ROGER ZELAZNY & ROBERT SHECKLEY
Farsa, z którą naleŜy się
liczyć
PrzełoŜył: Mirosław P. Jabłoński
Dla Nancy Applegate, w podzięce za krew, pot i łzy
Roger Zelazny
Mojej Ŝonie, Gail, z miłością
Robert Sheckley
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ l
Ylith gratulowała sobie szczęścia, poniewaŜ jej wycieczka z Nieba na
niewielki cmentarzyk leŜący w pobliŜu Yorku, w Anglii, przypadła we wspaniały
dzień. Był późny maj i cudownie świeciło słońce, małe ptaszki zaś podskakiwały
radośnie na omszałych konarach drzew i wydzierały się wniebogłosy. A juŜ najlepsze
ze wszystkiego było to, Ŝe dwunastka pozostających pod jej opieką małych aniołków
okazała się bardzo miła - nawet jak na anioły. Dzieci bawiły się grzecznie razem i
Ylith właśnie się odpręŜyła, gdy nagle nie dalej jak dziesięć stóp od niej wybuchła
chmura Ŝółtego, siarczanego dymu. Kiedy opar rozwiał się, ujrzała przed sobą
niskiego, rudego demona o lisiej twarzy, otulonego w czarny płaszcz.
- Azzie! - wykrzyknęła Ylith. - Co ty tutaj robisz?
- Pomyślałem, Ŝe mógłbym wziąć sobie nieco wolnego od piekielnych spraw i
trochę odetchnąć świętością.
- Nie myślisz czasem o zmianie druŜyny? - zapytała anielica.
- Nie tak jak ty - odparł Azzie, nawiązując do wcześniejszej kariery Ylith jako
wiedźmy. - Miłą gromadkę brzdąców dostałaś.
Machnął dłonią w stronę aniołków.
- Są nadzwyczaj grzeczne, jak widzisz - stwierdziła Ylith.
- To Ŝadna nowina, kiedy anioł jest dobry - odparł Azzie.
W tej chwili aniołki poczęły biegać dookoła cmentarza i kłócić się. Ich głosy
stawały się coraz wyŜsze, piskliwe i cukierkowo słodkie.
- Popatrz, co znalazłem! To grób świętego Athelstana Krzywoustego!
- Tak? A ja odkryłem kamień nagrobny świętej Anny Niespokojnej, która była
duŜo waŜniejsza!
Ze swoimi wydatnymi rysami twarzy i jednakowymi, gładkimi blond włosami
w kolorze miodu, zawijającymi się u dołu według tak modnej w tym wieku fryzury na
pazia, wszystkie anioły wyglądały nadzwyczaj podobnie. Miały tłuściutkie, toczone
skrzydełka porośnięte nadal dziecięcym puchem i skryte pod bladoróŜowymi
podróŜnymi opończami, gdyŜ ukrywanie skrzydeł naleŜało do zwyczaju Niebian
wizytujących Ziemię. Powodem nie było to, Ŝe ktoś mógłby być zdziwiony, widząc w
1324 roku anioła. Stało się wszak powszechnie znane, iŜ anioły przemieszczały się
regularnie pomiędzy Niebem a Ziemią - tak jak diabełki, demony oraz inne
nadprzyrodzone istoty (w tym kilka takich, których nikt nie był w stanie
zidentyfikować), posiadały zdolność pozostawania w swym bycie pomimo zmiany
głównych bóstw. Z tego powodu Renesans stanowił eklektyczną epokę.
- Co ty tutaj robisz, Ylith? - zapytał Azzie.
Piękna czarnowłosa wiedźma wyjaśniła, Ŝe zgodziła się zabrać tę grupę
anielskich niedorostków w objazd po słynnych grobach Anglii, traktując to jako część
ich letnich praktyk religijnych. Ylith, być moŜe ze względu na swą przeszłość słuŜącej
Złu wiedźmy - zanim powodowana miłością do młodego anioła Babriela nie zmieniła
barw klubowych - była zwolenniczką religijnej edukacji młodzieŜy. Adepci Dobra
musieli coś wiedzieć na ten temat, Ŝeby w sytuacji, gdy ludzie zadadzą im dociekliwe
pytania, Niebo nie musiało się wstydzić. Punktem startu tej pouczającej wycieczki
stało się połoŜone na północy Anglii Pole Męczeństwa, które obfitowało w wiele
słynnych grobów. Aniołki były bardzo zajęte odkrywaniem, kto i gdzie został
pochowany.
- Oto, gdzie pogrzebano świętą Cecylię NierozwaŜną - powiedział jeden z
nich. - Właśnie niedawno rozmawiałem z Cecylią w Niebie i prosiła mnie o modlitwę
nad swoim grobem.
- Dzieciaki zdają się dobrze bawić - powiedział Azzie. - MoŜe zatem
zjedlibyśmy razem lunch?
Azzie i Ylith byli ze sobą w okresie, gdy oboje słuŜyli w szeregach Zła, i Ylith
nadal pamiętała, jak szalała na punkcie tego Ŝyjącego na pełnych obrotach demona o
ostrej, lisiej twarzy. Oczywiście, było to jakiś czas temu. Teraz natomiast szła w
kierunku, który wskazywał jej Azzie, i była mocno zdumiona strzelającym w niebo, w
pobliŜu dębu, rozbłyskiem światła, po którym sceneria uległa gwałtownej zmianie.
Wydało się jej raptem, Ŝe stoi na brzegu wielkiego morza - z kołyszącymi się na plaŜy
palmami oraz z wielkim, rozdętym, czerwonym słońcem, wiszącym nisko nad
horyzontem. TuŜ przy krawędzi wody znajdował się zastawiony smakołykami i
dobrymi trunkami stół. Obok, takŜe na plaŜy, stało szerokie łoŜe posłane satynowymi
prześcieradłami i zarzucone niezliczoną liczbą poduszek o rozmaitych wielkościach,
kształtach oraz kolorach. Nieco dalej śpiewał uwodzicielsko niewielki chór satyrów.
- PołóŜ się - zaproponował Azzie, poniewaŜ zamierzał zastosować wobec
Ylith nową taktykę. - Będę cię częstował winogronami i mroŜonym sorbetem i będzie
nam tak wspaniale, jak dawniej, gdy się bawiliśmy - zbyt dawno temu.
- Hej, zaczekaj! - Ylith ostudziła zapały Azziego, wymykając się z jego
miłosnych objęć. - Zapominasz, Ŝe nadal jestem aniołem!
- SkądŜe - odparł Azzie. - Pomyślałem tylko, Ŝe nie musisz chyba być aŜ tak
cnotliwa.
- Są pewne zasady, których musimy się trzymać.
- A jak się one mają do twoich niewielkich matactw związanych z doktorem
Faustem?
- To był błąd - przyznała Ylith. - Przypadek złego osądu z mojej strony,
wywołany przez emocjonalny stres. Po fakcie Ŝałuję tego jednak i teraz jestem w
porządku. Tak jak przedtem.
- Z wyjątkiem tego, Ŝe ty i Babriel zerwaliście przez to ze sobą.
- Nadal się widujemy. A tak na marginesie, jak się o tym dowiedziałeś?
- Tawerny w Limbo stanowią wielką giełdę wymiany informacji pomiędzy
Piekłem i Niebem.
- Nie chce mi się wierzyć, Ŝeby moje sprawy miłosne stanowiły szczególnie
istotną wiadomość.
- No cóŜ, byłaś niezwykle waŜna, moja damo. Mieszkałaś kiedyś ze mną, nie
pamiętasz?
- Och, Azzie, jesteś niemoŜliwy! - odparła Ylith. – JeŜeli chcesz mnie uwieść,
powinieneś mi mówić, jak jestem piękna i godna poŜądania, a nie jakim ty jesteś
waŜniakiem!
- Prawdę mówiąc, wyglądasz cudownie - przyznał Azzie.
- A ty jesteś piekielnie mądry, jak zwykle - rzekła była wiedźma i rozejrzała
się po wybrzeŜu. - Stworzyłeś tutaj wspaniałą iluzję, Azzie, ale naprawdę muszę
wracać do swoich dzieciaków.
Wyszła poza obręb oceanicznej fatamorgany, przybywając na przykościelny
cmentarz w samą porę, by przeszkodzić anieliczce Ermicie wytargać za uszy aniołka
Dymitra. Wkrótce obok niej zjawił się takŜe i Azzie, nie wyglądając wcale na
strapionego otrzymanym przed chwilą koszem.
- JednakŜe... Nie sądzę, Azzie, Ŝeby to o mnie tak bardzo ci chodziło. Czym
się kłopoczesz? - zapytała Ylith. - Po co, tak naprawdę, zjawiłeś się tutaj?
- Mam przerwę między angaŜami - zaśmiał się gorzko demon. - Jestem bez
pracy. Chciałem się zastanowić, co mam dalej robić.
- Tutaj? W Anglii?
- Raczej w Średniowieczu. To jeden z moich najbardziej ulubionych okresów
w historii Ziemi.
- Jak to moŜliwe, Ŝe nie masz Ŝadnego zajęcia? Powinnam raczej sądzić, Ŝe
Siły Zła zawaliły cię robotą po uszy; szczególnie po tym, jak w mistrzowski sposób
pokierowałeś sprawami w ostatnich zawodach z Faustem.
- Och! Nie mów mi o grze z tym magiem!
- Dlaczego nie?
- Sędziowie Piekła obrabowali mnie z naleŜnych mi honorów, jakie
powinienem był otrzymać po tym, gdy Mefistofeles tak potwornie spartaczył sprawę.
Głupcy w Piekle zachowują się tak, jakby ich stanowiska zagwarantowane były po
wieczność, i nie zdają sobie sprawy z tego, iŜ stoją wobec niebezpieczeństwa, Ŝe
wyjdą z mody i na zawsze znikną z myśli ludzi.
- Siły Zła na krawędzi przepaści? Ale co w takim razie stanie się z Dobrem?
- Zaniknie takŜe.
- To zupełnie niemoŜliwe - stwierdziła Ylith. – Rodzaj ludzki nie moŜe istnieć
bez zdecydowanych wartości Dobra i Zła.
- Tak sądzisz? Raz juŜ tak Ŝyli. Grecy z powodzeniem obywali się bez
absolutów. To samo Rzymianie.
- Nie jestem tego taka pewna - powiedziała Ylith. – Ale nawet jeśli to prawda,
to nie potrafię sobie wyobrazić, Ŝe ludzie ponownie zaczną Ŝyć w ten twardy, ale
moralnie zbankrutowany, pogański sposób.
- Czemu nie? - zapytał Azzie. - Dobro i Zło to nie chleb i woda. Rodzaj ludzki
moŜe się doskonale bez nich obejść.
- Czy to jest to, czego pragniesz, Azzie? - chciała wiedzieć anielica. - Świata
bez Dobra i Zła?
- Z pewnością nie! Zło jest istotą mojej pracy, Ylith, moim powołaniem.
Wierzę w nie. To, czego chcę, to przyjść z czymś wstrząsającym, działającym na
korzyść tego, co nazywają Ciemnością; z czymś motywującym rodzaj ludzki,
przyciągającym jego uwagę, prowadzącym go z powrotem w stronę starego, dobrego
dramatu, jakim jest walka Dobra ze Złem - zysku i straty.
- I sądzisz, Ŝe jesteś w stanie tego dokonać? - zapytała.
- Oczywiście. Nie chcę się chwalić, ale potrafię zrobić wszystko, co pomyśli
moja głowa.
- Przynajmniej nie masz problemów z własnym ego - zauwaŜyła Ylith.
- Gdybym tylko mógł skłonić Ananke, by spojrzała na sprawy moimi oczami -
powiedział Azzie, nawiązując do duchowej personifikacji Konieczności, na swój
niezbadany sposób rządzącej bogami i ludźmi. - Ale ta stara wiedźma upiera się przy
swojej nieokreśloności.
- Wymyślisz coś - powiedziała Ylith. - Ja zaś naprawdę muszę wracać do
swoich spraw.
- Jak moŜesz cały czas wytrzymywać z tą dzieciarnią? - zainteresował się
Azzie.
- Troska o to, by być takim, jakim powinno się być, to połowa sukcesu w
stawaniu się dobrym.
- A jaka jest druga połowa?
- Odpowiadać “nie” na pochlebstwa dawnych chłopaków. Szczególnie, jeśli są
demonami! Do widzenia, Azzie, i powodzenia!
ROZDZIAŁ 2
Przebrany za kupca Azzie poszedł do leŜącego opodal Yorku. W stronę
centralnego punktu miasta płynęły tłumy i demon pozwalał im się nieść przez wąskie,
kręte uliczki. Ludzie byli w świątecznym nastroju i Azzie chciał poznać tego
przyczynę.
Sztuka wystawiana była na drewnianej platformie znajdującej się na środku
głównego placu miasta; Azzie zdecydował się ją obejrzeć. Przedstawienia grane dla
pospolitej publiczności stanowiły całkiem nowy wynalazek, który nagle stał się modą
ogarniającą całą Europę.
Wszystkie były bardzo proste i bezpośrednie. Aktorzy wychodzili na
podwyŜszoną scenę, wcielając się w inne postaci. Mogło to robić wstrząsające
wraŜenie na kimś, kto nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego. Azzie obejrzał
w tamtych czasach wiele sztuk - i uwaŜał się w związku z tym za kogoś w rodzaju
krytyka teatralnego. Bywał takŜe widzem podczas nocnych przedstawień wielkich
dramatów Sofoklesa na świeŜym powietrzu, jednak spektakl w Yorku róŜnił się
zasadniczo od kozich tańców satyrów; była to sztuka realistyczna, a dwoje aktorów
przemawiało niczym mąŜ i Ŝona.
- Co słychać, Noe? - zapytała jego połowica.
- Kobieto, doznałem właśnie boskiego objawienia!
- I ty to nazywasz nowościami? - rzekła pogardliwie Ŝona Noego. - Wszystko,
co robisz, sprowadza się do tego, Ŝe łazisz po pustyni i doznajesz boskich objawień.
Czy nie prawda, dzieci?
- Pewnie, mamo - potwierdził Japet.
- Racja - powiedział Cham.
- To więcej niŜ prawda - zgodził się Sem.
- Pan Bóg przemówił do mnie - ciągnął Noe. - Polecił mi wziąć łódź, którą
właśnie zbudowałem, i wprowadzić wszystkich na pokład; zamierza On bowiem
zesłać deszcz, który zatopi świat.
- Skąd to wiesz? - spytała pani Noe.
- Słyszałem głos Boga.
- Ty i te twoje szalone głosy! - stwierdziła małŜonka. - JeŜeli ci się zdaje, Ŝe
wraz z tobą i dziećmi wsiądę na tę zwariowaną łódź tylko dlatego, Ŝe usłyszałeś jakiś
głos, to grubo się mylisz.
- Wiem, będzie trochę tłoczno - zgodził się Noe. - Szczególnie, kiedy
weźmiemy na pokład wszystkie zwierzęta. Ale nie martw się, Bóg nas wspomoŜe.
- Zwierzęta? - zapytała połowica. - Nic nie wspominałeś o zwierzętach.
- Właśnie chciałem powiedzieć. To jest to, czego Pan chce ode mnie - mam
ocalić przed potopem całą faunę.
- O jakich to zwierzętach mówimy? O naszych domowych pieszczochach?
- Bóg chce od nas więcej, niźli wzięcia tylko udomowionych zwierząt - odparł
Noe.
- Na przykład jakie, zatem?
- Na przykład wszystkie - brnął Noe.
- Jak wiele tych wszystkich?
- Po parze z kaŜdego rodzaju stworzenia.
- KaŜdego? Ze wszystkich rodzajów?
- Na tym zasadza się cały pomysł.
- Czy masz na myśli takŜe i szczury?
- Tak, parkę.
- I nosoroŜce?
- Przyznaję, Ŝe będzie nieco ciasno. Tak, nosoroŜce takŜe.
- I słonie?
- Jakoś je zmieścimy na łodzi.
- I morsy?
- Oczywiście, Ŝe morsy równieŜ! Boskie instrukcje są bardzo jasne w tym
względzie - po parze z kaŜdego rodzaju!
Pani Noe obdarzyła małŜonka spojrzeniem w stylu: biedny, pijany, stary Noe
ma znowu swoje omamy.
Widownia była zachwycona. W tym zaimprowizowanym teatrze znajdowało
się około setki ludzi, siedzących niedbale na ławkach i wyjących z uciechy podczas
kwestii pani Noe. Tupiąc, okazywali swą aprobatę. Publiczność w większości składała
się z miejskiej biedoty oraz wieśniaków, wspólnie śledzących bliskie apokryfowi
misterium, zwane Noe.
Azzie zajął miejsce w jednej z lóŜ wzniesionych na specjalnym rusztowaniu
powyŜej sceny i nieco od niej w prawo. Miejsca te przeznaczone były dla dobrze
sytuowanych obywateli. Widział stąd aktorki grające Ŝony synów Noego, kiedy
zmieniały swe kostiumy. Mógł się wyciągnąć wygodnie, nie czując jednocześnie
fetoru nie mytych ciał ludzkich mas, dla których wymyślano owe sztuki z
poprawnymi postawami moralnymi oraz sztucznymi punktami sporu.
Przedstawienie toczyło się dalej. Noe załadował swą łódź, lunął deszcz. Jakiś
kmiotek stał z konewką na drabinie, symulując początek czterdziestu dni i nocy
ulewy.
- Rób, co Bóg mówi, a wszystko pójdzie dobrze! CóŜ za trywialna konkluzja. I
jak nie przystaje do codziennego Ŝycia, gdzie sprawy toczą się w najdziwniejszy
sposób, bez poszanowania dla praw skutku i przyczyny - odezwał się Azzie do dobrze
ubranego męŜczyzny siedzącego za nim w loŜy.
- Rozsądna uwaga - odparł ów człowiek. - Ale zwaŜ, panie, Ŝe te historie nie
roszczą sobie pretensji do udawania prawdziwego Ŝycia. One wskazują tylko, co
człowiek powinien starać się robić, by w rozmaitych okolicznościach być w zgodzie
ze sobą.
- No tak, oczywiście, sir - powiedział Azzie. – Jednak wszystko to stanowi
zwykłą propagandę. Nie pragnąłbyś obejrzeć kiedykolwiek sztuki o większej
inwencji, zamiast tych steków łgarstw, które księŜa w kazaniach wiąŜą ze sobą tak,
jak rzeźnik łączy kiełbasy? Nie miałbyś ochoty zobaczyć przedstawienia, którego
intryga nie sprowadzałaby się do zwyczajnego determinizmu ogólnie obowiązującej
moralności?
- CóŜ to byłby za powiew świeŜości - rzekł nieznajomy. - Jednak trudno
uwierzyć, by tak filozoficznie ugruntowana praca wyszła spod pióra duchownych
piszących tego rodzaju rzeczy. Być moŜe, panie, chciałbyś dalej rozwinąć ten punkt
widzenia juŜ po przedstawieniu, nad kuflem angielskiego piwa?
- Cudownie - stwierdził Azzie. - Jestem Azzie Elbub, szlachcic.
- A ja nazywani się Peter Westfall - odparł obcy - i jestem importerem zboŜa.
Mój magazyn znajduje się w pobliŜu St. Gregory's in the Field. Ale widzę, Ŝe aktorzy
znowu zaczynają grę.
Sztuka nie stała się lepsza. Kiedy było juŜ po wszystkim, Azzie towarzyszył
Westfallowi i kilku jego przyjaciołom “Pod Łaciatą Krowę” przy Holbeck Lane, obok
High Street. Gospodarz przyniósł im spływające pianą kufle z piwem, a Azzie
zamówił dla wszystkich pieczeń baranią z kartoflami.
Westfall odebrał pewną edukację w klasztorze w Burgundii. Był wielkim
męŜczyzną w średnim wieku, trochę łysiejącym, zamaszyście gestykulował i miał
skłonności do podagry. Charakteryzowało go usposobienie sangwiniczne. Obserwując
go, kiedy wymawiał się od jedzenia mięsa, Azzie zaczął podejrzewać, iŜ hołduje on
wegetarianizmowi, stanowiącemu jedną z oznak zboczenia, przez które mogli być
rozpoznani heretyccy katarzy. Azziemu nie robiło to Ŝadnej róŜnicy, ale zachował tę
informację dla siebie na wypadek, gdyby miała się okazać uŜyteczna w innym
momencie. W czasie posiłku trwała dyskusja z Westfallem i kilkoma członkami jego
paczki.
Kiedy Azzie skarŜył się na brak oryginalności w obejrzanej sztuce, Westfall
powiedział:
- W istocie, sir, nikt nie oczekuje, by była ona oryginalna. To historia, która
przekazuje nam najbardziej pouczające przesłanie.
- Nazywasz to pouczającym przesłaniem? - natarł Azzie. - Bądź cierpliwy i
pokorny, a doczekasz się? Sam wiesz doskonale, Ŝe smaruje się skrzypiące koło; jeśli
się nie poskarŜysz, nic w ogóle się nie zmieni. W historii Noego Bóg jest tyranem.
Noe powinien Mu się przeciwstawić! Kto mówi, Ŝe Bóg zawsze ma rację? Gdybym ja
pisał sztuki teatralne, wystąpiłbym z czymś daleko lepszym od tego!
Westfall uznał, Ŝe słowa Azziego stanowią prowokację i są wielce
nieortodoksyjne. W jego umyśle powstał zamysł dania mu nauczki, zauwaŜył jednak,
Ŝ
e było coś dziwnie majestatycznego w postaci młodego człowieka; a stanowiło
wszak tajemnicę poliszynela, Ŝe członkowie dworu przebierali się często za zwykłych
obywateli, by tym łatwiej wyciągać zwierzenia z nieświadomych tego ludzi. W
związku z tym Westfall powściągnął swe zapędy i tłumacząc się w końcu późną porą,
opuścił towarzystwo.
Kiedy i pozostali odeszli, Azzie posiedział jeszcze chwilę w gospodzie. Nie
był pewien, co ma dalej począć. RozwaŜał moŜliwość podąŜenia za Ylith i
ponownego wypróbowania swych uwodzicielskich sztuczek, ale stwierdził, Ŝe nie
byłoby to dobre posunięcie. Zamiast tego zdecydował się ruszyć na Kontynent, jak to
wcześniej zamierzył. Myślał o wystawieniu własnej sztuki; przedstawienia, które
stałoby w opozycji do tych umoralniających sztuczydeł z ich ckliwymi przesłaniami.
Planował niemoralną farsę!
ROZDZIAŁ 3
Pomysł wystawienia niemoralnej sztuki owładnął i rozgrzał wyobraźnię
Azziego. Pragnął dokonać wielkich rzeczy, tak jak kiedyś w przeszłości - pierwszy
raz w związku ze sprawą Księcia Czarusia, a potem ponownie podczas afery z
Johannem Faustem. Teraz znowu pragnął uderzyć i zadziwić świat - tak duchowy jak
i materialny.
Sztuka! Niemoralny dramat! Taki, który stworzy nową legendę dotyczącą
ludzkiego losu i poprzez to obróci Koło Fortuny na stronę Ciemności!
Wiedział, Ŝe nie będzie to łatwe zadanie. Zdawał sobie sprawę z tego, iŜ czeka
go Ŝmudna praca, ale znał takŜe człowieka, który mógłby mu pomóc stworzyć owe
dzieło. Śmiertelnym tym był Pietro Aretino, który swego czasu stanie się wybitny
pomiędzy europejskimi dramatopisarzami oraz poetami doby Renesansu. Gdyby
udało się go przekonać...
Decyzję podjął po północy. Tak, powinien to zrobić! To była wspaniała noc,
podczas której gwiazdy błyszczały cudownie ze swojej niewzruszonej sfery. Wszyscy
dobrzy, bogobojni ludkowie spali juŜ od wielu godzin w łóŜkach. Widząc, Ŝe nie ma
tutaj nikogo - bogobojnego czy nie - Azzie zdjął satynowy płaszcz o podwójnym
rzędzie guzików i rozpiął purpurową kamizelkę. Był wspaniale umięśniony; istoty
nadprzyrodzone, za stosunkowo skromną opłatą, mają moŜliwość kształtować w
sposób magiczny swe ciała, korzystając z piekielnej słuŜby, reklamującej się
sloganem: “W zdrowym ciele zdrowy duch”. Rozebrany, odwinął lniany bandaŜ
mocujący podobne nietoperzym skrzydła demona płasko do ciała, by ukryć je podczas
przebywania pomiędzy rodzajem ludzkim. Jak dobrze móc je znowu rozpostrzeć!
Bacząc, by jego garderoba była dokładnie związana, uŜył płóciennych taśm do
przytroczenia swego ubioru na plecach. (Przez brak uwagi poświęconej
rozmieszczeniu ładunku stracił kiedyś sporo pieniędzy). A potem, po trzech krokach
rozbiegu, wzniósł się w górę.
Gdy leciał, ślizgał się naprzód w czasie, radując się wstrzymującym dech
zapachem. Wkrótce znalazł się nad kanałem La Manche, kierując się na południowy
wschód, a rześka bryza zaniosła go nad francuskie wybrzeŜe w rekordowo krótkim
czasie.
Ranek zastał go nad Szwajcarią i kiedy w polu widzenia znalazły się Alpy,
wzniósł się na większą wysokość. Następnie przebył znajomą Przełęcz Świętego
Bernarda, a wkrótce potem leciał juŜ nad północną Italią. Powietrze stało się
zauwaŜalnie cieplejsze - nawet na tej wysokości, na której się znajdował.
Italia! Azzie uwielbiał ją. Był to jego ulubiony kraj, a Renesans, do którego
właśnie przybył, stanowił ulubioną epokę. W pewnym sensie uwaŜał się za rodzaj
renesansowego demona.
Frunąc ponad winnicami i gliniastymi polami oraz niewielkimi wzgórzami i
połyskliwymi rzekami, Azzie skierował się na wschód; dostosowawszy ułoŜenie
skrzydeł do gęściejszego powietrza wznoszącego się sponad lądu, leciał tam, gdzie
ziemia i morze zdawały się przenikać wzajemnie w postaci wielkiego błocka,
rozpościerającego się barwami zieleni oraz szarości, a w końcu przechodzącego w
Adriatyk. Tak oto dotarł na peryferie Wenecji.
Ostatnie Ŝółte promienie zachodzącego słońca oświetlały szlachetne stare
miasto, skrząc się na wodzie kanałów. W nadchodzącym wieczornym mroku widział
gondole - kaŜda z latarnią zawieszoną na maszcie rufy - przesuwające się w tę i z
powrotem po Canale Grande.
ROZDZIAŁ 4
Tymczasem w Yorku słuŜąca stara Meg sprzątała właśnie gospodę, kiedy
Peter Westfall przyszedł na swój poranny garniec piwa.
- Czy nie zgubił pan czegoś ostatniej nocy? - spytała Meg. - Znalazłam to w
miejscu, gdzieście panowie siedzieli.
I wręczyła mu niewielki woreczek z irchowej skóry albo bardzo dobrej
giemzy. W środku coś było.
- Ach, tak - rzekł Westfall.
Pogrzebał w swojej sakiewce i znalazł ćwierć pensa.
- Masz na kufel za swoją fatygę.
Wrócił do domu przy Rotten Lane i poszedł do pokoju na najwyŜszym piętrze.
Pomieszczenie było przestronne, z oknami umieszczonymi w spadzistym suficie, i
umeblowane trzema stołami z grubej dębiny, na których Westfall miał rozłoŜone
rozmaite przybory charakterystyczne dla tych, którzy parali się praktykami
alchemicznymi. W tamtych czasach działania pokrewne alchemii oraz magii były
dostępne dla wielu ludzi.
Odsunął stołek i usiadł na nim. Rozwiązał srebrny sznureczek zaciskający
wylot mieszka, wsunął doń dwa palce i wyciągnął ostroŜnie gładki, Ŝółty kamień, jaki
namacał w środku. Był na nim wygrawerowany znak, który moŜna było rozpoznać
jako hebrajską literę aleph. Westfall wiedział, Ŝe musi to być talizman lub zaklęcie -
przedmiot mocy tego rodzaju, jaki kaŜdy mistrz magii bezwzględnie winien posiadać.
Dzięki temu dostępne staną się dlań rozmaite czarodziejskie siły - z głębin zaświatów
będzie mógł wywołać jednego lub więcej duchów, zaleŜnie od tego, jak amulet jest
nastrojony. Peter zawsze pragnął posiadać podobny przedmiot, gdyŜ bez niego
większość jego magicznych poczynań była całkiem bezowocna. Podejrzewał, Ŝe
został on zgubiony przez tego nawiedzonego młodego człowieka, z którym rozmawiał
ostatniej nocy po przedstawieniu o Noem.
To na moment go otrzeźwiło. Zawahał się i zastanowił. PrzecieŜ to nie był
jego talizman. Prawdopodobnie właściciel wróci po coś równie niezwykłego oraz
cennego; a jeśli tak się stanie, Westfall winien, oczywiście, niezwłocznie mu go
oddać.
Zaczął więc wsuwać amulet do jego miękkiej kryjówki, ale po chwili
zaniechał tego. Wszak nie powinno to mieć Ŝadnego znaczenia, jeśli pobawi się nim
trochę, zanim jego dotychczasowy posiadacz zgłosi się po swą zgubę. Z pewnością
nie będzie miał nic przeciwko temu.
Westfall był zupełnie sam w swojej izbie na poddaszu.
- W porządku - zwrócił się do kamienia. - Zabierzmy się do pracy. Nie mam
najmniejszego pojęcia, jakiego magicznego zaklęcia uŜyć, ale jeŜeli jesteś prawdziwie
czarodziejskim przedmiotem, powinno wystarczyć zwykłe polecenie. Sprowadź mi
tutaj ducha do wykonywania moich rozkazów, a pośpiesz się z tym!
Zdawało się, Ŝe przed jego oczami mały kamienny amulet uniósł się i
westchnął. Czarny znak na jego boku zmienił barwę, najpierw stając się złotym, a
potem ciemnoczerwonym. Zaczął przy tym wibrować, jakby zawierał w sobie małego,
ale potęŜnego demona, i jednocześnie wydobywało się z niego brzęczenie o wysokich
tonach.
W pokoju zrobiło się nagle ciemniej, jak gdyby talizman czerpał swą moc ze
ś
wiatła słonecznego. Z podłogi podniósł się słup kurzu i zawirował w kierunku
przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Prawdopodobnie z samego powietrza
wydobyło się głośne rŜenie konia - sądząc po owych odgłosach, był to ogier
monstrualnej wielkości. Pomieszczenie wypełniła chmura zielonego dymu,
powodując u Westfalla napad kaszlu. Kiedy wreszcie odzyskał oddech, ujrzał, Ŝe dym
się rozwiał, a przed nim stała piękna, młoda kobieta o połyskliwie czarnych włosach i
z impertynenckim wyrazem twarzy. Nosiła na sobie długą, fałdzistą spódnicę oraz
czerwoną, jedwabną bluzkę z pagonami oblamowanymi złotą nicią, a na nogach miała
małe buty na wysokim obcasie. Obrazu dopełniała dobrana ze smakiem biŜuteria.
- Co to ma znaczyć? - natarła Ylith.
Była bardzo zła. Talizman porwał ją prawdopodobnie dlatego, Ŝe ostatnia myśl
Azziego dotyczyła właśnie jej osoby; amulet musiał to zapamiętać.
- No, cóŜ, zaczarowałem cię i teraz musisz spełniać moje polecenia. CzyŜ nie?
- dodał Westfall pełen nadziei.
- Nie - odparła Ylith. - Jestem albo aniołem, albo wiedźmą, ale nie zwykłym
duchem, i nie mam obowiązku siedzieć w twoim talizmanie. Podpowiem ci tylko, Ŝe
moŜesz ponownie skalibrować zaklęcie i spróbować jeszcze raz.
- Och, przepraszam - powiedział Westfall, ale kiedy to mówił, Ylith juŜ
zniknęła. Zwrócił się więc do kamienia: - UwaŜaj bardziej i tym razem sprowadź mi
odpowiedniego ducha. Do dzieła!
Talizman zadrŜał, jakby poczuł się dotknięty tą reprymendą. Dobyła się z
niego muzyczna nuta, a potem kolejna. Powietrze w izbie znów ściemniało, by po
chwili wrócić do pełnej jasności. Pojawił się kłąb dymu, a z niego wystąpił
męŜczyzna ubrany dziwnie w strój z ciemnej satyny oraz stoŜkowy kapelusz. Z
ramion spływał mu niebieski, równieŜ satynowy płaszcz, cały wyszywany złotą nicią
w magiczne znaki. Przybysz miał brodę oraz wąsy i wyglądał na kogoś zupełnie nie w
humorze.
- Co to znaczy? - zapytał. - Powiedziałem wszystkim, by mi nie
przeszkadzano, dopóki nie skończę kolejnej sekwencji moich eksperymentów. Jak
mogę prowadzić swe dociekania, skoro nie daje mi się spokoju? KimŜe ty jesteś, u
licha, i czego chcesz?
- Nazywam się Peter Westfall. A zaczarowałem cię dzięki mocy tego
talizmanu.
Alchemik-amator podniósł w górę kamień.
- Zaczarowałeś mnie? - zapytał brodaty męŜczyzna. - O czym ty mówisz?
Niech no rzucę okiem.
Spojrzał uwaŜnie na amulet.
- Oryginalny, egipski, ale jakoś mi znajomy. Jeśli się nie mylę, pochodzi z
grupy, w którą dawno temu król Salomon zaklął większą kolekcję duchów. Myślałem,
Ŝ
e wszystkie wyszły juŜ z obiegu. Skąd go masz?
- NiewaŜne - odparł Westfall. - Mam i juŜ. To waŜny przedmiot i musisz mi
być posłuszny.
- Muszę? Ja muszę? No, to zobaczymy!
MęŜczyzna podwoił nagle swą wysokość i ruszył groźnie w kierunku
Westfalla, który chwycił talizman i ścisnął go. Hermes wrzasnął i cofnął się.
- Spokojnie - powiedział. - Nie musisz być tak brutalny.
- Ten czar daje mi władzę nad tobą!
- Och, przypuszczam, Ŝe tak - rzekł tamten. - Ale niech to szlag, to śmieszne!
Jestem byłym greckim bogiem i czołowym magiem. Hermes Trismegistos moje imię.
- No cóŜ, w obecnych czasach jesteś bankrutem, Hermesie - stwierdził
Westfall.
- To był wypadek przy pracy - odrzekł Hermes. - A kim ty jesteś? Nie magiem,
tego jestem pewien - rozejrzał się wokół. - Ani królem, tylko kimś z ludu, gdyŜ z całą
pewnością nie jest to pałac...
- Handluję zboŜem - rzekł Westfall.
- A jak wszedłeś w posiadanie tego talizmanu?
- To nie twój interes!
- Prawdopodobnie znalazłeś go na stryszku babuni!
- NiewaŜne, skąd go mam! - Pięść Westfalla zacisnęła się konwulsyjnie na
amulecie.
- Spokojnie - powiedział Hermes, krzywiąc się z bólu. - W porządku, tak
lepiej.
Grecki boŜek wziął głęboki oddech i wyartykułował małe zaklęcie, by się
opanować. To nie była odpowiednia pora na wściekłość, choćby najzupełniej słuszną.
JednakowoŜ ten głupi śmiertelnik, dzięki antycznemu amuletowi, miał nad nim
przewagę. Jak go zdobył? Ten facet musiał go ukraść, poniewaŜ było oczywiste, Ŝe
wie niewiele, albo zgoła nic, na temat prawdziwej Wiedzy.
- Panie Westfall - odezwał się Hermes. - Uznaję pańską władzę nad sobą.
Rzeczywiście, muszę ci być posłuszny. Powiedz mi, czego chcesz, i nie traćmy więcej
czasu.
- To mi się podoba - rzekł Westfall. - Po pierwsze, chcę worka złotych
pieniędzy, pięknie wybitych, i takich, abym mógł je wydać jakkolwiek i gdziekolwiek
będę sobie tego Ŝyczył. Angielskie, hiszpańskie czy francuskie monety byłyby jak
najbardziej na miejscu, ale nie włoskie - oni zawsze okrawają brzegi. Chcę takŜe
staroangielskiego owczarka z rodowodem, takiego jakiego ma król. To na początek,
ale potem będę miał więcej Ŝyczeń.
- Nie tak szybko - rzekł Hermes. - Jak wieloma Ŝądania mi zamierzasz mnie
zaszczycić?
- Tyloma, iloma będzie mi się podobało! - krzyknął Westfall. - PoniewaŜ mam
amulet!
Machnął kamieniem i Trismegistos skrzywił się z bólu.
- Nie tak ostro! Zdobędę to, co chcesz! Daj mi tylko dzień lub dwa. - I mówiąc
to, zniknął.
Hermes nie miał Ŝadnych trudności ze skompletowaniem rzeczy, których
Ŝ
yczył sobie Westfall. Całe worki złotych monet trzymał w jaskini pod dnem Renu,
pod opieką trolli, pozostających bez zajęcia od czasu Zmierzchu Bogów. Zdobycie
owczarka rasy staroangielskiej takŜe nie stwarzało wielkiego problemu - Hermes z
łatwością ukradł go z hodowli w pobliŜu Spottiswode. Po czym wrócił do izby
Westfalla w Yorku.
ROZDZIAŁ 5
- Dobry piesek - powiedział Westfall. - Teraz połóŜ się w kącie.
Na wpół dorosły owczarek staroangielski popatrzył na niego i zawarczał.
- Nie jest najlepiej wyszkolony - zauwaŜył.
- Hola, nic nie mówiłeś o tym, Ŝe ma być tresowany - odparł Hermes. - Ma za
to rodowód tak długi, jak twoje ramię.
- Wygląda bardzo ładnie - zgodził się Westfall. - I złote monety teŜ mnie
satysfakcjonują.
Miał ich całą masę w małym, pękatym, skórzanym worku leŜącym u jego stóp.
- Cieszę się, Ŝe jesteś zadowolony - rzekł Hermes. - Teraz, jeŜeli powiesz
amuletowi, by mnie uwolnił oraz Ŝe nie pozostaję dłuŜej pod twoją władzą, obaj
będziemy mogli zająć się naszymi własnymi sprawami.
- Nie tak szybko - ostudził go Westfall. - Nadal mam wiele Ŝyczeń do
spełnienia.
- Ale ja jestem bardzo zajęty - poskarŜył się Trismegistos.
- Bądź cierpliwy. Muszę zatrzymać cię przy sobie nieco dłuŜej, mój drogi
Trismegistosie, i jeśli zrobisz to, o co poproszę, to wtedy zastanowię się nad
uwolnieniem ciebie.
- To nie w porządku! - zaprotestował Hermes. - Jestem zobowiązany spełnić
twoje jedno lub dwa Ŝyczenia ze względu na zdobyty przez ciebie, w niejasnych
okolicznościach, talizman, a ty bezwstydnie wykorzystujesz sytuację!
- Magia jest po to, Ŝeby ludzie dzięki niej uzyskiwali przewagę.
- Nie przeciągaj struny - ostrzegł Trismegistos. – Nie masz pojęcia, z czym
igrasz.
- Dość tego gadania! - uciął Westfall. - Słuchaj uwaŜnie, Hermesie!
Wcześniej, zanim cię wezwałem, amulet sprowadził mi kogoś innego. Kobietę.
Bardzo piękną. Wiesz, o kim mówię?
Hermes Trismegistos zamknął oczy i skoncentrował się. Potem otworzył je
ponownie.
- Mój zmysł poznania rzeczy post factum mówi mi, Ŝe zaczarowałeś jedną z
boskich anielic, byłą wiedźmę o imieniu Ylith.
- Jak się tego domyśliłeś? - zapytał Westfall.
- Drugie widzenie jest jednym z moich boskich atrybutów - odparł Hermes. -
JeŜeli mnie uwolnisz, nauczę cię tego.
- NiewaŜne. Pragnę, Ŝebyś sprowadził tę damę - Ylith, jak mówisz? śądam,
Ŝ
ebyś ją tu przywiódł.
- Wątpię, Ŝeby chciała przyjść - rzekł Trismegistos, z zainteresowaniem
mierząc Westfalla wzrokiem. To był obrót sprawy, jakiego nie przewidział.
- Nie dbam o to, czy ona tego chce czy nie - rzekł Westfall. - Jej widok zapadł
mi w pamięć. Chcę ją mieć.
- JuŜ widzę, jak Ylith się ucieszy - mruknął Hermes na stronie.
Wiedział, Ŝe anielica ma bardzo silną osobowość. Walczyła o
równouprawnienie kobiet w kosmosie, zanim jeszcze ten pomysł zrodził się na Ziemi.
- Będzie się musiała do mnie przyzwyczaić – stwierdził Westfall. - Mam
zamiar posiąść ją na wszelkie sposoby, na jakie męŜczyzna moŜe posiadać dziewicę.
- Nie mogę jej do tego zmusić - powiedział Hermes. - Istnieje granica moich
mocy. Nie potrafię wywierać wpływu na kobiecą psychikę.
- Nie musisz na nic mieć jej zgody - odparł Westfall. - Sam się tym zajmę. Ty
masz po prostu oddać ją pod moją władzę.
Trismegistos pomyślał chwilę, a potem powiedział:
- Westfall, muszę być z tobą szczery. Zawiadywanie magią przerosło twój
zdrowy rozsądek. Ta rzecz z Ylith nie jest dobrym pomysłem. Wdepnąłeś w coś, w
pobliŜu czego nie chciałbyś się tak naprawdę znaleźć.
- Cicho bądź! I rób, co kaŜę! - Oczy handlarza zboŜem były wielkie i
błyszczące.
- Na twoją odpowiedzialność - rzekł Hermes i zaklęciem wyprawił się
stamtąd, zdumiony niezawodnością sposobów, jaki mi ludzie pakują się w kłopoty.
Jednocześnie zaczął mu w głowie świtać plan, który mógłby przynieść korzyść
jemu, a takŜe pozostałym Olimpijczykom, trzymanym pod kluczem w nierealnym
ś
wiecie, zwanym Poświatą. Najpierw jednak musiał się zabrać do stręczenia
Westfallowi Ylith, a to mogło się okazać piekielnie trudnym zadaniem.
ROZDZIAŁ 6
Hermes przeniósł się do jednego ze swoich najbardziej ulubionych miejsc -
poświęconej przez kilka tysięcy lat jego czci starej świątyni na egejskiej wyspie
Delos. Tutaj usiadł i, patrząc na morze w kolorze ciemnego wina, rozwaŜył swoją
sytuację.
ChociaŜ był jednym z dwunastu pierwszych Olimpijczyków, nie podzielił losu
pozostałych bogów, kiedy krótko po śmierci Aleksandra Wielkiego oraz narodzinach
przesądnego racjonalizmu w Bizancjum zawalił się cały grecki świat. Reszta bogów
nie potrafiła dostosować się do nowego porządku, powstałego w czasach helleńskich,
i kiedy pojawiła się kolejna religia, nie mieli w starciu z nią Ŝadnych szans. Wszyscy
wyznawcy opuścili ich; ogłoszono, iŜ starzy bogowie nie istnieją; po czym zmuszono
ich, by wiedli egzystencję cieni w rzeczywistości zwanej Poświatą. Było to ponure
miejsce, prawie takie samo, jak grecki antyczny podziemny świat. Hermes czuł
zadowolenie płynące z faktu, Ŝe nie musiał tam mieszkać.
Trismegistos wyrwał się ze świata antycznych Greków dzięki swym związkom
z magią. Od najwcześniejszych czasów był aktywny w czarodziejskich sztukach, a
rozkwit większej części tej wiedzy uznawany był za wynik jego inspiracji. Corpus
Hermeticum, przypisywany między innymi Korneliuszowi Agryppie, stał się duszą
renesansowej magii, której Hermes był przewodnim bóstwem. Wykazał takŜe
udowodnioną uŜyteczność dla rodzaju ludzkiego w innych sprawach: okazał się
poŜyteczny przy lokalizowaniu róŜnych przedmiotów, a takŜe - za sprawą kaduceusza,
który często nosił, prezentu z jego egipskich czasów, gdy występował jako Toth -
długo związany był z medycyną. Postrzegano go jako przyjacielskie bóstwo, bardziej
przystępne od innych. Przez lata, podczas których uczestniczył w dysputach z
wieloma magami spośród ludzi, zaskarbił sobie ich powaŜanie i naleŜny respekt.
Pierwszy raz zdarzyło mu się, by ktoś zaklął go siłą, zmuszając do posłuszeństwa, czy
tego chciał czy nie. Nie podobało mu się to. Problem polegał na tym, Ŝe nie miał
pojęcia, co powinien z tym zrobić.
Dumał nad tym, siedząc pod wielkim dębem i spoglądając na morze, kiedy
usłyszał cichy, szepczący głos. Nastawił uszu. Głos zwracał się do niego.
- Coś zdaje się martwić cię, mój chłopcze.
- Zeusie, to ty? - spytał Hermes.
- Tak - przyznał Gromowładny - ale wyłącznie w postaci duchowej esencji.
Prawdziwy, “ja” znajduję się w Poświacie, gdzie cała reszta nas przebywa na
wygnaniu. Z wyjątkiem ciebie, rzecz jasna.
- To nie moja wina, Ŝe wyciągnęli mnie stamtąd jako Hermesa Trismegistosa.
- Nikt cię nie potępia, synu. Stwierdzam tylko fakt.
- Nie rozumiem, jak w ogóle moŜesz tu przebywać? - powiedział Hermes. -
Nawet jako duchowa esencja.
- Mam specjalną dyspensę. Mogę się objawiać wszędzie tam, gdzie rosną
dęby; co nie jest złe, zwaŜywszy na moją obecną sytuację oraz bogate występowanie
tych drzew w przyrodzie. Wydaje mi się, Ŝe coś cię martwi. Co to takiego, Hermesie?
MoŜesz powiedzieć swojemu staremu ojcu.
Hermes zawahał się. Nie ufał Zeusowi. Nikt z Olimpijczyków mu nie ufał.
Dobrze pamiętali, jak postąpił ze swoim ojcem, Kronosem. Wiedzieli, iŜ Zeus
obawiał się, by nie spotkał go ten sam los, w związku z czym wszyscy starali się
upewnić go, Ŝe nikt z nich nie ma odpowiedniej pozycji, by tego dokonać. Nawet
najdrobniejsza myśl o tym czyniła go draŜliwym; i jeśli był perfidny i niestały, to
dlatego właśnie, iŜ sądził, Ŝe jest to najlepszy sposób na ocalenie swego przyrodzenia.
Hermes wiedział to wszystko, ale był takŜe przekonany, Ŝe Zeus jest odpowiednią
osobą do rozmowy o tym, co się stało.
- Ojcze, pewien śmiertelnik ma nade mną władzę.
- Doprawdy? Jak to się mogło stać?
- Pamiętasz te pieczęcie, którymi król Salomon związał róŜnych facetów? Nie
wszystkie jeszcze wyszły z obiegu.
I Hermes opowiedział Gromowładnemu całą historię, dodając na koniec:
- I co mam zrobić?
Zeus zaszeleścił swymi liśćmi i rzekł:
- Ten człowiek całkiem zgrabnie trzyma cię w garści. Graj z nim dalej, ale
patrz uwaŜnie, co się dzieje, i kiedy zdarzy się cokolwiek takiego, co mógłbyś
wykorzystać, musisz zadziałać - w sposób pewny i natychmiastowy.
- Wszystko to wiem - stwierdził Hermes. - Dlaczego mówisz mi tak oczywiste
rzeczy?
- PoniewaŜ znam twoje skrupuły, mój synu. Przebywasz pośród tych nowych
ludzi i ich skomplikowanych idei na temat starych bogów. Zostałeś oszukany przez
ich wielkie gadanie. Myślisz, Ŝe to wszystko jest bardzo głębokie, te ich magiczne
głupstwa. No cóŜ, pozwól sobie powiedzieć, i to jest cała kwestia władzy, Ŝe magia
oraz moc są w dziewięciu dziesiątych sprawą oszustwa.
- JuŜ dobrze, wystarczy - powiedział Trismegistos. – Ale jak mam się zabrać
do porwania tej wiedźmy dla Westfalla?
- To najłatwiejszy ze stojących przed tobą problemów. Udaj się do swojej
siostry, Afrodyty, i poproś ją, by pozwoliła ci skorzystać z puszki Pandory. Ostatnio
uŜywa jej jako szkatułki na swoje klejnoty. To będzie pierwszorzędna pułapka na
duchy.
- Oczywiście! Łapka na duchy! Co mam z nią zrobić?
- To ty jesteś wielkim magiem. Sam wymyśl!
Jakiś czas później Hermes, przebrany za ekscentrycznego dŜentelmena, zjawił
się na cmentarzu w Yorku. Pod pachą niósł paczkę, starannie zawiniętą w brązowy
papier i obwiązaną szpagatem. Podszedł do Ylith i powiedział zmienionym głosem:
- Panna Ylith? Mój przyjaciel prosił mnie, abym to pani oddał.
- Azzie zostawił dla mnie prezent? - spytała anielica. - To miło z jego strony.
Nie myśląc o tym, co robi, rozerwała opakowanie i otworzyła skrzynkę. W jej
wieczku znajdowało się lustro; skrzące się, zamglone, wielokolorowe zwierciadło w
rodzaju tych, jakie pamiętała z babilońskich i egipskich czasów; magiczne lustro, lep
na dusze, niech to szlag! Ktoś zastosował wobec niej tę starą sztuczkę. Szybko
odwróciła wzrok, ale było juŜ za późno: jej dusza, ulatując w tym momencie z ust
niczym drobny, przezroczysty motyl, została złapana przez lustro i wciągnięta; w tej
samej chwili ciało Ylith upadło jak nieŜywe. Hermes pochwycił ją i delikatnie ułoŜył
na ziemi. Potem zdecydowanym ruchem zamknął pokrywkę pudełka. Kiedy obwiązał
juŜ bezpiecznie puszkę Pandory tkanym, złotym sznurem, dał parę monet robotnikom,
którzy mieli właśnie przerwę śniadaniową, by podnieśli ciało i przetransportowali je
przez miasto do izby Westfalla.
- Tylko ostroŜnie! Nie uszkodźcie go!
Robotnicy wydawali się nieco zakłopotani i nie do końca przekonani, czy
słusznie postępują, aŜ Hermes wyjawił im, Ŝe jest lekarzem, który mógłby oŜywić tę
nieszczęśliwą damę, prawdopodobnie ofiarę szoku doznanego w wyniku zgubnych,
zodiakalnych wpływów. Słysząc to wiarygodne i naukowe wyjaśnienie, Ŝaden z nich
nie dociekał niczego więcej. W końcu spełniali tylko polecenia pana doktora.
ROZDZIAŁ 7
Westfall zastanawiał się, co tak długo zatrzymuje Hermesa, ale uznał, Ŝe być
moŜe nie jest łatwo zabrać tak po prostu tę kobietę z jej świata. Dziwił się samemu
sobie; to nie był jego zwykły sposób załatwiania spraw. Czy istoty nadprzyrodzone
wpływają jakoś na niego i wskazują mu subtelnymi środkami, Ŝe powinien o nią
poprosić? Nie był pewny, ale czuł działanie czegoś nienormalnego; czegoś spoza
praw magii, czegoś, co działało na własną rękę i objawiało się lub nie - zaleŜnie od
potrzeb.
Minęło długie popołudnie. Westfall znalazł w spiŜarni kawałek sera i piętkę
chleba. Namoczył ją we wczorajszej zupie, którą podgrzał na niewielkim piecyku
stojącym w kącie. Spłukał to haustem wina, a potem zdrzemnął się w fotelu. W izbie
panował spokój aŜ do momentu, kiedy jego uszu dobiegł rozdzierający dźwięk.
Krzycząc, skoczył na równe nogi.
- Przyprowadziłeś kobietę?
- Wykonałem swoją część - odparł Hermes.
Pomachał ręką, by rozwiać chmurę dymu towarzyszącą jego przybyciu.
Ubrany był jak poprzednio, ale tym razem trzymał pod pachą małą, bogato zdobioną,
drewnianą szkatułkę.
- Masz ją tam? - zapytał Westfall.
Właśnie wtedy rozległ się odgłos cięŜkiego stąpania na schodach, a stłumiony
głos z zewnątrz zawołał:
- Czy ktoś mógłby otworzyć drzwi?
Westfall podszedł i otworzył je. Do środka weszło dwóch ogromnych
robotników, taszczących ze sobą ciało pięknej, młodej kobiety, nieprzytomnej i bladej
jak śmierć.
- Gdzie ją połoŜyć? - zapytał ten trzymający ramiona i głowę.
- Tutaj, na posłaniu. Delikatnie!
Hermes zapłacił tragarzom i odprowadził ich do drzwi. Potem zwrócił się do
Westfalla:
- Oddałem ją pod twoją władzę. Masz teraz jej ciało. Ale radzę ci: bez jej
zgody niczego z nim nie próbuj.
- Gdzie ona jest? - chciał wiedzieć Westfall. - Mam na myśli jej świadomość.
- Dusza, chciałeś powiedzieć - rzekł Hermes. – Znajduje się w tym pudełku.
PołoŜył szkatułkę na stole Westfalla.
- Otwórz to, jeśli sobie Ŝyczysz, a jej dusza wyfrunie i oŜywi ciało. Ale uwaŜaj
- ta dama jest bardziej wściekła, niŜ ci się zdaje. Wcale nie przyjęła z radością faktu,
Ŝ
e została zaczarowana, kiedy miała ochotę robić coś zupełnie innego.
- Naprawdę jest w tej skrzynce? - zapytał Westfall. Podniósł małe, brązowe,
inkrustowane srebrem pudełko i potrząsnął nim. Z wnętrza usłyszał pisk i zduszone
przekleństwo.
- Masz, czego chciałeś - powiedział Hermes.
- Ale co mam teraz zrobić?
- To twój kłopot.
Westfall podniósł szkatułkę i chwilę poruszał nią delikatnie.
- Panno Ylith? Jest pani tam? - zapytał.
- Jeszcze jak, ty świński pomiocie! - odparła Ylith. - Otwórz wieko, Ŝebym
mogła wyjść i zająć się tobą!
Westfall pobladł i przyciskając mocno obiema rękami wieczko do skrzynki,
popatrzył na Hermesa.
- O mój BoŜe! - powiedział tylko.
Trismegistos wzruszył ramionami.
- Jest wściekła.
- Mnie to mówisz? - spytał Hermes.
- Co mam z nią począć?
- Chciałeś ją mieć - zauwaŜył boŜek. - Sądziłem, Ŝe przemyślałeś to sobie.
- No, wiesz, niedokładnie...
Radzę ci, Ŝebyś spróbował dojść z nią do jakiegoś porozumienia. Będziesz
musiał to zrobić.
- MoŜe po prostu odłoŜę tę szkatułę na chwilę na bok? - zaproponował
Westfall.
- To byłby błąd.
- Dlaczego?
- JeŜeli puszka Pandory nie jest cały czas obserwowana, to to, co jest w
ś
rodku, moŜe się z niej wydostać.
- To nie w porządku!
- Cały czas wykonuję twoje polecenia, Westfall. Powinieneś wiedzieć, Ŝe takie
rzeczy zawsze kryją w sobie jakiś podstęp. śyczę szczęścia.
Hermes zaczął wykonywać gesty zaklęcia, by wydostać się z Westfallowej
izby.
- Pamiętaj - ostrzegł go handlarz.-Nadal mam talizman. Mogę cię wezwać,
kiedy tylko zechcę!
- Nie radzę ci próbować - odrzekł Hermes i zniknął.
Westfall poczekał, aŜ rozwieją się chmury dymu, a potem zwrócił się do
szkatułki:
- Panno Ylith?
- O co chodzi?
- Czy moglibyśmy porozmawiać? Pani i ja?
- Otwórz skrzynkę i wypuść mnie. Wtedy pogadamy!
Słysząc wściekłość brzmiącą w jej głosie, Westfall wzdrygnął
się.
- MoŜe powinniśmy chwilę odczekać - powiedział. - Muszę to przemyśleć.
Ignorując jej przekleństwa, poszedł na drugi koniec izby i usadowił się
wygodnie, by dobrze przemyśleć sprawę, ale nie spuszczał oczu ze skrzynki.
Westfall trzymał puszkę Pandory na nocnym stoliku. Spał nerwowo, budząc
się co chwilę, by sprawdzić, czy Ylith nadal tam tkwi; stawał się niespokojny, Ŝe
mogłaby się wydostać na wolność. Śniło mu się, Ŝe niemal uciekła z pudełka, lub Ŝe
otwarło się ono w nocy. Czasem budził się z krzykiem.
- Posłuchaj, panienko. Co byś powiedziała na to, Ŝebyśmy zapomnieli o tym
wszystkim? Wypuszczę cię, a ty zostawisz mnie w spokoju. W porządku?
- Nie - odparła Ylith.
- Dlaczego? Czego chcesz?
- Zadośćuczynienia - powiedziała Ylith. - Nie moŜesz oczekiwać, Westfall, Ŝe
ci to ujdzie na sucho.
- Co mi zrobisz, jeśli cię wypuszczę?
- Z ręką na sercu - nie wiem jeszcze.
- Ale nie zabijesz mnie, prawda?
- Mogłabym. Właściwie mogłabym.
To był prawdziwy klincz.
ROZDZIAŁ 8
Pietro Aretino był nieco zdumiony pewnego dnia 1524 roku, widząc na progu
swego domu w Wenecji rudowłosego demona. Ale nie za bardzo zdziwiony. Aretino
stawiał sobie za punkt honoru nigdy i z Ŝadnego powodu nie tracić kontenansu.
Był wielkim męŜczyzną, a jego rude włosy odsłaniały wysokie czoło. W tym
miesiącu skończył trzydzieści dwa lata i całe swoje dorosłe Ŝycie spędził jako poeta i
autor sztuk teatralnych. Jego strofy łączyły w sobie największą wulgarność z
najznakomitszym wyczuciem rymu i recytowano oraz wyśpiewywano je jak Europa
długa i szeroka. Dzięki prezentom, które królowie, szlachta oraz prałaci wmuszali w
niego, by go skłonić do zaniechania ataków na nich oraz ich wykpiwania, był w stanie
Ŝ
yć na bardzo wysokiej stopie.
“Zechciej, proszę, przyjąć tę złotą tacę, drogi Aretino, i bądź tak miły
wyłączyć moją osobę ze swojej ostatniej pieśni.”
Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, poeta spodziewał się właśnie czegoś
podobnego. Otworzył je osobiście, poniewaŜ tego dnia jego słuŜący miał wychodne.
Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by stwierdzić, Ŝe stojący przed nim facet nie jest
posłańcem z tego świata. Nie, ta jasnooka persona o lisiej twarzy miała postawę
jednej z owych nadprzyrodzonych istot, o których Aretino często słyszał, ale aŜ do tej
pory nigdy nie spotkał osobiście.
- Dobry wieczór panu - powiedział zatem poeta pełnym uszanowania tonem,
jaki przybrał, odkąd był świadom, komu mógłby uchybić. - Ma pan do mnie jakąś
sprawę? Chyba nie poznaliśmy się jeszcze?
- Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej - przyznał Azzie - chociaŜ wydaje mi
się, iŜ dzięki soczystej przenikliwości jego strof, w których zdrowy moralny
wydźwięk nie leŜy nigdy daleko od śmiechu, znam dobrze boskiego Aretina.
- Miło z pańskiej strony, Ŝe pan to mówi, sir - odparł poeta. - Wielu utrzymuje
jednak, Ŝe w mych wierszach nie ma Ŝadnej moralnej treści.
- Kłamią - stwierdził Azzie krótko. - Tak precyzyjne wykpiwanie
pretensjonalnych ambicji rodzaju ludzkiego, jak ty to robisz, drogi mistrzu, stanowi
ukazywanie zalet, wobec których duchowni nie pozostają obojętni.
- Śmiałe są twoje słowa, panie, i z poŜytkiem dla tych czynów, które ludzie
uwaŜają za złe.
- Nadal ludzkość popełnia siedem grzechów głównych z ochotą, której nie
okazuje w swych szlachetnych poszukiwaniach dobra. Nawet lenistwo jest milej
widziane niźli uczestniczenie w gonitwie poboŜności.
- Panie - powiedział Aretino - pański punkt widzenia jest równieŜ i moim. Ale
nie stójmy na progu, plotkując niczym dwie stare baby. Wejdź do mego domu i
pozwól nalać sobie kielich wina, które dopiero co przywieziono mi z Toskanii.
Poeta poprowadził Azziego do wnętrza domostwa. Jego dom, a raczej pałac,
był niewielki, ale zbytkownie urządzony. Podłogi pokrywały grube dywany, przysłane
osobiście przez doŜę; wysokie, woskowe, stoŜkowe świece płonęły w brązowym
kandelabrze, a ich płomienie kładły smugi światła na kremowe ściany.
