background image

Elizabeth Harbison 

Pamiętny dzień 

background image

PROLOG 

Dwadzieścia pięć lat wcześniej 

- Możemy sobie pozwolić na zaadoptowanie tylko jedne-

go dziecka - oświadczyła zdecydowanie kobieta. - Wiem, że 
ona ma jeszcze dwie siostry, ale- my... my po prostu nie zdo­
łamy zapewnić odpowiedniej opieki całej trójce. 

Virginia Porter, dyrektor domu dziecka Barrie Home 

w Brooklynie, przyjrzała się uważnie parze, która chciała za­

adoptować dziewczynkę imieniem Laurel. Nazwiska dziecka 
nie znano, jedynie owo imię, które znajdowało się na branso­
letce identyfikacyjnej. Ci młodzi ludzie sprawiali miłe wrażenie, 

wywiad środowiskowy nie ujawnił nic niepokojącego, można 

było powierzyć im dziecko, z pewnością dobrze się nim zajmą. 

Virginia wiedziała, że nie każdy podoła finansowo wychowa­

niu trójki dzieci, rozumiała więc decyzję tych dwojga, mimo to 
serce ją bolało na myśl, że niedługo te trzy wesoło bawiące się 
dziewczynki zostaną rozdzielone na zawsze. 

- Proszę nas zrozumieć - ciągnęła Pamela Standish. - Po­

zostałe dwie dziewczynki też są bardzo miłe, ale zdecydowa­
liśmy się na brunetkę, ponieważ z nich trzech ona jest naj­
bardziej podobna do nas. 

background image

10 

- Kochanie, a może dalibyśmy radę? - podsunął mąż. 
- Nie - ucięła ostro Pamela. - Nie damy rady wziąć wszyst­

kich. Aha, żądamy, by nie ujawniano informacji o jej adopcji 
aż do osiągnięcia przez nią pełnoletności. Wszystko wyjaś­
nimy Laurel w stosownym momencie, ale nie życzymy sobie, 
żeby ktoś niepowołany miał wgląd w jej papiery. 

Virginia wymieniła spojrzenia z siostrą Gladys, która po­

magała jej prowadzić sierociniec. 

- Proszę się nie obawiać, poufność adopcji jest zagwaran­

towana prawnie. 

- Przygotowałam dla Laurel notatkę o tym, jak długo 

przebywała u nas i o tym, że ma dwie siostry - rzekła sio­
stra Gladys. 

-'Nie chcę, żeby o nich wiedziała - zaoponowała Pamela. 
- Ale ona musi wiedzieć o ich istnieniu. Któregoś dnia za­

pragnie je poznać. 

- Siostro Gladys, decyzja należy do państwa - wtrąciła 

szybko Virginia, widząc popłoch na twarzach Standishów. 

Rozmowę dorosłych przerwała nagle jasnowłosa Lily, chy­

ba najbardziej zdeterminowana z trojaczek, która mozolnie 
przedarła się przez górę pluszowych zabawek, zaścielających 
podłogę i wreszcie podeszła do swojej siostrzyczki. 

- Ceść, Lor. - Lily objęła Laurel. - Kocham cię. wies? Ni­

gdzie nie pójdzies, prawda? Nie idź. Nie idź, Lor. * 

W tym momencie siostra Gladys się rozpłakała. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Zimny wiatr powiał nad doliną rzeki Hudson, z łatwością 

przeniknął przez cieniutki płaszczyk Laurel Midland, pode­
rwał z ziemi suche liście i cisnął nimi o wielką bramę z kute­
go żelaza, broniącą dostępu do posiadłości Gray Manor. Za 
stojącym na odludziu domem jak okiem sięgnąć ciągnęły się 

winnice, jeszcze pogłębiając wrażenie samotności i izolacji 

tego miejsca. 

Laurel niepewnie spojrzała za oddalającą się taksówką, ogar­

nęło ją lekkie zdenerwowanie. Nigdy wcześniej nie pracowała 

jako opiekunka do dziecka, lecz bez wahania odpowiedziała 

na ogłoszenie, wiedząc, że sprawdzi się jako niania. Teraz jed­
nak ogarnęły ją wątpliwości, gdyż dom, który miała przed so­
bą, sprawiał wrażenie gmaszyska ponurego jak grobowiec, nie 

wyglądało na to, by w ogóle ktoś tu mieszkał, a co dopiero sześ­

cioletnie dziecko. Na obecność dziecka powinien wskazywać 
rowerek, kolorowe zabawki, huśtawka, lalka zostawiona przy­
padkiem w ogrodzie... Tu nie było nic. 

Przez moment rozważała, czy nie odwrócić się i nie 

odejść, lecz tak naprawdę nie mogła sobie na to pozwolić, 
ponieważ potrzebowała pieniędzy, w dodatku w takiej twier­
dzy jak Gray Manor czułaby się bezpiecznie. Dlatego też 

background image

zrobi najlepiej, pozbywając się obaw i zostając tutaj. Zresztą 

opieka nad jedną sześciolatką będzie znacznie lżejszą pracą 
niż ta, którą wykonywała przez ostatnich pięć lat w Europie 

Wschodniej, gdzie pomagała chorym dzieciom i uczyła je 

angielskiego. Pobyt w tej posiadłości będzie stanowił etap 

przejściowy między piekłem przeszłości a spokojnym, nor­
malnym życiem, jakie zamierzała kiedyś prowadzić. Tylko 
czy ona w ogóle miała jakieś szanse na normalne i spokojne 
życie, wziąwszy pod uwagę, co się wydarzyło? Czy kiedykol­

wiek zdoła się wyplątać z sytuacji, w jakiej się znalazła? 

Zadrżała, gdyż znowu powiał wiatr, jeszcze zimniejszy 

i dziwnie nieprzyjemny, jakby ktoś złowieszczo szeptał sło­

wa ostrzeżenia, lecz Laurel nie zamierzała poddawać się lę­

kowi, gdyż strach był tylko emocją, a więc czymś przelotnym, 
nieistotnym, nierzeczywistym. Wszystkie uczucia były złu­

dzeniami, kłamstwami. 

W ogóle jej życie było pełne kłamstw. 

Zdecydowanie nacisnęła przycisk dzwonka przy bramie, 

a po chwili w głośniku rozległ się trzask. 

- Kto tam? - odezwał się ktoś. 
- Laurel Midland. 

Cisza. 

- Nowa niania - dodała nieco niepewnie. 
- Ach, oczywiście! Proszę chwilę zaczekać. 

W głośniku coś ponownie trzasnęło, potem brama powoli 

się otworzyła. Laurel zacisnęła dłoń na rączce zniszczonej wa­
lizki, w której znajdowało się wszystko, co posiadała - trochę 
ubrań, paszport, osobiste notatki oraz bransoletka identyfika­
cyjna, którą nosiła niegdyś w domu dziecka. Drzwi otworzyły 

background image

13 

się, ledwie zdążyła do nich podejść, nawet nie musiała pukać. 

Niska i pulchna kobieta z siwymi włosami upiętymi na czubku 

głowy obdarzyła ją serdecznym uśmiechem. 

- Panno Midland, tak się cieszymy z pani przyjazdu! Je­

stem Myra Daniels, tutejsza gospodyni, i to od czterdziestu 

już lat, no niechże pani wejdzie, moja droga, nie będzie tak 

pani stała na zimnie! - Zdecydowanie wzięła od Laurel wa­
lizkę, zamknęła drzwi i zaprowadziła gościa do wyłożonego 
marmurem holu, gdzie postawiła walizkę u stóp imponują­

cych schodów. - Witamy w Gray Manor. 

- Dziękuję - rzekła Laurel, miło zaskoczona tym nieocze­

kiwanie ciepłym przyjęciem. 

- Pani podopieczną będzie Penny - terkotała gospodyni. 

- Biedactwo ma zaledwie sześć lat, a już taką tragedię prze­

żyło! Półtora roku temu jej rodzice mieli wypadek samocho­

dowy we Włoszech i Angelina, jej mama, zginęła. 

Serce Laurel aż ścisnęło się boleśnie ze współczucia. 

- Och, tak mi przykro. 
- Dla Penny to był straszny cios. Jej tata ma trudności 

ze znalezieniem właściwej opiekunki do dziecka, ma swoje 
koncepcje co do tego, jaka to powinna być osoba, ale myli 
się, kompletnie się myli. 

Ciekawe, gospodyni nie wspomniała o tym, by śmierć 

Angeliny była ciosem również dla ojca dziewczynki... Oczy­

wiście Laurel nie zamierzała o nic pytać. 

- A jaka to powinna być osoba według niego? 

Myra Daniels tylko machnęła ręką. 

- Nieważne. Pani znakomicie się nadaje, ja już to widzę. 

A teraz Miles zaniesie pani walizkę na górę. Miles! Miles! 

background image

- Idę, idę! 

W holu pojawił się chudy i wysoki mężczyzna, zgarbiony 

do tego stopnia, że jego sylwetka przypominała znak zapyta­
nia. Różowa łysina lśniła w świetle kinkietów. 

- Nie musisz aż tak krzyczeć, nie jestem głuchy. - Pod­

niósł wzrok i dopiero w tym momencie zauważył Laurel, 
a wtedy jego spojrzenie złagodniało. - O, dzień dobry. Pa­
nienka jest nową nianią? 

- Tak. - Wyciągnęła do niego dłoń. - Laurel Midland. 
- Miles Kerry - odparł, ukazując w uśmiechu krzywe zęby. 

- Panienka jest bardzo młoda. 

- Nie aż tak bardzo - zaoponowała. 
- Spotkała już panienka pana Graya? 
- Jeszcze nie - ucięła gospodyni, uciszając go wzrokiem. -

Zanieś rzeczy panny Midland do jej pokoju, a ja tymczasem 

oprowadzę ją po domu. 

- Nie ma takiej potrzeby, bo ona tu nie zostanie - odezwał 

się twardy głos za ich plecami. 

Zaskoczona Laurel odwróciła się i ujrzała barczystego 

Adonisa w garniturze, przy czym Adonis był zaskakująco 

sztywny i zimny. Szczególnie zimne wydawały się oczy, prze­
nikliwe i oceniające - gdyby nie one, jego twarz sprawiała­
by przyjemne wrażenie, ponieważ miał naprawdę ładne usta, 

prosty nos, męskie rysy i gęste ciemnoblond włosy. 

I tylko te oczy, oczy człowieka, który dużo widział i w nic 

już nie wierzył... 

- To pan Gray - rzekła Myra, biorąc Laurel pod rękę i pro­

wadząc ją w jego kierunku. - Charles, to Laurel Midland, no­
wa niania Penny. 

background image

15 

- Wydawało mi się, że wyraziłem się całkiem jasno - wy­

cedził, patrząc na gospodynię. 

- Bardzo jasno - zgodziła się spokojnie. - Nie przywitasz 

się z panną Midland? 

Zapadła kłopotliwa cisza, więc Laurel postanowiła wziąć 

byka za rogi i z uśmiechem pierwsza wyciągnęła rękę. 

- Miło mi pana poznać. 

Po chwili musiała opuścić rękę, gdyż mężczyzna nawet 

nie drgnął. 

- Bardzo się cieszę, że mogę tutaj być - ciągnęła. 

Zmierzył ją spojrzeniem. 

- Doprawdy? 
- Tak - rzekła, bo co miała odpowiedzieć? Ten człowiek 

był jej pracodawcą, więc musiała postępować dyplomatycz­

nie. - Już nie mogę się doczekać, kiedy spotkam Penny. Na 
pewno będziemy się wspaniale bawić. 

- Wspaniale bawić - powtórzył. - Czy według pani zada­

niem opiekunki jest bawienie dziecka? 

Nie miała pojęcia, jaką odpowiedź chciał usłyszeć, lecz wie­

działa, co sama myśli na ten temat, więc odparła szczerze: 

- Moim zdaniem to główna część jej pracy. 

Mężczyzna spojrzał na gospodynię. 

- Sama widzisz, w czym problem. 
- Nie rozumiem - wtrąciła Laurel, lecz on nawet na nią 

nie spojrzał, dalej zwracał się tylko do Myry Daniels: 

- Moją córkę trzeba wychowywać i uczyć, a nie zabawiać. 
- Charles, daj szansę innemu podejściu. 

Laurel czuła się tak, jakby podsłuchiwała czyjąś rozmowę, 

wolała więc włączyć się do dyskusji, zamiast milczeć. 

background image

- Panie Gray, może zdołam w jakiś sposób rozwiać pań­

skie wątpliwości i pomóc panu? 

Dopiero wtedy spojrzał na nią ponownie. 

- Nie sądzę. 

Widziała, że ta praca wymyka jej się z rąk. 

- Dobrze rozumiem, że trudno jest powierzyć swoje dziec­

ko obcej osobie, lecz nie musi się pan obawiać, potrafię pra­

cować z dziećmi i z pewnością wspaniale się dogadamy 
z Penny. Proszę mi zaufać. 

Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. 

- Co za optymizm. 
- W tej pracy dobrze mieć optymistyczne podejście. 

Laurel była optymistką z wyboru. Musiała nią być, bo 

inaczej - zważywszy, co przeżyła - któregoś dnia mogłaby 
stwierdzić, że nie ma powodu, żeby rano wstać. Może nawet 
nie znalazłaby ppwodu, żeby w ogóle się obudzić. 

- Byłoby dla pani lepiej, gdyby miała pani podejście reali­

styczne. Sprawdza się w każdej pracy. 

- Być może, lecz Penny skorzysta, jeśli pozostanę na razie 

przy optymistycznym. 

Przez moment miał dziwną minę, zaś Laurel nie potrafiła 

ocenić, czy był zły, czy rozbawiony. 

- Za to chyba nikt nie korzysta na tym, że jest pani kłótliwa. 

Uśmiechnęła się. 

- Raczej konsekwentna. A na tym korzystają wszyscy. 

Skinął głową. 

- Panno... 
- Midland. 
- Panno Midland, wygląda pani na miłą dziewczynę, więc 

background image

17 

z góry przepraszam za to, co powiem, gdyż może się to pani 

wydać dość ostrym postawieniem sprawy... 

Nieco się zjeżyła, słysząc słowo „dziewczyna", ponieważ 

zabrzmiało to protekcjonalnie. Nie zamierzała jednak dać się 

onieśmielić, chociaż sztywny i zimny Charles Gray był bar­
dzo onieśmielający. 

- Do czego pan zmierza, panie Gray? 
- O, jest pani bezpośrednia. - Nieoczekiwanie uśmiechnął 

się, ukazując równe, białe zęby, a ten uśmiech otłmienił je­

go twarz, która nagle stała się szalenie atrakcyjna. - To mi się 
podoba. 

Serce Laurel na moment zabiło szybciej, lecz wytłuma­

czyła sobie, że to tylko i wyłącznie z zaskoczenia. 

- Wydaje mi się, że pan też taki jest. 
- Jak najbardziej. 
- W takim razie powinniśmy się dobrze rozumieć, nie są­

dzi pan? 

Tak naprawdę sama nie bardzo w to wierzyła, lecz miała w ży­

ciu do czynienia z wieloma trudnymi ludźmi, więc wiedziała, co 
myśleć o Charlesie Grayu. Taki mężczyzna natychmiast wyko­
rzystywał każdą oznakę słabości lub niepewności, by zdomino­

wać drugą osobę, na szczęście Laurel znała mechanizm takiego 
postępowania, więc mogła się bronić. W dodatku bardzo potrze­
bowała tej pracy, a determinacja dodawała jej sił. 

Jej owdowiały ojciec poszedł na rentę, lecz otrzymywał 

tak niewiele pieniędzy, że ledwie wiązał koniec z końcem. 
Chociaż był porządnym człowiekiem, Laurel nigdy nie czu-
ła się z nim szczególnie związana, ponieważ we wszystkim 
ulegał swojej żonie, zazdrosnej i niezwykle apodektycznej 

background image

która musiała rządzić wszystkimi dookoła. Matka odczekała, 
aż Laurel skończy szesnaście lat i wtedy poinformowała ją, 

że została adoptowana. Od tej pory nie przestała podkreślać, 

jak wspaniałomyślnie postąpiła wobec niej, ponieważ chcia­

ła się nią zająć, a biologiczni rodzice - nie. Wytrzymanie z 
podobną osobą pod jednym dachem nie należało do najła­
twiejszych zadań, teraz jednak matka nie żyła, a Laurel prze­

stała czuć do ojca urazę za ustępowanie matce we wszystkim 
i chciała mu pomóc w miarę swoich możliwości. 

- Och, jestem pewien, że cały okres naszej znajomości bę­

dzie cechować bezpośredniość i szczerość - odparł Charles 
Gray. 

Miles zakasłał, a gdy Myra spiorunowała go wzrokiem, 

czym prędzej się ulotnił. 

- Cieszę się - rzekła Laurel. - Wygląda to na dobry po­

czątek współpracy. 

- Może to pani tak nazwać. - Zwrócił się do gospodyni: 

- Myro, zajmij się zakończeniem. 

Laurel przez chwilę nie rozumiała, o co chodzi, ale szyb­

ko doszła do wniosku, że Myra ma dopilnować ustalenia 
wszystkich szczegółów umowy o pracę. 

- Wolałabym, żebyś to jeszcze przemyślał - odparła go­

spodyni. 

- Wiem, że wolałabyś. 
- Daj szansę. - Wpatrywała się w niego z natężeniem. -

Proszę. Dla dobra Penny. 

... Na wzmiankę o dziecku jego rysy stwardniały, usta zacis­
nęły się. w wąską kreskę. 

- Gały, czas  m a m na względzie właśnie jej dobro. 

background image

19 

- Tak, ale wątpię, czy rozumiesz, co będzie dla niej najlep­

sze. Ona potrzebuje młodej i energicznej opiekunki, dzięki 
której do tego domu wróci życie... 

- Wiem, czego potrzebuje moja córka - warknął. 

Myra nie dała się zastraszyć. 

- Moim zdaniem panna Midland znakomicie się nadaje. 

Charles Gray zmierzył ją przeciągłym spojrzeniem, po 

czym wycedził: 

- Wypisz dla niej czek. 

W tym momencie dla Laurel stało się jasne, że przegrała, 

lecz życie nauczyło ją, że czasem można obrócić sytuację na 

swoją korzyść, bezczelnie udając, że nie dostrzega się porażki. 

- Czek? Przecież mam otrzymywać wynagrodzenie pod 

koniec każdego tygodnia. 

- Albo w momencie zakończenia współpracy, który to 

moment właśnie nastąpił. - Odwrócił się. 

- Chwileczkę! - zawołała, zatrzymując go, a kiedy Charles 

Gray pytająco uniósł brew, rozpaczliwie zaczęła się zastana­

wiać, w jaki sposób skłonić go do zmiany zdania. - Czy chce 

mi pan powiedzieć, że mam się stąd zabierać? 

- Właśnie. 
- A co z moją pracą? Przecież dopiero co mnie pan za­

trudnił. 

- A teraz panią zwalniam. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Zwalnia mnie pan? - powtórzyła z niedowierzaniem. -

Zanim zaczęłam pracować? 

- W tym domu nie ma zapotrzebowania na pani usługi 

- uciął zimno, jakby przywykł do wyrzucania ludzi z pracy 

i nie odczuwał przy tym nawet odrobiny współczucia. 

- Jak to możliwe? Zaledwie dwa tygodnie temu były na ty­

le potrzebne, że zostałam zatrudniona. 

- Co okazało się błędnym posunięciem. - Obrzucił gospo­

dynię wymownym spojrzeniem. 

- Rozumiem, że pan chciałby widzieć w charakterze niani 

zupełnie inną osobę, ale - z całym szacunkiem - jakoś nie 
dostrzegłam przed domem kolejki chętnych. 

- Ponieważ wolę rozmawiać oddzielnie z każdą kandydatką. 
- P a n n a Midland ma rację - podchwyciła gospodyni 

z chytrym błyskiem w oku. - Aktualnie nie mamy innych 
chętnych, a potrzebujemy kogoś, żeby zaczął od zaraz. 

W tym momencie w holu rozległy się drobne kroczki. 

Laurel odwróciła się i ujrzała dziewczynkę z długimi kaszta­
nowymi włosami, ubraną w nieco za małą sukienkę. Dziecko 
szło z pochyloną głową, nuciło pod nosem coś pozbawione­
go melodii i poprawiało jasne loki porcelanowej lalki. Kiedy 

background image

21 

Penny podniosła wzrok i zobaczyła obcą osobę, aż pobladła 
ze strachu i odwróciła się szybko, żeby uciec. 

- Dzień dobry, Penny! - zawołała za nią. Laurel. 
- Penny, podejdź do nas - poprosiła Myra. 

Dziecko odwróciło się z wyraźnym ociąganiem. 

- Chodź, kochanie - namawiała z uśmiechem gospodyni. 
- Zostaw ją, jak chce, niech sobie idzie - zażądał Charles. 

- Po co ją w to wciągać i komplikować sprawy? 

- Penny, to jest panna Laurel. 
- Myra! - rzucił ostrzegawczo Charles. 

Laurel nie była pewna, jak postąpić i co powiedzieć. Z jed­

nej strony usłyszała, że jej usługi nie są w tym domu potrzeb­
ne, z drugiej nie mogła zignorować dziecka. 

- Cześć, Penny - przywitała się, ukucnąwszy najpierw, by 

znaleźć się na poziomie dziewczynki. - Masz bardzo ładną 
lalkę. Jak jej na imię? 

Kiedy dziewczynka milczała ze wzrokiem wbitym w podło­

gę, Laurel wskazała na słowo wyhaftowane na sukience lalki. 

- Margerytka? 

Penny skinęła główką. 

- Śliczne imię. I pasuje do jej jasnych włosów. 

Dziecko nadal uparcie patrzyło w podłogę. 

- Margerytka ma nową sukienkę - wtrąciła Myra, pod­

trzymując rozmowę. 

Charles prychnął ze zniecierpliwieniem. 

- Mogę obejrzeć? - Laurel dotknęła lalki, lecz Penny moc­

no trzymała ją za ramię. - Nie chcesz, żebym ją oglądała? 

Dziewczynka potrząsnęła głową, a w jej oczach zakręciły 

się łzy. Czy to możliwe, by bała się Laurel? 

background image

Nie chcąc jej przestraszyć, Laurel cofnęła rękę. 

- Może kiedy indziej mi ją pokażesz. Ale nie musisz, je­

śli nie chcesz. 

I kiedy już myślała, że dziecko ucieknie, a zaraz potem 

Charles Gray pokaże jej drzwi, Penny po chwili wahania 
odezwała się żałosnym głosikiem: 

- Ona jest chora. Złamała rączkę. - I pokazała, że ramię 

lalki, które cały czas kurczowo trzymała, jest ułamane. 

- Oj, niedobrze! - zawołała ze współczuciem Laurel. 
- Jesteś pielęgniarką? 
- C ó ż . . . 
- Wyleczysz ją? 

Rączka lalki ułamała się dość równo i bez żadnych ubyt­

ków, więc nie byłoby trudno ją przykleić. Laurel pytająco 

zerknęła na Charlesa, ponurego jak chmura gradowa. 

- Idźcie do pokoju Penny i wyleczcie Margerytkę - zapro­

ponowała Myra, pochylając się nad nimi. - Niech pani idzie, 
chcę zamienić z nim dwa słowa - szepnęła. 

- Umiesz ją wyleczyć? - powtórzyło dziecko. 
- Chyba tak. Masz klej? 
- Mam. W pokoju. 
- To zaprowadź tam pannę Laurel - powiedziała gospodyni. 

Dziewczynka popatrzyła na obie kobiety, a potem na 

schody. Tylko na ojca nie spojrzała. 

Laurel weszła za dzieckiem na piętro, gdzie ujrzała nie­

wiarygodnie długi korytarz, oświetlony ozdobnymi kinkie­
tami. Penny otworzyła ostatnie drzwi po lewej. Za nimi znaj­

dował się pokój pełen marmurów, stiuków i złoceń, bardziej 
odpowiedni dla leciwej hrabiny niż dla sześciolatki. Dziecko 

background image

23 

podeszło do niedużego sekretarzyka i wyjęło z niego bute­
leczkę kleju. Laurel zauważyła, że rzeczy w sekretarzyku były 
pedantycznie poukładane, zresztą w całej sypialni panował 
idealny porządek. Ale czy dziecko mogło się swobodnie czuć 

i dobrze bawić w podobnym otoczeniu? 

Starannie przykleiła porcelanową rączkę i po chwili po­

dała lalkę dziewczynce. 

- Potrzymaj ją tak przez kilka minut, a potem odłóż. Za 

parę godzin klej wyschnie i Margerytka będzie zupełnie 
zdrowa. 

- Jesteś dobrą pielęgniarką. 

Twój tata ma na ten temat inne zdanie, pomyślała Laurel. 

- Dziękuję - powiedziała tylko. 

Penny po raz pierwszy spojrzała jej w oczy. 

- Zostaniesz z nami i będziesz moją nianią? 
- Nie wiem - odparła uczciwie. 
- Nikt niczego nie wie. 

Dziwne, że dziecko powiedziało coś podobnego. W do­

datku zabrzmiało to trochę złowieszczo. 

- Ale chciałabym tu zostać. 

Penny odwróciła się i podeszła do okna. 

- Jest dużo chmur. Chyba będzie padał śnieg. 

- Możliwe. Muszę już iść na dół. - Laurel lekko dotknęła ra­

mienia dziewczynki. - Miło było cię poznać. I Margerytkę też. 

- Lubisz mnie? 

Laurel zaskoczyła gwałtowność, z jaką dziecko zadało to py­

tanie. W natarczywym głosie Penny brzmiała niemal złość. 

- Tak, lubię cię - odparła, przyklęknąwszy na podłodze, 

by ich twarze znajdowały się na jednym poziomie. 

background image

-i Margerytkę też? 
- Oczywiście. 

Wyraz buzi dziewczynki złagodniał, chociaż jeszcze dale­

ko było do tego, żeby się uśmiechnęła. 

- Chciałabym, żebyś została. 
- Ja również. - Laurel impulsywnie pocałowała Penny 

w policzek. 

Kiedy z powrotem znalazła się w głównym holu, nie zastała 

tam nikogo, więc przez moment nie wiedziała, co ze sobą po­
cząć, lecz niedługo potem nadbiegła zadyszana gospodyni. 

- Pan Gray czeka na panią w swoim gabinecie. Tędy. 
- Pani Daniels, nie rozumiem, co się dzieje. Czemu mnie 

zatrudnił i od razu zwolnił, gdy tylko mnie zobaczył? Co mu 
we mnie nie odpowiada? 

- To ja panią zatrudniłam, wybierając kogoś innego, niż 

on sobie życzył - przyznała się gospodyni. 

- A kogo on sobie życzył? 
- Osoby znacznie starszej, ceniącej dyscyplinę i porządek. 

Za nic nie chce mieć w domu takiej młodej i pięknej kobie­
ty jak pani. 

Laurel spłonęła rumieńcem. 

- Wcale nie jestem piękna. 
- On uważa inaczej. I wcale mu się to nie podoba. 
- Teraz już zupełnie nic nie rozumiem. 

Myra zaśmiała się cicho. 

- Charles najchętniej siedziałby tu sam, ale skoro już po­

trzebuje kogoś do pracy w domu, to woli, żeby to były takie 
stare pierniki jak ja i Miles. Ktoś młody i pełen życia będzie 
mu przypominał, że on też powinien odżyć. 

background image

25 

Laurel nie bardzo wiedziała, co na to odpowiedzieć. 

- Pani chyba bardzo dobrze go zna - zauważyła dyplo­

matycznie. 

- Znam go, odkąd się urodził, nawet wcześniej. Dotąd nie 

spotkałam bardziej upartego człowieka. Nigdy nie przyjmuje 

niczyjej pomocy, choćby nie wiem jak jej potrzebował. On 

sam się męczy, i Penny się męczy, a ja mogę tylko bezradnie 
się temu przyglądać. - Zatrzymała się przed zamkniętymi 

dębowymi drzwiami. - Ale pani ma szansę pomóc im oboj­
gu, ja to czuję, musi tylko pani wytrwać, choćby on ciągle 
stawiał opór. Jest pani na to gotowa? 

- Jestem gotowa na wszystko, z jednym tylko wyjątkiem. 

Nie zamierzam zostawać tam, gdzie mnie nie chcą. 

- Rozumiem. Ale on z czasem przekona się do pani, gdy zoba­

czy, jaki dobry wpływ na Penny ma pani obecność. A gdyby na­
prawdę chciał się pani pozbyć, już by tu pani nie było, proszę mi 

wierzyć. - Zapukała do drzwi i otworzyła je. - Panna Midland. 

- Niech wejdzie. Myro, zostaw nas samych. - Kiedy za go­

spodynią zamknęły się drzwi, zaczął: - Jak zapewne zdążyła 

pani zauważyć, moja gospodyni bezczelnie się tu szarogęsi. 

- Ta opinia zabrzmiałaby ostro, gdyby nie została wypowie­

dziana ciepłym tonem, niemal z czułością. - Jeśli pani nie 
zatrudnię, wymówkom nie będzie końca. 

Laurel bardzo chciała dostać tę pracę, a mimo to zawahała 

się. Naprawdę nie było jej w smak wpychać się gdzieś na siłę. 

- Chce mnie pan zatrudnić dla świętego spokoju? Nie je­

stem pewna, czy to dobry powód. 

