background image

Cathie Linz

Niebezpieczne flirty

background image

Rozdział 1

Nicole Larson nie miała zwyczaju poddawać się bez walki. Toteż kiedy owego 

słonecznego poranka w pośpiechu wpadła w drzwi ratusza w Oak Heights, była w 
bojowym  nastroju.  Od  miesięcy  walczyła  z  władzami  miasta  o  nowy  etat  w 
bibliotece publicznej. Wyniki ostatnich rozmów zdawały się być obiecujące.

– O, jesteś, Nicole – powitał ją w holu komendant policji Straud. – Czekałem na 

ciebie. – Obdarzyła go uśmiechem zarezerwowanym dla starych znajomych.

– Miło mi cię widzieć, ale nie mam w tej chwili czasu na pogawędkę. Spieszę 

się na spotkanie z burmistrzem i...

– Przeciwnie, to właśnie ze mną masz się spotkać – przerwał jej Straud.
– A od kiedy zaangażowałeś się w batalię o finansowanie etatów? – zdumiała 

się Nicole, po czym dodała cierpko: – Nie bój się, nie będę stawiać spraw na ostrzu 
noża.  I  nie  sądzę, by  burmistrzowi,  a  tym  bardziej  mnie,  potrzebna  była  ochrona 
policji.

Straud uśmiechnął się krzywo.
–  Ładnie,  już  się  widzę  w  roli  anioła  stróża,  broniącego  naszego  drogiego 

burmistrza  przed  rozszalałą  kierowniczką  biblioteki  miejskiej.  Ale  mówiąc 
poważnie, nie chodzi o problemy budżetowe.

– Czy coś się stało? – zapytała z lękiem.
– Spokojnie, chciałbym tylko przedyskutować z tobą pewien projekt. Chodźmy 

do mojego biura.

Choć oddzielny gmach dla policji byłby zbytkiem w mieście tak niewielkim jak 

Oak Heights, mimo to komenda, gnieżdżąca się kątem w ciasnym ratuszu, walczyła 
o  nową  lokalizację.  Nicole  podejrzewała,  iż  o  tym  właśnie  Straud  chciałby  z  nią 
pomówić, zwłaszcza że zarówno policja, jak i biblioteka pragnęły zdobyć dla siebie 
dotacje z chudej miejskiej kasy.

Nicole  energicznie  wkroczyła  do  biura  komendanta,  lecz  zawahała  się  tuż  za 

progiem.  Jedno  z  krzeseł  przeznaczonych  dla  interesantów  było  już  zajęte  przez 
typa w czarnej skórzanej kurtce.

–  Och,  przepraszam,  nie  wiedziałam,  że  ktoś  tu  czeka  –  usprawiedliwiła  się 

odruchowo,  podejrzewając,  że  przeszkodziła  w  przesłuchaniu.  Jednak  mężczyzna 
był sam. Mierzył ją mrocznym spojrzeniem, swobodnie rozparty na krześle. Coś w 
jego wyglądzie sprawiło, że poczuła się nieswojo. Wyraźnie robił wrażenie faceta, 
któremu  lepiej  nie  wchodzić  w  drogę.  Z  jego  postaci  emanowała  ukryta, 

background image

niebezpieczna  siła...  I  coś  jeszcze  –  magnetycznie  przyciągająca,  pierwotna  i 
nieposkromiona męskość. Wytarte, obcisłe dżinsy,  z wystrzępionymi  dziurami na 
kolanach  I  udach,  opinały  długie  nogi  mężczyzny  jak  druga  skóra.  Czarna 
bawełniana  koszulka  była  czysta,  lecz  jej  właścicielowi  wyraźnie  przydałoby  się 
golenie. Czerwona opaska, utrzymująca z dala od czoła niesforne ciemne kędziory, 
nadawała  jego  twarzy  wyraz  wyzywającej  niedbałości.  Choć  nie  był  skuty, 
kajdanki  na  jego  rękach  wcale  by  jej  nie  zdziwiły.  W  każdym  razie  nie  sprawiał 
wrażenia potulnego petenta.

– Cóż, może w takim razie poczekam – ostrożnie stwierdziła Nicole.
– Nie odpowiada ci moje towarzystwo? – rzucił niedbale w odpowiedzi.
– To najwyraźniej jakaś pomyłka – wyjąkała.
– Mnie to mówisz? – mruknął. – Sam nie mogę uwierzyć, że tak głupio dałem 

się złapać.

Dla Nicole sprawa w tym momencie była jasna. Skuty, czy nie, był więźniem. 

Jeśli  zostawi  za  sobą  nie  domknięte  drzwi  i  zachowa  stosowną  odległość  od 
podejrzanego typa, będzie mogła wycofać się w porę. Jej ściśle ustalony plan dnia 
przewidywał spotkanie z burmistrzem, nie zaś z kryminalistą.

Najprawdopodobniej  nie  udało  jej  się  ukryć  obawy  i  dezaprobaty,  gdyż  oczy 

mężczyzny nagle zwęziły się. Spojrzał uważnie, a po chwili uśmiechnął się do niej. 
Ten  uśmiech  wyprowadził  Nicole  z  równowagi.  Doprawdy,  groźny,  czy  nie,  ten 
facet miał cholernie seksowne usta.

– No, powiedz, na czym cię złapali – zakpił.
– Na niczym – oburzyła się. – Nie jestem kryminalistką!
– Ha, wszyscy tak mówią...
– Zdaje się, że to ty masz kłopoty, nie ja...
–  Fakt.  I  zapewne  zostanę  słusznie  ukarany  –  wymamrotał,  ściszając  głos  na 

widok wchodzącego Strauda.

–  Widzę,  że  zdążyłaś  już  poznać  detektywa  Ellisa  –  stwierdził  komendant, 

sadowiąc się za biurkiem.

– Detektywa?
– Zgadza się – potwierdził ochoczo ów podejrzany typ. – Detektyw Chase Ellis, 

do usług.

–  Od  kiedy  to  wywiadowcy  w  służbie  małomiasteczkowej  policji  tak 

wyglądają? – zapytała z przekąsem.

Czyżby  ten  niedbały  styl  był  tylko  maską,  pod  którą  kryły  się  służbowe 

kompetencje  i  odpowiedzialność?  Jeśli  nawet  istniały  sygnały,  pozwalające  to 

background image

odgadnąć, trudno  było się  ich doszukać  w prześmiewczym  spojrzeniu brązowych 
oczu.  Pierwsze  wrażenie  pozostało  nadal  decydujące  –  ten  mężczyzna  stanowił 
zagrożenie,  chociażby  dla  równowagi  jej  umysłu.  Detektyw  nie  bez  złośliwej 
uciechy  obserwował  jej  zmieszanie.  Od  początku  nie  miał  ochoty  na  tę  sprawę. 
Tajniak  w  bibliotece,  to  doprawdy  zabawne!  A  nawet  dosyć  upokarzające.  Był 
pewien,  że  o  to  właśnie  chodziło  szefowi,  gdy  przydzielał  mu  robotę.  Chase  nie 
miał co do tego złudzeń, ponieważ ostro podpadł swojemu kapitanowi z Chicago, 
zapamiętałemu  służbiście  i  biurokracie.  Przełożony  miał  mu  za  złe  nie  tylko 
„nonszalancki",  jak  to  określał,  stosunek  podwładnego  do  papierkowej  roboty  i 
regulaminowych ustaleń, ale przede wszystkim zakusy, jakie robił na jego córkę.

Czasowe  oddelegowanie  detektywa  Ellisa  do  tego  śpiącego  miasteczka  na 

uboczu  chicagowskiej  metropolii  było  delikatnym  sposobem  okazania  mu 
dezaprobaty,  nie  mówiąc  już  o  próbie  odsunięcia  go  od  przychylnej  zalotom 
córeczki.  I  tak  to  obiecujący  wywiadowca  znalazł  się  w  Oak  Heights,  w  obcej 
jednostce,  zmuszony na  domiar złego do  nudnego i ośmieszającego kamuflażu w 
bibliotece miejskiej.

Pocieszające  jest,  uznał  w  duchu,  że  przynajmniej  nowa  koleżanka  z  pracy 

prezentuje się nie najgorzej. Zdążył już dostrzec, że ma świetne nogi – a to cenił u 
kobiet.

Fala  jasnych  włosów  właśnie  opadła  jej  na  policzek.  Odgarnęła  ją 

niecierpliwym  ruchem,  dzięki  czemu  mógł  podziwiać  zuchwale  zadarty  nosek, 
zachwycający  zarys  gładkiego  policzka  i  kształtne  małe  ucho.  Podejrzliwe 
spojrzenie, jakim skrycie go zmierzyła, pozwoliło mu wreszcie dostrzec zieleń jej 
oczu. Spodziewał się raczej, że będą niebieskie.

Ukradkiem  obserwując  Nicole,  jednym  uchem  słuchał,  jak  komendant  Straud 

wtajemnicza  ją  w  sprawę.  Z  rozbawieniem  patrzył,  jak  jego  nowa  znajoma 
siadając, nerwowo obciąga smukłymi palcami krótką spódniczkę.

Poczuła  na  sobie jego  wzrok  i  posłała  mu  wściekłe spojrzenie.  Ależ ten  facet 

ma  tupet!  On  nie  tylko  się  w  nią  wpatruje,  on  po  prostu  rozbiera  ją  wzrokiem! 
Czuła to niemal tak namacalnie, jakby dotykał dłońmi jej nagiej skóry.

Chase  powędrował  spojrzeniem  w  górę,  prosto  w  zagniewane  oczy  Nicole, 

wyraźnie  dające  mu  do  zrozumienia,  co  dziewczyna  sądzi  o  jego  nagannym 
zachowaniu.

W  odpowiedzi  wzruszył  tylko  ramionami,  z  uśmieszkiem  wyraźnie 

świadczącym o braku skruchy.

–  Chodzi  o  to  –  mówił  właśnie  Straud  –  iż  mamy  podejrzenia,  że  Biblioteka 

background image

Publiczna  w  Oak  Heights  służy  jako  punkt  kontaktowy  dla  nielegalnej  szajki 
bukmacherskiej.  Dlatego  właśnie  przysłano  nam  detektywa,  by  udawał 
bibliotekarza i nakrył przestępców na gorącym uczynku.

– Bibliotekarza! – Nicole była równie zdumiona, jak gdyby usłyszała, że Chase 

ma się wcielić w zakonnicę. – Taki numer nie przejdzie!

–  A  dlaczegóż  by  nie?  –  zapytał  detektyw  widząc,  że  jego  niechęć  do  tego 

stanowiska jest niczym wobec niechęci Nicole do  jego kandydatury jako nowego 
pracownika.

–  Ponieważ  nikt  ani  przez  moment  nie  da  się  na  to  nabrać  –  stwierdziła  z 

przekonaniem.

– Pozwolisz, że sam będę się martwił o własną wiarygodność – odparł urażony.
Komendant  Straud  czując,  że  atmosfera  w  jego  biurze  robi  się  gęsta,  wtrącił 

szybko:

– Nicole, twoje zadanie polega tylko na poinformowaniu biblioteki, że ratusz w 

końcu  zgodził  się  na  dotowanie  nowego  etatu,  lecz  musi  on  być  jak  najszybciej 
obsadzony,  w  przeciwnym  razie  fundusze  przepadną.  Przesłuchaj  jeszcze  innych 
kandydatów  –  a  nie  wątpię,  że  tacy  się  już  znaleźli  –  by  rzecz  wyglądała  jak 
najbardziej  prawdopodobnie.  Oczywiście  przyjmij  jego.  I  nie  martw  się  o  nic. 
Gdyby  ktoś  zechciał  go  sprawdzić,  przekona  się,  żerna  jak  najlepsze  referencje  i 
odpowiednie  dokumenty.  O,  popatrz  sama....  –  to  mówiąc  wręczył  Nicole  kopię 
życiorysu,  w  którym  kandydat  napisał,  że  ma  lat  trzydzieści  cztery  i  nazywa  się 
Alvin Hoffstedder.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz przyjść na rozmowę o pracy w tym stroju? –

zapytała zjadliwie.

–  Och,  nie  martw  się,  będę  odpowiednio  ubrany  –  zapewnił  sucho  nowy 

kandydat.

Chase  miał  zgoła  odmienne  od  Nicole  wyobrażenia  o  stosownych  strojach. 

Człowiek, który zgłosił się na rozmowę kwalifikacyjną, nosił okularki w drucianej 
oprawie,  muchę  i  białą  koszulę.  Jakby  tego  było  jeszcze  nie  dość,  spodnie  miał 
dziwnie nie dopasowane – za wysokie w pasie i ciut za krótkie w nogawkach.

Teraz  była  już  rozdrażniona  nie  na  żarty.  Nowy  „kostium"  miał  być 

najwyraźniej  zamierzoną  kpiną  z  bibliotekarskiej  profesji.  Prawdopodobnie 
detektyw  Ellis  uważał  jej  przedstawicieli  za  bandę  książkowych  moli,  toteż 
zastosował kamuflaż wedle własnych wyobrażeń.

Zerknąwszy  przez  ramię  na  Friedę,  mającą  tego  dnia  dyżur  w  wypożyczalni, 

background image

Nicole dostrzegła, że ta wywraca znacząco oczami.

– Alvin Hoffstedder, jeśli się nie mylę – zagaiła.
– Zapraszam do mojego biura.
Pospiesznie zamknęła za nim drzwi i nie zapraszając nawet, by usiadł, rzuciła 

impulsywnie:

– Czy nie uważasz, że nieco przesadziłeś? Chyba za bardzo chciałeś się...
Ostrzegawczy, zimny błysk w oczach Chase'a sprawił, że słowa uwięzły jej w 

gardle.  Detektyw  pochylił  się  ku  niej  i,  z  naciskiem  nie  znoszącym  sprzeciwu, 
wyszeptał:

– Nie tutaj.
Widząc, jak badawczo wodzi spojrzeniem wokół, zrozumiała, że nie uważa jej 

pokoju za miejsce bezpieczne do rozmowy.

Już  po chwili jednak odprężył się, tak niepostrzeżenie wchodząc znów w rolę 

poczciwego  Alvina,  iż uznała  swoje  nagłe obawy  za  przywidzenie.  Kiedy  jednak 
przyjrzała się uważniej nowemu kandydatowi, dostrzegła pod jego obojętną miną 
ślad nie dość dokładnie skrywanych emocji.

Zaniepokojona stwierdziła, że trafiła na wyjątkowo twardy orzech do zgryzienia 

i bynajmniej nie cieszy jej perspektywa współpracy z tym człowiekiem.

–  I  jak,  jesteś  gotowa?  –  zapytał  Chase  uprzejmym  tonem,  który  nie  uśpił 

jednak czujności Nicole.

–  Gotowa  do  czego?  –  spytała,  nastawiając  się  na  najbardziej  zaskakujące 

odpowiedzi.

–  Do  rozmowy  z  kandydatem  –  odparł  z  przewrotnym  uśmieszkiem, 

stanowiącym kolejny chwyt z jego bogatego repertuaru.

Choć  nie  spodziewała  się,  że  będzie  go  przepytywać,  chętnie  przystała  na 

propozycję.  Co  prawda  sprawa  objęcia  etatu  była  już  przesądzona,  ale  zadanie 
kilku standardowych pytań mogłoby uwiarygodnić kamuflaż Chase'a.

– Proszę siadać, panie Hoffmeister – zaczęła oficjalnie.
– Hoffstedder. Alvin Hoffstedder – poprawił ją.
– Tak, oczywiście... – Doskonale pamiętała nazwisko, lecz chciała mu się choć 

w części odpłacić pięknym za nadobne. – Cóż... może opowiedziałbyś mi o sobie?

– A co chciałabyś wiedzieć?
Chociażby,  dlaczego  przyglądasz  mi  się  w  ten  sposób,  pomyślała  Nicole.  I 

dlaczego uparłeś się, by utrudniać mi życie. I jak szybko znikniesz, aby wszystko 
mogło być po staremu... Głośno natomiast powiedziała:

– Dobrze, może opowiedziałbyś mi, jakie masz doświadczenie w tej dziedzinie?

background image

– Jestem niezmiernie doświadczony – stwierdził, popierając słowa wymownym 

spojrzeniem.

Jak  on  potrafił  patrzeć!  Ten  wzrok  nie  był  już  pieszczotą  –  Chase  dosłownie 

chłonął,  jawnie  pożądliwym  spojrzeniem,  postać  Nicole.  Nawet  druciane  okulary 
książkowego mola nie zdołały osłabić efektu.

–  Jeśli  sprawdzałaś  moje  referencje,  powinnaś  wiedzieć,  że  dotąd  nikt  nie 

kwestionował moich kwalifikacji – wymruczał łagodnie.

Nicole  na  moment  odjęło  mowę.  Dobry  był,  drań.  Choć  dzieliła  ich  cała 

szerokość jej zagraconego biurka, nie czuła się bezpieczna.

Z  irytacją  zagryzła  wargi.  Robił  to  specjalnie,  to  jasne.  Kolejna  prowokacja. 

Pewnie śmiał się teraz w duchu zjadliwie, widząc, jak łatwo pani kierowniczka dała 
się podpuścić.

Ogromnym wysiłkiem woli  Nicole skupiła się na śmiesznej muszce, brązowej 

w  żółte  ciapki.  Żaden  facet  nie  mógł  pozostać  wyzywająco  męski  nosząc  coś 
takiego. Wreszcie z ulgą stwierdziła,  że jej puls i oddech wracają do normalnego 
stanu i pogratulowała sobie w myśli sukcesu.

–  Skąd  wynika  przekonanie,  że  jesteś  najlepszym  z  kandydatów?  –  z 

zaciekawieniem zwróciła się do żółto-brązowej muchy.

– Ponieważ jestem dobry w tym, co robię.
W duchu zmuszona była przyznać mu rację. Niemniej jednak dręczenie jej nie 

było uwzględnione w warunkach umowy!

– Co sprawiło, że zainteresowałeś się właśnie tą dziedziną? – zapytała.
– Kobiety – odparł krótko.
Nicole nieomal zatkało.
– Wiesz, po prostu pomyślałem, że na bibliotekoznawstwie spotkam mnóstwo 

kobiet – kontynuował beztroskim tonem – co się też sprawdziło. Oczywiście, skoro 
już tam trafiłem, zainteresowałem się również nauką.

Dobre sobie! – pomyślała. Interesujesz się wszystkim, co chodzi w spódnicy, a 

pasjonuje cię doprowadzanie mnie do szału...

Westchnęła z rezygnacją, przechodząc do kolejnego standardowego pytania.
– Co uważasz za swój najmocniejszy atut?
– Mój najmocniejszy atut?
Wyzywające spojrzenie, jakim obdarzył ją w odpowiedzi, wywołało rumieniec 

na policzkach Nicole. Zdumiewająco wyraźnie potrafił dać do zrozumienia, co ma 
na  myśli.  Co  gorsza,  udawało  mu  się  wywołać  wrażenie,  że  to  ona,  nie  zaś  on 
wprowadza erotyczne podteksty do rozmowy.

background image

Ogarnął  ją  bojowy  nastrój.  Rumieńce,  pojawiające  się  w  najbardziej 

niepożądanych momentach, od dzieciństwa były jej zmorą, lecz nie podda się tak 
łatwo  temu  facetowi.  Wytrzyma  jego  wzrok  bez  drgnienia  powieki.  W  końcu 
chowała  się  z  dwoma  braćmi,  dwiema  siostrami  i  czterema  kotami,  toteż  sztukę 
rzucania piorunujących spojrzeń opanowała do perfekcji.

Niestety,  trafiła  na  godnego  przeciwnika.  Nie  zadał  sobie  nawet  trudu,  by 

mrugnąć  okiem.  Spod  zmrużonych  powiek,  z  irytacją  patrzyła  na  jego  pełen 
satysfakcji uśmiech. Ten facet przyprawiał ją o ból głowy, nie mówiąc już o innych 
gwałtownych doznaniach, które sygnalizowało jej ciało.

– Czy tak trudno jest ci znaleźć swój najmocniejszy atut? – zapytała słodko.
Chase pochylił się ku niej.
– Naprawdę chciałabyś wiedzieć?
– Tak, o ile dotyczy to twojego wniosku o zatrudnienie – sprecyzowała.
– Dobrze. Umiem postępować z ludźmi. Myślę, że to mój najsilniejszy atut.
On umie postępować z ludźmi? Żarty! – z niedowierzaniem pomyślała Nicole, 

przechodząc do kolejnego pytania.

– A jakie są twoje słabe strony?
Chase najchętniej przyznałby się do słabości do kształtnych blondynek, lecz dla 

dobra sprawy w porę ugryzł się w język. Zresztą, musiał przyznać, że i tak bawił 
się  nadspodziewanie dobrze.  Kto  by  przypuszczał, że  w  tej  zakurzonej bibliotece 
trafi się taka gratka. Widząc, jak w oczach Nicole rozpala się gniew, poczuł dreszcz 
emocji.  Takiej  okazji  nie  sposób  było  przepuścić.  Trzeba  przyznać,  że  złość 
dodawała  tej  dziewczynie  piekielnego  uroku.  Zaczął  się  zastanawiać,  jak 
wyglądałaby  po  całej  nocy  miłości,  kiedy  nie  byłaby  już  tak  napięta  i 
usztywniona...

Zmarszczył brwi i lekko wyprostował się w fotelu. A swoją drogą, co ją w nim 

tak  denerwowało?  Ta  poza  mola  książkowego?  Trzeba  by  sprawdzić...  Jak 
odpowiedziałby na pytanie o słabe strony nudny okularnik?

–  Moje słabości? – powtórzył. –  Długo bym musiał  wyliczać... –  westchnął z 

tak  udaną  rezygnacją,  że  mógłby  z  powodzeniem  zaliczyć  egzamin  do  szkoły 
teatralnej. I nie omieszkał pogratulować sobie w myśli.

– Ale zrobię wszystko, by nie zawieść oczekiwań.
Naprawdę zależy mi na tej pracy.
Ostatnią kwestię  wykrztusił  z  najwyższą trudnością, lecz  wściekłość  malująca 

się na twarzy Nicole dodała mu skrzydeł.

– I zrobię wszystko, aby cię zadowolić.

background image

Chyba oszaleję do reszty, pomyślała, doskonale świadoma, że Chase do końca 

wczuł  się  w  rolę  Alvina.  Dlaczego  to  trafiło  na  mnie?  Na  naszą  bibliotekę? 
Dlaczego właśnie ten glina? – przebiegły jej przez głowę rozpaczliwe pytania.

– Cóż, dziękuję ci za rozmowę – oznajmiła uprzejmie. – Jutro powiadomię cię o 

ostatecznej decyzji.

– A nie zdradziłabyś mi choć słówkiem, jak wypadłem? – poprosił.
Udawany  niepokój  w  jego  głosie  wywołał  w  Nicole  mordercze  instynkty. 

Wątpiła, czy słownik tego faceta w ogóle zawierał słowa oznaczające niepokój czy 
niepewność. Zresztą, oboje wiedzieli, że musiał zostać przyjęty, bez względu na to, 
jak szczerze pragnęłaby pokazać mu drzwi.

– Powiedzmy, że zupełnie nieźle wypadłeś – stwierdziła niechętnie.
– W takim razie cieszę się, że spełniam wymagania – oświadczył bezczelnie, po 

czym szybko zniknął z jej biura.

Nicole zaklęła pod nosem i właśnie zamierzała sięgnąć do szuflady po kolejne 

proszki od bólu głowy, kiedy weszła Frieda.

–  Interesujący  kandydat  –  rzuciła,  wręczając  Nicole  najświeższe  notatki 

telefoniczne.

– Można to i tak określić – warknęła Nicole.
– A co, według ciebie nie ma szansy na tę posadę?
Nicole  najchętniej  wygarnęłaby szczerze,  co  sądzi  o  nowym  kandydacie,  lecz 

nie  chciała  urazić  starszej  koleżanki.  Od  konieczności  odpowiedzi  wybawiło  ją 
niespodziewane pojawienie się Anny Delgado z działu dziecięcego. Nie cieszyłaby 
się tak, gdyby wiedziała, co tamta ma do powiedzenia.

–  Tacy  faceci  jak  on  kompromitują  tylko  nasz  zawód  –  oznajmiła  Anna 

zgryźliwie,  błyskając  oczami  spod  grzywy  ciemnych  loków.  Żywa  jak  srebro  i 
nieustannie  tryskająca  energią,  jak  etatowy  klown  rozbawiała  całą  bibliotekę 
swoimi słynnymi docinkami i celnymi uwagami.

– Zauważyłyście, co on miał na szyi? Naprawdę, ktoś powinien się nim zająć –

podsumowała.  Żebyś  tylko  wiedziała,  co  się  naprawdę  kryje  za  tym  głupawym 
wyglądem, pomyślała Nicole. Istny wilk w owczej skórze!

– Widzisz, chodzi o to,  że on  ma  znakomite  referencje  – wyjaśniła głośno, w 

duchu  podziwiając  mistrzostwo  Strauda  w  tworzeniu  fałszywych  zawodowych 
życiorysów.

Tak  naprawdę  miała  już  dosyć  całej  tej  maskarady.  Głowa  nie  dawała  jej 

spokoju. Wystarczy chwila nieuwagi i nie zdoła utrzymać języka za zębami. Musi 
za  wszelką  cenę  traktować  Chase'a  Ellisa  jak  prawdziwego  Alvina  Hoffsteddera, 

background image

bibliotecznego mola. Tak będzie najlepiej – i najbezpieczniej.

Ból  głowy  towarzyszył  jej  wytrwale  do  końca  pracy  i  przez  całą  drogę  do 

domu.  Nie  pomogły  kolejne  tabletki,  ani  zjedzona  na  ulicy  przekąska.  Jedynym 
ratunkiem  w  tak  poważnej  sytuacji  mogły  być  domowe  ciasteczka  z  czekoladą. 
Tylko  one  mogły  uwolnić  jej  myśli  od  złego  czaru  Chase'a.  Krzątanie  się  przy 
domowych  wypiekach  było  dla  Nicole  sprawdzonym  sposobem  odzyskiwania 
równowagi ducha.

W dwadzieścia minut później, kiedy ubrana w dżinsy i uwalaną mąką koszulkę 

krzątała się po swojej kuchni, była już w o niebo lepszym nastroju. Nie na darmo 
dołożyła  wszelkich  starań,  by  z  wynajętego  mieszkania  uczynić  przytulne 
gniazdko,  a  kuchnia  nie  stanowiła  tu  wyjątku.  Ściany  zdobiły  dwie  akwarele  z 
motywami roślinnymi, zaś naklejona nad zlewem fototapeta stwarzała efekt okna, 
za którym widać było malownicze skalne brzegi Oregonu. Dzięki temu, zmywając, 
miała przynajmniej na czym zatrzymać zadumany wzrok.

Z minisłuchawek walkmana sączyła się w jej uszy melodia najnowszej piosenki 

Paula  Simona,  kiedy  tanecznym  krokiem  sunęła  ku  piekarnikowi  z  tacą  świeżo 
uformowanych  ciasteczek.  Kręcąc  biodrami,  otworzyła  drzwiczki  i  wprawnym 
ruchem  wsunęła  blachę,  po  czym,  podrygując,  cisnęła  na  blat  rękawice,  złapała 
torbę ze śmieciami i ruszyła ku drzwiom kuchennym.

Na  dworze  panowały  ciemności.  Po  raz  kolejny  stwierdziła,  że  dawno  już 

powinna  była  wymienić  żarówkę.  Zostawiła  na  wpół  uchylone  drzwi,  by  smuga 
światła pomogła jej trafić do pojemnika na śmieci.

Żadne  przeczucie  nie  ostrzegło  Nicole  przed  niebezpieczeństwem.  Właśnie 

udało jej się zaśpiewać w duecie z Paulem Simonem, gdy w ułamku sekundy jakaś 
ręka zakryła jej usta, i poczuła, że jest wleczona w stronę kuchni. Na domiar złego 
miała wrażenie, że słuchawki, które zsunęły się z szyi, dławią ją jak pętla.

Zareagowała instynktownie, próbując kopnąć przeciwnika, ten jednak wywinął 

się  zręcznie.  Wobec  tego,  nie  dając  za  wygraną,  ukąsiła  rękę,  która  zaciskała  jej 
usta.

– Auu! – zawył znajomy głos. – Przestań, do cholery, ty durna babo!
Zaledwie  Nicole  zdążyła  sobie  uświadomić,  że  napastnikiem  jest  Chase,  już 

obrócił ją ku sobie i zamknął w uścisku.

– Twarda sztuka z ciebie – parsknął – ale to powinno pomóc.
I  nim zdołała  zaprotestować,  wpił się  zachłannie w  jej  wargi. I  jak  to  zwykle 

bywa, dopiero po niewczasie przyszły jej do głowy rozliczne sposoby obrony. W 

background image

tamtym momencie jednak zaskoczenie sparaliżowało ją kompletnie.

Jego  usta  uciszyły  ją  z  taką  stanowczością,  że  wargi  Nicole  rozchyliły  się 

ulegle, przyjmując pocałunek, o jakim nie śniła nawet w najśmielszych marzeniach. 
Pocałunek  obezwładniający  i  gorący  jak  płomień,  podsycany  niecierpliwością  i 
głodem pożądania. Miała uczucie, że zginie w tym płomieniu jak ćma.

Chase tulił ją  tak mocno,  że piersi Nicole, przykryte jedynie cienką koszulką, 

przylgnęły  do  jego  torsu,  prężącego  się  pod  rozchyloną  skórzaną  kurtką.  Ciepło 
męskiego  ciała  przenikało  dzielące  ich  cienkie  warstwy  bawełny,  wywołując 
drżenie w ciele dziewczyny.

Trwała  w  ciasnym  uścisku,  zaskoczona  intensywnością  własnych  doznań, 

chłonąc  delikatną  woń  jego  skóry,  czując  twardość  obejmujących  ją  ramion  I 
napięcie ud, ocierających się o jej nogi. Nie miała żadnych szans na trzeźwą ocenę 
sytuacji.

Jasny blask światła w kuchni stopniowo przywrócił ją do rzeczywistości. Stała 

oszołomiona, mrugając oczami. Nie bardzo wiedziała, jak się tu znalazła. Pamiętała 
jedynie,  że  Chase,  nie  przerywając  całowania,  przepychał  ją  jak  nieporęczną 
paczkę.

Nie  dość,  że  wystraszył  ją  śmiertelnie,  to  jeszcze  miał  czelność  wejść  bez 

zaproszenia  do  jej  mieszkania.  Widząc  gest,  z  jakim  zamykał  drzwi,  można  by 
sądzić, że jest na własnych śmieciach.

Nicole miała dość takiego traktowania. Dała upust swojej wściekłości, częstując 

Chase'a pięścią, gdy mijał ją, niedbałym krokiem wkraczając do kuchni. Cios trafił 
w ramię, chronione grubą skórą kurtki. Z żalem pomyślała, że należałoby go raczej 
spoliczkować.  Zamiast  tego  chwyciła  kuchenną  rękawicę  i  wyszarpnęła  z 
piekarnika  blachę  z  przypalonymi  ciasteczkami.  Teraz  już  gotowa  była  naprawić 
swój błąd.

– Nie robiłbym tego na twoim miejscu – ostrzegł, odgadując mordercze zamiary 

z jej spojrzenia. – Byłby to bezprawny atak na funkcjonariusza państwowego.

– To jest bezprawny atak na bezbronną kobietę!
– odcięła się z pasją.
–  Nie  zaatakowałem  cię,  przeciwnie,  ty  mnie  napadłaś.  Zobacz,  jak  wygląda 

moja  ręka  –  pokazał  jej  ślady  ukąszenia  –  Ja  tylko  próbowałem  uspokoić  cię 
pocałunkiem.

– Bez mojego pozwolenia.
– Nie było czasu o nie prosić. O mało co nie wsypałaś sprawy, więc nie miałem 

wyjścia. Musiałem cię błyskawicznie pocałować.

background image

–  Zaiste,  całowanie  dla  sprawy  musi  być  niesłychanym  poświęceniem...  –

parsknęła kpiąco, urażona do żywego.

– Też tak  uważam.  Zresztą,  muszę przyznać, że całowanie się  z bibliotekarką 

nie było wcale tak straszne, jak mi się wydawało... – stwierdził z zadumą.

– Ależ ty masz tupet!
– Owszem. Nie raz mi to mówiono.
– A mnie wiele razy mówiono, że jestem piekielnie dobrą zawodniczką, jeżeli 

chodzi  o  całowanie  się  – -wypaliła  Nicole,  zirytowana  jego  odzywkami.  –
Oczywiście pod warunkiem, że całuję się z tym, z kim chcę.

– Aha, rozumiem. To dlatego byłaś całkiem niezła.
–  Bezczelny,  wcale  nie  chciałam  z  tobą!  Jakim  prawem  tu  się  panoszysz? 

Najlepiej  będzie,  jak  zadzwonię  do  komendanta  Strauda,  żeby  wycofał  cię  ze 
sprawy.

–  Proszę,  czuj  się  jak  u  siebie  w  domu.  –  Usiadł  przy  kuchennym  stole, 

uprzejmym  gestem  wskazując  jej  miejsce.  –  Oczywiście  będziesz  musiała  się 
wytłumaczyć, dlaczego odwzajemniłaś pocałunek. Nie pójdzie ci to łatwo.

Ból  głowy,  z  którym  Nicole  walczyła  przez  cały  dzień,  znów  powrócił. 

Oczywiście za sprawą detektywa Chase'a Ellisa,  faceta, który szarogęsił się w jej 
własnej kuchni, i pożerał jej ukochane, świeżo upieczone ciasteczka.

–  Jeżeli  doprowadzisz do  wyłączenia  mnie  ze  sprawy,  nigdy  nie  dowiesz  się, 

kto  załatwia  nielegalne  transakcje  w  bibliotece  –  stwierdził  z  ustami  pełnymi 
ciastek.

– Uważasz, że tylko ty jeden jesteś w stanie to wyjaśnić? – zapytała, porażona 

wprost jego zarozumiałością.

–  Załóżmy,  że  właśnie  tak  jest,  kotku.  Nie  wyobrażasz  sobie  chyba,  że 

wystarczy tylko strzelić palcami, a już zlatuje się cała setka agentów, znających się 
akurat na bibliotekarskiej robocie, co?

– Jeszcze niedawno twierdziłeś, że nie wolno nam rozmawiać o sprawie.
–  Nie  w  twoim  biurze.  –  Zaczerpnął  kolejną  garść  ciasteczek.  –  Ale  tu  jest 

bezpiecznie.  Przedtem,  kiedy  brałaś  prysznic,  sprawdziłem,  czy  nie  masz 
podsłuchu.

– Coo?! – wybuchnęła Nicole.
–  Spokojnie,  żartowałem  tylko.  Przynajmniej  jeśli  chodzi  o  prysznic. 

Sprawdziłem  wszystko  wcześniej,  bo  zapomniałaś  zamknąć  drzwi  kuchenne. 
Fatalny zwyczaj, swoją drogą. Każdy mógłby tu wejść.

– Ale jakoś nie wszedł. Byłoby to przestępstwem.

background image

Udał, że nie dosłyszał komentarza.
– I naprawdę, mogłabyś sobie sprawić lepsze zamki.
Z tymi, które masz, poradziłby sobie nawet dwulatek.
Uwierz mi, jestem ekspertem. Nie ma zamka, z którym bym sobie nie poradził. 

Albo kobiety....

Co prawda, Chase nie wyrzekł tych słów, ale wyraźnie sugerował je sposób, w 

jaki ogarnął Nicole od stóp do głów długim, namiętnym spojrzeniem. Postanowiła 
mieć się na baczności.

– Skoro, jak mówisz, przyszedłeś tutaj, by porozmawiać o sprawie, nie traćmy 

czasu na głupstwa – zaproponowała chłodno.

–  Miła  jesteś,  nie  powiem  –  skomentował,  zdejmując  kurtkę  i  zarzucając  ją

niedbale na oparcie sąsiedniego krzesła.

– Z  jakiej racji miałabym być miła dla zbira, który napada mnie we własnym 

domu,  przyprawiając  niemal  o  atak  serca?  –  odpaliła,  ostro  napominając  się  w 
myśli, by nie patrzeć na niego od momentu, gdy został bez kurtki. Zbyt działał na 
nią widok muskularnych ramion, które jeszcze niedawno trzymały ją w uścisku. I 
zbyt do twarzy było temu nieznośnemu typowi w czarnej, obcisłej koszulce.

Chase zaczął swobodnie, nie wykazując żadnych objawów skruchy:
– Wiedziałem, że muszę z tobą porozmawiać, a tylko w ten sposób mogłem to 

uczynić bez  podejrzeń. Widok Alvina Bibliotekarza,  wydzwaniającego do  twoich 
frontowych  drzwi,  mógłby  wywołać  niepotrzebne  plotki.  Uznałem,  że  muszę 
dokładniej wtajemniczyć cię w szczegóły, i to szybko, żebyś nie wysypała się, tak 
jak o mało nie zrobiłaś tego w biurze. Toteż wytłumaczę ci, o co chodzi i ustalimy 
sobie parę podstawowych zasad.

– Z których pierwsza dotyczy ciebie i głosi, że nie można mnie nachodzić bez 

uprzedzenia – podkreśliła z naciskiem Nicole.

–  Można  by  się  raczej  spodziewać,  że  twoja  pierwsza  zasada  powinna 

wprowadzać zakaz całowania – odrzekł z przewrotnym uśmiechem.

–  Tak  brzmi  reguła  numer  dwa  –  oświadczyła  z  przekonaniem,  ponuro 

stwierdzając  w  myśli,  że  całowanie  kobiet,  trzymanie  ich  w  ramionach  i 
podporządkowywanie  swojej  woli  Chase  ma  opanowane  do  perfekcji.  Tylko 
urodzony uwodziciel o wieloletnim doświadczeniu mógł tak całować. Dzięki Bogu 
ostatni raz dała się na to złapać. Teraz będzie się już miała na baczności. I przede 
wszystkim musi się skupić na zadaniu, obiecała sobie solennie.

–  Szajka,  z  którą  mamy  do  czynienia,  specjalizuje  się  we  wszelkiego  rodzaju 

nielegalnych zakładach.

background image

Zaś wasza biblioteka służy im jako punkt kontaktowy.
Co więcej, mamy podstawy przypuszczać, że ktoś z personelu współpracuje z 

nimi i ułatwia przekazy.

Ty,  najwyraźniej,  zostałaś  sprawdzona  i  uwolniona  od  podejrzeń,  skoro 

wtajemniczono cię w sprawę.

Jednak kilku innych pracowników musieliśmy uznać za podejrzanych.
– Z jakiej racji „musieliście" uznać ich za podejrzanych?
– Więcej nie mogę ci powiedzieć.
–  Nie  podoba  mi  się  naruszenie  mojej  prywatności  przez  potajemne 

sprawdzanie – stwierdziła Nicole.