Aretino powiódł gościa do nisko sklepionego pokoju, udekorowanego
kobiercami oraz wiszącymi na ścianach draperiami. Kosz z węglem drzewnym
przeganiał mroźny chłód, który nadal wisiał w powietrzu. Poeta wskazał gestem
Azziemu, by ten rozgościł się wygodnie, i z kryształowej karafki stojącej na małym,
inkrustowanym stoliku napełnił mu kieliszek błyszczącym, czerwonym winem.
- A zatem, panie - odezwał się Aretino, kiedy juŜ wznieśli wzajemny toast za
swoje zdrowie - wyznaj, czym mogę ci słuŜyć?
- Powiedz raczej - odparł Azzie - Ŝe to moim Ŝyczeniem byłoby usłuŜyć tobie,
gdyŜ jesteś europejskiej sławy wybitnym poetą oraz satyrykiem, ja zaś jedynie
prostym mecenasem sztuk, który Ŝyczyłby sobie sfinansować jakieś artystyczne
przedsięwzięcie.
- Co dokładnie masz na myśli, sir? - zapytał Aretino.
- Chciałbym wyprodukować sztukę sceniczną.
- CóŜ za wspaniały pomysł! - zakrzyknął poeta – Mam kilka, które bardzo
dobrze mogłyby słuŜyć twoim celom. Pozwól, Ŝe przyniosę te rękopisy.
Azzie podniósł dłoń.
- ChociaŜ nie mam najmniejszych wątpliwości co do nadzwyczajnej
doskonałości wszystkiego, cokolwiek napisałeś, mój drogi Aretino, coś juŜ
istniejącego nie będzie spełniać moich oczekiwań. Chciałbym zainwestować w
całkiem nowy tekst, który mógłbym uŜyć w mojej szczególnej koncepcji.
- Oczywiście - przytaknął poeta, gdyŜ doskonale znał usposobienie ludzi,
którzy chcieli promować sztukę, przychodząc z gotową juŜ koncepcją, całą zaś nudną
robotę pozostawiając komu innemu. - A jaki temat proponujesz, mój panie?
- Pragnąłbym, Ŝeby moje przedstawienie podnosiło pewne proste, codzienne
prawdy - stwierdził Azzie. - Mają to być zdarzenia z Ŝycia, których ludzie
doświadczali przez wieki, chociaŜ nie są uznawane przez naszych dramatopisarzy.
Autorzy ci, do których nawiązuję, podąŜając niewolniczo za Arystotelesem, upierają
się przy udowadnianiu banałów: Ŝe zapłatą za grzech jest śmierć, Ŝe Ŝarłok kończy w
rynsztoku, Ŝe lubieŜnicy skazani są na rozczarowanie, a ci, co kochają
powierzchownie, nie zaznają nigdy prawdziwej miłości.
- To zwyczajowo przyjęte tezy moralne - zauwaŜył Aretino. - Pragniesz im
zaprzeczyć?
- W rzeczy samej, chcę - przyznał Azzie. - Nawet jeŜeli stanowią one istotny
składnik powszechnej ludowej mądrości, niektórzy z nas wiedzą, Ŝe sprawy nie
zawsze idą tym torem. Moja sztuka winna udowodnić tezę przeciwną do tego, co jest
ogólnie utrzymywane przez mamroczących dobrodziejów. W moim przedstawieniu
siedem grzechów głównych ma być ukazane jako prawdziwa droga do wygodnego
Ŝ
ycia - a w Ŝadnym wypadku jako przeszkoda na drodze do niego. Krótko mówiąc,
mój drogi Aretino, pragnę wystawić niemoralną sztukę!
- CóŜ za szlachetny pomysł! - zakrzyknął poeta. - Och, przyklaskuję, panie,
twemu wielkiemu zamiarowi, by samotnie spróbować przeciwstawić się wiekom
kłamliwej propagandy, za pomocą której ludzie starali się przekonać do
konwencjonalnych prawd, bez względu na to, jak byli im przeciwni. Ale pozwól sobie
zwrócić uwagę, sir, Ŝe trudne będzie wystawienie takiej sztuki bez ściągnięcia na
nasze głowy pełnego hipokryzji gniewu Kościoła i Państwa. Poza tym, gdzie
znajdziemy obsadę? Czy teŜ scenę, do której Kościół nie rościłby sobie prawa?
- W przedstawieniu, które zaplanowałem - odparł Azzie - nie zamierzam
rozwaŜać takich formalnych kwestii jak aktorzy, scena czy widownia. Sztuka winna
rozwijać się w sposób naturalny; my damy postaciom jedynie ogólne pojęcie o
sytuacji i pozwolimy im samym tworzyć fabułę na własną rękę, w nie zaplanowany
wcześniej sposób.
- Jak zatem moŜesz oczekiwać, Ŝe twoja sztuka doprowadzi do spodziewanego
morału, skoro nie dasz ścisłych wskazówek prowadzących do niego?
- Mam na to kilka pomysłów - rzekł demon - którymi podzielę się z tobą,
kiedy dojdziemy juŜ do porozumienia w kwestii całego projektu. Pozwól mi po prostu
powiedzieć, Ŝe mechanizm skutkowo-przyczynowy tego świata jest czymś, czym
potrafię manipulować z dobrym wynikiem, by uzyskać poŜądany efekt.
- Będzie to wymagało zaangaŜowania do sprawy istot nadprzyrodzonych -
stwierdził poeta.
- Słuchaj mnie uwaŜnie - powiedział Azzie.
- Zamieniam się w słuch - odparł Aretino, jakoś niemile uderzony nagłym,
komenderującym tonem, pobrzmiewającym w głosie jego rozmówcy.
- Nazywam się Azzie Elbub i jestem szlachetnie urodzonym demonem-rzekł
gość, czyniąc niedbały gest ręką, z której końca wystrzeliły niebieskie iskry
ś
wietlnych płomieni.
Poeta otworzył szeroko oczy.
- Czarna magia!
- Pozwoliłem sobie na ten teatralny efekt z piekła rodem - ciągnął Azzie -
Ŝ
ebyś od razu się zorientował, z kim masz do czynienia.
Ś
ciągając razem palce, Azzie wyczarował olbrzymi szmaragd; a potem jeszcze
jeden i jeszcze. Stworzył w ten sposób sześć kamieni i ułoŜył je obok siebie na małym
stoliku, na którym stało wino. Potem wykonał nad nimi gest; szmaragdy zadrŜały, po
czym stopiły się w pojedynczy, ogromny kamień - największy szmaragd, jaki
kiedykolwiek widział ten świat.
- Zdumiewające! - szepnął Aretino.
- Za chwilę musi wrócić do swej pierwotnej postaci - stwierdził Azzie - ale
widok jest całkiem przyjemny, czyŜ nie?
- Zdumiewający! - powtórzył poeta. - Czy moŜna się tego nauczyć?
- Tylko będąc demonem - odparł Azzie. - Ale jest mnóstwo innych rzeczy,
które mogę dla ciebie zrobić, Aretino. Przystąp ze mną do tego przedsięwzięcia, a nie
tylko zapłata przejdzie twoje najśmielsze oczekiwania, ale twa, juŜ teraz wielka,
sława wzrośnie dziesięciokrotnie; poniewaŜ staniesz się autorem sztuki, która stworzy
nową moralność na Ziemi. Przy niewielkiej dozie szczęścia okaŜe się to zapowiedzią
początku wieku takiej szczerości, jakiej ten stary, pełen hipokryzji glob jeszcze nie
widział.
Podczas tej przemowy oczy Azziego rzucały błyski - nie naleŜał do tych,
którzy skąpią efektów, kiedy chcą przekonać kogoś do swych racji. Aretino cofnął się,
widząc ten pokaz, potknął się o nogę stołka i byłby runął, gdyby Azzie nie wyciągnął
długiego, szczupłego ramienia, porośniętego miłym, rudym futrem, i nie przywrócił
zdumionego poety do równowagi.
- Nie potrafię wypowiedzieć, jak mi to pochlebia - stwierdził Aretino - Ŝe
zechciałeś właśnie do mnie zwrócić się w sprawie tej doskonałej idei. Zgadzam się w
całej pełni z twoimi Ŝyczeniami, drogi lordzie Azzie, ale sprawa nie jest całkiem
prosta. Nie chciałbym ci zaoferować niczego, co nie byłoby absolutnie doskonałe. Daj
mi tydzień czasu, mój panie, podczas którego mógłbym rozwaŜyć sprawę,
pomedytować i zapoznać się dokładnie z dawnymi historiami oraz legendami, jakie
słyszałem. Podstawą twojej sztuki, jakkolwiek to będzie wystawione, musi być
opowieść. Temu poszukiwaniu się poświęcę. Za tydzień o tej samej porze?
- Znakomicie powiedziane - stwierdził Azzie. - Cieszę się, Ŝe nie waŜysz sobie
lekce tej sprawy. Tak, masz tydzień czasu.
Mówiąc to, Azzie uczynił znak i zniknął.
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ
l
Kiedy demon opuszcza Ziemię z zamiarem udania się do Świata Ciemności,
wspomagany jest przez siły otchłanne, postrzegane jedynie przez zmysły, jakich nie
posiada większość ludzi. Tego wieczoru, niedługo po swej rozmowie z Aretinem,
Azzie wpatrywał się w gwiaździste niebo. Strzelił palcami - całkiem niedawno
sprokurował nowe zaklęcie i teraz właśnie nadeszła odpowiednia pora, by je
wypróbować. Zaklęcie zaskoczyło i wyrzuciło go w powietrze; wkrótce Azzie
przemieszczał się z impetem przez przestrzeń, a trakt jego podróŜy był jaśniejszy niźli
spadająca gwiazda.
Przybierając na masie, zgodnie z prawem dotyczącym obiektów poruszających
się z duŜą szybkością, rządzącym nawet diabłami podczas ich lotu, Azzie krzyknął
poprzez przezroczystą warstwę tworzącą powierzchnię Sfery Niebiańskiej w
kosmosie. Gwiazdy, mrugając, zdawały się przytakiwać jego przelotowi; wiatr
hulający pomiędzy oboma światami napełnił go chłodem, a odwieczny mróz ozdobił
mu nos i brwi. Czuł okrutny ziąb na pozbawionych osłony częściach ciała, ale nie
zwalniał. Był w swoim diabelskim Ŝywiole; kiedy Azzie miał jakiś pomysł, nie moŜna
go było powstrzymać.
W związku z tak wielkim wydarzeniem, jak napisanie i wystawienie
niemoralnej sztuki, potrzebował pieniędzy. Musiał zapłacić aktorom; mnóstwo teŜ
będą kosztować efekty specjalne - wszystkie te przypadkowe cuda, które miały się
wydarzyć, by zachęcać jego postaci na ich drodze ku niezasłuŜenie dobrej fortunie.
Azzie pamiętał, Ŝe nadal nie została mu wypłacona nagroda w kategorii Zły Uczynek
Roku, jaką otrzymał za swój udział w aferze z Faustem.
Wreszcie jego szybkość wzrosła wystarczająco, by wykonać wielki skok,
nadający istocie impuls do przejścia z jednej rzeczywistości w drugą. Momentalnie
opuścił sferę doczesnych obiektów i energii, zbudowanych z atomów oraz ich cząstek
elementarnych. Przeniknął przez niewidzialną i niewyczuwalną przegrodę,
oddzielającą zwyczajne obiekty, takie jak mezony i tachiony, od subtelniejszych
cząstek Świata Duchowego.
Znalazł się w miejscu pełnym wielkich, mglistych kształtów oraz
niewyraźnych kolorów, gdzie ogromne i nieokreślone przedmioty pływały w
atmosferze barwy miodu. Był znowu w domu.
Na wprost niego sterczały wielkie, groźne, czarnoniebieskie mury Piekielnego
Miasta, na wzór których wzniesiono fortyfikacje antycznego Babilonu. Czarcie warty
patrolowały wysokie bastiony; Azzie machnął ku nim swoją przepustką i pognał do
ś
rodka.
Przeszedł przez ciemne, szatańskie suburbia i wkrótce znalazł się w centrum
administracyjno-handlowym, gdzie skupiały się wszelkie urzędnicze działania
Piekielnego Miasta. Minął oddział robót publicznych, który zupełnie go teraz nie
interesował. Zewsząd otaczały go wielkie biurowce; Azzie wybrał ten po prawej
stronie i juŜ wkrótce śpieszył wzdłuŜ korytarza pełnego innych demonów oraz
diabełków w uniformach gońców. Gdzieniegdzie widać było nieodzowne, ubrane w
kimona sukkuby, które tak przyjemnymi czyniły lunche wyŜszych urzędników.
Wreszcie dotarł do Księgowości.
Spodziewano się po nim, Ŝe wyląduje na końcu długiego ogonka petentów,
niecierpliwie oczekujących, by ktoś zechciał przychylić ucha do ich spraw. Była to
banda kiepsko odzianych i wyświechtanych osobników. Tymczasem, błyskając
obramowaną złotem przepustką, którą dostał od Asmodeusza, kiedy ponownie znalazł
się w łaskach u tego wysokiego rangą diabła, Azzie powędrował obok nich na czoło
kolejki.
Urzędnik w dziale przeterminowanych płatności był szkaradnym diablo-
goblinem o długim nosie i okrutnie cuchnącym oddechu - nawet jak na piekielne
standardy. Skłonny, jak i reszta jego kumpli, robić najmniej jak to tylko moŜliwe, co
oszczędzało ich własną energię oraz piekielne pieniądze, poskarŜył się, Ŝe Azzie
niepoprawnie wypełnił swoje formularze i pod Ŝadnym pozorem nie chciał ich
przyjąć. Azzie pokazał mu “Zrzeczenie się poprawności”, podpisane przez samego
Belzebuba. Znaczyło ono, Ŝe Ŝadna zawada w papierkowej robocie nie moŜe
hamować czy opóźniać wypłaty pieniędzy winnych rzeczonemu demonowi. Diablo-
goblin poczuł się tym niemile dotknięty, ale wynalazł ostatnią wymówkę.
- To przekracza moje uprawnienia. Jestem tylko małym, wstrętnym, diablo-
goblińskim urzędasem. Powinieneś pójść wzdłuŜ korytarza, wejść w pierwsze drzwi
po prawej, potem po schodach...
Azzie nie zamierzał robić Ŝadnej z tych rzeczy. Wyjął kolejny formularz,
“Urgens natychmiastowego działania”. Stanowił on, iŜ przy zapłacie naleŜności nie
będą tolerowane Ŝadne wymówki, a jakiekolwiek uchylanie się ze strony
odpowiedzialnego urzędnika spowoduje, Ŝe spotka go grzywna pienięŜna - to znaczy,
zaległa kwota zostanie potrącona z jego wynagrodzenia. Stanowiło to najbardziej
drastyczną formę działania kaŜdego, kto w Piekielnym Mieście chciał cokolwiek
odebrać, i Azzie skradł ów formularz w specjalnym biurze, gdzie wręczano je tylko
nielicznym wybrańcom.
Wywołany przezeń efekt polegał na tym, Ŝe diablo-goblin stał się bezpośredni
i uprzejmy.
- To w końcu nie z mojej kieszeni - pośpieszył z zapew nieniem. - GdzieŜ
mam ten stempel?
Przetrząsnął biurko, znalazł pieczęć i ognistymi literami podstemplował nią
papiery Azziego: PILNE! WYPŁACIĆ NATYCHMIAST!
- Teraz zanieś je do okienka kasowego w hallu. A potem idź sobie łaskawie
precz. Całkowicie zepsułeś mi dzień.
Azzie zastosował się do polecenia. Na wypadek, gdyby napotkał jeszcze
jakiekolwiek kłopoty, ślubował sobie wrócić z kilkoma wstrętnymi sztuczkami w
zanadrzu, ale urzędnik w kasie, widząc napis WYPŁACIĆ NATYCHMIAST!,
postawił na dokumencie parafkę i bezzwłocznie wręczył mu kilka worków złotych
monet - czyli pełną kwotę, jaka naleŜała się Azziemu.
ROZDZIAŁ 2
Azziego nie było w Wenecji sześć ziemskich dni. Nastała łagodna, przepiękna
pogoda, a zieleń w małych parkach wybuchnęła wspaniałością białych oraz Ŝółtych
kwiatów, grzejących się w ciepłym słońcu. Korzystając ze sprzyjającej aury, po
mieście paradowały Wenecjanki, szczebiocząc z towarzyszącymi im męŜczyznami o
przygodach szlachciców oraz dam. Odpływ odsłaniał śmieci i gruzy wyrzucone przez
mieszkańców Wenecji do morza, a porywisty wiatr rozsnuwał fetor wyziewów,
czyniących z miasta ulubione miejsce wylęgania się europejskich pomorów. Tak czy
inaczej, był to dobry czas, by pozostawać Ŝywym.
Azzie zamierzał zajrzeć do arsenału najsłynniejszych doków okrętowych w
Europie, ale zanim skręcił w prowadzącą do nich, wybrukowaną kocimi łbami, wąską
uliczkę, wpadł na wielkiego, niebieskookiego faceta, który zaledwie rzuciwszy nań
spojrzeniem, serdecznie grzmotnął go w plecy.
- Azzie! Nie do wiary! To ty?! - wykrzykiwał napotkany.
Był to anioł Babriel, stary znajomy z dawnych czasów. ChociaŜ w wielkiej
bitwie rozgrywanej pomiędzy Światłością oraz Ciemnością słuŜyli po przeciwnych
stronach barykady, zostali przyjaciółmi - lub jeśli nawet niedokładnie przyjaciółmi, to
na pewno czymś więcej niŜ tylko znajomymi - wznosząc się ponad bieg dzielących
ich zdarzeń. Łączyło ich jeszcze coś - miłość, którą obaj zanudzali piękną,
czarnowłosą wiedźmę Ylith. Azzie pomyślał teraz, iŜ Babriel, który pracował dla
archanioła Michała, mógł znaleźć się w Wenecji po to, by mieć na niego baczenie;
mógł nawet podejrzewać go - pamiętając poprzednie nieprawdopodobne niebiańskie
sztuczki - o snucie intrygi, jaką Azzie próbował uknuć.
Kiedy juŜ Babriel wyraził swoje zdziwienie z ich spotkania w Wenecji, demon
powiedział:
Wziąłem sobie nieco wolnego od moich obowiązków w Piekle, by nacieszyć
się widokami tego miasta, które dla obecnego pokolenia ludzi jest z pewnością
ziemskim rajem.
- To cudownie znowu cię spotkać - rzekł Babriel - ale muszę dołączyć do
pozostałych. Anioł Izrafel przybywa w porze nieszporów, by po weekendowym
wypadzie zabrać nas wszystkich z powrotem do Nieba.
- śyczę miłej podróŜy - poŜegnał go Azzie.
I poszli kaŜdy w swoją stronę. Demon nie podejrzewał, Ŝe Babriel go
szpiegował, chociaŜ dziwił się, Ŝe ten niebieskooki anioł znalazł się w Wenecji
dokładnie w tym samym czasie, co i on.
ROZDZIAŁ 3
Babriel cieszył się zawsze, kiedy wracał do Nieba, które ze swymi rzędami
małych, białych domków pośród soczystych, zielonych trawników oraz ze
wspaniałymi, starymi drzewami i ogólną atmosferą pretensjonalnego Dobra,
stanowiło bardzo miłe miejsce. Oczywiście, nie całe Niebiosa wyglądały w ten
sposób, ale Zachodnie Niebo, czyli lepsza część Raju, zamieszkiwana przez
archaniołów oraz duchowe wcielenia, mające tutaj swoje letnie mieszkania. Duchowe
wcielenia były wysokimi i atrakcyjnymi kobietami i dla anioła było wiele gorszych
rzeczy niŜ ślub z jedną z nich - gdyŜ związek wspaniałych zalet był dopuszczalny w
Niebie. Choć były tak urodziwe, nie wydawały się pociągające dla Babriela. Jego
serce wyrywało się do Ylith. Być moŜe, z powodu jej przeszłości nierządnicy Aten
oraz pomocnicy nierządnicy Babilonu w czasach, kiedy słuŜyła Złu, uwaŜał, Ŝe ma
nieodparty urok. Ylith zdawała się czasem zakochana w Babrielu - a czasami nie.
Poszedł na skróty do domu Ylith we Wschodnim Niebie, po prostu by się z nią
przywitać, ale nie zastał jej. Odnowicielski duszek natury, w postaci cherubina, kosił
trawnik; była to pokuta, jaką sam sobie zadał za przeszłe nierozwaŜne czyny.
Powiedział Babrielowi, Ŝe Ylith wyjechała, prowadząc grupę młodych aniołów do
ś
więtych grobów na Ziemi.
- Doprawdy? - zdziwił się Babriel. - A którą epokę zwiedzają?
- Wydaje mi się, Ŝe nazywa się to Renesans - odparł duch natury.
Anioł podziękował mu i odszedł wielce zamyślony. Czy to zwykły przypadek,
Ŝ
e Azzie takŜe wizytował tę samą epokę? Babriel nie był z natury podejrzliwy, za to
zadziwiająco ufny nawet jak na anioła; w bolesny jednak sposób przekonał się juŜ,
choć moŜe się to wydawać dziwne, Ŝe nie wszyscy są tacy jak on. A juŜ szczególnie
nie Azzie, dla którego udawanie było drugą naturą, podobnie jak zaciemnianie
wszystkiego stanowiło pierwszą; czegokolwiek miałoby to dotyczyć. Babriel czasem
wątpił w prawowierność Ylith, niezaleŜnie od jej entuzjazmu dla cnoty delikatności.
Nie sądził, by mogła odwrócić się od swojego posłuszeństwa wobec Nieba, ale była w
stanie pokusić się o odszukanie swojego dawnego chłopaka albo - co bardziej
prawdopodobne - to on znalazł ją. JeŜeli tak było, dlaczego wybrali Renesans, by się
w nim spotkać? MoŜe był to jednak tylko zbieg okoliczności?
Babriel dumał nad takimi sprawami, wędrując wzdłuŜ Cienistej Alei Oliwnej,
aŜ doszedł do duŜego, białego domostwa na szczycie wzgórza, gdzie mieszkał
Michał. Archanioł zajmował się pielęgnowaniem swoich róŜ rosnących we
frontowym ogródku. Rękawy białej, lnianej szaty miał zawinięte, by odsłonić
muskularne przedramiona.
- Witaj w domu, Babrielu! - powitał go, opuszczając noŜyce i wycierając z
czoła słodki pot uczciwej pracy. - Jesteś zadowolony z pobytu w Wenecji?
- Niezmiernie, sir. Skorzystałem z okazji, by poszerzyć swoją wiedzę z
zakresu sztuki. Na większą chwałę Boga, oczywiście.
- Oczywiście - zgodził się Michał z przyjacielskim błyskiem głęboko
osadzonych oczu.
- Wpadłem tam na Azziego Elbuba, sir.
- Widziałeś starego Azziego? - spytał archanioł, głaszcząc się w zamyśleniu po
policzku. Pamiętał doskonale demona z ich ostatniego spotkania podczas przygody z
Johannem Faustem. - Co tam porabiał?
- Powiedział, Ŝe zrobił sobie krótkie wakacje od swych piekielnych
obowiązków, chociaŜ podejrzewam, Ŝe mógł tam przybyć, by znaleźć się bliŜej
anielicy Ylith. Ona takŜe jest na Ziemi.
- To moŜliwe - zgodził się archanioł. - Albo jest jakiś inny powód.
- Na przykład, sir?
- Jest wiele moŜliwości - odparł Michał wymijająco. - Muszę nad tym
pomyśleć. Tymczasem jeśli juŜ odpocząłeś, to mam tutaj mnóstwo korespondencji,
którą trzeba się zająć.
Michał był bardzo pedantyczny w odpowiadaniu na pocztę od swoich fanów,
która nadchodziła do niego tak ze Świata Duchowego, jak i z Ziemi.
- Zaraz się do tego zabiorę - powiedział Babriel. Pośpieszył do wnętrza domu,
do swego małego biura, które znajdowało się w skrzydle dla słuŜby, zwanym teraz
skrzydłem dla honorowych gości mniejszego znaczenia.
CZĘŚĆ TRZECIA
ROZDZIAŁ l
Dla Ylith było szczególnie kłopotliwe, Ŝe została zamknięta w kasetce. Czegoś
takiego nie udało się nikomu wypróbować na niej od czasów, kiedy zakochany w
diablicy król Troi, Priam, skonstruował specjalną puszkę, za pomocą której miał
nadzieję schwytać Ylith - ale nigdy jej nie złapał. A teraz Troja juŜ dawno odeszła w
niebyt, a Priam wraz z nią, Ylith zaś nadal była tutaj - przynajmniej częściowo.
“To tylko udowadnia, pomyślała, Ŝe nie warto być zbyt dumną. Tylko
spójrzcie na mnie teraz. Siedzę w pudełku!”
Blada, świecąca jasność wypełniła kasetkę, odsłaniając namalowane w tle
pola, ogrodzenia i linię gór. Przy swoim uchu usłyszała miękki, męski głos.
- Ylith, co ty tutaj robisz? Wygląda na to, Ŝe wpadłaś w tarapaty. Pozwól, Ŝe ci
pomogę.
Ś
wiatło w szkatułce stało się jaśniejsze.
- Kto mówi? - zapytała Ylith.
- Zeus - odparł głos. - Nadal potrafię robić takie rzeczy, nawet w swoich
obecnych, zredukowanych warunkach. Ale nie powiedziałaś mi, jak się tu znalazłaś?
- Jakiś facet mnie porwał i zamknął tutaj. - Ylith spotkała kiedyś Ojca Zeusa,
gdy uczestniczyła w próbach do roli ducha natury podczas okresu Greckiej Odnowy w
Rzymie; Gromowładny powiedział wówczas, Ŝe ją zawiadomi o wyniku, i od tej pory
nie myślała o tym.
- Dlaczego nie chce cię wypuścić? - zapytał.
- Obawia się, Ŝe go zabiję. I zrobię to!
Zeus westchnął.
- Mówisz zupełnie jak Artemida, moja córka. Mam na myśli podobną
nieugiętość! Dlaczego nie spróbujesz podstępu?
- Co masz na myśli?
- Powiedz temu porywaczowi, Ŝe podoba ci się przebywanie w tym pudle.
- Nigdy w to nie uwierzy!
- Spróbuj. Porywacze są często niezbyt rozgarnięci. Powiedz mu cokolwiek.
Po prostu Ŝeby się uwolnić.
- Masz na myśli kłamstwo?
- Oczywiście.
- To byłoby nieuczciwe!
- Później odpokutujesz. O ile pamiętam, ja tak zawsze robiłem. A dzięki temu
byłabyś wolna.
- Ale my nie dopuszczamy się kłamstwa - powiedziała Ylith, chociaŜ w jej
głosie nie było juŜ poprzedniej pewności.
- Porozmawiaj teraz, moja droga, z tym człowiekiem i spraw, Ŝeby spojrzał na
sprawy twoimi oczami. Wróć do świata. Jesteś zbyt ładna, by siedzieć w tej skrzynce.
- Nieco później, kiedy przygotowała się odpowiednio i poprawiła swój
makijaŜ, Ylith zawołała:
- Westfall? Jesteś tam nadal?
- Tak.
- A nie zamierzasz czasem zabrać się do jakiejś roboty albo czegoś takiego?
- Oczywiście, Ŝe tak. Ale szczerze mówiąc, obawiam się zostawić cię samą.
WciąŜ mi się zdaje, Ŝe mogłabyś się wydostać i w najlepszym razie zaczarować mnie.
- Zaczarować cię mogę tak czy tak - powiedziała Ylith namiętnym głosem. -
Czy naprawdę sądzisz, Ŝe jestem aŜ tak złośliwą wiedźmą?
- No, cóŜ - rzekł Westfall - po tym, jak mnie oświeciłaś, mówiąc, co mnie
czeka, postanowiłem, Ŝe lepiej będzie, jeŜeli przygotuję się na najgorsze.
- Sprawiasz mi przykrość - rzekła Ylith. - śadna kobieta nie lubi być nagle
odrywana od tego, co właśnie robi, zamykana w skrzyni i dostarczana komuś, jakby
była towarem. Wiedźmy są tylko ludźmi, jak wiesz, nawet najbardziej anielskie
spośród nas. Chcemy być traktowane jak prawdziwe damy, a nie popychane z miejsca
na miejsce niczym staroŜytne nierządnice.
- Rozumiem to teraz - stwierdził Westfall - Ale jest juŜ za późno.
- Niekoniecznie-odparła Ylith, a jej głos ociekał miodem.
- Naprawdę? - zapytał kupiec.
- Podnieś wieczko, Westfall. Nie skrzywdzę cię. Daję ci słowo anioła.
Zobaczmy, jak nam będzie razem.
Westfall zrobił głęboki wdech i otworzył puszkę. Wraz z dymem wylatującym
z pudła Ylith wydostała się na zewnątrz i przyjęła swą postać wiedźmy Hekate.
- Obiecałaś mnie nie skrzywdzić! - wrzasnął kupiec zboŜowy.
Izby stały się nagle całkiem puste. Westfalla wyniosło w najciemniejszy róg
Limbo, a Ylith ruszyła w przestrzeń, by zdać sprawozdanie Michałowi. Puszka
Pandory stała nadal otwarta, błyszcząc nieśmiało.
ROZDZIAŁ 2
Po upływie tygodnia, dokładnie co do minuty, Azzie zjawił się przed drzwiami
Aretina. Poeta zaprosił demona do środka i poprowadził go do pokoju na górze, gdzie
mogli spocząć w wyściełanych brokatem fotelach i cieszyć się widokiem świateł
Wenecji, odbijających się w kanałach. Gospodarz podał wino, które starannie wybrał
na tę okazję, a słuŜący przyniósł na przekąskę trochę ciasteczek.
Miękki, niebieski zmierzch kładł się na miasto, wzmocniony stukrotnie przez
atmosferę magii i tajemniczości. Z dołu, z łodzi, dolatywała pieśń Vivat Ŝycie
gondoliera! Przez kilka chwil człowiek i demon słuchali jej w milczeniu.
Azzie przeŜywał jedną z najlepszych chwil w swoim istnieniu. Był to moment
rozpoczęcia nowego przedsięwzięcia. Następne słowa, jakie wypowie, mogą poczynić
wielkie zmiany w Ŝyciu wielu osób - miał właśnie poczuć swą rangę jako główny
sprawca dziejów. Mógł powiedzieć, Ŝe wreszcie stał się jednym z tych, którzy tworzą
historię, a nie są przez nią kształtowani. Władza, własne wyniesienie - o to w tym
wszystkim mniej więcej szło.
W imaginacji Azziego nowy projekt znajdował się juŜ w realizacji. Zdawało
mu się, Ŝe wszystko jest wykonane niemal od ręki zaraz po tym, jak zostało
wymyślone. Jego wizja była niewyraźna, ale za to wielka.
Po dłuŜszej chwili przyszedł do siebie i stwierdził, Ŝe nadal nic nie zostało
zrobione.
- Odczuwam pewną niecierpliwość, mój drogi Aretino, czekając na to, co
usłyszę na temat rezultatu twoich dociekań. A moŜe, po rozwaŜeniu sprawy,
doszedłeś do wniosku, iŜ moja sztuka, przekracza twoje moŜliwości?
- Sądzę, Ŝe jestem jedynym człowiekiem do tej roboty - rzekł poeta śmiało. -
Sam jednak to osądzisz, kiedy opowiem ci legendę, którą chciałbym uczynić
podstawą naszej farsy.
- Legenda? Wspaniale! - ucieszył się Azzie. - Uwielbiam legendy. Czy to o
kimś, kogo znam?
- W mojej historii występują Bóg, Adam i Lucyfer.
- Wszystko starzy przyjaciele. Wal dalej, Pietro.
Aretino oparł się w fotelu, i pociągnąwszy łyk wina dla przepłukania gardła,
zaczął opowiadać...
- Adam leŜał właśnie obok strumyka w Edenie, kiedy nadszedł Bóg i
powiedział:
- Co porabiasz, Adamie?
- Ja? - Adam usiadł. - Właśnie siedziałem tutaj, oddają się poboŜnym
rozmyślaniom.
- Wiem, Ŝe prowadzisz poboŜne rozmyślania - rzekł Bóg|
- Spoglądam w twą duszę na chwilę, co jakiś czas, po prostu Ŝeby się
przekonać, jak ci się wiedzie. To największy dar Boga w najlepszym wydaniu. Ale co
robiłeś wcześniej, przed swoimi poboŜnymi rozmyślaniami?
- Nie bardzo .pamiętam.
- Spróbuj sobie przypomnieć. Byłeś z Ewą, prawda?
- No tak, pewnie. Ale nie ma chyba w tym nic złego? PrzecieŜ jest moją Ŝoną,
jak wiesz.
- Nikt nie zamierza się w to mieszać, Adamie. Po prostu staram się ustalić
pewien fakt. Rozmawiałeś z Ewą, tak?
- W porządku, rozmawiałem. Wspomniała o czymś, co po wiedziały jej ptaki.
Wiesz, BoŜe, tak między nami mówiąc, jak na dorosłą kobietę, zbyt wiele mówi o
ptakach.
- Co jeszcze robiłeś z Ewą?
- Rozmawiałem tylko o ptakach. MoŜe o tym mówić cały czas. Powiedz mi
szczerze, czy ona jest tutaj całkiem obecna? To znaczy, czy jest normalna?
Oczywiście, nie ma tu nikogo, by z nią porównać, poniewaŜ nie spotkałem nigdy
Ŝ
adnej innej kobiety. Nie miałem nawet matki, choć się nie skarŜę. Ale wciąŜ gadać o
ptakach, to juŜ przesada.
- Ewa wyszła mi bardzo niewinna - powiedział Stwórca. - Nie ma w tym
chyba nic złego?
- Sądzę, Ŝe nie - przyznał Adam.
- Więc o co chodzi? Uraziłem cię czymś?
- Ty? Czy mogłeś zawinić wobec mnie? Nie Ŝartuj. Jesteś przecieŜ Bogiem,
więc jak mógłbyś mnie obrazić?
- A co jeszcze robiłeś z Ewą oprócz tego, Ŝe z nią rozmawiałeś?
Adam potrząsnął głową.
- Szczerze mówiąc, nie chciałbyś tego wiedzieć. Chodzi mi o to: gdzie jest
napisane, Ŝe stojąc przed swoim Bogiem, męŜczyzna powinien opowiadać
sprośności?
- Nie mówię o seksie - powiedział NajwyŜszy nieco uraŜony.
- Słuchaj, jeśli wiesz, co zrobiłem, a czego nie, dlaczego dręczysz mnie
pytaniami?
- Po prostu staram się wyjaśnić pewną waŜną sprawę - rzekł Stwórca.
Adam dodał coś tak cicho, Ŝe Bóg musiał go poprosić, by mówił głośniej.
- Powiedziałem, Ŝe nie powinieneś być na mnie zbyt zły. W końcu, to ty mnie
zrobiłeś na swoje podobieństwo, więc czego się spodziewasz?
- Och! Tak na to patrzysz? UwaŜasz, Ŝe wykreowanie ciebie na mój obraz
stanowi usprawiedliwienie dla kaŜdego zachowania z twojej strony?
- No cóŜ, poza tym uwaŜam...
- Dałem ci wszystko, wszyściuteńko: Ŝycie, inteligencję, dobrą prezencję,
ładną Ŝonę, wyobraźnię, dobre Ŝarcie, łagodny klimat, smak literacki, zręczność do
wielu sportów, artystyczne uzdolnienia, umiejętność dodawania i odejmowania, i
mnóstwo innych rzeczy. Mogłem umieścić cię na Ziemi z jednym palcem i pozwolić
ci spędzić całe Ŝycie na rachowaniu do jednego. Za miast tego dałem ci ich dziesięć i
moŜliwość liczenia do nieskończoności. Wszystko to zrobiłem dla ciebie. A wszystko
o co prosiłem, to byś korzystał ze wszelkich rzeczy, jakie ci dałem, a pozostawił w
spokoju te, których nie chciałem, Ŝebyś dotykał. Tak było, czy nie?
- Taaa... racja - mruknął Adam.
- Wszystko, co powiedziałem, sprowadzało się do tego, Ŝe zapytałem, czy
widzisz jabłko na tamtym drzewie, które nazywa my Drzewem śycia? A ty
powiedziałeś, Ŝe tak. Ja zaś rzekłem do ciebie: “Uczyń mi przysługę i nie jedz tego
jabłka, dobrze?” A ty na to: “Pewnie, BoŜe, nie ma sprawy”. Ale wczoraj, razem z
Ewą, zjedliście zakazany owoc, czy tak?
- Jabłko? - zapytał Adam zdumionym tonem.
- Wiesz doskonale, co to jest jabłko! - powiedział Stwórca. - Okrągłe,
czerwone, słodko smakuje. Tylko Ŝe ty nie powinieneś znać jego smaku, poniewaŜ
mówiłem ci, Ŝebyś go nie tykał!
- Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie powinniśmy go zjeść.
- To takŜe ci powiedziałem - odparł Bóg. - Pamiętałbyś, gdybyś tylko był
łaskaw słuchać. To dałoby ci wiedzę o Dobru i Złu. Oto, dlaczego nie powinieneś był
go zjadać.
- A co jest złego w wiedzy o Dobru i Złu? - zapytał Adam.
- Słuchaj, kaŜdy rodzaj poznania jest cudowny - rzekł NajwyŜszy.-Musisz
jednak posiąść najpierw pewną wiedzę, by móc manipulować nią. Prowadziłem ciebie
i Ewę, miło i powoli, do punktu, w którym moglibyście zjeść z drzewa wiadomości
bez obawy, Ŝe zwariujecie od tego lub pomyślicie, Ŝe wiecie juŜ absolutnie wszystko.
Ale ona musiała skusić cię do zjedzenia tego jabłka, czy tak?
- To był mój własny pomysł - przyznał się Adam. - Nie potępiaj Ewy.
Wszystko, na czym się zna, to ptaki.
- Ale poparła cię w tym? CzyŜ nie?
- MoŜe. I co z tego? Dochodziły pewne pogłoski, Ŝe nie będziesz bardzo zły,
jeŜeli jedno z nas zje to jabłko.
- Gdzie to słyszałeś?
- Nie pamiętam - odparł Adam. - MoŜe od ptaków albo pszczół? Jednak Ewa i
ja, wcześniej czy później, musieliśmy posmakować tego jabłka. Prawo konieczności
dramaturgicznej mówi, Ŝe nie mogłeś po prostu zostawić naładowanego jabłka na
obramowaniu kominka, Ŝeby potem nie wystrzelić z niego. Nie moŜemy juŜ zostać na
zawsze w Rajskim Ogrodzie, co?
- Nie, nie moŜecie - potwierdził Bóg. - śeby wszystko było jasne, opuścicie go
natychmiast. I nie myśl, Ŝe kiedykolwiek tu wrócisz.
I tak Bóg wygnał Adama i Ewę z Raju, wysyłając do tej roboty anioła z
ognistym mieczem w garści. W takich to okolicznościach pierwszy męŜczyzna oraz
pierwsza kobieta zetknęli się z urzędnikiem dokonującym eksmisji. Adam i Ewa
obrzucili ostatnim, przeciągłym spojrzeniem miejsce, które było ich domem, po czym
odeszli przed siebie. Od tej pory Ŝyli w wielu miejscach, ale Ŝadne nie zastąpiło ich
pierwszego domostwa.
Zaledwie opuścili Eden, Adam zauwaŜył, Ŝe Ewa jest naga.
- O rety! - zakrzyknął, gapiąc się na Ŝonę. - Jesteś całkiem goła!
- Tak jak i ty - stwierdziła Ewa.
Wpatrywali się we wszystkie wstydliwe części drugiego. A potem wybuchnęli
ś
miechem. Tak się narodził dowcip erotyczny.
Kiedy juŜ się naśmiali do syta ze swej intymnej anatomii, Adam powiedział:
- Myślę, Ŝe moŜe byłoby lepiej, gdybyśmy zakryli nasze oprzyrządowanie.
Zbyt wiele nam zwisa na zewnątrz, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
- Śmieszne - rzekła Ewa - Ŝe nigdy wcześniej tego nie zauwaŜaliśmy.
- Wszystko, na co ty zwracałaś uwagę, to była ornitologia - odparł Adam.
- Nie mam pojęcia, dlaczego - przyznała Ewa.
- Co to takiego, tam, przed nami? - zapytał Adam.
- Gdybym nie wiedziała, Ŝe to nieprawdopodobne, powiedziałabym, iŜ są to
jacyś inni ludzie - odparła Ewa wolno.
- Jak to moŜliwe? - zdziwił się Adam. - PrzecieŜ to my jesteśmy jedynymi
ludźmi?!
- JuŜ nie - stwierdziła Ewa. - Pamiętasz, rozwaŜaliśmy kiedyś taką
ewentualność.
- Oczywiście - potwierdził Adam. - Teraz sobie przypominam. Zgodziliśmy
się co do tego, Ŝe istnienie innych ludzi jest warunkiem wstępnym całej sprawy.
- Powinieneś o tym pamiętać - rzekła Ewa.
- Po prostu nigdy nie wierzyłem, Ŝe On w końcu to zrobi - stwierdził Adam. -
Zawsze myślałem, Ŝe chciał, Ŝebyśmy byli jedynymi ludźmi.
Stwórca działał szybko. Istotnie, na początku Adam i Ewa byli sami na Ziemi,
ale zrobili coś złego. Nie słuchali jego poleceń i Bóg ukarał ich, tworząc innych ludzi.
Trudno było pojąć, co chciał przez to osiągnąć.
Adam i Ewa szli, aŜ doszli do miasteczka, a potem do pewnego domu.
- Co to za miejscowość? - zapytał Adam pierwszą napotkaną osobę.
- To miasto nazywa się Następne Po Raju - odparł zagadnięty.
- Ciekawa nazwa -- zauwaŜył Adam. - A co to znaczy?
- Tylko tyle, Ŝe Eden jest najlepszy, ale nikt nie moŜe tam wrócić; Ŝyjemy
zatem w Następnym Po Raju.
- Skąd moŜesz znać Eden? - dopytywał się Adam. - Nigdy cię tam nie
widziałem.
- Słuchaj, przecieŜ nie musisz gdzieś mieszkać, Ŝeby wiedzieć, Ŝe jest tam
fajnie.
- Adam i Ewa osiedli w Następnym Po Raju. Wkrótce poznali swego
najbliŜszego sąsiada, Gordona Lucyfera, diabła, który otworzył w miasteczku
pierwszą kancelarię prawną.
- UwaŜamy, Ŝe jest nam potrzebny adwokat - powiedział Adam pewnego dnia
do Lucyfera. - Naszym zdaniem, zostaliśmy bezprawnie wygnani z Raju. Po pierwsze,
nigdy nie dostaliśmy nakazu eksmisji. Nigdy nie zostaliśmy przesłuchani przed
właściwym kolegium orzekającym. Nie reprezentował nas prawnik.
- Trafiliście pod odpowiedni adres - stwierdził Lucyfer, prowadząc ich do
swego biura. - Naprawić wszelkie zło, oto dewiza Sił Ciemności - firmy, dla której
pracuję. Zrozumcie, nie twierdzę, Ŝe jest coś nie w porządku z tym Wielkim Facetem.
Bóg przewaŜnie chce dobrze, ale w tego rodzaju sprawach ma zdecydowanie zbyt
długie ręce. Wydaje mi się, iŜ racja jest po waszej stronie. Wniosę w tej sprawie
skargę do Ananke, której niewidoczne wyroki rządzą nami wszystkimi.
Ananke, Ta Bez Twarzy, wysłuchała uzasadnienia Lucyfera w swej komnacie
zbudowanej z szarych chmur, której wielkie okno, podzielone kwaterami, wychodziło
na niezmierzony ocean czasu, a powiewy wieczności poruszały białymi firankami.
Ananke osądziła, Ŝe powód został wyeksmitowany bezprawnie i winien zostać
przywrócony do Raju. Adam był pijany ze szczęścia, dziękował wszystkim naokoło,
kazał Ewie czekać i poszedł, by odzyskać Eden. Szukał bezskutecznie drogi do Raju,
ale nie widział nawet końca swego nosa, Bóg bowiem spuścił na cały obszar
nieprzeniknioną ciemność. Wrócił więc do Gordona Lucyfera i opowiedział mu, co
zaszło. Gordon potrząsnął głową i wezwał swego szefa.
- No cóŜ, to naprawdę nie jest w porządku - rzekł Szatan.
- Wszak uznał On twoje roszczenia za słuszne. Ale powiem ci coś. Masz tutaj
siedem lichtarzy o magicznych właściwościach. UŜyj ich mądrze, a będziesz mógł
oświetlić sobie drogę do Raju.
Adam wyruszył, niosąc na plecach sześć świeczników w worku z wielbłądziej
skóry, a siódmy trzymał przed sobą. Jego nieziemskie, niebieskobiałe światło
przenikało przez mrok z surrealistyczną precyzją. Ten blask pozwolił Adamowi
widzieć niespotykane obrazy, dzięki czemu stał się śmiały.
Po przejściu pewnego dystansu, niosąc świecę rozpraszającą ciemność, Adam
dotarł do porośniętego bluszczem niskiego muru w pobliŜu cichej, niezmąconej
sadzawki. Zdawało mu się, Ŝe jest to miejsce, w którym tak wiele razy drzemał i śnił
podczas dawnych dni w Edenie, gdy Ŝycie było takie proste. Stanął i rozejrzał się
wokoło, a wtedy świeca wypaliła się do końca.
- Do licha! - zaklął Adam, gdyŜ nie znał mocniejszych wyraŜeń od tego, które
powstało na wiek przed narodzinami prawdziwych inwektyw, i wyszarpnął ze swego
plecaka drugi kandelabr.
Ś
wieca zapłonęła samorzutnie i Adam ruszył dalej. Podczas kiedy jej światło
rozjaśniało drogę, doszedł do błyszczącej o zmierzchu plaŜy, z majaczącą w pewnej
odległości niewielką wysepką, którą lekko owiewało ciepłe powietrze. Ponownie się
zatrzymał, i tu takŜe zapadła ciemność, kiedy świeczka zgasła.
Zdarzyło się to potem kilkakrotnie. Boskie ciemności wprowadziły zamęt w
umyśle Adama, ukazując mu miejsca, które przez chwilę wydawały się podobne do
jego Raju utraconego, ale gdy nastał mrok, okazywały się czymś zgoła innym. Kiedy
wypaliła się ostatnia, Adam znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, z którego
wyszedł, i tam - chcąc nie chcąc - został.
Po siedmiu niepowodzeniach Adama Ananke zarządziła, Ŝe się stało tak, jak
miało być - i uniewaŜniła swój wcześniejszy wyrok. Podkreśliła, iŜ niezaleŜnie od jej
własnego sądu, Adam nie mógłby wrócić do Raju, poniewaŜ wydalenie go oznaczało
pierwszy obrót koła dharmy, a niepowodzenie doznane podczas próby powrotu do
Edenu, pomimo pomocy siedmiu magicznych świeczników, objawiło pewne
fundamentalne mechanizmy działania wszechświata. Wydaje się, wskazała Ananke,
Ŝ
e cały świat istot myślących oparty jest na błędzie popełnionym u zarania, kiedy
wprowadzony został kod rządzący karmiczną maszynerią. Adam zaś powinien
uwaŜać się za pierwszą ofiarę boskiego związku przyczyny i skutku.
ROZDZIAŁ 3
Aretino zakończył swoją opowieść i wraz z Azziem siedzieli dłuŜszą chwilę w
milczeniu w ciemniejącym pokoju. Nastała noc i świece w cynowych kandelabrach
dopalały się do ociekających woskiem pieńków. Demon poruszył się i powiedział:
- Gdzieś ty to znalazł?
Aretino wzruszył ramionami.
- Mroczna, gnostyczna bajeczka.
- Nigdy jej nie słyszałem, a demony uwaŜa się za te, które znają więcej
teologicznych spekulacji niŜ poeci. Jesteś całkowicie pewien, Ŝe sam tego nie
wymyśliłeś?
- Czy to jakaś róŜnica, nawet gdyby tak było? - spytał Aretino.
- Ani trochę! Skądkolwiek pochodzi ta historia, podoba mi się. Nasza sztuka
będzie o siedmiu pielgrzymach; kaŜdemu z nich damy złoty świecznik, którego
posiadanie spełni ich najskrytsze marzenia.
- Poczekaj no chwilę - przerwał Aretino. - Nigdy nie mówiłem, Ŝe
występowały tam złote lichtarze. Nie dosłownie. To tylko legenda, i jeśli istnieją
jakieś złote kandelabry, to nie wiem, czy mają jakąkolwiek moc.
- Zwykłe wykręty - stwierdził demon. - To wspaniała opowieść i musimy mieć
złote świeczniki, by na nowo ją zinterpretować; nawet, jeśli mielibyśmy je sami
zrobić. Ale moŜe one nadal gdzieś istnieją. JeŜeli tak, to je znajdę. Jeśli nie, wymyślę
coś.
- A co z ludźmi, którzy mają je nieść? Którzy mają odegrać tę historię? -
zapytał poeta.
- Sam ich wyszukam - rzekł Azzie - Wybiorę siedmiu pielgrzymów, dam
kaŜdemu lichtarz i szansę, by dostał wszystko, czego zapragnie. To co on - lub ona -
musi uczynić, to wziąć świecznik; reszta zostanie zrobiona za nich. Magicznie, rzecz
prosta.
- A jakich cech będziesz wymagał od swoich bohaterów? - zainteresował się
Aretino.
- Niczego nadzwyczajnego. Potrzebuję po prostu siedmiorga ludzi, którzy
pragną łatwego spełnienia marzeń. Nie powinno być trudności z ich znalezieniem.
- Czy nie naleŜałoby obstawać przy tym, by ziścili swoje pragnienia dzięki
wytrwałości i dobremu charakterowi?
- Nie. Moja sztuka udowodni przeciwny punkt widzenia. Farsa pokaŜe, iŜ
kaŜdy człowiek moŜe aspirować do wszystkiego co najlepsze, bez potrzeby kiwnięcia
choćby małym palcem, Ŝeby sobie w tym pomóc.
- To rzeczywiście bezprecedensowe - przyznał poeta. - Pragniesz wykazać, Ŝe
ludzkim Ŝyciem bardziej rządzi szczęśliwy traf i przypadek niźli moralne praktyki.
- Taki mam właśnie zamiar - potwierdził Azzie. - Oto cała istota Zła:
udowodnić, Ŝe złe postępowanie moŜe nam dać wiele dobrego. Co myślisz o tej
moralności, Aretino?
Poeta wzruszył ramionami.
- Przypadek rządzi? Jest to rodzaj spostrzeŜenia uwielbianego przez ludzi
słabych.
- No właśnie. To nam zjedna liczną publiczność.
- Jeśli to jest właśnie to, czego chcesz - rzekł Aretino - nie mam Ŝadnych
obiekcji. Czy słuŜę Dobru czy Złu, wszystko to jest propagandą i rzecznictwem dla
dobra jednej sprawy. Ty za to płacisz, a ja jestem zwykłym artystą przyjmującym
zlecenia. JeŜeli pragniesz, by sztuka udowadniała, iŜ zielone kamienie Ŝółciowe
sprowadzają majowe kwiatki, zapłać mi tylko, a napiszę to dla ciebie. Jedyne pytanie
brzmi, czy podoba ci się mój pomysł?
- Szalenie! - zawołał Azzie. - Musimy zabrać się do niego natychmiast.
- Powinniśmy rozwaŜyć, z jakiego teatru skorzystać. To zawsze ma znaczenie,
jeśli chodzi o sposób, w jaki szkicuję swoje sceny. Masz na myśli jakichś konkretnych
aktorów czy aktorki? JeŜeli nie, to jest kilkoro, których mogę ci polecić.
Azzie oparł się o krzesło i roześmiał. Płomienie tańczące w pobliskim
kominku rzucały ostre cienie na jego wąską, lisią twarz. Zaczesał do tyłu rude włosy i
powiedział:
- Wydaje mi się, Piętro, Ŝe niedostatecznie jasno wyłoŜyłem ci swój pomysł.
To, co zaplanowałem, nie jest zwykłą dramą, jaką wystawia się po kruchtach
kościelnych lub w miejscach publicznych zgromadzeń. Nie będę miał wynajętych
aktorów, recytujących z przesadną emfazą swoje kwestie i wystawiających na
pośmiewisko moją koncepcję. Nie! Ja naprawdę wezmę zwykłych męŜczyzn i
kobiety; ludzi, których własne Ŝądze oraz obawy poprowadzą niezawodnie ku rolom,
jakie grają. A zamiast wzniesionej sceny z namalowanymi dekoracjami dam im cały
ś
wiat. Moich siedmiu pielgrzymów powinno odegrać tę historię, w której oczywiście
będą uczestniczyć, tak jakby w niej Ŝyli. Opowieści będą ukazywać to, co przydarzyło
się kaŜdemu pielgrzymowi po otrzymaniu lichtarza, a kaŜda historia będzie inna.
Podobnie jak Dekameron czy Opowieści Canterbury - ale lepsze, gdyŜ będzie to
dzieło twojego pióra, maestro.
Aretino wykonał skromny ukłon.
- Nasi aktorzy powinni zachowywać się tak, jakby znajdowali się w realnym
ś
wiecie - kontynuował Azzie - i nie będą świadomi istnienia śledzącej ich poczynania
widowni.
- Bądź pewny, Ŝe ja im tego nie powiem - rzekł Aretino. Poeta klasnął w
dłonie i zjawił się zaspany słuŜący z tacą pełną nieświeŜych, mroŜonych ciasteczek.
Azzie wziął jedno, by okazać uprzejmość wobec gospodarza, chociaŜ z rzadka jadał
ludzkie poŜywienie. Preferował raczej tradycyjne piekielne dania, takie jak
kandyzowane szczurze głowy, gulasz z owadzich tułowi czy udziec ludzki, uczciwie
przyrumieniony i podany z mnóstwem skwarek. To jednak była Wenecja, a nie
Piekło, więc wziął, co dawali.
Po przekąsce Aretino ziewnął, przeciągnął się i przeszedł do pokoju obok, by
obmyć twarz w naczyniu z wodą. Kiedy wrócił, wyjął pół tuzina świec z kredensu i
zapalił je wszystkie. Oczy Azziego płonęły pośród tańczących płomyków światła, a
jego sierść zdawała się naładowana elektrycznością. Poeta usiadł ponownie
naprzeciwko gościa, i powiedział:
- JeŜeli twoją sceną jest cały świat, to kto będzie stanowił prawdziwą
publiczność? Gdzie ich pomieścisz na Ziemi?
- Moja sztuka zamierzona jest po wsze czasy - odparł Azzie. - NajwaŜniejsza
publiczność nawet się jeszcze nie narodziła. Tworzę, Pietro, dla przyszłych pokoleń,
na które oddziaływać będzie nasza farsa. To dla nich pracujemy.
Aretino starał się być praktyczny - niewielki wysiłek dla włoskiego
dŜentelmena doby Renesansu. Ten wielki męŜczyzna o potarganej brodzie, wielkim
nosie i Ŝywych rumieńcach pochylił się do przodu na krześle, i spytał:
- A zatem, nie mam w końcu pisać Ŝadnej dramy?
- Nie - powiedział Azzie. - Odtwórcy będą musieli wymyślić własne strofy, ty
zaś, z ukrycia, będziesz śledził wszelkie działania oraz rozmowy, będziesz widział i
słyszał wszystkie ich reakcje na zachodzące wydarzenia i z tego utkasz sztukę, która
będzie odgrywana przyszłym pokoleniom. Pierwsze przedstawienie, jednakŜe, będzie
naleŜało do świata legend, gdyŜ na tym polega tworzenie mitów.
- Wielce szlachetna koncepcja-stwierdził Aretino. - Nie sądź, proszę, Ŝe
jestem krytycznie do niej nastawiony, jeśli zwierzę ci się, Ŝe widzę jedną lub dwie
trudności.
- Jakie?
- Przypuszczam, Ŝe nasi aktorzy, bez względu na to, gdzie zaczną, niosąc te
swoje kandelabry, dotrą w końcu do Wenecji.
- Tak to sobie wyobraŜam - potwierdził demon. - Po pierwsze, jako podstawę
swej opowieści chcę rozwinąć twoją historię o siedmiu świecznikach.
W tym miejscu Azzie wyjął mały, lecz cięŜki saczek i wręczył go poecie. :
- Mam nadzieję, Ŝe uznasz to za wystarczającą kwotę na pokrycie
początkowych kosztów. Kiedy przyjdzie czas, dostaniesz więcej. Wszystko, co
musisz zrobić, to napisać przewodnią nić historii. Nie pisz konkretnych dialogów,
pamiętaj. Nasi aktorzy, których osobiście wybiorę, zrobią to sami. Będziesz słuchał
ich i oglądał; staniesz się, wraz ze mną, reŜyserem i współproducentem. Później
napiszesz na ten temat swoją własną sztukę.
- Jestem zachwycony tym pomysłem, mój panie. Ale jeśli weźmiesz
wyobraŜenie Wenecji i przeniesiesz je gdziekolwiek bądź w czasie i przestrzeni, jak ja
się tam dostanę, by dokonać tego, co niezbędne przy wystawieniu dramatu?
- W celu doglądania naszej produkcji dam ci, dzięki czarom i talizmanom,
moŜliwość swobodnego poruszania się - powiedział Azzie.
- A co stanie się z Wenecją, kiedy juŜ skończymy? - zapytał Aretino.
Wstawimy naszą odseparowaną Wenecję z powrotem na ścieŜkę czasu
prawdziwego miasta kanałów, gdzie będzie pasować tak dobrze, jak cień przystaje do
jego właściciela. Od tego momentu licząc, nasza opowieść przestanie być zwykłą,
prywatną sprawą, a stanie się częścią uniwersalnego zbioru legend - z wszelkimi jej
reakcjami oraz konsekwencjami zapisanymi w annałach rodzaju ludzkiego.
- Mój panie, jestem zachwycony sposobnością, która została dana mnie jako
artyście. Nawet Dante nie otrzymał takiej moŜliwości.
- Zabierz się więc do pracy - rzekł Azzie, wstając. - Napisz mi na czysto
legendę o złotych świecznikach. Wkrótce zobaczymy się znowu. A teraz mam jeszcze
coś do zrobienia.
I zniknął.
Aretino mrugnął i przeciął dłońmi powietrze tam, gdzie jeszcze przed chwilą
znajdował się demon; nie natknął się jednak na nic więcej poza pozbawionym
wszelkiej treści powietrzem. Ale mieszek złota, którym Azzie mu zapłacił, był
solidny i pocieszający.
CZĘŚĆ CZWARTA
ROZDZIAŁ l
Opuszczając dom Aretina, Azzie był bardzo zadowolony, a wspomnienie
opowieści o Adamie nadal dźwięczało mu w głowie. Jednak, dzięki subtelnemu
zmysłowi, jaki posiadają demony, zaczął przeczuwać, Ŝe coś jest osobliwie nie w
porządku. Pogoda nadal była piękna. Małe, pierzaste chmurki, podobne galeonom
ulepionym przez dzieci ze śniegu, Ŝeglowały po niebie o kolorze najczystszego lazuru.
Dookoła niego Wenecja zajęta była oddawaniem się przyjemnościom i pracy. Barki,
cięŜko wyładowane tkaninami i artykułami spoŜywczymi, płynęły powoli po Canale
Grande; ich prostopadłe, wesoło wymalowane burty kreśliły wodne łuki, przecinające
się z lekkimi falami. Przepłynęła barka pogrzebowa, cała błyszcząca czernią i
srebrem. Werniksowana trumna przywiązana była na dziobie, a czarno ubrani
Ŝ
ałobnicy stali w milczeniu na achterdeku. Biły kościelne dzwony. Tłumy Wenecjan
przelewały się tam i z powrotem po promenadach, w pobliŜu przeszedł pstrokato
odziany męŜczyzna, kołysząc się pyszałkowato i brzęcząc dzwoneczkami - bez
wątpienia komediant związany angaŜem z jakimś teatrem. Przemknęła grupa pięciu
zakonnic, których białe skrzydła nakryć głowy wyglądały tak, jakby były zdolne
unieść je w powietrze. Na nabrzeŜnym pachołku, w pobliŜu rzędu przycumowanych
gondoli, usiadł olbrzymi męŜczyzna w białym, satynowym ubraniu oraz kapeluszu o
szerokim rondzie; wyciągnął szkicownik i kolorowe kredki, starając się nimi
uchwycić wygląd Kanału. Azzie podszedł do niego.
- Znowu się spotykamy.
