jakoś
zamortyzować plecy.
W autobusie zapadła cisza, słychać było tylko głośne oddechy.
Shontelle zastanawiała się, o czym w tej chwili myśli Luis. Dlaczego aŜ
tak ryzykował? Jaka była jego stawka w tej grze?
Uniósł się z fotela, przywierając plecami do oparcia. Czy widział, co
jest po drugiej stronie nasypu?
Ale i tak nie mogli się juŜ zatrzymać. Czy Ŝałował podjętego ryzyka?
Jeśli rów okaŜe się za szeroki, on będzie pierwszą ofiarą. Luis i Alan... a
potem ja, uświadomiła sobie Shontelle. MoŜliwe, Ŝe wszystko skończy
się za chwilę i nigdy się nie dowie...
Nie zdąŜyła dokończyć myśli. Autobus uderzył w nasyp i uniósł się w
powietrze. Shontelle gorączkowo wyjrzała przez okno. Rów... Och,
BoŜe!
Był taki wielki... ale autobus przelatywał nad nim.
Zdała sobie sprawę, Ŝe nie wpadną do środka. Gdy zaczęli opadać,
wydawało się, Ŝe tylne koła utkną w rowie. Przód autobusu wylądował
na jezdni, skierowany w stronę otwartego pola. Lewe tylne koło
zahaczyło o brzeg rowu, prawe jednak znalazło się na jezdni. Luis
wykonał szaleńczy manewr i jakimś cudem udało mu się wyprowadzić
pojazd na prostą. Przez chwilę jechali zygzakiem. Shontelle widziała
mięśnie grające w napiętym karku pochylonego nad kierownicą Luisa i
cieszyła się, Ŝe przy drodze nie ma Ŝadnych drzew ani innych przeszkód.
BagaŜe przesuwały się po podłodze. PasaŜerowie jęczeli coś cicho i
mamrotali, ale nikt nie krzyczał. Shontelle czuła, Ŝe wszyscy siłą woli
popychają autobus naprzód.
Nie miała pojęcia, jak długo to wszystko trwało, ale w końcu autobus
zwolnił i stanął. Dopiero w tej chwili pojawił się szok i zapanowało
niedowierzanie.
Wydawało się niemoŜliwe, by wyszli z tej przygody cało.
– Alan, lewe tylne koło jest zablokowane – mruknął Luis.
Jej brat zeskoczył z fotela.
– Idę zobaczyć.
Luis równieŜ się podniósł.
– Idę z tobą.
– Świetna jazda! – błysnął uśmiechem Alan.
– Widocznie pisane mi było przeŜyć – mruknął Luis sucho.
– Shontelle, zajmij się grupą – polecił Alan.
Dziewczyna niepewnie wstała z fotela. Luis zatrzymał na niej
badawcze spojrzenie. Nic nie powiedział, tylko krótko skinął głową i
wyszedł na zewnątrz. Nie miała jednak czasu zastanawiać się, co miał na
myśli.
Szybko podeszła do mikrofonu i zapytała:
– Czy nikomu nic się nie stało?
Kilka osób miało siniaki, ale nikt nie odniósł powaŜniejszych
obraŜeń.
– Ilu jeszcze podobnych atrakcji moŜemy się spodziewać? – zapytał
najbardziej kłopotliwy członek grupy.
– Nie wiem – odrzekła Shontelle szczerze.
– To czyste szaleństwo! Alan nie powinien był...
– Zaraz, zaraz, Ron – przerwał mu ktoś inny. Alan przecieŜ ostrzegał
nas, Ŝe mogą być kłopoty. To ty najgłośniej krzyczałeś, Ŝeby wyciągnął
nas z La Paz, bo jak nie, to zaskarŜysz jego firmę, gdy wrócimy do domu.
JuŜ zapomniałeś?
– Tak! – zawtórował ktoś inny. – Lepiej się nie odzywaj, Ron. Sam
się o to prosiłeś i jeszcze nas namówiłeś, Ŝebyśmy cię poparli. Na razie
obeszło się bez połamanych kości. Nikt się chyba nie skarŜy, co?
– A poza tym będziemy mieli co opowiadać wnukom! – zawołała
jedna z kobiet.
– Szkoda, Ŝe nie nagrałem tego na wideo – mruknął ktoś inny z
wisielczym humorem.
Kryzys został zaŜegnany, pomyślała Shontelle z ulgą.
– Jeśli nie macie nic przeciwko temu, to moŜe zajmiemy się
porządkowaniem bagaŜy, dopóki Alan i Luis naprawiają koło –
zaproponowała.
– Dadzą sobie radę? – zapytał ktoś.
– Alan jest bardzo dobrym mechanikiem. Na pewno niedługo
ruszymy – rzekła Shontelle uspokajająco.
PasaŜerowie zajęli się szukaniem swoich toreb.
Pod podłogą autobusu słychać było stukanie. Shontelle ciekawa była,
czy Luis i Alan rozmawiają ze sobą przy pracy. Miała nadzieję, Ŝe uda im
się złagodzić nieco wzajemną wrogość. Walka z Luisem była juŜ
wystarczająco trudna; nie miała ochoty dodatkowo zmagać się z bratem.
Jedna z kobiet zaproponowała, by otworzyć termosy z kawą, w które
zaopatrzyła ich obsługa hotelu, Shontelle jednak sprzeciwiła się temu.
Byli jeszcze zbyt blisko agresywnych chłopów i nie mogli tracić czasu.
Poza tym od La Paz dzieliła ich zaledwie godzina jazdy, a przed nimi
było jeszcze dziewięć godzin podróŜy.
Nikt nie zaprotestował. W końcu walenie młotkiem ustało i obydwaj
męŜczyźni pojawili się w drzwiach. Shontelle z napięciem spojrzała na
ich twarze. Alan najwyraźniej był w świetnym humorze.
Luis bardziej się kontrolował, ale i z niego biła dziwna energia.
Alan wyjął mikrofon z ręki siostry.
– Są jakieś problemy? – zapytał cicho.
Potrząsnęła głową i usiadła na swoim miejscu.
Luis zamknął drzwi.
– No dobra, ruszamy dalej – powiedział Alan.
– Za dwie godziny zatrzymamy się na odpoczynek – ciągnął z
uśmiechem. – Jeśli ktoś wcześniej będzie czegoś potrzebował, niech mi
da znać. Teraz ja poprowadzę. Luis musi trochę rozluźnić mięśnie...
Shontelle zmarszczyła brwi. CzyŜby Luis coś sobie nadweręŜył? Nie
było tego widać w jego ruchach.
– MoŜe nagrodzimy go owacją za to, Ŝe w tak fantastyczny sposób
dowiózł nas tutaj w całości? zaproponował Alan.
Rozległy się entuzjastyczne brawa. Luis odwrócił się w stronę
pasaŜerów i z lekkim uśmieszkiem na ustach zasalutował do odkrytej
głowy. Alan odłoŜył mikrofon i usiadł za kierownicą. Po cichu zamienił
kilka słów z przyjacielem, a potem zapalił silnik i autobus potoczył się
gładko przed siebie.
Shontelle spodziewała się, Ŝe Luis usiądzie w fotelu pilota, on jednak
cofnął się o krok i zajął miejsce obok niej. Skurczyła się odruchowo,
rozsądek jednak zwycięŜył. Byli przecieŜ w autobusie pełnym ludzi,
Alan siedział o metr przed nią – cóŜ takiego mógł jej zrobić Luis?
– Czy coś cię boli? – zapytała bez ogródek, nie patrząc na niego.
– Nie.
– W takim razie dlaczego nie prowadzisz?
– Bo chcę z tobą porozmawiać.
– Czy Alan się na to zgodził? – zapytała przez ściśnięte gardło.
– Tak.
Dwie godziny, myślała, patrząc na tył głowy swego brata. Czy słuchał
ich rozmowy? Nie, wydawał się całkowicie pochłonięty obserwowaniem
drogi. Poza tym przeszkadzałby mu szum silnika. Wyściełane oparcia z
zagłówkami oddzielały ich od pozostałych pasaŜerów. Nie było to
najgorsze miejsce na prywatną rozmowę.
Shontelle zmusiła się, by spojrzeć na twarz Luisa.
Jego oczy były nieprzeniknione.
– Dlaczego? – zapytała.
– Opowiedz mi o swoim spotkaniu z moją matką – odrzekł krótko.
Shontelle odwróciła głowę, nie mogąc znieść intensywności tego
spojrzenia.
– Po co grzebać w przeszłości? Jaki to ma teraz sens?
– Jeśli o mnie chodzi, ta przeszłość jest nadal aktualna i zamierzam
zrobić z nią porządek – wyjaśnił Luis bezlitośnie.
Dziewczyna potrząsnęła głową, nie chcąc wracać do bolesnych
wspomnień.
– Oszukałeś mnie kiedyś – rzekła z goryczą.
– Nie. To nieprawda.
Shontelle przymknęła oczy. Jeśli Luis nie kłamał...
ta myśl była nie do zniesienia.
– Zacznij mówić – nakazał. – Opowiedz mi wszystko ze szczegółami.
Musiała poznać prawdę, jakkolwiek bolesna mogła ona być. Wróciła
myślami do tamtego okropnego dnia i zaczęła opowiadać.
Rozdział 9
Dwa lata nie zatarły w jej głowie obrazu spotkania z Elvira Rosą
Martinez. Shontelle próbowała wymazać te wspomnienia z pamięci, ale
gdy juŜ uchyliła do nich drzwi, pojawiły się tak świeŜe, jakby to było
wczoraj.
– Mówiłaś, Ŝe zdarzyło się to na dzień przed twoim wyjazdem –
podsunął jej Luis.
– Tak. Ale właściwie zaczęło się wcześniej – odrzekła powoli,
wracając myślą do kilku tygodni, które spędzili razem w mieszkaniu
Luisa przy Barrio Recoleta. Była to najbardziej szykowna dzielnica
Buenos Aires. Shontelle czuła się tam wspaniale. Tylko Ŝe Luis dokładał
wszelkich starań, by trzymać ją z dala od domu rodzinnego, choć ten
połoŜony był bardzo blisko jego mieszkania.
– Czy moja matka kontaktowała się z tobą wcześniej? – zapytał Luis
ostro.
– Nie. Ale nie chciałeś mnie z nią poznać. Nie przedstawiłeś mnie
nikomu zę swoich przyjaciół i znajomych w Buenos Aires. Dlaczego? –
zapytała, patrząc mu w oczy.
Nie odwrócił wzroku.
– Nie chciałem tobą z nikim się dzielić.
– A czy przychodziło ci do głowy, Ŝeby to kiedyś zrobić?
Wzruszył ramionami.
– Gdybyś została dłuŜej, to byłoby nieuniknione.
– Wstydziłeś się mnie?
– Dlaczego? – Zmarszczył brwi.
– MoŜe pod jakimś względem nie byłam wystarczająco dobra.
W jego oczach zaiskrzył się gniew.
– Czy to są słowa mojej matki?
– Luisie, gdybyś nie zatrzymywał mnie tylko dla siebie, jej słowa nie
miałyby Ŝadnej mocy.
Odwróciła głowę i wpatrzyła się w okno, przypominając sobie tamte
długie dni, gdy Luis wychodził do biura firmy Martinezów, ona zaś
zostawała sama, czekając na niego. Szczerze mówiąc, nie było jej trudno
wypełnić czas. Tak wiele było do obejrzenia;
spacerowała po słynnym, fascynującym cmentarzu Recoleta, na
którym spoczywała Eva Peron, odwiedzała place, podziwiała mimów,
słuchała minikoncertów ulicznych grajków, zaglądała do galerii. Buenos
Aires nie bez racji nazywano ParyŜem Ameryki. Nawet architektura była
tu fascynująca. Shontelle wcale się nie nudziła.
Była sama w obcym kraju, pośród obcej kultury, a mimo to nie czuła
się cudzoziemką, aŜ do spotkania z matką Luisa i Claudią Gallardo.
– Wiesz... jedną z najtrudniejszych do zniesienia rzeczy było jej
współczucie – stwierdziła sucho.
– Twoja matka współczuła mi, Ŝe byłam zaślepiona i nie zdawałam
sobie sprawy, ile dla ciebie naprawdę znaczy nasz związek. Było jej
niezmiernie przykro, Ŝe mnie oszukałeś w sprawie mojego miejsca w
twoim Ŝyciu.
– A jakie to było miejsce... według mojej matki?
– Oczywiście, nie byłam wystarczająco dobra, byś mógł się ze mną
oŜenić – odrzekła Shontelle bezbarwnym tonem. – Kobiety takie jak ja
nadają się akurat do tego, by wspaniali argentyńscy męŜczyźni mogli
przy nich zaspokajać swoje męskie pragnienia i dzięki temu zachowywać
się stosownie wobec dobrze wychowanych dziewic, z którymi się Ŝenią.
– I uwierzyłaś, Ŝe jestem człowiekiem na tyle pozbawionym honoru,
by wykorzystać kobietę – jakąkolwiek kobietę, a cóŜ dopiero siostrę
przyjaciela do takiego celu? – zapytał Luis z goryczą.
Shontelle zatrzymała na nim potępiające spojrzenie.
– Ostatniej nocy potraktowałeś mnie jak dziwkę.
Chyba temu nie zaprzeczysz?
– Miałaś wybór – odparował, nie okazując Ŝadnych wyrzutów
sumienia. – Sama wybrałaś sobie tę rolę. Ja występowałem w niej dwa
lata temu. Rolę osoby wykorzystywanej do osiągnięcia satysfakcji
seksualnej.
– Nigdy tak cię nie traktowałam! – zawołała. Powiedziałam tak tylko
dlatego, Ŝe...
– Dlatego, Ŝe słowa mojej matki miały dla ciebie większą wagę niŜ
wszystko, co przeŜyliśmy razem1?
– zapytał ze wzburzeniem.
– Nie tylko słowa, Luisie – odparowała. – Poznałam twoją
narzeczoną, Claudię Gallardo.
Oczy Luisa zalśniły groźnie.
– Ach... Czy to Claudia sama powiedziała ci, Ŝe jest moją
narzeczoną?
– UŜyła słowa: zaręczona.
– Ona czy moja matka?
Shontelle zmarszczyła czoło. Nie mogła sobie przypomnieć, czy
Claudia powiedziała to wprost, jednak wynikało to z całego jej
zachowania.
– Przez cały lunch w kółko powtarzała: „Gdy juŜ będę Ŝoną Luisa... "
i opowiadała mi o swoich planach na wspólną przyszłość z tobą. To
twoja matka uŜyła słowa „zaręczona", jeszcze przed przyjściem Claudii.
– Gdzie się odbył ten lunch?
– W twoim domu rodzinnym, przy alei Alvear.
Luis mocno zacisnął usta.
– Jak do tego doszło? – zapytał z napięciem.
– Twoja matka przyszła przed południem do twojego mieszkania –
wyjaśniła szybko Shontelle. Około wpół do dziesiątej. Przedstawiła się i
zaprosiła mnie... – Poczuła, Ŝe coś ściska ją w gardle. Przełknęła ślinę i
odwróciła wzrok od pozbawionych współczucia oczu Luisa. – śebym
lepiej poznała ciebie i twoje Ŝycie – dokończyła beznamiętnie.
To wszystko było beznadziejne i bezsensowne. Nic dobrego nie
mogło wyniknąć z rozdrapywania ran z przeszłości. Lepiej było się
skupić na obecnej chwili. Jechali przez Ŝyzny andyjski płaskowyŜ.
Okolica była niezbyt gęsto zaludniona, podobnie jak większość kraju.
Shontelle wiedziała, Ŝe w pobliŜu znajdują się parki narodowe, gdzie
moŜna spotkać rzadkie gatunki zwierząt. Dzień był piękny i słoneczny.
Podobnie jak tamten, gdy w jej Ŝyciu pojawiła się Elvira Rosa
Martinez.
• Alan mówił jej wcześniej, Ŝe Luis pochodzi z bardzo bogatej
rodziny, ale w czasie, który spędzili razem, ten fakt zupełnie nie
wydawał się jej istotny. Luis nie afiszował się ze swoim majątkiem.
Łódź, którą wynajął na podróŜ Amazonką, bardziej przypominała
dziewiętnastowieczny parowiec niŜ luksusowy statek wycieczkowy. Jego
mieszkanie było bardzo wygodne, ale urządzone w prosty sposób.
Dopiero gdy Shontelle otworzyła drzwi kobiecie, która przedstawiła się
jako matka Luisa, zobaczyła, jak moŜna epatować bogactwem.
Kobieta miała misternie uczesane czarne włosy, pięknie posrebrzone
na skroniach, elegancki kostium w kolorze morwy, wyraźnie włoskiego
pochodzenia, najprawdopodobniej od Cerrutiego, a do tego czarne buty i
czarną torebkę z lamówką w kolorze kostiumu.
Po odwiedzinach w sklepach H. Sterna w Rio de Janeiro Shontelle
bez trudu rozpoznała, Ŝe geometryczny naszyjnik i kolczyki nieznajomej
damy są dziełem sławnego jubilera. Ośmiokątne rubiny w kolorze
czerwonego wina osadzone były w białym i Ŝółtym złocie. Ten komplet
musiał kosztować fortunę. Równie wspaniałe były pierścionki na
dłoniach kobiety.