- Pewnie nie, ale żadnego innego nie mam. - Wzruszył ra­

mionami. - Może pani zostać na jeden miesiąc. Nasza umo-

background image

wa przewidywała, o ile się nie mylę, co najmniej sześciomie­

sięczny okres zatrudnienia, zapłacę więc pani za całość. Po 
upływie miesiąca wyjedzie pani i nie obchodzi mnie, jaki po­

wód poda pani oficjalnie, czy będzie to chory pies, czy pro­

pozycja małżeństwa. W każdym razie wyjedzie pani z pie­
niędzmi w kieszeni, proszę się nie obawiać. 

W tej sytuacji była to całkiem hojna propozycja, a Laurel 

nie mogła unosić się dumą i odmawiać przyjęcia jej, ponie­

waż potrzebowała tych pieniędzy dla ojca, któremu najzwy­

czajniej w świecie nie starczało na czynsz. 

- Akceptuję pańską propozycję, uprzedzam jednak, że 

uczynię wszystko, by przekonać pana, że jestem odpowied­
nią opiekunką dla Penny. 

- Ona potrzebuje kogoś dojrzalszego od pani - uciął. -

W ciągu tego miesiąca poszukam odpowiedniej osoby. 

Laurel nie zamierzała dyskutować na ten temat, wolała 

udowodnić swoją przydatność za pomocą czynów. 

- Jak pan sobie życzy. 
- Aha, jeszcze jedno - dodał ostrzegawczym tonem. - Pro­

szę nie wchodzić mi w drogę. Proszę mnie zostawić w spokoju. 

- A l e . . . 
- Myra Daniels zatrudniła panią nie tylko ze względu na 

Penny, ale także po to, żeby i mnie przywrócić do życia, ko­
niec cytatu. 

Laurel przechyliła głowę na bok i zmierzyła go szacują­

cym spojrzeniem. 

- Moim zdaniem jest pan całkiem żywy. 

Uniósł brew. 

- Nie mówiłem tego w sensie dosłownym. 

background image

- Ja też nie. 

Przez chwilę panowało milczenie. 

-  M a m nadzieję, że nie należy pani do osób, które spra­

wiają kłopoty? 

- N i e . 
-  H m m . . . - mruknął sceptycznie. - Niech mi pani powie 

jedną rzecz, panno Midland. 

- T a k ? 
- Czemu decyduje się pani zostać, chociaż nie oferuję pani 

normalnego zatrudnienia? 

Nie zamierzała wtajemniczać go w swoje osobiste sprawy, 

ale przecież nie mogła mu powiedzieć, żeby pilnował włas­
nego nosa. 

- Cóż, potrzebuję się jakoś utrzymać. Już wliczyłam te za­

robki do mojego budżetu. 

- Dam pani dobrą radę. Lepiej nie liczyć pieniędzy, któ­

rych jeszcze nie ma się w ręku. 

- Kiedy ma się w ręku podpisaną umowę, można całkiem 

bezpiecznie planować swój budżet. 

- Zawsze można znaleźć jakąś lukę w umowie. 
- Owszem. I to działa w obie strony - odparowała. 

Spojrzał na nią z zainteresowaniem. 

- To fakt. Umawiamy się więc na jeden miesiąc, panno 

Midland. Miło mi, że przyjęła pani moje warunki. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Charles oczywiście wiedział, czemu Myra tak się upiera­

ła przy zatrudnieniu Laurel Midland, ale szybko zaczął po­
dejrzewać, że chodziło nie tylko o przywrócenie domostwu 
życia, lecz także o coś więcej. Panna Midland nie dawała się 
onieśmielić i wydawała się nie zważać na bogactwo ani po­
zycję Charlesa Graya. Myra z dużą aprobatą mówiła o po­
dobnych osobach, że to ludzie z ikrą, tymczasem on nie wi­
dział powodu, by pochwalać postawę utrudniającą mu życie, 
zaś nowa opiekunka do dziecka zapowiadała się na osobę 
trudną we współżyciu. 

Po pierwsze, była tak młoda, że nie nauczyła się jeszcze, 

gdzie jest jej miejsce, gdyż będąc tylko pracownikiem, roz­
mawiała z nim jak równy z równym. Po drugie, kilkuletnia 
praca w Korpusie Pomocy Humanitarnej nauczyła ją, że na­
leży być samodzielnym i występować z własną inicjatywą, 

więc w rezultacie niechętnie przyjmowała cudze polecenia, 
ponieważ przywykła sama podejmować decyzje i odpowia­
dać za nie. Charles z kolei nie przywykł do tego, by jego pra­

cownicy pozwalali sobie na niezależne myślenie. 

Po trzecie, ani trochę nie przypominała Angeliny, która 

podeszła do wychowania dziecka jak sierżant do wykonania 

background image

29 

zadania bojowego - szczegółowo zaplanowała całą eduka­
cję córki, wybrała najbardziej prestiżową szkołę i generalnie 
zaprowadziła żelazną dyscyplinę. Ostatecznym celem było 
zapewnienie Penny jak najlepszego startu w życiu. Charles 
praktycznie w ogóle nie brał udziału w wychowywaniu cór­
ki, nie był jednak do końca przekonany, czy wojskowy dryl 

jest dobry dla dziecka. Z drugiej strony Penny przywykła do 

takiego sposobu życia i po śmierci matki dalej potrzebowała 
ustalonego planu dnia i jasnych zasad, po prostu wszystkie­
go, co przewidywalne. 

Niestety, w ciągu minionego półtora roku Penny miała 

już dwie różne nianie. Jedna zrezygnowała z pracy, gdy jej 

mieszkająca w Kalifornii córka urodziła dziecko i poprosiła 

matkę o pomoc, draga zaś odeszła, ponieważ chłopak, z któ­
rym była związana od dziesięciu lat, zdecydował się wreszcie 
oświadczyć. Pobrali się i wyjechali do Wisconsin. 

Obie te opiekunki miały podejście podobne do podejścia 

Angeliny - posiłki i chodzenie spać o tej samej porze, żad­

nego przymykania oka na to, że dziecku nie chce się iść do 
szkoły. Gdyby dla odmiany Penny dostała opiekunkę, która 
kładłaby nacisk na radość i zabawę, a nie na surową rutynę, 
dziecko mogłoby się kompletnie pogubić, bo nie wiedziało­
by już, co jest naprawdę dobre i potrzebne. 

Z kolei gdyby Penny wcale nie poczuła się zagubiona, lecz 

właśnie rozkwitłaby pod wpływem Laurei, to wtedy bardzo 

boleśnie przeżyłaby jej odejście. Dla Charlesa było oczywi­

ste, że śliczna i pełna energii młoda kobieta nie zakopie się 
na całe lata w stojącym na odludziu ponurym domu. Na­

wet gdyby ona sama miała z jakiegoś powodu taki zamiar, 

background image

30 

to i tak prędzej czy później znajdzie się facet, który zechce 

ją mieć dla siebie i ożeni się z nią. Tymczasem Charles po­

trzebował kogoś, kto zostanie w Gray Manor przez najbliż­
szych dwanaście lat, dopóki Penny nie osiągnie pełnoletno­

ści. Najlepiej nada się do tego celu kobieta w średnim lub 

nawet starszym wieku, mająca już małżeństwo za sobą lub 

w ogóle nie planująca wychodzić za mąż. 

I takiej właśnie poszuka, lecz tym razem nie popełni błę­

du i zrobi to sam, nie zdając się na Myrę Daniels, która po­
stąpiła jak swatka i podsunęła mu Laurel Midland. 

Zresztą panna Midland w ogóle się dla Charlesa nie na­

dawała. 

- Wiem, kim naprawdę jesteś. 

Laurel obudziła się na dźwięk tych słów i z miejsca ogar­

nęła ją panika. Tak szybko odkryto prawdę o niej? W ciem­
ności ujrzała niewyraźny zarys małej, drobniutkiej sylwetki. 

- Penny? 

Cisza. 
Laurel zapaliła nocną lampkę, a wtedy dziecko zamrugało 

powiekami i ze zdumieniem spojrzało na nią. 

- Co się stało? Miałaś zły sen? 
- Co? - spytało dziecko z wyraźnym przestrachem. 
- Czy przyszłaś do mnie, bo miałaś zły sen? - Laurel ła­

godnie położyła dłoń na ramieniu dziewczynki. 

- Ja... ja... - Penny rozejrzała się dookoła. - Ja nie wiem. 

Chcę iść do mojego pokoju! 

- Zaraz pójdziemy. Czy pamiętasz, co powiedziałaś, kiedy 

tu weszłaś? - spytała z niepokojem, gdyż cały czas dręczyło 

background image

31 

ją wspomnienie tamtych przerażających słów: „Wiem, kim 

naprawdę jesteś...". 

- Tak. Wiem, że jesteś wróżką-księżniczką i umiesz cza­

rować. 

Laurel aż się roześmiała z ulgi. Chyba popadała w para­

noję, skoro niewinne słowa dziecka, któremu się coś przyśni­
ło, potrafiły wywołać u niej atak paniki. Gdyby mogła z kimś 
porozmawiać na ten temat, najlepiej ze swoją najlepszą przy­

jaciółką, byłoby jej łatwiej. Ale nie mogła, gdyż ją straciła... 
Zresztą z tego właśnie powodu dręczyły ją lęki i koszmary. 

Wstała i wzięła dziecko za rękę, nawet nie troszcząc się o to, 

by narzucić szlafrok na cieniutką koszulkę bez rękawów. Trud­
no, najwyżej trochę zmarznie, najważniejsze było odprowadze­
nie dziewczynki do jej sypialni, gdzie poczuje się bezpiecznie. 

Pokój dziewczynki tonął w półmroku, odrobinę światła da­

wała maleńka nocna lampka. Na podłodze leżała Margerytka. 

- Chyba ktoś wypadł z łóżka - zauważyła Laurel, schyliła 

się i podała dziecku lalkę. 

- Szukałam jej - wyznała drżącym głosikiem Penny. - My­

ślałam, że sobie poszła. 

- Nie, ona tylko spadła na podłogę. 
- Myślałam, że mnie zostawiła. - Dziewczynka mocno 

przytuliła lalkę. 

- Już wszystko dobrze... - Laurel pomogła Penny położyć 

się, otuliła ją kołdrą, pogładziła po włosach. - A teraz śpij. 

- Idź sobie! - zażądało nagle dziecko. - Nie chcę cię tutaj! 

Zabrzmiało to tak gwałtownie, że Laurel odruchowo się 

odsunęła. 

- Ależ Penny... 

background image

32 

Dziewczynka zaczęła płakać. 

- I tak sobie pójdziesz, więc idź od razu! 

Laurel zawahała się, ponieważ nie mogła zostawić płaczą­

cego dziecka samego, z drugiej zaś strony, jeśli to ona była 

powodem jego stresu, to właśnie powinna się czym prędzej 
oddalić. 

- Ć ś ś ś , kochanie, już dobrze... - Delikatnie dotknęła 

główki Penny, a gdy dziewczynka nie odsunęła się, zaczęła 
uspokajająco gładzić ją po włosach. - Nigdzie nie pójdę, jeśli 
chcesz, żebym została. 

- Nieprawda. Wszyscy sobie idą. 
- Jacy wszyscy? 

Ale dziecko odwróciło się plecami, a po jakimś czasie za­

częło miarowo oddychać. Zasnęło. 

Laurel wyszła z pokoju na palcach, cicho zamknęła drzwi 

i spojrzała na zegar stojący na końcu korytarza. Trzecia 

w nocy. Czuła, że nie zaśnie, wciąż mocno biło jej serce po 

tamtym przerażającym momencie, gdy wydawało jej się, że 
odkryto jej tajemnicę... Postanowiła zejść do kuchni i zrobić 
sobie herbaty, może to pomoże jej zasnąć. Nie mogła sobie 
pozwolić na to, by być zmęczona i senna pierwszego dnia 
pracy. Przecież miała udowodnić Charlesowi Grayowi, że 

jest znakomitą nianią. 

Bezszelestnie zeszła na parter po ogromnych schodach. 

Wszędzie panowała cisza, a mrok rozjaśniały palące się w 

każdym pomieszczeniu małe lampki, których ciepłe światło 
powodowało, że wnętrze domu było znacznie mniej nieprzy-

jazng i onieśmielające, niż mógłby to sugerować wygląd ze­
wnętrzny. Ciągle jednak nie dałoby się nazwać tego miejsca 

background image

33 

przytulnym, w dodatku nigdzie nie było śladu, że mieszka 
tu dziecko. Nawet dziecinny pokój był utrzymany w ideal­
nym porządku. 

Laurel zamierzała to zmienić, gdyż Penny powinna czuć 

się w domu swobodnie. Nie może przemykać się nieśmia­

ło, smutna i samotna jak więzień. Wielkie, posępne gmaszy­

sko, ponury pan domu, zalęknione dziecko, opiekunka, któ­
ra miała swoją własną mroczną tajemnicę... Wszystko jak 
rodem z powieści Bronte, a jak wiadomo, siostry Bronte nie­

koniecznie skłaniały się ku szczęśliwym zakończeniom... 

Kiedy znalazła się w ogromnej kuchni, większej i lepiej 

wyposażonej niż w niejednej dobrej restauracji, przez kilka 

minut nie umiała znaleźć czegoś tak zwykłego jak herbata 
i czajnik. No i zwykły kubek, ponieważ wolała nie pić z fi­
liżanki wartej więcej niż cała jej pensja. W końcu znalazła 
przylegającą do kuchni spiżarnię, tam zaś herbatę rumian­
kową oraz czajnik, stojący dość wysoko na półce. Wspięła 
się na palce i sięgnęła po niego. Naraz usłyszała charakte­
rystyczny odgłos drącego się materiału, więc czym prędzej 
zmieniła pozycję, w pośpiechu trącając łokciem kilka garn­
ków wstawionych jeden w drugi i zrzucając je na podłogę. 

Łoskot metalowych garnków turlających się po kamien­

nych płytach wydawał się trwać w nieskończoność. Laurel 
stała nieruchomo jeszcze długo po tym. Gdy wreszcie zapad­
ła cisza, na szczęście nikt się nie zjawił. Widać dom był tak 

wielki, że nawet taki hałas przeszedł bez echa. 

Popatrzyła po sobie. Nocna koszula rozdarła się na wysoko­

ści brzucha, ukazując gołą skórę, a winien temu był wystający 

z jednej z półek gwóźdź, który zaczepił o materiał. Będzie mu-

background image

siała kupić sobie nową koszulę, najlepiej grubszą i cieplejszą, 
może flanelową, bo w tym domu nie było zbyt ciepło. 

Najciszej, jak tylko mogła, poustawiała z powrotem garn­

ki i już nie sięgała po czajnik, tylko wzięła mały rondelek, 
nalała do niego wody i postawiła na ogniu. Po chwili cze­
kania doszła do wniosku, że zanim woda się zagotuje, ona 
zdąży pobiec na górę i narzucić na siebie szlafrok, w końcu 

w każdej chwili mogła się na kogoś natknąć. 

No i tuż za progiem kuchni wpadła na Charlesa Graya. 

- Co tu się dzieje, do diabła? - spytał z nieskrywanym 

gniewem. 

Laurel pobladła lekko. 

- Przepraszam, zeszłam zrobić sobie herbaty. 
-1 musiała pani w tym celu zdemolować kuchnię? 
- Nie, po prostu przez przypadek zrzuciłam na podłogę 

parę garnków. Nic im się nie stało, już je ustawiłam z po­

wrotem. 

- A co z herbatą? 
- Zaraz będzie. - Cofnęła się do kuchni, spojrzała na od­

kryty rondelek, który dziwnie poczerniał od dołu. O nie, wi­
dać nalała za mało wody i ta zdążyła się już wygotować! -
Herbata zostanie podana z opóźnieniem - rzekła, starając 
się rozładować sytuację humorem. 

Nie udało jej się. 

- Panno Midland, wiedziałem, że nie nadaje się pani na 

opiekunkę Penny. Czy w dodatku jest pani osobą nieodpo­

wiedzialną, której obecność w domu grozi na przykład po­
żarem? 

- Nie, absolutnie nie. 

background image

35 

- Ale spaliła pani rondelek. 
- Nie spaliłam, tylko woda zdążyła się wygotować, gdy 

rozmawiałam z panem. 

Nie wyglądał na przekonanego. 

- Pracowała pani w Korpusie Pomocy Humanitarnej, 

prawda? 

Wolała, żeby nie wnikał zanadto w jej przeszłość, więc 

rzuciła lekkim tonem: 

- Tak, ale niczego tam nie spaliłam, zapewniam pana. 

Przyglądał jej się, zmrużywszy oczy. 

- Czym się pani tam zajmowała? 
- Uczyłam dzieci angielskiego. 
- W pojedynkę? 

Nie, razem z bliską przyjaciółką. Ale nie chciała o tym 

mówić, to wspomnienie było nazbyt bolesne. 

- Zajmowało się tym jeszcze parę osób, uczyliśmy na zmianę. 
- Nie pamiętam dokładnie, gdzie pani pracowała. Na Litwie? 

Co on nagle zrobił się taki dociekliwy? 

- Nie, w Lenowii. 

Aż gwizdnął cicho. 

- Bardzo niebezpieczne miejsce, przecież tam toczy się 

wojna domowa. 

- Właśnie dlatego chciałam tam jechać i pomóc. - Udała, 

że ziewa. - Pan wybaczy, ale muszę iść się położyć, bo ina­
czej Penny nie będzie miała ze mnie rano żadnego pożytku. 

Zawahał się, a potem przyzwalająco skinął głową. 

- Dobranoc - powiedziała Laurel, nagle dziwnie speszona. 

- Było mi... miło porozmawiać z panem. Przepraszam za ten 

hałas. I za przypalony rondelek. 

background image

I za wszystko, co ci się we mnie nie podoba... Ale tego 

już nie dodała. 

- Mam nadzieję, że nie bierze pani zbyt osobiście moich 

obiekcji co do pani. 

Laurel aż się roześmiała z zaskoczenia. 

- Wie pan, raczej trudno nie brać ich osobiście. 

Myślał nad tym przez chwilę, zaś Laurel zauważyła, że by­

ło mu bardzo do twarzy z wyrazem skupienia. Chociaż nadal 
był chmurny i poważny, wyglądał szalenie przystojnie. 

Skinął głową, zgadzając się z jej uwagą. 

- Musi pani wiedzieć, że dałem Myrze Daniels konkret­

ne wytyczne. Miała zatrudnić kogoś starszego i bardziej do­

świadczonego. 

W porządku, nie miała zbyt wielkiego doświadczenia, ale 

akurat na dzieciach się znała. 

- Penny jest kochaną, słodką dziewczynką i nie potrzebu­

je dyscypliny, tylko ciepła i miłości, bo to one zapewnią jej 

poczucie bezpieczeństwa. 

- Ma zapewnione większe bezpieczeństwo niż inne dzieci. 
- Nie wątpię, że jest zabezpieczona finansowo, ale nie o to 

mi chodziło. Ona się boi, że wszyscy ją zostawią. - Stąpała 

w tym momencie po cienkim lodzie, wiedziała o tym do­

skonale, musiała jednak zdobyć informacje, które dałyby jej 

wskazówkę, jak powinna postępować w stosunku do Penny. 
I to zdobyć je w miarę taktownie, nie wtrącając się zanadto 
w nie swoje sprawy. - O ile mi wiadomo, niedawno straci­
ła matkę. 

- Półtora roku temu. - Charles Gray wbił wzrok w podłogę. 

Laurel nagle poczuła się tak, jakby w pomieszczeniu pojawi-

background image

ła się jeszcze jedna osoba, która samą swoją obecnością wniosła 

jakieś negatywne fluidy. Zrozumiała także, że Penny prawdo­

podobnie nie tylko przeżywa swoją własną żałobę po matce, ale 
także podświadomie przejmuje nastrój ojca. Brak życia w tym 
domu wynikał z pustki, jaką zostawiła po sobie zmarła. 

- Bardzo mi przykro. To musiało być dla pana bardzo 

trudne. Jeśli mi pan pozwoli, spróbuję pomóc. Postaram się 
ofiarować Penny przynajmniej ułamek tego, co jest jej po­
trzebne, czyli poczucia bezpieczeństwa i bycia kochaną. To 
powinno pomóc również i panu, ponieważ zmniejszy spo­
czywający na panu ciężar, żeby mógł pan... - Urwała, nie 

wiedząc, co powiedzieć. „Żeby mógł pan poradzić sobie ze 

swoim własnym bólem i smutkiem"? Nie, to byłoby zbyt 
osobiste, a ona już i tak posunęła się za daleko. 

Kiedy podniósł głowę, spodziewała się ujrzeć smutek w jego 

oczach, albo nawet łzy, tymczasem on popatrzył na nią zimno. 

- Zatrudniłem panią na miesiąc, panno Midland. Albo 

i na krócej, jeśli wcześniej znajdę kogoś, kto panią zastąpi. 

- A l e . . . 
- Tak postanowiłem i zdania nie zmienię. 

Zanim wyszedł, powiódł po niej spojrzeniem od góry do 

dołu i dopiero w tym momencie Laurel uświadomiła sobie, 
że stoi przed nim w rozdartej cienkiej nocnej koszuli, pod 
którą nic nie ma. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Nazywa się Laurel Midland, przez ostatnie dwa lata pra­

cowała w Lenowii, nie mam pojęcia, co robiła wcześniej. 
Chcę wiedzieć o niej wszystko, bo coś mi się nie zgadza w jej 
życiorysie, tylko nie potrafię powiedzieć, co. 

- Zdobędę wszystkie możliwe informacje na jej temat -

zapewnił Brendan Brady. 

Charles miał powody ufać Bradyemu, najlepszemu pry­

watnemu detektywowi, jakiego" znał, gdyż to on wykrył 

dwóch pracowników winnicy, którzy sprzedawali konkuren­
cji sekrety produkcji najdroższych win. Charles nawet nie 

podejrzewał, że stał za tym jego własny kuzyn... Cóż, może 
po tym doświadczeniu został paranoikiem, ale teraz wolał 
sprawdzać każdego. 

Zakończył rozmowę, pewien, że Brady wykopie informacje 

choćby i spod ziemi, lecz nie uspokoiło go to, nadal miał prob­

lem przez tę całą Midland i nie mógł się skupić na innych rze­
czach. Owszem, nie okazała się najgorszą nianią, Penny wyda­

wała się ją lubić, lecz naprawdę byłoby naiwnością oczekiwać, 
że piękna młoda kobieta, która dopiero co wróciła do kraju po 

dwóch latach pracy w niebezpiecznych warunkach, zechce zo­
stać na takim odludziu. Kiedy znowu przyzwyczai się do życia 

background image

39 

w Stanach, znajdzie sobie kogoś i będzie wolała spędzać czas 

z nim - a nie z czyimś dzieckiem. 

Tymczasem Charles potrzebował absolutnie pewnej osoby, 

która... całkowicie zdjęłaby z jego ramion ciężar zajmowania 
się dzieckiem. Gdy żyła Angelina, nie brał udziału w wychowy­

waniu Penny, tylko czasem wysłuchiwał zabawnych opowieści 

córeczki, a wyjeżdżając, miał przy sobie jej zdjęcie, na którym 
uśmiechała się słodko. Bycie rodzicem sprowadzało się więc 
dla niego do przyjemności, które nie zajmowały czasu. 

A potem Angelina uparła się, że w środku zimy przyje­

dzie do niego do Włoch, gdzie brał udział w wielkiej do­
rocznej wystawie winiarskiej. Przyjechała, chociaż ich zwią­
zek już od dawna bardziej przypominał luźną przyjaźń niż 
cokolwiek innego i chociaż Charles uprzedził, że pracuje po 
osiemnaście godzin na dobę, więc nie będzie miał dla niej 
czasu. Jako powód przyjazdu podała chęć odwiedzenia swo­
ich licznych włoskich przyjaciół. 

Niestety, szybko pokłóciła się z jednym z nich i zażądała od­

wiezienia jej na lotnisko. Charles próbował odwieść ją od tego 

pomysłu, tłumacząc, że drogi w górach są oblodzone. W odpo­

wiedzi usłyszał, że w takim razie pójdzie na piechotę. 

I wtedy popełnił straszliwy błąd. Postanowił pojechać za 

nią. Namówił ją, by wsiadła do samochodu, lecz nie udał się 
dalej w kierunku lotniska, tylko zawrócił, zamierzając zabrać 

ją z powrotem do miasta i przemówić do rozsądku. 

Niestety, droga okazała się bardziej oblodzona, niż sądził 

kierowca tira, który za późno zaczął hamować na ich widok. 

Tragedia rozegrała się w ciągu kilku sekund. Angelina zgi­

nęła na miejscu, zaś Charles odniósł tak poważne obrażenia, 

background image

że lekarze nie byli pewni, czy kiedykolwiek będzie chodził. 

A Penny... A Penny straciła szansę na normalne życie. 

Koniecznie musiał znaleźć dla córki kogoś, kto przy niej zo­

stanie na najbliższe lata i kto jej nie zawiedzie, a piękna dziew­
czyna o czarnych włosach i cudownych zielonych oczach zupeł­

nie nie nadawała się do tego celu. Panna Midland była bardzo 
ponętna - bez dwóch zdań. I za nic nie mógł zapomnieć, jak 

wyglądała w nocnej koszuli. 

Tak, przyznawał się przed sobą, że Laurel nie pozostawiała 

go całkowicie obojętnym, ale tłumaczył sobie, że budziła w nim 
emocje z dwóch całkowicie zrozumiałych powodów. Po pierw­
sze, był na nią zły za spieranie się z nim w kwestii tego, czego 
potrzebuje Penny, po drugie, jako normalny zdrowy mężczy­
zna odczuwał naturalny pociąg do atrakcyjnej kobiety. 

I właśnie to stanowiło główny problem - Laurel była pięk­

na, młoda, godna pożądania, inteligentna i... samotna. 

Zaczynał podejrzewać, że jeszcze do niedawna to ostatnie 

nie miało miejsca. Czemu taka kobieta chciała się zaszyć na 
odludziu? Czemu odpowiedziała wymijająco na jego pytanie 

w sprawie pracy w Korpusie Pomocy Humanitarnej? Czemu 

sprawiała wrażenie osoby, która przed czymś ucieka, chce się 
ukryć? Mogła uciekać od nieudanego związku, od mężczyzny, 
do którego wciąż coś czuła, a nawet jeśli kierował nią inny po­

wód, z całą pewnością nie zgłosiła się do tej pracy wyłącznie, by 

opiekować się dzieckiem. A kiedy już się upora ze swoim prob­
lemem, wyjedzie, porzucając Penny. 

I dlatego Charles zastąpi ją kimś innym, zanim jego córka 

zdąży się do niej zanadto przywiązać. 

background image

41 

Było coś takiego w Charlesie Grayu, co powodowało, że 

Laurel czuła się w jego obecności nieswojo. Może sprawiał to 
chłód i obojętność wobec wszystkiego i wszystkich, z własną 
córką włącznie. Poza tym jego przystojne rysy robiły ogrom­
ne wrażenie, ale właśnie przez nie wydawał się równie odle­
gły i nieprzystępny jak model na okładce magazynu, ubrany 

w garnitur za trzy tysiące dolarów. 

Laurel nie mogła jednak pozwolić, by nadal ją onieśmie­

lał, jeśli chciała skutecznie pomóc Penny. Ponieważ zawsze 
dogadywała się z dziećmi i uwielbiała je, wiedziała, co będzie 
dobre dla dziewczynki, chociaż ta okazała się niełatwa we 
współżyciu. Na przykład potrafiła zaprosić Laurel do swo­

jego pokoju, a potem nagle odwrócić się plecami, nie roz­

mawiać i czekać, aż opiekunka wyjdzie. Mimo to Laurel nie 

wątpiła ani przez moment, że Penny rozpaczliwie potrzebuje 

kogoś, kto przebiłby się przez ten pancerz, jakim się otoczyła, 
że jest złakniona ciepłego, fizycznego kontaktu z innymi. 

Laurel też go potrzebowała. 
Nie zaznała ciepła, dorastając, matka traktowała ją dość 

obojętnie, ojciec był wiecznie zmęczony, teraz zaś jedno 
nie żyło, a drugie spędzało czas przed telewizorem. Mimo 
to Laurel czuła się zobligowana do tego, by pomóc ojcu, to 
zaś oznaczało, że za wszelką cenę musiała utrzymać pracę 

w Gray Manor. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Nie udało mi się znaleźć nic obciążającego tę Laurel Midland 

- zaraportował Brendan Brady dość rozczarowanym głosem. 

Taka informacja powinna uspokoić Charlesa, on jednak 

nadal intuicyjnie żywił podejrzenia wobec Laurel. Ona coś 
ukrywała... 

- Czego zdołałeś się dowiedzieć? 
- Właściwie nie ma rodziny. Jej matka zmarła niedawno. 

Żadnych wujków ani ciotek. Pięć lat siedziała w Lenowii... 

- Czekaj! Pięć? - Charles mógłby przysiąc, że mówiła 

o dwóch. 

- Tak. Wyjechała od razu po zrobieniu dyplomu na uni­

wersytecie w Iowa. Zawarła tam wiele przyjaźni, ale wygląda 

na to, że z nikim nie utrzymuje kontaktu. 

- A co z jej znajomymi z Lenowii? 
- O, to nie było łatwe do ustalenia. Jej szef, niejaki Peter 

Lucian, zasłaniał się wszelkimi możliwymi przepisami o po­
ufności informacji. 

Charles wcale się temu nie dziwił, gdyż byłoby raczej za­

skakujące, gdyby szef Korpusu Pomocy Humanitarnej roz­

powiadał na prawo i lewo o swoich ludziach. 

