background image

Sharon Sala

Czarne lustro

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdyby   Avery   Wheeler   nie   obrabował   w   Farmington   w   stanie   Maine 

opancerzonej ciężarówki i nie zabrał ze sobą zakładniczki, policja stanowa 
nie wszczęłaby za nim pościgu. Ruszył autostradą nr 27 na północ, dojechał 
aż do przedmieść Stanton i dopiero tam skręcił w boczną drogę, prowadzącą 
do jeziora Flagstaff. Policja siedziała mu niemal na karku. Chociaż powoli 
zapadał zmrok, Avery Wheeler zdawał sobie sprawę, że nie zdoła dotrzeć 
bezpiecznie do kanadyjskiej granicy. Na razie chciał zaszyć się gdzieś wśród 
gęstych drzew okalających jezioro i poszukać wyjścia z sytuacji, w którą się 
wpakował.

Żałował teraz, że w latach siedemdziesiątych nie rzucił nauki w szkole 

średniej i nie zaczął pracować w firmie wuja, trudniącej się pakowaniem 
mięsa. Jeszcze bardziej pragnął jednak nigdy więcej nie patrzeć na kobietę, 
która siedziała teraz obok. Od chwili, gdy grożąc pistoletem, wepchnął ją do 
swego wozu, nie przestawała krzyczeć w niebogłosy.

Avery   Wheeler   marzył   tylko   o   tym,   by   mieć   wreszcie   za   sobą   ten 

koszmarny dzień. Na razie jednak było to niemożliwe. Aby rozpocząć nowe 
życie, musiał pozbyć się zarówno policyjnego pościgu, jak i wrzeszczącej 
kobiety.

Gdy pokonał kolejny zakręt, uznał, że nadarza się ku temu  stosowna 

okazja.

Błyskawicznie   powziął   decyzję.   Spojrzał   w   prawo,   na   zachodzące 

słońce, a potem przed siebie, na ciemną taflę jeziora Flagstaff, odpiął pas 
bezpieczeństwa,   opuścił   szybę   i   wcisnął   do   deski   pedał   gazu.   Siła 
przyspieszenia   była   tak   duża,   że   wbiła   w   fotel   zarówno   jego,   jak   i 
zakładniczkę.

Zgrzytając   zębami,   Avery   Wheeler   zacisnął   dłonie   na   kierownicy. 

Pasażerka   wrzeszczała   coraz   głośniej.   Stracił   cierpliwość.   Uderzył   ją   na 
odlew tak mocno, że w chwili gdy samochód odrywał się kołami od ziemi, 
była nieprzytomna.

Cisza,   która   potem   zapanowała,   sprawiała   wrażenie   niemal 

surrealistyczne.   Odgłos   policyjnych   syren   zanikał   gdzieś   w   oddali.   Dla 
Avery'ego Wheelera zdarzenia toczyły się z dziwnym opóźnieniem, jak na 

background image

zwolnionym filmie.

Czuł na policzku powiew wiatru wpadającego do wozu przez otwarte 

okno.

Widział przed sobą ciemną, lustrzaną taflę jeziora, ozłoconą ostatnimi 

promieniami zachodzącego słońca.

Zduszony jęk wydobywający się z ust siedzącej obok kobiety nakładał 

się na głośny i przyspieszony oddech Avery'ego. Tym szybszy, im bliżej 
było do powierzchni wody.

Chwilę   później   nastąpiło   uderzenie.   Tak   donośne   i   silne,   że   aż 

zadziwiające. Ciekawe, dlaczego woda okazała się tak twarda? Samochód 
wzbił słup wody w powietrze i zaraz potem zaczął tonąć, szybciej, niżby się 
można spodziewać.

Kiedy woda zaczęła  się wlewać przez otwarte okno, serce Avery'ego 

Wheelera   zabiło   szybciej,   mimo   że   wszystko   wcześniej   dokładnie 
zaplanował.   Sięgnął   na   tylne   siedzenie   i   chwycił   torbę   ze   zrabowanymi 
pieniędzmi.

Właśnie w tej chwili zakładniczka zaczęła odzyskiwać przytomność. Z 

nosa,   tam   gdzie   ją   uderzył,   ciekła   cienka   strużka   krwi,   którą   kobieta 
rozmazała dłonią na policzku. Półprzytomna otworzyła oczy i sięgnęła do 
pasa bezpieczeństwa, strzepując z ubrania wodę, jakby był to kurz. Kiedy 
nieco oprzytomniała, oczyma szeroko rozwartymi z przerażenia spojrzała na 
swego prześladowcę.

– Umie pani pływać? – zapytał. Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Szkoda – mruknął.
Cofnął przednie siedzenie, najdalej jak mógł, żeby mieć więcej miejsca 

na wydostanie się przez okno samochodu.  Kobieta umrze.  Nic na to nie 
mógł poradzić.

– Niech pan mnie nie zostawia! – wykrzyknęła z rozpaczą, chwytając go 

za   ramię.   Rozeźlony   Avery   Wheeler   wymierzył   jej   cios.   Tak   silny,   że 
uderzyła   głową   o   oparcie   siedzenia   i   bezwładnie   zsunęła   się   z   fotela, 
ponownie tracąc przytomność.

– Później mi podziękujesz – warknął.
Umrze w nieświadomości, przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić.
Kiedy już miał zamiar wydostać się na zewnątrz, samochód nagle się 

przechylił. Avery Wheeler błyskawicznie przerzucił przez głowę pas torby i 
nerwowymi ruchami zaczął wydostawać się przez okno, modląc  się, aby 

background image

powstały   wir   nie   wciągnął   go   w   głąb   jeziora.   Przeszkadzała   mu   torba 
przewieszona   przez   szyję.   Raz   zaczepiła   się   jeszcze   wewnątrz   wozu,   o 
dźwignię zmiany biegów, potem o boczne lusterko na drzwiach. Avery'emu 
Wheelerowi przebiegła przez głowę myśl, aby porzucić pieniądze i ratować 
się samemu.

Jednak skoro już tyle przeszedł, to chyba nie powinien teraz rezygnować. 

Nie dojrzał jeszcze do tego, aby porzucić łup.

Szarpnął   ponownie   i   nagle   poczuł,   że   odzyskał   swobodę   ruchów. 

Wstąpiła w niego nadzieja. Odbiwszy się z całej siły nogami od koła, modlił 
się, aby udało mu się popłynąć w górę. Woda wydawała się gęsta, jakby to 
była jakaś maź. Avery Wheeler wiedział, że to ciężar torby coraz bardziej 
utrudnia mu ruchy. Był jednak silnym mężczyzną i doskonałym pływakiem.

Chwilę   później   znalazł   się   tuż   pod   powierzchnią.   Wynurzył   głowę   i 

zobaczył, że słońce już zaszło. Ciął powierzchnię wody długimi ruchami, w 
pewnej chwili zerknął w stronę pozostawionego za sobą brzegu. Do jego 
uszu docierały pokrzykiwania policjantów. Dostrzegał migające czerwono—
niebieskie światła radiowozów, a na ich tle niewyraźne sylwetki biegających 
ludzi.   W   najlepszym   wypadku   widzieli   go   tak   kiepsko,   jak   on   ich,   ale 
świadomość,   iż   mógł   zostać   zauważony,   sprawiła,   że   postanowił   płynąć 
jeszcze szybciej.

Po   jakimś   czasie   ramiona   zaczęły   mu   ciążyć   jak   ołów,   w   płucach 

brakowało tchu.

Zatrzymał się wreszcie i po raz drugi spojrzał za siebie. Coraz bardziej 

odległy   brzeg   jeziora   zaroił   się   pokrzykującymi   ludźmi,   widocznymi   w 
świetle policyjnych lamp błyskowych i reflektorów. Avery poprawił torbę i 
popłynął   wprost   przed   siebie.   W   zapadających   szybko   ciemnościach 
przeciwległy   brzeg   jeziora,   do   którego   zamierzał   dotrzeć,   był   mało 
widoczny. Wyglądał jak wąski, zamazany, ciemny  pas nad powierzchnią 
wody.

Wśród gęstwiny drzew Avery dostrzegł ledwie widoczne światełko. Była 

to   pewnie   lampa   na   czyimś   ganku.   Z   oczyma   utkwionymi   w   jasnym 
punkcie, jednostajnymi ruchami rąk rozcinał lodowatą powierzchnię wody.

Początkowo nawet nie poczuł obezwładniającego ucisku w piersi. Kiedy 

jednak ból rozszerzył się na ramiona, a potem utrudnił oddychanie, Avery 
Wheeler zrozumiał, że nie ma szans dopłynąć do kanadyjskiego brzegu. Nie 
mogąc   uwierzyć   w   nadchodzący   koniec,   puścił   wreszcie   łup.   Zrobił   to 

background image

jednak za późno. Przed pójściem na dno ciężka, nasączona wodą torba obiła 
się boleśnie o jego ciało.

Poczuł w piersiach rozdzierający ból. Krzyknął. Pojął, że to zew śmierci. 

Chwilę   później   nad   jego   bezwładnym   ciałem   zamknęła   się   mroczna   toń 
jeziora. Topiel.

Tuż z nastaniem świtu nad brzeg jeziora Rag-staff przybyli nurkowie z 

biura   okręgowego   szeryfa.   Nie   zwracali   uwagi   na   piękno   krajobrazu 
nadchodzącej   jesieni,   po   prostu   przygotowywali   się   do   czekającego   ich 
trudnego zadania.

Od   ponad   sześciu   lat   grupą   poszukiwawczo-ratowniczą   kierował 

zastępca szeryfa, Danny Baldwin. Lubił swoją pracę, ale tego, co czekało go 
dzisiaj,   po   prostu   nie   znosił.   Tym   razem   nie   było   mowy   o   ratowaniu   i 
niesieniu pomocy. Należało tylko odnaleźć wrak zatopionego samochodu i 
wydobyć ludzkie ciała.

Partner Danny'ego, Will Freid, był zarazem jego szwagrem. Młodszy o 

dziesięć lat, sumiennością i gorliwością nadrabiał brak doświadczenia.

Kobieta, którą uprowadzono w charakterze zakładniczki, miała męża i 

dwóch nastoletnich synów. Jedyne, co mogli zrobić obaj nurkowie, to oddać 
jej zwłoki rodzinie.

Chociaż Will był bardzo poruszony sytuacją, trzymał emocje na wodzy o 

wiele lepiej niż Danny.

– Jest już szeryf – stwierdził.
Danny podniósł na chwilę wzrok i zaraz potem zabrał się ponownie za 

sprawdzanie   zaworów   w   butlach   z   tlenem.   Po   paru   chwilach   cały   brzeg 
jeziora   Flagstaff   zaroił   się   od   przedstawicieli   prawa   i   stróży   porządku. 
Zjawił   się   nawet   agent   Federalnego   Biura   Śledczego,   gdyż   skradzione 
pieniądze pochodziły z państwowego banku.

To wszystko nie miało dla Danny'ego znaczenia. Niech ludzie z policji i 

FBI spierają się o to, kto powinien pokierować dochodzeniem,  i tak nie 
mogą   rozpocząć   śledztwa,   dopóki   on   nie   odnajdzie   wraku   zatopionego 
samochodu i ciał.

–   Wygląda   na   to,   że   sprowadzili   dodatkowych   nurków   –   powiedział 

Will.   Danny   uniósł   ponownie   głowę.   W   mężczyznach   wysiadających   z 
wozów, które nadjechały przed chwilą, rozpoznał znajomych. Już z nimi 
kiedyś pracował.

– Będą nam potrzebni – uznał.

background image

Will odwrócił się i ogarnął wzrokiem jezioro.
– Piekielnie dużo tej wody – mruknął.
Nie reagując na oczywiste stwierdzenie, Danny wygładził kombinezon 

przy szyi i zawiesił na ramieniu butle z tlenem.

– Jesteś gotów? Will skinął głową. Danny oznajmił szeryfowi:
– Możemy zaczynać.
Ron Gallagher ściągnął kapelusz i palcami przeczesał włosy.
–   Znasz   zasady.   Trzymaj   się   wyznaczonego   obszaru.   Pozostałych 

nurków poślę bardziej na południe. – Spojrzał w niebo. – Jeśli zacznie wiać, 
wydam   rozkaz   zaprzestania   poszukiwań.   Nie   zamierzam   wyławiać 
kolejnych ciał z tej piekielnej wody.

– A ja nie zamierzam się topić. W żadnej wodzie – wymamrotał Will. 

Danny skrzywił się.

– Podobnie jak ja, a zatem wszystko jest w porządku.
Szeryf westchnął. Wiedział, że tymi nieudolnymi żartami obaj ratownicy 

pokrywają niepokój.

Czekało ich bowiem trudne i z pewnością niewdzięczne zadanie.
– Bądźcie ostrożni.
– Będziemy, jak zawsze – odparli równocześnie i ruszyli w stronę małej 

motorówki przycumowanej na brzegu.

Kilka minut później już siedzieli w łodzi. Kaszlący silnik zaskoczył po 

kilku   szarpnięciach   linki.   Siedząc   przy   sterze,   Danny   odbił   od   brzegu   i 
skierował motorówkę w stronę, gdzie samochód wpadł do wody. Nie było to 
równoznaczne z tym, że w pobliżu znajdą również ciała. Jeśli pasażerom 
udało się opuścić wóz przed jego zatonięciem, mogli odpłynąć dalej.

W   każdym   razie   należało   zacząć   od   zbadania   okolic   wraku.   Obaj 

ratownicy dobrze o tym wiedzieli.

Wkrótce potem Danny zgasił silnik i rzucił kotwicę.
– Will, jesteś gotowy?
Partner skinął głową, a potem spojrzał na pogodne niebo.
– Wreszcie mamy trochę słońca.
– Aha – potwierdził Danny. – mamy już tylko trochę szczęścia.
Przed upływem godziny znaleziono ciało i zaraz potem ekipa ratunkowa 

przystąpiła do wyciągania go z wody.

Stojąc na brzegu, nurkowie obserwowali akcję. Porwana kobieta wciąż 

była przypięta pasami  do fotela. Wszyscy  wiedzieli z góry, że znajdą ją 

background image

martwą, lecz widok ten i tak ich poruszył i wprawił w kiepski nastrój.

W samochodzie nie znaleziono jednak ciała kierowcy, co oznaczało, że 

praca   nurków   nie   została   jeszcze   zakończona.   Poprzedniego   wieczoru 
policja wysnuła przypuszczenie, że Avery'emu Wheelerowi udało się uciec. 
Aby potwierdzić to założenie, trzeba było zbadać starannie wszystkie ślady 
prowadzące z wody na brzeg jeziora.

Tak   więc   nurkowie   musieli   pracować   dopóty,   dopóki   nie   uda   się   im 

odnaleźć ciała.

Mniej więcej na godzinę przed zachodem słońca Danny natrafił na torbę 

leżącą na dnie jeziora. Gdy tylko zorientował się, co ma przed sobą, uznał, 
że ciało Avery'ego Wheelera musi znajdować się gdzieś w pobliżu. Dał znać 
Willowi,   aby   podpłynął,   i   polecił   mu   gestem   wyciągnąć   torbę   na 
powierzchnię.   Sam   oświetlił   tarczę   zegarka,   by   sprawdzić,   na   ile   czasu 
wystarczy mu jeszcze tlenu w butlach.

Wkrótce miało się ściemnić. Jeśli nie uda się odnaleźć ciała Avery'ego 

Wheelera przed zapadnięciem nocy, będą musieli wrócić tu jutro z samego 
rana,   co   wcale   im   się   nie   uśmiechało.   Na   następny   dzień   zapowiadano 
bowiem znaczne ochłodzenie. Woda w jeziorze stanie się tak zimna, że od 
przemarznięcia nie zdołają uchronić ich żadne skafandry.

Na dnie jeziora Danny rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, od której 

strony   rozpocząć   poszukiwania.   Było   prawie   ciemno,   ale   niewiele   robił 
sobie z braku światła. W ciemnej wodzie czuł się właściwie lepiej niż na 
suchym   lądzie.   Czasami   zastanawiał   się,   czy   ma   to   coś   wspólnego   z 
przeżyciami, jakich doświadczał, gdy był jeszcze płodem w brzuchu matki.

Ze względu na brak czasu zdecydował się badać dno małymi odcinkami. 

Po pięciu krokach w przód skręcał w prawo i robił koło. Zatoczywszy je, 
wykonywał znów pięć kroków przed siebie i postępował jak poprzednio. Za 
trzecim razem ujrzał leżącą na dnie stopę. Mimo że szukał Wheelera przez 
cały dzień, teraz nie odczuwał wcale triumfu.

Po chwili ujrzał przed sobą resztę ciała. Zatrzymał się, próbując uspokoić 

oddech   pod   maską.   Zastanawiał   się,   dlaczego   ludzie   pokroju   Wheelera 
chodzą   po   świecie.   Dopiero   gdy   zbierał   się   do   wysłania   sygnału   na 
powierzchnię wody, zobaczył, że ciało  topielca  spoczywa nie na samym 
dnie, lecz na jakimś dużym przedmiocie.

Powolnym krokiem Danny zbliżył się do znaleziska, pochylił i pchnął 

ciało   Wheelera.   Zwłoki   uniosły   się   nieco  i   zakołysały   na   boki,  a   potem 

background image

opadły   w   muł,   odsłaniając   podłużną   żelazną   skrzynię   o   pokaźnych 
rozmiarach. Jej jeden bok tkwił głęboko w mule.

Danny znał historię tej okolicy i wiedział, że sztuczne jezioro Flagstaff 

utworzono na miejscu trzech zatopionych wiosek. Pewnie teraz natrafił na 
jakieś przedmioty z tamtych czasów, porzucone przez właściciela.

Skrzynia była wyposażona w żelazny skobel i zamek przeżarty rdzą. I to 

zamknięty   na   solidną   kłódkę,   co   wzbudziło   zainteresowanie   Danny'ego. 
Ludzie nie mieli zwyczaju wyrzucać niepotrzebnych rzeczy, zamykając je 
uprzednio w skrzyni.

Wiedząc, że wysłany przezeń sygnał może w każdej chwili sprowadzić 

Willa pod wodę, wyciągnął z pochwy nóż i wsunął ostrze pod skobel kłódki. 
Wyrwał go bez żadnego kłopotu. Miał właśnie otworzyć wieko skrzyni, gdy 
poczuł, że ktoś dotyka jego ramienia. Był to Will. Jego oczy widoczne spod 
maski zdawały się pytać, co, do diabła, jego partner wyczynia.

Danny pokazał na migi, że chce unieść wieko. Will wzruszył ramionami 

i   spróbował   otworzyć   skrzynię,   ale   bezskutecznie.   Teraz   obaj   zaczęli 
odciągać wieko. Zardzewiałe zawiasy nawet nie drgnęły.

Obu   nurkom   kończyło   się   powietrze.   Nie   zważając   na   ponaglenia 

partnera, Danny ukląkł i spróbował jeszcze raz podnieść wieko skrzyni. Will 
westchnął i też zabrał się do roboty. Wiedział, że Danny nie opuści tego 
miejsca, dopóki nie dopnie swego.

Wreszcie udało się unieść trochę wieko. Nurkowie zaczęli ciągnąć je 

mocno do góry.

W   pierwszej   chwili   nie   zorientowali   się,   że   mają   przed   sobą   ludzki 

szkielet.   Kiedy   jednak   ze   skrzyni   zaczęły   wypływać   kości,   Danny'ego 
ogarnęła panika. Błyskawicznie opuścił wieko.

Spojrzał   na   Willa   i   zauważył,   że   zszokowany   partner   nie   dowierza 

własnym   oczom.   W   jednej   chwili   sięgnęli   obaj   po   zwłoki   Avery'ego 
Wheelera i popłynęli w górę, ku powierzchni wody.

Nowy Orlean, Luizjana
Tego ranka Sarah Jane Whitman spóźniła się do pracy. Poprzedniego 

dnia  do  późna   w  nocy   sprawdzała   i  porządkowała   księgi  rachunkowe,   a 
potem   zapomniała   nastawić   budzik.   Jako   właścicielce   restauracji   „Ma 
Chere" nie groziła jej utrata posady, lecz lubiła przychodzić pierwsza. Lubiła 
sama otwierać lokal. Przechadzać się po sali i oglądać poustawiane krzesła i 
puste   stoliki,   które   potem   nakrywano   śnieżnobiałymi,   wykrochmalonymi 

background image

obrusami.

Później przynoszono wytworną porcelanową zastawę.
Widok   ten   niezmiennie   ekscytował   Sarah   Jane.   Podawanie   posiłków 

było wprawdzie zajęciem dość nudnym i monotonnym, co innego jednak 
obserwowanie przychodzących gości. Codzienne pobyty w restauracji były 
dla   jej   właścicielki   niczym   powiew   świeżości   i   gwarantowały   kontakt   z 
innym światem. Wszystko właściwie zawdzięczała Lorett Boudreaux, swej 
opiekunce i chrzestnej matce.

Wkładając pantofle, Sarah przeczesała w pośpiechu włosy. Odwróciła się 

ku toaletce, żeby odłożyć szczotkę i poczuła dziwny luz w talii. Dotknęła 
paska spodni i już po chwili trzymała w ręku oderwany guzik.

– Okropność – mruknęła, ruszając w stronę szafy po igły i nici. Uznała, 

że przyszycie guzika potrwa krócej niż zmiana garderoby.

Zsunęła spodnie do kolan, usiadła na brzegu łóżka i wzięła się do roboty. 

Właśnie   kończyła,   kiedy   odezwał   się   telefon.   Spojrzawszy   na   zegarek, 
postanowiła powierzyć rozmowę automatycznej sekretarce. Szybko jednak 
zmieniła zdanie i po trzecim dzwonku sama podniosła słuchawkę.

– Słucham.
– Rozmawiam z Sarah Whitman?
Z wrażenia aż wciągnęła powietrze. Od chwili gdy po raz ostatni słyszała 

taki akcent, minęło dwadzieścia lat. Na samo wspomnienie tamtych chwil 
robiło się jej niedobrze.

– Tak, to ja – odparła sztywno.
–   Dzień   dobry   pani.   Nazywam   się   Ron   Gallagher.   Jestem   szeryfem 

okręgu Somerset w stanie Maine.

Sarah spuściła wzrok. Na czubku pantofla spostrzegła małe zadrapanie. 

Usiłowała   coś   powiedzieć,   lecz   słowa   nie  przedostawały   się   przez   nagle 
zaciśnięte gardło.

– Pani Whitman... czy pani nadal tam jest? Przeszyły ją dreszcze. Drżącą 

dłonią potarła twarz.

– Tak. Przepraszam. Po co pan dzwoni?
– Czy jest pani córką Franklina Whitmana?
Czoło Sarah nagle pokryło się potem. Poczuła się okropnie. Czemu ten 

człowiek   wraca   do   tamtych   koszmarnych   spraw?   To   niesprawiedliwe   i 
podłe. Przecież to wszystko już dawno należało do przeszłości.

– Czy  może  pan dać mi  spokój?  – spytała, nieświadoma,  że jej głos 

background image

zrobił się piskliwy jak u dziecka.

Roń Gallagher zasępił się. Kiedy w Marmet wybuchł skandal dotyczący 

Franklina   Whitmana,   był   jeszcze   młodym   człowiekiem,   ale   w   małych 
miastach o takich sprawach pamięta się długo i równie długo się ich nie 
wybacza. A to, co działo się z rodziną Whitmana po kradzieży dokonanej 
przez Franklina i jego ucieczce, samo w sobie było zbrodnią.

– Pani Whitman, jest mi niezmiernie przykro, ale moim obowiązkiem 

jest poinformowanie, że przed dwoma dniami z jeziora Flagstaff wydobyto 
ciało pani ojca.

Tego się Sarah nie spodziewała. Przez dziesięć lat Franklin Whitman był 

wiceprezesem   oddziału   banku   państwowego   w   Marmet,   poważanym 
członkiem   tamtejszej   społeczności   i   najwspanialszym   ojcem,   o   jakim 
mogłaby marzyć dziesięcioletnia dziewczynka. I pewnego pięknego dnia ten 
człowiek   o   nieposzlakowanej   opinii   obrabował   własny   bank   i   uciekł   z 
milionem dolarów, pozostawiwszy żonę i córkę na pastwę opinii publicznej. 
Catherine   i   mała   Sarah   zostały   odsądzone   od   czci   i   wiary,   niemal 
ukamienowane za życia przez niemiłosiernych mieszkańców Marmet.

Przestępstwo popełnione przez ojca zrujnowało życie córki i zabiło jej 

matkę.   Gdyby   nie   pomoc   Lorett,   najlepszej   przyjaciółki   Catherine,   mała 
Sarah znalazłaby się w domu dziecka. A teraz ludzie, którzy jej rodzinie 
wyrządzili tak wiele krzywd, usiłowali ponownie wedrzeć się w jej życie.

– Po co pan mi to mówi? – niemal warknęła do słuchawki.
– Chyba pani nie rozumie... – zaczął szeryf.
– A co tu jest do rozumienia? – Sarah była już naprawdę zła. – Sądzę, że 

powinien pan być szczęśliwy, że wreszcie udało się wam odnaleźć mego 
ojca.   Dziwi   mnie   tylko   jedno.   Że   ten   człowiek   odważył   się   wrócić   na 
miejsce przestępstwa.

Roń Gallagher westchnął. To, co zamierzał powiedzieć Sarah Whitman, 

zdążyło już w Marmet wywołać wielkie poruszenie. Trudno, jednak prawda 
powinna wyjść na jaw.

– Wygląda na to, że ojciec pani nigdy nie opuścił miasta – oznajmił.
– Co to ma znaczyć?
–   Nurkowie   odnaleźli   ciało   Franklina   Whitmana   na   dnie   jeziora 

Flagstaff. Zwłoki zamknięto w starej, żelaznej skrzyni. Odnaleziono również 
resztki ubrania. Trochę skóry, która jeszcze nie zdołała zbutwieć – portfel, 
buty i inne drobiazgi. Porównaliśmy te fakty ze starymi protokołami i już 

background image

wiemy,   że   w  chwili   zniknięcia   pan  Whitman   miał   przy   sobie   te  rzeczy. 
Należy zatem domniemywać, że zamknięto go w skrzyni i wrzucono do 
jeziora w tym samym ubraniu, w którym widziano go po raz ostatni żywego.

Sarah zrobiło się ciemno przed oczyma.
– Co pan mówi? – spytała drżącym głosem.
– Pani ojciec został zamordowany... być może przez wspólnika, który 

postanowił zatrzymać dla siebie wszystkie zrabowane pieniądze.

Powoli podniosła się z miejsca. Słowa szeryfa nie miały sensu. Przez te 

wszystkie lata była przekonana, że jej ukochany tatuś żyje sobie wygodnie 
gdzieś na drugim końcu świata, wydając skradziony milion, a tymczasem on 
gnił w skrzyni na dnie jeziora.

– Nie... – wyszeptała pobladłymi wargami. Roń Gallagher źle zrozumiał 

odpowiedź Sarah.

–   Przykro   mi,   proszę   pani,   ale   bez   wątpienia   chodzi   o   Franklina 

Whitmana. Identyfikacja na podstawie uzębienia wypadła pozytywnie.

– Nie – powtórzyła. – Nie o to chodzi. – Wciągnęła głęboko powietrze. – 

Dwadzieścia lat temu ustalono, że ojciec ukradł z banku pieniądze i uciekł. 
Od   tamtej   pory   matkę   i   mnie   traktowano   jak   trędowate.   Przedstawiciele 
prawa   nie   dawali   nam   spokoju,   nigdy   nie   przestali   podejrzewać   o 
współudział. Wszyscy ludzie w Marmet jawnie mówili, że pewnie wkrótce 
opuścimy miasto i dołączymy do ojca, by pławić się w luksusie kupionym 
za   skradzione   pieniądze.   Sytuacja   stała   się   nie   do   zniesienia.   To   wy 
doprowadziliście moją matkę do samobójstwa. A teraz mówi pan, że zaszła 
pomyłka? Ojciec nie uciekł ze zrabowanym milionem? – Głos Sarah brzmiał 
coraz silniej. – Jeśli myliliście się co do tego, równie dobrze możecie mylić 
się co do innych rzeczy. A jeśli mój ojciec w ogóle nie tknął tych pieniędzy? 
Może  był tylko kozłem ofiarnym,  natomiast  prawdziwym przestępcą  jest 
zupełnie kto inny?

– Wiem, proszę pani, istnieje taka możliwość, ale jesteśmy...
– Kiedy będę mogła odebrać szczątki ojca?
W  głosie   Sarah   przebijał   gniew.   W  zaistniałych   okolicznościach   Roń 

Gallagher nie mógł mieć jej tego za złe.

– Koroner jest zawalony bieżącą robotą, ale gdy tylko będzie w stanie 

dokonać sekcji, ja...

– Nieważne – warknęła Sarah. – Przylecę najbliższym samolotem.
– Ależ, pani Whitman, nie ma pośpie... Sarah odwiesiła słuchawkę.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Wiał lodowaty wiatr. Tony DeMarco wysiadł z taksówki. Chroniąc się 

przed zimnem, skulił ramiona i ruszył w stronę głównego wejścia do banku. 
Musiał   podjąć   pieniądze,   aby   zapłacić   wykonawcy,   który   remontował 
pomieszczenia w zakupionym przez Tony'ego budynku, przystosowując je 
do nowych celów. Modernizacja dobiegała końca.

Do Chicago Tony przyjechał przed piętnastu laty. Bez grosza przy duszy, 

lecz   z   głową   nabitą   pomysłami   i   marzeniami.   Samozaparcie,   upór, 
wytrwałość,   ciężka   praca,   a   także   pomoc   finansowa   ze   strony   stryja 
Salvatora sprawiły, że już jako młody człowiek zaczął dorabiać się fortuny. 
Osiem   lat   zajęło   mu   zdobycie   sławy   w   świecie   bywalców   lokali 
rozrywkowych. Dla niego nie był to jednak stracony czas. Pierwszy własny 
nocny klub, noszący nazwę „Silk" okazał się tak wielkim sukcesem, że Tony 
zamierzał właśnie otworzyć następny, przy Lakeshore Drive.

Wkroczył do banku z wysoko uniesioną głową. Jego czarne włosy były 

lekko   zmierzwione   przez   wiatr,   w   ciemnobrązowych   oczach   skrzyła   się 
inteligencja.

Spojrzał w stronę gabinetu prezesa, mieszczącego się w przeciwległym 

końcu sali. Poruszał się z pewnością człowieka, który dobrze się czuje we 
własnej   skórze,   jest   świadomy   pełnych   podziwu   spojrzeń   rzucanych   mu 
przez kobiety.

– Dzień dobry, Charlotte. Muszę porozmawiać z Dabneyem – oznajmił. 

– Jest zajęty? Sekretarka podniosła wzrok. Na widok Tony'ego na jej twarzy 
ukazał się szeroki uśmiech.

– Och, pan DeMarco! Dzień dobry. Jak to miło, że pan nas odwiedził.
–   To   ty,   Silk?   Wchodź!   Wchodź!   –   z   głębi   gabinetu   zabrzmiał   głos 

prezesa.

Odkąd klub zyskał popularność, wiele osób zwracało się do Tony'ego 

posługując   się   przezwiskiem   Silk,   które   przylgnęło   do   niego   już   we 
wczesnej młodości. Minął z uśmiechem biurko sekretarki.

W ciągu godziny załatwił sprawę w banku. Wracał taksówką do swego 

eleganckiego   apartamentu   z   widokiem   na   jezioro   Michigan.   Mimo   że   w 
Chicago mieszkał od lat, nadal czasami, jak w tej właśnie chwili, tęskno mu 

background image

było   do   gęstych   lasów,   wśród   których   się   urodził   i   spędził   młode   lata. 
Imponujący widok roztaczający się z okien apartamentu nie był w stanie 
dorównać jesiennemu krajobrazowi stanu Maine.

Tony'emu   brakowało   całej   palety   przepięknych   barw   Nowej   Anglii   i 

chłopięcych wędrówek po lasach. Na samą myśl o szeleście usychających 
liści   pod   stopami   i   zapachu   dymu   z   pobliskich   ognisk   ogarniała   go 
przemożna tęsknota za rodzinnymi stronami.

Przed pięciu laty w pobliżu Marmet, gdzie się wychował, zbudował dom 

letniskowy nad jeziorem Flagstaff, lecz od tamtej pory odwiedził to miejsce 
zaledwie dwukrotnie. W tym roku przyrzekł sobie oderwać się na jakiś czas 
od pracy i spędzić urlop w rodzinnym Maine. Pobyt w Chicago okazał się 
dla niego nadzwyczaj pomyślny, gdyż właśnie tutaj dorobił się fortuny. Miał 
jednak nieprzepartą ochotę wyrwać się z tego ruchliwego miasta, choćby 
tylko na chwilę.

Chwilę później taksówka skręciła na podjazd domu, w którym mieścił 

się apartament. Choć taksometr wskazywał dziewięć dolarów, Tony wręczył 
kierowcy dwudziestodolarowy banknot. Wysiadł z samochodu, nie czekając 
na  resztę.  Życie układało  mu  się  jak  po maśle,   mógł   pozwolić  sobie  na 
wspaniałomyślność.

Kilka   chwil   później   otworzył   drzwi   prowadzące   do   luksusowego 

apartamentu, zajmującego ostatnie piętro wysokiego budynku. Zdjął płaszcz, 
powiesił w holu, a potem poszedł do kuchni. Zziębnięty, chciał rozgrzać się 
kubkiem gorącej kawy.

Właśnie ją przygotowywał, kiedy zadzwonił telefon. Nawet nie spojrzał 

na   wyświetlacz,   by   sprawdzić   numer,   z   jakiego   dzwoniono.   Sięgnął   po 
słuchawkę,   a   gdy   rozpoznał   głos   rozmówcy,   uśmiechnął   się   z 
zadowoleniem.

– Cześć, Silk – usłyszał w słuchawce. – Nie widzieliśmy się szmat czasu.
– Cześć, Web. Fakt. Do licha, co się z tobą dzieje?
Webster   Davidson   podpisał   egzemplarz   umowy,   który   podsunęła   mu 

sekretarka,   a   potem   gestem   polecił   kobiecie,   aby   opuściła   gabinet   i   nie 
łączyła żadnych rozmów.

– Jestem zajęty... sam wiesz, jak to jest. Powiadają, że bez pracy nie ma 

kołaczy.

– Nadal zajmujesz się mieszkaniówką?
– Tak, od czasu do czasu, ale ostatnio mam na tapecie duży kompleks 

background image

handlowy.

– Jesteś świetnym fachowcem. Znacznie lepszym niż ja w swojej robocie 

– nieoczekiwanie stwierdził Tony.

– Co ty wygadujesz? Skąd nagle takie negatywne myślenie? – spytał 

zdziwiony Web. – Nie sądziłem, że takie słowa padną kiedykolwiek z ust 
niesławnego Anthony'ego DeMarca. To do ciebie zupełnie niepodobne.

– Powiadasz „niesławnego"?
–   No,   może   to   już   czas   przeszły.   Odkąd   zacząłeś   działać   zgodnie   z 

prawem,   stałeś   się   innym   facetem   –   wycofał   się   Web.   Tony   parsknął 
śmiechem.

– Do licha, chłopie, za kogo mnie masz? Zawsze działałem w granicach 

prawa.  Jedyna  różnica  między  nami  polega   na  tym,   że  jestem  od  ciebie 
znacznie przystojniejszy.

Web roześmiał się lekko.
– Na ten temat nie będę dyskutował – zastrzegł z miejsca. – Dzwonię do 

ciebie nie po to, aby gadać o moim tłustym brzuchu i łysiejącej głowie.

– No, to o co chodzi?
– O Franklina Whitmana.
Tony zmarszczył czoło. Od dawna nie słyszał tego nazwiska, ale nadal, 

po wielu latach, wszystko pamiętał. Jakiś czas temu,  gdy haniebny czyn 
Franklina Whitmana wyszedł na jaw, Tony doznał prawdziwego wstrząsu. 
To   niebywałe,   by   wiceprezes   banku   ukradł   milion   dolarów   i   uciekł, 
porzucając rodzinę. Zwłaszcza że Whitman był człowiekiem powszechnie 
szanowanym   przez   mieszkańców   miasteczka.   Tony,   który   dobrze   znał 
bankiera, długo nie mógł uwierzyć w oczywiste fakty.

– O Franklina Whitmana? – powtórzył zaskoczony. – Co z nim? Czyżby 

wreszcie znaleźli faceta?

– Tak – potwierdził Web. – Ale raczej to, co z niego zostało.
Tony poczuł nagle, jak jeży mu się skóra na karku.
– Co masz na myśli?
–   Przed   dwoma   dniami   do   jeziora   Flagstaff   wpadł   jakiś   samochód. 

Nurkowie   z   ekipy   ratowniczej   szeryfa   okręgowego,   którzy   szukali   ciała 
kierowcy, natknęli się na dnie jeziora na starą, żelazną skrzynię. Kiedy ją 
otworzyli, okazało się, że mieści szczątki Whitmana.

–   Jezu.   –   W   tej   chwili   Tony'emu   stanęła   przed   oczyma   mała 

dziewczynka, która przyglądała mu się, kiedy u jej ojca strzygł trawniki. 

background image

Działo   się   to   dwadzieścia   lat   temu,   a   więc   teraz   musiała   być   dojrzałą 
kobietą. – Whitman miał córkę – stwierdził. – Została zawiadomiona?

–   Tak   słyszałem   –   odrzekł   Web.   –   Mąż   mojej   siostry   jest   zastępcą 

szeryfa okręgu Somerset. Podobno ta kobieta przyjeżdża jutro do Marmet po 
szczątki ojca.

– Sama?
–   Och,   Silk,   nie   mam   pojęcia.   Wiem  tylko   tyle,   że   córka   Whitmana 

mieszka   w   Nowym   Orleanie   i   że   kiedy   szeryf   skontaktował   się   z   nią 
telefonicznie, wpadła we wściekłość.

Tony westchnął.
– Dziękuję za telefon. Jestem ci zobowiązany za te informacje.
–   Nie   ma   sprawy   –   odparł   Web.   –   Pomyślałem   sobie,   że   pewnie 

chciałbyś o tym wiedzieć. Pamiętam, że swego czasu lubiłeś Whitmana.

– Tak, rzeczywiście.
–   No,   to   pora   kończyć   rozmowę,   bo   robota   czeka.   Daj   znać,   jeśli 

kiedykolwiek będziesz w pobliżu.

Połączenie zostało przerwane. Tony odwiesił słuchawkę, nalał do kubka 

zaparzonej przed chwilą kawy i zaniósł ją do salonu. Usiadł w ulubionym 
fotelu i ostrożnie, żeby się nie poparzyć, upił pierwszy łyk.

Po chwili westchnął. Wrócił myślami do przeszłości i związanych z nią 

wspomnień.

Małą Sarah Whitman widział po raz ostatni, gdy stała zapłakana nad 

grobem matki. On sam miał wówczas szesnaście lat i nie bardzo wiedział, w 
jaki sposób pocieszyć dziesięcioletnią dziewczynkę. Nie zrobił nic. I z tego 
powodu do dziś nie pozbył się poczucia winy.

W całym Marmet wierzył w niego jedynie Franklin Whitman i to on dał 

mu szansę. Rodzice Tony'ego, oboje alkoholicy, bezustannie byli bez pracy, 
nie mieli też ochoty zajmować się synem. Tak więc Tony wychowywał się 
sam, głównie na ulicy. Był ślicznym chłopakiem, ale już jako nastolatek 
miał fatalną reputację. Przydomek Silk* nadali mu rówieśnicy, zazdroszcząc 
udanych podrywów i eleganckich, gładkich manier.

Silk (ang) – jedwab ( przyp red )
DeMarco był już wówczas prawie mężczyzną i zdawał sobie sprawę z 

tego,   że   opinia   szkolnego   podrywacza   nie   pomoże   mu   wydostać   się   z 
ponurego   domu   i   zmienić   życia,   jakie   wiódł   do   tej   pory.   Miał   ambicje, 
pragnął odmiany na lepsze.

background image

Było   lato,   kiedy   jako   szesnastolatek   wkroczył   do   banku,   poszedł   do 

wiceprezesa, Franklina Whitmana, i poprosił go o pożyczkę. Chciał kupić 
kosiarkę i założyć własną firmę, chociaż zdawał sobie sprawę, że większość 
szacownych i bogobojnych obywateli Marmet raczej nie obdarzy zaufaniem 
syna alkoholika.

Tony był bardzo zdziwiony, bo Franklin Whitman nie tylko udzielił mu 

pożyczki, lecz także został jego pierwszym klientem. Ciężko pracując, pod 
koniec lata Silk miał już trzydziestu stałych klientów. Zarobił w tym czasie 
ponad trzy tysiące dolarów. Ten sukces jedynie zaostrzył jego apetyt.

Upił kolejny łyk kawy. Wreszcie trochę przestygła i nadawała się do 

picia. Do uszu Tony'ego dobiegł monotonny szum zza okien. Gdy Tony 
podniósł wzrok, zobaczył, że zaczęło padać.

Zasępiony, usiłował sobie wyobrazić, jak teraz wygląda Sarah Whitman. 

Ciekawe,   czy   wyszła   za   mąż.   Pamiętał,   jak   po   zniknięciu   Franklina 
Whitmana   bardzo   źle   traktowano   zarówno   jego   żonę,   Catherine,   jak   i 
córeczkę.   Mieszkańcy   miasta   odsądzali   je   od   czci   i   wiary.   Matka   Sarah 
załamała się całkowicie i postradawszy zmysły, wkrótce potem popełniła 
samobójstwo.

Przez telefon Web wspomniał,  że Sarah zamierza  przylecieć jutro do 

Marmet po szczątki ojca. Na myśl, że czeka ją tak koszmarne przeżycie, 
Tony'emu   zrobiło   się   niedobrze.   Już   raz   zawiódł   ją   przed   laty,   teraz 
nadarzała się okazja, by naprawić ten błąd.

W jednej chwili powziął decyzję.
Gwałtownym ruchem podniósł się z fotela i podszedł do telefonu. Kilka 

minut później już się pakował.

Jechał w rodzinne strony.
Kiedy   samolot   wylądował   na   płycie   lotniska   w   Portlandzie,   Sarah 

wstrzymała   oddech.   Z   niechęcią   wyjrzała   przez   okno.   Niemal   poczuła 
zapach   przesyconego   solą   powietrza   i   szybko   odwróciła   wzrok.   Z 
przerażeniem   myślała   o   tym,   co   ją   czeka.   Nie   zgodziła   się,   by   Lorett 
towarzyszyła jej w podróży do Marmet.  Poprosiła jedynie ciotkę, aby ta 
miała oko na restaurację. W rzeczywistości nie było takiej potrzeby, gdyż 
Sarah   zatrudniała   bardzo   kompetentnego   kierownika,   a   Lorett   nie   miała 
pojęcia,   na   czym   polega   jego   praca.   Obie   rozumiały,   że   Sarah   powinna 
jechać   sama.   W   Marmet   musiała   stanąć   oko   w   oko   i   zmierzyć   się   z 
demonami, które swego czasu wypędziły ją z rodzinnego miasta.

background image

Na drżących nogach wysiadła z samolotu. Na lotnisku odebrała bagaż. 

Dalszą część podróży musiała odbyć samochodem. Podchodząc do stoiska 
firmy wynajmującej wozy, czuła, jak coś ściska ją w żołądku.

– Potrzebna mi będzie mapa stanu – oznajmiła, wskazując na półkę za 

plecami urzędniczki. Po chwili otrzymała kluczyki i mapę.

– Parking znajduje się za tymi drzwiami, na prawo – poinformowała 

urzędniczka. – Samochód powinien stać na samym końcu, w rzędzie numer 
8.   Sarah   skinęła   głową,   poprawiła   na   ramieniu   pasek   torebki,   chwyciła 
rączkę   walizki   i   ruszyła   ku   wyjściu.   Chwilę   później   już   wyjeżdżała   z 
parkingu.

Włączyła się do ruchu i zaczęła się modlić.
– Boże, daj mi siły, abym to wszystko zniosła – wyszeptała, patrząc na 

długi sznur wozów sunących w kierunku miasta.

Początkowo   po   opuszczeniu   Portlandu   była   tak   skoncentrowana   na 

drodze, że nie miała czasu myśleć o tym, co ją czeka. Jednak gdy wjechała 
na   autostradę   wiodącą   na   północ,   w   stronę   Marmet,   wróciły   wszystkie 
obawy. Ogarnęło ją obezwładniające zdenerwowanie.

Była   dziesięcioletnią   dziewczynką,   kiedy   zawalił   się   cały   jej   świat. 

Potem śniła przez wiele nocy, że budzi się i znajduje w sypialni zwłoki 
matki,   skąpane   we   krwi.   Sarah   pamiętała   jak   przez   mgłę,   że   usiłowała 
wówczas owinąć ręcznikami poranione nadgarstki mamy, żeby zatamować 
krew. Potem, ponieważ w domu był odłączony telefon, pobiegła po pomoc 
do sąsiadów.

Przez kilka następnych dni chodziła jak nieprzytomna. Poruszała się jak 

automat, nic do niej nie docierało. Zaczęła płakać, dopiero gdy z Nowego 
Orleanu przyjechała Lorett Boudreaux. Płakała dniami i nocami, nie była w 
stanie powstrzymać łez.

Dzień po pogrzebie matki ciotka Lorett pomogła małej Sarah spakować 

rzeczy.   Wręczyła   miejscowym   władzom   kopię   testamentu   Catherine 
Whitman, który ustanawiał ją prawną opiekunką osieroconego dziecka, i nie 
oglądając się za siebie, wraz z dziewczynką opuściła miasto.

Obywatele   Marmet   byli   zadowoleni   z   takiego   obrotu   spraw.   W   ten 

sposób   pozbyli   się   obowiązku   roztoczenia   opieki   nad   dzieckiem 
niesławnego   Franklina   Whitmana,   który   zhańbił   ich   miasto.   Nawet   nie 
protestowali, że do białego dziecka rości sobie prawa czarna kobieta. Lorett 
Boudreaux   dysponowała   bowiem   oficjalnym   dokumentem,   który   trudno 

background image

byłoby   podważyć.   A   zresztą...   po   co?   Urzędnicy   z   ratusza   w   Marmet 
ochoczo pozbyli się balastu. Co z oczu, to z myśli...

Przez   następne   dwadzieścia   lat   Sarah   próbowała   ostępować   i 

zachowywać   się   identycznie.   To   znaczy   pozbyć   się   balastu,   jakim   były 
wspomnienia  o tamtych  koszmarnych czasach. Była pewna, że jej się to 
udało. Do chwili, gdy zadzwonił do niej szeryf okręgu Somerset.

Słowa   Rona   Gallaghera   nie   tylko   zachwiały   jej   spokój,   lecz   również 

zmusiły   do   przewartościowania   wielu   spraw.   Fakty   wskazywały,   że   jej 
ojciec przed laty nie porzucił żony i córki. A skoro został zamordowany, 
należało zrewidować również inne założenia poczynione dawno temu przez 
Sarah. Wszystko wskazywało na to, że Franklin Whitman stał się kozłem 
ofiarnym prawdziwego przestępcy – złodzieja i mordercy.

Na   myśl,   że   tak   łatwo  uwierzyła   w  winę   ojca,   Sarah   zabolało   serce. 

Owszem,   miała   wówczas   zaledwie   dziesięć   lat,   jednak   powinna   była 
wiedzieć,   że   ten   miły,   dobry   i   kochający   człowiek   nie   byłby   w   stanie 
popełnić przestępstwa, o jakie go oskarżono.

Nie mogła już prosić ojca o wybaczenie.
Jednak na to, aby przywrócić mu dobre imię, nie było jeszcze za późno.
Sarah   odetchnęła   głęboko,   pragnąc   w   ten   sposób   przywołać   się   do 

porządku. Musiała opanować nerwy i wziąć się w garść. To prawda, jechała 
do Marmet, aby zabrać stamtąd szczątki ojca, ale była mu winna więcej niż 
tylko chrześcijański pochówek. Ten szlachetny i niesłusznie odsądzony od 
czci i wiary człowiek zasługiwał na wieczny odpoczynek. Przynajmniej tyle 
mogła dla niego zrobić.

Gdy   dojechała   do   Marmet,   była   zdumiona,   że   pamięta   tak   wiele 

szczegółów. Wydawało się jej, że poznaje schludne domy na Cape Cod i 
wysadzane drzewami  ulice. Wpatrywała się intensywnie w każdy mijany 
budynek i przyglądała przechodniom, zastanawiając się, czy po tylu latach 
potrafiliby ją rozpoznać.

Czy w ogóle obeszło ich to, że fałszywie oskarżyli i potępili Franklina 

Whitmana, i czy czuli się winni śmierci jego żony, Catherine?

Sarah miała żal do mieszkańców Marmet, podobnie zresztą jak przed 

laty do ojca. Okazało się jednak, że źle go oceniła, i teraz była gotowa 
okazać skruchę. Jednak czy tutejsi ludzie potrafią zdobyć się na to samo?

Kilka minut później zatrzymała samochód przed biurem szeryfa. Jakiś 

czas   siedziała   bez   ruchu,   z   palcami   zaciśniętymi   na   kierownicy   tak 

background image

kurczowo, jakby to było koło ratunkowe. Chwilę później podjechał jakiś 
radiowóz i stanął obok niej. Sarah spoglądała na wysiadającego policjanta, 
zastanawiając się, czy | był kimś, kogo znała przed laty. Dwadzieścia lat to 
szmat   czasu.   Ludzie   się   zmienili,   ale   pewnie   nadal   pamiętali   o   sprawie 
Franklina Whitmana.

Zaraz potem policjant opuścił budynek i idąc do radiowozu, rzucił Sarah 

zaciekawione   spojrzenie.   Instynktownie   odwróciła   głowę,   sięgnęła   po 
kluczyki   i   torebkę.   Poczekała,   aż   radiowóz   odjedzie,   i   dopiero   wtedy 
wysiadła.

Po   wejściu   do   budynku   ruszyła   w   stronę   portierni.   Siedzący   tam 

mężczyzna na widok Sarah podniósł wzrok.

– Czym mogę pani służyć? – zapytał.
– Chcę rozmawiać z szeryfem – oznajmiła. – Oczekuje mego przybycia.
–   Nie   ma   go   u   siebie   –   odparł   mężczyzna.   Sarah   zasępiła   się. 

Spodziewała się zastać Rona Gallaghera.

– Kiedy wróci? – spytała.
– Nie jestem pewny. Proszę zostawić nazwisko i telefon, pod którym 

będzie pani uchwytna. Szeryf na pewno skontaktuje się z panią.

–   Dopiero   co   przyjechałam   do   Marmet   i   jeszcze   nie   mam   lokum   – 

wyjaśniła. – Gdzie znajdę jakiś hotel?

– Nie mamy hotelu, proszę pani. Jest tylko pensjonat na przedmieściu, 

ale panna Hattie, która go prowadzi, poszła do szpitala na zabieg usunięcia 
wyrostka.

– No, to świetnie – mruknęła pod nosem Sarah i zaczęła rozglądać się za 

jakimś krzesłem. – Wobec tego poczekam tutaj na powrót szeryfa.

Mężczyzna zmarszczył czoło.
– Nie wiadomo, kiedy wróci. Nadal jest nad jeziorem. Sarah odwróciła 

się gwałtownie.

– Ma pan na myśli jezioro Flagstaff? W odpowiedzi skinął głową.
– Tam, gdzie znaleziono ciało Franklina Whitmana? Mężczyzna chyba 

się zorientował, że być może powiedział za wiele.

– Kim pani właściwie jest? – zapytał podejrzliwym tonem. – Kimś z 

prasy?   Jeśli   tak,   to   traci   pani   niepotrzebnie   czas   –   dodał   nieprzyjaznym 
tonem.

– Nazywam się Sarah Whitman.  Franklin Whitman był moim ojcem. 

Bruzdy na czole portiera pogłębiły się jeszcze bardziej.

background image

– Nie mogę pani pomóc – oświadczył z kamienną twarzą. Jego reakcja 

nie zdziwiła Sarah. Była na to przygotowana.

– Od nikogo w tym mieście nie spodziewam się pomocy – oznajmiła 

sucho i zawróciła w stronę wyjścia z budynku.

– Dokąd pani idzie? – dopytywał się natarczywie policjant.
– Nie pański interes – warknęła rozeźlona Sarah, głośno zatrzaskując za 

sobą drzwi.

Doszła   do   samochodu,   dosłownie   trzęsąc   się   ze   złości.   Pamiętała 

mgliście jezioro, ale nie miała pojęcia, gdzie się znajduje i jak tam dojechać. 
Nie wybrała się w tę długą i męczącą podróż po to, by dać się spławić 
jakiemuś nieżyczliwemu gburowi.

Opanowała rozedrgane nerwy. Rozłożyła mapę stanu Maine i przy szosie 

w   pobliżu   Marmet   odnalazła   jezioro   Flagstaff.   Już   wiedziała,   którędy 
wyjechać z miasta, potem z pewnością zobaczy jakieś kierunkowskazy.

Wysiadając   z   motorówki,   szeryf   Gallagher   dojrzał   podjeżdżający 

nieznany mu samochód. Rzucił okiem w stronę reporterów zgromadzonych 
na granicy terenu ogrodzonego policyjną żółtą taśmą i uznał, że widocznie 
jeden z nich, najbardziej niecierpliwy, nie miał ochoty dłużej czekać.

– Jeśli to jeszcze jakiś pismak, pozbądź się go – polecił zastępcy.
– W wozie siedzi kobieta – poinformował Red Miller.
– Mam w nosie, kto tam siedzi – mruknął szeryf. – Jeśli to reporterka, 

każ jej przejść na drugą stronę żółtej taśmy i dołączyć do pozostałych.

– Tak jest – padła zwięzła odpowiedź.
Zastępca   szeryfa   ruszył   w   stronę   kobiety.   Wysiadła   z   samochodu   i 

energicznie maszerowała przed siebie.

– Przepraszam panią, ale tu nie wolno wchodzić. To miejsce popełnienia 

przestępstwa. Proszę opuścić ten teren.

Sarah nawet nie drgnęła.
–   Muszę   porozmawiać   z   szeryfem   Gallagherem   –   oświadczyła 

stanowczym tonem.

–   Szeryf   jest   teraz   zajęty.   Właśnie   przekazuje   reporterom   krótki 

komunikat. I nie ma nic więcej do powiedzenia.

– Nie jestem reporterem – wyjaśniła Sarah. – Nazywam się Whitman. 

Red Miller na chwilę zbaraniał.

– Pamiętam cię – powiedział łagodnym tonem.
–   A   ja   sobie   pana   nie   przypominam   –   oznajmiła   wyniośle,   unosząc 

background image

wysoko podbródek, jakby mobilizując się przed spodziewanym ciosem.

– Jestem Steve Miller, ale wszyscy nazywają mnie Redem. W szkole 

byłem cztery klasy wyżej niż ty.

W   niskim,   łysiejącym   mężczyźnie   Sarah   usiłowała   dopatrzyć   się 

dawnego chłopca. Bez powodzenia.

– Przykro mi, ale nie pamiętam.
– Nic dziwnego. Po tylu latach... – Zastępca szeryfa podniósł wzrok i 

dodał: – Jest mi bardzo przykro z powodu twojego ojca.

– Naprawdę? – wycedziła przez zęby.
Red poczerwieniał na twarzy. Był wtedy już na tyle dużym chłopcem, że 

świetnie   pamiętał,   jak   źle   traktowano   Sarah   i   jej   matkę.   Nie   umiał 
zapomnieć, że zaszczuta przez mieszkańców Marmet matka Sarah popełniła 
samobójstwo, i to właśnie córka znalazła ciało. Domyślał się, jak straszne 
musiało być to przeżycie dla małej dziewczynki, toteż nie winił Sarah za 
opryskliwość.   Na   pewno   nadal   żywiła   głęboką   urazę   do   tutejszej 
społeczności.

Zastępca szeryfa westchnął głęboko. Zdawał sobie sprawę, jak trudno 

wynagrodzić   komuś   krzywdy,   zwłaszcza   po   tylu   latach.   Wskazał   Rona 
Gallaghera.

– Jeśli możesz chwilę poczekać, zaraz powiem szeryfowi, że tu jesteś – 

oznajmił cichym i łagodnym tonem.

Zdegustowana własnym brakiem opanowania, Sarah patrzyła za szybko 

oddalającym się Redem. Niemal od niej uciekał. Zachowała się obcesowo, 
co było do niej zupełnie niepodobne. Jeśli zamierza wykryć, co naprawdę 
stało się z ojcem, musi uzyskać pomoc miejscowych władz, a zniechęcenie 
do siebie pierwszego człowieka, który okazał jej życzliwość, było nad wyraz 
kiepskim posunięciem.

Z   pleców   odchodzącego   zastępcy   szeryfa   Sarah   przeniosła   wzrok   na 

wodę. Niemal nie dostrzegając piękna gęstych drzew, skąpanych w barwach 
jesieni, spoglądała na powierzchnię jeziora.

Miała przed sobą ogromną taflę nieruchomej wody. Wyglądało to jak 

czarne lustro. Zwodziło gładkością, lecz przecież kryło pod powierzchnią 
straszliwe tajemnice.

Miała przed sobą topiel.
Sarah przeszyły gwałtowne dreszcze.
Podeszła bliżej brzegu. Nie mogąc ani na chwilę pozbyć się myśli o tym, 

background image

co   przeżył   ojciec,   poczuła   dojmujący   ból   w   piersiach.   Tak   silny,   że   na 
chwilę straciła oddech. Do oczu napłynęły jej łzy, wszystko widziała jak 
przez mgłę. Poczuła bolesny ucisk w gardle.

–   Boże...   Och,   tatusiu...   kto   cię   zabił?   Kto   mógł   zrobić   coś   tak 

potwornego?

– Pani Whitman?
Sarah drgnęła nerwowo. Odwróciła głowę, nie zdając sobie sprawy z 

tego, że ma twarz mokrą od łez.

– Szeryf Gallagher?
Nie po raz pierwszy w życiu Roń Gallagher zapragnął być mężczyzną 

przystojnym,   ciemnowłosym   i   wysokim.   Sprzedałby   duszę   diabłu,   by 
zdobyć serce stojącej przed nim kobiety. Była tak śliczna, że zapierało dech. 
Zmartwił go zgnębiony wyraz jej drobnej twarzy. Zrobiłby wszystko, byle 
tylko przestała płakać. Zamiast tego wyciągnął rękę.

– Tak, to ja. Dzień dobry. Jest mi bardzo przykro, że muszę przekazać 

pani te smutne wiadomości. Proszę przyjąć moje kondolencje.

Sarah   potrząsnęła   dłonią   szeryfa,   nie   mogła   przecież   cofnąć   ręki,   ale 

coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że w stosunku do tych ludzi 
nie potrafi zdobyć się nawet na odrobinę życzliwości czy sympatii.

Z   minuty   na   minutę   narastał   w   niej   gniew.   Było   to   doznanie   coraz 

bardziej bolesne. Nie do zniesienia. Morderstwo i kłamstwa zniszczyły jej 
rodzinę. Ktoś musiał za to zapłacić.

– Dziękuję – powiedziała i mocno zacisnęła dłonie, żeby opanować ich 

drżenie. – Przyjechałam po ojca.

Roń Gallagher westchnął. Do licha. Ta kobieta prosiła o coś, czego nie 

był w stanie jej dać.

– Przykro mi, pani Whitman, ale nie mogę wydać pani ciała... jeszcze nie 

teraz.

–   A   powie   mi   pan   coś,   co   chciałabym   usłyszeć?   –   spytała   cierpkim 

tonem.

– W tej chwili niewiele... ale to dopiero początek dochodzenia. Proszę 

zrozumieć, jestem zmuszony pracować nad sprawą sprzed dwudziestu lat. A 
miejscem zbrodni jest dno jeziora.

Sarah   znów   zacisnęła   pięści   i   ponad   plecami   szeryfa   popatrzyła   na 

powierzchnię wody. Miała boleśnie zaciśnięte gardło. Zanim ponownie się 
odezwała, musiała dwukrotnie przełknąć ślinę.

background image

– Chcę zadać panu pytanie – oznajmiła łamiącym się głosem.
Wyglądała na tak zagubioną i nieszczęśliwą, że Roń Gallagher poczuł 

nieprzepartą chęć, by objąć ją serdecznie i mocno przytulić.

– Słucham.
– Czy... wiadomo... – Sarah zadrżała, wciągnęła głęboko powietrze i z 

największym trudem zmusiła się, aby nie wykrzyczeć na głos swych myśli. 
– Chodzi o mojego tatę... Czy jeszcze żył, kiedy...

Nie miała siły dokończyć, ale Ron Gallagher i tak domyślił się, o co 

chciała zapytać.

– Na ten temat nie wolno mi nic powiedzieć.
– Boże...
Po twarzy Sarah popłynęły łzy.
Szeryf   Gallagher   wiedział,   że   świadomie   łamie   prawo,   ale   nie   mógł 

pozostać obojętny wobec rozpaczy tej kobiety.

– Niech pani posłucha... – zaczął. – I proszę nie powoływać się na moje 

słowa, bo się ich wyprę. Gdybym miał iść o zakład, powiedziałbym, że pani 
ojciec znalazł się w skrzyni dopiero po śmierci.

– Skąd takie przypuszczenie?
– Kiedy otworzyliśmy skrzynię, pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się nam w 

oczy, była rozbita czaszka. Po otrzymaniu tak silnego ciosu, z pewnością nie 
odzyskał przytomności, gdy wrzucano go do jeziora.

Sarah odetchnęła głęboko i powoli ze zrozumieniem skinęła głową.
– Dziękuję, że pan mi to powiedział. Szeryf wzruszył ramionami.
– A więc, proszę pani... jak już mówiłem...
Zanim udało mu się skończyć zdanie, podjechała do nich furgonetka, z 

której wyskoczyło trzech ludzi. Reporter i dwaj kamerzyści.

– Sarah Whitman? Czy pani Sarah Whitman? Jak skomentuje pani fakt, 

że   w   jeziorze   Flagstaff   odnaleziono   ciało   pani   ojca?   –   padły   pierwsze 
pytania.

Skuliła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Wrócił koszmar z przeszłości. 

Była   świadkiem,   jak   przed   dwudziestu   laty   bezbronną   matkę   oblegali 
wścibscy   reporterzy.   Wygadywali   bzdury,   szafowali   oskarżeniami. 
Odsądzali od czci i wiary ukochanego przez nią człowieka.

Roń Gallagher zaklął dosadnie.
– Wynoście się stąd, bo każę was aresztować! – wykrzyknął, lecz na 

dziennikarzach nie zrobiło to żadnego wrażenia.

background image

Nie   zamierzali   rezygnować   z   nadarzającej   się   okazji.   Byli   gotowi 

zaryzykować zatrzymanie, byle tylko zdobyć materiał na pierwszą stronę.

–   Jak   pani   sądzi,   czy   pani   ojciec   został   zabity   przez   wspólników, 

współsprawców przestępstwa?

Sarah   odwróciła   się   i   zaczęła   biec   do   samochodu,   ale   reporter   i 

kamerzyści nie dawali za wygraną. Podążyli w jej ślady i po chwili odcięli 
drogę ucieczki.

– Zostawcie mnie w spokoju! – zażądała, usiłując odepchnąć natrętów, 

ale   jeden   z  nich   podetknął   jej  mikrofon   pod  nos,   podczas   gdy   pozostali 
zaczęli filmować ją dwiema kamerami, rejestrując każdą reakcję.

– Czy nienawidzi pani mieszkańców Marmet? – chciał wiedzieć reporter. 

– Czy jest ktoś', kogo obwinia pani o...

Dalsze słowa reportera zagłuszył głośny warkot potężnego silnika. Sarah 

odwróciła się i ujrzała czarny sportowy wóz. Z piskiem opon zatrzymał się 
tuż obok niej. Zdumiona patrzyła, jak otwierają się przed nią drzwi od strony 
pasażera i ktoś siedzący przy kierownicy krzyczy, aby wskoczyła szybko do 
środka.

Zareagowała odruchowo. Wsiadła. Gdy tylko zatrzasnęła za sobą drzwi, 

wóz ruszył. – Zapnij pas – powiedział kierowca. Sarah bez słowa wykonała 
polecenie. Dopiero gdy w szalonym tempie opuścili brzeg jeziora, wzbijając 
tumany kurzu i jesiennych liści, spojrzała na siedzącego obok mężczyznę. 
Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego jego profil wydaje się jej dziwnie 
znajomy.   Zaraz   potem   mężczyzna   odwrócił   się   na   krótko   w   jej   stronę   i 
uśmiechnął.

Serce   Sarah   zabiło   szybciej.   Ostatni   raz   widziała   ten   uśmiech 

dwadzieścia   lat   temu.   Jednak   żadna   dziewczyna   nie   zapomina   swej 
pierwszej wielkiej miłości...

– Silk?
Tony skrzywił się lekko.
– Obecnie częściej nazywają mnie Tonym. Tak, Sarah Whitman, to ja.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jadąc z Tonym,  uznała, że wóz i kierowca wprost idealnie do siebie 

pasują. Obaj są wytworni i wywierają oszałamiające wrażenie. Usiłując nie 
spoglądać zbyt często na mężczyznę za kierownicą, Sarah dostrzegła jednak 
kosztowną elegancję jego ubioru, roleksa na lewym ręku, na prawym sygnet 
z diamentem, a w oczach... gniewne błyski.

Była   wdzięczna   za   to,   że   się   pojawił   i   uratował   ją   przed   wścibskim 

reporterem. Na próżno jednak usiłowała dociec przyczyny jego obecności w 
Mar-met. Czyżby z odległego Chicago przyjechał tu tylko dla niej? Chętnie 
przyjęłaby to za pewnik, lecz prawda chyba wyglądała inaczej.

– Silk... przepraszam, Tony, czy mogę zadać ci osobiste pytanie?
Pokonał ostry zakręt i stłumił westchnięcie. Sarah Whitman nie miała do 

niego zaufania. Poznał to po jej oczach. Był w stanie zrozumieć rezerwę tej 
kobiety, lecz zdziwiło go, że sprawia mu to tak wielką przykrość.

– Tak, oczywiście.
– Twój wygląd świadczy  o tym,  że  zostałeś  człowiekiem sukcesu.  Z 

czego żyjesz? Tony uniósł brwi.

–   Zapewniam,   że   nie   robię   nic   niezgodnego   z   prawem.   Sarah 

zaczerwieniła się lekko.

– Nie to miałam na myśli. Roześmiał się lekko.
– Odpręż  się, żartowałem.  Mam w Chicago  nocny  klub, a właściwie 

dwa. Oficjalne otwarcie drugiego odbędzie się za jakiś miesiąc. Pierwszy 
lokal nazwałem „Silk".

Dopiero   teraz   Sarah   odważyła   się   lepiej   przyjrzeć   Tony'emu.   Musiał 

przebyć długą drogę... Nieźle, jak na chłopaka, którego wychowała ulica. 
Wiedziała z własnego doświadczenia, ile pieniędzy wymaga uruchomienie 
każdego   przedsięwzięcia,   a   co   dopiero   nocnego   klubu.   Nadal   spłacała 
kredyt, który zaciągnęła na renowację restauracji.

Silk pochodził z bardzo biednej rodziny. Czasami w ogóle nie miał gdzie 

się   podziać.   Sarah   przypomniała   sobie   o   milionie   dolarów,   o   których 
kradzież został oskarżony jej ojciec, i spojrzała podejrzliwie na siedzącego 
obok   mężczyznę.   Czy   Tony'ego   DeMarca   byłoby   stać   na   taki   zuchwały 
skok? Całkiem możliwe. Ale morderstwo? Do tego chyba nie był zdolny.

background image

– Ile miałeś lat, gdy zniknął mój ojciec? – zapytała.
–   Szesnaście   –   odparł.   –   Właśnie   skończyłem   pierwszą   klasę   szkoły 

średniej.

– Za młody – szepnęła do siebie.
Nie   potrafiła   wyobrazić   sobie   takiego   dzieciaka   kradnącego   z   banku 

milion dolarów. I to na tyle przebiegłego, by wziąć zakładnika, skierować na 
niego wszelkie podejrzenia, a potem z zimną krwią zamordować.

– Za młody na co? – zapytał Tony.
Na twarzy Sarah wystąpiły rumieńce. Nie zdawała sobie sprawy z tego, 

że wypowiedziała te słowa na głos.

– Nieważne. Po prostu głośno myślałam.
Z zasępioną miną Tony zjechał z szosy w wąską drogę prowadzącą do 

jego letniskowego  domu  położonego nad brzegiem jeziora. Co też Sarah 
chodziło po głowie?

I   nagle   zrozumiał.   Ogarnął   go   gniew.   Natychmiast   zahamował   ostro 

samochód i zwrócił się w stronę Sarah. Zaskoczona zachowaniem Tony'ego 
w pierwszej chwili chciała uciekać, ale zanim zdołała otworzyć drzwi wozu 
i wyskoczyć, przytrzymał ją za ramię.

–   Ponad   połowę   pieniędzy   potrzebnych   na   uruchomienie   interesu 

pożyczył mi stryj Salvatore – oznajmił suchym tonem. – Żyrował także mój 
pierwszy kredyt. Spłaciłem go w ciągu dwóch lat od chwili otwarcia klubu. 
Nie ukradłem tego miliona dolarów i nie zabiłem twego ojca.

Z głosu Tony'ego przebijała złość, ale Sarah nie zamierzała przepraszać 

go za podejrzenia. Dopóki nie dowie się, co naprawdę stało się z jej ojcem, 
dopóty nie zaufa absolutnie nikomu.