Shontelle czuła się przy niej jak włóczęga. Miała na sobie wygodne
sandały oraz luźną, zapinaną na guziki bawełnianą sukienkę, pomyślaną
tak, by dobrze skrywała noszoną przy pasku torebkę na dokumenty. Ten
krój jednak z pewnością nie przydawał urody jej figurze. Ale poniewaŜ
nie miała ze sobą Ŝadnego eleganckiego stroju, ten musiał wystarczyć.
Luis nigdy nie krytykował jej wyglądu. Dopiero później przyszło jej
do głowy, Ŝe chyba najbardziej lubił ją zupełnie nagą.
Na widok samochodu z szoferem, o wyściełanych pluszem
siedzeniach, odczuła kontrast jeszcze boleśniej. Przejechali zaledwie
kilka przecznic, Shontelle jednak świetnie zdawała sobie sprawę, Ŝe w
ś
wiecie Elviry Rosy Martinez nie chodzi się po ulicy w towarzystwie
pospólstwa.
Samochód zatrzymał się tuŜ przed frontowymi drzwiami rezydencji,
na półkolistym podjeździe zamkniętym bramą z kutego Ŝelaza. Do
wnętrza domu prowadził wielki, rzeźbiony portyk. Shontelle
prawdopodobnie nie byłaby w stanie wytłumaczyć Luisowi, który
wychował się wśród tego przepychu, jak bardzo przytłoczył ją pałac przy
ulicy Alvear.
Wszystkie pokoje, przez które ją prowadzono, kapały od bogactwa.
WyposaŜenie i meble sprowadzone były z Hiszpanii, Włoch, Francji.
Sala balowa wiernie odtwarzała przepych sali lustrzanej w Wersalu.
Niezliczone odbicia wciąŜ na nowo przypominały Shontelle, jak
ubogo wygląda przy matce Luisa.
Naturalnie, Elvira Rosa Martinez była zbyt dobrze wychowana, by
powiedzieć to wprost. Zresztą nie musiała. Pokazując jej portrety
przodków i wyliczając osiągnięcia pokoleń Martinezów w Argentynie, w
subtelny sposób dała Shontelle do zrozumienia, Ŝe na Luisie ciąŜy
odpowiedzialność za przekazanie dziedzictwa, którego znaczenia Ŝaden
cudzoziemiec nigdy nie będzie w stanie pojąć.
Luis poruszył się niecierpliwie.
– Więc powiedz mi w końcu, jak osądziłaś to moje... „prawdziwe"
Ŝ
ycie.
– Wiesz to lepiej niŜ ja, Luisie – westchnęła Shontelle.
– Wycieczka z przewodnikiem po tym mauzoleum musiała wywrzeć
na tobie niezłe wraŜenie mruknął ironicznie. – Wszyscy moi przodkowie
oprawieni w ramy, skarby nagromadzone przez stulecia grabieŜy i
wyzysku. Jestem pewien, Ŝe matka niczego ci nie oszczędziła.
Shontelle podniosła głowę, zaskoczona drwiną w jego głosie.
– Nie cenisz tego, co do ciebie naleŜy?
Teraz patrzył na nią z jawną kpiną.
– To kosztowało zbyt wiele. Czy Claudia brała w tym udział?
– Nie.
Shontelle wzięła głęboki oddech, przypominając sobie z kolei
Claudię w olśniewającej jedwabnej sukience w kolorach jesieni, które
podkreślały jej gładką, oliwkową skórę, lśniące czarne włosy i ciemne
oczy. Delikatne złote łańcuszki i naszyjnik dopełniały całości. Na
pierwszy rzut oka było widać, Ŝe Claudia naleŜy do tej samej klasy
społecznej, co Martinezowie.
– Claudia pojawiła się około południa – wyjaśniła Shontelle,
uprzedzając następne pytanie Luisa.
– Czy zostałaś jej przedstawiona jako moja kochanka?
Fala krwi napłynęła do twarzy Shontelle. Potrząsnęła głową, usiłując
stłumić kłopotliwy rumieniec.
– Pani Martinez taktownie opowiedziała o twojej przyjaźni z Alanem
i przedstawiła mnie po prostu jako siostrę Alana, która akurat przebywa
w Buenos Aires.
– Taktownie! – prychnął Luis. – Shontelle, to było przedstawienie na
twój uŜytek, nie Claudii. Ona była wtajemniczona w ten spisek, który
miał przegonić cię z mojego Ŝycia.
Czy to mogła być prawda? Nawet jeśli tak, to przecieŜ Claudia miała
waŜne powody, by pozbyć się kobiety, która dzieliła łóŜko z Luisem...
jego potajemnej kochanki. Dopiero co wróciła z wycieczki po Europie i
musiała ją rozwścieczyć wiadomość, Ŝe jej męŜczyzna zabawia się z inną
kobietą.
Ale uwagi, które Claudia wygłaszała podczas lunchu na temat swego
przyszłego Ŝycia z Luisem, brzmiały bardzo naturalnie i w zupełności
wystarczyły, by pozbawić Shontelle apetytu. Zrozumiała, Ŝe nie naleŜy
do tego świata, i powzięła decyzję, Ŝe opuści Buenos Aires pierwszym
samolotem odlatującym do Australii.
Pamiętała stojący pośrodku stołu srebrny wazon.
Na porośniętym trawą pagórku rosło drzewo, u podnóŜa leŜały trzy
ubite jelenie, a pień drzewa u góry rozszerzał się w kielich wypełniony
czerwonymi róŜami. Na stole znajdowało się jeszcze kilka podobnych,
mniejszych wazonów, przedstawiających pojedyncze gałęzie. W nich
równieŜ stały czerwone róŜe o upajającym zapachu. Od tamtej pory
Shontelle nie znosiła róŜ.
– Czy Claudia nosiła pierścionek zaręczynowy?
– zapytał Luis.
– Nie, ale opowiadała, jaki chciałaby dostać.
Owalny Ŝółty diament otoczony dwoma rzędami białych
diamencików.
Luis nieprzyjaźnie wymamrotał pod nosem coś w potocznym
hiszpańskim, czego Shontelle nie zrozumiała.
– Ale nawet po wysłuchaniu tego wszystkiego wróciłaś do mnie
wieczorem – powiedział z napięciem.
– Nie mogłam uwierzyć, byś był zdolny tak cynicznie mnie
wykorzystywać. Myślałam, Ŝe moŜe zmieniłeś zdanie co do małŜeństwa
z Claudią – wyjaśniła ze smutkiem.
– Więc dlaczego mnie o to nie zapytałaś?
Shontelle westchnęła głęboko.
– Twoja matka zadzwoniła wtedy do ciebie. Mówiła, Ŝe odezwie się o
ósmej wieczorem, i zrobiła to, pamiętasz?
– Tak.
– Chciała zaprosić nas obydwoje do siebie na lunch w niedzielę.
– Nie! – zawołał Luis ze wzburzeniem.
– Luisie, słyszałam, jak się wykręcałeś. Byłeś zniecierpliwiony i
zirytowany.
– Namawiała mnie, Ŝebym towarzyszył Claudii na powitalnym
przyjęciu. To nie miało nic wspólnego z tobą, Shontelle. Nic! – zaśmiał
się gorzko. A przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Byłem
przekonany, Ŝe jeszcze nie udało jej się dopaść ciebie, Ŝe jesteś przed nią
zabezpieczona. Mądre de Dios!
Shontelle znów poczuła zamęt w myślach. Czy Luis obawiał się
własnej matki? Jaką władzę miała nad nim Elvira?
– Moja matka zapowiedziała ci, Ŝe zadzwoni... Ŝe to będzie próba
moich intencji? – drąŜył Luis bezlitośnie.
– Sądziłam, Ŝe to taka umowa między kobietami, uprzejmość z jej
strony, która miała mnie przekonać, na czym stoję.
– Więc gdy usłyszałaś moją odmowę, uznałaś ją za dowód, iŜ
uwaŜam cię wyłącznie za kochankę, tak?
– Tak – przyznała.
– I tamtego wieczoru twoja miłość do mnie wygasła.
Shontelle przypomniała sobie tę ostatnią noc. Nie potrafiła
zareagować czułością na dotyk Luisa i uwierzyć w jego miłość. Przez
cały czas miała przed oczami obraz Claudii.
– Czułam się... wykorzystywana – przyznała ze znuŜeniem.
– Więc sprawiłaś, Ŝe to ja poczułem się wykorzystany.
– Tak.
– Dla ciebie była to kwestia: małŜeństwo albo nic.
Nie miał prawa wyciągać takich wniosków. Shontelle dała mu swoją
miłość za darmo, nie wymagając Ŝadnych zobowiązań.
– Nie dotarliśmy tak daleko, Luisie – przypomniała mu gniewnie.
– To prawda. Dlatego właśnie nie rzuciłem cię w szpony matki, która
miała wobec mnie własne plany.
– PrzecieŜ musiałeś o nich wiedzieć – zdziwiła się.
Luis jedynie machnął ręką.
– To było tylko gadanie. Celowe, bzdurne gadanie.
Gdybyś ze mną porozmawiała... ale nie, z góry uznałaś, Ŝe poślubię
Claudię, a nasz związek spisany jest na straty.
– Gdybyś oŜenił się z Claudią, to ja byłabym spisana na straty –
poprawiła go. – Dla mnie nie zostałoby wówczas nic.
– Claudia Gallardo nigdy nie dostanie ode mnie Ŝółtego diamentu!
Nigdy! – zawołał Luis z pasją. Widzę teraz, Ŝe manipuluje ludźmi tak
samo, jak moja matka. Nie pozwolę się złapać w ich sieci!
Shontelle milczała. Nigdy jeszcze nie widziała takiej siły emanującej
z Luisa. Władza korumpuje, pomyślała przelotnie. Po raz pierwszy te
słowa miały coś wspólnego z jej Ŝyciem osobistym. Brzmiały mrocznie i
zniechęcająco. Luis oskarŜał ją o brak wiary i zaufania do niego, ale czy
moŜna było zaufać komukolwiek w jego świecie, skoro własna matka
knuła intrygi za jego plecami?
Odkrycie prawdy nie przyniosło jej Ŝadnej satysfakcji, tylko smutek.
Alan miał rację. Jej związek z Luisem od samego początku skazany był
na niepowodzenie. To nieprawda, Ŝe miłość zawsze zwycięŜa, pomyślała.
Czasami stawka jest zbyt wysoka.
Rozdział 10
W niedługim czasie Alan dojechał do Caracollo, gdzie mieli pierwszy
przystanek. Fakt, Ŝe nic więcej nie zdarzyło się po drodze, wprawił całą
grupę w dobry nastrój.
– MoŜemy się zatrzymać na maksymalnie dwadzieścia minut –
ostrzegł Alan. – Proszę nie odchodzić daleko. Po drugiej stronie drogi są
toalety. Proszę z nich skorzystać i wracać do autobusu. Shontelle i ja
przygotujemy kawę, ciasto i zimne napoje.
PasaŜerowie z ulgą wyszli, by rozprostować nogi.
Shontelle równieŜ cieszyła się, Ŝe wreszcie moŜe odejść od Luisa, i z
ochotą zajęła się przygotowywaniem posiłku. Niestety, Luis poszedł za
nią i równieŜ zaoferował swoją pomoc. Unikała jego spojrzenia, ale
wiedziała, Ŝe on patrzy na nią, i nie potrafiła się poczuć swobodnie.
MoŜe Luis w końcu pojął, Ŝe Shontelle nie ma ochoty na jego
towarzystwo, bo wyciągnął zza paska telefon komórkowy i odszedł na
bok.
– Dobrze się czujesz? – zapytał Alan siostrę.
– Tak – odrzekła krótko.
– Shontelle, myliłem się co do Luisa. Myślałem, Ŝe wiem lepiej.
Przepraszam.
– Nie przejmuj się. Wszyscy się myliliśmy w wielu róŜnych
sprawach.
– Czy juŜ sobie wszystko wyjaśniliście?
– Tak.
– I co?
– I nic. To ślepy zaułek.
Alan z niezadowoleniem zmarszczył brwi, ale turyści z grupy zaczęli
juŜ wracać do autobusu, więc o nic więcej nie zapytał.
Następnym przystankiem była Cochabamba, połoŜona w Ŝyznej
zielonej dolinie, wśród pól i niskich pagórków. Choć było to bardzo
interesujące miasto, najwaŜniejszy punkt handlowy Boliwii, ze
wspaniałym Muzeum Archeologicznym, a ponadto z bardzo
sprzyjającym klimatem, nie mieli czasu, by zatrzymać się tu na dłuŜej.
Czekał ich długi odcinek drogi przez niziny do Santa Cruz. Mieli
nadzieję przybyć tam wczesnym wieczorem. Alan zarezerwował hotel na
noc. Samolot do Buenos Aires odlatywał następnego ranka. Gdyby
wszystko poszło zgodnie z przewidywaniami, mieli jeszcze szansę
zdąŜyć na pierwotnie zarezerwowany lot do Australii. W Ameryce
Południowej jednak niewiele rzeczy szło zgodnie z przewidywaniami.
Realizacja programu zawsze opierała się na nadziei, nigdy na pewności.
Ulewy mogły unieruchomić ruch drogowy na wiele godzin. Loty
odwoływano albo przesuwano bez słowa wyjaśnienia czy przeprosin.
Wcześniej, gdy byli w Brazylii, w Rio wybuchły uliczne strzelaniny i
musieli okrąŜać niebezpieczne miejsca. A potem jeszcze rewolucja w La
Paz. Ten kłopot był juŜ za nimi, ale któŜ mógł przewidzieć, co się zdarzy
za chwilę?
A jednak był to magiczny kontynent, usiany fantastycznymi
miejscami: La Paz z niesamowitą KsięŜycową Doliną, pokrytą
labiryntem drobnych kanionów i skalnych grzbietów wyrzeźbionych
przez erozję; zabytki inkaskie w Cuzco i dziwna, niesamowita atmosfera
porzuconego miasta w Machu Piechu; majestatyczne, pierwotne piękno
wodospadów Iguazu, potęŜna, nieposkromiona delta Amazonki; piękne
Rio z Głową Cukru i majestatyczną statuą Chrystusa Odkupiciela, i
wreszcie Buenos Aires... gdzie mieszkała rodzina Martinezów.
Shontelle westchnęła, tłumiąc gorycz.
Pomimo ryzyka niewygód wycieczka po tym kontynencie była grą
wartą świeczki i dostarczała niezapomnianych wraŜeń. Szczególnie ta
wycieczka, pomyślała Shontelle ironicznie, zaganiając turystów na
miejsca. Wcześniej zaproponowała Alanowi, Ŝe na kolejnym etapie
usiądzie za mikrofonem i opowie im o okolicy.
– Będę ich zabawiać – nalegała, nie mając ochoty na towarzystwo
Luisa.
Alan jednak zaskoczył ją.
– Sam to zrobię – odpowiedział. – Luis zaproponował, Ŝe będzie
prowadził aŜ do Cochabamby. Dojedziemy szybciej i bezpieczniej, jeśli
będziemy się zmieniać za kierownicą.
A więc Luis dał sobie spokój.
To było nieuniknione, pomyślała Shontelle, siadając na swoim
miejscu. Nikt obok niej nie usiadł.
W pierwszej chwili była z tego zadowolona, przyłapała się jednak na
tym, Ŝe wpatruje się w tył głowy Luisa, Ŝałując, Ŝe nie potrafi czytać w
jego myślach.
Nie udało jej się pozbyć napięcia. Czuła, Ŝe powoli ogarnia ją
depresja.
Bez serca, bez wiary, bez zaufania...
Słowa, które Luis rzucił jej w twarz rankiem, dźwięczały jej w
myślach, przyprawiając o ból głowy. Bolało ją wszystko. Prawda
wyglądała tak, Ŝe rzeczywiście zabrakło jej wiary w miłość Luisa.
Pozwoliła, by jej poczucie niŜszości wzięło górę. Nie uwierzyła Luisowi,
lecz jego matce, wolała zaufać nieznajomej kobiecie niŜ męŜczyźnie,
którego dobrzę/
poznała. Miał rację: gdzie tu było serce?
Połamane, pomyślała. Rozbite na kawałki, wykrwawiające się na
ś
mierć. I nie było na to Ŝadnego lekarstwa.
W końcu dojechali do Cochabamby i zatrzymali się na lunch. Luis
znów gdzieś wyszedł z telefonem komórkowym w ręku. Pewnie załatwia
jakieś interesy, pomyślała Shontelle. Ona i Alan zaprowadzili grupę do
hotelu z samoobsługowym bufetem. Gdy juŜ wszyscy najedli się i napili,
wrócili do autobusu.
Następny odcinek drogi, do Villa Tunari, był bardzo malowniczy i
Shontelle znów zaoferowała swoją pomoc przy mikrofonie, wiedząc, Ŝe
tym razem Alan będzie prowadził.