- Zdołałeś wydusić z niego cokolwiek? 

background image

- Tak, jedna rzecz mu się niechcący wymknęła, chociaż 

nie wiem, na ile to ważna wiadomość. Bliska jej osoba zgi­
nęła w wypadku. Panna Midland tak to przeżyła, że natych­
miast wyjechała. 

To brzmiało ciekawie. 

- Powiedział, co to za osoba? 
- Nie, od razu nabrał wody w usta. Ale sprawdziłem to. Ta 

dziewczyna też miała na imię Laurel. Laurel Standish. 

- Znam cię, więc wiem, że od razu sprawdziłeś również 

tamtą. 

Brendan Brady zaśmiał się cicho. 

- Sprawdziłem. Została adoptowana z domu dziecka Bar-

rie Home w wieku dwóch i pół roku. Ryła jedną z trojaczek. 

Wychowała się w stanie Nowy Jork, przed zgłoszeniem się 

do Korpusu Pomocy Humanitarnej i wyjazdem do Lenowii 
pracowała jako sekretarka. 

Charles zmarszczył brwi. 

- Czyli Laurel straciła w wypadku najlepszą przyjaciółkę, 

a to może wyjaśniać, czemu jest taka skryta. Pewnie wciąż 

przeżywa żałobę. 

- Być może, ale mimo to będę dalej węszył. 
- Koniecznie. 

Dwa tygodnie po przybyciu Laurel do Gray Manor, Pen-

ny zwróciła się do niej z prośbą - chciała wziąć udział w za­
bawie z okazji Halloween, wszystkie dzieci w szkole o niej 
mówiły. Laurel uznała to za postęp, gdyż do tej pory dziew­
czynka nie przejawiała żadnego zainteresowania zabawami 

w towarzystwie rówieśników. 

background image

- To się nazywa Festiwal Rzecznej Wiedźmy. I jest w Cha-

po... Chapeep... 

- Chapawpa? - Laurel wymieniła nazwę sąsiedniego mia­

steczka, położonego niżej nad rzeką Hudson. Kiedy dziew­
czynka z zapałem skinęła głową, zaproponowała: - Chodź, 
sprawdzimy to sobie w internecie. 

Zamierzała od razu wykorzystać entuzjazm Penny, ponie­

waż do tej pory dziecko było tak zamknięte w sobie, że już 

zaczynała się o nie niepokoić. Właściwie nie zwracało uwa­
gi na nową nianię, czasem tylko o coś pytało, ale zaraz z po­

wrotem wycofywało się, często nie tylko w przenośni, lecz 

i dosłownie, ponieważ uciekało do swojego pokoju. 

Gdy weszły do sypialni Penny, Laurel włączyła kompu­

ter, zalogowała się i znalazła stronę poświęconą festiwalowi. 

Miał on trwać cały dzień i oferowano takie atrakcje jak prze­
jażdżki na kucyku, wyścigi w workach czy możliwość cho­

dzenia w „strasznych" przebraniach po lokalnych sklepikach 
ze słodyczami i pamiątkami, gdzie dzieci miały otrzymywać 
drobne upominki. Podobnych atrakcji było sporo, Laurel sa­
ma chętnie poszłaby na taki festiwal, gdyby była dzieckiem, 

pamiętała, jak kiedyś marzyła o takiej całodniowej zabawie 
na powietrzu. Tym bardziej ucieszyła się, że Penny nabrała 
ochoty na wzięcie udziału w tej imprezie. 

- Powiedziała mi o tym moja koleżanka ze szkoły - rzekła 

Penny, gdy razem oglądały stronę internetową. 

- Tak? Która? 
- Maggie - rzuciła Penny w taki sposób, jakby wspomina­

ła o niej już dziesiątki razy. 

Laurel z miejsca podjęła grę. 

background image

- A, Maggie! - odparła tonem osoby, która doskonale wie, 

o kim mowa. - Ona też idzie? 

- Pewnie. Maggie tam mieszka i chodzi na festiwal co ro­

ku, i mówi, że jest bombowo. 

Czyli Penny już nawet miała koleżankę! To było napraw­

dę coś, zwłaszcza że potrafiła o tej koleżance parę słów po­

wiedzieć. Tak, nastąpił wyraźny postęp, teraz należało roz­

dmuchać ten mały płomyk zainteresowania w duży ogień. 

- W takim razie my też powinnyśmy tam pojechać. 
- Naprawdę tak myślisz? - zdumiała się Penny. 
- Oczywiście! Czemu miałybyśmy tego nie zrobić? 
- Tata na pewno się nie zgodzi. 

Nonsens, pomyślała Laurel. Jaki ojciec zabroniłby dziecku 

pobawić się na festiwalu? 

- W takim razie pójdę do twojego taty i go zapytam. Co 

ty na to? 

- O tak, zapytaj! - wykrzyknęła Penny i aż zarzuciła ra­

mionka na szyję Laurel. - Dziękuję! 

Laurel była tak poruszona tą reakcją, że przysięgła sobie 

zabrać Penny na Festiwal Rzecznej Wiedźmy w Chapawpa, 
choćby nie wiem co. 

- Nie ma mowy - oświadczył stanowczo Charles Gray. 

Znajdowali się w bibliotece, gdzie pan domu siedział 

w fotelu, czytając „Wall Street Journal" i wyglądając jak mo­

del z okładki prestiżowego magazynu „Gentelman Quarter­

ly", zaś Laurel stała przed nim, czując się w swoim skrom­
nym ubraniu prawie jak Kopciuszek. 

- Nie zgadza się pan? - powtórzyła z niedowierzaniem, 

background image

ponownie zadając sobie pytanie, jaki rodzic mógłby zabronić 
dziecku iść na niewinną zabawę w pobliskim miasteczku. 

- N i e . 

Przez chwilę aż nie wiedziała, co powiedzieć. 

- Ale... Ale dlaczego? 

Popatrzył na nią twardo. Miał podobnie jak ona zielone 

oczy. Bardzo piękne. 

- Przede wszystkim droga do Chapawpa jest wąska i bar­

dzo kręta. Nie chcę, żeby spowodowała pani wypadek. 

Cóż za absurdalny argument! 

- Czemu miałabym go spowodować? Od lat jeżdżę samo­

chodem. 

- Ale w Europie przywykła pani do prawostronnego ru­

chu - przypomniał jej. - Czy podczas pobytu w Lenowii pro­

wadziła pani samochód? 

- T a k . 
- No widzi pani. Parę lat wyrabiania sobie innych nawy­

ków. Najpierw niech pani pojeździ po prostych i bezpiecz­
nych drogach, jak stąd do szkoły, a dopiero potem wybiera 
się na te trudne i zdradliwe. 

- Wątpię, by droga do Chapawpa mogła być niebezpiecz­

na i zdradliwa. 

Uniósł brew. 

- A widziała ją pani? 
- Nie, ale gdyby jazda nią stanowiła realne zagrożenie, 

władze stanowe zamknęłyby ją lub przebudowały. - Spoj­

rzała mu prosto w oczy. - Jeśli zamierza pan zabronić Penny 
udziału w zabawie, musi pan wymyślić bardziej wiarygod­
ny powód. 

background image

Kącik jego ust drgnął leciutko, jakby Charles próbował 

stłumić uśmiech. 

- Nie muszę się przed nikim tłumaczyć z moich decyzji 

- oświadczył chłodnym tonem, lecz jego spojrzenie stało się 

nieco cieplejsze. -  M a m swoje powody, poważne powody, 
dla których nie zamierzam puszczać Penny na podobne im­
prezy. - To rzekłszy, ponownie zaczął czytać gazetę, wyraź­
nie dając do zrozumienia, że posłuchanie skończone i że owe 
powody zamierza zachować dla siebie. 

Do diabła z tym, co zamierzał. 

- A jakie konkretnie są to powody? - dociekała Laurel. 

Opuścił gazetę. 

- Związane z bezpieczeństwem. 

Zaskoczył ją tym kompletnie. 

- Z bezpieczeństwem? Co pan ma na myśli? 
- Po prostu nie mam pewności, czy zdołałaby pani pomóc 

Penny w razie zagrożenia. 

- Jakiego zagrożenia? Chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, 

że te wszystkie czarownice, duchy i szkielety będą tylko prze­
bierańcami? Nie ma żadnego prawdziwego zagrożenia w Hal-
loween. Nic strasznego się wtedy nie dzieje, proszę mi wierzyć. 

Może powinna być bardziej ostrożna i mniej uszczypliwa, 

ale nie potrafiła się powstrzymać. 

Charles spojrzał na nią z czymś w rodzaju irytacji, dzię­

ki czemu nagle stał się trochę bardziej ludzki niż wtedy, gdy 
okazywał chłód lub zniecierpliwienie. 

- Zapewniam panią, że wiem, na czym polegają obyczaje 

związane z Halloween. Właśnie przebieranie się czyni tę za­
bawę szczególnie niebezpieczną dla Penny. 

background image

- Obawiam się, że nie rozumiem. 

Ostentacyjnym gestem odłożył gazetę i zaczął wyjaśniać 

jak komuś mało pojętnemu: 

- Panno Midland, jestem znany w okolicy jako dość za­

możny człowiek... 

Jako bardzo bogaty człowiek, skorygowała w myślach. 

- ...co stanowi potencjalne źródło zagrożenia dla człon­

ków mojej rodziny, gdy znajdują się w miejscu publicznym, 
pani zaś chciałaby zabrać Penny w miejsce, gdzie znajdą się 
tłumy poprzebieranych osób z zakrytymi twarzami. Wszel­
kie dziwne zachowania przejdą podczas takiej zabawy nie­
zauważone, gdyż potencjalny obserwator uzna je za jedną 
z atrakcji. Nawet krzyk o pomoc może zostać nie usłyszany 
albo potraktowany jako część zabawy. 

Rozumiała już, o co mu chodzi, lecz miała inne zdanie 

na ten temat. 

- To ma być zabawa dla dzieci, i to dla niedużych dzieci, przyj­

dą całe rodziny. Moim zdaniem będzie tam naprawdę bezpiecz­
nie. W dodatku Penny bardzo chce pójść, bo idzie tam jej kole­

żanka, a z tego, co wiem, Penny dotąd nie miała koleżanek. Takie 

wyjście może oznaczać dla niej prawdziwy przełom. 

- Co to za koleżanka? - spytał surowo. 

Musiała przyznać, że nie znała nikogo, kto wyglądałby 

równie atrakcyjnie z marsem na czole. Charles Gray mógł 
się bardzo podobać nawet wtedy, gdy się gniewał. 

- Maggie. 
- A nazwisko? 

Wzruszyła ramionami. 

- Nie znam. 

background image

4 9 

- A w ogóle coś pani o niej wie? 

Westchnęła. 

- Tyle, że skoro ma tak samo jak Penny sześć łat, to raczej 

nie stanowi dla nikogo zagrożenia. 

Łypnął na nią. 

- Co pani wie o jej rodzicach? 
- Muszą dbać o dobro córki, skoro też posłali ją do najlep­

szej szkoły, tej samej, którą pan wybrał dla Penny. 

Z każdą chwilą nabierała coraz większego przekonania, że 

udział w festiwalu zrobiłby Penny bardzo dobrze. Nawet gdyby 
zaistniało jakiekolwiek zagrożenie, Laurel mogła liczyć na po­
moc setek mamuś i tatusiów, którzy również się tam znajdą. 

Niestety, Charles nie dał się przekonać. 

- Nie. - Potrząsnął głową. - Nie rym razem. 

- Och, Charles, dajże spokój! - wyrwało jej się, nim zdo­

łała pomyśleć, co mówi. 

Spojrzał na nią z zaskoczeniem, lecz nie skomentował te­

go, że odezwała się do niego po imieniu, zaś Laurel natych­
miast uznała to za zgodę na przejście na ty. No i świetnie, 
bo w ten sposób będzie jej się łatwiej z nim rozmawiało na 
temat Penny i jej rzeczywistych potrzeb, a przewidywała, że 
podobnych rozmów czeka ich dużo. 

Dziwne, im więcej się z nim kłóciła, tym więcej rzeczy jej 

się w nim podobało. I coraz mniej ją onieśmielał. 

- A co byś powiedział na wynajęcie ochroniarzy? - podsu­

nęła, chociaż nie bardzo podobało jej się, że mieliby za nimi 
łazić krok w krok jacyś potężni faceci. - Gdyby zachowywali 
dyskretną odległość, chyba nie zepsuliby Penny zabawy. A ty 
mógłbyś spokojnie odetchnąć. 

background image

Zmierzył ją takim wzrokiem, jakby zaproponowała wrzu­

cenie dziewczynki do zatoki pełnej rekinów. 

- Nie zamierzam wynajmować ochrony po to, żebyś dzię­

ki temu mogła beztrosko zabrać moją córkę w potencjalnie 
niebezpieczne miejsce. 

- A l e . . . 
- Moja odpowiedź brzmi „nie" - oświadczył zdecydowa­

nie, a potem spojrzał na zegar stojący na kominku. - Chyba 
pora, żebyś pojechała odebrać Penny ze szkoły. 

Zerknęła na zegar. Psiakość, faktycznie. 

- Czy możemy wrócić do tego tematu później? 
- N i e . 
- A po kolacji? 

- N i e . 
- W porządku. To może w takim razie jutro? 

Obrzucił ją wymownym spojrzeniem, lecz w głębi jego 

oczu wydawało się czaić rozbawienie. 

- N i e . 
- W takim razie przestanę pytać... 
- To świetnie. 
- ...ale mam nadzieję, że przynajmniej to przemyślisz. 

Wyszła, wiedząc, że on nie zamierza ustąpić. 

Ona też nie zamierzała. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Penny znakomicie się bawiła na festiwalu. 

Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak przewidywała Lau-

rel - przyszły całe rodziny, wszędzie było pełno dzieci, był słod­
ki popcorn, były kucyki ze złotymi siodłami, była jazda na wo­
zie z sianem... I mężczyzna, który stale chodził za nimi. 

Na początku Laurel nie widziała w jego obecności nic dziw­

nego, gdyż ciągle natykała się na już widziane rodziny, kiedy 

jednak Penny musiała iść do toalety i przy wyjściu znów na­

tknęły się na tego mężczyznę, stojącego samotnie nieopodal, 
Laurel przekonała się, że on wcale nie przyszedł na imprezę 
z żadnym dzieckiem, a wtedy nabrała podejrzeń. 

Chwileczkę, może jego dziecko też poszło do toalety, a on 

na nie czekał? Poprowadziła Penny dalej i po chwili zauważy­
ła, że mężczyzna dyskretnie podążył za nimi, a wtedy aż coś ją 
ścisnęło w żołądku. Czyżby ją znaleźli? Czyżby odkryli jej ta­

jemnicę i przyjechali za nią aż tutaj, żeby ją dopaść? Nie, to nie­
możliwe, przecież Pete i inni pracownicy z Korpusu Pomocy 
Humanitarnej obiecali nic nikomu nie mówić na jej temat. 

A może Charles miał rację i ktoś chciał porwać Penny 

dla okupu? 

- Aj, to boli! 

background image

sa 

Dopiero w tym momencie Laurel uświadomiła sobie, jak 

kurczowo zacisnęła dłoń na rączce Penny. Rozluźniła uścisk, 
lecz nie puściła dziewczynki. 

- Przepraszam, kochanie. 
- Czy zobaczyłaś coś strasznego? - zaciekawiła się Penny, 

z podekscytowaniem rozglądając się dookoła. 

- Nie. Słuchaj, nie byłyśmy jeszcze w tym nadmuchiwa­

nym zamku, gdzie można poskakać. Chcesz iść? 

Zamek był bezpieczny, ponieważ otaczał go krąg rodzi­

ców i nikt nie mógł tam niepostrzeżenie wyrządzić nikomu 

krzywdy. 

- Tak! - Penny wyrwała się Laurel i popędziła w stronę 

rozkołysanego nadmuchiwanego zamku. 

- Zaczekaj! - krzyknęła Laurel, pobiegła za dziewczynką 

i przytrzymała ją za ramię. - Pójdziemy razem. 

Poczuła, jak ogarnia ją panika. Dobry Boże, co robić? 

A jeśli to tylko jej wyobraźnia? Nawet jeśli się myliła, mu­

siała zachować ostrożność, bo gdyby rzeczywiście ją znaleźli, 
to nie po to, żeby jej się przyglądać. 

Chcieli się zemścić. 
Chcieli ją zabić. 

- Przepraszam, że dzwonię w środku spotkania, ale jest 

coś, o czym powinien pan wiedzieć. 

- Zaczekaj chwilę. - Charles zakrył słuchawkę dłonią 

i zwrócił się do swoich ludzi z działu marketingu: - To pilna 
rozmowa. Wracajcie do biurek i wymyślcie coś innego, bar­
dziej nowoczesnego. Popatrzcie, jakie etykiety projektują in­
ni. Musimy zawalczyć o młodszą klientelę. 

background image

53 

Kiedy pracownicy wyszli, powiedział do słuchawki: 

- Co się stało? Znalazłeś coś? 
- Jeszcze nie - odparł Brendan Brady. 
- To czemu dzwonisz, do cholery? - spytał z irytacją, gdyż de­

tektyw przerwał mu bardzo ważną naradę z działem marketin­
gu, który próbował opracować nowe etykiety. Winnica Gray Ma-
nor od pięćdziesięciu lat używała jednych i tych samych, więc 
od tej nieoczekiwanej zmiany wizerunku bardzo wiele zależało. 

- Miałeś odezwać się wtedy, gdy znajdziesz coś na temat Laurel 

Midland. 

- Właśnie jeden z moich ludzi dał mi znać, że ona jest 

z twoją córką w Chapawpa. 

- C o ? ! 
- Po naszej ostatniej rozmowie pozwoliłem sobie zatrud­

nić człowieka, który za nią chodzi. Przez ostatnich pięć lat 
przebywała na innym kontynencie, niełatwo zdobyć stamtąd 
informacje, ale można obserwować ją tutaj i patrzeć, czy się 
czymś nie zdradzi. 

Chwilowo Charles nie był zainteresowany szczegółami 

pracy detektywa. 

- Mówisz, że ona i Penny są w tym momencie w Chapawpa? 

- Tak. Na... Rozległ się szelest papieru. - Na Festiwalu 

Rzecznej Wiedźmy. To coś w rodzaju zabawy halloweenowej. 

- Wiem, co to jest. Już tam jadę. Bądź w stałym kontakcie 

z tym twoim człowiekiem i jeśli ona przemieści się choćby 
o trzy metry, chcę o tym wiedzieć. 

- Załatwione. 
- Dzięki. Dobra robota. 

background image

Dwadzieścia minut później Charles mijał wielką drewnia­

ną tablicę, na której wycięto napis: „Witaj w Chapawpa. Gdy­
byś tu mieszkał, byłbyś już w domu". 

- A skoro nie mieszkasz, to masz cholerny problem z za­

parkowaniem - mruknął pod nosem, widząc kompletnie za­
pchany parking i odręcznie wypisaną tabliczkę: „Brak miejsc, 
najbliższy parking przy ulicy Windjammer". 

Nie miał czasu szukać innych miejsc, zaparkował więc 

w niedozwolonym miejscu, ponieważ wolał zapłacić man­

dat, niż marnować czas, gdy jego córka znajdowała się wśród 
tłumu obcych ludzi, pozbawiona porządnej ochrony. Miał 
ochotę udusić Laurel Midland gołymi rękami. I była to roz-
sądniejsza reakcja niż te, które odczuwał podczas rozmowy 

w bibliotece... 

Wyjął telefon i zadzwonił do detektywa. 

- Gdzie one są? 
- Zaczekaj chwilę. - Brendan przez moment rozmawiał 

przed drugi telefon. - Przy cyrku klaunów. 

Charles rozejrzał się, lecz nie dostrzegł nic, co mogłoby 

się tak nazywać. 

- Aha, to jest obok miejsca, gdzie jeździ się na kucykach. 

Widzisz kucyki? 

- Tak, wi... 

Urwał, gdyż wyłowił wzrokiem czyjąś sylwetkę i nagle 

serce zabiło mu mocniej. 

Laurel. 

Wytłumaczył sobie, że ta reakcja wynikała z powodu 

przypływu adrenaliny, bo właśnie zlokalizował poszukiwa­
ny obiekt, a nie z tego, w jaki sposób ów obiekt prezentował 

background image

55 

się w spranych dżinsach i brzoskwiniowej bluzeczce z de­
koltem. 

- Widzę ją - rzucił, rozłączył się i ruszył w stronę Laurel 

i Penny. 

Jego córeczka jadła kolorową watę cukrową. Była nią cała 

umazana na buzi i wyglądała na bardzo szczęśliwą, a Charles aż 
przystanął na moment na widok jej rozradowanego uśmiechu. 
Chwilę potem zauważył, że Laurel wygląda na dziwnie zdener­

wowaną, więc natychmiast sam się zaniepokoił. 

- Laurel! - Podbiegł i odruchowo ujął ją za ramiona. 

A ona równie odruchowo przytuliła się do niego. 

- Charles, jak dobrze, że jesteś! 

Nagle oboje zdali sobie sprawę z tego, co robią, i czym 

prędzej odsunęli się od siebie. 

- Dostałem telefon z informacją, gdzie was szukać. 
- Od kogo? 
- Jeden z moich ludzi zauważył was tutaj i zadzwonił do 

mnie. 

Wyraz jej twarzy zmienił się radykalnie. Jeszcze przed 

chwilą wyglądała na spanikowaną, na widok Charlesa ogar­
nęła ją wyraźna ulga, teraz zaś wściekła się nie na żarty. 

- O nim mówisz? - Wycelowała palec w nierzucającego 

się w oczy mężczyznę, który na ten widok natychmiast znik­
nął w tłumie. 

- Nie wiem. Być może o nim. 
- Jak to nie wiesz? Przecież to podobno twój pracownik. 
- Ten pan cały dzień łazi za Laurel - poinformowała Pen­

ny, urwała pełną garść waty i wepchnęła sobie do buzi. - My-

background image

śli, że ona jest śliczna - wyjaśniła niewyraźnie. - Bo ona jest 
śliczna, prawda, tato? 

Przeniósł spojrzenie z córki na Laurel. Tak, była śliczna. 

Ale źle zrobiła, przywożąc tu Penny wbrew jego zakazowi. 

- Kochanie, chodź, pójdziemy umyć ci buzię - wtrąciła 

Laurel, nie czekając na odpowiedź Charlesa. 

- Ale tatuś nie powiedział, czy... 
- Chodź szybciutko, kochanie - ponagliła, starannie omi­

jając Charlesa wzrokiem. - Idziemy się myć. 

No, przynajmniej dotarło do niej, że on się gniewa i że źle 

postąpiła, ale czemu nie pomyślała o tym, zanim złamała jego 

zakaz? Charles czekał na ich powrót, zastanawiając się, co po­

wiedzieć Laurel. Nie znajdował słów, by wyrazić swoje oburze­

nie z powodu lekceważenia jego zaleceń. 

Kiedy wróciły, Penny miała czyściutką buzię, ale nadal 

uśmiechała się równie promiennie, wyraźnie uszczęśliwiona 
tym wszystkim, co działo się wokół niej. Z kolei Laurel wca­
le nie wyglądała tak, jakby zamierzała się kajać - przeciwnie, 
chyba wciąż miała pretensje o tego człowieka, który je śledził. 
Ona miała pretensje? Ona? Co za tupet! 

Penny pobiegła przodem, podskakując jak rozradowany 

szczeniak, co Charles przyjął z zadowoleniem, gdyż chciał 

powiedzieć Laurel parę rzeczy do słuchu, a żadna z nich nie 
była przeznaczona dla uszu dziecka. 

- Cały czas nie mogę uwierzyć, że w podobny sposób zlek­

ceważyłaś moje rozkazy. 

- Rozkazy? - powtórzyła spokojnie Laurel. 
- Zalecenia - poprawił się, nie zamierzając wdawać się 

w jakiś semantyczny spór, który odwiódłby ich od zasadni-

background image

57 

czego tematu. - Życzenia. - Nie, chwileczkę, co on wypra­

wiał? Wycofywał się rakiem? W końcu rozmawiał z jednym 

ze swoich pracowników, nie da sobie wejść na głowę! - Roz­
kazy - powtórzył stanowczo. 

- Nie miałam pojęcia, że obowiązuje mnie zakaz przyjeż­

dżania do Chapawpa. 

- Ciebie nie - uciął. - Miałaś zakaz przywożenia tu mojej 

córki. 

- W porządku, zgadzam się - przyznała. - Nie wyraziłeś 

zgody na jej wyjazd na festiwal, jesteś jej ojcem, a moim szefem, 

więc powinnam była posłuchać i zrobiłabym to, gdyby nie... -

Wskazała na podskakującą Penny. - Popatrz na nią. Jest taka 

szczęśliwa! Wiedziałam, że udział w podobnej zabawie dobrze 

jej zrobi, tylko nie potrafiłam cię co do tego przekonać. 

- Wcale nie musiałaś mnie przekonywać, gdyż sam wie­

działem, jak bardzo by jej się tu spodobało. Problem polegał, 
co więcej, nadal polega na tym, że ty nie rozumiesz, jak da­
lece wystawiasz ją na niebezpieczeństwo, przywożąc ją bez 
odpowiedniej ochrony w publiczne miejsce. 

- Nie wystawiłam jej na niebezpieczeństwo, przez cały 

czas nie odstępowałam jej ani na krok. 

Zatrzymał się. 

- Ale kiedy się tu zjawiłem, wyglądałaś na mocno prze­

straszoną.. 

Zarumieniła się. 

- Ponieważ... 
- Tak? Ponieważ co? - ponaglił ją, gdy zamilkła. 

Spojrzała w kierunku oddalającej się dziewczynki. 

- Penny, zaczekaj! - Ponownie przeniosła wzrok na Char-

background image

lesa. - Nie możemy tak przystawać, bo zgubimy ją w tym 
tłumie. 

Ruszyli w ślad za dziewczynką. 

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Czemu byłaś taka 

zdenerwowana? 

- Z powodu tego twojego detektywa, który ciągle za nami 

łaził. Zresztą kiepski z niego detektyw, skoro spostrzegłam 

jego manewry. A przestraszyłam się, gdyż ty sam nieźle mnie 

nastraszyłeś wizją porwania, więc nic dziwnego, że zaczęłam 
sobie wyobrażać okropne rzeczy, gdy tylko odkryłam nie­
proszone towarzystwo. 

- Ale to wcale nie musiał być detektyw, prawda? Rzeczywi­

ście mógł chodzić za wami ktoś inny. I co byś wtedy zrobiła? 

Przyglądał jej się, bacznie obserwując jej reakcję. Laurel 

unikała jego wzroku. 

- Pewnie ostatecznie uznałabym, że nie ma powodu do 

wpadania w panikę i przestałabym o tym myśleć. - Na mo­
ment zacisnęła zęby, co natychmiast wzbudziło w Charlesie 
podejrzenia, czyjej słowa były naprawdę szczere. - Wiesz, to 
jest tak, jak z historiami o duchach. Ktoś ci taką historię opo­
wiada albo oglądasz jakiś horror, a potem nagle zaczynasz 

słyszeć w domu całą masę podejrzanych odgłosów, chociaż 

nigdy przedtem nic podobnego ci się nie zdarzyło. Te od­
głosy nie świadczą jednak wcale o istnieniu duchów, tylko 
o tym, że człowiek zaczął zauważać najmniejsze nawet dro­
biazgi i reagować na nie nieco nerwowo. 

- Kiedy cię zobaczyłem, nie wyglądałaś na „nieco" zde­

nerwowaną. To było coś znacznie poważniejszego. 

Spojrzała na niego, a jej zielone oczy zalśniły gniewnie. 

background image

59 

- Tylko ci się zdawało. 
- Nie ma nikogo, kto by cię szukał? Na przykład były facet? 

Zbladła w jednej chwili. 

- Nie! Nie ma! Czemu pytasz? 

Ta reakcja była trochę zbyt gwałtowna... Interesujące. 

- Tak jakoś przyszło mi na myśl - zbagatelizował, posta­

nawiając jednocześnie wspomnieć Brendanowi o możliwym 
nowym tropie. Ona faktycznie mogła się obawiać, że zosta­

nie namierzona przez swojego byłego. Jeśli tak, to Charles 
tym bardziej nie życzył sobie takiej opiekunki dla Penny. 

- Gdzie zaparkowałaś samochód? 
- Przyjechałyśmy pociągiem. 
- Pociągiem? - powtórzył ze zdumieniem, gdyż to zupeł­

nie nie miało sensu. - Przecież możesz wozić Penny samo­
chodem. 

Skinęła głową. 

- Tak, ale powiedziałeś, że droga do Chapawpa jest kręta 

i niebezpieczna, a ty nie życzysz sobie, bym woziła twoją cór­
kę po takich drogach. 

Aż parsknął śmiechem. 

- Powiedziałem też, że w ogóle masz jej tu nie przywozić. 
- Tak, ale twój niepokój w kwestii mało bezpiecznej 

drogi uznałam za uzasadniony - odparła z tak niewinną 
miną, jakby jej zdanie wcale nie sugerowało dalszego cią­
gu: „podczas gdy reszta twoich obiekcji była kompletnie 
bezsensowna". 

Penny zatrzymała się nagle i dołączyła do grupki dzieci, 

które otaczały wianuszkiem kobietę ubraną w cygański strój 
i przepowiadającą przyszłość. 

background image

- Wierz mi albo nie, ale ja naprawdę za nic nie naraziła­

bym jej na żadne niebezpieczeństwo - oświadczyła Laurel. 

