background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

Autor: IGOR CYPRJAK
Tytuł: Wdowia Woda

Z "NF" 4

Maksymilian został wyświęcony nagle, Ŝeby nie powiedzieć - pośpiesznie. Gdyby 
nie Ŝal po śmierci zacnego wuja Stanisława, zapewne zauwaŜyłby, Ŝe cała 
ceremonia jest jakaś pokątna, wstydliwa. śe biskup nawet raz nie spojrzał mu w 
oczy. Sam zaszczyt niespodziewanego awansu takŜe nie wzbudził w nim Ŝadnych 
podejrzeń, a przecieŜ jako niemłody juŜ seminarzysta, niezbyt przy tym lotny - 
nie miał co liczyć na kapłańskie szlify w trybie tak ekstraordynaryjnym. 
Jeśli  prawo kanoniczne w ogóle taki tryb dopuszcza.
Na poŜegnanie ksiądz biskup, patrząc gdzieś w bok, a jakŜe, Ŝyczył mu 
szczęścia i łaski boŜej. Siedzibę diecezji Maksymilian opuścił w południe, 
przyciskając do piersi akt nominacji na proboszcza parafii Wszebory, co było 
ostatecznym i niepodwaŜalnym dowodem, Ŝe wuj Stanisław odszedł do lepszego 
świata. Ale ta chwila smutku niosła i radosne tchnienie, bowiem tylko 
Wszechmocny mógł zaplanować los swego sługi tak, by przejął po krewnym misję 
opieki nad wiernymi gdzieś na końcu świata.
Przed wyjazdem Maksymilian odwiedził jeszcze grób matki dobrodziejki i 
pomodlił się od serca, szczerze - choć niezbyt ortodoksyjnie, trzeba to 
przyznać, ale na swój sposób, bo nigdy nie mógł zapamiętać i bezbłędnie 
odtworzyć przepisów modlitewnych. O świcie dnia następnego ruszył w drogę swą 
mocno doświadczoną warszawą - rocznik 1962.

Wieś Wszebory nad jeziorem Wdowia Woda nie jest i nigdy nie była parafią 
zamoŜną, ani liczną. MoŜliwości kariery rysowały się dla Maksymiliana licho. 
Lecz nie o karierę mu szło, nie dla niego purpura i Rzym. Moją ambicją - 
tłumaczył koledze z seminarium - jest słuŜba. Wuj Stanisław był mu wzorem 
kapłana doskonałego. Przez pięćdziesiąt lat wysłuchiwał grzechów swych 
parafian, rozgrzeszał ich, błogosławił, udzielał ślubów, chrzcił dzieci, 
umierających namaszczał, Ŝywych pocieszał. śył skromnie, po chrześcijańsku. 
Oto kapłan - zachwycał się Maksymilian, kiedy po powrocie z letniska opowiadał 
o swym wuju i Wszeborach. Koledzy Ŝyczliwie przyznawali mu rację.
Przy zjeździe z asfaltówki na polną drogę powitał go drewniany Chrystus 
Frasobliwy, Maksymilian przeŜegnał się i pewnie jechał dalej, bo znał tu na 
pamięć kaŜdy krzak i kamień. Wierzył - ba! - wiedział, Ŝe jest zŜyty z tą wsią 
jak z  macierzą i Ŝe w jego Ŝyłach płynie ta sama krew, co w Ŝyłach tej ziemi. 
JuŜ od dawna nie zwracał uwagi, Ŝe drogowskazy za kaŜdym razem wyrastały w 
innym miejscu, wskazując inny kierunek - inną miejscowość. Czuł się tutejszy.
Kościół pod wezwaniem Najświętszej Matki - drewniany, przysadzisty, z trochę 
krzywą wieŜą dzwonnicy - stał na uboczu. Kilkaset kroków nawet od samej wsi, 
tych paru domów z grubych bali, krytych słomą lub gontem, z niewielkimi 
ogródkami przy gankach. Maksymilian zatrzymał auto, wysiadł i przez chwilę 
słuchał: zaszczekał pies, na polu basem jęknęła krowa, znad jeziora nadleciał 
pisk dziecięcych głosów i plusk wody. Pachniało trawą i sianem schnącym w 
słońcu, wietrzyk droczył się z koronami drzew. Maksymilian nie miał 
najmniejszych wątpliwości, Ŝe tak właśnie wygląda Królestwo Wieczne.
Cmentarz rozciągał się za kościołem, na lewo od plebanii. Wuj Stanisław w niej 
nie mieszkał, gdyŜ od lat wolał skromniejszy domek nad brzegiem Wdowiej Wody. 
Plebania była przystanią dla pogorzelców, wędrowców, pomieszkiwał tu latem 
Maksymilian, a na stałe - gospodyni wuja, Marfa, z męŜem Józwą, będącym 
grabarzem i dozorcą cmentarnym. I to właśnie na cmentarzu, gdzie Maksymilian 
spodziewał się znaleźć świeŜą mogiłę wuja, łagodny i przewidywalny świat 
Wszeborów wywinął kozła.
- Gdzie jest grób? - spytał Marfę, gdy po godzinie błądzenia wśród kamiennych 
płyt wpadł blady na plebanię. Józwa skinął mu na powitanie, Marfa otarła ręce 
w fartuch i wzruszyła ramionami.
- Ni ma - wyznała.
- Jak to: nie ma? Pochowany na innym cmentarzu, tak? Na którym?
- Wcale nie pochowany. Ni ma.
Maksymilian stał na progu i czuł, Ŝe nogi się pod nim uginają. Nie bardzo 

Strona 1

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

wiedział czemu, ale usiąść musiał. Marfa podała mu kubek zsiadłego mleka, 
Józwa wyciągnął papierosy, lecz skarcony wzrokiem Ŝony, zapalił sam. 
- Ja tu... parafia... jestem proboszczem... - bełkotał Maksymilian.
- Ano, wniemy - odezwał się Józwa. - Ksiondz zapowiandali, zanim...
- Wuj zapowiadał? Zanim co?...
Milczeli.
- Ukrywacie coś przede mną? Jestem proboszczem... Czy on... Ŝyje?
- Doktór wiedzą - odezwała się w końcu Marfa. Zabrzmiało tak, Ŝe pod "doktór" 
dałoby się wstawić "diabli".
"Doktór" nie był doktorem, lecz emerytowanym zootechnikiem nazwiskiem Kujawa. 
Miejscowi traktowali go jak wielkiego medyka, wychodząc z załoŜenia, Ŝe kto 
dobry dla bydląt, dobry i dla ludzi.
Wychodząc z plebanii, Maksymilian stanął przed dziesięcioletnią moŜe 
dziewczynką, która przyglądała mu się rezolutnie, czekając przy warszawie. 
Było w tym dziecku coś znajomego, czego nie dało się z miejsca określić ani 
nazwać, lecz na tyle bliskiego, Ŝe budziło mgliste wspomnienia. 
- A kim ty jesteś? - spytał.
- Od ciotki Marfy - powiedziała, a przy tym zachichotała, jak gdyby udał jej 
się najprzedniejszy Ŝart.
Maksymilian pogłaskał dziewczynkę po głowie, po czym wsiadł do warszawy. 
Zdawało mu się, Ŝe dziewczynka zawołała za nim: "Niech ksiądz patrzy...", ale 
nie miał pewności, wszystko głuszył warkot silnika.

