background image

The Eleventh of October | 1 

 

 

“The Eleventh of October” 

 

Autor:  anotherday_ Beta: Goochaa_ 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 2 

 

Spis treści: 

Prolog: str.3 

Rozdział pierwszy: str. 4 

Rozdział drugi: str. 14 

Rozdział trzeci: str. 21 

Rozdział czwarty: str. 27 

Rozdział piąty: str. 44 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 3 

 

 

Prolog 

 

„Każde głębsze uczucie prowadzi do cierpienia. Miłość bez cierpienia 

nie jest miłością” – Jan Twardowski 

 

Usiadłam  na  sofie,  na  ramiona  narzuciłam  koc  i 

podciągnęłam kolana pod brodę. Potrzebowałam chwili, aby się 

skupić  i  zacząć  opowiadać.  Najpierw  utkwiłam  wzrok  w 

swoich  dłoniach.  Potem  skierowałam  go  za  okno.  Na  dworze 

panował  chłód,  a  niekończące  się  pokłady  śniegu  sypały  się  z 

nieba. Zamknęłam oczy, policzyłam w myślach do dziesięciu i 

zaczęłam mówić. 

-  Nazywam się Isabella  Swan, ale  wolę,  gdy mówi  się na 

mnie Bella. Mam dwadzieścia sześć lat i mieszkam w Nowym 

Jorku. Od zawsze uwielbiałam dramaty. Obojętne czy książka, 

czy  film.  Ważne,  żeby  można  byłoby  się  przy  tym  porządnie 

wypłakać. Wiesz, jakie są moje ulubione? Takie o nieszczęśliwej 

miłości.  Wszystko  jest  idealnie  i  pięknie,  jak  w  bajce.  Nie 

potrzebne  ci  jedzenie,  picie,  tlen.  Nic  nie  jest  ci  potrzebne, 

ponieważ masz Jego. Nic i nikt was nie rozdzieli. Aż pewnego 

dnia twoje niewyobrażalne szczęście zmienia się w koszmar. I 

background image

The Eleventh of October | 4 

 

nic  nie  możesz  na  to  poradzić,  choćbyś  niewiadomo  jak  się 

starała – powiedziałam jednym tchem, tłumiąc w sobie wybuch 

płaczu. - Chciałabym ci coś opowiedzieć, Rosalie. 

Dziewczyna  usadowiła  się  wygodnie  w  fotelu.  Wie,  że 

będzie  to  długa  historia.  Rose  to  od  niedawna  moja 

„terapeutka” jeśli można to tak nazwać. Kiedy nie mogę zasnąć, 

lub po prostu nie mam siły na nic, prócz zalewaniem się łzami, 

dzwonię  do  niej,  a  ona  od  razu  siada  w  samochód  i  po  kilku 

minutach  siedzimy  w  moim  salonie.  Ona  z  kubkiem  kawy  w 

ręku,  a  ja  paczką  chusteczek.  Każdą  rozmowę  zaczynamy  tak 

samo.  Jak  zawszę  biorę  głęboki  oddech  i  zamykam  oczy,  po 

czym  wracam  pamięcią  do  jedenastego  października 

dwutysięcznego ósmego roku. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 5 

 

 

Rozdział Pierwszy 

 

Czasami  człowiek  jest  w  takiej  sytuacji,  gdzie  naprawdę 

nie  ma  pojęcia  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  A  ja,  siedząc  w 

mojej  kuchni,  właśnie  tak  się  czułam.  Za  to  Alice  bawiła  się 

doskonale… 

Przez  uchylone  drzwi  sypialni  widziałam,  jak  co  kilka 

sekund  na  podłodze  ląduje  kolejna  część  garderoby.  Kiedy 

usłyszałam pisk przerażenia chochlicy, postanowiłam przerwać 

przemeblowanie mojej szafy. 

- Bello, powinnaś wyrzucić te czarne spodnie! One wyszły 

z mody… - zawahała się na chwilę, po czym wychyliła głowę z 

pomieszczenia i dodała: - One nigdy nie były modne. 

-  Alice  Mary  Brandon,  ile  razy  mam  ci  powtarzać,  że 

nigdzie się nie wybieram?! – krzyknęłam dosyć stanowczo, ale 

wiedziałam, że szanse na wygranie z moją przyjaciółką są nikłe. 

Jeśli ta dziewczyna coś sobie postanowi, to nawet sam Johnny 

Deep  –  którego  ona  wręcz  ubóstwia  –  nie  jest  w  stanie 

przekonać ją do zmiany zdania. 

-  Przecież  dzisiaj  piątek,  musisz  się  trochę  rozerwać!  – 

pisnęła, chowając się z powrotem w sypialni. – Oj, Bello, Bello. 

background image

The Eleventh of October | 6 

 

Co  z  ciebie  wyrośnie?  -  Oczami  wyobraźni  widziałam,  jak 

teatralnie unosi wzrok ku górze. 

Prychnęłam,  udając  obrażoną  i  kątem  oka  zerknęłam  na 

kalendarz  przypięty  magnesami  do  lodówki.  Jedenasty 

października, piątek. Alice jednak nie blefowała. Westchnęłam 

ciężko i postanowiłam stawić czoło bestii. Weszłam do sypialni, 

a to co tam zobaczyłam utwierdziło mnie tylko w tym, że chcąc 

nie  chcąc,  pójdę  na  tą  cholerną  dyskotekę.  W  pomieszczeniu 

panował  totalny  chaos.  Dosłownie  wszędzie  walały  się  moje 

ubrania. 

-  Alice  Mary  Brandon,  ja  naprawdę  nigdzie  się  nie 

wybieram! – wykrzyknęłam i tupnęłam nogą jak małe, urażone 

dziecko.  Dziewczyna  zerknęła  na  mnie  rozbawiona,  nic  nie 

mówiąc. 

Isabello Marie Swan, właśnie przegrałaś. 

 

* * * 

 

Około godziny dwudziestej trzeciej trzydzieści siedziałam 

przy barze, pijąc trzeciego, lub czwartego drinka. Sama się już 

pogubiłam się w tym liczeniu. W każdym razie nieźle szumiało 

mi w głowie i, ani mi się śniło ruszać tyłka z tego wygodnego 

krzesełka, które grzałam sobie przez półtorej godziny. Właśnie 

background image

The Eleventh of October | 7 

 

mniej  więcej  wtedy  zniknęła  Alice,  która  „całkiem 

przypadkiem”  spotkała  Jaspera  Whitlocka.  Chłopak  studiował 

kiedyś z jej bratem, Jamesem. Dzisiaj akurat grał tu koncert ze 

swoim  zespołem.  Moja  przyjaciółka  szaleje  za  nim  odkąd  go 

zobaczyła,  czyli  od  jakiś  dwóch  miesięcy.  Ona  też  nie  jest  mu 

obojętna.  Ta  dwójka  ma  się  ku  sobie,  ale  żadne  z  nich  nie  ma 

odwagi  zrobić  kroku  naprzód,  więc  na  razie  pozostają  tylko 

przy  flircie.  Trochę  mnie  to  bawi,  a  jednocześnie  dziwi.  Nie 

znam  Jaspera,  więc  nie  mogę  o  nim  nic  powiedzieć,  ale  Alice 

Brandon  to  wulkan  energii,  najbardziej  rozgadana,  śmiała, 

pewna  siebie  i  pyskata  osoba  jaką  znam.  A  ona  boi  się 

powiedzieć  niejakiemu  Whitlockowi,  że  jest  gorący  i  ma  na 

niego chrapkę. 

-  Jeszcze  jednego?  –  zagadnął  barman,  widząc  że 

opróżniłam  swoją  szklankę.  Posłałam  mu  słodki  uśmiech  i 

skinęłam głową. 

-  Ale  tym  razem  Malibu,  kochanie!  –  pisnęłam  i  zalotnie 

zatrzepotałam  rzęsami.  Biedak,  od  półtorej  godziny  próbuje 

ode  mnie  wyciągnąć  numer  telefonu,  ale  ja  pozostawałam 

nieugięta.  Mój  plan  polegał  na  tym,  aby  uchlać  się  do 

nieprzytomności  w  międzyczasie  potorturować  go,  a  potem 

odprawić z kwitkiem. Nagle usłyszałam, że ktoś woła mnie po 

imieniu. 

background image

The Eleventh of October | 8 

 

-  Bello!  Bellaaaa!  –  był  to  głos  Chochlicy,  jednak  nie 

wiedziałam  skąd  dochodzi.  Rozejrzałam  się  dookoła,  ale 

nigdzie  jej  nie  widziałam.  Widać  alkohol  nie  służy  mojemu 

mózgowi,  bo  po  zaledwie  trzech  drinkach    dostawałam 

omamów słuchowych. 

- Bells! Tu jestem! – dziewczyna warknęła mi nad uchem. 

Odwróciłam się w jej stronę. 

- Nie krzycz, Chochliku! – mruknęłam i pociągnęłam przez 

słomkę  łyk  mojego  Malibu.  –  A  tak  w  ogóle,  to  jak  tam 

Whitlock.  Gdzie  on  jest?  –  zapytałam.  W  tej  samej  chwili 

usłyszałam chrząknięcie, dobiegające gdzieś z góry. Podążyłam 

wzrokiem za źródłem dźwięku i zobaczyłam obiekt westchnień 

mojej przyjaciółki tuż obok niej. 

- Część Isabello. – uśmiechnął się blondyn, wyciągając do 

mnie rękę. 

-  Bello  –  poprawiłam  automatycznie,  ściskając  jego  dłoń. 

Stwierdziłam, że mogło to zabrzmieć trochę niegrzecznie, więc 

chcąc wyjść cało z tej sytuacji wyszczerzyłam się głupkowato. 

-  Ona  nienawidzi  swojego  pełnego  imienia,  dlatego 

strasznie  się  wkurza,  kiedy  ktoś  świadomie  się  tak  do  niej 

zwraca, a każdą nowo poznaną osobę zawsze poprawia. – Alice 

pokrótce wyjaśniła chłopakowi moje zachowanie. 

background image

The Eleventh of October | 9 

 

-  Ah,  w  takim  razie  przepraszam,  Bello.  –  Jasper 

uśmiechnął  się  przyjaźnie.  Wydawał  się  sympatycznym 

gościem w sam raz dla narwanego Chochlika. 

