background image

ROGER ZELAZNY & ROBERT SHECKLEY

Farsa, z którą naleŜy się 

liczyć

PrzełoŜył: Mirosław P. Jabłoński

background image

Dla Nancy Applegate, w podzięce za krew, pot i łzy

Roger Zelazny

Mojej Ŝonie, Gail, z miłością

Robert Sheckley

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ l

Ylith gratulowała sobie szczęścia, poniewaŜ jej wycieczka z Nieba na 

niewielki cmentarzyk leŜący w pobliŜu Yorku, w Anglii, przypadła we wspaniały 
dzień. Był późny maj i cudownie świeciło słońce, małe ptaszki zaś podskakiwały 
radośnie na omszałych konarach drzew i wydzierały się wniebogłosy. A juŜ najlepsze 
ze wszystkiego było to, Ŝe dwunastka pozostających pod jej opieką małych aniołków 
okazała się bardzo miła - nawet jak na anioły. Dzieci bawiły się grzecznie razem i 
Ylith właśnie się odpręŜyła, gdy nagle nie dalej jak dziesięć stóp od niej wybuchła 
chmura Ŝółtego, siarczanego dymu. Kiedy opar rozwiał się, ujrzała przed sobą 
niskiego, rudego demona o lisiej twarzy, otulonego w czarny płaszcz.

- Azzie! - wykrzyknęła Ylith. - Co ty tutaj robisz?
- Pomyślałem, Ŝe mógłbym wziąć sobie nieco wolnego od piekielnych spraw i 

trochę odetchnąć świętością.

- Nie myślisz czasem o zmianie druŜyny? - zapytała anielica.
- Nie tak jak ty - odparł Azzie, nawiązując do wcześniejszej kariery Ylith jako 

wiedźmy. - Miłą gromadkę brzdąców dostałaś.

Machnął dłonią w stronę aniołków.
- Są nadzwyczaj grzeczne, jak widzisz - stwierdziła Ylith.
- To Ŝadna nowina, kiedy anioł jest dobry - odparł Azzie. 
W tej chwili aniołki poczęły biegać dookoła cmentarza i kłócić się. Ich głosy 

stawały się coraz wyŜsze, piskliwe i cukierkowo słodkie.

- Popatrz, co znalazłem! To grób świętego Athelstana Krzywoustego!
- Tak? A ja odkryłem kamień nagrobny świętej Anny Niespokojnej, która była 

duŜo waŜniejsza!

Ze swoimi wydatnymi rysami twarzy i jednakowymi, gładkimi blond włosami 

w kolorze miodu, zawijającymi się u dołu według tak modnej w tym wieku fryzury na 
pazia, wszystkie anioły wyglądały nadzwyczaj podobnie. Miały tłuściutkie, toczone 
skrzydełka porośnięte nadal dziecięcym puchem i skryte pod bladoróŜowymi 
podróŜnymi opończami, gdyŜ ukrywanie skrzydeł naleŜało do zwyczaju Niebian 
wizytujących Ziemię. Powodem nie było to, Ŝe ktoś mógłby być zdziwiony, widząc w 
1324 roku anioła. Stało się wszak powszechnie znane, iŜ anioły przemieszczały się 
regularnie pomiędzy Niebem a Ziemią - tak jak diabełki, demony oraz inne 
nadprzyrodzone istoty (w tym kilka takich, których nikt nie był w stanie 
zidentyfikować), posiadały zdolność pozostawania w swym bycie pomimo zmiany 
głównych bóstw. Z tego powodu Renesans stanowił eklektyczną epokę.

- Co ty tutaj robisz, Ylith? - zapytał Azzie.
Piękna czarnowłosa wiedźma wyjaśniła, Ŝe zgodziła się zabrać tę grupę 

anielskich niedorostków w objazd po słynnych grobach Anglii, traktując to jako część 
ich letnich praktyk religijnych. Ylith, być moŜe ze względu na swą przeszłość słuŜącej 
Złu wiedźmy - zanim powodowana miłością do młodego anioła Babriela nie zmieniła 
barw klubowych - była zwolenniczką religijnej edukacji młodzieŜy. Adepci Dobra 
musieli coś wiedzieć na ten temat, Ŝeby w sytuacji, gdy ludzie zadadzą im dociekliwe 
pytania, Niebo nie musiało się wstydzić. Punktem startu tej pouczającej wycieczki 
stało się połoŜone na północy Anglii Pole Męczeństwa, które obfitowało w wiele 
słynnych grobów. Aniołki były bardzo zajęte odkrywaniem, kto i gdzie został 
pochowany.

- Oto, gdzie pogrzebano świętą Cecylię NierozwaŜną - powiedział jeden z 

nich. - Właśnie niedawno rozmawiałem z Cecylią w Niebie i prosiła mnie o modlitwę 

background image

nad swoim grobem.

- Dzieciaki zdają się dobrze bawić - powiedział Azzie. - MoŜe zatem 

zjedlibyśmy razem lunch?

Azzie i Ylith byli ze sobą w okresie, gdy oboje słuŜyli w szeregach Zła, i Ylith 

nadal pamiętała, jak szalała na punkcie tego Ŝyjącego na pełnych obrotach demona o 
ostrej, lisiej twarzy. Oczywiście, było to jakiś czas temu. Teraz natomiast szła w 
kierunku, który wskazywał jej Azzie, i była mocno zdumiona strzelającym w niebo, w 
pobliŜu dębu, rozbłyskiem światła, po którym sceneria uległa gwałtownej zmianie. 
Wydało się jej raptem, Ŝe stoi na brzegu wielkiego morza - z kołyszącymi się na plaŜy 
palmami oraz z wielkim, rozdętym, czerwonym słońcem, wiszącym nisko nad 
horyzontem. TuŜ przy krawędzi wody znajdował się zastawiony smakołykami i 
dobrymi trunkami stół. Obok, takŜe na plaŜy, stało szerokie łoŜe posłane satynowymi 
prześcieradłami i zarzucone niezliczoną liczbą poduszek o rozmaitych wielkościach, 
kształtach oraz kolorach. Nieco dalej śpiewał uwodzicielsko niewielki chór satyrów.

- PołóŜ się - zaproponował Azzie, poniewaŜ zamierzał zastosować wobec 

Ylith nową taktykę. - Będę cię częstował winogronami i mroŜonym sorbetem i będzie 
nam tak wspaniale, jak dawniej, gdy się bawiliśmy - zbyt dawno temu.

- Hej, zaczekaj! - Ylith ostudziła zapały Azziego, wymykając się z jego 

miłosnych objęć. - Zapominasz, Ŝe nadal jestem aniołem!

- SkądŜe - odparł Azzie. - Pomyślałem tylko, Ŝe nie musisz chyba być aŜ tak 

cnotliwa.

- Są pewne zasady, których musimy się trzymać.
- A jak się one mają do twoich niewielkich matactw związanych z doktorem 

Faustem?

- To był błąd - przyznała Ylith. - Przypadek złego osądu z mojej strony, 

wywołany przez emocjonalny stres. Po fakcie Ŝałuję tego jednak i teraz jestem w 
porządku. Tak jak przedtem.

- Z wyjątkiem tego, Ŝe ty i Babriel zerwaliście przez to ze sobą.
- Nadal się widujemy. A tak na marginesie, jak się o tym dowiedziałeś?
- Tawerny w Limbo stanowią wielką giełdę wymiany informacji pomiędzy 

Piekłem i Niebem.

- Nie chce mi się wierzyć, Ŝeby moje sprawy miłosne stanowiły szczególnie 

istotną wiadomość.

- No cóŜ, byłaś niezwykle waŜna, moja damo. Mieszkałaś kiedyś ze mną, nie 

pamiętasz?

- Och, Azzie, jesteś niemoŜliwy! - odparła Ylith. – JeŜeli chcesz mnie uwieść, 

powinieneś mi mówić, jak jestem piękna i godna poŜądania, a nie jakim ty jesteś 
waŜniakiem!

- Prawdę mówiąc, wyglądasz cudownie - przyznał Azzie.
- A ty jesteś piekielnie mądry, jak zwykle - rzekła była wiedźma i rozejrzała 

się po wybrzeŜu. - Stworzyłeś tutaj wspaniałą iluzję, Azzie, ale naprawdę muszę 
wracać do swoich dzieciaków.

Wyszła poza obręb oceanicznej fatamorgany, przybywając na przykościelny 

cmentarz w samą porę, by przeszkodzić anieliczce Ermicie wytargać za uszy aniołka 
Dymitra. Wkrótce obok niej zjawił się takŜe i Azzie, nie wyglądając wcale na 
strapionego otrzymanym przed chwilą koszem.

- JednakŜe... Nie sądzę, Azzie, Ŝeby to o mnie tak bardzo ci chodziło. Czym 

się kłopoczesz? - zapytała Ylith. - Po co, tak naprawdę, zjawiłeś się tutaj?

- Mam przerwę między angaŜami - zaśmiał się gorzko demon. - Jestem bez 

pracy. Chciałem się zastanowić, co mam dalej robić.

- Tutaj? W Anglii?

background image

- Raczej w Średniowieczu. To jeden z moich najbardziej ulubionych okresów 

w historii Ziemi.

- Jak to moŜliwe, Ŝe nie masz Ŝadnego zajęcia? Powinnam raczej sądzić, Ŝe 

Siły Zła zawaliły cię robotą po uszy; szczególnie po tym, jak w mistrzowski sposób 
pokierowałeś sprawami w ostatnich zawodach z Faustem.

- Och! Nie mów mi o grze z tym magiem!
- Dlaczego nie?
- Sędziowie Piekła obrabowali mnie z naleŜnych mi honorów, jakie 

powinienem był otrzymać po tym, gdy Mefistofeles tak potwornie spartaczył sprawę. 
Głupcy w Piekle zachowują się tak, jakby ich stanowiska zagwarantowane były po 
wieczność, i nie zdają sobie sprawy z tego, iŜ stoją wobec niebezpieczeństwa, Ŝe 
wyjdą z mody i na zawsze znikną z myśli ludzi.

- Siły Zła na krawędzi przepaści? Ale co w takim razie stanie się z Dobrem?
- Zaniknie takŜe.
- To zupełnie niemoŜliwe - stwierdziła Ylith. – Rodzaj ludzki nie moŜe istnieć 

bez zdecydowanych wartości Dobra i Zła.

- Tak sądzisz? Raz juŜ tak Ŝyli. Grecy z powodzeniem obywali się bez 

absolutów. To samo Rzymianie.

- Nie jestem tego taka pewna - powiedziała Ylith. – Ale nawet jeśli to prawda, 

to nie potrafię sobie wyobrazić, Ŝe ludzie ponownie zaczną Ŝyć w ten twardy, ale 
moralnie zbankrutowany, pogański sposób.

- Czemu nie? - zapytał Azzie. - Dobro i Zło to nie chleb i woda. Rodzaj ludzki 

moŜe się doskonale bez nich obejść.

- Czy to jest to, czego pragniesz, Azzie? - chciała wiedzieć anielica. - Świata 

bez Dobra i Zła?

- Z pewnością nie! Zło jest istotą mojej pracy, Ylith, moim powołaniem. 

Wierzę w nie. To, czego chcę, to przyjść z czymś wstrząsającym, działającym na 
korzyść tego, co nazywają Ciemnością; z czymś motywującym rodzaj ludzki, 
przyciągającym jego uwagę, prowadzącym go z powrotem w stronę starego, dobrego 
dramatu, jakim jest walka Dobra ze Złem - zysku i straty.

- I sądzisz, Ŝe jesteś w stanie tego dokonać? - zapytała.
- Oczywiście. Nie chcę się chwalić, ale potrafię zrobić wszystko, co pomyśli 

moja głowa.

- Przynajmniej nie masz problemów z własnym ego - zauwaŜyła Ylith.
- Gdybym tylko mógł skłonić Ananke, by spojrzała na sprawy moimi oczami - 

powiedział Azzie, nawiązując do duchowej personifikacji Konieczności, na swój 
niezbadany sposób rządzącej bogami i ludźmi. - Ale ta stara wiedźma upiera się przy 
swojej nieokreśloności.

- Wymyślisz coś - powiedziała Ylith. - Ja zaś naprawdę muszę wracać do 

swoich spraw.

- Jak moŜesz cały czas wytrzymywać z tą dzieciarnią? - zainteresował się 

Azzie.

- Troska o to, by być takim, jakim powinno się być, to połowa sukcesu w 

stawaniu się dobrym.

- A jaka jest druga połowa?
- Odpowiadać “nie” na pochlebstwa dawnych chłopaków. Szczególnie, jeśli są 

demonami! Do widzenia, Azzie, i powodzenia!

background image

ROZDZIAŁ 2

Przebrany za kupca Azzie poszedł do leŜącego opodal Yorku. W stronę 

centralnego punktu miasta płynęły tłumy i demon pozwalał im się nieść przez wąskie, 
kręte uliczki. Ludzie byli w świątecznym nastroju i Azzie chciał poznać tego 
przyczynę.

Sztuka wystawiana była na drewnianej platformie znajdującej się na środku 

głównego placu miasta; Azzie zdecydował się ją obejrzeć. Przedstawienia grane dla 
pospolitej publiczności stanowiły całkiem nowy wynalazek, który nagle stał się modą 
ogarniającą całą Europę.

Wszystkie były bardzo proste i bezpośrednie. Aktorzy wychodzili na 

podwyŜszoną scenę, wcielając się w inne postaci. Mogło to robić wstrząsające 
wraŜenie na kimś, kto nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego. Azzie obejrzał 
w tamtych czasach wiele sztuk - i uwaŜał się w związku z tym za kogoś w rodzaju 
krytyka teatralnego. Bywał takŜe widzem podczas nocnych przedstawień wielkich 
dramatów Sofoklesa na świeŜym powietrzu, jednak spektakl w Yorku róŜnił się 
zasadniczo od kozich tańców satyrów; była to sztuka realistyczna, a dwoje aktorów 
przemawiało niczym mąŜ i Ŝona.

- Co słychać, Noe? - zapytała jego połowica.
- Kobieto, doznałem właśnie boskiego objawienia!
- I ty to nazywasz nowościami? - rzekła pogardliwie Ŝona Noego. - Wszystko, 

co robisz, sprowadza się do tego, Ŝe łazisz po pustyni i doznajesz boskich objawień. 
Czy nie prawda, dzieci?

- Pewnie, mamo - potwierdził Japet.
- Racja - powiedział Cham.
- To więcej niŜ prawda - zgodził się Sem.
- Pan Bóg przemówił do mnie - ciągnął Noe. - Polecił mi wziąć łódź, którą 

właśnie zbudowałem, i wprowadzić wszystkich na pokład; zamierza On bowiem 
zesłać deszcz, który zatopi świat.

- Skąd to wiesz? - spytała pani Noe.
- Słyszałem głos Boga.
- Ty i te twoje szalone głosy! - stwierdziła małŜonka. - JeŜeli ci się zdaje, Ŝe 

wraz z tobą i dziećmi wsiądę na tę zwariowaną łódź tylko dlatego, Ŝe usłyszałeś jakiś 
głos, to grubo się mylisz.

- Wiem, będzie trochę tłoczno - zgodził się Noe. - Szczególnie, kiedy 

weźmiemy na pokład wszystkie zwierzęta. Ale nie martw się, Bóg nas wspomoŜe.

- Zwierzęta? - zapytała połowica. - Nic nie wspominałeś o zwierzętach.
- Właśnie chciałem powiedzieć. To jest to, czego Pan chce ode mnie - mam 

ocalić przed potopem całą faunę.

- O jakich to zwierzętach mówimy? O naszych domowych pieszczochach?
- Bóg chce od nas więcej, niźli wzięcia tylko udomowionych zwierząt - odparł 

Noe.

- Na przykład jakie, zatem?
- Na przykład wszystkie - brnął Noe.
- Jak wiele tych wszystkich?
- Po parze z kaŜdego rodzaju stworzenia.
- KaŜdego? Ze wszystkich rodzajów?
- Na tym zasadza się cały pomysł.
- Czy masz na myśli takŜe i szczury?
- Tak, parkę.

background image

- I nosoroŜce?
- Przyznaję, Ŝe będzie nieco ciasno. Tak, nosoroŜce takŜe.
- I słonie?
- Jakoś je zmieścimy na łodzi.
- I morsy?
- Oczywiście, Ŝe morsy równieŜ! Boskie instrukcje są bardzo jasne w tym 

względzie - po parze z kaŜdego rodzaju!

Pani Noe obdarzyła małŜonka spojrzeniem w stylu: biedny, pijany, stary Noe 

ma znowu swoje omamy.

Widownia była zachwycona. W tym zaimprowizowanym teatrze znajdowało 

się około setki ludzi, siedzących niedbale na ławkach i wyjących z uciechy podczas 
kwestii pani Noe. Tupiąc, okazywali swą aprobatę. Publiczność w większości składała 
się z miejskiej biedoty oraz wieśniaków, wspólnie śledzących bliskie apokryfowi 
misterium, zwane Noe.

Azzie zajął miejsce w jednej z lóŜ wzniesionych na specjalnym rusztowaniu 

powyŜej sceny i nieco od niej w prawo. Miejsca te przeznaczone były dla dobrze 
sytuowanych obywateli. Widział stąd aktorki grające Ŝony synów Noego, kiedy 
zmieniały swe kostiumy. Mógł się wyciągnąć wygodnie, nie czując jednocześnie 
fetoru nie mytych ciał ludzkich mas, dla których wymyślano owe sztuki z 
poprawnymi postawami moralnymi oraz sztucznymi punktami sporu.

Przedstawienie toczyło się dalej. Noe załadował swą łódź, lunął deszcz. Jakiś 

kmiotek stał z konewką na drabinie, symulując początek czterdziestu dni i nocy 
ulewy.

- Rób, co Bóg mówi, a wszystko pójdzie dobrze! CóŜ za trywialna konkluzja. I 

jak nie przystaje do codziennego Ŝycia, gdzie sprawy toczą się w najdziwniejszy 
sposób, bez poszanowania dla praw skutku i przyczyny - odezwał się Azzie do dobrze 
ubranego męŜczyzny siedzącego za nim w loŜy.

- Rozsądna uwaga - odparł ów człowiek. - Ale zwaŜ, panie, Ŝe te historie nie 

roszczą sobie pretensji do udawania prawdziwego Ŝycia. One wskazują tylko, co 
człowiek powinien starać się robić, by w rozmaitych okolicznościach być w zgodzie 
ze sobą.

- No tak, oczywiście, sir - powiedział Azzie. – Jednak wszystko to stanowi 

zwykłą propagandę. Nie pragnąłbyś obejrzeć kiedykolwiek sztuki o większej 
inwencji, zamiast tych steków łgarstw, które księŜa w kazaniach wiąŜą ze sobą tak, 
jak rzeźnik łączy kiełbasy? Nie miałbyś ochoty zobaczyć przedstawienia, którego 
intryga nie sprowadzałaby się do zwyczajnego determinizmu ogólnie obowiązującej 
moralności?

- CóŜ to byłby za powiew świeŜości - rzekł nieznajomy. - Jednak trudno 

uwierzyć, by tak filozoficznie ugruntowana praca wyszła spod pióra duchownych 
piszących tego rodzaju rzeczy. Być moŜe, panie, chciałbyś dalej rozwinąć ten punkt 
widzenia juŜ po przedstawieniu, nad kuflem angielskiego piwa?

- Cudownie - stwierdził Azzie. - Jestem Azzie Elbub, szlachcic.
- A ja nazywani się Peter Westfall - odparł obcy - i jestem importerem zboŜa. 

Mój magazyn znajduje się w pobliŜu St. Gregory's in the Field. Ale widzę, Ŝe aktorzy 
znowu zaczynają grę.

Sztuka nie stała się lepsza. Kiedy było juŜ po wszystkim, Azzie towarzyszył 

Westfallowi i kilku jego przyjaciołom “Pod Łaciatą Krowę” przy Holbeck Lane, obok 
High Street. Gospodarz przyniósł im spływające pianą kufle z piwem, a Azzie 
zamówił dla wszystkich pieczeń baranią z kartoflami.

Westfall odebrał pewną edukację w klasztorze w Burgundii. Był wielkim 

męŜczyzną w średnim wieku, trochę łysiejącym, zamaszyście gestykulował i miał 

background image

skłonności do podagry. Charakteryzowało go usposobienie sangwiniczne. Obserwując 
go, kiedy wymawiał się od jedzenia mięsa, Azzie zaczął podejrzewać, iŜ hołduje on 
wegetarianizmowi, stanowiącemu jedną z oznak zboczenia, przez które mogli być 
rozpoznani heretyccy katarzy. Azziemu nie robiło to Ŝadnej róŜnicy, ale zachował tę 
informację dla siebie na wypadek, gdyby miała się okazać uŜyteczna w innym 
momencie. W czasie posiłku trwała dyskusja z Westfallem i kilkoma członkami jego 
paczki.

Kiedy Azzie skarŜył się na brak oryginalności w obejrzanej sztuce, Westfall 

powiedział:

- W istocie, sir, nikt nie oczekuje, by była ona oryginalna. To historia, która 

przekazuje nam najbardziej pouczające przesłanie.

- Nazywasz to pouczającym przesłaniem? - natarł Azzie. - Bądź cierpliwy i 

pokorny, a doczekasz się? Sam wiesz doskonale, Ŝe smaruje się skrzypiące koło; jeśli 
się nie poskarŜysz, nic w ogóle się nie zmieni. W historii Noego Bóg jest tyranem. 
Noe powinien Mu się przeciwstawić! Kto mówi, Ŝe Bóg zawsze ma rację? Gdybym ja 
pisał sztuki teatralne, wystąpiłbym z czymś daleko lepszym od tego!

Westfall uznał, Ŝe słowa Azziego stanowią prowokację i są wielce 

nieortodoksyjne. W jego umyśle powstał zamysł dania mu nauczki, zauwaŜył jednak, 
Ŝ

e było coś dziwnie majestatycznego w postaci młodego człowieka; a stanowiło 

wszak tajemnicę poliszynela, Ŝe członkowie dworu przebierali się często za zwykłych 
obywateli, by tym łatwiej wyciągać zwierzenia z nieświadomych tego ludzi. W 
związku z tym Westfall powściągnął swe zapędy i tłumacząc się w końcu późną porą, 
opuścił towarzystwo.

Kiedy i pozostali odeszli, Azzie posiedział jeszcze chwilę w gospodzie. Nie 

był pewien, co ma dalej począć. RozwaŜał moŜliwość podąŜenia za Ylith i 
ponownego wypróbowania swych uwodzicielskich sztuczek, ale stwierdził, Ŝe nie 
byłoby to dobre posunięcie. Zamiast tego zdecydował się ruszyć na Kontynent, jak to 
wcześniej zamierzył. Myślał o wystawieniu własnej sztuki; przedstawienia, które 
stałoby w opozycji do tych umoralniających sztuczydeł z ich ckliwymi przesłaniami. 
Planował niemoralną farsę!

background image

ROZDZIAŁ 3

Pomysł wystawienia niemoralnej sztuki owładnął i rozgrzał wyobraźnię 

Azziego. Pragnął dokonać wielkich rzeczy, tak jak kiedyś w przeszłości - pierwszy 
raz w związku ze sprawą Księcia Czarusia, a potem ponownie podczas afery z 
Johannem Faustem. Teraz znowu pragnął uderzyć i zadziwić świat - tak duchowy jak 
i materialny.

Sztuka! Niemoralny dramat! Taki, który stworzy nową legendę dotyczącą 

ludzkiego losu i poprzez to obróci Koło Fortuny na stronę Ciemności!

Wiedział, Ŝe nie będzie to łatwe zadanie. Zdawał sobie sprawę z tego, iŜ czeka 

go Ŝmudna praca, ale znał takŜe człowieka, który mógłby mu pomóc stworzyć owe 
dzieło. Śmiertelnym tym był Pietro Aretino, który swego czasu stanie się wybitny 
pomiędzy europejskimi dramatopisarzami oraz poetami doby Renesansu. Gdyby 
udało się go przekonać...

Decyzję podjął po północy. Tak, powinien to zrobić! To była wspaniała noc, 

podczas której gwiazdy błyszczały cudownie ze swojej niewzruszonej sfery. Wszyscy 
dobrzy, bogobojni ludkowie spali juŜ od wielu godzin w łóŜkach. Widząc, Ŝe nie ma 
tutaj nikogo - bogobojnego czy nie - Azzie zdjął satynowy płaszcz o podwójnym 
rzędzie guzików i rozpiął purpurową kamizelkę. Był wspaniale umięśniony; istoty 
nadprzyrodzone, za stosunkowo skromną opłatą, mają moŜliwość kształtować w 
sposób magiczny swe ciała, korzystając z piekielnej słuŜby, reklamującej się 
sloganem: “W zdrowym ciele zdrowy duch”. Rozebrany, odwinął lniany bandaŜ 
mocujący podobne nietoperzym skrzydła demona płasko do ciała, by ukryć je podczas 
przebywania pomiędzy rodzajem ludzkim. Jak dobrze móc je znowu rozpostrzeć! 
Bacząc, by jego garderoba była dokładnie związana, uŜył płóciennych taśm do 
przytroczenia swego ubioru na plecach. (Przez brak uwagi poświęconej 
rozmieszczeniu ładunku stracił kiedyś sporo pieniędzy). A potem, po trzech krokach 
rozbiegu, wzniósł się w górę.

Gdy leciał, ślizgał się naprzód w czasie, radując się wstrzymującym dech 

zapachem. Wkrótce znalazł się nad kanałem La Manche, kierując się na południowy 
wschód, a rześka bryza zaniosła go nad francuskie wybrzeŜe w rekordowo krótkim 
czasie.

Ranek zastał go nad Szwajcarią i kiedy w polu widzenia znalazły się Alpy, 

wzniósł się na większą wysokość. Następnie przebył znajomą Przełęcz Świętego 
Bernarda, a wkrótce potem leciał juŜ nad północną Italią. Powietrze stało się 
zauwaŜalnie cieplejsze - nawet na tej wysokości, na której się znajdował.

Italia! Azzie uwielbiał ją. Był to jego ulubiony kraj, a Renesans, do którego 

właśnie przybył, stanowił ulubioną epokę. W pewnym sensie uwaŜał się za rodzaj 
renesansowego demona.

Frunąc ponad winnicami i gliniastymi polami oraz niewielkimi wzgórzami i 

połyskliwymi rzekami, Azzie skierował się na wschód; dostosowawszy ułoŜenie 
skrzydeł do gęściejszego powietrza wznoszącego się sponad lądu, leciał tam, gdzie 
ziemia i morze zdawały się przenikać wzajemnie w postaci wielkiego błocka, 
rozpościerającego się barwami zieleni oraz szarości, a w końcu przechodzącego w 
Adriatyk. Tak oto dotarł na peryferie Wenecji.

Ostatnie Ŝółte promienie zachodzącego słońca oświetlały szlachetne stare 

miasto, skrząc się na wodzie kanałów. W nadchodzącym wieczornym mroku widział 
gondole - kaŜda z latarnią zawieszoną na maszcie rufy - przesuwające się w tę i z 
powrotem po Canale Grande.

background image

ROZDZIAŁ 4

Tymczasem w Yorku słuŜąca stara Meg sprzątała właśnie gospodę, kiedy 

Peter Westfall przyszedł na swój poranny garniec piwa.

- Czy nie zgubił pan czegoś ostatniej nocy? - spytała Meg. - Znalazłam to w 

miejscu, gdzieście panowie siedzieli.

I wręczyła mu niewielki woreczek z irchowej skóry albo bardzo dobrej 

giemzy. W środku coś było.

- Ach, tak - rzekł Westfall.
Pogrzebał w swojej sakiewce i znalazł ćwierć pensa.
- Masz na kufel za swoją fatygę.
Wrócił do domu przy Rotten Lane i poszedł do pokoju na najwyŜszym piętrze. 

Pomieszczenie było przestronne, z oknami umieszczonymi w spadzistym suficie, i 
umeblowane trzema stołami z grubej dębiny, na których Westfall miał rozłoŜone 
rozmaite przybory charakterystyczne dla tych, którzy parali się praktykami 
alchemicznymi. W tamtych czasach działania pokrewne alchemii oraz magii były 
dostępne dla wielu ludzi.

Odsunął stołek i usiadł na nim. Rozwiązał srebrny sznureczek zaciskający 

wylot mieszka, wsunął doń dwa palce i wyciągnął ostroŜnie gładki, Ŝółty kamień, jaki 
namacał w środku. Był na nim wygrawerowany znak, który moŜna było rozpoznać 
jako hebrajską literę aleph. Westfall wiedział, Ŝe musi to być talizman lub zaklęcie - 
przedmiot mocy tego rodzaju, jaki kaŜdy mistrz magii bezwzględnie winien posiadać. 
Dzięki temu dostępne staną się dlań rozmaite czarodziejskie siły - z głębin zaświatów 
będzie mógł wywołać jednego lub więcej duchów, zaleŜnie od tego, jak amulet jest 
nastrojony. Peter zawsze pragnął posiadać podobny przedmiot, gdyŜ bez niego 
większość jego magicznych poczynań była całkiem bezowocna. Podejrzewał, Ŝe 
został on zgubiony przez tego nawiedzonego młodego człowieka, z którym rozmawiał 
ostatniej nocy po przedstawieniu o Noem.

To na moment go otrzeźwiło. Zawahał się i zastanowił. PrzecieŜ to nie był 

jego talizman. Prawdopodobnie właściciel wróci po coś równie niezwykłego oraz 
cennego; a jeśli tak się stanie, Westfall winien, oczywiście, niezwłocznie mu go 
oddać.

Zaczął więc wsuwać amulet do jego miękkiej kryjówki, ale po chwili 

zaniechał tego. Wszak nie powinno to mieć Ŝadnego znaczenia, jeśli pobawi się nim 
trochę, zanim jego dotychczasowy posiadacz zgłosi się po swą zgubę. Z pewnością 
nie będzie miał nic przeciwko temu.

Westfall był zupełnie sam w swojej izbie na poddaszu.
- W porządku - zwrócił się do kamienia. - Zabierzmy się do pracy. Nie mam 

najmniejszego pojęcia, jakiego magicznego zaklęcia uŜyć, ale jeŜeli jesteś prawdziwie 
czarodziejskim przedmiotem, powinno wystarczyć zwykłe polecenie. Sprowadź mi 
tutaj ducha do wykonywania moich rozkazów, a pośpiesz się z tym!

Zdawało się, Ŝe przed jego oczami mały kamienny amulet uniósł się i 

westchnął. Czarny znak na jego boku zmienił barwę, najpierw stając się złotym, a 
potem ciemnoczerwonym. Zaczął przy tym wibrować, jakby zawierał w sobie małego, 
ale potęŜnego demona, i jednocześnie wydobywało się z niego brzęczenie o wysokich 
tonach.

W pokoju zrobiło się nagle ciemniej, jak gdyby talizman czerpał swą moc ze 

ś

wiatła słonecznego. Z podłogi podniósł się słup kurzu i zawirował w kierunku 

przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Prawdopodobnie z samego powietrza 
wydobyło się głośne rŜenie konia - sądząc po owych odgłosach, był to ogier 

background image

monstrualnej wielkości. Pomieszczenie wypełniła chmura zielonego dymu, 
powodując u Westfalla napad kaszlu. Kiedy wreszcie odzyskał oddech, ujrzał, Ŝe dym 
się rozwiał, a przed nim stała piękna, młoda kobieta o połyskliwie czarnych włosach i 
z impertynenckim wyrazem twarzy. Nosiła na sobie długą, fałdzistą spódnicę oraz 
czerwoną, jedwabną bluzkę z pagonami oblamowanymi złotą nicią, a na nogach miała 
małe buty na wysokim obcasie. Obrazu dopełniała dobrana ze smakiem biŜuteria.

- Co to ma znaczyć? - natarła Ylith.
Była bardzo zła. Talizman porwał ją prawdopodobnie dlatego, Ŝe ostatnia myśl 

Azziego dotyczyła właśnie jej osoby; amulet musiał to zapamiętać.

- No, cóŜ, zaczarowałem cię i teraz musisz spełniać moje polecenia. CzyŜ nie? 

- dodał Westfall pełen nadziei.

- Nie - odparła Ylith. - Jestem albo aniołem, albo wiedźmą, ale nie zwykłym 

duchem, i nie mam obowiązku siedzieć w twoim talizmanie. Podpowiem ci tylko, Ŝe 
moŜesz ponownie skalibrować zaklęcie i spróbować jeszcze raz.

- Och, przepraszam - powiedział Westfall, ale kiedy to mówił, Ylith juŜ 

zniknęła. Zwrócił się więc do kamienia: - UwaŜaj bardziej i tym razem sprowadź mi 
odpowiedniego ducha. Do dzieła!

Talizman zadrŜał, jakby poczuł się dotknięty tą reprymendą. Dobyła się z 

niego muzyczna nuta, a potem kolejna. Powietrze w izbie znów ściemniało, by po 
chwili wrócić do pełnej jasności. Pojawił się kłąb dymu, a z niego wystąpił 
męŜczyzna ubrany dziwnie w strój z ciemnej satyny oraz stoŜkowy kapelusz. Z 
ramion spływał mu niebieski, równieŜ satynowy płaszcz, cały wyszywany złotą nicią 
w magiczne znaki. Przybysz miał brodę oraz wąsy i wyglądał na kogoś zupełnie nie w 
humorze.

- Co to znaczy? - zapytał. - Powiedziałem wszystkim, by mi nie 

przeszkadzano, dopóki nie skończę kolejnej sekwencji moich eksperymentów. Jak 
mogę prowadzić swe dociekania, skoro nie daje mi się spokoju? KimŜe ty jesteś, u 
licha, i czego chcesz?

- Nazywam się Peter Westfall. A zaczarowałem cię dzięki mocy tego 

talizmanu.

Alchemik-amator podniósł w górę kamień.
- Zaczarowałeś mnie? - zapytał brodaty męŜczyzna. - O czym ty mówisz? 

Niech no rzucę okiem.

Spojrzał uwaŜnie na amulet.
- Oryginalny, egipski, ale jakoś mi znajomy. Jeśli się nie mylę, pochodzi z 

grupy, w którą dawno temu król Salomon zaklął większą kolekcję duchów. Myślałem, 
Ŝ

e wszystkie wyszły juŜ z obiegu. Skąd go masz?

- NiewaŜne - odparł Westfall. - Mam i juŜ. To waŜny przedmiot i musisz mi 

być posłuszny.

- Muszę? Ja muszę? No, to zobaczymy!
MęŜczyzna podwoił nagle swą wysokość i ruszył groźnie w kierunku 

Westfalla, który chwycił talizman i ścisnął go. Hermes wrzasnął i cofnął się.

- Spokojnie - powiedział. - Nie musisz być tak brutalny.
- Ten czar daje mi władzę nad tobą!
- Och, przypuszczam, Ŝe tak - rzekł tamten. - Ale niech to szlag, to śmieszne! 

Jestem byłym greckim bogiem i czołowym magiem. Hermes Trismegistos moje imię.

- No cóŜ, w obecnych czasach jesteś bankrutem, Hermesie - stwierdził 

Westfall.

- To był wypadek przy pracy - odrzekł Hermes. - A kim ty jesteś? Nie magiem, 

tego jestem pewien - rozejrzał się wokół. - Ani królem, tylko kimś z ludu, gdyŜ z całą 
pewnością nie jest to pałac...

background image

- Handluję zboŜem - rzekł Westfall.
- A jak wszedłeś w posiadanie tego talizmanu?
- To nie twój interes!
- Prawdopodobnie znalazłeś go na stryszku babuni!
- NiewaŜne, skąd go mam! - Pięść Westfalla zacisnęła się konwulsyjnie na 

amulecie.

- Spokojnie - powiedział Hermes, krzywiąc się z bólu. - W porządku, tak 

lepiej.

Grecki boŜek wziął głęboki oddech i wyartykułował małe zaklęcie, by się 

opanować. To nie była odpowiednia pora na wściekłość, choćby najzupełniej słuszną. 
JednakowoŜ ten głupi śmiertelnik, dzięki antycznemu amuletowi, miał nad nim 
przewagę. Jak go zdobył? Ten facet musiał go ukraść, poniewaŜ było oczywiste, Ŝe 
wie niewiele, albo zgoła nic, na temat prawdziwej Wiedzy.

- Panie Westfall - odezwał się Hermes. - Uznaję pańską władzę nad sobą. 

Rzeczywiście, muszę ci być posłuszny. Powiedz mi, czego chcesz, i nie traćmy więcej 
czasu.

- To mi się podoba - rzekł Westfall. - Po pierwsze, chcę worka złotych 

pieniędzy, pięknie wybitych, i takich, abym mógł je wydać jakkolwiek i gdziekolwiek 
będę sobie tego Ŝyczył. Angielskie, hiszpańskie czy francuskie monety byłyby jak 
najbardziej na miejscu, ale nie włoskie - oni zawsze okrawają brzegi. Chcę takŜe 
staroangielskiego owczarka z rodowodem, takiego jakiego ma król. To na początek, 
ale potem będę miał więcej Ŝyczeń.

- Nie tak szybko - rzekł Hermes. - Jak wieloma Ŝądania mi zamierzasz mnie 

zaszczycić?

- Tyloma, iloma będzie mi się podobało! - krzyknął Westfall. - PoniewaŜ mam 

amulet!

Machnął kamieniem i Trismegistos skrzywił się z bólu.
- Nie tak ostro! Zdobędę to, co chcesz! Daj mi tylko dzień lub dwa. - I mówiąc 

to, zniknął.

Hermes nie miał Ŝadnych trudności ze skompletowaniem rzeczy, których 

Ŝ

yczył sobie Westfall. Całe worki złotych monet trzymał w jaskini pod dnem Renu, 

pod opieką trolli, pozostających bez zajęcia od czasu Zmierzchu Bogów. Zdobycie 
owczarka rasy staroangielskiej takŜe nie stwarzało wielkiego problemu - Hermes z 
łatwością ukradł go z hodowli w pobliŜu Spottiswode. Po czym wrócił do izby 
Westfalla w Yorku.

background image

ROZDZIAŁ 5

- Dobry piesek - powiedział Westfall. - Teraz połóŜ się w kącie.
Na wpół dorosły owczarek staroangielski popatrzył na niego i zawarczał.
- Nie jest najlepiej wyszkolony - zauwaŜył.
- Hola, nic nie mówiłeś o tym, Ŝe ma być tresowany - odparł Hermes. - Ma za 

to rodowód tak długi, jak twoje ramię.

- Wygląda bardzo ładnie - zgodził się Westfall. - I złote monety teŜ mnie 

satysfakcjonują.

Miał ich całą masę w małym, pękatym, skórzanym worku leŜącym u jego stóp.
- Cieszę się, Ŝe jesteś zadowolony - rzekł Hermes. - Teraz, jeŜeli powiesz 

amuletowi, by mnie uwolnił oraz Ŝe nie pozostaję dłuŜej pod twoją władzą, obaj 
będziemy mogli zająć się naszymi własnymi sprawami.

- Nie tak szybko - ostudził go Westfall. - Nadal mam wiele Ŝyczeń do 

spełnienia.

- Ale ja jestem bardzo zajęty - poskarŜył się Trismegistos.
- Bądź cierpliwy. Muszę zatrzymać cię przy sobie nieco dłuŜej, mój drogi 

Trismegistosie, i jeśli zrobisz to, o co poproszę, to wtedy zastanowię się nad 
uwolnieniem ciebie.

- To nie w porządku! - zaprotestował Hermes. - Jestem zobowiązany spełnić 

twoje jedno lub dwa Ŝyczenia ze względu na zdobyty przez ciebie, w niejasnych 
okolicznościach, talizman, a ty bezwstydnie wykorzystujesz sytuację!

- Magia jest po to, Ŝeby ludzie dzięki niej uzyskiwali przewagę.
- Nie przeciągaj struny - ostrzegł Trismegistos. – Nie masz pojęcia, z czym 

igrasz.

- Dość tego gadania! - uciął Westfall. - Słuchaj uwaŜnie, Hermesie! 

Wcześniej, zanim cię wezwałem, amulet sprowadził mi kogoś innego. Kobietę. 
Bardzo piękną. Wiesz, o kim mówię?

Hermes Trismegistos zamknął oczy i skoncentrował się. Potem otworzył je 

ponownie.

- Mój zmysł poznania rzeczy post factum mówi mi, Ŝe zaczarowałeś jedną z 

boskich anielic, byłą wiedźmę o imieniu Ylith.

- Jak się tego domyśliłeś? - zapytał Westfall.
- Drugie widzenie jest jednym z moich boskich atrybutów - odparł Hermes. - 

JeŜeli mnie uwolnisz, nauczę cię tego.

- NiewaŜne. Pragnę, Ŝebyś sprowadził tę damę - Ylith, jak mówisz? śądam, 

Ŝ

ebyś ją tu przywiódł.

- Wątpię, Ŝeby chciała przyjść - rzekł Trismegistos, z zainteresowaniem 

mierząc Westfalla wzrokiem. To był obrót sprawy, jakiego nie przewidział.

- Nie dbam o to, czy ona tego chce czy nie - rzekł Westfall. - Jej widok zapadł 

mi w pamięć. Chcę ją mieć.

- JuŜ widzę, jak Ylith się ucieszy - mruknął Hermes na stronie.
Wiedział, Ŝe anielica ma bardzo silną osobowość. Walczyła o 

równouprawnienie kobiet w kosmosie, zanim jeszcze ten pomysł zrodził się na Ziemi.

- Będzie się musiała do mnie przyzwyczaić – stwierdził Westfall. - Mam 

zamiar posiąść ją na wszelkie sposoby, na jakie męŜczyzna moŜe posiadać dziewicę.

- Nie mogę jej do tego zmusić - powiedział Hermes. - Istnieje granica moich 

mocy. Nie potrafię wywierać wpływu na kobiecą psychikę.

- Nie musisz na nic mieć jej zgody - odparł Westfall. - Sam się tym zajmę. Ty 

masz po prostu oddać ją pod moją władzę.

Trismegistos pomyślał chwilę, a potem powiedział:

background image

- Westfall, muszę być z tobą szczery. Zawiadywanie magią przerosło twój 

zdrowy rozsądek. Ta rzecz z Ylith nie jest dobrym pomysłem. Wdepnąłeś w coś, w 
pobliŜu czego nie chciałbyś się tak naprawdę znaleźć.

- Cicho bądź! I rób, co kaŜę! - Oczy handlarza zboŜem były wielkie i 

błyszczące.

- Na twoją odpowiedzialność - rzekł Hermes i zaklęciem wyprawił się 

stamtąd, zdumiony niezawodnością sposobów, jaki mi ludzie pakują się w kłopoty.

Jednocześnie zaczął mu w głowie świtać plan, który mógłby przynieść korzyść 

jemu, a takŜe pozostałym Olimpijczykom, trzymanym pod kluczem w nierealnym 
ś

wiecie, zwanym Poświatą. Najpierw jednak musiał się zabrać do stręczenia 

Westfallowi Ylith, a to mogło się okazać piekielnie trudnym zadaniem.

background image

ROZDZIAŁ 6

Hermes przeniósł się do jednego ze swoich najbardziej ulubionych miejsc - 

poświęconej przez kilka tysięcy lat jego czci starej świątyni na egejskiej wyspie 
Delos. Tutaj usiadł i, patrząc na morze w kolorze ciemnego wina, rozwaŜył swoją 
sytuację.

ChociaŜ był jednym z dwunastu pierwszych Olimpijczyków, nie podzielił losu 

pozostałych bogów, kiedy krótko po śmierci Aleksandra Wielkiego oraz narodzinach 
przesądnego racjonalizmu w Bizancjum zawalił się cały grecki świat. Reszta bogów 
nie potrafiła dostosować się do nowego porządku, powstałego w czasach helleńskich, 
i kiedy pojawiła się kolejna religia, nie mieli w starciu z nią Ŝadnych szans. Wszyscy 
wyznawcy opuścili ich; ogłoszono, iŜ starzy bogowie nie istnieją; po czym zmuszono 
ich, by wiedli egzystencję cieni w rzeczywistości zwanej Poświatą. Było to ponure 
miejsce, prawie takie samo, jak grecki antyczny podziemny świat. Hermes czuł 
zadowolenie płynące z faktu, Ŝe nie musiał tam mieszkać.

Trismegistos wyrwał się ze świata antycznych Greków dzięki swym związkom 

z magią. Od najwcześniejszych czasów był aktywny w czarodziejskich sztukach, a 
rozkwit większej części tej wiedzy uznawany był za wynik jego inspiracji. Corpus 
Hermeticum, przypisywany między innymi Korneliuszowi Agryppie, stał się duszą 
renesansowej magii, której Hermes był przewodnim bóstwem. Wykazał takŜe 
udowodnioną uŜyteczność dla rodzaju ludzkiego w innych sprawach: okazał się 
poŜyteczny przy lokalizowaniu róŜnych przedmiotów, a takŜe - za sprawą kaduceusza,
który często nosił, prezentu z jego egipskich czasów, gdy występował jako Toth - 
długo związany był z medycyną. Postrzegano go jako przyjacielskie bóstwo, bardziej 
przystępne od innych. Przez lata, podczas których uczestniczył w dysputach z 
wieloma magami spośród ludzi, zaskarbił sobie ich powaŜanie i naleŜny respekt. 
Pierwszy raz zdarzyło mu się, by ktoś zaklął go siłą, zmuszając do posłuszeństwa, czy 
tego chciał czy nie. Nie podobało mu się to. Problem polegał na tym, Ŝe nie miał 
pojęcia, co powinien z tym zrobić.

Dumał nad tym, siedząc pod wielkim dębem i spoglądając na morze, kiedy 

usłyszał cichy, szepczący głos. Nastawił uszu. Głos zwracał się do niego.

- Coś zdaje się martwić cię, mój chłopcze.
- Zeusie, to ty? - spytał Hermes.
- Tak - przyznał Gromowładny - ale wyłącznie w postaci duchowej esencji. 

Prawdziwy, “ja” znajduję się w Poświacie, gdzie cała reszta nas przebywa na 
wygnaniu. Z wyjątkiem ciebie, rzecz jasna.

- To nie moja wina, Ŝe wyciągnęli mnie stamtąd jako Hermesa Trismegistosa.
- Nikt cię nie potępia, synu. Stwierdzam tylko fakt.
- Nie rozumiem, jak w ogóle moŜesz tu przebywać? - powiedział Hermes. - 

Nawet jako duchowa esencja.

- Mam specjalną dyspensę. Mogę się objawiać wszędzie tam, gdzie rosną 

dęby; co nie jest złe, zwaŜywszy na moją obecną sytuację oraz bogate występowanie 
tych drzew w przyrodzie. Wydaje mi się, Ŝe coś cię martwi. Co to takiego, Hermesie? 
MoŜesz powiedzieć swojemu staremu ojcu.

Hermes zawahał się. Nie ufał Zeusowi. Nikt z Olimpijczyków mu nie ufał. 

Dobrze pamiętali, jak postąpił ze swoim ojcem, Kronosem. Wiedzieli, iŜ Zeus 
obawiał się, by nie spotkał go ten sam los, w związku z czym wszyscy starali się 
upewnić go, Ŝe nikt z nich nie ma odpowiedniej pozycji, by tego dokonać. Nawet 
najdrobniejsza myśl o tym czyniła go draŜliwym; i jeśli był perfidny i niestały, to 
dlatego właśnie, iŜ sądził, Ŝe jest to najlepszy sposób na ocalenie swego przyrodzenia. 
Hermes wiedział to wszystko, ale był takŜe przekonany, Ŝe Zeus jest odpowiednią 

background image

osobą do rozmowy o tym, co się stało.

- Ojcze, pewien śmiertelnik ma nade mną władzę.
- Doprawdy? Jak to się mogło stać?
- Pamiętasz te pieczęcie, którymi król Salomon związał róŜnych facetów? Nie 

wszystkie jeszcze wyszły z obiegu.

I Hermes opowiedział Gromowładnemu całą historię, dodając na koniec:
- I co mam zrobić?
Zeus zaszeleścił swymi liśćmi i rzekł:
- Ten człowiek całkiem zgrabnie trzyma cię w garści. Graj z nim dalej, ale 

patrz uwaŜnie, co się dzieje, i kiedy zdarzy się cokolwiek takiego, co mógłbyś 
wykorzystać, musisz zadziałać - w sposób pewny i natychmiastowy.

- Wszystko to wiem - stwierdził Hermes. - Dlaczego mówisz mi tak oczywiste 

rzeczy?

- PoniewaŜ znam twoje skrupuły, mój synu. Przebywasz pośród tych nowych 

ludzi i ich skomplikowanych idei na temat starych bogów. Zostałeś oszukany przez 
ich wielkie gadanie. Myślisz, Ŝe to wszystko jest bardzo głębokie, te ich magiczne 
głupstwa. No cóŜ, pozwól sobie powiedzieć, i to jest cała kwestia władzy, Ŝe magia 
oraz moc są w dziewięciu dziesiątych sprawą oszustwa.

- JuŜ dobrze, wystarczy - powiedział Trismegistos. – Ale jak mam się zabrać 

do porwania tej wiedźmy dla Westfalla?

- To najłatwiejszy ze stojących przed tobą problemów. Udaj się do swojej 

siostry, Afrodyty, i poproś ją, by pozwoliła ci skorzystać z puszki Pandory. Ostatnio 
uŜywa jej jako szkatułki na swoje klejnoty. To będzie pierwszorzędna pułapka na 
duchy.

- Oczywiście! Łapka na duchy! Co mam z nią zrobić?
- To ty jesteś wielkim magiem. Sam wymyśl!

Jakiś czas później Hermes, przebrany za ekscentrycznego dŜentelmena, zjawił 

się na cmentarzu w Yorku. Pod pachą niósł paczkę, starannie zawiniętą w brązowy 
papier i obwiązaną szpagatem. Podszedł do Ylith i powiedział zmienionym głosem:

- Panna Ylith? Mój przyjaciel prosił mnie, abym to pani oddał.
- Azzie zostawił dla mnie prezent? - spytała anielica. - To miło z jego strony.
Nie myśląc o tym, co robi, rozerwała opakowanie i otworzyła skrzynkę. W jej 

wieczku znajdowało się lustro; skrzące się, zamglone, wielokolorowe zwierciadło w 
rodzaju tych, jakie pamiętała z babilońskich i egipskich czasów; magiczne lustro, lep 
na dusze, niech to szlag! Ktoś zastosował wobec niej tę starą sztuczkę. Szybko 
odwróciła wzrok, ale było juŜ za późno: jej dusza, ulatując w tym momencie z ust 
niczym drobny, przezroczysty motyl, została złapana przez lustro i wciągnięta; w tej 
samej chwili ciało Ylith upadło jak nieŜywe. Hermes pochwycił ją i delikatnie ułoŜył 
na ziemi. Potem zdecydowanym ruchem zamknął pokrywkę pudełka. Kiedy obwiązał 
juŜ bezpiecznie puszkę Pandory tkanym, złotym sznurem, dał parę monet robotnikom, 
którzy mieli właśnie przerwę śniadaniową, by podnieśli ciało i przetransportowali je 
przez miasto do izby Westfalla.

- Tylko ostroŜnie! Nie uszkodźcie go!
Robotnicy wydawali się nieco zakłopotani i nie do końca przekonani, czy 

słusznie postępują, aŜ Hermes wyjawił im, Ŝe jest lekarzem, który mógłby oŜywić tę 
nieszczęśliwą damę, prawdopodobnie ofiarę szoku doznanego w wyniku zgubnych, 
zodiakalnych wpływów. Słysząc to wiarygodne i naukowe wyjaśnienie, Ŝaden z nich 
nie dociekał niczego więcej. W końcu spełniali tylko polecenia pana doktora.

background image

ROZDZIAŁ 7

Westfall zastanawiał się, co tak długo zatrzymuje Hermesa, ale uznał, Ŝe być 

moŜe nie jest łatwo zabrać tak po prostu tę kobietę z jej świata. Dziwił się samemu 
sobie; to nie był jego zwykły sposób załatwiania spraw. Czy istoty nadprzyrodzone 
wpływają jakoś na niego i wskazują mu subtelnymi środkami, Ŝe powinien o nią 
poprosić? Nie był pewny, ale czuł działanie czegoś nienormalnego; czegoś spoza 
praw magii, czegoś, co działało na własną rękę i objawiało się lub nie - zaleŜnie od 
potrzeb.

Minęło długie popołudnie. Westfall znalazł w spiŜarni kawałek sera i piętkę 

chleba. Namoczył ją we wczorajszej zupie, którą podgrzał na niewielkim piecyku 
stojącym w kącie. Spłukał to haustem wina, a potem zdrzemnął się w fotelu. W izbie 
panował spokój aŜ do momentu, kiedy jego uszu dobiegł rozdzierający dźwięk. 
Krzycząc, skoczył na równe nogi.

- Przyprowadziłeś kobietę?
- Wykonałem swoją część - odparł Hermes.
Pomachał ręką, by rozwiać chmurę dymu towarzyszącą jego przybyciu. 

Ubrany był jak poprzednio, ale tym razem trzymał pod pachą małą, bogato zdobioną, 
drewnianą szkatułkę.

- Masz ją tam? - zapytał Westfall.
Właśnie wtedy rozległ się odgłos cięŜkiego stąpania na schodach, a stłumiony 

głos z zewnątrz zawołał:

- Czy ktoś mógłby otworzyć drzwi?
Westfall podszedł i otworzył je. Do środka weszło dwóch ogromnych 

robotników, taszczących ze sobą ciało pięknej, młodej kobiety, nieprzytomnej i bladej 
jak śmierć.

- Gdzie ją połoŜyć? - zapytał ten trzymający ramiona i głowę.
- Tutaj, na posłaniu. Delikatnie!
Hermes zapłacił tragarzom i odprowadził ich do drzwi. Potem zwrócił się do 

Westfalla:

- Oddałem ją pod twoją władzę. Masz teraz jej ciało. Ale radzę ci: bez jej 

zgody niczego z nim nie próbuj.

- Gdzie ona jest? - chciał wiedzieć Westfall. - Mam na myśli jej świadomość.
- Dusza, chciałeś powiedzieć - rzekł Hermes. – Znajduje się w tym pudełku.
PołoŜył szkatułkę na stole Westfalla.
- Otwórz to, jeśli sobie Ŝyczysz, a jej dusza wyfrunie i oŜywi ciało. Ale uwaŜaj 

- ta dama jest bardziej wściekła, niŜ ci się zdaje. Wcale nie przyjęła z radością faktu, 
Ŝ

e została zaczarowana, kiedy miała ochotę robić coś zupełnie innego.

- Naprawdę jest w tej skrzynce? - zapytał Westfall. Podniósł małe, brązowe, 

inkrustowane srebrem pudełko i potrząsnął nim. Z wnętrza usłyszał pisk i zduszone 
przekleństwo.

- Masz, czego chciałeś - powiedział Hermes.
- Ale co mam teraz zrobić?
- To twój kłopot.
Westfall podniósł szkatułkę i chwilę poruszał nią delikatnie.
- Panno Ylith? Jest pani tam? - zapytał.
- Jeszcze jak, ty świński pomiocie! - odparła Ylith. - Otwórz wieko, Ŝebym 

mogła wyjść i zająć się tobą!

Westfall pobladł i przyciskając mocno obiema rękami wieczko do skrzynki, 

popatrzył na Hermesa.

- O mój BoŜe! - powiedział tylko.

background image

Trismegistos wzruszył ramionami.
- Jest wściekła.
- Mnie to mówisz? - spytał Hermes.
- Co mam z nią począć?

- Chciałeś ją mieć - zauwaŜył boŜek. - Sądziłem, Ŝe przemyślałeś to sobie.
- No, wiesz, niedokładnie...
Radzę ci, Ŝebyś spróbował dojść z nią do jakiegoś porozumienia. Będziesz 

musiał to zrobić.

- MoŜe po prostu odłoŜę tę szkatułę na chwilę na bok? - zaproponował 

Westfall.

- To byłby błąd.
- Dlaczego?
- JeŜeli puszka Pandory nie jest cały czas obserwowana, to to, co jest w 

ś

rodku, moŜe się z niej wydostać.

- To nie w porządku!
- Cały czas wykonuję twoje polecenia, Westfall. Powinieneś wiedzieć, Ŝe takie 

rzeczy zawsze kryją w sobie jakiś podstęp. śyczę szczęścia.

Hermes zaczął wykonywać gesty zaklęcia, by wydostać się z Westfallowej 

izby.

- Pamiętaj - ostrzegł go handlarz.-Nadal mam talizman. Mogę cię wezwać, 

kiedy tylko zechcę!

- Nie radzę ci próbować - odrzekł Hermes i zniknął. 
Westfall poczekał, aŜ rozwieją się chmury dymu, a potem zwrócił się do 

szkatułki:

- Panno Ylith?
- O co chodzi?
- Czy moglibyśmy porozmawiać? Pani i ja?
- Otwórz skrzynkę i wypuść mnie. Wtedy pogadamy!
Słysząc wściekłość brzmiącą w jej głosie, Westfall wzdrygnął
się.
- MoŜe powinniśmy chwilę odczekać - powiedział. - Muszę to przemyśleć.
Ignorując jej przekleństwa, poszedł na drugi koniec izby i usadowił się 

wygodnie, by dobrze przemyśleć sprawę, ale nie spuszczał oczu ze skrzynki.

Westfall trzymał puszkę Pandory na nocnym stoliku. Spał nerwowo, budząc 

się co chwilę, by sprawdzić, czy Ylith nadal tam tkwi; stawał się niespokojny, Ŝe 
mogłaby się wydostać na wolność. Śniło mu się, Ŝe niemal uciekła z pudełka, lub Ŝe 
otwarło się ono w nocy. Czasem budził się z krzykiem.

- Posłuchaj, panienko. Co byś powiedziała na to, Ŝebyśmy zapomnieli o tym 

wszystkim? Wypuszczę cię, a ty zostawisz mnie w spokoju. W porządku?

- Nie - odparła Ylith.
- Dlaczego? Czego chcesz?
- Zadośćuczynienia - powiedziała Ylith. - Nie moŜesz oczekiwać, Westfall, Ŝe 

ci to ujdzie na sucho.

- Co mi zrobisz, jeśli cię wypuszczę?
- Z ręką na sercu - nie wiem jeszcze.
- Ale nie zabijesz mnie, prawda?
- Mogłabym. Właściwie mogłabym.
To był prawdziwy klincz.

background image
background image

ROZDZIAŁ 8

Pietro Aretino był nieco zdumiony pewnego dnia 1524 roku, widząc na progu 

swego domu w Wenecji rudowłosego demona. Ale nie za bardzo zdziwiony. Aretino 
stawiał sobie za punkt honoru nigdy i z Ŝadnego powodu nie tracić kontenansu.

Był wielkim męŜczyzną, a jego rude włosy odsłaniały wysokie czoło. W tym 

miesiącu skończył trzydzieści dwa lata i całe swoje dorosłe Ŝycie spędził jako poeta i 
autor sztuk teatralnych. Jego strofy łączyły w sobie największą wulgarność z 
najznakomitszym wyczuciem rymu i recytowano oraz wyśpiewywano je jak Europa 
długa i szeroka. Dzięki prezentom, które królowie, szlachta oraz prałaci wmuszali w 
niego, by go skłonić do zaniechania ataków na nich oraz ich wykpiwania, był w stanie 
Ŝ

yć na bardzo wysokiej stopie.

“Zechciej, proszę, przyjąć tę złotą tacę, drogi Aretino, i bądź tak miły 

wyłączyć moją osobę ze swojej ostatniej pieśni.”

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, poeta spodziewał się właśnie czegoś 

podobnego. Otworzył je osobiście, poniewaŜ tego dnia jego słuŜący miał wychodne. 
Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by stwierdzić, Ŝe stojący przed nim facet nie jest 
posłańcem z tego świata. Nie, ta jasnooka persona o lisiej twarzy miała postawę 
jednej z owych nadprzyrodzonych istot, o których Aretino często słyszał, ale aŜ do tej 
pory nigdy nie spotkał osobiście.

- Dobry wieczór panu - powiedział zatem poeta pełnym uszanowania tonem, 

jaki przybrał, odkąd był świadom, komu mógłby uchybić. - Ma pan do mnie jakąś 
sprawę? Chyba nie poznaliśmy się jeszcze?

- Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej - przyznał Azzie - chociaŜ wydaje mi 

się, iŜ dzięki soczystej przenikliwości jego strof, w których zdrowy moralny 
wydźwięk nie leŜy nigdy daleko od śmiechu, znam dobrze boskiego Aretina.

- Miło z pańskiej strony, Ŝe pan to mówi, sir - odparł poeta. - Wielu utrzymuje 

jednak, Ŝe w mych wierszach nie ma Ŝadnej moralnej treści.

- Kłamią - stwierdził Azzie krótko. - Tak precyzyjne wykpiwanie 

pretensjonalnych ambicji rodzaju ludzkiego, jak ty to robisz, drogi mistrzu, stanowi 
ukazywanie zalet, wobec których duchowni nie pozostają obojętni.

- Śmiałe są twoje słowa, panie, i z poŜytkiem dla tych czynów, które ludzie 

uwaŜają za złe.

- Nadal ludzkość popełnia siedem grzechów głównych z ochotą, której nie 

okazuje w swych szlachetnych poszukiwaniach dobra. Nawet lenistwo jest milej 
widziane niźli uczestniczenie w gonitwie poboŜności.

- Panie - powiedział Aretino - pański punkt widzenia jest równieŜ i moim. Ale 

nie stójmy na progu, plotkując niczym dwie stare baby. Wejdź do mego domu i 
pozwól nalać sobie kielich wina, które dopiero co przywieziono mi z Toskanii.

Poeta poprowadził Azziego do wnętrza domostwa. Jego dom, a raczej pałac, 

był niewielki, ale zbytkownie urządzony. Podłogi pokrywały grube dywany, przysłane 
osobiście przez doŜę; wysokie, woskowe, stoŜkowe świece płonęły w brązowym 
kandelabrze, a ich płomienie kładły smugi światła na kremowe ściany.