– Lepiej nic nie mówić, niech się zdrzemną po lunchu – odrzekł
jednak brat. – Poopowiadamy im później, gdy zaczną się nudzić.
To oznaczało, Ŝe znów będzie musiała siedzieć obok Luisa. Zajęła
swoje miejsce i wtuliła się w oparcie fotela. Spodziewała się
obustronnego milczenia, toteŜ była zaskoczona, gdy Luis odezwał się do
niej, ledwie Alan zdąŜył zapalić silnik.
– Shontelle, czy przyjmiesz przeprosiny za moje zachowanie wczoraj
w nocy?
Spojrzała na niego ostro, bardziej zdumiona intensywnością brzmiącą
w tonie jego głosu niŜ samym pytaniem. W jego oczach nie było śladu
drwiny ani pogardy. Były ciemne i nieprzeniknione. Twarz miał napiętą i
bardzo powaŜną. Shontelle poczuła się nieswojo. CzyŜby wszystkie jej
postanowienia okazały się przedwczesne?
– Luisie, obydwoje zachowaliśmy się w poŜałowania godny sposób –
odrzekła. – Ja teŜ przepraszam za cierpienie, jakie ci zadałam.
Jego usta wykrzywił smutny grymas.
– Nie sądzisz, Ŝe słowo „przepraszam" nie wystarczy?
Potrząsnęła głową.
– Jest zbyt wiele innych rzeczy.
– Tak – potwierdził.
Przynajmniej pod tym jednym względem się zgadzamy, pomyślała
Shontelle.
– Moja matka wydaje dzisiaj wieczorem wielkie przyjęcie – oznajmił
Luis. – Zaproszone są wszystkie najwaŜniejsze osobistości Argentyny.
Rodzina Gallardów równieŜ tam będzie. W komplecie.
Shontelle zastanawiała się z Ŝalem, dlaczego Luis nie moŜe
zachowywać swych spraw rodzinnych dla siebie.
– Czułbym się zaszczycony – podjął – gdybyś zechciała mi
towarzyszyć podczas tej gali.
W pierwszej chwili nie zrozumiała, o czym on mewi. To było
niemoŜliwe. Albo jej się to śniło, albo Luis zupełnie postradał rozum.
Wyglądał jednak całkiem normalnie.
– Dlaczego? – zapytała po prostu.
Na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek.
– Bo jest to chyba jedyne, co mogę zrobić, by ci wynagrodzić moje
postępowanie wobec ciebie.
– Jak moŜesz mi cokolwiek wynagrodzić? – zdumiała się.
– Dwa lata temu za moją przyczyną poczułaś się upokorzona –
odrzekł cicho. – Nie zrobiłem tego umyślnie, ale był to bardzo powaŜny
błąd z mojej strony. Chciałbym ten błąd naprawić. Byłbym bardzo
dumny, mogąc cię przedstawić jako moją partnerkę matce i całej
Argentynie.
Shontelle poruszyła się niespokojnie.
– Luisie, jest juŜ na to za późno.
– Nie. Nigdy nie jest za późno, by okazać komuś naleŜny szacunek,
by przywrócić dumę i poczucie godności. Jeśli pozwolisz, chciałbym to
zrobić dzisiaj wieczorem.
– To nie ma juŜ Ŝadnego znaczenia. Ci ludzie nie są częścią mojego
Ŝ
ycia i nigdy nie będą – odrzekła.
Rysy twarzy Luisa ściągnęły się.
– Nie ma znaczenia, Ŝe cię okłamali? śe kłamali na mój temat, Ŝebyś
poczuła się jak śmieć? Shontelle, czy naprawdę potrafisz o tym
zapomnieć i wybaczyć, czy teŜ rana juŜ na zawsze pozostanie w twoim
sercu?
– Luisie, to tylko przeszłość.
– Nie – odparł z niezwykłym napięciem. – Przeszłość nigdy nie jest
tylko przeszłością. śyje w nas.
Zawsze. Potrzebuję... proszę cię, błagam... pozwól mi oddać ci
sprawiedliwość.
Shontelle oderwała wzrok od jego twarzy, wzbraniając się przed
poddaniem się jego woli. śadna sprawiedliwość nie mogła jej zwrócić
tego, co kiedyś straciła. Co najwyŜej mogła wyrównać rachunki.
Mimo wszystko pociągała ją myśl, Ŝe mogłaby się pojawić na
wielkim przyjęciu Elviry Rosy Martinez w roli partnerki Luisa na
wieczór, tuŜ przed nosem jego matki i Claudii Gallardo. Owszem,
sprawiłoby jej to pewną satysfakcję... odebrałaby im poczucie
niesłusznego triumfu.
Oznaczałoby to jednak zarazem, Ŝe musiałaby spędzić jeszcze trochę
czasu z Luisem, czasu wypełnionego bezpłodnymi rozwaŜaniami nad
tym, co mogłoby być, gdyby...
A poza tym, jak właściwie mieliby się dostać na to przyjęcie?
– Luisie, chyba zapomniałeś, Ŝe znajdujemy się w samym środku
Boliwii i będziemy mieli szczęście, jeśli uda nam się do wieczora dotrzeć
do Santa Cruz.
– Tam będzie na nas czekał samolot firmy.
Podniosła na niego zdumione spojrzenie.
– ZdąŜyłeś juŜ wszystko ustalić?
– Tak. Robiłem to dla siebie, ale teraz mam nadzieję, Ŝe zechcesz mi
towarzyszyć.
To te rozmowy przez telefon komórkowy, pomyślała Shontelle, i
zastanowiło ją, kiedy Luis zaczął to wszystko planować. Czy dopiero
przed Caracollo, czy teŜ ten pomysł zaświtał mu juŜ w drodze do
Cochabamby?
– Shontelle, jestem ci to winien – powiedział miękko. – Ty równieŜ
jesteś mi to winna.
Zapatrzyła się w jego oczy.
– A to niby dlaczego? – zapytała prowokacyjnym tonem.
– Pozwoliłaś mojej matce i Claudii, Ŝeby przedstawiły mnie w
fałszywym świetle. PoniewaŜ im się to udało, będą stosować tę samą
metodę za kaŜdym razem, gdy posłuŜy to ich celom. NaleŜy je przed tym
powstrzymać, a najskuteczniejszym sposobem będzie uŜycie ciebie jako
ś
wiadka w sytuacji, w której będzie to istotne, wobec ludzi, którzy się dla
nich liczą.
Razem moŜemy zdemaskować ich grę.
Shontelle zadrŜała. Nie sądziła Ŝe Luis potrafi być aŜ tak
bezwzględny.
– Chcesz zrobić to samo, co wczoraj wieczorem zrobiłeś ze mną? –
zapytała ostro.
– Nie. Wczoraj nie chodziło mi o sprawiedliwość, tylko o zemstę.
Była to zemsta człowieka, którego miłość odarto z wszelkiej wartości. I
nigdy nie przestanie mnie prześladować wspomnienie tego, co zrobiłem.
Wstydzę się swego zachowania. Ale nie naleŜy się wstydzić szukania
sprawiedliwości. Raczej przeciwnie, naleŜy się wstydzić, gdy się jej nie
szuka.
W pewien sposób Luis miał rację. Nie naleŜało pozwalać, by Elvirze
Rosie Martinez i Claudii Gallardo uszedł na sucho ich postępek. PrzecieŜ
popełniły przestępstwo... morderstwo z premedytacją. Zabiły czyjeś
uczucia.
To nie tak wiele, przekonywała siebie Shontelle.
Tylko jedna noc. Po to, by zaspokoić dumę Luisa i własną. Ale jak
miała tego dokonać?
– Luisie, nie mam w co się ubrać na taką okazję.
Wszyscy będą na mnie patrzeć z góry, a ciebie uznają za wariata.
– Dostarczę ci odpowiedni strój. KaŜę przynieść kilka sukienek do
hotelu. Wraz z najlepszymi dodatkami. – Uśmiechnął się szeroko. –
Wierz mi, tym razem nie będziesz się czuła jak Kopciuszek.
Bogactwo, pomyślała Shontelle, to jeden z czynników, których nigdy
nie naleŜy lekcewaŜyć. Nieprzyzwoite bogactwo. Luis prawdopodobnie
mógł dostać wszystko, wystarczyło, by pstryknął palcami. Albo
zadzwonił. ChociaŜ niektórych rzeczy nie moŜna kupić... na przykład
miłości, zaufania i szczęścia.
– Luisie, czy sądzisz, Ŝe warto to robić? – zapytała. – Nawet jeśli uda
nam się dojechać do Santa Cruz na siódmą, to czeka nas jeszcze
trzygodzinny lot Clo Buenos Aires. Dodaj do tego godzinę róŜnicy w
czasie i godzinę na przebranie się. Wątpię, byśmy pojawili się na tym
przyjęciu przed północą.
– Warto – oświadczył Luis zdecydowanie. I uwaŜam, Ŝe północ to
akurat znakomita pora. Wszyscy juŜ będą, a jeszcze nikt nie zdąŜy wyjść.
Z takiej imprezy byłoby bardzo niegrzecznie wyjść przed trzecią.
Będziemy mieli wielkie wejście.
Najwyraźniej wyobraŜanie sobie tego wejścia sprawiało mu
satysfakcję. Shontelle naraz poczuła, Ŝe jej teŜ. Właściwie dlaczego nie?
– Chcesz zmienić Kopciuszka w księŜniczkę, gdy zegar wybije
północ? – zaŜartowała.
– Nigdy nie byłaś Kopciuszkiem – odparował Luis z gniewem. – Nie
patrz tak na siebie. Jesteś...
– Przerwał i mocno zacisnął usta, a potem potrząsnął głową. – Nie
powinno się nienawidzić własnej matki, ale nie potrafię jej wybaczyć
tego, co zrobiła.
Cierpienie w jego głosie poruszyło Shontelle bardziej niŜ słowa.
Pomyślała o własnej matce, zawsze gotowej zaofiarować jej pomoc i
pociechę, zawsze odpowiadającej na jej potrzeby bez narzucania
czegokolwiek. Pomimo niewyobraŜalnego bogactwa Ŝycie nie głaskało
Luisa po głowie. Zrzuciło na niego bagaŜ odpowiedzialności, który
odziedziczył po śmierci starszego brata.
Shontelle przypomniała sobie, co Luis jej kiedyś opowiadał. Nigdy
otwarcie nie skrytykował matki za to, jak zorganizowała mu Ŝycie, by
mógł zająć miejsce Eduarda, wyczuwała jednak, Ŝe rola, którą mu
narzucono, była dla niego więzieniem. Kiedyś powiedział, Ŝe zazdrości
Alanowi wolności wyboru własnej drogi w Ŝyciu.
– Muszę zerwać łańcuchy, które więziły mnie od lat – mruknął i
wziął ją za rękę, splatając palce z jej palcami. – Bądź dziś wieczorem
moją towarzyszką, Shontelle. Dopilnuję, Ŝebyś jutro zdąŜyła na samolot
do Australii. Ale dzisiejszy wieczór niech będzie nasz... jeszcze jedno
spotkanie... dla wyrównania rachunków.
– Dobrze – zgodziła się, nie do końca zdając sobie sprawę, co mówi.
Była boleśnie świadoma fizycznego przepływu energii między nimi.
Choć właściwie ten przepływ nie był czysto fizyczny. Energia płynąca od
Luisa wypełniała kaŜdą komórkę jej ciała. Patrzyła na ich splecione
dłonie, nie rozumiejąc niczego, wiedząc tylko, Ŝe pragnie na zawsze
pozostać tak z nim połączona.
Wszystko inne naraz stało się nieistotne. Wiedziała, Ŝe jeśli tylko
Luis tego zechce, ona pozostanie przy nim do końca Ŝycia.
Rozdział 11
– Czerwona – powiedział Luis zdecydowanie.
– Na pewno? – zawahała się Shontelle, przypatrując się koronkowej
kreacji w bezpieczniejszym, czarnym kolorze.
W sypialni apartamentu Luisa leŜało kilkanaście pięknych sukni od
znanych projektantów wraz ze stosownymi dodatkami. Shontelle wciąŜ
nie mogła się na nie napatrzeć. Na myśl o powtórnej wizycie w
posiadłości Martinezow ogarniało ją nerwowe drŜenie i bardzo jej
zaleŜało, by odpowiednio wyglądać.
– Dzisiaj nie chodzi o to, Ŝebyś wtopiła się w tłum – przypomniał jej
Luis.
W takim razie czarna odpadała.
– Ta złota jest bardzo elegancka – szepnęła Shontelle.
– WłóŜ czerwoną – powtórzył Luis bez cienia wątpliwości.
– Ale ona zupełnie odsłania plecy – jęknęła Shontelle.
Sukienka miała z tyłu dekolt aŜ do pasa. Podtrzymywał ją wąziutki,
srebrny pasek biegnący wzdłuŜ kręgosłupa oraz dwa równie cienkie
czerwone paseczki na ramionach.
– PrzecieŜ masz bardzo piękne plecy.
– To jeszcze nie znaczy, Ŝe muszę je wszystkim pokazywać –
wymruczała Shontelle, nie odrywając wzroku od kreacji.
– Twoje włosy prawie zupełnie je zasłonią – rzekł Luis zmysłowym
tonem.
– Miałam zamiar upiąć je do góry – wyjąkała.
– Nie. Rozpuść je i włóŜ czerwoną sukienkę. Usłyszała głośne
westchnienie. – Teraz cię zostawię,
Ŝ
ebyś mogła się przebrać. Łazienka jest wolna.
Luis poszedł do drugiej sypialni, szczelnie zamykając za sobą drzwi.
Shontelle zgarnęła sukienkę oraz kosmetyki i poszła do łazienki. Miała
niewiele czasu.
Szybko wzięła prysznic i zaczęła się malować, zastanawiając się,
jakie właściwie Luis ma wobec niej zamiary. Oprócz tego, Ŝe uścisnął jej
dłoń w autobusie, nie dotknął jej ani razu. Nie powiedział teŜ nic,
z czego wynikałoby, Ŝe wiąŜe z nią jakieś plany, czy to na dzisiejszy
wieczór, czy na dalszą przyszłość.
„Nie dokończone sprawy". Tak wyjaśniła Alanowi swój wyjazd z
Luisem. Wysiedli na lotnisku w Santa Cruz, a cała grupa pojechała dalej,
do hotelu.
– Czy to twój własny wybór, Shontelle? – zapytał brat po prostu, a
ona odpowiedziała:
– Tak.
Alan wyjaśnił grupie, Ŝe odwdzięczają się Luisowi za przysługę, jaką
im wyrządził, podrzucając go na lotnisko, by mógł zdąŜyć na samolot.
Shontelle zaś dołącza do niego, by dopilnować wszystkich spraw
związanych z odlotem z Buenos Aires.
Nikt z grupy nie zaprotestował. Rozmowy na lotnisku były bardzo
rzeczowe. Czekał tam juŜ pracownik Martinezów, który zaprowadził ich
do samolotu.
Oddał Luisowi grubą teczkę, prawdopodobnie z jakimś dokumentami
firmy, i zajął się bagaŜem Shontelle. Grupa poŜegnała ich Ŝyczliwie,
zadowolona, Ŝe podróŜ dobiega juŜ końca. Alan równieŜ Ŝyczył im
wszystkiego najlepszego.
Samolot wystartował bez opóźnienia. Gdy znaleźli się w powietrzu,
obsługa podała kolację, a potem Luis nalegał, by Shontelle trochę
odpoczęła. Sam usiadł w innej części samolotu, zapewne po to, by
popracować nad papierami. Shontelle przespała większą część lotu. Była
zmęczona po całodziennej podróŜy i po ostatniej, pełnej napięcia nocy.
Luis obudził ją przed lądowaniem. Był świeŜo ogolony.
Dopiero teraz zrozumiała, Ŝe zrobił to zapewne po to, by w domu
zostawić jej wolną łazienkę. W drodze z lotniska do jego mieszkania z
chwili na chwilę czuła, jak jej napięcie rośnie. Nie rozmawiali. Jechali
limuzyną firmy, prowadzoną przez szofera. Srebrzysty mercedes z
pluszowymi siedzeniami świadczył o klasie właściciela. Od chwili gdy
Shontelle zgodziła się towarzyszyć Luisowi na przyjęciu, na kaŜdym
kroku zmuszona była podziwiać potęgę pieniądza.
Lekko podkreśliła oczy, rozświetliła twarz podkładem i pomalowała
usta czerwoną szminką, którą dostarczono jej razem z sukienką. Przyszło
jej do głowy, Ŝe zapewne będzie najbardziej ognistą kobietą na przyjęciu.
Niczym płonący miecz obnaŜy dawne kłamstwa. Ognisty miecz
sprawiedliwości...
NałoŜyła szminkę i rozpuściła włosy. Rozsypały się jej po ramionach
gęstwiną fal pozostałych po warkoczu. Luis zawsze lubił, gdy nosiła je
rozpuszczone.
Nie miała juŜ czasu, by je na nowo myć i suszyć.
Zresztą były jeszcze czyste i lśniące.