Odetchnąwszy głęboko, powiedziała:
– Miałam dziesięć lat, kiedy rozpadł się cały mój świat. Trzy miesiące po 

zniknięciu ojca zostałam sierotą. Gdyby nie ciotka Lorett, opiekę nade mną 
przejęłoby państwo i oddano by mnie do domu dziecka. Co więcej, w całym 
Marmet nie znalazłby się nikt, komu byłoby przykro, kto ulitowałby się nad 
moim losem. Tony, nie zamierzam przepraszać cię za nietaktowne pytania. 
Jesteś   pierwszą   osobą,   której   je   zadałam,   i   z   pewnością   nie   ostatnią. 
Przyjechałam tutaj nie tylko po szczątki ojca. Pozostanę w Marmet dopóty, 
dopóki nie ustalę, kto go zamordował.

Determinacja na twarzy Sarah szła w parze z furią malującą się w jej 

oczach.

background image

Zaskoczyła   Tony'ego.   Uzmysłowił   sobie   bowiem,   że   ma   teraz   do 

czynienia z dojrzałą kobietą. Minęło wiele czasu, odkąd widział ją, bezradną 
i nieszczęśliwą, płaczącą nad grobem matki. Jednak to, co zamierzała zrobić, 
było pomysłem zwariowanym i, co gorsza, nad wyraz niebezpiecznym.

– Nie mówisz serio – uznał.
– Poczekaj, to się przekonasz – mruknęła.
– Jak zarabiasz na życie?
– A co to ma do rzeczy?
– Odpowiedz.
– Jestem właścicielką restauracji, którą sama prowadzę. Tony westchnął, 

lecz nie przestawał pytać.

– Skąd przekonanie, że okażesz się lepsza od policji?
– Zacznę od zgromadzenia materiału dowodowego, czego przed laty w 

ogóle nie zrobiono. Tony zmarszczył czoło.

–   Nie   znasz   się   na   tej   robocie.   Jesteś   amatorem.   Nie   masz   żadnych 

kwalifikacji,   by   rozwiązać   kryminalną   zagadkę   z   przeszłości.   A   ponadto 
jedyny istniejący materiał dowodowy to ten, który przez dwadzieścia lat 
spoczywał na dnie jeziora.

–   Jeśli   sama   nie   zajmę   się   tą   sprawą,   nie   zrobi   tego   nikt   inny   – 

argumentowała Sarah. Musiała odwrócić wzrok, żeby Tony nie dostrzegł łez 
w jej oczach.

Ukradkiem rzucił na nią okiem. Mała dziewczynka wyrosła nie tylko na 

piękną kobietę, lecz także na osobę z charakterem. Nieprzejednaną i twardą. 
Co   więcej,   potrafił   zrozumieć,   dlaczego.   Wiedział   z   własnego   smutnego 
doświadczenia, że zdecydowanie łatwiej uniknąć bólu, jeśli trzyma się ludzi 
na dystans.

– Nie o to chodzi – powiedział łagodnym tonem i delikatnie wsunął rękę 

pod głowę Sarah, zmuszając ją, aby na niego spojrzała. – Może morderca 
twego   ojca   nadal   mieszka   w   Marmet?   To,   co   zamierzasz   zrobić,   jest 
niebezpieczne.

Wzruszyła ramionami.
–   Jeśli   się   boisz,   to   znikaj.   Podrzuć   mnie   tylko   do   miejsca,   gdzie 

zaparkowałam samochód.

Tony popatrzył przez chwilę na Sarah, a potem skrzywił się lekko.
– Może powinienem wstrzymać się z przybyciem ci na odsiecz.
– Dlaczego?

background image

– Bo mimo swej drobnej postury byłabyś w stanie jedną ręką załatwić 

zarówno reportera, jak i obu kamerzystów.

Na twarzy towarzysza podróży dostrzegła łagodny uśmiech.
– Przepraszam – bąknęła.
– Za co? – zapytał.
– Z góry założyłam, że nie jesteś aniołem. Uśmiech na twarzy Tony'ego 

stał się jeszcze szerszy.

– Och, droga pani... proszę nie przepraszać za coś, co jest stuprocentową 

prawdą. Nie jestem aniołem. Nigdy nie byłem i nigdy się nim nie stanę.

– Pociągnął Sarah lekko za włosy. – Nie jestem także facetem, który 

łamie   prawo.   No   to   co?   Zakopujemy   topór   wojenny?   Ogłaszamy 
zawieszenie broni?

Przesunął dłoń z tyłu głowy Sarah w dół, pod brodę. Pod wpływem jego 

dotknięcia, a także przenikliwego wzroku, Sarah zrobiło się gorąco.

–   W   porządku   –   zgodziła   się   bez   wahania,   byle   tylko   Tony   jak 

najszybciej skupił całą uwagę na prowadzeniu wozu.

Niech przynajmniej położy na kierownicy obie ręce...
– To dobrze – ucieszył się. – A więc umowa stoi. Ulżyło mi. Nacisnął 

mocniej na pedał gazu. Samochód wjechał w gęstwinę drzew.

– Dokąd właściwie jedziemy? – dopiero teraz zainteresowała się Sarah. 

Tony zwolnił nieco i wyciągnął rękę.

– Tam.
Oczom Sarah ukazał się wytworny dom, najwyraźniej letniskowy. Jeśli 

Tony'ego   było   stać   na   coś   tak   kosztownego,   musiał   osiągnąć   znacznie 
większy sukces, niż myślała.

– Twoja własność?
W odpowiedzi skinął głową.
– Ładny.
Tony z uśmiechem skręcił na żwirowy podjazd i zatrzymał  się przed 

frontowym wejściem do domu.

Zanim wyłączył silnik, przez chwilę podziwiał rozciągający się wokół 

przepiękny   widok.   Dom   postawiony   tuż   nad   jeziorem   wtapiał   się   w 
okalające   go   drzewa.   Wyglądał,   jakby   właśnie   tu   było   jego   naturalne 
miejsce.   Piętrowy,   zbudowany   z   cedrowego   drewna   i   szkła,   w   którym 
odbijały się fragmenty krajobrazu.

–   Tak.   Jest   ładny   –   skwapliwie   przytaknął   Tony.   Wyskoczył   z 

background image

samochodu i podbiegł do drugich drzwi. Nachylił się, aby pomóc wysiąść 
pasażerce i powiedział z emfazą: – Zapraszam drogą panią na salony, rzekł 
pająk do muchy. – Mrugnął wesoło do Sarah.

Wysiadła rozbawiona. Jednak jej uśmiech już po chwili zamienił się w 

grymas,   uświadomiła   sobie   bowiem,   że   spoza   drzew   prześwituje   ciemna 
tafla jeziora Flagstaff.

Tony   dostrzegł   niepokój   malujący   się   na   twarzy   Sarah.   Domyślił   się 

przyczyny lęku.

– Nie bój się, tu nie ma żadnych duchów – powiedział uspokajającym 

tonem.   Rzuciła   mu   spojrzenie   pełne   powątpiewania   i   ponownie   skupiła 
uwagę na domu.

–   Wszystkie   rzeczy   zostawiłam   w   wynajętym   samochodzie   – 

przypomniała sobie.

– Kogoś po nie poślę.
– Nie mogę się u ciebie zatrzymać.
– Dlaczego?
Sarah zaskoczyło napięcie w głosie Tony'ego.
– Po pierwsze... właściwie się nie znamy. A po drugie zamierzam robić 

coś, czego nie aprobujesz.

Ujął w dłonie jej twarz. Przez chwilę sądziła, że ją pocałuje. Zamiast 

tego   opuszkami   palców   wygładził   delikatnie   zmarszczki   powstałe   w 
kącikach zaciśniętych ust.

–   Kiedyś   znaliśmy   się   dobrze,   teraz   poznamy   się   po   raz   drugi. 

Przyjechałem   tu,   bo   mam   wobec   twego   ojca   dług   wdzięczności. 
Zapewnienie ci lokum na czas pobytu w Marmet to minimum tego, co mogę 
zrobić. Proszę, zgódź się.

Ujął   Sarah   pod   ramię   i   wprowadził   do   domu.   Przywitało   ich 

sympatyczne,   przytulne   wnętrze.   Przechodząc   przez   foyer,   poczuła   miły 
zapach palonego drewna, który nasilił się, gdy stanęła na progu salonu. Pod 
północną   ścianą   w   pokaźnych   rozmiarów   kominku   płonęło   duże   polano. 
Przed   paleniskiem   ustawiono   skórzaną   kanapę   i   dwa   wygodne   fotele. 
Wysokie   półki   z   książkami   pod   przeciwległą   ścianą   zapewniały 
urozmaiconą lekturę na długie zimowe wieczory.

Pokój zdobiło kilka obrazów o różnorodnej tematyce. Po obu stronach 

kominka wisiały dwa indiańskie malowidła. Oprócz nich Sarah dostrzegła 
obraz w stylu Renoira i dwa uderzające prostotą pejzaże przypominające 

background image

Wyetha. Podeszła bliżej i ze zdumieniem ujrzała pod nimi sygnaturę tego 
genialnego malarza. Miała więc przed sobą oryginały.

Obróciła się i spojrzała na Tony'ego z podejrzliwą miną.
– Twój klub musi przynosić znaczne dochody – powiedziała z lekkim 

przekąsem. Ujrzawszy nieufność na jej twarzy, Tony poczuł, że ponownie 
znaleźli się w punkcie wyjścia.

– I owszem – potwierdził sucho, nie zamierzając niczego wyjaśniać. – 

Jeśli   chcesz,   najpierw   pokażę   ci   cały   dom,   a   potem   zaprowadzę   do 
przeznaczonego dla ciebie pokoju.

Po drodze Sarah czyniła grzeczne uwagi na temat eleganckiego wystroju 

wnętrz. Chwaliła szczerze sympatyczną atmosferę i przytulność.

Jej ciepłe słowa Tony skwitował krótkim podziękowaniem.
– Nie realizowałem żadnego specjalnego zamysłu – dorzucił. – Jest po 

prostu tak, jak lubię. Kiedy przystanęli w korytarzu, oznajmiła:

– Masz świetny gust.
– Uznam to za komplement – mruknął.
– Przepraszam. – Westchnęła. – Zachowałam się nieładnie.
Tony spojrzał na Sarah. Wyglądała żałośnie. Dostrzegł podkrążone oczy 

i lekkie drżenie dolnej wargi. Odnalezienie szczątków ojca musiało być dla 
niej wielkim wstrząsem. Jednak próbowała opanować emocje i zachować 
zimną krew. Uznał, że powinien choć trochę jej pomóc.

– Fakt – przyznał łagodnym tonem, a potem odgarnął kosmyk włosów 

opadający jej na oczy.

– Przykro mi – bąknęła.
–   Och,   będzie   ci   przykro,   dopiero   kiedy   spróbujesz   mojej   kuchni. 

Rozpogodziła się i roześmiała.

Tony jak urzeczony obserwował grę uczuć na jej twarzy. Już przedtem 

uznał, że Sarah jest ładną kobietą, ale teraz... Teraz wydała mu się po prostu 
piękna. Jej urok mógł okazać się zgubny dla każdego mężczyzny.

Przypomniał sobie, że występuje w roli pana domu, dlatego oparł się 

chęci przyciśnięcia Sarah do ściany i scałowania uśmiechu z ponętnych ust. 
Ujął ją pod ramię.

– Twój pokój jest tam, ostatnie drzwi na lewo.
Tony trzymał Sarah mocno, lecz delikatnie. Szedł szybko. Ledwie za 

nim nadążała. Chwilę później otworzył wskazane drzwi i zaraz się wycofał.

– To będzie twój pokój na tak długo, jak zechcesz. Masz własną łazienkę 

background image

i   salonik.   Gdybyś   chciała   telefonować,   korzystaj   z   aparatu   stojącego   na 
stole.

– Dziękuję, mam komórkę.
– Czasami  sygnał bywa tu słaby. Wtedy może  ci się przydać telefon 

stacjonarny. Sarah uśmiechnęła się i zaczęła rozglądać po pokoju. Był tak 
samo przytulny i sympatyczny jak reszta domu. Wreszcie odwróciła się ku 
Tony'emu. Uznała, że czas nieco ocieplić atmosferę.

– Silk... to znaczy... Tony... Przerwał jej.
– Możesz nazywać mnie Silkiem.
– Mówiłeś przecież, że nikt...
– Niektórzy nadal tak do mnie mówią – odparł. – A poza tym lubię, jak 

wymawiasz to słowo.

Sarah   zmrużyła   oczy.   Tony   nadal   zachowywał   się   bez   zarzutu.   Te 

wyszukane,   gładkie   maniery...   Może   nawet   zbyt   gładkie...   Przydomek 
pasował do niego idealnie.

–   Jak   chcesz   –   odparła   krótko.   Uśmiechnął   się   leciutko,   a   potem 

wyciągniętą ręką wskazał łóżko.

– Proponuję, abyś położyła się i nieco odpoczęła, a ja w tym czasie 

wykonam kilka telefonów. W ciągu godziny ściągnę tu twój samochód i 
ciuchy. A ponadto spróbuję pokrzyżować szyki reporterom.

– W jaki sposób zamierzasz to zrobić? – spytała zaskoczona Sarah.
– S ądzisz, że jeśli ustalą, gdzie jesteś, zostawią cię w spokoju? Nie licz 

na   to,   dziecinko.   Czy   ci   się   to   podoba,   czy   nie,   w   tej   chwili   jesteś   dla 
mediów bardzo smakowitym kąskiem.

– Boże! – jęknęła Sarah, opadając ciężko na łóżko.
– Nie martw się. Dopóki jesteś pod moim dachem, nikt nie będzie cię 

nachodził.

– W jaki sposób...
– Zaufaj mi.
Słowa   te   zabrzmiały   inaczej   niż   poprzednie   wypowiedzi.   Z   twarzy 

Tony'ego   zniknął   zalotny   uśmieszek.   Sarah   rozpoznała   w   nim   dawnego 
buntownika, tyle tylko, że po dwudziestu latach jeszcze sprytniejszego i o 
wiele bardziej zdeterminowanego.

Zanim   zdołała   się   odezwać,   Tony'ego   już   nie   było.   Opuścił   pokój, 

zamykając cicho drzwi. Sarah siedziała bez ruchu, zastanawiając się ponuro, 
jak to możliwe, że jej w miarę spokojne i uporządkowane życie jednej chwili 

background image

legło w gruzach.

Zaraz   potem   aż   jęknęła,   albowiem   w   pełni   dotarł   do   niej   sens   tych 

rozważań. Jak mogła tak egoistycznie litować się nad sobą? Przecież nadal 
żyła, czego nie dało się powiedzieć o jej ojcu.

– Och, tatusiu... Tak mi przykro, że w ciebie zwątpiłam – wyszeptała. 

Położyła się na łóżku i zwinęła w kłębek. – Ale dowiem się, kto ci to zrobił. 
Przyrzekam.

Westchnąwszy ciężko, zamknęła oczy. Właściwie chciała jedynie przez 

chwilę odpocząć, ale bardzo szybko zmorzył ją sen.

Upłynęła prawie godzina, zanim wrócił Tony. Zamierzał zapukać, ale 

ujrzawszy uchylone drzwi, wszedł do pokoju. Sarah była pogrążona we śnie. 
Wniósł   po   cichu   jej   bagaże   i   postawił   przy   łóżku.   Rzucił   okiem   na 
nieruchomą   postać   i   spochmurniał.   Zdawał   sobie   sprawę   z   tego,   że   nie 
powinien jej się tak natarczywie przyglądać. Mimo to zwlekał z odejściem.

Niczym   nie   przypominała   nieśmiałej   dziesięciolatki,   którą   zapamiętał 

sprzed lat. Często przyglądała mu się ukradkiem, gdy strzygł trawniki przed 
jej  rodzinnym  domem.   Wtedy  była  chudą   i poważną  dziewczynką,  teraz 
stała się piękną i ponętną kobietą.

Kiedy tak wpatrywał się w Sarah, ujrzał nagle spływającą po jej policzku 

łzę.   Odwrócił   wzrok.   Na   pewno   nie   chciałaby,   by   był   świadkiem   jej 
chwilowej słabości.

Westchnął cicho, potem okrył śpiącą ciepłym pledem. Poruszyła się i 

instynktownie wtuliła w miękką tkaninę.

Tony nie pamiętał, kiedy po raz ostatni czuł się tak niepewnie, jak w 

obecności   Sarah.   Jej   pomysł,   by   wytropić   mordercę   ojca,   bardzo   go 
poruszył.

To miał być tylko krótki wypad z Chicago, jednak teraz sytuacja stawała 

się zbyt poważna.

W porządku, będzie gościnnym i miłym gospodarzem.  Pozostanie  tu, 

dopóki Sarah nie oswoi się z domem. Potem jednak będzie musiała radzić 
sobie sama.

Chociaż z drugiej strony nie należał do ludzi opuszczających bliźnich w 

potrzebie. Odezwała się w nim rycerskość, dlaczego zaczął się zastanawiać, 
jak ochronić Sarah przed niebezpieczeństwem. To wymagałoby zmiany jego 
wcześniejszych planów.

Dzisiaj ruch był jeszcze  większy  niż zazwyczaj. Przez większość  dni 

background image

tygodnia   w   kawiarence   prowadzonej   przez   Sophie   Thomas   spotykali   się 
przede wszystkim emeryci i pracownicy pobliskiego supermarketu.

Jednak od chwili gdy wydobyto z jeziora Flagstaff szczątki Franklina 

Whitmana, kawiarenka niemal pękała w szwach. Ci, dla których zabrakło 
miejsc siedzących, stali oparci o ściany lub gromadzili się w kątach. Nikt nie 
chciał stracić ani strzępka informacji na temat prowadzonego przez policję 
dochodzenia.

Tłum  klientów   utrudniał   Sophie   obsługiwanie   stolików.   Poruszała   się 

jednak na tyle szybko, na ile pozwalały jej krótkie nogi.

Do Marmet przyjechała przed dziesięciu laty, po wyjątkowo przykrym 

rozwodzie. Kupiła dom, w którym mieściła się teraz kawiarnia, i jeszcze 
bardziej przybrała na wadze. Były mąż gustował w szczupłych kobietach, 
toteż   po   rozwodzie   Sophie   wreszcie   nie   musiała   słuchać   bezustannych 
docinków na temat swej tuszy.

Poruszała się teraz żwawo między stolikami, podając kawę i domowej 

roboty bułeczki.

Wszyscy   goście   plotkowali  o   wznowieniu   śledztwa,   tylko   Sophie   nie 

miała zdania na ten temat. No, może było jej trochę przykro, że ruch w 
interesie   zawdzięcza   zamordowanemu   przed   laty   mężczyźnie.   Chociaż... 
darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Postawiła na tacy ostatnie zamówienie i ruszyła w stronę stolika, przy 

którym cztery damy należące do tutejszej śmietanki towarzyskiej dzieliły się 
najnowszymi informacjami.

–   To   dla   ciebie   –   oznajmiła   Sophie,   stawiając   przed   Moirą   Blake 

podwójną bezkofeinową kawę z mlekiem i talerzyk z jagodzianką.

–   Pachnie   wspaniale,   jak   zwykle   –   stwierdziła   Moira,   sięgając   po 

słodzik.

Sophie postawiła napój firmowy i ciastko kawowe przed drugą z dam. 

Annabeth Harold była najstarsza w tym gronie.

Trzecia   z   dam,   Marcia   Farrell,   miała   w   szkole   średniej   opinię 

puszczalskiej.  Potem wyjechała z Marmet,  żeby uczyć się dalej. Wróciła 
jako młoda wdowa z dzieckiem, obecnie mieszkającym w Paryżu.

Oczywiście nikt nie wierzył, że kiedykolwiek miała męża.  Jednak po 

powrocie   do   rodzinnego   miasta   została   zaakceptowana   przez   tutejszą 
społeczność. I, co więcej, traktowano ją z szacunkiem. W dniu dwudziestych 
czwartych   urodzin   Marcia   oznajmiła   bowiem,   że   odziedziczyła   spory 

background image

majątek. Fakt ten zapewnił jej trwałe miejsce wśród miejscowej elity.

Na   wprost   Marcii   zajmowała   miejsce   czwarta   dama,   Tiny   Bartlett. 

Przycupnęła na brzegu krzesła, jakby w każdej chwili gotowa do ucieczki. 
Jej ojciec był właścicielem jednej z największych papierni w okolicy, a Tiny 
przez całe życie zależało tylko i wyłącznie na ojcowskiej  akceptacji. Jej 
rodzic   pragnął   mieć   syna   i   nigdy   nie   pozwolił   Tiny   o   tym   zapomnieć. 
Zgnębiona i sfrustrowana, na złość ojcu wyszła za chłopaka pochodzącego 
ze slumsów, syna miejscowego pijaka, niejakiego Charlesa Bartletta.

I   stało   się   coś   zdumiewającego.   Młody   Charles   Bartlett   zadziwił 

wszystkich   mieszkańców   Marmet,   gdyż   zdobył   wykształcenie   i   został 
człowiekiem sukcesu, powszechnie szanowanym obywatelem. Tina urodziła 
mu troje dzieci. Od kiedy pociechy wyjechały, Tiny wydawała się trochę 
rozkojarzona.

Teraz upiła łyk ziołowej herbaty, a potem nachyliła się i ściszyła głos, 

aby nie dotarł do sąsiedniego stolika.

– Słyszałyście ostatnie wiadomości? – spytała.
– Jakie? – zainteresowała się Marcia.
– Wróciła!
– Kto? – chciała dowiedzieć się Moira.
– Sarah Whitman.
Oczy Moiry rozszerzyły się ze zdumienia, lecz zaraz potem na jej twarzy 

odmalowało się głębokie współczucie.

–   Biedactwo.   To   okropne,   że   dziecko   cierpi   za   grzechy   ojca   – 

oświadczyła z ubolewaniem.

– A jeśli Franklin Whitman nie popełnił przestępstwa, o które wszyscy 

go oskarżają? – spytała Tiny.

Marcia zmarszczyła brwi.
–  Jasne,   że   popełnił.  Co   do   tego  nie   ma   żadnych   wątpliwości.   Moja 

droga, nie wygaduj głupstw. Do rozmowy włączyła się Moira:

– Jednego nie zrobił na pewno. Nie zamknął się sam w tej okropnej 

żelaznej skrzyni. Nerwowym ruchem Marcia chwyciła ze stołu serwetkę i 
położyła na kolanach.

Dwadzieścia   lat   temu   jej   ojciec   był   jednym   z   funkcjonariuszy 

prowadzących   śledztwo.   Każde   domniemanie,   że   być   może   popełnił 
wówczas błąd, natychmiast wyprowadzało Marcie z równowagi.

–   Pewnie   zdradzili   go   wspólnicy   –   oznajmiła.   Milcząca   do   tej   pory 

background image

Annabeth uniosła dłonie.

– Dajcie wreszcie spokój – zażądała ostrym tonem. – Przez was tracę 

apetyt. Nie chcę słyszeć ani słowa więcej na ten temat. To obrzydliwe...

Tiny wydęła wargi, wymamrotała coś pod nosem i zaczęła jeść.
– Coś mówiłaś? – chciała dowiedzieć się Annabeth.
– Stwierdziłam, że ten temat nie jest dla nas aż tak obrzydliwy, jak dla 

Sarah Whitman – wyjaśniła Tiny. – Żal mi jej, to wszystko.

Marcia skrzywiła nos. Na twarzy Annabeth odmalowała się dezaprobata. 

Moira z uśmiechem poklepała Tiny po ręku.

–   Dobra   z   ciebie   dziewczyna.   Masz   bardzo   miękkie   serce.   Tiny 

rozpromieniła się.

– Podaj cukier – poprosiła Moira, zmieniając zręcznie temat rozmowy.
Sarah   przebudziła   się   nagle.   Zdezorientowana   i   lekko   przestraszona, 

zerwała   się   z   łóżka   i   rzuciła   ku   drzwiom.   Dostrzegła   swoje   bagaże   i 
natychmiast przypomniała sobie, gdzie jest i jak się tu znalazła. Opadła z 
powrotem na łóżko. Przeczesała palcami włosy, rozmasowała obolały kark i 
zaczęła szukać pantofli.

Rozpakowała szybko rzeczy. Potem przeciągnęła szczotką po włosach, 

lecz nie zdecydowała się na makijaż. Nie chciała, aby pan domu pomyślał, 
że pragnęła wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie.

Chwilę później znalazła w kuchni kartkę od Tony'ego. Prosił, by na razie 

zrobiła sobie kanapkę i obiecywał wspólną kolację w restauracji.

Rozczarowana,   że   zostawił   ją   samą,   a   równocześnie   zadowolona   z 

samotności otworzyła drzwi lodówki.

Wzięła kiść winogron i butelkę wody i wyszła na taras na tyłach domu. 

Omijała wzrokiem jezioro, skupiła natomiast uwagę na niezwykłej urodzie 
drzew   pokrytych   różnobarwnymi   liściami.   Na   przeciwległym   brzegu 
dostrzegła   dach   jakiegoś   dużego   domu.   Jaskrawa   czerwień   dachu 
kontrastowała mocno z otaczającą go zielenią.

Już   miała   usiąść,   gdy   nagle   ujrzała   zawieszoną   wśród   drzew   dużą 

huśtawkę. Zapomniała o jedzeniu i zeszła z tarasu.

Kiedy odpychała się stopami od ziemi, gdzieś wśród drzew zaskrzeczały 

wiewiórki. Sarah zamknęła oczy. Szybując wysoko w górę, zapomniała na 
chwilę o bólu.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Po powrocie do domu Tony zorientował się natychmiast, że Sarah gdzieś 

wyszła.   Powinien   być   zrelaksowany   i   przyjemnie   ożywiony,   lecz   odczuł 
jedynie pustkę, a nawet samotność.

Pomaszerował   wprost   do   kuchni,   a   stamtąd   na   taras   za   domem.   Na 

stoliku ujrzał pozostawione winogrona i butelkę wody. Po chwili do jego 
uszu dotarło dziwne skrzypienie. Podniósł wzrok i dopiero wtedy spostrzegł 
Sarah na huśtawce.

Poszedł   na   sam   koniec   tarasu,   przymrużył   oczy,   chroniąc   je   przed 

promieniami zachodzącego słońca i wbił wzrok w kobiecą postać. Patrzył, 
jak jej ubiór faluje na wietrze. Kiedy kupował posiadłość, ta stara huśtawka 
już   wisiała   na   drzewie.   Od   tamtej   pory   wielokrotnie   zamierzał   ją   zdjąć. 
Teraz był zadowolony, że tego nie zrobił.

–   Sarah   –   powiedział   cicho,   jakby   wypróbowując   brzmienie   tego 

imienia.   Już   wiedział,   że   potrafiłaby   go   oczarować   i   omotać.   –   Hej!   – 
wykrzyknął.

Na dźwięk-głosu Tony'ego drgnęła nerwowo, ocknąwszy się z marzeń. 

Po chwili przestała fruwać w przestworzach. Zeszła na ziemię, dosłownie i 
w przenośni.

– Nie zauważyłam, że przyszedłeś – powiedziała do Tony'ego.
– Drobiazg. Czy jesteś głodna?
– Tak – odparła z uśmiechem.
– Masz  ochotę wybrać się do restauracji?  A może  wolisz,  żebym po 

prostu upiekł na grillu ze dwa steki?

–   Wolę   steki.   Nie   marzę   o   towarzystwie   mieszkańców   Marmet   – 

wymamrotała ze skrzywioną miną.

– Jakie mają być?
– Średnio wysmażone.
– To lubię.
Sarah popatrzyła na niego zwężonymi oczyma.
– Nie przyszłoby mi nigdy do głowy, że tak łatwo cię zadowolić.
– Wcale niełatwo – oznajmił łagodnym tonem, nie odrywając wzroku od 

jej warg. Gdy się speszyła i poczerwieniała, szybko dodał: – Skoro jesteś 

background image

kulinarnym ekspertem, może zechcesz przejąć nadzór nad resztą naszego 
posiłku? Mamy pełną lodówkę. Wybierz z niej to, na co masz ochotę.

Ujął Sarah za ramię i wprowadził do domu. Sam wycofał się z powrotem 

na   taras.   Chwilę   później   już   stała   przy   kuchennym   zlewie   przycinając 
brokuły.   Obserwowała   Tony'ego   przez   okno.   Miał   teraz   na   sobie   białą 
sportową bluzę i stare, spłowiałe dżinsy. Gdy tak krzątał się przy grillu, 
sprawiał wrażenie domatora.

Nie było to jednak określenie, którego Sarah użyłaby kiedykolwiek w 

odniesieniu do Tony'ego. Teraz jednak, przyglądając się, jak ten przystojny 
mężczyzna   reguluje   z   wprawą   płomień   gazowego   grilla   i   odruchowo 
wyciera dłoń o nogawkę dżinsów, uznała, że być może się myliła. Wyglądał 
na człowieka, który lubi domowe zajęcia.

Zastanawiała   się,   dlaczego   wybrał   na   miejsce   letniego   wypoczynku 

akurat tę okolicę.

Sarah pamiętała, że w rodzinnym mieście jego rodzinę traktowano jak 

śmieci. Czyżby o tym zapomniał?

Obserwowała przez okno ruch mięśni  Tony'ego. Kiedyś zawsze  kosił 

trawniki rozebrany do pasa. Pamiętała, że miał wówczas gładką, napiętą i 
brązową   skórę.   Dla   dziewczynki,   w   której   zaczynały   buzować   hormony, 
Tony DeMarco był ucieleśnieniem seksu.

Teraz także pociągał ją fizycznie.
Uprzytomniła sobie nagle, że i on zerka często w jej stronę. Przyłapana 

na   podglądaniu,   odwróciła   się   szybko   i   podeszła   do   blatu.   Stała   tu   już 
otwarta   butelka   merlota.   Sarah   wzięła   wino   oraz   dwa   kieliszki   i 
pomaszerowała na taras za domem.

Nie   da   się   oczarować   Tony'emu,   ukryje   pożądanie   pod   maską 

przyjaznych gestów.

– Na dworze zrobiło się chłodno – powiedział na jej widok.
– Przyniosłam coś, co nas rozgrzeje – oznajmiła, wręczając Tony'emu 

kieliszek z winem.

Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Promienie  zachodzącego słońca 

kładły się płomiennymi refleksami na włosach Sarah. Miał ochotę pogładzić 
ją po ciemnych lokach, zamiast tego jednak uniósł kieliszek.

– Za ten cudowny zachód słońca – powiedział miękkim głosem.
– Za zachód słońca – powtórzyła toast, podnosząc niespiesznie kieliszek 

do ust. – Mniam, mniam. Doskonałe.

background image

– Tylko to, co najlepsze – z uśmiechem oznajmił Tony. – Tak brzmi 

moje motto.

Roń Gallagher siedział przy biurku i wpatrywał się w plastikową torbę, 

w   której   zgromadzono   przedmioty   znalezione   przy   szczątkach   Franklina 
Whitmana.

Po tym człowieku pozostało tak niewiele. Trochę kości, rozpadający się 

skórzany portfel, niewielkie kółko z kluczami, obrączka, a także zegarek, 
którego wskazówki zatrzymały się kwadrans po pierwszej.

Szeryf Gallagher lubił swą pracę. Przez dwadzieścia trzy lata na palcach 

jednej ręki mógł policzyć chwile, w których żałował, że nie wybrał innego 
zawodu. Teraz właśnie nastała taka chwila. Na samą myśl, jak trudne czeka 
go śledztwo, przebiegały mu ciarki po plecach.

Półtora dnia zajęło jego sekretarce odnalezienie w archiwum akt sprzed 

dwudziestu   lat.   Stwierdzenie,   że   brakowało   dowodów,   wydawało   się 
eufemizmem.   Owszem,   Franklin   Whitman   znikł   tego   samego   dnia   co 
pieniądze, ale to za mało, by powiązać go z kradzieżą.

Roń Gallagher nie zamierzał wieszać psów na ówczesnych śledczych, 

ponieważ on miał coś, czym wtedy nie dysponowano. Szczątki Franklina 
Whitmana. Nie mógł jednak z całą pewnością stwierdzić, że ten człowiek 
nie miał nic wspólnego z obrabowaniem banku. Jednak jeśli Whitman był 
uwikłany w kradzież, musiał mieć wspólnika, a może nawet dwóch.

Było także niezaprzeczalnym faktem, że ktoś zabił Franklina Whitmana, 

wepchnął go do żelaznej skrzyni i utopił w jeziorze.

Odsunął na bok akta i wysypał na biurko zawartość plastikowej torby.
Portfel Whitmana był w stadium rozkładu, mimo że skóra zniosła lepiej 

upływ   czasu   i   wodę  niż   łączące   ją   szwy.  Jedynymi   przedmiotami,   które 
przetrzymały dwadzieścia lat na dnie jeziora, okazały się plastikowe karty. 
Karta   kredytowa   American   Express,   prawo   jazdy   i   karta   z   nazwiskiem 
Whitmana   i jego   grupą  krwi.  Inne   przedmioty  znajdujące   się   w  portfelu 
uległy całkowitemu rozkładowi.

Spojrzenie szeryfa zatrzymało się na tarczy zegarka. Wskazówki stanęły 

kwadrans   po   pierwszej.   W   godzinie   śmierci   Whitmana   lub,   co   bardziej 
prawdopodobne, w chwili gdy wrzucano go do jeziora.

Roń Gallagher westchnął ciężko. Dopóki nie otrzyma raportu koronera, 

dopóty nie będzie mógł być całkowicie pewny przyczyny śmierci. Franklin 
Whitman prawdopodobnie utonął, ale skąd w takim razie rozbita czaszka? 

background image

Teraz nie miało to już zresztą większego znaczenia. Jedno było absolutnie 
pewne. Ten człowiek został bestialsko zamordowany.

Obok ciała znaleziono tylko jeden przedmiot, który mógł mieć znaczenie 

dla   śledztwa.   Niewielki   pęk   kluczy   z   czerwoną,   plastikową   etykietką   z 
napisem: „Numer jeden, Tatuś". Roń Gallagher ponownie westchnął. Sarah 
musiała uwielbiać ojca. Jak nisko upadł jej bohater... A może wcale nie? 
Córka   Franklina   Whitmana   była   przekonana,   że   ojciec   stał   się   kozłem 
ofiarnym.

Szeryf nie miał na ten temat wyrobionego zdania, ale jako przedstawiciel 

prawa winien zachować bezwzględny obiektywizm. Nie zamierzał słuchać 
żadnych plotek. Po prostu przeprowadzi solidne, szczegółowe dochodzenie. 
Był to winien córce zamordowanego.

Spojrzał na kółko. Skrzywił się na widok palców pobrudzonych błotem i 

rdzą. Miał przed sobą dwa kluczyki wyglądające na samochodowe, a trzeci, 
jak wynikało ze starych akt, był kluczem do banku. Na kółku wisiały jeszcze 
cztery inne klucze. Jeden z pewnością otwierał dom Whitmana, a w drugim 
szeryf rozpoznał kluczyk do skrzynki na listy, gdyż sam miał podobny. Na 
następnym kluczu, długim i płaskim, widniał jakiś numer, ledwie widoczny. 
Zanim Roń Gallagher zdołał lepiej mu się przyjrzeć, usłyszał pukanie.

Do pokoju szeryfa wszedł jego zastępca.
–   Właśnie   dzwoniła   Edith   Healey   –   poinformował   zwierzchnika.   – 

Powiedziała, że Allen usiłuje ponownie wyważyć jej drzwi. Posłałem tam 
Schulera, ale uznałem, że powinien pan o tym wiedzieć.

Roń   Gallagher   włożył   wszystkie   wyjęte   przedmioty   z   powrotem   do 

plastikowej torby i podał ją podwładnemu.

– Proszę zamknąć to w sejfie – polecił. – I niech dyspozytor zawiadomi 

Schulera, że zaraz go wesprę.

Zastępca szeryfa poszedł wykonać polecenie.
Roń Gallagher opuścił biuro i szybkim krokiem ruszył w stronę wozu. 

Allen Healey był sympatycznym facetem, ale tylko wtedy, kiedy nie pił. 
Niestety, od pewnego czasu rzadko kiedy trzeźwiał. Ostatnim razem, kiedy 
wrócił   pijany   do   domu,   złamał   żonie   obojczyk   i   wybił   dwa   zęby.   Roń 
Gallagher zamierzał namówić Edith Healey, by złożyła oficjalną skargę na 
męża i opuściła go.

Ruszając sprzed biura, szeryf włączył światła na dachu i syrenę. Wobec 

problemów,   z   jakimi   borykali   się   żywi,   sprawa   morderstwa   Franklina 

background image

Whitmana musiała na razie zejść na dalszy plan.

Paul Sorenson  wstał  od śniadania   i podszedł  do  kuchennej  lady, aby 

nalać sobie drugi kubek kawy. Urodzony i wychowany w stanie Maine, był 
przyzwyczajony do tutejszego ostrego klimatu. Dopiero gdy się postarzał, 
zaczął zwracać uwagę na pogodę. Codzienny komunikat meteorologiczny 
stał się dla niego najważniejszą informacją.

Swego   czasu   uprawiał   rozmaite   sporty   zimowe,   ale   teraz   nie   znosił 

chłodu. Bóle stawów i mięśni stawały się wtedy istną torturą.

Dzisiejszy   dzień   nie   był   wyjątkiem.   Na   koniec   dnia   meteorolodzy 

zapowiadali deszcz, a jeśli temperatura spadnie poniżej zera, pewnie zacznie 
prószyć śnieg.

Zostawił brudne naczynia na stole, a potem z kawą i poranną gazetą 

przeszedł do biblioteki, aby ogrzać się przy kominku. Usiadł w fotelu na 
biegunach   i   odetchnął   z   ulgą.   Z   przykrością   uświadomił   sobie,   że   w 
ostatnich   latach   do   jego   największych   przyjemności   należało   odciążanie 
obolałych nóg.

W kominku zatrzeszczała szczapa, wzbijając w górę snop iskier. Miły 

dla ucha odgłos poprawił Paulowi samopoczucie. Upił ostrożnie łyk gorącej 
kawy, odstawił kubek na stolik i otworzył poranną gazetę.

Rytuał codziennego czytania prasy pozwalał mu wiedzieć na bieżąco, co 

dzieje   się   w   okolicy.   Interesowały   go   komunikaty   zarówno   o 
aresztowaniach, jak i zgonach. W mieście wielkości Marmet przestępstwa 
zdarzały się rzadko, ale jako prezes banku uważał za konieczne zbieranie 
informacji na temat mieszkańców miasteczka.

Na widok tytułu wybitego dużą czcionką Paul zmarszczył czoło. Fakt 

odnalezienia w jeziorze ciała Franklina Whitmana nadal był najważniejszą 
wiadomością dnia i nie schodził z pierwszych stron gazet.

Dwadzieścia   lat   temu,   gdy   doszło   do   tego   rabunku,   Paul,   wówczas 

młody   i   niedoświadczony,   pracował   w   banku   jako   kasjer   wypłacający 
pożyczki.   Pełen   zawodowych   ambicji,   patrzył   z   zawiścią   na   Franklina 
Whitmana, stojącego znacznie wyżej w urzędniczej hierarchii.

Zniknięcie wiceprezesa nadwyrężyło dobre imię banku, ale Paul robił 

wszystko, by z tego faktu wyciągnąć dla siebie maksymalne korzyści. Jego 
wysiłki zaowocowały sukcesem. Od piętnastu lat pełnił zaszczytną funkcję 
prezesa banku i nie zamierzał pozwolić, by złe wspomnienia  zniweczyły 
wszystko, co udało mu się osiągnąć.

background image

Przerzucił artykuł. Niestety, coraz więcej osób zaczynało skłaniać się ku 

teorii, że Franklin Whitman był niewinny i stał się kozłem ofiarnym.

Takie   przypuszczenie   rozzłościło   Paula.   Oznaczało   bowiem,   że 

przedstawiciele prawa odgrzebią całą sprawę i zaczną ponownie węszyć. A 
babra-nie się w przeszłości było ostatnią rzeczą, o jakiej marzył.

Przypomniał sobie o córce Whitmana. Zastanawiał się, co się z nią stało. 

Dwadzieścia lat to szmat czasu, wszystko mogło się zdarzyć. Paul doszedł 
do wniosku, że chyba byłoby lepiej, gdyby nie żyła.

Swego   czasu,   gdy   siedział   akurat   w   pokoju   śniadaniowym 

przeznaczonym dla pracowników banku, zadzwoniła do niego osoba, z którą 
łączyły   go   intymne   stosunki.   Podniósł   słuchawkę   z   niechęcią,   gdyż 
utrzymywał swój związek w głębokiej tajemnicy. Z drugiej jednak strony 
rozmowa sprawiła mu dużą przyjemność. Problem powstał dopiero wtedy, 
kiedy zapomniał, gdzie się znajduje.

Ś miał się głoś no i opowiadał, co zaplanował na najbliższą wspólną noc, 

przy czym niektóre z jego perwersyjnych pomysłów można  by uznać za 
niezwykle odważne. Paul co prawda nie był człowiekiem żonatym, jednak 
kłopot   polegał   na   tym,   że   podczas   telefonicznej   rozmowy   użył   imienia 
swego partnera. David.

Nikt w Marmet nie podejrzewał Paula o takie skłonności, a on sam przez 

całe życie robił wszystko, by prawda nie wyszła na jaw. A teraz popełnił 
ogromną,   niewybaczalną   niedyskrecję.   Gdy   podniósł   wzrok,   ujrzał   w 
drzwiach małą Sarah Whitman z ciastkiem w rączce.

–   Kto   to   jest   David?   –   spytała,   a   zdenerwowany   Paul   opryskliwie 

wyprosił   ją   z   pokoju.   Od   tamtej   pory   żył   w   śmiertelnym   strachu,   że 
dziewczynka obwieści wszem i wobec jego największą tajemnicę. Tak więc 
za dar losu uznał zniknięcie Franklina Whitmana i potem opuszczenie przez 
małą Sarah rodzinnego stanu Maine.

Właśnie kończyła owsiankę, kiedy w kuchni pojawił się Tony. Dopiero 

co wyszedł spod prysznica, gdyż miał jeszcze mokre włosy. Był ubrany w 
zniszczone niebieskie dżinsy i starą sportową bluzę, a mimo to prezentował 
się znakomicie. Seksownie.

Ledwo o tym pomyślała, od razu zakrztusiła się resztką owsianki.
– Już w porządku? – zapytał Tony i poklepał ją po plecach.
– Tak – odparła.
Wstała od stołu i odniosła do zlewu miskę po owsiance.

background image

Zobaczył sztywniejące nagle plecy Sarah i spochmurniał. Zgodziła się 

zamieszkać w jego domu, lecz do zdobycia jej zaufania była jeszcze daleka 
droga. A gdyby tak porozmawiać z nią na neutralne tematy?

– Zaczęło padać – stwierdził.
– Zauważyłam – mruknęła, płucząc naczynia przed włożeniem ich do 

zmywarki. Tony zaczął z innej beczki.

– Co planujesz na dzisiaj? – zapytał, a kiedy odwróciła się na pięcie i 

zmierzyła  go lodowatym  spojrzeniem,   poczuł się  w  obowiązku  dodać:  – 
Jeśli wolno spytać.

– Dlaczego chcesz wiedzieć?
– Sądziłem, że może przyda ci się towarzystwo.
– Twoje?
Miał ochotę się roześmiać, lecz zrobił poważną minę.
– Tak.
– Dziękuję. – Sarah kiwnęła głową. – Chętnie skorzystam z propozycji.
Tony, który szykował się do dalszej argumentacji, był zdziwiony, że tak 

szybko ustąpiła.

– Dokąd chcesz jechać? – zapytał.
–  Do  biura   szeryfa.   Najpierw  jednak  zamierzam  odwiedzić  dwa   inne 

miejsca.

– To znaczy?
– Od chwili opuszczenia Marmet nie byłam na grobie matki.
– I co jeszcze?
Sarah   zmierzyła   Tony'ego   ostrym   wzrokiem.   Zmieszał   się   i   szybko 

zmienił temat.

– O której chcesz jechać?
– Za chwilę. Za jakieś dziesięć minut, jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

Najpierw jednak muszę do kogoś zadzwonić.

– W porządku, nie spiesz się. Kiedy będziesz gotowa, znajdziesz mnie w 

salonie. I włóż coś ciepłego, bo ten deszcz może zmienić się w śnieg.

– Już tęsknię do Nowego Orleanu – wymamrotała zasmucona.
Patrząc, jak Sarah opuszcza kuchnię, Tony zaczął się zastanawiać, czy 

oprócz   pogody   istniały   jeszcze   inne   powody,   dla   których   tęskniła   do 
Nowego Orleanu. Myśl, że być może była z kimś związana, napawała go 
wyraźną   niechęcią,   aczkolwiek   poczucie   zazdrości   było   mu   od   lat 
całkowicie obce.

background image

Zawsze uważał się za pewnego siebie faceta. Teraz jednak reagował jak 

małolat, który zastanawia się, czy ma szansę u królowej szkolnego balu.

Na piętrze Sarah, zwinięta w kłębek na łóżku, przyłożyła słuchawkę do 

ucha  i  czekała  niecierpliwie, aż  ktoś  na  drugim  końcu linii wreszcie   się 
odezwie.   Już   miała   zamiar   zrezygnować,   gdy   usłyszała   głos   Lorett 
Boudreaux.

– Sarah Jane... Czuję, że to ty... Sarah ujrzała przed oczyma uśmiechniętą 

hebanową twarz ukochanej ciotki.

–   Wiesz   świetnie,   że   to   ja.   Masz   przecież   w   telefonie   identyfikator 

rozmówcy. Lorett zaśmiała się cicho.

– Nie musiałam sprawdzać, od razu wiedziałam, że to ty.
Rozbawiona Sarah nie zamierzała dyskutować z ciotką. Zbyt wiele razy 

widziała starą damę w akcji, by wątpić w jej niezwykłe umiejętności. Ledwo 
usłyszała przyjazny głos, od razu poczuła się raźniej.

– Kim jest mężczyzna, z którym teraz jesteś? – z miejsca spytała Lorett.
Sarah  wywróciła oczyma.  Przecież  ciotka w żaden  sposób  nie mogła 

dowiedzieć się o niespodziewanym pojawieniu się Tony'ego. Jednak Sarah 
nigdy nie była w stanie nic przed nią ukryć.

– To przyjaciel... przynajmniej tak sądzę. Anthony DeMarco.
– Nazywają go inaczej. Sarah uśmiechnęła się lekko.
– Jak zawsze, masz rację. Niektórzy mówią na niego Silk.
Na linii zapanowała pełna napięcia cisza, po której do uszu Sarah dotarł 

znów przyjazny głęboki głos ciotki.

– Ten człowiek, Sarah Jane, ma swoje tajemnice – oznajmiła ponurym 

tonem.

– Czy mi zaszkodzą? – zapytała.
– Nie.
–   Każdy   ma   swoje   tajemnice   –   zbagatelizowała   słowa   ciotki.   – 

Widocznie sekrety Tony'ego mnie nie dotyczą.

–   Och,   dotyczą   –   odparła   Lorett.   –   Ale   o   tym   pomówimy   później. 

Powiedz, jak się czujesz.

– Będę czuła się dobrze, kiedy zapewnię wieczny odpoczynek tatusiowi.
–   Od   dwudziestu   lat   jest   z   Panem   Bogiem.   Sarah   Jane,   powinnaś 

pogrzebać przeszłość.

–  Usiłuję,  ciociu,  ale   nie  spocznę,   dopóki  nie  wykryję   winnego.  Ten 

człowiek zamordował nie tylko mego ojca, lecz także moją matkę.

background image

Słowa Sarah nie spodobały się Lorett.
– Zemsta jest rzeczą niebezpieczną.
– Podobnie jak morderstwo.
–   Nie   do   ciebie   należy   szukanie   i   wymierzanie   sprawiedliwości. 

Dziecko, pozostaw to przedstawicielom prawa.

– Tak jak zrobiłyśmy poprzednio? Nie, tym razem nikt nie zmusi mnie 

do ucieczki. W Marmet pozostanę tak długo jak trzeba.

–   Widzę   przykre   chwile,   Sarah   Jane,   kładące   się   cieniem   na   twojej 

przyszłości.

– Wobec tego daj mi  znać,  kiedy  zobaczysz, kto się  w nich kryje  – 

powiedziała Sarah, a potem spojrzała na zegarek. – Ciociu, na mnie już czas. 
Zadzwonię jutro lub pojutrze. Muszę kończyć, bo na dole czeka na mnie 
Tony.

– Powiedz mu, żeby się tobą zaopiekował.
– Sama potrafię o siebie zadbać. To jedna z wielu rzeczy, ciociu Lorett, 

jakich mnie nauczyłaś. Nie potrzebuję pomocy żadnego mężczyzny.

–   Z   pewnością   nie   uczyłam   cię   nienawiści   do   mężczyzn.   Sarah 

westchnęła ciężko.

– To prawda – przyznała ze smutkiem. – Uczynił to Michael.
Lorett Boudreaux zasępiła się, wracając myślami do człowieka, którego 

wówczas pokochała Sarah. Zaręczyli się, a na krótko przed ślubem Sarah 
przyłapała go w łóżku ze swą najlepszą przyjaciółką.

– Nie wszyscy są tacy sami – szepnęła ciotka.
– Wiem – przyznała Sarah. – Nie chciałam, aby moje słowa zabrzmiały 

aż   tak   gorzko.   Michaela   już   niemal   zapomniałam,   ale   było   to   dla   mnie 
wstrząsające przeżycie.

– Jesteś silną kobietą.
–   Wczoraj   pojechałam   nad   jezioro.   Wygląda   inaczej,   niż   je 

zapamiętałam.   Powierzchnia   wody   przypomina   czarne   lustro.   –   Ciałem 
Sarah wstrząsnęły dreszcze. – Widzę je z domu Tony'ego.

– Sprawia ci to przykrość?
– Na myśl, że ciało tatusia tak długo spoczywało na dnie, dostaję gęsiej 

skórki. Ciociu Lorett, mam prośbę. Pomodlisz się za mnie?

– Wiesz dobrze, że tak. A teraz idź do twojego mężczyzny i pamiętaj, co 

mówiłam.

– Dobrze – powiedziała Sarah, a potem dodała, zanim Lorett zdążyła się 

background image

rozłączyć: – Kocham cię, ciociu.

– Ja też cię kocham, dziecko. Dopiero po odłożeniu słuchawki do Sarah 

dotarło, jak ciotka nazwała Tony'ego.

Kiedy dojechali do cmentarza i wysiedli z wozu, deszcz przeszedł w 

lodowatą mżawkę. Z różnobarwnych liści, pomalowanych ostrymi barwami 
jesieni, skapywała woda, tworząc na ziemi przedziwne wzory.

Sarah   rzuciła   okiem   na   nagrobki   i   zadrżała.   Tony   znalazł   się 

błyskawicznie obok niej i delikatnie objął ją za szyję.

– Dobrze się czujesz?
W oczach mężczyzny dostrzegła szczerą troskę. W obawie, że zaraz się 

rozpłacze, odsunęła się gwałtownie od niego.

– Od dwudziestu lat czuję się źle – wymamrotała pod nosem.
Zignorował   zaczepny   ton.   Sam   nie   był   pewny,   czy   w   identycznych 

okolicznościach nie czułby się równie kiepsko, a może nawet jeszcze gorzej.

– Wiesz, gdzie znajduje się grób twojej matki? – zapytał. Sarah spojrzała 

w lewo.

– Gdzieś tam.
–   Chodź.   Poszukamy   razem,   a   potem,   obiecuję,   odsunę   się   na   taką 

odległość, na jaką będziesz sobie życzyła.

– Wiesz, że nie musisz tego robić.
–  Do  licha,  Sarah,  nie  jestem  twoim wrogiem.   Pozwól  sobie   pomóc. 

Zawahała się, lecz zaraz potem wzruszyła ramionami.

– W porządku. Ja...
– Poczekaj chwilkę – poprosił i zawrócił do samochodu.
Patrzyła, jak Tony pochyla się nad otwartym bagażnikiem i wyjmuje ze 

środka pęk złocistych chryzantem. Od razu rozpoznała kwiaty. Rosły przed 
jego domem.

–   Pomyślałem,   że   zechcesz   położyć   na   grobie   –   powiedział,   podając 

kwiaty Sarah.

– Nie wiem, co powiedzieć – szepnęła wzruszona jego gestem.
– Wystarczy podziękować.
Podniosła głowę i zobaczyła, że Tony się uśmiecha. Poczuła, jak jej oczy 

po raz kolejny wypełniają się łzami.

– Nie jesteś taki twardy, za jakiego uchodzisz. Mam rację?
– Jeśli powiesz to komukolwiek, z miejsca zaprzeczę – odparł ciepłym 

głosem.   Ujął   Sarah   pod   rękę.   –   Chodź,   złotko.  Odszukajmy   grób  twojej 

background image

matki.

Pozwoliła   się   prowadzić.   Uwierzyła   w   szczere   intencje   Tony'ego. 

Naprawdę chciał pomóc.

–   Pamiętam,   że   na   pogrzebie   stałam   obok   grobu   z   modlącym   się 

aniołem.

– To powinno ułatwić poszukiwanie.
Tony   podniósł   głowę   i   zaczął   rozglądać   się   wokół.   W   tym   czasie 

nadjechał   jakiś   samochód.   Kobietę,   która   z   niego   wysiadła,   zauważyli, 
dopiero kiedy podeszła bliżej.

W pierwszej chwili Sarah nie poznała, kto przed nią stoi. Dopiero gdy 

ujrzała uśmiech na twarzy kobiety, spytała:

– Czy to... pani Blake?
Moira Blake uściskała ją serdecznie.
– Nie byłam pewna, czy mnie pamiętasz – stwierdziła. – Miło widzieć 

cię znowu. Teraz już jako dorosłą osobę.

Wylewne   powitanie   zaskoczyło   Sarah.   Ledwie   pamiętała   tę   kobietę, 

pracownicę banku ojca.

– Ostatni raz widziała mnie pani, kiedy byłam małą dziewczynką. Jestem 

zdziwiona, że mnie pani pamięta.

Moira   wyczuła   powściągliwość   w   zachowaniu   i   słowach   Sarah   i 

zawstydziła się zbyt wylewnego powitania. Przełożyła przyniesione kwiaty 
do drugiej ręki i zsunęła kaptur.

– Paskudna pogoda. – Gdy Sarah nie skomentowała tych słów, dodała 

tytułem wyjaśnienia: – Moja droga, Marmet to małe miasto, a ty jesteś tu 
jedyną nową twarzą. A poza tym rozmawiałam z szeryfem Gallagherem. 
Powiedział,   że   zatrzymałaś   się   u   Tony'ego.   Kiedy   cię   ujrzałam,   od   razu 
domyśliłam się, kim jesteś. Prawda, że dobry ze mnie detektyw?

Sarah przeniosła wzrok z Tony'ego na Morię.
– Jak widzę, jesteście w dobrej komitywie. Wzruszył ramionami.
– Swego czasu jej także strzygłem trawniki – wyjaśnił niechętnie. – A 

poza tym jesteśmy przecież sąsiadami.

– Bardzo współczuję  ci z powodu ojca – powiedziała Moira, patrząc 

Sarah prosto w oczy.

– Dziękuję – odparła Sarah. – Właśnie szukamy grobu mojej matki.
– Idę w tamtą stronę. Chodźcie za mną.
– Idzie pani na grób mojej matki?

background image

– Tak.
– Dlaczego?
– Bo ją lubiłam.
– To miło z pani strony.
Chwilę później ujrzeli przed sobą nagrobek z napisem:
Anna Catherine Whitman.  Urodzona 28 października  1944. Zmarła  3 

września 1979.

–   W   dniu   śmierci   miała   zaledwie   trzydzieści   cztery   lata.   Tego   nie 

pamiętałam – wyszeptała zasmucona Sarah.

Tony powoli nachylił się w jej stronę i powiedział cicho:
– Poczekam na ciebie w samochodzie.
Moira   podążyła   za   Tonym.   Przedtem   zdjęła   z   grobu   pęk   zeschłych 

kwiatów i zastąpiła je przyniesioną wiązanką.

Sarah rzuciła okiem na jaskrawoczerwone poinsecje leżące na brązowej 

ziemi, uniosła w górę twarz i zamknęła oczy, czując na skórze drobniutkie 
kropelki wody. Dopiero w tej chwili przypomniała sobie, że pogrzeb matki 
odbywał się także w deszczowy dzień. Położyła chryzantemy na grobie, a 
potem cofnęła się o krok.

– Potrzebowałam cię, mamo – wyszeptała. – Nie powinnaś była mnie 

opuszczać.   –   Przed   oczyma   Sarah   zaczęły   rozmazywać   się   litery   na 
nagrobku. Odetchnęła głęboko. – Jestem inna niż ty. Ja nie porzucam nikogo 
ani niczego. Nigdy.

Odeszła od grobu z uniesioną wysoko głową.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Gdzie się podziała twoja sąsiadka? – spytała Sarah, zajmując miejsce 

w samochodzie. Tony chętnie przystał na rozmowę na neutralny temat, żeby 
dać Sarah czas na ochłonięcie.

– Pojechała do domu – odparł. – Przedtem jednak zaprosiła nas do siebie 

na kolację. Powiedziałem, że damy znać.

Nie   komentując   zaproszenia   Moiry,   Sarah   odchyliła   się   w   fotelu   i 

zamknęła oczy.

Wydawała się kompletnie zagubiona i taka bezbronna. .. Tony zapragnął 

przytulić ją i pocieszyć. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić, bo Sarah 
uznałaby taki gest za zbyt poufały.

– Dokąd teraz? – zapytał.
– Jedźmy, proszę, do miasta.
– Do biura szeryfa?
– Na samym końcu – odparła Sarah i spojrzała na Tony'ego. – Pamiętasz, 

gdzie mieszkałam? W odpowiedzi skinął głową.

– Czy ten dom nadal stoi?
– Tak, ale kiedy ostatnim razem tamtędy przejeżdżałem, znajdował się w 

kiepskim stanie. Chyba został wystawiony na sprzedaż.

– To nawet lepiej – szepnęła Sarah. – Zawieź mnie tam teraz, proszę.
Przez   całą   drogę   do   miasta   Sarah   milczała,   pochłonięta   własnymi 

myślami, nieświadomie zaciskając pięści.

Gdyby ktoś spytał ją przed miesiącem, jaki jest jej stosunek do Marmet, 

mogłaby przysiąc, że z tym małym miastem w stanie Maine nic jej nie łączy. 
Jednak teraz, niemal z minuty na minutę odczuwała coraz większy strach. 
Przyczyną przerażenia była nie tylko wiadomość o zamordowaniu ojca. Zbyt 
dobrze   pamiętała   szykany   ze   strony   mieszkańców   Marmet.   Ci   ludzie 
najzwyczajniej zniszczyli jej rodzinie życie.

Odetchnęła   głęboko   i   nieświadomie   uniosła   podbródek.   Jeśli   teraz 

zachowają   się   równie   podle,   spotka   ich   wielkie   zaskoczenie.   Już   dawno 
przestała być małą, bezbronną dziewczynką, a ponadto, w przeciwieństwie 
do matki, należała do kobiet, które podejmują wyzwanie.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił Tony.

background image

Sarah odetchnęła głęboko i odwróciła głowę. Ledwo rozpoznała dom. 

Znikła gdzieś szeroka, frontowa weranda, na której tak często się bawiła. 
Zamiast niej ujrzała mały ganek, okolony prętami z giętego żelaza, i dwa 
zardzewiałe   lwy,   ustawione   niegdyś   dla   ozdoby.   Betonowa   droga 
prowadząca do domu była popękana i porośnięta chwastami, a wielki dąb, 
na którym wisiała niegdyś huśtawka, wyglądał na uschnięty.

–   Jesteś   pewny,   że   to   tutaj?   –   spytała   ogromnie   zaskoczona.   Tony 

wskazał tabliczkę z numerem domu.

– Boże... – szepnęła.
– Daj sobie spokój. Wracajmy – zaproponował Tony.
Siedziała bez ruchu ze wzrokiem wbitym w dom. Po chwili westchnęła.
– Nie mogę – odparła.
Kiedy zaczęła otwierać drzwi wozu, Tony przytrzymał jej rękę.
– Nie powinnaś iść tam sama – powiedział.
– Wiem. I doceniam to, co dla mnie robisz.
– Czemu wyczuwam jakieś „ale"? Sarah zdobyła się na blady uśmiech.
– Pewnie dlatego, że go nie wypowiedziałam.
– A więc nie potrzebujesz towarzystwa?
– Poradzę sobie sama. Poza tym nadal mży. Po co masz moknąć?
– A ty nie zmokniesz?
– Nie zabawię tam długo – oznajmiła i opuściła szybko samochód, jakby 

się bała, że zaraz zmieni zdanie i poprosi Tony'ego, by z nią poszedł.

Samotne stawanie twarzą w twarz z demonami przeszłości z minuty na 

minutę wydawało się Sarah trudniejsze.

Wysoka   po   kolana   trawa   porastająca   dziedziniec   była   zeschnięta. 

Sprawiły to zapewne przedwczesne przymrozki. Mokra ziemia wyglądała 
jak gąbka nasączona wodą. Sarah udało się dostrzec w porę i ominąć dwie 
duże dziury.

Kiedy obeszła dom, uderzył ją w twarz tak silny podmuch wiatru, że aż 

zadrżała. Zmarznięta i mokra, narażała się na przeziębienie, ale skoro już 
przyjechała do Marmet, musiała postępować konsekwentnie.

Od chwili wyruszenia w podróż myślała o skarbie, który zostawiła tutaj 

w sekretnym schowku.

Znajdzie go czy nie znajdzie?
Nagle ogarnął ją strach. Miała ochotę uciec stąd jak najdalej, ale tylko 

przyspieszyła kroku.

background image

Podwórze za domem wydawało się mniejsze, niż je zapamiętała. Pewnie 

dlatego,   że   sama   urosła.   Stara   weranda   wciąż   stała   na   swym   miejscu, 
chociaż chyliła się ku upadkowi.

Sarah   podbiegła   do   bocznej   ściany   podmurówki   schodków,   uklękła   i 

zaczęła przesuwać dłońmi po szorstkiej powierzchni starych cegieł. Liczenie 
rozpoczęła od dolnego stopnia. Dziesięć cegieł w prawo, a potem dwie w 
górę. Zakołysała się niebezpiecznie na piętach.

Co ja tu właściwie robię?
Uzmysłowiła   sobie  nagle  bezsensowność   własnego  postępowania.  Jak 

wariatka taplała się w błocie i biegała zziębnięta po deszczu. Boże... Sarah 
Jane, czy naprawdę musisz tego szukać? Nie masz większych zmartwień? – 
zganiła się w duchu.

Wpatrywała się w odszukaną cegłę, powtarzając w myśli, że jeśli nie 

znajdzie   za   nią   swego   skarbu,   nawet   nie   poczuje   rozczarowania.   Jednak 
wiedziała, że to nieprawda.

W pierwszej chwili cegła nie dawała się nawet obluzować, a co dopiero 

wyjąć. Po paru próbach Sarah była gotowa zrezygnować, ale właśnie w tej 
chwili poczuła, że cegła się poruszyła.

Niemal wyrwała ją z muru i tak gwałtownym ruchem wsunęła dłoń do 

małego otworu, że klęcząc na ziemi, straciła równowagę i upadła. Zraniła 
przedramię, ale zaabsorbowana przeszukiwaniem skrytki tylko przez krótką 
chwilę czuła ból.

Otwór był dość głęboki. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach udało się 

Sarah   natrafić   po   omacku   na   coś   małego,   twardego   i   kwadratowego. 
Nachyliła się i z ulgą wsparła czoło o zimny ceglany mur. Z największym 
trudem powstrzymała się od płaczu.

–   Dzięki   ci,   Panie   –   wyszeptała,   wyciągając   ze   skrytki   niewielkie 

plastikowe pudełko. Pokryte grubą warstwą kurzu wyglądało na nietknięte. 
Sarah   postawiła   je   przed   sobą,   z   kieszeni   płaszcza   wyjęła   chusteczkę, 
wytarła krew z przedramienia, a potem z odnalezionego skarbu.

Potem powoli otworzyła wieczko i jej oczom ukazała się stara fotografia. 

A na niej roześmiana twarz ojca.

Z wrażenia straciła oddech. Łzy przesłoniły obraz. Niemal równocześnie 

zdała sobie sprawę, że padający deszcz może zniszczyć zawartość pudełka. 
Szybko   opuściła   wieczko   i   poderwała   się   na   nogi.   Nie   oglądając   się   za 
siebie, rzuciła się pędem w stronę wyjścia z posesji, przyciskając do piersi 

background image

odnaleziony skarb.

Tony dostrzegł Sarah wybiegającą zza rogu domu. Już z daleka było 

widać,   że   jest   wstrząśnięta.   Na   jej   twarzy   malowało   się   przerażenie. 
Przekonany, że ktoś ją goni, błyskawicznie wyskoczył z wozu i pognał w jej 
kierunku.

– Co się stało? – zawołał.
– Muszę dostać się do środka – wymamrotała i nie zwalniając, wyminęła 

Tony'ego. Zatrzymał się na chwilę, żeby sprawdzić, czy ktoś jej nie goni. 
Kiedy jednak nie ujrzał nikogo, podążył za Sarah do samochodu. Wsunął się 
za kierownicę.

Sarah miała dziwną minę. Trzymała na kolanach jakiś mały przedmiot, a 

z jej przedramienia ściekała strużka krwi.

– Do diabła, co się stało? – warknął.
Zaskoczona   gniewnym   tonem   Tony'ego   aż   podskoczyła   z   wrażenia. 

Spojrzała na skaleczone przedramię i wzruszyła ramionami.

– Drobiazg. Starłam sobie skórę.
– Krwawisz. Zabiorę cię do lekarza.
– Nic z tego – mruknęła. – Odwieź mnie tylko do domu.
– S ądziłem, że zamierzasz spotkać się z szeryfem – przypomniał.
–   Nie   dzisiaj   –   odparła   cicho.   Zacisnęła   palce   na   małym   pudełku.   – 

Jedźmy   już   do   domu.   –   Spojrzała   na   swego   towarzysza   błagalnym 
wzrokiem. – Proszę.

Tony zaklął pod nosem i ruszył w drogę. Po chwili, oddalając się coraz 

bardziej od Marmet, pędzili w stronę jeziora.

Podjechali pod dom Tony'ego. Sarah była tak roztrzęsiona, że z trudem 

wysiadła z samochodu. Drżąc na całym ciele, szła za Tonym po schodach na 
piętro. Przez cały czas przyciskała do piersi małe zielone pudełko. Ciepło 
panujące we wnętrzu domu sprawiło, że natychmiast opuściła ją resztka sił.

–  Musisz   od   razu  wyskoczyć   z   tych  mokrych  ciuchów   –   oświadczył 

Tony.

– Dobrze, tylko najpierw...
Rozeźlony chwycił ją za ramiona i potrząsnął.
– Albo natychmiast się rozbierzesz, albo cię wyręczę.
– Sama to zrobię – oświadczyła. – Ale dopiero wtedy, kiedy wyjdziesz z 

mojego pokoju. Kiwnął głową i ruszył ku drzwiom łazienki.

– Po co tam idziesz?

background image

– Przygotować ci gorącą kąpiel.
– Ach, tak. Dziękuję – mruknęła.
Spojrzała na trzymane pudełko, a potem na drzwi, za którymi zniknął 

Tony. Uspokoiła się, gdy usłyszała szum wody. Miała nadzieję, że pan tego 
domu dotrzyma także pozostałych obietnic. Na samą myśl o tym, że mógłby 
ją rozbierać, pod Sarah ugięły się kolana. Opadła ciężko na krzesło, odłożyła 
pudełko na stolik i zabrała się za ściąganie przesiąkniętych wodą pantofli i 
płaszcza. Właśnie zesztywniałymi z zimna palcami usiłowała bezskutecznie 
rozpiąć pasek, gdy do pokoju wrócił Tony.

–   Boże,   chyba   zupełnie   postradałem   zmysły,   pozwalając   ci   w   taką 

pogodę opuszczać dom... – niemal jęknął.

– Nie jesteś moim opiekunem – odparła wyniośle. – Sama podejmuję 

decyzje i...

–   Nie   są   one   zbyt   mądre   –   skomentował   sucho,   a   potem   odsunął 

lodowate dłonie Sarah i rozpiął jej pasek.

Zanim zdołała zaprotestować, szybkim ruchem wyszarpnął jej bluzkę z 

dżinsów.

– Poradzisz sobie dalej?
Zacisnęła   kurczowo   palce   na   kołnierzyku,  tak   jakby   obawiała   się,   że 

Tony zaraz zerwie z niej bluzkę.

– Tak, poradzę sobie.
– W porządku.
Zły jak diabli zszedł na parter. Dopiero na dole zaczął zastanawiać się 

nad   przyczyną   własnego   gniewu.   Sarah   przeżywała   trudne   chwile,   nic 
dziwnego   zatem,   że   reagowała   w   tak   nieprzyjemny   i   nieprzewidywalny 
sposób.

Nagle   wyobraził   sobie,   jak   Sarah   wchodzi   do   parującej   wody,   która 

omywa najpierw jej kolana, potem biodra, a w końcu piersi... Obraz był tak 
realny, że Tony'ego ogarnęła chęć zawrócenia na górę i przekonania się, czy 
jego wizja ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

I   właśnie   w   tej   chwili   uzmysłowił   sobie   przyczynę   własnej   złości. 