Kujawa miał murowany dom na drugim krańcu jeziora, czas poświęcał łowieniu ryb 
i hodowli królików. Z miejsca chciał częstować Maksymiliana pasztetem lub 
filetami.
- Smacznie podjeść to świetnie na smutek - zachęcał, a potem przez dwie 
godziny wił się jak piskorz. Nie chciał powiedzieć wprost, co stało się z 
wujem Stanisławem. 
- Jakiś akt zgonu... Pojadę do władz gminy, do powiatu pojadę - denerwował się 
Maksymilian. - Ktoś musi mi wyjaśnić...
- Dopiero przyjechałeś... Znaczy, dopiero ojciec przyjechał. Po co ten 
pośpiech? Niech ojciec odpocznie, prześpi się w Stanisławówce... w domu wuja. 
Ja mogę powiedzieć tylko tyle: w nocy przyszedł po mnie Józwa z wieścią, Ŝe na 
proboszcza juŜ czas. Poszliśmy. Stanisław znaczy: proboszcz leŜał w łóŜku, 
całe prześcieradło mokre...
- Mój BoŜe! Bardzo cierpiał?
- Od wody mokre. Czy cierpiał, nie wiem. Wyglądał na spokojnego, jakby 
drzemał. Powiedziałem, Ŝe tu trzeba kogoś od chorób ludzkich, Ŝe do miasta 
trzeba posłać, a potem wróciłem do siebie. Następnego dnia juŜ cała wieś 
wiedziała, Ŝe proboszcza nie ma. Ale pogrzebu nie było.
- A skąd ta woda?
Kujawa uśmiechnął się - wstał nagle, przemknął do kredensu, wyciągnął drugą 
karafkę z winiakiem własnej roboty. Maksymilian odmówił - gospodarz sobie nie 
Ŝałował.
- Bardzo ksiądz proboszcz wodę lubił. Widziałem go parę razy po nocy, jak 
nagusieńki pływał chwacko w jeziorze. Miał zdrowie. Nawet zimą potrafił wyciąć 
sobie przerębel, rozebrać się i wskoczyć. Mocny był... Więc jeśli tak lubił 
wodę, to pewnie i pościel lubił mieć mokrą.
Maksymilian wychodził od Kujawy skołowany, z głową cięŜką i sercem zamarłym. 
Przez te lata, gdy odwiedzał Wszebory, przez myśl mu nie przeszło, Ŝe 
rzeczywistość tego miejsca nie jest taka, jaką postrzega. MoŜe chce, by ją 
widział jako niewinną i zgodną ze schematem. Ale przecieŜ pojawiały się znaki 
- a on je lekcewaŜył, nie szukał prawdy, zadowalał się najprostszymi 
wyjaśnieniami. Ot, choćby wędrujące drogowskazy, kiedy śmiano się, Ŝe to 
zabawy szczeniaków, wziął wyjaśnienie za dobrą monetę. CóŜ to jednak za 
szczeniaki, które od trzydziestu lat biegają po okolicy z przydroŜnymi 
tablicami? MoŜe tradycja przechodzi z ojca na syna? A moŜe to Ŝadne 
szczeniaki?... Albo inny przypadek: Ŝona sołtysa urodziła pewnego czerwca 
dziecko, chłopca, a juŜ we wrześniu - drugiego. Bliźniaki kropka w kropkę, nos 
w nos. Ludzie gadali, Ŝe młodszemu się nie śpieszyło i więcej nie mówili nic. 
Maksymilian uznał, Ŝe to bajki albo Ŝe sołtysowa, z sobie tylko znanych 
powodów, ukrywała jakiś czas drugiego syna. I teŜ przeszedł nad tym fenomenem 

Strona 2

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

do porządku dziennego. A jeśli młodszemu naprawdę się nie śpieszyło?
- BoŜe mój, czy wystawiasz mnie na próbę? - pytał teraz otwartego nieba, ale 
gwiazdy tylko zamrugały wesolutko, a Bóg, jak to Bóg, zmilczał.   

JuŜ w ogrodzie słyszał muzykę, poznał "Wassermusik", ulubioną płytę wuja. 
Stary ksiądz słuchał jej kaŜdego wieczoru na zuŜytym patefonie z tubą. W 
oknach nie igrało najmniejsze światełko, a mimo to Maksymilian przysiągłby, Ŝe 
dostrzegł za szybą ruch. Wszystko, poza muzyką, okazało się jednak złudzeniem. 
Płyta kręciła się wolnym obrotem, igła drapała winyl, tuba skrzeczała. W całym 
domu nie było Ŝywej duszy. Kto włączył patefon? Kto słuchał "Wassermusik"?
Były tu trzy izby: kuchnia z kaflowym piecem, sypialnia z małym kominkiem i 
wielkim drewnianym łoŜem oraz gabinet - klitka zawalona ksiąŜkami, z biurkiem 
dębowym i wygodnym krzesłem. Wygódka stała za domem, w sadzie. Maksymilian 
wyłączył patefon, otworzył okno w gabinecie i rozsiadł się za biurkiem. Miał 
nadzieję znaleźć jakąś wskazówkę, jakąś wiadomość od wuja. W końcu, wedle słów 
Józwy, Stanisław przewidział, kto obejmie po nim parafię. 
W jednej z szuflad trafił na stos listów. Niektóre były bardzo wiekowe: od 
siostry, matki Maksymiliana, listy nieznajomych osób, których nie śmiał 
czytać. Znalazł teŜ, przewiązane, listy od siebie, które słał do wuja kaŜdej 
zimy. Jednak była jedna koperta, której nie potrafił odłoŜyć, a w niej pismo 
od samego biskupa. Zawiódł się i złościł na siebie za brak pilności: list 
pisany był mieszaniną łaciny i starej greki, do których to języków martwych, 
jak i nawet Ŝywych, Maksymilian miał serce, ale nie miał głowy. 
Zostawił biurko i klęknął na podłodze - przy ksiąŜkach. Biblia w róŜnych 
wydaniach, starodruki, trochę historii powszechnej, nawet baśnie. Maksymilian 
pamiętał, Ŝe wuj do późnej nocy zwykł pisywać w gabinecie. Być moŜe listy, być 
moŜe prowadził dziennik czy pamiętnik albo po prostu spisywał myśli do kazań. 
Noc pomału przecierała się w przedświt, gdy Maksymilian wydobył spod stosu 
ksiąg niezwykłą staroć: oprawiony w skórę rękopis. Niestety - po grecku. 
Zdołał odcyfrować tylko tytuł: "Kosmohydronika". Niewiele mu to mówiło. 
Rzuciłby rękopis w kąt, ale szczęściem postanowił go przekartkować. Między 
stronami znalazł notatki wuja, a chociaŜ nie były adresowane, Maksymilian był 
pewien, Ŝe przeznaczone są właśnie dla niego.

