background image

Smith Lisa Jane 

 
 
 
 
 
 

 
 

Powrót o zmierzchu 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Pamiętniki wampirów tom 5 

background image

Prolog

 

Stefano. 

Elena była sfrustrowana. Nie potrafiła pomyśleć jego imienia, by 

zabrzmiało tak, jak chciała. 

- Stefano – powtórzył raz jeszcze. - Czy możesz wypowiedzieć moje 

imię, najukochańsza? 

Elena przyjrzała mu się z namysłem. Złamał jej serce swoją urodą, 

rzymskimi rysami i ciemnymi włosami opadającymi niesfornie na czoło. 

Chciała ująć w słowa uczucia, jakimi darzyła Stefano, ale zaćmiony umysł nie 

pozwalał. O tak wiele spraw pragnęła go zapytać... i tyle mu powiedzieć. Ale nie 

mogła znaleźć właściwych słów. Nawet nie mogła mu przesłać myśli. Stefano 

odbierał tylko chaotyczne, pojedyncze obrazy. 

Ale przecież to był dopiero siódmy dzień jej nowego życia. 

Stefano opowiedział Elenie, że kiedy po raz pierwszy się obudziła po tym, 

gdy umarła jako wampirzyca, potrafiła chodzić, mówić i robić wiele rzeczy, 

których teraz nie pamiętała. Nie wiedział, dlaczego tak było – nie słyszał nigdy 

o nikim, poza wampirami, kto wróciłby po śmierci. Elena była wampirzycą, gdy 

umierała, ale z pewnością nie teraz. 

Stefano powiedział jej też, że bardzo szybko się uczyła. Przesyłała mu 

telepatycznie nowe obrazy, nowe słowa. Chociaż łatwiej było się z nią 

porozumieć, raz trudniej, był pewien, że któregoś dnia Elena znów będzie sobą i 

zacznie zachowywać się jak młoda dziewczyna, którą jest. Nie będzie już 

osiemnastolatką z umysłem dziecka. Duchy najwidoczniej chciały, żeby 

dorastała jeszcze raz, poznając świat oczami dziecka. 

Elena uważała, że nie było to miłe ze strony duchów. A jeśli Stefano w 

tym czasie znajdzie sobie inną dziewczynę? Obawiała się tego. 

To dlatego pewnej nocy, gdy Stefano się obudził, Eleny nie było w łóżku. 

Znalazł ją w łazience, nachyloną nad gazetą. Z wielkim przejęciem wpatrywała 

się w tekst, próbując zrozumieć coś ze znaków na papierze, o których wiedziała, 

background image

że są literami, które układają się w wyrazy, które kiedyś znała. Papier był 

wilgotny od jej łez. Nie potrafiła przeczytać żadnego słowa. 

 

- Nie płacz, kochana. Nauczysz się znowu czytać. Po co ten pośpiech? 

Powiedział to, zanim zobaczył, że połamała ołówek, zaciskając na nim dłoń 

zbyt mocno, i podarte papierowe serwetki. Próbowała przerysować litery i 

słowa. Może gdyby umiała pisać jak inni ludzie, Stefano przestałby sypiać w 

fotelu. Wiedziałby, że Elena jest dorosła, i kładłby się spać u jej boku. 

Patrzyła, jak oczy Stefano napełniają się łzami. On jednak uważał, że 

mężczyźnie nie wolno płakać, więc obrócił się do niej plecami, by nie widziała 

jego łez. 

A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. 

 

- Eleno, powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię to, nawet jeśli wydaje 

się niemożliwe. Przysięgam. Tylko mi powiedz. 

Wszystkie  słowa,  które  chciała  powiedzieć,  tkwiły  w  jej  głowie 

zaklinowane.  Zaczęła  płakać.  Stefano  bardzo  delikatnie  otarł  jej  łzy,  jakby 

obawiał się, że może jej zrobić krzywdę. 

Wtedy Elena uniosła twarz, zamknęła oczy i ułożyła usta do pocałunku. Ale... 

 

- Masz umysł dziecka – powiedział Stefano łamiącym się głosem. - Nie 

mogę tego zrobić. 

Dawniej porozumiewali się za pomocą znaków, które Elena 

pamiętała. Uderzyła palcami w szyję: raz, dwa, trzy razy. To znaczyło, że 

czuła się źle. To znaczyło, że chce... Stefano jęknął. 

 

- Nie mogę... 

Znów uderzyła trzy razy. 

        - Nie jesteś jeszcze sobą...   

Jeszcze trzy razy... 

 

- Kochanie, posłuchaj... 

Kolejne trzy uderzenia. Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. Gdyby 

mogła mówić, powiedziała by: „Proszę, zaufaj mi choć trochę – nie jestem 

dzieckiem. Proszę, posłuchaj tego, czego nie mogę ci powiedzieć”. 

- Cierpisz. Bardzo cierpisz - szepnął czule Stefano. - Gdybym... tylko 

background image

trochę... 

I  nagle  pewnym  ruchem  uniósł  jej  głowę  i  obrócił  pod  takim  kątem,  jak 

trzeba,  a  potem  Elena  poczuła  ukąszenie,  które  bardziej  niż  cokolwiek  innego 

przekonało ją, że żyje i że nie jest już duchem. 

Przekonało ją też, że Stefano kocha ją i nikogo innego, i że w końcu może 

się z nim porozumieć. Powiedziała, co czuje za pomocą okrzyków. Stefano 

słuchał oniemiały. 

Elena uznała, że tak jest sprawiedliwie. Potem już zawsze spał obok niej, a 

ona zawsze była szczęśliwa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Damon  Salvatore  właściwie  wisiał  w  powietrzu,  lekko  tylko 

przytrzymywał  się  gałęzi...Kto  zna  nazwy  drzew?  Kogo  obchodzi,  co  to  za 

drzewo?  Było  wystarczająco  wysokie,  żeby  zaglądać  z  niego  do  sypialni 

Caroline  Forbes  na  piętrze,  a  o  szeroki  pień  mógł  oprzeć  plecy.  Ułożył  się 

wygodnie,  z  rękami  założonymi  za  głowę.  Jak  polujący  kot  czuwał  z 

przymkniętymi  oczami.  Czekał  na  magiczną  godzinę  czwartą  czterdzieści 

cztery, tuż przed świtem, kiedy Caroline odda się swojemu rytuałowi. Widział to 

już dwa razy i był podekscytowany. 

Nagle ukąsił go komar. 

To absurdalne, komary nie kąsają wampirów - ich krew nie jest tak pożywna jak 

ludzka.  Ale  to,  co  poczuł  na  karku,  z  pewnością  przypominało  ukąszenie 

komara.  Rozejrzał  się,  ale  niczego  nie  zobaczył.  Igły  sosny.  Nic  latającego. 

Żadnego  owada  przycupniętego  na  gałęzi.  W  porządku  zatem.  To  musiała  być 

igła. Tak czy owak, ukłucie bolało coraz bardziej. Pszczoła samobójca? Damon 

ostrożnie dotknął dłonią karku.  Nie  wyczuł  żądła.  Tylko  mały  pęcherzyk,  który 

coraz bardziej bolał. 

Przestał zwracać uwagę na ból, bo w sypialni Caroline coś się działo. Nie 

był pewien co, ale poczuł nagły przypływ mory wokół śpiącej dziewczyny, jakby 

buczenie kabli wysokiego napięcia. Kilka dni temu właśnie to odczucie przypro-

wadziło  go  pod  jej  okno.  Nie  potrafił  jednak  ustalić  jego  źródła.  O      czwartej 

czterdzieści zadzwonił budzik. Caroline obudziła się, chwyciła zegar i rzuciła w 

kąt  pokoju.  Masz  dziewczyno  szczęście,  pomyślał  Damon  z  pewną  przekorą. 

Gdybym  był  zwykłym  włamywaczem,  a  nie  wampirem,  nastawałbym  na  twoją 

cnotę - zakładając, że jeszcze jej nie straciłaś: Ale ja odpuściłem sobie dybanie 

na dziewice . Pięćset lat temu. 

Na ułamek sekundy uśmiechnął się, a potem jego czarne oczy znów stały 

się zimne jak lód. Spojrzał w otwarte okno. 

background image

Tak...  Zawsze  uważał,  że  jego  młodszy  brat  idiota,  Stefano,  nie  doceniał 

Caroline  Forbes.  Dziewczyna  była  niezłym  ciachem:  długie,  opalone  na  złoto 

nogi, wąska talia, kasztanowe loki. No i jej umysł. Wynaturzony, spaczony. Po 

prostu  wspaniały.  Na  przykład,  jeżeli  się  nie  mylił,  nakłuwała  laleczki  wudu. 

Fantastycznie. 

Damon lubił obserwować artystów przy pracy. Jakaś moc wciąż pulsowała 

w  pokoju  Caroline,  a  on  nie  mógł  jej  rozgryźć.  Czy  dziewczyna  była  nią 

obdarzona? Na pewno nie. 

Caroline  w  pośpiechu  sięgnęła  po  coś,  co  wyglądało  jak  garść  jedwabnych 

pajęczyn w kolorze zielonym. Zdjęła koszulę nocną i - niemal zbyt szybko, by 

Damon to zauważył - włożyła seksowną bieliznę. „a co czekasz, dziewczyno?” 

- zastanawiał się Damon. 

Właściwie  powinien  zachować  większą  ostrożność.  Nagle  rozległ  się 

trzepot  skrzydeł,  na  ziemię  upadło  jedno  hebanowe  pióro,  a  na  gałęzi  siedział 

niezwykłych rozmiarów czarny kruk. 

Ptak  uważnie  przyglądał  się  jednym  okiem  Caroline,  która  zrobiła  krok  do 

przodu,  jakby  kopnął  ją  prąd,  z  rozchylonymi  ustami  i  wzrokiem  wpatrzonym 

we własne odbicie. Potem uśmiechnęła się, jakby z kimś się witała. 

Damon zlokalizował źródło mocy. Było w lustrze. Nie w tym samym wymiarze 

co  lustro,  ale  wewnątrz  niego.  Caroline  zachowywała  się...  dziwnie.  Odrzuciła 

do  tyłu  długie,  kasztanowe  włosy.  Opadały  na  plecy,  stanowiąc  wspaniały 

widok. Zwilżyła językiem wargi i uśmiechnęła się znowu - scena przypominała 

spotkanie kochanków. 

Kiedy dziewczyna przemówiła, Damon słyszał ją bardzo wyraźnie. 

- Dziękuję. Ale spóźniłeś się dzisiaj. 

W  sypialni  Damon  nie  widział  nikogo oprócz  Caroline  i nie  słyszał,  żeby  ktoś 

jej  odpowiedział.  Ale  odbite  w  lustrze  usta  Caroline  otwierały  się,  mimo  że 

dziewczyna miała je zamknięte. 