Owinęła się ręcznikiem, zebrała swoje rzeczy i wróciła do sypialni.
Czerwona sukienka wyglądała olśniewająco. Miękka tkanina przetykana
była srebrną nitką w orientalny wzór winorośli. Sukienka ściśle opinała
ciało i dopiero poniŜej kolan lekko się rozszerzała. Strój uzupełniał
delikatny naszyjnik ze srebrnych łańcuszków, srebrne sandałki na
wysokich obcasach i malutka srebrna torebka. Shontelle przebrała się i
na widok swego odbicia w lustrze znieruchomiała, zdumiona
transformacją, jaką mogły zapewnić pieniądze. Nawet we własnych
oczach wyglądała wspaniale. To wraŜenie bardzo podniosło ją na duchu.
Wsunęła do torebki szminkę, kilka chusteczek higienicznych i, na
wszelki wypadek, trochę pieniędzy.
Zegar obok łóŜka wskazywał za kwadrans dwunastą.
Luis słusznie przypuszczał, Ŝe dotrą na przyjęcie około północy.
Wzięła głęboki oddech i poszła go poszukać.
Czekał na nią w salonie, z drinkiem w ręku, ubrany w czarny
wieczorowy smoking z atłasowymi wyłogami i muszką, pod którą
widniały misterne zakładki gorsu śnieŜnobiałej koszuli. Wyglądał tak
olśniewająco, Ŝe zaparło jej dech w piersiach. Ideał męŜczyzny,
pomyślała – wysoki, ciemny, przystojny.
Wieczorowy strój podkreślał emanującą z niego nieposkromioną
męskość. Serce Shontelle zaczęło głośno dudnić. To był męŜczyzna
akurat dla niej i wiedziała, Ŝe jeśli pozwoli mu odejść, to przegapi
Ŝ
yciową szansę. Ale co mogła zrobić, by tak się nie stało?
Jak miała tego dokonać?
– Słońce, księŜyc i gwiazdy...
Od cichego głosu Luisa przeszył ją dreszcz. W jego oczach
błyszczało ciepło, jakiego juŜ dawno nie widziała i niemal zapomniała o
jego istnieniu. Ten blask przywodził do niej wspomnienia dni
spędzonych razem w czułości i głębokiej, nie do opisania radości. W jej
serce wstąpiła nowa nadzieja. Po chwili jednak Luis przymknął powieki i
na jego ustach pojawił się ironiczny uśmieszek.
– Przyćmisz wszystkie kobiety na przyjęciu. I tak powinno być. Choć
byłbym dumny z ciebie, pokazując cię w dowolnym stroju. Myślę, Ŝe w
to nie wierzysz, ale taka jest prawda.
– Chcę, Ŝebyś mógł być ze mnie dumny – odrzekła. Bardzo jej
zaleŜało, Ŝeby dobrze wypaść w tym sprawdzianie.
Naraz Luis zmarszczył brwi.
– Jeśli nie czujesz się dobrze w tej sukience... zaczął, czyniąc
przepraszający gest. – Nie powinienem cię zmuszać do wkładania
czegoś, co ci się nie podoba. '
– AleŜ skąd. Sukienka bardzo mi się podoba – zapewniła go szybko.
Luis zrobił zadowoloną minę.
– To dobrze! Moim zdaniem, wyglądasz w niej doskonale. Wszyscy
męŜczyźni na przyjęciu będą mi zazdrościć.
Odstawił szklankę i z szerokim uśmiechem otworzył przed nią drzwi.
– Chodź, Kopciuszku. Czas juŜ wyruszyć na bal.
Zaśmiała się nerwowo i wyszła z salonu. Trudno było nazwać Elvire
Rosę Martinez złą macochą, a Claudię Gallardo – brzydką siostrą,
Shontelle miała jednak nadzieję, Ŝe obydwie przeŜyją największy wstrząs
w Ŝyciu, gdy zobaczą, kto tego wieczoru pojawi się u boku Księcia.
Przed domem czekał na nich srebrny mercedes.
Szofer posadził Shontelle na tylnym siedzeniu, Luis zaś obszedł
samochód dokoła i wsiadł z drugiej strony. ZbliŜał się ostatni akt
spektaklu. Jeszcze pięć minut i wszyscy aktorzy będą juŜ na scenie,
pomyślała Shontelle. Zastanawiała się, dla ilu jeszcze osób wstrząsem
będzie jej pojawienie się u boku Luisa Angela Martineza, dziedzica
milionowej fortuny, który powinien adorować podobną sobie
dziedziczkę. Naraz poraziła ją pewna myśl. W półmroku samochodu
zwróciła się w stronę Luisa i zapytała:
– A co z rodziną Gallardów? Czy to nie popsuje stosunków między
wami?
– Nie dbam o to, Shontelle. Co będzie, to będzie – odpowiedział
spokojnie.
Lekkomyślność? Przypatrywała mu się przez chwilę, ale jego twarz
nie zdradzała Ŝadnych emocji.
Siedział wygodnie, na pozór zupełnie rozluźniony, wyczuwała w nim
jednak Ŝelazną wolę i determinację, dzięki której był w stanie usunąć ze
swojej drogi wszelkie przeszkody.
– Nie musisz się o mnie martwić, Shontelle – dodał po chwili cicho. –
Bez względu na konsekwencje tego, co zdarzy się dzisiaj, wolę, by
uwaŜano mnie za człowieka kierującego się własnym rozeznaniem niŜ za
marionetkę poruszaną cudzymi rękami.
– To dla mnie nowość... ta strona twojego charakteru... pozycja, jaką
zajmujesz w Ŝyciu publicznym Argentyny. Nigdy przedtem nie
widziałam cię w tej roli.
– Wolałem, Ŝebyś znała mnie jako osobę prywatną.
– Luisie, tego chyba nie da się tak łatwo oddzielić.
– Byłem w błędzie – zgodził się. – Ale dzięki to bie bardzo jasno
zdałem sobie z tego sprawę. I jestem ci za to niezmiernie wdzięczny. Nie
moŜna Ŝyć cudzym Ŝyciem, naleŜy być wiernym sobie.
Naraz Shontelle zrozumiała, Ŝe ten wieczór nie miał być dla Luisa
tylko wyrównaniem rachunków.
Stawką była jego osobista wolność. Chodziło o coś o wiele
waŜniejszego, niŜ sądziła wcześniej. Dla Luisa miał to być punkt
zwrotny w Ŝyciu... i to ona do tego doprowadziła? Poczuła dreszcz. Nie,
pomyślała gorączkowo, ja jestem tylko katalizatorem tej przemiany. Luis
prawdopodobnie juŜ od wielu lat nie był szczęśliwy. Nawet związek z
nią traktował jak czas wykradziony z przygniatającego go Ŝycia, czas
tylko dla siebie. I pewnie dlatego był tak sfrustrowany i przybity, gdy
Shontelle zerwała ten związek.
Czy naprawdę ją kochał? A moŜe po prostu była dla niego
uosobieniem czegoś, czego potrzebowała buntem przeciwko strukturze,
w której się urodził, wentylem dla uczuć, których normalnie nie mógł
wyrazić, ucieczką od presji, od której, wydawało się, nie sposób było
uciec?
Tak wiele miał twarzy, których nie znała. Jej miłość była
instynktowna. Impulsywnie wyciągnęła rękę i uścisnęła jego ramię.
– Luisie, jestem przy tobie. Cokolwiek chcesz osiągnąć, jestem po
twojej stronie.
Zanim zdąŜyła cofnąć rękę, on mocno ją pochwycił i przytrzymał.
Znów poczuła potęŜną falę energii rozchodzącej się po całym ciele.
– Czy to obietnica, Shontelle? – zapytał. Jego oczy nawet w mroku
błyszczały dziwnym, intensywnym blaskiem.
– Tak – szepnęła.
– W takim razie mam dzisiaj po swojej stronie słońce, księŜyc i
gwiazdy – roześmiał się szaleńczo, odchylając głowę do tyłu.
Shontelle wpatrzyła się w niego zdziwiona. Podniósł jej dłoń do ust i
pocałował. Spojrzenie miał trzeźwe, ale na jego ustach błąkał się lekki
uśmieszek, gdy powiedział:
– Dziękuję ci. ChociaŜ nie będę cię zbyt mocno trzymał za słowo. Nie
chciałbym, Ŝebyś później tego Ŝałowała. Jesteś wolna i masz prawo
wybrać to, co dla ciebie najlepsze.
Wolna... Na to słowo serce jej się ścisnęło. Przepadły wszelkie głupie
nadzieje, przeczące zdrowemu rozsądkowi. Luis wcale nie chciał
przywiązywać jej do siebie. Byli partnerami, dopóki wiązał ich wspólny
cel – poszukiwanie sprawiedliwości, ale na tym wszystko się kończyło.
Nie mógł jej tego powiedzieć wyraźniej.
Samochód zwolnił, zawrócił i Shontelle zobaczyła za oknem wielkie,
Ŝ
elazne bramy wiodące do rezydencji Martinezów. Byli na miejscu!
Imponujący budynek w stylu klasycznym, z potęŜnymi kolumnami i
misternymi płaskorzeźbami, był jasno oświetlony po obu stronach
podjazdu. Z otwartych drzwi balkonowych na piętrze dobiegała muzyka.
Wielkie przyjęcie było w pełni rozkwitu.
Mercedes zatrzymał się przy szerokich schodach wiodących do
portyku, jakiego nie powstydziłaby się, Ŝadna świątynia. Bo to jest
ś
wiątynia, pomyślała Shontelle z gryzącą ironią, świątynia ku czci
wszystkiego, co Elvira Rosa Martinez uznaje za godne czci.
Tego wieczoru miało się okazać, czy dziedzictwo jest dla niej droŜsze
niŜ syn.
Luis puścił jej rękę, by mogła wysiąść, natychmiast jednak znów się
pojawił obok samochodu, po jej stronie. Szofer przytrzymał jej drzwi.
Wysiadła, ostroŜnie zgarniając ręką fałdy sukienki. Czerwony... sygnał
niebezpieczeństwa. Ale teraz juŜ nie mogła się wycofać. Dała słowo.
Luis znów ujął jej dłoń i bezceremonialnie, władczo otoczył ją
ramieniem.
– Gotowa jesteś? – zapytał z dziwną satysfakcją.
– Tak – odrzekła, zdecydowana stawić czoło wszystkim, którzy
wcześniej brali udział w przygotowaniu tego spektaklu.
Ramię w ramię poszli do wejścia. Gdzieś w oddali zegar właśnie
wybijał północ.
Rozdział 12
– Seńor Martinez!
Zdumienie na twarzy kamerdynera, który prowadził ich do holu,
odbijało się w jego głosie.
– Nie spodziewano się, Ŝe...
Starszy męŜczyzna zamilkł i ze zmieszaniem spojrzał na Shontelle,
której z pewnością nie spodziewano się tutaj jeszcze bardziej.
– Miałem szczęście. Udało mi się wydostać z La Paz – wyjaśnił Luis.
– Pańska matka będzie... – SłuŜący znów zamilkł.
Shontelle mogła się tylko domyślać, jakiego słowa zamierzał uŜyć:
zachwycona, rozradowana, zdumiona – najwyraźniej jednak stanęło mu
ono w gardle.
Patrzył na nią z dziwną mieszaniną przeraŜenia i niedowierzania.
– Pozwól, Ŝe ci przedstawię moją towarzyszkę, pannę Shontelle
Wright. Shontelle, to jest...
– Carlos – przerwała mu. – JuŜ się kiedyś spotkaliśmy. –
Uśmiechnęła się do kamerdynera, którego twarz przybrała nagle Ŝółtawy
odcień. – Podawał mi pan tu lunch, jakieś dwa lata temu, ale nie wiem,
czy mnie pan pamięta.
– Si, panno Wright – wymamrotał Carlos, przełykając ślinę. –
Powiadomię o przybyciu państwa.
Luis jednak przytrzymał go zdecydowanie.
– Lepiej udawajmy, Ŝe mnie nie spotkałeś. Chciałbym zrobić matce
niespodziankę.
– Ale, seńor...
– Carlos, radziłbym ci, Ŝebyś jednak patrzył w inną stronę – polecił
Luis nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Czy wyraŜam się jasno?
– Si, seńor.
SłuŜący wycofał się. Luis poprowadził Shontelle po wielkich
schodach wiodących na długą galerię nad salą balową. Ta właśnie
galeria, pełna portretów w złotych ramach i bezcennych dzieł sztuki, tak
bardzo oszołomiła ją podczas pierwszej wizyty.
Nikt więcej ze słuŜby nie próbował ich zatrzymywać. Dokoła
rozlegała się głośna muzyka. Orkiestra specjalizująca się w tangach grała
tradycyjne aranŜacje porteno na skrzypce i bandoneons, argentyńską
odmianę akordeonu.
– Pamiętasz, jak tańczyliśmy razem tango? – wymruczał Luis.
Shontelle zerknęła na niego szybko, rumieniąc się na wspomnienie
tych tańców: w mieszkaniu Luisa ćwiczyli naładowane erotyzmem ruchy,
draŜniąc się nawzajem pozorami dyscypliny i samokontroli. Te zabawy
zawsze kończyły się jednakowo:
w łóŜku.
Ich oczy spotkały się i uświadomiła sobie, Ŝe Luis myśli o tym
samym.
– To były dobre czasy – wymruczała, zmieszana.
– Poezja i ogień... to taniec duszy, prawda?
Skinęła głową, niepewna, czego Luis od niej oczekuje. Tango było
emanacją mroku duszy, tańcem wyraŜającym dramatyczne cierpienie,
stworzonym przez męŜczyzn pozbawionych kobiet, Ŝyciowych
desperatów, którzy musieli tańczyć sami. Czy Luis czuł z nimi jakieś
pokrewieństwo?
– Zatańczysz ze mną dzisiaj? – zapytał.
Ostatnie tango? Shontelle poczuła, Ŝe kolana się pod nią uginają. Dla
niej taniec łączył się z surowym, niepowstrzymanym poŜądaniem. Czy
był sens kusić los bez Ŝadnej nadziei na przyszłość? Jednak nagły
przypływ lekkomyślności przezwycięŜył zdrowy rozsądek.
– Skoro uwaŜasz, Ŝe to będzie właściwe... – zawahała się.
– UwaŜam, Ŝe poezja i ogień są w tym przypadku ogromnie
właściwe.
Przez umysł Shontelle przemknęła myśl o „Piekle" Dantego. Czy
demony w piekle równieŜ urządziły sobie tego wieczoru bal? Luis
uŜywał wszelkiej dostępnej amunicji, by zniszczyć ambicje matki. A ja
jestem pochodnią, która ma odpalić tę bombę, pomyślała Shontelle,
zastanawiając się, czy gdy będzie juŜ po wszystkim, zostanie z niej coś
jeszcze poza garstką popiołów.
Przechodząc pod marmurowym łukiem prowadzącym do galerii,
przypomniała sobie, Ŝe Luis określił kiedyś ten dom jako mauzoleum.
Pełno tu było skarbów po zmarłych, Shontelle jednak w tej chwili nade
wszystko uświadamiała sobie obecność Ŝywych osób.
Grupki gości oglądały co ciekawsze eksponaty albo po prostu
rozmawiały, odpoczywając po tańcach.
Szybko zauwaŜono nieoczekiwane pojawienie się Luisa z nieznaną
kobietą u boku. Rozmowy ucichły.
Wszystkie oczy skupiły się na niej i po chwili dokoła rozległy się
stłumione szepty. Kim ona jest? Co to ma oznaczać? – dopytywali się
zapewne.
Od jednej z grup oderwał się męŜczyzna i podbiegł do nich. Shontelle
rozpoznała młodszego brata Luisa, Patricia. Patricio wyglądał na
oszołomionego, jakby nie wierzył własnym oczom i musiał się upewnić,
o co właściwie chodzi.
– Dios! Niezłe wejście, Luis! – mruknął, rozmyślnie stając im na
drodze.
Był niŜszy i szczuplejszy od brata, biła z niego jednak siła
ś
wiadcząca o tym, Ŝe jeśli chce, potrafi być trudnym przeciwnikiem.
Wąsy nadawały jego twarzy młodzieńczy, zaczepny wyraz, było to
jednak złudne wraŜenie. Shontelle wiedziała, Ŝe Patricio jest bystry i
przenikliwy w interesach. Sprawnie oraz z niezwykłą intuicją zarządzał
ziemskimi posiadłościami Martinezów. Od czasu do czasu prezentował
się jako znakomity jeździec przed grupami turystów, którzy odwiedzali
jego ranczo w pobliŜu Buenos Aires. Alan jednak mówił, Ŝe była to
jedyna rozrywka, na jaką Patricio sobie pozwalał.
– Odsuń się, Patricio – powiedział Luis cicho.
– Miałeś być w La Paz – zdziwił się brat.
– Zejdź mi z drogi – powtórzył Luis. – I proszę, bądź tak miły i
przywitaj się z Shontelle. PrzecieŜ ją znasz.