Zdarzyło się zaraz po wojnie - pisał wuj - gdy wróciłem do Wszeborów juŜ w 
sutannie. Komuniści obiecywali Ŝyć z Kościołem dobrze, a więc wszyscyśmy mieli 
nadzieję, choć co mądrzejsi radzili, by im nie ufać. Wojna, dziękować Bogu, 
obeszła się z Wszeborami łagodnie, jedynie dwór dziedzica Magdalenowicza 
bolszewicy spalili do szczętu w swym zwycięskim rajdzie na Zachód. CóŜ, świat 
nie mógł się ostać po staremu. Po Magdalenowiczach teŜ nie było juŜ śladu...
Spokojnie minął nam rok, szykowało się referendum, ale agitatorzy do Wszeborów 
zaglądali niezbyt chętnie. Na nasze szczęście. Udzieliłem ślubu, wysłuchałem 
spowiedzi jednego leśnego, który zaparł się nie składać broni, rozgrzeszyłem; 
wszystko wracało do normalności. Wtedy utonęło pierwsze dziecko.
Ludzie od dawna, co pamiętam jeszcze z dzieciństwa, nie do końca ufali Wdowiej 
Wodzie. Było kilka zasad, które kaŜde dziecko znało na pamięć: nie wchodzić do 
jeziora po zmroku, nie sikać do wody, a gdyby coś w niej zaczęło bulgotać, 
moŜe nawet kipieć - wyjść natychmiast na brzeg i pod Ŝadnym pozorem nie 
patrzeć w toń. Ktoś kiedyś patrzył i postradał zmysły...
Śmierć dziecka to tragedia -  dla rodziny, dla całej społeczności. Nikt jednak 
nie oskarŜał jeszcze Wdowiej Wody, po prostu nieszczęśliwy wypadek. Ale gdy 
dzień później utonęło następne dziecko, a nazajutrz jeszcze jedno, a ciał nie 
znaleźliśmy, ludzie juŜ wiedzieli: Wodnik. 
Zebraliśmy się w paru męŜczyzn w domu sołtysa, trzeba było radzić.
- Gra...gra...granatów na...na...nawrzucać - zapalił się z miejsca młody 
Bimbrus, syn starego Bimbrusa; jak ojciec miał smykałkę do pędzenia samogonu - 
jąkał się sam z siebie.
- Głupiś - skarcił go stary Bimbrus. - Rybów wytłucesz, woda cię weźnie. Ja 
widział, jak trzech Ruskich granaty rzucali, bo tyŜ chcieli rybów. Hukli raz, 
hukli dwa, a potym woda się wnierwiła i wzienła ich. Na oczy ja widział: woda 
wiszła na brzeg i wzienła ich.
Zaczęliśmy ostrą dyskusję, jak przeciwdziałać złu. W końcu wszyscy zgodziliśmy 
się na sieci, szyte podwójnie sieci o wielkich okach, by nawet większe ryby 

Strona 3

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

mogły przepłynąć. Lecz nie Wodnik, Wodnik musiał być nasz. Kierownictwo 
operacji przejął rybak Szymacha - chłop mądry, twardy, w sile wieku.
Trzy noce cała wieś czatowała nad Wdowią Wodą, męŜczyźni, kobiety, a nawet 
dzieci, choć je przepędzaliśmy. Na trzecią noc złapaliśmy go. To był 
największy sum, jakiego widziało oko ludzkie - prawdziwy wieloryb, co połknął 
Jonasza. Miał ze dwa metry długości i waŜył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. 
Bestia. Strzelał ślepiami na lewo i prawo, gdyśmy go wyciągali na brzeg i 
zdawało się, Ŝe ma w tych ślepiach piekielną złość. Omotanego siecią 
zaciągnęliśmy, klnąc na czym świat stoi, z dziesięć metrów od brzegu. Sieci 
przybiliśmy kołkami do ziemi.
- Kto go zabije? - odezwał się Szymacha. - Ja bym zabił, ale...
Nie sprecyzował tego "ale", nikt nie naciskał.
- MoŜe zastrzelić? - zapytał ktoś w nadziei, Ŝe moŜe okaŜe się, kto tam 
jeszcze trzyma ukrytą broń, o czym zawsze warto wiedzieć.
Niby był w nas gniew na suma, a jednak dziwnie nikt nie palił się, Ŝeby bydlę 
zatłuc. Nikt teŜ nie myślał, by je zjeść, w końcu nosił w brzuchu troje 
miejscowych dzieci. Zresztą, jeśli to Wodnik, a większość nie miała co do tego 
wątpliwości, musi mieć i moc jakąś, moŜe i urok na zabójcę rzucić. 
Zadecydowaliśmy, Ŝe sum bez wody sam zdechnie. Potem się go zakopie. 
Po czterech dniach, choć wyschnięty, słaby, bardzo umęczony słońcem, sum wciąŜ 
Ŝył i zdychać nie zamierzał.
- Jest jeden, co mógłby nam pomóc - zagaił znów Szymacha - ale drogi jest. 
Nie domyśliłem się od razu, kogo ma na myśli, wieś wiedziała. Sądziłem, Ŝe 
moŜe chodzi o jednego z tych leśnych, co to wynajmują się okolicznym do 
róŜnej, mokrej zazwyczaj, roboty.
- Kat bydlęcy - rzucił Szymacha cicho.
Chłopy spluwały, Ŝegnały się, ktoś zachichotał nerwowo. Sołtys pokręcił głową.
- A to on jeszcze Ŝyje?
Szymacha spojrzał na sołtysa raz, krótko i ostro, jakby ciął noŜem. Sołtys 
wbił wzrok w ziemię. 
- Po...po...pojadę - zaofiarował się młody Bimbrus, który zawsze był chętny 
wyrwać się w świat choćby na chwilę, byle dalej od ręki ojca.
Zgodne milczenie i nadstawiony kapelusz Szymachy starczyły za wszelkie narady.
Dwa dni później przyjechał kat. Najpierw przegalopował przez wieś Bimbrus, 
tłukąc chabetę gołymi piętami i krzycząc przy tym wniebogłosy, a raczej 
śpiewając, bo dzięki temu przestawał się jąkać. Godzinę po nim do Wszeborów 
zawitał czarny wóz z czarnym ogierem, kryty, podobny do wozów z cygańskich 
taborów. Tamte jednak były kolorowe, egzotyczne, ten - Ŝałobny i złowieszczy. 
Na koźle siedział chudy męŜczyzna, teŜ w czerni. Barwy cechowe, nie ma co. 
Kapelusz nasunięty na oczy, płaszcz do kolan; pod nim garnitur i biała koszula 
bez kołnierzyka, na nogach oficerki glanc. Zatrzymał wóz na środku wsi, przed 
domem sołtysa. Zeskoczył na ziemię. Wtedy dopiero spostrzegłem, jak bardzo 
jest przeraŜający. I zrozumiałem, czemu zwą go "Pan Kostuch".
Kat bydlęcy to zawód stary, pochodzący z czasów, gdy zwierzęta sądzono i 
karano jak ludzi. Bywało, Ŝe budowano nawet specjalne szubienice dla koni czy 
rogacizny, jeśli za zabójstwo człowieka sąd skazywał zwierzę na śmierć przez 
powieszenie. Ale to dawne dzieje, później kaci bydlęcy posługiwali się tylko 
noŜem, siekierą lub pistoletem. Nie znaczy to jednak, Ŝe taki kat to zwykły 
rzeźnik, kaci bydlęcy to szczególna kasta. Kogoś, kto nie zna chłopów, zdziwić 
moŜe, Ŝe ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem podrzynają gardło prosiakowi czy 
tłuką krowę obuszkiem przez łeb, potrzebują kata do zabijania zwierząt. Ale 
przecieŜ zwierzęta takie, jak nasz sum, to nie zwykłe stworzenia BoŜe - to 
albo demony, albo bydlęta nawiedzone. To nie w kij dmuchał zadzierać z takim 
tworem piekielnym. Złapać to jeszcze nic, ale narazić się na klątwę, na czar, 
diabłu w jego cielesnej powłoce w oczy spojrzeć i z oczu tych Ŝycie wycisnąć - 
do tego trzeba nie byle jakiej odwagi. A moŜe nawet samemu trzeba być czartem, 
kto wie? Pewnie dlatego kaci bydlęcy zawsze mieli u ludzi duŜo gorszą opinię 
od tych zwyczajnych, ludzkich.
Pan Kostuch stał na środku wsi i czekał. Długie ramiona zwisały mu luźno 
wzdłuŜ boków, bezwładnie, jakby przyszyte. Stopy rozstawił szeroko, pewnie, 
powoli obracał głowę, spod przymkniętych powiek lustrując czujnie otoczenie 
wokół. Powiadali, Ŝe za młodu stratował go wściekły byk i Ŝe prawie umarł od 
gangreny w zmiaŜdŜonych do kolan nogach. Ale pół roku po wypadku znów go 