– Czemu się przejmujesz? Przecież masz czystą kartotekę.
–  Poza  tym  nie  mogę  się  pogodzić  z  myślą,  że  ktoś  z  moich  ludzi  jest 

podejrzany. Pracuję z nimi od kilku lat i nie chcę ich oszukiwać ani być wobec nich 
nielojalna.

–  W  takim  razie  mamy  podobne  poglądy.  Ja  również  nie  podjąłbym  się  tego 

zadania,  gdyby nie  ścisłe rozkazy, jakie otrzymałem.  Wierz mi,  wcale  nie jestem 
zachwycony.  Wolałbym  ścigać  prawdziwych  przestępców,  a  nie  takie  obracające 
groszami płotki.

– Jeśli ten gang składa się z płotek, dlaczego w takim razie nie przeznaczono 

funduszy  na  pilniejsze  sprawy  –  na  przykład  na  potrzeby  biblioteki?  Bardzo 
przydałaby się nam dotacja – stwierdziła Nicole.

– Cóż, powiedzmy, nasze płotki nieopatrznie weszły w drogę komuś, kto jest na 

świeczniku, i ten ktoś żąda, by szajka została zlikwidowana, zanim urośnie w siłę i 
przysporzy mu większych kłopotów.

Najpierw jednak musimy zdobyć przekonywające dowody. Tak to mniej więcej 

wygląda. I oboje siedzimy w tej sprawie, a żadne nie chce się zaangażować...

– Zaangażować? – powtórzyła Nicole, a w głowie zadźwięczał jej nagle sygnał 

alarmowy.

– Zaangażować w sprawę, oczywiście – wyjaśnił.
– Tak, jasne.
–  Skoro  jednak  nie  mamy  wyboru,  musimy  się  postarać  –  stwierdził  Chase, 

opierając wygodnie nogę na jednym z jej kuchennych stołków, jak gdyby szykował 
się do dłuższego posiedzenia.

– To ty musisz się starać. – Nicole stanowczo zepchnęła arogancką stopę. – Ja 

się  wypisuję  z  tej  imprezy.  A  ty  wypisz  się  z  mojej  kuchni.  –  Z  tymi  słowami 
wręczyła mu skórzaną kurtkę. – Dobranoc, detektywie Ellisie.

background image

–  Dobranoc, Alvinie –  poprawił ją.  –  Uważaj  na  przejęzyczenia. Tutaj jestem 

Alvinem.

– Alvinem możesz sobie być w bibliotece, ale tutaj wszedłeś mi w drogę i nie 

zasłużyłeś na dobre traktowanie.

– Zawsze wściekasz się na mężczyzn, którzy cię całują? – spytał.
– Tylko na tych, którzy działają mi na nerwy.
–  Czyżbym  działał  ci  na  nerwy?  –  zastanawiał  się  głośno.  –  A  może  raczej 

działa ci na nerwy fakt, iż odwzajemniłaś pocałunek?

Zdumiał się, widząc jak oczy Nicole stały się nagle lodowate i płonące zarazem.
–  Wyjaśnijmy  sobie  od  razu,  detektywie  Ellisie,  że  nie  odwzajemniłam 

pańskiego pocałunku. Gdybym naprawdę to zrobiła, zauważyłby pan różnicę.

– Och, wprost nie mogę się doczekać – jęknął.
– Czekaj tatka latka – mruknęła Nicole.
– Powiedz, czemu jesteś taka chłodna, o pani?
Zamiast odpowiedzi Nicole z hamowaną niecierpliwością uchyliła drzwi.
– Dobrze już, dobrze, nie musisz mi się zwierzać.
Sam się dowiem. I przepraszam, że cię przestraszyłem.
Ale przeprosiny nie obejmują pocałunku – rzucił wychodząc.
Zatrzasnęła drzwi z takim rozmachem, że aż zadrgała futryna.
–  Arogancki,  egocentryczny,  nieznośny,  rozrabiacki  buntownik...  –  Jej 

podniesiony głos przycichł nagle, gdy z ostatnim słowem napłynęła fala bolesnych 
wspomnień.

Wyzywająca poza, czarna skórzana kurtka, diabelski błysk w oku, ryzykancka 

żyłka – kiedyś już stanął na jej drodze ktoś tak niebezpiecznie pociągający. Ktoś, 
komu  nie  mogła  się  oprzeć  i  pokochała  go  dziko,  całym  sercem,  paląc  za  sobą 
wszystkie mosty.

Chłonęła życie tak samo żywiołowo i szaleńczo jak Johnny. Gdy zginął, straciła 

wszystko.

Z  rozpaczą  usiadła  przy  stole  i  opuściła  głowę  na  ręce.  Napłynęły  tragiczne 

wspomnienia, niepowstrzymane jak lawina, i kolejny raz ujrzała sceny z horroru.

Ulica w słonecznym blasku. Johnny popisuje się na motocyklu. Jest bez kasku, 

na ciemnej grzywie długich włosów połyskuje jasny promień. Oni zawsze jeździli z 
odkrytą głową... w jej szalonych studenckich czasach, tak dalekich i tak bliskich.

Błysk  triumfalnego  uśmiechu,  kciuk  uniesiony  w  górę,  ryk  potężnego  silnika 

harleya i przeraźliwy wizg opon – wszystko to zapamiętała z bolesną dokładnością. 
Rozpaczliwie  zacisnęła  powieki,  lecz  sekwencja  obrazów  wyświetlała  się 

background image

bezlitośnie, aż do końca.

Znów,  tak  jak  wtedy,  zobaczyła  motocykl  wpadający  w  poślizg  przy  zbyt 

ciasnym  skręcie.  Usłyszała  zgrzyt  miażdżonego  metalu.  Wraz  z  Johnnym 
roztrzaskał się jej świat.

Przez  nią  zginął.  Dla  niej  się  popisywał. Pozwoliła  mu  na  to  i  nie  próbowała 

zatrzymać – i tak zginął na jej oczach.

Ze  śmiercią  Johnny'ego  coś  w  Nicole  umarło.  Szaleństwo  zastąpiła  skrajna 

ostrożność, zaś wrażeń zaczęła szukać w bezpiecznej krainie książek.

A  teraz  pojawił  się  Chase  Ellis,  kolejny  człowiek,  przy  którym  słowo 

„bezpieczeństwo"  brzmiało  jak  pusty  dźwięk.  Miał  tę  samą  ryzykancką  żyłkę  co 
Johnny i, na domiar złego, uprawiał najbardziej niebezpieczny zawód policjanta.

Za dużo tych podobieństw, pomyślała Nicole. Taki człowiek szuka kłopotów i 

znajduje  je.  A  na  dodatek  wciąga  w  to  innych.  Tym  bardziej  powinna  strzec  się 
tego niebezpiecznego faceta...

background image

Rozdział 2

Decyzja  o  trzymaniu  się  jak  najdalej  od  detektywa  Ellisa  teoretycznie  była 

słuszna, lecz praktycznie niewykonalna. Nicole natykała się na niego przynajmniej 
co  kilka  minut.  Pracował  dopiero  drugi  dzień,  a  już  czuła  się  jak  osaczona 
zwierzyna.  Tak  dobrze  znany  jej  budynek  biblioteki  stał  się  nagle  nieznośnie 
ciasny, zupełnie jakby skurczył się za sprawą magicznego zaklęcia.

Siedząc na ławce, Nicole łakomie wyjadała łyżeczką jogurt z kubka i napawała 

się  krótką  chwilą  samotności.  Park  Bzów  znajdował  się  naprzeciwko  biblioteki  i 
często  wyrywała  się  tam  w  przerwie  obiadowej,  by  uciec  przed  tłumem 
interesantów. Choć może to w jej głowie tłoczyły się zbyt natrętne myśli?

Westchnęła  ciężko.  Wiosenny  dzień  był  tak  piękny.  Powinna  się  cieszyć, 

napawać aromatem bzów, wsłuchiwać w dźwięczną pieśń drozda – i zapomnieć o 
mężczyźnie imieniem Chase. Albo Alvin?

Odzianego w czarną skórę detektywa Chase'a Ellisa nie widziała od dwóch dni. 

Alvin  Hoffstedder  stawił  się  wczoraj  rankiem  do  pracy,  radosny  jak  skowronek. 
Jeszcze przed otwarciem biblioteki zdążyła go oprowadzić.

Było to irytujące doświadczenie. W najmniej odpowiednich momentach znikał 

Alvin i pojawiał się Chase. Szczególnie zapadł jej w pamięć jeden incydent.

Pokazywała  nowemu  pracownikowi  część  budynku,  w  której  znajdował  się 

główny księgozbiór. Rozwodziła się właśnie nad obfitością zbiorów, ustawionych 
na  piętrzących  się  pod  sufit  regałach,  kiedy  poczuła  palący  wzrok  na  swoim 
biuście. Ten facet najwyraźniej nie starał się zaznajomić z kształtem budynku, lecz 
z kształtami jej ciała. I mogła sobie wyobrazić, jakie skojarzenia wywołały w nim 
słowa  „piętrzące się",  czy „obfitość"... Nie pierwszy już raz żałowała, że zamiast 
przyzwoitej „trójki" nosi nieskromną – w jej pojęciu „szóstkę".

Czyniła  bohaterskie  próby  zignorowania  tego  prowokacyjnego  męskiego 

zachwytu,  lecz  niestety,  zdradzieckie  serce  i  oddech  nabierały  niebezpiecznego 
tempa, co pogorszało jeszcze sytuację.

Z  trudem  zachowując  służbowy  dystans,  poprowadziła  go  w  bezpieczniejsze 

rejony, ku działowi prasy i czasopism. Zwiedzili czytelnię i dział katalogów, gdzie 
na  szczęście  liczne  napisy  przypominały  o  cichym  zachowaniu,  po  czym 
zerknąwszy na trzy niewielkie salki konferencyjne, zakończyli obchód w bibliotece 
dla dzieci i młodzieży.

– Jeśli ktoś będzie miał pytania dotyczące księgozbioru, skieruj go do  mnie  –

background image

oznajmiła.

– Nie ufasz mi? – skrzywił się płaczliwie jak mały chłopiec.
–  Za  grosz  ci  nie  ufam  –  mruknęła  pod  nosem,  pomna  na  ostrzeżenia  o 

podsłuchu.

– No, no, ciekawe – wymamrotał równie cicho w odpowiedzi.
–  Zrozum,  Alvinie  –  świadomie  posłużyła  się  tym  imieniem  –  że  na  razie 

możesz  udzielać  informacji  podstawowych,  dotyczących  rozkładu  sal  czy 
rozmieszczenia różnych zbiorów, na przykład płyt kompaktowych czy kaset wideo. 
Poza  tym,  biorąc  pod  uwagę  twoje  doświadczenie  informatyczne  myślę,  że 
znajdziesz wspólny język z naszymi programistami.

Mamy  tu  dwa  komputery  ze  specjalnym  oprogramowaniem...  (Komendant 

Straud zapewniał ją, że przynajmniej ta część referencji Ellisa nie jest zmyślona). 
Pozwolisz natomiast, że inne sprawy będę na razie załatwiała sama, przynajmniej 
dopóki nie wdrożysz się całkowicie do pracy – dodała na zakończenie, w trosce o 
jego kamuflaż jako nowego pracownika.

– Tak, oczywiście... postaram się jak najszybciej zaznajomić się ze szczegółami 

– mruknął bezczelnie.

Kiedy  jednak  pozostali  stawili  się  do  pracy,  Chase,  jak  za  dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki, przeistoczył się w Alvina manifestującego swoją radość z 
nowej posady.

Nicole wiedziała, że gra. Tak ją irytował, że miała chwilami ochotę złapać go 

za tę idiotyczną muchę i potrząsnąć, aż... aż na powrót stanie się Chase'em.

Chmurnie ściągnęła brwi. Skąd taka myśl? Poprzednio przychodziła jej jedynie 

ochota, by  wytrząsnąć  z tego  osobnika duszę,  aż zacząłby przepraszać i  błagać o 
litość.

Co  gorsza,  wydawało się,  że  tylko ona  jedna  go  przejrzała.  Pozostałe kobiety 

powitały  go  jedynie  zdawkowymi  spojrzeniami,  najwyżej  delikatnie  dając  do 
zrozumienia, co myślą o jego stroju i braku polotu. Litościwie wzięły go pod swoje 
skrzydła, udzielając cennych rad w każdej potrzebie – od obsługiwania kopiarki, aż 
po wyszukiwanie danych.

Nicole  mogła  sobie tylko wyobrazić,  jaką uciechę  to  ostatnie mogło  sprawiać 

zakamuflowanemu  detektywowi.  Facet  był  niebezpieczny  i,  w  dodatku,  w 
nadmiarze obdarzony seksapilem. Jak one mogły tego nie dostrzegać? Znakomicie 
się maskował, owszem, ale przecież czuła wyraźnie to pole siłowe wokół niego.

Wystarczyło, że podeszła do tego mężczyzny na kilka kroków, a już jej ciało i 

nerwy  ogarniało  dręczące  napięcie.  Eksperyment,  jaki  przeprowadziła,  dał  wynik 

background image

jednoznaczny. Dopóki trzymała się na dystans, wszystko było w porządku. Kiedy 
podchodziła  zbyt  blisko,  reakcja  była  natychmiastowa.  Potniały  jej  ręce,  myśli 
ogarniał  zamęt,  a  w  całym ciele  rozlewało  się  nieznośne gorąco.  Wytrącało ją  to 
kompletnie z równowagi.

Dopóki  w  Oak  Height  nie  postała  stopa  Chase'a  Ellisa,  miasteczko  było  dla 

Nicole oazą spokoju. Tu się urodziła, tu dorastała. Tu w barku „Pod Plotką" jadła 
swojego  pierwszego  hamburgera,  w  kinie  „Tivoli"  obejrzała  pierwszy  film,  w 
Parku Bzów przeżyła swój pierwszy pocałunek.

Stopniowo  cała  jej  rodzina  wyprowadziła się  stąd.  Rodzice  do  Arizony,  dwaj 

bracia i siostra do Kalifornii, a druga siostra aż na Alaskę. Jedynie Nicole wróciła 
po studiach w rodzinne strony.

To małe, leżące na zachód od Chicago, miasteczko było na tyle blisko wielkiej 

metropolii,  by  można  było  odwiedzić  ją  bez  problemu  i  na  tyle  jednocześnie 
daleko, by zachować swój spokojny, nieco senny charakter. Dawało życiu Nicole 
stabilizację i ciągłość, których potrzebowała. Dziś kierowała tą samą biblioteką, w 
której jako mała dziewczynka pochłaniała kolejne książki.

I teraz niejaki Chase, alias Alvin, wprowadzał zamęt w jej spokojnym życiu. To 

właśnie miała mu za złe. Mogła jedynie żywić nadzieję, że błyskawicznie postara 
się rozpracować swoją szajkę i zniknie, a wówczas wszystko wróci do normy.

– Znów śnimy na jawie? – rozległ się kpiący głos za jej plecami.
Nicole  podskoczyła  na  ławce,  o  mało  nie  rozlewając  sobie  resztek  jogurtu  na 

ukochany różowy kostium.

– Do licha, czy musisz mnie wszędzie szpiegować?
– warknęła.
– Co ci zawinił taki łagodny mól książkowy jak ja?
– zapytał z wyrzutem, poprawiając okulary na nosie.
Tym  razem  krawat  miał  czerwony,  a  spodnie,  o  zgrozo  –  żółto-beżowe.  Jeśli 

dodać  do  tego  różowość  kostiumu  Nicole,  zestaw  kolorystyczny  przedstawiał  się 
zgoła nieciekawie.

– Co ty tutaj robisz? – zapytała.
– Wykorzystuję przerwę na lunch.
– A zatem nie będę ci przeszkadzać. – Pospiesznie wepchnęła resztki posiłku do 

papierowej torby.

– Mam nadzieję, że nie chodzi ci o uwolnienie się od mojego towarzystwa? –

zagadnął.

– Ależ skąd – zapewniła i stanowczo ruszyła w kierunku wyjścia.

background image

Kiedy dotarła do biura, zaczęła mieć lekkie wyrzuty sumienia. W końcu Chase 

funkcjonował  w  jej  bibliotece  na  normalnych  prawach  pracownika.  A  to,  że 
chwilami zachowywał się jak nieznośny smarkacz, nie musiało jeszcze znaczyć, że 
ma go naśladować.

Zresztą nie bawili się w ciuciubabkę. Sprawa była poważna. Kiedy dowiedziała 

się, że w nielegalną działalność mogą być wplątani niektórzy pracownicy, musiała 
mimo  wszystko  inaczej  spojrzeć  na  swoich  ludzi.  Uznała  też,  że  na  przyszłość 
powinna zachowywać większy dystans służbowy wobec Chase'a. Sądząc jednak z 
ostatnich doświadczeń, nie była pewna, czy zdoła wytrwać w tym postanowieniu.

Zgnębiona  usiłowała  poszukać  zapomnienia  w  pracy.  Cały  karton  nowych 

nabytków czekał na skatalogowanie. W zasadzie stanowiło to zadanie szeregowych 
pracowników, lecz Nicole wykonywała już różne zajęcia, jako że biblioteka w Oak 
Heights  cierpiała  na  chroniczny  brak  rąk  do  pracy.  Zresztą,  prawdę  mówiąc, 
uwielbiała  przeglądanie  nowych  książek,  a  sama  czynność  klasyfikowania  ich  w 
odpowiednim porządku dawała uspokajające poczucie ładu i stałości.

Drgnęła nagle na dźwięk swego imienia. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła 

znajomą twarz.

– Hej, co dobrego w mojej ulubionej bibliotece?
– Jakoś ciągniemy, Leo – odparła.
Leo  Shapiro  przychodził  tu,  odkąd  tylko  sięgała  pamięcią.  Pasjonowała  go 

elektronika  i  regularnie  czytywał  pisma  specjalistyczne.  Stale  zamyślony, 
nieśmiały,  z  grubymi  szkłami  wiecznie  opadającymi  na  czubek  nosa,  był 
klasycznym  typem  roztargnionego  wynalazcy.  Nicole  uważała,  że  gdyby  żył  w 
czasach  Edisona, prawdopodobnie  zgarnąłby cała  sławę.  Tymczasem  radził  sobie 
jak mógł, opracowując techniczne kompendia dla firm elektronicznych.

Za każdym razem, kiedy pojawiał się w bibliotece, wpadał na plotki do Nicole, 

urzędującej  w  pomieszczeniu  oddzielonym  od  sali  szklanym  przepierzeniem. 
Nazywała je swoim „akwarium".

– Podobno odłożyłaś dla mnie nowego Ludluma – zagaił Leo tym razem.
Nicole  wiedziała,  że  Leo  po  prostu  chce  pogadać,  traktując  książkę  jako 

pretekst.

–  Długo  na  niego  czekałem  –  ciągnął.  –  A  na  liście  jest  chyba  jeszcze  z 

piętnaście osób.

–  Ludlum  to  popularny  autor.  Mamy  tylko  kilka  egzemplarzy,  a 

zapotrzebowanie jest duże – wyjaśniła Nicole, wręczając mu tom.

–  Słyszałem,  że  masz  nowego  pracownika  –  zagadnął,  podając  swoją 

background image

sfatygowaną kartę.

– Owszem. Nazywa się Alvin Hoffstedder. W tej chwili wyszedł na lunch.
– Szkoda, bo chciałem go poznać. Muszę ci powiedzieć, że cieszę się z męskiej 

obsady. Kiedyś sam miałem ochotę zostać bibliotekarzem. W końcu spędziłem tu 
wiele godzin – zaśmiał  się, po  czym dodał:  – Ale  niestety, pasja do  wynalazków 
okazała się silniejsza.

– Właśnie, a jak tam twoje wynalazki?
Leo rozpromienił się nagle, jak zwykle, kiedy rozmowa schodziła na temat jego 

ukochanego zajęcia.

–  Teraz  właśnie  pracuję  nad  miniaturowym  nadajnikiem,  umieszczonym  w 

zegarku,  wiesz,  takim  w  stylu  Dicka  Tracy'ego.  Film  nasunął  mi  pomysł.  Tylko 
mój nadajnik ma być lżejszy i sprawniejszy. Najważniejszy jest ekran... – Leo wdał 
się  w  dziesięciominutowy  wywód  teoretyczny,  z  którego  Nicole  rozumiała  mniej 
więcej co dwudzieste słowo.

– Całkiem interesujące – zdołała wtrącić, gdy przerwał na moment dla nabrania 

oddechu. – A Ludlum z pewnością ci się spodoba.

Nie lubiła w ten sposób ucinać rozmów z nim, lecz po książki ustawiła się już 

długa kolejka i musiała pomóc dyżurującej w wypożyczalni Michelle.

– Wszystko ci powiem, jak przeczytam – obiecał. – I pozdrów ode mnie tego 

nowego.

Nicole  zaś  chciała, by  Chase  rozpracował  jak  najszybciej  sprawę  i  na  zawsze 

zniknął jej z oczu. Wtedy przestałaby wreszcie nerwowo wzdrygać się za każdym 
szelestem  i  doszukiwać  aluzji  we  wszystkim,  co  mówili  pracownicy.  Na  razie 
jednak musi...

Nagle  u  jej  boku  zmaterializowała  się  postać  Anny  Delgado.  Kobieta  miała 

wielce zaaferowaną minę.

– Słuchaj, ludzie już mówią o twoim nowym nabytku! – oznajmiła scenicznym 

szeptem.

Nicole ścierpła skóra. Co Chase zdążył narozrabiać?
– Nie rozumiem, o co chodzi? – z trudem zdobyła się na spokojny ton.
–  Miałam  właśnie  „Godzinę  bajek"  z  przedszkolakami  i  wyobraź  sobie, 

dzieciaki  zapytały  mnie,  czy  nowy  bibliotekarz  jest  bratem  Jasia  Fasoli.  Wiesz, 
tego zabawnego przygłupa z telewizji, z którego one tak się śmieją. Cudem udało 
mi się zachować poważną minę. Również Nicole miała z tym niejakie trudności.

– Czekaj, to jeszcze nie koniec – powiedziała Anna.
–  Już  myślałam,  że  im  przeszło,  a  tu  mała  Suzi  Schmitz  wtrąca  swoje  pięć 

background image

groszy  i  piszczy,  że  mamusia  mówiła  jej  wujkowi,  który  wcale  nie  jest 
prawdziwym wujkiem, chociaż z nimi mieszka, że mężczyzna, który nosi muchę na 
co dzień, to ciepłe kluchy.

– I co ty na to? – zapytała Nicole.
– Zaczęłam im czytać bajkę o brzydkim kaczątku, co pozwoliło mi poruszyć nie 

tylko sprawę czyjejś odmienności.

– I co, chwyciło?
– Tak, choć pewnie bardzo chciały wiedzieć, co to są naprawdę „ciepłe kluchy".
– Och, przypominam sobie, jaki mój George był  w tym wieku  – włączyła się 

Michelle, która razem z Friedą pracowała na zmianę w wypożyczalni.

Samotnie wychowywała niesfornego sześciolatka i z trudnością udawało jej się 

wiązać koniec z końcem.

– Lepiej mu idzie w szkole? – zapytała Nicole.
Michelle smętnie pokręciła głową.
– Nie bardzo. Nauczyciel uważa, że George popisuje się, odreagowując w ten 

sposób żal z powodu długiego niewidzenia się z ojcem. Kiedy słyszę takie rzeczy, 
mam po prostu ochotę udusić mojego byłego.

– Dalej zalega z alimentami? – Anna jak zwykle nie bawiła się w subtelności.
Michelle potaknęła.
–  Chodzi  o  to,  że  ciągle  zmienia  pracę,  na  tyle  często,  że  nie  nadążam  go 

sprawdzać.

– Skończony łajdak! – podsumowała Anna.
– Kto taki? – wesoło zagadnął Chase, który właśnie wrócił z lunchu. Nawet nie 

zauważyły, kiedy się pojawił.

– Były mąż Michelle – wyjaśniła Anna.
– O, widzę, że dostało się rodzajowi męskiemu!
–  Na  szczęście  ciebie  to  nie  dotyczy  –  mruknęła  Anna  na  tyle  cicho,  że 

usłyszała ją tylko Nicole.

– A swoją drogą, Alvinie, słyszałeś kiedyś o Jasiu Fasoli? – zapytała głośno.
–  Słuchajcie,  trzeba  by  wreszcie  trochę  popracować  –  szybko  rzuciła  Nicole, 

wycofując się w stronę swojego "akwarium", gdzie mogła spokojnie się pośmiać. 
Chase Ellis jako Jaś Fasola! Dobre! Och, Anno, gdybyś tylko wiedziała....

–  O,  nie!  Przyszedł  pan  Query.  Wygląda jakby  wstąpił  na  ścieżkę  wojenną  –

szept Michelle zakłócił nagle chwilowo spokojną atmosferę biblioteki.

Nicole, która zrobiła sobie właśnie krótką przerwę w żmudnym opracowywaniu 

background image

wykazów  wymaganych  do  rocznego  sprawozdania,  westchnęła  z  rezygnacją.  Z 
drugiego końca czytelni człowiek o nabiegłych krwią policzkach zbliżał się ku nim 
szybko i nieuchronnie, jak dążąca do celu torpeda.

– Zastanawiam się, czego ten uroczy członek naszej rady nadzorczej może od 

nas chcieć – wymamrotała.

Nie licząc mojej głowy na półmisku, dodała w myślach.
Ten zrzędliwy i wiecznie ze wszystkiego niezadowolony dyrektor szkoły nigdy 

jej nie lubił i bynajmniej nie starał się ułatwiać jej życia.

– Panno Larson. – Query skinął ku niej głową, gestem, jaki władcy rezerwowali 

na użytek plebsu.

– Czy jest tu jakieś spokojne miejsce, gdzie moglibyśmy porozmawiać?
Pytanie powtarzało się nieodmiennie przy każdej wizycie. Query najwyraźniej 

nie  chciał  pojąć,  że  jedynym,  jako  tako  odosobnionym  zakątkiem  w  całej 
bibliotece, było szklane „akwarium" pani kierowniczki.

– Oczywiście – poinformowała go jak zwykle.
– Zapraszam do mojego biura.
Musiała  oczyścić  dla  niego  jedyne  wolne  krzesło,  zawalone  katalogami 

książkowymi. Przy prawie pięciuset pozycjach pojawiających się każdego miesiąca 
na rynku, selekcja pod kątem zamówień musiała  być bardzo ścisła. Wymagało to 
przejrzenia wielu różnych źródeł, co z kolei zabierało Nicole mnóstwo czasu.

– Mamy zaległości, jak widać – stwierdził pan Query z jawną dezaprobatą.
–  Wie  pan,  jak  to  jest  –  odpowiedziała  przez  zaciśnięte  zęby,  jedynie  przez 

wzgląd  na  dobro  firmy  powstrzymując  się  od  kopnięcia  w  kostkę  szanownego 
członka zarządu. – Dla bibliotekarza praca nigdy się nie kończy.

– Mnie zawsze udaje się skończyć to, co zacząłem.
Wypchaj się, pomyślała.
– Czy sprowadza pana do mnie jakaś pilna sprawa?
– zapytała oficjalnym tonem.
– Oczywiście, przecież nie przychodziłbym tutaj  na pogaduszki. Przyszedłem, 

by porozmawiać o nabytkach biblioteki.

Boże,  on  znów  o  tym,  jęknęła  w  myśli.  Od  początku  roku  wałkowali  już  tę 

sprawę kilkanaście razy.

– O co panu konkretnie chodzi?
– O romanse. I kasety wideo. Jeszcze trochę, a zaczniecie kupować komiksy.
Gdyby Nicole dysponowała większym budżetem, nie omieszkałaby tego zrobić. 

Gotowa była spełnić każde życzenie czytelników, byleby chcieli czytać.

background image

–  Jak  już  nieraz  podkreślałem  –  kontynuował  pan  Query  –  biblioteka  jest 

naszym  ostatnim  bastionem  kultury.  Dlatego  nie  powinniśmy  podsuwać  ludziom 
podobnych  śmieci.  Na  Boga,  doszły  mnie  nawet  słuchy,  że  ma  pani  muzykę 
rockową na płytach kompaktowych! Czy taki cel przyświeca tej placówce? Jak ktoś 
chce  słuchać  rocka,  niech  idzie  do  sklepu  muzycznego.  Niedopuszczalne  jest 
marnowanie pieniędzy dla dogadzania wszystkim modnym zachciankom.

– Rock and roli jest modny już od czterdziestu lat, panie Query – wyjaśniła. –

Sam pan widzi, że trudno go uznać za ostatni krzyk mody. Zaś płyty kompaktowe 
cieszą się wielkim powodzeniem u naszych bywalców.

– Oni się na niczym nie znają – sarknął z lekceważącym machnięciem ręką.
– To jest ich biblioteka i pieniądze z ich podatków – podkreśliła z naciskiem.
–  Nie  wiedzą,  co  dla  nich  dobre.  Jak  w  tych  warunkach  mają  wyrobić  sobie 

gusty  muzyczne  czy  literackie,  poznać  się  na  geniuszu  takiego  na  przykład 
Hardy'ego albo Czechowa?

Osobiście Nicole nie przepadała ani za jednym, ani za drugim. Lektura ich dzieł 

zbytnio  ją  przygnębiała.  Co  nie  wykluczało,  że  byli  reprezentowani  w 
księgozbiorze.

– Ludzie mają różne gusty – stwierdziła.
– Są tacy, którzy w ogóle nie mają gustu.
– Nie przeczę – przytaknęła, wymownie patrząc mu prosto w oczy.
– I jeszcze jedno – zaznaczył Query, najwyraźniej nie pojmując subtelnej aluzji. 

–  Nie  jestem  pewien,  czy  powinienem zaaprobować  to,  że  przyjęła  pani  nowego 
pracownika, nie konsultując się uprzednio z radą.

–  Mam  wolną  rękę  w  doborze  personelu  –  przypomniała  dobrze  mu  znaną 

zasadę.

– Zawsze byłem przeciwny takiej polityce.
Piła drewniana, skomentowała Nicole w duchu, zaś głośno dodała:
–  Cóż,  nie  śmiem  marnować  pańskiego  czasu,  zwłaszcza  że,  o  ile  wiem,  na 

kanale PBS nadają dzisiaj transmisję z Metropolitan Opera.

Podziałało. Query z niepokojem zerknął na zegarek.
– Ma pani rację. Rzeczywiście, powinienem już iść.
Dzięki Bogu! Nicole miała ochotę skakać z radości.
– Kto to był ten stary zglęzol? – posłyszała nagle szept Chase'a.
– Jeden z członków naszej rady nadzorczej.
– Nadaje się, jest nadęty jak purchawka.
Zaśmiała  się,  wymieniając  z  nim  porozumiewawcze  spojrzenie.  Pierwszy  raz 

background image

rozumieli  się  bez  seksualnego  kontekstu,  zjednoczeni  wspólnym  poczuciem 
humoru.  Ogromna  radość  z  tego  faktu  uderzyła  Nicole  do  głowy  jak  wino.  Była 
oczarowana i zarazem przestraszona spojrzeniem, jakim Chase ją obdarzył. O wiele 
trudniej  było  przeciwstawić  się  jego  sztuce  uwodzenia  w  tej  postaci  niż  jawnie 
pożądliwym  zapędom.  Zamach  był  podstępny  i  wymierzony  z  najmniej 
spodziewanej strony.

Tę dziwną atmosferę przerwał nagle głos Anny oznajmiający, że brakuje tylko 

godziny do zamknięcia biblioteki.

Nicole  drżąc  wzięła  głęboki  oddech  i  z  trudem  uwolniła  się  od  spojrzenia 

kusiciela.

– I jakoś udało nam się przeżyć kolejny dzień – skomentowała wesoło Anna.
Tego  dnia  się  udało,  lecz  Nicole  nie  była  pewna,  jak  długo  zdoła  opierać  się 

męskim czarom.

–  Jak  posuwa  się  twoja  sprawa?  –  zapytał  współpracownik  Chase'a,  Carlos. 

Siedzieli w jego ulubionej tawernie „U Nicka", na tyle oddalonej od Oak Heights, 
iż nie było obaw, by ktoś ich rozpoznał.

Zresztą,  przyćmione  światła  sali  nie  pozwalały  nawet  rozróżnić  twarzy  przy 

stolikach.

– Kapitanówna pytała o ciebie – dodał Carlos.
Chase jęknął. Wcześnie rozkwitłym wdziękom panny Randi zawdzięczał wszak 

zsyłkę  do  tej  nudnej  dziury.  Kapitanowi  wyraźnie  nie  podobało  się,  że  córka 
strzelała oczami za detektywem, a gdy zobaczył, jak czuli się do niego na pikniku, 
do reszty stracił humor. Nadopiekuńczy tatuś postanowił działać, zanim będzie za 
późno.

Już po dwóch dniach Chase został nagle wycofany ze sprawy, którą prowadził 

razem  z  Carlosem  i  oddelegowany  do  Agencji  Sił  Pomocniczych.  Zespół  ów, 
złożony z oficerów policji z całego okręgu, miał za zadanie udzielać dodatkowego 
wsparcia posterunkom w terenie.

– Powiedz kapitanowi, że zginąłem na posterunku – zasugerował.
– Ona zapłacze się z żalu.
Chase bezsilnie zgrzytnął zębami.
–  W  takim razie  powiedz,  że  w  wyniku dawnego  postrzału  straciłem  wszelką 

atrakcyjność dla kobiet.

– Będzie się litować nad tobą.
– Więc powiedz, że zakochałem się w pewnej kobiecie i o nikim innym już nie 

background image

mogę myśleć.

– Ty? Ty się zakochałeś? Stary, nie uwierzę!
– A dlaczego nie? – zapytał Chase urażonym tonem.
– Przecież zdarzało mi się to.
– A, tak, nawet nie jestem w stanie zliczyć...
– Odwal się!
Biedny  Carlos  został  obrzucony  gradem  orzeszków  ze  stojącej  na  stole 

miseczki. Na szczęście podłoga tawerny nie była sprzątana zbyt pedantycznie.

– Wcale ich tyle nie było...
– Czyżby? Annette, Danette, Eve, Tammy, Opal...
– Hola, nie przypominam sobie Opal!
– Nie pamiętasz rudej kelnerki o czułych palcach masażystki?
– Ja się z nią nie umawiałem, tylko ty.
– Dobra, darujmy ją sobie. Powiedz, Ellis, czy ty w ogóle kiedykolwiek byłeś 

zakochany?

– Raz, w Nadine.
Tak,  wtedy naprawdę wpadł.  I wyszedł na kompletnego idiotę. Manipulowała 

nim,  na  przemian  dąsając  się  i  czuląc,  on  zaś,  ślepo  zakochany,  zbyt  późno 
dostrzegł, że dał się ujeździć jak byczek na rodeo.

Nigdy  więcej.  Już  nigdy  więcej  nie  pozwoli,  by  wykorzystano  jego  uczucia. 

Dziki i swobodny, oto jego dewiza.

–  Nadine...  –  powtórzył  Carlos.  –  Czy  to  tamta  bogata  dama,  z  którą  się 

zaręczyłeś?

– Zgadza się.
– Nigdy mi właściwie nie opowiadałeś, co się stało.
– Jej ustosunkowany tatuś próbował pociągnąć kilka sznurków i sprawić, bym 

zamiast  pracy  w  policji  wybrał  bardziej  stosowną  dziedzinę,  którą  córeczka  dla
mnie upatrzyła. Taką jak polityka.

– I co zrobiłeś?
– Pokłóciliśmy się, aż w końcu to ja odciąłem kilka sznurków, wiążących mnie 

z  Nadine.  Odeszła  w  siną  dal,  klnąc  się,  że  nigdy  już  nie  zwiąże  się  z  gliną. 
Rzeczywiście, dotrzymała słowa. Wyszła za bogatego adwokata.

– Nie masz czego żałować.
– Święta racja – z przekonaniem przyświadczył Chase.
– A teraz powiedz, jak ci leci w Oak Heights.
Chyba już nie wyrabiasz, patrząc przez cały dzień na te przywiędłe okuł arnice, 

background image

co?

– Widać, że dawno nie wypożyczałeś książek – sucho stwierdził Chase. – Teraz 

w każdej bibliotece jest naprawdę na co popatrzeć.

– Żarty...
–  Przyznaję,  z  początku  podzielałem  twoje  opinie  z  epoki  dinozaurów,  ale 

potem... na szczęście miło się rozczarowałem.

– Jak ma na imię? – bystro rzucił Carlos.
– Kto?
– Ta bibliotekarka, która cię tak miło rozczarowała.
–  Nie  przypominam  sobie,  żebym  mówił  o  jakiejś  konkretnej  kobiecie  –

stwierdził Chase z miną niesłusznie posądzonego dziecka.

– O, czyżbyś ustrzelił dwie naraz?
– W ogóle nie mówiłem o żadnym polowaniu.
– Zawsze taki sam. Nic się nie zmieniłeś – stwierdził Carlos.
Uwaga kumpla dziwnie rozdrażniła Chase'a.
– Widzę, że stałeś się ekspertem od psychologii – rzucił ironicznie.
– Od psychologii nie, ale od twojej psychiki – na pewno. Pracujemy razem już 

od pięciu lat i myślę, że znam cię nie najgorzej.

Carlos mógł go znać dobrze, ale nawet on nie znał go do końca. Wiedział tylko 

tyle, ile Chase uznał za stosowne odsłonić ze swojego charakteru.

– No, gadaj – poganiał go przyjaciel. – Jak tej damie na imię?
– Myślisz, że ci powiem?
–  Racja,  personalia  są  nieważne.  Liczą  się  tylko  statystyki,  koleś.  Mów  o 

samych faktach.

W odpowiedzi znów trafiła go porcja orzeszków.
– Rozumiem – ciągnął niezrażony. – Wszystko wymyśliłeś i tyle.
– Pewnie – zaperzył się Chase. – Zwłaszcza wystrzałową blondynę z nogami do 

pępka i ustami, które grożą ci utratą poczytalności.

– Mówisz, jakbyś już był zagrożony – chytrze zauważył Carlos.
– Nie powiem nic, co mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie.
– Nie wierzę! Ty nawet z gnoju wyszedłbyś pachnący jak różyczka. Ja się tutaj 

nad nim lituję, że porasta kurzem w jakiejś prowincjonalnej wypożyczalni, wśród 
starych panien, a on się załapuje na piękną bibliotekarkę. Jezu, niektórzy to mają 
szczęście!

– Ty tak powiedziałeś, stary, nie ja.
Jeśli chodziło o Nicole Larson, Chase rzeczywiście uważał się za szczęśliwego 

background image

człowieka.  Oczywiście  nie  miał  złudzeń,  ta  dziewczyna  stanowiła  poważne 
wyzwanie.  Lecz  detektyw  Ellis  nie  miał  zwyczaju  pozostawiać  wyzwania  bez 
odpowiedzi.

Następnego  ranka  Nicole  wstąpiła  do  ratusza  przed  pracą,  by  opłacić 

pozwolenie na parkowanie. Miała nadzieję, że nie natknie się na Strauda. Niestety, 
nadzieja okazała się płonna.

