background image

LASS SMALL

Znowu razem

(To meet again)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszystkiemu   winna   była   guma   do   żucia.   Gdyby   nie   ona,   wypadki   potoczyłyby   się 

zupełnie  inaczej. Laura Fullerton  miała  problemy z ciśnieniem rozsadzającym  jej uszy w 
czasie lotu samolotem i nie wyruszała w drogę nie mając gumy pod ręką. Przypomniała sobie 
o niej w ostatniej chwili, już w Chicago, na lotnisku O’Hare. Kupując gumę natknęła się 
przypadkiem   na   Tabithę,   koleżankę   ze   studiów   na   Uniwersytecie   Bloomington,   w   stanie 
Indiana. Tak to się zaczęło. 

– Laura! – wykrzyknęła Tabitha z taką radością, jakby były co najmniej przyjaciółkami i 

nie widziały się od lat. 

Dźwięk głosu wydał  się Laurze  znajomy.  Odwróciła  się. Tabby,  jak nazywano  ją na 

studiach, zawsze dbała o swoją smukłą sylwetkę. Ubrana była w złociste, obcisłe spodium, na 
pewno kupione w jakimś bardzo drogim butiku. Złocisty kolor znakomicie pasował do jej 
czarnych włosów i zielonych oczu. Przypominała modelkę z okładki „Vogue”, z czasów gdy 
kobiety prezentujące modę musiały wyglądać jak drapieżne tygrysice. 

Laura w porównaniu z Tabby była bardzo skormnie ubrana. Miała na sobie granatowy 

klasyczny kostium i białą bluzkę, a jasne włosy upięła z tyłu głowy w praktyczny kok. Nosiła 
buty na płaskim obcasie, oczywiście ze względu na wygodę. Bywała częstym gościem na 
lotniskach i zdawała sobie sprawę z przestrzeni, które czasami musiała przemierzyć. 

–   Dokąd   lecisz?   –   spytała   Tabby,   uśmiechając   się.   Jej   zęby   były   proste   i   naturalnie 

zaokrąglone,   aczkolwiek   można   się   było   spodziewać,   sądząc   z   jej   stylu   drapieżnego 
zwierzątka, że powinny okazać się malutkie i spiczaste jak u kotki. 

– Do Columbii w Południowej Karolinie, przez Atlantę. 
– Świetnie. Daj mi swój bilet, to zmienię ci rezerwację. Zdążysz na połączenie, a do 

Atlanty polecimy razem, zgoda?

Laura, zaskoczona propozycją Tabby, odpowiedziała wymuszonym uśmiechem i lekkim 

skinieniem głowy. 

I tak oto pewnego kwietniowego dnia obie kobiety, które łączyło na studiach jedynie 

wspólne uczęszczanie na wykłady z greki, siedziały na lotnisku O’Hare w Chicago i czekały 
na samolot. 

– Jakie to niewiarygodne, że cię spotkałam – zielone oczy Tabby taksowały Laurę z 

pobłażliwym zainteresowaniem sytej i pewnej siebie kotki. 

Tabby wiedziała, że Laura ma trzydzieści lat, czyli że jest od niej tylko o... załóżmy, że o 

rok... starsza, co zresztą, niestety, nie było prawdą. Tabby bowiem unikała trzydziestki jak 
ognia. Wprowadziła dotychczas już trzy małe korekty do swojej metryki. Przyglądając się 
koleżance zauważyła, że Laura była nadal tak samo szczupła jak w wieku osiemnastu lat. Jej 
włosy   miały   wciąż   ten   sam   niespotykany   płowy   odcień.   Tabby   zastanawiała   się,   czy 
jaśniejsze pasma zawdzięczała słońcu, czy też pracy fryzjera? Oczy Laury nie były chyba 
dawniej   aż   tak   niebieskie?   Niewiarygodne,   jak   wspaniały   efekt   można   osiągnąć   w 

background image

dzisiejszych czasach za pomocą szkieł kontaktowych... 

Rozmowa niezbyt się kleiła. W gruncie rzeczy mało się znały i niewiele miały sobie do 

powiedzenia. Laura dyskretnie przypatrywała się tłumowi, który przelewał się wokół nich w 
wielkim pośpiechu. 

Ach, Tabby, życie jest zadziwiające. Spotykam ludzi, których nie widziałam już od lat. 

Mam wrażenie, że wszyscy ciągle gdzieś biegną. Czy nie ma już osób, które po prostu idą do 
biura, pracują, a wieczorem spokojnie wracają do domu? Czy świat musi tak gnać i gnać?

– Powinnaś już przyzwyczaić się do tego, tak jak ja – odparła Tabby. – Ale wiesz, sądzę, 

że jedzenie w samolotach dawniej bywało lepsze... 

– Jak długo już tak żyjesz? Ciągle jesteś w podróży? – zapytała Laura. 
– Właściwie od czasu, gdy skończyłam studia. Dyplom zrobiłam chyba zbyt wcześnie. 

Przeskoczyłam kilka semestrów na samym początku. 

– Zawsze byłaś szybka – skomentowała Laura sucho. 
– Lauro, czy nosisz szkła kontaktowe?
– Nie, dlaczego pytasz?
– W ogóle nie nosisz okularów?
– Skądże! W mojej rodzinie wszyscy mają bardzo dobry wzrok. 
– Niewiarygodne – Tabby nie była przekonana. 
– A wiesz, kogo spotkałam w zeszłym tygodniu? Nigdy nie zgadniesz! Powiem ci: Ann 

Thompson!

– Ann Thompson? – powtórzyła Tabby. 
– Nie przypominasz jej sobie? Wyszła za mąż za George’a Millera. 
– Nie znałam żadnej Ann Thompson. Jak wygląda?
– Ma... 
– Pasażerowie lotu do Miami... – dobiegło z głośników. 
– To my – powiedziała Tabby wstając. 
– Do Atlanty, Jacksonville i Miami... – monotonnie ciągnął głos. 
Wzięły bagaże i skierowały się do wejścia na płytę lotniska. 
– Ann Thompson... – Tabby nadal powtarzała to imię, usiłując skojarzyć je z osobą j 

Miała trudności z zapamiętaniem kobiet. 

W tym momencie doszło do drugiego wydarzenia, które przesądziło o losach Laury. Z 

tłumu dobiegł pytający, męski głos. 

– Laura?
– Peter? Jak się masz? – Laurą śmiechem zareagowała na pocałunek w policzek. Poczuła 

się zażenowana. Nie należała do osób, które każde spotkanie przypieczętowują pocałunkami. 

– Dopiero niedawno dowiedziałem się, że rozeszłaś się z Tomem już kilka lat temu – 

powiedział Peter zupełnie swobodnie. – Dziwi mnie tylko, że to tak długo trwało... 

Temat nie był wygodny. Laura szybko przerwała Peterowi, zwracając się do Tabby:
– Przypominasz sobie Petera Watkinsa?
Tabby mężczyzn zawsze pamiętała i zareagowała entuzjastycznie. 
– Ależ oczywiście! Cześć, miło cię widzieć! Promienny uśmiech Tabby znikł, gdy Laura 

background image

zapytała:

– A jak się miewa twoja Molly?
– Molly i dwa brzdące – powiedział Peter, wyciągając zdjęcia. 
Dość łatwo udało się nakłonić Petera, by w samolocie siedział między nimi. Rozmowa 

toczyła się wartko aż do chwili, gdy Peter zapytał:

– Słyszałyście o Tannerze? Przypominacie go sobie?
– Oczywiście, że go pamiętam – spokojnie odpowiedziała Tabby. 
Natomiast Laura zaniemówiła. Ostrożnie, jakby przeczuwała, że coś jej zagraża, zapytała:
– Co się z nim dzieje?
– Miał potworny wypadek. Zupełnie rozbił swojego porsche’a. Z samochodu właściwie 

nic nie zostało. – Peter pokiwał głową. 

– Ale co z Tannerem?
Laura wstrzymała oddech. Znieruchomiała, a oczy wyrażały przestrach. Czuła szum w 

głowie. 

W   wyobraźni   ujrzała   Tannera   i   to   niezwykle   wyraziście   –   wysokiego   i   szczupłego 

chłopaka, z ciemnymi, rozwichrzonymi włosami i bardzo niebieskimi oczami. 

Odpowiedź Petera dotarła do niej z oddali. 
– Z Tannerem wszystko w porządku. Siedzi teraz w wiejskim domu rodziców, na północ 

od Myrtle Beach. Jest tam już od pewnego czasu i pewnie jeszcze trochę zostanie. Ciągle 
jeszcze ma zwolnienie. Sądzę, że nigdy nie pogodzi się z utratą... 

Laura zakrztusiła się. 
–   ...   tego   porsche’a.   To   był   piękny   wóz.   Był.   W   tym   właśnie   sęk.   Co   za   kraksa! 

Widziałem zdjęcia. Cały Tanner. Któż inny wpadłby na pomysł, by obfotografować śmierć 
swojego   mustanga.   Nie   widziałem   nigdy   człowieka   tak   kompletnie   opętanego   przez 
samochód... Z wraku wyciągali go przez godzinę. – Peter zaśmiał się ironicznie. – Szczątki 
każe pewnie spalić, a popioły rozrzucić na dzikich obszarach dolnego Manhattanu. Tabby 
miała trochę niepewną minę. 

– Ktokolwiek I tam był, wie, że nie ma miejsca bardziej dzikiego na świecie niż Nowy 

Jork.   Rodzina   Tannera   posiada   tam   jakąś   ziemię   –   zaśmiał   się,   zachwycony   swoim 
dowcipem. – Kawałek wielkomiejskiej dżungli. 

– A co z nim, czy wszystko w porządku? – głos Laury zabrzmiał słabo. 
– Nie widziałam go. Zdjęcia samochodu pokazał mi Charlie. Pamiętacie Charlie’ego? 

Widzimy   się   kilka   razy   do   roku,   to   tu,   to   tam.   Pełni   jakąś   funkcję   w   swojej   parafii. 
Uwierzyłybyście?  I do tego jest agentem ubezpieczeniowym.  Ostatni raz spotkałem go w 
Denvef. 

Laura wciąż była pod wrażeniem opowieści Petera i chciała z powrotem naprowadzić go 

na rozmowę o Tannerze. 

– Czym się teraz zajmujesz, Lauro? To podróż dla przyjemności czy w interesach?
– Studiowałam malarstwo, potem trochę malowałam, ale ostatnio postanowiłam zająć się 

dekoracją wnętrz. Mam kontakt z pewnym przedsiębiorstwem, które właśnie zakłada sieć 
domów   wypoczynkowych.   Dyrektor   widział   moje   prace   i   zgodził   się,   bym   przedstawiła 

background image

projekt wstępny. 

Peter pokiwał głową z roztargnieniem. 
– Czy panie lecą dalej do Miami? – zapytał żartobliwie. 
– Ja tak – Tabby przejechała językiem po wargach, odświeżając usta. Ciągle uśmiechała 

się do Petera. 

– A ja nie – Laura wciąż była myślami gdzie indziej. – Mam przedstawić swój projekt w 

Columbii, w Południowej Karolinie. 

–   Słuchaj,   mam   świetny   pomysł!   –   zawołał   Peter.   –   Jeśli   znajdziesz   trochę   czasu, 

powinnaś wpaść na wybrzeże i odwiedzić Tannera. Jest tam samotny jak palec. 

– Nigdy w życiu nie był sam – powiedziała sucho Laura. 
Peter uśmiechnął się rozbrajająco. 
– Ale teraz jest. Zdążył  się już wyszumieć. W końcu był  starszy od nas, jak pewnie 

pamiętasz. Znalazł się z nami na roku, bo wcześniej służył w Wietnamie. Zajrzyj do niego. Na 
pewno się ucieszy. Dom Moranów łatwo znaleźć. Jak będziesz już w Myrtle Beach, kieruj się 
na północ, za Ocean Boulevard. To duży, stary, drewniany dom. Nie sposób go przeoczyć. 
Pozdrów go ode mnie i kup mu kwiaty. Masz pieniądze. 

Peter wyciągnął portfel z wewnętrznej kieszeni i wręczył jej banknot. 
–   Pamiętaj,   te   kwiaty   mają   być   nie   dla   Tannera,   ale   dla   jego   porsche’a.   Będzie 

zachwycony moim pomysłem. Zadzwonię do niego i powiem, że przyjedzie ktoś w moim 
zastępstwie. Zgoda? Masz, tu jest jego adres. Możesz tam wpaść, kiedy zechcesz, w każdej 
chwili. 

Laura   z   ociąganiem   wzięła   banknot.   Nie   chciała   jednak   zobowiązać   się   do   złożenia 

wizyty.  Zastanawiała się, co powinna zrobić. Tabby i Peter dalej plotkowali o wspólnych 
znajomych. Laura nie uczestniczyła w rozmowie, wciąż myślała o Tannerze. Jechać do niego 
czy nie?

Pożegnała się z Tabby i Peterem w Atlancie. Zdawała sobie sprawę, że zostawia Petera 

sam na sam z niebezpieczną Tabby. Ale w końcu miał już trzydzieści lat i w dodatku kochał 
żonę i dzieci. Od lat podróżował, chyba był w stanie obronić się przed takimi kobietami, jak 
Tabby. 

Przedstawiła swój projekt ludziom zasiadającym w prezydium firmy. Słuchali z wielką 

uwagą, ale ona nie mogła się skupić tak jak powinna. Jej myśli wciąż obracały się wokół tego 
samego pytania: jechać czy nie?

Gdy wynajmowała samochód, nie była jeszcze pewna, ale kiedy znalazła się na drodze, 

zdała sobie sprawę, że decyzję już dawno podjęła. Jedzie. 

Tanner. Już samo imię było dla niej ekscytujące. Przypomniała sobie, jak po raz pierwszy 

dostrzegła go w campusie Uniwersytetu Bloomington. Myślała wtedy, że jest wykładowcą. 
Wyróżniał się w tłumie studentów. Był starszy, bardziej pewny siebie. W porównaniu z nim 
inni słuchacze wyglądali na sztubaków. 

Minął ją raz, gdy przeskakiwała przez wąski i płytki strumyk, zwany przez studentów 

rzeką   Jordan.   Puścił   wtedy   do   niej   oko   i   kompletnie   ją   tym   zaskoczył.   Obróciła   się 
mechanicznie jak robot i gotowa była za nim iść. Ale on szybko poszedł dalej, wyciągając jak 

background image

bocian swoje długie nogi. Potrzebowała całego dnia, by się uspokoić. 

Samotnego   widziała   go   tylko   jeden   raz.   Ciągle   był   w   towarzystwie.   Roześmiany. 

Przyciągał ludzi jak magnes. Spokojny, swobodny, z leniwym,  rozbrajającym  uśmiechem. 
Miał rozwichrzone ciemne włosy i niebieskie, rozbawione oczy. 

Tanner zawsze puszczał do niej oko, gdy ją spotykał. Nawet wówczas, kiedy otaczał go 

wianuszek rozanielonych  dziewczyn.  Nigdy o tym  nie zapominał. Odczuwała to jako coś 
bardzo intymnego, jak pocałunek, jak jakąś tajemnicę, która tylko im była znana. Zaczęła 
tęsknić.   Nocą,   gdy   w   domu   studenckim   leżała   na   swoim   starym   materacu   i   słuchała 
miarowego oddechu spokojnie śpiącej koleżanki, myślała tylko o nim. 

Ich pierwsze spotkanie było całkiem zwyczajne, bez fanfar. Stała, gdy nagle za plecami 

usłyszała jego głos. 

– Dzień dobry – powiedział po prostu. 
Odwróciła się speszona i zaskoczona. 
Laura   zapamiętała   tylko   wrażenie,   jakie   na   niej   wywarły   jego   niebieskie   oczy   z 

niewiarygodnie długimi rzęsami. Patrzył na nią z góry. Nie mogła przypomnieć sobie, czy się 
z nim wtedy przywitała? Prawdopodobnie nie. Była taka oszołomiona! Nie, coś takiego nie 
powinno się było przytrafić młodej, niedoświadczonej dziewczynie! Tak, stanowczo była za 
głupia, by wiedzieć, co z tym wszystkim począć, jak się zachować. Zawaliła całą sprawę i 
straciła okazję. 

Ale to nie tak – pomyślała teraz. Tak naprawdę, to Tanner nigdy nie dał jej prawdziwej 

szansy. 

Wtedy  właśnie  ją  pocałował.   Zburzył   jej   z  trudem   wypracowaną  pozę   pewnej  siebie 

dziewczyny.  Pocałunek  ten   sprawił,   że  przez  długi   czas  stała  się  niedostępna  dla  innych 
mężczyzn. 

Po co teraz do niego jechała? Może po to, by stawić czoło tej dziwnej magii, która trwała 

od tylu lat? A może wreszcie dowie się, że było to tylko urojenie i uwolni się od niego?  
Musiała to zrobić dla samej siebie. 

Wówczas gdy go poznała – była bezbronna. Nic nie rozumiała. Zachowała się jak idiotka. 

Po tym pierwszym pocałunku, odchodząc, pogłaskał jej ramię. Prawdopodobnie odczuł, jaki 
wstrząs w niej wywołał i postanowił zniknąć jak najprędzej. Zdał sobie sprawę, że jeśli jej się 
uda rozluźnić palce kurczowo ściskające kilka książek, które miała ze sobą, to wpije się w 
niego i już nigdy nie puści. 

Później zaobserwowała, że kobiety, będąc w jego towarzystwie, stanowczo za dużo sobie 

pozwalały. Ciągle go dotykały, głaskały, ocierały się o niego jak kotki. Jednak wcale mu to 
nie przeszkadzało. Był miły i zezwalał na to. A one widocznie bardzo go pragnęły. Wówczas 
wydawały się jej obrzydliwe. A teraz? Teraz – rozumiała je. Biedny Tanner. 

Pewnego dnia zauważyła, że i do innych też puszczał oko. Zorientowała się, że dla niego 

było to tyle, co pobieżny, nic nie znaczący uśmiech. 

Pierwszy raz zaproponował jej, by ze sobą chodzili w chwili, gdy właśnie zgodziła się 

być z Mike’em. Wróciła do akademika z płaczem. Ale wiedziała, że gdyby z nim poszła, 
oddałaby mu duszę. Bała się ryzykować. Czuła, że wciągnie ją w jakiś niebezpieczny wir. 

background image

Wybrała spokój u boku Mike’a. Potem Tanner skończył studia i przepadł. 

Po Mike’u był Tom, z którym właśnie się zaręczyła, kiedy znów pojawił się Tanner. I 

znów straciła drugą szansę. Tanner szybko zniknął. 

Przeżyła wiele gorzkich dni. Tom był dla niej miły i w końcu zdecydowała się za niego 

wyjść.   Tanner   znienacka   przyjechał   do   South   Bend   na   ich   ślub.   Był   bardzo   spokojny, 
małomówny   i   poważny.   Pocałował   ją,   gratulując   zamążpójścia   i   to   prawdopodobnie 
ostatecznie   zrujnowało   ich   podróż   poślubną.   Tom...   no   tak,   to   wszystko   należało   już   do 
przeszłości. 

Ciekawe,   jak   Tanner   żył   przez   te   ostatnie   lata?   Może   się   ożenił?   Może   też   był 

rozwiedziony, tak jak ona? Musiał teraz mieć chyba już ze trzydzieści pięć lat! Myślała o nim 
nieustannie.   O   koszmarze   Wietnamu,   który   przeżył   i   wyszedł   z   tego   taki   nieskażony, 
pogodny. O tym strasznym wypadku, o którym opowiadał Peter. Wyobraziła sobie tę chwilę, 
kiedy znów się zobaczą. 

Czy to spotkanie z Tannerem wyleczy ją, czy wpadnie po uszy? Była przecież teraz o całe 

niebo   mądrzejsza!   Pracowała,   przedstawiała   swoje   projekty,   realizowała   się   w   zawodzie. 
Sądziła, że chyba już potrafi znaleźć się w każdej sytuacji. Umiała się wysłowić i zachować 
zimną krew. Jak teraz zareaguje na jego widok?

A jeśli w ogóle jej nie pozna? Peter przecież nie powiedział mu, kto ma go odwiedzić. A 

może potraktuje ją jako kolejną, nic nie znaczącą przygodę? Co ona właściwie tu robi? Na tej 
pustej szosie w Południowej Karolinie? Po tylu latach? Czyżby starała się dogonić stracony 
czas i przywołać nigdy nie zrealizowany świat dziewczęcych marzeń?

Laura   zatrzymała   się   w   Myrtle   Beach.   W   kwiaciarni   kupiła   bukiet   czerwonych 

goździków przybranych  paprocią. Zestaw wydał się jej dość anonimowy,  nadający się na 
każdą okazję. Nie miała już powodu, by dłużej odwlekać spotkanie. Skierowała się więc na 
północ, wzdłuż Ocean Boulevard, za miasto, do domu Moranów. 

Przyjechała pod wieczór. Dom stał na najwyższym miejscu w okolicy. Okna wychodziły 

na potężny Atlantyk. Palmy szumiały na wietrze. Niebo było zachmurzone, a białe grzywy fal 
rozbijały się o brzeg. Po raz pierwszy w życiu zobaczyła ocean. 

Wysiadając z samochodu wyprostowała się, rozluźniła mięśnie. Rozejrzała się dookoła. 

Szary, drewniany dom stał dumnie z głębokimi gankami i szerokimi oknami otwartymi na 
wiatr.   Koło  domu  rosły  starannie  pielęgnowane   wiosenne   tulipany.  Pod  butami  skrzypiał 
piasek. Schyliła się i wyjęła z samochodu pięknie zawinięty bukiet. 

Wchodząc po schodach i na ganek, naumyślnie głośno stukała obcasami. 
Czy   usłyszał   samochód?   Czy   ją   obserwuje?   Swobodnie   rozglądała   się   na   wszystkie 

strony, nie chciała, by poznał, że jest speszona. Usiłowała ukryć zdenerwowanie. Udawała 
nawet przed sobą, że świetnie się bawi. 

Nagle skrzypnęły drzwi. Obróciła się z lekkim uśmiechem. Więc jednak ją obserwował. 
Był ubrany w lekki, sportowy strój i opierał się na kuli. Wyszedł z domu przyglądając się 

jej uważnie, ale bez uśmiechu. Była pewna, że jej nie poznaje. 

– Cześć, Tanner!
Był jeszcze bardziej urzekający niż przed laty. O Boże, w co ja się pakuję? Pomyślała w 

background image

nagłym popłochu. 

– Laura – rzucił lakonicznie. 
– Jednak mnie pamiętasz? – uśmiechnęła się uprzejmie, jednocześnie kurczowo ściskając 

łodygi kwiatów. 

– Bardzo dobrze. 
– Nic się nie zmieniłeś. 
– Trochę jestem pokiereszowany. Ale ty wyglądasz jak... Wierzyć mi się nie chce, że tu 

jesteś – mówił bardzo cicho. 

Twarz miał wciąż poważną. Nie uśmiechnął się ani przez moment. 
–   Natknęłam   się   na   Petera   w   samolocie   z   Chicago.   Powiedział,   że   tu   jesteś,   więc 

przyjechałam   z   Columbii.   Peter   przysyła   kwiaty   dla   twojego   porsche’a   –   zaśmiała   się 
niepewnie, wyciągając bukiet. 

Wziął wiązankę, wciąż patrząc na nią z uwagą. 
– Dziękuję. Stali sztywno. 
Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Nie zaprosił jej do środka. Prawdopodobnie miał tam 

cały harem i nie życzył sobie żadnych wizyt. 

– Wejdź, proszę – nagle przypomniał sobie o roli gospodarza. 
Zawahała   się   trochę.   Nie   powinna   przecież   godzić   się   zbyt   szybko   i   okazywać 

entuzjazmu. 

– Przyjechałaś z Columbii? Co tam robiłaś? – przytrzymał jej drzwi, by weszła. 
Zwróciła uwagę na wystrój wnętrza. Dom był większy, niż wydawał się na pierwszy rzut 

oka.   Widziała   szereg   pokoi   najwyraźniej   nie   zamieszkanych.   Meble   powleczone   były 
pokrowcami chroniącymi przed kurzem, piaskiem i słonym powietrzem. 