Aretino powiódł gościa do nisko sklepionego pokoju, udekorowanego 

kobiercami oraz wiszącymi na ścianach draperiami. Kosz z węglem drzewnym 
przeganiał mroźny chłód, który nadal wisiał w powietrzu. Poeta wskazał gestem 
Azziemu, by ten rozgościł się wygodnie, i z kryształowej karafki stojącej na małym, 
inkrustowanym stoliku napełnił mu kieliszek błyszczącym, czerwonym winem.

- A zatem, panie - odezwał się Aretino, kiedy juŜ wznieśli wzajemny toast za 

swoje zdrowie - wyznaj, czym mogę ci słuŜyć?

- Powiedz raczej - odparł Azzie - Ŝe to moim Ŝyczeniem byłoby usłuŜyć tobie, 

background image

gdyŜ jesteś europejskiej sławy wybitnym poetą oraz satyrykiem, ja zaś jedynie 
prostym mecenasem sztuk, który Ŝyczyłby sobie sfinansować jakieś artystyczne 
przedsięwzięcie.

- Co dokładnie masz na myśli, sir? - zapytał Aretino.
- Chciałbym wyprodukować sztukę sceniczną.
- CóŜ za wspaniały pomysł! - zakrzyknął poeta – Mam kilka, które bardzo 

dobrze mogłyby słuŜyć twoim celom. Pozwól, Ŝe przyniosę te rękopisy.

Azzie podniósł dłoń.
- ChociaŜ nie mam najmniejszych wątpliwości co do nadzwyczajnej 

doskonałości wszystkiego, cokolwiek napisałeś, mój drogi Aretino, coś juŜ 
istniejącego nie będzie spełniać moich oczekiwań. Chciałbym zainwestować w 
całkiem nowy tekst, który mógłbym uŜyć w mojej szczególnej koncepcji.

- Oczywiście - przytaknął poeta, gdyŜ doskonale znał usposobienie ludzi, 

którzy chcieli promować sztukę, przychodząc z gotową juŜ koncepcją, całą zaś nudną 
robotę pozostawiając komu innemu. - A jaki temat proponujesz, mój panie?

- Pragnąłbym, Ŝeby moje przedstawienie podnosiło pewne proste, codzienne 

prawdy - stwierdził Azzie. - Mają to być zdarzenia z Ŝycia, których ludzie 
doświadczali przez wieki, chociaŜ nie są uznawane przez naszych dramatopisarzy. 
Autorzy ci, do których nawiązuję, podąŜając niewolniczo za Arystotelesem, upierają 
się przy udowadnianiu banałów: Ŝe zapłatą za grzech jest śmierć, Ŝe Ŝarłok kończy w 
rynsztoku, Ŝe lubieŜnicy skazani są na rozczarowanie, a ci, co kochają 
powierzchownie, nie zaznają nigdy prawdziwej miłości.

- To zwyczajowo przyjęte tezy moralne - zauwaŜył Aretino. - Pragniesz im 

zaprzeczyć?

- W rzeczy samej, chcę - przyznał Azzie. - Nawet jeŜeli stanowią one istotny 

składnik powszechnej ludowej mądrości, niektórzy z nas wiedzą, Ŝe sprawy nie 
zawsze idą tym torem. Moja sztuka winna udowodnić tezę przeciwną do tego, co jest 
ogólnie utrzymywane przez mamroczących dobrodziejów. W moim przedstawieniu 
siedem grzechów głównych ma być ukazane jako prawdziwa droga do wygodnego 
Ŝ

ycia - a w Ŝadnym wypadku jako przeszkoda na drodze do niego. Krótko mówiąc, 

mój drogi Aretino, pragnę wystawić niemoralną sztukę!

- CóŜ za szlachetny pomysł! - zakrzyknął poeta. - Och, przyklaskuję, panie, 

twemu wielkiemu zamiarowi, by samotnie spróbować przeciwstawić się wiekom 
kłamliwej propagandy, za pomocą której ludzie starali się przekonać do 
konwencjonalnych prawd, bez względu na to, jak byli im przeciwni. Ale pozwól sobie 
zwrócić uwagę, sir, Ŝe trudne będzie wystawienie takiej sztuki bez ściągnięcia na 
nasze głowy pełnego hipokryzji gniewu Kościoła i Państwa. Poza tym, gdzie 
znajdziemy obsadę? Czy teŜ scenę, do której Kościół nie rościłby sobie prawa?

- W przedstawieniu, które zaplanowałem - odparł Azzie - nie zamierzam 

rozwaŜać takich formalnych kwestii jak aktorzy, scena czy widownia. Sztuka winna 
rozwijać się w sposób naturalny; my damy postaciom jedynie ogólne pojęcie o 
sytuacji i pozwolimy im samym tworzyć fabułę na własną rękę, w nie zaplanowany 
wcześniej sposób.

- Jak zatem moŜesz oczekiwać, Ŝe twoja sztuka doprowadzi do spodziewanego 

morału, skoro nie dasz ścisłych wskazówek prowadzących do niego?

- Mam na to kilka pomysłów - rzekł demon - którymi podzielę się z tobą, 

kiedy dojdziemy juŜ do porozumienia w kwestii całego projektu. Pozwól mi po prostu 
powiedzieć, Ŝe mechanizm skutkowo-przyczynowy tego świata jest czymś, czym 
potrafię manipulować z dobrym wynikiem, by uzyskać poŜądany efekt.

- Będzie to wymagało zaangaŜowania do sprawy istot nadprzyrodzonych - 

stwierdził poeta.

background image

- Słuchaj mnie uwaŜnie - powiedział Azzie.
- Zamieniam się w słuch - odparł Aretino, jakoś niemile uderzony nagłym, 

komenderującym tonem, pobrzmiewającym w głosie jego rozmówcy.

- Nazywam się Azzie Elbub i jestem szlachetnie urodzonym demonem-rzekł 

gość, czyniąc niedbały gest ręką, z której końca wystrzeliły niebieskie iskry 
ś

wietlnych płomieni.

Poeta otworzył szeroko oczy.
- Czarna magia!
- Pozwoliłem sobie na ten teatralny efekt z piekła rodem - ciągnął Azzie - 

Ŝ

ebyś od razu się zorientował, z kim masz do czynienia.

Ś

ciągając razem palce, Azzie wyczarował olbrzymi szmaragd; a potem jeszcze 

jeden i jeszcze. Stworzył w ten sposób sześć kamieni i ułoŜył je obok siebie na małym 
stoliku, na którym stało wino. Potem wykonał nad nimi gest; szmaragdy zadrŜały, po 
czym stopiły się w pojedynczy, ogromny kamień - największy szmaragd, jaki 
kiedykolwiek widział ten świat.

- Zdumiewające! - szepnął Aretino.
- Za chwilę musi wrócić do swej pierwotnej postaci - stwierdził Azzie - ale 

widok jest całkiem przyjemny, czyŜ nie?

- Zdumiewający! - powtórzył poeta. - Czy moŜna się tego nauczyć?
- Tylko będąc demonem - odparł Azzie. - Ale jest mnóstwo innych rzeczy, 

które mogę dla ciebie zrobić, Aretino. Przystąp ze mną do tego przedsięwzięcia, a nie 
tylko zapłata przejdzie twoje najśmielsze oczekiwania, ale twa, juŜ teraz wielka, 
sława wzrośnie dziesięciokrotnie; poniewaŜ staniesz się autorem sztuki, która stworzy 
nową moralność na Ziemi. Przy niewielkiej dozie szczęścia okaŜe się to zapowiedzią 
początku wieku takiej szczerości, jakiej ten stary, pełen hipokryzji glob jeszcze nie 
widział.

Podczas tej przemowy oczy Azziego rzucały błyski - nie naleŜał do tych, 

którzy skąpią efektów, kiedy chcą przekonać kogoś do swych racji. Aretino cofnął się, 
widząc ten pokaz, potknął się o nogę stołka i byłby runął, gdyby Azzie nie wyciągnął 
długiego, szczupłego ramienia, porośniętego miłym, rudym futrem, i nie przywrócił 
zdumionego poety do równowagi.

- Nie potrafię wypowiedzieć, jak mi to pochlebia - stwierdził Aretino - Ŝe 

zechciałeś właśnie do mnie zwrócić się w sprawie tej doskonałej idei. Zgadzam się w 
całej pełni z twoimi Ŝyczeniami, drogi lordzie Azzie, ale sprawa nie jest całkiem 
prosta. Nie chciałbym ci zaoferować niczego, co nie byłoby absolutnie doskonałe. Daj 
mi tydzień czasu, mój panie, podczas którego mógłbym rozwaŜyć sprawę, 
pomedytować i zapoznać się dokładnie z dawnymi historiami oraz legendami, jakie 
słyszałem. Podstawą twojej sztuki, jakkolwiek to będzie wystawione, musi być 
opowieść. Temu poszukiwaniu się poświęcę. Za tydzień o tej samej porze?

- Znakomicie powiedziane - stwierdził Azzie. - Cieszę się, Ŝe nie waŜysz sobie 

lekce tej sprawy. Tak, masz tydzień czasu.

Mówiąc to, Azzie uczynił znak i zniknął.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ

 l

Kiedy demon opuszcza Ziemię z zamiarem udania się do Świata Ciemności, 

wspomagany jest przez siły otchłanne, postrzegane jedynie przez zmysły, jakich nie 
posiada większość ludzi. Tego wieczoru, niedługo po swej rozmowie z Aretinem, 
Azzie wpatrywał się w gwiaździste niebo. Strzelił palcami - całkiem niedawno 
sprokurował nowe zaklęcie i teraz właśnie nadeszła odpowiednia pora, by je 
wypróbować. Zaklęcie zaskoczyło i wyrzuciło go w powietrze; wkrótce Azzie 
przemieszczał się z impetem przez przestrzeń, a trakt jego podróŜy był jaśniejszy niźli 
spadająca gwiazda.

Przybierając na masie, zgodnie z prawem dotyczącym obiektów poruszających 

się z duŜą szybkością, rządzącym nawet diabłami podczas ich lotu, Azzie krzyknął 
poprzez przezroczystą warstwę tworzącą powierzchnię Sfery Niebiańskiej w 
kosmosie. Gwiazdy, mrugając, zdawały się przytakiwać jego przelotowi; wiatr 
hulający pomiędzy oboma światami napełnił go chłodem, a odwieczny mróz ozdobił 
mu nos i brwi. Czuł okrutny ziąb na pozbawionych osłony częściach ciała, ale nie 
zwalniał. Był w swoim diabelskim Ŝywiole; kiedy Azzie miał jakiś pomysł, nie moŜna 
go było powstrzymać.

W związku z tak wielkim wydarzeniem, jak napisanie i wystawienie 

niemoralnej sztuki, potrzebował pieniędzy. Musiał zapłacić aktorom; mnóstwo teŜ 
będą kosztować efekty specjalne - wszystkie te przypadkowe cuda, które miały się 
wydarzyć, by zachęcać jego postaci na ich drodze ku niezasłuŜenie dobrej fortunie. 
Azzie pamiętał, Ŝe nadal nie została mu wypłacona nagroda w kategorii Zły Uczynek 
Roku, jaką otrzymał za swój udział w aferze z Faustem.

Wreszcie jego szybkość wzrosła wystarczająco, by wykonać wielki skok, 

nadający istocie impuls do przejścia z jednej rzeczywistości w drugą. Momentalnie 
opuścił sferę doczesnych obiektów i energii, zbudowanych z atomów oraz ich cząstek 
elementarnych. Przeniknął przez niewidzialną i niewyczuwalną przegrodę, 
oddzielającą zwyczajne obiekty, takie jak mezony i tachiony, od subtelniejszych 
cząstek Świata Duchowego.

Znalazł się w miejscu pełnym wielkich, mglistych kształtów oraz 

niewyraźnych kolorów, gdzie ogromne i nieokreślone przedmioty pływały w 
atmosferze barwy miodu. Był znowu w domu.

Na wprost niego sterczały wielkie, groźne, czarnoniebieskie mury Piekielnego 

Miasta, na wzór których wzniesiono fortyfikacje antycznego Babilonu. Czarcie warty 
patrolowały wysokie bastiony; Azzie machnął ku nim swoją przepustką i pognał do 
ś

rodka.

Przeszedł przez ciemne, szatańskie suburbia i wkrótce znalazł się w centrum 

administracyjno-handlowym, gdzie skupiały się wszelkie urzędnicze działania 
Piekielnego Miasta. Minął oddział robót publicznych, który zupełnie go teraz nie 
interesował. Zewsząd otaczały go wielkie biurowce; Azzie wybrał ten po prawej 
stronie i juŜ wkrótce śpieszył wzdłuŜ korytarza pełnego innych demonów oraz 
diabełków w uniformach gońców. Gdzieniegdzie widać było nieodzowne, ubrane w 
kimona sukkuby, które tak przyjemnymi czyniły lunche wyŜszych urzędników. 
Wreszcie dotarł do Księgowości.

Spodziewano się po nim, Ŝe wyląduje na końcu długiego ogonka petentów, 

niecierpliwie oczekujących, by ktoś zechciał przychylić ucha do ich spraw. Była to 
banda kiepsko odzianych i wyświechtanych osobników. Tymczasem, błyskając 
obramowaną złotem przepustką, którą dostał od Asmodeusza, kiedy ponownie znalazł 

background image

się w łaskach u tego wysokiego rangą diabła, Azzie powędrował obok nich na czoło 
kolejki.

Urzędnik w dziale przeterminowanych płatności był szkaradnym diablo-

goblinem o długim nosie i okrutnie cuchnącym oddechu - nawet jak na piekielne 
standardy. Skłonny, jak i reszta jego kumpli, robić najmniej jak to tylko moŜliwe, co 
oszczędzało ich własną energię oraz piekielne pieniądze, poskarŜył się, Ŝe Azzie 
niepoprawnie wypełnił swoje formularze i pod Ŝadnym pozorem nie chciał ich 
przyjąć. Azzie pokazał mu “Zrzeczenie się poprawności”, podpisane przez samego 
Belzebuba. Znaczyło ono, Ŝe Ŝadna zawada w papierkowej robocie nie moŜe 
hamować czy opóźniać wypłaty pieniędzy winnych rzeczonemu demonowi. Diablo-
goblin poczuł się tym niemile dotknięty, ale wynalazł ostatnią wymówkę.

- To przekracza moje uprawnienia. Jestem tylko małym, wstrętnym, diablo-

goblińskim urzędasem. Powinieneś pójść wzdłuŜ korytarza, wejść w pierwsze drzwi 
po prawej, potem po schodach...

Azzie nie zamierzał robić Ŝadnej z tych rzeczy. Wyjął kolejny formularz, 

“Urgens natychmiastowego działania”. Stanowił on, iŜ przy zapłacie naleŜności nie 
będą tolerowane Ŝadne wymówki, a jakiekolwiek uchylanie się ze strony 
odpowiedzialnego urzędnika spowoduje, Ŝe spotka go grzywna pienięŜna - to znaczy, 
zaległa kwota zostanie potrącona z jego wynagrodzenia. Stanowiło to najbardziej 
drastyczną formę działania kaŜdego, kto w Piekielnym Mieście chciał cokolwiek 
odebrać, i Azzie skradł ów formularz w specjalnym biurze, gdzie wręczano je tylko 
nielicznym wybrańcom.

Wywołany przezeń efekt polegał na tym, Ŝe diablo-goblin stał się bezpośredni 

i uprzejmy.

- To w końcu nie z mojej kieszeni - pośpieszył z zapew nieniem. - GdzieŜ 

mam ten stempel?

Przetrząsnął biurko, znalazł pieczęć i ognistymi literami podstemplował nią 

papiery Azziego: PILNE! WYPŁACIĆ NATYCHMIAST!

- Teraz zanieś je do okienka kasowego w hallu. A potem idź sobie łaskawie 

precz. Całkowicie zepsułeś mi dzień.

Azzie zastosował się do polecenia. Na wypadek, gdyby napotkał jeszcze 

jakiekolwiek kłopoty, ślubował sobie wrócić z kilkoma wstrętnymi sztuczkami w 
zanadrzu, ale urzędnik w kasie, widząc napis WYPŁACIĆ NATYCHMIAST!, 
postawił na dokumencie parafkę i bezzwłocznie wręczył mu kilka worków złotych 
monet - czyli pełną kwotę, jaka naleŜała się Azziemu.

background image

ROZDZIAŁ 2

Azziego nie było w Wenecji sześć ziemskich dni. Nastała łagodna, przepiękna 

pogoda, a zieleń w małych parkach wybuchnęła wspaniałością białych oraz Ŝółtych 
kwiatów, grzejących się w ciepłym słońcu. Korzystając ze sprzyjającej aury, po 
mieście paradowały Wenecjanki, szczebiocząc z towarzyszącymi im męŜczyznami o 
przygodach szlachciców oraz dam. Odpływ odsłaniał śmieci i gruzy wyrzucone przez 
mieszkańców Wenecji do morza, a porywisty wiatr rozsnuwał fetor wyziewów, 
czyniących z miasta ulubione miejsce wylęgania się europejskich pomorów. Tak czy 
inaczej, był to dobry czas, by pozostawać Ŝywym.

Azzie zamierzał zajrzeć do arsenału najsłynniejszych doków okrętowych w 

Europie, ale zanim skręcił w prowadzącą do nich, wybrukowaną kocimi łbami, wąską 
uliczkę, wpadł na wielkiego, niebieskookiego faceta, który zaledwie rzuciwszy nań 
spojrzeniem, serdecznie grzmotnął go w plecy.

- Azzie! Nie do wiary! To ty?! - wykrzykiwał napotkany.
Był to anioł Babriel, stary znajomy z dawnych czasów. ChociaŜ w wielkiej 

bitwie rozgrywanej pomiędzy Światłością oraz Ciemnością słuŜyli po przeciwnych 
stronach barykady, zostali przyjaciółmi - lub jeśli nawet niedokładnie przyjaciółmi, to 
na pewno czymś więcej niŜ tylko znajomymi - wznosząc się ponad bieg dzielących 
ich zdarzeń. Łączyło ich jeszcze coś - miłość, którą obaj zanudzali piękną, 
czarnowłosą wiedźmę Ylith. Azzie pomyślał teraz, iŜ Babriel, który pracował dla 
archanioła Michała, mógł znaleźć się w Wenecji po to, by mieć na niego baczenie; 
mógł nawet podejrzewać go - pamiętając poprzednie nieprawdopodobne niebiańskie 
sztuczki - o snucie intrygi, jaką Azzie próbował uknuć.

Kiedy juŜ Babriel wyraził swoje zdziwienie z ich spotkania w Wenecji, demon 

powiedział:

Wziąłem sobie nieco wolnego od moich obowiązków w Piekle, by nacieszyć 

się widokami tego miasta, które dla obecnego pokolenia ludzi jest z pewnością 
ziemskim rajem.

- To cudownie znowu cię spotkać - rzekł Babriel - ale muszę dołączyć do 

pozostałych. Anioł Izrafel przybywa w porze nieszporów, by po weekendowym 
wypadzie zabrać nas wszystkich z powrotem do Nieba.

- śyczę miłej podróŜy - poŜegnał go Azzie.
I poszli kaŜdy w swoją stronę. Demon nie podejrzewał, Ŝe Babriel go 

szpiegował, chociaŜ dziwił się, Ŝe ten niebieskooki anioł znalazł się w Wenecji 
dokładnie w tym samym czasie, co i on.

background image

ROZDZIAŁ 3

Babriel cieszył się zawsze, kiedy wracał do Nieba, które ze swymi rzędami 

małych, białych domków pośród soczystych, zielonych trawników oraz ze 
wspaniałymi, starymi drzewami i ogólną atmosferą pretensjonalnego Dobra, 
stanowiło bardzo miłe miejsce. Oczywiście, nie całe Niebiosa wyglądały w ten 
sposób, ale Zachodnie Niebo, czyli lepsza część Raju, zamieszkiwana przez 
archaniołów oraz duchowe wcielenia, mające tutaj swoje letnie mieszkania. Duchowe 
wcielenia były wysokimi i atrakcyjnymi kobietami i dla anioła było wiele gorszych 
rzeczy niŜ ślub z jedną z nich - gdyŜ związek wspaniałych zalet był dopuszczalny w 
Niebie. Choć były tak urodziwe, nie wydawały się pociągające dla Babriela. Jego 
serce wyrywało się do Ylith. Być moŜe, z powodu jej przeszłości nierządnicy Aten 
oraz pomocnicy nierządnicy Babilonu w czasach, kiedy słuŜyła Złu, uwaŜał, Ŝe ma 
nieodparty urok. Ylith zdawała się czasem zakochana w Babrielu - a czasami nie.

Poszedł na skróty do domu Ylith we Wschodnim Niebie, po prostu by się z nią 

przywitać, ale nie zastał jej. Odnowicielski duszek natury, w postaci cherubina, kosił 
trawnik; była to pokuta, jaką sam sobie zadał za przeszłe nierozwaŜne czyny. 
Powiedział Babrielowi, Ŝe Ylith wyjechała, prowadząc grupę młodych aniołów do 
ś

więtych grobów na Ziemi.

- Doprawdy? - zdziwił się Babriel. - A którą epokę zwiedzają?
- Wydaje mi się, Ŝe nazywa się to Renesans - odparł duch natury.
Anioł podziękował mu i odszedł wielce zamyślony. Czy to zwykły przypadek, 

Ŝ

e Azzie takŜe wizytował tę samą epokę? Babriel nie był z natury podejrzliwy, za to 

zadziwiająco ufny nawet jak na anioła; w bolesny jednak sposób przekonał się juŜ, 
choć moŜe się to wydawać dziwne, Ŝe nie wszyscy są tacy jak on. A juŜ szczególnie 
nie Azzie, dla którego udawanie było drugą naturą, podobnie jak zaciemnianie 
wszystkiego stanowiło pierwszą; czegokolwiek miałoby to dotyczyć. Babriel czasem 
wątpił w prawowierność Ylith, niezaleŜnie od jej entuzjazmu dla cnoty delikatności. 
Nie sądził, by mogła odwrócić się od swojego posłuszeństwa wobec Nieba, ale była w 
stanie pokusić się o odszukanie swojego dawnego chłopaka albo - co bardziej 
prawdopodobne - to on znalazł ją. JeŜeli tak było, dlaczego wybrali Renesans, by się 
w nim spotkać? MoŜe był to jednak tylko zbieg okoliczności?

Babriel dumał nad takimi sprawami, wędrując wzdłuŜ Cienistej Alei Oliwnej, 

aŜ doszedł do duŜego, białego domostwa na szczycie wzgórza, gdzie mieszkał 
Michał. Archanioł zajmował się pielęgnowaniem swoich róŜ rosnących we 
frontowym ogródku. Rękawy białej, lnianej szaty miał zawinięte, by odsłonić 
muskularne przedramiona.

- Witaj w domu, Babrielu! - powitał go, opuszczając noŜyce i wycierając z 

czoła słodki pot uczciwej pracy. - Jesteś zadowolony z pobytu w Wenecji?

- Niezmiernie, sir. Skorzystałem z okazji, by poszerzyć swoją wiedzę z 

zakresu sztuki. Na większą chwałę Boga, oczywiście.

- Oczywiście - zgodził się Michał z przyjacielskim błyskiem głęboko 

osadzonych oczu.

- Wpadłem tam na Azziego Elbuba, sir.
- Widziałeś starego Azziego? - spytał archanioł, głaszcząc się w zamyśleniu po

policzku. Pamiętał doskonale demona z ich ostatniego spotkania podczas przygody z 
Johannem Faustem. - Co tam porabiał?

- Powiedział, Ŝe zrobił sobie krótkie wakacje od swych piekielnych 

obowiązków, chociaŜ podejrzewam, Ŝe mógł tam przybyć, by znaleźć się bliŜej 
anielicy Ylith. Ona takŜe jest na Ziemi.

- To moŜliwe - zgodził się archanioł. - Albo jest jakiś inny powód.

background image

- Na przykład, sir?
- Jest wiele moŜliwości - odparł Michał wymijająco. - Muszę nad tym 

pomyśleć. Tymczasem jeśli juŜ odpocząłeś, to mam tutaj mnóstwo korespondencji, 
którą trzeba się zająć.

Michał był bardzo pedantyczny w odpowiadaniu na pocztę od swoich fanów, 

która nadchodziła do niego tak ze Świata Duchowego, jak i z Ziemi.

- Zaraz się do tego zabiorę - powiedział Babriel. Pośpieszył do wnętrza domu, 

do swego małego biura, które znajdowało się w skrzydle dla słuŜby, zwanym teraz 
skrzydłem dla honorowych gości mniejszego znaczenia.

background image

CZĘŚĆ TRZECIA

ROZDZIAŁ l

Dla Ylith było szczególnie kłopotliwe, Ŝe została zamknięta w kasetce. Czegoś 

takiego nie udało się nikomu wypróbować na niej od czasów, kiedy zakochany w 
diablicy król Troi, Priam, skonstruował specjalną puszkę, za pomocą której miał 
nadzieję schwytać Ylith - ale nigdy jej nie złapał. A teraz Troja juŜ dawno odeszła w 
niebyt, a Priam wraz z nią, Ylith zaś nadal była tutaj - przynajmniej częściowo.

“To tylko udowadnia, pomyślała, Ŝe nie warto być zbyt dumną. Tylko 

spójrzcie na mnie teraz. Siedzę w pudełku!”

Blada, świecąca jasność wypełniła kasetkę, odsłaniając namalowane w tle 

pola, ogrodzenia i linię gór. Przy swoim uchu usłyszała miękki, męski głos.

- Ylith, co ty tutaj robisz? Wygląda na to, Ŝe wpadłaś w tarapaty. Pozwól, Ŝe ci 

pomogę.

Ś

wiatło w szkatułce stało się jaśniejsze.

- Kto mówi? - zapytała Ylith.
- Zeus - odparł głos. - Nadal potrafię robić takie rzeczy, nawet w swoich 

obecnych, zredukowanych warunkach. Ale nie powiedziałaś mi, jak się tu znalazłaś?

- Jakiś facet mnie porwał i zamknął tutaj. - Ylith spotkała kiedyś Ojca Zeusa, 

gdy uczestniczyła w próbach do roli ducha natury podczas okresu Greckiej Odnowy w 
Rzymie; Gromowładny powiedział wówczas, Ŝe ją zawiadomi o wyniku, i od tej pory 
nie myślała o tym.

- Dlaczego nie chce cię wypuścić? - zapytał.
- Obawia się, Ŝe go zabiję. I zrobię to!
Zeus westchnął.
- Mówisz zupełnie jak Artemida, moja córka. Mam na myśli podobną 

nieugiętość! Dlaczego nie spróbujesz podstępu?

- Co masz na myśli?
- Powiedz temu porywaczowi, Ŝe podoba ci się przebywanie w tym pudle.
- Nigdy w to nie uwierzy!
- Spróbuj. Porywacze są często niezbyt rozgarnięci. Powiedz mu cokolwiek. 

Po prostu Ŝeby się uwolnić.

- Masz na myśli kłamstwo?
- Oczywiście.
- To byłoby nieuczciwe!
- Później odpokutujesz. O ile pamiętam, ja tak zawsze robiłem. A dzięki temu 

byłabyś wolna.

- Ale my nie dopuszczamy się kłamstwa - powiedziała Ylith, chociaŜ w jej 

głosie nie było juŜ poprzedniej pewności.

- Porozmawiaj teraz, moja droga, z tym człowiekiem i spraw, Ŝeby spojrzał na 

sprawy twoimi oczami. Wróć do świata. Jesteś zbyt ładna, by siedzieć w tej skrzynce.

- Nieco później, kiedy przygotowała się odpowiednio i poprawiła swój 

makijaŜ, Ylith zawołała:

- Westfall? Jesteś tam nadal?
- Tak.
- A nie zamierzasz czasem zabrać się do jakiejś roboty albo czegoś takiego?
- Oczywiście, Ŝe tak. Ale szczerze mówiąc, obawiam się zostawić cię samą. 

WciąŜ mi się zdaje, Ŝe mogłabyś się wydostać i w najlepszym razie zaczarować mnie.

- Zaczarować cię mogę tak czy tak - powiedziała Ylith namiętnym głosem. - 

background image

Czy naprawdę sądzisz, Ŝe jestem aŜ tak złośliwą wiedźmą?

- No, cóŜ - rzekł Westfall - po tym, jak mnie oświeciłaś, mówiąc, co mnie 

czeka, postanowiłem, Ŝe lepiej będzie, jeŜeli przygotuję się na najgorsze.

- Sprawiasz mi przykrość - rzekła Ylith. - śadna kobieta nie lubi być nagle 

odrywana od tego, co właśnie robi, zamykana w skrzyni i dostarczana komuś, jakby 
była towarem. Wiedźmy są tylko ludźmi, jak wiesz, nawet najbardziej anielskie 
spośród nas. Chcemy być traktowane jak prawdziwe damy, a nie popychane z miejsca 
na miejsce niczym staroŜytne nierządnice.

- Rozumiem to teraz - stwierdził Westfall - Ale jest juŜ za późno.
- Niekoniecznie-odparła Ylith, a jej głos ociekał miodem.
- Naprawdę? - zapytał kupiec.
- Podnieś wieczko, Westfall. Nie skrzywdzę cię. Daję ci słowo anioła. 

Zobaczmy, jak nam będzie razem.

Westfall zrobił głęboki wdech i otworzył puszkę. Wraz z dymem wylatującym 

z pudła Ylith wydostała się na zewnątrz i przyjęła swą postać wiedźmy Hekate.

- Obiecałaś mnie nie skrzywdzić! - wrzasnął kupiec zboŜowy.
Izby stały się nagle całkiem puste. Westfalla wyniosło w najciemniejszy róg 

Limbo, a Ylith ruszyła w przestrzeń, by zdać sprawozdanie Michałowi. Puszka 
Pandory stała nadal otwarta, błyszcząc nieśmiało.

background image

ROZDZIAŁ 2

Po upływie tygodnia, dokładnie co do minuty, Azzie zjawił się przed drzwiami 

Aretina. Poeta zaprosił demona do środka i poprowadził go do pokoju na górze, gdzie 
mogli spocząć w wyściełanych brokatem fotelach i cieszyć się widokiem świateł 
Wenecji, odbijających się w kanałach. Gospodarz podał wino, które starannie wybrał 
na tę okazję, a słuŜący przyniósł na przekąskę trochę ciasteczek.

Miękki, niebieski zmierzch kładł się na miasto, wzmocniony stukrotnie przez 

atmosferę magii i tajemniczości. Z dołu, z łodzi, dolatywała pieśń Vivat Ŝycie 
gondoliera!
 Przez kilka chwil człowiek i demon słuchali jej w milczeniu.

Azzie przeŜywał jedną z najlepszych chwil w swoim istnieniu. Był to moment 

rozpoczęcia nowego przedsięwzięcia. Następne słowa, jakie wypowie, mogą poczynić 
wielkie zmiany w Ŝyciu wielu osób - miał właśnie poczuć swą rangę jako główny 
sprawca dziejów. Mógł powiedzieć, Ŝe wreszcie stał się jednym z tych, którzy tworzą 
historię, a nie są przez nią kształtowani. Władza, własne wyniesienie - o to w tym 
wszystkim mniej więcej szło.

W imaginacji Azziego nowy projekt znajdował się juŜ w realizacji. Zdawało 

mu się, Ŝe wszystko jest wykonane niemal od ręki zaraz po tym, jak zostało 
wymyślone. Jego wizja była niewyraźna, ale za to wielka.

Po dłuŜszej chwili przyszedł do siebie i stwierdził, Ŝe nadal nic nie zostało 

zrobione.

- Odczuwam pewną niecierpliwość, mój drogi Aretino, czekając na to, co 

usłyszę na temat rezultatu twoich dociekań. A moŜe, po rozwaŜeniu sprawy, 
doszedłeś do wniosku, iŜ moja sztuka, przekracza twoje moŜliwości?

- Sądzę, Ŝe jestem jedynym człowiekiem do tej roboty - rzekł poeta śmiało. - 

Sam jednak to osądzisz, kiedy opowiem ci legendę, którą chciałbym uczynić 
podstawą naszej farsy.

- Legenda? Wspaniale! - ucieszył się Azzie. - Uwielbiam legendy. Czy to o 

kimś, kogo znam?

- W mojej historii występują Bóg, Adam i Lucyfer.
- Wszystko starzy przyjaciele. Wal dalej, Pietro.
Aretino oparł się w fotelu, i pociągnąwszy łyk wina dla przepłukania gardła, 

zaczął opowiadać...

- Adam leŜał właśnie obok strumyka w Edenie, kiedy nadszedł Bóg i 

powiedział:

- Co porabiasz, Adamie?
- Ja? - Adam usiadł. - Właśnie siedziałem tutaj, oddają się poboŜnym 

rozmyślaniom.

- Wiem, Ŝe prowadzisz poboŜne rozmyślania - rzekł Bóg|
- Spoglądam w twą duszę na chwilę, co jakiś czas, po prostu Ŝeby się 

przekonać, jak ci się wiedzie. To największy dar Boga w najlepszym wydaniu. Ale co 
robiłeś wcześniej, przed swoimi poboŜnymi rozmyślaniami?

- Nie bardzo .pamiętam.
- Spróbuj sobie przypomnieć. Byłeś z Ewą, prawda?
- No tak, pewnie. Ale nie ma chyba w tym nic złego? PrzecieŜ jest moją Ŝoną, 

jak wiesz.

- Nikt nie zamierza się w to mieszać, Adamie. Po prostu staram się ustalić 

pewien fakt. Rozmawiałeś z Ewą, tak?

- W porządku, rozmawiałem. Wspomniała o czymś, co po wiedziały jej ptaki. 

Wiesz, BoŜe, tak między nami mówiąc, jak na dorosłą kobietę, zbyt wiele mówi o 
ptakach.

background image

- Co jeszcze robiłeś z Ewą?
- Rozmawiałem tylko o ptakach. MoŜe o tym mówić cały czas. Powiedz mi 

szczerze, czy ona jest tutaj całkiem obecna? To znaczy, czy jest normalna? 
Oczywiście, nie ma tu nikogo, by z nią porównać, poniewaŜ nie spotkałem nigdy 
Ŝ

adnej innej kobiety. Nie miałem nawet matki, choć się nie skarŜę. Ale wciąŜ gadać o 

ptakach, to juŜ przesada.

- Ewa wyszła mi bardzo niewinna - powiedział Stwórca. - Nie ma w tym 

chyba nic złego?

- Sądzę, Ŝe nie - przyznał Adam.
- Więc o co chodzi? Uraziłem cię czymś?
- Ty? Czy mogłeś zawinić wobec mnie? Nie Ŝartuj. Jesteś przecieŜ Bogiem, 

więc jak mógłbyś mnie obrazić?

- A co jeszcze robiłeś z Ewą oprócz tego, Ŝe z nią rozmawiałeś?
Adam potrząsnął głową.
- Szczerze mówiąc, nie chciałbyś tego wiedzieć. Chodzi mi o to: gdzie jest 

napisane, Ŝe stojąc przed swoim Bogiem, męŜczyzna powinien opowiadać 
sprośności?

- Nie mówię o seksie - powiedział NajwyŜszy nieco uraŜony.
- Słuchaj, jeśli wiesz, co zrobiłem, a czego nie, dlaczego dręczysz mnie 

pytaniami?

- Po prostu staram się wyjaśnić pewną waŜną sprawę - rzekł Stwórca.
Adam dodał coś tak cicho, Ŝe Bóg musiał go poprosić, by mówił głośniej.
- Powiedziałem, Ŝe nie powinieneś być na mnie zbyt zły. W końcu, to ty mnie 

zrobiłeś na swoje podobieństwo, więc czego się spodziewasz?

- Och! Tak na to patrzysz? UwaŜasz, Ŝe wykreowanie ciebie na mój obraz 

stanowi usprawiedliwienie dla kaŜdego zachowania z twojej strony?

- No cóŜ, poza tym uwaŜam...
- Dałem ci wszystko, wszyściuteńko: Ŝycie, inteligencję, dobrą prezencję, 

ładną Ŝonę, wyobraźnię, dobre Ŝarcie, łagodny klimat, smak literacki, zręczność do 
wielu sportów, artystyczne uzdolnienia, umiejętność dodawania i odejmowania, i 
mnóstwo innych rzeczy. Mogłem umieścić cię na Ziemi z jednym palcem i pozwolić 
ci spędzić całe Ŝycie na rachowaniu do jednego. Za miast tego dałem ci ich dziesięć i 
moŜliwość liczenia do nieskończoności. Wszystko to zrobiłem dla ciebie. A wszystko 
o co prosiłem, to byś korzystał ze wszelkich rzeczy, jakie ci dałem, a pozostawił w 
spokoju te, których nie chciałem, Ŝebyś dotykał. Tak było, czy nie?

- Taaa... racja - mruknął Adam.
- Wszystko, co powiedziałem, sprowadzało się do tego, Ŝe zapytałem, czy 

widzisz jabłko na tamtym drzewie, które nazywa my Drzewem śycia? A ty 
powiedziałeś, Ŝe tak. Ja zaś rzekłem do ciebie: “Uczyń mi przysługę i nie jedz tego 
jabłka, dobrze?” A ty na to: “Pewnie, BoŜe, nie ma sprawy”. Ale wczoraj, razem z 
Ewą, zjedliście zakazany owoc, czy tak?

- Jabłko? - zapytał Adam zdumionym tonem.
- Wiesz doskonale, co to jest jabłko! - powiedział Stwórca. - Okrągłe, 

czerwone, słodko smakuje. Tylko Ŝe ty nie powinieneś znać jego smaku, poniewaŜ 
mówiłem ci, Ŝebyś go nie tykał!

- Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie powinniśmy go zjeść.
- To takŜe ci powiedziałem - odparł Bóg. - Pamiętałbyś, gdybyś tylko był 

łaskaw słuchać. To dałoby ci wiedzę o Dobru i Złu. Oto, dlaczego nie powinieneś był 
go zjadać.

- A co jest złego w wiedzy o Dobru i Złu? - zapytał Adam.
- Słuchaj, kaŜdy rodzaj poznania jest cudowny - rzekł NajwyŜszy.-Musisz 

background image

jednak posiąść najpierw pewną wiedzę, by móc manipulować nią. Prowadziłem ciebie 
i Ewę, miło i powoli, do punktu, w którym moglibyście zjeść z drzewa wiadomości 
bez obawy, Ŝe zwariujecie od tego lub pomyślicie, Ŝe wiecie juŜ absolutnie wszystko. 
Ale ona musiała skusić cię do zjedzenia tego jabłka, czy tak?

- To był mój własny pomysł - przyznał się Adam. - Nie potępiaj Ewy. 

Wszystko, na czym się zna, to ptaki.

- Ale poparła cię w tym? CzyŜ nie?
- MoŜe. I co z tego? Dochodziły pewne pogłoski, Ŝe nie będziesz bardzo zły, 

jeŜeli jedno z nas zje to jabłko.

- Gdzie to słyszałeś?
- Nie pamiętam - odparł Adam. - MoŜe od ptaków albo pszczół? Jednak Ewa i 

ja, wcześniej czy później, musieliśmy posmakować tego jabłka. Prawo konieczności 
dramaturgicznej mówi, Ŝe nie mogłeś po prostu zostawić naładowanego jabłka na 
obramowaniu kominka, Ŝeby potem nie wystrzelić z niego. Nie moŜemy juŜ zostać na 
zawsze w Rajskim Ogrodzie, co?

- Nie, nie moŜecie - potwierdził Bóg. - śeby wszystko było jasne, opuścicie go 

natychmiast. I nie myśl, Ŝe kiedykolwiek tu wrócisz.

I tak Bóg wygnał Adama i Ewę z Raju, wysyłając do tej roboty anioła z 

ognistym mieczem w garści. W takich to okolicznościach pierwszy męŜczyzna oraz 
pierwsza kobieta zetknęli się z urzędnikiem dokonującym eksmisji. Adam i Ewa 
obrzucili ostatnim, przeciągłym spojrzeniem miejsce, które było ich domem, po czym 
odeszli przed siebie. Od tej pory Ŝyli w wielu miejscach, ale Ŝadne nie zastąpiło ich 
pierwszego domostwa.

Zaledwie opuścili Eden, Adam zauwaŜył, Ŝe Ewa jest naga.
- O rety! - zakrzyknął, gapiąc się na Ŝonę. - Jesteś całkiem goła!
- Tak jak i ty - stwierdziła Ewa.
Wpatrywali się we wszystkie wstydliwe części drugiego. A potem wybuchnęli 

ś

miechem. Tak się narodził dowcip erotyczny.

Kiedy juŜ się naśmiali do syta ze swej intymnej anatomii, Adam powiedział:
- Myślę, Ŝe moŜe byłoby lepiej, gdybyśmy zakryli nasze oprzyrządowanie. 

Zbyt wiele nam zwisa na zewnątrz, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

- Śmieszne - rzekła Ewa - Ŝe nigdy wcześniej tego nie zauwaŜaliśmy.
- Wszystko, na co ty zwracałaś uwagę, to była ornitologia - odparł Adam.
- Nie mam pojęcia, dlaczego - przyznała Ewa.
- Co to takiego, tam, przed nami? - zapytał Adam.
- Gdybym nie wiedziała, Ŝe to nieprawdopodobne, powiedziałabym, iŜ są to 

jacyś inni ludzie - odparła Ewa wolno.

- Jak to moŜliwe? - zdziwił się Adam. - PrzecieŜ to my jesteśmy jedynymi 

ludźmi?!

- JuŜ nie - stwierdziła Ewa. - Pamiętasz, rozwaŜaliśmy kiedyś taką 

ewentualność.

- Oczywiście - potwierdził Adam. - Teraz sobie przypominam. Zgodziliśmy 

się co do tego, Ŝe istnienie innych ludzi jest warunkiem wstępnym całej sprawy.

- Powinieneś o tym pamiętać - rzekła Ewa.
- Po prostu nigdy nie wierzyłem, Ŝe On w końcu to zrobi - stwierdził Adam. - 

Zawsze myślałem, Ŝe chciał, Ŝebyśmy byli jedynymi ludźmi.

Stwórca działał szybko. Istotnie, na początku Adam i Ewa byli sami na Ziemi, 

ale zrobili coś złego. Nie słuchali jego poleceń i Bóg ukarał ich, tworząc innych ludzi. 
Trudno było pojąć, co chciał przez to osiągnąć.

Adam i Ewa szli, aŜ doszli do miasteczka, a potem do pewnego domu.
- Co to za miejscowość? - zapytał Adam pierwszą napotkaną osobę.

background image

- To miasto nazywa się Następne Po Raju - odparł zagadnięty.
- Ciekawa nazwa -- zauwaŜył Adam. - A co to znaczy?
- Tylko tyle, Ŝe Eden jest najlepszy, ale nikt nie moŜe tam wrócić; Ŝyjemy 

zatem w Następnym Po Raju.

- Skąd moŜesz znać Eden? - dopytywał się Adam. - Nigdy cię tam nie 

widziałem.

- Słuchaj, przecieŜ nie musisz gdzieś mieszkać, Ŝeby wiedzieć, Ŝe jest tam 

fajnie.

- Adam i Ewa osiedli w Następnym Po Raju. Wkrótce poznali swego 

najbliŜszego sąsiada, Gordona Lucyfera, diabła, który otworzył w miasteczku 
pierwszą kancelarię prawną.

- UwaŜamy, Ŝe jest nam potrzebny adwokat - powiedział Adam pewnego dnia 

do Lucyfera. - Naszym zdaniem, zostaliśmy bezprawnie wygnani z Raju. Po pierwsze, 
nigdy nie dostaliśmy nakazu eksmisji. Nigdy nie zostaliśmy przesłuchani przed 
właściwym kolegium orzekającym. Nie reprezentował nas prawnik.

- Trafiliście pod odpowiedni adres - stwierdził Lucyfer, prowadząc ich do 

swego biura. - Naprawić wszelkie zło, oto dewiza Sił Ciemności - firmy, dla której 
pracuję. Zrozumcie, nie twierdzę, Ŝe jest coś nie w porządku z tym Wielkim Facetem. 
Bóg przewaŜnie chce dobrze, ale w tego rodzaju sprawach ma zdecydowanie zbyt 
długie ręce. Wydaje mi się, iŜ racja jest po waszej stronie. Wniosę w tej sprawie 
skargę do Ananke, której niewidoczne wyroki rządzą nami wszystkimi.

Ananke, Ta Bez Twarzy, wysłuchała uzasadnienia Lucyfera w swej komnacie 

zbudowanej z szarych chmur, której wielkie okno, podzielone kwaterami, wychodziło 
na niezmierzony ocean czasu, a powiewy wieczności poruszały białymi firankami.

Ananke osądziła, Ŝe powód został wyeksmitowany bezprawnie i winien zostać 

przywrócony do Raju. Adam był pijany ze szczęścia, dziękował wszystkim naokoło, 
kazał Ewie czekać i poszedł, by odzyskać Eden. Szukał bezskutecznie drogi do Raju, 
ale nie widział nawet końca swego nosa, Bóg bowiem spuścił na cały obszar 
nieprzeniknioną ciemność. Wrócił więc do Gordona Lucyfera i opowiedział mu, co 
zaszło. Gordon potrząsnął głową i wezwał swego szefa.

- No cóŜ, to naprawdę nie jest w porządku - rzekł Szatan.
- Wszak uznał On twoje roszczenia za słuszne. Ale powiem ci coś. Masz tutaj 

siedem lichtarzy o magicznych właściwościach. UŜyj ich mądrze, a będziesz mógł 
oświetlić sobie drogę do Raju.

Adam wyruszył, niosąc na plecach sześć świeczników w worku z wielbłądziej 

skóry, a siódmy trzymał przed sobą. Jego nieziemskie, niebieskobiałe światło 
przenikało przez mrok z surrealistyczną precyzją. Ten blask pozwolił Adamowi 
widzieć niespotykane obrazy, dzięki czemu stał się śmiały.

Po przejściu pewnego dystansu, niosąc świecę rozpraszającą ciemność, Adam 

dotarł do porośniętego bluszczem niskiego muru w pobliŜu cichej, niezmąconej 
sadzawki. Zdawało mu się, Ŝe jest to miejsce, w którym tak wiele razy drzemał i śnił 
podczas dawnych dni w Edenie, gdy Ŝycie było takie proste. Stanął i rozejrzał się 
wokoło, a wtedy świeca wypaliła się do końca.

- Do licha! - zaklął Adam, gdyŜ nie znał mocniejszych wyraŜeń od tego, które 

powstało na wiek przed narodzinami prawdziwych inwektyw, i wyszarpnął ze swego 
plecaka drugi kandelabr.

Ś

wieca zapłonęła samorzutnie i Adam ruszył dalej. Podczas kiedy jej światło 

rozjaśniało drogę, doszedł do błyszczącej o zmierzchu plaŜy, z majaczącą w pewnej 
odległości niewielką wysepką, którą lekko owiewało ciepłe powietrze. Ponownie się 
zatrzymał, i tu takŜe zapadła ciemność, kiedy świeczka zgasła.

Zdarzyło się to potem kilkakrotnie. Boskie ciemności wprowadziły zamęt w 

background image

umyśle Adama, ukazując mu miejsca, które przez chwilę wydawały się podobne do 
jego Raju utraconego, ale gdy nastał mrok, okazywały się czymś zgoła innym. Kiedy 
wypaliła się ostatnia, Adam znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, z którego 
wyszedł, i tam - chcąc nie chcąc - został.

Po siedmiu niepowodzeniach Adama Ananke zarządziła, Ŝe się stało tak, jak 

miało być - i uniewaŜniła swój wcześniejszy wyrok. Podkreśliła, iŜ niezaleŜnie od jej 
własnego sądu, Adam nie mógłby wrócić do Raju, poniewaŜ wydalenie go oznaczało 
pierwszy obrót koła dharmy, a niepowodzenie doznane podczas próby powrotu do 
Edenu, pomimo pomocy siedmiu magicznych świeczników, objawiło pewne 
fundamentalne mechanizmy działania wszechświata. Wydaje się, wskazała Ananke, 
Ŝ

e cały świat istot myślących oparty jest na błędzie popełnionym u zarania, kiedy 

wprowadzony został kod rządzący karmiczną maszynerią. Adam zaś powinien 
uwaŜać się za pierwszą ofiarę boskiego związku przyczyny i skutku.

background image

ROZDZIAŁ 3

Aretino zakończył swoją opowieść i wraz z Azziem siedzieli dłuŜszą chwilę w 

milczeniu w ciemniejącym pokoju. Nastała noc i świece w cynowych kandelabrach 
dopalały się do ociekających woskiem pieńków. Demon poruszył się i powiedział:

- Gdzieś ty to znalazł?
Aretino wzruszył ramionami.
- Mroczna, gnostyczna bajeczka.
- Nigdy jej nie słyszałem, a demony uwaŜa się za te, które znają więcej 

teologicznych spekulacji niŜ poeci. Jesteś całkowicie pewien, Ŝe sam tego nie 
wymyśliłeś?

- Czy to jakaś róŜnica, nawet gdyby tak było? - spytał Aretino.
- Ani trochę! Skądkolwiek pochodzi ta historia, podoba mi się. Nasza sztuka 

będzie o siedmiu pielgrzymach; kaŜdemu z nich damy złoty świecznik, którego 
posiadanie spełni ich najskrytsze marzenia.

- Poczekaj no chwilę - przerwał Aretino. - Nigdy nie mówiłem, Ŝe 

występowały tam złote lichtarze. Nie dosłownie. To tylko legenda, i jeśli istnieją 
jakieś złote kandelabry, to nie wiem, czy mają jakąkolwiek moc.

- Zwykłe wykręty - stwierdził demon. - To wspaniała opowieść i musimy mieć 

złote świeczniki, by na nowo ją zinterpretować; nawet, jeśli mielibyśmy je sami 
zrobić. Ale moŜe one nadal gdzieś istnieją. JeŜeli tak, to je znajdę. Jeśli nie, wymyślę 
coś.

- A co z ludźmi, którzy mają je nieść? Którzy mają odegrać tę historię? - 

zapytał poeta.

- Sam ich wyszukam - rzekł Azzie - Wybiorę siedmiu pielgrzymów, dam 

kaŜdemu lichtarz i szansę, by dostał wszystko, czego zapragnie. To co on - lub ona - 
musi uczynić, to wziąć świecznik; reszta zostanie zrobiona za nich. Magicznie, rzecz 
prosta.

- A jakich cech będziesz wymagał od swoich bohaterów? - zainteresował się 

Aretino.

- Niczego nadzwyczajnego. Potrzebuję po prostu siedmiorga ludzi, którzy 

pragną łatwego spełnienia marzeń. Nie powinno być trudności z ich znalezieniem.

- Czy nie naleŜałoby obstawać przy tym, by ziścili swoje pragnienia dzięki 

wytrwałości i dobremu charakterowi?

- Nie. Moja sztuka udowodni przeciwny punkt widzenia. Farsa pokaŜe, iŜ 

kaŜdy człowiek moŜe aspirować do wszystkiego co najlepsze, bez potrzeby kiwnięcia 
choćby małym palcem, Ŝeby sobie w tym pomóc.

- To rzeczywiście bezprecedensowe - przyznał poeta. - Pragniesz wykazać, Ŝe 

ludzkim Ŝyciem bardziej rządzi szczęśliwy traf i przypadek niźli moralne praktyki.

- Taki mam właśnie zamiar - potwierdził Azzie. - Oto cała istota Zła: 

udowodnić, Ŝe złe postępowanie moŜe nam dać wiele dobrego. Co myślisz o tej 
moralności, Aretino?

Poeta wzruszył ramionami.
- Przypadek rządzi? Jest to rodzaj spostrzeŜenia uwielbianego przez ludzi 

słabych.

- No właśnie. To nam zjedna liczną publiczność.
- Jeśli to jest właśnie to, czego chcesz - rzekł Aretino - nie mam Ŝadnych 

obiekcji. Czy słuŜę Dobru czy Złu, wszystko to jest propagandą i rzecznictwem dla 
dobra jednej sprawy. Ty za to płacisz, a ja jestem zwykłym artystą przyjmującym 
zlecenia. JeŜeli pragniesz, by sztuka udowadniała, iŜ zielone kamienie Ŝółciowe 
sprowadzają majowe kwiatki, zapłać mi tylko, a napiszę to dla ciebie. Jedyne pytanie 

background image

brzmi, czy podoba ci się mój pomysł?

- Szalenie! - zawołał Azzie. - Musimy zabrać się do niego natychmiast.
- Powinniśmy rozwaŜyć, z jakiego teatru skorzystać. To zawsze ma znaczenie, 

jeśli chodzi o sposób, w jaki szkicuję swoje sceny. Masz na myśli jakichś konkretnych 
aktorów czy aktorki? JeŜeli nie, to jest kilkoro, których mogę ci polecić.

Azzie oparł się o krzesło i roześmiał. Płomienie tańczące w pobliskim 

kominku rzucały ostre cienie na jego wąską, lisią twarz. Zaczesał do tyłu rude włosy i 
powiedział:

- Wydaje mi się, Piętro, Ŝe niedostatecznie jasno wyłoŜyłem ci swój pomysł. 

To, co zaplanowałem, nie jest zwykłą dramą, jaką wystawia się po kruchtach 
kościelnych lub w miejscach publicznych zgromadzeń. Nie będę miał wynajętych 
aktorów, recytujących z przesadną emfazą swoje kwestie i wystawiających na 
pośmiewisko moją koncepcję. Nie! Ja naprawdę wezmę zwykłych męŜczyzn i 
kobiety; ludzi, których własne Ŝądze oraz obawy poprowadzą niezawodnie ku rolom, 
jakie grają. A zamiast wzniesionej sceny z namalowanymi dekoracjami dam im cały 
ś

wiat. Moich siedmiu pielgrzymów powinno odegrać tę historię, w której oczywiście 

będą uczestniczyć, tak jakby w niej Ŝyli. Opowieści będą ukazywać to, co przydarzyło 
się kaŜdemu pielgrzymowi po otrzymaniu lichtarza, a kaŜda historia będzie inna. 
Podobnie jak Dekameron czy Opowieści Canterbury - ale lepsze, gdyŜ będzie to 
dzieło twojego pióra, maestro.

Aretino wykonał skromny ukłon.
- Nasi aktorzy powinni zachowywać się tak, jakby znajdowali się w realnym 

ś

wiecie - kontynuował Azzie - i nie będą świadomi istnienia śledzącej ich poczynania 

widowni.

- Bądź pewny, Ŝe ja im tego nie powiem - rzekł Aretino. Poeta klasnął w 

dłonie i zjawił się zaspany słuŜący z tacą pełną nieświeŜych, mroŜonych ciasteczek. 
Azzie wziął jedno, by okazać uprzejmość wobec gospodarza, chociaŜ z rzadka jadał 
ludzkie poŜywienie. Preferował raczej tradycyjne piekielne dania, takie jak 
kandyzowane szczurze głowy, gulasz z owadzich tułowi czy udziec ludzki, uczciwie 
przyrumieniony i podany z mnóstwem skwarek. To jednak była Wenecja, a nie 
Piekło, więc wziął, co dawali.

Po przekąsce Aretino ziewnął, przeciągnął się i przeszedł do pokoju obok, by 

obmyć twarz w naczyniu z wodą. Kiedy wrócił, wyjął pół tuzina świec z kredensu i 
zapalił je wszystkie. Oczy Azziego płonęły pośród tańczących płomyków światła, a 
jego sierść zdawała się naładowana elektrycznością. Poeta usiadł ponownie 
naprzeciwko gościa, i powiedział:

- JeŜeli twoją sceną jest cały świat, to kto będzie stanowił prawdziwą 

publiczność? Gdzie ich pomieścisz na Ziemi?

- Moja sztuka zamierzona jest po wsze czasy - odparł Azzie. - NajwaŜniejsza 

publiczność nawet się jeszcze nie narodziła. Tworzę, Pietro, dla przyszłych pokoleń, 
na które oddziaływać będzie nasza farsa. To dla nich pracujemy.

Aretino starał się być praktyczny - niewielki wysiłek dla włoskiego 

dŜentelmena doby Renesansu. Ten wielki męŜczyzna o potarganej brodzie, wielkim 
nosie i Ŝywych rumieńcach pochylił się do przodu na krześle, i spytał:

- A zatem, nie mam w końcu pisać Ŝadnej dramy?
- Nie - powiedział Azzie. - Odtwórcy będą musieli wymyślić własne strofy, ty 

zaś, z ukrycia, będziesz śledził wszelkie działania oraz rozmowy, będziesz widział i 
słyszał wszystkie ich reakcje na zachodzące wydarzenia i z tego utkasz sztukę, która 
będzie odgrywana przyszłym pokoleniom. Pierwsze przedstawienie, jednakŜe, będzie 
naleŜało do świata legend, gdyŜ na tym polega tworzenie mitów.

- Wielce szlachetna koncepcja-stwierdził Aretino. - Nie sądź, proszę, Ŝe 

background image

jestem krytycznie do niej nastawiony, jeśli zwierzę ci się, Ŝe widzę jedną lub dwie 
trudności.

- Jakie?
- Przypuszczam, Ŝe nasi aktorzy, bez względu na to, gdzie zaczną, niosąc te 

swoje kandelabry, dotrą w końcu do Wenecji.

- Tak to sobie wyobraŜam - potwierdził demon. - Po pierwsze, jako podstawę 

swej opowieści chcę rozwinąć twoją historię o siedmiu świecznikach.

W tym miejscu Azzie wyjął mały, lecz cięŜki saczek i wręczył go poecie. :
- Mam nadzieję, Ŝe uznasz to za wystarczającą kwotę na pokrycie 

początkowych kosztów. Kiedy przyjdzie czas, dostaniesz więcej. Wszystko, co 
musisz zrobić, to napisać przewodnią nić historii. Nie pisz konkretnych dialogów, 
pamiętaj. Nasi aktorzy, których osobiście wybiorę, zrobią to sami. Będziesz słuchał 
ich i oglądał; staniesz się, wraz ze mną, reŜyserem i współproducentem. Później 
napiszesz na ten temat swoją własną sztukę.

- Jestem zachwycony tym pomysłem, mój panie. Ale jeśli weźmiesz 

wyobraŜenie Wenecji i przeniesiesz je gdziekolwiek bądź w czasie i przestrzeni, jak ja
się tam dostanę, by dokonać tego, co niezbędne przy wystawieniu dramatu?

- W celu doglądania naszej produkcji dam ci, dzięki czarom i talizmanom, 

moŜliwość swobodnego poruszania się - powiedział Azzie.

- A co stanie się z Wenecją, kiedy juŜ skończymy? - zapytał Aretino.
Wstawimy naszą odseparowaną Wenecję z powrotem na ścieŜkę czasu 

prawdziwego miasta kanałów, gdzie będzie pasować tak dobrze, jak cień przystaje do 
jego właściciela. Od tego momentu licząc, nasza opowieść przestanie być zwykłą, 
prywatną sprawą, a stanie się częścią uniwersalnego zbioru legend - z wszelkimi jej 
reakcjami oraz konsekwencjami zapisanymi w annałach rodzaju ludzkiego.

- Mój panie, jestem zachwycony sposobnością, która została dana mnie jako 

artyście. Nawet Dante nie otrzymał takiej moŜliwości.

- Zabierz się więc do pracy - rzekł Azzie, wstając. - Napisz mi na czysto 

legendę o złotych świecznikach. Wkrótce zobaczymy się znowu. A teraz mam jeszcze 
coś do zrobienia.

I zniknął.
Aretino mrugnął i przeciął dłońmi powietrze tam, gdzie jeszcze przed chwilą 

znajdował się demon; nie natknął się jednak na nic więcej poza pozbawionym 
wszelkiej treści powietrzem. Ale mieszek złota, którym Azzie mu zapłacił, był 
solidny i pocieszający.

background image

CZĘŚĆ CZWARTA

ROZDZIAŁ l

Opuszczając dom Aretina, Azzie był bardzo zadowolony, a wspomnienie 

opowieści o Adamie nadal dźwięczało mu w głowie. Jednak, dzięki subtelnemu 
zmysłowi, jaki posiadają demony, zaczął przeczuwać, Ŝe coś jest osobliwie nie w 
porządku. Pogoda nadal była piękna. Małe, pierzaste chmurki, podobne galeonom 
ulepionym przez dzieci ze śniegu, Ŝeglowały po niebie o kolorze najczystszego lazuru.
Dookoła niego Wenecja zajęta była oddawaniem się przyjemnościom i pracy. Barki, 
cięŜko wyładowane tkaninami i artykułami spoŜywczymi, płynęły powoli po Canale 
Grande; ich prostopadłe, wesoło wymalowane burty kreśliły wodne łuki, przecinające 
się z lekkimi falami. Przepłynęła barka pogrzebowa, cała błyszcząca czernią i 
srebrem. Werniksowana trumna przywiązana była na dziobie, a czarno ubrani 
Ŝ

ałobnicy stali w milczeniu na achterdeku. Biły kościelne dzwony. Tłumy Wenecjan 

przelewały się tam i z powrotem po promenadach, w pobliŜu przeszedł pstrokato 
odziany męŜczyzna, kołysząc się pyszałkowato i brzęcząc dzwoneczkami - bez 
wątpienia komediant związany angaŜem z jakimś teatrem. Przemknęła grupa pięciu 
zakonnic, których białe skrzydła nakryć głowy wyglądały tak, jakby były zdolne 
unieść je w powietrze. Na nabrzeŜnym pachołku, w pobliŜu rzędu przycumowanych 
gondoli, usiadł olbrzymi męŜczyzna w białym, satynowym ubraniu oraz kapeluszu o 
szerokim rondzie; wyciągnął szkicownik i kolorowe kredki, starając się nimi 
uchwycić wygląd Kanału. Azzie podszedł do niego.

