background image

Leon Kruczkowski 

 

Niemcy 

Wersja elektroniczna ABJKK 

 

Sztuka w trzech aktach 

 

Biblioteka szkolna 

 

PAŃSTWOWY INSTYTUT   WYDAWNICZY 

 

Książka zatwierdzona do bibliotek licealnych (kl. X—XI) pismem 

Ministerstwa Oświaty nr P03-2706/57 z dn. 27 grudnia 1957 r. 

 

NOTA OD REDAKCJI 

 

Leon Kruczkowski urodził się w 1900 r. w Krakowie. Tam 

debiutował na przełomie lat 1918/19, publikując wiersze w cza- 

sopiśmie „Maski". Po ukończeniu studiów z zakresu technologii 

chemii pracował w przemyśle w Zagłębiu Dąbrowskim. W tym 

czasie wydaje tom wierszy pt. Mioty nad światem (1928) oraz 

powieść pt. Kordian i cham (1932), która staje się rewelacją 

literacką. Kordian i cham, pierwsza polska powieść o tenden- 

cjach rewolucyjnych, rewidująca narodowe mity i trafiająca 

w najczulszy nerw polskiej tradycji literackiej, stała się trwa- 

łym dorobkiem literatury polskiej. Po sukcesie Kordiana i cha- 

ma Kruczkowski poświęcił się wyłącznie pracy literackiej 

background image

i publicystycznej. W 1935 r. powstaje przeznaczony na scenę 

utwór satyryczny, wymierzony przeciw nacjonalizmowi i ra- 

sizmowi, pt. Bohater naszych czasów, wystawiony w war- 

szawskim teatrze „Comoedia", oraz powieść historyczna pt. 

Pawie pióra, zaś w 1937 r. powieść o tematyce współczesnej 

pt. Sidła. Jednocześnie pisarz systematycznie współpracuje 

z prasą lewicową: „Sygnałami", „Lewym Torem", „Po prostu", 

„Nową Wsią", "Epoką" i in. Efektem politycznej i publicystycz- 

nej działalności Kruczkowskiego są publikacje: Człowiek i po- 

wszedniość, Dlaczego jestem socjalistą, W klimacie dyktatury 

(zbiór artykułów), ukazujące się w latach 1936—1938. Pod ko- 

niec dwudziestolecia pisarz pracuje nad powieścią z czasów 

Stanisława Augusta oraz utworem poświęconym polskiej emi- 

gracji robotniczej w Belgii. (Obie powieści, nie ukończone, 

zaginęły.) Okres II wojny światowej autor Kordiana i chama 

spędza w obozie niemieckim dla jeńców wojennych. Po wojnie 

jest jednym z naJczynniejszych organizatorów życia kultural- 

nego, pełniąc kolejno szereg odpowiedzialnych funkcji pań- 

stwowych i społecznych. Jego praca literacka nie ulega przy 

tym zahamowaniu. Powieściopisarz staje się dramatopisarzem. 

W 1948 r. Teatr Polski w Warszawie wystawia jego Odwety, 

dramat o problematyce współczesnej, gorąco przyjęty zarówno 

pszez publiczność, jak i krytykę, a w dwa lata potem na sce- 

nie Teatru Starego w Krakowie, odbywa się premiera Niem- 

ców — najgłośniejszej sztuki Kruczkowskiego. Niemcy, grane 

na blisko dwudziestu scenach Polski, doczekały się rekordo- 

wej ilości przekładów na języki obce (14), wydań w językach         

background image

obcych (8) oraz premier  w Berlinie  i wielu miastach nie- 

mieckich, w Wiedniu, Paryżu, Brukseli, Pradze, Bratysławie, 

Rzymie, Sofii, Londynie, Helsinkach i Tokio, popularyzując 

w sposób dotychczas nie spotykany dramaturgię polską na 

świecie. W 1950 r. pisarz wydaje tom publicystyki pt. Spotka- 

nia i konfrontacje oraz rekonstrukcję nie znanej i nie ukoń- 

czonej sztuki Stefana Żeromskiego pt. Grzech, którą adaptuje 

na scenę Teatru Kameralnego w Warszawie. W 1954 r. ukazuje 

się wybór artykułów z okresu powojennego pt. Wśród swoich 

i obcych oraz powstaje dramat o tragedii Rosenbergów pt. 

Juliusz i Ethel, zaś w rok później — podobnie jak Juliusza 

i Ethel — Teatr Kameralny wystawia napisaną w 1952 r. sztu- 

kę o problematyce współczesnej pt. Odwiedziny. 

NIEMCY 

 

OSOBY: 

 

Profesor Sonnenbruch 

 

Berta — jego żona 

 

Ruth — ich córka 

 

Willii  — ich syn 

 

Liesel — wdowa po ich starszym synu 

 

background image

Joachim Peters 

 

Hoppe 

 

Sch ultz 

 

Juryś 

 

Pani Soerensen 

 

Marika 

 

Tourterelle 

 

Fanchette 

 

Oficer Wehrmachtu 

 

Gefreiter 

 

Antoni 

 

Urzędnik policyjny 

 

Dziecko żydowskie 

 

Heini 

background image

 

Czas akcji; koniec września 1943 roku. 

 

AKT PIERWSZY 

ODSŁONA PIERWSZA 

 

W okupowanej Polsce. Kancelaria posterunku żandarmerii nie- 

mieckiej w malym miasteczku. Stół, krzesła, szafa, portret 

Hitlera, mapa, jakiś afisz propagandowy. Na stojaku tylko 

jeden karabin. Na stole talerz z Jabłkami. Na krześle duża 

waliza, żandarm Hoppe boryka się z nią, jest tak wypchana. 

że nie sposób zamknąć. 

 

Drzwi otwierają się, młynarz S c h ultz wchodzi, szturchan- 

cem wpychając przed sobą dziesiecio-, dwunastoletniego chłop- 

ca, Dziecko żydowskie, w podartych resztkach odzieży, 

wynędzniałe i już nie tyle przerażone, co zobojętniało na 

wszystko. 

 

Schultz 

Hoppe 

 

Ajlitla! * 

 

Hoppe 

Ajlitla! 

 

background image

Schult z 

 

Cóż to, pan Hoppe dzisiaj sam na posterunku? 

 

Hoppe 

przekłada i ugniata w walizie 

 

Jak pan widzi. Wszyscy pojechali w teren. Ale wrócą, 

przed wieczorem wrócą. 

 

Sch ultz 

Podróż jakaś? Urlop może? 

 

 Ajlitla — zniekształcone mcm. Hetl Hitler — chwała Hitlerowi, 

pozdrowienie faszystów niemieckich. 

 

Hoppe 

 

Żebyś pan wiedział. Urlop. Całe trzy dni, nie licząc 

podróży. 

 

Schultz 

Winszuję. O to dziś niełatwo. 

 

Hoppe 

prostuje się 

 

background image

Bo też to jest coś zupełnie ekstra, panie Schultz! Pan 

wie, kto to taki — Sonnenbruch, profesor Sonnenbruch? 

 Sławny uczony, chluba niemieckiej biologii. Obchodzi po- 

jutrze trzydziestolecie swojej pracy naukowej. To wielkie 

święto u nas, w Getyndze. A ja jestem, musi pan wie- 

dzieć, najstarszym woźnym w zakładzie profesora Sonnen- 

brucha, dwadzieścia lat już przy nim! I profesor wysta- 

rał mi się o trzy dni urlopu, nie licząc podróży. Niech 

pan pomyśli, co to za człowiek! Ma swoje stosunki, więc 

zrobił mi niespodziankę. Chce, żebym i ja brał udział 

w tej uroczystości. Nie ma pan pojęcia, co to za człowiek, 

panie Schultzl 

 

Schultz 

 

Przy okazji coś się zawiezie do domu. Nie można powie- 

dzieć, waliza aż stęka, taka wypchana, (szturchaniec) l z żo- 

ną pan Hoppe się prześpi, co? 

 

Hoppe 

 

Jo, i od tego tutaj gówna przez parę dni z daleka. Też 

coś warte. 

 

Schultz 

 

Nie podoba się, co? Śmierdzi służba? Wolałoby się w Ge- 

background image

tyndze, z uczonymi, w czystej robocie? Jo, jo! Dlatego 

my tu właśnie przyszli na wschód, żeby zrobić czysto 

i ładnie. Złe mówię, panie Hoppe? 

 

Hoppe 

 

'Złe — nie powiem, ale cóż z tego? Człowiek tu jak wśród 

wilków, gdzie stąpisz, patrzą spode łba. Partyzanty robią 

się coraz zuchwalsze... na noc trzeba się zamykać jak 

w fortecy... A, nawet myśleć się nie chce. 

 

Schultz 

Pociesz się pan, że dalej na wschód jeszcze gorzej. 

 

Hoppe 

Pewnie. Zawsze my tu blisko Reichu, w razie czego... 

 

Schultz 

„W razie czego"? Jak pan Hoppe to rozumie? 

 

Hoppe 

Zwyczajnie, (innym tonem) Pan ma jakiś interes do nas, 

panie Schultz? 

 

Schultz 

 

Jo, mam interes. Pan mnie zna, że na puste gadanie -nie 

background image

przychodzę. Mam interes, ale nieduży. O, tam stoi. 

Wskazuje Dziecko żydowskie. 

Hoppe dopiero teraz je spostrzega. 

 

Szczenię żydowskie. Znalazłem to pod krzakiem, w za- 

gajniku koło młyna. Przyprowadziłem, żeby pan z nim 

zrobił, co trzeba, (do Dziecka)  Czemu się gapisz, ty 

wszarzu? Pod ścianę i odwrócić siei 

 

Dziecko wykonuje rozkaz. 

 

Mogłem go sam od ręki załatwić, ale pomyślałem sobie, 

(z naciskiem) niech i pan Hoppe się rozerwie. W naszym 

małym miasteczku nudno... niech i pan Hoppe... A zresztą, 

według przepisów... 

 

Hoppe 

Według przepisów, mówi pan... 

 

Schultz 

 

I właściwie to już wszystko. Zostawiam panu tego diabełka 

i radzę zrobić go raz-dwa, żeby broń Boże nie dmuchnął pa- 

nu spod ręki. (idzie ku drzwiom, zatrzymuje się przed nimi, 

patrzy przenikliwie na Hoppego Jo, tu na wschodzie 

brudno i śmierdzi. Życzę dobrego urlopu w Getyndze, 

panie Hoppe. Ajlitla! 

background image

 

Wychodzi 

 

Hoppe 

 

patrzy na drzwi, które zamknęły się za Schultzem. potem 

powoli przenosi wzrok na Dziecko, stojące twarzą do ścia- 

ny, po chwili szorstko 

 

Nie stój tam jak pień. Pokaż się. 

 

Dziecko odwraca się. 

Hoppe podchodzi bliżej. 

Żyd? 

 

Dziecko potakuje głową. 

 

Po co ty chodzisz po świecie? 

 

Dziecko 

 

Ja nie wiem... 

 

Hoppe 

 

Co ja mam z tobą zrobić? 

 

background image

Dziecko 

Ja nie wiem... 

 

Hoppe 

 

Nie wiesz, ty nic nie wiesz! (krzyczy) A ja muszę wiedzieć, 

rozumiesz? ja muszę! (spokojnie) Ale jedno chyba wiesz na 

pewno, że z tobą źle? 

 

Dziecko 

 

Źle, proszę pana. Wszystkich już zabili. Mamę, dziadka, 

małą Esterkę... Jeszcze tylko ja... (od dawna patrzy łakomie 

na talerz z jabłkami stojący na stole) Niech mi pan da jed- 

no takie jabłko... 

 

Hoppe 

 

zaskoczony 

 

Jabłko? (wzrusza ramionami, podchodzi do stołu, wybiera 

jabłko, podaje) No masz! 

 

Dziecko łakomie gryzie jabłko. 

Hoppe obserwuje, mruczy: 

 

Jabłek mu się zachciewa, w takiej chwili... (siada przy stole. 

background image

bębni ołówkiem po blacie, po chwili) Diabli cię tu nadali, 

akurat dzisiaj... 

 

Dziecko 

 

Niech pan się nie gniewa. Sam zostałem. Przez dwa ty- 

godnie udawało mi się, to w lesie, to w ziemniakach... cza- 

sem ludzie pomogli... Ale teraz już koniec... (po chwili) 

Tamten pan zły, zbił mnie po twarzy... Pan za to inny 

człowiek, dobry... 

 

Hoppe 

 

Głupiś! Wcale nie jestem dobry. Teraz wojna, nie ma 

dobrych ludzi, rozumiesz? 

 

Wstaje, przechadza się ciężko. 

 

Dziecko gryząc Jabłko obserwuje go w milczeniu. 

Drzwi uchylają się ostrożnie. Juryś wchodzi niepewnie, 

 

trochę podpity, zamyka drzwi, rozgląda się w sytuacji. 

Czego tu? 

 

Juryś 

 

Zajrzałem, może co potrzeba? Bo jak nie, to poszedłbym 

background image

się przespać. Upał jak cholera. 

 

Hoppe 

Już coś wypiłeś, świnio! Od rana! 

 

Juryś 

 

Jedną szklaneczkę tylko, panie Hoppe. Jak mi zdrowie 

miłe, jedyną! (wskazuje Dziecko) Żydek? 

 

Hoppe potwierdza skinieniem głowy. 

 

Widziałem, że pan Schultz coś tu czarnego przyprowadził 

z lasu, ale nie byłem pewny, (do Dziecka) Nie bój się, 

kurczaku, pan Hoppe jest porządny człowiek, nic złego 

ci nie zrobi... 

 

Hoppe 

 

Stul pysk, Juryś. 

 

Juryś 

 

Nie ma się o co obrażać. Porządność nikogo nie hańbi. 

(przygląda się Dziecku)  No, no! Cud boski, że takie coś 

jeszcze chodzi po tej marnej ziemi. Ile masz lat, Srulku? 

 

background image

Dziecko 

Dwanaście. Ale na imię mi Chaimek... 

 

Juryś 

 

Wszystko jedno. Tak czy siak, nie masz się czym chwalić. 

Prawda, panie Hoppe? 

 

Hoppe 

Zostaw te głupoty, Juryś.(patrzy na Dziecko) Coś przecie 

trzeba z nim zrobić... 

 

Juryś 

 

Wiadomo. Wielkie ceregiele! (śmieje się ponuro) Czy to pan 

Hoppe nie wie? Pod plotek, trrrach, i gotowe, (czka głośno) 

Cholerny świat! 

 

Hoppe 

 

Tak, tylko że... (rozgląda się, rzut oka w okno) rozumiesz, 

Juryś, ja mam dzieci, dwóch synów, córkę... Naj- 

starszy trzynaście lat... jak ten... I dziś wieczór wyjeżdżam 

na urlop do Getyngi... do domu, rozumiesz ty, człowieku? 

 

Juryś 

półgłosem, podsuwając śle 

background image

 

No, to, panie Hoppe, puścić go, kawałek chleba do ręki, 

i niech zmiata z powrotem do lasu... 

 

Hoppe 

po cichu 

 

Bo pomyśl tylko, człowieku, jak się ma dzieci, to jakoś 

głupio tak... Ostatecznie, Niemcy się nie zawalą, jeżeli ja, 

Hoppe... 

 

Juryś 

 

Ma pan rację, Niemcy się nie zawalą przez jedno ży- 

dowskie dziecko. 

 

Hoppe 

W końcu, jest się człowiekiem — co, nie? 

 

Juryś 

Coś w tym rodzaju, zdaje mi się... 

 

Hoppe 

 

I zwłaszcza kiedy się ma dzieci... (urywa) Tss... (nadsłuchu- 

je, po chwili Niech Juryś pójdzie do okna i dobrze się 

rozglądnie... 

background image

 

Jury wykonuje polecenie. 

Hoppe nieruchomy, tyłem do okna. 

Co tam widać? 

 

Juryś 

Zwyczajnie. Podwórze, studnia, płotek... 

 

Hoppe 

A dalej? Przypatrz się dobrze. 

 

Juryś 

 

Dalej nic. To samo co zawsze. Tylko pan Schultz stoi na 

mostku, na gościńcu... o psiakrew, patrzy w tę stronę! 

 

Hoppe 

wciąż tylem do okna 

 

Na pewno to jest pan Schultz? Nie mylisz się? 

 

Juryś 

 

Na mostku przecie, niedaleko. Ślepiami świdruje w tę 

stronę jak gapa w gnat. 

 

Hoppe siada, w milczeniu bębni palcami po stole. 

background image

JuryS wraca od okna, po cichu; 

 

No i co? 

 

Hoppe 

 

Hę? 

 

Juryś 

 

No, co pan Hoppe myśli zrobić z tym... 

 

Hoppe 

spojrzenie 

 

Z tym? (wstaje powoli, nie patrząc na Jurysia) Cóż, trze- 

ba będzie... według przepisów... 

 

Juryś 

 

Masz ci los! Przecież pan Hoppe przedtem mówił, że to 

jakoś głupio tak... 

 

Hoppe 

 

Jo, mówiłem, ale — Schultz! Rozumiesz, człowieku, to 

jest świnia, zły pies. Stoi na mostku i patrzy. Już ja wiem, 

background image

dlaczego on stoi i patrzy. 

 

Juryś 

Ale przecie sumienie, panie Hoppe, ludzkie sumienie... 

 

Hoppe 

 

Dla niemieckiego człowieka sumieniem jest drugi nie- 

miecki człowiek, to sobie zapamiętaj. Schultz stoi na 

mostku i patrzy. Już ja wiem, co on sobie myślii (ze 

złością) A ja mam dzieci, rozumiesz, głupcze! Żonę, 

dzieci... (drewnieJe nagle, podchodzi do stojaka, bierze karabin 

idzie ku Dziecku) No, chodź, mały! 

 

Wychodzi pchnąwszy Dziecko przed sobą. 

 

Juryś 

przez chwile patrzy w otwarte drzwi, mruczy 

 

Dzieci ma, psiakrew! Serce go boli, bo ma dzieci, ale 

musi, bo ma dzieci. Ech ty, nędzo ludzka! 

Idzie w róg -izby, staje tyłem, wyciąga buteleczkę wódki 

z kieszeni, pije długo, 

Przez okno stłumiony odgłos strzału. Hoppe po chwili wra- 

ca, stawia karabin na stojaku, powoli idzie do krzesła z wa- 

lizą, robi wrażenie, jakby zapomniał o obecności Jurysia, 

Juryś w kącie, schował butelkę, patrzy na Hoppego. 

background image

 

Juryś 

I już. Po krzyku. 

 

Hoppe 

 

Idź, sprzątnij ciało. 

 

Pochyla się nad walizą. 

Juryś nie śpiesząc się rusza ku drzwiom. Hoppe za nim. 

 

A potem skocz do gminy, furmanka żeby była na 

szóstą po południu, odwiozą mnie na stację, do po- 

ciągu. 

 

Juryś 

 

odwrócony w progu, patrzy na Hoppego, śmieje się cicho 

Niby na ten urlop... do domu, do dzieci... 