– Jak tu wspaniale – powiedziała. 
– Ten dom jest jak stare srebro. Lekkie rysy dodają mu piękna – patrzył na nią uważnie. – 

Ludzie, którzy w nim tyle lat przebywali pokryli go patyną miłości. 

Zdziwiło ją to określenie – „patyna miłości”? Mówił dalej głosem głębokim i miękkim. 
– Już czwarte pokolenie żyje w tym domu. Pradziadkowie kupili go po to, by dzieci i 

wnuki   mogły   lato   spędzać   razem.   Dom   jest   przesiąknięty   śmiechem   i   radością   tych 
wszystkich pokoleń. Pomyśl tylko, co by opowiedział, gdyby umiał mówić. Uśmiechnął się z 
lekkim zakłopotaniem. 

– Za dużo gadam. Od razu widać, że żyję tu jak pustelnik. 
– Podoba mi się to, co mówisz. 
– Mnie też. – Patrzył na nią z uwagą, w skupieniu. Poruszył się gwałtownie, jakby zdając 

sobie sprawę z tego, że wpatruje się w nią zbyt intensywnie. 

– A co u Toma? – zapytał. 
– Gdy ostatni raz miałam od niego wieści, miewał się dobrze. 
– To znaczy kiedy? – znieruchomiał. 
– Trzy... nie, cztery lata temu. Rozeszliśmy się po kilku latach. 
– Nie wiedziałem o tym. Słyszałem, że pracujesz, ale nikt nigdy nie wspomniał o żadnym 

rozwodzie. Czy wyszłaś po raz drugi za mąż? – przyglądał się jej bacznie. 

background image

– Nie. A ty? Ożeniłeś się?
– Też nie. 
Ruszyli równocześnie, jakby chcieli przerwać napięcie, które pojawiło się między nimi. 
Tanner zaniósł kwiaty od Petera do kuchni. Laura automatycznie poszła za nim, nagle 

uświadamiając sobie, że zawsze chciała to uczynić, od lat – po prostu iść za nim. 

Wstawił kwiaty do pustego wazonu, nalewając wodę. 
– Nie mogę chodzić po schodach, ale mogę cię oprowadzić po parterze. Dom ma ładny 

rozkład. Chodź. Zobacz. 

Pokazał jej wszystkie pokoje. Drzwi i okna były pootwierane na oścież. Dom pachniał 

wiatrem i morzem. Tanner szedł utykając, podpierał się kulą. 

Laura uważnie oglądała obrazy, które wisiały na ścianach. Tłumaczył jej, skąd się wzięły 

i kto je malował. Prawie wszystkie przedstawiały morze, palmy, dom lub łódki, bądź jakąś 
kombinację tych tematów. Większość z nich została namalowana przez członków rodziny. 
Wydawały   się   jej   czarujące,   choć   prezentowały   różny   poziom   –   zależny   od   uzdolnień 
autorów. Oprócz tematu obrazów zwracał także uwagę na ich kolorystykę.  Wiedziała, że 
kolor w obrazie jest najważniejszy. 

Od niedawna interesowała się też materiałami, więc i na nie zwróciła szczególną uwagę. 

Spodobał  jej   się bogaty w  desenie   dywan,  leżący  jak mieniąca   się kolorami  mozaika  na 
posadzce w bibliotece. 

Widok z ganku był wprost oszałamiający. Na horyzoncie kołysała się żaglówka. Pejzaż 

jak na zamówienie!

Zapadła   cisza.   Poczuła   się   skrępowana.   Chciała   ją   przerwać,   a   właściwie   zapragnęła 

znów usłyszeć jego głos, więc zapytała:

– Gdzie zazwyczaj mieszkasz?
– Tam gdzie pracuję. 
– Aha. Żeglujesz? – spróbowała innego podejścia. 
– Ostatnio raczej nie. 
– Nie? – w czasie rozmowy miała powód, by na niego patrzeć. 
– Cierpisz na chorobę morską?
– Nigdy jeszcze nie pływałam. Jestem lądowym szczurem, kobieta z prerii. 
– Będziesz więc musiała spróbować. Chyba trochę zostaniesz?
Wahała się. 
– No więc? Uratujesz mnie od śmiertelnej nudy – powiedział to bardzo serio. 
– Nie wierzę, byś kiedykolwiek się nudził. 
– Właśnie odkryłem, że moje życie, jak dotąd, było potwornie nieciekawe. 
Zastanowiła się nad wymową jego słów – co chciał jej powiedzieć?
– Mogę przytrzymać ci drzwi i wnieść twoje bagaże. Ale ze schodami wciąż sobie nie 

daję rady. Wybacz. 

– Nie martw się. Jestem mocna. Poradzę sobie – uśmiechnęła się. 
– Nie mów, bo się przestraszę... Ja się boję silnych kobiet!
Roześmiała się, odchylając głowę do tyłu i ciesząc się z chwili odprężenia. Dlaczego była 

background image

taka spięta? Przecież naprawdę życzył sobie, by została. 

– Prawdopodobnie chcesz wziąć prysznic i przebrać się w coś wygodniejszego. Mam 

nadzieję, że przywiozłaś jakieś mniej eleganckie stroje. Jeśli nie, to mamy tu całą szafę pełną 
różnych szmat. Nic modnego, ale za to są wygodne. Poszukaj tam, a na pewno coś znajdziesz. 

Jak łatwo udało się mu namówić ją do pozostania. A właściwie dlaczego by nie? Dom był 

obszerny,   przygotowany   na   przyjęcie   niespodziewanych   gości.   Miejsca   było   dość,   nawet 
domowe łaszki można było w nim znaleźć. No i w końcu miał takiego gospodarza, że... 

Nie była jednak pewna, czy w jego towarzystwie chce być tak ubrana, jakby była u siebie 

w domu – w luźne, wygodne ciuszki. Chciała wyglądać ładnie. 

Ale   szafę   sprawdzi.   Może   będzie   tam   jakaś   intrygująca   kreacja,   coś   miękkiego   i 

zmysłowego? Śmiejąc się z samej siebie pomyślała, że babska głupota nie zna granic!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tanner wciąż jeszcze nie wierzył, że Laura Fullerton naprawdę z nim była! Laura z krwi i 

kości, w jego domu! Niewiarygodne! Czuł, że nie powinien zbytnio poddawać w wątpliwość 
jej obecności, bo mogłaby po prostu rozpłynąć się jak marzenie. Ojciec mówił mu zawsze: 
„Nie wątp akceptuj”. 

Nigdy nie był w stanie przestać się dziwić, że kobieta może wyglądać tak jak Laura. Była  

tak delikatna jak księżniczka z bajki. Prawdziwa dama. Może mu się to wszystko śni? Nie 
bardzo wiedział, jak ma się zachować, będąc z nią sam na sam. W czasie studiów tylko raz 
mu   się   to   udało.   Zawsze   była   otoczona   przez   mężczyzn.   Przez   stado   samców, 
neandertalczyków z rękami do ziemi i śliną cieknącą im z pożądania. 

Uśmiechnął się sam do siebie. Wyobraził sobie, jak postąpi, jeśli Laura tu z nim zostanie. 

Na razie nie odmówiła, więc chyba przyjęła jego zaproszenie? Jeśli... W każdym razie nie 
wolno mu zapomnieć, na którą nogę utyka. 

Nie pozwoliła mu gnieść walizki. 
– Potrzymaj tylko drzwi – poprosiła. W przedpokoju zawahała się, nie wiedząc, gdzie 

dalej pójść. Postawiła walizkę i niepewnie spojrzała na Tannera. 

– Na dole są sypialnie służby – uśmiechnął się, ciągnąc dalej jakby od niechcenia – ale 

możesz też wybrać pokój na górze, jeden z północnych, naprzeciw schodów lub służbówkę na 
poddaszu. Oprócz ciebie nie ma tu nikogo, masz więc duży wybór. 

Nie   chciał,   żeby   poczuła   się   zagrożona   lub   zmuszona.   Starał   się,   aby   wszystko,   co 

postanowi, pochodziło z jej własnego wyboru, by miała wrażenie, że panuje nad sytuacją. 

Zgodnie z jego oczekiwaniami Laura była niepewna. Nigdy jeszcze nie znajdowała się w 

podobnej sytuacji i nie wiedziała, jak się ma znaleźć. Szybko powiedziała:

– Nigdy w życiu nie byłam na wybrzeżu. 
– Nie bywałaś na Florydzie podczas wiosennych ferii? – zapytał nonszalancko. 
–   Zostałam   wychowana   dość   surowo.   W   czasie   przerwy   pomagałam   w   domowych 

wiosennych porządkach. Rodzice mówili, że to wystarczające urozmaicenie. Poza tym, było 
naprawdę sympatycznie. Bawiliśmy się wspaniale. Mam trzy siostry, jesteśmy prawie w tym 
samym wieku, rok, dwa lata różnicy. Są wesołe i pracowite... 

– Poznałem je na twoim weselu. 
– Prawda. Zapomniałam. 
– Ja jestem jedynakiem. 
– To niedobrze. Uśmiechał się lekko. 
– Ale za to mam dużo kuzynów. Przyjeżdżają tu – mówiąc to, wskazał na dom. 
– Ach tak? No cóż, chyba pójdę na górę – ciągle się wahała. 
– Przykro mi, że nie mogę ci pomóc. 
Poczuła znów potrzebę opowiedzenia czegoś o sobie. 
–   Dam   sobie   radę.   Nauczyłam   się   podróżować   z   niewielkim   bagażem.   Dżentelmeni, 

którzy pomagają damom nieść walizki, najwyraźniej odeszli w przeszłość. 

background image

Nie zapomnę nigdy, jak pewien dobrze zbudowany chłopak, z małą torbą podróżną na 

ramieniu, przyglądał się na lotnisku w Dayton moim zmaganiom z dwiema walizkami i jedną 
torbą. Od czasu do czasu mile go wspominam. 

–   Prawdopodobnie   nie   skojarzył   niepowodzeń,   które   go   prześladują,   z   faktem,   że 

zachował się w stosunku do ciebie niegrzecznie. – Tanner roześmiał się, ale zaraz spoważniał, 
mówiąc: – Zresztą, chyba musiał być nieuprzejmy w stosunku do innych ludzi – głos Tannera 
wyrażał żal, że taka przykrość spotkała Laurę ze strony źle wychowanego chłopaka. 

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie znalazłszy juz żadnego argumentu, który 

pozwoliłby jej odroczyć/ostateczną decyzję wejścia po schodach i wyboru pokoju, podniosła 
śmiało walizkę i zaniosła ją na górę/

Był tokrok, który miał zaważyć na jej dalszym życiu. Już wtedy wydawało jej się, że nie 

ma odwrotu. Zostaje z Tannerem. Nie chciała myśleć, co będzie dalej. Na razie nic innego się 
nie liczyło. 

Tanner obserwował, gdy wchodziła na górę. Zrobiła na nim duże wrażenie. No tak, sam 

był   sobie   winien.   Spodziewał   się,   że   jednak   wybierze   jeden   z   pokoi   na   dole.   Niestety, 
powiedział jej już, że nie może chodzić po schodach. Nie była to jednak prawda, świadomie 
skłamał. Chciał, aby czuła się bezpiecznie... A teraz żałował. 

–   Szafa   z   rzeczami   dla   gości   to   ta   środkowa,   przy   pierwszej   łazience!   Znalazłaś?   – 

zawołał do Laury. 

– To ta? – dobiegł z góry jej głos. – Aha, są ręczniki. Tak, znalazłam!
Na wszelki wypadek, idąc do kuchni, starannie odmierzał kroki i głośno stukał kulą, żeby 

mogła słyszeć. Chwała Bogu, że miał dobrze zaopatrzoną lodówkę. Z góry dochodził szum 
wody. Oparł się o stół i nagle wyobraził ją sobie nagą pod strumieniem wody, opływającym  
jej ciało. 

Nie mógł wciąż uwierzyć, że była tu z nim. Czyżby naprawdę zdecydowała się zostać? 

Może nawet jest szansa na to, że się będą kochali? Obrócił się i mocno opierając na szeroko 
rozstawionych   rękach   aż   jęknął,   jak   z   bólu.   Musiał   potrząsnąć   głową   i   nabrać   głęboko 
powietrza, by dojść do siebie. 

Zanim usłyszał jej lekkie kroki zbiegające po schodach, zdążył już przygotować sałatę, 

rozmrozić dwa steki w kuchence mikrofalowej i rozpalić węgiel drzewny w grillu na tarasie 
kuchennym. 

– Przygotuj się! Gotów? Już! – zawołała. Odwrócił się w radosnym napięciu, już z góry 

uśmiechając się na myśl, że za moment ją zobaczy. 

Otworzyła   drzwi.   Zeskakując   z   ostatnich   stopni   rozłożyła   szeroko   ręce   i   z 

wystudiowanym dramatyzmem krzyknęła:

– Tarara!
Miała   na   sobie   męską   koszulę   przepasaną   krawatem.   Przez   chwilę   odniósł   wrażenie, 

jakby to było wszystko, co miała na sobie. Zabiło mu serce, gdy uniosła rąbek koszuli, by 
pokazać   mu...   drugą   część   swego   ubioru.   Były   to   bardzo   obcisłe   szorty   joggingowe. 
Szczęśliwie więc ominął go atak serca. Śmiał się coraz głośniej, głównie z samego siebie. 

Laura uznała, że ten jego śmiech jest po prostu oznaką dobrego humoru. 

background image

– W czym mam pomóc? – od razu zauważyła, że poczynił przygotowania do kolacji. – 

Mam nakryć do stołu?

– Nie, będziemy jedli z patelni – udawał zdziwionego. 
– Nieelegancko – odpowiedziała wyniośle i zaczęła szperać po szafkach i szufladach, nie 

pytając go o pozwolenie. 

– Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem, że jesteś znów wolna – powiedział nagle. – Może 

wtedy szybciej bym wyzdrowiał?

– Dlaczego? – Laura była zaskoczona. Nie wiedziała, co posiedzieć, więc zażartowała: – 

Do tego wszystkiego jeszcze się trułeś, jedząc z brudnych patelni?

– Jestem maniakiem czystości. Zawsze zmywam po sobie. Masz śliczną fryzurę – zmienił 

temat. 

– Nie znalazłam więcej spinek do włosów. 
– Pójdę później na górę i zobaczę, czy uda mi się coś wyszukać. 
– Mówiłeś, że nie możesz chodzić po schodach – popatrzyła na niego uważnie. 
– Niosąc walizki  – wytłumaczył  chytrze  i uśmiechnął  się lekko, jak gdyby  z czystej 

grzeczności. 

– Rozumiem  –  ale  nie  była  w pełni   przekonana.  Siedzieli   na tarasie,  przy  okrągłym 

metalowym  stole, na którym  postawili  kwiaty od Petera.  Stół był  lekko zniszczony,  lecz 
wygodny. Świetnie mieścił się w kącie tarasu, gdzie znajdowały się też dwie ławy. Tuż obok 
tarasu rosły drzewa, które rzucały przyjemny cień, a pomiędzy grubymi pniami przeświecało 
morze. Widok był piękny. 

Tanner   tylko   lekko   przysmażył   steki,   więc   Laura   zaniosła   swój   z   powrotem,   by 

przyrządzić go tak, jak lubiła – mocno wysmażony. Nie mógł zrozumieć, co odrażającego jest 
we krwi, która tryskała, gdy kroił mięso na talerzu i dlaczego Laura odwracała oczy. 

Sałata bardzo jej smakowała. Chwaliła wyśmienity sos. Gdy zapytała, jak go przyrządził, 

wyliczył niewiarygodną wprost ilość przypraw i ziół. Nie wiedziała, czy mu wierzyć, a on 
zdziwił się, dlaczego Laura wątpi w jego prawdomówność. 

Gdy opowiadał o sosie, podniósł maleńki listek sałaty i udał, że głęboko zastanawia się 

nad składnikami, a jednocześnie językiem zwilżał wargi. 

Laura obserwowała go skrycie. Nie myślała jednak o sosie i sałacie. W wyobraźni nagle 

ujrzała, jak pieści jej ciało. Była zgorszona swoimi marzeniami. 

Gdy skończyli jeść, odniosła do kuchni naczynia i znalazła w lodówce pół szarlotki. 
– Pieczesz? – zapytała zdziwiona. 
– Nie, mam miłą sąsiadkę, która od czasu do czasu coś mi podrzuca – twarz jego była bez 

wyrazu. 

– My, w South Bend, też mamy takich sąsiadów. – Pilnie zabrała się do krojenia ciasta, 

dodała też lodów śmietankowych. Opierając się na kuli, przytrzymał drzwi, podczas gdy ona 
wnosiła talerzyki z deserem. 

–   Twoja   sąsiadka   to   istna   perła   –   pochwaliła   po   pierwszym   kęsie.   Zamknęła   oczy   i 

westchnęła z rozkoszą: – Pyszne!

– Bardzo mi pomaga – uśmiechnął się na myśl o Pam, przemiłej sąsiadce, która już od 

background image

dłuższego czasu próbowała go uwieść i podrzucała mu swoje wypieki. Niestety, nie miała u 
niego żadnych szans. 

– Powinnam zgłębić sekrety kuchni tej twojej sąsiadki. 
– Nie sądzę, by chciała się nimi z tobą podzielić. 
– Był bardzo rozbawiony swoją odpowiedzią, choć zdaniem Laury nie było w niej nic 

śmiesznego. 

A Znam takie osoby. Podadzą ci przepis, ale najważniejszy szczegół ominą, tak że całość 

się nie uda. Niestety, chyba nie mam zdolności kulinarnych. 

– Z tym stekiem obeszłaś się dość brutalnie. Jadasz tylko wysmażone?
– Dobrze powiedziane – skinęła głową. 
– Staram się szybko uczyć, kto i co lubi – zgodził się. 
– Naprawdę? Pamiętam tylko, że na studiach ciągle otaczała cię chmara dziewczyn. I 

pamiętam, jaka byłam rozczarowana, gdy odkryłam, że do nich wszystkich puszczasz oko. 
Widocznie sądziłeś, że wszystkie to lubimy.  A od czasu, gdy tu jestem, jeszcze tego nie 
zrobiłeś. 

– Rezerwuję to na specjalną okazję. 
– Ach tak?  – popatrzyła  na niego  uważnie.  – Czyżbyś  miął  zamiar  całkowicie  mnie 

zaskoczyć?

– Żłobię co w mojej mocy. 
– Będę musiała się przygotować. Zajęła się znów szarlotką. 
– Czy to formalne ostrzeżenie?
– Nie do końca!
– Słuchaj, Tanner... – przerwała. 
– Powiedziałem ci kiedyś, że nikt nie potrafi mojego imienia tak wymówić, jak ty?
– Tanner?
– Kiedy wymówiłaś je po raz pierwszy, o mały włos się nie przewróciłem. 
– Nie przewróciłeś się, jedynie pogłaskałeś mnie po ramieniu... 
– I pocałowałem cię – przypomniał. – Ale ty pocałunku nie oddałaś. 
–   Nigdy   przedtem   nie   znałam   osoby   podobnej   do   ciebie   –   ton   jej   głosu   był   bardzo 

poważny. – Zrobiłeś to znienacka. Nie byłam przygotowana. 

– Ale teraz musisz być przygotowana. – Przysunął się bliżej i zauważył, że jej źrenice 

rozszerzają się. Nie odsunęła się. Pochylił się nad nią i lekko pocałował w usta. 

– Dzień dobry, Lauro – głos miał niski i trochę schrypnięty. 
Przełknęła ślinę, zamykając oczy, a on pocałował ją znów i poczuł, że naraża się na to, że 

za chwilę zamieni się w jakiś dzikie, pożądliwe zwierzę... A tak bardzo chciał być opanowany 
i nie okazać swojego pożądania. 

– Tanner...  – zrobiła  przeczący ruch  głową, otworzyła  oczy,  a wyraz  ich był  bardzo 

poważny. – Jeszcze mnie nie atakuj, proszę. 

Powiedziała Jeszcze”. Zaczerpnął głęboko powietrza i powiedział:
– Błagam, nie ruszaj się i nie powiedz nic zwykłego. 
– Na przykład?

background image

– No wiesz... „Cześć, jak się masz” albo „Pewnie będzie deszcz”. Nic z tych rzeczy. 
Parsknęła lekko. 
– Kiedy do mnie mówisz, to wyobrażam sobie, że mnie całujesz. 
Powiedział   to   zupełnie   serio.   Gdyby   tylko   flirtował,   nie   byłoby   to   dla   niej   takie 

niepokojące. 

W   zakłopotaniu   szybko   zwilżyła   językiem   wargi   i   zerknęła   na   niego.   Chciała   coś 

powiedzieć, ale Tanner znów ją pocałował. 

– Tanner... – szepnęła. 
– W porządku – stwierdził i odsunął się, by wstać. 
– Nie – zaprotestowała. 
– Już czuję, że oszaleję w twoim towarzystwie. Nawet nie mogę uciec – dodał. – Ach, ta 

noga i ta kula!

– Biedaku!
– Uważaj, współczucie działa na mnie podniecająco. Poklepała go po ramieniu i odrzekła 

z udawanym angielskim akcentem:

– Trzeba trzymać fason, panie kolego. Tanner usiłował stłumić gromki śmiech. 
– Oj, głuptasie – powiedziała z demonstracyjnym politowaniem i Wstała od stołu. 
Z łatwością dawał sobie radę z kulą. Pomógł jej zanieść naczynia do kuchni i wstawić do 

zmywarki. 

– Chwała Bogu, że jesteś. Spojrzała na niego pytająco. 
– Nigdy nie udawało mi się zapełnić tego praktycznego urządzenia. Spodziewałaś się, że 

powiem coś innego? 

–   Prawdę   mówiąc,   nie   sądziłam,   że   masz   aż   taki   problem   ze   zmywarką...   Gdybym 

wiedziała, przyjechałabym wcześniej. 

– Nie myślałem ani przez chwilę, że się rozwiedziesz. Sądziłem, że wychodzisz za mąż 

na całe życie. 

– Też tak sądziłam – włączyła zmywarkę. – A ty? Nie rozumiem, dlaczego nigdy się nie 

ożeniłeś. 

– Byłem zbyt zajęty. 
– Czym?
– Dość skomplikowanymi sprawami... Siedzę kombinatorów. Oszustów gospodarczych. 
Odpowiedział na jej pytanie z grzeczności, ale widać było, że nie chce o tym mówić. 

Informacja była skąpa. Jasne było, że niczego więcej nie doda. Zapadła pełna oczekiwania 
cisza, zanim Laura ostrożnie zapytała:

– Ale jak właściwie zarabiasz na życie?
– Badam dziwne wydarzenia. 
– Na przykład?
– Na przykład, że ktoś ma pieniądze, choć ich mieć nie powinien. Interesują mnie ludzie, 

którzy nagle pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach. Tego typu zawiłe sprawy. 

– Czy to niebezpieczna praca?
– Rzadko. 

background image

Spodziewała się, że zaprzeczy. 
– Co to znaczy: rzadko? – zapytała. 
– Na ogół ludzie szanują prawo. Ale są i tacy, którzy chcą je przechytrzyć. Gdy wpadną, 

odbywa się to jak w każdej grze z elementami ryzyka – idą do więzienia albo muszą płacić. 
Nic wielkiego. Spróbowali, ale się nie udało. Ot, zwykli oszuści gospodarczy. Czasami jednak 
zdarza się, że ktoś zareaguje naprawdę jak kryminalista. Takiego faceta ogarnia wściekłość na 
tego, kto go złapał. Bywa to wtedy bardzo nieprzyjemne... 