- Znowu się spotykamy.
Babriel podniósł wzrok i znieruchomiał zdziwiony, a demon obszedł go 

dookoła, by podziwiać jego dzieło.

- Czy to jest ten pejzaŜ, który rysujesz? - zapytał.
- Tak. A co, niepodobny?
- Trochę się róŜni - przyznał Azzie. - Te linie tutaj... Babriel skinął głową.
- Wiem, źle je uchwyciłem. Właściwa perspektywa to trudna sprawa, ale 

pomyślałem, Ŝe spróbuję.

Azzie zerknął ponownie.
- To naprawdę jest całkiem dobre, jak na amatora. Zdziwiłem się, widząc cię 

tutaj. Zdawało mi się, Ŝe miałeś wrócić do Nieba?

- Tak teŜ zrobiłem, ale Michał odesłał mnie ponownie na Ziemię, bym 

wykonał kilka szkiców i w ten sposób udoskonalił swoje pojecie o sztuce 
europejskiej. Przy okazji, przesyła ci pozdrowienia oraz dopytuje się o zdrowie 
twojego przyjaciela, Aretina.

- Skąd wiesz o Aretinie?
- Widziałem, jak wychodziłeś od niego. Jest przecieŜ całkiem sławny, chociaŜ 

większość jego strof z trudnością zaledwie moŜe być zaakceptowana przez Niebo. 
Jest takŜe niepoprawny, znajdując się na liście dziesięciu największych grzeszników 
Anno Domini 1523.

- Phi! - prychnął Azzie. - Moraliści zawsze są uprzedzeni do pisarzy, którzy 

przedstawiają Ŝycie takie, jakie ono jest, za miast takie, jakie powinno być. Tak się 
składa, Ŝe jestem wielbicielem Aretina i poszedłem do niego, by mu po prostu 
wyrazić swe uznanie; nic więcej.

Babriel zagapił się na niego. Nigdy nie przyszłoby mu na myśl wypytywać 

Azziego, co robił w domu poety, ale teraz, kiedy demon sam zwrócił na to jego 
uwagę, anioł zaczął się dziwić. ChociaŜ Michał napomykał, Ŝe moŜe się knuć coś 
przewrotnego, w istocie Babriel nie poświęcił temu zagadnieniu zbyt wiele uwagi. 
Azzie był jego przyjacielem i chociaŜ słuŜył Złu, anioł nie uwaŜał go za tak naprawdę 

background image

złego.

Od pierwszej chwili stało się dla niego jasne, Ŝe ów przyjaciel coś tutaj 

kombinuje, a on, Babriel, powinien to odkryć.

Rozstali się pośród zapewnień o wzajemnym szacunku i obietnic, Ŝe wkrótce 

zjedzą razem lunch. Potem Azzie odszedł ulicą w swoją stronę, a zamyślony Babriel 
odprowadzał go wzrokiem, by po chwili ponownie zająć się rysunkiem.

Wczesnym popołudniem Babriel wrócił do hotelu. Trzypiętrowy budynek 

zapadał się i zdawał się ściśnięty przez większe posesje, stojące z obu jego stron. 
Przebywało tutaj z pół tuzina aniołów, gdyŜ signor Amazzi, groźny i pełen 
uszanowania właściciel, stosował specjalnie przystępne ceny dla tych, którzy mieli 
coś wspólnego z religią. Niektórzy twierdzili, Ŝe signor zdaje sobie sprawę z tego, iŜ 
owi cisi, dobrze ułoŜeni młodzi ludzie o regularnych rysach twarzy, którzy 
przybywają okresowo z bliŜej nie określonej północnej krainy, by pozostać pod jego 
dachem czas jakiś, są aniołami. Kiedy Babriel wszedł, Amazzi siedział przy swoim 
małym biurku.

- Ktoś czeka na ciebie w świetlicy - powiedział.
- Mam gościa! Jak to miło! - odparł Babriel i pognał, by zobaczyć, kto to taki.
Ś

wietlica była przytulna i mała, a wznosząc się kilka stóp nad powierzchnią 

ulicy, oświetlona była promieniami słonecznymi wpadającymi przez wysokie, wąskie 
okna, nadające pomieszczeniu tak miły dla istot poboŜnych kościelny charakter. 
Archanioł Michał siedział z boku na wyplatanym krześle z wysokim oparciem i 
przeglądał papirusowy folder zachwalający uroki górnego Egiptu. Zamknął 
pospiesznie broszurę, i powiedział:

- Ach, to ty, Babrielu! Wpadłem tylko zobaczyć, jak ci się wiedzie.
- Znakomicie - odparł anioł i, pokazując Michałowi swój szkicownik, 

zaznaczył: - Nadal nie wpadłem na tę sztuczkę z perspektywą, sir.

- Musisz się jeszcze trochę postarać - poradził mu Michał. - Praktyczna wiedza

o malarstwie jest pomocna w oszacowaniu wielu mistrzowskich prac, jakie Niebo 
posiada w swoich najwspanialszych kolekcjach. Czy spotkałeś moŜe ponownie swego 
przyjaciela, Azziego?

- Istotnie, sir. Właśnie przed chwilą widziałem go wychodzącego z domu 

Pietra Aretina, wielce znanego sprośnego poety i bezwstydnego autora sztuk.

- Rzeczywiście go spotkałeś? Jak sądzisz, co on tutaj robi? Czy była to tylko 

wizyta wielbiciela?

- Chciałbym w to wierzyć - rzekł Babriel. - JednakŜe pojawienie się pewnego 

niepokoju w zachowaniu mego przyjaciela, kiedy wspomniałem imię Aretina, kaŜe mi 
się zastanowić, czy nie chodzi o coś innego. Ale nie znoszę oskarŜać kogokolwiek o 
dwulicowość, sir; szczególnie zaś kogoś, kto jest moim przyjacielem, niezaleŜnie od 
tego, Ŝe i demonem.

- Twoje skrupuły przynoszą ci zaszczyt - stwierdził Mi chał. - Jakkolwiek 

niczego innego nie powinniśmy się spodziewać po tobie, całkiem juŜ opierzonym 
aniele. Ale zauwaŜ jednak -Azzie, jako sługa Ciemności, nie wykonywałby swojej 
roboty, gdyby nie przedsięwziął jakichś podstępów wiodących ku panowaniu Zła nad 
ś

wiatem. A zatem podejrzewanie go o skryte złoczynienie jest zapewne słuszne. 

Oczywiście, to nic dobrego. Pytanie brzmi: co on tutaj robi?

- Jeśli o to chodzi, nie mam bladego pojęcia.
- UwaŜam, Ŝe powinniśmy to odkryć. Od tej pory Azzie nie jest juŜ prywatną 

osobą. Dwukrotnie słuŜył Siłom Ciemności w wielkich milenijnych zapasach. 
Najpierw był to przypadek Księcia Czarusia, którym zaczął swą karierę, a potem 
sprawa Fausta, której wynik nadal pozostaje pod rozwagą Ananke. Rozumiem, Ŝe 

background image

akcje Azziego wysoko teraz stoją w radach nieprawomyślności. Wydaje się 
oczywiste, iŜ jest czołowym zawodnikiem w tych grach, które pojawiają się od czasu 
do czasu, by uwieść rodzaj ludzki i skierować jego kroki na ścieŜkę potępienia.

- Czy mój przyjaciel naprawdę jest aŜ tak waŜny? - zapytał Babriel, a oczy 

zrobiły mu się okrągłe ze zdumienia.

- Tak się okazało w tych dniach - odparł Michał. - W końcu, słuszne się zdaje 

wyśledzić, co go łączy z tym podstępnym i przemądrzałym Aretinem.

- Sądzę, Ŝe ma pan rację, sir - przytaknął Babriel.
- A ty, mój chłopcze, jesteś właściwym aniołem, by się tym zająć.
- Ja? Och, z pewnością nie! Wasze archanielstwo wie przecieŜ, jakim jestem 

niezdarą, gdy trzeba być przebiegłym. Gdybym próbował, przez obłudną rozmowę, 
wybadać jego zamiary, Azzie momentalnie przejrzałby mnie na wylot.

- Wiem o tym - przyznał Michał.-Twoja prostolinijność jest dla nas wręcz 

przysłowiowa. Ale to ci nie będzie potrzebne. Jesteś w idealnej sytuacji, by 
przeprowadzić maleńkie śledztwo, poniewaŜ znajdujesz się juŜ tu, na miejscu. Nie 
powinno stanowić dla ciebie trudności zawarcie znajomości z tym Aretinem. Idź do 
niego i podawszy się za wieloletniego admiratora jego dzieł, pomów z nim, rozejrzyj 
się po domu oraz zobacz wszystko, co jest do zobaczenia. Postaw mu nawet lunch, by 
coś więcej z niego wyciągnąć. Wliczymy to w koszty Niebiańskiej Dochodzeniówki.

- Naprawdę sądzisz, Ŝe to będzie moralne szpiegować swojego kumpla? - 

dociekał Babriel.

- Jasne, Ŝe tak - stwierdził Michał. - Czasem trzeba zdradzić nie wroga, lecz 

przyjaciela. Bez zdrady nie byłoby odkupienia.

Babriel pokiwał głową i zgodził się od razu na to, o co Michał prosił. Potem 

jednak wyraźnie dotarło do niego, iŜ nigdy jeszcze archanioł nie odpowiedział mu 
wprost. Było jednak juŜ za późno, by się tym zajmować. Oszustwo wobec przyjaciela 
mogło lub nie mogło być moralnie naganne, ale działanie na przekór poleceniom 
archanioła zdecydowanie nie było zalecane.

background image

ROZDZIAŁ 2

Następnego dnia, kiedy wybiła dwunasta w południe, Babriel zapukał do 

drzwi Aretina. Z początku nie usłyszał Ŝadnej odpowiedzi, chociaŜ z wnętrza 
dobiegały rozmaite dźwięki, które zdawały się najdziwniejszą mieszaniną 
muzycznych instrumentów oraz ludzkich głosów, zanoszących się śmiechem. Zapukał 
ponownie. Tym razem otworzył mu słuŜący, męŜczyzna słusznego wzrostu, wyjąwszy 
moŜe to, iŜ miał przekrzywioną perukę. Sprawiał wraŜenie, jakby zajmował się zbyt 
wieloma rzeczami naraz.

- Chciałbym rozmawiać z signorem Aretinem - powiedział Babriel.
- O, rany! - rzekł słuŜący. - Wszystko jest wywrócone do góry nogami. Nie 

mógłbyś, panie, przyjść innym razem?

- Nie, muszę się z nim widzieć teraz - uparł się anioł z niezwykłą 

stanowczością, którą wzmacniała myśl, iŜ wkrótce będzie musiał zdać Michałowi 
sprawę ze swoich postępów - albo z ich braku.

SłuŜący cofnął się, wpuszczając Babriela, po czym zaprowadził go do salonu, i 

powiedział:

- Zechce pan uprzejmie poczekać. Zapytam, czy mój pan moŜe pana przyjąć.
Babriel kiwał się w przód i w tył na obcasach; sposób, jakiego nauczył się 

dawno temu, by pomóc sobie zabijać czas. Rozejrzał się po pomieszczeniu i na 
małym, przesuwanym stoliku tuŜ obok ujrzał leŜący manuskrypt. ZdąŜył zaledwie 
dojrzeć słowa “Praojciec Adam”, kiedy rozległ się hałas i do pomieszczenia weszła 
grupa ludzi. Babriel odskoczył jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku.

Przybyłymi okazali się muzycy, ale odrzucili oni swoje zewnętrzne okrycia i 

szli swobodnie w samych koszulach, grzmiąc na instrumentach. To, co z siebie 
wykrzesywali, nie stanowiło, bynajmniej, Ŝadnej kościelnej melodii, ale raczej 
muzykę taneczną. Przeszli obok Babriela, zaszczyciwszy go ledwie pobieŜnym 
spojrzeniem, zamierzając zagłębić się we wnętrzu innego pokoju, skąd dochodząca 
paplanina głosów, wysokich pisków oraz ryków ochrypłych śmiechów zdradzała fakt, 
iŜ rozkwita tam jakaś radosna zabawa. Anioł rzucił kolejne ukradkowe spojrzenie na 
rękopis i tym razem udało mu się przeczytać połowę zdania: “Praojciec Adam, krótko 
po wygnaniu z Rajskiego Ogrodu, z powodu zjedzenia owocu z drzewa 
wiadomości...” W tym momencie ponownie przerwały mu salwy dziewczęcego 
ś

miechu.

 
Podniósł wzrok w samą porę, by ujrzeć przebiegające przez salon dwie 

panienki. Były to młode piękności; jedna z ciemnymi, potarganymi włosami, a druga 
z zaplecionymi blond warkoczami. Miały na sobie przezroczyste szatki, które 
powiewały za nimi, kiedy biegły - jedna w Ŝartobliwej pogoni za drugą. Babriel 
zarumienił się, gdy dotarło do niego, Ŝe ich ubrania były wystarczająco rozwiane, by 
odsłonić karminowe koniuszki piersi i róŜowe uda. Dziewoje zatrzymały się tuŜ przed 
nim.

- Tu jesteś! Widziałeś go? - spytała blondynka z najbardziej uroczym 

francuskim akcentem.

- O kogo ci chodzi?
- O tego wstrętnego Pietro! Obiecał zatańczyć ze mną i z Fifi.
- Nie widziałem go - odparł Babriel, powstrzymując chęć przeŜegnania się, 

poniewaŜ uznał, Ŝe pannice mogłyby to wziąć za gest im niemiły.

- Musi być gdzieś tutaj - stwierdziła blondynka. - Chodź, Fifi, poszukajmy go i 

przykładnie ukarzmy.

I popatrzyła na Babriela tak szczególnym spojrzeniem, Ŝe anioła przebiegło 

background image

drŜenie od czubka głowy do najdalszych koniuszków palców nóg.

- Dlaczego i ty nie pójdziesz z nami? - spytała.
- Och, nie, nie-zaparł się Babriel. - Zamierzam zaczekać tutaj.
- Zawsze robisz to, co najpierw zaplanujesz? Jakie to nudne!
Ś

miejąc się, dziewczęta wpłynęły do następnego pokoju, potem do korytarza, 

aŜ wreszcie zniknęły z pola widzenia. Babriel zmarszczył czoło i ponownie zajrzał do 
rękopisu. Tym razem był w stanie odczytać tytuł: Legenda o siedmiu złotych 
kandelabrach.
 Nagle usłyszał dźwięk kroków i odsunął się od stolika.

Do salonu wszedł Aretino, brodę miał w nieładzie, kubrak nie zapięty, a 

spodnie wisiały mu w okolicy kolan. Jego piękna, lniana koszula była poplamiona, 
prawdopodobnie winem. Poruszał się ze zdecydowanym przechyłem na sterburtę, a 
oczy miał nabiegłe krwią i mętne - oczy człowieka, który zbyt często widywał zbyt 
wiele, ale ciągle chce widzieć więcej. Trzymając się niezbyt pewnie na nogach, niósł 
w ręku na wpół opróŜnioną butelkę wina. Podszedł do Babriela z niejaką trudnością, 
zatrzymał się przednim i natarł nań z kabotyńską godnością:

- KimŜe ty, do diabła, jesteś?
- Studentem - odparł Babriel. - Biednym studentem z Niemiec. Przybyłem do 

Wenecji, by wygrzewać się w jaskrawym słońcu twego geniuszu, drogi mistrzu, oraz 
by ci postawić lunch, jeśli nie będzie to zbytnim zuchwalstwem z mojej strony. 
Jestem twoim największym wielbicielem na północ od Aachen.

- Doprawdy? - zapytał Aretino. - Podobały ci się moje sztuki?
- “Podobały się” jest zbyt marnym określeniem, drogi mistrzu, by wyrazić to, 

co czuję w stosunku do twojej twórczości. Ludzie nazywają cię Boskim Aretinem, ale 
i to jest diablo słabą pochwałą dla twego geniuszu.

Babriel nie był z natury pochlebcą, ale wystarczająco długo obracał się w 

róŜnych kręgach, by umieć posługiwać się wazeliną. Miał tylko nadzieję, Ŝe jego 
kłamstwa nie są szyte aŜ tak grubymi nićmi, by nie moŜna było dać im wiary. 
JednakŜe Aretino, zwłaszcza w swoim obecnym stanie, nie uznałby za przesadne 
Ŝ

adnego określenia swego talentu.

- Dobrze mówisz, mój chłopcze. Powiem ci coś - przerwał, Ŝeby stłumić 

czkawkę. - Bardzo chciałbym zjeść z tobą lunch, ale musi się on odbyć w jakimś 
innym czasie. Właśnie trwa przyjęcie, wydane przeze mnie dla uczczenia nowego 
zlecenia, jakie otrzymałem. Gdzie, do diabła, podziali się moi goście? Gwarantuję, Ŝe 
są juŜ na górze w sypialniach. Ale ja nie mam jeszcze dosyć!

Co mówiąc, zatoczył się w stronę drzwi.
- Mogę spytać, drogi mistrzu, o temat twego kolejnego zamówienia? Twoi 

sympatycy w całej Europie byliby radzi to usłyszeć.

Aretino zatrzymał się, pomyślał chwilę, a potem wrócił do pokoju i podniósł 

rękopis ze stolika. Wkładając go pod pachę, powiedział:

- Nie, nie. Przysiągłem dochować w tej kwestii tajemnicy.
- Ale i ty, i reszta świata będziecie zdumieni, obiecuję. JuŜ sama skala 

przedsięwzięcia... No, ale ani słowa więcej.

Mówiąc to, wyszedł z pokoju. Poruszał się całkiem sprawnie - wyjąwszy jeden 

przechył czy dwa.

background image

ROZDZIAŁ 3

Ś

piesząc z powrotem do Nieba, Babriel skierował się prosto na przedmieścia, 

gdzie Michał miał dom - byłe gospodarstwo o róŜnopoziomowych podłogach. Wdarł 
się do archanioła, który siedział właśnie w swym gabinecie i ze szkłem 
powiększającym oraz pincetką pochylał się pod lampą od Tiffany’ego nad rozłoŜoną 
na stole z róŜanego drewna kolekcją znaczków pocztowych. Nagłe wtargnięcie 
jasnowłosego anioła wywołało gwałtowny podmuch wiatru i znaczki zatańczyły 
wesoło w powietrzu. Babriel ocalił przed wywianiem przez okno trójkątny Capetown 
i połoŜył na nim przycisk do papierów, by go zabezpieczyć na dobre.

- Bardzo przepraszam - wymruczał.
- Postaraj się po prostu być nieco mniej niecierpliwy - poradził Michał. - Nie 

masz pojęcia jak trudno, nie naraŜając się przy tym na niezręczne pytania, przenieść 
tutaj z Ziemi te rzadkie okazy. Rozumiem jednak, Ŝe odniosłeś jakiś sukces w swoim 
dochodzeniu?

Babriel wypaplał wszystko o rękopisie Aretina, jego tytule oraz pierwszym 

zdaniu, wraz z informacją, Ŝe poeta świętował właśnie otrzymanie nowego zlecenia; a 
sądząc z wystawności tegoŜ, dosyć popłatnego.

- Siedem złotych świeczników - zadumał się Michał. - Coś mi to przypomina, 

ale chodźmy się skonsultować z komputerem, jaki zainstalowano niedawno w 
Niebieskim Departamencie Atrakcyjnych Herezji.

I poprowadził Babriela wzdłuŜ korytarza do swej pracowni, gdzie obok 

gotyckiego sekretarzyka oraz romańskiego biurka znajdował się terminal 
komputerowy wykonany w kubistycznej manierze, zwanej nowoczesną. Archanioł 
zasiadł przy konsoli, nasadził okulary na czubek nosa, wystukał kod identyfikacyjny i 
wkrótce z góry na dół ekranu popłynęły pośpiesznym strumieniem dane - zielone na 
czarnym tle. Babriel zamrugał, ale jak dla niego, wszystko to działo się zbyt szybko. 
Michał natomiast zdawał się nie mieć Ŝadnych trudności z odczytywaniem informacji; 
wkrótce pokiwał głową i podniósł wzrok.

Sprzeciwy wobec obecności komputerów w Niebie ciągle rosły. Główny 

argument, przemawiający na ich korzyść wskazywał, Ŝe są zwykłym rozwinięciem 
kamiennej tabliczki oraz gęsiego pióra, które to narzędzia w duchowych miejscach są 
powszechnie uŜywane, słuŜą opisywaniu rzeczywistości w celach informacyjnych. W 
swoich pierwotnych funkcjach komputer nie róŜni się od wcześniejszych technik 
zapisywania, a ma tę zaletę, Ŝe moŜe zmagazynować olbrzymią ilość informacji w 
niewielkiej przestrzeni - w przeciwieństwie do kamiennych tabliczek, które stały się 
nieporęczne, a przenosząca je obsługa wołała o wzmocnienie stropów w miejscach, 
gdzie je składowano. Nawet pergaminy, chociaŜ tak lekkie w porównaniu z 
kamiennymi tablicami, miały swoje niedogodności, spośród których wcale nie 
najmniejszą było ich samorzutne niszczenie.

- I cóŜ ci powiedział komputer? - zapytał Babriel.
- Wygląda na to, Ŝe istnieje stara, gnostyczna legenda o Szatanie dającym 

Adamowi siedem złotych, magicznych świeczników, za pomocą których wygnaniec 
miał odnaleźć powrotną drogę do Raju.

- I co? Udało mu się? - spytał zaciekawiony anioł.
- Oczywiście, Ŝe nie! - powiedział sucho Michał. - Nie sądzisz, Ŝe 

słyszelibyśmy coś o tym, gdyby tak się stało? Nie zauwaŜyłeś, Ŝe cała historia 
ludzkości bazuje na fakcie, Ŝe Adam nie wrócił do Raju, i Ŝe od tej pory on i wszyscy 
pozostali ludzie bez przerwy usiłują tego dokonać?

- Oczywiście, sir. Wcale tak nie uwaŜam.
- JeŜeli wróg majstruje coś wokół historii o początkach stworzenia, kiedy 

background image

ustalane były podstawowe zasady wzajemnych relacji pomiędzy ludźmi a duchami, 
musi się to stać przedmiotem naszego zainteresowania. Siedem złotych świeczników! 
No, no!

- Czy one w ogóle istniały? - chciał wiedzieć Babriel.
- Prawdopodobnie nie.
- Zatem nie istnieją takŜe i dzisiaj, a wiec nie powinna nas o nie boleć głowa.
- Nie śpiesz się z pochopnym wyciąganiem wniosków - rzekł Michał. - Mity to 

najbardziej złośliwe bestie. Gdyby te lichtarze istniały, to jeśli wpadną teraz w 
niepowołane ręce, mogą stać się przyczyną mnóstwa kłopotów. Ryzyko jest tak duŜe, 
iŜ na wszelki wypadek musimy załoŜyć, Ŝe one istnieją, zanim nie udowodnimy, Ŝe 
tak nie jest; a nawet wówczas musimy zachować czujność!

- Tak jest! Gdyby jednak Azzie miał te świeczniki, to co mógłby z nimi 

uczynić?

Michał potrząsnął głową.
- To nadal pozostaje dla mnie tajemnicą. Ale nie na długo. Zamierzam 

osobiście zająć się tą sprawą.

- A co ze mną, sir? - zapytał Babriel. - Mam wrócić do szpiegowania Azziego?
Archanioł potaknął skinieniem głowy.
- Zaczynasz chwytać - pochwalił go.
Babriel pośpieszył zatem do Wenecji, ale najpierw pobieŜne, a potem bardziej 

dokładne poszukiwania przekonały go, Ŝe Azziego nie ma juŜ w mieście.

background image

ROZDZIAŁ 4

W trybie natychmiastowym Azzie wezwany został do Piekła. Gdy stanął w 

bawialni Szatana, w domu o białych ścianach, gdzie Naczelnik załatwiał wiele swoich 
spraw, nadal kręciło mu się w głowie.

Pojawił się demon w niebieskim garniturze oraz rypsowym krawacie i 

oznajmił:

- Jego Ekscelencja przyjmie cię teraz.
W ten sposób Azzie znalazł się w prywatnym pokoju Szatana. Pomieszczenie 

wyglądało jak gabinet w jednym z tych ekstrawaganckich domów z najlepszych 
dzielnic podmiejskich na Long Island. Nie było w nim nic szczególnie satanicznego - 
znajdowały się tu tylko trofea golfowe, myśliwskie sztychy oraz unosił się zapach 
starej, dobrej skóry.

Szatan miał, oczywiście, wszystkie te skomplikowane diabelskie rekwizyty - 

narzędzia tortur czy archiwa Czarnych Mszy - ale znajdowały się one w innej części 
domostwa, przeznaczonej do oficjalnej działalności.

Diabeł był maławy, o przyjemnych, lecz nadmiernie poprawnych rysach, 

łysiejący i w okularach. Mógł przybrać dowolny wygląd, jakiego by sobie zaŜyczył, 
preferował jednak skromną powierzchowność. W tej chwili ubrany był w Ŝółtą togę i 
wzorzysty, fularowy krawat zawiązany dookoła szyi.

- Ach, Azzie! Kopa lat! Nie widziałem cię od tamtych dni, kiedy chodziłeś na 

moje zajęcia z etyki Zła, w dawnych, dobrych, uniwersyteckich czasach.

- To był naprawdę złoty okres - przyznał Azzie. Przebywając w towarzystwie 

Szatana, znajdował się zawsze pod jego urokiem, gdyŜ był on głównym architektem 
oraz teoretykiem Zła i przez wiele lat stanowił wzór postaci demona.

- A zatem - ciągnął Szatan - cóŜ ja takiego słyszę o wystawianiu jakiejś 

sztuki?

- Och, tak - przyznał Azzie. - To prawda.
Sądził, Ŝe Szatan powinien być zadowolony z podjętej przez niego inicjatywy; 

zawsze wszak napominał młode demony, by wychodziły na zewnątrz i robiły coś 
złego.

- Podczas oglądania innego, zupełnie odmiennego autoramentu przedstawienia 

- powiedział Azzie - wpadłem na pomysł wystawienia niemoralnej farsy. Widzi pan, 
sir, nasi oponenci na kaŜdym kroku starają się udowodnić, Ŝe jedynie dobre postępki 
stanowią drogę do osiągnięcia pozytywnych rezultatów. To czysta propaganda i 
zupełna nieprawda. Moja sztuka zmierza do tego by wykazać, jak absurdalny jest to 
pogląd.

Szatan roześmiał się, ale było coś boleściwego w wyrazie jego twarzy, kiedy 

powiedział:

- No, cóŜ. Nie powinienem tego mówić, ale Zło nie jest tak dokładnie 

przeciwieństwem Dobra. Pamiętaj, Ŝe podkreślałem to podczas moich zajęć z podstaw
logiki piekielnej.

- Tak, sir. Nie zamierzam stawiać Zła w takiej pozycji, byś zrozumiał, Ŝe 

wystarczy nic nie robić, aby być za to nagrodzonym.

- Mam nadzieję! - rzekł Szatan. - Nie jest to takŜe twierdzenie, które 

stosowałoby się do Dobra. To nieprzyjemna prawda - bez względu na to, czy jesteś 
dobry czy zły.

- Tak, sir - zgodził się Azzie. - Sądzę, Ŝe nigdy w pełni nie patrzyłem na to w 

ten sposób. Mam przez to rozumieć, Ŝe nie mogę wystawić sztuki, która podnosiłaby 
pewne pozytywne cechy Zła?

- Oczywiście, Ŝe moŜesz! Ale dlaczego uŜyłeś w tym celu tego raczej nudnego 

background image

przykładu? Dlaczego nie ukaŜesz, Ŝe Zło jest mądre i bardzo szykowne?

- A jest? No tak, oczywiście, Ŝe jest. Nie wiem, sir, po prostu pomyślałem 

sobie, Ŝe byłaby to poŜyteczna rzecz do zrobienia. To zabawne, a nasi oponenci mają 
do wszystkiego tak powaŜne nastawienie!

- Chcesz przez to dać do zrozumienia, Ŝe my tutaj, w Piekle, nie jesteśmy 

powaŜni?

- W Ŝadnym wypadku nie miałem tego na myśli, sir!
- Byłbym raczej ostroŜny wobec tego projektu - ciągnął Szatan.-Nie chcę ci 

bezpośrednio rozkazywać, Ŝebyś to porzucił, ale dlaczego nie miałbyś tego odłoŜyć na 
jakiś czas? A ja znajdę ci jakieś inne zlecenie.

- OdłoŜyć? Nie mógłbym. Mam juŜ ludzi, którzy nad tym pracują - powiedział 

Azzie. - ZłoŜyłem obietnice. Nie chciał bym powstrzymywać działań swoich aktorów 
i wracać do mojego świata. JeŜeli, oczywiście, nie zostanie mi to polecone.

- Och, nie, nie - pośpieszył z zapewnieniem Szatan. - Nie mówię ci, byś z tego 

rezygnował. CzyŜ nie wystawiłoby mnie to na pośmiewisko, gdybym polecił jednemu 
z moich demonów przerwać prace nad sztuką wychwalającą piekielną aktywność? 
Nie, mój drogi, jest to całkowicie twój własny wybór. Pamiętaj tylko -jeśli to nie 
zagra tak, jak ty sobie, raczej głupio i zarozumiale, wyobraŜasz, to, no cóŜ - zostałeś 
ostrzeŜony. Pytaliśmy, czy nie chciałbyś swojego projektu odłoŜyć do czasu, zanim 
byś go sobie dobrze nie przemyślał.

Azzie tak był wstrząśnięty tym, co usłyszał, Ŝe wyszedł, nie pytając nawet o 

jedną ze swoich głównych trosk: czy opowieść o lichtarzach była w ogóle prawdziwa? 
Oddalił się jednak zdecydowany kontynuować swoje działania, a takŜe odwiedzić 
jedną z istot, o której sądził, Ŝe mogłaby mu pomóc w tej materii rozstrzygnąć sprawę 
- na tak lub na nie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Azzie zdecydował się wyjaśnić kwestię istnienia magicznych kandelabrów. 

Miał plan na kaŜdą okoliczność: jeŜeli świeczniki istnieją, uŜyje ich w swojej sztuce, 
by pokierować losami ludzi i duchów; a jeśli nie, znajdzie jakiegoś rzemieślnika, 
który zrobi ich kopie.

Miał jednak nadzieję, Ŝe lichtarze istnieją.
Wszyscy w Piekle wiedzą, Ŝe jeŜeli szybko potrzebujesz jakiejś odpowiedzi, 

idziesz prosto do Autorytetu - Korneliusza Agryppy, figury szczególnie waŜnej w 
poprzednich stuleciach i nadal kontrowersyjnej w Renesansie. Autorytet mieszkał w 
pewnej idealnej sferze, która nie była ani duchowa, ani materialna, ale miała swój 
własny, Osobliwy wystrój, dotąd nie zdefiniowany. Agryppa sam był zdumiony, kiedy 
się toto wylęgło i nie miał jeszcze czasu, by rzecz włączyć do swego systemu 
filozoficznego.

System ten zbudowany był na podstawie stwierdzenia tak banalnego, Ŝe 

zrozumiałego samo przez się, chociaŜ rodzącego zadziwiające trudności, kiedy 
próbowano je udowodnić bądź zastosować w praktyce: kosmos, wraz ze wszystkim, 
co w nim się zawiera, egzystuje jako harmonia, a wszystkie jego elementy są 
wzajemnie od siebie zaleŜne. Z tego Agryppa wywodził, iŜ kaŜda część wszechświata 
oddziałuje na inną; oraz Ŝe znak lub symbol czegoś moŜe wpłynąć na jego desygnat 
materialny - gdyŜ w jedności, która łączy wszystko, są one równowaŜne. Jak dotąd, 
wszystko było w porządku. Kłopoty zaczynały się przy próbie udowodnienia 
powyŜszego. Jakkolwiek Agryppa potrafił wpłynąć na wiele rzeczy poprzez inne, 
nadal nie odniósł sukcesu w oddziaływaniu na wszystko, o czym by sobie zamarzył. 
Ponadto, nie oszacował takŜe prawdopodobieństwa, z jakim w jego obliczeniach 
pojawiały się czasami błędy w sposób, który zdawał się przypadkowy - a zatem 
zabroniony w planie budowy wszechświata. Tym właśnie, oraz podobnymi 
problemami, Agryppa trudził się w swoim starym domu nakrytym stromym dachem i 
stojącym w tym punkcie przestrzeni, który nie istniał ani w sferze materialnej, ani 
duchowej.

- Azzie! Jak miło cię znowu widzieć! - zakrzyknął arcymag. - Masz, potrzymaj 

to. MoŜesz? Właśnie zamieniam złoto w ciemny opar.

- Czy to doprawdy konieczne? - zainteresował się demon, biorąc wręczoną mu 

przez Agryppę retortę.

- Tak, jeśli chcesz potem odwrócić ten proces.
- A nie mógłbyś zacząć właśnie od tego, skoro o to ci chodzi? - zapytał Azzie. 

Retorta w jego rękach zaczęła bulgotać, a znajdujący się wewnątrz płyn z 
przezroczystego stał się brunatnoŜółty, mieniąc się zielenią. - Co to takiego?

- Niezastąpiony lek na gardło - wyjaśnił Agryppa. Mag był niski, za to 

obdarzony atrybutami filozofa, jakie stanowią broda oraz wąsy, a nawet miał pejsy 
niczym chasydzki rabin, z którym od czasu do czasu rozmawiał w gospodzie w 
Limbo, gdzie spotykali się, Ŝeby coś przekąsić i prowadzić uczone dysputy. Miał na 
sobie długi płaszcz oraz wysoką, szpiczastą czapkę z cynową sprzączką dla ozdoby.

- Dlaczego taki intelekt jak twój trudzi się, by sporządzić lek na gardło? - 

zainteresował się Azzie.

- Staram się być uŜyteczny - odparł Agryppa. - Podobnie jak w operacji ze 

złotem, gdy szukam procesu odwrotnego do stopienia go w czarną maź, by móc 
potem przeistoczyć dowolny szlam w szlachetny kruszec.

- Dałoby to mnóstwo złota - powiedział Azzie, myśląc o całym ogromie 

paskudztwa, jakie widział w swoim Ŝyciu.

- Tak by było. Ale mnóstwo kruszcu to jest to, czego chcą ludzie, zaś nauki 

background image

hermetyczne stoją ponad całą humanistyczną filozofią. A teraz, co mogę dla ciebie 
zrobić?

- Czy słyszałeś kiedykolwiek - zapytał go Azzie - o siedmiu złotych 

lichtarzach, które Szatan dał Adamowi, by ten mógł znaleźć powrotną drogę do Raju?

- Brzmi to znajomo. Gdzie moja sowa?
Słysząc to wezwanie, olbrzymi śnieŜnobiały ptak z cętkowanymi skrzydłami 

sfrunął cicho ze swojej Ŝerdzi pod sufitem, gdzie ściany schodziły się pod ostrym 
kątem.

- Przynieś mój rulon - polecił uczony i sowa, zatoczywszy w pokoju krąg, 

wyleciała przez okno.

Agryppa rozejrzał się wokoło zakłopotany, a potem jego wzrok padł na 

trzymaną przez Azziego retortę.

- Ach, tutaj jest.
Schylił się nad naczyniem i powąchał zawartość.
- Tak, o to właśnie chodziło. Jeśli to nie jest lekarstwo na kaszel, niech mnie 

ś

wierzb oblezie. Jestem bardzo bliski wynalezienia uniwersalnego panaceum na 

wszelkie choroby. A teraz obejrzyjmy nasz szlam.

Agryppa zajrzał do małego piecyka hutniczego, gdzie kipiało złoto, i zrobił 

niezadowoloną minę.

- Nawet szlam całkiem się spalił. Mógłbym spróbować odzyskać złoto 

wyłącznie dzięki pamięci o nim, poniewaŜ doktryna uniwersalnej zgodności zakłada 
brak niemoŜliwych warunków, i co język potrafi wypowiedzieć, to umysł moŜe sobie 
wyobrazić, a ręce ująć, ale łatwiej będzie zacząć od nowa z kolejnym kawałkiem 
złota. Oho, otóŜ i moja sowa jest z powrotem.

Trzymając w dziobie wielki zwój pergaminu, ptaszysko sfrunęło mu na ramię. 

Agryppa wziął rulon, a sowa wróciła na grzędę ponad jego głową. Arcymag rozwinął 
pergamin i szybko przebiegał po nim wzrokiem.

- Aha! - wykrzyknął. - Tutaj jest! Siedem złotych świeczników istnieje 

naprawdę. Wraz z pozostałymi zapomnianymi mitami, znanymi temu światu, 
zmagazynowane są w zamku katarów w Krak Herrenium.

- Gdzie to jest? - zapytał Azzie.
- W Limbo, na południe wzdłuŜ zerowego południka Czyśćca. Wiesz, jak się 

tam dostać?

- Nie ma sprawy - rzekł Azzie. - Serdeczne dzięki. I wyszedł.

background image

ROZDZIAŁ 6

Babriel uwaŜnie śledził powrót Azziego. Anioł znalazł sobie kwaterę w 

pobliŜu domu Aretina - niewielkie mieszkanko, gdyŜ nie potrzebował niczego 
większego. Przyjął takŜe słuŜącą, starą kobietę o zapadniętych ustach i czarnych, 
błyszczących, okrągłych jak guziki oczach. Gotowała dla niego wspaniały kleik 
owsiany, który Babriel przedkładał ponad inne smakołyki. Płukała takŜe jego pędzle, 
kiedy wracał po swoich malarskich studiach nad perspektywą, i ciągle się o niego 
troszczyła.

Sam Babriel mógł przeoczyć powrót Azziego do Wenecji, demon bowiem, 

niczym piorun, przemknął ognistym śladem prosto do domu Aretina, ale Agata, jak 
zwała się ta stara baba, trzymała straŜ wraz z całą swoją rodziną, zatrudnioną do tego 
zadania. Jej ojciec, Menelaus, jako pierwszy zauwaŜył poruszający się na zachodnim 
niebie ognik i poszedł ją o tym powiadomić. Zapaliwszy świecę, kobieta powędrowała
przez ciemne korytarze do pokoju Babriela, zapukała do drzwi i weszła do środka.

- Ten, którego szukasz - powiedziała - jest juŜ w Wenecji.
- Nareszcie! - ucieszył się Babriel i owinąwszy się pierwszym lepszym 

płaszczem, jaki udało mu się znaleźć w ciemności, ruszył przed siebie.

Decydując się na skorzystanie z podstępów, o jakich wiele dane mu było 

słyszeć, Babriel wspiął się na altanę Aretina i przycupnął na małym balkonie pod 
oknem pierwszego piętra. Wewnątrz widział Azziego oraz poetę, ale nie słyszał ich 
głosów. Zirytowany powiedział:

- Nadszedł czas na skromny cud.
Na te słowa mały robaczek świętojański oderwał się od grupy swych, 

grających w berka, pobratymców i przyleciał do niego.

- Witam, mój panie. Co mogę dla ciebie zrobić?
- Chcę wiedzieć, co się mówi tam wewnątrz.
- Nie ma sprawy. Jestem tym chłopakiem, o którego ci chodziło.
Ś

wietlik odleciał, a po chwili znalazł w okiennej ramie szczelinę. Przecisnął 

się przez nią akurat na czas, by usłyszeć, jak Azzie mówi:

- Nie wiem, co masz na myśli, Aretino, ale spróbujemy to zrobić. I zrobimy to 

teraz!

Po czym nastąpił rozbłysk światła, w którym obaj zniknęli; zaś świetlik wrócił 

i opowiedział wszystko Babrielowi, który stwierdził, Ŝe stopień komplikacji spraw 
przerasta go, gdyŜ w ogóle nie zrozumiał, co się stało.

A wewnątrz domu, tuŜ przed włamaniem się do środka robaczka 

ś

więtojańskiego, Azzie mówił:

- Wpadłem tylko, by ci powiedzieć, Ŝe znalazłem nasze świeczniki.
- Naprawdę? Gdzie one są?
- Zgodnie z tym, co mówił Korneliusz Agryppa, znajdują się w pewnym 

zamku w Limbo. Skoczę tam, by się przekonać, czy nadal są osiągalne, a potem 
ustanowię z nich nagrody.

- Nagrody?
- Doprawdy, Pietro, przypomnij sobie. Wymyśliłeś siedem lichtarzy. Albo 

wyczytałeś gdzieś tę historię, obojętne. Jest siedem kandelabrów, więc będziemy mieć 
siedmiu pielgrzymów. Wszystko, co mają oni zrobić, sprowadza się do zdobycia 
ś

wieczników, dzięki czemu ziszczą się ich najgorętsze pragnienia. Jak ci się to 

podoba?

- Bardzo - przyznał Aretino. - To jest to, czego zawsze chciałem - móc wziąć 

coś do ręki, wypowiedzieć Ŝyczenie, a ono stałoby się rzeczywistością.

background image

- I nie dlatego, Ŝe zrobiłeś cokolwiek, by sobie na to zasłuŜyć - uściślił Azzie - 

a tylko z tego powodu, Ŝe posiadasz magiczny przedmiot. Oto, jak sprawy powinny 
się toczyć. Czasami tak właśnie się to odbywa, a przynajmniej ma to wykazać nasza 
sztuka. Zamierzam wyjaśnić moim ochotnikom, Ŝe wszystko, co muszą zrobić, to 
znaleźć kandelabry - a ich problemy skończą się. Gruntownie.

Aretino uniósł brwi, ale pokiwał potakująco głową i wymruczał:
- No tak, gruntownie. Ale jak oni zdobędą te świeczniki?
- Dam kaŜdemu z pielgrzymów zaklęcie, a ono zaprowadzi ich do lichtarzy.
- Jak dla mnie, brzmi to rozsądnie - zgodził się poeta. - A więc udajemy się do 

Limbo. Czy to daleko stąd?

- Bardzo daleko, według jakichkolwiek obiektywnych standardów - wyjaśnił 

Azzie. - Jednak uczynimy to w taki sposób, Ŝe droga zajmie niewiele czasu. Jako 
autor sztuk powinieneś, Pietro, uznać to za interesujące doświadczenie. Według mojej 
wiedzy, Ŝaden Ŝywy człowiek nie był w Limbo - poza Dantem. Jesteś pewny, Ŝe 
chcesz odbyć tę podróŜ?

- Jak niczego innego na świecie - stwierdził Aretino.
- A zatem, juŜ nas tu nie ma! - Azzie wykonał znak i obaj zniknęli.

Pierwsze wraŜenie Aretina z Limbo graniczyło z zawodem. Miejsce w całości 

utkane było z szarych cieni. Przed nimi znajdowały się prostokątne bryły, które mogły 
być belkami, na jakiej stał Azzie. Albo moŜe stali za drzewami. Trudno było w tym 
miejscu powiedzieć, co się za czym chowa.

Trójkątne kleksy za nimi, jaśniejsze w kolorze i mniejsze, przypominały góry. 

Pomiędzy drzewami a górami rozciągały się pokreskowane na krzyŜ przestrzenie, 
wyglądające na nie wiadomo co. Nie wiał najlŜejszy nawet wiatr, a odrobina wody, 
która tam występowała, gromadziła się w stojących, martwych kałuŜach.

W tej chwili wzrok Aretina przyciągnęła mała, ciemna plamka na horyzoncie. 

Ruszyli w tamtym kierunku, podczas gdy ponad nimi skrzeczały nietoperze, a dołem 
przemykały się gryzonie.

background image

ROZDZIAŁ 7

Ponad wejściem do zamku Krak Herrenium znajdował się napis głoszący: 

PORZUĆCIE FANTAZJE ROZUMU, KTÓRZY TU WSTĘPUJECIE. Z wnętrza 
budowli sączyła się delikatna muzyka. Jej melodia miała Ŝywy rytm, choć było w niej 
takŜe coś pogrzebowego. Aretino nie był tym w najmniejszym stopniu przeraŜony - 
trudno wymagać od poety, Ŝeby czuł się struchlały ze strachu, wędrując przy boku 
swego demona.

Przez niskie łukowato sklepione wejście przeszedł jakiś człowiek, schylając 

się, by się w nim zmieścić. Był to olbrzymi i wysoki męŜczyzna, ubrany w fałdzistą 
pelerynę na pendencie i kurtce oraz w szpiczaste buty z wysokimi cholewami. Miał 
ś

miałą, gładko ogoloną twarz o duŜych, wyrazistych oczach i znamionach wielkiej 

przebiegłości.

MęŜczyzna postąpił naprzód i skłonił się nisko.
- Nazywam się Fatus. A kim wy jesteście?
- A więc to jest zamek Fatusa! - zdumiał się Aretino. - Fascynujące!
- Sądząc z twojej, dobrze znanej, reputacji osoby ciekawej nowinek - 

powiedział Azzie - wiedziałem, Ŝe ci się spodoba.

- Mój głód nowości bardziej dotyczy ludzi niŜ rzeczy - odparł poeta.
- Dzień dobry, demonie - odezwał się Fatus, mrugając oczami. - Jak widzę, 

przyprowadziłeś ze sobą przyjaciela.

- To jest Pietro Aretino - przedstawił towarzysza Azzie. - I jest człowiekiem.
- Wspaniale.
- Przybyliśmy tutaj w sprawie, w której mógłbyś nam pomóc, jak sądzę.
Fatus uśmiechnął się i uczynił znak; znikąd pojawiły się trzy krzesła oraz 

stolik, na którym stało wino i misa ze słodyczami.

- MoŜe mielibyście ochotę na przekąskę, podczas gdy będziemy o tym mówić 

- zaproponował gospodarz.

Azzie skinął głową i usiadł. Jedli i rozmawiali, a po chwili Fatus wykonał gest 

przywołujący coś ku rozrywce. Na ten sygnał z tylnego pokoju weszła trupa kuglarzy. 
Ludzie ci pochodzili z klanu, zwanego Ŝonglerami jurysdycznymi, wyrzucili w powie 
trze wstęgę szkód prawniczych oraz represaliów, po czym przerzucali je sobie z ręki 
do ręki, w górę i w dół, przed i za siebie - a Azzie wielce się zdumiewał ich 
zręcznością. Po pewnym czasie Fatus uśmiechnął się i powiedział:

- Wystarczy juŜ tych iluzji. Czym mogę wam słuŜyć?
- Słyszałem - zaczął demon - Ŝe przechowujesz w swoim zamku wiele 

zabytkowych i ciekawych rzeczy.

- Istotnie - potwierdził Fatus. - Wszystkie one trafiają i w końcu do mnie, 

cokolwiek by to było, a ja znajduję dla nich miejsce. PrzewaŜnie są to zwykłe śmieci, 
ale czasem zdarza się realny przedmiot. Niekiedy owe skarby są prawdziwie prorocze, 
a czasami nie mają w sobie nawet cienia prawdy. Nie dbam o to, nie czynię róŜnicy 
pomiędzy realnym a nierealnym, urzeczywistnionym a nieurzeczywistnionym, 
istniejącym i wirtualnym. JakiegoŜ to skarbu poszukujecie?

- Siedmiu złotych kandelabrów - odparł Azzie - ofiarowanych praojcu 

Adamowi przez Szatana.

- Wiem, o czym mówisz. Mam kilka ich obrazów, które mógłbyś obejrzeć.
- Potrzebne mi są wyłącznie materialne przedmioty - rzekł Azzie.
- A co zamierzasz z nimi uczynić, kiedy juŜ je dostaniesz?
- Mój drogi Fatusie, zaczynam wielkie przedsięwzięcie a te lichtarze są jego 

częścią. Być moŜe jednak potrzebujesz ich dla jakiegoś własnego celu?

- Wcale nie - stwierdził Fatus. - Będę zachwycony, mogąc ci je wypoŜyczyć.

background image

- To, co mam na myśli - wyjaśnił demon - to oddanie ich ludziom, którzy za 

ich pomocą będą mogli zaspokoić swoje najskrytsze pragnienia.

- Idea godna pochwały - wyraził swoje uznanie Fatus. - Doprawdy, coś takiego 

powinno częściej występować na świecie. A jak zamierzasz je stąd zabrać?

- Dzięki zaklęciom - odparł Azzie.
- Czary! Wspaniały pomysł - zachwycił się Fatus. - Zaklęcia mogą właściwie 

wykonać kaŜdą robotę.

- Tak - potwierdził demon. - To jest w nich właśnie cudowne. A teraz, jeśli 

pozwolisz, Fatusie, Aretino i ja zbierzemy po prostu te lichtarze, wrócimy na Ziemię i 
rzucimy zaklęcia.

background image

ROZDZIAŁ 8

Azzie ukrył świeczniki w jaskini w pobliŜu Renu, a potem poleciał do 

Wenecji, gdzie udał się na spoczynek do domu Aretina. Następna część jego intrygi, 
wspomagana przez zaklęcia, mogła się doskonale obejść bez czyjejkolwiek pomocy.

Nie zwlekając, Azzie odleciał natychmiast, korzystając ze swojej okresowej 

przepustki po tajemnych drogach Piekła, dającej mu bezpośrednie połączenie przez 
firmament ze Styksem. Tajemna trasa wyrzuciła go w wielkiej hali Dworca 
Centralnego, gdzie wszystkie piekielne cele podróŜy wyświetlone są na szatańskiej 
tablicy informacyjnej, której płomieniste litery pokazują najbliŜsze godziny odjazdu 
pociągów. Długie składy, niektóre napędzane parą, ciągnęły się daleko, jak okiem 
sięgnąć. Na początku kaŜdego z nich stał popatrujący niecierpliwie na zegarek 
konduktor, wyjadający drugie śniadanie z brązowej, papierowej torby.

- Czym mogę słuŜyć, sir?
Do Azziego zbliŜył się profesjonalny przewodnik z rodzaju tych, którzy 

zawsze się kręcą po wielkich terminalach. Był to goblin w naciągniętej głęboko na 
czoło czapce. Schował do kieszeni podaną przez Azziego monetę i poprowadził go 
prosto do pociągu. Demon miał jeszcze tyle czasu, by znaleźć wagon restauracyjny i 
wypić espresso, zanim skład wytoczył się z Piekielnej Stacji i sapiąc, ruszył prosto 
przez jałowe Złe Kraje do rzecznej krainy, gdzie mieściło się Zaopatrzenie. Po jakiejś 
godzinie, czy coś koło tego, przybyli na miejsce.

Nie było tu wiele do oglądania. Zaopatrzenie było apatycznym i monotonnym 

miasteczkiem, z rozrzuconymi tu i ówdzie tanimi, za to głośnymi tancbudami oraz 
barami szybkiej obsługi. TuŜ za nimi leŜało właściwe Zaopatrzenie - wielki kompleks 
budynków połoŜonych na brzegach Styksu, dostarczający mieszkańcom Piekła 
wszystkiego, czego potrzebowali do prowadzenia swych łotrowskich działań.

Zaopatrzenie składało się z szeregu ogromnych magazynów, wybudowanych 

według zawsze popularnego wzoru na wpół cylindrycznych, blaszanych baraków. 
Teren, na którym stały składy, spływał bagniście w dół, w stronę niskich, błotnistych 
brzegów Styksu. Wszystkie piekielne ścieki oraz odpady zrzucano bezpośrednio do 
rzeki, bez Ŝadnej utylizacyjnej obróbki. Nie zanieczyszczało to bardziej Styksu, gdyŜ 
jego wody były skaŜone w maksymalnym stopniu juŜ w chwili ich powstania. 
Odpadki i brudy, płynące bezustannie z innych źródeł, dawały paradoksalny efekt, 
polegający na oczyszczaniu się rzeki Piekła.

Azzie znalazł odpowiedni magazyn, gdzie przechowywano zaklęcia, i zwrócił 

się bezpośrednio do urzędnika, długonosego goblina, który podniósł na niego wzrok 
sponad ksiąŜki z dowcipami.

- Co za zaklęcia? Co będziesz z nimi robił?
- Potrzebne mi są zaklęcia doprowadzające ludzi do siedmiu świeczników.
- Brzmi to wystarczająco jasno - stwierdził urzędnik. - W jaki sposób, według 

ciebie, mają one działać? Najprostsze zaklęcie wskazuje zwykle kierunek, czyli 
podaje adres. PrzewaŜ nie jest to skrawek pergaminu lub gliniana skorupa albo 
strzępek skóry, na którym znajdują się jakieś słowa; na przykład takie: “Idź prosto do 
skrzyŜowania, skręć w prawo i idź dalej, aŜ spotkasz wielką sowę”. Jest to typowa 
instrukcja z zaklęcia.

Azzie potrząsnął głową.
- Potrzebne mi są takie, które doprowadzą moich ludzi do kandelabrów 

ukrytych gdzieś w realnym świecie.

- Mam nadzieję, Ŝe chciałeś powiedzieć: w pozornie realnym świecie - 

sprostował urzędnik. - W porządku, potrzebujesz zatem czaru, który nie tylko powie 

background image

obdarowanemu, dokąd ma iść, ale da mu takŜe moc dostania się tam.

- Dokładnie tak - potwierdził Azzie.
- A w jakim stopniu twoi ludzie znają się na zaklęciach?
- Minimalnie, jak sądzę - przyznał demon.
- Tego się właśnie obawiałem. Czy oczekujesz od czaru, Ŝe będzie takŜe 

ochraniał jego właściciela podczas drogi ku lichtarzom?

- To by więcej kosztowało, co?
- Oczywiście.
- No to nie, bez ochrony. Muszą podjąć jakieś ryzyko.
- A więc tak - chodzi o zaklęcie z wbudowaną siłą, która będzie wskazywać 

jego nosicielowi przez stukanie, błyskanie, śpiewanie czy co tam jeszcze, Ŝe znajduje 
się na właściwej drodze, a potem, jak sądzę, zasygnalizuje, kiedy osiągnie on cel - 
miejsce, gdzie znajdują się świeczniki.

- No cóŜ, to powinno być coś więcej niŜ sygnał - rzekł Azzie. - Chcę, Ŝeby nie 

było najmniejszych wątpliwości, kiedy juŜ znajdą te kandelabry.

- W takim razie zrobiłbyś lepiej, posługując się operacją połówkowych zaklęć.
- Nie wydaje mi się, Ŝebym słyszał o czymś podobnym - przyznał się Azzie.
- To sposób chaldejski. Zaklęcie takie składa się z dwóch części. Czarownik - 

w tym wypadku ty - kładzie jedną połówkę w miejscu, do którego obdarowany chce 
się dostać. Potem delikwent, czyli nosiciel połówki zaklęcia, uczestniczy, powiedzmy, 
w bitwie. Niebezpieczeństwo narasta. Obraca on więc połowę zaklęcia, a ono duchem 
przenosi go tam, gdzie znajduje się druga połówka. Jest to najlepszy sposób, jeśli 
szybko chcesz przemieścić człowieka lub rzecz.

- To mi się podoba - stwierdził Azzie. - Mogę połoŜyć siedem połówek zaklęć 

w pobliŜu siedmiu świeczników, a pozostałe ich części wręczyć moim ludziom, i 
kiedy je uruchomią, zaklęcia dostarczą ich na miejsce.

- Właśnie. A teraz, czy potrzebujesz takŜe kompletu zaczarowanych koni?
- Magicznych wierzchowców? A na cóŜ mi są potrzebne na Ziemi 

zaczarowane konie? Czy są niezbędne?

- Niezupełnie, ale jeŜeli planujesz rozegrać to wszystko na oczach 

publiczności, magiczne rumaki dostarczą porywającego przedstawienia. Dodają takŜe 
kolejny poziom komplikacji.

- Niezbyt powaŜnych, mam nadzieję? - zapytał Azzie. - Nie wiem, do jakiego 

stopnia sprytni okaŜą się moi zawodnicy. Zakładając, Ŝe są na poziomie większości 
ludzi...

- Punkt dla ciebie - rzekł urzędnik. - Trudności związane z magicznymi końmi 

powinny okazać się dosyć łatwe, by przez nie przebrnąć. Poza tym, dodają klasy.

- DołóŜ mi siedem zaczarowanych wierzchowców - zdecydował Azzie.
- Zgoda - powiedział urzędnik, bazgrząc po formularzu zapotrzebowania. - A 

czy chcesz, Ŝeby konie miały jakieś nad zwyczajne cechy?

- Na przykład jakie?
- No wiesz, jakieś ekstraumiejętności, szlachetność, urodziwość, zdolność do 

latania lub mówienia, moŜliwość metamorfozy w jakieś inne zwierzę...

- Oznacza to chyba bardzo drogie dodatki.
- MoŜesz dostać wszystko, co tylko chcesz - potwierdził goblin - ale musisz za 

to zapłacić.

- Uczyń je zatem magicznymi końmi, ale bez Ŝadnych nadzwyczajnych cech - 

zdecydował Azzie. - To powinno wystarczyć.

- Dobra. Czy są jakieś inne przeszkody, które chciałbyś umieścić pomiędzy 

odbiorem połówki zaklęcia a przybyciem do świeczników?

- Nie. Jeśli zrobią tę odrobinę, jaką mają do wykonania, będzie dobrze - 

background image

powiedział Azzie.

- W porządku. Jaki ma być kaliber zaklęcia?
- Kaliber? A od kiedyŜ to zaklęcia są kalibrowane?
- Nowe przepisy; wszystkie zaklęcia muszą być zamawiane podług kalibru.
- Nie mam pojęcia, jaki kaliber jest mi potrzebny.
- Wykombinuj coś.
Azzie wręczył urzędasowi łapówkę i powiedział:
- KaŜde zaklęcie powinno być zdolne do przeniesienia istoty ludzkiej z 

połoŜenia w jednej rzeczywistości omawianego biegu wypadków do połoŜenia w 
innej. Potem musi go zabrać do kolejnego celu.

- A zatem potrzebujesz raczej podwójnego zaklęcia, a nie połówkowego - 

odparł goblin. - Tego, co powiedziałeś, nie moŜna oczekiwać od zwykłego czaru. 
Zmiana rzeczywistości biegu wypadków wymaga mnóstwa energii. Zastanówmy się. 
Ile waŜą ci ludzie?

- Nie wiem - powiedział Azzie. - Jeszcze ich nie widziałem. Powiedzmy, 

maksymalnie trzysta funtów kaŜdy.

- Kaliber ulega podwojeniu, jeŜeli zaklęcie musi przenieść więcej niŜ dwieście 

pięćdziesiąt funtów.

- ZałóŜmy więc dwieście pięćdziesiąt. Upewnię się, by Ŝaden nie waŜył 

więcej.

- Zgoda - rzekł urzędnik. Złapał jakiś świstek i zrobił zestawienie. - 

Zobaczmy, czy wszystko zapamiętałem. Chcesz siedem podwójnych zaklęć, z których 
kaŜde przeniesie dwustupięćdziesięciofuntowej wagi człowieka - wliczając w to 
wszystko, co ów będzie miał ze sobą - do dwóch róŜnych miejsc, leŜących w dwóch 
róŜnych rzeczywistościach biegu wypadków. Powiedziałbym, Ŝe to będzie zaklęcie 
kalibru czterdzieści pięć. Jakiej marki ma ono być?

- A są róŜne? - zapytał Azzie naiwnie.
- Wierz mi na słowo - rzekł goblin. – “Moronia Mark II” to dobra marka. Tak 

samo “Idiota Magnifica 24”. Dla mnie to bez róŜnicy.

- Daj mi którekolwiek.
- Hej, co z tobą? Sam musisz zdecydować. Czy mam wszystko robić za 

ciebie?

- Zamów zaklęcia “Idioty”.
- Wyszły. Spodziewam się dostawy w przyszłym tygodniu.
- Wezmę zatem “Moronie” .
- W porządku. Wypełnij tu i tu. Podpisz tutaj. Inicjał tu. Oto twoje zaklęcia.
Urzędnik wręczył Azziemu niewielką, białą paczuszkę. Demon otworzył ją i 

obejrzał zawartość.

- Wyglądają jak małe, srebrne klucze - stwierdził.
- To dlatego, Ŝe są to “Moronie”. “Idiota Magnifica” wyglądają inaczej.
- Będą działać tak samo dobrze?
- Nawet lepiej.
- Dzięki! - zawołał Azzie i juŜ go nie było.
Ponownie odbył nuŜącą drogę powrotną na Ziemię, z przesiadką na Dworcu 

Centralnym. Ale był radośnie podniecony. Miał wszystko, czego potrzebował. 
Legendę. Intrygę. Lichtarze. Zaklęcia. Teraz pozostało juŜ tylko znaleźć ludzi, którzy 
odegrają tę opowieść, ale to powinno być raczej zabawne.

background image

CZĘŚĆ PIĄTA

ROZDZIAŁ l

W przepiękny czerwcowy poranek na niewybrukowanej wiejskiej drodze na 

południe od ParyŜa, otoczony pobrzękiwaniem uprzęŜy i stukotem podków, wyłonił 
się na zakręcie, spoza kępki majestatycznych kasztanów, czterokonny pojazd. Przez 
hałas wywołany końskimi kopytami oraz skrzypieniem kołyszącej się karocy, nie było 
słychać nic więcej oprócz brzęczenia cykad i głośnych okrzyków woźnicy: “Wiśta, 
wio!”

Kareta była duŜa, pomalowana na Ŝółto i czerwono, a na wierzchu, za 

woźnicą, znajdowali się dwaj lokaje. Pięćdziesiąt stóp za pojazdem poruszał się 
podobny powóz, a za nim kilku jeźdźców jadących eleganckim cwałem. Na końcu 
truchtał tuzin mułów.

W wiodącym powozie siedziało sześć osób. Dwoje dzieci - przystojny 

chłopiec dziewięcio- lub dziesięcioletni oraz jego siostra, czternastoletni podlotek o 
kędzierzawych, rudych lokach i zuchwałym wyrazie na ładnej buzi. Pozostali 
pasaŜerowie byli dorośli. Stłoczeni w niewygodzie, robili dobrą minę do złej gry.