Przyjechał do Marmet specjalnie po to, aby pomóc Sarah przetrwać trudne 
chwile, lecz ona mu na to nie pozwalała. Okazywała brak zaufania. Fakt ten 
ugodził go boleśnie, był przyczyną narastającego rozgoryczenia.

Przytłoczyło go poczucie klęski. Zwiesił ramiona i poszedł do kuchni, by 

przygotować   coś   do   jedzenia.   Właściwie   nie   powinno   go   obchodzić,   co 

background image

myśli o nim Sarah. To nie miało żadnego znaczenia, dla sprawy.

Kilka minut później, przelewając zupę z puszki do garnka, Tony uznał, 

że niepotrzebnie się oszukuje. Miał trzydzieści sześć lat, lecz jeszcze nigdy 
nie był z żadną kobietą w poważnym związku. Sarah Whitman mogłaby to 
zmienić, dlatego obchodziło go, co o nim myśli i czy mu ufa. Pragnął jej 
pomóc,   otoczyć   ją   opieką,   ponieważ   wywarła   na   nim   wielkie   wrażenie. 
Podziwiał jej wewnętrzną siłę i odwagę.

Jeśli   jednak   nie   uda   mu   się   pozyskać   jej   sympatii   i   zaufania,   ich 

znajomość   skończy   się   równie   szybko,   jak   się   zaczęła.   I   właśnie 
świadomość tego faktu doprowadzała go do furii.

Sarah   leżała   w   wannie,   dopóki   woda   nie   stała   się   zupełnie   zimna. 

Podniosła   się   niechętnie,   wytarła   i   ubrała   w   sweter   i   czyste   dżinsy. 
Przeczesała palcami włosy i podeszła do stolika, na którym zostawiła małe 
zielone pudełko. Było jeszcze trochę brudne. Zabrała je do łazienki i zmyła 
resztkę błota. Potem zmówiła krótką modlitwę i uniosła wieczko.

Oprawiona  fotografia   nadal leżała  na  wierzchu.  Sarah  dotknęła  lekko 

kruchego,   starego   papieru,   a   potem   ostrożnie   wyjęła   zdjęcie   z   ramki. 
Przedstawiało   ją   i   ojca   na   plaży,   obok   budowanego   zamku   z   piasku. 
Pamiętała jak przez mgłę, że zdjęcie robili im jacyś obcy ludzie.

Och, Boże! Jak bardzo pragnęła, aby powróciły tamte dni i naiwna wiara 

w to, że jest kochana i bezpieczna.

Przypomniała sobie, że fotografia została zrobiona w dniu jej szóstych 

urodzin. Bawili się w wodzie, zbierali muszelki i budowali zamki z piasku.

Później  zjedli   rybę  z   frytkami   i   ruszyli  w   drogę  powrotną  do   domu. 

Sarah   pamiętała,   jak   bardzo   była   wówczas   zmęczona.   Skuliła   się   na 
przednim siedzeniu i czując na ramieniu opiekuńczą dłoń ojca, zamknęła 
oczy i zasnęła.

Odłożyła na bok fotografię i po chwili wyciągnęła z pudełka malutką 

muszelkę, pamiątkę z tamtego dnia, i położyła na stoliku. Wśród skarbów z 
dzieciństwa znalazła popękaną skorupkę ptasiego jajeczka i smętne szczątki 
czterolistnej koniczyny.

W   pudełku   był   jeszcze   kluczyk   do   pamiętnika,   którego   nigdy   nie 

napisała,   oraz   bransoletka   z   wygrawerowanymi   imionami   Sarah   Jane. 
Dotknęła   palcem   kawałka   markazytu,   który   dostała   od   znajomego   ojca. 
Franklin Whitman nazwał go złotem głupków i powiedział, że ten minerał 
nie ma żadnej wartości.

background image

Sarah   powoli   opróżniła   pudełko,   odstawiła   je   na   bok   i   odetchnęła 

głęboko,   czekając   przez   chwilę,   czy   coś   się   wydarzy.   Wreszcie   wstała   i 
poszła do łazienki. Uczesała się, prawie nie patrząc na własne odbicie w 
lustrze. Odgarnęła włosy z twarzy i upięła je po obu stronach głowy.

Właśnie naciągała czyste skarpetki, gdy usłyszała pukanie do drzwi i 

głos Tony'ego.

– Sarah?
– Wejdź – zawołała i sięgnęła po pantofle. Otworzył drzwi, lecz nie 

wszedł do środka.

– Podgrzałem zupę – oznajmił.
– To świetnie. Zaraz zejdę. Omiótł wzrokiem małe zielone pudełko i 

zbiór leżących obok przedziwnych przedmiotów.

– Znalazłaś to, czego szukałaś? – zapytał. Sarah spojrzała na stolik.
– Znalazłam pudełko, lecz nie było w nim tego, czego szukałam.
Na jej twarzy malował się głęboki smutek. Sfrustrowany Tony wsunął 

ręce do kieszeni.

– Czy mogę jakoś ci pomóc?
– Nie, ale dziękuję, że o tym pomyślałeś.
– Nic nie mogę dla ciebie zrobić? Jesteś pewna?
– Tak, jestem pewna. Nikt nie może mi pomóc.
– A czego właściwie szukasz?
– Zabrzmi to głupio.
– Nic, co dotyczy ciebie, nie może  być głupie. Westchnęła,  a potem 

podeszła do stolika i przeciągnęła palcem po krawędzi muszelki.

– Sarah...?
Odsunęła na bok muszelkę i dotknęła fotografii w miejscu, w którym 

znajdowała się twarz ojca. Gdy podniosła wzrok, z jej oczu ciekły łzy.

–   Przed   laty   uważałam   te   rzeczy   za   najcenniejsze   skarby.   Kiedy 

przyjechała ciotka Lorett i zabrała mnie do Nowego Orleanu, zupełnie o 
nich zapomniałam. A teraz... teraz jest już za późno.

– Nigdy nie jest za późno na zmiany – powiedział ciepłym tonem.
– Nie chodzi o zmiany – odparła prawie szeptem. – Już jest po prostu za 

późno. Zbyt długo zwlekałam z powrotem, a teraz znikła.

– Co znikło, słonko? Czego szukasz?
– Miłości... ale już jej nie ma. I nigdy nie powróci. Zabili ją, tak samo jak 

zabili oboje moich rodziców.

background image

Tony nie był w stanie dłużej patrzeć spokojnie na jej rozpacz.
– Chodź do mnie – szepnął czule i wziął ją w ramiona.
Wzdragała się, ale krótko. Musiała bowiem, choć na chwilę, oprzeć się 

na  kimś   silnym.  Kiedy  Tony   objął  ją  mocniej,   zaczęła   płakać.  Najpierw 
cichutko, a potem coraz głośniej i głośniej.

Słuchał   z   przykrością   szlochu   Sarah,   ale   wiedział,   że   wcześniej   czy 

później musiała się załamać. Nikt nie byłby w stanie tłumić w sobie tak 
wielkiego gniewu. Przyciągnął ją bliżej, oparł policzek na czubku jej głowy i 
nagle pojął, że właśnie na taką chwilę czekał od dwudziestu lat, od dnia 
pogrzebu Catherine Whitman. Mała Sarah, blada jak ściana, stała wówczas 
nad grobem matki, nawet nie próbując powstrzymać łez.

Tony   pragnął   podejść   i   ukoić   ból   nieszczęsnej   dziewczynki,   ale   nie 

zrobił tego. Odszedł przekonany, że nadejdzie dzień, w którym będzie mógł 
przekazać jej wyrazy współczucia.  Zwlekał i zwlekał, aż nagle pewnego 
dnia okazało się, że Sarah Whitman została wywieziona z Marmet. Przez 
wszystkie  minione  lata  obraz  małej,  zapłakanej dziewczynki i dojmujące 
poczucie winy ani na chwilę nie opuściły jego myśli.

Mimo że teraz trzymał Sarah w objęciach, okazał się tak samo bezsilny, 

jak   wiele   lat   temu.   Pragnął,   by   poczuła   się   lepiej,   nie   miał   jednak 
najmniejszego pojęcia, jak to sprawić.

Po   jakimś   czasie   Sarah   wysunęła   się   z   objęć   Tony'ego.   Podał   jej 

chusteczkę i cofnął się niechętnie.

– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam – wymamrotała, wycierając łzy. – 

Przepraszam.

–   Boże,   Sarah...   nie   wolno   ci   mówić   takich   rzeczy.   Nie   przepraszaj. 

Zaskoczył ją gniew przebijający w głosie Tony'ego. Westchnęła.

– Anthony Jamesie DeMarco... – zaczęła powoli swoją myśl.
– O co chodzi? – warknął.
– Myślę, że powinnam wreszcie zdobyć się na słowa podzięki. Za to, że 

postanowiłeś   mi   pomóc.   Poświęciłeś   swój   czas   i   ofiarowałeś   dach   nad 
głową. Przede wszystkim jednak dziękuję ci za to, że kochałeś mego ojca.

Wierzchem dłoni dotknął policzka Sarah.
– Nie ma za co.
– A co do zupy... – zaczęła.
Chciała   jak   najszybciej   położyć   kres   niezręcznej   sytuacji.   Należało 

wrócić   do   normalności,   a   przede   wszystkim   –   zachować   odpowiedni 

background image

dystans.

–   Co   do   zupy   –   jak   echo   powtórzył   Tony,   uśmiechając   się   blado.   – 

Jestem pewny, że jako właścicielka restauracji i znawczyni sztuki kulinarnej 
docenisz   dobre   jedzenie.   Chodź   ze   mną.   Przekonasz   się,   jak   doskonale 
otwieram puszki.

–   Sądzę,   że   wiele   innych   rzeczy   też   robisz   doskonale   –   powiedziała 

Sarah.

Zanim zdołał poprosić ją o rozwinięcie tego tematu, opuściła pokój i 

skierowała się do kuchni, zwabiona zapachem pomidorowej zupy i tostów z 
serem.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Deszcz, który padał przez cały dzień, wieczorem zmienił się w śnieg. 

Sarah   była   zachwycona   zimowym   pejzażem,   niestety,   puszyste   płatki, 
ogromne i mokre, znikały po zetknięciu z ziemią.

Biorąc fascynację Sarah za niepokój, Tony postanowił podtrzymać ją na 

duchu.

– Nie przejmuj się, śnieg nas nie zasypie.
– Och, wcale się o to nie martwię – odparła. – Ja po prostu od lat nie 

widziałam śniegu.

– Naprawdę? Jak to możliwe?
–   Ciocia   Lorett   nie   lubiła   wyjeżdżać   z   Nowego   Orleanu,   a   ja   nie 

chciałam zostawiać jej samej.  – Sarah wzruszyła ramionami.  – Lorett to 
przecież cała moja rodzina.

Tony wyczuł jednak, że istniała jeszcze jakaś przyczyna, o której Sarah 

nie chciała mówić. Dopiero teraz uprzytomnił sobie, że dotąd ani razu nie 
wspomniała o żadnym przyjacielu. Był właściwie zadowolony, oznaczało to 
bowiem, że między nim a Sarah nie stał żaden mężczyzna.

Podszedł bliżej i niby od niechcenia dotknął trzeciego palca jej lewej 

ręki.

– Widzę, że nie nosisz pierścionka ani obrączki.
– Przestałam.
– Byłaś mężatką?
– Prawie – odparła krótko.
– Prawie?
– Nakryłam narzeczonego w łóżku z kobietą, którą uważałam za swoją 

przyjaciółkę.

– Och. To paskudne przeżycie – łagodnym tonem oświadczył Tony. – I 

co zrobiłaś?

–  Nie   zamordowałam   żadnego   z  nich,   ale   zerwałam  z   nimi   wszelkie 

stosunki. Skupiłam całą uwagę i energię na „Ma Chere". Tak nazywa się 
moja restauracja. I powinnam podziękować niedoszłemu mężowi i dawnej 
przyjaciółce za odniesiony sukces.

– Czy potem był ktoś inny? – indagował Tony.

background image

Sarah zaprzeczyła ruchem głowy, a potem odwróciła wzrok, by ukryć 

emocje. Nie, w jej życiu nie było potem nikogo. Aż do tej pory.

Brzydko   jest   cieszyć   się   cudzym   nieszczęściem,   jednak   Tony   odczuł 

satysfakcję i zadowolenie. Skoro Sarah nie jest z nikim związana, trzeba 
postępować z rozmysłem, by jej nie spłoszyć.

– To wielkie szczęście, że miałaś ciotkę.
– Tak. Stałam się jej córką.
Tony wyczuł, że Sarah coś ukrywa.
– Ale miałaś jakieś kłopoty? – zaryzykował pytanie. Zasępiła się.
– Kiedy przed laty Lorett przyjechała do Mar-met, żeby mnie zabrać, 

była właściwie obcą osobą, ledwie zapamiętaną z kilku naszych wizyt w 
Nowym   Orleanie.   Może   byłoby   lepiej,   gdybym   w   ogóle   nie   pamiętała 
własnej matki... Całe lata zajęło mi nabranie pewności, że kiedy wrócę ze 
szkoły do domu, ciocia będzie na mnie czekała... Poza tym istniał jeszcze 
inny   problem.   Byłam   osobą   spoza   kręgu   jej   przyjaciół   i   rodziny.   –   Na 
twarzy Sarah ukazał się blady uśmiech. – Biała dziewczynka w murzyńskiej 
społeczności   Południa...   Tych   ludzi   spotkało   i   nadal   spotyka   wiele 
niesprawiedliwości. Tolerowali mnie tylko ze względu na Lorett. Upłynęło 
sporo czasu, zanim zostałam w pełni zaakceptowana.

– A jak jest obecnie? – zapytał Tony.
– Nadal jestem uważana za białą dziewczynę, którą Lorett Boudreaux 

wzięła swego czasu na wychowanie, ale wszyscy mnie polubili, zresztą ze 
wzajemnością. – Sarah westchnęła. – W każdym razie kiedy otworzyłam 
restaurację,   w   oczach   rodziny   i   znajomych   cioci   zdobyłam   dodatkowy 
punkt. » – Dlaczego? – chciał wiedzieć Tony.

–   Bo   serwuję   piekielnie   dobre   gumbo.   I   cenią   sobie   mój   wspaniały 

kukurydziany   chleb.   A   ponadto   wiedzą,   że   gdyby   choć   raz   spróbowali 
potraktować mnie źle, Lorett rzuciłaby na nich urok.

Tony   parsknął   śmiechem.   Ujrzawszy   jednak,   że   Sarah   zachowuje 

powagę, spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Chyba żartowałaś.
– Ani trochę – odrzekła. – Za młodu  ciocia Lorett parała się magią. 

Przysięga, że już dawno temu porzuciła te praktyki, ale nadal ma trzecie 
oko.

– Co to oznacza?
– W Nowym Orleanie mówi się tak o ludziach, którzy są jasnowidzami.

background image

– Przed taką ciotką nie sposób coś ukryć.
– Żebyś wiedział. – Sarah nagle zadrżała. – Przepraszam cię na chwilę. 

Pójdę po sweter.

– Poczekaj.  –  Tony  podbiegł do  szafy   i wyjął  pulower.  – Weź,  a  ja 

dorzucę drew do ognia.

W   swetrze   od   razu   zrobiło   się   jej   cieplej.   Podeszła   za   Tonym   do 

kominka. Rozsiadła się wygodnie w dużym, miękkim fotelu.

W kominku trysnął w górę snop iskier. Tony odsunął się od gorącego 

paleniska i odwrócił w stronę Sarah.

– Masz ochotę na gorącą czekoladę? – zapytał.
– Dobry pomysł – uznała Sarah. – Szybko nas rozgrzeje.
Zaczęła podnosić się z miejsca, ale Tony zaprotestował.
– Zostaw  to mnie.   Posiedź  przy  kominku.   Szybko wrócę.  – Wręczył 

Sarah pilota. – Może uda ci się znaleźć coś ciekawego w telewizji.

W gruncie rzeczy była zadowolona, że może leniuchować.
– Dziękuję, ale nie jestem przyzwyczajona, by ktoś mnie obsługiwał. 

Tony pogłaskał Sarah po głowie, jakby była dzieckiem.

– Niedługo wrócę.
Patrzyła za odchodzącym, przyznając z niechęcią, że Tony porusza się 

zwinnie   i   wygląda   bardzo   atrakcyjnie.   Odruchowo   dotknęła   miejsca   na 
głowie,   na   którym   przed   chwilą   spoczywała   jego   dłoń.   Było   gorące. 
Westchnęła, odchyliła się w fotelu i zamknęła oczy. Sweter, który miała na 
sobie, był przesycony zapachem Tony'ego...

Otrząsnęła się z dziwacznych myśli. Nękały ją, ponieważ od dłuższego 

czasu była zmęczona i nadpobudliwa. Owszem, Tony był miły, ale przyszedł 
jej z pomocą jedynie dlatego, że chciał spłacić dług wobec jej ojca.

Wrócił po kilku minutach. Usłyszała jego kroki i niechętnie otworzyła 

oczy. Tony niósł tacę z filiżankami pełnymi gorącej czekolady i talerzem 
kruchych ciasteczek.

Sarah zaczęła się zastanawiać, czy Tony wie, jak bardzo jest atrakcyjny. 

Szybko   jednak   uznała,   że   musi   być   tego   w   pełni   świadomy.   Chętnie 
dowiedziałaby się, czy w Chicago jest z kimś związany na stałe, ale nie 
wypadało o to zapytać. Takie pytanie kobieta może zadać mężczyźnie tylko 
wtedy, kiedy myśli o bliższej znajomości. A ona powinna się teraz skupić 
wyłącznie na wykryciu zabójcy ojca.

Tony postawił tacę na niskim stoliku.

background image

– Mam nadzieję, że lubisz herbatniki imbirowe. To wszystko, co mam w 

domu – oznajmił.

– Lubię. Szczerze powiedziawszy, najbardziej ze wszystkich ciasteczek.
– Ja też bardzo je lubię – przyznał z rozbrajającym uśmiechem.
Wręczył   Sarah   filiżankę   z   czekoladą,   a   na   serwetce   położył   dwa 

herbatniki. Zachowywał się sympatycznie, jak stary przyjaciel. Sarah uznała, 
że dopóki Tony nie spróbuje posunąć się dalej, dopóty nic jej nie grozi.

Tego   wieczoru   wreszcie   poczuła   się   bezpieczna,   przestała   ją   dręczyć 

samotność. Tony DeMarco był ostatnią osobą, jaką spodziewała się tutaj 
zastać. Jednak jego towarzystwo wpływało na nią dodatnio. Podtrzymywał 
ją na duchu i dodawał sił.

Sarah zwinęła się w kłębek i naciągnęła kołdrę na ramiona.
Schronienie, które zaofiarował jej Tony, okazało się prawdziwym darem 

losu.   Na   zewnątrz   przybywało   śniegu.   O   ściany   budynku   uderzały   silne 
porywy   wiatru.   Co   pewien  czas   gałęzie   łomotały   w   okna,  ale   Sarah  nie 
zwracała uwagi na żadne odgłosy.

Ocknęła się tuż przed świtem. Przerażona, walcząc o oddech. Śniła, że 

znajdowała się głęboko pod wodą, próbując wydostać się na powierzchnię. 
Płynęła   i   płynęła,   ale   mimo   wysiłków   miała   wokół   siebie   tylko   czarną, 
gładką jak lustro otchłań. Postanowiła pogodzić się z tym, co nieuniknione... 
I właśnie wtedy się obudziła. – Boże! – jęknęła, zrzucając kołdrę.

Opuściła   nogi   i   dotknęła   stopami   zimnej   podłogi.   Naciągnęła   szybko 

wełniane   skarpetki   i   pobiegła   do   łazienki.   Wróciła   po   kilku   minutach   i 
tęsknym   wzrokiem   popatrzyła   na   łóżko.   Wiedziała   jednak,   że   po   takich 
koszmarach   nie   ma   szans   na   dalszy   spokojny   sen.   Włożyła   szlafrok   i 
podeszła   do   okna,   by   sprawdzić,   czy   nadal   pada   śnieg.   Nie   padał,   a   w 
dodatku wszystko stopniało.

W   panujących   ciemnościach   nie   była   w   stanie   dostrzec   jeziora. 

Wiedziała jednak, że jest w pobliżu, okolone drzewami i ogólnie dostępne 
dzięki prowadzącym doń drogom. Przyszły jej na myśl wszystkie lata, przez 
które w tej ponurej topieli spoczywało ciało ojca.

Właśnie zamierzała odejść od okna, gdy nagle zauważyła za szybą jakiś 

ruch. Spojrzała uważniej, lecz nic nie dostrzegła.

Ubrawszy   się   szybko,   wyszła   z   pokoju.   W   domu   panowała   cisza. 

Zadowolona,   że   Tony   jeszcze   śpi,   poszła   do   kuchni.   Jeśli   znajdzie 
odpowiednie   składniki,   przygotuje   dobre   śniadanie,   na   modłę 

background image

nowoorleańską.

Tony budził się powoli. Przeciągnął się jak kot. Potem podłożył ręce pod 

głowę i zapatrzył się w sufit. Przez szpary w zasłonach do pokoju przenikały 
pierwsze promienie słońca. Gdy tylko zamknął oczy, natychmiast pomyślał 
o śpiącej w pobliżu kobiecie.

Sarah Jane Whitman.
Z pozoru zwykłe imiona i nazwisko, lecz w noszącej je osobie nie było 

nic zwyczajnego. Zgrabna, gibka i ponętna. Ż oczyma, które mówiły: idź do 
diabła.   I   kaskadą   ciemnych   włosów   okalających   twarz   oraz   krągłymi 
biodrami, którymi tak zmysłowo kręciła przy każdym kroku... Był to dar 
natury,   z   którego   nie   zdawała   sobie   sprawy,   a   który   przykuwał   męską 
uwagę.

Poczuł   przypływ   pożądania.   Jęknął   cicho   i   poczłapał   pod   prysznic. 

Kiedy po jakimś czasie opuścił sypialnię, uzmysłowił sobie, że Sarah już nie 
śpi. Smakowite zapachy i ciche odgłosy dochodzące z kuchni pozwalały się 
domyślać, że wkrótce czeka go śniadanie.

Dopiero   zdejmując   z   ognia   blachę   upieczonych   biszkoptów,   Sarah 

zorientowała   się,   że   nie   jest   w   kuchni   sama.   Odwróciła   się   i   ujrzała 
Tony'ego.   Oparty   o   framugę   drzwi,   stał   z   rękoma   skrzyżowanymi   na 
piersiach.

– Od kiedy tu sterczysz? – spytała niezbyt elegancko.
Uśmiechnął się lekko. Już zdążył się przekonać, że Sarah nie lubi być 

zaskakiwana.

– Też miło mi, że cię widzę – oznajmił z lekką drwiną w głosie. – Dzień 

dobry. – Pociągnął nosem. – Coś wspaniale pachnie.

Sarah westchnęła z rezygnacją, sięgnęła po ścierkę i wytarła ręce.
– Przepraszam, nie chciałam być niegrzeczna. Chyba nie masz mi za złe, 

że panoszę się w twojej kuchni.

Z szerokim uśmiechem na twarzy Tony ruszył w stronę dzbanka z kawą.
– Miałbym się gniewać? – zdziwił się. – Kobieto, czyżbyś była niespełna 

rozumu?   Czy   twoim zdaniem  istnieje  na  świecie  choć  jeden  mężczyzna, 
który reaguje gniewem na próbę nakarmienia go?

Kiedy Sarah roześmiała się, Tony odwrócił się gwałtownie i utkwił w 

niej twarde spojrzenie.

Z wrażenia straciła oddech, bo zmienił się w jednej chwili. Już nie miał 

ochoty na żarty, tylko na coś zupełnie innego...

background image

Poczuła ogarniający ją ogień. Odwróciła wzrok i zaczęła wbijać jajka do 

miski.   Zastanawiała   się   równocześnie,   co   powinna   zrobić,   jeśli   Tony 
przejdzie od myśli do czynów.

Z reakcji Sarah zorientował się, że dostrzegła w jego wzroku pożądanie. 

Zasępił się, sfrustrowany zaistniałą sytuacją. Kiedy naszła go ochota, nigdy 
nie odmawiał sobie przyjemności pójścia z kobietą do łóżka. Jednak Sarah 
nie była jakąś tam kobietą, a po drugie, dramatyczne okoliczności, jakie 
chwilowo   ich   połączyły,   w   żadnym   wypadku   nie   nastrajały   do 
romantycznych uniesień.

Tony'ego   bardzo   zaskoczył   śmiech   Sarah.   Taki   niespodziewany, 

dźwięczny, wesoły, pełen życia. Zapragnął usłyszeć go ponownie. A już po 
chwili uświadomił sobie, że uczucia, jakie obudziła w nim Sarah Whitman, 
są dla niego czymś zupełnie nowym i dotąd nieznanym.

– Jesteś bardzo głodny? – zapytała.
Tak głodny, że schrupałbym cię całą, pomyślał. Popatrzył na jajko w 

rękach Sarah i udał, że się głęboko zastanawia.

– S ądzę, że to trójjajeczny poranek – oświadczył po chwili z poważną 

miną. Skinęła głową i rozbiła następne jajko.

– Nie masz w domu żadnych płatków – powiedziała opryskliwie.
– Czego?
– Płatków.
– Nie mam, bo nie lubię – odparł Tony, nalewając sobie kawy.
– W Nowym Orleanie bez płatków nie ma śniadania.
Odwrócił   się   w   stronę   Sarah,   popatrzył   na   nią   sponad   brzegu   swego 

kubka, po czym wymamrotał z niechęcią:

– Całkiem możliwe, ale na szczęście teraz jesteśmy w Maine.
Stłumiła   uśmiech.   Do   rozmieszanych   jajek   dodała   kawałki   kiełbasy   i 

drobno   posiekane   warzywa,   a   potem   całą   zawartość   miski   przelała   do 
dużego rondla.

– Co robisz? – zainteresował się Tony.
– Taki specjalny omlet, na pewno ci zasmakuje.
– Och, z całą pewnością.
Sarah nie podniosła oczu, wolała skoncentrować się na przygotowaniu 

śniadania. Po chwili postawiła danie na stół.

–   Ś   niadanie   gotowe   –   oznajmiła.   –   Ciocia   Lorett   dodałaby   jeszcze: 

„siadaj i jedz, bo jak nie, to oddam wszystko świniom".

background image

Po   słowach   Sarah   odprężyli   się   oboje.   Siadając   do   stołu,   Tony 

uśmiechnął się lekko.

– Czy ty i twoja ciotka hodujecie świnie? – zapytał. Sarah uniosła brwi.
– Jasne, że nie.
– Przepraszam – mruknął i ze skruszoną miną spojrzał na stojący przed 

nim talerz.

–   Tylko   kury.   Na   nich   ciocia   nie   ma   zwyczaju   praktykować   czarnej 

magii.

Tony zaczął się śmiać, lecz po chwili zorientował się ze zdziwieniem, że 

Sarah wcale nie żartuje.

– Mówiłaś serio? – spytał.
– Lepiej zajmij się już jedzeniem – poradziła Sarah.
Po brzydkim dniu nastąpił pogodny ranek, zwiastujący ładną pogodę. Na 

jasnym,   czystym   niebie   było   widać   kilka   chmur,   które   wyglądały   jak 
rozczapierzone kłębki waty. Niewiedza, co naprawdę przydarzyło się ojcu, i 
stałe   napięcie   osłabiły   znacznie   odporność   psychiczną   Sarah.   Rano 
zadzwoniła do szeryfa, jednak dowiedziała się tylko tyle, że wyszedł z biura 
i wróci dopiero przed wieczorem. Poczuła się rozczarowana i zmęczona.

Po   śniadaniu   Tony   przeszedł   do   biblioteki,   aby   załatwić   kilka 

służbowych telefonów,  natomiast  Sarah zadzwoniła  do Nowego Orleanu. 
Usłyszała, że nie dzieje się nic złego, a w restauracji, mimo nieobecności 
właścicielki, wszystko chodzi jak w zegarku.

Sama nie wiedziała, czy cieszyć się tym faktem, czy raczej martwić.
Potem   próbowała   dodzwonić   się   do   Lorett,   lecz   bezskutecznie.   Z 

westchnieniem   odwiesiła   słuchawkę,   nie   po   raz   pierwszy   żałując,   że   nie 
udało się jej namówić ciotki na zainstalowanie automatycznej sekretarki.

Tak   więc   pozostawało   teraz   tylko   czekanie,   jednak   Sarah   nigdy   nie 

należała   do   cierpliwych   osób.   Podeszła   do   okna   i   spojrzała   na   drzewa 
okalające dziedziniec. Wspaniałe jesienne barwy liści wydawały się nieco 
bledsze   i   mniej   jaskrawe   niż   poprzedniego   dnia.   Sarah   uznała,   że   takie 
postrzegania świata jest wynikiem jej pogarszającego się nastroju.

Dostrzegła jezioro, tu i ówdzie prześwitujące wśród drzew. Promienie 

porannego   słońca   ślizgały   się   wesoło   po   powierzchni,   maskując   sekrety, 
które skrywała ponura topiel.

Po dłuższej chwili odeszła od okna i odszukała w szafie swój płaszcz.
Powietrze   było   ostre   i   rześkie,   wprost   zachęcało   do   spaceru.   Sarah 

background image

postawiła   kołnierz,   wsunęła   dłonie   do   kieszeni   płaszcza   i   rozpoczęła 
przechadzkę po terenie okalającym dom. Zatrzymała się przy kwiatowym 
klombie i nachyliła, aby wyrwać garść zielska. Rzuciła je na ziemię, wytarła 
ręce o dżinsy i poszła dalej. Wkrótce ujrzała przed sobą małą drewnianą 
ławkę, którą obudowano pień potężnego drzewa. Postanowiła, że wracając 
ze spaceru, posiedzi tu przez chwilę.

Dwukrotnie przystawała, odwracała się i pod różnym kątem spoglądała 

na dom, za każdym razem podziwiając zarówno architekturę budynku, jak i 
okalający go krajobraz. Dom wtapiał się doskonale w pejzaż, jakby był jego 
naturalną częścią.

Sarah   znów   przyszedł   na   myśl   Tony.   Nadal   nie   potrafiła   zrozumieć, 

dlaczego   właśnie   tutaj   zbudował   sobie   to   schronienie   przed   światem. 
Zastanawiała się, czym jeszcze ją zaskoczy.

Gdy tak przyglądała się budynkowi, na wysokości jej oczu przeleciał 

jakiś   ptak.   Przypomniała   sobie   duży,   ruchomy   cień,   który   poprzedniego 
wieczoru   dostrzegła   po   ciemku   za   oknem.   Zastanawiała   się,   czy   był   to 
niedźwiedź, czy może łoś. Postanowiła odnaleźć ślady pozostawione przez 
zwierzynę. Ruszyła przed siebie, od czasu do czasu spoglądając pod nogi.

Nagle   ujrzała   przed   sobą   coś   zadziwiającego.   Na   ten   widok   mocniej 

zabiło jej serce. Zatrzymała się i przez dłuższą chwilę wpatrywała w pięć 
wyraźnych śladów po butach, odciśniętych mocno w mokrym, gliniastym 
podłożu.

Odwróciła się i popatrzyła na dom. Z tego miejsca było doskonale widać 

okna jej pokoju. Zaczęła wycofywać się, odchodząc od śladów, tak jakby 
sama   ich   obecność   stanowiła   zagrożenie.   Odetchnęła   nerwowo,   a   potem 
skupiła   uwagę   na   pobliskich   drzewach.   Próbowała   wziąć   się   w   garść   i 
zlekceważyć dostrzeżone ślady. Pewnie zostawił je jakiś myśliwy albo ktoś 
z okolicznych mieszkańców, wybierając tędy drogę na skróty.

Stojąc   na   skraju   posiadłości,   Sarah   czuła   się   jednak   coraz   bardziej 

niepewnie. Zawróciła w stronę domu. Szła szybciej i szybciej, a pod koniec 
zaczęła biec. Zadyszana dopadła schodów prowadzących na werandę.

– Czy coś się stało?
Poczuwszy na ramionach dłonie Tony'ego, aż zachłysnęła się z wrażenia.
– Ale mnie wystraszyłeś!
– Biegłaś.
Spojrzała odruchowo przez ramię w stronę miejsca, w którym znalazła 

background image

ślady   butów,   i   przez   chwilę   zastanawiała   się,   czy   powiedzieć   o   nich 
Tony'emu. Nie, jeszcze gotów ją wziąć za zastraszoną i bezradną kobietę, 
choć   ona   się   za   taką   nie   uważała.   Po   namyśle   postanowiła   przemilczeć 
swoje odkrycie.

– Potrzebowałam trochę ruchu – odparła wymijająco.
Odepchnęła   Tony'ego   i   ruszyła   po   schodach   w   stronę   drzwi 

prowadzących   do   kuchni.   Niemile   zaskoczony   dziwnym   zachowaniem 
Sarah, zwłaszcza  zaś jej szybkim odejściem,  rzucił okiem na miejsce  na 
tarasie,   w   którym  niedawno   stała.   Chwilę   wcześniej   widział   ją   z  okna   i 
zastanawiał się, czemu najpierw przez dłuższy czas przygląda się domowi, a 
potem raźnym krokiem rusza przed siebie, w stronę drzew, co jakiś czas 
spoglądając uważnie pod nogi.

Widział   też,   jak   chwilę   później   Sarah   odwróciła   się   błyskawicznie   i 

zawróciła szybko w stronę domu. Wpadł w panikę, kiedy zaczęła biec. A 
teraz, jak gdyby nigdy nic, strząsnęła z ramion jego ręce, udając, że nic się 
nie stało.

A j ednak coś musiało j ą przestraszyć...
Gdy   doszedł   do   miejsca,   w   którym   przedtem   przystanęła,   zaczął 

rozglądać się wokoło. W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na ślady butów 
widoczne na mokrej  ziemi.  Dopiero potem uzmysłowił sobie, że są zbyt 
duże, aby mogły należeć do Sarah.

Podniósł   głowę   i   spojrzał   wprost   w   okna   pokoju   na   piętrze.   Ze 

zdziwieniem   skonstatował,   że   znajduje   się   w   idealnym   punkcie 
obserwacyjnym. Stąd było doskonale widać pokój Sarah.

Tony'emu zjeżyły się włosy na głowie. Wyczuwał przez skórę, że ktoś 

śledzi wszystkie jego ruchy. Obrócił się ku drzewom, ale nie dostrzegł nic 
podejrzanego.   Spojrzał   w   stronę   jeziora   i   uprzytomnił   sobie,   że   Sarah 
przyjechała do Marmet nie tylko po to, by pochować ojca, lecz także po to, 
aby przywrócić mu dobre imię.

Zamierzała odnaleźć mordercę.
Poczuł bolesny ucisk w żołądku. Po raz pierwszy dotarło do niego, że 

Sarah grozi poważne niebezpieczeństwo. Jeśli zabójca Franklina Whitmana 
przebywa nadal w Marmet, zapewne zrobi wszystko, aby ją raz na zawsze 
uciszyć.

Odszedł od śladów i zawrócił do domu. Postanowił, że zmusi Sarah do 

wyjawienia tego, co usiłowała przed nim zataić.

background image

A potem sam skontaktuje się z policją.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Sarah!
Aczkolwiek   nie   miała   żadnych   podstaw   do   podejrzeń,   że   ktoś   chce 

wyrządzić jej krzywdę, Sarah była niezwykle poruszona odkryciem śladów 
jakiegoś intruza. Ktoś węszył wokół domu i obserwował okna zajmowanego 
przez nią pokoju. Czyżby ktoś ją śledził?

Gdy usłyszała wołanie Tony'ego, podskoczyła nerwowo i podświadomie 

przyjęła pozycję obronną.

–   Czemu   nic   mi   nie   powiedziałaś?   –   zapytał   oskarżycielskim   tonem. 

Skuliła się, j akby j ą uderzył.

– Nie mam pojęcia, o czym...
– Mów prawdę! Do diabła, nie wolno ci mnie okłamywać! Przecież nie 

jestem twoim wrogiem.

Uniosła hardo podbródek i spojrzała Tony'emu prosto w oczy.
– Odsuń się – poleciła ostrym tonem. – Za blisko stoisz. Cofnął się, ale 

tylko o krok.

– Czekam na wyjaśnienie – warknął.
– Nie było o czym mówić – odparła.
– A może pozwolisz łaskawie, bym sam to ocenił – wycedził przez zęby.
– Obudziłam się bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem, i chciałam się 

przekonać, czy nadal pada śnieg.  Wyglądając przez okno, ujrzałam jakiś 
przesuwający   się   cień.   Wówczas   nie   zwróciłam   na   to   większej   uwagi. 
Przypomniałam sobie o tym później, kiedy wyszłam na spacer.

Sarah nerwowo obciągnęła rękawy swetra. Podniosła wzrok i zobaczyła 

przed   sobą   nieruchomą,   pozbawioną   wszelkiego   wyrazu   twarz   Tony'ego. 
Westchnęła i mówiła dalej:

– Przyszło mi wtedy na myśl, że jeśli dam radę odszukać miejsce, w 

którym   widziałam   ten   przesuwający   się   cień,   to   może   znajdę   ślady 
niedźwiedzia lub łosia. Byłam po prostu ciekawa, rozumiesz?

–   Nie   były   to   jednak   ślady   zwierzęcia,   mam   rację?   –   zapytał 

spokojniejszym tonem.

– Ale nie musiały oznaczać niczego złego. Pewnie pozostawił je jakiś 

myśliwy lub ktoś z miejscowych.

background image

Sarah   spojrzała   na   Tony'ego,   czekając   na   potwierdzenie   swych 

przypuszczeń. Bezskutecznie, bo indagował dalej.

–   Naprawdę   sądzisz,   że   był   to   myśliwy?   Zawahała   się,   a   potem 

wzruszyła ramionami.

– Nie jestem pewna.
– Podobnie jak ja – uznał Tony. – Czy jest jeszcze coś, co przede mną 

ukrywasz?

– Nie.
– Wobec tego jedźmy.
– Dokąd?
– Do szeryfa.
– Nie ma go – oznajmiła Sarah. – Podobno wyjechał z Marmet.
– Skąd wiesz? – zapytał Tony.
– Dzwoniłam zaraz po śniadaniu i usłyszałam, że nie będzie go w biurze 

aż do późnego popołudnia.

– Może wrócić wcześniej – oznajmił Tony. – Mamy do niego bardzo 

pilną sprawę. Kiedy odwrócił się w stronę wyjścia, Sarah położyła mu dłoń 
na ramieniu.

– Poczekaj...
– O co chodzi?
– Czy coś nam grozi? – spytała.
Nie wiedział, co powiedzieć, więc ją uścisnął.
– Nie mam zielonego pojęcia – przyznał szczerze. – Na pewno jednak 

powinniśmy zachować ostrożność.

Kiedy Tony wziął Sarah w ramiona, od razu zesztywniała.
– To ja mam problem, nie ty.
– Ktoś niepowołany wszedł na teren mojej posiadłości, więc ja też mam 

problem.

– Dobrze, ale nie denerwuj się za każdym razem, gdy chcesz, abym...
– Kiedy zechcę od ciebie czegoś więcej, na pewno cię o tym poinformuję 

– oświadczył suchym tonem i wyszedł z pokoju.

Widziała, że jest bardzo zły, choć na zewnątrz zachowywał względny 

spokój. Dopiero znacznie później wróciła myślami do kilku ostatnich słów 
Tony'ego i do sposobu, w jaki je wypowiedział. Co miało oznaczać „kiedy 
zechcę od ciebie czegoś więcej" Nie miała pojęcia, czy powinna się cieszyć, 
czy raczej poczuć dotknięta.

background image

Niespełna   godzinę   później   przed   drzwiami   domu   Tony'ego   stanął 

RonGallagher.

Dzwonek odezwał się w chwili, gdy Sarah nalewała do dzbanka świeżo 

zaparzoną   kawę.   Usłyszała,   jak   Tony   wita   szeryfa.   Minutę   później   obaj 
stanęli w drzwiach kuchni.

– Dzień dobry pani.
Odwróciła   się   zdenerwowana.   Miała   przed   sobą   mężczyznę,   którego 

spotkała nad jeziorem Rag-staff w dniu przybycia do Marmet.

– Przyjechał szeryf Gallagher – oznajmił Tony. Sarah skinęła głową.
– Już się znamy. Czy są jakieś nowe wiadomości w sprawie mojego 

ojca?

Roń Gallagher z żalem pokręcił głową. Zrobiłby wiele, aby na smutnej 

twarzy Sarah Whitman zagościł choćby nikły uśmiech.

– Podobno dziś rano trochę się pani wystraszyła – powiedział.
– Nic podobnego – zaprzeczyła gwałtownie.
– To ja się wystraszyłem – poinformował szeryfa Tony. – Zaraz pokażę 

panu te ślady. Proszę ze mną.

Zaskoczona   Sarah   zorientowała   się,   że   została   wykluczona   z   dalszej 

rozmowy. Od chwili gdy znalazła się pod dachem Tony'ego, ani razu nie 
potraktował jej niegrzecznie, jednak zawsze próbował postawić na swoim.

Ciekawa reakcji szeryfa na widok odkrytych przez nią śladów, Sarah 

złapała płaszcz i wybiegła na tyły domu.

Już   z   tarasu   spostrzegła   klęczącego   na   ziemi   Gallaghera.   Czubkiem 

palców dotykał wgłębień pozostawionych przez czyjeś buty. Podeszła bliżej 
i zatrzymała się za plecami szeryfa.

– Kiedy zaczęło tu padać? – zapytał.
–   Przed   zmierzchem   –   oznajmiła   Sarah.   –   Tak,   przed   zmierzchem   – 

powtórzyła dobitnie. – Pamiętam,  bo stałam przy oknie i obserwowałam 
marznący deszcz. Śniegu nie oglądałam całe lata. Padał nadal, gdy kładłam 
się spać około jedenastej.

– Tony mówił, że dostrzegła pani coś z okna – powiedział szeryf.
–   Tak,   dzisiaj   przed   świtem.   Obudziłam   się   wcześnie   i   chciałam 

sprawdzić,   czy   jeszcze   pada   śnieg.   –   Sarah   uśmiechnęła   się   lekko.   – 
Dostrzegłam   coś   dużego,   poruszającego   się   między   drzewami   a   domem. 
Było   zbyt   ciemno,   żeby   rozróżnić   kształty.   Jak   już   mówiłam   Tony'emu, 
przypomniałam sobie o tym dopiero na spacerze. I właśnie wtedy odkryłam 

background image

te ślady.

– Pewnie nie warto przywiązywać do nich znaczenia – uznał Roń. – Na 

wszelki wypadek rozejrzę się i sprawdzę, czy uda mi się odszukać je dalej, 
wśród drzew, i ustalić, dokąd prowadzą. Proponuję, abyście wrócili teraz 
oboje do domu. Zanim odjadę, dam wam znać.

– Idę z panem – oświadczył Tony.
– W porządku.
– Ma pan rację, twierdząc, że te ślady nie są istotne – wtrąciła się Sarah. 

– Z pewnością nie mają ze mną nic wspólnego.

–   Jestem   innego   zdania   –   oświadczył   Roń   Gallagher.   –   Do   Marmet 

przyjechał   agent   FBI.   Zadaje   wiele   pytań   dotyczących   dnia,   w   którym 
dwadzieścia lat temu został okradziony bank. Ludzie zaczęli o tym żywo 
dyskutować,   zajmować   różne   stanowiska.   I  właśnie   w   tym  momencie   w 
mieście zjawia się pani i oświadcza, że zamierza odnaleźć zabójcę ojca. To 
tak jakby włożyć kij w mrowisko. – Szeryf westchnął lekko. – Sam nie mam 
pojęcia, kto zabił pani ojca i czy sprawca nadal przebywa w naszej okolicy, 
ale jedno jest pewne. Powinna pani zachować ostrożność.

Sarah poczuła nagle, że robi się jej niedobrze. Ten koszmar wciągał ją 

coraz głębiej, lecz ona nie zamierzała pójść na dno. Mieszkańcy tego miasta 
zniesławili ją przed laty i zmusili do ucieczki. Był to pierwszy i zarazem 
ostatni raz, nie dopuści, by to się powtórzyło.

– Znając ludzi z Marmet, rzeczywiście powinnam mieć się baczności – 

wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Miała drżący głos, ale spojrzenie spokojne. Tony wyciągnął ku niej rękę, 

jednak odwróciła się i odeszła.

– Pani Whitman jest przepełniona gniewem – uznał Roń Gallagher. – 

Nie można jej winić. – Spojrzał w niebo, a potem na zegarek. – Powinniśmy 
ruszać. Pozostały nam niepełne trzy godziny dobrego światła.

Tony   odprowadził   Sarah   wzrokiem   aż   do   samych   drzwi   budynku,   a 

potem podążył za szeryfem w głąb lasu.

Gdy   tylko   znalazła   się   w   kuchni,   odezwał   się   telefon.   Biegnąc   do 

aparatu, zastanawiała się, czy powinna w ogóle podnosić słuchawkę. Pewnie 
nie,   bo   wiadomość,   z   pewnością   przeznaczoną   dla   Tony'ego,   i   tak 
zarejestruje automatyczna sekretarka.

Zdziwiła się gdy usłyszała w słuchawce głos ciotki.
– Dziecko, bardzo cię proszę, natychmiast wracaj do domu  – ostrym 

background image

tonem nakazała wychowanicy Lorett Boudreaux.

– Ciociu... czy stało się coś złego? Jesteś może chora?
– Tak, dziecko. Dzieje się coś złego. Jesteś w niewłaściwym miejscu. 

Wracaj natychmiast do domu.

Sarah poczuła, jak jej ramiona pokrywa gęsia skórka. Zbyt dobrze znała 

ten ton głosu Lorett, aby go lekceważyć.

–  Ciociu,  chciałabym  wrócić,   nie   masz  pojęcia,   jak  bardzo.  Ale  jeśli 

wyjadę teraz z Marmet, nigdy nie otrząsnę się z przeszłości.

– Są tam ludzie, którzy chcą się ciebie pozbyć – poinformowała ciotka.
– Już o tym wiem.
– Oni są groźni.
Sarah poczuła bolesny ucisk w żołądku. A więc ślady męskich butów za 

domem miały znaczenie. Ktoś ją obserwował. Przez chwilę wahała się, czy 
nie   dogonić   szeryfa   i   Tony'ego   i   nie   powiedzieć   im   o   grożącym   jej 
niebezpieczeństwie.   Nie,   lepiej   nie,   musiałaby   wówczas   wyjaśnić,   że 
ostrzeżenia udzieliła jej osoba parająca się magią.

– Jeśli stąd wyjadę – powiedziała – pozwolę, by ci ludzie znów wygrali. 

A poza tym muszą oddać mi szczątki ojca. To przecież główny powód, dla 
którego tutaj przyjechałam.

– Wracaj natychmiast, moje dziecko – prosiła Lorett. – Nie zniosłabym 

dwóch pochówków zamiast jednego.

Sarah zbierało się na płacz. W głosie ciotki słyszała strach, który odbijał 

się echem w jej własnym sercu.

– Kocham cię, ciociu, ale muszę zostać w Marmet. Obiecuję, że będę 

ostrożna.

– Wobec tego, Sarah Jane, zrób jedno. Zaufaj swojemu mężczyźnie. On 

zaopiekuje się tobą. Zadba o twoje bezpieczeństwo.

– Ciociu, to nie jest mój mężczyzna. Sama potrafię o siebie zadbać.
– Nie tym razem. Niech Bóg ma cię w opiece, skarbie.
–  Kocham  cię   –  szepnęła   Sarah,  lecz   ciotka   już  wcześniej   przerwała 

połączenie.

Sarah odłożyła słuchawkę, a potem przez chwilę zastanawiała się nad 

słowami   Lorett.   A   więc   pobyt   w   Marmet   okaże   się   jeszcze   większym 
koszmarem, niż się spodziewała. Co z tego? Przecież nie przyjechała tu na 
wakacje.  Ponadto uprzedzono  ją o grożącym niebezpieczeństwie  i dzięki 
temu nie była zupełnie bezbronna.

background image

W tym samym czasie obaj panowie przebywający poza domem doszli do 

własnych, równie istotnych wniosków. Szeryf odnalazł miejsce, z którego 
pod osłoną drzew jakiś człowiek obserwował dom. Z układu i głębokości 
odcisków   butów   można   było   wywnioskować,   że   stał   tutaj   bardzo   długo. 
Najpierw podczas deszczu, a potem w rozmakającym śniegu. Niestety, woda 
zdążyła zniszczyć ślady prowadzące do jego kryjówki, nie można więc było 
ustalić, skąd przyszedł intruz. Odciski butów stały się widoczne dopiero na 
skraju lasu.

–   Ktoś   przyszedł   tu   rozmyślnie,   mam   rację?   –   zapytał   Tony.   Szeryf 

dotknął kabury przy pasie, a potem skinął głową.

– Tak sądzę – odparł. – Ktoś obserwował dom, ale to nie oznacza, że 

stanowi też zagrożenie dla pani Whitman.

– Jak mam to rozumieć?
–   Chodzi   o   pański   dom   –   wyjaśnił   szeryf.   –   To   świetne   miejsce   na 

spędzenie   wakacji.   Z   daleka   widać,   że   posiadłość   należy   do   kogoś 
zamożnego,  kto rzadko tu bywa. Być może  jakiś rabuś chciał rozpoznać 
teren. A kiedy zobaczył, że w domu ktoś jest, wycofał się szybko.

Tony wsunął ręce do kieszeni. Z miejsca, w którym się znajdowali, było 

widać dach domu. Za plecami miał jezioro. Panująca tam cisza wydała mu 
się złowieszcza. Znacznie bardziej wolał to miejsce w lecie, kiedy na wodzie 
panował ruch. Pływały łodzie, kąpali się ludzie. Teraz jednak, gdy tylko 
spojrzał w tamtą stronę, od razu przychodził mu na myśl Franklin Whitman, 
przez ponad dwadzieścia lat spoczywający na dnie jeziora.

–   S   ądzi   pan,   że   ktoś   zamierzał   obrabować   dom?   –   zapytał   z 

powątpiewaniem w głosie po dłuższej chwili milczenia.

– Istnieje taka możliwość.
– Fakt. – Tony kiwnął głową. – Ale co podpowiada panu intuicja? Szeryf 

wzruszył ramionami.

– Od dwóch czy trzech lat nie mieliśmy w okolicy żadnych kradzieży. 

Gdybym miał się zakładać, skłaniałbym się do stwierdzenia, że powodem 
zjawienia się podglądacza stała się obecność pani Whitman. Nie musi to 
jednak   wcale   oznaczać,   że   ktoś   chce   wyrządzić   jej   krzywdę.   Ludzie   są 
ciekawscy, lubią wsadzać  nos w cudze  sprawy, a tutejsi  mieszkańcy  nie 
odbiegają w tym względzie od normy. Przyjazd pani Whitman wywołał w 
mieście duże poruszenie. Przed dwudziestu laty wyjechała z Marmet jako 
mała   dziewczynka,   a   dziś   wróciła   jako   dojrzała   kobieta,   która   ma   do 

background image

spełnienia misję.

Tony spojrzał w górę. Na jeszcze dość jasnym niebie już była widoczna 

Gwiazda Polarna.

– Wracam do domu – oznajmił szeryfowi. – Sarah za długo jest sama.
– Pójdę z panem. Pożegnam się z panią Whitman i ruszę w dalszą drogę. 

Jeśli coś wpadnie panu do głowy, proszę się nie krępować i od razu do mnie 
dzwonić.

– Jasne – odparł Tony i poprowadził szeryfa w stronę domu.
Podczas   kolacji   Sarah   prawie   nic   nie   mówiła.   Odpowiadała   tylko   na 

zadawane pytania i nic nie jedząc, dziobała zapamiętale widelcem kolejne 
potrawy.   Tony   cieszył   się   z   jej   obecności   pod   własnym   dachem.   Uznał 
jednak,   że   zamiast   siedzieć   przy   stole   z   kobietą   milczącą   i   spokojną,   z 
dwojga złego wolałby towarzystwo poirytowanej złośnicy i wojowniczki.

Długo nie wytrzymał. Postanowił sprowokować Sarah, zmusić do jakiejś 

reakcji.

– Nie smakuje ci moja kuchnia? – zapytał.
– Chyba nie jestem głodna – oświadczyła, odkładając widelec.
– Gniewasz się na mnie?
– Nie. Oczywiście, że nie. Nie mam powodu. Jesteś dla mnie bardzo 

miły.

Tony westchnął. Dla Sarah Whitman pragnął być kimś znacznie więcej 

niż tylko miłym facetem.

– To co się stało? – pytał dalej.
– Dzwoniła ciotka Lorett.
– W domu wszystko w porządku?
– Ciotka poleciła mi natychmiast wracać. Oświadczyła, że nie jestem 

tutaj   bezpieczna.   Tony   poczuł   ucisk   w   żołądku.   Jeszcze   miesiąc   temu 
śmiałby się z kogoś, kto traktuje serio przepowiednie jasnowidzów, ale teraz 
sam już nie wiedział, w co wierzyć.

– Co odpowiedziałaś ciotce? – zapytał.
– A jak myślisz?
– Że nigdzie nie wyjedziesz. Sarah uniosła brwi, a na jej wargach ukazał 

się lekki uśmiech.

– No, no... Chyba znasz mnie lepiej, niż sądziłam.
– Ale boisz się, prawda?
Po krótkim wahaniu skinęła głową.

background image

– Trochę. Nie mam żadnego powodu, aby nie wierzyć słowom Lorett. Z 

drugiej   jednak   strony   wiem,   że   nie   wolno   mi   uciekać.   –   Popatrzyła 
Tony'emu prosto w oczy. – Rozumiesz?

– Chyba tak.
Na twarzy Sarah ponownie ukazał się blady uśmiech.
– Dopóki będę trzymała się blisko ciebie, dopóty nic mi się nie stanie. 

Tak przynajmniej twierdzi ciotka Lorett.

– Jezu! – jęknął Tony, równocześnie  usiłując przyjąć do wiadomości 

fakt, że jasnowidząca dama mianowała go kimś w rodzaju obrońcy Sarah. – 
A co się stanie, jeśli zawiodę?

– Och, nic szczególnego. Ciotka uwielbia rzucać urok i ma zawsze na 

podorędziu pożyteczne klątwy. Nie martw się, rzadko kiedy działają dłużej 
niż przez jedno pokolenie, najwyżej dwa. Może załatwić cię na cacy, ale 
twoi potomkowie będą już chyba bezpieczni.

Tony zmierzył Sarah ostrym wzrokiem.
– Lubisz takie zabawy? – warknął rozeźlony.
–   Jeśli   chodzi   o   sprawy   magii   i   sił   nadprzyrodzonych,   to   jak   na   tak 

bystrego   i   cwanego   faceta   jesteś   stanowczo   zbyt   łatwowierny.   –   Sarah 
uśmiechnęła się pod nosem.

– Moja babka była Sycylijką – poinformował. – W naszej rodzinie krąży 

legenda, że rzuciła klątwę na mężczyznę, który oszukał jej męża na dużą 
sumę pieniędzy.

– I co stało się z tym człowiekiem?
– A więc... podobno rzuciła klątwę na jego... męskość. Nigdy więcej nie 

był już zdolny do... hmm...

– Mów prosto z mostu – zażądała Sarah.
– Wedle życzenia. Klątwa sprawiła, że już nigdy mu nie stanął.
– Och, to okropne. Co było potem?
–   Nie   mam   pojęcia.   Wszystko   działo   się   jeszcze   przed   moim 

urodzeniem.   W   każdym   razie   gdy   dorastałem,   nie   było   w   sąsiedztwie 
nikogo,   kto   nosiłby   nazwisko   tego   człowieka,   a   zatem   jego   ród   pewnie 
wymarł.

Sarah prychnęła lekceważąco.
–   Pewnie   jego   potomkowie   opuścili   okolicę.   Na   miejscu   tego   faceta 

wyniosłabym się na drugi koniec świata – stwierdziła.

–   Masz   zapewne   rację.   Jednak   ta   opowieść   tłumaczy,   dlaczego   nie 

background image

traktuję lekceważąco magii i różnych guseł. – Nachylił się nad stołem i ujął 
dłoń Sarah. – Zadbam o ciebie, dziewczyno, choć wiem, że dałabyś sobie 
radę i beze mnie. Zadbam, bo jest mi to potrzebne do szczęścia. Jasne?

Uważnie   przyjrzała   się   Tony'emu.   Dostrzegła,   że   jest   przejęty.   Nie 

wiedzieć czemu ona sama odczuła lekkie rozczarowanie.

–   Tak.   Oczywiście.   Chcesz   spłacić   dług   zaciągnięty   u   mojego   ojca. 

Doceniam ten gest. W jednej chwili z twarzy Tony'ego zniknął uśmiech.

– Nie chodzi tylko o twojego ojca, dobrze o tym wiesz. Chyba że nie 

jesteś aż tak bystra, jak mi się wydawało – dodał suchym tonem.

Zaraz potem podniósł się zza stołu i zaczął odnosić do zlewu brudne 

naczynia,   natomiast   Sarah   powróciła   myślami   do   intruza,   który   ją 
prawdopodobnie śledził.

–   Minęło   dwadzieścia   lat,   a   ty   nadal   błąkasz   się   wśród   żywych.   Do 

diabła,   Franklinie   Whitmanie,   czemu   ponownie   zakłócasz   mój   spokój? 
Dlaczego nie pozwolisz, by o tobie zapomniano?

Mrucząc cały czas pod nosem, morderca ojca Sarah zmywał z podłogi 

ślady naniesionego błota i analizował ostatnie wydarzenia.

Źle się stało, że odnaleziono ciało dawnego wiceprezesa banku, bo to 

oznaczało   wznowienie   policyjnego   śledztwa.   W  dodatku   córka  Franklina 
Whitmana rozgłaszała na prawo i lewo, że nie spocznie, dopóki zabójca nie 
zostanie wykryty i sprawiedliwie osądzony.

Gdyby nie pojawiła się w Marmet, wkrótce zamknięto by dochodzenie. 

Z braku dowodów. Teraz jednak nie było wiadomo, jak dalej potoczą się 
sprawy.

Człowiek winien śmierci Franklina Whitmana  podniósł się z klęczek. 

Krytycznym   okiem   obejrzał   umytą   podłogę   i   uznał   ją   za   czystą.   Co   za 
szkoda, że Sarah Whitman nie udało mu się usunąć równie łatwo, jak tego 
błota.

Od dwudziestu lat zabójca żył w prywatnym czyśćcu, a to zmieniłoby w 

głaz najczulsze serce. Jednak morderca nie zatracił do reszty ludzkich uczuć 
i mógłby darować życie córce Franklina Whitmana.

Jednak   pod   warunkiem,   że   Sarah   zabierze   ciało   ojca   i   niezwłocznie 

wyniesie się z Marmet. A jeśli nie... Sarah zginie, to już postanowione.

Roń Gallagher skończył się golić, zerknął w lustro, a potem usunął z 

policzków resztki kremu, umył i wytarł twarz, a na koniec spryskał wodą 
kolońską. Z zasady był pedantem, lecz dzisiaj dodatkowo zależało mu na 

background image

schludnym   wyglądzie,   spodziewał   się   bowiem   wizyty   Sarah   Whitman. 
Miała wpaść do biura, aby obejrzeć przedmioty znalezione przy ciele jej 
ojca. Musiała dokonać oględzin, mimo że zapewne nie posunie to śledztwa 
do przodu.

Staranniej   niż   zwykle   uczesał   i   lekko   polakierował   włosy.   Gdyby 

współpracownicy   wiedzieli,   ile   zadaje   sobie   trudu,   aby   dziś   dobrze 
wyglądać,   pękaliby   ze   śmiechu.   Prawda   była   taka,   że   Sarah   Whitman 
szalenie mu się podobała.

Wprawdzie zdawał sobie sprawę, że już zawsze będzie widziała w nim 

jedynie   niskiego   mężczyznę   w   średnim   wieku,   kojarzącego   się   jej   z 
najkoszmarniejszymi chwilami życia, ale to nie wpływało na jego uczucia. 
Zależało mu na aprobacie tej kobiety, jak również na tym, by mu wybaczyła. 
Może wtedy przestałyby go dręczyć wyrzuty sumienia, że przed laty nawet 
nie kiwnął palcem,  kiedy tutejsi ludzie zatruwali życie małej  Sarah i jej 
matce.

Przygładził   jeszcze   raz   niezbyt   bujne   włosy,   zapiął   pas,   wsunął   do 

kabury służbowy rewolwer i opuścił dom.

Sarah ubierała się tak starannie, jakby szła na rozmowę kwalifikacyjną, a 

nie do biura szeryfa. Musiała być silna, a już na pewno nie wolno jej wpaść 
w histerię. Nie da takiej satysfakcji szacownym obywatelom tego miasta. 
Wiedziała   jednak,   że   czeka   ją   ciężka   przeprawa.   Oglądanie   i   dotykanie 
przedmiotów znalezionych w skrzyni na dnie jeziora ożywi pamięć o ojcu, 
powrócą upiory przeszłości.

Umalowała   usta,   odgarnęła   włosy   i   uważnie   obejrzała   się   w   lustrze. 

Czarne   spodnie.   Czarny   golf.   Czerwono-czarny   żakiet.   Strój   prosty   i   w 
dobrym guście, no i świadczący o pewności siebie noszącej go osoby.

Sarah   odczuła   satysfakcję,   bo   właśnie   tak   chciała   wyglądać.   Gdy 

zakładała pantofle, do drzwi zapukał Tony.

– Już idę! – zawołała, chwytając pospiesznie płaszcz i torebkę.
– Ładnie wyglądasz – powiedział i ujął Sarah pod rękę.
– Czy wyglądam na osobę, która potrafi kopnąć kogoś w zadek? Tony 

uśmiechnął się lekko.

– O, tak... co najmniej.
– A więc uważasz, że potrafię jeszcze coś więcej? O, jak miło.
– Oj, dziewczyno, nie kuś losu – mruknął. – Ruszajmy. Nie pozwólmy, 

aby szeryf zbyt długo na nas czekał.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Gdy wjeżdżali do miasta, Sarah była piekielnie zdenerwowana. Myślała 

bez przerwy o ostrzeżeniach ciotki. Czy pozostając w miejscu, w którym 
była osobą niepożądaną, naprawdę narażała się na niepotrzebne ryzyko?

Zatrzymali się przed jednym ze skrzyżowań. Kiedy czekali na zmianę 

świateł, zobaczyli, że ktoś macha do nich z pobliskiego dziedzińca.

– Kto to jest? – spytała Sarah, przypatrując się starszej kobiecie, która 

zabrała się ponownie za grabienie liści.

–   Pani   Sheffield   –   odparł   Tony.   –   Swego   czasu   była   bibliotekarką. 

Powinnaś ją rozpoznać.

Sarah   usiłowała   dopasować   widzianą   twarz   do   wysokiej,   postawnej, 

rudowłosej kobiety, jaką zapamiętała.

– Ale jest taka stara.
–   Po   twoim   wyjeździe   z   Marmet   czas   nie   stanął   w   miejscu   – 

przypomniał Tony. – Wszyscy stali się o dwadzieścia lat starsi. Przed kilku 
laty zmarł mąż pani Sheffield. Bała się mieszkać sama, więc jakieś dwa lata 
temu ściągnęła do miasta jedną ze swoich sióstr.

Zmieniły   się   światła   i   samochód   ruszył   w   dalszą   drogę.   Jechali   w 

całkowitym milczeniu. Wreszcie znaleźli się przed biurem szeryfa i Tony 
zaparkował samochód.

– Słuchaj... – zaczęła Sarah.
– Słucham.
– Powiedz, czy ja naprawdę walczę z wiatrakami?
Tony   wyłączył   silnik,   wsunął   kluczyki   do   kieszeni   i   odwrócił   się   w 

stronę Sarah. Po raz pierwszy ujrzał na jej twarzy niepewność i strach.

– Co masz na myśli?
–   Zadaję   sobie   pytanie,   czy   nie   powinnam   zadowolić   się   faktem,   że 

odnaleziono ciało ojca. Mogłabym pochować go obok matki i wracać do 
domu – oznajmiła zgaszonym głosem.

– I nie łamać sobie głowy tym, z czyjej ręki zginął? O to ci chodzi? – 

chciał wiedzieć Tony. Sarah wzruszyła ramionami.

–   Bez   przerwy   o   tym   myślę   –   wyznała   spokojnie.   –   Co   ja   sobie 

właściwie wyobrażałam, oświadczając, że nie opuszczę Marmet, dopóki nie 

background image

przywrócę ojcu dobrego imienia? Na litość boską, przecież od tamtej pory 
upłynęło   aż   dwadzieścia   lat.   Ludzie   powyjeżdżali.   Poumierali.   Poginęły 
wszelkie dowody i poszlaki. A ponadto kto powiedział, że morderca nadal 
żyje? – Zgnębiona Sarah oparła się o drzwi wozu i zamknęła oczy. – że 
morderca nadal żyje? – Zgnębiona Sarah oparła się o drzwi wozu i zamknęła 
oczy. – Dobre chęci nie wystarczą...

Tony nachylił się i wziął Sarah za rękę.
– Sarah...
Nie chciała widzieć jego twarzy, a zwłaszcza malującego się w oczach 

współczucia. Z obawy, że się załamie.

– Popatrz na mnie – poprosił. A kiedy westchnęła i podniosła głowę, 

zapytał: – Powiedz prawdę, dlaczego przyjechałaś do Marmet?

– To oczywiste. Po zwłoki ojca.
– Oraz...?
Zamilkła  na dłuższą  chwilę. Tony czekał cierpliwie, nie poganiał jej. 

Sarah popatrzyła przez szybę na pobliskie, tętniące życiem ulice i sklepy. 
Niektóre   z   nich   wydawały   się   znajome,   podobnie   zresztą   jak   twarze 
przechodzących   ludzi.   Im   dłużej   przypatrywała   się   otoczeniu,   tym   lepiej 
rozumiała, co próbował uzmysłowić jej Tony. Wreszcie odwróciła się od 
okna.

– Byli w błędzie – stwierdziła.
– Kto? – zapytał Tony.
– Mieszkańcy tego miasta.
– Mylili się? Co do czego?
– Nie powinni tak podle nas traktować. Tony ze zrozumieniem skinął 

głową.

– Masz rację, słonko. Nie powinni byli tak postępować. Zachowali się 

obrzydliwie.

– Nie wiem, dlaczego, ale ci ludzie wywołali u mnie poczucie winy. 

Byłam   przekonana,   że   popełniłam   jakiś   haniebny   uczynek   i   nie   miałam 
pojęcia, jak za niego odpokutować. Wiem, że to głupie, ale tak właśnie się 
czułam. – Sarah odetchnęła głęboko i nie zdając sobie sprawy z tego, że 
zaczyna  drżeć  jej  głos,  ciągnęła:  – Żadne sukcesy,  które od  tamtej  pory 
odniosłam, nie były w stanie zetrzeć ze mnie tego hańbiącego piętna. Piętna, 
które nosiłam jako córka Franklina Whitmana.

Tony słuchał w milczeniu.

background image

Po chwili Sarah zaczęła mówić dalej:
– A kiedy dowiedziałam się po latach, że ojciec nie był złodziejem, za 

jakiego wszyscy go uważali, znów poczułam się winna. Wcale nie okazałam 
się lepsza niż pozostali mieszkańcy Marmet. Dlaczego tak łatwo uwierzyłam 
w winę taty? Pewnie dlatego doszłam do wniosku, że jeśli przywrócę mu 
dobre imię, uda mi się wreszcie uporać z przeszłością i odetchnąć z ulgą.

– Już to osiągnęłaś – stwierdził Tony.
– Chyba tak – przyznała Sarah. – Ale potrzebuję jeszcze jednego. Ci 

ludzie muszą spojrzeć mi w twarz i przyznać, że się mylili. Nie mieli prawa 
znęcać się ani nad moją matką, ani nade mną.

Wiem, to nie przywróci mi rodziców, ale tylko tyle mogę dla nich teraz 

zrobić. – A więc chcesz się odegrać? – zapytał Tony. – Naprawdę zależy ci 
na odwecie?

– Nie. Zależy mi na tym, aby obywatele tego miasta ponieśli zasłużoną 

karę – odparła Sarah.

– Wobec tego na co jeszcze czekasz?
Słowa Tony'ego tak zaskoczyły Sarah, że przez chwilę nie była w stanie 

nawet   się   poruszyć.   Ze   zdumieniem   wpatrywała   się   w   jego   piękne, 
inteligentne oczy. Zachęcały, aby mu zaufała. Tony mocno zaciskał szczęki, 
jak zawsze, gdy był czymś bardzo poruszony.

– Na nic – odparła.
– Idziemy.
Wysiedli   z   samochodu   i   chwilę   później   wkroczyli   do   biura   Rona 

Gallaghera. Siedząca za biurkiem młoda kobieta podniosła wzrok.

– Moje nazwisko Whitman. Jestem umówiona z szeryfem – oznajmiła 

Sarah. Sekretarka uśmiechnęła się i wyszła zza biurka.

– Dzień dobry. Miło znów cię widzieć – powiedziała ciepło.
– Czy my się znamy? – spytała Sarah, marszcząc czoło.
– Jestem Margaret Thomason. Chodziłyśmy do jednej klasy, siedziałam 

trzy ławki przed tobą. Teraz noszę nazwisko Bishop. Wkrótce po skończeniu 
szkoły   średniej   wyszłam   za   Barneya   Bishopa.   Ujęta   bezpośredniością 
rozmówczyni, Sarah odwzajemniła uśmiech.