„Brawo!”  -  pomyślał,  zawsze  doceniając  każdego,  kto  robił  ludziom  takie 

psikusy. „Dobra robota, kimkolwiek jesteś!” Czytając z warg w lustrze, wyłapał 

coś jakby „przepraszam" i ,,uroczo''.Pokiwał głową. 

background image

   

- ...nie musisz... po dzisiaj.. - mówiło dalej odbicie Caroline. 

   

- A jeśli nie uda mi się ich oszukać? - zapytała Caroline. 

- ...miała pomoc. Nie przejmuj się, odpocznij... 

   

- Dobrze. I nikomu nie stanie się krzywda, tak? To znaczy nikt nie umrze? 

   

- Dlaczego mielibyśmy..? 

Damon uśmiechnął się w duchu. Ile razy słyszał już takie rozmowy? Sam 

doskonale  znał  tę  strategię:  najpierw  osacza  się  ofiarę,  potem  uspokaja  się  ją. 

Zanim  się  zorientuje,  można  skłonić  ją  do  wszystkiego,  aż  nie  będzie  więcej 

potrzebna. . A wtedy - oczy mu zabłysły - szuka się kolejnej. Caroline nerwowo 

wyłamywała palce. 

   

- Ale tylko dopóki... wiesz. Obiecałeś. Naprawdę mnie kochasz? 

   

-  ...zaufaj  mi.  Zajmę  się  tobą...  i  twoimi  wrogami  też.  Już  się  nimi 

zajmuję.  Dziewczyna  przeciągnęła  się  -  chłopcy  z  Liceum  imienia  Roberta  E. 

Lee zapłaciliby dużo za ten widok. 

   

- Chcę to zobaczyć - powiedziała: - Mam już dość słuchania o tym, że 

Elena to, Stefano tamto... Teraz wszystko zacznie się od początku. . 

Przerwała, jakby, uświadomiła sobie, że ktoś na drugim  końcu linii odłożył 

słuchawkę.  Zmrużyła.  oczy  i  zacisnęła  wargi.  Po  chwili  jednak  się  uspokoiła. 

Wciąż patrzyła w lustro. Jedną dłoń położyła delikatnie na brzuchu. Spojrzała na 

nią  i  jej  twarz  rozjaśniła  się  na  moment.  Potem  pojawił  się  na  niej  wyraz 

zrozumienia i niepokoju zarazem. 

Damon  ani  na  chwilę  nie  oderwał  wzroku  od  lustra.  Zwykłe  lustro.  I  nagle, 

kiedy Caroline się odwracała, zauważył czerwony błysk. 

„Płomień?  Co  tu  się  dzieje?”  -  pomyślał,  przyjmując  z  powrotem  postać 

zabójczo przystojnego faceta leżącego na gałęzi drzewa. Istota z lustra na pewno 

nie  pochodziła  stąd.  Ale  zdaje  się,  że  zamierzała  sprawić  kłopot  jego  bratu. 

Uśmiech zadowolenia pojawił się na ustach Damona. 

Nic  nie  sprawiało  mu  takiej  przyjemności,  jak  widok  przemądrzałego, 

świętoszkowatego  Stefano  ,,jestem  lepszy  od  ciebie,  bo  nie  piję  ludzkiej  krwi" 

Salvatore w tarapatach. 

background image

Nastolatki  z  Fell's  Church  -  i  niektórzy  dorośli  -  uważali  opowieść  o 

Stefano Salvatore i miejscowej piękności Elenie Gilbert za współczesną wersję 

Romea i Julii. Ona oddała życie, żeby go uratować, kiedy oboje zostali porwani 

przez  psychopatkę,  a  potem  on  umarł  z  tęsknoty.  Krążyły  nawet  plotki,  że 

Stefano  nie  był  zwykłym  człowiekiem,  ale  czymś  innym.  Demonem,  dla 

którego odkupienia Elena się poświęciła. 

Damon  znał  prawdę.  Stefano  rzeczywiście  umarł,  ale  to  było  setki  lat 

temu.  Naprawdę  był  wampirem,  ale  nazywanie  go  demonem  to  jakby 

powiedzieć o Sierotce Marysi, że jest uzbrojona i niebezpieczna. 

Tymczasem Caroline wciąż mówiła do pustego pokoju. 

   

-Tylko  poczekaj  -  wyszeptała,  podchodząc  do  biurka.  Długo  grzebała  w 

stercie  papierów  i  książek,  aż  znalazła  miniaturową  kamerę  wideo.  Zielone 

światełko  wyglądało  jak  oko.  Ostrożnie  podłączyła  kamerę  do  komputera  i 

wpisała hasło. 

Wzrok  Damona  był  dużo  lepszy  niż  jakiegokolwiek  człowieka.  Wyraźnie 

widział,  jak  opalone  palce  z  długimi  paznokciami  wstukują  „cfbogini”.  Bogini 

Caroline Forbes, pomyślał. Żałosne. 

Dziewczyna  obróciła  się  i  Damon  zobaczył  łzy  w  jej  oczach.  Nagle  zaczęła 

szlochać.  Opadła  na  łóżko,  chlipiąc  i  kiwając  się  w  tył  i  w  przód.  Uderzała 

pięścią  w  materac,  ale  cały  czas  płakała  i  płakała.  Jej  zachowanie  zaskoczyło 

Damona. Po chwili obudził. się w nim instynkt. 

- Caroline? Caroline, mogę wejść? 

- Co? Kto tu jest? - rozejrzała się nerwowo. 

   

-  Damon.  Mogę  wejść?  –  zapytał  z  fałszywym  współczuciem, 

jednocześnie wywierając na nią nacisk telepatycznie. 

Wampiry  mogą  kontrolować  ludzkie  umysły.  Do  jakiego  stopnia,  zależy 

od  wielu  czynników:  diety  (jeśli  żywią się ludzką krwią zyskują potężną  moc), 

siły  woli  ofiary,  relacji  między  obojgiem,  pory  doby  i  tylu  innych  rzeczy,  że 

Damon  nawet  nie  próbował  tego  zrozumieć.  Wiedział  tylko,  kiedy  był  bardzo 

silny. Teraz był. 

 

-  Mogę  wejść?  -  powtórzył  czarującym  głosem.  W  tej  samej  chwili 

background image

złamał wolę Caroline, bo jego była o wiele silniejsza. 

- Tak  -  odpowiedziała,  ocierając  łzy.  Najwidoczniej  nie  widziała  nic 

niezwykłego w tym, że wchodzi do niej przez okno. -Wejdź, Damonie. 

W  ten  sposób  zaprosiła  go.  Jednym  zgrabnym  ruchem  wampir  znalazł  się  w 

środku. W pokoju pachniało perfumami, mocnymi perfumami. Poczuł zew krwi. 

Jego  górne  kły  zrobiły  się  dwa  razy  większe,  a  ich  brzegi  stały  się  ostre  jak 

brzytwa  To  nie  była  właściwa  pora  na  pogaduszki,  chociaż  zwykle  gawędził  z 

ofiarami  -  czekanie  na  deser  stanowi  połowę  przyjemności,  jaką  sprawia 

zjedzenie  go.  Teraz  jednak  odczuwał  silny  głód.  Użył  maksimum  mocy,  by 

zawładnąć umysłem Caroline i uśmiechnął się do niej promiennie. Podziałało. 

Caroline  otworzyła  usta,  jakby  chciała  coś  powiedzieć.  Jej  źrenice  rozszerzyły 

się, a potem zwęziły. 

- Ja... ja... - wykrztusiła. - Och... I była jego. Łatwo poszło. 

Kły  Damona  wibrowały.  Odczuwał  ból,  który  sprawił,  że  zaatakował  z 

prędkością  kobry  -  zanurzył  zęby  w  pulsującej  żyle.  Był  głodny,  piekielnie 

głodny. Ostrożnie, nie przestając patrzeć dziewczynie w oczy, uniósł jej głowę, 

aby  odsłonić  szyję.  Pulsowanie  krwi,  ciepłej  i  słodkiej,  odbierał  wszystkimi 

zmysłami: czuł uderzenia jej serca i zapach krwi tuż pod powierzchnią gładkiej 

skóry Nachylił się. 

Nigdy jeszcze nie był tak podekscytowany, tak spragniony... 

Tak  spragniony,  że  aż  go  to  zdziwiło.  Zastygł  bez  ruchu.  W  końcu  każda 

dziewczyna  smakuje  równie  dobrze.  Co  sprawiało,  że  Caroline  wzbudzała  w 

nim takie pragnienie? Co się z nim działo? 

Nagle zrozumiał. 

„Odzyskałem kontrolę nad swoim umysłem, dziękuję”. Myślał jasno i logicznie. 

Zmysłowa  aura,  której  uległ,  zniknęła.  Puścił  podbródek  Caroline  i  się 

wyprostował. Istota, która nawiedzała dziewczynę, o mało nie przejęła nad nim 

kontroli. Próbowała zmusić go do złamania obietnicy, którą dał Elenie. 

Kątem  oka  znów  dostrzegł  czerwoną  iskrę  na  lustrze.  Tę  istotę  musiało 

przyciągnąć epicentrum mocy, które znajdowało się w Fell's Church - był tego 

pewien.  Na  krótko  zawładnęła  jego  umysłem,  chciała,  by  wysuszył  żyły 

background image

Caroline. By wypił całą jej krew, by zabił człowieka - czego nie zrobił, odkąd 

złożył obietnicę Elenie. 

Dlaczego?  Wściekły,  szukał  umysłem  intruza.  Powinien  wciąż  tu  być, 

lustro  było  portalem  pozwalającym  jedynie  na  przemierzanie  niewielkich 

odległości.  W  dodatku  nieznajomy  na  chwilę  przejął  nad  nim  kontrolę,  nad 

Damonem Salvatore, więc musiał być bardzo blisko. 

Damon  nikogo  nie  znalazł.  To  rozwścieczyło  go  jeszcze  bardziej. 

Nieświadomie  przykładając  dłoń  do  karku,  posłał  w  przestrzeń  wiadomość: 

„Ostrzegam cię tylko raz. Trzymaj się ode mnie z daleka!” 

Wiadomość wysłał z mocą, która w jego umyśle zajaśniała jak błyskawica. 

To uderzenie  mocy  powinno zabić kogoś na  dachu,  w powietrzu, na drzewie... 

może  w  domu  obok.  Gdziekolwiek  był.  Tajemnicza  istota  powinna  upaść  na 

ziemię,  a  on  powinien  ją  wyczuć.  Ale  chociaż  ciemne  chmury  zebrały  się  nad 

nim; a wiatr wyginał gałęzie, nikt nie upadł, nikt nie próbował go zaatakować. 

Nie  wyczuwał  nikogo,  kto  byłby  na  tyle  blisko,  żeby  wedrzeć  się  do  jego 

umysłu,  a  ktoś  znajdujący  się  daleko  nie  mógł  oddziaływać  na  Damona  z  tak 

potężną mocą. 