- Aaa! Byłabym zapomniała. Wybacz Edwardzie. – pisnęła 

moja  przyjaciółka.  Spojrzałam na  nią  zdziwiona.  Do  kogo ona 

mówiła? 

- Bello, to jest Edward Cullen, przyjaciel Jaspera. – Dopiero 

teraz  dostrzegłam    wysokiego,  miedzianowłosego  chłopaka 

stojącego  za  Jasperem.  Nie,  nie  –  stop!  Wróć.  To  nie  był  jakiś 

tam chłopak. To był super-mega-hiper-ekstra bardzo przystojny 

chłopak.  Zlustrowałam  go  spojrzeniem  od  stóp  do  głów  i 

dokonałam  szybkiej  oceny.  Miał  na  sobie  granatową  koszulę. 

Trzy  ostatnie  guziki  zostawił  odpięte,  ukazując  jego  szerokie 

barki  i  kawałek  nieźle  umięśnionego  torsu.  Jak  dla  mnie, 

prezentował się idealnie. Wiem, że może trochę wyolbrzymiam, 

ale wtedy dokładnie tak pomyślałam. Gdyby nie Jasper, pewnie 

bym się na niego rzuciła. 

-  Hej,  Cullen,  gdzie  twoje  maniery.  Przywitaj  się.  – 

blondyn szturchnął go żartobliwie w bok. Edward nie wyglądał 

na  zainteresowanego  bliższym  poznaniem  mojej  osoby.  Był 

wyraźnie  podirytowany  i  znudzony.  Chyba  też  został 

zaciągnięty na tą dyskotekę mimo woli. 

background image

The Eleventh of October | 10 

 

- Edward Cullen – mruknął, jednocześnie podając mi dłoń. 

Postanowiłam 

zachować 

się 

bardziej 

przyjaźnie 

odpowiedziałam mu uśmiechem. 

- Bella Swan, miło mi. 

 

* * * 

 

Kilka  godzin  i  drinków  później, atmosfera  stała  się  mniej 

napięta. Edward trochę się rozchmurzył. Zdołałam się od niego 

dowiedzieć,  że  ma  dwadzieścia  trzy  lata  i  mieszka  ze  swoim 

kumplem  Emmettem.  Poza tym, kiedy  Jasper opowiadał jakąś 

zabawną  historię  z  wakacji,  Edward  wtrącił,  że  wcale  nie  był 

nawalony  w  trzy  dupy  i,  gdy  Chochlica  zapytała  go,  czy  ma 

może przy sobie tusz do rzęs o mało nie oblał się drinkiem i z 

rozbawieniem  pokręcił  przecząco  głową,  na  co  dziewczyna 

wydała z siebie jęk zawodu. 

Alice  i  Jasper  chyba  w  końcu  zrozumieli,  że  są  dla  siebie 

stworzeni.  Siedzieli,  tuląc  się  do  siebie  i  szepcząc  słodkie 

słówka.  Ja z kolei zastanawiałam się, czy jutro, gdy alkohol już 

wyparuje,  nadal  będą  tacy  śmiali  lub  czy  w  ogóle  będą 

pamiętać co się wydarzyło tego wieczoru. 

-  Ooo,  to  moja  ulubiona  piosenka!  Kocham  ją!  –  pisnęła 

moja  przyjaciółka.  –  Jasper,  zatańczysz  ze  mną?  –  posłała 

background image

The Eleventh of October | 11 

 

chłopakowi  jeden  z  najpiękniejszych  swoich  uśmiechów.  I  jak 

tu  odmówić  takiemu  małemu,  słodko  trzepoczącemu  rzęsami 

Chochlikowi?  Wszystko  byłoby  dobrze,  gdyby  nie  fakt,  że 

zostałam z Edwardem sam na sam. 

Kiedy  nasze  gołąbeczki  zniknęły  na  parkiecie,  wśród 

tańczących  par  zapadła  krępująca  cisza.  Przez  kilka  minut 

siedzieliśmy nic nie mówiąc, aż wreszcie postanowiłam się, że 

na  chwilę  ulotnię  się do łazienki,  a  kiedy  wrócę  może  zastanę 

przy stoliku Al i Jaspera. 

-  Przepraszam  na  chwilę.  Muszę  iść…  do  WC  – 

mruknęłam  zakłopotana.  Miedzianowłosy  zerknął  na  mnie 

znad  szklanki  i  skinął  głową.  Wstałam  z  miejsca  i  szybkim 

krokiem  skierowałam  się  w  stronę  łazienek.  Jednak  zrobiłam 

zaledwie  parę  kroków,  a  poczułam  na  ramieniu  czyjąś  dłoń. 

Odwróciłam się i zobaczyłam Edwarda. 

-  Może  lepiej,  jeśli  pójdę  z  tobą,  co?  Kręci  się  tu  kilku 

nieciekawych typów. – powiedział. 

- Dam sobie ra… - nie zdążyłam dokończyć, bo pociągnął 

mnie za łokieć w stronę męskiego WC. 

- Nie gadaj tyle, tylko chodź.  – mruknął. – I nie patrz tak 

na mnie. Tu jest tylko jedna, wspólna łazienka. Dla kobiet i dla 

mężczyzn. – dodał, widząc moją zdezorientowaną minę. 

background image

The Eleventh of October | 12 

 

Weszłam  do  jednej  z  kabin  i  oparłam  się  o  ścianę. 

Spojrzałam  na  zegarek  w  telefonie.  Było  trochę  po  północy. 

Alice  i  Jasper  dobrze  się  bawili,  a  ja  siedzę  w  jakimś 

podrzędnym klubie, gdzie jest tylko jedno WC. No i w dodatku 

czeka  na  mnie  chłopak,  który  ma  chyba  rozdwojenie  jaźni. 

Najpierw  traktuje  mnie  jak  powietrze,  a  potem  nagle  zaczyna 

się o mnie martwić. 

- Długo jeszcze? – Tak… o wilku mowa. 

- Zaraz. Muszę się trochę… ogarnąć – odpowiedziałam. 

Wzięłam  głęboki  oddech  i  wyszłam  z  kabiny.  Podeszłam  do 

lustra  wiszącego  nad  umywalką.  Poprawiłam  włosy  i 

westchnęłam ciężko. Chyba czas wracać do domu. 

- Wszystko w porządku? -  usłyszałam głos Cullena tuż za 

sobą. Był blisko. Czułam jego oddech na moich nieosłoniętych 

ramionach.  Po  plecach  przeszedł  mi  zimny  dreszcz,  a  twarz 

spłonęła  rumieńcem.  Spojrzałam  w  jego  odbicie  w  lustrze. 

Patrzył na mnie odrobinę zmartwiony. Skąd u niego do cholery 

taka zmiana? 

Potrząsnęłam głową, jakby miało mi to pomóc w skupieniu się. 

Strasznie ciężko było mi myśleć i było mi odrobinę niedobrze. 

- To nic takiego, po prostu za dużo alkoholu na dziś. Będę 

się  już  zbierać  do  domu.  Przeproś  ode  mnie  Alice  i  Jaspera, 

okej? - mruknęłam, kierując się do drzwi. 

background image

The Eleventh of October | 13 

 

- Zaczekaj. Przecież nie będziesz wracać do domu sama, w 

nocy! – powiedział, zawzięcie szukając czegoś w kieszeniach. – 

Nie mam przy sobie już ani centa, więc chyba będziemy musieli 

się  przejść.  Ewentualnie  weźmiemy  jakiegoś  taksówkarza  na 

litość. – dodał po chwili, uśmiechając się przepraszająco. 

Skinęłam głową, również siląc się na uśmiech, zamiast którego 

wyszedł grymas. Z moim żołądkiem było coraz gorzej. Zbierało 

mi  się  na  wymioty  i  kręciło  się  w  głowie.  Ruszyłam  w  stronę 

drzwi, ale po kilku krokach zatoczyłam się i gdyby nie Edward, 

pewnie leżałabym teraz na ziemi. 

-  Dzięki.  –  wymamrotałam  i  z  jego  pomocą  wróciłam  do 

pionu. – Chodźmy już. 

 

* * * 

 

Czterdzieści  pięć  minut  później  staliśmy  na  klatce 

schodowej  przed  drzwiami  do  mojego  mieszkania.  Po  tak 

długim spacerze poczułam się trochę lepiej. Przez całą drogę z 

klubu  Edward  nie  odezwał  się  do  mnie  ani  słowem.  Dopiero 

kiedy byliśmy na miejscu, zagadnął: 

- To tutaj? To co, chyba dasz już sobie radę? 

- Chyba raczej tak. – uśmiechnęłam się. Nastała niezręczna 

cisza. Nie wiedziałam, czy mam zaprosić go do środka, czy po 

background image

The Eleventh of October | 14 

 

prostu  się  pożegnać.  To  wszystko  przez  te  jego  zmiany 

nastroju.  Najpierw  był  dla  mnie  niemiły,  potem  nagle  stał  się 

troskliwy niczym kochana babunia, a jeszcze potem nie odzywa 

się ani słowem. 

-  To  ja  już  pójdę.  –  Chłopak  przerwał  ciszę.  Zszedł  parę 

schodów niżej, po czym rzucił jeszcze przez ramię: - Dobranoc. 

- Czekaj! – zawołałam za nim. Zatrzymał się i spojrzał na 

mnie z uśmiechem. Chyba wiedział, o co mi chodzi. 

Zegar na ścianie wskazywał godzinę trzecią piętnaście. Ja i 

Edward  siedzieliśmy,  a  raczej  na  wpół  leżeliśmy  na  mojej 

kanapie w salonie. Na podłodze stało kilka pustych butelek po 

piwie oraz dwie paczki papierosów. Trzymałam jednego w nich 

w  dłoni  co  chwila,  zaciągając  się  dymem,  a  potem  probując 

wydmuchać  z  niego  różne,  ciekawe  kształty.  Edward  z  kolei 

popijał swoje piwo, spoglądając na mnie z uśmiechem.  

-  Ładnie  wyglądasz  z  fajką.  Tak  seksownie.  –  zagadnął, 

puszczając mi oczko.  