W pewnej chwili karoca zaczęła się niebezpiecznie przechylać. Gdyby któryś 

z jadących z tyłu jeźdźców przygalopował do niej, to zobaczyłby, Ŝe prawe przednie 
koło zakreśla jakiś pijany ruch w kształcie pętli. Woźnica zauwaŜył zmianę i 
wstrzymał konie właśnie w momencie, gdy koło odpadło, a pojazd oparł się na jego 
osi. Pierwszy jeździec, korpulentny męŜczyzna z czerwoną twarzą, podjechał pod 
okno powozu.

- Halo! Czy nic się nikomu nie stało?
- Mamy się świetnie, proszę pana - odpowiedział chłopiec. Jeździec pochylił 

się i zajrzał do środka. Skłonił się dorosłym pasaŜerom, ale jego wzrok spoczął na 
Puss.

- Nazywam się sir Oliver Denning z Tawkesbury - przedstawił się jej.
- Ja jestem miss Carlyle - odparła Puss. - A to mój brat, Quentin. Czy pan 

takŜe naleŜy do pielgrzymki?

- Tak - rzekł męŜczyzna. - JeŜeli wszyscy wysiądziecie z powozu, kaŜę 

mojemu słudze, Wattowi, zobaczyć, co się da zrobić z tym kołem.

Wskazał ruchem głowy na Warta, małego, ciemnego Walijczyka.
- Będziemy panu bardzo zobowiązani - powiedziała Puss.
- To zupełny drobiazg - stwierdził sir Oliver. - Moglibyśmy nawet urządzić 

mały piknik, podczas gdy Wart będzie przymocowywał koło.

Jego spojrzenie zaledwie omiotło pozostałych pasaŜerów powozu.

Sir Oliver zwrócił uwagę na Puss juŜ przed wypadkiem; prawdopodobnie, gdy 

rozwiązywała chustkę. Obojętne zniesienie widoku jej wspaniałej głowy z rudymi 
lokami i ujmujących rysów twarzy okazało się czymś ponad jego siły. MęŜczyźni, 
nawet wypróbowani wojownicy, szaleli na punkcie Puss.

Niedaleko od powozu znaleźli na małej polanie słoneczne, porośnięte trawą 

miejsce i sir Oliver rozłoŜył obozowy koc, przyjemnie zalatujący zapachem konia. 
Widocznie był doświadczonym Ŝołnierzem, gdyŜ w skórzanej torbie przy siodle miał 
zapakowane prowianty i nawet pewne naczynia stołowe.

- To jest naprawdę bardzo smaczne - odezwał się sir Oliver, kiedy się 

usadowili; trzymał w ręku pięknie przypieczoną kurzą nóŜkę. - JakŜe często jadłem 
tak podczas niedawnych wojen we Włoszech, gdzie miałem zaszczyt słuŜyć pod 
słynnym sir Johnem Hawkwoodem!

background image

- Czy widział pan wiele bitew? - zapytał Quentin, bardziej z grzeczności niŜ z 

jakiegokolwiek innego powodu; sądził bowiem, iŜ sir Oliver spędzał większość czasu 
obok wozu kwatermistrza.

- Bitwy? O tak, sporą liczbę - odparł rycerz, po czym mówił o potyczce w 

pobliŜu Pizy tak, jak gdyby cały świat powinien był o niej słyszeć.

Wspomniał potem od niechcenia o innych zbrojnych starciach we włoskich 

miastach lub w ich pobliŜu, co nazywał zaciętymi walkami. Quentin miał powody, by 
w to wątpić, gdyŜ pamiętał jak jego ojciec mówił mu, iŜ większość działań 
militarnych w Italii sprowadzała się do wojowniczych publicznych wypowiedzi oraz 
pozafrontowych prywatnych negocjacji, po których miasto poddawało się lub 
odstępowano od jego oblęŜenia - w zaleŜności od tego, co zostało ustalone. Słysząc 
to, przypomniał sobie takŜe, Ŝe było prawdą, iŜ brali w tym udział Francuzi, którzy 
częściej zajmowali się handlem pomiędzy Włochami a Wolnymi Kompaniami. Sir 
Oliver ani słowem nie wspomniał o Francuzach, tylko o Colonnasach, Borgiach i 
Medyceuszach oraz o innych obcokrajowcach, noszących podobnie brzmiące 
nazwiska. Rycerz miał w zanadrzu mnóstwo porywających opowieści o 
wczesnoporannych potyczkach, w których małe grupki wojowników ścierały się na 
lance i miecze z podobnymi oddziałkami przeciwnika. Mówił o nocnym czuwaniu na 
południu Italii, gdzie nadal trzymali się Saraceni, oraz o nagłych, desperackich 
atakach na małe, obwarowane miasta, gdzie śmierć mogła spłynąć na ciebie z góry 
pod postacią wrzącego oleju lub stopionego ołowiu.

Sir Oliver był niskim, krępym męŜczyzną, zbudowanym na podobieństwo 

drewnianego kloca. W średnim wieku i łysiejący, miał zwyczaj potrząsać stanowczo 
głową dla podkreślenia wypowiadanych kwestii; a kiedy to czynił, chwiała się jego 
kozia bródka. Stanowczymi chrząknięciami stawiał często znaki przestankowe w 
swojej niezwykle strasznej wymowie. Puss, która była zawsze skora do figli, zaczęła 
go naśladować i Quentin z najwyŜszym trudem powstrzymywał się od śmiechu.

Po dłuŜszym czasie nadszedł Watt oznajmiając, Ŝe koło zostało naprawione. 

Sir Oliver powiedział, Ŝe było mu bardzo miło, a powszechne podziękowania przyjął 
z męską skromnością. Stwierdził, Ŝe skoro są uczestnikami pielgrzymki do Wenecji, 
spodziewał się widzieć wielką współpracę ogółu jej członków, przyjmując 
najwyraźniej za zupełnie zrozumiałe, iŜ towarzystwo tak zręcznego i wyróŜniającego 
się wojownika, jak on, powinno być miłe kaŜdemu. Puss na to oświadczyła 
najbardziej powaŜnym tonem, Ŝe wszyscy chętnie widzą jego osobę - i to nie dlatego 
bynajmniej, iŜ jego usługi mogą się w przyszłości okazać znowu przydatne, jeśli 
odpadnie inne koło. Sir Oliver nie dostrzegł w tym nic śmiesznego, ale przyjął to jako 
naleŜną mu sprawiedliwość; nie był nawet zdziwiony faktem, Ŝe jednocześnie Puss, 
Quentin i kilka pozostałych dam dostało niespodziewanego ataku kaszlu.

Później, tego samego dnia, pielgrzymka spotkała w końcu zakonnicę, która 

miała wędrować wraz z nimi od samego początku podróŜy, ale nie zjawiła się na 
miejscu zbiórki całej grupy. Nadjechała na wierzchowcu wraz z podąŜającym za nią 
słuŜącym, wiozącym jej sokoła. Powóz zatrzymał się, nastąpiło kilka pośpiesznych 
rozmów, po czym zrobiono jej miejsce wewnątrz pojazdu.

Matka Joanna była przełoŜoną w zakonie urszulanek mieszczącym się opodal 

Gravelines w Anglii. Jej rodzina nosiła nazwisko Mortimer i przeorysza była pewna, 
iŜ wszyscy doskonale wiedzą, Ŝe jest blisko spokrewniona ze znanymi Mortimerami 
ze Shropshire. Miała wielką, szeroką, zbrązowiałą od słońca twarz, a swego sokoła 
taszczyła ze sobą wszędzie, dokądkolwiek się ruszała; podczas postojów nie 
zmarnowała teŜ ani jednej szansy, by wziąć ptaka, poluźnić jego pęta i wysłać go na 
poszukiwanie jakiejś odpowiedniej zdobyczy w pobliŜu. A kiedy przynosił 

background image

zakrwawioną mysz czy pogruchotaną nornicę, składała modlitewnie dłonie, mówiąc:

- Dobry wynik, pani Sfiwtly.
Tak brzmiało imię sokoła. Quentin nie mógł znieść sposobu, w jaki mówiła do 

ptaka, szczebiocząc piszczącym głosem, i cały czas myślał, Ŝe wybuchnie chichotem. 
W końcu kilku członków - towarzystwa nakłoniło ją, by pozostawiła sokoła na dachu 
karety pod opieką słuŜącego. Matka Joanna dąsała się, dopóki nie ujrzała jelenia, 
który wyszedł z ukrycia na krawędzi lasu. Próbowała przekonać pozostałych 
pielgrzymów, by się zatrzymać i zaimprowizować polowanie, ale z wyjątkiem 
czyjegoś mopsa, którego trudno byłoby skłonić do zapolowania na szczura, nie mieli 
psów.

Towarzystwo dowiedziało się równieŜ, Ŝe matka Joanna nie tylko nosiła 

nazwisko Mortimer, ale była takŜe starszą siostrą Konstancji, która poślubiła markiza 
St. Beaux, wspaniałą partię. Ona sama, nie pragnąc małŜeństwa (lub nie znajdując 
nikogo, kto by ją chciał, pomimo jej majątku oraz nazwiska, jak to później wyszeptała 
Puss do ucha Quentina), wymogła na swym ojcu, by osadził ją jako przełoŜoną 
Ŝ

eńskiego zakonu. Oświadczyła mu, Ŝe byłaby zadowolona z klasztoru w Gravelines, 

z powodu moŜliwości polowań w tej okolicy, jakich nastręczały, nie mające sobie 
równych, tereny myśliwskie oraz pobliski las, takŜe będący do jej dyspozycji. W 
dodatku zakonnice, powiedziała, pochodziły z dobrych domów, w związku z czym 
nigdy nie brakowało miłych rozmów podczas obiadu.

I tak minął ten długi dzień.

background image

ROZDZIAŁ 2

Sir Ołiver wychylił się do tyłu w siodle i rozejrzał. Nadal znajdowali się na 

otwartej przestrzeni. Przyjemnie dla oka zaokrąglone małe wzgórza po lewej strome 
ciągnęły się na wiele mil. Z prawej błyszczał bystry strumień. Przed sobą widział 
oddalone kępy wielkich drzew, oznaczających początek lasu.

Było jednak tam coś jeszcze; jakaś czerwona kropka sunąca w dół ze wzgórz, 

kierująca się tak, by przeciąć drogę jakieś pół mili przed pielgrzymką. Matka Joanna 
podjechała do sir Olivera na swym dobrze ułoŜonym gniadoszu.

- O co chodzi? - zapytała. - Dlaczego się zatrzymaliśmy?
- Chciałem się przyjrzeć okolicy - wyjaśnił zagadnięty - zanim w nią 

wjedziemy.

- A co masz nadzieję ujrzeć na ziemi, panie? - dociekała Joanna.
- Szukam jakichś śladów istnienia bandytów, od których roi się podobno w tej 

części kraju - wyjaśnił Oliver.

- Mamy wszak ochronę - stwierdziła przeorysza. - Tych czterech kuszników, 

których utrzymujemy ze swoich zapasów.

- Niezupełnie im ufam - rzekł rycerz. - Faceci, tacy jak oni, zdolni są uciec 

przy najmniejszej zapowiedzi kłopotów. Chcę się właśnie przekonać, czy problemy 
nie ujawniły się wcześniej same.

- To śmieszne - stwierdziła Joanna. - Tysiące bandytów mogłoby się ukrywać 

zaledwie o kilka stóp od nas w zieloności drzew, i nigdy byśmy ich nie zobaczyli, 
gdyby nam na to nie pozwolili.

- Mimo wszystko rozejrzę się - upierał się Oliver. - Ktoś zbliŜa się do nas.
Joanna popatrzyła na drogę. Minęła dobra chwila, zanim, pochylając się z 

powodu krótkowzroczności, zidentyfikowała czerwoną kropkę jako męŜczyznę.

- Skąd wziął się ten człowiek? - powiedziała częściowo do siebie.
- Nie wiem - odparł Oliver. - Zmierza ku nam, więc pewnie się tego dowiemy.
Siedzieli w milczeniu w siodłach, podczas gdy jeździec się zbliŜał. Orszak 

pielgrzymów rozciągał się za nimi na drodze - dwa powozy, cztery zapasowe konie i 
dwanaście mułów niosących w sumie trzydzieści osób tworzących całą grupę. 
Niektórzy spośród nich dołączyli w ParyŜu, gdzie zrobili tylko krótki postój dla 
uzupełnienia zapasów. TakŜe w ParyŜu wzięli ze sobą czterech kuszników, 
weteranów włoskich kampanii, dowodzonych przez sierŜanta imieniem Patrice, który 
zadeklarował, Ŝe on i jego ludzie gotowi są wynająć się do ochrony pielgrzymów 
podczas niebezpiecznej podróŜy po nawiedzanych przez rozbójników terenach 
południowej Francji.

Pielgrzymi nie stanowili całkowicie zgodnej grupy. W ParyŜu sprzeczali się 

cały wieczór o marszrutę, jaką powinni udać się do Wenecji. Niektórzy pragnęli 
zupełnie uniknąć jazdy przez góry i obrać łatwą drogę przez środek Francji, ale tutaj 
sprawiali kłopoty Anglicy. Nawet jeśli byłeś Anglikiem, tej trasy naleŜało unikać.

Większość pielgrzymów skłaniała się do drogi wiodącej bardziej na wschód, 

przez Burgundię, a potem wzdłuŜ zachodniego brzegu Renu, aŜ po ciemne lasy 
Langwedocji i przejście przez nie do Roussillon. Ten punkt widzenia przewaŜył. Jak 
do tej pory, nie spotkały ich Ŝadne przykre incydenty, ale cały czas byli czujni, gdyŜ w 
tym przeklętym kraju wszystko mogło się zdarzyć.

Jeździec jechał ku nim zgrabnym kłusem. Miał na sobie szkarłatny kubrak, a z 

ramion spływał mu ciemnoczerwony płaszcz sukienny, okraszony gdzieniegdzie 
pasmami purpury. Na nogach miał wysokie buty z miękkiej, brązowej skóry, a na 
głowie zielony, filcowy kapelusz, na którym powiewało pojedyncze orle pióro. 

background image

Podjechał do stojących i wstrzymał konia.

- Dobry wieczór - zawołał Azzie, przedstawiając się jako Antonio Grespi, 

Wenecjanin. - Jestem kupcem weneckim i podróŜuję po Europie, sprzedając 
znakomite weneckie złotogłowie, przede wszystkim handlarzom z północy 
kontynentu. Pozwólcie, Ŝe pokaŜę wam kilka próbek.

Azzie przygotował się do tego występu, nabywszy próbki materiałów od 

prawdziwego kupca weneckiego, którego odesłał do domu gołego, ale szczęśliwego z 
powodu otrzymania woreczka czerwonego złota.

Sir Oliver dociekał, skąd to przybywa sir Antonio, pojawiwszy się na ich 

drodze - zdawałoby się - znikąd? Azzie odparł, Ŝe jechał na skróty, dzięki czemu 
zaoszczędził wiele mil ze swej wędrówki.

- PodróŜuję cały czas pomiędzy Wenecją a ParyŜem, i byłoby to rzeczywiście 

dziwne, gdybym nie znał skrótów i najbezpieczniejszych dróg - Azzie uśmiechnął się 
najgrzeczniej, jak umiał. - Sir, jeŜeli nie byłoby zbytnią śmiałością z mojej strony 
prosić o coś, to chciałbym dołączyć do waszej kompanii. W tych stronach samotny 
wędrowiec trzyma swoje Ŝycie we własnych rękach. Mogę się przydać, ofiarowując 
swój miecz, gdy zajdzie taka potrzeba, oraz słuŜąc jako przewodnik w trudniejszych 
miejscach podróŜy. Mam własne zapasy i nie będę sprawiał Ŝadnych kłopotów.

- Co pani na to, matko Joanno? - zapytał Oliver, spoglądając na przeoryszę, 

która zmierzyła Azziego od stóp do głów; było to ostre, krytyczne spojrzenie.

Azzie, który przez wielu bywał oglądany, odchylił się spokojnie do tyłu w 

siodle, opierając jedną rękę na zadzie wierzchowca. JeŜeli nawet nie przyjmą go jako 
członka grupy pielgrzymów, to był pewien, Ŝe wykombinuje coś innego. 
Pomysłowość w działaniu na własną rękę była specjalnością Piekła.

- Nie widzę przeszkód - powiedziała w końcu Joanna. Podjechali z powrotem 

do wozów i Oliver dokonał prezentacji nowego towarzysza podróŜy. Azzie zajął 
miejsce na czele kolumny, które przysługiwało mu z racji tego, iŜ chwalił się 
znajomością terenu. Sir Oliver jechał przez chwilę obok niego.

- Co znajduje się przed nami w najbliŜszej okolicy? - zagadnął.
- Głębokie bory przez następnych pięćdziesiąt mil, albo coś koło tego - odparł 

Azzie. - Tej nocy będziemy obozować w lesie. W ostatnich latach nie odnotowano 
tutaj aktywności bandytów, więc wszystko powinno być w porządku. Pod wieczór 
jutrzejszego dnia dotrzemy do obsługującej ten obszar gospody. To pierwszorzędne 
miejsce, utrzymywane przez mnichów i szczycące się kuchnią lepszą, niŜ tylko 
odpowiednia.

Oliver i Joanna ucieszyli się z tych wiadomości. Z przyjemnością pomyśleli o 

dobrym posiłku i ciepłym łóŜku. Poza tym, Antonio okazał się wesołym kompanem. 
Młody rudowłosy kupiec znał wiele historii na temat Ŝycia na dworze weneckiego 
DoŜy. Niektóre z nich były nieco dziwne, inne zupełnie nieprzyzwoite, ale to czyniło 
je tym bardziej zabawnymi. Część opowieści dotyczyła demonów i diabłów, o których 
mówiło się, iŜ odwiedzają Wenecję częściej, niŜ inne miejsca.

I tak mijał powoli długi dzień. Słońce pięło się po niebie, nie spiesząc do 

zakończenia wyznaczonej rundy. Małe, białe chmurki płynęły po niebie, niczym 
lekkie statki, zmierzające do portu zachodzącego słońca. Lekki powiew kołysał 
wierzchołkami drzew, Pielgrzymi jechali stępa, poruszając się ostroŜnie wzdłuŜ 
zarośniętego leśnego duktu, niezbyt szybko, gdyŜ nie było nic naglącego w tym dniu, 
który upływał przy rozmyślaniach nad wiecznością.

Zdawało się, iŜ w sposób zupełnie nadprzyrodzony ciągle otaczał ich las i 

tylko las. Nie było nic słychać, z wyjątkiem pobrzękiwania uprzęŜy i głosów 
kuszników, intonujących od czasu do czasu jakąś pieśń. Wreszcie słońce osiągnęło 
zenit i zaczęło swój powolny, ospały zachód po drugiej stronie nieba.

background image

Karawana posuwała się wciąŜ głębiej i głębiej w wielki bór, gdzie blask dnia 

odbijał się w zielonych cieniach liści. PodróŜni w powozach poczęli skłaniać się ku 
drzemce, a konni kiwali się nad wodzami. Przed najbardziej wysuniętymi do przodu 
wierzchowcami przebiegła łania i wolno zniknęła jak rozmywająca się plama w 
odcieniach brązu oraz bieli, po drugiej stronie traktu. Matka Joanna dała koniowi 
ostrogę, ale nie miała dosyć energii na pościg. Cała natura, tak jak i podróŜujący 
wśród niej, zdawali się zauroczeni leśnym czarem.

Sprawy szły tym torem aŜ do chwili, kiedy znienacka spadł na nich wieczór. 

Wówczas, znalazłszy płaską, trawiastą, małą polankę, Azzie oświadczył, Ŝe byłoby 
dobrym pomysłem zatrzymać się tutaj na noc, gdyŜ teren przed nimi jest bardziej 
nierówny i trudny. Pielgrzymi z radością podąŜyli za jego sugestią. SłuŜący wyprzęgli 
konie i napoili je w pobliskim strumieniu. PodróŜni wysiedli z powozów, a jeźdźcy 
zeskoczyli z koni i uwiązali swe wierzchowce. Dorośli znaleźli bądź przygotowali 
miejsca do spania, podczas gdy dzieci, pod wodzą Puss, zaczęły się bawić w 
kucanego berka.

Azzie i sir Oliver powędrowali na skraj drzew, gdzie zwalony dąb utworzył 

naturalną osłonę dla ognia. Zebrali trochę chrustu oraz gałęzi, a potem Oliver schylił 
się, dobywając hubki i krzesiwa. Nigdy nie był szczególnie sprawny w rozniecaniu 
ognisk, ale nie chciał prosić sir Antonia, a nie wydawało się, by ktokolwiek inny miał 
to zrobić. Iskry upadły na suchą hubkę, lecz niemal natychmiast zgasły. Złośliwy 
podmuch wiatru wiał tuŜ ponad poszyciem lasu, na przekór zwykłym prawom 
przyrody. Oliver ponawiał swe próby, ale uparty wietrzyk niweczył jego wysiłki. W 
końcu miał juŜ nawet kłopoty z samym krzesaniem iskier. Im bardziej się starał, tym 
mizerniejsze były jego efekty. Snujący się przy ziemi powiew wiatru zachowywał się, 
jakby był kierowany własnym rozumem - kiedy Oliverowi udało się wreszcie 
rozdmuchać mały ogienek, nagły podmuch z innego kierunku zgasił go. Wstał 
przeklinając i rozprostował bolące kolana.

- MoŜe pozwolisz, abym ja spróbował? - zapytał Azzie.
- Z wielką chęcią - powiedział Oliver, wyciągając ku niemu krzesiwo.
Azzie odmówił jego przyjęcia, potarł palec wskazujący prawej ręki o dłoń 

lewej, a potem skierował go na hubkę. Z palca spłynęła na nią niewielka strzała 
niebieskiego światła, pozostała tam przez moment, a potem zniknęła. Kiedy 
przepadła, przed nimi płonął wesoły, mały ogienek. śaden powiew go nie zgasił, 
jakby wiatr poznał swego pana. Sir Oliver usiłował przemówić, ale nie wydobył z 
siebie ani słowa.

- Nie chciałem cię przestraszyć - rzekł Azzie uprzejmie. - To tylko mała 

sztuczka, której nauczyłem się na Wschodzie.

Spojrzał na sir Olivera, a tamten zauwaŜył słabe, czerwone ogniki tańczące w 

jego źrenicach. Azzie odwrócił się i powędrował w stronę powozów.

background image

ROZDZIAŁ 3

Azzie znalazł matkę Joannę, kiedy stawiała swój mały namiot, jaki zabierała 

ze sobą na pielgrzymki. Był on uszyty z ufarbowanej na zielono bawełny, co w miły 
sposób współgrało z kolorami lasu. Miał, nadające mu kształt, bambusowe pręty oraz 
rozmaitość sznurków, słuŜących przymocowaniu go do podłoŜa. W tej właśnie chwili 
ksieni zmagała się z nimi, gdyŜ podczas podróŜy splątały się w jeden kłąb, 
przedstawiający teraz sobą gmatwaninę wielkości koziej głowy - i były tak samo 
uparte.

- Rozplatać ten supeł to robota dla diabła - oznajmiła.
- Zatem lepiej, Ŝebym ja to zrobił - stwierdził Azzie radośnie.
Przeorysza wręczyła mu splątane sznurki. Azzie uniósł palec wskazujący 

lewej ręki i dmuchnął na niego. Cały palec przybrał jaskrawokanarkową barwę, z 
wyjątkiem paznokcia, który wyciągnął się w stalowoszary pazur. Demon postukał nim 
w węzeł, nad którym pojawiła się na moment zielona chmurka tańczącego ognia. 
Kiedy opadła, Azzie rzucił pęk z powrotem do matki Joanny. Usiłowała go złapać, ale 
linki upadły, zanim zdąŜyła po nie sięgnąć. Schyliła się i podniosła sznurki, które 
jeszcze chwilę temu były nieodwołalnie splątane w węzeł nieomalŜe gordyjski.

- Jak, na Boga... - zaczęła przeorysza.
- Zwykła fakirska sztuczka, której się nauczyłem na orientalnym bazarze - 

powiedział Azzie, szczerząc się do niej.

Matka Joanna popatrzyła na niego i dostrzegła niewielkie czerwone płomyczki 

igrające w jego oczach. UlŜyło jej, kiedy Azzie odszedł pogwizdując.

Późnym wieczorem pielgrzymi zgromadzili się dookoła ogniska. Wszyscy, 

oprócz Azziego, który zadeklarował chęć odbycia spaceru po lesie przed udaniem się 
na spoczynek. Oliver i matka Joanna usiedli nieco na uboczu od pozostałych 
podróŜnych; nie było najmniejszych wątpliwości, o czym teŜ zamierzają rozmawiać.

- Co myślisz, matko, o tym nowym towarzyszu wędrówki? - zapytał sir Oliver.
- Doprawdy, zrobił mi w głowie groch z kapustą - rzekła ksieni, posługując się 

wyraŜeniem uŜywanym przez jej nianię.

- Tak - zgodził się rycerz. - W tym człowieku jest coś niesamowitego, 

nieprawdaŜ?

- Istotnie. Zaledwie przed godziną miałam z nim mały incydent, który dał mi 

wiele do myślenia.

- To samo ze mną! - rzekł sir Oliver. - Gdy miałem kłopot z rozpaleniem 

ognia, sir Antonio zrobił to bez najmniejszego trudu - palcem wskazującym!

- Palec? I co jeszcze? - zapytała Joanna.
- Nic. Wskazał nim i buchnął ogień. Powiedział, Ŝe to fakirska sztuczka, jakiej 

nauczył się na Wschodzie, ale powiedziałbym raczej, Ŝe wyglądało to na czary.

Matka Joanna patrzyła na niego przez chwilę, a potem opowiedziała o swojej 

przygodzie z Azziem i splątanym kłębem sznurków.

- To nie jest normalne - zdecydował Oliver.
- Nie. Z całą pewnością nie jest.
- Nie jest to takŜe Ŝadna sztuczka wschodnich fakirów.
- Nie - zgodziła się Joanna. - Poza tym, ma on w oczach małe, czerwone 

ogniki. ZauwaŜyłeś je?

- Jak mógłbym to przeoczyć? - rzekł Oliver. - To diabelski znak, czyŜ nie?
- Jak najbardziej - przyznała przeorysza. - Czytałam o tym w Podręczniku 

egzorcyzmowania demonów.

Właśnie w tej chwili z lasu wynurzył się pogwizdujący Azzie. Niósł młodego 

background image

jelonka, przerzuconego przez ramiona.

- Byłoby mi miło - rzekł Azzie - gdybyście pozwolili, abym dostarczył 

zaopatrzenie na dzisiejszą kolację. Być moŜe któryś z waszych pachołków mógłby 
oprawić to szlachetne zwierzę i upiec je dla nas, ja zaś wykąpię się tymczasem w 
strumieniu. Pościg za jeleniem to dosyć męczące zajęcie!

I odszedł pogwizdując, tak jak przyszedł.

background image

ROZDZIAŁ 4

Pielgrzymi obudzili się przed pierwszym świtem. Kiedy poranne słońce 

przesączało się przez liście drzew, spakowali się, zjedli pośpiesznie śniadanie i byli 
gotowi do drogi. Cały dzień podróŜowali przez las, wypatrując uwaŜnie 
najmniejszych śladów niebezpieczeństwa, ale nie spotkało ich nic przykrego poza 
ukąszeniami komarów.

Od wczesnego wieczoru sir Oliver i matka Joanna wypatrywali niespokojnie 

poprzez drzewa pierwszego znaku obiecanej przez Azziego gospody. Obawiali się, Ŝe 
przybysz okłamał ich. Okazało się jednak, iŜ jego słowa były prawdziwe, gdyŜ nagle 
oberŜa ukazała się wyraźnie przed nimi - sporej wielkości piętrowe zabudowanie 
wzniesione z kamienia, z zapasem drewna opałowego w stosie ułoŜonym po jednej 
stronie oraz zagrodą dla zwierząt i szopą dla czeladzi.

PodróŜni powitani zostali w drzwiach przez brata Françoisa - wielkiego, 

krzepkiego, brodatego męŜczyznę; ściskał ich dłonie, kiedy gęsiego wkraczali do 
wnętrza. Azzie był tym, który wchodził ostatni i przekraczając próg, wręczył 
braciszkowi worek srebrnych monet.

- Zapłata za nasz pobyt.
Roześmiał się i obdarzył Françoisa dosyć szczególnym spojrzeniem, pod 

wpływem którego tamten cofnął się jakby uderzony przez jakąś nieprzyjemną myśl.

- Sir - rzekł dominikanin - czy myśmy nie spotkali się juŜ wcześniej?
- Mogłeś mnie widzieć w Wenecji - odparł Azzie.
- Nie, to nie była Wenecja tylko ParyŜ, i miało to coś wspólnego z 

przywróceniem do Ŝycia człowieka.

Azzie pamiętał ten incydent, ale nie widział najmniejszego powodu, by w tym 

względzie objaśniać mnicha. Skłonił tylko uprzejmie głowę. Po tym wszystkim brat 
François wydawał się niespokojny i nieobecny duchem. Udzielał pielgrzymom 
wskazówek o ich pokojach oraz posiłku, ale zdawał się prawie nie zwracać uwagi na 
to, co mówi. Mrucząc do siebie pod nosem, śledził spojrzeniem Azziego i gdy tylko 
był pewien, Ŝe nikt tego nie widzi, czynił wokół siebie znaki krzyŜa. Kiedy Azzie 
poprosił o uŜyczenie mu małej sypialni na górze, François szybko się zgodził, ale 
wyglądał na jeszcze bardziej oszołomionego niŜ przedtem. Nie przestawał patrzeć na 
leŜące w jego dłoni monety i potrząsać głową. W końcu zbliŜył się do sir Olivera i 
matki Joanny.

- Czy dobrze znacie tego człowieka, tego Antonia, który jest z wami?
- Prawie wcale - odparł Oliver. - Czy oszukał cię przy zapłacie?
- Nie, nie. Wprost przeciwnie.
- Co przez to rozumiesz?
Zgodziliśmy się na cenę sześciu centymów za pokój, a on połoŜył na mojej 

dłoni miedziaki; potem powiedział: “Co, do diabła, mogę wszak być 
wspaniałomyślny!” I dotknął monet palcem, a one zamieniły się w srebro.

- Srebro! - zawołała matka Joanna. - Jesteś tego pewny?
- Oczywiście! Sami popatrzcie.
Mnich wyjął srebrne centymy. Wszyscy troje zagapili się na nie, jakby to był 

diabeł we własnej osobie.

Jakiś czas potem matka Joanna wraz z Oliverem poszukiwała Françoisa, by 

omówić z nim kwestię menu na jutrzejsze śniadanie, ale nigdzie nie mogli go znaleźć. 
Wreszcie natknęli się na przybitą do drzwi spiŜami notatkę.

“Jaśnie państwo! - przeczytali. - Proszę mi wybaczyć, ale przypomniałem 

sobie o waŜnym spotkaniu, jakie muszę odbyć z przeorem od Świętego Bernarda. 
Modlę się, by Bóg miał pieczę nad waszymi duszami”.

background image

- Zdumiewające! - rzekł Oliver. - O co tu chodzi? Usta przeoryszy zacisnęły 

się.

- Ten człowiek był oszalały ze strachu; oto, dlaczego uciekł.
- Jeśli jednak uwaŜa, Ŝe Antonio jest demonem, dlaczego nas nie ostrzegł?
- Sądzę, Ŝe bał się powiedzieć choćby słowo - rzekła Joanna - gdyŜ ten demon 

wybrał sobie nas jako kompanię do podróŜy.

Zastanowiła się przez chwilę.
- Mógł nas postrzegać tak samo, jak jego - dodała. 
ś

ołnierz i zakonnica spoglądali w płomienie, siedząc długą chwilę w 

milczeniu, Oliver poszturchiwał węgle na palenisku, nie podobały mu się bowiem 
twarze, jakie majaczyły w ogniu. Matka Joanna wzdrygnęła się bez Ŝadnego 
widocznego powodu, gdyŜ Ŝaden powiew wiatru jej nie owiał. Po chwili odezwała 
się:

- Nie moŜemy pozwolić, by to dalej tak trwało.
- Nie, z całą pewnością - potwierdził sir Oliver.
- Jeśli jest demonem, musimy podjąć jakieś kroki, Ŝeby się obronić.
- Ach! Ale co takiego?
- Pójdziemy do niego i zapytamy go wprost - stwierdziła matka Joanna.
- Zrób więc to. Będę ci bardzo wdzięczny - powiedział Oliver.
- Miałam na myśli, Ŝe ty powinieneś to uczynić. Jesteś wszak Ŝołnierzem. Stań 

z nim twarzą w twarz!

- Nie chciałbym mu ubliŜyć - odparł sir Ołiver po rozwaŜeniu sprawy.
- Ten Antonio nie jest człowiekiem.
- Kimkolwiek by był, moŜe mu się nie spodobać, Ŝe o nim coś wiemy - upierał 

się Oliver.

- Ktoś musi z nim porozmawiać.
- TeŜ tak sądzę.
- Ale jeŜeli w ogóle nie jesteś męŜczyzną...
- Och, w porządku, pogadam z nim.
- On zdecydowanie jest demonem - rzekła matka Joanna z przekonaniem. - Te 

małe czerwone światełka, które tańczą mu w oczach, całkiem mimowolnie go 
zdradzają. A widziałeś jego zadek? To więcej niŜ sugestia, Ŝe ma tam ogon!

- Demon! W samym środku nas wszystkich! - zawołał Oliver. - JeŜeli to 

prawda, to sądzę, iŜ powinniśmy go zabić. Albo to coś, czym jest.

- Ale jak moglibyśmy zgładzić demona? Sądzę, Ŝe jest to niezwykle trudne 

zadanie.

- Doprawdy? Nie mam Ŝadnego doświadczenia w tych sprawach.
- I ja mam niewielkie - przyznała matka Joanna. - Nie naleŜy do obowiązku 

mojej odnogi Kościoła angaŜowanie się w wypędzanie diabłów. Zwykle 
pozostawiamy te sprawy innym zakonom. Ale słyszy się róŜne historie...

- Które powiedziały ci... - podrzucił rycerz.
- śe zabicie demona jest trudne, jeśli nie wręcz niemoŜliwe - rzekła 

przeorysza. - Z dodatkowym zastrzeŜeniem, Ŝe jeŜeli udało ci się go zgładzić, to 
prawdopodobnie w ogóle nie był to demon, tylko jakiś bogu ducha winny pechowiec, 
który miał czerwone błyski w oczach.

- Wydaje mi się to diabelnie trudnym połoŜeniem - rzekł Oliver. - Co 

zrobimy?

- Proponuję ostrzec pozostałych, a potem zebrać do kupy wszystkie relikwie, 

jakie mamy ze sobą, i usiłować egzorcyzmować tego nieczystego ducha.

- Nie sądzę, Ŝeby mu się to spodobało - rzekł Oliver z namysłem.
- To nie ma znaczenia. Naszym obowiązkiem jest egzorcyzmować demony.

background image

- Tak, oczywiście - potwierdził rycerz, ale był zaniepokojony tym pomysłem.
Pozostali członkowie grupy nie okazali specjalnego zdziwienia na wiadomość, 

Ŝ

e matka Joanna podejrzewa, iŜ wraz z nimi podróŜuje demon z piekła rodem. Były to 

rzeczy, których kaŜdy mógł się spodziewać w tych niepewnych czasach. Słyszało się 
wszak o płaczących rzeźbionych figurach, gadających obłokach i wielu innych 
dziwach. Ogólnie było wiadomo, Ŝe istnieje mnóstwo piekielnych złych duchów, 
spędzających większość swego czasu na Ziemi i próbujących kusić ludzi. Było wręcz 
dziwne, Ŝe nie widywało się ich duŜo częściej.

background image

ROZDZIAŁ 5

Wszyscy czekali, ale Azzie nadal nie wychodził ze swej sypialni na piętrze 

gospody. W końcu uchwalili, by wysłać Puss, Ŝeby zaprosiła go na dół, na rozmowę z 
nimi. Puss zapukała do drzwi Azziego bez swojej zwykłej zuchwałości.

Azzie otworzył drzwi. Był wspaniale wystrojony w nowy, długi płaszcz z 

czerwonego aksamitu oraz szmaragdowozieloną kamizelkę, włosy zaś miał starannie 
wyszczotkowane w lśniący, pomarańczowy busz. Wyglądał tak, jakby oczekiwał 
zaproszenia.

- Chcą z tobą pogadać - rzekła Puss, wskazując na wspólną izbę na dole.
- To dobrze. Oczekiwałem tego - rzekł Azzie. 
Przygładził po raz ostatni włosy, poprawił płaszcz i zszedł na dół za 

dziewczyną. Wszyscy szlachetnie urodzeni spośród pielgrzymów znajdowali się w 
izbie biesiadnej. Pospólstwa nie wprowadzono w sprawę, więc znajdowało się ono na 
zewnątrz, w stajniach, gryząc swoje skórki z chleba i śledziowe łebki. 

Sir Oliver wstał, skłonił się nisko i rzekł:
- Mam nadzieję, Ŝe pan nam wybaczy, sir, ale myśleliśmy, a raczej rzekłbym, 

martwiliśmy się. Jeśli mógłbyś, panie, rozproszyć nasze wątpliwości, bylibyśmy ci 
wdzięczni.

- Na czym polega problem? - zapytał Azzie.
- No cóŜ, sir - ciągnął Oliver. - Zmierzając do sedna sprawy, czy nie jesteś 

czasem demonem?

- Istotnie - przyznał Azzie. - Jestem.
CięŜkie westchnienie przetoczyło się pośród obecnych.
- Nie jest to dokładnie to, co chciałem usłyszeć - powiedział Oliver. - Mam 

nadzieje, Ŝe to nieprawda? Powiedz proszę, Ŝe tak nie jest!

- A właśnie, Ŝe jest! - stwierdził Azzie. - Wszak dałem wam wcześniej 

dowody; po prostu po to, by skończyć w ten sposób z nudnym przekonywaniem was 
słowami. Czy mi się udało?

- Istotnie, sir! - rzeki Oliver, a Joanna skinęła głową.
- To dobrze - powiedział Azzie. - Wiecie zatem, na czym stoimy.
- Dziękujemy, panie. A teraz, czy byłbyś tak uprzejmy i poszedł sobie, 

pozwalając nam w spokoju kontynuować naszą świętą pielgrzymkę?

- Nie bądź głupi - odparł Azzie. - Pokonałem mnóstwo kłopotów, Ŝeby 

doprowadzić do całej sprawy. Mam do przedstawienia pewną propozycję.

- Och, mój BoŜe! - zawołał Oliver. - Pakt z diabłem!
- Przestań tak mówić - powiedział Azzie. - Po prostu wysłuchajcie mnie. Jeśli 

moja oferta was nie zainteresuje, nie będę wam zawracał głowy i rozejdziemy się w 
swoje strony.

- Istotnie tak sądzisz?
- Na mój honor Księcia Ciemności. - Azzie nie był tak naprawdę Księciem 

Ciemności, ale drobna nieścisłość wobec tych wysoko urodzonych panów i dam nie 
robiła Ŝadnej róŜnicy.

- Sądzę, Ŝe nic się nie stanie, jeśli cię wysłuchamy - przyznał Oliver.

background image

ROZDZIAŁ 6

Azzie przemówił głośno, dźwięcznym głosem: 
- Panie i panowie, rzeczywiście jestem demonem. Mam jednak nadzieję, Ŝe 

nikt nie ma mi tego za złe. Czym w istocie jest demon? Zwyczajną nazwą dla kogoś, 
kto słuŜy jednej z dwóch sił, zmagających się o rządy nad wszystkimi istnieniami - 
ludzkimi i nadludzkimi. Nawiązuję, oczywiście, do przykładów Dobra i Zła, Światła 
oraz Ciemności - jak są one nazywane. Pozwólcie mi najpierw wykazać absolutną 
konieczność istnienia tych dwóch stron wszelkiej rzeczy, albowiem bez tego sprawy 
stają się niemoŜliwie bezbarwne. WykaŜę takŜe, iŜ obie siły winny trwać w większej 
lub mniejszej równowadze; a to dlatego, Ŝe gdyby istniało tylko Dobro, jak to 
niektórym wydaje się poŜądane, nikt nie byłby w stanie uczynić Ŝadnego moralnego 
wysiłku w kierunku doskonalenia swych kwalifikacji, co jest jedyną esencją ludzkiego 
postępu. Nie byłoby róŜnicy pomiędzy rzeczami, ani Ŝadnego sposobu rozróŜnienia 
lepszego od gorszego, poŜądanego od nagannego.

Azzie poprosił o trochę wina, przepłukał gardło i mówił dalej.
- Z ustanowienia stosownego współzawodnictwa pomiędzy tymi dwiema 

wielkimi jakościami wynika, Ŝe jedna ze stron nie moŜe cały czas brać góry. W 
przeciwnym razie nasza rywalizacja nie byłaby współzawodnictwem. Wynik zmagań 
musi pozostawać wątpliwy; raz jedna strona ukazuje swą wyŜszość, raz druga, i Ŝaden 
końcowy rezultat nie moŜe być zauwaŜony, dopóki cała rzecz nie jest niemal 
skończona. W trakcie tych zmagań podąŜamy za prawem tak starym, jak Ŝadne inne - 
za prawem dramaturgii, które daje najlepsze wyniki przy wyrównanych siłach. Nie 
przewiduje się wcale, by Dobro miało być potęŜniejsze od Zła, poniewaŜ jeśli wynik 
nie jest wątpliwy, współzawodnictwo staje się nieciekawe.

JeŜeli moŜemy zgodzić się z tym, przejdźmy do następnego punktu, który z 

moich poprzednich rozwaŜań wypływa. JeŜeli jest zatem dopuszczalne, aby Ciemność 
była przeciwstawiona Światłości albo Zło istniało w opozycji do Dobra, to ten, kto 
słuŜy jednej stronie, nie jest bardziej godny pogardy od tego, kto słuŜy przeciwnej. 
Nie wolno pozwolić, by stronniczość przesłoniła nasze racje! Jeśli Zło jest niezbędne, 
to ten, kto dla niego pracuje, nie moŜe być uwaŜany czy to za niepotrzebnego, czy teŜ 
podłego, pełnego nieprawości lub mało znaczącego. Nie mówię, Ŝe osobnicy owi 
muszą być naśladowani, ale winni być co najmniej wysłuchani.

WykaŜę następnie, Ŝe Zło, którego siły niejednokrotnie doświadczyliście, ma 

duŜo wspólnego z wesołością; jeśli nawet nie jest czymś więcej. MoŜna powiedzieć, 
Ŝ

e stanowi to podstawową zasadę Zła; jak i tamta przynaleŜna Dobru - co prowadzi 

do wniosku, Ŝe ludzie mogą dokonywać wyboru wedle wolnej swej woli. Mówiąc 
jeszcze prościej, Zło moŜe być pełne radości i nikt nie powinien czuć się gorszy z 
powodu wyboru Zła, poniewaŜ jest ono w zasadzie równie czcigodne oraz warte 
szacunku, jak Dobro. Czy jednak człowiek nie zostanie ukarany za to, Ŝe miał coś 
wspólnego ze Ziem? Moi przyjaciele, to jest zwykła propaganda ze strony Dobra i 
całkowicie nieprawdziwe przedstawienie sprawy. JeŜeli słuszne jest istnienie Zła, 
musi takŜe być w porządku słuŜenie mu.

Azzie pociągnął łyk wina i rozejrzał się po obecnych. Tak, przykuł ich uwagę.
- Teraz jestem przygotowany, by przejść prosto do mojej propozycji. Panie i 

panowie, jestem Azzie Elbub, demon pochodzący z pewnej staroŜytnej epoki oraz 
impresario z bardzo dalekich stron. Cel, w jakim tu przybyłem, moi przyjaciele, to 
wystawienie sztuki scenicznej. Chciałbym znaleźć do niej siedmioro ochotników. 
Jako nagrodę dostaną oni to, co jest ich największym marzeniem na tym świecie. W 
istocie jest to główna konkluzja mojego przedstawienia: zademonstrować światu, Ŝe 
człowiek moŜe osiągnąć spełnienie swoich najskrytszych pragnień, bez potrzeby 

background image

choćby kiwnięcia w tym celu palcem. Czy nie jest to pociągająca moralność? 
Naprawdę sądzę, Ŝe to powinno krzepić nadzieje nas wszystkich. Oto, w jaki sposób 
toczą się nasze losy. Nie zaś tak, jak się sądzi, Ŝe tylko poprzez cięŜką pracę oraz 
posiadanie pewnych zalet charakteru moŜna osiągnąć urzeczywistnienie marzeń. Moją 
sztuką udowodnimy, Ŝe nie musicie być cnotliwi, ani nawet szczególnie pracowici, by 
uzyskać nagrodę. Pomyślcie zatem o tym, panie i panowie. Przy okazji - wasze dusze 
nie będą naraŜone na jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

Azzie wykonał zamaszysty ukłon i wrócił do siebie na górę. Miał czas na lekki 

obiad składający się z sera oraz chleba i szklanki wina na koniec. Pogrzebał w ogniu 
na palenisku i rozsiadł się wygodnie.

Nie musiał długo czekać.

background image

ROZDZIAŁ 7

Azzie siedział w swoim pokoju, słuchając odgłosów nocy podczas czytania 

stęchłego, starego rękopisu, jakie zawsze są dostępne na półkach bardziej popularnych 
piekielnych bibliotek. Uwielbiał klasyków. Pomimo swoich ciągot ku innowacjom, 
dzięki czemu wplątał się w obecną przygodę, stanowił okaz tradycjonalisty.

Rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść - powiedział Azzie.
Drzwi otworzyły się, ukazując sir Olivera. Rycerz był bez zbroi i wyglądało na 

to, Ŝe nie ma przy sobie Ŝadnej broni. Prawdopodobnie wiedział, Ŝe lepiej nie być 
uzbrojonym w obecności diabła.

- Mam nadzieję, Ŝe nie przeszkadzam...
- Nie - rzekł Azzie. - Proszę wejść i usiąść. Kieliszek wina? Czym mogę 

słuŜyć?

- Przyszedłem w związku z przedstawioną propozycją...
- Intrygująca, nieprawdaŜ?
- Istotnie. Powiedziałeś, panie, iŜ widzisz taką moŜliwość, by człowiek 

uzyskał spełnienie swych najskrytszych marzeń.

- Rzeczywiście, powiedziałem tak.
- A takŜe, iŜ nie trzeba posiadać Ŝadnych specjalnych cech, by zostać 

nagrodzonym?

- Dokładnie tak - potwierdził demon. - Zastanów się tylko: jeśli ktoś ma 

szczególne zdolności, by zacząć samodzielnie, na cóŜ byłaby mu moja pomoc?

- Znakomicie powiedziane - rzekł Oliver.
- Jesteś nazbyt uprzejmy. A teraz, co mogę zrobić dla ciebie?
- Widzisz, panie, to, na czym najbardziej mi zaleŜy, to stać się szeroko i 

daleko znanym jako Ŝołnierz dorównujący memu imiennikowi, Oliverowi, który w 
czasach Karola Wielkiego walczył w tylnej straŜy Rolanda.

- Tak - powiedział Azzie. - Mów dalej.
- Chcę takŜe odnieść znakomite zwycięstwo nad przygniatającą siłą wroga, ale 

bez wielkiego ryzyka dla mnie samego.

Azzie wyjął niewielki arkusz pergaminu oraz stylus z samoostrzącą się 

końcówką i napisał: “Bez ryzyka”.

- Chcę być szeroko znany w świecie, niczym Aleksander Wielki albo Juliusz 

Cezar. Pragnę takŜe zostać dowódcą niewielkiego oddziału doborowych Ŝołnierzy, 
niezrównanych szermierzy; to zaś, czego by im brakowało ze względu na małą 
liczebność, musieliby nadrabiać zwykłym okrucieństwem oraz niebywałą zręcznością.

- Okrucieństwo i zręczność - zanotował Azzie i podkreślił “okrucieństwo”, 

gdyŜ wydawało mu się to dobrą rzeczą do podkreślenia.

- Ja, oczywiście - ciągnął Oliver - byłbym najlepszym szermierzem z nich 

wszystkich. Moja biegłość w robieniu bronią byłaby niezrównana. Pragnę to zdobyć, 
mój drogi demonie, ale nie osobistym kosztem czy wyrzeczeniami. Chcę takŜe ładną i 
usłuŜną młodą damę - księŜniczkę, jeśli to moŜliwe - Ŝeby była moją Ŝoną i urodziła 
mi synów; i chciałbym móc się usunąć do mego własnego królestwa, które ktoś mi da 
za darmo, gdzie juŜ po wszystkim pędziłbym szczęśliwy Ŝywot. To ostatnie jest 
szczególnie waŜne. Nie Ŝyczę sobie Ŝadnych zaskakujących niespodzianek na koniec, 
które napełniłyby mnie goryczą bądź smutkiem.

Azzie napisał na dole “musi Ŝyć szczęśliwie nawet potem”, ale nie podkreślił 

tego.

- To ogólna idea, sir - rzekł Oliver. - MoŜesz ją spełnić w całości?
Demon przeleciał wzrokiem listę: “bez własnego ryzyka, okrucieństwo i 

background image

zręczność, szczęśliwe Ŝycie na koniec”. Zmarszczył się, a potem podniósł wzrok.

- Mogę spełnić niektóre spośród tych punktów, ale nie wszystkie, mój drogi sir 

Oliverze. Nie dlatego wszakŜe, bym nie był w stanie tego uczynić, ale z tej prostej 
przyczyny, iŜ sztuka, którą zamierzam wystawić, dotyczy tak samo ciebie jak i 
pozostałych, i załatwienie wszystkich twoich Ŝądań w całości pochłonęłoby moc 
niebiańskich cudów i zabrałoby mnóstwo czasu Piekłu. Nie, mój drogi panie, ja 
wynajdę sposób, dzięki któremu będziesz i mógł, bez niebezpieczeństwa dla siebie, 
odnieść znakomite zwycięstwo i zostać za to bogato wynagrodzonym oraz zająć 
wysoką pozycję w ludzkim powaŜaniu. Tak czy tak, wyjdziesz na swoje.

- No, cóŜ - rzekł Oliver. - Miałem nadzieję na wszystko, ale to, co moŜesz dla 

mnie zrobić, nie będzie złą pozycją do startu. Jeśli zacznę jako bogaty i słynny 
bohater, to jestem pewien, Ŝe samodzielnie zdobędę całą resztę. Przyjmuję twoją 
ofertę, mój drogi demonie! I pozwól mi powiedzieć, Ŝe nigdy nie byłem tak przeciwny 
siłom Zła, jak wielu innych. Czułem często, Ŝe Diabeł ma raczej kilka punktów 
przewagi i jest według mnie bardziej zabawnym facetem, niźli jego surowy Oponent 
w Niebie.

- Doceniam twoją wolę zadowolenia mnie - odparł Azzie - ale nie chcę słyszeć 

Ŝ

adnych oszczerstw pod adresem naszego zacnego Oponenta. My, charaktery Dobra i 

Zła, zbyt blisko współ pracujemy ze sobą, by zniesławiać jedni drugich. Światłość i 
Ciemność muszą Ŝyć w tym samym kosmosie.

- Nie miałem nic obraźliwego na myśli - zapewnił sir Oliver. - Nie mam takŜe 

nic, oczywiście, przeciwko Dobru.

- Nikogo nie obraziłeś, a juŜ szczególnie nie mnie - rzekł Azzie. - Zaczynamy 

zatem?

- Tak, mój panie. Czy chcesz, abym podpisał się krwią 1 tym pergaminie?
- To nie będzie konieczne - stwierdził demon. - Wyraziłeś swoją zgodę i 

zostało to zarejestrowane. Jak wyjaśniłem, twoja dusza nie uczestniczy w tej 
transakcji.

- Co mam teraz robić? - zapytał sir Oliver.
- Weź to. - Azzie sięgnął do swego płaszcza i wyjął mały, srebrny klucz o 

zawiłym kształcie.

Sir Oliver uniósł go do światła i zdziwił się jego misterną robotą.
- Co on otwiera, drogi lordzie demonie?
- Nic. To jest podwójne zaklęcie firmy “Moronia”. Schowaj je w bezpiecznym 

miejscu. Kontynuuj swą pielgrzymkę. W pewnym momencie - moŜe za kilka sekund, 
a moŜe godzin, lecz prawdopodobnie nie później niŜ za parę dni - usłyszysz dźwięk 
gongu. Jest to odgłos, towarzyszący temu, gdy zaklęcie “Moronia” przechodzi na 
pozycję “Gotowe do działania”. Będziesz musiał wziąć je wówczas i pośpieszyć, by 
połączyć z jego drugą połówką. Jest ono do tego wewnętrznie zaprogramowane. 
Zaprowadzi cię do pozostałej części, ulokowanej w pobliŜu magicznego konia, który 
będzie miał przy siodle juki, a w jednym z nich znajdziesz złoty lichtarz. Czy jasne 
jak dotąd?

- Całkowicie - potwierdził sir Oliver. - Znaleźć świecznik.
- Potem musisz udać się do Wenecji - jeŜeli nie byłbyś tam właśnie. Wkrótce 

po twoim przybyciu, a moŜe i wcześniej, przekonasz się, Ŝe twoje Ŝyczenia się 
spełniły. Kiedy wszyscy skończą swą grę, odbędzie się, z odpowiednią pompą, 
finałowa ceremonia. Potem będziesz wolny, by cieszyć się blaskami swej fortuny.

- Brzmi całkiem dobrze - zgodził się Oliver. - A w czym tkwi podstęp?
- Podstęp? Nie ma Ŝadnego podstępu.
- Zwykle jakiś kryje się w sprawach podobnego autoramentu - powiedział sir 

Oliver uparcie.

background image

- Skąd, do diaska, moŜesz wiedzieć, co jest zwyczajne, a co nie, w magicznych 

historiach? Słuchaj - chcesz tego, czy nie?

- Och, zrobię to, zrobię - stwierdził Oliver. - Staram się tylko być ostroŜny w 

stosunku do sprawy, w którą się wpakowałem. Ale wydaje mi się, sir, jeśli wybaczysz 
mi to co mówię, Ŝe jest z tym wszystkim zbyt wiele zamieszania. Dlaczego nie mogę 
iść prosto po magiczny świecznik?

- PoniewaŜ jest kilka rzeczy, które musisz zrobić zanim zaklęcie osiągnie 

gotowość do działania, abyś mógł szczycić się twoim wspaniałym zwycięstwem.

- Te rzeczy, jak sądzę, nie będą zbyt trudne? – zaniepokoił się Oliver.
- Słuchaj no - głos Azziego stwardniał. - Lepiej będzie, jeŜeli przygotujesz się 

do zrobienia wszystkiego, co będzie trzeba. , Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, 
oddaj mi klucz. Jak nawalisz, spotkają cię srogie przykrości.

- Och, nie obawiaj się - powiedział Oliver, podnosząc zaklęcie, jakby chciał 

upewnić sam siebie, Ŝe słusznie postąpił.

- Jak powiedziałem, dostaniesz dalsze instrukcje. - MoŜesz mi coś 

podpowiedzieć?

- Będziesz musiał podjąć pewne decyzje.
- Decyzje? O mój BoŜe - rzekł Oliver. - Nie jestem całkiem pewny, czy mi się 

to podoba. Zresztą, niewaŜne. Muszę po prostu przyjąć wszystko, co się zdarzy, a 
reszta zostanie zrobiona za mnie, czy tak?

- To ci właśnie mówiłem - potwierdził Azzie. - Zło nie oczekuje od człowieka 

nic więcej prócz tego, by wykonał swój obowiązek najlepiej jak potrafi.

- To dobrze - rzekł sir Oliver. - Mogę teraz odejść?
- Dobranoc - poŜegnał go Azzie.

background image

CZĘŚĆ SZÓSTA

ROZDZIAŁ l

Po swym uwolnieniu z puszki Pandory, Ylith udała się do archanioła Michała, 

by zdać mu relację z wydarzeń. Znalazła go w starym budynku wszystkich świętych w 
Zachodnich Niebiosach, gdzie biedził się nad wielkim stosem zapisanych 
pergaminów. Było późno i inne anioły oraz archanioły dawno juŜ wyszły, jednak w 
biurze Michała nadal jasno płonęły świece, gdyŜ archanioł czytał rozmaite 
sprawozdania dotyczące mnogości jego działań we wszechświecie. To, co mówiły 
niektóre z nich, wielce go niepokoiło. Kiedy Ylith weszła, podniósł wzrok znad 
dokumentów.

- Witaj, moja droga. Stało się coś? Wyglądasz na nieco wzburzoną.
- Prawdę mówiąc, sir, miałam pewną przygodę.
- Istotnie? Opowiedz mi o niej.
- To nic wielkiego, doprawdy. Jakiś głupi człowiek zaczarował mnie, Hermes 

zamknął w puszce Pandory i w końcu uwolniłam się dzięki pomocy Zeusa.

- Samego Zeusa? Czy ten staruch nadal się tu pęta? Sądziłem, Ŝe znajduje się 

w Poświacie.

- Jest tam, ale dzięki projekcji samego siebie znalazł się w magicznej 

szkatułce wraz ze mną.

- Och, tak. Zapomniałem, Ŝe ci starzy bogowie znają podobne sztuczki. Co się 

jednak stało z tymi małymi aniołami, które wzięłaś na Ziemię, by zwiedzić święte 
miejsca? Czy ktoś został z nimi?

- Jak tylko odzyskałam swobodę ruchów, zaprowadziłam dzieci do 

Błogosławionej Panienki i przybyłam tutaj, by złoŜyć ci raport. 

- Błogosławiona Panienka nie miała nic przeciwko niańczeniu dzieci?
- Była zadowolona, Ŝe mogła wyjść na chwilę ze złotej klatki Niebios i zrobić 

coś poŜytecznego. CzyŜ to nie głupie, sir, w jaki sposób modlitwy zamraŜają nas w 
posągi, z których nie moŜemy się wydostać?

Michał skinął głową i powiedział:
- Mam dla ciebie waŜne zadanie do wykonania na Ziemi.
- To fajnie - odparła Ylith. - Lubię spacerować po cmentarzach.

- Tym razem to coś więcej, niŜ tylko zwiedzanie zabytków - rzekł Michał. - 

Ono dotyczy Azziego.

- Ha! - wykrzyknęła Ylith.
- Zdaje się, iŜ twój demoniczny przyjaciel znowu coś kombinuje. Coś bardzo 

podejrzanego.

- To dziwne - powiedziała Ylith. - Całkiem niedawno widziałam go w Yorku i 

nie zajmowało go nic więcej poza oglądaniem moralizatorskiej sztuki.

- Wydaje się, Ŝe ta farsa podsunęła mu pewien pomysł - rzekł Michał. - Mamy 

pewne wskazówki, by sądzić, Ŝe zamierza coś więcej. Moi obserwatorzy donieśli mi, 
Ŝ

e włączył w to Pietra Aretina, to sprośne nasienie Szatana. Dodając do tego znaną 

juŜ nam skłonność Azziego do niespodzianek, jestem pewien, Ŝe zamierza jakąś 
psotę.

Ylith skinęła głową.
- Ale dlaczego zajmujesz się zwykłą sztuką sceniczną?
- Podejrzewam, Ŝe jest to coś więcej niŜ “zwykła” farsa - odparł Michał. - 

Sądząc z jego wcześniejszych dokonań, w szczególności ze spraw Księcia Czarusia i 
Johanna Fausta, to nowe przedsięwzięcie, czymkolwiek ono jest, moŜe doprowadzić 

background image

siły Światłości i Ciemności do otwartego konfliktu, co wszystkich nas postawi w 
sytuacji bez wyjścia. I to dokładnie w chwili, kiedy się nam zdawało, Ŝe w kosmosie 
panuje pokój! Zrozum, to tylko pogłoski, musimy jednak dać im pewną wiarę i 
zmobilizować naszych agentów, których mamy w samym środku Sił Zła, do 
obserwowania wroga. Ylith, potrzebuję cię, Ŝebyś się trochę rozejrzała wokół.

- Przez “rozglądanie się” rozumiesz, jak sądzę, szpiegowanie - stwierdziła 

Ylith. - A kogo masz na myśli, mówiąc “nam”?

- Mnie i Boga - odparł Michał. - Proszę cię o to w Jego imieniu, rzecz jasna.
- Jak zwykle - powiedziała Ylith; jej twarz wyraŜała rozdraŜnienie. - Dlaczego 

On nigdy nie powie mi tego osobiście?

- Wielu z nas zastanawia się, czemu nie słyszymy Bóstwa bezpośrednio - 

przyznał Michał. - Ze mną takŜe nie rozmawia wprost. Jest w tym pewne misterium i 
kwestionowanie go nie jest naszym zadaniem.

- A dlaczego nie? - zapytała Ylith.
- Pewne sprawy musisz przyjąć na wiarę. To, co powinniśmy uczynić, to 

odkryć knowania Azziego. Idź i przyjrzyj się jego pielgrzymce. Wymyśl jakieś 
wytłumaczenie, dlaczego się tam znalazłaś; zobacz, co on tam naprawdę robi. Jeśli się 
nie mylę, nasz dumny młody demon nie będzie w stanie ukryć przed tobą swych 
zamiarów, gdyŜ jego projekt, cokolwiek to jest, powinien znajdować się w pełnym 
toku.

- Dobrze. Skoro tak, natychmiast tam ruszam.
- Zrób tak. I kieruj się własnym osądem. JeŜeli okaŜe się, Ŝe Azzie Elbub 

realizuje tajny plan akcji wywrotowej przeciwko rodzajowi ludzkiemu, mając na celu 
gloryfikację Zła, nie będzie Ŝadnego nieszczęścia, jeśli - gdy nadarzy się po temu 
okazja - włoŜysz kij w szprychy jego maszynerii, by tak powiedzieć.