– Ten wypadek, który miałeś... ?
– Jest bardzo dokładnie badany. 
– Przez kogo?
– Przez moich przełożonych. 
– Wolałbyś, bym się zbytnio nie dopytywała? – odgadła. 
– Nie ma o czym opowiadać. 
– Rozumiem. 
Oparła się o ścianę. Przez chwilę milczeli. 
– Wiesz, ciągle jestem zdziwiona, że tu jestem. Więcej, zdumiona – stwierdziła poważnie. 
– Pamiętam, jak cię zobaczyłem po raz pierwszy. Przechodziłaś przez naszą rzekę Jordan. 

Miałaś na sobie błękitną sukienkę, podczas gdy wszystkie inne dziewczyny były w szortach 
lub w dżinsach. Śniłaś mi się po nocach. Jedyny nasz wspólny wykład... etyka, na miłość 
boską... nie pamiętam z niego ani słowa! Siedziałem dwa rzędy za tobą, trochę z boku, bym 
mógł cię podziwiać. Pożerałem cię wzrokiem, a ty nawet o tym nie wiedziałaś. 

– Tanner – ostrzegła. 
– Nie denerwuj Się. Pozwolisz, że pocałuję cię na dobranoc?
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Oczy mu się roziskrzyły. 
– Jestem dorosłym mężczyzną, mogę się opanować. Nie musisz się mnie bać. 
– Więc nie wejdziesz przez pomyłkę do cudzej sypialni w środku nocy w poszukiwaniu 

łazienki?

– Obiecuję, że nie… – uroczyście podniósł prawą dłoń. 
– Dobrze ale dopiero, kiedy przyjdzie czas zgodziła się, czując przyjemny dreszczyk na 

myśl o oczekiwaniu na pocałunek.

– Moglibyśmy już teraz trochę poćwiczyć – zaproponował. 
Przez chwilę była zaskoczona. Potem popatrzyła na niego ubawionym i trochę karcącym 

wzrokiem. 

– A jeśli zawalę sprawę? – argumentował. – Zepsułoby to nam całą noc. Powinniśmy 

stanowczo już teraz popróbować – nie dawał za wygraną. 

– Tanner – potrząsnęła głową, głośno wzdychając – naprawdę przesadzasz. 
– Jasne. 
– No to przestań. Udawał załamanego. 
– Widzę, że próbowałeś zostać aktorem?
– A, jednak chwyt mi się udał? Prawdę mówiąc, tego akurat ćwiczyć nie musiałem. 
Chytry uśmiech Tannera wyraźnie ją ubawił. 

background image

Na szczęście   nie  zapomniał  wziąć  kuli,   gdy przechodzili   do salonu.  Stał  tam  bardzo 

piękny, rozkładany stolik do kart z wiśniowego drewna. Leżały na nim częściowo złożone 
puzzle, którymi Laura się zainteresowała. Spędzili prawie godzinę, usiłując je powoli ułożyć, 
aż do chwili, gdy Laurę opanowała senność. 

– Chyba pójdę się położyć. Mam za sobą dość męczący dzień – powiedziała z lekkim 

zakłopotaniem. 

– Świetnie. Teraz już musisz mnie pocałować... na dobranoc!
Uśmiechnęła się do niego z ukosa. 
– Nie bądź taki szybki Bill! Pierwszego wieczoru pocałuj mnie w rękę, a drugiego w 

policzek... 

– A co mnie czeka za tydzień lub dwa?
– To tajemnica. Moja mama zawsze mówiła, że co nagle, to po diable. Na wszystko 

trzeba czasu. 

– Doprawdy?
– Chcesz mnie teraz pocałować?
– Tak, jeśli nie zastąpi to pocałunku na dobranoc!
– To będzie właśnie pocałunek na dobranoc. Przyglądał się jej trochę nieufnie. Oczy miał 

przymrużone, ale uśmiechnięte. 

–   Słuchaj,   może   ty   współpracujesz   z   jakąś   szajką   szukającą   zemsty,   którą   kiedyś 

przyłapałem na gorącym uczynku?

– Ależ oczywiście – zgodziła się natychmiast. 
– Byłem tego pewien – Tanner wyraźnie się angażował w grę. – Odszukali cię wiedząc, 

że   od   lat   mam   u   ciebie   obiecany   ten   pocałunek.   Czym   cię   przekupili,   byś   zgodziła   się 
przyjechać i tak potwornie mnie męczyć?

– Nie zgadniesz. 
– Drogocennymi klejnotami?
– Włóż to między bajki. Wszystko musieli oddać! I jeszcze uiścić karę... I jeszcze długo 

nie będą mieli pieniędzy, by się wypłacić. 

Tanner nagle spoważniał, jakby ogarnął go lęk. 
Wstał   szybko,   opierając  się  na   kuli.  Dobrze   mu   to  wyszło.  Potem\  wyciągnął  rękę   i 

podniósł z krzesła Laurę. 1

– Muszę się oprzeć o ścianę – stwierdził. – Chcę cię objąć. 
Dała się nabrać. 
Kulę postawił obok, zanim ją przytulił. Tym gestem chciał jej przypomnieć, że niedawno 

miał ciężki wypadek i wywołać jej współczucie. Przyciągnął ją do siebie, czując jej ciało przy 
swoim, rozkoszując się intymnością chwili. Jego silne dłonie głaskały jej biodra i plecy.

Obejmował ją, przedłużając uścisk w nieskończoność i zmuszając do czekania. Chciał, by 

zdała   sobie   sprawę   z   jego   bliskości,   by   z   pełną   świadomością   na   niego   reagowała.   Był 
bezlitosny. Nie wiedział, jak długo uda mu się ją zatrzymać, musiał więc wykorzystać tę 
okazję do końca. 

Jeśli już ma spędzić bezsenną noc, to niech ona też cierpi. 

background image

Z   premedytacją   musnął   jej   usta   wargami.   Podniosła   twarz,   by   odwzajemnić   jego 

pocałunek, ale cofnął się i powiedział:

– Musiałem się upewnić, że tam właśnie są. Mam prawo tylko do jednego pocałunku, nie 

chcę się więc pomylić i spudłować. 

Laura nie zmieniła swojej pozycji, jej usta też pozostały nieruchome. Tak naprawdę to nie 

słyszała słów. Jej uwagę zwracały drobne, pulsujące dreszcze, przebiegające przez ciało. 

Lekki zarost ukłuł ją w policzek, a gorący oddech, wydobywający mu się z ust, palił ją w 

ucho. 

– Zgubiłem twoje usta. Czy są tu? – wyszeptał nagląco. 
– Tak, tu – udało jej się jakoś wykrztusić. Oddychała nierówno. Teraz całą uwagę skupiła 

na nim. Elektryzował ją. Pragnęła go. 

Całował jej szyję w pogoni za ustami, podczas gdy dłonie czule gładziły plecy. Oparł się 

mocniej o ścianę i przyciągnął ją ku sobie, przywierając do niej całym ciałem. 

Wtedy dopiero ją pocałował. Skoncentrował uwagę Laury na tym  pocałunku do tego 

stopnia, że ustami wpiła się w jego wargi i trwała tak, pomimo jego prób oswobodzenia się. 
Sprawiło mu to diabelną rozkosz i satysfakcję. 

Zdecydował   się   w   końcu   przerwać   ten   pocałunek.   Pomógł   jej   nawet   odsunąć   się. 

Rozluźnił jej ramiona, które nadal trwały w uścisku i spokojnie ujął ręce, które ku niemu 
wyciągała. Podniósł je łagodnie, tłumacząc:

– Dziś  całuję  cię  w rękę.  Czy  jutro  dostąpię  zaszczytu,  bym   mógł  cię  pocałować   w 

policzek? – i uśmiechnął się po łobuzersku. 

Wymamrotała coś niezrozumiale, z trudnością przełykając ślinę. 
Skierowała się ku schodom i wtedy musnął dłonią jej plecy. Zawahała się i odwróciła, ale 

on powiedział tylko:

– Dobrej nocy, Lauro. 
– Mhm – szepnęła na wpół świadomie. Triumfował. Ani przez chwilę nie miał wyrzutów 

sumienia. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Laura  umyła   zęby,   zaplotła   włosy  w warkocze  i  przebrała   się  w  swój  nocny  strój   – 

koszulkę i krótkie majteczki. Nie lubiła piżam. 

Leżąc w łóżku, w ciemnym pokoju, zdała sobie sprawę z tego, jak wielki był ten dom i 

jak bardzo stał na uboczu. 

Skupiła się na wsłuchiwaniu w obce dla niej dźwięki. Najpierw rozpoznała potężny szum 

morza rozbijającego się o brzeg, później – szmer palm powiewających na wietrze, który dął 
prawie nieustannie. Różne dziwne odgłosy przypomniały jej, że dom był stary i drewniany. 
Chwilami trzaskał lekko, jak wysłużona łajba płynąca po wzburzonym morzu. 

Jednak zmęczenie ukróciło wyobraźnię. Za wszelką cenne starała się nie dopuścić do 

siebie myśli, że w tym domu są duchy. Postawiła sobie natomiast kilka zasadniczych pytań. 
Czy   to   prawda,   że   ona   –   Laura   Fullerton   –   może   pozwolić   sobie   na   tak   skandalicznie 
nieodpowiedzialne zachowanie – nocuje w domu mężczyzny, którego nie widziała od siedmiu 
lat! No, właściwie – od sześciu lat, dziewięciu miesięcy i dwunastu dni. Było dość istotne, że 
nie   pamiętała,   kiedy   ostatni   raz   widziała   swojego   byłego   męża,   natomiast   dokładnie 
wiedziała, ile czasu minęło od ostatniego spotkania z Tannerem. Widzieli się po raz ostatni w 
dzień jej ślubu z Tomem, wtedy właśnie, gdy Tanner Moran zrujnował jej podróż poślubną 
owym nieszczęsnym pocałunkiem. 

Czy jakikolwiek mężczyzna mógł całować tak jak on? Problem wydawał się interesujący, 

ale myśli powoli uciekały i zapadła w drzemkę. Poruszyła się niespokojnie. 

Zmysły tliły się we śnie. Niepokój narastał, w miarę jak rosło pożądanie, ale Tanner z jej 

snów był niedostępny i okrutny. Drażnił ją i męczył. 

Nagle dał się słyszeć głośny dźwięk. Nie mógł to chyba być silnik samochodu, przecież 

drogą   prawie   nikt   nie   jeździł.   Może   strzał?   Prawdopodobnie   jednak   był   to   odgłos 
zatrzaskiwanych   drzwi.   W   każdym   razie   ten   dźwięk   o   mały   włos   nie   przywołał   jej   do 
świadomości, ale za wszelką cenę usiłowała pogrążyć  się z powrotem w senne marzenia. 
Wreszcie zapadła w głęboki, spokojny sen. 

Tanner czekał, aż Laura zaśnie. Łóżko zaskrzypiało, gdy się położyła i jego pragnienie 

nagle   buchnęło   jak   płomień.   Odłożył   kulę   i   zaczął   krążyć   po   pokoju.   Stara,   drewniana 
podłoga zaskrzypiała. Wziął więc kulę i przeniósł się do swojego pokoju. Położył ją koło 
łóżka i otworzył okno. Przerzucił nogi przez parapet, ostrożnie spuszczając się na ziemię. 
Szedł wolno, by nie nadwerężyć powoli gojących się blizn. 

Nie mógł jeszcze biegać. W szpitalu obiecano mu jednak, że wróci do pełnej formy. A to 

ironia   losu,  pomyślał.   Spędził   rok   w  Wietnamie,   bez   jednego   zadraśnięcia,   a   teraz   mógł 
zginąć w głupim wypadku samochodowym! Cudem zresztą z niego wyszedł. Niektóre kości 
nafaszerowane miał metalem, rany pooperacyjne goiły się wolno. Z pewnością jednak zostaną 
mu blizny. 

Na razie szramy były ohydne. Gdyby chciał kochać się z Laurą, musiałby to robić w 

background image

ciemności.   Widok   jego   ran   mógłby   ją   przestraszyć.   Jemu   nie   przeszkadzały.   Cieszył   się 
przede wszystkim z tego, że ocalał. Zaraz po wypadku nie było  pewności, że się z tego 
wyliże. Ocknął się jednak z pełną świadomością,  z wyraźnym  poczuciem rzeczywistości. 
Dźwięki   były   czyste,   kolory   wyraziste.   Świat   widział   w   najdrobniejszych   szczegółach. 
Wiedział, że żyje!

Potem się sobie przypatrzył. Będzie musiał pożegnać się ze swoim dawnym sposobem 

bycia. Był w opłakanym stanie. Lewa ręka sterczała w jakiejś przedziwnej pozycji, piersi i 
żołądek   przeszywał   nieustający,   nieznośny   ból.   Powoli,   krok   po   kroku,   sprawdzał,   czy 
wszystko ma na swoim miejscu. Chwała Bogu! Jednak był szczęściarzem. 

Całe życie będzie błogosławił ludzi, którzy mu wtedy pomogli. Zapamiętał tę delikatną 

na pozór kobietę, która wcisnęła się do samochodu, przysuwając się do niego jak najbliżej i 
uściskiem ręki tamowała krew. Dzięki niej nie wykrwawił się, zanim go nie wyciągnęli z 
samochodu. Mówiła do niego spokojnie, tłumaczyła, co się stało i dlaczego. Zapewniła go, że 
będzie żył. 

Zapamiętał też dużego i silnego, choć bardzo łagodnego mężczyznę, który widząc go 

płakał   jak   dziecko.   Ile   sprzeczności.   Przecież   to   on   właśnie   powinien   był   wykazać   się 
opanowaniem, a kobieta ronić łzy. 

Dlaczego musimy tak wiele doświadczyć, by zrozumieć, ile współczucia i miłości kryje 

się w ludziach?

Tanner   dowiedział   się   później,   że   odpowiedzialny   za   wypadek   kierowca   drugiego 

samochodu zginął na miejscu. Na ogół tacy właśnie przeżywali. Tym razem uratowała się 
ofiara. 

Szczęście już nieraz mu dopisywało. A jednak nie mógł wciąż uwierzyć, że Laura jest u 

niego. Zawrócił z nocnego spaceru i zmęczony położył się do łóżka. 

Nie  spał  dobrze  tej   nocy.  Nigdy  jeszcze   nie  był   tak  niespokojny.   Leżał   z otwartymi 

oczyma,  myślał  o swoim nastroju i zastanawiał  się, czy bierze  się stąd, iż  zna już teraz 
kruchość życia. Nauczył się, że nie wolno go marnować. Być może właśnie teraz będzie miał 
szansę wypełnić darowane mu życie miłością?

Ale czy Laura potrafi go kochać?

Obudził się wcześnie. Wstał i szybko narzucił na siebie bawełnianą koszulę z długimi 

rękawami. Włożył miękkie bawełniane spodnie, które miały ukryć blizny. Pamiętał też o tym, 
by   wziąć   kulę.   Sprawdził   wiadomości   na   automatycznej   sekretarce.   Nigdy   nie   odbierał 
telefonów. W kilka miejsc oddzwonił, pozostałe informacje skasował. Potem pracował na 
komputerze   i   wypił   kawę   na   tarasie.   Na   myśl   o   Laurze   ogarniał   go   niezwykły,   prawie 
melancholijny nastrój. 

W kwietniowej ciszy, zwiastującej zbliżające się lato, przyszła do niego wcześnie rano. 

Rozpuszczone   włosy   spływały   łagodnie   na   lekką,   jasnozieloną   sukienkę   z   granatowym 
wzorkiem,   która   nadawała   jej   oczom   grafitowy   odcień.   Ciepły   wietrzyk   powodował,   że 
sukienka przylegała do ciała. Podniosła rękę, by odgarnąć pasmo miękkich włosów, które 

background image

zasłaniały twarz i uśmiechnęła się do niego. Uśmiech ten wywołał szybsze bicie jego serca. 

– Nie wstawaj – powiedziała widząc, jak unosi się z krzesła, aby ją powitać. 
– Nie sądziłem, że obudzisz się tak wcześnie. 
– Jestem rannym ptaszkiem. Kocham poranki. Za to wieczorami dość wcześnie jestem 

senna. 

– Aż tu było słychać, jak chrapiesz. 
– To nieładnie, że o tym wspominasz. – Udawała urażoną, a jednocześnie patrzyła na 

niego iskrzącym, figlarnym wzrokiem – Co jadasz na śniadanie?

– Wszystko, co się da. 
– Widzę, że jesteś kobietą idealną. 
Słowa te były wypowiedziane żartobliwie, ale Tanner spuścił wzrok, by nie zobaczyła, 

jak bardzo jej obecność go zachwycała. 

– Robię najlepsze grzanki na świecie – powiedział. 
– A ja smażę jajka na bekonie. 
– No to do roboty!
Weszli do środka. Gdy wyjmowali naczynia ze zmywarki, Laura zapytała:
– Kto tu właściwie sprząta?
– Raz w miesiącu przyjeżdża ekipa, która sprząta cały dom, od góry do dołu. Odkurzają i 

szorują   jak   szaleni.   Wtedy   najlepiej   się   ewakuować.   Mogliby   przez   pomyłkę   wyrzucić 
człowieka razem ze śmieciami lub przykryć pokrowcem. Ale bez paniki! Następnym razem 
zjadą pierwszego maja. 

Oparł się o stół i przyglądał  Laurze, jak krzątała  się przy kuchni. Śniadanie jedli na 

tarasie. 

–   Taki   olbrzymi   dom,   a   my   nic,   tylko   ciągle   przesiadujemy   na   tej   odrapanej   starej 

werandzie – zauważyła ze śmiechem. 

– Jutro możesz zabrać się do malowania werandy. Nie mam nic przeciwko temu. 
– Czyli mam tylko jeden dzień wolny! – zawołała. 
– To dlatego, że nie należysz do związków zawodowych. 
–   Przypomniałeś   mi,   że   powinnam   zadzwonić   do   biura.   Chciałabym   trochę   tu 

popracować. Oczywiście, jeśli pozwolisz. Będę potrzebowała sporo miejsca. Czy jest tu może 
jakiś duży stół?

– Mam stół kreślarski, którego nie używam – odrzekł. 
– Niewiarygodne. 
– Mogę ci dostarczyć wszystkiego, czego dusza zapragnie. 
Odchylił się i założył ręce na szerokiej klatce piersiowej. Przyglądał się jej uważnie. 
– No więc w takim razie potrzebne mi są próbki jedwabiu we wszystkich kolorach oraz 

komplet farb. Pędzle oczywiście też. I dobra elektryczna temperówka do ołówków. Papier 
pakowy. No wiesz, rzeczy, które są potrzebne wszystkim artystom. 

Sama śmiała się ze swych absurdalnie wygórowanych żądań. 
– Nie, mówiąc poważnie, jeśli jest tu stół kreślarski, to mam i przy sobie wszystko, co mi 

potrzebne do pracy przez kilka dni. Gdzie jest telefon?

background image

– Muszę ci pokazać – powiedział, zbierając talerze. 
– Trochę go zmodyfikowałem. Dzięki temu nigdy głośno nie dzwoni. Wystarczy jednak 

kilka drobnych zmian, a zacznie działać zwyczajnie. 

– Masz uczulenie na dźwięk telefonu?
– Nie lubię ludzi, którzy marnują mój czas. Zrozumiała to na swój sposób. Widocznie po 

tym straszliwym wypadku chciał mieć spokój i nie tracić czasu na głupie rozmowy. 

Uporali się z naczyniami i przeszli do gabinetu. Wskazał jej telefon i zaczął tłumaczyć, co 

trzeba zrobić, by cały system znów normalnie funkcjonował. 

–   Co   to   właściwie   jest?   Widzę,   że   masz   automatyczną   sekretarkę,   ale   te   wszystkie 

urządzenia... ? Nic z tego nie rozumiem. Powtórz, proszę. 

– To jest filtr, a to zagłuszacz i jeszcze kilka innych drobnostek. 
Popatrzyła na niego uważnie, marszcząc czoło. 
– Zagłuszacz?
– Niektóre informacje są... ściśle tajne. 
– Które?
– Dane finansowe pewnych osób albo zastrzeżone prywatne numery. Nic ważnego. 
– Mogę już zadzwonić? – zapytała. 
Zbliżyła się do urządzenia, które wyglądało jak telefon. 
– Zaraz. Tu są przełączniki. Jak będziesz się posługiwała telefonem, musisz je wyłączyć. 

O, tak! Powiesz mi, jak skończysz rozmawiać. Sprawdzę, czy są włączone z powrotem i 
działają. W porządku?

– Muszę się tylko zgłosić w moim biurze. Nie podam twojego numeru. 
– Możesz dzwonić dokąd chcesz i kiedy chcesz. 
Nie ruszył się z miejsca. Oparł się o ścianę i zamierzał całkiem otwarcie przysłuchiwać 

się jej rozmowie. 

Ubawiło ją to i włączyła głośnik, by słyszał wszystko. Czy wyświadczyłby jej podobną 

grzeczność? Chyba nie!

Wystukała numer. Telefon natychmiast odebrała jej sekretarka, Jeanine. 
– Laura? – zapytała. – Jak poszło?
– Jeszcze do końca nie wiadomo, ale wygląda na to, że dobrze. Będzie to ciekawe zajęcie. 

Jestem   u   przyjaciół   nad   morzem   i   wstępne   rysunki   chcę   wykonać   tutaj.   Będę   dzwoniła 
codziennie w południe, zgoda? Wszystko w porządku?

– W najlepszym. Długo cię nie będzie?
– Sama nie wiem. Dam ci znać. 
Odłożyła słuchawkę i przyglądała się, jak Tanner włącza wszystkie przełączniki. 
– Nie zapytałem, czym się zajmujesz – stwierdził. 
– Studiowałam malarstwo. Zaczęłam od portretów, bo to moja największa pasja. Ostatnio 

zajmuję   się   dekoracją,   dobieraniem   kolorów   i   materiałów   do   specjalnych   wnętrz.   Jest   to 
fascynujące   zajęcie,   ale   tak   do   końca   nie   wiem,   czy   chcę   się   w   to   bawić.   Pierwszymi 
zleceniem, które otrzymałam, było przygotowani wystroju wnętrza domu wypoczynkowego 
pewnej   firmy.   Wiesz,   taki   dom   dla   gości   oraz   zasłużonych   pracowników.   Nad   jeziorem 

background image

Michigan. Dom dość duży, ale nie taki jak twój. Powiedziano mi, że mam Wolną rękę. Więc 
urządziłam go z myślą o wakacjach rodzinnych. Słoneczniki w jadalni, misie i baloniki w 
(mniejszych pokoikach, tapety w polne kwiatki w głównej sypialni. Bardzo to było miłe i 
świeże. Skończyłam i zgłosiłam się do właściciela. 

Przyszedł do mojej pracowni w South Bend. Z jego twarzy nie dało się wyczytać niczego. 

Poczekał, aż zostaliśmy sami i powiedział:

–   Sądzę,   że   zaszło   jakieś   nieporozumienie.   Gdy   mówiłem,   że   ma   to   być   dom 

weekendowy, nie miałem na myśli rodziny. Czy teraz pani rozumie? Ma to być miejsce, do 
którego mężczyźni mogą przyjeżdżać, no powiedzmy, z przyjaciółkami. 

– Niewiniątko – uśmiechnął się Tanner. – I co ty na to?
– Początkowo czerwieniłam się i jąkałam. W końcu udało mi się wykrztusić, że się tym 

zajmę. 

– No i... ?
– Najpierw wyrzuciłam misie, potem baloniki i słoneczniki. Cały ten projekt wydawał mi 

się niesmaczny, ale czułam się w obowiązku naprawić swój błąd. Zmieniłam kolory, dodałam 
lustra i trochę złośliwie palmy. Pianino. Nie posunęłam się do czerwonych obić na drzwiach. 

–   To   szlachetne   z   twojej   strony.   Czy   usiłował   cię   namówić,   byś   uczestniczyła   w 

inauguracji?