Starszy  brat  Stefano  bywał  czasem  próżny,  ale  w  gruncie  rzeczy  miał 

trzeźwy  osąd  własnej  osoby.  Był  silny  i  wiedział  o  tym.  Tak  długo,  jak  długo 

dobrze  się odżywiał i  nie ulegał  sentymentom,  niewiele było istot, które  mogły 

się z nim równać. 

Dwie zjawiły się tutaj w Fell's Church, pomyślał, ale zaraz stwierdził, że z 

pewnością w okolicy nie było innych starych, potężnych wampirów jak on, bo 

wiedziałby  o  tym.  Być  może  były  tu  całe  stada  wampirów,  ale  żaden  nie  miał 

takiej  mocy,  by  opanować  jego  myśli.  Damon  był  też  pewien,  że  nie  było  tu 

nikogo  innego,  kto  mógłby  go  pokonać.  Wyczułby  go,  tak  jak  wyczuwał 

strumienie dziwnych mocy, które krzyżowały się pod miasteczkiem. 

Spojrzał jeszcze raz na Caroline, wciąż w transie, w który ją wprawił. Wyjdzie z 

niego powoli. 

Potem obrócił się i ze zwinnością pantery wyskoczył przez okno na gałąź 

drzewa, a potem zgrabnie zeskoczył na ziemię. 

background image

Rozdział 2 

 

 

Damon musiał poczekać kilka godzin, by się pożywić - dziewczyny spały tak 

mocno,  że  nie  mógł  ich  obudzić  i  nakłonić,  by  go  zaprosiły  do  sypialni.  Był 

wściekły.  Głód,  który  wzbudziła  w  nim  tajemnicza  istota,  był  realny,  nawet 

jeżeli  Damonowi  szybko  udało  się  odzyskać  kontrolę  nad  swoim  umysłem. 

Potrzebował krwi i potrzebował jej już. 

Dopiero potem pomyślał o dziwnym gościu Caroline: demonie, który oddał 

mu dziewczynę na pewną śmierć zaraz po tym, kiedy zawarł z nią układ. 

Ranek  zastał  Damona  przejeżdżającego  główną  ulicą  miasta,  obok 

antykwariatu, restauracji i sklepiku z pocztówkami. 

Chwileczkę,  tutaj  otworzono  nowy  sklep  z  okularami  przeciwsłonecznymi. 

Damon zaparkował i wysiadł z samochodu z gracją wyćwiczoną przez stulecia. 

Spojrzał  w  przyciemnianą  szybę  wystawową  i  uśmiechnął  się  do  swojego 

odbicia. Świetnie wyglądam, pomyślał z zadowoleniem. 

Gdy stanął w drzwiach sklepu, zaanonsował go dzwonek wiszący nad nimi. 

Za ladą stała bardzo ładna dziewczyna o zaokrąglonych kształtach, z brązowymi 

włosami zebranymi w kucyk i dużymi niebieskimi oczami. 

Spojrzała w jego stronę i uśmiechnęła się nieśmiało. 

  - Dzień dobry - przywitała go. -Jestem Page. 

Damon patrzył na nią uwodzicielsko, po czym posłał jej czarujący uśmiech. 

 

- Dzień dobry, Page - powiedział, przeciągając nieco sylaby. 

Dziewczyna przełknęła ślinę. 

 

- Czy mogę w czymś pomóc? 

 

- O tak - przytaknął, nie pozwalając jej odwrócić wzroku. - Tak sądzę. 

Znowu  obrzucił  dziewczynę  taksującym  wzrokiem  i  z  poważną  miną 

stwierdził: 

 

- Powinnaś być damą dworu w jakimś średniowiecznym królestwie. 

Page zbladła, po czym zarumieniła się - wyglądała jeszcze ładniej. 

 

- Ja... ja zawsze o tym marzyłam. Ale skąd wiedziałeś? 

background image

Damon tylko się uśmiechnął. 

Elena spojrzała na Stefano szeroko otwartymi oczami w kolorze lapis-lazuli. 

Właśnie  powiedział  jej,  że  będzie  miała  gości!  Odkąd  wróciła  z  zaświatów,  nie 

miała gościa. 

Musiała się dowiedzieć, co to jest gość. 

Damon spędził w sklepie z okularami piętnaście minut. Teraz szedł chodnikiem, 

pogwizdując, w nowych ray banach. 

Page drzemała na podłodze. Później szef zażąda, żeby zapłaciła za skradzione 

okulary, ale teraz czuła się obłędnie szczęśliwa. Do końca życia miała zapamiętać 

ekstazę, którą przeżyła. 

Damon  zaglądał  przez  szyby  do  sklepów,  choć  niezupełnie  w  takim  celu,  w 

jakim zwykle robią to ludzie. Urocza starsza pani w sklepiku z pocztówkami... nie. 

Facet w elektronicznym... nie. 

Ale...  coś  ciągnęło  go  z  powrotem  do  sklepu  z  elektroniką.  Jakie  wspaniałe 

urządzenia  się  teraz  produkuje.  Zapragnął  mieć  małą  kamerę  wideo.  A  Damon 

nie  miał  w  zwyczaju  odkładać  zaspokojenia  swoich  pragnień.  Podobnie  jak 

wybrzydzać, gdy był głodny. Krew to krew nieważne, w czyich żyłach krąży. 

Chwilę  po  tym,  gdy  sprzedawca  zademonstrował  mu  działanie  kamery, 

Damon wyszedł ze sklepu z tym cackiem w kieszeni. 

Spacer sprawiał mu przyjemność, chociaż kły znów zaczęły boleć. To dziwne, 

powinien już być nasycony. Ale z drugiej strony nie pił krwi poprzedniego dnia. 

To pewnie dlatego wciąż jest głodny. Poza tym zużył dużo mocy na uwolnienie 

się  od  demona  w  pokoju  Caroline.  Tymczasem  napawał  się  tym,  że  odzyskał 

siły,  a  jego  organizm  funkcjonuje  jak  dobrze  naoliwiony  mechanizm,  że  każdy 

ruch sprawia mu rozkosz. 

Przeciągnął się dla czystej zwierzęcej przyjemności, a potem przystanął, żeby 

przyjrzeć  się  swojemu  odbiciu  w  witrynie  antykwariatu.  Trochę  potargany,  ale 

zabójczo przystojny.  No  i  dokonał  dobrego  wyboru: nowe  okulary  podkreślały 

jego urodę. 

Właścicielką  antykwariatu,  wiedział  o  tym,  była  pewna  wdowa, która  miała 

background image

bardzo, bardzo ładną siostrzenicę. 

W środku sklepu panował półmrok i było chłodno. 

-  Czy  wiesz  -  zapytał  dziewczynę,  gdy  podeszła  do  niego  -  że  wyglądasz, 

jakbyś marzyła o zwiedzaniu egzotycznych krajów? 

Stefano  wyjaśnił  Elenie,  że  goście  to  jej  przyjaciele,  jej  dobrzy  przyjaciele. 

Powiedział  też,  że  powinna  chodzić  ubrana.  Nie  rozumiała  dlaczego.  Było 

gorąco.  Zgodziła  się  nosić  koszulę  nocną,  ale  w  dzień  było  gorąco,  no  i  nie 

miała koszuli dziennej. 

Poza  tym  ubrania,  które  Stefano  jej  podał  -jego  dżinsy  z  podwiniętymi 

nogawkami i zdecydowanie za duża koszulka polo - były... złe. Kiedy dotknęła 

koszulki, zobaczyła obrazy kobiet w małych, ciemnych salach, pochylonych nad 

maszynami do szycia. 

 

- Ze sweat shopu*? - zapytał zdumiony Stefano, kiedy Elena przesłała mu 

telepatycznie te obrazy. - To? - Rzucił ubrania na podłogę. 

 

- A to? - Dał jej inną koszulkę. 

Elena przyjrzała jej się uważnie, dotknęła ją policzkiem. Żadnego cierpienia, 

żadnej niewolniczej pracy. 

 

-  W  porządku?  -  dopytywał  się  Stefano.  Ale  Elena  nie  słuchała.  Podeszła 

do okna i wyjrzała przez nie. 

 

- Co się stało? 

Tym razem przesłała mu tylko jeden obraz. Rozpoznał go od razu. 

Damon. 

Stefano poczuł skurcz serca. Jego starszy brat utrudniał mu życie, jak mógł, 

od  prawie  pięciu  wieków  Za  każdym  razem,  gdy  Stefano  udało  się  uciec, 

Damon  znajdował  go...  Po  co?  Dla  zemsty?  Satysfakcji?  Dawno  temu,  we 

Włoszech  ery  renesansu,  zabili  się  nawzajem,  gdy  ich  szpady  niemal 

jednocześnie  przebiły  ich  serca.  Pojedynkowali  się  o  wampirzycę,  którą  obaj 

kochali. Od tamtej pory było między nimi tylko gorzej. 

Ale też kilka razy ocalił mi życie, pomyślał Stefano, sam zbijając się z tropu. 

I daliśmy słowo, że będziemy się o siebie troszczyć.... 

background image

*  Sweat  shopy  to  zakłady  produkcyjne  w  krajach  Trzeciego  Świata,  w  których  panują  ciężkie  Warunki  pracy. 

Zatrudniane  w  nich  kobiety  i dzieci są zmuszane do pracy przez wiele godzin za skandalicznie niską płacę,  nie  mają 

żadnych praw pracowniczych (przyp.,red.). 

background image

Spojrzał  na  Elenę.  To  ona  zmusiła  ich  do  złożenia  tej  obietnicy,  kiedy 

umierała.  Dziewczyna  odwzajemniła  spojrzenie.  Patrzyła  na  Stefano 

niewinnymi niebieskimi oczami. 

Musiał  jakoś  poradzić  sobie  z  Damonem,  który  właśnie  zaparkował  swoje 

ferrari obok jego porsche przed pensjonatem. 

 

- Zostań tu i nie podchodź do okna. Błagam - powiedział zdenerwowany do 

Eleny. Wybiegł z pokoju, zatrzasnął drzwi i zbiegł po schodach na dół. 

Damon  stał  przy  samochodzie  i  gapił  się  na  zniszczoną  fasadę  budynku  - 

najpierw przez ciemne okulary, potem bez nich. Wyraz jego twarzy sugerował, 

że widok był tak samo okropny. 

Ale tym Stefano się nie przejmował, zaniepokoiło go co innego - aura wokół 

Damona  i  różnorodność  zapachów,  których  człowiek  by  nie  wyczuł,  a  co 

dopiero rozróżnił. 

 

-  Coś  ty  robił?  -  zapytał,  zbyt  zdenerwowany,  by  zdobyć  się  chociaż  na 

zdawkowe powitanie. 

Damon odpowiedział promiennym uśmiechem. 

 

- Byłem na zakupach. Kupiłem kilka rzeczy. - Wskazał na skórzany pasek i 

okulary, po czym położył rękę na kieszeni z kamerą. - Nie uwierzyłbyś, ale w tej 

mieścinie trafiają się świetne okazje. Uwielbiam zakupy. 