Babriel podniósł wzrok i znieruchomiał zdziwiony, a demon obszedł go
dookoła, by podziwiać jego dzieło.
- Czy to jest ten pejzaŜ, który rysujesz? - zapytał.
- Tak. A co, niepodobny?
- Trochę się róŜni - przyznał Azzie. - Te linie tutaj... Babriel skinął głową.
- Wiem, źle je uchwyciłem. Właściwa perspektywa to trudna sprawa, ale
pomyślałem, Ŝe spróbuję.
Azzie zerknął ponownie.
- To naprawdę jest całkiem dobre, jak na amatora. Zdziwiłem się, widząc cię
tutaj. Zdawało mi się, Ŝe miałeś wrócić do Nieba?
- Tak teŜ zrobiłem, ale Michał odesłał mnie ponownie na Ziemię, bym
wykonał kilka szkiców i w ten sposób udoskonalił swoje pojecie o sztuce
europejskiej. Przy okazji, przesyła ci pozdrowienia oraz dopytuje się o zdrowie
twojego przyjaciela, Aretina.
- Skąd wiesz o Aretinie?
- Widziałem, jak wychodziłeś od niego. Jest przecieŜ całkiem sławny, chociaŜ
większość jego strof z trudnością zaledwie moŜe być zaakceptowana przez Niebo.
Jest takŜe niepoprawny, znajdując się na liście dziesięciu największych grzeszników
Anno Domini 1523.
- Phi! - prychnął Azzie. - Moraliści zawsze są uprzedzeni do pisarzy, którzy
przedstawiają Ŝycie takie, jakie ono jest, za miast takie, jakie powinno być. Tak się
składa, Ŝe jestem wielbicielem Aretina i poszedłem do niego, by mu po prostu
wyrazić swe uznanie; nic więcej.
Babriel zagapił się na niego. Nigdy nie przyszłoby mu na myśl wypytywać
Azziego, co robił w domu poety, ale teraz, kiedy demon sam zwrócił na to jego
uwagę, anioł zaczął się dziwić. ChociaŜ Michał napomykał, Ŝe moŜe się knuć coś
przewrotnego, w istocie Babriel nie poświęcił temu zagadnieniu zbyt wiele uwagi.
Azzie był jego przyjacielem i chociaŜ słuŜył Złu, anioł nie uwaŜał go za tak naprawdę
złego.
Od pierwszej chwili stało się dla niego jasne, Ŝe ów przyjaciel coś tutaj
kombinuje, a on, Babriel, powinien to odkryć.
Rozstali się pośród zapewnień o wzajemnym szacunku i obietnic, Ŝe wkrótce
zjedzą razem lunch. Potem Azzie odszedł ulicą w swoją stronę, a zamyślony Babriel
odprowadzał go wzrokiem, by po chwili ponownie zająć się rysunkiem.
Wczesnym popołudniem Babriel wrócił do hotelu. Trzypiętrowy budynek
zapadał się i zdawał się ściśnięty przez większe posesje, stojące z obu jego stron.
Przebywało tutaj z pół tuzina aniołów, gdyŜ signor Amazzi, groźny i pełen
uszanowania właściciel, stosował specjalnie przystępne ceny dla tych, którzy mieli
coś wspólnego z religią. Niektórzy twierdzili, Ŝe signor zdaje sobie sprawę z tego, iŜ
owi cisi, dobrze ułoŜeni młodzi ludzie o regularnych rysach twarzy, którzy
przybywają okresowo z bliŜej nie określonej północnej krainy, by pozostać pod jego
dachem czas jakiś, są aniołami. Kiedy Babriel wszedł, Amazzi siedział przy swoim
małym biurku.
- Ktoś czeka na ciebie w świetlicy - powiedział.
- Mam gościa! Jak to miło! - odparł Babriel i pognał, by zobaczyć, kto to taki.
Ś
wietlica była przytulna i mała, a wznosząc się kilka stóp nad powierzchnią
ulicy, oświetlona była promieniami słonecznymi wpadającymi przez wysokie, wąskie
okna, nadające pomieszczeniu tak miły dla istot poboŜnych kościelny charakter.
Archanioł Michał siedział z boku na wyplatanym krześle z wysokim oparciem i
przeglądał papirusowy folder zachwalający uroki górnego Egiptu. Zamknął
pospiesznie broszurę, i powiedział:
- Ach, to ty, Babrielu! Wpadłem tylko zobaczyć, jak ci się wiedzie.
- Znakomicie - odparł anioł i, pokazując Michałowi swój szkicownik,
zaznaczył: - Nadal nie wpadłem na tę sztuczkę z perspektywą, sir.
- Musisz się jeszcze trochę postarać - poradził mu Michał. - Praktyczna wiedza
o malarstwie jest pomocna w oszacowaniu wielu mistrzowskich prac, jakie Niebo
posiada w swoich najwspanialszych kolekcjach. Czy spotkałeś moŜe ponownie swego
przyjaciela, Azziego?
- Istotnie, sir. Właśnie przed chwilą widziałem go wychodzącego z domu
Pietra Aretina, wielce znanego sprośnego poety i bezwstydnego autora sztuk.
- Rzeczywiście go spotkałeś? Jak sądzisz, co on tutaj robi? Czy była to tylko
wizyta wielbiciela?
- Chciałbym w to wierzyć - rzekł Babriel. - JednakŜe pojawienie się pewnego
niepokoju w zachowaniu mego przyjaciela, kiedy wspomniałem imię Aretina, kaŜe mi
się zastanowić, czy nie chodzi o coś innego. Ale nie znoszę oskarŜać kogokolwiek o
dwulicowość, sir; szczególnie zaś kogoś, kto jest moim przyjacielem, niezaleŜnie od
tego, Ŝe i demonem.
- Twoje skrupuły przynoszą ci zaszczyt - stwierdził Mi chał. - Jakkolwiek
niczego innego nie powinniśmy się spodziewać po tobie, całkiem juŜ opierzonym
aniele. Ale zauwaŜ jednak -Azzie, jako sługa Ciemności, nie wykonywałby swojej
roboty, gdyby nie przedsięwziął jakichś podstępów wiodących ku panowaniu Zła nad
ś
wiatem. A zatem podejrzewanie go o skryte złoczynienie jest zapewne słuszne.
Oczywiście, to nic dobrego. Pytanie brzmi: co on tutaj robi?
- Jeśli o to chodzi, nie mam bladego pojęcia.
- UwaŜam, Ŝe powinniśmy to odkryć. Od tej pory Azzie nie jest juŜ prywatną
osobą. Dwukrotnie słuŜył Siłom Ciemności w wielkich milenijnych zapasach.
Najpierw był to przypadek Księcia Czarusia, którym zaczął swą karierę, a potem
sprawa Fausta, której wynik nadal pozostaje pod rozwagą Ananke. Rozumiem, Ŝe
akcje Azziego wysoko teraz stoją w radach nieprawomyślności. Wydaje się
oczywiste, iŜ jest czołowym zawodnikiem w tych grach, które pojawiają się od czasu
do czasu, by uwieść rodzaj ludzki i skierować jego kroki na ścieŜkę potępienia.
- Czy mój przyjaciel naprawdę jest aŜ tak waŜny? - zapytał Babriel, a oczy
zrobiły mu się okrągłe ze zdumienia.
- Tak się okazało w tych dniach - odparł Michał. - W końcu, słuszne się zdaje
wyśledzić, co go łączy z tym podstępnym i przemądrzałym Aretinem.
- Sądzę, Ŝe ma pan rację, sir - przytaknął Babriel.
- A ty, mój chłopcze, jesteś właściwym aniołem, by się tym zająć.
- Ja? Och, z pewnością nie! Wasze archanielstwo wie przecieŜ, jakim jestem
niezdarą, gdy trzeba być przebiegłym. Gdybym próbował, przez obłudną rozmowę,
wybadać jego zamiary, Azzie momentalnie przejrzałby mnie na wylot.
- Wiem o tym - przyznał Michał.-Twoja prostolinijność jest dla nas wręcz
przysłowiowa. Ale to ci nie będzie potrzebne. Jesteś w idealnej sytuacji, by
przeprowadzić maleńkie śledztwo, poniewaŜ znajdujesz się juŜ tu, na miejscu. Nie
powinno stanowić dla ciebie trudności zawarcie znajomości z tym Aretinem. Idź do
niego i podawszy się za wieloletniego admiratora jego dzieł, pomów z nim, rozejrzyj
się po domu oraz zobacz wszystko, co jest do zobaczenia. Postaw mu nawet lunch, by
coś więcej z niego wyciągnąć. Wliczymy to w koszty Niebiańskiej Dochodzeniówki.
- Naprawdę sądzisz, Ŝe to będzie moralne szpiegować swojego kumpla? -
dociekał Babriel.
- Jasne, Ŝe tak - stwierdził Michał. - Czasem trzeba zdradzić nie wroga, lecz
przyjaciela. Bez zdrady nie byłoby odkupienia.
Babriel pokiwał głową i zgodził się od razu na to, o co Michał prosił. Potem
jednak wyraźnie dotarło do niego, iŜ nigdy jeszcze archanioł nie odpowiedział mu
wprost. Było jednak juŜ za późno, by się tym zajmować. Oszustwo wobec przyjaciela
mogło lub nie mogło być moralnie naganne, ale działanie na przekór poleceniom
archanioła zdecydowanie nie było zalecane.
ROZDZIAŁ 2
Następnego dnia, kiedy wybiła dwunasta w południe, Babriel zapukał do
drzwi Aretina. Z początku nie usłyszał Ŝadnej odpowiedzi, chociaŜ z wnętrza
dobiegały rozmaite dźwięki, które zdawały się najdziwniejszą mieszaniną
muzycznych instrumentów oraz ludzkich głosów, zanoszących się śmiechem. Zapukał
ponownie. Tym razem otworzył mu słuŜący, męŜczyzna słusznego wzrostu, wyjąwszy
moŜe to, iŜ miał przekrzywioną perukę. Sprawiał wraŜenie, jakby zajmował się zbyt
wieloma rzeczami naraz.
- Chciałbym rozmawiać z signorem Aretinem - powiedział Babriel.
- O, rany! - rzekł słuŜący. - Wszystko jest wywrócone do góry nogami. Nie
mógłbyś, panie, przyjść innym razem?
- Nie, muszę się z nim widzieć teraz - uparł się anioł z niezwykłą
stanowczością, którą wzmacniała myśl, iŜ wkrótce będzie musiał zdać Michałowi
sprawę ze swoich postępów - albo z ich braku.
SłuŜący cofnął się, wpuszczając Babriela, po czym zaprowadził go do salonu, i
powiedział:
- Zechce pan uprzejmie poczekać. Zapytam, czy mój pan moŜe pana przyjąć.
Babriel kiwał się w przód i w tył na obcasach; sposób, jakiego nauczył się
dawno temu, by pomóc sobie zabijać czas. Rozejrzał się po pomieszczeniu i na
małym, przesuwanym stoliku tuŜ obok ujrzał leŜący manuskrypt. ZdąŜył zaledwie
dojrzeć słowa “Praojciec Adam”, kiedy rozległ się hałas i do pomieszczenia weszła
grupa ludzi. Babriel odskoczył jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku.
Przybyłymi okazali się muzycy, ale odrzucili oni swoje zewnętrzne okrycia i
szli swobodnie w samych koszulach, grzmiąc na instrumentach. To, co z siebie
wykrzesywali, nie stanowiło, bynajmniej, Ŝadnej kościelnej melodii, ale raczej
muzykę taneczną. Przeszli obok Babriela, zaszczyciwszy go ledwie pobieŜnym
spojrzeniem, zamierzając zagłębić się we wnętrzu innego pokoju, skąd dochodząca
paplanina głosów, wysokich pisków oraz ryków ochrypłych śmiechów zdradzała fakt,
iŜ rozkwita tam jakaś radosna zabawa. Anioł rzucił kolejne ukradkowe spojrzenie na
rękopis i tym razem udało mu się przeczytać połowę zdania: “Praojciec Adam, krótko
po wygnaniu z Rajskiego Ogrodu, z powodu zjedzenia owocu z drzewa
wiadomości...” W tym momencie ponownie przerwały mu salwy dziewczęcego
ś
miechu.
Podniósł wzrok w samą porę, by ujrzeć przebiegające przez salon dwie
panienki. Były to młode piękności; jedna z ciemnymi, potarganymi włosami, a druga
z zaplecionymi blond warkoczami. Miały na sobie przezroczyste szatki, które
powiewały za nimi, kiedy biegły - jedna w Ŝartobliwej pogoni za drugą. Babriel
zarumienił się, gdy dotarło do niego, Ŝe ich ubrania były wystarczająco rozwiane, by
odsłonić karminowe koniuszki piersi i róŜowe uda. Dziewoje zatrzymały się tuŜ przed
nim.
- Tu jesteś! Widziałeś go? - spytała blondynka z najbardziej uroczym
francuskim akcentem.
- O kogo ci chodzi?
- O tego wstrętnego Pietro! Obiecał zatańczyć ze mną i z Fifi.
- Nie widziałem go - odparł Babriel, powstrzymując chęć przeŜegnania się,
poniewaŜ uznał, Ŝe pannice mogłyby to wziąć za gest im niemiły.
- Musi być gdzieś tutaj - stwierdziła blondynka. - Chodź, Fifi, poszukajmy go i
przykładnie ukarzmy.
I popatrzyła na Babriela tak szczególnym spojrzeniem, Ŝe anioła przebiegło
drŜenie od czubka głowy do najdalszych koniuszków palców nóg.
- Dlaczego i ty nie pójdziesz z nami? - spytała.
- Och, nie, nie-zaparł się Babriel. - Zamierzam zaczekać tutaj.
- Zawsze robisz to, co najpierw zaplanujesz? Jakie to nudne!
Ś
miejąc się, dziewczęta wpłynęły do następnego pokoju, potem do korytarza,
aŜ wreszcie zniknęły z pola widzenia. Babriel zmarszczył czoło i ponownie zajrzał do
rękopisu. Tym razem był w stanie odczytać tytuł: Legenda o siedmiu złotych
kandelabrach. Nagle usłyszał dźwięk kroków i odsunął się od stolika.
Do salonu wszedł Aretino, brodę miał w nieładzie, kubrak nie zapięty, a
spodnie wisiały mu w okolicy kolan. Jego piękna, lniana koszula była poplamiona,
prawdopodobnie winem. Poruszał się ze zdecydowanym przechyłem na sterburtę, a
oczy miał nabiegłe krwią i mętne - oczy człowieka, który zbyt często widywał zbyt
wiele, ale ciągle chce widzieć więcej. Trzymając się niezbyt pewnie na nogach, niósł
w ręku na wpół opróŜnioną butelkę wina. Podszedł do Babriela z niejaką trudnością,
zatrzymał się przednim i natarł nań z kabotyńską godnością:
- KimŜe ty, do diabła, jesteś?
- Studentem - odparł Babriel. - Biednym studentem z Niemiec. Przybyłem do
Wenecji, by wygrzewać się w jaskrawym słońcu twego geniuszu, drogi mistrzu, oraz
by ci postawić lunch, jeśli nie będzie to zbytnim zuchwalstwem z mojej strony.
Jestem twoim największym wielbicielem na północ od Aachen.
- Doprawdy? - zapytał Aretino. - Podobały ci się moje sztuki?
- “Podobały się” jest zbyt marnym określeniem, drogi mistrzu, by wyrazić to,
co czuję w stosunku do twojej twórczości. Ludzie nazywają cię Boskim Aretinem, ale
i to jest diablo słabą pochwałą dla twego geniuszu.
Babriel nie był z natury pochlebcą, ale wystarczająco długo obracał się w
róŜnych kręgach, by umieć posługiwać się wazeliną. Miał tylko nadzieję, Ŝe jego
kłamstwa nie są szyte aŜ tak grubymi nićmi, by nie moŜna było dać im wiary.
JednakŜe Aretino, zwłaszcza w swoim obecnym stanie, nie uznałby za przesadne
Ŝ
adnego określenia swego talentu.
- Dobrze mówisz, mój chłopcze. Powiem ci coś - przerwał, Ŝeby stłumić
czkawkę. - Bardzo chciałbym zjeść z tobą lunch, ale musi się on odbyć w jakimś
innym czasie. Właśnie trwa przyjęcie, wydane przeze mnie dla uczczenia nowego
zlecenia, jakie otrzymałem. Gdzie, do diabła, podziali się moi goście? Gwarantuję, Ŝe
są juŜ na górze w sypialniach. Ale ja nie mam jeszcze dosyć!
Co mówiąc, zatoczył się w stronę drzwi.
- Mogę spytać, drogi mistrzu, o temat twego kolejnego zamówienia? Twoi
sympatycy w całej Europie byliby radzi to usłyszeć.
Aretino zatrzymał się, pomyślał chwilę, a potem wrócił do pokoju i podniósł
rękopis ze stolika. Wkładając go pod pachę, powiedział:
- Nie, nie. Przysiągłem dochować w tej kwestii tajemnicy.
- Ale i ty, i reszta świata będziecie zdumieni, obiecuję. JuŜ sama skala
przedsięwzięcia... No, ale ani słowa więcej.
Mówiąc to, wyszedł z pokoju. Poruszał się całkiem sprawnie - wyjąwszy jeden
przechył czy dwa.
ROZDZIAŁ 3
Ś
piesząc z powrotem do Nieba, Babriel skierował się prosto na przedmieścia,
gdzie Michał miał dom - byłe gospodarstwo o róŜnopoziomowych podłogach. Wdarł
się do archanioła, który siedział właśnie w swym gabinecie i ze szkłem
powiększającym oraz pincetką pochylał się pod lampą od Tiffany’ego nad rozłoŜoną
na stole z róŜanego drewna kolekcją znaczków pocztowych. Nagłe wtargnięcie
jasnowłosego anioła wywołało gwałtowny podmuch wiatru i znaczki zatańczyły
wesoło w powietrzu. Babriel ocalił przed wywianiem przez okno trójkątny Capetown
i połoŜył na nim przycisk do papierów, by go zabezpieczyć na dobre.
- Bardzo przepraszam - wymruczał.
- Postaraj się po prostu być nieco mniej niecierpliwy - poradził Michał. - Nie
masz pojęcia jak trudno, nie naraŜając się przy tym na niezręczne pytania, przenieść
tutaj z Ziemi te rzadkie okazy. Rozumiem jednak, Ŝe odniosłeś jakiś sukces w swoim
dochodzeniu?
Babriel wypaplał wszystko o rękopisie Aretina, jego tytule oraz pierwszym
zdaniu, wraz z informacją, Ŝe poeta świętował właśnie otrzymanie nowego zlecenia; a
sądząc z wystawności tegoŜ, dosyć popłatnego.
- Siedem złotych świeczników - zadumał się Michał. - Coś mi to przypomina,
ale chodźmy się skonsultować z komputerem, jaki zainstalowano niedawno w
Niebieskim Departamencie Atrakcyjnych Herezji.
I poprowadził Babriela wzdłuŜ korytarza do swej pracowni, gdzie obok
gotyckiego sekretarzyka oraz romańskiego biurka znajdował się terminal
komputerowy wykonany w kubistycznej manierze, zwanej nowoczesną. Archanioł
zasiadł przy konsoli, nasadził okulary na czubek nosa, wystukał kod identyfikacyjny i
wkrótce z góry na dół ekranu popłynęły pośpiesznym strumieniem dane - zielone na
czarnym tle. Babriel zamrugał, ale jak dla niego, wszystko to działo się zbyt szybko.
Michał natomiast zdawał się nie mieć Ŝadnych trudności z odczytywaniem informacji;
wkrótce pokiwał głową i podniósł wzrok.
Sprzeciwy wobec obecności komputerów w Niebie ciągle rosły. Główny
argument, przemawiający na ich korzyść wskazywał, Ŝe są zwykłym rozwinięciem
kamiennej tabliczki oraz gęsiego pióra, które to narzędzia w duchowych miejscach są
powszechnie uŜywane, słuŜą opisywaniu rzeczywistości w celach informacyjnych. W
swoich pierwotnych funkcjach komputer nie róŜni się od wcześniejszych technik
zapisywania, a ma tę zaletę, Ŝe moŜe zmagazynować olbrzymią ilość informacji w
niewielkiej przestrzeni - w przeciwieństwie do kamiennych tabliczek, które stały się
nieporęczne, a przenosząca je obsługa wołała o wzmocnienie stropów w miejscach,
gdzie je składowano. Nawet pergaminy, chociaŜ tak lekkie w porównaniu z
kamiennymi tablicami, miały swoje niedogodności, spośród których wcale nie
najmniejszą było ich samorzutne niszczenie.
- I cóŜ ci powiedział komputer? - zapytał Babriel.
- Wygląda na to, Ŝe istnieje stara, gnostyczna legenda o Szatanie dającym
Adamowi siedem złotych, magicznych świeczników, za pomocą których wygnaniec
miał odnaleźć powrotną drogę do Raju.
- I co? Udało mu się? - spytał zaciekawiony anioł.
- Oczywiście, Ŝe nie! - powiedział sucho Michał. - Nie sądzisz, Ŝe
słyszelibyśmy coś o tym, gdyby tak się stało? Nie zauwaŜyłeś, Ŝe cała historia
ludzkości bazuje na fakcie, Ŝe Adam nie wrócił do Raju, i Ŝe od tej pory on i wszyscy
pozostali ludzie bez przerwy usiłują tego dokonać?
- Oczywiście, sir. Wcale tak nie uwaŜam.
- JeŜeli wróg majstruje coś wokół historii o początkach stworzenia, kiedy
ustalane były podstawowe zasady wzajemnych relacji pomiędzy ludźmi a duchami,
musi się to stać przedmiotem naszego zainteresowania. Siedem złotych świeczników!
No, no!
- Czy one w ogóle istniały? - chciał wiedzieć Babriel.
- Prawdopodobnie nie.
- Zatem nie istnieją takŜe i dzisiaj, a wiec nie powinna nas o nie boleć głowa.
- Nie śpiesz się z pochopnym wyciąganiem wniosków - rzekł Michał. - Mity to
najbardziej złośliwe bestie. Gdyby te lichtarze istniały, to jeśli wpadną teraz w
niepowołane ręce, mogą stać się przyczyną mnóstwa kłopotów. Ryzyko jest tak duŜe,
iŜ na wszelki wypadek musimy załoŜyć, Ŝe one istnieją, zanim nie udowodnimy, Ŝe
tak nie jest; a nawet wówczas musimy zachować czujność!
- Tak jest! Gdyby jednak Azzie miał te świeczniki, to co mógłby z nimi
uczynić?
Michał potrząsnął głową.
- To nadal pozostaje dla mnie tajemnicą. Ale nie na długo. Zamierzam
osobiście zająć się tą sprawą.
- A co ze mną, sir? - zapytał Babriel. - Mam wrócić do szpiegowania Azziego?
Archanioł potaknął skinieniem głowy.
- Zaczynasz chwytać - pochwalił go.
Babriel pośpieszył zatem do Wenecji, ale najpierw pobieŜne, a potem bardziej
dokładne poszukiwania przekonały go, Ŝe Azziego nie ma juŜ w mieście.
ROZDZIAŁ 4
W trybie natychmiastowym Azzie wezwany został do Piekła. Gdy stanął w
bawialni Szatana, w domu o białych ścianach, gdzie Naczelnik załatwiał wiele swoich
spraw, nadal kręciło mu się w głowie.
Pojawił się demon w niebieskim garniturze oraz rypsowym krawacie i
oznajmił:
- Jego Ekscelencja przyjmie cię teraz.
W ten sposób Azzie znalazł się w prywatnym pokoju Szatana. Pomieszczenie
wyglądało jak gabinet w jednym z tych ekstrawaganckich domów z najlepszych
dzielnic podmiejskich na Long Island. Nie było w nim nic szczególnie satanicznego -
znajdowały się tu tylko trofea golfowe, myśliwskie sztychy oraz unosił się zapach
starej, dobrej skóry.
Szatan miał, oczywiście, wszystkie te skomplikowane diabelskie rekwizyty -
narzędzia tortur czy archiwa Czarnych Mszy - ale znajdowały się one w innej części
domostwa, przeznaczonej do oficjalnej działalności.
Diabeł był maławy, o przyjemnych, lecz nadmiernie poprawnych rysach,
łysiejący i w okularach. Mógł przybrać dowolny wygląd, jakiego by sobie zaŜyczył,
preferował jednak skromną powierzchowność. W tej chwili ubrany był w Ŝółtą togę i
wzorzysty, fularowy krawat zawiązany dookoła szyi.
- Ach, Azzie! Kopa lat! Nie widziałem cię od tamtych dni, kiedy chodziłeś na
moje zajęcia z etyki Zła, w dawnych, dobrych, uniwersyteckich czasach.
- To był naprawdę złoty okres - przyznał Azzie. Przebywając w towarzystwie
Szatana, znajdował się zawsze pod jego urokiem, gdyŜ był on głównym architektem
oraz teoretykiem Zła i przez wiele lat stanowił wzór postaci demona.
- A zatem - ciągnął Szatan - cóŜ ja takiego słyszę o wystawianiu jakiejś
sztuki?
- Och, tak - przyznał Azzie. - To prawda.
Sądził, Ŝe Szatan powinien być zadowolony z podjętej przez niego inicjatywy;
zawsze wszak napominał młode demony, by wychodziły na zewnątrz i robiły coś
złego.
- Podczas oglądania innego, zupełnie odmiennego autoramentu przedstawienia
- powiedział Azzie - wpadłem na pomysł wystawienia niemoralnej farsy. Widzi pan,
sir, nasi oponenci na kaŜdym kroku starają się udowodnić, Ŝe jedynie dobre postępki
stanowią drogę do osiągnięcia pozytywnych rezultatów. To czysta propaganda i
zupełna nieprawda. Moja sztuka zmierza do tego by wykazać, jak absurdalny jest to
pogląd.
Szatan roześmiał się, ale było coś boleściwego w wyrazie jego twarzy, kiedy
powiedział:
- No, cóŜ. Nie powinienem tego mówić, ale Zło nie jest tak dokładnie
przeciwieństwem Dobra. Pamiętaj, Ŝe podkreślałem to podczas moich zajęć z podstaw
logiki piekielnej.
- Tak, sir. Nie zamierzam stawiać Zła w takiej pozycji, byś zrozumiał, Ŝe
wystarczy nic nie robić, aby być za to nagrodzonym.
- Mam nadzieję! - rzekł Szatan. - Nie jest to takŜe twierdzenie, które
stosowałoby się do Dobra. To nieprzyjemna prawda - bez względu na to, czy jesteś
dobry czy zły.
- Tak, sir - zgodził się Azzie. - Sądzę, Ŝe nigdy w pełni nie patrzyłem na to w
ten sposób. Mam przez to rozumieć, Ŝe nie mogę wystawić sztuki, która podnosiłaby
pewne pozytywne cechy Zła?
- Oczywiście, Ŝe moŜesz! Ale dlaczego uŜyłeś w tym celu tego raczej nudnego
przykładu? Dlaczego nie ukaŜesz, Ŝe Zło jest mądre i bardzo szykowne?
- A jest? No tak, oczywiście, Ŝe jest. Nie wiem, sir, po prostu pomyślałem
sobie, Ŝe byłaby to poŜyteczna rzecz do zrobienia. To zabawne, a nasi oponenci mają
do wszystkiego tak powaŜne nastawienie!
- Chcesz przez to dać do zrozumienia, Ŝe my tutaj, w Piekle, nie jesteśmy
powaŜni?
- W Ŝadnym wypadku nie miałem tego na myśli, sir!
- Byłbym raczej ostroŜny wobec tego projektu - ciągnął Szatan.-Nie chcę ci
bezpośrednio rozkazywać, Ŝebyś to porzucił, ale dlaczego nie miałbyś tego odłoŜyć na
jakiś czas? A ja znajdę ci jakieś inne zlecenie.
- OdłoŜyć? Nie mógłbym. Mam juŜ ludzi, którzy nad tym pracują - powiedział
Azzie. - ZłoŜyłem obietnice. Nie chciał bym powstrzymywać działań swoich aktorów
i wracać do mojego świata. JeŜeli, oczywiście, nie zostanie mi to polecone.
- Och, nie, nie - pośpieszył z zapewnieniem Szatan. - Nie mówię ci, byś z tego
rezygnował. CzyŜ nie wystawiłoby mnie to na pośmiewisko, gdybym polecił jednemu
z moich demonów przerwać prace nad sztuką wychwalającą piekielną aktywność?
Nie, mój drogi, jest to całkowicie twój własny wybór. Pamiętaj tylko -jeśli to nie
zagra tak, jak ty sobie, raczej głupio i zarozumiale, wyobraŜasz, to, no cóŜ - zostałeś
ostrzeŜony. Pytaliśmy, czy nie chciałbyś swojego projektu odłoŜyć do czasu, zanim
byś go sobie dobrze nie przemyślał.
Azzie tak był wstrząśnięty tym, co usłyszał, Ŝe wyszedł, nie pytając nawet o
jedną ze swoich głównych trosk: czy opowieść o lichtarzach była w ogóle prawdziwa?
Oddalił się jednak zdecydowany kontynuować swoje działania, a takŜe odwiedzić
jedną z istot, o której sądził, Ŝe mogłaby mu pomóc w tej materii rozstrzygnąć sprawę
- na tak lub na nie.
ROZDZIAŁ 5
Azzie zdecydował się wyjaśnić kwestię istnienia magicznych kandelabrów.
Miał plan na kaŜdą okoliczność: jeŜeli świeczniki istnieją, uŜyje ich w swojej sztuce,
by pokierować losami ludzi i duchów; a jeśli nie, znajdzie jakiegoś rzemieślnika,
który zrobi ich kopie.
Miał jednak nadzieję, Ŝe lichtarze istnieją.
Wszyscy w Piekle wiedzą, Ŝe jeŜeli szybko potrzebujesz jakiejś odpowiedzi,
idziesz prosto do Autorytetu - Korneliusza Agryppy, figury szczególnie waŜnej w
poprzednich stuleciach i nadal kontrowersyjnej w Renesansie. Autorytet mieszkał w
pewnej idealnej sferze, która nie była ani duchowa, ani materialna, ale miała swój
własny, Osobliwy wystrój, dotąd nie zdefiniowany. Agryppa sam był zdumiony, kiedy
się toto wylęgło i nie miał jeszcze czasu, by rzecz włączyć do swego systemu
filozoficznego.
System ten zbudowany był na podstawie stwierdzenia tak banalnego, Ŝe
zrozumiałego samo przez się, chociaŜ rodzącego zadziwiające trudności, kiedy
próbowano je udowodnić bądź zastosować w praktyce: kosmos, wraz ze wszystkim,
co w nim się zawiera, egzystuje jako harmonia, a wszystkie jego elementy są
wzajemnie od siebie zaleŜne. Z tego Agryppa wywodził, iŜ kaŜda część wszechświata
oddziałuje na inną; oraz Ŝe znak lub symbol czegoś moŜe wpłynąć na jego desygnat
materialny - gdyŜ w jedności, która łączy wszystko, są one równowaŜne. Jak dotąd,
wszystko było w porządku. Kłopoty zaczynały się przy próbie udowodnienia
powyŜszego. Jakkolwiek Agryppa potrafił wpłynąć na wiele rzeczy poprzez inne,
nadal nie odniósł sukcesu w oddziaływaniu na wszystko, o czym by sobie zamarzył.
Ponadto, nie oszacował takŜe prawdopodobieństwa, z jakim w jego obliczeniach
pojawiały się czasami błędy w sposób, który zdawał się przypadkowy - a zatem
zabroniony w planie budowy wszechświata. Tym właśnie, oraz podobnymi
problemami, Agryppa trudził się w swoim starym domu nakrytym stromym dachem i
stojącym w tym punkcie przestrzeni, który nie istniał ani w sferze materialnej, ani
duchowej.
- Azzie! Jak miło cię znowu widzieć! - zakrzyknął arcymag. - Masz, potrzymaj
to. MoŜesz? Właśnie zamieniam złoto w ciemny opar.
- Czy to doprawdy konieczne? - zainteresował się demon, biorąc wręczoną mu
przez Agryppę retortę.
- Tak, jeśli chcesz potem odwrócić ten proces.
- A nie mógłbyś zacząć właśnie od tego, skoro o to ci chodzi? - zapytał Azzie.
Retorta w jego rękach zaczęła bulgotać, a znajdujący się wewnątrz płyn z
przezroczystego stał się brunatnoŜółty, mieniąc się zielenią. - Co to takiego?
- Niezastąpiony lek na gardło - wyjaśnił Agryppa. Mag był niski, za to
obdarzony atrybutami filozofa, jakie stanowią broda oraz wąsy, a nawet miał pejsy
niczym chasydzki rabin, z którym od czasu do czasu rozmawiał w gospodzie w
Limbo, gdzie spotykali się, Ŝeby coś przekąsić i prowadzić uczone dysputy. Miał na
sobie długi płaszcz oraz wysoką, szpiczastą czapkę z cynową sprzączką dla ozdoby.
- Dlaczego taki intelekt jak twój trudzi się, by sporządzić lek na gardło? -
zainteresował się Azzie.
- Staram się być uŜyteczny - odparł Agryppa. - Podobnie jak w operacji ze
złotem, gdy szukam procesu odwrotnego do stopienia go w czarną maź, by móc
potem przeistoczyć dowolny szlam w szlachetny kruszec.
- Dałoby to mnóstwo złota - powiedział Azzie, myśląc o całym ogromie
paskudztwa, jakie widział w swoim Ŝyciu.
- Tak by było. Ale mnóstwo kruszcu to jest to, czego chcą ludzie, zaś nauki
hermetyczne stoją ponad całą humanistyczną filozofią. A teraz, co mogę dla ciebie
zrobić?
- Czy słyszałeś kiedykolwiek - zapytał go Azzie - o siedmiu złotych
lichtarzach, które Szatan dał Adamowi, by ten mógł znaleźć powrotną drogę do Raju?
- Brzmi to znajomo. Gdzie moja sowa?
Słysząc to wezwanie, olbrzymi śnieŜnobiały ptak z cętkowanymi skrzydłami
sfrunął cicho ze swojej Ŝerdzi pod sufitem, gdzie ściany schodziły się pod ostrym
kątem.
- Przynieś mój rulon - polecił uczony i sowa, zatoczywszy w pokoju krąg,
wyleciała przez okno.
Agryppa rozejrzał się wokoło zakłopotany, a potem jego wzrok padł na
trzymaną przez Azziego retortę.
- Ach, tutaj jest.
Schylił się nad naczyniem i powąchał zawartość.
- Tak, o to właśnie chodziło. Jeśli to nie jest lekarstwo na kaszel, niech mnie
ś
wierzb oblezie. Jestem bardzo bliski wynalezienia uniwersalnego panaceum na
wszelkie choroby. A teraz obejrzyjmy nasz szlam.
Agryppa zajrzał do małego piecyka hutniczego, gdzie kipiało złoto, i zrobił
niezadowoloną minę.
- Nawet szlam całkiem się spalił. Mógłbym spróbować odzyskać złoto
wyłącznie dzięki pamięci o nim, poniewaŜ doktryna uniwersalnej zgodności zakłada
brak niemoŜliwych warunków, i co język potrafi wypowiedzieć, to umysł moŜe sobie
wyobrazić, a ręce ująć, ale łatwiej będzie zacząć od nowa z kolejnym kawałkiem
złota. Oho, otóŜ i moja sowa jest z powrotem.
Trzymając w dziobie wielki zwój pergaminu, ptaszysko sfrunęło mu na ramię.
Agryppa wziął rulon, a sowa wróciła na grzędę ponad jego głową. Arcymag rozwinął
pergamin i szybko przebiegał po nim wzrokiem.
- Aha! - wykrzyknął. - Tutaj jest! Siedem złotych świeczników istnieje
naprawdę. Wraz z pozostałymi zapomnianymi mitami, znanymi temu światu,
zmagazynowane są w zamku katarów w Krak Herrenium.
- Gdzie to jest? - zapytał Azzie.
- W Limbo, na południe wzdłuŜ zerowego południka Czyśćca. Wiesz, jak się
tam dostać?
- Nie ma sprawy - rzekł Azzie. - Serdeczne dzięki. I wyszedł.
ROZDZIAŁ 6
Babriel uwaŜnie śledził powrót Azziego. Anioł znalazł sobie kwaterę w
pobliŜu domu Aretina - niewielkie mieszkanko, gdyŜ nie potrzebował niczego
większego. Przyjął takŜe słuŜącą, starą kobietę o zapadniętych ustach i czarnych,
błyszczących, okrągłych jak guziki oczach. Gotowała dla niego wspaniały kleik
owsiany, który Babriel przedkładał ponad inne smakołyki. Płukała takŜe jego pędzle,
kiedy wracał po swoich malarskich studiach nad perspektywą, i ciągle się o niego
troszczyła.
Sam Babriel mógł przeoczyć powrót Azziego do Wenecji, demon bowiem,
niczym piorun, przemknął ognistym śladem prosto do domu Aretina, ale Agata, jak
zwała się ta stara baba, trzymała straŜ wraz z całą swoją rodziną, zatrudnioną do tego
zadania. Jej ojciec, Menelaus, jako pierwszy zauwaŜył poruszający się na zachodnim
niebie ognik i poszedł ją o tym powiadomić. Zapaliwszy świecę, kobieta powędrowała
przez ciemne korytarze do pokoju Babriela, zapukała do drzwi i weszła do środka.
- Ten, którego szukasz - powiedziała - jest juŜ w Wenecji.
- Nareszcie! - ucieszył się Babriel i owinąwszy się pierwszym lepszym
płaszczem, jaki udało mu się znaleźć w ciemności, ruszył przed siebie.
Decydując się na skorzystanie z podstępów, o jakich wiele dane mu było
słyszeć, Babriel wspiął się na altanę Aretina i przycupnął na małym balkonie pod
oknem pierwszego piętra. Wewnątrz widział Azziego oraz poetę, ale nie słyszał ich
głosów. Zirytowany powiedział:
- Nadszedł czas na skromny cud.
Na te słowa mały robaczek świętojański oderwał się od grupy swych,
grających w berka, pobratymców i przyleciał do niego.
- Witam, mój panie. Co mogę dla ciebie zrobić?
- Chcę wiedzieć, co się mówi tam wewnątrz.
- Nie ma sprawy. Jestem tym chłopakiem, o którego ci chodziło.
Ś
wietlik odleciał, a po chwili znalazł w okiennej ramie szczelinę. Przecisnął
się przez nią akurat na czas, by usłyszeć, jak Azzie mówi:
- Nie wiem, co masz na myśli, Aretino, ale spróbujemy to zrobić. I zrobimy to
teraz!
Po czym nastąpił rozbłysk światła, w którym obaj zniknęli; zaś świetlik wrócił
i opowiedział wszystko Babrielowi, który stwierdził, Ŝe stopień komplikacji spraw
przerasta go, gdyŜ w ogóle nie zrozumiał, co się stało.
A wewnątrz domu, tuŜ przed włamaniem się do środka robaczka
ś
więtojańskiego, Azzie mówił:
- Wpadłem tylko, by ci powiedzieć, Ŝe znalazłem nasze świeczniki.
- Naprawdę? Gdzie one są?
- Zgodnie z tym, co mówił Korneliusz Agryppa, znajdują się w pewnym
zamku w Limbo. Skoczę tam, by się przekonać, czy nadal są osiągalne, a potem
ustanowię z nich nagrody.
- Nagrody?
- Doprawdy, Pietro, przypomnij sobie. Wymyśliłeś siedem lichtarzy. Albo
wyczytałeś gdzieś tę historię, obojętne. Jest siedem kandelabrów, więc będziemy mieć
siedmiu pielgrzymów. Wszystko, co mają oni zrobić, sprowadza się do zdobycia
ś
wieczników, dzięki czemu ziszczą się ich najgorętsze pragnienia. Jak ci się to
podoba?
- Bardzo - przyznał Aretino. - To jest to, czego zawsze chciałem - móc wziąć
coś do ręki, wypowiedzieć Ŝyczenie, a ono stałoby się rzeczywistością.
- I nie dlatego, Ŝe zrobiłeś cokolwiek, by sobie na to zasłuŜyć - uściślił Azzie -
a tylko z tego powodu, Ŝe posiadasz magiczny przedmiot. Oto, jak sprawy powinny
się toczyć. Czasami tak właśnie się to odbywa, a przynajmniej ma to wykazać nasza
sztuka. Zamierzam wyjaśnić moim ochotnikom, Ŝe wszystko, co muszą zrobić, to
znaleźć kandelabry - a ich problemy skończą się. Gruntownie.
Aretino uniósł brwi, ale pokiwał potakująco głową i wymruczał:
- No tak, gruntownie. Ale jak oni zdobędą te świeczniki?
- Dam kaŜdemu z pielgrzymów zaklęcie, a ono zaprowadzi ich do lichtarzy.
- Jak dla mnie, brzmi to rozsądnie - zgodził się poeta. - A więc udajemy się do
Limbo. Czy to daleko stąd?
- Bardzo daleko, według jakichkolwiek obiektywnych standardów - wyjaśnił
Azzie. - Jednak uczynimy to w taki sposób, Ŝe droga zajmie niewiele czasu. Jako
autor sztuk powinieneś, Pietro, uznać to za interesujące doświadczenie. Według mojej
wiedzy, Ŝaden Ŝywy człowiek nie był w Limbo - poza Dantem. Jesteś pewny, Ŝe
chcesz odbyć tę podróŜ?
- Jak niczego innego na świecie - stwierdził Aretino.
- A zatem, juŜ nas tu nie ma! - Azzie wykonał znak i obaj zniknęli.
Pierwsze wraŜenie Aretina z Limbo graniczyło z zawodem. Miejsce w całości
utkane było z szarych cieni. Przed nimi znajdowały się prostokątne bryły, które mogły
być belkami, na jakiej stał Azzie. Albo moŜe stali za drzewami. Trudno było w tym
miejscu powiedzieć, co się za czym chowa.
Trójkątne kleksy za nimi, jaśniejsze w kolorze i mniejsze, przypominały góry.
Pomiędzy drzewami a górami rozciągały się pokreskowane na krzyŜ przestrzenie,
wyglądające na nie wiadomo co. Nie wiał najlŜejszy nawet wiatr, a odrobina wody,
która tam występowała, gromadziła się w stojących, martwych kałuŜach.
W tej chwili wzrok Aretina przyciągnęła mała, ciemna plamka na horyzoncie.
Ruszyli w tamtym kierunku, podczas gdy ponad nimi skrzeczały nietoperze, a dołem
przemykały się gryzonie.
ROZDZIAŁ 7
Ponad wejściem do zamku Krak Herrenium znajdował się napis głoszący:
PORZUĆCIE FANTAZJE ROZUMU, KTÓRZY TU WSTĘPUJECIE. Z wnętrza
budowli sączyła się delikatna muzyka. Jej melodia miała Ŝywy rytm, choć było w niej
takŜe coś pogrzebowego. Aretino nie był tym w najmniejszym stopniu przeraŜony -
trudno wymagać od poety, Ŝeby czuł się struchlały ze strachu, wędrując przy boku
swego demona.
Przez niskie łukowato sklepione wejście przeszedł jakiś człowiek, schylając
się, by się w nim zmieścić. Był to olbrzymi i wysoki męŜczyzna, ubrany w fałdzistą
pelerynę na pendencie i kurtce oraz w szpiczaste buty z wysokimi cholewami. Miał
ś
miałą, gładko ogoloną twarz o duŜych, wyrazistych oczach i znamionach wielkiej
przebiegłości.
MęŜczyzna postąpił naprzód i skłonił się nisko.
- Nazywam się Fatus. A kim wy jesteście?
- A więc to jest zamek Fatusa! - zdumiał się Aretino. - Fascynujące!
- Sądząc z twojej, dobrze znanej, reputacji osoby ciekawej nowinek -
powiedział Azzie - wiedziałem, Ŝe ci się spodoba.
- Mój głód nowości bardziej dotyczy ludzi niŜ rzeczy - odparł poeta.
- Dzień dobry, demonie - odezwał się Fatus, mrugając oczami. - Jak widzę,
przyprowadziłeś ze sobą przyjaciela.
- To jest Pietro Aretino - przedstawił towarzysza Azzie. - I jest człowiekiem.
- Wspaniale.
- Przybyliśmy tutaj w sprawie, w której mógłbyś nam pomóc, jak sądzę.
Fatus uśmiechnął się i uczynił znak; znikąd pojawiły się trzy krzesła oraz
stolik, na którym stało wino i misa ze słodyczami.
- MoŜe mielibyście ochotę na przekąskę, podczas gdy będziemy o tym mówić
- zaproponował gospodarz.
Azzie skinął głową i usiadł. Jedli i rozmawiali, a po chwili Fatus wykonał gest
przywołujący coś ku rozrywce. Na ten sygnał z tylnego pokoju weszła trupa kuglarzy.
Ludzie ci pochodzili z klanu, zwanego Ŝonglerami jurysdycznymi, wyrzucili w powie
trze wstęgę szkód prawniczych oraz represaliów, po czym przerzucali je sobie z ręki
do ręki, w górę i w dół, przed i za siebie - a Azzie wielce się zdumiewał ich
zręcznością. Po pewnym czasie Fatus uśmiechnął się i powiedział:
- Wystarczy juŜ tych iluzji. Czym mogę wam słuŜyć?
- Słyszałem - zaczął demon - Ŝe przechowujesz w swoim zamku wiele
zabytkowych i ciekawych rzeczy.
- Istotnie - potwierdził Fatus. - Wszystkie one trafiają i w końcu do mnie,
cokolwiek by to było, a ja znajduję dla nich miejsce. PrzewaŜnie są to zwykłe śmieci,
ale czasem zdarza się realny przedmiot. Niekiedy owe skarby są prawdziwie prorocze,
a czasami nie mają w sobie nawet cienia prawdy. Nie dbam o to, nie czynię róŜnicy
pomiędzy realnym a nierealnym, urzeczywistnionym a nieurzeczywistnionym,
istniejącym i wirtualnym. JakiegoŜ to skarbu poszukujecie?
- Siedmiu złotych kandelabrów - odparł Azzie - ofiarowanych praojcu
Adamowi przez Szatana.
- Wiem, o czym mówisz. Mam kilka ich obrazów, które mógłbyś obejrzeć.
- Potrzebne mi są wyłącznie materialne przedmioty - rzekł Azzie.
- A co zamierzasz z nimi uczynić, kiedy juŜ je dostaniesz?
- Mój drogi Fatusie, zaczynam wielkie przedsięwzięcie a te lichtarze są jego
częścią. Być moŜe jednak potrzebujesz ich dla jakiegoś własnego celu?
- Wcale nie - stwierdził Fatus. - Będę zachwycony, mogąc ci je wypoŜyczyć.
- To, co mam na myśli - wyjaśnił demon - to oddanie ich ludziom, którzy za
ich pomocą będą mogli zaspokoić swoje najskrytsze pragnienia.
- Idea godna pochwały - wyraził swoje uznanie Fatus. - Doprawdy, coś takiego
powinno częściej występować na świecie. A jak zamierzasz je stąd zabrać?
- Dzięki zaklęciom - odparł Azzie.
- Czary! Wspaniały pomysł - zachwycił się Fatus. - Zaklęcia mogą właściwie
wykonać kaŜdą robotę.
- Tak - potwierdził demon. - To jest w nich właśnie cudowne. A teraz, jeśli
pozwolisz, Fatusie, Aretino i ja zbierzemy po prostu te lichtarze, wrócimy na Ziemię i
rzucimy zaklęcia.
ROZDZIAŁ 8
Azzie ukrył świeczniki w jaskini w pobliŜu Renu, a potem poleciał do
Wenecji, gdzie udał się na spoczynek do domu Aretina. Następna część jego intrygi,
wspomagana przez zaklęcia, mogła się doskonale obejść bez czyjejkolwiek pomocy.
Nie zwlekając, Azzie odleciał natychmiast, korzystając ze swojej okresowej
przepustki po tajemnych drogach Piekła, dającej mu bezpośrednie połączenie przez
firmament ze Styksem. Tajemna trasa wyrzuciła go w wielkiej hali Dworca
Centralnego, gdzie wszystkie piekielne cele podróŜy wyświetlone są na szatańskiej
tablicy informacyjnej, której płomieniste litery pokazują najbliŜsze godziny odjazdu
pociągów. Długie składy, niektóre napędzane parą, ciągnęły się daleko, jak okiem
sięgnąć. Na początku kaŜdego z nich stał popatrujący niecierpliwie na zegarek
konduktor, wyjadający drugie śniadanie z brązowej, papierowej torby.
- Czym mogę słuŜyć, sir?
Do Azziego zbliŜył się profesjonalny przewodnik z rodzaju tych, którzy
zawsze się kręcą po wielkich terminalach. Był to goblin w naciągniętej głęboko na
czoło czapce. Schował do kieszeni podaną przez Azziego monetę i poprowadził go
prosto do pociągu. Demon miał jeszcze tyle czasu, by znaleźć wagon restauracyjny i
wypić espresso, zanim skład wytoczył się z Piekielnej Stacji i sapiąc, ruszył prosto
przez jałowe Złe Kraje do rzecznej krainy, gdzie mieściło się Zaopatrzenie. Po jakiejś
godzinie, czy coś koło tego, przybyli na miejsce.
Nie było tu wiele do oglądania. Zaopatrzenie było apatycznym i monotonnym
miasteczkiem, z rozrzuconymi tu i ówdzie tanimi, za to głośnymi tancbudami oraz
barami szybkiej obsługi. TuŜ za nimi leŜało właściwe Zaopatrzenie - wielki kompleks
budynków połoŜonych na brzegach Styksu, dostarczający mieszkańcom Piekła
wszystkiego, czego potrzebowali do prowadzenia swych łotrowskich działań.
Zaopatrzenie składało się z szeregu ogromnych magazynów, wybudowanych
według zawsze popularnego wzoru na wpół cylindrycznych, blaszanych baraków.
Teren, na którym stały składy, spływał bagniście w dół, w stronę niskich, błotnistych
brzegów Styksu. Wszystkie piekielne ścieki oraz odpady zrzucano bezpośrednio do
rzeki, bez Ŝadnej utylizacyjnej obróbki. Nie zanieczyszczało to bardziej Styksu, gdyŜ
jego wody były skaŜone w maksymalnym stopniu juŜ w chwili ich powstania.
Odpadki i brudy, płynące bezustannie z innych źródeł, dawały paradoksalny efekt,
polegający na oczyszczaniu się rzeki Piekła.
Azzie znalazł odpowiedni magazyn, gdzie przechowywano zaklęcia, i zwrócił
się bezpośrednio do urzędnika, długonosego goblina, który podniósł na niego wzrok
sponad ksiąŜki z dowcipami.
- Co za zaklęcia? Co będziesz z nimi robił?
- Potrzebne mi są zaklęcia doprowadzające ludzi do siedmiu świeczników.
- Brzmi to wystarczająco jasno - stwierdził urzędnik. - W jaki sposób, według
ciebie, mają one działać? Najprostsze zaklęcie wskazuje zwykle kierunek, czyli
podaje adres. PrzewaŜ nie jest to skrawek pergaminu lub gliniana skorupa albo
strzępek skóry, na którym znajdują się jakieś słowa; na przykład takie: “Idź prosto do
skrzyŜowania, skręć w prawo i idź dalej, aŜ spotkasz wielką sowę”. Jest to typowa
instrukcja z zaklęcia.
Azzie potrząsnął głową.
- Potrzebne mi są takie, które doprowadzą moich ludzi do kandelabrów
ukrytych gdzieś w realnym świecie.
- Mam nadzieję, Ŝe chciałeś powiedzieć: w pozornie realnym świecie -
sprostował urzędnik. - W porządku, potrzebujesz zatem czaru, który nie tylko powie
obdarowanemu, dokąd ma iść, ale da mu takŜe moc dostania się tam.
- Dokładnie tak - potwierdził Azzie.
- A w jakim stopniu twoi ludzie znają się na zaklęciach?
- Minimalnie, jak sądzę - przyznał demon.
- Tego się właśnie obawiałem. Czy oczekujesz od czaru, Ŝe będzie takŜe
ochraniał jego właściciela podczas drogi ku lichtarzom?
- To by więcej kosztowało, co?
- Oczywiście.
- No to nie, bez ochrony. Muszą podjąć jakieś ryzyko.
- A więc tak - chodzi o zaklęcie z wbudowaną siłą, która będzie wskazywać
jego nosicielowi przez stukanie, błyskanie, śpiewanie czy co tam jeszcze, Ŝe znajduje
się na właściwej drodze, a potem, jak sądzę, zasygnalizuje, kiedy osiągnie on cel -
miejsce, gdzie znajdują się świeczniki.
- No cóŜ, to powinno być coś więcej niŜ sygnał - rzekł Azzie. - Chcę, Ŝeby nie
było najmniejszych wątpliwości, kiedy juŜ znajdą te kandelabry.
- W takim razie zrobiłbyś lepiej, posługując się operacją połówkowych zaklęć.
- Nie wydaje mi się, Ŝebym słyszał o czymś podobnym - przyznał się Azzie.
- To sposób chaldejski. Zaklęcie takie składa się z dwóch części. Czarownik -
w tym wypadku ty - kładzie jedną połówkę w miejscu, do którego obdarowany chce
się dostać. Potem delikwent, czyli nosiciel połówki zaklęcia, uczestniczy, powiedzmy,
w bitwie. Niebezpieczeństwo narasta. Obraca on więc połowę zaklęcia, a ono duchem
przenosi go tam, gdzie znajduje się druga połówka. Jest to najlepszy sposób, jeśli
szybko chcesz przemieścić człowieka lub rzecz.
- To mi się podoba - stwierdził Azzie. - Mogę połoŜyć siedem połówek zaklęć
w pobliŜu siedmiu świeczników, a pozostałe ich części wręczyć moim ludziom, i
kiedy je uruchomią, zaklęcia dostarczą ich na miejsce.
- Właśnie. A teraz, czy potrzebujesz takŜe kompletu zaczarowanych koni?
- Magicznych wierzchowców? A na cóŜ mi są potrzebne na Ziemi
zaczarowane konie? Czy są niezbędne?
- Niezupełnie, ale jeŜeli planujesz rozegrać to wszystko na oczach
publiczności, magiczne rumaki dostarczą porywającego przedstawienia. Dodają takŜe
kolejny poziom komplikacji.
- Niezbyt powaŜnych, mam nadzieję? - zapytał Azzie. - Nie wiem, do jakiego
stopnia sprytni okaŜą się moi zawodnicy. Zakładając, Ŝe są na poziomie większości
ludzi...
- Punkt dla ciebie - rzekł urzędnik. - Trudności związane z magicznymi końmi
powinny okazać się dosyć łatwe, by przez nie przebrnąć. Poza tym, dodają klasy.
- DołóŜ mi siedem zaczarowanych wierzchowców - zdecydował Azzie.
- Zgoda - powiedział urzędnik, bazgrząc po formularzu zapotrzebowania. - A
czy chcesz, Ŝeby konie miały jakieś nad zwyczajne cechy?
- Na przykład jakie?
- No wiesz, jakieś ekstraumiejętności, szlachetność, urodziwość, zdolność do
latania lub mówienia, moŜliwość metamorfozy w jakieś inne zwierzę...
- Oznacza to chyba bardzo drogie dodatki.
- MoŜesz dostać wszystko, co tylko chcesz - potwierdził goblin - ale musisz za
to zapłacić.
- Uczyń je zatem magicznymi końmi, ale bez Ŝadnych nadzwyczajnych cech -
zdecydował Azzie. - To powinno wystarczyć.
- Dobra. Czy są jakieś inne przeszkody, które chciałbyś umieścić pomiędzy
odbiorem połówki zaklęcia a przybyciem do świeczników?
- Nie. Jeśli zrobią tę odrobinę, jaką mają do wykonania, będzie dobrze -
powiedział Azzie.
- W porządku. Jaki ma być kaliber zaklęcia?
- Kaliber? A od kiedyŜ to zaklęcia są kalibrowane?
- Nowe przepisy; wszystkie zaklęcia muszą być zamawiane podług kalibru.
- Nie mam pojęcia, jaki kaliber jest mi potrzebny.
- Wykombinuj coś.
Azzie wręczył urzędasowi łapówkę i powiedział:
- KaŜde zaklęcie powinno być zdolne do przeniesienia istoty ludzkiej z
połoŜenia w jednej rzeczywistości omawianego biegu wypadków do połoŜenia w
innej. Potem musi go zabrać do kolejnego celu.
- A zatem potrzebujesz raczej podwójnego zaklęcia, a nie połówkowego -
odparł goblin. - Tego, co powiedziałeś, nie moŜna oczekiwać od zwykłego czaru.
Zmiana rzeczywistości biegu wypadków wymaga mnóstwa energii. Zastanówmy się.
Ile waŜą ci ludzie?
- Nie wiem - powiedział Azzie. - Jeszcze ich nie widziałem. Powiedzmy,
maksymalnie trzysta funtów kaŜdy.
- Kaliber ulega podwojeniu, jeŜeli zaklęcie musi przenieść więcej niŜ dwieście
pięćdziesiąt funtów.
- ZałóŜmy więc dwieście pięćdziesiąt. Upewnię się, by Ŝaden nie waŜył
więcej.
- Zgoda - rzekł urzędnik. Złapał jakiś świstek i zrobił zestawienie. -
Zobaczmy, czy wszystko zapamiętałem. Chcesz siedem podwójnych zaklęć, z których
kaŜde przeniesie dwustupięćdziesięciofuntowej wagi człowieka - wliczając w to
wszystko, co ów będzie miał ze sobą - do dwóch róŜnych miejsc, leŜących w dwóch
róŜnych rzeczywistościach biegu wypadków. Powiedziałbym, Ŝe to będzie zaklęcie
kalibru czterdzieści pięć. Jakiej marki ma ono być?
- A są róŜne? - zapytał Azzie naiwnie.
- Wierz mi na słowo - rzekł goblin. – “Moronia Mark II” to dobra marka. Tak
samo “Idiota Magnifica 24”. Dla mnie to bez róŜnicy.
- Daj mi którekolwiek.
- Hej, co z tobą? Sam musisz zdecydować. Czy mam wszystko robić za
ciebie?
- Zamów zaklęcia “Idioty”.
- Wyszły. Spodziewam się dostawy w przyszłym tygodniu.
- Wezmę zatem “Moronie” .
- W porządku. Wypełnij tu i tu. Podpisz tutaj. Inicjał tu. Oto twoje zaklęcia.
Urzędnik wręczył Azziemu niewielką, białą paczuszkę. Demon otworzył ją i
obejrzał zawartość.
- Wyglądają jak małe, srebrne klucze - stwierdził.
- To dlatego, Ŝe są to “Moronie”. “Idiota Magnifica” wyglądają inaczej.
- Będą działać tak samo dobrze?
- Nawet lepiej.
- Dzięki! - zawołał Azzie i juŜ go nie było.
Ponownie odbył nuŜącą drogę powrotną na Ziemię, z przesiadką na Dworcu
Centralnym. Ale był radośnie podniecony. Miał wszystko, czego potrzebował.
Legendę. Intrygę. Lichtarze. Zaklęcia. Teraz pozostało juŜ tylko znaleźć ludzi, którzy
odegrają tę opowieść, ale to powinno być raczej zabawne.
CZĘŚĆ PIĄTA
ROZDZIAŁ l
W przepiękny czerwcowy poranek na niewybrukowanej wiejskiej drodze na
południe od ParyŜa, otoczony pobrzękiwaniem uprzęŜy i stukotem podków, wyłonił
się na zakręcie, spoza kępki majestatycznych kasztanów, czterokonny pojazd. Przez
hałas wywołany końskimi kopytami oraz skrzypieniem kołyszącej się karocy, nie było
słychać nic więcej oprócz brzęczenia cykad i głośnych okrzyków woźnicy: “Wiśta,
wio!”
Kareta była duŜa, pomalowana na Ŝółto i czerwono, a na wierzchu, za
woźnicą, znajdowali się dwaj lokaje. Pięćdziesiąt stóp za pojazdem poruszał się
podobny powóz, a za nim kilku jeźdźców jadących eleganckim cwałem. Na końcu
truchtał tuzin mułów.
W wiodącym powozie siedziało sześć osób. Dwoje dzieci - przystojny
chłopiec dziewięcio- lub dziesięcioletni oraz jego siostra, czternastoletni podlotek o
kędzierzawych, rudych lokach i zuchwałym wyrazie na ładnej buzi. Pozostali
pasaŜerowie byli dorośli. Stłoczeni w niewygodzie, robili dobrą minę do złej gry.