– Skąd wiesz?
– Wiem ponadto, że się nie zgodziłaś. Pewnie się jeszcze za tobą ugania?
– Tak. 
Przyglądała mu się przez chwilę, potem zapytała z ciekawością:
– Jak mogłeś o tym wiedzieć? Czy to typowo męskie zachowanie? Ma żonę i dorastające 

dzieci. Jego żona to bardzo miła kobieta. Kocha go. Sądzę, że on też ją kocha. Dlaczego 
ugania się za innymi kobietami? I dlaczego właśnie za mną? Nie nadaję się na kochankę. W 
najlepszym   wypadku   byłabym   bardzo   nieudolna.   Cały   czas   w   stosunku   do   niego 
zachowywałam się bardzo formalnie i urzędowo. Nigdy się do niego nie przymilałam i nie 
dawałam mu do zrozumienia, że jestem w jakikolwiek sposób nim zainteresowana. 

Od tamtego czasu zawsze sprawdzam, co będę dekorować. Dwie inne „rozrywkowe” 

oferty odrzuciłam. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I chociaż przyjmuję od niego zlecenia 
i korzystam z kontaktów, nie czuję się w obowiązku iść z nim do łóżka. 

Rzęsy Tannera kryły jego oczy, gdy rzekł łagodnie:
– Prawdopodobnie zaskoczyło go, że spotkał kobietę, która jeszcze potrafi się rumienić i 

to go zaintrygowało. Jak również fakt, że nie usiłowałaś go czarować. 

Żachnęła się. 
–   Ależ   to   absurdalne!   Chcesz   powiedzieć,   że   aby   się   od   niego   uwolnić,   powinnam 

spróbować go uwieść i... 

– Nie!
– Przecież właśnie powiedziałeś... 
–   Zachowujesz   się   w   sposób   profesjonalny,   właśnie   tak,   jak   trzeba.   Nie   bądź   zbyt 

przyjazna, ale bądź grzeczna i rzeczowa, gdy się z nim spotykasz. 

background image

– Jesteś mężczyzną. Powiedz, wytłumacz mi, dlaczego tamten tak się zachowuje?
– Nie będę obiektywny. 
Miał na myśli jej urodę i sposób, w jaki na niego działała. 
– Sądzisz więc, że wszystko, co robią mężczyźni jest w porządku?
– Tego nie powiedziałem – zaprzeczył. 
– Stwierdziłeś, że nie jesteś obiektywny. Czy ty też uganiasz się za każdą kobietą, która ci 

się spodoba? Łazisz za nią i usiłujesz dopaść?

– Zawsze byłem wybredny. 
– Ale... 
– Muszę jednak powiedzieć, że podziwiam jego gust, jeśli chodzi o kobiety. 
Uśmiechnęła się leciutko. 
– Podobam ci się?
Pytanie to wymknęło jej się z ust, zanim zdołała pomyśleć, co mówi. Sama była nim 

zaskoczona. 

– Niewiarygodnie!
– To miło z twojej strony. 
– Nie wiem, czy „miło”, to dobre określenie. 
– A może chcesz, bym pomogła ci urządzić wnętrze tego domu na inaugurację nowego 

sezonu letniego?

Zwilżył językiem wargi, a potem rzekł poważnie:
– Pomyśl o tych wszystkich kuzynach, którzy byli tutaj z rodzicami. Sądzę, że nigdy nie 

kochali naprawdę, co najwyżej uprawiali seks. 

Potrząsnął głową ze smutkiem. 
–   Prawdopodobnie   dom   z   tego   powodu   tak   trzeszczy   i   stęka.   Jest   sfrustrowany   – 

westchnął zabawnie, udając współczucie. 

Zaśmiała się, filuternie przekrzywiając głowę. 
– Ach – wykrztusiła, zakrywając twarz. – Gdyby on był taki dowcipny jak ty, to pewnie 

nie oparłabym mu się. Masz zabawne pomysły!

– Potrafię mieć pomysły urzekające – pozwolił sobie na lekki uśmiech. 
Ochłonęła trochę i spojrzała na niego. Była wciąż uśmiechnięta, ale oczy pozostały trochę 

nieufne. Po śniadaniu pokazał jej stół kreślarski. 

– Skąd masz taki stół? Kto przy nim pracował?
– Potrzebowaliśmy wysokiego stołu, by małe dzieci nie mogły go dosięgnąć. U nas w 

rodzinie   prawie   każdy   ma   jakieś   hobby,   często   związane   z   małymi,   ostrymi,   lub   wręcz 
niebezpiecznymi przedmiotami. 

– Co masz na myśli?
– No wiesz, strzelby, szable, noże – powiedział tajemniczo. 
– Strzelby? – zapytała zdziwiona. 
– Jesteśmy tu na wybrzeżu od dawna. Miejsce jest dość odosobnione. Być może dlatego 

jeden z moich wujków zaczął interesować się bronią. Potem przerodziło się to w hobby. 
Powstała wcale pokaźna kolekcja broni palnej. Niektóre egzemplarze są bardzo piękne. W 

background image

przyszłości mam zamiar przekazać cały zbiór do muzeum. 

– Boję się broni. 
– Strzelby są jak żmije. Trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie. 
– Boję się, ale strzelać potrafię – pochwaliła się Laura. 
– Wcale nie chcę cię namawiać, byś mi pokazała, jak strzelasz. 
– Mój ojciec zawsze mówił, że każdy powinien umieć strzelać. W końcu nie wiadomo, co 

może człowieka wryciu spotkać. 

– Miał rację – skinął głową z aprobatą. 
– Mam nadzieję jednak, że nigdy nie będę musiała tego robić. Umarłabym ze strachu. 
– Nie będzie takiej potrzeby. Obronię cię! Przysunął się do niej ostrożnie. Kula trochę mu 

przeszkadzała,  ale   objął   Laurę   i  przyciągnął   do  siebie.  Nie   stawiała   oporu.  Oczy  ich   się 
spotkały. Tanner powoli schylił głowę i pocałował ją. 

Jego bliskość niej uspokajała, wręcz przeciwnie. Odczuwała ciągle ten) sam wewnętrzny 

chaos,   ten   sam   wir   uczuć.   Była   nim   wciąż   oszołomiona.   Nie   mogła   mu   się   oprzeć   i 
odwzajemniła pocałunek. 

Z  nieznanych  powodów puścił  ją nagle.   Usiłowała   uporządkować  myśli  i  zrozumieć, 

dlaczego się tak głupio zachował. Wtedy Tanner zaproponował, że odwiezie jej samochód do 
firmy, z której go wypożyczyła w Myrtle Beach. Była wciąż zdezorientowana, ale opanowała 
się na tyle, by dość rzeczowo zapytać:

– Możesz prowadzić samochód? Czy nie zaszkodzi to twojej nodze?
– Nie ma sprawy. Boli mnie tylko lewa noga. Prawa jest całkiem w porządku. 
– Jesteś w stanie pojechać za mną do miasta i odwieźć mnie z powrotem?
– Jak najbardziej. Sprawi mi to dużą przyjemność. Tanner bardzo chciał jak najszybciej 

pozbyć się wynajętego samochodu, jedynej dla Laury możliwości ucieczki. 

Ku radości Laury wracali drogą wzdłuż morza. 
– Wydaje mi się, że w jakimś poprzednim wcieleniu byłam piratem – powiedziała. 
– W poprzednim czy w równoległym? – spytał. 
– W równoległym?  Nigdy takiej możliwości nie brałam pod uwagę. Nie, myślałam o 

czasie przeszłym. 

Ogarnął ją pełnym zachwytu wzrokiem, gdy zwróciła twarz ku morzu i zapatrzyła się w 

fale. Wiatr targał jej włosy. Pod cienkim materiałem sukienki wyraźnie rysowały się smukłe 
kształty. 

– Z pewnością są sytuacje, w których dobrze jest być piratem – stwierdził. 
– A co byś robił, gdybyś nim był? – zapytała. – Może zdobywałbyś różne skarby?
– Wyłącznie ciebie. 
Zaśmiała się sądząc, że to miły żart. Ale on nie żartował. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Laura   przez   cały   dzień   pracowała   w   ciszy.   Nie   było   słychać   ani   samochodów,   ani 

dzwonów kościelnych. Dom Moranów był naprawdę uroczym azylem. 

Przywiozła z Columbii plany domków wypoczynkowych. Chodziło o to, by posługując 

się różnymi  farbami i materiałami nadać każdemu z identycznych  domków indywidualny 
charakter. Kilku innych dekoratorów również miało przedstawić swoje projekty. Zamierzała 
wykorzystać   kilka   stylów   –   wiktoriański,   orientalny,   nowoczesny.   Potem   zaprojektowała 
różne   zestawy   kolorów,   ołówkiem   szkicowała   możliwe   rozwiązania.   Straciła   zupełnie 
poczucie czasu. 

Dopiero   głód   przywołał   ją   do   rzeczywistości.   Oderwała   się   od   pracy,   gdy   z   kuchni 

zaczęły dolatywać bardzo smakowite zapachy. Rozpoznała aromat chili. Odłożyła ołówek i 
podążając  za zapachem  poszła do kuchni,  gdzie  Tanner  pilnie  mieszał  coś w olbrzymim 
garnku. 

 Tak właśnie myślałem. Tylko kuszące chili jest w stanie oderwać cię od pracy. Trzeba 

przyznać, że potrafisz się skoncentrować. Czy zauważyłaś chociaż, że przeniosłem cię wraz 
ze stołem do drugiego pokoju?

Myślami wciąż jeszcze była przy projektach i nie od razu zorientowała się, że żartuje. 
–   Nie   opowiadaj   –   odpowiedziała   niepewnie,   choć   trwało   chwilę,   zanim   sobie 

przypomniała, że wyszła z tego samego pokoju, do którego weszła rano. 

– A to co?
– Grzanki z topionym serem. 
Po zjedzeniu  pachnących   grzanek  zabrali  się  do sprzątania  kuchni.  W  pewnej  chwili 

Tanner pochylił się po płyn do mycia naczyń. Koszula wysunęła mu się ze spodni, ukazując 
okropne, jeszcze świeże blizny na lewym boku. Położyła na nich rękę, mówiąc cicho:

– Powinieneś chodzić w szortach i bez koszuli, by dopuścić słońce i świeże powietrze. Na 

opalanie może jeszcze za wcześnie, skóra jest zbyt delikatna. 

Czując dotyk jej dłoni, znieruchomiał. Obawiał się, że zareaguje przerażeniem. Dopiero 

naturalność jej zachowania uspokoiła go. 

–   Nie   zaszkodziłoby   mi   pewnie   chwilę   poleżeć   na   tarasie   w   cieniu   –   zgodził   się.   – 

Pójdziesz ze mną?

– Dobrze. Ale czuję, że do rozmowy się nie nadaję. Pewnie zaraz zasnę. Nie jestem 

przyzwyczajona do morskiego klimatu, wczoraj spałam jak zabita. 

– Cieszy mnie, że na widok mych ran nie robi ci się niedobrze – powiedział cicho. 
–   Kiedy   chodziłam   do   szkoły,   pracowałam   społecznie   w   szpitalu,   na   oddziale 

chirurgicznym. Było to jeszcze w czasach, gdy chciałam zostać lekarzem. Przyzwyczaiłam się 
wtedy do widoku blizn. Nauczyłam się je traktować jako znak udanej operacji i nie myśleć o 
bólu, który się z nimi wiąże. 

Jednak  trochę   denerwował   się  na   myśl   o   zdjęciu   przy  niej   koszuli.   Wyszli   na   taras. 

Poruszał   się   sztywno,   zakłopotany   jej   obecnością.   Szybko   zdjął   koszulę   i   rozłożył   ją   na 

background image

dwuosobowym leżaku. Usiadł i ruchem ręki wskazał miejsce obok siebie, zapraszając, by się 
I do niego przyłączyła. 

Nie mogła mu odmówić. Blizny czyniły go dziwnie bezbronnym. Usiadła obok niego i 

przeciągnęła się ziewając. 

– Powinieneś jednak ubrać się w szorty – przypomniała. 
– Niedługo to zrobię – obiecał. 
Jego udo wyglądało  okropnie. Postanowił, że zanim  je odsłoni,  da jej  jeszcze trochę 

czasu, by przyzwyczaiła się do mniejszych blizn na piersi, plecach i na lewym ramieniu. 

– Ale twój chirurg to prawdziwy artysta – przejechała lekko palcem po szwie, dzięki 

któremu udało się uratować jego ramię. – Wierz mi, potrafię docenić jego kunszt. Gdy blizna 
zblednie, sam będziesz to podziwiał. 

Pomyślał, że z takim podejściem być może zniesie nawet widok jego uda. 
Z równym zainteresowaniem obejrzała bliznę na jego piersiach. Rana była głębsza, gdyż 

w czasie wypadku kierownica wbiła mu się w klatkę piersiową w brzuch.

– Przypatrzyłeś się temu? – zapytała. – Chyba jednak tak, w końcu jest to twoje ciało. 

Zobacz, jak tu założono szwy! Bardzo zgrabnie! Miałeś szczęście, trafiłeś na geniusza w 
swoim fachu. Znałeś tego chirurga?

– Nie, czysty przypadek. Akurat miał dyżur w dzień mojego wypadku. 
– Anioł stróż nad tobą czuwał. 
– Sam zaczynam w to wierzyć. 
Laura pochyliła się i czule pocałowała bliznę na jego ramieniu. 
– Jestem szczęśliwa, że wszystko się dobrze skończyło. 
– Ja też. 
Odsunęła się, by położyć się obok niego. Tanner obrócił się na lewy bok, twarzą do niej, 

kryjąc blizny. 

– Wciąż nie wierzę, że tu jesteś. Tak często marzyłem, że się obrócę i że będziesz obok... 

nie mogę wprost uwierzyć, że to prawda. 

– Tanner... 
– Bardzo cię pragnę. 
– Trochę się tego boję. 
– Mnie bać się nie musisz. 
– Obawiam się nie ciebie, ale raczej samej siebie. Nie wiem, czy to, co odczuwam, to 

miłość, czy tylko szalone pożądanie. Nie jestem w stanie się opanować, gdy jestem blisko 
ciebie.   Nie   wiem,   czy   chcę,   żebyś   dzielił   ze   mną   życie.   Przecież   dopiero   od   niedawna 
nauczyłam   się   być   niezależna.   To   coś   wspaniałego   mieć   własny   zawód,   o   wszystkim 
decydować i być za wiele rzeczy odpowiedzialną. No i odnosić sukcesy. Przedtem zawsze 
byłam pod czyjąś opieką – to ojca, to uniwersytetu, to męża. Dopiero teraz zorientowałam się, 
że moje możliwości są duże. Jestem dobra w tym, co robię. Nie... nie bardzo wiem, czy chcę, 
by coś innego zaprzątało moją uwagę. 

– Chcesz powiedzieć, że mogłoby mi się to udać? – głos Tannera był trochę zachrypnięty. 

Podniósł zdrową prawą rękę, by odgarnąć kosmyk włosów z jej czoła. 

background image

– Nie wiem dlaczego, ale wciąż mi się wydaje, że usiłujesz uśpić moją czujność, by mnie 

uwieść. 

–   Nigdy   –   uśmiechnął   się   ciepło   i   dodał:   –   Chcę   ci   tylko   pokazać,   że   jestem   tobą 

zainteresowany. 

– A może sądzisz, że to ja ciebie uwiodę?
– Na pewno bym się nie bronił – uśmiech Tannera pogłębił się. – Zresztą, przypomniałem 

sobie, że nie podziękowałem ci za pomoc w sprzątnięciu kuchni. 

Pochylił się nad nią i pocałował ją. Gdy podniósł znów głowę, dostrzegła w jego oczach 

pragnienie i niepewność. Spuścił wzrok. 

Pocałował ją jeszcze raz. Gładziła jego gęste włosy, jej ciało napięło się w oczekiwaniu. 

Piersiami przylgnęła do niego z całej siły. Jego ręka wślizgnęła się pod sukienkę, dłonią objął 
jej   krągłe,   naprężone   piersi.   Mruknęła   z   rozkoszy.   Czuła   przyspieszony,   naglący   oddech 
Tannera,   jego   wzrastające   pożądanie.   Nie   była   jednak   jeszcze   przygotowana   na   miłość. 
Obawiała sile jej. Gdy się od niego odsuwała, usiłował ją przytrzymać, wyraźnie protestował. 
Właściwie mogła mu ulec, leżeć tu z nim, czując lekki wiatr od morza i kochać się. Przecież 
też   bardzo   go   pragnęła.   Mogła   go   Śmieć.   Zależało   to   tylko   od   niej.   Wstała   jednak   i 
powiedziała:

Będzie chyba lepiej, jeśli pójdę trochę pobiegać brzegiem morza. Szkoda, że nie możesz 

mi towarzyszyć. Ale niedługo będziesz silniejszy i wtedy będziesz mógł mnie już gonić. 

Tanner przewrócił się na plecy.  Jedną nogę zgiął w kolanie, ręce założył  pod głowę. 

Obserwował ją uważnie. Wreszcie rzucił pytanie, które przeszyło ją na wskroś:

– Jak już będę zdrów, to stale będę cię gonił. Chyba pozwolisz?
– Może?
– Będzie to jak doping. Szybciej wyzdrowieję. Wymówił te słowa jak groźbę i obietnicę 

zarazem. 

Podziałało to na nią jak mieszanka wybuchowa. Wolała uciec do siebie na górę. 
Włożyła fioletowe szorty. Pomimo długich poszukiwań nie udało jej się znaleźć w szafie 

dla gości odpowiednich butów. Postanowiła więc, że pobiegnie boso brzegiem morza, gdzie 
piasek jest zbity i twardy. 

Gdy   zeszła,   zastała   go   opartego   niedbale   o   kulę.   Czekał   przy   schodach.   Ponownie 

uderzyła ją jego uroda. Uśmiechnęła się lekko, a on odpowiedział uśmiechem, który wydał się 
jej dość podejrzany. Oczy miał jak myśliwy. Pomyślała, że mógł być w tej chwili bardzo 
niebezpieczny. Ogarnęło ją nagłe podniecenie. Chciała, by gonił ją i złapał. 

–   Musisz   mnie   pocałować   na   pożegnanie   –   zażądał,   jak   gdyby   była   to   najbardziej 

naturalna rzecz na świecie. 

– Przecież uzgodniliśmy, że całujemy się tylko na dobranoc?
– I na pożegnanie – odparł, zmieniając bez porozumienia z nią reguły gry. 
Uniosła   lekko   brwi,   wyrażając   zdziwienie.   Nie   uniknęła   jednak   przy   tym   ledwo 

zauważalnego uśmiechu. 

Mówił dalej tonem bardzo poważnym:
– Od dziś będziemy się całować nie tylko na pożegnanie, ale i na powitanie. 

background image

– Nie wiedziałam o tym. Kiedy podjęto decyzję?
– Już dawno. Najlepiej będzie, jak się do niej zastosujemy natychmiast – przysunął się o 

krok. 

– W takim razie nie mam innego wyjścia. Laura odetchnęła głęboko i też uczyniła krok w 

jego kierunku. Zamknęła oczy i podała mu usta. 

Ale   nic   się   nie   stało.   Otworzyła   ostrożnie   jedno   oko   i   zobaczyła,   że   Tanner   bardzo 

uważnie   jej   się   przygląda.   Otworzyła   więc   szeroko   drugie   i   popatrzyła   na   niego   wprost. 
Wtedy i ona spoważniała. Objęła jego głowę i poszukała warg. 

Był  to pocałunek oszałamiający.  Ramiona Tannera oplotły jej plecy i przyciągnęły ją 

gwałtownie. Całował głęboko i intensywnie, reagował z coraz większym pożądaniem na myśl 
o   jej   bliskości   i   uczuciach,   które   w   nim   rozpaliła.   Myślał   o   jej   rękach,   pieszczotliwie 
gładzących jego włosy, o miękkim, kobiecym ciele i słodkich ustach, które odwzajemniały 
pocałunek. W końcu podniósł głowę i nabierając głęboko powietrza powiedział:

– Zmykaj, bo za chwilę będzie za późno!
Posłuchała go. Akceptowała fakt, że nią kieruje. Chwiejnym krokiem podeszła do drzwi i 

uporawszy się z zamkiem, o mały włos by się nie przewróciła. 

Tanner przyglądał jej się z wypiekami na twarzy. Z jego oczu biło zadowolenie. 
Stała na ganku i oddychała głęboko. Kilka razy nerwowo odgarnęła włosy, aczkolwiek 

wiatr przekornie ją w tym wyręczał. Rozglądała się, jak gdyby usiłowała sobie przypomnieć, 
dlaczego się tu znajduje. Jogging był ostatnią rzeczą, na którą miała teraz i ochotę. Pragnęła 
wrócić do Tannera, do jego pocałunków. Po co to bieganie? Skierowała się jednak w dół i 
weszła na drogę. Gdy przechodziła przez szosę, zupełnie automatycznie sprawdziła, czy z 
lewej strony nie nadjeżdża samochód, choć przecież wiedziała, że nie ma tu ruchu. Wykonała 
kilka ruchów gimnastycznych, zanim powoli oddaliła się wzdłuż plaży. 

Nie była przyzwyczajona do monotonii morskiego wybrzeża. Zgubiła się i pobiegła za 

daleko. Powrót trwał bardzo długo. Tanner, wiedziony niepokojem, wyjechał samochodem na 
poszukiwanie. Odnalazł ją biegnącą resztką sił. Z widoczną ulgą osunęła się na miękki fotel 
porsche’a. 

– Musisz zostawiać po sobie jakieś ślady – powiedział Tanner, nie wspominając o tym, że 

martwił się jej długą nieobecnością. – W ten sposób będziesz w stanie ocenić, jaki dystans 
przebiegłaś. 

– Szkoda, że mówisz mi to dopiero teraz – Laura popijała sok pomarańczowy, który 

Tanner przezornie dla niej przywiózł. Była wykończona. 

Milczeli.   Laura   odpoczywała   po   wysiłku,   Tanner   zaś   usiłował   ochłonąć   ze 

zdenerwowania. W końcu przerwała ciszę:

– Słuchaj, mam prośbę, poszukajmy tego biednego psa... 
Tanner przyhamował i, mocno zdziwiony, zapytał:
– Jakiego psa?
– Widziałam dużego, czarnego i niezbyt  przyjaźnie nastawionego psa. Boję się psów, 

więc nie usiłowałam się nawet do niego zbliżyć. Albo go ktoś porzucił, albo się zgubił. Ale tu 
w okolicy przecież nie ma domów. Poza tym nie wyglądało na to, że się wypuścił na spacer, 

background image

po prostu czekał przy drodze. 

– W porządku. Poszukamy go, jeśli chcesz. Dalej już nie rozmawiali,  tylko  uważnie 

rozglądali się wokół. Tanner jechał bardzo powoli. Byli już przy wjeździe do domu, a psa 
ciągle nie było widać. 

– Może znalazł drogę do domu? – zasugerował niepewnie. 
Laura zaprzeczyła ruchem głowy. 
– Zatem wracamy – Tanner momentalnie skręcił kierownicę. 
– Och, Tanner... – uśmiechnęła się rozbrajająco. Pochylił się, by ją pocałować. 
– Czy to już na dobranoc? – zapytała. 
– Nie. To ma oznaczać, że jestem przy tobie. 
– A mnie się wydawało, że to pocałunek na dobranoc, bo taka jestem zmęczona... 
– O nie! Ten dopiero będzie – odpowiedział. 
–   Ale...   przecież   umawialiśmy   się,   że...   –   nie   dokończyła.   Głos   Laury   wyrażał 

powątpiewanie, ale oczy wciąż były ufne. 

Raz jeszcze odbyli tę samą drogę. 
Pies leżał w rowie, w miejscu, z którego dobrze było widać szosę. 
Nie było łatwo namówić go, by wszedł do samochodu. W końcu raz jeszcze obejrzał się 

na szosę, zanim wskoczył na tylne siedzenie. Oczy miał inteligentne, choć trochę zamglone. 

– Sądzisz, że jest chory? – zapytała Laura. 
– Chyba po prostu głodny. Pojedziemy zaraz do weterynarza, niech go zbada. Biedne 

psisko. 