 

Hoppe 

 

No, idź już, idź do diabła! 

 

Zabiera się do walizy, przekłada, ugniata. 

 

KURTYNA 

background image

 

ODSŁONA druga 

 

W okupowanej Norwegii, w Jednym z większych miast pro- 

wincjonalnych. Gabinet w mieszkaniu prywatnym Unter- 

sturmfuh'-era ' Sonnenbrucha. Willi pracuje przy biurku- 

w świetle lampy stojącej na biurku Z sąsiedniego pokoju (drzwi 

na wprost, oddzielone ciężką kotarą) słychać graJący cicho pa- 

tefon. Willi niecierpliwi się, po chwili przerywa prace, idzie 

do drzwi, odsuwa 

 

Willi 

 

Mogłabyś już skończyć z tym... poczytaj trochę albo co. 

Pracować nie można. 

 

Marika 

w eleganckim szlafroczku, staje w drzwiach 

 

Nudzę się, Willi. To raczej ty mógłbyś wreszcie zostawić 

te swoje papiery i zająć się mną. Wyjeżdżasz przecież 

dzisiaj, na całe pięć dni! 

 

Willi 

 

Właśnie dlatego pracuję. Przed urlopem dobrze jest 

odwalić swoją robotę, (przygarnia ją)  Jak skończę, bę- 

background image

dziemy mieli jeszcze trochę czasu, pobawimy się... 

 

Marika 

 

Ty, żebyś mnie tylko z kim nie zdradził w tym swoim 

Reichu! W tej Getyndze! 

 

Willi 

W Getyndze masz tylko jedną rywalkę: moją matkę. 

 

Marika 

Wiem, wiem. Ubóstwiasz ją. Mimo to wolę być twoją 

kochanką niż... 

 

Willi 

serio 

 

Przepraszam cię, nie lubię żartów na ten temat, (wra- 

ca do biurka, zapala papierosa) Myślisz, że jadę do Ge- 

tyngi dla tej głupiej hecy, jaką tam wyprawiają mojemu 

uczonemu papie, wielkiemu Sonnenbruchowi? Nie, mo- 

ja droga. Na to szkoda by było tych pięciu dni, które 

spędzę bez ciebie. 

 

Marika 

Ach, jakiś ty uprzejmy! 

 

background image

Willi 

 

Nie, jadę tylko dlatego, żeby ją zobaczyć, moją mat- 

kę. 

 

 

Marika 

 

Ależ jedź, jedź! Nie wtrącam się w twoje rodzinne inte- 

resy, Mam nadzieję, w każdym razie, że przywieziesz 

mi z podróży coś ładnego. 

 

Willi 

 

Pod tym względem nie możesz chyba na mnie narzekać, 

mam dobrą pamięć,   (innym tonem) O, właśnie! Pamięć! 

Pamięć! Od kilku dni wciąż o tym myślę... 

 

Marika 

 

O czym? 

 

Willi 

 

Chciałbym coś mojej matce w upominku... rozumiesz, coś 

pięknego i niebanalnego... 

 

background image

Marika 

Coś ze starej biżuterii albo... Czy ja wiem? Masz przecie 

to i owo w biurku — chodź, obejrzymy! 

 

Willi 

 

W ostateczności trzeba będzie, ale już przeglądałem trzy 

razy i właściwie nie ma tam nic szczególnego, (z powagą) 

Nic, co by było godne mojej matki! 

 

Marika 

No, pewnie, taki znawca, taki wybredny jak ty... No, 

chodź! Przejrzymy jeszcze raz. 

 

Willi 

Nie, chyba później trochę, jak skończę 

 

Marika 

 

Dobrze. Ale kończ już, proszę cię, kończ! (idzie ku 

drzwiom, w progu zatrzymuje się) Prawda. Na śmierć za- 

pomniałam! Czeka w przedpokoju ta pani Soerensen, 

przyjmij ją wreszcie, mój kochany! 

 

Willi 

Kto taki? 

 

background image

Marika 

 

No ta, mówiłam ci wczoraj, właścicielka pracowni, w któ- 

rej się ubieram. Siedzi już od godziny w przedpokoju. 

Bądź tak dobry, przyjmij ją na parę minut, bardzo mi 

na tym zależy. 

 

Willi 

W jakiej sprawie? 

 

Marika 

Ojej, w zwyczajnej, mówiłam ci wczoraj. Kogoś tam za- 

braliście z jej rodziny, syna, zdaje się. Sama ci powie 

najlepiej. To bardzo porządna kobieta. 

 

Willi 

 

Słuchaj no! Czy nie za dużo tych „porządnych"? Radzę 

ci jak najmniej wtrącać się do tych spraw. 

 

Marika 

Ja się nie wtrącam. Ale w tej waszej paskudnej ro- 

bocie różnie bywa. No więc, jak można czasem komuś 

pomóc... 

 

Willi 

Chciałbym, żeby to były zupełnie wyjątkowe wypadki. 

background image

 

Marika 

 

Ten właśnie jest wyjątkowy. Zrozum, to właścicielka 

pracowni, w której się ubieram! Poproszę ją tutaj, do- 

brze? 

 

Willi 

 

Tylko dlatego, że wyjeżdżam, nie chcę ci odmawiać. Ale 

pamiętaj: wyjątkowo. I uprzedź tę panią, żeby się stresz- 

czała, a także, że nie znoszę żadnych scen, żadnej 

histerii. 

 

Marika 

 

Sam zobaczysz, to bardzo zrównoważona osoba. 

 

Wychodzi. 

 

Willi przegląda papiery. Pani Soerensen wchodzi 

po chwili, staje niepewnie przy drzwiach. 

 

Willi 

podnosząc wzrok 

 

Proszę, czym mogę pani służyć? 

background image

 

Pani Soerensen 

Pani Marika powiedziała mi, że pan był łaskaw zgo- 

dzić się... 

 

Willi 

Na co? 

 

Pani Soerensen 

 

Na wysłuchanie mnie... 

 

Willi 

Tak, zgodziłem się zrobić dla pani wyjątek. 

 

Pani Soerensen 

Właśnie. Nie wiem, jak panu mam dziękować... 

 

Willi 

 

To zbyteczne. Niech pani siada i krótko mówi, o co chodzi. 

A raczej: o kogo chodzi. 

 

Pani Soerensen 

siada przy biurku 

 

Mój syn... Przychodzę prosić w sprawie mojego syna... 

background image

został aresztowany dziesięć dni temu... nie wiem, z ja- 

kiego powodu... 

 

Willi 

 

Wystarczy, że my to wiemy, łaskawa pani. 

 

Pani Soerensen 

 

Tak, ale czasem zdarzają się pomyłki, nieporozumie- 

nia... 

 

Willi 

 

Pani w to wierzy? Bardzo żałuję, my w tych sprawach 

jesteśmy skrupulatni aż do pedanterii. To poniekąd 

nasza cecha narodowa, (uważnie przygląda się Pani 

Soerensen, po chwili) Taak. Pani się nazywa? 

 

Pani Soerensen 

 

Soerensen, proszę pana. Adela Soerensen. Ale to panu 

może nic nie mówi. Ten chłopiec jest moim synem-z pierw- 

szego małżeństwa. On się nazywa... 

 

Willi 

 

background image

nie słucha, nagle żywo zainteresowany naszyjnikiem, który 

 

Pani Soerensen ma na szyi; w roztargnieniu 

Kto taki? O kim pani mówi? 

 

Pani Soerensen 

O nim właśnie, o moim synu... 

 

Willi 

ze śmiechem 

 

Prawda! Oczywiście! Pani daruje, przez chwilę zapa- 

trzyłem się w ten piękny drobiazg, który pani ma na szyi... 

Ale proszę, słucham panią. 

 

Pani Soerensen 

z palcami pod szyją 

 

Podoba się panu? 

 

Willi 

Ten naszyjnik? Wyjątkowo piękny! 

 

PaniSoerensen 

Pan jest znawcą, mówiono mi o tym... 

 

 

background image

Willi 

 

Poniekąd. Byłem przez dwa lata studentem historii sztuki. 

Taak. Ale to nie ma znaczenia. No więc, jak się nazywa 

ten młody człowiek? 

 

Pani Soerensen 

Chrystian Fons, proszę pana. Mój syn z pierwszego mał- 

żeństwa. 

 

Willi 

drgnął 

Aa! Chrystian Fóns! 

 

Milczy bębniąc palcami po stole. 

 

Pani Soerensen 

z niepokojem 

 

Niech mi pan powie, czy to poważna sprawa? 

 

Willi 

znowu wpatrzony w naszyjnik 

 

My się nie zajmujemy niepoważnymi sprawami, łaska- 

wa pani. 

 

background image

Pani Soerensen 

zgnębiona 

 

Tak, to prawda,  (milczy w zakłopotaniu, obserwuje Wil- 

lego, po chwili nieśmiało, dotykając naszyjnika) Jeśli... 

przepraszam, jeżeli panu podoba się ten drobiazg... to 

może... 

 

Willi 

 

Ach, pani jeszcze o tym. Owszem, bardzo mi się po- 

doba. 

 

Pani Soerensen 

W takim razie... może pan zechce przyjąć go ode mnie... 

na pamiątkę od matki Chrystiana Fonsa... 

 

 

 

Willi 

z nienaturalnym śmiechem 

 

Jak? Na pamiątkę? A to doskonale! (przeskakując) No, 

dobrze, Fóns, mówi pani? Chrystian Fóns? Dwadzieścia 

lat, szczupły, wysoki, z ciemnymi oczami, trochę ka- 

szle... 

 

background image

Właśnie! Zawsze 

rozumie,  że  to 

(przeskakując) Ale 

 

Pani Soerensen 

 

był wątłego zdrowia, po ojcu... Pan 

jeszcze powiększa mój niepokój... 

co do tamtego, nie powinien pan śmiać się ze mnie. 

 

Willi 

udaje 

 

Nie rozumiem. O czym pani mówi? 

 

Pani Soerensen 

uśmiecha się heroicznie 

 

Ten naszyjnik jest już tak dawno w mojej rodzinie... 

od trzech pokoleń... najwyższy czas, żeby zaczął cieszyć 

inne oczy... 

 

Manipuluje przy karku. 

 

Willi 

Ależ, co pani?... 

 

background image

wstaje gwałtownie 

 

Pani Soerensen 

 

miękko 

 

Ma pan na pewno kogoś bliskiego i drogiego... kobietę... 

matkę może? (podaje zdjęty naszyjnik) Proszę, niech pan 

to przyjmie! 

 

Willi 

 

Pani nie zdaje sobie sprawy, w jakiej mnie pani stawia 

sytuacji, (po chwili) Bo właśnie myślę o kimś bardzo 

mi bliskim i drogim...                               , 

 

Pani Soerensen 

cicho 

 

Tak jak i ja, proszę pana... tak jak i ja! Dlatego proszę, 

niech pan mi nie odmawia... 

 

Kładzie naszyjnik na biurku. 

 

Willi 

 

Pani... pani naprawdę? Nie, nie! To niemożliwe! Proszę 

background image

to zabrać natychmiast! 

 

Pani Soerensen 

błagalnie 

 

Niech pan mi wierzy, ten przedmiot nie ma dziś dla mnie 

żadnego znaczenia. Żadnego, przysięgam panu! Niech pan 

wierzy starej, nieszczęśliwej kobiecie! 

 

Willi 

 

Chyba że... w takim razie... no tak, tylko to jedno. Mógł- 

bym jedynie — kupić to od pani. O, "tylko tak" 

 

Pani Soerensen 

uśmiecha się z wysiłkiem 

 

Jak na swój wiek, jest pan rzeczywiście niezwykłym 

pedantem... 

 

Willi 

 

Już pani mówiłem, to jest nasza cecha narodowa. 

A poza tym, daruje pani, lubię tylko jasne sytuacje. 

(bierze naszyjnik, ogląda) No więc, ile pani żąda? 

 

Pani Soerensen 

background image

Tyle, ile są warte — przepraszam, że to tak nazwę — 

dziecinne skrupuły młodego człowieka. Myślę, że najwyżej 

dziesięć koron. 

 

Willi 

 

Dziesięć koron? Zapomina pani, że ja się znam na tych 

rzeczach, (wyjmu je portfel.) No więc, pomnóżmy to jeszcze 

przez... (chwilka namysłu) przez pięć... proszę, oto pięć- 

dziesiąt koron. 

 

 

Pani Soerensen 

biorąc banknot 

 

Nie będzie pan miał nic przeciw temu, że złożę te pie- 

niądze w jednym z naszych zakładów dla sierot... 

 

Willi 

 

Ależ zrobi pani z nimi, co pani zechce, (chowa portfel, 

siada, bierze do ręki naszyjnik) Tak, to nadzwyczajna oko- 

liczność! Właśnie szukałem czegoś ładnego i niebanal- 

nego... 

 

Pani Soerensen 

...dla bliskiej i drogiej osoby... 

background image

 

Willi 

dziecinnie ucieszony 

 

Właśnie! (odkłada naszyjnik) No więc, wracając do rzeczy.. 

hm, chodzi o tego Fónsa? 

 

Pani Soerensen 

 

Tak, o niego. Mówiono mi, że właśnie pan ma w ręku 

jego sprawę. Proszę mi powiedzieć, ale tak zupełnie szcze- 

rze, czy to naprawdę coś poważnego? 

 

Willi 

 

Już pani powiedziałem. On sam przede wszystkim, za- 

pewniam panią, uważał to, co robił, za diabelnie poważ- 

ne. Czułby się nawet dotknięty, gdyby ktoś myślał 

o tym inaczej. My w każdym razie nie mamy powodu 

tak myśleć... Nie wiem, jakie jest pani zdanie w tej 

sprawie? 

 

Pani Soerensen milczy. 

 

Czyżby pani miała jakieś wątpliwości co do powagi te- 

go, co robił pani syn? 

 

background image

Pani Soerensen 

z przymkniętymi powiekami, bardzo cicho 

Mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam przychodząc tutaj 

do pana... (po chwili rozpaczliwie) Ależ przecież, mój Bo- 

że, on na pewno nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji! 

Od dziecka był chłopcem egzaltowanym, zawsze bałam , 

się o niego... 

 

Willi 

 

Pani sądzi, że to, co robił ostatnio, było tylko nieroz- 

sądne, dziecinnie, naiwne? 

 

Pani Soerensen 

z udręką 

 

Czy ja wiem? Czy ja wiem? (nieśmiało) Pan powinien 

lepiej go rozumieć, jest pan :— przepraszam, że to mó- 

wię — tylko o parę lat starszy od niego... 

 

Willi 

Jestem Niemcem, zapomina pani. 

 

Pani Soerensen 

ze zgrozą 

 

Czy to aż taka różnica? 

background image

 

Willi 

 

Syn pani działał na szkodę narodu niemieckiego, zechce 

pani i o tym pamiętać. 

 

Pani Soerensen 

spokojnie 

 

Naród niemiecki nie mieszka tu, w Norwegii. 

 

Willi 

z wybuchem brutalnego śmiechu 

 

Nie mieszka, oczywiście, że nie mieszka! A to dobre! 

To nadzwyczajne! (ucinając nagle śmiech, twardo)  Pani, 

zdaje się, zapomniała nawet, po co pani do mnie przy- 

szła? 

 

Pani Soerensen 

 

Nie. Nie. O wszystkim jestem gotowa teraz zapomnieć 

prócz tego jednego! (z trwogą) Niech pan mi powie, bła- 

gam pana, -czy mój syn... czy jest jakaś możliwość urato- 

wania go? 

 

 

background image

Willi 

Z niezwykłą uprzejmością 

 

Pozwoli pani, że przedtem ja zadam pewne pytanie. Pro- 

szę mi powiedzieć, czy, idąc tutaj, świadomie wzięła pani 

na siebie — ten naszyjnik? 

 

Pani Soerensen 

bez namysłu 

 

Świadomie. Bo, widzi pan, przywykłam go zakładać tyl- 

ko w chwilach wyjątkowych, kiedy miałam zrobić coś 

szczególnie ważnego i trudnego, (z uśmiechem) Jako ta- 

lizman przynoszący szczęście, (po chwili) Dlaczego pan 

o to pyta? 

 

Willi 

 

Dlatego, że lubię jasne sytuacje, już pani to raz mó- 

wiłem. (bawiąc się naszyjnikiem) No więc, tak samo jeśli 

chodzi o tamtą sprawę, o sprawę pani syna — czas, żeby 

i to wyjaśnić... 

 

Pani Soerensen 

 

Z lękiem 

Słucham. pana. 

background image

 

Willi 

•wciąż bawi się naszyjnikiem 

 

Otóż syn pani, chociaż tak młody, okazał się nie lada 

zuchem. Niech pani sobie wyobrazi, że dzisiaj rano wy- 

mknął się nam z rąk! 

 

Pani Soerensen 

 

oszołomiona, wstaje bezwiednie, z trudem opanowuje fale 

radości 

 

Jak to? Co pan chce przez to powiedzieć? 

 

Wili 

 

Tylko to, co pani usłyszała. Chrystian Fóns wymknął się 

nam z rąk. 

 

 

Pani Soerensen 

 

jakby słabnąc pod wrażeniem, osuwa się na krzesło, stlumio- 

nym głosem 

 

Przepraszam, w pierwszej chwili nie mogłam tego zro- 

background image

zumieć... powiedział pan to tak spokojnie, bez gnie- 

wu... choć to, być może, bardzo niemiłe dla pa- 

nów... 

 

Willi 

 

O, niechże pani nie sądzi, że syn jej przedstawia aż takie 

niebezpieczeństwo dla Rzeszy Niemieckiej, żebyśmy mieli 

z jego powodu nie sypiać po nocach. 

 

Pani Soerensen 

 

Na pewno, na pewno nie, proszę pana. (wstając) W każ- 

dym razie, serdecznie panu dziękuję. 

 

Willi 

 

Mnie? Za co? 

 

Pani Soerensen 

Za to, co usłyszałam od pana. Mógł pan przecież wcale mi 

tego nie powiedzieć... 

 

Willi 

wstając 

 

Mogłem. Ale powtarzam pani jeszcze raz: lubię jasne sy- 

background image

tuacje. Tak. Nie ma za co dziękować. 

 

Pani Soerensen 

zmieszana 

 

Ja wiem, może to nietakt z mojej strony, że panu za to dziękuję, ale... mówię po prostu to, co 

odczuwam w tej 

chwili. I jeśli wdzięczność starej, obcej kobiety może 

mieć dla pana jakieś znaczenie, niech pan będzie prze- 

konany, że takie uczucia zdarzają się jeszcze na tym 

okrutnym świecie. Pozwoli mi pan już odejść? 

 

 

 

Willi 

Myślę, że wyczerpaliśmy sprawę. Żegnam panią. 

 

Pani Soerensen 

 

lekki ukłon głową, idzie ku wyjściu, przy drzwiach odwraca się 

Życzę, żeby ten drobiazg, leżący na pańskim biurku, przy- 

niósł szczęście bliskiej panu osobie, której pan zechce go 

ofiarować. 

 

Wychodzi. 