- Tak, pod warunkiem, że to ty sama będziesz oceniać, co 

jest bezpieczne - dopowiedział. 

- Cóż... - Westchnęła. - Aż tak daleko bym się nie po­

sunęła. Jednak w kwestii tego festiwalu nie miałam żadnych 

wątpliwości. No i popatrz, jak duże są korzyści. 

Oczywiście nikt nie mógłby zaprzeczyć, że Penny bawi 

się jak jeszcze nigdy w życiu. Nawet przed śmiercią matki 
nie miała zbyt wielu okazji do radości, a od czasu wypadku 
stała się smutna, wycofana, często nie dawało się nawiązać 
z nią żadnego kontaktu. Tego dnia jednak bawiła się z inny­
mi dziećmi, biegała, chichotała, piszczała. 

Co nie zmieniało faktu... 

- Zabroniłem ci ją tutaj przywozić. 
- To prawda. 
- Nie możesz lekceważyć moich poleceń. 
- Obiecuję naprawdę się starać, żeby to się więcej nie po­

wtórzyło. 

- Obiecujesz... „się starać"? - powtórzył z niedowie­

rzaniem. 

- Następny! - odezwał się ostro czyjś głos. 

Laurel rozejrzała się i spostrzegła, że Charles nieświado­

mie stanął w kolejce do wróżki. 

- Chyba twoja kolej. 
- Moja kolej? 
- Niech pan podejdzie - zażądała wróżka. - Teraz pan. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Idź, tatusiu - ponagliła go Penny. - Teraz ty. 

Laurel natychmiast dostrzegła znakomitą okazję do tego, 

by skierować niezadowolenie Charlesa na inne tory. Niech 
da sobie powróżyć z ręki, a potem fuka na wróżkę, zamiast 

- słusznie zresztą - na Laurel. Tak, zgadzała się, że miał po­

wód, by być na nią zły. 

- Idź, dowiedz się, jaka przyszłość cię czeka. Będzie fajnie! 
- Nie mam najmniejszej ocho... 
- Charles, podejdź wreszcie do mnie! - rozkazała nag­

le wróżka z irytacją. - Nie zamierzam czekać na ciebie ca­
ły dzień. 

Laurel i Charles wymienili zdumione spojrzenia. 

- Idź, tatusiu! Ona nawet wie, jak się nazywasz! 

Było bardzo ciekawie obserwować Charlesa Graya, który 

nagle trafił na kompletnie obce sobie terytorium. Nie nale­
żał do ludzi, którzy wierzyli w przepowiadanie przyszłości 
i w zjawiska parapsychiczne, przeciwnie, był człowiekiem 
szalenie praktycznym i twardo stąpającym po ziemi. 

Ale był także człowiekiem, którego mało co wzruszało, dla­

tego mimo niezadowolenia z sytuacji nie odwrócił się ostenta­
cyjnie i w ogóle nie robił żadnych niepotrzebnych scen, jak to 

background image

się zdarza wielu ludziom, którzy znajdą się w kłopotliwej czy 
niekomfortowej sytuacji. Zbliżył się do stolika wróżki. 

- Pokaż mi dłoń. - Nie czekając na zgodę, chwyciła go za 

rękę i natychmiast zaczęła jej się przyglądać. - O, masz wie­
le szczęścia w życiu, zawsze pomyślnie przetrwasz wszystkie 
trudności. 

Zmierzył ją sceptycznym spojrzeniem, lecz w ogóle się 

tym nie przejęła. 

- Ale w miłości nie miałeś tyle szczęścia, co? - Zmarszczy­

ła brwi, zamknęła jego dłoń, obejrzała palce, otworzyła je­
go dłoń z powrotem. - Ty w ogóle jeszcze jej nie zaznałeś! 

- Podniosła na niego wzrok. - Jak to możliwe? 

Laurel zadała sobie to samo pytanie. Przecież miał żonę, 

a Penny była owocem tego związku. 

- Ale zaznasz... - dodała zagadkowo wróżka. 

Nie, Penny ńie mogła słuchać podobnych rzeczy, to prze­

stało być zabawne. Naprawdę dziecko nie potrzebowało wie­
dzieć, że rodzice wcale się nie kochali. Laurel już miała coś 

powiedzieć, lecz Charles ubiegł ją i odezwał się pierwszy. 

- To dość standardowy tekst jak na wróżkę. - Zostało to po­

wiedziane niemal z rozbawieniem, lecz Laurel widziała, jak na 
policzku zadrgał mu nerw, zdradzając poruszenie Charlesa. 

Wróżka uśmiechnęła się, ukazując szarożółte zęby. 

- Ona tu jest. 
- K t o ? 

Ku kompletnemu zaskoczeniu Laurel, wróżka wskazała 

teatralnym gestem właśnie na nią. 

- Ona. Twoja przyszłość. - Popukała sękatym palcem 

w środek dłoni Charlesa. - To z nią spędzisz resztę życia. 

background image

63 

Spojrzał na Laurel, spochmurniał, a potem znowu prze­

niósł wzrok na wróżkę 

- Czy przepowiada mi pani, że umrę dziś po południu? 

Bo inaczej pani słowa nie mają żadnej szansy się sprawdzić. 

- Nie, nigdy nie przepowiadam śmierci. Tylko życie. I mi­

łość. To jest kobieta twego serca. 

Parsknął śmiechem, co Laurel uznała za cokolwiek obraź-

liwe dla siebie. 

- To jest niania mojej córki - uciął takim tonem, jakby 

sam pomysł zakochania się w opiekunce własnego dziecka 

był absurdalny. Wyraźnie nie czytał najsłynniejszej powieści 

jednej z sióstr Bronte. 

- Doprawdy? Będzie kimś więcej. Będzie twoją przyszłością. 

Będziecie razem. - Przeniosła spojrzenie na Laurel. - Powiedz 
mi, kochaneczko, czemu ukrywasz, kim naprawdę jesteś? 

Poczuła, jak jej żołądek zaciska się w supeł. 

Charles natychmiast skorzystał z okazji, by przestać być 

obiektem zainteresowania wróżki, i lekko pchnął Laurel 

w kierunku stolika. 

- Teraz twoja kolej. 

Nawet nie miał pojęcia, jak bardzo nie chciała słuchać 

o sobie! A jeszcze bardziej nie chciała, by usłyszał to ktokol­

wiek inny. Uśmiechnęła się, lecz nie wypadło to naturalnie, 

raczej przypominało grymas. 

- Chyba powinniśmy już wracać, inaczej będziemy w do­

mu zbyt późno. 

- Nonsens. Mamy dużo czasu, możemy tu zostać, ile tyl­

ko chcemy. 

Wróżka wyciągnęła rękę w stronę Laurel. 

background image

64 

- Chodź do mnie. Ty cierpisz, a ja mogę ci pomóc. Pozwól 

mi to zrobić, proszę. 

Laurel rozejrzała się dookoła. Tuż obok popisywała się 

grupa klaunów, a chociaż ona nigdy klaunów nie lubiła, naj­
chętniej zaproponowałaby obejrzenie ich występu. Niestety, 
byłoby to niegrzeczne wobec tej starszej kobiety, w dodatku 
zdradzałoby, że Laurel boi się coś ujawnić, więc Charles na­
tychmiast zacząłby się zastanawiać, co ona ma na sumieniu. 

Z ociąganiem usiadła naprzeciwko wróżki. 

- Było wokół ciebie wielkie zagrożenie. Przestępcy. Ale nie 

w tym kraju... 

- Nie, w Europie Wschodniej. Tam były... bardzo poważ­

ne problemy polityczne. 

- Nie, nie chodziło o politykę. I byłaś w prawdziwym nie­

bezpieczeństwie. Ktoś chciał cię dopaść. 

Zaschło jej w ustach i bała się, że gdy wróżka puści jej 

dłoń, zdradzi ją drżenie ręki. Spróbowała się roześmiać. 

- W takim razie dobrze, że już mnie tam nie ma! 
- Kiedy... kiedy właśnie tam jesteś - ciągnęła zaskoczo­

na wróżka. - A jednocześnie jesteś tutaj. Ale to przecież nie 
ma sensu. 

Owszem, to miało sens. Bardzo dużo sensu. 
Poczuła, jak Charles staje za jej plecami. Nachylił się i wbił 

wzrok w dłoń Laurel, jakby sam też potrafił coś z niej wyczytać. 

- Ale teraz już wszystko w porządku, możesz przestać się 

ukrywać. Ty i twoje siostry będziecie wreszcie szczęśliwe. 

Siostry??? Jakiś absurd, który jednak na szczęście odwra­

cał uwagę od niebezpiecznego tematu. 

- Nie mam sióstr. 

background image

65 

Wróżka ściągnęła brwi. 

- Nie utrzymujesz z nimi kontaktu? 
- Nie, ja w ogóle nie mam rodzeństwa. 

Chyba że... W końcu została adoptowana, więc mogła je 

mieć i nic o tym nie wiedzieć. 

Wróżka ponownie zerknęła na linie na dłoni Laurel. 

- Masz dwie siostry. I są ci bardzo, bardzo bliskie. 

Laurel potrząsnęła głową, gdyż to ostatnie z całą pewnoś­

cią nie było prawdą. 

- Chyba pomyliła pani moją przyszłość z przyszłością in­

nej osoby. 

- Skądże. 

Laurel cofnęła rękę i wstała od stolika. 

- W takim razie nie wiem, jak to wyjaśnić. 
- Nie musisz niczego wyjaśniać, twoje serce mówi ci praw­

dę. - Kobieta spojrzała jej prosto w oczy, a miała wzrok tak 

czysty i szczery, że Laurel niemal uwierzyła w jej zdolność 

jasnowidzenia. - Teraz bądź sobą, prawdziwą sobą. Musisz 

przestać się ukrywać. To ważne. 

- Kim naprawdę jesteś? - spytał Charles. 

Odwróciła się do niego gwałtownie. 

- Dokładnie tym, kim powiedziałam. A ona... To jakieś 

nonsensy! - Wzruszyła ramionami, lecz cała się trzęsła i bała 
się, że ze zdenerwowania zaraz zacznie szczękać zębami. 

- Spokojnie, ja tylko żartowałem - odparł, obserwując ją 

dziwnym wzrokiem. 

Spróbowała się uśmiechnąć. 

- Wiem, że żartujesz. Od razu wiedziałam. Po prostu nie 

chciałabym, żeby ktoś wziął te słowa na poważnie. 

background image

6 6 

Rzuciła starszej kobiecie zdesperowane spojrzenie. 

- Kto miałby to brać na poważnie? To wszystko było tylko 

dla zabawy - odezwała się wróżka, wydając się czytać w Lau-
rel jak w otwartej księdze. 

- No właśnie. Lepiej już idźmy, bo robi się późno, a sko­

ro ta droga jest taka kręta, to lepiej nie jedźmy po ciemku 

- rzekła Laurel. 

Zawołała Penny, która stała kilka kroków dalej, przyglą­

dając się popisom klaunów i cała trójka ruszyła w stronę sa­
mochodu. 

Aż do bramy Laurel czuła na plecach spojrzenie wróżki. 

- Myślicie, że ona widzi przyszłość? - spytała z podekscy­

towaniem Penny, gdy tylko usadowiła się na tylnym siedze­
niu luksusowego wozu taty. 

- Z całą pewnością nie - uciął ostro Charles. - To fałszy­

wa wróżka. 

- Nie wyglądała jak fałszywa - zaprotestowała dziewczyn­

ka. - I powiedziała, że się pobierzecie! 

- Zanim się obejrzymy, ta plotka rozejdzie się po całej 

okolicy - mruknął pod nosem Charles. 

Laurel odwróciła się i popatrzyła na rozentuzjazmowaną 

dziewczynkę. 

- Kochanie, ta pani była wynajęta, żeby festiwal był cie­

kawszy. Tak samo jak klauni i ci panowie, którzy pomagali 

jeździć na kucykach. 

- O... - powiedziała z rozczarowaniem dziewczynka. 

Laurel oczywiście nie zamierzała mówić, że trafiają się 

prawdziwi jasnowidze, doskonale pamiętała swoje spotka-

background image

67 

nie z jednym z nich w Lenowii. Stary człowiek nie tylko po­
trafił opowiedzieć jej przeszłość, ale także przepowiedział 
przyszłość: 

„Przeżyjesz tragedię. 

Wielką stratę. 

Śmierć. 
I odrodzisz się na nowo." 
I to wszystko okazało się prawdą. Co do słowa. 
Później Laurel żałowała, że te przepowiednie tak nią 

wstrząsnęły, że nie pomyślała o tym, by spytać starca o swo­

ich biologicznych rodziców. Zamiast tego, zwyczajnie ucie­
kła od niego, bojąc się dalszych przepowiedni i żywiąc irra­
cjonalne poczucie, że jeśli ich nie usłyszy, to się nie spełnią. 

Jednak dzisiejsze spotkanie należało do zupełnie innego 

rodzaju, to była tylko fałszywa Cyganka, która wygadywa­
ła kompletne głupstwa o nieistniejących siostrach i o tym, 
że taki mężczyzna jak Charles Gray ze wszystkich kobiet na 
świecie wybierze właśnie ją. 

Większego absurdu nie potrafiłaby sobie wyobrazić. 

- Laurel, słuchasz mnie? 

Zaskoczona, odwróciła się do niego. 

- Mówiłem, że taka wróżka to tylko jedna z tych niemądrych 

atrakcji halloweenowych i że jest równie prawdziwa, jak te pa­
pierowe duchy, które zwisały z gałęzi. - Dyskretnie skinął gło­

wą w stronę tylnego siedzenia. - Zgodzisz się ze mną, prawda? 

- Tak, oczywiście. - Spojrzała na Penny, która wygląda­

ła na mocno zawiedzioną. - Ale fajnie było pójść do wróż­
ki, prawda? Słuchaj, a może chciałabyś się przebrać w Hal-
loween za wróżkę? 

background image

Penny rozpromieniła się w mgnieniu oka. 

- Naprawdę? I będę mogła biegać i żądać cukierków? 

Laureł nawet nie musiała patrzeć na Charlesa, żeby do­

myślić się, że właśnie złamała kolejną z reguł, a raczej kolej­
ny z zakazów. 

- Zobaczymy, kochanie - zastrzegła się, krzywiąc się nieco. 

- Muszę najpierw porozmawiać o tym z twoim tatą. 

Charles łypnął na nią ponuro. 

- W ogóle jest kilka rzeczy, o których musimy koniecznie 

porozmawiać. 

- Byłam pewna, że to powiesz. 
- Cieszę się, że przynajmniej w niektórych sprawach je­

steś przenikliwa. 

- Co to „szepnikliwa"? - zaciekawiła się Penny. 
- Przenikliwa - poprawiła odruchowo Laurel. 
- Wiem, przecież tak powiedziałam. - Dziewczynka popa­

trzyła na nią z tak niecierpliwym wyrazem twarzy, że w tym 
momencie uderzająco przypominała swojego ojca, co zresztą 
rozbawiło Laurel. - Pytam, co to znaczy. 

- Osoba przenikliwa to taka, która potrafi zrozumieć, o co 

chodzi innym. - Tu Laurel rzuciła wymowne spojrzenie na 
Charlesa i dodała: - Nawet gdy nie mówią tego wprost. 

Charles nie pozostał dłużny i natychmiast wypalił: 

- Należy też zauważyć, że osoba, która nie jest przenikliwa, 

będzie szła przez życie, robiąc wszystko po swojemu i nie 
zważając na to, jak czują się ludzie wokół niej albo czego 
by sobie życzyli. Nawet wtedy, gdy ci ludzie mówią jej jasno 
i wyraźnie, co myślą na dany temat. 

- A jednak dana osoba jest przenikliwa, jeśli potrafi zin-

background image

69 

terpretować sytuację lepiej niż osoba zgłaszająca konkretne 

życzenie, jeśli to życzenie nie bierze pod uwagę tego, co było­
by naprawdę dobre dla osoby najbardziej zainteresowanej. 

- Czasami jednak osoba mająca się za niezmiernie przeni­

kliwą, po prostu dorabia do rzeczywistości interpretacje op­

arte na własnych przekonaniach, które wcale nie muszą mieć 

wiele wspólnego z prawdą. 

- Jak widzisz, kochanie, istnieją różne definicje tego, co 

to znaczy być przenikliwym - podsumowała Laurel. - Ge­
neralnie jednak chodzi o to, że taki ktoś dobrze rozumie, co 
naprawdę dzieje się wokół niego. 

Odwróciła się, spojrzała na Penny i omal się nie roze­

śmiała, gdyż dziewczynka wyglądała przez okno, w ogóle 

nie zwracając na nich uwagi. 

- Penny? 
- C o ? 
- Czy teraz rozumiesz, co to znaczy? 
- Już nie pamiętam tego słowa - odparła beztrosko, a po­

tem westchnęła ciężko i znowu wyjrzała przez okno. - Tam 
były takie konie... Mama powiedziała mi kiedyś, że jak się 
mija konie i zobaczy się białego, to trzeba sobie pomyśleć ja­
kieś życzenie. 

Laurel z miejsca wyczuła, jak Charles zesztywniał za kie­

rownicą. Po prostu wiedziała, że tak było. 

-1 zobaczyłaś białego konia? 
- A h a . 
-1 jakie życzenie sobie pomyślałaś? 
- Eee... - Penny zarumieniła się, wyraźnie wstydząc się 

przyznać. 

background image

Właściwie nie trzeba było pytać, pewnie dziewczynka 

chciałaby biegać w halloweenowy wieczór z innymi dziećmi 
i domagać się słodyczy pod groźbą spłatania figla. Albo ze­
chce balu dla czarownic i wróżek. Albo czegoś podobnego, 
czego Charles oczywiście nie zaaprobuje, a całą winę za owe 
niemądre zachcianki przypisze Laurel. 

- Chciałabym mieć konika - zdradziła Penny, a potem 

"wzruszyła ramionami. - Ale i tak nie umiem jeździć. 

Laurel się roześmiała. 

- Skoro chcesz mieć zwierzę, to może zacznijmy od psa? 
- Ty chyba się uparłaś, żeby narobić mi jak najwięcej kło­

potów, prawda? - spytał Charles pozornie lekkim tonem, 
który Penny musiała wziąć za żartobliwy, lecz Laurel dosko­
nale słyszała brzmiące w nim ostrzeżenie, i to poważne. 

- Myślałam o takim pluszowym - poprawiła się pospiesznie. 

Na szczęście pomysł chwycił, gdyż Penny się rozpromie­

niła. 

- Ojej, ja kocham pluszowe zwierzątka! Mogę dostać pie­

ska? Proszę! 

Ponieważ katastrofa została zażegnana, Laurel odetchnę­

ła z ulgą i obiecała: 

- Ależ oczywiście. Sama ci go kupię. 

Odchyliła głowę na oparcie, ponownie odetchnęła i usły­

szała cichy głos Charlesa: 

- Musimy porozmawiać. Jeszcze dziś. Gdy tylko mała pój­

dzie spać. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Znalazłam kogoś, kto znał Laurel - powiedziała do słu­

chawki Rose Tilden Harker. 

Jej siostra Lily aż wydała zdławiony okrzyk. 

- Kto to jest? Gdzie mieszka? 
- Ta dziewczyna też ma na imię Laurel. - Rose popatrzy­

ła na swoje pośpiesznie nagryzmolone notatki, chociaż i tak 

znała każde słowo na pamięć. - Nazywa się Laurel Midland. 

Warren zatrudnił do poszukiwań jakiegoś bardzo zdolnego 

detektywa, i to właśnie on ją znalazł. Pracowała razem z Lau­
rel w Europie Wschodniej w Korpusie Pomocy Humanitar­
nej i niedawno wróciła do kraju. 

Nie musiały mówić nic więcej, ponieważ od zawsze potra­

fiły wzajemnie czytać w swoich myślach, zresztą.często myśla­
ły podobnie. Perspektywa porozmawiania z osobą znającą ich 

siostrę, której one same już nigdy nie zdołają zobaczyć, była 
z jednej strony bardzo bolesna, ale z drugiej cieszyły się, gdyż 
miały wreszcie szansę dowiedzieć się czegokolwiek o Laurel, 
z którą zostały rozłączone ćwierć wieku wcześniej. 

- Czy ona dobrze ją znała? -
- Ich szef, który wciąż przebywa w Lenowii, twierdzi, że 

były nierozłączne jak siostry. 

background image

- Co za ironia losu... 
- Zgadzam się. 
- Wiesz co? - powiedziała Lily. - Okazało się, że Conrad i ja 

moglibyśmy przyjechać w przyszłym tygodniu do Nowego Jor­
ku, ponieważ fundacja jego ojca organizuje wielką galę. A gdy­
bym przyjechała wcześniej i pomieszkała u was? 

Rose prawie podskoczyła z radości. Minął już rok, odkąd 

nie mieszkały razem w małym mieszkanku na Brooklynie, po­

nieważ życie ich obu zupełnie się odmieniło - obie spotkały 
swoich przyszłych mężów. Rose poznała Warrena Harkera, bo­
gatego dewelopera z Manhattanu, a Lily księcia Conrada, rzą­
dzącego Belorią, niewielkim państewkiem w Alpach. 

Odkąd Lily przeprowadziła się do Europy, siostry widywa­

ły się rzadko. Ostatnio spotkały się dwa miesiące wcześniej, zaś 
po dwudziestu kilku latach dzielenia najpierw jednego pokoju, 

a potem jednego mieszkania dwa miesiące rozłąki wydawały 
im się całą wiecznością. 

- Przyjeżdżaj od razu! 

Lily się roześmiała. 

- Czekaj, najpierw muszę się spakować. 
- E tam, kupisz sobie wszystko na miejscu. Wskakuj w sa­

molot i przylatuj! - Rose wcale nie żartowała. Im dłużej za­
stanawiała się nad tą sprawą i im dłużej rozmawiały, tym 
silniej odczuwała, że koniecznie muszą się razem spotkać 
z Laurel Midland. To było naprawdę bardzo pilne. 

- Wszystko w porządku? - spytała Lily. - Rosie, czy jest 

jeszcze coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć? 

- Nie, ja tylko... - Pociągnęła nosem. 
- Hej, ty płaczesz! - zorientowała się natychmiast Lily. 

background image

73 

- To prawda, ale nic się nie dzieje, słowo. Nie mam powo­

du płakać, ja tylko... zrobiłam się trochę przewrażliwiona. 

- Jesteś pewna, że naprawdę nic się nie dzieje? - dopyty­

wała z niepokojem Lily. - O mój Boże! Rosie, czy ty jesteś 
w ciąży? 

- Tak, ale chciałam ci powiedzieć, kiedy tu przyjedziesz! 
- Och, Rosie, będziesz miała dziecko! - Teraz i Lily się 

rozpłakała. - Od jak dawna jesteś w ciąży? 

- Od trzech dni - zażartowała Rose. 
- Tak się cieszę! Nasza rodzina coraz bardziej się powięk­

sza, to cudownie! 

- Też tak myślę. Ale pospiesz się i przyjeżdżaj jak najprę­

dzej, mówię poważnie. Musimy o wszystkim porozmawiać. 

W dodatku mam dziwne przeczucie, że jeśli nie spotkamy 

się z tą Laurel Midland jak najprędzej, ona nam się wyniknie, 
zniknie i już więcej jej nie odnajdziemy. 

Znów pociągnęła nosem, a łzy zaczęły jej płynąć po po­

liczkach. 

- Oczywiście pewnie przesadzam - rzekła, starając się 

uspokoić siostrę. - Ponieważ straciłyśmy Laurel, i to na za­

wsze, teraz podświadomie boję się, że możemy stracić rów­

nież ostatni ślad prowadzący do niej. 

- Jadę do ciebie od razu - zdecydowała natychmiast Lily. 

- Zadzwonię, gdy tylko znajdę się na lotnisku w Nowym Jor­

ku. A ty dbaj o siebie i o to maleństwo, które nosisz. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Charles nie przypuszczałby nigdy, że ktoś taki jak Laurel 

może zdenerwować się przepowiedniami wróżki na zabawie 
dla dzieci, dlatego też jej reakcja mocno go zaintrygowała. 

Oczywiście wróżka nie była żadnym jasnowidzem, tylko 

zwykłym przebierańcem i plotła trzy po trzy. Owszem, zga­
dzało się, że z Angeliną nie łączyła go miłość - jak wszy­
scy ich znajomi wiedzieli, to małżeństwo zostało zawarte 

wyłącznie w powodów biznesowych, w celu połączenia po­

siadłości obu rodzin. Na samym początku czuli jednak po­

żądanie, dlatego też urodziła się Penny, lecz Angelina bar­
dzo źle zniosła ciążę, więc po porodzie nie miała już ochoty 
na dalsze intymne kontakty z mężem, gdyż pozostał jej uraz 
do niego. Za to chętnie poszukała sobie kochanka. Ani ona 
nie czuła wyrzutów sumienia, ani Charles nie miał pretensji, 
żadne też nie żałowało zawarcia małżeństwa, ponieważ po­
łączone winnice prosperowały znakomicie, przynosząc oboj­
gu znacznie większe dochody niż wtedy, gdy każde musiało 
dawać sobie radę samo. W dodatku traktowali się nawzajem 
przyjaźnie, więc układ był naprawdę znośny. 

Wróżka czystym przypadkiem trafiła z tym brakiem mi­

łości w życiu Charlesa, ale one zawsze mówią takie rzeczy, 

background image

75 

które mają brzmieć romantycznie, gdyż właśnie to ludzie 
spodziewają się usłyszeć. A z tym, że Laurel odegra ważną 
rolę w jego życiu, trafiła jak kulą w płot, bo przecież za parę 
tygodni ona wyprowadzi się z Gray Manor i zastąpi ją inna 
opiekunka. 

Rozmowy kwalifikacyjne z potencjalnymi kandydatkami 

wyznaczył zresztą na następny dzień. Pierwsza kobieta miała 

sześćdziesiąt pięć lat, silny angielski akcent i surowy wygląd. 
Sprawiała wrażenie bardzo kompetentnej. 

- Muszę panu powiedzieć, panie Gray, że nie toleruję picia 

alkoholu - oznajmiła na wstępie. 

- To świetnie. Opiekunka mojej córki powinna być trzeźwa. 

Uniosła brew. 

- Mój pracodawca również - odparła. - Moje wątpliwości 

budzi fakt, że zajmuje się pan produkcją wina. 

Właściwie byłoby dobrze, gdyby opiekunka Penny wy­

znawała podobne poglądy - zwłaszcza gdy Penny zrobi się 
starsza. 

- Proszę się nie obawiać, to tylko moja praca, a nie sposób 

na zaopatrzenie sobie piwnic. 

Skinęła głową. 

- Miło mi to słyszeć. Oczywiście mówię to nie z braku 

szacunku, ale dlatego, że wszystko powinno być jak należy. 

Wierzę w dyscyplinę, porządek i regularny tryb życia, szcze­

gólnie w odniesieniu do dzieci. 

- W takim razie proszę mi powiedzieć, jak według pani 

powinien wyglądać rozkład dnia dziecka. 

- O siódmej rano śniadanie, a na śniadanie owsianka i mleko 

- wyrecytowała bez wahania, mając w głowie gotowy schemat. 

background image

76 

- Żadnych soków owocowych, są bardzo niezdrowe dla zębów. 

W dniach wolnych od zajęć szkolnych przed południem ćwi­

czenia na powietrzu. Lunch punktualnie w południe... 

I tak dalej, i tak dalej. Wojskowy dryl, nie zważający na zmie­

niające się okoliczności i na potrzeby podopiecznych. Wszyst­
ko sztywno ustalone raz na zawsze, niezależnie od tego, co ży­
cie przyniesie. Laurel znienawidziłaby ją za to, pomyślał. Na 
pewno zaczęłaby mówić o czasie wolnym, zabawach, pozwala­
niu dziecku na to, by popełniało błędy i uczyło się na nich. 

W ciągu dnia spotkał się z kilkoma potencjalnymi pra­

cownicami i w każdym przypadku natychmiast uświadamiał 
sobie, co na temat danej osoby powiedziałaby Laurel. Zbyt 
surowa. Nieprzyjemna. Wygląda bardzo zasadniczo. Nie ma 

w niej ciepła. Nie słucha innych. Małoduszna. 

Krótko mówiąc - żadna z nich nie była nią. 
Charles powoli zaczynał rozumieć, że miała dobre po­

dejście do dzieci, ponieważ widział jego pozytywne rezulta­
ty. Oczywiście Laurel nie mogła zostać, gdyż była zbyt mło­
da i niedoświadczona, więc potrzebował kogoś innego. I już 

wiedział, kogo. 

Kogoś takiego jak Laurel... żeby zastąpić Laurel. 
Brzmiało to trochę niedorzecznie, ale Charles powtarzał 

sobie, że to świetny pomysł i starał się ignorować cichutki 
głos, który podpowiadał, żeby po prostu zatrzymać ją samą. 

Wieczorem wezwał ją do swojego gabinetu, gdy Penny już 

spała. Zamierzał przeprowadzić tę rozmowę poprzedniego 
dnia, lecz Penny dość długo zatrzymała nianię u siebie, gdyż 

po wyjeździe miała wiele wrażeń i chciała powspominać, co 
widziała i robiła na festiwalu. Laurel pozwoliła jej się wyga-

background image

77 

dać, żeby dziewczynka dała ujście emocjom i dzięki temu 
potem mogła spokojnie zasnąć. 