-  Nie  wypowiadaj  przy  mnie  słowa  zawierające 

przedrostek „seks”,  bo  rzucę  się na ziemię  i zgwałcę dywan  – 

jęknęłam,  wywracając  oczami.  –  Nie  uprawiałam  seksu  do 

trzech miesięcy. 

background image

The Eleventh of October | 15 

 

-  Żartujesz?  –  chłopak  parsknął  śmiechem,  omal  się  nie 

krztusząc.  –  Taka  laska  jak  ty?  Trzy  miesiące  i  zero  seksu?  – 

mruknął, unosząc brwi.  

-  Mój  ostatni  chłopak  okazał  się  strasznym  dupkiem  i 

postanowiłam sobie odpuścić, na jakiś czas – odparłam, gasząc 

papierosa.  

Edward nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się zadziornie 

i  przysunął  w  moją  stronę.  Wiedziałam do  czego  zmierza,  ale 

nie  byłam  pewna,  czy  tego  chcę.  Znałam  go  tylko  od  kilku 

godzin! 

 

Jednak  wszystkie  moje  wątpliwości  rozwiał  jego  dotyk. 

Przejechał palcem od mojego ramienia, aż po dłoń. 

 

-  Kochaj  się  ze  mną,  Bello.  Bez  żadnych  zobowiązań,  tak 

dla przyjemności – szepnął mi do ucha, przygryzając je lekko. 

Moje serce biło jak oszalałe. Bałam się, że zaraz wyskoczy mi z 

piersi.  Moja  intuicja  podpowiadała  mi, żebym mu  nie  ulegała, 

ale  ciało  żyło  już  własnym  życiem.  Być  może  podjęłam 

najgłupszą  i  najbardziej  nieodpowiedzialną  decyzję  mojego 

życia, ale postanowiłam zdać się na to drugie. 

 

Nic  nie  mówiąc,  po  prostu  przyciągnęłam  Edwarda  do 

siebie  i  usiadłam  na  nim  okrakiem.  Chłopak  uśmiechnął  się 

nonszalancko  i  wpił  się  w  moje  usta.  Smakował  alkoholem  i 

papierosami, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało.  

background image

The Eleventh of October | 16 

 

 

Wplątałam  dłonie  w  jego  włosy,  jednocześnie  bawiąc  się 

jego językiem. On tymczasem błądził dłońmi po moich udach.  

 

-  Kochaj  się  ze  mną,  Edwardzie!  –  wysapałam  między 

pocałunkami. 

 

- Z przyjemnością. – szepnął tuż przy moich ustach. 

 

 
 

 
 

 

 
 

 
 

 
 

 
 

 

 
 

 
 

background image

The Eleventh of October | 17 

 

Rozdział Drugi 

 

Obudziły 

mnie 

promienie 

porannego 

słońca, 

przedzierające  się  przez  zasłony.  Zmrużyłam  oczy  i 

przekręciłam się na drugi bok. Za nic w świecie nie chciało mi 

się  wstawać.  Po  kilku  minutach  robienia  szybkiej  listy  „za”  i 

„przeciw” w mojej głowie, podjęłam decyzję.  

Z trudem wygramoliłam się z łóżka i od razu podążyłam 

do  kuchni.  Po  drodze zerknęłam w  lustro, co  spowodowało  u 

mnie stan przedzawałowy. Wyglądałam jak postać z nędznego 

komedio-horroru.  

Gdy  w  końcu  dotarłam  do  mojej  „Ziemi  Obiecanej”, 

dziękowałam  Bogu,  że  dał  mi  taką  możliwość.  Miałam 

wrażenie,  że  nie  mam  w  organizmie  ani  kropelki  wody.  Moje 

gardło  było  zaschnięte  niczym  Sahara,  a  żołądek  też  dawał  o 

sobie znać. Do tego ten okropny ból rozrywający moją czaszkę 

od  środka.  Przez  niego  cichutkie  tykanie  wskazówek  zegara 

doprowadzało mnie do szału. Byłam pewna, że zaraz pękną mi 

bębenki w uszach.  

Gdy chciałam otworzyć lodówkę i wygrzebać coś do picia 

zauważyłam  kartkę  leżącą  na  stole.  Wzięłam  ją  do  ręki  i 

background image

The Eleventh of October | 18 

 

przeczytałam.  Była  na  niej  krótka  wiadomość,  napisana 

odrobinę nieestetycznym, lecz czytelnym pismem.  

 

Wybacz, że tak bez pożegnania, ale musiałem zjawić się w pracy. Nie 

chciałem Cię budzić, bo tak słodko spałaś. Spisałem sobie Twój numer, 

zadzwonię wieczorem, ewentualnie jutro. 

To była bardzo udana noc… 

Edward 

 

 

Uśmiechnęłam się pod nosem i odłożyłam kartkę. Tak, to 

zdecydowanie była bardzo udana noc… 

 

* * * 

 

 

Usłyszałam  dźwięk  dzwonka  do  drzwi.  Leżałam  w  tym 

czasie  na  kanapie,  z  zimnym  okładem  na  czole.  Nie  miałam 

najmniejszej ochoty wstać, więc postanowiłam udawać,  że nie 

ma mnie w domu. Dźwięk dzwonka rozniósł się po mieszkaniu 

jeszcze kilka razy, po czym osoba dobijająca się do drzwi chyba 

sobie poszła.  

Niestety,  po  chwili  usłyszałam  głos  Adele  wykonującej 

Rolling In The Deep, sygnalizujący przychodzące połączenie.  

background image

The Eleventh of October | 19 

 

 

Zerknęłam  na  wyświetlacz  i  postanowiłam,  że  lepiej 

będzie, żebym odebrała - dla mojego zdrowia psychicznego, jak 

i fizycznego. 

 

-  Jesteś  w  domu,  słyszałam  jak  twój  telefon  dzwoni. 

Chciałaś  się  mnie  pozbyć,  co?  Wiesz,  że  ze  mną  nie  jest  tak 

łatwo,  koleżanko.  Musimy  sobie  poważnie  porozmawiać.  – 

Alice  krzyknęła  do  telefonu  i  rozłączyła  się.  Podeszłam  do 

drzwi i otworzyłam je, po czym od razu zeszłam jej z drogi. 

Dziewczyna  wpadła  do  mieszkania  z  impetem  i  nie 

zawracając  sobie  głowy zdjęciem kurtki,  czy  butów weszła  do 

salonu  i  usiadła  na  kapie.  Teatralnie  założyła  nogę  na  nogę  i 

oparła na kolanach splecione dłonie.  

 

-  Mamy  coś  bardzo  ważnego  do  obgadania  –  mruknęła, 

mrożąc  mnie  wzrokiem.  Zmarszczyłam  brwi  i  usiadłam 

naprzeciwko niej. 

 

-  Okej,  słucham  cię  Alice.  Coś  się  stało?  –  powiedziałam, 

krzyżując ręce na piersi. Przeczuwałam, że to nie będzie nasza 

najprzyjemniejsza rozmowa. 

 

-  Edward  Cullen  się  stał,  Bello.  Spałaś  z  nim  dzisiejszej 

nocy, prawda?  

 

Nim  brunetka  dokończyła  zdanie,  poderwałam  się 

gwałtownie z miejsca. Wymachując rękami i grożąc jej palcem 

wykrzyknęłam: 

background image

The Eleventh of October | 20 

 

 

-  Ty...  Ty  nie  masz  prawa  ingerować  w  moje  prywatne 

sprawy! 

 

Ze  złości,  aż  się  we  mnie  zagotowało.  Alice  była  moją 

najlepszą  przyjaciółką  i  dobrze  wiedziała,  że  nienawidzę,  gdy 

ktoś wtrąca się w moje życie. To co robię mój problem. Jeśli coś 

pójdzie  źle,  to  ja  będę za  to  odpowiadać,  nikt  inny.  Każdemu 

łatwo jest gadać, upominać, ale jeśli potrzeba pomocy, to nagle 

wszyscy  od  początku  wiedzieli,  że  tak  będzie  i  nie  mają 

zamiaru się w to mieszać. 

 

- Bella, nie krzycz. Ja nie chcę ci tu prawić kazań na temat 

twoich przygód na jedną noc z obcymi facetami, chociaż dobrze 

wiesz,  że  tego  nie  popieram  –  powiedziała,  dokładnie 

akcentując  ostatnie  słowa.  –  Ale  chcę  ci  tylko  powiedzieć,  że 

Cullen  jest  graczem.  Bawi  się  dziewczynami.  Przelatuje  je, 

zalicza, kolekcjonuje a potem wyrzuca jak zużyty przedmiot. A 

ty  już  jesteś  jedną  z    wielu,  które  spędziły  z  nim  noc.  Więc 

błagam  cię,  Bello.  Nie  kontaktuj  się  z  nim  i  nie  spotykaj.  – 

Dziewczyna  zakończyła  swój  monolog.  Wzięłam  głęboki 

oddech,  policzyłam  w  myślach  do  dziesięciu  i  ponownie 

zajęłam swoje miejsce.  

 

-  Przepraszam,  Alice.  Ja  tylko  nie  mogę  znieść,  gdy  ktoś 

wpieprza  się  w  moje interesy. Zresztą,  dobrze  o  tym wiesz. A 

Edward to całkiem fajny facet. Nasłuchałaś się za dużo plotek, 

background image

The Eleventh of October | 21 

 

Al  –  powiedziałam  najspokojniej,  jak  tylko  potrafiłam. 

Dziewczyna zmarszczyła czoło i pokręciła przecząco głową.  

 

- Posłuchaj mnie. Ja się o ciebie po prostu martwię. Jesteś 

dla  mnie  jak  siostra,  a  nawet  jesteś  moją  siostrą,  do  cholery 

jasnej.  Wiem, że  i  tak  zrobisz  jak  uważasz,  więc  moje  gadanie 

jest  na  nic  –  mruknęła,  jednocześnie  wstając  i  kierując  się  do 

wyjścia. Odprowadziłam ją i oparłam się o futrynę drzwi. Alice 

stała  na  klatce  schodowej  i  patrzyła  na  mnie  wyczekująco. 

Kiedy  zorientowała  się,  że  nie  mam  zamiaru  przyznawać  jej 

racji, sama zabrała głos. 

 

- Bello, tylko żeby potem nie było, że cię nie ostrzegałam. 