Willi 

 

sam, bierze naszyjnik, ogląda go z zaciekawieniem: po chwili, 

background image

idąc w stronę kotary 

 

Marika! 

 

Marika 

wchodzi 

 

Możesz się nie chwalić. Słyszałam wszystko. Pokaż, czy 

naprawdę takie ładne? 

 

Willi 

•podaje Jej naszyjnik 

 

Nadzwyczajne. Stara, wenecka, zdaje się, robota. 

 

Marika 

ogląda 

 

Nie znam się, czy wenecka, czy jaka, ale założę się, że 

to warte co najmniej dziesięć razy więcej, niż jej da- 

łeś! 

 

Willi 

 

Grubo więcej!! Ale pomyśl, co za szczęśliwa okazja! Moja 

matka będzie zachwycona. 

 

background image

Marika 

 

Nie zapominaj tylko, że to ja... mnie zawdzięczasz tę 

okazję. Swoją drogą, to bardzo porządna kobieta ta pani 

Soerensen. Myślę, że będzie mi odtąd taniej liczyć za 

sukienki... 

 

Willi 

Nie jestem tego pewny... 

 

Marika 

Dlaczego? Dzięki mojej protekcji przyjąłeś ją... 

 

Willi 

Poniekąd 

 

Marika 

 

I bądź co bądź wyszła stąd uszczęśliwiona. A swoją drogą 

to zabawne, że temu chłopcu akurat dzisiaj udało się 

zwiać! 

 

Willi 

 

Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. 

 

Marika 

background image

Jak to? Słyszałam przecież. Nie okłamałeś jej chyba? 

 

Willi 

 

Cóż znowu! Chrystian Fons naprawdę wymknął się nam 

z rąk. To znaczy — umarł dziś rano w swojej celi. Tro- 

chę za mocno przesłuchiwano go ubiegłej nocy. Taak. 

Za kilka dni zawiadomi się rodzinę. 

Marika patrzy na niego w osłupieniu, bezwiednie wyciąga 

rękę z naszyjnikiem, wciska go w dłoń Willego. 

Willi chowa naszyjnik do kieszeni, patrzy na zegarek. 

 

No, ale teraz do roboty. Za cztery godziny mam po- 

ciąg. 

 

Idzie do biurka. 

 

Marika patrzy za nim z ręką wciąż wyciągniętą w powie- 

trzu, nagle wybucha cichym, podobnym do łkania, potem 

coraz głośniejszym histerycznym śmiechem. 

 

KURTYNA 

 

Niemcy 

 

ODSŁONA TRZECIA 

 

background image

W okupowanej Francji. Wnętrze oberży w miasteczku na 

północy. Oszklone drzwi i witryna na ulicę. Fanchette 

stoi za bufetem, twarz oparta na dłoniach, oczy wpatrzone 

nieruchomo w przestrzeń. Tourterelle siedzi przy stoliku 

w kącie. 

 

Tourterelle 

Ci swoje i tamci swoje. A kto płaci rachunek? Spo- 

kojni ludzie. O, tacy jak Piotr, jak aptekarz Grappin, 

jak stary Mortier... (ze złością) Nie zgadzam się z tym, 

Fanchetfe, rozumiesz? Nie zgadzam się! Francuzi nie 

są już dzisiaj zbyt silnym narodem, na szczęście mieli 

dość długą historię, żeby dorobić się rozumu. Niektó- 

rym jednak wciąż jeszcze się zdaje, że byle rozpalona 

głowa tyle znaczy, co batalion piechoty... (bije pięścią 

w stół, krzyczy! Nieprawda, Fanchette! Mówię ci, że to 

nieprawda! (po chwili, innym głosem) A zresztą słońce jest 

dla wszystkich. 

 

Fanchette 

nieporuszona, szeptem 

Słońce... dla wszystkich... 

 

Tourterelle 

 

Niemcy to niebezpieczni wariaci. Wcześniej czy później 

rozbiją sobie głowę i wtedy sami uznają, rozumiesz, sami 

background image

uznają, że słońce świeci dla wszystkich. Nie trzeba im 

w tym pomagać, niech każdy sam się dorabia swojego 

rozumu. A kto im pomaga najwięcej? Właśnie ci, którym 

się zdaje, że z nimi walczą! O! 

 

Fanchette 

 

ostro 

Wujku Tourterelle! Co ty wygadujesz? 

 

Tourterelle 

A tak, moje dziecko! A tak! Oni żywią niemiecką 

wściekłość swoimi szalonymi wybrykami, nie pozwalają 

zwiotczeć niemieckim muskułom. Oni ratują tego diabła 

z wąsikami przed sklerozą, przed otłuszczeniem serca, 

przed niestrawnością z przejedzenia. Oni — ci szaleńcy 

z Resistance! 

 

Fanchette 

Wujku Tourterelle! Zabraniam ci mówić w ten sposób! 

 

Tourterelle 

ironicznie 

 

Zwłaszcza dzisiaj, co? (wskazuje ręką na ulicę) Spytałabyś 

tych tam siedmiu, powiedzieliby od razu, czy stary Tour- 

terelle ma rację, czy nie ma racji! 

background image

 

Fanchette 

prostując się, z siłą 

 

Ani dziś, ani jutro, wujku Tourterelle! A tamtych.,. 

(ciszej) tamtych zostaw w spokoju. 

 

Tourterelle 

wstaje, podchodzi do Fanchette, patrzą sobie w oczy, po 

chwili 

 

Nie chce się wierzyć, Fanchette, że jesteś dziewczyną 

i masz zaledwie dwadzieścia sześć lat... 

 

Fanchette 

Nie chce się wierzyć, że byłeś kiedyś moim nauczycielem, 

wujku Tourterelle! 

 

Na ulicy ukazują się RuthSonnenbruch w stroju 

„samochodowym" i Oficer w mundurze majora Wehrmach- 

tu, elegancki, wiek ponad czterdzieści. Zatrzymują się przed 

drzwiami, chwila namysłu, wchodzą. 

Tourterelle wycofuje się do swego stolika w kącie. 

 

 Resistance -  francuski ruch Oporu w czasie II wojny światowej 

 

Oficer 

background image

uprzejmy, salutując 

 

Dzień dobry! Chcielibyśmy napić się czegoś, mademoiselle . 

 

 

Fanchette 

 

Jest tylko piwo. 

Oficer 

 

Koniak może? 

 

Fanchette 

 

Nie, tylko piwo. 

 

Ruth 

wzrusza "ramionami 

 

Cóż robić, niech będzie piwo. (idzie do jednego ze stolików. 

siada. Oficer naprzeciw niej) Przyznam się panu, majo- 

rze, że mam w walizce butelkę Henessy, ale przyrzekłam 

sobie dowieźć ją nietkniętą do Getyngi. Mój papa mało 

pija, ale od czasu do czasu nie gardzi kieliszkiem ko- 

niaku. 

 

Oficer 

background image

Bardzo słusznie. Nawet wielcy ludzie, tacy jak profesor 

Sonnenbruch, nie powinni gardzić małymi przyjemno- 

ściami. 

 

Ruth 

 

Czy tylko na pewno, majorze, nie będziemy musieli cze- 

kać tu dłużej jak pół godziny? 

 

Oficer 

 

pewno. Defekt jest nieznaczny i właściwie mogli- 

byśmy jechać z nim spokojnie, ale mój szofer... (do Fan- 

chette podającej pucharki z piwem) Merci, mademoiselle. 

 

 Mademoiselle (fr.) — panienko. 

 Merci , mademoiselle (fr.) — dziękuję panienko. 

Czy w tym waszym miasteczku zawsze tak pusto i cicho 

na ulicach? 

 

Fanchette 

nie patrząc 

 

Zawsze, kiedy się dzieje coś złego. 

 

Wraca za bufet, nieruchomieje tam. 

 

background image

Ruth 

 

•patrzy za nią, potem na Tourterellea, po chwili zniżo- 

nym głosem 

 

Nieprzyjemnie tu jakoś... i ta dziewczyna, zdaje się, nie 

za bardzo uprzejma. Nie lubię takich spojrzeń... 

 

Oficer 

 

Pani chyba nie spotyka się z nimi zbyt często. Kto, tak 

jak pani, tylko fruwa po Europie, po naszej Euro- 

pie, ten właściwie nie zauważa nawet ludzkich spojrzeń 

Zresztą, nie wszędzie patrzą na nas jednakowymi oczyma. 

 

Ruth 

 

To prawda, W zeszłym roku byłam dwa razy w Warsza- 

wie. Przyznam się panu, majorze, że tam najbardziej nie 

lubiłam chodzić po ulicach. 

 

Oficer 

Szkoda, że pani nie była jeszcze gdzieś dalej na wscho- 

dzie. 

 

Ruth 

 

background image

Uprzejmie dziękuję, nie, nie! Stanowczo lepiej się czuję 

w Kopenhadze, Brukseli, Paryżu... Chociaż i tam zdarza 

się" czasem w lokalach czy na ulicy chwytać spojrzenia 

bardzo nieprzyjemne... 

 

Oficer 

Oczywiście tylko wtedy, gdy pani bywa w towarzystwie 

umundurowanym, o, takim, na przykład, jak moje. 

 

 

Ruth 

 

Właściwie, co mnie to wszystko obchodzi? Nie robię ni- 

komu nic złego. 

 

Oficer 

 

Wręcz przeciwnie! Rozsiewa pani samo piękno, samą ra- 

dość! I chyba nie może pani skarżyć się na nas, na pu- 

bliczność swoich koncertów, którymi pani darzy całą nie- 

miecką Europę? 

 

Ruth 

 

Nigdy się na nic nie skarżę. Przywykłam w życiu robić 

tylko to, co mi się podoba, i niech pan sobie wyobrazi, 

prawie nigdy nie napotykam na opór.   (przez chwile w mil- 

background image

czeniu obserwuje Fanchette) Zaciekawia mnie ta dziew- 

czyna. Jest bardzo ładna, nie uważa pan, a w każdym 

razie interesująca... (jeszcze ciszej) Dobrze byłoby wiedzieć, 

czy ona albo ten drugi tam rozumieją po niemiecku. 

 

Oficer 

Zaraz się przekonamy, (głośno, w głąb izby)Czy w tym mia- 

steczku jest coś ciekawego do obejrzenia? Mamy w prze- 

jeździe pół godziny czasu... 

 

Fanchette nie drgnela. 

 

Tourterelle 

po chwili 

 

Rozumiem trochę po niemiecku, ale mówić, daruje pan, 

nie umiem. Nie, nie ma tu nic ciekawego, nic do obej- 

rzenia. 

 

Fanchette 

jakby zbudzona nagle, ostro 

 

Wujku Tourterelle! Dlaczego nie mówisz prawdy temu 

panu? 

 

Tourterelle 

Nie wtrącaj się, Fanchette. 

background image

 

Oficer 

 

rozbawiony 

 

Chwileczkę. A więc jednak macie tu coś takiego? 

 

Tourterelle 

Niech pan nie słucha tej małej. Jak powiedziałem, nie 

ma w tym miasteczku nic, co by było godne uwagi tu- 

rystów. 

 

Ruth 

 

A może coś jednak jest, tylko pan po prostu o tym nie wie? 

 

Tourterelle 

 

Bardzo panią przepraszam, mieszkam tu czterdzieści lat. 

Nie, nie ma nic ciekawego. 

 

Oficer 

półgłosem 

 

Zabawni ludzie. Mają jakieś swoje dziwaczne tajemnice, 

jak zwykle mieszkańcy małych miasteczek... 

 

background image

Ruth 

 

A jednak ta dziewczyna wie, co mówi. I zdaje mi się, że 

nie jest wobec nas dobrze usposobiona. Czuję to, majorze. 

 

Oficer 

Pani czuje, Ruth, a ja to wiem na pewno. 

 

Ruth 

 

Czuję, że o nas myśli, choć wcale na nas nie patrzy. To 

trochę denerwujące, nie uważa pan? 

 

Oficer 

My, Niemcy, musimy mieć mocne nerwy. Nawet, takie 

urocze motyle jak pani, które nie robią nikomu nic złego, 

nawet one! Bądź co bądź, jest pani Niemką. 

 

Ruth 

 

Ależ to nie ma znaczenia. Jestem artystką, majorze. Jak 

pan się uprzejmie wyraził, daję ludziom samo piękno, 

samą radość. Chcę w zamian za to, żeby mnie otaczały 

miłe, uśmiechnięte twarze, dobre i życzliwe spojrzenia. 

 

Oficer 

 

background image

Za dużo pani wymaga. W Europie, niestety, nie kochają 

nas... 

 

Ruth 

 

Jeśli to jest prawda, to dziwię się, że mówi pan o tym 

tak spokojnie. 

 

Oficer 

Przyzwyczaiłem się do tego. 

 

Ruth 

kieruje wzrok na Fanchette, obserwuje ją, po chwili 

stłumionym głosem 

Pan myśli, że naprawdę nie kochają nas? 

 

Oficer 

Jeśli pani chce, zapytamy o to tę dziewczynę. 

 

Ruth 

 

Cóż za pomysły, majorze" (cicho) Niech pan raczej każe 

sobie podać drugie piwo.. Chciałabym jeszcze raz przyj- 

rzeć się z bliska tej małej. 

 

Oficer 

 

background image

Chyba tylko dlatego, bo samo piwo jest wyjątkowo podłe. 

(ku Fanchette) Mademoiselle, proszę mnie uszczęśliwić 

jeszcze jednym piwem. 

 

Fanchette w milczeniu podchodzi, zabiera pucharek, wraca 

za bufet, napełnia. 

Ruth obserwuje ją przez cały czas. 

 

Oficer 

 

nieco ironicznie uśmiechnięty, przygląda się Ruth, dopiero 

gdy Fanchette stawia przed nim piwo, przenosi wzrok 

na nią 

 

Merci, mademoiselle. Czy pani naprawdę jest Francuzką? 

 

Fanchette 

We Francji mieszkają Francuzi, monsieurł. 

 

Oficer 

Dlatego pytam, bo jak na Francuzkę jest pani zbyt mało- 

mówna... 

 

Ruth 

 

Jak na Francuzkę ma pani również zbyt zimne, zbyt pół- 

nocne oczy. 

background image

 

Fanchette 

Być może. Francuzi muszą być teraz zimni i małomówni 

Nie są u siebie — sami! 

 

Odchodzi za bufet. 

 

Tourterelle 

zaniepokojony, wtrąca się, ze sztucznym uśmiechem 

 

Francuzi teraz zmądrzeli, proszę państwa. Ich tradycyjna 

gadatliwość nie przyniosła nic dobrego. Zresztą... słońce 

jest dla wszystkich! 

 

Oficer 

 

rozbawiony 

 

Słońce dla wszystkich? Jak pan to rozumie? 

 

Fanchette 

ostro, niemal krzycząc 

 

Przestań! Przestań, wujku Tourterelle. 

Odwraca się tyłem, dłonie przyciśnięte do skroni. 

 

Monsieur (fr.)  proszę pana. 

background image

 

Tourterelle 

 

wstaje, podchodzi do Oficera, pochyla się nad nim, mówi 

półgłosem 

 

Niech państwo wybaczą, ta dziewczyna jest dziś bardzo 

rozdrażniona. Jej ojca spotkało straszne nieszczęście. 

 

Oficer 

 

Ach, tak. Bardzo nam przykro. Dziękuję panu, że pan 

nam zwrócił uwagę. 

 

Tourterelle wraca na swoje miejsce. 

Pauza. R u t h i Oficer patrzą na siebie w milczeniu. 

 

Ruth 

po chwili 

 

Okazuje się, że to jest po prostu zmartwienie rodzinne. 

Ojciec. Na pewno bardzo go kocha... (po chwili) A ja jutro 

zobaczę mojego ojca. Szkoda, że pan go nie zna. Bardzo 

miły stary pan. Tylko ma w sobie coś onieśmielającego. 

(śmieje się) Nieraz w myślach nazywam go „olimpijczy- 

kiem"... 

 

background image

Oficer 

To jest wielkie nazwisko — Sonnenbruch. 

 

Ruth 

 

Nie, to coś więcej niż nazwisko,   (milknie, zamyśla się, po 

chwili, spojrzawszy naFanchette) A wie pan, od razu 

coś mnie dziwnie zainteresowało w tej dziewczynie... 

 

Oficer 

Zaniepokoiło, chce pani powiedzieć? 

 

Ruth 

 

Czy ja wiem? Ludzie cierpiący wytwarzają dokoła siebie 

coś magnetycznego. Wyczuwam to — i to mnie drażni, 

ale zarazem szalenie przyciąga. Mój papa uznałby to za 

perwersję . 

 

Perwersja - przewrotność. 

 

Oficer 

 

Jest pani trochę zepsuta powodzeniem, Ruth. Wszyscy 

przechodziliśmy to samo i mamy dziś w sobie coś z tej, 

jak pani powiada, „perwersji" — my, Niemcy. Prawie 

wszyscy, (spojrzawszy na zegarek) Cóż, zapłacimy chyba 

background image

i pójdziemy rzucić okiem na to dziwne miasteczko, w któ- 

rym nie ma rzekomo nic do obejrzenia. 

 

Wyjmuje pugilares, rzuca na stół kilka franków. 

Na ulicy słychać nagle zbliżające się kroki, głosy, krzyki, po 

chwili widać kilka szybko przechodzących postaci cywilnych, 

mężczyzn i kobiet, za nimi dwaj żołnierze niemieccy w heł- 

mach, z karabinami w rękach, wrzeszcząc poganiają cywilów 

przed sobą. Na chodniku przed drzwiami staje nagle Gefreł- 

ter z pistoletem automatycznym w rękach, gwałtownie 

otwiera drzwi, wpada z wrzaskiem. 

 

Gefreiter 

Alle raus! Wychodzić! Wszyscy natychmiast wychodzić! 

(dostrzega Oficera, staje na baczność) Verzeihung, Herr 

Major! Nie zauważyłem od razu. Mam polecenie spro- 

wadzić mieszkańców miasteczka na rynek. 

 

Oficer 

 

sucho 

 

Nie interesuje mnie. 

 

Ruth 

 

ożywiona 

background image

 

A mnie interesuje. Gefreiter, niech pan pozwoli tu bliżej. 

Gefreiter podchodzi. 

 

O co tam chodzi? 

 

Gefreiter 

Będą wieszani zakładnicy. Siedmiu. Trzy dni temu w po- 

bliżu miasteczka partyzanci wykoleili pociąg z transportem wojskowym.  

Ludność ma być obecna przy egzekucji. 

Pozwoli mi pan odejść, panie majorze? 

 

 Gefreiter (niem.) — starszy szeregowiec. 

 

 Alle raus' (niem.) — wszyscy precz! 

 

a Verzeihung. Herr Ma.ior (niem.) -  przepraszam panie majorze. 

 

 

Oficer 

zniecierpliwiony 

Róbcie swoje! 

 

Tyłem do izby. wpatruje się w Ruth nieco ironicznie. 

Fanchette za bufetem, oparta o ścianę, nieruchoma, z za- 

mkniętymi oczyma, 

 

background image

Tourterelle stoi niezdecydowany, patrzy na nią z niepo- 

kojem. 