 

- Chcesz powiedzieć, że uwielbiasz kraść? Ale to i tak nie tłumaczy nawet 

połowy zapachów, które cię otaczają. Umierasz czy ci odbiło? - Czasem, kiedy 

wampir  zostanie  zatruty  albo  zaatakuje  go  jedna  z  tajemniczych  chorób,  na 

które  zapadają  wampiry,  poluje  jak  szalony,  bez  opamiętania,  na  wszystko  i  

wszystkich w okolicy. 

 

- Byłem po prostu głodny - wyjaśnił Damon uprzejmym tonem. - A co się 

stało  z  twoim  dobrym  wychowaniem?  Przejechałem  taki  kawał  drogi,  a  ty  ani 

„Cześć,  Damonie",  ani  „Jak  miło  cię  widzieć".  Zamiast  tego  słyszę  „Coś  ty 

robił?" Co by na to powiedział signore Marino, braciszku? 

 

-  Signore  Marino  -  wycedził  przez  zęby  Stefano,  zastanawiając  się,  jak 

Damonowi  udaje  się  za  każdym  razem  wyprowadzić  go  z  równowagi  (tym 

razem przypominając mu ich dawnego nauczyciela etykiety i tańca) – zamienił 

się  w  proch  setki  lat  temu,  tak  jak  i  my  powinniśmy.  Ale  to  nie  ma  nic 

background image

wspólnego z naszą rozmową, bracie. Pytałem, co robiłeś, i wiesz, co miałem na 

myśli. Musiałeś wypić krew połowy dziewczyn w mieście. 

 

- Dziewczyn i kobiet. - Damon, znacząco uniósł palec. - Nie powinniśmy 

dyskryminować  kobiet,  to  niepoprawne  politycznie.  A  może  ty  powinieneś 

zmienić dietę. Gdybyś pił więcej ludzkiej krwi, może wreszcie byś zmężniał. 

 

- Gdybym pił więcej...? - Stefano przyszło do głowy kilka zakończeń tego 

zdania,  ale  żadne  dobre.  -  Co  za  szkoda  -  wycedził  do  niższego  od  niego 

Damona - że ty nie urośniesz już ani milimetra, choćbyś nie wiem jak długo żył 

i  jak  dużo  krwi  wypił.  A  teraz  może  powiesz  mi,  co  tu  robisz.  Jak  cię  znam, 

narobiłeś w mieście strasznego zamieszania. 

 

- Przyjechałem po swoją skórzaną kurtkę. 

 

- A czemu po prostu nie ukradniesz nowej... - Stefano przerwał, ponieważ 

nagle poleciał do tyłu, a potem uderzył o ścianę pensjonatu. 

 

-  Nie  ukradłem  tych  rzeczy,  chłoptasiu.  Zapłaciłem  za  nie,  moją  własną 

walutą.  Snami,  fantazjami  i  rozkoszą  nie  z  tego  świata.  -  Ostatnie  słowa 

wypowiedział z naciskiem, bo wiedział, że najbardziej rozwścieczą Stefano. 

Nie  mylił  się.  Stefano  miał  jednak  poważniejszy  problem.  Wiedział,  że 

Damon  był  ciekaw,  co  dzieje  się  z  Eleną.  To  był  powód  do  niepokoju.  W 

dodatku  dostrzegł  dziwny  błysk  w  oczach  brata.  Jego  źrenice  na  moment 

zapłonęły  czerwonym  płomieniem.  To,  co  Damon  dzisiaj  robił,  nie  było 

normalne. Stefano nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział, że Damona nic nie 

powstrzyma. 

 

-  Wampir  nie  powinien  płacić  -  wyzłośliwiał  się  Damon.  Jesteśmy 

uosobieniem  zła,  powinniśmy  zamienić  się  w  proch.  Czy  nie  tak,  braciszku?  - 

Uniósł  dłoń,  na  której  nosił  pierścień  z  błękitnym  kamieniem.  Ten  talizman 

chronił go przed spłonięciem w świetle słońca. 

Kiedy  Stefano  spróbował  się  poruszyć,  dłonią  z  pierścieniem  przygwoździł 

go  do  ściany.  Stefano  próbował  się  wyrwać,  ale  Damon  był  szybki  jak  kobra, 

nie,  szybszy.  Dużo  szybszy  niż  zwykle  i  silniejszy  dzięki  ludzkiej  krwi,  którą 

wypił tego dnia. 

 

-  Damon,  ty...  -  Stefano  był  tak  wściekły,  że  na  chwilę  stracił  panowanie 

nad sobą i próbował podciąć bratu nogi. 

background image

- Tak, to ja, Damon - syknął tamten jadowicie. - I nie płacę, kiedy nie mam 

na to ochoty. Po prostu biorę. Biorę, co chcę, i nie daję nic w zamian. 

Stefano  wpatrywał  się  w  czarne  jak  węgiel  oczy.  Znów  zobaczył  błysk 

płomienia. Próbował myśleć. Damon zawsze szybko atakował, nie dawał ofierze 

szans. Ale nie aż tak szybko.  Stefano  znał  go na tyle, żeby  zorientować się,  że 

dzieje  się  coś  niedobrego.  Wydawało  się,  że  Damona  trawi  gorączka.  Stefano 

użył  swojej  mocy  jak  radaru,  próbując  znaleźć  przyczynę,  która  doprowadziła 

jego brata do takiego stanu. 

  - Zaczynasz  coś  rozumieć.  -  Damon  uśmiechnął  się  z  przekąsem.  I 

zaatakował brata potężną falą mocy. Stefano miał wrażenie, że płonie. 

Mimo  okropnego  bólu  musiał  zachować  zimną  krew.  Musiał  myśleć,  a  nie 

tylko reagować odruchowo. Poruszył się nieznacznie, obracając głowę w bok i 

spoglądając  w  stronę  drzwi  do  pensjonatu.  Oby  tylko  Elena  go  posłuchała  i 

została  w pokoju...Stefano  wciąż  czuł  uderzenia  mocy  Damona  niby  smaganie 

biczem. Oddychał szybko i ciężko. 

 

- Tak jest - prychnął Damon. - My, wampiry, bierzemy to, co chcemy. To 

lekcja, której musisz się nauczyć. 

 

- Damonie, obiecywaliśmy opiekować się sobą nawzajem... 

 

- O, tak, teraz się tobą zaopiekuję. 

I Damon ugryzł brata. 

I zaczął pić jego krew. 

To  bolało  bardziej  niż  uderzenia  mocy.  Ugryzienie  ostrymi  jak  brzytwa 

zębami  nie  powinno  sprawiać  mu  aż  takiego  bólu,  Damon  jednak  wykręcił 

szyję Stefano - trzymając go za włosy - w taki sposób, by zadać bratu jak naj-

większy ból. 

A potem ból stał się nie do wytrzymania. Gdy wampir pije twoją krew wbrew 

twojej woli, cierpisz tortury. Czujesz, jakby wyrywano ci z ciała duszę. Było to 

największe  fizyczne cierpienie,  jakiego  Stefano  kiedykolwiek doświadczył.  Po 

chwili łzy napłynęły mu do oczu i spłynęły po policzkach. 

Dla wampira jeszcze gorsze od bólu było upokorzenie - to, że inny wampir 

traktuje  cię  jak  człowieka,  jak  pożywienie.  Stefano  słyszał  walenie  swojego 

serca,  kiedy  wyrywał  się,  próbując  uniknąć  kłów  Damona.  Przynajmniej  - 

background image

dzięki Bogu - Elena posłuchała go i została w pokoju. 

Zaczynał się zastanawiać, czy Damon rzeczywiście oszalał i zamierza go zabić, 

kiedy tamten puścił go i odepchnął. Stefano potknął się, upadł, przewrócił na plecy 

i spojrzał w górę na stojącego nad nim Damona. Przycisnął palce do ran na szyi. 

 

-  A  teraz  -  powiedział  lodowatym  tonem  Damon  -  pójdziesz  na  górę  i 

przyniesiesz mi moją kurtkę. 

Stefano  podniósł  się  powoli.  Wiedział,  że  Damon  rozkoszuje  się  jego 

upokorzeniem  i  opłakanym  wyglądem  -  jego  ubranie  było  pomięte  i  brudne. 

Usiłował je otrzepać z trawy i ziemi jedną ręką, podczas gdy drugą przyciskał 

ranę na szyi. 

 

- Milczysz - zauważył Damon, oblizując wargi i mrużąc oczy z radości. - 

Żadnej ciętej riposty? Nawet słówka? Myślę, że powinienem częściej dawać ci 

taką lekcję. 

Stefano  z  trudem  zrobił  krok  w  stronę  wejścia  do  pensjonatu.  Nagle 

zatrzymał się przerażony. 

Elena  wychylała  się  przez  otwarte  okno,  trzymając  w  ręce  kurtkę  Damona. 

Wyraz jej twarzy świadczył o tym, że wszystko widziała. 

To był szok dla Stefaho, ale podejrzewał, że dla Damona również. 

Elena zakręciła kurtką w powietrzu i rzuciła ją pod stopy Damona. 

Ku  zdumieniu  Stefano  jego  brat  pobladł.  Podniósł  kurtkę  z  miną,  jakby 

wcale  nie  chciał  jej  dotykać.  Cały  czas  wpatrywał  się  w  Elenę,  aż  w  końcu 

wsiadł do samochodu. 

 

- Do widzenia, Damonie. Nie mogę powiedzieć, że miło było... 

Bez  słowa,  z  miną  niegrzecznego  dziecka,  które  dostało  lanie,  Damon 

przekręcił kluczyk w stacyjce. 

 

-Zostawcie mnie w spokoju - powiedział beznamiętnym tonem i odjechał. 

 

Kiedy  Stefano  zamknął  za  sobą  drzwi,  oczy  Eleny  błyszczały.  „On  cię 

skrzywdził.” 

 

- On krzywdzi wszystkich. Chyba nic nie może na to poradzić. Ale dzisiaj 

było  w  nim  coś  dziwnego.  Nie  wiem  co.  Ale  teraz  mam  to  gdzieś.  Proszę,  ty 

background image

układasz zdania! 

„On  jest…”.  Elena  przerwała  i  po  raz  pierwszy,  odkąd  otworzyła  oczy  na 

polanie, na której została wskrzeszona, na jej czole pojawiła się zmarszczka. Nie 

mogła znaleźć odpowiedniego obrazu. Nie znała odpowiednich słów. „Coś w nim. 

Rośnie w nim. Jak... zimny ogień, ciemne światło - wreszcie sformułowała myśl. - 

Ale ukryte. Ogień, który pali od środka.” 

Stefano  próbował  skojarzyć  to  z  czymkolwiek,  co  znał,  ale  bez  skutku.  Wciąż 

czuł się upokorzony tym, co się stało, i tym, że Elena to widziała. 

 

- Ja wiem tylko, że wypił moją krew. I krew połowy dziewczyn w mieście. 