– O, witaj! – pozdrowił ją z promiennym uśmiechem.
– Właśnie o tobie myślałem. Masz sekundę czasu?
Nicole zawahała się, mając jeszcze świeżo w pamięci moment, w którym po raz 

pierwszy ujrzała Chase'a w biurze komendanta policji.

– Mogę wpaść do ciebie, ale tylko na chwilę.
– Świetnie. – Poprowadził ją przez labirynt korytarzy ku swojemu biuru.
Nicole  zauważyła,  że  Straud  po  wejściu  do  biura,  wbrew  swoim  zwyczajom, 

starannie zamyka za sobą drzwi.

– A więc – zagaił tubalnym głosem – jak idą sprawy?
– Dobrze – odpowiedziała ostrożnie.
– Żadnych problemów? – zapytał.
– Cóż, jeśli chodzi o śledztwo, powinieneś raczej zapytać Chase'a – to znaczy 

detektywa Ellisa. Mnie on nie informuje.

– Robi to ze względu na twoje bezpieczeństwo – zapewnił ją.
Nicole wątpiła jednak w tak szlachetne intencje. Skłonna była raczej sądzić, iż 

Chase świetnie się bawi, utrzymując ją w niepewności. Co za denerwujący facet...

– Nicole?
Zamrugała z roztargnieniem, próbując skupić spojrzenie na twarzy Strauda.
– Słucham?
– Pytałem, jak wygląda sytuacja w twojej ocenie, nie jego. Czy wszystko poszło 

gładko?

Gładko?  Z  takim  gruboskórnym  typem  jak  Ellis?  Dobre  sobie!  Gładko! 

Nasuwało jej się zupełnie inne określenie...

– Czy coś jest nie tak? – nalegał Straud widząc, że zamilkła.
– Wygląda na to, że spodziewałeś się jakichś kłopotów – stwierdziła.
–  Owszem.  Patrząc,  jak  ty  i  Ellis  ścieracie  się  w  moim  gabinecie  jak  dwie 

gradowe chmury, zacząłem się martwić, czy w ogóle uda się wam współpracować 
– wyznał z nie ukrywaną troską.

– Spokojnie, nie martw się, nie skrzywdzę twojego importowanego detektywa –

background image

zapewniła. Chyba że wyjdę z siebie, dodała w duchu.

–  W  takim  razie,  jak  rozumiem,  doszliście  do  porozumienia?  –  zapytał  z 

nadzieją.

– No,  może  za dużo powiedziane. Przyjmijmy raczej, że uzgodniliśmy pewne 

kwestie.

–  Miło  mi  to  słyszeć  –  ucieszył  się  Straud.  –  Nie  chciałbym,  by  coś 

przeszkodziło w pomyślnym rozwiązaniu sprawy. Przyjęcie Alvina nie wzbudziło 
podejrzeń, prawda?

– Przynajmniej do mnie nic nie dotarło.
– Dobrze. Detektyw Ellis świetnie sobie radzi z takimi zadaniami.
– A od dawna je wykonuje? – nie mogła powstrzymać ciekawości.
– Od ponad dziesięciu lat, jak przypuszczam.
Przywiózł  ze  sobą  znakomite  rekomendacje,  choć  z  drugiej  strony  ostrzegano 

mnie, że może działać zbyt samowolnie.

O, tak, kompletnie samowolnie, potwierdziła w duchu Nicole. Fakt, iż nie ona 

jedna to dostrzegała, powinien ją przynajmniej pocieszyć. Niestety, nie zdołał.

Kiedy  wyszła  wreszcie  z  ratusza,  była  już  nieco  spóźniona.  Tymczasem 

znajoma  postać  –  w  przebraniu  Alvina  oczywiście  –  czekała  już  przy  bocznych 
drzwiach biblioteki.

– Zaspało się, co? – zażartował.
– Nie, nie przyszłam po prostu tak wcześnie jak zwykle.
– Ja tak samo. A co się stało? Nie mogłaś zasnąć?
– zapytał intymnym szeptem, przysuwając się bliżej.
Postronny  obserwator  mógłby  odnieść  wrażenie,  że  ten  mężczyzna  uprzejmie 

próbuje pomóc damie, borykającej się z opornymi drzwiami.

Nicole  wiedziała  jednak  dokładnie,  co  zamierza  ten  uprzejmy  mężczyzna. 

Czuła jego bliskość i gorący oddech na policzku.

– Może to o mnie śniłaś w nocy?
– Nie – wzdrygnęła się. – Bogu dzięki, żadnych koszmarów. Spałam spokojnie 

jak dziecko.

– Szkoda, że nie mogłem popatrzeć... – wymruczał prowokacyjnie.
– Masz wyraźną słabość do tylnych drzwi, co?
– szepnęła konspiracyjnie widząc, jak poradził sobie z opornym zamkiem.
– Po prostu dają dostęp do bardziej atrakcyjnych miejsc – odparł.
Możliwe,  ale  nie  u  mnie,  skomentowała  w  duchu.  Jeżeli  o  to  chodzi,  nie  ma 

background image

mowy. Daj spokój, człowieku, myślała. Za wiele sobie wyobrażasz.

Nicole  nie  miała  zamiaru  rezygnować  dla  niego  ze  swoich  ustalonych  zasad. 

Tymczasem czuła, że Chase niczego tak nie pragnie, jak wciągnąć ją w odwieczną 
walkę płci, niewinnie zaczynającą się od słownych potyczek. Nie, na to nie mogła 
pozwolić.  Należało  za  wszelką  cenę  zachować  dystans.  Zasada  była  prosta,  choć 
trudno jej było przestrzegać.

Kilka  godzin  później  krążyła  między  regałami,  realizując  skomplikowane 

zamówienie  na  materiały  dotyczące  emigrantów  belgijskich  w  początkach 
dziewiętnastego wieku. Niespodziewanie zastąpił jej drogę Chase. Dostrzegła błysk 
desperacji  w  jego  oku  i  błyskawicznie  ruszyła  ku  niemu,  przekonana,  że  sprawy 
przybrały poważny obrót.

– Co się stało? – wyszeptała podekscytowana.
–  Widzisz  tę  kobietę,  która  stoi  przy  ladzie  wypożyczalni?  Tę  w  spranym 

dżinsie?

–  Tak,  to  pani  McGillicutty.  Przychodzi  do  nas  przynajmniej  trzy  razy  w 

tygodniu.

– Ona mi to dała. – Chase wstydliwym gestem wręczył jej karteczkę. Napisano 

na niej ozdobnym pismem: „Gdzie można znaleźć książki o edukacji seksualnej"?

Pomimo  świeżo  złożonych  ślubów  o  zachowaniu  służbowego  dystansu  i 

profesjonalnych pozorów, Nicole po prostu nie mogła przepuścić takiej gratki.

– Co prawda sama prosiłam cię, byś trudniejsze zamówienia odsyłał do mnie, 

lecz dziś wyjątkowo jestem zajęta. Mam nadzieję, że poradzisz sobie sam.

Wystarczy tylko przejrzeć fiszki pod hasłem „edukacja seksualna".
–  Ale  zrozum,  ona  szuka  podręcznika  edukacji  seksualnej  –  stwierdził  z 

rozpaczą.

– I cóż w tym dziwnego? Masz jeszcze jakieś problemy, Alvinie?
– Tak! Ta kobieta mogłaby być moją babką...
– I co z tego?
– Jak to? I ona pyta o taką książkę?
– To cię nie powinno obchodzić – sucho stwierdziła Nicole. – Każdy ma prawo 

wypożyczać książki, na które ma ochotę.

Widząc, jak marszczy brwi, postanowiła prowokować dalej.
–  Pamiętaj  o  katalogu,  Alvinie.  Hasła  są  ułożone  w  porządku  alfabetycznym. 

Mam nadzieję, że wiesz co nieco o alfabecie?

Chase wiedział tylko jedno – tę sprawę musi załatwić sam.

background image

Zadanie okazało się trudniejsze niż przypuszczał.
– Wie pan,  moja  wnuczka wychodzi za mąż w przyszłym miesiącu, a ja chcę 

mieć  pewność,  że  jej  wiedza  o  małżeństwie  jest  większa  niż  moja,  kiedy  sama 
brałam ślub – oświadczyła starsza pani z niespodziewaną szczerością. – To nie do 
wiary,  ale  w  moich  szkolnych  czasach  myślało  się,  że  dzieci  wychodzą  z  piersi 
mamy...

Chase  nie  miał  pojęcia,  czemu  obdarzono  go  aż  takim  zaufaniem.  Słuchając 

wynurzeń  starej  damy  na  temat  seksu  czuł,  że  ciasny  kołnierzyk  wpija  mu  się  w 
szyję,  a  mucha  zmienia  się  w  dławiący  stryczek.  Doprawdy  zabawne,  myślał.  W 
policji bez trudu dawał sobie radę z najbardziej wygadanymi prostytutkami. Mało 
tego,  pewnego  razu  musiał  się  nawet  wcielić  w  alfonsa.  Tymczasem  wobec 
trajkocącej  na  temat  seksu  starszej  pani  był  kompletnie  bezradny.  Nazbyt 
przypominała mu własną babcię.

Jak by jeszcze tego było mało, dama w przypływie wzruszenia pogładziła go po 

policzku jak małego chłopczyka.

–  Miły  z  ciebie  młodzieniec  –  stwierdziła.  –  Z  początku  krępowało  mnie 

zwracanie  się  do  bibliotekarza  płci  męskiej,  ale  okazałeś  się  tak  ujmujący,  że 
poczułam się swobodnie. Czy jesteś żonaty?

– Nie.
– Mam jeszcze dwie wnuczki w odpowiednim wieku...
–  Muszę  opiekować  się  chorą  mamusią  –  zełgał  na  poczekaniu.  –  Cały  swój 

wolny czas poświęcam dla niej.

– Szkoda. Ale kiedy coś się zmieni, nie omieszkaj mnie zawiadomić. Często tu 

przychodzę.

Bomba! – pomyślał Chase. Jeszcze tylko brakuje mi babci-swatki na karku.
Sprawdził  najszybciej  jak  mógł  książki  o  seksie.  W  tej  głupiej  bibliotece 

jedynie komputer nie sprawiał mu kłopotów, a nawet mógł pomóc w rozwiązaniu 
sprawy.

Chase  spodziewał  się,  że  dzięki  specjalnemu  programowi,  rejestrującemu 

zamówienia  z  księgozbioru,  zdobędzie  cenne  informacje.  Nawet  wytrawny 
przestępca  bywa  czasami  nieostrożny.  Ktoś  mógł  poszukiwać  książek  na 
interesujące  go  tematy,  takie  jak  giełda,  totalizator  konny  czy  statystyczna  teoria 
gier.  Próbował  zbadać zapisy, lecz nie zdołał wejść do  zbioru danych. Być może 
był zakodowany. Należało spytać o to Nicole.

Zresztą, nie tylko o tym pragnął porozmawiać ze swoją szefową. Nie mógł jej 

darować, że wrobiła go w to poszukiwanie książek o seksie dla szacownej matrony.

background image

Rozmyślania przerwała mu kolejna interesantka.
– Chciałabym się  dowiedzieć, o której godzinie wypada zachód słońca w San 

Francisco dziewiątego września? – spytała.

Pytanie wydało się Chase'owi zupełnie bezsensowne.
– Po co pani ta informacja?
– Piszę książkę, której akcja tam właśnie się rozgrywa.
– Jaką książkę? – zainteresował się, by zyskać na czasie.
– Romans.
–  A  sprawdziła  pani  w  dziale  romansów?  –  spytał,  przypominając  sobie,  że 

Nicole pokazywała mu regały wypełnione kolorowymi tanimi seriami.

–  Przecież nie  chodzi  mi  o  romanse! –  wykrzyknęła zdesperowana  kobieta.  –

Chciałabym tylko uzyskać odpowiedź na moje pytanie.

– Jasne, rozumiem – Chase poprowadził ją do katalogów i zaczął gorączkowo 

szukać. Znalazł San Francisco – Dane ogólne, San Francisco – Trzęsienia ziemi i 
pożary, San Francisco – Historię, San  Francisco – Życie społeczne, lecz niestety, 
nie doszukał się działu San Francisco – Zachody słońca. Desperacko sięgnął więc 
na półkę po obiecująco gruby przewodnik i wręczył go interesantce.

– Mam nadzieję, że tu coś pani znajdzie – wymamrotał.
Niestety, nie znalazła.
–  Nie  przypuszczałam,  że  odszukanie  tej  informacji  okaże  się  aż  takim 

problemem – stwierdziła niezadowolonym tonem, przewertowawszy bezskutecznie 
kilka innych pozycji. – Przecież nie żądam żadnych skomplikowanych danych.

– Tak,  wiem –  rzucił zniecierpliwiony Chase. – Czy nie  może pani po  prostu 

tego  zmyślić?  Kto  to  w  końcu  zauważy?  Przecież  nie  pisze  pani  powieści 
realistycznej, tylko romans.

Trzeba trafu, że ostatni komentarz nowego pracownika dotarł do  uszu Nicole, 

wyszukującej książki o kilka półek dalej. W panice rzuciła się, by ratować sytuację.

– Zechce pani wybaczyć – zaczęła przeprosiny uzbrojona w najbardziej uroczy 

ze służbowych uśmiechów – ale pan Hoffstedder pracuje u nas dopiero od dwóch 
dni i słabo jeszcze orientuje się w księgozbiorze.

– Obiecuję, że jak najszybciej się poprawię – miał czelność dodać winowajca.
– Nie wątpię. – Nicole zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. – Możesz wrócić 

do swoich zajęć, Alvinie.

Ja obsłużę panią.
To mówiąc, poprowadziła przyszłą autorkę romansu ku półkom z Almanachem 

Rolniczym, gdzie szybko znalazły potrzebną informację.

background image

Wkrótce potem odnalazła Alvina w dziale katalogów.
– Czy moglibyśmy przez chwilę porozmawiać?
–  Pytanie  było  czysto  retoryczne,  gdyż  nie  czekając  na  odpowiedź,  Nicole 

szybko pociągnęła go na bok, z dala od czujnych uszu pracowników.

Rozbawiony  tym  zachowaniem  i  zachwycony  dotykiem  jej  ręki  na  ramieniu, 

Chase  miał  błogą  nadzieję,  że  nie  usłyszy  nic  przykrego.  Nie  był  pewien,  czy 
Alvinowi  wolno  by  było  uciszyć  ją  pocałunkiem,  tak  jak  uczynił  to  niedawno 
detektyw Ellis.

Jednak nawet Alvin z trudnością opierałby się pokusie zmysłowych ust i ciała, 

które nagle znalazło się tak niepokojąco blisko. Zastanawiał się, o co może chodzić 
Nicole.  Pomimo oficjalnej pozy,  jaką przyjmowała,  czuł, że nie jest  jej obojętny, 
tak  jak  i  ona  nie  była  obojętna  jemu.  Ta  dziewczyna  miała  temperament.  Błysk 
rozjarzył jej zielone oczy, gdy wyszeptała tajemniczo:

– Bądź u mnie dzisiaj. O ósmej. Nie zapomnij.
Za  moment  już  jej  nie  było.  Alvin  uśmiechnął  się  radośnie,  zupełnie  nie  w 

swoim stylu. Chase triumfował. Wyglądało na to, że Nicole odwzajemni pocałunek 
wcześniej, o wiele wcześniej niż się spodziewał!

background image

Rozdział 3

Tym razem Chase był na tyle przyzwoity, ze zapukał delikatnie do kuchennych 

drzwi, zamiast wedrzeć się podstępem. Nicole już czekała.

Znów miał na sobie czarną koszulkę i czarną skórzaną kurtkę, które nadawały 

mu wygląd niebezpiecznego, gotowego na wszystko, typa spod ciemnej gwiazdy. 
Była prawie pewna, że świadomie przyjął ten styl na jej użytek. Nie była natomiast 
pewna, czy nie słyszy gwałtownych uderzeń jej serca.

Trzy razy przebierała się przed przyjściem Chase'a. Nie chciała, by pomyślał, że 

stroi się specjalnie dla niego, z drugiej zaś strony, nie mogła wystąpić w byle jakich 
ciuchach.  Ostatecznie  zdecydowała  się  na  białe  marynarskie  spodnie  i  bluzę  w 
biało-czerwone pasy. Połyskujące ciepłym miodowym odcieniem włosy rozpuściła 
na ramiona tak, aby miękkimi falami ułożyły się wokół jej głowy. Gdyby jeszcze 
udało  jej  się  zachować  ton  głosu  równie  naturalny  jak  wygląd,  poczułaby  się 
zupełnie pewnie.

– Miło cię widzieć – powitała Chase'a z dobrze udawaną swobodą.
–  Jak  mogłem  nie  przyjść?  –  odpowiedział  niskim,  pieszczotliwym  tonem.  –

Nie sposób było się oprzeć zaproszeniu wygłoszonemu w takiej formie.

–  No,  no,  tylko  za  dużo  sobie  nie  obiecuj.  Jeśli  w  ogóle  mamy  dojść  do 

porozumienia, musisz się zmienić. I to od zaraz.

–  Jasne.  Jestem  otwarty  na  wszelkie  sugestie  i  nowe  warianty.  Powiedz  mi 

tylko, czego chcesz – zadeklarował prowokująco.

–  Chce,  żebyś  przestał  wreszcie  zachowywać  się  jak  pobudzony  seksualnie 

nastolatek i na serio wziął się do roboty.

– Och, najchętniej! Czy mogę już zaczynać?
– Mówiłam o bibliotece! – wrzasnęła z desperacją.
– Mam dosyć tych łóżkowych aluzji, rozumiesz, ty cholerny detektywie?
–  W  porządku,  przyjąłem  do  wiadomości.  Czy  masz  tu  coś  do  jedzenia?  –

zapytał podchodząc do lodówki i z zainteresowaniem zaglądając do wnętrza.

– Od rana nic nie miałem w ustach.
Zaskoczona  tak  nagłą  zmianą  tematu,  Nicole  zamrugała  bezradnie,  po  czym 

instynktownie rzuciła się ku lodówce i zatrzasnęła mu drzwiczki przed nosem.

–  Tak  się  boisz,  jak  byś  chowała  oszczędności  całego  życia  w  pudełku  z 

owsianką, i do tego w lodówce – skomentował ironicznie.

– Nie o to chodzi.

background image

– A w takim razie, o co?
– Po prostu, nie należy do dobrych obyczajów myszkowanie po cudzej spiżarni 

już przy drugiej wizycie.

– Nigdy nie udawałem, że jestem dobrze wychowany.
–  A  tak,  zauważyłam  to  już  wtedy,  w  biurze  Strauda,  kiedy  udawałeś  przede 

mną kryminalistę.

– Właśnie, dlatego powinnaś wystrzegać się zbyt pochopnych wniosków na mój 

temat.

– Pomimo wszystko nie miałeś prawa bawić się moim kosztem – oświadczyła, 

by  w  tym  samym  momencie  stwierdzić  ż  niesmakiem,  że  przemawia  sztywnym 
tonem  kierowniczki  biblioteki.  Czyżby  do  tego  właśnie  chciał  ją  sprowokować? 
Kolejny już raz stwierdziła, że trzeba mieć się na baczności.

– Naprawdę, daj sobie spokój z takimi przemowami.
Samej  ci  teraz  głupio.  Poza  tym  widzę,  że  ciągle  nie  zmieniłaś  zamków  –

stwierdził z dezaprobatą.

– Nie spotkaliśmy się, by dyskutować o zabezpieczeniu mojego domu, tylko o 

pracy. Zaprosiłam cię tu na dodatkowe przyspieszone przeszkolenie.

– Dobrze, ale najpierw muszę coś zjeść.
– Kolacja nie była przewidziana w programie.
–  Nicole  świadomie  starała  się  stłumić  poczucie  winy  wynikłe  ze 

sprzeniewierzenia się zasadom gościnności.

W przypadku Chase'a wiedziała jednak, że gdy wyciągnie przysłowiowy palec, 

zostanie złapana za rękę.

–  A  kto  powiedział,  że  masz  coś  specjalnie  szykować?  Wezmę  sobie  tylko 

trochę chleba, kawałek pieczeni, sałatę, pomidory, majonez, musztardę i...

– oblizał się jak wygłodniały lew na widok zwierzyny – i może jeszcze pikle, 

jeśli masz. – Nicole westchnęła z rezygnacją, dając mu wolną drogę do lodówki.

– Wybacz, ale zamiast pieczeni będziesz musiał zadowolić się szynką – dodała.
–  Nie  ma  sprawy  –  odparł  niezrażony  i  błyskawicznie  wygarnął  na  stół 

potrzebne produkty.

Pozostało jej tylko podać sztućce i talerzyk.
– Zaraz, zaraz... – Już miała położyć mu nakrycie, lecz nagle jej ręka z talerzem 

zawisła w pół drogi.

–  Powiedziałeś,  że  od  rana  nic  nie  jadłeś,  a  przecież  przypominam  sobie,  jak 

pochłaniałeś kanapkę z kurczakiem w parku.

–  Tamten  nędzny  ochłap  się  nie  liczy.  –  Wyjął  jej  z  ręki  talerzyk i  po  chwili

background image

położył na nim gigantyczną, wielopiętrową kanapkę. – Popatrz na to!

Nicole bezradnie wzniosła wzrok ku niebu.
– Poza tym – dodał, sadowiąc się wygodnie za jej kuchennym stołem – przerwę 

obiadową  spędziłem  głównie  w  budce telefonicznej. A  sama wiesz,  że nie  da  się 
zjeść  nic  porządnego,  kiedy  trzeba  nakręcać  numer  i  trzymać  słuchawkę.  Takiej 
kanapki jak ta nie utrzymałbym jedną ręką. Zresztą, wiele miłych rzeczy wymaga 
użycia obu rąk – poinformował uwodzicielskim tonem.

–  A  po  co  się  tak  męczyłeś  w  tej  budce?  Żeby  zadzwonić  do  narzeczonej?  –

Nicole  zbyt  późno  ugryzła  się  w  język.  Sama  daje  mu  broń  do  ręki.  Przecież  za 
chwilę ten facet wykpi ją, że jest zazdrosna.

–  Dzwoniłem  do  ognistej  Annette  o  rudych  włosach  –  wyjaśnił  z  leniwym 

uśmiechem.

– Przepraszam, że pytałam – wykrztusiła, wściekła już nie tylko na siebie, ale i 

na niego.

–  Ona pracuje  w laboratorium. Próbowałem z  jej  pomocą uzyskać dodatkowe 

informacje o sprawie.

–  I  dowiedziałeś  się  czegoś?  –  zapytała  Nicole,  z  ulgą  przerzucając  się  na 

bezpieczniejszy temat.

– Niczego, o co musiałabyś się martwić.
– Jako kierowniczka jestem odpowiedzialna za to, co się dzieje w bibliotece i 

nie ty będziesz decydować, o co mam się martwić.

–  Tak?  W  takim  razie  odpowiadasz  również  za  nielegalne  transakcje?  I  za 

igraszki  dwojga  smarkaczy  w  salce  konferencyjnej?  Lepiej  wypożycz  im  parę 
książek na temat antykoncepcji i planowania rodziny, zanim będzie za późno.

– Czy chcesz powiedzieć, że salka konferencyjna używana jest jako... ?
– Tak, jako zaciszne gniazdko dla kochających się parek – potwierdził ochoczo 

Chase.

– Ale w drzwiach nie ma zamka!
– Nie wydaje się, by ich to krępowało.
– Zajmę się tym natychmiast.
–  Może  lepiej  nie  –  mruknął  kpiąco.  –  Wiesz,  widok  tych  nieprzyzwoicie 

splecionych rąk, nóg i ciał mógłby być dla ciebie zbyt drastyczny.

Ten widok... Przez moment  wyobraziła sobie siebie w ramionach Chase'a, ich 

splecione ciała, nogi, ręce...

– A swoją drogą, czy wszystko musi się kręcić wokół tych spraw? – zapytała 

pozornie obojętnie.

background image

–  Może  to  tylko  twoje  myśli  stale  krążą  wokół  seksu?  –  zasugerował, 

pochłaniając kolejny potężny kęs.

–  Moje?  –  zaprotestowała.  –  Chyba  twoje...  Co  kilka  sekund  robisz 

nieprzyzwoite aluzje.

– Dobrze, a teraz powiedz, gdzie będziemy się dokształcać? Może w salonie? –

Wychylił się, by zza kuchennej framugi dokładniej przyjrzeć się wygodnej kanapie, 
puszystej wykładzinie i gazowemu kominkowi.

– Przyjemniej tam niż w kuchni. Mógłbym rozpalić ogień.
Marzy  ci  się  romantyczny  nastrój,  pomyślała  Nicole.  Ale  nie  łudź  się,  mój 

drogi. Stół jest na tyle duży, że skutecznie nas rozdzieli.

Niestety, okazało się, że sama ma złudzenia. Chase nie skorzystał z wskazanego 

krzesła i usiadł tuż przy niej.

– Na pewno chcesz tu siedzieć? – zapytała uprzejmie.
– Absolutnie tak.
– I wygodnie ci?
Przytaknął.
– Świetnie.
Nicole wstała i przeniosła się na przeciwległy koniec stołu.
–  Jeszcze  trochę,  a  będziemy  się  musieli porozumiewać  przez  walkie-talkie –

stwierdził.

–  Nie  będzie  żadnych  trudności  w  porozumieniu,  jeśli  tylko  powstrzymasz 

swoje flirciarskie zapędy.

– Och, przecież nie flirtowałbym z tobą, gdybyś nie miała na to ochoty.
–  Ja?  –  oburzyła  się  głośno,  a  w  duchu  wpadła  w  przerażenie.  Czyżby  ją 

przejrzał?  Czym  się  w  takim  razie  zdradziła?  Może  spostrzegł,  jak  mu  się 
przyglądała?

Co on może wiedzieć? – zastanawiała się gorączkowo, czujnie wpatrując się w 

mężczyznę.  Sama  przecież  dokładnie  nie  wiedziała,  co  do  niego  czuje.  W 
brązowych  oczach  Chase'a  nie  znalazła  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Zresztą, 
świadomie unikała zbyt długiego wpatrywania się w nie, ponieważ niebezpiecznie 
zaczynały jej się podobać. Lekko opuszczone w dół kąciki nadawały im leniwy i 
prowokujący zarazem wyraz.

Bawi się z tobą jak kot z myszą, próbowała trzeźwo ocenić sytuację. Chce cię 

koniecznie  sprowokować,  pani  kierowniczko.  Z  irytacją  musiała  przyznać,  że 
nieomal mu się to udało.

– Dałabym głowę, że w szkole mieli cię dosyć – stwierdziła.

background image

– Co ci nasunęło to spostrzeżenie?
– Ośli upór, jaki wykazujesz, kiedy masz dopiąć swego, bez względu na zdanie 

innych.

–  Fakt,  w  czasie  warsztatów  teatralnych  doprowadzałem  do  szału  mojego 

profesora.

– Grałeś w szkole?
– Nikt w dziejach liceum Lincolna nie zagrał tak Romea jak ja.
– W życiu czy na scenie?
–  Punkt  dla  ciebie  –  stwierdził  kwaśno.  Odwzajemniła  mu  się  promiennym 

uśmiechem.

A więc miał doświadczenia teatralne. To by tłumaczyło ogromną skalę emocji, 

jaką  potrafił  wyrazić  głosem.  Kiedy  w  bibliotece  stawał  się  Alvinem,  przybierał 
bardziej  podniesiony,  z  lekka  nerwowy  ton,  pozwalający  domyślać  się  ukrytych 
kompleksów.  Kiedy  zaś  wracał  do  swego  głębokiego,  dźwięcznego  głosu, 
nasyconego  uwodzicielską  chrypką,  Nicole  nie  wątpiła,  że  byłby  nawet  w  stanie 
sprzedać lody zmarzniętemu Eskimosowi.

–  Mój  ojciec  też  zajmował  się  teatrem.  Widzę,  że  jesteś  zdziwiona  –  dodał, 

patrząc na jej minę.

– Po raz pierwszy powiedziałeś coś o swojej rodzinie.
– Cóż, w końcu ja też jakąś posiadam.
Czyżby  był  żonaty?  –  zastanawiała  się.  Ale  nie  ma  obrączki.  Chociaż  jako 

Alvin – kawaler, nie musi jej nosić.

– Czy jesteś żonaty? Masz dzieci? – Nicole nie wytrzymała.
–  Boże  broń! –  zaperzył  się.  –  Rodzinę  stanowią  w  moim  wypadku  ojciec, 

matka,  siostra,  babcia...  a,  właśnie,  to  przypomniało  mi  chwyt  poniżej  pasa,  jaki 
zastosowałaś wobec mnie dzisiejszego popołudnia.

Nicole zmarszczyła brwi, kolejny raz zaskoczona nagłą zmianą tematu.
– O czym mówisz?
– O pewnej starszej damie w spranych dżinsach.
– Ach, pani McGillicutty.
–  Właśnie.  Okazało  się,  że  potrzebowała  tych  książek  dla  wnuczki,  która 

wychodzi  za  mąż...  –  urwał,  zobaczywszy  jak  na  twarzy  Nicole  pojawia  się 
tajemniczy uśmiech.

– O co chodzi? Czemu się tak uśmiechasz? – zapytał podejrzliwie.
– Ona nie ma żadnych wnuków.
– Jesteś pewna?

background image

– Oczywiście.
– Chcesz powiedzieć, że brała te książki dla siebie?
– Tego nie powiedziałam. Wiem tylko, że przychodzi do nas raz w miesiącu i 

obojętnie,  kto  by  dyżurował,  zawsze  składa  mu  zapotrzebowanie  na  książki  o 
edukacji seksualnej.

– Dobijasz mnie!
– Zasłużyłeś sobie.
– Dlaczego? Co ci zrobiłem?
– Jeśli nie liczyć doprowadzenia mnie do szaleństwa, nic takiego.
–  Nie,  tego  nie  liczę  –  wyznał  z  rozbrajającą  szczerością,  która  rozśmieszyła 

Nicole.

– Szkoda, że częściej się tak nie śmiejesz – powiedział.
Nieopatrznie spojrzała na niego i nagle spoważniała. Fala ciepła i drażniącego 

podniecenia zaczęła przenikać jej ciało.

Chase nie powiedział już nic, lecz jego ciemne, pełne wyrazu oczy pożądliwie 

wpatrywały  się  w  jej  rozchylone  wargi.  Przekaz  był  jasny  i  Nicole  odczytała  go 
natychmiast: Chcę cię pocałować. Chcę twoich ust. Zaraz.

Powiodła  językiem  po  spieczonych  wargach,  czując  niemal  usta  Chase'a  na 

swoich.

Tak. Też tego chcesz. Czujesz to...
Zdumiona gwałtownością swoich emocji, z najwyższym trudem zmusiła się, by 

uciec od jego spojrzenia, zanim kontakt wzrokowy zmieni się w kontakt fizyczny.

Wzięła  głęboki  oddech,  próbując  opanować  głos  na  tyle,  żeby  drżeniem  nie 

zdradzał burzy, jaka w niej szalała.

– Weźmy się do pracy – oświadczyła z wymuszoną stanowczością.
Uśmiech Chase'a był pełen męskiej satysfakcji.
–  Jak  sobie  życzysz.  Mam  właśnie  pewną  ważną  sprawę.  Potrzebuję  kodu 

pozwalającego  na  dostęp  do  rejestrów  zamówień  i  wypożyczeń.  Chcę  sprawdzić, 
czy  w  ciągu  ostatniego  roku  nikt  nie  interesował  się  książkami  o  giełdzie, 
zakładach, czy statystycznej teorii gier.

– Taki kod nie istnieje.
Chase zmarszczył brwi.
– Jak to? Przecież próbowałem uzyskać dostęp do informacji i nie udało mi się .
– Bo nie znajdziesz jej w naszym komputerze.
– Niemożliwe, przecież wypożyczenia są rejestrowane. Musi być więc sposób...
– Nie. W momencie, gdy książka jest zwracana, dane się kasuje.

background image

– Żartujesz?
– Skąd, mówię serio.
Dla  pracownika  departamentu,  legitymującego  się  kartą  kodową,  w  której 

zawarte  były  wszystkie  niezbędne  dane,  tego  typu  przeszkoda  była  kompletnym 
zaskoczeniem.

– Co za głupota! – stwierdził.
–  Wcale  nie  –  zaprzeczyła,  rozdrażniona.  –  Postępując  tak,  chronimy 

prywatność naszych klientów.

I  nie  jest  to  tylko  moje  wewnętrzne  zarządzenie.  Od  momentu  wprowadzenia 

komputeryzacji w bibliotekach, sprawa dyskutowana była przez nasze organizacje. 
Amerykańskie  Stowarzyszenie  Bibliotek  jednoznacznie  wypowiedziało  sie  w 
kwestii cenzury i prawa do prywatności. Informacjami, o jakich mówisz, można by 
zbyt łatwo manipulować. Dlatego, kiedy czyścisz konto...

– To znaczy, kiedy odczytuję kod kreskowy zwracanej książki w promieniach 

podczerwonych – sprecyzował Chase.

– ... wtedy zapis znika. – Nicole obrazowo strzeliła palcami.
– A wcześniej, kiedy jeszcze istnieje?
–  Nic  ci nie  da, bo  książki  nie są  spisywane według tytułów. Nie  wpisuje się 

nawet ilości wypożyczonych tomów.

Chase doskonale zdawał sobie sprawę, jak istotne w dzisiejszych czasach stało 

się  ograniczenie  dostępu  do  danych.  Nie  mając  jednak  przedtem  do  czynienia  z 
bibliotekami,  nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  problem  może  dotyczyć  niewinnych 
kartotek czytelników. Niemniej jednak musiał działać dla dobra śledztwa.

– Wygląda na to, że świadomie utrudniasz dochodzenie.
– Świadomie próbuję chronić prywatność użytkowników biblioteki.
– Nawet, jeśli niektórzy z nich są kryminalistami?
– Chase, musisz zrozumieć, z jak drażliwą sytuacją mamy do czynienia.
–  Nie  opowiadaj  o  drażliwych  sytuacjach  w  bibliotece  komuś,  kto  prowadzi 

sprawę  kryminalną  –  żachnął  się.  –  Jak  mam  poradzić  sobie  z  tą  aferą  w  twojej 
bibliotece, skoro związałaś mi ręce?

– Wierz mi, te zasady zostały wprowadzone na długo przedtem, zanim do nas 

trafiłeś.  Spróbuj  sobie  tylko  wyobrazić,  co  by  się  działo,  gdyby  wszyscy  mieli 
dostęp do takich informacji. Powstałoby tu państwo policyjne, gdyby każdy sąsiad 
wiedział, jaki typ książek cię interesuje.

– Przecież i tak wiecie, co czytają, bo przyjmujecie zamówienia.
–  Owszem,  tego  się  nie  da  uniknąć,  lecz  żadna  informacja  nie  pozostaje  w 

background image

archiwach, a my zachowujemy dyskrecję.

Ostatnie słowa detektyw Ellis skwitował uśmiechem, dostrzegając swoją szansę 

w  ułomnościach  ludzkiej  natury.  Najprawdopodobniej  z  Friedy  i  Michelle  będzie 
można wyciągnąć sporo informacji na temat ostatnio wypożyczanych pozycji.

– Co ma oznaczać ta mina? – zapytała podejrzliwie Nicole.
– Jaka mina? – zdziwił się niewinnie.
– Kota oblizującego się na widok śmietanki.
–  Masz  zbyt  bujną  wyobraźnię  –  szybko  zmienił  temat.  –  Czy  możesz  mi 

przynajmniej powiedzieć, dlaczego Frieda tak dziwnie się wobec mnie zachowuje?

Czuję,  że  coś  ukrywa.  Uparcie  nie  chce  zwracać  się  do  mnie  po  imieniu, 

tytułując panem Hoffstedderem.

– Frieda po prostu nie chce cię urazić.
– O czym ty mówisz?
– Kojarzysz się jej  z tymi zwierzątkami  z  kreskówek –  wiesz, z wiewiórkami 

ziemnymi.

– Coo?
– Właściwie nie ty, tylko twoje imię. Jej wnuki stale oglądają ten program.
– Ach, , Alvin i Chipmunki" – skrzywił się.
– Właśnie.
– I dlatego woli unikać mojego imienia...
– Tak. Swoją drogą, chyba jej nie podejrzewasz, co?
– Każdy jest dla mnie podejrzany.
– Nawet ja?
– Ty nie. Przynajmniej na razie.
Już miała zażądać wyjaśnień, kiedy po raz kolejny zmienił temat.
– Powiedz mi coś o strażniku z waszej biblioteki.
Ma na nazwisko Drayton, a może Dayton... Jakoś nie mogę go spotkać.
– Dayton. Nie ma szans, byś spotkał go w dzień.
Przychodzi dopiero po zamknięciu.
–  Co  daje  mu  doskonałą  okazję  do  zostawienia  wiadomości  w  dowolnie 

wybranych książkach. Chciałbym z nim porozmawiać – stwierdził Chase.

– Wątpię, czy kiedykolwiek spotkałeś tak miłego człowieka jak on – oburzyła 

się Nicole.

– To nieistotne.
– Słuchaj, Dayton jest naprawdę niewinny.
– A skąd mam o tym wiedzieć?

background image

– Nie mogę ci zdradzić.
– Wolisz, żeby Straud z nim porozmawiał?
– Nie chcę, żebyś go niepokoił. Łatwo się przeraża.
– Z tego wynika, że jest typem, którym właśnie mogłaby posłużyć się szajka.
Nicole rozważała w myśli argumenty. Zdradzenie Chase'owi tajemnicy Daytona 

oznaczało nadużycie zaufania, z drugiej zaś strony mogło uchronić biedaka przed 
upokorzeniem  krzyżowego  ognia  pytań.  Z  oporami  postanowiła  powiedzieć 
prawdę.

– On po prostu jest kompletnym analfabetą. Nie może odczytać tytułów, więc 

nie mógłby umieszczać niczego we wskazanych książkach. Proponowałam, że będę 
go uczyć, lecz ma swój honor i...

– Wcale nie musiałby znać tytułów – przerwał niecierpliwie Chase. – Mogliby 

tylko  kazać  mu umieścić  informacje,  na  przykład  w trzeciej książce  po  lewej,  na 
najwyższej półce.

– Przecież tomy stale są w obiegu i trzecia z lewej może równie dobrze stać się 

czwartą z prawej.

– Pomimo to, chciałbym z nim porozmawiać.
–  Dobrze. Poproszę, żeby przyszedł  wcześniej i  pomógł  w układaniu książek. 

Będziesz mógł przyłączyć się do nas, a przy okazji czegoś się dowiedzieć.

– Czemu aż tak dbasz o pozory?
– Już ci mówiłam – nie lubię, kiedy podejrzewa się moich pracowników.
– Boisz się posądzenia, że źle ich dobrałaś?
– Nie, po prostu wiem, że są porządnymi ludźmi.
– Nawet dobrym ludziom zdarza się popełniać błędy, sprowadzające ich na złą 

drogę. Nikt nie jest doskonały.