 

Gefreiter 

do nich, ostro, choć nieco skrępowany obecnością niemieckich gości 

Wychodzić! Proszę natychmiast wychodzić! 

 

Fanchette 

 

z zamkniętymi oczyma, dobitnie i na pozór spokojnie 

Nie! Nie! Nie! Nie! 

 

Gefreiter 

 

Proszę się nie opierać! (idzie za bufet) Proszę natychmiast  

wychodzić! 

 

Fanchette 

 

Nie! Nie! 

 

Tourterelle 

za plecami Oficera, do niego i do Ruth 

 

Tam jest jej ojciec, wśród tych siedmiu... straszne nie- 

szczęście, proszę państwa... 

 

background image

Oficer patrzy na niego, rozkłada ręce. 

 

Ruth 

wstaje nagle, pewnym krokiem idzie w głąb 

 

Chwileczkę, Gefreiter. Ja tam pójdę zamiast tej dziew- 

czyny. 

 

Oficer 

wstaje zirytowany 

 

Oszalała pani, Ruth? 

 

Ruth 

stanowczo 

 

Chcę to zobaczyć, majorze. Muszę to zobaczyć. Pójdzie 

pan ze mną? 

 

Oficer 

 

Ależ to jest bez sensu, Ruth! 

 

Ruth 

 

Wobec tego idę sama. Niech pan tylko powie Gefreitero- 

wi, żeby już sobie stąd poszedł. 

background image

 

Gefreiter 

skonsternowany * 

 

Jeśli pan major rozkaże... 

Oficer gestem daje mu znak, żeby zostawił Fanchette 

w spokoju. 

 

Gefreiter 

wypręża się, salutuje, odwraca się do Tourterelle'a 

 

" Los! Los! Niech pan wychodzi!" 

 

Tourterelle wychodzi, za nim Gefreiter. 

Fanchette wciąż nieruchoma, z zamkniętymi oczami. 

Ruth podchodzi do niej, wpatruje się w jej twarz -ze sku- 

pioną uwagą. Fanchette otwiera oczy, patrzą na siebie. 

 

Fanchette 

z wielkim zdziwieniem 

 

Po co pani tam idzie? Dlaczego? 

 

Ruth 

z pozornym spokojem 

 

Tego nie umiem pani powiedzieć. A zresztą, wątpię, czy 

background image

pani by mnie zrozumiała. 

 

 

 Skonsternowany — zakłopotany, zbity z tropu. 

<Los! cniena.) — precz! 

 

Fanchette 

Pani jest złą, okrutną kobietą. 

 

Ruth 

Dlaczego? Nie zrobiłam i nie robię nikomu nic złego. 

 

Fanchette 

z udręką 

 

Proszę, niech pani mnie zostawi... 

 

Oficer 

Ruth! To naprawdę nie ma sensu dłużej! 

 

Ruth 

rozdrażniona 

 

Wszystko jest bez sensu. Wszystko! A pan jest nudny, 

majorze, (do Fanchette) Do widzenia, mademoiselle. 

(odwraca się od niej) Idziemy, jeśli pan chce mi towa- 

rzyszyć. 

background image

 

Wychodzą. 

Fanchette, przez chwile nieruchoma, patrzy za nimi, po 

czym powoli, jakby automatycznie, idzie ku drzwiom, staje 

przed nimi, obu rękami i głową opiera się o szybę, osuwa się 

na ziemię. 

 

KURTYNA 

 

AKT DRUGI 

 

Hallu; willi podmiejskiej profesora Sonnenbrucha 

w Getyndze. W głębi po lewej strome drewniane schody do 

pokoi na piętrze. Obok nich, po prawej stronie, szerokie 

szklane drzwi otwarte na taras, z widokiem na ogród. W le- 

wej bocznej ścianie drzwi do sieni i głównego wyjścia na 

ulicę, obok nich telefon na stoliku. W prawej ścianie drzwi 

do jadalni i dalszych części mieszkania. W zakątku utworzo- 

nym przez wygięcie schodów maly okrągły stolik i lekkie 

fotele typu werandowego. Wzdłuż ścian półki z ceramiką 

ludową. Przy prawej ścianie, pierwszoplanowe, kominek z za- 

palonym kinkietem elektrycznym. 

 

Godzina szósta wieczorem, w ogrodzie zaczyna zmierzchać. 

W głębi, tuż przed otwartymi drzwiami tarasu, Liesel, 

w ciemnej sukni, wciśnięta w głęboki fotel, wpatrzona w ogród, 

tylko nieznacznie widoczna od strony widowni; robi wraże- 

background image

nie, jak by nie istniała dla otoczenia ani otoczenie dla niej. 

Na pierwszym planie, obok kominka Berta (od kilku lat 

unieruchomiona chorobą nóg) siedzi w fotelu na kółkach, 

ubrana w staromodną nieco suknię wieczorową, przegląda 

gazetę, ale widać, że czeka na coś czy na kogoś. 

Na stoliku zastawa do kawy, butelka koniaku, kieliszki i ta- 

lerz z jabłkami. Z drzwi jadalni wchodzi Ruth, w domowej 

sukience, z imbryczkiem w ręce, idzie do stolika, nalewa 

kawę do filiżanki. Tuż za nią wchodzi Sonnenbruch, 

w ciemnym ubraniu, w okularach. 

 

Sonnenbruch 

Dużo, dużo kawy, Ruthl 

 

Ruth 

Tylko jedną filiżankę, papo. Musisz oszczędzać się na 

wieczór. Tak. I jeden kieliszek koniaku. 

Chce nalać. 

 

Sonnenbruch 

wstrzymując, ogląda butelkę 

 

Henessy? A to skąd się tu wzięło? 

 

Ruth 

Mój upominek dla ciebie. Przywiozłam z Francji. 

 

background image

Sonnenbruch 

Przywiozłaś z Francji? (z uprzejmą stanowczością) Bardzo 

ci dziękuję, że pamiętałaś o mnie, ale... zabierz to sobie 

z powrotem. 

 

Ruth 

Dlaczego? Zawsze lubiłeś trochę koniaku do kawy. 

 

Sonnenbruch 

 

Zawsze lubiłem, ale dziś nie chcę. Zapamiętaj to sobie. 

Ruth. Dziś nie chcę niczego stamtąd. 

 

Ruth 

Ależ to dziwactwo, ojcze. Nie rozumiem cię. 

 

Berta opuszcza gazetę, obserwuje ich. 

 

Sonnenbruch 

Przykro mi, że nie rozumiesz. W każdym razie zabierz 

to, a w zamian, jeśli już jesteś tak dobra, przynieś mi 

orzechowego likieru z kredensu. No, idź już, idź z tym, 

moje dziecko. 

 

Ruth wzrusza ramionami, patrzy na Bertę, wychodzi z butelką. 

 

Berta 

background image

 

Mógłbyś mieć więcej delikatności, Walterze. Postępujesz 

czasem jak człowiek bez serca. Biedna Ruth, widziałeś 

chyba, jaką miała nieszczęśliwą minę. 

 

Sonnenbruch 

niegłośno, z tłumioną irytacją 

 

Wiesz dobrze, Berto, że nie chcę mieć z tym wszystkim 

nic wspólnego. Ani z tym, co oni tam robią, ani z tym, 

co oni tu stamtąd przywożą. Nic wspólnego, rozumiesz, Berto? 

 

Berta 

 

Przestań. To, co mówisz, jest obrzydliwe. Jesteś, naj- 

oględniej mówiąc, dziwakiem i pedantem. 

 

Sonnenbruch 

 

Jestem uczciwym Niemcem, Berto. Być może, Rutb nie 

zdaje sobie sprawy z tych rzeczy, miała zapewne naj- 

lepszą intencję, ale w każdym razie zrobiła mi wielką przykrość. 

 

Berta 

 

Dla ciebie przykre jest wszystko to, czym żyje dziś każdy 

prawdziwy Niemiec. Wszystko, w co wierzymy i co ko- 

background image

chamy. Nie, lepiej nie mówmy o tym. Pij swoją kawę, 

Walterze, na pewno już dobrze przestygła. 

Ruth wraca z butelką likieru, w milczeniu napełnia kie- 

liszek. Berta po chwili, spoza gazety 

Pomyśleć, że obchodzisz dziś trzydziestolecie swojej pracy, 

która zdobyła ci uznanie i szacunek całych Niemiec! Mój 

Boże, gdyby ludzie znali twoje myśli! 

 

Sonnenbruch 

Mam je wyłącznie dla siebie, Berto. 

 

Berta 

To całe szczęście. Byłoby jeszcze lepiej, gdybyś nie zwie- 

rzał ich nawet nam, najbliższym. 

 

Sonnenbruch 

 

Robię to bardzo rzadko — i nigdy z wewnętrznej po- 

trzeby. Przyzwyczaiłem się wystarczać- sam sobie. Stać 

mnie na to. 

 

Ruth 

 

Nie podobasz mi się, papo. (całuje go) Jesteś jeszcze wciąż 

czarujący, ale — coraz mniej zadowolony ze świata. 

 

Sonnenbruch 

background image

Cóż, moje dziecko, świat jest coraz mniej czarujący. 

(z naciskiem) Powinnaś o tym wiedzieć lepiej niż ja. Prze- 

cież, poza koniakiem, widujesz jeszcze to i owo we 

Francji czy gdzie indziej. 

 

Ruth 

 

Tylko to, co chcę widzieć, ojcze. Reszta niewiele mnie 

obchodzi, (po chwili, jakby pokonywając coś w sobie) Ach, 

ty nie wiesz, jak teraz można żyć mocno! Jak mocno! 

 

Sonnenbruch 

wpatruje się w nią długo 

Jesteście jak owady, piękne, okrutne owady. 

 

 Ruth 

Śmieje się nerwowo 

Nie mów do mnie w liczbie mnogiej, papo. Żyję i chcę 

żyć wyłącznie na własny rachunek. 

 

Liesel nagle wstała z fotela, podchodzi na środek, patrzy na Ruth. 

 

Ruth spostrzega ją, długo patrzą sobie w oczy. 

Liesel po chwili odwraca się, idzie powoli ku drzwiom jadalni. 

 

Ruth szybko za nią, chwyta ją za rękę. 

Liesell Przepraszam cię! Zapomniałam, że tu jesteś. 

background image

 

Liesel 

Zapominasz nie tylko o tym. 

Odwraca się, wychodzi. 

Chwila milczenia. 

 

Sonnenbruch 

po chwili 

 

Biedna Liesel! Zdaje mi się, że za mało łączymy się z nią 

w jej okropnym stanie. 

 

Ruth odchodzi w głąb, staje w drzwiach tarasu, patrzy w ogród. 

 

Berta 

Cóż my? Sama musi znaleźć w sobie siły. Tysiące nie- 

mieckich kobiet przeżywają dziś to samo. (po chwili) Mnie 

także nie było łatwo pogodzić się ze śmiercią Eryka, 

chociaż padł na polu chwały... 

 

Sonnenbruch 

 

Liesel straciła nie tylko Eryka; dzieci, dom — wszystko! 

Nie wiem, czy zauważyłaś kiedy, jak wyglądają jej oczy? 

Są szalone od nienawiści. 

 

Berta 

background image

To dobrze. Powinna nienawidzić. 

 

Sonnenbruch 

Kogo, jak ci się zdaje? 

 

Berta 

 

Naszych wrogów, oczywiście. Tych, którzy zabili jej męża 

pod Stalingradem, i tamtych, którzy rzucili bomby na jej 

dom i dzieci. 

 

Sonnenbruch 

wstaje gwałtownie, zirytowany, rozgląda się 

 

Tak. No cóż? (patrzy na zegarek) Mamy jeszcze pół godzi- 

ny czasu. Ruth, czy nie przeszłabyś się ze mną do ogrodu? 

 

Antoni 

wchodzi z drzwi głównych, z sieni 

 

Panie profesorze, chciałem przypomnieć, że od godziny 

siedzi u mnie ten Hoppe. Pan profesor obiecał przyjąć go 

na chwilę. 

 

Sonnenbruch 

 

Prawda! Jeszcze ten Hoppe. Dobrze, niech Antoni go poprosi. 

background image

 

Antoni wychodzi. 

 

Ruth 

 

Kto to jest — Hoppe? 

 

Sonnenbruch 

Mój długoletni woźny zakładowy. Teraz, niestety, służy 

innym sprawom. Prowadzi mocne życie, gdzieś na 

wschodzie... 

 

Ruth wzrusza ramionami, chce odejść. 

 

Berta 

trzeba by Ruth, moja 

droga, już zaciemnić i zrobić światło. 

 

Ruth Ściąga grubą, ciemną kotarę w drzwiach tarasu, zapala 

główne światło, po czym odchodzi schodami na górę. 

 

Hoppe 

 

wchodzi prowadząc za rękę trzynastoletniego chłopca 

 

Ja tylko na parę minut... przyszedłem odwiedzić Anto- 

niego, pogadaliśmy sobie godzinkę... ale jeśli pan profesor 

background image

pozwolił... mój Boże! to prawdziwe szczęście znów wi- 

dzieć pana profesora w dobrym zdrowiu... Heinil ukłoń 

się ładnie! (w stronę Berty) Dobry wieczór łaskawej pani. 

 

Sonnenbruch 

Bardzo się cieszę, mój kochany Hoppe, że udało się zdo- 

być dla pana kilka dni urlopu, specjalnie prosiłem o to 

pana rektora. A pański synek, widzę, z roku na rok  

coraz bardziej do pana podobny. To dobrze, porządni lu- 

dzie powinni mieć i dzieci podobne do siebie. 

 

Hoppe 

 

Robi się, co można, panie profesorze. Prawdę mówiąc, 

chciałem tylko uścisnąć pańską rękę. Rozumie się, że bę- 

dę na uroczystości w uniwersytecie, ale na pewno gdzieś 

w ostatnim rzędzie. Takim jak ja trudno tam będzie do- 

stąpić do pana. 

 

Sonnenbruch 

No co, poznajesz go chyba, Berto? Choć zdaje mi się, że 

w tym mundurze wygląda pan daleko gorzej... Co to 

właściwie jest, panie Hoppe: piechota, intendentura? 

 

Hoppe 

Żandarmeria, panie profesorze. 

 

background image

Sonnenbruch 

 

A! Żandarmeria...  (przenikliwie przygląda się Hoppemu, 

po chwili) Dlaczego pan się nie przebrał przychodząc tutaj? 

 

Hoppe 

Przepisy, panie profesorze... 

 

Sonnenbruch 

Przepisy? (kiwa głową, po chwili) Mniejsza z tym zresztą. 

Niechże pan usiądzie. Myślę, że nie pogardzi pan kie- 

liszkiem orzechowego likieru? 

Nalewa. 

 

Berta 

Można zapytać, panie Hoppe, z której strony Europy 

pan przybywa? 

 

Hoppe 

 

To nie jest żadna tajemnica. Ze wschodu, proszę pani, 

z Guberni Generalnej. 

 

Sonnenbruch 

I cóż wy tam robicie, mój Hoppe, w tej Guberni? 

 

Hoppe 

background image

Służbę się robi, panie profesorze, nic ciekawego. Nie warto 

o tym mówić. 

 

Sonnenbruch 

 

 

Porządny człowiek zawsze ma coś do powiedzenia o tym, 

co robi. 

 

Berta 

 

To całkiem proste, Walterze: pracują dla zwycięstwa na- 

szego narodu. 

 

Hoppe 

skwapliwie 

 

Tak! Właśnie tak! 

 

Sonnenbruch 

z naciskiem 

 

Ale ja chciałbym wiedzieć, co pan tam robi naprawdę, 

panie Hoppe — pan osobiście? 

 

Hoppe 

 

background image

po chwili, ciszej, pod przenikliwym wzrokiem Sonnenbrucha. 

 

Jeżeli pan profesor chce wiedzieć prawdę, to powiem, 

że porządni ludzie nie mają tam czego szukać... (coraz 

bardziej zmieszany) Porządni ludzie powinni siedzieć w do- 

mu, przy żonie, przy dzieciach... 

 

Berta 

 

Mnie się zdaje, Walterze, że twoje pytania są trochę nie- 

właściwe. Żona i dzieci, panie Hoppe, nie żyją na księ- 

życu, ich los, ich przyszłość związane są z losami i przy- 

szłością Niemiec. 

 

Hoppe 

stropiony 

To prawda, łaskawa pani, to się rozumie... 

 

Sonnenbruch 

 

W każdym razie, mój drogi Hoppe, spodziewam się, że 

pańskie ręce są zupełnie czyste — o, tak jak moje! 

 

Hoppe 

 

W służbie nigdy nie można wiedzieć, panie profesorze. 

Zwłaszcza tam, na wschodzie. To dziki kraj, okropni ludzie. 

background image

 

Sonnenbruch 

Niechże pan przynajmniej nie mówi tego przy tym małym, 

bo on gotów w to uwierzyć, (ostro) I w ogóle niech pan 

nie mówi głupstw! 

 

Berta 

 

Pan Hoppe dobrze wie, co mówi. Eryk, nim zginął, pisał 

z frontu wschodniego to samo: dziki kraj, okropni ludzie. 

 

Hoppe 

Mój Boże! Nie wiedziałem, że pan Eryk zginął... 

 

Sonnenbruch 

nie odpowiada, po chwili, wskazując chłopca 

 

Ten mały to zdaje się u pana najstarszy? 

 

Hoppe 

Najstarszy. Skończył trzynaście, panie profesorze. 

 

Sonnenbruch 

ironicznie 

 

No, to ma jeszcze trochę czasu. Pan, zdaje się, lubi dzieci, 

 

background image

panie Hoppe? 

 

Hoppe 

jak by coś przełykał 

 

Lubię, panie profesorze... 

 

Sonnenbruch 

Wszyscy lubimy dzieci, ale cóż z tego? Wcale przez to 

nie stajemy się lepsi,   (sięga do talerza z jabłkami, wybie- 

ra jedno) Otóż i coś dla ciebie, mój mały, żebyś się z nami 

nie nudził. 

Hoppe nieruchomieje, obserwując to niemal z przerażeniem. 

 

Heini obraca jabłko w rękach. 

 

Hoppe 

chrapliwie, prawie krzycząc 

 

Podziękuj, Heini! Podziękuj panu profesorowi! 

 

Sonnenbruch 

głaszcząc chłopca 

 

Jedz, jedz na zdrowie. Z jabłek się pięknie wygląda 

i długo żyje. Powinien pan, panie Hoppe, dawać dzieciom 

•dużo jabłek. To zdrowe. Zdrowe i smaczne, prawda, 

background image

chłopcze? 

 

Heini gryząc jabłko potakuje głową. 

Sonnenbruch ze śmiechem, spojrzawszy na Hoppego: 

 

Ale pan, panie Hoppe, ma taką minę, jak by pan nie zga- 

dzał się ze mną. 

 

Hoppe 

również próbuje się uśmiechnąć 

 

Nie, cóż znowu, panie profesorze! Być może, ma się cza- 

sem głupią minę, nie wiadomo z czego. Z głupoty chyba... 

człowiek sam siebie dobrze nie zna...   (podnosi się szybko) 

My chyba już pójdziemy... 