- Wiem, że nie powinnam była zabierać wczoraj Penny do 

Chapawpa bez twojej zgody - rzekła Laurel, gdy tylko weszła 
do gabinetu. - Ale miałam poczucie, że powinna zostać w ja­
kiś sposób nagrodzona za tę nieoczekiwaną chęć wyjścia z do­
mu i pobawienia się razem z innymi dziećmi. To bardzo duży 
postęp jak na nią, bo dotąd była samotna i zamykała się w so­
bie. Pani Daniels mówi, że Penny nigdy nie miała żadnej kole­
żanki ani... 

- Zaczekaj. - Przerwał jej w połowie zdania i wskazał skó­

rzany fotel stojący naprzeciwko jego fotela. - Usiądź, proszę. 

Usiadła i mówiła dalej: 

- Ona powoli zaczyna kolegować się z dziećmi w szkole, 

a nawet myśleć o tym, że mogłaby spotykać się z nimi rów­
nież poza szkołą. To bardzo dobry znak 

- Ma dopiero sześć lat, na koleżanki i spotkania poza szko­

łą przyjdzie czas później. 

Laurel zrobiła sceptyczną minę. 

A Charles wiedział, że tak będzie. 

- Kiedy pracowałam w Lenowii, poznałam tam wiele dzie­

ci zamkniętych w sobie. Nie dawało się już do nich dotrzeć. 
Do tego potrzebny byłby czas i umiejętności psychologa, 
a my nie mieliśmy ani jednego, ani drugiego. Tamte dzie­
ci miały po dwanaście, trzynaście lat, straciły rodziców, nie 
czuły się z nikim związane i nikomu nie ufały. 

- To bardzo przykre, że tyle dzieci traci jedno lub obo­

je rodziców, ale takie doświadczenie nie musi uczynić z ko­

goś osoby społecznie nieprzystosowanej - rzekł nieco ostro, 

background image

78 

gdyż poczuł, jak odzywa się jego poczucie winy z powodu 

śmierci Angeliny. 

- Nie musi - zgodziła się Laurel, a jej wzrok złagodniał. 

- Czasem jednak takie dziecko do tego stopnia przywyka do 

samotności, że od pewnego momentu jest samotne z wy­

boru, nie nawiązuje kontaktu, bo nie chce. Byłoby straszne, 
gdyby coś podobnego przydarzyło się również Penny. 

- Nic jej nie będzie - skwitował. - Zresztą nie o tym chcia­

łem z tobą rozmawiać. 

- A o czym? 
- O tym, że chociaż doceniam twoje wysiłki i to, jak bie­

rzesz sobie do serca dobro Penny, za parę tygodni, gdy przyj­
dzie nowa niania, będziemy musieli się rozstać. Cóż, będzie 
nam wszystkim przykro. 

- Po co ma być wszystkim przykro? Wystarczy zatrzymać tę 

nianię, która już jest. Miałam nadzieję, że zdołałam cię przeko­
nać do siebie. Nie widzisz, jaka ze mnie dobra opiekunka? 

Charles odpowiedział, ostrożnie dobierając słowa. 

- Widzę, ile dla niej robisz i jak się o nią troszczysz. Widzę 

i, jak już wspomniałem, doceniam. Ale od samego począt­
ku zamierzałem zatrudnić osobę starszą od ciebie, bardziej 
dojrzałą i nie ukrywałem tego przed tobą. Nadal  m a m ta­
ki zamiar, dzisiaj przeprowadziłem kilka rozmów z osobami 
ubiegającymi się o tę pracę. 

- Ach tak... I znalazłeś kogoś odpowiedniego? 
- Na razie nie, ale po tych rozmowach znacznie lepiej 

wiem, czego chcę. 

Odsunął od siebie myśl, że chciał właśnie Laurel. Oczywi­

ście chciał jej dla swojej córki. 

background image

79 

- Moim zdaniem najlepiej będzie od razu jutro uprzedzić 

Penny, że wyjeżdżasz, dzięki temu nie przywiąże się do cie­
bie zanadto. 

- Rozumiem... - rzekła głuchym głosem, a jej piękne zie­

lone oczy przygasły. 

Charles nagle poczuł ukłucie żalu. Zapragnął, żeby zno­

wu się uśmiechała, żeby jej oczy błyszczały jak zawsze. Ale 
przywykanie do pogodnej obecności Laurel nie prowadziło 

do niczego dobrego i nie mogło się sprawdzić ani w przy­
padku Penny, ani w jego własnym. Już i tak wiedział, że dłu­
go o niej nie zapomni. 

- Mam propozycję. Zapłacę ci za odejście z pracy. To zna­

czy już teraz otrzymasz całość tego, co dostałabyś po miesią­
cu i będziesz miała.więcej czasu na szukanie nowej pracy. 

- Zapłacisz mi za to, żebym nie pracowała przez te dwa 

tygodnie? 

- T a k . 
- To nie jest tego warte. 

Kompletnie zaskoczyła go tym stwierdzeniem. 

- Chcesz powiedzieć, że to za niska cena? Żądasz więcej? 

- spytał ze zdumieniem, gdyż dotąd nie podejrzewał jej o za­

chłanność. 

- Oczywiście, że nie - zaprotestowała z oburzeniem. -

Wcale nie chodzi o pieniądze. Odkąd poznałam Penny, nie 

pracuję dla pieniędzy. 

- Czemu więc uważasz, że proponowany przeze mnie 

układ ci się nie opłaca? 

- Mówię, że nie porzucę dziecka dla dwutygodniowej pensji. 

Charles zmarszczył brwi. 

background image

8 0 

- Nikogo nie porzucisz, po prostu pozwalam ci wcześniej 

odejść z pracy. 

- A ja... odmawiam. 
- Odmawiasz? - powtórzył z niedowierzaniem. - Nie mo­

żesz odmówić, kiedy pracodawca zwalnia cię z roboty. 

- Być może nie, ale zawarliśmy umowę, która w takim sa­

mym stopniu wiąże nas oboje. Nie możesz mnie zwolnić, je­
śli nie zachodzi żadna z okoliczności wymienionych w tej 
umowie. 

- Nie mogę cię zwolnić bez wypłaty - skorygował. - A ja 

przecież oferuję ci pełne wynagrodzenie za cały pozostały 
czas pracy. 

- Nie ma takiej opcji w naszej umowie. 

Charles nie wierzył własnym uszom. Kto chciałby dalej pra­

cować, gdyby oferowano mu pieniądze w zamian za zaprzesta­
nie pracy? Ta dziewczyna chyba musiała mieć źle w głowie. 

- Ale można się domyślić, że taka opcja istnieje. 
- Domysły nie mają racji bytu w świetle prawa, o ile mi 

wiadomo. 

Zatkało go. Wielokrotnie wyrzucał ludzi z pracy, jednym 

dawał jakieś dodatkowe świadczenia, innym groził sądem, 
a chociaż nikomu jeszcze nie proponował pełnego wynagro­
dzenia za cały pozostały czas kontraktu, to nie wątpił, że nikt 
nie odrzuciłby podobnej oferty. Zwłaszcza gdyby wiedział, 

że i tak w ciągu paru tygodni będzie musiał odejść z pracy. 

- Nie zamierzam sprawiać ci problemów - rzekła Laurel, 

jakby czytała w jego myślach. - Zdaję sobie sprawę, że złoży­

łeś mi naprawdę wielkoduszną ofertę i gdybym pracowała za 
biurkiem, byłabym głupia, gdybym jej nie przyjęła. 

background image

81 

- Oczywiście - zgodził się, myśląc z ulgą, że wreszcie za­

częła myśleć rozsądnie. 

- Ale moja praca nie polega na siedzeniu za biurkiem -

zauważyła, rzucając Charlesowi wymowne spojrzenie. 

- To prawda, ale też nie rozmawiamy o jakiejś wysoce wy­

specjalizowanej pracy, w której dzięki zdobywaniu nowych do­

świadczeń możesz następnym razem dostać lepsze stanowisko. 

W zamyśleniu ściągnęła brwi. 

- Czyli w celu zdobycia kolejnej pracy w charakterze niani 

nie potrzebuję zebrać więcej doświadczeń? 

- Nie widzę takiej potrzeby - zapewnił, chcąc ją pocieszyć 

i mając nadzieję, że przestanie być taka przygaszona. 

I przestała. Jej zielone oczy zalśniły w jednej chwili. 

- Ha! - Wycelowała w niego palec. - Sam właśnie przy­

znałeś, że nie muszę być osobą bardziej doświadczoną do 

wykonywania tej pracy. 

Skrzyżowała ramiona z zadowoloną miną, która mówiła 

jasno: „Masz na to jakąś odpowiedź, spryciarzu?". 

Charles musiał przyznać, że zapędził sam siebie w kozi róg. 

- Od początku mówiłem, że chcę zatrudnić osobę bardziej 

dojrzałą. 

- Czyli starszą? 
- T a k . 

, - Do tego jeszcze stosujesz selekcję negatywną na podsta­

wie wieku pracownika. Wiesz, że to niedozwolone? 

Była dobra, musiał przyznać. Ale on sam też miał głowę 

nie od parady. 

- W takim razie doprecyzuję moje potrzeby. Chcę zatrud­

nić osobę na tyle dojrzałą, żeby rozumiała moje polecenia 

background image

i stosowała się do nich. Na przykład jeśli zabronię zabierać 
moją córkę bez odpowiedniej ochrony na zabawę do innego 
miasta, to ta osoba tego nie zrobi. 

Laurel się zarumieniła. I wyglądała bardzo ładnie. 

- Dobre zagranie - przyznała. - Zresztą często stosujesz 

dobre zagrania. 

Uśmiechnął się. 

- Ty też. 

Laurel westchnęła. 

- Porozmawiajmy szczerze - zaproponowała. - Żadnych 

podchodów, żadnych gierek. Po prostu powiem, co myślę. 

- Słucham. 
- Potrzebuję pracy, wcale tego nie ukrywam, a opieka nad 

dzieckiem bardzo mi odpowiada, w dodatku mój ojciec miesz­
ka niedaleko, więc mogę go odwiedzać w wolnym czasie.  W a ś ­
nie z tych powodów odpowiedziałam na twoje ogłoszenie. 

- No i...? - ponaglił. Większość ludzi już dawno powie­

działaby, czego chce, lecz Laurel postępowała inaczej niż 

większość, o czym Charles przekonywał się wciąż na nowo. 

- Ale doszedł jeszcze czynnik ludzki. 
- Czynnik ludzki? 
- Penny. 
- Ach, oczywiście. - Ale się głupio podłożył. Patrzył na 

sprawę wyłącznie od strony praktycznej, a przez to niechcą­
cy tylko podsunął Laurel bardzo dobry argument. - Myśla­
łem, że chodzi ci o... - urwał. 

Nie wiedział, jak w miarę elegancko ubrać w słowa, co 

myślał, ale i tak nie musiał, oboje doskonale wiedzieli, co 
chciał powiedzieć. 

background image

83 

Na szczęście Laurel bardzo szybko przerwała to kłopotli­

we dla Charlesa milczenie. 

- Penny potrzebuje emocjonalnego wsparcia, i to natych­

miast, ponieważ straciła matkę, a do pewnego stopnia tak­
że ojca... 

- Przecież jestem tutaj. 
- Czasami. A czasami cię nie ma. - Wpatrywała się w nie­

go przenikliwym wzrokiem. - Nawet kiedy jesteś, to czy na­

prawdę się nią zajmujesz? Jesteś dla niej? 

- W tym momencie sama dotknęłaś istoty problemu. Tak, 

często wyjeżdżam w interesach. I właśnie dlatego Penny po­
trzebuje kogoś, kto zostanie przy niej na bardzo długo. Kogoś, 
kto albo już odchował własne dzieci i może całkowicie poświę­
cić się tylko jej, albo kogoś, kto postanowił w ogóle nie zakła­
dać własnej rodziny. Krótko mówiąc, potrzebny jest ktoś, kto 
zajmie się Penny przez najbliższych kilkanaście lat. 

- Czemu sądzisz, że ja nie mogę tego zrobić? 
- Ponieważ jesteś młoda, piękna i dopiero co wróciłaś do 

kraju po spędzeniu kilku lat za granicą w bardzo trudnych 

warunkach. - Wyliczał na palcach. - Nie wiesz, co przynie­

sie przyszłość. Nikt tego nie wie. 

Ledwie to powiedział, przypomniał sobie wróżkę z festi­

walu w Chapawpa i jej przepowiednię. Oczywiście nie wie­

rzył w ani jedno słowo. Nie spędzi reszty życia z Laurel Mid­
land. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Oczywiście, że nie mamy pojęcia, co przyniesie przy­

szłość - zgodziła się Laurel. 

Jednocześnie usłyszała w głowie przepowiednię wróżki 

z festiwalu i przypomniała sobie jasnowidzącego starca z Le-
nowii. Czy aby na pewno nikt nie miał wglądu w przyszłe 

wydarzenia? A jeśli niektórzy rzeczywiście posiadali podob­

ny dar, to czy było mądrze lekceważyć ich słowa? 

- Ale nie trzeba patrzeć daleko w przyszłość, żeby wie­

dzieć, czego Penny potrzebuje teraz - ciągnęła. - A ona po­
trzebuje mnie - oświadczyła zdecydowanie. - Coraz bardziej 
mnie lubi, coraz bardziej mi ufa, czuje się przy mnie coraz 
swobodniej. Mogę cię zapewnić, że nie zostawię jej, bo ktoś 
mi wpadnie w oko i zechcę z nim uciec na koniec świata. 

- Tego nie możesz wiedzieć na pewno. 
- Mogę jednak przyrzec, że nie opuszczę Penny - odpar­

ła dobitnie. 

- A jeśli się zakochasz? 

Pomyślała, że to kompletnie niemożliwe i już miała tak 

powiedzieć, ale kiedy spojrzała w oczy Charlesa, jakoś nie 
przeszło jej przez gardło, że nigdy się nie zakocha. 

Zamiast tego parsknęła drwiąco: 

background image

- To bardzo mało prawdopodobne. 
- Skąd wiesz, czy w następnym tygodniu nie pojawi się 

ktoś, dla kogo stracisz głowę? 

- Ja nie tracę głowy tak łatwo, Charles. W ogóle nie rozu­

miem całej tej rozmowy. Traktujesz mnie tak, jakbyś miał do 
czynienia z jakąś flirciarą, która biega od jednego chłopaka 
do drugiego. Na jakiej podstawie masz mnie za osobę nie­
odpowiedzialną i niestałą? 

- W twoim wieku wszystko może się zdarzyć. 
- W moim wieku? - powtórzyła z niedowierzaniem. Czy 

on rozmawiał z trzynastolatką? -  M a m dwadzieścia osiem 
łat, jestem niewiele młodsza od ciebie. 

- Równie dobrze mogłabyś być młodsza ode mnie o sto 

lat - rzekł ze znużeniem, zaś Laurel odniosła wrażenie, jak­
by mówił bardziej do samego siebie niż do niej. 

- Och, daj spokój. Ile ty masz lat? Trzydzieści sześć? 
- Trzydzieści osiem. 

Roześmiała się. 

- Aha, i to czyni cię zbyt starym na takie rzeczy jak zako­

chanie się w kimś, z kim chciałbyś uciec na koniec świata? 

Intuicja co prawda ostrzegła ją, że zapuszcza się na nie­

bezpieczne terytorium, lecz było już za późno. 

- Mój wiek nie chroni mnie przed podobnymi niespo­

dziankami - rzekł, patrząc jej w oczy. - Chroni mnie przed 
tym moje realistyczne podejście do życia. 

- Niektórzy nazwaliby je raczej cynizmem - rzuciła. 
- Należysz do tych niektórych? 

Do niedawna jeszcze nie, ale dzisiaj zaczęłam mieć wąt­

pliwości. .. 

background image

86 

- Nie jestem pewna - odparła szczerze. - Może twoje po­

dejście jest na poły realistyczne, a na poły cyniczne. - Wzru­
szyła ramionami. - Potrafię to zrozumieć. 

Tym razem on się roześmiał. 

- Nie wierzę. Taka kobieta jak ty nie może tego zrozu­

mieć. 

Nie wiedziała, czy powinna się czuć urażona tym stwier­

dzeniem, czy może przeciwnie. 

- Czemu nie? 
- Ponieważ w tobie nie ma śladu cynizmu, jesteś osobą 

pełną pasji, bardzo żarliwą. 

Zarumieniła się, lecz miała nadzieję, że on tego nie do­

strzegł. 

- Tak myślisz? 
- Owszem. Z bardzo dużym zaangażowaniem przekonywa­

łaś mnie do dobroczynnego wpływu zabawy halloweenowej. 

Sposób, w jaki na nią patrzył, mówił jej, że nie była to 

krytyczna uwaga. 

- Nie chodziło o zabawę, tylko o Penny. 
- Wiem. 

Objął ją wzrokiem i już miał coś powiedzieć, gdy zawahał 

się i... zrezygnował. Potrząsnął głową. 

- Nie, to chyba nie jest dobry moment na taką rozmowę. 
- Dlaczego? - zdziwiła się. 
- Ponieważ... ponieważ zrobiło się późno. - Spojrzał za 

okno, za którym panował mrok. 

Co prawda była dopiero dziewiąta wieczorem, lecz rozsą­

dek nakazywał Laurel nie upierać się przy dokończeniu roz­
mowy. Skoro Charles zasugerował, żeby sobie poszła, ale nie 

background image

87 

powtórzył, że jest zwolniona, to nie należało naciskać, cho­
ciaż ona sama wolałaby przedyskutować sprawy do końca 
i raz na zawsze rozprawić się z tym śmiesznym przekona­
niem, że jest „za młoda". 

- W takim razie do jutra. 

Skinął głową. 

- Do jutra. 

Wyszła, nieźle wkurzona na swojego pracodawcę. Och, 

w Charlesie Grayu irytowało ją prawie wszystko - jego dy­

stans i chłód, jego upór, jego bardzo rzadkie, ale za to za­
bójcze uśmiechy, to że czasem przez moment pokazywał, że 
potrafił być inny. I to, że chwilami wyglądał jak udręczony 
bohater z jakiegoś romantycznego filmu... 

Wszystko to razem doprowadzało ją do furii. 

Szła korytarzem, myśląc o tym, co powinna była mu po­

wiedzieć. Trzeba było go spytać, czy naprawdę leży mu na 

sercu dobro córki, czy tylko starał się sprawiać takie wraże­

nie. Bo jeśli naprawdę stawiał dobro Penny na pierwszym 
miejscu, to powinien odłożyć na bok swoje koncepcje i prze­
konania, żeby móc skonfrontować się z realną sytuacją, a nie 
ze swoimi wyobrażeniami. Nieważne było, co on myślał, tyl­
ko to, co działo się z Penny. 

Laurel przebywała w Gray Manor od niedawna, lecz zdą­

żyła już ogromnie zżyć się z dziewczynką, ponadto widziała, 
że Penny także coraz bardziej ją lubi. Owszem, wciąż jeszcze 
okazywała pewną rezerwę - którą to cechę zapewne odzie­
dziczyła po ojcu - ale z dnia na dzień coraz bardziej przeko­
nywała się do nowej niani. 

Tak naprawdę wszystko sprowadzało się do zaufania. 

background image

Penny powoli uczyła się ufać Laurel. W ciągu pierwszych 
dwóch tygodni zdarzały jej się dość histeryczne zachowania, 
na przemian okazywała przywiązanie i oskarżała Laurel, że 
ta odejdzie i zostawi ją „jak wszyscy inni". 

Jeśli Charles postawi na swoim, to rzeczywiście tak się sta­

nie, a ta biedna dziewczynka będzie przekonana, że niania ją 
porzuciła, bo nie chciała z nią być. I to kolejne doświadczenie 
odrzucenia zapisze się w jej podświadomości na zawsze, a po­
tem dorosła już Penny będzie nieufna wobec ludzi i głęboko 
przekonana, że jest niewarta miłości. Naprawdę nie trzeba było 
posiadać dyplomu psychologa, żeby to przewidzieć. 

Och, czemu Charles nie chciał jej słuchać? 
Ponieważ jego zdaniem była zbyt młoda, a tym samym 

jej opinia się nie liczyła? Miał Laurel za osobę niedoświad­

czoną i głupią, wygadującą rzeczy, których nawet nie war­
to słuchać? 

Zatrzymała się pod drzwiami sypialni Penny i dopiero 

wtedy uświadomiła sobie, że najzupełniej odruchowo przy­

szła sprawdzić, czy u dziewczynki wszystko w porządku. Na­

wet nie musiała pomyśleć: „Trzeba zajrzeć do Penny" - po 
prostu robiła to już w sposób naturalny. 

Wyglądało na to, że potrzebowała Penny tak samo, jak 

dziewczynka potrzebowała jej. 

A może nawet bardziej. 

Otworzyła drzwi i cichutko przeszła przez sypialnię, 

w której paliła się nieduża nocna lampa, osłonięta pięk­
nym witrażowym abażurem. Lampa była piękna, lecz - jak 

ogromna większość rzeczy w tym domu - nieodpowiednia 
do pokoju dziecka. Laurel chciała zastąpić ją jakąś uroczą 

background image

8 9 

lampką w kształcie misia lub czymś podobnym, lecz gospo­
dyni przestrzegła ją przed zmienianiem czegokolwiek bez 
zasięgnięcia opinii Charlesa. 

Laurel zaś potrafiła się domyślić, jaką odpowiedź otrzyma­

łaby w kwestii kompletnej zmiany wystroju pokoju Penny. 

Podeszła do łóżka i popatrzyła na słodko śpiące dziecko, 

które tuliło do siebie ukochaną Margerytkę. Świat Penny był 

jeszcze bardzo małym światem, a przecież znalazło się w nim 
już tyle smutku i bólu... 

Przysiadła na brzegu łóżka, delikatnie odgarnęła śpiącej 

dziewczynce włosy z twarzy. Gdyby umiała rysować, naszki­
cowałaby ów widok - ten spokój i tę niewinność - i w taki 
sposób zatrzymałaby je na zawsze. 

- Miłych snów, kochanie - szepnęła, nachyliła się i poca­

łowała dziecko w policzek. 

Penny poruszyła się, westchnęła, ale nie obudziła się. 
Laurel uśmiechnęła się, wstała i wyszła, cicho zamykając za 

sobą drzwi, a potem przez długą chwilę stała na korytarzu. 

Nie zostawi Penny. Nigdy. Koniec, kropka. 
Niech sobie Charles Gray myśli, co chce, niech sobie szu­

ka jakiejś starej wiedźmy z wielkimi brodawkami na nosie 

- bo przecież niania musi być stara i brzydka - a Laurel i tak 

mu pokaże, kto jest najlepszą opiekunką dla jego córki. 

Jeśli naprawdę kochał Penny, jeśli jego uczucie do córki nie 

było czczą deklaracją, to będzie musiał zatrzymać Laurel. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Charles Gray nie należał do ludzi upartych. 
Oczywiście, że nie. Wbrew temu, co się niektórym wy­

dawało, potrafił dostrzec rozmaite aspekty problemu, nawet 
gdy chodziło o Laurel Midland i o jego córkę. Niestety, Lau­
rel Midland umiała wywołać taki chaos w jego myślach, że 
czasem Charles sam nie był pewien, czy dobrze ocenia sytu­
ację. Nie, nonsens, oczywiście, że oceniał dobrze. 

Widział, jak Penny stopniowo coraz bardziej zżywa się 

z nową nianią, a przecież doskonale wiedział, jak wielkie 
miała problemy z tym, żeby dopuścić do siebie kogokol­

wiek. .. Nie miał też wątpliwości co do tego, po kim odzie­

dziczyła tę cechę charakteru. 

Laurel słusznie zauważyła, że jego córka stawała się swo­

bodniejsza w jej obecności. Przypomniał sobie, jakie problemy 
sprawiała Penny przy poprzednich dwóch opiekunkach - nie 
dlatego, żeby zachowywała się niegrzecznie czy krnąbrnie, nic 
z tych rzeczy. Problem polegał na tym, że z powodu chorobli­

wej nieśmiałości zamykała się w sobie i czasem nie udawało się 
wydobyć z niej odpowiedzi nawet na najprostsze pytania. 

Ale odkąd zjawiła się Laurel, postępowanie Penny powoli 

ulegało zmianie. Ostatnio dziewczynka zaczęła się zwierzać 

background image

91 

swojej nowej niani, opowiadając jej o szkole i koleżankach, 
i nie wiadomo, o czym jeszcze. Wyraźnie otwierała się jak 

pączek kwiatu. Na szczęście nie było na to jeszcze za późno, 
Laurel przybyła do Gray Manor w samą porę. 

Gdyby Charles odesłał teraz nową nianię, dla Penny był­

by to wielki cios,, a już i tak doświadczyła zbyt wielu ciosów 

w swoim krótkim życiu. Laurel była nieznośna, uparta, bar­

dzo pewna swego i wręcz bezczelna w kontakcie z pracodaw­
cą, a mimo to musiał pozwolić jej zostać. 

Co więcej, w razie czego będzie musiał ją o to błagać... 

Wstał z fotela i podszedł do biblioteczki, gdzie za jed­

ną z półek ukryty był barek - dokładnie za dziełami Marka 

Twaina. Sięgnął po butelkę whisky, lecz zreflektował się. Nie, 

to za mocny trunek w tej sytuacji, gdyż mając pod dachem 
taką kobietę jak Laurel, lepiej było zachować jak największą 
trzeźwość myślenia. Odstawił więc szkocką, a zamiast niej 

otworzył caberneta rocznik 2001 i nalał sobie do kieliszka 

wina o pięknej rubinowej barwie. 

W ciągu ostatnich kilku tygodni dużo się zmieniło w je­

go życiu, a stało się to niepostrzeżenie szybko. Co za ironia 
losu, że mężczyzna, który nigdy, ale to nigdy nie musiał pro­
sić żadnej kobiety o cokolwiek, teraz nagle był gotów nie tyl­
ko prosić, ale nawet błagać. A wszystko to dla dobra pewnej 

sześcioletniej damy. 

Ale dla niej mógł to zrobić. 

Wypił wino i nalał sobie kolejny kieliszek. Ledwie zdążył 

zamknąć barek, do gabinetu wpadła Laurel, nie zawracając 
sobie głowy takim drobiazgiem jak pukanie do drzwi. 

- Wiem, jak bardzo sobie cenisz swoją prywatność - za-

background image

częła bez żadnych wstępów. - Pewnie w twoim odczuciu nie 
mogłam zrobić nic gorszego, niż nachodzić cię tutaj, chociaż 
dałeś jasno do zrozumienia, że nie masz ochoty więcej ze 
mną rozmawiać dzisiejszego wieczoru, ale musiałam przyjść, 

żeby ci powiedzieć, że się mylisz. Mylisz się, i to bardzo. 

Przyjrzał jej się. Wyglądała na mocno przejętą. 

- Co do czego? - spytał, chociaż znał odpowiedź. 
- Co do Penny. Mówiąc konkretniej, co do mojej roli w jej 

wychowaniu. 

Uniósł brew i w milczeniu czekał na dalszy ciąg. 

- Oczywiście nie twierdzę, że jestem jedyną osobą na 

świecie, która nadaje się do tej pracy, ale z jakiegoś powo­

du Penny mnie polubiła i zaczęła się do mnie przywiązywać. 
Ona mi ufa. A ja nie mogę jej zawieść. Za nic. - Skrzyżowała 
ramiona i uniosła brodę. - Nie wyjadę stąd - oświadczyła. 

Charles z trudem powstrzymał się od uśmiechu. Robiło 

się coraz ciekawiej. Od dawna nikt nie mówił mu wprost, co 

myśli, szczególnie jego pracownicy. I od dawna towarzystwo 
kobiety nie sprawiało mu takiej przyjemności. 

Była nieznośnie irytująca, ale też było w tym coś... coś, 

co mu się podobało. Wprowadzała element zaskoczenia, po­

wiew jakiejś świeżości, jakiej od dawna nie doświadczał. Po­

stanowił, że on też ją zaskoczy. 

- Lubisz wino? - zapytał. 
- Czy... lubię wino? - powtórzyła niepewnie, patrząc na 

niego ze zdumieniem. 

Z powrotem podszedł do biblioteczki, i sięgnął ku półcó 

z Markiem Twainem. 

- A h a . 

background image

93 

- Pytasz o to, czy mam problem alkoholowy? A może o to, 

czy aprobuję fakt, że jesteś producentem wina? 

Roześmiał się. 

- Ani jedno, ani drugie. Po prostu pytam, czyje lubisz. 

Wyjął z barku butelkę. 

- Czasem je pijam. Oczywiście nie za często i nie za du­

żo, ale... 

Odgadywał, co myślała. Niezbyt lubiła alkohol, lecz nie 

zamierzała krytykować wina jako takiego, skoro jego rodzi­
na produkowała je od pół wieku. 

- ... ale tak, lubię wino. 
- W takim razie chciałbym zasięgnąć twojej opinii co do 

tego caberneta. 

Oczywiście wcale nie potrzebował niczyjej opinii w tej 

kwestii, gdyż doskonale wiedział, że cabernet był wyśmienity, 
chciał jednak, by Laurel troszeczkę się rozluźniła. 

- Spróbujesz? 