– Cześć, Margaret – powitała sekretarkę szeryfa. – Pamiętam zarówno 

ciebie, jak i Barneya. Margaret zachichotała po dziewczęcemu.

– Uwierz mi, ten chłopak zmienił się na lepsze.
– A więc przestał zabawiać się w plucie na odległość?

background image

– O ile sobie przypominam, robił to tylko w szóstej lub siódmej klasie. 

Kiedy zaczął interesować się dziewczętami.

– Normalna kolej rzeczy – stwierdził z uśmiechem Tony.
Sekretarka szeryfa popatrzyła z podziwem na wysokiego, przystojnego 

mężczyznę towarzyszącego Sarah Whitman. Miała przed sobą legendarnego 
Silka   DeMarca.   W   mieście   krążyły   liczne   opowieści   o   nic   nie   wartym 
uliczniku,   chłopaku   pochodzącym   z   biednej   rodziny,   który   wyrósł   na 
przyzwoitego   człowieka   i   odniósł   wielki   sukces.   Margaret   znała 
dziewczyny, które przed laty nawet nie spojrzały w stronę Silka, lecz teraz 
oddałyby ostatniego dolara, byle tylko zaprosił je na randkę.

– Dzień dobry, Silk – Margaret ciepło przywitała gościa. – Od dawna nie 

było cię w Marmet. – Mimo że stała się stateczną mężatką, mamą trójki 
dzieci,  poddała  się  od razu  niezaprzeczalnemu  urokowi tego  mężczyzny. 
Naszła ją nawet ochota, aby znów głośno zachichotać, ale szybko wzięła się 
w garść.

–   Czy   jest   szeryf?   –   spytała   Sarah.   Dopiero   teraz   sekretarka 

przypomniała sobie powód wizyty Sarah i od razu spoważniała.

– Tak. Przepraszam, że zaczęłam mówić o sobie. Szef czeka na ciebie. 

Chodź, zaprowadzę cię do niego.

Margaret zatrzymała się przed drzwiami na końcu holu, zapukała i po 

chwili je otworzyła.

– Roń, przyszła Sarah Whitman.
Szeryf podniósł się żwawo z fotela, obszedł biurko i gestem zaprosił 

gości do środka. Stojąc przed drzwiami, sekretarka dotknęła ramienia Sarah.

– Cieszę się, że mogłam znów cię zobaczyć – oznajmiła z serdecznym 

uśmiechem. Sarah od razu poczuła się znacznie lepiej. Towarzyszące jej od 
rana napięcie zaczęło powoli ustępować.

– Dziękuję, Margaret.
– Za co?
– Za miłe przyjęcie – wyjaśniła i weszła do gabinetu szeryfa.
Roń Gallagher oparł łokcie na blacie biurka i czekając, aż przybyli się 

rozgoszczą, wyginał w palcach spinacze.

Gdy dostrzegł wymianę spojrzeń między  Sarah a DeMarkiem,  ciężko 

westchnął. No tak, czas najwyższy pozbyć się złudzeń i wreszcie przestać 
myśleć o tej pięknej kobiecie. Nie tylko był za stary i za niski, lecz także nie 
dorastał jej do pięt. Brakowało mu klasy, jaką mogła poszczycić się Sarah 

background image

Whitman.

–   Mam   nadzieję   –   zaczął   –   że   zapomniała   już   pani   o   wczorajszym 

strachu i czuje się dobrze. Sarah wbiła w szeryfa chłodny wzrok.

– Już wczoraj wyjaśniłam, że nie tak łatwo mnie przestraszyć. Tak, czuję 

się dobrze. Na tyle, na ile pozwalają na to okoliczności. A teraz chciałabym 
zobaczyć przedmioty znalezione przy ciele ojca.

Roń  Gallagher  otworzył  szufladę,  wyciągnął  dużą,  brązową  kopertę  i 

wysypał jej zawartość na blat biurka.

– Obawiam się, że zostało niewiele – oznajmił. – Dwadzieścia lat pod 

wodą zrobiło swoje.

Sarah   zacisnęła   zęby,   żeby   nie   powiedzieć   czegoś,   czego   by   potem 

mogła żałować. Sięgnęła po najbliżej leżący przedmiot. Był to portfel ojca.

–   Ostrożnie   –   ostrzegł   szeryf.   –   Skóra   ledwie   się   trzyma.   W   środku 

zachowało się tylko prawo jazdy.

Drżącymi palcami Sarah rozchyliła portfel i spojrzała na zdjęcie ojca.
–   Och,   Boże...   tatusiu...   –   wyszeptała,   dotykając   czubkiem   palca 

powyginanej plastikowej karty.

Tony bez słowa położył rękę na ramieniu Sarah. Na krótką chwilę oparła 

się o niego, lecz zaraz potem wyprostowała plecy i podniosła głowę. Jeszcze 
raz spojrzała na wyblakłą podobiznę uśmiechniętego mężczyzny o jasnych 
włosach i odłożyła portfel.

Ron Gallagher podsunął jej teraz niewielki pęk kluczy. Czuł się przy tym 

okropnie,   jak   intruz,   który   przeszkadza   Sarah   w   pożegnaniu   z   ukochaną 
osobą.

Na   widok   klucza   z   napisem   „Numer   jeden,   Tatuś"   Sarah   z   wrażenia 

straciła na chwilę oddech. Był to prezent od niej na Dzień Ojca. Wzięła 
klucz do ręki i odwróciła się, aby pokazać go Tony'emu, bo nagle zabrakło 
jej słów.

– Widzę, słonko – powiedział łagodnie. – Dałaś go tacie? – A kiedy 

skinęła głową, ciągnął: – Był z ciebie bardzo dumny. Często mówił mi, jaka 
jesteś zdolna i bystra. Wiedziałaś o tym?

– Nie.
W tym jednym krótkim słowie skrywał się bezmiar bólu.
– Za każdym razem, gdy strzygłem wasze trawniki, opowiadał mi o tobie 

jakąś nową historię.

Sarah   oddychała   powoli,   z   przyjemnością   słuchając   tych   słów. 

background image

Przynosiły ukojenie, przywracały spokój.

Szeryfa interesowały znalezione klucze, dlatego postanowił przerwać tę 

pełną napięcia ciszę.

– Pani Whitman, właściwie zastanawiam się, czy... – zaczął.
– Mam na imię Sarah – przypomniała. Wolała, aby szeryf zwracał się do 

niej mniej oficjalnie.

– Dobrze. A więc, Sarah, czy potrafiłaby pani zidentyfikować któryś z 

tych   kluczy?   Zaczęła   intensywnie   myśleć.   Była   wówczas   taka   mała,   ale 
może jednak...

– Ten otwierał drzwi do naszego domu. Pamiętam, bo identyczny klucz 

nosiłam na łańcuszku na szyi. Na pewno.

Do wskazanego klucza Roń Gallagher przylepił kawałek taśmy, a potem 

odnotował coś w aktach.

– A pozostałe? – zapytał.
– To chyba kluczyki do forda – stwierdziła Sarah. – Mieliśmy samochód 

tej   marki.   A   te   są   od...   –   Obróciła   na   palcu   dwa   małe   kluczyki   o 
dziwacznych ząbkach. – Chyba właśnie nimi tatuś zamykał szuflady biurka.

– A co z tym? – Szeryf wskazał ostatni klucz.
– Wygląda na klucz do bankowej skrytki – do rozmowy wtrącił się Tony. 

Roń Gallagher popatrzył na niego z uwagą.

– To całkiem prawdopodobne. Sarah odłożyła klucze na biurko.
– Byłam za mała, aby wiedzieć coś na ten temat ale jestem pewna, że 

rodzice mieli taką skrytkę. I to chyba w banku, w którym pracował tatuś.

– Sprawdzę, ale zapewne przeszukano ją natychmiast po stwierdzeniu 

kradzieży w banku.

– Może tak, a może nie. Moja matka odmówiła wówczas współpracy z 

prowadzącymi dochodzenie – przypomniała sobie Sarah.

– Mogli załatwić nakaz sądowy bez jej zgody – wyjaśnił szeryf.
– Nic mi o tym nie wiadomo. Miałam wtedy zaledwie dziesięć lat. – Z 

małego stosu monet leżącego na biurku Sarah podniosła jeden pieniążek. 
Była to dziesięciocentówka z 1973 roku. – Jaka stara – uznała.

– Wtedy była nowa – sprostował Tony.
Sarah odłożyła pieniążek. I nagle uprzytomniła sobie, że nie wolno jej 

dalej opowiadać o prywatnym życiu ojca w obecności szeryfa. Przecież to 
właśnie Roń Gallagher pełnił tę funkcję również dwadzieścia lat temu. Jak 
mogła   się   spodziewać,   że   tym   razem   rzetelnie   zajmie   się   sprawą   i 

background image

doprowadzi do wykrycia mordercy ojca?

– Czy to wszystko? – zapytała. A gdy szeryf skinął głową, zadała kolejne 

pytanie: – Kiedy będę mogła odebrać zwłoki ojca?

–   Biuro   koronera   twierdzi,   że   za   jakiś   tydzień,   może   trochę   później. 

Ludzie są zawaleni robotą, a to nie jest przecież nic pil...

Roń   Gallagher   urwał,   lecz   nie   potrafił   już   cofnąć   nieopatrznie 

wypowiedzianych słów. Zerknął z niepokojem na skamieniałą twarz Sarah.

– Chciał pan nas poinformować, że nie jest to sprawa, którą należałoby 

załatwić w miarę szybko, mam rację? – wycedziła przez zęby. – Jak widzę, 
nie jestem już dłużej panu potrzebna. Żegnam.

Zaskoczony reakcją Sarah szeryf podniósł się z miejsca. Zastanawiał się, 

w jaki sposób mógłby naprawić gafę, ale jak na złość nic nie przychodziło 
mu do głowy.

Tony spojrzał na hardo uniesiony podbródek Sarah i zrozumiał, że to 

rzeczywiście   już   koniec   rozmowy.   Gdy   wkładała   płaszcz,   podał 
Gallagherowi rękę.

– Wie pan, gdzie nas znaleźć, w razie gdyby zechciał pan jeszcze o coś 

zapytać – powiedział do szeryfa.

Gallagher skinął głową. Zwrócił się do Sarah:
– Pani Whitman, jeśli jest coś, co możemy dla pani zrobić, proszę dać 

nam znać. Z godnością uniosła głowę.

–   Chce   pan   pomóc?   W   takim   razie   proszę   znaleźć   człowieka,   który 

wrzucił mojego ojca do jeziora Flagstaff.

– Niczego bardziej nie pragnę – oświadczył Gallagher.
– Dlaczego jednak wyczuwam w tych słowach jakieś „ale"? – drwiącym 

tonem spytała Sarah.

Szeryf wskazał otwarte akta na biurku.
–   To   wszystko,   co   mam   w   tej   sprawie.   To   znaczy   prawie   nic.   Brak 

choćby najmniejszego śladu dowodu, który wskazywałby na kogoś innego, a 
nie na pani ojca. W tamten weekend Franklin Whitman był ostatnią osobą 
przebywającą w banku. Kradzież odkryto w poniedziałek, a równocześnie 
zaginął też pani ojciec. Natomiast pozostali pracownicy w komplecie zjawili 
się w pracy. Wszyscy oprócz wiceprezesa.

– Nic dziwnego – prychnęła Sarah – bo już wówczas spoczywał na dnie 

jeziora. – Miała ochotę wrzeszczeć z wściekłości, ale tylko zacisnęła pięści. 
Odetchnęła głęboko. Nachyliła się nad biurkiem i oparła obie ręce na blacie. 

background image

– Mój ojciec nie zamknął się chyba w skrzyni własnoręcznie i nie rzucił do 
wody, prawda, szeryfie? – spytała z roziskrzonymi gniewem oczyma.

Roń Gallagher z trudem wytrzymał jej wzrok.
– Tak, proszę pani. Sam tego nie zrobił.
– A więc pokpiliście dochodzenie. Szeryf zmarszczył czoło i zasępił się. 

Nie podobało mu się takie postawienie sprawy.

– Na to wygląda – bąknął wreszcie.
– Chcę wiedzieć, czy zamierza pan naprawić stare błędy – przypierała go 

do   muru.   Tym   razem   Roń   Gallagher   nawet   nie   próbował   ukryć 
niezadowolenia.

– Pani Whitman, zawsze robię, co do mnie należy, ale nie zawsze udaje 

mi   się   uzyskać   zadowalające   wyniki.   Dwadzieścia   lat   temu   zaczynałem 
dopiero  pracę,  jako  młody   człowiek  nie  miałem  jeszcze   wystarczającego 
doświadczenia.   Mimo   to   prowadziłem   jednak   dochodzenie   sumiennie, 
zgodnie z obowiązującymi zasadami. W tej sprawie występował tylko jeden 
podejrzany.

– Może pan odpowiedzieć mi na jeszcze jedno pytanie?
– Postaram się, pani Whitman.
– Czy kiedykolwiek braliście pod uwagę, że sprawcą był kto inny?
Roń Gallagher zawahał się, po czym westchnął. Nie potrafił skłamać tej 

kobiecie.

– Nic mi o tym nie wiadomo – mruknął.
– Co zamierza pan teraz zrobić z tą sprawą?
– Już robię.
– Co?
–   Wznowiłem   dochodzenie.   Jeśli   odkryjemy   jakieś   nowe   poszlaki, 

pierwszą osobą, której damy o tym znać.

Sarah nawet nie starała się ukryć pogardy.
–   A   zatem   chce   pan   powiedzieć:   proszę   do   nas   nie   dzwonić,   sami 

skontaktujemy? Czy tak, szeryfie? – pytała drwiącym tonem.

Tony ujął ją za łokieć.
– Sarah.
– O co chodzi?
– Pan Gallagher ma przecież dobre chęci. Próbuje ci pomóc. Sarah opuś 

ciła brodę. Kiedy ponownie podniosła wzrok, miała w oczach łzy.

– Wiem – powiedziała cicho, a potem odwróciła się w stronę szeryfa.

background image

– Przepraszam. To wszystko jest dla mnie tak okropnie trudne... Roń 

Gallagher dotknął jej ramienia.

– To nie mnie należą się przeprosiny, lecz pani. Sarah, proszę dać mi 

trochę czasu. Zrobię wszystko co w mojej mocy, nawet jeśli narażę się w ten 
sposób szacownym obywatelom naszego pięknego miasteczka.

Twierdzeniem tym szeryf trochę rozluźnił napiętą atmosferę.
– Jeśli pan tak postąpi, mam nadzieję, że to zobaczę – powiedziała Sarah. 

– Na mnie już czas. Znikam. A pan niech zabierze się za wywoływanie 
demonów z przeszłości.

– Dobrze, pani Whitman.  Właśnie zamierzam to zrobić – potwierdził 

szeryf, zamykając za gośćmi drzwi gabinetu.

W   sekretariacie   Margaret   rozmawiała   przez   telefon.   Na   pożegnanie 

Sarah pomachała jej ręką. Zaraz potem, sięgając do klamki, usłyszała ciche 
przekleństwo Tony'ego.

– O co chodzi? – spytała zdziwiona.
– Spójrz. – Pokazał okno na ulicę. – Wygląda na to, że odnaleźli cię 

reporterzy.

W   pierwszej   chwili   Sarah   miała   ochotę   uciec   tylnym   wyjściem,   ale 

potem ogarnęła ją złość.

– Świetnie – warknęła.
– Jesteś pewna? – zapytał Tony. – Poczekaj tutaj, a ja pójdę po szeryfa. 

On szybko się ich pozbędzie.

– Zostań. Są rzeczy, które wymagają wyjaśnienia. Może potem media 

dadzą mi święty spokój.

Tony zrezygnował z dalszej dyskusji. Z lekkim westchnieniem otworzył 

przed Sarah drzwi.

Prawie natychmiast wycelowano w nich trzy kamery. Podbiegło kilku 

reporterów. Podsunęli Sarah mikrofony pod nos.

– Pani Whitman! Pani Whitman! Co może nam pani powiedzieć o tej 

sprawie? Czy pani uważa, że to wspólnicy zamordowali pani ojca? Czy jest 
pani rozgoryczona, bo...

Tony wysunął się przed Sarah, odgradzając ją od reporterów i tłumu 

gapiów.

– Proszę się cofnąć! – zażądał ostrym tonem. – Pani Whitman nie będzie 

odpowiadała na żadne pytania, ale zamierza wygłosić oświadczenie.

–   Kim   pan   jest?   –   chciał   się   dowiedzieć   jeden   z   reporterów.   –   Jej 

background image

adwokatem?

– Nie. A więc chcecie usłyszeć, co ma do po wiedzenia pani Whitman 

czy mam wezwać szeryfa?

Reporterzy cofnęli się, a Sarah zrobiła krok w przód.
– Koroner jeszcze nie wydał mi ciała ojca, ale poinformowano mnie o 

wznowieniu śledztwa. Jest dla mnie  oczywiste, że ojciec stał się kozłem 
ofiarnym prawdziwego złodzieja, który nie tylko wykradł z banku milion 
dolarów,   lecz   także   dopuścił   się   morderstwa.   –   Sarah   nachyliła   się   i 
spojrzała prosto w obiektywy wycelowanych w nią kamer.

– Nie wiem, jak długo zostanę w miasteczku, ale nie spocznę, dopóki nie 

zostanie   oczyszczone   imię   mojego   ojca,   a   jego   zabójca   nie   stanie   przed 
sądem. Dwadzieścia lat temu mieszkańcy tego miasta zatruli życie mnie i 
mojej rodzinie, odsądzając nas od czci i wiary. Kiedy prawda wyjdzie na 
jaw, oczekuję od nich co najmniej przeprosin.

Reporterzy znów zaczęli zasypywać Sarah pytaniami.
– To wszystko – oświadczył Tony. – A teraz proszę nam wybaczyć. – 

Wziął Sarah pod rękę i poprowadził do samochodu. – Wskakuj, szybko

– polecił szeptem, otwierając przed nią drzwi. Zatrzymała się i podniosła 

wzrok.

– Nie, Tony. Nie zamierzam uciekać. Nigdy więcej.
Zaczął protestować, ale zaraz potem zrezygnowany machnął ręką.
– Napytasz sobie biedy, dziecino – powiedział łagodnym tonem. – Skoro 

już jesteśmy w mieście, czy chcesz coś jeszcze tutaj załatwić?

– Możemy pojechać do supermarketu? Powinnam kupić kilka rzeczy.
– Słonko, przecież możesz robić, co ci się żywnie podoba.
Sarah uśmiechnęła się i usadowiła w fotelu. Tony obszedł samochód i 

wsunął się za kierownicę. Chwilę później jechali w stronę centrum Marmet, 
do jedynego w mieście sklepu spożywczego.

Pół   godziny   później   opuścili   to   miejsce,   każde   z   dużą   torbą   pełną 

wiktuałów.   Tony   otworzył   bagażnik   i   kiedy   nachylił   się,   żeby   włożyć 
zakupy do środka, poczuł na plecach czyjś wzrok.

W   ich   stronę   zmierzał   wysoki,   starszy   mężczyzna,   z   małą   paczką   w 

dłoni.

– Czy to ty, Sarah Jane? – zapytał.
– Pan Harmon Weatherly? Starszy pan rozpromienił się.
– A więc jednak mnie poznałaś! A ja nie byłem nawet pewien, moja 

background image

droga,   czy   po   tylu   latach   jeszcze   w   ogóle   mnie   pamiętasz.   Jak   ci   się 
wiedzie?

–   Dziękuję,   dobrze.   Od   razu   wiedziałam,   kim   pan   jest.   Był   pan 

najlepszym kasjerem w banku. Tatuś często to powtarzał.

Starszy pan uśmiechnął się smutno.
– Podziwiałem twojego ojca – powiedział. – Był bardzo przyzwoitym 

człowiekiem. W dzisiejszych czasach to rzadka zaleta.

– Dziękuję za miłe słowa. Nie ma pan nawet pojęcia, jak bardzo je sobie 

cenię.   Harmon   Weatherly   skinął   głową,   a   potem   przeniósł   wzrok   na 
towarzysza Sarah.

– Czy ja pana znam? – zapytał.
–   Jestem   Anthony   DeMarco.   –   Tony   wyciągnął   rękę   na   powitanie. 

Starszy pan uniósł brwi. Było widać, że wraca mu pamięć.

– Jesteś synem Sylvestra DeMarca, mam racj ę?
Tony   aż   jęknął   w   środku.   Całe   lata   ciężko   pracował   na   to,   by 

zapomniano o jego pochodzeniu, a tu nagle, jednym zdaniem, ten starzec 
ściągnął go ponownie na samo dno.

– Tak – potwierdził zachmurzony.
– Dobrze go znałem – mówił dalej Weatherly. – Podobnie zresztą jak 

twoją matkę. Wiadomość o ich śmierci przyjąłem z prawdziwą przykrością.

Tony z trudem ukrył zdziwienie. Przez całe życie na temat  rodziców 

słyszał   tylko   i   wyłącznie   przykre   rzeczy.   Nie   wiedział,   czy   uściskać 
rozmówcę, czy lepiej nie okazywać żadnych uczuć.

– Gdzie teraz mieszkasz? – zapytał Weatherly.
– W Chicago.
Starszy pan pokiwał głową.
– Byłem tam. Raz. Nie podobało mi się, jest zbyt płasko.
– Tak, ma pan rację. – Tony uśmiechnął się. – W porównaniu z Maine...
–   Miło   było   znowu   cię   zobaczyć   –   powiedział   Weatherly,   a   potem 

odwrócił się do Sarah i wyciągnął przed siebie paczkę. – Jakiś tydzień po 
zniknięciu twego ojca usiłowałem oddać to twojej matce, ale nie wpuściła 
mnie do domu. Teraz, jak sądzę, należy do ciebie.

– Co to jest? – zaciekawiła się Sarah, biorąc pakiet do ręki. Starszy pan 

zmarszczył czoło.

– Dzień lub dwa po zniknięciu twego ojca Sonny Romfield, prowadzący 

u nas dział kredytów, zginął w wypadku samochodowym pod miastem. To 

background image

była   prawdziwa   tragedia.   Zostawił   żonę   z   dwojgiem   małych   dzieci. 
Polecono mi w banku opróżnić jego biurko, podobnie zresztą jak biurko 
twego ojca. Pani Romfield odebrała ode mnie rzeczy Sonny'ego, ale, jak już 
mówiłem, twoja matka nawet nie chciała ze mną rozmawiać. Postanowiłem 
więc poczekać, aż ucichnie szum wokół tej sprawy, lecz twoja matka... także 
odeszła. W ten sposób pudełko z rzeczami Franklina zostało u mnie. Kiedy 
teraz usłyszałem, że przyjechałaś do Marmet, przypomniałem sobie o tym. 
Właściwie to nawet nie wiem, co tam jest.

Zapieczętowałem je wówczas i tak zostało do dziś. Drżącymi rękoma 

Sarah przycisnęła paczkę do piersi.

– Bardzo panu dziękuję.
– Nie ma za co. – Harmon Weatherly wytarł dłonie o przód płaszcza i 

skinął głową Tony'emu. – Czas na mnie. Jestem pewny, że wszystko dobrze 
się   skończy.   Mówi   się,   że   prawda   jest   jak   oliwa   i   zawsze   wypływa   na 
wierzch. Żegnam.

Tony spojrzał na Sarah, której zbierało się na łzy.
–   To   był   dla   ciebie,   słonko,   piekielnie   trudny   dzień   –   stwierdził 

łagodnym tonem.

– Lepszy niż się spodziewałam. – Uniosła brodę. – Jestem gotowa do 

powrotu. Chyba że jeszcze nie chcesz...

– Kiepskie żarty – mruknął.
Ruszyli w stronę domu. Sarah zapięła pas bezpieczeństwa. Trzymała na 

kolanach pudełko z rzeczami po ojcu tak ostrożnie, jakby była to bomba.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Wchodź do środka. Sam wniosę zakupy – powiedział Tony, otwierając 

drzwi.

Nie wypuszczając z rąk cennej paczki, Sarah pobiegła wprost na górę i 

wpadła   jak   huragan   do   swego   pokoju.   Spoglądając   na   brązowy   papier 
przewiązany   zakurzonym   sznurkiem,   zastanawiała   się,   co   jest   w   środku. 
Prawdziwą męką było siedzenie na wprost szeryfa i oglądanie na oczach 
obcego   człowieka   żałosnych   pozostałości   po   rzeczach   osobistych   ojca. 
Zastanawiała się, czy teraz zniesie lepiej konfrontację z przeszłością. Wcale 
nie była o tym przekonana.

Zamiast od razu sprawdzić zawartość pudełka, położyła je na łóżku i 

zaczęła się rozbierać. Powiesiła płaszcz, a potem poszła do łazienki, gdzie 
przez   dobre   pięć   minut   wynajdywała   sobie   różne,   mało   ważne   zajęcia. 
Wróciwszy do pokoju, popatrzyła ponownie na paczkę. Mimo że pudełko 
było   niewielkie   i   pewnie   nie   zawierało   nic   szczególnie   ważnego,   nadal 
zwlekała z jego otwarciem.

Im dłużej stała, tym większy odczuwała niepokój.
Do   tej   pory   potrafiła   zawsze   zapanować   nad   emocjami,   ale   teraz, 

przytłoczona   wydarzeniami   kilku   ostatnich   dni,   dotarła   do   granicy 
psychicznego załamania.

Akurat gdy zastanawiała się, czy zadzwonić do ciotki Lorett, w drzwiach 

stanął Tony. Sarah podniosła wzrok.

Wtedy Tony natychmiast zapomniał, co chciał powiedzieć. Do tej pory 

przyglądał   się   z   boku   cierpieniom   tej   kobiety,   ponieważ   właśnie   tego 
chciała. Jednak teraz nie umiał już zachować dystansu.

Wszedł   do   pokoju   i   wziął   Sarah   w   ramiona.   Pochylił   się   i   musnął 

wargami jej policzek. A kiedy zesztywniała, zmusił ją delikatnie, by uniosła 
głowę i spojrzała na niego.

– Nie wojuj ze mną, dziecino – powiedział prawie szeptem. – Proszę, nie 

wojuj. Być może jestem ci zupełnie obojętny, ale mnie na tobie naprawdę 
zależy i nie zamierzam się z tobą kłócić.

Sarah   poczuła   na   twarzy   ciepły   oddech   i   poddała   się   temu,   co 

nieuniknione.

background image

Wargi Tony'ego były twarde i gorące, bez trudu odnalazły jej usta. Zaraz 

potem poczuła ręce mężczyzny zaciskające się mocniej wokół jej ramion. 
Przygarnął ją do siebie i wtedy poczuła, jak jego ciałem wstrząsa dreszcz. 
Usłyszała cichy jęk pożądania. Sprawił, że przestała nad sobą panować.

Zamiast odepchnąć Tony'ego, przyciągnęła go do siebie.
Oderwał wargi od ust Sarah, gwałtownie porwał ją na ręce i położył na 

łóżku.   Padając   na   nią   całym   ciałem,   zagłuszył   okrzyk   pożądania,   który 
wyrwał się z jej ust.

Serce waliło mu jak szalone, a ciało pragnęło natychmiast połączyć się z 

tą Kobietą. Jednak Tony nie zamierzał wykorzystać jej chwilowej słabości. 
Pragnął kochać się z Sarah, ale nie w ten sposób i nie teraz. To będzie 
możliwe, kiedy z jej ust usłyszy to, na co czekał.

Przestał rozpinać bluzkę Sarah, potem lekko pocałował dziewczynę w 

szyję.

Miała lekko zaczerwienioną i wilgotną skórę. Tony obrysował delikatnie 

kontury   zmysłowych   warg,   wyczuwając   opuszkami   jedwabistą   miękkość 
skóry. Kiedy Sarah nagle otworzyła usta i delikatnie ugryzła czubek jego 
palca, Tony lekko zmrużył oczy.

– Słonko... słodki Jezu... Dziewczyno, miej litość, nie jestem ze stali. 

Jeśli chcesz, żebym przestał, po prostu mi powiedz.

– Silk...
Połaskotał językiem jej szyję.
– Co, słonko? Wiedz, że wystarczy też jedno twoje słowo, bym należał 

do ciebie.

– Wiem, czego chcę, ale... ale się boję.
– Mnie?
Na   twarzy   Tony'ego   odmalowało   się   przykre   zaskoczenie.   Sarah 

wiedziała,   że   nie   powinna   tego   mówić,   ale   nie   umiała   wytłumaczyć 
targających nią emocji.

– Boję się nie ciebie, lecz tego, że zniszczysz moją samokontrolę. Jeśli ją 

stracę,   raczej   nie   uda   mi   się   doprowadzić   do   końca   tego,   po   co   tu 
przyjechałam.

Tony   znieruchomiał.   Jego   serce   wciąż   biło   przyspieszonym   rytmem. 

Pożądał tej kobiety, ale rozumiał jej wahanie.

– W porządku, musimy zwolnić.
Skrył twarz w zagłębieniu szyi Sarah i stłumił jęk. Potem wstał i nie 

background image

oglądając się, wyszedł z pokoju.

Sarah poprosiła wprawdzie Tony'ego, aby przestał ją pieścić, lecz jego 

uległość   w   tej   sprawie   najpierw   ją   zaskoczyła,   a   potem   zirytowała.   Co 
gorsza, zostawił ją samą. Czuła się okropnie, zziębnięta i pusta w środku.

Kiedy przewróciła się na brzuch i podniosła głowę, uprzytomniła sobie, 

że   paczka,  którą  wręczył  jej  Harmon   Weatherly,  leży  nadal  nie  otwarta. 
Sarah schowała głowę pod poduszkę, lecz po chwili, zawstydzona własnym 
tchórzostwem, sięgnęła po pudełko i postawiła je na nocnym stoliku.

Cóż, wczoraj nawet nie miała pojęcia o istnieniu tych rzeczy.
Nic się nie stanie, jeśli zajmie się tym później, teraz bowiem czekało ją 

inne   zadanie.   Musiała   naprawić   stosunki   z   Tonym,   zanim   nie   będzie   za 
późno.

Wstała   z   łóżka,   przebiegła   hol   i   po   chwili   znalazła   się   przed   jego 

pokojem. Był zamknięty, a zza drzwi dobiegał szum wody. A więc Tony 
brał prysznic, i to z pewnością zimny. Opuściła smętnie ramiona i w obawie, 
że zaraz zrobi coś głupiego, na przykład rzuci mu się w objęcia, ruszyła po 
schodach w dół.

Annabeth   Harold   wygładzała   brzegi   serwetki   leżącej   pod   miską   z 

orzechami, którą dopiero co postawiła na kredensie. Jak co wtorek kilka pań 
miało   wpaść   na   karty,   dlatego   postanowiła   zadbać   o   odświętny   wygląd 
mieszkania.

Koronkowe   cacko,   ręcznie   wykonane   przez   prababkę,   należało   do 

przedmiotów   przekazywanych   w   rodzinie   z   pokolenia   na   pokolenie. 
Serwetka wprawdzie trochę pożółkła ze starości, ale była tak piękna, że pani 
domu   lubiła   chwalić   się   nią   przed   znajomymi.   Zwłaszcza   przed   Tiny 
Bartlett, która zwracała uwagę na takie rzeczy.

Annabeth Harold strzepnęła z sukni niewidoczne pyłki i sprawdziła, czy 

powinna   coś   poprawić.   Wszystko   w   doskonałym   porządku,   jak   zwykle. 
Potem rzuciła okiem w lustro, aby upewnić się, że każdy włos znajduje się 
dokładnie na swoim miejscu.

Lada chwila powinny zjawić się znajome panie, a Annabeth nie chciała, 

aby zauważyły, że spotkanie poprzedzały tak pieczołowite przygotowania. 
Elegancja wymaga żmudnych zabiegów, lecz zawsze powinna wydawać się 
niewymuszona.

W chwili gdy Annabeth ruszyła w stronę kuchni, odezwał się dzwonek u 

drzwi. Zawróciła, prężnym krokiem przeszła przez foyer, pamiętając, aby 

background image

przed otwarciem drzwi przyoblec twarz w uśmiech.

Stała przed nią Marcia Farrell, wytworna jak zawsze.
– Wchodź szybko, proszę, bo na dworze jest bardzo zimno.
Utartym   zwyczajem   Marcia   powiesiła   płaszcz   na   stojącym   w   holu 

wieszaku, a potem pociągnęła nosem.

– Mniam, mniam, Annabeth, coś tu wspaniale pachnie. Mam nadzieję, że 

zrobiłaś te wspaniałe kulki kiełbasiane z serem, które tak uwielbiam.

Pani domu uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Zrobiłam. Kiedy zadzwoniłaś do drzwi, właśnie szłam do kuchni, żeby 

wyjąć je z pieca.

–   Wobec   tego   biegnij   i   rób,   co   do   ciebie   należy   –   powiedziała 

roześmiana Marcia. – Mną się nie przejmuj. Sama się rozgoszczę w salonie i 
poczekam na resztę towarzystwa.

–   Włączyłam  telewizor,   może   znajdziesz   coś   godnego   uwagi.   Usiądź 

przy kominku, zaraz do ciebie przyjdę. – Annabeth przystanęła na chwilę. – 
A kiedy będę w kuchni i przyjdą pozostali goście, bądź uprzejma wpuścić 
ich do środka.

– Dobrze – powiedziała Marcia i ruszyła szybko do salonu, żeby zająć 

najlepsze miejsce przy kominku.

Chwilę później zjawiły się równocześnie Tiny Bartlett i Moira Blake. 

Zmierzająca do salonu Annabeth usłyszała ich nerwowe okrzyki.

– Chodź tu szybko! – z przejęciem w głosie zawołała Tiny.
Pani domu weszła do salonu i postawiła tacę z przekąskami na kredensie.
– Co się stało? – spytała zdziwiona reakcją przyjaciółek.
Widząc, że Tiny gestem zachęcają do podejścia do telewizora, Annabeth 

zbliżyła   się   i   spojrzała   na   ekran,   przed   którym   zdążyły   już   zasiąść   trzy 
pozostałe damy.

– Tylko popatrz! To dziewczyna Whitmanów. Telewizja filmuje ją na 

ulicy. O, w tym przejeżdżającym samochodzie siedzi chyba Dewey Francis 
–   wykrzykiwała   podniecona   Tiny.   –   S   ądziłam,   że   przehandlował   tego 
cadillaca.

Marcia zmarszczyła czoło.
–   Tiny,   daj   spokój   –   ofuknęła   przyjaciółkę.   –   Chcemy   obejrzeć   coś 

innego.

–   Ciii...   –   Moira   uciszyła   resztę.   –   Posłuchajmy,   co   mówi   Sarah 

Whitman.

background image

– Z pewnością nic dobrego – mruknęła Annabeth. – Wiecie same, jak 

bardzo jest zgorzkniała i rozżalona.

–   Masz   jej   to   za   złe?   –   spytała   Moira,   która   nagle   nieoczekiwanie 

posmutniała. Żadna z zebranych kobiet nie zamierzała przyznać, że Sarah 
Whitman ma podstawy do narzekania. Bez słowa wpatrywały się w ekran 
telewizora i słuchały słów Sarah, która akurat mówiła, że czeka na wydanie 
zwłok ojca.

Ciałem Marcii wstrząsnął dreszcz. Nie lubiła myśleć o śmierci. To było 

takie... ostateczne.

Kiedy jednak Sarah oświadczyła, że zrobi wszystko, aby zabójca jej ojca 

został wykryty i doprowadzony przed oblicze sądu, wszystkie przyjaciółki 
na chwilę aż zatkało z wrażenia. Popatrzyły na siebie z otwartymi ustami.

–   Słyszałyście?   –   pierwsza   odezwała   się   Marcia.   –   Co   ona   sobie 

właściwie  myśli?  Że co?  Że jest  detektywem?  Nie do wiary, jak można 
puszczać na antenę takie rzeczy? Zabrzmiało to tak, jakbyśmy pośród nas 
ukrywali mordercę.

Moira milczała, wspominając Franklina Whitmana. Był dobrym szefem i 

człowiekiem zwariowanym na punkcie rodziny.

Jakże podle potraktowano później jego żonę i córkę. Bez względu na to, 

co myślała o zachowaniu Sarah i jej publicznych deklaracjach, uznała, że 
elementarna przyzwoitość nakazuje powiedzieć o Franklinie przynajmniej 
kilka ciepłych słów.

– Sam nie zamknął się w tej koszmarnej skrzyni – oświadczyła.
Wśród   pań   zszokowanych   słowami   Moiry   zapanowała   nagła   cisza. 

Annabeth poczerwieniała na twarzy.

– To bez znaczenia! – syknęła.
– Nie dla Franklina – pod nosem mruknęła Moira.
Pani   domu   skierowała   ze   złością   palec   w   stronę   ekranu,   na   którym 

widniała Sarah.

– To mi się nie podoba! Wcale a wcale. Nie należy wracać do takich 

spraw. Lepiej w ogóle ich nie tykać.

– Za późno – jęknęła Tiny. – Mam tylko nadzieję, że Sarah nie jest 

stuknięta, jak jej matka. Chodzi mi o... to samobójstwo i całą resztę. O czym 
myślała wtedy ta kobieta? Na pewno nie o dziecku.

– Catherine była zawsze niezrównoważona psychicznie – oświadczyła 

zgryźliwie   Annabeth.   –   Pamiętam,   jak   po   urodzeniu   córki   prawie   przez 

background image

miesiąc leżała w łóżku.

Marcia, której ciotka pracowała wówczas w szpitalu jako pielęgniarka, 

czuła się w obowiązku wyjaśnić, o co chodziło.

– O ile dobrze pamiętam, Caterine miała bardzo ciężki poród. Rodziła 

przez dwadzieścia cztery godziny i wreszcie zdecydowali się na cesarskie 
cięcie. Dlatego tak długo dochodziła do zdrowia.

Słowa Marcii jeszcze bardziej zirytowały Annabeth. Nie lubiła, gdy ktoś 

podważał   jej   wiarygodność   lub   doszukiwał   się   nieścisłości   w   jej 
wypowiedziach.

– A ponadto ta kobieta nie pochodziła stąd. – Pani domu nie dawała za 

wygraną. – Kto wie, kim była, zanim poznał ją Franklin. Pochodziła, jak 
wiecie, z Południa, gdzieś z Luizjany. A pamiętacie tę czarnoskórą kobietę, 
która po śmierci Catherine zjawiła się w Marmet i wywiozła Sarah? Możecie 
wyobrazić sobie, że oddajecie dziecko na wychowanie komuś takiemu?

– O ile wiem, nie było innych chętnych do zaopiekowania się Sarah – 

przypomniała Moira, a potem wyłączyła telewizor, licząc na zmianę tematu 
rozmowy.

Pomogła jej w tym Tiny.
–   Czy   mi   się   wydaje,   czy   czuję   zapach   twoich   słynnych   kulek 

kiełbasianych? Zrobiłaś je? – zapytała panią domu.

–   Tak.   I   parę   innych   rzeczy   –   z   uśmiechem   o   znaj   miła   Annabeth, 

podchodząc do kredensu, na którym ustawiła tacę z przekąskami.

– Proszę, częstujcie się.
– To wspaniale – uznała Tiny. – Umieram z głodu.
– Weźmy talerzyki do stolika – zaproponowała Annabeth. – Możemy 

jednocześnie jeść i grać.

Po chwili cztery damy zasiadły do pokera, pogrążając się przy tym w 

rozmowie na temat przewagi ostrego cheddara nad łagodnym.

Śmiały się i grały jak zawsze, lecz dzisiaj towarzyszyła im świadomość 

nadciągającej   burzy.   Ich   dotychczasowa   uporządkowana,   spokojna 
egzystencja została niebezpiecznie zakłócona.

Jako filary społeczności Marmet, którymi zresztą mianowały się same, 

czuły się w obowiązku naprawić powstałą sytuację. Ale jeszcze nie dzisiaj. 
Tego wieczoru zamierzały delektować się kulkami kiełbasianymi z serem, 
towarzyską rozmową i pokerem.

Cztery damy, czcigodne obywatelki Marmet, nie należały do jedynych 

background image

mieszkańców miasta, którzy oglądali i komentowali telewizyjne wystąpienie 
Sarah Whitman.

Paul Sorenson spędzał spokojny wieczór przy kominku. Jednym uchem 

słuchał   telewizyjnych   wiadomości,   a   przy   tym   przerzucał   gazetę   i 
otrzymaną. korespondencję.

Cieszył się, że może wreszcie odpocząć po ciężkim dniu, spędzonym 

wyjątkowo   pracowicie.   Miał   bowiem   za   sobą   cotygodniowe   zebranie 
dyrekcji.   Po   powrocie   do   domu   i   po   smacznej   kolacji   usadowił   się   w 
wygodnym fotelu. Jednak po obejrzeniu relacji telewizyjnej od razu stracił 
dobry humor.

Odłożył  na   bok   gazetę,   podniósł  się   z  trudem  z   fotela   i   przeklinając 

ostatni atak podagry, pokuśtykał do telefonu.

Paul Sorenson nie miał zwyczaju mieszać się ani do spraw miasta, ani do 

polityki,  ograniczając  zainteresowania  głównie  do  pieniędzy.  Tym razem 
jednak   uznał   sytuację   za   wyjątkową.   W   wiosennych   wyborach   Roń 
Gallagher zamierzał kandydować ponownie na stanowisko szeryfa. Nadeszła 
pora, aby mu o tym przypomnieć.

– Szeryfie, telefon do pana na pierwszej linii.
– Dziękuję – odkrzyknął i podniósł słuchawkę. – Szeryf Gallagher.
– Cześć, Roń. Mówi Paul Sorenson. Widziałeś wieczorne wiadomości?
– Nie. Cały dzień spędziłem w terenie. Dopiero co wróciłem do biura. 

Był wypadek pod miastem. A czemu pytasz?

– Ta Whitman zaczyna rozrabiać. Co zamierzasz z tym zrobić?
Roń Gallagher zmarszczył czoło.
– Nie wiem, co masz na myśli. Rozzłoszczony Paul Sorenson niemal 

wypluwał słowa z ust.

–   Chodzi   mi   o   to,   że   ta   kobieta   zagraża   mieszkańcom   Marmet. 

Oświadczyła, że zamierza odnaleźć zabójcę ojca i sugeruje, że ukrywamy 
wśród nas kryminalistów. Masz ją powstrzymać.

W pierwszej chwili Roń Gallagher chciał powiedzieć Sorensonowi, żeby 

nie wtrącał się do cudzych spraw. Zaraz potem jednak odetchnął głęboko, by 
nie   poddać   się   napadowi   furii.   Długo   szukał   w   myślach   starannie 
wyważonych słów.

– Słuchaj, Paul, kiedy ostatnim razem zaglądałem do naszej konstytucji, 

widziałem zapis, który wszystkim obywatelom gwarantuje wolność słowa, 
chyba że ktoś kogoś oczernia. Tak więc ta kobieta ma pełne prawo mówić, 

background image

co jej się podoba. Chce odnaleźć zabójcę swego ojca, a ja też wznowiłem 
śledztwo. Ktoś odebrał Whitmanowi życie i przez ponad dwadzieścia lat 
zbrodniarz unikał kary. Uważam, że najwyższa pora, aby wreszcie okazać 
rodzinie   zamordowanego   trochę   ludzkich   uczuć   i   udzielić   pomocy.   Tak 
nakazuje zwykła przyzwoitość.

Zirytowany Paul Sorenson poczerwieniał na twarzy. Nie przywykł do 

tego, aby mu się przeciwstawiano lub krytykowano jego pomysły.

– Robisz zbyt wiele szumu wokół tej sprawy – surowym tonem zganił 

rozmówcę. – W tej sytuacji będzie ci piekielnie trudno wygrać wiosenne 
wybory.

Tym razem dotknął szeryfa do żywego.
– Czy to groźba?
– Oczywiście, że nie – zaprzeczył bankier. – Przecież nie mam żadnego 

powodu, aby ci grozić.

– Właśnie się nad tym zastanawiałem – oświadczył Roń Gallagher. – A 

skoro   już   poruszyliśmy   ten   temat,   uprzedzam   z   góry,   że   zamierzam 
sprawdzić, czyje dochody wzrosły znacząco przez ostatnie dwadzieścia lat, a 
także zbadać pochodzenie tego typu pieniędzy.

Paul Sorenson poczuł, jak zaczyna walić mu serce.
– O co ci do diabła chodzi?
– Sądzę, że to oczywiste – odparł szeryf. – Jeśli Franklin Whitman nie 

mógł wydać skradzionego z banku miliona, zrobił to ktoś inny.

– Chyba mnie o nic nie oskarżasz!
– Nie oskarżam nikogo. Na razie.
Niemile   zaskoczony,   że   jego   telefon   do   Gallaghera   okazał   się 

całkowitym niewypałem, Paul Sorenson ze złością rzucił słuchawkę.

Stojąc   za   biurkiem,   rozglądał   się   po   pokoju,   podziwiając   wytworne 

wnętrze i rzucające się w oczy bogactwo. Analizował dopiero co usłyszane 
słowa szeryfa, mrużąc gniewnie oczy.

Nie po to harował latami, aby teraz patrzeć bezczynnie, jak wszystko 

traci. A już z pewnością nie dopuści do tego, aby zniszczyła go jakaś tam 
niewiele znacząca kobieta. Sarah Whitman.

Tylko że ona wiedziała o nim coś, o czym nikt inny nie miał pojęcia. I w 

każdej chwili mogła go wydać.

Podniósł następny klocek i położył na pniu, a potem sięgnął po siekierę. 

Drewno   schło   od   jesieni   i   już   od   dawna   nadawało   się   do   spalenia   w 

background image

kominku, lecz Tony nie pomyślał o tym, aby zawczasu je porąbać. Teraz był 
zadowolony, że ma coś do roboty poza domem.

Od miesięcy nie wykonywał tak intensywnej pracy fizycznej. Czuł teraz 

napięcie   każdego   mięśnia.   Od   jakiegoś   czasu   dręczyła  go   jedna   natrętna 
myśl. Był coraz bliższy zakochania się po uszy w Sarah Whitman.

Nie   pragnął   o   niej   zapomnieć,   ale   miał   w   życiu   jedną   zasadę.   Jeśli 

kobieta   odmówiła   mu   fizycznego   zbliżenia,   był   to   zazwyczaj   koniec 
związku. Bez względu na wszystko.

Rąbał systematycznie grube klocki drewna i wdychał ostry, żywiczny 

zapach   świeżych   szczap.   Uzmysłowił   sobie,   jak   przyjemnie   jest   siedzieć 
przy buzującym w kominku  ogniu. Mimo woli jego myśli znów zaczęły 
krążyć wokół innych spraw.

Co   należało   teraz   zrobić?   Może   otworzyć   butelkę   wina,   wyciągnąć 

krakersy i trochę sera? A Sarah... ? Co z nią? Nie powinien ani przez chwilę 
o niej myśleć, ani tym bardziej marzyć o zbliżeniu. Chyba że chciał również 
ten wieczór zakończyć lodowatym prysznicem.

– Do diabła z tym wszystkim!
Po raz ostatni Tony uderzył silnie siekierą. Rozszczepił klocek drewna 

na dwie części, a potem dorzucił do sterty polan. Otarł pot z czoła, odniósł 
siekierę do małej szopy na narzędzia i zawiesił na wbitym w ścianę haku.

Dopiero   po   wyjściu   z   szopy   poczuł,   jak   bardzo   jest   wykończony 

fizycznie.  Był  to  jednak  dobry  rodzaj  zmęczenia,  gdyż  towarzyszyła  mu 
satysfakcja z wykonanej pracy. Pracy bardzo pożytecznej, bo zapewniającej 
ciepło.

Z naręczem porąbanego drewna ruszył w stronę domu. Zdziwił go widok 

Sarah stojącej przy tylnym wejściu. Przytrzymała mu drzwi.

– Dziękuję. – Uśmiechnął się. – Wiedziałem, że jest jakiś powód, dla 

którego zaprosiłem cię do siebie.

Żart był ostatnią rzeczą, jaką spodziewała się usłyszeć. Nagle poczuła, 

jak opada z niej napięcie.

Zamknęła za Tonym drzwi, a potem patrzyła, jak przez kuchnię wchodzi 

do środka domu.

Miał ładnie rozbudowane, szerokie bary. Seksownie poruszał biodrami. 

Fascynującą   grę   mięśni   na   plecach   zawdzięczał   obciążeniu   rąk   stosem 
drewna, ale długie nogi, szczupłe biodra i gibkość ciała były jego wyłączną 
zasługą.

background image

Widok Tony'ego podniecił Sarah. Gdyby nie stchórzyła, leżeliby już w 

łóżku i kochali się jak szaleni. Ale to byłby tylko i wyłącznie seks. Nie 
mogło  ich łączyć nic więcej, bo nie potrafiłaby  się związać z tego typu 
mężczyzną, a już na pewno nie powinna tego robić.

Gdyby  zakochała  się w Tonym DeMarcu, byłoby to równoznaczne  z 

popełnieniem emocjonalnego samobójstwa.

Co z tego, że okazałby się znakomitym kochankiem? Akurat co do tego 

Sarah   nie   miała   żadnych   wątpliwości.   Ale   potem...   Jej   życie   było   już 
wystarczająco   skomplikowane   i   obfitujące   w   przykre   wydarzenia.   Nie 
chciała przysparzać sobie dodatkowych cierpień.

Tony   dotarł   do   salonu   i   zrzucił   stos   polan   w   pobliżu   paleniska. 

Towarzyszący temu łoskot wyrwał Sarah z rozmyślań. Zawróciła do kuchni 
i zabrała się za mieszanie przyrządzanej zupy. Znajomy zapach gotujących 
się   krewetek,   kiełbasy   i   przypraw   sprawił,   że   zatęskniła   za   Nowym 
Orleanem. Właś nie zmniejszała płomień pod garnkiem i miała zabrać się za 
nakrywanie do stołu, kiedy zjawił się Tony.

Zaskoczony skupioną miną Sarah zatrzymał się w drzwiach. No, no, jeśli 

ta kobieta kocha się z równą pasją, z jaką gotuje...

– Do diabła – warknął. Odwróciła się w jego stronę.
– Mówiłeś coś do mnie? – spytała.
– Nie. – Westchnął. – Gadałem do siebie. – Zmusił się do uśmiechu. – 

Coś tu naprawdę wspaniale pachnie.

Sarah wzruszyła ramionami.
– Lubię gotować. To mnie uspokaja.
Podszedł bliżej i zaczął się bawić kosmykiem włosów opadających jej na 

twarz. Szybko jednak cofnął dłoń.

– Czy zdążę jeszcze wziąć prysznic? – zapytał.
–   Znowu?   –   Gdy   tylko   wypowiedziała   te   słowa,   aż   jęknęła.   – 

Przepraszam, nie chciałam...

– Nic się nie stało. Zapomnij. – Tony wskazał palcem gotującą się zupę. 

– Zajmie mi to niewiele czasu. Nie zdejmuj garnka z ognia. Lubię wszystko, 
co gorące. – Mrugnął porozumiewawczo do Sarah, uśmiechnął się figlarnie i 
już go nie było.

Gdy tylko opuścił kuchnię, złapała się za głowę. Miałaby zapomnieć? 

Wykluczone... Lubi wszystko co gorące? Gdyby ona sama jeszcze trochę się 
rozgrzała, chyba buchnęłyby z niej płomienie.

background image

Trochę sfrustrowana  i zła na siebie Sarah, nakryła do stołu, a potem 

zajrzała do piekarnika. Kiedy wróci Tony, chleb powinien być gotowy.

Zaraz potem zasiądą do kolacji i będą rozmawiać o niczym. Udając, że 

są tylko i wyłącznie starymi znajomymi. Może nawet na chwilę przestanie 
rozmyślać o mordercy ojca, no i o... Tonym. Tak...

A co potem? Potem pójdzie na górę do swego pokoju i otworzy pudełko, 

które Harmon Weatherly przechowywał przez dwadzieścia lat. Może uda jej 
się wreszcie osiągnąć wewnętrzny spokój, owo błogosławione pogodzenie 
się z własnymi przywarami i niespodziankami losu. Łatwo powiedzieć, ale 
jak to osiągnąć?

Kto wie, może właśnie w pudełku znajduje się odpowiedź na to pytanie?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

– Masz może scyzoryk? – zapytała Sarah, wpatrując się intensywnie w 

owiniętą szarym papierem paczkę.

Tony wsunął rękę do kieszeni, wyciągnął nóż i usiadł na brzegu łóżka.
–   Uważaj   –   ostrzegł,   wysuwając   ostrze.   Za   pociśnięciem   guzika 

wystrzeliło   znienacka.   Sarah   patrzyła   rozszerzonymi   oczyma   na   groźne 
narzędzie. Tony przeciął sznurek.

– Taki nóż robi wrażenie – przyznała. – O ile wiem, nie wolno nosić 

sprężynowców. Tony uśmiechnął się lekko.

–  Och,  to  pamiątka  z  czasów  młodości.   Ale  zawsze  kiedy  podróżuję 

samolotem, zostawiam go w domu.

– Co za miła  niespodzianka.  Od razu poczułam się lepiej – kpiącym 

tonem wymamrotała Sarah, spoglądając po raz kolejny na paczkę.

– Sarah...
– O co chodzi?
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Westchnęła lekko.
– Pewnie masz mnie za piekielnego tchórza.
– Wręcz przeciwnie – łagodnym tonem zaprotestował  Tony. – Jesteś 

jedną z najdzielniejszych kobiet, jakie znam. A teraz zerwij papier i zabierz 
się do roboty. Kto wie, może w pudełku znajdziesz wyjaśnienie tego, co 
stało się naprawdę z twoim ojcem.

Czoło Sarah przecięła nagle głęboka, pionowa zmarszczka.
–   Nie   przyszło   mi   to   do   głowy.   Ale   policja   na   pewno   przetrząsnęła 

wszystkie   przedmioty   należące   do   taty,   chodziło   przecież   o   odszukanie 
skradzionego miliona.

– O to właśnie chodzi, polowano tylko i wyłącznie na pieniądze. Nam 

jednak zależy na wyjaśnieniu innej sprawy.

– Masz rację.
Jednym gwałtownym ruchem Sarah zerwała papier, odrzuciła na bok i 

uniosła wieczko pudełka.

Oczom   jej   ukazała   się   mieszanina   drobnych   przedmiotów,   zapewne 

powrzucanych w pośpiechu. Na samym wierzchu leżała oprawiona w ramki 
fotografia   o   tak   zakurzonej   powierzchni,   że   trudno   było   dojrzeć,   co 

background image

przedstawia.

– Pozwól – powiedział Tony. Przetarł chusteczką brudne szkło i oddał 

Sarah zdjęcie. – Na razie wystarczy, żeby zobaczyć, co na nim jest. Potem 
wyczyścimy dokładniej.

Skinęła   głową   i   podniosła   do   oczu   fotografię.   Natychmiast   poczuła 

bolesny ucisk w gardle. Z trudem powstrzymała się od łez.

– To zdjęcie naszej rodziny. Zrobione na Boże Narodzenie i rozsyłane ze 

świątecznymi   życzeniami.   –   Dotknęła   palcem   swojej   podobizny   sprzed 
prawie ćwierćwiecza, usiłując przypomnieć sobie, jak to jest, gdy ma się 
dziewięć   lat.   –   To   była   moja   ukochana   sukienka.   Aksamitna.   Nigdy 
przedtem nie miałam niczego z tak eleganckiego materiału, więc czułam się 
bardzo   dorośle.   –   Odłożyła   na   bok   fotografię   i   sięgnęła   po   następny 
przedmiot. – Och, tylko nie to – wyszeptała nagle zbielałymi wargami.

– Co tam masz? – zapytał Tony. Zobaczył, że Sarah trzyma w ręku małe 

naczynie o dziwacznym kształcie.

– To popielniczka. Zrobiłam ją własnoręcznie w szkółce niedzielnej. – 

Odłożyła na bok niewielki przedmiot i drżącym głosem dodała: – Boże... 
przecież tatuś nie palił. Doprawdy nie wiem, dlaczego wtedy nie przyszło mi 
to do głowy? O czym myślałam, modelując popielniczkę?

Tony wierzchem dłoni dotknął policzka Sarah.
– Że zrobisz miły prezent ukochanemu ojcu – powiedział cicho.
Podniosła załzawione oczy.
– Tak. Bardzo go kochałam. – Cofnęła się nagle myślami dwadzieścia lat 

wstecz i zacisnęła mocno szczękę. – To dlaczego tak łatwo uwierzyłam, że 
to tata ukradł pieniądze?

– Byłaś dzieckiem. Nie możesz obwiniać się o taką reakcję, zwłaszcza że 

wszyscy wokół wmawiali ci właśnie taką wersję wydarzeń. Do licha, jestem 
o sześć lat starszy, lecz nawet ja uwierzyłem w to, co gadali ludzie. Poszlaki 
wskazywały dość jednoznacznie na twego ojca.

– Chyba masz rację.
– Jasne, że mam. – Tony uśmiechnął się z przekorą. – Przecież jestem 

mężczyzną. Sarah trochę się rozluźniła.

– Jesteś miły – szepnęła. – Potrzebowałam czegoś takiego.
– Uwielbiam uszczęśliwiać kobiety. Jak myślisz, skąd wzięło się moje 

przezwisko? – Z dumą wypiął pierś. – Zapewniam cię, że jest ono w pełni 
zasłużone.

background image

Sarah parsknęła śmiechem.
– A teraz jesteś nieznośny.
–   Nie,   dziecinko.   Jestem   niezwykle   łatwy   w   pożyciu   i   wyjątkowo 

zgodny. Gdy tylko zapragniesz potwierdzenia tych przymiotów, wystarczy 
zadzwonić, a ja natychmiast przybiegnę. Na każde twoje wezwanie.

Sarah wywróciła oczyma, świadoma, że Tony próbuje ją rozbawić, żeby 

choć na chwilę przestała się zadręczać. Przemyślała jego ostatnie słowa i 
postanowiła, że kiedyś tak właśnie zrobi. Zadzwoni po Silka.

Ponownie włożyła rękę do pudełka i wyciągnęła inne oprawione zdjęcie. 

Znacznie mniejsze od poprzedniego, w cienkiej porcelanowej ramce.

–   To   ja,   byłam   wtedy   w   piątej   klasie.   To   ostatnie   zdjęcie   przed...   – 

urwała, odkładając na bok fotografię.

Sarah z prawdziwym wzruszeniem uświadomiła sobie, co było ważne dla 

jej ojca. Tak bardzo kochał żonę i córkę, że trzymał na służbowym biurku 
ich podobizny. Towarzyszyły mu podczas pracy.

Ostatnim   przedmiotem,   który   znajdował   się   na   dnie   pudełka,   był 

staroświecki kalendarz na biurko, w którym na każdej kartce zaznaczono 
tylko jeden dzień.

–   Należał   do   tatusia   –   oznajmiła   Sarah.   Zaczęła   przerzucać   kartki   i 

równocześnie zastanawiać się, dlaczego policja nie włączyła kalendarza do 
materiału dowodowego. – Spójrz, Tony. Tatuś odnotowywał tu wszystkie 
umówione spotkania z klientami banku, a także zebrania. Do dnia, w którym 
zniknął. Czemu policja nie zabrała tego kalendarza?

– Pewnie dlatego, że twojego ojca z miejsca  okrzyknięto złodziejem. 

Policja była zbyt zajęta poszukiwaniami, aby martwić się o to, co robił przed 
zniknięciem. Pewnie obejrzeli pobieżnie kalendarz i uznali za nieprzydatny 
dla sprawy.

– Przecież...
Sarah urwała. Tony miał rację. Zastanawianie się, co w sprawie jej ojca 

uczyniono przed laty, nie miało sensu. Ważne było tylko to, co należało 
zrobić teraz.

Przerzucając kartki kalendarza, uprzytomniła sobie, że o tej sferze życia 

ojca nie wie zupełnie nic. Chodził do banku każdego ranka i co wieczór 
wracał po pracy  do domu.  I tyle. Na myśl,  że  ten uwielbiany  przez nią 
człowiek   miał   sprawy,   które   dla   niej   na   zawsze   pozostaną   tajemnicą, 
ogarnęło ją przygnębienie.

background image

Dopiero po dłuższej chwili przeglądania notatek ojca Sarah uprzytomniła 

sobie, że jeden zapis powtarza się regularnie. W każdą środę przy godzinie 
trzynastej widniał niezmiennie jeden wyraz: „Łoś". Przekonana, że chodzi o 
spotkania w klubie myśliwskim, do którego należał ojciec, początkowo nie 
zwróciła uwagi na ten fakt.

Przekartkowała   kalendarz   do   końca,   a   ponieważ   nie   znalazła   nic 

ciekawego, zaczęła wrzucać wszystkie drobiazgi z powrotem do pudełka. I 
właśnie   wtedy   uzmysłowiła   sobie   nagle,   że   cotygodniowe   spotkania 
klubowe ojca zawsze odbywały się wieczorem.

– Spójrz na to – powiedziała, podsuwając Tony'emu otwarty kalendarz i 

pokazując zapis, który przyciągnął jej uwagę. – Każdej środy przy godzinie 
trzynastej tata wpisywał „Łoś". Sądziłam początkowo, że chodzi o spotkania 
klubowe,   ale   właśnie   przypomniałam   sobie,   że   z   reguły   odbywały   się 
wieczorem.

Tony przekartkował kalendarz. Z posępną miną w milczeniu oddał go 

Sarah.

– Co o tym myślisz? – spytała.
– Naprawdę chciałabyś wiedzieć?
– Oczywiście. Nie czas na martwienie się jakimiś dawnymi rodzinnymi 

sekretami.   –   Wzruszyła   ramionami.   –   Znacznie   bardziej   interesuje   mnie 
ustalenie, w jaki sposób ciało mojego ojca znalazło się na dnie jeziora.

–   Po   pierwsze   uważam,   że   ten   kalendarz   należy   pokazać   szeryfowi 

Gallagherowi – po chwili namysłu stanowczym tonem oznajmił  Tony. – 
Wygląda   na   to,   że   tym   razem   facet   zamierza   przeprowadzić   wnikliwe 
śledztwo, więc powinien mieć dostęp do wszystkich możliwych informacji. 
A jakie jest twoje zdanie?

– Masz rację. Jutro rano zawiozę ten kalendarz do szeryfa.
– Jest jeszcze druga sprawa. Co sądzisz o tym, aby wynająć prywatnego 

detektywa? Sarah wyprostowała plecy.

– To dobry pomysł – uznała. Zaraz potem jednak zmarszczyła czoło. – 

Ale nigdy nie korzystałam z tego typu usług. W jaki sposób znajdziemy 
kogoś naprawdę godnego zaufania?

– Jeden pracuje dla mnie – oświadczył Tony.
– Zatrudniasz detektywa? – zdziwiła się Sarah. – Po co? Sądziłam, że 

prowadzisz nocny klub.

– To prawda.

background image

– Wolno zapytać, do czego potrzebny ci taki człowiek? Tony skrzywił 

się lekko.

– Prowadzę różne interesy.
– Legalne?
Roześmiał się, nachylił nad Sarah i pocałował ją lekko w usta.
– Tak, Sarah Jane – odparł. – Legalne, a ja sam jestem praworządnym 

obywatelem. Tyle że ostrożnym.

Odsunęła się, ale nie tak szybko, jak powinna. Od pocałunku zapiekły ją 

wargi. Tony wziął do ręki pudełko.

– No widzisz, przejrzeliśmy wszystkie rzeczy i nie natknęliśmy się na 

nic szczególnie ważnego. Tym razem bez trudu uporałaś się z demonami 
przeszłości, mam rację?

Oszołomiona pocałunkiem Sarah zdobyła się tylko na kiwnięcie głową. 

Siedziała nadal bez ruchu na łóżku, jakby czekając na ciąg dalszy.

–   Co   powiesz   na   to,   aby   kieliszkiem   wina   na   tarasie   uczcić   zachód 

słońca? – zapytał Tony.

– Słońce już zaszło – mruknęła Sarah.
– Drobiazg.  – Machnął  lekceważąco  ręką. – I tak możemy  napić się 

wina.

Po chwili na ponurej twarzy Sarah ukazał się nikły uśmiech. Tony miał 

rację. Trochę alkoholu dobrze im zrobi.

– Z tarasu będziemy mogli obserwować wschód księżyca, jeśli wieczór 

nie okaże się zbyt zimny – oświadczyła.

– Od razu weź płaszcz, dziecino. Na oglądanie księżyca nigdy nie jest za 

zimno.   Sarah  podniosła  się  i  w ślad  za  Tonym  opuściła  pokój.  Było jej 
dziwnie lekko na duszy. Po raz pierwszy od wielu dni.

Niewidoczny w ciemności zabójca bacznie obserwował dom pod osłoną 

drzew.   W   pokoju   Sarah   Whitman   właśnie   zgasło   światło.   Jej   dalsze 
poczynania   łatwo   było   odgadnąć,   śledząc   kolejne   zapalające   się   lampy. 
Potem Sarah wraz z panem domu zeszła na parter. Kiedy światło pojawiło 
się w kuchni, Anthony DeMarco zaczął przy oknie odkorkowywać butelkę 
wina.   Czający   się   w   mroku   nocy   zabójca   odetchnął   z   wyraźną   ulgą. 
Wszystko wskazywało na to, że już wkrótce sterczenie na zimnie dobiegnie 
końca.

Luneta z noktowizorem, w którą była wyposażona strzelba, pozwalała 

mieć   nadzieję,   że   trafienie   w   cel   okaże   się   dziecinnie   proste.   Jeden 

background image

bezbłędny strzał... i skończą się kłopoty.

Byle spokojnie, bez nerwowych odruchów. Zabójca nigdy nie działał w 

pośpiechu. Jego największą zaletą była cierpliwość. Dowiodło tego ostatnie 
dwadzieścia lat.

Nagle   otworzyły   się   drzwi   kuchenne   prowadzące   na   tyły   domu.   Na 

tarasie od strony jeziora pojawili się Anthony DeMarco i Sarah Whitman.

Zabójca niespiesznie sięgnął po strzelbę i podniósł ją na wysokość oczu. 

Dzięki lunecie z noktowizorem mógł doskonale obserwować, co się dzieje 
na werandzie.

DeMarco spoglądał na swą towarzyszkę tak wygłodniałym wzrokiem, 

jakby   chciał   zjeść   ją   żywcem.   Ona   natomiast   sprawiała   wrażenie 
roztrzęsionej. Usiadła na krześle ogrodowym i sączyła powoli wino.

Zabójca westchnął mimo woli. Tych dwoje byłoby taką ładną parą... Nie 

zamierzał jednak bawić się w sentymenty, zwłaszcza że grunt palił mu się 
pod nogami.

Patrzył,  jak Sarah  się  odwraca.  Miał  przed  sobą  jej  plecy. Stanowiły 

doskonały cel. Zabójca nabrał głęboko powietrza i...

Czekał... czekał... czekał...
Tony uniósł kieliszek z winem i popatrzył na granatowe niebo.
– Nie ma księżyca – stwierdził. – Wobec tego za co wznosimy toast?
Ciemność nie pozwalała Sarah odczytać wyrazu jego twarzy. Mimo to 

jednak zauważyła, że jego oczy lśnią. Spojrzała w górę, ale nad głową nie 
zobaczyła ani jednej gwiazdy. Uniosła kieliszek i zwróciła się do Tony'ego:

–   Za   chmury,   za   starych   przyjaciół   i   za   szczęście   do   końca   życia. 

Stuknęli się kieliszkami. Zabrzęczało kryształowe szkło.

– Za chmury – miękkim głosem powtórzył Tony, upijając łyk wina. – I 

za starych przyjaciół – dodał. – Oraz za nieustające szczęście.

Sarah   westchnęła.   Miała   przed   sobą   bardzo   atrakcyjnego   mężczyznę. 

Tony   DeMarco   był   niezwykle   przystojny   i   pociągający   fizycznie.   Nikłe 
światło   padające   z   kuchni   wystarczyło,   by   w   jego   oczach   dostrzegła 
pożądanie.

Zamiast wypić do dna, odstawił kieliszek i nachylił się w stronę Sarah.
W tej samej sekundzie kula przeszła tuż ponad jej głową i utkwiła w 

ścianie domu. Równocześnie rozległ się głośny huk wystrzału.

Na   chwilę   oboje   zamarli.   Zaraz   potem   Sarah   krzyknęła,   gdyż   Tony 

przewrócił   ją   na   ziemię   i   nakrył   własnym   ciałem.   Chwilkę   później 

background image

przetoczyli się razem za załom domu.

Nie było to schronienie całkowicie bezpieczne, ale przynajmniej stali się 

niewidoczni dla zabójcy. Tony na chwilę odetchnął z ulgą. Nadal leżąc na 
Sarah, wsunął dłonie w jej włosy i modlił się, aby nie znaleźć na nich krwi.

– Powiedz, że nic ci się nie stało – wyszeptał przerażony. – Sarah, co z 

tobą?

– Nic mi nie jest – odparła cicho. – Czy ktoś usiłował do mnie strzelić?
– Nie, raczej ktoś próbował cię zabić. Leż bez ruchu. Muszę wyciągnąć z 

kieszeni komórkę.

– Boże, Boże! – zajęczała Sarah. Dopiero teraz zaczęła dygotać.
Tony połączył się z biurem szeryfa i zdał dyżurnemu relację z tego, co 

się stało. Po chwili przerwał połączenie i objął mocno Sarah, która zaczęła 
rozpaczliwie   płakać.   Kilka   minut   później   usłyszeli   z   daleka   odgłos 
policyjnej syreny.

Sarah trzęsła się nadal, także po przyjeździe zastępcy szeryfa i samego 

Rona   Gallaghera.   Tony   owinął   ją   grubym   kocem   i   posadził   przed 
kominkiem.