W pewnej chwili karoca zaczęła się niebezpiecznie przechylać. Gdyby któryś
z jadących z tyłu jeźdźców przygalopował do niej, to zobaczyłby, Ŝe prawe przednie
koło zakreśla jakiś pijany ruch w kształcie pętli. Woźnica zauwaŜył zmianę i
wstrzymał konie właśnie w momencie, gdy koło odpadło, a pojazd oparł się na jego
osi. Pierwszy jeździec, korpulentny męŜczyzna z czerwoną twarzą, podjechał pod
okno powozu.
- Halo! Czy nic się nikomu nie stało?
- Mamy się świetnie, proszę pana - odpowiedział chłopiec. Jeździec pochylił
się i zajrzał do środka. Skłonił się dorosłym pasaŜerom, ale jego wzrok spoczął na
Puss.
- Nazywam się sir Oliver Denning z Tawkesbury - przedstawił się jej.
- Ja jestem miss Carlyle - odparła Puss. - A to mój brat, Quentin. Czy pan
takŜe naleŜy do pielgrzymki?
- Tak - rzekł męŜczyzna. - JeŜeli wszyscy wysiądziecie z powozu, kaŜę
mojemu słudze, Wattowi, zobaczyć, co się da zrobić z tym kołem.
Wskazał ruchem głowy na Warta, małego, ciemnego Walijczyka.
- Będziemy panu bardzo zobowiązani - powiedziała Puss.
- To zupełny drobiazg - stwierdził sir Oliver. - Moglibyśmy nawet urządzić
mały piknik, podczas gdy Wart będzie przymocowywał koło.
Jego spojrzenie zaledwie omiotło pozostałych pasaŜerów powozu.
Sir Oliver zwrócił uwagę na Puss juŜ przed wypadkiem; prawdopodobnie, gdy
rozwiązywała chustkę. Obojętne zniesienie widoku jej wspaniałej głowy z rudymi
lokami i ujmujących rysów twarzy okazało się czymś ponad jego siły. MęŜczyźni,
nawet wypróbowani wojownicy, szaleli na punkcie Puss.
Niedaleko od powozu znaleźli na małej polanie słoneczne, porośnięte trawą
miejsce i sir Oliver rozłoŜył obozowy koc, przyjemnie zalatujący zapachem konia.
Widocznie był doświadczonym Ŝołnierzem, gdyŜ w skórzanej torbie przy siodle miał
zapakowane prowianty i nawet pewne naczynia stołowe.
- To jest naprawdę bardzo smaczne - odezwał się sir Oliver, kiedy się
usadowili; trzymał w ręku pięknie przypieczoną kurzą nóŜkę. - JakŜe często jadłem
tak podczas niedawnych wojen we Włoszech, gdzie miałem zaszczyt słuŜyć pod
słynnym sir Johnem Hawkwoodem!
- Czy widział pan wiele bitew? - zapytał Quentin, bardziej z grzeczności niŜ z
jakiegokolwiek innego powodu; sądził bowiem, iŜ sir Oliver spędzał większość czasu
obok wozu kwatermistrza.
- Bitwy? O tak, sporą liczbę - odparł rycerz, po czym mówił o potyczce w
pobliŜu Pizy tak, jak gdyby cały świat powinien był o niej słyszeć.
Wspomniał potem od niechcenia o innych zbrojnych starciach we włoskich
miastach lub w ich pobliŜu, co nazywał zaciętymi walkami. Quentin miał powody, by
w to wątpić, gdyŜ pamiętał jak jego ojciec mówił mu, iŜ większość działań
militarnych w Italii sprowadzała się do wojowniczych publicznych wypowiedzi oraz
pozafrontowych prywatnych negocjacji, po których miasto poddawało się lub
odstępowano od jego oblęŜenia - w zaleŜności od tego, co zostało ustalone. Słysząc
to, przypomniał sobie takŜe, Ŝe było prawdą, iŜ brali w tym udział Francuzi, którzy
częściej zajmowali się handlem pomiędzy Włochami a Wolnymi Kompaniami. Sir
Oliver ani słowem nie wspomniał o Francuzach, tylko o Colonnasach, Borgiach i
Medyceuszach oraz o innych obcokrajowcach, noszących podobnie brzmiące
nazwiska. Rycerz miał w zanadrzu mnóstwo porywających opowieści o
wczesnoporannych potyczkach, w których małe grupki wojowników ścierały się na
lance i miecze z podobnymi oddziałkami przeciwnika. Mówił o nocnym czuwaniu na
południu Italii, gdzie nadal trzymali się Saraceni, oraz o nagłych, desperackich
atakach na małe, obwarowane miasta, gdzie śmierć mogła spłynąć na ciebie z góry
pod postacią wrzącego oleju lub stopionego ołowiu.
Sir Oliver był niskim, krępym męŜczyzną, zbudowanym na podobieństwo
drewnianego kloca. W średnim wieku i łysiejący, miał zwyczaj potrząsać stanowczo
głową dla podkreślenia wypowiadanych kwestii; a kiedy to czynił, chwiała się jego
kozia bródka. Stanowczymi chrząknięciami stawiał często znaki przestankowe w
swojej niezwykle strasznej wymowie. Puss, która była zawsze skora do figli, zaczęła
go naśladować i Quentin z najwyŜszym trudem powstrzymywał się od śmiechu.
Po dłuŜszym czasie nadszedł Watt oznajmiając, Ŝe koło zostało naprawione.
Sir Oliver powiedział, Ŝe było mu bardzo miło, a powszechne podziękowania przyjął
z męską skromnością. Stwierdził, Ŝe skoro są uczestnikami pielgrzymki do Wenecji,
spodziewał się widzieć wielką współpracę ogółu jej członków, przyjmując
najwyraźniej za zupełnie zrozumiałe, iŜ towarzystwo tak zręcznego i wyróŜniającego
się wojownika, jak on, powinno być miłe kaŜdemu. Puss na to oświadczyła
najbardziej powaŜnym tonem, Ŝe wszyscy chętnie widzą jego osobę - i to nie dlatego
bynajmniej, iŜ jego usługi mogą się w przyszłości okazać znowu przydatne, jeśli
odpadnie inne koło. Sir Oliver nie dostrzegł w tym nic śmiesznego, ale przyjął to jako
naleŜną mu sprawiedliwość; nie był nawet zdziwiony faktem, Ŝe jednocześnie Puss,
Quentin i kilka pozostałych dam dostało niespodziewanego ataku kaszlu.
Później, tego samego dnia, pielgrzymka spotkała w końcu zakonnicę, która
miała wędrować wraz z nimi od samego początku podróŜy, ale nie zjawiła się na
miejscu zbiórki całej grupy. Nadjechała na wierzchowcu wraz z podąŜającym za nią
słuŜącym, wiozącym jej sokoła. Powóz zatrzymał się, nastąpiło kilka pośpiesznych
rozmów, po czym zrobiono jej miejsce wewnątrz pojazdu.
Matka Joanna była przełoŜoną w zakonie urszulanek mieszczącym się opodal
Gravelines w Anglii. Jej rodzina nosiła nazwisko Mortimer i przeorysza była pewna,
iŜ wszyscy doskonale wiedzą, Ŝe jest blisko spokrewniona ze znanymi Mortimerami
ze Shropshire. Miała wielką, szeroką, zbrązowiałą od słońca twarz, a swego sokoła
taszczyła ze sobą wszędzie, dokądkolwiek się ruszała; podczas postojów nie
zmarnowała teŜ ani jednej szansy, by wziąć ptaka, poluźnić jego pęta i wysłać go na
poszukiwanie jakiejś odpowiedniej zdobyczy w pobliŜu. A kiedy przynosił
zakrwawioną mysz czy pogruchotaną nornicę, składała modlitewnie dłonie, mówiąc:
- Dobry wynik, pani Sfiwtly.
Tak brzmiało imię sokoła. Quentin nie mógł znieść sposobu, w jaki mówiła do
ptaka, szczebiocząc piszczącym głosem, i cały czas myślał, Ŝe wybuchnie chichotem.
W końcu kilku członków - towarzystwa nakłoniło ją, by pozostawiła sokoła na dachu
karety pod opieką słuŜącego. Matka Joanna dąsała się, dopóki nie ujrzała jelenia,
który wyszedł z ukrycia na krawędzi lasu. Próbowała przekonać pozostałych
pielgrzymów, by się zatrzymać i zaimprowizować polowanie, ale z wyjątkiem
czyjegoś mopsa, którego trudno byłoby skłonić do zapolowania na szczura, nie mieli
psów.
Towarzystwo dowiedziało się równieŜ, Ŝe matka Joanna nie tylko nosiła
nazwisko Mortimer, ale była takŜe starszą siostrą Konstancji, która poślubiła markiza
St. Beaux, wspaniałą partię. Ona sama, nie pragnąc małŜeństwa (lub nie znajdując
nikogo, kto by ją chciał, pomimo jej majątku oraz nazwiska, jak to później wyszeptała
Puss do ucha Quentina), wymogła na swym ojcu, by osadził ją jako przełoŜoną
Ŝ
eńskiego zakonu. Oświadczyła mu, Ŝe byłaby zadowolona z klasztoru w Gravelines,
z powodu moŜliwości polowań w tej okolicy, jakich nastręczały, nie mające sobie
równych, tereny myśliwskie oraz pobliski las, takŜe będący do jej dyspozycji. W
dodatku zakonnice, powiedziała, pochodziły z dobrych domów, w związku z czym
nigdy nie brakowało miłych rozmów podczas obiadu.
I tak minął ten długi dzień.
ROZDZIAŁ 2
Sir Ołiver wychylił się do tyłu w siodle i rozejrzał. Nadal znajdowali się na
otwartej przestrzeni. Przyjemnie dla oka zaokrąglone małe wzgórza po lewej strome
ciągnęły się na wiele mil. Z prawej błyszczał bystry strumień. Przed sobą widział
oddalone kępy wielkich drzew, oznaczających początek lasu.
Było jednak tam coś jeszcze; jakaś czerwona kropka sunąca w dół ze wzgórz,
kierująca się tak, by przeciąć drogę jakieś pół mili przed pielgrzymką. Matka Joanna
podjechała do sir Olivera na swym dobrze ułoŜonym gniadoszu.
- O co chodzi? - zapytała. - Dlaczego się zatrzymaliśmy?
- Chciałem się przyjrzeć okolicy - wyjaśnił zagadnięty - zanim w nią
wjedziemy.
- A co masz nadzieję ujrzeć na ziemi, panie? - dociekała Joanna.
- Szukam jakichś śladów istnienia bandytów, od których roi się podobno w tej
części kraju - wyjaśnił Oliver.
- Mamy wszak ochronę - stwierdziła przeorysza. - Tych czterech kuszników,
których utrzymujemy ze swoich zapasów.
- Niezupełnie im ufam - rzekł rycerz. - Faceci, tacy jak oni, zdolni są uciec
przy najmniejszej zapowiedzi kłopotów. Chcę się właśnie przekonać, czy problemy
nie ujawniły się wcześniej same.
- To śmieszne - stwierdziła Joanna. - Tysiące bandytów mogłoby się ukrywać
zaledwie o kilka stóp od nas w zieloności drzew, i nigdy byśmy ich nie zobaczyli,
gdyby nam na to nie pozwolili.
- Mimo wszystko rozejrzę się - upierał się Oliver. - Ktoś zbliŜa się do nas.
Joanna popatrzyła na drogę. Minęła dobra chwila, zanim, pochylając się z
powodu krótkowzroczności, zidentyfikowała czerwoną kropkę jako męŜczyznę.
- Skąd wziął się ten człowiek? - powiedziała częściowo do siebie.
- Nie wiem - odparł Oliver. - Zmierza ku nam, więc pewnie się tego dowiemy.
Siedzieli w milczeniu w siodłach, podczas gdy jeździec się zbliŜał. Orszak
pielgrzymów rozciągał się za nimi na drodze - dwa powozy, cztery zapasowe konie i
dwanaście mułów niosących w sumie trzydzieści osób tworzących całą grupę.
Niektórzy spośród nich dołączyli w ParyŜu, gdzie zrobili tylko krótki postój dla
uzupełnienia zapasów. TakŜe w ParyŜu wzięli ze sobą czterech kuszników,
weteranów włoskich kampanii, dowodzonych przez sierŜanta imieniem Patrice, który
zadeklarował, Ŝe on i jego ludzie gotowi są wynająć się do ochrony pielgrzymów
podczas niebezpiecznej podróŜy po nawiedzanych przez rozbójników terenach
południowej Francji.
Pielgrzymi nie stanowili całkowicie zgodnej grupy. W ParyŜu sprzeczali się
cały wieczór o marszrutę, jaką powinni udać się do Wenecji. Niektórzy pragnęli
zupełnie uniknąć jazdy przez góry i obrać łatwą drogę przez środek Francji, ale tutaj
sprawiali kłopoty Anglicy. Nawet jeśli byłeś Anglikiem, tej trasy naleŜało unikać.
Większość pielgrzymów skłaniała się do drogi wiodącej bardziej na wschód,
przez Burgundię, a potem wzdłuŜ zachodniego brzegu Renu, aŜ po ciemne lasy
Langwedocji i przejście przez nie do Roussillon. Ten punkt widzenia przewaŜył. Jak
do tej pory, nie spotkały ich Ŝadne przykre incydenty, ale cały czas byli czujni, gdyŜ w
tym przeklętym kraju wszystko mogło się zdarzyć.
Jeździec jechał ku nim zgrabnym kłusem. Miał na sobie szkarłatny kubrak, a z
ramion spływał mu ciemnoczerwony płaszcz sukienny, okraszony gdzieniegdzie
pasmami purpury. Na nogach miał wysokie buty z miękkiej, brązowej skóry, a na
głowie zielony, filcowy kapelusz, na którym powiewało pojedyncze orle pióro.
Podjechał do stojących i wstrzymał konia.
- Dobry wieczór - zawołał Azzie, przedstawiając się jako Antonio Grespi,
Wenecjanin. - Jestem kupcem weneckim i podróŜuję po Europie, sprzedając
znakomite weneckie złotogłowie, przede wszystkim handlarzom z północy
kontynentu. Pozwólcie, Ŝe pokaŜę wam kilka próbek.
Azzie przygotował się do tego występu, nabywszy próbki materiałów od
prawdziwego kupca weneckiego, którego odesłał do domu gołego, ale szczęśliwego z
powodu otrzymania woreczka czerwonego złota.
Sir Oliver dociekał, skąd to przybywa sir Antonio, pojawiwszy się na ich
drodze - zdawałoby się - znikąd? Azzie odparł, Ŝe jechał na skróty, dzięki czemu
zaoszczędził wiele mil ze swej wędrówki.
- PodróŜuję cały czas pomiędzy Wenecją a ParyŜem, i byłoby to rzeczywiście
dziwne, gdybym nie znał skrótów i najbezpieczniejszych dróg - Azzie uśmiechnął się
najgrzeczniej, jak umiał. - Sir, jeŜeli nie byłoby zbytnią śmiałością z mojej strony
prosić o coś, to chciałbym dołączyć do waszej kompanii. W tych stronach samotny
wędrowiec trzyma swoje Ŝycie we własnych rękach. Mogę się przydać, ofiarowując
swój miecz, gdy zajdzie taka potrzeba, oraz słuŜąc jako przewodnik w trudniejszych
miejscach podróŜy. Mam własne zapasy i nie będę sprawiał Ŝadnych kłopotów.
- Co pani na to, matko Joanno? - zapytał Oliver, spoglądając na przeoryszę,
która zmierzyła Azziego od stóp do głów; było to ostre, krytyczne spojrzenie.
Azzie, który przez wielu bywał oglądany, odchylił się spokojnie do tyłu w
siodle, opierając jedną rękę na zadzie wierzchowca. JeŜeli nawet nie przyjmą go jako
członka grupy pielgrzymów, to był pewien, Ŝe wykombinuje coś innego.
Pomysłowość w działaniu na własną rękę była specjalnością Piekła.
- Nie widzę przeszkód - powiedziała w końcu Joanna. Podjechali z powrotem
do wozów i Oliver dokonał prezentacji nowego towarzysza podróŜy. Azzie zajął
miejsce na czele kolumny, które przysługiwało mu z racji tego, iŜ chwalił się
znajomością terenu. Sir Oliver jechał przez chwilę obok niego.
- Co znajduje się przed nami w najbliŜszej okolicy? - zagadnął.
- Głębokie bory przez następnych pięćdziesiąt mil, albo coś koło tego - odparł
Azzie. - Tej nocy będziemy obozować w lesie. W ostatnich latach nie odnotowano
tutaj aktywności bandytów, więc wszystko powinno być w porządku. Pod wieczór
jutrzejszego dnia dotrzemy do obsługującej ten obszar gospody. To pierwszorzędne
miejsce, utrzymywane przez mnichów i szczycące się kuchnią lepszą, niŜ tylko
odpowiednia.
Oliver i Joanna ucieszyli się z tych wiadomości. Z przyjemnością pomyśleli o
dobrym posiłku i ciepłym łóŜku. Poza tym, Antonio okazał się wesołym kompanem.
Młody rudowłosy kupiec znał wiele historii na temat Ŝycia na dworze weneckiego
DoŜy. Niektóre z nich były nieco dziwne, inne zupełnie nieprzyzwoite, ale to czyniło
je tym bardziej zabawnymi. Część opowieści dotyczyła demonów i diabłów, o których
mówiło się, iŜ odwiedzają Wenecję częściej, niŜ inne miejsca.
I tak mijał powoli długi dzień. Słońce pięło się po niebie, nie spiesząc do
zakończenia wyznaczonej rundy. Małe, białe chmurki płynęły po niebie, niczym
lekkie statki, zmierzające do portu zachodzącego słońca. Lekki powiew kołysał
wierzchołkami drzew, Pielgrzymi jechali stępa, poruszając się ostroŜnie wzdłuŜ
zarośniętego leśnego duktu, niezbyt szybko, gdyŜ nie było nic naglącego w tym dniu,
który upływał przy rozmyślaniach nad wiecznością.
Zdawało się, iŜ w sposób zupełnie nadprzyrodzony ciągle otaczał ich las i
tylko las. Nie było nic słychać, z wyjątkiem pobrzękiwania uprzęŜy i głosów
kuszników, intonujących od czasu do czasu jakąś pieśń. Wreszcie słońce osiągnęło
zenit i zaczęło swój powolny, ospały zachód po drugiej stronie nieba.
Karawana posuwała się wciąŜ głębiej i głębiej w wielki bór, gdzie blask dnia
odbijał się w zielonych cieniach liści. PodróŜni w powozach poczęli skłaniać się ku
drzemce, a konni kiwali się nad wodzami. Przed najbardziej wysuniętymi do przodu
wierzchowcami przebiegła łania i wolno zniknęła jak rozmywająca się plama w
odcieniach brązu oraz bieli, po drugiej stronie traktu. Matka Joanna dała koniowi
ostrogę, ale nie miała dosyć energii na pościg. Cała natura, tak jak i podróŜujący
wśród niej, zdawali się zauroczeni leśnym czarem.
Sprawy szły tym torem aŜ do chwili, kiedy znienacka spadł na nich wieczór.
Wówczas, znalazłszy płaską, trawiastą, małą polankę, Azzie oświadczył, Ŝe byłoby
dobrym pomysłem zatrzymać się tutaj na noc, gdyŜ teren przed nimi jest bardziej
nierówny i trudny. Pielgrzymi z radością podąŜyli za jego sugestią. SłuŜący wyprzęgli
konie i napoili je w pobliskim strumieniu. PodróŜni wysiedli z powozów, a jeźdźcy
zeskoczyli z koni i uwiązali swe wierzchowce. Dorośli znaleźli bądź przygotowali
miejsca do spania, podczas gdy dzieci, pod wodzą Puss, zaczęły się bawić w
kucanego berka.
Azzie i sir Oliver powędrowali na skraj drzew, gdzie zwalony dąb utworzył
naturalną osłonę dla ognia. Zebrali trochę chrustu oraz gałęzi, a potem Oliver schylił
się, dobywając hubki i krzesiwa. Nigdy nie był szczególnie sprawny w rozniecaniu
ognisk, ale nie chciał prosić sir Antonia, a nie wydawało się, by ktokolwiek inny miał
to zrobić. Iskry upadły na suchą hubkę, lecz niemal natychmiast zgasły. Złośliwy
podmuch wiatru wiał tuŜ ponad poszyciem lasu, na przekór zwykłym prawom
przyrody. Oliver ponawiał swe próby, ale uparty wietrzyk niweczył jego wysiłki. W
końcu miał juŜ nawet kłopoty z samym krzesaniem iskier. Im bardziej się starał, tym
mizerniejsze były jego efekty. Snujący się przy ziemi powiew wiatru zachowywał się,
jakby był kierowany własnym rozumem - kiedy Oliverowi udało się wreszcie
rozdmuchać mały ogienek, nagły podmuch z innego kierunku zgasił go. Wstał
przeklinając i rozprostował bolące kolana.
- MoŜe pozwolisz, abym ja spróbował? - zapytał Azzie.
- Z wielką chęcią - powiedział Oliver, wyciągając ku niemu krzesiwo.
Azzie odmówił jego przyjęcia, potarł palec wskazujący prawej ręki o dłoń
lewej, a potem skierował go na hubkę. Z palca spłynęła na nią niewielka strzała
niebieskiego światła, pozostała tam przez moment, a potem zniknęła. Kiedy
przepadła, przed nimi płonął wesoły, mały ogienek. śaden powiew go nie zgasił,
jakby wiatr poznał swego pana. Sir Oliver usiłował przemówić, ale nie wydobył z
siebie ani słowa.
- Nie chciałem cię przestraszyć - rzekł Azzie uprzejmie. - To tylko mała
sztuczka, której nauczyłem się na Wschodzie.
Spojrzał na sir Olivera, a tamten zauwaŜył słabe, czerwone ogniki tańczące w
jego źrenicach. Azzie odwrócił się i powędrował w stronę powozów.
ROZDZIAŁ 3
Azzie znalazł matkę Joannę, kiedy stawiała swój mały namiot, jaki zabierała
ze sobą na pielgrzymki. Był on uszyty z ufarbowanej na zielono bawełny, co w miły
sposób współgrało z kolorami lasu. Miał, nadające mu kształt, bambusowe pręty oraz
rozmaitość sznurków, słuŜących przymocowaniu go do podłoŜa. W tej właśnie chwili
ksieni zmagała się z nimi, gdyŜ podczas podróŜy splątały się w jeden kłąb,
przedstawiający teraz sobą gmatwaninę wielkości koziej głowy - i były tak samo
uparte.
- Rozplatać ten supeł to robota dla diabła - oznajmiła.
- Zatem lepiej, Ŝebym ja to zrobił - stwierdził Azzie radośnie.
Przeorysza wręczyła mu splątane sznurki. Azzie uniósł palec wskazujący
lewej ręki i dmuchnął na niego. Cały palec przybrał jaskrawokanarkową barwę, z
wyjątkiem paznokcia, który wyciągnął się w stalowoszary pazur. Demon postukał nim
w węzeł, nad którym pojawiła się na moment zielona chmurka tańczącego ognia.
Kiedy opadła, Azzie rzucił pęk z powrotem do matki Joanny. Usiłowała go złapać, ale
linki upadły, zanim zdąŜyła po nie sięgnąć. Schyliła się i podniosła sznurki, które
jeszcze chwilę temu były nieodwołalnie splątane w węzeł nieomalŜe gordyjski.
- Jak, na Boga... - zaczęła przeorysza.
- Zwykła fakirska sztuczka, której się nauczyłem na orientalnym bazarze -
powiedział Azzie, szczerząc się do niej.
Matka Joanna popatrzyła na niego i dostrzegła niewielkie czerwone płomyczki
igrające w jego oczach. UlŜyło jej, kiedy Azzie odszedł pogwizdując.
Późnym wieczorem pielgrzymi zgromadzili się dookoła ogniska. Wszyscy,
oprócz Azziego, który zadeklarował chęć odbycia spaceru po lesie przed udaniem się
na spoczynek. Oliver i matka Joanna usiedli nieco na uboczu od pozostałych
podróŜnych; nie było najmniejszych wątpliwości, o czym teŜ zamierzają rozmawiać.
- Co myślisz, matko, o tym nowym towarzyszu wędrówki? - zapytał sir Oliver.
- Doprawdy, zrobił mi w głowie groch z kapustą - rzekła ksieni, posługując się
wyraŜeniem uŜywanym przez jej nianię.
- Tak - zgodził się rycerz. - W tym człowieku jest coś niesamowitego,
nieprawdaŜ?
- Istotnie. Zaledwie przed godziną miałam z nim mały incydent, który dał mi
wiele do myślenia.
- To samo ze mną! - rzekł sir Oliver. - Gdy miałem kłopot z rozpaleniem
ognia, sir Antonio zrobił to bez najmniejszego trudu - palcem wskazującym!
- Palec? I co jeszcze? - zapytała Joanna.
- Nic. Wskazał nim i buchnął ogień. Powiedział, Ŝe to fakirska sztuczka, jakiej
nauczył się na Wschodzie, ale powiedziałbym raczej, Ŝe wyglądało to na czary.
Matka Joanna patrzyła na niego przez chwilę, a potem opowiedziała o swojej
przygodzie z Azziem i splątanym kłębem sznurków.
- To nie jest normalne - zdecydował Oliver.
- Nie. Z całą pewnością nie jest.
- Nie jest to takŜe Ŝadna sztuczka wschodnich fakirów.
- Nie - zgodziła się Joanna. - Poza tym, ma on w oczach małe, czerwone
ogniki. ZauwaŜyłeś je?
- Jak mógłbym to przeoczyć? - rzekł Oliver. - To diabelski znak, czyŜ nie?
- Jak najbardziej - przyznała przeorysza. - Czytałam o tym w Podręczniku
egzorcyzmowania demonów.
Właśnie w tej chwili z lasu wynurzył się pogwizdujący Azzie. Niósł młodego
jelonka, przerzuconego przez ramiona.
- Byłoby mi miło - rzekł Azzie - gdybyście pozwolili, abym dostarczył
zaopatrzenie na dzisiejszą kolację. Być moŜe któryś z waszych pachołków mógłby
oprawić to szlachetne zwierzę i upiec je dla nas, ja zaś wykąpię się tymczasem w
strumieniu. Pościg za jeleniem to dosyć męczące zajęcie!
I odszedł pogwizdując, tak jak przyszedł.
ROZDZIAŁ 4
Pielgrzymi obudzili się przed pierwszym świtem. Kiedy poranne słońce
przesączało się przez liście drzew, spakowali się, zjedli pośpiesznie śniadanie i byli
gotowi do drogi. Cały dzień podróŜowali przez las, wypatrując uwaŜnie
najmniejszych śladów niebezpieczeństwa, ale nie spotkało ich nic przykrego poza
ukąszeniami komarów.
Od wczesnego wieczoru sir Oliver i matka Joanna wypatrywali niespokojnie
poprzez drzewa pierwszego znaku obiecanej przez Azziego gospody. Obawiali się, Ŝe
przybysz okłamał ich. Okazało się jednak, iŜ jego słowa były prawdziwe, gdyŜ nagle
oberŜa ukazała się wyraźnie przed nimi - sporej wielkości piętrowe zabudowanie
wzniesione z kamienia, z zapasem drewna opałowego w stosie ułoŜonym po jednej
stronie oraz zagrodą dla zwierząt i szopą dla czeladzi.
PodróŜni powitani zostali w drzwiach przez brata Françoisa - wielkiego,
krzepkiego, brodatego męŜczyznę; ściskał ich dłonie, kiedy gęsiego wkraczali do
wnętrza. Azzie był tym, który wchodził ostatni i przekraczając próg, wręczył
braciszkowi worek srebrnych monet.
- Zapłata za nasz pobyt.
Roześmiał się i obdarzył Françoisa dosyć szczególnym spojrzeniem, pod
wpływem którego tamten cofnął się jakby uderzony przez jakąś nieprzyjemną myśl.
- Sir - rzekł dominikanin - czy myśmy nie spotkali się juŜ wcześniej?
- Mogłeś mnie widzieć w Wenecji - odparł Azzie.
- Nie, to nie była Wenecja tylko ParyŜ, i miało to coś wspólnego z
przywróceniem do Ŝycia człowieka.
Azzie pamiętał ten incydent, ale nie widział najmniejszego powodu, by w tym
względzie objaśniać mnicha. Skłonił tylko uprzejmie głowę. Po tym wszystkim brat
François wydawał się niespokojny i nieobecny duchem. Udzielał pielgrzymom
wskazówek o ich pokojach oraz posiłku, ale zdawał się prawie nie zwracać uwagi na
to, co mówi. Mrucząc do siebie pod nosem, śledził spojrzeniem Azziego i gdy tylko
był pewien, Ŝe nikt tego nie widzi, czynił wokół siebie znaki krzyŜa. Kiedy Azzie
poprosił o uŜyczenie mu małej sypialni na górze, François szybko się zgodził, ale
wyglądał na jeszcze bardziej oszołomionego niŜ przedtem. Nie przestawał patrzeć na
leŜące w jego dłoni monety i potrząsać głową. W końcu zbliŜył się do sir Olivera i
matki Joanny.
- Czy dobrze znacie tego człowieka, tego Antonia, który jest z wami?
- Prawie wcale - odparł Oliver. - Czy oszukał cię przy zapłacie?
- Nie, nie. Wprost przeciwnie.
- Co przez to rozumiesz?
Zgodziliśmy się na cenę sześciu centymów za pokój, a on połoŜył na mojej
dłoni miedziaki; potem powiedział: “Co, do diabła, mogę wszak być
wspaniałomyślny!” I dotknął monet palcem, a one zamieniły się w srebro.
- Srebro! - zawołała matka Joanna. - Jesteś tego pewny?
- Oczywiście! Sami popatrzcie.
Mnich wyjął srebrne centymy. Wszyscy troje zagapili się na nie, jakby to był
diabeł we własnej osobie.
Jakiś czas potem matka Joanna wraz z Oliverem poszukiwała Françoisa, by
omówić z nim kwestię menu na jutrzejsze śniadanie, ale nigdzie nie mogli go znaleźć.
Wreszcie natknęli się na przybitą do drzwi spiŜami notatkę.
“Jaśnie państwo! - przeczytali. - Proszę mi wybaczyć, ale przypomniałem
sobie o waŜnym spotkaniu, jakie muszę odbyć z przeorem od Świętego Bernarda.
Modlę się, by Bóg miał pieczę nad waszymi duszami”.
- Zdumiewające! - rzekł Oliver. - O co tu chodzi? Usta przeoryszy zacisnęły
się.
- Ten człowiek był oszalały ze strachu; oto, dlaczego uciekł.
- Jeśli jednak uwaŜa, Ŝe Antonio jest demonem, dlaczego nas nie ostrzegł?
- Sądzę, Ŝe bał się powiedzieć choćby słowo - rzekła Joanna - gdyŜ ten demon
wybrał sobie nas jako kompanię do podróŜy.
Zastanowiła się przez chwilę.
- Mógł nas postrzegać tak samo, jak jego - dodała.
ś
ołnierz i zakonnica spoglądali w płomienie, siedząc długą chwilę w
milczeniu, Oliver poszturchiwał węgle na palenisku, nie podobały mu się bowiem
twarze, jakie majaczyły w ogniu. Matka Joanna wzdrygnęła się bez Ŝadnego
widocznego powodu, gdyŜ Ŝaden powiew wiatru jej nie owiał. Po chwili odezwała
się:
- Nie moŜemy pozwolić, by to dalej tak trwało.
- Nie, z całą pewnością - potwierdził sir Oliver.
- Jeśli jest demonem, musimy podjąć jakieś kroki, Ŝeby się obronić.
- Ach! Ale co takiego?
- Pójdziemy do niego i zapytamy go wprost - stwierdziła matka Joanna.
- Zrób więc to. Będę ci bardzo wdzięczny - powiedział Oliver.
- Miałam na myśli, Ŝe ty powinieneś to uczynić. Jesteś wszak Ŝołnierzem. Stań
z nim twarzą w twarz!
- Nie chciałbym mu ubliŜyć - odparł sir Ołiver po rozwaŜeniu sprawy.
- Ten Antonio nie jest człowiekiem.
- Kimkolwiek by był, moŜe mu się nie spodobać, Ŝe o nim coś wiemy - upierał
się Oliver.
- Ktoś musi z nim porozmawiać.
- TeŜ tak sądzę.
- Ale jeŜeli w ogóle nie jesteś męŜczyzną...
- Och, w porządku, pogadam z nim.
- On zdecydowanie jest demonem - rzekła matka Joanna z przekonaniem. - Te
małe czerwone światełka, które tańczą mu w oczach, całkiem mimowolnie go
zdradzają. A widziałeś jego zadek? To więcej niŜ sugestia, Ŝe ma tam ogon!
- Demon! W samym środku nas wszystkich! - zawołał Oliver. - JeŜeli to
prawda, to sądzę, iŜ powinniśmy go zabić. Albo to coś, czym jest.
- Ale jak moglibyśmy zgładzić demona? Sądzę, Ŝe jest to niezwykle trudne
zadanie.
- Doprawdy? Nie mam Ŝadnego doświadczenia w tych sprawach.
- I ja mam niewielkie - przyznała matka Joanna. - Nie naleŜy do obowiązku
mojej odnogi Kościoła angaŜowanie się w wypędzanie diabłów. Zwykle
pozostawiamy te sprawy innym zakonom. Ale słyszy się róŜne historie...
- Które powiedziały ci... - podrzucił rycerz.
- śe zabicie demona jest trudne, jeśli nie wręcz niemoŜliwe - rzekła
przeorysza. - Z dodatkowym zastrzeŜeniem, Ŝe jeŜeli udało ci się go zgładzić, to
prawdopodobnie w ogóle nie był to demon, tylko jakiś bogu ducha winny pechowiec,
który miał czerwone błyski w oczach.
- Wydaje mi się to diabelnie trudnym połoŜeniem - rzekł Oliver. - Co
zrobimy?
- Proponuję ostrzec pozostałych, a potem zebrać do kupy wszystkie relikwie,
jakie mamy ze sobą, i usiłować egzorcyzmować tego nieczystego ducha.
- Nie sądzę, Ŝeby mu się to spodobało - rzekł Oliver z namysłem.
- To nie ma znaczenia. Naszym obowiązkiem jest egzorcyzmować demony.
- Tak, oczywiście - potwierdził rycerz, ale był zaniepokojony tym pomysłem.
Pozostali członkowie grupy nie okazali specjalnego zdziwienia na wiadomość,
Ŝ
e matka Joanna podejrzewa, iŜ wraz z nimi podróŜuje demon z piekła rodem. Były to
rzeczy, których kaŜdy mógł się spodziewać w tych niepewnych czasach. Słyszało się
wszak o płaczących rzeźbionych figurach, gadających obłokach i wielu innych
dziwach. Ogólnie było wiadomo, Ŝe istnieje mnóstwo piekielnych złych duchów,
spędzających większość swego czasu na Ziemi i próbujących kusić ludzi. Było wręcz
dziwne, Ŝe nie widywało się ich duŜo częściej.
ROZDZIAŁ 5
Wszyscy czekali, ale Azzie nadal nie wychodził ze swej sypialni na piętrze
gospody. W końcu uchwalili, by wysłać Puss, Ŝeby zaprosiła go na dół, na rozmowę z
nimi. Puss zapukała do drzwi Azziego bez swojej zwykłej zuchwałości.
Azzie otworzył drzwi. Był wspaniale wystrojony w nowy, długi płaszcz z
czerwonego aksamitu oraz szmaragdowozieloną kamizelkę, włosy zaś miał starannie
wyszczotkowane w lśniący, pomarańczowy busz. Wyglądał tak, jakby oczekiwał
zaproszenia.
- Chcą z tobą pogadać - rzekła Puss, wskazując na wspólną izbę na dole.
- To dobrze. Oczekiwałem tego - rzekł Azzie.
Przygładził po raz ostatni włosy, poprawił płaszcz i zszedł na dół za
dziewczyną. Wszyscy szlachetnie urodzeni spośród pielgrzymów znajdowali się w
izbie biesiadnej. Pospólstwa nie wprowadzono w sprawę, więc znajdowało się ono na
zewnątrz, w stajniach, gryząc swoje skórki z chleba i śledziowe łebki.
Sir Oliver wstał, skłonił się nisko i rzekł:
- Mam nadzieję, Ŝe pan nam wybaczy, sir, ale myśleliśmy, a raczej rzekłbym,
martwiliśmy się. Jeśli mógłbyś, panie, rozproszyć nasze wątpliwości, bylibyśmy ci
wdzięczni.
- Na czym polega problem? - zapytał Azzie.
- No cóŜ, sir - ciągnął Oliver. - Zmierzając do sedna sprawy, czy nie jesteś
czasem demonem?
- Istotnie - przyznał Azzie. - Jestem.
CięŜkie westchnienie przetoczyło się pośród obecnych.
- Nie jest to dokładnie to, co chciałem usłyszeć - powiedział Oliver. - Mam
nadzieje, Ŝe to nieprawda? Powiedz proszę, Ŝe tak nie jest!
- A właśnie, Ŝe jest! - stwierdził Azzie. - Wszak dałem wam wcześniej
dowody; po prostu po to, by skończyć w ten sposób z nudnym przekonywaniem was
słowami. Czy mi się udało?
- Istotnie, sir! - rzeki Oliver, a Joanna skinęła głową.
- To dobrze - powiedział Azzie. - Wiecie zatem, na czym stoimy.
- Dziękujemy, panie. A teraz, czy byłbyś tak uprzejmy i poszedł sobie,
pozwalając nam w spokoju kontynuować naszą świętą pielgrzymkę?
- Nie bądź głupi - odparł Azzie. - Pokonałem mnóstwo kłopotów, Ŝeby
doprowadzić do całej sprawy. Mam do przedstawienia pewną propozycję.
- Och, mój BoŜe! - zawołał Oliver. - Pakt z diabłem!
- Przestań tak mówić - powiedział Azzie. - Po prostu wysłuchajcie mnie. Jeśli
moja oferta was nie zainteresuje, nie będę wam zawracał głowy i rozejdziemy się w
swoje strony.
- Istotnie tak sądzisz?
- Na mój honor Księcia Ciemności. - Azzie nie był tak naprawdę Księciem
Ciemności, ale drobna nieścisłość wobec tych wysoko urodzonych panów i dam nie
robiła Ŝadnej róŜnicy.
- Sądzę, Ŝe nic się nie stanie, jeśli cię wysłuchamy - przyznał Oliver.
ROZDZIAŁ 6
Azzie przemówił głośno, dźwięcznym głosem:
- Panie i panowie, rzeczywiście jestem demonem. Mam jednak nadzieję, Ŝe
nikt nie ma mi tego za złe. Czym w istocie jest demon? Zwyczajną nazwą dla kogoś,
kto słuŜy jednej z dwóch sił, zmagających się o rządy nad wszystkimi istnieniami -
ludzkimi i nadludzkimi. Nawiązuję, oczywiście, do przykładów Dobra i Zła, Światła
oraz Ciemności - jak są one nazywane. Pozwólcie mi najpierw wykazać absolutną
konieczność istnienia tych dwóch stron wszelkiej rzeczy, albowiem bez tego sprawy
stają się niemoŜliwie bezbarwne. WykaŜę takŜe, iŜ obie siły winny trwać w większej
lub mniejszej równowadze; a to dlatego, Ŝe gdyby istniało tylko Dobro, jak to
niektórym wydaje się poŜądane, nikt nie byłby w stanie uczynić Ŝadnego moralnego
wysiłku w kierunku doskonalenia swych kwalifikacji, co jest jedyną esencją ludzkiego
postępu. Nie byłoby róŜnicy pomiędzy rzeczami, ani Ŝadnego sposobu rozróŜnienia
lepszego od gorszego, poŜądanego od nagannego.
Azzie poprosił o trochę wina, przepłukał gardło i mówił dalej.
- Z ustanowienia stosownego współzawodnictwa pomiędzy tymi dwiema
wielkimi jakościami wynika, Ŝe jedna ze stron nie moŜe cały czas brać góry. W
przeciwnym razie nasza rywalizacja nie byłaby współzawodnictwem. Wynik zmagań
musi pozostawać wątpliwy; raz jedna strona ukazuje swą wyŜszość, raz druga, i Ŝaden
końcowy rezultat nie moŜe być zauwaŜony, dopóki cała rzecz nie jest niemal
skończona. W trakcie tych zmagań podąŜamy za prawem tak starym, jak Ŝadne inne -
za prawem dramaturgii, które daje najlepsze wyniki przy wyrównanych siłach. Nie
przewiduje się wcale, by Dobro miało być potęŜniejsze od Zła, poniewaŜ jeśli wynik
nie jest wątpliwy, współzawodnictwo staje się nieciekawe.
JeŜeli moŜemy zgodzić się z tym, przejdźmy do następnego punktu, który z
moich poprzednich rozwaŜań wypływa. JeŜeli jest zatem dopuszczalne, aby Ciemność
była przeciwstawiona Światłości albo Zło istniało w opozycji do Dobra, to ten, kto
słuŜy jednej stronie, nie jest bardziej godny pogardy od tego, kto słuŜy przeciwnej.
Nie wolno pozwolić, by stronniczość przesłoniła nasze racje! Jeśli Zło jest niezbędne,
to ten, kto dla niego pracuje, nie moŜe być uwaŜany czy to za niepotrzebnego, czy teŜ
podłego, pełnego nieprawości lub mało znaczącego. Nie mówię, Ŝe osobnicy owi
muszą być naśladowani, ale winni być co najmniej wysłuchani.
WykaŜę następnie, Ŝe Zło, którego siły niejednokrotnie doświadczyliście, ma
duŜo wspólnego z wesołością; jeśli nawet nie jest czymś więcej. MoŜna powiedzieć,
Ŝ
e stanowi to podstawową zasadę Zła; jak i tamta przynaleŜna Dobru - co prowadzi
do wniosku, Ŝe ludzie mogą dokonywać wyboru wedle wolnej swej woli. Mówiąc
jeszcze prościej, Zło moŜe być pełne radości i nikt nie powinien czuć się gorszy z
powodu wyboru Zła, poniewaŜ jest ono w zasadzie równie czcigodne oraz warte
szacunku, jak Dobro. Czy jednak człowiek nie zostanie ukarany za to, Ŝe miał coś
wspólnego ze Ziem? Moi przyjaciele, to jest zwykła propaganda ze strony Dobra i
całkowicie nieprawdziwe przedstawienie sprawy. JeŜeli słuszne jest istnienie Zła,
musi takŜe być w porządku słuŜenie mu.
Azzie pociągnął łyk wina i rozejrzał się po obecnych. Tak, przykuł ich uwagę.
- Teraz jestem przygotowany, by przejść prosto do mojej propozycji. Panie i
panowie, jestem Azzie Elbub, demon pochodzący z pewnej staroŜytnej epoki oraz
impresario z bardzo dalekich stron. Cel, w jakim tu przybyłem, moi przyjaciele, to
wystawienie sztuki scenicznej. Chciałbym znaleźć do niej siedmioro ochotników.
Jako nagrodę dostaną oni to, co jest ich największym marzeniem na tym świecie. W
istocie jest to główna konkluzja mojego przedstawienia: zademonstrować światu, Ŝe
człowiek moŜe osiągnąć spełnienie swoich najskrytszych pragnień, bez potrzeby
choćby kiwnięcia w tym celu palcem. Czy nie jest to pociągająca moralność?
Naprawdę sądzę, Ŝe to powinno krzepić nadzieje nas wszystkich. Oto, w jaki sposób
toczą się nasze losy. Nie zaś tak, jak się sądzi, Ŝe tylko poprzez cięŜką pracę oraz
posiadanie pewnych zalet charakteru moŜna osiągnąć urzeczywistnienie marzeń. Moją
sztuką udowodnimy, Ŝe nie musicie być cnotliwi, ani nawet szczególnie pracowici, by
uzyskać nagrodę. Pomyślcie zatem o tym, panie i panowie. Przy okazji - wasze dusze
nie będą naraŜone na jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Azzie wykonał zamaszysty ukłon i wrócił do siebie na górę. Miał czas na lekki
obiad składający się z sera oraz chleba i szklanki wina na koniec. Pogrzebał w ogniu
na palenisku i rozsiadł się wygodnie.
Nie musiał długo czekać.
ROZDZIAŁ 7
Azzie siedział w swoim pokoju, słuchając odgłosów nocy podczas czytania
stęchłego, starego rękopisu, jakie zawsze są dostępne na półkach bardziej popularnych
piekielnych bibliotek. Uwielbiał klasyków. Pomimo swoich ciągot ku innowacjom,
dzięki czemu wplątał się w obecną przygodę, stanowił okaz tradycjonalisty.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść - powiedział Azzie.
Drzwi otworzyły się, ukazując sir Olivera. Rycerz był bez zbroi i wyglądało na
to, Ŝe nie ma przy sobie Ŝadnej broni. Prawdopodobnie wiedział, Ŝe lepiej nie być
uzbrojonym w obecności diabła.
- Mam nadzieję, Ŝe nie przeszkadzam...
- Nie - rzekł Azzie. - Proszę wejść i usiąść. Kieliszek wina? Czym mogę
słuŜyć?
- Przyszedłem w związku z przedstawioną propozycją...
- Intrygująca, nieprawdaŜ?
- Istotnie. Powiedziałeś, panie, iŜ widzisz taką moŜliwość, by człowiek
uzyskał spełnienie swych najskrytszych marzeń.
- Rzeczywiście, powiedziałem tak.
- A takŜe, iŜ nie trzeba posiadać Ŝadnych specjalnych cech, by zostać
nagrodzonym?
- Dokładnie tak - potwierdził demon. - Zastanów się tylko: jeśli ktoś ma
szczególne zdolności, by zacząć samodzielnie, na cóŜ byłaby mu moja pomoc?
- Znakomicie powiedziane - rzekł Oliver.
- Jesteś nazbyt uprzejmy. A teraz, co mogę zrobić dla ciebie?
- Widzisz, panie, to, na czym najbardziej mi zaleŜy, to stać się szeroko i
daleko znanym jako Ŝołnierz dorównujący memu imiennikowi, Oliverowi, który w
czasach Karola Wielkiego walczył w tylnej straŜy Rolanda.
- Tak - powiedział Azzie. - Mów dalej.
- Chcę takŜe odnieść znakomite zwycięstwo nad przygniatającą siłą wroga, ale
bez wielkiego ryzyka dla mnie samego.
Azzie wyjął niewielki arkusz pergaminu oraz stylus z samoostrzącą się
końcówką i napisał: “Bez ryzyka”.
- Chcę być szeroko znany w świecie, niczym Aleksander Wielki albo Juliusz
Cezar. Pragnę takŜe zostać dowódcą niewielkiego oddziału doborowych Ŝołnierzy,
niezrównanych szermierzy; to zaś, czego by im brakowało ze względu na małą
liczebność, musieliby nadrabiać zwykłym okrucieństwem oraz niebywałą zręcznością.
- Okrucieństwo i zręczność - zanotował Azzie i podkreślił “okrucieństwo”,
gdyŜ wydawało mu się to dobrą rzeczą do podkreślenia.
- Ja, oczywiście - ciągnął Oliver - byłbym najlepszym szermierzem z nich
wszystkich. Moja biegłość w robieniu bronią byłaby niezrównana. Pragnę to zdobyć,
mój drogi demonie, ale nie osobistym kosztem czy wyrzeczeniami. Chcę takŜe ładną i
usłuŜną młodą damę - księŜniczkę, jeśli to moŜliwe - Ŝeby była moją Ŝoną i urodziła
mi synów; i chciałbym móc się usunąć do mego własnego królestwa, które ktoś mi da
za darmo, gdzie juŜ po wszystkim pędziłbym szczęśliwy Ŝywot. To ostatnie jest
szczególnie waŜne. Nie Ŝyczę sobie Ŝadnych zaskakujących niespodzianek na koniec,
które napełniłyby mnie goryczą bądź smutkiem.
Azzie napisał na dole “musi Ŝyć szczęśliwie nawet potem”, ale nie podkreślił
tego.
- To ogólna idea, sir - rzekł Oliver. - MoŜesz ją spełnić w całości?
Demon przeleciał wzrokiem listę: “bez własnego ryzyka, okrucieństwo i
zręczność, szczęśliwe Ŝycie na koniec”. Zmarszczył się, a potem podniósł wzrok.
- Mogę spełnić niektóre spośród tych punktów, ale nie wszystkie, mój drogi sir
Oliverze. Nie dlatego wszakŜe, bym nie był w stanie tego uczynić, ale z tej prostej
przyczyny, iŜ sztuka, którą zamierzam wystawić, dotyczy tak samo ciebie jak i
pozostałych, i załatwienie wszystkich twoich Ŝądań w całości pochłonęłoby moc
niebiańskich cudów i zabrałoby mnóstwo czasu Piekłu. Nie, mój drogi panie, ja
wynajdę sposób, dzięki któremu będziesz i mógł, bez niebezpieczeństwa dla siebie,
odnieść znakomite zwycięstwo i zostać za to bogato wynagrodzonym oraz zająć
wysoką pozycję w ludzkim powaŜaniu. Tak czy tak, wyjdziesz na swoje.
- No, cóŜ - rzekł Oliver. - Miałem nadzieję na wszystko, ale to, co moŜesz dla
mnie zrobić, nie będzie złą pozycją do startu. Jeśli zacznę jako bogaty i słynny
bohater, to jestem pewien, Ŝe samodzielnie zdobędę całą resztę. Przyjmuję twoją
ofertę, mój drogi demonie! I pozwól mi powiedzieć, Ŝe nigdy nie byłem tak przeciwny
siłom Zła, jak wielu innych. Czułem często, Ŝe Diabeł ma raczej kilka punktów
przewagi i jest według mnie bardziej zabawnym facetem, niźli jego surowy Oponent
w Niebie.
- Doceniam twoją wolę zadowolenia mnie - odparł Azzie - ale nie chcę słyszeć
Ŝ
adnych oszczerstw pod adresem naszego zacnego Oponenta. My, charaktery Dobra i
Zła, zbyt blisko współ pracujemy ze sobą, by zniesławiać jedni drugich. Światłość i
Ciemność muszą Ŝyć w tym samym kosmosie.
- Nie miałem nic obraźliwego na myśli - zapewnił sir Oliver. - Nie mam takŜe
nic, oczywiście, przeciwko Dobru.
- Nikogo nie obraziłeś, a juŜ szczególnie nie mnie - rzekł Azzie. - Zaczynamy
zatem?
- Tak, mój panie. Czy chcesz, abym podpisał się krwią 1 tym pergaminie?
- To nie będzie konieczne - stwierdził demon. - Wyraziłeś swoją zgodę i
zostało to zarejestrowane. Jak wyjaśniłem, twoja dusza nie uczestniczy w tej
transakcji.
- Co mam teraz robić? - zapytał sir Oliver.
- Weź to. - Azzie sięgnął do swego płaszcza i wyjął mały, srebrny klucz o
zawiłym kształcie.
Sir Oliver uniósł go do światła i zdziwił się jego misterną robotą.
- Co on otwiera, drogi lordzie demonie?
- Nic. To jest podwójne zaklęcie firmy “Moronia”. Schowaj je w bezpiecznym
miejscu. Kontynuuj swą pielgrzymkę. W pewnym momencie - moŜe za kilka sekund,
a moŜe godzin, lecz prawdopodobnie nie później niŜ za parę dni - usłyszysz dźwięk
gongu. Jest to odgłos, towarzyszący temu, gdy zaklęcie “Moronia” przechodzi na
pozycję “Gotowe do działania”. Będziesz musiał wziąć je wówczas i pośpieszyć, by
połączyć z jego drugą połówką. Jest ono do tego wewnętrznie zaprogramowane.
Zaprowadzi cię do pozostałej części, ulokowanej w pobliŜu magicznego konia, który
będzie miał przy siodle juki, a w jednym z nich znajdziesz złoty lichtarz. Czy jasne
jak dotąd?
- Całkowicie - potwierdził sir Oliver. - Znaleźć świecznik.
- Potem musisz udać się do Wenecji - jeŜeli nie byłbyś tam właśnie. Wkrótce
po twoim przybyciu, a moŜe i wcześniej, przekonasz się, Ŝe twoje Ŝyczenia się
spełniły. Kiedy wszyscy skończą swą grę, odbędzie się, z odpowiednią pompą,
finałowa ceremonia. Potem będziesz wolny, by cieszyć się blaskami swej fortuny.
- Brzmi całkiem dobrze - zgodził się Oliver. - A w czym tkwi podstęp?
- Podstęp? Nie ma Ŝadnego podstępu.
- Zwykle jakiś kryje się w sprawach podobnego autoramentu - powiedział sir
Oliver uparcie.
- Skąd, do diaska, moŜesz wiedzieć, co jest zwyczajne, a co nie, w magicznych
historiach? Słuchaj - chcesz tego, czy nie?
- Och, zrobię to, zrobię - stwierdził Oliver. - Staram się tylko być ostroŜny w
stosunku do sprawy, w którą się wpakowałem. Ale wydaje mi się, sir, jeśli wybaczysz
mi to co mówię, Ŝe jest z tym wszystkim zbyt wiele zamieszania. Dlaczego nie mogę
iść prosto po magiczny świecznik?
- PoniewaŜ jest kilka rzeczy, które musisz zrobić zanim zaklęcie osiągnie
gotowość do działania, abyś mógł szczycić się twoim wspaniałym zwycięstwem.
- Te rzeczy, jak sądzę, nie będą zbyt trudne? – zaniepokoił się Oliver.
- Słuchaj no - głos Azziego stwardniał. - Lepiej będzie, jeŜeli przygotujesz się
do zrobienia wszystkiego, co będzie trzeba. , Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości,
oddaj mi klucz. Jak nawalisz, spotkają cię srogie przykrości.
- Och, nie obawiaj się - powiedział Oliver, podnosząc zaklęcie, jakby chciał
upewnić sam siebie, Ŝe słusznie postąpił.
- Jak powiedziałem, dostaniesz dalsze instrukcje. - MoŜesz mi coś
podpowiedzieć?
- Będziesz musiał podjąć pewne decyzje.
- Decyzje? O mój BoŜe - rzekł Oliver. - Nie jestem całkiem pewny, czy mi się
to podoba. Zresztą, niewaŜne. Muszę po prostu przyjąć wszystko, co się zdarzy, a
reszta zostanie zrobiona za mnie, czy tak?
- To ci właśnie mówiłem - potwierdził Azzie. - Zło nie oczekuje od człowieka
nic więcej prócz tego, by wykonał swój obowiązek najlepiej jak potrafi.
- To dobrze - rzekł sir Oliver. - Mogę teraz odejść?
- Dobranoc - poŜegnał go Azzie.
CZĘŚĆ SZÓSTA
ROZDZIAŁ l
Po swym uwolnieniu z puszki Pandory, Ylith udała się do archanioła Michała,
by zdać mu relację z wydarzeń. Znalazła go w starym budynku wszystkich świętych w
Zachodnich Niebiosach, gdzie biedził się nad wielkim stosem zapisanych
pergaminów. Było późno i inne anioły oraz archanioły dawno juŜ wyszły, jednak w
biurze Michała nadal jasno płonęły świece, gdyŜ archanioł czytał rozmaite
sprawozdania dotyczące mnogości jego działań we wszechświecie. To, co mówiły
niektóre z nich, wielce go niepokoiło. Kiedy Ylith weszła, podniósł wzrok znad
dokumentów.
- Witaj, moja droga. Stało się coś? Wyglądasz na nieco wzburzoną.
- Prawdę mówiąc, sir, miałam pewną przygodę.
- Istotnie? Opowiedz mi o niej.
- To nic wielkiego, doprawdy. Jakiś głupi człowiek zaczarował mnie, Hermes
zamknął w puszce Pandory i w końcu uwolniłam się dzięki pomocy Zeusa.
- Samego Zeusa? Czy ten staruch nadal się tu pęta? Sądziłem, Ŝe znajduje się
w Poświacie.
- Jest tam, ale dzięki projekcji samego siebie znalazł się w magicznej
szkatułce wraz ze mną.
- Och, tak. Zapomniałem, Ŝe ci starzy bogowie znają podobne sztuczki. Co się
jednak stało z tymi małymi aniołami, które wzięłaś na Ziemię, by zwiedzić święte
miejsca? Czy ktoś został z nimi?
- Jak tylko odzyskałam swobodę ruchów, zaprowadziłam dzieci do
Błogosławionej Panienki i przybyłam tutaj, by złoŜyć ci raport.
- Błogosławiona Panienka nie miała nic przeciwko niańczeniu dzieci?
- Była zadowolona, Ŝe mogła wyjść na chwilę ze złotej klatki Niebios i zrobić
coś poŜytecznego. CzyŜ to nie głupie, sir, w jaki sposób modlitwy zamraŜają nas w
posągi, z których nie moŜemy się wydostać?
Michał skinął głową i powiedział:
- Mam dla ciebie waŜne zadanie do wykonania na Ziemi.
- To fajnie - odparła Ylith. - Lubię spacerować po cmentarzach.
- Tym razem to coś więcej, niŜ tylko zwiedzanie zabytków - rzekł Michał. -
Ono dotyczy Azziego.
- Ha! - wykrzyknęła Ylith.
- Zdaje się, iŜ twój demoniczny przyjaciel znowu coś kombinuje. Coś bardzo
podejrzanego.
- To dziwne - powiedziała Ylith. - Całkiem niedawno widziałam go w Yorku i
nie zajmowało go nic więcej poza oglądaniem moralizatorskiej sztuki.
- Wydaje się, Ŝe ta farsa podsunęła mu pewien pomysł - rzekł Michał. - Mamy
pewne wskazówki, by sądzić, Ŝe zamierza coś więcej. Moi obserwatorzy donieśli mi,
Ŝ
e włączył w to Pietra Aretina, to sprośne nasienie Szatana. Dodając do tego znaną
juŜ nam skłonność Azziego do niespodzianek, jestem pewien, Ŝe zamierza jakąś
psotę.
Ylith skinęła głową.
- Ale dlaczego zajmujesz się zwykłą sztuką sceniczną?
- Podejrzewam, Ŝe jest to coś więcej niŜ “zwykła” farsa - odparł Michał. -
Sądząc z jego wcześniejszych dokonań, w szczególności ze spraw Księcia Czarusia i
Johanna Fausta, to nowe przedsięwzięcie, czymkolwiek ono jest, moŜe doprowadzić
siły Światłości i Ciemności do otwartego konfliktu, co wszystkich nas postawi w
sytuacji bez wyjścia. I to dokładnie w chwili, kiedy się nam zdawało, Ŝe w kosmosie
panuje pokój! Zrozum, to tylko pogłoski, musimy jednak dać im pewną wiarę i
zmobilizować naszych agentów, których mamy w samym środku Sił Zła, do
obserwowania wroga. Ylith, potrzebuję cię, Ŝebyś się trochę rozejrzała wokół.
- Przez “rozglądanie się” rozumiesz, jak sądzę, szpiegowanie - stwierdziła
Ylith. - A kogo masz na myśli, mówiąc “nam”?
- Mnie i Boga - odparł Michał. - Proszę cię o to w Jego imieniu, rzecz jasna.
- Jak zwykle - powiedziała Ylith; jej twarz wyraŜała rozdraŜnienie. - Dlaczego
On nigdy nie powie mi tego osobiście?
- Wielu z nas zastanawia się, czemu nie słyszymy Bóstwa bezpośrednio -
przyznał Michał. - Ze mną takŜe nie rozmawia wprost. Jest w tym pewne misterium i
kwestionowanie go nie jest naszym zadaniem.
- A dlaczego nie? - zapytała Ylith.
- Pewne sprawy musisz przyjąć na wiarę. To, co powinniśmy uczynić, to
odkryć knowania Azziego. Idź i przyjrzyj się jego pielgrzymce. Wymyśl jakieś
wytłumaczenie, dlaczego się tam znalazłaś; zobacz, co on tam naprawdę robi. Jeśli się
nie mylę, nasz dumny młody demon nie będzie w stanie ukryć przed tobą swych
zamiarów, gdyŜ jego projekt, cokolwiek to jest, powinien znajdować się w pełnym
toku.
- Dobrze. Skoro tak, natychmiast tam ruszam.
- Zrób tak. I kieruj się własnym osądem. JeŜeli okaŜe się, Ŝe Azzie Elbub
realizuje tajny plan akcji wywrotowej przeciwko rodzajowi ludzkiemu, mając na celu
gloryfikację Zła, nie będzie Ŝadnego nieszczęścia, jeśli - gdy nadarzy się po temu
okazja - włoŜysz kij w szprychy jego maszynerii, by tak powiedzieć.
- Myślę dokładnie tak samo - potwierdziła Ylith.
ROZDZIAŁ 2
Puss i Quentin leŜeli na składanych łóŜeczkach w izdebce obok kuchni,
obserwując wędrujące po suficie cienie. - Sądzisz, Ŝe Antonio naprawdę jest
demonem? - zapytał Quentin, który jako bardzo młody chłopak nie był jeszcze
zupełnie pewny co jest, a co nie jest rzeczywiste.