– Shontelle? – zdumiał się znów Patricio i dopiero teraz zatrzymał na
niej spojrzenie. – Nie poznałem cię. A poza tym... – znów spojrzał na
Luisa – poza tym zupełnie tego nie rozumiem.
– Nie musisz – mruknął Luis nieuprzejmie.
– PrzecieŜ ty sam uznałeś, Ŝe członkowie rodziny Wrightów nie są
mile widziani na naszym terenie – oburzył się Patricio.
– To nie oni zawiedli moje zaufanie. Potraktowałem ich
niesprawiedliwie i zamierzam to naprawić.
– Luis, na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. Chyba nie
zamierzasz robić tego teraz – obruszył się Patricio.
– Moim zdaniem teraz właśnie jest najlepszy czas i miejsce.
– Czyś ty zwariował? Wszyscy Gallardowie są tutaj.
Nie moŜesz pchać Claudii przed nos innej kobiety!
– Owszem, mogę.
Mściwość w głosie Luisa zdumiała Patricia. Zmarszczył brwi i
przeniósł wzrok na Shontelle.
– Shontelle, nie chciałbym cię urazić, ale to delikatna sytuacja. Moja
matka zamierza właśnie ogłosić...
– Nie zrobi tego – przerwał mu Luis. – Gdy dzwoniłem z La Paz,
uprzedziłem ją, Ŝe musi poczekać. Ja sam wybiorę odpowiedni moment.
Patricio tylko potrząsnął głową..
– Twoja nieobecność niczego by nie zmieniła.
Wyraziłeś milczącą zgodę, zanim wyjechałeś do La Paz. Gdy
orkiestra przestanie grać...
– A więc ona zamierza mnie zmusić... nawet i do tego. – Luis
zazgrzytał zębami. Minę miał jak chmura gradowa. Odsunął Patricia i
pociągnął Shontelle za sobą. Patricio pobiegł za nimi, nie przestając
argumentować:
– Luis, równie dobrze mógłbyś popełnić publicznie harakiri.
– Ona nie zostawia mi innego wyboru.
– Pozwól, Ŝe ja dotrzymam towarzystwa Shontelle. Przeczekasz to
wszystko i...
– Nie – powtórzył Luis, mocniej ściskając ramię dziewczyny. – Nie
będę niczego więcej przeczekiwał ani godził się na nic tylko dlatego, Ŝe
taka jest wola mojej matki.
– O co tu chodzi, Luisie? – włączyła się Shontelle, zaskoczona
gwałtownym obrotem rozmowy. – Mówiłeś, Ŝe to ma być wielka gala,
ale jeśli chodzi o coś jeszcze...
– Matka ma ogłosić jego zaręczyny z Claudią Gallardo – wyjaśnił
Patricio zwięźle.
– Jak to?! – zawołała dziewczyna z przeraŜeniem.
– Nie! – oburzył się Luis. – Nic takiego się tu nie zdarzy. Nie
pozwolę na to.
Shontelle zatrzymała się w miejscu. Dopiero teraz dotarła do niej
waga tego, co Luis przed nią ukrywał.
– Ale ty o tym wiedziałeś... Och, BoŜe! Przyprowadziłeś mnie tu,
wiedząc, Ŝe... i wczoraj wieczorem...
Luis równieŜ się zatrzymał i płonącym wzrokiem wpatrzył się w jej
twarz.
– . Shontelle, ja niczego nie obiecywałem Claudii.
– Ale pozwalałeś jej myśleć, Ŝe zostanie twoją Ŝoną. – Patricio
wzruszył ramionami.
– Dzisiaj karty zostały przetasowane i nic juŜ nie będzie takie samo,
jak przedtem – odparował Luis.
– Muszę odzyskać kontrolę nad własnym Ŝyciem. Jeśli to wszystko
ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, to sam zajmij miejsce Eduarda.
Nadajesz się do tego o wiele lepiej niŜ ja.
Na twarzy Patricia odbijało się wzburzenie i zamęt.
– Luis, ja wcale nie chcę zajmować tego miejsca.
– To mnie teŜ tam nie popychaj.
– Luis... ale tak nie moŜna... nie powiedziałeś mi, jak wygląda
sytuacja – zawołała Shontelle. Czuła się bezwzględnie wykorzystywana.
– A czy Claudia przejmowała się twoimi uczuciami? Czy moja matka
zostawiła nas w spokoju? – wybuchnął Luis z taką złością, Ŝe Shontelle i
Patricio zaniemówili. – Obiecałaś, Ŝe będziesz stać po mojej stronie –
ciągnął z pasją. – Czy juŜ na nikogo nie mogę liczyć?
Opór Shontelle słabł z chwili na chwilę. Czuła się współwinna
oszustwa, które prześladowało Ŝycie Luisa; została w nie wplątana
wbrew własnej woli.
Jednak dwa złe uczynki nie redukowały się wzajemnie. Luis zaś
pozwolił jej wierzyć, Ŝe między nim a Claudią nie istniała Ŝadna istotna
więź.
– Znów powtarzasz ten sam błąd, Luisie. Ukrywasz przede mną
prawdę – stwierdziła.
– To w zasadzie niczego nie zmienia – odparował.
CzyŜby? Jednak te zaręczyny zmieniały wiele.
Shontelle wyobraziła sobie, jak Luis adoruje Claudię, całuje ją...
– Czy kochałeś się z nią? – zapytała, poraŜona wspomnieniem, co
Luis robił z nią ostatniej nocy, nie okazując nawet odrobiny uczucia.
– Crista! – wybuchnął Patricio. – Ona nie ma prawa...
– Silencio! To ty nie masz prawa! – uciszył go Luis, nie odrywając
wzroku od twarzy Shontelle.
– Nigdy nie miałem na to najmniejszej ochoty.
Między mną a Claudią Gallardo absolutnie nic nie zaszło.
– W takim razie skąd się wzięły te zaręczyny?
– Było mi wszystko jedno, z kim się oŜenię. Claudia się uparła. Moja
matka się uparła. To ty wydałaś mnie na ich łaskę i niełaskę.
A więc to miała być jej wina? Czy chodziło o sprawiedliwość, czy o
zemstę? Ostatnie tango...
– Luis, orkiestra przestała juŜ grać – rzekł Patricio ostrzegawczym
tonem.
– Shontelle... czy zostałem sam? – dopytywał się Luis gorączkowo,
zaglądając jej głęboko w oczy. Siła przyciągania jego wzroku była
jeszcze większa niŜ zazwyczaj. Shontelle poczuła, Ŝe kręci jej się w
głowie. Przestała się starać, by cokolwiek zrozumieć.
Jeśli jej wsparcie miało tak wielkie znaczenie dla Luisa, jeśli z jej
pomocą miał odzyskać wolność, to właściwie dlaczego nie? W kaŜdym
razie była to dla niej szansa pozbycia się poczucia winy.
– Nie – szepnęła. – Jestem z tobą.
Luis głośno wypuścił oddech i natychmiast pociągnął ją za sobą.
Shontelle wiedziała, Ŝe inni goście idą za nimi, przyciągnięci atmosferą
skandalu. Ognisty miecz, pomyślała. Było jej juŜ wszystko jedno.
Gdy dotarli do rogu galerii, do miejsca, w którym pomieszczenie
otwierało się na salę balową, Patricio dogonił ich i stanął po drugiej
strome Shontelle.
Idąc tak we trójkę, skupiali na sobie uwagę wszystkich.
Zaciekawione szmery stawały się coraz głośniejsze.
– Lepiej stąd znikaj, Patricio – ostrzegł Luis.
– Nie.
– To moja walka.
– Luis, nie mam pojęcia, co się za tym kryje, ale skoro zwalniasz
miejsce Eduarda, to ja teŜ nie zamierzam dać się tam wepchnąć. Jestem
po twojej stronie.
– Patricio, to bardzo osobista sprawa.
– Lepiej będzie, gdy zjednoczymy siły.
– Trochę na to za późno, zwaŜywszy, co mówiłeś przed chwilą.
– Nie jest za późno. NajwaŜniejsza chwila wciąŜ jeszcze przed nami –
przyznał Patricio.
Shontelle szła między upartym Patriciem a szaleńczo lekkomyślnym
Luisem z wraŜeniem, Ŝe za chwilę nastąpi koniec świata. Ścierały się ze
sobą dwie potęgi, ona zaś, ubrana jak księŜniczka, miała być tylko
pionkiem w tej grze. Nie, nie pionkiem, pomyślała po chwili. Raczej
symbolem, bronią, ognistym mieczem prawdy i sprawiedliwości.
Uśmiechnęła się na tę myśl i przypomniała sobie słowa piosenki: Nie
płacz po mnie, Argentyno. Weszli do sali balowej. Ze wszystkich stron
otaczała Shontelle arystokracja, eleganccy męŜczyźni i kobiety
obwieszone biŜuterią. Wszyscy przyglądali się jej badawczo. Uniosła
głowę wyŜej. Była Kopciuszkiemna balu, Kopciuszkiem w towarzystwie
księcia Martineza.
Z drugiej strony sali rozległ się głos wzmocniony przez mikrofon.
Shontelle natychmiast rozpoznała ten głos. NaleŜał do najbogatszej i
najbardziej wpływowej kobiety w Argentynie.
– Przyjaciele... dziękuję wam wszystkim za przybycie. Z wielką
przyjemnością widzę was tutaj i cieszę się, Ŝe zechcieliście wraz ze mną
uczcić pewne wyjątkowe wydarzenie. Niestety mój syn, Luis, nie mógł
się wydostać z La Paz z powodu...
– Nie, Mądre... Luis przyjechał! – zawołał Patricio.
Tłum ludzi rozstąpił się przed nimi jak Morze Czerwone przed
MojŜeszem. Przez całą długość sali otworzyło się przejście wiodące
prosto do podwyŜszenia, na którym Elvira Rosa Martinez stała niczym
potęŜny faraon władający połową świata.
Wyglądała wspaniale w błyszczącej błękitnej sukni z wielkim złotym
kołnierzem. W jej uszach i na szyi błyszczała złota biŜuteria. Na dłoni
trzymającej mikrofon iskrzyły się pierścienie. Jednak gdy spojrzała przed
siebie i uświadomiła sobie, co widzi, uśmiech na jej twarzy gwałtownie
zgasł.
Luis nie był sam.
Obok niego szedł brat.
A takŜe kobieta, którą otaczał ramieniem we władczy, nie
pozostawiający cienia wątpliwości co do jego intencji, sposób.
Shontelle nie miała pojęcia, czy Elvira ją rozpoznała, ale sytuacja
była jasna dla wszystkich patrzących. To była arogancka manifestacja
niezaleŜności, zburzenie wszelkich oczekiwań. Luis rzucił rękawicę
wszystkim wybitnym osobistościom w kraju. Nie było juŜ odwrotu.
Rozdział 13
Zapadła cisza. Shontelle miała wraŜenie, Ŝe czas w rezydencji
Martinezów się zatrzymał. Olbrzymie lustra w złoconych ramach
odbijały zastygłą w ruchu salę balową. Pod wielkimi, roziskrzonymi
kandelabrami tylko oni troje poruszali się, idąc noga w nogę, z
godnością, bez pośpiechu.
Ich kroki na parkiecie odbijały się dziwnym, samotnym echem od
ś
cian. Luis i Patricio wkraczali w nieznaną przyszłość, ryzykując całe
swoje Ŝycie. Czy ta gra była dla nich warta świeczki? Shontelle nie miała
pojęcia, jak się czuje człowiek obciąŜony takim dziedzictwem. Nie
potrafiła zwaŜyć przewag i obciąŜeń wielkiego bogactwa.
Elvira patrzyła na nich dziwnym, szklistym wzrokiem. Miała przed
sobą obraz jawnego buntu. Czy zrobi cokolwiek, by powstrzymać tę
rebelię? A moŜe czuła, Ŝe wszelkie wysiłki nie zdadzą się na nic?
Shontelle zadrŜała, gdy wzrok Elviry zatrzymał się na niej i pojawił
się w nim nagły błysk rozpoznania.
Tak, pomyślała z gniewem. Patrz na mnie. Patrz na swoją byłą ofiarę
i poczuj, jak koło fortuny się obraca.
Tak jest słusznie i sprawiedliwie.
Matka Luisa lekko obróciła głowę w stronę grupy stojącej po prawej
stronie podestu. Była tam Claudia Gallardo, zapewne w otoczeniu
rodziny. Ubrana w białą sukienkę, równieŜ patrzyła na zbliŜającą się
trójkę z niedowierzaniem, jeszcze nie przyjmując do wiadomości tego, co
za chwilę musiało się stać.
W końcu seńora Martinez uświadomiła sobie napięcie panujące w
sali i podjęła próbę, by je rozładować.
– CóŜ za miła niespodzianka! – zawołała do mikrofonu. – Wygląda
na to, Ŝe nawet rewolucja w Boliwii nie powstrzymała Luisa przed
przyłączeniem się do nas. Proszę mi wybaczyć to krótkie opóźnienie, ale
muszę najpierw powitać syna w domu.
Na jej gest orkiestra znów zaczęła grać. Elvira odłoŜyła mikrofon i
królewskim krokiem zeszła z podestu, omijając rodzinę Gallardów. Było
jasne, Ŝe chce zamienić kilka słów z Luisem, zanim pozwoli mu popełnić
– w jej mniemaniu – okropne głupstwo.
Luis jednak nie poszedł za nią. Bez wahania zbliŜył się do Gallardów.
Patricio nie potrzebował Ŝadnego sygnału, by pojąć, dokąd zmierza brat.
Marsz prosto na linię wroga, pomyślała Shontelle, widząc poruszenie w
rodzinie Claudii. Czy wiedzieli, jaką ceną miało być okupione
małŜeństwo dziewczyny? MęŜczyźni z rodziny Gallardów byli znacznie
starsi od Luisa.
Czy uwaŜali go za marionetkę, wartą jedynie swoich pieniędzy?
Zatrzymała wzrok na ciemnych, pełnych oszołomienia oczach
Claudii. I jak się teraz czujesz, pomyślała, na widok tego, co kiedyś, we
własnym przekonaniu, zniszczyłaś? Na widok kobiety, którą okłamałaś?
Jak się czujesz, widząc, Ŝe twoje wizje przyszłości obracają się w proch i
pył?
Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Claudia rozpoznała
Shontelle i uświadomiła sobie, co oznacza jej pojawienie się u boku
Luisa. W tym momencie na jej twarzy odmalowała się wściekłość. Nie
była to.
rozpacz złamanego serca, lecz czysta furia połączona z pogardą.
Claudia Gallardo nie zamierzała pokornie pochylić głowy i przyznać się
do poraŜki.
– Widzę, Ŝe znów zszedłeś się z tym swoim cudzoziemskim śmieciem
– zaatakowała pierwsza, gdy cała trójka zatrzymała się przed nią.
Trudno było zignorować taką obelgę, Shontelle jednak pohamowała
gniew i dołoŜyła wszystkich sił, by nadać twarzy wyraz spokojnej,
godnej pewności siebie. W końcu to była wojna.
– Claudio, sama będziesz musiała wyjaśnić swojej rodzinie, dlaczego
robię to, co robię – rzekł Luis lodowatym tonem. – I radziłbym ci, byś
postarała się pohamować trochę swój złośliwy język. Obelgi w niczym ci
nie pomogą.
– Ty mi to wyjaśnij! – zaŜądał starszy męŜczyzna stojący u boku
Claudii. – Upokorzyłeś publicznie naszą rodzinę. Takich rzeczy się nie
wybacza, Luis.
– Estebanie, twoja córka i moja matka uknuły wspólnie intrygę, by
zniszczyć to, co miałem najcenniejszego w Ŝyciu. Nie mów mi o
przebaczeniu. Najpierw muszę wymierzyć sprawiedliwość.
– Jaką sprawiedliwość? – prychnął starszy męŜczyzna. – Patricio, ty
mi powiedz, czy tak się zachowuje człowiek honoru?
– Nie moŜesz mnie oddzielić od brata – rzekł Patricio ostrzegawczo.
– Dzisiaj dowiemy się prawdy, a w prawdzie nie ma nic niehonorowego.
– Zawarliśmy ugodę! – protestował z oburzeniem Esteban.
– Opartą na oszustwie – odparował Luis.
– Potrafisz tego dowieść?
– Zapytaj swoją córkę – rzekł Luis twardo i dodał z nutą
podejrzliwości: – O ile do tej pory nie wiedziałeś o kłamstwach, którymi
się posługiwała, by związać mnie z waszą rodziną.
Patriarcha rodu Gallardów wybuchnął gniewem.
– O czym ty mówisz?
– Posprzątaj we własnym domu, Estebanie... tak, jak ja teraz sprzątam
w swoim.
Luis lekko skłonił głowę na dowód szacunku dla starszego
męŜczyzny, po czym poprowadził brata i Shontelle na drugą stronę
podestu, gdzie czekała jego matka.
– Cudzoziemski śmieć! – zawołała za nimi Claudia.
– Trzymaj język za zębami, dziewczyno, i weź się w garść – nakazał
jej ojciec surowo. – Nie będziesz mi przynosić wstydu w towarzystwie.