Popijając gorącą kawę, odpowiadała na pytania szeryfa. Chwilę później 

dwaj jego ludzie wrócili z oględzin terenu do domu.

– Szeryfie, nikogo tu nie ma, ale odkryliśmy świeże ślady. Prawie na 

linii drzew okalających teren za domem. – Wręczyli Ronowi Gallagherowi 
dwie małe plastikowe torebki. Jedną z łuską po wystrzelonej kuli i drugą z 
nabojem, który wydłubali ze ściany domu. – Znaleźliśmy także to.

Roń   Gallagher   podniósł   torebki   do   światła.   Przyjrzał   się   uważnie 

nabojowi.

–   Mały   kaliber.   Wygląda   na   to,   że   pocisk   wystrzelono   z   broni 

myśliwskiej – uznał. Sarah spoglądała raz na Tony'ego, a raz na szeryfa. 
Podczas rozmowy starali się zachować obojętny wyraz twarzy.

–   Chce   pan   powiedzieć,   że   był   to   wypadek   podczas   polowania?   –   z 

powątpiewaniem   zapytał   Tony.   –   Ale   kto   poluje   w   nocy,   i   to   tuż   obok 
domu? Przecież żadna zwierzyna nie podchodzi tak blisko ludzkich siedzib.

– Na tym właśnie polega problem. – Roń Gallagher pokiwał głową. – 

Zawsze   były   tutaj   zwierzęta,   ale   ludzie   je   przepłoszyli.   Jednak   nocami 
zwierzyna przychodzi do wodopoju nad jezioro. Może ktoś strzelał do łani 
lub   łosia,   choć   sezon   łowiecki   już   się   skończył.   Ale   ślady   butów,   które 
odkryliśmy tuż przy linii drzew, raczej nie potwierdzają tej teorii. Myśliwi 

background image

nie mają zwyczaju polować w pobliżu domów.

– To nie był wypadek – z przekonaniem w głosie oświadczył Tony. – 

Gdyby Sarah akurat trochę się nie poruszyła, kula trafiłaby w nią, a nie w 
ścianę domu.

– Chyba na to wygląda – przyznał szeryf.
Spojrzał   na   Sarah.   Miała   pobladłą   twarz,   a   na   podbródku   niewielkie 

skaleczenie od upadku na ziemię. Nadal trzęsła się jak galareta. Było widać, 
że walka z niewidzialnym wrogiem mocno nadszarpnęła jej nerwy.

– Co zamierza pan zrobić? – spytała Rona Gallaghera. Zsunął kapelusz 

na tył głowy i podrapał się za uchem.

– W tej chwili niewiele mogę zdziałać, bo jest ciemno – odparł po chwili 

namysłu.   –   Wrócimy   tu   rano,   żeby   przy   świetle   dziennym   dokładniej 
obejrzeć ślady. Postaramy się wykryć, dokąd prowadzą. Jeśli jednak mamy 
do czynienia z tym samym człowiekiem, co poprzednio, to wątpię, czy to 
coś da. Jest ostrożny i sprytny.

– A co ja mam począć? – pytała dalej Sarah.
Roń Gallagher zrobiłby  wiele, aby w oczach  tej kobiety  uchodzić za 

bohatera, ale nie miał na to szans. Co gorsza, wszystko wskazywało, że jako 
szeryf jest do niczego.

– Niech pani nigdzie nie chodzi sama – powiedział po krótkiej chwili 

namysłu.   –   Odradzam   także   stanowczo   opuszczanie   domu,   dopóki   nie 
ustalimy   czegoś   bardziej   konkretnego.   –   Spojrzał   na   Sarah   i   dodał:   – 
Koroner obiecał wydać pani zwłoki ojca za dwa dni.

– Oczekuje pan, że pochowam ojca, podwinę ogon i ucieknę stąd? – 

spytała z pochmurną miną.

– Nie, chciałem tylko powiedzieć, że nie jestem w stanie zapewnić pani 

stuprocentowego bezpieczeństwa. Na razie nawet nie wiem, kogo właściwie 
szukamy.

– Powinien pan wiedzieć, że tym razem nikomu nie uda się wygnać mnie 

z tego miasta – oświadczyła z determinacją. – Opuszczę  Marmet wtedy, 
kiedy uznam za stosowne, nie wcześniej. W każdy możliwy sposób szargano 
tu i bezczeszczono dobre imię mojej rodziny i nie wyjadę stąd, dopóki nie 
zostanie w pełni oczyszczone. – Sarah przerwała na chwilę, żeby nabrać 
powietrza.   –   Człowiek,   który   zamordował   mego   ojca,   jest   także 
odpowiedzialny   za   śmierć   mojej   matki.   On   i   być   może   jego   wspólnicy 
okradli   bank,   pozbawili   mnie   rodziny,   nieomal   zmarnowali   mi   życie. 

background image

Szeryfie, niech pan rozpowie wszem i wobec, co zamierzam. Im szybciej 
mieszkańcy Marmet zrozumieją motywy mojego postępowania, tym mniej 
będę musiała potem wyjaśniać.

Tony czuł się okropnie. Podziwiał odwagę Sarah, ale śmiertelnie obawiał 

się o jej bezpieczeństwo. Był rozdarty wewnętrznie. Z jednej strony pragnął, 
aby z nim została, z drugiej zaś, aby jak najszybciej wracała do Nowego 
Orleanu.

Uznał   jednak,  że   jest   coś,   co   mógłby   i   powinien  zrobić.   Spojrzał   na 

szeryfa.

– Informuję pana, że począwszy od jutra rana terenu mojej posiadłości 

będą pilnowali uzbrojeni strażnicy. A wewnątrz domu zakwateruję dwóch 
ochroniarzy. Zostaną tutaj, dopóki nie złapie pan tego człowieka.

– Tony, nie możesz... – zaprotestowała Sarah. Odwrócił się i popatrzył 

na nią chłodno.

– Mogę, a ty, Sarah Jane, nie masz w tej sprawie nic do powiedzenia.
Roń   Gallagher   z   aprobatą   pokiwał   głową,   podczas   gdy   Sarah   opadła 

ciężko na fotel. Traciła kontrolę nad sytuacją, a oczywiście bardzo tego nie 
lubiła.

W tej chwili przypomniała sobie o kalendarzu biurowym, który znalazła 

wśród rzeczy ojca.

– Szeryfie, mam coś, co bardzo chciałam panu pokazać.
– Mówisz o kalendarzu? – zapytał Tony. Sarah skinęła głową.
–   Nie   ruszaj   się.   Sam   go   przyniosę.   Zamierzała   zaprotestować,   ale 

uprzytomniła sobie w porę, że na drżących nogach nie dałaby rady wejść po 
schodach.

– Co to jest? – spytał Gallagher.
– Dziś rano Harmon Weatherly wręczył mi pudełko z rzeczami ojca, 

znalezionymi swego czasu podczas porządkowania jego biurka. Powiedział, 
że te drobiazgi chciał oddać mojej matce, ale nie wpuściła go do domu. 
Trzymał   je   więc   u   siebie,   całe   dwadzieścia   lat.   Przeglądając   zawartość 
pudełka, natrafiłam na kalendarz biurowy. Są w nim zapiski ojca, które dla 
mnie nie mają sensu. Sądzę jednak, że mimo to powinien pan na nie chociaż 
zerknąć.

– Chętnie – ucieszył się szeryf. – Może wreszcie natrafimy na jakiś ślad.
Gdy Tony wrócił z kalendarzem, Sarah odnalazła szybko niezrozumiałe 

zapiski i pokazała je szeryfowi.

background image

– Najpierw myślałam, że chodzi o terminy spotkań w klubie myśliwskim 

„Łoś", ale potem przypomniałam sobie, że tamte spotkania odbywały się 
zawsze w środy wieczorem, a nie o trzynastej, w samym środku dnia.

– Ustalę, co to może oznaczać – powiedział Gallagher.
–   Po   zbadaniu   sprawy   chciałabym   dostać   kalendarz   z   powrotem   – 

zastrzegła Sarah.

– Każę zrobić od razu odbitki wybranych kartek i jutro rano mój zastępca 

odwiezie pani oryginał – obiecał szeryf. – Czy to pani odpowiada?

Sarah   skinęła   głową.   Po   raz   pierwszy   zdobyła   się   na   coś   w   rodzaju 

uśmiechu.

– Dziękuję – bąknęła, a potem popatrzyła na Tony'ego i pozostałych 

ludzi szeryfa. – Bardzo  dziękuję panom za  wszystko,  co robicie.  Gdyby 
panowie jeszcze mnie potrzebowali, będę na piętrze. Muszę przyznać, że jak 
na jeden wieczór mam już dość atrakcji.

Jak na komendę wszyscy mężczyźni podnieśli się z miejsc.
–   Odprowadzę   panów   do   wyjścia   –   zaproponował   Tony,   kątem   oka 

spoglądając na opuszczającą pokój Sarah.

Roń Gallagher też zerkał w tamtą stronę. Żałował, że nie miał jej niczego 

konkretnego do powiedzenia, że nie mógł się niczym wykazać.

– Polecę jednemu z moich ludzi, aby aż do rana patrolował tę okolicę. 

Tony uścisnął szeryfowi dłoń.

–   Bardzo   dziękuję.   Doceniam   pańskie   zaangażowanie   i   zdaję   sobie 

sprawę   z   tego,   że   dla   pracowników   tutejszej   policji   wznawianie   dawno 
zamkniętego dochodzenia musi być frustrujące.

Roń Gallagher przytaknął ruchem głowy.
– Trudno cokolwiek znaleźć po ponad dwudziestu latach – przyznał z 

westchnieniem.

Niebawem ludzie szeryfa wsiedli do radiowozów. Kiedy odjechali, Tony 

zatrzymał Rona Gal-laghera przy drzwiach.

–   Uprzedzam,   że   wynajmę   prywatnego   detektywa   –   poinformował 

szeryfa.   –   Na   wszelki   wypadek.   Oczywiście   nie   dlatego,   że   nie   ufam 
pańskim zdolnościom – dodał tytułem wyjaśnienia. – Ale kiedy zewrzemy 
siły, z pewnością szybciej odszukamy zabójcę Franklina Whitmana, który 
teraz próbuje uciszyć Sarah.

– Każda pomoc mi się przyda – oświadczył Roń Gallagher. – Jeśli ten 

detektyw   coś   odkryje,   proszę   dać   znać.   Obiecuję,   że   postąpię   tak   samo. 

background image

Między nami mówiąc, agenci federalni uważają, że my, miejscowi, jesteśmy 
równie bystrzy, jak zajęcze bobki. Nie będą się chcieli dzielić zdobytymi 
informacjami i właściwie nie liczę nawet na ich pomoc.

– Na moją może pan liczyć w stu procentach – zadeklarował Tony. Roń 

Gallagher kiwnął głową, ale zaraz potem spochmurniał.

– To straszne, co przydarzyło się pani Whitman. Zdążyła już przeżyć 

prawdziwe piekło. Nie dopuszczę, aby teraz stało się jej coś złego.

– Jeśli coś się stanie, szeryfie, to nie z pańskiej winy, lecz dlatego, że 

ktoś   w  Marmet  ma  teraz  solidnego   pietra  –  powiedział   Tony.  –  Ludzie, 
którzy się boją, są niezwykle niebezpieczni.

Zabójca nie podejrzewał, że kiedykolwiek odnajdziemy ciało Whitmana. 

Teraz jest zdeterminowany, nie cofnie się przed niczym.

–   Myślał   pan   o   tym,   aby   namówić   panią   Whitman   do   powrotu   do 

Nowego Orleanu? – zapytał szeryf.

Tony pokręcił głową.
– Sarah twierdzi, że mieszkańcy Marmet zniszczyli jej rodzinę, a ją samą 

wypędzili z miasta. I nie zamierza pozwolić, aby zrobili to ponownie. To 
odważna kobieta, nie należy do tych, którzy biorą nogi za pas.

– Tego właśnie się obawiałem. – Szeryf westchnął ciężko.
– Niech pan wykryje niedoszłego zabójcę Sarah – powiedział Tony. – 

Może wystarczy znaleźć właściciela broni, z której strzelano.

Roń Gallagher uśmiechnął się blado.
– Obaj wiemy, jakie to będzie trudne w mieście, w którym prawie każdy 

dorosły   człowiek   ma   co   najmniej   jedną   strzelbę.   Tutejsi   ludzie   wprost 
uwielbiają polowania.

Tony popatrzył na gęste drzewa okalające dom nad jeziorem. Dopiero 

teraz uświadomił sobie, że mieszkanie na takim pustkowiu może mieć także 
złe strony.

– Ten człowiek bardzo się boi. Jest z pewnością przerażony. Przekona 

się pan, szeryfie, że wkrótce popełni jakiś błąd lub nieostrożność. A kiedy to 
zrobi, dopadniemy go. Na pewno.

Roń Gallagher kiwnął głową na pożegnanie.
– W razie potrzeby niech pan do mnie dzwoni.
– Proszę działać bardzo ostrożnie i uważać na siebie – powiedział Tony. 

– I informować nas na bieżąco.

– Jasne – odparł Roń Gallagher i poszedł do samochodu.

background image

Zanim zdążyły zniknąć światła odjeżdżającego wozu, Tony zaryglował 

drzwi i ruszył po schodach na górę.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Sarah była pod prysznicem, kiedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki. 

Wychyliła głowę zza zasłony i zapytała:

– O co chodzi?
– Chciałem, abyś wiedziała, że już jestem na górze – oświadczył Tony. 

Natychmiast się uspokoiła.

– W porządku. I dziękuję – dodała. – Zaraz będę gotowa.
Szybko się opłukała, zakręciła wodę i sięgnęła po ręcznik. Był puszysty i 

gruby. Owinęła się nim,  ponieważ jej szlafrok został niestety w Nowym 
Orleanie.

Gdy tylko wyszła z łazienki, Tony podał jej nocną koszulę. A kiedy 

zaczęła się ubierać, odwrócił się plecami.

– Jak widzisz, zachowuję się przyzwoicie.
Odwrócił się i zaczął lustrować twarz i ciało Sarah, wypatrując śladów 

po upadku. Na widok zdartej skóry na policzku zrobiło mu się przykro. Było 
to jednak niczym w porównaniu z faktem, że gdyby nie nachylił się w jej 
stronę, aby ją pocałować, pewnie już by nie żyła.

–   Wiem,   że   jesteś   przerażona   –   stwierdził   łagodnym   głosem.   W 

odpowiedzi Sarah skinęła głową.

– Być może poczujesz się lepiej, jeśli przyznam, że i ja się boję.
–   Czy   nie   postępuję   egoistycznie,   mieszkając   pod   twoim   dachem?   – 

zastanawiała się na głos. Naprawdę miała wyrzuty sumienia. – Przecież w 
ten sposób narażam cię na niebezpieczeństwo. Myślę, że chyba powinnam...

– Nawet o tym nie myśl – przerwał jej gwałtownie Tony. Wziął Sarah w 

objęcia.   –   Słonko,   spróbuj   się   uspokoić.   Pozwól   mi,   proszę,   tak   cię 
potrzymać. Jeszcze nie otrząsnąłem się z szoku, że mogłaś zginąć.

Złożyła   głowę   na   jego   piersi.   Czuła   pod   policzkiem   miękki   sweter   i 

słyszała głośne dudnienie serca.

– Tony...
– Słucham.
– Dziś ocaliłeś mi życie.
W pierwszej  chwili  w  ogóle  się  nie  odezwał,  tylko przygarnął Sarah 

mocniej do siebie. Potem potarł delikatnie policzkiem po czubku jej głowy i 

background image

roześmiał się cicho.

–  Czy  to  oznacza,  że  jesteś   mi  winna   coś  w  rodzaju  bezwzględnego 

posłuszeństwa? Będziesz moją niewolnicą? Czy odtąd twoje życie należy do 
mnie i mogę z tobą robić, co mi się podoba?

–   Wychowywałam   się   w   Luizjanie,   a   nie   na   Dalekim   Wschodzie   – 

wymamrotała.

– Ogromna szkoda. – Tony westchnął lekko. – Wiedziałem, że to za 

piękne, aby było prawdziwe.

–   Mimo   to   jednak   spełnię   jedno   twoje   życzenie   –   oświadczyła 

wspaniałomyślnie. Tony odsunął ją od siebie i z niedowierzaniem popatrzył 
jej w oczy.

– Naprawdę zrobisz to, czego zechcę? – zapytał.
– Niezupełnie...
Westchnął teatralnie i zrobił smutną minę.
– Wiedziałem od razu, że jest w tym jakiś haczyk – jęknął. – Zawsze 

jest.

–   Uspokój   się.   Zaraz   usłyszysz,   co   cię   czeka.   Przyrządzę   ci   jeden   z 

trzech   najbardziej   wykwintnych   i   najwspanialszych   deserów,   jakie 
kiedykolwiek   zdarzyło   ci   się   jeść.   Pierwszy   to   sernik   w   polewie 
czekoladowej, z musem malinowym, drugi to placek z orzechami laskowymi 
i   dodatkami,   których   nie   zdradzę.   Trzeci   deser   nosi   nazwę   anielskiego 
ciastka.  To duże bezy  podawane z truskawkami  i bitą śmietaną.  A teraz 
wybieraj, który z nich chcesz.

– Ho, ho. – Po minie Tony'ego było widać, że jest pod wrażeniem. – 

Mówisz poważnie?

– Całkowicie serio.
–   Przepadam   za   czekoladą   i   malinami,   ale   jeszcze   nigdy   nie   jadłem 

beżów z takimi fantastycznymi dodatkami. Chętnie bym ich spróbował. No 
cóż, jeśli muszę wybierać... Skoro nie mogę mieć ciebie, to decyduję się na 
anielskie ciastko.

Sarah uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Świetnie. Zamiast zastanawiać się, kiedy padnie następny strzał, będę 

miała coś konkretnego do roboty.

Tony pokręcił głową, pełen podziwu dla hartu ducha tej kruchej kobiety.
– Wiesz co? Jesteś fantastyczna – oświadczył.
– Niby dlaczego? – spytała.

background image

– Wygląda na to, że bez względu na okoliczności spadasz zawsze na 

cztery łapy.

– Bo nigdy nie żywię złudnych nadziei. Dzięki temu unikam bolesnych 

rozczarowań. Tony spochmurniał i zmarszczył czoło.

– To stwierdzenie wcale mi się nie podoba – przyznał. – Każda kobieta 

powinna mieć jakieś oczekiwania, choćby najskromniejsze.

– Czyżbyś zamierzał coś mi zaproponować?
– Och, nie, moja słodka dziewczyno. Bo gdybyś wiedziała, co chodzi mi 

teraz po głowie, dopiero byś się wystraszyła.

Zaintrygowana   Sarah   dostrzegła   w   oczach   Tony'ego   figlarne   błyski. 

Uśmiechnęła się mimo woli.

– Skąd wiesz? Ja naprawdę nie należę do strachliwych.
– Czy pozwolisz pocałować się na dobranoc? – zapytał.
– Przedtem całowałeś bez pytania – wypomniała mu. – A teraz nagle 

pytasz, mimo że stałam się twoją dłużniczką po tym, jak ocaliłeś mi życie?

Przez   chwilę   Tony   czekał   w   milczeniu.   Brak   odpowiedzi   na   zadane 

przed chwilą pytanie uznał za przyzwolenie.

Wiedziała, co teraz nastąpi. W gruncie rzeczy nie byłoby to nic nowego, 

bo przecież już raz zatracili się w namiętnym pocałunku. Teraz jednak była 
gotowa zrobić znacznie więcej.

Uniosła ku górze lekko uśmiechniętą twarz.
Tony tylko na to czekał. Nachylił się i jego usta odnalazły wargi Sarah. 

W   tej   właśnie   chwili   ulotnił   się   jego   zdrowy   rozsądek,   którego   miejsce 
zajęło pragnienie spełnienia.

Nie   zdając   sobie   sprawy   z   tego,   co   robi,   zarzuciła   ręce   na   szyję 

Tony'ego.   Przygarnął   ją   mocno   do   piersi   i   uniósł.   Zaraz   potem   jednak 
zdumiona Sarah poczuła, że stopami znów dotyka ziemi. Tony odsunął się w 
chwili, kiedy zaczęła się zupełnie zatracać.

– No, więc... teraz już wiemy, że nie będzie nam łatwo – wymamrotał. 

Cofnął   się   jeszcze   o   krok.   –   Czas   na   mnie   –   oświadczył.   –   Mam   do 
załatwienia   kilka   telefonów.   Mogę   w   czymś   ci   pomóc,   zanim   pójdziesz 
spać?

– Nie ma jeszcze dziewiątej – odparła Sarah. – Nie chcę iść tak wcześnie 

do łóżka. Tony zacisnął odruchowo pięści i zaraz potem wsunął ręce do 
kieszeni. Jakże chętnie dotknąłby ponownie Sarah...

– W takim razie bądź tak uprzejma i ubierz się jakoś przyzwoiciej – 

background image

poprosił. – Jestem twardym facetem, ale jeszcze kilka takich pocałunków i 
nie ręczę za siebie. Uważaj, dziewczyno, to robi się niebezpieczne.

– Ciocia Lorett mawia, że człowiek nie powinien wzniecać większego 

ognia niż ten, który potrafi ugasić.

–   Jak   na   mój   gust,   twoja   ukochana   ciotka   ma   stanowczo   zbyt   wiele 

różnych   złośliwych   powiedzonek   –   stwierdził   ponurym   głosem.   –   Idę. 
Gdybyś mnie potrzebowała, będę w bibliotece.

Zbierał   się   do   wyjścia,   kiedy   zadzwonił   telefon.   Spojrzał   na   aparat 

stojący na stole, a potem na Sarah.

– Odbierz sam – zaproponowała. Podniósł słuchawkę i warknął:
– Tu DeMarco.
– Co stało się mojej dziewczynce? Tony wciągnął głęboko powietrze. 

Miękki, melodyjny kobiecy głos był jedyny w swoim rodzaju.

– Czy mówię z panią Lorett Boudreaux? – zapytał uprzejmie.
Na   linii   zapanowała   na   chwilę   cisza,   po   której   Tony   usłyszał   ciche 

prychnięcie.

– Bawi się pan w jasnowidza?
– Nie, proszę pani. – Tony uśmiechnął się do siebie. – Nigdy tego nie 

robię. Ale nie jestem także głupkiem i potrafię kojarzyć fakty.

W   słuchawce   rozległ   się   cichy   śmiech,   lecz   zaraz   potem   do   uszu 

Tony'ego dotarło westchnienie.

– Co stało się mojej dziecince? – ponownie spytała Lorett Boudreaux.
– Udam, że nie jestem zdziwiony, dlatego nie zapytam, skąd pani już o 

tym wie. Sarah wszystko pani opowie. Ale zapewniam, że nic jej się nie 
stało.

– Pozwoli pan, że sama to ocenię. Tony podał Sarah słuchawkę.
– Dzwoni twoja ciotka. Szepnij, proszę, w mojej obronie jakieś dobre 

słówko. Już jej się naraziłem.

Mrugnął   do   Sarah   i   taktownie   opuścił   pokój.   Pilne   rozmowy   mógł 

równie   dobrze   przeprowadzić   z   własnej   komórki.   Zamierzał   wynająć 
natychmiast strażników, tak aby już od samego rana mogli pilnować posesji, 
zatrudni także osobistych ochroniarzy.

–   Dziecinko...   powiedz   cioci   Lorett,   co   się   stało.   Sarah   całkiem   się 

rozkleiła.

–   Wieczorem   ktoś   do   mnie   strzelał.   Gdyby   nie   Tony,   byłabym   już 

martwa. – Załamał się jej głos. Zaczęła łkać. – Och, ciociu Lorett, sama nie 

background image

daję sobie rady. Jesteś mi bardzo potrzebna. Czy możesz tutaj przyjechać?

– Będę przy tobie, dziecinko, zanim jutro zajdzie słońce – oświadczyła 

Lorett. – Ale jak mam znaleźć cię w tym okropnym mieście?

– Jedź prosto do biura szeryfa. Tam powiedzą ci, gdzie jestem i jak się tu 

dostać. Albo, jeszcze lepiej, kiedy dotrzesz do Marmet, od razu zadzwoń. 
Przyjedziemy po ciebie.

– Nie. Wolę sama dotrzeć na miejsce. A teraz śpij spokojnie, kochanie. 

Ciotka Lorett nie pozwoli cię skrzywdzić.

Sarah odłożyła słuchawkę i usiadła na łóżku. Poczuła, jak ogarnia ją 

wielka ulga. Uznała, że z Tonym i ciotką u boku ma szansę przeżycia.

Tony   właśnie   parzył   wieczorną   kawę,   kiedy   odezwał   się   dzwonek   u 

drzwi. Zmarszczył czoło i spojrzał na zegarek. Jak na nieproszonych gości 
było już trochę za późno. Mimo  to podszedł do drzwi, spodziewając  się 
ujrzeć szeryfa lub któregoś z jego ludzi.

–   Moiro,   to   ty?   Co   sprowadza   cię   o   tak   późnej   porze?   –   zapytał 

zdziwiony widokiem gościa.

Moira Blake weszła szybko do holu. Na jej twarzy malował się głęboki 

niepokój.

– Słyszałam policyjne syreny – oś wiadczyła. – A z mojego patio było 

widać   błyskające   światła   przed   twoim   domem.   Wiem,   że   powinnam 
zadzwonić,   ale   okropnie   się   zdenerwowałam.   Czy   u   ciebie   wszystko   w 
porządku? Ktoś zachorował?

Tony powiesił płaszcz Moiry, a potem wprowadził ją do salonu.
– Siadaj przy kominku – zaproponował.
– Czy Sarah jest chora? – pytała dalej Moira. – Wiem, że powinnam 

wcześniej zaprosić was na kolację, ale ta dziewczyna ma wiele spraw na 
głowie. Postanowiłam dać jej trochę czasu.

– Nie jestem chora, ale dziękuję, że pani zapytała.
Na dźwięk głosu Sarah odwrócili się oboje. Tony zerwał się z fotela.
– Chodź, usiądź przy ogniu. Opowiedz Moirze o tym, co się stało, a ja 

zrobię kawę. Sarah podziękowała słabym uśmiechem Tony'emu i usiadła w 
fotelu.

Moira Blake nachyliła się i wzięła ją za rękę.
– Co się stało, moja droga? Widziałam światła przed waszym domem i 

sądziłam, że ktoś wezwał karetkę.

– Nie, proszę pani. To był szeryf – wyjaśniła Sarah. Moira zmarszczyła 

background image

brwi.

– Ale dlaczego? – spytała.
– Ktoś usiłował mnie zabić.
– To niemożliwe! – jęknęła Moira. – Nie mówisz tego serio! Oboje z 

Tonym nakryliście złodzieja?

–   Chciałabym,   aby   tak   było   –   z   westchnieniem   przyznała   Sarah   i 

przystąpiła do relacjonowania przebiegu wieczornych wydarzeń.

Kiedy   skończyła,   na   twarzy   Moiry   odmalowało   się   niedowierzanie. 

Tony, który właśnie wrócił z kuchni, podał jej filiżankę gorącej kawy.

– Nie mogę tego pojąć – stwierdziła. Wyglądała na bardzo poruszoną. 

Lekko drżały jej ręce. Odstawiła filiżankę na stolik, żeby nie rozlać kawy. – 
Nie masz pojęcia, jak bardzo mi przykro, że przydarzyło ci się coś takiego.

– To miło z pani strony – powiedziała Sarah. Moira podniosła głowę i 

pytającym wzrokiem popatrzyła na Tony'ego.

– Nie rozumiem, dlaczego ktoś chciałby skrzywdzić tę młodą kobietę. 

Zerknął na Sarah, a potem wzruszył ramionami.

– Widocznie komuś bardzo zależy na tym, aby ją uciszyć – odparł. – Ale 

ten   człowiek   zapomniał   o   podstawowej   rzeczy.   Pozbycie   się   córki 
zamordowanego   tylko   spotęguje   szum   wokół   tej   sprawy.   I   tak   już 
wznowiono śledztwo w sprawie tragicznej śmierci Franklina Whitmana. W 
dodatku zanim Sarah dowiedziała się o odkryciu ciała ojca.

– To prawda – przyznała Moira. – Może właśnie dlatego przyszło mi do 

głowy, że nastawanie na życie Sarah nie ma żadnego sensu.

–   Moje   pojawienie   się   w   Marmet   wywołało   duże   zamieszanie   – 

odezwała się Sarah. – A tak na marginesie uważam, że człowiek, który zabił 
mojego ojca, nie jest specjalnie sprytny.

Moira zmarszczyła czoło.
– Co masz na myśli?
–   Gdyby   był   tak   sprytny,   za   jakiego   się   uważa,   zignorowałby   mój 

przyjazd i wraz z pozostałymi obywatelami Marmet udawał, że jest głęboko 
wstrząśnięty  faktem wydobycia z dna  jeziora  ciała mojego  ojca. Po tylu 
latach policja raczej nie będzie w stanie ustalić, czy zabójca jeszcze żyje i 
czy mieszka nadal w tej okolicy. Ten człowiek popełnił wielki błąd, bo się 
ujawnił i dał znać o swoim istnieniu.

Zamyślona Moira pokiwała głową.
– Masz rację, moja droga. Ale może teraz zda sobie z tego sprawę i 

background image

zostawi cię w spokoju.

– W tym cała moja nadzieja – przyznała Sarah. Moira podniosła wzrok i 

popatrzyła najpierw na rozmówczynię, a potem na pana domu.

–   W   każdym   razie   jestem   szczęśliwa,   że   nie   stało   się   nic   złego. 

Chciałabym  uczcić   ten  fakt.   Zapraszam   jutro   do  siebie   na  kolację.   Koło 
ósmej. Będzie też kilka innych, równie życzliwych osób.

Obiecuję, że nie spotka was nic nieprzyjemnego. Przyjdziecie?
– Sama nie wiem – z ociąganiem odrzekła Sarah, zastanawiając się, jaką 

podjąć decyzję. Spojrzała niepewnie na Tony'ego. Jeszcze nie miał pojęcia, 
że jutro próg jego domu przestąpi nowy gość. Lorett Boudreaux.

– Jeśli nie chcesz, to nie przyjmuj zaproszenia – na widok wahania Sarah 

oświadczył Tony. – Moim zadaniem jest odsuwanie od ciebie wszelkich 
kłopotów. Już jutro pojawią się tu strażnicy i ochroniarze, będziesz mogła 
bez obaw wychodzić z domu.

– Strażnicy i ochroniarze? – zdziwiła się Moira.
– Tak, będą zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz domu. Możesz być 

pewna,   że   już   nikt   więcej   nie   wkroczy   bez   zezwolenia   na   teren   mojej 
posiadłości – oświadczył Tony.

Moira uśmiechnęła się lekko.
–   Szczerze   powiedziawszy,   ja   też   czuję   się   od   razu   o   wiele 

bezpieczniejsza – przyznała. – Kobiecie, która pędzi samotne życie, zawsze 
przyda się dodatkowe zabezpieczenie, ostrożności nigdy za wiele. Przecież 
ja też mieszkam na odludziu. No to co, przyjdziecie?

Sarah nadal była niezdecydowana. Niepewnym głosem zwróciła się do 

Tony'ego:

–   Słuchaj,   nie   zdążyłam   cię   jeszcze   uprzedzić,   załatwienia   kilka 

telefonów. Mogę w czymś ci pomóc, zanim pójdziesz spać?

– To dobrze – szczerze ucieszył się Tony. – Najwyższy czas, abyśmy się 

poznali. Sarah odetchnęła z ulgą, że tak dobrze przyjął wiadomość o nowym 
gościu i od razu poprawił jej się humor. Spojrzała na Moirę i oznajmiła:

–   Chętnie   przyjdę   na   kolację,   ale   pod   warunkiem,   że   przyjmie   pani 

jeszcze jednego gościa. Nie mogę zostawić cioci samej już pierwszego dnia 
po jej przyjeździe.

– To oczywiste – uspokoiła ją Moira. – Będę szczęśliwa, mogąc gościć 

ją u siebie. Przy moim stole zawsze znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej 
osoby.

background image

–   Wobec   tego   przyjdziemy,   a   jeśli   pani   Boudreaux   opóźni   przyjazd, 

damy znać – zapowiedział Tony.

– Doskonale.
Moira szybko skończyła kawę, pożegnała się i wyszła.
– Jesteś zły, że zaprosiłam tu ciocię bez porozumienia z tobą? – spytała 

Sarah.

– Nie. Nic, co robisz, nie jest w stanie mnie rozzłościć – odrzekł Tony. – 

O ile nie narażasz się na niebezpieczeństwo.

– Nie zamierzam ryzykować.
– To dobrze,  słonko.  Muszę  wiedzieć,   czy  staniesz  się  częścią  mego 

życia. Chodzi mi o nas. O to, jak będzie potem. To znaczy, kiedy skończy 
się ta cała przykra sprawa. Zrozumiałaś?

Sarah   skinęła   głową,   lecz   nie  do   końca   pojęła  słowa   Tony'ego.   Była 

jednak zbyt zmęczona, aby prosić go o wyjaśnienie. Mówił o przyjaźni czy o 
czymś więcej?

–   Pamiętasz,   że   jeszcze   przed   chwilą   próbowałeś   zapędzić   mnie   do 

łóżka? – zapytała.

– Tak.
– Chyba jestem już gotowa udać się na spoczynek. Tony uśmiechnął się 

kpiąco.

– Życzysz sobie, żebym utulił cię przed snem?
– zapytał.
– To, czego chcę, i to, co się naprawdę wydarzy, to dwie zupełnie różne 

rzeczy – odparła Sarah.

– Jeszcze raz dziękuję ci za uratowanie mi życia. Dobrej nocy.
– Nie ma za co. Śpij spokojnie.
Dopiero  gdy   wyszła  z   salonu,  do  Tony'ego  dotarł  sens   jej  słów.  Nie 

powiedziała, że go nie chce, raczej wyraźnie stwierdziła, iż nie zamierza 
ulec własnemu pożądaniu. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Odetchnął z ulgą.
Uszczęśliwiony, uśmiechnął  się  do siebie, dorzucił polan do ognia, a 

potem   wziął   do   ręki   książkę,   którą   próbował   czytać   od   dwóch   dni. 
Traktowała o sile pozytywnego myślenia.

Widocznie   jednak   jeszcze   za   mało   wiedział   na   ten   temat,   bo   gdyby 

posiadł   umiejętność   przetwarzania   swych   myśli   na   konkretne   czyny, 
kochałby się teraz z Sarah.

background image

Zabójca   ze   złością   przemierzał   pokój,   przeklinając   swojego   pecha   i 

niecelny strzał. Gdyby nie ten piekielny pocałunek, Sarah Whitman byłaby 
już   martwa   i   skończyłby   się   cały   ten   rejwach.   Teraz   policja   łaziła   po 
posiadłości DeMarca i ponowne podejście pod dom oraz zbliżenie się do tej 
kobiety było praktycznie niemożliwe.

W porządku, nie ma  tego złego... Zabójca uznał, że trzeba spokojnie 

poczekać. Przecież nawet największy pech kiedyś wreszcie się skończy. Już 
on   zadba   o   to,   by   wiele   lat   wyrzeczeń   i   trudu   nie   poszło   na   darmo. 
Powiedzie mu się, był o tym w pełni przekonany.

W ciągu tych dwudziestu lat nauczył się kilku rzeczy, a już na pewno 

jednego. Otóż prawie zawsze mamy możliwość naprawienia popełnionego 
błędu.

Jeśli nie dziś, to jutro.
Sarah   szybko   zapadła   w   sen,   lecz   dręczyły   ją   koszmary.   Raz   po   raz 

słyszała w uszach wystrzał, a potem własny krzyk, kiedy padała na ziemię, 
przygnieciona ciałem Tony'ego.

Nie mogła przestać o tym śnić. Ta scena powtarzała się w jej umyśle jak 

zacinająca się płyta. Sarah rzucała się na łóżku, owinięta ciasno kołdrą, co 
jeszcze wzmogło przykre doznania.

W końcu, kiedy huk wystrzału po raz setny zadźwięczał jej w uszach, 

krzyknęła. Rozpaczliwie. Tym razem na cały głos. Obudziła się i przerażona 
usiadła na łóżku.

Chwilę później zjawił się Tony. Półnagi, z groźnie zmrużonymi oczami i 

ze sprężynowym nożem w ręku. Wyglądał jak agresywny wyrostek, gotowy 
do rozróby pod byle pretekstem.

– Przepraszam! Przepraszam! – zawołała Sarah. Wyskoczyła z łóżka i 

podbiegła do Tony'ego. – To był sen. Tylko sen.

–   Rany   boskie!   –   jęknął,   chowając   ostrze   noża.   Oparł   się   ciężko   o 

framugę drzwi. – Piekielnie mnie przestraszyłaś.

Zaskakujący wygląd Tony'ego sprawił, że Sarah z trudem powstrzymała 

śmiech.   Był   potargany.   Gęste,   ciemne   włosy   sterczały   mu   na   wszystkie 
strony. Spodnie od dresu włożył na lewą stronę, w dodatku tył na przód.

– Wiem. Jest mi naprawdę bardzo przykro – szepnęła ze skruchą.
Tony wziął się w garść i spojrzał badawczo na Sarah. I zaraz potem w 

jego umyśle zakiełkowało pewne podejrzenie.

– Czyżby coś cię rozśmieszyło? – zapytał rozeźlony. A kiedy zagryzła 

background image

wargi   i   potrząsnęła   głową,   stwierdził:   –   Śmiejesz   się,   mała   czarownico. 
Chciałbym wiedzieć czemu.

– No... jakby to powiedzieć... masz trochę zwichrzone włosy. Spodnie 

założone przodem do tyłu i... chyba na lewą stronę.

Tony popatrzył w dół i dostrzegł na brzuchu fabryczną metkę. A niech to 

szlag. Sarah miała rację. Wyglądał jak ostatni idiota.

– To twoja wina – mruknął z wyrzutem.
–  Wiem  –  przyznała  potulnie  i  zaraz  potem padła  plecami   na  łóżko, 

zaśmiewając się do rozpuku, jak nigdy w życiu. Przestała na chwilę myśleć 
o ostatnich koszmarnych dniach. Przetoczyła się na bok, nadal pękając ze 
śmiechu.   A   kiedy   zobaczyła   zbolałą   i   urażoną   minę   Tony'ego,   niemal 
wpadła w histerię. Chcąc stłumić wydawane dźwięki, wepchnęła głowę pod 
poduszkę.

– Sarah...
Mimo poduszki, do jej uszu dotarł ostrzegawczy ton głosu Tony'ego. A 

jednak śmiała się nadal.

– Dość tego! – warknął, rozeźlony nie na żarty.
Zagryzła wargi i ciągle chichocząc, wytknęła nos spod poduszki. Tony 

wyglądał   jak   jeden   z   kogutów   Lorett   Boudreaux,   któremu   dopiero   co 
przycięto pióra na ogonie. A ponadto miał trochę głupkowatą minę.

Nie   wiedział,   czy   śmiać   się,   czy   złościć.   Czyżby   przemyśliwał   nad 

wymierzeniem jej jakiejś srogiej kary?

Po chwili zorientowała się, że wybrał właśnie tę ostatnią możliwość.
– Uważasz, że to śmieszne? – wycedził przez zęby.
Wetknął   palce   za   gumkę   od   spodni   i   uśmiechnął   się   ironicznie. 

Wydawało się, że jeszcze chwila, a stanie przed Sarah zupełnie nagi. Sarah 
odrzuciła poduszkę i usiadła na łóżku.

– Nie gniewaj się na mnie – poprosiła.
– Wcale się nie gniewam, moja ty słodyczy – oświadczył podejrzanie 

milutkim   głosem.   –   Najuprzejmiej   dziękuję,   że   zwróciłaś   uwagę   na   mój 
wygląd. Daj mi chwilę, a zaraz doprowadzę się do porządku.

Tony   wsunął   palce   głębiej   w   spodnie.   Rozśmieszył   go   widok 

wystraszonych oczu Sarah i opuszczonych kącików jej ust.

– Zamierzasz zrobić to, co myślę? – spytała cichym głosem.
– Myślisz, że co zamierzam zrobić?
– Zdjąć spodnie.

background image

– Rozważałem taką ewentualność – przyznał pogodnie. – Zechcesz mi 

pomóc?

Sarah siedziała przez chwilę nieruchomo. Otarła się dziś o śmierć, a teraz 

tak bardzo chciała, żeby stało się to, co i tak wydawało się nieuniknione. 
Podniosła się z łóżka.

– Silk...
Tony'emu z wrażenia podskoczyło serce.
– Słucham.
– Zgaś lampę.
W pokoju zrobiło się ciemno. Na chwilę zapanowała cisza. Potem Sarah 

usłyszała, jak Tony odciąga gumkę. Wiedziała, że zdjął spodnie. Drżąc z 
przejęcia, wsunęła się z powrotem do łóżka.

– A więc pokaż mi teraz, Silk, za co zdobyłeś ten piękny przydomek. 

Czym na niego zasłużyłeś? – spytała zaczepnie.

– Sądziłem, że już nigdy o to nie zapytasz – mruknął.
Czując,   jak   obok   ugina   się   materac,   wstrzymała   oddech.   Po   chwili 

poczuła   dotyk   męskich   dłoni,   które   odsłoniły   ją   zręcznie   i   delikatnie.   A 
zaraz potem dosłownie wcisnęły w materac.

– Och... Ja...
–   Nic   nie   mów   –   szeptem   poprosił   Tony.   –   Pozwól   mi   się   kochać. 

Zamknij oczy i przestań myśleć, skup się na tym, co czujesz.

Miała tylko odczuwać? W porządku. Tyle była w stanie zrobić.
Wkrótce się przekonała, że Anthony DeMarco zapracował uczciwie na 

swój   przydomek.   Z   niezwykłą   umiejętnością   i   w   rekordowym   czasie   do 
prowadził ją na skraj szaleństwa.

Chłonęła  z   lubością  pieszczotę  warg  przesuwających  się   po  jej  ciele, 

coraz bardziej rozpalona i zniecierpliwiona.

Silk DeMarco wiedział doskonale, jak podniecić i zaspokoić partnerkę. 

Samymi pieszczotami doprowadził Sarah do orgazmu.

Kiedy wreszcie uniósł się na rękach i wszedł w Sarah, drżała z radości, 

że wkrótce osiągnie apogeum rozkoszy.

Również Tony był bardzo podniecony. Ledwie mógł znieść żar, jaki go 

ogarnął, gdy wsunął się głęboko między uda Sarah. Poczuł, jak obejmuje go 
mocno   za   szyję.   A   kiedy   jeszcze   mocno   przyciągnęła   go   do   siebie, 
uprzytomnił sobie, że przepadł z kretesem.

To, co teraz robił, nie było zwyczajnym uprawianiem seksu, a kobieta, 

background image

którą właśnie pieścił, nie była jedynie panienką, którą wabi się do łóżka na 
jeden szybki numerek.

Sarah Whitman stała się dla niego kimś o wiele ważniejszym. Wiedział, 

że nie potrafiłby od niej odejść.

Poruszał się coraz szybciej, co przyjęła z zadowoleniem. Dała mu do 

zrozumienia, że pragnie więcej.

Sarah zesztywniała, a potem zaczęła jęczeć. Mobilizując wszystkie siły, 

z   trudem   nad   sobą   zapanował.   Zaczął   zwalniać   ruchy.   I   właśnie   wtedy, 
kiedy zdał sobie sprawę z tego, że już dłużej nie zdoła się kontrolować, 
Sarah nagle zadrżała.

Raz po raz wykrzykiwała jego imię. Przeżywała ekstazę.
Tony skrył twarz w zagłębieniu jej szyi i oddał się rozkoszy.
Ostateczne spełnienie było dla niego przeżyciem nie tylko wspaniałym, 

lecz także dość niepokojącym. Udowodniło mu bowiem jedną ważną rzecz. 
Z Sarah Whitman łączyło go znacznie więcej niż zwykłe pożądanie.

Zaczynał   darzyć   uczuciem   tę   kobietę,   choć   był   przekonany,   że   ich 

zbliżenie to dla niej tylko i wyłącznie satysfakcjonujący seks.

Aby nie przygniatać Sarah własnym ciałem, Tony przetoczył się na bok i 

wciągnął ją na siebie.

Ś wiadomość, że po raz pierwszy w życiu zakochał się w kobiecie, która 

nie   odwzajemnia   i   być   może   nigdy   nie   odwzajemni   jego   uczuć,   była 
przerażająca.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Sarah leżała w objęciach pogrążonego we śnie Tony'ego, wsłuchując się 

w jego równy oddech i analizując własne emocje. Wiele lat temu obiecała 
sobie już nigdy więcej się nie zakochać. Nie chciała do nikogo należeć, nie 
chciała ponownie przeżywać upokarzającego uzależnienia od drugiej osoby. 
A jednak złamała tę obietnicę, i to właśnie teraz, kiedy jej życie zaczęło 
przypominać istny koszmar.

Właściwie dlaczego to zrobiła? Co, do licha, sobie myślała? Westchnęła 

głęboko. Na tym polegał cały problem. W łóżku Tony'ego znalazła się pod 
wpływem impulsu,  na chwilę wyłączyła zdrowy rozsądek.  To było takie 
odreagowanie stresu, nie powinna mieć do siebie pretensji.

Przeraziła ją wprawdzie intensywność przeżyć doznanych w objęciach 

Tony'ego, lecz mimo  to chętnie by się w nich znalazła ponownie. Po to 
tylko, żeby poczuć czułość i siłę tego mężczyzny.

– Och, Silk – wyszeptała. – Co ja zrobiłam najlepszego?
Nie słyszał, bo spał nadal. I dobrze, gdyż żadne jego słowa nie byłyby w 

stanie zmienić tego, co już się stało.

Tuż przed świtem Sarah wysunęła się z ciepłych męskich objęć. Poszła 

pod prysznic,  gdzie wraz ze spływającą po ciele  letnią wodą spłukiwała 
resztki wyrzutów sumienia. Kochała się z Tonym DeMarkiem i nic tego nie 
zmieni. Być może uczyni to jeszcze raz, ale ten fakt w żaden sposób nie 
wpłynie   na   zmianę   jej   planów.   Zamierzała   bowiem   osiągnąć   cel,   jaki 
wytyczyła sobie, wracając do tego koszmarnego miasteczka.

Tony obudził się i zobaczył, że leży sam. Wiedział, co się stało. Sarah 

przeżyła czarowną noc, ale wraz z nastaniem świtu zaczęła odsuwać się od 
niego i bronić przed dalszą intymnością. Postanowił jednak nie poddawać 
się rozczarowaniu i przykrym rozmyślaniom. I obiecał sobie solennie, że nie 
dopuści, by znów się od siebie oddalili. Gdyby to od niego zależało, ostatnia 
noc byłaby zaledwie frapującym początkiem.

Wstał z łóżka, poszedł do siebie i wziął szybki prysznic, a potem ubrał 

się starannie. Zawsze dbał o dobry wygląd i przywiązywał do niego dużą 
wagę. O czternastej zjawi się prywatny detektyw, wczesnym popołudniem 
dotrą tu uzbrojeni ochroniarze, a po nich przyjedzie ciotka Sarah.

background image

Wieczorem   czekała   ich   jeszcze   kolacja   u   Moiry   Blake.   Mimo   że 

wolałby, aby Sarah siedziała bezpiecznie w domu, przynajmniej dopóki nie 
skończy się całe zamieszanie, Tony zdawał sobie sprawę, że spotkanie z 
sympatycznymi,   życzliwymi   ludźmi   wpłynie   korzystnie   na   jej   psychikę. 
Gdyby   zostali   w   domu,   pewnie   pogrążyłaby   się   w   przykrych 
wspomnieniach.

Właśnie schodził po schodach, kiedy zabrzmiał dzwonek. Zanim Tony 

zdążył jakoś zareagować, Sarah już podbiegła do drzwi. No tak, nie była 
zbyt   ostrożna.   Na   szczęście   na   progu   stał   jeden   z   ludzi   szeryfa,   który 
przyjechał, by zwrócić Sarah kalendarz jej ojca.

–   Dzień   dobry,   pani   Whitman.   Szeryf   prosił,   abym   to   pani   oddał   – 

powiedział mężczyzna.

–   Dziękuję.   Zechce   pan   wstąpić   i   napić   się   kawy?   –   spytała   z 

uśmiechem. Człowiek szeryfa zawahał się na chwilę.

–   Zrobiłbym   to   z   przyjemnością,   ale   niestety   bardzo   się   spieszę. 

Musiałbym wziąć kawę ze sobą. Mam kubek w radiowozie.

– Proszę przynieść. Będę w kuchni. Jestem pewna, że pamięta pan drogę. 

Odwróciwszy się, Sarah ujrzała Tony'ego stojącego u stóp schodów.

–   Od   tej   pory   sam   będę   otwierał   drzwi,   dobrze?   –   odezwał   się   z 

pozornym spokojem.

Sarah nie przyszło nawet do głowy, że ta banalna czynność może okazać 

się   niebezpieczna.   Zaraz   potem   jednak   przypomniała   sobie   wydarzenia 
poprzedniego wieczoru. I to, że otarła się o śmierć...

– Masz rację. Nie pomyślałam i postąpiłam bardzo nierozważnie. Widzę, 

że   wraca   człowiek   szeryfa.   Czy   możesz   przyprowadzić   go   do   kuchni? 
Muszę wyjąć bułeczki z pieca.

Tony wyciągnął przed siebie ręce.
– Zrobię to, ale przedtem zamierzam uścisnąć cię na powitanie.
Po krótkim wahaniu Sarah pozwoliła, aby potrzymał ją przez chwilę w 

objęciach, ale nie odwzajemniła uścisku.

– Traktujesz mnie chłodno – odezwał się miękkim głosem. – Ale wiem, 

jak jest naprawdę, więc lepiej nie próbuj mnie oszukiwać.

– Wcale cię nie oszukuję. Po prostu nie chcę spalić bułeczek – wykręciła 

się sianem.

– Wmawiaj to sobie dalej, słonko, ale mnie oszczędź tych głupot, bo i 

tak ci nie uwierzę. – Zanim zdobyła się na kolejny protest, Tony ujął ją 

background image

delikatnie za ramię, odwrócił i lekko popchnął w stronę kuchni. – Biegnij do 
swoich wypieków. Ale założę się, że nie będą tak smaczne jak ty.

Poczuła,   że   się   czerwieni.   Wyciągając   po   chwili   bułeczki   z   pieca, 

mruczała   pod   nosem   coś   mało   przychylnego   na   temat   spryciarzy   w 
spodniach.   Tych   jakże   niebezpiecznych,   bo   stanowczo   zbyt   atrakcyjnych 
fizycznie facetów.

Jedną   ręką   Tiny   Bartlett   machała   w   powietrzu,   chcąc   osuszyć 

pomalowane   paznokcie,   a   drugą   wystukiwała   numer   telefonu.   Czekał   ją 
interesujący  wieczór.  Dziś  bowiem  miała  się  odbyć  kolacja  u Moiry,  na 
którą pani domu zaprosiła Tony'ego DeMarca i Sarah Whitman. A fakt, że 
zjawi   się   również   Lorett   Boudreaux,   jeszcze   dodawał   smaczku 
zapowiedzianej towarzyskiej imprezie.

Kiedy   zadzwonił   biurowy   telefon,   Annabeth   Harold   siedziała   przy 

komputerze. Stukała jeszcze przez chwilę w klawiaturę, a potem podniosła 
słuchawkę.

– Dzień dobry. Tu kancelaria adwokacka Dewey, Dewey i Cline. Czym 

mogę służyć?

– Cześć, Annabeth. To ja, Tiny. Jesteś bardzo zajęta?
Annabeth   uśmiechnęła   się   lekko.   Tiny   Bartlett   nie   miała   zielonego 

pojęcia, czym jest prawdziwa praca.

– W biurze zawsze jestem zajęta, ale chwilę mogę pogadać. O co chodzi?
–   Co   włożysz   na   siebie   dziś   wieczorem,   idąc   do   Moiry?   Annabeth 

wywróciła oczyma. A co to miało za znaczenie?

– Och, jeszcze  nie wiem – odparła, wzruszając  ramionami.  – Czemu 

pytasz?

–   Będziesz   chciała   z   pewnością   wyglądać   jak   najlepiej.   Do   Moiry 

przyjdzie Silk DeMarco.

– Tiny, on jest ode mnie młodszy o co najmniej piętnaście lat, a może 

nawet   więcej.   To,   co   Silk   o   mnie   pomyśli,   nie   ma   żadnego   znaczenia. 
Młodzi nie zwracają uwagi na starych.

Słowa Annabeth zdumiały Tiny.
– Zawsze ma znaczenie – zaprotestowała. – Włóż wiśniowe spodnium. 

To, które nosiłaś w zeszłym miesiącu podczas naszego wypadu na kolację 
do Portlandu.

Annabeth zmarszczyła czoło, usiłując przypomnieć sobie, w jakim stanie 

jest ten strój.

background image

– Postaram się je włożyć... jeśli nie jest akurat w pralni.
– To dobrze – stwierdziła Tiny. – Czy rozmawiałaś ostatnio z Marcią?
– Nie, nie miałam okazji. Wczoraj wieczorem nie było mnie w domu.
– Wychodziłaś? Po co? Annabeth spochmurniała.
– Po prostu załatwiałam różne drobne sprawy.
– Zwykle robisz to tuż przed zmierzchem.
– Niby jak miałabym zdążyć z tym wcześniej? – mruknęła zdegustowana 

Annabeth. – Pracuję, jak dobrze wiesz, do siedemnastej, a o tej porze już 
robi   się   ciemno.   Tiny,   ty   naprawdę   nie   masz   pojęcia,   jak   żyją   zwykli 
śmiertelnicy.

Rozmówczyni Annabeth wydęła wargi. Nie znosiła, kiedy przypominano 

jej, że należy do grona uprzywilejowanych. A ona tak bardzo chciała być 
podobna do pozostałych pań, uchodzić za jedną z nich.

–   Przepraszam   –   powiedziała.   –   Nie   zastanawiałam   się   nad   tym,   co 

mówię. Oczywiście, masz rację. Będę szczęśliwa, gdy wreszcie nadejdzie 
wiosna. A ty?

– Najpierw czeka nas jeszcze zima, ale ja też wolę cieplejsze dni. A teraz 

muszę zabierać się ponownie do pracy. A więc do zobaczenia wieczorem u 
Moiry.

Tiny rozpromieniła się.
– Do wieczora. – Odłożyła słuchawkę i pobiegła do biblioteki, gdzie jej 

mąż, Charles, siedział przy komputerze.

– Kochany, nie zapomnij, że dziś idziemy na kolację do Moiry.
– Będę pamiętał – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
Tiny   popatrzyła   na   męża,   usiłując   w   tym   poważnym,   ciągle 

zapracowanym   biznesmenie   bezskutecznie   odnaleźć   wesołego, 
rozrabiającego chłopaka, za którego wyszła za mąż.

W   tej   chwili   Charles   podniósł   wzrok.   Na   widok   tęsknoty   i   smutku 

malujących się na twarzy żony uśmiechnął się krzywo.

Westchnęła. Nie chciała nawet wracać myślami do czasów, gdy w akcie 

nieposłuszeństwa i buntu w stosunku do bogatych i szacownych rodziców 
wyszła   za   beztroskiego   lekkoducha.   Co   za   ironia   losu,   pomyślała   ze 
smutkiem.   Z   biegiem   czasu   ten   beztroski   lekkoduch   przeobraził   się   w 
poważnego, zasadniczego biznesmena, robiącego pieniądze. Podobnego do 
jej ojca.

– Idę do fryzjera – oświadczyła. Charles obrzucił wzrokiem sylwetkę 

background image

żony. Była, jak zawsze, bez zarzutu.

– Już wyglądasz  doskonale  – ocenił. Rozpromieniona  komplementem 

zarzuciła mężowi ręce na szyję.

– Kocham cię, Charlie.
Przypomniawszy   sobie   wreszcie,   że   życie   nie   składa   się   wyłącznie   z 

zajmowania   się   interesami,   wziął   Tiny   na   kolana   i   obdarzył   długim, 
solidnym pocałunkiem.

Roześmiana, puściła po chwili męża, by mógł wrócić do przerwanego 

zajęcia. Nie dostrzegła, że po rozmowie z nią wyraźnie spochmurniał. Nie 
miał   ochoty   iść   na   kolację   do   Moiry   Blake,   ale   wiedział,   że   Tiny   nie 
przyjęłaby odmowy. Obie były bardzo zaprzyjaźnione i na tym polegał cały 
szkopuł. Siedzenie przy stole z Silkiem Denarkiem było ostatnią rzeczą, na 
jaką Charles miał ochotę,

Obaj pochodzili z nizin, z tej samej podłej dzielnicy miasta i obaj zrobili 

życiową   karierę.   Jednak   Charles   nie   lubił,   gdy   przypominano   mu   o 
niechlubnej przeszłości. Pozostawił bowiem za sobą wiele przeżyć i spraw 
zbyt przykrych, aby do nich wracać.

Kiedy   dwie   minuty   po   czternastej   odezwał   się   dzwonek   zwiastujący 

nowego gościa, Tony już szedł do drzwi. Chwilę przedtem zobaczył przez 
okno   stary,   zdezelowany   samochód,   skręcający   na   podjazd.   Od   razu 
rozpoznał, do kogo należy.

–  Witaj,  Maury.  Cieszę  się,  że  tak  szybko  się   zjawiłeś   –  powitał   po 

chwili   drobnego   i   niskiego,   lekko   przygarbionego   mężczyznę, 
wprowadzając go do salonu.

–   Jechałem   całą   noc   –   wyjaśnił   Maury,   rozglądając   się   po   pokoju   i 

taksując   wzrokiem   wyposażenie   wnętrza.   Po   chwili   wyszczerzył   zęby   w 
uśmiechu. – Niezła chałupa, Silk. – A kiedy zaraz potem w pokoju zjawiła 
się Sarah, dorzucił: – I niezły widok.

– Nie podniecaj się, Maury – z miejsca zareagował Tony. – Ta dama nie 

jest dla ciebie. A ponadto reprezentuje inną ligę.

Na widok przybyłego Sarah miała ochotę otrząsnąć się ze wstrętem. Nie 

tak wyobrażała sobie prywatnego detektywa. Niski człowieczek, który teraz 
przed nią stał, zachowywał się paskudnie i miał odrażający wygląd.

Tony dostrzegł wyraz twarzy Sarah i domyślił się, że Maury wywarł na 

niej kiepskie wrażenie. Szczerze powiedziawszy, ujrzawszy go pierwszy raz, 
sam   zareagował   podobnie.   Tymczasem   Maury   Overstreet   okazał   się 

background image

doskonałym   fachowcem   w   swojej   dziedzinie   i   z   tego   powodu   Tony   już 
nigdy więcej nie chciał korzystać z usług innych detektywów.

Przybyły uśmiechnął się do Sarah, a potem lekko wzruszył ramionami.
– Nie można winić faceta za to, że próbował. Czyż nie tak, laluniu? 

Sarah uniosła wysoko brwi.

– Laluniu? Laluniu? – Spojrzała na Tony'ego. – Skąd wytrzasnąłeś tego 

człowieka? Maury poklepał się po nodze i parsknął śmiechem.

–   Do   licha,   Silk...   Coś   mi   się   zdaje,   że   z   tą   babką   będziesz   miał 

niewąskie kłopoty. Nie wiem, czy sobie poradzisz.

–   To   wyłącznie   moje   zmartwienie   –   warknął   Tony.   –   A   ty   masz 

zachowywać się grzecznie. W ostatnim tygodniu ta dama przeszła piekło i 
nie zasługuje na więcej przykrości.

W jednej chwili detektyw przybrał poważny wyraz twarzy.
– Proszę wybaczyć, droga pani – powiedział. – Nie zamierzałem okazać 

braku poszanowania.

– W porządku. – Sarah zwróciła się do Tony'ego. – Jest świeża kawa. 

Zechcesz...?

–   To   miło   z   twojej   strony,   ale   daj   sobie   spokój   i   przestań   się   mną 

zajmować. Czy to jasne?

– Muszę coś robić, żeby nie zwariować – odparła, rozkładając ręce. – 

Czy to jasne? A więc chcesz kawy czy nie?

Tony uśmiechnął się.
–  Oczywiście.   A   przy   okazji  przynieś   ze   dwie   bułeczki   z  jabłkami   i 

cynamonem, które upiekłaś rano. Maury przepada za słodyczami.

Zwężonymi   oczyma   detektyw   przyglądał   się   z   uwagą   zarówno 

Tony'emu, jak i Sarah. Gdy tylko opuściła pokój, wyszczerzył w uśmiechu 
zęby.

– Robi dla ciebie wszystko? – zapytał z drwiną w głosie. Tony obruszył 

się.

– Tylko ze mną nie zaczynaj – ostrzegł. – Zostaw płaszcz w holu i chodź. 

Przekażę ci wszystko, co wiemy.

W jednej chwili Maury spoważniał. Zdjął płaszcz i poprawił kołnierz 

garnituru z granatowego sztucznego włókna, który miał prawie trzydzieści 
lat.

Kiedy   zjawiła   się   Sarah   z   bułeczkami   i   kawą,   detektyw,   zrzuciwszy 

uprzednio   marynarkę,   siedział   na   wprost   Tony'ego   i   starannie   notował 

background image

wszystkie informacje.

–   Sarah,   zostań   z   nami   –   poprosił   Tony,   podając   jej   wziętą   z   tacy 

filiżankę kawy. – Maury ma do ciebie kilka pytań.

Bez słowa skinęła głową.
–  Wiem,   że  kiedy  to  się   stało,  była  pani   jeszcze   dzieckiem  –  zaczął 

detektyw. – Ale dzieci wiedzą zawsze więcej, niż sądzą dorośli. Prawda?

– Prawda – przyznała Sarah.
– A więc chciałbym najpierw się dowiedzieć, czy nie przywiozła pani ze 

sobą   jakichś   kłopotów.   Jest   coś   ważnego,   co   zostawiła   pani   w   Nowym 
Orleanie?

– Słucham?
Sarah   popatrzyła   na   rozmówcę   takim   wzrokiem,   jakby   był   niespełna 

rozumu. Tony z trudem powstrzymał śmiech. W obawie, że zaraz dojdzie do 
scysji, postanowił interweniować.

–   Maury   jest   człowiekiem   bardzo   dociekliwym.   Nie   pomija   żadnych 

szczegółów   ani   okoliczności.   Chciał   usłyszeć   od   ciebie,   czy   przed 
przyjazdem do Marmet miałaś w Nowym Orleanie jakieś kłopoty. A może 
ktoś cię tam niepokoił?

–   Nie   miałam   żadnych   kłopotów   ani   nikt   mnie   nie   niepokoił,   panie 

Overstreet – oświadczyła Sarah, wyraźnie zdegustowana mało sensownymi 
pytaniami detektywa. – Jestem osobą poważną i w pełni odpowiedzialną. 
Prowadzę   własną   firmę,   która   przynosi   zyski.   Płacę   podatki   i   w   każdą 
niedzielę chodzę do kościoła.

– To nie czyni z człowieka świętego – pod nosem skomentował Maury.
Sarah miała ochotę się roześmiać. Zaczynała rozumieć, co Tony widział 

w tym facecie. Był wytrwały jak buldog, choć sposób jego wysławiania się i 
formułowania myśli pozostawiał bardzo wiele do życzenia.

–   Punkt   dla   pana   –   uznała.   –   Przepraszam.   Odpowiem   szczerze   na 

wszystkie pytania.

Biorąc do ust kawałek bułeczki, Maury coś zanotował, a potem spojrzał 

na Sarah, przełknął kęs i aż jęknął z zachwytu.

– Jak widzę, umie pani świetnie radzić sobie w kuchni. Mówiła pani, że 

prowadzi restaurację?

– Tak.
Maury spojrzał na Tony'ego.
– Silk, nie wypuść z rąk tej damy. Kiedy nawet zbrzydnie i straci dobrą 

background image

figurę, przynajmniej nadal będzie ci serwować pyszne jedzonko.

Sarah opadły kąciki ust. Nie miała pojęcia, jak się zachować, dopóki nie 

spojrzała na Tony'ego. Na jego twarzy dostrzegła wahanie. On też nie miał 
pojęcia, jak zareagować. Zamordować detektywa czy parsknąć śmiechem? 
Zadowolona z jego zażenowanej miny, nie potrafiła powstrzymać się przed 
dorzuceniem:

– Tak, Silk... Jeśli nawet pójdę do piekła, załatwię, abyś miał zawsze 

dobre   jedzenie.   Tony   zmierzył   surowym   wzrokiem   Sarah   i   detektywa. 
Poczerwieniał na twarzy.

– Zamknijcie się – warknął. – Oboje.
Sarah   uśmiechnęła   się   szeroko.   Maury   wziął   do   ust   następny   kęs 

bułeczki. Z zachwytu wywrócił oczyma.

– Zadawaj wreszcie te swoje pytania – ponaglił go Tony.
Detektyw strzepnął z palców resztki cynamonu i wziął do ręki długopis.
– W porządku. A więc zakładamy, że wszystkie kłopoty rozpoczęły się z 

chwilą wydobycia z jeziora starych kości.

Usłyszawszy   te   słowa,   Sarah   aż   drgnęła.   Mimo   dość   brutalnego 

stwierdzenia, była to prawda.

– Tak, i od faktu,  że oznajmiłam publicznie, iż nie opuszczę  miasta, 

dopóki nie zostanie wykryty zabójca mego ojca – uzupełniła wypowiedź 
Maury'ego.

Z wyrazem uznania detektyw popatrzył na rozmówczynię.
–   Do   licha,   Silk,   jest   bardziej   podobna   do   ciebie,   niż   mógłbym...   – 

zaczął. Tony nie wytrzymał i wybuchnął:

– Chłopie, jeśli nie przestaniesz wygadywać takich rzeczy, to, Bóg mi 

świadkiem, że będziesz sobie musiał radzić sam. Rozumiesz?

Maury   szybko   kiwnął   głową.   Niczego   nie   znosił   bardziej   niż 

odgrzebywania starych, nierozwiązanych spraw.

– Nie przywiązuj wagi do tego, co mówiłem – powiedział, solidnym 

łykiem kawy popijając resztę bułeczki. Zajrzał ponownie do notatek.

– A więc kiedy pieniądze znikły z banku, miała pani dziesięć lat? Sarah 

skinęła głową.

– A matka? Co mówiła wtedy na ten temat? Co robiła, kiedy pani ojciec 

nie wrócił do domu? – dociekał dalej Maury.

Sarah zesztywniała. Ostatnie pytania sprawiły, że poczuła się okropnie.
–   Powiedziała,   że   tatuś   jest   niewinny,   a   potem,   jakieś   dwa   miesiące 

background image

później, podcięła sobie żyły, położyła się do łóżka i wykrwawiła na śmierć.

Słowa   te,   wypowiedziane   głosem   chłodnym   i   pozbawionym   wyrazu, 

zrobiły wrażenie nawet na Maurym. Nie komentując, zapisał coś szybko w 
notesie.

–   Przejdźmy   teraz   do   tego   –   oznajmił,   biorąc   do   ręki   kalendarz, 

zwrócony rano z biura szeryfa.

– Co może pani powiedzieć mi o tym, dokąd ojciec chodził i jak spędzał 

czas?

– Nic – odparła Sarah. – Miałam wtedy dziesięć lat. Pracował w banku. 

O siedemnastej wracał do domu. Ja obracałam się wyłącznie między domem 
a szkołą i pobliskim placem zabaw. Nic nie wiem na temat  posiedzeń  i 
spotkań, na które tatuś chodził za dnia. Ale pamiętam jedno. Spotkania w 
klubie myśliwskim „Łoś" odbywały się zawsze wieczorem. Dlatego zapiski 
w kalendarzu: „Łoś" przy godzinie trzynastej nie miały dla mnie sensu.

– Żaden problem – oznajmił Maury. – Dowiem się, czego dotyczyły.
–   Naprawdę?   –   z   niedowierzaniem   spytała   Sarah.   –   Po   dwudziestu 

latach? Detektyw wzruszył ramionami.

– Na tym polega moja robota.
–   Teraz   już   wiesz,   dlaczego   zatrudniam   tego   nieznośnego   faceta   – 

odezwał się Tony. Maury pokiwał głową i tęsknym wzrokiem popatrzył na 
ostatnią bułeczkę.

– Ktoś ma na nią ochotę? – zapytał.
– Częstuj się – mruknął pan domu.
Po chwili wrócili do przerwanej rozmowy. Mały człowieczek pytał dalej. 

Poszedł sobie jakąś godzinę później, przedtem jednak spróbował jeszcze raz 
poderwać Sarah. Dopiero gdy wyszedł na zewnątrz, odzyskała głos.

– Mój Boże, Tony! Gdzie znalazłeś tego faceta? – spytała z odrazą.
– W więzieniu.
Popatrzyła na niego przez chwilę, a potem w geście poddania uniosła 

obie ręce.

– Mam nadmiar informacji – wymamrotała i przycisnęła dłonie do serca.
– Chciałaś wiedzieć.
–   Przepraszam.   Następnym   razem   przypomnij   łaskawie,   abym 

poskromiła ciekawość.

– Dobrze, ale zapamiętaj, że zrobię to wyłącznie na wyraźną prośbę. 

Wyszczerzyła   w   uśmiechu   zęby,   a   potem   klepnęła   Tony'ego   w   ramię. 

background image

Odwrócił się błyskawicznie i zanim zdążyła się odsunąć, poderwał ją w górę 
i wycałował.