Hmm, skoro jej to proponował, to chyba sam zdążył się 

już trochę rozluźnić dzięki tamtym dwóm kieliszkom. Mo­
że więc nie powinien... Nie potrafił się jednak powstrzymać, 

ponieważ od zbyt dawna nie miał z nikim zwykłego ludzkie­
go kontaktu. Nawet polegającego na ciągłych starciach. 

- Kiedy ja... - zawahała się. 

Nalał jej wina. 

- Napij się. Wyjątkowy rok. 
- Ten czy tamten? - spytała, biorąc od niego kieliszek. 

To się jeszcze okaże, pomyślał. 

- Sama zdecyduj. A wino dobre, spróbuj. 

Pociągnęła mały łyczek, na chwilę przymknęła oczy. 

background image

- Rzeczywiście bardzo dobre. 

Boże, jaka ona była piękna. 
Nagle naszła go szalona ochota, żeby ją pocałować. 

- Co się stało? - spytała z niepokojem, widząc wyraz jego 

twarzy, i odruchowo cofnęła się o krok. 

- Nic. - Zmarszczył brwi, starając się pozbierać myśli. -

Zupełnie nic. Czemu pytasz? 

- Patrzyłeś na mnie w taki dziwny sposób. Tak, jakbyś... 

- Urwała, a na jej policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. 
- Nie, nic, wydawało mi się. 

Charles czuł, że wkracza na niebezpieczne terytorium. 

Przed chwilą omal nie sięgnął po tę kobietę, pragnąc przyciąg­
nąć ją do siebie i pocałować, chociaż jeszcze parę godzin wcześ­
niej zamierzał wyrzucić ją z pracy, ponieważ nie chciał jej nigdy 
więcej widzieć. 

Szaleństwo. 

Na wszelki wypadek on również cofnął się o krok. 

- Wybacz, nie chciałbym, żebyś czuła się przy mnie nie-

komfortowo. 

- Wcale się tak nie czuję - zapewniła pośpiesznie. - Ale 

rozmawialiśmy o Penny. Wiem, jak wiele ona dla ciebie zna­
czy, mnie też stała się bardzo droga, uwierz mi. I dlatego, 
chociaż mamy odmienne zdania... 

- Możesz zostać - rzekł, żeby zaoszczędzić jej dalszego 

wysiłku i stresu. 

Już raz spierała się z nim do upadłego, próbując go do 

siebie przekonać i nie musiała robić tego po raz drugi, tam­
ten raz wystarczył. Charles wszystko sobie przemyślał i wy­
ciągnął wnioski. 

background image

95 

Na jej ślicznej twarzy odbiło się kompletne zaskoczenie. 

- C o ? 
- Przecież słyszałaś. 

Zaskoczenie zmieniło się w podejrzliwość. 

- N i e bardzo rozumiem... Dopiero co zamierzałeś mnie 

zwolnić, niemożliwe, żebyś w przeciągu tak krótkiego czasu 
zmienił zdanie. 

Uśmiechnął się. 

- Może nie znasz się na ludziach aż tak dobrze, jak ci się 

wydaje. 

- Może i się nie znam... - Przyjrzała mu się takim wzro­

kiem, jakby miała przed sobą starożytny manuskrypt, zapisa­
ny niezrozumiałymi hieroglifami. - W takim razie powiedz 
mi wprost, co naprawdę myślisz. Chcesz, żebym tu została 

jako opiekunka Penny? 

- T a k . 

Przez moment wyglądała na naprawdę wstrząśniętą. Szybko 

jednak pozbierała myśli. 

- Na stałe? Czy tylko przez kolejne dwa tygodnie, tak jak 

się wcześniej umówiliśmy? 

- A jeśli powiem, że na stałe? 

Zaskoczył samego siebie. Kiedy ostatni raz miał chęć się 

przekomarzać? Kiedy ostatni raz rozmawiał z kimś w po­

dobny sposób? Nawet nie pamiętał. Ale ten żartobliwy na­
strój był naprawdę przyjemny, a zrohiło się jeszcze milej, gdy 

Laurel uśmiechnęła się promiennie. 

- Mówisz poważnie? 

Skinął głową. 

- Jak najbardziej. - Nie byłby jednak sobą, gdyby nie do-

background image

dał: - Wymagam jednak spełniania moich życzeń i zaleceń 
dotyczących mojej córki. 

Nawet w jego własnych uszach zabrzmiało to sztywno 

i napuszenie. 

- Ależ oczywiście! - Laurel zapewniła pospiesznie bez cie­

nia ironii w głosie. 

Widać dopięcie swego ucieszyło ją do tego stopnia, że na­

wet nie dbała o szczegóły. 

- Na pewno? - naciskał. - Będziesz stosować się do pole­

ceń, nawet jeśli twoja intuicja podpowie ci co innego? 

- Absolutnie tak - przyrzekła z ręką na sercu. - Cokolwiek 

powiesz, to tak będzie. 

- Świetnie. 

Oczywiście oboje doskonale wiedzieli, że dotrzymanie 

podobnej obietnicy nie będzie dla niej łatwe. 

Charles dolał wina do obu kieliszków. 

- Zgadzam się, że Penny ma potrzeby emocjonalne, które 

trzeba zaspokoić, a ja nie mogę tego zrobić, bo bardzo dużo 
podróżuję. Poza tym... 

Zamilkł, gdyż nie wiedział, jak powiedzieć o dziwnej nie­

śmiałości, jaką odczuwał wobec własnej córki. Przecież za­

brzmiałoby to idiotycznie. 

- Poza tym zamierzasz popracować nad swoją relacją 

z córką - dokończyła za niego Laurel, uśmiechając się. - To 

właśnie chciałeś powiedzieć, prawda? 

Uśmiechnął się również, ucieszony jej uśmiechem. 

- Tak. Jeśli właśnie to chciałaś usłyszeć, to tak. 

Zapragnął, żeby uśmiechała się do niego jak najczęściej, 

tak jak teraz ciepło i zmysłowo, żeby jej piękne zielone oczy 

background image

97 

lśniły i rzucały mu przekorne spojrzenia, zachęcając w ten 
sposób do flirtu... 

Postąpił krok do przodu, patrząc jej w oczy. 

Wtedy - jak to czasami zdarza się w filmach - ona zrobiła 

dokładnie to samo. 

Charles nie zastanawiał się, gdyż myślenie mogłoby go 

powstrzymać przed tym, co chciał zrobić, postąpił więc jesz­
cze krok, wziął Laurel w objęcia, przyciągnął do siebie i po­
całował. 

I spotkał się z bardzo przychylną reakcją. -
Otoczyła go ramionami, oddała pocałunek i przytuliła się 

do niego. Wrażenie było piorunujące. Miał wrażenie, że do­
tyk jej cudownie miękkiego ciała rozpala ogień gdzieś głębo­

ko w nim, roznieca żar w zimnym popiele. 

Jeszcze nigdy nie zaznał czegoś podobnego, tak zdumie­

wającego splotu odczuć i emocji, gdy jednocześnie odczuwał 
i słodką tęsknotę, i gorące pragnienie, i satysfakcję płynącą 

z zaspokojenia. To wszystko sumowało się razem jak w ja­
kimś trudnym równaniu matematycznym i na koniec dawa­
ło odpowiedź na pytanie, czego naprawdę potrzebował. 

Potrzebował Laurel. 

Ale jak to się stało? Jak w ogóle mogło do tego dojść? 

Przecież była tylko jednym z pracowników, przyjechała do 
Gray Manor ze względu na jego córkę, a z nim samym i jego 
prywatnymi sprawami nie miała nic wspólnego. Czemu nag­
le chciał, żeby stała się centrum, wokół którego od tej pory 
obracałoby się jego życie? 

Odsunął się od Laurel, oddychając ciężko niczym bokser 

po trzech rundach walki. Zajrzał jej w oczy, błyszczące jak 

background image

drogocenne kamienie i szukał w nich odpowiedzi na pytania, 

których nawet nie umiał sformułować. 

Przez długą chwilę panowała pełna napięcia cisza, gdy 

tylko patrzyli na siebie, nic nie mówiąc, a przecież jedno­
cześnie mówiąc sobie bardzo, bardzo wiele za pomocą sa­
mych spojrzeń. 

Nagle Laurel znów przylgnęła do niego, przycisnęła us­

ta do jego ust, żądając odpowiedzi, pragnąc więcej niż po­
przednio. Charles bez chwili wahania przytulił ją ponownie, 
powoli przesunął dłońmi po jej plecach, odkrywając, że Lau­
rel jest jednocześnie bardzo silna i bardzo delikatna. Kiedy 
z nim dyskutowała i próbowała przeforsować własne zdanie, 
była nieugięta jak stal, lecz gdy trzymał ją w ramionach, wy­
dawała mu się krucha jak laleczka. 

Przyciągnął ją bliżej do siebie, czując ciepło jej ciała na­

wet przez ubranie. 

Pocałował ją ponownie. 
Potem ona go pocałowała. 

Wydawało im się, że czas się zatrzymał, gdy tak stali, wza­

jemnie sycąc się sobą. Wreszcie Laurel odsunęła się od Char-

lesa, twarz miała zarumienioną. 

- My... Nie wolno nam tego robić. 
- Wiem. 

Znowu zapadło pełne napięcia milczenie, lecz Laurel tym 

razem nie przytuliła się do Charlesa ponownie, tylko cofnę­
ła się jeszcze o krok. 

- Łączy nas... łączy nas wyłącznie to, że pracuję dla ciebie. 

Takie rzeczy... - Wciąż miała trudności ze złapaniem tchu. 

- Takie rzeczy mogłyby tylko bardzo skomplikować sprawy. 

background image

9 9 

- Zgadzam się - powiedział, ponieważ w zasadzie on też 

uważał, że w relacji między pracodawcą a pracownikiem po­
dobne sytuacje nie powinny mieć miejsca. Rano, gdy będzie 

wyspany, a wino przestanie działać, zgodzi się nie tylko dla 

zasady, ale też z pełnym przekonaniem. - Przepraszam, jeśli 

postąpiłem niestosownie. 

„Jeśli"?  H m m . . . 
- Och, nie, przecież ja wcale nie mówię... - Spuściła wzrok, 

potem znów spojrzała na Charlesa, a źrenice miała rozszerzo­
ne do tego stopnia, że jej jasnozielone oczy wydawały się w tym 
momencie niemal czarne. - Ja tylko... Ja tylko... - Nieco bez­
radnie wzruszyła ramionami. - To pewnie przez to wino. 

- Tak, na pewno przez nie. 

Naraz uśmiechnęła się przekornie. 

- Słynne wina Gray Manor... Coś w nich jest. 
- A wiesz, że to świetnie brzmi? Powinienem tego użyć ja­

ko hasła reklamowego. 

- Zrób to, na pewno sprzedaż się zwiększy - zapropono­

wała żartobliwym tonem. 

Znowu zapadła cisza. Patrzyli sobie w oczy. 

- Naprawdę ogromnie przepraszam. Zapewniam cię, że ni­

gdy wcześniej nic podobnego nie miało miejsca. - Charles za­
milkł, ponieważ nie to chciał powiedzieć. - To znaczy, nie przy­
darzyło mi się nic takiego z żadną z poprzednich opiekunek 

- sprecyzował. - Ani w ogóle z żadną z pracownic. 

Co on wygadywał? I czemu zachowywał się jak ostatni 

głupiec, chociaż nigdy przedtem tego nie robił? 

- W porządku, rozumiem, co chcesz powiedzieć - zapew­

niła z uśmiechem. 

background image

100 

Z ulgą skinął głową. 

- W takim razie zapomnijmy o tym, co zaszło. Obiecuję, 

że to się więcej nie powtórzy. 

Czy tylko mu się wydawało, czy naprawdę w jej oczach 

pojawił się na moment błysk rozczarowania? Nie zdążył się 
przyjrzeć, gdyż Laurel prawie natychmiast przybrała niezo­
bowiązujący wyraz twarzy. 

- Pójdę na górę. Dziękuję za to, że zrozumiałeś mój punkt 

widzenia i zatrudniłeś mnie na stałe. Nie będziesz żałował, 

zobaczysz. 

Miał nadzieję, że nie będzie. 

Ale coś podpowiadało mu, że nie obejdzie się bez kło­

potów. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Laurel tęskniła za swoją najlepszą przyjaciółką bardziej 

niż kiedykolwiek. 

Oczywiście już przedtem powracała do niej myślami nie­

zliczoną ilość razy, podczas bezsennych nocy przypominając 
sobie, co się wydarzyło. Przeżyła koszmar, gdy dowiedziała 
się o jej śmierci i przeżywała go za każdym razem na nowo, 
a do tego dochodził jeszcze ból z powodu pustki, jaka nagle 
się pojawiła, gdy zabrakło osoby, której można było się zwie­

rzać, radzić się, ufać jak sobie samej. 

Przyjaciółka miała na imię tak samo jak ona, a ponie­

waż były praktycznie nierozłączne, nazywano je po prostu 
Laurelki. W dodatku wykonywały tę samą pracę, ucząc an­

gielskiego te same grupy dzieci, więc niektórzy mylili je lub 
uznawali, że nie ma znaczenia, o którą Laurel chodzi, bo to 

właściwie bez różnicy. 

Ta wymienność Laurelek okazała się daleko bardziej po­

sunięta, niż któraś z nich mogłaby przypuszczać. 

Ale teraz Laurel nie wspominała minionego horroru ani 

nie opłakiwała straty, tylko najzwyczajniej w świecie myślała 
o tym, że chciałaby usiąść z przyjaciółką przy kawie - czar­
nej i mocnej kawie, jaką obie lubiły - i zwierzyć się z cie-

background image

płych uczuć, jakie nieoczekiwanie zaczął w niej budzić Char­
les Gray. 

Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, uderzył ją jego chłód 

i obojętność wobec innych. No i jego wygląd. Przypominał 

jej Heathcliffa z „Wichrowych Wzgórz" Emily Bronte, gdyż 

był tak samo jak on ponury, zamknięty w sobie i atrakcyjny. 

Pamiętała, jak z miejsca warknął, że jest zwolniona. Za­

stanowiło ją wtedy, czemu postępował w podobny sposób, 

jakie bolesne przeżycie uczyniło go tak zimnym i nieprzy­

stępnym oraz co byłoby potrzebne, żeby go uleczyć. Oczy­

wiście nie myślała o tym, że to ona miałaby go uleczyć, zain­

teresowało ją tylko, jak można by tego dokonać. 

Ale w ciągu tych paru tygodni poznała go lepiej i prze­

konała się, że był inteligentny, miał duże poczucie humoru 
i silny charakter. Do tego był bardzo, ale to bardzo samotny. 
I szaleńczo przystojny... 

Nic dziwnego więc, że Laurel myślała o nim coraz częściej 

i częściej, dostrzegała rysy jego twarzy w rysach Penny, wi­
działa odbicie jego mimiki w mimice jego córki. Penny była 
do niego ogromnie podobna, co zresztą nieustannie przypo­
minało Laurel, że musi w jakiś sposób zbliżyć ojca i córkę do 
siebie, wzmocnić relację między nimi. 

Dlatego też, gdy ze szkoły przyszła informacja o dorocz­

nej jesiennej imprezie połączonej ze zbiórką pieniędzy, im­
prezie, na której miała odbyć się aukcja oraz koncert w wy­
konaniu uczniów, Laurel natychmiast postanowiła namówić 
Charlesa na wspólne wyjście. 

- Dzisiaj wieczorem? - powtórzył, gdy przekazała mu tę 

wiadomość. 

background image

103 

Rozmawiali w jego gabinecie wczesnym popołudniem, 

gdyż Laurel specjalnie odczekała do tej pory. 

- Tak, dziś wieczorem. 
- Wolałbym dowiadywać się o takich rzeczach z większym 

wyprzedzeniem. 

- Gdybym uprzedziła cię wcześniej, wykorzystałbyś to do 

znalezienia jakiegoś pretekstu, dzięki któremu mógłbyś się 
od tego wykręcić - odparła z przekonaniem. 

- Ja miałbym szukać pretekstu? - spytał, czerwieniąc się 

lekko, co zdradzało nie do końca czyste sumienie. - Dlacze­
go mnie posądzasz o coś podobnego? 

- Cóż, zdążyłam już zauważyć, że nie przepadasz za tłumami 

ludzi, a na szkolnym koncercie na pewno będzie tłoczno. 

- Czy to dziwne, że nie lubię tłoku? Mało kto go lubi. 
- To fakt, ale ty wyjątkowo nie znosisz tłumów. Powiedzia­

łabym nawet, że ich nie cierpisz. Może nawet nienawidzisz. 

Odłożył pióro, odsunął na bok jakieś papiery, odchylił się 

na oparcie fotela i popatrzył na Laurel, która cierpliwie stała 
przed jego biurkiem. 

- A ty? Wydaje mi się, że ty też wolisz trzymać się z dale­

ka od tłumów. 

- Ale ja nie unikam wychodzenia z domu tylko dlatego, że 

za nimi nie przepadam. 

- Ja też nie unikam wychodzenia z domu. 
- Czemu w takim razie nigdy nie bierzesz udziału w wy­

darzeniach ważnych dla Penny? Czy mam ci przypomnieć 
Festiwal Rzecznej Wiedźmy w Chapawpa? 

- Będąc na twoim miejscu, nie przypominałbym o tym. 

Faktycznie, pod tym względem miał rację, nie powinna 

background image

104 

wyciągać tamtej sprawy, ponieważ była to broń obosieczna, 

on też mógłby jej coś wypomnieć... Mimo to nie poniechała 
tematu, gdyż wierzyła w miłość Charłesa do córki, więc nie 
rozumiała jego dziwnego postępowania. 

- Dobrze, postawię pytanie inaczej. Dlaczego nigdy nie 

bierzesz udziału w podobnych imprezach, czemu nie cho­
dzisz na szkolnebale, koncerty i przedstawienia? 

- Kto powiedział, że nie chodzę? 
- Ja. W ciągu tego miesiąca pojechałam do szkoły Penny 

na koncert pianistyczny uczniów i na „Magię w sklepie z za­
bawkami". - Widząc pytające spojrzenie Charlesa, wyjaśni­
ła: - To było przestawienie teatralne, w którym twoja córka 
debiutowała na scenie w roli magicznego pudełka. Ja to wi­
działam, ale ty nie. 

Uśmiechnął się melancholijnie. 

- Bardzo chętnie bym to zobaczył. 
- Czemu więc nie pojechałeś na przedstawienie? Ale możesz 

to nadrobić, dzisiaj będziesz mógł ją podziwiać, gdy będzie 
śpiewała solo piosenkę „Strach na wróble i pełnia Księżyca". 

- Dziwny tytuł. 
- Wszystko dlatego, że w szkole zabroniono obchodzić Hal-

loween, ponieważ jest zbyt pogańskie, ale nie można też ob­

chodzić Dnia Dziękczynienia, bo z kolei nie jest to święto dla 

każdego. Ostatecznie wymyślono wystawienie spektaklu mu­
zycznego, składającego się z piosenek o jesieni, księżycu, dy­
niach i opadających liściach. Są kiepskie i nikt o nich nigdy nie 

słyszał. - Roześmiała się. - Jedź z nami, będzie niezła zabawa. 

- Muszę sprawdzić w kalendarzu, czy mam wolny wieczór. 
- Słucham? - Laurel przysunęła sobie krzesło i usiadła na 

background image

105 

wprost Charlesa, najwyraźniej nie zamierzając wychodzić, do­
póki nie postawi na swoim. - O co w tym wszystkim chodzi? 

- Nie rozumiem, o czym mówisz. 
- Dlaczego nie chcesz wziąć udziału w imprezie, na której 

wystąpi twoja córka? 

Westchnął, oparł łokcie na poręczach i złożył dłonie w tak 

zwaną wieżyczkę. Znał Laurel wystarczająco dobrze, wie­
dział więc, że ona nie popuści, dlatego też najprościej będzie 
od razu powiedzieć jej prawdę. 

- Nigdy nie wiem, co miałbym robić na takich imprezach. 
- Teraz ja nie rozumiem, o czym ty mówisz. 
- Angelina bardzo się angażowała w podobne sprawy. Gdy 

Penny chodziła do przedszkola, Angelina biegała na wszyst­
kie bale i pikniki, znała innych rodziców, udzielała się w ja­
kichś radach. Przywiązywała dużą wagę do wyboru odpo­

wiedniej szkoły i monitorowania, co się tam dzieje i na jakim 

poziomie. Ja nigdy nie brałem w tym udziału. 

- Moim zdaniem najwyższa pora, żebyś zaczął - stwier­

dziła z uśmiechem. Miała ochotę wziąć go za rękę, by dodać 
mu otuchy, ale powstrzymała się. - Widzisz, ponieważ sama 
nie mam dzieci, dla mnie to wszystko też jest zupełnie nowe, 
ale to naprawdę nic trudnego. Po prostu idziesz tam, gdzie 
odbywa się impreza, robisz to samo, co inni i cieszysz się, pa­
trząc, jak twoje dziecko radzi sobie na scenie. 

Przyglądał jej się z powątpiewaniem. 

- Czy moja obecność jest naprawdę aż taka ważna dla Penny? 

Laurel przypomniała sobie poważny wyraz buzi dziew­

czynki, kiedy ta pytała: „Myślisz, że tatuś tym razem przyj­
dzie? Możesz go poprosić?". 

background image

106 

- Tak. Bardzo ważna - rzekła z mocą. 

Skinął głową. 

- W takim razie pojadę. 
- Świetnie. - Wstała, zamierzając wyjść. 
- Ty też będziesz na spektaklu? 
- A jeśli powiem, że tak, nie użyjesz tego jako pretekstu, 

żeby wykręcić się w ostatniej minucie? 

Roześmiał się. 

- Bystra jesteś, muszę ci to przyznać. 

Odpowiedziała uśmiechem i wyszła, cały czas czując na 

plecach spojrzenie Charlesa i starając się nie zwracać uwagi 
na dziwnie szybkie bicie serca. 

Koncert podobał się Laurel. Cieniutkie głosiki dzieci, 

śpiewających z przejęciem o Dziadku Dębie albo o Jedno­
okiej Jaskółce, która uratowała grządkę dyń - swoją drogą, 
kto pisał takie teksty? - brzmiały tak wzruszająco, że ładnych 
parę razy musiała powstrzymywać się od płaczu. 

- Kiedy zaśpiewa Penny? - szepnął jej do ucha Charles, 

zaś Laurel w tym momencie przebiegł gorący dreszcz. 

- Nie jestem pewna - odszepnęła. - Czemu pytasz? 
- Bo cały czas ktoś próbuje dodzwonić się na moją komór­

kę. Widać to coś pilnego, muszę odebrać. 

Posłała mu wymowne spojrzenie, co nic nie dało, ponie­

waż Charles patrzył na scenę. 

- Wiesz, to nie jest „Cyganeria" ani „Czarodziejski flet"... 
- Zauważyłem. 
- Próbuję powiedzieć, że nie jest to wielka opera w kilku 

aktach, więc niedługo się skończy. 

background image

107 

Rzeczywiście przedstawienie wkrótce się skończyło, ale 

przedtem nastąpiła mała katastrofa, gdyż Penny z przejęcia 
zapomniała słów swojej piosenki. Biedactwo zaczerwieniło 

się tak mocno, że było to widać nawet z tylnego rzędu. Lau-

rel zerknęła na Charlesa, który patrzył na córkę ze współ­
czuciem. 

- Może w drodze powrotnej zatrzymamy się na lody? -

podsunęła. 

Spojrzał na nią i uśmiechnął się. 

- Tak, koniecznie musimy iść na lody. 

Nie rozmawiali już przez resztę spektaklu. Czasem któreś 

z nich zmieniało pozycję na krześle, a wtedy ich ramiona lub 
kolana dotykały się przypadkiem, w każdym zaś z tych mo­
mentów Laurel odnosiła wrażenie, jakby poraził ją prąd. 

Nie miała pojęcia, co takiego jest w tym mężczyźnie, jed­

nak nie ulegało wątpliwości, że budził w niej uczucia, któ­
rych już nie dało się ignorować. W dodatku tego wieczoru 
stało się to dla niej jeszcze bardziej oczywiste... 

Zaczęło się od tego, że Penny rozpłakała się, kiedy wra­

cali do domu. 

- Co się dzieje, kochanie? - spytała Laurel, odwracając się 

do tyłu. 

- Za... zapomniałam mojej piosenki! 
- Naprawdę? - spytała niewinnym tonem Laurel. 

Oczywiście spodziewała się podobnego wybuchu rozpa­

czy, ale dużo wcześniej. Penny potrafiła długo powstrzymy­

wać swoje uczucia na wodzy. Zdumiewająco długo jak na 

sześcioletnią dziewczynkę. 

- Tak! - Penny głośno siąkała nosem. - Zapomniałam. 

background image

- Ja nic takiego nie zauważyłam. - Odwróciła się i spojrza­

ła na Charlesa. - A ty? 

Potrząsnął głową. 

- Ja też nie. Słyszałem tylko, jak moja zdolna córka pięk­

nie śpiewa. 

Penny mocno zamrugała powiekami. 

- Ojej, tato, myślisz, że pięknie? 
- No chyba żartujesz - odparł. - Byłaś najlepsza ze wszyst­

kich. Pozostałych ledwo zauważyłem. 

- Naprawdę? Ale tak naprawdę, naprawdę? - dopytywała 

Penny, a była tak rozpromieniona, że ciągle mokre łzy na jej 
buzi wyglądały jak jakaś pomyłka. 

- Czy wiesz, że twoja praprababcia Lucinda była śpiewaczką? 
- K t o ? 
- Babcia mojego taty - wyjaśnił. - Na całym świecie zna­

no jej głos. Ludzie przyjeżdżali z bardzo daleka, żeby ją usły­
szeć chociaż raz w życiu. 

- Nie mówisz chyba o Lucindzie Moricelli? - spytała za­

skoczona Laurel. 

Charles spojrzał na nią z równym zaskoczeniem. 

- Słyszałaś o niej? 
- Ależ oczywiście! 
- Dziwne, wydawało mi się, że nikt oprócz historyków 

muzyki już o niej nie pamięta. 

- Mój tata w kółko puszczał jej arie, miał dużą kolekcję 

płyt gramofonowych właśnie z jej pieśniami. 

- Twój tata kupował płyty Lucindy? - zdumiał się Charles. 

-1 to gramofonowe? Przecież wyszły z użycia prawie cały wiek 

temu. To ile on miał lat, kiedy się urodziłaś? Sto dwadzieścia? 

background image

109 

- Nie - odparła. - Odziedziczył te płyty po swoich dziad­

kach razem z równie starym gramofonem i ciągle je na nim 
puszczał. - Przypomniała sobie tamten piękny, przejmujący 
głos, który wypełniał dni jej dzieciństwa. - A ty masz jakieś 
nagrania twojej prababci? No i gramofon, na którym dałoby 
się je odtworzyć? 

- Tak, powinienem mieć. 

Laurel znowu odwróciła się ku dziewczynce. 

- Och, Penny, być może usłyszysz, jak śpiewała twoja słyn­

na praprababcia! 

- O tak, o tak! Chcę usłyszeć! Od razu, jak wrócimy do 

domu, dobrze? 

Laurel zerknęła na Charlesa. 

- Dałoby się to zorganizować jeszcze dzisiaj? 

Zatrzymał się na czerwonym świetle, w zamyśleniu ściąg­

nął brwi. 

- Musiałbym tego wszystkiego poszukać... Płyty i gramo­

fon powinny znajdować się na strychu, oczywiście głowy za 
to nie dam, ale raczej nikt ich nie wyrzucił. - Spojrzał we 

wsteczne lusterko i uśmiechnął się do córki. - Tak, chyba 

dałoby się to dzisiaj zrobić. 

Penny aż zaklaskała z entuzjazmu, zupełnie już nie pa­

miętając o swojej wpadce podczas koncertu. 

- A czy możemy od razu jechać do domu, a na lody jutro? 

Chcę usłyszeć babcię! 

Laurel uśmiechnęła się, doceniając przemyślność dziew­

czynki, która nawet w obliczu innej przyjemności nie zapo­
mniała o lodach, tylko zapewniła sobie, że jej nie ominą. 

- Tak, myślę, że właśnie tak zrobimy. 

background image

110 

Godzinę później dziewczynka była umyta i przebrana 

w świeżą piżamkę, lecz Charles ciągle nie wracał, chociaż 
poszedł na strych dobre pół godziny wcześniej. 

- Czy tatuś już idzie? - spytała i ziewnęła szeroko. 
- Zaraz przyjdzie - zapewniła Laurel. - A może połóż się 

na razie? - zaproponowała, prowadząc dziewczynkę do łóż­
ka. - Na pewno nie zaśniesz, a nawet gdybyś zasnęła, posłu­
chamy płyt rano. 

- Ale rano muszę iść do szkoły. 

Laurel potrząsnęła głową. 

- Nie, przecież jutro jest sobota. 
- O, fajnie. - Penny ziewnęła ponownie, obróciła się na bok 

i podciągnęła kołdrę pod brodę. Chwilę później już spała. 

Laurel z uśmiechem pocałowała ją w policzek. W cią­

gu jednego wieczoru mała przeżyła bardzo wiele - i radość 
z powodu obecności taty na widowni, i tremę przed wyj­

ściem na scenę, i straszliwy wstyd, gdy zapomniała słów 
piosenki, i dumę ze słynnej babci, i podekscytowanie, kiedy 
okazało się, że da się posłuchać, jak śpiewała babcia. 