Strona 4

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

widywano - tylko Ŝe przy kaŜdym kroku kolana skrzypiały mu drewnem. Inni 
mówili, Ŝe z tyłu za paskiem ma dwa rewolwery - carskie nagany - i Ŝe w 
chwili, gdy odrzuca poły swego płaszcza i sięga po broń, ptaki umierają w 
locie. Myślałem, Ŝe to przesada, ciemna legenda jego profesji.
Obserwowaliśmy go zza firanek z domu sołtysa. Dzieciarnia, pilnowana przez 
kobiety,  musiała zostać w domu pod groźbą cięŜkiego łojenia. Lepiej nie 
ryzykować, zwłaszcza Ŝe - jak twierdził Szymacha - kat miał "złe oko". Nawet 
my, męŜczyźni, baliśmy się trochę tego "złego oka" i naganów za paskiem. Lecz 
kiedy młody Bimbrus, objechawszy całą wieś, wstrzymał konia obok kata i z 
uśmiechem pomachał czapką w stronę sołtysowych okien, zrobiliśmy się odwaŜni. 
Szymacha mówił za nas wszystkich:
- Zapłacimy uczciwie, bo duŜe sumisko. Dla was to nic.
Kat nie odzywał się, usta miał wąskie, niczym zrośnięte, bez krwi. Nagle zdjął 
kapelusz, odsłaniając szczecinę siwych włosów i otarł pot. Bez cienia, które 
rzucało rondo, łatwiej było określić jego wiek. Wyglądał na sześćdziesiąt lat. 
- PokaŜcie.
Poszliśmy: Szymacha pierwszy, kat za nim, reszta z tyłu. Kostuch szedł jak 
kawalerzysta, kiwając się z boku na bok na krzywych nogach. Czuło się, Ŝe 
kontroluje kaŜdy swój ruch, ale czyni to tylko częścią siebie - moŜe tą 
najmniej świadomą. Bardziej przypominał oŜywioną maszynę, która uparcie i 
bezlitośnie dąŜy do swego celu, był jak spręŜyna, której odskoku nie da się 
zahamować. Słuchałem jego kroków, kolana rzeczywiście skrzypiały.
Sum Ŝył. Kat stanął nad nim - my półkolem za nimi. Oto, sumie, myśleliśmy 
wszyscy, wybiła twoja godzina. Nie byłem pewien, czy zwierzę i człowiek patrzą 
sobie w oczy, ale coś mi mówiło, Ŝe sum wie, kim jest męŜczyzna w czerni i co 
jego obecność wróŜy. I kiedy tak czekaliśmy, by kat wyciągnął osławione 
rewolwery i rozstrzelał z miejsca Wodnika, Kostuch odwrócił się i ruszył z 
powrotem do wozu.
- Nie za te pieniądze - rzekł. - Zabiję za trzy razy tyle. Macie czas do jutra.
A potem wskoczył na wóz i zniknął za czarną płachtą. 
Ki diabeł? śeby Pan Kostuch bał się zabić suma za te pieniądze, cośmy je 
dawali? CóŜ to musi być za Wodnik, Ŝeby kat się wahał? Czy to sam Belzebub? 
Bestia z morza, której dosiądzie Nierządnica z Babilonu? Antychryst?
Łatwo nam było tak spekulować w domu sołtysa, bo wyobraźnia się rozgrzała, 
języki rozwiązały.  Bimbrusy nie skąpili swych specjałów. Wszyscy pytali mnie, 
jako człowieka kształconego w Piśmie, a więc ich zdaniem obeznanego z wszelkim 
pomiotem Szatana, co teŜ moŜe się kryć pod skórą suma. Nie będę ukrywał, Ŝe 
bimber mocno mną potrząsnął, plotłem trzy po trzy. BoŜe, przebacz, bowiem 
mnoŜyłem bestii po dziesięć za kaŜdym następnym kielichem. W końcu doszło do 
tego, Ŝe byliśmy gotowi przystać na cenę kata, choćby nawet próbował nas 
naciąć i orŜnąć, strasząc niedopowiedzeniami, lepiej nam było nie ryzykować.
Nagle ktoś zastukał do okna, podskoczyliśmy. Syn Szymachy, najmłodszy, lat 
dwanaście, pokazał swoją umorusaną gębę za szybą. Szymacha sklął chłopaka i 
juŜ zrywał się lać go, Ŝe się włóczy po północy, ale bystry dzieciak wszedł 
ojcu w słowo:
- Gadali ze sobo, ociec. Sum i Kostuch - wyszeptał jednym tchem.
Zamarliśmy.
- Gadali? Słyszałeś? Nie łŜesz?
- Ociec, sie przysiengam! Poszli my tam koło jego woza, a on wyłazi. My w 
krzaki, on idzie nad jezioro. My za nim, on siada koło suma. I gadajo ze sobo, 
jak ja tera do was.
Szymacha spojrzał na starego Bimbrusa, Bimbrus na sołtysa, sołtys na mnie. 
Wzruszyłem ramionami.
- A o czym?
- Cicho gadajo. I nie po ludzku.
Zwłaszcza to ostatnie zdanie zrobiło na nas piorunujące wraŜenie. Objawiła nam 
się straszliwa wizja zmowy dwóch czartów siejących grozę. 
- Chłopy! - zawołałem, zrywając się z miejsca. - Nie wyciągajmy tak szybko 
wniosków. MoŜe nie jest źle...
- Oj - wydusił z przeraŜeniem młody Bimbrus. - Su...su...suma 
wy...wy...wypuści, w nie...nie...niewolę nas we...we...weźmie.
- Co wy bredzicie! - zdenerwował się sołtys. - W jaką niewolę? Skończyły się 
czasy niewoli. Trzeba po milicję...