- Myślę, Ŝe tak - odparła Puss.
Puss bardzo długo i usilnie myślała nad tym, czego pragnie najbardziej w
ś
wiecie. Pierwsze, co jej przyszło na myśl, to blond włosy - takie, jakie miał jej brat.
Jedwabiste, kręcone i długie, o lnianym odcieniu, a nie mosiądzowozłotym, jaki
podoba się niektórym dziewczętom. Ale czy naprawdę była to rzecz, której pragnęła
ponad wszystko inne? Puss czuła się nieco zawstydzona tak skromnym marzeniem, a
więc - choć nie leŜało to w jej zwyczaju - słuchała uwaŜnie wynurzeń Quentina o tym,
o co poprosiłby demona, gdyby juŜ przyszło co do czego.
- Własny koń dla mnie, to po pierwsze - rzekł chłopiec , zdecydowanie. - I
miecz. To śmieszne, co mówi pan ojciec, Ŝe zbyt drogie jest wykucie dla mnie
miecza, skoro wyrosnę z niego za rok czy dwa. Chodzi mi o to, Ŝe jaki w takim razie
jest sens w byciu bogatym, skoro i tak nie kupuje się rzeczy, z których się wyrasta?
- Bardzo rozsądnie - pochwaliła Puss. - Zatem, miecz. Co jeszcze chcesz?
- Nie pragnę własnego królestwa - powiedział Quentin w zamyśleniu. -
Musiałbym siedzieć na miejscu i zajmować się nim. Moim zdaniem król Artur, mimo
Ŝ
e władał Camelotem, nie był specjalnie szczęśliwy. Jak sądzisz?
- Wątpię, by był - odrzekła Puss.
- Chciałbym wyruszyć na poszukiwanie wielu przygód - ciągnął Quentin.
- Jak Lancelot? On takŜe wcale nie był szczęśliwy.
- Nie, ale to dlatego, Ŝe był głupi, zakochując się w królowej, kiedy obok było
tyle innych kobiet do wyboru. Dlaczego nie wybrał Ŝadnej z nich? Wolałbym raczej
Ŝ
yć na podobieństwo Gawaina, podróŜować, mieć wiele dziewcząt, wpadać w
tarapaty, zdobywać skarby, a potem znowu je tracić. Tym sposobem miał
przyjemność zdobywania bogactwa i nie musiał później troszczyć się o nie.
- To tak, jakby otrzymać wszystkie zabawki, jakich się pragnie, bez potrzeby
sprzątania ich potem? - zapytała Puss.
- No właśnie - potwierdził Quentin.
- Bardzo trafnie - zgodziła się Puss. - Co jeszcze byś chciał?
- Zaczarowane zwierzę do zabawy - odparł Quentin bez wahania. - Najchętniej
lwa, który słuchałby tylko mnie i zabijał ludzi, których bym nie lubił.
- No cóŜ, to trochę zbyt błahy powód, nie uwaŜasz? - zapytała Puss.
- Miałem na myśli to, Ŝe ludzi, którzy mi się nie podobają, zabijałby tylko
wtedy, gdybym mu na to pozwolił. Ale, oczywiście, nie pozwalałbym. Gdyby stali się
zbyt kłopotliwi, sam bym ich zabijał w długich pojedynkach, w których odnosiłbym
powaŜne rany. A pani matka by mi je opatrywała.
- Ran bohaterów nie obwiązują matki - zauwaŜyła Puss.
- Mogłyby, skoro to jest moja przygoda - stwierdził Quentin. - Ja ustalam
reguły.
- Jaka szkoda, Ŝe jesteś zbyt młody, by wchodzić w układy z demonami.
- Nic o tym nie wiem - powiedział chłopiec. Usiadł wyprostowany na łóŜku i
spojrzał bardzo powaŜnie. - Jestem prawie zdecydowany natychmiast iść do niego.
- Quentin! Nie mógłbyś tego zrobić! - zawołała Puss myśląc, Ŝe jeŜeli Quentin
uprze się przy tym, jej obowiązkiem, jako starszej siostry, będzie towarzyszenie mu i
być moŜe wyraŜenie takŜe własnego Ŝyczenia tylko po to, by być razem z bratem.
Quentin wstał z łóŜka i zaczął się ubierać. Jego wąskie wargi drŜały, gdy
rozwaŜał własną śmiałość, ale wydawał się zdecydowany. W tym momencie w rogu
pokoju nastąpił rozbłysk światła. Dzieci wskoczyły z powrotem do łóŜek. Pojawił się
spory kłąb dymu, a kiedy się rozwiał, ukazała się śliczna, ciemnowłosa, młoda
kobieta.
- Jak to zrobiłaś? - zapytał Quentin. - Nie pamiętam, Ŝebyś uczestniczyła w
naszej pielgrzymce.
- Przyszłam zaoferować pielgrzymom jajka na sprzedaŜ - odparła kobieta. -
Mieszkam na pobliskiej farmie i właśnie przybyłam do gospody. Nazywam się Ylith.
Dzieci przedstawiły się grzecznie. Były szczególnie oŜywione chęcią
przekazania tego, co sir Antonio opowiedział tego wieczoru na temat spełnienia
Ŝ
yczeń siedmiu szczęśliwców. Z opisu, Ylith poznała w Antoniu Azziego.
- Ja takŜe chcę wyrazić swoje Ŝyczenie - stwierdził Quentin.
- Ani się waŜ! - rzekła Ylith twardo.
Wyglądało na to, Ŝe Quentinowi wyraźnie ulŜyło, ale momentalnie zapytał:
- Dlaczego nie mogę?
- PoniewaŜ nie jest przyjęte, by dobrze wychowane dzieci prosiły diabła z
piekła rodem o spełnienie Ŝyczeń.
- Ale inni proszą - zauwaŜyła Puss. - Będą mieli wspaniałą zabawę.
- Sądzę, iŜ zrozumiesz, Ŝe to nie jest tak do końca prawdziwe - rzekła Ylith. -
Niektórzy z nich przekonają się, Ŝe są duŜo bardziej zamieszani, niŜby chcieli, w
pewne sprawy, o które się targowali.
- Skąd ty to moŜesz wiedzieć? - zapytała Puss.
- Po prostu wiem - odparła Ylith. - A teraz, dzieci, moŜe postaracie się usnąć?
Opowiem wam bajkę, jeŜeli się na to zgodzicie.
ROZDZIAŁ 3
Ylith opowiedziała im historyjkę o dzieciach i jagniętach swawolących pośród
wzgórz jej rodzinnej Grecji. JuŜ wkrótce Quentin i Puss spali, więc anielica otuliła je i
zgasiła świecę, a potem wymknęła się z pokoju. We wspólnej izbie znalazła kilkoro
pielgrzymów, siedzących przy stole w pobliŜu ognia i rozmawiających o przygodach
minionego dnia.
- Czy to pewne, Ŝe on jest demonem? - zapytała jedna ze słuŜących kudłatego
gościa, który był lokajem sir Olivera.
-A czymŜe by innym? - odparł tamten.
Nazywał się Morton Kornglow, miał dwadzieścia dwa lata i był smukłym
człowiekiem z aspiracjami mocno przerastającymi jego urodzenie. Ylith usiadła obok
kobiety i lokaja.
- Co ten demon proponuje? - zapytała.
- Mój pan - odparł Kornglow - powiedział mi, Ŝe musi na jego polecenie
odbyć magiczną podróŜ, by w nagrodę zostały spełnione jego najskrytsze Ŝyczenia.
Kiedy wszedłem do jego pokoju, juŜ go nie zastałem. Zniknął.
- MoŜe spaceruje sobie na zewnątrz? - zasugerowała Ylith.
- Nie widzieliśmy go, by schodził na dół - odparł lokaj - a nie jest do niego
podobne nurkować z okna prosto w jeŜyny. Wykonuje zadanie demona, bez dwóch
zdań. I powiem ci szczerze, Ŝe wygląda to na zajęcie, które by mi piekielnie
odpowiadało.
- Ani się waŜ! - zawołała słuŜąca, obdarzając go pełnym podziwu spojrzeniem.
- Zastanawiam się nad tym - ciągnął Kornglow. - Równie dobrze mogę grać w
sztuce demona, jak i człowieka; tak długo, aŜ przed moim imieniem nie znajdzie się
“sir”.
Ylith spojrzała na niego.
- W sztuce?
Kornglow skinął głową.
- Tak powiedział sir Oliver. Demon wystawia pewien rodzaj farsy. Wystarczy,
byśmy robili to co zwykle, a zostaniemy za to wspaniale wynagrodzeni. To jest
właśnie Ŝycie, które chcę wieść.
Ylith poderwała się na równe nogi.
- Wybaczcie mi. Muszę się z kimś zobaczyć.
Pośpieszyła w stronę drzwi frontowych i wyszła przez nie w ciemność.
- Jak myślisz, dokąd ona poszła? - zapytała słuŜąca.
Kornglow wzruszył ramionami i cmoknął przez zęby.
- JeŜeli ma z kimś spotkanie, to z diabłem albo aniołem. Na zewnątrz nie ma
nic prócz wilków.
- A więc zamierza to zrobić! Wystawić niemoralną sztukę! Zaczekaj, niech no
Michał się o tym dowie - powiedziała Ylith do siebie.
ROZDZIAŁ 4
Wystawia niemoralną sztukę? - zapytał Michał.
- Na to wygląda, sir.
- To bezczelność!
- Tak, sir.
- Wracaj tam i miej baczenie na rozwój wypadków. JeŜeli udałoby ci się
znaleźć jakiś subtelny sposób, by mu przeszkodzić w jego planach, nie byłoby od
rzeczy zrobić to. Nic spektakularnego, sama rozumiesz.
- Rozumiem - potwierdziła Ylith.
-A zatem, juŜ cię tu nie ma - powiedział Michał. - Mogę takŜe posłać na dół
Babriela do pomocy.
- Byłoby miło - rzekła Ylith nieco tęsknie.
ChociaŜ obecnie nie stanowili z Babrielem pary, nadal przechowywała miłe
wspomnienia z ich związku. Ylith pamiętała bardzo dobrze, jakie miłe było
grzeszenie i czasem całe jej ciało wyrywało się do starych, dobrych czasów. Wróciły
takŜe jej wspomnienia romansu z Azziem. Było to coś, co uwaŜała kiedyś za niezłą
zabawę.
Potrząsnęła głową, nie chcąc zbyt wiele myśleć na ten temat. Mogło jej to
tylko przysporzyć kłopotów.
ROZDZIAŁ 5
Po odprawieniu Kornglowa, sir Oliver siedział długą chwilę na brzegu łóŜka,
rozmyślając nad śmiałą rzeczą, jaką uczynił. Był, oczywiście, przestraszony; jakiŜ
człowiek nie byłby przejęty po takiej rozmowie z demonem? A oferta sir Antonia była
stanowczo zbyt dobra, by przejść nad nią do porządku dziennego. Pomimo księŜych
Ŝ
alów, Ŝe Siły Ciemności zawsze starają się uwieść rodzaj ludzki, tak naprawdę
zdarzało się to nadzwyczaj rzadko. Nie spotkało to nikogo spośród wielu znajomych
sir Olivera, a juŜ z pewnością nigdy dotąd jego samego.
Oliverowi podobał się ten pomysł. Od dzieciństwa płonęła w nim ogromna
Ŝą
dza - dostać coś wielkiego, cennego i waŜnego drogą moŜliwie najmniejszego
wysiłku. Nie są to sprawy, o których wiele rozmawia się z ludźmi. Oni tego nie
rozumieją.
ChociaŜ było bardzo późno, nie odczuwał senności. Napełnił kieliszek winem
i wydobył kilka sucharów, które potajemnie ściągnął ze stołu podczas obiadu, by mieć
na przekąskę w nocy. Wyjmował właśnie suchar z kieszeni, kiedy jego spojrzenie
padło na ścianę po prawej stronie. Jednym haustem przełknął wino, rozlewając część
na kamizelce. Patrzył na drzwi w ścianie. Zwykłe, pospolite drzwi. Tyle tylko, iŜ sir
Oliver był całkowicie pewien, Ŝe wcześniej nie istniały!
Wstał, podszedł do nich i uwaŜnie się im przyjrzał. Czy mógł je przeoczyć,
kiedy pierwszy raz wszedł do izby? Tkwiła w nich gałka. Dotknął jej. Drzwi były
zamknięte.
A zatem - wszystko w porządku. Usiadł z powrotem. A później nawiedziła go
inna myśl, która spowodowała, Ŝe wyjął z kieszeni otrzymane od Azziego zaklęcie
“Moronia” pod postacią srebrnego klucza i podszedł ponownie do drzwi. OstroŜnie
wsunął klucz do dziurki. Klucz wśliznął się z odgłosem mlaśnięcia. Naparł nań lekko,
obracając go w lewo - tylko po to, by zobaczyć co się stanie. Klucz obrócił się sam z
siebie i zamek odskoczył. Oliver wyciągnął rękę i przekręcił gałkę. Drzwi stanęły
otworem. Wyjął klucz i schował go do kieszeni.
Zerknął za próg. Długi, skąpo oświetlony korytarz po drugiej stronie zdawał
się ciągnąć bez końca, ginąc wreszcie w mroku. Sir Oliver był przekonany, Ŝe nie
prowadzi on do Ŝadnego miejsca wewnątrz gospody, ani nawet do rozciągającego się
dookoła niej lasu. Prowadził za to Bóg wie dokąd, a od niego oczekiwano, Ŝe pójdzie
tam.
PrzeraŜające...
Ale pomyśl o nagrodzie!
Przed oczami rozbłysła mu krótkotrwała wizja. On sam, ubrany w czerwoną
zbroję, dosiadający potęŜnego rumaka, wjeŜdŜający na czele gromady bohaterów do
miasta i witany owacyjnie przez wszystkich jego mieszkańców bez wyjątku!
- To naprawdę byłoby coś - powiedział Oliver głośno.
Wszedł do korytarza, nie całkiem gotów do przyjęcia na siebie zobowiązania,
ale bardziej powodowany przez ducha małego chłopca, wkładającego palec do
czegoś, co moŜe się okazać bardzo zimną wodą. Gdy przekroczył próg, drzwi
oddzielające korytarz od jego pokoju w gospodzie zatrzasnęły się z hukiem.
Sir Oliver zakrztusił się z wraŜenia, ale nie próbował zawrócić. Jakieś
niewyraźne przeczucie mówiło mu, Ŝe coś takiego prawdopodobnie musiało się stać.
Jak inaczej miałyby się zaczynać przygody, jeśliby coś nie dawało ci porządnego
kopniaka, po którym nie ma juŜ odwrotu?
Zaczął iść wzdłuŜ korytarza, z początku bardzo ostroŜnie, a potem coraz
odwaŜniej.
ROZDZIAŁ 6
ChociaŜ było tam wystarczająco duŜo światła, by wszystko widzieć, Oliver nie
miał pojęcia, skąd się ono brało. Był to jednostajny, szary blask, coś jak półmrok -
smutny i prawie złowróŜbny. Szedł dalej, a wydawało się, Ŝe pasaŜ ciągle się
wydłuŜa. Po obu stronach ze ścian zwisały cienkie, liściaste gałęzie; dawało to
przyjemny, rustykalny efekt.
Nadal szedł. Podłoga pod jego stopami zamieniała się powoli w prawdziwe
leśne poszycie, a jego drogę oświetlała teraz naturalna, dzienna poświata. Nie mógł
jednak widzieć zbyt daleko przed sobą, bo perspektywę zasłaniały konary drzew.
Po chwili leśna gęstwina stała się rzadsza i wydostał się na łąkę. Na drugim jej
końcu stał mały zamek z mostem zwodzonym, połoŜony na niewielkiej wysepce
otoczonej fosą. Most był opuszczony.
Wszedł na teren fortecy i ujrzał przed sobą drzwi, które rozwarły się przed nim
szeroko, kiedy się zbliŜył. Za nimi znajdował się ładnie urządzony pokój, z ogniem
wesoło buzującym na kominku. Jakaś dama siedziała na małym taborecie z jednej
strony wejścia; wstała teraz i zwróciła się do niego.
- Witaj, panie rycerzu - powiedziała. - Jestem Alwyn, pisane przez “y”, i
witam cię. Mój mąŜ jest nieobecny, zabija gdzieś ludzi, ale gościnność mojego domu
wymaga, abym zaprosiła cię na obiad, a potem zaoferowała ci nocleg, a takŜe i
ś
niadanie rano.
- Miło to słyszeć - stwierdził Oliver. - Ale chciałbym wiedzieć, czy
przypadkiem nie przechowujesz dla mnie magicznego konia?
- Magicznego konia? A jakiej maści?
- Widzisz, właśnie o to chodzi, Ŝe naprawdę nie wiem. Powiedziano mi, Ŝe
jest dla mnie przygotowany zaczarowany rumak, który zaprowadzi mnie do złotego
ś
wiecznika. Potem... Tak w istocie, jest dla mnie nieco niejasne, co dokładnie
powinno stać się “potem”. Zdaje się, iŜ mam zostać dowódcą duŜego oddziału
zbrojnych męŜczyzn. Ty nic pewnie o tym nie wiesz, nieprawdaŜ?
- Nie - przyznała Alwyn. - Doprawdy, uczestniczę w tej sprawie w
minimalnym stopniu.
Uśmiechnęła się. Jej ciemne włosy były śliczne i rozwichrzone, a piersi
wysokie i dobrze zaokrąglone. Oliver wszedł za nią do wnętrza. Przemierzyli kilka
pokoi; wszystkie ozdobione były czerwienią, czernią oraz srebrem, i udekorowane
wszelaką bronią, zbrojami i pociemniałymi portretami przodków o surowym
wyglądzie. W kaŜdym kominku wesoło iskrzył się i Ŝarzył ogień. W sumie, przeszli
przez sześć pomieszczeń. A w siódmym stał stół nakryty białym, lśniącym obrusem,
ze srebrną zastawą.
- O, to cudownie! - wyraził swoje zadowolenie Oliver, zacierając ręce.
Przed nim pyszniły się wspaniałe wiktuały: gęsi pasztet i dŜem agrestowy,
jajka i gruboziarnisty chleb oraz wielka rozmaitość napoi. Stół nakryty był na dwie
osoby, i Oliver zaczął się zastanawiać, czy był to jedyny mebel przygotowany dla
dwojga?
- Siadaj, panie - zaprosiła go Alwyn. - Czuj się jak u siebie.
Biały kotek przeszedł, podskakując i miaucząc, aŜ wturlał się do komnaty.
Alwyn zaśmiała się wesoło i schyliła, aby się z nim pobawić. Oliver skorzystał z tej
okazji i szybko wymienił z nią talerze. Oba były prawie identyczne, z tą jedynie
róŜnicą, iŜ na brzegu jego talerza leŜały dwie rzodkiewki, a na jej - tylko jedna.
Szybko umieścił jedną ze swoich rzodkiewek na talerzu gospodyni, by zamaskować
zamianę. Gdy Alwyn się wyprostowała, wyglądało na to, Ŝe niczego nie zauwaŜyła.
Jedli, a Alwyn napełniła dwa kieliszki burgundem z duŜej butelki, stojącej na
stole przykrytym adamaszkiem. Oliver ponownie znalazł chwilkę, kiedy uwaga jej
skierowana była na małego foksteriera, który podskakując, wkroczył do
pomieszczenia. Uchwyciwszy ten moment, Oliver zamienił i kieliszki. Alwyn nic nie
spostrzegła.
Gratulując sobie przebiegłości, Oliver podjął teraz atak na potrawy - stanowiło
to ulubiony przez niego rodzaj walki. Jadł łapczywie i pił do dna, bo jedzenie było
szczytem smakowitości. Było to fantazyjne poŜywienie, magiczne kulinaria - po
prostu nic innego w świecie nie dorównywało temu posiłkowi. Wkrótce poczuł
działanie środka nasennego, który zaatakował jego mózg i wywoływał zawrót głowy
oraz ospałość.
- Czy coś nie w porządku, panie rycerzu? - zapytała Alwyn, gdy zapadł się w
głąb swego siedzenia.
- Tylko chwila zmęczenia - odparł Oliver.
- Zamieniłeś talerze - rzekła gospodyni, wpatrując się w brudny odcisk kciuka
na swoim talerzu; dostateczny dowód na to, co Oliver starał się zamaskować.
- Nie zamierzałem nic złego - powiedział Oliver sennie. - To stary zwyczaj
mojego narodu. Czy ty zaŜywasz ten środek celowo?
- Oczywiście. Bez mego leku nasennego tracę w nocy mnóstwo czasu, nim
zasnę - stwierdziła Alwyn.
- Ogromnie mi przykro, Ŝe cię go pozbawiłem - rzekł Oliver zwiotczałymi
ustami i potoczył oczami, które zdawały się wpadać w głąb czaszki, co stanowiło
nieomylny znak, Ŝe przechodzi w senną otchłań, czego pragnął raczej uniknąć. - Jak
długo to działa?
Jej odpowiedź zagubiła się w przygniatającej go fali snu, która załamała mu
się nad głową. Szamotał się w niej niczym człowiek -porwany przez szalejącą
powódź; potem znalazł się poza nią, i wpadł w głębię czarnego stawu, oblewającego
go jak ciepła kąpiel. Wysilał się, by utrzymać głowę ponad przysyłanymi przez
Morfeusza mydlanymi, marmurowymi falami. Walczył z dziwnymi myślami, z
niewytłumaczalnymi wyobraŜeniami. A potem, zanim się nawet spostrzegł, odpłynął
w sen.
Kiedy się ocknął, kobiety nie było. Zamku nie było. Znajdował się w zupełnie
innym miejscu.
ROZDZIAŁ 7
Gdy Ylith wróciła do pielgrzymów, znalazła wszystkich w stanie wielkiego
pomieszania. Sir Oliver przepadł nagle podczas nocy, nie zostawiając Ŝadnego śladu,
a jego słuŜący, Morton Kornglow, nie umiał inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia, jak
poprzez czary.
Ylith rozejrzała się wokół i poszła w końcu do pokoju, który zajmował Oliver.
Słaby zapach kwasu pruskiego był dowodem, Ŝe w ciągu ostatnich dwudziestu
czterech godzin uŜyto tu zaklęcia “Moronia”. To było wszystko, czego Ylith
potrzebowała. Zaczekała, dopóki nie została w pokoju Olivera sama, a potem szybko
wykonała swoje własne zaklęcie. UŜyła składników z noszonej przez nią zawsze
skrzynki czarownicy - której nigdy się nie pozbyła pomimo swego nawrócenia - i
wkrótce, przybrawszy mglistą postać, wyruszyła tropem Olivera, przemieszczając się
przez wielki las, w którym rycerz zniknął.
Natknęła się na jego ślad i doszła po nim aŜ do zamku Alwyn. Ylith znała ją
nieco z dawnych czasów. Alwyn była inną wiedźmą, starego, niezreformowanego
rodzaju, i anielica sądziła, Ŝe tamta wykonywała prawdopodobnie jakąś pracę dla
Azziego. Nadszedł czas, by wywróŜyć najbliŜszą przyszłość. Zebrała wystarczające
dane, aby nadać odpowiedni kierunek wróŜebnym instrumentom; teraz wprawiła je w
ruch.
Wyniki okazały się takie, jakich się spodziewała. Sir Oliver znajdował się w
trakcie przygody z Alwyn. Azzie obmyślił tę scenę, aby moŜna było przejść przez nią
całkiem szybko; inaczej Oliver miałby przydługą wędrówkę. Potem powinien wyjść z
borów i ruszyć do swego celu, który leŜał na południowym zboczu Alp, na terytorium
włoskim.
Odpowiedni moment do tego, aby mu przeszkodzić, wypadał gdzieś tam -
zanim Oliver wyjdzie z lasu. Mogła przeciąć mu drogę. Ale co wtedy? Potrzebny był
jej taki sposób, aby go zatrzymać, nie czyniąc mu jednocześnie nic złego.
- Mam! - powiedziała.
Spakowała swój wróŜebny ekwipunek i przywołała zaklęciem znajomego
efreta. Ten zjawił się szybko; duŜy i czarny, ze złym spojrzeniem. Ylith wyjaśniła mu,
iŜ sir Oliver musi być powstrzymany albo opóźniony w swojej wędrówce.
- Musisz go zatrzymać - powiedziała.
- Będę szczęśliwy, mogąc spełnić twoje Ŝyczenie - rzekł, dawniejszymi czasy
zły osobnik, który ostatnio nawrócił się na stronę Dobra. - Czy mam go zabić?
Istoty tego rodzaju nadal miały pewną skłonność do przemocy (co było
tolerowane w Niebie w spokojniejszych czasach, kiedy panował pewien liberalizm;
ale to nie był spokojny czas i nie moŜna się było nadal przejmować uczuciami
intelektualistów niebieskich).
- Nie, to by zaszło za daleko - stwierdziła Ylith. - Ale pamiętasz moŜe ten
zwój niewidzialnego ogrodzenia, który kilka lat temu wzięliśmy od czarnoksięŜników
Baala?
- Tak, pani. Został on uznany za osobliwość i złoŜony w jednym ze składów.
- Dowiedz się zatem, w którym, i weź spory jego kawał. A oto, co chcę; Ŝebyś
z nim zrobił.
ROZDZIAŁ 8
Oliver usiadł powoli i powiedział do siebie:
- Co to wszystko było, u licha?
I chwycił się za głowę, w której silne pulsowanie zapowiadało migrenę. Stało
się coś bardzo niedobrego. Nie wiedział co, ale czuł, Ŝe było to złe. Wstał i rozejrzał
się dookoła. Miejsce było prawie całkowicie pozbawione jakichkolwiek cech, i mimo
duŜej ilości światła nie mógł nic zobaczyć. Wszystko, co mógł stwierdzić,
sprowadzało się do tego, Ŝe ze wszech stron otaczała go szarość. Rozległo się
trzepotanie skrzydeł i na ramieniu usiadła mu mała sowa, pstrząc na niego
niezgłębionym spojrzeniem, idealnie dopasowanym do nieprzenikliwości oraz
tajemniczości otoczenia.
- Mogłabyś mi powiedzieć, gdzie jestem?
Sowa przechyliła na bok głowę.
- Trudno powiedzieć. To nieco śmierdząca sprawa, stary.
- Co przez to rozumiesz?
- śe jest pewne, iŜ zostałeś otoczony niewidzialnym ogrodzeniem.
Sir Oliver nie wierzył w niewidzialne ogrodzenia. Nie wierzył tak długo,
dopóki nie zaczął iść i nie zderzył się delikatnie z jego przypuszczalną powierzchnią,
przez którą nawet palec sir Olivera nie przechodził. Wydawało się, Ŝe nie moŜna
okrąŜyć pułapki. Powiedział to sowie.
- Oczywiście - potwierdził ptak. - To dlatego, Ŝe jest to ślepy tor.
- Ślepy tor? A dokąd on prowadzi?
- Ślepe tory prowadzą wyłącznie po okręgach. Taka jest ich specyfika.
- Ale to jest nie w porządku! Nie mogę teraz kręcić się w kółko! Muszę
znaleźć magicznego konia.
- Nic takiego tutaj nie ma - poinformowała go sowa.
- Tak naprawdę, to szukam złotego świecznika.
- Brzmi nieźle, ale teŜ go nie mam.
- Nawet magiczny pierścień byłby w sam raz.
Sowa wzdrygnęła się w poczuciu winy.
- O, pierścień! Akurat mam go przy sobie.
Ptak pogrzebał w piórach, znalazł pierścień i podał Oliverowi. Rycerz obrócił
go w palcach. Był to ładny pierścień, z duŜym szafirem w prostej, złotej oprawie.
Zdawało mu się, iŜ w głębi klejnotu dostrzega poruszające się cienie.
- Nie powinieneś zbyt długo gapić się na niego - ostrzegła sowa. - On nie jest
do oglądania, ale do uprawiania czarów.
- Jakich czarów? Co powinienem z nim zrobić?
- Nie powiedzieli ci?
- Nie.
- Ach, w takim razie ktoś się tu nie za bardzo spisał. UwaŜam, Ŝe masz pełne
prawo, by się na to poskarŜyć.
Rycerz rozejrzał się dookoła, ale nie było nikogo, do kogo moŜna by było
wnieść zaŜalenie. Była tylko sowa.
- To diabelnie zła wiadomość - powiedział sir Oliver. - Jakim sposobem mam
przeŜyć wspaniałe przygody, skoro utknąłem nie wiadomo gdzie?
- Moglibyśmy zagrać w karty - rzekła sowa. - Dla zabicia czasu.
- Nie sądzę - skrzywił się Oliver. - Nie grywam w karty z ptakami.
Sowa wyjęła spod skrzydła małą talię kart i zaczęła ją tasować. Posłała
Oliverowi kpiące spojrzenie.
- No, dalej - ponaglił rycerz. - Rozdawaj.
Wkrótce zatopił się w grze. Zawsze lubił karty. Pomagały spędzać czas.
- Twoja kolej - powiedziała sowa.
ROZDZIAŁ 9
Znalazłszy się z powrotem w gospodzie, Azzie przetarł swą kryształową kulę i
zapatrzył się w nią. Pozostawała mętna, dopóki nie przypomniał sobie, Ŝe trzeba
powiedzieć: “PokaŜ mi, co porabia Oliver”. Kula rozbłysła, potwierdzając przesłanie,
i wewnętrzną mglistość zastąpiła scena w lesistej okolicy, a przedstawiająca sir
Olivera, grającego z puchaczem w karty.
- Nic takiego nie miało się zdarzyć! - powiedział Azzie do siebie. Potrzebny
był mu teraz Aretino do pomocy. - Gdzie mój posłaniec? - zapytał demon.
Drzwi otworzyły się momentalnie, wpuszczając małego wzrostem osobnika.
- Natychmiast zanieś tę wiadomość do Aretina - Azzie nagryzmolił szponem
na kawałku pergaminu dwa słowa: “Przybądź niezwłocznie”.
ZłoŜył go dwukrotnie i wręczył posłańcowi.
- Gdzie go znajdę?
- W Wenecji; bez wątpienia pije za moje pieniądze.
- Czy mógłbym dostać zaklęcie, które by mnie tam zaniosło?
- Powinieneś mieć swoje własne - gderał Azzie. - Ale weź ogólne zaklęcie z
tamtego stołu.
Posłaniec wsadził do kieszeni kilka sztuk wyjętych z czaszy z rŜniętego szklą.
- Do Wenecji - powiedział do zaklęcia.
I wyruszył.
W pośpiechu Azzie nie rozpoznał w nim Quentina, który skorzystał z okazji,
Ŝ
eby takŜe włączyć się do akcji.
ROZDZIAŁ 10
Tymczasem w Wenecji Aretino uznał, Ŝe wpłata Azziego bardzo mu się
przyda. Poeta zawsze chciał wydać naprawdę wielkie przyjęcie; takie, które
wprawiłoby w osłupienie stare, kochane miasto, i udowodniłaby jeszcze raz, jak
wspaniałym człowiekiem jest Pietro Aretino. Takie właśnie wymarzone przyjęcie
odbywało się juŜ od kilku nocy oraz dni - odkąd tylko Azzie wyjechał.
Na swoje uroczystości poeta sprowadził niemiecką orkiestrę. Ludzie duŜo
jedli, duŜo pili i popuszczali pasa. Był to miły i przyjazny czas. Jaka szkoda, Ŝe miał
być przerwany przez posłańca!
Goniec okazał się całkiem młody, po prostu dziecko jeszcze - ubrany w
koszulę nocną młody chłopak z głową pełną jasnych loków. Był to Quentin,
zadyszany z lekka po powietrznej podróŜy, w czasie której zaklęcie, jakie wziął od
Azziego, koziołkowało nim ponad Alpami, a potem w dół, do Wenecji. Gdy sługa
wprowadził chłopca do Aretina, Quentin ukłonił mu się zamaszyście i powiedział:
- Aretino, przynoszę ci wiadomość.
- Jestem pewien, Ŝe nie potrzebuję jej właśnie teraz - rzekł poeta. - Tutaj jest
bardzo zabawnie.
- To od Azziego - rzekł Quentin. - Chce, abyś natychmiast przybył.
- Rozumiem, A kim ty jesteś?
- Jestem jednym z pielgrzymów. Kiedy moja siostra Puss, to skrót od imienia
Priscilla, zasnęła, postanowiłem rozejrzeć się trochę. Widzisz, ja tak naprawdę prawie
nigdy nie śpię. Poszedłem więc na pierwsze piętro. Zobaczyłem drzwi i zajrzałem do
ś
rodka, a potem zrozumiałem, iŜ naleŜę do cechu posłańców.
- W jaki jednak sposób potrafisz się przemieszczać? - spytał Aretino. - Jesteś
ś
miertelnikiem jak i ja, czyŜ nie ?
- Oczywiście, ale wziąłem od Azziego garść zaklęć.
- Mam nadzieję, Ŝe to prawda - rzekł poeta w zamyśleniu. - Czego Azzie Ŝąda
ode mnie?
- Twojego natychmiastowego stawiennictwa.
- Gdzie on jest?
- Zabiorę cię do niego dzięki magii - odparł Quentin.
- Jesteś całkiem pewny, Ŝe na tych zaklęciach moŜna polegać?
Quentin nawet nie zaszczycił go odpowiedzią. W krótkim czasie przyzwyczaił
się do czarów i nie mógł się doczekać chwili, kiedy powie Puss, iŜ podróŜowanie za
pomocą magii nie jest wcale wielką sztuką.
ROZDZIAŁ 11
Zanim wszystko się zaczęło, Azzie planował uczcić moment, gdy sir Oliver
znajdzie się wreszcie w drodze przez tajemniczy pasaŜ, gdyŜ miało to oznaczać, Ŝe
jego niemoralne przedstawienie dobrze się zaczęło. Aretino miał tylko śledzić Olivera
w jego wędrówce, a potem zdawać demonowi z tego relacje. Jednak zaledwie rycerz
wyruszył, stało się natychmiast jasne, iŜ napotka jakieś trudności.
Azzie nie tracił czasu, by zbadać, co jest nie w porządku. Śledził podróŜ sir
Olivera do krainy fantazji, wykorzystując wskazówki, za pomocą których Zło potrafi
iść za Niewinnością. I tak Azzie wkroczył w ten dziwny obszar w lesie, w którym
krainy rzeczywistości oraz fantazji były ze sobą przemieszane.
Po długiej wędrówce mrocznymi leśnymi duktami, demon doszedł do polany.
Po przeciwnej jej stronie ujrzał sir Olivera siedzącego na pniu, z sową usadowioną
naprzeciw niego. Grali w karty małą, wąską talią; dokładnie takiej wielkości, aby
puchacz mógł ją utrzymać w swych szponach. Azzie nie wiedział, czy na ten widok
ma się śmiać, czy raczej płakać; wszak przeznaczył sir Olivera do wielkich czynów!
Pośpieszył do nich, mówiąc:
- Hej, Oliver! Przestań się wygłupiać i ruszaj w drogę!
Jego słowa nie zostały jednak dosłyszane, a on sam nie był w stanie podejść
bliŜej, niŜ na około dwadzieścia stóp od pielgrzyma. Coś w rodzaju niewidzialnej,
gumowej ściany zagradzało mu drogę. Wyglądało na to, Ŝe przegroda ta nie
przepuszcza takŜe dźwięków, a moŜe nawet i fal świetlnych, bo Oliver nie widział go.
Azzie ruszył wzdłuŜ niewidzialnego koła, aŜ doszedł dokładnie do tego miejsca, gdzie
spojrzenie sir Olivera nieuchronnie musiałoby paść, gdyby tylko przypadkiem
podniósł wzrok. Usadowił się w tym miejscu i czekał. Po chwili głowa Olivera
uniosła się i wyglądało, Ŝe patrzy dokładnie w kierunku Azziego; po czym szybko
powrócił do gry w karty.
Demon wiedział, Ŝe dzieje się coś tajemniczego i dalece wykraczającego poza
zwykłe fortele, w których to on był mistrzem. Ciekaw był, kto w tym maczał palce.
Jego pierwsze podejrzenie padło na Babriela, ale wydawało się, iŜ pomysł i
wykonanie czegoś podobnego przekraczało zdolności umysłowe anioła. A zatem, kto
to zrobił? Michał? Jakoś nie nosiło to subtelnego szlifu Michała. To nie było w jego
stylu, choć doprowadzony do rozpaczy archanioł mógł być zdolny do wszystkiego.
Pozostała tylko Ylith, tego nie mógł wykluczyć. Ale co właściwie zrobiła?
Chwilę potem to właśnie ona stała juŜ obok niego.
- Cześć, Azzie - przywitała go. - O ile nie myli mnie mój nos byłej
czarownicy, to myślałeś właśnie o mnie.
Jej uśmiech był prosty i śliczny. I nie zdradzał niczego.
- Co tutaj zmajstrowałaś? - zapytał bez wstępów demon.
- Wymyśliłam małą psotę. Byłam pewna, Ŝe się uda - odparła Ylith. - To co
widzisz, jest niewidzialnym ogrodzeniem standardowej miary.
- Bardzo sprytne - przyznał Azzie. - A teraz usuń je.
Ylith podeszła do niewidocznego płotu i pomacała dookoła dłonią.
- Dziwne - powiedziała wreszcie.
- Co takiego? - spytał Azzie.
- Nie mogę znaleźć anomalii, która daje moc temu ogrodzeniu. Powinna być
dokładnie tutaj.
- Tego juŜ za wiele - stwierdził demon. - Idę do Ananke.
ROZDZIAŁ 12
Ananke zaprosiła swoje stare przyjaciółki, trzy Parki, na herbatkę. Lachesis
upiekła na tę okazję ciasto, Kloto obleciała sklepy z pamiątkami w Babilonie, aŜ
znalazła odpowiedni prezent, a Atropos przyniosła mały tomik poezji.
Ananke nie zjawiała się na ogół w ludzkiej postaci. “Nazywajcie mnie po
prostu starą obrazoburczynią” - zwykła była mówić. - “Nie uwaŜam, Ŝeby coś
naprawdę waŜnego dało się zobrazować”. Dziś jednak, aby okazać się towarzyską, a
takŜe dlatego, Ŝe lubiła Parki, wystąpiła jako dosyć korpulentna Niemka w średnim
wieku, w szytym na miarę kostiumie i z włosami upiętymi w kok.
Ananke i Parki miały swój piknik na zboczach góry Icon, gdzie macierzanka
oraz rozmaryn nasycały swym zapachem powietrze wyŜynnych łąk. Niebo było
ciemnoniebieskie, a gdzieniegdzie przelatywały chmurki, niczym spłoszone szczury-
albinosy. Ananke nalewała właśnie herbatę, kiedy Lachesis zauwaŜyła jakąś plamkę
na firmamencie. Plamka przybliŜała się.
- Patrzcie! -zawołała. - Ktoś nadlatuje!
- Poleciłam, aby mi nie przeszkadzano - zagderała Konieczność.
KtóŜ to taki ośmielił się jej sprzeciwić? Ananke przywykła do tego, iŜ ludzie
trzęśli się ze strachu na sam dźwięk jej imienia, i uwaŜała to za naczelną zasadę
obowiązującą w świecie; albo coś równie waŜnego. Lubiła myśleć o sobie jako to Tej,
Której Musi się Słuchać, chociaŜ było to trochę pretensjonalne. W tym czasie z
nadlatującej plamki wyłoniła się postać, w której po chwili moŜna było rozpoznać
latającego demona. Po chwili Azzie wylądował z wdziękiem w pobliŜu miejsca, gdzie
odbywał się piknik.
- Pozdrowienia! - zakrzyknął, kłaniając się nisko. - Przepraszam, Ŝe
przeszkadzam. Mam nadzieję, Ŝe cieszycie się dobrym zdrowiem?
- Powiedz mi, o co chodzi - zwróciła się do niego Ananke surowo. - I lepiej,
Ŝ
eby to było coś waŜnego.
- AleŜ jest - odparł Azzie. - Postanowiłem oto stworzyć nowy rodzaj
przedstawienia na świecie - niemoralną farsę - która stanowić miała przeciwwagę dla
wielu sztuk umoralniających, jakie moi przeciwnicy rozpowszechnili w świecie,
mimo Ŝe ich wartość propagandowa jest tyleŜ nieskuteczna, co i bezsensowna.
- Przeszkodziłeś mi w pikniku tylko po to, aby przynieść mi wiadomość o
twoim przedstawieniu? Znam cię od dawna, łajdaku, i nie obchodzą mnie twoje
gierki. Co ta sztuka ma wspólnego ze mną?
- Przeciwnicy przeszkadzają mi w pracy - wyjaśnił Azzie - a ty bardziej stoisz
po ich stronie, niŜ po mojej.
- No cóŜ, Dobro jest piękne - powiedziała Ananke tłumacząc się.
- Przypuśćmy. Niemniej wolno mi się jemu przeciwstawiać, prawda? Ty zaś
jesteś tu od tego, Ŝebym mógł wykazać swoją słuszność.
- Tak, wszystko to prawda - przyznała Konieczność.
- Powstrzymasz zatem Michała oraz jego anioły, by mi nie utrudniali pracy?
- Sądzę, Ŝe tak. Teraz zostaw nas same. Chcemy kontynuować nasz piknik.
I tym Azzie musiał się zadowolić.
CZĘŚĆ SIÓDMA
ROZDZIAŁ l
Michał znajdował się w swoim gabinecie, odpoczywając w platońskiej idei
fotela - archetypie wszystkich foteli i, z definicji, najlepszym ze wszystkich
kiedykolwiek zaprojektowanych. Wszystko, czego mu było teraz brak, to cygaro. Ale
palenie było nałogiem, który dawno porzucił, wiec tak naprawdę nie brakowało mu
niczego.
Michał nie czuł się jednak usatysfakcjonowany, gdyŜ osiągnięcie pełni
zadowolenia było tak samo trudne dla archanioła jak i dla człowieka. I choć cieszyły
go te błogie chwile, w głębi siebie zastanawiał się, jak długo będzie trwać owo
rozkoszne leniuchowanie.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Michał odniósł przykre wraŜenie, Ŝe cokolwiek przez nie wejdzie, nie
przyniesie mu niczego miłego. Zastanawiał się czy nie udawać, Ŝe go nie ma? Albo
odpowiedzieć: “Won!” Zdecydował jednak przyjąć gościa. Gdy się jest archaniołem,
nawet kozioł ma prawo zatrzymać się przy drzwiach twojego gabinetu.
- Proszę - powiedział.
Drzwi otworzyły się i wszedł posłaniec. Gońcem było małe dziecko ze złotymi
lokami, ubrane w nocną koszulę, z pakunkiem w jednej ręce, a wiązką zaklęć w
drugiej. Quentin z gorliwością spełniał nadal rolę posłańca.
- Mam przesyłkę dla archanioła Michała.
- To ja - przyznał Michał.
- Podpisz tutaj - polecił Quentin.
Michał postawił swoją parafkę na konosamencie ze złotej blachy, który podał
mu Quentin. Chłopiec złoŜył go i odsunął na bok, po czym wręczył Michałowi cięŜki
pakunek.
- Ty nie jesteś aniołem? - upewnił się Michał.
- Nie, proszę pana.
- Jesteś chłopczykiem, ludzkim dzieckiem, nieprawdaŜ?
- Jak najbardziej - przyznał się Quentin.
- Dlaczego zatem pracujesz w nadprzyrodzonej słuŜbie posłańczej?
- Doprawdy, sam nie wiem - wyznał Quentin. - Ale to wspaniała zabawa.
Jeszcze coś?
- Sądzę, Ŝe nie - odparł Michał.
Quentin uruchomił swoje zaklęcia i ulotnił się.
Michał podrapał się po głowie i zwrócił w stronę otrzymanej paczki,
zawiniętej w zwykły, szary papier pakunkowy. Rozerwał go i wyjął duŜą cegłę odlaną
z brązu, a obróciwszy ją ujrzał, Ŝe jej powierzchnia jest zapisana. Podniósł prezent do
ś
wiatła, by móc rozpoznać litery; przeczytał: “Michale, natychmiast przestań się
wtrącać do przedstawienia demona Azziego. JeŜeli chcesz, wymyśl własne, ale nie
bądź obłudny i zostaw jego sztukę w spokoju. Z powaŜaniem, Ananke”.
Michał odłoŜył cegłę. Jego dobre samopoczucie zostało zupełnie zrujnowane.
Za kogóŜ uwaŜała się ta Ananke, Ŝeby wydawać rozkazy archaniołowi? On sam nigdy
tak naprawdę nie pogodził się z myślą, Ŝe Konieczność rządzi zarówno Dobrem, jak i
Złem. Kto powiedział, Ŝe tak ma być? To był głupi pomysł i tyle. Michał zawsze
pragnął, aby Bóg nie odchodził. On był naprawdę jedynym, który mógł panować nad
tym bałaganem. Wycofał się jednak i to właśnie Ananke przejęła niejako kuratelę nad
wszystkim. A teraz próbowała powiedzieć Michałowi, jak ma on postępować!
- Nie wolno jej ustanawiać praw w ten sposób i działać na moją szkodę -
powiedział Michał. - Być moŜe jest Przeznaczeniem, ale nie Bogiem.
Zdecydował, Ŝe lepiej będzie zrobić coś w tej sprawie. Krótki rekonesans
ujawnił, Ŝe istniało przynajmniej kilka sposobów utrudnienia zadania Azziemu. Aby
pokrzyŜować mu szyki moŜe wystarczyć nawet zwykła zwłoka.
ROZDZIAŁ 2
Spróbuj jeszcze raz - polecił Hefajstos.
- Próbuję - odparł Ganimedes. - Mówię ci, Ŝe nie mogę się przedostać;
Wszyscy bogowie stali zgromadzeni przy ściance, po drugiej stronie której
znajdowało się wnętrze puszki Pandory, w izbie Westfalla na Ziemi. Była to droga,
jaką obrał Zeus, aby się uwolnić, a teraz wszyscy bogowie i boginie chcieli pójść jego
ś
ladem - ale przegroda nie przepuszczała ich. Hefajstos, rzemieślnik bogów, próbował
róŜnych sposobów powiększenia przejścia; jednak nigdy wcześniej nie pracował na
przegrodach.
Nagle zastawka wydała słaby, brzęczący dźwięk i wszyscy się cofnęli. Chwilę
później w przejściu ukazał się Zeus i stanął przed nimi w całej swej sile i chwale.
- A więc wraca wielki człowiek - stwierdziła Hera; zawsze miała ostry język.
- Spokój, kobieto - powiedział Zeus.
- Łatwo ci mówić - odparła Hera. - Ty idziesz sobie odstawiać te swoje brudne
gierki, podczas gdy my wszyscy trwamy uwięzieni w tym wstrętnym miejscu. Jakiego
autoramentu bogiem jesteś?
- Najlepszego - stwierdził Zeus skromnie. - Nie próŜnowałem, mam pewien
plan. Musicie jednak zrobić wszystko, co wam powiem, bo od tego zaleŜy wasza
wolność. A najbardziej od waszej współpracy, nie zaś od permanentnych kłótni.
Chciałbym wam powiedzieć, Ŝe wkrótce przyjdzie tu archanioł Michał.
- Ha! Wróg! - zakrzyknął Febus Apollo.
- Nie - sprostował Zeus. - Potencjalny sprzymierzeniec. Pojawi się, prosząc o
coś. Musimy mówić z nim rozsądnie i zrobić to, czego zaŜąda.
- A potem?
- Potem, dzieci, będziemy mieli szansę na ponowne przejęcie świata. Ach, oto
ten nowy kamerad - zakończył Zeus, kiedy Michał wreszcie przybył.
Sposób, w jaki wyraził się Zeus, przedstawiając nowego towarzysza, wydał się
archaniołowi bardzo niemiły - jakby był jakimś podrzędnym bóstwem, które
wyskoczyło niedawno nie wiadomo skąd, a nie duchową istotą o władzy równej
Zeusowej.
- UwaŜaj na swoje maniery - obciął Gromowładnego. - Nadal mamy siłę, która
zdolna jest zdmuchnąć do najgłębszego Piekła ciebie i tę twoją pomaga bandę
sybarytów.
- Właśnie stamtąd przyszliśmy - rzekł Zeus. - Gdy raz się posmakuje
najgorszego, nie ma to juŜ potem takiej samej siły oddziaływania, jak przedtem.
Wracając do tematu, w jakiej to kwestii pragnąłeś się ze mną zobaczyć?
- Sądzę, Ŝe zdajesz sobie sprawę - odparł Michał - Ŝe na kosmiczną scenę
wkroczyła nowa siła?
- Nie uszło to mej uwadze - przyznał Gromowładny. - I co z tego?
- Czy wiesz takŜe o tej niemoralnej sztuce, którą próbuje wystawić demon
Azzie?
- Słyszałem o niej - potwierdził Zeus. - Wygląda mi to na przebiegły pomysł.
- Jeśli będzie ona miała na ludzkość taki wpływ, jak się tego obawiam, nie
przysłuŜy się to dobrze ani tobie, ani nam.
- Jak to sobie wyobraŜasz? My, greckie bóstwa, nie mamy wiele do czynienia
z pojęciami Dobra i Zła.
- Ten projekt pozostaje poza Dobrem i Złem.
- Więc... Co?
- Jego plan nie tylko jest niemoralny - on wręcz podkopuje przekonanie, Ŝe
charakter jest przeznaczeniem.
- Co, co powiadasz? - spytał Zeus.
- Wiedziałem, Ŝe to przykuje twoją uwagę - stwierdził Michał. - Ale to jeszcze
nie wszystko. Sztuka Azziego udowodni, iŜ charakter nie tylko nie jest
przeznaczeniem, ale Ŝe bardzo opłaca się prowadzić pozbawione kontroli Ŝycie.
- Tego juŜ za wiele - zdenerwował się Zeus. - Jak moŜe my temu zaradzić?
- Musimy zastosować taktykę grania na zwłokę - zauwaŜył archanioł. - Sam
osobiście nie mogę nic zrobić; zostałem juŜ w tej sprawie ostrzeŜony przez Ananke.
Gdybyś jednak ty, albo jeszcze lepiej - jedno z twoich dzieci - zechciało wyświadczyć
mi drobną przysługę...
Febus wstał i uśmiechnął się.
- Pomogę z wielką chęcią - powiedział. - Powiedz mi tylko, co chcesz, abym
uczynił?
- Potrzebni tu będą Cyklopi - rzekł Michał. - Myślę o czymś podobnym do
tego, co Apollo zmontował przeciwko Odyseuszowi, tylko tym razem lepiej. Potem
będę miał inną małą robótkę dla tego spośród was, kto produkuje burze, deszcze i
wichury.
Atena pomyślała chwilkę, a potem odezwała się:
- Podzieliliśmy tę funkcję pomiędzy wielu bogów - łącznie z Posejdonem oraz
tobą, wielki Zeusie.
- To prawda - przytaknął Gromowładny. - Sprawę pogody przydzielimy
komuś. Aresie, jak by ci się podobał ekologiczny sposób prowadzenia wojny?
- Jeśli tylko rani i zabija ludzi, to nie ma sprawy - przyznał Ares.
- Posłuchaj zatem - rzekł Michał. - Jest kilka rzeczy, które powinieneś
wiedzieć o robieniu pogody.
ROZDZIAŁ 3
Kobiecy głos zawołał:
- Znalazłam to wreszcie!
A potem słychać było odgłos odciąganej zasuwki i moment później dźwięk
przewracającego się płotu.
Oliver wstał, by zbadać granice swego więzienia.
Nie było granic. Zaczął więc iść.
Nie był pewien, dokąd zmierza, ale skoro miał przy sobie zaklęcie “Moronia”
to wyobraŜał sobie, Ŝe wszystko będzie dobrze. Ciągnęło go ono i holowało, i nie było
najmniejszych wątpliwości, w którą stronę powinien się kierować. Zdawał sobie
sprawę z tego, Ŝe w krótkim czasie pokonywał wielkie odległości. Zaklęcie zaczęło
spychać go w lewą stronę, zatem uległ mu.
Wkrótce znalazł się na plaŜy. Szedł dalej i po chwili ujrzał duŜą jaskinię. Było
w niej coś odpychającego, miał więc zamiar ominąć ją z daleka, ale wtedy zobaczył
przybity nad wejściem prymitywny szyld: POSIADACZE PIERŚCIENIA MILE
WIDZIANI. Wszedł. TuŜ za progiem siedział sobie na stołku olbrzymi olbrzym.
- Masz pierścień? - zapytał.
- Pewnie, Ŝe mam - odparł Oliver, okazując inkryminowany klejnot.
Wielkolud przyjrzał mu się uwaŜnie.
- Dobrze, to o ciebie chodzi.
Wstał i do wejścia jaskini przytoczył głaz.
- Po co to zrobiłeś? - zainteresował się Oliver.
- Rozkazy - wyjaśnił lakonicznie kolos, siadając z powrotem na swoim stołku.
- Co teraz? - spytał sir Oliver.
- Wierz mi, nie chciałbyś tego wiedzieć.
- AleŜ chcę. Powiedz mi.
- Zjem cię - stwierdził wielkolud krótko.
- Nie mówisz chyba tego serio?!
- Całkiem powaŜnie. Czy znałeś kiedykolwiek olbrzyma, który by kłamał?
- Nigdy nie zrobiłem ci nic złego - powiedział Oliver, nie odpowiadając
wprost na pytanie.
- To nie ma nic do rzeczy.
- Więc o co ci chodzi?
- Przykro mi, bracie, ale mam tu przy sobie rozkaz. “Zjedz faceta z
pierścieniem” - oto jak on brzmi.
- Jakiego faceta? Z jakim pierścieniem? - dociekał sir Oliver.
- Tego nie wiem. Mówi się tylko o “człowieku z pierścieniem”.
- Ale to mógłby być ktokolwiek.
- Słuchaj, bracie, moŜe oni nie mieli czasu, Ŝeby wypisać coś więcej.
- A co się stanie, jeŜeli zeŜresz niewłaściwą osobę?
- No cóŜ, byłby to niewątpliwie czyjś pech, ale nie stanowiłoby to mojej winy.
- Oczywiście, Ŝe nie - potwierdził ugodowo Oliver. - Ale moŜe mieliby ci to za
złe.
- Jak to sobie wyobraŜasz?
- Przypomnij sobie, czy nie ganią cię i tak, gdy stanie się coś złego, bez
względu na to, czyja to była wina?
- Masz rację - przyznał olbrzym.
Wszedł z powrotem do jaskini, gdzie w głębi stał fotel, łóŜko oraz latarnia.
Oliver rozejrzał się za jakąś bronią, ale nic takiego nie dojrzał. Zobaczył natomiast, Ŝe
do koszuli olbrzyma przypięty był kawałek papieru.
- Co tam masz przyczepione na barku? - zainteresował się rycerz.
- To instrukcja, którą mi dano.
- Co ona mówi?
- Tyle tylko, Ŝe mam tu pozostać, aŜ zjawi się facet z pierścieniem.
- Nic więcej?
- Nie, o ile wiem.
- Pozwól mi rzucić okiem.
Wielkolud nie uznał tego za dobry pomysł. Chronił swój przepis działania i
wcale nie zamierzał go pokazywać jakiemuś nieznajomemu. A juŜ zwłaszcza nie
takiemu, którego miał zjeść. Oliver rozumiał to wszystko, ale był zdecydowany
przyjrzeć się wyrokowi na siebie. Jedyna rzecz, jaka przyszła mu w związku z tym do
głowy, to zaproponować olbrzymowi masaŜ pleców.
- Dlaczego miałbym pragnąć masaŜu? - zdumiał się kolos podejrzliwie.
- PoniewaŜ dobrze się po nim poczujesz; oto dlaczego.
- I tak czuję się dobrze - zapewnił go olbrzym, chociaŜ i było widać, Ŝe to
nieprawda.
- W rzeczy samej - przyznał Oliver. - Widzę, Ŝe czujesz się nieźle. Ale co to
znaczy “dobrze”? Dobrze to wcale nieduŜo. To prawie nic. Czy nie chciałbyś się
poczuć bardzo dobrze?
- Nie wiem, czy mi to potrzebne - zawahał się wielkolud.
- Kiedy ostatni raz czułeś się wyśmienicie? Mam na myśli, tak naprawdę
wspaniale?
- Sądzę, Ŝe było to dosyć dawno temu. Nikogo nie obchodzi to, jak czuje się
olbrzym. Nikt nawet nie pomyśli, Ŝe ma on w ogóle jakieś czucie. Nikt nie pyta o jego
zdrowie i ogólną kondycję psychofizyczną. Ludzie uwaŜają, Ŝe olbrzymi to głupcy,
ale jesteśmy dostatecznie bystrzy, aby zauwaŜyć, Ŝe nikt się o nas nie troszczy.
- Trafnie to ująłeś - przyznał Oliver. - To co z tym masaŜem pleców?
- Zgoda - odparł olbrzym. - Ale czy muszę zdjąć koszulę?
- Nie, jeśli nie chcesz.
Kolos połoŜył się na długiej płycie skalnej, której uŜywał jako posłania. W
ciągu dnia robił z niej kanapę, z głazami zamiast poduszek.
Oliver zsunął do góry jego koszulę i zaczął rozcierać oraz ugniatać mu plecy -
najpierw łagodnie, ale potem z większą siłą, bo pacjent skarŜył się, Ŝe nic nie czuje.
Rycerz rozciągał, uderzał i walił, cały czas starając się rzucić okiem na przypiętą na
lewymi barku instrukcję, przymocowaną do koszuli klamrą z brązu.
W końcu udało mu się odczytać napis na etykietce: “Olbrzym ten moŜe zostać
zraniony tylko pod lewą pachą, która nie jest opancerzona, ze względu na potrzebę
wentylacji wyŜej wymienionego. Olbrzym powinien uwaŜać, aby nic nie zbliŜało się
do tego miejsca”. Pod spodem znajdował się znak fabryczny, lecz uległ rozmazaniu.
Było to juŜ coś, ale nie dosyć, gdyŜ Oliver nie miał pojęcia, jak się ma dostać
pod lewą pachę olbrzyma. Nawet prawa była niedostępna.
W wejściu do jaskini mignął jakiś cień i Oliver uniósł wzrok. Stał tam wysoki,
dobrze ubrany osobnik, z pozoru wyglądający na Włocha.
- Cześć, jestem Aretino - przedstawił się przybyły. - Przysłał mnie Azzie. Jeśli
skończyłeś swój masaŜ, to sądzę, Ŝe moglibyśmy wrócić do powaŜnej pracy?
- Kto to? - zapytał sennie kolos.
- Nie bój się - odparł Oliver. - To ktoś do mnie.
- Powiedz mu, Ŝeby sobie poszedł. Po masaŜu powinienem cię zjeść.
Oliver potoczył oczyma i odrywał rękę z pleców pacjenta tak powoli, Ŝe drugą
zdąŜył wykonać błagalny gest. Teraz dopiero Aretino na dobre zdał sobie sprawę z
obecności olbrzyma. Zachowując stosowną ostroŜność na wypadek, gdyby
znajdowało się w niej więcej potworów, wszedł powoli w głąb jaskini.
- Czy on jest opancerzony? - szepnął do Olivera.
- Tak - potwierdził rycerz - ale z wyjątkiem lewej pachy.
- Powinieneś wykorzystać moment, kiedy wyciągnie się na całą długość.
- Z pewnością; Tylko jak tego dokonać?
- Czy rosną tu gdzieś winogrona? - ściszył znowu głos poeta.
- Zapytam - powiedział Oliver, domyślając się natychmiast, w czym rzecz.
- Winogrona? Po co ci winogrona? - zdziwił się olbrzym.
- Ostatni posiłek przed śmiercią. Taki jest zwyczaj.
- Nigdy o nim nie słyszałem. Sądzę jednak, Ŝe moglibyśmy ci znaleźć nieco
winogron. To był bardzo dobry masaŜ.
Wielkolud stanął na nogi.
- Chodź ze mną.
I wyprowadził Olivera na zewnątrz. TuŜ obok jaskini rósł bardzo wysoki
krzew winorośli.
- Nie mogę ich dosięgnąć - poskarŜył się Oliver.
- Podam ci trochę - zaofiarował się olbrzym i podniósł ramię, odsłaniając
pachę. W tym momencie Aretino rzucił Oliverowi swój miecz. Rycerz złapał go.
Kolos nadal, co prawda, unosił swe ramię, ale było ono prawym ramieniem. Oliver
zawahał się.
- Wal mimo wszystko! - zachęcił go Aretino.
Oliver zazgrzytał zębami i zanurzył miecz w pachę wielkoluda. Jak się tego
obawiał, była uodporniona, ale niewystarczająco. Miecz wbił się w nią.
- Och! Dlaczego to zrobiłeś?