- Myślę dokładnie tak samo - potwierdziła Ylith.

background image

ROZDZIAŁ 2

Puss i Quentin leŜeli na składanych łóŜeczkach w izdebce obok kuchni, 

obserwując wędrujące po suficie cienie. - Sądzisz, Ŝe Antonio naprawdę jest 
demonem? - zapytał Quentin, który jako bardzo młody chłopak nie był jeszcze 
zupełnie pewny co jest, a co nie jest rzeczywiste.

- Myślę, Ŝe tak - odparła Puss.
Puss bardzo długo i usilnie myślała nad tym, czego pragnie najbardziej w 

ś

wiecie. Pierwsze, co jej przyszło na myśl, to blond włosy - takie, jakie miał jej brat. 

Jedwabiste, kręcone i długie, o lnianym odcieniu, a nie mosiądzowozłotym, jaki 
podoba się niektórym dziewczętom. Ale czy naprawdę była to rzecz, której pragnęła 
ponad wszystko inne? Puss czuła się nieco zawstydzona tak skromnym marzeniem, a 
więc - choć nie leŜało to w jej zwyczaju - słuchała uwaŜnie wynurzeń Quentina o tym, 
o co poprosiłby demona, gdyby juŜ przyszło co do czego.

- Własny koń dla mnie, to po pierwsze - rzekł chłopiec , zdecydowanie. - I 

miecz. To śmieszne, co mówi pan ojciec, Ŝe zbyt drogie jest wykucie dla mnie 
miecza, skoro wyrosnę z niego za rok czy dwa. Chodzi mi o to, Ŝe jaki w takim razie 
jest sens w byciu bogatym, skoro i tak nie kupuje się rzeczy, z których się wyrasta?

- Bardzo rozsądnie - pochwaliła Puss. - Zatem, miecz. Co jeszcze chcesz?
- Nie pragnę własnego królestwa - powiedział Quentin w zamyśleniu. - 

Musiałbym siedzieć na miejscu i zajmować się nim. Moim zdaniem król Artur, mimo 
Ŝ

e władał Camelotem, nie był specjalnie szczęśliwy. Jak sądzisz?

- Wątpię, by był - odrzekła Puss.
- Chciałbym wyruszyć na poszukiwanie wielu przygód - ciągnął Quentin.
- Jak Lancelot? On takŜe wcale nie był szczęśliwy.
- Nie, ale to dlatego, Ŝe był głupi, zakochując się w królowej, kiedy obok było 

tyle innych kobiet do wyboru. Dlaczego nie wybrał Ŝadnej z nich? Wolałbym raczej 
Ŝ

yć na podobieństwo Gawaina, podróŜować, mieć wiele dziewcząt, wpadać w 

tarapaty, zdobywać skarby, a potem znowu je tracić. Tym sposobem miał 
przyjemność zdobywania bogactwa i nie musiał później troszczyć się o nie.

- To tak, jakby otrzymać wszystkie zabawki, jakich się pragnie, bez potrzeby 

sprzątania ich potem? - zapytała Puss.

- No właśnie - potwierdził Quentin.
- Bardzo trafnie - zgodziła się Puss. - Co jeszcze byś chciał?
- Zaczarowane zwierzę do zabawy - odparł Quentin bez wahania. - Najchętniej 

lwa, który słuchałby tylko mnie i zabijał ludzi, których bym nie lubił.

- No cóŜ, to trochę zbyt błahy powód, nie uwaŜasz? - zapytała Puss.
- Miałem na myśli to, Ŝe ludzi, którzy mi się nie podobają, zabijałby tylko 

wtedy, gdybym mu na to pozwolił. Ale, oczywiście, nie pozwalałbym. Gdyby stali się 
zbyt kłopotliwi, sam bym ich zabijał w długich pojedynkach, w których odnosiłbym 
powaŜne rany. A pani matka by mi je opatrywała.

- Ran bohaterów nie obwiązują matki - zauwaŜyła Puss.
- Mogłyby, skoro to jest moja przygoda - stwierdził Quentin. - Ja ustalam 

reguły.

- Jaka szkoda, Ŝe jesteś zbyt młody, by wchodzić w układy z demonami.
- Nic o tym nie wiem - powiedział chłopiec. Usiadł wyprostowany na łóŜku i 

spojrzał bardzo powaŜnie. - Jestem prawie zdecydowany natychmiast iść do niego.

- Quentin! Nie mógłbyś tego zrobić! - zawołała Puss myśląc, Ŝe jeŜeli Quentin 

uprze się przy tym, jej obowiązkiem, jako starszej siostry, będzie towarzyszenie mu i 
być moŜe wyraŜenie takŜe własnego Ŝyczenia tylko po to, by być razem z bratem.

Quentin wstał z łóŜka i zaczął się ubierać. Jego wąskie wargi drŜały, gdy 

background image

rozwaŜał własną śmiałość, ale wydawał się zdecydowany. W tym momencie w rogu 
pokoju nastąpił rozbłysk światła. Dzieci wskoczyły z powrotem do łóŜek. Pojawił się 
spory kłąb dymu, a kiedy się rozwiał, ukazała się śliczna, ciemnowłosa, młoda 
kobieta.

- Jak to zrobiłaś? - zapytał Quentin. - Nie pamiętam, Ŝebyś uczestniczyła w 

naszej pielgrzymce.

- Przyszłam zaoferować pielgrzymom jajka na sprzedaŜ - odparła kobieta. - 

Mieszkam na pobliskiej farmie i właśnie przybyłam do gospody. Nazywam się Ylith.

Dzieci przedstawiły się grzecznie. Były szczególnie oŜywione chęcią 

przekazania tego, co sir Antonio opowiedział tego wieczoru na temat spełnienia 
Ŝ

yczeń siedmiu szczęśliwców. Z opisu, Ylith poznała w Antoniu Azziego.

- Ja takŜe chcę wyrazić swoje Ŝyczenie - stwierdził Quentin.
- Ani się waŜ! - rzekła Ylith twardo.
Wyglądało na to, Ŝe Quentinowi wyraźnie ulŜyło, ale momentalnie zapytał:
- Dlaczego nie mogę?
- PoniewaŜ nie jest przyjęte, by dobrze wychowane dzieci prosiły diabła z 

piekła rodem o spełnienie Ŝyczeń.

- Ale inni proszą - zauwaŜyła Puss. - Będą mieli wspaniałą zabawę.
- Sądzę, iŜ zrozumiesz, Ŝe to nie jest tak do końca prawdziwe - rzekła Ylith. - 

Niektórzy z nich przekonają się, Ŝe są duŜo bardziej zamieszani, niŜby chcieli, w 
pewne sprawy, o które się targowali.

- Skąd ty to moŜesz wiedzieć? - zapytała Puss.
- Po prostu wiem - odparła Ylith. - A teraz, dzieci, moŜe postaracie się usnąć? 

Opowiem wam bajkę, jeŜeli się na to zgodzicie.

background image

ROZDZIAŁ 3

Ylith opowiedziała im historyjkę o dzieciach i jagniętach swawolących pośród 

wzgórz jej rodzinnej Grecji. JuŜ wkrótce Quentin i Puss spali, więc anielica otuliła je i 
zgasiła świecę, a potem wymknęła się z pokoju. We wspólnej izbie znalazła kilkoro 
pielgrzymów, siedzących przy stole w pobliŜu ognia i rozmawiających o przygodach 
minionego dnia.

- Czy to pewne, Ŝe on jest demonem? - zapytała jedna ze słuŜących kudłatego 

gościa, który był lokajem sir Olivera.

-A czymŜe by innym? - odparł tamten.
Nazywał się Morton Kornglow, miał dwadzieścia dwa lata i był smukłym 

człowiekiem z aspiracjami mocno przerastającymi jego urodzenie. Ylith usiadła obok 
kobiety i lokaja.

- Co ten demon proponuje? - zapytała.
- Mój pan - odparł Kornglow - powiedział mi, Ŝe musi na jego polecenie 

odbyć magiczną podróŜ, by w nagrodę zostały spełnione jego najskrytsze Ŝyczenia. 
Kiedy wszedłem do jego pokoju, juŜ go nie zastałem. Zniknął.

- MoŜe spaceruje sobie na zewnątrz? - zasugerowała Ylith.
- Nie widzieliśmy go, by schodził na dół - odparł lokaj - a nie jest do niego 

podobne nurkować z okna prosto w jeŜyny. Wykonuje zadanie demona, bez dwóch 
zdań. I powiem ci szczerze, Ŝe wygląda to na zajęcie, które by mi piekielnie 
odpowiadało.

- Ani się waŜ! - zawołała słuŜąca, obdarzając go pełnym podziwu spojrzeniem.
- Zastanawiam się nad tym - ciągnął Kornglow. - Równie dobrze mogę grać w 

sztuce demona, jak i człowieka; tak długo, aŜ przed moim imieniem nie znajdzie się 
“sir”.

Ylith spojrzała na niego.
- W sztuce?
Kornglow skinął głową.
- Tak powiedział sir Oliver. Demon wystawia pewien rodzaj farsy. Wystarczy, 

byśmy robili to co zwykle, a zostaniemy za to wspaniale wynagrodzeni. To jest 
właśnie Ŝycie, które chcę wieść.

Ylith poderwała się na równe nogi.
- Wybaczcie mi. Muszę się z kimś zobaczyć.
Pośpieszyła w stronę drzwi frontowych i wyszła przez nie w ciemność.
- Jak myślisz, dokąd ona poszła? - zapytała słuŜąca.
Kornglow wzruszył ramionami i cmoknął przez zęby.
- JeŜeli ma z kimś spotkanie, to z diabłem albo aniołem. Na zewnątrz nie ma 

nic prócz wilków.

- A więc zamierza to zrobić! Wystawić niemoralną sztukę! Zaczekaj, niech no 

Michał się o tym dowie - powiedziała Ylith do siebie.

background image

ROZDZIAŁ 4

Wystawia niemoralną sztukę? - zapytał Michał.
- Na to wygląda, sir.
- To bezczelność!
- Tak, sir.
- Wracaj tam i miej baczenie na rozwój wypadków. JeŜeli udałoby ci się 

znaleźć jakiś subtelny sposób, by mu przeszkodzić w jego planach, nie byłoby od 
rzeczy zrobić to. Nic spektakularnego, sama rozumiesz.

- Rozumiem - potwierdziła Ylith.
-A zatem, juŜ cię tu nie ma - powiedział Michał. - Mogę takŜe posłać na dół 

Babriela do pomocy.

- Byłoby miło - rzekła Ylith nieco tęsknie.
ChociaŜ obecnie nie stanowili z Babrielem pary, nadal przechowywała miłe 

wspomnienia z ich związku. Ylith pamiętała bardzo dobrze, jakie miłe było 
grzeszenie i czasem całe jej ciało wyrywało się do starych, dobrych czasów. Wróciły 
takŜe jej wspomnienia romansu z Azziem. Było to coś, co uwaŜała kiedyś za niezłą 
zabawę.

Potrząsnęła głową, nie chcąc zbyt wiele myśleć na ten temat. Mogło jej to 

tylko przysporzyć kłopotów.

background image

ROZDZIAŁ 5

Po odprawieniu Kornglowa, sir Oliver siedział długą chwilę na brzegu łóŜka, 

rozmyślając nad śmiałą rzeczą, jaką uczynił. Był, oczywiście, przestraszony; jakiŜ 
człowiek nie byłby przejęty po takiej rozmowie z demonem? A oferta sir Antonia była 
stanowczo zbyt dobra, by przejść nad nią do porządku dziennego. Pomimo księŜych 
Ŝ

alów, Ŝe Siły Ciemności zawsze starają się uwieść rodzaj ludzki, tak naprawdę 

zdarzało się to nadzwyczaj rzadko. Nie spotkało to nikogo spośród wielu znajomych 
sir Olivera, a juŜ z pewnością nigdy dotąd jego samego.

Oliverowi podobał się ten pomysł. Od dzieciństwa płonęła w nim ogromna 

Ŝą

dza - dostać coś wielkiego, cennego i waŜnego drogą moŜliwie najmniejszego 

wysiłku. Nie są to sprawy, o których wiele rozmawia się z ludźmi. Oni tego nie 
rozumieją.

ChociaŜ było bardzo późno, nie odczuwał senności. Napełnił kieliszek winem 

i wydobył kilka sucharów, które potajemnie ściągnął ze stołu podczas obiadu, by mieć 
na przekąskę w nocy. Wyjmował właśnie suchar z kieszeni, kiedy jego spojrzenie 
padło na ścianę po prawej stronie. Jednym haustem przełknął wino, rozlewając część 
na kamizelce. Patrzył na drzwi w ścianie. Zwykłe, pospolite drzwi. Tyle tylko, iŜ sir 
Oliver był całkowicie pewien, Ŝe wcześniej nie istniały!

Wstał, podszedł do nich i uwaŜnie się im przyjrzał. Czy mógł je przeoczyć, 

kiedy pierwszy raz wszedł do izby? Tkwiła w nich gałka. Dotknął jej. Drzwi były 
zamknięte.

A zatem - wszystko w porządku. Usiadł z powrotem. A później nawiedziła go 

inna myśl, która spowodowała, Ŝe wyjął z kieszeni otrzymane od Azziego zaklęcie 
“Moronia” pod postacią srebrnego klucza i podszedł ponownie do drzwi. OstroŜnie 
wsunął klucz do dziurki. Klucz wśliznął się z odgłosem mlaśnięcia. Naparł nań lekko, 
obracając go w lewo - tylko po to, by zobaczyć co się stanie. Klucz obrócił się sam z 
siebie i zamek odskoczył. Oliver wyciągnął rękę i przekręcił gałkę. Drzwi stanęły 
otworem. Wyjął klucz i schował go do kieszeni.

Zerknął za próg. Długi, skąpo oświetlony korytarz po drugiej stronie zdawał 

się ciągnąć bez końca, ginąc wreszcie w mroku. Sir Oliver był przekonany, Ŝe nie 
prowadzi on do Ŝadnego miejsca wewnątrz gospody, ani nawet do rozciągającego się 
dookoła niej lasu. Prowadził za to Bóg wie dokąd, a od niego oczekiwano, Ŝe pójdzie 
tam.

PrzeraŜające...
Ale pomyśl o nagrodzie!
Przed oczami rozbłysła mu krótkotrwała wizja. On sam, ubrany w czerwoną 

zbroję, dosiadający potęŜnego rumaka, wjeŜdŜający na czele gromady bohaterów do 
miasta i witany owacyjnie przez wszystkich jego mieszkańców bez wyjątku!

- To naprawdę byłoby coś - powiedział Oliver głośno.
Wszedł do korytarza, nie całkiem gotów do przyjęcia na siebie zobowiązania, 

ale bardziej powodowany przez ducha małego chłopca, wkładającego palec do 
czegoś, co moŜe się okazać bardzo zimną wodą. Gdy przekroczył próg, drzwi 
oddzielające korytarz od jego pokoju w gospodzie zatrzasnęły się z hukiem.

Sir Oliver zakrztusił się z wraŜenia, ale nie próbował zawrócić. Jakieś 

niewyraźne przeczucie mówiło mu, Ŝe coś takiego prawdopodobnie musiało się stać. 
Jak inaczej miałyby się zaczynać przygody, jeśliby coś nie dawało ci porządnego 
kopniaka, po którym nie ma juŜ odwrotu?

Zaczął iść wzdłuŜ korytarza, z początku bardzo ostroŜnie, a potem coraz 

odwaŜniej.

background image

ROZDZIAŁ 6

ChociaŜ było tam wystarczająco duŜo światła, by wszystko widzieć, Oliver nie 

miał pojęcia, skąd się ono brało. Był to jednostajny, szary blask, coś jak półmrok - 
smutny i prawie złowróŜbny. Szedł dalej, a wydawało się, Ŝe pasaŜ ciągle się 
wydłuŜa. Po obu stronach ze ścian zwisały cienkie, liściaste gałęzie; dawało to 
przyjemny, rustykalny efekt.

Nadal szedł. Podłoga pod jego stopami zamieniała się powoli w prawdziwe 

leśne poszycie, a jego drogę oświetlała teraz naturalna, dzienna poświata. Nie mógł 
jednak widzieć zbyt daleko przed sobą, bo perspektywę zasłaniały konary drzew.

Po chwili leśna gęstwina stała się rzadsza i wydostał się na łąkę. Na drugim jej 

końcu stał mały zamek z mostem zwodzonym, połoŜony na niewielkiej wysepce 
otoczonej fosą. Most był opuszczony.

Wszedł na teren fortecy i ujrzał przed sobą drzwi, które rozwarły się przed nim

szeroko, kiedy się zbliŜył. Za nimi znajdował się ładnie urządzony pokój, z ogniem 
wesoło buzującym na kominku. Jakaś dama siedziała na małym taborecie z jednej 
strony wejścia; wstała teraz i zwróciła się do niego.

- Witaj, panie rycerzu - powiedziała. - Jestem Alwyn, pisane przez “y”, i 

witam cię. Mój mąŜ jest nieobecny, zabija gdzieś ludzi, ale gościnność mojego domu 
wymaga, abym zaprosiła cię na obiad, a potem zaoferowała ci nocleg, a takŜe i 
ś

niadanie rano.

- Miło to słyszeć - stwierdził Oliver. - Ale chciałbym wiedzieć, czy 

przypadkiem nie przechowujesz dla mnie magicznego konia?

- Magicznego konia? A jakiej maści?
- Widzisz, właśnie o to chodzi, Ŝe naprawdę nie wiem. Powiedziano mi, Ŝe 

jest dla mnie przygotowany zaczarowany rumak, który zaprowadzi mnie do złotego 
ś

wiecznika. Potem... Tak w istocie, jest dla mnie nieco niejasne, co dokładnie 

powinno stać się “potem”. Zdaje się, iŜ mam zostać dowódcą duŜego oddziału 
zbrojnych męŜczyzn. Ty nic pewnie o tym nie wiesz, nieprawdaŜ?

- Nie - przyznała Alwyn. - Doprawdy, uczestniczę w tej sprawie w 

minimalnym stopniu.

Uśmiechnęła się. Jej ciemne włosy były śliczne i rozwichrzone, a piersi 

wysokie i dobrze zaokrąglone. Oliver wszedł za nią do wnętrza. Przemierzyli kilka 
pokoi; wszystkie ozdobione były czerwienią, czernią oraz srebrem, i udekorowane 
wszelaką bronią, zbrojami i pociemniałymi portretami przodków o surowym 
wyglądzie. W kaŜdym kominku wesoło iskrzył się i Ŝarzył ogień. W sumie, przeszli 
przez sześć pomieszczeń. A w siódmym stał stół nakryty białym, lśniącym obrusem, 
ze srebrną zastawą.

- O, to cudownie! - wyraził swoje zadowolenie Oliver, zacierając ręce.
Przed nim pyszniły się wspaniałe wiktuały: gęsi pasztet i dŜem agrestowy, 

jajka i gruboziarnisty chleb oraz wielka rozmaitość napoi. Stół nakryty był na dwie 
osoby, i Oliver zaczął się zastanawiać, czy był to jedyny mebel przygotowany dla 
dwojga?

- Siadaj, panie - zaprosiła go Alwyn. - Czuj się jak u siebie.
Biały kotek przeszedł, podskakując i miaucząc, aŜ wturlał się do komnaty. 

Alwyn zaśmiała się wesoło i schyliła, aby się z nim pobawić. Oliver skorzystał z tej 
okazji i szybko wymienił z nią talerze. Oba były prawie identyczne, z tą jedynie 
róŜnicą, iŜ na brzegu jego talerza leŜały dwie rzodkiewki, a na jej - tylko jedna. 
Szybko umieścił jedną ze swoich rzodkiewek na talerzu gospodyni, by zamaskować 
zamianę. Gdy Alwyn się wyprostowała, wyglądało na to, Ŝe niczego nie zauwaŜyła.

Jedli, a Alwyn napełniła dwa kieliszki burgundem z duŜej butelki, stojącej na 

background image

stole przykrytym adamaszkiem. Oliver ponownie znalazł chwilkę, kiedy uwaga jej 
skierowana była na małego foksteriera, który podskakując, wkroczył do 
pomieszczenia. Uchwyciwszy ten moment, Oliver zamienił i kieliszki. Alwyn nic nie 
spostrzegła.

Gratulując sobie przebiegłości, Oliver podjął teraz atak na potrawy - stanowiło 

to ulubiony przez niego rodzaj walki. Jadł łapczywie i pił do dna, bo jedzenie było 
szczytem smakowitości. Było to fantazyjne poŜywienie, magiczne kulinaria - po 
prostu nic innego w świecie nie dorównywało temu posiłkowi. Wkrótce poczuł 
działanie środka nasennego, który zaatakował jego mózg i wywoływał zawrót głowy 
oraz ospałość.

- Czy coś nie w porządku, panie rycerzu? - zapytała Alwyn, gdy zapadł się w 

głąb swego siedzenia.

- Tylko chwila zmęczenia - odparł Oliver.
- Zamieniłeś talerze - rzekła gospodyni, wpatrując się w brudny odcisk kciuka 

na swoim talerzu; dostateczny dowód na to, co Oliver starał się zamaskować.

- Nie zamierzałem nic złego - powiedział Oliver sennie. - To stary zwyczaj 

mojego narodu. Czy ty zaŜywasz ten środek celowo?

- Oczywiście. Bez mego leku nasennego tracę w nocy mnóstwo czasu, nim 

zasnę - stwierdziła Alwyn.

- Ogromnie mi przykro, Ŝe cię go pozbawiłem - rzekł Oliver zwiotczałymi 

ustami i potoczył oczami, które zdawały się wpadać w głąb czaszki, co stanowiło 
nieomylny znak, Ŝe przechodzi w senną otchłań, czego pragnął raczej uniknąć. - Jak 
długo to działa?

Jej odpowiedź zagubiła się w przygniatającej go fali snu, która załamała mu 

się nad głową. Szamotał się w niej niczym człowiek -porwany przez szalejącą 
powódź; potem znalazł się poza nią, i wpadł w głębię czarnego stawu, oblewającego 
go jak ciepła kąpiel. Wysilał się, by utrzymać głowę ponad przysyłanymi przez 
Morfeusza mydlanymi, marmurowymi falami. Walczył z dziwnymi myślami, z 
niewytłumaczalnymi wyobraŜeniami. A potem, zanim się nawet spostrzegł, odpłynął 
w sen.

Kiedy się ocknął, kobiety nie było. Zamku nie było. Znajdował się w zupełnie 

innym miejscu.

background image

ROZDZIAŁ 7

Gdy Ylith wróciła do pielgrzymów, znalazła wszystkich w stanie wielkiego 

pomieszania. Sir Oliver przepadł nagle podczas nocy, nie zostawiając Ŝadnego śladu, 
a jego słuŜący, Morton Kornglow, nie umiał inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia, jak 
poprzez czary.

Ylith rozejrzała się wokół i poszła w końcu do pokoju, który zajmował Oliver. 

Słaby zapach kwasu pruskiego był dowodem, Ŝe w ciągu ostatnich dwudziestu 
czterech godzin uŜyto tu zaklęcia “Moronia”. To było wszystko, czego Ylith 
potrzebowała. Zaczekała, dopóki nie została w pokoju Olivera sama, a potem szybko 
wykonała swoje własne zaklęcie. UŜyła składników z noszonej przez nią zawsze 
skrzynki czarownicy - której nigdy się nie pozbyła pomimo swego nawrócenia - i 
wkrótce, przybrawszy mglistą postać, wyruszyła tropem Olivera, przemieszczając się 
przez wielki las, w którym rycerz zniknął.

Natknęła się na jego ślad i doszła po nim aŜ do zamku Alwyn. Ylith znała ją 

nieco z dawnych czasów. Alwyn była inną wiedźmą, starego, niezreformowanego 
rodzaju, i anielica sądziła, Ŝe tamta wykonywała prawdopodobnie jakąś pracę dla 
Azziego. Nadszedł czas, by wywróŜyć najbliŜszą przyszłość. Zebrała wystarczające 
dane, aby nadać odpowiedni kierunek wróŜebnym instrumentom; teraz wprawiła je w 
ruch.

Wyniki okazały się takie, jakich się spodziewała. Sir Oliver znajdował się w 

trakcie przygody z Alwyn. Azzie obmyślił tę scenę, aby moŜna było przejść przez nią 
całkiem szybko; inaczej Oliver miałby przydługą wędrówkę. Potem powinien wyjść z 
borów i ruszyć do swego celu, który leŜał na południowym zboczu Alp, na terytorium 
włoskim.

Odpowiedni moment do tego, aby mu przeszkodzić, wypadał gdzieś tam - 

zanim Oliver wyjdzie z lasu. Mogła przeciąć mu drogę. Ale co wtedy? Potrzebny był 
jej taki sposób, aby go zatrzymać, nie czyniąc mu jednocześnie nic złego.

- Mam! - powiedziała.
Spakowała swój wróŜebny ekwipunek i przywołała zaklęciem znajomego 

efreta. Ten zjawił się szybko; duŜy i czarny, ze złym spojrzeniem. Ylith wyjaśniła mu, 
iŜ sir Oliver musi być powstrzymany albo opóźniony w swojej wędrówce.

- Musisz go zatrzymać - powiedziała.
- Będę szczęśliwy, mogąc spełnić twoje Ŝyczenie - rzekł, dawniejszymi czasy 

zły osobnik, który ostatnio nawrócił się na stronę Dobra. - Czy mam go zabić?

Istoty tego rodzaju nadal miały pewną skłonność do przemocy (co było 

tolerowane w Niebie w spokojniejszych czasach, kiedy panował pewien liberalizm; 
ale to nie był spokojny czas i nie moŜna się było nadal przejmować uczuciami 
intelektualistów niebieskich).

- Nie, to by zaszło za daleko - stwierdziła Ylith. - Ale pamiętasz moŜe ten 

zwój niewidzialnego ogrodzenia, który kilka lat temu wzięliśmy od czarnoksięŜników 
Baala?

- Tak, pani. Został on uznany za osobliwość i złoŜony w jednym ze składów.
-  Dowiedz się zatem, w którym, i weź spory jego kawał. A oto, co chcę; Ŝebyś 

z nim zrobił.

background image

ROZDZIAŁ 8

Oliver usiadł powoli i powiedział do siebie:
- Co to wszystko było, u licha?
I chwycił się za głowę, w której silne pulsowanie zapowiadało migrenę. Stało 

się coś bardzo niedobrego. Nie wiedział co, ale czuł, Ŝe było to złe. Wstał i rozejrzał 
się dookoła. Miejsce było prawie całkowicie pozbawione jakichkolwiek cech, i mimo 
duŜej ilości światła nie mógł nic zobaczyć. Wszystko, co mógł stwierdzić, 
sprowadzało się do tego, Ŝe ze wszech stron otaczała go szarość. Rozległo się 
trzepotanie skrzydeł i na ramieniu usiadła mu mała sowa, pstrząc na niego 
niezgłębionym spojrzeniem, idealnie dopasowanym do nieprzenikliwości oraz 
tajemniczości otoczenia.

- Mogłabyś mi powiedzieć, gdzie jestem?
Sowa przechyliła na bok głowę.
- Trudno powiedzieć. To nieco śmierdząca sprawa, stary.
- Co przez to rozumiesz?
- śe jest pewne, iŜ zostałeś otoczony niewidzialnym ogrodzeniem.
Sir Oliver nie wierzył w niewidzialne ogrodzenia. Nie wierzył tak długo, 

dopóki nie zaczął iść i nie zderzył się delikatnie z jego przypuszczalną powierzchnią, 
przez którą nawet palec sir Olivera nie przechodził. Wydawało się, Ŝe nie moŜna 
okrąŜyć pułapki. Powiedział to sowie.

- Oczywiście - potwierdził ptak. - To dlatego, Ŝe jest to ślepy tor.
- Ślepy tor? A dokąd on prowadzi?
- Ślepe tory prowadzą wyłącznie po okręgach. Taka jest ich specyfika.
- Ale to jest nie w porządku! Nie mogę teraz kręcić się w kółko! Muszę 

znaleźć magicznego konia.

- Nic takiego tutaj nie ma - poinformowała go sowa.
- Tak naprawdę, to szukam złotego świecznika.
- Brzmi nieźle, ale teŜ go nie mam.
- Nawet magiczny pierścień byłby w sam raz.
Sowa wzdrygnęła się w poczuciu winy.
- O, pierścień! Akurat mam go przy sobie.
Ptak pogrzebał w piórach, znalazł pierścień i podał Oliverowi. Rycerz obrócił 

go w palcach. Był to ładny pierścień, z duŜym szafirem w prostej, złotej oprawie. 
Zdawało mu się, iŜ w głębi klejnotu dostrzega poruszające się cienie.

- Nie powinieneś zbyt długo gapić się na niego - ostrzegła sowa. - On nie jest 

do oglądania, ale do uprawiania czarów.

- Jakich czarów? Co powinienem z nim zrobić?
- Nie powiedzieli ci?
- Nie.
- Ach, w takim razie ktoś się tu nie za bardzo spisał. UwaŜam, Ŝe masz pełne 

prawo, by się na to poskarŜyć.

Rycerz rozejrzał się dookoła, ale nie było nikogo, do kogo moŜna by było 

wnieść zaŜalenie. Była tylko sowa.

- To diabelnie zła wiadomość - powiedział sir Oliver. - Jakim sposobem mam 

przeŜyć wspaniałe przygody, skoro utknąłem nie wiadomo gdzie?

- Moglibyśmy zagrać w karty - rzekła sowa. - Dla zabicia czasu.
- Nie sądzę - skrzywił się Oliver. - Nie grywam w karty z ptakami.
Sowa wyjęła spod skrzydła małą talię kart i zaczęła ją tasować. Posłała 

Oliverowi kpiące spojrzenie.

- No, dalej - ponaglił rycerz. - Rozdawaj.

background image

Wkrótce zatopił się w grze. Zawsze lubił karty. Pomagały spędzać czas.
- Twoja kolej - powiedziała sowa.

background image

ROZDZIAŁ 9

Znalazłszy się z powrotem w gospodzie, Azzie przetarł swą kryształową kulę i 

zapatrzył się w nią. Pozostawała mętna, dopóki nie przypomniał sobie, Ŝe trzeba 
powiedzieć: “PokaŜ mi, co porabia Oliver”. Kula rozbłysła, potwierdzając przesłanie, 
i wewnętrzną mglistość zastąpiła scena w lesistej okolicy, a przedstawiająca sir 
Olivera, grającego z puchaczem w karty.

- Nic takiego nie miało się zdarzyć! - powiedział Azzie do siebie. Potrzebny 

był mu teraz Aretino do pomocy. - Gdzie mój posłaniec? - zapytał demon.

Drzwi otworzyły się momentalnie, wpuszczając małego wzrostem osobnika.
- Natychmiast zanieś tę wiadomość do Aretina - Azzie nagryzmolił szponem 

na kawałku pergaminu dwa słowa: “Przybądź niezwłocznie”.

ZłoŜył go dwukrotnie i wręczył posłańcowi.
- Gdzie go znajdę?
- W Wenecji; bez wątpienia pije za moje pieniądze.
- Czy mógłbym dostać zaklęcie, które by mnie tam zaniosło?
- Powinieneś mieć swoje własne - gderał Azzie. - Ale weź ogólne zaklęcie z 

tamtego stołu.

Posłaniec wsadził do kieszeni kilka sztuk wyjętych z czaszy z rŜniętego szklą.
- Do Wenecji - powiedział do zaklęcia.
I wyruszył.
W pośpiechu Azzie nie rozpoznał w nim Quentina, który skorzystał z okazji, 

Ŝ

eby takŜe włączyć się do akcji.

background image

ROZDZIAŁ 10

Tymczasem w Wenecji Aretino uznał, Ŝe wpłata Azziego bardzo mu się 

przyda. Poeta zawsze chciał wydać naprawdę wielkie przyjęcie; takie, które 
wprawiłoby w osłupienie stare, kochane miasto, i udowodniłaby jeszcze raz, jak 
wspaniałym człowiekiem jest Pietro Aretino. Takie właśnie wymarzone przyjęcie 
odbywało się juŜ od kilku nocy oraz dni - odkąd tylko Azzie wyjechał.

Na swoje uroczystości poeta sprowadził niemiecką orkiestrę. Ludzie duŜo 

jedli, duŜo pili i popuszczali pasa. Był to miły i przyjazny czas. Jaka szkoda, Ŝe miał 
być przerwany przez posłańca!

Goniec okazał się całkiem młody, po prostu dziecko jeszcze - ubrany w 

koszulę nocną młody chłopak z głową pełną jasnych loków. Był to Quentin, 
zadyszany z lekka po powietrznej podróŜy, w czasie której zaklęcie, jakie wziął od 
Azziego, koziołkowało nim ponad Alpami, a potem w dół, do Wenecji. Gdy sługa 
wprowadził chłopca do Aretina, Quentin ukłonił mu się zamaszyście i powiedział:

- Aretino, przynoszę ci wiadomość.
- Jestem pewien, Ŝe nie potrzebuję jej właśnie teraz - rzekł poeta. - Tutaj jest 

bardzo zabawnie.

- To od Azziego - rzekł Quentin. - Chce, abyś natychmiast przybył.
- Rozumiem, A kim ty jesteś?
- Jestem jednym z pielgrzymów. Kiedy moja siostra Puss, to skrót od imienia 

Priscilla, zasnęła, postanowiłem rozejrzeć się trochę. Widzisz, ja tak naprawdę prawie 
nigdy nie śpię. Poszedłem więc na pierwsze piętro. Zobaczyłem drzwi i zajrzałem do 
ś

rodka, a potem zrozumiałem, iŜ naleŜę do cechu posłańców.

- W jaki jednak sposób potrafisz się przemieszczać? - spytał Aretino. - Jesteś 

ś

miertelnikiem jak i ja, czyŜ nie ?

- Oczywiście, ale wziąłem od Azziego garść zaklęć.
- Mam nadzieję, Ŝe to prawda - rzekł poeta w zamyśleniu. - Czego Azzie Ŝąda 

ode mnie?

- Twojego natychmiastowego stawiennictwa.
- Gdzie on jest?
- Zabiorę cię do niego dzięki magii - odparł Quentin.
- Jesteś całkiem pewny, Ŝe na tych zaklęciach moŜna polegać?
Quentin nawet nie zaszczycił go odpowiedzią. W krótkim czasie przyzwyczaił 

się do czarów i nie mógł się doczekać chwili, kiedy powie Puss, iŜ podróŜowanie za 
pomocą magii nie jest wcale wielką sztuką.

background image

ROZDZIAŁ 11

Zanim wszystko się zaczęło, Azzie planował uczcić moment, gdy sir Oliver 

znajdzie się wreszcie w drodze przez tajemniczy pasaŜ, gdyŜ miało to oznaczać, Ŝe 
jego niemoralne przedstawienie dobrze się zaczęło. Aretino miał tylko śledzić Olivera 
w jego wędrówce, a potem zdawać demonowi z tego relacje. Jednak zaledwie rycerz 
wyruszył, stało się natychmiast jasne, iŜ napotka jakieś trudności.

Azzie nie tracił czasu, by zbadać, co jest nie w porządku. Śledził podróŜ sir 

Olivera do krainy fantazji, wykorzystując wskazówki, za pomocą których Zło potrafi 
iść za Niewinnością. I tak Azzie wkroczył w ten dziwny obszar w lesie, w którym 
krainy rzeczywistości oraz fantazji były ze sobą przemieszane.

Po długiej wędrówce mrocznymi leśnymi duktami, demon doszedł do polany. 

Po przeciwnej jej stronie ujrzał sir Olivera siedzącego na pniu, z sową usadowioną 
naprzeciw niego. Grali w karty małą, wąską talią; dokładnie takiej wielkości, aby 
puchacz mógł ją utrzymać w swych szponach. Azzie nie wiedział, czy na ten widok 
ma się śmiać, czy raczej płakać; wszak przeznaczył sir Olivera do wielkich czynów! 
Pośpieszył do nich, mówiąc:

- Hej, Oliver! Przestań się wygłupiać i ruszaj w drogę!
Jego słowa nie zostały jednak dosłyszane, a on sam nie był w stanie podejść 

bliŜej, niŜ na około dwadzieścia stóp od pielgrzyma. Coś w rodzaju niewidzialnej, 
gumowej ściany zagradzało mu drogę. Wyglądało na to, Ŝe przegroda ta nie 
przepuszcza takŜe dźwięków, a moŜe nawet i fal świetlnych, bo Oliver nie widział go. 
Azzie ruszył wzdłuŜ niewidzialnego koła, aŜ doszedł dokładnie do tego miejsca, gdzie 
spojrzenie sir Olivera nieuchronnie musiałoby paść, gdyby tylko przypadkiem 
podniósł wzrok. Usadowił się w tym miejscu i czekał. Po chwili głowa Olivera 
uniosła się i wyglądało, Ŝe patrzy dokładnie w kierunku Azziego; po czym szybko 
powrócił do gry w karty.

Demon wiedział, Ŝe dzieje się coś tajemniczego i dalece wykraczającego poza 

zwykłe fortele, w których to on był mistrzem. Ciekaw był, kto w tym maczał palce. 
Jego pierwsze podejrzenie padło na Babriela, ale wydawało się, iŜ pomysł i 
wykonanie czegoś podobnego przekraczało zdolności umysłowe anioła. A zatem, kto 
to zrobił? Michał? Jakoś nie nosiło to subtelnego szlifu Michała. To nie było w jego 
stylu, choć doprowadzony do rozpaczy archanioł mógł być zdolny do wszystkiego.

Pozostała tylko Ylith, tego nie mógł wykluczyć. Ale co właściwie zrobiła? 

Chwilę potem to właśnie ona stała juŜ obok niego.

- Cześć, Azzie - przywitała go. - O ile nie myli mnie mój nos byłej 

czarownicy, to myślałeś właśnie o mnie.

Jej uśmiech był prosty i śliczny. I nie zdradzał niczego.
- Co tutaj zmajstrowałaś? - zapytał bez wstępów demon.
- Wymyśliłam małą psotę. Byłam pewna, Ŝe się uda - odparła Ylith. - To co 

widzisz, jest niewidzialnym ogrodzeniem standardowej miary.

- Bardzo sprytne - przyznał Azzie. - A teraz usuń je.
Ylith podeszła do niewidocznego płotu i pomacała dookoła dłonią.
- Dziwne - powiedziała wreszcie.
- Co takiego? - spytał Azzie.
- Nie mogę znaleźć anomalii, która daje moc temu ogrodzeniu. Powinna być 

dokładnie tutaj.

- Tego juŜ za wiele - stwierdził demon. - Idę do Ananke.

background image

ROZDZIAŁ 12

Ananke zaprosiła swoje stare przyjaciółki, trzy Parki, na herbatkę. Lachesis 

upiekła na tę okazję ciasto, Kloto obleciała sklepy z pamiątkami w Babilonie, aŜ 
znalazła odpowiedni prezent, a Atropos przyniosła mały tomik poezji.

Ananke nie zjawiała się na ogół w ludzkiej postaci. “Nazywajcie mnie po 

prostu starą obrazoburczynią” - zwykła była mówić. - “Nie uwaŜam, Ŝeby coś 
naprawdę waŜnego dało się zobrazować”. Dziś jednak, aby okazać się towarzyską, a 
takŜe dlatego, Ŝe lubiła Parki, wystąpiła jako dosyć korpulentna Niemka w średnim 
wieku, w szytym na miarę kostiumie i z włosami upiętymi w kok.

Ananke i Parki miały swój piknik na zboczach góry Icon, gdzie macierzanka 

oraz rozmaryn nasycały swym zapachem powietrze wyŜynnych łąk. Niebo było 
ciemnoniebieskie, a gdzieniegdzie przelatywały chmurki, niczym spłoszone szczury-
albinosy. Ananke nalewała właśnie herbatę, kiedy Lachesis zauwaŜyła jakąś plamkę 
na firmamencie. Plamka przybliŜała się.

- Patrzcie! -zawołała. - Ktoś nadlatuje!
- Poleciłam, aby mi nie przeszkadzano - zagderała Konieczność.
KtóŜ to taki ośmielił się jej sprzeciwić? Ananke przywykła do tego, iŜ ludzie 

trzęśli się ze strachu na sam dźwięk jej imienia, i uwaŜała to za naczelną zasadę 
obowiązującą w świecie; albo coś równie waŜnego. Lubiła myśleć o sobie jako to Tej, 
Której Musi się Słuchać, chociaŜ było to trochę pretensjonalne. W tym czasie z 
nadlatującej plamki wyłoniła się postać, w której po chwili moŜna było rozpoznać 
latającego demona. Po chwili Azzie wylądował z wdziękiem w pobliŜu miejsca, gdzie 
odbywał się piknik.

- Pozdrowienia! - zakrzyknął, kłaniając się nisko. - Przepraszam, Ŝe 

przeszkadzam. Mam nadzieję, Ŝe cieszycie się dobrym zdrowiem?

- Powiedz mi, o co chodzi - zwróciła się do niego Ananke surowo. - I lepiej, 

Ŝ

eby to było coś waŜnego.

- AleŜ jest - odparł Azzie. - Postanowiłem oto stworzyć nowy rodzaj 

przedstawienia na świecie - niemoralną farsę - która stanowić miała przeciwwagę dla 
wielu sztuk umoralniających, jakie moi przeciwnicy rozpowszechnili w świecie, 
mimo Ŝe ich wartość propagandowa jest tyleŜ nieskuteczna, co i bezsensowna.

- Przeszkodziłeś mi w pikniku tylko po to, aby przynieść mi wiadomość o 

twoim przedstawieniu? Znam cię od dawna, łajdaku, i nie obchodzą mnie twoje 
gierki. Co ta sztuka ma wspólnego ze mną?

- Przeciwnicy przeszkadzają mi w pracy - wyjaśnił Azzie - a ty bardziej stoisz 

po ich stronie, niŜ po mojej.

- No cóŜ, Dobro jest piękne - powiedziała Ananke tłumacząc się.
- Przypuśćmy. Niemniej wolno mi się jemu przeciwstawiać, prawda? Ty zaś 

jesteś tu od tego, Ŝebym mógł wykazać swoją słuszność.

- Tak, wszystko to prawda - przyznała Konieczność.
- Powstrzymasz zatem Michała oraz jego anioły, by mi nie utrudniali pracy?
- Sądzę, Ŝe tak. Teraz zostaw nas same. Chcemy kontynuować nasz piknik.
I tym Azzie musiał się zadowolić.

background image

CZĘŚĆ SIÓDMA

ROZDZIAŁ l

Michał znajdował się w swoim gabinecie, odpoczywając w platońskiej idei 

fotela - archetypie wszystkich foteli i, z definicji, najlepszym ze wszystkich 
kiedykolwiek zaprojektowanych. Wszystko, czego mu było teraz brak, to cygaro. Ale 
palenie było nałogiem, który dawno porzucił, wiec tak naprawdę nie brakowało mu 
niczego.

Michał nie czuł się jednak usatysfakcjonowany, gdyŜ osiągnięcie pełni 

zadowolenia było tak samo trudne dla archanioła jak i dla człowieka. I choć cieszyły 
go te błogie chwile, w głębi siebie zastanawiał się, jak długo będzie trwać owo 
rozkoszne leniuchowanie.

Rozległo się pukanie do drzwi.
Michał odniósł przykre wraŜenie, Ŝe cokolwiek przez nie wejdzie, nie 

przyniesie mu niczego miłego. Zastanawiał się czy nie udawać, Ŝe go nie ma? Albo 
odpowiedzieć: “Won!” Zdecydował jednak przyjąć gościa. Gdy się jest archaniołem, 
nawet kozioł ma prawo zatrzymać się przy drzwiach twojego gabinetu.

- Proszę - powiedział.
Drzwi otworzyły się i wszedł posłaniec. Gońcem było małe dziecko ze złotymi 

lokami, ubrane w nocną koszulę, z pakunkiem w jednej ręce, a wiązką zaklęć w 
drugiej. Quentin z gorliwością spełniał nadal rolę posłańca.

- Mam przesyłkę dla archanioła Michała.
- To ja - przyznał Michał.
- Podpisz tutaj - polecił Quentin.
Michał postawił swoją parafkę na konosamencie ze złotej blachy, który podał 

mu Quentin. Chłopiec złoŜył go i odsunął na bok, po czym wręczył Michałowi cięŜki 
pakunek.

- Ty nie jesteś aniołem? - upewnił się Michał.
- Nie, proszę pana.
- Jesteś chłopczykiem, ludzkim dzieckiem, nieprawdaŜ?
- Jak najbardziej - przyznał się Quentin.
- Dlaczego zatem pracujesz w nadprzyrodzonej słuŜbie posłańczej?
- Doprawdy, sam nie wiem - wyznał Quentin. - Ale to wspaniała zabawa. 

Jeszcze coś?

- Sądzę, Ŝe nie - odparł Michał.
Quentin uruchomił swoje zaklęcia i ulotnił się.
Michał podrapał się po głowie i zwrócił w stronę otrzymanej paczki, 

zawiniętej w zwykły, szary papier pakunkowy. Rozerwał go i wyjął duŜą cegłę odlaną 
z brązu, a obróciwszy ją ujrzał, Ŝe jej powierzchnia jest zapisana. Podniósł prezent do 
ś

wiatła, by móc rozpoznać litery; przeczytał: “Michale, natychmiast przestań się 

wtrącać do przedstawienia demona Azziego. JeŜeli chcesz, wymyśl własne, ale nie 
bądź obłudny i zostaw jego sztukę w spokoju. Z powaŜaniem, Ananke”.

Michał odłoŜył cegłę. Jego dobre samopoczucie zostało zupełnie zrujnowane. 

Za kogóŜ uwaŜała się ta Ananke, Ŝeby wydawać rozkazy archaniołowi? On sam nigdy 
tak naprawdę nie pogodził się z myślą, Ŝe Konieczność rządzi zarówno Dobrem, jak i 
Złem. Kto powiedział, Ŝe tak ma być? To był głupi pomysł i tyle. Michał zawsze 
pragnął, aby Bóg nie odchodził. On był naprawdę jedynym, który mógł panować nad 
tym bałaganem. Wycofał się jednak i to właśnie Ananke przejęła niejako kuratelę nad 
wszystkim. A teraz próbowała powiedzieć Michałowi, jak ma on postępować!

- Nie wolno jej ustanawiać praw w ten sposób i działać na moją szkodę - 

background image

powiedział Michał. - Być moŜe jest Przeznaczeniem, ale nie Bogiem.

Zdecydował, Ŝe lepiej będzie zrobić coś w tej sprawie. Krótki rekonesans 

ujawnił, Ŝe istniało przynajmniej kilka sposobów utrudnienia zadania Azziemu. Aby 
pokrzyŜować mu szyki moŜe wystarczyć nawet zwykła zwłoka.

background image

ROZDZIAŁ 2

Spróbuj jeszcze raz - polecił Hefajstos.
- Próbuję - odparł Ganimedes. - Mówię ci, Ŝe nie mogę się przedostać;
Wszyscy bogowie stali zgromadzeni przy ściance, po drugiej stronie której 

znajdowało się wnętrze puszki Pandory, w izbie Westfalla na Ziemi. Była to droga, 
jaką obrał Zeus, aby się uwolnić, a teraz wszyscy bogowie i boginie chcieli pójść jego 
ś

ladem - ale przegroda nie przepuszczała ich. Hefajstos, rzemieślnik bogów, próbował 

róŜnych sposobów powiększenia przejścia; jednak nigdy wcześniej nie pracował na 
przegrodach.

Nagle zastawka wydała słaby, brzęczący dźwięk i wszyscy się cofnęli. Chwilę 

później w przejściu ukazał się Zeus i stanął przed nimi w całej swej sile i chwale.

- A więc wraca wielki człowiek - stwierdziła Hera; zawsze miała ostry język.
- Spokój, kobieto - powiedział Zeus.
- Łatwo ci mówić - odparła Hera. - Ty idziesz sobie odstawiać te swoje brudne 

gierki, podczas gdy my wszyscy trwamy uwięzieni w tym wstrętnym miejscu. Jakiego 
autoramentu bogiem jesteś?

- Najlepszego - stwierdził Zeus skromnie. - Nie próŜnowałem, mam pewien 

plan. Musicie jednak zrobić wszystko, co wam powiem, bo od tego zaleŜy wasza 
wolność. A najbardziej od waszej współpracy, nie zaś od permanentnych kłótni. 
Chciałbym wam powiedzieć, Ŝe wkrótce przyjdzie tu archanioł Michał.

- Ha! Wróg! - zakrzyknął Febus Apollo.
- Nie - sprostował Zeus. - Potencjalny sprzymierzeniec. Pojawi się, prosząc o 

coś. Musimy mówić z nim rozsądnie i zrobić to, czego zaŜąda.

- A potem?
- Potem, dzieci, będziemy mieli szansę na ponowne przejęcie świata. Ach, oto 

ten nowy kamerad - zakończył Zeus, kiedy Michał wreszcie przybył.

Sposób, w jaki wyraził się Zeus, przedstawiając nowego towarzysza, wydał się 

archaniołowi bardzo niemiły - jakby był jakimś podrzędnym bóstwem, które 
wyskoczyło niedawno nie wiadomo skąd, a nie duchową istotą o władzy równej 
Zeusowej.

- UwaŜaj na swoje maniery - obciął Gromowładnego. - Nadal mamy siłę, która 

zdolna jest zdmuchnąć do najgłębszego Piekła ciebie i tę twoją pomaga bandę 
sybarytów.

- Właśnie stamtąd przyszliśmy - rzekł Zeus. - Gdy raz się posmakuje 

najgorszego, nie ma to juŜ potem takiej samej siły oddziaływania, jak przedtem. 
Wracając do tematu, w jakiej to kwestii pragnąłeś się ze mną zobaczyć?

- Sądzę, Ŝe zdajesz sobie sprawę - odparł Michał - Ŝe na kosmiczną scenę 

wkroczyła nowa siła?

- Nie uszło to mej uwadze - przyznał Gromowładny. - I co z tego?
- Czy wiesz takŜe o tej niemoralnej sztuce, którą próbuje wystawić demon 

Azzie?

- Słyszałem o niej - potwierdził Zeus. - Wygląda mi to na przebiegły pomysł.
- Jeśli będzie ona miała na ludzkość taki wpływ, jak się tego obawiam, nie 

przysłuŜy się to dobrze ani tobie, ani nam.

- Jak to sobie wyobraŜasz? My, greckie bóstwa, nie mamy wiele do czynienia 

z pojęciami Dobra i Zła.

- Ten projekt pozostaje poza Dobrem i Złem.
- Więc... Co?
- Jego plan nie tylko jest niemoralny - on wręcz podkopuje przekonanie, Ŝe 

charakter jest przeznaczeniem.

background image

- Co, co powiadasz? - spytał Zeus.
- Wiedziałem, Ŝe to przykuje twoją uwagę - stwierdził Michał. - Ale to jeszcze 

nie wszystko. Sztuka Azziego udowodni, iŜ charakter nie tylko nie jest 
przeznaczeniem, ale Ŝe bardzo opłaca się prowadzić pozbawione kontroli Ŝycie.

- Tego juŜ za wiele - zdenerwował się Zeus. - Jak moŜe my temu zaradzić?
- Musimy zastosować taktykę grania na zwłokę - zauwaŜył archanioł. - Sam 

osobiście nie mogę nic zrobić; zostałem juŜ w tej sprawie ostrzeŜony przez Ananke. 
Gdybyś jednak ty, albo jeszcze lepiej - jedno z twoich dzieci - zechciało wyświadczyć 
mi drobną przysługę...

Febus wstał i uśmiechnął się.
- Pomogę z wielką chęcią - powiedział. - Powiedz mi tylko, co chcesz, abym 

uczynił?

- Potrzebni tu będą Cyklopi - rzekł Michał. - Myślę o czymś podobnym do 

tego, co Apollo zmontował przeciwko Odyseuszowi, tylko tym razem lepiej. Potem 
będę miał inną małą robótkę dla tego spośród was, kto produkuje burze, deszcze i 
wichury.

Atena pomyślała chwilkę, a potem odezwała się:
- Podzieliliśmy tę funkcję pomiędzy wielu bogów - łącznie z Posejdonem oraz 

tobą, wielki Zeusie.

- To prawda - przytaknął Gromowładny. - Sprawę pogody przydzielimy 

komuś. Aresie, jak by ci się podobał ekologiczny sposób prowadzenia wojny?

- Jeśli tylko rani i zabija ludzi, to nie ma sprawy - przyznał Ares.
- Posłuchaj zatem - rzekł Michał. - Jest kilka rzeczy, które powinieneś 

wiedzieć o robieniu pogody.

background image

ROZDZIAŁ 3

Kobiecy głos zawołał:
- Znalazłam to wreszcie!
A potem słychać było odgłos odciąganej zasuwki i moment później dźwięk 

przewracającego się płotu.

Oliver wstał, by zbadać granice swego więzienia.
Nie było granic. Zaczął więc iść.
Nie był pewien, dokąd zmierza, ale skoro miał przy sobie zaklęcie “Moronia” 

to wyobraŜał sobie, Ŝe wszystko będzie dobrze. Ciągnęło go ono i holowało, i nie było 
najmniejszych wątpliwości, w którą stronę powinien się kierować. Zdawał sobie 
sprawę z tego, Ŝe w krótkim czasie pokonywał wielkie odległości. Zaklęcie zaczęło 
spychać go w lewą stronę, zatem uległ mu.

Wkrótce znalazł się na plaŜy. Szedł dalej i po chwili ujrzał duŜą jaskinię. Było 

w niej coś odpychającego, miał więc zamiar ominąć ją z daleka, ale wtedy zobaczył 
przybity nad wejściem prymitywny szyld: POSIADACZE PIERŚCIENIA MILE 
WIDZIANI. Wszedł. TuŜ za progiem siedział sobie na stołku olbrzymi olbrzym.

- Masz pierścień? - zapytał.
- Pewnie, Ŝe mam - odparł Oliver, okazując inkryminowany klejnot.
Wielkolud przyjrzał mu się uwaŜnie.
- Dobrze, to o ciebie chodzi.
Wstał i do wejścia jaskini przytoczył głaz.
- Po co to zrobiłeś? - zainteresował się Oliver.
- Rozkazy - wyjaśnił lakonicznie kolos, siadając z powrotem na swoim stołku.
- Co teraz? - spytał sir Oliver.
- Wierz mi, nie chciałbyś tego wiedzieć.
- AleŜ chcę. Powiedz mi.
- Zjem cię - stwierdził wielkolud krótko.
- Nie mówisz chyba tego serio?!
- Całkiem powaŜnie. Czy znałeś kiedykolwiek olbrzyma, który by kłamał?
- Nigdy nie zrobiłem ci nic złego - powiedział Oliver, nie odpowiadając 

wprost na pytanie.

- To nie ma nic do rzeczy.
- Więc o co ci chodzi?
- Przykro mi, bracie, ale mam tu przy sobie rozkaz. “Zjedz faceta z 

pierścieniem” - oto jak on brzmi.

- Jakiego faceta? Z jakim pierścieniem? - dociekał sir Oliver.
- Tego nie wiem. Mówi się tylko o “człowieku z pierścieniem”.
- Ale to mógłby być ktokolwiek.
- Słuchaj, bracie, moŜe oni nie mieli czasu, Ŝeby wypisać coś więcej.
- A co się stanie, jeŜeli zeŜresz niewłaściwą osobę?
- No cóŜ, byłby to niewątpliwie czyjś pech, ale nie stanowiłoby to mojej winy.
- Oczywiście, Ŝe nie - potwierdził ugodowo Oliver. - Ale moŜe mieliby ci to za

złe.

- Jak to sobie wyobraŜasz?
- Przypomnij sobie, czy nie ganią cię i tak, gdy stanie się coś złego, bez 

względu na to, czyja to była wina?

- Masz rację - przyznał olbrzym.
Wszedł z powrotem do jaskini, gdzie w głębi stał fotel, łóŜko oraz latarnia. 

Oliver rozejrzał się za jakąś bronią, ale nic takiego nie dojrzał. Zobaczył natomiast, Ŝe 
do koszuli olbrzyma przypięty był kawałek papieru.

background image

- Co tam masz przyczepione na barku? - zainteresował się rycerz.
- To instrukcja, którą mi dano.
- Co ona mówi?
- Tyle tylko, Ŝe mam tu pozostać, aŜ zjawi się facet z pierścieniem.
- Nic więcej?
- Nie, o ile wiem.
- Pozwól mi rzucić okiem.
Wielkolud nie uznał tego za dobry pomysł. Chronił swój przepis działania i 

wcale nie zamierzał go pokazywać jakiemuś nieznajomemu. A juŜ zwłaszcza nie 
takiemu, którego miał zjeść. Oliver rozumiał to wszystko, ale był zdecydowany 
przyjrzeć się wyrokowi na siebie. Jedyna rzecz, jaka przyszła mu w związku z tym do 
głowy, to zaproponować olbrzymowi masaŜ pleców.

 - Dlaczego miałbym pragnąć masaŜu? - zdumiał się kolos podejrzliwie.
- PoniewaŜ dobrze się po nim poczujesz; oto dlaczego.
- I tak czuję się dobrze - zapewnił go olbrzym, chociaŜ i było widać, Ŝe to 

nieprawda.

- W rzeczy samej - przyznał Oliver. - Widzę, Ŝe czujesz się nieźle. Ale co to 

znaczy “dobrze”? Dobrze to wcale nieduŜo. To prawie nic. Czy nie chciałbyś się 
poczuć bardzo dobrze?

- Nie wiem, czy mi to potrzebne - zawahał się wielkolud.
- Kiedy ostatni raz czułeś się wyśmienicie? Mam na myśli, tak naprawdę 

wspaniale?

- Sądzę, Ŝe było to dosyć dawno temu. Nikogo nie obchodzi to, jak czuje się 

olbrzym. Nikt nawet nie pomyśli, Ŝe ma on w ogóle jakieś czucie. Nikt nie pyta o jego 
zdrowie i ogólną kondycję psychofizyczną. Ludzie uwaŜają, Ŝe olbrzymi to głupcy, 
ale jesteśmy dostatecznie bystrzy, aby zauwaŜyć, Ŝe nikt się o nas nie troszczy.

- Trafnie to ująłeś - przyznał Oliver. - To co z tym masaŜem pleców?
- Zgoda - odparł olbrzym. - Ale czy muszę zdjąć koszulę?
- Nie, jeśli nie chcesz.
Kolos połoŜył się na długiej płycie skalnej, której uŜywał jako posłania. W 

ciągu dnia robił z niej kanapę, z głazami zamiast poduszek.

Oliver zsunął do góry jego koszulę i zaczął rozcierać oraz ugniatać mu plecy - 

najpierw łagodnie, ale potem z większą siłą, bo pacjent skarŜył się, Ŝe nic nie czuje. 
Rycerz rozciągał, uderzał i walił, cały czas starając się rzucić okiem na przypiętą na 
lewymi barku instrukcję, przymocowaną do koszuli klamrą z brązu.

W końcu udało mu się odczytać napis na etykietce: “Olbrzym ten moŜe zostać 

zraniony tylko pod lewą pachą, która nie jest opancerzona, ze względu na potrzebę 
wentylacji wyŜej wymienionego. Olbrzym powinien uwaŜać, aby nic nie zbliŜało się 
do tego miejsca”. Pod spodem znajdował się znak fabryczny, lecz uległ rozmazaniu.

Było to juŜ coś, ale nie dosyć, gdyŜ Oliver nie miał pojęcia, jak się ma dostać 

pod lewą pachę olbrzyma. Nawet prawa była niedostępna.

W wejściu do jaskini mignął jakiś cień i Oliver uniósł wzrok. Stał tam wysoki, 

dobrze ubrany osobnik, z pozoru wyglądający na Włocha.

- Cześć, jestem Aretino - przedstawił się przybyły. - Przysłał mnie Azzie. Jeśli 

skończyłeś swój masaŜ, to sądzę, Ŝe moglibyśmy wrócić do powaŜnej pracy?

- Kto to? - zapytał sennie kolos.
- Nie bój się - odparł Oliver. - To ktoś do mnie.
- Powiedz mu, Ŝeby sobie poszedł. Po masaŜu powinienem cię zjeść.
Oliver potoczył oczyma i odrywał rękę z pleców pacjenta tak powoli, Ŝe drugą 

zdąŜył wykonać błagalny gest. Teraz dopiero Aretino na dobre zdał sobie sprawę z 
obecności olbrzyma. Zachowując stosowną ostroŜność na wypadek, gdyby 

background image

znajdowało się w niej więcej potworów, wszedł powoli w głąb jaskini.

- Czy on jest opancerzony? - szepnął do Olivera.
- Tak - potwierdził rycerz - ale z wyjątkiem lewej pachy.
- Powinieneś wykorzystać moment, kiedy wyciągnie się na całą długość.
- Z pewnością; Tylko jak tego dokonać?
- Czy rosną tu gdzieś winogrona? - ściszył znowu głos poeta.
- Zapytam - powiedział Oliver, domyślając się natychmiast, w czym rzecz.
- Winogrona? Po co ci winogrona? - zdziwił się olbrzym.
- Ostatni posiłek przed śmiercią. Taki jest zwyczaj.
- Nigdy o nim nie słyszałem. Sądzę jednak, Ŝe moglibyśmy ci znaleźć nieco 

winogron. To był bardzo dobry masaŜ.

Wielkolud stanął na nogi.
- Chodź ze mną.
I wyprowadził Olivera na zewnątrz. TuŜ obok jaskini rósł bardzo wysoki 

krzew winorośli.

- Nie mogę ich dosięgnąć - poskarŜył się Oliver.
- Podam ci trochę - zaofiarował się olbrzym i podniósł ramię, odsłaniając 

pachę. W tym momencie Aretino rzucił Oliverowi swój miecz. Rycerz złapał go. 
Kolos nadal, co prawda, unosił swe ramię, ale było ono prawym ramieniem. Oliver 
zawahał się.

- Wal mimo wszystko! - zachęcił go Aretino.
Oliver zazgrzytał zębami i zanurzył miecz w pachę wielkoluda. Jak się tego 

obawiał, była uodporniona, ale niewystarczająco. Miecz wbił się w nią.