Nic dziwnego, że była zmęczona. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Strych był miejscem magicznym, wyglądał jak wyjęty 

z dziecięcej książki, pełen tajemniczych przedmiotów, pa­

jęczyn i kurzu. Jako dziecko Charles uwielbiał po nim bu­

szować i odkrywać coraz to nowe rzeczy, wśród których 
znajdowały się i zwykłe rupiecie, i prawdziwe antyki. Jako 
dorosły obiecywał sobie, że gdy znajdzie czas któregoś dnia, 
to wreszcie porządnie przejrzy wszystko i posegreguje, po­
nieważ mogły znajdować się tam prawdziwe skarby, w końcu 
niektóre z tych rzeczy leżały tam od wojny secesyjnej. 

Na razie jednak nie obchodziły go żadne cenne znaleziska, in­

teresowała go tylko drewniana skrzynka pełna płyt gramofono­
wych, na których nagrano arie operowe Lucindy Moricelli. 

- Charles? 

Aż drgnął z zaskoczenia, ponieważ zawsze przebywał na 

strychu sam, w dodatku jako dziecko oczekiwał, że w tym 
miejscu kiedyś spotka ducha. Widać to dziecięce przekona­
nie przetrwało gdzieś w jego podświadomości. 

- Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć - rzekła Laurel. 

- Przyszłam powiedzieć, że nie musisz się spieszyć, bo ma­

ła zasnęła, ledwie przyłożyła głowę do poduszki. Bardzo się 
dzisiaj zmęczyła. 

background image

112 

- Wiem, myślałem, że uśnie nam już w samochodzie. 

Laurel rozejrzała się dookoła. Pod dachem wisiała na dłu­

gim kablu pojedyncza goła żarówka, więc w pełnych rupieci 
kątach było prawie zupełnie ciemno. 

- Trochę tu... strasznie. 

Skinął głową. 

- Mógłbym zatrudnić ekipę, która by tu posprzątała, zain­

stalowała świetlówki, poukładała wszystko porządnie, a gra­
ty wyrzuciła, ale... ale tak mi bardziej odpowiada. 

- Wcale ci się nie dziwię. 

W odczuciu Laurel ten strych miał prawdziwy klimat 

i paradoksalnie wydawał się całkiem przytulny w porówna­
niu z resztą domu. 

- Wygląda trochę jak z filmu o duchach. Podoba mi się, 

ale nie wiem, czy odważyłabym się przyjść tutaj sama. 

- Ja z kolei zawsze przychodziłem tu sam. 
- Tak? - zdziwiła się, ponieważ jakoś nie potrafiła wyob­

razić go sobie wychodzącego ze swojego gabinetu i wspina­

jącego się po stromych schodach na strych. 

- Jako dzieciak - wyjaśnił. - To była znakomita kryjówka. 
- Rozumiem. - Przesunęła palcami po drewnianym wieku 

starej Victroli, a potem otrzepała ręce, gdyż na wszystkim le­

żały pokłady kurzu. - Chyba nie używałeś go ostatnio, co? 

Roześmiał się. 

- Wiesz, od jakiegoś czasu przerzuciłem się na płyty CD. 

Zaśmiała się również i podniosła wieko gramofonu. 

- W środku jest całkiem czysty - zauważyła, przygląda­

jąc się uważnie. - Masz pod ręką jakąś płytę? Moglibyśmy 

go uruchomić. 

background image

- No właśnie nie mam. Szukam płyt od pół godziny i nie 

mogę ich znaleźć. 

- Pomogę ci. Gdzie mam,sprawdzić? 
- Może w tamtej skrzyni. - Wskazał na potężny kufer stojący 

pod okrągłym okienkiem. - One na pewno gdzieś tu są, sam je 
widziałem, a nie zagląda tutaj nikt, kto mógłby je wyrzucić. 

- Nie rozumiem, czemu nie zniosłeś ich na dół, żeby je 

sobie czasem puszczać - rzekła, przedzierając się wśród ru­

pieci w stronę zasnutego pajęczynami kufra, który wyglądał 
tak, jakby mógł leżeć w nim szkielet. 

- Jakoś nie mam zwyczaju słuchać muzyki ze starego gra­

mofonu. 

- A może powinieneś? - spytała ze śmiechem. - To by by­

ło naprawdę coś. - Ostrożnie otworzyła skrzynię, naprawdę 
trochę się bojąc, że coś strasznego może na nią wyskoczyć ze 
środka, ale tam na szczęście znajdowały się tylko jakieś stare 
książki oraz... równiutko poustawiane płyty z ariami Lucin-

dy Moricelli. - Och, Charles, znalazłam je! 

Odstawił na bok pudło, do którego właśnie zamierzał zaj­

rzeć i dołączył do Laurel. Ostrożnie wyjęła kilka płyt. 

- Na moje oko są w doskonałym stanie. 

Kiedy Charles nachylił się, by też wziąć z kufra parę płyt, 

poczuła zapach jego wody kolońskiej i nagle zapragnęła go 
dotknąć. 

- Chyba rzeczywiście bardzo rzadko były używane. Hm, 

niektórych tytułów nawet nie znam. Może ty wybierzesz, 
którą puścić? 

Wybrała płytę, którą pamiętała z kolekcji swojego taty. 

- Puść tę. 

background image

114 

Zaniósł płytę do gramofonu, położył ją na talerzu, pokrę­

cił korbką Victroli, ostrożnie opuścił igłę i - voilà! - popły­
nęła muzyka. 

Głos Lucindy Moricelli zabrzmiał czysto, a śpiewaczce 

udało się zawrzeć w nim tyle emocji, że Laurel aż popłakała 
się ze wzruszenia. 

- Hej, co się dzieje? - zaniepokoił się Charles, wracając do 

niej czym prędzej. - Coś nie tak? 

- Nie, nic. - Pociągnęła nosem, uśmiechając się. - Ja tyl­

ko. .. To po prostu jest tak niewiarygodnie piękne... 

- Czy zawsze płaczesz, kiedy jesteś szczęśliwa? 
- Nie zawsze, ale zdarza mi się. 

Delikatnie dotknął palcami policzka Laurel. 
Zatopiła spojrzenie w jego oczach. Z całych sił pragnęła, by 

ją pocałował, a to pragnienie było tak silne, że prawie niemożli­
we do zniesienia. Oczywiście w relacji pracodawca-pracownik 
podobne rzeczy nie mogły mieć miejsca, powinny ich łączyć 

sprawy wyłącznie związane z pracą, poza tym dla dobra Penny 

powinni zachowywać odpowiedni dystans, nie zaś myśleć o za­

spokojeniu własnych pragnień. Mimo to Laurel miała ogrom­
ną nadzieję, że Charles ją pocałuje. 

Nie zawiódł jej. 
Pochylił głowę dokładnie tak samo jak poprzednim ra­

zem, lecz teraz podziałało to na Laurel nawet jeszcze bar­
dziej podniecająco, ponieważ wtedy Charles obiecał, że to się 

więcej nie powtórzy, skoro więc się powtarzało, miała dowód, 

jak bardzo jej pragnął. Nie tylko ona nie potrafiła oprzeć się 

tej pokusie, on również. 

Pocałował ją, otoczył ramionami i mocno przytulił. 

background image

Przestała myśleć. 
Nie chciała myśleć. 

Chciała się poddać temu, co się działo. 

Mogłaby przysiąc, że właśnie w tym momencie w jej ży­

ciu wszystko jest dokładnie tak, jak należy, ponieważ nagle 
każdy element znalazł się na właściwym miejscu. 

Przynajmniej na tych kilka chwil. 

Oczywiście nie zamierzała pozwalać sobie na zbyt wiele 

i zapuszczać się tak daleko, że już nie byłoby odwrotu. W koń­

cu Charles był jej szefem. Starała się o tym pamiętać, gdy nie­
spiesznie przeciągała dłońmi po jego plecach, łopatkach i bar­
kach. W odpowiedzi przycisnął ją mocniej do siebie. Poczuła, 

jak klamra jego paska od spodni wpija się w jej brzuch i bezsku­

tecznie próbowała nie myśleć o tym, co miał pod spodniami... 

Ledwie zdążyła to sobie wyobrazić, kiedy Charles pogłębił 

pocałunek, przesunął językiem po dolnej wardze Laurel, deli­
katnie dotknął nim jej zębów i języka, zaś ona odpowiedzia­
ła bez żadnych zahamowań. Potem pocałował ją w policzek, 

w skroń, wtulił twarz w jej włosy. 

- Jeszcze nigdy nie czułem czegoś podobnego - wyznał 

cicho. 

- Ja też. 
- Mamy przestać? 

Oczywiście, że powinniśmy przestać, pomyślała. 

Ale czy chciała tego? W żadnym wypadku. 

- Jeszcze troszeczkę... - odparła, całując go ponownie. 

Nie musiała mu dwa razy powtarzać, z entuzjazmem pod­

chwycił jej propozycję i zasypał ją pocałunkami. Laurel od­
chyliła głowę do tyłu, by mógł pieścić wargami jej szyję. 

background image

116 

- Może pójdziemy do mojego pokoju? - wymruczał 

w pewnym momencie. 

- Jeśli to zrobimy, będziemy żałować - odparła. - Przynaj­

mniej tak mi się wydaje... 

- Pewnie masz rację - zgodził się z ociąganiem i poca­

łował ją w usta, zaś Laurel przez chwilę miała ochotę ulec 
pokusie i przystać na jego propozycję, gdyż pragnęła więcej, 

znacznie więcej niż tylko pocałunków. 

Ale nie mogła posunąć się dalej, ponieważ gdyby to zro­

biła, związałaby się z Charlesem emocjonalnie, a tego już nie 

dałoby się odwrócić. I tak zdołał obudzić w niej więcej go­
rących uczuć niż jakikolwiek inny mężczyzna, lecz Laurel 
doświadczyła w życiu zbyt wielu bolesnych strat, by ryzyko­

wać i angażować się w związek z kimś, kogo wciąż nie była 

do końca pewna. 

Dlatego odsunęła się od Charlesa. 

- Musimy porozmawiać. 
- Naprawdę? - odparł nieco półprzytomnie, jakby i jemu 

te pocałunki i pieszczoty nieźle zawróciły w głowie. 

Laurel pomyślała, że tym bardziej trzeba zmienić temat, 

gdyż oboje muszą ochłonąć. 

- Tak. Przyszły tydzień będzie bardzo ważny. 
- Naprawdę? - zapytał. 

Odeszła parę kroków, przysunęła sobie jakąś skrzynkę 

i usiadła na niej. 

- Owszem. Przecież jest Dziękczynienie. 

Patrzył na nią, wyraźnie nic nie, rozumiejąc. 

- Święto Dziękczynienia - rzekła dobitnie. - Przypada 

w przyszłym tygodniu. Dokładnie w czwartek. 

background image

117 

Charles odtworzył w myślach kalendarz swoich zajęć na 

nadchodzący tydzień. W czwartek leciał do Napa. 

- Nie będzie mnie w domu, tego dnia wylatuję. 
- Żartujesz. 
- Nie, naprawdę wyjeżdżam. 

Przyglądała mu się z niedowierzaniem. 

- Nie pamiętałeś, że lecisz dokądś w samo Święto Dzięk­

czynienia? Jak można wybierać się w podróż w najmniej 
sprzyjający dzień w roku i nawet nie zdawać sobie z tego 
sprawy? 

Wzruszył ramionami. 

- Kiedy masz do dyspozycji prywatny samolot i prywatne lą­

dowisko, nie obchodzą cię tłumy na lotniskach - wyjaśnił. Zga­
dzał się jednak z Laurek że to był zły dzień na wyjazd. - Zawsze 

tego dnia daję wszystkim pracownikom wolne, a sam zabieram 
Penny na obiad do „Chez Rousse". To taka nasza tradycja - do­
dał, wiedząc, jaką wagę Laurel przywiązuje do związków ro­
dzinnych i do wspólnego spędzania wolnego czasu. 

Tymczasem jej dosłownie opadła szczęka. 

- Tradycja? Od kiedy obchodzi się Święto Dziękczynienia, 

zabierając dziecko do restauracji? 

- Przecież chodzi o to, żeby w tym dniu zjeść obiad z ro­

dziną. Nieważne, co się zje i gdzie. 

- No właśnie ważne - zaprotestowała. - Trzeba zjeść indy­

ka, i to polanego sosem, i tłuczone ziemniaki, i bataty, i du­
szoną fasolkę, i ciasto z dyni, i... 

- Krótko mówiąc, trzeba się obżerać. 

- Oczywiście! Razem ze swoimi najbliższymi. Do tego 

koniecznie w domu, bo w domu można swobodnie rozpiąć 

background image

118 

górny guzik spodni, tymczasem w restauracji człowiek ca­
ły czas musiałby się bać, czy ten guzik mu nie odleci. Na 
oczach obcych ludzi. Co za stres! 

Charles nie mógł się nie roześmiać. 

- Doceniam, że przybliżyłaś mi obyczaje twojej rodziny, 

ale sądzę, że pozostaniemy przy restauracji. Moja sekretarka 
zarezerwuje dla was stolik. - Widział, że ona zamierza obsta­

wać przy swoim, dlatego uniósł brew i dodał: - Z góry dzię­

kuję za twoją współpracę w tej kwestii. 

Przypomniała sobie swoją obietnicę, że będzie się stoso­

wać do jego poleceń, odpowiedziała więc: 

- Nie ma sprawy. A teraz powinnam już zejść na dół 

i sprawdzić, czy Penny się nie obudziła. 

Skinął głową. 

- Słusznie. - Wcale nie chciał puszczać jej od siebie, gdyby 

jednak poprosił, żeby została, to nie wiadomo, do czego mo­

głoby dojść. W tym momencie nie potrafiłby ręczyć za swoje 
zachowanie. - Zniosę gramofon i płyty do salonu, możesz je 

puścić Penny jutro rano, jeśli nadal będzie zainteresowana. 

- Na pewno będzie. Moim zdaniem to ty powinieneś puś­

cić jej te płyty i opowiedzieć wszystko, co pamiętasz na te­
mat swojej prababki. 

- Niestety, nigdyjej nie spotkałem, ponieważ zmarła przed 

moim urodzeniem - rzekł z żalem. - W dodatku mój ojciec 
prawie nigdy o niej nie wspominał, tak naprawdę dowiedzia­
łem się o niej tylko dzięki temu, że jako dziecko znalazłem 
na strychu te płyty. 

Popatrzyła na niego ze współczuciem. 

- To smutne. Ale nawet jeśli nie masz osobistych wspo-

background image

119 

mnień, o których mógłbyś opowiedzieć Penny zawsze mo­
żesz puścić jej te nagrania i przekazać tyle, ile wiesz. Taka 
mała lekcja rodzinnej historii dobrze jej zrobi. 

- Ty się tym zajmij - odparł. 
- Dobrze - zgodziła się. - Ja to zrobię. 
- Świetnie. 

Zapadła cisza i trwała tak długo, że Charles zdołał parę 

razy pomyśleć, żeby podejść do Laurel i tyle samo razy się 
rozmyślić. W końcu postanowił niczego nie zmieniać w ich 
relacji, ponieważ obawiał się, że jeśli się do niej zbliży, to nie 
będzie miał odwrotu. I już nigdy jej od siebie nie puści. 

- Dziękuję za wszystko, co dzisiaj zrobiłaś. - Odszedł kilka 

kroków i zaczął nieco ostentacyjnie przeglądać rzeczy w jakimś 

pudle. - Penny ma szczęście, że tu jesteś. 

Ja też mam szczęście, chciał dodać, ale w ostatniej chwili 

ugryzł się w język. 

- Ja też się cieszę, że tu jestem - odpowiedziała, patrząc 

mu w oczy tak przenikliwie, jakby czytała w jego duszy. 

Przez moment znowu trwała cisza, a potem Laurel powie­

działa: - Idę na dół. Dobranoc, Charlesie. 

Znowu poczuł pokusę, by poprosić ją o pozostanie, ale 

właściwie nie istniała żadna realna potrzeba, żeby Laurel zo­

stawała tu dłużej - oprócz jego pragnienia. 

- Dobranoc, Laurel - odparł, skrycie napawając się sa­

mym brzmieniem jej imienia. - Do zobaczenia jutro. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

- Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię znowu widzę! 

Lily uściskała siostrę chyba po raz setny od chwili, gdy 

weszła do apartamentu z widokiem na Central Park. Ani ra­

zu nawet nie spojrzała za okno, by podziwiać imponujący 

widok, zajmowała ją tylko i wyłącznie Rose. 

- Jak się czujesz? Czekaj, usiądź, nie możesz się teraz prze­

męczać. 

- Czuję się świetnie - odparła Rose ze śmiechem. - Nie 

traktuj mnie, jakbym była ze szkła. 

W ciągu tych dwóch miesięcy, gdy Lily jej nie widziała, 

Rose rozkwitła. Promieniała szczęściem, widać małżeństwo 

z Warrenem Harkerem służyło jej znakomicie. Co prawda 
początkowo Lily miała wątpliwości co do wyboru siostry, 

lecz Warren przekonał do siebie szwagierkę równie szybko, 

jak podbił serce swej ukochanej. W dodatku okazało się, że 

dwie dziewczyny z Brooklynu i znany miliarder mają wiele 

wspólnego, ponieważ cała trójka była adoptowana, co więcej 

- przeszli przez ten sam dom dziecka. Z tego powodu Warren 

podobnie jak one rozumiał wagę więzów krwi i prawdopo­
dobnie właśnie dlatego przejął się faktem, że jedna z troja­
czek została na zawsze odłączona od rodzeństwa. Postano-

background image

121 

wił, że ją odnajdzie, choćby miał w tym celu poruszyć niebo 

i ziemię. 

Przez jakieś pół godziny rozmawiały o ciąży Rose, o tym, 

jak zrobiła sobie test, jak się czuła, jak zamierzała powiedzieć 

o dziecku Warrenowi, gdy ten wróci z podróży biznesowej, 
ale nie wytrzymała i niespełna dziesięć minut po wykonaniu 
testu już dzwoniła do męża. 

- Dobrze, a teraz opowiedz mi o tej Laurel Midland - rze­

kła w końcu Lily. - Kontaktowałaś się z nią? 

- Nie. - Rose spochmurniała. - Wygląda na to... Tam mo­

że być coś nie tak. 

- Nie rozumiem. Co może być nie tak? 
- Właściwie sama nie wiem, ale niepokoi mnie fakt, że 

ona wyjechała z Lenowii od razu po śmierci Laurel. Zabrała 
się stamtąd następnego dnia i wróciła do Stanów. 

- Może naprawdę bardzo się przyjaźniły i nie potrafiła so­

bie poradzić z tą tragedią? - podsunęła Lily. - Ludzie czasem 
zachowują się dziwnie, kiedy są w szoku. 

Rose skinęła głową. 

- A może po prostu bała się, że i ona zginie w podobny 

sposób? 

- Czemu miałaby się tego obawiać? Przecież nasza Laurel 

zginęła w wypadku? 

- Tak głosi oficjalna wersja. - Oczy Rose napełniły się łza­

mi. - Szef Laurel zdradził w zaufaniu, że ona coś wykryła, ja­
kichś ludzi z rosyjskiej mafii, którzy rozprowadzali narkotyki, 
posługując się osieroconymi dziećmi. Próbowała coś z tym 

zrobić, zaalarmować władze... - Rozpłakała się. - Podob­

no dżip, którym jechała, przeleciał przez barierkę, rozbił się 

background image

122 

i spłonął, ale dalsze śledztwo wykazało, że samochód naj­
pierw wybuchł, a potem spadł z drogi. To był sabotaż. 

Głęboko zszokowana Lily nawet nie była w stanie płakać. 

- Czy oni coś z tym zrobili? 
- A co mieliby zrobić? 
- Jak to co? Dopaść sprawców oczywiście. I skąd ta pew­

ność, że druga Laurel wróciła do Stanów? Jeśli się przyjaźniły, 
a ona zaraz potem znikła, to może i ona... 

- Nie, akurat tego możemy być pewni. Człowiek wynaję­

ty przez Warrena namierzył ją dzięki jej numerowi ubezpie­
czenia społecznego. Pracuje w Gray Manor u Charlesa Graya 

jako opiekunka do dziecka. 

Lily powoli zaczynała rozumieć. 

- A ty nie chcesz do niej dzwonić, ponieważ to mogłoby 

ją spłoszyć. 

- Właśnie. Gdybym uprzedziła ją telefonicznie, że chce­

my porozmawiać z nią na temat Laurel Standish, to kto wie, 
czy nie wzięłaby nas za wysłanniczki tamtej mafii i nie ucie­
kłaby stamtąd? 

- Całkiem prawdopodobne, przecież ona nie wie o na­

szym istnieniu. Laurel nie powiedziała jej o nas, bo sama 
nic nie wiedziała. Gdybyśmy podały się za siostry, z miejsca 
uznałaby to za kłamstwo. 

- No właśnie. 
- Czyli musimy urządzić na nią zasadzkę? 
- Nie dosłownie, ale coś w tym sensie. Trzeba tam poje­

chać i pokazać jej się osobiście. Nasz wygląd powinien ją 
przekonać, że mówimy prawdę. - Rose zaśmiała się niewe­
soło. - Przynajmniej mam taką nadzieję. 

background image

123 

- Na pewno jesteśmy bardzo podobne do Laurel, to znaczy 

do naszej Laurel. Mogę się założyć. Bardziej mnie martwi, co 
z tymi draniami, którzy wykorzystują dzieci do tak ohydnych 
celów. 

- Akurat o to możesz się nie martwić - odparła z satysfak­

cją Rose. - Warren od razu pociągnął za odpowiednie sznur­
ki i władze Lenowii okazały się całkiem skore do współpracy. 

Już zaczęli ich wyłapywać. 

- Czyli Laurel zginęła niepotrzebnie, bo dało się to zała­

twić znacznie prościej i bezpieczniej... 

Obie pomyślały o tym samym. Przez lata klepały biedę, 

dlatego wciąż nie mogły przywyknąć do faktu, jak łatwo da­

wało się rozwiązywać nawet bardzo poważne problemy, gdy 
tylko miało się pieniądze. Bogactwo czyniło człowieka po­
tężnym i otwierało przed nim wszystkie drzwi, ale to było 
takie niesprawiedliwe! 

Cóż, przynajmniej mogły zrobić dla Laurel jedną rzecz 

- dowiedzieć się o niej jak najwięcej. 

- Chociaż to jedno możemy dla niej zrobić - powiedziała 

na głos Rose, wyrażając dokładnie to, o czym myślała rów­
nież Lily. Nagle zauważyła, że siostra tłumi ziewnięcie. - Ko­
niec dyskusji o smutnych sprawach - zarządziła. - Musisz' 
być wykończona po locie z Europy, trzeba położyć cię spać. 
Jutro opracujemy plan spotkania z Laurel Midland. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Charles zgodnie z zapowiedzią wyjechał rano w Święto Dzięk­

czynienia, nawet nie oglądając się za siebie, a przynajmniej tak to 

wyglądało w odczuciu Laurel. Ona sama coraz bardziej żałowała 

tych wszystkich chwil, gdy przebywał poza domem. 

Nie, oczywiście wcale nie chciała, by stale znajdował się 

pod tym samym dachem, przecież większa część dnia scho­
dziła jej na zajmowaniu się Penny, więc doprawdy nie mia­
ła czasu na żaden romans. W dodatku nie potrzebowała ro­
mansu ani nikogo, wystarczała jej Penny, która przysparzała 

jej tyle radości, że Laurel nie wyobrażała już sobie życia bez 

tej dziewczynki. 

Co więcej, nie rozumiała, jak w ogóle do tej pory mogła 

bez niej żyć. 

Dlatego też miała cichą nadzieję na spędzenie z nią Święta 

Dziękczynienia w taki sposób, wjaki powinno się to robić, czy­
li bez żadnego wychodzenia do restauracji. Na szczęście sama 
matka natura przyszła Laurel z pomocą i dostarczyła pretekstu, 
by postąpić wbrew poleceniu Charlesa. 

Prognoza pogody brzmiała wyjątkowo nieciekawie. Du­

że opady zamarzającego mokrego śniegu, oblodzone drogi, 

apele o to, by nie wyjeżdżać bez koniecznej potrzeby. Oczy-

background image

125 

wiście Laurel nie zamierzała ryzykować i w podobną pogo­
dę wozić Penny gdziekolwiek, dlatego też natychmiast po 
usłyszeniu prognozy pojechała zrobić spore zakupy, tak na 
wszelki wypadek. 

„Wszelki wypadek" dał o sobie znać o wpół do drugiej po 

południu, kiedy zaczął padać śnieg, zgodnie z zapowiedzią 
mokry i zamarzający. Tak się złożyło - szczęśliwym trafem, 
rzecz jasna - że wśród zakupów zrobionych przez Laurel 

w ostatniej chwili znajdował się czterokilogramowy indyk, 

dwukilogramowa torba ziemniaków, cztery słodkie bata-
ty, spora paczka słodkich pianek, mrożona zielona fasolka, 
smażone cebulki, krem z pieczarek, rosół z kurczaka, bułecz­
ki do podgrzewania w piekarniku i mrożone ciasto z dyni. 

Laurel nieźle gotowała, lecz nie dałaby rady sama przyrzą­

dzić całego obiadu na Śwęto Dziękczynienia w parę godzin. 

Pogoda nie zawiodła jej, śnieg padał coraz gęstszy i nie 

wyglądało na to, by zamierzał przestać. Co za ulga! 

Kiedy zabierała się do robienia obiadu, do kuchni wszedł 

Miles. 

- Nadciąga prawdziwa śnieżyca - oznajmił. - Mam cały 

weekend wolny. Czy kupić coś, zanim wyjadę? 

- Nie, dziękuję, mam tu wszystko, co nam potrzebne. 
- Widzę, że panienka zamierza zrobić prawdziwą ucztę. 

Rozejrzała się dookoła. 

- Kupiłam za dużo jedzenia jak na dwie osoby. 

Zachichotał. 

- Nie zmarnuje się, kanapki z zimnym indykiem można 

jeść długo. 

Zawtórowała mu śmiechem. 

background image

126 

- Tak, całymi tygodniami! 
- Moja pani nigdy nie gotowała. 

Laurel nie była pewna, o kim mówił. O swojej żonie? 

- Nie rozumiem. 

- Pani Gray nawet nie zbliżała się do kuchni. - Przyjrzał jej 

się z żywym zainteresowaniem. - Pan Gray będzie pod dużym 

wrażeniem, jak się dowie, że panienka umie gotować. 

Zarumieniła się lekko. 

- Tak myślisz? 

Skinął głową. 

- Pracuję tu od pięćdziesięciu lat i napatrzyłem się na lu­

dzi, którzy tu żyli, na dzieci, żony, służących... Ale przez te 
całe pół wieku jeszcze nie widziałem, żeby ktoś na kogoś pa­
trzył tak, jak pan Gray patrzy na panienkę. Niech panienka 

wybaczy, że to mówię, ale tak właśnie jest. 

Na moment aż zatkało ją z wrażenia. 

- Miles, coś ci się wydaje. Pan Gray patrzy na mnie zupełnie 

zwyczajnie, tak samo jak na każdego innego pracownika. 

Roześmiał się. 

- Nie, panienko Laurel, nie tak samo. Zupełnie nie tak sa­

mo. - Pożegnał ją skinieniem głowy. - Szczęśliwego Święta 

Dziękczynienia - rzekł i wyszedł, ciągle chichocząc pod no­

sem, jakby powiedziała świetny dowcip. 

Laurel zastanawiała się, co sądzić o słowach Milesa. Z ca­

łą pewnością nie robił sobie żartów jej kosztem, to nie było 

w jego zwyczaju, w dodatku nie mógł wiedzieć, jak ogromne 

miałoby to dla niej znaczenie, gdyby rzeczywiście udało jej 

się wnieść do życia Charlesa trochę radości. 

Nie, lepiej nie łudzić się nadzieją. 

background image

Dlatego też Laurel postanowiła nie roztrząsać tej spra­

wy dłużej i na razie skupić się na zrobieniu najpyszniejszego 
świątecznego obiadu, jaki Penny dotąd jadła. A o Charlesie 
pomyśli później... 

O 13.45 natarła indyka masłem, przyprawiła pieprzem 

oraz solą selerową i wstawiła go do piekarnika. O 14.30, kie­
dy po kuchni zaczęła się rozchodzić kusząca woń, Laurel za­
dzwoniła do restauracji i odwołała rezerwację. O 15.30 cała 
kuchnia pachniała pieczonym indykiem w zawiesistym sosie, 
zapiekanką z zielonej fasolki i ziemniakami polanymi śmie­

taną i stopionym serem pleśniowym. 

- Czy taki obiad zjedli Ojcowie Pielgrzymi? - zaciekawiła 

się Penny, sięgając po jedną z przyrumienionych pianek, któ­
rymi Laurel posypała ugotowane bataty. 

- Mniej więcej. 
- Oni nie mieli pianek, prawda? 
- Nie, ale na pewno bardzo chcieliby mieć. 
- Nigdy nie jadłam takich rzeczy w Święto Dziękczynienia 

- zdradziła podekscytowana Penny. - W restauracji była za­

wsze zupa cebulowa i stek. 

Laurel potrząsnęła głową. 

- No nie, to zupełnie nie pasuje do ducha tego święta. Tym 

razem robimy wszystko tak, jak należy. 

Chociaż świętowały tylko we dwie, Laurel nie pamiętała 

równie przyjemnego Święta Dziękczynienia. Beztrosko wy­

jadały pianki z batatów, gadały o wszystkim i było im bar­

dzo wesoło. 