Strona 5

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

- Milcz, durny! - krzyknął stary Bimbrus i od tego zaczęła się pyskówka na 
dobre.
Szymacha posłał syna, Ŝeby dalej zerkał na kata, a sam zaczął nas uspokajać.
- Tu juŜ nie ma co, bo to sprawy piekielne - odezwał się, patrząc na mnie 
wymownie. - Tu juŜ trzeba wody święconej i modlitwy.
Jako Ŝe nie stałem pewnie na nogach, wszyscy podjęli się asystować mi przy 
egzorcyzmach. Tego tylko brakowało, bym w czasie przepędzania złych mocy 
przysnął albo padł na twarz. Młody Bimbrus, który słuŜył do mszy, pobiegł na 
plebanię po Pismo Święte, wodę ze studni chłopy nabrały wiadrem - poświęciłem 
od ręki. Czekaliśmy jedynie, by syn Szymachy dał sygnał, Ŝe droga wolna.
Około trzeciej Kostuch wrócił do wozu, a my, przemykając cichcem, dotarliśmy 
do suma. ZdąŜyłem juŜ przyjść do siebie i właśnie teraz, na trzeźwo, czułem, 
Ŝe egzorcysta ze mnie marny. Słyszałem o tej sztuce, miałem o niej pewną 
wiedzę, jako dziecko widziałem raz zawodowca, co odczyniał uroki. Ale to 
wszystko nie dość, gdy przychodzi do prawdziwych działań. Strach mnie obleciał.
Sum chyba spał, nawet wąsem nie ruszył. Zacząłem recytować z pamięci, 
pokropiłem go raz, na krzyŜ. Otworzył jedno oko. Pokropiłem jeszcze raz, 
otworzył drugie. Chłopy raz za razem Ŝegnały się, Ŝeby na mszy świętej tak się 
Ŝegnali!...
- To na nic - usłyszałem nagle, lecz zatopiony w modlitwie zrazu nie zwróciłem 
na te słowa uwagi. Ale głos nie dawał za wygraną: - Powiadam, Ŝe to na nic.
Mówił sum. Słyszeliśmy wszyscy - sum mówił.
- A czemu to? - spytałem wreszcie, choć gardło miałem suche i ściśnięte.
- Bo nie jestem diabłem. A jeśli nawet, to nie takim, którego się ima święcona 
woda i krzyŜ.
Sum poruszał pyskiem, przewracał ślepiami, zdawało się nawet, Ŝe zęby pokazuje 
w krzywym uśmiechu. Za moimi plecami męŜczyźni cofnęli się o krok, ja nie 
mogłem ruszyć nogą.
- Wodnikiem jesteś?
- RóŜnie nazywają: Wodnikiem, Panem Wodnym, Panem Sumem. Wiele imion nadają - 
westchnął, jeśli sumy wzdychają. - Wypuśćcie. Nie ja zmarnowałem wasze dzieci.
- A kto?
- Nie wiem. W jeziorze ich nie ma, nie widziałem ich, a widzę wszystko, co się 
dzieje w wodzie. Nawet do wody nie weszły, z brzegu zniknęły. Myślę, Ŝe 
Kostuch to sprawił.
Chłopy zaczęły szeptać.
- Poluje on na mnie od lat, ale sam jest. W Bugu mnie ścigał, chciałem 
odpocząć, więc nurtem podziemnym przepłynąłem do Wdowiej Wody. A on, 
oczajdusza, was zbrodnią nakłonił, byście mnie w kupie zmogli. Jeden człowiek 
rady w wodzie nie da Panu Sumowi, ale cała kupa...
- A czemu tak bardzo chce cię Kostuch pochwycić, Ŝeby aŜ dzieci mordować? I 
czemu od razu nie przystał na cenę, tylko targował się, a? - zawołał nie w 
ciemię bity Szymacha.
- Targował się, Ŝeby dać mi noc do namysłu. Ostatnią noc - odrzekł sum. - Mam 
wybór: albo pójdę do niego na słuŜbę, albo zemrę z jego ręki. A chce, bym 
pływał na jego sznurku, bo wiem o kaŜdym skarbie, co jest pod wodą, o złocie 
wiem. I nad rybami mam władzę. I utopić mogę, kogo chcę. Wypuśćcie mnie, a 
poznacie moją wdzięczność. PokaŜę wam, gdzie złoto, ryby wam w sieci zapędzę. 
Wypuśćcie.
Zapadła cisza i myśleliśmy, Ŝe sum czeka na naszą odpowiedź. Raptem dodał 
cicho, lecz wyraźnie:
- Wypuśćcie i wrzućcie mi Kostucha do wody.
Jeden drugiego wart, pomyślałem. Czemu mielibyśmy zaufać tej bestii, która 
twierdzi, Ŝe z Lucyferem nie ma nic wspólnego, chociaŜ tylko Szatan mógłby dać 
Ŝycie takiemu potworowi? Sam przecieŜ przyznał, Ŝe jest diabłem, którego się 
krzyŜ nie ima.
Szemranie chłopów wzmogło się, wzmianka o złocie rozpaliła ich Ŝądze. Wszyscy 
wszak słyszeli o niemieckich cięŜarówkach, w których pełno wszelkiego dobra: 
ikon, naczyń cerkiewnych, kamieni szlachetnych. Mogły być i inne skarby: te 
potopione przez bandy lub zaginione w odległych czasach.
- A jak łŜesz? - spytał nagle Szymacha. - Do wody wypuścimy, Kostucha 
wrzucimy, a ty znikniesz?
Sum się zamyślił.