– Nadal uważam, że gang może wykorzystywać bibliotekę, nie wciągając w to 

nikogo z personelu – uparcie broniła swych ludzi Nicole.

– Wiemy z wiarygodnych źródeł, że ktoś z was jest wmieszany w przestępczą 

działalność – stwierdził z naciskiem Chase.

– Z jakich źródeł? – spytała z ciekawością.
–  Ty  masz  swoje  sprawy  zawodowe,  a  ja  swoje.  Za  dużo  naczytałaś  się 

kryminałów.

– Cóż dziwnego, są równie popularne jak romanse.
–  Wzruszyła ramionami,  by  za  chwilę pożałować ostatnich  słów. – Tak  więc, 

jeśli  chodzi  o  twoje  źródło...  –  dodała  szybko,  lecz  Chase  był  zbyt  czujny,  by 
przepuścić okazję.

background image

–  Zapomnij  o  tym.  Lepiej  porozmawiajmy  o  romansach.  Lubisz  je  czytać?  –

zapytał z niekłamanym zainteresowaniem.

Nicole uznała, że najlepszą metodą obrony będzie atak.
– Owszem, bardzo. A ty?
Rzucił  jej  oburzone  spojrzenie,  jakby  spytała  go,  czy  lubi  przebierać  się  w 

damskie ciuszki.

– Nie wziąłbym ich do ręki!
–  Jasne,  tobie  pewnie  bardziej  odpowiadają  sensacje  w  stylu  Rambo.  Albo 

komiksy, co?

– Lubię historie z Dzikiego Zachodu. Wiesz, w stylu Zane Greya. Szkoda tylko, 

że mam tak mało czasu na czytanie.

– Westerny nie są lepsze od romansów.
– Są przynajmniej realistyczne, w przeciwieństwie do tych czytadeł.
– Sądzisz, że to, co jest opisane w romansach, nie może się zdarzyć naprawdę?
–  Nie.  Tylko  w  książkach  parki  żyją  potem  długo,  szczęśliwie  i  mają  dużo 

dzieci.

Ostatnie  zdanie  dało  Nicole  wiele  do  myślenia  na  temat  filozofii  życiowej 

Chase'a. Najwyraźniej nie wierzył w trwałe związki dwojga ludzi. Powinna była się 
tego już wcześniej domyślić.

– Dobrze, niech ci będzie. Ale mógłbyś przynajmniej szanować gusty innych i 

pozwolić im czytać to, na co mają ochotę.

Spostrzegła wyraz jego twarzy i szybko dodała:
–  Zapomnij  o  moich  uwagach.  Nie  sposób  nawet  wymagać  od  ciebie 

poszanowania dla czegokolwiek.

Wiesz, myślę o tobie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, zastanawiając 

się,  ile  jeszcze  czasu  zajmie  ci  rozpracowywanie  tej  sprawy,  bo  nie  mogę  się 
doczekać, kiedy znikniesz mi z oczu.

–  Słowo  daję,  gdybym  był  bardziej  wrażliwym  facetem,  zabolałby  mnie  ten 

ostatni komentarz.

–  Gdybyś  był  bardziej  wrażliwym  facetem,  nie  musiałabym  w  ogóle  go 

wygłaszać – odpaliła.

– Ostra z ciebie babka. Zawsze byłaś taka niedostępna?
– Nie, nie zawsze.
Z  Johnnym  była  inna.  Zupełnie  inna.  Nagle  opadły  ją  wspomnienia...  Ich 

pierwsze  spotkanie  na  uniwersyteckim  kampusie.  Była  wtedy  świeżo  upieczoną 
studentką pierwszego roku. Po raz pierwszy wyrwała się z domu i po raz pierwszy 

background image

upajała  wolnością.  Po  raz  pierwszy  przełamała  też  nieśmiałość  i  podchodząc  do 
przystojniaka  na  motocyklu,  zapytała  o  drogę  do  uniwersyteckiej  księgarni. 
Zaproponował,  że  ją  podwiezie.  Skorzystała  z  zaproszenia.  O  tak,  wobec 
Johnny'ego nie miała żadnych oporów.

– Był czas, że ... – szepnęła i zamilkła.
– Mów – ponaglił.
Nicole  z  wysiłkiem  potrząsnęła  głową,  jakby  chciała  uwolnić  się  od  ciężaru 

myśli.

– Nic ważnego – stwierdziła. Poczuła niezdrowe ożywienie, które nie dało jej 

usiedzieć w miejscu. Zerwała się od stołu. – Nie napiłbyś się kawy? – spytała.

–  Stale  mam  wrażenie,  że  wycofujesz  się,  kiedy  tylko  wszystko  zaczyna  się 

dobrze  układać – stwierdził z żalem i  wstał  także. – Mam nadzieję,  iż  nie jest to 
twój stały zwyczaj.

Nowy, dziwnie czuły ton jego głosu oszołomił Nicole. Chase posuwał się zbyt 

daleko.

Speszona, próbowała go wyminąć, lecz zaledwie zdążyła zrobić krok, poczuła, 

jak  gorące  palce  zaciskają  się  na  jej  łokciu,  udaremniając  zamiar  odejścia.  Jego 
dłoń opadała pieszczotliwym ruchem, wywołując dreszcz w ciele Nicole, aż palce 
ich rąk splotły się ze sobą.

W  odruchu  desperacji  sięgnęła  wolną  ręką  po  opasły  tom,  leżący  na  stole  i 

pchnęła go ku niemu.

– W tej książce znajdziesz wiele cennych wskazówek. Proponuję, żebyś wziął 

ją do domu i przestudiował.

Spodziewała  się,  że  Chase  znów  wykorzysta  okazję  do  flirtu,  lecz  całkowicie 

się  przeliczyła.  Nie  powiedział  ani  słowa,  natomiast  z  wolna,  choć  stanowczo, 
zaczął przyciągać ją ku sobie.

Serce Nicole zamarło na moment. Wiedziała, co się za chwilę stanie. Chciał ją 

pocałować. Tym razem miała szansę obrony. Miała... Gdybyż tylko otępiały mózg 
zechciał  funkcjonować,  a  usta  zamiast  rozchylać  się,  zdołały  wypowiedzieć  choć 
słowo!

Nie była w stanie nic zrobić. Za chwilę Chase zawładnął jej wargami. Poddała 

się.

Kiedy  przytulił  ją  do  siebie,  poczuła  budzący  się  w  niej  głód  pierwotnych 

doznań, wzmacniany pożądaniem mężczyzny, które czuła każdym nerwem swego 
ciała.  Jeśli  zachowała  jeszcze  resztki  zdrowego  rozsądku,  teraz  pozbyła  się  ich 
zupełnie.  Zachłannie  przylgnęła  do  Chase'a,  zarzucając  mu  ramiona  na  szyję  i 

background image

pozwalając trwać rozkosznej chwili.

Rozszyfrowywał  ukryty  przekaz  z  jej  ciepłych,  uległych  warg.  Czuł  trawiący 

Nicole żar pożądania i jak przez mgłę przypomniał sobie jej słowa, że mężczyzna 
zawsze odgadnie, kiedy będzie chciała się z nim całować naprawdę. Miała rację.

Była  pojętną  adeptką  miłosnych  czarów.  Jak  rozkoszna  kotka  wpijała  giętkie 

palce w jego ramiona, namiętnie odwzajemniając pocałunki. Kusiła, a on ochoczo 
dawał  się  skusić.  Gdy  żądał,  ulegała.  Ich  języki  splatały  się  jak  dwa  płomienie, 
wijąc się, rozdzielając, błądząc i ponownie łącząc. Chase nie poprzestał wyłącznie 
na zmysłowych pocałunkach. Jego palce zsuwały się leniwym, drażniącym ruchem 
po szyi i plecach Nicole. Wreszcie niecierpliwie wyszarpnął jej bluzkę z dżinsów i 
zachłannie przylgnął do nagiej skóry. Rozkoszna pieszczota męskich rąk zapierała 
jej dech w piersiach.

Zadrżała, gdy wargi mężczyzny porzuciły jej usta, by podążyć w nowe rejony –

ku  delikatnym  łukom  policzków,  subtelnemu  płatkowi  ucha,  smukłej  kolumnie 
szyi.

Świadomość  Nicole  rozpłynęła  się  w  uroczej  mgiełce,  oddalając  się  w  rejony 

dalekie  od  rzeczywistości  –  tylko  po  to,  by  nagle  brutalnie  zostać  ściągnięta  na 
ziemię.

–  C-co  się  stało?  –  wyjąkała  zaskoczona,  w  ostatniej  chwili  ratując  się  przed 

upadkiem, gdyż puścił ją gwałtownie, chwytając się z jękiem za łokieć.

– Wszystko w porządku? – zapytała.
Spojrzał na nią, krzywiąc się boleśnie. Sądząc z jego kwaśnej miny, musiał być 

zawiedziony i wściekły na siebie.

–  Uderzyłem się  i  musiałem  urazić  nerw.  Całą  rękę  mam  odrętwiałą.  Ale  nie 

martw się, za chwilę przejdzie – zapewnił ze smętnym uśmiechem.

Nicole uznała  ten nagły  epizod  za  wyraźny znak, dany  jej  przez  czuwającego 

anioła stróża. Miłosny czar rozwiał się, powróciła trzeźwość myśli. Już wiedziała, 
co  ma robić  –  wyprosić stąd  Chase'a.  Niech znika, i  to  zanim odzyska  władzę w 
ręku.

– Już czas na ciebie – stwierdziła, popychając ku niemu stos książek. – Weź je 

ze sobą.

– Nie muszę.
–  Owszem,  musisz.  Może  wystarczy  już  na  dzisiaj  gier  i  igraszek,  szanowny 

detektywie.

Detektyw  Ellis  wiedział,  że  jest  czas  na  walkę  i  na  wycofanie  się.  Wybrał 

drugie wyjście.

background image

–  Przecież  zawsze  będzie  jakieś  jutro  –  mruknął  do  siebie,  wymownym 

spojrzeniem dając Nicole do zrozumienia, że jeszcze tu wróci.

Długo nie mogła się uspokoić po jego wyjściu. Usiadła na twardym kuchennym 

krześle, usiłując zapanować nad drżeniem kolan.

– I co masz teraz zrobić? – zapytywała samą siebie.
–  Przecież  on  wróci.  Wie,  że  może  zbliżyć  się  do  ciebie,  kiedy  tylko  zechce. 

Zbyt blisko.

Chase  owładnął  nią  całkowicie...  jej  myślami,  marzeniami,  jej  życiem.  Pilnie 

potrzebowała jakiejś odmiany, antidotum.

Nagle pewna myśl przyszła jej do głowy. Sięgnęła po książkę telefoniczną. Po 

chwili już wykręcała numer.

– Grant, to ja, Nicole Larson. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
– Ależ skąd. – Głos Granta był przyjazny i miły.
Nie  wyczuła  w  nim  znaczących  tonów  czy  podtekstów,  jak  w  wielu  innych 

męskich głosach. Odetchnęła z ulgą. Miała dosyć ukrytych aluzji i uwodzicielskich 
obietnic. Tęskniła za partnerem do interesującej rozmowy na wspólne tematy.

– Miło mi cię słyszeć – ciągnął Grant. – Czemu zawdzięczam ten niesłychany 

zaszczyt? Czy masz do mnie jakiś interes...

– Nie, nie chodzi o interesy.
– Czyżbyś więc przemyślała sprawę i postanowiła przyjąć moje zaproszenie na 

kolację? – rozpromienił się.

– Właśnie tak – potwierdziła.
– Cudownie! Kiedy?
– Czy jutro nie będzie za wcześnie?
– Skądże – zapewnił. – Szósta godzina ci odpowiada?
Mężczyzna,  który  pytał  ją  o  zdanie  –  cóż  za  ulga!  Zatem  podjęła  właściwą 

decyzję.

– Świetnie. Podjedziesz po mnie do biblioteki?
– Oczywiście.
– Dzięki, Grant.
– To ja ci dziękuję – zaznaczył.
Odkładając  słuchawkę  Nicole  triumfowała.  Będziesz  musiał  zjeść  tę  żabę,  ty 

przemądrzały specjalisto od pocałunków, szanowny detektywie Ellisie!

background image

Rozdział 4

Tego  ranka  Nicole  poświęciła  makijażowi  więcej  czasu  niż  zwykle. 

Potrzebowała kilku warstw podkładu i pudru, by zatuszować cienie pod oczami.

Nie  wybaczyłaby  sobie,  gdyby  jej  twarz  powiedziała  temu  mężczyźnie  o 

wrażeniu,  jakie  wywarł  na  niej  wczorajszy  wieczór.  Nie  mógł  wiedzieć,  że 
przewracała  się  na  łóżku  przez  pół  nocy  i  jak  rozkoszne  sny  śniła,  gdy  wreszcie 
zdołała zasnąć.

Tamtą  rundę  wygrał  Chase,  prowokacyjnymi  pieszczotami  burząc  jej  linie 

obronne. Lecz walka jeszcze się nie skończyła. Nadeszła pora, by wytoczyć ciężką 
artylerię.

Nicole z aprobatą zerknęła w lustro. Sukienka była odrobinę zbyt elegancka, jak 

na  strój  do  pracy.  Szperanie  po  zakurzonych  regałach  wymagało  raczej 
praktycznego stroju. Dzisiaj jednak nie książki jej były w głowie. Dziś chciała mieć 
szczególne  poczucie  kobiecości  i  pewności  siebie.  Dzięki  tej  cudownej  kiecce 
koloru indygo, będzie mogła wreszcie stawić czoło przeciwnikowi. Niedoczekanie, 
by  Nicole  Larson  stała  się  jeszcze  jednym  karbem  na  wezgłowiu  łóżka  Chase'a 
Ellisa, choćby nie wiem jak się jej podobał. Ten nieznośny facet wyobrażał sobie, 
że  szturmem  zdobędzie  jej  sypialnię  i  równie  szybko  zniknie,  w  pogoni  za 
następnymi podbojami. Z całą pewnością należał do mężczyzn, którzy wystrzegali 
się jakiegokolwiek zaangażowania.

Poza  tym  wcale  jej  nie  zależało  na  tym  zaangażowaniu.  Zbyt  się  od  siebie 

różnili.  Lekceważył  jej  zawodowe  pasje;  zresztą,  o  ile  zdążyła  zauważyć,  miał 
skłonność do lekceważenia wszystkiego.

Dla Nicole nadszedł czas działania. Umawiając się z Grantem, wstępowała na 

wojenną ścieżkę. Pragnęła tym udowodnić Chase'owi dwie rzeczy – po pierwsze, 
że bez względu na magiczne pocałunki, nie poddała się jego czarowi, po drugie –
że  nie  wszyscy  mężczyźni,  zawodowo  związani  z  biblioteką,  są  nieporadnymi 
książkowymi molami.

Grant  Myers  z  całą  pewnością  nie  zaliczał  się  do  tych  ostatnich.  Tego 

okręgowego administratora bibliotek można było śmiało nazwać przystojnym, zaś 
jego sposób bycia świadczył o nienagannych manierach i zawodowej kompetencji. 
Nicole pożałowała, że już wcześniej nie przyjęła jego zaproszenia. Jak można cenić 
jedynie  prymitywną  grę  zmysłów?  Niszczący,  burzliwy  romans  z  Johnnym  był 
pouczającym  doświadczeniem.  Nie  należy  wiązać  się  z  człowiekiem,  którego 

background image

specjalnością jest wplątywanie się w kłopoty.

Na  szczęście  Chase  miał  pojawić  się  w  pracy  dopiero  po  dwunastej,  co 

oznaczało, że Nicole zostało tylko sześć godzin do przetrwania.

Niestety, pomimo uników, znalazł ją wreszcie, gdy na moment weszła do biura.
–  Słuchaj,  chciałem  przypomnieć  ci  o...  –  Spojrzenie,  jakim  ją  obdarzył, 

sugerowało  niedwuznacznie,  iż  pragnie  przypomnieć  o  pasjonujących  chwilach, 
jakie spędzili w swoich objęciach.

Nicole dzielnie wytrzymała wzrok Chase'a, choć czuła, że policzki zaczynają jej 

płonąć.

–  ...  przypomnieć  o  Daytonie  –  dokończył.  –  Wczoraj  wspominałaś,  że 

potrzebujesz  mnie...  –  zawiesił  głos,  by  zupełnie  niepotrzebnie  odchrząknąć  –
potrzebujesz mojej pomocy przy układaniu jakichś książek.

Nicole  zupełnie  wyleciało  to  głowy.  Miała  zbyt  wiele  innych  problemów. 

Zerknęła na plan wiszący na ścianie.

– Prosiłam Daytona, by przyszedł tu wieczorem, o pół do dziewiątej.
– Świetnie.
– Ja wychodzę o szóstej – poinformowała go.
– Serio? Jakaś bombowa randka?
–  Tak  –  potwierdziła  Nicole  z  uśmiechem  i  niezmiernie  zadowolona  z  siebie 

zamaszyście opuściła biuro.

Detektyw  Ellis  usiłował  wmówić  sobie,  że  nie  powinno  go  obchodzić,  z  kim 

wychodzi pani kierowniczka. Miał tu swoje zadanie do wykonania i powinien się 
na nim skupić.

Z drugiej jednak strony, Nicole wyraźnie wytworzyła zasłonę dymną, pragnąc 

ukryć  własne  zaangażowanie.  Zbyt  dobrze  pamiętał,  jak  namiętnie  oddawała  mu 
pocałunki. Ale w końcu nie jest to ważne... Ważniejsza jest sprawa.

Przerywając  jałowe  rozmyślania,  Chase  postanowił  zabrać  się  na  serio  do 

śledztwa. Zaczął od Friedy.

– Słuchaj, Friedo, jesteś jedyną osobą, do której mogę się zwrócić.
– Czy coś się stało?
– Nie, nic takiego. Chciałem po prostu powiedzieć, że... – w porę przypomniał 

sobie, że jest Alvinem, więc zająknął się lekko – ... c-cóż, mam wyraźne poczucie, 
że  w  jakiś  sposób  nie  pasuje  ci  moje  imię.  Już  mi  się  kiedyś  to  zdarzało  –
nadmienił, widząc jej zawstydzoną minę.

– Jeśli wolisz, możesz po prostu nazywać mnie Alem.

background image

Mniej się namęczysz, niż z „panem Hoffstedderem".
–  Nie  jestem  wcale  pewna  –  powątpiewająco  stwierdziła  Frieda.  –  Wcale  nie 

wyglądasz mi na Ala.

Nie,  Alvin  bardziej  do  ciebie  pasuje.  I  już  zaczęłam  się  przyzwyczajać. 

Przepraszam cię, po prostu na początku miałam pewne skojarzenia.

–  Nie  ma  sprawy  –  zapewnił  ją.  –  Wyobrażam  sobie,  że  musiałaś  się  tu  już 

zetknąć z kolekcją najdziwniejszych imion.

Zależało mu, by odprężyła się, co ułatwiłoby wyciągniecie od niej informacji.
– O, tak. I najdziwniejszych ludzkich typów.
– Sporo chyba wiesz o ludziach w tym mieście, prawda? – zagadnął obojętnym 

tonem.

– Nie da się ukryć – przyznała.
– Każda społeczność jest inna, ale pewne sprawy będą się powtarzać. Zawsze 

znajdzie się ktoś, kto pije, zdradza swojego małżonka, albo na przykład wpada w 
szpony hazardu... – znacząco zawiesił głos.

Frieda zbladła.
– O czymś takim nie wiem – zaprzeczyła skwapliwie.
Zbyt skwapliwie.
Jej  reakcja  potwierdziła  wcześniejsze  informacje,  które  udało  mu  się  zebrać. 

Mąż  Friedy,  inżynier  na  emeryturze,  każdego  tygodnia  jeździł  do  Davenport,  by 
grać  w  pływającym  kasynie.  Między  tymi  wyjazdami  grał  o  wysokie  stawki  w 
bingo w miejscowym pubie. Już to wystarczyło, żeby Frieda znalazła się na czele 
listy podejrzanych.

Niestety,  pozostało  jeszcze  kilka  osób  równie  obciążonych.  Anna  z  działu 

dziecięcego  była  następna  w  kolejności,  z  powodu  brata,  karanego  za  szantaż  i 
chuligaństwo. Z kolei Michelle, młoda samotna matka, siedziała po uszy w długach 
i  drżała  przed  wierzycielami.  Nic  jeszcze  nie  wiedział  o  Daytonie,  ale  liczył,  że 
wyciągnie  coś  od  niego  wieczorem.  Ponadto  musiał  sprawdzić  trzech  młodych 
pracowników,  którzy  zajmowali  się  rozkładaniem  zwróconych  książek.  Każdy 
szczegół mógł się okazać istotny.

Jedynie  Nicole  została  zwolniona  od  podejrzeń,  gdyż  w  momencie  wykrycia 

afery znajdowała się poza miastem, na konferencji. Zresztą, jak już powiedział jej 
wcześniej,  miała  czystą  kartotekę.  Podejrzany  był  tylko  piorunujący  efekt,  jaki 
wywarł na nim moment, w którym odwzajemniła pocałunek.

Och, zapomnij o tym, upomniał sam siebie. Ale z drugiej strony, przydałoby się 

małe śledztwo w tej sprawie...

background image

– A nie wiesz czasem, cóż to za atrakcyjną randkę ma dzisiaj nasza szefowa? –

zagadnął Friedę, wyraźnie ucieszoną zmianą tematu.

– Nie, nie wiem.
Chase podejrzewał, że Nicole wymyśliła  sobie całą tę historię na jego użytek, 

pragnąc odegrać się za ostatni wieczór.

Przez  resztę  dnia  w  bibliotece  panował  spokój.  Chase  przez  prawie  godzinę 

pomagał  jakiemuś  studentowi  opanować  program  Word  Perfect  na  stojącym  w 
salce konferencyjnej komputerze. Kiedy wrócił za biurko, Frieda już wyszła, a jej 
miejsce zajęła Michelle.

–  Nicole,  ktoś  chce  się  z  tobą  widzieć!  –  zawołała  w  stronę  szklanego 

przepierzenia.

–  Tak,  już  idę  –  odkrzyknęła  kierowniczka,  ukazując  się  oczom  Chase'a  w 

swojej  efektownej  sukience,  strojna  w  kolczyki  z  perełek  i  takiż  naszyjnik, 
zdobiący  wycięty  dekolt  w  kształcie  litery  V.  Całość,  uzupełniona  eleganckimi 
wieczorowymi  pantofelkami,  utrzymana  była  w  nader  wytwornym  stylu, 
pasującym do kolacji przy świecach w dobrym lokalu.

Chase  dokładnie  zanotował  wszystkie  szczegóły,  nie  pomijając  również 

towarzyszącego  dziewczynie  ugrzecznionego  przystojniaczka  w  nienagannie 
skrojonym garniturze.

I co, nadal uważasz, że sobie to wymyśliłam? – pytało jej triumfalne spojrzenie. 

Szybko dokonała prezentacji.

–  Znasz  już  Michelle,  a  to  jest  Alvin  Hoffstedder,  nowy  pracownik.  Alvinie, 

poznaj Granta Myersa, naszego okręgowego administratora.

– Miło mi cię poznać, Alvinie.
– Mnie również.
Chase  Ellis  po  raz  pierwszy  poczuł  się  fatalnie  w  maskującym  stroju 

książkowego  mola.  Z  irytacją  spostrzegł,  że  nieświadomie  bawi  się  swoją 
idiotyczną muchą i szybko cofnął rękę.

Nicole z trudem ukryła pełen satysfakcji uśmieszek. Wszystko szło po jej myśli. 

Nie mogła lepiej wybrać. Grant prezentował się doskonale i równie dobrze mógłby 
uchodzić  za  wziętego  adwokata  czy  lekarza.  Nie  miał  w  sobie  nic  z  fajtłapy,  za 
jakiego Chase uważał każdego pracującego w bibliotece mężczyznę.

Ponadto  pragnęła  udowodnić  temu  zarozumiałemu  typowi,  że  w  jej  świecie 

istnieją  również  inni  mężczyźni,  z  którymi  może  umawiać  się  na  randki,  zamiast 
siedzieć w domu i myśleć o niejakim Ellisie.

background image

A przede wszystkim pragnęła udowodnić samej sobie, że już nie działa na nią 

jego niebezpieczny urok. W żadnym wypadku nie mogła sobie pozwolić na jeszcze 
jedną szaloną miłość.

– Nicole, czy możemy już iść? Zamówiłem stolik na osiemnastą trzydzieści –

przypomniał Grant.

– Tak, oczywiście.
– Macie zamiar podyskutować przy kolacji o sprawach zawodowych? – zapytał 

niewinnie Chase.

–  W  żadnym  razie  –  zapewniła  go  z  promiennym  uśmiechem,  biorąc  Granta 

pod ramię. – Chodźmy.

Chase musiał zmobilizować wszystkie swoje aktorskie umiejętności, by ukryć 

grymas  wściekłości  na  widok  radośnie  zmierzającej  ku  wyjściu  pary.  Ten  Grant 
wyskoczył  jak  Filip  z  konopi,  w  najmniej  spodziewanym  momencie.  Był 
przekonany, że wszystko z Nicole jest na jak najlepszej drodze, a tymczasem ona 
wdzięczy  się  do  tego  mydłka!  Teraz  nie  miał  już  wątpliwości,  że  z  rozmysłem 
wsadziła  mu  szpilę.  Z  premedytacją  dała  mu  też  do  zrozumienia,  że  ów  i  ■ 
niezrównany,  wymuskany  ideał  należy  do  bibliotecznego  klanu,  tak  jak  i  ona. 
Naszła go przemożna chęć przemodelowania gładkiej buzi Granta Myersa.

Z drugiej strony, nie miał przecież prawa wtrącać się w jej sprawy. Czemu w 

takim  razie  aż  tak  się  przejmował?  Czy  dlatego,  że  miał  do  czynienia  z 
nieprawdopodobnie seksowną, pełną temperamentu kobietą, która odważyła się mu 
opierać? Ponieważ Nicole okazała się fascynującą, prowokującą zagadką, której nie 
mógł rozwiązać? A może dlatego, że kiedy uśmiechała się do niego, czuł się, jakby 
wygrał główny los na loterii?

– Czy Nicole i Grant dawno się znają? – zagadnął Michelle pozornie niedbałym 

tonem.

– Mniej więcej od roku.
– I często tak wychodzą? – indagował z rosnącym niepokojem.
–  Skąd,  po  raz  pierwszy.  Myślę,  że  Grantowi  zależało,  lecz  ona  stale  mu 

odmawiała. Cieszę się, że wreszcie dała się zaprosić.

– Cieszysz się?
– Jasne. Uważam, że należy jej się trochę przyjemności.
– Czemu sądzisz, że właśnie Grant ją uszczęśliwi?
–  A  która  z  nas  nie  byłaby  zadowolona  z  randki  z  facetem  takim  jak  on?  –

odpowiedziała  bez  namysłu,  po  czym  baczniej  przyjrzała  się  Alvinowi.  Coś  w 
wyrazie  jego  twarzy  musiało  odbijać  stan  uczuć,  gdyż  Michelle  pocieszająco 

background image

poklepała go po ramieniu.

– Nie martw  się. Nie każdy ocenia książkę po okładce. Jestem pewna, że i ty 

kiedyś... gdzieś znajdziesz kobietę swojego życia.

– A jakże, nawet jest już taka – mruknął z wściekłością pod nosem. – Szkoda 

tylko, że właśnie poszła na randkę z innym facetem!

– Tak się cieszę, że zadzwoniłaś – stwierdził Grant, usłużnie podsuwając Nicole 

krzesełko.  Restauracja,  którą  wybrał,  słynęła  z  kuchni  francuskiej  i 
wysmakowanego, europejskiego stylu, na który składały się porcelanowa zastawa, 
świeże kwiaty na stolikach i dyskretna, klasyczna muzyka w tle.

– A ja cieszę się z zaproszenia – odparła. Rzeczywiście, miło było spędzać czas 

z  mężczyzną,  który  nie  wzbudzał owych  dręczących  fal  pożądania,  mącących  jej 
myśli.

– Ten wasz nowy pracownik sprawia wrażenie, jakby żywcem przeniesiono go 

tu z dawnych, dobrych czasów – zagaił Grant.

– Ma znakomite referencje – zmuszona była zaznaczyć Nicole.
– O, nie wątpię, w przeciwnym razie przypadku nie zatrudniłabyś go.
– Jasne, że nie.
– Na szczęście nie zniechęciła cię jego muszka – stwierdził.
– Właśnie. Ale wiesz, nie chciałabym spędzić całego wieczoru na rozmowie o 

najnowszym nabytku biblioteki – dodała. W końcu przyszła tu po to, by zapomnieć 
o detektywie Ellisie i jego drugim wcieleniu, niejakim Hoffstedderze.

– Przyrzekam, że nie wspomnę już o nim ani słówka – obiecał solennie Grant.
I dotrzymał słowa.
Byli zajęci zamawianiem potraw z bogatego menu, kiedy Nicole poczuła nagle, 

zaskoczona, że ktoś dotyka jej  ramienia.  Przez chwilę pomyślała z przerażeniem, 
że to Chase. Na szczęście był to tylko Leo.

– Nicole, jak miło znów cię widzieć – ucieszył się.
– Leo! Co za spotkanie! – wykrzyknęła zdumiona.
Restauracja była o wiele za droga jak na jego kieszeń.
Leo zdawał się odgadywać jej myśli.
–  Wiem,  wiem,  to  nie  miejsce  dla  mnie.  Ale  zaprosił  mnie  tutaj  Eddie,  mąż 

mojej kuzynki. O, właśnie idzie – wskazał na mężczyznę wchodzącego na salę.

Nicole  odruchowo  odwróciła  się  w  kierunku  nowo  przybyłego.  Stanowił 

kompletne  przeciwieństwo  swojego  towarzysza  –  efektowny,  elegancko  ubrany 
mężczyzna. Razem musieli wyglądać jak dzień i noc.

background image

– Cóż, na mnie już czas – stwierdził Leo. – Baw się dobrze.

– Z kim rozmawiałeś? – zapytał podejrzliwie Eddie, kiedy zrównali krok.
– Z Nicole. Ona jest kierowniczką biblioteki w ...
–  Biblioteki?!  Zwariowałeś?  –  syknął  wściekle  tamten.  –  Zabieraj  się  stąd!  –

Pociągnął ogłupiałego Leo na zewnątrz, ku zaparkowanemu samochodowi.

– Czy ty w ogóle nie myślisz?
– O co ci chodzi?
– O co? O to, że muszę pracować z takim bałwanem jak ty! O, Chryste. – Eddie 

ze złością kopnął w oponę.

– Za jakie grzechy muszę wynajmować własną rodzinę!
– Ależ ja chcę pracować – zapewnił go pokornie Leo.
–  Fajnie,  tylko  przestań  wobec  tego  głupio  ryzykować  i  nie  wdawaj  się  w 

rozmowy z bibliotekarzami.

– Znam tę kobietę od lat i zawsze z nią rozmawiam.
Byłoby wręcz podejrzane, gdybym jej nie zagadnął.
–  Sam  jesteś  podejrzanym  typem  –  sarknął  Eddie,  wpychając  pechowego 

kuzyna do samochodu.

– Czy mam rozumieć, ze nie zjemy tu dzisiaj kolacji? – zapytał żałosnym tonem 

Leo.

– Masz rozumieć, że nie życzę sobie żadnych tego typu wpadek.
– Nie będzie już problemów, Eddie.
– Oby nie było.

– Co za dziwny człowieczek – stwierdził Grant.
– Kto, Leo? On jest uroczy. I nadzwyczaj inteligentny. To wynalazca i jeden z 

naszych najwierniejszych czytelników.

– Och, znów zaczynamy rozmawiać o bibliotece – nadąsał się.
–  Słusznie.  Ani  słowa  na  temat  pracy  –  przystała  Nicole,  z  tym  większym 

przekonaniem,  że  praca  zbytnio  kojarzyła  jej  się  z  Chase'em.  Natomiast  w 
towarzystwie Granta miała szanse zapomnieć o tamtym choć na chwilę.

Kiedy  jednak  odwiózł  ją  do  domu  i  z  galanterią  ucałował  na  pożegnanie, 

zdrożne myśli wróciły, a nieproszone porównania nasunęły się same. Zganiła się w 
duchu i szybko odsunęła od Granta.

– Może umówimy się kiedyś jeszcze? – zapytał z nadzieją w głosie.
–  Może  –  szepnęła  w  zadumie,  łudząc  się,  że  doczeka  momentu,  w  którym 

background image

zapomni o detektywie Ellisie na dłużej niż tylko na pięć godzin.

Kiedy  otwierała  drzwi  i  odwróciła  się,  by  pomachać  Grantowi,  kątem  oka 

dostrzegła jakiś ruch w cieniu srebrnego świerka, ocieniającego jej ganek.

–  Cóż  za  wzruszający  moment  –  mruknął  Chase,  wyłaniając  się  spod  osłony 

gałęzi. – Ale za to przedstawienie dałbym twojemu amantowi tylko cztery punkty z 
dziesięciu.  Owszem,  zaliczył  plusy  za  elegancję  i  dobre  maniery,  ale  w  jego 
programie nie było za grosz inwencji.

Nicole z niedowierzaniem patrzyła na niedbale opartą o drzwi postać.
– Co ty tu robisz?
– Czekam na ciebie.
– Powiedziałabym raczej, ze mnie szpiegujesz.
– Och, daj spokój! Wyobrażasz sobie, że nie mam nic lepszego do roboty, jak 

tylko szpiegować ciebie i tego szlachetnego rycerza? – To mówiąc, bez zaproszenia 
wszedł za nią do holu i starannie zamknął za sobą drzwi. – Słowo daję, miałbym 
lepszą zabawę, oglądając filmy na kanale dziecięcym niż was dwoje.

Jasne,  a  najlepszą  zabawę  miałby  oglądając  nocny  kanał  dla  dorosłych, 

pomyślała z przekąsem, a z pogardliwą wyższością dorzuciła:

– Niektórzy szukają tylko podniet.
– Rzeczywiście. Ale nie szukałbym ich w towarzystwie tego faceta.
– Bardzo miło spędziłam z nim czas – pospieszyła z zapewnieniem.
– Możliwe. Dopóki cię nie pocałował – dodał bystro Chase.
Nicole zawrzała z gniewu na myśl, że tak celnie ją rozszyfrował.
– Co ty o tym wiesz? – parsknęła.
–  Wiem,  że  kiedy  całujesz  mnie,  przymykasz  oczy  i  wydajesz  te  swoje 

nieprawdopodobnie seksowne pomruki.

– Chyba w twoich snach...
– Nie, w moich ramionach.
I  w  ułamku  sekundy  później  znalazła  się  tam,  unieruchomiona  namiętnym 

uściskiem. Już  otwierała usta, by  zaprotestować,  gdy  wargi mężczyzny spadły na 
nie łapczywie, niewoląc ją w jednym momencie i przywracając magiczny czar.

Szybko zrezygnowała z wysiłków zapanowania nad sobą. Z jakiej racji miałaby 

się pozbawiać tak cudownej przyjemności? Jego pocałunki prowokowały i kusiły. 
Nie była w stanie się im oprzeć, nawet gdyby chciała.

Ale  Nicole  nie  chciała  się  opierać.  Och,  z  jaką  siłą  zaczęła  nagle  pragnąć 

doznań, które odsunęła od siebie na tyle lat!

Żądza  posiadania.  Pierwotna  ekstaza.  Radość  spełnienia.  Chase  tulił  krągłe 

background image

kształty  Nicole  w  namiętnym  uścisku  swoich  twardych  ramion,  wpijając  szalone 
usta w jej wargi.

Już  nie cofała się przed jego żądzą, gdyż czuła, że trawi ją ta sama gorączka. 

Oboje pragnęli smakować swoją bliskość, poznawać się, dotykać...

Ręce  Nicole  zsunęły  się  wzdłuż  pleców  Chase'a.  Niecierpliwymi  palcami 

wyszarpnęła  mu  czarną  koszulkę  zza  pasa  i  dotknęła  ciepłej  skóry  mężczyzny,  z 
zachwytem  wodząc  dłońmi  po  pięknie  umięśnionym  ciele.  Nareszcie  poczuła  się 
wyzwolona,  mogąc  dotykać  go  tak,  jak  chciała.  Było  to  radosne,  podniecające 
doświadczenie.

I  dopiero  gdy  poczuła  ciepły  dotyk  jego  dłoni  na  nagiej  skórze,  zorientowała 

się,  że  nawet  nie  zauważyła,  kiedy  rozpiął  jej  sukienkę.  W  porównaniu  ze 
spragnionymi,  gorącymi  wargami,  jego  ręce  były  niezmiernie  czułe.  Delikatnie 
sunął  dłonią  wzdłuż  jej  szyi  i  obojczyków  ku  okrągłościom  piersi,  prężących  się 
pod stanikiem.

Drażniąco  powolnym  ruchem  palce  Chase'a  wślizgnęły  się  pod  jedwabne 

koronki, docierając do twardych sutków. Nicole jęknęła, czując rozkoszną słabość 
rozlewającą się w ciele.

– Och, tak, tak... – wyszeptała namiętnie ku jego ustom, czającym się tuż przy 

jej  twarzy.  Nie  musiała  więcej  prosić.  Błyskawicznie  jak  jastrząb  spadł  na 
rozchylone, czekające wargi i oboje znów utonęli w wirze szalonego pocałunku.

Wilgotne, podniecające ciepło. Wszędzie.
Chase zsunął nagle rękę wzdłuż jej krzyża i przygarnął ciało Nicole ku  sobie, 

nadając biodrami wymowny rytm ich tulącym się ciałom.

Ten  rytm,  pierwotny  i  dziki,  doprowadził  zmysły  dziewczyny  do 

wulkanicznego wrzenia.

Ten ogień, to pożądanie, krążące w jej żyłach jak lawa. Płomień rozpalony do 

białości. Dziki. Pierwotny jak sama natura.

Żadnych  hamulców.  Chase  czuł,  że  przestaje  się  kontrolować.  Nigdy  jeszcze 

mu  się  to  nie  zdarzyło.  Jaką  ona  miała  nad  nim  władzę!  Odwieczną,  kobiecą 
władzę. Ale właściwie kto kogo opętał? – zakołatała się w nim ostatnia, zbłąkana 
myśl. Ogromnym wysiłkiem woli zmusił się, by wypuścić ją z objęć.

– Nie wiem, co się stało – wymamrotał – ale wcale mi się to nie podoba.
I w tej samej chwili wybiegł z domu, zostawiając oszołomioną Nicole samą.

Po  nagłym  zniknięciu  Chase'a  Nicole  była  tylko  drżącym  kłębkiem  nerwów, 

targanych  hormonalną  burzą.  Przebrała  się  w  nocną  koszulę  i  wpełzła  do  łóżka, 

background image

lecz  nie  mogła  zasnąć.  Jak  mógł  ją  tak  zostawić?  Dlaczego?  Czyżby  nowa 
zagrywka?