- Musiałem. Miałeś mnie zabić!
- Mogłem się jeszcze rozmyślić.
A skąd ja to miałem wiedzieć?
Olbrzym upadł na ziemię.
- Mogłem to przewidzieć - zazgrzytał zębami. - Czy słyszał kto kiedykolwiek
o zwycięskich olbrzymach? A propos, ten świecznik, którego szukałeś... Mam go w
głębi jaskini.
Po czym wstrząsnęły nim śmiertelne drgawki i zmarł.
- Szybko - ponaglił Aretino. - Weź lichtarz!
Oliver wbiegł z powrotem do jaskini i za jakimś głazem znalazł kandelabr.
Miał juŜ teraz pierścień, klucz i lichtarz. Zrobił dwa kroki w przód i cofnął się
zdumiony. Aretino zniknął. Przed nim stał zupełnie inny człowiek.
ROZDZIAŁ 4
Kim jesteś? - spytał Oliver.
- Pańskim adiutantem - odparł męŜczyzna. - Nazywam się Globus. Mam
słuŜyć wielkim tego świata.
Kątem oka Oliver spostrzegł, Ŝe jest w zupełnie innym miejscu. Zdaje się, iŜ ta
sztuczka dokonała się, kiedy wziął świecznik. PlaŜa zniknęła; stał na sporej łące
rozciągającej się opodal jakiejś wsi. Z jednej strony piętrzyły się góry, z drugiej
ciągnęła rozległa równina. W jej środku połyskiwała rzeka; na brzegu znajdowało, się
pełne ludzi oraz namiotów obozowisko.
- Jaki to szwadron? - spytał znowu Oliver.
- Biała Kompania - odrzekł Globus.
Biała Kompania była sławna. Jej pierwszy komendant, sir John Hawkwood,
prowadził tę grupę do wielu wybitnych zwycięstw po całych Włoszech. Liczyła ona
około dziesięciu tysięcy walecznych męŜczyzn z kaŜdego zakątka Europy: smagli
Łotysze, Polacy z włosami jak u chochlików, wąsaci Niemcy, Włosi z kolczykami w
uszach, Francuzi z wyondulowanymi fryzurami, Szkoci z krzaczastymi brwiami. To
wojsko było najlepsze, najweselsze, najbardziej Ŝądne krwi, a jednak takŜe
najbardziej karne ze wszystkich wojsk w cywilizowanym - i nie tylko - świecie.
- Gdzie jest Hawkwood? - zapytał Oliver o słynnego dowódcę kompanii.
- Sir John przebywa w Anglii na płatnym urlopie - wyjaśnił Globus. - Nie
chciał odejść, ale mój pan zapłacił mu kwotę nie do odrzucenia.
- Kto jest twoim panem?
- Nie nazwę go wprost - odparł adiutant. - Powiem tylko, Ŝe jest to diabelnie
fajny facet. Polecił mi dać tobie to.
Globus wyjął z plecaka długi, cienki przedmiot, po czym wręczył go
Oliverowi, który natychmiast rozpoznał w nim buławę, jaką nosił zwykle marszałek
polny.
- To są twoje insygnia dowódcze - wyjaśnił adiutant. - Kiedy pokaŜesz je
swoim ludziom, pójdą za tobą wszędzie.
- A dokąd powinienem iść?
- W tej chwili znajdujemy się po południowej stronie Alp - Globus wskazał
stosowny kierunek. - Maszerujemy prosto tą drogą, a potem wzdłuŜ brzegu rzeki do
Wenecji.
- Czy wszystko, co mam zrobić, to zaprowadzić tam wojsko?
- Tak jest.
- W takim razie chodźmy się do nich przyłączyć - wykrzyknął Oliver z
triumfem.
ROZDZIAŁ 5
Oliver wszedł do, zarezerwowanego dla niego, purpurowego namiotu.
Wewnątrz czekał nie kto inny, jak sam Azzie, siedząc na obozowym stołku i piłując
pazury srebrnym pilniczkiem.
- Cześć, szefie! - zawołał rycerz.
- Witaj w swojej kwaterze, Marszałku Polny - odparł Azzie. - Czy wszystko
przebiega zgodnie z twoim Ŝyczeniem?
- Jest wspaniale - zapewnił go Oliver. - Dałeś mi cudowną paczkę Ŝołnierzy.
Przyjrzałem się niektórym z nich, kiedy tu szedłem. Istni twardziele. Ktokolwiek
chciałby mi stawić czoło, będzie tego mocno Ŝałował. Nawiasem mówiąc, czy jest
ktoś, z kim będę musiał walczyć?
- Oczywiście. W swoim marszu na południe, który chcę Ŝebyś rozpoczął
natychmiast po skończeniu tej odprawy, spotkasz skandynawskich wojowników z
Naczelnej Brygady Śmierci.
- Brzmi to przeraŜająco. Czy aby naprawdę uwaŜasz, Ŝe powinienem,
rozpoczynając swą karierę, walczyć z ludźmi, którzy są aŜ tak groźni?
- Wcale nie są. Nadałem im taką nazwę, bo to dobre dla prasy. W istocie jest
to banda wywłaszczonych chłopów, wieśniaków z tej okolicy, wyrzuconych z ziemi
za niepłacenie podatków, które notabene były ponad ich siły. Są uzbrojeni tylko w
siekiery i kosy, nie mają zbroi, łuków ani strzał, a nawet porządnych lanc. Poza tym,
jest ich tylko dwustu przeciwko twoim dziesięciu tysiącom. Ci ludzie nie tylko są źle
przygotowani, ale moŜna ręczyć, Ŝe zdradzą swoich towarzyszy i pierzchną przy
pierwszym szczęku oręŜa.
- To juŜ wygląda duŜo lepiej - przyznał Oliver. - A co potem?
- Później wmaszerujesz do Wenecji. Będziemy mieli przy gotowaną prasę.
- Prasę? Naprawdę nie zrobiłem nic takiego, Ŝeby zasłuŜyć na tortury.
- Nie rozumiesz - rzekł Azzie. - Prasą nazywamy osoby, które innych ludzi
informują o róŜnych wydarzeniach - malarzy, poetów, pisarzy i tego rodzaju hałastrę.
- Nic o tym nie wiem - powiedział Oliver.
- Lepiej się dowiedz, jeśli chcesz stać się sławny ze swoich zwycięstw. Jakim
sposobem zostaniesz legendarną postacią, jeŜeli nie będzie się o tobie pisać?
- Zdawało mi się, Ŝe to juŜ się stało.
- Wcale nie. Wynająłem najlepszych poetów oraz pisarzy naszego czasu, z
boskim Aretinem na czele, by głosili twoją chwałę. Tycjan wykona olbrzymi plakat
propagandowy dowolnej victorii, o której przedstawienie go poprosimy. Wynajmę
takŜe kompozytora, by napisał utwór upamiętniający zwycięstwo - jakie by ono było.
Azzie wstał i podszedł do wejścia do namiotu. DuŜe, czarne chmury wyszły
spoza Alp i spadło kilka pękatych kropli deszczu.
- Wygląda na to, Ŝe zanosi się na niepogodę. Niewątpliwie wkrótce to
przejdzie i będziesz mógł zabrać swoich ludzi w drogę do Wenecji. Nie przejmuj się
tym, jak masz do nich przemawiać, ani w jakim języku. Po prostu powiedz
Globusowi, a on juŜ dopilnuje, Ŝeby kaŜdy zrozumiał.
- To dobrze, bo martwiłem się o to - rzekł Oliver, który wcale się nad tym nie
zastanawiał, ale chciał udawać, Ŝe myślał.
- śyczę szczęścia - powiedział Azzie. - Sądzę, Ŝe niedługo spotkamy się w
Wenecji.
CZĘŚĆ ÓSMA
ROZDZIAŁ l
Ciemność panowała nad Europą, a największa w małej oberŜy, w której Azzie
- mimo krótkich wypadów rekonesansowych i zaopatrzeniowych - nadal pilnie
werbował ludzi do swojego przedstawienia.
- Jakie nowiny, Aretino? - zapytał demon.
- CóŜ, panie, miasto huczy od pogłosek, iŜ dzieje się coś dziwnego i
bezprecedensowego. Nikt nie wie co, ale mówi się, Ŝe Wenecjanie nie są
wtajemniczani w sekrety istot nadprzyrodzonych, chociaŜ z pewnością powinni być,
gdyŜ jesteśmy wyjątkowi wśród narodów świata. Obywatele w dzień i w nocy
spotykają się na placu św. Marka, aby porozmawiać o ostatnim dziwie dostrzeŜonym
na niebie. Ale pan nie przysłał po mnie, aby rozmawiać o plotkach.
- Wezwałem cię tu, Pietro, abyś mógł spotkać się z niektórymi moimi
zawodnikami, dzięki czemu tym lepiej będziesz mógł pomagać im w pracy dla mnie.
Szkoda, Ŝe rozminąłeś się z sir Oliverem. Jest bardzo dobrym wzorem rycerza i sądzę,
Ŝ
e da nam niejeden powód do dumy.
- Widziałem, go przelotnie, kiedy jechałem konno - rzekł Aretino bez
wielkiego entuzjazmu w głosie. - Dość to niezwykły sposób rozdzielania ról, jeŜeli
bierze się pierwszego lepszego, który się sam zgłasza, i - chcąc nie chcąc - korzysta
się z niego, Ale, bez wątpienia, poradzi sobie. Kto jest następny?
- PoŜyjemy, zobaczymy - odparł Azzie. - Jeśli się nie mylę, słychać kroki na
schodach.
- Rzeczywiście - przyznał poeta - a z ich odgłosu wnoszę, Ŝe naleŜą do osoby
o nieszczególnej pozycji społecznej.
Jak ty to potrafisz rozpoznać? Bardzo bym chciał zgłębić, na czym polega
twój sekret percepcji na odległość.
Aretino uśmiechnął się przemądrzale.
- ZauwaŜ, Ŝe jego buty skrzypią, słyszymy je przez drzwi i z odległości
połowy długości korytarza. To jest, proszę pana, niewątpliwy odgłos niegarbowanej
skóry. PoniewaŜ ten dźwięk ma wysoki ton, naleŜy stwierdzić, Ŝe są sztywne; zaś
jeden ocierający się o drugi to niczym dwa trące o siebie kawałki metalu. śaden
wykwintny człowiek nie nosiłby obuwia z takiego materiału, musi więc ono naleŜeć
do kogoś biednego.
- Pięć dukatów, jeŜeli masz rację - powiedział Azzie; odgłos kroków ucichł
przy drzwiach i rozległo się pukanie. - Proszę wejść - rzekł rudowłosy demon.
Drzwi otworzyły się i do wnętrza wszedł powoli, rozglądający się na boki
męŜczyzna, jakby niepewny przyjęcia, jakie go tu spotka. Był wysokim osobnikiem o
jasnych włosach, noszącym wystrzępioną koszulę z samodziału oraz buty z wołowej
skóry, które wyglądały, jakby były przyrośnięte do jego stóp.
- Później ci zapłacę - zwrócił się Azzie do Aretina; do nieznajomego zaś
powiedział. - Nie znam cię. Czy uczestniczysz w naszej pielgrzymce, czy teŜ
przypadkiem natknąłeś się na nas w ciemności?
- W sensie cielesnym stanowię część grupy - odparł nie znajomy - ale pod
względem duchowym nie naleŜę do tego towarzystwa.
- Facet jest wcale bystry - zauwaŜył Azzie. - Jak się nazywasz bracie, i jaka
jest twoja pozycja w świecie?
- Nazywają mnie Morton Kornglow - odparł przybyły - a moim zwykłym
zajęciem jest opiekowanie się końmi, gdyŜ zawsze byłem zręczny do zgrzebła, ale
zmuszono mnie do pracy w charakterze lokaja u sir Olivera, poniewaŜ mieszkam w
jego rodowej wsi. Tak więc mogę śmiało mienić się jednym z was, jeśli chodzi o
fizyczne ciało, zwykle jednak uwaŜa się, iŜ towarzystwo składa się z członków o
jednakowej pozycji oraz poglądach, i nie obejmuje błąkających się przy nich psów ani
kotów, oraz sług, którzy nie są niczym więcej od zwierząt, chociaŜ są moŜe trochę
więcej warci. Muszę pana od razu spytać, czy mój niski stan nie będzie przeszkodą w
uczestniczeniu w tym przedsięwzięciu? Czy pańskie zawody dostępne są tylko dla
dobrze urodzonych, czy teŜ moŜe się na ochotnika zgłosić prosty człowiek z brudem
za paznokciami?
- W świecie duchowym rozróŜnienia, jakie ludzie czynią między sobą, nie
mają znaczenia. UwaŜamy was wszystkich za dusze, które przybierają oraz noszą
chwilowo ciała, i wkrótce się ich pozbywają. Ale dosyć o tym. Czy pragnąłbyś być
jednym z poszukiwaczy świeczników, Kornglow?
- W rzeczy samej, chciałbym, panie demonie - odrzekł Morton. - Bo chociaŜ
jestem tylko prostym człowiekiem, istnieje l coś takiego, czego poŜądam. Zadałbym
sobie trochę trudu, aby to zdobyć.
- Jakie jest twoje Ŝyczenie? - spytał Azzie.
- Zanim przyłączyłeś się do naszego towarzystwa, zboczyliśmy z drogi, aby
zwiedzić dobra Rodriga Sforzy. Panowie jedli przy wykwintnym stole w jadalni,
podczas gdy prości ludzie, tacy jak ja, siedzieli w kuchni; jednak przez otwarte drzwi
widzieliśmy wszystko, co się działo. I tam ujrzałem Cressildę Sforza, Ŝonę samego
lorda Sforzy. Panie, ona jest najpiękniejszą z kobiet, z włosami o barwie
kukurydzianych wąsów, leŜącymi gładko na policzku o adamaszkowym rumieńcu,
który zawstydziłby nawet anioły. Jest cieniutka w pasie, a ponad nim wzdyma się...
- To wystarczy - przerwał Azzie. - Zaoszczędź nam reszty swych grubiańskich
zachwytów i powiedz, czego chcesz od tej damy?
- Oczywiście, Ŝeby wyszła za mnie za mąŜ - odparł Kornglow.
Aretino wybuchnął głośnym śmiechem i stłumił go kaszlem. Nawet Azzie
musiał się uśmiechnąć, tak źle dobrany był prostacki i obdarty Kornglow do
jakiejkolwiek pięknej szlachcianki.
- CóŜ, panie - rzekł demon - nie boisz się mierzyć wysko w swoich zalotach.
- Biedny człowiek moŜe się ubiegać nawet o Helenę Trojańską, jeśli chce -
odparł Kornglow. - W jego wyobraźni moŜe go ona wybrać spośród wszystkich
innych męŜczyzn i uwaŜać za najbardziej poŜądanego oraz atrakcyjniejszego niŜ sam
Parys. We śnie moŜe się zdarzyć wszystko, czego sobie Ŝyczysz. A czyŜ nie jest to coś
w rodzaju snu, ekscelencjo?
- Tak, sądzę, Ŝe jest - zgodził się demon. - A zatem, jeśli mielibyśmy spełnić
twoje pragnienie, musielibyśmy cię uszlachcić, aby nie było przeszkody w ceremonii
zaślubin.
- Chciałbym tego - przyznał Morton.
- Musielibyśmy takŜe uzyskać zgodę lady Cressildy - zwrócił uwagę Aretino.
- Zostaw to mnie, kiedy nadejdzie czas - odparł Azzie. - Jest to wyzwanie, ale
damy temu radę.
Poeta zmarszczył się i wysunął kolejną obiekcję.
- Faktem jest, iŜ ta dama pozostaje juŜ od jakiegoś czasu zamęŜna, mój panie.
MoŜe to stanowić niejaką przeszkodę.
- Mamy w Rzymie urzędników, którzy zajmą się tego rodzaju drobiazgami -
zlekcewaŜył to Azzie; zwrócił się ponownie do lokaja sir Olivera. - Jest kilka rzeczy,
które będziesz musiał zrobić. Czy jesteś gotów zadać sobie trochę trudu?
- Tak, proszę pana, o ile to nie będzie zbyt męczące. Człowiek nie powinien
działać niezgodnie ze swoim wrodzonym usposobieniem, nawet dla zdobycia
najbardziej ekstrawaganckiej fortuny; zaś moje wrodzone usposobienie to lenistwo.
Tak skrajne, Ŝe gdyby świat dowiedział się o nim, nazwano by mnie jego cudem.
- Nie czeka cię nic nadzwyczaj trudnego - przyrzekł demon. - Myślę, Ŝe
moŜemy cię zwolnić od zwykłej walki na miecze, bo nie byłeś w tym ćwiczony.
Azzie włoŜył rękę do kieszeni kamizelki i wyjął jeden z magicznych kluczy.
Wręczył go Kornglowowi, który przez chwilę obracał go w palcach.
- Pójdziesz stąd - wyjaśnił demon - a ten klucz zaprowadzi cię do drzwi.
Przejdziesz przez nie i znajdziesz konia z magicznym świecznikiem w jukach przy
siodle. Kiedy go dosiądziesz, przeŜyjesz swoją przygodę, a na jej końcu spotkasz swą
Cressildę o jedwabistych, kukurydzianych włosach.
- Wspaniale - ucieszył się Morton. - To cudowne, gdy i szczęście przychodzi
tak łatwo!
- Tak - przyznał Azzie. - Łatwość zdobywania jest jedną z wielkich rzeczy
tego świata. Morał, który naleŜy głosić ludziom, to fortuna przychodzi bez trudu; po
cóŜ wiec harować na nią w pocie czoła?
- To wspaniała maksyma - przyznał stajenny. - Podoba mi się ta historia.
I ściskając w ręku klucz, wybiegł z pokoju. Demon uśmiechnął się
dobrotliwie.
- Jeszcze jeden szczęśliwy dureń.
- Ktoś następny jest przy drzwiach - zaraportował Aretino.
ROZDZIAŁ 2
Matka Joanna siedziała w swoim pokoju w oberŜy. Była mocno zaniepokojona
dochodzącymi z zewnątrz, z korytarzy, odgłosami szurania. Mogły one być czymś
absolutnie naturalnym, albo teŜ nadprzyrodzonym, ale przeorysza podejrzewała, Ŝe to
pielgrzymi, którzy postanowili skorzystać z oferty sir Antonia, byli w drodze do jego
sypialni.
Pomimo świątobliwego stanowiska, Joannie nie były obce ludzkie pragnienia.
Istniały rzeczy, które pragnęła posiadać; a poniewaŜ była osobą nieumiarkowaną,
przeto owe Ŝądze równieŜ paliły się w niej w niepohamowany sposób. Jako świecka
matka przełoŜona, a nie zakonnica, patrzyła na swoją pracę jak na prowadzenie
jakiegoś wielkiego interesu. Jej Ŝeński klasztor w Gravelines, z siedemdziesięcioma
dwiema zakonnicami i mnóstwem słuŜby oraz ludzi do opieki nad zwierzętami,
stanowił przedsiębiorstwo podobne małemu miastu. Joanna rozkoszowała się tym od
samego początku; wydawało się, iŜ jest do tego stworzona. Nigdy nie była taka, jak
inne dziewczynki, bawiące się lalkami i marzące o zamąŜpójściu. JuŜ jako dziecko
lubiła wydawać polecenia swoim ptakom oraz spanielom - ty siedź tam, a ty tam -
karcąc je za nieposłuszeństwo odebraniem podwieczorku.
Zwyczaj wydawania rozkazów nie opuścił jej i wtedy, gdy wyrosła na kobietę.
MoŜe sprawy przyjęłyby inny obrót, gdyby była piękna, ale upodobniła się do rodziny
ze strony Mortimerów. Tak jak oni miała duŜą białą twarz, krótkie suche włosy bez
połysku, krępe ciało bardziej nadające się do pracy przy łopacie czy pługu, niŜ do
uganiania się w poszukiwaniu miłości. Pragnęła być bogata, i budzić respekt, a słuŜba
w Kościele wydawała się dobrym sposobem na osiągnięcie tego celu. Jej religijność
była często konwencjonalna, a silny zmysł praktyczny podpowiadał, Ŝe tuŜ obok, za
ś
cianą, mogła znaleźć duŜo lepszą sposobność realizacji pragnień, niŜ wieczne
wyczekiwanie, aŜ papieŜ będzie skłonny awansować ją na przełoŜoną jakiegoś
większego klasztoru.
Myślała i myślała. Chodziła tam i z powrotem po swoim pokoiku, biorąc pod
rozwagę drąŜące ją pragnienia oraz pytając się, które z nich jest najwaŜniejsze? Za
kaŜdym razem, kiedy zza drzwi dolatywał jej uszu jakiś odgłos, wzdrygała się na
myśl, iŜ właśnie w tej chwili inni korzystali ze wspaniałomyślnej oferty sir Antonia,
by spełnić swoje serdeczne Ŝyczenia. Wkrótce zbierze się siedmiu wspaniałych i dla
niej zabraknie szansy. W końcu postanowiła działać.
Matka Joanna wyśliznęła się ze swojej izdebki i cicho sunęła ciemnymi
korytarzami oberŜy. Wchodziła na górę po schodach, cofając się niepewnie za
kaŜdym skrzypnięciem stopnia. Dotarłszy wreszcie do drzwi pokoju sir Antonia,
zdobyła się na odwagę, podniosła rękę i zapukała lekko. Z drugiej strony usłyszała
głos Azziego, który powiedział:
- Wejdź, moja droga. Spodziewałem się ciebie.
Miała wiele pytań. Demon uwaŜał, Ŝe jest męcząca, ale udało mu się ją
uspokoić. Gdy jednak zaczął wypytywać przybyłą o pragnienia jej serca, stwierdził, Ŝe
nie bardzo miała ochotę je wyjawić. Na jej szerokiej, białej twarzy pojawił się wyraz
smutnego zaŜenowania.
- Czego chcę – rzekła - o tym nawet nie lubię mówić. Jest to zbyt haniebne,
zbyt poniŜające.
- AleŜ powiedz - zachęcał Azzie. - Jeśli nie wyjawisz tego swojemu
demonowi, to komu?
Joanna juŜ zebrała się w sobie, ale wskazała jeszcze kciukiem na Aretina.
- A co z nim? Czy on takŜe ma tego słuchać?
- Oczywiście - potwierdził demon. - Jest wynajętym poetą. Jak mógłby opisać
nasze przygody, gdyby nie był przy nich obecny? Doprawdy, zbrodnią byłoby nie
uwiecznić tych wybitnych zdarzeń. Skazałoby to nas na przebycie Ŝycia anonimowo,
jak to czyni większość ludzi. JednakŜe Aretino unieśmiertelni nas, moja droga;
weźmie nasze czyny, choćby nawet wydawały się mało znaczące, i utka z nich
wiekopomny wiersz.
- Dobrze, panie demonie, przekonałeś mnie - rzekła Joanna. - Wyznam ci, Ŝe
w swoich marzeniach chciałam zawsze naprawiać krzywdy; ale tak, aby powszechnie
było o tym wiadomo, i Ŝebym zbierała za to w ludowych balladach wszelkiego
rodzaju pochwały. Coś jak Robin Hood w spódnicy - w dodatku z mnóstwem czasu
na polowania w przerwach pomiędzy świetnymi czynami.
- Wymyślę coś - obiecał Azzie. - Weź ten klucz.
Powiedział Joannie, co się ma wydarzyć w związku z pierścieniem, drzwiami
oraz magicznymi świecznikami i końmi, i na koniec wyprawił ją w drogę.
- A teraz, Aretino - rzekł demon - sądzę, Ŝe zanim zgłosi się następny
kandydat, mamy chwilę czasu na szklanicę wina. Jak nam idzie do tej pory, twoim
zdaniem?
- Szczerze mówiąc, sir, nie mam pojęcia. Zwykle sztuki sceniczne układa się
wcześniej i wszystko jest z góry wiadome. W twojej zaś farsie role są mętne i
niepewne. Co ma reprezentować ten facet, ten Komglow? Czy jest Zbyt Pewną Siebie
Zarozumiałością? Ludowym Humorem? Nieposkromioną Odwagą? A matka Joanna -
czy naleŜy ją ganić, czy raczej jej współczuć? Czy jedno i drugie po trosze?
- Jest to zagmatwane, nieprawdaŜ? - powiedział Azzie. - Ale bardzo Ŝyciowe,
z tym się chyba zgodzisz?
- Och, niewątpliwie. Tylko jak w tym wszystkim mamy znaleźć stosowne
nauki moralne?
- Nie martw się, Aretino. NiezaleŜnie od tego, co postaci dramatu będą robić,
znajdziemy sposób, aby przedstawiały dokładnie to, o czym przez cały czas
mówiliśmy. Musisz pamiętać, Ŝe ostatnie słowo naleŜy do autora sztuki, i dlatego
zawsze moŜe on powiedzieć, iŜ jego idea została udowodniona - bez względu na to,
czy tak jest istotnie, czy nie. A teraz - dawaj tu tę butelkę.
ROZDZIAŁ 3
Gdy Komglow wrócił do swego kąta w starej stajni, poczuł się bardzo
zdziwiony, ujrzawszy przywiązanego konia tam, gdzie przedtem go nie było. Gdy
stajenny zbliŜył się do niego, wysoki, biały ogier zastrzygł uszami. Skąd się wziął ten
szlachetny rumak? Po chwili Morton stwierdził, Ŝe nie znajduje się juŜ w stajni, a w
zupełnie innym miejscu. Magiczny klucz przeprowadził go widocznie przez drzwi, o
których mówił Azzie - i jego przygoda mogła się juŜ zacząć.
Musiał się co do tego upewnić. Spostrzegłszy torby zawieszone u siodła,
Komglow otworzył najbliŜszą z nich i sięgnął do środka. Jego dłoń natrafiła na coś
masywnego, metalowego, cienkiego i długiego. Wyciągnął przedmiot do połowy.
Ś
wiecznik! O ile się nie mylił, z prawdziwego złota. OstroŜnie wsunął go z powrotem
do torby.
Koń zarŜał do niego, jakby zapraszając, aby wsiadł i odjechał wierzchem, ale
Komglow potrząsnął głową, opuścił stajnię i rozejrzał się na zewnątrz. Okazały dwór,
stojący w odległości niniejszej niŜ dwadzieścia jardów, był niewątpliwie domem lorda
Rodriga Sforzy. Tym samym, w którym Morton Kornglow po raz pierwszy - i jedyny
- ujrzał przełomie lady Cressildę.
To jej dom. A ona znajdowała się w środku.
Niewątpliwie, był tam takŜe i lord Sforza. Tak samo jak jego słudzy, straŜe,
oprawcy... Wtargnięcie do wnętrza nie miało Ŝadnego sensu. Cień wątpliwości
ogarnął duszę Kornglowa i stajenny począł się zastanawiać. Dopiero teraz po raz
pierwszy zaczął rozmyślać o swojej przygodzie i doszedł do wniosku, Ŝe była bardziej
niŜ tylko nierozwaŜna. Tego rodzaju czynów dokonywali zwykle szlachcice. Co
prawda, w baśniach prości ludzie takŜe bywali niekiedy zamieszani w podobne afery,
ale czy on nadawał się na bohatera ludowej opowieści? Wątpił w to. Wiedział, Ŝe był
obdarzony fantazją; wszak inaczej nie wdałby się w tę przygodę. Czy miał ją jednak
kontynuować? Czy owa dama była tego warta?
- Dlaczego, panie - rozległ się cichy głos obok niego - wpatrujesz się w ten
dwór takim wzrokiem, jakby czekał tam na ciebie ktoś bardzo wyjątkowy?
Morton Kornglow odwrócił się. Obok niego stała drobna dojarka w
wydekoltowanym staniku i obszernej plisowanej spódnicy. Miała zmierzwione,
ciemne, kędzierzawe włosy, zuchwały wyraz twarzy oraz pełną i zgrabną figurę jak na
tak małą osóbkę, a takŜe uśmiech, który był jednocześnie łagodny i lubieŜny.
Niezwykła kombinacja.
- To jest dom lorda Sforzy, nieprawdaŜ? - zapytał stajenny.
- Tak - przyznała dzieweczka. - Czy rozmyślałeś moŜe o porwaniu lady
Cressildy?
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Bo trafia w samo sedno sprawy - rzekła mała kobietka. - Toczy się pewna
gra, zapoczątkowana przez demona, którego znają moi przyjaciele.
- On powiedział, Ŝe Cressilda będzie moja - rzekł Kornglow.
- Łatwo mu obiecywać - zauwaŜyła dojareczka. - Nazywam się Leonora, z
pozoru moŜe wyglądam na prostą mleczarkę, ale naprawdę jestem czymś więcej,
zapewniam cię. Znalazłam się tu, aby ci powiedzieć, iŜ dama, z którą zamierzasz się
związać, jest okropną i nieznośną złośnicą. KaŜdy, kto ją zdobędzie, skazuje się na
najgłębszą otchłań piekła.
Słysząc to, Kornglow zdziwił się mocno. Patrzył na Leonorę z
zainteresowaniem, które wzrastało z minuty na minutę.
- Pani - rzekł - nie wiem, co zrobić. MoŜe mogłabyś mi coś doradzić?
- Mogłabym - stwierdziła Leonora. - PowróŜę ci z ręki, a to powie wszystko.
Chodźmy dokądś, gdzie nam będzie wygodnie.
I zaprowadziła go z powrotem do stajni, w której pachnące siano ułoŜone było
w miękkie, wygodne stosy. Oczy Leonory były wielkie i dzikie, i miały kolor magii, a
jej dotknięcie było lekkie jak piórko. Biorąc jego dłoń, przyciągnęła go do siebie.
ROZDZIAŁ 4
Wszystkie doniesienia zdawały się wskazywać na to, Ŝe projektowane przez
Azziego przedstawienie wzbudzało znaczne zainteresowanie w świecie duchowym, a
nawet, iŜ zakładano się o jego powodzenie; zdarzały się takŜe róŜne zadziwiające
rzeczy. Jedną z nich było uwolnienie się starych bogów, Zeusa i całego jego
towarzystwa. Poza tym doszły inne liczne wypadki, wymagające natychmiastowej
ingerencji Michała, i mając to na uwadze, zgodził się przyjąć anioła Babriela.
Spotkanie Babriela z archaniołem odbyło się w sali ministerialnej budynku
Urzędu Bramy Niebieskiej, w śródmieściu centralnego Nieba. Brama Niebieska była
wysokim, imponującym gmachem i anioły bardzo lubiły tam pracować. Oprócz
niewymownej radości płynącej z faktu, iŜ znajdują się blisko NajwyŜszego,
odczuwały takŜe przyjemność z urzędowania wewnątrz perły architektury niebieskiej.
Był wczesny wieczór i na miasto Pozytywnych Wibracji, jak nazywano takŜe
Centralne Niebo, padał drobny deszczyk. Babriel śpieszył przez marmurowe
korytarze, wykonując małe, szybujące loty na dwadzieścia, trzydzieści stóp, aby
zaoszczędzić czas, chociaŜ wszędzie znajdowały się, zakazujące tego procederu
znaki: “Latanie w korytarzach zabronione”.
Dotarł wreszcie do apartamentów biurowych Michała, mieszczących się w
prawym skrzydle budynku, zapukał i wszedł.
Michał siedział przy biurku, a rozmaite prace z interesującego go zakresu
otwarte miał na stole obok. Z jednej strony cicho mruczał komputer. Oświetlenie było
łagodne i złociste.
- Rychło w czas - powiedział Michał z lekką nutą rozgoryczenia w głosie. -
Muszę znowu natychmiast cię wysłać.
- Co się dzieje, sir? - spytał Babriel, siadając na jednym z wyściełanych
krzeseł naprzeciw biurka archanioła.
- Sprawa z Azziem i jego sztuką o wiele bardziej powaŜna, niŜ
przewidywaliśmy. Wygląda na to, Ŝe nasz demon uzyskał dyspensę od samej Ananke,
co daje mu wyraźne prawo dokonywania cudów dla osiągnięcia swego celu. Ponadto,
Konieczność postanowiła, Ŝe nam, naleŜącym do Światłości, nie naleŜy przyznawać
Ŝ
adnych przywilejów po prostu dlatego, Ŝe jesteśmy po stronie Dobra. Wiem takŜe z
wiarygodnego źródła, iŜ Azzie planuje oderwać Wenecję od rzeczywistego czasu i
stworzyć z niej miasto wydzielone. Czy wiesz, co to znaczy?
- Niezupełnie, sir. Nie, nie wiem.
- Oznacza to, iŜ ten obrzydliwy demon moŜe, przynajmniej potencjalnie, ku
swemu niewątpliwemu zadowoleniu, napisać na nowo historię!
- Ale, sir, oddzielona Wenecja nie miałaby wpływu na główny nurt ludzkich
dziejów!
- To prawda, mogłaby jednak posłuŜyć jako przykład dla tych
niezadowolonych dusz, które uwaŜają, Ŝe historia powinna być inna niŜ jest - czyli
przestać być tworzoną poprzez ludzkie męczarnie i cierpienia. Jeśli uda się napisać
dzieje na nowo, to podminuje to całą doktrynę przeznaczenia. Przenosi to ludzkość do
królestwa, gdzie Przypadek moŜe grać nawet większą rolę niŜ obecnie.
- Hm, to istotnie powaŜne, sir - przyznał Babriel. Michał przytaknął.
- Mógłby zostać zagroŜony cały porządek kosmosu. Rzucono wyzwanie
naszej, od dawna ustanowionej, wyŜszości. Zakwestionowana została sama zasada
Dobra.
Babriel gapił się na niego.
- Ma to jednak dla nas choć jedną dobrą stronę - ciągnął Michał.
- Jaką, sir?
- Zwalnia nas z irytujących ograniczeń, jakie nakłada uczciwość. MoŜemy
zdjąć białe rękawiczki. To juŜ nie jest sprawa pomiędzy dŜentelmenami. MoŜemy
odłoŜyć wreszcie na bok nasze skrupuły i wziąć się do prawdziwej walki.
- Tak jest, sir! - powiedział Babriel, chociaŜ wcale mu się nie wydawało, by
dotychczasowym postępowaniem Michała kierowały jakieś wielkie skrupuły.
- Dowiedzieliśmy się - mówił dalej archanioł - Ŝe Azzie realizuje teraz część
projektu, w którym wykorzystuje magicznego konia.
- To do niego podobne - Babriel skinął głową.
- Nie ma Ŝadnego powodu, Ŝebyśmy mieli nadal pozwalać sprawom toczyć się
tak, jak on to zaplanował. Udaj się na Ziemię, Babrielu, do domu lorda Rodriga
Sforzy, i zrób coś z tym zaczarowanym rumakiem, który właśnie teraz czeka w
stajniach na Kornglowa.
- Słyszeć, znaczy wykonać! - wykrzyknął Babriel i zerwał się na równe nogi.
Leciał przez korytarze, mocno uderzając skrzydłami. Sprawa była powaŜna.
JuŜ po chwili był z powrotem na Ziemi. Zatrzymawszy się tylko na moment,
by zorientować się w swoim połoŜeniu, poleciał do domu Sforzów i lekko wylądował
na dziedzińcu. Było tuŜ po świcie i domownicy hrabiego jeszcze spali. Babriel
rozejrzał się, a potem poszedł do stajni. Z jej wnętrza dochodził pełen zestaw, łatwych
do odgadnięcia odgłosów, towarzyszących zwykle uciechom męŜczyzny z
dziewczyną na sianie, a więc chichoty i ciche szmery. Usłyszał takŜe rŜenie, a potem
ujrzał przywiązanego obok białego ogiera z pięknie wykonanymi torbami przy siodle.
Pogłaskał szlachetnego rumaka i odwiązał jego cugle.
- Chodź ze mną, mój ty piękny - powiedział.
ROZDZIAŁ 5
Kornglow leŜał na posłaniu ze słomy, uwięziony w plątaninie rąk oraz nóg, z
których tylko połowa naleŜała do niego, W szczelinach na wpół wykończonych ścian
stajni świeciło słońce, a zapach siana, nawozu i koni atakował jego nozdrza. Uwolnił
się z objęć kobiety, z którą z takim zapamiętaniem uprawiał miłość, szybko załoŜył
ubranie i wstał.
- Po co ten pośpiech? - zapytała Leonora, budząc się. - Zostań jeszcze.
- Nie mam czasu, nie mam czasu - powtarzał Morton, wciskając koszulę do
spodni, a nogi do butów. - Powinienem wziąć udział w przygodzie.
- Zapomnij o awanturze - rzekła Leonora. - Ty i ja odnaleźliśmy się. Po co
chcieć czegoś więcej?
- Nie, nie wolno mi zwlekać. Muszę dalej prowadzić tę grę. Gdzie jest mój
magiczny koń?
Kornglow przeszukiwał stajnie, ale wierzchowca nigdzie nie było. Wszystko,
co zdołał znaleźć, to mały, łaciaty osioł, przywiązany do ogrodzenia. Zwierzak
zaryczał do niego, obnaŜając w otwartym pysku Ŝółte zęby. Morton obejrzał go
uwaŜnie.
- Czy to jakieś czary odmieniły tak mojego rumaka? Musiało tak być. Jeśli
wyjadę na nim, z pewnością w odpowiednim czasie zmieni się ponownie.
Odwiązał osła i dosiadł go. Kopnął stworzenie mocno w Ŝebra, zmuszając je
do biegu kłusem na dziedziniec. Wierzchowcowi niej podobał się ten pomysł, ale
stajenny popędzał go bez wytchnienia. Osioł przebył więc truchtem podwórze dla
kurcząt, potem przebiegł obok ogrodu warzywnego i całą drogę do dworskich wierzei.
- Hej, tam! - zawołał Kornglow przy bramie. Z wnętrza odezwał się mocny,
męski głos.
- Kto tam?
- Ktoś, kto chciałby się starać o rękę lady Cressildy!
Na te słowa ukazał się duŜy, łysiejący męŜczyzna w koszuli, pantalonach i z
czapką mistrza kucharskiego na głowie. Był nachmurzony i nieprzyjazny.
- Czyś stracił zmysły? Dama jest zamęŜna! Jej mąŜ właśnie nadchodzi.
Drzwi otwarły się szerzej i wyszedł z nich szlachcic o surowej twarzy, w
pięknym stroju, wyniosły i z rapierem u boku.
- Jestem Rodrigo Sforza - odezwał się głosem, który brzmiał złowieszczo. - O
co chodzi?
Kucharz skłonił się nisko i wyjaśnił:
- Ten prostak twierdzi, Ŝe przyszedł po rękę lady Cressildy, pańskiej małŜonki.
Sforza spojrzał na Kornglowa stalowym wzrokiem.
- Czy tak, bratku?
W tej chwili Morton Kornglow zorientował się, Ŝe coś najwyraźniej nie szło
jak naleŜy - wszak droga dla niego miała być usłana róŜami. Prawdopodobnie utrata
magicznego konia wpędziła go w tarapaty. Zawrócił więc i spróbował zmusić osła do
galopu, ale bydlę najpierw się zaparło, a potem wierzgnęło gwałtownie, zrzucając
stajennego na ziemię.
- Zawołajcie straŜe! - krzyknął Sforza.
Jego ludzie wypadli z pośpiechem spoza rogu dworu, dopinając kaftany i
przypasując miecze.
- Do lochów z nim! - zawołał Sforza.
I tak Morton Kornglow znalazł się wkrótce w ciemnym dole - za jedynego
towarzysza mając szum w głowie, który pozostał mu po licznych ciosach, jakie
zarobił.
ROZDZIAŁ 6
No, Morton - powiedział Azzie - narobiłeś sobie niemało kłopotów.
Stajenny usiadł, mruŜąc oczy. Jeszcze chwilę wcześniej był zupełnie sam w
lochach Sforzy, opatrując posiniaczoną głowę i medytując nad swym nieszczęściem.
Cela była pusta, ze spleśniałą słomą rzuconą na podłodze, i Kornglow nie mógł zrobić
absolutnie nic, Ŝeby urządzić się wygodniej. Teraz jednak znajdował się ponownie na
zewnątrz. Był juŜ strasznie zmęczony tymi wszystkimi gwałtownymi zmianami
miejsca, a wywołane przez nie dziwne, kołyszące ruchy sprawiały, iŜ robiło mu się
niedobrze. Przed nim stał Azzie, wspaniały w krwistoczerwonym płaszczu i miękkich,
skórzanych butach.
- Ekscelencjo! - wykrzyknął stajenny. - Tak się cieszę, Ŝe pana widzę!
- Doprawdy? Obawiam się, iŜ muszę powiedzieć, Ŝe zawaliłeś swoją
przygodę, zanim się jeszcze w ogóle zaczęła. Jakim sposobem, do licha, zgubiłeś
magicznego konia?
Morton posłuŜył się wytłumaczeniem, jakie w tamtych czasach stosowali
wszyscy męŜczyźni.
- Skusiła mnie czarodziejka, bardzo szlachetna. Jestem tylko męŜczyzną. Co
mogłem zrobić?
A potem opisał swoją przygodę z piękną Leonorą. Azzie natychmiast domyślił
się, kto maczał w tym palce.
- Czy koń był jeszcze w stajni na początku twojej przygody? - zapytał.
- Rzeczywiście stał tam, ekscelencjo! Gdy jednak popatrzyłem ponownie,
zniknął, a na jego miejscu znalazłem tylko osła. Mógłbyś mi dać innego rumaka, sir,
abym spróbował jeszcze raz?
- Magicznych koni nie zdobywa się tak łatwo - odparł demon. - Gdybyś
wiedział, ile trudu kosztowało nas znalezienie tamtego, lepiej byś go pilnował.
- Ale z pewnością jest jakiś inny zaczarowany przedmiot, którym moglibyśmy
się posłuŜyć zamiast wierzchowca? - podsunął Kornglow. - Czy musi to być akurat
koń?
- Sądzę, Ŝe moŜemy coś na to poradzić.
- Tym razem zrobię to jak naleŜy, ekscelencjo! Ach, ale jest jeszcze jedna
sprawa.
- Co takiego?
- Chciałbym zmienić swoje Ŝyczenie.
- O czym ty mówisz? - Demon popatrzył na niego.
- Prosiłem o rękę pięknej Cressildy, ale od tamtego czasu rozmyśliłem się.
Ona moŜe mieć coś przeciwko mnie, poniewaŜ nie jestem szlachetnie urodzony.
Jednak piękna Leonora odpowiada mi w zupełności. Ją chciałbym otrzymać jako moją
nagrodę.
- Nie bądź głupi - rzekł Azzie. - Zapisano juŜ w księgach, Ŝe masz dostać
Cressildę.
- Ale ona jest zamęŜna!
- Wiedziałeś o tym i wcześniej. Jaką ci to robi róŜnicę?
- Bardzo duŜą, sir. Musiałbym nadal Ŝyć w tym samym świecie co jej mąŜ. Nie
mógłbyś spędzać całego czasu na ochranianiu mnie.
- Masz dobry argument - przyznał Azzie. - Dokonałeś jednak juŜ swojego
wyboru. Mimo wszystko musi to być Cressilda.
- W umowie nie było zastrzeŜone - upierał się Kornglow - Ŝe nie mogę
zmienić zdania. Lekkomyślność to jedna z moich najwybitniejszych cech, milordzie, i
nie jest ładnie wymagać ode mnie, Ŝebym porzucił swoją niestałość.
- RozwaŜę to - obiecał Azzie. - Wkrótce oznajmię ci swoją decyzję.
Co mówiąc zniknął, a Kornglow ułoŜył się do drzemki, jako Ŝe nie było nic
innego do roboty. Po jakimś czasie został brutalnie zbudzony; to Azzie przybył z
nowym białym koniem, o którym kaŜdy musiałby powiedzieć, iŜ z pewnością zwierzę
było magiczne - taką promieniowało pięknością.
Spotkanie z Leonorą potwierdziło tylko to, co Azzie podejrzewał cały czas -
dziewka nie była wcale ziemską kobietą, ale raczej duŜą elficą ukrywającą się pośród
ludzi.
- Elfy są złośliwe - wyjaśniła Azziemu. - A poniewaŜ jestem wyŜsza niŜ
większość z nich, śmieją się ze mnie, uwaŜając za olbrzymkę, i Ŝaden z nich nie oŜeni
się ze mną. Jako kobieta natomiast, uwaŜana jestem za małą, zgrabną i bardzo
poŜądaną. Jeśli poślubię człowieka, jest rzeczą pewną, iŜ przeŜyję go o wiele lat.
Zapewnię mu jednak przyjemny byt, dopóki będzie na ziemi.
W tym właśnie momencie nadjechał Kornglow na zaczarowanym koniu i
elficzka zrobiła się nagle nieśmiała. Kto by zresztą nie poczuł onieśmielenia, gdyby
nagle zadziałały Złe Moce, by zapewnić mu szczęście?
- Milordzie - rzekła Leonora do Azziego. - Wiem, iŜ nasze szczęście nie
stanowiło pańskiego celu, ani nie było nawet przedmiotem jego zainteresowania, ale z
całego serca dziękuję za nie. Czego wymagasz od mojego męŜczyzny?
- Tylko tego, by zabrał cię ze sobą i pośpiesznie wyruszył do Wenecji - odparł
demon. -Mam dla was duŜo roboty, kiedy znajdziecie się juŜ na miejscu. Nie wiem
natomiast, czy będę miał czas zaplanować dla was jakąś przygodę podczas waszej
podróŜy.
- Pojedziemy zaraz, jak sobie tego Ŝyczysz - zgodziła się Leonora. -
Przypilnuję Mortona, aby zajął się tą sprawą.
I tak kochankowie odjechali do Wenecji na zaczarowanym koniu. Spoglądając
na nich, Azzie potrząsnął głową; sprawy wcale nie rozwijały się tak, jak to sobie
zaplanował. śaden aktor nie robił tego, co powinien. Przypuszczał, iŜ wynikało to z
tego prostego faktu, Ŝe nie napisano im ról.
ROZDZIAŁ 7
Z ręczną robótką na podołku lady Cressilda siedziała na rzeźbionym krześle z
drewna palisandrowego, ustawionym w głębokim wykuszu jej, mieszczącego się na
piętrze, pokoju. Haftowała scenę sądu Parysa w seledynowym oraz róŜowym kolorze,
ale jej myśli błąkały się zgoła gdzie indziej. OdłoŜyła robótkę, westchnęła i wyjrzała
przez otwarte okno. Jej Ŝółto jedwabiste, zaczesane do tyłu włosy okalały twarz
niczym skrzydło gołębicy. Na drobnej buzi rysowało się zamyślenie.
Był dopiero wczesny ranek, ale czuło się juŜ, Ŝe będzie to kolejny upalny
dzień. Na dole, na podwórzu, kilka kurcząt dziobało kłos zboŜa; Cressilda słyszała
takŜe dochodzący z szopy, z lewej strony gospodarstwa, śpiew. Kobiety robiły tam
comiesięczne pranie. Jej uszu doszło dalekie rŜenie konia i pomyślała, Ŝe nieco
później mogłaby pojechać na polowanie; wszelako zastanawiała się nad tym bez
specjalnego entuzjazmu, bowiem grubszą zwierzynę - dziki i jelenie - wytrzebiły juŜ
dawno pokolenia Sforzów, którzy posiadali te dobra od niepamiętnych czasów. Ona
sama była wytrawną łowczynią; dworscy poeci nazywali ją prawdziwą Dianą. Nie
obchodziła jej jednak ani ich głupia gadanina, ani wymuszone Ŝarty Rodriga, z którym
spotykali się od czasu do czasu przy stole podczas śniadania.
Coś białego poruszyło się na dole na dziedzińcu, i Cressilda spojrzała
uwaŜniej, by przekonać się, Ŝe to mlecznej barwy wierzchowiec stąpał powoli po
twardo ubitej ziemi. Koń kroczył ostroŜnie, z dumnie podniesioną głową i rozdętymi
chrapami. Przez krótką chwilę damie wydawało się, jakby przy jego łbie poruszał się
migotliwy zarys skrzydlatego męŜczyzny, prowadzącego rumaka. Patrzyła na to z
zakłopotaniem. Nie mogła sobie przypomnieć, by taki koń znajdował się w stajniach
Sforzy, a znała kaŜdego z nich - od nowo narodzonych źrebiąt po stare kawaleryjskie
ogiery wypuszczone na letnie pastwisko. Znała takŜe większość co lepszych
wierzchowców w okolicy, ale ten nie był Ŝadnym z nich.
Nie było takŜe widać ani śladu jeźdźca. Skąd mogło przywędrować to
szlachetne zwierzę, o lśniącej, białej grzywie i niesamowitych oczach? Ten koń
najwyraźniej był zaczarowany...
Pobiegła do schodów i zeszła nimi szybko na dół, przemknęła przez duŜe,
zakurzone salony, i dalej, na dziedziniec. Biały rumak podszedł do drzwi. Wyglądał
tak, jakby ją poznawał i kiwnął nawet zachęcająco swą szlachetną głową, kiedy się do
niego zbliŜyła. Cressilda pogłaskała aksamitne nozdrza zwierzęcia. Ogier zarŜał i
ponownie skinął łbem.
- Co mi chcesz powiedzieć? - spytała Cressilda.
Mając nadzieję, iŜ znajdzie jakąś informację o właścicielu wierzchowca,
otworzyła najbliŜszą torbę wiszącą przy siodle. Wewnątrz znajdował się wysoki
ś
wiecznik, który, jeśli wierzyć pozorom, wykonany był z najczystszego, czerwonego
złota. W otworze na świecę znajdował się zwinięty w rulonik kawałek pergaminu.
Rozprostowała go i przeczytała: “Chodź za mną i wypowiedz dowolne Ŝyczenie. Ono
się spełni”.
Jej Ŝyczenie! Od lat nawet nie pomyślała o tym. Czy ten szlachetny rumak
mógł spełniać marzenia? Czy przysłało go samo Niebo? A moŜe był darem Piekieł?
Prawdę mówiąc, było jej to obojętne. Wskoczyła na siodło, Ogier drgnął,
zastrzygł uszami, a potem uspokoił się pod jej dotknięciem.
- Zabierz mnie do tego, kto cię posłał! Zawieź mnie do samego sedna zdarzeń,
bez względu na to, dokąd mnie to zaprowadzi! - powiedziała Cressilda.
Mlecznobiały ogier ruszył zgrabnym truchtem.
ROZDZIAŁ 8
Kawaleryjski koń? Mówicie, Ŝe moja Ŝona odjechała wierzchem na
kawaleryjskim ogierze?
Mówiono, Ŝe lord Sforza był nieco ocięŜały umysłowo - ale znał się na
koniach i na odjeŜdŜających na nich ludziach; a juŜ szczególnie rozumiał swoją Ŝonę.
Nadworny czarodziej opowie dział mu to wszystko jeszcze raz.
- Tak, milordzie. To był koń, jakiego nikt wcześniej nie widział w tych
stronach. Zupełnie biały, szlachetny z wyglądu, ognisty z usposobienia. Lady
Cressilda zobaczyła go i bez chwili wahania wskoczyła na siodło. Nie wiemy, dokąd
pojechała.
- Czy sam widziałeś to wszystko?
- Na własne oczy, milordzie.
- Czy sądzisz, Ŝe był to magiczny wierzchowiec?
- Nie wiem - wyznał czarnoksięŜnik. - Ale mogę sprawdzić.
Rozmowa odbywała się w jego pracowni alchemicznej, mie zczącej się w
wysokiej wieŜy. Nie tracąc czasu, czarodziej pod sycił ogień pod alembikiem. Gdy
płomień rozpalił się na dobre, wsypał doń rozmaite proszki, po czym rozbłysnął
najpierw zielenią, a potem purpurą. Kiedy rozmaitego koloru dymy unosiły się w
górę, mag obserwował je uwaŜnie. Potem zwrócił się do Sforzy.
- Moje demony sygnalizują mi, Ŝe był to istotnie koń maści magicznej.
Prawdopodobnie widzieliśmy naszą lady Cressildę ostatni raz, kobiety bowiem
odjeŜdŜające na zaczarowanych rumakach rzadko kiedy wracają; a jeśli nawet, to
mówiąc szczerze, sir, nie ma z nimi Ŝycia.
- Przekleństwo - powiedział Sforza.
- MoŜe pan wnieść skargę poprzez moje demony. MoŜe jeszcze istnieć szansa
na jej odzyskanie.
- Nie pragnę jej powrotu - odparł milord. - Jestem bardzo szczęśliwy, Ŝe
pozbyłem się Cressildy. JuŜ mnie ona nie bawi i cieszę się, Ŝe odeszła. Złości mnie
tylko to, Ŝe ma zaczarowanego konia. Te zwierzęta nie pojawiają się zbyt często, co?
- Bardzo rzadko - przyznał czarnoksięŜnik.
- A ona musiała akurat zagarnąć go dla siebie! MoŜe ten rumak przeznaczony
był dla mnie? Jak śmiała wziąć jedynego magicznego wierzchowca, jaki od
niepamiętnych czasów pokazał się w tych stronach?
Mag uspokajał Sforze jak mógł, ale hrabia był niepocieszony. CięŜkim
krokiem wyszedł z wieŜy i pomaszerował do dworu. Był uczonym, w swoim
mniemaniu w kaŜdym razie, i złościło go, iŜ tak ciekawe wydarzenie zaczęło się - i
skończyło! - zanim miał sposobność być jego świadkiem. Najbardziej jednak
gniewało go to, Ŝe czarodziejskie wierzchowce przynoszą ze sobą zwykle spełnienie
marzeń, a i to go ominęło. Miał szansę, która się juŜ nigdy nie powtórzy.
Przekonany o tym, był w największym stopniu zdziwiony, kiedy wyszedłszy
godzinę później powałęsać się po stajniach, ujrzał stojącego tam drugiego konia,
którego nigdy przedtem nie widział.
Był to ogier białej maści. ChociaŜ niezupełnie tak imponujący, jak się tego
spodziewał po zaczarowanym wierzchowcu, wyglądał jednak dostatecznie magicznie.
Bez chwili namysłu, hrabia wskoczył na siodło.
- Teraz zobaczymy! - zakrzyknął. - Zabierz mnie tam, dokąd zwykle zabierasz
ludzi w takich okolicznościach!
Koń ruszył truchtem, potem kłusem, a jeszcze później pełnym galopem.
“Zaczęło się” - pomyślał Sforza, z wielkim trudem utrzymując się w siodle.
ROZDZIAŁ 9
Był wczesny ranek. Pozostali pielgrzymi znajdowali się w oberŜy,
przygotowując się do zjedzenia płatków owsianych i pszennego chleba, podczas gdy
ich słudzy sposobili konie do drogi. Azzie oddawał się rozmyślaniom w swojej izbie,
a Aretino był wraz z nim. Werbowanie ochotników nie szło najlepiej.
- Dlaczego inni się ociągają? - zastanawiał się demon głośno.
- MoŜe się boją? - zasugerował Aretino. - Czy naprawdę potrzebujemy całej
siódemki?
- Sądzę, Ŝe nie. PosłuŜymy się tymi, których będziemy mieli. MoŜe
powinniśmy zakończyć juŜ poszukiwania?
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
- Aha! - powiedział demon.-Wiedziałem, Ŝe zdobędziemy dalszych
uczestników. Otwórz drzwi, mój drogi Pietro, a zobaczymy kto do nas przyszedł.
Aretino wstał i ociągając się nieco, przeszedł przez izbę, by otworzyć drzwi.
Weszła przez nie piękna, młoda blondynka z białą cerą i niepokojąco kształtnymi
ustami. Miała na sobie niebieską suknię, a we włosach złote wstąŜki.
- Pani - powiedział Aretino - czy jest coś, co moŜemy dla ciebie zrobić?
- Myślę, Ŝe tak - odparła kobieta. - Czy to wy przysłaliście mi zaczarowanego
konia?
- Sądzę, iŜ chce pani rozmawiać z obecnym tu moim przyjacielem, sir
Antoniem - rzekł Pietro.
Azzie wskazał jej miejsce, by usiadła, a potem przyznał, Ŝe miał do czynienia
z magicznymi rumakami, oraz Ŝe kaŜdy z nich przynosił spełnienie Ŝyczenia; jedyny
zaś warunek otrzymania owych darów polegał na odegraniu pewnej roli w
wystawianej przezeń sztuce. Potem wyjaśnił, iŜ jest demonem, ale nie strasznego
rodzaju; a nawet wcale miłym, jak mu mówiono. PoniewaŜ wyglądało na to, Ŝe nie
odstraszyło to Cressildy, zapytał ją, w jaki sposób weszła w posiadanie
zaczarowanego zwierzęcia.
- Koń wyszedł z moich stajen na podwórze - rzekła Cressilda. - Dosiadłam go
i popuściłam mu cugli, on zaś przyniósł mnie tutaj.
- Ja jednak nie posyłałem go pani - zauwaŜył Azzie. - Ten rumak
przeznaczony był dla kogoś innego. Czy na pewno, kochanie, nie ukradła go pani?
Oburzona Cressilda wyprostowała się.
- Śmiesz twierdzić, Ŝe jestem koniokradem?
- Nie, oczywiście, Ŝe nie - wycofał się demon. - Nie wyglądasz na to. Prawda,
Pietro, Ŝe nie wygląda? Ta sprawka z koniem to musiał być Ŝarcik naszego
przyjaciela, Michała. A więc, Cressildo, ten wierzchowiec istotnie wprowadza
właściciela do świata, w którym moŜe się spełnić najśmielsze Ŝyczenie - jego lub jej.
Przypadkiem brakuje mi jednego czy dwóch aktorów, więc gdybyś chciała się zgłosić
na ochotnika - zwaŜywszy, Ŝe masz juŜ tego konia...
- Tak! - wykrzyknęła Cressilda. - Zgadzam się!
- A jakie jest twoje pragnienie? - spytał Azzie, spodziewając się usłyszeć
zwykłą, wylewną i głupią gadaninę o pięknym królewiczu i długim Ŝyciu w
szczęśliwym małŜeństwie. Zamiast tego, Cressilda powiedziała:
- Chcę zostać wojownikiem. Wiem, Ŝe jest to niezwykłe dla kobiety, ale mamy
przykład Joanny d’Arc, a przed nią Boadicei. Chcę prowadzić Ŝołnierzy do boju!
Azzie zastanawiał się, obracając pomysł w głowie to w tę, to w drugą stronę.
Czegoś takiego nie było w jego pierwotnym planie; ani teŜ Aretino nie był tym
zachwycony. Demon wiedział jednak, Ŝe wszystkimi siłami musi posuwać naprzód
sprawę swojego przedstawienia; a takŜe, Ŝe pogodził się juŜ wcześniej z myślą, iŜ
przyjmie kaŜdego, kto mu się nawinie pod rękę.
- Sądzę, Ŝe moŜemy coś dla ciebie zrobić - odezwał się w końcu. - Będę
jednak potrzebował trochę czasu, Ŝeby to zaaranŜować.
- To wspaniale! - ucieszyła się Cressilda. - A propos, gdybyś spotkał mojego
męŜa, Rodriga Sforzę, nie musisz mu koniecznie mówić, Ŝe tu jestem.
- Stanowię uosobienie dyskrecji - zapewnił ją Azzie, Gdy dama odeszła,
demon usiadł wraz z poetą, aby zaplanować dalszy ciąg farsy. Zanim jednak zaczęli,
za oknem ukazał się ciemny kształt i rozległo się natarczywe pukanie w szybę.
- Aretino, bądź tak dobry, załatw to - powiedział Azzie. Piętro podszedł do
okna i otworzył je. Do pokoju wleciał mały elf z długim ogonem, z rodziny diablików
uŜywanych przez Ciemne Moce do przekazywania wiadomości tam i z powrotem.
Gdy poeta otworzył okno, stworek frunął do wnętrza.
- Ty jesteś Azzie Elbub? - spytał skrzat. - Nie chcę tu zrobić Ŝadnych pomyłek.
- To ja nim jestem - rzekł Azzie. - Jaką masz dla mnie wiadomość?
- Dotyczy ona matki Joanny - odparł posłaniec. - I lepiej będzie, jak opowiem
to wszystko od początku.
ROZDZIAŁ 10
Matka Joanna jechała konno drogą do Wenecji. PodąŜyła na skróty przez bór,
planując spotkać się z sir Oliverem, by resztę podróŜy odbyć w jego towarzystwie.
Była w dobrym nastroju, bo dzień był piękny i cały las oŜywiał śpiew ptaków.
Łagodne włoskie niebo wisiało nad głową, a strumyki połyskiwały i zapraszały, aby je
przeskoczyć. Jednak Joanna nie pozwalała sobie na Ŝaden taki nonsens. Prowadziła
swego zaczarowanego konia statecznym krokiem i posuwała się w coraz głębsze
ostępy. Właśnie dotarła do najciemniejszej i najbardziej ponurej części boru, gdy
usłyszała pohukiwanie sowy. Ogarnęło ją nagłe przeczucie groŜącego jej
niebezpieczeństwa.