Strona 6

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

- Wiecie, gdzie jest Łysy Dąb? Ten, co kaŜdego roku bardziej pochyla się nad 
Wdowią Wodą? Weźcie sznur na dwadzieścia łokci, bo tyle od brzegu jest 
mielizna. Tam zapadł w muł kuferek ze złotymi monetami. Znajdziecie bez trudu. 
Wypuścicie mnie, pokaŜę więcej.
Nie ufali sobie, Ŝaden nie chciał zostać przy sumie, gdy reszta ruszy po 
skarb. Powiedziałem, Ŝe ja przypilnuję czarta, wstyd mi było za moich 
parafian. Poszli, a ja oddałem się modlitwie, bo strasznie mi było na myśl, Ŝe 
jeśli sum nas oszukał i zaraz zjawi się tu Kostuch, to będę miał przeciw nim 
tylko "Apage Satanas".
- Ksiądz masz o mnie fałszywe mniemanie - rzekł sum. - Nie trzeba się mnie bać. 
- Nie boję się ciebie.
- MoŜe tak, moŜe nie. Ja księdza znam. Pamiętasz ksiądz, jak wiele lat temu, 
gdy byłeś jeszcze dzieckiem, z wieczora pływałeś we Wdowiej Wodzie? Nagle 
słabość:  ramiona sztywne, nogi sztywne, powietrza brak. Byłbyś się ksiądz 
utopił...
- Pamiętam - szepnąłem. - Jakaś siła wypchnęła mnie z toni na brzeg.
- Jakaś siła, to prawda.
- Ty?
Nie odpowiedział. Iskry niebieskie bladły, zlewały się w jedno z nieboskłonem, 
przedświt się szykował.
- Nigdy się ksiądz nie bałeś Wdowiej Wody - rzekł wreszcie. - Mamy chwilę, to 
ci coś opowiem. 
Siadłem na ziemi obok suma, lęk ze mnie wyparował. Sum mówił:
- Dawno temu, kiedy miałem jeszcze dwie nogi i dwie ręce, mieszkałem u wdowy 
po panu Orłowiczu. Było we mnie trochę jego krwi, więc Orłowiczowa przyjęła 
mnie, sierotę, na swój dwór, Ŝebym za towarzysza był dla jej syna, Borysa. 
Chłop to był wieki, mocny, ale niezbyt bystry. Ja spędziłem czas jakiś w 
Koronie, w miastach, uczyłem go więc ładnie mówić i chodzić po pańsku. Ale 
jemu w głowie były tylko sidła i latawce, które puszczał z wieŜy zamkowej. 
Pani Orłowiczowa wiele miała z nim zgryzoty. W końcu umyśliła go oŜenić. 
Orłowiczowie to była wielka szlachta, kiedyś, co prawda. Ale zostało na zamku 
duŜo złota i kosztowności, które dziad i ojciec Borysa od kupców za przejazd 
bezpieczny brali. Nie Ŝeby zbóje, druŜyna Orłowiczów traktów chroniła, to i 
kupcy wdzięczność okazywali. Ale sąsiedzi Orłowiczów niedobrymi językami 
bardzo rodzinie szkodzili, i juŜ tradycją się stało, Ŝe Orłowicz to łotr.
"Widzjisz" - mówi mi śpiewnie cioteczka, jak ją zwałem po cichu - "boja się, 
Ŝe nikt nie zechce Borysowi córy oddać. Gdyby on jeszcze był jak chłop, ale 
toŜ to dzjecko na rozumie".
"Dobra pani" - ja na to. "Borys jest piękny kawaler, dziewczęta za nim patrzą 
jak za księciem malowanym..."
"Chłopki!"
"A gdyby tak pojechać dalej? Gdzieś, gdzie Orłowiczowie mniej znani? Borysa ja 
i tańczyć po dworsku nauczę. Druh, co z nim w armii słuŜyłem, list tu do mnie 
przysłał. Pisze, Ŝe Jerema Magdalenowicz córkę ma piękną na wydaniu..."
"A kto oni, Magdalenowicze?" - pyta mnie cioteczka szybko, mruŜąc oko jak 
liczykrupa z kantoru.
"Zacna rodzina. Wszyscy bohatery, syny u nich szlachetne, patrioci. Miał 
Jerema ich sześciu, ale w powstaniu poginęli. Córka mu została. Jeden szkopuł: 
niezbyt zamoŜni..."
"Czjort ze złotem. Ja mam - starczy!"
Tak od słowa do słowa postanowiliśmy - jedziemy na dwór Magdalenowiczów, nad 
Wdowią Wodę. Zdarzyły nam się w tej podróŜy liczne przypadki, o których nie 
pora teraz opowiadać - w kaŜdym razie pokochałem Borysa miłością braterską, a 
zwłaszcza po tym, jak na gościńcu trzech grasantów jedną ręką zmógł. Dobra 
nasza, myślałem sobie, kaŜda pokocha takiego chwata. I tak mówiłem cioteczce - 
aŜ ujrzałem Marię Magdalenowiczównę.
Piękna była jak anioł, dech w piersiach zapierało. Oczy, włosy, brwi czarne, 
skóra - mleko, usta - krew. Byłbym się zakochał, gdyby nie pamięć o 
obowiązkach względem Orłowiczów. A wypełnienie ich rysowało się licho - sprawa 
była arcytrudna. Bo choć Jerema Magdalenowicz z miejsca znalazł z cioteczką 
wspólny język, jak to stara szlachta, to panna wyglądała na zmienną, miała 
humory jak turecka księŜniczka. Szczebiotała po francusku, znała się na 
malarstwie i muzyce, czytała poetów, a nawet filozofów - tych jednak pokątnie, 

Strona 7

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

w sekrecie przed ojcem. Odprawiała konkurentów jednego po drugim, bo to nie 
dość zgrabni, nie dość kształceni, bez fantazji czy konceptu. Ale nawet nie to 
martwiło mnie najbardziej, mój niepokój budzili dwaj panowie, którzy jako 
jedyni ze starających się o rękę panny wciąŜ trwali na posterunku. Byli to 
Niemiec i Rosjanin.
Pierwszy nosił się modnie, w atłasach i jedwabiach, przedstawiał jako doktor 
nauk, uczony i badacz. Drugi był oficerem carskim, bodajŜe majorem, prosty jak 
struna, zawsze w mundurze galowym. Popisywali się przed panną na wszelkie 
sposoby: major dokonywał cudów na koniu, jak prawdziwy Kozak, strzelał, 
tańczył, śpiewał dumki. Doktor bawił ją greckimi ogniami i wierszami 
niemieckich pisarzy; sprowadził nawet paru aktorów, Ŝeby grali dla niej 
angielskie tragedie. Co ich tu przygnało? Skąd światowcy w skromnych progach 
starego Magdalenowicza?
Dzięki Bogu, pan Jerema patrzył na nich niechętnie, chociaŜ jawnie nie 
okazywał im wrogości. Niemili sercu zaborcy mogli zaszkodzić, mogli jednak 
pomóc, wnuki zabezpieczyć. Pan Jerema wahał się, panna kaprysiła.
"Dwa tygodnie" - orzekła cioteczka. - "Nie zechce ona Borysa, wracamy w dom".
Termin palił, a mnie niewiele udało się wskórać. Gdzie Borysowi do tych panów? 
Nawet raz z Magdalenowiczówną nie zatańczył, ot, purpurowiał jak rak, 
wzdychał, oczyma za nią wodził, ale słowa zgrabnego wykrztusić nie umiał. A i 
ona, zdawało mi się, ledwie spojrzała na niego, juŜ się nudziła. Wstyd mi było 
przed jego matką, przed panną. Ja na jego miejscu... Ech, co tu gadać.
Którejś nocy wyszedłem na przechadzkę pod gwiazdami. Przy stajniach natknąłem 
się na Jakuba, który był słuŜącym Magdalenowicza, starym wiarusem Cesarza. 
Stoimy, noc mija spokojnie. Nagle Jakub wyciąga tabakierę, widzę na niej znak: 
kielnia i cyrkiel. Jeden z naszych, myślę. Sięgam po fajkę, nabijam, wiem, Ŝe 
spostrzegł wyhaftowany na woreczku tytoniowym emblemat. Nic nie trzeba nam 
było mówić.
"Bracie" - odzywa się nagle półgłosem - "panna w niebezpieczeństwie. Ojczyzna. 
Świat cały".
"JakŜe to?" - pytam, a juŜ myślę, czy biedny Ŝołnierz aby nie obłąkany.
"Myślisz ty" - zaczyna z innej flanki Jakub - "Ŝe wasza tu obecność 
przypadkowa? Zastanów się dobrze, rozwaŜ: Borys Orłowicz, syn wdowy, zajechał 
nad Wdowią Wodę do panny Marii Magdalenowiczówny. Pojmujesz?"
Chłodniej mi się zrobiło, a zaraz potem jakiś Ŝar zaczął mnie palić w 
trzewiach. ToŜ to czarno na białym pisane symbole naszej LoŜy, tajemnice 
rycerskie. Synem Wdowy zwaliśmy u nas Hirama, budowniczego Świątyni 
Salomonowej, który to król Ziemi Świętej wyznawał po kryjomu wiarę Wschodu, 
wiarę Hirama - w Wielką Panią, Matkę Wszechrzeczy. Patrz w Świętego Mateusza, 
w Świętego Łukasza patrz, gdzie opisany rodowód od króla pierwszego, Dawida, 
który był z Adama, a z którego był Salomon, do króla ostatniego, Pana Naszego, 
Zbawiciela, który był z Salomona... I strasznie, i wspaniale zbliŜyć się do 
rzeczy wielkich tak pośród cichej nocy, pod baldachimem gwiazd.
"Połączyć tych dwoje to nasz cel, bracie, nasz obowiązek" - tłumaczył mi 
Jakub. "Ale mamy przeciw sobie moce potęŜne i złe. Major i doktor... to nie 
ludzie".
"Nie ludzie?"
Jakub szeptem spiskowca wyjawił mi, jak ich podsłuchał, gdy knuli ze sobą 
pierwszego wieczoru w komnacie gościnnej, po tym, jak obaj, nadjechawszy 
niezaleŜnie z dwóch stron świata, stanęli w progu Magdalenowiczów. A dziwna to 
była rozmowa, bowiem kaŜde zdanie, a czasem i co drugie słowo mówili w innym 
języku. Szczęściem Jakub pół Ŝycia strawił na studiowaniu ksiąg, dzięki czemu 
osiągnął najwyŜszy stopień Ścisłej Obserwy i Szlachetnego Rytu. Rozumiał i 
łacinę, i grekę, języki Persów, Scytów, Aramejczyków i wielu pogan. 
Wszystkiego nie chwycił, lecz to, co pochwycił, starczyło. Major z doktorem 
zawarli pakt, Ŝe nie wezmą się za łby i czarów nie uŜyją, wołając na pomoc 
tych, co im słuŜą, gdyŜ mogłoby to obudzić czujność i sprowadzić nad Wdowią 
Wodę brata ich, Azazela.
"Jezusie, Mario, Józefie!" - zakrzyknąłem w zgrozie.
"Cisza!" - skarcił mnie Jakub. "Myślę, Ŝe Wdowia Woda kulawi ich moc, czyni 
słabszymi. Inaczej przecieŜ nie mógłbym ich podsłuchać ani my, tu, teraz, nie 
bylibyśmy bezpieczni".
"CzymŜe jest Wdowia Woda?"