Jesteś  uparta  jak  osioł  –  mruknęła  i  spojrzała  na  mnie  z 

wyrzutem.  –  Muszę  już  lecieć,  bo  jutro  prowadzę  wykład  na 

temat 

najwybitniejszej 

dziennikarki 

lub  dziennikarza 

współczesnego.  Wpadniesz?  Muszę  wybrać,  kto  według  mnie 

zasługuje  na  to  miano  i  jakoś  ciekawie  i  sensownie  to 

uzasadnić. Po cholerę ja szłam na to dziennikarstwo, możesz mi 

wyjaśnić?  Mogłam  studiować  z  tobą  architekturę.  Jestem 

przecież  kreatywna,  nie?  Zaprojektowałabym  na  przykład 

ratusz w kształcie Yorka, bo przecież sama nazwa miasta mówi 

Nowy-Jork.  Mielibyśmy  ratusz  w  kształcie  małego  pieska.  To 

byłoby takie słodkie, co nie? Ale no tak, ja poszłam studiować 

dziennikarstwo, 

bo 

podobno 

jestem 

nadzwyczaj 

background image

The Eleventh of October | 22 

 

komunikatywna  i  wygadana.  –  Spokojnie  przeczekałam 

słowotok  Chochlika,  po  czym  cmoknęłam  ją  w  policzek  i 

pożegnałam się z nią.  

 

Kiedy z  powrotem  położyłam się  na  kanapie, a  na  moim 

czole znalazł się zimny okład. Przypomniało mi się, że przez to 

wszystko  zapomniałam  zapytać  Alice  o  to,  jak  potoczyły  się 

sprawy  z  Jasperem.  Postanowiłam  jednak  się  tym  nie 

przejmować i odpocząć jeszcze kilka minut. 

 

* * * 

 

Wieczorem, siedząc nad książkami co chwila nerwowo 

zerkałam na telefon. Edward wspomniał, że zadzwoni, jednak 

zegar wskazywał już niemal północ i zaczynałam w to wątpić. 

Pocieszałam się za to faktem, że na pewno odezwie się jutro.  

Kilkanaście minut później, gdy było grubo po dwudziestej 

czwartej  stwierdziłam,  że  i  tak  już  więcej  się  nie  nauczę,  więc 

odłożyłam  notatki  i  wskoczyłam  po  kołdrę.  Przed  snem 

postanowiłam napisać jeszcze do Alice. 

 

Hej Chochlico, przez te twoje kazanie na temat Cullena zapomniałam 

zapytać jak poszło z Jasperem? 

Bella 

background image

The Eleventh of October | 23 

 

 

 

Po chwili otrzymałam odpowiedź: 

 

Ah, po tym kiedy się ulotniliście z panem E. było wspaniale. On jest 

taki słodki i kochany, wiesz? I nie chce mnie tylko wykorzystać i 

rzucić, jak ten twój Cullen. Mówię Ci dziewczyno, zapomnij o nim. A 

resztę o Jazzy’m opowiem Ci jutro. Wpadniesz na mój wykład o 

15.00? 

Chochlik ;* 

 

 

Zaśmiałam się, czytając SMS-a przyjaciółki i odpisałam jej 

szybko. 

 

Dobra, dobra. Zostawmy temat Edwarda. Wykład o 15.00? To 

świetnie, bo o 14.50 kończę zajęcia, więc akurat się wyrobię. Jutro chcę 

się dowiedzieć wszystkich szczegółów. A teraz idę już spać, bo 

dosłownie padam na twarz. Nawet nie wiesz przez co dzisiaj 

przechodziłam. Miałam potwornego kaca. 

Dobranoc Chochlico ;* Wiesz że Cię kocham, nie? ;*  

 

 

 

Niestety, moje nocne zdobywanie wiedzy nie wychodzi mi 

na dobre. Podczas zajęć z całych sił starałam się, aby nie zasnąć. 

background image

The Eleventh of October | 24 

 

Całkiem  dobrze  mi  to  wychodziło.  Minusem  było  to,  że  nie 

dochodziło do mnie nic z tego, co mówił pan Harris.  

 

Szturchnęłam  siedzącą  obok  mnie  Angelę  Weber.  Była 

przykładną  studentką,  zawsze  miała  wszystkie  materiały, 

uczyła się chyba dwadzieścia cztery na dobę.  

 

-  Angela,  skserujesz  mi  potem  notatki?  Zarwałam  noc, 

jestem nieprzytomna i nie dam rady nic napisać – wyszeptałam, 

robiąc  przy  tym  maślane  oczy.  Dziewczyna  skinęła  głową 

twierdząco,  nie  przestając  notować.  Chciałam  jeszcze  coś 

powiedzieć,  ale  pomyślałam,  że  nie  będę  jej  przeszkadzać  w 

pisaniu. 

 

Po  dwóch  godzinach  mojego  spania  z  otwartymi  oczami 

wreszcie skończyłam zajęcia. Od razu skierowałam się na aulę, 

w  której  miał  się  odbyć  wykład  Alice.  Wpadłam  na  nią  w 

drzwiach. 

 

-  O,  Bella!  Jesteś,  już  się  bałam  że  cię  nie  będzie.  Idę  po 

kawę do automatu, pójdziesz ze mną?  

 

- Jasne, chodź – uśmiechnęłam się i ruszyłam za Chochlicą. 

–  Czy  nie  miałaś  mi  czasem  opowiedzieć  o  Jasperze?  – 

zagadnęłam, przyglądając się jak przyjaciółka wrzuca drobniaki 

do automatu. 

 

-  Ah…,  chyba  ci  coś  takiego  obiecałam  –  zachichotała  i 

odebrała  napój.  –  No,  więc…  Kiedy  wyszliście,  zrobił  się 

background image

The Eleventh of October | 25 

 

odważniejszy.  Najpierw  prawił  mi  komplementy.  Wiesz,  że 

jestem  śliczna,  zabawna  i  takie  tam.  Nie  powiem  –  kolana  mi 

miękły, kiedy go słuchałam. Potem postanowiliśmy, że pora już 

wracać. Jasper zamówił taksówkę, za którą oczywiście zapłacił. 

Pojechał ze mną do domu, a sam wrócił na piechotę. 

 

Uniosłam brwi ze zdziwieniem. 

 

- I to tyle? Koniec historii? Nawet cię nie…  - nie dane mi 

było dokończyć, bo Alice wyprzedziła moje pytanie. 

 

-  Pocałował  mnie  na  pożegnanie  w  policzek  i  tylko  tyle. 

Bello,  znamy  się  tylko  kilka  tygodni.  On  nie  jest  Edwardem 

Cullenem…  -  powiedziała  z  wyrzutem  i  zostawiła  mnie  na 

środku  auli,  kierując  się  do  mównicy.  Rozłożyła  na  niej  swoje 

notatki, poprawiła spódnicę i zaczęła wykład. 

 

Ja natomiast zajęłam pierwsze lepsze miejsce i starałam się 

wsłuchać w słowa przyjaciółki, jednak nie potrafiłam się skupić. 

Rozdrażniła  mnie  swoim  zachowaniem.  Kiedy  porównała 

Jaspera  z  Edwardem  poczułam  się,  jakbym  była  w  jej  oczach 

jakąś  łatwą  panienką  do  zaliczania.  Pewnie  gdybym  tyle  nie 

wypiła,  nie  zachowałabym  się  tak  tamtej  nocy.  Dopiero  kiedy 

moje  myśli  zbiegły  się  do  Edwarda,  przypomniało  mi  się,  że 

miał  zadzwonić.  Szybko  wygrzebałam  z  torebki  komórkę,  ale 

niestety rozczarowałam się. 

background image

The Eleventh of October | 26 

 

 

Ogarnęła  mnie  złość  pomieszana  z  żalem.  Może  jednak 

Alice miała rację? Był graczem i chciał się tylko ze mną zabawić. 

Przez  przypadek  trafił  do  tego  klubu  i  skorzystał  z  okazji. 

Zauważył zalaną, zdesperowaną laskę i po prostu umilił sobie 

wieczór. Świetnie Bello, dałaś się zaliczyć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 27 

 

Rozdział trzeci 

 

 

Po  zakończonym  wykładzie  Alice  chciałam  do  niej 

podejść,  ale  od  razu  wokół  niej  zgromadziło  się  pełno 

pierwszorocznych  studentów,  zasypując  ją  pytaniami. 

Postanowiłam jej nie przeszkadzać i ruszyłam do wyjścia.  

 

Przez cały ten czas, gdy Chochlica mówiła – zapewne coś 

bardzo  ciekawego  –  ja  za  nic  w  świecie  nie  potrafiłam  się 

skupić.  Gdy  próbowałam  skoncentrować  się  na  słowach 

brunetki, przeszkadzał mój podświadomy głos.  

 

Czułam  się  jak  dziwka.  Dałam  się  wykorzystać  jakiemuś 

palantowi.  Wystarczyło  kilka  miłych  słów,  alkohol  i  od  razu 

wskoczyłam mu do łóżka. Cholera, jaka ja byłam głupia!  

 

Idąc i  nie  zważając  na  drogę  nie było możliwości, żebym 

na  kogoś  nie  wpadła.  Po  chwili  zderzyłam  się  z  jakimś 

mężczyzną.  

 

-  Cholera  jasna!  Uważaj  jak  chodzisz,  co?  –  Usłyszałam 

gniewny, lecz znajomy głos. Uniosłam wzrok i ujrzałam przed 

sobą  wysokiego,  miedzianowłosego  chłopaka.  Otrzepywał 

spodnie z piachu, nie patrząc na mnie. 

background image

The Eleventh of October | 28 

 

 

-  Edward?  –  Wydukałam  w  końcu.  Nie  wiem  co  mnie 

napadło,  ale  miałam  ochotę  z  nim  porozmawiać.  Powinnam 

była odejść stamtąd bez słowa. 

 

Chłopak, słysząc swoje imię uniósł wzrok. 

 

- Bella? – W jego głosie dało się wyczuć rozbawienie. – To 

ty?  Co  za  spotkanie!  –  Wykrzyknął  i  uśmiechnął  się  szeroko. 

Widząc to nie potrafiłam się na niego gniewać i odwzajemniłam 

uśmiech.  Wszystkie  przekleństwa,  którymi  obrzucałam  go  w 

mojej  głowie  nagle  wyparowały.  Znów  byłam  przekonana,  że 

Alice nasłuchała się zbyt dużo plotek.  