–   Zapamiętaj   także   to   –   powiedział,   stawiając   Sarah   na   podłodze.   – 

Wiem, dziecino, że to dla ciebie wyczerpujące, ale pozwól sobie pomóc. Nie 
wyrzucaj mnie na margines swego życia.

Usiłowała   przez   chwilę   dobrać   właściwe   słowa.   Nie   udało   się,   więc 

wypaliła prosto z mostu:

– Zrobiliśmy to wszystko za szybko.
– Żałujesz?
– Nie. Jak mogłabym żałować najpiękniejszej i najbardziej namiętnej 

nocy, jaką kiedykolwiek przeżyłam?

– To nie był wyłącznie seks – oświadczył Tony. – W każdym razie nie 

dla mnie.

– Szło tylko o łóżko. – Sarah była odmiennego zdania.
Przecież to nie mogło być nic innego. Nikt nie zakochuje się w kilka dni.
–   Kto   tak   twierdzi?   –   zaprotestował   Tony.   –   Myślę,   że   mnie   się   to 

właśnie przydarzyło. Pamiętasz, jak wieczorem ścięło cię z nóg?

– Pamiętam, że kiedy spojrzałam w lustro, ujrzałam swoje wielkie oczy i 

sterczące włosy.

– Miałem zawsze słabość do sów. Sarah roześmiała się głośno i objęła 

Tony'ego za szyję.

– No i jak tu można się oprzeć tak słodko gadającemu mężczyźnie?
– Nawet nie próbuj – ostrzegł Tony. – I nie zastanawiaj się nad tym, jak 

długo jesteśmy razem. Pomyśl raczej o tym, jak wiele pozostawiliśmy za 
sobą. Ile zmarnowaliśmy czasu.

Sarah potrząsnęła głową.
–   Udam,   że   tego   nie   słyszałam.   Kiedy   to   wszystko   się   skończy, 

podziękujesz mi, wrócisz do Chicago i zapomnisz, że w ogóle mnie znałeś.

W oczach Tony'ego zgasł uśmiech.
– Tak nigdy się nie stanie.
Zanim   Sarah   zdołała   odpowiedzieć,   zadzwonił   telefon.   Tony   musnął 

dłonią jej policzek i poszedł do aparatu. Chwilę później zawołał:

–   To   do   ciebie.   Dzwoni   twoja   ciotka.   Sarah   podbiegła   i   złapała   za 

słuchawkę.

– Gdzie jesteś, ciociu? Czy już tutaj? Chyba nie zabłądziłaś?
– Nie, przyjadę dopiero jutro. Sarah usiłowała ukryć rozczarowanie.

background image

– Czy u ciebie wszystko w porządku? – spytała zaniepokojona.
– Nie. Michelle miała wypadek samochodowy. Na szczęście jest tylko 

posiniaczona i poobijana, ale przeżyła ogromny wstrząs. Zostanę przy niej, 
dopóki nie przyjedzie Francois.

–   Och,   jak   mi   przykro!   –   jęknęła   Sarah.   –   Ucałuj   ode   mnie   córkę   i 

powiedz, że będę modliła się o jej szybkie wyzdrowienie.

– Tak, powtórzę to Michelle – powiedziała Lorett i zapytała: – A co u 

ciebie?

– W porządku. Nie martw się o mnie. Tony wynajął ochroniarzy, a także 

prywatnego   detektywa.   Teraz   żałuję,   że   prosiłam   cię,   ciociu,   żebyś 
przyjechała. Powinnaś zostać z córką.

– Ty też, Sarah Jane, jesteś moją córką. Jutro będę u ciebie. Oczy Sarah 

wypełniły się łzami, ale nie smutku, lecz radości.

– Dziękuję, ciociu Lorett za wszystko. Jesteś mi bardzo droga.
–   Tak   droga   jak   ten   śliczny   chłopiec,   który   stoi   teraz   obok   ciebie? 

Zdumiona Sarah zamrugała oczyma. Mimo że przywykła do jasnowidztwa 
ciotki, starsza pani od czasu do czasu jednak ją zaskakiwała.

– Skąd wiesz, jak wygląda? Lorett roześmiała się wesoło.
– Obejrzałam go sobie w Internecie. Znalazłam artykuł o nim i jego 

nocnym klubie. Z fotografią. Podejrzewam jednak, że w naturze wygląda 
jeszcze lepiej.

Sarah roześmiała się wesoło.
– Jesteś niemożliwa. Okropna jak diabelskie nasienie.
– Gorzej już mnie nazywano. Trzymaj się tego mężczyzny i nigdzie nie 

chodź sama.

– Jak sobie pani życzy.
– Do zobaczenia jutro.
– Rozkaz, proszę pani.
– Sarah Jane, nie kpij ze mnie. W każdej chwili mogę cię skarcić. Bez 

względu na twój wiek.

–   Ciociu,   nigdy   nie   będę   z   ciebie   kpiła   –   oświadczyła   Sarah.   –   Bo 

mogłabyś przemienić mnie w ropuchę.

Nagle   Lorett   Boudreaux   roześmiała   się   głośno   i   dźwięcznie,   i   zaraz 

potem przerwała połączenie.

– Czy coś się stało? – zapytał Tony.
–  Najmłodsza   córka   cioci,  Michelle,  miała   wypadek.  Niegroźny,  lecz 

background image

doznała   szoku.   Ciocia   zostanie   przy   niej,   dopóki   nie   wróci   Francois,   to 
znaczy mąż Michelle.

– A gdzie jest teraz?
– Chyba w samolocie, gdzieś między Nowym Jorkiem a Los Angeles.
– Czym się zajmuje?
–   Jest   profesjonalnym   futbolistą.   Gra   w   drużynie   Nowoorleańskich 

Świętych. Gdy tylko wróci, ciocia Lorett będzie mogła do nas przyjechać.

– Jesteś rozczarowana?
Sarah była trochę zdziwiona spostrzegawczością Tony'ego.
– Początkowo byłam. Do chwili gdy powiedziała mi, dlaczego nie może 

ruszyć w podróż. – Zamilkła na chwilę i zaraz potem dodała: – A poza tym 
ciocia Lorett poleciła mi trzymać się blisko ciebie.

Na twarzy Tony'ego odmalowało się zaciekawienie.
– Co jeszcze o mnie mówiła? – spytał.
– Nazwała cię ślicznym chłopcem.
O mały włos, a Tony byłby się zaczerwienił.
– Można poznać po głosie, jak ktoś wygląda?
–   Ciocia   przeprowadziła   własne   dochodzenie.   Informacje   o   tobie 

znalazła w Internecie.

– O, do licha – mruknął Tony. – Nawet nie wiedziałem, że tam figuruję.
– Ciocia wspomniała o jakimś artykule na temat twojego nocnego klubu. 

Jest tam też twoja fotografia.

– O, kurczę. – Tonny uśmiechnął się szeroko. – Ta twoja ciotka jest 

niesamowita.

– Och, nawet nie masz  pojęcia,  jak bardzo.  Sam zresztą  wkrótce się 

przekonasz.

– Powinienem się bać? Sarah podniosła wzrok i popatrzyła na człowieka, 

który zaczynał dla niej znaczyć coraz więcej.

– Nie wiem – odparła. – A masz powody? Tony dotknął lekko policzka 

Sarah, a potem jej włosów.

– Jestem pewny, że dopóki ciocia Lorett nie stanie między nami, dopóty 

będę potrafił się z nią dogadać.

Unosząc twarz do pocałunku, Sarah nadal próbowała pamiętać, że nie 

wolno   jej   zbytnio   zbliżać   się   do   Tony'ego.   Tak,   powinna   zachować 
emocjonalny dystans. Przynajmniej dopóki nie skończy się ten koszmar. Od 
wczesnej młodości uczono ją, jak zwalczać pokusy. Nie paliła, nie zażywała 

background image

narkotyków, nie upijała się i nigdy nie prowadziła samochodu po alkoholu.

Ale   nigdy   nikt   nie   nauczył   jej,   w   jaki   sposób   opierać   się   takiemu 

mężczyźnie jak Silk.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Około szesnastej   przyjechali  ochroniarze  i  strażnicy   z  agencji, którzy 

mieli   strzec   bezpieczeństwa   całej   posiadłości.   Sarah   ujrzała   przed   sobą 
dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn o rozrośniętych torsach i grubych 
karkach.   Nosili   imiona   Dunn   i   Farley   i   od   tej   pory   mieli   stanowić   jej 
przyboczną   straż.   W   przeciwieństwie   jednak   do   Maury'ego   Overstreeta, 
podchodzili do sprawy całkowicie profesjonalnie. Sarah była dla nich tylko i 
wyłącznie chronionym obiektem.

Strażnicy porozmawiali chwilę z panem domu i po jakimś czasie znikli 

w lesie. Później Tony zaprowadził Dunna i Farleya do pomieszczenia pod 
schodami, mającego od tej pory stanowić ich kwaterę. Znajdowały się tam 
dwa łóżka, a w wydzielonym kącie stał telewizor, z którego pewnie i tak nie 
będą mieli czasu korzystać.

Z   zachowania   się   obu   mężczyzn   Sarah   wywnioskowała,   że   są 

doświadczonymi   ochroniarzami.   Poprosili,   by   nie   zmieniała   swoich 
przyzwyczajeń i zachowywała się jak zwykle, ignorując ich obecność.

To   ostatnie   zalecenie   wydawało   się   trudne   do   zrealizowania,   jako   że 

miała   do   czynienia   z   prawdziwymi   wielkoludami.   Postanowiła   jednak 
spróbować, by chociaż w ten sposób wykazać się dobrą wolą.

Kiedy wieczorem jechali oboje z Tonym na kolację do Moiry Blake, 

Sarah, wyobraziwszy sobie zdumione miny pozostałych gości na widok jej 
obstawy, dostała ataku śmiechu.

Kiedy żartowała z ochroniarzy, jadących za nimi w drugim samochodzie, 

Tony nie protestował. Wolał bowiem, aby na to, co się dzieje, patrzyła od 
strony humorystycznej, zamiast trząść się bez przerwy w obawie o własne 
życie.

– Nie potrafię wyobrazić sobie jej reakcji – stwierdziła, gdy zatrzymali 

się pod domem Moiry. – Co na to powie?

– Pewnie nic – odparł Tony. – To kulturalna dama. Zapewne powita 

Dunna   i   Farleya   bez   mrugnięcia   okiem,   chociaż   dałbym   wiele,   aby 
dowiedzieć się, co naprawdę myśli.

Sarah uśmiechnęła się lekko.
– Będzie się zastanawiała, czym nakarmić obu mięśniaków.

background image

– Są na służbie. Nie będą nic jedli – stwierdził Tony.
– To chyba nie w porządku.
– Wierz mi, tak właśnie powinno być. A poza tym żaden z nich nie 

zjadłby tego, co podałaby mu Moira.

– Dlaczego?
–   Bo,   pominąwszy   sterydy,   które   z   pewnością   przyjmują,   obaj   są 

fanatykami zdrowej żywności.

– Naprawdę? – zdziwiła się Sarah.
Kiedy Dunn otwierał przed nią drzwi wozu, Farley obserwował uważnie 

drzewa okalające dziedziniec domu.

Kiedy odwrócili się w stronę wejścia, ujrzeli stojącą na progu Moirę. 

Nieco speszona widokiem dwóch wielkoludów, udając, że wszystko jest w 
idealnym porządku, powitała serdecznie Sarah i Tony'ego.

–   Cieszę   się,   że   jesteście.   Reszta   zaproszonych   gości   już   dotarła   na 

miejsce, czekamy tylko na was.

– Ci panowie nie będą jedli z nami – oświadczył Tony, rzucając okiem 

na towarzyszących im wielkoludów.

Na widok ulgi, jaka odmalowała się na twarzy pani domu, miał ochotę 

parsknąć śmiechem.

– Mam nadzieję, że jesteśmy  punktualni – odezwała się Sarah, kiedy 

ochroniarze gdzieś się ulotnili. – O ile dobrze pamiętam, mieliśmy zjawić 
się o ósmej.

Moira   objęła   Sarah   i   poprowadziła   do   salonu,   gdzie   pozostali   goście 

popijali koktajle.

– Przyszliście na czas – oznajmiła. – Reszta zebranych bywa u mnie 

regularnie na kolacjach, a ja mam niejasne podejrzenia, że wolą bardziej 
moje drinki niż moje przystawki.

–   Nie   mogę   się   doczekać,   kiedy   będę   mogła   ich   spróbować   – 

powiedziała Sarah.

–   Ma   własną   restaurację   –   oznajmił   Tony.   –   Uważaj,   Moiro,   twoje 

umiejętności kulinarne zostaną poddane surowej ocenie.

– Przestań – ofuknęła go Sarah. Zwróciła się do pani domu i wyjaśniła: – 

Przyrzekłam   Tony'e-mu,   że   zrobię   mu   znakomity   deser,   ale   jeśli   będzie 
zachowywał się źle, nie dostanie nic.

– Już będę grzeczny  – obiecał. – Tylko nie przestawaj  mnie  karmić. 

Moira popatrzyła uważnie na Sarah.

background image

– Musisz wspaniale gotować – uznała.
– Skąd to przypuszczenie?
– Bo w towarzystwie, w którym Tony obraca się w Chicago, je się tylko 

to co najlepsze. Jeśli Tony uznał, że znasz się na gotowaniu, to na pewno 
jesteś znakomitą kucharką.

– Pod tym względem mogłaby konkurować z najlepszymi – oświadczył 

Tony. – W wygodnym życiu, jakie prowadzę, wciąż następują zmiany na 
lepsze.

– Pamiętam cię jeszcze jako młodego chłopaka – powiedziała Moira.
– Ja też – wtrąciła Sarah, uśmiechając się do Tony'ego, który puścił do 

niej   oko.   Dostrzegłszy   tę   wymianę   gestów,   pani   domu   westchnęła 
ukradkiem. Och, gdyby znów mogła być młoda.

Kiedy znaleźli się w salonie, rozpoczęły się prezentacje.
– Tony, sądzę, że znasz wszystkich obecnych – oznajmiła pani domu. – 

Moi   drodzy,   a   to   jest   nasza   mała   Sarah   Whitman,   teraz   już   dorosła.   – 
Spojrzała na nowo przybyłych. – Sarah i Tony, przedstawiam wam moich 
najlepszych przyjaciół. To Tiny Bartlett i jej mąż, Charles. Jest człowiekiem 
interesu, doskonałym finansistą. Ruda dama na kanapie to Marcia Farrell. 
Jedna z najznakomitszych obywatelek naszego miasta, poświęcająca się bez 
reszty działalności charytatywnej. Obok niej siedzi Paul Sorenson, prezes 
oddziału banku państwowego w Marmet. Dama przy kominku to Annabeth 
Harold. Pracuje w kancelarii adwokackiej. Mężczyzna po jej lewej stronie to 
emerytowany urzędnik tegoż banku, Harmon Weatherly.

Wzrok Sarah podążył od razu ku ostatniej z przedstawionych jej osób. 

Obdarzyła Harmona ciepłym uśmiechem.

– Myśmy się już spotkali – oznajmiła.
– Naprawdę? – zdziwiła się Moira.
–   Wczoraj   spotkałem   Sarah   przed   supermarketem   –   poinformował 

starszy pan.

– Zależało mu na tym, żeby mnie zobaczyć – dodała Sarah. – Chciał 

oddać drobiazgi pozostałe po moim ojcu. – Spojrzała w stronę fotela, na 
którym   siedział   Harmon,   i   wskazała   fotografię   wiszącą   na   ścianie.   –   O, 
znajdowało się tam także identyczne zdjęcie.

– Każdy, kto został uwieczniony, dostał odbitkę – wyjaśniła Moira. – 

Fotografię zrobiono, o ile dobrze pamiętam, z okazji siedemdziesiątej piątej 
rocznicy   istnienia   banku.   Moim   zadaniem   było   wówczas   częstowanie 

background image

klientów ponczem. Zapamiętałam ten dzień, bo miniaturowy pudel Emmy 
Toller wyrwał się jej z rąk i wskoczył do wazy z tym napojem.

Zebrani   skwitowali   śmiechem   historyjkę   Moiry,   która   uzupełniła   ją 

komentarzem, że wywabianie czerwonej plamy po ponczu z białego futerka 
psia-ka trwało potem całe miesiące.

Do zdjęcia podeszła Marcia Farrell. Wskazała młodego, jasnowłosego 

mężczyznę stojącego po prawej stronie Harmona Weatherly'ego.

–   Popatrzcie,   to   ten   biedny   Sonny   Romfield.   Już   dawno   o   nim 

zapomniałam.

– Biedny? A co mu się stało? – spytała Sarah.
– Zginął w wypadku drogowym zaledwie kilka dni po... po zniknięciu 

twojego ojca – wyjaśniła Marcia.

– Dla banku były to przykre chwile – odezwał się Harmon.
– Sonny miał żonę i dwójkę małych dzieci – dodała Tiny. – Ciekawa 

jestem, co się z nimi stało.

–   Zaraz   po   pogrzebie   wyprowadzili   się   z   Marmet   –   poinformowała 

Moira.

– Tak szybko? – ze zdziwieniem spytała Annabeth.
– Byli w trakcie załatwiania rozwodu – dodała pani domu.
–   Nie   miałam   o   tym   pojęcia   –   stwierdziła   podekscytowana   Tiny.   – 

Spojrzała   z   wyrzutem   na   przyjaciółkę.   –   Czemu   nigdy   nam   o   tym   nie 
mówiłaś? No wiesz!

Moira spochmurniała na chwilę i zaraz potem wzruszyła ramionami.
–   To   było   przecież   tak   dawno   temu...   Dlaczego   miałabym   w   ogóle 

pamiętać tych ludzi?

Sarah   przysłuchiwała   się   tej   wymianie   zdań.   Zauważyła,   że   Paul 

Sorenson   siedzi   ponury   i   milczący,   nie   biorąc   udziału   w   rozmowie. 
Zdziwiona odwróciła się w jego stronę.

– A czy pana też uwieczniono na tej fotografii?
– spytała.
– Stoję po prawej stronie pani ojca – odparł zwięźle.
–   Wtedy   jeszcze   miałeś   na   głowie   wszystkie   włosy   –   powiedziała 

Annabeth i czułym gestem pogłaskała Paula po łysinie. Nachmurzony prezes 
banku popatrzył spode łba na rozbawionych gości Moiry.

– Są gorsze rzeczy niż utrata włosów – odezwała się Sarah.
Ucichł   rozbrzmiewający   w   pokoju   śmiech.   Wyglądało   na   to,   że 

background image

zdawałoby się całkiem zwyczajne słowa zostały odebrane jako oskarżenie. 
Czyżby Sarah winiła wszystkich za to, że swego czasu uwierzyli w winę 
Franklina Whitmana?

Paul Sorenson poczuł, jak wali mu serce. Za każdym razem gdy czuł na 

sobie   wzrok   Sarah,   ogarniało   go   przerażenie.   Bał   się,   że   ona   wyjawi 
wszystkim, kim naprawdę jest szanowany prezes. Strach, że po tylu latach 
ktoś dowie się o jego ówczesnych homoseksualnych skłonnościach, nie miał 
już właściwie znaczenia. Paul Sorenson słyszał jednak, że młoda dama nosi 
w sercu głęboką i wcale niewygasłą nienawiść. Jeśli było tak naprawdę, to 
on   stałby   się   pierwszym   celem   jej   jadowitych   wypowiedzi,   mimo   że 
tajemnica, którą tak skrzętnie ukrywał od lat, nie miała nic wspólnego ze 
śmiercią jej ojca.

Tony   poczęstował   Sarah   kanapką.   Wsunął   jej   bezceremonialnie 

przekąskę wprost do ust, a potem z udawanym lubieżnym gestem oblizał 
własne palce. Scenę tę dostrzegli pozostali goście Moiry.

Dla wszystkich stało się jasne, że tę parę łączy duża zażyłość.
Sarah odwróciła się i ku zaskoczeniu  nie tylko własnemu,  lecz także 

Harmona, uściskała go serdecznie.

–   Nie   ma   pan   pojęcia,   jak   wielką   zrobił   mi   pan   przyjemność, 

podarowując zawartość pudełka. Nie wiem, co panem kierowało, że przez 
całe   lata   przechowywał   pan   drobiazgi   ojca,   ale   jestem   panu   bardzo 
wdzięczna.

– Nie ma o czym mówić. – Harmon zbagatelizował sprawę, choć nie 

potrafił ukryć zadowolenia, jakie sprawiły mu słowa Sarah.

W   tej   chwili   Tiny   Bartlett,   która   wierciła   się   niespokojnie   w   fotelu, 

wykorzystała przerwę w rozmowie i błyskawicznie wtrąciła:

– Miło, że zachował pan te pamiątki.
Tony uznał, że rozmowa staje się przykra dla Sarah. Po jej minie było 

widać,   że   chętnie   przystałaby   na   zmianę   tematu,   więc   szybko   przejął 
pałeczkę.

–   Nie   tylko   pamiątki   –   oświadczył   zagadkowo   i   zaraz   potem   z   tacy 

stojącej   na   kredensie   wziął   drugą   kanapkę,   położył   na   serwetce   i   podał 
Sarah. – Mogę nalać ci kieliszek wina?

Wzięła przekąskę i skinęła głową.
– Zdaję się na ciebie – odparła. – Cokolwiek zrobisz, będzie dobrze.
– Nie tylko pamiątki? – powtórzyła Annabeth. – Co ma pan na myśli?

background image

Właściwie   dopiero   teraz   Sarah   zaczęła   uważniej   przyglądać   się 

otaczającym   ją   ludziom.   Jako   mała   dziewczynka   była   obecna   przy 
poniżającej rozmowie, jaką Annabeth Harold odbyła z jej matką, domagając 
się   od   Catherine   Whitman   zrzeczenia   się   zaszczytnej   funkcji   prezeski 
komitetu organizacyjnego Jesiennego Festynu.

– Pamiętam panią – oznajmiła. Annabeth odpowiedziała uśmiechem.
– Po zniknięciu ojca to pani usunęła moją mamę ze stanowiska prezeski 

Jesiennego   Festynu.   –   Sarah   spojrzała   na   Moirę.   –   Ta   kanapka   smakuje 
doskonale. Co w niej jest?

Tony miał ochotę się roześmiać. Sarah zdobyła punkt. Zgodziła się zjeść 

kolację w otoczeniu tych ludzi, ale nie oznaczało to wcale, że będzie w 
stosunku do nich potulna jak baranek.

–   Chyba   wędzony   łosoś   na   chlebku   ryżowym,   przybrany   odrobiną 

jogurtu z koperkiem – wyjaśniła pani domu.

–  To  jest   znakomite   –   potwierdziła   Sarah.   –   Nie  mogę   doczekać   się 

gorących przekąsek.

– Sarah jest właścicielką restauracji w Nowym Orleanie, którą prowadzi 

osobiście   –   powiedziała   Moira,   szukając   rozpaczliwie   nowego   tematu 
konwersacji.

– Naprawdę? – zdziwił się Paul Sorenson.
Znad   trzymanego   w   ręku   kieliszka   z   winem   Sarah   spojrzała   na 

podstarzałego mężczyznę i skinęła głową.

– Naprawdę.
Poczerwieniał   na   twarzy.   A   więc   pamiętała,   co   wówczas   się   stało! 

Świadczył   o   tym   jej   wzrok.   Paul   Sorenson   zdenerwował   się.   Zaczął   się 
zastanawiać, czy byłoby w bardzo złym tonie, gdyby teraz udał, że poczuł 
się źle, i opuścił przyjęcie.

Po chwili zastanowienia odrzucił jednak ten pomysł. Bo co będzie, jeśli 

ta kobieta zacznie potem o nim mówić? Nawet nie wiedziałby, co wypaplała 
i jak skomentowała fakty.

Zanim   jednak   Paul   Sorenson   zdobył   się   na   jakąkolwiek   reakcję, 

zabrzmiał dzwonek u frontowych drzwi.

– To pewnie nasz ostatni gość – oznajmiła pani domu. – Przepraszam 

was na chwilę.

–   Kogo   jeszcze   mogła   zaprosić   Moira?   –   na   głos   zastanawiała   się 

Marcia. – Byłam pewna, że jesteśmy w komplecie. A teraz będzie nas nie do 

background image

pary przy kolacji.

– Och, temu możemy w każdej chwili zaradzić – odezwała się Sarah. – 

Wystarczy, że zaprosimy do stołu Dunna lub Farleya.

Roześmiała się ze swego dowcipu, podczas gdy inni goście skamienieli z 

przerażenia.

– Och, po co to gadanie – wymamrotał Paul Sorenson. – Zaraz dowiemy 

się wszystkiego.

Chwilę   później   Moira   wróciła   do   pokoju   w   towarzystwie   wysokiej, 

eleganckiej   kobiety   w   nieokreślonym   wieku.   Czarna,   jedwabna   suknia 
doskonale   harmonizowała   z   farbowanymi   włosami.   Szlachetny   błysk 
kamieni osadzonych w naszyjniku wskazywał na to, że dama ma na sobie 
prawdziwe diamenty.

– Znacie Laurę – oznajmiła pani domu, a potem zwróciła się do Sarah i 

Tony'ego:   –   Przedstawiam   wam  Laurę   Hilliard.   Być   może   pamiętasz   ją, 
Sarah, jako Laurę King.

Ignorując   towarzyszkę   Tony'ego,   przybyła   wyciągnęła   ku   niemu 

wypielęgnowaną dłoń i uśmiechnęła się uwodzicielsko.

– Silk, kochany, upłynęło trochę czasu... Odwzajemnił uśmiech.
– Nie miałem pojęcia, że wróciłaś na stałe do Marmet.
–   Tak...   wróciłam.   Mam   dom   tuż   nad   jeziorem.   Po   drugiej   stronie, 

naprzeciwko   twojego.   Widzę   z   sypialni   palące   się   u   ciebie   światła.   Z 
pewnością zauważyłeś moją siedzibę.

– To dom z czerwonym dachem – wtrąciła się do rozmowy Sarah.
Laura odwróciła się, powoli zmierzyła wzrokiem towarzyszkę Tony'ego, 

a potem skinęła głową.

– Widzę, że całkiem spostrzegawcza z pani osoba – oznajmiła oschłym 

tonem.

– Bez wątpienia – mruknęła Sarah. – Przykro mi, ale wcale pani nie 

pamiętam.

–   Nic   dziwnego   –   wycedziła   Laura.   –   Zazwyczaj   pracowałam   poza 

miastem.

Tony zaofiarował się przynieść Laurze kieliszek wina. Ktoś w pokoju 

powiedział  półgłosem:  „podrywając facetów",  ale  Sarah nie  zorientowała 
się,   kto   to   był.   Zachciało   się   jej   śmiać.   Jak   widać,   na   swoje   kolacyjne 
przyjęcie Moira zaprosiła dość dziwny zestaw ludzi.

–   Kto   przyprowadził   ze   sobą   tych   dwóch   wielkoludów   trzymających 

background image

przed domem straż? – spytała Laura.

–   Ja   ich   przywiozłem   –   wyjaśnił   Tony.   Spojrzała   na   niego   lekko 

zdziwiona i zaraz potem przeniosła wzrok na Sarah.

–  Aha,   rozumiem.   –   Laura   upiła   łyk   wina  i   uniosła   kieliszek   jak  do 

toastu.   –   Słyszałam   o   pani   okropnych   kłopotach.   Proszę   przyjąć   moje 
kondolencje.

Sarah   popatrzyła   podejrzliwie   na   niesympatyczną   rozmówczynię. 

Instynkt podpowiadał, by nie ufać tej kobiecie.

– Kolacja na stole – oznajmiła Moira. – Chodźcie, proszę, za mną do 

jadalni.   –  Moja   droga,   zajmij   miejsce   między   Paulem  a  Tiny   –   poleciła 
towarzyszce Tony'ego.

Wziął Sarah pod rękę.
– Nie, ona siada przy mnie. Jestem pewny, że Paul nie będzie miał nic 

przeciwko temu, jeśli zamienimy się miejscami. – Zaraz potem, uznając że 
wystarczy uprzejmości, zagroził: – W przeciwnym razie po obu stronach 
Sarah zasiądą przy stole wielkoludy.

– No, no! – Dopiero teraz Laura przyjrzała się uważniej towarzyszce 

Tony'ego. – Musi znaczyć dla ciebie więcej, niż sądziłam – wycedziła.

– Ktoś usiłował ją zabić – poinformował Tony. – Jest pod moją opieką i 

nie zamierzam podejmować ryzyka.

Wśród gości zapanowało lekkie poruszenie. Rozległ się szum głosów. 

Gdy chwilę później zapanowała cisza, zabrzmiał nerwowy śmiech Moiry.

–  Silk,  to   oczywiste,   że   musisz   mieć   Sarah   obok  siebie.   Rób,   jak   ci 

wygodnie. – Pani domu dotknęła lekko ramienia Sarah. – Bądź co bądź to ty 
jesteś tu dzisiaj gościem honorowym. Tędy, proszę.

Zebrani poszli za Moirą i po chwili zasiedli do stołu.
Kolacja przebiegała spokojnie. Gdy czekali na podanie deseru, odezwał 

się dotychczas milczący Charles Bartlett.

– Słyszałem, Silk, że przymierzasz się do otwarcia drugiego klubu. Jak 

postępują prace?

Tony podniósł wzrok i spojrzał na męża Tiny.
–   Dobrze.   Są   na   ukończeniu.   Klub   będzie   czynny   przed   Bożym 

Narodzeniem,   ale   uroczyste   otwarcie   odbędzie   się   dopiero   w   przeddzień 
Nowego Roku.

Charles Bartlett stłumił z trudem złośliwy uśmiech.
– Jak widzę, nie przestajesz uganiać się za forsą – wycedził. – Kiedy 

background image

wreszcie będziesz miał dość?

Przy   stole   zapanowało   niezręczne   milczenie.   Skonsternowani   goście 

spoglądali to na Tony'ego, to na Charlesa. Tym razem Sarah wzięła na siebie 
ciężar odpowiedzi.

– Jestem ciekawa, Charles, co dla ciebie znaczy dość pieniędzy. Masz 

uroczą,   bardzo   atrakcyjną   żonę   i,   jak   mogłam   wywnioskować   z 
dotychczasowej   rozmowy,   wiedzie   ci   się   całkiem   nieźle.   Przez   ostatnie 
dwadzieścia lat przebyłeś bardzo długą drogę. Dotarłeś wysoko. Czyżbyś nie 
był zadowolony z osiągniętego sukcesu?

Miała   go   w   garści   i   Charles   dobrze   o   tym   wiedział.   Z   krzywym 

uśmiechem na twarzy uniósł kieliszek w kierunku Sarah i położył rękę na 
dłoni Tiny.

– Wręcz przeciwnie. Jestem szczęśliwy. Czy mając u boku tak wspaniałą 

kobietę jak Tiny, mężczyzna może życzyć sobie czegoś więcej?

– Nie – uznała Sarah. Spojrzała na żonę Charlesa i sama nie wiedząc 

dlaczego, wzniosła toast: – Za szczęśliwe małżeństwa.

– Za szczęśliwe... – jak echo powtórzyli pozostali goście.
– Czy straciłam coś ciekawego? – zawołała Moira, wnosząc do pokoju 

imponujący   tort.   Piętrowy,   czekoladowy,   oblany   syropem   ze   świeżych 
malin.

– Straciłaś tylko toast – do rozmowy włączyła się szybko Annabeth, nie 

chcąc, jako osoba samotna, poczuć się wyobcowana.

– Kto ma ochotę na deser? – spytała z uśmiechem pani domu. Goście 

podnieśli ręce. Wszyscy oprócz Laury.

–   Nigdy   nie   pozwalam   sobie   na   takie   zachcianki   –   oświadczyła 

wyniosłym tonem. Prawie od początku Sarah czuła niechęć do tej kobiety. 
Pewnie dlatego, że Laura Hilliard przywitała Tony'ego tak, jakby łączyły ich 
swego czasu bliskie stosunki. Nie mógł to być jednak dla Sarah powód do 
zazdrości. Ani o jotę nie ustępowała Laurze wyglądem i była młodsza o 
dobre dwadzieścia lat. Irytowały  ją jednak złośliwe uwagi rozmówczyni. 
Postanowiła dać jej nauczkę.

Ze słodkim uśmiechem na ustach popatrzyła czule na Tony'ego.
– Ja mam zachcianki... I zawsze im ulegam... – oznajmiła, przeciągając 

sylaby, i zaraz potem udała, że całą uwagę skupia na torcie, który właśnie 
kroiła Moira. Laura ukryła złość. Nie zamierzała przejmować się gadaniem 
Sarah. Córka Whitmana była dla niej nikim.

background image

– Pewnego dnia pani za to zapłaci – oświadczyła cierpkim tonem.  – 

Może pani mi wierzyć.

Przypomniawszy sobie radę, jakiej Maury Overstreet udzielił Tony'emu, 

Sarah zaczęła się śmiać.

– Och, już mi to mówiono. Ale, widzi pani – spojrzała wymownie na 

Laurę – trzymam w ręku atutowego asa.

– Czyżby? – wycedziła rozmówczyni. – Jeśli to nie tajemnica, z rozkoszą 

usłyszymy od pani, co to jest.

Tym   razem   Tony   postanowił   zaoszczędzić   Sarah   odpowiedzi. 

Roześmiany objął ją ramieniem i uścisnął.

– Och, sam mogę to wam powiedzieć – oświadczył. – Z ust eksperta od 

spraw   damskomęskich   Sarah   niedawno   usłyszała   zapewnienie,   że   nawet 
wówczas, gdy straci urodę i figurę, wybranek serca nigdy jej nie opuści. 
Prawda, słonko?

Sarah uś miechnęła si ę kpi ąco.
– Prawda.
– Dlaczego? – dopytywała się Laura.
– Bo jest genialną kucharką, a każdy wie, że droga do męskiego serca 

prowadzi przez żołądek.

– Och, Tony, przecież każdy bogacz może w każdej chwili kupić sobie 

usługi pierwszorzędnych kucharzy – wycedziła zjadliwie Laura. – Wtedy ma 
wszystko.

– Porusza pani interesujący temat – skomentowała Sarah.
Tony wstrzymał oddech. Gdy tylko Laura wspomniała o pieniądzach, 

wiedział, co zaraz nastąpi. Na krótką chwilę prawie zrobiło mu się jej żal.

– To znaczy jaki? – spytała.
– Mówiła pani, że była osobą pracującą – przypomniała Sarah. – Mam 

rację? Laura poczerwieniała ze złości.

– Mówiłam, że pracowałam zazwyczaj poza miastem.
–   Aha.   Tak.   Przepraszam   –   mruknęła   Sarah.   –   A   jeśli   już   mowa   o 

pieniądzach... właściwie skąd wzięła pani swoje?

Pozostałych   gości   aż   zatkało.   W   eleganckim   świecie   rozmowy   o 

pieniądzach należały do złego tonu. Wystarczyło, że ten temat już wcześniej 
poruszył nietaktowny Charles Bartlett.

– Sądzę, że nie jest to pani interes – odparła Laura.
Sarah nachyliła się nad stołem i obrzuciła krótkim spojrzeniem gości 

background image

Moiry Blake.

–   W   banku,   w   którym   pracował   mój   ojciec,   nadal   brakuje   miliona 

dolarów, a wszyscy tu zebrani wiemy doskonale, że ich nie zabrał ani nie 
wydał.

Dlatego bardzo interesują mnie mieszkańcy Mar-met, którzy od tamtej 

pory bardzo się wzbogacili.

– Podejrzewa pani kogoś z nas? – spytała zaskoczona Tiny.
–   Dopóki   szeryf   Gallagher   nie   znajdzie   człowieka,   który   ponosi 

odpowiedzialność   za   zło  wyrządzone   mojej   rodzinie,   dopóty   nie   będę   w 
stanie uznać nikogo za niewinnego.

– Doszły mnie słuchy, że zamierza się pani mścić – odezwał się Paul 

Sorenson.

–  Tu  nie  chodzi   o  zemstę,  panie   Sorenson,   lecz  o  sprawiedliwość.  – 

Sarah uśmiechnęła się do Moiry, która podawała jej właśnie kawałek ciasta. 
–   Wygląda   niezwykle   apetycznie   –   stwierdziła.   –   Marzę   o   tym,   aby   go 
spróbować.

Pani   domu   zmusiła   się   do   uśmiechu,   ale   zaraz   potem   westchnęła. 

Postąpiła bardzo nierozważnie i teraz miała  za swoje. Nie powinna była 
próbować zmuszać ludzi do pojednawczych gestów, i to w chwili, gdy ich 
uporządkowana, spokojna egzystencja została zakłócona w tak drastyczny 
sposób, jakim było odkrycie zbrodni i kłamstw.

–   Sądziłam,   że   wszystko   pójdzie   gładko   –   powiedziała   Sarah   w 

samochodzie, gdy Tony pokonywał ostatni zakręt.

Wywrócił oczyma.
– Teraz już wiem, jak kiepsko czasami może poczuć się taki uczciwy 

człowiek jak ja – skomentował kwaśno.

– Czemu? Czyżbyś poczuł się zaniedbywany? – zdziwiła się Sarah. – 

Podczas kolacji u Moiry byłeś moim partnerem i jeśli czymś cię uraziłam, to 
bardzo przepraszam.

Tony roześmiał się głośno.
– Boże, Sarah, muszę dopilnować, byś nigdy nie została moim wrogiem.
– Nie pojmuję, o co ci właściwie chodzi.
–   Jesteś   niepoprawna   i   doskonale   o   tym   wiesz.   Nie   udawaj   naiwnej 

dziewicy. Spojrzała na Tony'ego. Mimo że na ukrytą w cieniu twarz Sarah 
padało z tablicy rozdzielczej w samochodzie tylko słabe światełko lampki, w 
jej oczach dostrzegł pożądanie.

background image

– Nie jestem dziewicą – oświadczyła. – Od bardzo dawna.
– Mam uznać  to  za  zaproszenie?  –  ochrypłym  głosem  zapytał  Tony, 

któremu zrobiło się nagle bardzo gorąco.

– Potraktuj moje słowa, jak ci się podoba – warknęła.
– Och, zrobię to, moja słodka. Masz to jak w banku – zapewnił.
Wstrząsnął nią dreszcz pożądania. Cały dzień spędziła w towarzystwie 

układnego Anthony'ego DeMarca, lecz teraz, gdy zapadł wieczór, pragnęła 
znaleźć się w objęciach Silka.

–   Przyjdź   do   mnie,   gdy   tylko   ułożysz   do   snu   obu   wielkoludów   – 

powiedziała.

– Oni nie sypiają – stwierdził Tony.
– Są wampirami?
Kiedy jęknął i wywrócił oczyma, Sarah uśmiechnęła się lekko.
– Tylko żartowałam. A poza tym trzymaj ich z daleka od pierwszego 

piętra.

– Dlaczego?
– Dlatego.
– W porządku. To mi odpowiada – uznał Tony, skręcając na podjazd 

przed domem.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Tony spał wyciągnięty obok Sarah. Mimo że półżywa po szaleńczych 

uniesieniach, nie potrafiła zapaść w sen. Wrażenia z kolacji u Moiry Blake 
były zbyt intensywne, aby mogła od razu o nich zapomnieć.

Wysunąwszy się z objęć Tony'ego, podniosła się z łóżka i podeszła do 

okna.

Jak   zwykle   cały   teren   posiadłości   oświetlały   silne   lampy.   Poza   ich 

zasięgiem wokół domu panowały egipskie ciemności. Właśnie z miejsca, w 
którym się teraz znajdowała, dostrzegła przedtem jakiś ruchomy cień. Jak 
potem   się   okazało,   należał   zapewne   do   przemykającego   chyłkiem 
człowieka, który śledził ją z ukrycia. Później, stojąc na tarasie, była o krok 
od utraty życia. Teraz nie musiała się już bać, bo dom był pilnie strzeżony. 
Całą dobę.

Spojrzała z zazdrością na Tony'ego pogrążonego we śnie i westchnęła. 

Gdyby tylko potrafiła zasnąć. I zapomnieć o wszystkim choćby tylko na 
jedną noc.

Chmura, która do tej pory przesłaniała księżyc, zaczęła się przesuwać i 

dopiero teraz Sarah zobaczyła jezioro. Odbite w wodzie srebrzyste światło 
księżyca prześwitywało między gałęziami drzew. Widok był przepiękny.

Ciało   Sarah   przeszyły   dreszcze.   Już   zawsze   będzie   spoglądała   z 

przerażeniem na to jezioro. Pływanie w nim byłoby jak harce na ojcowskim 
grobie. Powinna być wdzięczna losowi, że nie mieszka na stałe w Marmet. 
To   miasto   kryło   zbyt   wiele   ponurych   tajemnic.   Podczas   wieczornego 
przyjęcia miała okazję sama się o tym przekonać. Nic nie byłoby w stanie 
ukryć   wzajemnych   animozji,   dawnych   przewinień   i   grzechów   ludzi 
zasiadających przy stole Moiry Blake.

Weźmy   takiego   Charlesa   Bartletta.   Ten   człowiek   zachowywał   się 

dziwnie.   Mimo   społecznego   awansu   i   życiowych   sukcesów   zazdrościł 
Tony'emu tak bardzo, że nawet nie potrafił tego ukryć. Albo Paul Sorenson, 
obecny dyrektor banku. Sarah była pewna, że jej nie znosi, a może nawet 
pała do niej nienawiścią. Dlaczego? Nie miała pojęcia. Harmon Weatherly 
był   natomiast   człowiekiem   miłym   i   łagodnym.   Wyczuła   to   już   przy 
pierwszym spotkaniu w mieście. A dzisiaj u Moiry starał się podtrzymywać 

background image

przy stole lekki nastrój.

Sarah zadrżała. Zatęskniła nagle do jasno oświetlonych, pełnych życia 

ulic Nowego Orleanu.

Przyszły jej na myśl ładne dziewczyny, pracujące tam jako prostytutki. 

Niekiedy wpadały do jej restauracji na rogalika i filiżankę kawy, po dwie lub 
w towarzystwie jakiegoś klienta. Sarah nigdy ich nie osądzała. Tylko łasce 
Boga   i   Lorett   Boudreaux   zawdzięczała,   że   nie   spotkał   jej   podobny   los. 
Równie dobrze sama mogła przecież skończyć na ulicy.

Kobiety zebrane u Moiry Blakę stanowiły dość dziwaczny konglomerat 

postaci. Tiny Bartlett była ładna, lecz na każdym kroku starała się zyskać 
powszechne uznanie. Wychodząc za Charlesa, który, jak wspomniał Tony, 
pochodził z miejscowego plebsu, popełniła mezalians, który się jej opłacił. 
Żyła w dobrobycie, a mąż harował jak wół, by za wszelką cenę dorównać 
przedstawicielom   miejscowej   elity.   Miał   zadbane   paznokcie   i   doskonale 
ostrzyżone   włosy.   Nosił   garnitury   od   najlepszych   krawców   i   wykwintne 
obuwie. Ale warstwa ogłady, jaką zyskał, przeobrażając się z dziecka ulicy 
w zamożnego, odnoszącego sukcesy biznesmena, była niezwykle cienka.

Sarah zaczęła się zastanawiać nad osobą Annabeth Harold. Starsza pani, 

nadal pracująca i nigdy nie zamężna, była wyraźnie gorzej sytuowana od 
pozostałych znajomych Moiry. Kilkakrotnie tego wieczoru Sarah czuła na 
sobie mało życzliwy, jakby zazdrosny wzrok tej kobiety. Ale tak dyskretny, 
że równie dobrze mógł być też wytworem jej wyobraźni.

Rozumiała,   dlaczego   w   tym   towarzystwie   Annabeth   Harold 

prawdopodobnie nie czuła się najlepiej. Jednak siedzący obok ludzie byli 
przecież jej przyjaciółmi i akceptowali ją taką, jaką była. Dlaczego więc ona 
nie akceptowała samej siebie?

Marcia   Farrell   była   wdową,   tak   przynajmniej   słyszała   Sarah.   Z 

pochwyconych strzępów rozmowy między Tiny i Annabeth dowiedziała się, 
że opuszczając przed laty Marmet, Marcia była osobą bez wykształcenia, 
tylko po podstawowym kursie dla sekretarek. Kilka lat później wróciła na 
stare   śmieci.   Obarczona   dzieckiem,   oświadczyła,   że   została   wdową. 
Wkrótce potem odziedziczyła duży majątek i od tamtej pory stała się bogatą 
i szanowaną  obywatelką Marmet.  Tiny wspomniała  Annabeth, że nikt w 
mieście nie znał nawet nazwiska męża Marcii, która nie lubiła o nim mówić.

No, i jeszcze ta Laura Hilliard. Abstrahując od faktu, że wdzięczyła się 

do Tony'ego, od samego początku Sarah poczuła do niej wyraźną niechęć. 

background image

Laura była ugrzeczniona i przymilna, a zarazem zimna, wyniosła i pewna 
siebie. Jednym słowem, stanowiła pozbawione uczuć, wstrętne babsko.

Poprawka: bogate, wstrętne babsko.
Z   tego,   co   mówił   Tony,   wynikało,   że   Laura   Hilliard   wprost   leży   na 

pieniądzach. Ma ich znacznie więcej, niż byłaby w stanie wydać do końca 
życia.

Zdaniem Sarah, znakomitym zalążkiem takiej fortuny mógł być milion 

dolarów.

Została jeszcze Moira Blake. Biedna Moira. Tak bardzo się starała, aby 

kolacja wypadła doskonale. Sarah westchnęła. Sama ponosiła część winy za 
nieudany wieczór, prowokując pozostałych gości. Głównie dlatego, że nie 
była   w   stanie   znieść   ich   protekcjonalnego   traktowania.   O   Moirze   Sarah 
wiedziała   niewiele.   Tylko   tyle,   ile   usłyszała   od   Tony'ego.   Mówił,   że 
owdowiała   przed   kilku   laty   i   zakończywszy   pracę   w   banku,   przeszła 
niedawno na emeryturę. Od lat mieszkała w tym samym domu. Robiła dobre 
czekoladowe ciasto. Nie były to żadne rewelacje.

Tony poruszył się na łóżku. Sarah odwróciła się, obrzuciła wzrokiem 

jego długie, smukłe ciało okryte prześcieradłem i przypomniała sobie, jak 
szybko potrafił dać jej rozkosz. Był prostym, biednym chłopakiem, który, 
korzystając z pomocy kogoś, kto stał się dla niego przysłowiowym dobrym 
wujaszkiem,  wyszedł na ludzi. Do tej pory Sarah nie przyszło nawet do 
głowy, aby sprawdzić, w jaki sposób dorobił się fortuny. Szybko jednak 
wybiła sobie z głowy wszelkie podejrzenia. Dwadzieścia lat temu Tony był 
zbyt młody, aby okraść bank i popełnić morderstwo, nie mówiąc o tym, że 
nie należał do ludzi, którzy potrafiliby popełnić taki okrutny czyn.

Musiała   przyznać   się   ze   wstydem,   że   na   jej   dobrą   opinię   o   Tonym 

wpłynęły jego przymioty seksualne. W porę jednak przypomniała sobie, że 
potrafi właściwie oceniać ludzi. I że w żaden sposób nie mogłaby zakochać 
się w mężczyźnie, który wepchnął do skrzyni i zatopił w jeziorze ciało jej 
ojca.

W żaden sposób.
I nagle Sarah uprzytomniła sobie coś, co niemal ścięło ją z nóg, tak że 

musiała oprzeć się o okienną ramę. Zakochała się w Tonym? Miłość... To 
przecież przyspieszone bicie serca, pulsowanie krwi i uginanie się nóg w 
kolanach,   połączone   z   gwałtownym   przypływem   adrenaliny   na   widok 
obiektu pożądania.

background image

W porządku. Na taką chwilę czekała ostatecznie od wielu lat. Chciała 

ponownie się zakochać, a teraz jej marzenie stało się rzeczywistością. Ale 
dlaczego   właśnie   teraz,   gdy   jej   życie   zaczęło   przypominać   scenariusz 
jakiegoś mrocznego filmu sensacyjnego?

Drżąc na całym ciele, powoli odwróciła się od okna. W ostatniej chwili 

dostrzegła jakiś ruch wody w jeziorze. Ze sporej odległości, w jakiej się 
znajdowała,   wydawało   się   jej,   że   widzi   mały,   okrągły   przedmiot,   który 
szybko zniknął. Pewnie był to nur lub konar któregoś z drzew okalających 
jezioro. A może...

Tony zamruczał przez sen. Czując, jak nagle ogarnia ją zmęczenie, a 

zarazem strach, wróciła do łóżka i wsunęła się w objęcia Tony'ego. Chwilę 
później nadszedł upragniony sen.

Około   trzeciej   nad   ranem   Sarah   obudził   donośny   grzmot. 

Zdezorientowana,   rozejrzała   się   wokoło   i   kiedy   zaraz   potem   błyskawica 
rozświetliła na chwilę wnętrze pokoju, okazało się, że leży sama w łóżku. 
Wstała, zapaliła lampę i wyszła na korytarz w poszukiwaniu Tony'ego. Na 
dole   paliło   się   światło,   co   przypomniało   Sarah   o   obecności   ochroniarzy. 
Pewnie do nich dołączył.

Niewiele myśląc, włożyła szlafrok Tony'ego i opuściła pokój. Zbiegając 

na dół, wołała To-ny'ego. Kiedy postawiła stopę na najniższym schodku, 
zgasło   nagle   światło   i   w   domu   zapanowały   ciemności.   Nie   było   to   nic 
wyjątkowego. Podczas burz często wyłączano dopływ prądu.

–   Tony!   Chyba   masz   kilka   świec   i   jakąś   latarkę!   –   wykrzyknęła. 

Odpowiedziało jej głuche milczenie.

Sarah ruszyła w stronę frontowych drzwi i ujrzała nagle, jak otwierają się 

pod   naporem   silnego   podmuchu   wiatru,   który   wnosi   do   wnętrza   falę 
deszczu. Zamknęła szybko drzwi, usiłując równocześnie wytłumaczyć sobie 
powód, dla którego Tony i obaj ochroniarze znaleźli się poza domem.

Podbiegła do frontowego okna, próbując dostrzec w blasku błyskawic 

przecinających   czarne   niebo,   co   dzieje   się   na   zewnątrz.   Oprócz   strug 
deszczu i liści miotanych wiatrem nic nie było widać.

Jakiś słaby dźwięk dochodzący z głębi domu sprawił, że obróciła się 

błyskawicznie.

– Tony! Czy to ty?
I ponownie odpowiedziała jej głucha cisza. Nie pojawił się nikt. Gdzie 

podziali   się   obaj   ochroniarze,   podobno   tak   wspaniali?   Dlaczego   nie   stoi 

background image

teraz przed nią żaden z nich z latarką w ręku?

Sarah była już bardzo zdenerwowana.
– Dunn! Farley! Gdzie jesteście?
Usłyszawszy nagle nad głową trzask deski w podłodze, stłumiła krzyk. 

Ktoś w ciemnościach poruszał się na piętrze! Ale kto? Tony bądź któryś z 
ochroniarzy odpowiedziałby na jej wołanie. Trzasnęła druga deska, a potem 
trzecia. Jakiś człowiek szedł przez hol. Sarah ogarnęło przerażenie.

– Och Boże, och Boże...
Niewiele   myśląc,   rzuciła   się   do   ucieczki.   Kiedy   biegła   po   gładkim 

parkiecie, szalejąca burza tłumiła odgłosy jej bosych stóp. W jednej chwili 
Sarah przypomniała sobie o istnieniu pod schodami niewielkiego schowka i 
pognała w tamtą stronę. Był bardzo mały, ale mógł zapewnić schronienie.

Ostrożnie   nacisnęła   klamkę.   Na   szczęście,   zawiasy   nie   zaskrzypiały. 

Szybko wsunęła się do schowka i zamknęła za sobą drzwi, usłyszawszy, że 
intruz   zaczyna   schodzić   na   parter.   Szedł   szybko,   biorąc   po   dwa   schody 
naraz. Zacisnęła dłonie na klamce, bo w drzwiach nie było zamka.

Ze strachu, że ten człowiek ją usłyszy, wstrzymała oddech.
Gdy znalazł się na dolnym podeście, poczuła na całym ciele zimny pot. 

Instynktownie zaczęła się modlić.

Intruz przyspieszył kroku. Przeszedł szybko przez hol, obok jej kryjówki. 

I właśnie wtedy, kiedy uznała, że jest już bezpieczna, zorientowała się, że 
znieruchomiał. Pozostał w miejscu.

Och, tylko nie to, tylko nie to! – jęknęła w duchu.
Trzęsła   się   tak   bardzo,   że   ledwie   mogła   ustać   na   nogach.   Usłyszała 

zbliżające   się   kroki.   Niemal   czuła   energię   człowieka   po   drugiej   stronie 
drzwi. Odruchowo przytrzymywała je.

– Ocal mnie, słodki Jezu. Nie pozwól umrzeć.
Sarah poczuła nagle, jak w jej rękach porusza się klamka. Pomyślała, że 

wszystko   skończone,   lecz   właśnie   wtedy   rozbłysły   nagle   lampy. 
Przywrócono dopływ prądu. Widok wąskiego paska światła pod drzwiami 
schowka   sprawił,   że   odetchnęła   z   ulgą.   Poprzez   zamknięte   drzwi   tak 
wyraźnie wyczuła zaskoczenie intruza, jakby stali oboje twarzą w twarz.

W  jednej   chwili   ustąpił   nacisk   na  klamkę.   Sarah  usłyszała   stłumione 

przekleństwo   i   zaraz   potem   błyskawicznie   oddalające   się   kroki.   Zanim 
przyszło jej do głowy, że powinna wychylić się ze schowka i zobaczyć, kto 
ucieka, w domu zapanowała głucha cisza.

background image

Już miała nacisnąć klamkę, gdy nagle uzmysłowiła sobie, że po to, aby 

wywabić ją z kryjówki, intruz być może posłużył się podstępem. A teraz 
czatuje za drzwiami, szykując się do zabójstwa.

Sarah odczekała jeszcze chwilę, a potem odetchnęła głęboko i otworzyła 

drzwi.

Miała przed sobą pusty hol. Na podłodze widniały świeże ślady butów 

prowadzące do wyjścia. Odwróciła się powoli, spojrzała w głąb kryjówki, 
którą dopiero co opuściła, i właśnie w tym momencie dostrzegła tam jakiś 
duży cień. Na jego widok cofnęła się i krzyknęła przeraźliwie.

W schowku leżał Tony. Nieprzytomny, z zakrwawioną głową.
Sarah   podbiegła   do   wejściowych   drzwi,   po   drodze   głośno   wzywając 

pomocy.   W   ciągu   zaledwie   paru   minut   dom   wypełnił   się   strażnikami 
pilnującymi posiadłości. Jeden z nich, z bronią gotową do strzału, stanął 
przy Sarah. Inni rozbiegli się we wszystkich kierunkach.

Widziała   jak   przez   mgłę   wynoszonych   z   domu,   nieprzytomnych   obu 

osobistych   ochroniarzy,   Dunna   i   Farleya,   i   migające   światła   karetki 
zabierającej ich i Tony'ego.

Krzyczała,   że   też   chce   jechać,   lecz   dowódca   grupy   strażników 

wynajętych   przez   Tony'ego   nie   zgodził   się   spuścić   jej   z   oczu.   Płakała 
histerycznie.

Uspokoiła się nieco dopiero na widok szeryfa Gallaghera i dwóch jego 

ludzi.

– Sarah! Proszę mówić, co się stało – zażądał, wprowadziwszy ją do 

salonu.

– Obudziło mnie uderzenie pioruna. Rozszalała się burza. Nie mogłam 

znaleźć ani Tony'ego, ani żadnego z osobistych ochroniarzy, i wtedy pogasły 
wszystkie   światła.   Wołałam,   ale   nikt   mi   nie   odpowiadał.   A   potem 
usłyszałam   czyjeś   kroki.   Gdyby   należały   do   Tony'ego   lub   Dunna   czy 
Farleya, daliby mi o tym znać i odkrzyknęli. Tak więc musiał to być ktoś 
obcy.

Szeryf   Gallagher   skinął   głową.   Prawie   to   samo   powiedzieli   mu 

wcześniej strażnicy pilnujący terenu, ale pozwolił Sarah mówić, bo chciał, 
aby się uspokoiła.

– Co zrobiła pani potem? – zapytał.
– Ukryłam się w schowku pod schodami. – Podniosła wzrok i popatrzyła 

na szeryfa oczyma pełnymi łez. – Przez cały czas leżał tam Tony. Znajdował 

background image

się tuż obok mnie, a ja o tym nie wiedziałam. – Ciałem Sarah wstrząsnęły 
dreszcze. – Boże... było zupełnie tak jak z tatusiem. Ludzie pływali sobie po 
jeziorze... a on leżał tam, na dnie, zamknięty w skrzyni.

– Proszę tak nie myśleć. – Szeryf Gallagher zwrócił się do jednego ze 

swoich ludzi: – Wyjmij z barku whisky i zrób pani drinka.

– Nie będę nic piła – oświadczyła Sarah. – Chcę zobaczyć Tony'ego. 

Dowiedzieć się, co z nim. – Rozpłakała się na cały głos. – To wszystko moja 
wina. Bo gdyby mi nie pomagał...

– Nic mu nie będzie – oświadczył Gallagher, mimo że nie wiedział, jak 

naprawdę jest. Po chwili wręczył Sarah szklaneczkę whisky. – Proszę to 
wypić.

Wypiła, jakby w szklance było lekarstwo. Z obrzydzeniem.
– Dobra dziewczynka – pochwalił szeryf. – A teraz proszę opowiedzieć, 

co było potem. Sarah zamknęła oczy, usiłując przypomnieć sobie koszmarne 
przeżycie.

– Będąc w schowku, trzymałam od środka klamkę, bo w drzwiach nie 

było zamka. Słyszałam, jak intruz zbiega po schodach, mija w holu moją 
kryjówkę, lecz chwilę potem zawraca. Byłam przerażona. Przekonana, że 
zaraz mnie odnajdzie. I nagle włączono prąd. Rozbłysły światła. Przeraziły 
tego człowieka, gdyż usłyszałam, jak zaklął i rzucił się do ucieczki. Kiedy 
opuściłam schowek, już go nie było, ale znalazłam Tony'ego... – Rękoma 
zakryła twarz.

Gallagher zwrócił się do dowódcy grupy strażników zatrudnionych przez 

Tony'ego do ochrony posiadłości:

– Widzieliście coś?
– Absolutnie nic – odparł zapytany. – Nie mieliśmy pojęcia, że w domu 

dzieje się coś złego, dopóki nie rozległ się krzyk pani Whitman. – I zaraz 
potem   dodał,   tak   jakby   się   tłumacząc:   –   Wynajęto   nas   wyłącznie   do 
pilnowania   terenu.   Nie   mogliśmy   wiedzieć,   że   przebywający   w   domu 
ochroniarze zostali załatwieni.

– Nikt nie ma  do panów pretensji – odezwała  się  Sarah. – Dziękuję 

Bogu, że byliście w pobliżu.

Dowódca grupy spojrzał na siedzącą przed nim kobietę i w jednej chwili 

powziął decyzję.

–   Postawię   strażników   zarówno   tuż   przy   wejściu   do   domu,   jak   i   na 

terenie   posiadłości,   chyba   że   pan   DeMarco   wyda   inne   polecenia   – 

background image

oświadczył. – Nikt nie dostanie się do środka bez naszej zgody – dodał i 
poszedł wydać podwładnym odpowiednie polecenia.

Sarah   poderwała   się   z   miejsca   i   dociągnęła   poły   zbyt   obszernego 

szlafroka.

– Dokąd chce pani iść? – zapytał szeryf.
– Do siebie. Muszę się ubrać. Pojadę do Tony'ego do szpitala.
– Niech pani idzie. – Gallagher westchnął. – Sam panią zawiozę.
– Mam samochód. To przecież niedaleko.
– Zawieźli Tony'ego do Portlandu – poinformował. Sarah aż jęknęła.
– Tak daleko?
– Już mówiłem, że panią tam zawiozę. Ale proszę wziąć ze sobą jakiegoś 

ochroniarza.

– Mam nadzieję, że będzie lepszy niż obaj poprzedni – wymamrotała pod 

nosem.

–   Słyszałem,   jak   jeden   z   sanitariuszy   mówił,   że   nafaszerowano   ich 

jakimś narkotykiem. Sarah zmarszczyła czoło.

– Niemożliwe. Jak mogło się to stać? Tony mówił, że obaj są maniakami 

zdrowego jedzenia. Chyba nawet mają zwyczaj sami przygotowywać sobie 
posiłki.

–   Nie   wiem.   Powtarzam   tylko   to,   co   usłyszałem.   Po   zrobieniu 

dokładnych badań będzie wiadomo więcej. A teraz, jeśli nie ma pani nic 
przeciwko temu, pójdę z panią na górę i sprawdzimy, czy coś nie zginęło.

Usłyszawszy słowa szeryfa, Sarah nerwowo drgnęła. Taka możliwość w 

ogóle nie przyszła jej wcześniej do głowy.

– S ądziłam, że intruz szukał mnie.
–   Być   może   –   przyznał   Gallagher.   –   Na   wszelki   wypadek   jednak 

sprawdźmy   piętro.   Weszli   po   schodach   w   towarzystwie   strażnika 
uzbrojonego w półautomat.

Gdyby Sarah nie była tak przerażona, ten widok pewnie by ją rozbawił. 

Wszystko   działo  się  bowiem jak  na   kiepskim  filmie.  W   ciemnym  domu 
dziewczyna   ucieka   przed   zabójcą   i   znajduje   nieprzytomnego, 
zakrwawionego   kochanka.   A   potem   zjawia   się   policja   i   nieszczęsna 
bohaterka   ubiera   się   pod   okiem   całkowicie   obcych   ludzi,   uzbrojonych 
strażników.

– Litości – mruknęła.
– Czy pani coś mówiła?

background image

– Co takiego? Och, nie – zaprzeczyła Sarah, przyrzekając sobie od tej 

pory nie wyrażać na głos własnych myśli.

Była już ubrana i prawie gotowa do wyjścia. Kiedy rozglądała się w 

poszukiwaniu pantofli, uprzytomniła sobie, czego brakuje.

– Pudełko! Znikło! – zawołała.
Usłyszawszy krzyk Sarah, z drugiego pokoju przybiegł szeryf z bronią w 

ręku, mimo że przy drzwiach stał uzbrojony strażnik.

– Co się stało?
– Dopiero teraz zauważyłam, że nie ma pudełka z rzeczami wyjętymi z 

biurka ojca. Stało tutaj. – Sarah wskazała stół. – I teraz go nie ma.

– Jest pani pewna, że znajdowało się właśnie tutaj? – zapytał Gallagher.
– Tak. – Usiadła ciężko na łóżku. – Po co ko muś mogły być potrzebne 

nic nie znaczące drobiazgi po ojcu?

– Może jednak w pudełku było coś ważnego.
– Mogło chodzić o kalendarz – zgadywała Sarah. – Dzięki Bogu, ma pan 

odbitki najważniejszych kartek.

– Ile osób wiedziało o kalendarzu? – zapytał szeryf.
– Tylko ja,  Tony,  pan i  pańscy  ludzie.  Aha,  wiedział jeszcze  Maury 

Overstreet.

– A kto to jest?
– Prywatny detektyw, jakiś czas temu wynajęty przez Tony'ego.
–   Zostawmy   na   razie   tę   sprawę   –   zaproponował   Gallagher.   Sarah 

przypomniała sobie o pantoflach.

– Nie mogę znaleźć butów – stwierdziła. Szeryf zaczął rozglądać się po 

pokoju. Wskazał szafę.

– A tam pani szukała? – zapytał.
– Wiem, że zabrzmi to głupio, ale nie mam zwyczaju chować butów. A 

przynajmniej tej pary, której używam danego dnia.

Szeryf podszedł do szafy i otworzył drzwi.
– Chodzi o te? – wskazał czarne pantofle. Na ich widok Sarah poczuła na 

plecach gęsią skórkę.

– Ja ich tam nie wstawiałam.
– Może zrobił to Tony.
– Kiedy szłam, aby go znaleźć, były przy tym krześle.
– Skąd ta pewność?
– Widziałam je, gdy zapaliłam światło, żeby znaleźć szlafrok Tony'ego.

background image

Ze   zmarszczonym   czołem   Gallagher   zaczął   ponownie   przyglądać   się 

znalezionym pantoflom.

– Sądzi pani, że to intruz odstawił je do szafy?
Na myśl, że ten człowiek dotykał jej osobistych rzeczy, Sarah dostała 

dreszczy. Poczuła się okropnie, pozbawiona intymności.

– Nikogo więcej tu nie było. Szeryf odwrócił się na pięcie, stanął w 

drzwiach i zawołał:

– Evans! Przynieś mi na górę dużą torbę na dowody!
Chwilę później w rękach Gallaghera znalazła się pojemna, plastikowa 

torba. Ukląkł, czubkiem długopisu Sarah wyjął z szafy buty i wpuścił je do 
torby.

– Mam nadzieję, że ma pani inną parę – powiedział. Sarah wzruszyła 

ramionami.

– Tenisówki i klapki – mruknęła.
– Lepsze będą tenisówki. Mogę podać? – Gallagher wskazał stojące w 

szafie białe płócienne pantofle z niebieskimi lamówkami.

– Proszę. – Założyła je szybko i podniosła się z miejsca, biorąc płaszcz i 

torebkę. – Czy zawiezie mnie pan teraz do Tony'ego? – spytała.

– Tak – potwierdził szeryf.
Do Portlandu jechali w milczeniu. Sarah prawie się nie odzywała. Nie 

miała   ochoty   na   rozmowę.   Poprosiła   tylko   szeryfa,   żeby   polecił   komuś 
zaopiekować się jej ciotką i dopilnować, aby dotarła bezpiecznie do domu 
Tony'ego.

Gallagher obiecał Sarah, że o to zadba. Obiecałby o wiele więcej, byle 

tylko tej kobiecie zależało na czymś więcej niż na jego policyjnej odznace. 
Ulegał   coraz   bardziej   jej   urokowi,   ale   nawet   nie   marzył   o   intymnych 
kontaktach.

Zależało   mu   tylko   i   wyłącznie   na   jednym.   Na   uzyskaniu   od   Sarah 

rozgrzeszenia.   Należał   bowiem   do   grona   ludzi,   którzy   swego   czasu 
przyczynili   się   do  zniszczenia   jej   rodziny,   i  do   końca  życia  będzie   tego 
żałował. Usiłując teraz wykryć zabójcę, zdawał sobie sprawę z tego, jak 
ważny jest jego udział w przywróceniu Whitmanom dobrego imienia.

O świcie wjechali do Portlandu.
– W szpitalu mamy uzbrojonego wartownika – poinformował szeryf swą 

pasażerkę.   –   Nasi   ludzie   strzegą   Tony'ego   na   wypadek,   gdyby   ktoś 
spróbował ponownie go dopaść. Będę także nalegał, aby pani również przez 

background image

cały czas miała obstawę.

– Czy to wszystko kiedyś się skończy? – spytała zgnębiona Sarah.
– Tak. Ma pani na to moje słowo. Kiedy wjeżdżali na parking przed 

dużym szpitalem, zdobyła się na słaby uśmiech.

–   Chciałabym   należeć   do   tych,   którzy   dożyją   chwili   ostatecznego 

zakończenia tej sprawy.

– Nic się pani nie stanie – zapewnił Gallagher. – Proszę o tym pamiętać 

przez cały czas. Idąc do pokoju, w którym leżał Tony, Sarah powtarzała 
sobie ostatnie słowa szeryfa.

Przeprowadził ją obok oddziałowej pielęgniarki i policjanta pełniącego 

wartę   przed   pokojem   chorego,   ale   gdy   tylko   stanęła   pod   drzwiami, 
Gallagher   pozostawił   ją   samej   sobie,   obiecując,   że   zjawi   się   na   każde 
wezwanie.

Sarah uściskała odruchowo szeryfa i weszła do pokoju Tony'ego.
Zanim znikła w drzwiach, Gallagher pogładził ją lekko po ramieniu, tak 

jakby była dzieckiem, i szybko odszedł.

Czekał go pracowity dzień.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Sarah podbiegła do Tony'ego. Nie wiedziała, czy jest nieprzytomny, czy 

śpi, ale monitor wskazywał tętno równomierne i powolne, więc trochę się 
uspokoiła.   Tuż   ponad   prawym   okiem   miał   niewielki   opatrunek.   Chyba 
rzeczywiście spał.

Pochyliła się i musnęła wargami policzek leżącego. Miał ciepłą i miękką 

skórę. Po cichu przysunęła sobie krzesło. Przez chwilę siedziała bez ruchu, 
wpatrując się w twarz Tony'ego, a potem delikatnie splotła palce z jego 
palcami, oparła głowę na krawędzi łóżka i zamknęła oczy. Zapadając w sen, 
pamiętała własny krzyk przerażenia.

Tony otworzył oczy i natychmiast skrzywił się z bólu. Zastanawiał się, 

dlaczego tak trudno mu się poruszyć. Jęknąwszy cicho, dotknął ręką głowy i 
zobaczył, że ma podłączoną kroplówkę.

– Co, do diab... – Nagle przypomniał sobie o Sarah. Dobry Boże, co z 

nią...?

– Leż spokojnie, kochanie.
Tuż koło ucha rozległ się jej głos. Słodki i władczy. Dzięki Bogu! – 

jęknął w duchu.

– Sarah...
Dotknęła delikatnie dłonią policzka Tony'ego, a potem pogłaskała go po 

ręku i pomogła przesunąć ją w poprzednie miejsce, tak aby nie naruszyć 
kroplówki.