Elena zamknęła oczy i pokręciła głową. A potem wskazała Stefano miejsce na 

łóżku obok siebie. 

 

- Chodź - zażądała. Jej oczy wydawały się wyjątkowo piękne. - Pozwól mi... 

usunąć... ból. 

Stefano stał bez ruchu, więc wyciągnęła do niego ramiona. 

Podszedł do Eleny i musnął wargami jej włosy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 3 

 

Caroline, Matt Honeycutt, Meredith Sulez i Bonnie McCullough rozmawiali 

ze Stefano przez komórkę Bonnie. 

-  Lepiej  przyjdźcie  późnym  popołudniem  -  mówił  Stefano.  -  Po  lunchu 

Elena  zwykle  ucina  sobie  drzemkę.  Uprzedziłem  ją,  że  wpadniecie.  Jest  bardzo 

podekscytowana.  Ale  pamiętajcie  o  dwóch  rzeczach.  Po  pierwsze,  ona  wróciła 

dopiero siedem dni temu i nie jest jeszcze... całkiem sobą. Myślę, że za kilka dni jak 

dawniej  będzie  sobą,  ale  na  razie  nie  dziwcie  się  niczemu.  Po  drugie,  nie  mówcie 

nikomu o tym, co tu zobaczycie. Nikomu ani słowa. 

 

- Stefano Salvatore! - krzyknęła urażona Bonnie. -Po tym wszystkim, przez 

co  razem  przeszliśmy,  myślisz,  że  moglibyśmy  coś  chlapnąć?  Stawiliśmy  czoła 

zdziczałym  wampirom,  duchom,  wilkołakom,  pradawnym  istotom,  tajnym 

kryptom,  seryjnym  mordercom  i  nawet...  nawet  Damonowi.  I  czy  kiedykolwiek 

pisnęliśmy choćby słowo? 

 

- Przepraszam. Chodzi o to, że Elena nie będzie bezpieczna, jeżeli któreś z was 

wyjawi  cokolwiek  choćby  jednej  osobie.  Takie  historie  zawsze  trafiają  do  prasy. 

Natychmiast w gazetach pojawiłyby się sensacyjne nagłówki: „Dziewczyna wraca  ze 

świata  zmarłych".  Wszyscy  będą  chcieli  ją  zobaczyć,  dotknąć,  zasypią  ją 

pytaniami. I co wtedy zrobimy? 

 

- Rozumiem. Ale nie musisz się obawiać - uspokoiła go Meredith. Każde z 

nas przysięgnie, że nie powie nikomu ani słowa. - Spojrzała na Caroline. 

 

- Muszę was zapytać - Stefano wykorzystywał teraz swoje umiejętności z 

zakresu  etykiety  i  dyplomacji,  które  nabył  jako  młody  arystokrata  żyjący  w 

czasach renesansu -czy macie sposób na wyegzekwowanie przysięgi? 

 

-  Myślę,  że  tak.  -  Meredith  tym  razem  spojrzała  Caroline  prosto  w  oczy. 

Dziewczyna  zarumieniła  się  tak  mocno,  że  jej  policzki  przybrały  barwę 

szkarłatu. 

 

-  Czy  ktoś  chciałby  jeszcze  coś  powiedzieć  Stefano?  -zapytała  Bonnie, 

która trzymała telefon. 

Matt, który dotąd milczał, teraz wypalił: 

 

-  Czy  możemy  porozmawiać  z  Eleną?  Tylko  się  przywitamy.  To  znaczy 

background image

już cały tydzień... 

 

-  Chyba  lepiej,  żebyście  porozmawiali  z  nią  osobiście.  Jak  przyjedziecie, 

zrozumiecie dlaczego. - Stefano się rozłączył. 

Byli w domu Meredith, siedzieli przy starym stole w ogródku. 

 

-  Przynajmniej  możemy  zanieść  im  coś  do  jedzenia  -stwierdziła  Bonnie, 

podnosząc się z krzesła. - Bóg jeden wie, czym karmi ich pani Flowers, o ile w 

ogóle. 

Matt również wstał. 

 

-  Obiecaliśmy  coś  Stefano  -  powiedziała  cicho  Meredidi.  -  Najpierw 

musimy złożyć przysięgę. I wyrazić zgodę na poniesienie konsekwencji w razie 

jej niedotrzymania. 

 

- Wiem, że chodzi ci o mnie - zaperzyła się Caroline. - Dlaczego po prostu 

tego nie powiesz? 

 

-  Masz  rację.  Miałam  na  myśli  ciebie.  Dlaczego  nagle  tak  bardzo 

interesujesz się Eleną? Skąd mamy mieć pewność, że nie rozpowiesz o niej po 

całym mieście? 

 

- Dlaczego miałabym to zrobić? 

 

-  Dla  rozgłosu.  Uwielbiasz być  w  centrum  uwagi.  Opowiedzenie  ludziom 

wszystkich ekscytujących szczegółów sprawiłoby ci rozkosz. 

 

-  Albo  żeby  się  zemścić  -  dodała  Bonnie,  siadając  z  powrotem.  -  Albo  z 

zazdrości. Albo z nudy. Albo... 

 

- Dosyć! - przerwał jej Matt. - Tyle powodów chyba wystarczy. 

 

-  Jeszcze  tylko  jedno  -  powiedziała  Meredith,  wciąż  tak  samo  cichym 

głosem.  -  Dlaczego  tak  bardzo  ci  zależy,  żeby  ją  zobaczyć,  Caroline?  Nie 

byłyście  w  dobrych  stosunkach,  odkąd  Stefano  przybył  do  Fell's  Church. 

Pozwoliliśmy ci wziąć udział w rozmowie z nim, ale po tym, co powiedział... 

 

- Jeżeli naprawdę nie wiesz, dlaczego mi na tym zależy, po wszystkim, co 

się stało tydzień temu... cóż, sądziłam, że zrozumiesz sama! - Caroline utkwiła 

w niej zielone oczy Meredith wytrzymała jej spojrzenie z kamiennym wyrazem 

twarzy. 

 

- W porządku! - wykrzyczała Caroline. - Zabiła go dla mnie. Czy wezwała 

go na sąd, czy cokolwiek z nim zrobiła. Tego wampira, Klausa. A po tym, gdy 

background image

mnie  porwał  i...  i  używał  jak  zabawki...  kiedy  tylko  chciał  krwi...  -Jej  twarz 

wykrzywił grymas bólu. 

Bonnie  zaczynała  jej  współczuć,  ale  jednocześnie  miała  się  na  baczności. 

Intuicja podpowiadała jej, że coś tu nie gra. Zauważyła też, że chociaż Caroline 

mówi o Klausie, nie wspomina nic o drugim porywaczu, Tylerze Smallwoodzie 

-  wilkołaku.  Może  dlatego,  że  Tyler  był  jej  chłopakiem,  zanim  uwięzili  ją  z 

Klausem. 

 

-  Przykro  mi  -  powiedziała  Meredith.  Brzmiała  jakby  naprawdę  było  jej 

przykro. - Więc chcesz podziękować Elenie. 

 

-  Tak.  Chcę  jej  podziękować.  -  Caroline  oddychała  ciężko.  -1  chcę  się 

upewnić, że z nią wszystko w porządku. 

 

-  Dobrze.  Ale  ta  przysięga  będzie  cię  wiązać  na  długi  czas  -  ciągnęła 

spokojnie  Meredith. -  Możesz  zmienić  zdanie  jutro,  w  przyszłym  tygodniu,  za 

miesiąc... Nie ustaliliśmy, co będzie groziło za złamanie przysięgi. 

 

- Meredith, nie możemy grozić Caroline - wtrącił się Matt. 

 

- Ani skłonić kogo innego, żeby jej groził - dodała rozsądnie Bonnie. 

 

-  Nie,  nie  możemy  -  przyznała  Meredith.  -  Ale...  Tej  jesieni  będziesz  się 

ubiegać o  miejsce  w żeńskim  bractwie  w college'u,  prawda,  Caroline?  Zawsze 

mogę  powiedzieć  twoim  „siostrom",  że  złamałaś  obietnicę  dotyczącą  kogoś 

bezbronnego,  kto  nie  mógłby  cię  skrzywdzić  i  kto  na  pewno  nie  chciałby  cię 

skrzywdzić.  Jakoś  podejrzewam,  że  nie  byłyby  szczególnie  zachwycone  twoją 

postawą. 

Caroline znów się zarumieniła. 

 

- Nie zrobiłabyś tego. Nie rozpowiadałabyś o tym w college'u... 

Meredith przerwała jej ostro. 

 

- Przekonaj się. 

Caroline straciła pewność siebie. 

 

-  Nie  powiedziałam,  że  nie  złożę  przysięgi  albo  że  nie  zamierzam  jej 

dotrzymać. Naprawdę nauczyłam się paru rzeczy tego lata. 

Mam  nadzieję.  Nikt  nie  wypowiedział  tych  słów,  ale  wydawało  się,  jakby 

zawisły w powietrzu. W minionym roku dokuczanie Stefano i Elenie Caroline 

traktowała jak swoje nowe hobby. 

background image

Bonnie  zmieniła  zdanie.  Coś  kryło  się  za  słowami  Caroline.  Nie  wiedziała, 

skąd to wie - musiał zadziałać szósty zmysł, którym była obdarzona. Ale może to 

miało  coś  wspólnego  z  tym,  jak  bardzo  Caroline  się  zmieniła,  z  tym,  czego  się 

nauczyła. Bonnie tak próbowała to sobie tłumaczyć. 

  Tak często Caroline pytała ją o Elenę w ciągu tego tygodnia. Czy na pewno 

wszystko  z  nią  w  porządku?  Czy  może  posłać  jej  kwiaty?  Czy  można  ją  już 

odwiedzić?  Była  natrętna,  ale  Bonnie  nie  miała  serca,  żeby  jej  to  powiedzieć. 

Wszyscy  czekali  z  niepokojem,  żeby  zobaczyć,  jak  Elena  się  miewa...  po 

powrocie z zaświatów. 

Meredith, która zawsze miała przy sobie długopis i kartkę papieru, napisała 

kilka słów. 

 

- Co powiecie na to? - zapytała. Wszyscy nachylili się nad stołem. 

„Przysięgam  nie  mówić  nikomu  o  jakichkolwiek  nadnaturalnych 

wydarzeniach  związanych  ze  Stefano  i  Eleną,  chyba  że  otrzymam  wyraźne 

pozwolenie od jednego z nich. Pomogę również ukarać każdego, kto złamie tę 

przysięgę, w sposób, który zostanie określony przez resztę grupy. Przysięga ta 

obowiązuje na wieczny czas, a przypieczętuję ją własną krwią". 

Matt pokiwał głową. 

 

  - „Na wieczny czas", doskonale. Brzmi dokładnie tak, jak powinno. 

Potem  uroczyście składali przysięgę.  Każdy  po kolei  odczytał  tekst  i  złożył 

pod  nim  swój  podpis.,  po  czym  nakłuł  czubek  palca  agrafką,  którą  Meredith 

wyciągnęła z torebki, i przypieczętował przysięgę kroplą krwi. 