Jak taki facet może być kobieciarzem, który cię wykorzysta 

i  rzuci?  Przecież  on  ma  taki  powalający,  szczery  uśmiech. 

Piękne,  zielone  tęczówki,  w  których  można  utonąć. 

Kilkudniowy,  lecz  cholernie  seksowny  zarost,  który  dodawał 

mu  tajemniczości.  Rude,  poczochrane  na  wszystkie  strony 

włosy. I niby on ma być „graczem”? 

 

Musiałam wyglądać jak idiotka. Wpatrywałam się w niego 

jak  w  obrazek.  Jeszcze  tylko  brakowało,  żebym  rozdziawiła 

usta i zaczęła się ślinić jak buldog.  

 

-  Studiujesz  tutaj?  –  Edward  przerwał  moje  wewnętrzne 

rozpływanie się. Zamrugałam parę razy oczami i potrząsnęłam 

głową, aby wrócić do rzeczywistości. 

background image

The Eleventh of October | 29 

 

 

-  Tak,  studiuję  architekturę  –  Uśmiechnęłam  się.    –  A 

czemu pytasz? Też się tu uczysz? 

 

-  Nie,  no  coś  ty.  Nie  stać  mnie  na  czesne.  Czasem  tylko 

przychodzę  na  wykłady.  Mam  tu  ulubionych  wykładowców, 

którzy  rewelacyjnie  opowiadają.  –  Chłopak  mówił, 

gestykulując.  

 

-  Założę  się,  że  pewnie  pani  Clooney?  –  Zagadnęłam, 

przystępując z nogi na nogę.  

 

* * * 

 

Po  kilkunastu  minutach  rozmowy  wylądowałam  z 

Edwardem  na  lunchu.  Zamówiliśmy  dla  siebie  naleśniki  z 

owocami.  Ja  po  dziesięciu  minutach  zwlekania  dobrałam  do 

tego jeszcze czekoladowego shake’a.  

 

-  Zawsze  tak  długo  się  zastanawiasz?  –  Zagadnął 

zielonooki, biorąc łyk swojej kawy. 

 

Wzruszyłam ramionami. 

 

-  Sama  nie  wiem.  Chyba  nie.  Musiałbyś  zapytać  Alice  – 

Uśmiechnęłam  się.  –  Zna  każdy  mój  ruch  na  pamięć.  Na 

podstawie ułożenia moich dłoni powie ci, czy jestem w dobrym 

humorze, czy jestem głodna i czy nie mam czasem okresu. 

background image

The Eleventh of October | 30 

 

 

Chłopak parsknął śmiechem, omal nie krztusząc się kawą. 

Kiedy już doszedł do siebie spojrzał na mnie rozbawiony. 

 

-  Muszę  poprosić  ją,  żeby  mnie  tego    nau…  -  Nie  zdążył 

dokończyć,  bo  przerwał  mu  mój  telefon.  Wyszeptałam  w  jego 

stronę nieme „przepraszam” i zerknęłam na wyświetlacz.  

 

Jacob. Jacob Black dzwonił. Ciekawe co takiego musiało się 

stać, żeby przypomniał sobie o starej przyjaciółce. Odeszłam na 

bok, aby porozmawiać z Jacobem. 

 

-  Jake,  nie  mogę  teraz  rozmawiać,  zadzwonię  później, 

okej? – Mruknęłam do telefonu i już miałam się rozłączyć, lecz 

usłyszałam smutny głos Indianina.  

 

-  Bello,  musisz  się  ze  mną  spotkać.  Mam  problem.  – 

Powiedział niemal niesłyszalnie.  

 

- Jacob, przecież ty jesteś w Waszyngtonie, jak… 

 

-  Nie  jestem  w  Waszyngtonie,  jestem  w  drodze  do 

Nowego  Jorku.  Będę  na  miejscu  wieczorem.  Znajdziesz  dla 

mnie chwilę?  

- Ale co się stało? Dlaczego wracasz? 

- Spotkasz się ze mną? – Mruknął zniecierpliwiony.  

- Jasne. Zadzwoń jak będziesz na miejscu. Mam po ciebie 

pojechać na lotnisko, dworzec czy coś?  

-  Nie  trzeba.  Do  zobaczenia,  Bells.  –  Powiedział 

pośpiesznie i rozłączył się. 

background image

The Eleventh of October | 31 

 

Zdezorientowana  schowałam  komórkę  do  torebki  i 

wróciłam na swoje miejsce. 

 

* * * 

 

 

Po  skończonym  lunchu  zaprosiłam  Edwarda  do  siebie. 

Trochę  niezręcznie  czułam  się,  siedząc  z  nim  w  mojej  kuchni, 

jedząc  krakersy  i  rozmawiając  o  naszych  zainteresowaniach, 

muzyce, filmach.  

 

Miedzianowłosy  zachowywał  się,  jakby  między  nami 

nigdy  nic  nie  zaszło.  Ani  razu  nie  wspomniał  o  tamtej  nocy. 

Chociaż może dobrze to o nim świadczyło, niepokoiło mnie to, 

że ja podświadomie chciałam, żeby o tym wspomniał.  

 

-  …kiedy  byłem  mały  tata  zabierał  mnie  na  każdy  mecz. 

Był prawdziwym fanatykiem. Ale ciebie chyba to nie interesuje, 

co? – Powiedział, biorąc sobie kolejnego krakersa. Potrząsnęłam 

głową, jakby to miało mi pomóc się skoncentrować. 

 

-  Nie, nie. Tylko się zamyśliłam – Wyjaśniłam pośpiesznie. 

–  Więc  o  czym  mówiłeś?  O  sporcie?  –  Dodałam 

zdezorientowana. 

 

- Mhm. Dokładnie o footballu. 

 

- Football? Brat Alice Brandon, James i mój przyjaciel Jacob 

dostali  stypendia  sportowe  i  wyjechali  do  Waszyngtonu,  na 

background image

The Eleventh of October | 32 

 

studia  –  Wtrąciłam,  aby  podtrzymać  rozmowę.  Niestety,  z 

marnym skutkiem.  

 

Edward  tylko  pokiwał  głową,  nic  nie  odpowiadając. 

Posłałam  mu  nieśmiały  uśmiech  i  sięgnęłam  po  krakersa,  w 

tym samym momencie co on.  

 

Kiedy nasze dłonie się spotkały, przez moje ciało przebiegł 

przyjemny  prąd.  Przed  oczami  stanęły  mi  obrazy  z  naszej 

wspólnej  nocy.  W  mojej  głowie  krążyła  tylko  jedna  myśl. 

Miałam  ochotę  to  powtórzyć.  Sama  nie  wiedziałam  dlaczego. 

Przecież  znałam  go  tylko  cztery  dni.  Przecież  nawet  nie 

wiedziałam jaki on jest. 

 

Wiedziałam  jedynie,  że  takie  rzeczy  zdarzają  się  tylko  w 

filmach. Chłopak i dziewczyna sięgają po coś jednocześnie, ich 

dłonie  przypadkiem  się  o  siebie  ocierają.  On  napotyka  jej 

zawstydzony wzrok i uśmiecha się. Obydwoje wiedzą, że to jest 

to. 

 

Po  kilku  sekundach,  które  moim  zdaniem  trwały 

wieczność cofnęłam rękę. Moje policzki spłonęły rumieńcem. 

 

- Przepraszam – Wyszeptałam cicho, niemal niesłyszalnie. 

Edward poruszył się nerwowo na swoim miejscu. 

 

- Za co? 

 

- Za to przed chwilą. To było dziwne…  

 

Chłopak skinął głową. 

background image

The Eleventh of October | 33 

 

 

-  To…  ja  już  chyba  będę  się  zbierał.  Pewnie  masz  dużo 

innych,  ciekawszych  zajęć.  –  Wstał  i  przez  chwilę  chyba  nie 

wiedział co zrobić z rekami, po czym wsadził je do kieszeni. 

 

- Nie, nie! Ja tylko. Bo wiesz, cały czas nie daje mi spokoju 

to,  co  się  stało  między  nami,  niedawno  –  Mruknęłam,  biorąc 

między  dwa  palce  kawałek  nitki  zwisającej  z  mojej  koszulki  i 

oderwałam ją. Bałam się spojrzeć mu teraz w oczy. Może on nie 

chciał o tym rozmawiać, dlatego nie wspomniał ani słowem?  

 

Po  chwili  usłyszałam  jego  głos.  Zachrypnięty,  jak  wtedy, 

gdy  mówił  do  mnie  tamtej  nocy.  Czułam  jego  oddech  na 

swoich włosach.  

 

- Mi też.  

* * * 

 

- Jesteś pewna? – Szepnął mi do ucha. Oddech miał płytki i 

nierówny. 

 

Na  chwilę  przerwałam  rozpinanie  guzików  jego  koszuli. 

Ujęłam  jego  twarz  w  dłonie  i  spojrzałam  w  te  wprost 

hipnotyzujące, zielone oczy. 

 

- Jestem pewna. W stu procentach. Mam ci to rozrysować 

na wykresie? – Mruknęłam, zachłannie wpijając się w jego usta. 

Uśmiechnął się, odwzajemniając pocałunek. Po chwili jego usta 

zjechały  niżej,  na  moja  szyję  i dekolt.  Ja  tymczasem zatopiłam 

background image

The Eleventh of October | 34 

 

palce  w  jego  zajebiście  seksownych,  rudych  włosach.  Kiedy 

zahaczył zębami o krawędź moich stringów jęknęłam.  

 

-  I  co  teraz?  –  Wyszeptał,  składając  pocałunek  na  moim 

brzuchu.  

 

-  Jak  to  co?  –  Warknęłam  i  uniosłam  się  na  łokciach.    – 

Leży pod tobą prawie naga, rozpalona kobieta. Tylko kawałek 

koronkowego materiału dzieli cię od jej wnętrza, a ty się pytasz, 

co robić?  

 

Chłopak  posłał  mi  groźne  spojrzenie  i  jednym, 

zdecydowanym ruchem pozbawił mnie bielizny. 

 

-  No,  tak  lepiej  –  Powiedziałam  bardziej  sama  do  siebie, 

niż do niego. 