– Jestem tutaj.
– On był w domu.
–   Wiem,   kochanie.   Nie   ruszaj   się,   proszę.   Odpoczywaj.   Potem   o 

wszystkim porozmawiamy.

Ale Tony czuł teraz potrzebę wyjaśnienia tego, co się stało.
– Która godzina? – zapytał.
– Dochodzi południe.
– Czy to ten sam dzień?
– Można tak powiedzieć, bo napad miał miejsce po północy.
–  Usłyszałem  na  dole  jakiś   ruch   i  pomyślałem,  że  to  Dunn,  bo  jako 

pierwszy miał objąć wartę. Nie znalazłem go na parterze, więc zszedłem do 

background image

piwnicy, do pomieszczenia obu ochroniarzy. Farley znajdował się w łóżku. 
Dunn leżał na podłodze. Nachyliłem się, aby sprawdzić, co z nim, i wtedy 
ktoś zaszedł mnie od tyłu i uderzył. W ostatniej chwili wyczułem za plecami 
czyjąś   obecność.   Odwróciłem   głowę,   ale   zbyt   późno,   by   zobaczyć   coś 
więcej niż tylko czarne spodnie i czarne buty.

– Szeryf słyszał rozmowę sanitariuszy z karetki. Podejrzewali, że obaj 

ochroniarze zostali odurzeni jakimś narkotykiem. Bez przerwy zastanawiam 
się, jak mogło do tego dojść. I już chyba wiem.

– Ale w jaki sposób? Przecież przez cały czas Farley i Dunn byli z nami.
– Zgadza się – przyznała Sarah.. – Narkotyk podano im na przyjęciu u 

Moiry.

– S ądzisz, że właśnie tam?
– Nie było innej możliwości. Zabrali ze sobą termos z kawą. Gdy Moira 

wprowadziła nas do domu, widziałam, jak Farley stawiał go w holu na stole.

– Powiedziałaś o tym szeryfowi?
–   Tak.   Wspomniałam,   kiedy   jechaliśmy   do   Portlandu.   Ale   nie   mam 

pojęcia, co mógłby zrobić z tą informacją. Kolacja trwała długo. Każdy z 
gości   miał   okazję,   by   wsypać   ochroniarzom   narkotyk   do   kawy.   Jak 
pamiętasz,   chodziliśmy   po   całym  domu.   Moira   zaciągnęła   nas   nawet   do 
biblioteki, żeby pokazać obrazy namalowane przez jej zmarłego męża. Po 
kolacji przeszliśmy ponownie do salonu na kieliszek brandy. Jestem pewna, 
że   widziałam   cztery   osoby   rozmawiające,   każda   z   osobna,   z   naszymi 
wielkoludami. Byli przecież na ustach wszystkich gości.

– A więc musiał to być któryś z gości – uznał Tony.
– Niekoniecznie – powiedziała Sarah. – Równie dobrze mógł zrobić to 

ktoś z zewnątrz, wykorzystawszy chwilę, gdy byliśmy zebrani w jednym 
miejscu, na przykład przy stole w jadalni.

– Do licha, a już myślałem, że udało się nam zawęzić krąg podejrzanych.
– Masz ze mną same kłopoty. Wyjadę, gdy tylko wydadzą mi ciało ojca. 

Tony złapał Sarah za rękę.

– Nie. Nie możesz tego zrobić. Skąd będę wiedział, że jesteś bezpieczna?
–   Nie   wiem.   Dam   sobie   radę.   Ale   kiedy   opuszczę   Marmet,   będę 

przynajmniej  pewna,  że   tobie  nic  nie  grozi.  –  Sarah  załamał   się  głos.   – 
Kiedy ujrzałam cię... pomyślałam przez chwilę...

Tony przyciągnął ją do siebie.
– Tylko nie płacz, dziecinko. Wiem, w co się wpakowałem. Po prostu 

background image

okazałem się nieostrożny, i tyle.

– Nie musisz okazywać mi aż takiej lojalności – powiedziała Sarah. – 

Czy tego nie rozumiesz? Jeśli uważasz, że miałeś jakiś dług wobec mego 
ojca,   to   już   dawno   go   spłaciłeś.   Tony,   proszę...   Ze   względu   na   twoje 
bezpieczeństwo i moje zdrowie psychiczne, pozwól mi zrobić to, co uważam 
za stosowne.

Tony zacisnął gniewnie szczękę.
– Nie.
– Jesteś zwariowany – z westchnieniem uznała Sarah.
– Tak. Zwariowany na twoim punkcie.
– Jak widzę, wrócił Silk... Zaczynasz mówić miłe rzeczy.
– Taka już, dziecinko, moja natura. Nie mogę cię porzucić, więc nigdy 

więcej o to nie proś.

Długo patrzyli na siebie bez słowa. W końcu Sarah uległa i opuściła 

wzrok.

– Chcę wracać do domu – oświadczył Tony. Uśmiechnęła się krzywo.
– Powiedziałem coś śmiesznego?
– Lekarza, który był tutaj wcześniej, uprzedziłam, że podejmiesz właśnie 

taką decyzję.

– No, to czemu w dalszym ciągu tkwię w szpitalnym łóżku?
– Bo spałeś.
– Ale już się obudziłem. Idź po tego faceta. Chcę zaraz stąd wyjść.
– Lekarz wróci za...
–   Jeśli   będziesz   tu   sterczeć,   to   znajdę   go   sam   –   oznajmił   Tony.   – 

Przecież nic mi nie jest. Mam tylko guza na głowie.

– Wobec tego już znikam – oznajmiła Sarah, z westchnieniem podnosząc 

się z krzesła. Kiedy ruszyła w stronę drzwi, Tony uprzytomnił sobie, że nie 
powinien spuszczać jej z oczu.

– Poczekaj!
– O co tym razem chodzi? – spytała.
–  Nie  chcę,  abyś  sama   włóczyła  się   po  szpitalnych   korytarzach.  Ten 

szaleniec mógł tu za tobą przyjechać.

– O to nie musisz się martwić. Przy twoich drzwiach szeryf postawił 

wartownika.   A   drugi   policjant,   który   tam   czeka,   stanowi   moją   osobistą 
ochronę.

Tony rozluźnił się nieco.

background image

– No, to idź, ale zaraz wracaj. Sarah ujęła się pod boki.
– Albo pójdę szukać lekarza, albo zostanę tutaj. Ale nie obiecuję, że 

zaraz wrócę, bo nie wiem, gdzie on jest.

Tony wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Lubię, kiedy się złościsz – oznajmił. Sarah odwzajemniła uśmiech.
– Och, powinieneś zobaczyć mnie, kiedy jestem naprawdę wściekła.
– Czy mi się to spodoba?
– Zależy od tego, jaki masz stosunek do rozlewu krwi.
Kiedy   Sarah   wychodziła   z   pokoju,   Tony   śmiał   się   głośno,   ściskając 

mocno obolałą głowę.

Jazda samochodem ze szpitala do domu byłaby długa i dla Tony'ego 

bardzo   męcząca.   Zrezygnował   więc   ze   szpitalnej   karetki   i   wynajął 
śmigłowiec.

Ledwie   Sarah   zdołała   jako   tako   przyzwyczaić   się   do   przebywania   w 

powietrzu, pilot zaczął kołować nad jeziorem Flagstaff.

Pilot,   obejrzawszy   uprzednio   ukształtowanie   terenu,   zdecydował   się 

posadzić maszynę na frontowym podjeździe do posiadłości.

Po   chwili   pasażerowie   śmigłowca   zobaczyli,   jak   z   domu   Tony'ego 

wysypują się ludzie, żeby po-usuwać stojące tam pojazdy. Sarah ujrzała pod 
sobą   dwa   radiowozy,   dwie   furgonetki   należące   do   grupy   wynajętych 
strażników, samochód, którym przyjechali Dunn i Farley, a także jakiś wóz, 
którego nie rozpoznała. Kiedy zjawił się przy nim uzbrojony strażnik, aby 
odstawić auto w inne miejsce, przypomniała sobie o ciotce Lorett. Starsza 
pani pewnie już była na miejscu.

Biedni   Dunn   i   Farley   wprawdzie   otrzeźwieli   po   solidnej   dawce 

narkotyku,   ale   nie   potrafili   zrozumieć,   co   się   właściwie   stało.   Paskudny 
specyfik nie tylko pozbawił ich przytomności, lecz także spowodował lukę 
w pamięci. Obaj mieli pozieleniałe twarze i chorowali podczas lotu.

Po kilku minutach placyk przed domem Tony'ego został opróżniony ze 

wszystkich pojazdów. Zaraz potem śmigłowiec wylądował.

Gdy   tylko   znalazł   się   na   ziemi,   z   domu   i   zza   każdego   drzewa 

powybiegali strażnicy i policjanci. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Tak jakby 
mieli pilnować samego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Na ten widok Sarah miała ochotę się roześmiać i zapytać, po co ten cyrk, 

szybko jednak uprzytomniła sobie, że gdyby nie interwencja i przezorność 
Tony'ego, już by nie żyła.

background image

Poczekaj, pokazał na migi, gdy zaczęła szykować się do wyjścia.
Siedziała w otwartej kabinie, z włosami miotanymi podmuchami wiatru 

wywołanego przez obracające się śmigło. Pozwolono jej wysiąść, dopiero 
kiedy przy helikopterze znalazła się duża grupa uzbrojonych ludzi. Zanim 
spostrzegła, dokąd idzie Tony, otoczyli ją strażnicy.

Dwaj  z  nich  posadzili   ją  sobie   na  rękach   i  ruszyli  biegiem  w  stronę 

domu.   Przenieśli   w   ten   sposób   spory   kawał   drogi   i   postawili   przed 
frontowymi drzwiami. Była tak zaskoczona, że – zanim wepchnęli ją do 
środka i zamknęli drzwi – zdołała tylko wyjąkać szybkie podziękowania.

Zaczęła od razu rozglądać się za Tonym, ale nigdzie nie było go widać. 

Nagle usłyszała wołanie. Odwróciła się.

– Nieźle przyjmujesz ciotkę, dziecinko – cedząc powoli sylaby, niemal 

wysyczała zgryźliwie Lorett Boudreaux.

– Ciociu! Jesteś, dzięki Bogu!
Sarah wpadła w czułe objęcia starszej pani. Tu była bezpieczna. Zaraz 

potem przypomniała sobie jednak o wypadku młodszej córki ciotki.

– Co z Michelle?
Lorett uśmiechnęła się i odgarnęła włosy z twarzy Sarah.
– W porządku, chere. Nie musisz się o nią martwić. Wrócił Francois. Już 

niepotrzebna jej matka.

– Ja cię potrzebuję – oświadczyła Sarah i zaraz potem jej oczy wypełniły 

się łzami. – Och, ciociu. Tu dzieją się straszne rzeczy.

– Wiem, dziecinko. Trochę wiedziałam przedtem, o reszcie usłyszałam 

od szeryfa.

– Nie mam pojęcia, co robić dalej – wyznała Sarah. – Zamieszkawszy u 

Tony'ego, naraziłam go na ogromne niebezpieczeństwo.

–   Sam   dokonał   wyboru   –   uznała   Lorett.   –   Sądzę,   że   będzie 

konsekwentny.

W tej chwili otworzyły się frontowe drzwi i stanął w nich pan domu. 

Wystarczyło mu jedno spojrzenie na Lorett Boudreaux, aby wiedzieć, z kim 
ma do czynienia. Kiedy na niego popatrzyła, Tony zrozumiał, że Sarah nie 
przesadzała,   mówiąc   o   niezwykłych   zdolnościach   ciotki.   Uśmiechnął   się 
lekko.

Lorett   Boudreaux   przyglądała   się   uważnie   mężczyźnie,   który   skradł 

serce   jej   ukochanej   wychowance.   Wyglądał   imponująco.   Miał   na   sobie 
idealnie leżące, kosztowne ubranie. Cieszyły wzrok oliwkowa cera, czarne 

background image

włosy i ciemne oczy. Był dobrze zbudowany, lecz szczupły, miał długie i 
silne nogi. Mały, biały opatrunek na czole jeszcze dodawał mu uroku, bo 
był, zdaniem Lorett, świadectwem odwagi. Ten przystojny, młody człowiek 
został   zraniony,   ponieważ   występował   w   obronie   jej   ukochanej 
dziewczynki.

– Podejdź bliżej, chłopcze – powiedziała łagodnym głosem.
Niemal   odruchowo   wykonał   polecenie.   Stanąwszy   blisko,   wyciągnął 

rękę.

– Pani Boudreaux, witam w moim domu.
– Mów mi po imieniu. Jestem Lorett – oznajmiła i uściskała Tony'ego.
Był to gest zaskakujący, a zarazem miły. Tony uznał, że nie szkodzi 

mieć   po   swojej   stronie   przyszłej   teściowej,   mimo   że   o   własnych 
małżeńskich   zamiarach   musiał   jeszcze   poinformować   drugą   z 
zainteresowanych   stron,   to   znaczy   Sarah   Whitman.   Zdziwił   się   jeszcze 
bardziej,  kiedy  Lorett  Boudreaux   położyła  mu   rękę  na  czole  i  zamknęła 
oczy.

Tony zaczął się cofać, lecz stara dama przytrzymała go mocno za ramię.
Usłyszał uspokajający głos Sarah.
– Wszystko w porządku. Wierz mi.  Stał nieruchomo.  Chwilę później 

Lorett odsunęła się sama.

– Zostałeś zraniony, stając w obronie mojej dziecinki. Dziękuję ci za to, 

chłopcze. Lekko zażenowany, Tony skinął głową i szybko zmienił temat.

– Czy znalazła już pani swoje lokum? – zapytał. – Znajduje się tuż obok 

pokoju Sarah. Lorett przeniosła wzrok z wychowanki na pana domu. Lekko 
zadrgały kąciki jej ust, ale się nie uśmiechnęła.

– Wybrałam sobie pokój na dole – oznajmiła.
Sarah spłonęła rumieńcem. Czy już nigdy przed ciotką nie będzie mogła 

mieć sekretów? Lorett wiedziała, że są kochankami. Speszyła się.

Tony uśmiechnął się szeroko i tym razem sam, z własnej woli, uściskał 

starą damę.

– Wiedziałem, że panią polubię – oświadczył, całując Lorett mocno w 

policzek. Perlisty śmiech przybyłej rozładował napiętą atmosferę.

– Ten mężczyzna... to ktoś, Sarah Jane. Nie wypuść go z rąk.
Po   takim   oświadczeniu   Sarah   mogła   powiedzieć:   „Rozkaz,   szanowna 

pani"   lub   polecić   ciotce   zamilknąć.   Wybrała   jeszcze   inne   rozwiązanie. 
Spojrzała na Tony'ego.

background image

– Powinieneś iść do łóżka – stwierdziła krótko. Na jego twarzy ukazał 

się diabelski, nieco zbyt zmysłowy uśmiech.

–   Oj,   czy   nie   możesz   poczekać   z   tym,   kochanie,   przynajmniej   do 

zmroku? Ze zdumienia Sarah opadła szczęka. Potem groźnie zmarszczyła 
brwi.

– Anthony DeMarco, jesteś wstrętny! – warknęła. – Nie masz za grosz 

wstydu?

– Nie mam.
Lorett uśmiechnęła się lekko. Objęła Sarah.
– Nigdy nie wstydź się tego, co naturalne – pouczyła wychowankę. – 

Długo czekałaś i masz teraz to, na co zasługujesz.

– Do czego to doszło! – jęknęła Sarah. – Mam gadać o seksie, i to tym 

razem w obecności osoby trzeciej?

– Jeśli opuści jakieś ciekawsze kawałki, uzupełnię z przyjemnością jej 

opowiadanie – zaofiarował się Tony, spoglądając na Lorett.

Stara   dama   odrzuciła   głowę   w   tył   i   tym   razem   głośno   parsknęła 

śmiechem.

–   Ten   chłopiec   będzie   doskonale   pasował   do   naszej   rodziny   – 

zawyrokowała. – I nie staraj się go zmienić, Sarah Jane, bo pokochałaś go 
głównie dlatego, że jest taki, jaki jest. – Lorett pozbierała myśli i wzięła się 
w   garść.   –   Idę   do   kuchni   przygotować   jedzenie.   Przyjdźcie,   kiedy 
zgłodniejecie.   –   To   powiedziawszy,   opuściła   salon   majestatycznym 
krokiem.

– To najbardziej zdumiewająca i intrygująca kobieta, jaką zdarzyło mi 

się poznać – uznał lekko oszołomiony Tony. – Oczywiście, oprócz ciebie, 
dziecinko.

Oświadczenie to Sarah przyjęła ze śmiechem.
– Masz rację. Ciocia Lorett to prawdziwe cudo. Jest jedyna w swoim 

rodzaju. Wielkie szczęście, że mam ją po swojej stronie.

Tony pokiwał głową.
– S ądzę, że byłaby niesamowitym wrogiem.
– Jesteś już głodny? – spytała Sarah, ujmując Tony'ego za rękę.
– Właściwie nie. Chyba się położę, mimo że głowa już mnie nie boli.
– To oczywiste. Przecież ciotka położyła ci rękę na czole.
–   Tak,   położyła...   –   Tony   musnął   dłonią   opatrunek.   –   Chcesz 

powiedzieć, że Lorett uzdrowiła mnie, dotykając głowy?

background image

– Przecież, jak twierdzisz, przestało cię boleć – przypomniała Sarah. – A 

teraz idź do łóżka.

– Dobrze, ale z tobą.
– Przyjdę za chwilę, ale tylko po to, aby utulić cię do snu.
– Utulisz...?
– Och, daj spokój, nie łap mnie za słówka. Jeśli będziesz niegrzeczny, 

każę Durniowi i Bradstreetowi położyć cię do łóżka.

– Dunnowi i Farleyowi – skorygował Tony.
– Jak się zwał, tak się zwał – mruknęła Sarah. – A teraz zmykaj na górę.
Trochę po czternastej Tony zszedł na parter. Był umyty i miał na sobie 

ciemnoczerwony  dres,  a także, zamiast  butów, grube, wełniane skarpety. 
Zdjął   z   czoła   opatrunek,   pozostawiwszy   odkryte   zranienie.   Oprócz 
niewielkiego guza, kilku zadrapań i czterech szwów, wyglądał tak, jakby nic 
mu się nie stało.

– Jestem w świetnej formie – oznajmił, stając na progu kuchni. – Co tak 

wspaniale pachnie?

Sarah, która przewracała przy stole kartki książki kucharskiej, podniosła 

wzrok.

– Zupa. Chcesz trochę?
– Proszę – odrzekł i podążył za nią w głąb kuchni, obserwując, jak z 

garnka wlewa do miseczki coś gęstego.

– Co to za zupa? – chciał się dowiedzieć.
– Na wszystko, autorstwa cioci Lorett.
– Na wszystko...?
– Na wszelkie schorzenia. Ciocia robi ją w domu zawsze, kiedy ktoś jest 

chory, a nawet kiedy komuś jest smutno.

Tony ostrożnie zaniósł miseczkę do stołu. Wziął do ust pierwszą porcję, 

przełknął i w ekstazie wywrócił oczyma.

– Toż to prawdziwe cudo! Na tej zupie Lorett mogłaby zarobić masę 

pieniędzy.

Czy potrafiłaś namówić ciotkę, aby dała ci przepis?
– Znam przepis – odparła Sarah. – Od czasu do czasu serwuję tę zupę 

także u siebie w restauracji.

–   Sprytna   z   ciebie   dziewczyna   –   z   uznaniem   stwierdził   Tony. 

Posmarował masłem kawałek gorącej, chrupiącej bagietki, którą położyła 
przed nim Sarah. – Czy już jadłaś?

background image

– Tak. Jakieś dwie godziny temu. O mnie się nie martw. Czuję potrzebę 

posiedzenia tutaj i pogapienia się na ciebie. – Kiedy przełknął z zachwytem 
kęs   smacznego   pieczywa   i   zapytał,   dlaczego,   odparła:   –   Ostatniej   nocy 
sądziłam, że utraciłam cię na zawsze.

Tony odłożył łyżkę i wyciągnął ku Sarah rękę.
– Musiałam ci to powiedzieć – wyznała. – Czy wiesz, o czym myślałam 

podczas długiej podróży do Portlandu?

Pokręcił głową.
– Że zbyt długo zwlekałam z powiedzeniem ci prawdy.
– A co to za prawda, Sarah Jane?
– Kiedy o tym myślę, wszystko wydaje się bez sensu. Przecież prawie 

się nie znamy.

– Nie masz racji – zaprotestował Tony. – Ja znam cię przez całe życie. 

Sarah obdarzyła go słabym uśmiechem.

– Byliśmy wtedy dziećmi. Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Tony wzruszył 

ramionami.

– Historia, słonko, ma to do siebie, że niweluje przeszłość. Znałaś mnie, 

kiedy byłem małym ulicznikiem, a mimo to nie lekceważyłaś i nie poniżałaś 
biedaka.

Sarah uśmiechnęła się lekko.
– Och, leciałam wtedy na ciebie i dobrze o tym wiesz. Tony rozpromienił 

się w jednej chwili.

– A widzisz? Wszystko, co zrobiliśmy ostatnio, potwierdza fakt, że już 

wówczas byłaś na mnie napalona.

–   Jeśli   w   wieku   dziesięciu   lat   byłam,   jak   ty   to   mówisz,   napalona, 

oznaczało   to   coś   zupełnie   innego.   Zaraz   usłyszysz   prawdę.   Kiedy 
przychodziłeś   strzyc   trawniki,   ukrywałam   się   w   krzakach   i   czekałam   z 
zapartym tchem, aż zgrzejesz się i ściągniesz koszulę.

Rozweselony puścił oko do Sarah.
– Właśnie mówiłem, że byłaś na mnie napalona.
– Dobrze, już dobrze, ale daj mi skończyć. Tony skinął głową i wziął do 

ust następną łyżkę wybornej zupy.

Sarah mówiła dalej:
– Zawdzięczam ci więcej niż tylko życie. W ciągu tak bardzo krótkiego 

czasu pozwoliłeś mi ponownie uwierzyć w miłość, a byłam gotowa przysiąc, 
że nie jest to możliwe.

background image

– To łatwe dziecinko. Łatwo cię pokochać.
– Naprawdę, Silk? Naprawdę? Tony uniósł się, nachylił nad stołem i 

mocno pocałował Sarah.

– Obiecaj mi jedno – poprosił.
– Co tylko chcesz.
–  Uważaj  na   siebie.  Bądź   ostrożna.  –  Pociemniały  mu  oczy.  –  Chcę 

zapytać cię o coś, co ci się może nie spodoba.

– To niemożliwe.
– Czy zgodziłabyś się opuścić Nowy Orlean?
– Jak to opuścić?
– Czy zechciałabyś zamieszkać na stałe w innym miejscu?
– To zależy od tego, gdzie i z kim. Tony znów pocałował Sarah. Tym 

razem czulej. Zajrzał jej głęboko w oczy.

– I pamiętaj o przyrzeczeniu – dodał niemal szeptem. – Że już nigdy 

więcej nie zwątpisz ani we mnie, ani w siebie.

– To mogę zrobić – uznała Sarah. – A teraz zabieraj się ponownie za 

zupę, zanim powiesz coś, czego mógłbyś potem żałować.

– Nigdy.
Sarah zamilkła. Czekała, aż Tony skończy jeść. Gdyby tylko udało się 

przerwać wreszcie ten koszmar.

Gdyby tylko oboje mogli naprawdę skoncentrować myśli na tym, co ich 

łączy, a nie na tym, aby pozostać przy życiu. Gdyby tylko...

Kiedy Tony odnosił naczynia do zlewu, odezwał się dzwonek u drzwi. 

Sarah   odwróciła   się,   lecz   zaraz   przystanęła,   gdyż   nie   było   jej   wolno 
podchodzić do wejścia. 

A

Chwilę później w kuchni zjawiła się Lorett. Miała 

ponurą minę.

–   Jakaś   kobieta   chce   rozmawiać   z   twoim   mężczyzną   –   oznajmiła, 

spoglądając na Sarah.

– Kto to jest? – zainteresował się Tony.
– Nie zapytałam o nazwisko.
– Dlaczego, ciociu, tego nie zrobiłaś? – zdziwiła się Sarah.
– Bo ta kobieta ma diabła w sercu – oznajmiła stara dama i opuściła 

kuchnię.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Po wejściu do holu Tony ujrzał Laurę Hilliard, zatrzymaną przez jednego 

z uzbrojonych strażników. Na widok rany na głowie pana domu ruszyła w 
jego stronę, w geście rozpaczy rozkładając ręce.

– Kochany! Dobry Boże! A więc prawdą jest to, co mówią w mieście. 

Drogę zastąpił jej strażnik.

– W porządku. Proszę panią przepuścić – polecił Tony.
Po chwili Laura rzuciła mu  się w objęcia. Kiedy  pojawiła się Sarah, 

akurat użalała się nad jego poranioną głową.

–   To   wszystko   twoja   wina!   –   krzyknęła   na   jej   widok,   z   twarzą 

wykrzywioną nienawiścią i złością. – Gdyby nie dał się wplątać w twoje 
obrzydliwe...

Tony zdjął z ramion ręce Laury.
–   Uważaj   na   to,   co   mówisz   –   ostrzegł   spokojnym   tonem.   –   Nasza 

wieloletnia przyjaźń nie upoważnia cię do zabierania głosu na temat mnie i 
moich spraw. A Sarah to... moja sprawa. Oczy Laury rozbłysły gniewnie.

– Silk, ta kobieta jest nikim. A ja mam pieniądze. Mnóstwo pieniędzy. 

Przypomnij sobie nasze stare rozmowy o tym, co zrobilibyśmy, gdybyśmy...

– Lauro, to było dawno temu. Miałem wtedy zaledwie piętnaście lat. W 

przeciwieństwie do ciebie byłem prawie dzieckiem.

Spod   starannego   makijażu   na   twarzy   rozzłoszczonej   Laury   przebijały 

krwiste rumieńce.

– No to co? Zawsze byłeś doroślejszy, niż wynikało to z twojej metryki. 

Silk, byłam pierwszą kobietą w twoim życiu. A ty mnie przecież kochałeś.

Sarah   nie   miała   ochoty   słuchać   tej  rozmowy.  Gdyby   jednak  opuściła 

teraz   salon,   wyglądałoby   to   na   rejteradę.   A   ona   już   nigdy   więcej   nie 
zamierzała uciekać.

– Lubiłem się kochać – przyznał Tony. – Ale znaczenie tego słowa było 

mi wówczas obce.

Laura   prychnęła   gniewnie.   Wyglądała   jak   stara   kobieta.   Spojrzała   z 

nienawiścią na Sarah, a potem zwróciła wzrok ku Tony'emu.

– I co? Uważasz, że teraz już wiesz, co ono znaczy? – wycedziła ze 

złością. Osłonił sobą Sarah.

background image

– Tak – potwierdził. – A ponadto uważam, że nadużyłaś gościnności 

tego domu. Byłoby lepiej, gdybyś już sobie poszła.

Laura hardo uniosła głowę. Na jej twarzy nagle pojawił się sztuczny 

uśmiech. Spojrzała na Tony'ego, a potem przesunęła się i przeniosła wzrok 
na Sarah.

– To bardzo źle – zaczęła powoli cedzić sylaby – że...
– Niech pani nie kończy tego zdania – za ich plecami rozległ się nagle 

oschły kobiecy głos.

Wszyscy   troje   odwrócili   się   i   ujrzeli   Lorett   Boudreaux.   Musiała   być 

świadkiem rozmowy.

Stara dama podeszła do Laury.
–   Kobieto,   nie   waż   się   grozić   mojej   dziewczynce   –   powiedziała   do 

gościa. – I idź do domu, zanim dopuścisz do głosu całe zło, które tkwi w 
twoim sercu.

Laura cofnęła się odruchowo o krok.
– Zrobię to, co uważam za stosowne – odwarknęła niegrzecznie.
–   Zbiłaś   majątek,   kładąc   się   na   plecach...   a   kiedy   się   zestarzałaś   i 

mężczyźni   nie   chcieli   płacić   ci   wiele   za   świadczone   usługi,   zaprzedałaś 
duszę diabłu.

Z twarzy Laury odpłynęła cała krew. Stała w miejscu jak wmurowana w 

ziemię, mimo że chętnie by uciekła.

– To kłamstwa. Same kłamstwa – wymamrotała zbielałymi wargami.
– Mówię o niemowlętach  – wyjaśniła  Lorett. – Handlowałaś  małymi 

dziećmi.

O   tym   nie   wiedział   nikt   z   żyjących   ludzi.   Z   wrażenia   Laura   ledwie 

zdołała utrzymać się na nogach.

– Ty... ty wiedźmo... – wypluła z wściekłością obelgę.
Tony był zbyt zaskoczony, aby się odezwać. Wiedział jednak, że Lorett 

mówiła   prawdę,   gdyż   na   twarzy   Laury   malowało   się   niekłamane 
przerażenie.

– A teraz już wynoś się stąd – poleciła Lorett. – A jeśli odważysz się 

choćby jeden raz wymówić imię Sarah i choćby jeden raz na nią spojrzeć, 
gorzko tego pożałujesz. Bardziej, niż potrafisz to sobie wyobrazić.

Z gardła Laury wydobył się cichy skowyt. Złapała torebkę i wybiegła. 

Tony spojrzał z niedowierzaniem na starą damę.

– Skąd pani to wiedziała?

background image

– Ujrzałam w sercu tej złej kobiety – z całym spokojem wyjaśniła Lorett.
– Przecież nie mogła pani wiedzieć, co Laura akurat myśli. A może...?
– Może, to teraz nieważne – z uśmiechem odparła Lorett.
Do rozmowy ciotki z Tonym włączyła się nieoczekiwanie Sarah.
– Przynajmniej z listy podejrzanych możemy skreślić jedno nazwisko – 

uznała.

– Na jakiej podstawie? – zapytał Tony.
– Już wiemy, że pieniądze Laury Hilliard nie pochodzą z kradzieży w 

banku...

– Aha.
–   Czeka   was   zaraz   następna   wizyta   –   poinformowała   Lorett.   Tony 

popatrzył na nią zbaraniałym wzrokiem.

– Skąd pani to wie?
–   Zobaczyłam   podjeżdżający   samochód   –   wskazując   okno,   wyjaśniła 

Lorett. Tony miał nadal głupią minę. Sarah parsknęła śmiechem.

– Teraz już wiesz, o co mi chodziło – powiedziała. – Będąc dziećmi, 

nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy ciocia Lorett mówi poważnie, a kiedy tylko 
żartuje.

Chwilę   później   na   progu   domu   zameldował   się   Maury   Overstreet. 

Zlustrowawszy   pobieżnie   sylwetkę   Lorett   Boudreaux,   rozjaśnił   oblicze   i 
oznajmił z uznaniem:

– Ho, ho, Silk... jeśli chodzi o kobiety, to coraz bardziej poprawia ci się 

gust. Czy ta druga gotuje też tak dobrze, jak ta pierwsza?

– Zamknij się – cicho warknął Tony ostrzegawczym tonem.
– Człowieku, nie wiesz, z kim zadzierasz.
– Jeszcze nie miałem przyjemności poznać szanownej pani – oświadczył 

mały detektyw, stając przed Lorett i wyciągając rękę. Skłonił się lekko. – 
Maury Overstreet, do usług – przedstawił się szarmancko.

Ku zdumieniu Sarah i Tony'ego, Lorett nie tylko uścisnęła podaną dłoń, 

lecz także obdarzyła detektywa uśmiechem.

–   Jestem   Lorett   Boudreaux   –   oznajmiła   wyniosłym   tonem   królowej 

zwracającej się do swego poddanego.

Na Maurym nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia. Przymrużonymi 

oczyma zaczął uważnie lustrować postać starszej damy. Dostrzegł ciekawe, 
symetryczne rysy twarzy i zgrabne nachylenie głowy osadzonej na długiej, 
smukłej   szyi.   Była   ubrana   z   elegancką   prostotą.   Jasnozielony   sweter 

background image

harmonizował   idealnie   z   czarnymi,   jedwabnymi   spodniami,   kryjącymi 
niezwykle   długie   nogi.   Miała   włosy   opadające   aż   do   ramion   w   postaci 
naturalnych   splotów   wijących   się   wokół   twarzy,   ze   wpiętymi   dwoma 
ozdobnymi grzebieniami.

– Bantu i Nowy Orlean – ni stąd, ni zowąd wymamrotał Maury.
Nigdy   przedtem   nie   zdarzyło   się   Sarah   widzieć,   aby   ciotka   Lorett   z 

wrażenia straciła głos. Dopiero po chwili Lorett kiwnęła głową.

– Tak. Moimi przodkami byli ludzie z plemienia Bantu – przyznała już 

mniej wyniosłym tonem. – Skąd pan to wie?

–   W   młodości   raz   czy   dwa   byłem   w   Afryce.   Jest   pani   podobna   do 

kobiety, którą tam poznałem. Była kimś ważnym w swoim plemieniu. A to, 
że przyjechała pani z Nowego Orleanu, poznałem po sposobie mówienia.

– Czy pan coś jadł, mały człowieku? – spytała Lorett.
– Niewiele i dość dawno temu – stwierdził Maury, a potem spojrzał na 

Tony'ego. – Możemy pogadać przy jedzeniu?

Wszyscy   przeszli   do   kuchni.   Dopiero   podczas   konsumowania   drugiej 

miski zupy mały detektyw odzyskał głos.

– Pani Whitman, było tak, jak pani mówiła – powiedział do Sarah. – 

Ojciec pani chodził regularnie na spotkania klubu myśliwskiego. Był jego 
szanowanym i  lubianym przez  wszystkich  członkiem  dopóty,  dopóki  nie 
rozpłynął   się   w   powietrzu,   podobnie   zresztą   jak   bankowe   pieniądze. 
Zarówno ojciec pani, jak i milion dolarów, znikli w tym samym czasie. Tak 
było i proszę nie mieć do mnie pretensji, że to mówię.

– Zamierza pan działać? – spytała Sarah. – Ten zapis w kalendarzu musi 

mieć przecież jakieś znaczenie.

Maury   przechylił   miskę   i   wybrał   resztkę   zupy,   nie   chcąc   uronić   ani 

odrobiny. Lorett promieniała. Bardzo lubiła, kiedy jedzono jej potrawy z tak 
wielkim apetytem.

– Wcale nie mówiłem, pani Whitman, że mam już z głowy całą robotę – 

oświadczył detektyw. – Pracuję nadal. Niech pani nie spisuje mnie jeszcze 
na straty. – Wyjął notes z kieszeni. – Co może pani powiedzieć o swojej 
matce? – zapytał. – Czy też należała do jakiegoś klubu lub stowarzyszenia? 
Czym zajmowała się na co dzień?

–   Pamiętam   niewiele   –   odrzekła   Sarah.   –   Matka   była   członkinią 

Towarzystwa   Przyjaciół   Biblioteki   i   Klubu   Ogrodniczego,   do   którego 
zabierała mnie czasami podczas wakacji.

background image

– Co jeszcze mogłaby pani dodać? – dociekał Maury. – Utrzymywała z 

kimś zażyłe stosunki?

– Ma pan na myśli jakąś przyjaciółkę?
– Nie tylko.
Sarah zmierzyła małego detektywa bardzo gniewnym wzrokiem.
– Jeśli usiłuje pan insynuować, że moja matka zdradzała ojca, to może 

pan sobie...

– Nie zdradzała – stwierdziła  krótko Lorett. Maury podniósł  głowę i 

spojrzał na starszą panią pytającym wzrokiem.

– Mieszkała pani wówczas w tym mieście?
– Nie.
– A gdzie?
– W Nowym Orleanie.
– I mimo to jest pani przekonana, że matka Sarah była wierną żoną?
– Ja o tym wiem.
Detektyw popatrzył przez chwilę na Lorett, a potem powiedział:
– W porządku.
– Czemu wierzy pan cioci, a nie mnie? – zaatakowała go Sarah.
Mały człowieczek popatrzył na nią tak, jakby miał przed sobą głupiutkie 

dziecko, które zadaje głupiutkie pytania. Mimo to jednak wyjaśnił z całym 
spokojem:

– Kobieta z plemienia Bantu, którą poznałem w Afryce, miała bardzo 

podobną zdolność jasnowidzenia.

– Ach, tak.
– Strzelaj dalej – mruknął Tony do detektywa.
Z trudem usiłował pogodzić się z faktem, że bierze udział w rozmowie, 

której   pozostali   uczestnicy   wierzą   w   coś   takiego   jak   postrzeganie   poza-
zmysłowe i magia.

–   Pani   Whitman,   proszę   spróbować   sobie   przypomnieć   –   nalegał 

detektyw. – Co matka pani robiła regularnie, będąc poza domem?

Sarah   nagle   olśniło.   Otworzyły   się   jakieś   głęboko   ukryte   zakamarki 

pamięci. Wyprostowała się w krześle i nachyliła w przód.

– Miała zwyczaj przychodzić do mojej szkoły – odparła podnieconym 

głosem. – Pomagała nam i bardzo to lubiłam.

– Była kimś w rodzaju asystentki nauczyciela?
– pytał dalej mały, dociekliwy człowieczek.

background image

– Tak, coś w tym guście. Marmet to małe miasto. Zawsze brakowało 

środków   na   edukację   i   rodzice,   jako   wolontariusze,   chętnie   poświęcali 
szkole swój wolny czas.

–   A   więc   wszystkie   wczesne   środowe   popołudnia   pani   Catherine 

spędzała   w   szkole,   a   w   co   drugie   środowe   wieczory   pan   Franklin 
uczestniczył w spotkaniach swego klubu myśliwskiego.

– Tak – potwierdziła Sarah. – Chyba że któreś z rodziców było chore lub 

przydarzyło się coś ważnego i wyjątkowego.

Maury   skinął   głową,   a   potem  postukał   palcem  w   miejscu,   w  którym 

zapisał w notesie: „Łoś", godzina trzynasta.

– Dwaj ówcześni współpracownicy ojca pani stwierdzili, że o tej porze 

był  zawsze  w  banku.  Każdego  dnia pracy,  także  w środy.  Ponadto miał 
zwyczaj wychodzić na lunch codziennie między jedenastą a dwunastą, tak 
aby   klienci,   którzy   chcieliby   na   wizytę   w   banku   wykorzystać   własne 
przerwy, mogli wtedy zastać go przy biurku i załatwić swoje sprawy.

– Co oznacza  wobec tego ten dziwny zapis w kalendarzu? – zapytał 

Tony.

– Jeszcze nie mam pojęcia, ale się dowiem – oświadczył Maury. – Czy w 

tym pudełku z drobiazgami ojca jest jeszcze coś, co może mi pomóc?

–   Już   się   o   tym   nie   przekonamy   –   odparła   Sarah.   –   Skradziono   je 

ostatniej nocy. Wtedy, kiedy napadnięto na Tony'ego.

Detektyw spojrzał odruchowo na szwy widoczne na czole pana domu.
– Przykro mi, że oberwałeś – mruknął. – Nie mówiłem tego wcześniej, 

bo sądziłem, że to ślady po patelni, którą przyłożyła ci twoja kobieta.

Po chwili konsternacji wszyscy wybuchnęli szczerym śmiechem.
– Nie jestem porywcza i nie uciekam się do rękoczynów – oświadczyła 

Sarah. Maury zmierzył ją wzrokiem. Potrząsnął głową.

– Ale panią na to stać – zawyrokował i dodał po chwili: – Kiedy zostanie 

pani sprowokowana.

–   Nigdy   w   życiu   –   zaprotestowała   Sarah,   a   potem   odchyliła   się   w 

krześle, zbyt zaskoczona słowami detektywa, aby ostro mu się odciąć. Kiedy 
Tony odprowadzał Maury'ego do wyjścia, spojrzała pytającym wzrokiem na 
ciotkę. – Ciociu, powiedz, proszę, czy potrafię być porywcza?

Lorett odwróciła się od zlewozmywaka, ale nie od razu odpowiedziała na 

pytanie wychowanicy.

– Ciociu...

background image

–   Nieważne,   co   myślę.   –   Lorett   westchnęła.   –   Zajmij   się   własnymi 

sprawami, dziecinko. Sarah podniosła się raptownie z krzesła.

– Muszę to wiedzieć – oznajmiła stanowczym tonem. – Powiedz mi.
Lorett   ponownie   odwróciła   oczy,   lecz   chwilę   później   ponownie 

napotkała zdeterminowany wzrok Sarah.

– Gdybyś musiała,  potrafiłabyś nawet zabić. Sarah drgnęła nerwowo. 

Słowa ciotki odebrała jak uderzenie w twarz.

– Nie rozumiem.
– Nie musisz – wzruszając ramionami, odparła Lorett. – Chodzi mi o to, 

że masz wystarczająco dużo siły i samozaparcia, by chronić tych, których 
kochasz. A teraz idź sobie. Muszę przygotować jedzenie.

– Obiecałam Tony'emu, że zrobię mu anielski deser.
– Jest za wilgotno – orzekła Lorett. – Beza nie wyschnie i opadnie.
– Chyba masz rację.
– Jasne,  że mam  – mruknęła  cicho ciotka. – Ten specjał  zrobisz mu 

następnego lata, kiedy będzie sucho.

Następnego   lata?   Od   tej   pory   roku   dzieli   nas   jeszcze   szmat   czasu, 

pomyślała Sarah z westchnieniem. Zastanawiała się, czy słowa ciotki miały 
oznaczać, że oboje z Tonym będą razem następnego lata. A może Lorett nie 
miała po prostu ochoty na dalsze indagacje i chciała pozbyć się z kuchni 
uciążliwej rozmówczyni?

Nachylony   nad   pudełkiem,   zabójca   przerzucał   przedmioty   należące 

swego czasu do Franklina Whitmana. Oprócz kalendarza, a także fotografii i 
kilku drobiazgów, nie znalazł niczego, co mogłoby  okazać się dla niego 
niebezpieczne.

Przerzucając kartki kalendarza, przypuszczał początkowo, że nie natrafi 

na   żadną   znaczącą   informację.   Chyba   że...   Dopiero   po   paru   dobrych 
minutach pojął, dlaczego znajdujące się tam notatki mogą naprowadzić na 
jego ślad.

Tym   razem   zabójca   przekartkował   kalendarz   znacznie   staranniej, 

zwracając uwagę na zapiski przy niektórych datach.

– Och, mój Boże...
Z wrażenia nawet nie zauważył, że kalendarz zsunął mu się z kolan na 

ziemię.

Znał   doskonale   pismo   Franklina   Whitmana.   Ale   notatki   nie   były 

poczynione jego ręką...

background image

W tej właśnie chwili zabójca uświadomił sobie, że jeśli policja zwróci 

uwagę na ten fakt, dla niego samego będzie oznaczało to koniec. Teraz już 
wiedział na pewno. Groziło mu wielkie, śmiertelne niebezpieczeństwo.

Zabójca   rozpalił   kominek   wygaszony   poprzedniego   wieczoru,   zaczął 

wyrywać  kartki  kalendarza  i  wrzucać   do  ognia.   Po  chwili  pochłonęły   je 
płomienie.

Następnego   ranka   Tiny   Bartlett   wpadła   do   domu,   rzuciła   torebkę   i 

pognała do telefonu. Miała wprawdzie przy sobie komórkę, lecz uznała, że 
tego   rodzaju   wiadomości   nie   powinna   w   żadnym   razie   przekazywać   w 
zasięgu słuchu innych ludzi. Tę rozmowę musiała odbyć sama, w czterech 
ścianach własnego pokoju, w wygodnej pozycji i z drinkiem w ręku.

Nalała   sobie   czerwonego   wina,   zrzuciła   pantofle   i   rozsiadła   się   na 

kanapie. Nie musiała wystukiwać telefonu Annabeth. Znajdował się wśród 
najważniejszych   numerów   wprowadzonych   do   pamięci   aparatu, 
wywoływanych za dotknięciem zaledwie jednego klawisza.

Była sobota. Wiedziała, że dzisiaj powinna zastać Annabeth w domu. 

Wcisnęła   odpowiedni   kod,   a   potem,   starając   się   uspokoić   przyspieszony 
oddech, upiła łyk wina.

Annabeth odezwała się po drugim dzwonku.
– Dzień dobry, to ja, Tiny. Nigdy nie zgadniesz, co usłyszałam.
– Co takiego?
– Laura Hilliard na stałe opuściła miasto.
– Niemożliwe!
– Byłam akurat na poczcie, kiedy Thelma mówiła, że Laura zostawiła 

nowy adres z prośbą o przekazywanie korespondencji.

– Przecież dopiero co kupiła ten fikuśny dom nad jeziorem.
– Wiem. Ale mam jeszcze inne rewelacyjne informacje – zapowiedziała 

niezmiernie podekscytowana Tiny.

– No, to wyduś je z siebie, zanim umrę ze starości – warknęła Annabeth.
– Ktoś włamał się do siedziby DeMarca. Włamywacz zranił Tony'ego, 

więc trzeba było wezwać karetkę i odwieźć go do szpitala w Portlandzie. 
Ale następnego dnia Tony wrócił do domu śmigłowcem! Możesz to sobie 
wyobrazić?   Henry   Tay-lor,   wiesz,   ten   od   szeryfa,   mówił,   że   ta   latająca 
maszyna wylądowała na frontowym dziedzińcu, tuż pod drzwiami Tony'ego.

Annabeth aż zatkało z wrażenia.
– To jeszcze nie wszystko – mówiła dalej ożywiona Tiny. – Do Marmet 

background image

przyjechała czarnoskóra kobieta... Ta sama, która przed laty wywiozła stąd 
małą Sarah.

Ciałem rozmówczyni Tiny wstrząsnęły mimowolne dreszcze.
– Ta czarownica? Od czarnej magii? – wyjąkała z trudem.
– Och, daj spokój! Nie wierzę w takie rzeczy.
–  Ja   właściwie   też   nie  wierzę   –  przyznała   Annabeth.   –  Ale   oczy   tej 

kobiety potrafią na wylot prześwidrować człowieka.

–   Złościła   się   na   ciebie,   bo   byłaś   okropna   dla   Catherine   Whitman   – 

przypomniała Tiny.

–   To   nie   ja   powzięłam   decyzję   usunięcia   Catherine   z   komitetu 

organizacyjnego Jesiennego Festynu – tłumaczyła się Annabeth. – Zrobiłam 
tylko, co mi kazano.

–   Nieważne   –   mruknęła   Tiny.   –   Jakie   masz   plany   na   dzisiaj?   Może 

wpadniemy do Tony'ego?

– Odważymy się na to?
– Jasne. Przecież to nasz wspólny przyjaciel, a do tego ranny. Będzie to 

zwykła   sąsiedzka   wizyta.   Zatrzymam   się   przy   piekarni   i   kupię   trochę 
kawowego ciasta.

– Zawiadomimy resztę?
– Zadzwonię do Marcii, a ty daj znać Moirze.
– Dobrze – mruknęła Annabeth.
– Spotkamy się u Moiry i stamtąd pojedziemy razem.
– O trzynastej?
–   W   porządku.   To   dobra   pora.   W   ciągu   godziny   cztery   damy   miały 

gotowy plan działania i wymówkę, aby wywiedzieć się czegoś więcej na 
temat informacji kursującej pocztą pantoflową po Marmet.

Pojawienie   się   zarówno   agentów   FBI   przesłuchujących   posiadaczy 

bankowych   kont,   jak   i   prywatnego   detektywa,   którego   wynajął   Tony 
DeMarco,   wywołało   w   mieście   niezwykłe   poruszenie.   Został   zakłócony 
publiczny porządek.

W obawie, że usłyszą, iż Tony nie przyjmuje żadnych gości, do jego 

domu przyjechały nie zapowiedziane. Sztucznie uśmiechnięte, z wypiekami 
w ręku podeszły do frontowych drzwi. Tu zagrodził im drogę uzbrojony 
strażnik.

–   Jesteśmy   przyjaciółkami   pana   DeMarca   –   oświadczyła   Moira.   – 

Mieszkam po sąsiedzku.

background image

– Muszą panie chwilę poczekać.
Zostawiwszy cztery niezadowolone damy na werandzie, strażnik znikł 

we   wnętrzu   domu.   Zanim   zdążyły   wymienić   kąśliwe   uwagi,   drzwi 
otworzyły się i stojący w nich Tony zaprosił je do środka.

– Wejdźcie, proszę, nie spodziewałem się takiej wizyty – oświadczył.
–   Wiem,   powinnyśmy   najpierw   zadzwonić   –   przyznała   Moira   –   ale 

postanowiłyśmy   od   razu   złożyć   ci   nasze   uszanowanie,   gdy   tylko 
dowiedziałyśmy się o wypadku.

–   Miło   z   waszej   strony.   –   Tony   spojrzał   na   podane   mu   ciasto.   – 

Cynamonowe   z   rodzynkami.   Moje   ulubione.   –   Dostrzegłszy   pozostałe 
prezenty, zaproponował: – Przejdźmy do kuchni. Pokroimy ciasto, napijemy 
się kawy i będziecie mogły przywitać się z Sarah.

Tiny jęknęła w duchu. Wprawdzie podczas kolacji u Moiry ta kobieta 

dała jej spokój, ale mimo to czuła się przy niej niepewnie.

Zajęta przyrządzaniem pieczeni, Sarah podniosła wzrok.
– Widzę, że mamy gości – stwierdziła.
– Przyszłyśmy dowiedzieć się, jak czuje się Tony – szybko wyjaśniła 

Moira i nadstawiła policzek do pocałunku.

Sarah zamachała rękoma w powietrzu.
– Jestem okropnie brudna – wykręciła się od czułego powitania, na które 

nie miała najmniejszej ochoty. – Muszę się umyć.

Moira zaczęła przyglądać się kuchennym poczynaniom Sarah.
– Ta pieczeń wygląda wspaniale – pochwaliła z uśmiechem.
– Dziękuję – odparła Sarah. – Wszystkie cztery też miałyście ręce pełne 

roboty. Jak widzę, Tony dostał smaczne prezenty.

– To zwykłe ciasta z piekarni – wyjaśniła Marcia. – Jestem pewna, że nie 

tak wyborne jak twoje domowe potrawy.

– Liczą się dobre intencje – ugodowo odezwał się Tony, usadawiając 

gości.

Wyjmując   z   szafki   deserowe   talerzyki   i   podając   je   Tony'emu,   Sarah 

uśmiechnęła się pod nosem. Widok czterech matron przy kuchennym stole 
był naprawdę zabawny. Mogłaby przysiąc, że jeszcze nigdy nie znajdowały 
się w podobnie upokarzającej, ich zdaniem, sytuacji.

Tiny miała na sobie suknię z wytwornego kaszmiru i wełniane palto z 

kołnierzem z norek. Kiedy Marcia zdjęła wierzchnie okrycie, Sarah mogłaby 
założyć się o całomiesięczny  dochód ze swej restauracji, że gość ma  na 

background image

sobie   wyłącznie   czyste   jedwabie.   Annabeth   była   ubrana   w   śliwkowy, 
wełniany kostium, a Moira w beżowe spodnium.

Wszystkie miały koafiury spłaszczone od grubej warstwy lakieru, a ich 

makijaż   przypominał   bardziej   wojenny   malunek   niż   podkreślenie   rysów 
twarzy.   Za   klejnoty   w   uszach,   na   palcach   i   wokół   szyi   można   by   z 
pewnością wyżywić przez rok mieszkańców jakiegoś biednego kraju.

– Dla wszystkich kawa?
Wsłuchane   w   opowiadanie   Tony'ego   o   jego   nocnej   niefortunnej 

przygodzie, matrony ledwie skinęły głowami.

Marcia brała do ust drugi kawałek ciasta, a Annabeth mieszała cukier w 

kawie, kiedy do kuchni weszła Lorett. Z lekką ciekawością, przyprawioną 
pogardą, czekała z wyniosłą miną na dokonanie prezentacji.

Po minach gości Tony natychmiast poznał, kto zjawił się w kuchni. Z 

trudem opanował śmiech. Odwrócił się i wyciągnął rękę.

–  Drogie   panie,  poznajcie   ciotkę   Sarah,  Lorett   Boudreaux   z  Nowego 

Orleanu.   Lorett,   przedstawiam   ci,   kolejno   od   twojej   lewej   strony,   Tiny 
Bartlett, Marcie Farrell, Moirę Blake i Annabeth Harold.

– Cieszymy się, że możemy... znów panią zobaczyć – pierwsza odezwała 

się Tiny. Nie mając nic więcej do powiedzenia, zachichotała nieco głupawo.

– Spotkałyście się już wcześniej? – spytał zaskoczony Tony.
– Przed laty – odparła Lorett. – Na pogrzebie Catherine.
– Ciociu, zjesz kawałek ciasta? Lorett popatrzyła z lekkim niesmakiem 

na gotowe, sklepowe wypieki i potrząsnęła głową.

– Nie, dziękuję.
Sarah odwróciła się tyłem do gości, żeby ukryć satysfakcję. Odmowa 

ciotki sprawiła  jej większą  przyjemność,  niż zrobiłyby  to całostronicowe 
przeprosiny  w miejscowej  gazecie. Widok min  tych czterech tak zawsze 
pewnych   siebie   kobiet,   którym   teraz   pokazano,   gdzie   ich   miejsce,   był 
zachwycający. Zanim którakolwiek z nich zdołała się odezwać, rozległ się 
sygnał komórki Tony'ego. Przeprosił zebranych, opuścił kuchnię i włączył 
aparat. Dzwonił Maury.

– Badam tę historię z „Łosiem", usiłując znaleźć w okolicy coś, co ma to 

słowo w swojej nazwie – relacjonował. – Jestem w drodze na południe. 
Podobno przy drodze do Portlandu znajduje się gdzieś stara gospoda „Pod 
Łosiem i Kaczką", a także farma uprawiająca bożonarodzeniowe choinki, 
„Trop Łosia". Czy te nazwy obiły ci się kiedykolwiek o uszy?

background image

– Prawdę powiedziawszy, tak, aczkolwiek nic mi nie mówią.
–   Natrafiłem   na   jeszcze   jeden   ślad,   ale   wiekowy   facet,   z   którym 

rozmawiałem,   nie   potrafił   przypomnieć   sobie,   gdzie   to   jest.   Słyszałeś   o 
starym zajeździe „Pod Łosiem"?

– Nie – po namyśle  odparł Tony – ale poczekaj chwilę. Mamy  tutaj 

miejscowych gości. Może któraś z nich będzie coś wiedziała na ten temat. 
Zapytam.

– W porządku.
Tony wrócił do kuchni.
–   Potrzebuję   pomocy   –   oświadczył.   –   Mój   detektyw   szuka   starego 

zajazdu „Pod Łosiem". Czy któraś z was słyszała kiedykolwiek tę nazwę i 
może wie, gdzie to jest?

Moira   nawet   nie   drgnęła.   Siedziała   nieruchomo   z   nieprzeniknionym 

wyrazem   twarzy.   Annabeth   nachyliła   się   w   stronę   Marcii   i   zaczęła   coś 
szeptać. Tiny poczerwieniały policzki.

– O co chodzi? – zapytał Tony.
– Ten zajazd już nie istnieje – odrzekła Tiny.
– Jest zburzony?
– Nie. Wydaje mi się, że budynki stoją nadal, ale zajazd zamknięto wiele 

lat temu. Właściciele mieszkali na miejscu, może jeszcze tam są.

Marcia szturchnęła Tiny w ramię.
– Oj, oj. Nie uwierzę, że znałaś to ustronne miejsce... Nie cieszyło się 

dobrą sławą. Policzki biednej Tiny zrobiły się nagle jeszcze czerwieńsze.

–   Oboje   z   Charlesem,   będąc   bardzo   młodzi,   musieliśmy   gdzieś   się 

spotykać. Tatuś był przeciwny naszemu małżeństwu, więc...

– Nieważne – uciął Tony. – Nie interesują mnie szczegóły z twojego 

prywatnego życia. Powiedz tylko, gdzie jest to miejsce.

–   Główną   drogą   trzeba   jechać   z   Marmet   na   północ   i   kierować   się 

drogowskazami do Kanady. Ten stary zajazd „Pod Łosiem" znajdował się 
tuż przy granicy – poinformowała Marcia.

Moira wyglądała na zgorszoną.
– Chcesz powiedzieć, że też tam bywałaś?
– Och, daj spokój, przecież sama doskonale wiesz, gdzie to jest. Kiedyś 

widziałam tam nawet twój samochód.

– Niemożliwe! Absolutnie niemożliwe! – gwałtownie zaprzeczyła Moira. 

Marcia wzruszyła ramionami.

background image

– Wyglądał tak jak twój. U dołu przedniej szyby miał nawet identyczną 

parkingową nalepkę.

Zniecierpliwiony Tony spojrzał na Sarah, prosząc, by przejęła od niego 

pałeczkę, a sam szybko wycofał się z kuchni, chcąc przekazać Maury'emu 
uzyskaną wiadomość.

– Dokąd teraz zamierzasz jechać? – zapytał detektywa.
– Na południe. Ale jutro z samego rana sprawdzę ten stary zajazd przy 

granicy.

– Informuj mnie na bieżąco.
– Jasne – odparł Maury i się rozłączył.
Tony wsunął komórkę do kieszeni i wrócił do gości. Annabeth i Tiny 

sprzeczały się o coś na wesoło, Marcia siedziała z wymuszonym uśmiechem 
na twarzy. Tylko Moira przyglądała się im z pogardliwą miną. W pewnej 
chwili podniosła się z miejsca.

– Czas na nas – oznajmiła pozostałym. – Pamiętajcie, że nasz drogi Tony 

dopiero   co   wyszedł   ze   szpitala,   a   my   nie   pozwalamy   mu   odpocząć.   To 
bardzo   brzydko.   –   Rzuciła   Sarah   pełne   wyrzutu   spojrzenie,   tak   jakby 
wszystko było jej winą, a potem, idąc do drzwi, poklepała ją po policzku.

– Dziękujemy za wizytę – zawołała Sarah do wychodzących.
Tony spojrzał na nią z uśmiechem. Było jasne, że kpi z nadętych matron. 

Pomyślał o czekających go latach wspólnego życia z tą wspaniałą kobietą i 
uświadomił sobie, że nigdy nie będzie się z nią nudził. Bez względu na to, 
co przyniesie im los.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Wizyty   Maury'ego   w   gospodzie   „Pod   Łosiem   i   Kaczką",   a   także   na 

plantacji   choinek   „Trop   Łosia",   nie   wniosły   niczego   nowego   do 
prowadzonego przezeń dochodzenia.

Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy podjechał wreszcie pod miejsce 

zakwaterowania i zaparkował. Brak motelu w Marmet bardzo utrudniał mu 
życie,   a   jedyny   pensjonat   w   mieście   był   akurat   zamknięty.   Tak   więc 
detektyw   musiał   z   konieczności   ulokować   się   w   małym   schronisku   dla 
narciarzy, usytuowanym w górach, na terenach sportów zimowych. Jako że 
było   poza   sezonem,   okazał   się   jedynym   lokatorem   Toma   i   Morrisa 
Fentonów,   mieszkających   na   miejscu.   Już   o   dwudziestej   w   schronisku 
zamykano salę jadalną, dzięki czemu wieczorami panował tu spokój. Było 
jednak przy tym trochę nudno.

Następnego dnia Maury wybierał się z samego rana do starego motelu 

„Pod   Łosiem",   teraz   jednak   marzył   tylko   o   tym,   aby   coś   przegryźć   i 
porządnie się wyspać.

Pomyślał   z   zazdrością   o   Silku,   który   mieszkał   w   pięknym   domu   w 

towarzystwie dwóch najlepszych kucharek, jakie wydał świat. Facet miał 
szczęście.

Wzdychając, zmęczony detektyw wysiadł z samochodu. Z pudełkiem z 

szybko stygnącą pizzą i z coraz cieplejszym sześciopakiem piwa powlókł się 
do swego pokoju.

Od chwili gdy po raz ostatni zabójca znajdował się w pobliżu motelu 

„Pod   Łosiem",   minęły   całe   lata.   Nie   było   już   co   prawda   znaku 
wskazującego, gdzie skręcić, ale droga była nadal po dawnemu znajoma. 
Nic   dziwnego,   przez   długi   czas   przyjeżdżał   bowiem   tutaj   regularnie, 
dwukrotnie   w   miesiącu.   Pod   szarymi   gontami   dachu   pokrywającymi 
niewielki   domek   numer   dziesięć   powstało   wiele   różnych   planów.   I 
urzeczywistniło się wiele wspaniałych marzeń...

Kiedy   zabójca   dojechał   na   miejsce   i   zatrzymał   samochód,   w   świetle 

reflektorów ujrzał to, co po latach zostało  z motelu.  Stało tu niegdyś  w 
dwóch   rzędach   sporo   małych,   wesołych,   białych   domków   z   zielonymi 
okiennicami. Niestety, czas obszedł się z nimi bardzo źle.

background image

Po   ciemku   było   trudno   zlustrować   dokładnie   cały   teren   i   dostrzec 

wszystkie   szczegóły.   Wyglądało   jednak   na   to,   że   był   tu   pożar,   który 
zniszczył trzy domki.

Pozostały   po   nich   tylko   kikuty   poczerniałych   ścian.   W   pozostałych 

domkach pozapadały się dachy. Brakowało okiennic i schodków, a ze ścian 
poodłaziła   farba.   Wystarczyło   jednak   na   chwilę   zamknąć   oczy,   aby 
wyobrazić sobie dawny wygląd tego miejsca.

Zabójcę ogarnęła fala wspomnień.
Nagle na werandzie pierwszego domku zapaliła się lampa. Zaraz potem 

ukazał się jakiś stary człowiek. Zszedł po schodkach.

– Mogę jakoś pomóc? – zapytał. Zabójca wysiadł z wozu.
Żeby lepiej widzieć, stary człowiek przymrużył oczy. W oślepiających 

go   światłach   reflektorów   dostrzegł   tylko   przed   sobą   jakąś   niewyraźną 
sylwetkę.

– Zgubiłeś drogę? – zapytał.
– Nie.
– Motel jest od dawna nieczynny.
Zabójca podszedł bliżej. Ni z tego, ni z owego przyszło mu do głowy, że 

nie ma tu chyba nic do roboty. Bo jeśli pamięć starego człowieka jest równie 
zła,   jak   stan   ośrodka,   cała   ta   wyprawa   mogła   okazać   się   w   ogóle 
niepotrzebna.

Niestety, starzec nie miał szczęścia.
Kiedy zabójca stanął przed nim twarzą w twarz, staruszek oświadczył z 

uśmiechem na twarzy:

– Ja cię znam.
– A to pech – mruknął zabójca.
Wystrzał był nagły i głośny. Na twarzy starego człowieka odmalowało 

się niedowierzanie. Zaczął się powoli cofać. Zmarł chwilę później, usiłując 
dłońmi zatamować krew.

Zabójca   zaciągnął   ciało   do   domku.   Zlustrował   szybko   wnętrze   pełne 

książek i starych mebli. Zatrzymał wzrok na zwłokach starego człowieka, 
które rzucił na podłogę.

–   To   było   konieczne   –   wymamrotał   pod   nosem.   –   Sprawa   życia   i 

śmierci. Mojej. Chwilę później wsiadł do swego samochodu i odjechał.

Na odludziu ponownie zapanowała cisza.
Tuż po ósmej Maury dojechał na miejsce. Obrzucił wzrokiem smętne 

background image

resztki   dawnego   motelu   „Pod   Łosiem".   Skoro   dotarł   aż   tak   daleko, 
postanowił   na   chwilę   wysiąść   z   wozu.   Nie   spodziewał   się   wprawdzie 
znaleźć tu nikogo, ale uznał, że nie zaszkodzi trochę się rozejrzeć.

Nad drzwiami pierwszego domku paliło się światło. Wyjąwszy z wozu 

kubek z kawą, Maury rzucił na ziemię niedopałek. Kiedy chciał zgasić go 
butem, ujrzał pod nogami świeże ślady. Samochodowych opon i ludzkich 
stóp.

Detektyw poczuł nagle, jak jeży mu się skóra na karku. Odstawił kubek z 

resztką kawy i bacznie rozglądając się wokół, wyciągnął pistolet.

Właściwie nie miał żadnego racjonalnego powodu, aby się bać, lecz to, 

że   wyszedł   żywy   z   wietnamskiej   wojny   i   potem   z   wielu   innych 
niebezpiecznych sytuacji, zawdzięczał własnej intuicji. Tym razem też nie 
zamierzał jej ignorować.

– Czy ktoś tam jest? – zawołał donośnie w stronę domku. Odpowiedziało 

mu głuche milczenie.

Wszedł na małą werandę i dopiero tutaj dostrzegł pierwsze ślady krwi. 

Przy drzwiach było jej więcej. W obawie, aby nie zatrzeć odcisków palców, 
nie dotknął klamki. Postanowił obejść domek i na tyłach poszukać innego 
wejścia. Ujrzał je prawie natychmiast. W dobudowanym ganku. Na dodatek 
– nie zaryglowane.

Maury wszedł do środka. Jego oczom ukazał się makabryczny widok. Na 

podłodze leżał martwy stary człowiek w kałuży krwi. Chłeptał ją siedzący 
obok kot. Niewiele myśląc, detektyw chwycił zwierzaka i wyrzucił go przez 
drzwi.

Stanęły mu przed oczyma przerażające sceny z Wietnamu.
Wraz z dwoma kolegami natknął się kiedyś na leżące w błocie resztki 

ciała młodego żołnierza. Otaczało je stado świń. Zabili zwierzęta i zabrali 
wojskową odznakę identyfikacyjną martwego. Nic więcej nie mogli już dla 
niego zrobić.

A teraz kot przywołał tamte koszmarne wspomnienia. Detektyw usiadł, 

wsunął   głowę   między   kolana   i   zaczął   kląć,   dopóki   starczało   mu   tchu. 
Sięgając drżącymi dłońmi po komórkę, nadal odczuwał silne dreszcze.

Zadzwonił na policję, a potem usiadł i czekał. Wiedział, że traci czas 

przeznaczony na śledztwo prowadzone na zlecenie Anthony'ego DeMarca. 
Postanowił jednak, że dla zamordowanego starego człowieka zrobi to, czego 
nie mógł uczynić dla tamtego młodego chłopaka w Wietnamie. Poczeka, aż 

background image

ktoś zabierze zwłoki, a także dopilnuje, aby ślady samochodowych opon i 
ludzkich   stóp   nie   zostały   przypadkiem   zatarte,   zanim   zdoła   je   zbadać 
policja.

– Po co pan tutaj przyjechał? – ponownie zapytał policjant i ponownie 

Maury okazał mu licencję prywatnego detektywa.

Poinformował   o   odkryciu   zwłok   Franklina   Whitmana   w   jeziorze 

Hagstaff,   śledztwie   prowadzonym   przez   FBI   w   Marmet,   a   także   o 
usiłowaniu zabójstwa Sarah Whitman.

– Pracuje pan dla tej kobiety? – chciał wiedzieć policjant.
– Właściwie tak – odrzekł Maury. – Ale wynajął mnie jej przyjaciel.
– Rozumiem. A po co pan tutaj przyjechał?
Ustalić   związek   notatki   w   kalendarzu   Whitmana   z   motelem   „Pod 

Łosiem"?

–   Nie   mam   pojęcia,   do   czego   odnosił   się   tamten   zapis.   Dlatego 

sprawdzałem wszelkie miejsca, istniejące i zlikwidowane, w których nazwie 
występuje to słowo.

– Kto jeszcze wie, że pan się tym zajmuje? Kto oprócz zleceniodawcy?
–   Pewnie   połowa   mieszkańców   Marmet   –   z   westchnieniem   odparł 

detektyw.

– Kiepska sprawa – uznał policjant.
–   Nie   musi   mi   pan   tego   mówić   –   mruknął   Maury,   spoglądając   z 

zaciekawieniem na podjeżdżający niebieski samochód.

– To pewnie Claudia, córka pana Havenwortha. Przepraszam na chwilę. 

Proszę zostać, bo będę chciał zadać panu jeszcze kilka pytań.

Maury   skinął   głową.   Przestało   mu   się   spieszyć,   bo   jego   śledztwo 

znalazło się ponownie w ślepym zaułku.

Obserwował   Claudię   w   chwili,   gdy   przekazywano   jej   wiadomość   o 

tragicznej śmierci ojca. Zakryła rękoma twarz. Płakała. Kilka minut później 
wprowadzono   ją   do   domku,   aby   zidentyfikowała   ciało.   Wyszła   blada   i 
drżąca.   Zrobiło   się   jej   niedobrze.   Potem   usiadła   ciężko   przy   starym 
piknikowym stole.

Maury   odczekał   chwilę,   aż   młoda   kobieta   trochę   ochłonie,   a   potem 

zawrócił do samochodu i wyjął ze schowka butelkę whisky. Podszedł do 
stołu.

– Proszę się napić – powiedział. – Poczuje się pani lepiej.
Nie   podnosząc   głowy,   Claudia   wyciągnęła   rękę   po   butelkę.   Dopiero 

background image

oddając whisky, niechętnie podniosła wzrok.

– Kim pan jest? – spytała Maury'ego. Usiadł obok niej.
– Jestem człowiekiem, który znalazł ciało – poinformował. – Czy to pani 

ojciec? Skinęła głową. Miała zapuchniętą od płaczu i zaczerwienioną twarz.

– Bardzo pani współczuję – dodał.
–   Nic   dziwnego,   że   tak   się   stało   –   oznajmiła.   –   Aczkolwiek 

spodziewaliśmy się tego już przed laty, kiedy motel był w rozkwicie. Nie 
teraz, kiedy jest od dawna nieczynny.