Strona 8

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

Jakub przymknął oczy - cmoknął parę razy, podkręcił wąsa. W końcu spojrzał na 
mnie i machnął ręką.
"Powiem ci. Czytałeś ty Księgę Greka? Tę, w której stoi, Ŝe wszystko, co jest, 
z wody jest? Woda jest jak łono kobiety, bo z niej Ŝycie i w niej wzrasta 
Ŝycie. Jest pierwszością, początkiem, jest przyczyną. Kiedy nie było jeszcze 
nic, co jest dziś, była woda. Z tej wody Bóg dokonał przemienienia w świat. Z 
wody i człowiek, i bydlę, i drzewo, i kamień. Duch od Boga, ciało - z wody. 
Wdowia Woda trzyma w sobie parę kropli tej pierwszej, tej, która była 
początkiem i przyczyną. Wdowia Woda moŜe przemienić..."
Nie chciał mi wyjawić istoty owego przemienienia, być moŜe sam nie wiedział 
lub lękał się sięgać umysłem aŜ tak wysoko, bo tam, gdzie tylko NajwyŜszy 
sięgać ma prawo, tam, gdzie akt stworzenia. A mimo to było dla mnie jasne, Ŝe 
trzeba nam uchronić Wdowią Wodę przed braćmi Azazela. 
Jakub bał się zaufać obcym, ale kości mu mówiły, Ŝe jego czas moŜe przyjść 
lada godzina. A Ŝe rozpoznał we mnie członka bractwa -  uznał, Ŝe dłuŜej 
czekać nie moŜe. Zaprowadził mnie do loszku pod stajnią i pokazał beczkę 
ciemnej wody, która burzyła się niczym pełna ryb.
"Myślisz, Ŝe pusta? Bo nie widzisz. To pokuśnik wodny, w ceber nabrany 
przypadkiem. Dobry czart, swojski - nie piekielny, lecz ziemski. Rzadki okaz, 
bo pokuśniki zwykle w zboŜu się lęgną, w siennikach albo pod powałą zamtuzów. 
Umie on męŜczyzn i niewiasty kusić, myśli nieprzystojne budzić, do grzechu 
cielesnego nakłonić. Wystarczy, Ŝe młody Orłowicz wejdzie do beczki i trzy 
pacierze posiedzi, a panna Maria tylko o nim będzie śniła, kiedy zapach tej 
wody od niego poczuje".
Przekonać Borysa do kąpieli to była igraszka, wierzył we wszystko, co mu 
powiedziałem. Łgałem, Ŝe w beczce naszykowany wywar lubczykowy, mocne zioła 
miłosne, Ŝe panna zaraz go pokocha. I w zasadzie nie były to słowa dalekie od 
prawdy: dzień po kąpieli Magdalenowiczówna oczu od Borysa oderwać nie mogła. 
Dnia następnego pozwoliła się pocałować. Trzeciego przyjęła oświadczyny.
Swoją drogą, wszystkie kobiety, które były na dworze Magdalenowiczów, poza 
cioteczką, ma się rozumieć, zapałały w jednej chwili afektem do naszego 
Borysa, ale on sam świata poza panną Marią nie widział, dlatego nie obawiałem 
się o ich przyszłość. Sen z powiek spędzali mi major z doktorem, lecz Jakub 
uspokajał:
"Na nic się nie ośmielą, bądź, bracie, pewny. Miłość młodych łączy, a Bóg 
czuwa nad Wdowią Wodą. Zrobiliśmy swoje".
I rzeczywiście, odjechali i więcej o nich nie słyszeliśmy. TuŜ przed 
weseliskiem stary wiarus zmarł, szczęśliwy, Ŝe spełnił swoją powinność. 
Państwo młodzi wraz z cioteczką wrócili za Bug. Ja zostałem nad Wdowią Wodą, 
moc przemieniania zaprzątała mi umysł. Poświęciłem się studiom, korzystając z 
obszernej biblioteki pana Jeremy, któremu słuŜyłem w zastępstwie Jakuba. 
Odnalazłem tu dzięki pomocy pewnego antykwariusza ową Księgę Greka...
Tu sumisko zamilkło, a ja oprzytomniałem nagle. Cała ta opowieść była jak sen, 
majak, a jednak wszystko, co mówił sum, nabierało w mojej wyobraźni realnego 
kształu, wyraźnej barwy.
- Po dworze zostały zgliszcza, Panie Sumie, nie ma biblioteki.
- Szukaj ksiądz w lochach. Wszystko ukryłem, a dopiero potem...
- Co potem?
Znów ucichł. Wokół nas zrobiło się juŜ całkiem jasno - lada moment mogli się 
pojawić chłopi lub, co gorzej, kat.
- Nie miałem czystego serca. Ksiądz pamiętaj, Ŝe kto pragnie czego od Wdowiej 
Wody, choćby władzy, choćby skarbów, sam siebie okrutnie oszuka, by później 
przez lata za to nieczyste serce płacić. Jeśli nie dla prawdziwego poznania 
zanurzysz się w jeziorze, woda oszpeci cię, uczyni bestią przedpotopową. I 
zamiast duchem wrócić do owej chwili pierwszej, wrócisz do niej jedynie 
ciałem. Jak ja...
- Co się stało? - nalegałem. - Powiedz mi.
Nie zdąŜył wyjawić mi niczego więcej, nasi nadeszli tryumfalnie, niosąc 
przegniły kuferek niczym łup wojenny. 
- Jest! Jest! - wołał Szymacha.
- Zło...zło...złoto! - wtórował mu młody Bimbrus.
Chłopy były zmęczone, ale pełne otuchy i wiary w bogatą przyszłość. Nikt im 
teraz nie mógł stanąć na drodze. Gotowi byli biec po kata i zadusić w tej 