Luis udowodnił wszystkim, Ŝe naleŜy go traktować powaŜnie,
pomyślała Shontelle z dumą i gorzko poŜałowała, Ŝe przed dwoma laty
nie dała mu szansy, by mógł tego dowieść. Teraz juŜ wiedziała bez cienia
wątpliwości, Ŝe wówczas zrobiłby to, stawiłby czoło matce i walczył o
to, co było dla niego waŜne.
Łzy napłynęły jej do oczu. Czuła się winna wszystkiemu, co zaszło.
Jednak patrząc na matkę Luisa, wiedziała, Ŝe w starciu z tą kobietą nie
miałaby Ŝadnych szans. Tu potrzebny był godny przeciwnik, ktoś taki jak
Luis.
Elvira Rosa Martinez stała w najbliŜszej grupie gości i rozmawiała o
czymś swobodnie. Shontelle wyobraŜała sobie tę rozmowę: „To jest
siostra pewnego bardzo przedsiębiorczego właściciela biura podróŜy w
Australii, przyjaciela Luisa z dawnych lat. Widocznie spotkali się w La
Paz i udało im się razem stamtąd wydostać. Bóg jeden wie, jak... "
Po chwili jednak matka Luisa wycofała się z grupy i w jej oczach
pojawił się wojowniczy blask. Królowa nie lubiła, gdy sabotowano lub
lekcewaŜono jej edykty. Shontelle wzięła się w garść, wiedząc, Ŝe Elvira
z pewnością uzna ją za najsłabszy element grupy i właśnie od niej
rozpocznie atak. Było bardzo waŜne, by nie okazywać słabości. Luis
liczył na to, Ŝe Shontelle odpowiednio odegra swoją rolę. Jeśli ta sala
była pomieszczeniem sądu, to ławnicy stali wszędzie dokoła, osądzając
jej występ. Musiała udowodnić, Ŝe jest kimś, o kogo warto walczyć.
– Czy nie mogłeś porozmawiać najpierw ze mną, Luis? – wybuchnęła
matka.
– Dwa lata temu ty nie rozmawiałaś ze mną w ogóle – odparował.
– To było tylko dla twojego dobra. Gdybyś miał choć odrobinę
zdrowego rozsądku, zrozumiałbyś to.
– I dla mojego dobra chciałaś mnie oŜenić z tą zimną, fałszywą suką!
Odsuń się, mamo.
– Nie. Nie pozwolę, Ŝebyś zmarnował wszystko, co wypracowałam.
– Twoje potrzeby nie są moimi potrzebami. Zaakceptuj mnie takiego,
jakim jestem, albo odrzuć mnie zupełnie. Kto ci wtedy zostanie, mamo?
Elvira utkwiła władcze spojrzenie w swym młodszym synu.
– Patricio...
– Nie – odrzekł brat natychmiast i dodał stanowczo: – Nie wezmę na
siebie cięŜaru, którym chciałaś obarczyć Luisa. Czuję się dobrze tu,
gdzie jestem.
Teraz z kolei Elvira zatrzymała pogardliwe spojrzenie na Shontelle.
– Ta kobieta... czy ona jest warta naszego upadku?
– Upadku skąd? – zapytał Luis ironicznie. – Z tego więzienia, w które
zmieniłaś moje Ŝycie po śmierci Eduarda?
– Jak śmiesz... – rozpłomieniła się matka, Luis jednak nie pozwolił jej
dokończyć.
– Jak śmiem upominać się o moje prawo do własnego Ŝycia?
Pani Martinez arogancko uniosła głowę do góry.
– PrzecieŜ ona nawet nie pochodzi z Argentyny!
– Mamo, to jest kobieta, którą kocham.
Serce Shontelle zamarło. CzyŜby się przesłyszała?
– MoŜe uda ci się przypomnieć sobie, co to za uczucie – mówił Luis z
narastającą pasją. – Co to za wspaniała, nieporównana z niczym innym
radość.
Zajrzyj do tej trumienki, którą nazywasz swoim sercem, i wygrzeb z
niej uczucia, jakie Ŝywiłaś do mojego ojca. I do Eduarda.
Elvira Martinez pobladła.
– Przestań!
– Tylko na krótką chwilę. Zrób to! Ja teŜ jestem twoim synem. I
Patricio.
– Wlaśnie dlatego tak postąpiłam. śeby cię chronić.
– Obydwaj jesteśmy dorosłymi męŜczyznami. Nie chcemy ani nie
potrzebujemy twojej ochrony.
– Eduardo nie zginąłby...
– Eduarda juŜ nie ma. A ja zamierzam Ŝyć własnym Ŝyciem... z tobą
lub bez ciebie. Wybór jest twój, mamo.
– Luis, nie moŜesz...
– Sama zobacz! Shontelle?
Na dźwięk swego imienia Shontelle drgnęła i spojrzała na Luisa,
niepewna, co ma teraz zrobić.
– Twoja kojej – oznajmił z płonącymi oczami.
Czy chciał, Ŝeby powiedziała coś jego matce? Naraz uświadomiła
sobie, Ŝe to nie ma Ŝadnego znaczenia.
Luis zerknął teraz na brata.
– Patricio... Scena jest moja.
– Będziemy tu stać i patrzeć – odrzekł Patricio.
– Prawda, mamo?
Shontelle nie usłyszała Ŝadnej odpowiedzi. Luis zagarnął ją
ramieniem i pociągnął na podest.
– Co ty chcesz zrobić? – szepnęła niespokojnie.
Nie było juŜ o co walczyć. Plan Elviry został zniweczony. Nie mogła
juŜ ogłosić zaręczyn. Czy Luis chciał wygłosić jakąś przemowę do
zebranych, by zatuszować niezręczność sytuacji?
Pochylił głowę w jej stronę i odrzekł cicho:
– Shontelle, jesteś wolna i moŜesz zrobić, co zechcesz. Czy
uczyniłem juŜ dość?
Te słowa nie miały dla niej Ŝadnego sensu.
– Zrobiłeś, co było w twojej mocy – zapewniła go.
– Nie. Wczoraj wieczorem potraktowałem cię jak śmieć. Wiem, Ŝe
nigdy mi tego nie zapomnisz. Ale teraz chcę ci dać szansę, byś mogła
zrobić to samo ze mną. MoŜesz mnie odrzucić na oczach wszystkich tu
obecnych i nie będę cię za to winił. To twoje prawo.
Coraz bardziej ją przeraŜał.
– Luisie... – wymamrotała. – Ja... ja tego nie chcę. Nie chcę takiego
odkupienia.
– W takim razie przyjmij mój dar w takim duchu, w jakim ci go daję.
– Jaki dar?
– Zobaczysz, i... mam nadzieję, Ŝe zrozumiesz.
Byli juŜ na podium. Oszołomiona Shontelle odpowiedziała bladym
uśmiechem na jego uśmiech. Luis wziął ją za rękę i skinął dłonią do
muzyków, by przestali grać. W sali znów zapadła cisza pełna napięcia i
wyczekiwania.
Rodzina Gallardów wciąŜ stała na swoim miejscu.
Patricio, na pozór swobodny i rozluźniony, towarzyszył matce. Gdy
Luis wziął do ręki mikrofon, w sali było tak cicho, Ŝe dałoby się usłyszeć
brzęczenie komara.
Shontelle wstrzymała oddech. Z jej punktu widzenia sprawiedliwości
juŜ stało się zadość. To, co Luis robił teraz, robił wyłącznie dla siebie.
Uścisnął jej dłoń, wyrywając ją z zamyślenia. Podniosła na niego
wzrok. On zaś, jakby właśnie na to czekał, uśmiechnął się promiennie, a
potem zwrócił twarzą do gości i przemówił:
– Panie i panowie...
Rozdział 14
Luis przerwał i wziął głęboki oddech. Shontelle patrzyła na
otaczające ich twarze – twarze gości Elviry, ludzi waŜnych dla interesów
rodziny Martinezów, potęŜnych i wpływowych. Na wszystkich tych
twarzach malowała się ciekawość. Niepokój Shontelle wzrastał z chwili
na chwilę. Czy Luis jej słuchał, czy zrozumiał, Ŝe ona nie potrzebuje juŜ
niczego więcej, Ŝe nie Ŝyczy sobie upokarzających kogokolwiek scen?
W sali znów rozległ się jego donośny, głęboki głos.
– Z największą przyjemnością chciałbym warn przedstawić kobietę
wielkiego serca i odwagi, pannę Shontelle Wright. Jej brat, Alan, od
wielu lat jest moim bliskim przyjacielem. Pracowałem z nim w naszej
kopalni w Brazylii. Od tamtej pory Alan stał się właścicielem pręŜnej
firmy, która zajmuje się organizacją wycieczek do Ameryki Południowej.
Bazą dla tych wycieczek jest Buenos Aires. Dzięki temu turyści
zostawiają w naszym kraju mnóstwo pieniędzy.
Rozległ się szmer aprobaty. Shontelle rozluźniła się nieco. A więc
chodziło mu po prostu o to, by ją przedstawić.
– Wczoraj w nocy, w La Paz, Shontelle odwaŜyła się wyjść z hotelu
po godzinie policyjnej, by zdobyć autobus dla grupy Alana. Niektórzy
członkowie tej grupy cierpieli na chorobę wysokościową.
Przyjazne szmery nie złagodziły nowej fali niepokoju Shontelle. Luis
przechodził do osobistych szczegółów. Rzuciła mu ostre spojrzenie, ale
odpowiedział jej przyjaznym uśmiechem.
– A dzisiaj – mówił dalej – ta zdumiewająco pomysłowa dama ocaliła
mnie przed czołgiem, którego lufa była juŜ wycelowana prosto we mnie.
Jej piękne włosy odwróciły uwagę czołgisty.
Nie skrywany podziw w głosie Luisa znów wywołał szmer aprobaty.
Tu i ówdzie rozległy się Ŝyczliwe śmiechy.
– Później udało mi się odwdzięczyć za tę przysługę, gdy prowadząc
autobus, przeskoczyłem nad rowem wykopanym na drodze przez
farmerów. Nieźle nami trzęsło podczas jazdy, ale udało nam się przeŜyć.
Tym razem śmiechy były głośniejsze i kilka osób zaczęło bić brawo.
Luis obracał koszmar w zabawną historyjkę, a zarazem wyjaśniał, skąd
się wzięła Shontelle u jego boku na przyjęciu. W świetle opowiadanych
przez niego zdarzeń jej obecność stawała się zupełnie zrozumiała.
Po chwili gwar ucichł. Goście chcieli się dowiedzieć czegoś więcej.
Shontelle znów zerknęła na Luisa, zastanawiając się, co jeszcze ma
zamiar opowiedzieć. Jego twarz spowaŜniała, a ton stał się cichszy i
bardziej poufny.
– Jestem bardzo szczęśliwy, mogąc powiedzieć, Ŝe podczas naszej
podróŜy do Buenos Aires zdarzyło się coś jeszcze.
Znów urwał na chwilę, zwiększając napięcie słuchaczy.
– Dwa lata temu, z powodu skomplikowanych okoliczności
prywatnej natury, Shontelle, wbrew moim nadziejom, uznała, Ŝe nie
moŜe dzielić ze mną Ŝycia.
Och, mój BoŜe, pomyślała Shontelle w panice.
Chyba Luis nie zamierzał wyjawić całemu światu spisku uknutego
przez własną matkę i Claudię! śołądek podszedł jej do gardła.
– Dzisiaj, gdy Ŝycie nas obydwojga znalazło się w
niebezpieczeństwie, tamte okoliczności straciły wszelkie znaczenie –
ciągnął Luis.
Shontelle wbiła paznokcie we wnętrze dłoni. Nie miała pojęcia, co
nastąpi za chwilę.
Luis odwrócił się i spojrzał na nią. Wyczuwała, Ŝe dotarł do jakiegoś
przełomowego momentu, Ŝe choć nie jest pewny swego, to jednak gotów
przezwycięŜyć wszelkie przeszkody. Naraz przypomniała sobie słowa,
które wypowiedział rankiem: „dla ciebie ryzykuję Ŝycie". Miała ochotę
wykrzyknąć: Nie! – ale gardło odmówiło jej posłuszeństwa.
– Wszystkim tu zgromadzonym oznajmiam: to jest kobieta, którą
kocham... i którą zawsze będę kochał.
W umyśle Shontelle zapanował chaos. Nie potrafiła odróŜnić prawdy
od pragnień, własnych czy Luisa. Do oczu napłynęły jej łzy.
– Shontelle... – rzekł Luis głosem ochrypłym z napięcia. – Czy
uczynisz mi ten zaszczyt i zechcesz wyjść za mnie?
W jednej chwili zrozumiała wszystko. To było jego odkupienie,
pokuta za ostatnią noc, a być moŜe takŜe za to, Ŝe dwa lata temu nie
przedstawił jej ludziom, wśród których się obracał. Nie była dla niego
cudzoziemskim śmieciem. Wprowadził ją jako swoją partnerkę w świat
Martinezów, a teraz, w obecności zgromadzonych w tej sali
najznakomitszych osób, ofiarował jej swe nazwisko. Wiedziała, Ŝe Luis
jest przygotowany na publiczną odmowę, gotów jest poświęcić swoją
dumę, po to tylko, by dać jej satysfakcjonującą świadomość, Ŝe złoŜył jej
hołd, jakiego nie złoŜył jeszcze Ŝadnej kobiecie.
Czy był to dowód miłości, czy teŜ tylko ekstremalna próba
wyrównania rachunków?
Poczuła panikę. Luis czekał na jej odpowiedź.
Wszyscy na nią czekali. Odpowiedź nie była prosta ani jasna,
Shontelle jednak poczuła, Ŝe nie jest w stanie upokorzyć Luisa
publicznie. Nie miała wyboru.
– Ja... – wymamrotała zaschniętymi ustami. Skinęła głową w jego
stronę i w końcu udało jej się wykrztusić: – Tak, wyjdę. – Odniosła
wraŜenie, Ŝe te słowa zabrzmiały zbyt blado, powtórzyła więc jeszcze
raz: – Wyjdę za ciebie, Luisie.
Słowa, wzmocnione przez mikrofon, rozniosły się po całej sali. Ktoś
zaczął bić brawo, potem przyłączyli się inni i po chwili cała sala huczała
od oklasków.
Luis puścił jej dłoń i otoczył ją ramieniem, przyciskając do swego
boku. Shontelle zamrugała powiekami, by odpędzić łzy. To było
niewiarygodne. Ci ludzie zaakceptowali ją w roli przyszłej Ŝony Luisa.
– Gracias. Muchas gracias – rzekł Luis głosem ochrypłym z emocji.
Shontelle wyczuwała jego ulgę.
Nawet on był zaskoczony aprobatą zgromadzonych gości. Albo był
tak popularny w Buenos Aires, albo teŜ historia trudnej miłości poruszyła
jakieś głęboko ukryte struny w duszach zgromadzonych.
To była bajka... KsiąŜę oświadczył się Kopciuszkowi.
Shontelle poczuła, Ŝe kręci jej się w głowie. Gdyby Luis jej nie
podtrzymywał, chyba nie byłaby w stanie stać o własnych siłach.
– W nadziei... – odezwał się znów. – W desperackiej nadziei, Ŝe
Shontelle zgodzi się dzielić ze mną Ŝycie... Gdy zatrzymaliśmy się po
drodze w Villa Tunari, zadzwoniłem do Santa Cruz. Jak zapewne
wszyscy tu obecni wiedzą, boliwijskie szmaragdy naleŜą do
najwspanialszych w świecie, a w Santa Cruz mieszka kilku znakomitych
jubilerów. Chciałem ofiarować Shontelle pierścionek ze szmaragdem,
który pasowałby do jej oczu.
A więc zaplanował wszystko juŜ na wiele godzin wcześniej?
zdumiewała się Shontelle. JuŜ w chwili gdy zgodziła się towarzyszyć mu
na przyjęciu? To było niepojęte. Przez całą drogę zachowywał się tak
rzeczowo...
– Przyniesiono mi kilka próbek na lotnisko...
Walizka! To nie były dokumenty!
– ... iw samolocie do Buenos Aires, gdy Shontelle spała, wybrałem
jeden, który teraz chcę jej ofiarować jako dowód mojej miłości i wiary w
naszą wspólną przyszłość.
Luis włoŜył mikrofon w prawą rękę Shontelle, sam zaś wyjął
pierścionek z kieszeni marynarki i wsunął go na trzeci palec jej lewej
dłoni. Pierścionek był przepiękny. Wielki, iskrzący się szmaragd
otoczony drobnymi, nieregularnie rozsianymi diamencikami przypominał
zielony staw pośród skał. Nie będzie pasował, przemknęło Shontelle
przez głowę, ale rozmiar był dobrany idealnie, jakby pierścionek
zrobiono na miarę. Luis uśmiechnął się i znów wziął mikrofon do ręki.
– Chyba ją zaskoczyłem – powiedział takim tonem, Ŝe wszyscy
wybuchnęli śmiechem.