Weterynarz   Henry   mieszkał   na   dużej   farmie.   Trzymał   tam   kilka   psów,   jedną   kozę   i 

mnóstwo   kotów.   Nie   opodal   pasły   się   dwa   konie,   które   na   ich   widok   podniosły   łby   i 
przyglądały się z wielkim zainteresowaniem. 

Henry   rozpoczął   oględziny   od   długiej   rozmowy   z   psem,   który   był   najwyraźniej 

zdenerwowany i czegoś szukał. Do miski nalał wody, którą pies łapczywie wychłeptał. Potem 
dał mu trochę jedzenia. Widać było, że jest bardzo głodny. 

– Nie jest ranny – powiedział Henry wreszcie. – Nie widzę też tabliczki rejestracyjnej. 

Natomiast ma nową obrożę przeciwko pchłom. Chwała Bogu zresztą, ponoć w tym roku ma 
być istna plaga tego tałatajstwa. Ma miłą sierść i zdrowe zęby. To młody, bardzo ładny pies. 
Niestety, ludzie na ogół sądzą, że pozostawione zwierzę jakoś tam przeżyje. A to nieprawda. 
Może się zgubił, ale nie słyszałem, aby ktoś w okolicy poszukiwał takiego psa. Tak czy owak, 
spróbuję   się   dowiedzieć.   Dziękuję   państwu   za   przywiezienie   go.   Na   pewno   ktoś   go 
przygarnie. 

Tanner i Laura wyszli. Gdy wsiadali do samochodu, pies nagle wydał gardłowy dźwięk. 

Zabrzmiał jak pytanie. Odwrócili się równocześnie. 

– Zrobię mu zastrzyk  i będziecie go mogli państwo zaraz wziąć – powiedział Henry 

rzeczowo. Uśmiechał się przy tym od ucha do ucha. 

Tanner zwrócił się do Laury. 
– To co? Już mamy psa?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wrócili do domu Moranów. Było jeszcze jasno i ciepło. Postanowili więc zaraz wykąpać 

psa. Stał posłusznie. Wyglądało na to, że raczej lubi wodę. Tanner zdjął koszulę, zupełnie już 
nie pamiętając o swoich bliznach i zaczął go namydlać. Laura trzymała wąż, ale ciągle była 
niepewna i zachowywała wobec psa dystans. 

– Jest bardzo miły – stwierdziła. – Muszę przyznać, że nigdy nie spodziewałam się, że 

kiedykolwiek powiem o psie, że jest miły... 

– Chyba się jednak zgubił. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby go. 
– Ciągle tak stoi, jakby chciał obserwować szosę – zauważyła. 
– Też na to zwróciłem uwagę. 
– Tanner... Nie wiem, czy to dobrze, że zabraliśmy go. Może się do nas przywiązać, a 

potem trzeba będzie go oddać. Jest bardzo wierny. Najwyraźniej czeka na swoich właścicieli, 
którzy go tu przywieźli i zostawili. 

Usiłował ją uspokoić. 
– Za miesiąc kończy się szkoła. Wtedy zjedzie się tu cała hałastra moich kuzynów. Pies 

będzie mógł sobie wybrać nowego pana. Podoba mi się. Chciałbym, by został w rodzinie – 
Tanner wycierał psa starym ręcznikiem. 

– A jak go nazwiemy?
–   Chyba   nie   powinniśmy   tego   robić.   Co   będzie,   jeśli   przyszły   właściciel   zechce   go 

nazwać inaczej? Nie można od psa oczekiwać, by zapamiętywał coraz to nowe imiona. 

– Moglibyśmy nazywać go po prostu Dog. Zgoda?
– Zgoda. Niech będzie Dog. 
Laura uśmiechnęła się na widok Tannera głaszczącego psa. 
– Masz dobre serce. 
– Pies jest głodny i wyczerpany. Łapy ma pokaleczone. Henry dał mi specjalną maść, 

którą trzeba będzie je smarować. Za kilka dni wyzdrowieje. 

To dziwne – pomyślała – że mężczyzna potrafi być delikatny,  w dodatku mężczyzna 

prowadzący tak nieustabilizowane i chyba dość niebezpieczne życie jak on. Musi być jednak 
bardzo uczuciowy, przecież tak cierpliwie szukał psa i tak starannie się nim zaopiekował. 

– Dlaczego wybrałeś to, czym się zajmujesz? – zapytała ku własnemu zaskoczeniu. 
– Jestem człowiekiem cywilizowanym. Zaśmiała się. 
– Łapanie złodziei jest zajęciem cywilizowanym?
–   Jak   najbardziej.   Wierzę   w   moc   prawa   i   w   prawo   obywateli   do   sprawiedliwego 

traktowania. 

Myślała, że powie coś więcej, ale zamilkł. Potem zastanowiła się nad jego słowami i 

zrozumiała, że jest w nich zawarta zupełnie niezła definicja cywilizacji. 

– Wiesz, chyba cię kocham – powiedziała impulsywnie. 
– Wiem o tym – uśmiechnął się wciąż patrząc na Doga. 
– Skąd możesz wiedzieć? Jestem tu przecież dopiero od dwóch dni i w dodatku spałam na 

background image

górze. 

– Miłość to nie tylko seks – odpowiedział spokojnie. 
– Przyjechałaś do mnie i zostałaś. Nie wiesz jeszcze, czy masz się w pełni zaangażować, 

ale myślisz o tym. Czuję, że się obawiasz. 

Uśmiechnął się do niej, choć dalej był zajęty czesaniem Doga. 
– Nikt mnie jeszcze z takim oddaniem nie całował. Wzbudzasz we mnie reakcje, których 

nie jestem w stanie opisać. 

– Myślę, że jesteś po prostu chyba zbyt wrażliwy – próbowała trochę pokpić sobie z 

niego i z siebie. 

– Jeśli chodzi o ciebie, to na pewno – nie zauważył kpiny i powiedział to bardzo serio. 
– Czy ty też odczuwasz te niesamowite fluidy, które krążą między nami? Nigdy przedtem 

tego nie przeżywałam. Twoja obecność tuż obok mnie... po prostu mnie przeraża. 

– Nie bój się mnie, Lauro. Potrzebny mi ktoś, kto mój ogień podtrzyma i podsyci. 
Na dźwięk tych słów Laurę ogarnęła nagła fala uczucia. 
–   Czytałeś   o   tym,   że   nie   składamy   się   z   materii,   tylko   z   atomów,   które   łączy   siła 

magnetyczna?

– zapytała impulsywnie. 
– Skąd ci to przyszło do głowy? – Tanner zaśmiał się lekko. 
– Czuję, jak moje atomy wibrują. 
– To poważna sprawa. Mam nadzieję, że nie będę obecny w chwili wybuchu. 
Spojrzał na nią. Ujrzała iskierki w jego oczach. Wstał. Wiedziała, że podejdzie do niej i 

weźmie ją w ramiona. Czekała na niego, czując każdą rozedrganą cząstkę ciała. 

Popatrzył na zegarek. 
– Zrobiło się późno. Może pojedziemy do miasta na kolację? Znam restaurację, gdzie dają 

świetne frutti di marę. 

Kolacja? Coś podobnego! Akurat w takiej chwili myślał o jedzeniu? Z ledwie hamowaną 

złością powiedziała:

– Świetnie! Nareszcie będę mogła wystąpić w swoich własnych ciuchach. 
Zerwała się i ruszyła w stronę domu. Zatrzymała się po kilku krokach. 
– A co będzie z Dogiem?
– Jest tu bezpieczny. Zostanie na ganku. Dam mu wodę i coś do jedzenia. Jakiś stary 

dywanik też się znajdzie. Będzie mógł spokojnie obserwować szosę. 

Jeszcze przed chwilą złościła  się na niego! Rozczulona patrzyła  jak zwija wąż. Kula 

leżała na ziemi!

– Tanner! Chodzisz bez kuli!
– Już się mnie nie boisz, więc mogę się jej pozbyć – uśmiechnął się. 
– Chcesz powiedzieć... Nabrałeś mnie!
– Obawiam się, że tak. Nie chciałem, abyś czuła się zagrożona. Pomyślałem, że poczujesz 

się pewniej na tym dzikim wybrzeżu Południowej Karoliny, jeśli uwierzysz, że nie mogę cię 
gonić. 

– I ty uważasz się za cywilizowanego człowieka! Ty kłamco! Ty oszuście! – język aż się 

background image

jej plątał z oburzenia. 

– Nic z tych rzeczy – był w świetnym humorze. 
– To prawda, że jestem wyrachowany. Zresztą pomysł był doskonały i z czasem miałem 

zamiar się nim pochwalić. Peter zadzwonił i powiedział, że przyjeżdżasz... 

– Mnie mówił, że wspomni ci tylko o kimś, kto odwiedzi cię w jego zastępstwie... 
– Bujał. – Zapowiedział, że właśnie ty przyjedziesz. Miałem więc tylko kilka godzin, by 

wymyślić sposób na zatrzymanie cię. Gdybyś nie zgodziła się zostać, udawałbym inwalidę. 

– Inwalidę?
– No tak. Miałem zamiar zachorować lub upaść... nie na serio, rozumie się, ale na tyle 

boleśnie, by poruszyć twoje sumienie... 

–   Popatrz,   popatrz.   Wielka   szkoda,   że   tak   łatwo   zgodziłam   się   na   twoją   pierwszą 

propozycję.   Teraz   już   nigdy   się   nie   dowiem,   jaką   sztuczkę   wymyśliłbyś.   Ominęło   mnie 
świetne przedstawienie. 

Tanner nie wydawał się pewien swoich talentów. 
– Tak naprawdę, to nie jestem dobrym aktorem. Zresztą przedtem nie musiałem udawać... 
– A jakże! Pewnie wystarczyło, że klaśniesz w ręce?
– Nie. Ale nigdy nie zależało mi na innej kobiecie, tak jak na tobie. 
– Wciąż się boję. 
– Ja też czuję się trochę niepewnie. 
– Więc to tak. 
Położyła rękę na piersiach i odetchnęła głęboko. 
– Potrafisz chodzić bez kuli. 
– Biegać nie potrafię. Naprawdę. Mam trudności z wchodzeniem na schody, nawet bez 

walizek, ale po plaży spaceruję. Wczoraj w nocy poszedłem prawie tak daleko jak ty. 

– I nie zauważyłeś Doga?
– Nie. Ale nie zwracałem szczególnej uwagi na otoczenie. Chciałem się uspokoić po 

twoim zniewalającym pocałunku na dobranoc. Dog prawdopodobnie mnie obserwował, gdy 
rwałem włosy z głowy i zgrzytałem zębami w desperacji. Żartuje, pomyślała. 

Pojechali   do   Myrtle   Beach.   Miasteczko   wciąż   było   pełne   turystów   z   Kanady   i 

przygotowywało się do najazdu studentów, który,  jak zwykle na wiosnę, miał nastąpić w 
czasie ferii. 

Zjedli   kolację   w   najlepszej   restauracji.   Spędzili   w   niej   prawie   trzy   godziny   –   przy 

ostrygach,   marynowanym   łososiu   i   rekinie   z   rusztu.   Pod   wpływem   wyśmienitego 
kalifornijskiego szampana rozwiązały się im języki. Śmiejąc się wspominali dawne czasy, 
opowiadali sobie zabawne historyjki sprzed lat. Podsuwali sobie najlepsze kęsy. 

Wrócili do domu późno. Dog czekał na ganku. Na widok samochodu zerwał się i wybiegł 

im   naprzeciw.   Przyglądał   się   przyjaźnie   i   machał   ogonem   na   powitanie,   gdy   wysiadali. 
Zagadali do niego. Tanner pogłaskał go, ale Laura wciąż trzymała się na dystans. 

Zostawiając   Doga   na   posterunku,   weszli   do   domu.   Tanner   momentalnie   poszedł   do 

kuchni i umył starannie ręce. Gdy zauważył jej zdziwienie, wytłumaczył:

background image

– Jak będę cię całował na dobranoc, chcę czuć twój zapach. 
– Ale po kąpieli Dog pachnie przecież jak bukiet róż. 
– Nie całkiem. Nie pachnie najgorzej, ale wciąż czuć go psem. W końcu jest dorosłym 

samcem – popatrzył na nią przez ramię i uśmiechnął się z ukosa. – Ja zresztą też. 

– Nie strasz. 
– Nie mam takiego zamiaru. 
– Przygotowujesz grunt pod słynny pocałunek na dobranoc?
– Nie mam innego wyjścia. 
Słowa   te   wywołały   natychmiastową   reakcję.   Zaczęła   oddychać   niespokojnie   w 

oczekiwaniu na pocałunek Tannera. 

Pocałował   ją   tak   samo   jak   wczorajszego   wieczoru.   Najpierw   w   rękę.   Potem   objął   i 

przycisnął mocno. Obawiała się, że zemdleje. Wtedy dopiero pocałował ją naprawdę. To było 
wspaniałe! Miała wrażenie, że w żyłach pulsuje jej żywy ogień. Z trudem łapała oddech. 
Ogień ogarnął ją całą. 

Ale on odsunął ją od siebie i ze słodkim uśmiechem życzył dobrej nocy. I znów pogładził 

ją lekko po ramieniu, gdy zaczęła wchodzić po schodach na górę. Jak mógł ją w ten sposób 
zostawić? Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zrzucić ubrania i nie zejść do niego. Stał 
wciąż na dole i patrzył za nią. Jak by zareagował?

Może dałby się uwieść? A może podałby jej szlafrok i wysłał na górę? Wydawał się 

nieobliczalny. Najlepszym tego dowodem był pomysł z kulą. 

Pragnęła  go.  Chciała   znaleźć   się w  jego  ramionach   i kochać   się z  nim.  Byłoby  to... 

cudowne! On myślał o przyszłości, podczas gdy ona żyła tylko chwilą. Na ogół przecież było 
na  odwrót.  Czy przypadkiem  nie  była  to  właśnie  ta  zamiana  ról,  o  której  wiele   ostatnio 
mówiono i pisano?

Uczono ją, że ma się odpowiednio zachowywać, szczególnie wtedy, kiedy mężczyzna się 

jej podoba. Pamiętała zasadę: „Kobieta jest wstydliwa tak długo, dopóki kogoś nie kocha. 
Gdy pokocha, jest jak kocica na wiosnę. Mężczyzna zaś skorzysta z każdej okazji, gdy nie 
kocha. Zakochany, wstydzi się jak dziewica”. 

Może na tym polegał cały problem? Nie na tym, że role się zmieniły, tylko na starym jak 

świat   konflikcie   między   kobietą   a   mężczyzną.   Kochali   się   przecież   i   reagowali   całkiem 
typowo. Nic nowego pod słońcem. Błąd tkwił gdzie indziej. Sądziła, że coś się zmieniło. 

Tanner czekał, aż się zadeklaruje. Chciał, aby go bliżej poznała. Czuła, że ją kocha, ale 

czy   potrafi   mu   się   odwzajemnić   miłością?   Pragnęła   go.   Co   do   tego   nie   miała   żadnych 
wątpliwości. Pociągał ją swym pięknem i wyjątkowością. 

Zatopiona w myślach przygotowywała się do snu. Słyszała wiatr buszujący w palmach, 

jakieś trzaski w domu, także przejeżdżający samochód... Samochód? To chyba pierwszy od 
czasu, gdy tu przyjechała. Niesamowite! Czyżby na świecie były jeszcze samochody?

Nagle ujrzała się w lustrze. Widok nie był zbyt budujący. Warkocze, stara koszulka i 

opadające majtki. Szczyt kobiecości!

A co  by się stało,  gdyby  teraz  przyszedł  do niej?  Gdyby  postanowił  ją przekonać  o 

swoich męskich talentach? Jej wygląd odebrałby mu wszelką ochotę. 

background image

Szybko   zdjęła   z   siebie   koszulkę   i   majtki   i   włożyła   granatową,   koronkową   halkę. 

Rozplotła warkocze i uczesała włosy. Lekko umalowała oczy i nałożyła trochę pudru na nos. 

Uśmiechnęła się do swego odbicia i złożyła usta do wyimaginowanego pocałunku. Może 

być! Z wystudiowaną elegancją wsunęła się do łóżka. Była gotowa. 

Usnęła nasłuchując jego kroków na schodach. 
Obudziła się o świcie. Spała niespokojnie. Wskazywały na to skotłowane prześcieradło i 

zmięty koc. Halka cisnęła ją, widocznie niewygodnie było w niej spać. Nie powinna się była 
przebierać, pomyślała, złoszcząc się na Tannera. 

W końcu nie była to przecież jego wina, przekonywała samą siebie. Może obawiał się, że 

nie jest nim zainteresowana i da mu kosza?

Byli tu sami, na odludziu. Co mogłaby zrobić, gdyby usiłował ją zgwałcić? Dlaczego 

więc w ogóle z nim została, jeśli się go boi? Czy jednocześnie nie pragnęła go? Istniały 
przecież w takiej sytuacji pewne reguły gry, do których należało się dostosować. 

Gdy zgodziła się pozostać, sama była tym zdziwiona. Jedynym mężczyzną, z którym się 

dotąd kochała, był Tom. Miłość z Tomem nie bardzo ją przekonywała, a eksperymentować z 
byle kim nie chciała. Dopiero Tanner ją rozbudził. Zachowywał się jednak jak idiota. Musi 
mu dać do zrozumienia, że ma wolną rękę. 

Uśmiechnęła się do siebie. Co potrzebne jest kobiecie, by uwieść mężczyznę? Wykwintna 

kolacja, przyćmione światła, odpowiednia sukienka?

Szybko podjęła decyzję. Wstała z łóżka i zdjęła halkę. Zaczęła przeglądać swoje ubranie. 

Pakując się nie myślała o podobnych okazjach. 

Otworzyła   gościnną   szafę.   Znalazła   w   niej   spory   wybór   egzotycznych   strojów   oraz 

pudełko   po   cygarach   ze   sztuczną   biżuterią.   Nie   było   tam   nic,   co   spowodowałoby   burzę 
zmysłów, oprócz może trochę sfatygowanego bikini, ale w kwietniu Atlantyk był jeszcze dość 
zimny, a po domu przecież nie będzie w nim paradować. 

Pod dom podjechała ciężarówka. Wczoraj w nocy samochód, a dziś – ciężarówka. Czas 

się przenieść dalej na Zachód, pomyślała ubawiona. Cywilizacja ich dogoniła. Przypomniała 
sobie, że dawno temu jeden z jej przodków opuścił Indianę i wyruszył dalej na Zachód, bo 
ktoś odważył  się osiedlić w odległości dwunastu kilometrów od jego farmy.  Było mu za 
ciasno. 

Ubrała się w sukienkę, włożyła sandały i zeszła na dół. Dwóch mężczyzn właśnie wnosiło 

skrzynię  do pokoju, w którym  pracowała. Zdziwiło  ją, że Tanner kazał wnieść przesyłkę 
akurat tu, mając cały dom do dyspozycji. 

W kuchni przygotowania do śniadania były już prawie ukończone. Jeśli dalej będą tak 

dużo jeść, pomyślała, będzie musiała sobie sprawić kilka nowych sukienek. 

Nakryła do stołu i zabrała się do smażenia jajecznicy. Słyszała niski głos Tannera, który 

coś mówił do mężczyzn ustawiających skrzynię. 

W   tym   starym   domu   nad   brzegiem   oceanu   czuła   się   teraz   trochę   jak   kobieta-pirat. 

Zanuciła starą marynarską pieśń, w której rum lał się strumieniami. Rum! Oto brakujący 
element w jej kampanii uwodzicielskiej. Wino, kobieta i śpiew. Jak mogła o tym zapomnieć?

Tanner odprawił ciężarówkę i wrócił do kuchni. Zastał Laurę stojącą na wysokim krześle 

background image

kuchennym. Szukała czegoś na górnych półkach szafy. 

– Co tam robisz? – zapytał. 
– Szukam rumu. 
– Do śniadania? – był lekko zaskoczony. 
– Nie piłeś nigdy herbaty z rumem na śniadanie?
– Chyba nie. 
– No to spróbujesz. Raz się żyje!
– Mam dla ciebie niespodziankę. 
– Ja dla ciebie też – zrobiła obiecującą minę. 
– Czy chcesz ją zobaczyć teraz, czy po śniadaniu? – zapytał. 
– Potem. Wszystko gotowe, więc zjedzmy. 
Jak już znajdą się w łóżku, pomyślała, nie będą myśleć o jedzeniu. Przypatrywała mu się 

skrycie. Wydawał się lekko... podniecony. Może domyślał się jej planów? Widać było, że 
chce skończyć jak najszybciej śniadanie, nie był zbyt rozmowny. Herbatę z rumem pochwalił 
grzecznie, lecz bez większego entuzjazmu. Uśmiechała się do niego spod opuszczonych rzęs, 
naśladując hollywoodzkie gwiazdy. 

Tanner też ją obserwował. Zachowywała się tak, jakby była lekko pijana. Zresztą nie ma 

się czemu dziwić – to ta herbata. Zwariowany pomysł – rum na śniadanie! Jadł szybko i 
trochę ją ponaglał. Był ciekawy, jak zareaguje na niespodziankę. 

Laura   chciała   najpierw   sprzątnąć   kuchnię.   Nie   lubiła   widoku   stołu   zastawionego 

brudnymi naczyniami. Krzątała się sprawnie. 

– Dog jest nakarmiony?
– Już dawno, śpiochu. 
– Nie uciekł?
– Nie, jest na ganku. Pilnuje szosy. 
– Myślałam, że może ten wczorajszy samochód... 
– Samochód? Kiedy słyszałaś samochód?
– Gdy szykowałam się do snu. 
– Osobowy czy ciężarówka? – wyglądał na zaniepokojonego. 
– Nie widziałam go, tylko słyszałam. Sądziłam, że to może właściciel Doga przyjechał po 

niego. 

– Nie. 
Myślał najwyraźniej o czymś innym. Podeszła do niego i obejmując go podniosła usta do 

pocałunku:

– Dzień dobry. 
– Jesteś pojętna. Bardzo mnie to cieszy – śmiał się z jej oburzenia. – Chodź – wziął ją za 

rękę. 

Zaprowadził ją do pokoju i zaczął rozpakowywać skrzynię. Najpierw wyciągnął olbrzymi 

rulon papieru pakowego. Było go tyle, że wystarczyłby jej na rok. Potem rozpakował pędzle. 
Piękne,   z   prawdziwego   włosia,   różnych   rozmiarów,   od   cieniutkiego   pędzelka   poprzez 
japoński  pędzel   kaligraficzny   aż   po   olbrzymi   pędzel   do   malowania   liter   na   plakatach.   Z 

background image

kuchni przyniósł słoiki z wodą. Była oszołomiona jego szczodrością. Nie była nawet w stanie 
mu podziękować. 

A ile farb! I atramentów! Z takim zapasem mogła otworzyć szkołę! Z kolejnych kartonów 

zaczął wyciągać próbki materiałów, od najzgrzebniejszych aż po najdroższe, piękne jedwabie. 
Laura śmiała się zachwycona. 

– Jesteś zadowolona?
– Ach, Tanner... – łzy stanęły jej w oczach. 
– Mogłabyś mi w takim razie podziękować, zamiast się mazgaić. 
Rzuciła mu się w objęcia i pocałowała go bardzo słodko. 

Letnia pogoda trwała kilka dni. Po wspólnym śniadaniu rozchodzili się do swoich zajęć. 

Po lunchu szli na długi spacer nad morzem. Pies siedział na ganku albo biegał dookoła domu. 
Zawsze towarzyszył im w popołudniowym spacerze, ale ciągle bacznie obserwował szosę. 

Tanner codziennie wymyślał nowe okazje do pocałunków. Ona zaś zgadzała się chętnie, a 

nawet z entuzjazmem, który go wręcz oszałamiał. Uśmiechnął się do siebie myśląc, że już 
niedługo będzie ją miał. 

Laura   nie   pozostała   mu   dłużna.   Była   bardzo   przebiegła   w   swych   tajnych   miłosnych 

zakusach. Bardzo byli zajęci wzajemnym uwodzeniem się. 