Nie, przecież pojawiło się tego wieczoru coś nowego. Po raz pierwszy Nicole 

poczuła, że zaangażowanie nie jest jednostronne. Nie była jednak pewna, czy jest 
to dla niej źródłem radości, czy raczej niepokoju.

Hipoteza,  że  dla  Chase'a  był  to  wyłącznie  flirt,  dawała  się  zbyt  łatwo  obalić. 

Demoniczne pożądanie, z którym już się nie krył, miało w sobie element hazardu. 
Być może przedtem prowadził z nią grę – i tylko grę – z której mogła się jeszcze 
wypisać.  Teraz  jednak  rozgrywka  wciągnęła  ich  oboje  i  być  może  Chase 
zaangażował się w nią w tym samym stopniu co ona.

Czemu  zatem  ta  perspektywa  ją  przerażała?  Może  tak  naprawdę  bała  się,  że 

mógłby się w niej naprawdę zakochać?

Czy chciałaby tego?
Nicole  zrozumiała,  że  sama  sobie  z  tym  nie  poradzi.  Odczuwała  potrzebę 

porozmawiania z jakąś życzliwą duszą, toteż zadzwoniła do swojej siostry w San 
Francisco.

– Hej, to ja – oznajmiła, nerwowo bawiąc się kablem od słuchawki.
– Hej, Nicole. Miło, że dzwonisz.
Kiedy już wymieniły między sobą plotki o rodzinie, Diane domyślnie przeszła 

do rzeczy.

– Dobrze, a teraz powiedz mi, co się stało.
– Skąd wiesz, że coś się stało?
– Jako twoja starsza siostra zawsze muszę wiedzieć.
– Powiem ci, ale przysięgnij, że nie puścisz pary z ust.
– A komu miałabym mówić?
–  Wiem,  siostrzyczko.  Pewnie  nie  powinnam  dzwonić,  ale  jestem  taka 

skołowana, że musiałam się do kogoś odezwać.

– W takim razie mów.
– Ale naprawdę nikomu nie powiesz? Nawet swojemu kotu?
– Zabij, zamorduj, nie powiem...
– Dobrze, więc słuchaj, jest taki facet u mnie...
– Naprawdę?
– Litości, pozwól mi skończyć. W każdym razie jest facet u mnie w pracy i jest 

też...

– Zaraz, zaraz, to ich jest dwóch? – zdumiała się Diane.
– I tak i nie. Pewnie niejasno ci tłumaczę.

background image

– Spróbuj jeszcze raz.
– Okay. Z powodów, o których na razie nie mogę ci mówić, ktoś został przez 

swoich zwierzchników skierowany do wykonania pewnej pracy w mojej bibliotece. 
Chodzi o to, że ten ktoś normalnie robi co innego i tylko czasowo ma zajęcie u nas. 
Zresztą my oboje... nakazano nam pracować razem. Z tym, że on tak naprawdę nie 
jest moim pracownikiem. Chwytasz?

– Ledwo, ledwo. Ale mów dalej.
– W pracy ten człowiek wygląda jak mól książkowy.
Ale jest zupełnie inaczej. Naprawdę on jest bardzo seksy i bez przerwy ze mną 

flirtuje.  Sądzę,  że  tylko ja  wiem,  jaki  on  jest,  ale  w  gruncie  rzeczy wcale  go  nie 
znam.  Wiem  tylko,  że  kiedy  mnie  całuje...  wiesz,  to  jest  jak  trzęsienie  ziemi.  W 
każdym razie, uważam, że ten facet świetnie bawi się moim kosztem. Rozumiesz, 
w pracy  drażni się z panią  kierowniczką, ale  kiedy wczoraj wieczorem... całował 
mnie... i... Słuchaj, po raz pierwszy wydawał się równie zaangażowany, jak ja. W 
ogóle już nie wiem, co o tym myśleć.

– Ja też – ze śmiechem oznajmiła Diane.
– Zawsze mi pomagałaś!
–  Och,  to  w  sumie  proste.  Spotkałaś  mężczyznę  i  zaczął  ci  się  podobać.  Z 

początku  nie  sądziłaś,  że  może  to  być  z  wzajemnością,  ale  teraz  wydaje  się,  że 
jemu również się spodobałaś. Nie widzę tu żadnego problemu.

– Problem w tym, że kłopoty to jego specjalność.
Nie, inaczej, on nie ściąga na siebie kłopotów, tylko uwielbia je prowokować. 

Jest arogancki, egocentryczny i na milę czuje się w nim zamiłowanie do ryzyka.

– Ach, rozumiem. To samo można było powiedzieć o Johnnym, tak? – bystro 

skojarzyła  Diane.  Jedyna  w  rodzinie  wiedziała,  co  naprawdę  łączyło  jej  siostrę  z 
Johnnym.

– Ty też widzisz podobieństwa, nie? – podchwyciła Nicole. – Dlatego właśnie 

nie chcę się zaangażować.

Przecież wiesz, że ten jedyny raz, kiedy chciałam naprawdę żyć, okazało się, że 

niosę śmierć.

– Powtarzałam ci wtedy, że to, co stało się z Johnnym, nie było twoją winą.
– Pamiętam i nie masz pojęcia, jak bardzo chciałam ci uwierzyć. Niestety, nie 

mogłam nigdy wyzbyć się poczucia winy. Ani lęku.

–  I  dlatego  starasz  się  za  wszelką  cenę  nie  dopuścić  znów  do  głosu 

buntowniczej połowy swojej osobowości.

– O czym ty mówisz?

background image

– Nicole, jesteś teraz szacowną kierowniczką biblioteki, wcieleniem fachowości 

i  opanowania.  Gdzieś  zagubiła  się  tamta  dziewczyna  z  college'u,  szalejąca  z 
chłopakami na motorach.

– Powiedziałaś to tak, jakbym włóczyła się z bandą rozwydrzonych chuliganów 

– zaperzyła się Nicole.

– Powiedziałam dokładnie to, co chciałam powiedzieć.
–  Rozumiem.  Masz  rację  –  z  wahaniem  przyznała  Nicole.  –  Świadomie 

pielęgnuję swój obraz jako osoby ostrożnej i odpowiedzialnej. Pomimo to potrafię 
jeszcze miewać fantazje i nie rezygnować z nich.

– Owszem, nie przeczę. Do swojej pracy podchodzisz z prawdziwą pasją. Ale 

co  potem?  Ciągle  powtarzam  ci,  że  twój  chłodny  sposób  bycia  onieśmiela 
mężczyzn i sprawia, że adorują cię jedynie z daleka.

– A cóż w tym złego?
–  Nic  złego,  jeśli  ktoś  rzeczywiście  jest  stateczny  i  rozważny.  Gorzej,  jeśli 

jedynie na takiego pozuje.

Po  drugiej  stronie słuchawki zapadła  cisza. Długą  chwilę Nicole  zastanawiała 

się nad słowami siostry. Wreszcie westchnęła smutno.

– Coś musi być ze mną nie w porządku. Dlaczego zawsze pociągają mnie takie 

niebezpieczne typy?

Podejrzani faceci w czarnych skórach, niezależni i szaleni?
– I seksowni – dodała Diana.
– Zgadza się.
– A której z nas nie pociągają? – westchnęła siostra.
– Tak, ale ja się ich również boję – przyznała cicho Nicole.
– A nie przyszło ci kiedyś do głowy, że boisz się nie tyle samych mężczyzn, ile 

tego, co sobą reprezentują?

– Nie rozumiem.
–  Posłuchaj,  raz  kiedyś  zapomniałaś  o  wszelkich  hamulcach  i  zakochałaś  się 

bez  pamięci  w  mężczyźnie,  on  zaś  zginął  na  twoich  oczach.  I  choć  nie  była  to 
absolutnie twoja wina, wstrząs na zawsze odbił się na twojej psychice – i być może 
sprawił,  że  od  tej  pory  panicznie  boisz  się,  kiedy  tylko  znów  czujesz  w  sobie  tę 
odrobinę szaleństwa.

– Słowem, myślisz, że także seks, na wszelki wypadek, wybiłam sobie z głowy?
– Niezupełnie. Ale powinnaś to wszystko przemyśleć.

Nicole  posłusznie  rozważyła  słowa  siostry.  Doszła  do  wniosku,  że  odkąd 

background image

spotkała Chase'a, myślała wyłącznie o seksie. Wyobrażała sobie, jak byłoby im w 
łóżku. Wszystko to było zupełnie do niej niepodobne – a przynajmniej niepodobne 
do postaci, w którą się wcieliła. Taka była dawna Nicole – dzika i zbuntowana. W 
końcu Chase doprowadził ją do tego, że sama już nie była pewna, którą z nich jest!

Detektyw  Ellis  Chase,  zrezygnowawszy  tym  razem  z  obstawiania  Nicole 

Larson,  wkroczył  do  swoich  pustawych  apartamentów.  Miał  do  rozpracowania 
sprawę  szulerskiej  szajki  i  nie  zamierzał  tracić  czasu.  Trzeba  szybko  namierzyć 
szefa tego interesu i wynosić się stąd, nim narobi głupstw. Takich jak zakochanie 
się.

Niedbałym ruchem rzucił  klucze  na  stół,  który  służył mu również  za biurko  i 

niechętnie  powiódł  wzrokiem  po  mieszkaniu.  W  porównaniu  z  przytulnym 
gniazdkiem Nicole wydawało mu się puste i bezduszne. Nigdy przedtem go to nie 
drażniło. Lubił puste przestrzenie. Łatwiej było je sprzątać.

Dzwonek telefonu przerwał mu te niewesołe rozmyślania. Szukał go Straud.
– Wydzwaniałem do ciebie przez całe popołudnie – utyskiwał komendant.
– Czy coś się stało? – Chase natychmiast wrócił do zawodowej rutyny.
– Nie, po prostu chciałem dowiedzieć się, jak ci idzie.
– Och, śpiewająco, po prostu śpiewająco – mruknął Chase.
– A Nicole?
– Ach, jest znakomita... – zwłaszcza kiedy chce mi dopiec, dokończył w myśli.
Coś w tonie jego głosu musiało zaniepokoić szefa.
– Czy wy dwoje macie jakieś problemy?
– Czemu pytasz?
– Kiedy po raz pierwszy przedstawiłem was sobie, natychmiast jedno drugiemu 

zaczęło skakać do oczu.

Trudno to nazwać miłym początkiem znajomości.
– Cóż, nie zawsze bywam grzeczny.
– Słyszałem coś o tym – zachichotał Straud.
– A co możesz powiedzieć o Nicole Larson?
– zapytał Chase.
– Znam ją niemal od dziecka.
– Założę się, że pochodzi z szacownej rodziny.
– Tak, jednej z najlepszych tutaj.
Jasne.  Taka  kobieta  ma  styl.  Z  taką  kobietą  nie  można  pójść  ot,  tak  sobie  do 

łóżka, ani kochać się w stodole na stanie. A przy tym jest tak seksowna... Niestety, 
seksowna kobieta z klasą wywoływała w nim fatalne wspomnienia.

background image

– Jesteś tam, Chase? – głos szefa przywrócił go do rzeczywistości.
– Tak, jestem. – Poprawił się na niewygodnym krześle.
– Nicole wspominała mi niedawno, że wszystko idzie dobrze, ale skarżyła się, 

że o niczym jej nie informujesz.

Tłumaczyłem,  że  chodzi  tu  o  względy  bezpieczeństwa,  ale  chyba  nie  była 

przekonana. Wydawała mi się jakaś nieswoja. Nie wiesz czasem, o co chodzi?

– Nie, wydaje mi się, że z Nicole wszystko w porządku.
– Cieszę się. Wiesz, naprawdę nie chciałbym, żeby stała jej się jakaś krzywda. 

Jak  ci  mówiłem,  znam  ją  od  małego  i  nie  byłbym  zachwycony,  słysząc,  że  ma 
zmartwienia.

Znów to samo.  Po raz drugi otrzymał niedwuznaczne ostrzeżenie. Tym razem 

nie  od  nadopiekuńczego  tatusia,  lecz  od  nadopiekuńczego  przyjaciela  domu  i 
rodziny. Na jedno wychodzi. Chase poczuł się nagle napiętnowany i sfrustrowany. 
Chciał jak najszybciej odłożyć słuchawkę.

– Nicole jest wspaniałą dziewczyną i świetnie sobie radzi – zapewnił Strauda. –

Nie musisz się o nią martwić.

Sam za to zaczął się poważnie martwić o siebie. Był pewien, że jeśli nie będzie 

miał się na baczności, Nicole stanie się przyczyną jego klęski. Od czasu zerwania 
tamtych  fatalnych  zaręczyn,  usilnie  starał  się  utrzymać  dystans  wobec  kobiet, 
pozwalając sobie jedynie na flirty.

Z Nicole flirtowało się łatwo i miło. Problem polegał na tym, iż równie łatwo i 

miło mógłby się w niej zakochać. A po doświadczeniach z eks-narzeczoną Chase 
wiedział już, czym to pachnie.

Nicole z radością powitała koniec tygodnia. Wreszcie miała szansę przystrzyc 

trawnik, zrobić pranie i załatwić zaległe sprawy w mieście. Niestety, żadne z tych 
zajęć nie pozwoliło jej całkowicie wyrzucić z myśli Chase'a. Tkwił tam uparcie, co 
chwila przypominając o swojej obecności.

Stanęła przed wystawą sklepu metalowego Behrena, lecz zamiast wejść i kupić 

nowy młotek, wpatrywała się w pasy do noszenia narzędzi, zastanawiając się, jak 
męsko wyglądałby w nich Chase.

Pospacerowała  jeszcze  trochę  po  mieście,  zapłaciła  rachunki  za  czynsz  i 

elektryczność, zajrzała do drogerii.

Na  ostatku  zatrzymała  się  przy  sklepiku  z  tanimi  drobiazgami,  który  cudem 

ocalał w starej dzielnicy Oak Heights. W innych podmiejskich okolicach od dawna 
królowały  już  tylko  osiedlowe  centra  sklepowe.  Nicole  lubiła  to  miejsce,  gdzie 

background image

zachowała się romantyczna atmosfera Starego Kontynentu. Wchodząc tam zawsze 
miała  wrażenie,  że  cofnęła  się  w  czasie.  Nie  dzisiaj  jednak.  Dziś  odkryła,  gdzie 
Chase kupował swoje słynne muchy. Właśnie tutaj.

Mogła  podziwiać  całą  ich  kolekcję,  we  wszystkich  kolorach  tęczy  –  tęczy 

unurzanej  w  błocie.  Trzeba  przyznać,  że  miał  na  tyle  umiaru,  by  nie  kupić 
efektownej  brudnoszarej  muchy  w  zielone  koniczynki.  Nicole  wzdrygnęła  się  i 
wypadła ze sklepiku. Niestety, myśli o tym niemożliwym facecie ścigały ją nadal.

Po raz pierwszy z radością stawiła się w poniedziałek rano do pracy. Lepiej już 

było wziąć byka za rogi, niż dręczyć się jałowymi rozmyślaniami. Tymczasem w 
wyglądzie  jej  prześladowcy  nastąpiła  subtelna  zmiana.  Alvin  zrezygnował  z  nie 
dopasowanej koszuli i muchy na rzecz marynarskiego blezera, niebieskiej koszulki 
z krótkim rękawem i bordowego krawata.

Zmiana,  choć  wyraźnie  dostrzegalna,  nie  mogła  wywołać  niczyich  podejrzeń. 

Jedynie dla Nicole wilk stał się nieco sympatyczniejszym jagniątkiem.

Przez kilka następnych dni w bibliotece szeroko komentowano to wydarzenie.
–  Nie  uważasz,  że  Alvin  wygląda  dziś  o  wiele  korzystniej?  –  zagadnęła  ją

Frieda.

Szkoda, kochana, że nie widziałaś, jak wygląda w czarnych dżinsach i skórze, 

pomyślała Nicole z przekąsem. Od czasu tamtego wieczoru, kiedy wróciła z randki 
z  Grantem,  widywała  w  pracy  tylko  Alvina.  Zniknął  ten,  który  pocałunkami 
doprowadzał ją do szaleństwa. Dziwne, lecz to właśnie stało się źródłem nadziei. 
Może, tak jak i ona, trwał pod wrażeniem dzikiej pasji,  która ogarnęła ich oboje. 
Kilka razy dostrzegła, że patrzy na nią tak, jak gdyby widział ją po raz pierwszy.

Nagle  dostrzegła uważny  wzrok  koleżanki  i  zauważyła,  że  od  dłuższej  chwili 

obraca bezmyślnie w palcach kartę z katalogu.

– Chyba wziął pod uwagę twoją radę – stwierdziła Frieda.
– Kto taki? – spytała nieprzytomnie.
– No, Alvin. Zastanawiające, jak od razu się zmienił.
Wystarczyło, by  pozbył się  muchy  i  zrezygnował  z  tej  ulizanej  fryzury,  a  już 

przestał wyglądać jak fajtłapa.

Założę  się,  że  gdyby  stał  się  bardziej  towarzyski  i  nabrał  pewności  siebie, 

okazałby się całkiem interesującym mężczyzną – podsumowała Frieda.

Nie  tylko  ona  zresztą  zauważyła  zmianę  w  wyglądzie  kolegi.  Michelle  po 

przyjściu  na  dyżur  również  nie  omieszkała  wygłosić  stosownego  komentarza. 
Kiedy jeszcze wypowiedziała swoje uwagi Anna, Nicole zaczęła tracić cierpliwość.

– Wiem, wiem, wziął sobie do serca wszystkie dobre rady. Już o tym słyszałam 

background image

– stwierdziła ze zniecierpliwieniem.

–  Ale  szkoda,  że  nie  widziałaś,  jak  poczynał  sobie  z  dwunastoletnimi 

panienkami.  Uznały, że  wygląda  jak  młody naukowiec  i  zagadywały  go  o  fizykę 
kwantową. Pękałam ze śmiechu – dodała Anna.

Niewinne  zaloty  dwunastolatek  rozbawiły  Nicole,  ale  kiedy  później  do  grona 

adoratorek dołączyły szesnastolatki, poczuła się nieco... zazdrosna.

Z  zawodowego punktu  widzenia powinna  się  cieszyć,  że  nowy  adept  przestał 

kompromitować wizerunek męskiego  pracownika biblioteki. Czy jednak Chase w 
postaci  Alvina  nie  posunął  się  za  daleko,  niedostrzegalnie  zmierzając  w  stronę 
seksu?  Widząc,  jak  zachwycone  panienki  dosłownie  zawisają  wzrokiem  na  jego 
wargach,  gdy  wykłada  im  podstawy  obsługi  komputera,  nabrała  nagle  ochoty 
oblania zimną wodą ich roztrzepanych fryzur.

Jednak  widok  Alvina,  nawet  w  nowej  postaci,  niewiele  mówił  jej  o  tym,  co 

zamierza Chase. Może pochłaniało go śledztwo? Nie miała nawet okazji spytać.

Okazja pojawiła się jednak niespodziewanie, już tego samego wieczora. Nicole 

skończyła właśnie oglądać dziennik o dziesiątej i zmierzała do kuchni z pustą misą 
po sałatce. Niespotykane w wiosennej porze upały sprawiły, że zaczęła zazdrościć 
swojej młodszej siostrze z Alaski. Z irytacją spojrzała na klimatyzatory w oknach. 
Świetnie  radziły  sobie  z  gorącem,  lecz  jej  budżet  domowy  o  wiele  gorzej  radził 
sobie  z  zużyciem  prądu.  Niestety,  posada  kierowniczki biblioteki  nie  należała  do 
najlepiej płatnych. Kręciła się po kuchni, klnąc pod nosem, że będzie znów musiała 
zacisnąć pasa, kiedy nagle zobaczyła zarys znajomej postaci za szybą drzwi.

Mogła  sobie  pogratulować.  Nie  wrzasnęła.  Nie  upuściła  nawet  szklanej  misy. 

Po prostu podeszła do kuchennych drzwi i spokojnie je otworzyła.

–  No,  niech  zgadnę  –  mruknęła.  –  Przechodziłeś  właśnie  przypadkiem  i 

postanowiłeś zajrzeć, tak?

–  Nareszcie  zadbałaś  o  zamki.  –  Wchodząc  do  środka  zerknął  z  aprobatą  na 

lśniącą zasuwę.

–  Rozumiem,  przyszedłeś  zbadać,  czy  dobrze  zabezpieczyłam  się  przed 

włamaniami. Świetnie, ale dlaczego o takiej porze?

Chase doszedł do wniosku, że raczej powinien zbadać stan swego umysłu. Po 

ostatnim seansie doprowadzających do szaleństwa pocałunków, powinien trzymać 
się z daleka od tej kobiety. Tymczasem, znów znalazł się w jej domu. Nie bardzo 
wiedział, dlaczego spieszył się tam, gnany nagłym impulsem.

– Rzeczywiście, nie był to najlepszy pomysł – wyznał szczerze.
– Pewnie. Ciebie żadne zamki nie powstrzymają – zauważyła kąśliwie.

background image

– Dziękuję za komplement.
Nie chciała, by odszedł. Nie teraz, kiedy wreszcie się odsłonił.
– Jadłeś kolację?
Zmarszczył brwi, na próżno usiłując sobie przypomnieć.
– Mógłbyś sobie coś przygotować. Tym razem mam mięso – kusiła Nicole.
Chase  uświadomił  sobie  nagle,  że  dosłownie  umiera  z  głodu.  Przez  kilka 

ostatnich dni podjadał coś tylko w nielicznych wolnych chwilach. Śledztwo nabrało 
tempa, w dodatku przybrało dosyć nieoczekiwany obrót. Nie miał czasu myśleć o 
jedzeniu.

– Skoro mnie tak namawiasz, dobrze. Ale nic nie szykuj, sam się obsłużę.
Pomyszkował w lodówce, po czym zaczął robić sobie kanapkę jeszcze bardziej 

imponującą niż poprzednio. Nagle zamarł i uniósł głowę nasłuchując.

– Co to za głosy?
Dopiero po chwili skojarzyła, że chodzi mu o hałasy dochodzące z salonu, nie 

zaś o głos wewnętrzny, nakazujący jej czujność i rozsądek.

– Och, to tylko telewizor. Właśnie oglądałam dziennik.
Chase,  uspokojony,  dokończył  dzieła,  tworząc  kanapkę  godną  olbrzyma,  po 

czym zagadnął niedbałym tonem:

– Wiesz, miałem wczoraj długą rozmowę z Daytonem.
– Wiem, przecież przyszedł do mnie. Ale co ty mu właściwie powiedziałeś?
–  Jak  to  co?  –  Spojrzał  na  nią  zdziwiony,  zdobiąc  swój  majstersztyk 

fantazyjnym wzorem z musztardy.

– Po prostu, jak udało ci się go przekonać?
Miesiącami proponowałam mu, że nauczę go czytać – i nic. Ty pogadałeś z nim 

raz, a on natychmiast przygnał do mnie żądny wiedzy.

– Cóż, widać mam dar przekonywania.
Musiała  przełknąć  tę  uwagę,  gdyż  trudno  jej  było  zaprzeczyć,  lecz  temat 

Daytona nie został jeszcze wyczerpany.

– Czy nadal uważasz go za podejrzanego?
– Uważam, że chyba miałaś rację – stwierdził, dokładając jeszcze płat pieczonej 

wołowiny i dwa plasterki pomidorów do swojej kulinarnej wieży Babel.

– Miałam rację?
– W tej chwili wydaje mi się mało prawdopodobne, by Dayton był tym, którego 

szukamy.

– No, no! Po raz pierwszy się ze mną zgadzasz.
– Tylko nie wbijaj się zbytnio w dumę – ostrzegł.

background image

Kanapka prezentowała się już tak zachęcająco, że Nicole zrobiła sobie podobną, 

choć  o  wiele  skromniejszych  rozmiarów.  Kiedy  wszystko  było  gotowe,  oboje  w 
milczącym  porozumieniu  udali  się  do  salonu  i  zasiedli  na  kanapie  przed 
telewizorem,  gdzie  zaczął  się  akurat  wieczorny  kryminał.  Kiedy  zjedli  już 
wszystko do ostatniego okruszka, Nicole, by zyskać na czasie, sięgnęła po czarkę z 
miętowymi  pastylkami.  Każde  wzięło  po  jednej.  Przez  tę  krótką  chwilę  zdążyła 
sobie przemyśleć pewną delikatną kwestię.

–  Wiesz,  cieszę  się,  że  popracowałeś  trochę  nad  swoim...  to  znaczy  nad 

wyglądem Alvina.

– Sądzę, że ludzie to zaakceptowali.
–  Przez  „ludzi"  rozumiesz  zapewne  seksowne  nastolatki?  –  nie  darowała 

Nicole.

– Nie wydajesz się tym zachwycona – zauważył z uśmieszkiem.
– Skąd, cieszę się, że wreszcie zdecydowały się odwiedzić bibliotekę. Wiele z 

nich nie przestąpiło jej progu, odkąd przestały chodzić tu na bajki.

–  Można  więc  powiedzieć,  że  każde  z  nas  na  swój  sposób  działa  na  rzecz 

biblioteki. Ja ściągam do niej młodzież, a ty... starasz się o poparcie w rejonie.

– Uhm...
– Popatrz tylko, co za bzdury! – prychnął znienacka Chase. – Jakim cudem ci 

faceci mogą bawić się w strzelaninę w przestrzeni tak zamkniętej jak tunel metra? 
Zupełnie jakby nigdy nie słyszeli o rykoszetach.

Popatrzyła na niego i zaczęła się zastanawiać, czy również narażał się na kule, 

wszystko jedno, rykoszetujące czy nie. Zdenerwowała się nagle, sięgnęła po pilota 
i przełączyła program na wieczorny teleturniej.

– Co robisz?
– Wyraźnie drażnił cię tamten film. Po co masz się niepotrzebnie przejmować?
– Boże, iloma rzeczami muszę się przejmować. Ale nie znaczy to, bym miał ich 

unikać.

Nicole nie była pewna, czy Chase ma na myśli tylko telewizję.
– A jeśli nie unikasz, jak sobie radzisz? – zapytała ostrożnie.
–  Po  prostu  zaczynam  działać  –  odparł,  sięgając  do  pilota,  którego  ciągle 

trzymała w ręku i włączając kryminał.

Z żalem pomyślała, że jednak nie mówił o nich. Nagle Chase odwrócił się ku 

niej.

–  Przejmuję  się  tobą,  wiesz?  –  mruknął.  –  I  tego  zmartwienia  też  nie  będę 

unikał.

background image

– Mną? – zdziwiła się.
Przytaknął bez słowa.
– A przejmowanie się kimkolwiek nie leży w twojej naturze, co? – stwierdziła 

nagle odkrywczo. – Wolałbyś zapewne sam nie dawać komuś spokoju.

Strzał był celny. Chase sam nie  wiedział, czy ma się  martwić,  czy cieszyć jej 

przenikliwością.  Jednego  tylko  był  pewien  –  nie  potrafił  oderwać  się  od  tej 
dziewczyny.

– Jeśli taka kobieta jak ty nie daje mi spokoju, wszystko musi się komplikować 

– mruknął  i  widząc  zmieszanie  Nicole,  otoczył  ją  ramieniem  i  przyciągnął  do 
siebie.  –  A  najbardziej  komplikuje  mi  życie  to,  że...  –  kciukiem  wolnej  ręki 
delikatnie obrysował jej dolną wargę – ... że masz takie namiętne usta.

Wiedziałaś o tym?
Pokręciła głową, czując na wargach lekką szorstkość palców. Teraz już mogła 

dostrzec  głód  w  ciemnych  oczach  mężczyzny.  Wiedziała,  czego  pożąda,  lecz  nie 
mogła jeszcze dać mu tego, czego pragnął. Jeszcze nie teraz...

–  Nie  znam  cię  na  tyle  dobrze,  by  pozwolić  sprawom  zajść  tak  daleko,  jak 

zapewne byś chciał. Przecież całowaliśmy się tylko dwa czy trzy razy.

– Zaraz powiem ci dokładnie. – Szybko musnął jej usta. – To jest nasz czwarty 

pocałunek. A teraz następny... trochę wolniej... – wyszeptał, podniecająco wodząc 
językiem po wargach Nicole.

Dreszcz rozkosznego oczekiwania przebiegł jej po krzyżu. Dotychczas chłonęli 

siebie  szybko  i  żarliwie.  Teraz  zaczynało  narastać  powoli  budowane  napięcie, 
pełne  drobnych  wahań  i  pauz,  pozwalających  napawać  się  miłymi  szczegółami. 
Pełnym  kształtem  jego  dolnej  wargi.  Smakiem  pocałunku,  delikatnie 
przyprawionym miętą.

– Sześć – sam seks.
Wszystko  się  zgadzało.  Namiętność,  z  jaką  zaliczał kolejny  punkt,  rozbudziła 

jej zmysły. Z pasją odkrywcy badał cudowne szczegóły – rozkoszny smak jej ust, 
grzeszną giętkość języka, szlachetną emalię zębów.

– Siedem – jesteśmy w siódmym niebie.
Byli.  Wpił się w usta Nicole, jakby chciał wyssać z niej duszę. Nie pozostała 

mu dłużna.  Mogliby tak trwać wiecznie, gdyby nie okrutna konieczność nabrania 
oddechu.

– Osiem – pieszczę cię głosem.
Powiódł  wargami  ku  delikatnemu  płatkowi  ucha  i  pomrukując  jął  skubać  go 

zębami. Nicole zadrżała, zaskoczona nową, nieznaną podnietą. Jak upajająca mogła 

background image

być  pieszczota  dźwięków!  Czuła  bliskie  tchnienie  jego  oddechu  i  wibracje 
namiętnych  pomruków.  Doznania  słuchu  i  dotyku  połączyły  się  w  rozkosznej 
harmonii.

– Dziewięć – masz szyję jak łabędź.
Opuszczał  się  na  sznurze  pocałunków  wzdłuż  napiętego  łuku  jej  szyi,  każde 

miejsce obdarzając drobną pieszczotą języka. Zawczasu już wsunął palce we włosy 
Nicole,  odgarniając  jedwabiste  pasma,  by  odsłoniły  gładki  kark,  ku  któremu 
zmierzał.

– I dziesięć – w podróż spieszę.
Zastanawiała się sennie, dokąd tak mu spieszno.
Wkrótce  się  przekonała.  Zaczął  po  kolei  odwiedzać  wszystkie  już  poznane 

miejsca,  delektując  się  nimi  jak  kot  śmietanką.  Nicole  nie  miała  pojęcia,  jak 
zabawne może być całowanie. Kiedy znów dotarł do jej ust, ich języki przekornie 
zaczęły bawić się w chowanego.

Gdzieś  pomiędzy  dwudziestym  a  dwudziestym  piątym  pocałunkiem  Nicole 

zdołała wyrwać się z zaklętego kręgu przyjemności.

– Starczy – wydyszała.
– Teraz już mnie znasz? – dopytywał się kpiąco.
– Poznałam cię na tyle, na ile chciałam – oświadczyła.
– Jesteś pewna?
– Jestem.
–  W porządku. –  Wypuścił ją  z objęć tak posłusznie, że natychmiast  stała  się 

podejrzliwa. Co teraz knuje?

–  pomyślała  zaniepokojona.  Nie  była  jeszcze  emocjonalnie  przygotowana  na 

kochanie się z nim.

Jednak,  ku  jej  wielkiej  uldze,  Chase  nie  nalegał.  Wstał  i  pomógł  jej  się 

podnieść.

– Odprowadź mnie do drzwi – poprosił.
–  Wiesz  co  –  powiedziała,  prowadząc  go  w  stronę  kuchni  –  dzisiaj 

ustanowiliśmy rekord. To był najdłuższy okres bez kłótni.

– Owszem. Może od tej pory zacznie się coś nowego.
– Może – zgodziła się.
– Wobec tego...
Nicole ze śmiechem położyła mu palec na ustach.
– Idź już, bo wszystko zepsujesz.

background image

Następnego  ranka w  pracy  Nicole, nieobecna  duchem, przebywała  w  różowej 

krainie marzeń. Dopiero po przerwie obiadowej została gwałtownie przywołana do 
rzeczywistości.  Nagle  zobaczyła,  że  ktoś  kręci  się  między  regałami.  Coś  w  jego 
zachowaniu wydawało się podejrzane. Niestety, akurat nie było Chase'a. Miał tego 
dnia ruchomy czas pracy, podzielony między ranek i popołudnie.

Nicole była już skłonna sądzić, że ma zbyt bujną wyobraźnię, kiedy zobaczyła, 

jak tajemniczy osobnik wyjmuje książkę z górnej półki, wsuwa coś między kartki, 
a następnie wkłada tom na miejsce.

A  jednak!  Stwierdziła,  że  musi  natychmiast  coś  zrobić.  Może  do  kogoś 

zadzwonić?  Niestety,  mężczyzna  szybko  ruszył  ku  wyjściu,  a  ona  mu  się  nawet 
dokładnie nie przyjrzała. Nie pozostało nic innego, jak tylko iść za nim.

–  Wychodzę  na  moment  –  rzuciła  w  pośpiechu,  mijając  biurko  Michelle.  –

Zaraz wracam.

Wypadła  na  ulicę  i  rozejrzała  się  ostrożnie.  Był!  Szedł  w  stronę  parku 

przeciwległą  stroną  ulicy.  Szybko  przebiegła  jezdnię.  Kilku  przechodniów 
zmierzało w tę samą stronę; dzień był upalny, a parkowa zieleń kusiła chłodem.

Zachowując stosowny dystans, podążała za podejrzanym typem, w nadziei, że 

zdoła wreszcie zobaczyć jego twarz. Sam opis pleców przestępcy z pewnością nie 
zadowoliłby  detektywa  Ellisa.  Tymczasem  śledzony  skręcił  za  róg  i  zniknął  za 
szpalerem bujnych  bzów,  którym park  zawdzięczał swoją nazwę.  Kiedy dobiegła 
tam, nie zobaczyła już nikogo.

background image

Rozdział 5

Nicole  bezradnie  rozejrzała  się  wokoło.  Mężczyzna  zapadł  się  jak  kamień  w 

wodę.  W  tej  części  ogrodu  alejki  były  kompletnie  puste.  Jakim  cudem  mógł  tak 
nagle zniknąć jej z oczu?

Kompletnie  zdezorientowana  rozważała  właśnie  tę  kwestię,  kiedy  nagle  ktoś 

złapał  ją  z  tyłu  i  błyskawicznie  wciągnął  w  gęstwinę  krzaków.  Brutalna  dłoń 
zakryła jej usta, tłumiąc krzyk.

Nicole zamarła ze strachu. A więc ten człowiek nie zniknął, tylko zasadził się 

na nią, zorientowawszy się, że jest śledzony.

Trzymał ją w mocnym uścisku. Ze wstrętem poczuła mdłą woń taniej whisky i 

brudnych łachów. Zacisnęła powieki, usiłując zapanować nad sobą.

Spokojnie. Nie panikować. Trzeba uciekać.
– Tylko nie próbuj numeru z gryzieniem – zasyczał jej w ucho dziwnie znajomy 

głos.

Działo się coś strasznego. Ze strachu ma chyba przywidzenia. Przecież to jest 

głos Chase'a!

–  Słyszysz  mnie? –  powtórzył  nieznajomy,  odwracając  ją  ku  sobie,  by  mogła 

dojrzeć jego twarz.

Oczy.  Te  brązowe  oczy,  lekko  opadające  w  kącikach.  I  usta.  Przecież  je 

całowała...  Chase!  Poczucie  ulgi  było  tak  wielkie,  że  dosłownie  ugięły  jej  się 
kolana.

– Tylko mi tu nie mdlej – warknął.
Wciągnęła  głęboko  powietrze  i  skrzywiła  się,  gdy  nos  podrażniła  jej  mdła, 

cuchnąca woń. Ubrany był jak najgorszy lump i tak też śmierdział.

Chase, wyraźnie zadowolony, że jego zdobycz nie ma zamiaru ani zemdleć, ani 

krzyczeć, odsłonił usta Nicole. Zamiast tego mocno chwycił ją za ramiona.

– Co ty sobie, do licha, wyobrażasz? – wycedził wściekle. – Mało brakowało, 

żebyś  mi  wszystko  popsuła,  ty  idiotko!  –  Nie  wytrzymał  i  potrząsnął  nią 
gwałtownie. – Skąd ci przyszedł do głowy taki durny pomysł?

Patrzył na nią z tak nie ukrywanym oburzeniem, że biedna Nicole miała ochotę 

zapaść się pod ziemię ze wstydu i upokorzenia. Wściekłość dosłownie gotowała się 
w jego głosie.

–  Zobaczyłam,  jak  wsuwasz  coś  do  książki  –  wyjąkała.  –  Nie  wiedziałam 

wtedy, że to ty. Widziałam tylko jakiegoś mężczyznę. Zaczęłam iść za tobą i...

background image

– Nie musisz mi mówić, co robiłaś! Wchodziłaś mi w drogę!
– Skąd miałam wiedzieć, że to ty? – próbowała się bronić. – Chciałam ci tylko 

pomóc.

–  Dziękuję  za  taką  pomoc!  Następnym  razem  może  się  to  źle  dla  mnie 

skończyć.

Ostre  słowa  uderzały  boleśnie  jak  ciosy,  raniąc  Nicole  do  głębi.  Chase 

nieświadomie  dotknął  skrywanego  urazu.  Wina.  Kara.  Dwa  bliźniacze  demony, 
które od  lat torturowały jej sumienie. Mógł  zostać zabity i byłaby to jej  wina. O, 
Boże,  nie, nie chcę być znów odpowiedzialna, kołatała jej  się w głowie  dręcząca 
myśl. Stary koszmar znów odżył na nowo.

Chase zdawał sobie sprawę, że jest okrutny – ale do diabła, przecież śledząc go 

w  ten  sposób,  strasznie  się  narażała.  Wolał  sobie nie  wyobrażać, co  by  się  stało, 
gdyby  Nicole  rzeczywiście trafiła na  cwaniaka obstawiającego nielegalny  zakład. 
Albo  wręcz  na  członka  przestępczej  bandy.  Wszystko  mogło  się  zdarzyć,  choć 
dotychczas gang nie stosował przemocy.

Ale szczur, zagoniony do kąta, atakuje. Czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę, 

na co się naraża?

–  Jeżeli  dalej  będziesz  się  tak  głupio  zachowywać,  osobiście  wsadzę  cię  za 

kratki – oznajmił.

– Zapewniam cię, że nie ma potrzeby – odpowiedziała, prostując się dumnie, by 

ukryć  rozpacz.  Głupie  popisy,  zaśmiała  się  gorzko  w  duchu.  Teraz  widzisz,  do 
czego prowadzi działanie bez myślenia.