Strona 9

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

chwili, byle im Wodnik pokazał więcej skarbów. Nie musieli biec, Kostuch 
nadszedł sam.
Chłopom zrzedły miny, ale zacięli usta, czoła zmarszczyli. Szymacha postawił 
kuferek na ziemi. Wszyscy razem, jak jeden mąŜ, wystąpili do przodu. Zerwałem 
się na to z miejsca, nawet nie wiem, czy po to, by ich zatrzymać, czy aby im 
pomóc. Kat zerkał na nas spod ronda kapelusza, lecz ani drgnął, choć przecieŜ 
musiał juŜ wiedzieć, co się święci.
Patrzyłem na tę scenę jak z boku, oniemiały, tknięty paraliŜem. Zapamiętam to 
do końca Ŝycia. Sześciu chłopa rzuca się na kata, są o trzy kroki, o dwa. W 
powietrzu łopoczą poły czarnego płaszcza, migają srebrne lufy rewolwerów. A 
jednocześnie z Kostuchowego gardła dobywa się przeciągłe wycie - głos 
straszliwy, upiorny. Chłopy są o krok. Z obu luf błyska ogniem 
czerwono-złotym, śmiertelnym. Lecz kat nie strzela do ludzi, kula za kulą tnie 
powietrze i szarpie cielsko suma. Bimbrusy przypadają do ziemi; ze strachu, 
reszta wali się na kata, wytrąca broń, bije, ścina z nóg - przygniata. I wtedy 
powraca echo tego strasznego wycia. I widzę, Ŝe to nie echo. Wilk wielki jak 
człowiek na czworakach, szary, zimnooki, skacze w ludzkie kłębowisko. I kąsa 
bez litości, rani pazurem - broni Kostucha. Chłopy jeden po drugim wypadają z 
bitwy, zalegają na ziemi, kulą się, krzyczą. Wilk, pokazując kły, stoi obok 
kata, a ten powoli wstaje na nogi. Kolana mu skrzypią. Potem schyla się, 
podnosi nagany, chowa za pasek. Klepie wilka po łbie, pstryka palcami, a wtedy 
bydlę odwraca się i truchtem wraca, skąd przyszło. Do czarnego wozu.
W tym momencie odzyskałem siły, przeŜegnałem się.
- Wybacz nam, tak jak my tobie wybaczamy. I odejdź.
Kostuch wykrzywił wąskie usta, pokiwał głową, jak gdyby sam sobie przyznawał 
rację. Potem odszedł. Pięć minut później po czarnym wozie z czarnym ogierem 
zostały tylko bruzdy na piaszczystej drodze. I martwy szpak, który leŜał u 
moich stóp.
Suma wrzuciliśmy do Wdowiej Wody - modliłem się za jego duszę. Nasze rany po 
wilczych kłach i pazurach zagoiły się szybko, ale cała parafia nie mogła 
odŜałować reszty złota, o którym Wodnik nie powiedział. O kacie nikt nie 
wspominał - zniknął z okolicy. Ale ja bałem się, Ŝe wróci, tak jakby mógł 
wiedzieć o lochach pod dworem Magdalenowiczów. Dzięki Bogu, nie wiedział...

Był juŜ biały dzień, gdy Maksymilian odłoŜył zapiski wuja Stanisława i cieŜkim 
krokiem powlókł się do izby sypialnej. Padł na łóŜko i natychmiast zasnął. 
Lecz nie dane mu było odpocząć, oczyścić skołatany umysł - śnił niespokojnie, 
nerwowo, przewracając się z boku na bok. W tym śnie - albo raczej w serii 
następujących po sobie snów - słyszał wyraźnie trzeszczącą płytę z 
"Wassermusik" i zgrzyt kręconej czyjąś ręką korby patefonu. Potem zdawało mu 
się, Ŝe wstał - i lunatykuje. Wszedł do gabinetu wuja i ujrzał dziewczynkę, 
którą spotkał pod plebanią - notowała coś pilnie na marginesach owej 
"Kosmohydroniki". Nagle ponownie znalazł się w sypialni - stała nad nim Marfa, 
za nią Józwa z papierosem w ustach, a na taborecie obok łóŜka siedział Kujawa 
i trzymając Maksymiliana za przegub, mierzył mu puls. Nie przestawał przy tym 
mówić:
"Jest ci chyba wiadome, Ŝe w okresie prenatalnym, zanim wyodrębnią się męskie 
organy płciowe, wszystkie płody są rodzaju Ŝeńskiego? A czy zastanawiałeś się 
nad faktem, Ŝe wobec zjawisk przyrody dzieci płci Ŝeńskiej okazują 
zdecydowanie mniej strachu od dzieci płci męskiej? I czy nie wydaje ci się 
intrygujące, Ŝe wszystkie bóstwa solarne są przeistoczeniem bóstw lunarnych, a 
kaŜda religia opowiada o wodnym przemienieniu i odrodzeniu mocą wegetacji?..."
W końcu - kiedy Maksymilian obudził się nagłym zrywem z łóŜka - okazało się, 
Ŝe przespał cały dzień i Ŝe zapadła noc, jego druga noc we Wszeborach. Ale 
wciąŜ nie miał pewności, czy jest juŜ przytomny, czy otacza go jawa, gdyŜ w 
drzwiach stała nieruchoma dziewczynka spod plebanii, i ze snu. Bał się 
poruszyć, odezwać, ledwie oddychał.
- JuŜ czas - powiedziała raptem dziewczynka. - Wszyscy czekają.
Maksymilian wiedział, Ŝe musi wstać i pójść za nią. Dał się wyprowadzić z 
domu, potulny i posłuszny. Na zewnątrz stał wóz zaprzęŜony w dwa woły, jakich 
nigdy we Wszeborach nie widział. Wokół wozu tłoczyli się jego parafianie z 
Marfą, Józwą i Kujawą na czele. Wóz przyozdobiony był kwiatami, a wśród 
kwiatów Maksymilian dostrzegł obraz Matki Boskiej z ołtarza swego kościoła. 

Strona 10

background image

Cyprjak Igor - Wdowia Woda

2007-03-23

Dziewczynka wsunęła mu do ręki szklankę z wodą. Potem podeszła do wołów, 
stanęła plecami do nich i wytrzymawszy chwilę, jak tancerz, który czeka na 
właściwy takt, ruszyła. Woły pociągnęły wóz za nią. Jednak parafianie patrzyli 
na Maksymiliana, spodziewając się, Ŝe wie, co ma robić. I nagle zrozumiał, Ŝe 
wie. Postąpił naprzód - śladem wozu. Zanurzał dłoń w szklance i kropił wodą na 
lewo i prawo, powtarzając przy tym:
- Wszystko, co jest, z wody jest.
Ludzie szli za nim.
Igor Cyprjak

IGOR CYPRJAK 
Rocznik 1974, student socjologii UW, z zawodu dziennikarz. Opublikował dotąd w 
"NF" następujące opowiadania: "Katedra" ("NF" 5/93), "Smok" ("NF" 6/94), 
"Piorun" ("NF" 4/99). Wieś Wszebory istnieje naprawdę - autor jeździ tam 
rokrocznie; opowiadanie "Wdowia Woda" to zaledwie wstęp - prolog. Podobno 
będzie z tego coś więcej.
(mp)

Strona 11