 

- Teraz to cyrograf- oznajmiła Bonnie tonem kogoś, 

kto wie, o czym mówi. - Nie radziłabym go zrywać. 

I  wtedy  właśnie  to  się  stało.  Kartka  z  tekstem  przysięgi  leżała  na  środku 

stołu.  Z  dębu  rosnącego  na  granicy  ogródka  i  lasu  sfrunął  wielki  kruk. 

Wylądował  na  stole,  wydając  z  siebie  przenikliwy  skrzek.  Bonnie  zaczęła 

krzyczeć.  Kruk  przyjrzał  się  po  kolei  czworgu  ludzi,  którzy  w  popłochu  od-

suwali krzesła od stołu. To był największy kruk, jakiego kiedykolwiek widzieli. 

Jego pióra opalizowały w promieniach słońca. 

Kruk wpatrywał się w kartkę. Wydawał się czytać cyrograf. A potem zrobił 

coś  tak  szybko,  że  Bonnie  ze  strachu  schowała  się  za  plecami  Meredith. 

background image

Rozłożył skrzydła, pochylił się i zaczął gwałtownie uderzać dziobem w papier. 

A  potem  odleciał  z  głośnym  łopotem  skrzydeł.  Cała  czwórka  patrzyła  za 

nim, aż stał się maleńkim punktem na niebie. 

 

- Zniszczył naszą przysięgę - krzyknęła Bonnie zza pleców Meredith. 

 

- Nie sądzę - odpowiedział Matt, który stał bliżej stołu. 

Kiedy odważyli się podejść i spojrzeć na kartkę, Bonnie poczuła, jakby ktoś 

wysypał jej wiadro lodu na plecy. Serce zaczęło jej walić jak szalone. 

Choć wydawało się to niemożliwe, ślady po wściekłym dziobaniu były 

czerwone, jakby kruk podpisał się własną krwią. Układały się w ozdobne, 

delikatne litery: „D” 

I poniżej: 

„Elena jest moja". 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 4 

        Z  podpisanym  cyrografem  leżącym  bezpiecznie  w  torebce  Bonnie 

podjechali  pod  pensjonat  pani  Flowers,  w  którym  mieszkał  Stefano.  Szukali 

właścicielki, ale jak zwykle nie można jej było znaleźć. Weszli więc na górę po 

schodach przykrytych wytartym dywanem, wołając niecierpliwie: 

 

- Stefano! Elena! To my! 

Otworzyły  się  drzwi  na  samej  górze  i  wychylił  się  zza  nich  Stefano. 

Wyglądał... jakoś inaczej. 

 

- Musi być szczęśliwy - szepnęła Bonnie do Meredith. 

 

- Myślisz? 

 

- Oczywiście. Odzyskał Elenę. 

 

- No, tak. Taką jak wcześniej. Widziałaś ją w lesie - powiedziała znacząco 

Meredith. 

 

- Ale... to... och, nie! Ona znowu jest człowiekiem! Matt spojrzał na nie 

wymownie. 

 

- Przestaniecie w końcu? Usłyszą nas. 

Bonnie  nie  była  przekonana.  Oczywiście,  Stefano  mógłby  ich  usłyszeć,  ale 

jeżeli miałaby się martwić o to, co Stefano słyszy,  musiałaby  też  martwić  się o 

swoje  myśli  -  Stefano  zawsze  mógł  odczytać  ich  sens,  nawet  jeżeli  nie 

konkretne słowa. 

-  Chłopcy  -  syknęła.  -  To  znaczy,  wiem,  że  są  absolutnie  niezbędni  i  w 

ogóle, ale czasem po prostu niczego nie rozumieją. 

-  Poczekaj,  aż  będziesz  miała  do  czynienia  z  dorosłymi  mężczyznami  - 

wyszeptała  wodpowiedziMeredith.  Bonnie  pomyślała  o  Alaricu  Saltzmannie, 

doktorancie w college'u, z którym Meredith była, powiedzmy, związana. 

-  Mogłabym  powiedzieć  coś  na  ten  temat  -  dodała  Caroline  z  miną 

znawczyni mężczyzn. 

-  Bonnie  na  szczęście  na  razie  nie  musi  nic  o  tym  wiedzieć.  Ma  jeszcze 

background image

mnóstwo  czasu  -  przerwała  jej  Meredith  matczynym  tonem.  -  Chodźmy  do 

środka. 

-  Siadajcie,  siadajcie-  zapraszał  ich  Stefano,  gdy  wchodzili.  Gospodarz 

idealny Ale nikt nie siadał. Wszyscy wpatrywali się w Elenę. 

Siedziała  po  turecku  przed  otwartym  oknem.  Jej  włosy  znów  miały  odcień 

złota,  nie  były  już  białe  jak  wtedy,  gdy  Stefano  nieumyślnie  zmienił  ją  w 

wampira. Wyglądała tak samo, jak zapamiętała Bonnie. 

Poza tym, że unosiła się metr nad podłogą. 

Cała czwórka wpatrywała się w Elenę bez tchu. 

  - Ona  to  po  prostu  robi  -  powiedział  Stefano  niemal  przepraszającym 

tonem.  -  Obudziła  się  następnego  dnia  po  naszej  walce  z  Klausem  i  zaczęła 

lewitować. Jeszcze nie podlega siłom grawitacji. 

Odwrócił się do Eleny. 

  - Spójrz, kto cię odwiedził - szepnął zachęcająco. 

Elena spojrzała z zaciekawieniem. Uśmiechała się do każdego po kolei, ale 

najwidoczniej nie rozpoznawała nikogo. 

Bonnie wyciągnęła do niej ramiona. 

  - Elena?  To  ja,  Bonnie,  pamiętasz?  Byłam  tam,  kiedy  wróciłaś.  Tak 

strasznie się cieszę, że cię widzę. 

  - Eleno, pamiętasz? - spróbował jeszcze raz Stefano. - To twoi przyjaciele, 

twoi  dobrzy  przyj  ariele.  Ta  ciemnowłosa,  wysoka  piękna  dziewczyna  to 

Meredith,  ta  filigranowa  ruda  ślicznotka  to  Bonnie,  a  ten  jakże  amerykański 

przystojniak to Matt. 

Na dźwięk imienia Matt Elena drgnęła. 

-  Matt - powtórzył Stefano. 

-  A  ja?  Czy  ja  jestem  niewidzialna?  -  zapytała  Caroline,  stojąca  w 

drzwiach. Udało jej się sprawić, że zabrzmiało to żartobliwie, ale Bonnie i tak 

wiedziała, że naprawdę zgrzyta zębami na sam widok Eleny i Stefano. 

-  Oczywiście, przepraszam - odpowiedział Stefano i zrobił coś, na co nie 

mógłby  sobie  pozwolić  żaden  osiemnastolatek,  jeżeli  nie  chciałby  wyjść  na 

idiotę.  Wziął  dłoń  Caroline  i  ucałował  ją  w  sposób  tak  dystyngowany  i  szar-

mancki,  jakby  był  arystokratą  z  renesansu.  Którym  zresztą  był,  pomyślała 

background image

Bonnie. 

Caroline nie mogła ukryć, że mile połechtał ją gest Stefano. 

  - Natomiast  ta  opalona  piękność  to  Caroline  -  dokończył  prezentacje, 

puszczając jej dłon. Po czym dodał miękko, tonem, który Bonnie słyszała tylko 

kilka razy - Nie pamiętasz ich, najdroższa? Zaryzykowali dla ciebie życie. 

Elena  wciąż  unosiła  się  w  powietrzu,  teraz  w  pozycji  wyprostowanej, 

kołysząc się lekko na boki, jak boja na jeziorze, 

  - Zrobiliśmy  to,  bo  cię  kochamy  -  wyjaśniła  Bonnie,  jeszcze  raz 

wyciągając  ramiona  do.  Eleny. —  Ale  nie  sądziliśmy,  że  cię  odzyskamy.  -  Jej 

oczy napełniły się łzami. - Wróciłaś jednak. Nie pamiętasz nas? 

Elena stanęła na ziemi tuż przed nią. 

Nic  nie  wskazywało  na  to,  że  rozpoznaje  przyjaciół,  ale  na  jej  twarzy 

pojawiły  się  spokój  i  błogość.  Promieniowała  radością  i  miłością.  Bonnie 

zamknęła  oczy  i  głęboko  odetchnęła.  Czuła  energię  emanującą  od  Eleny  jak 

słońce na twarzy, jak szum oceanu w uszach. Prawie się rozpłakała wzruszona 

dobrocią,  którą  uosabiała  Elena  -  choć  słowa  „dobroć”  dziś  prawie  się  nie 

używa, jednak są ludzie, uczynki po prostu niewyrażalnie dobre. 

Elena była dobra. 

A  potem  Elena  lekko,  dotknęła  jej  ramienia  i  pofrunęła  w  stronę  Caroline. 

Wyciągnęła ręce, by ją objąć. 

Caroline się spłoszyła. Jej policzki i szyja zrobiły się purpurowe. Bonnie nie 

rozumiała, co się dzieje, ale zachowanie Eleny nie przeszkadzało jej. W końcu 

ona i Caroline były  kiedyś przyjaciółkami - zanim pojawił się Stefano. To do-

brze, że Elena postanowiła pierwszą uściskać Caroline. 

Elena objęła Caroline i zanim ta zdążyła się odezwać, pocałowała ją mocno 

w  usta.  To  nie  był  delikatny  pocałunek.  Elena  objęła  Caroline  i  całowała  ją 

długo i mocno. Dziewczyna zamarła zszokowana, a potem zaczęła się wyrywać 

z uścisku Eleny tak gwałtownie, że tamta odfrunęła od niej, otwierając szeroko 

oczy. 

Stefano chwycił ją pewnie jak bramkarz broniący strzału z dużej odległości. 

-  Co jest, do cholery? - Caroline zawzięcie ocierała usta wierzchem dłoni. 

-  Caroline - zawołał Stefano. -To nie ma nic wspólnego z tym, co myślisz. 

background image

Nic wspólnego z seksem. Ona po prostu próbuje cię rozpoznać, dowiedzieć się, 

kim jesteś. 

-  Pieski  preriowe  -  powiedziała  Meredith  spokojnie  -  Pieski  preriowe 

całują  się  na  powitanie.  I  działa  właśnie  tak,  jak  mówisz:  pomaga  im  się 

zidentyfikować. 

Caroline była jednak zbyt wstrząśnięta, by to wyjaśnienie mogło ją uspokoić. 

Ocieranie  ust  nie  było  dobrym  pomysłem  —  rozmazała  sobie  szkarłatną 

szminkę, wiec wyglądała teraz jak bohaterka filmu arzeczona Drakulii. 