- Pamiętasz, co powiedziała wróżka? - zagadnęła nagle 

Penny. 

background image

128 

Ponieważ Laurel z całych sił starała się zapomnieć o tam­

tym wydarzeniu, nie była pewna, o czym konkretnie myśla­
ła jej podopieczna. 

- C o ? 
- Że on się z tobą ożeni. 

Laurel poczuła, jak rumieniec oblewa jej twarz. 

- Nie, nic podobnego nie mówiła. 
- Mówiła - upierała się Penny. - On spędzi z tobą całe ży­

cie, więc się ożeni, prawda? 

- Skarbie, ta pani była przebrana, ona tylko udawała wróżkę. 

To wyjaśnienie nie przypadło dziewczynce do gustu. 

- Nie udawała! To prawdziwa wróżka i widziała wszystko. 

Ty i tatuś weźmiecie ślub. 

- Nie, kochanie, nie weźmiemy. 
- Weźmiecie! Ja to wiem! - krzyknęła Penny niemal hi­

sterycznie. 

- Już dobrze, kochanie. - Laurel łagodnie położyła dłoń 

na jej ramieniu. - Uspokój się. Nie możesz wierzyć we wróż­
ki, one nie istnieją. Ta pani siedziała tam po to, żeby zabawa 
była ciekawsza. Nikt nie wie, co wydarzy się w przyszłości. 

Dziewczynka zastanawiała się nad tym przez chwilę, a po­

tem spytała: 

- Ale mogłoby się tak stać, prawda? Mogłabyś wyjść za tatę? 

Z największą chęcią odpowiedziałaby: „mogłabym", ale 

powstrzymała się, ponieważ nie chciała robić Penny niepo­
trzebnych nadziei. Sama jej ochota nie miała znaczenia, oby­
dwie strony musiałyby tego chcieć. 

- Nie, kochanie, ponieważ jestem tu dla ciebie, a nie dla 

niego. 

background image

129 

- Ale on też cię potrzebuje - przekonywała Penny. - Tatuś 

jest bardziej szczęśliwy, odkąd przyjechałaś. 

- Naprawdę? - wyrwało jej się. 
- No! Przedtem nie był taki fajny. Teraz się uśmiecha i roz­

mawia ze mną. I z tobą. Z tamtymi nianiami to ogóle nie 
rozmawiał. I czasem pyta mnie, gdzie jesteś. Tatuś cię lubi. 

Laurel ogarnęło przyjemne ciepło. Czy to możliwe, by 

między nią a Charlesem rzeczywiście działo się coś... obie­
cującego? Czyżby odwzajemniał jej uczucia? 

- Ja też lubię twojego tatę, jest bardzo miły. Ale nie myśl 

sobie, że coś między nami będzie. Już ci mówiłam, ja tu 
mieszkam ze względu na ciebie. 

Tłumaczenie Laurel spłynęło po dziewczynce bez śladu. 

- Wróżka powiedziała, że zostaniesz moją nową mamusią. 

Dobrze pamiętam. 

- Nie, skarbie, ona powiedziała... - Laurel urwała, ponie­

waż nie chciała powtarzać tych bezsensownych przepowied­

ni, chociaż pamiętała je słowo w słowo. - To naprawdę była 
tylko zabawa. Wróżki nie istnieją. 

Penny skinęła głową, lecz z bardzo sceptyczną miną. 

- Tatuś niedługo wróci, to go spytamy. 

Laurel nie miała serca uświadomić dziewczynki, że nie 

ma się co spodziewać rychłego powrotu taty, który właśnie 
leciał do Kalifornii. 

- Zobaczymy... - odparła wymijająco. 

Półtorej godziny później, gdy indyk wreszcie się upiekł, 

a nieliczne już pianki na batatach zupełnie zbrązowiały, po­

jawiła się okazja, by zadać pytania samemu zainteresowane­

mu, ponieważ o 17.15 do domu wrócił Charles Gray. 

background image

- Wyglądasz na zaskoczoną - zauważył na widok rozsze­

rzonych oczu Laurel i jej pobladłej twarzy. 

- Nie spodziewałam się ciebie - odparła. 

Serce waliło jej jak młotem, ponieważ przeżyła moment au­

tentycznej grozy. Gdy usłyszała kroki, pomyślała, że zapomnia­
ła zamknąć za Milesem drzwi i przypomniała sobie ostrzeżenia 
Charlesa, że ktoś mógłby porwać Penny dla okupu. Przez tych 
kilka strasznych chwil spodziewała się najgorszego. 

- Nawet nie próbowaliśmy wystartować, wiatr był za sil­

ny. - Powiódł wzrokiem po kuchennych blatach, zmarszczył 
brwi. - Miałyście iść do restauracji, o ile się nie mylę. 

- Obawiałam się jechać, bo ostrzegano przed oblodzony­

mi drogami i wyjeżdżaniem bez wyraźnej potrzeby. 

- W takim razie słusznie zrobiłaś. - Sięgnął po jabłko, któ­

re położyła na spodeczku dla Penny. - Czyli umiesz także 
gotować? 

- T a k . 
- Gdybyś zgłosiła się tutaj w charakterze kucharki, za­

oszczędziłoby nam to wielu problemów - stwierdził z uśmie­
chem. 

Ponownie serce zabiło jej mocniej, tym razem jednak 

z zupełnie innego powodu niż poprzednio. 

- Chcesz mi w ten sposób powiedzieć, że żałujesz zatrud-" 

nienia mnie w charakterze opiekunki? 

Ugryzł kolejny kęs jabłka. 

- Możesz mi wierzyć albo nie, ale wcale nie miałem tego 

na myśli. 

- Proszę, proszę! Kto by się spodziewał? 

Za oknami wyła wichura, lecz w kuchni było ciepło i przy-

background image

131 

tulnie, a Laurel nagle poczuła, jak ogarnia ją ogromny spo­
kój. Chyba jeszcze nigdy nie czuła się równie dobrze. 

Nagle do środka wpadła Penny. 

- Tatuś! - zapiszczała i rzuciła mu się na szyję. 

Nigdy przedtem tego nie robiła. 
Charles chwycił ją wpół i wysoko podniósł. 

- Tym razem spędzimy Święto Dziękczynienia w domu. 

Co ty na to? 

- Super! - zakrzyknęła entuzjastycznie dziewczynka. -

Laurel gotuje same pyszności. 

- Nie wątpię. - Uściskał córkę i postawił ją z powrotem 

na podłodze. 

- Mogę wrócić do siebie na telewizję? Zaraz będzie moja 

ulubiona bajka. 

Czułym gestem potargał jej włosy. 

- Jasne. Leć. - Kiedy wybiegła, odwrócił się do Laurel. -

W ciągu kilku tygodni zdołałaś dokonać cudu. 

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparła, pragnąc usłyszeć 

więcej na temat zdziałanych przez siebie cudów. - Ale zga­

dzam się, że Penny stała się bardziej otwarta i swobodna. 

Podszedł do Laurel i stanął tuż przed nią, bardzo blisko. 

- Jesteś zdumiewająca. 
- Tobie też nic nie brakuje pod tym względem. 
- Chyba powinniśmy porozmawiać o czymś innym niż 

twoja praca - stwierdził i nachylił się. 

Leciuteńko przesunął ustami po jej wargach, a potem od­

sunął się nieco, by móc zajrzeć Laurel w oczy. Serce biło jej 
tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. 

Wspięła się na palce i pocałowała Charlesa, on zaś objął ją 

background image

132 

i mocno przytulił do siebie. Kiedy poczuła dotyk jego języka, 
przebiegł ją gorący dreszcz. 

Za pierwszym razem mógł ją pocałować z ciekawości, za 

drugim mogła to być chwila słabości, ale skoro robił to po 
raz trzeci, to musiał jej pragnąć, inne wyjaśnienie nie istnia­
ło. Otoczyła go ramionami, wtuliła się w niego i całowała 
chciwie, każdym gestem przekazując mu tak wiele, chociaż 
bez słów. 

Powiódł palcami wzdłuż jej pleców i wzdłuż bioder, a ona 

czuła, jak każdy nerw w jej ciele zaczyna drżeć w słodkim 
oczekiwaniu. Czuła gorące pulsowanie w brzuchu, czuła, jak 

bardzo pragnie Charlesa. Nie tylko na jedną noc. 

Na zawsze. 
Zadzwonił telefon. Zaskoczona Laurel drgnęła, odskoczy­

ła i bezwiednie przesunęła dłonią po wargach, jakby chciała 
zetrzeć z nich ślad pocałunków, by nikt się nie zorientował, 
co tu między nimi zaszło. 

Charles się roześmiał. 

- To tylko telefon. 
- Chyba powinieneś odebrać. 
- Prędzej wyrzucę go przez okno - odparł, wyciągając po 

nią rękę. 

Laurel najchętniej znowu zatonęłaby w jego objęciach, ale 

musiała ochłonąć i zastanowić się, co to wszystko naprawdę 
oznacza i co ona ma w związku z tym zrobić. 

- Nie, lepiej odbierz, to może być jakaś pilna sprawa. Mo­

że ktoś potrzebuje twojej pomocy. 

- Wszystkie osoby, o które się troszczę, znajdują się bez­

piecznie pod tym dachem. 

background image

199 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi. 

- Pójdę sprawdzić, co robi Penny. 

Oczywiście wolałaby zostać przy nim, rozsądek nakazy­

wał jednak upewnić się, czy dziewczynka jest zajęta i czy nie 

stoi przypadkiem za drzwiami, podglądając ich ukradkiem. 

- Jeszcze nie skończyliśmy - ostrzegł Charles, wyjmując 

z kieszeni komórkę. 

- Liczę na to - odparła Laurel z uśmiechem i wyszła. 

-  M a m nadzieję, że dzwonisz z czymś ważnym, bo jak 

nie... - warknął do słuchawki. 

- Owszem, dzwonię z czymś ważnym - odparł Brendan 

Brady. - Diabelnie ważnym. 

Charles usiadł na taborecie, odgadując, że detektyw do­

wiedział się czegoś o Laurel. Akurat w tym momencie nie był 
w odpowiednim nastroju, by wysłuchiwać doniesień na jej 

temat, ale nie miał wyjścia. 

- Dawaj. 
- Chodzi o Laurel Midland. 
- Domyślam się. 
- Ale nie domyślasz się dalszego ciągu. Ona nie żyje - po­

wiedział Brendan Brady. - Laurel Midland nie żyje. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Oglądanie bajki całkowicie pochłonęło Penny, więc Lau­

rel wróciła do kuchni. Wracała jak na skrzydłach, upojona 
wizją dalszych pocałunków, pieszczot i - kto wie? - być mo­
że także wspólnej przyszłości. 

Jeszcze dwa miesiące temu nie podejrzewałaby nawet, że 

spotka ją coś podobnego. Miłość wydawała się czymś rów­

nie nierealnym jak główna wygrana na loterii, a tymczasem... 

Tymczasem Laurel trafiła tę główną wygraną, lepszej nagro­

dy nie potrafiłaby sobie wyobrazić. 

Charles siedział na taborecie, bardzo blady, wyglądał jak 

ktoś, kto właśnie otrzymał złe wieści. Telefon komórkowy le­
żał obok niego na blacie szafki. 

- Wszystko w porządku? - spytała, wiedząc z góry, że 

w odpowiedzi usłyszy: „nie". 

Podniósł wzrok i popatrzył na nią nieprzyjemnie zwężo­

nymi oczami. Miał twarde i zimne spojrzenie, a na ten widok 
serce w niej zamarło. 

- Charles, w czym problem? 
- Akurat ty wiesz najlepiej. 
- Nie rozumiem. Czy ktoś dzwonił ze złymi wiadomoś­

ciami? 

background image

135 

Skinął głową. 

- Nawet bardzo złymi. 

Podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. 

- Co się stało? Czy mogę ci jakoś pomóc? 

Kiedy strącił jej rękę, odgadła, że ten telefon musiał do­

tyczyć jej samej. 

- Nie sądzę - wycedził. 

Przez głowę przeleciały jej różne możliwe scenariusze, nie 

miała jednak pojęcia, który z nich właśnie się urzeczywistnił. 

- Charles, o co właściwie chodzi? 
- Zabawne, właśnie miałem zapytać o to samo. 

Wszystkie jej nadzieje oraz poczucie szczęścia, z jakim 

dosłownie frunęła z powrotem, znikły bez śladu, rozwiały 
się jak dym. 

- Charles, nie rozumiem, do czego zmierzasz. 
- Zacznij więc od wyjaśnienia mi, kim naprawdę jesteś. 

Krew odpłynęła jej z twarzy. 

- Kto do ciebie dzwonił? 
- Prywatny detektyw, który rutynowo sprawdza każdego 

z moich pracowników. Dzisiaj dowiedział się na twój temat 
czegoś bardzo niepokojącego. 

- To znaczy? 
- Najpierw ty odpowiesz na moje pytania, a potem ja od­

powiem na twoje. Kim jesteś? 

- Przecież mnie znasz. Jestem Laurel. 
- Laurel Midland nie żyje, zginęła w Lenowii półtora mie­

siąca temu, kiedy w jej samochodzie podłożono bombę. 

Nie miała wyboru. 

- Nazywam się Laurel Standish. 

background image

136 

- Standish... - Przez chwilę szukał w pamięci, a potem 

przypomniał sobie, skąd zna to nazwisko. - Standish to ta, 
która rzekomo zginęła w tamtym wypadku, zgadza się? 

Ogarnęła ją panika. Kto zdradził te informacje? Kto znał 

prawdę? 

- T a k . 

Przyglądał jej się sceptycznie. 

- Jakoś trudno mi uwierzyć, że twoi współpracownicy 

nagle oślepli - stwierdził z gniewem w głosie. - Nie wiedzie­

li, kto zginął, a kto wyjechał? 

- Wiedzieli doskonale, a kłamali tylko dlatego, żeby mnie 

ochronić. To mój szef wymyślił, że powinnam przyjąć tożsa­
mość zmarłej i wracać do Stanów pod nowym nazwiskiem. 

- Nie mam powodów, żeby ci wierzyć. 
- Dlaczego? Przecież wszystko, co powiedziałam ci o so­

bie, o moich doświadczeniach w Lenowii, jest prawdą. 

- Zważywszy, że okłamałaś mnie co do tak podstawowej 

kwestii jak tożsamość, jakoś nie czuję się skłonny do dalsze­
go obdarzania cię zaufaniem. 

Westchnęła. 

- Rozumiem cię, ale mogę wytłumaczyć, czemu tak się 

stało. 

Spojrzał na zegarek. 

- Daję ci na to pięć minut. 

Odetchnęła głęboko, próbując się trochę opanować. 

- Laurel Midland i ja zgłosiłyśmy się w tym samym cza­

sie do Korpusu Pomocy Humanitarnej i zostałyśmy razem 

wysłane do Lenowii, żeby uczyć tam dzieci angielskiego. To 

były osierocone dzieci, które straciły rodziców w wojnie do-

background image

137 

mowej, chcieliśmy dać im szansę na lepsze życie. Pracowali­

śmy w dość bezpiecznym miejscu, praktycznie przez kilka lat 
nie działo się nic szczególnego, aż wreszcie w którymś mo­
mencie zorientowałam się, że ktoś posługuje się tymi dzieć­
mi w celu szmuglowania narkotyków przez granicę. Płaco­
no im równowartość dolara, najwyżej dwóch, czasem była to 
tylko garść cukierków. I dzieciaki przekradały się z towarem. 
Jeśli zostały złapane przez konkurencyjny gang narkotyko­
wy i, co zdarzało się całkiem często, zabite, nikt się tym nie 
przejmował, wysyłano następnego dzieciaka i już. Jeden trup 
więcej, jeden mniej... Kogo to obchodziło? 

Charles nadal miał powątpiewający wyraz twarzy, lecz mi­

mo to w jego oczach pojawiło się jeszcze coś - współczucie. 

- Powiadomiłaś władze? 

Aż prychnęła na samo wspomnienie. 

- Władze! Połowa czerpała dochód z tego procederu. Ale 

tak, próbowałam ich tym zainteresować, co przyniosło tylko 
ten skutek, że zwróciłam na siebie uwagę handlarzy narko­
tyków. Równie dobrze mogłabym wymalować sobie na ple­
cach tarczę strzelniczą. 

Ze zrozumieniem skinął głową. 

- Mów dalej. 
- Laurel była moją najlepszą przyjaciółką, nigdy niczego przed 

nią nie ukrywałam, więc opowiedziałam jej także o moim odkry­
ciu. Chciała w jakiś sposób pomóc, ale nie zgodziłam się, ponie­

waż nie chciałam narażać jej na niebezpieczeństwo. Gdy o tym 

pomyślę... Co za ironia losu! - Łzy zapiekły ją pod powiekami, 
kiedy przypomniała sobie o tym, o czym wolałaby nie pamiętać. 

Spojrzenie Charlesa wyraźnie złagodniało. 

background image

138 

- Co się stało? 
- Raz na tydzień trzeba było jeździć do najbliższego mia­

steczka po jedzenie dla całej naszej grupy, jakieś podstawo­

we środki higieny i tego typu rzeczy. Zawsze ja to załatwia­
łam, ponieważ najlepiej z nas wszystkich znałam ich język. 

Ale akurat tamtego wieczoru... - urwała, nie mogąc mówić 

dalej. 

- Co się stało? - powtórzył. 

Nie wiedziała, czy w ogóle jej uwierzy i czy jest po co się 

męczyć i opowiadać o tamtym koszmarze. Ale nie miała in­
nego wyjścia. 

- Pochorowałam się. Dopadła mnie grypa żołądkowa, na 

szczęście dość lekka, bo rano już prawie nic mi nie było. 

I wtedy dowiedziałam się, że Laurel nie żyje. 

- Podłożyli bombę w samochodzie, planując zabić ciebie 

- odgadł bez trudu. 

Laurel się rozpłakała. 

- Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, czy źle, ale wszyscy ka­

zali mi uciekać, obiecali mnie kryć, kłamać, że to ja zginęłam, 
a ona wyjechała z powodu szoku. Ponieważ nie miała żadnej 
rodziny, to mogło się udać... - Wzięła głęboki oddech, pró­

bując się uspokoić. - A teraz, kiedy wreszcie powiedziałam 
to na głos, sama słyszę, jak tchórzliwie i podle postąpiłam. 
I teraz znasz całą prawdę. 

- Najważniejsze, że jesteś bezpieczna. - Wstał, dotknął jej 

policzka. - Jesteś tutaj i nic ci nie grozi, a ja bardzo się z te­

go cieszę. 

Nie wierzyła własnym uszom. 

- Cieszysz się? 

background image

139 

- Tak. Na szczęście twoi przyjaciele lojalnie strzegli twojej 

tajemnicy, a przynajmniej większość z nich. Mój detektyw 
dotarł do człowieka, który wrócił z Lenowii niedługo po to­
bie i dość pilnie potrzebował gotówki. To stąd się dowiedzia­
łem, kto zginął w tamtym wypadku. 

Laurel ogarnęła gorycz. 

- Czyli jeden z przyjaciół mnie zdradził... 
- Poczekaj - przerwał jej Charles. - Brady powiedział mu, 

że Laurel Standish otrzymała bardzo duży spadek, więc on 
teraz musi znaleźć jej najbliższego żyjącego krewnego. Tam­
ten człowiek najprawdopodobniej sądził, że wyświadcza ci 
przysługę. 

Laurel nie chciała nikogo winić, zresztą ten szalony plan 

i tak nie miał zbyt dużych szans powodzenia. Z czasem prze­
cież musiało się wszystko wydać w taki czy inny sposób. 

- Właściwie dobrze, że w końcu to wyszło na jaw, bo czu­

łam się zagubiona, próbując udawać kogoś innego. - Za­
śmiała się niewesoło. - Nadal czuję się zagubiona, ale przy­
najmniej mogę być sobą. 

- Nie jesteś zagubiona, przeciwnie - oświadczył z całym 

przekonaniem Charles. - Znalazłaś się dokładnie tam, gdzie 
powinnaś być, bo twoje miejsce jest właśnie tutaj, przy mnie. 

Serce zabiło jej mocniej. 

- Czyli nie winisz mnie za moje tchórzostwo? 
- Jak mógłbym cię winić za to, że próbowałaś ocalić włas­

ne życie? Ja cię nie winię, ja cię podziwiam, i to bardziej niż 
kogokolwiek innego. To takie do ciebie podobne - wystawić 

się na niebezpieczeństwo dla dobra tych dzieci! - Potrząs­

nął głową. - Szkoda tylko, że wcześniej nie powiedziałaś mi 

background image

140 

prawdy... Chociaż z drugiej strony rozumiem cię, nie wie­
działaś przecież, czy możesz komukolwiek ufać. To w ogóle 
cud, że po takich przeżyciach nie straciłaś wiary w ludzi i nie 
zamknęłaś się w sobie. 

Z ulgą oparła się o jego tors i poczuła wokół siebie bez­

pieczny dotyk ciepłych ramion. 

- Och, Charles... 
- Nie pozwolę, by kiedykolwiek spotkało cię coś złego - obie­

cał. - A tych zbirów z Lenowii da się dopaść, jutro zadzwonię 
do odpowiednich osób, żeby wszczęto dochodzenie w sprawie 
zamordowania obywatelki amerykańskiej. Nie będą więcej sta­
nowić zagrożenia dla ciebie ani dla nikogo innego. 

Popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym cię nie spotkała. Bar­

dzo źle się czułam z tym kłamstwem, dręczyło mnie poczu­
cie winy - wyznała. 

- Nie ma sensu dłużej tego roztrząsać. Poczucie winy to 

straszna rzecz, niemal nie sposób z nim żyć. Ja sam miałem 
nieustanne wyrzuty sumienia z powodu śmierci Angeliny, 

przypisywałem sobie odpowiedzialność za to, co się wyda­
rzyło. Aż wreszcie zrozumiałem, że nie można się obwiniać 

za rzeczy niezależne od nas. 

- Długo musiałeś do tego dochodzić? 
- Długo. Dotarło to do mnie dopiero jakiś miesiąc temu. 

- Pocałował ją w czubek głowy. - Wtedy, kiedy zacząłem się 

w tobie zakochiwać. 

Odsunęła się, by móc na niego spojrzeć. 

- Zakochiwać? 

Skinął głową. 

background image

141 

- Zgadzam się, to brzmi nieprawdopodobnie. A jednak 

zakochałem się w tobie. 

- Ale dlaczego? 
- Dlaczego? - Charles aż wybuchnął śmiechem. - A dlacze­

go słońce rano wstaje? Pewne rzeczy się wydarzają, bo muszą 
się wydarzyć, są nieuniknione. Tak po prosta miało być. 

- Rozumiem cię, bo ze mną jest tak samo. Też się w tobie 

zakochałam. 

Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 

- Poważnie? 
- Jak najpoważniej - zapewniła, uśmiechając się promiennie. 

- Kocham cię. Jesteś kompletnie nieznośny, ale cię kocham. 

- Naprawdę? - odezwał się cienki głosik od strony drzwi. 

- Kochasz mojego tatusia? 

Odwrócili się i ujrzeli Penny, która przyglądała im się sze­

roko otwartymi oczami. A jej buzia śmiała się tak, jak malo­

wana buzia jej porcelanowej lalki. 

- Tak - wyznała Laurel. - I to bardzo. 
- I tak się szczęśliwie składa, że twój tatuś też ją kocha. -

Wyciągnął dłoń ku córce. - I ciebie także, szkrabie. 

Penny podbiegła i przytuliła się do niego, jakby robiła tak 

przez całe życie. 

- Wiedziałam! Weźmiecie ślub, tak? Czyli wróżka przewi­

działa przyszłość. 

Laurel i Charles wymienili spojrzenia. 

- Na to wygląda - przyznał. - Trudno w to uwierzyć, ale 

miała rację. 

- Ja uwierzyłam od razu - oświadczyła Penny. - Powtórzy­

łam wszystko Margerytce, a ona powiedziała, że oczywiście 

background image

142 

wróżki istnieją i że się pokochacie, i weźmiecie ślub, i bę­

dziecie żyli długo i szczęśliwie. - Urwała i ściągnęła brewki. 

- To co teraz? 

Charles z uśmiechem popatrzył na Laurel. 

- Jak myślisz, co powinniśmy teraz zrobić? 
- Moim zdaniem powinniśmy usiąść do stołu, świętując 

Dziękczynienie. Co ty na to? 

- Tak, koniecznie musimy tak zrobić, bo naprawdę mam 

za co dziękować. Zapamiętam ten dzień na zawsze. 

Uściskał Penny, a potem nachylił się i ponad jej głową pocało­

wał Laurel, a w tym pocałunku kryły się obietnice na przyszłość. 

background image

EPILOG 

Tę noc spędzili na długiej rozmowie. Laurel opowiedzia­

ła Charlesowi o sobie, o swoim dzieciństwie w domu Stan-
dishów i o tym, jak dowiedziała się, że została adoptowana. 
Z kolei Charles powtórzył, co zdołał ustalić Brendan Brady 

- Laurel była jedną z trojaczek. To potwierdzało zdumiewa­

jące słowa jasnowidzącej kobiety z Chapawpa, Laurel rze­

czywiście miała dwie siostry. Koniecznie chciała je odnaleźć, 

więc Charles z samego rana zadzwonił do detektywa i kazał 

mu rozpocząć poszukiwania.  D o m dziecka  B a n i e Home już 
dawno został zamknięty, tym samym nie było dostępu do 
bezpośredniego źródła informacji. 

Laurel spędziła długie godziny przed komputerem, reje­

strując się na wszystkich możliwych stronach, gdzie adop­

towane osoby szukały biologicznych rodziców i rodzeństwa. 

Wszystko na próżno. 

Aż wreszcie jakiś tydzień po Święcie Dziękczynienia ktoś 

zadzwonił do drzwi. Kiedy Laurel otworzyła, ujrzała dwie 
kobiety, blondynkę i rudowłosą, a na ich widok coś podpo­

wiedziało jej, że ona z całą pewnością je zna. 

- Czy pani z Laurel Midland? - zapytała blondynka. 
- Jestem Laurel - odparła. 

background image

144 

- Może to wyda się pani dziwne... - ciągnęła młoda ko­

bieta. - ...ale wiemy, że niedawno wróciła pani z Lenowii. 
Chciałybyśmy porozmawiać z panią o jednej osobie, która 
też tam pracowała. 

- O kim? 
- O Laurel Standish. 
- Kim panie są? - spytała, czując, jak narasta w niej pod­

ekscytowanie. Czyżby to były... ? Czy to w ogóle możliwe? 

- Jej siostrami - wyjaśniła rudowłosa. - Ja mam na imię 

Rose, a to jest Lily. Nigdy pani o nas nie słyszała, ponieważ 
ona sama nie wiedziała o naszym istnieniu, ale... 

Urwała, ponieważ Laurel wybuchnęła płaczem. 

- Przepraszamy, domyślamy się, że to musi być dla pani 

bolesne - odezwała się niepewnie Lily. - Tylko widzi pani, 
my jej szukałyśmy i dopiero niedawno zdołałyśmy ustalić 
miejsce jej pobytu. Niestety, za późno. Wiemy o tym wy­
padku. 

Teraz i one obie się rozpłakały. 

- Jestem Laurel - powiedziała, chociaż wydawało jej się, 

że właściwie nie ma takiej potrzeby, gdyż oprócz koloru wło­

sów nie różniły się prawie niczym, więc ich pokrewieństwo 

było oczywiste. - A z tym wypadkiem w Lenowii to było ina­
czej... Później wytłumaczę. Jestem Laurel Standish. 

Lily wydała zdławiony okrzyk. 
Rose zbladła. 

- T o . . . ty? 

Laurel tylko skinęła głową, chwilowo nie potrafiąc wydu­

sić z siebie nic więcej. 

- To naprawdę ty? - upewniła się Lily, a potem nagle wy-

background image

145 

buchnęła cudownie radosnym śmiechem. - Laurel Standish, 

adoptowana z domu dziecka Barrie Home na Brooklynie 
dwadzieścia pięć lat temu? 

Skinęła głową. 

- Tak, to ja. Nie mogę w to wszystko uwierzyć... Dopiero 

niedawno dowiedziałam się o waszym istnieniu, spędziłam 
cały ostatni tydzień, szukając was przez internet. 

- My z kolei zdołałyśmy cię odnaleźć kilka tygodni te­

mu, tylko że się spóźniłyśmy, bo powiedziano nam o twojej 
śmierci... Czy to naprawdę ty? 

- Naprawdę. 
- Ja też nie mogę w to uwierzyć. Ale czekaj, dopełnijmy 

formalności. Ja jestem Lily i o ile wiem, jestem z nas naj­
starsza. To Rose, urodziła się po mnie. A to... - położyła 
dłoń na brzuchu siostry - .. .twój przyszły siostrzeniec lub 
siostrzenica. 

Laurel zaczęła się śmiać przez łzy. 

- To mnie przerasta! Jeszcze tydzień temu całą moją ro­

dzinę stanowił ojciec, a teraz... - Dopiero w tym momencie 
uświadomiła sobie, że ciągle stoją na werandzie. - Wejdźcie, 
proszę! Mamy sobie tyle do opowiedzenia. 

- No, musimy nadrobić całych dwadzieścia pięć lat - zgo­

dziła się Rose. 

Lily wzięła obie siostry za ręce. 

- Chyba znajdziesz dla nas trochę czasu? - spytała. 
- Och, od dzisiaj mam dla was tyle czasu, ile dusza zaprag­

nie - odparła Laurel z uśmiechem.