* * * 

 

 

Nastawiłam radio na swoją ulubioną stację, podgłośniłam i 

dołączyłam  do  Edwarda  biorącego  prysznic.  Właśnie  zaczęła 

lecieć  jedna  z  moich  ulubionych  piosenek.  Wzięłam  z  półki 

szampon do włosów o zapachu wanilii, nalałam trochę na dłoń 

i rozniosłam na włosach, cały czas nucąc przy tym lecący twór. 

 

-  Często  śpiewasz  pod  prysznicem?  –  Spojrzał  na  mnie 

rozbawiony.  

 

- Nie śpiewam, tylko nucę – Odparłam urażona. - A teraz 

umyj mi plecy – Dodałam, szturchając go żartobliwie w bok. 

background image

The Eleventh of October | 35 

 

 

Zielonooki  machnął  na  mnie  ręką  i  posłusznie  wykonał 

swoje  zadanie.  Kiedy  skończył  owinął  ręcznik  na  biodrach  i 

wyszedł  do  kuchni  zrobić  coś  do  jedzenia,  ponieważ  jak 

stwierdził, zawsze głodnieje po seksie. 

 

-  Edward!  –  Zawołałam,  wycierając  włosy.  Usłyszałam 

jego  kroki  i  po  chwili  zjawił  się  w  drzwiach  łazienki.  –  Nie, 

żebym kazała ci po sobie sprzątać, ale mógłbyś trochę ogarnąć 

sypialnię… Zaraz muszę wyjść, a potem będę miała gościa i nie 

zdążę sama – Jęknęłam, robiąc słodkie oczy szczeniaczka.  

 

- Kobiety… - Mruknął pod nosem i zniknął.   

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 36 

 

Rozdział czwarty 

 

Edward  szedł  obok  mnie,  odrobinę  wkurzony.  Nie 

odezwał się ani słowem, odkąd zadzwonił jego współlokator – 

niejaki  Emmett  McCartney  i  powiedział,  żeby  nie  wracał  na 

noc, bo zaprosił do siebie dziewczynę.  

 

Zachował się wobec niego nie fair, lecz miedzianowłosy z 

całych  sił  starał  się  go  usprawiedliwiać.  Wyjaśnił  mi,  że 

mieszkanie należy do jego przyjaciela, on tylko dokłada  się do 

czynszu. Jednak nie udało mu się ukryć złości. Podejrzewałam, 

że  nie  zdarzyło  się  to  pierwszy  raz.  Bez  problemu 

przenocowałabym go u siebie, ale przyjeżdżał Jake.  

 

-  W  sumie,  to  nie  jego  wina.  Przecież  to  jego mieszkanie, 

ma  dziewczynę,  ma  prawo  ją  do  siebie  zaprosić  –  Mruknął, 

patrząc  tępo  przed  siebie.  –  A  ja  mu  tylko  przeszkadzam. 

Jestem  dla  niego  pasożytem.  Mieszkam  u  niego,  pracuję  w 

warsztacie jego ojca, więc zawsze jak coś zawalę, Emmett się za 

mną wstawia. Jest dla mnie za dobry, a ja tego nadużywam.  

 

Skinęłam głową na znak, że rozumiem. 

 

-  Dlaczego  nie  znajdziesz  sobie  jakiegoś  mieszkania  dla 

siebie?  –  Zagadnęłam.  –  Przecież  to  o  wiele  wygodniejsze  i  w 

ogóle…  

background image

The Eleventh of October | 37 

 

 

Miedzianowłosy  nie  odpowiedział.  Wcisnął  tylko  dłonie 

głębiej  do  kieszeni  i  przyglądał  się  mijanym  przez  nas 

wystawom sklepowym. Przez chwilę szliśmy w ciszy. 

 

-  Nie  mam  kasy,  to  dlatego.  Wszystko,  co  zarabiam  w 

warsztacie  idzie  na  imprezy,  alkohol,  wiele,  wiele  paczek 

papierosów.  Czasem  nawet  jakieś  dragi  –  Parsknął  śmiechem, 

widząc moją przerażoną minę. – Spokojnie, nie jestem żadnym 

ćpunem.  Kilka  razy  zdarzyło  się,  że  wypaliłem  z  kumplami 

jakiegoś  skręta,  wziąłem  kilka  kolorowych  pigułek  i  to 

wszystko.  Nie  jestem  od  niczego  uzależniony,  z  wyjątkiem 

papierosów.  

 

Nie skomentowałam jego wyznania. Całkowicie zaskoczył 

mnie  tym,  że  prowadzi  taki  tryb  życia.  Zastanawiałam  się,  co 

teraz  będzie  robił.  Gdzie  pójdzie  na  tą  noc?  Jest  październik, 

noce  już  nie  są  takie  ciepłe,  przecież  zmarznie.  Albo  wpadnie 

do jakiegoś baru i zleje się do nieprzytomności.  

 

-  Idziesz  ze  mną  do  mamy.  Na  jakieś  dwie  godziny,  a 

potem  coś  wymyślimy,  dobra?  –  Mruknęłam,  uśmiechając  się 

do niego zachęcająco. Chłopak zaśmiał się nerwowo. 

 

-  Bello,  chyba  nie  sądzisz,  że  zwalę  się  twojej  mamie  na 

głowę?  –  Uniósł  brwi.  Posłałam  mu  groźne  spojrzenie, 

nieznoszące sprzeciwu.  

background image

The Eleventh of October | 38 

 

 

- Nie przyjmuję odmowy, Cullen. Idziesz ze mną, czy tego 

chcesz, czy nie.  

 

* * * 

 

Stojąc  pod  drzwiami  domu  państwa  Brandonów  już 

chciałam  zapukać,  ale  gwałtownie  zatrzymałam  dłoń  w 

powietrzu.  Nagle  przypomniałam  sobie  o  czymś  niezmiernie 

ważnym. 

Zaczęłam 

gorączkowo 

przepraszać 

miedzianowłosego. 

-  W  porządku,  tylko  powiedz  mi  wreszcie,  co  się  stało.  – 

Złapał mnie za ramiona i ustawił na wprost siebie. 

-  Nie  powiedziałam  ci  najważniejszego.  Zapomniałam, 

serio, nie zrobiłam tego celowo. Przepraszam cię, cholernie cię 

przepraszam.  Jeśli  teraz  nie  będziesz  chciał  ze  mną  wejść  do 

środka, naprawdę się nie obrażę. – Wyrzucałam z siebie słowa 

w tempie karabinu maszynowego.  

-  Więc  powiedz  mi  teraz,  ale  nie  przepraszaj  mnie  już 

więcej.  –  Chłopak  patrzył  na  mnie  rozbawionym  wzrokiem. 

Widać  moja  panika  go  śmieszyła.  Wzięłam  głęboki  oddech, 

policzyłam do dziesięciu i zaczęłam, znacznie wolniej. 

-  Moja  mama  ma  chorobę  Alzheimera,  Edwardzie.  – 

Powiedziałam drżącym głosem. Dokładnie obserwowałam jego 

background image

The Eleventh of October | 39 

 

reakcję, która – można powiedzieć – nie nastąpiła. Nadal stał i 

patrzył mi wyczekująco w oczy. Na jego twarzy nie pojawiło się 

zakłopotanie,  przerażenie    czy  cokolwiek  innego.  Jednak,  gdy 

się odezwał, jego głos był inny. 

- I co? Oczekujesz, że teraz ucieknę z krzykiem? – Mruknął 

rozgniewany. 

- N-nie, ale…  

-  To  przecież  nic  takiego,  twoja  mama  jest  chora, 

nieszczęścia chodzą po ludziach. A zakomunikowałaś mi to tak, 

jakby było ci za nią wstyd, Bello.  

Zatkało mnie. Dobił mnie swoją nieprawdziwą opinią. To 

nie  prawda,  że  wstydzę  się  choroby  mojej  matki.  Po  prostu 

bałam się jego reakcji. Zapomniałam go uprzedzić, co może go 

czekać  po  przekroczeniu  progu.  Najpewniej  mama  nazwałaby 

go  Jamesem  lub  Jacobem  i  nie  dała  sobie  wmówić,  że  jest 

inaczej.  Gdybym  mu  nie  powiedziała,  byłby  jeszcze  bardziej 

zły.  

W głowie zgromadziło mi się wiele wyzwisk dotyczących 

jego  osoby,  lecz  żadna  z  nich  nie  chciała  mi  przejść  przez 

gardło.  

-  Nie  znasz  mnie,  więc  mnie  nie  oceniaj  -  Wycedziłam 

przez  zęby.  –  Nie  wstydzę  się  mojej  matki.  Chciałam,  żebyś 

background image

The Eleventh of October | 40 

 

wiedział,  jeśli  masz  się  z  nią  spotkać,  ale  widzę,  że  chyba  nie 

masz na to ochoty. Więc zejdź mi proszę z oczu. 

Nic  nie  mówiąc,  odwrócił  się  i  odszedł.  Nagle 

przypomniało  mi  się,  że  nie  ma  gdzie  spać  i  chciałam  za  nim 

zawołać, jednak nie zrobiłam tego. Byłam zbyt zła. 

 

* * * 

 

Mama siedziała na fotelu, uśmiechając się szeroko. Dawno 

nie  widziałam  jej  takiej  szczęśliwej.  Trzymała  w  ręce  moje 

komunijne zdjęcie. 

-  Oh,  Bello.  To  było  tak  niedawno.  Kiedy  ten  czas  tak 

szybko  zleciał?  –  Zaśmiała  się,  podając  mi  fotografię  i 

jednocześnie sięgając po następną. Przyjrzała się jej dokładnie, 

prawdopodobnie  usiłując  sobie  przypomnieć,  kto  na  niej  jest. 

Po dłuższej chwili podała mi ją, wzdychając.  

Przyjrzałam  się  jej.  Widniał  na  niej  młody,  przystojny 

mężczyzna. Od razu mój wzrok powędrował na jego brązowe 

tęczówki.  Takie  same  jak  mamy  i  moje.  Jego  kąciki  ust  były 

uniesione ku górze, a wokół oczu znajdowało się kilka małych 

zmarszczek. Pewnie od częstego uśmiechania się. 

-  Kto  to?  –  Zapytałam,  podsuwając  mamie  zdjęcie. 

Popatrzyła na nie obojętnie i wzruszyła ramionami. Coś mi tu 

background image

The Eleventh of October | 41 

 

nie  pasowało,  a  ten  mężczyzna  wydawał  mi  się  znajomy. 