- Och! Dlaczego to zrobiłeś?
- Musiałem. Miałeś mnie zabić!
- Mogłem się jeszcze rozmyślić.
A skąd ja to miałem wiedzieć?
Olbrzym upadł na ziemię.
- Mogłem to przewidzieć - zazgrzytał zębami. - Czy słyszał kto kiedykolwiek 

o zwycięskich olbrzymach? A propos, ten świecznik, którego szukałeś... Mam go w 
głębi jaskini.

Po czym wstrząsnęły nim śmiertelne drgawki i zmarł.
- Szybko - ponaglił Aretino. - Weź lichtarz!
Oliver wbiegł z powrotem do jaskini i za jakimś głazem znalazł kandelabr. 

Miał juŜ teraz pierścień, klucz i lichtarz. Zrobił dwa kroki w przód i cofnął się 
zdumiony. Aretino zniknął. Przed nim stał zupełnie inny człowiek.

background image

ROZDZIAŁ 4

Kim jesteś? - spytał Oliver.
- Pańskim adiutantem - odparł męŜczyzna. - Nazywam się Globus. Mam 

słuŜyć wielkim tego świata.

Kątem oka Oliver spostrzegł, Ŝe jest w zupełnie innym miejscu. Zdaje się, iŜ ta 

sztuczka dokonała się, kiedy wziął świecznik. PlaŜa zniknęła; stał na sporej łące 
rozciągającej się opodal jakiejś wsi. Z jednej strony piętrzyły się góry, z drugiej 
ciągnęła rozległa równina. W jej środku połyskiwała rzeka; na brzegu znajdowało, się 
pełne ludzi oraz namiotów obozowisko.

- Jaki to szwadron? - spytał znowu Oliver.
- Biała Kompania - odrzekł Globus.
Biała Kompania była sławna. Jej pierwszy komendant, sir John Hawkwood, 

prowadził tę grupę do wielu wybitnych zwycięstw po całych Włoszech. Liczyła ona 
około dziesięciu tysięcy walecznych męŜczyzn z kaŜdego zakątka Europy: smagli 
Łotysze, Polacy z włosami jak u chochlików, wąsaci Niemcy, Włosi z kolczykami w 
uszach, Francuzi z wyondulowanymi fryzurami, Szkoci z krzaczastymi brwiami. To 
wojsko było najlepsze, najweselsze, najbardziej Ŝądne krwi, a jednak takŜe 
najbardziej karne ze wszystkich wojsk w cywilizowanym - i nie tylko - świecie.

- Gdzie jest Hawkwood? - zapytał Oliver o słynnego dowódcę kompanii.
- Sir John przebywa w Anglii na płatnym urlopie - wyjaśnił Globus. - Nie 

chciał odejść, ale mój pan zapłacił mu kwotę nie do odrzucenia.

- Kto jest twoim panem?
- Nie nazwę go wprost - odparł adiutant. - Powiem tylko, Ŝe jest to diabelnie 

fajny facet. Polecił mi dać tobie to.

Globus wyjął z plecaka długi, cienki przedmiot, po czym wręczył go 

Oliverowi, który natychmiast rozpoznał w nim buławę, jaką nosił zwykle marszałek 
polny.

- To są twoje insygnia dowódcze - wyjaśnił adiutant. - Kiedy pokaŜesz je 

swoim ludziom, pójdą za tobą wszędzie.

- A dokąd powinienem iść?
- W tej chwili znajdujemy się po południowej stronie Alp - Globus wskazał 

stosowny kierunek. - Maszerujemy prosto tą drogą, a potem wzdłuŜ brzegu rzeki do 
Wenecji.

- Czy wszystko, co mam zrobić, to zaprowadzić tam wojsko?
- Tak jest.
- W takim razie chodźmy się do nich przyłączyć - wykrzyknął Oliver z 

triumfem.

background image

ROZDZIAŁ 5

Oliver wszedł do, zarezerwowanego dla niego, purpurowego namiotu. 

Wewnątrz czekał nie kto inny, jak sam Azzie, siedząc na obozowym stołku i piłując 
pazury srebrnym pilniczkiem.

- Cześć, szefie! - zawołał rycerz.
- Witaj w swojej kwaterze, Marszałku Polny - odparł Azzie. - Czy wszystko 

przebiega zgodnie z twoim Ŝyczeniem?

- Jest wspaniale - zapewnił go Oliver. - Dałeś mi cudowną paczkę Ŝołnierzy. 

Przyjrzałem się niektórym z nich, kiedy tu szedłem. Istni twardziele. Ktokolwiek 
chciałby mi stawić czoło, będzie tego mocno Ŝałował. Nawiasem mówiąc, czy jest 
ktoś, z kim będę musiał walczyć?

- Oczywiście. W swoim marszu na południe, który chcę Ŝebyś rozpoczął 

natychmiast po skończeniu tej odprawy, spotkasz skandynawskich wojowników z 
Naczelnej Brygady Śmierci.

- Brzmi to przeraŜająco. Czy aby naprawdę uwaŜasz, Ŝe powinienem, 

rozpoczynając swą karierę, walczyć z ludźmi, którzy są aŜ tak groźni?

- Wcale nie są. Nadałem im taką nazwę, bo to dobre dla prasy. W istocie jest 

to banda wywłaszczonych chłopów, wieśniaków z tej okolicy, wyrzuconych z ziemi 
za niepłacenie podatków, które notabene były ponad ich siły. Są uzbrojeni tylko w 
siekiery i kosy, nie mają zbroi, łuków ani strzał, a nawet porządnych lanc. Poza tym, 
jest ich tylko dwustu przeciwko twoim dziesięciu tysiącom. Ci ludzie nie tylko są źle 
przygotowani, ale moŜna ręczyć, Ŝe zdradzą swoich towarzyszy i pierzchną przy 
pierwszym szczęku oręŜa.

- To juŜ wygląda duŜo lepiej - przyznał Oliver. - A co potem?
- Później wmaszerujesz do Wenecji. Będziemy mieli przy gotowaną prasę.
- Prasę? Naprawdę nie zrobiłem nic takiego, Ŝeby zasłuŜyć na tortury.
- Nie rozumiesz - rzekł Azzie. - Prasą nazywamy osoby, które innych ludzi 

informują o róŜnych wydarzeniach - malarzy, poetów, pisarzy i tego rodzaju hałastrę.

- Nic o tym nie wiem - powiedział Oliver.
- Lepiej się dowiedz, jeśli chcesz stać się sławny ze swoich zwycięstw. Jakim 

sposobem zostaniesz legendarną postacią, jeŜeli nie będzie się o tobie pisać?

- Zdawało mi się, Ŝe to juŜ się stało.
- Wcale nie. Wynająłem najlepszych poetów oraz pisarzy naszego czasu, z 

boskim Aretinem na czele, by głosili twoją chwałę. Tycjan wykona olbrzymi plakat 
propagandowy dowolnej victorii, o której przedstawienie go poprosimy. Wynajmę 
takŜe kompozytora, by napisał utwór upamiętniający zwycięstwo - jakie by ono było.

Azzie wstał i podszedł do wejścia do namiotu. DuŜe, czarne chmury wyszły 

spoza Alp i spadło kilka pękatych kropli deszczu.

- Wygląda na to, Ŝe zanosi się na niepogodę. Niewątpliwie wkrótce to 

przejdzie i będziesz mógł zabrać swoich ludzi w drogę do Wenecji. Nie przejmuj się 
tym, jak masz do nich przemawiać, ani w jakim języku. Po prostu powiedz 
Globusowi, a on juŜ dopilnuje, Ŝeby kaŜdy zrozumiał.

- To dobrze, bo martwiłem się o to - rzekł Oliver, który wcale się nad tym nie 

zastanawiał, ale chciał udawać, Ŝe myślał.

- śyczę szczęścia - powiedział Azzie. - Sądzę, Ŝe niedługo spotkamy się w 

Wenecji.

background image

CZĘŚĆ ÓSMA

ROZDZIAŁ l

Ciemność panowała nad Europą, a największa w małej oberŜy, w której Azzie 

- mimo krótkich wypadów rekonesansowych i zaopatrzeniowych - nadal pilnie 
werbował ludzi do swojego przedstawienia.

- Jakie nowiny, Aretino? - zapytał demon.
- CóŜ, panie, miasto huczy od pogłosek, iŜ dzieje się coś dziwnego i 

bezprecedensowego. Nikt nie wie co, ale mówi się, Ŝe Wenecjanie nie są 
wtajemniczani w sekrety istot nadprzyrodzonych, chociaŜ z pewnością powinni być, 
gdyŜ jesteśmy wyjątkowi wśród narodów świata. Obywatele w dzień i w nocy 
spotykają się na placu św. Marka, aby porozmawiać o ostatnim dziwie dostrzeŜonym 
na niebie. Ale pan nie przysłał po mnie, aby rozmawiać o plotkach.

- Wezwałem cię tu, Pietro, abyś mógł spotkać się z niektórymi moimi 

zawodnikami, dzięki czemu tym lepiej będziesz mógł pomagać im w pracy dla mnie. 
Szkoda, Ŝe rozminąłeś się z sir Oliverem. Jest bardzo dobrym wzorem rycerza i sądzę, 
Ŝ

e da nam niejeden powód do dumy.

- Widziałem, go przelotnie, kiedy jechałem konno - rzekł Aretino bez 

wielkiego entuzjazmu w głosie. - Dość to niezwykły sposób rozdzielania ról, jeŜeli 
bierze się pierwszego lepszego, który się sam zgłasza, i - chcąc nie chcąc - korzysta 
się z niego, Ale, bez wątpienia, poradzi sobie. Kto jest następny?

- PoŜyjemy, zobaczymy - odparł Azzie. - Jeśli się nie mylę, słychać kroki na 

schodach.

- Rzeczywiście - przyznał poeta - a z ich odgłosu wnoszę, Ŝe naleŜą do osoby 

o nieszczególnej pozycji społecznej.

Jak ty to potrafisz rozpoznać? Bardzo bym chciał zgłębić, na czym polega 

twój sekret percepcji na odległość.

Aretino uśmiechnął się przemądrzale.
- ZauwaŜ, Ŝe jego buty skrzypią, słyszymy je przez drzwi i z odległości 

połowy długości korytarza. To jest, proszę pana, niewątpliwy odgłos niegarbowanej 
skóry. PoniewaŜ ten dźwięk ma wysoki ton, naleŜy stwierdzić, Ŝe są sztywne; zaś 
jeden ocierający się o drugi to niczym dwa trące o siebie kawałki metalu. śaden 
wykwintny człowiek nie nosiłby obuwia z takiego materiału, musi więc ono naleŜeć 
do kogoś biednego.

- Pięć dukatów, jeŜeli masz rację - powiedział Azzie; odgłos kroków ucichł 

przy drzwiach i rozległo się pukanie. - Proszę wejść - rzekł rudowłosy demon.

Drzwi otworzyły się i do wnętrza wszedł powoli, rozglądający się na boki 

męŜczyzna, jakby niepewny przyjęcia, jakie go tu spotka. Był wysokim osobnikiem o 
jasnych włosach, noszącym wystrzępioną koszulę z samodziału oraz buty z wołowej 
skóry, które wyglądały, jakby były przyrośnięte do jego stóp.

- Później ci zapłacę - zwrócił się Azzie do Aretina; do nieznajomego zaś 

powiedział. - Nie znam cię. Czy uczestniczysz w naszej pielgrzymce, czy teŜ 
przypadkiem natknąłeś się na nas w ciemności?

- W sensie cielesnym stanowię część grupy - odparł nie znajomy - ale pod 

względem duchowym nie naleŜę do tego towarzystwa.

- Facet jest wcale bystry - zauwaŜył Azzie. - Jak się nazywasz bracie, i jaka 

jest twoja pozycja w świecie?

- Nazywają mnie Morton Kornglow - odparł przybyły - a moim zwykłym 

zajęciem jest opiekowanie się końmi, gdyŜ zawsze byłem zręczny do zgrzebła, ale 
zmuszono mnie do pracy w charakterze lokaja u sir Olivera, poniewaŜ mieszkam w 

background image

jego rodowej wsi. Tak więc mogę śmiało mienić się jednym z was, jeśli chodzi o 
fizyczne ciało, zwykle jednak uwaŜa się, iŜ towarzystwo składa się z członków o 
jednakowej pozycji oraz poglądach, i nie obejmuje błąkających się przy nich psów ani 
kotów, oraz sług, którzy nie są niczym więcej od zwierząt, chociaŜ są moŜe trochę 
więcej warci. Muszę pana od razu spytać, czy mój niski stan nie będzie przeszkodą w 
uczestniczeniu w tym przedsięwzięciu? Czy pańskie zawody dostępne są tylko dla 
dobrze urodzonych, czy teŜ moŜe się na ochotnika zgłosić prosty człowiek z brudem 
za paznokciami?

- W świecie duchowym rozróŜnienia, jakie ludzie czynią między sobą, nie 

mają znaczenia. UwaŜamy was wszystkich za dusze, które przybierają oraz noszą 
chwilowo ciała, i wkrótce się ich pozbywają. Ale dosyć o tym. Czy pragnąłbyś być 
jednym z poszukiwaczy świeczników, Kornglow?

- W rzeczy samej, chciałbym, panie demonie - odrzekł Morton. - Bo chociaŜ 

jestem tylko prostym człowiekiem, istnieje l coś takiego, czego poŜądam. Zadałbym 
sobie trochę trudu, aby to zdobyć.

- Jakie jest twoje Ŝyczenie? - spytał Azzie.
- Zanim przyłączyłeś się do naszego towarzystwa, zboczyliśmy z drogi, aby 

zwiedzić dobra Rodriga Sforzy. Panowie jedli przy wykwintnym stole w jadalni, 
podczas gdy prości ludzie, tacy jak ja, siedzieli w kuchni; jednak przez otwarte drzwi 
widzieliśmy wszystko, co się działo. I tam ujrzałem Cressildę Sforza, Ŝonę samego 
lorda Sforzy. Panie, ona jest najpiękniejszą z kobiet, z włosami o barwie 
kukurydzianych wąsów, leŜącymi gładko na policzku o adamaszkowym rumieńcu, 
który zawstydziłby nawet anioły. Jest cieniutka w pasie, a ponad nim wzdyma się...

- To wystarczy - przerwał Azzie. - Zaoszczędź nam reszty swych grubiańskich 

zachwytów i powiedz, czego chcesz od tej damy?

- Oczywiście, Ŝeby wyszła za mnie za mąŜ - odparł Kornglow.
Aretino wybuchnął głośnym śmiechem i stłumił go kaszlem. Nawet Azzie 

musiał się uśmiechnąć, tak źle dobrany był prostacki i obdarty Kornglow do 
jakiejkolwiek pięknej szlachcianki. 

- CóŜ, panie - rzekł demon - nie boisz się mierzyć wysko w swoich zalotach.
- Biedny człowiek moŜe się ubiegać nawet o Helenę Trojańską, jeśli chce - 

odparł Kornglow. - W jego wyobraźni moŜe go ona wybrać spośród wszystkich 
innych męŜczyzn i uwaŜać za najbardziej poŜądanego oraz atrakcyjniejszego niŜ sam 
Parys. We śnie moŜe się zdarzyć wszystko, czego sobie Ŝyczysz. A czyŜ nie jest to coś 
w rodzaju snu, ekscelencjo?

- Tak, sądzę, Ŝe jest - zgodził się demon. - A zatem, jeśli mielibyśmy spełnić 

twoje pragnienie, musielibyśmy cię uszlachcić, aby nie było przeszkody w ceremonii 
zaślubin.

- Chciałbym tego - przyznał Morton.
- Musielibyśmy takŜe uzyskać zgodę lady Cressildy - zwrócił uwagę Aretino.
- Zostaw to mnie, kiedy nadejdzie czas - odparł Azzie. - Jest to wyzwanie, ale 

damy temu radę.

Poeta zmarszczył się i wysunął kolejną obiekcję.
- Faktem jest, iŜ ta dama pozostaje juŜ od jakiegoś czasu zamęŜna, mój panie. 

MoŜe to stanowić niejaką przeszkodę.

- Mamy w Rzymie urzędników, którzy zajmą się tego rodzaju drobiazgami - 

zlekcewaŜył to Azzie; zwrócił się ponownie do lokaja sir Olivera. - Jest kilka rzeczy, 
które będziesz musiał zrobić. Czy jesteś gotów zadać sobie trochę trudu?

- Tak, proszę pana, o ile to nie będzie zbyt męczące. Człowiek nie powinien 

działać niezgodnie ze swoim wrodzonym usposobieniem, nawet dla zdobycia 
najbardziej ekstrawaganckiej fortuny; zaś moje wrodzone usposobienie to lenistwo. 

background image

Tak skrajne, Ŝe gdyby świat dowiedział się o nim, nazwano by mnie jego cudem.

- Nie czeka cię nic nadzwyczaj trudnego - przyrzekł demon. - Myślę, Ŝe 

moŜemy cię zwolnić od zwykłej walki na miecze, bo nie byłeś w tym ćwiczony.

Azzie włoŜył rękę do kieszeni kamizelki i wyjął jeden z magicznych kluczy. 

Wręczył go Kornglowowi, który przez chwilę obracał go w palcach.

- Pójdziesz stąd - wyjaśnił demon - a ten klucz zaprowadzi cię do drzwi. 

Przejdziesz przez nie i znajdziesz konia z magicznym świecznikiem w jukach przy 
siodle. Kiedy go dosiądziesz, przeŜyjesz swoją przygodę, a na jej końcu spotkasz swą 
Cressildę o jedwabistych, kukurydzianych włosach.

- Wspaniale - ucieszył się Morton. - To cudowne, gdy i szczęście przychodzi 

tak łatwo!

- Tak - przyznał Azzie. - Łatwość zdobywania jest jedną z wielkich rzeczy 

tego świata. Morał, który naleŜy głosić ludziom, to fortuna przychodzi bez trudu; po 
cóŜ wiec harować na nią w pocie czoła?

- To wspaniała maksyma - przyznał stajenny. - Podoba mi się ta historia.
I ściskając w ręku klucz, wybiegł z pokoju. Demon uśmiechnął się 

dobrotliwie.

- Jeszcze jeden szczęśliwy dureń.
- Ktoś następny jest przy drzwiach - zaraportował Aretino.

background image

ROZDZIAŁ 2

Matka Joanna siedziała w swoim pokoju w oberŜy. Była mocno zaniepokojona 

dochodzącymi z zewnątrz, z korytarzy, odgłosami szurania. Mogły one być czymś 
absolutnie naturalnym, albo teŜ nadprzyrodzonym, ale przeorysza podejrzewała, Ŝe to 
pielgrzymi, którzy postanowili skorzystać z oferty sir Antonia, byli w drodze do jego 
sypialni.

Pomimo świątobliwego stanowiska, Joannie nie były obce ludzkie pragnienia. 

Istniały rzeczy, które pragnęła posiadać; a poniewaŜ była osobą nieumiarkowaną, 
przeto owe Ŝądze równieŜ paliły się w niej w niepohamowany sposób. Jako świecka 
matka przełoŜona, a nie zakonnica, patrzyła na swoją pracę jak na prowadzenie 
jakiegoś wielkiego interesu. Jej Ŝeński klasztor w Gravelines, z siedemdziesięcioma 
dwiema zakonnicami i mnóstwem słuŜby oraz ludzi do opieki nad zwierzętami, 
stanowił przedsiębiorstwo podobne małemu miastu. Joanna rozkoszowała się tym od 
samego początku; wydawało się, iŜ jest do tego stworzona. Nigdy nie była taka, jak 
inne dziewczynki, bawiące się lalkami i marzące o zamąŜpójściu. JuŜ jako dziecko 
lubiła wydawać polecenia swoim ptakom oraz spanielom - ty siedź tam, a ty tam - 
karcąc je za nieposłuszeństwo odebraniem podwieczorku.

Zwyczaj wydawania rozkazów nie opuścił jej i wtedy, gdy wyrosła na kobietę. 

MoŜe sprawy przyjęłyby inny obrót, gdyby była piękna, ale upodobniła się do rodziny 
ze strony Mortimerów. Tak jak oni miała duŜą białą twarz, krótkie suche włosy bez 
połysku, krępe ciało bardziej nadające się do pracy przy łopacie czy pługu, niŜ do 
uganiania się w poszukiwaniu miłości. Pragnęła być bogata, i budzić respekt, a słuŜba 
w Kościele wydawała się dobrym sposobem na osiągnięcie tego celu. Jej religijność 
była często konwencjonalna, a silny zmysł praktyczny podpowiadał, Ŝe tuŜ obok, za 
ś

cianą, mogła znaleźć duŜo lepszą sposobność realizacji pragnień, niŜ wieczne 

wyczekiwanie, aŜ papieŜ będzie skłonny awansować ją na przełoŜoną jakiegoś 
większego klasztoru.

Myślała i myślała. Chodziła tam i z powrotem po swoim pokoiku, biorąc pod 

rozwagę drąŜące ją pragnienia oraz pytając się, które z nich jest najwaŜniejsze? Za 
kaŜdym razem, kiedy zza drzwi dolatywał jej uszu jakiś odgłos, wzdrygała się na 
myśl, iŜ właśnie w tej chwili inni korzystali ze wspaniałomyślnej oferty sir Antonia, 
by spełnić swoje serdeczne Ŝyczenia. Wkrótce zbierze się siedmiu wspaniałych i dla 
niej zabraknie szansy. W końcu postanowiła działać.

Matka Joanna wyśliznęła się ze swojej izdebki i cicho sunęła ciemnymi 

korytarzami oberŜy. Wchodziła na górę po schodach, cofając się niepewnie za 
kaŜdym skrzypnięciem stopnia. Dotarłszy wreszcie do drzwi pokoju sir Antonia, 
zdobyła się na odwagę, podniosła rękę i zapukała lekko. Z drugiej strony usłyszała 
głos Azziego, który powiedział:

- Wejdź, moja droga. Spodziewałem się ciebie.
Miała wiele pytań. Demon uwaŜał, Ŝe jest męcząca, ale udało mu się ją 

uspokoić. Gdy jednak zaczął wypytywać przybyłą o pragnienia jej serca, stwierdził, Ŝe 
nie bardzo miała ochotę je wyjawić. Na jej szerokiej, białej twarzy pojawił się wyraz 
smutnego zaŜenowania.

- Czego chcę – rzekła - o tym nawet nie lubię mówić. Jest to zbyt haniebne, 

zbyt poniŜające.

- AleŜ powiedz - zachęcał Azzie. - Jeśli nie wyjawisz tego swojemu 

demonowi, to komu?

Joanna juŜ zebrała się w sobie, ale wskazała jeszcze kciukiem na Aretina.
- A co z nim? Czy on takŜe ma tego słuchać?
- Oczywiście - potwierdził demon. - Jest wynajętym poetą. Jak mógłby opisać 

background image

nasze przygody, gdyby nie był przy nich obecny? Doprawdy, zbrodnią byłoby nie 
uwiecznić tych wybitnych zdarzeń. Skazałoby to nas na przebycie Ŝycia anonimowo, 
jak to czyni większość ludzi. JednakŜe Aretino unieśmiertelni nas, moja droga; 
weźmie nasze czyny, choćby nawet wydawały się mało znaczące, i utka z nich 
wiekopomny wiersz.

- Dobrze, panie demonie, przekonałeś mnie - rzekła Joanna. - Wyznam ci, Ŝe 

w swoich marzeniach chciałam zawsze naprawiać krzywdy; ale tak, aby powszechnie 
było o tym wiadomo, i Ŝebym zbierała za to w ludowych balladach wszelkiego 
rodzaju pochwały. Coś jak Robin Hood w spódnicy - w dodatku z mnóstwem czasu 
na polowania w przerwach pomiędzy świetnymi czynami.

- Wymyślę coś - obiecał Azzie. - Weź ten klucz.
Powiedział Joannie, co się ma wydarzyć w związku z pierścieniem, drzwiami 

oraz magicznymi świecznikami i końmi, i na koniec wyprawił ją w drogę.

- A teraz, Aretino - rzekł demon - sądzę, Ŝe zanim zgłosi się następny 

kandydat, mamy chwilę czasu na szklanicę wina. Jak nam idzie do tej pory, twoim 
zdaniem?

- Szczerze mówiąc, sir, nie mam pojęcia. Zwykle sztuki sceniczne układa się 

wcześniej i wszystko jest z góry wiadome. W twojej zaś farsie role są mętne i 
niepewne. Co ma reprezentować ten facet, ten Komglow? Czy jest Zbyt Pewną Siebie 
Zarozumiałością? Ludowym Humorem? Nieposkromioną Odwagą? A matka Joanna - 
czy naleŜy ją ganić, czy raczej jej współczuć? Czy jedno i drugie po trosze?

- Jest to zagmatwane, nieprawdaŜ? - powiedział Azzie. - Ale bardzo Ŝyciowe, 

z tym się chyba zgodzisz?

- Och, niewątpliwie. Tylko jak w tym wszystkim mamy znaleźć stosowne 

nauki moralne?

- Nie martw się, Aretino. NiezaleŜnie od tego, co postaci dramatu będą robić, 

znajdziemy sposób, aby przedstawiały dokładnie to, o czym przez cały czas 
mówiliśmy. Musisz pamiętać, Ŝe ostatnie słowo naleŜy do autora sztuki, i dlatego 
zawsze moŜe on powiedzieć, iŜ jego idea została udowodniona - bez względu na to, 
czy tak jest istotnie, czy nie. A teraz - dawaj tu tę butelkę.

background image

ROZDZIAŁ 3

Gdy Komglow wrócił do swego kąta w starej stajni, poczuł się bardzo 

zdziwiony, ujrzawszy przywiązanego konia tam, gdzie przedtem go nie było. Gdy 
stajenny zbliŜył się do niego, wysoki, biały ogier zastrzygł uszami. Skąd się wziął ten 
szlachetny rumak? Po chwili Morton stwierdził, Ŝe nie znajduje się juŜ w stajni, a w 
zupełnie innym miejscu. Magiczny klucz przeprowadził go widocznie przez drzwi, o 
których mówił Azzie - i jego przygoda mogła się juŜ zacząć.

Musiał się co do tego upewnić. Spostrzegłszy torby zawieszone u siodła, 

Komglow otworzył najbliŜszą z nich i sięgnął do środka. Jego dłoń natrafiła na coś 
masywnego, metalowego, cienkiego i długiego. Wyciągnął przedmiot do połowy. 
Ś

wiecznik! O ile się nie mylił, z prawdziwego złota. OstroŜnie wsunął go z powrotem 

do torby.

Koń zarŜał do niego, jakby zapraszając, aby wsiadł i odjechał wierzchem, ale 

Komglow potrząsnął głową, opuścił stajnię i rozejrzał się na zewnątrz. Okazały dwór, 
stojący w odległości niniejszej niŜ dwadzieścia jardów, był niewątpliwie domem lorda 
Rodriga Sforzy. Tym samym, w którym Morton Kornglow po raz pierwszy - i jedyny 
- ujrzał przełomie lady Cressildę.

To jej dom. A ona znajdowała się w środku.
Niewątpliwie, był tam takŜe i lord Sforza. Tak samo jak jego słudzy, straŜe, 

oprawcy... Wtargnięcie do wnętrza nie miało Ŝadnego sensu. Cień wątpliwości 
ogarnął duszę Kornglowa i stajenny począł się zastanawiać. Dopiero teraz po raz 
pierwszy zaczął rozmyślać o swojej przygodzie i doszedł do wniosku, Ŝe była bardziej 
niŜ tylko nierozwaŜna. Tego rodzaju czynów dokonywali zwykle szlachcice. Co 
prawda, w baśniach prości ludzie takŜe bywali niekiedy zamieszani w podobne afery, 
ale czy on nadawał się na bohatera ludowej opowieści? Wątpił w to. Wiedział, Ŝe był 
obdarzony fantazją; wszak inaczej nie wdałby się w tę przygodę. Czy miał ją jednak 
kontynuować? Czy owa dama była tego warta?

- Dlaczego, panie - rozległ się cichy głos obok niego - wpatrujesz się w ten 

dwór takim wzrokiem, jakby czekał tam na ciebie ktoś bardzo wyjątkowy?

Morton Kornglow odwrócił się. Obok niego stała drobna dojarka w 

wydekoltowanym staniku i obszernej plisowanej spódnicy. Miała zmierzwione, 
ciemne, kędzierzawe włosy, zuchwały wyraz twarzy oraz pełną i zgrabną figurę jak na 
tak małą osóbkę, a takŜe uśmiech, który był jednocześnie łagodny i lubieŜny. 
Niezwykła kombinacja.

- To jest dom lorda Sforzy, nieprawdaŜ? - zapytał stajenny.
- Tak - przyznała dzieweczka. - Czy rozmyślałeś moŜe o porwaniu lady 

Cressildy?

- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Bo trafia w samo sedno sprawy - rzekła mała kobietka. - Toczy się pewna 

gra, zapoczątkowana przez demona, którego znają moi przyjaciele.

- On powiedział, Ŝe Cressilda będzie moja - rzekł Kornglow.
- Łatwo mu obiecywać - zauwaŜyła dojareczka. - Nazywam się Leonora, z 

pozoru moŜe wyglądam na prostą mleczarkę, ale naprawdę jestem czymś więcej, 
zapewniam cię. Znalazłam się tu, aby ci powiedzieć, iŜ dama, z którą zamierzasz się 
związać, jest okropną i nieznośną złośnicą. KaŜdy, kto ją zdobędzie, skazuje się na 
najgłębszą otchłań piekła.

Słysząc to, Kornglow zdziwił się mocno. Patrzył na Leonorę z 

zainteresowaniem, które wzrastało z minuty na minutę.

- Pani - rzekł - nie wiem, co zrobić. MoŜe mogłabyś mi coś doradzić?
- Mogłabym - stwierdziła Leonora. - PowróŜę ci z ręki, a to powie wszystko. 

background image

Chodźmy dokądś, gdzie nam będzie wygodnie.

I zaprowadziła go z powrotem do stajni, w której pachnące siano ułoŜone było 

w miękkie, wygodne stosy. Oczy Leonory były wielkie i dzikie, i miały kolor magii, a 
jej dotknięcie było lekkie jak piórko. Biorąc jego dłoń, przyciągnęła go do siebie.

background image

ROZDZIAŁ 4

Wszystkie doniesienia zdawały się wskazywać na to, Ŝe projektowane przez 

Azziego przedstawienie wzbudzało znaczne zainteresowanie w świecie duchowym, a 
nawet, iŜ zakładano się o jego powodzenie; zdarzały się takŜe róŜne zadziwiające 
rzeczy. Jedną z nich było uwolnienie się starych bogów, Zeusa i całego jego 
towarzystwa. Poza tym doszły inne liczne wypadki, wymagające natychmiastowej 
ingerencji Michała, i mając to na uwadze, zgodził się przyjąć anioła Babriela.

Spotkanie Babriela z archaniołem odbyło się w sali ministerialnej budynku 

Urzędu Bramy Niebieskiej, w śródmieściu centralnego Nieba. Brama Niebieska była 
wysokim, imponującym gmachem i anioły bardzo lubiły tam pracować. Oprócz 
niewymownej radości płynącej z faktu, iŜ znajdują się blisko NajwyŜszego, 
odczuwały takŜe przyjemność z urzędowania wewnątrz perły architektury niebieskiej.

Był wczesny wieczór i na miasto Pozytywnych Wibracji, jak nazywano takŜe 

Centralne Niebo, padał drobny deszczyk. Babriel śpieszył przez marmurowe 
korytarze, wykonując małe, szybujące loty na dwadzieścia, trzydzieści stóp, aby 
zaoszczędzić czas, chociaŜ wszędzie znajdowały się, zakazujące tego procederu 
znaki: “Latanie w korytarzach zabronione”.

Dotarł wreszcie do apartamentów biurowych Michała, mieszczących się w 

prawym skrzydle budynku, zapukał i wszedł.

Michał siedział przy biurku, a rozmaite prace z interesującego go zakresu 

otwarte miał na stole obok. Z jednej strony cicho mruczał komputer. Oświetlenie było 
łagodne i złociste.

- Rychło w czas - powiedział Michał z lekką nutą rozgoryczenia w głosie. - 

Muszę znowu natychmiast cię wysłać.

- Co się dzieje, sir? - spytał Babriel, siadając na jednym z wyściełanych 

krzeseł naprzeciw biurka archanioła.

- Sprawa z Azziem i jego sztuką o wiele bardziej powaŜna, niŜ 

przewidywaliśmy. Wygląda na to, Ŝe nasz demon uzyskał dyspensę od samej Ananke, 
co daje mu wyraźne prawo dokonywania cudów dla osiągnięcia swego celu. Ponadto, 
Konieczność postanowiła, Ŝe nam, naleŜącym do Światłości, nie naleŜy przyznawać 
Ŝ

adnych przywilejów po prostu dlatego, Ŝe jesteśmy po stronie Dobra. Wiem takŜe z 

wiarygodnego źródła, iŜ Azzie planuje oderwać Wenecję od rzeczywistego czasu i 
stworzyć z niej miasto wydzielone. Czy wiesz, co to znaczy?

- Niezupełnie, sir. Nie, nie wiem.
- Oznacza to, iŜ ten obrzydliwy demon moŜe, przynajmniej potencjalnie, ku 

swemu niewątpliwemu zadowoleniu, napisać na nowo historię!

- Ale, sir, oddzielona Wenecja nie miałaby wpływu na główny nurt ludzkich 

dziejów!

- To prawda, mogłaby jednak posłuŜyć jako przykład dla tych 

niezadowolonych dusz, które uwaŜają, Ŝe historia powinna być inna niŜ jest - czyli 
przestać być tworzoną poprzez ludzkie męczarnie i cierpienia. Jeśli uda się napisać 
dzieje na nowo, to podminuje to całą doktrynę przeznaczenia. Przenosi to ludzkość do 
królestwa, gdzie Przypadek moŜe grać nawet większą rolę niŜ obecnie.

- Hm, to istotnie powaŜne, sir - przyznał Babriel. Michał przytaknął.
- Mógłby zostać zagroŜony cały porządek kosmosu. Rzucono wyzwanie 

naszej, od dawna ustanowionej, wyŜszości. Zakwestionowana została sama zasada 
Dobra.

Babriel gapił się na niego.
- Ma to jednak dla nas choć jedną dobrą stronę - ciągnął Michał.
- Jaką, sir?

background image

- Zwalnia nas z irytujących ograniczeń, jakie nakłada uczciwość. MoŜemy 

zdjąć białe rękawiczki. To juŜ nie jest sprawa pomiędzy dŜentelmenami. MoŜemy 
odłoŜyć wreszcie na bok nasze skrupuły i wziąć się do prawdziwej walki.

- Tak jest, sir! - powiedział Babriel, chociaŜ wcale mu się nie wydawało, by 

dotychczasowym postępowaniem Michała kierowały jakieś wielkie skrupuły.

- Dowiedzieliśmy się - mówił dalej archanioł - Ŝe Azzie realizuje teraz część 

projektu, w którym wykorzystuje magicznego konia.

- To do niego podobne - Babriel skinął głową.
- Nie ma Ŝadnego powodu, Ŝebyśmy mieli nadal pozwalać sprawom toczyć się 

tak, jak on to zaplanował. Udaj się na Ziemię, Babrielu, do domu lorda Rodriga 
Sforzy, i zrób coś z tym zaczarowanym rumakiem, który właśnie teraz czeka w 
stajniach na Kornglowa.

- Słyszeć, znaczy wykonać! - wykrzyknął Babriel i zerwał się na równe nogi.
Leciał przez korytarze, mocno uderzając skrzydłami. Sprawa była powaŜna.

JuŜ po chwili był z powrotem na Ziemi. Zatrzymawszy się tylko na moment, 

by zorientować się w swoim połoŜeniu, poleciał do domu Sforzów i lekko wylądował 
na dziedzińcu. Było tuŜ po świcie i domownicy hrabiego jeszcze spali. Babriel 
rozejrzał się, a potem poszedł do stajni. Z jej wnętrza dochodził pełen zestaw, łatwych 
do odgadnięcia odgłosów, towarzyszących zwykle uciechom męŜczyzny z 
dziewczyną na sianie, a więc chichoty i ciche szmery. Usłyszał takŜe rŜenie, a potem 
ujrzał przywiązanego obok białego ogiera z pięknie wykonanymi torbami przy siodle. 
Pogłaskał szlachetnego rumaka i odwiązał jego cugle.

- Chodź ze mną, mój ty piękny - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ 5

Kornglow leŜał na posłaniu ze słomy, uwięziony w plątaninie rąk oraz nóg, z 

których tylko połowa naleŜała do niego, W szczelinach na wpół wykończonych ścian 
stajni świeciło słońce, a zapach siana, nawozu i koni atakował jego nozdrza. Uwolnił 
się z objęć kobiety, z którą z takim zapamiętaniem uprawiał miłość, szybko załoŜył 
ubranie i wstał.

- Po co ten pośpiech? - zapytała Leonora, budząc się. - Zostań jeszcze.
- Nie mam czasu, nie mam czasu - powtarzał Morton, wciskając koszulę do 

spodni, a nogi do butów. - Powinienem wziąć udział w przygodzie.

- Zapomnij o awanturze - rzekła Leonora. - Ty i ja odnaleźliśmy się. Po co 

chcieć czegoś więcej?

- Nie, nie wolno mi zwlekać. Muszę dalej prowadzić tę grę. Gdzie jest mój 

magiczny koń?

Kornglow przeszukiwał stajnie, ale wierzchowca nigdzie nie było. Wszystko, 

co zdołał znaleźć, to mały, łaciaty osioł, przywiązany do ogrodzenia. Zwierzak 
zaryczał do niego, obnaŜając w otwartym pysku Ŝółte zęby. Morton obejrzał go 
uwaŜnie.

- Czy to jakieś czary odmieniły tak mojego rumaka? Musiało tak być. Jeśli 

wyjadę na nim, z pewnością w odpowiednim czasie zmieni się ponownie.

Odwiązał osła i dosiadł go. Kopnął stworzenie mocno w Ŝebra, zmuszając je 

do biegu kłusem na dziedziniec. Wierzchowcowi niej podobał się ten pomysł, ale 
stajenny popędzał go bez wytchnienia. Osioł przebył więc truchtem podwórze dla 
kurcząt, potem przebiegł obok ogrodu warzywnego i całą drogę do dworskich wierzei.

- Hej, tam! - zawołał Kornglow przy bramie. Z wnętrza odezwał się mocny, 

męski głos.

- Kto tam?
- Ktoś, kto chciałby się starać o rękę lady Cressildy!
Na te słowa ukazał się duŜy, łysiejący męŜczyzna w koszuli, pantalonach i z 

czapką mistrza kucharskiego na głowie. Był nachmurzony i nieprzyjazny.

- Czyś stracił zmysły? Dama jest zamęŜna! Jej mąŜ właśnie nadchodzi.
Drzwi otwarły się szerzej i wyszedł z nich szlachcic o surowej twarzy, w 

pięknym stroju, wyniosły i z rapierem u boku.

- Jestem Rodrigo Sforza - odezwał się głosem, który brzmiał złowieszczo. - O 

co chodzi?

Kucharz skłonił się nisko i wyjaśnił:
- Ten prostak twierdzi, Ŝe przyszedł po rękę lady Cressildy, pańskiej małŜonki.
Sforza spojrzał na Kornglowa stalowym wzrokiem.
- Czy tak, bratku?
W tej chwili Morton Kornglow zorientował się, Ŝe coś najwyraźniej nie szło 

jak naleŜy - wszak droga dla niego miała być usłana róŜami. Prawdopodobnie utrata 
magicznego konia wpędziła go w tarapaty. Zawrócił więc i spróbował zmusić osła do 
galopu, ale bydlę najpierw się zaparło, a potem wierzgnęło gwałtownie, zrzucając 
stajennego na ziemię.

- Zawołajcie straŜe! - krzyknął Sforza.
Jego ludzie wypadli z pośpiechem spoza rogu dworu, dopinając kaftany i 

przypasując miecze.

- Do lochów z nim! - zawołał Sforza.
I tak Morton Kornglow znalazł się wkrótce w ciemnym dole - za jedynego 

towarzysza mając szum w głowie, który pozostał mu po licznych ciosach, jakie 
zarobił.

background image
background image

ROZDZIAŁ 6

No, Morton - powiedział Azzie - narobiłeś sobie niemało kłopotów.
Stajenny usiadł, mruŜąc oczy. Jeszcze chwilę wcześniej był zupełnie sam w 

lochach Sforzy, opatrując posiniaczoną głowę i medytując nad swym nieszczęściem. 
Cela była pusta, ze spleśniałą słomą rzuconą na podłodze, i Kornglow nie mógł zrobić 
absolutnie nic, Ŝeby urządzić się wygodniej. Teraz jednak znajdował się ponownie na 
zewnątrz. Był juŜ strasznie zmęczony tymi wszystkimi gwałtownymi zmianami 
miejsca, a wywołane przez nie dziwne, kołyszące ruchy sprawiały, iŜ robiło mu się 
niedobrze. Przed nim stał Azzie, wspaniały w krwistoczerwonym płaszczu i miękkich,
skórzanych butach.

- Ekscelencjo! - wykrzyknął stajenny. - Tak się cieszę, Ŝe pana widzę!
- Doprawdy? Obawiam się, iŜ muszę powiedzieć, Ŝe zawaliłeś swoją 

przygodę, zanim się jeszcze w ogóle zaczęła. Jakim sposobem, do licha, zgubiłeś 
magicznego konia?

Morton posłuŜył się wytłumaczeniem, jakie w tamtych czasach stosowali 

wszyscy męŜczyźni.

- Skusiła mnie czarodziejka, bardzo szlachetna. Jestem tylko męŜczyzną. Co 

mogłem zrobić?

A potem opisał swoją przygodę z piękną Leonorą. Azzie natychmiast domyślił 

się, kto maczał w tym palce.

- Czy koń był jeszcze w stajni na początku twojej przygody? - zapytał.
- Rzeczywiście stał tam, ekscelencjo! Gdy jednak popatrzyłem ponownie, 

zniknął, a na jego miejscu znalazłem tylko osła. Mógłbyś mi dać innego rumaka, sir, 
abym spróbował jeszcze raz?

- Magicznych koni nie zdobywa się tak łatwo - odparł demon. - Gdybyś 

wiedział, ile trudu kosztowało nas znalezienie tamtego, lepiej byś go pilnował.

- Ale z pewnością jest jakiś inny zaczarowany przedmiot, którym moglibyśmy 

się posłuŜyć zamiast wierzchowca? - podsunął Kornglow. - Czy musi to być akurat 
koń?

- Sądzę, Ŝe moŜemy coś na to poradzić.
- Tym razem zrobię to jak naleŜy, ekscelencjo! Ach, ale jest jeszcze jedna 

sprawa.

- Co takiego?
- Chciałbym zmienić swoje Ŝyczenie.
- O czym ty mówisz? - Demon popatrzył na niego.
- Prosiłem o rękę pięknej Cressildy, ale od tamtego czasu rozmyśliłem się. 

Ona moŜe mieć coś przeciwko mnie, poniewaŜ nie jestem szlachetnie urodzony. 
Jednak piękna Leonora odpowiada mi w zupełności. Ją chciałbym otrzymać jako moją 
nagrodę.

- Nie bądź głupi - rzekł Azzie. - Zapisano juŜ w księgach, Ŝe masz dostać 

Cressildę.

- Ale ona jest zamęŜna!
- Wiedziałeś o tym i wcześniej. Jaką ci to robi róŜnicę?
- Bardzo duŜą, sir. Musiałbym nadal Ŝyć w tym samym świecie co jej mąŜ. Nie 

mógłbyś spędzać całego czasu na ochranianiu mnie.

- Masz dobry argument - przyznał Azzie. - Dokonałeś jednak juŜ swojego 

wyboru. Mimo wszystko musi to być Cressilda.

- W umowie nie było zastrzeŜone - upierał się Kornglow - Ŝe nie mogę 

zmienić zdania. Lekkomyślność to jedna z moich najwybitniejszych cech, milordzie, i 
nie jest ładnie wymagać ode mnie, Ŝebym porzucił swoją niestałość.

background image

- RozwaŜę to - obiecał Azzie. - Wkrótce oznajmię ci swoją decyzję.
Co mówiąc zniknął, a Kornglow ułoŜył się do drzemki, jako Ŝe nie było nic 

innego do roboty. Po jakimś czasie został brutalnie zbudzony; to Azzie przybył z 
nowym białym koniem, o którym kaŜdy musiałby powiedzieć, iŜ z pewnością zwierzę 
było magiczne - taką promieniowało pięknością.

Spotkanie z Leonorą potwierdziło tylko to, co Azzie podejrzewał cały czas - 

dziewka nie była wcale ziemską kobietą, ale raczej duŜą elficą ukrywającą się pośród 
ludzi.

- Elfy są złośliwe - wyjaśniła Azziemu. - A poniewaŜ jestem wyŜsza niŜ 

większość z nich, śmieją się ze mnie, uwaŜając za olbrzymkę, i Ŝaden z nich nie oŜeni 
się ze mną. Jako kobieta natomiast, uwaŜana jestem za małą, zgrabną i bardzo 
poŜądaną. Jeśli poślubię człowieka, jest rzeczą pewną, iŜ przeŜyję go o wiele lat. 
Zapewnię mu jednak przyjemny byt, dopóki będzie na ziemi.

W tym właśnie momencie nadjechał Kornglow na zaczarowanym koniu i 

elficzka zrobiła się nagle nieśmiała. Kto by zresztą nie poczuł onieśmielenia, gdyby 
nagle zadziałały Złe Moce, by zapewnić mu szczęście?

- Milordzie - rzekła Leonora do Azziego. - Wiem, iŜ nasze szczęście nie 

stanowiło pańskiego celu, ani nie było nawet przedmiotem jego zainteresowania, ale z 
całego serca dziękuję za nie. Czego wymagasz od mojego męŜczyzny?

- Tylko tego, by zabrał cię ze sobą i pośpiesznie wyruszył do Wenecji - odparł 

demon. -Mam dla was duŜo roboty, kiedy znajdziecie się juŜ na miejscu. Nie wiem 
natomiast, czy będę miał czas zaplanować dla was jakąś przygodę podczas waszej 
podróŜy.

- Pojedziemy zaraz, jak sobie tego Ŝyczysz - zgodziła się Leonora. - 

Przypilnuję Mortona, aby zajął się tą sprawą.

I tak kochankowie odjechali do Wenecji na zaczarowanym koniu. Spoglądając 

na nich, Azzie potrząsnął głową; sprawy wcale nie rozwijały się tak, jak to sobie 
zaplanował. śaden aktor nie robił tego, co powinien. Przypuszczał, iŜ wynikało to z 
tego prostego faktu, Ŝe nie napisano im ról.

background image

ROZDZIAŁ 7

Z ręczną robótką na podołku lady Cressilda siedziała na rzeźbionym krześle z 

drewna palisandrowego, ustawionym w głębokim wykuszu jej, mieszczącego się na 
piętrze, pokoju. Haftowała scenę sądu Parysa w seledynowym oraz róŜowym kolorze, 
ale jej myśli błąkały się zgoła gdzie indziej. OdłoŜyła robótkę, westchnęła i wyjrzała 
przez otwarte okno. Jej Ŝółto jedwabiste, zaczesane do tyłu włosy okalały twarz 
niczym skrzydło gołębicy. Na drobnej buzi rysowało się zamyślenie.

Był dopiero wczesny ranek, ale czuło się juŜ, Ŝe będzie to kolejny upalny 

dzień. Na dole, na podwórzu, kilka kurcząt dziobało kłos zboŜa; Cressilda słyszała 
takŜe dochodzący z szopy, z lewej strony gospodarstwa, śpiew. Kobiety robiły tam 
comiesięczne pranie. Jej uszu doszło dalekie rŜenie konia i pomyślała, Ŝe nieco 
później mogłaby pojechać na polowanie; wszelako zastanawiała się nad tym bez 
specjalnego entuzjazmu, bowiem grubszą zwierzynę - dziki i jelenie - wytrzebiły juŜ 
dawno pokolenia Sforzów, którzy posiadali te dobra od niepamiętnych czasów. Ona 
sama była wytrawną łowczynią; dworscy poeci nazywali ją prawdziwą Dianą. Nie 
obchodziła jej jednak ani ich głupia gadanina, ani wymuszone Ŝarty Rodriga, z którym 
spotykali się od czasu do czasu przy stole podczas śniadania.

Coś białego poruszyło się na dole na dziedzińcu, i Cressilda spojrzała 

uwaŜniej, by przekonać się, Ŝe to mlecznej barwy wierzchowiec stąpał powoli po 
twardo ubitej ziemi. Koń kroczył ostroŜnie, z dumnie podniesioną głową i rozdętymi 
chrapami. Przez krótką chwilę damie wydawało się, jakby przy jego łbie poruszał się 
migotliwy zarys skrzydlatego męŜczyzny, prowadzącego rumaka. Patrzyła na to z 
zakłopotaniem. Nie mogła sobie przypomnieć, by taki koń znajdował się w stajniach 
Sforzy, a znała kaŜdego z nich - od nowo narodzonych źrebiąt po stare kawaleryjskie 
ogiery wypuszczone na letnie pastwisko. Znała takŜe większość co lepszych 
wierzchowców w okolicy, ale ten nie był Ŝadnym z nich.

Nie było takŜe widać ani śladu jeźdźca. Skąd mogło przywędrować to 

szlachetne zwierzę, o lśniącej, białej grzywie i niesamowitych oczach? Ten koń 
najwyraźniej był zaczarowany...

Pobiegła do schodów i zeszła nimi szybko na dół, przemknęła przez duŜe, 

zakurzone salony, i dalej, na dziedziniec. Biały rumak podszedł do drzwi. Wyglądał 
tak, jakby ją poznawał i kiwnął nawet zachęcająco swą szlachetną głową, kiedy się do 
niego zbliŜyła. Cressilda pogłaskała aksamitne nozdrza zwierzęcia. Ogier zarŜał i 
ponownie skinął łbem.

- Co mi chcesz powiedzieć? - spytała Cressilda.
Mając nadzieję, iŜ znajdzie jakąś informację o właścicielu wierzchowca, 

otworzyła najbliŜszą torbę wiszącą przy siodle. Wewnątrz znajdował się wysoki 
ś

wiecznik, który, jeśli wierzyć pozorom, wykonany był z najczystszego, czerwonego 

złota. W otworze na świecę znajdował się zwinięty w rulonik kawałek pergaminu. 
Rozprostowała go i przeczytała: “Chodź za mną i wypowiedz dowolne Ŝyczenie. Ono 
się spełni”.

Jej Ŝyczenie! Od lat nawet nie pomyślała o tym. Czy ten szlachetny rumak 

mógł spełniać marzenia? Czy przysłało go samo Niebo? A moŜe był darem Piekieł?

Prawdę mówiąc, było jej to obojętne. Wskoczyła na siodło, Ogier drgnął, 

zastrzygł uszami, a potem uspokoił się pod jej dotknięciem.

- Zabierz mnie do tego, kto cię posłał! Zawieź mnie do samego sedna zdarzeń, 

bez względu na to, dokąd mnie to zaprowadzi! - powiedziała Cressilda.

Mlecznobiały ogier ruszył zgrabnym truchtem.

background image

ROZDZIAŁ 8

Kawaleryjski koń? Mówicie, Ŝe moja Ŝona odjechała wierzchem na 

kawaleryjskim ogierze?

Mówiono, Ŝe lord Sforza był nieco ocięŜały umysłowo - ale znał się na 

koniach i na odjeŜdŜających na nich ludziach; a juŜ szczególnie rozumiał swoją Ŝonę. 
Nadworny czarodziej opowie dział mu to wszystko jeszcze raz.

- Tak, milordzie. To był koń, jakiego nikt wcześniej nie widział w tych 

stronach. Zupełnie biały, szlachetny z wyglądu, ognisty z usposobienia. Lady 
Cressilda zobaczyła go i bez chwili wahania wskoczyła na siodło. Nie wiemy, dokąd 
pojechała.

- Czy sam widziałeś to wszystko?
- Na własne oczy, milordzie.
- Czy sądzisz, Ŝe był to magiczny wierzchowiec?
- Nie wiem - wyznał czarnoksięŜnik. - Ale mogę sprawdzić.
Rozmowa odbywała się w jego pracowni alchemicznej, mie zczącej się w 

wysokiej wieŜy. Nie tracąc czasu, czarodziej pod sycił ogień pod alembikiem. Gdy 
płomień rozpalił się na dobre, wsypał doń rozmaite proszki, po czym rozbłysnął 
najpierw zielenią, a potem purpurą. Kiedy rozmaitego koloru dymy unosiły się w 
górę, mag obserwował je uwaŜnie. Potem zwrócił się do Sforzy.

- Moje demony sygnalizują mi, Ŝe był to istotnie koń maści magicznej. 

Prawdopodobnie widzieliśmy naszą lady Cressildę ostatni raz, kobiety bowiem 
odjeŜdŜające na zaczarowanych rumakach rzadko kiedy wracają; a jeśli nawet, to 
mówiąc szczerze, sir, nie ma z nimi Ŝycia.

- Przekleństwo - powiedział Sforza.
- MoŜe pan wnieść skargę poprzez moje demony. MoŜe jeszcze istnieć szansa 

na jej odzyskanie.

- Nie pragnę jej powrotu - odparł milord. - Jestem bardzo szczęśliwy, Ŝe 

pozbyłem się Cressildy. JuŜ mnie ona nie bawi i cieszę się, Ŝe odeszła. Złości mnie 
tylko to, Ŝe ma zaczarowanego konia. Te zwierzęta nie pojawiają się zbyt często, co?

- Bardzo rzadko - przyznał czarnoksięŜnik.
- A ona musiała akurat zagarnąć go dla siebie! MoŜe ten rumak przeznaczony 

był dla mnie? Jak śmiała wziąć jedynego magicznego wierzchowca, jaki od 
niepamiętnych czasów pokazał się w tych stronach?

Mag uspokajał Sforze jak mógł, ale hrabia był niepocieszony. CięŜkim 

krokiem wyszedł z wieŜy i pomaszerował do dworu. Był uczonym, w swoim 
mniemaniu w kaŜdym razie, i złościło go, iŜ tak ciekawe wydarzenie zaczęło się - i 
skończyło! - zanim miał sposobność być jego świadkiem. Najbardziej jednak 
gniewało go to, Ŝe czarodziejskie wierzchowce przynoszą ze sobą zwykle spełnienie 
marzeń, a i to go ominęło. Miał szansę, która się juŜ nigdy nie powtórzy.

Przekonany o tym, był w największym stopniu zdziwiony, kiedy wyszedłszy 

godzinę później powałęsać się po stajniach, ujrzał stojącego tam drugiego konia, 
którego nigdy przedtem nie widział.

Był to ogier białej maści. ChociaŜ niezupełnie tak imponujący, jak się tego 

spodziewał po zaczarowanym wierzchowcu, wyglądał jednak dostatecznie magicznie. 
Bez chwili namysłu, hrabia wskoczył na siodło.

- Teraz zobaczymy! - zakrzyknął. - Zabierz mnie tam, dokąd zwykle zabierasz 

ludzi w takich okolicznościach!

Koń ruszył truchtem, potem kłusem, a jeszcze później pełnym galopem.
“Zaczęło się” - pomyślał Sforza, z wielkim trudem utrzymując się w siodle.

background image

ROZDZIAŁ 9

Był wczesny ranek. Pozostali pielgrzymi znajdowali się w oberŜy, 

przygotowując się do zjedzenia płatków owsianych i pszennego chleba, podczas gdy 
ich słudzy sposobili konie do drogi. Azzie oddawał się rozmyślaniom w swojej izbie, 
a Aretino był wraz z nim. Werbowanie ochotników nie szło najlepiej.

- Dlaczego inni się ociągają? - zastanawiał się demon głośno.
- MoŜe się boją? - zasugerował Aretino. - Czy naprawdę potrzebujemy całej 

siódemki?

- Sądzę, Ŝe nie. PosłuŜymy się tymi, których będziemy mieli. MoŜe 

powinniśmy zakończyć juŜ poszukiwania?

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
- Aha! - powiedział demon.-Wiedziałem, Ŝe zdobędziemy dalszych 

uczestników. Otwórz drzwi, mój drogi Pietro, a zobaczymy kto do nas przyszedł.

Aretino wstał i ociągając się nieco, przeszedł przez izbę, by otworzyć drzwi. 

Weszła przez nie piękna, młoda blondynka z białą cerą i niepokojąco kształtnymi 
ustami. Miała na sobie niebieską suknię, a we włosach złote wstąŜki.

- Pani - powiedział Aretino - czy jest coś, co moŜemy dla ciebie zrobić?
- Myślę, Ŝe tak - odparła kobieta. - Czy to wy przysłaliście mi zaczarowanego 

konia?

- Sądzę, iŜ chce pani rozmawiać z obecnym tu moim przyjacielem, sir 

Antoniem - rzekł Pietro.

Azzie wskazał jej miejsce, by usiadła, a potem przyznał, Ŝe miał do czynienia 

z magicznymi rumakami, oraz Ŝe kaŜdy z nich przynosił spełnienie Ŝyczenia; jedyny 
zaś warunek otrzymania owych darów polegał na odegraniu pewnej roli w 
wystawianej przezeń sztuce. Potem wyjaśnił, iŜ jest demonem, ale nie strasznego 
rodzaju; a nawet wcale miłym, jak mu mówiono. PoniewaŜ wyglądało na to, Ŝe nie 
odstraszyło to Cressildy, zapytał ją, w jaki sposób weszła w posiadanie 
zaczarowanego zwierzęcia.

- Koń wyszedł z moich stajen na podwórze - rzekła Cressilda. - Dosiadłam go 

i popuściłam mu cugli, on zaś przyniósł mnie tutaj.

- Ja jednak nie posyłałem go pani - zauwaŜył Azzie. - Ten rumak 

przeznaczony był dla kogoś innego. Czy na pewno, kochanie, nie ukradła go pani?

Oburzona Cressilda wyprostowała się.
- Śmiesz twierdzić, Ŝe jestem koniokradem?
- Nie, oczywiście, Ŝe nie - wycofał się demon. - Nie wyglądasz na to. Prawda, 

Pietro, Ŝe nie wygląda? Ta sprawka z koniem to musiał być Ŝarcik naszego 
przyjaciela, Michała. A więc, Cressildo, ten wierzchowiec istotnie wprowadza 
właściciela do świata, w którym moŜe się spełnić najśmielsze Ŝyczenie - jego lub jej. 
Przypadkiem brakuje mi jednego czy dwóch aktorów, więc gdybyś chciała się zgłosić 
na ochotnika - zwaŜywszy, Ŝe masz juŜ tego konia...

- Tak! - wykrzyknęła Cressilda. - Zgadzam się!
- A jakie jest twoje pragnienie? - spytał Azzie, spodziewając się usłyszeć 

zwykłą, wylewną i głupią gadaninę o pięknym królewiczu i długim Ŝyciu w 
szczęśliwym małŜeństwie. Zamiast tego, Cressilda powiedziała:

- Chcę zostać wojownikiem. Wiem, Ŝe jest to niezwykłe dla kobiety, ale mamy 

przykład Joanny d’Arc, a przed nią Boadicei. Chcę prowadzić Ŝołnierzy do boju!

Azzie zastanawiał się, obracając pomysł w głowie to w tę, to w drugą stronę. 

Czegoś takiego nie było w jego pierwotnym planie; ani teŜ Aretino nie był tym 
zachwycony. Demon wiedział jednak, Ŝe wszystkimi siłami musi posuwać naprzód 
sprawę swojego przedstawienia; a takŜe, Ŝe pogodził się juŜ wcześniej z myślą, iŜ 

background image

przyjmie kaŜdego, kto mu się nawinie pod rękę.

- Sądzę, Ŝe moŜemy coś dla ciebie zrobić - odezwał się w końcu. - Będę 

jednak potrzebował trochę czasu, Ŝeby to zaaranŜować.

- To wspaniale! - ucieszyła się Cressilda. - A propos, gdybyś spotkał mojego 

męŜa, Rodriga Sforzę, nie musisz mu koniecznie mówić, Ŝe tu jestem.

- Stanowię uosobienie dyskrecji - zapewnił ją Azzie, Gdy dama odeszła, 

demon usiadł wraz z poetą, aby zaplanować dalszy ciąg farsy. Zanim jednak zaczęli, 
za oknem ukazał się ciemny kształt i rozległo się natarczywe pukanie w szybę.

- Aretino, bądź tak dobry, załatw to - powiedział Azzie. Piętro podszedł do 

okna i otworzył je. Do pokoju wleciał mały elf z długim ogonem, z rodziny diablików 
uŜywanych przez Ciemne Moce do przekazywania wiadomości tam i z powrotem. 
Gdy poeta otworzył okno, stworek frunął do wnętrza.

- Ty jesteś Azzie Elbub? - spytał skrzat. - Nie chcę tu zrobić Ŝadnych pomyłek.
- To ja nim jestem - rzekł Azzie. - Jaką masz dla mnie wiadomość?
- Dotyczy ona matki Joanny - odparł posłaniec. - I lepiej będzie, jak opowiem 

to wszystko od początku.

ROZDZIAŁ 10

Matka Joanna jechała konno drogą do Wenecji. PodąŜyła na skróty przez bór, 

planując spotkać się z sir Oliverem, by resztę podróŜy odbyć w jego towarzystwie. 
Była w dobrym nastroju, bo dzień był piękny i cały las oŜywiał śpiew ptaków. 
Łagodne włoskie niebo wisiało nad głową, a strumyki połyskiwały i zapraszały, aby je 
przeskoczyć. Jednak Joanna nie pozwalała sobie na Ŝaden taki nonsens. Prowadziła 
swego zaczarowanego konia statecznym krokiem i posuwała się w coraz głębsze 
ostępy. Właśnie dotarła do najciemniejszej i najbardziej ponurej części boru, gdy 
usłyszała pohukiwanie sowy. Ogarnęło ją nagłe przeczucie groŜącego jej 
niebezpieczeństwa.