 

Sonnenbruch 

Cóż, nie wyrzucam pana, ale... 

 

Hoppe 

 

Rozumie się, pięć minut dawno minęło. Jeżeli pań profesor 

pozwoli, zajrzę jutro na chwilę do naszego zakładu, po- 

patrzeć chociaż, powąchać powietrza w laboratoriach... 

 

Sonnenbruch 

Zawsze, zawsze czekamy na pana, Hoppe, Niech pan tylko 

background image

skończy jak najprędzej... jak to powiedziałaś, Berto? Aha: 

„pracować dla zwycięstwa naszego narodu"... No więc, do 

zobaczenia. Bądź zdrów, chłopcze. 

 

Hoppe 

Heini, ukłoń się państwu! Uprzejmie żegnam, łaskawa 

pani!   (od progu) Mój Boże! To prawdziwe szczęście, że 

mamy jeszcze takich ludzi jak pan profesor Sonnenbruch! 

 

Wychodzą. 

 

Berta 

 

Bardzo jestem ciekawa, ilu ludzi myśli o tobie tak jak 

ten Hoppe. 

 

Sonnenbruch 

Tak dobrze, chcesz powiedzieć? 

 

Berta 

 

W jego oczach jesteś, zdaje mi się, wcieloną doskonałością. 

 

Sonnenbruch 

 

Nie przesadzajmy. Hoppe nie myśli o mnie ani dobrze, 

ani źle. Po prostu przyzwyczaił się do mnie, to wszystko. 

background image

 

Berta 

A ja nie mogę się przyzwyczaić! Wierz mi, Walterze, 

cierpię fizycznie, słuchając nieraz, jak ty rozmawiasz 

z ludźmi — oczywiście z ludźmi, których uważasz za 

możliwe uszczęśliwiać swoim zaufaniem. Taki Hoppe cho- 

ciażby, zwyczajny, prosty człowiek, na pewno spełnia su- 

miennie swoje obowiązki — a ty? Ty zamiast go umocnić, 

dodać mu otuchy... Czy ty naprawdę nie czujesz żadnej 

wspólnoty z naszym niemieckim losem? 

 

Sonnenbruch 

Naprawdę, Berto, Nie mam nic wspólnego z tym, co ty 

nazywasz „niemieckim losem". Prawdziwe Niemcy, te, 

o których warto myśleć, wierz mi, one są we mnie. 

O, tutaj. 

 

Kładzie rękę na piersi. 

 

Berta 

 

z politowaniem 

 

Ach, ty pięknoduchu! Zawsze byłeś egoistą. 

 

Sonnenbruch 

Zawsze byłem wierny swoim ideałom. Jestem im wierny 

background image

i dzisiaj. To mnie ratuje przed ostatecznym zwątpieniem 

w sens świata, (po chwili) Tak. Tak. Jesteśmy już, moja 

Berto, oboje w tym wieku, że możemy sobie mówić 

prawdę w oczy bez obawy, że to rozbije nasze wspólne 

życie... Otóż... 

 

Berta 

 

Nasze wspólne życie? Był czas, że nie widziałam nic poza 

nim. Ty, dzieci, dom... Ale to było dawno, bardzo dawno... 

 

Sonnenbruch 

 

Masz rację. Dawno rozstaliśmy się z naszym szczęściem... 

bo jednak, przypominam sobie, było w tym domu kiedyś 

coś takiego... Tak, możesz, jeżeli chcesz, mówić o tym 

z politowaniem. Nie tylko zresztą my oboje, ty i ja — 

wszyscy Niemcy rozstali się ze swoim szczęściem, ze 

swoim pięknem i dobrem, weszli na drogę szaleństwa... 

 

Berta 

 

Niemcy walczą o swoje prawo do życia — czy ty jesteś 

głuchy i ślepy, Walterze? 

 

Sonnenbruch 

 

background image

Proszę cię, Berto, nie mów do mnie tym językiem. To 

mogę zawsze przeczytać w gazecie, (po chwili) Powiedz mi, 

czy ty myślisz kiedy o Eryku? 

 

Berta 

 

Myślę codziennie o wszystkich młodych, dzielnych Niem- 

cach, którzy giną o każdej godzinie. Nie, nie buntuję się," 

że mój starszy syn padł między nimi. To mi pozwala bar- 

dziej kochać mój naród i jeszcze bardziej nienawidzić 

jego wrogów, (z nagłym rozdrażnieniem) Gdzie jest Willi? 

Chcę, żeby już był przy mnie!. Dlaczego jeszcze go tu 

nie ma? 

 

Sonnenbruch 

 

staje przy Bercie, kładzie dłoń na jej ramieniu, z głębokim smutkiem 

 

Biedna Berto! Kiedy przed paru laty zaczynała się twoja 

choroba, myślałem, że cierpienie wyleczy cię z szaleń- 

stwa, któremu uległaś jak tysiące, miliony innych. Nie 

przypuszczałem, że znajdziesz w nim dla siebie nowe 

źródło siły. Ale to jest niedobra, złowroga siła. To jest 

siła, która zgubi Niemcy! Zgubi Niemcy! 

 

Na piętrze słychać mocne, sprężyste kroki. 

Willi zbiega po schodach, w mundurze, wyświeżony, w do- 

background image

skonałym samopoczuciu. 

 

Sonnenbruch odstępuje od Berty, zdejmuje okulary, 

przeciera je. 

 

Willi 

 

Jestem, mamo! 

 

Obejmuje Bertę ramieniem, całuje mocno i długo. 

 

Berta 

 

Nareszcie, chłopcze! (nie puszcza jego rąk, wpatruje się 

uszczęśliwiona) Cudownie wyglądasz, ale twój sen zabrał 

nam już pięć godzin z tych trzech dni, na które tyle cze- 

kałam. Czy... czy teraz mamy jeszcze trochę czasu? 

 

Willi 

patrząc na zegarek 

 

Samochody przyjadą za dwadzieścia minut. Jesteś, zdaje 

się, zupełnie gotowa, mamo? Ja, oczywiście, jadę z tobą, 

a Ruth podobno chce zawieźć ojca swoim małym Merce- 

desem. (Śmieje się) Nie wiem tylko, czy to wypada, żeby 

jubilat zajeżdżał takim skromnym wozem? 

 

background image

Sonnenbruch 

Jeżeli o mnie chodzi, mogę pojechać tramwajem. Trzy- 

dzieści lat temu jeździłem tylko tramwajem. Ale mniejsza 

z tym. Muszę raczej uprzedzić cię, Willi, że dzisiejszy 

wieczór będzie nudny. 

 

Willi 

 

Jestem przygotowany na wszystko. Wziąłem cudowną 

kąpiel, czuję się świetnie i mogę słuchać nawet tuzina 

przemawiających profesorów! 

 

Berta 

Ojciec również przygotował mowę. Miejmy nadzieję, że 

(z naciskiem.) wszyscy będziemy mogli oklaskiwać ją 

bez zastrzeżeń... 

 

Sonnenbru ch 

 

Wątpię. Nie powiem prawie nic nowego. Nie, raczej będę 

się powtarzał. Umiem dziś mówić jedynie to samo, co 

mówiłem i myślałem przed trzydziestu laty. 

 

Willi 

ironicznie 

 

Czy w biologii, ojcze, nic się nie zmieniło od trzydziestu 

background image

lat? 

 

Sonnenbruch 

 

Owszem, niejedno. Ale ja nie zamierzam mówić dziś 

o biologii. 

 

Berta 

O czym będziesz mówił? 

 

Sonnenbruch 

 

Nie obawiaj się, Berto. To, co będę mówił, nie dotknie 

nikogo. To po prostu kilka wspomnień o ludziach, z któ- 

rymi pracowałem w ciągu tych trzydziestu lat. Kogóż to 

może dotknąć, powiedz sama? 

 

Willi 

Jednym słowem: mowa sentymentalna? 

 

Sonnenbruch 

 

podchodzi do niego, kładzie mu rękę na ramieniu, patrzy 

w oczy 

 

Mowa o nieposkromionych nadziejach i o znikomości 

faktów — tak chyba, jeśli chcesz wiedzieć, mój synu! 

background image

Odwraca się, wychodzi przez jadalnię. 

 

Willi 

 

patrzy za nim przez chwile, po czym bierze najbliższe krzesło, 

siada tuż przy Bercie, bierze jej ręce w swoje 

 

No, więc mów, mamo, mów! Jak twoje zdrowie? Wyglą- 

dasz trochę gorzej niż pół roku temu... 

 

Berta 

Zdaje ci się. To może przy tej czarnej sukni, 

 

Willi 

I siwych włosów ci przybyło, ho, ho, ho! Ale do twarzy ci 

z nimi! 

 

Berta 

 

Nie pocieszaj mnie. Kobiet młodych i ładnych na pewno 

nie brak koło ciebie, dla nich schowaj komplementy. Nie, 

raczej mów o sobie! Co ty tam robisz teraz w tej 

Norwegii? 

 

Willi 

Śmieje się 

 

background image

Wciąż to samo, chociaż co dzień coś nowego. 

 

Berta 

ciszej, z niepokojem 

 

Ciężko, prawda? 

 

Willi 

 

Nie bój się, sił nam nie braknie. Fuhrer nie zawiedzie 

się na nas. Ani — wy! 

 

Berta 

 

Czasem nie mogę się oprzeć różnym niepokojom, złym 

myślom. Wiem, że to słabość, wstydzę się tego, ale... By- 

wają teraz takie dni, że boję się słuchać komunikatów... 

 

Willi 

nachmurzony 

 

Tak, trochę ciężko. 

 

Berta 

z gniewem 

 

A jego to nic nie obchodzi! 

background image

 

Willi 

 

Kogo, mamo? 

 

Berta 

Ojca, oczywiście! Zapiął się pod szyję, na wszystkie gu- 

ziki, i po prostu nic go nie obchodzi! „Nie przyjmuje do 

wiadomości", rozumiesz? Dawniej nie cieszył się naszymi 

zwycięstwami, także „nie przyjmował ich do wiadomości", 

a teraz... nie, nie, po cóż ja ci mówię o tym wszystkim? 

 

Willi 

ponuro 

Nie mówisz mi nic nowego, mamo. 

 

Berta 

po chwili 

 

Całe szczęście, że przynajmniej jako uczony wypłaca się 

swojemu narodowi. Jeszcze nigdy nie pracował tak dużo 

jak obecnie. Całymi dniami nie wychodzi z laboratorium. 

 

Willi 

 

Nie znam się na tym, ale tu i ówdzie słyszałem, że wy- 

nikami jego badań interesują się bardzo w medycznych 

background image

kołach wojskowych. 

 

Berta 

 

Podobno. Ale zdaje się, że jego i to niewiele obchodzi. 

Nie masz pojęcia, jak mi ciężko z nim teraz żyć pod 

jednym dachem. Nosi na sobie jakiś niewidzialny pan- 

cerz, skorupę, przez którą nie przenika nikt i nic. Sam 

też niewiele się odzywa, ale to nawet lepiej...   (ciszej) 

Obawiam się, żeby nie zrobił dzisiaj jakiego skandalu. 

 

Willi 

Bądź spokojna. Nie odważy się. Może nie wypada mówić 

tak o własnym ojcu, ale, wierz mi, ja się znam na tym: 

to jest tchórz. 

 

Berta 

 

 Pedant i dziwak. Wyobraź sobie, twierdzi, że prawdziwe 

Niemcy — to właśnie on! Jeżeli powie dziś publicznie 

coś takiego, ze wstydu chyba zapadnę się pod ziemię, 

Bądź co bądź nosimy przecież jego nazwisko — i ja, i ty. 

 

Willi 

z nonszalancją 

 

Co do mnie, mamo, robię wszystko, żeby nazwisko Son- 

background image

nenbruch wywierało na ludziach właściwe i mocne wra- 

żenie. Są tacy, którzy drżą, gdy je usłyszą. 

 

Berta 

niepewnie 

 

Nie wierzę ci. Masz takie jasne, czyste oczy. Ciebie można 

tylko kochać, chłopcze! 

 

Willi 

 

Są i tacy, co kochają. Ale dla mnie ważna jest tylko 

twoja miłość, mamo. Wszystkie inne znudzą się wcześniej 

czy później. 

 

Berta 

 

Nie, to ty! ty jesteś dla mnie wszystkim! Odkąd choroba 

przykuła mnie do tego krzesła, żyję tylko myślami o to- 

bie. O twoim silnym, zdrowym ciele, o twojej dzielnej, 

śmiałej duszy. Nie zniosłabym mojego kalectwa, mojego 

niedołęstwa, gdyby nie twój obraz w oczach. 

 

Willi 

 

Nie cierpię tego twojego krzesła, (z egzaltacją) Gdybym 

mógł być wciąż przy tobie, nosiłbym cię na rękach! 

background image

 

Berta 

 

Tak rzadko teraz przyjeżdżasz! Wiem, że jesteś tam po- 

trzebny, godzę się z tym, ale coraz bardziej brakuje mi 

twojego głosu, twojej ręki... Ostatecznie, mogliby już 

przenieść cię gdzieś bliżej, do Belgii na przykład albo do 

Holandii. 

 

Willi 

 

Wszędzie dziś dla nas roboty po łokcie, mamo. 

 

Berta 

głaszcząc mu ręce 

 

Tak bym chciała widzieć cię kiedy przy twojej pracy... 

Willi 

 

To znacznie mniej ciekawe, niż ci się wydaje. Często aż 

nudne. Ludzie, którymi się zajmujemy, nie są zbyt po- 

mysłowi: myślą i robią wszyscy mniej więcej to samo. 

(z nagłym ożywieniem sięgając do kieszeni)  Ale czekaj! Za- 

gadałaś mnie i zupełnie zapomniałem... (wyjmuje pude- 

łeczko. otwiera) Przywiozłem ci śliczną drobnostkę, mam 

wrażenie, że dobrze się nada na dzisiejszy wieczór, do 

tej sukni... (prezentując naszyjnik) Popatrz, jakie to piękne. 

background image

 

Berta 

 

Bardzo! bardzo! Jaki wytworny i delikatny rysunek! Na 

pewno odpowiednio kosztowne, co? 

 

Willi 

 

To nieważne. Cieszę się, że ci się podoba. Czekaj, zawieszę ci. 

 

Berta 

Muszę cię skarcić: rujnujesz się dla starej kobiety! 

 

Willi 

 

Ależ kupiłem to wyjątkowo okazyjnie. Po prostu za bez- 

cen. (zapiął naszyjnik) No, wspaniale! Właśnie tego brako- 

wało do tej sukni i do twoich siwych włosów. Poprzednia 

właścicielka także miała siwe włosy. 

Berta 

 

Kto to taki? 

 

Willi 

 

Jak by ci to powiedzieć? Matka. Nie umiem tego inaczej 

określić. Po prostu: matka, (poufnie) Powiedziała mi, że 

background image

to talizman przynoszący szczęście i że należy go zakładać 

w chwilach szczególnie wyjątkowych. No, więc dziś właśnie 

mamy chwilę szczególnie wyjątkową: jubileusz profesora 

Sonnenbrucha. 

 

Berta 

Proszę cię, Willi, zawieź mnie do mojego pokoju, muszę 

zobaczyć to w lustrze. Mamy jeszcze trochę czasu, prawda? 

 

Willi 

Co najmniej piętnaście minut. 

 

Berta 

No, więc jedźmy. 

 

Willi wytacza wózek w drzwi jadalni. 

 

A co do chwili wyjątkowej, to przyznam ci się, że chcia- 

łabym już mieć dzisiejszy wieczór poza sobą... 

 

.Przez chwilę scena pusta. 

 

Sonnenbruch wchodzi po chwili z notatkami w ręce, 

zaczyna się przechadzać, rozmyśla, od czasu do czasu spojrze- 

nie do notatek. 

 

Ruth 

background image

 

wychodzi ze swego pokoju, przebrana na wieczór, przez chwilę 

stoi na schodach obserwując Sonnenbrucha, po czym 

zstępując na dół mówi żartobliwie 

 

Szkoda, że pogardziłeś moim koniakiem, papo. W miarę 

użyty, pomaga widzieć myśli. Ale to nic. Jestem pewna, 

że i tak twoja dzisiejsza mowa będzie doskonała. 

 

Sonnenbruch 

chowa notatki 

 

Chcę jedynie, moje dziecko, żeby była zgodna z treścią 

tych trzydziestu lat, które zamykam dzisiejszym wieczorem. 

 

Ruth przekręca kontakt redukując główne światło. 

 

Choć, prawdę mówiąc, sam się teraz trochę dziwię, że 

przystałem na ten jubileusz. Ostatecznie, można było 

jeszcze cokolwiek poczekać... (po chwili) Tak, moje dziecko, 

zupełnie inaczej wyobrażałem sobie tę chwilę. Widziałem 

ją wypełnioną postaciami wielu ludzi, których już nie 

ma, głosami moich przyjaciół zagranicznych... Niestety, 

żadnego z nich dzisiaj nie będzie... 

 

Ruth 

 

background image

To, zdaje się, trochę twoja wina, ojcze. Sam pozrywałeś 

kontakty. O ile wiem, otrzymujesz i teraz różne zapro- 

szenia, z Paryża, Brukseli, Zurychu... ale nie słychać ja- 

koś, żebyś z nich korzystał... dawno nie byłeś nigdzie za 

granicą... 

 

Sonnenbruch 

To prawda. Od czterech lat ja, Europejczyk, nie bywam 

w Europie. Ja, Niemiec, nie chcę bywać w niemieckiej 

Europie. Tak, nie korzystam z zaproszeń moich zagra- 

nicznych przyjaciół i kolegów. A wiesz dlaczego? Bo nie 

umiałbym dzisiaj spojrzeć im w oczy — ja, uczciwy Niemiec! 

 

Ruth 

 

W takim razie — wyobrażam sobie, co sądzisz o mnie! 

Bo ja bywam. Dużo bywam w niemieckiej Europie. I nie 

czuję z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. 

 

Sonnenbruch 

Cóż ty, moje dziecko? Ty wszystko bierzesz inaczej. Po 

prostu: jako artystka korzystasz z niemieckiego sezonu 

w Europie. Z dwojga złego lepsze już to niż czarny mun- 

dur twojego brata, Untersturmfuhrera Sonnenbrucha. 

(odwraca twarz, po chwili) Tak, Untersturmfuhrer Sonnen- 

bruch to największa hańba mego życia. 

 

background image

Ruth 

Takich jak Willi są tysiące. Wychowano ich. Myślę, że 

byłeś bezsilny. Pamiętam dobrze, kiedy musiał wstąpić 

do Hitlerjugend ... 

 

Sonnenbruch 

przerywa 

 

Widocznie przedtem dałem mu z siebie za mało! 

 

» Hitlerjugend(niem.) — hitlerowska organizacja młodzieży męskiej 

 

Ruth 

 

żartobliwie 

Ja także niewiele mam po tobie. Mimo to nie uważam, że- 

bym szczególnie krzywdziła twoje nazwisko, (z uporem, 

jakby przekonywała samą siebie) Tak. Tak. Nie mam sobie 

nic do zarzucenia. 