Dyskretnie  schowałam  fotografię  do  tylnej  kieszeni  spodni  i 

wzięłam do ręki kolejny album. 

Gdy  skończyłyśmy  oglądać,  do  pokoju  weszła  Esme. 

Uśmiechała się promiennie, jak zawsze. 

-  Zrobiłam  naleśniki,  idziecie?  –  Zagadnęła,  puszczając 

nam  perskie  oko.  Podniosłam  się  z  ziemi  i  pomogłam  mamie 

wstać z fotela.  

-  Esme,  bardzo  cię  przepraszam,  ale  muszę  już  iść.  Jutro 

mam zajęcia, trzeba się pouczyć – Skłamałam.  

Tak  naprawdę  musiałam  przygotować  się  na  wizytę 

Jacoba. Zastanawiałam się, czy nie powiedzieć Esme i mamie o 

jego  powrocie,  ale  przypomniałam  sobie  naszą  rozmowę 

telefoniczną.  Był  strasznie  zdenerwowany  i  brzmiał  tak 

dziwnie. 

- Zostań jeszcze chwileczkę. Zaraz wraca Carlisle, pewnie 

ucieszy się, że nas odwiedziłaś. 

-  Wybaczcie,  ale  naprawdę  nie  mogę.  Za  to  wpadnę  do 

was  w  weekend.  I  obiecuję,  że  wezmę  ze  sobą  Alice  – 

Zaśmiałam  się.  Chochlica  ostatnio  nie  miała  czasu  zajrzeć  do 

rodziców.  Brała  na  siebie  coraz  to  nowsze  projekty  i 

zobowiązania, a od niedawna jej cenne chwile zajmował także 

Jasper.  

background image

The Eleventh of October | 42 

 

-  W  takim  razie  trzymam  cię  za  słowo,  skarbie  –  Esme 

cmoknęła  mnie  w  policzek  i  ponownie  zniknęła  w  kuchni. 

Pożegnałam się z mamą i wyszłam. 

* * * 

Przygotowałam  trzy  rodzaje  sałatek,  zrobiłam  kanapki  i 

upiekłam  kurczaka.  Na  sofie  przygotowanej  dla  Jake’a  leżała 

przyszykowana  pościel.  Wysprzątałam  całe  mieszkanie  na 

błysk,  a  mojego  przyjaciela  nadal  nie  było.  Zegar  wskazywał 

już dwudziestą pierwszą, zaczynałam się martwić.  

Dziesięć minut później postanowiłam do niego zadzwonić. 

Kiedy wybierałam jego  numer,  rozległo  się  pukanie  do  drzwi. 

Kamień spadł mi z serca, gdy ujrzałam za nimi Jacoba Blacka.  

-  Jake!  –  Pisnęłam  i  rzuciłam  się  Indianinowi  na  szyję. 

Zaśmiał  się  i  przycisnął  do  siebie.  Ukrył  twarz  w  moich 

włosach. Usłyszałam, jak zaciąga się ich zapachem. 

- Bells, tak za tobą tęskniłem – Wyszeptał po chwili. 

- Ja też za tobą tęskniłam, czubku – Powiedziałam, starając 

się oswobodzić z jego uścisku. – Dobra, dosyć tych czułości. Na 

pewno umierasz z głodu, po tylu godzinach podróży.  

-  Mała,  przecież  ja  zawsze  jestem  głodny.  Dosłownie 

zawsze. 

– 

Starannie 

zaakcentował 

ostatnie 

słowo. 

Uśmiechnęłam się i pociągnęłam go za rękę do kuchni, w stronę 

nakrytego stołu.  

background image

The Eleventh of October | 43 

 

Jacob jadł tak zachłannie, jakby nie karmili go co najmniej 

od  miesiąca.  Co  chwila  dostawał  ode  mnie  po  głowie,  że 

zachowuje się jak prosiak i mówi z pełnymi ustami.  

-  Dają  ci  w  ogóle  cokolwiek  do  jedzenia  na  tym  twoim 

uniwersytecie? – Mruknęłam, popijając czerwone wino.  

Kiedy  to  powiedziałam,  chłopak  nagle  znieruchomiał,  po 

czym odłożył sztućce, położył dłonie na stole i zaczął się bawić 

serwetką.  Znałam go  doskonale  i  wiedziałam,  że coś  się  stało. 

Nie odzywałam się jednak. Czekałam, aż sam mi powie. 

-  Wywalili  mnie  –  Wyszeptał  niemal  niesłyszalnie,  gdy z 

serwetki  zostały  już  tylko  strzępki.  Spojrzałam  na  niego 

wybałuszonymi oczami. Powtórzyłam sobie te dwa słowa kilka 

razy w głowie i dokładnie je zanalizowałam.  

- Że co do cholery zrobili? – Powiedziałam podniesionym 

głosem,  gdy  doszło  do  mnie  to,  co  się  stało.  –  Co  znów 

narobiłeś,  Jacobie  Billy  Blacku?!  –  Warknęłam,  gwałtownie 

stając z miejsca.  

Chłopak  drgnął  i  przez  przypadek  wylał  wino  na  mój 

biały  obrus.  Spojrzał  na  mnie  przepraszającym  wzrokiem. 

Wiedział, że moja cierpliwość właśnie się skończyła. 

 

 

 

background image

The Eleventh of October | 44 

 

Rozdział piąty 

-  Przyłapali  mnie  na  paleniu  skręta  –  wyszeptał  Jacob. 

Zamarłam,  słysząc  jego  słowa.  Już  otworzyłam  usta,  aby  coś 

powiedzieć,  ale  chłopak  uciszył  mnie  ruchem  dłoni.  – 

Przysięgam, że to był tylko jeden. Jeden jedyny w moim życiu. 

Pierwszy i ostatni. Już nigdy więcej nie wezmę do ręki jakiegoś 

zasranego  dziadostwa.  –  Siedział  zgarbiony,  mówił  powoli  i 

cicho,  dokładnie  dobierając  słowa.  To  była  jego  postawa 

obronna.  Wyglądał  jak  małe,  bezradne  dziecko,  które  trzeba 

przytulić.  Miałam  ochotę  poklepać  go  po  ramieniu  i 

powiedzieć, że wszystko będzie okej, ale zapewne nie będzie. 

 

-  Siedzieliśmy  w  pokoju  z  kumplami  i  po  kolei 

podawaliśmy  sobie  skręta,  i  nagle  do  pokoju  wpadł  profesor 

fizyki.  Gdy  zobaczył,  co  trzymam  w  ręce  kazał  mi  wyjść  na 

korytarz.  Miałem  żołądek  w  gardle,  ale  poszedłem.  To 

wszystko  potoczyło  się  cholernie  szybko.  Półtorej  godziny 

później byłem już w drodze do Nowego Jorku.  

 

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W oczach zakręciły mi się 

łzy.  Chciałam  przytulić  do  siebie  tego  głupola,  ale 

powstrzymałam  się.  No,  bo  przecież…  Jak  można  być  takim 

idiotą?!  Ten  chłopak  ma  ogromny  talent,  umiejętności,  a 

zaprzepaścił to wszystko w kilka sekund. Gdyby nie ja i Alice, 

background image

The Eleventh of October | 45 

 

on pewnie nadal gniłby w Nowym Jorku bez pomysłu na życie. 

Ale  wracając  do  tematu…  Kto  normalny  bawi  się  w  jakieś 

skręty  w  akademiku,  który  jest  pilnowany  lepiej  niż  sam 

prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki?  

 

Jak to kto…? Jacob Billy Black. 

 

-  Jake,  wiedz,  że  mam  ochotę  cię  udusić  i  nie  muszę  ci 

mówić  co  o  tym  sądzę,  bo  pewnie  się  domyślasz.  –  Indianin 

skinął  głową.  –  Ale  teraz idź  spać.  Masz za  sobą  ciężki  dzień, 

powinieneś odpocząć.  

 

Chłopak  nic  nie  powiedział,  tylko  wziął  z  przedpokoju 

swoją torbę i poszedł do łazienki. Ja tymczasem przygotowałam 

posłanie dla przyjaciela i posprzątałam po kolacji.  

 

Pomyślałam jednak, że sama prześpię się na sofie, a Jacoba 

przenocuję  w  swoim  łóżku.  Należy  mu  się  choć  odrobina 

wygody.  Przeniosłam  jego  rzeczy  do  mojej  sypialni  i  poszłam 

wyciągnąć naczynia ze zmywarki. 

 

Po  kilku  minutach,  kiedy  wycierałam  naczynia, 

usłyszałam cichy odgłos otwieranych drzwi.  

 

-  Bella?  Dlaczego  moje  rzeczy  są  w  twojej  sypialni?  – 

Zawołał z salonu.  

background image

The Eleventh of October | 46 

 

 

-  Ponieważ  dziś  śpisz  tam.  Jesteś  taki  pokrzywdzony,  że 

postanowiłam  się  nad  tobą  zlitować.  –  Odpowiedziałam,  nie 

przerywając wycierania talerzy. 

 

Zaśmiał się i dołączył do mnie w kuchni.  

 

-  Uważasz,  że  jestem  pokrzywdzony?  –  zapytał.  Na  jego 

twarzy  widniał  cwaniacki  uśmieszek.  Nie  zdążyłam  nic 

opowiedzieć,  bo  złapał  mnie  w  tali,  przerzucił  przez  plecy  i 

zaniósł  w  niedostrzegalnym  przeze  mnie  kierunku.  Byłam  w 

stanie  określić  swoje  położenie  dopiero,  gdy wylądowałam na 

łóżku. 

 

- Wiesz, że cię kocham siostrzyczko i jestem w stanie wiele 

ci wybaczyć, ale sama wiesz jak bardzo nie znoszę słów krytyki 

–  Mruknął  i  zaczął  mnie  łaskotać.  Świetnie,  trafił  z  mój  słaby 

punkt.  

 

Wijąc się i płacząc ze śmiechu na przemian, błagałam go, 

aby  przestał  i  wyzywałam  od  najgorszych.  Kiedy  wreszcie 

udało mi się wydostać, uciekłam mu do łazienki i zamknęłam 

za  sobą  drzwi  na  klucz.  Przez  chwilę  kłóciliśmy  się,  kto  jest 

większym  idiotą,  jednak  nasze  przekomarzania  przerwał  mój 

telefon.  Nie  spoglądając  na  wyświetlacz,  nacisnęłam  zieloną 

słuchawkę. 