Laura była nieodrodną córką swojej matki, dobrej gospodyni, i potrafiła szyć. Na strychu 

znalazła starą maszynę  do szycia  i z bogatych  zasobów podarowanych  jej przez Tannera 
wybrała   piękny,   jasnofioletowy   materiał.   Uszyła   sobie   sukienkę.   Miała   to   być   specjalna 
sukienka, ale wypadła niezbyt interesująco. Nie była wcale „sexy”. Niezadowolona, odrzuciła 
ją na bok. Potrzebowała czegoś zupełnie niezwykłego. 

Jeszcze   raz   przejrzała   materiały   i   znalazła   kawałek   cieniutkiego   jedwabiu.   Był 

jaskrawoczerwony. Mężczyźni lubią czerwony kolor, pomyślała, i zabrała się ponownie do 
roboty. Napracowała się solidnie. Śliski, cienki materiał nie był łatwy w szyciu. Ale efekt był 
wspaniały. Wyglądała wprawdzie trochę ekstrawagancko, ale za to nie mogło być żadnych 
wątpliwości, co do jej stanu ducha. Była gotowa na wszystko. 

Malutkie, perłowe kolczyki,  które na ogół nosiła, niezbyt  nadawały się do czerwonej 

sukni. Przypomniała sobie o pudełku po cygarach,  w którym  znalazła sporo korali, kilka 
bransoletek i dużo różnych kolczyków. Wybrała dwa – jeden z długim sznurem sztucznych 
brylantów, który niemal dotykał ramienia i drugi, trochę krótszy, z jakichś mieniących się 
różowo-fioletowych kamieni. Obydwa pasowały do koloru sukienki. Były dość wyzywające. 

Zastanawiała się, do kogo należały? Może były kiedyś własnością kobiety, której śmiech 

usłyszała pierwszej nocy?

Miała   więc   idealną   suknię   i   kolczyki.   Wszystko   było   gotowe.   Ale  po   dwóch   dniach 

ciągłego szycia była zmęczona i zła. Na domiar wszystkiego rozbolała ją głowa. Pogoda się 
zepsuła. Nie był to więc odpowiedni moment na „występ”. Jeszcze ze zdenerwowania gotowa 
na niego nakrzyczeć, a potem rozpłakać się ze skruchy. 

Z   bolącą   głową   zeszła   do   kuchni   sprawdzić   zawartość   lodówki.   Chyba   z   powodu 

bliskości morza znalazła w niej duże ilości raków, krewetek i innych morskich przysmaków. 

background image

Były również gotowe dania oraz różne ciasta i pieczywa – ku jej radości, bo nie bardzo lubiła 
gotować ani zbytnio nie celowała w tym zajęciu. Głód im w każdym razie nie groził. 

Na kolację postanowiła rozmrozić dużą porcję gulaszu i chleb wiedeński. Po namyśle 

dodała jeszcze placek ze śliwkami. 

Tanner zdziwił się, znajdując kolację gotową. 
– To miło z twojej strony. 
– Sądzisz, że tylko ty potrafisz rozmrażać różne pyszności?
– Jesteś moim gościem. To ja powinienem się tobą opiekować. Poza tym ciągle ślęczysz 

nad   swoimi   projektami.   Pracujesz   za   dużo.   Nie   powinienem   był   tych   wszystkich   rzeczy 
sprowadzać od razu, tylko po trochu. Co tydzień coś innego, i tak – przez całe lato. 

– Nie mogę zostać tak długo – w jej głosie przebijała nutka żalu. 
– Zobaczymy. 
Najwyraźniej uważał, że ta kwestia jest jeszcze otwarta. 
– Za miesiąc zjawi się tu cała twoja rodzina. 
– Nie tak od razu. Przyjeżdżają kolejno. Dopiero na święto czwartego lipca jest pełny 

skład. Urządzamy wtedy wielki bal ze sztucznymi ogniami i smażeniem kiełbasek na plaży. 
Jest zawsze bardzo wesoło. Z pewnością będziesz się dobrze bawiła. No i poznasz moją 
rodzinę, której na pewno się spodobasz – mówiąc to, obserwował ją bacznie. 

– My, w South Bend, też obchodzimy czwartego lipca. Bardzo podobnie zresztą, choć bez 

plaży. 

– Czy ty się dobrze czujesz? – miał trochę zaniepokojoną minę. 
– Świetnie – skłamała. 
– Zobaczę, czy masz gorączkę – powiedział, kładąc swoją dużą, ciepłą dłoń na jej czole. 
Laura spąsowiała. 
– Naprawdę czuję się dobrze. Jestem trochę zmęczona, to wszystko. 
– Chyba jednak masz gorączkę. Oczy ci się strasznie świecą i masz rumieńce jak po 

pięciokilometrowym biegu. Poszukam termometru. 

Bolała ją głowa, to fakt. Ale nic jej nie dolegało oprócz narastającej namiętności. Czyżby 

sądził, że to rodzaj choroby?

– Mógłbyś mnie zawieźć do weterynarza – miało to zabrzmieć dowcipnie. 
– Nie pozwoliłbym Henry’emu cię badać – powiedział to dość gwałtownie. 
– A to dlaczego?
– Ja sam zmieniam się, jak jestem obok ciebie. 
Ręce mi się wydłużają, zęby robią się spiczaste, staję się podobny do neandertalczyka... 
– Naprawdę? Nigdy tego nie zauważyłam. Skąd te zmiany?
– Nie widziałaś, jak Henry gapił się na ciebie, gdyśmy zawieźli Doga?
– Zachowywał się zupełnie normalnie. Był przyjazny. 
– No widzisz.. 
– A co, miał być niegrzeczny?
– Nie, miał robić to, co do niego należy – Tanner strzepnął termometr  energicznie  i 

wsunął jej do ust. 

background image

– Ale ty... – usiłowała oponować. 
– Bądź cicho. 
Poddała   się.   Z   termometrem   w   ustach   czuła   się   jeszcze   gorzej.   Może   miała   katar? 

Oznaczałoby   to   kolejne   kilkudniowe   odroczenie   jej   miłosnych   planów.   Była   stanowczo 
poirytowana. 

On natomiast wydawał się bardzo zadowolony. 
– A może ty udajesz chorą, by móc zostać jeszcze kilka dni? – zapytał z uśmiechem. – 

Nie jest to pomysł zbyt oryginalny. Jeśli będziesz grzeczna, pozwolę ci zostać i bez tego. 

– Nie wierzę – termometr niebezpiecznie wysunął jej się z ust. 
– Cicho bądź. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gorączki   nie   miała,   ale   Tanner   nadal   był   zaniepokojony   jej   błyszczącymi   oczami   i 

rumieńcami. Wpadła na pomysł, by go uspokoić. 

–   Naprawdę   nic   mi   nie   jest.   Wezmę   tylko   witaminę   C   i   aspirynę.   Nie   jestem 

przyzwyczajona  do morskiego  powietrza.  Pochodzę w końcu z prerii,  jestem genetycznie 
nieprzystosowana do oceanicznego klimatu. Potrzeba mi trochę czasu. 

– Pójdziesz wcześnie spać. Nie sprowadzałbym  tego wszystkiego  dla ciebie,  gdybym 

wiedział, że tak się zmęczysz pracą. 

– Ale to było wspaniałe! Jak pięciu Mikołajów! Tyle pięknych rzeczy! Ale, musiałeś na 

to wydać strasznie dużo pieniędzy. Ciągle o tym myślę... Pozwolisz, że co najmniej połowę ci 
zwrócę. 

–   To   są   prezenty.   Żadna   prawdziwa   kurtyzana   nie   odwzajemnia   się...   pieniędzmi   – 

uśmiechnął się. 

– Aha, więc są to prezenty kompromitujące. Jestem zgorszona! – Laura była znów w 

lepszym humorze. 

– Masz takie niewinne, niebieskie oczy. Ale chwilami, teraz na przykład lub wtedy, po tej 

herbacie   z   rumem,   wydają   się...   niezbadane.   Moja   matka   nigdy   nie   wspominała   mi   o 
kobietach takich jak ty. Mówiła tylko, że mam być dla kobiet dobry. 

– A co mówił ojciec?
Tanner zmrużył oczy i zacytował:
–  „Nie  odrzucaj   niczego,   zanim   nie   spróbujesz”.   Sądzisz,   że   miał   na   myśli   kobiety? 

Zawsze uważałem, że mówił o akcjach. Grał na giełdzie. Coś mi się wydaje, że ze mnie 
zakpił. 

– Oj, ty głuptasku!
–   Rzeczywiście,   zachowywałem   się   jak   idiota   –   popatrzył   na   nią   z   ukosa.   –   To   co, 

wyleczymy twój ból głowy?

– Niestety. Jeśli mój puls choć odrobinę wzrośnie, to czuję, że głowa mi pęknie. Nie 

wiem, czy byłby to ładny widok. 

– Masz rację. Mógłbym się głupio poczuć – kiwał głową w udanej zadumie. 
W tym momencie szosą przejechał samochód. Tanner nagle znikł, jakby się zapadł pod 

ziemię. Po prostu rozpłynął się bez śladu. Laura wstała, rozglądając się uważnie. Sprawdziła, 
czy nie ma  go w korytarzu  i gabinecie.  Ani żywego  ducha. Zaczęło  jej się robić trochę 
nieswojo. Wyobraźnia poszła w ruch. Co by było, pomyślała pół żartem, gdyby w domu 
naprawdę straszyło. Gdyby historia z rodziną była zmyślona, a Tanner okazał się jedynym jej 
żyjącym członkiem, który podstępem ściągnął tutaj... 

Nagle wyrósł przed nią, jakby spod ziemi. Laura krzyknęła, zdając sobie równocześnie 

sprawę z absurdalności swojego zachowania. Tym razem on się przestraszył. 

– Lauro? Co ci jest?
– Czy to ty, Tanner?

background image

– A kto? Co się z tobą dzieje? Widziałaś coś, co cię zaniepokoiło?
Więc było coś niepokojącego, sam się do tego przyznał. 
– Jak to zrobiłeś?
– Ale co?
– No, po prostu zniknąłeś. 
– Pobiegłem do frontowych drzwi, by zobaczyć, co to za samochód przejeżdżał. 
– Ale zrobiłeś to tak nagle i bezszelestnie! Potrafisz fruwać?
Rozbawiony trafił w sedno jej obaw:
– Sądzisz, że w tym domu straszy, a ja jestem duchem?
–   Tak   naprawdę,   to   nie   przeżyłeś   wypadku   –   podchwyciła   momentalnie.   –   Ale   nie 

chciałeś opuścić tego świata, tego domostwa... 

– Więc jestem wampirem. 
– To chyba niemożliwe. W końcu wychodzisz na słońce, czyli to odpada. Ale poważnie 

mówiąc, jak ci się udało zniknąć tak nieoczekiwanie?

Odsunął ją lekko i przebiegł obok niej. Po chwili wypadł i pobiegł do drzwi frontowych. 

Cały ten manewr wykonał po cichu. Poszła za nim. 

Stali tuż obok siebie, czując ciepło własnych ciał. 
– Sądziłam, że nie możesz biegać. 
– Wcale nie biegłem, tylko się trochę spieszyłem. 
– Czy ty naprawdę istniejesz? – zapytała. 
– Do bólu. Obserwował ją uważnie. 
– Słyszałeś kiedyś o tym Angliku, który dwieście lub trzysta lat temu założył  się, że 

przebiegnie   z   jednego   miasta   do   drugiego?   Ludzie   robili   zakłady,   czy   mu   się   uda. 
Towarzyszyły   mu   bryczki   naładowane   gapiami,   którzy  pilnowali,   żeby  nie   było   żadnego 
oszustwa. 

W pewnym momencie potknął się na równej drodze i przepadł zupełnie jak ty. Nigdy go 

nie odnaleźli. 

– Myślałaś, że mnie już nie ma?
– Przestraszyłam się. 
– Gdybym miał zniknąć, wziąłbym cię ze sobą – oplótł jej ramiona w silnym uścisku. – 

Twoja pora nadeszła, Lauro Fullerton. Bądź mężna. 

Głos miał bardzo niski. 
– Tanner... 
Pocałował ją, mocno, namiętnie. Potem złapał ją w pasie zdrowym, prawym ramieniem i 

przerzucił ją sobie przez biodro. Niósł ją tak, ale już po kilku krokach zaczął kuleć. 

– Puść mnie. Nie dasz rady. Jestem za ciężka – Laura krztusiła się ze śmiechu. 
– Dam radę. 
Szło mu nie najlepiej. 
– Nie bądź uparty. 
– Jestem sentymentalny. Chcę, byś zawsze pamiętała nasz pierwszy raz jako wyjątkowo 

romantyczny. 

background image

– Czy będziesz usiłował wdrapać się po schodach?
– zapytała z obawą. 
– Jeśli naprawdę wolisz na górze... – zawahał się. 
– Nie, nie, nie! Czy w ogóle musimy gdziekolwiek iść? W salonie jest piękny, puszysty 

dywan. 

– Nie chciałbym, by nasze wnuki plotkowały o tym, że byliśmy tak spragnieni, że nie 

dotarliśmy nawet do łóżka, jak Pan Bóg przykazał. 

– Wnuki?
– Mam zamiar się z tobą ożenić, Scarlett, kochanie. Nie mogę liczyć na to, że cię złapię  

między jednym mężem a drugim. Jeden z nich mógłby przeżyć. 

– Jestem rozwódką – zaoponowała Laura przytomnie. – I dlaczego Scarlett? Nie powiesz 

mi chyba, że czytałeś „Przeminęło z wiatrem”?

Zatrzymał się, niby to rozmyślając, a naprawdę, by złapać powietrze. 
– „Przeminęło z wiatrem”? Ależ oczywiście, że czytałem! Wszystkie kobiety wariują na 

punkcie Retta, więc postanowiłem przeczytać te tysiące stron, aby zrozumieć, czym je tak 
zniewala.  Wywnioskowałem  jedynie,  że usiłuje bez przerwy zaciągnąć  Scarlett  do łóżka. 
Sądzę, że mnie by to lepiej poszło. 

– Masz rację. Zawsze chciałam się z tobą kochać – powiedziała to niezbyt wyraźnie, bo 

ciągle znajdowała się w bardzo niewygodnej pozycji, przewieszona przez jego biodro. 

– Mogłaś szepnąć choć słówko. 
– Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy mnie pocałowałeś... na moim weselu. 
– Trochę późno. 
– Myślałam o tobie często. 
– Ja też. 
– Powinieneś mnie puścić – nalegała. – Nie jesteś jeszcze w pełni zdrów. To za duży 

wysiłek dla ciebie. 

– To nie wysiłek, tylko bliskość twojego ciała i świadomość, że niedługo będziemy się 

kochali powoduje u mnie lekką sapkę. Poza tym, zdaje się, że trochę przytyłaś... 

– Absolutnie nie! – była oburzona. 
Oparł się ramieniem o ścianę, ale wciąż ją trzymał. 
– Masz najpiękniejsze biodra na świecie. 
– Nawet nie spojrzałeś na moje biodra. Obserwowałam cię. 
– Przestudiowałem cię od stóp do głowy. Twoje biodra znam jak własną kieszeń, jeśli 

pozwolisz, że posłużę się tym banalnym porównaniem. 

– Tanner, puść mnie!
– Uraziłem cię? Większość kobiet nie miałaby nic... 
– Nie mogę dłużej czekać. 
– Tu, na podłodze? Oj, Scarlett, Scarlett. Co nasze wnuki powiedzą?
Puścił ją wreszcie. Drżał cały i gdy ją całował, łapał z trudnością powietrze. 
– Widzisz? Jesteś wycieńczony! Nie będziesz nawet miał na tyle siły, by... 
– Nic się nie martw. 

background image

– Nie chcę, byś nadwerężał zdrowie tylko po to, by mi zrobić przyjemność. 
Roześmiał się z dziecięcą radością. 
– Nie bój się, słoneczko, czuję się świetnie. No, prawie świetnie. Za chwilę poczuję się 

wspaniale. Pocałuj mnie. 

Była jednak poważnie zaniepokojona. 
– Trzęsiesz się jak w febrze. 
– To nie ze zmęczenia. To dlatego, że ciebie pragnę – głos miał trochę ochrypły, ale 

mówił z lekkim rozbawieniem. 

– Naprawdę? Tom nigdy... Nie wiedziałam. Myślałam, że... Och, Tanner. 
– Bardzo lubię takie sukienki. Chodź do mnie, kochanie. 
Sukienka była  zapinana od góry do dołu. Rozpinając ją Tanner wciągnął gwałtownie 

powietrze. Ogarnął jej nagie ciało palącym spojrzeniem. Suknia zsunęła się z ramion i opadła 
na ziemię. 

– Niech i ja ci pomogę – Laura wyciągnęła ręce. Odsunął się. Pamiętał o tym, że jeszcze 

wciąż nie widziała blizn na nogach. 

– Chodźmy tu, gdzie ciemniej – powiedział szybko. – Uważaj na moje lewe udo. Poza 

tym wszystko będzie w porządku. 

– Kocham cię. 
– Wyjdź za mnie. 
– Porozmawiamy później. 
– Lauro, ja... 
– Pocałuj mnie... 
– Musimy... 
Zamknęła mu usta pocałunkiem. Pomogła mu rozpiąć pasek spodni, zaskakując jego nie 

mniej niż siebie. Uklękła, by pomóc mu je zdjąć i nagle zobaczyła głębokie blizny, które 
wyglądały jak najczarniejsze cienie na tle białej skóry. Prawie ich nie dotykając przejechała 
ręką po jego nodze, coraz wyżej. 

– Jaki jesteś piękny. 
Serce   Tannera   zabiło   gwałtownie,   gdy   ujrzał   ją   klęczącą   przed   nim,   milimetr   po 

milimetrze odkrywającą sekrety jego ciała. 

– Lauro – wyszeptał. 
Przedtem nie myślał o tym, że nawet najbardziej miękki dywan może mu sprawić ból. 

Biorąc go za rękę zaprowadziła do łóżka, kładąc się tak, by mógł się obrócić na zdrowy, 
prawy bok. 

Było to jak wspaniała podróż. Odkrywali nie znane im dotąd krainy wspaniałych przeżyć. 

Całowali się tak, jak gdyby chcieli się pochłonąć nawzajem. Palił się w nich wewnętrzny 
płomień. Twarz Laury była mokra od łez. Nareszcie leżał w jej ramionach. 

Zamierzał być ostrożny i łagodny, ale nagła fala namiętności uniosła go wciągając i ją i 

odebrała  im resztki kontroli. Jak na szalejącym  morzu  poddali się całkowicie  żywiołowi, 
trzymając się siebie kurczowo, czekali, aż wyrzuci ich na jakiś nowy ląd jeszcze nigdy nie 
doznanych uczuć i nie zaznanej rozkoszy. 

background image

Po jakimś czasie zaspokojeni leżeli obok siebie w ciemności. Nie ruszali się, ale powoli 

zwrócili do siebie z uśmiechem. I znów minęło trochę czasu, zanim byli w stanie wziąć się za 
ręce. Przez długi czas nic nie mówili. 

– Nie śniło mi się, że tak może być – szepnął Tanner. 
– Myślałam, że jestem pod wpływem niebezpiecznego narkotyku, od którego człowiek 

się uzależnia. 

–  Nie  wiem   dokładnie   co  to  jest,  ale   z  tym   uzależnieniem   to  pewne.  Pragnę,  ciągle 

pragnę. 

– Żartujesz – zaprotestowała. – Już teraz?
– No, nie w tej chwili!
– Poczekajmy. Mamy czas. 
– Jesteś moją drugą połową – stwierdził. 
– Też miałam takie wrażenie. 
– Nie. Mam na myśli, że powinniśmy być razem. 
– Jesteś nadzwyczajny – mówiła szeptem. – Było to przeżycie trochę niesamowite. Jak 

przejście do innego wymiaru. 

– A ty jesteś tak słodka i ciepła, i bardzo kobieca. Nie spodziewałem się, że będziesz przy 

tym tak... namiętna. Jestem zaskoczony. Chciałbym mieć tyle energii, by zaraz sprawdzić, czy 
to wszystko jawa czy sen. 

– Poczekaj chwilę. 
Leniwie podniósł się na łokciu, aby się jej lepiej przyjrzeć. Uśmiechnął się patrząc jej 

głęboko w oczy i pocałował nabrzmiałe usta. 

– Mam wrażenie, że sprawiłaś dużą radość jakiemuś wyjątkowo niewyżytemu facetowi. 
– To dziwne. 
Oczy jej błyszczały gorączkowo, ale powieki opadały ze zmęczenia. 
– Można wiedzieć, kim jest ten szczęściarz?
– To taki przystojny nieznajomy, który ma to do siebie, że znika i pojawia się znienacka. 
– Co z bólem głowy? – odgarnął jej włosy z czoła. 
– Nie mam pojęcia. Rozpływam się w jakimś niesamowitym świecie kształtów i barw. 

Coś ty ze mną zrobił?

– To była mała dawka słynnego specyfiku Tannera Morana przeciwko bólom głowy. Jeśli 

jest pani zadowolona, muszę zażądać zapłaty. 

– Jakiej zapłaty?
Ocierała się głową o jego pierś i dotyk jej jedwabistych włosów nawet teraz go podniecał. 
– Już ja coś wymyślę. 
– Ale nie teraz. 
Zaśmiał się cicho i położył z powrotem na wznak, wciąż trzymając ją za rękę. 
– Spociłaś się. Prześcieradła są aż mokre. 
– Nie pocę się nigdy. 
– Ja też nie. Zawsze jestem chłodny i panuję nad każdą sytuacją. 
– Doprawdy?

background image

– No, może dzisiaj wyjątkowo byłem trochę podniecony. 
– Tylko trochę?
– Jesteś cudowna. 
– Ty też. 
– Ale nie tak jak ty. 
Przekomarzali się przez chwilę o to, kto jest wspanialszy, piękniejszy i bardziej kochany. 

Chcąc   uzgodnić,   które   z   nich   jest   bardziej   namiętne,   musieli   w   końcu   składać   dowody 
miłości. Kochali się raz jeszcze, dużo spokojniej, ale równie gorąco. Zasnęli uśmiechając się 
do siebie. 

Żadne z nich nie słyszało  samochodu, który w nocy przejechał koło domu. Ale Dog 

czuwał. 

Laurę obudził śpiew ptaków. Tanner już nie spał. Oparty na łokciu, przyglądał się jej. 

Nogi ich były splecione, jego ręka delikatnie gładziła jej brzuch. Uśmiechnął się do niej, a 
Laura odpowiedziała mu radośnie. 

– Sądzisz, że budzenie się w moim łóżku jest sprawą zabawną? Jak ci opowiem, co tu 

wczoraj ze mną wyprawiałaś, to dopiero będziesz się śmiała. 

Ale ją ogarniała coraz większa wesołość. W końcu poinformowała go:
– Na górze w mojej szafie jest sukienka z czerwonego, bardzo lekkiego jedwabiu, który 

opływa ciało jak druga skóra. Uszyłam tę sukienkę po to, by cię dzisiaj wieczorem uwieść. A 
w zamrażalniku są różne smakołyki, którymi chciałam cię wprawić w dobry humor, żebyś był 
skłonny poddać się moim żądzom. 

– Zdaje się, że wyprzedziłem bieg wypadków. 
– Niestety. 
– A więc wymażę wczorajszy wieczór ze swojej świadomości – śmiał się, zdając sobie 

sprawę z niewykonalności tej obietnicy. – Będę udawał, że wykreśliłem go z pamięci, a ty 
będziesz mnie uwodzić według swojego planu. Zgoda?

– No nie, tak nie można – zaoponowała. – A gdzie element zaskoczenia? Chyba po prostu 

o całym moim przebiegłym planie zapomnę. 

–   Nie!   Nie   rób   tego!   Chcę,   żebyś   mnie   dziś   wieczorem   zaskoczyła   prawdziwym, 

wyrachowanym uwodzeniem. Będę potulny jak baranek. 