 

Sonnenbruch 

biorąc ją za rękę patrzy głęboko w oczy 

 

Czy jesteś tego zupełnie pewna, moja córko? 

 

Ruth 

z nerwowym śmiechem 

background image

 

Przemawiasz do mnie jak pastor. A ja już dawno wy- 

zwoliłam się z tego zakresu pojęć. Mam swoją własną 

moralność, wyłącznie na swój użytek. (z aluzją) „Stać mnie na to!" 

 

Sonnenbruch patrzy na nią zmieszany. 

Przepraszam cię, że powtórzyłam twoje własne słowa. 

Jak widzisz, mimo wszystko jesteśmy oboje bardziej, do 

siebie podobni, niż się na pozór wydaje. Ty, odwrócony 

plecami do życia, do wszystkiego, co cię otacza — i ja, 

co chcę tylko „mocno żyć". 

 

Chwila milczenia, patrzą sobie głęboko w oczy. 

Kotara w drzwiach tarasu rozchyla się nieznacznie, staje 

w niej Joachim Peters; twarz wynędzniała, dawno nie 

golona, oczy gorączkowo błyszczące, odzież i nakrycie głowy 

typu przedmiejskiego, zmięte i powalane gliną; Sonnen- 

bruch i Ruth usłyszawszy szelest odwracają się, patrzą zdumieni. 

 

Sonnenbruch 

 

Kto pan jest? Czego pan... 

 

Ruth idzie do kontaktu, zapala główne światło. 

 

Joachim 

szeptem 

background image

 

Nie poznaje pan, profesorze? 

 

Robi parę kroków, widać, że utyka na nogę. 

 

Sonnenbruch 

Nie. Nie znam pana. 

 

Joachim 

Peters... Joachim Peters... 

 

Ruth wydaje cichy, zdławiony okrzyk. 

 

Sonnenbruch 

bliżej, wpatruje się 

 

Joachim... Peters? (wzburzony, chwyta go za rękę) Jak to? 

Przecież pan... od czterech lat... 

 

Joachim 

 

Już nie. Od czterech dni już nie. 

 

Ruth biegnie do stolika, nalewa kawy do filiżanki, daje 

Joachimowi, który łapczywie wypija. 

 

Sonnenbruch 

background image

podsuwa fotel 

 

Niechże pan siada, Joachimie. 

 

Joachim opada w fotel, przymyka oczy. 

Sonnenbruch, schylony nad nim 

 

Chce pan powiedzieć, że... uciekł pan stamtąd? Z obozu? 

 

Joachim 

nie otwierając oczu 

 

Cztery dni temu... (nagle prostuje się, rozgląda naokoło) Nie 

wiem, czy dobrze zrobiłem przychodząc tutaj... jeżeli nie, 

to proszę powiedzieć otwarcie... ja zaraz pójdę dalej... 

odpocznę chwilę i pójdę... 

 

Ruth 

spokojnie, prawie chłodno 

 

Dokąd pan chce pójść, Joachimie? 

Joachim jak by dopiero teraz ją spostrzegł, wpatruje się 

długo, nie odpowiada. 

Lie sel wchodzi z drzwi jadalni, staje, przygląda się. 

 

Sonnenbruch 

nieśmiało, w zakłopotaniu 

background image

 

A ja dzisiaj, widzi pan, obchodzę swój jubileusz... 

 

Joachim 

 

jak by nie rozumiał mechanicznie 

A, jubileusz... 

 

Ruth 

spostrzega Liesel 

 

Liesel, w kredensie stoi butelka koniaku, bądź tak dobra, 

przynieś ją tutaj. 

 

Liesel jak automat wychodzi do jadalni. 

 

Sonnenbruch 

półgłosem 

 

Czy pan jest ranny, Joachimie? Zdawało mi się, że utyka 

pan na nogę... 

 

Joachim 

Zwichnąłem wczoraj stopę skacząc przez mur... Noco- 

wałem na cmentarzu, w Walldorf... 

 

Ruth 

background image

rzeczowo 

 

Będzie pan dziś nocował znacznie wygodniej. 

 

Sonnenbruch 

patrzy na nią przenikliwie 

 

Co chcesz przez to powiedzieć, Ruth? 

Liesel wraca z butelką i kieliszkiem, podaje Ruth, staje 

nieruchomo z boku, patrząc uporczywie. 

 

Ruth 

nalewa, podaje Joachimowi 

 

Proszę, to pana wzmocni. 

 

Sonnenbruch 

podchodzi do Liesel, półgłosem 

 

Niespodziewany wypadek. Ale nic poważnego. 

 

Liesel 

bezbarwnie 

 

Kto to jest? 

 

Sonnenbruch 

background image

Człowiek potrzebujący pomocy... 

 

Liesel 

Widzę. Ale kto to jest? 

 

Sonnenbruch 

Przechodzień. Zasłabł na ulicy i Antoni przyprowadził go 

tutaj. A tymczasem... (urywa, nadsłuchuje) Ruth! Zdaje się, 

że zajechały samochody. 

 

Ruth 

 

Samochody? Ja jestem gotowa. Mogłabyś, Liesel, zająć 

już miejsce, za parę minut pojedziemy. 

 

Liesel 

 

Dobrze, a „człowiek potrzebujący pomocy"  co z nim 

zrobicie? 

 

Joachim 

skupiając resztę sił 

 

Jeżeli państwo muszą jechać, proszę się o mnie nie 

troszczyć. Mogę już iść, czuję się znacznie lepiej... Niech 

państwo o mnie nie myślą... 

 

background image

Sonnenbruch 

unikając wzroku Joachima 

 

To chwała Bogu, że już lepiej. Ma pan tutaj... 

Sięga do kieszeni, wyjmuje notatki, patrzy na nie zmieszany, 

wkłada z powrotem, wyjmuje portfel. 

 

Ruth 

zdumiona 

Co ty, ojcze? 

 

Sonnenbruch 

gwałtownie, chwytając Joachima za ramie: 

 

Niech pan stąd idzie, błagam pana! Niech pan stąd idzie 

natychmiast, jak najprędzej! (szuka w portfelu)   Proszę, 

proszę tu parę marek... 

 

Ruth 

ostro 

 

Ojcze! 

 

Sonnenbruch 

Niech pan słucha tylko mnie, Joachimie! tylko mnie! na 

miłość boską! 

 

background image

Ogląda się, patrzy w drzwi jadalni. 

 

Joachim z najwyższym wysiłkiem dźwiga się, z fotela, nie 

patrzy na nikogo, na twarzy nieznaczny, bolesny uśmiech. 

 

Ruth 

spokojnie, stanowczo 

 

Proszę siadać. Nigdzie pan nie pójdzie. 

 

Liesel obserwuje z kamienną twarzą. 

 

W drzwiach jadalni ukazuje się wózek z Bertą, wtaczany 

przez Willego, Oboje patrzą zdumieni. 

 

Berta 

Co tu Się dzieje, Walterze? Kto to jest? 

 

Liesel 

staje przy Willim, szyderczo 

„Przechodzień. Zasłabł na ulicy..." 

Willi podchodzi do Joachima, przygląda się, nagłym 

 

ruchem zrywa mu czapkę, obnażając ogoloną głowę, rzuca 

czapkę na podłogę, chwyta w przegubie rękę Joachima, 

odsuwa rękaw, znajduje numer obozowy, patrzy kolejno po 

wszystkich twarzach. 

background image

 

Willi 

drwiąco 

 

„Przechodzień. Zasłabł na ulicy..." 

Wybucha śmiechem. Sonnenbruch kładzie mu rękę na 

ramieniu. Willi ucinając śmiech: 

 

No co? Cóż tak stoicie wszyscy? Nie wiecie, co trzeba 

zrobić? 

 

Sonnenbruch 

Nie poznajesz go, Willi?   (do Berty, która •podjechała ku 

nim) To jest Joachim... Joachim Peters, Berto,.. 

 

Berta 

zimno 

Peters? Nie przypominam sobie. 

 

Sonnenbruch 

Mój uczeń i były asystent — nie pamiętacie? Bywał kie- 

dyś często w naszym domu, sześć, osiem lat temu... 

 

Willi 

rozkraczony przed Joachimem 

 

A! Joachim Peters! Patrzcie, patrzcie! Przepraszam, że 

background image

nie poznałem od razu. Zmienił się pan trochę od tamtych 

lat... tak, był pan wtedy miłym chłopcem, pamiętam na- 

wet, że grywał pan nieźle w piłkę ręczną... 

 

Berta 

Jeżeli to jest pan Peters, to bardzo nam przykro, Wal- 

terze, ale... sprawa jest zupełnie jasna, a my przecież 

musimy już jechać. 

 

Willi 

 

Oczywiście. Siódma za dziesięć. No więc, nie ma się nad 

czym zastanawiać. „Jeżeli to jest pan Peters, to bardzo 

nam przykro, ale..." 

 

Idzie do telefonu, podnosi słuchawkę, szybko kartkuje książkę 

telefoniczną. 

 

Wszyscy patrzą za nim w napięciu, z wyjątkiem Sonnenbrucha, 

 który odchodzi na bok, w stronę kominka, nieruchomieje tam. 

 

Ruth 

 

szybko idzie za Willim, staje przed nim 

Co ty chcesz zrobić, Willi? 

 

Willi 

background image

Jak to, co? Zawiadamiam policję. 

 

Ruth 

ze spokojną stanowczością 

 

Zostaw. Nie zrobisz tego. 

 

Willi odwraca się od niej, nakręca numer. Ruth wyrywa 

mu słuchawkę, odrzuca ją na oślep strącając cały aparat na 

podłogę. 

 

Willi 

rzuca się ku niej, wściekły 

Co ty, oszalałaś? 

 

Ruth 

 

z całej siły uderza go w twarz 

Masz! I uspokój się, ty głupcze! 

 

Willi patrzy na nią oszołomiony. 

 

Ruth bierze go za rękę, prowadzi do wózka Berty, zo- 

stawia tam, odstępuje, patrzy po wszystkich. 

No co, cóż tak stoicie? czas jechać! 

 

Berta 

background image

Ależ, Ruth! Co ty sobie myślisz? Walterze! Co ona robi? 

 

Co to wszystko znaczy? 

 

Sonnenbruch nie drgnol, przez caly czas nie patrzy na 

nikogo. 

 

Ruth 

do Joachima 

 

Pan tu zostanie. No, niech pan siada.(popycha go lekko  

na fotel) Zaczeka pan, aż wrócimy. 

 

Antoni 

staje w drzwiach wejściowych 

Proszą państwa, samochody czekają. 

 

Liesel 

głosem jakby sennym 

Chodźmy. 

 

Nie patrząc na nikogo idzie ku drzwiom, wychodzi. 

Willi wybucha głupim śmiechem. 

 

Berta 

 

Willi! Przecież to jakaś okropna historia! Co tu się dzie- 

background image

je? 

 

Willi 

wśród Śmiechu 

 

Ależ tak! Ruth ma rację, mamo. Pan Peters zaczeka na 

nas. (popycha wózek Berty ku drzwiom, przed progiem 

zatrzymuje się, do Antoniego) Antoni tu usiądzie i bę- 

dzie pilnował pana Petersa, żeby mu się nie stało co 

złego, (sięga do futerału, wyjmuje pistolet) Antoni umie się 

z tym obchodzić? 

 

Antoni 

Potrafię, panie Untersturmfuhrerl 

 

Willi 

 

No, to pożyczam Antoniemu. Nabity!  (odwraca się)  Do    

widzenia, Joachimie Peters. Ma pan co najmniej trzy     

godziny czasu na przespanie się. W pańskiej sytuacji to 

dużo warte. 

 

Wychodzi wytaczając wózek, 

 

Ruth 

 

podchodzi do Sonnenbrucha, kładzie mu rękę na ra- 

background image

mieniu 

 

Idziemy, ojcze. 

 

Sonnenbruch patrzy na nią jakby zbudzony ze snu, kiwa 

głową, podchodzi do Joachima, staje przed nim. 

 

Sonnenbruch 

 

Idziemy, Joachimie... 

Jak by chciał jeszcze coś powiedzieć, robi nieokreślony ruch 

ręką, odwraca się, rusza powoli ku drzwiom, wychodzi. 

Ruth przekręca kontakt głównego światła, wychodzi. 

Scena tylko w świetle kinkietu stojącego na kominku. Joa- 

chim z głową opartą o poręcz przymyka oczy. Antoni 

z pistoletem w ręce siada na jednym z krzeseł, uważnie przy- 

gląda się Joachimowi. 

 

KURTYNA 

 

Akt Trzeci 

 

Przed podniesieniem kurtyny oddalone wycie syren: alarm 

lotniczy. Na scenie: sytuacja jak w finale aktu drugiego. 

Joachim z przymkniętymi oczyma w fotelu. Antoni, 

z pistoletem, na swoim krześle zdradza pewien niepokój, wy- 

cie syren denerwuje go. 

background image

 

Z ulicy słychać stłumiony zgrzyt podjeżdżającego samochodu, 

po chwili stuknięcie drzwi wejściowych, kroki w sieni. 

Joachim otwiera oczy, czeka w napięciu. 

 

Ruth 

wchodzi, do Antoniego 

Wszystko w porządku? 

 

Antoni 

 

W porządku, panno Ruth. Tylko że przed chwilą te sy- 

reny, nie wiedziałem, jak się zachować... 

 

Ruth 

śmieje się 

 

Do schronu, oczywiście, niech Antoni zaraz idzie do schro- 

nu. Ja tu zastąpię Antoniego. 

 

Antoni 

kładąc pistolet na stole 

 

To zostawiam, proszę oddać panu Untersturmfuhrerowi, 

jak wróci,   (szybko idzie do drzwi, od progu)   A pani do 

schronu — nie? 

 

background image

Ruth 

zniecierpliwiona 

Nie. 

 

Antoni wychodzi. 

Ruth staje przy Joachimie, przygląda mu się. 

 

Joachim 

szeptem 

 

Pani — sama? 

 

Ruth 

W tej chwili sama. Ale tamci mogą wnet nadjechać. 

 

Joachim 

A profesor? Gdzie jest profesor? 

 

Ruth 

 

Tamci to również mój ojciec. Było coś w rodzaju małego 

bankietu. Zostawiłam ich przy kawie. Musimy porozma- 

wiać, zastanowić się — co dalej? Na razie dam panu coś 

do zjedzenia. 

 

Jdzie ku drzwiom jadalni. 

 

background image

Joachim 

Niech pani nie odchodzi... 

 

Ruth 

 

Zaraz wrócę. 

 

Wychodzi, po chwili przynosi talerz z tartinkami, daje Joa- 

chimowi. 

 

Joachim 

Dziękuję, (jedząc, jakby do własnych myśli) Liczyłem głównie na profesora... 

 

Ruth 

siadając 

Nie rozumiem. 

 

Joachim 

Mówię, że jeśli zdecydowałem się przyjść tutaj, to głównie 

z myślą o profesorze. Ale niech pani nie sądzi, że to by- 

ła łatwa decyzja. 

 

Ruth 

 

Sądzę, że nie miał pan dużego wyboru. 

 

Joachim 

background image

 

Dotąd, przez cztery dni, obywałem się jakoś bez ludzkiej 

pomocy, ale w końcu... 

 

Ruth 

W końcu pomyślał pan o starych znajomych! 

 

Joachim 

O profesorze Sonnenbruchu, mówiąc ściśle. Wiedziałem, 

że w tych stronach, jeśli kto może mi pomóc, to tylko on, 

on jeden. Mimo różnicy wieku mam prawo nazywać go 

moim przyjacielem. 

 

Ruth 

W ciągu ostatnich lat często wspominał o panu... 

 

Joachim 

 

A widzi pani! (po chwili) Mój obóz znajduje się w odległości kilku 

 kilometrów stąd na południe, a ja chcę dostać się na 

północ, do Hanoweru. Mam tam przyjaciół, towarzyszy- 

to znaczy miałem... I właśnie okrążając Getyngę przy- 

pomniałem sobie profesora Sonnenbrucha. 

Ruth 

 

 

Trudno. Stało się. 

background image

Joachim 

z uśmiechem 

 

Co się stało? 

 

Ruth 

 

To, że pan tutaj siedzi, w naszym domu, a ja muszę za- 

stanawiać się, co z panem zrobić. 

 

Joachim 

 

z tajonym wzruszeniem 

 

Już pani dużo zrobiła! (po chwili, z nagłą czujnością) Ale 

która to godzina? 

 

Ruth 

 

Po dziesiątej. 

 

Joachim 

 

Sądzę, że nie mamy już zbyt dużo czasu. 

 

Ruth 

 

background image

Zapewne. Wprawdzie ten alarm — słyszał pan pewnie 

syreny? — to szczęśliwy zbieg okoliczności. Przed odwo- 

łaniem go nikt się tu chyba nie zjawi, ale... przepraszam, 

zdaje mi się, że pan chce o coś zapytać? 

 

Joachim 

 

Tak. Chciałbym się upewnić... bo nie wiem, czy coś ta- 

kiego było tu powiedziane, czy może mi się to przyśniło? 

(z napięciem i jakby wzruszeniem) Profesor Sonnenbruch 

obchodzi dziś swój jubileusz — czy tak? 

 

Ruth 

 

Właśnie wróciłam z tej uroczystości. Niestety, nie wypadła 

 zbyt wspaniale. Co prawda, należało się tego spodziewać... 

 

Joachim 

wciąż z napięciem 

 

Czy... profesor przemawiał? 

 

Ruth 

 

Owszem, przemawiał. Ale odniosłam wrażenie, jak by mó- 

wił nie to, co zamierzał. 

 

background image

Joachim 

Profesor Sonnenbruch był zawsze dobrym mówcą... 

 

Ruth 

 

Podobno. Dziś jednak wypadło to tak, jak by mu się 

w ostatniej chwili rozsypało wszystko, co chciał powiedzieć. 

Joachim 

zamyślony 

 

Tak, rozumiem. 

 

 

Ruth 

trochę ironicznie 

 

Powinien pan to rozumieć. Bo oczywiście to przez pana. 

Rzadko się zdarza, żeby ktoś komuś złożył wizytę w chwili 

bardziej nieodpowiedniej, niż pan to zrobił dziś mojemu 

ojcu. 

 

Joachim 

 

Człowiek grający o życie prawie zawsze przychodzi nie 

w porę. Ale... pani wie, jakie stosunki łączyły mnie kie- 

dyś z jej ojcem. Mieliśmy wspólny język we wszystkich 

niemal sprawach. Wspólnie marzyliśmy o wszystkim, co 

background image

nam się wydawało nadzieją ludzkości, (po chwili) Tak. 

Ale potem przyszło to wszystko ... Poszedłem kilka 

kroków dalej, a raczej zanurzyłem się głębiej... Straci- 

łem z oczu pani ojca albo, mówiąc ściślej, on musiał mnie 

stracić z oczu... 