- Jest tam kto? - zawołała, bo głusza przed nią stała się nagle wroga.
- Zatrzymaj się tam, gdzie jesteś - odezwał się gruby, męski głos - albo
przeszyję cię strzałą z kuszy.
Joanna rozejrzała się dzikim wzrokiem, ale nigdzie wokół nie było miejsca,
dokąd mogłaby uciekać; las był tu tak gęsty, Ŝe nie potrafiłaby nawet zmusić swego
konia do przyzwoitego kłusa. Decydując się poddać narzucanej jej woli, zatrzymała
wierzchowca i powiedziała:
- Jestem przeoryszą klasztoru i narazisz się na wieczne potępienie, jeŜeli mnie
tylko tkniesz.
- Miło mi cię poznać - odrzekł właściciel grubego głosu. - Ja jestem Hugh
Dancy, znany jako Bandyta z Niebezpiecznego Lasu.
Rozsunęły się gałęzie, i wyszedł spośród nich mocno zbudowany męŜczyzna.
Był osobnikiem w kwiecie wieku, brunetem, ubranym w skórzaną kurtkę i buty po
kolana. Z poplątanych zarośli wynurzyli się takŜe inni członkowie bandy, a było ich
około tuzina. Z poŜądliwego wyrazu twarzy męŜczyzn Joanna mogła wnosić, iŜ od
dawna nie widzieli kobiety.
- Zsiadaj z konia - rozkazał Hugh. - Wrócisz ze mną do obozu.
- Ani mi się śni - zaprotestowała matka Joanna i szarpnęła lejcami; jej
zaczarowany wierzchowiec zrobił dwa kroki, a potem zatrzymał się, gdy Hugh
chwycił go za uzdę.
- Zsiadaj - powtórzył Dancy. - Bo inaczej sam ściągnę cię z siodła.
- Co zamierzasz zrobić?
- Uczynić z ciebie uczciwą kobietę - odparł zbój. - Nie pochwalamy twego
zakonnego celibatu. Pod koniec dnia wydamy cię za mąŜ za jednego z nas.
- Po moim trupie - powiedziała spokojnie Joanna.
- Wszystko jedno jak - odparł Hugh.
W tym momencie z gęstwiny za nim doleciał ogłuszający hałas. Bandyci
pobledli, rzucając wokół siebie trwoŜliwe spojrzenia. Hałas zbliŜał się do nich,
nasilając się jednocześnie.
- Ach! Koniec z nami! - zawołał jeden ze zbójców.
- To ten wielki dzik! - krzyknął drugi.
- Biada nam! - wrzasnął trzeci.
Matka Joanna zeskoczyła z siodła na ziemię. Bywało, Ŝe polowała nie tylko z
sokołami. Wyrwawszy dzidę jednemu z rzezimieszków, zwróciła się w stronę
nadciągających głośnych trzasków i pomruków. Kilka chwil później z gęstwiny na
polanę wypadł wielki, czarny dzik; przeorysza ustawiła się przed nim, grubszy koniec
dzidy wbijając głęboko w ziemię.
- No chodź, ty głupia świnio! Dziś wieczorem będziemy mieli na kolację
kotlety wieprzowe!
Dzik pognał w jej stronę, a Joanna oparła się mocno o drzewce. SzarŜujący
zwierz nabił się na jej oręŜ i po chwili leŜał, krwawiąc pośród sapań, drgawek i
kwików. Po jakimś czasie wydał ostatnie śmiertelne chrząknięcie i wyzionął swego
dziczego ducha. Przydepnąwszy nogą martwe cielsko, Joanna wyrwała zeń ostrze
dzidy, po czym zwróciła się do Hugh.
- Mówiliśmy coś niedawno o czyimś trupie?
Dancy cofnął się, inni takŜe.
- Myśleliśmy o tak zachwycającej rozrywce, jaka właśnie przed chwilą
rozegrała się na naszych oczach - odparł zbójca. - Mam nadzieję, Ŝe przyjmiesz
zaproszenie na kolację?
- Oczywiście! - krzyknęli męŜczyźni, zabierając się do oprawiania dzika.
- Być moŜe - rzekła przeorysza.
- Jesteś prawdziwą Dianą - powiedział Hugh. - I będziesz traktowana jak ona.
ROZDZIAŁ 11
Azziego zmartwiły te nowiny. Właśnie zbierał się do odjazdu, by uwolnić
matkę Joannę, gdy znów zapukano do drzwi oberŜy, a zaraz potem wszedł Rodrigo
Sforza.
- Czy to ty wysyłasz magiczne konie? - zagadnął hrabia śmiało.
- I co z tego, nawet jeśli to ja? - spytał Azzie.
- Mam takiego i chcę, by zostało spełnione moje Ŝyczenie.
- Nie jest to tak całkowicie pewne - odparł Azzie. - Najpierw musisz wykonać
określoną pracę.
- Jestem na to przygotowany. Ale powiedz mi, czy moŜesz spełnić moje
najgorętsze marzenie?
- Tak-przyznał Azzie. - Mogę to uczynić. Jakie ono jest?
- Chcę być daleko i szeroko znany jako uczony - rzekł Sforza. - Pragnę być
słynniejszy niŜ Erazm i uwaŜany za wzór mądrości.
- Nic prostszego - stwierdził demon.
- Powinienem chyba wspomnieć, Ŝe nie umiem ani czytać, ani pisać.
- To nie jest Ŝadną przeszkodą.
- Jesteś pewien? Sądziłem, iŜ znajomość czytania i pisania stanowi warunek
wstępny wielkiej uczoności.
- I tak jest - przyznał Azzie. - Nam chodzi tutaj jednak o reputację, a nie o
rzecz samą w sobie. Słuchaj uwaŜnie: będziesz musiał przedsięwziąć pewną
przygodę.
- Niezbyt niebezpieczną, mam nadzieję?
- Ja teŜ ją mam - rzekł demon. - Najpierw jednak muszę coś załatwić.
Poczekaj na mnie. Wkrótce wrócę.
Zrzucił płaszcz, uwolnił i rozwinął skrzydła i z diablikiem u boku (by mu
wskazywał drogę) uniósł się w powietrze.
Matkę Joannę znalazł w obozie leśnych bandytów. Siedziała wraz z Hugh przy
stole i pochylona nad mapą omawiała coś, co juŜ na pierwszy rzut oka bardzo
przypominało plan napadu na karawanę przemytników alkoholu, mającą przejeŜdŜać
tu za dwa dni. Gdy Azzie wyciągnął rękę, Ŝeby rozpłatać rozochoconego męŜczyznę,
Joanna powstrzymała jego dłoń.
- Daj spokój, Azzie - rzekła. - Tutaj ja jestem szefem, a to są moi ludzie.
- Co? - zdumiał się demon.
- Moje Ŝyczenie spełniło się nawet wcześniej, niŜ przewidywałam - stwierdziła
przeorysza. - Jestem ci za to winna wielkie dzięki.
- Nie ma o czym mówić - mruknął Azzie. - Bądź tylko w Wenecji na
ceremonię.
- Oczywiście. I zachowam swoją duszę?
- Z pewnością. Taka była umowa.
- Dobrze, będę tam.
Kiwnąwszy głową, demon wzniósł się w powietrze i odleciał.
CZĘŚĆ DZIEWIĄTA
ROZDZIAŁ l
Pierwsza wzmianka o tym, Ŝe greccy bogowie w całości wyrwali się z
Poświaty, nadeszła o godzinie 013.32 uniwersalnego czasu gwiezdnego, gdy
kierownik studiów demonicznych przy Siarczanym Uniwersytecie Piekła zauwaŜył, iŜ
jeden z podległych mu pracowników nie powrócił z ekspedycji. Asystent zaginionego
uczonego zameldował, iŜ widział, jak grupa uwolnionych bóstw pochwyciła badacza,
gdy grzebał w stosie starych gnatów w wykopalisku archeologicznym w pobliŜu
Olimpu.
Kierownik zatelefonował do więzienia świata podziemi w Limbo, aby się
dowiedzieć, czy coś się ostatnio wydarzyło.
- Halo, z kim mówię?
- Cicero, dozorca Oddziału Niepotrzebnych Bóstw Zakładu Karnego
Wszelkich Form śycia w Limbo.
- Chcę zapytać o starych bogów Grecji; Zeusa i całą tę zgraję. Czy przebywają
nadal bezpiecznie zamknięci pod kluczem?
- Przykro mi to powiedzieć, sir, ale właśnie zdarzyła się ucieczka. Znajdują się
na wolności.
- Kiedy, według twoich przewidywań, zostaną schwytani?
- Obawiam się, Ŝe nie jest to takie łatwe. Musisz wiedzieć, panie, Ŝe ci starzy
greccy bogowie są wcale potęŜni i ponowne ich zaniknięcie będzie wymagało ze
strony Ananke sporego wysiłku.
- Dziękuję. Będę w kontakcie.
ROZDZIAŁ 2
Znowu w realnym kosmosie!!! - zawołał Febus.
- Mógłbym się schylić i ucałować Ziemię - powiedział Hefajstos.
Pierwsze, co zrobili, to urządzili sobie małą uroczystość - wspólny obiad,
podczas którego nabijali się z Zeusa. Śpiewali “Sto lat, sto lat” oraz w komiczny
sposób naśladowali jego wyszukany i groźny sposób bycia. ZłoŜyli ofiarę z tych
zwierząt, co zwykle, i upaprali wszystko krwią, bo dawniej brudną robotę przy
ofiarach wykonywali zawsze słudzy, a nie bogowie; po czym upili się i zachowywali
w sprośny sposób.
Stukając w stół, Zeus poprosił o głos.
- Chcę wam wszystkim podziękować. Bardzo to miło z waszej strony, Ŝe
urządziliście dla mnie to przyjęcie.
- Po trzykroć, niech Ŝyje Zeus!
- Dziękuję, jeszcze raz dziękuję. Przejdźmy teraz do czegoś trochę
powaŜniejszego. RozwaŜałem, co moŜemy ze sobą począć; teraz, gdy opuściliśmy
Poświatę. Mówię o nas wszystkich razem.
- Razem? - zdziwiła się Atena. - PrzecieŜ nigdy nie robimy niczego wspólnie!
- Teraz jednak musimy - rzekł Gromowładny stanowczo. - To właśnie brak
solidarności doprowadził ostatnim razem do naszego upadku. Drugi raz nie
popełnimy tego samego błędu! Potrzebny jest nam plan, nad którym wszyscy
będziemy mogli pracować; coś co będzie słuŜyło naszemu wspólnemu dobru. Doszły
mnie słuchy, Ŝe najwaŜniejszym wydarzeniem, rozgrywającym się teraz tam, na
Ziemi, jest sztuka, jaką pewien demon nowoczesnego wyznania próbuje wystawić dla
zbudowania świata. Piekielnik ów, Azzie Elbub, zamierza przyznać, bez Ŝadnego
uzasadnienia, wspaniałe nagrody siedmiu aktorom. Czy słyszeliście kiedyś o czymś
takim?
Zeus przerwał, oczekując pytań. Bogowie oraz boginie nie wypowiedzieli ani
słowa, lecz siedząc na swoich złotych, składanych krzesełkach, słuchali pilnie.
- Pierwsza rzecz - ciągnął Gromowładny - jaką musimy zrobić, to połoŜyć kres
tego rodzaju mglistemu i bezcelowemu moralizatorstwu parweniuszowskich mocy
duchowych jak wyŜej wymieniony demon. Czy my, staroŜytni bogowie, nie
powiedzieliśmy, Ŝe charakter jest przeznaczeniem? Czy nie jest to prawdą tak dziś,
jak było nią zawsze?
- JeŜeli zaczniemy działać - zgłosił obiekcję Hermes - to Mocom Zła nie
będzie się podobało, Ŝe unicestwiamy ich plany.
- Nic mnie nie obchodzi stan ich uczuć - odparł Zeus. - Jeśli im się to nie
spodoba, niech wymyślą, co mogą w tej sprawie uczynić.
- Czy powinniśmy jednak tak szybko wplątywać się w nowe problemy? -
dociekał dalej Hermes. - Czy nie byłoby lepiej poddać to pod dyskusję? Jestem
pewien, Ŝe znaleźlibyśmy coś odpowiedniego. Tymczasem moglibyśmy trochę
przeczekać w ukryciu.
- To by nam wcale nie wyszło na zdrowie - zaoponował Zeus. - Tamci, Moce
Ciemności oraz Światłości, będą ponownie próbowali umieścić nas w rezerwacie
Limbo. A zresztą - dokąd mielibyśmy pójść? Nie ma takiego miejsca we
Wszechświecie, gdzie moglibyśmy się ukryć. Prędzej czy później rządzące Moce
przyjdą po nas; zabawmy się więc trochę, póki moŜemy, i wypijmy za nasz zwykły
sposób załatwiania spraw - za boski podstęp!
Wszyscy obecni wznieśli okrzyk na cześć boskiego podstępu, ich uświęconej
doktryny. Spojrzeli z Olimpu hen, daleko, i ujrzeli posuwający się przez niskie
pagórki oddział sir Olivera.
- CóŜ to takiego? - spytała Atena, patrząc wraz z innymi na duŜy oddział
uzbrojonych jeźdźców; wyglądało na to, Ŝe przyłączyły się do nich takŜe rzesze
pielgrzymów.
- Co się stanie, kiedy dotrą do Wenecji? - chciał wiedzieć Hermes.
- Ich przywódca otrzyma to, czego najbardziej pragnie - wyjaśnił Zeus. - Inni
moŜe takŜe w pewnym sensie.
- Nie moŜemy pozwolić, aby tak się stało, nieprawdaŜ? - zapytała znowu
Atena.
Gromowładny roześmiał się i przywołał róŜnych bogów wiatru, a wśród nich
Zefira oraz Boreasza. Pognali oni przez Europę, Azję Mniejszą i część Azji
właściwej, zbierając po drodze zabłąkane podmuchy wiatru i wpychając je do
skórzanego worka, który wręczyli Zeusowi. Bóg rozluźnił rzemyki zaciskające jego
wylot, a wiatr zachodni wystawił stamtąd głowę, i zapytał:
- Co się dzieje? KtóŜ to chodzi i ujarzmia wiatr?
- Jesteśmy greckimi bogami i ujarzmiamy wiatry, kiedy się nam podoba -
wyjaśnił mu Gromowładny.
- Och, przepraszam, cofam pytanie. Co chcesz, abyśmy zrobili?
- Wywołajcie porządną burzę.
Wiatr zachodni poweselał wyraźnie.
- Ach, burzę! To co innego! Myślałem, Ŝe pragniesz któregoś z tych łagodnych
wietrzyków, o jakie ludzie stale proszą.
- Nie obchodzi nas, czego chcą ludzie - rzekł Zeus. - Jesteśmy bogami i
pragniemy pogody iście dramatycznej!
- Gdzie chcesz mieć tę “dramatyczną pogodę”? - zapytał zachodni wiatr,
zacierając przezroczyste ręce.
- Aresie? - zagadnął Gromowładny. - Dlaczego nie idziesz z tymi wiatrami i
nie pokaŜesz im, gdzie mają wiać? Mógłbyś przy tej okazji pokierować takŜe
deszczem.
- Z przyjemnością - rzekł wezwany. - Zwłaszcza Ŝe złą pogodę uwaŜam za
kontynuację wojny innymi środkami.
ROZDZIAŁ 3
Była to najgorsza pogoda, jaką ta część Europy widziała od Bóg wie jak
długiego czasu. Burzowe chmury unosiły się na niebie niczym nabrzmiałe, granatowe,
rozdęte do monstrualnych rozmiarów pęcherze, wypełnione deszczem, który zdawał
się posiadać zaciekłość Ŝywej istoty. Wicher wyrywał lance z dłoni Ŝołnierzy, a kiedy
trafiał na tarczę, zamieniał ją w Ŝagiel; zaś trzymający ją tracił wówczas równowagę i
był miotany po okolicy niczym piórko. Deszcz smagał wszystko, rozbijany przez
wiatr na maleńkie, pędzone nadzwyczajną siłą kropelki. Potrafił wcisnąć się do
najdrobniejszej szczeliny oraz pęknięcia zbroi czy rozdarcia ubioru. Aby być
słyszanym, sir Oliver musiał wrzeszczeć wprost do ucha swego podwładnego.
- Lepiej schowajmy się!
- Tak, sir. To chyba jedyne wyjście. Ale jak wydamy rozkaz? Kto nas usłyszy
w tym hałasie?
- Coś tu nie gra - stwierdził Oliver. - Powinniśmy zawiadomić o tym Antonia.
Tak rycerz nazywał Azziego.
- Nie ma go nigdzie w pobliŜu, milordzie.
- Musisz go natychmiast znaleźć!
- Tak, sir, ale gdzie?
Dwaj męŜczyźni spojrzeli na siebie, a potem na rozległą, szarą, nasiąkniętą
deszczem równinę, na której stali.
ROZDZIAŁ 4
Zeusa nie zadowalało samo wywołanie złej pogody; on i jego dzieci zaczęli
opracowywać oddzielne plany, aby dać znać ludziom, Ŝe powrócili.
Gromowładny opuścił ich towarzystwo. Chciał zbadać stan ludzkości w
obecnych czasach. Na początek odwiedził Grecję. Tak jak się tego obawiał, od
dawnych czasów, wielkich dni Agamemnona, siła bojowa jej armii fatalnie zmalała.
Rozglądał się dookoła, by stwierdzić, jakie inne wojska byłyby do dyspozycji.
Reszta armii Europy Zachodniej była zaangaŜowana w taką czy inną wojnę, a Zeus
potrzebował nowych zastępów Ŝołnierzy. Wiedział teraz, dokąd chciał je posłać -
szybkim przemarszem przez samo serce Europy do Włoch, gdzie zamierzał załoŜyć
dla siebie nowe królestwo. Jego armia dokonałaby podboju i pilnowała, by kaŜdy go
czcił; albo prowadziłaby wojny przeciwko tym, którzy by tego zaniechali. W nagrodę
otrzymaliby chwałę i zdradę. Był to stary sposób, a sprawdzone sposoby są zawsze
najlepsze - zwłaszcza, jeśli są krwawe.
Najpierw jednak musiał znaleźć wróŜkę, która powiedziałaby mu, gdzie jest
jakaś nie zatrudniona armia. Szybko uzyskał informację w Zarządzie Stowarzyszenia
Proroków, co pozwoliło mu zlokalizować Pytię Delficką, ukrywającą się obecnie pod
postacią praczki w restauracji w Salonikach.
Na miejscu wepchnął w duŜy pęcherz chmurę ciemności i zatkał go, aby była
w pogotowiu, gdyby pragnął jej uŜyć. Potem poszedł na rynek główny i zapytał o
praczkę z Łaźni Miejskich. Handlarz ryb wskazał mu drogę. Zeus poszedł, mijając po
drodze zrujnowane Koloseum oraz zniszczony tor wyścigowy; a potem znalazł ją -
zgnębioną troskami, starą kobietę pochyloną nad skorupą Ŝółwia, która słuŜyła
piorącej za balię.
Musiała Ŝyć w przebraniu i wieszczyć w tajemnicy, Kościół bowiem nie
pozwalał wróŜkom na wykonywanie ich zwykłego zawodu. Sprzeczne z prawem było
nawet posiadanie węŜa z gatunku dusicieli, jako “słuŜące do zabronionych praktyk
magicznych w starym, bezprawnym stylu”. Pytia przepowiadała jednak nadal dla
przyjaciół i niektórych niezadowolonych z obecnych porządków arystokratów.
Zeus podszedł do niej szczelnie zawinięty w płaszcz, ale wieszczka poznała go
od razu.
- Potrzebuję wróŜby - rzekł Gromowładny.
- Ach, to najszczęśliwszy dzień w moim Ŝyciu! - ucieszyła się Pytia. -
Pomyśleć tylko, Ŝe spotkam twarzą w twarz jednego ze starych bogów... Ach,
powiedz mi, co mogę dla ciebie zrobić?
- Chcę, abyś wprawiła się w trans i powiedziała mi, gdzie mogę zdobyć armię.
- Tak, panie. Ale skoro twój syn, Apollo, jest bogiem wróŜby, dlaczego nie
zapytasz jego?
- Nie chcę pytać Febusa, ani nikogo podobnego - stwierdził kochający papa
Zeus. - Nie ufam im. Z pewnością istnieją inni bogowie, którym zadajesz pytania,
oprócz nas, Olimpijczyków? Co z tym Ŝydowskim osobnikiem, który kręcił się gdzieś
tutaj, kiedy byłem u ciebie ostatnim razem?
- Jehowa uległ pewnym interesującym przemianom, ale nie jest osiągalny, jeśli
chodzi o wróŜby. Zostawił ścisłe rozkazy, aby mu nie przeszkadzać.
- Są jeszcze inni, prawda?
- Oczywiście, ale nie wiem, czy to dobry pomysł naprzykrzać się im
pytaniami. Oni nie są tacy, jak ty, Zeusie, z którym kaŜdy moŜe porozmawiać... Są
nikczemni i dziwni.
- Nie obchodzi mnie to - rzekł Gromowładny. - Zapytaj ich. Jeśli jeden bóg nie
moŜe poprosić drugiego o drobną radę, to nie wiem do czego ten wszechświat
zmierza?!
Wyrocznia wprowadziła go do swej izby, zapaliła święte liście laurowe, na
których ułoŜyła konopie. Wzięła kilka innych uświęconych wróŜebnych akcesoriów i
rozrzuciła je naokoło; z wiklinowego koszyka wyjęła węŜa, owinęła go sobie dookoła
ramion i zapadła w trans. Wkrótce oczy stanęły jej w słup i odezwała się głosem,
którego Zeus nie poznał, ale który sprawił, Ŝe włosy zjeŜyły mu się na karku.
- O Zeusie Gromowładny! Wypróbuj ludy mongolskie.
- Czy jest jeszcze coś? - spytał Zeus.
- Koniec przekazu - rzekła wróŜka. A potem zemdlała.
- Sądziłem - odezwał się Gromowładny, kiedy juŜ przyszła do siebie - iŜ
wyroki wieszczów są zwykle wyraŜone w sposób zawiły i dwuznaczny; ten natomiast
jasno i stanowczo powiedział, co mam uczynić. Czy w procedurze zaszły jakieś
zmiany?
- Myślę - odparła Pytia - Ŝe w wysokich sferach panuje ogólne zniechęcenie do
dwuznaczności. Nigdy nie doprowadziła nikogo do niczego dobrego.
Zawinięty w obłok ciemności, Zeus opuścił Saloniki i zwrócił się na pomocny
wschód.
ROZDZIAŁ 5
Gromowładny odwiedził Mongołów, którzy niedawno podbili południowe
Cesarstwo Chińskie. UwaŜając się za niezwycięŜonych, byli gotowi wysłuchać go,
gdy wjechał konno do ich obozu. Bóg znalazł mongolskiego wodza w jego kwaterze
głównej.
- Ty i twoi ludzie dokonaliście wspaniałego czynu, zdobywając ten olbrzymi
kraj, ale teraz wylegujecie się, nic nie robiąc. Jesteście ludem poszukującym celu, ja
zaś bogiem poszukującym ludzi. MoŜe połączymy w takim razie nasze potrzeby i
dokonamy czegoś, co będzie z korzyścią dla nas obu?
- MoŜliwe, iŜ jesteś bogiem - odparł Jagotai - wszelako nie naszym. Dlaczego
miałbym cię słuchać?
- Bo proponuję zostać nim - rzekł Zeus. - Byłem i jestem bogiem Greków.
Interesujący i pomysłowy to naród, ale niezadowalający dla boga, który starał się im
przynosić tylko dobre rzeczy.
- Co nam oferujesz?
Wkrótce mongolscy jeźdźcy, wznosząc wysoko sztandary z byczych ogonów,
cwałowali przez karpackie przełęcze w stronę równin Friuli - Venezia Giulia,
odbywając jednocześnie podróŜ w czasie do szesnastego wieku. Zeus musiał uŜyć
wszystkich swoich mocy, aby udało się tego dokonać. Łatwiej, co prawda, byłoby
przenieść ich wprost przez czas oraz przestrzeń, ale przestraszyłoby to konie. Pośród
ludności wszystkich okolic, przez które posuwały się wojska, szerzyła się panika juŜ
na długo przed nadejściem mongolskich hord. “Mongołowie nadciągają!” - słyszało
się wszędzie. Całe rodziny wsiadały na konie, osły albo na wozy zaprzęgnięte w woły.
Większość brała ze swego dobytku na barki tyle, ile tylko zdołała udźwignąć, i
uciekała, usiłując szukać schronienia przed prześladowcami - diabłami o płaskich
twarzach z wąskimi, czarnymi wąsami. Niektórzy uciekali do Mediolanu, inni do
Rawenny; jednak największa część uchodźców kierowała się ku Wenecji - miastu,
które dzięki otaczającym je bagnom i kanałom uwaŜano za nie zagroŜone najazdem.
ROZDZIAŁ 6
Mongołowie nadciągali i zarządzono nadzwyczajne środki, aby ochronić
Wenecję. DoŜa zwołał specjalną sesję Rady, której przedstawił pewne propozycje.
Uzgodniono, iŜ główne mosty prowadzące do właściwego miasta muszą zostać
zniszczone; potem Wenecjanie spenetrowaliby otaczające ich wybrzeŜa, konfiskując
w okolicy wszystkie łodzie zdolne pomieścić dziesięciu lub więcej Ŝołnierzy. Krypy te
naleŜało następnie zabrać do samego miasta lub zatopić, gdyby okazały się zbyt
cięŜkie do przeniesienia.
Problem obrony był bardzo skomplikowany z powodu powaŜnych niedoborów
w zaopatrzeniu. W normalnym czasie artykuły spoŜywcze napływały codziennie,
przywoŜone okrętami z całej południowo-wschodniej Europy oraz Bliskiego
Wschodu. Niedawne burze zamieniły jednak Morze Śródziemne w rozszalały Ŝywioł i
uniemoŜliwiały wszelką wymianę handlową drogą morską. JuŜ w tej chwili miasto
musiało się ograniczyć do skąpych, racji Ŝywnościowych, a zapowiadało się, iŜ będzie
jeszcze gorzej.
Wenecjanom zagraŜały takŜe rozprzestrzeniające się poŜary. Ludzie starali się
mieć w domach sucho i ciepło, a paląc w piecach, byli nieostroŜni. Liczba szalejących
w mieście czerwonych kurów była większa niŜ kiedykolwiek. Nieuchronnie w
związku z tym szerzyły się pogłoski, iŜ niektóre spośród poŜarów rozniecali agenci
nasłani przez wrogów Wenecji. Obywatelom nakazano bacznie śledzić przybyszów i
stale podejrzewać w swoim otoczeniu obecność szpiegów.
Deszcz padał z nieustającym szumem, przypominającym rozmowę bogów
wilgotnych wiatrów, którym za języki słuŜyły rozklekotane okna. Woda kapała z
obramowań kominów oraz gzymsów, a wiatr pędził deszcz i rozbijał duŜe krople na
małe. W całej Wenecji bez przerwy podnosił się poziom wody, która zalewała kanały,
wlewała się na skwery i place. Na placu Świętego Marka osiągnęła głębokość trzech
stóp i nadal jej przybywało. Nie był to pierwszy raz, kiedy Wenecję nawiedziły
deszcze oraz powodzie, ale tym razem było to o wiele gorsze od wszystkiego, co
wcześniej widziano.
Silne wiatry z północnego wschodu, niosące ze sobą arktyczny mróz, wiały
wytrwałe przez wiele dni i nic nie wskazywało na to, aby miały przestać. Naczelny
meteorolog Republiki zrezygnował ze swojego dobrze płatnego, dziedzicznego
stanowiska; tak mu obrzydło przepowiadanie katastrofy. Ludzie modlili się do
ś
więtych, diabłów, obrazów, do wszystkiego, co im przyszło do głowy, mając dzięki
temu nadzieję doznać jakiejś ulgi. Na domiar złego doniesiono, iŜ w niektórych
miejscach pojawiły się ogniska zarazy. Mówiono teŜ, Ŝe mongolskich wojowników
widziano w odległości jednego dnia jazdy i nie moŜna było przewidzieć, jak szybko
posuwają się naprzód.
Wenecjanie byli wyczerpani swoimi ustawicznymi troskami, przeraŜeni siłą
wojsk zbliŜających się do granic Republiki, a nawet podejrzliwi względem siebie
nawzajem. Zwyczajowe uroczystości na cześć róŜnych świętych zostały zawieszone.
W zapełnionych dniem i nocą kościołach modlono się o ocalenie miasta i rzucano
klątwy na najeźdźców. Dzwony biły bezustannie. To wszystko wywoływało z kolei
nastrój straceńczej wesołości.
Była to pora wspaniałych przyjęć, balów maskowych oraz uczt. Panował
ustawiczny karnawał i nigdy jeszcze, od tej strony patrząc, Wenecja nie przedstawiała
się bardziej korzystnie. Na przekór burzom, w pałacach bogaczy jasno paliły się
ś
wiece, a muzyka rozbrzmiewała wzdłuŜ kanałów. W drodze z jednej zabawy na
drugą ludzie śpieszyli przez ulice w płaszczach i karnawałowych maskach na
twarzach. Zdawało się, Ŝe temu dumnemu, staremu miastu pozostało jedno, ostatnie
szaleństwo.
Uwagi ludzi nie uszło, oczywiście, Ŝe w tym, co się działo, tkwiło coś
dziwnego; coś, co przekraczało ziemską logikę, co kojarzyło się ze światem
nadprzyrodzonym i przywodziło na myśl dni sądu ostatecznego. Astrologowie
badający stare pergaminowe rękopisy znaleźli w nich przepowiednie, iŜ świat ma się
wkrótce skończyć, tak jak to podejrzewali, i Ŝe tylko patrzeć, jak pojawią się czterej
jeźdźcy Apokalipsy, jadący po płonącym niebie podczas ostatecznej zachodu słońca.
Pewnego dnia zaszło dziwne wydarzenie. Robotnik wysłany przez miasto, aby
oszacować szkody wyrządzone przez burzę, odkrył dziurę w grobli w pobliŜu
Arsenału; woda jednak nie przepływała przez otwór. Zamiast tego biło stamtąd
oślepiające światło i człowiek ów ujrzał po przeciwnej stronie coś, czego kształtu nie
dało się opisać. Zdawało się, iŜ miało to dwa cienie. Robotnik przybiegł do Rady i
opowiedział wszystko, co widział.
Zjawisko poszła zbadać grupa uczonych. W tym czasie dziura w grobli
powiększyła się; olśniewający Ŝółty blask zniknął, a zamiast tego pojawił się w niej
teraz wyraźny, nieziemski błękit, chociaŜ powinno się widzieć burzowe, deszczowe
chmury oraz ciemnobrunatną ziemię. Wyglądało to na otwór przechodzący na wskroś
przez wszystko - zarówno przez niebo, jak i przez Ziemię.
Uczeni badali to dziwo z naleŜną temu zjawisku powagą i przeraŜeniem.
Widzieli, jak do wnętrza wciągane są małe grudki ziemi oraz piasek. W celu
eksperymentu wrzucili w dziurę zbłąkanego psa; kundel przepadł, gdy tylko
przeniknął przez niewidzialną płaszczyznę powierzchni otworu.
- Z naukowego punktu widzenia - rzekł jeden z mędrców - dziura owa
wygląda mi na lukę lub rozdarcie w tworzywie istnienia.
Drugi miał co do tego pewne wątpliwości.
- Jakim sposobem tworzywo istnienia moŜe ulec rozdarciu?
- Tego nie wiemy - odparł pierwszy. - MoŜemy jednak wnioskować, Ŝe w
ś
wiecie duchowym dzieje się coś niesłychanego; tak doniosłego, iŜ ma to wpływ
nawet na nas - tu, na dole, na fizycznej płaszczyźnie ziemskiego istnienia. Nawet
rzeczywistości nie moŜna juŜ ufać - tak dziwne stało się Ŝycie.
Nadchodziły doniesienia o pokazaniu się innych otworów w tworzywie
rzeczywistości. Zjawisko nazwano Antyświatem, a jego przypadki zdawały się
pojawiać wszędzie, nawet w wewnętrznej kaplicy kościoła Świętego Marka, gdzie
powstała dziura szeroka na trzy stopy, skierowana pochyło w dół i prowadząca do
miejsca, którego niepodobna było ustalić bez odbycia podróŜy w jedną stronę,
O innym osobliwym wydarzeniu doniósł pewien zakrystianin. Do budynku
wszedł obcy człowiek, a było w nim coś odmiennego od innych ludzi. MoŜe tyczyło
to uszu albo dziwacznego kąta pochylenia oczu? Stworzenie chodziło po świątyni
oraz jej bezpośrednim sąsiedztwie, patrząc na przybudówki i robiąc notatki na zwoju
pergaminu. Gdy kościelny zapytał, co przybysz porabia, nieznajomy odparł:
- Robię po prostu pewne pomiary, aby donieść innym, jak wygląda sytuacja.
- Jakim innym?
- Takim jak ja.
- Ale dlaczego ty i ci inni mielibyście się interesować stanem naszych
budowli?
- Jesteśmy prowizorycznymi formami Ŝycia, ja i mnie podobni, tak nowymi, Ŝe
nawet nie mamy jeszcze nazwy. Istnieje moŜliwość, iŜ przejmiemy istniejącą
rzeczywistość, i w tym przypadku odziedziczylibyśmy wszystko, co po sobie
zostawicie. Sądzimy, Ŝe byłoby dobrze być na to przygotowanym, więc sporządzamy
inwentaryzację.
Sprawozdanie z tego dziwacznego wydarzenia zostało zbadane przez
uczonych Kościoła, którzy stwierdzili, Ŝe nie miało ono nigdy miejsca. Oficjalnie
przypisano zakrystianinowi, Ŝe uległ jakiejś niezwykłej halucynacji. Orzeczenie to
przyszło jednak zbyt późno; szkoda została juŜ wyrządzona, ludzie słyszeli
opowiadanie kościelnego, uwierzyli w nie i nastrój paniki w całym mieście wzrósł
jeszcze bardziej.
ROZDZIAŁ 7
Pielgrzymi siedzieli stłoczeni we wspólnej izbie w oberŜy i oczekując na
następne rozkazy, kolejno pilnowali ognia. Powinni być bardzo zadowoleni, bo
ukończyli swoje przygody, ale panująca pogoda pomniejszała ich zwycięstwa.
Znieśli tyle trudów, aby dostać się tu, gdzie byli, lecz sprawy - podobnie jak
aura - okazały się pod zdechłym psem. Nie tak miało być. A juŜ nikt nie przeŜywał
tego bardziej dotkliwie niŜ sam Azzie, który czuł się oszukany przez swoją własną
historię, chociaŜ nie był w stanie zrozumieć, jak mogło do tego dojść.
Tego wieczoru, gdy Azzie siedział przy kominku i próbował wymyślić, co
robić dalej, rozległo się pukanie do drzwi oberŜy.
- Mamy komplet! - zawołał gospodarz. - Proszę iść gdzie indziej!
- Jest tam w środku ktoś, z kim chciałabym porozmawiać - odpowiedział z
zewnątrz przyjemny, kobiecy głos.
- Ylith! - zakrzyknął demon. - Czy to ty?
Skinął na oberŜystę, który z niezadowoleniem otworzył drzwi. Kilka wiader
deszczu wpadło do wnętrza, a wraz z potopem zjawiła się piękna, czarnowłosa
kobieta, której rysy były na wpół anielskie, a na wpół diaboliczne - co sprawiało, Ŝe
wyglądała nad wyraz ponętnie. Miała na sobie prostą, Ŝółtą sukienkę, a na niej
lamowany srebrem błękitny płaszcz; na głowie zaś gustowny, czerwony kwef.
- Azzie! - zawołała, przechodząc przez izbę. - Dobrze się czujesz?
- Naturalnie - odparł demon. - Wzrusza mnie twoja troska. Czy zmieniłaś
moŜe zdanie w kwestii odrobiny frywolności?
- Ten sam, stary Azzie - zachichotała Ylith. - Przyszłam tu, wierzę bowiem w
uczciwość we wszystkich sprawach; zwłaszcza zaś w tych, które dotyczą Dobra i Zła.
Zdaje się, Ŝe ktoś ci robi niedźwiedzią przysługę.
Ylith opowiedziała Azziemu, Ŝe została porwana przez Hermesa
Trismegistosa, który dał ją śmiertelnemu, niejakiemu Westfallowi, a takŜe o tym, jak
była zamknięta w puszce Pandory i jak z niej uciekła dzięki pomocy Zeusa.
- Wiem, Ŝe uwaŜasz Hermesa za przyjaciela - zakończyła - zdaje się jednak, iŜ
on knuje coś przeciwko tobie. Tak jak chyba i reszta Olimpijczyków.
- Niewiele mogą zdziałać, przebywając w Poświacie - stwierdził Azzie.
- JuŜ ich tam nie ma. Uciekli. I obawiam się, Ŝe to ja jestem za to
odpowiedzialna, chociaŜ wcale tego nie chciałam.
- MoŜe to ci faceci wszystko teraz nakręcają - rzekł demon. - Sądziłem, iŜ to
sprawka Michała; wiesz przecieŜ, jak się sprzeciwia choćby najdrobniejszemu
mojemu powodzeniu. Jednak to, co się dzieje, przerasta go. Ktoś podburzył
Mongołów, Ylith!
- Nie rozumiem, dlaczego Olimpijczycy są przeciwko tobie? - powiedziała
anielica. - Co ich to obchodzi, czy wystawisz swoją niemoralną sztukę?
- Bogowie zawsze chcą ustanawiać swoją moralność - wyjaśnił Azzie. - Dla
drugich, nie dla siebie. Sądzę, Ŝe to wtrącanie się starych bogów ma słuŜyć innym
celom. Nie zdziwił bym się, gdyby stanowiło to próbę ich powrotu do władzy.
ROZDZIAŁ 8
Taka pogoda nie mogła po prostu być dłuŜej tolerowana. Azzie zmobilizował
się i przyjrzał dokładnie zjawisku. JuŜ pobieŜna inspekcja wykazała, iŜ burze nie
nadciągały z jednego kierunku. Powstawały, co prawda, na północy, skąd zwykle
przychodzi zmiana pogody, ale co to znaczy “na północy”? Jak daleko na północy?
Na północ od czego? I co, na północy, było takiego, co kształtowało pogodę? Azzie
zdecydował, Ŝe dowie się tego i coś z tym zrobi.
Wytłumaczył Aretino, co zamierza uczynić, a potem podszedł do okna i
otworzył je. Wyjący wiatr wpadł do izby gwałtownym podmuchem.
- To moŜe być niebezpieczne - rzekł poeta.
- Prawdopodobnie jest - przyznał demon i rozwinąwszy skrzydła, wzniósł się
w powietrze.
Opuścił Wenecję i udał się na północ w poszukiwaniu miejsca, z którego
przychodzi pogoda. Przeleciał całe Niemcy i widział bardzo złą aurę, ale nadchodziła
z jeszcze dalszej pomocy. Poszybował nad Morzem Północnym, zahaczył o Szwecję i
przekonał się, Ŝe i ona nie jest miejscem tworzenia się burz, a jedynie obszarem, przez
które one przechodzą. Wziął kierunek na oko cyklonu, co zaprowadziło go do
Finlandii, słynącej z zaklinających pogodę Lapończyków. Dokądkolwiek poszedł w
tym równinnym, śnieŜnym, porośniętym sosnami kraju, zawsze przekonywał się, Ŝe
burza nie przychodziła “stąd”, ale ciągle “stamtąd” - z jakiegoś innego miejsca,
połoŜonego jeszcze dalej na północ. Dotarł wreszcie do szczytu świata, skąd wichury
waliły pełną mocą, z godną uwagi szybkością oraz regularnością. Wiatr wiał przez
zamarzniętą tundrę równomiernym, nie kończącym się strumieniem, a był tak silny, Ŝe
bardziej przypominał morskie fale niŜ strumienie powietrza.
Azzie parł dalej, dąŜąc ciągle na północ, chociaŜ zdawało się, iŜ świat zwęŜa
się tutaj do punktu. Wreszcie dotarł do najbardziej północnego krańca północy i
znalazł wysoką, wąską górę lodową. Na jej szczycie stała wieŜa tak stara, Ŝe mogła
zostać tam umieszczona w czasach, zanim jeszcze istniało cokolwiek innego.
Na szczycie owej wieŜy znajdował się taras, na którym stał gigantyczny nagi
człowiek o splątanych włosach i niesamowitym wyrazie twarzy. Golas pracował przy
duŜym, skórzanym miechu; wicher wydostawał się z jego otworu. Oto była kolebka
wszelkiego wiatru na świecie. Powietrze wychodziło z miecha miarowym
strumieniem i wpadało do rur dosyć szczególnie wyglądającej maszynerii.
Jakaś inna dziwaczna istota siedziała przed czymś, co przypominało
klawiaturę organów, a jej dłonie, o palcach podobnych do wielu giętkich macek,
grając na klawiszach, wytwarzały oraz kształtowały wiatry, które przechodziły przez
instrument. Była to maszyna alegoryczna; taka, jaką tworzą religie, starając się
wytłumaczyć, jak się jakieś sprawy dzieją. Ukształtowane i uregulowane wiatry,
wytworzone przez pompę miecha, kierowała ona do okna, skąd zaczynały swoją
wędrówkę na południe, do wszystkich miejsc globu, a szczególnie do Wenecji.
Dlaczego jednak właśnie do Wenecji? Azzie przestawił swoje oczy na podgląd
w promieniach rentgenowskich - poŜyteczną tę zdolność posiadają wszystkie demony,
wszelako mało który z niej korzysta, gdyŜ jest w praktyce równie trudna, Jak dzielenie
przez siebie w pamięci wielocyfrowych liczb. Przyglądając się, widział teraz, Ŝe pod
lodem przeciągnięte były ołowiano - cynowe przewody, które kierowały wiatrami i
zwiększały ich gwałtowność.
A co z deszczem? Wszystko tu, w najdalszym zakątku północy, było suche,
kruche i bez najmniejszego choćby śladu wilgoci.
Azzie rozejrzał się dookoła, ale nie zobaczył nic prócz człowieka pracującego
przy miechu i tego drugiego, obsługującego maszynę wiatrów.
- Moi drodzy panowie - powiedział zatem do nich obu. - Robicie spore
zamieszanie w tej części Ziemi, w której mieszkam, a ja nie mogę na to pozwolić.
Mam zamiar coś z tym zrobić, o ile natychmiast nie zaniechacie swego procederu.
Przemówił odwaŜnie, chociaŜ nie miał pojęcia, czy moŜe mieć przewagę nad
tymi dwoma dziwnymi osobnikami. LeŜało jednak w jego naturze postępować śmiało,
a odwaga nie opuściła go i w tej chwili. Tamci przedstawili się. Byli obaj tylko
wcieleniami boga Baala. Ten przy miechu był Baal-Hadadem, ten drugi - Baal-
Quarnainem, kananejskimi bóstwami Ŝyjącymi w zapomnieniu przez kilka tysięcy lat,
odkąd umarł ostatni ich wyznawca. Kiedy Zeusowi wyczerpał się worek wiatrów,
wciągnął ich do swojej słuŜby mówiąc, iŜ nikt lepiej nie wywoła takiej burzy, jakiej
pragnął. Gromowładny sam był bogiem pogody, ale ostatnio bywał zbyt zajęty, aby
wykonywać Ŝmudne, meteorologiczne operacje.
Pomimo swych lśniących, czarnych, falistych włosów, haczykowatych nosów,
wydatnych oczu i śmiałych rysów, mimo smagłej skóry, olbrzymich rąk oraz nóg,
stare kananejskie bóstwa były bojaźliwe. Gdy Azzie powiedział im, Ŝe jest zły, w
związku z czym gotów jest sprawić im wiele kłopotu, obaj okazali się skłonni do
ustępstw.
- MoŜemy wstrzymać wicher - powiedział Baal-Hadad - ale deszcz nie do nas
naleŜy. Nie mamy z nim nic wspólnego. Wszystko, co stąd wysyłamy, to czysty wiatr.
- Czy wiecie kto zawiaduje deszczem?
Obaj wzruszyli ramionami.
- A więc to musi zaczekać - zdecydował Azzie. - Powinienem wracać; teraz
właśnie nadeszła pora na uroczystość.
ROZDZIAŁ 9
Aretino upewnił się, Ŝe w oberŜy wszystko jest w pogotowiu. Potem poszedł
do Azziego.
Demon ubrany był w zielony szlafrok z wyhaftowanymi na nim złotymi
smokami; siedział przy stole, schylony nad pergaminem, z gęsim piórem w dłoni.
- Proszę wejść - powiedział, nawet nie podnosząc wzroku. Aretino wszedł,
- Jeszcze nie ubrany? Mój drogi demonie, uroczystość zaraz się zacznie.
- Jest jeszcze duŜo czasu - odparł Azzie. - Czuję się, trochę zmęczony, a cały
mój ekwipunek wyłoŜony jest w drugim pokoju. Chodź, Aretino, pomóŜ mi. Muszę
zdecydować, komu przyznać nagrody. Po pierwsze: czy wszyscy są obecni?
- Tak - rzekł poeta i nalał sobie kieliszek wina.
Był w znakomitym nastroju; to przedstawienie wyniesie jego, i tak bardzo
sławnego, pod same niebiosa. Będzie słynniejszy niŜ Dante, bardziej znany niźli
Wergili, przewyŜszy nawet Homera. Była to wielka chwila w jego Ŝyciu i kiedy
rozległo się pukanie do drzwi, nie podejrzewał Ŝadnego kryjącego się za nimi kłopotu.
Zjawił się diablik, posłaniec od Ananke.
- Wzywa cię - powiedział do Azziego - i jest wściekła.
Pałac Sprawiedliwości, którym władała Konieczność, stanowił olbrzymią
budowlę złoŜoną z kamiennych bloków, z których kaŜdy był większy niŜ ziemska
piramida, a frontowe kolumny były grubsze niźli stado słoni. Mimo tych rozmiarów,
Pałac zaprojektowano według ściśle przestrzeganych, klasycznych proporcji. Teren
wokoło gmachu był pięknie urządzony, a na starannie wystrzyŜonym trawniku opodal
białego balkonu, na czerwonym kocu w kratkę, siedziała Ananke z rozłoŜoną obok
zastawą do herbaty.
Tym razem nie istniała kwestia jej wyglądu. Wiadomo, Ŝe Konieczność moŜe
przybierać róŜne postaci, Jedną z nich, tę Nie do Opisania stosuje wówczas, kiedy
chce zniechęcić pochlebców. Jest to sposób jej istnienia, który wręcz się opiera
wszelkim próbom opisu. Ten rodzaj postaci wybrała na tę okazję. Jedyne, co moŜna
powiedzieć, to iŜ Ananke nie wyglądała jak ekskawator.
Kiedy Azzie znalazł się w jej obecności, powiedziała:
- Za duŜo juŜ kombinacji z tymi magicznymi końmi.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Azzie.
- Ostrzegałam cię, łobuzie - rzekła Ananke. - Magia to nie panaceum na
wszystko, a szczególnie na twoją chorą ambicję. Nie moŜna jej uŜywać do
rozwiązywania wszelkich problemów. Jest przeciw naturze rzeczy zakładać, Ŝe
sprawy mogą potoczyć się w inny sposób, niŜ im właściwy, kiedy tylko spodoba ci się
poprosić je o to.
- Nigdy jeszcze nie widziałem cię w takim stanie - stwierdził Azzie.
- Ty teŜ byłbyś wściekły wiedząc, Ŝe cały wszechświat jest w
niebezpieczeństwie.
- Ale jak do tego doszło?
- To te zaczarowane konie - wyjaśniła Konieczność. - Korzystanie z
magicznych świeczników było jeszcze dopuszczalne; kiedy jednak wywołałeś takŜe i
te rumaki, zanadto zmieniłeś prawa natury.
- Co przez to rozumiesz? - zapytał Azzie. - Nigdy nie słyszałem, Ŝebyś mówiła
w ten sposób.
- Powiedz mu, Otto - rzekła Ananke.
- Spoza drzewa wyszedł Otto, duch, który z sobie tylko wiadomych powodów
przybrał postać otyłego Niemca w średnim wieku, z cięŜkimi białymi wąsami oraz w
grubych okularach.
- Czy sądzisz, Ŝe Wszechświat moŜe wytrzymać dowolną liczbę manipulacji?
- zapytał. - Bawiłeś się metamaszynerią, czy o tym wiesz, czy nie. Psułeś szyki innym.
- Zdaje się, Ŝe on nie rozumie - zauwaŜyła Ananke.
- Czy dzieje się, coś niedobrego? - chciał wiedzieć Azzie.
- Ja, dzieje się coś niedobrego w samej naturze rzeczy.
- Natura rzeczy? AleŜ z pewnością nie ma w tym wszystkim aŜ tyle złego!?
- Słyszałeś, co powiedziałem? Została naruszona struktura; wszechświata, w
duŜej mierze dzięki tobie i twoim zaczarowanym koniom. Wiem, co mówię, zajmuję
się tym kosmosem od niepamiętnych czasów.
- Nigdy nie słyszałem o opiekunie wszechświata.
- To chyba logiczne, co? JeŜeli w ogóle chcesz mieć wszechświat, to
potrzebujesz kogoś, kto by się nim opiekował, a nie moŜe to być ta sama osoba, która
nim kieruje. Ona ma mnóstwo innych zajęć, a opiekowanie się jest specjalnością samą
w sobie i nie moŜe być łączone z innymi obowiązkami. To ty wprowadziłeś te
magiczne bucefały, tak?
- Tak - przyznał Azzie. - Ale co z tego? Co moŜe się stać z powodu
zaczarowanych koni?
- UŜyłeś ich zbyt duŜo, ot co! Czy ty naprawdę uwaŜasz, Ŝe moŜesz w jednym
obszarze zgromadzić wszystkie magiczne wierzchowce, jakimi pragniesz się
posłuŜyć? A to w tym celu, aby łatwo przeprowadzić to, co powinieneś był uprzednio
opracować, ale jesteś zbyt leniwy?! Nie, mój miły, młody demonie, tym razem
narobiłeś bigosu. Po tych wszystkich latach, kiedy utrzymywałem go w dobrej formie,
ten nieszczęsny wszechświat zmienia się na naszych oczach, i ani ty, ani Ananke, ani
ja, i wreszcie nic juŜ nie moŜe na to poradzić. Wyzwoliłeś błyskawice Jego
straszliwego, szybkiego miecza, jeŜeli rozumiesz, co mam na myśli, i trzeba będzie
zapłacić straszliwą cenę. Igrałeś z rzeczywistością o jeden raz za duŜo.
- Co to ma wspólnego z rzeczywistością? - chciał wiedzieć Azzie.
- Słuchaj teraz uwaŜnie, mój miły demonie. Rzeczywistość jest kulą twardej
materii, złoŜoną z warstw róŜnych substancji. Gdzie jedna warstwa styka się z drugą,
tam, moŜna powiedzieć, istnieje potencjalna linia pęknięcia; zupełnie tak samo, jak w
głębi Ziemi. Anomalie wywołane w tkance rzeczywistości powodują powstanie na
tych granicznych powierzchniach fal uderzeniowych. Twoje niedozwolone
posługiwanie się magicznymi rumakami stanowiło właśnie jedno z takich zaburzeń.
Miały takŜe miejsce inne anormalne wydarzenia. Fakt ucieczki z Poświaty starych
bogów jest wypadkiem tak niemoŜliwym, Ŝe jego zaistnienie wstrząsnęło
wszechświatem, a skutki tej wywołanej przez ciebie kosmicznej katastrofy uderzyły w
biedną Wenecję. Miasto miało pecha stać się ogniskiem zdarzeń, których działanie
spowodowało napręŜenie siatki jego rzeczywistości. Powodzie, inwazja Mongołów
oraz zaraza, która wkrótce potem wybuchła, nie stanowiły wcale części głównego
biegu historii Wenecji; tak naprawdę w ogóle nie miały mieć miejsca, stanowiąc
jedynie marginalne ewentualności o znikomych szansach urzeczywistnienia się w
normalnym łańcuchu zdarzeń. Wszelako za twoją sprawą uaktywniły się i całość
zapisanej historii przyszłości stanęła pod znakiem zapytania.
- Jakim sposobem przyszły czas moŜe być zagroŜony? - spytał Azzie.
- Musisz myśleć o przyszłości jak o czymś, co juŜ zaszło, i co grozi
ponownym wydarzeniem się, wymazując jednocześnie wszystko to, co było przedtem.
A tego za wszelką cenę musimy uniknąć.
- Przed nami stoi wiele spraw - rzekła Ananke. - Najpierw jednak trzeba
wyprawić z powrotem do domu tych twoich pielgrzymów.
Azziemu nie pozostało nic innego, jak zadowolić się tym, ale w głębi jego
umysłu, wśród narastającego niepokoju, zaczęło coś świtać. Ananke powiedziała, Ŝe
nie działał zgodnie z rzeczywistością. Ale czymŜe była rzeczywistość, jeŜeli nie
równowagą, układem pomiędzy Dobrem a Złem? Gdyby mógł nakłonić Michała do
zmiany tego układu, dla ich wspólnej korzyści... Najpierw jednak musiał wpaść na
chwilkę do swoich pielgrzymów.
CZĘŚĆ DZIESIĄTA
ROZDZIAŁ l
Kiedy Azzie opuszczał Pałac Sprawiedliwości, ogon miał podkulony pod
siebie, a kąciki jego brązowych oczu dziwnie błyszczały. Próbował pogodzić się z
myślą, iŜ jego niemoralne przedstawienie, które miało zadziwić świat, nigdy nie
doczeka się premiery. Legenda, tak waŜna legenda o złotych lichtarzach, nie będzie
mogła być dograna do końca. Miał bezpośrednie i niedwuznaczne rozkazy od samej
Ananke, aby przerwać sztukę w połowie ostatniego aktu.
Musiał jednak istnieć jakiś sposób, aby obejść ten zakaz. W ponurym nastroju
poszedł do mieszczącej się obok Pałacu Sprawiedliwości stacji zasilania i naładował
swoje zaklęcie podróŜne. W pobliŜu, gdzie sprzedawano posiłki, znalazł budkę
specjalizującą się w gotowych daniach na wynos dla demonów i kupił worek kocich
głów przyrządzonych w dobrym, skrzepłym, czerwonym sosie. Miało mu to posłuŜyć
za przekąskę w drodze powrotnej na Ziemię. Potem uruchomił swoje zaklęcie i z
wielkim szumem pognał przez przezroczyste welony, z których składa się duchowa
przestrzeń.
Lecąc, chrupał kocie łby i myślał zaciekle. Mimo skrajnych wysiłków, nawet
w transcendentnej kazuistyce nie udawało mu się znaleźć sposobu obejścia poleceń
Ananke. Prędzej czy później dowiedziałaby się o tym i surowo go ukarała, A musiał
się obawiać nie tylko Konieczności. Było takŜe faktem, Ŝe przez naduŜywanie
magicznych koni naruszył równowagę kosmosu. Gdyby tego nie zaprzestał,
wszechświat mógłby się rozpaść, a wszystko, całość stworzenia, zostałoby
pochłonięte przez czysty, biały płomień samosprzeczności. Gdyby doszło do tego,
sam kosmos mógłby się zapaść; w końcu obaleniu uległyby prawa rozumu.
Wkrótce był z powrotem nad Wenecją, a widok tego miasta z lotu ptaka był
iście Ŝałosny. Wzbierające wody pochłonęły juŜ niektóre nisko leŜące zewnętrzne
wyspy. Wiatr osłabł, ale wody powodzi podniosły się i zalały plac Świętego Marka do
wysokości dziesięciu stóp. Starsze i mniej solidne budynki zapadały się, poniewaŜ
słone wody przypływowe wymyły starą zaprawę murarską, trzymającą razem ich
cegły i kamienie.
Azzie wylądował obok domu Aretina i zastał poetę na zewnątrz, bez
marynarki, próbującego oszalować swój dom workami piasku. JuŜ na pierwszy rzut
oka była to bezuŜyteczna praca, więc Aretino odłoŜył swoje narzędzia i poszedł
smutno za Azziem do domu. Na piętrze znaleźli suchy pokój.
- Gdzie są teraz pielgrzymi? - zapytał demon, nie tracąc czasu.
- Nadal w oberŜy.
Azzie musiał zmienić plany, zebrać wszystkie złote świeczniki i dopilnować,
aby z powrotem dostały się do zamku Fatusa w Limbo; potem naleŜało pozbyć się z
Wenecji pielgrzymów. Nie widział jednak powodu, aby powiedzieć to wszystko
poecie właśnie teraz. Dowie się, gdy i innym stanie się wiadome, Ŝe nie będzie
uroczystości końcowej.
- Musimy wyprawić stąd pielgrzymów - rzekł Azzie do Aretina. - Trwając
pomiędzy powodziami a Mongołami, to miasto skazane jest na zagładę. Wiem z
pewnego źródła, Ŝe nastąpi zmiana biegu czasu, w którym rozgrywa się obecna
historia świata.
- Jaka zmiana? Co masz na myśli?
- Świat przędzie nić swego losu, z której wyłaniają się róŜne wydarzenia. To,
co się dzieje teraz, wskazuje, jakoby Wenecja miała być zniszczona; dla Ananke
jednak jest to nie do przyjęcia, a zatem linia czasu miasta zostanie przerwana tuŜ
przed wprowadzeniem przeze mnie na arenę zdarzeń złotych świeczników. Stanie się
to nowym, głównym nurtem historii, a ta linia, w której jesteśmy teraz, zostanie
przeniesiona do Limbo.
- A co to oznacza? - zapytał poeta.
- Limbowska wersja dziejów Wenecji nie będzie trwała dłuŜej niŜ tydzień od
chwili, kiedy po raz pierwszy poprosiłem cię o napisanie sztuki, aŜ do północy tej
doby, której, jak przewiduje się, nadejdą Mongołowie, a powódź przeleje się przez
wały. W pewnym sensie będzie to trwało tylko tydzień, ale te siedem dni będzie się
rozgrywało wciąŜ na nowo, zaczynając się ponownie, gdy tylko osiągną swój koniec.
Mieszkańcy limbowskiej wersji Wenecji będą mieli wieczność tygodni, z których
kaŜdy będzie się kończył katastrofą i zagładą.
- Ale jeśli usuniemy pielgrzymów z Wenecji?
- JeŜeli zrobimy to przed północą, będą mogli nadal wieść swoje normalne
Ŝ
ycie dokładnie tak, jakby mnie nigdy nie znali. Powrócą do czasu, zanim mnie
spotkali.
- Czy będą coś pamiętać?
Azzie potrząsnął głową.
- Tylko ty, Pietro. Tak to urządzam, abyś na podstawie naszych zawodów
mógł napisać swą farsę.
- Rozumiem - rzekł poeta. - CóŜ, jest to trochę nieoczekiwane. Nie wiem, czy
będzie się im to podobać.
- Nie musi - stwierdził Azzie. - Mają tylko poddać się temu albo ponieść
konsekwencje, jeśli tego nie uczynią.
- DołoŜę starań, aby to zrozumieli.
- Zrób to, najwspanialszy Pietro. Spotkam się z tobą w kościele.
- Dokąd idziesz?
- Mam jeszcze jeden pomysł, który mógłby moŜe uratować całą tę sprawę.
ROZDZIAŁ 2
Azzie przeniósł się błyskawicznie do systemu Ptolemeusza, zbudowanego z
kryształowych sfer, z gwiazdami umieszczonymi na stałych orbitach. Zawsze cieszył
go widok uporządkowanego ruchu gwiazd i ustalonych płaszczyzn istnienia. Spieszył
dalej, aŜ znalazł się przy prowadzącej do Nieba Bramie Gości. Jest to jedyne wejście,
przez które powinni wchodzić odwiedzający; zaś dla demonów, usiłujących dostać się
przez którąś z bram przeznaczonych dla aniołów przewidziane są surowe kary.
Brama Gości to były wrota w dosłownym tego słowa znaczeniu - z brązu,
wysokie na sto stóp i osadzone w marmurze. Dojście do niej roiło się od
barankowatych, białych obłoczków, a anielskie chóry śpiewały w powietrzu alleluja.
Przed bramą stał stół i krzesło z mahoniowego drewna, na którym siedział starszawy,
łysiejący męŜczyzna z długą siwą brodą, obleczony w białe, atłasowe prześcieradło.
Miał przypiętą plakietkę z imieniem, które wraz z tytułem oraz pozdrowieniem
brzmiało: “Święty Zachariasz, do usług. śyczę świętego dnia”.