- Jest tam kto? - zawołała, bo głusza przed nią stała się nagle wroga.
- Zatrzymaj się tam, gdzie jesteś - odezwał się gruby, męski głos - albo 

przeszyję cię strzałą z kuszy.

Joanna rozejrzała się dzikim wzrokiem, ale nigdzie wokół nie było miejsca, 

dokąd mogłaby uciekać; las był tu tak gęsty, Ŝe nie potrafiłaby nawet zmusić swego 
konia do przyzwoitego kłusa. Decydując się poddać narzucanej jej woli, zatrzymała 
wierzchowca i powiedziała:

- Jestem przeoryszą klasztoru i narazisz się na wieczne potępienie, jeŜeli mnie 

tylko tkniesz.

- Miło mi cię poznać - odrzekł właściciel grubego głosu. - Ja jestem Hugh 

Dancy, znany jako Bandyta z Niebezpiecznego Lasu.

Rozsunęły się gałęzie, i wyszedł spośród nich mocno zbudowany męŜczyzna. 

Był osobnikiem w kwiecie wieku, brunetem, ubranym w skórzaną kurtkę i buty po 
kolana. Z poplątanych zarośli wynurzyli się takŜe inni członkowie bandy, a było ich 
około tuzina. Z poŜądliwego wyrazu twarzy męŜczyzn Joanna mogła wnosić, iŜ od 
dawna nie widzieli kobiety.

- Zsiadaj z konia - rozkazał Hugh. - Wrócisz ze mną do obozu.
- Ani mi się śni - zaprotestowała matka Joanna i szarpnęła lejcami; jej 

zaczarowany wierzchowiec zrobił dwa kroki, a potem zatrzymał się, gdy Hugh 
chwycił go za uzdę.

- Zsiadaj - powtórzył Dancy. - Bo inaczej sam ściągnę cię z siodła.
- Co zamierzasz zrobić?
- Uczynić z ciebie uczciwą kobietę - odparł zbój. - Nie pochwalamy twego 

zakonnego celibatu. Pod koniec dnia wydamy cię za mąŜ za jednego z nas.

background image

- Po moim trupie - powiedziała spokojnie Joanna.
- Wszystko jedno jak - odparł Hugh.
W tym momencie z gęstwiny za nim doleciał ogłuszający hałas. Bandyci 

pobledli, rzucając wokół siebie trwoŜliwe spojrzenia. Hałas zbliŜał się do nich, 
nasilając się jednocześnie.

- Ach! Koniec z nami! - zawołał jeden ze zbójców.
- To ten wielki dzik! - krzyknął drugi.
- Biada nam! - wrzasnął trzeci.
Matka Joanna zeskoczyła z siodła na ziemię. Bywało, Ŝe polowała nie tylko z 

sokołami. Wyrwawszy dzidę jednemu z rzezimieszków, zwróciła się w stronę 
nadciągających głośnych trzasków i pomruków. Kilka chwil później z gęstwiny na 
polanę wypadł wielki, czarny dzik; przeorysza ustawiła się przed nim, grubszy koniec 
dzidy wbijając głęboko w ziemię.

- No chodź, ty głupia świnio! Dziś wieczorem będziemy mieli na kolację 

kotlety wieprzowe!

Dzik pognał w jej stronę, a Joanna oparła się mocno o drzewce. SzarŜujący 

zwierz nabił się na jej oręŜ i po chwili leŜał, krwawiąc pośród sapań, drgawek i 
kwików. Po jakimś czasie wydał ostatnie śmiertelne chrząknięcie i wyzionął swego 
dziczego ducha. Przydepnąwszy nogą martwe cielsko, Joanna wyrwała zeń ostrze 
dzidy, po czym zwróciła się do Hugh.

- Mówiliśmy coś niedawno o czyimś trupie?
Dancy cofnął się, inni takŜe.
- Myśleliśmy o tak zachwycającej rozrywce, jaka właśnie przed chwilą 

rozegrała się na naszych oczach - odparł zbójca. - Mam nadzieję, Ŝe przyjmiesz 
zaproszenie na kolację?

- Oczywiście! - krzyknęli męŜczyźni, zabierając się do oprawiania dzika.
- Być moŜe - rzekła przeorysza.
- Jesteś prawdziwą Dianą - powiedział Hugh. - I będziesz traktowana jak ona.

background image

ROZDZIAŁ 11

Azziego zmartwiły te nowiny. Właśnie zbierał się do odjazdu, by uwolnić 

matkę Joannę, gdy znów zapukano do drzwi oberŜy, a zaraz potem wszedł Rodrigo 
Sforza.

- Czy to ty wysyłasz magiczne konie? - zagadnął hrabia śmiało.
- I co z tego, nawet jeśli to ja? - spytał Azzie.
- Mam takiego i chcę, by zostało spełnione moje Ŝyczenie.
- Nie jest to tak całkowicie pewne - odparł Azzie. - Najpierw musisz wykonać 

określoną pracę.

- Jestem na to przygotowany. Ale powiedz mi, czy moŜesz spełnić moje 

najgorętsze marzenie?

- Tak-przyznał Azzie. - Mogę to uczynić. Jakie ono jest?
- Chcę być daleko i szeroko znany jako uczony - rzekł Sforza. - Pragnę być 

słynniejszy niŜ Erazm i uwaŜany za wzór mądrości.

- Nic prostszego - stwierdził demon.
- Powinienem chyba wspomnieć, Ŝe nie umiem ani czytać, ani pisać.
- To nie jest Ŝadną przeszkodą.
- Jesteś pewien? Sądziłem, iŜ znajomość czytania i pisania stanowi warunek 

wstępny wielkiej uczoności.

- I tak jest - przyznał Azzie. - Nam chodzi tutaj jednak o reputację, a nie o 

rzecz samą w sobie. Słuchaj uwaŜnie: będziesz musiał przedsięwziąć pewną 
przygodę.

- Niezbyt niebezpieczną, mam nadzieję?
- Ja teŜ ją mam - rzekł demon. - Najpierw jednak muszę coś załatwić. 

Poczekaj na mnie. Wkrótce wrócę.

Zrzucił płaszcz, uwolnił i rozwinął skrzydła i z diablikiem u boku (by mu 

wskazywał drogę) uniósł się w powietrze.

Matkę Joannę znalazł w obozie leśnych bandytów. Siedziała wraz z Hugh przy 

stole i pochylona nad mapą omawiała coś, co juŜ na pierwszy rzut oka bardzo 
przypominało plan napadu na karawanę przemytników alkoholu, mającą przejeŜdŜać 
tu za dwa dni. Gdy Azzie wyciągnął rękę, Ŝeby rozpłatać rozochoconego męŜczyznę, 
Joanna powstrzymała jego dłoń.

- Daj spokój, Azzie - rzekła. - Tutaj ja jestem szefem, a to są moi ludzie.
- Co? - zdumiał się demon.
- Moje Ŝyczenie spełniło się nawet wcześniej, niŜ przewidywałam - stwierdziła 

przeorysza. - Jestem ci za to winna wielkie dzięki.

- Nie ma o czym mówić - mruknął Azzie. - Bądź tylko w Wenecji na 

ceremonię.

- Oczywiście. I zachowam swoją duszę?
- Z pewnością. Taka była umowa.
- Dobrze, będę tam.
Kiwnąwszy głową, demon wzniósł się w powietrze i odleciał.

background image

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA

ROZDZIAŁ l

Pierwsza wzmianka o tym, Ŝe greccy bogowie w całości wyrwali się z 

Poświaty, nadeszła o godzinie 013.32 uniwersalnego czasu gwiezdnego, gdy 
kierownik studiów demonicznych przy Siarczanym Uniwersytecie Piekła zauwaŜył, iŜ 
jeden z podległych mu pracowników nie powrócił z ekspedycji. Asystent zaginionego 
uczonego zameldował, iŜ widział, jak grupa uwolnionych bóstw pochwyciła badacza, 
gdy grzebał w stosie starych gnatów w wykopalisku archeologicznym w pobliŜu 
Olimpu.

Kierownik zatelefonował do więzienia świata podziemi w Limbo, aby się 

dowiedzieć, czy coś się ostatnio wydarzyło.

- Halo, z kim mówię?
- Cicero, dozorca Oddziału Niepotrzebnych Bóstw Zakładu Karnego 

Wszelkich Form śycia w Limbo.

- Chcę zapytać o starych bogów Grecji; Zeusa i całą tę zgraję. Czy przebywają 

nadal bezpiecznie zamknięci pod kluczem?

- Przykro mi to powiedzieć, sir, ale właśnie zdarzyła się ucieczka. Znajdują się 

na wolności.

- Kiedy, według twoich przewidywań, zostaną schwytani?
- Obawiam się, Ŝe nie jest to takie łatwe. Musisz wiedzieć, panie, Ŝe ci starzy 

greccy bogowie są wcale potęŜni i ponowne ich zaniknięcie będzie wymagało ze 
strony Ananke sporego wysiłku.

- Dziękuję. Będę w kontakcie.

background image

ROZDZIAŁ 2

Znowu w realnym kosmosie!!! - zawołał Febus.
- Mógłbym się schylić i ucałować Ziemię - powiedział Hefajstos.
Pierwsze, co zrobili, to urządzili sobie małą uroczystość - wspólny obiad, 

podczas którego nabijali się z Zeusa. Śpiewali “Sto lat, sto lat” oraz w komiczny 
sposób naśladowali jego wyszukany i groźny sposób bycia. ZłoŜyli ofiarę z tych 
zwierząt, co zwykle, i upaprali wszystko krwią, bo dawniej brudną robotę przy 
ofiarach wykonywali zawsze słudzy, a nie bogowie; po czym upili się i zachowywali 
w sprośny sposób.

Stukając w stół, Zeus poprosił o głos.
- Chcę wam wszystkim podziękować. Bardzo to miło z waszej strony, Ŝe 

urządziliście dla mnie to przyjęcie.

- Po trzykroć, niech Ŝyje Zeus!
- Dziękuję, jeszcze raz dziękuję. Przejdźmy teraz do czegoś trochę 

powaŜniejszego. RozwaŜałem, co moŜemy ze sobą począć; teraz, gdy opuściliśmy 
Poświatę. Mówię o nas wszystkich razem.

- Razem? - zdziwiła się Atena. - PrzecieŜ nigdy nie robimy niczego wspólnie!
- Teraz jednak musimy - rzekł Gromowładny stanowczo. - To właśnie brak 

solidarności doprowadził ostatnim razem do naszego upadku. Drugi raz nie 
popełnimy tego samego błędu! Potrzebny jest nam plan, nad którym wszyscy 
będziemy mogli pracować; coś co będzie słuŜyło naszemu wspólnemu dobru. Doszły 
mnie słuchy, Ŝe najwaŜniejszym wydarzeniem, rozgrywającym się teraz tam, na 
Ziemi, jest sztuka, jaką pewien demon nowoczesnego wyznania próbuje wystawić dla 
zbudowania świata. Piekielnik ów, Azzie Elbub, zamierza przyznać, bez Ŝadnego 
uzasadnienia, wspaniałe nagrody siedmiu aktorom. Czy słyszeliście kiedyś o czymś 
takim?

Zeus przerwał, oczekując pytań. Bogowie oraz boginie nie wypowiedzieli ani 

słowa, lecz siedząc na swoich złotych, składanych krzesełkach, słuchali pilnie.

- Pierwsza rzecz - ciągnął Gromowładny - jaką musimy zrobić, to połoŜyć kres 

tego rodzaju mglistemu i bezcelowemu moralizatorstwu parweniuszowskich mocy 
duchowych jak wyŜej wymieniony demon. Czy my, staroŜytni bogowie, nie 
powiedzieliśmy, Ŝe charakter jest przeznaczeniem? Czy nie jest to prawdą tak dziś, 
jak było nią zawsze?

- JeŜeli zaczniemy działać - zgłosił obiekcję Hermes - to Mocom Zła nie 

będzie się podobało, Ŝe unicestwiamy ich plany.

- Nic mnie nie obchodzi stan ich uczuć - odparł Zeus. - Jeśli im się to nie 

spodoba, niech wymyślą, co mogą w tej sprawie uczynić.

- Czy powinniśmy jednak tak szybko wplątywać się w nowe problemy? - 

dociekał dalej Hermes. - Czy nie byłoby lepiej poddać to pod dyskusję? Jestem 
pewien, Ŝe znaleźlibyśmy coś odpowiedniego. Tymczasem moglibyśmy trochę 
przeczekać w ukryciu.

- To by nam wcale nie wyszło na zdrowie - zaoponował Zeus. - Tamci, Moce 

Ciemności oraz Światłości, będą ponownie próbowali umieścić nas w rezerwacie 
Limbo. A zresztą - dokąd mielibyśmy pójść? Nie ma takiego miejsca we 
Wszechświecie, gdzie moglibyśmy się ukryć. Prędzej czy później rządzące Moce 
przyjdą po nas; zabawmy się więc trochę, póki moŜemy, i wypijmy za nasz zwykły 
sposób załatwiania spraw - za boski podstęp!

Wszyscy obecni wznieśli okrzyk na cześć boskiego podstępu, ich uświęconej 

doktryny. Spojrzeli z Olimpu hen, daleko, i ujrzeli posuwający się przez niskie 
pagórki oddział sir Olivera.

background image

- CóŜ to takiego? - spytała Atena, patrząc wraz z innymi na duŜy oddział 

uzbrojonych jeźdźców; wyglądało na to, Ŝe przyłączyły się do nich takŜe rzesze 
pielgrzymów.

- Co się stanie, kiedy dotrą do Wenecji? - chciał wiedzieć Hermes.
- Ich przywódca otrzyma to, czego najbardziej pragnie - wyjaśnił Zeus. - Inni 

moŜe takŜe w pewnym sensie.

- Nie moŜemy pozwolić, aby tak się stało, nieprawdaŜ? - zapytała znowu 

Atena.

Gromowładny roześmiał się i przywołał róŜnych bogów wiatru, a wśród nich 

Zefira oraz Boreasza. Pognali oni przez Europę, Azję Mniejszą i część Azji 
właściwej, zbierając po drodze zabłąkane podmuchy wiatru i wpychając je do 
skórzanego worka, który wręczyli Zeusowi. Bóg rozluźnił rzemyki zaciskające jego 
wylot, a wiatr zachodni wystawił stamtąd głowę, i zapytał:

- Co się dzieje? KtóŜ to chodzi i ujarzmia wiatr?
- Jesteśmy greckimi bogami i ujarzmiamy wiatry, kiedy się nam podoba - 

wyjaśnił mu Gromowładny.

- Och, przepraszam, cofam pytanie. Co chcesz, abyśmy zrobili?
- Wywołajcie porządną burzę.
Wiatr zachodni poweselał wyraźnie.
- Ach, burzę! To co innego! Myślałem, Ŝe pragniesz któregoś z tych łagodnych 

wietrzyków, o jakie ludzie stale proszą.

- Nie obchodzi nas, czego chcą ludzie - rzekł Zeus. - Jesteśmy bogami i 

pragniemy pogody iście dramatycznej!

- Gdzie chcesz mieć tę “dramatyczną pogodę”? - zapytał zachodni wiatr, 

zacierając przezroczyste ręce.

- Aresie? - zagadnął Gromowładny. - Dlaczego nie idziesz z tymi wiatrami i 

nie pokaŜesz im, gdzie mają wiać? Mógłbyś przy tej okazji pokierować takŜe 
deszczem.

- Z przyjemnością - rzekł wezwany. - Zwłaszcza Ŝe złą pogodę uwaŜam za 

kontynuację wojny innymi środkami.

background image

ROZDZIAŁ 3

Była to najgorsza pogoda, jaką ta część Europy widziała od Bóg wie jak 

długiego czasu. Burzowe chmury unosiły się na niebie niczym nabrzmiałe, granatowe, 
rozdęte do monstrualnych rozmiarów pęcherze, wypełnione deszczem, który zdawał 
się posiadać zaciekłość Ŝywej istoty. Wicher wyrywał lance z dłoni Ŝołnierzy, a kiedy 
trafiał na tarczę, zamieniał ją w Ŝagiel; zaś trzymający ją tracił wówczas równowagę i 
był miotany po okolicy niczym piórko. Deszcz smagał wszystko, rozbijany przez 
wiatr na maleńkie, pędzone nadzwyczajną siłą kropelki. Potrafił wcisnąć się do 
najdrobniejszej szczeliny oraz pęknięcia zbroi czy rozdarcia ubioru. Aby być 
słyszanym, sir Oliver musiał wrzeszczeć wprost do ucha swego podwładnego.

- Lepiej schowajmy się!
- Tak, sir. To chyba jedyne wyjście. Ale jak wydamy rozkaz? Kto nas usłyszy 

w tym hałasie?

- Coś tu nie gra - stwierdził Oliver. - Powinniśmy zawiadomić o tym Antonia.
Tak rycerz nazywał Azziego.
- Nie ma go nigdzie w pobliŜu, milordzie.
- Musisz go natychmiast znaleźć!
- Tak, sir, ale gdzie?
Dwaj męŜczyźni spojrzeli na siebie, a potem na rozległą, szarą, nasiąkniętą 

deszczem równinę, na której stali.

background image

ROZDZIAŁ 4

Zeusa nie zadowalało samo wywołanie złej pogody; on i jego dzieci zaczęli 

opracowywać oddzielne plany, aby dać znać ludziom, Ŝe powrócili.

Gromowładny opuścił ich towarzystwo. Chciał zbadać stan ludzkości w 

obecnych czasach. Na początek odwiedził Grecję. Tak jak się tego obawiał, od 
dawnych czasów, wielkich dni Agamemnona, siła bojowa jej armii fatalnie zmalała.

Rozglądał się dookoła, by stwierdzić, jakie inne wojska byłyby do dyspozycji. 

Reszta armii Europy Zachodniej była zaangaŜowana w taką czy inną wojnę, a Zeus 
potrzebował nowych zastępów Ŝołnierzy. Wiedział teraz, dokąd chciał je posłać - 
szybkim przemarszem przez samo serce Europy do Włoch, gdzie zamierzał załoŜyć 
dla siebie nowe królestwo. Jego armia dokonałaby podboju i pilnowała, by kaŜdy go 
czcił; albo prowadziłaby wojny przeciwko tym, którzy by tego zaniechali. W nagrodę 
otrzymaliby chwałę i zdradę. Był to stary sposób, a sprawdzone sposoby są zawsze 
najlepsze - zwłaszcza, jeśli są krwawe.

Najpierw jednak musiał znaleźć wróŜkę, która powiedziałaby mu, gdzie jest 

jakaś nie zatrudniona armia. Szybko uzyskał informację w Zarządzie Stowarzyszenia 
Proroków, co pozwoliło mu zlokalizować Pytię Delficką, ukrywającą się obecnie pod 
postacią praczki w restauracji w Salonikach.

Na miejscu wepchnął w duŜy pęcherz chmurę ciemności i zatkał go, aby była 

w pogotowiu, gdyby pragnął jej uŜyć. Potem poszedł na rynek główny i zapytał o 
praczkę z Łaźni Miejskich. Handlarz ryb wskazał mu drogę. Zeus poszedł, mijając po 
drodze zrujnowane Koloseum oraz zniszczony tor wyścigowy; a potem znalazł ją - 
zgnębioną troskami, starą kobietę pochyloną nad skorupą Ŝółwia, która słuŜyła 
piorącej za balię.

Musiała Ŝyć w przebraniu i wieszczyć w tajemnicy, Kościół bowiem nie 

pozwalał wróŜkom na wykonywanie ich zwykłego zawodu. Sprzeczne z prawem było 
nawet posiadanie węŜa z gatunku dusicieli, jako “słuŜące do zabronionych praktyk 
magicznych w starym, bezprawnym stylu”. Pytia przepowiadała jednak nadal dla 
przyjaciół i niektórych niezadowolonych z obecnych porządków arystokratów.

Zeus podszedł do niej szczelnie zawinięty w płaszcz, ale wieszczka poznała go 

od razu.

- Potrzebuję wróŜby - rzekł Gromowładny.
- Ach, to najszczęśliwszy dzień w moim Ŝyciu! - ucieszyła się Pytia. - 

Pomyśleć tylko, Ŝe spotkam twarzą w twarz jednego ze starych bogów... Ach, 
powiedz mi, co mogę dla ciebie zrobić?

- Chcę, abyś wprawiła się w trans i powiedziała mi, gdzie mogę zdobyć armię.
- Tak, panie. Ale skoro twój syn, Apollo, jest bogiem wróŜby, dlaczego nie 

zapytasz jego?

- Nie chcę pytać Febusa, ani nikogo podobnego - stwierdził kochający papa 

Zeus. - Nie ufam im. Z pewnością istnieją inni bogowie, którym zadajesz pytania, 
oprócz nas, Olimpijczyków? Co z tym Ŝydowskim osobnikiem, który kręcił się gdzieś 
tutaj, kiedy byłem u ciebie ostatnim razem?

- Jehowa uległ pewnym interesującym przemianom, ale nie jest osiągalny, jeśli 

chodzi o wróŜby. Zostawił ścisłe rozkazy, aby mu nie przeszkadzać.

- Są jeszcze inni, prawda?
- Oczywiście, ale nie wiem, czy to dobry pomysł naprzykrzać się im 

pytaniami. Oni nie są tacy, jak ty, Zeusie, z którym kaŜdy moŜe porozmawiać... Są 
nikczemni i dziwni.

- Nie obchodzi mnie to - rzekł Gromowładny. - Zapytaj ich. Jeśli jeden bóg nie 

moŜe poprosić drugiego o drobną radę, to nie wiem do czego ten wszechświat 

background image

zmierza?!

Wyrocznia wprowadziła go do swej izby, zapaliła święte liście laurowe, na 

których ułoŜyła konopie. Wzięła kilka innych uświęconych wróŜebnych akcesoriów i 
rozrzuciła je naokoło; z wiklinowego koszyka wyjęła węŜa, owinęła go sobie dookoła 
ramion i zapadła w trans. Wkrótce oczy stanęły jej w słup i odezwała się głosem, 
którego Zeus nie poznał, ale który sprawił, Ŝe włosy zjeŜyły mu się na karku.

- O Zeusie Gromowładny! Wypróbuj ludy mongolskie.
- Czy jest jeszcze coś? - spytał Zeus.
- Koniec przekazu - rzekła wróŜka. A potem zemdlała.
- Sądziłem - odezwał się Gromowładny, kiedy juŜ przyszła do siebie - iŜ 

wyroki wieszczów są zwykle wyraŜone w sposób zawiły i dwuznaczny; ten natomiast 
jasno i stanowczo powiedział, co mam uczynić. Czy w procedurze zaszły jakieś 
zmiany?

- Myślę - odparła Pytia - Ŝe w wysokich sferach panuje ogólne zniechęcenie do 

dwuznaczności. Nigdy nie doprowadziła nikogo do niczego dobrego.

Zawinięty w obłok ciemności, Zeus opuścił Saloniki i zwrócił się na pomocny 

wschód.

background image

ROZDZIAŁ 5

Gromowładny odwiedził Mongołów, którzy niedawno podbili południowe 

Cesarstwo Chińskie. UwaŜając się za niezwycięŜonych, byli gotowi wysłuchać go, 
gdy wjechał konno do ich obozu. Bóg znalazł mongolskiego wodza w jego kwaterze 
głównej.

- Ty i twoi ludzie dokonaliście wspaniałego czynu, zdobywając ten olbrzymi 

kraj, ale teraz wylegujecie się, nic nie robiąc. Jesteście ludem poszukującym celu, ja 
zaś bogiem poszukującym ludzi. MoŜe połączymy w takim razie nasze potrzeby i 
dokonamy czegoś, co będzie z korzyścią dla nas obu?

- MoŜliwe, iŜ jesteś bogiem - odparł Jagotai - wszelako nie naszym. Dlaczego 

miałbym cię słuchać?

- Bo proponuję zostać nim - rzekł Zeus. - Byłem i jestem bogiem Greków. 

Interesujący i pomysłowy to naród, ale niezadowalający dla boga, który starał się im 
przynosić tylko dobre rzeczy.

- Co nam oferujesz?

Wkrótce mongolscy jeźdźcy, wznosząc wysoko sztandary z byczych ogonów, 

cwałowali przez karpackie przełęcze w stronę równin Friuli - Venezia Giulia, 
odbywając jednocześnie podróŜ w czasie do szesnastego wieku. Zeus musiał uŜyć 
wszystkich swoich mocy, aby udało się tego dokonać. Łatwiej, co prawda, byłoby 
przenieść ich wprost przez czas oraz przestrzeń, ale przestraszyłoby to konie. Pośród 
ludności wszystkich okolic, przez które posuwały się wojska, szerzyła się panika juŜ 
na długo przed nadejściem mongolskich hord. “Mongołowie nadciągają!” - słyszało 
się wszędzie. Całe rodziny wsiadały na konie, osły albo na wozy zaprzęgnięte w woły. 
Większość brała ze swego dobytku na barki tyle, ile tylko zdołała udźwignąć, i 
uciekała, usiłując szukać schronienia przed prześladowcami - diabłami o płaskich 
twarzach z wąskimi, czarnymi wąsami. Niektórzy uciekali do Mediolanu, inni do 
Rawenny; jednak największa część uchodźców kierowała się ku Wenecji - miastu, 
które dzięki otaczającym je bagnom i kanałom uwaŜano za nie zagroŜone najazdem.

background image

ROZDZIAŁ 6

Mongołowie nadciągali i zarządzono nadzwyczajne środki, aby ochronić 

Wenecję. DoŜa zwołał specjalną sesję Rady, której przedstawił pewne propozycje. 
Uzgodniono, iŜ główne mosty prowadzące do właściwego miasta muszą zostać 
zniszczone; potem Wenecjanie spenetrowaliby otaczające ich wybrzeŜa, konfiskując 
w okolicy wszystkie łodzie zdolne pomieścić dziesięciu lub więcej Ŝołnierzy. Krypy te 
naleŜało następnie zabrać do samego miasta lub zatopić, gdyby okazały się zbyt 
cięŜkie do przeniesienia.

Problem obrony był bardzo skomplikowany z powodu powaŜnych niedoborów 

w zaopatrzeniu. W normalnym czasie artykuły spoŜywcze napływały codziennie, 
przywoŜone okrętami z całej południowo-wschodniej Europy oraz Bliskiego 
Wschodu. Niedawne burze zamieniły jednak Morze Śródziemne w rozszalały Ŝywioł i 
uniemoŜliwiały wszelką wymianę handlową drogą morską. JuŜ w tej chwili miasto 
musiało się ograniczyć do skąpych, racji Ŝywnościowych, a zapowiadało się, iŜ będzie 
jeszcze gorzej.

Wenecjanom zagraŜały takŜe rozprzestrzeniające się poŜary. Ludzie starali się 

mieć w domach sucho i ciepło, a paląc w piecach, byli nieostroŜni. Liczba szalejących 
w mieście czerwonych kurów była większa niŜ kiedykolwiek. Nieuchronnie w 
związku z tym szerzyły się pogłoski, iŜ niektóre spośród poŜarów rozniecali agenci 
nasłani przez wrogów Wenecji. Obywatelom nakazano bacznie śledzić przybyszów i 
stale podejrzewać w swoim otoczeniu obecność szpiegów.

Deszcz padał z nieustającym szumem, przypominającym rozmowę bogów 

wilgotnych wiatrów, którym za języki słuŜyły rozklekotane okna. Woda kapała z 
obramowań kominów oraz gzymsów, a wiatr pędził deszcz i rozbijał duŜe krople na 
małe. W całej Wenecji bez przerwy podnosił się poziom wody, która zalewała kanały, 
wlewała się na skwery i place. Na placu Świętego Marka osiągnęła głębokość trzech 
stóp i nadal jej przybywało. Nie był to pierwszy raz, kiedy Wenecję nawiedziły 
deszcze oraz powodzie, ale tym razem było to o wiele gorsze od wszystkiego, co 
wcześniej widziano.

Silne wiatry z północnego wschodu, niosące ze sobą arktyczny mróz, wiały 

wytrwałe przez wiele dni i nic nie wskazywało na to, aby miały przestać. Naczelny 
meteorolog Republiki zrezygnował ze swojego dobrze płatnego, dziedzicznego 
stanowiska; tak mu obrzydło przepowiadanie katastrofy. Ludzie modlili się do 
ś

więtych, diabłów, obrazów, do wszystkiego, co im przyszło do głowy, mając dzięki 

temu nadzieję doznać jakiejś ulgi. Na domiar złego doniesiono, iŜ w niektórych 
miejscach pojawiły się ogniska zarazy. Mówiono teŜ, Ŝe mongolskich wojowników 
widziano w odległości jednego dnia jazdy i nie moŜna było przewidzieć, jak szybko 
posuwają się naprzód.

Wenecjanie byli wyczerpani swoimi ustawicznymi troskami, przeraŜeni siłą 

wojsk zbliŜających się do granic Republiki, a nawet podejrzliwi względem siebie 
nawzajem. Zwyczajowe uroczystości na cześć róŜnych świętych zostały zawieszone. 
W zapełnionych dniem i nocą kościołach modlono się o ocalenie miasta i rzucano 
klątwy na najeźdźców. Dzwony biły bezustannie. To wszystko wywoływało z kolei 
nastrój straceńczej wesołości.

Była to pora wspaniałych przyjęć, balów maskowych oraz uczt. Panował 

ustawiczny karnawał i nigdy jeszcze, od tej strony patrząc, Wenecja nie przedstawiała 
się bardziej korzystnie. Na przekór burzom, w pałacach bogaczy jasno paliły się 
ś

wiece, a muzyka rozbrzmiewała wzdłuŜ kanałów. W drodze z jednej zabawy na 

drugą ludzie śpieszyli przez ulice w płaszczach i karnawałowych maskach na 
twarzach. Zdawało się, Ŝe temu dumnemu, staremu miastu pozostało jedno, ostatnie 

background image

szaleństwo.

Uwagi ludzi nie uszło, oczywiście, Ŝe w tym, co się działo, tkwiło coś 

dziwnego; coś, co przekraczało ziemską logikę, co kojarzyło się ze światem 
nadprzyrodzonym i przywodziło na myśl dni sądu ostatecznego. Astrologowie 
badający stare pergaminowe rękopisy znaleźli w nich przepowiednie, iŜ świat ma się 
wkrótce skończyć, tak jak to podejrzewali, i Ŝe tylko patrzeć, jak pojawią się czterej 
jeźdźcy Apokalipsy, jadący po płonącym niebie podczas ostatecznej zachodu słońca.

Pewnego dnia zaszło dziwne wydarzenie. Robotnik wysłany przez miasto, aby 

oszacować szkody wyrządzone przez burzę, odkrył dziurę w grobli w pobliŜu 
Arsenału; woda jednak nie przepływała przez otwór. Zamiast tego biło stamtąd 
oślepiające światło i człowiek ów ujrzał po przeciwnej stronie coś, czego kształtu nie 
dało się opisać. Zdawało się, iŜ miało to dwa cienie. Robotnik przybiegł do Rady i 
opowiedział wszystko, co widział.

Zjawisko poszła zbadać grupa uczonych. W tym czasie dziura w grobli 

powiększyła się; olśniewający Ŝółty blask zniknął, a zamiast tego pojawił się w niej 
teraz wyraźny, nieziemski błękit, chociaŜ powinno się widzieć burzowe, deszczowe 
chmury oraz ciemnobrunatną ziemię. Wyglądało to na otwór przechodzący na wskroś 
przez wszystko - zarówno przez niebo, jak i przez Ziemię.

Uczeni badali to dziwo z naleŜną temu zjawisku powagą i przeraŜeniem. 

Widzieli, jak do wnętrza wciągane są małe grudki ziemi oraz piasek. W celu 
eksperymentu wrzucili w dziurę zbłąkanego psa; kundel przepadł, gdy tylko 
przeniknął przez niewidzialną płaszczyznę powierzchni otworu.

- Z naukowego punktu widzenia - rzekł jeden z mędrców - dziura owa 

wygląda mi na lukę lub rozdarcie w tworzywie istnienia.

Drugi miał co do tego pewne wątpliwości.
- Jakim sposobem tworzywo istnienia moŜe ulec rozdarciu?
- Tego nie wiemy - odparł pierwszy. - MoŜemy jednak wnioskować, Ŝe w 

ś

wiecie duchowym dzieje się coś niesłychanego; tak doniosłego, iŜ ma to wpływ 

nawet na nas - tu, na dole, na fizycznej płaszczyźnie ziemskiego istnienia. Nawet 
rzeczywistości nie moŜna juŜ ufać - tak dziwne stało się Ŝycie.

Nadchodziły doniesienia o pokazaniu się innych otworów w tworzywie 

rzeczywistości. Zjawisko nazwano Antyświatem, a jego przypadki zdawały się 
pojawiać wszędzie, nawet w wewnętrznej kaplicy kościoła Świętego Marka, gdzie 
powstała dziura szeroka na trzy stopy, skierowana pochyło w dół i prowadząca do 
miejsca, którego niepodobna było ustalić bez odbycia podróŜy w jedną stronę,

O innym osobliwym wydarzeniu doniósł pewien zakrystianin. Do budynku 

wszedł obcy człowiek, a było w nim coś odmiennego od innych ludzi. MoŜe tyczyło 
to uszu albo dziwacznego kąta pochylenia oczu? Stworzenie chodziło po świątyni 
oraz jej bezpośrednim sąsiedztwie, patrząc na przybudówki i robiąc notatki na zwoju 
pergaminu. Gdy kościelny zapytał, co przybysz porabia, nieznajomy odparł:

- Robię po prostu pewne pomiary, aby donieść innym, jak wygląda sytuacja.
- Jakim innym?
- Takim jak ja.
- Ale dlaczego ty i ci inni mielibyście się interesować stanem naszych 

budowli?

- Jesteśmy prowizorycznymi formami Ŝycia, ja i mnie podobni, tak nowymi, Ŝe

nawet nie mamy jeszcze nazwy. Istnieje moŜliwość, iŜ przejmiemy istniejącą 
rzeczywistość, i w tym przypadku odziedziczylibyśmy wszystko, co po sobie 
zostawicie. Sądzimy, Ŝe byłoby dobrze być na to przygotowanym, więc sporządzamy 
inwentaryzację.

Sprawozdanie z tego dziwacznego wydarzenia zostało zbadane przez 

background image

uczonych Kościoła, którzy stwierdzili, Ŝe nie miało ono nigdy miejsca. Oficjalnie 
przypisano zakrystianinowi, Ŝe uległ jakiejś niezwykłej halucynacji. Orzeczenie to 
przyszło jednak zbyt późno; szkoda została juŜ wyrządzona, ludzie słyszeli 
opowiadanie kościelnego, uwierzyli w nie i nastrój paniki w całym mieście wzrósł 
jeszcze bardziej.

background image

ROZDZIAŁ 7

Pielgrzymi siedzieli stłoczeni we wspólnej izbie w oberŜy i oczekując na 

następne rozkazy, kolejno pilnowali ognia. Powinni być bardzo zadowoleni, bo 
ukończyli swoje przygody, ale panująca pogoda pomniejszała ich zwycięstwa.

Znieśli tyle trudów, aby dostać się tu, gdzie byli, lecz sprawy - podobnie jak 

aura - okazały się pod zdechłym psem. Nie tak miało być. A juŜ nikt nie przeŜywał 
tego bardziej dotkliwie niŜ sam Azzie, który czuł się oszukany przez swoją własną 
historię, chociaŜ nie był w stanie zrozumieć, jak mogło do tego dojść.

Tego wieczoru, gdy Azzie siedział przy kominku i próbował wymyślić, co 

robić dalej, rozległo się pukanie do drzwi oberŜy.

- Mamy komplet! - zawołał gospodarz. - Proszę iść gdzie indziej!
- Jest tam w środku ktoś, z kim chciałabym porozmawiać - odpowiedział z 

zewnątrz przyjemny, kobiecy głos.

- Ylith! - zakrzyknął demon. - Czy to ty?
Skinął na oberŜystę, który z niezadowoleniem otworzył drzwi. Kilka wiader 

deszczu wpadło do wnętrza, a wraz z potopem zjawiła się piękna, czarnowłosa 
kobieta, której rysy były na wpół anielskie, a na wpół diaboliczne - co sprawiało, Ŝe 
wyglądała nad wyraz ponętnie. Miała na sobie prostą, Ŝółtą sukienkę, a na niej 
lamowany srebrem błękitny płaszcz; na głowie zaś gustowny, czerwony kwef.

- Azzie! - zawołała, przechodząc przez izbę. - Dobrze się czujesz?
- Naturalnie - odparł demon. - Wzrusza mnie twoja troska. Czy zmieniłaś 

moŜe zdanie w kwestii odrobiny frywolności?

- Ten sam, stary Azzie - zachichotała Ylith. - Przyszłam tu, wierzę bowiem w 

uczciwość we wszystkich sprawach; zwłaszcza zaś w tych, które dotyczą Dobra i Zła. 
Zdaje się, Ŝe ktoś ci robi niedźwiedzią przysługę.

Ylith opowiedziała Azziemu, Ŝe została porwana przez Hermesa 

Trismegistosa, który dał ją śmiertelnemu, niejakiemu Westfallowi, a takŜe o tym, jak 
była zamknięta w puszce Pandory i jak z niej uciekła dzięki pomocy Zeusa.

- Wiem, Ŝe uwaŜasz Hermesa za przyjaciela - zakończyła - zdaje się jednak, iŜ 

on knuje coś przeciwko tobie. Tak jak chyba i reszta Olimpijczyków.

- Niewiele mogą zdziałać, przebywając w Poświacie - stwierdził Azzie.
- JuŜ ich tam nie ma. Uciekli. I obawiam się, Ŝe to ja jestem za to 

odpowiedzialna, chociaŜ wcale tego nie chciałam.

- MoŜe to ci faceci wszystko teraz nakręcają - rzekł demon. - Sądziłem, iŜ to 

sprawka Michała; wiesz przecieŜ, jak się sprzeciwia choćby najdrobniejszemu 
mojemu powodzeniu. Jednak to, co się dzieje, przerasta go. Ktoś podburzył 
Mongołów, Ylith!

- Nie rozumiem, dlaczego Olimpijczycy są przeciwko tobie? - powiedziała 

anielica. - Co ich to obchodzi, czy wystawisz swoją niemoralną sztukę?

- Bogowie zawsze chcą ustanawiać swoją moralność - wyjaśnił Azzie. - Dla 

drugich, nie dla siebie. Sądzę, Ŝe to wtrącanie się starych bogów ma słuŜyć innym 
celom. Nie zdziwił bym się, gdyby stanowiło to próbę ich powrotu do władzy.

background image

ROZDZIAŁ 8

Taka pogoda nie mogła po prostu być dłuŜej tolerowana. Azzie zmobilizował 

się i przyjrzał dokładnie zjawisku. JuŜ pobieŜna inspekcja wykazała, iŜ burze nie 
nadciągały z jednego kierunku. Powstawały, co prawda, na północy, skąd zwykle 
przychodzi zmiana pogody, ale co to znaczy “na północy”? Jak daleko na północy? 
Na północ od czego? I co, na północy, było takiego, co kształtowało pogodę? Azzie 
zdecydował, Ŝe dowie się tego i coś z tym zrobi.

Wytłumaczył Aretino, co zamierza uczynić, a potem podszedł do okna i 

otworzył je. Wyjący wiatr wpadł do izby gwałtownym podmuchem.

- To moŜe być niebezpieczne - rzekł poeta.
- Prawdopodobnie jest - przyznał demon i rozwinąwszy skrzydła, wzniósł się 

w powietrze.

Opuścił Wenecję i udał się na północ w poszukiwaniu miejsca, z którego 

przychodzi pogoda. Przeleciał całe Niemcy i widział bardzo złą aurę, ale nadchodziła 
z jeszcze dalszej pomocy. Poszybował nad Morzem Północnym, zahaczył o Szwecję i 
przekonał się, Ŝe i ona nie jest miejscem tworzenia się burz, a jedynie obszarem, przez 
które one przechodzą. Wziął kierunek na oko cyklonu, co zaprowadziło go do 
Finlandii, słynącej z zaklinających pogodę Lapończyków. Dokądkolwiek poszedł w 
tym równinnym, śnieŜnym, porośniętym sosnami kraju, zawsze przekonywał się, Ŝe 
burza nie przychodziła “stąd”, ale ciągle “stamtąd” - z jakiegoś innego miejsca, 
połoŜonego jeszcze dalej na północ. Dotarł wreszcie do szczytu świata, skąd wichury 
waliły pełną mocą, z godną uwagi szybkością oraz regularnością. Wiatr wiał przez 
zamarzniętą tundrę równomiernym, nie kończącym się strumieniem, a był tak silny, Ŝe
bardziej przypominał morskie fale niŜ strumienie powietrza.

Azzie parł dalej, dąŜąc ciągle na północ, chociaŜ zdawało się, iŜ świat zwęŜa 

się tutaj do punktu. Wreszcie dotarł do najbardziej północnego krańca północy i 
znalazł wysoką, wąską górę lodową. Na jej szczycie stała wieŜa tak stara, Ŝe mogła 
zostać tam umieszczona w czasach, zanim jeszcze istniało cokolwiek innego.

Na szczycie owej wieŜy znajdował się taras, na którym stał gigantyczny nagi 

człowiek o splątanych włosach i niesamowitym wyrazie twarzy. Golas pracował przy 
duŜym, skórzanym miechu; wicher wydostawał się z jego otworu. Oto była kolebka 
wszelkiego wiatru na świecie. Powietrze wychodziło z miecha miarowym 
strumieniem i wpadało do rur dosyć szczególnie wyglądającej maszynerii.

Jakaś inna dziwaczna istota siedziała przed czymś, co przypominało 

klawiaturę organów, a jej dłonie, o palcach podobnych do wielu giętkich macek, 
grając na klawiszach, wytwarzały oraz kształtowały wiatry, które przechodziły przez 
instrument. Była to maszyna alegoryczna; taka, jaką tworzą religie, starając się 
wytłumaczyć, jak się jakieś sprawy dzieją. Ukształtowane i uregulowane wiatry, 
wytworzone przez pompę miecha, kierowała ona do okna, skąd zaczynały swoją 
wędrówkę na południe, do wszystkich miejsc globu, a szczególnie do Wenecji.

Dlaczego jednak właśnie do Wenecji? Azzie przestawił swoje oczy na podgląd 

w promieniach rentgenowskich - poŜyteczną tę zdolność posiadają wszystkie demony, 
wszelako mało który z niej korzysta, gdyŜ jest w praktyce równie trudna, Jak dzielenie 
przez siebie w pamięci wielocyfrowych liczb. Przyglądając się, widział teraz, Ŝe pod 
lodem przeciągnięte były ołowiano - cynowe przewody, które kierowały wiatrami i 
zwiększały ich gwałtowność.

A co z deszczem? Wszystko tu, w najdalszym zakątku północy, było suche, 

kruche i bez najmniejszego choćby śladu wilgoci.

Azzie rozejrzał się dookoła, ale nie zobaczył nic prócz człowieka pracującego 

przy miechu i tego drugiego, obsługującego maszynę wiatrów.

background image

- Moi drodzy panowie - powiedział zatem do nich obu. - Robicie spore 

zamieszanie w tej części Ziemi, w której mieszkam, a ja nie mogę na to pozwolić. 
Mam zamiar coś z tym zrobić, o ile natychmiast nie zaniechacie swego procederu.

Przemówił odwaŜnie, chociaŜ nie miał pojęcia, czy moŜe mieć przewagę nad 

tymi dwoma dziwnymi osobnikami. LeŜało jednak w jego naturze postępować śmiało, 
a odwaga nie opuściła go i w tej chwili. Tamci przedstawili się. Byli obaj tylko 
wcieleniami boga Baala. Ten przy miechu był Baal-Hadadem, ten drugi - Baal-
Quarnainem, kananejskimi bóstwami Ŝyjącymi w zapomnieniu przez kilka tysięcy lat, 
odkąd umarł ostatni ich wyznawca. Kiedy Zeusowi wyczerpał się worek wiatrów, 
wciągnął ich do swojej słuŜby mówiąc, iŜ nikt lepiej nie wywoła takiej burzy, jakiej 
pragnął. Gromowładny sam był bogiem pogody, ale ostatnio bywał zbyt zajęty, aby 
wykonywać Ŝmudne, meteorologiczne operacje.

Pomimo swych lśniących, czarnych, falistych włosów, haczykowatych nosów, 

wydatnych oczu i śmiałych rysów, mimo smagłej skóry, olbrzymich rąk oraz nóg, 
stare kananejskie bóstwa były bojaźliwe. Gdy Azzie powiedział im, Ŝe jest zły, w 
związku z czym gotów jest sprawić im wiele kłopotu, obaj okazali się skłonni do 
ustępstw.

- MoŜemy wstrzymać wicher - powiedział Baal-Hadad - ale deszcz nie do nas 

naleŜy. Nie mamy z nim nic wspólnego. Wszystko, co stąd wysyłamy, to czysty wiatr.

- Czy wiecie kto zawiaduje deszczem?
Obaj wzruszyli ramionami.
- A więc to musi zaczekać - zdecydował Azzie. - Powinienem wracać; teraz 

właśnie nadeszła pora na uroczystość.

background image

ROZDZIAŁ 9

Aretino upewnił się, Ŝe w oberŜy wszystko jest w pogotowiu. Potem poszedł 

do Azziego.

Demon ubrany był w zielony szlafrok z wyhaftowanymi na nim złotymi 

smokami; siedział przy stole, schylony nad pergaminem, z gęsim piórem w dłoni.

- Proszę wejść - powiedział, nawet nie podnosząc wzroku. Aretino wszedł,
- Jeszcze nie ubrany? Mój drogi demonie, uroczystość zaraz się zacznie.
- Jest jeszcze duŜo czasu - odparł Azzie. - Czuję się, trochę zmęczony, a cały 

mój ekwipunek wyłoŜony jest w drugim pokoju. Chodź, Aretino, pomóŜ mi. Muszę 
zdecydować, komu przyznać nagrody. Po pierwsze: czy wszyscy są obecni?

- Tak - rzekł poeta i nalał sobie kieliszek wina.
Był w znakomitym nastroju; to przedstawienie wyniesie jego, i tak bardzo 

sławnego, pod same niebiosa. Będzie słynniejszy niŜ Dante, bardziej znany niźli 
Wergili, przewyŜszy nawet Homera. Była to wielka chwila w jego Ŝyciu i kiedy 
rozległo się pukanie do drzwi, nie podejrzewał Ŝadnego kryjącego się za nimi kłopotu. 
Zjawił się diablik, posłaniec od Ananke.

- Wzywa cię - powiedział do Azziego - i jest wściekła.
Pałac Sprawiedliwości, którym władała Konieczność, stanowił olbrzymią 

budowlę złoŜoną z kamiennych bloków, z których kaŜdy był większy niŜ ziemska 
piramida, a frontowe kolumny były grubsze niźli stado słoni. Mimo tych rozmiarów, 
Pałac zaprojektowano według ściśle przestrzeganych, klasycznych proporcji. Teren 
wokoło gmachu był pięknie urządzony, a na starannie wystrzyŜonym trawniku opodal 
białego balkonu, na czerwonym kocu w kratkę, siedziała Ananke z rozłoŜoną obok 
zastawą do herbaty.

Tym razem nie istniała kwestia jej wyglądu. Wiadomo, Ŝe Konieczność moŜe 

przybierać róŜne postaci, Jedną z nich, tę Nie do Opisania stosuje wówczas, kiedy 
chce zniechęcić pochlebców. Jest to sposób jej istnienia, który wręcz się opiera 
wszelkim próbom opisu. Ten rodzaj postaci wybrała na tę okazję. Jedyne, co moŜna 
powiedzieć, to iŜ Ananke nie wyglądała jak ekskawator.

Kiedy Azzie znalazł się w jej obecności, powiedziała:
- Za duŜo juŜ kombinacji z tymi magicznymi końmi.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Azzie.
- Ostrzegałam cię, łobuzie - rzekła Ananke. - Magia to nie panaceum na 

wszystko, a szczególnie na twoją chorą ambicję. Nie moŜna jej uŜywać do 
rozwiązywania wszelkich problemów. Jest przeciw naturze rzeczy zakładać, Ŝe 
sprawy mogą potoczyć się w inny sposób, niŜ im właściwy, kiedy tylko spodoba ci się 
poprosić je o to.

- Nigdy jeszcze nie widziałem cię w takim stanie - stwierdził Azzie.
- Ty teŜ byłbyś wściekły wiedząc, Ŝe cały wszechświat jest w 

niebezpieczeństwie.

- Ale jak do tego doszło?
- To te zaczarowane konie - wyjaśniła Konieczność. - Korzystanie z 

magicznych świeczników było jeszcze dopuszczalne; kiedy jednak wywołałeś takŜe i 
te rumaki, zanadto zmieniłeś prawa natury.

- Co przez to rozumiesz? - zapytał Azzie. - Nigdy nie słyszałem, Ŝebyś mówiła 

w ten sposób.

- Powiedz mu, Otto - rzekła Ananke.
- Spoza drzewa wyszedł Otto, duch, który z sobie tylko wiadomych powodów 

przybrał postać otyłego Niemca w średnim wieku, z cięŜkimi białymi wąsami oraz w 
grubych okularach.

background image

- Czy sądzisz, Ŝe Wszechświat moŜe wytrzymać dowolną liczbę manipulacji? 

- zapytał. - Bawiłeś się metamaszynerią, czy o tym wiesz, czy nie. Psułeś szyki innym.

- Zdaje się, Ŝe on nie rozumie - zauwaŜyła Ananke.
- Czy dzieje się, coś niedobrego? - chciał wiedzieć Azzie.
Ja, dzieje się coś niedobrego w samej naturze rzeczy.
- Natura rzeczy? AleŜ z pewnością nie ma w tym wszystkim aŜ tyle złego!?
- Słyszałeś, co powiedziałem? Została naruszona struktura; wszechświata, w 

duŜej mierze dzięki tobie i twoim zaczarowanym koniom. Wiem, co mówię, zajmuję 
się tym kosmosem od niepamiętnych czasów.

- Nigdy nie słyszałem o opiekunie wszechświata.
- To chyba logiczne, co? JeŜeli w ogóle chcesz mieć wszechświat, to 

potrzebujesz kogoś, kto by się nim opiekował, a nie moŜe to być ta sama osoba, która 
nim kieruje. Ona ma mnóstwo innych zajęć, a opiekowanie się jest specjalnością samą 
w sobie i nie moŜe być łączone z innymi obowiązkami. To ty wprowadziłeś te 
magiczne bucefały, tak?

- Tak - przyznał Azzie. - Ale co z tego? Co moŜe się stać z powodu 

zaczarowanych koni?

- UŜyłeś ich zbyt duŜo, ot co! Czy ty naprawdę uwaŜasz, Ŝe moŜesz w jednym 

obszarze zgromadzić wszystkie magiczne wierzchowce, jakimi pragniesz się 
posłuŜyć? A to w tym celu, aby łatwo przeprowadzić to, co powinieneś był uprzednio 
opracować, ale jesteś zbyt leniwy?! Nie, mój miły, młody demonie, tym razem 
narobiłeś bigosu. Po tych wszystkich latach, kiedy utrzymywałem go w dobrej formie, 
ten nieszczęsny wszechświat zmienia się na naszych oczach, i ani ty, ani Ananke, ani 
ja, i wreszcie nic juŜ nie moŜe na to poradzić. Wyzwoliłeś błyskawice Jego 
straszliwego, szybkiego miecza, jeŜeli rozumiesz, co mam na myśli, i trzeba będzie 
zapłacić straszliwą cenę. Igrałeś z rzeczywistością o jeden raz za duŜo.

- Co to ma wspólnego z rzeczywistością? - chciał wiedzieć Azzie.
- Słuchaj teraz uwaŜnie, mój miły demonie. Rzeczywistość jest kulą twardej 

materii, złoŜoną z warstw róŜnych substancji. Gdzie jedna warstwa styka się z drugą, 
tam, moŜna powiedzieć, istnieje potencjalna linia pęknięcia; zupełnie tak samo, jak w 
głębi Ziemi. Anomalie wywołane w tkance rzeczywistości powodują powstanie na 
tych granicznych powierzchniach fal uderzeniowych. Twoje niedozwolone 
posługiwanie się magicznymi rumakami stanowiło właśnie jedno z takich zaburzeń. 
Miały takŜe miejsce inne anormalne wydarzenia. Fakt ucieczki z Poświaty starych 
bogów jest wypadkiem tak niemoŜliwym, Ŝe jego zaistnienie wstrząsnęło 
wszechświatem, a skutki tej wywołanej przez ciebie kosmicznej katastrofy uderzyły w 
biedną Wenecję. Miasto miało pecha stać się ogniskiem zdarzeń, których działanie 
spowodowało napręŜenie siatki jego rzeczywistości. Powodzie, inwazja Mongołów 
oraz zaraza, która wkrótce potem wybuchła, nie stanowiły wcale części głównego 
biegu historii Wenecji; tak naprawdę w ogóle nie miały mieć miejsca, stanowiąc 
jedynie marginalne ewentualności o znikomych szansach urzeczywistnienia się w 
normalnym łańcuchu zdarzeń. Wszelako za twoją sprawą uaktywniły się i całość 
zapisanej historii przyszłości stanęła pod znakiem zapytania.

- Jakim sposobem przyszły czas moŜe być zagroŜony? - spytał Azzie.
- Musisz myśleć o przyszłości jak o czymś, co juŜ zaszło, i co grozi 

ponownym wydarzeniem się, wymazując jednocześnie wszystko to, co było przedtem. 
A tego za wszelką cenę musimy uniknąć.

- Przed nami stoi wiele spraw - rzekła Ananke. - Najpierw jednak trzeba 

wyprawić z powrotem do domu tych twoich pielgrzymów.

Azziemu nie pozostało nic innego, jak zadowolić się tym, ale w głębi jego 

umysłu, wśród narastającego niepokoju, zaczęło coś świtać. Ananke powiedziała, Ŝe 

background image

nie działał zgodnie z rzeczywistością. Ale czymŜe była rzeczywistość, jeŜeli nie 
równowagą, układem pomiędzy Dobrem a Złem? Gdyby mógł nakłonić Michała do 
zmiany tego układu, dla ich wspólnej korzyści... Najpierw jednak musiał wpaść na 
chwilkę do swoich pielgrzymów.

CZĘŚĆ DZIESIĄTA

ROZDZIAŁ l

Kiedy Azzie opuszczał Pałac Sprawiedliwości, ogon miał podkulony pod 

siebie, a kąciki jego brązowych oczu dziwnie błyszczały. Próbował pogodzić się z 
myślą, iŜ jego niemoralne przedstawienie, które miało zadziwić świat, nigdy nie 
doczeka się premiery. Legenda, tak waŜna legenda o złotych lichtarzach, nie będzie 
mogła być dograna do końca. Miał bezpośrednie i niedwuznaczne rozkazy od samej 
Ananke, aby przerwać sztukę w połowie ostatniego aktu.

Musiał jednak istnieć jakiś sposób, aby obejść ten zakaz. W ponurym nastroju 

poszedł do mieszczącej się obok Pałacu Sprawiedliwości stacji zasilania i naładował 
swoje zaklęcie podróŜne. W pobliŜu, gdzie sprzedawano posiłki, znalazł budkę 
specjalizującą się w gotowych daniach na wynos dla demonów i kupił worek kocich 
głów przyrządzonych w dobrym, skrzepłym, czerwonym sosie. Miało mu to posłuŜyć 
za przekąskę w drodze powrotnej na Ziemię. Potem uruchomił swoje zaklęcie i z 
wielkim szumem pognał przez przezroczyste welony, z których składa się duchowa 
przestrzeń.

Lecąc, chrupał kocie łby i myślał zaciekle. Mimo skrajnych wysiłków, nawet 

w transcendentnej kazuistyce nie udawało mu się znaleźć sposobu obejścia poleceń 
Ananke. Prędzej czy później dowiedziałaby się o tym i surowo go ukarała, A musiał 
się obawiać nie tylko Konieczności. Było takŜe faktem, Ŝe przez naduŜywanie 
magicznych koni naruszył równowagę kosmosu. Gdyby tego nie zaprzestał, 
wszechświat mógłby się rozpaść, a wszystko, całość stworzenia, zostałoby 
pochłonięte przez czysty, biały płomień samosprzeczności. Gdyby doszło do tego, 
sam kosmos mógłby się zapaść; w końcu obaleniu uległyby prawa rozumu.

Wkrótce był z powrotem nad Wenecją, a widok tego miasta z lotu ptaka był 

iście Ŝałosny. Wzbierające wody pochłonęły juŜ niektóre nisko leŜące zewnętrzne 
wyspy. Wiatr osłabł, ale wody powodzi podniosły się i zalały plac Świętego Marka do 
wysokości dziesięciu stóp. Starsze i mniej solidne budynki zapadały się, poniewaŜ 
słone wody przypływowe wymyły starą zaprawę murarską, trzymającą razem ich 
cegły i kamienie.

Azzie wylądował obok domu Aretina i zastał poetę na zewnątrz, bez 

marynarki, próbującego oszalować swój dom workami piasku. JuŜ na pierwszy rzut 
oka była to bezuŜyteczna praca, więc Aretino odłoŜył swoje narzędzia i poszedł 
smutno za Azziem do domu. Na piętrze znaleźli suchy pokój.

- Gdzie są teraz pielgrzymi? - zapytał demon, nie tracąc czasu.
- Nadal w oberŜy.
Azzie musiał zmienić plany, zebrać wszystkie złote świeczniki i dopilnować, 

aby z powrotem dostały się do zamku Fatusa w Limbo; potem naleŜało pozbyć się z 
Wenecji pielgrzymów. Nie widział jednak powodu, aby powiedzieć to wszystko 
poecie właśnie teraz. Dowie się, gdy i innym stanie się wiadome, Ŝe nie będzie 
uroczystości końcowej.

- Musimy wyprawić stąd pielgrzymów - rzekł Azzie do Aretina. - Trwając 

pomiędzy powodziami a Mongołami, to miasto skazane jest na zagładę. Wiem z 
pewnego źródła, Ŝe nastąpi zmiana biegu czasu, w którym rozgrywa się obecna 
historia świata.

background image

- Jaka zmiana? Co masz na myśli?
- Świat przędzie nić swego losu, z której wyłaniają się róŜne wydarzenia. To, 

co się dzieje teraz, wskazuje, jakoby Wenecja miała być zniszczona; dla Ananke 
jednak jest to nie do przyjęcia, a zatem linia czasu miasta zostanie przerwana tuŜ 
przed wprowadzeniem przeze mnie na arenę zdarzeń złotych świeczników. Stanie się 
to nowym, głównym nurtem historii, a ta linia, w której jesteśmy teraz, zostanie 
przeniesiona do Limbo.

- A co to oznacza? - zapytał poeta.
- Limbowska wersja dziejów Wenecji nie będzie trwała dłuŜej niŜ tydzień od 

chwili, kiedy po raz pierwszy poprosiłem cię o napisanie sztuki, aŜ do północy tej 
doby, której, jak przewiduje się, nadejdą Mongołowie, a powódź przeleje się przez 
wały. W pewnym sensie będzie to trwało tylko tydzień, ale te siedem dni będzie się 
rozgrywało wciąŜ na nowo, zaczynając się ponownie, gdy tylko osiągną swój koniec. 
Mieszkańcy limbowskiej wersji Wenecji będą mieli wieczność tygodni, z których 
kaŜdy będzie się kończył katastrofą i zagładą.

- Ale jeśli usuniemy pielgrzymów z Wenecji?
- JeŜeli zrobimy to przed północą, będą mogli nadal wieść swoje normalne 

Ŝ

ycie dokładnie tak, jakby mnie nigdy nie znali. Powrócą do czasu, zanim mnie 

spotkali.

- Czy będą coś pamiętać?
Azzie potrząsnął głową.
- Tylko ty, Pietro. Tak to urządzam, abyś na podstawie naszych zawodów 

mógł napisać swą farsę.

- Rozumiem - rzekł poeta. - CóŜ, jest to trochę nieoczekiwane. Nie wiem, czy 

będzie się im to podobać.

- Nie musi - stwierdził Azzie. - Mają tylko poddać się temu albo ponieść 

konsekwencje, jeśli tego nie uczynią.

- DołoŜę starań, aby to zrozumieli.
- Zrób to, najwspanialszy Pietro. Spotkam się z tobą w kościele.
- Dokąd idziesz?
- Mam jeszcze jeden pomysł, który mógłby moŜe uratować całą tę sprawę.

background image

ROZDZIAŁ 2

Azzie przeniósł się błyskawicznie do systemu Ptolemeusza, zbudowanego z 

kryształowych sfer, z gwiazdami umieszczonymi na stałych orbitach. Zawsze cieszył 
go widok uporządkowanego ruchu gwiazd i ustalonych płaszczyzn istnienia. Spieszył 
dalej, aŜ znalazł się przy prowadzącej do Nieba Bramie Gości. Jest to jedyne wejście, 
przez które powinni wchodzić odwiedzający; zaś dla demonów, usiłujących dostać się 
przez którąś z bram przeznaczonych dla aniołów przewidziane są surowe kary.

Brama Gości to były wrota w dosłownym tego słowa znaczeniu - z brązu, 

wysokie na sto stóp i osadzone w marmurze. Dojście do niej roiło się od 
barankowatych, białych obłoczków, a anielskie chóry śpiewały w powietrzu alleluja. 
Przed bramą stał stół i krzesło z mahoniowego drewna, na którym siedział starszawy, 
łysiejący męŜczyzna z długą siwą brodą, obleczony w białe, atłasowe prześcieradło. 
Miał przypiętą plakietkę z imieniem, które wraz z tytułem oraz pozdrowieniem 
brzmiało: “Święty Zachariasz, do usług. śyczę świętego dnia”.