–   Dlaczego   pani   tak   mówi?   –   zapytał   Maury,   zaskoczony   słowami 

Claudii.

– Swego czasu było to miejsce wszelkiego rodzaju miłosnych schadzek. 

Miejscowe  prostytutki przywoziły  tutaj mężczyzn  poderwanych na  ulicy. 
Rodzina nieraz prosiła tatę, żeby zamknął motel, ale on, jak sądzę, lubił cały 
ten ruch i towarzyszące mu napięcie.

– Całkiem możliwe – przyznał Maury. Claudia podniosła wzrok.
– Jest pan policjantem? – spytała.
– Nie. Prywatnym detektywem.
– Czemu pan tu przyjechał? Zgubił pan drogę?
– Nie. Szukałem tego miejsca, ale zjawiłem się za późno.
– A kto chciałby oglądać to rumowisko? Przecież po dawnym motelu nie 

pozostało nic.

– Nie jestem tego pewien – odparł Maury. – Może jednak pozostały 

jakieś wspomnienia... Chciałem zadać pani ojcu kilka pytań... dowiedzieć 
się, czy pamięta ludzi, którzy tutaj regularnie się zjawiali.

Claudia wywróciła oczyma.
– Och, na pewno pamiętał.  Ciągle mówił  o tych, którzy  przyjeżdżali 

regularnie. Swego czasu sprzątałam w motelu pokoje i...

Maury chwycił Claudię za ramię.
– Pracowała pani tutaj? Oswobodziła rękę, żeby wytrzeć nos, a potem 

skinęła głową.

– Przeszło dziesięć lat. Mój były mąż zostawił mnie z dwojgiem małych 

dzieci.   Musiałam   je   utrzymać,   a   nie   miałam   żadnego   zawodu.   Więc 
sprzątałam w motelu. Tata pozwalał mi samej ustalać godziny pracy.

–   Gdybym   pokazał   pani   fotografie,   czy   potrafiłaby   pani   rozpoznać 

twarze?

– Być może.

background image

Chwilę później Maury rozłożył przed Claudią zdjęcia, które otrzymał od 

Sarah Whitman.

– Czy znane jest pani nazwisko Franklin Whitman? – zapytał.
– Chodzi o człowieka, którego zwłoki wyciągnięto niedawno z jeziora 

Flagstaff?

– Tak, ale czy znała go pani przedtem? Claudia zmarszczyła czoło.
– Chyba nie.
Maury wskazał oprawione w ramki fotografie. Pierwsza, stojąca swego 

czasu w banku na biurku Franklina Whitmana, przedstawiała jego samego 
wraz   z   żoną   Catherine   i   malutką   Sarah.   Na   drugiej,   zrobionej   z   okazji 
siedemdziesięciopięciolecia   banku,   widniała   duża   grupa   pracowników   tej 
instytucji.

Podsunął Claudii pierwsze zdjęcie.
– Poznaje pani kogoś? Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Miła rodzina.
Znów nic. Maury pokazał drugą fotografię.
–   Tutaj   też   uwieczniono   tego   samego   mężczyznę   –   wyjaśnił.   –   Tym 

razem nie jest roześmiany. Może będzie łatwiej go rozpoznać.

–   O   kogo   chodzi?   –   spytała   Claudia.   Jej   spojrzenie   przesunęło   się   z 

twarzy   Whitmana   na   sąsiadujące   z   nim   postacie.   I   nagle   wykrzyknęła 
przenikliwie:

– Znam tego człowieka! To był stały gość. Przyjeżdżał regularnie co dwa 

tygodnie.   Maury   podniósł   fotografię.   Na   spodniej   stronie   wypisano 
nazwiska   osób,   które   przedstawiała.   Potem   z   zamyśloną   miną   usiłował 
poskładać w jedną całość fragmenty układanki.

–   Poznaję   też   tę   kobietę   –   oświadczyła   Claudia,   stukając   palcem   w 

szybkę osłaniającą zdjęcie. A kiedy detektyw odczytał nazwisko widniejące 
na odwrocie, dorzuciła: – Byli wtedy parą. Romansowali na całego.

– Przyjeżdżali razem?
– Nie. Każde z osobna, własnym samochodem. Zapamiętałam ich chyba 

dlatego, że zjawiali się zawsze w ciągu dnia, a nie wieczorami, jak reszta 
gości.

– O której? – chciał dowiedzieć się Maury.
– Trudno mi dziś powiedzieć. To było dawno temu. W każdym bądź 

razie   gdzieś   między   dziesiątą   a   piętnastą,   gdyż   o   tej   porze   kończyłam 
zwykle pracę. Musiałam dotrzeć do domu przed powrotem dzieci ze szkoły.

background image

– Do licha... – mruknął poruszony detektyw. Spojrzał na siedzącą obok 

kobietę.   –   Jest   prawdopodobne,   że   właśnie   w   tej   chwili   wskazała   pani 
zabójcę własnego ojca...

– Czy to możliwe?
– Dowiemy się – łagodnym głosem powiedział Maury. – Na pewno. – 

Raptownym ruchem podniósł się z miejsca. – Było miło panią poznać. I 
bardzo mi przykro z powodu śmierci ojca.

Pobiegł do samochodu, wyciągnął stare notatki i zaczął pieczołowicie 

porównywać je ze zrobionymi przed chwilą.

Larry Romfield, nazywany Sonnym, mąż Eloise i ojciec dwojga dzieci, 

zmarł dwa dni po kradzieży w banku.

Moira   Blake,   wieloletnia   pracowniczka   banku,   emerytowana   przed 

dwoma laty. Jej mąż, sparaliżowany od pasa w dół na skutek wypadku na 
polowaniu,   zmarł   sześć   lat   temu   po   ponad   dwudziestu   pięciu   latach 
spędzonych w inwalidzkim wózku.

A więc Moirę i Sonny'ego łączył gorący romans. Ale jaki mogło to mieć 

związek ze śmiercią Whitmana?

Sonny już nie żył. Moira nie zaprzestała pracy w banku, nie zmieniła 

trybu   życia   i   nadal   tkwiła   spokojnie   w   tym   samym   domu,   w   którym 
mieszkała wraz z mężem. Nie zauważono, aby się nagle wzbogaciła, nie 
szastała pieniędzmi.

Do rozszyfrowania pozostawał jeszcze „Łoś".
Dlaczego w kalendarzu Franklina Whitmana powtarzał się ten piekielny 

zapis? Sfrustrowany detektyw aż jęknął w duchu.

Nagle przyszła mu do głowy zaskakująca, ale być może prawdziwa myśl. 

A może kalendarz nie był własnością Whitmana?

Sarah Whitman wspomniała mimochodem, iż niejaki Harmon Weatherly 

robił porządek równocześnie w dwóch biurkach. Może po prostu pomylił 
kalendarze?

Maury postanowił zrobić takie założenie i zaczął analizować dalej.
Jakie konsekwencje mogłaby mieć zamiana biurowych kalendarzy?
Gdyby   nie   znaleziono   przypadkiem   ciała   Whitmana,   nie   miałaby, 

oczywiście, żadnego znaczenia. Ale zbrodnia sprzed lat została odkryta i 
tryby   sprawiedliwości   poszły   ponownie   w   ruch.   Do   Marmet   przyjechała 
córka zmarłego i zażądała wydania odnalezionych zwłok. Sprawa Whitmana 
została   wznowiona   automatycznie   przez   miejscową   policję,   a   jako   że 

background image

delikwent nie uciekł z pieniędzmi, do miasta zawitali agenci FBI i zaczęli 
szukać skradzionego miliona.

I wtedy Harmon Weatherly wręcza córce zamordowanego wiceprezesa 

banku pudełko z rzeczami pozostałymi po ojcu.

Zamyślony Maury podrapał się w głowę.
Co dalej?
W   jakiś   sposób   zabójca   odkrywa,   że   przez   pomyłkę   zamieniono 

kalendarze.   Oznacza   to,   że   odkrycie   tego   faktu   przez   policję,   a   także 
rozszyfrowanie znaczenia notatki, może okazać się dla niego śmiertelnym 
zagrożeniem.

Sonny Romfield odpadał. Nie żył od lat.
Oprócz   niego   istniała   tylko   jedna   osoba,   która   zrobiłaby   absolutnie 

wszystko, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw.

Osobą tą była dawna kochanka Sonny'ego.; Moira Blake.
Maury nie miał pojęcia, w jaki sposób tej parze udało się obrabować 

bank i spowodować śmierć Franklina Whitmana, ale był gotów założyć się o 
każde   pieniądze,   że   właśnie   przed   chwilą   rozwikłał   sprawę   kradzieży   w 
banku i zabójstwa sprzed dwudziestu lat.

Uśmiechnął   się   z   satysfakcją.   Był   naprawdę   dobrym   detektywem. 

Postanowił zwiększyć pobierane honoraria.

Wyskoczył   z   samochodu   i   zawrócił   do   domku   i   policjantów.   Uznał 

bowiem, że powinien zawiadomić ich natychmiast o swym odkryciu. Nie 
pomoże   to   już   wprawdzie   nieszczęsnemu   starcowi,   ale   przy   życiu 
pozostawała   jeszcze   Sarah.   Tej   dziewczynie   w   każdej   chwili   groziło 
śmiertelne niebezpieczeństwo.

Przekazawszy   informację,   Maury   wrócił   biegiem   do   wozu   i 

błyskawicznie opuścił teren dawnego motelu. Jadąc, wyciągnął komórkę i 
wystukał   numer   chlebodawcy.   Na   widok   światełka   oznajmiającego 
wyładowaniu baterii zaklął szpetnie pod nosem. Rzucił telefon na siedzenie 
pasażera i wcisnął pedał gazu.

Od   domu   Tony'ego   dzieliła   go   zaledwie   półgodzinna   jazda.   Wkrótce 

będzie mógł powiedzieć szefowi osobiście o swym odkryciu.

– Aresztowali Charlesa Bartletta! – na widok Tony'ego wchodzącego do 

domu wykrzyknęła podekscytowana Sarah.

– Co takiego?
– Dzwoni Roń Gallagher – oznajmiła. W jej głosie brzmiała wyraźna 

background image

ulga. – Sam ci to powie.

Tony wziął słuchawkę i przyłożył do ucha. Drugą ręką przyciągnął Sarah 

do siebie i uścisnął.

– Czy to prawda?
W odpowiedzi Tony usłyszał radosny śmiech Gallaghera.
–   Wczoraj   wieczorem   mieliśmy   anonimowy   telefon.   Wcześnie   rano 

załatwiłem   nakaz   aresztowania   i   pojechaliśmy   do   domu   Bartletta. 
Pokazałem mu nakaz. Wyglądał na zdziwionego, ale się nie zdenerwował. 
Zapytałem, czy ma strzelby. Potwierdził. Poprosiliśmy, aby nam je pokazał, 
więc   to   zrobił.   Z   jednej   strzelano   niedawno.   Była   nie   wyczyszczona. 
Pytałem Bartletta, czy ostatnio polował. Mimo że gwałtownie zaprzeczył, 
zabraliśmy broń do analizy, a jego samego na przesłuchanie.

Analiza   wykazała   niezbicie,   że   z   tej   właśnie   broni   pochodzi   łuska   i 

wystrzelony   nabój,   który   wyciągnęliśmy   ze   ściany   pańskiego   domu. 
Natychmiast aresztowaliśmy faceta.

– Chce pan powiedzieć, że to Charlie Bartlett ukradł z banku pieniądze i 

zabił Franklina Whit-mana? – z niedowierzaniem zapytał Tony i pokręcił 
głową.

– Agenci FBI są zadowoleni z wyniku dochodzenia. Podobnie zresztą jak 

ja sam. Bo z jakiego innego powodu ten człowiek chciałby pozbawić życia 
Sarah? – zapytał szeryf. – Gdyby udało mu się szybko ją uciszyć, nie byłoby 
dalszego   dochodzenia   z   powodu   braku   dowodów.   To   obecność   Sarah 
postawiła miasto na nogi.

–   Charlie   Bartlett?   Nie   do   wiary.   –   Tony   nie   mógł   otrząsnąć   się   z 

wrażenia. – Przecież jest ode mnie niewiele starszy, najwyżej cztery lata. A 
więc przed dwudziestu laty wykradł z banku milion dolarów, wrobił w to 
Franklina   Whitmana,   pozbawił   go   życia   i   ożenił   się   z   najbogatszą 
dziewczyną w całym mieście? A przy tym nikt o nic go nie podejrzewał?

– Na to wygląda – mruknął szeryf.
– Pewnie tak jest – uznał Tony. – Dzięki za telefon.
Odwiesił słuchawkę, odwrócił się do Sarah i wziął ją w objęcia.
– Już po wszystkim! – wykrzykiwała. – Dzięki Bogu!
Tony cieszył się razem z nią, ale wyczuwał podświadomie, że coś jest 

nie w porządku. Znał Charlie'ego całe życie i nie sądził, aby Bartlett, mimo 
że   swego   czasu   należał   do   młodzieżowego   gangu,   potrafił   obmyślić   i 
zrealizować, zwłaszcza w pojedynkę, tak perfidny i śmiały plan.

background image

– Obstawa może już wracać do domu. Wszyscy mogą się rozjechać – 

oznajmiła Sarah.

– Masz na myśli także własną osobę? – cierpkim tonem zapytał Tony, 

czując ból czekającego go rozstania.

– Ja uciekać nie zamierzam.
– Pójdę poinformować strażników, że są wolni – oznajmił.
– Dunn i Farley już pakują swoje manatki.
– Wielka była z nich pociecha – zadrwił zdegustowany.
– To nie ich wina, że zostali nafaszerowani narkotykami – w obronie 

ochroniarzy wystąpiła Sarah. – To samo  dzieje się co krok z kobietami, 
które potem zostają najczęściej zgwałcone, i nie potrafią nawet powiedzieć, 
gdzie to się stało ani kto to zrobił.

– Wiem, wiem. Powinienem ich przeprosić.
– Lubię cię za to, że grasz czysto. Z wyjątkiem łóżka. Tam wcale nie 

postępujesz fair.

Tony musnął wargami jej szyję.
– To dlatego, Sarah Jane, że miłość nie jest grą. To poważna sprawa.
– Jasne. Jak coś takiego mogło przyjść mi do głowy – wymamrotała, 

wyciągając   szyję   i   poddając   się   z   lubością   dalszym   pieszczotom   jego 
gorących warg.

Przerywając błogi nastrój, Tony pocałował Sarah w usta i oznajmił:
– Muszę pogadać z tymi ludźmi. Miała jeszcze rozanieloną minę, kiedy 

w pokoju pojawiła się Lorett.

– Czy moglibyście mi wyjaśnić, skąd to całe zamieszanie? – spytała.
– Ciociu, już po wszystkim! Aresztowali człowieka, który chciał mnie 

zabić. Teraz tatuś będzie mógł spoczywać w pokoju.

Lorett popatrzyła z powagą na Sarah.
– To chyba jeszcze nie koniec – oświadczyła ponurym tonem. Sarah z 

jękiem rzuciła się w objęcia ciotki.

– Przestań, proszę, krakać! Ciesz się wraz ze mną. Bądź szczęśliwa, że 

zbrodniarz jest już za kratkami.

– Oczywiście, że cieszę się wraz z tobą, drogie dziecko.
Lorett uściskała mocno wychowanicę, która po chwili wyzwoliła się z 

objęć ciotki i podekscytowana zaczęła krążyć po pokoju.

– Nie mam pojęcia, od czego zacząć – stwierdziła Sarah, gotowa do 

działania. – Aha, już wiem. Od pogrzebu tatusia. Zostanie pochowany obok 

background image

mamy.

– Jutro wyjeżdżam – oznajmiła Lorett. – To wszystko możesz załatwić 

beze mnie.

–   Tak.   Oczywiście.   –   Sarah   posmutniała   nagle.   –   Sądziłam   jednak, 

ciociu, że... Lorett ujęła w dłonie twarz wychowanicy i spojrzała jej prosto w 
oczy.

– Czekają cię teraz ważne osobiste decyzje, które musisz powziąć sama. 

Nikt   inny   nie   powinien   mieć   na   nie   żadnego   wpływu.   Mają   pochodzić 
wprost z twego serca.

Pod powiekami Sarah poczuła łzy. Zamrugała gwałtownie oczyma.
–  Wszystko  będzie  dobrze.  Ciociu,   już  nigdy   nie  będziesz   musiała   o 

mnie się martwić.

– Nie gadaj głupstw, dziecinko. Zawsze będę się martwiła. To przywilej 

matki. Sarah zarzuciła Lorett ręce na szyję.

–   Mówię   to   chyba   zbyt   rzadko,   ale   musisz   wiedzieć,   że   bardzo   cię 

kocham.   Jesteś   najlepszą   matką,   jaką   mogłabym   sobie   wymarzyć. 
Powinnam być głęboko wdzięczna biologicznej rodzicielce, że zadbała o to, 
abyś to właśnie ty została moją opiekunką.

Lorett zmarszczyła czoło, a potem pociągnęła Sarah delikatnie za włosy.
– Wymagają podcięcia – uznała. – Mam iść po nożyczki?
– Nie.
Popatrzyły na siebie spod oka i równocześnie wybuchnęła śmiechem. 

Swego czasu Lorett przystrzygła Sarah włosy. Trzeba przyznać, że efekt nie 
zadowolił żadnej z nich, a mówiąc szczerze, był kompletną katastrofą.

– Pogadamy  później – obiecała wychowanicy. – Teraz zadzwonię na 

lotnisko, żeby zarezerwować miejsce w samolocie.

Obawiając się, że zaraz obie się rozpłaczą, Sarah opuściła pokój.
Zupełnie nie wiedziała, co robić. Czy wracać do Nowego Orleanu, czy 

zostać z Tonym. Tony wprawdzie twierdził uparcie, iż łączy ich coś więcej 
niż seks, ale nie wyznał jej miłości i nie powiedział wprost, że chciałby, aby 
byli razem.

I nie padło ani słowo o małżeństwie.
Z okna w bibliotece Sarah dostrzegła Tony'ego zatopionego w rozmowie 

z   dowódcą   strażników.   Zadowolona,   że   wreszcie   pozbyła   się   obstawy, 
przemierzyła wszystkie pomieszczenia, starając się utrwalić w pamięci ich 
wygląd.

background image

W salonie Lorett rozmawiała nadal przez telefon. W holu pojawili się 

Dunn i Farley z walizkami w ręku.

– Dziękuję wam, panowie – powiedziała Sarah. – Już wyjeżdżacie?
– Tak, proszę pani – odrzekli jednogłośnie.
– A więc dobrej drogi. Aha, idąc do samochodu, powiedzcie Tony'emu, 

że wybieram się na tyły domu.

– Dobrze, proszę pani.
Wyszła   kuchennymi   drzwiami   i   po   chwili   znalazła   się   na   tarasie. 

Wsunęła palec w dziurę w ścianie, skąd wyciągnięto pocisk, który miał ją 
uśmiercić.

– Ale nie zginęłam – mruknęła do siebie pod nosem i odwróciła się w 

stronę jeziora.

Z   tarasu   roztaczał   się   wspaniały   widok.   A   jasny,   słoneczny   dzień, 

aczkolwiek zimny, stanowił idealną oprawę dla spokojnej, połyskliwej toni. 
Gdyby tylko Sarah zadała sobie trud i zerknęła w prawo, uzmysłowiłaby 
sobie, że jezioro jest dokładnie tym, czym miało być, kiedy je tworzono. 
Źródłem zasilania elektrowni wodnej, a także miejscem wypoczynku.

Ruszyła odruchowo w stronę przystani. Zapragnęła popatrzeć z bliska na 

wodę i oswoić się z obecnością ponurej toni, połyskliwej niby czarne lustro. 
Musiała   wreszcie   pozbyć   się   wszelkich   obaw.   Przypomniała   sobie 
ostrzeżenie   Tony'ego,   że   nie   powinna   nigdzie   chodzić   sama,   zawróciła 
odruchowo w stronę domu, lecz zaraz potem zganiła. się za tchórzostwo i 
raźnym krokiem zeszła z tarasu. Charles Bartlett, jedyny człowiek, który jej 
zagrażał, siedział w areszcie. Była całkowicie bezpieczna.

Sarah   czuła   na   twarzy   ciepłe   promienie   słońca.   Zrobiło   się   gorąco. 

Czerwony golf oblepiał ciało. Miała na sobie ulubione dżinsy i tenisówki. 
Idąc w stronę przystani, przypomniała  sobie, że musi  poprosić szeryfa o 
zwrot czarnych pantofli. Znaleziono na nich tylko jej własne odciski palców. 
Bartlett okazał się wprawdzie bardzo przebiegły, mimo to jednak wpadł.

Zatrzymała   się   u   stóp   mola   i   ogarnęła   wzrokiem   jezioro.   Prawie 

natychmiast   poczuła   bolesny   skurcz   brzucha.   Odetchnęła   głęboko,   żeby 
opanować   ogarniający   ją   strach,   i   weszła   na   drewniany   pomost.   Miał 
kilkanaście metrów długości. Plusk fal odbijających się od podtrzymujących 
go pali nie miał w sobie nic złowieszczego. Wręcz przeciwnie, wywoływał 
kojące   wrażenie.   Pomost   był   tylko   i   wyłącznie   spokojnym   miejscem,   w 
którym cumowano łodzie. Pod stopami Sarah lekko zatrzeszczały deski. W 

background image

taki oto sposób witało ją stare molo.

Po chwili znalazła się na końcu pomostu. Stanęła i zaczęła rozglądać się 

wokół   siebie.   Wodę   oświetlały   ostre   promienie   słońca.   W   geście 
dziękczynienia Sarah na krótką chwilę opuściła głowę.

Kiedy podniosła wzrok, jej oczom ukazało się stado dzikich gęsi, które 

poderwały   się   z   wody.   Zatoczyły   w   powietrzu   duże   koło   i  poleciały   na 
południe.

– Do zobaczenia na wiosnę – szepnęła Sarah.
Na wiosnę? Czy naprawdę stanie się częścią życia Silka DeMarca?
Rzuciła okiem w stronę domu. Z miejsca, w którym się znajdowała, nie 

było nikogo widać. Pomyślała z żalem o czekającym ją wkrótce pożegnaniu 
z Tonym. Żeby choć trochę się zrelaksować, usiadła na końcu mola. Prawie 
dotykając stopami powierzchni wody, odchyliła się w tył, oparła na rękach i 
uniosła twarz ku słońcu.

W chwili gdy grupa strażników ładowała do furgonetki przywieziony 

sprzęt, pod dom DeMarca podjechał Roń Gallagher.

Ruszył   w   stronę   Tony'ego,   odetchnąwszy   głęboko.   Miał   przed   sobą 

trudne zadanie.

– Musimy pogadać – oznajmił. Rozradowany pan domu poklepał szeryfa 

po ramieniu.

– Moje gratulacje. Wykonał pan dobrą robotę.
– Z gratulacjami niech pan jeszcze poczeka – wymamrotał Gallagher. – 

Mamy problem. Tony odruchowo zesztywniał.

– Co za problem?
– To nie Charles Bartlett strzelał do Sarah – oznajmił ponurym tonem. – 

Był w tym czasie w Portlandzie.

– O rany – jęknął Tony. – Jest pan pewny?
– Przed prawie czterystoma świadkami stał na podium.
Tony podbiegł do furgonetki. Jej załoga szykowała się do odjazdu.
– Poczekajcie – polecił. – Jak się okazuje, sprawa nie została jeszcze 

zakończona.   Zanim   zdołał   udzielić   strażnikom   bliższych   wyjaśnień,   pod 
dom   podjechał   Maury   Overstreet.   Wyskoczył   z   samochodu,   roześmiany 
dosłownie od ucha do ucha.

– Szeryfie, spada nam pan jak z nieba – oświadczył rozanielony.
– O co chodzi? – zapytał Tony.
Maury wyciągnął fotografię, położył na masce wozu Gallaghera, a potem 

background image

sięgnął po własne notatki.

– Wcześnie rano pojechałem do motelu „Łoś" i znalazłem tam świeżego 

trupa. Początkowo uznałem to za duże utrudnienie prowadzonego  przeze 
mnie śledztwa... no i za pechowe zrządzenie losu w stosunku do tego starego 
człowieka.

– Niech pan mówi, o co chodzi – ponaglił detektywa szeryf.
– W każdym bądź razie czekałem na miejscu, aż zjawi się Królewska 

Konna, bo musiałem przecież wyjaśnić, skąd tam się wziąłem.

Kiedy   tak   siedziałem   zgnębiony,   bo   właśnie   został   zabity   jedyny 

świadek,   który   mógł   rzucić   jakieś   światło   na   wydarzenia   w   motelu, 
przyjechała   córka   tego   człowieka.   Przed   laty   pracowała   w   motelu   jako 
sprzątaczka. Pokazałem jej zdjęcia. Whitmana w ogóle nie rozpoznała, ale 
zidentyfikowała dwóch innych pracowników banku w Marmet.

– Kogo? – zapytał Tony.
–   Sonny'ego   Romfielda   i   Moirę   Blake.   Podobno   łączył   ich   gorący 

romans. Romfield, jak wiadomo, zginął w wypadku drogowym dwa dni po 
zniknięciu pieniędzy z banku. Nie mogłem wyobrazić sobie związku między 
kradzieżą   a   usiłowaniem   zabicia   Sarah,   więc   zacząłem   wracać   myślami 
wstecz. To najlepsza metoda, kiedy śledztwo utknie w martwym punkcie.

– Dobrze wiedzieć – mruknął szeryf.
– Maury, na litość boską, mów dalej – tym razem ponaglił detektywa 

Tony.

– W porządku, już mówię. Sarah nie była warta zachodu, chyba że w jej 

posiadaniu znajdowało się coś, co mogło pomóc zidentyfikować mordercę.

– Coś? Co to mogło być? – spytał Gallagher.
– Kalendarz? – zgadywał Tony.
– Fakt – potwierdził Maury, spoglądając z uznaniem na chlebodawcę.
– Dysponuję kopią tego kalendarza – przypomniał szeryf. – Nie ma tam 

przecież nic, co mogłoby wskazać zabójcę. Nawet te zapiski o „Łosiu" to 
żaden trop.

– Cała sprawa polega na tym, że do motelu „Łoś" jeździł nie Whitman, 

lecz Romfield – oświadczył detektyw. – Podczas rozmowy z wami obiło mi 
się   o   uszy,   że   Harmon   Weatherly   równocześnie   uprzątał   w   banku   dwa 
biurka. Czyżby więc pomylił kalendarze? I Moira Blake zorientowała się, że 
w posiadaniu Sarah znalazł się kalendarz jej amanta? W ten sposób zostałby 
ujawniony ich intymny związek.

background image

–   Skurczybyk!   –   warknął   Tony.   –   Co   to   Moira   mówiła   o   Sonnym 

podczas kolacji? Aha, już wiem. Wyjeżdżał z Marmet, żeby załatwić sobie 
rozwód. Kto byłby lepiej poinformowany niż kochanka?

Maury'ego rozpierała duma.
– Zamierzali  oboje prysnąć z forsą. W jakiś sposób  Whitman  jednak 

przejrzał ich plany, więc musieli uciszyć go na zawsze, żeby ukryć rabunek. 
Jedyną   nie   przewidzianą   rzeczą   okazała   się   nagła   tragiczna   śmierć 
Romfielda. Pani Blake została więc sama...

– Co stało się z pieniędzmi? – zapytał szeryf.
– O to należałoby spytać Moirę – odezwał się Tony.
– Panie DeMarco!
Tony odwrócił się w stronę Dunna i Farleya, wychodzących z domu.
– Pani Whitman prosiła, aby powiedzieć panu, że idzie na spacer. Och, 

Boże! Tylko nie to!

– Dokąd poszła?
– W stronę przystani.
– Jezu! – jęknął Tony i rzucił się biegiem do domu, a za nim ruszyli 

Dunn i Farley. Wołając Sarah. na cały głos, przebiegł parter. W holu natknął 
się na Lorett. Miała przerażoną minę i bladą twarz.

– Gdzie ona jest? – zapytał.
– Dzieje się coś złego – wyjęczała ciotka Sarah. – Woda. Moją dziecinkę 

chce zabrać woda.

– Co to, do diabła, ma znaczyć? – zapytał Gallagher.
– Niech pan nie pyta, tylko pomoże mi ją znaleźć! – krzyknął Tony do 

szeryfa.   Lorett   usiłowała   biec   za   nimi,   lecz   jej   nogi   odmówiły 
posłuszeństwa. Zmartwiała z przerażenia i strachu.

Do uszu Sarah dotarło wołanie Tony'ego. Odwróciła się uśmiechnięta i 

pomachała   ręką   na  znak,   że   słyszy   jego  szybkie  kroki  na   tarasie.   W   tej 
chwili poczuła jednak nagły przypływ paniki. Usiłowała zerwać się na nogi, 
lecz nie mogła. Coś chwyciło ją mocno za stopy i zaczęło wciągać w toń 
jeziora.

Zanim nad głową przerażonej Sarah zamknęła się ciemna otchłań, udało 

się jej szybko wciągnąć do płuc trochę powietrza. Walcząc bezskutecznie z 
przeciwnikiem o niemal  nadludzkiej  sile, czuła,  że oddala się  od brzegu 
jeziora i powierzchni wody, i coraz głębiej pogrąża w otaczającej ją topieli.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Tony widział, jak Sarah idzie pod wodę. Krzyknął głośno, ale w jednej 

chwili zniknęła mu z oczu.

Za jego plecami szeryf Gallagher wydawał przez radio jakieś rozkazy, a 

Maury ściągał ubranie. W drodze do przystani Tony zrzucił buty. Dotarł do 
końca mola i skoczył na głowę. Zaraz jednak wynurzył się z wody, żeby na 
powierzchni odszukać jakiś ślad. Chwilę później tuż obok niego pojawił się 
detektyw.

– Widzisz ją? – zawołał.
– Nie! – odkrzyknął Tony.
Jezioro było idealnie spokojne, bez jakichkolwiek zawirowań na wodzie, 

nie   było   nawet   śladu   pęcherzyków   powietrza   wydostających   się   na 
powierzchnię.

Sarah była w stanie myśleć  tylko o jednym.  Potrzebowała powietrza. 

Woda była zimna i ciemna. Wywoływała ucisk na bębenki uszne i nozdrza, 
usiłując   za   wszelką   cenę   wedrzeć   się   tam,   gdzie   zachowały   się   jeszcze 
resztki życiodajnego tlenu.

Próbowała wyrwać się z rąk obejmujących ją w pasie i wciągających w 

głąb   wody.   Starała   się   chwycić   napastnika   z   boku.   Nadaremnie,   gdyż 
wyślizgiwał się z dłoni. Dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że ma do 
czynienia z kimś ubranym w skafander nurka. Człowiek ten też nie mógł nic 
dostrzec w ciemnej wodzie. Myśl ta napełniła Sa-rah otuchą i podsunęła 
pewien pomysł. Gdyby udało się jej zedrzeć napastnikowi maskę z twarzy 
lub pozbawić go butli z tlenem, w którą był z pewnością wyposażony, on 
także nie miałby czym oddychać. Tylko wówczas istniała szansa ocalenia 
życia.

Zebrała wszystkie siły, obróciła się i znalazła twarzą w twarz z zabójcą. 

Szarpnęła za jego maskę, odłączyła końcówkę przewodu prowadzącego do 
butli.

Straciwszy dopływ tlenu, wpadł na chwilę w panikę. Sarah natychmiast 

to   wykorzystała.   Mobilizując   resztki   sił,   wyrwała   się   z   rąk   zabójcy   i 
rozpaczliwymi, nerwowymi ruchami popłynęła w górę, by szukać ocalenia 
na powierzchni wody.

background image

Gdy tylko wynurzyła twarz, zaczęła dławić się i krztusić. Ledwie żywa, 

nie miała siły ani odwagi spojrzeć za siebie.

Prawie natychmiast dostrzegł ją Tony. Zaraz potem jednak tuż za Sarah 

pojawiły   się   pęcherzyki   powietrza.   A   to   oznaczało,   że   jeszcze   nie   była 
bezpieczna.

Płynęła do Tony'ego, rozpaczliwie odpychając się nogami i rozcinając 

rękoma powierzchnię wody. Wiedziała, że gdyby teraz dosięgły ją silne ręce 
napastnika   i   wciągnęły   ponownie   pod   powierzchnię,   nie   dałaby   rady   się 
wyzwolić. Nie byłoby dla niej ratunku. Zginęłaby dokładnie tak, jak ojciec. 
Pozostawiony na pastwę topieli.

Gdy już nie miała siły, aby wykonać choćby jeden ruch, poczuła, jak 

obejmują ją silne męskie ramiona.

Dopiero   gdy   Tony   dotknął   twarzy   Sarah   i   przyciągnął   ją   do   siebie, 

uwierzył,   że   jest   żywa.   Podtrzymując   rękami   jej   nagle   zwiotczałe   ciało, 
zawołał:

– Musisz wydostać się na brzeg! Dopłyniesz o własnych siłach?
– Chyba tak – odparła, mobilizując się, i zaraz potem z jej ust wydarł się 

przeraźliwy krzyk, gdyż poczuła na plecach jakieś dotknięcie.

– To ja – uspokoił ją Maury. – Nie denerwuj się, dziewczyno. Jesteś w 

dobrych rękach. Sarah wiedziała jednak, że niebezpieczeństwo jeszcze nie 
minęło. Dopóki nie znajdzie się na brzegu, nie może pozwolić sobie nawet 
na chwilę odprężenia. Popatrzyła przed siebie i nagle ujrzała ciotkę; brodząc 
w   wodzie,   Lorett   podążała   w   jej   kierunku.   Dopiero   w   tej   chwili   Sarah 
uwierzyła w swe ocalenie.

Tony otoczył ramieniem jej szyję.
– Oprzyj się na mnie. Doholuję cię do brzegu.
– On nie zrezygnuje – jęknęła przerażona. – Nadal będzie chciał mnie 

zabić.

– To nie on, lecz ona – wyjaśnił Tony. – I już nic ci nie zrobi.
– O czym ty mówisz?
– Najpierw dostańmy się do brzegu. Tam pogadamy.
Płynęła, mając po jednej stronie Tony'ego, a po drugiej Maury'ego. A 

więc za wcześnie się cieszyli. Widocznie Charles Bartlett nie działał sam. 
Miał wspólniczkę.

Na wysokości końca mola dotarła do nich Lorett. Zanurzona w wodzie 

po pas, rozpaczliwym gestem chwyciła Sarah za ramię i zaczęła popychać ją 

background image

w stronę lądu.

– Wyciągnijcie ją! – krzyknęła przeraźliwie. – Wyciągnijcie natychmiast 

z wody!

Gdy tylko Tony dotknął stopami gruntu, wziął Sarah na ręce i zaczął 

nieść przez wodę ku domowi.

Na brzegu czekali na nich szeryf Gallagher i jego ludzie.
Sarah zaczęła się wyrywać.
– Tony, puść mnie! Sama potrafię chodzić.
Posłuchał, ale  jej nogi odmówiły  posłuszeństwa.  Chwycił więc Sarah 

ponownie na ręce i ruszył w stronę domu.

– Tony, ja...
– Zamknij się. Do diabła, zamknij się wreszcie – warknął.
– Dlaczego jesteś na mnie zły? – spytała, zaskoczona tak ostrą reakcją 

Tony'ego. Zrobiło mu się ciemno przed oczyma. Tuż przed wejściem na 
taras potknął się i zatrzymał. Nie wypuszczając z objęć słodkiego ciężaru, 
opadł ciężko na trawę.

– Tony...
– Och, Boże! – wyjęczał i skrywszy twarz w zagłębieniu szyi Sarah, 

rozpłakał się jak małe dziecko.

Dopiero teraz doznała prawdziwego wstrząsu. Po raz pierwszy poczuła 

chłód   skóry,   ciężar   przemoczonego   ubrania,   wodę   chlupiącą   w   butach. 
Nadal piekły ją oczy i widziała jak przez mgłę. Czuła, że koszmar jeszcze 
się nie skończył. Czekało ją wiele dramatycznych chwil. Przywarła mocno 
ciałem do Tony'ego.

Maury podniósł z ziemi porzucone ubranie i nie oglądając się za siebie, 

poszedł w stronę domu. Do Sarah i Tony'ego zbliżyła się Lorett. Dotknęła 
głowy swej wychowanki, a potem pleców Tony'ego.

–   Musisz   wstać   –   poleciła   mu   cicho,   lecz   stanowczo.   –   Trzeba 

natychmiast zabrać ją do domu.

Słowa   starszej   pani   poderwały   Tony'ego   na   nogi.   Przytulił   do   siebie 

Sarah.

– Jestem przy tobie, dziecinko – pocieszyła ją ciotka. – Ale musisz się 

pospieszyć. Odwróciła się nerwowo przez ramię. Czuła, że w topieli nadal 
czai się niebezpieczeństwo.

Pomagała wychowanicy zdjąć w łazience mokre ubranie.
–   Najpierw   powinnaś   się   rozgrzać,   a   potem   włożyć   coś   suchego   – 

background image

oznajmiła. – Wejdź pod prysznic i zmyj z siebie to paskudztwo, a potem 
wytrę cię do sucha.

Sarah trzęsła się tak bardzo, że ledwie mogła utrzymać się na nogach. 

Ustąpił   przypływ   adrenaliny,   który   sprawił,   że   udało   się   jej   wyrwać 
napastnikowi. Świadoma, że w każdej chwili może wpaść ponownie w ręce 
Moiry   Blake,   czyhającej   gdzieś   w   pobliżu,   znalazła   się   na   granicy 
wytrzymałości psychicznej.

– Dlaczego właśnie ona? – załamana, spytała ciotkę.
– Wchodź pod prysznic – poleciła Lorett i kiedy wychowanica weszła do 

kabiny i znalazła się pod strumieniem ciepłej wody, wycofała się z łazienki i 
zamknęła za sobą drzwi.

Sarah wycisnęła na dłoń trochę szamponu i zabrała się za mycie głowy. 

Drzwi otworzyły się ponownie i zaraz potem zamknęły, lecz nie zwróciła na 
to większej uwagi. Po chwili poczuła na plecach dotyk czyjejś ręki. Drgnęła 
nerwowo.

– Tony, jak możesz tu wchodzić! Obok jest przecież ciocia.
– Już sobie poszła – odparł. Zrzucił szybko ubranie i po chwili znalazł 

się w brodziku. – Pozwól, że ja to zrobię – powiedział ciepłym głosem i 
zaczął spłukiwać szampon z włosów Sarah. Potem podał jej gąbkę i mydło.

Ubierali się w milczeniu, nie dotykając nawzajem, lecz spoglądając na 

siebie spragnionym wzrokiem. Tony usiadł na brzegu łóżka.

– Sądziłem, że już nie żyjesz – oznajmił łamiącym się głosem. – Sarah, 

wiem,   że   nie   jest   to   chwila   najbardziej   romantyczna,   ale   muszę   ci   coś 
wyznać. Kocham cię. I pragnę spędzić z tobą resztę życia. Stałaś się dla 
mnie kimś najważniejszym. Muszę wiedzieć, czy twoje odczucia są takie 
same.

– Och, Tony! – Z okrzykiem radości Sarah usiadła mu na kolanach. – Ja 

też cię kocham.  Nie przejmuję  się tym,  że zbliżyliśmy  się do siebie tak 
szybko   i   to   w   takich   dramatycznych   okolicznościach.   Gdy   tylko 
próbowałam sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało moje życie bez ciebie, 
popadałam w czarną rozpacz.

– Przeniosę się do Nowego Orleanu – oświadczył. – Możemy założyć 

tam   trzeci   klub.   Najwyższa   pora,   abym   rozwinął   działalność.   Uczynię 
wszystko, aby usłyszeć, że zgodzisz się zostać moją żoną.

Z sercem przepełnionym radością Sarah otoczyła Tony'ego ramionami.
– Wyjdę za ciebie, wyjdę. Jeśli chcesz, mogę powtórzyć to tysiąc razy.

background image

– Teraz muszę tylko zabrać cię z tego miejsca – stwierdził.
– Ale...
– Policja zna nazwisko przestępczyni. Moira nie będzie mogła ukrywać 

się przez całe życie. Złapią ją, wcześniej czy później.

– Sama nie wiem, co o tym myśleć – bez przekonania mruknęła Sarah. – 

Nadal nie mogę uwierzyć w winę Moiry Blake.

– Szeryf Gallagher przeszukuje w tej chwili jej dom.
– Ale w jaki sposób weszła w posiadanie strzelby Charlesa Bartletta?
– Moira przyjaźni się z Tiny, jego żoną. Pewnie znała zwyczaje tej pary i 

dostała się do domu podczas jej nieobecności.

– Czemu wraz z Sonnym Romfieldem zabiła mojego ojca? Nie mogli po 

prostu ukraść z banku pieniędzy i uciec?

– Kto wie? Może przyłapał ich na gorącym uczynku? A może  oboje 

chcieli posłużyć się twoim ojcem jako kozłem ofiarnym, zrzucając na niego 
całą winę, tak aby mogli dalej spokojnie żyć, nie obawiając się nikogo ani 
niczego?

– To wszystko tylko przypuszczenia, prawda?
Zanim Tony zdążył odpowiedzieć, zabrzmiał dzwonek telefonu. Tony 

natychmiast podniósł słuchawkę.

– Słucham?
– Cześć, Tony. Mówi Gallagher. Znaleźliśmy pieniądze.
– Co takiego?! Gdzie?
– Były w kufrze na strychu Moiry Blake.
– No, to chyba załatwia sprawę.
– Tak. Ta kobieta ma na sumieniu tyle przestępstw, że adwokaci nie będą 

wiedzieli, od czego rozpocząć jej obronę.

– Czy wiadomo, gdzie się znajduje?
– Jeszcze nie. Zostawiła samochód, podobnie zresztą jak dokumenty i 

osobiste rzeczy. Nie zajdzie daleko w mokrym skafandrze.

– Fakt – przyznał Tony. – Kiedy pan ją znajdzie, proszę dać znać.
– O co chodzi? – spytała Sarah, kiedy Tony odwiesił słuchawkę.
–   Skradzione   pieniądze   znaleźli   na   strychu   Moiry.   To   definitywnie 

zamyka sprawę. Teraz ludzie szeryfa przeczesują zalesiony obszar wokół 
jeziora. Znalezienie tej kobiety to tylko kwestia czasu.

– Mój biedny tata. – Sarah westchnęła głęboko. – Bardzo lubił Moirę. 

Pamiętam, jak rozmawiał z matką o jej trudnej sytuacji.

background image

– Trudnej?
– O ile się nie mylę, miała kalekiego męża, stąd pewnie jej romans z 

Sonnym Romfieldem. Ale to nie tłumaczy zabójstwa i innych potwornych 
czynów, których się dopuściła.

Tony przesunął dłonią po twarzy Sarah. Musnął jej wargi delikatnym 

pocałunkiem.   Oparłszy   głowę   na   jego   ramieniu,   z   lubością   poddała   się 
obezwładniającej pieszczocie.

– Pragniesz mnie?
– Tak... tak – szepnęła.
–   A   czy   wiesz,   jak   bardzo   ja   cię   pożądam?   Potrafisz   odczuć   moją 

miłość?

– Tak... tak.
– W gruncie rzeczy wszystko jest proste. Swego czasu Moira zabiła z 

miłości   i   jestem   pewny,   że   kiedy   zginął   Sonny,   za   jedyny   sposób 
zachowania   przy  życiu  łączącego  ich  uczucia  uznała  strzeżenie  wspólnej 
tajemnicy. Dlatego była gotowa ponownie zabijać.

– To chore – uznała Sarah.
– Tak. Jestem przekonany, że wkrótce dopadną Moirę. Mimo to jednak 

musisz natychmiast opuścić to miasto. Zgoda?

– Ale co z ojcem...?
– Znajdzie wieczny odpoczynek, dziecinko. Obiecuję ci to solennie. Nie 

chciałbym jednak chować cię obok niego.

– Skoro tajemnica wyszła na jaw, Moira nie ma już powodu mnie zabijać 

– argumentowała Sarah.

– Ma powód, i to większy niż przedtem – oświadczył Tony.
– Dlaczego?
– Bo nie dopuści do tego, abyś wygrała.
– Boże...
Tony podniósł się z miejsca, już gotowy do działania.
– Pakuj swoje rzeczy. A ja pójdę do Lorett, aby powiedzieć o naszych 

planach.   Potem   załatwię   kilka   telefonów.   Wyjedziemy   stąd,   zanim   się 
ściemni.

– Dobrze.
Sarah   ogarnęła   nagła   chęć   znalezienia   się   daleko   od   tego   miejsca, 

najszybciej jak to możliwe. Tony pocałował ją i opuścił pokój.

Podeszła   do   okna   i   spojrzała   na   rozciągające   się   przed   nią   jezioro. 

background image

Odżyło  koszmarne   uczucie  wciągania  pod  wodę. Uprzytomniła   sobie,  że 
wiadomość zarówno o morderstwie popełnionym przez Moirę Blake, jak i o 
niewinności   Franklina   Whitmana,   znajdzie   się   w   jutrzejszych   gazetach. 
Niewiele   brakowało,   a   ona   sama   za   chęć   odkrycia   prawdy   zapłaciłaby 
identyczną cenę jak ojciec.

Sarah odetchnęła z ulgą i zaczęła zbierać się do wyjazdu. Najwyższy 

czas wracać do domu.

Moira   wynurzyła   się   z   wody.   Ukryta   pod   molem,   była   całkowicie 

niewidoczna.   Widziała,   jak   Tony   niesie   Sarah   na   rękach   do   domu, 
świadoma, że za chwilę to miejsce zaroi się od uzbrojonych strażników.

Maskę   i   płetwy   przymocowała   do   butli   z   tlenem   i   opuściła   na   dno 

jeziora.   Wyszła   z   wody   i   przemykając   wśród   drzew,   pobiegła   w   stronę 
własnego domu.

Zdawała   sobie   sprawę   z   tego,   że   nadejdzie   ten   dzień.   Od   dawna,   a 

dokładnie od dnia, w którym Sonny zabił Franklina Whitmana, uderzywszy 
go w głowę kryształowym przyciskiem z biurka Paula Sorensona.

Płacząc   histerycznie,   pomagała   wówczas   ukochanemu   wepchnąć   do 

skrzyni ciało Whitmana. Wiedziała, że kiedyś Bóg każe jej za to zapłacić. 
Myślała   o   tym   wówczas,   gdy   wrzucali   zwłoki   do   jeziora.   Przez   chwilę 
skrzynia unosiła się na wodzie, a potem powoli poszła na dno. Myślała o 
tym także wtedy, kiedy pierwsza garść ziemi padała na trumnę Sonny'ego.

Była już zmęczona. Potwornie zmęczona tymi wszystkimi kłamstwami, 

z   którymi   musiała   żyć.   resztkami   sił   Moira   dobiegła   na   skraj   własnej 
posiadłości.   Zatrzymawszy   się   pod   osłoną   drzew,   przeszukała   wzrokiem 
dziedziniec. Dostrzegła przed frontowym wejściem tylny zderzak radiowozu 
i   uprzytomniła   sobie,   że   to   koniec.   Jej   tajemnica   ujrzy   światło   dzienne. 
Zostanie uznana za złodziejkę i morderczynię. Postanowiła oddać się w ręce 
policji, ale jeszcze nie teraz. Najpierw musiała pokazać Sarah Whitman, jak 
czuje się kobieta, która straciła ukochanego.

Skręciła szybko w prawo i wpadła do stajni. Chwyciła starą strzelbę z 

obciętą lufą, z której jej mąż, kiedy był jeszcze sprawny fizycznie, zwykł 
zabijać szczury, i zawróciła do lasu. Po przeszukaniu domu policja zabierze 
się za przeczesywanie pobliskiego terenu. Miała więc niewiele czasu.

Tony polecił dowódcy strażników, żeby szykowali się do odjazdu. Dunn 

i Farley jeszcze pakowali rzeczy do swego wozu. Maury Overstreet był już 
w   drodze   do   domu.   Wraz   z   jedną   ze   swych   ekip   odjechał   też   szeryf 

background image

Gallagher,   po   uprzednim   skoordynowaniu   działań   z   załogą   śmigłowca 
patrolującego okolicę.

Dom opustoszał. Tylko na parterze Lorett pakowała walizkę, a na piętrze 

to samo robiła Sarah. Czekającemu w holu Tony'emu pozostawało już tylko 
włożenie   do   samochodu   wszystkich   rzeczy   i   pozostawienie   za   sobą 
wspomnień.

Już wcześniej powziął decyzję. Postanowił sprzedać ten dom. Bo nigdy 

nie   będzie   w   stanie   wymazać   z   pamięci   widoku   tonącej   Sarah,   echa 
wystrzału   i   jej   krzyku.   To   miejsce   było   przepełnione   koszmarnymi 
wspomnieniami. Należało je pogrzebać.

Zamierzając   wejść   na   piętro,   Tony   przypomniał   sobie,   że   zapomniał 

zamknąć   szopę   na   narzędzia,   znajdującą   się   na   przystani.   Obracając   w 
kieszeni pęk kluczy, przemierzył kuchnię i po chwili znalazł się na tarasie za 
domem.

Stanął i rozejrzał się wokoło. Wśród drzew dostrzegł jednego z ludzi 

szeryfa.   Uspokojony,   że   Roń   Gallagher   dotrzymał   słowa   i   zarządził 
obserwację terenu, zbiegł z tarasu i ruszył truchtem w stronę przystani.

Schodząc z piętra, Sarah usłyszała, że Tony opuszcza dom. Na parterze 

ujrzała Lorett, wybiegającą ze swego pokoju.

– Ona go zabije – wyszeptała drżącymi wargami przerażona ciotka.
– Nie... nie. – Sarah zamarło serce. – Już podobno po wszystkim... – 

Chwyciła Lorett za ramiona i zaczęła nią potrząsać. – Co ty mówisz, ciociu?

– Ona go zabije.
–   Biegnę   do   Tony'ego!   –   krzyknęła   Sarah.   –   Potrzebni   strażnicy!   Są 

jeszcze przed domem. Powiedz im, ciociu, żeby się pospieszyli!

W chwili gdy Tony znikał w drzwiach szopy na przystani, Sarah znalazła 

się na tarasie. Była przerażona reakcją ciotki.

Zbiegła po schodach i nie bacząc na własne bezpieczeństwo, rzuciła się 

do szopy. Sięgając klamki, usłyszała kobiecy głos dochodzący ze środka. 
Zanim zdołała otworzyć drzwi, usłyszała krzyk i zaraz potem donośny huk 
wystrzału.

Pchnęła   przed   sobą   drzwi.   Wnętrze   szopy   zalało   słoneczne   światło, 

ukazując odwracającą się Moirę. Na jej rozognionej twarzy malowała się 
wściekłość. Uzbrojona w strzelbę z obciętą lufą, wzięła Sarah na cel.

Od   tej   chwili   wszystko   działo   się   jak   na   zwolnionym   filmie.   Sarah 

ujrzała   osuwające   się   bezwładnie   zakrwawione   ciało   Tony'ego.   Niewiele 

background image

myśląc,  zerwała  ze  ściany  wiszącą   tam siekierę.  Potem  jej umysł  zaczął 
rejestrować jedynie poszczególne, wybrane obrazy i doznania.

Przede   wszystkim   wykrzywioną   twarz   Moiry,   pociągającej   za   spust. 

Zapach oleju do łańcuchowej piły.

Wióry pod stopami.
Ból   łokcia   od   ciężaru   siekiery,   którą   wywijała   przed   sobą   jak 

baseballowym kijem.

Przeraźliwy krzyk, kiedy stalowe ostrze zetknęło się z ciałem.
Echo drugiego wystrzału, gdy pociski uderzyły w dach.
Chwilę później krew, tworzącą na trocinach drobny, regularny wzór.
Rozdzierający ból w piersiach, chyba z braku powietrza.
A potem ciszę.
– Zabiłaś mnie – wyjęczała Moira, osuwając się na ziemię.
– Sama się zabiłaś – syknęła Sarah. Po chwili Moira już nie żyła.
Sarah   upuściła   siekierę.   Zachwiała   się   i   byłaby   upadła,   gdyby   nie 

podtrzymały jej silne ręce. Usłyszała głos Lorett:

– Jestem przy tobie, dziecinko. Do szopy wpadli strażnicy. Podbiegli do 

Tony'ego.

– Przyszłam za późno – zajęczała zrozpaczona Sarah. – Ona go zabiła. 

Och, Boże... ciociu... spóźniłam się.

– Pan DeMarco żyje – oznajmił jeden ze strażników. – Dostał w głowę, a 

właściwie w czoło, ale tętno ma dobre. Silne i miarowe.

Sarah podbiegła do leżącego, padła obok na kolana i wsunęła mu ręce 

pod głowę.

– Tony...
Jęknął z bólu, ale po chwili otworzył oczy. Dotknął głowy.
– Wchodzi mi to w zwyczaj – wymamrotał. – Do diabła, to boli. – W tej 

chwili przypomniał sobie o Moirze i usiadł gwałtownie na ziemi. – Ona ma 
broń.

– Już nie – oznajmiła Sarah.
Ponad jej ramieniem Tony zobaczył zniekształcone zwłoki Moiry Blake. 

Przerażony   widokiem,   nerwowo   wciągnął   powietrze.   Nie   wiedział,   co 
powiedzieć.

– Uratowałaś mi życie – wyszeptał.
– Uratowałam nie twoje, lecz własne – odparła. – Bo to, co mogło z tobą 

się stać, zabiłoby również mnie. Wiem to...

background image

Sarah   objęła   Tony'ego   i   zamknęła   oczy,   mimo   że   chciało   się   jej 

krzyczeć.

– Powie mi pani, co się stało?
Rozpoznała głos szeryfa. Odsunęła się od Tony'ego i podniosła wzrok. 

Już raz widziała Rona Gallaghera z identycznej perspektywy. Było to na 
cmentarzu, w dniu pogrzebu matki. Wówczas nachylił się i pogłaskał ją po 
twarzy. Miał w oczach łzy współczucia.

– Zamierzała zabić Tony'ego – wyjaśniła. – A potem usiłowała w ten 

sam sposób pozbyć się mnie. Przeszkodziłam jej. To wszystko. Chciałam 
tylko powstrzymać tę kobietę.

Pytającym wzrokiem szeryf Gałlagher spojrzał na Tony'ego, który dodał:
– Co jeszcze mogę powiedzieć? Moira mnie zaskoczyła. Przyszedłem, 

żeby   zamknąć   szopę   na   kłódkę,   a   ona   czekała,   przyczajona   w   środku. 
Najpierw wrzeszczała, że Sarah powinna przekonać się na własnej skórze, 
jak to jest, gdy kobieta musi bez ukochanego egzystować do końca życia, i 
zaraz   potem,   zanim   udało   mi   się   ją   powstrzymać,   pociągnęła   za   spust. 
Odskoczyłem w tył. Czułem, jak drasnęły mnie dwie kule. Nie wiem, co 
działo się potem, ale jedno jest pewne. Gdyby Sarah nie otworzyła drzwi, 
już nie byłoby mnie wśród żywych. To wszystko...

Szeryfowi wystarczyło na razie to wyjaśnienie. Zwrócił się do jednego 

ze swoich ludzi:

– Wezwij karetkę, a także koronera.
– Niepotrzebna mi karetka – zaprotestował Tony. – Chcę tylko dostać 

kawałek plastra.

– Niech pan się cieszy, że ma tak twardą czaszkę. – Szeryf uśmiechnął 

się lekko.

– To nie jest wcale śmieszne – mruknęła Sarah, z trudem podnosząc się z 

klęczek. Uderzał ją w nozdrza zapach krwi Moiry. Czuła, że zaraz zrobi się 
jej niedobrze.

Kiedy szeryf Gallagher pomagał Tony'emu wstać, rzuciła się w stronę 

wyjścia.   Opuściwszy   szopę,   zobaczyli   ją   siedzącą   pod   ścianą   z   głową 
między kolanami. Szeryf westchnął. Wiele czasu zabierze Sarah Whitman 
wymazanie z pamięci koszmarnego przeżycia. Spojrzał na Tony'ego.

–   Dziś   wyjeżdżacie   –   raczej   stwierdził   niż   zapytał.   –   Po   drodze 

wpadnijcie   do   mnie,   żeby   złożyć   zeznania.   Jeśli   będziemy   mieli   jakieś 
pytania, wiemy, gdzie was znaleźć.

background image

Sarah   podniosła   się   z   ziemi.   Z   bladą,   kamienną   twarzą   oświadczyła 

zdumiewająco mocnym i stanowczym tonem:

–   Jeszcze   zostaniemy.   Teraz,   gdy   minęło   niebezpieczeństwo,   mogę 

pochować ojca. Zrobię to jutro. Będzie spoczywał obok mojej matki.

–  Jeśli   jednak   chciałaby   pani  przedtem   mieć   trochę   czasu   dla   siebie, 

mogę przetrzymać zwłoki dopóty, dopóki... – zaproponował szeryf.

– Już więcej nie wrócę do tego miasta. Nigdy – oznajmiła Sarah. Szeryf 

Gallagher ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Zrobiła pani to, co należało. Niech pani nigdy w to nie zwątpi.
Sarah spojrzała na ciotkę, a potem na Tony'ego. Wziął ją za rękę i oboje 

ruszyli w stronę domu.

Dopiero   gdy   dotarli   do   tarasu,   rzuciła   za   siebie   okiem.   Z   szopy   i 

kręcących się wokół ludzi przeniosła wzrok dalej, na spokojne wody jeziora 
Flagstaff. W obliczu tego, co uczyniła, pogodny urok tego miejsca, blask 
promieni słońca odbijających się od powierzchni i śpiew ptaka siedzącego 
na pobliskim drzewie wydawały się świętokradztwem.

Topiel niczym czarne lustro.
Haniebne czyny.
Na   szczęście,   wszystko   to   było   już   poza   nią.   Właśnie   rozpoczynała 

nową, drugą część życia.

Zła pogoda szła w parze z ponurym nastrojem dnia. Pociemniałe niebo 

groziło deszczem. Wzdłuż drogi prowadzącej do cmentarza stał długi sznur 
zaparkowanych   samochodów.   Przybyli   tu   ludzie   czekali   na   przyjazd 
karawanu   i   rozpoczęcie   pogrzebowych   uroczystości.   Z   ich   twarzy   było 
trudno wywnioskować, co myślą. Nie rozmawiali ze sobą. Wyglądali tak, 
jakby wstydzili się spojrzeć sobie w oczy.

Mieszkańcy   Marmet   przeżywali   prawdziwy   szok.   Nadal   nie   mogli 

uwierzyć,   że   przez   dwadzieścia   lat   hołubili   zabójczynię.   Tiny   Bartlett, 
Marcia   Farrell   i   Annabeth   Harold   odczuwały   teraz   na   własnej   skórze 
namiastkę   tego,   co   musiała   niegdyś   przeżywać   nieszczęsna   Catherine 
Whitman. Obywatele tego miasta nie byli w stanie uwierzyć, że wszystkie – 
trzy, tak bardzo przyjaźniąc się z Moirą Blake, nie podejrzewały niczego.

Komentarze   wzbudziła   także   sprawa   myśliwskiej   strzelby   Charlesa 

Bartletta,   z   której   usiłowano   zabić   Sarah   Whitman.   Mimo   że   został   on 
oczyszczony z wszelkich zarzutów, niektórzy nie przestawali szeptać, że nie 
ma dymu bez ognia...

background image

Teraz   wszyscy   czekali,   w   milczeniu   i   drżąc   z   zimna,   żeby   godnie 

pożegnać czcigodnego obywatela miasta i złożyć kondolencje jego córce. A 
także, być może po to, aby poprosić Boga o odpuszczenie grzechów.

Wreszcie   oczom   zebranych   ukazał   się   karawan.   Towarzyszył   mu 

samochód, za którym jechały trzy radiowozy.

Pragnąc   stać   się   naocznymi   świadkami   niecodziennego   wydarzenia, 

mieszkańcy   Marmet   zaczęli   przesuwać   się   powoli   ku   przygotowanemu 
miejscu pochówku. Otworzono karawan. Do wysuniętej trumny podeszli, na 
prośbę Sarah, szeryf i czterej jego ludzie, a także Harmon Weatherly, ubrany 
w   ciemny   garnitur.   Ustawiwszy   się   po   trzech   z   każdej   strony   trumny, 
zanieśli ją do otwartego grobu.

Kiedy   z   samochodu   stojącego   za   karawanem   wynurzył   się   Silk 

DeMarco, mając u boku Sarah Whitman, zgromadzeni mieszkańcy miasta 
wstrzymali oddech. Wiedzieli, co uczyniła ta kobieta, i dlaczego. Na widok 
łez płynących po jej bladej, ściągniętej twarzy odwrócili się.

Zachwiała się, stanąwszy nad otwartym grobem. Tony podtrzymał ją i 

przyciągnął do swego boku. Po wczorajszych dramatycznych przeżyciach 
lekarz   chciał   podać   Sarah   środki   uspokajające,   lecz   odmówiła.   Nic   nie 
byłoby w stanie sprawić, aby przestała mieć przed oczyma wykrzywioną 
twarz Moiry Blake, oszalałej z nienawiści.

Z tłumu wysunął się pastor z kościoła, do którego Sarah uczęszczała jako 

dziecko.  Z  chęcią  zgodził  się  odczytać  nad  grobem  Franklina  Whitmana 
biblijny werset.

Głos miał donośny.
– Przyszliśmy tutaj, aby pożegnać Franklina Jamesa Whitmana i złożyć 

do grobu jego ciało. Na prośbę córki zmarłego odczytam wam z Biblii tylko 
jeden werset. Zaraz potem macie opuścić to miejsce.

Wśród   zebranych   nastąpiło   poruszenie,   ale   nikt   nie   odważył   się   na 

głośne komentarze. Mieszkańcy Marmet poczuli się zawiedzeni, a nawet w 
jakimś sensie oszukani. Przybyli tu gromadnie i długo czekali na zimnie po 
to tylko, aby usłyszeć, że zaraz mają sobie pójść.

Pastor odchrząknął i spojrzał na Sarah.
–   Pani   Whitman   –   zaczął   –   zanim   rozpocznę   czytanie,   w   imieniu 

wszystkich mieszkańców tego miasta jestem winien pani przeprosiny. Za to, 
że wyparliśmy się pani w najcięższych dla pani godzinach życia.

Sarah skuliła się wewnętrznie. Nie sądziła, że pastor powie coś takiego. I 

background image

nie   przypuszczała,   że   słowa,   na   które   czekała   tak   długo,   sprawią,   iż 
wzruszenie ściśnie jej gardło i sprawi, że oczy wypełnią się łzami.

Tony dostrzegł, jak bardzo była wstrząśnięta. Nachylił się i wyszeptał:
– Bądź silna, dziecinko. Zrób to dla mnie. Ci ludzie nie mogą zobaczyć, 

że płaczesz. Sarah odetchnęła głęboko i powoli. Usłyszała donośny głos.

–   Nowy   Testament,   Ewangelia   według   świętego   Mateusza,   rozdział 

siódmy, werset pierwszy. „A Pan powiedział: Nie sądźcie, abyście nie byli 
sądzeni". – Pastor zamknął Biblię i podniósł wzrok. – Zapamiętajcie to sobie 
na zawsze. I odejdźcie.

Nikt się jednak nie poruszył. Zebrani obserwowali Sarah Whitman, która 

wyjęła   z  kieszeni   coś  niewielkiego  i  położyła   na  trumnie.  Tylko  stojący 
najbliżej mogli dostrzec, że jest to małe kółko z kluczami zaopatrzone w 
etykietkę „Numer jeden, Tatuś".

Do Sarah Whitman podszedł szeryf Gallagher. Zdjął kapelusz i uścisnął 

jej   rękę.   To   samo   zrobili   jego   ludzie,   którzy   zaraz   potem   wrócili   do 
radiowozów. Przed Sarah Whitman stanął Harmon Weatherly. W milczeniu 
ucałował jej dłoń.

Żeby się nie rozpłakać, skupiła wzrok na kluczach leżących na trumnie. 

Poczuła na twarzy pierwszą kroplę deszczu.

Tony dostrzegł, że Sarah jest bliska załamania.
– Kochanie...
Drgnęła nerwowo, a potem spojrzała na swego towarzysza tak, jakby 

miała przed sobą kogoś zupełnie obcego.

– Zaczyna padać – stwierdził,  wziąwszy  ją delikatnie za rękę; chciał 

zapobiec atakowi histerii.

Odwróciła   się   w   stronę   ludzi   stojących   za   jej   plecami   i   zaczęła 

wpatrywać   się   w   ich   twarze.   Paul   Sorenson   nie   wytrzymał   jej   wzroku. 
Annabeth Harold opuściła głowę. Sarah pragnęła, aby wszyscy widzieli, jak 
darowuje im winy. Powinni pamiętać do końca życia, jakie tragiczne skutki 
spowodował brak chrześcijańskiego miłosierdzia.

Potem spojrzała na Tony'ego. Miłość widoczna w jego oczach zmyła z 

jej duszy resztki goryczy.

– Czy to już koniec? – spytała, kiedy prowadził ją do samochodu.
– Tak, dziecinko – potwierdził. – Koniec. Czas wracać do domu.

background image

EPILOG

Nowy Orlean, Luizjana Sześć miesięcy później
– Och, ma chere... lepiej pilnuj swojego mężczyzny. Teraz uwodzi panią 

Bonet – ostrzegła szeptem Michelle.

Właśnie odbywało się uroczyste otwarcie klubu „Tres Silk". Zgodnie z 

przewidywaniami   Sarah,   to   nowe   przedsięwzięcie   zapowiadało   wielki 
sukces. Popatrzyła na Tony'ego krążącego wśród gości, a potem rozsiadłszy 
się wygodniej w fotelu, uśmiechnęła do najmłodszej córki Lorett i poklepała 
po brzuchu.

– Michelle, nie wygadywałabyś takich rzeczy, gdybyś znała Tony'ego 

tak dobrze jak ja. Mam tutaj coś, z czego nigdy nie zrezygnuje. – Sarah 
przesunęła dłoń z brzucha w miejsce, w którym biło jej serce. – A to, co jest 
tutaj, nie pozwoli odejść mnie.

Michelle   zachichotała,   dotknęła   serdecznym   gestem   ramienia   Sarah   i 

poszła odszukać męża. Uznała, że Francois podoba się stanowczo zbyt wielu 
kobietom.

Gdy tylko Sarah, została sama, obok niej pojawił się Tony. Nachylił się, 

odgarnął na bok włosy żony i ucałował ulubione miejsce za uchem.

– Jakie to miłe... – wyszeptała zadowolona. Podniosła się i z kuszącym 

uśmiechem na twarzy zapytała Tony'ego: – Nie zamierzasz poprosić mnie 
do tańca?

Porwał ją w ramiona. Wirowali przy dźwiękach powolnego, zmysłowego 

bluesa.

– Jesteś moja – wyszeptał.
– Powtórz – poprosiła.
– Jesteś moja... moja na zawsze. Sarah podniosła głowę i z uśmiechem 

spojrzała na męża.

– Dziś czujemy się trochę jak w raju – uznała.
– Dlaczego tylko trochę? – spytał, udając rozczarowanie.
Wsunęła dłonie pod jego smoking i odchyliła poły na tyle, aby poczuć 

podniecenie partnera.

– Silk, mój ty piękny... Raj to rzecz względna. Tutaj, w klubie, dzielę się 

tobą z innymi, ale w domu jest inaczej. Możemy być tylko we dwoje. Tam 

background image

mieści się mój raj. Z tobą i z naszym dzieckiem, które wkrótce przyjdzie na 
świat.

Zbyt wzruszony, by mówić, Tony przyciągnął Sarah do siebie i obrócił w 

tańcu.

Niekiedy  nocą, gdy dom tonął w ciemnościach,  a  żona spała  w jego 

ramionach, wracały dawne obawy. Wiedział, jak puste byłoby jego życie bez 
tej kobiety. Będzie pamiętał do końca swoich dni, co się stało i co musiała 
przeżyć. I padał na kolana, dziękując Bogu, że uniknęła śmierci.

W tańcu podprowadził Sarah pod wielki żyrandol, zdobiący środek sali i 

tu się zatrzymał. Wokół nich wirowały nadal inne pary.

– Sarah Jane, podnieś wzrok – poprosił. Rozluźniona tańcem, wesoło 

przekrzywiła głowę.

–   Miałeś   rację,   nie   jest   za   duży.   Przyznaję,   ten   żyrandol   wygląda 

imponująco.

– To światło dla ciebie – powiedział miękkim głosem.  – Już zawsze 

będzie chroniło cię przed mrokiem.

Na twarzy Sarah zbladł uśmiech. Poczuła, że nie zdoła powstrzymać łez. 

Kiedy   ukazały   się   w   oczach,   powoli   spuściła   głowę,   a   potem   odwróciła 
wzrok.

Tony   nie   zamierzał   jednak   pozwolić   żonie   znów   uciec   myślami   w 

przeszłość. Nigdy więcej nie będzie przeżywała ponownie koszmaru, który 
dręczył ją bezustannie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

– Sarah, nie wracaj do tamtych dni. Masz poza sobą mroczną przeszłość. 

Od dziś będziemy żyć w pełnym świetle.

Zaczęli wirować pod roziskrzonym wielkim żyrandolem.
Tańczyli dopóty, dopóki twarzy Sarah nie rozjaśnił promienny uśmiech. 

Tony miał rację. Na zawsze wydostali się z mrocznej przeszłości. Czekało 
ich szczęśliwe życie. Z dzieckiem. W dozgonnej miłości.