– PoniewaŜ większość z was nie miała wcześniej okazji poznać mojej
przyszłej Ŝony – podjął – chciałbym wszystkich poinformować, Ŝe
Shontelle płynnie mówi po hiszpańsku, prawdopodobnie wie więcej o
naszym kraju niŜ my tutaj zgromadzeni razem, a takŜe doskonale tańczy
tango, co zresztą za chwilę zademonstruje.
Dał sygnał muzykom, by zajęli swoje miejsca, i znów zwrócił się do
zachwyconych gości:
– Zapraszam wszystkich do przyłączenia się do nas na parkiecie. Tę
okazję naleŜy stosownie uczcić.
A więc teraz jeszcze tango, pomyślała Shontelle.
Kolejna narzucona jej decyzja. Gdy Luis odłoŜył mikrofon na stojak,
przyszło jej do głowy, Ŝe właściwie dopuścił się szantaŜu. Przeprowadził
swoją wolę, nie pytając jej o zdanie. Tylko czy rzeczywiście była to jego
wola, czy teŜ tylko zemsta i wyrównanie rachunków?
Luis zwrócił ku niej rozradowaną twarz, podniósł dłoń z
pierścionkiem do ust, a potem otoczył narzeczoną ramieniem i
sprowadził na parkiet. Wszyscy nadal na nich patrzyli. Serce Shontelle
dudniło głośno, postanowiła jednak wziąć się w garść i pokazać, co
potrafi.
Orkiestra zaczęła grać melodię z lat pięćdziesiątych, przepełnioną
dramatyzmem i namiętnością. Do tej pory to Luis nią manipulował.
Teraz naleŜała mu się odrobina prowokacji.
– Tylko pamiętaj, Ŝe ta sukienka trochę mi ogranicza ruchy –
ostrzegła go.
Zaśmiał się z przewrotnym wyrazem twarzy.
– Będę po mistrzowsku kontrolował kaŜdy ruch.
Krew w Ŝyłach Shontelle zaczęła krąŜyć szybciej.
Jak na jej gust, Luis Angel Martinez kontrolował wszystko za dobrze.
Czas juŜ najwyŜszy, by mu przypomnieć, Ŝe ona takŜe ma jakieś prawa i
nie da się zapędzić w kozi róg.
– Gotowa? – zapytał, unosząc brwi.
– To lepiej ty się przygotuj... tym razem – odparowała z kpiącym
uśmieszkiem.
Odpowiedział jej uśmiechem i rozpoczął od klasycznej solidy,
podstawowego kroku. Shontelle przez chwilę pozwalała mu prowadzić,
posłusznie wykonując pod jego dyktando ósemki, obroty i zwroty, ale
gdy poczuła, Ŝe Luis staje się zbyt pewny siebie, zaczęła go prowokować
drobnymi ozdobnikami, zmuszając do improwizacji.
Westchnął i w jego oczach pojawił się zwierzęcy błysk. Przycisnął
udo do jej uda i mocno odchylił ją do tyłu, otaczając ramieniem jej plecy
tak ściśle, Ŝe dłoń niemal otarła się o pierś.
– Znów zaczynasz? – zapytała, korzystając z tego, Ŝe jego twarz
znalazła się blisko jej twarzy.
– Tym razem daję. Daję ci wszystko, co mam odrzekł z nie
skrywanym poŜądaniem. To juŜ nie miało nic wspólnego z czynieniem
sprawiedliwości.
Shontelle poczuła dreszcz podniecenia.
W wywaŜoną elegancję ich tańca niespostrzeŜenie zaczęły się
wkradać erotyczne akcenty. Shontelle umiejętnie kontrolowała poziom
napięcia, utrzymując je tuŜ poniŜej krytycznej granicy. Luis zaczął
wprowadząc podwójne kroki. Uniósł ją wysoko i obrócił nad głową.
Znowu zaczynał dominować. Shontelle odpowiedziała unikiem i
odchyliła się do tyłu tak mocno, Ŝe jej plecy znalazły się w pozycji
równoległej do podłogi.
Gdy muzyka przestała grać, obydwoje cięŜko dyszeli, zastygli w
tradycyjnej finalnej figurze: Shontelle wygięta w łuk, z ramionami
odrzuconymi do tyłu,
Luis pochylony nad nią. Ale to jeszcze nie koniec,
pomyślała Shontelle z nieposkromioną radością.
Nadzieje, które wydawały się tak głupie, oŜywały,
rozpalając krew w Ŝyłach do czerwoności.
Rozdział 15
Czy uczynił wystarczająco wiele? To pytanie nie przestawało
prześladować Luisa, gdy patrzył na Shontelle tańczącą z Patriciem. To
był walc, nie tango. W Ŝadnym wypadku nie pozwoliłby, by tańczyła
tango z kimś innym. Od biedy mógł ścierpieć walca... choć i to nie
przychodziło mu łatwo. Pragnął znów zagarnąć ją w ramiona, czuć, Ŝe
Shontelle naleŜy tylko do niego, wiedział jednak, Ŝe powinna zatańczyć z
jego bratem, to było właściwe: oczywisty dowód poparcia ze strony
rodziny, wzmocnienie aprobaty.
Na razie wyglądało na to, Ŝe jego plan się powiódł.
Shontelle wciąŜ odgrywała rolę, którą jej narzucił.
Nie miał jednak pojęcia, co dziewczyna naprawdę czuje i myśli. Tego
mógł się dowiedzieć dopiero po zakończeniu przyjęcia. Prześladowały
go słowa, które wypowiedziała podczas tanga: „znów zaczynasz".
Czy ten jeden wieczór mógł jej wynagrodzić podłe, bezduszne
traktowanie w La Paz?
Zrobił jednak wszystko, co mógł, i nie był w stanie juŜ dłuŜej
powstrzymywać pragnienia, by mieć ją tylko dla siebie. Musiał wiedzieć,
czy współpracowała z nim tylko dlatego, Ŝe dała słowo i chciała go
uchronić przed publiczną kompromitacją, czy teŜ dostał szansę
udowodnienia, Ŝe mówi powaŜnie. Jeśli tak, to moŜe była jeszcze jakaś
nadzieja.
Zerknął na zegarek. Dochodziła trzecia. Odpowiednia pora, Ŝeby
opuścić przyjęcie.
– Niecierpliwisz się, Luis? – zaśmiał się jeden z przyjaciół.
– A któŜ mógłby go za to winić? – rzucił inny.
– Taka kobieta rozgrzałaby kaŜdego męŜczyznę, Luis, ona jest
fantastyczna.
– To prawda – zgodził się z uśmiechem. Skinął na jednego ze
słuŜących i poprosił o przekazanie Carlosowi wiadomości, Ŝe samochód i
szofer mają czekać.
na niego przy drzwiach.
Większość gości bawiła się świetnie i najwyraźniej nie zamierzała
opuszczać przyjęcia przed świtem,
Luis jednak nie miał wątpliwości, Ŝe wybaczą wcześniejsze wyjście
jemu i Shontelle. W końcu mieli za sobą cięŜki dzień, a poza tym udało
im się zdobyć ogólną sympatię. Rodzina Gallardów taktownie wycofała
się ze sceny w ciągu ostatniej godziny. Esteban chyba uŜył swego
autorytetu patriarchy, gdyŜ na pozór między Gallardami a Martinezami
nie powstał Ŝaden rozdźwięk. Luis wiedział, Ŝe rozrachunki będą
prowadzone później, na osobności. Zachowanie twarzy było równie
waŜne jak korzystne stosunki w biznesie. Luis właśnie na to liczył.
Esteban Gallardo był wielkim pragmatykiem.
Shontelle nie musiała się juŜ obawiać, Ŝe nie zostanie zaakceptowana
przez argentyńską śmietankę towarzyską. Przeciwnie, wszyscy okazywali
jej podziw i szczerze Ŝyczyli wszystkiego dobrego. Przynajmniej tyle,
pomyślał Luis z satysfakcją. Ogłoszenie przez niego zaręczyn zostało
przyjęte lepiej, niŜ mógł oczekiwać. Nie była to najwaŜniejsza sprawa,
ale z pewnością pomocna: jeden potencjalny powód do kłótni z Shontelle
przestał istnieć. O ile w ogóle miało dojść do jakiejś kłótni.
Tak długo wahała się przed przyjęciem jego oświadczyn, Ŝe nie liczył
na to, by po wyjściu z przyjęcia nadal uznawała swoje słowo za wiąŜące.
Obiecała mu wsparcie i nie zawiodła go. Jeśli jednak pielęgnowała w
duszy gniew na niego, nie okazała mu tego ani razu w ciągu całego
wieczoru. Uśmiechała się miło do ludzi, którym była przedstawiana,
rozmawiała i Ŝartowała z nim swobodnie, zachowywała się tak, jakby ich
narzeczeństwo było prawdziwe.
MoŜe robiła to dlatego, by spełnić jego oczekiwania, Luis miał
jednak nadzieję, Ŝe kryje się za tym coś więcej.
Walc wreszcie się skończył. Luis zostawił przyjaciół i podszedł do
Shontelle.
– Gracias, Patricio. – Dziewczyna uśmiechnęła się do jego brata.
– Pójdziemy juŜ – rzekł Luis. – Dziękuję ci za wsparcie, Patricio.
W oczach brata błysnęło zrozumienie.
– Luis, kiedy następnym razem zbierze ci się na poskramianie lwów,
to chciałbym, Ŝebyś mnie uprzedził trochę wcześniej. Choć muszę
przyznać, Ŝe zrobiłeś to z duŜą klasą.
Ujął dłoń Shontelle i pochylił się nad nią z galanterią.
– Shontelle, wybacz mi moje poprzednie obawy. Z wielką radością
witam cię w naszej rodzinie. Mój brat moŜe być z ciebie dumny.
– To bardzo miło z twojej strony, Ŝe tak mówisz – odparła.
Patricio przeniósł powaŜne spojrzenie na Luisa..
– Nie wychodź stąd, dopóki nie porozmawiasz z matką. To ona
pierwsza zaczęła klaskać, gdy Shontelle przyjęła twoje oświadczyny.
– Myślałem, Ŝe to ty – odrzekł zdziwiony Luis.
– Ja zaraz do niej dołączyłem, ale to ona zaczęła.
– Chciała zachować twarz – mruknął Luis szyderczo.
Patricio tylko wzruszył ramionami.
– Publicznie stanęła po twojej stronie. To moŜe oznaczać więcej, niŜ
sądzisz.
– Zobaczymy – rzucił Luis niezobowiązująco. Dobranoc.
– Buenos noches.
Luis pomachał ręką do przyjaciół i poprowadził dziewczynę w stronę
wyjścia. Nie miał zamiaru szukać matki. Obawiał się, Ŝe Shontelle moŜe
usłyszeć od niej coś przykrego, i wolał nie ryzykować.
– Zdaje się, Ŝe posiedzenie sądu dobiegło końca – rzuciła Shontelle
sucho.
Serce Luisa ścisnęło się boleśnie. CzyŜby z jej strony to jednak była
tylko gra?
– Mam nadzieję, Ŝe sprawiedliwości stało się zadość – rzekł cicho.
Shontelle zerknęła na niego z ukosa.
– Byłoby trochę niezręcznie, gdybyś podarował mi Ŝółty diament.
– A czy podoba ci się ten szmaragd?
Shontelle podniosła rękę i wpatrzyła się w pierścionek.
– To bardzo ekstrawagancki gest – stwierdziła. I bardzo dobrze
trafiony. Dzięki temu wszyscy uwierzyli, Ŝe mówiłeś powaŜnie.
A więc jednak mu nie uwierzyła. Luis poczuł się głęboko
zawiedziony. Co jeszcze mógł powiedzieć albo zrobić? Czy jego plan od
początku skazany był na poraŜkę? Nie mógł pozwolić, by Shontelle od
niego odeszła. Gorączkowo przeliczył w myślach godziny, jakie
pozostały do wyjazdu na lotnisko. Trzynaście. Plus jeszcze dwie, na
formalności przed odlotem. Nie miał ani minuty do stracenia.
– Mówiłem powaŜnie, Shontelle – rzekł cicho.
– Sądziłem, Ŝe to jedyny sposób, byś uwierzyła, Ŝe moŜesz mieć do
mnie zaufanie. W tych okolicznościach... wydawało mi się, Ŝe czyny
będą bardziej przekonujące niŜ słowa.
Poczuł, Ŝe jej palce spoczywające w jego dłoni zwijają się ciasno w
pięść. Opuściła dłoń z pierścionkiem i pochyliła głowę. Odcina się ode
mnie, pomyślał Luis, i gorączkowo zaczął szukać jakiejś szczeliny, by do
niej dotrzeć.
Naraz naprzeciwko nich pojawiła . się pani Martinez. Luis zaklął w
duchu.
– Luis, Shontelle... juŜ wychodzicie?
– Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz nam stała na drodze – odrzekł
szorstko Luis. Nie był w nastroju na prawienie uprzejmości.
Matka miała zaczerwienione oczy i napiętą twarz, ale nie zrobiło to
na nim Ŝadnego wraŜenia. Rana, którą mu zadała, była zbyt głęboka. Nie
zareagował, gdy dotknęła jego ramienia w proszący, niezwykły dla siebie
sposób. Dwa lata... dwa lata zmarnowane przez nią, i jeśli jeszcze teraz
Shontelle od niego odejdzie...
– Przykro mi. Myliłam się – przyznała Elvira Martinez z trudem,
patrząc na dziewczynę. – Shontelle, bardzo cię proszę... nie zabieraj mi
Luisa.
Cienie Eduarda... pomyślał Luis, zgrzytając zębami ze złości. Czy
matka nie mogła zrozumieć, Ŝe on musi wreszcie się od niej uwolnić?
– Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła, seńora Martinez. Nie mam
takiego zamiaru – odrzekła Shontelle łagodnie.
Bo po prostu odejdziesz, tak jak kiedyś, pomyślał Luis z goryczą.
– Zawstydzasz mnie.
Po raz pierwszy Luis spojrzał na matkę uwaŜniej, niepewny, czy to
nie jest kolejna intryga, by odzyskać jego względy. Twarz matki była
postarzała, porysowana zmarszczkami, których wcześniej nie zauwaŜył.
Cała jej arogancja gdzieś zniknęła.
– Mam nadzieję, Ŝe z czasem będziecie potrafili mi wybaczyć –
powiedziała Elvira powoli.
– Patricio mówił, Ŝe to pani pierwsza zaczęła bić brawo po
oświadczynach Luisa – odezwała się Shontelle nieco niepewnym tonem.
– Bo tylko tyle mogłam zrobić – przyznała starsza kobieta ze
smutkiem. – Nie wiedziałam... nie, nie pozwalałam sobie uwierzyć, Ŝe
Luis gotów byłby...
Ŝ
e mógłby... kochać cię aŜ tak bardzo. – Przeniosła spojrzenie na
syna, wzrokiem błagając go o wybaczenie. – Proszę, uwierzcie mi...
Ŝ
yczę wam wszystkiego najlepszego.
Wbrew własnej woli Luis poczuł się poruszony.
MoŜe jednak dałoby się dojść do jakiegoś porozumienia z matką, o
ile rzeczywiście w końcu zrozumiała, Ŝe syn nie jest tylko bezwolnym
narzędziem w jej rękach.
– Dziękuję – wymamrotała Shontelle.
Luis usiłował otrząsnąć się z wszelkich wątpliwości.
– Porozmawiamy innym razem – obiecał szorstko. – Czy teraz
pozwolisz nam odejść?
Elvira Rosa Martinez wróciła do swej roli władczyni. Łaskawie
skinęła głową i odsunęła się na bok.
– Luisie, zawołaj tu Patricia – szepnęła Shontelle.
Zmarszczył brwi z nadzieją i niedowierzaniem.
W pięknych zielonych oczach dziewczyny malowała się szczera
troska i współczucie. To go zaskoczyło.
– Proszę, zrób to teraz, zanim wyjdziemy – powtórzyła.
Spojrzał w głąb sali. Patricio patrzył w ich stronę.
Luis ruchem głowy wskazał mu matkę. Jego brat podniósł dłoń na
dowód zrozumienia i ruszył do galerii.
– Zrobione – rzucił Luis.
Shontelle odpowiedziała mu uśmiechem.
– W końcu to twoja matka.
– A ty, Shontelle? Czy jesteś moją narzeczoną?
Spuściła oczy i westchnęła. Luis wstrzymał oddech.
– Chodźmy stąd – powiedziała po chwili.
– Dałem juŜ znać szoferowi. Samochód powinien czekać przy
drzwiach.
– Jaki ty jesteś sprawny w działaniu – zauwaŜyła z lekką ironią.
Zaśmiał się z ulgą. W końcu nie usłyszał zdecydowanej odmowy.
Wsunął jej dłoń pod swoje ramię i pełen nowej energii wyprowadził ją na
zewnątrz.
Przyjęcie zakończyło się sukcesem. Shontelle chciała zostać z nim
sam na sam. Teraz miał jeszcze trzynaście godzin na to, by ją zdobyć.