 

-  Bella?  –  usłyszałam  znajomy  głos.  Moje  serce  zabiło  z 

podwójną prędkością. Nie sądziłam, że zadzwoni…  - Bello? Ja 

background image

The Eleventh of October | 47 

 

chciałem… Chciałem przeprosić. Zachowałem się jak idiota, ale 

widzę, że dzwonię nie w porę.  

 

Zanim  zdążyłam  coś  powiedzieć,  usłyszałam  sygnał 

zakończonego połączenia. No niech to szlag! 

 

* * * 

Obudziłam się w moim łóżku, zamiast na sofie w salonie. 

Zdezorientowana  podniosłam  się  do  pozycji  siedzącej  i 

zdezorientowana  rozejrzałam  się  po  pokoju.  Pewnie  Jake 

przeniósł mnie w nocy. Jednak coś mi nie pasowało… 

W  mieszkaniu  było  cicho,  jak  makiem  zasiał.  Nie 

słyszałam  chrapania  mojego  przyjaciela,  ani  chociażby 

jakichkolwiek oznak, że jest.  

- Jacob? Jesteś? – zawołałam. Nikt nie opowiedział. 

Wstałam  z  łóżka  i  poczłapałam  do  kuchni.  Już  na 

przedpokoju  poczułam  aromat  świeżo  zaparzonej  kawy.  Od 

razu podeszłam do dzbanka i nalałam sobie pełny kubek.  

Na  stole  czekał  na  mnie  talerz  kanapek  i  wiadomość  od 

Jacoba. 

 

Smacznego, siostrzyczko. Wyszedłem na spacer, nie martw się o 

nic  - Jake ;) 

background image

The Eleventh of October | 48 

 

 

Nad  niczym  się  nie  zastanawiając,  zaczęłam  jeść.  Później 

poszłam  wziąć  prysznic.  Kiedy  się  rozbierałam,  z  kieszeni 

spodni wypadła mi komórka. Przypomniała mi się wczorajsza 

rozmowa z Edwardem, jeśli można to tak nazwać. 

Chwilę  wahałam  się,  ale  już  po  kilku  sekundach 

drążącymi  dłońmi  wybierałam  numer  chłopaka.  Odebrał  po 

paru sygnałach. 

-  Czego  znowu  chcesz?  –  warknął  wściekle.  Jego  reakcja 

mnie  sparaliżowała,  nie  wiedziałam co  powiedzieć.  –  Emmett, 

jeśli  znowu  bawisz  się  w  głuche  telefony,  to  daruj  sobie.  Nie 

mam na to czasu, jestem w pracy!  

- Nie, nie! To ja, Bella – Powiedziałam pośpiesznie, zanim 

się rozłączył. W słuchawce nastała cisza, słyszałam tylko świst 

jego  oddechu.  Nie  miałam  zielonego  pojęcia  jak  zacząć,  więc 

miałam nadzieję, że on coś powie. 

-  Bella?  –  Szepnął  w  końcu.  –  Coś  się  stało?  –  Zapytał 

zaniepokojony. 

- Nie, nic. Ja tylko chciałam cię przeprosić. Nie powinnam 

była się tak unosić. 

-  To  nie  twoja  wina.  Ja  też…  -  Nie  dosłyszałam,  co 

powiedział,  bo  w  tle  ktoś  zaczął  głośno  krzyczeć.  –  Muszę 

background image

The Eleventh of October | 49 

 

kończyć,  odezwę  się  potem  –  mruknął  pośpiesznie  i  rozłączył 

się. 

W tym samym czasie drzwi do mieszkania otworzyły się. 

Usłyszałam głośne krzyki Alice i Jacoba. Zaśmiałam się i czym 

prędzej  się  ubrałam  i  wyszłam  z  łazienki.  Zastałam  ich  w 

kuchni, tak jak przypuszczałam.  

Jake siedział na krześle, zatykając uszy rękoma i śpiewając 

„lalalala”. Alice stała nad nim i krzyczała na niego. Ich kłótnia 

zlewała się w jedną całość, więc nie zrozumiałam ani słowa. 

-  Heeej!  Możecie  przestać?  –  Warknęłam,  podpierając  się 

dłońmi na biodrach. – Powaliło was już do reszty? Musicie się 

tak  wydzierać?  –  Wyciągnęłam  z  szafki  dwa  kubki  i  nalałam 

obojgu kawy. 

-  Spotkałem  to  coś  przed  klatką  i  od  razu  się  do  mnie 

przyczepiła!  Ona  jest  psychiczna,  Bello.  Jak  ty  z  nią 

wytrzymujesz?  Jak  tylko  mnie  zobaczyła  to  uparła  się,  że  na 

pewno  coś  zrobiłem,  jak  w  liceum,  kiedy  dyrektor  mnie 

zawiesił. 

Od razu przed oczami stanął mi ten dzień. Pamiętam go, 

jakby  to  było  wczoraj.  Otóż  kilka  tygodni  przed  szesnastym 

kwietnia – mam tą datę zaznaczoną na czerwono w kalendarzu 

–  córka  dyrektora  liceum,  Victoria  Masen  zorganizowała 

domówkę.  Alkohol  lał  się  strumieniami  i  nikogo  nie  ominęła 

background image

The Eleventh of October | 50 

 

wielka  popijawka.  Jakoś  tak  wyszło,  że  Jake  i  Victoria 

wylądowali  z  łóżku.  Podobno  Masen  tak  się  spodobało,  że 

potem chodziła za Indianinem i nie dawała mu spokoju, a jemu 

to  odpowiadało.  Przez  kilka  następnych  tygodni  bzykali  się 

dosłownie  zawsze  i  wszędzie.  W  szkolnej  szatni,  na  zapleczu 

pracowni chemicznej, w stołówce.  

Pewnego  dnia  Jacob  i  Victoria  pojawili  się  na  dwóch 

pierwszych  lekcjach,  a  potem  zniknęli.  Nadopiekuńczy  tatuś 

dyrektor postawił na nogi całą szkołę i połowę miasta.  

Jak się później okazało, ktoś przypadkiem usłyszał dziwne 

dźwięki dochodzące z męskiej ubikacji. Masen niewiele myśląc 

popędził  we  wskazanym  kierunku  i  wywarzył  drzwi  do 

kabiny,  w  której  jego  ukochana  córeczka  obsługiwała  mojego 

przyjaciela.  

Parsknęłam  śmiechem,  przypominając  sobie  co  wtedy 

przechodził biedny Jacob. Przez dwa tygodnie był zawieszony 

w  prawach  ucznia,  jego  matka  musiała  biegać  do  szkoły  i 

błagać dyrektora o to, aby nie zgłaszał całego zajścia na policję. 

W końcu jakoś jej się to udało, ale Jacob do końca liceum unikał 

Masena i jego córki jak ognia.  

- Bella! To nie jest śmieszne. – fuknął chłopak. 

-  Owszem,  jest  –  Odparła  chłodno  Alice.  Tak  jak  ja 

przyjaźniła się z Jacobem, ale kiedy się kłócili potrafili wyzywać 

background image

The Eleventh of October | 51 

 

się  od  najgorszych,  wytykać  sobie  błędy  z  przeszłości  i 

wypominać wszystko, co przyszło im na myśl.  

- Chochliku, nie masz się o co martwić. Jake po prostu ma 

kilka dni wolnego na uczelni i przyjechał do mnie. Nic się nie 

stało. – skłamałam. Kątem oka dostrzegłam, jak chłopak z ulgą 

wypuszcza  z  siebie  powietrze.  Niestety,  prędzej  czy  później 

prawda  i  tak  wyjdzie  na  jaw,  ale  na  razie  lepiej  będzie,  jeśli 

Alice pozostanie niewtajemniczona. 

 

* * * 

 

Wspaniałomyślna  Alice  postanowiła,  że  powinniśmy  iść 

do jej rodziców, ponieważ oni na pewno bardzo stęsknili się za 

Jacobem.  Mimo  naszych  protestów  kilkanaście  minut  później 

szliśmy  do  domu  państwa  Brandonów.  W  sumie  to 

wiedziałam,  że  Indianin  cieszy  się  na  to  spotkanie,  ponieważ 

Esme  i  Carlisle  byli  dla  niego  jak  rodzice.  Tak  samo  jak  dla 

mnie, z wyjątkiem że ja miałam mamę, a Jake stracił ją w wieku 

jedenastu lat. Od tamtego czasu zajmowała się nim ciotka, która 

odeszła  kilkanaście  tygodni  po  jego  osiemnastych  urodzinach. 

On  i  ja  byliśmy  i  jesteśmy  tą  „nieszczęsną  połówką”  z  naszej 

czteroosobowej paczki, do której prócz Alice należał jeszcze jej 

brat  James.  Oni  od  zawsze  mieli  obojga  rodziców  –  nas  zaś 

background image

The Eleventh of October | 52 

 

wychowały  samotne  matki.  Ja  miałam  odrobinę  więcej 

szczęścia, bo moja nadal żyje, ale niestety jest chora.  

Kiedy staliśmy pod domem Brandonów, Jacob już nie krył 

swojej radości. O mało nie posikał się, kiedy w drzwiach stanął 

Carlisle.  

-  Jake?  –  wykrzyknął  mężczyzna.  –  Co  ty  tu  robisz, 

chłopaku? – Dodał, dusząc go w uścisku. 

- Stęskniłem się za wami wszystkimi. Szczególnie za twoją 

córeczką.  –  Ostatnie  słowa  wycedził  przez  zęby,  ukradkiem 

zerkając na Al.  

-  Czy  ja  się  nie  przesłyszałam?  Jacob?!  O  matko,  Renee, 

chodź  tu!  Jake  przyjechał!  –  Zza  pleców  Carlisle  wyłoniła  się 

Esme. Zachichotałam, widząc jej reakcję. Po chwili dołączyła do 

niej  moja  mama.  Od  razu  rozpoznała  Jacoba,  bez  większych 

problemów.  No,  bo  jak  by  tu  nie  rozpoznać  dzieciaka,  który 

zawracał ci głowę przez ostatnie dwadzieścia lat?