– Proszę, pozwól mi odejść – dodała błagalnie.
W  tym  momencie  Chase  uświadomił  sobie,  jak  głęboko  ją  zranił.  Z  bladej 

twarzy  patrzyły na niego ogromne zielone oczy.  Ich wyraz dosłownie poraził go. 
Spojrzenie Nicole, tak zwykle żywe i ciepłe, stało się puste, wyprane z wszelkich 
emocji. Po raz pierwszy widział ją w takim stanie.

Radosne wrzaski grupki dzieci bawiących się nie opodal odwróciły na moment 

jego  uwagę.  Natychmiast  wykorzystała  okazję.  Wyślizgnęła  się  z  jego  ramion  i 
pognała alejką, jakby ścigał ją sam diabeł.

Nie  próbował  jej  zatrzymywać.  W  końcu  nie  mógł  się  dziwić,  że  uciekła. 

Przycisnął  ja  zbyt  mocno  –  lecz  nie  miał  wyjścia.  Napędziła  mu  stracha;  kto  by 
przypuszczał, że zacznie go śledzić?

Teraz, kiedy już nieco ochłonął, musiał z niechęcią przyznać, , że zasłużyła na 

podziw. Trzeba mieć odwagę i bystry umysł, żeby nie zgubić przeciwnika. Dobrze 
jej szło, była ostrożna i zachowywała dystans. Niejeden nawet nie zauważyłby, że 

background image

jest śledzony. Ale on wiedział.

Dziwne... Jakim cudem kobieta o takim stylu i sposobie bycia może nagle wejść 

w rolę  wyszkolonej agentki? Pomimo całej złości na  Nicole, musiał przyznać,  że 
była  odważna.  Niepokojący  natomiast  był  fakt,  że  do  tego  stopnia  ogarnęła  go 
wściekłość.

Na  samą  myśl,  że  Nicole może coś  zagrażać, czuł lodowaty ucisk  koło  serca. 

Dopóki  na  jej  widok  krew  wrzała  mu  w  żyłach,  łatwo  mógł  wytłumaczyć  swoje 
uczucia.  Ale  paniczny  lęk  o  tę  kobietę  był  sygnałem  czegoś  o  wiele 
poważniejszego.  Zaangażowania.  Głębokiego  zaangażowania.  Wreszcie  stało  się 
to,  czego  się  obawiał.  Niesamowite!  I  wbrew  pozorom  nie  rozpaczał  tak,  jak 
uczyniłby to kilka tygodni temu.

Nie da się ukryć. Wpadł. Po uszy.
Zachwycające.  Nie  tylko  stracił  szansę  nakrycia  jednego  z  przestępczych 

ptaszków,  lecz  zapewne  podpadł  na  dobre  Nicole.  Trudno,  później  z  nią 
porozmawia. Teraz czeka go robota.

– I co, udało ci się? – zapytał Eddie.
–  Tak,  bez  problemu  –  odparł  Leo.  –  Opracowałem  harmonogram 

przyjmowania zakładów i system przekazów.

– A ten nowy facet się pokazał?
– Jaki facet?
– Nowy klient. Miał podać stawkę... poczekaj.
–  Eddie  szybko  przewertował  plik  trzymanych  w  ręce  karteczek.  –  Tak, 

zostawił wiadomość.

– Interes się rozwija – zauważył Leo.
– Mowa! Przeniesienie kontaktów do  tej biblioteki było dobrym posunięciem. 

W poprzednim miejscu zaczęli już coś podejrzewać. W porę ich wyczułem.

Mówię ci, mam nosa do tych spraw. Istny szósty zmysł.
– Czytałem ostatnio interesującą książkę o postrzeganiu pozazmysłowym.
– Daj spokój, to mnie nie interesuje. Stanowczo za dużo czytasz i to jest twoja 

podstawowa wada.

Powinieneś używać życia, a nie czytać o nim w książkach.
– Ten rodzaj pracy, który mi zleciłeś, dostarcza wystarczających emocji.
– Czyżbyś narzekał?
– Nie, skąd – skwapliwie zaprzeczył Leo. – Tak sobie tylko powiedziałem.
–  Bo  wiesz,  jest  jeszcze  cała  masa  ludzi,  którzy  z  chęcią  podjęliby  się  tej 

background image

roboty. Nie musiałem brać ciebie.

– Zdaję sobie sprawę.
– Gdybyś nie był krewnym mojej żony...
– Więc możesz mi zaufać – szybko wtrącił Leo.
– Trzeba dostrzegać także i dobre strony.
– To już pozostawiam tobie. Sam muszę pilnować forsy.

Nicole  wróciła  do  biblioteki,  gdzie  natychmiast  zamknęła  się  w  toalecie. 

Pochwyciwszy  mydło  zaczęła  dokładnie  szorować  ręce,  by  zmyć  nieznośną  woń 
whisky.  Wreszcie  spryskała  twarz  zimną  wodą  i  zaciskając  z  wściekłością  zęby, 
nakazała sobie spokój.

Trzymając  się  kurczowo  krawędzi  umywalki,  usiłowała  stłumić  rozpaczliwy 

szloch.  Okłamywała  samą  siebie.  Chase  potraktował  ją  jak  przelotną  znajomość. 
Nic  go  nie  obchodziła.  Kiedy  weszła  mu  w  drogę  i  popsuła  szyki,  skończyły  się 
sentymenty.

Mało  tego,  naraziła  go  na  niebezpieczeństwo.  Każdy  mężczyzna  na  jego 

miejscu byłby wściekły. Sama była wściekła na siebie. Czy nigdy nie zmądrzeje?

Na  pocieszenie  próbowała  sobie  wmówić,  że  w  porę  została  przywołana  do 

porządku, nim jeszcze sprawy z Chase'em zaszły za daleko. Kto wie, jakie jeszcze 
głupstwa mogłaby popełnić...

Z  ogromnym  wysiłkiem  zmobilizowała  się,  by  wyjść  z  łazienki  i  pokazać się 

zaintrygowanym pracownikom.

– Dobrze się czujesz? – zapytała z troską Michelle.
– Tak szybko stąd wypadłaś, a teraz wróciłaś i źle wyglądasz.
– To prawda, nie czuję się dobrze – przyznała Nicole z bladym uśmiechem. –

Głupio zrobiłam biegając po mieście w taki upał.

Rzeczywiście  nie  czuła  się  najlepiej,  jednak  bohatersko  postanowiła  nie 

poddawać  się  ponurej  rozpaczy.  Obsługiwała  klientów  niezwykle  sumiennie, 
zarzucając  ich  nadmiarem  informacji.  Wytężona  praca  stała  się  dla  niej  jedyną 
ucieczką od dojmującej pustki i żalu.

Kiedy jednak wróciła do domu, przeżycia całego dnia i tłumione emocje doszły 

do  głosu  z  całą  siłą.  Zaledwie  zamknęła  za  sobą  drzwi,  zaczęła  spazmatycznie 
szlochać.

Jak  ślepiec  weszła  po  schodach  do  sypialni,  zrzuciła  ubranie  i  poszła  wziąć 

długi, gorący prysznic. Łzy mieszały się ze strumieniami wody.

Później włożyła miękką bawełnianą domową suknię i powoli zeszła na dół, by 

background image

na  wszelki  wypadek  sprawdzić  zamki.  Teraz,  kiedy  nie  miała  już  czym  płakać, 
czuła  się  pusta  jak  wyrzucona  przez  morze  muszla.  Nie  chciała  widzieć  tego 
człowieka.  Ani  dziś,  ani  jutro.  W  ogóle.  Szkoda,  że  muszą  jeszcze  razem 
pracować...

Kiedy weszła do kuchni, zobaczyła stojącego tam Chase'a. Zamknięte drzwi nie 

stanowiły  widać dla  niego przeszkody. Ubrany był  w swój  firmowy  strój:  czarną 
koszulkę, skórzaną kurtkę i seksowne dżinsy z dziurami, w których widziała go po 
raz pierwszy w biurze Strauda.

– Zabieraj się stąd. – Głos Nicole mroził lodem.
Chase nie należał jednak do mężczyzn, którzy łatwo się zniechęcają.
– Musimy porozmawiać – oświadczył.
– Chciałeś powiedzieć: musimy sobie nawymyślać – poprawiła go lodowatym 

tonem, gwałtownym ruchem zaciskając pasek sukni. – Zdaje się, że ostatnio sobie 
ulżyłeś.

Chase  nie  oczekiwał,  że  Nicole  przyjmie  go  w  pogodnym  nastroju,  ale  nie 

spodziewał  się  aż  takiego  chłodu  i  dystansu.  Znał  tylko  jedną  drogę  przełamania 
tego muru obojętności – doprowadzenie jej do wściekłości, pasji, tak, by wreszcie 
zaczęła  z  nim  rozmawiać.  Krzyczeć,  wymyślać...  – wszystko  było  lepsze,  niż  to 
oskarżycielskie, milczące spojrzenie.

– To, co zrobiłaś dzisiaj, było bardzo głupie – stwierdził.
– Już mi o tym mówiłeś – odpowiedziała obojętnym tonem.
– Ale nie wiem, czy to w ogóle do ciebie dotarło.
– W porządku, dotarło. A teraz idź.
– Nie pójdę, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.
– Dobrze, w takim razie zostań, a ja wyjdę.
–  Mówiąc  to,  skierowała  się  w  stronę  frontowych  drzwi.  Nagle  uświadomiła 

sobie  jednak,  że  nie  jest  ubrana  do  wyjścia  i  zawróciła  z  wahaniem,  zamierzając 
pójść do sypialni.

Chase błyskawicznie wykorzystał okazję i zagrodził jej drogę.
– Nicole, reagujesz zbyt emocjonalnie.
Zesztywniała.
– Zbyt? A jak mogę reagować po tym, jak mnie napadłeś, a potem zrobiłeś mi 

awanturę i...

–  Nie  zrobiłem  awantury  – przerwał  jej  szybko,  zadowolony,  że  wreszcie 

pokazała  swój  dawny,  ognisty  charakter.  –  Trochę  na  ciebie  pokrzyczałem,  to 
wszystko.  Strasznie byłem  zdenerwowany  z  twojego powodu.  Straud  powiedział, 

background image

że mnie zabije, jeśli spadnie ci choć włos z głowy.

–  Zapewniam,  że  ani  ty,  ani  twój  szef  nie  musicie  się  o  mnie  martwić  –

wycedziła. – Obiecuję, że będę grzeczną dziewczynką, pracowicie wysiadującą w 
bibliotece za stosami książek.

Postanowił wypróbować inną taktykę.
–  Słuchaj,  ja  naprawdę  mogę  zrozumieć,  dlaczego  tak  zrobiłaś.  Wiem,  że 

chciałaś mi pomóc i zdaję sobie sprawę, że trochę za mocno cię przycisnąłem.

– Trochę!
– Za bardzo się zdenerwowałem.
–  Nie  dziwię  się,  skoro  szef  zagroził,  że  oberwiesz,  jeśli  coś  mi  się  stanie  –

szydziła.

– Nie, dlatego, że ja sam się o ciebie martwiłem.
Cholernie się martwiłem. Zależy mi na tobie, dziewczyno! Nie rozumiesz tego? 

– zawołał, wytrącony z równowagi oskarżycielskim tonem Nicole.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– I w ten sposób dajesz komuś do zrozumienia, że ci na nim zależy? Drąc się na 

niego?

– Tak – spojrzał jej prosto w oczy.
– Zresztą wszystko jedno – odwróciła wzrok.
– Wcale nie, do cholery! – wykrzyknął i pochwycił ją w ramiona.
Łatwiej byłoby jej oprzeć się zmysłowej pasji jego pocałunków niż czułości, z 

jaką dotknął wargami jej ust. Czar znów zaczynał działać.

Lecz  nie  była  już  zdolna  mu  wierzyć.  I nie  mogła  sobie  pozwolić  na  kolejną 

chwilę zapomnienia.

– Nie! – wyrwała mu się nagle. – Nie, drugi raz mi tego nie zrobisz. Tym razem 

nie uda ci się omamić mnie tak, bym zapomniała, jak się nazywam.

–  Zgoda,  skrzywdziłem  cię  –  burknął.  –  I  przepraszam  za  to.  Ale  czy  nie 

możesz  zrozumieć,  że  byłem  tak  cholernie  zdenerwowamy,  ponieważ  martwiłem 
się  o  ciebie?  Kiedy  ochłonąłem,  sam  zrozumiałem  bezsens  tych  krzyków.  I  jeśli 
chcesz  wiedzieć,  muszę  sprawiedliwie  przyznać,  że  cię  podziwiam.  Zaskoczyłaś 
mnie, wiesz? Nie spodziewałem się po tobie tak spontanicznego zachowania.

– Raczej głupiego, jak to sam określiłeś.
– Zachowałaś się lepiej, niż ktokolwiek inny na twoim miejscu. Utrzymywałaś 

odległość, kryłaś się...

– Właśnie, powinnam skryć się gdzieś – przerwała mu gorzkim tonem. – Przed 

tobą, przed tymi wszystkimi problemami.

background image

–  Takie  nastawienie  nie  pasuje  do  kogoś  o  twoim  temperamencie.  Ty 

angażujesz  się  we  wszystko  całą  duszą  i  nie  należysz  do  osób,  które  zajmują 
miejsca w tylnych  rzędach. Nie masz zwyczaju oddawać pola bez walki. Dlatego 
zastanawiam  się,  dlaczego  wtedy  tak  się  poddałaś...  nie  dziwiłbym  się  nawet, 
gdybyś  walnęła mnie na  odlew, czy coś  w tym stylu. Tymczasem popatrzyłaś na 
mnie  tymi  swoimi  wielkimi  zielonymi  oczami  z  rozpaczą,  jak  skrzywdzone 
dziecko.

–  Proszę,  proszę,  nawet  czujesz  się  winny!  Daj  sobie  z  tym  spokój  –

wykrzyknęła.

–  Nie  czuję  się  winny,  tylko  chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  tak  zareagowałaś. 

Chcę zrozumieć.

– Przez ciebie czuję się jak nieostrożne dziecko, które wszystko może popsuć, a 

to mi się nie podoba.

Kiedy  ma  się  do  czynienia  z  kimś  takim  jak  ty,  stale  chodzącym  po 

niebezpiecznej  linie,  trzeba  uważać,  żeby  ci  nie  przeszkodzić.  Jeszcze  mógłbyś 
spaść.

– Spaść i tym samym wypaść na zawsze z twojej orbity, co?
Natychmiast  odeszła  mu  ochota  do  żartów,  kiedy  zobaczył  nagły  grymas 

cierpienia na twarzy Nicole.

– Tak już się kiedyś stało – szepnęła.
– O czym ty mówisz?
– Ostatni raz, kiedy zachowałam się głupio i nieostrożnie, mężczyzna, którego 

kochałam, zginął. Nie patrz na mnie z takim niedowierzaniem. Mówię prawdę.

Albo coś, co wydaje ci się tylko prawdą, skomentował w myśli Chase, wiedząc 

z doświadczenia, jak emocje mogą ubarwiać fakty, nadając im wymiary głębsze niż 
w rzeczywistości.

– Opowiedz mi, co się stało – poprosił.
Nicole wzdragała się przed opowiadaniem o Johnnym, lecz rozumiała, że dłużej 

nie może ukrywać swojej przeszłości przed Chase'em. Zaczęła mówić szybko, by 
mieć już to za sobą.

–  Poznałam  go  na  uczelni.  Też  był  dziki  i  swobodny,  jak  ty.  Kochał  smak 

ryzyka. Ja nie byłam dla niego wyzwaniem – z miejsca nieprzytomnie  się w nim 
zakochałam.

Byliśmy ze sobą trzy lata – słowa Nicole biegły teraz dużo szybciej. – Johnny 

miał naturę buntownika – we wszystkim, co robił, była szczypta szaleństwa.

Przy tym nic nielegalnego, żadnych narkotyków. Po prostu brał życie garściami 

background image

i ciągle się sprawdzał.

I któregoś dnia posunął się za daleko. Dosiadł swojego harleya, uśmiechnął się 

do  mnie  i  obiecał,  że  pokaże  mi  nowy,  fantastyczny  numer.  Chciał  się  popisać, 
zaimponować mi. Ale coś się stało...

Nicole  zacisnęła  nagle  powieki,  po  czym  rozwarła  je  i  niewidzącym 

spojrzeniem  wpatrzyła  się  w  pogodny  morski  pejzaż,  zdobiący  ścianę  salonu. 
Łatwiej przyszło jej powstrzymać łzy.

– Motor roztrzaskał się, a Johnny zginął na miejscu.
Na moich oczach – dokończyła ze ściśniętym gardłem.
– A więc tak to było. Och, kochana... – Głos Chase'a wibrował współczuciem. –

Chodź do mnie – poprosił, opiekuńczo otwierając ramiona.

Zawahała  się  jednak  w  obawie  przed  odsłonięciem  się  i  kolejnym  bolesnym 

rozczarowaniem.  Zranił  ją  głęboko,  choćby  nawet  nieświadomie.  Kiedy  jednak 
spojrzała  w  wyraziste  brązowe  oczy,  przyzywające  ją  obietnicą  pocieszenia  i 
uzdrowienia, z wahaniem dała jeden krok do przodu... potem drugi, aż znalazła się 
w  silnych  ramionach  mężczyzny.  Chase  przycisnął  Nicole  do  serca  z  całej  siły, 
łagodnie kołysząc ją w objęciach jak dziecko.

– I od tamtej pory stale masz poczucie winy?
– zapytał szeptem.
–  Nie  rozumiesz  tego?  –  odparła  zdławionym  głosem,  który  rozdzierał  mu 

serce. – Przecież mogłam go jeszcze zatrzymać, a nie zrobiłam tego. Dlatego, kiedy 
dzisiaj w parku powiedziałeś mi, że mógłbyś zginąć przeze mnie...

Chase zaklął pod nosem.
–  Powiedziałem  to  w  złości.  Każdy  mężczyzna  zareagowałby  tak,  gdyby 

kobieta, na której mu zależy, napędziła mu stracha. Nie traktuj tego dosłownie.

– Wiem, że tak myślałeś.
–  Dobrze,  przez  moment...  albo  inaczej  –  byłem  tak  wściekły,  że  mogłem  to 

pomyśleć...  Do  diabła,  a  skąd  miałem  wiedzieć  o  twojej  przeszłości!  Gdybyś 
opowiedziała  mi  o  sobie  wcześniej,  nigdy  nie  wypowiedziałbym  tych  słów  –
wyrzekł poważnym tonem, unosząc twarz Nicole ku górze, by spojrzeć jej w oczy. 
Po raz pierwszy słowa wydały mu się niepotrzebne. Zapragnął zastąpić je czułością 
pocałunków. Tylko tą drogą mógł wyrazić nową, nieznaną potrzebę, którą obudziła 
w nim Nicole – potrzebę bliskości, opiekuńczości, troski.

Dziewczyna  natychmiast  wyczuła,  że  wkroczyli  w  inny,  głębszy  wymiar  ich 

związku.  Wcześniejsze,  czysto  fizyczne  doznania  zakotwiczone  zostały  teraz  w 
potężnym nurcie emocji. Z radosną łatwością odszyfrowała ukryty przekaz. Wargi 

background image

Chase'a precyzyjnymi pociągnięciami rysowały dokładną mapę jej twarzy – a kiedy 
dotarły w okolicę ust, Nicole zamarła wyczekująco. Teraz ich pocałunek nasycony 
był  bogactwem  prawdziwych  uczuć:  bólu,  radości,  bliskości,  zrozumienia, 
potrzeby, pragnienia.

Tak  jak  dawniej,  Nicole  spodziewała  się  gwałtowności  i  pożądania,  lecz  tym 

razem  Chase  upajał  się  powolną  grą  pieszczot.  Obejmował  ją  lekko,  jak  gdyby 
dotyk fizyczny stał się jedynie dodatkiem do emocjonalnych więzów, łączących ich 
w o wiele silniejszym uścisku. Nicole z wolna przysunęła się bliżej, w milczeniu 
napawając  się  łatwością,  z  jaką  ich  ciała  dopasowywały  się  do  siebie,  na 
podobieństwo dwóch kawałków skomplikowanej układanki.

Tu  właśnie  chciała  być  –  w  jego  ramionach.  Tam  było  jej  miejsce, 

przeznaczone  tylko  dla  niej.  Nigdy  przedtem  nie  doświadczała  takiego  poczucia 
akceptacji. Teraz wiedziała już jasno, czego pragnie.

– Nie tutaj – wyszeptała cichutko.
– Nie? – jęknął, lecz rozluźnił uścisk.
– Nie, nie, chodźmy na górę.
– Na górę? – Uniósł głowę, by spojrzeć Nicole w oczy. Niezachwiana pewność, 

jaką w nich dojrzał, zaparła mu dech w piersiach.

– Na górę – potwierdziła z uśmiechem, muskając lekko wargami jego usta.
Żadne z nich nie chciało zerwać uścisku, więc posuwali się ku schodom śmiejąc 

się i całując bez przerwy.

U szczytu schodów Chase porwał Nicole na ręce i poniósł ku sypialni. Spanie 

było  już  przygotowane  wcześniej.  Paląca  się  nocna  lampa  rzucała  ciepły  krąg 
blasku na niebiesko-białą pościel, zapraszająco rozesłaną na antycznym łożu.

Chase  złożył  swoje  brzemię  na  świeżych  prześcieradłach  tak  troskliwie,  jak 

gdyby powierzał im najbardziej cenny i kruchy skarb. Nim głowa opadła Nicole na 
poduszki, zdążyła jeszcze pomyśleć o emocjonalnych upadkach i wzlotach, jakich 
zdążyła  doświadczyć  tego  dnia.  Trudno  było  sobie  wyobrazić,  że  jeszcze  dwie 
godziny temu, w tym samym pokoju dręczył ją ból rozpaczy. Teraz znów tu jest, 
przejęta rozkosznym dreszczem radosnego oczekiwania.

Chase  usiadł  obok  i  pochylił  się  ku  niej,  by  odgarnąć  pasmo  jedwabistych 

jasnych włosów z jej twarzy. Jego ręka nie zaprzestała pieszczot. Palce zsunęły się 
wzdłuż policzka, dotykając czule kącika warg, które rozchyliły się w oczekiwaniu.

Z  wolna,  z  rozmysłem  mężczyzna  zaczął  delikatnie  dotykać  jej  ust  wargami, 

budząc tlące się pożądanie. Po chwili ujął jej dłoń w swoją, aż palce splotły się z 
drżącymi palcami Nicole.

background image

– Zdenerwowana? – szepnął cichym, uwodzicielskim tonem.
– Zachwycona – poprawiła go stłumionym szeptem.
– Cudownie. – Uniósł jej rękę do ust i nęcąco połaskotał językiem jej wnętrze. –

To samo mogę powiedzieć o sobie. Ale lepiej nie wierz mi na słowo.

Sama sprawdź.
Spodziewał  się  wahania;  sądził,  że  będzie  potrzebna  zachęta  –  tymczasem 

Nicole znów go zaskoczyła. Błyskawicznym ruchem ściągnęła mu czarną koszulkę 
i cisnęła ją na rzeźbione zwieńczenie łoża. Zachłannie przyciągnęła go ku sobie i 
popchnęła, aż rozciągnął się jak długi na  materacu. Zamruczał z ukontentowania, 
kiedy zaczęła okrywać jego nagi tors szybkimi pocałunkami, od szyi po pępek.

Jej ręce również nie próżnowały, wsuwając się w prowokacyjnie rozmieszczone 

rozdarcia dżinsów i myszkując tam ciekawie.

– Hej, czy ty wiesz, co robisz? – wykrztusił.
– Owszem,  uwodzę ciebie. I mam nadzieję,  że dobrze mi idzie. – Rzuciła mu 

łobuzerskie spojrzenie, wsuwając głębiej rękę w szczególnie strategicznie położoną 
dziurę.

Uśmiechnął się, przymykając z lubością oczy.
– Och, skarbie, idzie ci aż zbyt dobrze...
Kiedy  podstępna  dłoń  zawędrowała  zbyt  daleko,  Chase  zatopił  palce  we 

włosach Nicole i przyciągnął jej głowę ku sobie, drugą ręką gorączkowo szarpiąc 
się z paskiem sukni.

Już miał okryć pocałunkami skrawek jedwabistej skóry, który wyłonił się z fałd 

materiału, kiedy nagle przypomniał coś sobie i usiadł sztywno na łóżku.

– O, nie!
– Co się stało? – spytała zdyszanym głosem.
Z zakłopotaniem potarł ręką czoło.
– Nie przypuszczałem... kiedy do ciebie szedłem, nie planowałem, że będziemy 

to robić... i nie zabezpieczyłem się.

Nicole rozczuliło to nieporadne tłumaczenie.
– Na szczęście ja się zaopatrzyłam – mruknęła, sięgając do szuflady po pudełko 

prezerwatyw, które nabyła po tamtym wieczorze, kiedy Chase odliczał pocałunki.

–  Dobrze,  skoro  już  tę  sprawę  mamy  z  głowy,  przypomnij  mi,  na  czym 

skończyliśmy.

– Tu – dotknęła nasady swojej szyi.
– Osobiście sądzę, że raczej tu. – Powiódł ustami ku okrągłości piersi, a potem 

obrócił  Nicole  ku  sobie  i  pracowicie  zaczął  rozpinać  rząd  drobnych  perłowych 

background image

guzików.  Czynił  to  z  wolna,  celebrując  odsłonięcie  każdego  kolejnego  skrawka 
ciała pocałunkiem.

Nicole napawała się cudownym uczuciem rozkoszy. Kiedy uniosła ramiona, by 

ściągnąć rękawy, Chase pochylił głowę i przyssał się wargami do różowego sutka 
jej piersi.

Płomień  pożądania  rozpalił  się  nagle  i  ciało  Nicole  drżąc  wygięło  się  w  łuk. 

Chase,  nie  chcąc  pozbawiać  pieszczoty  drugiej  piersi,  ujął  w  dłoń  jej  krągłość, 
gładząc kciukiem rozpaloną skórę.

Rozkoszny  dreszcz  w  ciele  Nicole  sięgnął  zenitu;  wówczas  przeniósł  usta  na 

lewą pierś, tam, gdzie jak oszalałe biło serce.

Stopniowo  czuły  dotyk  palców  zaczął  schodzić  ku  brzuchowi  i  udom,  ku 

miejscu,  gdzie  najbardziej  był  oczekiwany.  Cienkie  jedwabne  figi  nie  stanowiły 
przeszkody dla podniecającej pieszczoty.

Nieznośny żar ogarnął Nicole, jakby zbliżała się ku rozpalonemu jądru Słońca. 

Płonęła. Nie mogła już dłużej czekać.

Nagle  wszystko  uległo  przyspieszeniu.  Nawet  nie  wiedziała,  kiedy  Chase 

pozbył się resztek ubrania. Niepostrzeżenie zniknęły też jej majtki.

Wstał na moment, by się zabezpieczyć, a potem bez chwili wahania wszedł w 

nią, powoli i delikatnie, czekając, aż otworzy się przed nim całkowicie.

Przyjęła  go  z  niecierpliwością,  rozchylając  uda  i  mocno  przyciągając  go  do 

siebie rękami.

Chase,  kołysząc  się  w  rytmie,  jaki  dyktowało  im  narastające  pożądanie, 

wpatrywał  się  w  Nicole,  z  radosną  satysfakcją  śledząc  wyraz  ekstazy,  który 
przebijał spod gorączkowego rumieńca. Nagły wewnętrzny skurcz jej ciała wyrwał 
mu z ust jęk bolesnego zachwytu. A kiedy poczuł, że jej biodra zaczynają poruszać 
się zgodnym rytmem, wszystko przestało być ważne – oprócz jednego celu.

Nicole  zsunęła  ręce  po  lśniących  od  miłosnego  potu  plecach  mężczyzny  i 

jeszcze mocniej przyciągnęła go do siebie, pragnąc być z nim blisko, jak najbliżej 
w cudownym momencie spełnienia. Nie istniały już słowa, rozpierzchły się myśli. 
Mogła tylko czuć, czuć, i – ach, jak bardzo czuć!

– Zrobiliśmy to – mruknęła leniwie.
–  Tak,  zrobiliśmy.  –  Ciepłe  męskie  ramię,  na  którym  spoczywała  jej  głowa, 

rezonowało  niskim  tonem  jego  głębokiego  barytonu.  –  Nie  żałujesz,  prawda?  –
zapytał.

– Jeszcze nie wiem – odparła z całą szczerością.
– Jest tyle rzeczy, których nie wiem... o tobie.

background image

– A co chciałabyś wiedzieć?
Nicole położyła rękę na piersi Chase'a, by poczuć uspokajający rytm jego serca.
– Wszystko...
– Och, to trudna sprawa.
– Czy wiesz, że nawet nie wiem, gdzie mieszkasz?
Przychodzisz do biblioteki przebrany za Alvina, potem pojawiasz się w mojej 

kuchni – tajemniczy człowiek znikąd – i całujesz mnie, po czym znów znikasz.

– Teraz nie zniknę.
– Jeszcze nie – podkreśliła, zerkając ku niemu.
–  Och,  kobieto  małej  wiary  –  zamruczał  i  uśmiechnął  się  do  niej, 

przekrzywiając głowę.

W  tym  momencie  Nicole uświadomiła  sobie,  jak  niewiarygodny pociąg  czuje 

do  tego  mężczyzny.  Pokochała  go  całym  sercem,  a  właściwie  nic  o  nim  nie 
wiedziała.  Nie  znała nawet  jego adresu ani telefonu  –  lecz kochała go  i  nic poza 
tym nie było ważne.

– Dlaczego tak patrzysz na mnie? – zapytał Chase.
Bo właśnie uświadomiłam sobie, że cię kocham, odpowiedziała mu w myśli. I 

zastanawiam się, czy kiedy mówiłeś, że zależy ci na mnie, też myślałeś o miłości...

– Po prostu patrzę – powiedziała głośno.
–  I  próbujesz  mnie  rozgryźć,  tak?  –  domyślił  się  bystro,  leniwym  gestem 

przesiewając jedwabiste włosy Nicole przez palce.

– Coś w tym stylu.
– Urodziłem się trzydzieści cztery lata temu w południowej części Chicago.
– I? – ponagliła.
 I – rozłożył ręce szerokim gestem – oto mnie masz!
– Dobrze, dobrze. – Wskazującym palcem wykreśliła prostą linię wzdłuż jego 

piersi. – Ty wiesz wszystko o mojej romantycznej przeszłości, a ja nic nie wiem o 
twojej. Byłeś kiedyś żonaty? Zaręczony?

– Nie. Tak.
–  Zaręczony?  –  Nagle  zaprzestała  karesów.  Ukłucie  zazdrości,  jakiego 

doświadczyła  na  widok  Chase'a  flirtującego  z  chichocącymi  małolatami,  było
niczym w porównaniu ze wstrząsem, jakiego doznała teraz.

– I co się stało?
– Były między nami nieporozumienia co do  mojej pracy. Ona chciała, żebym 

zajął się polityką, a ja się nie zgadzałem. Wcale się nie przejęła moją odmową.

Miała  bogatego  tatusia,  który  postanowił  pociągnąć  kilka  sznurków,  by 

background image

spowodować zwolnienie mnie z policji. Na szczęście w porę się zorientowałem.

– Nie mogła  cię dobrze znać, skoro sądziła, że mógłbyś przekwalifikować się 

na polityka.

– Czy aby nie powinienem się poczuć obrażony?
– spytał chłodnym tonem.
Nicole wsparła się na łokciu i z powagą popatrzyła mu w oczy.
– Nie. Nie zrozum mnie źle, ja nie twierdzę, że nie nadajesz się do roli polityka, 

bo z powodzeniem mógłbyś ją grać, gdybyś chciał. Uważam jedynie, że jesteś zbyt 
niezależny, zbuntowany – w ogóle niezbyt pasujesz do tego światka.

–  Tym  razem  wyczuwam  komplement.  Poza  tym  masz  rację,  ona  słabo  mnie 

znała.

–  Ale  sam  przyznaj,  że  tak  naprawdę  nie  pozwalasz,  by  ktoś  cię  poznał  –

zauważyła spokojnie. – I zastanawiam się, dlaczego.

– No, zgaduj. Lubię trzymać cię w niepewności.
Odpowiedź  utwierdziła  tylko  Nicole  w  przekonaniu,  że  Chase  nie  jest 

człowiekiem, do którego łatwo dotrzeć. Skazana była na własne domysły, wiedząc, 
że  sam  z  siebie  nic  jej  nie  powie.  Pozostało  tylko  przeprowadzić  małe 
przesłuchanie.

– Nadal nic nie wiem o twoim życiu poza pracą – stwierdziła.
– Nie mam swojego życia poza pracą.
– Ale musisz chociaż gdzieś mieszkać.
– Owszem, mam mieszkanie. Służy mi tylko do spania. Nie jestem pewien, czy 

mógłbym powiedzieć, że tam „mieszkam".

Obydwie odpowiedzi dały Nicole wiele do myślenia.
– Co sprawiło, że poszedłeś do policji? – drążyła dalej.
– Lubiłem się przebierać.
Z irytacją potrząsnęła go za ramię.
– Nie żartuj sobie!
–  Mówię  serio.  Oczywiście  przede  wszystkim  pragnąłem  zbawiać  świat  –

wyznał skromnie. – Ale niezależnie od tego mam ciągotki aktorskie.

– Zauważyłam.
–  Mój  tatuś  też  zauważył  i  dlatego  pewnego  dnia  powiedział  mi:  „Synu,  z 

twoim  talentem  możesz  zostać  albo  gliną,  albo  aktorem".  Zdecydowałem  się  na 
policjanta, bo to bardziej pewna posada. Miałem wtedy chyba pięć lat.

Wiedziała,  że  Chase  potrafi  sobie  żartować  nawet  w  sprawach  dla  niego 

ważnych. Niełatwo było zmusić go do poważnej rozmowy.

background image

– Twój ojciec prowadził klasę teatralną w szkole, tak? – spytała, pamiętając, że 

wspomniał kiedyś o tym.

– Owszem.
–  Mój  ojciec  też  pracował  w  szkole.  Był  nauczycielem historii.  Teraz  jest  na 

emeryturze.

– Zadziwiające – stwierdził nieoczekiwanie Chase.
– Co, że mój ojciec nie jest już młody?
–  Nie,  to,  że  był  nauczycielem.  Sądząc  po  twoim  szyku  i  stylu  mógłbym  się 

spodziewać,  iż  jesteś  córką  bankiera  albo  kogoś  takiego.  Głowę  bym  dał,  że 
urodziłaś się ze srebrną rodową łyżeczką w buzi.

– Skądże, pochodzę z bardzo średniej klasy.
–  Mogłabyś  z  powodzeniem  pochodzić  z  bardzo  wysokiej.  –  Uśmiechnął  się, 

muskając jej pierś palcami.

Nagle  zmarszczył  brwi,  dostrzegając  zaczerwienione  zadrapanie  na  ramieniu 

Nicole.

– Kiedy to się stało? Teraz? – zapytał.
–  Nie,  wcześniej.  Wiesz,  w  krzakach...  –  Zamilkła,  nie  chcąc  kontynuować 

drażliwego tematu.

–  O,  przepraszam.  Powinienem  się  liczyć  z  tym,  że  możesz  mnie  zobaczyć  i 

nabrać podejrzeń.

–  Wcale  cię  nie  winię  –  zapewniła.  –  Świetnie  grałeś  swoją  rolę  i  nie 

domyśliłabym się, że to ty.

–  Słowo daję, powinienem ustalić  dla  ciebie  specjalne  wytyczne, na  wypadek 

gdybyś  znów  dostrzegła  coś  podejrzanego  pod  moją  nieobecność.  Zresztą, 
mówiłem  ci  już  przedtem,  żebyś  w  takich  sytuacjach  dzwoniła  do  Strauda  –
powiedział, poważniejąc nagle.

– I nie byłabym w stanie powiedzieć mu nic poza tym, że jakiś dziwny osobnik 

włożył coś do książki.

Gdyby  zaś  się  pojawił,  mógłby  tak  samo  popsuć  twoją  operację  „Żądło".  Bo, 

jak rozumiem,  zamierzałeś sprowokować gang do działania, podszywając się pod 
jednego z ich klientów.

– Tak wszystko ukartowałem, lecz podejście zostało spalone.
– Przeze mnie.
–  Sam  jestem  też  winien.  Przesadziłem.  Powinienem  po  prostu  zgubić  cię, 

zamiast zaczajać się w krzakach i wyrządzać ci krzywdę – stwierdził, czule całując 
zadrapane miejsce.

background image

– Po prostu nie rób już tego więcej – szepnęła.
– Nie? – zapytał z udawanym rozczarowaniem.
– A myślałem, że lubisz moje pocałunki.
Karcąco trzepnęła go palcami po wargach.
– Detektywie Ellisie, przywołuję cię do porządku.
Miałeś opowiedzieć mi o sobie. Dalej, zaczynaj.
– Czy opowiadałem ci, jak któregoś lata ustawiałem znaki drogowe? – zaczął. –

Wiesz, chodziło o te, które widzisz na szosie. Na przykład ostrzegawcze.

Powiódł dłonią po okrągłości jej piersi.
– O, chociażby tu – postawiłbym znak „stromy spadek".
Posuwał się dalej, ku talii.
– Tu konieczne byłoby „zwężenie drogi".
– A tu... – drażniącym, uwodzicielskim ruchem sunął w dół – „pierwszeństwo 

przejazdu".

Szybko dotarł do celu i ugrzązł w ciepłej, wrażliwej miękkości, mrucząc coś o 

„śliskiej  nawierzchni".  Wirtuozeria  jego  palców  wywołała  w  ciele  Nicole 
wibrujący  rezonans.  Spazmatycznie  wyszeptała  jego  imię,  targana  erotycznymi 
dreszczami.

–  I  wreszcie  –  szepnął,  ogarniając  ją  gorącym  spojrzeniem  –  wjeżdżamy  na 

Autostradę do Nieba.

Wszedł  w  nią  gwałtownie,  przenikając  jej  ciało  pulsującą  mocą  swego 

pożądania, lecz zatrzymał się na samym progu rozkoszy, pozwalając Nicole przejść 
na drugą stronę.

Sam  chciał  więcej.  Chciał  posiadać  ją  całkowicie  szaloną,  niepomną  na  nic, 

dziką.

Dlatego  wstrzymywał  się  i  czekał,  aż  błogość  ogarnie  ciało  Nicole.  Kiedy

ponownie  zaczął  wspinać  się  na  szczyt,  spazmatyczne  oddechy  i  bezbrzeżne 
pożądanie w jej oczach powiedziały mu, że za chwilę znów będzie gotowa.

Ostre kobiece paznokcie, wczepione w jego plecy, sprawiały mu rozkoszny ból. 

Roztętniony puls obojga narzucał coraz szybsze tempo. Jeszcze, jeszcze...

Poczuł to! Wyładowanie energii. Gorąco. Olśniewający błysk. Eksplozje.
Był  niezwyciężony.  Cały  świat  leżał  u  jego  stóp.  Ona  to  sprawiła. 