-  Czy ty oszalałaś? Myślisz, że kim ja jestem? Że jakieś chomiki tak robią, 

to  jest  niby  w  porządku?  -  Poczerwieniała  jeszcze  bardziej,  od  ramion  aż  po 

czubek głowy 

-  Pieski preriowe. Nie chomiki. 

-  Och,  co…  -  Caroline  przerwała,  nerwowo  przeszukując  torebkę,  w 

końcu  Stefano  podał  jej  pudełko  chusteczek.  Sam  otarł  już  ślady  szminki 

Caroline z ust Eleny. 

Caroline poszła do łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Bonnie  i  Meredith  wymieniły  porozumiewawcze  spojrzenia  i  jednocześnie 

wybuchnęły  śmiechem.  Bonnie  skrzywiła  się,  naśladując  minę  Caroline  i  na 

niby  otarła  usta  wyimaginowaną  garścią  chusteczek.  A  potem  jeszcze  jedną. 

Meredith  z  dezaprobatą  pokręciła  głową,  ale  ani  ona,  ani  Matt  i  Stefano  nie 

mogli przestać się śmiać. Nie tylko śmieszyła ich reakcja Caroline, musieli też 

rozładować  napięcie  -  teraz,  kiedy  Elena  znów  była  z  nimi  po  sześciu  mie-

siącach. 

Przestali, gdy z łazienki wyleciało pudełko po chusteczkach, niemal trafiając 

Bonnie  w  głowę.  Wtedy  dopiero  zauważyli,  że  drzwi  łazienki  są  otwarte.  W 

łazience wisiało lustro. Bonnie zauważyła w nim wyraz twarzy Caroline. 

Tak, Caroline widziała, jak się z niej śmiali. 

Drzwi  zamknęły  się  ponownie.  Bonnie  zaczęła  nerwowo  bawić  się  swoimi 

rudymi lokami, marząc, by podłoga pod nią rozstąpiła się i pochłonęła ją. 

  - Przeproszę ją. - Bonnie głośno przełknęła ślinę. 

Uniosła  wzrok  i  zorientowała  się,  że  wszyscy  wpatrują  się  w  Elenę,  która 

wyglądała na bardzo zranioną tym, że została odrzucona. 

background image

Dobrze,  że  kazaliśmy  Caroline  podpisać  cyrograf,  pomyślała.  I  że podpisał 

go  też  wiecie  kto.  Jeżeli  jest  jedna  rzecz,  na  którą  można  było  liczyć,  jeśli 

chodzi o Damona, to była nią konsekwencja. 

Bonnie  podeszła  do  przyjaciół  otaczających  Elenę,  która  się  wyrywała. 

Stefano  próbował  ją  przytrzymać.  Matt  i  Meredith  przekonywali  Elenę,  że 

wszystko jest w porządku. 

Elena  przestała  się  szamotać.  Płakała  rzęsistymi  łzami.  Zamiast  szczęścia, 

które emanowało od niej wcześniej, Bonnie wyczuwała teraz poczucie krzywdy 

i żal, a także zrozumienie. 

  - Nie mogłaś wiedzieć, że Caroline tak się zdenerwuje. Nie zrobiłaś jej nic 

złego. - Bonnie głaskała ją uspokajająco. 

Łzy  wciąż  spływały  po  policzkach  Eleny,  a  Stefano  zbierał  je  chusteczką, 

jakby były diamentami. 

  - Ona  myśli,  że  Caroline  spotkało  coś  złego  -  wytłumaczył  im  -  i  martwi 

się o nią. Nie rozumiem, o co chodzi. 

Bonnie  uświadomiła  sobie,  że  Elena  może  się  przecież  porozumiewać  ze 

Stefano telepatycznie. 

-  Ja też  to  wyczułam  -  powiedziała.  -  Ból. Ale powiedz  jej...  to  znaczy... 

Eleno, obiecuję, że przeproszę Caroline. Pokajam się. 

-  Wszyscy będziemy musieli się kajać - wtrąciła Meredith. - Ale wcześniej 

chciałabym się upewnić, że nasza zagubiona dusza rozpozna mnie. 

Objęła Elenę i pocałowała ją. 

Niestety,  w  tej  samej  chwili Caroline  otworzyła  drzwi  łazienki.  Zatrzymała 

się w progu. 

- Nie wierzę! - krzyknęła piskliwie. - Wciąż to robicie! To odra... 

  - Caroline - przerwał jej Stefana ostrzegawczym tonem. 

Caroline - piękna, smukła, opalona - nerwowo wyłamywała palce. 

  - Przyszłam zobaczyć się z Eleną. Z dawną Eleną. I co widzę? Ona jest jak 

dziecko,  nie  potrafi  mówić.  Unosi  się  w  powietrzu  jak  jakiś  szalony  guru.  Jak 

jakaś perwersyjna... 

  - Przestań!  -  przerwał  jej  cicho,  ale  stanowczo,  Stefano  -  Mówiłem  wam, 

już za kilka dni powinna zachowywać się normalnie, sądząc po postępach, jakie 

background image

zrobiła dotychczas. 

Stefano  rzeczywiście  jest  jakaś  inny,  pomyślała  Bonnie.  Nie  tylko 

szczęśliwszy,  że  odzyskał  Elenę.  Jest…w  jakiś  sposób  silniejszy.  Zawsze  był 

spokojny  -  odczuwała  jego  spokój  jak  taflę  jeziora.  Teraz  odbierała  emocje 

chłopaka jak tsunami. 

Co mogło go tak bardzo zmienić? 

Odpowiedź  otrzymała  natychmiast,  chociaż  w  postaci  kolejnego  pytania. 

Elena  wciąż  była  częściowo  duchem,  podpowiadała  jej  intuicja.  Co  się  dzieje, 

kiedy wypijesz krew kogoś, kto jest pól duchem, pół człowiekiem? 

-  Caroline, po prostu zapomnijmy o tym - zaproponowała pojednawczo. - 

Przepraszam, bardzo, bardzo przepraszam, wiesz. Źle zrobiłam i przepraszam. 

-  Och,  oczywiście,  przeprosiłaś  i  wszystko  w  porządku,  tak?  -  Głos 

Caroline  był  lodowaty  jak  płynny  azot.  Zdecydowanym  ruchem  odwróciła  się 

do nich plecami. Bonnie zdążyła dostrzec w jej oczach łzy. 

Elena  i  Meredith  wciąż  obejmowały  się,  a  ich  policzki  były  mokre  od  łez. 

Patrzyły sobie w oczy, a Elena znów jaśniała nieziemskim blaskiem. 

-  Teraz  już  zawsze  cię  rozpozna,  Meredith-  powiedział  Stefano.  -  Nie 

tylko  twoją  twarz,  ale  także  twoje  wnętrze,  twoją  duszę.  Powinienem  o  tym 

wspomnieć  wcześniej,  ale  dotąd  tylko  mnie  poznała  w  ten  sposób  i  nie 

wiedziałem... 

-  Powinieneś był wiedzieć! - Caroline podeszła do niego wściekła. 

-  Pocałowałaś dziewczynę i co z tego? — wybuchła Bonnie. - Co, myślisz, 

że wyrośnie ci broda? 

Gęstniejąca  atmosfera  w  pokoju  zadziałała  na  Elenę  jak  iskra  wzniecająca 

pożar.  Zaczęta  fruwać  po  pokoju  z  prędkością  kufi  armatniej,  w  jej  włosach 

pojawiały  się  elektryczne  iskry  za  każdym  razem,  gdy  nagle  zatrzymywała  się 

lub skręcała. Gdy mijała otwarte okno, Bonnie pomyślała, że trzeba natychmiast 

zorganizować  jej  jakieś  ubrania.  Spojrzała  na  Meredith  i  dostrzegła,  że 

przyjaciółka  uświadomiła  sobie  to  samo.  Tak,  muszą  znaleźć  Elenie  coś  do 

ubrania.. A zwłaszcza bieliznę. 

Kiedy Elena zatrzymała się i Bonnie zbliżyła się do niej, tak nieśmiało jak do 

chłopaka, z którym miała się całować po raz pierwszy w życiu, Caroline znowu 

background image

wybuchnęła. 

  - Ciągle to  robisz! — Teraz  już prawie, skrzeczała.  — Co  jest  z  tobą?  Nie 

masz wstydu? 

To,  niestety,  wywołało  u  Bonnie  i  Meredith  kolejny  atak  śmiechu,  który 

próbowały  stłumić.  Nawet  Stefano  się  śmiał.  Na  nic  się  zdały  jego  dobre 

maniery. Poczucie obowiązku uprzejmego traktowania Caroline, która była jego 

gościem,  przegrało  z  komizmem  sytuacji.  Bonnie  spojrzała  na  Elenę  i 

zauważyła,  że  patrzy  ona  na  Caroline  z  dziwnym  wyrazem  twarzy,  Nie 

wyglądało to, jakby się jej bata, ale jakby bardzo bała się o nią, 

  - Wszystko  w  porządku?  -  wyszeptała  Bonnie.  Ku  jej  zaskoczeniu  Elena 

skinęła,  a  potem  spojrzała  na  Caroline  i  pokręciła  głową.  Przyglądała  się  jej 

uważnie  jak  lekarz  badający  bardzo  chorego  pacjenta,  po  czym  podleciała  do 

niej,  wyciągając  rękę.  Caroline  odsunęła  się,  jakby  myśl  o  dotknięciu  Eleny 

była odrażająca. Nie, dotyk Eleny nie budził w niej wstrętu, pomyślała Bonnie. 

Caroline bała się tego dotyku. 

  - Skąd  mogę  wiedzieć,  co  teraz,  zrobi?  -  broniła  się  Caroline,  ale  Bonnie 

wiedziała,  że  to  nie  jest  prawdziwy  powód  jej  strachu.  „Co  tu  się  dzieje?  — 

zastanawiała  się.  Elena  boi  się  o  Caroline,  Caroline  boi  się  Eleny.  Co  to 

znaczy?” 

Bonnie  dostała  gęsiej  skórki.  Coś  było  nie  tak  z  Caroline.  Nigdy  wcześniej 

nie spotkała się z czymś takim. A powietrze... powietrze wydawało się gęstnieć 

jak przed burzą. 

Caroline odwróciła się, żeby nie patrzeć na Elenę. Stanęła za krzesłem. 

-  Po  prostu  trzymajcie  ją,  do  cholery,  z  dala  ode  mnie,  dobrze?  Nie 

pozwolę,  żeby  jeszcze  raz  mnie  dotknęła...  -zaczęła,  kiedy  Meredith 

powiedziała cicho dwa słowa, które zmieniły sytuację. 

-  Co powiedziałaś? - zapytała zdumiona Caroline. 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 5 

 

Damon jeździł po mieście bez celu, kiedy zauważył tę dziewczynę. 

Była  sama,  szła  chodnikiem,  wiatr  rozwiewał  jej  włosy,  niosła  torby  z 

zakupami. 