– Ale przecież chodzi o to właśnie, byś nie był potulny – pouczyła go, udając pierwszą 

naiwną. 

– Aaa... nie wiedziałem o tym. 
–   Z   pewnością   jedną   z   najtrudniejszych   ról   w   życiu   kobiety   jest   uczenie   miłości 

mężczyzny, któremu brak doświadczenia – westchnęła. 

– To znaczy, że muszę jeszcze pobierać nauki? – zapytał ze sztuczną troską. Wiedział, że 

był dobry. 

– Masz jeszcze braki, ale są to subtelne niuanse. Z czasem dzięki mojej cierpliwości na 

pewno dojdziesz do całkiem zadowalającego poziomu. 

Obrzuciła go dość wyzywającym spojrzeniem. 
Pocałował   ją   w   sposób   bardzo   wyrachowany.   Powoli   stawał   się   coraz   bardziej 

background image

natarczywy, język wsunął między jej wargi i poszukał języka. Dłonie gorączkowo gładziły jej 
brzuch. Pochylił głowę i całował jej nabrzmiałe piersi. Oddsch Laury stawał się coraz bardziej 
urywany. 

Jego oddech też już nie był spokojny, mięśnie mu stwardniały, ręce stały się bardziej 

natarczywe, podczas gdy wargi pieszczotliwymi ukąszeniami znaczyły jej szyję. 

Z ust Laury zaczęły wydobywać się gardłowe pomruki, a ciało wiło się w oczekiwaniu. 
– Jak sobie daję radę?
–   Całkiem   dobrze.   Ale   zapominasz   o...   moich   udach.   Po   dłuższej   chwili   zapytał 

niewyraźnym głosem:

– Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałem?
– Nie sprawdziłeś jeszcze, czy wszystkie części do siebie pasują. 
– Ach tak – zmienił pozycję ich ciał. 
– O taak!
Później, ubierając się, oznajmiła, że jeśli znajdzie chwilę czasu tego wieczoru, to może 

jednak poprzedni plan da się przeprowadzić. 

Tanner okazał zainteresowanie. 
– W końcu każdemu coś może się udać, ale tylko raz lub dwa. Musimy się upewnić, czy 

osiągnąłeś   wystarczający   poziom   w   każdych   warunkach.   Bez   tego   nie   przysługuje   ci 
świadectwo dojrzałości. 

– Oczywiście. 
– Proponuję, byś się trochę przespał po południu oraz posilił ostrygami, oliwkami i... 
– Oczywiście!
– Więcej nic nie masz do powiedzenia?
–   Oniemiałem.   Jestem   kompletnie   wytrącony   z   równowagi.   W   końcu   dla   takiego 

niewinnego chłopca ze wsi, jak ja, zetknięcie z chłodną, wyrachowaną, światową kobietą jest 
twardym orzechem do zgryzienia. Muszę ochłonąć. 

– Bądź dzielny. 
– Łatwo ci mówić – pocałował ją bardzo łagodnie. – Chwała Bogu, nie czekają mnie dziś 

żadne wyczerpujące zajęcia, jak zakupy czy podlewanie kwiatków w ogrodzie. 

Zaśmiała się. 

W południe Laura zadzwoniła do biura. Telefon odebrała Jeanine. 
– Słuchaj, Perry dzwonił z Columbii. Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, że żona jego 

współpracownika chce się sama zająć urządzaniem tych domków. Powiedziała, że „będzie to 
dobra zabawa”. Pełny profesjonalizm. Nie ma rady. Czy chcesz, bym ci przysłała pocztę?

– Dziękuję. Przyślij ją na poste restante, Myrtle Beach, Południowa Karolina. 
– Poza tym powinnaś zatelefonować do matki. Wczoraj zostawiła dla ciebie wiadomość. 
– Bądź tak miła i zadzwoń w moim imieniu. Powiedz, że kontrakt w Columbii przepadł i 

że niedługo dam o sobie znać. Dzięki, Jeanine, zadzwonię jutro. Cześć. 

Gdy Laura odłożyła słuchawkę, Tanner zapytał. 
– Dlaczego poste restante?

background image

– Łatwo zapamiętać. Poza tym zauważyłam, że nie dostajesz tu poczty, więc myślałam, 

że masz ku temu swoje powody. 

– Poczta tu nie przychodzi, bo nigdy w jednym miejscu długo nie przebywam – tłumaczył 

Tanner. – Do pracy potrzebny jest mi tylko komputer i instalacja telefoniczna Jak kończę w 
jednym miejscu, ładuję wszystko do samochodu, jadę gdzie indziej i podaję nowy numer do 
ewentualnych kontaktów. 

– Cygański żywot. 
– Taka praca. 
– Cieszysz się chwilą – uśmiechnęła się. 
– I nadzieją na dzisiejszy wieczór. 
– Chyba też powinnam się trochę przespać – Laurę ogarniała coraz większa senność. 
– Jesteś  zmęczona,  królewno?  – otoczył  ją ramieniem.  – Chodź, wyjdźmy  trochę  na 

ganek. Będziesz lepiej spała. 

Na ganku wciąż siedział Dog i obserwował szosę. 
Obrócił się tylko na chwilę, gdy podeszli. Zmienili mu wodę i dołożyli trochę jedzenia do 

miski. Laura wytrzepała i złożyła jego koc. Pochyliła się nawet, by do niego zagadać. Pies 
przypatrywał jej się uważnie. 

Wyprostowała się, biorąc Tannera za rękę. Stali tak razem, patrząc na drogę, plażę i 

niespokojny   Atlantyk.   Niebo   było   pochmurne   i   nisko   zawieszone,   wiał   wilgotny, 
nieprzyjemny wiatr. Zapowiadało to falę zimnych deszczów, które miały opóźnić przyjście 
lata. 

Usiedli razem na bujanym ogrodowym fotelu, na ganku. Przyciągnął ją do siebie. Plecami 

oparła się o niego. Milczeli. 

– Może to i dobrze, że ten projekt Perry’ego nie wypalił – powiedziała Laura. – Od 

dwóch dni nic nie zrobiłam... 

– Przecież kochaliśmy się dopiero wczorajszej nocy! Dzisiaj jest pierwszy dzień, który 

marnujemy... 

–   Zmarnowany   dzień?   –   zaśmiała   się   gardłowo.   A   ja   spędziłam   dwa   dni   na   szyciu 

sukienek jak opętana i na planowaniu upojnego wieczoru. 

– To czas pożytecznie spędzony. 
– Ale oczy mi się kleją. 
– No to chodźmy do łóżka – zaproponował perfidnie. 
– Nie ma mowy!
– Nie bój się, nie mam zamiaru zniweczyć twoich planów. Idź na górę, żmijo, i czyń 

dalsze przygotowania do sławetnego wieczoru. 

Ociągając się poszła na górę. 
Przeszukała szafę i znalazła kilka marynarskich bluzek z długimi rękawami i parę spodni 

na elastycznej gumce. W szafie z bielizną pościelową odkryła drugą kołdrę. Stara, ręcznie 
robiona, mozolnie zszyta z różnych skrawków materiału. Była piękna. Właściwie, pomyślała, 
powinna   wisieć   na   ścianie,   jak   dzieło   sztuki.   Zaniosła   ją   jednak   do   swojego   pokoju   i 
rozebrawszy się do naga, nakryła się nią i zwinęła w kłębek. 

background image

Myśli Laury momentalnie wróciły do Tannera. Czym różnił się od innych mężczyzn? 

Pamiętała czasy swojego małżeństwa z Tomem i pytanie, które ją wtedy stale prześladowało: 
„Czy to wszystko, co życie ma mi do zaofiarowania?” Miała wówczas wciąż wrażenie, że to, 
co ważne, umyka jej, że czegoś jej brakuje. 

Z Tomem nigdy nie żartowała tak jak z Tannerem. I nie było między nimi tej zapierającej 

dech w piersiach namiętności. Ale dlaczego z Tannerem było tak całkiem inaczej? Dlaczego 
akurat Tanner potrafił ją tak rozbudzić?

Pragnął się z nią związać, ale na jak długo? Wspominał o wnukach. 
Leżąc w zaciemnionym pokoju, zastanawiała się, czego sama pragnie i czy to dobrze, że 

jest  z   Tannerem   całkowicie   szczera.   Zauważyła,   że   znajdował   się   na   jakimś   rozdrożu   w 
swoim życiu. Czy naprawdę chciał, by z nim została?

Musieli o tym wszystkim porozmawiać. 
Gdy w samolocie Peter wymówił jego imię i gdy dowiedziała się o wypadku, opuścił ją 

zdrowy  rozsądek.   Przyjazd   do   Myrtle   Beach,   do   mężczyzny,   którego   przecież   wcale   nie 
znała, nie był absolutnie w jej stylu. Zresztą nie tylko przyjazd, ale i decyzja pozostania. 
Nawet się nie zawahała. Może kierował nią instynkt? A może zwykły seks? I skąd te nagłe 
wątpliwości, w chwili gdy już wiedziała, jak cudowna mogła być miłość z Tannerem?

Czy chce ponownie wyjść za mąż, zakosztowawszy w ciągu ostatnich lat niezależności?
Podjęcie decyzji o rozwodzie z Tomem przyszło jej ciężko. Dziwiła się swojej odwadze. 

Ale nie mogła z nim dalej żyć. Tom był urażony rozwodem, rozgoryczony. Zemścił się, jak 
potrafił. 

Nie żałowała pieniędzy i poniosła wszystkie koszty. Wolność na pewno była tego warta. 

Pomimo wielu starań nigdy nie czuła się z Tomem swobodnie. Nie zżyli się ze sobą, nie stali 
przyjaciółmi. Najwyżej znajomymi. Tom nigdy jej nie zadowolił. Nie przeżyła dotąd czegoś 
tak wstrząsającego, jak wczorajszej nocy. 

Czy jej zachowanie wynikało z tego, że teraz jest bardziej dojrzała? A może to wiek? W 

końcu przekroczyła już trzydziestkę. Jeśli chciała mieć dzieci, musiała i o tym pomyśleć. 

Kochała   go,   tego   jednego   była   pewna.   Chciała,   żeby   był   szczęśliwy.   Ale   czy   miała 

ryzykować kolejne małżeństwo? Może lepiej było po prostu żyć z Tannerem, zachować swoją 
niezależność i poczekać, aż minie ten pierwszy okres wzajemnej fascynacji?

Na te pytania nie była w stanie sobie odpowiedzieć. Stanowczo musieli się rozmówić. 
Ale to nie perspektywa rozmowy wywołała słodki uśmiech, gdy zasypiała, lecz myśl o 

Tannerze, jej wielkiej miłości. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Rano, po obudzeniu się, Laura wzięła kąpiel. Nagie ciało natarła lekko perfumami Chanel 

Nr 5, paznokcie u rąk i nóg pomalowała na jaskrawy, czerwony kolor. Włożyła malutkie 
koronkowe majteczki  i cudownie prowokującą, czerwoną, jedwabną sukienkę. Podkreśliła 
dość mocno oczy i pomalowała usta czerwoną szminką. Błyszczące włosy opadały jej na 
ramiona, w uszach mieniły się długie, trochę tandetne, ale bardzo efektowne kolczyki. Nie 
miała odpowiednich butów. Postanowiła więc pójść boso. Była gotowa. 

Stare schody skrzypiały pod jej stopami, zapowiadając jej przyjście i Tanner już na nią 

czekał. 

I on się wystroił. Był w garniturze i... w muszce. Zwichrzone włosy niezbyt dały się 

ułożyć,   ale   jego   wysiłki   w   tym   kierunku   były   widoczne   Więc   tak   wyglądała   próba 
wystylizowania się na niewinnego chłopaka ze wsi? Laura roześmiała się głośno. 

Nie zareagował. Stał poważny i nie odrywał od niej oczu ani na chwilę. Rozkoszując się 

jego zdumionym wzrokiem, Laura schodziła po schodach bardzo powoli, podkreślając każdy 
ruch. 

– Niech mnie bogi mają w opiece! Roześmiała się zachwycona jego reakcją. 
– Czy to właśnie jest to cudo, które szyłaś dla mnie przez dwa dni?
– Tak. 
– Poddaję się. 
Popatrzyła na niego, groźnie marszcząc brwi. 
– To naprawdę irytujące. Udowodnij, że jesteś mężczyzną. 
Sięgnął do muszki, wciąż w nią wpatrzony, i nagle zaczął się rozbierać. 
– Przestań! Miałam na myśli, że powinieneś okazać trochę więcej charakteru!
– Wszystko z powodu tej sukienki. Bose nogi też swoje robią. Kombinacja tych dwóch 

rzeczy   ma   takie   erotyczne   działanie,   jakiego   w  życiu   nie   doświadczyłem!   Wyglądasz   na 
rozpustnicę!

W jego niebieskich oczach zapaliły się iskierki. Gdy znalazła się na ostatnim stopniu, 

podbiegł i wyciągnął do niej ramiona. Ich usta były prawie na równym poziomie. 

– Całą szminkę mi zmażesz! – usiłowała się uwolnić. Ale szminka nie przeszkodziła mu, 

zmazał ją gruntownie. Wydawał przy tym niskie, gardłowe dźwięki. Gdy w końcu ją puścił, 
obejrzał raz jeszcze od stóp do głowy. 

Laura ruszyła w stronę kuchni. Zauważyła, że spogląda na nią, więc przystanęła i rzuciła 

mu zalotne spojrzenie przez ramię. Tanner oparł się o ścianę, przesadnym gestem złapał za 
głowę, rozśmieszając ją znowu. 

Przypomniał   się   jej   kobiecy   śmiech,   który   usłyszała   pierwszej   nocy.   Miała   dziwne 

wrażenie, że teraz zaśmiała się podobnie. Gdy przyszedł za nią do kuchni, zapytała:

– Czy w pierwszą noc mojego tutaj pobytu była w domu jakaś kobieta?
– Dlaczego pytasz?
Zastanowiło ją, że nie zaprzeczył. 

background image

– Wydawało mi się, że słyszałam śmiech. 
– Taki przyjemny, trochę rozpustny. Obróciła się zdziwiona. 
– To znaczy, że błąka się tu jakiś kobiecy duch?
– Nie wiem dokładnie, kto to jest, albo raczej był. Inaczej niż śmiechem nie objawia 

swojej obecności. U mężczyzn ten śmiech wywołuje podniecenie, u kobiet raczej irytację. 
Wczoraj śmiałaś się bardzo podobnie. 

– Nie przypominam sobie, bym miała dużo czasu na śmiech. 
– Teraz zresztą, schodząc po schodach, też tak się śmiałaś. Zrozumiałem, że każdy opór z 

mojej strony jest bezsensowny. Taki śmiech każdego mężczyznę może pozbawić opanowania. 
Nie wiem, czy zdążymy zjeść kolację. 

– Wiesz przecież, że to ma nie być kolacja, tylko eleganckie śniadanie. 
Otworzyła lodówkę. Stały tam też miseczki, obłożone lodem, z różowymi krewetkami, w 

głębi zauważyła zrobiony specjalnie do nich sos. 

– Przygotowałeś przystawkę!
– Nie mogłem usiedzieć w miejscu – zwilżył usta językiem. 
Spojrzała na niego spod na wpół przymkniętych powiek i parodiując namiętny gardłowy 

głos wyszeptała:

– Coś takiego pozbawia mnie resztek rozumu. Podszedł do niej bliżej. Widać było, że jest 

napięty jak sprinter przed startem. 

– Za bardzo się wiercisz – powiedział ostrzegawczym tonem. 
– To wina sukienki. 
Zachwyconym wzrokiem obejmował jej postać, odczuwał przemożną chęć dotknięcia jej. 

Objął ją i przyciągnął blisko do siebie. 

Niewinnie podniosła na niego oczy:
– Kto tu właściwie kogo uwodzi, hmm?
– Wcale cię nie uwodzę! Staram się być czuły i przyjacielski!
–   Nawet   za   bardzo.   Masz   się   zachowywać   grzecznie,   ale   z   dystansem.   Możesz   mi 

pomagać   przy   nakrywaniu   do   stołu,   a   przede   wszystkim   nie   powinieneś   niczego   się 
spodziewać. Przyznasz, że nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem. 

– Żartujesz sobie ze mnie! To tylko dzięki żelaznej woli nie rzuciłem się na ciebie już na 

schodach!

Demonstrując swoje oburzenie, nabrał głęboko powietrza, podczas gdy ona podała mu 

półmisek. 

– Postaw to, proszę, na stole. 
– Hmm? – nie bardzo kojarzył. 
– Mówię przecież – westchnęła. – Nie jesteś żadnym przeciwnikiem. 
– Aha, więc przeciwnika ci się zachciało? No to, droga moja pani, i nie mówię tego 

bynajmniej ironicznie, będę usiłował cię usatysfakcjonować. 

Wyniósł półmisek do pokoju i więcej nie wrócił. 
Czekała  jeszcze chwilę,  ale nie pojawił  się. Zaniosła  więc talerzyki  z przystawką  do 

jadalni. Tanner siedział na swoim miejscu, z rękami grzecznie złożonymi przed sobą. Na jej 

background image

widok wstał i podsunął jej krzesło, po czym ponownie usiadł. Rozłożył serwetkę na kolanach 
mówiąc:

– Świnie w tym roku bardzo udane. Pełno małych prosiaczków i tucznych, zdrowych 

świniaków. Będzie dobry rok. 

Laura zrozumiała, że zaczęła się gra i powinna uzbroić się w cierpliwość. 
– Pole jednak bardzo zachwaszczone. Huk roboty przede mną. Gdy się czegoś na czas nie 

zrobi, to później trzeba cierpieć. 

Postanowiła się zrewanżować:
– Słyszałam, że istnieje nowa, bardziej nowoczesna metoda uprawy ziemi. Nie orze się, a 

tylko sieje. Robi się po prostu dziury w zarośniętym polu i sypie ziarno. 

– Ale te baby dziś rezolutne! Co jedna, to mądrzejsza. Lepiej było za czasów, gdy nie 

umiały czytać i pisać. 

Oczy Laury mimo woli błysnęły. 
– A jak tam, gospodarzu, u was z koszeniem i młóceniem?
– Nie najgorzej. A wy, gospodyni, potraficie studnię wyczyścić? I strzechę naprawić?
Laura nie wytrzymała:
– Słuchaj! Nie chodziło mi o rywalizację na tym polu. Nie o siłę mych mięśni, lecz o 

moją kobiecość. 

– Aha. 
Tanner zasępił się. Potem napił się łyk wina, odetchnął głęboko i zapytał:
– To co, stary, jak sądzisz, czy w tym roku szczęście będzie dopisywało Chicagowskim 

Niedźwiedziom?

– Kibicuję Czerwonym Skarpetom z Bostonu. To u nas rodzinne. 
Zaskoczyło go to. 
– Na miłość boską, dlaczego? Nie potrafią rzucić piłki, a złapać ją udaje im się tylko za 

pomocą kosza na śmieci i na domiar złego biegają jak kaczki. Kompletne dno. 

Odłożyła widelec. 
– Z kibiców Czerwonych Skarpet się nie żartuje – poinformowała go surowo. 
– To coś nowego. A piwo lubisz?
– Nie znoszę nawet zapachu. Skinął głową ze zrozumieniem. 
– Zresztą – ciągnęła Laura – jest to smak, do którego trzeba się przyzwyczaić. 
– Zupełnie tak, jak do smaku ostryg i oliwek – podchwycił. – A na nartach jeździsz?
– Tak, zdarza mi się, ale nie można powiedzieć, że jestem wielką narciarką. Brak mi 

wprawy. Dlatego też nigdy nie lubiłam sportów zespołowych. Bałam się, że przeszkadzam 
innym. 

– Znam dziedzinę, w której okazałaś się bardzo dobrą partnerką. 
– Sza!
Wyraźnie traciła cierpliwość. 
– Grę należy prowadzić powoli, stopniowo i dyskretnie. 
– Rozumiem. 
–   Powiedz,   czym   ty   się   właściwie   zajmujesz?   Dlaczego   odgłos   przejeżdżającego 

background image

samochodu powoduje, że znikasz i pojawiasz się w sposób bardzo tajemniczy?

Spoważniał. 
– W życiu trzeba być czujnym. Trochę mnie zaalarmowało to, że słyszałaś najpierw jeden 

samochód, a potem drugi. Zadzwoniłem do mojego szefa, aby dowiedzieć się, czy któryś z 
naszych   „klientów”   nie   knuje   przypadkiem   zemsty.   Sprawdzają.   Dog   nie   reaguje   na 
samochód,   więc   nie   może   to   być   jego   właściciel.   Na   wszelki   wypadek   prosiłem   Milo, 
tutejszego szeryfa, żeby miał oczy otwarte. 

– Istnieje więc niebezpieczeństwo? Ktoś czegoś od ciebie chce? – Laura wyprostowała 

się, gotowa stanąć w jego obronie. 

Reakcja ta zachwyciła Tannera. 
– Niebezpieczeństwa na razie nie ma. Ale trzeba uważać. Prawdopodobnie ktoś po prostu 

zwiedza okolice. Niedługo się wszystkiego dowiemy. 

– Mówiąc to masz na myśli tych, którzy zostali przyłapani na gorącym uczynku i teraz 

chcą się zemścić? – zapytała ostrożnie. 

– Nie można tego wykluczyć. 
–   Ale   na   czym   dokładnie   polega   twoja   praca?   Mówiłeś,   że   masz   coś   wspólnego   ze 

ściganiem przestępstw gospodarczych. 

– To dość skomplikowane. Coraz rzadziej angażuję się fizycznie, a już szczególnie od 

chwili wypadku. Brak mi tej sprawności co dawniej. Moja praca polega teraz głównie na 
kontrolowaniu baz wszystkich danych wielkich sieci komputerowych. Zajmuję się ściganiem 
tak   zwanych   włamywaczy   komputerowych.   Poszukuję   więc   tych,   którzy   posługują   się 
komputerami do celów nielegalnych. Usiłuję znaleźć ślady ich działalności... – zawahał się, 
jakby szukał odpowiednich słów – w plikach różnych baz danych... Muszę posługiwać się 
terminami fachowymi, bo inaczej nie umiem ci wyjaśnić tego, co robię. 

Jest wiele powodów, dla których niepowołani ludzie chcą mieć wgląd w tak zwane pliki 

komputerowe. Mogą się w ten sposób dowiedzieć, gdzie i kto inwestuje, w jakiej dziedzinie, 
kto sprzedaje, a kto kupuje akcje, i jakie akcje. Mogą się dostać nawet do plików bardzo 
osobistych danych. Sprawdzamy to wszystko skrupulatnie. Kontrolujemy też sieci bankowe, 
aby nie dopuścić do prania brudnych pieniędzy. 

Jak widzisz, moja praca jest cząstką szeroko zakrojonego programu do walki z tego typu 

przestępstwami.   W   tym   wszystkim   ja   sam   jestem   raczej   mało   ważny.   To,   co   robię,   jest 
podobno żmudne i wymaga cierpliwości. Mnie jednak to fascynuje, jest jak gra w szachy. 
Przestępca, którego szukam, jest inteligentny,  a ja muszę być  jeszcze inteligentniejszy od 
niego. 

Pracujemy   w   zespole.   Porównujemy   i   konsultujemy   wyniki.   W   tej   chwili   usiłujemy 

opracować   taki   system,   żeby   ściśle   tajne   pliki   komputerowe   były   naprawdę   niedostępne. 
Staramy się zlikwidować możliwość włamań do komputera. Przestępcy tego typu są takimi 
samymi kryminalistami jak wszyscy inni. Każdy, kto drugich oszukuje, ma w sobie jakąś 
poważną skazę, która mogłaby spowodować, oczywiście w odpowiednich warunkach, że taki 
ktoś staje się zagrożeniem dla całego kraju. A to najgorszy rodzaj przestępstwa. 