 

Ruth 

 

Mogę pana zapewnić, że ojciec mój nie zmienił się w cią- 

gu tych lat, jest dzisiaj taki sam, jak był wówczas, kie- 

dy byliście razem... 

 

Joachim 

z radosnym wzruszeniem 

 

Więc taki sam! Nic się nie zmienił! (po chwili) A jednak 

przed paru godzinami zachował się nieco inaczej, niż so- 

bie wyobrażałem... 

 

Ruth 

Nie był sam, niech pan to bierze pod uwagę. 

 

Joachim 

 

Tak, oczywiście, (po chwili) Jednak to dziwne, mimo wszy- 

stko. Właściwie, gdyby nie pani... gdyby nie pani zuch- 

walstwo, byłbym w tej chwili zupełnie gdzie indziej... 

background image

 

Ruth 

 

Niech pan tylko nie próbuje dociekać, dlaczego to zrobi- 

łam. Sama nie wiem, co to właściwie było. 

 

Joachim 

z przykrością 

 

Dlaczego pani to mówi? 

 

Ruth 

 

Bo chcę być z panem zupełnie szczera. Mógłby pan jesz- 

cze pomyśleć, że, na przykład, robię to z politycznej sym- 

patii dla pana, że chcę pomóc człowiekowi walczącemu 

z reżimem Hitlera, antyfaszyście czy jak tam wy się na- 

zywacie. Nie, proszę pana, nic a nic nie znam się na tych 

sprawach... 

 

Joachim 

 

Cóż za okrutna szczerość! Ale wobec tego i ja będę szcze- 

ry. Nie wiem, czy pani zdaje sobie sprawę z tego, na co 

pani się naraża udzielając mi pomocy. Myślę, że jest po- 

niekąd moim obowiązkiem zwrócić pani na to uwagę... 

 

background image

Ruth 

drwiąco 

 

Dziękuję. 

 

Joachim 

kończąc 

 

...choć w mojej sytuacji jest mi zupełnie wszystko jedno, 

kto i dlaczego chce mi udzielić pomocy. 

 

Ruth 

 

Czyli jesteśmy w porządku. Mnie nic nie obchodzą pań- 

skie sprawy, a pana moje. Sytuacja zupełnie jasna. 

 

Joachim 

 

Tak. Chodzi tylko o jedno, o drobiazg: trzeba ją jakoś 

rozwiązać. Tak jak w tej chwili nie możemy zostawać zbyt 

długo. 

Ruth drgneła, zwraca twarz ku drzwiom tarasu, nadsłuchuje. 

 

Joachim 

 

czyni za nią to samo, po chwili, szeptem 

Samoloty. 

background image

 

Ruth wstaje, idzie do kominka, gasi kinkiet, podchodzi do 

drzwi tarasu, ściąga kotarę, staje w progu; niezbyt ciemna, 

gwiaździsta noc, słychać wysokie, jednostajne dudnienie wielu 

motorów. 

 

Joachim podnosi się, utykając robi dwa, trzy kroki w stro- 

nę tarasu, staje nieruchomo. 

 

Ruth 

szeptem 

 

Pana przyjaciele, sprzymierzeńcy czy jak tam?  (podcho- 

dzi do Joachima, staje tuż przed nim) Proszę powiedzieć 

szczerze, co pan czuje w tej chwili? Radość? Siłę? Czy 

tak? 

 

Joachim 

spokojnie 

 

Nienawiść. 

 

Ruth 

Do kogo? 

 

Joachim 

 

background image

Do tych, z którymi walczą tacy jak ja. Nie, nie tylko tu 

u nas, w Niemczech, (wskazuje ręką) Także tam, skąd oni 

lecą. (po chwili.) Churchii wysyła bombowce na Niemcy 

Hitlera, ale to nie jest przyjaciel wolności. 

Długie milczenie, stoją naprzeciw siebie nieruchomo, w cie- 

mności przenikają się oczyma; dudnienie motorów oddala się, 

coraz cichsze, zanika zupełnie. 

 

Ruth 

 

Jak cicho! Ludzie wymyślili nowy rodzaj ciszy: tej 

w czasie alarmu lotniczego, (po chwili jakby sennym gło- 

sem) Prócz nas dwojga nie ma w tej chwili nikogo na 

świecie... czy pan czuje, jak bardzo jesteśmy sami, my 

dwoje? 

 

Joachim 

 

Nie boi się pani? 

 

Ruth 

 

Kogo? 

 

Joachim 

 

Mnie. Ze mną chodzą moi nie odstępni towarzysze: cier- 

background image

pienie, śmierć. 

 

Ruth 

 

zamiast odpowiedzi energicznie zaciąga kotarę, idzie do kin- 

kietu, zapala 

 

Niechże pan siada. Trzeba oszczędzać tę nogę. 

 

Joachim 

Wraca na fotel. 

Już trochę lepsza. 

 

Ruth 

siada na krześle obok Joachima 

 

• Musimy wreszcie coś wymyślić... 

 

Joachim 

Wspomniałem już o Hanowerze. Myślę, że niektórych 

z moich tamtejszych przyjaciół można by jeszcze odna- 

leźć. To miałoby dla mnie decydujące znaczenie. 

 

Ruth 

 

Na razie jednak chodzi głównie o to, żeby pana gdzieś 

przechować. W tym stanie — wątpię, żeby pan zdołał na 

background image

własną rękę przedostać się stąd do Hanoweru. Otóż w tym 

domu, jak pan wie... 

 

Joachim 

Wiem, pani brat, niestety... 

 

Ruth 

 

Willi jest na trzydniowym urlopie, dzisiaj przyjechał. 

Tak, tu pan zostać nie może... 

 

Joachim 

Zdaje mi się, że przede wszystkim ojciec pani miałby tu 

coś do powiedzenia... 

 

Ruth 

z nagłym rozdrażnieniem 

 

Wyznam panu otwarcie, że chciałabym ojcu oszczędzić 

konieczności decydowania w tej sprawie... (z nagłą  

siłą) Pamięta pan jezioro Hellsee, osiem kilometrów stąd? 

Od paru lat jest tam kolonia domków campingowych, 

w lesie, tuż nad plażą. Jeden z nich należy do nas. Teraz, 

po sezonie, rzadko kto tam bywa, chyba w niedzielę. Tak, 

to jedyne miejsce, gdzie mógłby pan przez kilka dni czuć 

się prawie zupełnie bezpiecznie. 

 

background image

Joachim 

Wierzę pani. Tylko jak się tam dostać? 

 

Ruth 

 

Przed domem stoi mój Mercedes, Za dziesięć minut mo- 

żemy być na miejscu. 

 

Joachim 

 

Chciałaby pani, żebyśmy pojechali teraz, w czasie alar- 

mu? 

 

Ruth 

 

Teraz właśnie najdogodniej. Jesteśmy tu prawie za mia- 

stem, a na szosie nikt nas nie zaczepi. Zdaje się, że nie 

wymyślimy nic lepszego, (wstaje) Tak. Zaraz pojedziemy. 

A jutro odwiedzę pana i pomówimy dokładniej — o Ha- 

nowerze! 

 

Joachim 

 

wstaje 

Nie wiem, jak pani mam dziękować. 

 

Ruth 

background image

 

Niech pan to schowa na później. Na tym, co teraz zrobi- 

my, wcale jeszcze nie kończy się pańska gra o życie. 

 

Joachim« 

 

Pani zaczyna brać w niej udział, przypominam pani! 

Proszę się jeszcze zastanowić, (nagle, dławiony głębokim 

wzruszeniem) Proszę powiedzieć: dlaczego pani to robi? 

Chwilami nie mogę pojąć... 

 

Ruth 

śmieje się nerwowo 

 

Czy ja wiem? Przywykłam robić w życiu to, co chcę — 

i dotąd zawsze mi się udawało. Miejmy nadzieję, że i tym 

razem... Tak. Niech pan tu chwilę zaczeka, muszę coś za- 

brać dla pana z kredensu, żeby pan tam nie głodował. 

Wychodzi do jadalni. 

 

Joachim robi kilka kroków jakby dla „rozchodzenia" nóg, 

podchodząc do stolika spostrzega pistolet, chwila namysłu, 

obejrzał się, chowa bron do kieszeni, wraca do fotela, szuka 

swej czapki, znajduje, nakłada na głowę.  

Ruth 

wraca z paczuszką 

 

background image

Proszę to wziąć. Pójdę jeszcze na górę, dam panu mój 

pled podróżny, (zaczyna wstępować na schody, po paru stop- 

niach zatrzymuje się nadsłuchując) Słyszy pan? 

 

Joachim 

Jakby coś przed domem, na ulicy... 

 

Ruth 

 

" Ładna historia. Czyżby to już oni? Na wszelki wypadek 

musi pan stąd zniknąć, (decyzja) Proszę iść ze mną. Ukry- 

ję pana tymczasem w moim pokoju. Prędko! 

Joachim idzie za nią, znika ją na górze, po chwili Ruth 

wraca, schodzi po schodach, staje na środku sceny, czeka 

w napięciu; kroki i głosy w sieni. 

 

Drzwi otwierają się, wchodzi Liesel, za nią Willi wta- 

cza wózek z Bertą, na końcu Sonnenbruch. 

 

Liesel 

rozejrzala się, staje przed Ruth, patrzy na nią przenikliwie 

 

Sama jesteś? 

 

Ruth 

 

Jak widzisz. 

background image

 

Liesel 

 

Szukaliśmy cię. Zniknęłaś tak nagle... zastanawialiśmy się 

nad tym... 

 

Berta 

Co to znaczy, Ruth? Co ty wyrabiasz? 

 

Liesel 

 

Mimo alarmu Willi uznał, że musimy natychmiast wracać 

do domu. Baliśmy się, że zrobisz tu jakie głupstwo... 

 

Willi 

obiegł już cały hall, zajrzał za kotarę, podchodzi do Ruth 

odsuwając Liesel 

Gdzie Antoni? 

 

Ruth 

 

Zapewne siedzi w schronie. Jeszcze, zdaje się, nie odwo- 

łano alarmu. 

 

Willi 

 

A tamten? (drwiąco) Czy także siedzi w schronie? 

background image

Sonnenbruch stoi z boku, w napięciu wpatruje się 

w Ruth. 

 

Ruth 

 

Nie. Chciał znaleźć się gdzieś dalej. Dalej od ciebie, Willi. (do Berty) Prosił, żebym go podwiozła parę 

kilome- 

trów w stronę Kassel. 

 

Berta 

I co? Zrobiłaś to? 

 

Willi 

Mamo! Przecież to widać po jej oczach! 

 

Ruth 

 

Dlaczegóż miałabym tego nie zrobić? Nie miał przecież 

zamiaru nocować u nas. Rozumie równie dobrze swoją jak 

i naszą sytuację. 

 

Liesel 

Ona kłamie. Na pewno podwiozła go w innym kierunku. 

 

Willi 

jak by chciał rzucić się na Ruth z pięściami 

 

Ach, ty! Ty! 

background image

 

Odwraca się, odchodzi kopnąwszy po drodze krzesło, staje 

przed fotelem, na którym siedzial Joachim,  wpatruje się, 

jak by tam tkwilo coś niewidzialnego. 

 

Berta 

A więc nie omyliłaś się, Liesel! Ona dlatego wymknęła 

się wcześniej. To okropne! Ohydne! Nie, nie mogę w to 

uwierzyć! 

 

Liesel 

 

Tak, ja wiedziałam od razu, że tu się zdarzy jakieś 

świństwo. 

 

Sonnenbruch 

 

Przestań, Liesel! 

 

Kryje twarz w dłoniach. 

 

Ruth 

podchodzi do niego, kładzie mu rękę na ramieniu 

 

Nie krzycz na nią, ojcze. Nie widzisz, że ona jest chora 

z nienawiści? (po chwili) Joachim Peters kazał cię pozdro- 

wić i pożegnać... 

background image

 

Sonnenbruch 

patrzy na nią, jak by nie rozumiał 

Joachim? Czy on tu był naprawdę? 

 

Willi 

Nie! Nie! Nie mogę tego słuchać! Masz rację, Liesel, tu 

się stało świństwo, podłe świństwo! Mamo! Mamo! I to 

zrobiła moja siostra! Moja siostra! 

 

Berta 

najtrzeźwiejszym 

 

Dobrze, ale powiedzcie mi, co teraz będzie? Liesel! Willi! 

Co teraz należy zrobić? Walterze! dlaczego ty nic nie 

mówisz? Odezwijże się nareszcie! 

 

Sonnenbruch 

podchodzi do niej, nachyla się 

 

Należy milczeć, Berto. Milczeć o wszystkim. My wszyscy 

musimy milczeć, moje dzieci, (do Ruth) Czy Antoni wie, 

co się stało z Joachimem? 

 

Ruth 

Nie. Siedzi przecież w schronie od pół godziny. 

 

background image

Sonnenbruch 

Porozmawiam z nim w każdym razie. Biorę to na siebie. 

 

Willi 

drwiąco 

Co jeszcze chcesz wziąć na siebie, ojcze? 

 

Sonnenbruch 

z politowaniem 

 

Twoją zranioną duszę, Willi,   (podchodzi do Liesel, ła- 

godnie) A tobie, Liesel, gdybym mógł ująć trochę bólu... 

 

Liesel 

ponuro 

 

Mnie zostaw, ojcze! (krzyczy) Zostawcie mnie w spokoju!! 

Idzie do kominka, łokciami opiera się o gzyms, głowa w dło- 

niach. 

 

Berta 

 

Tak, Walterze. Musisz pomówić z Antonim. A my wszys- 

cy... to jest okropne! ale my wszyscy musimy milczeć. 

Tak, Willi, i ty również! To jest ohydne, ale nie mamy 

innego wyboru. 

 

background image

Willi 

 

Ja, ja mam milczeć, a tamten, nasz wróg, ma uchodzić 

nam z rąk bezkarnie! I może jeszcze drwić sobie z nas, 

sentymentalnych głupców! Nie, mamo! Nie żądaj tego ode 

mnie. 

 

Berta 

 

Uspokój się, Willi. Miejmy nadzieję, że ten Peters nie 

zajdzie już daleko. Widziałeś, w jakim był stanie. Je- 

stem pewna, że wkrótce będzie ujęty, (patrząc surowo 

na Ruth) Ludzi gotowych pomagać przestępcom nie mamy 

 na szczęście zbyt wielu, nie, to są zupełne wyjątki. 

Tak, Willi. Nie zadręczaj się. To jasne, że ten Peters nie 

zajdzie daleko. 

 

Słychać odległe wycie syren odwołujących alarm, wszyscy słu- 

chają w milczeniu. 

 

Ruth 

gdy umilkły syreny 

 

Jeżeli wszystko jest jasne, to nie ma o czym mówić. Czas 

pójść spać. Dobranoc, ojcze. Dobranoc, mamo. Dobranoc, 

Liesel. 

 

background image

Zaczyna wstępować na schody. 

 

Liesel 

odrywa się od kominka, twarz wykrzywiona, głos chrapliwy 

 

Zaczekaj, Ruth! Nie spiesz się tak. Będziesz tu komuś 

niedługo potrzebna. 

 

Ruth 

na schodach 

 

Liesel! Jak ty okropnie wyglądasz! Czego chcesz ode 

mnie? 

 

Liesel 

 

Nie odchodź. Zaraz przyjdzie tu policja. 

 

Wszyscy patrzą na nią w osłupieniu. 

 

Berta 

po chwili 

 

Jak to: policja? Co ty mówisz? 

 

Willi 

Przecież dotąd policja nic nie wie... 

background image

 

Liesel 

 

Przeciwnie. Już wiedzą. 

 

Ruth 

ze schodów 

 

Od ciebie, Liesel? 

 

Liesel 

 

Ode mnie. Zatelefonowałam stamtąd, kiedy zauważyliśmy 

 twoje zniknięcie. Twoje i twojego samochodu... 

 

Sonnenbruch 

podchodzi do Liesel, zrozpaczony 

 

Coś ty zrobiła, Liesel? Na miłość boską! Coś ty zrobiła? 

 

Liesel 

niemal z łagodną perswazją 

 

Musiałam to zrobić, musiałam...   (krzycząc do wszystkich) 

A wy, co? Chcieliście ukryć wszystko, zataić, prawda? 

Nawet ty, Willi! Nawet ciebie przekonaliby! Przecież 

już prawie dogadaliście się! Ukryć, zataić świństwo, tak? 

background image

Nie dopuścić do kompromitacji, tak? (wskazuje) I ją — 

ją uchronić, uratować przed odpowiedzialnością, przed 

karą, tak? Ale to się już nie uda! 

 

Berta 

Dosyć, Liesel! Zmiłuj się, dosyć! 

 

Willi 

Tak, mamo. Ślicznie teraz wyglądamy! 

 

Ruth 

zeszła ze schodów, do Willego 

 

Nie wstydź się, głupcze, ty miałeś najlepsze chęci, (do 

Sonnenbrucha)   Stało się, ojcze. Myślę, że nie gnie- 

wasz się na mnie. Gdybyś mógł, na pewno zrobiłbyś to 

samo. 

 

Berta 

 

Nie pleć głupstw, straszna dziewczyno! Trzeba się za- 

stanowić, pomyśleć coś, zanim przyjdą. Czy nie zdajecie 

sobie sprawy, co jej grozi? 

 

Liesel 

 

Nie troszcz się, mamo. Ona tak lubi mocno żyć! 

background image

 

Willi 

 

uderzony nagłą myślą, biegnie do drzwi głównych, woła 

Antoni! Antoni! 

 

Antoni po chwili staje w progu. 

Gdzie mój pistolet? 

 

Antoni 

 

Położyłem go na stole, panie Willi, o, tutaj. Jak tylko 

panna Ruth przyszła i kazała mi iść do schronu. Pro- 

siłem, żeby panu oddała. 

 

Willi 

 

No, więc nie ma, na stole nie ma! (wściekły) Ruth, co się 

stało z moim pistoletem? 

 

Ruth 

 

Nie wiem. Pamiętam, że Antoni położył go na stole, 

później nie interesowałam się, 

 

Willi 

 

background image

Oczywiście, byłaś zajęta czym innym! Coraz lepiej! Jesz- 

cze tylko tego brakowało. Mamo, przecież tu można 

oszaleć! Czemu Antoni jeszcze stoi? Proszę odejść. 

Antoni odchodzi. 

 

Liesel 

Krótko mówiąc, pan Peters na dodatek zaopatrzył się 

u nas w broń. Nie można powiedzieć, Willi, że masz 

teraz mądrą minę. 

 

Sonnenbruch 

Proszę cię. Berto, może ty wpłyniesz na Liesel, żeby 

nam oszczędziła okrucieństwa? 

 

Liesel 

Śmieszny, stary człowieku! Co ty wiesz o okrucieństwie! 

 

Berta 

 

Liesel! Za daleko się posuwasz. 

W sieni słychać dzwonek u drzwi wejściowych, wszyscy z wy- 

jątkiem Liesel nieruchomieją, zwróceni ku drzwiom. 

Liesel podchodzi do Willego, opiera się ręką na jego 

ramieniu, nie odrywa oczu od Ruth. 