Triumfalnemu  okrzykowi  mężczyzny  towarzyszył  pełen  błogiego  zadowolenia 
uśmiech kobiety.

Kiedy już legli zmęczeni, tuląc się w ramionach, Nicole wymruczała leniwie:
– Nigdy już nie będę mogła patrzeć normalnie na znaki drogowe.

background image

– Nicole, jesteś dzisiaj w znakomitym humorze – zauważyła Anna następnego 

ranka.

– Zawsze mam dobry humor.
– Ale nie aż tak dobry. Najlepszy dowód, że kiedy mówię ci, iż sześćdziesięciu 

pięciu  szóstoklasistów  na  gwałt  potrzebuje książek  o  wojnie secesyjnej,  ty  nawet 
nie wściekasz się na nauczycieli, którzy w porę nas nie uprzedzili.

–  Owszem,  wściekam  się,  ale  w  końcu  jakoś  udało  nam  się  znaleźć  kilka 

pozycji i wyłożyć w czytelni.

A resztę dzieciaków przejęły inne lokalne biblioteki.
Zresztą,  rozesłałam  pisma  do  szkół  z  przypomnieniem  o  umowie,  zgodnie  z 

którą mają nam z wyprzedzeniem przesyłać plany lektur.

–  Dobrze.  A  czy  sądzisz,  że  powinnam  porozmawiać  z  rodzicami  tego 

trzecioklasisty, który stale nam rozrabia? Oni najwyraźniej traktują czytelnię jako 
wygodną świetlicę i po prostu podrzucają go tutaj.

Przychodzi  ze  szkoły  i  siedzi,  dopóki  któreś  z  nich  nie  przypomni  sobie,  że 

trzeba odebrać dziecko.

– Oczywiście, że powinnaś się skontaktować z rodzicami. I ze szkołą również. 

Możemy  zapewnić  dzieciom  zaciszne  miejsce  do  nauki,  ale  nie  jesteśmy 
fachowymi  przedszkolankami.  Nie  mówiąc  już,  zresztą,  o  odpowiedzialności  i 
przepisach ubezpieczeniowych.

– O co chodzi z tym ubezpieczeniem?  Czy ktoś nas skarży? – wtrącił się pan 

Query, który pojawił się nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki .

– Nic podobnego – uspokoiła go Nicole. – Mówiłyśmy tylko, że biblioteka nie 

może brać odpowiedzialności za dzieci pozostawiane u nas dzień w dzień na parę 
godzin bez opieki.

– Wyjątkowo się z tym zgadzam – oznajmił pan Query.
–  Z  drugiej  strony  trzeba  rozumieć  samotne  matki,  którym  niejednokrotnie 

trudno jest załatwić opiekę do dzieci – odważyła się wtrącić Michelle.

– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedziała Nicole. – I bardzo im współczuję. 

Ale mogą przecież zwrócić się o pomoc do Wydziału Spraw Społecznych.

Query,  zgromiwszy  Michelle  lodowatym  spojrzeniem,  urzędowym  tonem 

zwrócił się do Nicole:

– Chciałbym z panią porozmawiać na osobności.
Czy jest tu...
– Tak, tak, proszę do mojego biura – pospieszyła z zapewnieniem, nie czekając 

background image

na znany jej dobrze dalszy ciąg pytania.

–  Nie  podoba  mi  się  sposób,  w  jaki  ośmiela  się  przemawiać  pani  personel  –

stwierdził niezadowolonym tonem. – Wygłaszają opinie jawnie wykraczające poza 
ich kompetencje.

– Proszę pana, żyjemy w wolnym kraju i o ile wiem, nikt jeszcze nie odwołał 

pierwszej  poprawki  do  konstytucji,  mówiącej  o  wolności  słowa  –  wypaliła 
oburzona Nicole.

–  Niemowie  o  pierwszej  poprawce,  tylko  o  niesubordynacji  spowodowanej 

zbytnim liberalizmem kierownictwa.

–  Czy  o  tym  właśnie  pragnął  pan  ze  mną  porozmawiać?  –  Nicole  z  trudem 

cedziła słowa przez zaciśnięte szczęki.

– Nie. Przyszedłem w sprawie mojego bratanka, który jest u was na stażu.
– Chodzi o Bruce'a? Co się stało?
– Doszły mnie słuchy, że wykorzystujecie go do układania książek na półkach.
– To, między innymi, należy do zakresu jego obowiązków.
–  Owszem,  ale  Bruce  jest  zbyt  zdolny,  by  marnować  się  w  ten  sposób. 

Uważam,  że  powinien  więcej  pracować  przy  komputerach.  Świetnie  się  na  nich 
zna.

–  Nie  wątpię.  I  jeśli  tylko  będzie  potrzebny  w  pracowni  komputerowej,  na 

pewno go tam zatrudnię.

– Niedługo zacznie się przygotowywać do końcowych egzaminów i życzyłbym 

sobie, by pozwolono mu na naukę w czasie pracy.

O ile to, co robi Bruce, można nazwać pracą, pomyślała z przekąsem Nicole. W 

tym jednym przypadku Query miał rację – kierownictwo było zbyt liberalne.

– Jeśli pana bratanek wypełni swoje obowiązki i zostanie mu chwila wolnego 

czasu, nie mam nic przeciwko temu, by się pouczył – zapewniła uprzejmie członka 
rady nadzorczej. Obietnica nic ją nie kosztowała, istniały bowiem mate szanse aby 
Bruce, obdarzony raczej niskim ilorazem inteligencji, zdołał uporać się z prostym 
zadaniem ułożenia tomów na półkach.

–  Świetnie.  Cieszę  się,  że  doszliśmy  do  porozumienia  –  stwierdził 

usatysfakcjonowany pan Query.

– Ja również.
Nicole, zadowolona, że tak sprytnie udało jej się wybrnąć z sytuacji, pożegnała 

pana Query promiennym uśmiechem.

Kiedy wreszcie wyszedł, Michelle zwróciła się do niej z przeprosinami.
– Mam nadzieję, że nie powiedziałam niczego zdrożnego?

background image

– Skąd, nie martw się.
Po  południu  w  firmie  zapanował  ogromny  ruch,  jak  zwykle  w  piątek.  Nicole 

dwoiła  się  i  troiła,  usiłując  sprostać  życzeniom  klientów.  Kiedy  po  raz  kolejny 
biegła do katalogów, natknęła się na Leo.

– Strasznie jesteś zapracowana – zauważył.
Potwierdziła skinięciem głowy.
–  Wobec  tego  nie  będę  przeszkadzał.  Zajrzałem  tylko,  żeby  się  upewnić,  czy 

wszystko w porządku.

– Tak, tylko po prostu mamy straszny młyn.
– A jest może ten nowy pracownik? Chciałbym go wreszcie poznać.
– Nie, w tej chwili go nie ma.
– Szkoda. Cóż, muszę lecieć – rzucił w pośpiechu Leo i zniknął jej z oczu w

tempie, o jakie by go nigdy nie podejrzewała.

Nicole wracając do domu, nie mogła się wprost doczekać momentu spotkania z 

Chase'em. Ku jej radości czekał już w kuchni. Kiedy wziął ją w ramiona i zaczął 
całować,  pomyślała  że  łatwo  –  dziwnie  łatwo!  –  przyzwyczaiła  się  do  nowej 
sytuacji.

Dopiero po chwili przypomniała sobie, o co miała go spytać.
– Jak przebiegała dzisiaj operacja „Żądło"? – zagadnęła z ciekawością.
– O czym ty mówisz?
– Dziś po południu widziałam ciebie w przebraniu tego łazika, jak wyjmowałeś 

coś z książki. Oczywiście nie wtrącałam się, tak jak prosiłeś.

– Nie byłem w bibliotece tego popołudnia. Przecież mówiłem ci,  że mam coś 

do załatwienia na mieście.

–  Tak,  pamiętam  –  powiedziała  ze  zniecierpliwieniem,  zirytowana,  że 

przemawia  do  niej  jak  do  roztargnionego  dziecka.  –  Kiedy  cię  tam  zobaczyłam, 
pomyślałam sobie, że miałeś właśnie na myśli swoją akcję.

– Owszem, sprawdzałem pewne tropy, ale nie w bibliotece.
Rzeczywiście,  usiłował  wywiedzieć  się  czegoś  od  swoich  informatorów  na 

interesujący  go  temat  .  Obfitość  wiadomości,  jakie  uzyskał,  zdumiała  go.  Nie  do 
wiary,  że  szajka,  nie  przestrzegając  podstawowych  zasad  konspiracji,  mogła  tak 
długo funkcjonować.

– Opowiedz mi dokładnie, co widziałaś – polecił Nicole.
– Niewiele. Zobaczyłam tylko jego plecy, a ponieważ byłam przekonana, że to 

ty, trzymałam się dyskretnie z daleka.

background image

Chase  zaklął  pod  nosem.  Śledztwo  zbytnio  zaczynało  przypominać  grę  w 

ciuciubabkę.

–  Dobrze  –  wyciągnął  z  kieszeni  notes  –  powiedz  mi  dokładnie,  co 

zapamiętałaś. Jakiego wzrostu był ten facet?

– Nie wiem.
– Skup się, Nicole! – upomniał ją niecierpliwie.
– Wyższy ode mnie czy niższy?
– Mniej więcej taki jak ty. Dlatego, między innymi, się pomyliłam.
– Budowa?
– Średnia.
– Kolor włosów?
– Ciemny.
– Ani przez moment nie widziałaś twarzy?
– To chyba oczywiste – zirytowała się. – Inaczej nie brałabym go za ciebie.
– Jakieś cechy szczególne? Na przykład sposób chodzenia? Ozdoby? Zegarek?
– Przykro mi, ale nie zdążyłam nic zauważyć.
Z trzaskiem zamknął notes, wzdychając zrezygnowany.
– Nie do pomyślenia, ile razy zdołali mi się wymknąć! Ale zapewniam cię, to 

już się nie powtórzy.

– Wszystko w porządku? – spytał Eddie.
–  Tak – odpowiedział Leo,  sadowiąc się w eleganckiej  limuzynie i  wręczając 

mu zakłady, które zebrał z książek. – Tylko nowa broda trochę mnie swędzi.

No i te ohydne łachy... Z niechęcią spojrzał po sobie.
–  Wytłumacz  mi,  Eddie,  dlaczego  tym  razem  musiałem  się  przebierać,  skoro 

wcześniej normalnie przychodziłem do biblioteki?

– Kiedyś już widziałem podobny numer w jakimś kryminale. Pomyślałem, że to 

może być dobry sposób na zatarcie śladów.

– Myślisz, że ktoś nas namierzył? – z niepokojem zapytał Leo.
–  Nic  podobnego,  ale  mogę  przypuszczać,  że  wkrótce  inni  zaczną  nam 

zazdrościć  powodzenia  w  interesach,  nie  mówiąc  już  o  moim  błyskotliwie 
wypracowanym  schemacie  –  wyjaśnił  ostrożnie  Eddie,  myśląc  o  telefonach  od 
rozwścieczonych graczy, przed którymi ostatnio uciekał. – W każdym razie niech 
cię o to głowa nie boli.

– Cóż, skoro tak twierdzisz... – Leo zawahał się na moment. – Wiesz, jeśli już 

mówimy o twoim schemacie, to przeczytałem właśnie kilka...

background image

– Już ci mówiłem, że za dużo czytasz – przerwał mu Eddie.
– Tak, ale tam opisywano różne systemy zakładów.
– A co, chcesz się włączyć?
– Nie, ale zainteresowało mnie, jak są przyjmowane.
Facet  miał  rozpisany  plan,  krok  po  kroku.  Gracze  dostawali  numer telefonu  i 

dzwonili do pośredników.

Ci z kolei podawali stawki do bukmachera, który miał dwa telefony – jeden do 

tajnej  kolektury,  a  drugi,  znany  tylko  jemu  –  do  szefa  siatki.  Gracze,  o  ile  się 
doczytałem,  korzystali  z  publicznych  rozmównic.  Nie  było  tam  ani  słowa  o 
bibliotece, Eddie.

–  Bo  mój  system  jest  jedyny  w  swoim  rodzaju.  Ja  go  wymyśliłem  i  dlatego 

zaszedłem  aż  tak  daleko,  w  przeciwieństwie  do  innych  –  skromnie  stwierdził 
Eddie.

– A jak daleko? – spytał Leo.
– Tak, że widać już pieniążki. – Eddie zatarł ręce.
– Kochane pieniążki...

–  Co  za  dekadencki  pomysł  –  stwierdziła  Nicole,  przytulając  się  do  lśniącej 

piersi Chase'a. Siedzieli w jej ogromnej wiktoriańskiej wannie na lwich łapach.

Kilkanaście  świec  o  jaśminowym  zapachu  nastrojowo  oświetlało  wnętrze,  a 

uwodzicielskie  i  liryczne  zarazem,  tony  „Szecherezady"  Rimskiego-Korsakowa 
dopełniały iście haremowej atmosfery.

–  Taak,  absolutnie  dekadencki  –  zamruczał,  w  natchnieniu  zdobiąc  pianą  jej 

piersi.

–  Mmm...  –  Wtuliła  się  ciaśniej  w  jego  ramiona,  chłonąc  subtelną,  powolną 

pieszczotę  męskich  rąk,  w  zachwycie  obrysowujących  kontury  jej  ciała.  Im 
bardziej  intymny  stawał  się  dotyk,  tym  gwałtowniej  wzrastało  wzajemne 
pożądanie. Nicole odwróciła głowę, by pocałować Chase'a i znów ich języki splotły 
się w miłosnych zmaganiach.

Niecierpliwym ruchem obróciła się, by spojrzeć mu w twarz, uderzając się przy 

tym boleśnie w kolano.

– Czy musimy robić to tutaj? – zapytała ze śmiechem. – Przecież obok czeka na 

nas wspaniałe...

och!  –  Otworzyła  nagle  oczy  w  zachwycie,  gdy  poczuła  dotknięcie  twardej 

męskości. Jęknęła z rozkoszy.

– Masz jeszcze jakieś pytania? – zagadnął z demonicznym uśmieszkiem.

background image

Potrząsnęła  tylko  głową  w  odpowiedzi,  niezdolna  wykrztusić  słowa.  Choć 

kochali się nie pierwszy raz, zawsze na nowo zachwycała ją cudowna zdolność, z 
jaką ten mężczyzna potrafił błyskawicznie obudzić w niej bezwstydną żądzę.

Pragnęła Chase'a, chciała go już przyjąć. Teraz! Sięgnąwszy ręką pod warstwę 

piany, prowadziła go do celu, a potem oplotła nogami.

I  tak  zaczął  się  ich  wodny  balet.  Spirala  erotycznego  napięcia  rozkręcała  się 

płynnie, powoli, pozwalając im sycić się atmosferą zmysłowego luksusu.

Nicole,  dopóki  mogła,  nie  zamykała  oczu,  chłonąc  widok  wrażliwej  twarzy 

mężczyzny, reagującej na każde jej poruszenie. Kochała sposób, w jaki te brązowe 
oczy ciemniały od namiętności.

Zapadała w otchłań rozkoszy... tonęła w niej do samego dna.
Roznamiętnieni  wyszli  z  wanny  i  przenieśli  się  do  sypialni,  gdzie  królowało 

wspaniałe wiktoriańskie łoże.

– Imponujące – zauważył Chase, oglądając je z uznaniem.
– Mmm... – leniwie przyświadczyła Nicole. – Typowo małżeńskie. Kupiłam je 

na pchlim targu w Kane County.

– Ty kupujesz na pchlim targu?
– No, i nie tylko łóżko, ale i fotel bujany, nie mówiąc o innych drobiazgach.
–  Na  ostatnim  pchlim  targu,  jaki  pamiętam,  sprzedawałem  stare  części  do 

samochodu i inne graty, których nikt nie chciał – stwierdził.

Nicole uniosła się na łokciu, by lepiej obserwować jego twarz.
– Kane County to szczególny przypadek. Byłeś tam kiedyś?
Chase  potrząsnął  przecząco  głową,  zbyt  zaabsorbowany  widokiem  jej  nagich 

piersi.

– Podobno jest to największy bazar staroci na świecie. Odbywa się w pierwszy 

weekend miesiąca, zawsze, bez względu na deszcz, śnieg, czy upał.

Jeździmy tam z Anną kilka razy do roku. Leo też tam często bywa.
Chase zmarszczył brwi.
–  Kto  to  jest  Leo?  Kolejny  gładki  typek  z  dyplomem,  jak  tamten,  z  którym 

poszłaś na kolację?

– Można by pomyśleć, że jesteś nieco zazdrosny.
– Jestem nieco zazdrosny. Więc kto to jest Leo?
– Jeden ze stałych bywalców naszej biblioteki. Do tego wynalazca interesujący 

się  starymi  urządzeniami  elektronicznymi,  których  często  szuka  na  pchlim  targu. 
Naprawdę powinniśmy się tam kiedyś wybrać. Od kiedy się poznaliśmy, widujemy 
się  tylko  tutaj  i  w  pracy.  Jeszcze  nie  wychodziliśmy  gdzieś  razem.  –  Nicole 

background image

taktownie nie wspomniała o epizodzie w parku.

–  Nie  wychodziliśmy  razem?  Jak  to,  przecież  przed  dziesięcioma  minutami 

opuściliśmy razem tę planetę!

–  zażartował  Chase.  Ze  zdumieniem  dostrzegł  rumieniec  wypływający  na 

policzki Nicole.

– Nie do wiary! Po tym, co zaszło między nami, jeszcze się czerwienisz?
– Mówiłam poważnie. – Pogroziła mu palcem.
– Dobrze, zaraz coś wymyślimy. Dokąd chciałabyś iść? W każdym razie, musi 

być to miejsce, gdzie nikt nie zobaczy nas razem.

Przytaknęła ze zrozumieniem. Chase nie mógł się zdemaskować.
–  Może  pojechalibyśmy  do  miasta?  Nie  byłam  w  Chicago  od  wieków. 

Moglibyśmy zostać tam cały dzień.

– A może nawet dzień i noc – dodał.
– Może. O ile będziesz miał jeszcze siły – zrewanżowała mu się.
– Och, o to nie musisz się martwić.
– Nie?
– Nie. I zaraz ci udowodnię...

background image

Rozdział 6

Umówili  się  w  St.  Charles,  na  parkingu  koło  wielkiego  supermarketu.  Nicole 

długo  wahała  się,  co  ma  włożyć,  aż  wreszcie  wybrała  dwuczęściowy  komplet. 
Błękitny,  głęboko  wycięty  żakiet  z  krótkim  rękawkiem  ładnie  komponował  się  z 
białą plisowaną spódnicą z szyfonu.

Chase podjechał punktualnie swoim czarnym kabrioletem.
W  ciągu  godzinnej  jazdy  z  uciechą  dzielili  się  spostrzeżeniami  i 

wspomnieniami  z  dzieciństwa,  porównywali  swoje  ulubione  pizzerie  i  bary  z 
hamburgerami.

Dzień  w  mieście  rozpoczęli  od  przekąski  w  eleganckiej  restauracji  na  wieży 

telewizyjnej,  gdzie  czekał  już  zamówiony  stolik.  Na  szczęście  pogoda  była 
wspaniała.  Jezioro  Michigan,  zapełnione  maleńkimi  z  tej  odległości  żaglówkami, 
lśniło  w  słońcu  jak  ogromne  lustro,  a  na  nadbrzeżnym  bulwarze  tłoczyły  się 
samochody.

Potem Nicole zaproponowała spacer wzdłuż głównej ulicy miasta.  Powłóczyli 

się  trochę  po  pasażu  handlowym,  zerkając  na  wystawy  najdroższych  sklepów,  a 
później wzięli taksówkę, która zawiozła ich do chicagowskiego Instytutu Sztuki.

–  Szybciej  byśmy  tu  doszli  na  piechotę  –  jęknął  Chase,  kiedy  po  raz  trzeci 

utknęli na czerwonych światłach.

–  Ale  moje  buty  nie  nadają  się  do  chodzenia  –  wyjaśniła  szczerze  Nicole.  –

Muszę  oszczędzać  nogi  na  zwiedzanie  muzeum.  Nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz 
odwiedzałam tu Monety i Van Goght.

– Ty odwiedzasz obrazy? Dziwnie to brzmi.
– Zaraz się przekonasz, dlaczego.
Kiedy  wyszli  z  taksówki,  Chase  nadal  kręcił  bez  przekonania  głową.  Nicole 

przyglądała mu się rozbawiona.

– Za wszelką cenę chcesz się wymigać od oglądania dzieł sztuki, co?
– Dlaczego ci to przyszło do głowy?
–  Bo  zobaczyłam paniczne  spojrzenie, jakie  mi  rzuciłeś,  kiedy  powiedziałam, 

że chcę iść do muzeum.

– Skoro dotarłem aż tutaj, wejdę.
– Brawo! – roześmiała się, popychając go ku schodom strzeżonym przez słynne 

brązowe lwy.

Nim  Chase  zdołał  odparować,  potrącił  ich  w  pędzie  jakiś  młody  człowiek 

background image

ścigany okrzykami „Łapać złodzieja! Ukradł mi torbę!"

Krzyczała  starsza  kobieta.  Uciekający  chłopak  rzeczywiście  miał  na  ramieniu 

damską torebkę.

W  mgnieniu  oka  Chase  ruszył  w  pogoń,  roztrącając  przechodniów.  Zdążył 

jeszcze krzyknąć Nicole przez ramię, by zawołała policję.

Wszystko stało się tak szybko, że Nicole, zaskoczona, nie była w stanie zrobić 

żadnego ruchu. Z przerażeniem patrzyła, jak Chase w zajadłym pościgu wpada na 
sześciopasmową,  zatłoczoną  samochodami  Michigan  Avenue.  Jakiś  wóz  pędził 
wprost  na  niego.  Cała  scena  zastygła  jej  w  oczach,  jak  zatrzymana  w  kadrze 
koszmarnego  horroru,  a  potem  wszystko  zaczęło  rozgrywać  się  w  zwolnionym 
tempie.  Usłyszała  przerażone  okrzyki  gapiów.  Otworzyła  usta,  by  ostrzec 
ukochanego,  lecz  nie  wyszedł  z  nich  żaden  dźwięk.  Serce  ścisnęło  jej  się  z 
przerażenia.

Sparaliżowana grozą, bezsilnie czekała, aż znów powtórzy się scena sprzed lat, 

kiedy nagle powietrze przeszył przeraźliwy pisk opon hamującego wozu, bolesnym 
echem odbijając się jej w mózgu.

Dla  Nicole  świat na  moment  zamarł i  w tej  samej  sekundzie wrócił do  życia, 

kiedy Chase cudem uniknął wypadku, tylko po to, by w ostatniej chwili zrobić unik 
przed  jadącą  po  przeciwnym  pasie  taksówką.  Zrozpaczona  patrzyła,  jak  jej 
mężczyzna  kluczy  między  rozpędzonymi  samochodami,  przelewającymi  się  jak 
żelazny potok przez szeroką arterię.

Dopiero kiedy bezpiecznie wylądował po drugiej  stronie, przypomniała sobie, 

co miała robić. Przemagając słabość w kolanach, ruszyła się z miejsca. Tymczasem 
strażnicy muzeum zdążyli już wezwać policję.

Betonowa ławka w pobliżu schodów czekała zapraszająco. Nicole czuła, że za 

chwilę nogi odmówią jej posłuszeństwa. W tym momencie marzyła tylko, by usiąść 
spokojnie i pozbierać myśli.

Z  ulgą  opadła  na  brudny  beton,  dręczona  nawracającymi  obrazami  tamtego 

fatalnego wypadku. Johnny zginął na jej oczach, a teraz to samo mogło stać się z 
Chase'em.  Wszystko  stało  się  tak  szybko;  jeszcze  niedawno  śmiali  się  i 
przekomarzali.  Jak  wtedy,  z  Johnnym  –  radosny  śmiech,  a  po  nim  nagła  śmierć. 
Nie  zdawała  sobie  sprawy,  ile  czasu  siedziała  tak,  nerwowo  skubiąc  fałdy 
spódnicy, kiedy przy krawężniku  zatrzymał się  wóz policyjny. Serce jej  zamarło. 
Czy przyjechali zawiadomić ją, że Chase nie żyje?

Jakiś  mężczyzna  o ciemnych włosach wysiadł i  ruszył ku  niej. Powiew bryzy 

znad jeziora dmuchnął zza rogu, zwiewając jej na oczy pasma włosów. Odgarnęła 

background image

je  niecierpliwym  ruchem  i  odetchnęła  z  ulgą.  Człowiek,  który  wysiadł  z  wozu 
patrolowego, to był Chase.

Widząc, że na niego patrzy, zawadiacko uniósł kciuk w górę i zagadał coś do 

umundurowanego oficera, który szedł za nim.

Nicole  nawet  nie  zauważyła,  że  poszkodowana  kobieta  siedzi  na  sąsiedniej 

ławce, dopóki nie podeszli tam Chase z oficerem. Słyszała ich rozmowę jak przez 
szklaną ścianę.

– Gdzie jest moja torebka? – zapytała ostrym tonem starsza pani.
– Tutaj – powiedział Chase wręczając jej zgubę.
– Jest cała brudna. Ale chyba niczego nie brakuje.
Dziękuję panu – rzuciła zdawkowo.
Nicole nie wierzyła własnym uszom. Przecież ta kobieta nawet nie zdaje sobie 

sprawy, że Chase omal nie zginął pod samochodem. Czy jej bezcenna torebka była 
warta takiego poświęcenia?

– Ha,  to było mocne! – wesoło skomentował Chase, gdy policjanci odjechali, 

zabierając  kobietę  na  komisariat,  by  złożyła  zeznania. Triumfalnym  gestem  objął 
Nicole.

– Złapałem tego szczeniaka. Słowo daję, nie jestem wcale w takiej złej formie, 

jak na pracę w bibliotece.

To co, możemy teraz pooglądać obrazy?
– Nie czuję się dobrze. Chciałabym wracać – odpowiedziała napiętym głosem.
–  Rzeczywiście,  jesteś  blada.  Aż  tak  się  przestraszyłaś?  Przecież  nie  było 

powodu.

–  Jasne,  że  nie.  To,  że  praktycznie  byłeś  już  na  masce  pędzącego  wozu,  nie 

stanowi żadnego powodu do zdenerwowania – sarknęła. – Nie mówiąc już o tym, 
że on mógł mieć broń. Czy w ogóle brałeś to pod uwagę?

– Ja też noszę broń.
Oczywiście, nosi broń. Symbol niebezpiecznego zawodu i ryzykanckiego życia, 

o którym tak bardzo starała się nie myśleć.

– Poza tym wiem, co robię – powiedział Chase, nie zdając sobie sprawy, jaki 

błąd popełnia.

– Johnny też wiedział, a potem roztrzaskał się na motorze – stwierdziła gorzko. 

– Też stale mi powtarzał, że wie, co robi.

– Nie widzę żadnego podobieństwa – odparł poirytowany.
–  Nie  widzisz?  Nie  mam  ochoty  ci  wyjaśniać.  –  Głos  zaczął  jej  się 

niebezpiecznie  łamać.  Wiedziała,  że  za  chwilę  wybuchnie  płaczem  tu,  na  środku 

background image

ulicy i za wszelką cenę pragnęła tego uniknąć.

– Dobrze, w takim razie chodźmy.

Kiedy Nicole stała już przed drzwiami własnego domu, pomyślała z bólem, że 

kilka  godzin wystarczyło, by  kompletnie odmienić jej  nastrój. Jeszcze tego  ranka 
biegła na spotkanie z Chase'em, radosna i podekscytowana. Zapakowała nawet do 
torby seksowną nocną koszulkę na wypadek, gdyby mieli zostać w mieście na noc. 
A  teraz  czuła  się  jak  wrak.  Zastanawiała  się,  gdzie  może  być  Chase.  W  drodze 
powrotnej  z  Chicago  zamienili  zaledwie  kilka  słów.  Nicole  trwała  w  milczeniu, 
zatopiona w ponurych myślach. Na parkingu bez słowa przesiadła się do swojego 
samochodu.

Nie była zaskoczona, gdy zastała Chase'a czekającego w kuchni. Musiał mocno 

cisnąć gaz w swoim kabriolecie, by zdążyć tu przed nią. Uśmiechnął się niewinnie 
na jej widok, jakby nie zauważał, że wyprowadza ją z równowagi.

Nicole podbiegła i kurczowo potrząsnęła go za ramię.
–  Nigdy  już  nie  rób  mi  tego!  Nigdy!  –  załkała  histerycznie  i  uspokoiła  się 

dopiero,  gdy  zaczął  ją  całować.  Moment,  w  którym  zetknęły  się  ich  wargi, 
wyzwolił długo tłumione namiętności.

Wszystko stało się nagle nieważne, pozostała tylko potrzeba bliskości. Szybko 

zrzucili krępujące ich ubrania.

Za oknami gwałtowne błyski sygnalizowały zbliżającą się burzę, a między nimi 

narastało erotyczne napięcie, grożące gwałtownym wyładowaniem pasji. Wszystko 
nagle przeniosło się w inny wymiar, tam, gdzie nie istnieje już cierpienie i rozpacz.

A jednak, gdy wreszcie wrócili do rzeczywistości, Nicole po raz pierwszy czuła 

się nie zaspokojona. Nie fizycznie – emocjonalnie. Miłosna ekstaza nie wypędziła z 
jej  duszy  lęku.  Może  tylko  na  moment,  krótki  jak  czas  dzielący  rozbłysk 
błyskawicy od uderzenia pioruna. Błękitne niebo zasnuło się i burza rozszalała się 
na nowo, pogrążając w mroku myśli dziewczyny.

Kochała  Chase'a.  Kochała  Johnny'ego.  I  żadnego  z  nich  nie  była  w  stanie 

wyleczyć  miłością  z  nałogu  ryzyka.  Igranie  ze  śmiercią  pociągało  ich  o  wiele 
bardziej.  Musi  wycofać  się  z  tej  gry.  Stawki  są  zbyt  wysokie.  Zacisnęła 
rozpaczliwie powieki, łudząc się, że złagodzi ból.

Czuła, jak Chase wstaje, słyszała szelest zabieranego ubrania i trzask drzwi od 

łazienki.  Skorzystała  z  okazji,  przemknęła  na  górę  i  przebrała  się  w  domową 
suknię. Kiedy schodziła na dół, czekał już, zapinając guziki koszuli.

–  Możemy  porozmawiać?  Czy  zamierzasz  dalej  odgrywać  wobec  mnie 

background image

wyniosłą arystokratkę? – zapytał.

– Ja nikogo nie odgrywam! – wybuchnęła, zazdroszcząc mu opanowania. – To 

ty masz praktykę teatralną, nie ja. Nie umiem tak łatwo ukrywać swoich emocji.

– Ciągle jeszcze jesteś na mnie wściekła za to, co zdarzyło się przed muzeum?
–  Wściekła  to  za  mało  powiedziane!  –  Głos  Nicole  drżał  z  wielkiego 

wzburzenia. – Wiedziałeś o Johnnym, a mimo wszystko beztrosko narażałeś się na 
śmierć.

– Przestań wreszcie porównywać mnie do niego!
Jestem policjantem, a nie smarkaczem, który udaje mężczyznę, popisując się na 

motocyklu.

– Ty  też  nie jesteś lepszy!  –  wrzasnęła. –  Chcesz pokazać, jaki  jesteś macho, 

wymachując dla odmiany bronią!

–  A  czego  się  spodziewałaś?  Że  będę  się  spokojnie  przyglądał,  jak  ktoś 

popełnia przestępstwo?

– Jasne, jak mogłam się łudzić – westchnęła Nicole.
– Z wami, mężczyznami, nie można się dogadać.
– Wprost przeciwnie, to kobiety są niedorzeczne.
Bez  przerwy  porównujesz  mnie  z  tym  świętej  pamięci  ideałem,  a  tymczasem 

sama o wiele bardziej przypominasz moją byłą narzeczoną niż ja jego. Najwyższy 
czas, żebym ja zabawił się w porównania. Podobnie jak ty, nie była zdolna przyjąć 
mnie takim, jakim jestem. Również chciała mnie zmieniać.

– A przydałoby ci się! – odpaliła Nicole, zraniona do żywego porównaniem z 

inną  kobietą.  –  Rzucasz  wszystko,  żeby  sobie  poflirtować  ze  śmiercią,  a  potem 
wracasz  dumnym  krokiem  zwycięzcy,  oczekując  pochwał,  bo  znów  ci  się  udało. 
Do następnego razu...

Nie zniosę tego dłużej!
– A kto ci każe?
Ostatnie słowa zabolały Nicole jak policzek.
– Masz absolutną rację. Nikt mi nie każe.
Z  goryczą  musiała  przyznać,  że  Chase  ani  razu  nie  napomknął  o  wspólnej 

przyszłości.  Głupia  była  sądząc,  że  jego  milczenie  w  tej  sprawie  wynikało 
wyłącznie  z  trudności  w  uzewnętrznianiu  uczuć.  Najwyraźniej  nie  istniały  żadne 
uczucia. W przeciwieństwie do niej nigdy nie powiedział "kocham".

–  Gdyby  nawet  ci  na  mnie  zależało,  i  tak  powiedziałabym  "nie"  –  dodała 

dumnie.

– Rozumiem, że po takim oświadczeniu nie mamy już o czym mówić.

background image

Nawet nie przypuszczała, że jego głos może być tak chłodny i obojętny, a rysy 

żywej zwykle twarzy nieruchome, jakby wykute w kamieniu.

– Znikam – rzucił i ruszył ku wyjściu.
Nicole gniewnym ruchem otarła  łzy z twarzy.  Dosyć, musi  o nim zapomnieć. 

Facet,  który  kocha ryzyko,  nigdy nie  będzie zdolny jej  pokochać.  Znudzi  go,  tak 
jak znudziła go praca w bibliotece. Dobrze widziała, w jaką ekstazę wprawiła go ta 
niebezpieczna  przygoda,  jaką  satysfakcję  sprawił  mu  własny  wyczyn.  To,  co  dla 
niego stanowiło radość i smak życia, dręczyło ją nieznośnym lękiem.

Nie, nie wytrzyma tego dłużej. Ból rozstania będzie łatwiejszy do zniesienia niż 

strach o jego życie.

– Nigdy tak naprawdę mi na nim nie zależało – wyszeptała do siebie. – On jest 

tu przelotem, niedługo zniknie z mojego życia.

Czego nauczyła ją ta krótka przygoda?
Wielu niepotrzebnych rzeczy. Takich jak ta, że nie musi stawać na palcach, by 

oprzeć mu głowę na ramieniu; że kiedy włoży obcasy, jego usta całują ją w czoło; 
że wanna służy nie tylko do kąpieli.

I  jednej  rzeczy niezmiernie  ważnej –  że mężczyźni tacy  jak on  nie  mogą być 

kochani. Przynajmniej nie przez kobiety podobne do niej.

Kiedy Nicole miała kłopoty, pomagało jej pieczenie ciasta. Tej nocy piekarnik 

nie próżnował, doszła bowiem do słusznego wniosku, że lepiej wyrabiać ciasto niż 
wypłakiwać  się  w  poduszkę.  „Nie  przejmuj  się,  rób  swoje"  –  głosił  napis  na  jej 
koszulce.

I tak, kolejne tacki pełne czekoladowych ciasteczek lądowały w  mikrofalowej 

kuchence.  Nicole  obiecała  bowiem  upiec  coś  na  popołudniowy  piknik, 
zorganizowany w miejskim parku z okazji Dnia Pamięci Narodowej.

Choć  poranek  wstał  słoneczny  i  świeży,  w  niczym  nie  rozjaśnił  jej  ponurego 

nastroju.  Zmęczenie i  niewyspanie  stępiło  ból  na  tyle,  że  mogła  poruszać  się  jak 
automat, nie doznając żadnych emocji. Wzięła szybki prysznic i ubrała się w szorty 
koloru  khaki  oraz  brązową  koszulkę  polo.  Zmobilizowała  się do  tego  stopnia,  że 
przybyła  punktualnie,  choć  najchętniej  zostałaby  w  łóżku,  nakryta  kołdrą  po 
czubek nosa..

Niestety,  stanowisko  kierowniczki  biblioteki  miejskiej  zobowiązywało.  Takiej 

osoby nie mogło zabraknąć na publicznym pikniku.

Na miejscu była już Anna, zajęta organizowaniem kramu ze słodyczami.
–  Proszę, przyniosłam trochę  ciastek – powiedziała, wręczając koleżance dwa 

background image

spore pudła.

– Skromnie to określiłaś. Nie wyglądasz na wypoczętą.
– Och, miałam upojną noc – roześmiała się nieszczerze Nicole.
Jednak Anna nie dała się zwieść.
–  Twój  wygląd  niewiele  się  różni  od  mojego  nastroju  –  stwierdziła  dziwnie 

poważnym tonem, kontrastującym z jej zwykłą wesołością.

– Co się stało?
– Spotkałam się z tym facetem – wyznała Anna.
– A ściśle mówiąc, natknęłam się na niego przypadkiem, co ostatnio często się 

zdarza.  Jesteśmy  zresztą  zupełnymi  przeciwieństwami.  On  ma  o  wiele  bardziej 
skrytą naturę. Nigdy byś nie powiedziała, że ktoś taki może mi się podobać.

– A czy ten tajemniczy gość ma jakieś imię?
– Wybacz, ale na razie nie mogę więcej powiedzieć.
Mam kompletny zamęt w głowie.
– Okay, rozumiem.
– Ach, byłabym zapomniała. Pytał o ciebie szef policji.
– Tak? – Nicole próbowała ukryć panikę. – A mówił, o co chodzi?
–  Może  chciał  się  upewnić,  czy  przyniesiesz  te  swoje  słynne  ciasteczka. 

Dawałaś mi przepis, ale nigdy nie chciały mi tak wyjść.

–  Pewnie  wzięłaś  złe  kakao  –  z  roztargnieniem  rzuciła  Nicole,  pilnie  śledząc 

napływający tłum w poszukiwaniu Strauda albo Chase'a.

– Słuchaj, a nie widziałaś przypadkiem Alvina?
– zagadnęła.
– Nie. A czekasz na niego? – zainteresowała się Anna.
– Skąd, tylko tak pytam.
Znów  wróciły  bolesne  myśli.  Nicole  szybko  pożegnała  się  z  Anną.  Pragnęła 

zagubić  się  w  wesołym  tłumie.  Niestety,  radosna  atmosfera,  zamiast  uleczyć 
bolesne rany, pogłębiła tylko rozpacz i samotność.

Powiewające  między  drzewami  proporce  i  flagi  nadawały  całej  imprezie 

patriotyczny nastrój. Bujne kwiaty bzu przekwitały już, nasuwając Nicole myśli o 
zamierającym uczuciu.

Cóż, mimo wszystko lepiej jest kochać i stracić, niż nie kochać w ogóle... Nie, 

bzdury! – skarciła się.