Damon  zachował  się  jak  dżentelmen.  Zatrzymał  samochód,  poczekał,  aż 

dziewczyna  zrówna  się  z  nim,  wyskoczył  z  auta  i  otworzył  drzwi  od  strony 

pasażera. 

Miała na imię Damaris. 

Po chwili ferrari pędziło z taką prędkością że włosy Damaris powiewały jak 

sztandar.  Dziewczyna  zasługiwała  na  komplementy,  jakie  Damon  rozdawał 

przez  cały  ten  dzień.  Ucieszyło  go  to,  bo  zaczynało  mu  już  brakować  wy-

obraźni. 

Schlebianie tej uroczej istocie, z burzą rudoztotych włosów i mleczną cerą, 

nie wymagało wyobraźni. Nie spodziewał się z jej strony żadnych problemów i 

zamierzał zatrzymać ją na noc. 

„Veni, vidi, vici- pomyślał i uśmiechnął się do siebie. A potem poprawił się 

— no, może jeszcze nie zwyciężyłem, ale stawiam ferrari, że zwyciężę.” 

Zatrzymali się przy punkcie widokowym. Kiedy Damaris upuściła torebkę i 

schyliła  się,  by  ją  podnieść,  Damon  zobaczył  jej  odsłonięty  kark,  od  którego 

bieli odcinały się rude włosy, 

Natychmiast  pocałował  ją  w  kark,  bez  zastanowienia.  Miała  skórę  ciepłą  i 

miękką jak niemowlę. Nie próbował kontrolować jej reakcji ciekaw, czy da mu 

w  twarz.  Ona  wyprostowała  się  tylko  i  odetchnęła  głęboko,  ale  pozwoliła  mu 

objąć  się  i  całować.  Ciemnoniebieskie  oczy  drżącej  dziewczyny  wyrażały 

zarazem opór i zachwyt. 

- Nie... nie powinnam była ci na to pozwalać. Chcę wrócić do domu. 

Damon uśmiechnął się. Jego ferrari było bezpieczne. 

Jej ostateczna kapitulacja będzie bardzo przyjemna, pomyślał, kiedy wracali 

do  miasta.  Jeżeli  nie  zawiedzie  jego  oczekiwań,  może  nawet  zatrzymają  na  

kilka dni, może nawet ją przemieni. 

Teraz jednak dręczył go dziwny niepokój. Chodziło o Elenę oczywiście. Być 

background image

tak blisko niej i nie śmieć się zbliżyć z  obawy  o  to,  co  mógłby  jej  zrobić.  „Do 

diabła,  co  powinienem  zrobić?”  -  zaklął  w  duchu.  Stefano  miał  rację  —  coś 

było z nim nie tak. 

Był sfrustrowany tak bardzo, że nigdy się o to nie posądzał. To, co powinien 

był zrobić, to przewrócić swojego braciszka twarzą do ziemi, skręcić mu kark, a 

potem  pójść  na  górę po  wąskich  skrzypiących  schodach i  zabrać  Elenę,  czyby 

tego  chciała,  czy  nie.  Nie  zrobił  tego  z  powodu  jakiejś  sentymentalnej  bzdury, 

obawiając  się  jej  protestów,  gdy  uniósłby  jej  doskonały  podbródek  i  zatopił 

opuchłe z głodu kły w białej jak lilia szyi. 

Snucie fantazji przerwał mu jakiś hałas. 

- ...niesądzisz? – pytała Damaris. 

Zirytowany i zbyt pochłonięty swoimi myślami, by zastanawiać się, o czym 

dziewczyna  mówi,  po  prostu  wyłączył  jej  umysł.  Damaris  była  śliczna,  ale 

strasznie gadatliwa. 

Siedziała teraz z włosami rozwiewanymi przez wiatr, niewidzącymi oczami, 

zwężone źrenice były nieruchome. 

Wszystko  na  nic.  Damon  westchnął  zrezygnowany.  Nie  potrafił  wrócić  do 

swojego snu na jawie. Nawet gdy w samochodzie panowała cisza, przeszkadzał 

mu wyimaginowany szloch Eleny. 

Ale  gdyby  przemienił  ją  w  wampira,  nie  szlochałaby,  podpowiedział  jakiś 

głos  w  jego  głowie.  Damon  kiedyś  chciał  uczynić  ją  swoją  królową  nocy  - 

dlaczego  nie  spróbować  znowu?  Należałaby  do  niego  całkowicie.  A  że 

musiałby zrezygnować z jej ludzkiej krwi... cóż, teraz też jej nie pił, prawda? - 

ciągnął głos, Elena, blada i otoczona aura  mocy, z  włosami niemal srebrnymi, 

w czarnej sukni kontrastującej z jej alabastrową skórą. Ta wizja przyspieszyłaby 

bicie serca każdego wampira. 

Pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek - teraz, gdy była dachem. Nawet jako 

wampirzyca  zachowała  dużo  ze  swojej  natury.  Mógł  sobie  to  wyobrazić:  jej 

światłość i jego mrok, jej miękka biel w jego muskularnych, odzianych w czerń 

ramionach. Zamknąłby te cudowne usta pocałunkami, okryłby nimi ją całą... 

O  czym  on  myślał?  Wampiry  nie  całują  ot  tak,  dla  przyjemności  -  a  już 

zwłaszcza  nie  całują  innych  wampirów.  Krew,  polowanie  -  tylko  to  się  liczy. 

background image

Całowanie,  jeżeli  nie  było  konieczne  do  zdobycia,  ofiary,  nie  miało  sensu.  Do 

niczego  nie  mogło  prowadzić.  Tylko  sentymentalni  idioci  jak  jego  brat 

zawracali  sobie  głowę  takimi  głupstwami.  Para  wampirów  może  dzielić  się 

krwią  śmiertelnika,  atakując  jednocześnie,  wspólnie  kontrolując  jego  umysł, 

sami połączeni umysłami. W tym tylko wampiry znajdują przyjemność. 

Niemniej  Damon  był  podniecony  wizją  całowania  Eleny,  zmuszania  jej  do 

pocałunków, uczucia satysfakcji, gdy w końcu złamie jej opór. 

Może  wariuję,  pomyślał  Damon  zaintrygowany.  Nie  przypominał  sobie, 

żeby coś takiego zdarzyło mu się kiedykolwiek wcześniej, ale pociągała go myśl 

o całowaniu Eleny. Od wieków nie był tak podniecony. 

Tym lepiej dla ciebie, Damaris. Dotarli już do rogu skrzyżowania Sycamore 

Street i Old Wood. Dalej droga stawała się coraz bardziej kręta i niebezpieczna. 

Nie  przejmując  się  tym,  obrócił  się  do  dziewczyny,  żeby  ją  obudzić.  Z 

zadowoleniem zauważył, że wiśniowy kolor jej warg jest naturalny. Pocałował 

ją delikatnie i czekał na reakcję. 

Przyjemność. Widział, jak jej umysł się nią wypełnia. 

Rzucił  okiem  na  drogę  przed  sobą  i  spróbował  jeszcze  raz.  Tym  razem 

całował  ją  dłużej.  Ucieszyła  go  jej  reakcja,  reakcje  ich  obojga.  To  było 

niesamowite. Musiało to się jakoś wiązać z ilością krwi, którą wypił — większą 

niż kiedykolwiek w ciągu jednego dnia - albo kombinacją.... 

Musiał  przestać  zajmować  się  Damaris  i  skupić  uwagę  na  drodze.  Jakieś 

niewielkie brunatne zwierzę pojawiło się ni stąd, ni zowąd przed samochodem. 

Damon chwycił kierownicę obiema dłońmi, wbił w zwierzę zimne jak lodowiec 

oczy i nakierował samochód prosto na zwierzę. 

Nie było aż tak małe - samochód mógi podskoczyć. 

- Trzymaj się - mruknął do Damaris. 

Zwierzę  uskoczyło  w  ostatniej  chwili.  Damon  gwałtownie  skręcił 

kierownicą,  chcąc  je  dopaść,  i  znalazł  się  na  skraju  rowu.  Tylko  nadludzki 

refleks  wampira  i  precyzja  układu  kierowniczego  bardzo  drogiego  samochodu 

mogły go uratować. Na szczęście Damon miał jedno i drugie. Samochód obrócił 

się i zatrzymał z piskiem opon. 

Ale nie podskoczył. 

background image

Damon wysiadł i się rozejrzał. Zwierzę jednak zniknęło równie tajemniczo, 

jak się pojawiło. 

Dziwne. 

Żałował,  że  jechał  pod  słońce  -  jasne  popołudniowe  światło  osłabiło  jego 

wzrok,  ale  udało  mu  się  zobaczyć  niedoszłą  ofiarę  z  bliska,  kiedy  ją  mijał  - 

stworzenie miało dziwaczny kształt: wąski pysk i jakby wachlarz z tyłu. 

No, cóż. 

Wrócił do samochodu, w którym histeryzowała Damaris. Nie był w nastroju 

do  uspokajania  kogokolwiek,  wiec  znów  ją  uśpił.  Opadła  na  fotel,  a  łzy  powoli 

obeschły na jej policzkach. 

Był  sfrustrowany.  Ale  przynajmniej  wiedział  już,  co  chce  dzisiaj  zrobić. 

Chciał  znaleźć  jakiś  lokal  -  obskurną  i  brudną  knajpę  albo  wytworną  i  drogą 

restaurację  -  i  innego  wampira.  Biorąc  pod  uwagę  moce,  jakie  pulsowały  pod 

Fell's  Church,  to  nie  powinno  być  trudne.  Wampiry  i  inne  stworzenia  nocy 

ciągnęły do takich miejsc jak ćmy do światła. 

A  potem  chciał  walczyć.  To  nie  byłaby  uczciwa  wałka  -  Damon  był 

najsilniejszym  żyjącym  wampirem,  a  poza  tym  był  opity  krwią 

najpiękniejszych  dziewcząt  miasta  Fell's  Church.  Ale  nie  obchodziło  go  to. 

Miał  ochotę  wyładować  na  czymś  swoją  frustrację,  a  jakiś  wilkołak,  wampir 

albo ghul byłby w sam raz. Może nawet więcej niż jeden — znów uśmiechnął 

się do siebie, a w jego oczach pojawił się groźny błysk - jeżeli uda mu się tyle 

znaleźć. A na deser 

- przepyszna Damaris. 

„Życie  jest  dobre.  A  nieżycie,  pomyślał  Damon,  nawet  lepsze”.  Nie 

zamierzał  siedzieć  i  narzekać  tylko  dlatego,  że  nie  mógł  natychmiast  mieć 

Eleny.  Zamierzał  rozerwać  się  i  stać  się  jeszcze  silniejszy  A  potem,  któregoś 

dnia, niedługo, pójść do swojego żałosnego młodszego brata i zabierze ją. 

Przez  chwilę  patrzył  we  wsteczne  lusterko.  Na  skutek  jakiegoś  załamania 

światła, a może wyładowania w atmosferze przez chwilę wydawało mu się, że 

dostrzegł w swoich oczach czerwony płomień.