Rozdział 16
Jeszcze pięć minut, powiedział sobie Luis, siadając w samochodzie
obok Shontelle. Miał wielką ochotę posadzić ją sobie na kolanach i
mocno przytulić, by wymazać wszelkie wątpliwości, jakie jeszcze mogły
ją dręczyć, a potem obsypać ją pocałunkami, ale to chyba nie był dobry
pomysł. Szczególnie w samochodzie. Za chwilę dojadą do domu i tam
juŜ nie będzie musiał się hamować. Chyba Ŝe Shontelle...
Wziął głęboki oddech i spojrzał na nią, szukając w jej twarzy
jakiegoś sygnału, który powiedziałby mu cośbliŜszego ojej uczuciach.
Ona jednak wpatrywała się w okno, za którym znikały właśnie bramy
rezydencji. Luis zmartwił się, Ŝe mimo wszystko przeklęta fortuna
Martinezów moŜe mu stanąć na drodze, i wziął Shontelle za rękę, by
przyciągnąć jej uwagę.
Obróciła głowę i napotkała jego wzrok, ale jej oczy miały dziwny,
odległy wyraz. Luis przesunął palcami po wierzchu jej dłoni.
– Luisie, moja rodzina nigdy nie przeŜyła Ŝadnej tragedii –
powiedziała dziewczyna niespodziewanie.
– Przykro mi, Ŝe wcześniej nie mogłam zrozumieć...
nie miałam pojęcia, jak wielki to moŜe mieć wpływ...
– Urwała i uścisnęła jego dłoń. – To był trudny wieczór, ale cieszę
się, Ŝe tu przyszłam. Myślę, Ŝe oboje na tym skorzystaliśmy.
Przekonałam się, Ŝe nie wszystko jest takie, jak się na pozór wydaje.
Luis poczuł przemoŜną ulgę. A więc o tym myślała.
– Na przykład co? – zapytał.
Wzruszyła ramionami.
– Byłam pewna, Ŝe twoja matka odtrąciła mnie ze snobizmu, i nie
sądziłam, by to mogło się zmienić.
Ale to nie był snobizm, tylko coś znacznie głębszego...
– To miało wiele wspólnego z władzą, Shontelle.
Skinęła głową.
– Tak, teraz to widzę. Czy spodziewasz się jakichś nieprzyjemnych
konsekwencji ze strony Gallardów?
– Wątpię. Zresztą i tak niewiele mogą zrobić, by zaszkodzić naszym
interesom. To nie takie łatwe. MoŜe kilka transakcji nie dojdzie do
skutku, ale ogólnie nie spodziewam się Ŝadnego kryzysu.
Shontelle z westchnieniem ulgi spojrzała na dłoń z pierścionkiem.
Kamienie lśniły nawet w mroku samochodu. Rozprostowała dłoń i
poruszyła palcami. Luis znów poczuł dręczącą niepewność. Czy dobrze
wybrał? MoŜe Shontelle chce oddać mu pierścionek?
– Wczoraj w nocy... myślałam, Ŝe wszystko, co między nami było, to
juŜ... tylko przeszłość – powiedziała cicho, patrząc na pierścionek takim
wzrokiem, jakby nie była pewna, co ten symbol oznacza.
Luis skrzywił się boleśnie. Gdyby mógł, chętnie cofnąłby czas i
zrobił wszystko inaczej. MoŜe gdyby poprzedniego wieczoru dał
Shontelle jakąś szansę, by mogła mu cokolwiek wyjaśnić, to
dowiedziałby się prawdy? Ale jego miłość obrosła głębokimi pokładami
wściekłości i frustracji i w Ŝaden sposób nie potrafił jej wtedy wyrazić.
Dlaczego jednak Shontelle miałaby mu wierzyć teraz?
Rozpaczliwie szukał jakiegoś wyjaśnienia, które ona byłaby w stanie
przyjąć, ale w głowie miał pustkę. Słowa były tylko słowami, nic z nich
nie wynikało. Musiał jej pokazać... sprawić, by poczuła, co się w nim
dzieje. Nie tak, jak ostatniej nocy. Zupełnie inaczej.
– Powiedz mi – odezwała się naraz, wyrywając go z tych
bezsensownych rozwaŜań. – Czy dzisiaj... Zawahała się i w kąciku jej ust
pojawił się grymas.
– Ten wieczór słuŜył wielu celom, prawda?
– Nie – wyrzucił z siebie Luis z pasją. – Spójrz na mnie!
Spojrzała szeroko otwartymi oczami, w których malowało się
pytanie.
– Shontelle, wczoraj w nocy nienawidziłem cię.
Nienawidziłem za te dwa puste lata, wypełnione tęsknotą za tym, co
było. A dzisiaj, gdy uświadomiłem sobie, co straciłem... – zaciął się, ale
po chwili znów podjął kwestię – poczułem, Ŝe gotów jestem zrobić
wszystko, by to odzyskać. Absolutnie wszystko! Rozumiesz?
Samochód zatrzymał się. Luis nie mógł się juŜ hamować ani sekundy
dłuŜej. Shontelle patrzyła na niego z oszołomiemem. Wyskoczył z
samochodu i zanim szofer zdąŜył wysiąść, znalazł się po jej stronie i
otworzył drzwiczki, a potem bez ostrzeŜenia wyciągnął ją na zewnątrz i
porwał na ręce, przyciskając do swojej piersi.
– Tylko nie mów: nie! – wymruczał dziko, niosąc ją do drzwi
mieszkania.
Jej ciepły oddech owiewał mu ucho. Zarzuciła mu ramiona na szyję.
– Czy dzisiaj wolno mi będzie cię dotykać? – zapytała cicho.
– Tak – westchnął. – Dotykaj mnie, ile chcesz i gdzie tylko chcesz.
– Wszystkie chwyty dozwolone?
CzyŜby usłyszał w jej głosie nutę prowokacji? Nie był pewien, ale nie
dbał juŜ o to.
– Wszystkie, absolutnie wszystkie – powtórzył. Trzymaj się mnie.
Muszę znaleźć klucz.
Miał ochotę wywalić drzwi kopniakiem, ale resztki zdrowego
rozsądku ostrzegły go, Ŝe są zbyt mocne.
Bezceremonialnie przerzucił sobie Shontelle przez ramię i zaczął
grzebać po kieszeniach. Dziewczyna zaczęła się śmiać. Serce Luisa biło
tak mocno, Ŝe nie był w stanie zebrać myśli.
Wsunął klucz w zamek i kolejna przeszkoda ustąpiła. Byli juŜ w
ś
rodku. Kopniakiem zamknął drzwi, odgradzając ich od reszty świata.
– Postaw mnie, Luisie – wymamrotała Shontelle.
– Zaraz – mruknął, idąc do sypialni.
– Nie na łóŜku! – wykrzyknęła juŜ wyraźniej.
– Nie? – zdziwił się.
– Postaw mnie na podłodze. JuŜ teraz! – zawołała ze
zniecierpliwieniem.
Musiał powściągnąć wszystkie instynkty, ale jakoś udało mu się
opanować je na tyle, by nie upaść razem z Shontelle na łóŜko. Postawił
ją, lecz nie był w stanie .
oderwać od niej dłoni.
– Nie chcę, Ŝebyś mi podarł sukienkę – wyjaśniła.
– Kupię ci inną.
– Nie, ta jest wyjątkowa. Zapal światło.
– Światło – powtórzył ze zdziwieniem, ale posłusznie wykonał
polecenie.
Uśmiechała się do niego, w jej zielonych oczach tańczyły przewrotne
iskierki.
– Tym razem moja kolej, Ŝeby cię rozebrać.
Wszystkie chwyty dozwolone – przypomniała mu z satysfakcją.
Naraz Luis poczuł się nieopisanie szczęśliwy.
– Tak – odrzekł, uśmiechając się szeroko. – A moŜe zrobimy to
razem, na przemian? Mój krawat, twój naszyjnik, moja marynarka, twoja
sukienka... – Przechylił głowę i spojrzał na Shontelle z ukosa. – Tak
będzie o wiele szybciej.
Zaśmiała się i zaczęła rozwiązywać mu muszkę.
– Luisie, ja wcale nie chcę, Ŝeby to poszło szybko.
Chcę się nacieszyć kaŜdą chwilą.
Naraz Luis poczuł, Ŝe on równieŜ tego pragnie, chociaŜ było jeszcze
coś, co musiał najpierw usłyszeć.
– WciąŜ mnie kochasz – powiedział. Nie było to właściwie pytanie,
lecz stwierdzenie. Nie był w stanie ująć swych wątpliwości w formie
pytającej. Nie teraz, gdy jej ręce dotykały jego ciała.
Shontelle westchnęła.
– Zdaje się, Ŝe wpadłam jak śliwka w kompot, na dobre i na zle. A tak
przy okazji, nie mam nic przeciwko nagości, ale jeśli sądzisz, Ŝe uda ci
się zmusić mnie do zdjęcia tego pierścionka...
– Chcę, Ŝebyś to powiedziała – nalegał Luis. Niecierpliwość nie
pozwalała mu w tej chwili cieszyć się Ŝartami.
Shontelle wyciągnęła muszkę spod kołnierzyka jego koszuli,
zarzuciła mu ręce na szyję i spojrzała mu prosto w oczy.
– Kocham cię, Luisie. Nikt inny nigdy się dla mnie nie liczył. Ani nie
będzie się liczył.
Luis uniósł się na łokciu i zajrzał jej głęboko w oczy.
– Gdzie chciałabyś mieszkać, Shontelle? Jeśli wolisz, Ŝebym się
przeprowadził do Australii...
– Nie! – zawołała, wstrząśnięta myślą, Ŝe on mógł tak przypuszczać.
– Twoje miejsce jest tutaj. Będę tu z tobą szczęśliwa.
Obiecała przecieŜ jego matce, Ŝe nie odbierze jej syna. Nie mogła
dokładać wyjazdu Luisa z kraju do tragedii, jaką była dla Elviry śmierć
Eduarda.
– Będziesz daleko od swojej rodziny – przypomniał jej cicho.
Shontelle zawahała się na ułamek sekundy. Wiedziała, Ŝe będzie
tęsknić za swoją rodziną, i Ŝałowała, Ŝe dzielić ich będzie odległość
wielu tysięcy kilometrów. Jednak podróŜ samolotem do Australii trwała
tylko jeden dzień.
– PrzecieŜ moŜemy ich odwiedzać, prawda? – zapytała z nadzieją.
– Tak często, jak tylko zechcesz, kochanie. – Luis uśmiechnął się do
niej. – No i oczywiście najpierw ja będę musiał polecieć do Australii,
Ŝ
eby poznać twoich rodziców i omówić z nimi plany małŜeństwa.
– Znakomicie, planisto. Kiedy zamierzasz to zrobić?
– No cóŜ, poniewaŜ pochopnie obiecałem, Ŝe wrócisz razem z
Alanem, to pomyślałem sobie, Ŝe będę mógł przylecieć do was w
przyszłym tygodniu.
Czyli zamierzał dotrzymać obietnicy. Cieszyło ją to, choć z drugiej
strony, teraz od rozstania dzieliły ich juŜ tylko godziny.
– Będziesz miała dość czasu, Ŝeby przygotować rodzinę – ciągnął
Luis – a ja, Ŝeby dogadać się ze swoją.
– Wydawało mi się dzisiaj, Ŝe twoja matka... hm, zaakceptowała mnie
– przypomniała mu Shontelle.
Luis skinął głową.
– Chcę tylko dopilnować, Ŝeby nie było Ŝadnych zgrzytów, gdy juŜ
przywiozę cię ze sobą.
Odpowiedziała mu radosnym uśmiechem.
– A więc przylecisz do Australii po to, Ŝeby mnie ze sobą zabrać z
powrotem, tak?
Oczy Luisa rozbłysły.
– Tydzień chyba wytrzymam bez ciebie, ale musisz mi obiecać, Ŝe juŜ
nie będę musiał marnować więcej Ŝycia.
– Obiecuję – wymruczała Shontelle, poruszając się zmysłowo.
Gdy na lotnisku dołączyli do grupy, bijący od nich obydwojga blask
był zupełnie jednoznaczny dla wszystkich. Nikt nie prosił Shontelle o
nic. Zostawiono ją w spokoju, by mogła do ostatniej chwili cieszyć się
towarzystwem Luisa.
– To tylko tydzień – powiedział z tęsknotą, gdy w końcu musieli się
rozstać.
– Będę na ciebie czekać na lotnisku w Sydney obiecała Shontelle.
– A ja będę dzwonił codziennie.
– Tak, tak! – zgodziła się z entuzjazmem.
Musiała juŜ iść. Jeszcze jeden, ostatni pocałunek i pobiegła za grupą,
przepełniona radością. Wkrótce miała wrócić do Argentyny i do Luisa.
Nic nie zostało zniszczone na zawsze. Ostatnim aktem spektaklu miał się
stać ślub.
Rozdział 17
– Teraz jesteście męŜem i Ŝoną.
Nareszcie, pomyślał Luis z triumfem. MałŜeństwo zostało zawarte.
Czekał na to trzy miesiące, przez długie trzy miesiące pragnął tego
codziennie, pragnął absolutnej pewności, Ŝe nic juŜ nie stanie im na
przeszkodzie. Teraz mógł wreszcie odetchnąć z ulgą.
On i Shontelle w świetle prawa byli małŜeństwem.
Ich wspólna przyszłość została legalnie przypieczętowana.
W euforii odchylił welon z twarzy panny młodej.
W pięknych oczach Shontelle błyszczały łzy, tak jak wtedy, gdy
prosił ją, by za niego wyszła, w obecności tych samych ludzi, którzy
teraz wypełniali kościół.
Tym razem jednak nie miał wątpliwości, jakie emocje kryły się za
tymi łzami.
– MoŜesz pocałować pannę młodą.
Wziął ją w ramiona i pocałował z cudownym wraŜeniem spełnienia.
MąŜ i Ŝona noszący to samo nazwisko, stanowiący jedność pod kaŜdym
względem.
Mogli się sobą cieszyć do końca Ŝycia.
– Kocham cię, Shontelle – szepnął.
– Ja teŜ cię kocham cię, Luisie – odparła równie cicho.
– No cóŜ, seńora Martinez – powiedział z szerokim uśmiechem – czy
jesteś gotowa stawić czoło, światu jako moja Ŝona?
– Kiedy tylko zechcesz.
Te słowa brzmiały dla niego jak najsłodsza muzyka. Shontelle była
przy nim, stała u jego boku. Zaufanie, wiara, miłość, lojalność,
wsparcie... nie miał wątpliwości, Ŝe otrzyma to wszystko, podobnie jak i
ona. Musieli tylko być ze sobą szczerzy, a tej lekcji zdąŜyli juŜ się
nauczyć. Była zbyt bolesna, by ją rozpamiętywać. Luis miał szczerą
nadzieję, Ŝe cierpienie naleŜy juŜ do przeszłości.
To był prawdziwy początek ich nowego Ŝycia. Stanęli twarzą do
wyjścia. Luis opiekuńczo otaczał Shontelle ramieniem. Na jego twarzy
malowała się miłość i duma. Obok nich stali Patricio i Alan, a z tyłu
Vicki, Ŝona Alana, i młoda kuzynka Maria, podtrzymujące tren sukni
Shontelle.
Matka Luisa, siedząca w pierwszej ławce, podniosła się. Znów
wyglądała jak władcza królowa. Luisowi nadal trudno było zapomnieć o
dwóch straconych przez nią latach.
– Widzisz? – Rozpromienił się, patrząc na nią. Tak jest dobrze. Tak
jest właściwie. Tak powinny wyglądać sprawy między męŜczyzną a
kobietą.
Matka uśmiechnęła się i skinęła głową, akceptując jego wybór.
Blizny na duszy Luisa przybladły nieco.
Wiedział, Ŝe będą między nimi tarcia, ale zasadniczo wojna była
wygrana. Elvira Rosa Martinez przyznała, Ŝe istnieje siła potęŜniejsza od
niej. Pieniądze i wpływy nie mogły kupić miłości. Luis miał nadzieję, Ŝe
matka nigdy o tym nie zapomni.
W tej chwili jednak było to zupełnie nieistotne.
Shontelle została jego Ŝoną. Wiedział, Ŝe jeśli w rodzinie pojawią się
kłopoty, postarają się z nich wybrnąć. Jeśli wystąpią róŜnice zdań, będą
ze sobą rozmawiać. Nic juŜ nie mogło ich rozdzielić.
Spojrzał z kolei na rodziców Shontelle, którzy pobłogosławili
małŜeństwo córki bez Ŝadnych zastrzeŜeń. Ich córka go kochała. Obiecał
sobie w duchu, Ŝe odwdzięczy się jej za tę miłość tysiąckrotnie.
Kościół wypełnił się głębokim dźwiękiem organów.
Luis mocniej przycisnął do siebie ramię Shontelle i ruszyli środkiem
kościoła do wyjścia. Shontelle obdarzała gości promiennym uśmiechem.
Olśniewała wszystkich, tak jak olśniła jego. Przy niej nie lękał się
ciemności.
Była jego słońcem, księŜycem i gwiazdami.
Shontelle... jego Ŝona.
ZwycięŜył.