– O, Nicole, wreszcie cię odnalazłem – zawołał radośnie uśmiechnięty Straud. –

Chciałem się dowiedzieć, jak ci idzie.

– Naprawdę nie musisz się o mnie martwić.

background image

– Ale powiedz, jak sobie radzisz?
– Och, śpiewająco, po prostu śpiewająco.
–  Zabawne,  ale  dokładnie  takiego  samego  określenia  użył  nasz  wspólny 

przyjaciel, kiedy pytałem go o to samo – stwierdził Straud.

– Kiedy z nim rozmawiałeś?
– Jakąś godzinę temu. Nie wyglądało na to, że jest w cudownym nastroju.
– A ja jestem – oświadczyła Nicole, bojowo odrzucając włosy z twarzy. – Po 

prostu w lepszym już być nie mogę.

– Kogo ty chcesz przekonać – siebie czy mnie?
– Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, bo wszystko cokolwiek powiem, może 

być użyte przeciwko mnie – odparła.

– Czy chcesz, żebym go aresztował?
– Kogo? – Rzuciła Straudowi zaskoczone spojrzenie.
– Człowieka, z którego winy masz te ciemne sińce pod oczami  i zrozpaczony 

wyraz twarzy.

–  Normalnie  powiedziałabym,  że  tak,  ale  facet  ma  powiązania  z 

departamentem.

–  Tego  się  właśnie  obawiałem  –  westchnął.  –  Czuję  się  osobiście 

odpowiedzialny. Gdybym nie poznał was ze sobą... – Westchnął jeszcze ciężej. –
Czy mógłbym ci pomóc, Nicole?

– Nie, w żaden sposób, ale dziękuję.
–  Jeżeli  cię  to  pocieszy,  wiedz,  że  człowiek,  o  którym  mowa,  jest  równie 

nieszczęśliwy jak ty.

Raczej nie mogła w to uwierzyć.

– Masz coś nowego? – zapytał Eddie między jednym kęsem hot-doga a drugim. 

Żeby dać wyraz swemu patriotyzmowi, ubrał się tego dnia w niebieską bawełnianą 
koszulkę i czerwoną jedwabną marynarkę.

– Rozmawiała z szefem policji – poinformował go z roztargnieniem Leo.
– Mam nadzieję, że ona niczego nie podejrzewa.
–  Eddie  zmarszczył  brwi.  –  Nie  muszę  ci  chyba  mówić,  co  by  było,  gdyby 

zaczęła, co?

–  Nie  martw  się  –  zapewnił  Leo.  –  Sam  zajmę  się  Nicole.  Wszystko  będzie 

dobrze, wierz mi.

Słońce chowało się już za horyzontem, gdy Nicole ciężkim krokiem wchodziła 

background image

do domu. Ogarnęło ją całkowite przygnębienie. Dobrze, że przynajmniej ciasteczka 
okazały się przebojem.

Zimny  powiew  klimatyzowanego  powietrza  przyjemnie  koił  rozpaloną  twarz. 

Kiedy indziej rzuciłaby się na kanapę w salonie i leżała tak przez godzinę lub dwie, 
delektując się bezczynnością. Ale dziś widziała tam jedynie miejsce, gdzie kochała 
się z Chase'em. Miała wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek na niej usiądzie.

Ileż miejsc w tym domu wiązało się z jego wspomnieniem... Weszła do kuchni i 

wpatrzyła się w stół, przy którym tyle razy zasiadał, drocząc się z nią, czuląc się do 
niej, wzruszając ją i zaskakując.

Ale dziś kuchnia była pusta, wypełniona mdłą wonią nie wyniesionych śmieci. 

Zapomniała zrobić to przed piknikiem.

Wyjęła torbę z kubła i otworzyła tylne drzwi. Na dworze gasł już czerwonawy 

blask  zachodu.  Z  westchnieniem  stwierdziła,  że  znów  nie  wymieniła  przepalonej 
żarówki na podwórzu. Nagle, po kilku krokach, kątem oka dostrzegła jakiś ruch w 
głębi patio.

– Chase? – zapytała, zerkając w cień.
– Nie, to ja, Leo.
Leo?  Jakim  cudem  się  tu  znalazł?  Jej  numer  telefonu  i  adres  były  przecież 

zastrzeżone,  a  ich  znajomość  ograniczała  się  jedynie  do  biblioteki.  Nim  jednak 
zdążyła o cokolwiek zapytać, Leo przyskoczył do niej i gorączkowo wyszeptał:

– Musze z tobą pomówić, Nicole! To bardzo pilne!
– Dobrze, ale najpierw uspokój się i wejdź do środka.
– Nie, nie możemy rozmawiać tutaj. – Rozejrzał się podejrzliwie, jakby krzaki 

miały uszy. – Chodźmy do mnie, to niedaleko.

– Ależ, Leo...
–  Tylko  spróbuj  powiedzieć  nie!  –  oznajmił  z  nagłą  groźbą  w  głosie  i 

bezceremonialnie ująwszy Nicole za ramię, pociągnął ją do wyjścia.

background image

Rozdział 7

– To jak, powiesz mi, co się dzieje, czy będziesz przez cały wieczór gapił się w 

swój kufel piwa?

– zapytał zniecierpliwiony Carlos. Siedzieli przy stoliku w tawernie "U Nicka".
– Nic się nie dzieje – odburknął Chase.
– Niemożliwe, ja ci mówię, że sprawa, której nie mogliśmy ugryźć od sześciu 

miesięcy,  wreszcie  została  rozpracowana,  a  ty  siedzisz  tutaj  i  smęcisz  się 
beznadziejnie.

– Pracowałem z tobą  przez  pięć  z owych sześciu miesięcy – przypomniał mu 

Chase.  –  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  cholernie  mi  żal,  ponieważ  nie  mogę 
uczestniczyć w Wielkim Finale?

– Naprawdę tak się tym martwisz? – spytał przejęty Carlos.
Chase  wzdragał  się  przed  okłamywaniem  najlepszego  kolegi.  Nagle 

przypomniał sobie słowa Nicole: „Zawsze bronisz innym dostępu do siebie, Chase. 
Zastanawiam się, dlaczego?". Teraz sam zaczął się nad tym zastanawiać. Dlaczego 
tak  trudno  było  mu  zrezygnować  ze  stwarzania  pozorów  i  mówić  po  prostu 
prawdę?  Czyżby  aż  tak  weszło  mu  w  krew  granie  i  udawanie,  że  zapomniał  już 
niemal, kim jest? Może rzeczywiście powinien spróbować być sobą.

– Nie – przyznał z wysiłkiem. – Naprawdę martwię się czymś zupełnie innym. 

Chodzi o...

– Tak? – zachęcał kumpel. – No, stary, wyduś to z siebie.
–  Dobra,  chodzi  o  kobietę  –  przyznał  się  wreszcie  i  z  oburzeniem  dosłyszał 

chichot Carlosa.

– No jasne, a cóż by innego! Tylko że zawsze to ty przyprawiałeś kobiety o ból 

głowy, a nie one ciebie.

– Zapomnij o tym – warknął Chase.
– No, no, tylko nie bądź taki drażliwy.
–  Dziwisz  się?  Ciekawe,  jak  byś  się  czuł,  gdyby  ciebie wsadzono  do  smętnej 

biblioteki na prowincji?

W  tym  miasteczku  jedyne  dwa  światła  na  skrzyżowaniach  głównej  ulicy 

wyłącza się dla oszczędności o jedenastej wieczorem.

– Daj już spokój temu miasteczku. Co to za kobieta?
–  Wiesz,  co  mi  powiedziała?  –  zapytał  Chase,  nagle  porwany  potrzebą 

zwierzeń.

background image

– Nie, ale jestem ciekaw.
– Otóż powiedziała, że mam trudności w kontaktach z ludźmi. Uwierzysz? Ja?
– Co rozumiała przez „trudności"?
– Właściwie nie wiem – przyznał strapiony Chase.
– Mówiła o szczerości, otwartości w wyrażaniu uczuć.
Zawahał się, widząc spojrzenie Carlosa.
– Okay, rzeczywiście tego nie robię. Ale pokaż mi takiego, kto jest szczery!
– Jak daleko zaszły sprawy między wami? – indagował Carlos.
– Pokłóciliśmy się – oznajmił Chase, uprzedzając następne pytanie.
– Też mi nowina! Z twoich opowiadań odniosłem wrażenie, że nieraz wam się 

to zdarzało.

– Owszem, ale tym razem było inaczej. Tym razem...
tym razem wpadłem, stary – oznajmił dramatycznym tonem.
–  A powiedziałeś jej  o tym?  Bo  mam  wrażenie,  że gdybyś  z nią  pogadał, tak 

szczerze jak teraz ze mną, nie byłoby sęków między wami.

– Co przez to rozumiesz? – Chase spiorunował go wzrokiem.
–  Chciałem  ci  uświadomić,  że  jeśli  mówisz  damie,  że  ci  na  niej  zależy,  nie 

powinno to  zabrzmieć, jak byś ogłaszał koniec świata albo zwierzał się,  że jesteś 
śmiertelnie chory. Powinieneś mówić to radośnie.

–  Ale  wcale  nie  czuję  się  radośnie.  Przynajmniej  nie  w  tym  momencie.  Sam 

siebie nie rozumiem. Ta wspaniała kobieta chce mnie zmienić, a tymczasem ukróca 
mi cugli.

– Czy naprawdę o to jej chodzi?
– Nie może pogodzić się z faktem, że mam tak niebezpieczny zawód.
Carlos przytaknął ze zrozumieniem.
– To  jest  problem  wielu  z  nas.  Zawodowe  ryzyko,  co?  Jeśli  jesteś  w 

niebezpieczeństwie, wzywasz  gliny,  ale  za  Boga  nie  związałabyś się  z  żadnym  z 
nich.

Chyba żeby grzecznie zgodził się robić swoje zza biurka.
– Ona już raz się sparzyła.
– Na policjancie?
– Nie. Zakochała się w pewnym chłopaku, a on zginął na jej oczach. Rozwalił 

się  na  motorze.  I dlatego kiedy zobaczyła, jak w pogoni za kieszonkowcem walę 
przez  wszystkie  sześć  pasów  Michigan  Avenue,  wyobraziła  sobie,  że  za  chwilę 
mnie rozjadą.

– Zaraz, zaraz, o co chodzi?

background image

Chase krótko opowiedział mu o całym incydencie i histerycznej reakcji Nicole.
– I co masz zamiar dalej zrobić? – zapytał z troską Carlos.
– Nie wiem – odparł bezradnie Chase. – Po prostu nie wiem.

Kiedy dotarł do domu Nicole, nadal nie wiedział, co ma zrobić. Nie był nawet 

pewien, czy ją zastanie.

Pomysł,  by  wstąpić  i  porozmawiać  z  nią,  jaki  przyszedł  mu  do  głowy  po 

wyjściu z tawerny, wydawał się dobry. Nie mógł przecież pozostawić sprawy bez 
wyjaśnienia.

Starym  zwyczajem  zaszedł  dom  od  tyłu.  Coś  jednak  było  nie  w  porządku. 

Drzwi kuchenne stały otworem. Chase odruchowo sprawdził broń i ostrożnie ruszył 
przez patio.

Jego niepokój wzrastał. Nicole nie było w kuchni. Przeszukał dom od piwnic po 

dach. Bezskutecznie. Tymczasem w kuchni zostawiono zapalone światło, na stole 
leżała jej torebka, a samochód stał na podjeździe.

Wrócił  na  dziedziniec  i  zaczął  się  rozglądać.  Coś  zalśniło  w  ciemności. 

Podszedł  bliżej  i  zobaczył  plastikową  torbę  na  odpadki,  z  której  wysypywały  się 
śmieci, jakby ktoś porzucił ją w pośpiechu.

Zaklął wściekle i wyciągnąwszy z kieszeni małą  silną latarkę, metr po  metrze 

zaczął  oświetlać  podwórko  w  poszukiwaniu  dalszych  śladów.  Po  jednej  stronie 
znalazł pomieszane odciski stóp należące do dwóch osób.

Teraz  już  wiedział.  Ktoś  ją  porwał.  Ktoś  z  szajki.  Było  to  jedyne  logiczne 

wytłumaczenie.

Zaklął ponownie, próbując opanować ogarniające go zdenerwowanie. Nie mógł 

sobie  darować,  że  zlekceważył  zagrożenie,  traktując  członków  gangu  jak 
nieszkodliwych  amatorów.  Tymczasem  musieli  zorientować  się,  że  są  śledzeni  i 
zareagowali klasycznie, jak szczury osaczone w kącie.

Nie tracąc czasu, błyskawicznie skontaktował się ze Straudem i zdał mu raport 

z sytuacji.

–  Nie  mam  konkretnego  dowodu  –  podsumował.  –  Teoretycznie  można  by 

sądzić  po  odciskach  stóp,  że  wyprowadzono  ją  siłą,  ale  nie  ma  innych  śladów 
walki. Może po prostu poszła do sąsiadów, albo coś w tym stylu.

– Właśnie to „coś" mnie najbardziej martwi – stwierdził szef.
– Mnie również.
– Co masz zamiar teraz zrobić?
– Odszukać kilku informatorów i trochę ich przycisnąć. Zadzwonię, kiedy będę 

background image

coś wiedział.

Bar, do którego wkroczył w kilka minut później, wyglądał na taką mordownię, 

że tawerna „U Nicka" mogła być śmiało porównana do Hiltona.

– Joey, chłopie, właśnie cię szukałem – powiedział, podchodząc do siedzącego 

przy barku człowieczka o twarzy łasicy.

–  Nie  wiem,  co  jest  grane,  ale  z  góry  mówię,  że  nic  mi  do  tego  –  oznajmił 

tamten na powitanie.

– Joey, tylko jedno nazwisko, i to szybko. – Chase podsunął się bliżej, groźnie 

górując nad drobną postacią barowego bywalca.

– Zrozum, to dla mnie osobista sprawa – podkreślił.
– Nadepnięto mi na odcisk i będę musiał kogoś przycisnąć. A wiesz chyba, jak 

nie lubię trzymać się przepisów – dodał z niebezpiecznym błyskiem w oku.

Joey wyraźnie poczuł się nieswojo.
– O co biega? – rzucił nerwowo.
– Kojarzysz tę szajkę, o której kiedyś rozmawialiśmy?
Joey przytaknął.
– To dawaj nazwisko. Szybko! – warknął Chase.
– Kiedy mówiłem, że...
– Może wolisz, żebym zaciągnął cię na dołek na oficjalne przesłuchanie, co? –

spytał  Chase  z  jawną  groźbą,  przysuwając  się  jeszcze  bliżej.  –  Albo  wyduszę  z 
ciebie wszystko tu, na miejscu. Pamiętaj, że to moja prywatna sprawa i nie jestem 
tu służbowo.

– Ciszej, jak rany – wyszeptał Joey, zerkając wokół z niepokojem. – Wiem o 

takim  jednym  gościu,  co  się  nazywa  Leo,  pseudo  „Krewetka".  Tylko  tyle, 
przysięgam  –  zabełkotał,  widząc  żądzę  mordu  w  oczach  swego  prześladowcy.  –
Gadali, że jest stąd. Podobno wynalazca.

Jakaś  klapka  otworzyła  się  nagle  w  umyśle  Chase'a.  Nicole,  jej  opowieści  o 

pchlim  targu  i  człowieku  o  imieniu  Leo,  stałym  bywalcu  biblioteki,  wynalazcy. 
Namiar mógł być dobry. Ilu w końcu wynalazców o imieniu Leo może być w tej 
okolicy?

– Czekaj, jeszcze coś – przypomniał sobie Joey.
– Gadają, że koło tego interesu chodzi też taki Fritz Demato. Słyszałeś o nim?
Chase słyszał. Demato był gangsterem pośledniejszego formatu, ale dorobił się 

już kartoteki kryminalnej I można go było uznać za niebezpiecznego.

– Fritz nie lubi frajerów, co mu wchodzą na odcisk.
Podobno ostatnio zrobił się nerwowy, kapujesz?

background image

Detektyw Ellis doskonale wiedział, o co chodzi. Jego następnym posunięciem 

miało być zdobycie adresu Leo. Wierzył, że przeczucie go  nie myliło.  Nawet nie 
wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby coś stało się z Nicole.

– Przepraszam, ale nie mam cukru – powiedział Leo, częstując Nicole herbatą.
–  Nie  szkodzi.  –  Odstawiła  filiżankę  na  stoliczek  i  zwróciła  się  ku  niemu.  –

Więc zaciągnąłeś mnie tutaj, żeby...

– Żeby porozmawiać o Annie – dokończył.
– Nie mam pojęcia, co w sobie nawzajem widzicie.
– Przypadkiem wpadliśmy jedno na drugie.
Przypomniała sobie, że niemal tych samych słów użyła Anna, zwierzając się jej 

w czasie pikniku.

– Dlaczego nie mogliśmy porozmawiać o tym u mnie? – spytała.
– Ktoś mógłby nadejść.
– Mało prawdopodobne.
–  Dobrze,  przyznaję,  byłem  spanikowany  –  powiedział  nieśmiało.  –  Kiedy 

podsłuchałem, co mówi do ciebie na pikniku, doszedłem do wniosku, że ci ufa.

Nicole  zrozumiała  teraz,  skąd  wzięło  się  nagłe,  zakłopotane  spojrzenie  Anny. 

Musiała w tym momencie dostrzec Leo.

– Kocham  ją  –  oświadczył.  –  I  nie  wiem,  co  dalej  począć.  Potrzebuję  twojej 

rady. Jak myślisz, jak powinienem teraz postąpić? Wierz mi, ja...

– Myślę, że powinniście słuchać mnie – dobiegł ich głos Eddiego z holu. – Nie 

ruszać się! – zakomenderował, mierząc ku nim z pistoletu.

– Eddie, co ty robisz? – zawołał przerażony Leo.
–  Chronię  własną skórę!  Jeszcze chwila, a  zwierzyłbyś się  ze wszystkiego tej 

uroczej  bibliotekarce,  która  dziwnym  trafem  spiknęła  się  z  pewnym 
zakamuflowanym gliną.

– O kim ty mówisz?
–  Siedzą  nam  na  karku  –  stwierdził  Eddie.  –  A  ty  grasz  na  dwie  strony.  –

Oskarżycielsko skierował broń w Leo.

– Ja nic nie zrobiłem!
– Zamknij się! Teraz ja mówię.
Nicole  miała  wrażenie,  że  cała  scena  jest  nierealna  i  przydarzyła  się  komuś 

innemu.  Niestety,  broń,  którą  Eddie  wymachiwał  w  podnieceniu,  była  aż  nadto 
rzeczywista. Nikt nigdy nie trzymał jej na muszce. Było to wybitnie nieprzyjemne 
przeżycie.

background image

Gangster  wydostał  kawał  sznura  do  bielizny,  na  którym  zostało  jeszcze  kilka 

spinaczy i rzucił go Leo.

– Masz, zwiąż ją.
Leo zawahał się.
– Rób, co ci każę. – Lufa pistoletu wykonała naglący ruch. – No, już!
– Popełniasz ogromny błąd.
– Ani słowa więcej. A ty – zwrócił się do Nicole, która z nadzieją spoglądała ku 

drzwiom – nie próbuj nawet marzyć o ucieczce. Pospiesz się, Leo, nie będę czekał 
do rana. Czy może będzie szybciej, jeśli zastrzelę ciebie i sam ją zwiążę, co?

– Tak, już, już. Przepraszam cię – wymruczał Leo do Nicole, przywiązując ją 

do krzesła.

– Dlaczego dałeś się w to wciągnąć? – spytała.
– Dla pieniędzy. Potrzebowałem ich na wynalazki.
– I zadarłeś z prawem? Och, Leo...
–  Czemu  się  pani  tak  dziwi,  droga  pani  kierowniczko  –  wtrącił  się  Eddie.  –

Przecież wiedziała pani doskonale, co się dzieje i dlatego rozmawiała pani z szefem 
policji. A ty, Leo, miałeś się nią zająć...

–  Ona  o  niczym  nie  wiedziała.  Kiedy  wszedłeś,  rozmawialiśmy  o  czymś 

zupełnie innym.

– Jasne, myślisz, że uwierzę – zaśmiał się Eddie.
– Zamknij się i kończ z tym wiązaniem.
Nicole ciągle nie mogła uwierzyć w to, co się zdarzyło. Dlaczego zgodziła się 

wyjść  z  domu?  I  czy  Leo  naprawdę  obiecał  swojemu  „kuzynowi",  że  się  nią 
„zajmie"?  Ten  poczciwy  Leo?  Owszem,  ten  sam,  który  siedział  po  uszy  w 
nielegalnym bukmacherskim interesie, dokładnie ten sam.

– Dobra, teraz ty – polecił Eddie swemu niedawnemu pomocnikowi. – Siadaj na 

krześle koło niej.

I  pamiętaj,  jeden  fałszywy  ruch,  a  będę  strzelał  –  ostrzegł,  błyskawicznie 

krępując sznurem swoją ofiarę.

– Tak strasznie mi przykro. – Leo popatrzył na Nicole wzrokiem zbitego psa. –

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy cię skrzywdzić.

– A ja nie mogę uwierzyć, że zaangażowałeś się w coś takiego – odparła.
– Wiesz, zakłady istniały już przed wiekami i nikt nie uważał tego za ujmę. Już 

starożytni Grecy kombinowali na wyścigach rydwanów. Wiem, bo czytałem w ...

–  Wierzę,  że  książka  była  pasjonująca  –  przerwał  mu  Eddie  –  ale  sądzę,  że 

powinniście bardziej skupić się na tym, jak przeżyć, niż na historii hazardu.

background image

To powiedziawszy, ledwie dostrzegalnym ruchem otarł pot znad górnej wargi.
–  Mylisz  się,  Eddie.  Kiedy  wszedłeś,  pytałem  Nicole  o  radę  w  sprawach 

miłości.  Miałem  się  właśnie  jej  zwierzyć,  że  w  ogóle  nie  znam  kobiet.  Nic  nie 
mówiliśmy o tobie ani o pracy.

–  Ty  i  miłość?  Nie  bujaj!  –  parsknął  Eddie.  –  Ty  w  ogóle  nie  masz  życia 

miłosnego.

– Nie, nie mam – szczerze przyznał Leo. – Ale powiedziałem ci prawdę, czystą 

prawdę. Potwierdź mu, Nicole.

– On zakochał się w bibliotekarce z działu dziecięcego – oznajmiła.
Leo spojrzał na nią karcąco.
– Nie musiałaś mówić mu, kim ona jest.
–  Czy  nie  masz  ważniejszych  zmartwień  niż  dyskrecja?  –  parsknęła 

zniecierpliwiona.

– Właśnie, ona ma rację – włączył się Eddie.
–  Dlaczego  mnie  nie  powiedziałeś  o  tej  kobiecie,  tylko  poszedłeś  do  niej?  Ja 

dałbym ci dobrą radę.

–  Przepraszam  –  powiedział  ze  skruchą  Leo  –  ale  pomyślałem,  że  mnie 

wyśmiejesz.

Eddie tymczasem popatrywał to na jedno, to na drugie, wyraźnie zastanawiając 

się, co dalej robić.

–  Rozwiąż  nas  –  poprosił  błagalnie  Leo.  –  Pomyśl,  co  powie  twoja  żona. 

Przecież wiesz, że jestem jej ukochanym kuzynem.

Nicole  dostrzegła,  że Eddie  się  waha.  Odłożył  broń  na  stół  i  zaczął  iść  w  ich 

kierunku. W tym samym momencie ktoś wtargnął do pokoju.

Nicole  miała  desperacką  nadzieję,  iż  zobaczy  spieszącego  jej  na  ratunek 

Chase'a. Niestety, zamiast niego ujrzała osobnika odzianego w różowy, najbardziej 
jaskrawy garnitur, jaki dotąd widziała. Co gorsza, trzymał w ręku pistolet dwa razy 
większego kalibru niż broń Eddiego.

– Nie ruszać się! – warknął.
Jeden  rzut  oka  na  twarz  niedawnego  prześladowcy  wystarczył  Nicole,  by 

dowiedzieć się, że sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót.

– Pan D-Demato... – zająknął się.
–  Szukałem  cię,  mój  drogi.  Nie  odpowiadałeś  na  moje  telefony,  więc 

postanowiłem stawić się osobiście.

Psujesz mi interesy, koleś, a to mi się nie podoba.
– Usiłowałem nie wchodzić panu w drogę...

background image

–  Widać  marnie  się  starałeś.  Nikt  nie  będzie  robił  w  konia  Fritza  Demato!  –

ogłosił dumnie, po czym dał Eddiemu kuksańca, który ściął go z nóg.

–  Powiedz  mi  zresztą,  frajerze,  czy  prawdziwy  macher  będzie  używał 

biblioteki? Przecież musimy dbać o reputację!

– A ty... – Demato groźnie pochylił się nad Leo.
– Ponoć pracowałeś dla tego durnia. – Wymownym gestem skierowanego w dół 

kciuka wskazał na rozciągniętą na dywanie postać. – Wygląda na to, że zmieniłeś 
szefa. Masz coś przeciwko temu?

– Ależ nie, panie Demato – zapewnił Leo.
– Fajno. I mów mi Fritz – powiedział nowy szef, rozwiązując więźnia. – A teraz 

zwiąż jego – polecił, wskazując na Eddiego, który właśnie przyszedł do siebie.

–  Leo,  ty  zdrajco!  –  zawył,  kiedy  tylko  pojął,  o  co  chodzi.  –  Czułem,  że  źle 

wyjdę na zatrudnieniu ciebie!

– darł się, krępowany więzami. – Ty, kuzyn mojej żony, występujesz przeciwko 

mnie? Tak się odwdzięczasz rodzinie? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem? 
A co z... – Zamilkł znienacka, gdy Leo wcisnął mu  w usta jedwabną chusteczkę, 
wyciągniętą z kieszeni jego własnego garnituru.

–  Ten  pistolet  nawet  nie  jest  naładowany  –  stwierdził  z  niesmakiem  Fritz, 

zatykając  sobie  zdobyczną  broń  za  pasek  drogich  jedwabnych  spodni.  –  Ale  mój 
jest – zapewnił. – I radzę o tym pamiętać.

– Tak jest, proszę pana.
– Frtiz. Mów mi Fritz.
– Tak, Fritz.
–  Dobra,  a  teraz  plan  gry.  Zaparkowałem  wóz  trochę  dalej,  na  ulicy.  Czarny 

Cadillac.  Tu  masz  kluczyki.  –  Rzucił  je  zaskoczonemu  Leo  –  Pójdziesz  i 
uruchomisz  go.  Możesz  uważać  to  za  test.  W  razie  jakiegokolwiek  numeru 
oblewasz sprawdzian, a ja będę musiał zabić tych dwoje. Potem zajmę się tobą.

Wytropię  cię  wszędzie,  tak  jak  wytropiłem  twojego  kuzyna.  Jasno  się 

wyrażam?

Leo  przełknął  z  wysiłkiem  ślinę  i  kiwnął  głową.  Nicole  uznała,  że  z  dwojga 

bandytów stanowczo woli Eddiego. Fritz uraczył ich jaszczurczym uśmiechem.

–  W  porządku.  Jak  już  uruchomisz  mój  wóz,  podjedź  nim  tutaj  i  postaw  pod 

żywopłotem. I pospiesz się. Musimy jak najszybciej zabrać stąd tych dwoje.

Chase  dostrzegł  wychodzącego  Leo.  Wiedział  już,  że  Nicole  jest  związana, 

gdyż  udało  mu  się  potajemnie  zerknąć  przez  okno.  Zdążył  zawiadomić  o 
wszystkim Strauda i wiedział, że będzie miał zabezpieczone tyły. Nalegał jednak, 

background image

by główną część zadania pozostawiono jemu. Nie mógł pozwolić, by wyręczył go 
nadgorliwy  funkcjonariusz,  którego  świerzbiał  palec  na  cynglu.  Dlatego  czekał 
samotnie,  ukryty  w  gąszczu  iglaków  otaczających  obdrapany  wiktoriański  dom. 
Cierpliwość  została  wreszcie  nagrodzona.  Chase  pochwycił  wychodzącego  Leo  i 
przyparł go do grubego pnia dębu, rosnącego w kącie podwórza.

– Opowiadaj, co się dzieje w środku – warknął.
– Kim jesteś? – wycharczał przerażony wynalazca.
– Kolejnym rywalem?
Detektyw wyszarpnął służbową odznakę i machnął mu przed oczami.
– Jak widzisz, jestem gliną. A ty wyciągnąłeś łapy po moją kobietę.
– Nigdy nie wyciągałem łap po żadną kobietę – z oburzeniem wyszeptał Leo. –

Ach, rozumiem, nie mówiłeś tego dosłownie... – Urwał, gdyż silne ręce potrząsnęły 
nim niecierpliwie. – Zapewne chodzi ci o Nicole. Jest w środku.

– Mów, co z nią?
– Jest związana, ale ma się dobrze.
– Dobra, mów mi szybko, co się tam dzieje.
Leo zaczął opowiadać w pośpiechu, połykając sylaby. Chase usiłował wyłowić 

jakiś sens z chaotycznej narracji.

– Jak bardzo zależy ci na wolności? – zapytał.
– Bardzo,  ale  to  bardzo  mi  zależy  –  bez  namysłu  rzucił  Leo.  –  Właśnie 

stwierdziłem,  że  nie  nadaję  się  do  przestępczej  roboty.  I  mam  straszne  wyrzuty 
sumienia, że wciągnąłem w tę sprawę Nicole.

– Dobrze. – W umyśle Chase'a narodził się już plan. Przypomniało mu się, że 

Fritz  miał  manię  na  punkcie  swojego  samochodu,  wyprodukowanego  na 
zamówienie, czarnego cadillaca ze złotymi ozdobami.

Wóz był jego dumą i radością. Detektyw zdążył zauważyć, że zaparkowany jest 

z boku i niewidoczny z okien.

– Wracaj i powiedz Fritzowi, że jego wóz został skradziony – polecił.
Leo nerwowo przełknął ślinę. Nadszedł moment, w którym mógł  się wreszcie 

wykazać i zrehabilitować za swoje niegodne czyny.

– Zrobię to – wyszeptał z determinacją. – A co potem?
– Potem wycofaj się i trzymaj z daleka.

–  I  co  taka  porządna  dziewczyna  jak  ty  robi  w  takim  miejscu?  –  zagadnął 

Nicole Fritz.

– Już od kilkunastu minut zadaję sobie to samo pytanie – wymamrotała. – Po 

background image

prostu przyszłam tu na herbatę.

–  Dobry  moment  wybrałaś  sobie  na  sąsiedzkie  pogawędki  –  zauważył 

przestępca.

– Najwyraźniej. I nie przypuszczam, byś był skłonny mnie...
Odmownie pokręcił głową.
–  Tak  myślałam  –  westchnęła,  usiłując  jednocześnie  rozluźnić  pętle  na 

przegubach. Przydała się szkoła starszego braciszka, który w dzieciństwie ćwiczył 
na niej harcerskie węzły. Nagle dosłyszeli, że wraca Leo.

Czas naglił.
– Fritz, ukradli twój samochód! – krzyknął od progu.
–  Coo?!  –  Fritz  odruchowo  rzucił  się  do  wyjścia,  pragnąc  przekonać  się,  czy 

rzeczywiście zabrano mu ukochane cacko. Lecz Chase już czyhał za progiem.

W  sekundę  Fritz  przekonał  się,  że  stracił  nie  tylko  wóz,  ale  i  pistolet,  który 

wyfrunął mu z ręki, wytrącony nagłym ciosem. Silny chwyt osadził go w miejscu.

– Złamiesz mi rękę – zawył.
–  Ciesz się, że nie  złamię ci  karku  –  wycedził przez  zęby Chase. Za  moment 

pojawił się komendant Straud z policjantami.

Chase zostawił im pojmanego, by mogli mu zrobić  wykład o przysługujących 

mu prawach, a sam pobiegł do Nicole.

Uśmiechnęła się niepewnie na jego widok.
– Dużo czasu ci to zajęło, detektywie Ellisie – mruknęła.
Podbiegł  ku  niej  i  rzucił  się  na  kolana,  by  rozwiązać  sznury.  W  zapale  nie 

zorientował  się  nawet,  że  Nicole  natychmiast  powstała  i  otoczyła  jego  szyję 
ramionami, odwzajemniając mu namiętny uścisk.

Odchylił się do tyłu, by przyjrzeć się jej dokładnie.
– Jakim cudem się uwolniłaś?
– Widać mam ukryte talenty.
– Wszystko w porządku? – zapytał z troską, badając wzrokiem jej twarz.
–  Jak  najbardziej  –  zapewniła  go.  –  Trochę  mi  może  niewygodnie  ze 

związanymi kostkami.

W  mgnieniu  oka  uwolnił  jej  nogi.  Teraz  mogli  już  na  dobre  przytulić  się  do 

siebie. Trzymał ją kurczowo, jakby nigdy już nie miał wypuścić i przymknąwszy 
oczy kołysał w ramionach, gładził po włosach.

– Nigdy już nie rób mi tego – wyszeptał żarliwie.
– A co ci zrobiłam?
– Sprawiłaś, że zakochałem się w tobie. – Słowa popłynęły same, zanim zdążył 

background image

się zastanowić.

Odchyliła się i spojrzała mu w twarz, dostrzegając w niej napięcie, które sama 

czuła. – Jesteś wytrącony z równowagi i mówisz nie przemyślane rzeczy.

–  Naprawdę  chcesz,  żebym  przestał  mówić,  co  czuję?  Wierz  mi,  naprawdę 

wiem, o czym mówię.

Kocham  cię,  Nicole.  Kocham  twój  charakter,  twoją  szlachetność,  pasję  i 

entuzjazm  –  nie  mówiąc  już  o  twoich  cudownych  nogach  –  zakończył 
niespodziewanie, pragnąc rozproszyć napięcie.

–  Kochałem  cię  już  przedtem.  Ale  dopiero  teraz  zrozumiałem,  co  się  czuje, 

kiedy ukochana osoba jest w niebezpieczeństwie. Dlatego obiecuję ci, że nie będę, 
tak jak kiedyś, podejmował niepotrzebnego ryzyka. Ale jestem policjantem, Nicole. 
Czy zaakceptujesz ten fakt i zwiążesz się ze mną?

Niedawne  udręki,  jakie  przeżywała  na  myśl,  że  może  już  go  nie  zobaczyć, 

zmusiły  ją  do  stawienia  czoła  własnym  lękom.  Sytuacja  zagrożenia  uświadomiła 
Nicole  odwieczną  grę  życia  i  śmierci,  uwalniając  jej  myśli  od  zbędnego  bagażu 
emocji. Tym samym pokonała dręczący strach przed przyszłością, uznając radość 
chwil przeżywanych tutaj i teraz – z Chase'em.

Życie  nie  trwa  wiecznie,  więc  bezsensem  jest  dopuszczać,  by  zatruwał  je 

wieczny lęk, który nie pozwala cieszyć się chwilą.

–  Spróbuję  –  oświadczyła  z  mocą.  –  Tylko obiecaj  mi,  że  wreszcie  zaczniesz 

postępować rozważnie.

– Obiecuję. I oczekuję takiego samego zobowiązania z twojej strony.
– Tak.
– Pięknie brzmi to słowo – zamruczał, całując ją.
–  Chciałbym  jeszcze  raz  usłyszeć  je  z  twoich  ust  –  kiedy  ubrana  w  ślubną 

suknię staniesz przed ołtarzem I wobec kościoła pełnego ludzi powiesz „tak".

–  Och,  zależy,  kto  będzie  panem  młodym  –  zażartowała,  z  trudem  kryjąc 

dreszcz oczekiwania.

– Ja! Czy dobrze słyszałem? – Czule przeczesywał palcami jasne włosy Nicole. 

– Naprawdę chcesz wziąć za męża tego glinę... na dobre i na złe, w zdrowiu i w 
chorobie, w szczęściu i radości?

– Chcę!
Chase  przerwał  jej  radosny  śmiech  pocałunkiem,  który  obiecywał  wszystko, 

czego  tylko  zapragnie.  I  nieważne  było,  że  po  pokoju  kręcili  się  policjanci,  a 
nieszczęsny  Eddie  nadal  tkwił  w  więzach,  zakneblowany  własną  chusteczką  do 
nosa.  Serce  Nicole  biło  mocno,  przepełnione  miłością  do  człowieka,  który 

background image

uwielbiał flirtować z własnym losem.

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  Bruce  Query,  bratanek  szacownego  członka  naszej 

rady  nadzorczej,  był  pośrednikiem  szajki  w  bibliotece  –  kręciła  głową  Nicole. 
Oboje  z Chase'em leżeli  przytuleni w ogromnym łożu,  ciągle nie  mogąc się sobą 
nacieszyć,  choć  zdążyli  się  już  dwa  razy  pokochać.  –  Stary  Query  nie  będzie 
zachwycony. A powiedz mi, co z Leo?

–  Najprawdopodobniej  dostanie wyrok w zawieszeniu i  sporą  ilość  godzin do 

odpracowania na rzecz miasta. Zasugerowałem, by oddelegowano go do biblioteki.

– Jak to miło z twojej strony!
– Bo ze mnie w ogóle jest miły chłopak – zachichotał.
–  Wiem  –  odpowiedziała  dziwnie  poważnym  tonem,  muskając  wargami 

miejsce,  gdzie  mocno  uderzało  jego  serce.  –  Dlatego  między  innymi  cię 
pokochałam.

– Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś mi, że mnie kochasz? – nadąsał się.
– Czekałam, aż ty mi to powiesz.
– A nie przyszło ci do głowy, że ja czekam na ciebie?
– Panie mają pierwszeństwo, co?
–  Zawsze  –  zamruczał,  czyniąc  niedwuznaczną  aluzję  do  niedawnych  chwil 

miłości.

– Jest coś,  co powinieneś o mnie wiedzieć – powiedziała, przesuwając  rękę z 

jego  piersi  w  dół,  poniżej  pępka,  ruchem  wirtuoza  doskonale  świadomego,  którą 
ma poruszyć strunę. – Nie zawsze bywam damą.

– Wiem. I dlatego między innymi cię pokochałem.
Ty również powinnaś coś o mnie wiedzieć. Coś, co wiedzą tylko trzy osoby na 

świecie... – tajemniczo zawiesił głos.

– Co?
–  Moje  prawdziwe  imię  nie  brzmi  Chase.  Tak  tylko  nazywała  mnie  w 

dzieciństwie  mama.  W  świadectwie  urodzenia  mam  wpisane...  Alvin.  Mam 
nadzieję,  że  ta  wiedza  nie  zmieni  twoich  zamiarów  co  do  poślubienia  mnie...  –
stwierdził z heroicznym spokojem.

– Cóż, Alvinie Chasie Ellisie, nic nie odwiedzie mnie od moich zamiarów. Nie 

myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.

– Nie mam najmniejszej ochoty – szepnął. – Ani teraz, ani kiedykolwiek!