Azzie nie znał go. Zwykle to któryś z pomniejszych świętych pełnił funkcję 

odźwiernego.

- Czym mogę słuŜyć? - zapytał Zachariasz.
- Muszę się widzieć z archaniołem Michałem.
- Czy umieścił twoje imię na liście gości?
- Wątpię. Nie wiedział, Ŝe przyjdę.
- W takim razie, mój drogi panie, obawiam się...
- To jest pilna sprawa. Proszę tylko przekazać mu moje imię. Będzie ci za to 

wdzięczny.

Gderając, Zachariasz pofatygował się do złotej tuby głosowej, wiszącej z boku 

brakowych odrzwi. Wypowiedział do niej kilka słów i mrucząc do siebie, czekał na 
odpowiedź. Ktoś przemówił z drugiego końca akustycznego przewodu.

- Jesteś pewien? Nie jest to, oczywiście, właściwa forma... Tak... Oczywiście, 

sir.

- MoŜesz wejść - Zachariasz otworzył małe drewniane drzwiczki, osadzonej 

podstawie tych ogromnych wierzei z brązu.

Azzie wszedł i pomaszerował przed siebie, mijając rozrzucone na zielonym 

trawniku Nieba budynki. Wkrótce znalazł się przy biurowcu w Zachodnim Niebie, a 
Michał stał na schodach, oczekując go.

Archanioł wprowadził demona do swego gabinetu. Nalał mu kieliszek wina. 

Niebo ma najlepsze na świecie wino, ale po dobrą wódkę trzeba iść do Piekła. 
Gwarzyli przez chwilę o tym i owym. Potem Michał zapytał, co Azziego doń 
sprowadza.

- Chcę dobić z tobą targu - rzekł demon.
- Interes? Jakiego rodzaju?
- Czy wiedziałeś o tym, Ŝe Ananke kazała mi wstrzymać moje niemoralne 

przedstawienie?

Michał spojrzał na niego, a potem uśmiechnął się szeroko.
- Naprawdę? Poczciwa, stara Ananke.
- Tak uwaŜasz? - spytał demon lodowatym tonem.
- Oczywiście - odparł Michał. - ChociaŜ uwaŜa się, Ŝe jest ponad Dobrem i 

Złem, i nie obchodzi jej ani jedno, ani drugie, to jednak cieszę się, Ŝe wie, która strona 
moralności posmarowana jest masłem.

- Chcę ubić interes - powtórzył Azzie.
- Pragniesz, abym pomógł ci sprzeciwić się Konieczności?
- Właśnie.

background image

- Zdumiewasz mnie. Dlaczego miałbym to zrobić? Ananke powstrzymuje cię 

od wystawienia twojej niemoralnej farsy, a to mi właśnie odpowiada.

- Czy nie kierujesz się w tym osobistą urazą? - zapytał demon.
- Och, moŜe troszkę - uśmiechnął się Michał. - Złoszczą mnie twoje 

posunięcia, ale moja decyzja, by wstrzymać przedstawienie, nie opiera się na 
osobistych względach. Dla mnie korzystnie jest przerwać to podstępne 
przedsięwzięcie, które chcesz zmontować. To całkiem proste.

- MoŜe uwaŜasz, Ŝe to zabawne, ale sprawa jest o wiele bardziej powaŜna, niŜ 

ci się wydaje.

- PowaŜna dla kogo?
- Dla ciebie, oczywiście.
- Jakim to sposobem? Wszak Konieczność zrobiła to, czego my chcemy.
- JuŜ sam fakt, Ŝe ona w ogóle coś robi jest złą nowiną - powiedział Azzie.
- Jak to rozumiesz? - Archanioł wyprostował się.
- A kiedyŜ to Ananke zajmowała się rutynowymi działaniami, twoimi i moimi, 

w naszych zmaganiach pomiędzy Światłością a Ciemnością?

- To pierwszy raz, jak sięgam pamięcią, kiedy ingeruje bezpośrednio - 

przyznał Michał. - Do czego jednak zmierzasz?

- Czy uznajesz Ananke za swoją władczynię? – zapytał demon.
- Oczywiście, Ŝe nie! Ona nie ma wpływu na decyzje Dobra czy Zła. Jej rola w 

prowadzeniu kosmosu polega na dawaniu przykładu, a nie na działaniu 
ustawodawczym.

- A jednak robi to - zabraniając mi wystawić farsę, stanowi prawo.
Archanioł uśmiechnął się.
- Nie mogę brać jej tego za złe.
- Brałbyś, gdyby to tobie zdjęto sztukę z afisza.
Uśmiech Michała zastygł.
- Ale to nie jest moje przedstawienie.
- Tym razem nie - zgodził się Azzie. - Jeśli jednak przystaniesz na ten 

precedens, to jakich argumentów uŜyjesz, kiedy podobnie zachowa się względem 
Dobra?

Archanioł nachmurzył się. Wstał i zaczął spacerować nerwowo po swoim 

biurze. W końcu zatrzymał się i zwrócił do Azziego.

- Masz rację. ChociaŜ dla nas, twych przeciwników, zatrzymanie niemoralnej 

farsy stanowi dobrodziejstwo, jest jednocześnie przekroczeniem reguł, które rządzą 
nami wszystkimi. Jak ona śmie to robić?

W tym momencie w drzwiach wejściowych zabrzęczał dzwonek. Archanioł 

zrobił niecierpliwy gest, a drzwi otworzyły się szeroko.

- Babriel! Świetnie, właśnie miałem posłać po ciebie!
Przynoszę wiadomość - rzekł anioł.
- Będzie musiała poczekać - zdecydował Michał. - Właśnie się dowiedziałem, 

Ŝ

e Ananke uprawia kłusownictwo na naszym terenie, Ŝe się tak wyraŜę. Będę musiał 

natychmiast porozumieć, się z Gabrielem i niektórymi innymi.

- Tak, sir. Oni takŜe chcą z panem rozmawiać.
- Chcą?
- Dlatego mnie przysłali, sir.
- Przysłali cię? A o co im chodzi?
- Nie powiedzieli mi, sir.
- Zaczekaj tutaj - polecił Michał.
- Kogo masz na myśli? - zapytał Babriel.
- Was obu - sprecyzował Michał i wyszedł z pokoju. Niebawem był z 

background image

powrotem. Wyglądał na przygnębionego i unikał wzroku Azziego.

- Obawiam się, Ŝe nie będzie mi wolno mieszać się do tej sprawy z Ananke.
- A co z kwestią, którą podniosłem? Z potencjalnym ograniczeniem twojej 

władzy?

- Myślę, Ŝe w tej chwili nie jest to najwaŜniejsze - odparł Michał.
- A co, w takim razie, jest waŜne?
- Utrzymanie kosmosu. O to tu chodzi, stwierdziła Rada NajwyŜsza.
- Michale, w grę wchodzi sprawa wolności - powiedział Azzie. - Prawa Dobra 

i Zła działają zgodnie z tym, co dyktuje im rozsądek, ograniczony wyłącznie przez 
prawo naturalne, i nie mogą być skutkiem dowolnej decyzji Ananke.

- Mnie teŜ to nie odpowiada - powiedział Michał. - Ale tak się sprawy mają. 

Zrezygnujmy z twego przedstawienia, Azzie. Zostałeś pokonany i osądzony. Wątpię, 
czy nawet twoja Rada Zła zdołałaby cię w tym poprzeć.

- Jeszcze zobaczymy - stwierdził Azzie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

background image

ROZDZIAŁ 3

Gdy Azzie wrócił, pielgrzymi byli jeszcze w oberŜy, Rodrigo i Cressilda 

siedzieli w rogu izby; chociaŜ nie rozmawiali ze sobą, to jedno dla drugiego stanowiło 
jedyną osobę o dostatecznie wysokiej pozycji, aby czuli się razem dobrze. Kornglow 
oraz Leonora byli, jak zwykle, zajęci tylko sobą. Puss i Quentin bawili się w kocią 
kołyskę, a matka Joanna zabrała się do robótki na drutach, podczas gdy sir Oliver 
pucował, aŜ się świeciła, wysadzaną klejnotami rękojeść paradnego miecza, który 
zamierzał przypasać na uroczystość.

- Obawiam się, Ŝe mamy pewien kłopot - zaczął Azzie obcesowo. - Nasze 

przedstawienie zostało odwołane; dziękuję wam jednak za całą pracę, którą w nie 
włoŜyliście. Wszyscy spisaliście się bardzo dobrze.

- Co się dzieje, Antonio? - spytał sir Oliver. - Czy nasze Ŝyczenia będą 

spełnione, czy nie? Mam juŜ przygotowaną mowę dziękczynną. Musimy zaczynać.

Pozostali przyłączyli się ze swoimi pretensjami. Azzie uspokoił ich ruchem 

ręki.

- Nie wiem, jak wam to powiedzieć, ale NajwyŜsza MoŜliwa Władza nakazała 

mi zaniechać wystawienia tej sztuki. Nie będzie uroczystości złotych świeczników.

- Ale co zrobiliśmy nie tak? - zapytała matka Joanna.
- Zdaje się, Ŝe przekroczyliśmy jakieś głupie, stare prawo natury.
Przeorysza wyglądała na zaintrygowaną.
- Ludzie cały czas łamią prawa natury. I co z tego?
- Zwykle nie ma to Ŝadnego znaczenia - przyznał demon. - Obawiam się 

jednak, Ŝe tym razem przyłapano nas na gorącym uczynku. Powiedziano mi, Ŝe uŜycie 
przeze mnie magicznych koni było przesadną gorliwością.

- Z pewnością tym moŜna się będzie zająć później - stwierdził Oliver. - Na 

razie chcemy kontynuować naszą grę.

- Ja takŜe bardzo bym tego pragnął - zgodził się Azzie. - Ale, niestety, nie 

moŜemy. Aretino przejdzie teraz wśród was i pozbiera lichtarze.

Z posępną miną, poeta okrąŜył izbę, odbierając świeczniki, które podawano 

mu z niechęcią.

- Będziemy musieli wydostać się stąd - ciągnął Azzie. - Wenecja skazana jest 

na zagładę.

- Tak szybko? - zdziwiła się ksieni. - Nie zaczęłam nawet jeszcze zwiedzać 

słynnych grobowców świętych.

- Jeśli nie chcesz, Ŝeby znalazł się tam i twój, uczyń jak, mówię - powiedział 

Azzie. -Wszyscy musicie iść za Aretinem. Słyszysz, Pietro? Trzeba usunąć tych ludzi 
z wysp Wenecji.

- Łatwo mówić - gderał poeta. - Ale zrobię, co w mojej mocy.
ZłoŜył zebrane kandelabry w kącie obok ołtarza.
- A teraz, co mam z nimi począć?
Azzie miał właśnie odpowiedzieć, kiedy poczuł lekkie pociągniecie za rękaw. 

Popatrzył w tamtą stronę. Był to Quentin, obok którego stała Puss.

- Proszę pana - powiedział mały - wyuczyłem się całego tekstu, który mam 

powiedzieć na tej uroczystości. Puss i ja wymyśliliśmy go razem i oboje nauczyliśmy 
się go na pamięć.

- To bardzo ładnie, dzieci - przyznał pan demon.
- Czy nie będziemy mieli okazji go wygłosić? - dociekał Ouentin.
- MoŜecie mi wyrecytować swoje role później, gdy juŜ bezpiecznie wydostanę 

was z Wenecji.

- Ale, proszę pana, to juŜ nie będzie to samo. Nauczyliśmy się tego na 

background image

uroczystość!

- Nie będzie Ŝadnej uroczystości - skrzywił się Azzie.
- Czy ktoś z nas zrobił coś złego? - dopytywał się mały uparciuch.
- Nie, nie o to chodzi.
- Czy w takim razie była to zła sztuka?
- Nie! - krzyknął demon. - To nie była zła farsa! To było wspaniałe 

przedstawienie! KaŜdy z was grał po prosta siebie samego, a to jest najlepsza praca, 
jaką moŜe wykonać aktor.

- Skoro nie było to złe przedstawienie - dociekał Quentin - i nie zrobiliśmy nic 

złego, to dlaczego nie moŜemy go dokończyć?

Azzie otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zawahał się. Przypomniał sobie 

siebie samego, jako młodego demona, gardzącego wszelkimi autorytetami, 
postępującego dobrze lub źle, ale bez względu na wszystko kierującego się tylko 
swoją dumą oraz wolą. No cóŜ, bardzo się zmienił od tamtego czasu. Teraz 
rozkazywała mu zwykła baba, a on słuchał jej bez szemrania. Co prawda, Ananke nie 
do końca była taką zwyczajną kobietą - raczej nieokreśloną, ale nieodpartą boską 
zasadą z biustem. Zawsze widniała jakby za mgłą, unosząc się ponad wszystkim - 
władcza, ale daleka. I oto zdarzył się precedens, naruszono ustanowioną od początku 
czasu regułę nieingerencji. A kogo wybrała za ofiarę tego naruszenia zasad? Azziego 
Elbuba!

- Moje drogie dziecko - powiedział demon. - Kontynuowanie tej uroczystości 

mogłoby oznaczać śmierć dla nas wszystkich.

- Sądzę, Ŝe wszyscy pewnego dnia musimy umrzeć, sir - zauwaŜył Quentin 

roztropnie.

Azzie spojrzał na niego, bo chłopak miał bezczelność demona, a zimną krew 

ś

więtego. Czy miał być gorszy od niego?

- Dobrze, dziecko - rzekł. - Przekonałeś mnie. Ludzie, weźcie swoje 

ś

wieczniki i zajmijcie miejsce na ustawionej naprzeciwko szynkwasu scenie.

- Doprowadzają to do końca! - zawołał radośnie Aretino. - Jestem bardzo 

wdzięczny, sir, gdyŜ inaczej jakie miałbym zakończenie dla sztuki, którą zamierzam 
napisać na podstawie tego materiału?!

- Teraz masz o czym pisać - zauwaŜył demon. - Czy orkiestra jest gotowa?
Orkiestra była na miejscu, a muzycy uradowani, bo Aretino zapłacił im 

potrójną wysokość zwykłej stawki, aby czekali na Azziego gdzieś w pobliŜu; a miasto 
i tak było zalane powodzią, więc nie planowano w tym czasie Ŝadnych innych 
występów muzycznych.

Orkiestra zaczęła grać. Azzie skinął dłonią. Uroczystość zaczęła się.

background image

ROZDZIAŁ 4

Przedstawienie toczyło się z całą pompą oraz ceremoniałem, tak jak podoba 

się to demonom oraz ludziom renesansu. Niestety, nie było widzialnego audytorium; 
musiała to być prywatna impreza, ale i tak robiła wielkie wraŜenie - tam, w 
opuszczonej gospodzie, z deszczem dudniącym nad głową.

Pielgrzymi, odświętnie ubrani, maszerowali przez izbę, niosąc swoje, 

odebrane ponownie od Aretina, świeczniki. Kroczyli przez przejścia pomiędzy 
krzesłami i wychodzili na scenę. Azzie, teraz mistrz ceremonii, przedstawiał kaŜdego, 
wygłaszając o postaci kilka pochlebnych słów.

Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Okiennice pękały z głośnym trzaskiem. Wiatr 

zmienił się w niesamowity jęk. Gryzący, nieziemski zapach nasycił powietrze. 
Najbardziej wybijał się wicher, który wył niczym głos umęczonej duszy, próbującej 
dostać się do środka.

- Nigdy jeszcze nie słyszałem, Ŝeby wiatr brzmiał w ten sposób - stwierdził 

Aretino.

- To nie jest wiatr - powiedział Azzie.
- Proszę?
Ale demon odmówił wyjaśnień. Rozpoznał inwazję nieprzychylnych mocy, 

kiedy ją tylko usłyszał. Przewodniczył zbyt wielu takim wydarzeniom, aby się teraz 
mylić, gdy nieziemski chłód osiadał na budynku, a ze wszystkich stron dobiegały 
dziwne, grzmiące hałasy.

Azzie miał tylko nadzieję, Ŝe ta nowa siła, czymkolwiek była, wycofa się po 

swym inauguracyjnym występie. Zdawało się, Ŝe ma ona trudności ze znalezieniem 
właściwej drogi. A najgorsze było to, Ŝe Azzie nie wiedział nawet, kto - lub co - na 
niego poluje. Była to niezwykła sytuacja - coś, co wyglądało na ducha, ścigało 
demona. Azzie wyobraŜał sobie ewentualny rozwój wypadków; przepastne otchłanie 
absurdu zagraŜały pochłonięciem kruchych struktur logiki oraz zasady 
przyczynowości. Zdawało się, Ŝe prawidła te mogłyby przestać istnieć przy 
najlŜejszym poruszeniu.

Po przemówieniach nastąpiło krótkie, gustowne interludium, odśpiewane 

przez miejscowy chór chłopięcy - zespół na europejskim poziomie, który Aretino 
wynajął na tę okazję. Niektórzy z obecnych byli przekonani, iŜ w trakcie ceremonii 
ukazał się jako zjawa sam święty Grzegorz, w pobliŜu drzwi bowiem poczęła się 
materializować wysoka, chuda postać. Cokolwiek to było, nie udało mu się; widmo 
zniknęło, zanim zdołało się w pełni ukształtować i uroczystość mogła toczyć się dalej.

Uczestnicy zgromadzili lichtarze na ołtarzu i zapalili w nich świece. Azzie 

wygłosił krótkie przemówienie, gratulując swoim zawodnikom i podkreślając, Ŝe 
dobrze się spisali, wykonując po prostu swoje zwykłe zajęcia. Bez wielkiego wysiłku 
ze swej strony wygrali szczęśliwy los, a ten pomyślny traf nie był wcale nagrodą za 
dobry charakter czy wytrwałość w pracy. Przeciwnie, szczęście stanowi jakość 
neutralną, która byle komu moŜe przypaść w udziale.

- Jako dowód na to - mówił Azzie - stoją tu moi zawodnicy, którzy dziś 

wieczór wszyscy zdobyli złote nagrody za to, Ŝe byli po prostu sobą - z wszelkimi 
swoimi wadami.

Przez cały czas Aretino siedział w pierwszym rzędzie, pilnie robiąc notatki. 

Obmyślał juŜ utwór sceniczny, który zamierzał wysnuć z tego materiału. Niech tam 
sobie Azzie myśli, Ŝe wystarczyło wystawić coś na kształt boskiej komedii, ale to nie 
był sposób tworzenia utworu scenicznego. Naprawdę dobra sztuka musiała być 
obmyślona, a nie improwizowana - i właśnie to Aretino zamierzał zrobić.

Poeta tak był zajęty pisaniem, iŜ nie zdawał sobie sprawy z tego, Ŝe 

background image

uroczystość ssą skończyła, dopóki pielgrzymi nie otoczyli go kołem, szturchając w 
plecy i pytając, czy podobały mu się ich recytacje. Aretino pohamował swoją 
wrodzoną zgryźliwość i przyznał, Ŝe wszyscy świetnie się spisali.

- A teraz - zadysponował Azzie - czas się stąd wydostać. Wasze świeczniki nie 

będą wam juŜ potrzebne. Po prostu złóŜcie je tam w kącie, a ja dokonam małego 
cudu, aby z powrotem znalazły się w Limbo. Aretino, czy jesteś gotów zaprowadzić 
tych ludzi w bezpieczne miejsce?

- Owszem - powiedział poeta. - Jeśli jest jakiś sposób na opuszczenie tej 

wyspy, znajdę drogę. Czy nie będziesz nam towarzyszył?

- Mam zamiar, ale z przyczyn ode mnie niezaleŜnych moje odejście moŜe się 

nieco opóźnić. Jeśli tak się stanie, Pietro, wiesz, co masz robić. Zaprowadzić ich w 
spokojne miejsce.

- A co z tobą?
- Będę robił co w mojej mocy, aby ocalić Ŝycie - rzekł Azzie. - My, demony, 

mamy wysoce rozwinięty instynkt dbania o własną skórę.

Azzie, Aretino i grupka pielgrzymów weszli w burzliwą noc zagłady, jaka 

spadła na Wenecję.

background image

ROZDZIAŁ 5

Opuścili oberŜę i wkroczyli w burzę. Ulice pełne były ludzi, usiłujących uciec 

z miasta; woda sięgała teraz do pasa i nadal przybierała. Aretino wziął ze sobą 
mnóstwo pieniędzy na łapówki, ale nie było ani jednego gondoliera, którego by mógł 
przekupić. RóŜne przystanie nad Canale Grande zostały porzucone wiele godzin temu.

- Nie mam pojęcia, co robić - powiedział poeta do Azziego. - Zdaje się, Ŝe 

kaŜda łódź w mieście została rozbita lub jest juŜ dawno wynajęta.

- Istnieje jeszcze pewien sposób uratowania pielgrzymów - rzekł demon. - 

Niewątpliwie wyniknie z tego kolejna anomalia, za którą będę odpowiedzialny, ale 
spróbujemy jej mimo wszystko. Musimy znaleźć Charona; jego łódź zawsze znajduje 
się w pobliŜu miejsc takich jak to - obfitujących w tylu zmarłych i umierających. Jest 
on znawcą tragedii na wielką skałę,

- Prawdziwy Charon z greckich mitów?
- Z pewnością. W jakiś sposób nadal potrafi przewozić ludzi w ciągu całej 

epoki chrześcijaństwa. To takŜe jest anomalia, ale za nią nie moŜna juŜ winić mnie.

- Czy on zabierze Ŝywych? Słyszałem, iŜ łódź Charona słuŜy tylko tej drugiej 

kategorii ludzi?

- Znam go wcale dobrze; robiliśmy razem interesy. Sądzę, Ŝe zrobi wyjątek, 

gdyŜ jest to katastrofa w jego guście.

- Gdzie go znajdziemy?
Azzie poprowadził ich we właściwym kierunku; Aretino chciał wiedzieć, skąd 

ten wielki pośpiech w wyprowadzaniu pielgrzymów.

- Czy sytuacja jest naprawdę tak zła? - zapytał.
- Tak; upadek Wenecji to dopiero początek, który zapowiada rozpad całego 

wszechświata. Zarówno system kopernikowski jak i ptolemeuszowski przeŜywają 
trudności, a wszędzie moŜna dostrzec oznaki wstrząsu wywołanego przez anomalie. 
JuŜ teraz ulice pełne są rozmaitych dziwów i cudów. Ustał wszelki handel i nawet 
miłość wygasła.

- Nie rozumiem - rzekł Aretino. - Co to za eksplozja anomalii? Co się stanie? 

Jak objawi się ta katastrofa? Po jakich znakach się ją rozpozna?

- Nie obawiaj się, zauwaŜysz ją bez wątpienia - zapewnił go Azzie. - Nastąpi 

nagła nieciągłość w biegu Ŝycia. Pomiędzy przyczynami oraz ich skutkami nie będzie 
juŜ Ŝadnego sensu. Wnioski nie będą gładko wypływać ze swoich przesłanek. Jak ci 
juŜ powiedziałem, rzeczywistość rozwidli się na dwie gałęzie; jedna potoczy się dalej 
z historią Europy i Ziemi, jak gdyby ta pielgrzymka nigdy nie miała miejsca, podczas 
gdy druga będzie kontynuowała to, co się teraz dzieje, przynosząc ze sobą skutki 
wywołane moją farsą. Ta gałąź, ta katastrofa, zostanie odesłana do Limbo, gdzie 
będzie się powtarzać w nieskończoność, w pętli większej niŜ cała zewnętrzna 
przestrzeń. Musimy wyprowadzić stąd pielgrzymów, zanim się to stanie.

Jednak Charona nie moŜna było nigdzie znaleźć. Azzie i Aretino dokładali 

wszelkich starań, prowadząc swoich podopiecznych z miejsca na miejsce, w nadziei 
ocalenia ich. Niektórzy spośród mieszkańców miasta postanowili popłynąć wpław do 
stałego lądu i tonęli; wielu z nich było wciąganych pod wodę przez innych pływaków 
borykających się z odmętami.

Kilka nielicznych pozostałych gondoli było juŜ zajętych przez pasaŜerów. Ci, 

szczęśliwi, Ŝe dostali się na łódź, wyciągnęli miecze i grozili nimi kaŜdemu, kto się 
do nich zbliŜył. Demon i poeta przeszukiwali kręte, wąskie uliczki, mając nadzieję 
znaleźć przewoźnika zmarłych. W końcu natrafili na jego niekształtną łódź z 
drewnianymi burtami, pomalowanymi na czarny, matowy kolor. Azzie podszedł do 
relingu w tabaczkowym kolorze i oparł na nim swą wąską stopę, wołając:

background image

- Hej, przewoźniku!
Z małej kabiny wyszedł w światło latarni wysoki, chudy starzec o zapadłych 

szczękach oraz oczach płonących nienaturalnym blaskiem.

- Azzie! - powiedział na powitanie. - Masz niezwykłą skłonność wyskakiwać 

nagle tam, gdzie nikt się ciebie nie spodziewa.

- Co robisz w Wenecji, Charonie, tak daleko od twego zwykłego szlaku na 

Styksie?

- Wszyscy przewoźnicy zmarłych otrzymali rozkaz rozszerzenia swych usług 

na tę okolicę. Wiem z wiarygodnego źródła, Ŝe odbędzie się tu wymieranie, jakiego 
ś

wiat nie widział od czasów Atlantydy.

- Chciałbym wynająć twoją łódź.
- Czy to naprawdę konieczne? Miałem zamiar przespać się trochę, zanim 

zacznie się ten wielki exodus zmarłych,

- Cała struktura rzeczywistości jest w wielkim niebezpieczeństwie - rzekł 

Azzie. - Potrzebuję twojej pomocy, aby usunąć stąd przyjaciół.

- Nie pomagam nikomu - stwierdził Charon. - Mam własny rozkład jazdy. Jest 

tu całe mnóstwo nieboszczyków, czekających na przewiezienie do kramy umarłych.

- Zdaje mi się, iŜ nie doceniasz powagi sytuacji.
- Dla mnie nie jest ona powaŜna - odparł Charon. - W jaki sposób przychodzi 

Ś

mierć, to sprawa WyŜszego Świata. W Królestwie Zmarłych panuje absolutny 

spokój,

- Właśnie usiłuję ci wytłumaczyć, Ŝe ten porządek moŜe nie trwać juŜ zbyt 

długo - nawet w Królestwie Zmarłych. Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, Ŝe i 
Ś

mierć moŜe umrzeć?

- Martwa Śmierć? CóŜ za niedorzeczny pomysł?!
- Mój drogi, jeŜeli Bóg moŜe umrzeć, to Śmierć takŜe - i to bardzo boleśnie. 

Próbuję ci właśnie wyjaśnić, Ŝe wszystko się wali. Wraz z innymi moŜesz zostać 
zmieciony z powierzchni istnienia.

Charon był sceptyczny, ale pozwolił się przekonać.
- Co mam zrobić?
- Muszę usunąć stąd pielgrzymów i odprowadzić ich tam, skąd przyszli. Tylko 

w tym wypadku Ananke będzie mogła przywrócić wszystko do normalnego stanu.

Gdy tego chciał, Charon potrafił działać szybko. Kiedy tylko pielgrzymi 

znaleźli się na pokładzie, pokierował łodzią, stojąc na rufie z rumplem steru pod 
pachą i wyglądając niczym ubrany w przeciwdeszczowy płaszcz strach na wróble. 
Rozklekotana stara łajba nabierała szybkości, napędzana ramionami martwych 
wioślarzy siedzących pod pokładem, poza zasięgiem wzroku pasaŜerów. Wokół, w 
oblęŜonym mieście wybuchały poŜary, strzelając w czarnoniebieskie niebo upiorną 
czerwienią i Ŝółcią. Krypa przepłynęła przez odnogę zatoki i wkrótce zaczęła się 
ś

lizgać przez trzciny oraz moczary. Otoczenie wyglądało bardzo dziwnie; Charon 

płynął na skróty przez wodne połączenie, stanowiące przejście z jednego świata do 
drugiego.

- Czy tak wyglądał początek świata? - spytał Aretino.
- Nie byłem przy samym początku - odparł Charon - ale dość blisko niego. 

Taką, postać miał świat przed wszelkim stworzeniem, kiedy nie istniały prawa 
fizyczne, gdy nie było rozumu i wszystko było magią. Ten dawny świat odwiedzamy 
jeszcze czasem w naszych snach. Niektóre krajobrazy wywołują jego wspomnienie - 
tego miejsca starszego niŜ Bóg, starszego niźli wszystko, co wokół nas istnieje. 
Ś

wiata przed powstaniem wszechświata.

W tyle łodzi Aretino sprawdzał listę obecności, by przekonać się, czy są 

background image

wszyscy pielgrzymi. Wkrótce doliczył się dwóch czy trzech sprytnych Wenecjan, 
którzy skorzystali ze sposobności wywołanej ogólnym zamieszaniem, aby przedostać 
się łodzią Charona na stały ląd. Nie było w tym nic złego; znalazło się dość miejsca 
dla kilku dodatkowych pasaŜerów, zwłaszcza Ŝe nigdzie nie moŜna było doszukać się 
Kornglowa oraz Leonory. Poeta zapytał, czy ktoś wie coś o nich, ale nikt ich nie 
widział od czasu uroczystości Ŝe świecznikami. Reszta była w łodzi - wszyscy z 
wyjątkiem Azziego, który stał na pirsie i odwiązywał cumę.

- Nie ma Kornglowa i Leonory! - zawołał do niego poeta.
- Nie moŜemy dłuŜej czekać! - stwierdził Charon. - Śmierć ściśle trzyma się 

rozkładu jazdy.

- Ruszajcie bez nich - zdecydował demon.
- Ale co z tobą? - chciał wiedzieć Aretino.
- Jest coś, co mnie zatrzymuje - rzekł Azzie.
Wtedy to poeta zauwaŜył jakiś cień za plecami demona, który, jak mu się 

zdawało, schwycił Azziego za szyję. Demon rzucił linę na pokład. Gdy wiosła 
umarłych uderzyły o wodę, łódź Charona zaczęła płynąć.

- Czy nie moŜemy nic dla ciebie zrobić? - zawołał poeta.
- Nie! - odkrzyknął Azzie. - Nie zatrzymujcie się! Uciekajcie stąd.
Patrzył, jak łajba ślizgała się po mrocznych wodach, aŜ zniknęła w trzcinach i 

bagnach przeciwległego brzegu.

Wtłoczeni pomiędzy martwych wioślarzy, którzy nie stanowili 

najprzyjemniejszej kompanii, pielgrzymi starali się w miarę moŜliwości wygodnie 
urządzić.

- Cześć - odezwała się Puss do zakapturzonej postaci, siedzącej obok niej na 

ławce.

- Witaj, mała damo - odparło indywiduum. Była to kobieta, która chyba 

umarła dość dawno, chociaŜ jakimś sposobem potrafiła nadal mówić.

- Dokąd płyniecie? - spytała Puss.
- Nasz przewoźnik, Charon, wiezie nas do piekła - odparła zakapturzona.
- Och, tak mi przykro - uŜaliła się dziewczyna.
- Nie ma czym się przejmować - odparła tamta. - Wszystko tam zmierza.
- Nawet ja?
- Nawet ty. Ale nie musisz się juŜ teraz tym martwić. Zanim to nastąpi, 

upłynie jeszcze duŜo czasu.

Siedzący z drugiej strony Quentin zapytał:
- Czy na tej łodzi jest coś do jedzenia?
- Nic dobrego - powiedziała zakapturzona postać. - To, co mamy, jest gorzkie.
- Tak naprawdę, wolałbym coś słodkiego - stwierdził Quentin.
- Bądź cierpliwy - poradziła mu Puss. - Nikt, kto nie utracił Ŝycia, nie otrzyma 

poŜywienia na łodzi umarłych. Zdaje mi się, Ŝe widzę brzeg przed nami.

- To dobrze - przystał Quentin.
Jego pragnieniem było nadal słuŜyć duchom jako posłaniec; to było takie 

zabawne.

background image

CZĘŚĆ JEDENASTA

ROZDZIAŁ l

Wenecja zdawała się nieodwołalnie skazana na zagładę. Istniał jednakŜe 

sposób, w jaki Azzie mógłby ją jeszcze ocalić. Musiałby się w tym celu udać do 
Zakulisowego Wszechświata, gdzie znajdowała się Kosmiczna Maszyneria - było to 
w tej części kosmosu, w której panuje symbolizm.

Aby się tam dostać, zmuszony byłby postępować według całego szeregu 

instrukcji, z których nigdy wcześniej nie korzystał i o których sądził, iŜ nigdy nie będą 
mu potrzebne. Teraz jednak nadszedł właściwy czas. Znalazł osłonięte miejsce pod 
balustradą mostu i wykonał skomplikowany znak. Bezosobowy głos jednego ze 
StraŜników Drogi zapytał:

- Jesteś aby pewien, Ŝe chcesz to zrobić?
- Tak - odparł Azzie.
I zniknął.

Pojawił się ponownie w małej poczekalni. Pod jedną ścianą stała długa, 

wyściełana sofa, przy drugiej dwa krzesła. DuŜa lampa rzucała łagodne światło na 
stos czasopism leŜących na pobliskim stoliku. Pod trzecią ze ścian siedziała ubrana w 
togę osoba przyjmująca interesantów; przed nią stało coś, co wyglądało na biurowy 
interkom. Postać przypominała kobietę z tym jednym wyjątkiem, Ŝe na ramionach 
nosiła głowę aligatora. Jej widok ostatecznie przekonał Azziego, iŜ istotnie znalazł się 
w miejscu, gdzie światem rządziła symbolika.

- Czym moŜemy panu słuŜyć, sir? - zapytała recepcjonistka.
- Jestem tu, aby zrobić przegląd symbolicznej maszynerii.
- Wejdź. Spodziewaliśmy się ciebie.
Przez zwykle drzwi Azzie wkroczył w byt o konsternujących właściwościach - 

była to zarówno zamknięta, jak i nieskończona uniwersalna przestrzeń, zapełniona 
niezliczonymi elementami. Wyglądała niczym fabryka lub szydercza, trójwymiarowa 
impresja na temat zakładu produkcyjnego, której końca nie było widać. To miejsce, 
znajdujące się poza realną przestrzenią i czasem, zdawało się całkowicie wypełnione 
pracującą maszynerią - z niezliczoną rozmaitością zawieszonych w powietrzu trybów 
i wałów, obracających się z brzękiem, sykiem i szczękiem, za pomocą pasów 
transmisyjnych, które je napędzały.

Przedzielone wąskimi ścieŜkami, we wszystkich kierunkach biegły w 

nieskończoność rzędy maszyn. Na jednej z dróŜek stał wysoki, chudy męŜczyzna w 
szarym roboczym kombinezonie w wąskie białe prąŜki oraz w czapce z daszkiem z 
tego samego materiału. Chodził naokoło z oliwiarką w ręku, pilnując, aby maszynerią 
pracowała z minimalnym tarciem.

- Co się tutaj dzieje? - spytał Azzie.
- Cały czas Ziemi ściskany jest w pojedynczy, wąski pasek i przepuszczany 

przez rolki. A tu wychodzi jako tkanina - szeroka i cienka niczym pajęczyna.

Starzec pokazał mu długie wałki, gdzie linie czasu tkane były w draperię 

przedstawiającą (i w pewnym sensie będącą nią) całą historię świata - aŜ po chwilę 
obecną. Azzie przyjrzał się uwaŜnie i znalazł uszkodzone miejsce.

- A to? - zapytał.
- Ach, ten fragment dotyczy momentu, kiedy została zburzona Wenecja - 

odparł starzec. - Widzisz, stanowiła ona jedną z głównych nici w strukturze 
cywilizacji, w związku z czym powstanie pewna nieciągłość, jeśli chodzi o kulturowy 
aspekt struktury czasoprzestrzeni, dopóki inne miasto nie przejmie jej roli. MoŜliwe 

background image

teŜ, Ŝe cała ta tkanina utraci swoją świetność skutkiem braku jednego z jej 
najlepszych fragmentów. Trudno przewidzieć doniosłość konsekwencji tak wielkiego 
upadku jak ten.

- Chyba szkoda to zostawić - rzekł Azzie; ponownie przyjrzał się niciom 

tworzącym osnowę. - Spójrz, gdybyśmy się cofnęli i wyrwali tę jedną nić, Wenecja 
byłaby ocalona.

Azzie znalazł pasemko odpowiadające momentowi, w którym zaczął swoją 

grę ze złotymi kandelabrami; w tym punkcie przypieczętowana została zagłada 
Wenecji. Trzeba koniecznie wymazać tę chwilę z przyczynowo-skutkowej tkaniny 
historii świata, by odsunąć kosmiczną katastrofę.

- Mój drogi, młody demonie, wiesz przecieŜ bardzo dobrze, Ŝe nie moŜemy 

robić bałaganu w splocie czasu. Zgadzam się, Ŝe byłoby to bardzo łatwe; ale nie 
polecam ci tego.

- A co, jeŜeli mimo wszystko nie posłucham cię?
- Spróbuj, to się przekonasz.
- Nie będziesz starał się mnie powstrzymać?
Starzec potrząsnął głową.
- To nie naleŜy do moich obowiązków. Moim zadaniem jest jedynie 

doglądanie procesu tkania draperii.

Azzie wyciągnął rękę i zdecydowanym ruchem wyrwał nić oznaczającą jego 

spotkanie z pielgrzymami. Kiedy ją zerwał, nitka zapłonęła gwałtownym ogniem. 
Wynik swego działania mógł dostrzec natychmiast. Tkanka materiału zabliźniała się 
powoli. Wenecja została ocalona. Nic prostszego.

Azzie odwrócił się, aby odejść, ale zatrzymał się, kiedy w plecy postukał go 

lodowaty palec. Obejrzał się; dozorcy maszyn nigdzie nie było.

- Azzie Elbub? - zapytał złowieszczy głos.
- Tak, to ja. Kim jesteś?
- Mów mi Bezimienny. Wygląda na to, Ŝe znowu to zrobiłeś.
- Co takiego?
- Wywołałeś jeszcze jedną anomalię nie do przyjęcia.
- No... a czy ci to przeszkadza?
- Jestem zjadaczem anomalii - rzekł Bezimienny. - Stanowię specjalną 

okoliczność, która powstaje w przepaści wszechświata, gdy sprawy zachodzą zbyt 
daleko. Jestem tym, przed którym Ananke próbowała cię ostrzec. Przez swoje 
działanie powołałeś mnie do istnienia.

- Przykro mi to słyszeć - stwierdził Azzie zupełnie szczerze. - Nie 

zamierzałem budzić cię z twojego snu nieistnienia. A co będzie, jeśli przyrzeknę, Ŝe 
juŜ nigdy więcej nie wywołam Ŝadnej anomalii?

- To nie wystarczy - powiedział Bezimienny. - Tym razem odpokutujesz za to, 

mój chłopcze. Zbyt często majstrowałeś przy maszynerii wszechświata. A skoro juŜ 
przy tym jestem, to myślę, Ŝe moŜe mógłbym zburzyć kosmos, obalić Ananke i zacząć 
wszystko od początku - ze mną jako NajwyŜszym Bóstwem?

- Jest to najbardziej przesadna reakcja, o jakiej kiedykolwiek dane mi było 

słyszeć - stwierdził Azzie. - Aby zniszczyć jedną anomalię proponujesz spowodować 
jeszcze większą?

- CóŜ, w ten sposób rozpada się wszechświat - rzekł Bezimienny. - Obawiam 

się, Ŝe będę zmuszony cię unicestwić.

- Sądzę, Ŝe będziesz musiał spróbować - zgodził się Azzie. - Dlaczego jednak 

nie załatwisz tego z Ananke? Ona jest tu najwyŜszą władzą.

- Nie prowadzę interesów w ten sposób - powiedział Bezimienny. - Zacznę od 

ciebie. Gdy zjem twoją duszę i spłuczę ją haustem twego ciała, pomyślę o tym, do 

background image

kogo mam się udać w następnej kolejnosci. Taki mam rozkład dnia.

ROZDZIAŁ 2

Bezimienny machnął czymś, co mogło być ramieniem. Zanim Azzie miał 

choćby okazję poŜegnać się z dozorcą, doprowadzony ciupasem znalazł się przy 
stoliku w kawiarni pod gołym niebem w mieście, którego architektura bardzo 
przypominała Rzym.

Ten transfer, którego Bezimienny dokonał bez Ŝadnej widocznej aparatury, 

zrobił na Azziem spore wraŜenie, ale uwaŜał, Ŝeby w Ŝaden sposób nie okazać swego 
podziwu. W kaŜdym razie wyglądało na to, Ŝe Mister B. ma tęgi łeb, Sam Bezimienny 
był wraz z nim, w ludzkim ciele z nadwagą i w tyrolskim kapeluszu na głowie. Zjawił 
się kelner w białym garniturze; Azzie zamówił cinzano i zwrócił się do towarzysza:

- W porządku. Teraz co do tej walki. Czy będziemy mieli jakieś reguły, czy 

cały czas wolnoamerykanka?

Demon zdawał sobie sprawę z faktu, Ŝe nie potrafi pokonać Bezimiennego, w 

którym domyślał się dopiero co zrodzonego superbóstwa; robił jednak dobrą minę do 
złej gry, starając się blefem osiągnąć jakąś korzyść.

- W którym stylu walki jesteś lepszy? - chciał wiedzieć jego przeciwnik.
- Jestem znany jako mistrz zapasów bez reguł - odparł Azzie.
- Tak? W takim razie sądzę, Ŝe będziemy mieli pewne zasady.
Azzie wiedział, iŜ z regułami mógł się uporać. Przeciwstawiał się im od 

urodzenia, a więc miał juŜ pewien plus. UwaŜał jednak, by nie okazywać swego 
zadowolenia.

- Według jakich zasad chcesz walczyć? - spytał Bezimienny.
Azzie rozejrzał się dookoła.
- Jesteśmy w Rzymie?
- Tak.
- W takim razie walczmy według przepisów zapasów gladiatorskich.
Zaledwie wypowiedział te słowa, doznał zawrotu głowy, a kiedy 

oprzytomniał, ujrzał, iŜ znajduje się na arenie wielkiego amfiteatru; puste miejsca 
siedzące wznosiły się ponad nim ze wszystkich stron. Azzie był nagi, tylko z 
przepaską na biodrach. Widocznie nowe bóstwo było nieco pruderyjne; warto było o 
tym pamiętać. Oglądając się zobaczył, Ŝe trzyma tarczę w antycznym stylu i 
klasyczny, krótki rzymski miecz.

- Szybki jesteś - powiedział demon.
- Chwytam wszystko w lot - odparł Bezimienny, którego głos: nie docierał z 

Ŝ

adnego określonego kierunku.

- Co teraz?
- Walka wręcz - rzekło bóstwo. - Tylko ty i ja. Oto nadchodzę.
Z jednej strony amfiteatru otwarły się drzwi. Rozległ się hałaśliwy, warczący 

dźwięk iŜ tunelu wytoczył się duŜy, metalowy przedmiot na gąsienicach. Azzie 
widział juŜ kiedyś coś podobnego, gdy podczas pierwszej wojny światowej zwiedzał 
pola bitew we Francji. Miał przed sobą normalnej wielkości wojskowy czołg, ze 
standardowym uzbrojeniem oraz armatą.

- Czy siedzisz w czołgu? - zapytał Azzie ciekawie.
- Ja jestem tym czołgiem - sprecyzował Bezimienny.
- Nie jesteśmy całkiem równo dobrani, nie uwaŜasz?
- Nie marudź - rzekło bóstwo.
Czołg poturkotał naprzód, jego niebieskie gazy spalinowe ryczały chórem 

wyzwania, a z obu burt maszyny wystawały macki zakończone brzęczącymi piłami. 
Azzie cofał się, aŜ poczuł na plecach ścianę.

background image

- Zaczekaj! - krzyknął. - A gdzie jest publiczność?
- Co takiego? - zdziwił się czołg, hamując.
- Nie moŜemy odbyć prawdziwej walki gladiatorskiej bez widowni na 

trybunach - upierał się Azzie.

Otworzyły się drzwi stadionu i do amfiteatru poczęły napływać tłumy ludzi. 

Azzie znał ich wszystkich. Na początku kroczyli greccy bogowie w swoich 
udrapowanych jak na posągach białych szatach. Potem weszła Ylith z Babrielem, idąc 
kilka kroków przed Michałem. Bezimienny przyjrzał się im i chyba nie spodobało mu 
się to, co zobaczył.

- Chwileczkę - powiedział. - Krótka przerwa, dobrze?
Wraz z Bezimiennym, Azzie znalazł się w dziewiętnastowiecznym pokoju 

mieszkalnym.

background image

ROZDZIAŁ 3

Zastanów się - powiedziało bezimienne bóstwo. - Widzisz, Ŝe przewyŜszam 

cię klasą i mam nad tobą przewagę. Ale nie masz się czego wstydzić, bo nikt nie 
moŜe mi się oprzeć. Jestem widocznym znakiem tego, co ma przyjść.

- Zabij mnie więc i skończmy z tym - rzekł Azzie.
- Nie. Mam znacznie lepszy pomysł. Chcę darować ci Ŝycie. Pragnę, abyś 

znalazł się wraz ze mną w tym nowym wszechświecie, który stworzę.

- Do czego jestem ci potrzebny?
- Nie potrzebuję cię. Wyjaśnijmy to sobie dokładnie. Chodzi tylko o to, Ŝe gdy 

juŜ raz się urządzę, to chciałbym mieć przy sobie kogoś, z kim mógłbym 
porozmawiać. Kogoś z tych dobrych, starych czasów, które są teraz. Kogoś, kto nie 
został stworzony przeze mnie. Podejrzewam, Ŝe byłoby nudno, gdybym nie mógł 
pogadać z nikim innym, jak tylko z emanacjami własnego jestestwa. WyobraŜam 
sobie, Ŝe to dlatego wasz Bóg odszedł - zmęczył się tym, Ŝe nie miał z kim toczyć 
rozmów. Z nikim z dawnych czasów, mam na myśli. Z nikim, kto w takim czy innym 
sensie nie był nim samym. Ja nie popełnię tego błędu. Ty reprezentujesz odmienny 
punkt widzenia, a ja mogę z tego skorzystać - chcę więc, byś ze mną został.

Azzie wahał się. Była to, naturalnie, wielka okazja. Ale jednak...
- Dlaczego zwlekasz? Mogę całkiem łatwo zetrzeć cię w pył, a zamiast tego 

ofiarowuję ci szansę przyłączenia się do mnie. Ty i tylko ty z całego obecnego 
wszechświata, Azzie, będziesz Ŝył nadal po ostatecznej zagładzie. Zmieciemy ich 
wszystkich - bogów, diabły, ludzi, przyrodę, przeznaczenie, przypadek, wszelkie 
dzieła. Zaczniemy od samego początku, z lepszą obsadą. PomoŜesz mi w 
zaplanowaniu tego. MoŜemy stworzyć co tylko zechcemy. Będziesz uczestniczył w 
budowie nowego wszechświata! Staniesz się jednym z jego załoŜycieli. Nie moŜna 
juŜ chyba bardziej uczciwie postawić sprawy.

- Ale wszyscy inni...
- Zabiję ich. Muszą odejść. Nie próbuj zmieniać mojej decyzji.
- Jest młody chłopak, nazywa się Quentin...
- Będzie Ŝył w twojej pamięci.
- Jest czarownica Ylith...
- CzyŜ nie masz na pamiątkę pukla jej włosów?
- A nie moŜesz zostawić jej przy Ŝyciu? - spytał Azzie. - I chłopca takŜe? 

Resztę zabierz.

- Oczywiście, Ŝe mogę ich ocalić. Mogę zrobić wszystko, co zechcę. Ale nie 

pozwolę jej Ŝyć. Ani dziecku. Ani nikomu innemu. Tylko tobie, Azzie. Widzisz, jest 
to teŜ pewien rodzaj kary.

Azzie spojrzał na Bezimiennego. Odniósł wraŜenie, iŜ nowy kosmiczny 

porządek nie będzie się bardzo róŜnił od dotychczasowego. Ale nie zamierzał być 
tego świadkiem. Czas było walczyć i umierać.

- Nie, dzięki - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ 4

Czołg turkotał naprzód; teraz była to piękna maszyna z amalgamatu 

aluminium i jarzącego się chromu. Rozgrzana do białości, Ŝarzyła się i zbliŜała do 
Azziego. Demon odskoczył w bok. PoniewaŜ czołg był w stanie topnienia, koła 
napędowe gąsienic wykrzywiły się i nagle pojazd począł poruszać się z wielkim 
trudem. Tego to szczegółu Bezimienny nie wypracował zbyt dobrze.

Czołg wystrzelił z armaty. Z jej otworu wyleciała wypełniona powietrzem 

plastikowa kula, która pękła w zetknięciu z piaskiem, a z jej wnętrza wysypały się 
pchły i młode myszki. Wszystkie razem zabrały się do kopania czegoś, co wyglądało 
na dół do pieczenia mięsa. Azzie uwaŜał jednak, by niczego nie osądzać zbyt 
pośpiesznie: nie wiedział, co Bezimienny planował. JeŜeli miał w ogóle jakiś pomysł.

Działo wystrzeliło ponownie, ale tym razem wyleciał z niego plik nut 

zapisanych na liniowanym papierze. Azzie usłyszał, jak Bezimienny mówił:

- Miała być kanonada, a nie kanon muzyczny!
Najwyraźniej Bezimienny miał problemy z opanowaniem swej wybujałej 

wyobraźni. Armata dała ponownie ognia i tym razem wyrzuciła kaskadę 
róŜnokolorowych stoŜków, które mamrotały, bulgotały i rozbryzgiwały wokół Ŝrący, 
musujący płyn.

Pojazd doczołgał się do środka areny. W jego ruchach zauwaŜało się jakieś 

wahanie, bo chociaŜ przekonał się, Ŝe Azziego moŜna było lekcewaŜyć jako 
przeciwnika, to sam Bezimienny był największym swoim wrogiem. Azzie uniósł w 
górę duŜy, gotowy do rzutu kamień.

A wtedy, wychodząc z bryły Bezimiennego, pojawił się tłum znanych z 

historii ludzi bez głów: Czarnobrody, Anna Boleyn, lady Jane Gray, Jeździec bez 
Głowy, Jan Chrzciciel, Ludwik XIV, Maria Antonina, Maria Stewart, Meduza, sir 
Thomas More i Maksymilian de Robespierre. Wetknąwszy swe czerepy pod lewe 
ramiona, utworzyli w wojskowy sposób falangę, w prawych rękach trzymając długie 
lance o srebrzystych grotach. Prowadził ich Robespierre, który powiedział później, iŜ 
było to najtrudniejsze, co kiedykolwiek zrobił.

Azzie przywołał swoje własne zastępy, które zjawiły się natychmiast z cięŜką 

bronią, ale jeszcze szybciej rozpłynęły się w powietrzu. Jedna z reguł Bezimiennego 
stanowiła, Ŝe Azzie będzie musiał zrobić wszystko sam.

Potem Bezimienny rozwarł pełną mułu oraz głazów paszczę i wznosząc się 

nad Azziem, zamierzał go połknąć.

- Jesteś szalony! - krzyknął Azzie.
- Nie - odparł Bezimienny. - Dlaczego nie umierasz?
- Bo jesteś marnym stworzeniem - stwierdził demon,
- Czy jesteś pewny, Ŝe ta walka jest nam potrzebna? Nie moŜesz po prostu 

umrzeć i skończyć z tym?

- Przykro mi, ale nie - wymamrotał Azzie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Demon rozejrzał się dookoła. Dwunastu Olimpijczyków, z Zeusem na czele, 

siedziało na marmurowych schodach obok Babriela, Ylith i Michała. Byli tam takŜe 
ludzie z nowszych czasów - królewicz Czaruś z księŜniczką Scarlet oraz Johann Faust 
i Małgorzata. Wstali i jak jeden mąŜ weszli na arenę.

- To nie fair. Nie wolno ci sprowadzać pomocy.
- Nie wezwałem ich - powiedział Azzie, - Sami przyszli.
- Ja nie miałem jeszcze czasu, by stworzyć sobie przyjaciół i 

sprzymierzeńców.

- Wiem - przyznał Azzie. - Postanowiłeś rozegrać to samodzielnie.
- Teraz jest juŜ za późno - rzekł archanioł Michał, stojąc na czele Zastępów 

Niebieskich. - Sądzę, Ŝe wszyscy się zgadzamy co do tego, Ŝe ty, Bezimienny, 
zupełnie nie nadajesz się do pełnienia roli NajwyŜszego Bóstwa. Połączymy teraz 
nasze siły i pozbędziemy się ciebie.

A potem rozległ się śpiew, w którym silny, męski głos prowadził podniosłą 

melodię. Był to Aretino intonujący renesansową wersję pieśni Naprzód chrześcijańscy 
rycerze
. Chór składał się z pozostałych postaci farsy - Quentina, Puss, Kornglowa, 
Leonory, sir Olivera, Matki Joanny, Rodriga oraz Cressildy. Utworzyli wokół 
walczących ciasne koło i dopingowali Azziego.

“Jak to głupio z ich strony” - myślał Azzie, bo przecieŜ nie mógł nic zrobić. 

Potęga tego stworzenia, wyklutego w najczarniejszych ostępach 
nieprawdodopodobieństwa, juŜ teraz okazała się dla niego zbyt wielka.

- Nie musisz umierać - powiedziała do niego Ylith. -  Ananke zostanie 

pokonana tylko wtedy, jeŜeli i ty przegrasz. Miałeś odwagę wyreŜyserować swoje 
przedstawienie, więc walcz dalej!

background image

ROZDZIAŁ 6

W porządku - powiedział Bezimienny, przybierając coś w rodzaju ludzkiej 

postaci. - Mała grecko-rzymska potyczka na śmierć i Ŝycie.

I złapał Azziego w mocny chwyt.
- Nie moŜesz go zabić! - zawołał Quentin.
- Nie mogę? A to dlaczego?
- Bo on jest moim przyjacielem.
- Młody człowieku, chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, w jak 

niebezpiecznej sytuacji się znalazłeś. Jestem zjadaczem dusz, mój chłopcze; a twoja 
duszyczka będzie niczym maraskinowa wisienka na bitej śmietanie lodów z tego 
głupiego demona.

- Nie! - Quentin uderzył Bezimiennego w głowę otwartą dłonią.
Kreatura cofnęła się na swoich kołach, odsłaniając zęby, a Puss walnęła 

superbóstwo w Ŝołądek. Bezimienny upadł na skrwawiony piasek, a na arenę wszedł 
sir Oliver, niosąc lancę i przy pomocy matki Joanny wykłuł mu oko.

- O, tego juŜ za wiele! - stwierdził Bezimienny z urazą, gdy drzewce przeszyło 

jego głowę.

I umarł.

Ponad nimi, na niebie, pojawiła się Ananke, a jej twarz starej, jowialnej damy 

jaśniała uśmiechem.

- Dobrzeście się spisały, moje dziatki - zawołała. - Wiedziałam, Ŝe w 

krytycznej sytuacji będziecie umieli ze sobą współpracować.

- A więc to dlatego uknułaś ten plan! - wykrzyknął Azzie.
- To był tylko jeden z powodów, mój kochany - wyjaśniła Konieczność. - 

Zawsze są powody w powodach, a kaŜdy powód powodu moŜe sam być rozłoŜony na 
składające się nań powody. Nie kwestionuj tego, mój przyjacielu. śyjecie.

I wtedy wszyscy zaczęli tańczyć. Trzymali się za ręce i wznosili w powietrze. 

Lecieli szybciej i wyŜej, wszyscy razem, wszyscy z wyjątkiem...

background image

ROZDZIAŁ 7

Aretino zbudził się nagłe, ziewając. Usiadł na łóŜku i popatrzył przez okno. 

Nad Wenecją świeciło słońce, a obok niego, na poduszce, leŜał manuskrypt: Legenda 
o siedmiu świecznikach.
 Poeta przypomniał sobie teraz, Ŝe miał fantastyczny sen; to 
było jedyne wytłumaczenie.

Azzie odpokutował za wszystko, dzięki temu, Ŝe udało mu się schować 

Wenecję w Limbo.

Wyjrzał przez okno. Ulicą przechodzili ludzie, a wśród nich spacerowali 

Kornglow i Leonora.

- Co słychać? - zawołał poeta.
Kornglow podniósł wzrok.
- UwaŜaj, Aretino. Mówi się, iŜ lada chwila przyjdą tu Mongołowie.
A więc jednak Wenecja była zgubiona? W chwilę później zrozumiał wszakŜe, 

Ŝ

e wszystko jest w porządku. Jedyne, czego potrzebował, to zacisznego miejsca, gdzie 

mógłby usiąść i pracować dalej nad sztuką.

Aretino obudził się w przepiękny poranek i przypomniał sobie, iŜ w nocy miał 

dziwny sen, w którym przyszedł do niego demon i kazał mu napisać sztukę sceniczną. 
Jej tematem mieli być pielgrzymi i złote świeczniki, a wynik przedstawienia tak 
zbulwersował Moce Wszechświata, iŜ Wenecja została skazana na zagładę. Potem 
jednak Ananke postanowiła ją ocalić, więc bieg czasu miasta, który stanowił 
kontynuację działalności demona, został odcięty i odesłany do Limbo. On zaś obudził 
się w prawdziwym świecie.

Poeta wstał i rozejrzał się dookoła. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. 

Ciekaw był, co działo się z tą drugą Wenecją, tą w Limbo.

background image

ROZDZIAŁ 8

Fatus był nieco przeraŜony, gdy mu powiedziano, Ŝe do Limbo przybyło nowe 

miasto. Limbo mieściło wiele regionów, które niegdyś istniały, a takŜe wiele takich, 
których nigdy nie było. Znajdował się tutaj ogród Hesperyd, dwór Artura z Camelotu i 
zagubione miasto Lys.

Nową miejscowością okazała się Wenecja; Wenecja Katastrof. Fatus 

spacerował po niej i podziwiał jej piękno. Zamieszkujący ją ludzie nie wiedzieli, Ŝe 
miasto zanikało i umierało, aby kaŜdego dnia znowu się odrodzić. Chodził pomiędzy 
scenami śmierci i umierania; i bardzo Ŝywo to odczuwał. Codziennie będzie się to 
zaczynać na nowo. Chciał powiedzieć ludziom, by się nie bali, ale Wenecjanie nie 
słuchali go; Ŝyli więc zawsze w stanie trwogi, zaczynającej się co dzień od nowa.

Fatus podszedł do zakochanych, Kornglowa i Leonory. Krzepiące było znaleźć 

tych dwoje ludzi, dla których Ŝycie i wzajemna miłość stanowiła ciągłą rewelację i 
stałą radość. “Idźcie i nauczajcie innych” - powiedział im, ale śmiali się z niego. “To, 
jak naleŜy Ŝyć, jest proste - mówili - kaŜdy moŜe to zrobić; tu nie ma czego uczyć.”

Fatus wrócił do swego zamku i dumał o własnych dawnych sprawach; był 

ciekaw, co moŜe nastąpić dalej.

background image

ROZDZIAŁ 9

W Wenecji, tej w Limbo, Kornglow i Leonora rozmawiali o Aretinie.
- Ciekawa jestem, czy kiedykolwiek napisze swoją sztukę?
- MoŜe napisze, ale nie tę prawdziwą. Tę, w której umieramy kaŜdego 

wieczora i odradzamy się kaŜdego ranka. Mam nadzieję, iŜ nie boisz się śmierci, 
kochanie?

- MoŜe troszeczkę. Ale jutro znowu będziemy Ŝyli, prawda?
- Takie jest moje przekonanie. Jednak kiedy nadejdzie, śmierć będzie 

odczuwana jak śmierć.

- Musimy teraz umrzeć?
- Cała Wenecja umiera dziś wieczorem.
Rozległ się stukot podków. Jeźdźcy w mieście! Mongołowie! Kornglow 

walczy dzielnie, lecz zostaje przeszyty lancą. Azjaci usiłują pochwycić Leonorę, ale 
elficzka jest dla nich zbyt szybka - nie urodził się jeszcze taki Mongoł, który 
potrafiłby poruszać się równie szybko, jak córka elfów! Leonora wybiega na ulicę, 
skacze do wody i odpływa daleko od miasta. Fale są wysokie, mury padają, Wenecja 
płonie. Patrzy na to przez chwilę, ale nie moŜe juŜ dłuŜej utrzymać się na powierzchni 
wody. To jest umieranie po raz pierwszy, i chociaŜ jest trudne, wie, jak to zrobić. Jej 
głowa ześlizguje się pod fale.

background image

ROZDZIAŁ 10

Azzie poczuł zaciskającą się na nim olbrzymią rękę. Potem była ciemność. 

Gdy się obudził, na jego czole spoczywała chłodna dłoń. Otworzył oczy.

- Ylith! Co ty tutaj robisz? Nie wiedziałem, Ŝe demony i czarownice mają 

jakieś Ŝycie po śmierci?

- Tak się składa, Ŝe oboje nadal Ŝyjemy.
Azzie rozejrzał się. Znajdował się w Przyjacielskiej OberŜy w Limbo, miejscu 

neutralnym dla Dobrych i Złych Duchów.

- Co się stało z wszechświatem?
- Dzięki tobie Ananke była w stanie go ocalić. Wszyscy powinniśmy być ci 

wdzięczni, chociaŜ obawiam się, Ŝe wielu ludzi będzie się gniewać. Rada Zła rozwaŜa 
moŜliwość udzielenia ci nagany; przede wszystkim za rozpoczęcie całej hecy. Ja 
jednak kocham cię pomimo wszystko. Obawiam się, Ŝe zawsze będę cię kochać.

Azzie wziął ją za rękę
- Córko ciemności - powiedział, uśmiechając się słabo. - Jesteśmy ulepieni z 

tej samej gliny.

Przytaknęła zadowolona i uścisnęła jego dłoń.
- Wiem - odrzekła.