 

Kroki w sieni, głośne pukanie, wchodzą dwaj Urzędnicy 

policyjni, za nimi Antoni. 

background image

 

Urzędnik I 

 

Dobry wieczór państwu. Przed pół godziną telefonowa- 

no do nas, że w tym domu znajduje się człowiek zbiegły 

z obozu koncentracyjnego — to znaczy, że został tu 

ujawniony i zatrzymany — czy tak? 

 

Sonnenbruch 

 

Niezupełnie. Zaszło pewne nieporozumienie. Tego czło- 

wieka tu nie ma. 

 

• Urzędnik I 

 

Jak to: nie ma? Ale przecież był! Kto z państwa tele- 

fonował do nas? 

 

Liesel 

Ja telefonowałam. 

 

Urzędnik I 

Więc może pani nam wyjaśni... 

 

Ruth 

Ja wyjaśnię. Ona wie bardzo mało. 

 

background image

Urzędnik I 

Jeżeli pani wie więcej, proszę mówić. Gdzie jest ten 

człowiek? 

 

Ruth 

 

Już dość daleko stąd. W drodze do Kassel. 

 

Urzędnik I 

Proszę nie żartować. Przecież był tu niespełna pół go- 

dziny temu — tak czy nie? 

 

Ruth 

 

Mniej więcej pół godziny temu odjechał stąd samocho- 

dem, Mercedesem, który stoi przed domem. 

 

Urzędnik I 

Odjechał? Nie rozumiem tego. Do kogo należy ten samochód? 

 

Ruth 

 

Do mnie. Właśnie ja podwiozłam tego człowieka parę ki- 

lometrów stąd, do punktu, który mi wskazał, na drodze 

 

do Kassel. 

 

background image

Urzędnik I 

 

Czy to ma znaczyć, że świadomie pomogła pani przestępcy? 

 

Sonnenbruch 

 

To był nasz dawny znajomy, mój były uczeń. 

 

Urzędnik I 

To nie gra roli. Tego człowieka nasze prawo izolowało 

od społeczeństwa. Czy pani wiedziała o tym? 

 

Ruth 

 

To mnie nie interesowało. 

 

Urzędnik I 

 

Nie interesowało? Hm, pomówimy o tym później. Bo nas 

w tej chwili najbardziej interesuje miejsce, do którego 

podwiozła pani tego człowieka. Najprościej chyba bę- 

dzie, jeśli nie tracąc czasu poprosimy panią do naszego 

samochodu i pojedziemy razem — poszukać tego miej- 

sca. Liczymy, naturalnie, że pani je dobrze pamięta. 

 

Ruth 

Jeśli to dla panów konieczne, proszę, jestem gotowa. 

background image

 

Urzędnik I 

 

To doskonale, śpieszmy się. Tymczasem do widzenia 

państwu. 

 

Puszcza przodem Ruth, wskazując drzwi. 

 

Ruth 

 

przed wyjściem odwraca się, patrzy na Liesel, z żalem 

Ach, Liesel! Liesel! 

Spojrzenie i ruch głową ku wszystkim, wychodzi, za nią obaj 

Urzędnicy. 

 

Berta kilku ruchami mechanizmu toczy swój wózek za nimi,  

przed zamkniętymi drzwiami zatrzymuje się bezradnie. 

Sonnenbruch idzie ku schodom, opiera się o poręcz. 

Liesel z przymkniętymi oczyma, nieruchoma. 

 

Willi 

biegnie szybko po schodach do swego pokoju, po chwili wraca 

 

wpychając drugi pistolet do futerału 

Jadę z nimi, mamo. 

 

Wybiega. 

background image

 

Berta 

porusza wózkiem tu i tam, jakby szukając kierunku, woła cicho 

 

Walterze! 

Odruchowo podnosi rękę do szyi, dotyka naszyjnika, zdejmuje 

go, ogląda niemal z lękiem, jak coś obcego i złowrogiego. 

Sonnenbruch podchodzi, staje przy niej, z ręką na jej 

ramieniu. 

 

Liesel 

otwiera oczy, patrzy na tamtych jakby nie poznając, podnosi 

dłon do czoła, mówi szeptem 

 

Pójdę się położyć... jestem śmiertelnie zmęczona... 

Powoli wychodzi w drzwi jadalni. 

 

Sonnenbruch 

po długiej chwili 

 

Zabierz się i ty, Berto. Przyjdę tam później do ciebie. 

 

Berta 

Nie zostawiaj mnie samej, Walterze. 

 

Sonnenbruch 

 

background image

Wybacz mi, ja właśnie chcę zostać sam, zupełnie sam. 

Przejdę się trochę po ogrodzie. 

 

Berta 

 

No, więc dobrze, ale nie za długo, noce już chłodne. 

Będę czekała na ciebie. 

 

Wyjeżdża przez drzwi jadalni. 

Sonnenbruch podchodzi do kominka, gasi kinkiet, idzie 

do drzwi tarasu, rozsuwa kotarę, staje w progu, patrzy w noc. 

Po chwili w ciemności skrzyp drzwi na piętrze, Joachim, 

schodzi ostrożnie po schodach, zmierza ku drzwiom tarasu. 

 

Sonnenbruch 

usłyszał, odwraca się 

 

Kto to? 

 

Joachim 

Ja, profesorze, Joachim. 

 

Sonnenbruch 

Pan? Tutaj? 

 

Joachim 

Pańska córka ukryła mnie... 

background image

 

Sonnenbruch 

 

Przez cały czas był pan tutaj?! Słyszał pan wszystko; tak? 

 

Joachim               

 

Słyszałem, (ze wzruszeniem) Ma pan dzielną córkę, profesorze! 

 

Sonnenbruch 

 

Tak, to zdumiewające. Od początku do końca okrutne 

i zdumiewające. 

 

Joachim 

 

z naciskiem                      • 

 

Powiedziała panu, że na jej miejscu zrobiłby pan to 

samo. 

 

Sonnenbruch 

zmieszany 

 

Tak, powiedziała coś takiego... 

 

Joachim 

background image

 

Nie jest pan tego pewny? 

 

Sonnenbruch 

 

nie odpowiada, idzie do drzwi jadalni, zamyka je, potem drzwi 

tarasu, staje przy Joachimie            : 

 

Co pan zamierza teraz robić? 

 

Joachim 

To w pewnym stopniu zależy od pana, profesorze. 

 

Sonnenbruch 

 

Ode mnie? 

 

Joachim 

 

Pańska córka mówiła mi, że pan się nie zmienił od tamtych 

 lat, kiedy byłem pańskim uczniem, a potem młodszym 

 kolegą. Na to właśnie liczyłem przychodząc tu dzisiaj. 

 

 

Sonnenbruch 

surowo 

 

background image

Ale pan, pan się zmienił, Joachimie!   (po chwili)  Chcę 

pana o coś zapytać... 

 

Joachim 

 

Słucham. 

 

Sonnenbruch 

 

Jak pan myśli: czy wolno narażać człowieka dla rato- 

wania innego człowieka? 

 

Joachim długo milczy. 

 

No, niechże pan odpowie na moje pytanie. Powtarzam 

je:  czy wolno narażać człowieka dla ratowania innego 

człowieka? 

 

Joachim 

 

Wolno, a czasem nawet trzeba. Wolno, jeżeli chodzi 

o rzeczy większe niż życie człowieka. 

 

Sonnenbruch 

 

gwałtownie 

Pan to mówi? Pan? Joachim Peters, który kiedyś wie- 

background image

rzył wraz ze mną, że człowiek jest najwyższą wartością! 

Że nikt, słyszy pan, nikt nie ma prawa gubić drugiego 

człowieka, narażać go, skazywać na cierpienie! 

 

Joachim 

z bólem 

 

Profesorze! Dlaczego mówi pan do mnie w ten sposób? 

 

Sonnenbruch 

Bo pan dzisiaj przywłaszczył sobie to prawo — jak 

oni! jak tamci wszyscy! Pan gubi tę dziewczynę, żeby 

ratować siebie! Pan skazał ją na cierpienie, żeby rato- 

wać siebie! Nie mogę się z tym zgodzić, Joachimie. 

 

Joachim 

 

O naszą walkę chodzi, nie o mnie, profesorze! Czy pan 

zapomniał, kto przed panem stoi? Od lat sam siebie 

skazałem na cierpienie, na śmierć pewniejszą niż ży- 

cie — żeby walczyć! żeby ratować nas wszystkich! że- 

by sprzeciwiać się złu!  (z bólem) Ale zaczynam już ro- 

zumieć pana, profesorze. Chce pan po prostu powiedzieć, 

że omyliłem się przychodząc tutaj do pana. 

 

Sonnenbruch 

chwyta go za ramiona, potrząsa nim 

background image

 

Tak! Tak! To panu chciałem powiedzieć! Po co pan tu 

przyszedł, Joachimie? Dlaczego pan to zrobił? 

Odwraca się, odchodzi, staje przy schodach oparty ciężko 

o poręcz. 

 

Joachim 

po chwili 

 

Czy pan wie, profesorze, co to jest samotność, straszna 

niemiecka samotność w państwie Hitlera? Zna ją pan 

na pewno, jeśli pan się naprawdę nie zmienił od tam- 

tych lat, które przeżyliśmy razem... 

 

Sonnenbruch 

nie patrząc na Joachima 

 

Moja samotność? To jest wszystko, co mi pozostało! 

(szeptem) Jestem dumny z mojej samotności. Jest to sa- 

motność człowieka, który chce, który musi — prze- 

trwać! ocalić w sobie wszystko to, co dziś sponiewiera- 

no, wypędzono z naszego życia. 

 

Joachim 

Ja także znam okropną niemiecką samotność, od czte- 

rech dni, odkąd uciekłem z obozu. Samotność we wła- 

snym kraju, wśród ludzi mówiących tym samym języ- 

background image

kiem. Od czterech dni nie wolno mi zbliżać Się do lu- 

dzi. Każde dziecko może mnie zgubić. Od czterech dni 

uciekam od ludzkiego głosu... Tak, profesorze. Obaj je- 

steśmy samotni, jak tylko Niemiec może być dzisiaj sa- 

motny. I chociaż moja samotność jest trochę inna od 

pańskiej, to jednak zdawało mi się... 

 

 

Sonnenbruch 

 

Dlatego przyszedł pan tutaj, do mnie? 

Joachim 

 

Tak, i dlatego jeszcze, że nie miałem nic innego do wy- 

boru. To była jedyna szansa... Pamięta pan, powiedział 

pan raz do mnie: „Jeżeli będziesz kiedy w nieszczęściu, 

Joachimie, pomyśl o profesorze Sonnenbruchu i poszu- 

kaj go jak najprędzej." 

 

Sonnenbruch 

Ma pan dobrą pamięć, Joachimie. Ja także. Dziś wła- 

śnie, zanim pan się zjawił, dużo myślałem o panu. 

 

Joachim 

 

Wiem. To dzień pańskiego jubileuszu. Przyszedłem tu 

 w chwili, kiedy pan sumował swoje życiowe rachunki. 

background image

W tych rachunkach byłem i ja jedną z pozycji. 

 

Sonnenbruch 

Tak, i to jedną z ważniejszych. Zaliczyłem pana do lu- 

dzi tego samego co ja gatunku duchowego, do ludzi, którzy... 

 

Joachim 

przerywając gwałtownie 

 

• Do cieni ludzkich, profesorze, pańskie rachunki były 

rozmową z cieniami! Ale ja tu przyszedłem żywy, sły- 

szy pan, żywy człowiek, poraniony w walce, zbiegły z rąk 

oprawców, tropiony jak zwierzę. Jak z żywym niech 

pan ze mną rozmawia, nie jak z cieniem! 

 

Sonnenbruch 

z rozpaczą 

 

Czego pan chce ode mnie, Joachimie? Gdyby pan wie- 

dział, ile wysiłku, ile męki kosztowało mnie, zanim zdo- 

łałem się odgrodzić od zła, od szaleństwa, które nas 

otacza! Sporządzić sobie szczelny, nieprzenikliwy płaszcz 

dla moich myśli, dla moich marzeń, tak! tak! dla tego 

wszystkiego, co pan nazwał rozmową z cieniami! To była 

żmudna, codzienna praca całych lat, tych ostatnich, 

najgorszych lat. Nie, nie! pan tego nie pojmie! 

 

background image

Joachim 

Nie pojmę. Przeżyłem te lata zupełnie inaczej. 

 

Sonnenbruch 

 

Nie chcę, żeby mi pan o tym mówił! To mnie wcale 

nie interesuje! Nic a nic! 

 

Joachim 

z decyzją ostatecznego wyjaśnienia sytuacji 

 

Czy nie interesuje pana również, jakim celom służą 

dziś wyniki pańskich prac naukowych? 

 

Sonnenbruch 

zaskoczony 

 

Nie domyślam się, o co panu chodzi, Joachimie. 

 

Joachim 

 

Wyniki pańskich prac są stosowane dla pewnych celów 

praktycznych... 

 

Sonnenbruch 

 

To nie moja rzecz. Ja służę nauce. Tylko i wyłącznie — 

background image

nauce. Chcę jej służyć najlepiej, jak umiem. Reszta 

mnie nie obchodzi. 

 

Joachim 

 

Jest wojna, profesorze, i faszyści włączyli również biolo- 

gię do arsenału swoich środków ludobójczych. Pańskie 

prace są dzisiaj z tego punktu widzenia wysoko cenione... 

 

Sonnenbruch 

 

Powiedziałem już panu, to nie moja rzecz. 

 

Joachim 

 

Ależ wyniki pańskich prac przez pewne ręce stosowane 

są w sposób zbrodniczy — czy wie pan o tym, profesorze? 

 

Sonnenbruch 

Nie rozumiem, o czym pan mówi. 

 

Joachim 

O ludziach mordowanych po obozach, między innymi 

dla wypróbowania rezultatów pańskich badań. Czy to 

pana również nie interesuje? 

 

Sonnenbruch 

background image

To są brednie, brudne kłamstwa! 

 

Joachim 

 

To są fakty. 

 

Sonnenbruch 

 

Nic o tym nie słyszałem (w popłochu myśli)   A jeżeli... 

jeżeli nawet tak jest... (łamie się) Dlaczego pan mi to 

wszystko mówi, dlaczego, Joachimie? 

 

Joachim 

 

Bo chcę, żeby pan do mnie przemówił po ludzku! Pan 

 się zagubił w obcowaniu z cieniami. Profesorze! Mój profesorze! Niechże pan wreszcie odrzuci swój 

okropny, 

szczelny płaszcz! Po to, po to tu przyszedłem! 

 

Sonnenbruch 

prawie krzycząc 

 

Nie! Pan tu przyszedł, żeby mi zburzyć wszystko! Żeby 

 mnie okraść, zniszczyć mi moją wiarę w siebie, 

w sprawę, której służę, moją samotność, której strze- 

głem, z której byłem dumny! Tak! Od razu, kiedy pan 

tu wszedł, kiedy pan powiedział pierwsze słowa, poczu- 

łem, że grozi mi od pana wielkie niebezpieczeństwo. 

background image

(śmieje się pogardliwie)   Nie, nie myślałem o policji. My- 

ślałem o tym, czym żyłem przez te okropne lata, 

w co wierzyłem... (milknie wyczerpany, po chwili)   Widzi 

pan, Joachimie, od lat wierzę niezachwianie, że Niemcy 

takiego jak ja gatunku mają dziś do spełnienia jedno 

wyłącznie zadanie: przechować najwyższe dobra duchowe 

 ludzkości, przenieść je w sobie nietknięte przez lata       

zamętu i walki, przez powódź błota i krwi, barbarzyń-       

stwa i szaleństwa. I zwrócić, przekazać je naszemu na- 

rodowi w chwili, kiedy upadnie okrutne państwo Hitle- 

ra.. Tak, przechować te skarby dla innych, lepszych 

czasów! 

 

Joachim 

Sądzi pan, że to znacznie więcej niż przechować przez 

jedną noc człowieka takiego jak ja gatunku — człowieka 

 ściganego? (śmieje się cicho, boleśnie) O, profesorze! 

Zaczynam teraz rozumieć mój błąd. Zaczynam rozumieć, 

jaką krzywdę wyrządziłem tutaj — nie pańskiej córce,        

o nie! ale panu, właśnie panu! 

 

Sonnenbruch 

załamuje się zupełnie 

 

Dlaczego pan to zrobił? Dlaczego? Po co?                         

 

Joachim 

background image

 

Dlatego że należę do tych, co sprzeciwiają się złu! Któ- 

rzy nocą nie przenoszą skarbów, ale zwyczajnie i po 

prostu — walczą! To się nie mieści w pańskim rachun- 

ku, ja wiem. Pan nawet nie umiał się sprzeciwić wła- 

snemu synowi. O, profesorze! Jak to dobrze, że rozma- 

wiamy w ciemności, że nie widzę zbyt wyraźnie pań- 

skiej twarzy! 

 

Sonnenbruch 

błagalnie 

 

Proszę, niech pan już stąd odejdzie. Niech pan zostawi         

mnie samego. Gdyby nie moja biedna córka, nakazałbym         

sobie jutro uwierzyć, że pana tu wcale nie było. 

 

Joachim 

z cichym Śmiechem 

 

Że to był tylko przykry jubileuszowy sen. profesora Son- 

nenbrucha? No cóż, odchodzę z tego domu. Ale to nie 

przywróci panu spokoju. Tacy jak ja nie odchodzą na- 

wet wtedy, kiedy tracicie ich z oczu.    (odwraca się 

idzie do drzwi tarasu, staje przy nich) Wracam w mój mrok, 

profesorze, w straszną niemiecką noc, i będę się starał, 

póki sił, iść w nią dalej. Będę szedł pełzając jak żoł- 

nierz w boju, będę podnosił się i padał, padał i podno- 

background image

sił się... jak żołnierz w boju... aż do świtu, aż do świtu 

dnia... 

 

Pchnął szklane drzwi, schodzi po stopniach w dół, znika w ciemności. 

Sonnenbruch upada w fotel, z twarzą ukrytą w dłoniach, 

bez ruchu. 

Długa pauza. 

 

Drzwi jadalni otwierają się, Berta wjeżdża w swoim wózku, 

przez chwilę patrzy z daleka, potem zbliża się do Sonnenbrucha. 

 

Berta 

 

Nie siedź już tutaj. Zmęczony jesteś, (po chwili) Dlaczego 

nic nie mówisz, Walterze? 

 

Sonnenbruch 

powoli podnosi głowę, patrzy na nią 

 

To ty, Berto... (otrząsa się) Chłodno tutaj... 

 

Berta 

Drzwi otwarte, z ogrodu ciągnie, (po chwili) Na co cze- 

kasz? Nie mamy na co czekać... Ruth już tak prędko 

nie wróci... 

 

Sonnenbruch 

background image

 

Ruth nie wróci... (głośniej, w tragicznym osłupieniu) A ja? 

A ja? 

 

Kryje twarz w dłoniach. 

 

w ramieniu 

nie masz sobie nic dozarzucenia!