Azzie nie znał go. Zwykle to któryś z pomniejszych świętych pełnił funkcję
odźwiernego.
- Czym mogę słuŜyć? - zapytał Zachariasz.
- Muszę się widzieć z archaniołem Michałem.
- Czy umieścił twoje imię na liście gości?
- Wątpię. Nie wiedział, Ŝe przyjdę.
- W takim razie, mój drogi panie, obawiam się...
- To jest pilna sprawa. Proszę tylko przekazać mu moje imię. Będzie ci za to
wdzięczny.
Gderając, Zachariasz pofatygował się do złotej tuby głosowej, wiszącej z boku
brakowych odrzwi. Wypowiedział do niej kilka słów i mrucząc do siebie, czekał na
odpowiedź. Ktoś przemówił z drugiego końca akustycznego przewodu.
- Jesteś pewien? Nie jest to, oczywiście, właściwa forma... Tak... Oczywiście,
sir.
- MoŜesz wejść - Zachariasz otworzył małe drewniane drzwiczki, osadzonej
podstawie tych ogromnych wierzei z brązu.
Azzie wszedł i pomaszerował przed siebie, mijając rozrzucone na zielonym
trawniku Nieba budynki. Wkrótce znalazł się przy biurowcu w Zachodnim Niebie, a
Michał stał na schodach, oczekując go.
Archanioł wprowadził demona do swego gabinetu. Nalał mu kieliszek wina.
Niebo ma najlepsze na świecie wino, ale po dobrą wódkę trzeba iść do Piekła.
Gwarzyli przez chwilę o tym i owym. Potem Michał zapytał, co Azziego doń
sprowadza.
- Chcę dobić z tobą targu - rzekł demon.
- Interes? Jakiego rodzaju?
- Czy wiedziałeś o tym, Ŝe Ananke kazała mi wstrzymać moje niemoralne
przedstawienie?
Michał spojrzał na niego, a potem uśmiechnął się szeroko.
- Naprawdę? Poczciwa, stara Ananke.
- Tak uwaŜasz? - spytał demon lodowatym tonem.
- Oczywiście - odparł Michał. - ChociaŜ uwaŜa się, Ŝe jest ponad Dobrem i
Złem, i nie obchodzi jej ani jedno, ani drugie, to jednak cieszę się, Ŝe wie, która strona
moralności posmarowana jest masłem.
- Chcę ubić interes - powtórzył Azzie.
- Pragniesz, abym pomógł ci sprzeciwić się Konieczności?
- Właśnie.
- Zdumiewasz mnie. Dlaczego miałbym to zrobić? Ananke powstrzymuje cię
od wystawienia twojej niemoralnej farsy, a to mi właśnie odpowiada.
- Czy nie kierujesz się w tym osobistą urazą? - zapytał demon.
- Och, moŜe troszkę - uśmiechnął się Michał. - Złoszczą mnie twoje
posunięcia, ale moja decyzja, by wstrzymać przedstawienie, nie opiera się na
osobistych względach. Dla mnie korzystnie jest przerwać to podstępne
przedsięwzięcie, które chcesz zmontować. To całkiem proste.
- MoŜe uwaŜasz, Ŝe to zabawne, ale sprawa jest o wiele bardziej powaŜna, niŜ
ci się wydaje.
- PowaŜna dla kogo?
- Dla ciebie, oczywiście.
- Jakim to sposobem? Wszak Konieczność zrobiła to, czego my chcemy.
- JuŜ sam fakt, Ŝe ona w ogóle coś robi jest złą nowiną - powiedział Azzie.
- Jak to rozumiesz? - Archanioł wyprostował się.
- A kiedyŜ to Ananke zajmowała się rutynowymi działaniami, twoimi i moimi,
w naszych zmaganiach pomiędzy Światłością a Ciemnością?
- To pierwszy raz, jak sięgam pamięcią, kiedy ingeruje bezpośrednio -
przyznał Michał. - Do czego jednak zmierzasz?
- Czy uznajesz Ananke za swoją władczynię? – zapytał demon.
- Oczywiście, Ŝe nie! Ona nie ma wpływu na decyzje Dobra czy Zła. Jej rola w
prowadzeniu kosmosu polega na dawaniu przykładu, a nie na działaniu
ustawodawczym.
- A jednak robi to - zabraniając mi wystawić farsę, stanowi prawo.
Archanioł uśmiechnął się.
- Nie mogę brać jej tego za złe.
- Brałbyś, gdyby to tobie zdjęto sztukę z afisza.
Uśmiech Michała zastygł.
- Ale to nie jest moje przedstawienie.
- Tym razem nie - zgodził się Azzie. - Jeśli jednak przystaniesz na ten
precedens, to jakich argumentów uŜyjesz, kiedy podobnie zachowa się względem
Dobra?
Archanioł nachmurzył się. Wstał i zaczął spacerować nerwowo po swoim
biurze. W końcu zatrzymał się i zwrócił do Azziego.
- Masz rację. ChociaŜ dla nas, twych przeciwników, zatrzymanie niemoralnej
farsy stanowi dobrodziejstwo, jest jednocześnie przekroczeniem reguł, które rządzą
nami wszystkimi. Jak ona śmie to robić?
W tym momencie w drzwiach wejściowych zabrzęczał dzwonek. Archanioł
zrobił niecierpliwy gest, a drzwi otworzyły się szeroko.
- Babriel! Świetnie, właśnie miałem posłać po ciebie!
Przynoszę wiadomość - rzekł anioł.
- Będzie musiała poczekać - zdecydował Michał. - Właśnie się dowiedziałem,
Ŝ
e Ananke uprawia kłusownictwo na naszym terenie, Ŝe się tak wyraŜę. Będę musiał
natychmiast porozumieć, się z Gabrielem i niektórymi innymi.
- Tak, sir. Oni takŜe chcą z panem rozmawiać.
- Chcą?
- Dlatego mnie przysłali, sir.
- Przysłali cię? A o co im chodzi?
- Nie powiedzieli mi, sir.
- Zaczekaj tutaj - polecił Michał.
- Kogo masz na myśli? - zapytał Babriel.
- Was obu - sprecyzował Michał i wyszedł z pokoju. Niebawem był z
powrotem. Wyglądał na przygnębionego i unikał wzroku Azziego.
- Obawiam się, Ŝe nie będzie mi wolno mieszać się do tej sprawy z Ananke.
- A co z kwestią, którą podniosłem? Z potencjalnym ograniczeniem twojej
władzy?
- Myślę, Ŝe w tej chwili nie jest to najwaŜniejsze - odparł Michał.
- A co, w takim razie, jest waŜne?
- Utrzymanie kosmosu. O to tu chodzi, stwierdziła Rada NajwyŜsza.
- Michale, w grę wchodzi sprawa wolności - powiedział Azzie. - Prawa Dobra
i Zła działają zgodnie z tym, co dyktuje im rozsądek, ograniczony wyłącznie przez
prawo naturalne, i nie mogą być skutkiem dowolnej decyzji Ananke.
- Mnie teŜ to nie odpowiada - powiedział Michał. - Ale tak się sprawy mają.
Zrezygnujmy z twego przedstawienia, Azzie. Zostałeś pokonany i osądzony. Wątpię,
czy nawet twoja Rada Zła zdołałaby cię w tym poprzeć.
- Jeszcze zobaczymy - stwierdził Azzie i wyszedł, trzaskając drzwiami.
ROZDZIAŁ 3
Gdy Azzie wrócił, pielgrzymi byli jeszcze w oberŜy, Rodrigo i Cressilda
siedzieli w rogu izby; chociaŜ nie rozmawiali ze sobą, to jedno dla drugiego stanowiło
jedyną osobę o dostatecznie wysokiej pozycji, aby czuli się razem dobrze. Kornglow
oraz Leonora byli, jak zwykle, zajęci tylko sobą. Puss i Quentin bawili się w kocią
kołyskę, a matka Joanna zabrała się do robótki na drutach, podczas gdy sir Oliver
pucował, aŜ się świeciła, wysadzaną klejnotami rękojeść paradnego miecza, który
zamierzał przypasać na uroczystość.
- Obawiam się, Ŝe mamy pewien kłopot - zaczął Azzie obcesowo. - Nasze
przedstawienie zostało odwołane; dziękuję wam jednak za całą pracę, którą w nie
włoŜyliście. Wszyscy spisaliście się bardzo dobrze.
- Co się dzieje, Antonio? - spytał sir Oliver. - Czy nasze Ŝyczenia będą
spełnione, czy nie? Mam juŜ przygotowaną mowę dziękczynną. Musimy zaczynać.
Pozostali przyłączyli się ze swoimi pretensjami. Azzie uspokoił ich ruchem
ręki.
- Nie wiem, jak wam to powiedzieć, ale NajwyŜsza MoŜliwa Władza nakazała
mi zaniechać wystawienia tej sztuki. Nie będzie uroczystości złotych świeczników.
- Ale co zrobiliśmy nie tak? - zapytała matka Joanna.
- Zdaje się, Ŝe przekroczyliśmy jakieś głupie, stare prawo natury.
Przeorysza wyglądała na zaintrygowaną.
- Ludzie cały czas łamią prawa natury. I co z tego?
- Zwykle nie ma to Ŝadnego znaczenia - przyznał demon. - Obawiam się
jednak, Ŝe tym razem przyłapano nas na gorącym uczynku. Powiedziano mi, Ŝe uŜycie
przeze mnie magicznych koni było przesadną gorliwością.
- Z pewnością tym moŜna się będzie zająć później - stwierdził Oliver. - Na
razie chcemy kontynuować naszą grę.
- Ja takŜe bardzo bym tego pragnął - zgodził się Azzie. - Ale, niestety, nie
moŜemy. Aretino przejdzie teraz wśród was i pozbiera lichtarze.
Z posępną miną, poeta okrąŜył izbę, odbierając świeczniki, które podawano
mu z niechęcią.
- Będziemy musieli wydostać się stąd - ciągnął Azzie. - Wenecja skazana jest
na zagładę.
- Tak szybko? - zdziwiła się ksieni. - Nie zaczęłam nawet jeszcze zwiedzać
słynnych grobowców świętych.
- Jeśli nie chcesz, Ŝeby znalazł się tam i twój, uczyń jak, mówię - powiedział
Azzie. -Wszyscy musicie iść za Aretinem. Słyszysz, Pietro? Trzeba usunąć tych ludzi
z wysp Wenecji.
- Łatwo mówić - gderał poeta. - Ale zrobię, co w mojej mocy.
ZłoŜył zebrane kandelabry w kącie obok ołtarza.
- A teraz, co mam z nimi począć?
Azzie miał właśnie odpowiedzieć, kiedy poczuł lekkie pociągniecie za rękaw.
Popatrzył w tamtą stronę. Był to Quentin, obok którego stała Puss.
- Proszę pana - powiedział mały - wyuczyłem się całego tekstu, który mam
powiedzieć na tej uroczystości. Puss i ja wymyśliliśmy go razem i oboje nauczyliśmy
się go na pamięć.
- To bardzo ładnie, dzieci - przyznał pan demon.
- Czy nie będziemy mieli okazji go wygłosić? - dociekał Ouentin.
- MoŜecie mi wyrecytować swoje role później, gdy juŜ bezpiecznie wydostanę
was z Wenecji.
- Ale, proszę pana, to juŜ nie będzie to samo. Nauczyliśmy się tego na
uroczystość!
- Nie będzie Ŝadnej uroczystości - skrzywił się Azzie.
- Czy ktoś z nas zrobił coś złego? - dopytywał się mały uparciuch.
- Nie, nie o to chodzi.
- Czy w takim razie była to zła sztuka?
- Nie! - krzyknął demon. - To nie była zła farsa! To było wspaniałe
przedstawienie! KaŜdy z was grał po prosta siebie samego, a to jest najlepsza praca,
jaką moŜe wykonać aktor.
- Skoro nie było to złe przedstawienie - dociekał Quentin - i nie zrobiliśmy nic
złego, to dlaczego nie moŜemy go dokończyć?
Azzie otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zawahał się. Przypomniał sobie
siebie samego, jako młodego demona, gardzącego wszelkimi autorytetami,
postępującego dobrze lub źle, ale bez względu na wszystko kierującego się tylko
swoją dumą oraz wolą. No cóŜ, bardzo się zmienił od tamtego czasu. Teraz
rozkazywała mu zwykła baba, a on słuchał jej bez szemrania. Co prawda, Ananke nie
do końca była taką zwyczajną kobietą - raczej nieokreśloną, ale nieodpartą boską
zasadą z biustem. Zawsze widniała jakby za mgłą, unosząc się ponad wszystkim -
władcza, ale daleka. I oto zdarzył się precedens, naruszono ustanowioną od początku
czasu regułę nieingerencji. A kogo wybrała za ofiarę tego naruszenia zasad? Azziego
Elbuba!
- Moje drogie dziecko - powiedział demon. - Kontynuowanie tej uroczystości
mogłoby oznaczać śmierć dla nas wszystkich.
- Sądzę, Ŝe wszyscy pewnego dnia musimy umrzeć, sir - zauwaŜył Quentin
roztropnie.
Azzie spojrzał na niego, bo chłopak miał bezczelność demona, a zimną krew
ś
więtego. Czy miał być gorszy od niego?
- Dobrze, dziecko - rzekł. - Przekonałeś mnie. Ludzie, weźcie swoje
ś
wieczniki i zajmijcie miejsce na ustawionej naprzeciwko szynkwasu scenie.
- Doprowadzają to do końca! - zawołał radośnie Aretino. - Jestem bardzo
wdzięczny, sir, gdyŜ inaczej jakie miałbym zakończenie dla sztuki, którą zamierzam
napisać na podstawie tego materiału?!
- Teraz masz o czym pisać - zauwaŜył demon. - Czy orkiestra jest gotowa?
Orkiestra była na miejscu, a muzycy uradowani, bo Aretino zapłacił im
potrójną wysokość zwykłej stawki, aby czekali na Azziego gdzieś w pobliŜu; a miasto
i tak było zalane powodzią, więc nie planowano w tym czasie Ŝadnych innych
występów muzycznych.
Orkiestra zaczęła grać. Azzie skinął dłonią. Uroczystość zaczęła się.
ROZDZIAŁ 4
Przedstawienie toczyło się z całą pompą oraz ceremoniałem, tak jak podoba
się to demonom oraz ludziom renesansu. Niestety, nie było widzialnego audytorium;
musiała to być prywatna impreza, ale i tak robiła wielkie wraŜenie - tam, w
opuszczonej gospodzie, z deszczem dudniącym nad głową.
Pielgrzymi, odświętnie ubrani, maszerowali przez izbę, niosąc swoje,
odebrane ponownie od Aretina, świeczniki. Kroczyli przez przejścia pomiędzy
krzesłami i wychodzili na scenę. Azzie, teraz mistrz ceremonii, przedstawiał kaŜdego,
wygłaszając o postaci kilka pochlebnych słów.
Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Okiennice pękały z głośnym trzaskiem. Wiatr
zmienił się w niesamowity jęk. Gryzący, nieziemski zapach nasycił powietrze.
Najbardziej wybijał się wicher, który wył niczym głos umęczonej duszy, próbującej
dostać się do środka.
- Nigdy jeszcze nie słyszałem, Ŝeby wiatr brzmiał w ten sposób - stwierdził
Aretino.
- To nie jest wiatr - powiedział Azzie.
- Proszę?
Ale demon odmówił wyjaśnień. Rozpoznał inwazję nieprzychylnych mocy,
kiedy ją tylko usłyszał. Przewodniczył zbyt wielu takim wydarzeniom, aby się teraz
mylić, gdy nieziemski chłód osiadał na budynku, a ze wszystkich stron dobiegały
dziwne, grzmiące hałasy.
Azzie miał tylko nadzieję, Ŝe ta nowa siła, czymkolwiek była, wycofa się po
swym inauguracyjnym występie. Zdawało się, Ŝe ma ona trudności ze znalezieniem
właściwej drogi. A najgorsze było to, Ŝe Azzie nie wiedział nawet, kto - lub co - na
niego poluje. Była to niezwykła sytuacja - coś, co wyglądało na ducha, ścigało
demona. Azzie wyobraŜał sobie ewentualny rozwój wypadków; przepastne otchłanie
absurdu zagraŜały pochłonięciem kruchych struktur logiki oraz zasady
przyczynowości. Zdawało się, Ŝe prawidła te mogłyby przestać istnieć przy
najlŜejszym poruszeniu.
Po przemówieniach nastąpiło krótkie, gustowne interludium, odśpiewane
przez miejscowy chór chłopięcy - zespół na europejskim poziomie, który Aretino
wynajął na tę okazję. Niektórzy z obecnych byli przekonani, iŜ w trakcie ceremonii
ukazał się jako zjawa sam święty Grzegorz, w pobliŜu drzwi bowiem poczęła się
materializować wysoka, chuda postać. Cokolwiek to było, nie udało mu się; widmo
zniknęło, zanim zdołało się w pełni ukształtować i uroczystość mogła toczyć się dalej.
Uczestnicy zgromadzili lichtarze na ołtarzu i zapalili w nich świece. Azzie
wygłosił krótkie przemówienie, gratulując swoim zawodnikom i podkreślając, Ŝe
dobrze się spisali, wykonując po prostu swoje zwykłe zajęcia. Bez wielkiego wysiłku
ze swej strony wygrali szczęśliwy los, a ten pomyślny traf nie był wcale nagrodą za
dobry charakter czy wytrwałość w pracy. Przeciwnie, szczęście stanowi jakość
neutralną, która byle komu moŜe przypaść w udziale.
- Jako dowód na to - mówił Azzie - stoją tu moi zawodnicy, którzy dziś
wieczór wszyscy zdobyli złote nagrody za to, Ŝe byli po prostu sobą - z wszelkimi
swoimi wadami.
Przez cały czas Aretino siedział w pierwszym rzędzie, pilnie robiąc notatki.
Obmyślał juŜ utwór sceniczny, który zamierzał wysnuć z tego materiału. Niech tam
sobie Azzie myśli, Ŝe wystarczyło wystawić coś na kształt boskiej komedii, ale to nie
był sposób tworzenia utworu scenicznego. Naprawdę dobra sztuka musiała być
obmyślona, a nie improwizowana - i właśnie to Aretino zamierzał zrobić.
Poeta tak był zajęty pisaniem, iŜ nie zdawał sobie sprawy z tego, Ŝe
uroczystość ssą skończyła, dopóki pielgrzymi nie otoczyli go kołem, szturchając w
plecy i pytając, czy podobały mu się ich recytacje. Aretino pohamował swoją
wrodzoną zgryźliwość i przyznał, Ŝe wszyscy świetnie się spisali.
- A teraz - zadysponował Azzie - czas się stąd wydostać. Wasze świeczniki nie
będą wam juŜ potrzebne. Po prostu złóŜcie je tam w kącie, a ja dokonam małego
cudu, aby z powrotem znalazły się w Limbo. Aretino, czy jesteś gotów zaprowadzić
tych ludzi w bezpieczne miejsce?
- Owszem - powiedział poeta. - Jeśli jest jakiś sposób na opuszczenie tej
wyspy, znajdę drogę. Czy nie będziesz nam towarzyszył?
- Mam zamiar, ale z przyczyn ode mnie niezaleŜnych moje odejście moŜe się
nieco opóźnić. Jeśli tak się stanie, Pietro, wiesz, co masz robić. Zaprowadzić ich w
spokojne miejsce.
- A co z tobą?
- Będę robił co w mojej mocy, aby ocalić Ŝycie - rzekł Azzie. - My, demony,
mamy wysoce rozwinięty instynkt dbania o własną skórę.
Azzie, Aretino i grupka pielgrzymów weszli w burzliwą noc zagłady, jaka
spadła na Wenecję.
ROZDZIAŁ 5
Opuścili oberŜę i wkroczyli w burzę. Ulice pełne były ludzi, usiłujących uciec
z miasta; woda sięgała teraz do pasa i nadal przybierała. Aretino wziął ze sobą
mnóstwo pieniędzy na łapówki, ale nie było ani jednego gondoliera, którego by mógł
przekupić. RóŜne przystanie nad Canale Grande zostały porzucone wiele godzin temu.
- Nie mam pojęcia, co robić - powiedział poeta do Azziego. - Zdaje się, Ŝe
kaŜda łódź w mieście została rozbita lub jest juŜ dawno wynajęta.
- Istnieje jeszcze pewien sposób uratowania pielgrzymów - rzekł demon. -
Niewątpliwie wyniknie z tego kolejna anomalia, za którą będę odpowiedzialny, ale
spróbujemy jej mimo wszystko. Musimy znaleźć Charona; jego łódź zawsze znajduje
się w pobliŜu miejsc takich jak to - obfitujących w tylu zmarłych i umierających. Jest
on znawcą tragedii na wielką skałę,
- Prawdziwy Charon z greckich mitów?
- Z pewnością. W jakiś sposób nadal potrafi przewozić ludzi w ciągu całej
epoki chrześcijaństwa. To takŜe jest anomalia, ale za nią nie moŜna juŜ winić mnie.
- Czy on zabierze Ŝywych? Słyszałem, iŜ łódź Charona słuŜy tylko tej drugiej
kategorii ludzi?
- Znam go wcale dobrze; robiliśmy razem interesy. Sądzę, Ŝe zrobi wyjątek,
gdyŜ jest to katastrofa w jego guście.
- Gdzie go znajdziemy?
Azzie poprowadził ich we właściwym kierunku; Aretino chciał wiedzieć, skąd
ten wielki pośpiech w wyprowadzaniu pielgrzymów.
- Czy sytuacja jest naprawdę tak zła? - zapytał.
- Tak; upadek Wenecji to dopiero początek, który zapowiada rozpad całego
wszechświata. Zarówno system kopernikowski jak i ptolemeuszowski przeŜywają
trudności, a wszędzie moŜna dostrzec oznaki wstrząsu wywołanego przez anomalie.
JuŜ teraz ulice pełne są rozmaitych dziwów i cudów. Ustał wszelki handel i nawet
miłość wygasła.
- Nie rozumiem - rzekł Aretino. - Co to za eksplozja anomalii? Co się stanie?
Jak objawi się ta katastrofa? Po jakich znakach się ją rozpozna?
- Nie obawiaj się, zauwaŜysz ją bez wątpienia - zapewnił go Azzie. - Nastąpi
nagła nieciągłość w biegu Ŝycia. Pomiędzy przyczynami oraz ich skutkami nie będzie
juŜ Ŝadnego sensu. Wnioski nie będą gładko wypływać ze swoich przesłanek. Jak ci
juŜ powiedziałem, rzeczywistość rozwidli się na dwie gałęzie; jedna potoczy się dalej
z historią Europy i Ziemi, jak gdyby ta pielgrzymka nigdy nie miała miejsca, podczas
gdy druga będzie kontynuowała to, co się teraz dzieje, przynosząc ze sobą skutki
wywołane moją farsą. Ta gałąź, ta katastrofa, zostanie odesłana do Limbo, gdzie
będzie się powtarzać w nieskończoność, w pętli większej niŜ cała zewnętrzna
przestrzeń. Musimy wyprowadzić stąd pielgrzymów, zanim się to stanie.
Jednak Charona nie moŜna było nigdzie znaleźć. Azzie i Aretino dokładali
wszelkich starań, prowadząc swoich podopiecznych z miejsca na miejsce, w nadziei
ocalenia ich. Niektórzy spośród mieszkańców miasta postanowili popłynąć wpław do
stałego lądu i tonęli; wielu z nich było wciąganych pod wodę przez innych pływaków
borykających się z odmętami.
Kilka nielicznych pozostałych gondoli było juŜ zajętych przez pasaŜerów. Ci,
szczęśliwi, Ŝe dostali się na łódź, wyciągnęli miecze i grozili nimi kaŜdemu, kto się
do nich zbliŜył. Demon i poeta przeszukiwali kręte, wąskie uliczki, mając nadzieję
znaleźć przewoźnika zmarłych. W końcu natrafili na jego niekształtną łódź z
drewnianymi burtami, pomalowanymi na czarny, matowy kolor. Azzie podszedł do
relingu w tabaczkowym kolorze i oparł na nim swą wąską stopę, wołając:
- Hej, przewoźniku!
Z małej kabiny wyszedł w światło latarni wysoki, chudy starzec o zapadłych
szczękach oraz oczach płonących nienaturalnym blaskiem.
- Azzie! - powiedział na powitanie. - Masz niezwykłą skłonność wyskakiwać
nagle tam, gdzie nikt się ciebie nie spodziewa.
- Co robisz w Wenecji, Charonie, tak daleko od twego zwykłego szlaku na
Styksie?
- Wszyscy przewoźnicy zmarłych otrzymali rozkaz rozszerzenia swych usług
na tę okolicę. Wiem z wiarygodnego źródła, Ŝe odbędzie się tu wymieranie, jakiego
ś
wiat nie widział od czasów Atlantydy.
- Chciałbym wynająć twoją łódź.
- Czy to naprawdę konieczne? Miałem zamiar przespać się trochę, zanim
zacznie się ten wielki exodus zmarłych,
- Cała struktura rzeczywistości jest w wielkim niebezpieczeństwie - rzekł
Azzie. - Potrzebuję twojej pomocy, aby usunąć stąd przyjaciół.
- Nie pomagam nikomu - stwierdził Charon. - Mam własny rozkład jazdy. Jest
tu całe mnóstwo nieboszczyków, czekających na przewiezienie do kramy umarłych.
- Zdaje mi się, iŜ nie doceniasz powagi sytuacji.
- Dla mnie nie jest ona powaŜna - odparł Charon. - W jaki sposób przychodzi
Ś
mierć, to sprawa WyŜszego Świata. W Królestwie Zmarłych panuje absolutny
spokój,
- Właśnie usiłuję ci wytłumaczyć, Ŝe ten porządek moŜe nie trwać juŜ zbyt
długo - nawet w Królestwie Zmarłych. Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, Ŝe i
Ś
mierć moŜe umrzeć?
- Martwa Śmierć? CóŜ za niedorzeczny pomysł?!
- Mój drogi, jeŜeli Bóg moŜe umrzeć, to Śmierć takŜe - i to bardzo boleśnie.
Próbuję ci właśnie wyjaśnić, Ŝe wszystko się wali. Wraz z innymi moŜesz zostać
zmieciony z powierzchni istnienia.
Charon był sceptyczny, ale pozwolił się przekonać.
- Co mam zrobić?
- Muszę usunąć stąd pielgrzymów i odprowadzić ich tam, skąd przyszli. Tylko
w tym wypadku Ananke będzie mogła przywrócić wszystko do normalnego stanu.
Gdy tego chciał, Charon potrafił działać szybko. Kiedy tylko pielgrzymi
znaleźli się na pokładzie, pokierował łodzią, stojąc na rufie z rumplem steru pod
pachą i wyglądając niczym ubrany w przeciwdeszczowy płaszcz strach na wróble.
Rozklekotana stara łajba nabierała szybkości, napędzana ramionami martwych
wioślarzy siedzących pod pokładem, poza zasięgiem wzroku pasaŜerów. Wokół, w
oblęŜonym mieście wybuchały poŜary, strzelając w czarnoniebieskie niebo upiorną
czerwienią i Ŝółcią. Krypa przepłynęła przez odnogę zatoki i wkrótce zaczęła się
ś
lizgać przez trzciny oraz moczary. Otoczenie wyglądało bardzo dziwnie; Charon
płynął na skróty przez wodne połączenie, stanowiące przejście z jednego świata do
drugiego.
- Czy tak wyglądał początek świata? - spytał Aretino.
- Nie byłem przy samym początku - odparł Charon - ale dość blisko niego.
Taką, postać miał świat przed wszelkim stworzeniem, kiedy nie istniały prawa
fizyczne, gdy nie było rozumu i wszystko było magią. Ten dawny świat odwiedzamy
jeszcze czasem w naszych snach. Niektóre krajobrazy wywołują jego wspomnienie -
tego miejsca starszego niŜ Bóg, starszego niźli wszystko, co wokół nas istnieje.
Ś
wiata przed powstaniem wszechświata.
W tyle łodzi Aretino sprawdzał listę obecności, by przekonać się, czy są
wszyscy pielgrzymi. Wkrótce doliczył się dwóch czy trzech sprytnych Wenecjan,
którzy skorzystali ze sposobności wywołanej ogólnym zamieszaniem, aby przedostać
się łodzią Charona na stały ląd. Nie było w tym nic złego; znalazło się dość miejsca
dla kilku dodatkowych pasaŜerów, zwłaszcza Ŝe nigdzie nie moŜna było doszukać się
Kornglowa oraz Leonory. Poeta zapytał, czy ktoś wie coś o nich, ale nikt ich nie
widział od czasu uroczystości Ŝe świecznikami. Reszta była w łodzi - wszyscy z
wyjątkiem Azziego, który stał na pirsie i odwiązywał cumę.
- Nie ma Kornglowa i Leonory! - zawołał do niego poeta.
- Nie moŜemy dłuŜej czekać! - stwierdził Charon. - Śmierć ściśle trzyma się
rozkładu jazdy.
- Ruszajcie bez nich - zdecydował demon.
- Ale co z tobą? - chciał wiedzieć Aretino.
- Jest coś, co mnie zatrzymuje - rzekł Azzie.
Wtedy to poeta zauwaŜył jakiś cień za plecami demona, który, jak mu się
zdawało, schwycił Azziego za szyję. Demon rzucił linę na pokład. Gdy wiosła
umarłych uderzyły o wodę, łódź Charona zaczęła płynąć.
- Czy nie moŜemy nic dla ciebie zrobić? - zawołał poeta.
- Nie! - odkrzyknął Azzie. - Nie zatrzymujcie się! Uciekajcie stąd.
Patrzył, jak łajba ślizgała się po mrocznych wodach, aŜ zniknęła w trzcinach i
bagnach przeciwległego brzegu.
Wtłoczeni pomiędzy martwych wioślarzy, którzy nie stanowili
najprzyjemniejszej kompanii, pielgrzymi starali się w miarę moŜliwości wygodnie
urządzić.
- Cześć - odezwała się Puss do zakapturzonej postaci, siedzącej obok niej na
ławce.
- Witaj, mała damo - odparło indywiduum. Była to kobieta, która chyba
umarła dość dawno, chociaŜ jakimś sposobem potrafiła nadal mówić.
- Dokąd płyniecie? - spytała Puss.
- Nasz przewoźnik, Charon, wiezie nas do piekła - odparła zakapturzona.
- Och, tak mi przykro - uŜaliła się dziewczyna.
- Nie ma czym się przejmować - odparła tamta. - Wszystko tam zmierza.
- Nawet ja?
- Nawet ty. Ale nie musisz się juŜ teraz tym martwić. Zanim to nastąpi,
upłynie jeszcze duŜo czasu.
Siedzący z drugiej strony Quentin zapytał:
- Czy na tej łodzi jest coś do jedzenia?
- Nic dobrego - powiedziała zakapturzona postać. - To, co mamy, jest gorzkie.
- Tak naprawdę, wolałbym coś słodkiego - stwierdził Quentin.
- Bądź cierpliwy - poradziła mu Puss. - Nikt, kto nie utracił Ŝycia, nie otrzyma
poŜywienia na łodzi umarłych. Zdaje mi się, Ŝe widzę brzeg przed nami.
- To dobrze - przystał Quentin.
Jego pragnieniem było nadal słuŜyć duchom jako posłaniec; to było takie
zabawne.
CZĘŚĆ JEDENASTA
ROZDZIAŁ l
Wenecja zdawała się nieodwołalnie skazana na zagładę. Istniał jednakŜe
sposób, w jaki Azzie mógłby ją jeszcze ocalić. Musiałby się w tym celu udać do
Zakulisowego Wszechświata, gdzie znajdowała się Kosmiczna Maszyneria - było to
w tej części kosmosu, w której panuje symbolizm.
Aby się tam dostać, zmuszony byłby postępować według całego szeregu
instrukcji, z których nigdy wcześniej nie korzystał i o których sądził, iŜ nigdy nie będą
mu potrzebne. Teraz jednak nadszedł właściwy czas. Znalazł osłonięte miejsce pod
balustradą mostu i wykonał skomplikowany znak. Bezosobowy głos jednego ze
StraŜników Drogi zapytał:
- Jesteś aby pewien, Ŝe chcesz to zrobić?
- Tak - odparł Azzie.
I zniknął.
Pojawił się ponownie w małej poczekalni. Pod jedną ścianą stała długa,
wyściełana sofa, przy drugiej dwa krzesła. DuŜa lampa rzucała łagodne światło na
stos czasopism leŜących na pobliskim stoliku. Pod trzecią ze ścian siedziała ubrana w
togę osoba przyjmująca interesantów; przed nią stało coś, co wyglądało na biurowy
interkom. Postać przypominała kobietę z tym jednym wyjątkiem, Ŝe na ramionach
nosiła głowę aligatora. Jej widok ostatecznie przekonał Azziego, iŜ istotnie znalazł się
w miejscu, gdzie światem rządziła symbolika.
- Czym moŜemy panu słuŜyć, sir? - zapytała recepcjonistka.
- Jestem tu, aby zrobić przegląd symbolicznej maszynerii.
- Wejdź. Spodziewaliśmy się ciebie.
Przez zwykle drzwi Azzie wkroczył w byt o konsternujących właściwościach -
była to zarówno zamknięta, jak i nieskończona uniwersalna przestrzeń, zapełniona
niezliczonymi elementami. Wyglądała niczym fabryka lub szydercza, trójwymiarowa
impresja na temat zakładu produkcyjnego, której końca nie było widać. To miejsce,
znajdujące się poza realną przestrzenią i czasem, zdawało się całkowicie wypełnione
pracującą maszynerią - z niezliczoną rozmaitością zawieszonych w powietrzu trybów
i wałów, obracających się z brzękiem, sykiem i szczękiem, za pomocą pasów
transmisyjnych, które je napędzały.
Przedzielone wąskimi ścieŜkami, we wszystkich kierunkach biegły w
nieskończoność rzędy maszyn. Na jednej z dróŜek stał wysoki, chudy męŜczyzna w
szarym roboczym kombinezonie w wąskie białe prąŜki oraz w czapce z daszkiem z
tego samego materiału. Chodził naokoło z oliwiarką w ręku, pilnując, aby maszynerią
pracowała z minimalnym tarciem.
- Co się tutaj dzieje? - spytał Azzie.
- Cały czas Ziemi ściskany jest w pojedynczy, wąski pasek i przepuszczany
przez rolki. A tu wychodzi jako tkanina - szeroka i cienka niczym pajęczyna.
Starzec pokazał mu długie wałki, gdzie linie czasu tkane były w draperię
przedstawiającą (i w pewnym sensie będącą nią) całą historię świata - aŜ po chwilę
obecną. Azzie przyjrzał się uwaŜnie i znalazł uszkodzone miejsce.
- A to? - zapytał.
- Ach, ten fragment dotyczy momentu, kiedy została zburzona Wenecja -
odparł starzec. - Widzisz, stanowiła ona jedną z głównych nici w strukturze
cywilizacji, w związku z czym powstanie pewna nieciągłość, jeśli chodzi o kulturowy
aspekt struktury czasoprzestrzeni, dopóki inne miasto nie przejmie jej roli. MoŜliwe
teŜ, Ŝe cała ta tkanina utraci swoją świetność skutkiem braku jednego z jej
najlepszych fragmentów. Trudno przewidzieć doniosłość konsekwencji tak wielkiego
upadku jak ten.
- Chyba szkoda to zostawić - rzekł Azzie; ponownie przyjrzał się niciom
tworzącym osnowę. - Spójrz, gdybyśmy się cofnęli i wyrwali tę jedną nić, Wenecja
byłaby ocalona.
Azzie znalazł pasemko odpowiadające momentowi, w którym zaczął swoją
grę ze złotymi kandelabrami; w tym punkcie przypieczętowana została zagłada
Wenecji. Trzeba koniecznie wymazać tę chwilę z przyczynowo-skutkowej tkaniny
historii świata, by odsunąć kosmiczną katastrofę.
- Mój drogi, młody demonie, wiesz przecieŜ bardzo dobrze, Ŝe nie moŜemy
robić bałaganu w splocie czasu. Zgadzam się, Ŝe byłoby to bardzo łatwe; ale nie
polecam ci tego.
- A co, jeŜeli mimo wszystko nie posłucham cię?
- Spróbuj, to się przekonasz.
- Nie będziesz starał się mnie powstrzymać?
Starzec potrząsnął głową.
- To nie naleŜy do moich obowiązków. Moim zadaniem jest jedynie
doglądanie procesu tkania draperii.
Azzie wyciągnął rękę i zdecydowanym ruchem wyrwał nić oznaczającą jego
spotkanie z pielgrzymami. Kiedy ją zerwał, nitka zapłonęła gwałtownym ogniem.
Wynik swego działania mógł dostrzec natychmiast. Tkanka materiału zabliźniała się
powoli. Wenecja została ocalona. Nic prostszego.
Azzie odwrócił się, aby odejść, ale zatrzymał się, kiedy w plecy postukał go
lodowaty palec. Obejrzał się; dozorcy maszyn nigdzie nie było.
- Azzie Elbub? - zapytał złowieszczy głos.
- Tak, to ja. Kim jesteś?
- Mów mi Bezimienny. Wygląda na to, Ŝe znowu to zrobiłeś.
- Co takiego?
- Wywołałeś jeszcze jedną anomalię nie do przyjęcia.
- No... a czy ci to przeszkadza?
- Jestem zjadaczem anomalii - rzekł Bezimienny. - Stanowię specjalną
okoliczność, która powstaje w przepaści wszechświata, gdy sprawy zachodzą zbyt
daleko. Jestem tym, przed którym Ananke próbowała cię ostrzec. Przez swoje
działanie powołałeś mnie do istnienia.
- Przykro mi to słyszeć - stwierdził Azzie zupełnie szczerze. - Nie
zamierzałem budzić cię z twojego snu nieistnienia. A co będzie, jeśli przyrzeknę, Ŝe
juŜ nigdy więcej nie wywołam Ŝadnej anomalii?
- To nie wystarczy - powiedział Bezimienny. - Tym razem odpokutujesz za to,
mój chłopcze. Zbyt często majstrowałeś przy maszynerii wszechświata. A skoro juŜ
przy tym jestem, to myślę, Ŝe moŜe mógłbym zburzyć kosmos, obalić Ananke i zacząć
wszystko od początku - ze mną jako NajwyŜszym Bóstwem?
- Jest to najbardziej przesadna reakcja, o jakiej kiedykolwiek dane mi było
słyszeć - stwierdził Azzie. - Aby zniszczyć jedną anomalię proponujesz spowodować
jeszcze większą?
- CóŜ, w ten sposób rozpada się wszechświat - rzekł Bezimienny. - Obawiam
się, Ŝe będę zmuszony cię unicestwić.
- Sądzę, Ŝe będziesz musiał spróbować - zgodził się Azzie. - Dlaczego jednak
nie załatwisz tego z Ananke? Ona jest tu najwyŜszą władzą.
- Nie prowadzę interesów w ten sposób - powiedział Bezimienny. - Zacznę od
ciebie. Gdy zjem twoją duszę i spłuczę ją haustem twego ciała, pomyślę o tym, do
kogo mam się udać w następnej kolejnosci. Taki mam rozkład dnia.
ROZDZIAŁ 2
Bezimienny machnął czymś, co mogło być ramieniem. Zanim Azzie miał
choćby okazję poŜegnać się z dozorcą, doprowadzony ciupasem znalazł się przy
stoliku w kawiarni pod gołym niebem w mieście, którego architektura bardzo
przypominała Rzym.
Ten transfer, którego Bezimienny dokonał bez Ŝadnej widocznej aparatury,
zrobił na Azziem spore wraŜenie, ale uwaŜał, Ŝeby w Ŝaden sposób nie okazać swego
podziwu. W kaŜdym razie wyglądało na to, Ŝe Mister B. ma tęgi łeb, Sam Bezimienny
był wraz z nim, w ludzkim ciele z nadwagą i w tyrolskim kapeluszu na głowie. Zjawił
się kelner w białym garniturze; Azzie zamówił cinzano i zwrócił się do towarzysza:
- W porządku. Teraz co do tej walki. Czy będziemy mieli jakieś reguły, czy
cały czas wolnoamerykanka?
Demon zdawał sobie sprawę z faktu, Ŝe nie potrafi pokonać Bezimiennego, w
którym domyślał się dopiero co zrodzonego superbóstwa; robił jednak dobrą minę do
złej gry, starając się blefem osiągnąć jakąś korzyść.
- W którym stylu walki jesteś lepszy? - chciał wiedzieć jego przeciwnik.
- Jestem znany jako mistrz zapasów bez reguł - odparł Azzie.
- Tak? W takim razie sądzę, Ŝe będziemy mieli pewne zasady.
Azzie wiedział, iŜ z regułami mógł się uporać. Przeciwstawiał się im od
urodzenia, a więc miał juŜ pewien plus. UwaŜał jednak, by nie okazywać swego
zadowolenia.
- Według jakich zasad chcesz walczyć? - spytał Bezimienny.
Azzie rozejrzał się dookoła.
- Jesteśmy w Rzymie?
- Tak.
- W takim razie walczmy według przepisów zapasów gladiatorskich.
Zaledwie wypowiedział te słowa, doznał zawrotu głowy, a kiedy
oprzytomniał, ujrzał, iŜ znajduje się na arenie wielkiego amfiteatru; puste miejsca
siedzące wznosiły się ponad nim ze wszystkich stron. Azzie był nagi, tylko z
przepaską na biodrach. Widocznie nowe bóstwo było nieco pruderyjne; warto było o
tym pamiętać. Oglądając się zobaczył, Ŝe trzyma tarczę w antycznym stylu i
klasyczny, krótki rzymski miecz.
- Szybki jesteś - powiedział demon.
- Chwytam wszystko w lot - odparł Bezimienny, którego głos: nie docierał z
Ŝ
adnego określonego kierunku.
- Co teraz?
- Walka wręcz - rzekło bóstwo. - Tylko ty i ja. Oto nadchodzę.
Z jednej strony amfiteatru otwarły się drzwi. Rozległ się hałaśliwy, warczący
dźwięk iŜ tunelu wytoczył się duŜy, metalowy przedmiot na gąsienicach. Azzie
widział juŜ kiedyś coś podobnego, gdy podczas pierwszej wojny światowej zwiedzał
pola bitew we Francji. Miał przed sobą normalnej wielkości wojskowy czołg, ze
standardowym uzbrojeniem oraz armatą.
- Czy siedzisz w czołgu? - zapytał Azzie ciekawie.
- Ja jestem tym czołgiem - sprecyzował Bezimienny.
- Nie jesteśmy całkiem równo dobrani, nie uwaŜasz?
- Nie marudź - rzekło bóstwo.
Czołg poturkotał naprzód, jego niebieskie gazy spalinowe ryczały chórem
wyzwania, a z obu burt maszyny wystawały macki zakończone brzęczącymi piłami.
Azzie cofał się, aŜ poczuł na plecach ścianę.
- Zaczekaj! - krzyknął. - A gdzie jest publiczność?
- Co takiego? - zdziwił się czołg, hamując.
- Nie moŜemy odbyć prawdziwej walki gladiatorskiej bez widowni na
trybunach - upierał się Azzie.
Otworzyły się drzwi stadionu i do amfiteatru poczęły napływać tłumy ludzi.
Azzie znał ich wszystkich. Na początku kroczyli greccy bogowie w swoich
udrapowanych jak na posągach białych szatach. Potem weszła Ylith z Babrielem, idąc
kilka kroków przed Michałem. Bezimienny przyjrzał się im i chyba nie spodobało mu
się to, co zobaczył.
- Chwileczkę - powiedział. - Krótka przerwa, dobrze?
Wraz z Bezimiennym, Azzie znalazł się w dziewiętnastowiecznym pokoju
mieszkalnym.
ROZDZIAŁ 3
Zastanów się - powiedziało bezimienne bóstwo. - Widzisz, Ŝe przewyŜszam
cię klasą i mam nad tobą przewagę. Ale nie masz się czego wstydzić, bo nikt nie
moŜe mi się oprzeć. Jestem widocznym znakiem tego, co ma przyjść.
- Zabij mnie więc i skończmy z tym - rzekł Azzie.
- Nie. Mam znacznie lepszy pomysł. Chcę darować ci Ŝycie. Pragnę, abyś
znalazł się wraz ze mną w tym nowym wszechświecie, który stworzę.
- Do czego jestem ci potrzebny?
- Nie potrzebuję cię. Wyjaśnijmy to sobie dokładnie. Chodzi tylko o to, Ŝe gdy
juŜ raz się urządzę, to chciałbym mieć przy sobie kogoś, z kim mógłbym
porozmawiać. Kogoś z tych dobrych, starych czasów, które są teraz. Kogoś, kto nie
został stworzony przeze mnie. Podejrzewam, Ŝe byłoby nudno, gdybym nie mógł
pogadać z nikim innym, jak tylko z emanacjami własnego jestestwa. WyobraŜam
sobie, Ŝe to dlatego wasz Bóg odszedł - zmęczył się tym, Ŝe nie miał z kim toczyć
rozmów. Z nikim z dawnych czasów, mam na myśli. Z nikim, kto w takim czy innym
sensie nie był nim samym. Ja nie popełnię tego błędu. Ty reprezentujesz odmienny
punkt widzenia, a ja mogę z tego skorzystać - chcę więc, byś ze mną został.
Azzie wahał się. Była to, naturalnie, wielka okazja. Ale jednak...
- Dlaczego zwlekasz? Mogę całkiem łatwo zetrzeć cię w pył, a zamiast tego
ofiarowuję ci szansę przyłączenia się do mnie. Ty i tylko ty z całego obecnego
wszechświata, Azzie, będziesz Ŝył nadal po ostatecznej zagładzie. Zmieciemy ich
wszystkich - bogów, diabły, ludzi, przyrodę, przeznaczenie, przypadek, wszelkie
dzieła. Zaczniemy od samego początku, z lepszą obsadą. PomoŜesz mi w
zaplanowaniu tego. MoŜemy stworzyć co tylko zechcemy. Będziesz uczestniczył w
budowie nowego wszechświata! Staniesz się jednym z jego załoŜycieli. Nie moŜna
juŜ chyba bardziej uczciwie postawić sprawy.
- Ale wszyscy inni...
- Zabiję ich. Muszą odejść. Nie próbuj zmieniać mojej decyzji.
- Jest młody chłopak, nazywa się Quentin...
- Będzie Ŝył w twojej pamięci.
- Jest czarownica Ylith...
- CzyŜ nie masz na pamiątkę pukla jej włosów?
- A nie moŜesz zostawić jej przy Ŝyciu? - spytał Azzie. - I chłopca takŜe?
Resztę zabierz.
- Oczywiście, Ŝe mogę ich ocalić. Mogę zrobić wszystko, co zechcę. Ale nie
pozwolę jej Ŝyć. Ani dziecku. Ani nikomu innemu. Tylko tobie, Azzie. Widzisz, jest
to teŜ pewien rodzaj kary.
Azzie spojrzał na Bezimiennego. Odniósł wraŜenie, iŜ nowy kosmiczny
porządek nie będzie się bardzo róŜnił od dotychczasowego. Ale nie zamierzał być
tego świadkiem. Czas było walczyć i umierać.
- Nie, dzięki - powiedział.
ROZDZIAŁ 4
Czołg turkotał naprzód; teraz była to piękna maszyna z amalgamatu
aluminium i jarzącego się chromu. Rozgrzana do białości, Ŝarzyła się i zbliŜała do
Azziego. Demon odskoczył w bok. PoniewaŜ czołg był w stanie topnienia, koła
napędowe gąsienic wykrzywiły się i nagle pojazd począł poruszać się z wielkim
trudem. Tego to szczegółu Bezimienny nie wypracował zbyt dobrze.
Czołg wystrzelił z armaty. Z jej otworu wyleciała wypełniona powietrzem
plastikowa kula, która pękła w zetknięciu z piaskiem, a z jej wnętrza wysypały się
pchły i młode myszki. Wszystkie razem zabrały się do kopania czegoś, co wyglądało
na dół do pieczenia mięsa. Azzie uwaŜał jednak, by niczego nie osądzać zbyt
pośpiesznie: nie wiedział, co Bezimienny planował. JeŜeli miał w ogóle jakiś pomysł.
Działo wystrzeliło ponownie, ale tym razem wyleciał z niego plik nut
zapisanych na liniowanym papierze. Azzie usłyszał, jak Bezimienny mówił:
- Miała być kanonada, a nie kanon muzyczny!
Najwyraźniej Bezimienny miał problemy z opanowaniem swej wybujałej
wyobraźni. Armata dała ponownie ognia i tym razem wyrzuciła kaskadę
róŜnokolorowych stoŜków, które mamrotały, bulgotały i rozbryzgiwały wokół Ŝrący,
musujący płyn.
Pojazd doczołgał się do środka areny. W jego ruchach zauwaŜało się jakieś
wahanie, bo chociaŜ przekonał się, Ŝe Azziego moŜna było lekcewaŜyć jako
przeciwnika, to sam Bezimienny był największym swoim wrogiem. Azzie uniósł w
górę duŜy, gotowy do rzutu kamień.
A wtedy, wychodząc z bryły Bezimiennego, pojawił się tłum znanych z
historii ludzi bez głów: Czarnobrody, Anna Boleyn, lady Jane Gray, Jeździec bez
Głowy, Jan Chrzciciel, Ludwik XIV, Maria Antonina, Maria Stewart, Meduza, sir
Thomas More i Maksymilian de Robespierre. Wetknąwszy swe czerepy pod lewe
ramiona, utworzyli w wojskowy sposób falangę, w prawych rękach trzymając długie
lance o srebrzystych grotach. Prowadził ich Robespierre, który powiedział później, iŜ
było to najtrudniejsze, co kiedykolwiek zrobił.
Azzie przywołał swoje własne zastępy, które zjawiły się natychmiast z cięŜką
bronią, ale jeszcze szybciej rozpłynęły się w powietrzu. Jedna z reguł Bezimiennego
stanowiła, Ŝe Azzie będzie musiał zrobić wszystko sam.
Potem Bezimienny rozwarł pełną mułu oraz głazów paszczę i wznosząc się
nad Azziem, zamierzał go połknąć.
- Jesteś szalony! - krzyknął Azzie.
- Nie - odparł Bezimienny. - Dlaczego nie umierasz?
- Bo jesteś marnym stworzeniem - stwierdził demon,
- Czy jesteś pewny, Ŝe ta walka jest nam potrzebna? Nie moŜesz po prostu
umrzeć i skończyć z tym?
- Przykro mi, ale nie - wymamrotał Azzie.
ROZDZIAŁ 5
Demon rozejrzał się dookoła. Dwunastu Olimpijczyków, z Zeusem na czele,
siedziało na marmurowych schodach obok Babriela, Ylith i Michała. Byli tam takŜe
ludzie z nowszych czasów - królewicz Czaruś z księŜniczką Scarlet oraz Johann Faust
i Małgorzata. Wstali i jak jeden mąŜ weszli na arenę.
- To nie fair. Nie wolno ci sprowadzać pomocy.
- Nie wezwałem ich - powiedział Azzie, - Sami przyszli.
- Ja nie miałem jeszcze czasu, by stworzyć sobie przyjaciół i
sprzymierzeńców.
- Wiem - przyznał Azzie. - Postanowiłeś rozegrać to samodzielnie.
- Teraz jest juŜ za późno - rzekł archanioł Michał, stojąc na czele Zastępów
Niebieskich. - Sądzę, Ŝe wszyscy się zgadzamy co do tego, Ŝe ty, Bezimienny,
zupełnie nie nadajesz się do pełnienia roli NajwyŜszego Bóstwa. Połączymy teraz
nasze siły i pozbędziemy się ciebie.
A potem rozległ się śpiew, w którym silny, męski głos prowadził podniosłą
melodię. Był to Aretino intonujący renesansową wersję pieśni Naprzód chrześcijańscy
rycerze. Chór składał się z pozostałych postaci farsy - Quentina, Puss, Kornglowa,
Leonory, sir Olivera, Matki Joanny, Rodriga oraz Cressildy. Utworzyli wokół
walczących ciasne koło i dopingowali Azziego.
“Jak to głupio z ich strony” - myślał Azzie, bo przecieŜ nie mógł nic zrobić.
Potęga tego stworzenia, wyklutego w najczarniejszych ostępach
nieprawdodopodobieństwa, juŜ teraz okazała się dla niego zbyt wielka.
- Nie musisz umierać - powiedziała do niego Ylith. - Ananke zostanie
pokonana tylko wtedy, jeŜeli i ty przegrasz. Miałeś odwagę wyreŜyserować swoje
przedstawienie, więc walcz dalej!
ROZDZIAŁ 6
W porządku - powiedział Bezimienny, przybierając coś w rodzaju ludzkiej
postaci. - Mała grecko-rzymska potyczka na śmierć i Ŝycie.
I złapał Azziego w mocny chwyt.
- Nie moŜesz go zabić! - zawołał Quentin.
- Nie mogę? A to dlaczego?
- Bo on jest moim przyjacielem.
- Młody człowieku, chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, w jak
niebezpiecznej sytuacji się znalazłeś. Jestem zjadaczem dusz, mój chłopcze; a twoja
duszyczka będzie niczym maraskinowa wisienka na bitej śmietanie lodów z tego
głupiego demona.
- Nie! - Quentin uderzył Bezimiennego w głowę otwartą dłonią.
Kreatura cofnęła się na swoich kołach, odsłaniając zęby, a Puss walnęła
superbóstwo w Ŝołądek. Bezimienny upadł na skrwawiony piasek, a na arenę wszedł
sir Oliver, niosąc lancę i przy pomocy matki Joanny wykłuł mu oko.
- O, tego juŜ za wiele! - stwierdził Bezimienny z urazą, gdy drzewce przeszyło
jego głowę.
I umarł.
Ponad nimi, na niebie, pojawiła się Ananke, a jej twarz starej, jowialnej damy
jaśniała uśmiechem.
- Dobrzeście się spisały, moje dziatki - zawołała. - Wiedziałam, Ŝe w
krytycznej sytuacji będziecie umieli ze sobą współpracować.
- A więc to dlatego uknułaś ten plan! - wykrzyknął Azzie.
- To był tylko jeden z powodów, mój kochany - wyjaśniła Konieczność. -
Zawsze są powody w powodach, a kaŜdy powód powodu moŜe sam być rozłoŜony na
składające się nań powody. Nie kwestionuj tego, mój przyjacielu. śyjecie.
I wtedy wszyscy zaczęli tańczyć. Trzymali się za ręce i wznosili w powietrze.
Lecieli szybciej i wyŜej, wszyscy razem, wszyscy z wyjątkiem...
ROZDZIAŁ 7
Aretino zbudził się nagłe, ziewając. Usiadł na łóŜku i popatrzył przez okno.
Nad Wenecją świeciło słońce, a obok niego, na poduszce, leŜał manuskrypt: Legenda
o siedmiu świecznikach. Poeta przypomniał sobie teraz, Ŝe miał fantastyczny sen; to
było jedyne wytłumaczenie.
Azzie odpokutował za wszystko, dzięki temu, Ŝe udało mu się schować
Wenecję w Limbo.
Wyjrzał przez okno. Ulicą przechodzili ludzie, a wśród nich spacerowali
Kornglow i Leonora.
- Co słychać? - zawołał poeta.
Kornglow podniósł wzrok.
- UwaŜaj, Aretino. Mówi się, iŜ lada chwila przyjdą tu Mongołowie.
A więc jednak Wenecja była zgubiona? W chwilę później zrozumiał wszakŜe,
Ŝ
e wszystko jest w porządku. Jedyne, czego potrzebował, to zacisznego miejsca, gdzie
mógłby usiąść i pracować dalej nad sztuką.
Aretino obudził się w przepiękny poranek i przypomniał sobie, iŜ w nocy miał
dziwny sen, w którym przyszedł do niego demon i kazał mu napisać sztukę sceniczną.
Jej tematem mieli być pielgrzymi i złote świeczniki, a wynik przedstawienia tak
zbulwersował Moce Wszechświata, iŜ Wenecja została skazana na zagładę. Potem
jednak Ananke postanowiła ją ocalić, więc bieg czasu miasta, który stanowił
kontynuację działalności demona, został odcięty i odesłany do Limbo. On zaś obudził
się w prawdziwym świecie.
Poeta wstał i rozejrzał się dookoła. Wszystko wyglądało tak jak zawsze.
Ciekaw był, co działo się z tą drugą Wenecją, tą w Limbo.
ROZDZIAŁ 8
Fatus był nieco przeraŜony, gdy mu powiedziano, Ŝe do Limbo przybyło nowe
miasto. Limbo mieściło wiele regionów, które niegdyś istniały, a takŜe wiele takich,
których nigdy nie było. Znajdował się tutaj ogród Hesperyd, dwór Artura z Camelotu i
zagubione miasto Lys.
Nową miejscowością okazała się Wenecja; Wenecja Katastrof. Fatus
spacerował po niej i podziwiał jej piękno. Zamieszkujący ją ludzie nie wiedzieli, Ŝe
miasto zanikało i umierało, aby kaŜdego dnia znowu się odrodzić. Chodził pomiędzy
scenami śmierci i umierania; i bardzo Ŝywo to odczuwał. Codziennie będzie się to
zaczynać na nowo. Chciał powiedzieć ludziom, by się nie bali, ale Wenecjanie nie
słuchali go; Ŝyli więc zawsze w stanie trwogi, zaczynającej się co dzień od nowa.
Fatus podszedł do zakochanych, Kornglowa i Leonory. Krzepiące było znaleźć
tych dwoje ludzi, dla których Ŝycie i wzajemna miłość stanowiła ciągłą rewelację i
stałą radość. “Idźcie i nauczajcie innych” - powiedział im, ale śmiali się z niego. “To,
jak naleŜy Ŝyć, jest proste - mówili - kaŜdy moŜe to zrobić; tu nie ma czego uczyć.”
Fatus wrócił do swego zamku i dumał o własnych dawnych sprawach; był
ciekaw, co moŜe nastąpić dalej.
ROZDZIAŁ 9
W Wenecji, tej w Limbo, Kornglow i Leonora rozmawiali o Aretinie.
- Ciekawa jestem, czy kiedykolwiek napisze swoją sztukę?
- MoŜe napisze, ale nie tę prawdziwą. Tę, w której umieramy kaŜdego
wieczora i odradzamy się kaŜdego ranka. Mam nadzieję, iŜ nie boisz się śmierci,
kochanie?
- MoŜe troszeczkę. Ale jutro znowu będziemy Ŝyli, prawda?
- Takie jest moje przekonanie. Jednak kiedy nadejdzie, śmierć będzie
odczuwana jak śmierć.
- Musimy teraz umrzeć?
- Cała Wenecja umiera dziś wieczorem.
Rozległ się stukot podków. Jeźdźcy w mieście! Mongołowie! Kornglow
walczy dzielnie, lecz zostaje przeszyty lancą. Azjaci usiłują pochwycić Leonorę, ale
elficzka jest dla nich zbyt szybka - nie urodził się jeszcze taki Mongoł, który
potrafiłby poruszać się równie szybko, jak córka elfów! Leonora wybiega na ulicę,
skacze do wody i odpływa daleko od miasta. Fale są wysokie, mury padają, Wenecja
płonie. Patrzy na to przez chwilę, ale nie moŜe juŜ dłuŜej utrzymać się na powierzchni
wody. To jest umieranie po raz pierwszy, i chociaŜ jest trudne, wie, jak to zrobić. Jej
głowa ześlizguje się pod fale.
ROZDZIAŁ 10
Azzie poczuł zaciskającą się na nim olbrzymią rękę. Potem była ciemność.
Gdy się obudził, na jego czole spoczywała chłodna dłoń. Otworzył oczy.
- Ylith! Co ty tutaj robisz? Nie wiedziałem, Ŝe demony i czarownice mają
jakieś Ŝycie po śmierci?
- Tak się składa, Ŝe oboje nadal Ŝyjemy.
Azzie rozejrzał się. Znajdował się w Przyjacielskiej OberŜy w Limbo, miejscu
neutralnym dla Dobrych i Złych Duchów.
- Co się stało z wszechświatem?
- Dzięki tobie Ananke była w stanie go ocalić. Wszyscy powinniśmy być ci
wdzięczni, chociaŜ obawiam się, Ŝe wielu ludzi będzie się gniewać. Rada Zła rozwaŜa
moŜliwość udzielenia ci nagany; przede wszystkim za rozpoczęcie całej hecy. Ja
jednak kocham cię pomimo wszystko. Obawiam się, Ŝe zawsze będę cię kochać.
Azzie wziął ją za rękę
- Córko ciemności - powiedział, uśmiechając się słabo. - Jesteśmy ulepieni z
tej samej gliny.
Przytaknęła zadowolona i uścisnęła jego dłoń.
- Wiem - odrzekła.