Poruszył się na krześle i uśmiechnął trochę zakłopotany. 

background image

– Wybacz. Chyba dałem się ponieść mojej pasji... 
– Cenię twoje szlachetne motywacje – powiedziała bardzo poważnie. 
–   Nie   znoszę   oszustów.   I   to   nie   tylko   tych   z   wypchanymi   portfelami.   Nienawidzę 

facetów,   którzy   sądzą,   że   prawo   obowiązuje   wszystkich,   tylko   nie   ich,   że   wolno   im   na 
przykład jeździć z niedozwoloną prędkością albo w jakiś inny sposób narażać drugich. Tacy 
najczęściej mają pretensję do policji za wlepione im mandaty albo dziwią się, gdy ich własne 
dzieci oszukują w szkole. 

– Jak się w ogóle w to zaangażowałeś?
Rozłożył dłonie w geście bezradności. 
– Wróciłem z Wietnamu mocno zdezorientowany tym, co się dzieje na świecie. Była to 

głupia i krwawa wojna. Ameryka  nie miała tam czego szukać. Wszystko było  absolutnie 
bezsensowne, nie było wiadomo, przeciwko komu walczymy. Wojsko nie było wojskiem, nie 
było   mundurów   ani   frontów.   Tylko   chaos.   Dziwna   sytuacja,   w   której   ludzie   szybko   się 
starzeli, o ile udało im się przeżyć. 

Myślałem wtedy, że aby uporać się z problemami, które zagrażają ludzkości, trzeba świat 

zorganizować   na   nowo,   na   zasadach   łatwiejszych   do   ustalenia.   Sądziłem   też,   że   pewne 
sprawy trzeba lepiej zdefiniować. A potem pojawiły się komputery PC, dostępne każdemu. 
Otworzyły   one   drogę   do   prawie   błyskawicznej   komunikacji.   Potencjał   komunikacji 
komputerowej   i   możliwości   zbierania   oraz   przechowywania   informacji   są   prawie 
nieograniczone. To trochę jak z mózgiem. Ciągle jeszcze za mało wiemy,  jak nasz mózg 
funkcjonuje i jak się posługiwać jego nie wykorzystanym potencjałem. Z komputerami jest 
podobnie. 

Byłem   jednym   z   pierwszych,   którzy   zajmowali   się   poszukiwaniem   intruzów   i 

włamywaczy komputerowych. Było to akurat wtedy, kiedy stworzono tak zwane modemy. 
Modem – nie wiem,  czy wiesz – umożliwia  komunikację między jednym  komputerem  a 
drugim za pomocą telefonu. Wielu  ludzi się tym  interesowało.  Bardzo szybko  pojęli, jak 
wielka jest siła modemu, ale posługiwanie się nim wymagało czasu i wysiłku. Uczyłem się 
też od chłopców piętnasto lub szesnastoletnich, którzy mieli dużo wolnego czasu i niebywały 
talent komputerowy. W niedługim czasie ci chłopcy dorośli. Wielu z nich zajmuje się teraz 
innymi sprawami, ale została grupka, która wciąż interesuje się wykrywaniem intruzów... 

Tanner mówił długo. Byli już przy drugiej butelce wina. Gdy zamilkł, uśmiechnęli się do 

siebie. 

– A ty czym się kierujesz w życiu? – zapytał. 
– Tobą. 
– Niezły początek – odparł cicho. 
– Jestem szczęśliwa, że znam ciebie. 
– I ja odczuwam coś podobnego. 
– Wiatr jest coraz silniejszy i robi się coraz zimniej. Nie sądzisz, że Doga trzeba zabrać 

do środka?

–   Nie   wierzę!   Czyżbyś   przełamała,   Lauro   Fullerton,   swój   sceptycyzm   wobec 

czworonogów i zdecydowała się go przygarnąć? Przekażę mu zaproszenie. 

background image

Dog wahał się. Zszedł po schedach i długo patrzył na drogę. Potem wrócił do Tannera i 

łasił się do niego, jednak nie chciał wejść. Dawał do zrozumienia, że zaproszenie przyjmuje, 
ale musi dalej trwać na posterunku. 

Tanner poszedł do piwnicy i przyniósł solidne pudło tekturowe, w którym przywieziono 

próbki materiałów dla Laury. Wyniósł pudło na ganek i ciepło wymościł. 

Laura z rozczuleniem obserwowała po raz kolejny jego troskę o psa. 
– Jest naprawdę zimno – stwierdził. – Przejdę się po domu i zamknę okna. Proponuję, 

byśmy przenieśli się do biblioteki, tam można rozpalić w kominku. 

Laura sprzątnęła ze stołu. Gdy weszła do biblioteki, na kominku trzaskał już ogień, przed 

którym   Tanner   skonstruował   prawdziwe   gniazdo,   składające   się   z   materaców,   pluszowej 
narzuty i poduszek pozbieranych z całego domu. 

Zdjął   marynarkę   i   muszkę,   rozpiął   górne   guziki   u   koszuli,   na   końcu   zsunął   buty   i 

wyciągnął się z pomrukiem zadowolenia. 

– Gdzie mój harem? – zapytał, nalewając wino do kieliszków. 
– Musimy mieć muzykę. 
– Będę nucił – zaproponował. 
– Romantyczną, cichą muzykę. Nie masz radia?
– Jesteś bardzo wymagająca. 
Ale wyszedł do samochodu i po chwili wrócił z magnetofonem kasetowym i kilkoma 

taśmami. Włosy i koszula były trochę mokre od deszczu, który już mżył. 

Usiadł obok Laury i pocałował ją. 
– Potrzebujesz czegoś jeszcze? Lepiej powiedz teraz. 
– Nie, zdaje mi się, że wszystko mamy pod ręką – uśmiechnęła się. 
– Na serio?
– Hmm – pocałowała go. 
– Aaaa. Nareszcie. 
Laura zebrała kilka poduszek i położyła się na boku, Tanner wyciągnął się obok i położył 

głowę na jej udach. 

– Kto był twoją pierwszą miłością? – zapytała. – Ty. 
– Czy to odpowiedź grzecznościowa?
–   Nie   wiedziałem,   co   to   miłość,   zanim   ciebie   nie   poznałem.   To   ty   właśnie   moje 

studenckie noce zamieniłaś w jakiś nie kończący się obłęd. Było gorzej niż na wojnie. W 
Wietnamie po prostu się bałem. A myśląc o tobie – traciłem wszelką nadzieję. 

– Dlaczego nigdy nie zaproponowałeś mi spotkania?
– Chodziłaś z Mike’em. A gdy dowiedziałem się, że rozstaliście się, byłaś już zaręczona z 

Tomem. Poza tym nawet mnie nie zauważałaś. 

– Oj, to nieprawda. 
– Pocałuj mnie. 
– Teraz ja tu rozkazuję. Powiem ci, jak przyjdzie na to czas – skarciła go. 
– Teraz ty?
– Tak. 

background image

– Doprowadzasz mnie do szaleństwa. 
– Nie wiem dokładnie, jak nazwać to, co ty ze mną wyprawiasz, ale boję się tego. Chwała 

Bogu, jesteś wolny. A może jest jakaś kobieta w twoim życiu?

– Jest. Ty. 
– Och, Tanner. 
Obróciła się i oparła o jego pierś, zanim go pocałowała. Podniosła głowę, by nabrać tchu, 

lecz on objął ją i nie chciał już puścić. 

– Twoja rana... Nie robię ci krzywdy? – spytała niewyraźnie. 
– Zabijasz mnie. 
Ciągle nie chciał jej oswobodzić. 
– Paraliżujesz mnie – powiedział i gestem sprecyzował, co miał na myśli. 
Udała zawstydzoną. 
– Jesteśmy tacy różni. Jestem miękka jak woda, a ty twardy jak skała. 
Gładził z rozkoszą jej ciało, opięte cieniutkim czerwonym jedwabiem. 
– Naprawdę dla mnie uszyłaś tę sukienkę?
– Chciałam cię zdobyć. 
– Jest wspaniała. 
– Cieszy mnie, że ci się podoba. Jedwab ciężko się szyje, przelewa się przez palce i 

wymyka z rąk. 

– Zupełnie tak samo jak ty. Zdejmij mi koszulę. Chcę, byś była bliżej. 
Oczy mu błyszczały, a jego ręce paliły jak ogień. 
– Dotknij mnie – rozkazał. 
Odgarnęła zmierzwione włosy z jego czoła, ale w nim narastała niecierpliwość. Pochyliła 

się nad nim i pocałowała go miękko, lecz on całował ją jak człowiek umierający z pragnienia, 
któremu nareszcie podano wodę. Uwolniła się na chwilę od jego ust. 

– Nie tak szybko – szepnęła. 
Leżała na wznak, a on nachylił się nad nią i pocałował ją raz jeszcze na swój sposób, aż 

Laura się roześmiała. 

– Co w tym śmiesznego?
– Widzę, że nie jesteś tak niewinny, jak udawałeś. 
– No tak. Posłużyłem się starym, wypróbowanym trickiem. Zdejmij mi koszulę, proszę 

po raz drugi. 

– Czy wyglądam na kamerdynera?
– Na kamerdynera przyjąłbym cię od razu. 
– Trzeba zacząć od rozpięcia guzików? Czy można ją ściągnąć przez głowę?
– Rozpocznij od guzików – zaproponował. 
– Są zapięte na odwrót. Co za głupi pomysł. 
– Przyzwyczaiłem się. Ale radzisz sobie całkiem dobrze. Przyjmuję cię na kamerdynera. 
– Pasek również zapina się na odwrót. Trzeba z tym będzie zrobić porządek. 
– Mógłbym chodzić nago. 
– Świetny pomysł. Ale wtedy kamerdyner będzie ci niepotrzebny. 

background image

– Jest tu tyle innych zajęć dla ciebie. 
–   Przepraszam,   ale   okien   nie   myję...   –   zamknął   jej   usta   pocałunkiem.   Szeroka   pierś 

przylgnęła do jej ciała. Ocierał się o nią mrucząc z rozkoszy. Gorący oddech palił jej twarz, a 
jego ręce gwałtownie ściskały biodra. 

Laura   zgubiła   już   jeden”   kolczyk,   a   jej   długie   włosy  rozrzucone   były   w  czarującym 

nieładzie.  Oczy miała  na wpół przymknięte,  usta nabrzmiałe  w oczekiwaniu  na następny 
pocałunek.   Jej   ruchy   stawały   się   coraz   bardziej   leniwe,   jego   zaś   były   coraz   szybsze, 
gwałtowniejsze. Gdy poruszał jej ciałem, czuła się tak, jakby była z gumy. 

Zaczęła się powoli poruszać wraz z nim, a on drżał coraz mocniej. Zsunął sukienkę z jej 

ramion i piersi, by móc lepiej ją widzieć w świetle ognia. 

– Jesteś piękna... 
– Ach, Tanner... 
Mówili coraz bardziej urywanymi zdaniami, chcąc usłyszeć siebie, choć nie mieli w tej 

chwili już nic do powiedzenia. Trwając tak, nagle znaleźli się niebezpiecznie blisko momentu 
spełnienia, a ich usta wyrzucały coraz bardziej nieopanowane słowa rozkoszy, splecione uda 
trwały w rytmicznym tańcu, palce gorączkowo czegoś szukały. Przylgnęli twarzą do twarzy... 

Sukienka, już dawno porzucona, mieniła się czerwienią prawie tak jaskrawą jak ogień w 

kominku.  Leżeli  nadzy,  a ich  ciała  zwarły się w coraz gwałtowniejszej  potrzebie.  Ruchy 
stawały się coraz bardziej naglące, dłonie napięte. 

Tanner doprowadził w końcu ich miłość do paroksyzmu, wynosząc ją na szczyt rozkoszy 

i zapamiętania. 

Wciąż oszołomieni miłością leżeli blisko siebie, zupełnie wycieńczeni. Poruszył się, by 

objąć ją ramieniem, boleśnie opierając się na jeszcze nie wygojonych ranach. Przytulił ją i 
przylgnął do niej na chwilę. Potem odsunął się i nie bacząc na jej nieśmiałe pomruki protestu 
położył się na wznak, drżąc z upływu sił. 

Po chwili  odpoczynku  lekko podniósł się i oparł  na łokciu,  aby móc  na nią patrzeć. 

Pocałował ją, wciąż oddychając nierówno. Krople potu spływały mu po twarzy, trzęsącą się 
ręką odgarnął jej włosy. 

– Byłeś wspaniały – uśmiechnęła się sennie. 
– Ty też. Byłaś piękna. 
– Zróbmy to jeszcze raz – powiedziała tonem rozkapryszorej dziewczynki. 
– Dobrze. W każdej chwili. Ale w przyszłym tygodniu. 
– Dopiero w przyszłym tygodniu?
– Może do tego czasu wrócę do siebie. 
– Właściwie nie dałeś mi żadnej szansy – zaśmiała się. 
– To prawda. Ale o jakiej szansie myślisz?
– C moich wielkich planach uwiedzenia ciebie! Tyle się napracowałam szyjąc sukienkę i 

przygotowując miłosny poczęstunek, a ty nie dałeś mi możliwości sprawdzenia, czy miałam 
rację. 

– Dam ci ją następnym razem. W ogóle nie zareaguję. Będziesz panowała nad sytuacją w 

stu procentach. Będę nucił coś pod nosem i wyglądał przez okno. 

background image

Całował delikatnie jej oczy, policzki, szyję, choć nie chciał jej ust, gdy w oczekiwaniu 

zwróciła do niego twarz. 

– Będę mogła użyć wszystkich podstępnych, kobiecych sztuczek?
– Obiecuję ci to. 
Podniosła się i pchnęła go lekko, tak że leżał znów na wznak. Uśmiechnął się, a w jej 

oczach zapaliły się niebezpieczne światełka. 

– Lauro – zaoponował Tanner. 
– Bądź cicho. 
– Kochanie, są chwile, w których mężczyzna musi odpocząć. Połóż się spokojnie koło 

mnie... 

Zupełnie nie słuchała tego, co mówi. 
– Uważaj, to boli – syknął lekko. 
– Ale przecież kilka chwil temu sam położyłeś  tam moją rękę. Dlaczego wtedy było 

dobrze, a teraz nie jest?

– Co by było, gdybyśmy się trochę przespali? – Tanner był nieubłagany. 
– Twoje zainteresowanie dość łatwo się wyczerpuje. Poruszyła głową tak, by jej włosy 

łaskotały go w pierś. 

– O zainteresowaniu pogadamy za tydzień lub może dopiero za dwa. Ale tygrysica z 

ciebie. W wojsku ostrzegali mnie przed takimi, jak ty. Mówili, że są kobiety, które rujnują 
młodych, niewinnych chłopców dla własnej przyjemności. 

– Pocałuj mnie. 
– Najwyżej mogę ci podać rękę. 
Zaśmiała się, kładąc obok niego na wznak. Leżąc trzymali się za ręce. 
– W najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że kiedyś będą na tyle szczęśliwy, by cię 

odnaleźć i kochać. Może ja śnię?

– Może śnimy oboje?
– Czy było ci dobrze? Jesteś zadowolona?
– Jesteś fantastyczny. Nie wiedziałam, że miłość może tak właśnie wyglądać. Byłam dwa 

lata mężatką, ale tak jak z tobą nie było nigdy. Jesteś cudowny. 

I znów nie mogli się pogodzić, które z nich jest lepsze w miłości. Wciąż nadzy leżeli w 

cieple kominka, dotykając się, głaszcząc, przekomarzając. 

Długo potem kochali się jeszcze raz, łagodniej i spokojniej. W końcu zasnęli. Ogień w 

kominku przygasł. 

Dźwięk alarmu zerwał Tannera na równe nogi. W okamgnieniu był już w gabinecie. 
Laura pogrążona w półśnie, wyczuła jego napięcie i obudziła się. Trwała w oczekiwaniu. 

Wreszcie   usłyszała   dziwny   szum   i   dwa   charakterystyczne   piski   komputerowe.   Po   nich 
nastąpiła cisza. 

Wstała, narzuciła szybko sukienkę i wyszła d^ ciemnego przedpokoju. Z gabinetu sączyło 

się słabe światło. 

– Co się stało?

background image

Tanner wyjmował jakieś części ze swojego komputera i wrzucał je do koszyka, w którym 

już był filtr i zagłuszacz. Nie patrząc na nią powiedział sucho:

– Wyjeżdżamy.  Weź ubranie  na  zmianę  i wszystkie  ważne  papiery.  Prawdopodobnie 

będziemy dość odcięci od świata. Zabierz wszystko, co ci jest niezbędne. Resztę zostaw. 

– Co ty robisz?
– To są karty z rozszerzoną pamięcią, które muszę wziąć. Pospiesz się!
– Tanner... 
– Wszystko wytłumaczę później. Szybko! Nie ma chwili do stracenia!

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Wciąż wiał silny, dość chłodny wiatr i padał deszcz. Laura zastanowiła się, idąc na górę, 

która mogła być godzina. Musiało być grubo po północy. W swoim pokoju zdjęła czerwoną 
sukienkę i włożyła wytarty bawełniany dres, znaleziony w szafie dla gości. Rozglądała się 
myśląc, co jej będzie potrzebne. Bieliznę i szczotkę do zębów od razu pospiesznie wrzuciła 
do torebki. 

Co jeszcze? Sandały, parę butów na płaskim obcasie, dwie bluzy marynarskie i spodnie 

na elastycznej gumce, które sobie przygotowała na wypadek chłodniejszej pogody. Związała 
to wszystko w dużej chuście, która miała zastąpić walizkę. 

Wybiegając   z   pokoju   chwyciła   jeszcze   płaszcz   i   torebkę.   W   szafie   zostawiła   dwie 

garsonki, kilka bluzek i buty na wysokim obcasie. 

Znalazłszy   się   w   pokoju,   o   którym   już   przyzwyczaiła   się   myśleć   jako   o   „swojej 

pracowni”, zaczerpnęła głęboko powietrza. Serce jej się krajało na myśl, że musi zostawić 
wszystkie te skarby ofiarowane jej przez Tannera. Wzięła tylko notatnik, kilka ołówków, 
kredki i szkicownik. Papier pakowy pozostał w kącie. Zanim zamknęła drzwi, przyjrzała się 
raz   jeszcze   swemu   straconemu   królestwu   przepysznych   materiałów   i   barw.   Pobiegła   do 
gabinetu. 

Tannera   nie   było.   Zastała   go   w   kuchni,   gdzie   pakował   owoce   do   torby.   Był   ubrany 

podobnie jak ona. Kosz z częściami komputerowymi stał obok na podłodze. Włożył do niego 
torbę   z   owocami,   z   nerwowym   uśmiechem   wziął   od   niej   tobołek   z   ubraniem   i   niedbale 
położył go na wierzch. Wyglądało na to, że w koszu mieści się tylko brudna bielizna. 

– Dlaczego to wszystko robimy? – zapytała. 
– Samochody, które słyszałaś, wzbudziły nie tylko moje podejrzenia. Ponieważ wciąż nie 

wiadomo, czy mój wypadek nie był przez kogoś zaplanowany, trzeba być ostrożnym. 

– Czy to znaczy, że... ktoś cię ściga

7

– Chodzi tylko o to, by być ostrożnym – powtórzył. 
– A co będzie z Dogiem? – zapytała z nagłą troską. 
– Zadzwonię do Henry’ego jutro rano i poproszę, by wziął Doga do siebie. Na razie 

wystarczy mu żarcia i wody, a w pudle nie będzie mu zimno. 

Pies już stał przy samochodzie. Wskoczył jako pierwszy, gdy Tanner otworzył drzwi. 
– Wie, że wyjeżdżamy – Laura spojrzała na psa. Był całkiem spokojny. 
– Psy są mądre – zgodził się Tanner. – Jedźmy. 
– Dokąd?
– Jest kilka planów alternatywnych. Mamy się kierować planem. 
–   Czy   to   wszystko   jest   naprawdę   potrzebne?   –   zapytała,   nie   mogąc   zrozumieć 

konieczności tak nagłego wyjazdu. 

– Prawdopodobnie nie. 
– Dlaczego więc musimy uciekać w środku nocy? – popatrzyła na zegarek. – O godzinie 

trzeciej nad ranem jechać Bóg wie gdzie!

background image

–   Muszę   nawiązać   kilka   kontaktów   przy   pomocy   radia   CB.   Dostanę   zakodowane 

informacje   i   nie   wolno   mi   niczego   przegapić.   Przepraszam,   ale   nie   mogę   teraz   z   tobą 
rozmawiać. Wszystko opowiem ci później. 

Tanner w kilka minut później otrzymał przez radio jakieś informacje, zanotował kilka 

cyfr i numerów. Po przejechaniu około 20 mil zjechał na bok i błysnął światłami. Po chwili 
od tyłu podjechał do nich chevrolet. 

–   Poczekaj   tu,   aż   sprawdzę,   czy   wszystko   jest   w   porządku   –   Dowiedział   do   Laury 

rozkazująco. 

Wysiadł   ostrożnie   i   stanął   przy   drzwiach   samochodu.   To   samo   uczynił   człowiek   z 

chevroleta. Podeszli do siebie i zamienili jakieś cyfry i numery. Gdy Tanner wrócił, nachylił 
się do Laury i powiedział:

– Wszystko w porządku. Idziemy. 
Laurę   uderzyła   nierealność   całej   sytuacji.   Musiała   mocno   wziąć   się   w   garść,   by  nie 

wybuchnąć histerycznym chichotem. Wysiadła z samochodu na deszcz, Dog wyskoczył za 
nią.   Mężczyzna   z   chevroleta   przytrzymał   jej   przednie   drzwi,   a   pies,  znów   nie   proszony, 
wskoczył na tylne siedzenie. 

– Zaopiekuj się moim nowym porsche’em – nakazał Tanner nieznajomemu. 
– Z przyjemnością – odparł. – Uważajcie na siebie – dodał. 
Tanner   podniósł   rękę   na   pożegnanie,   wsiadł   do   chevroleta   i   cofnął   go   gwałtownie. 

Odjechali. 

Wyglądając   przez   zalane   deszczem   tylne   okno   zobaczyła   światła   porsche’a 

zawracającego ku Myrtle Beach. Obróciła się, by móc obserwować szosę, która błyszczała 
przed nimi. Wycieraczki pracowały monotonnie. 

Objęła wzrokiem psa zwiniętego na tylnym siedzeniu. Nie wydawał się zaniepokojony. 

Otuliła się ściślej płaszczem i milczała, zatopiona w swoich myślach. 

Profil Tannera rysował się wyraźnie na tle nocy. Nawet w nikłym świetle widać było, że 

jest poważny, aczkolwiek spokojny. Można było na nim polegać i to nie tylko w sytuacjach 
tak wyjątkowych  jak ta.  Ale co się właściwie działo?  Czyżby  był  to jeden z „klientów” 
Tannera, szukający zemsty?

Znajdował się w niebezpieczeństwie. To było jasne. A więc i nad nią wisiała groźba. 

Pomimo tego nie czuła strachu. Miała raczej ochotę podjąć razem z nim walkę. 

Jak   mężczyzna...   Jednak   raczej   jak   kobieta.   Amazonka.   Zdziwiło   ją   to.   Nigdy   nie 

grzeszyła szczególną odwagą. Skąd wiec ta gotowość do obrony Tannera? No tak. Po prostu 
kochała go. 

Wspominała ich krótki tydzień. Łagodność, z jaką się do niej odnosił, troskę o Doga. 

Przypomniała   sobie   rozmowy,   które   prowadzili   i   zrozumiała,   że   nie   tylko   wydawał   się 
wyjątkowy jej, ale i przełożonym. Był człowiekiem czynu, pomyślała z dumą. 

Zdała sobie sprawę, że Tanner może na nią liczyć w każdej sytuacji. Postanowiła być 

jego partnerem, cokolwiek by się wydarzyło. Nie pozwoli na to, by stało mu się coś złego. 
Mimo woli zaczęła sobie wyobrażać różne sytuacje, w których go ochrania i o mały włos nie 
parsknęła śmiechem. 

background image

Ale tak naprawdę śmiać się nie było z czego. Jeśli człowiek taki jak on uciekał w środku 

nocy, to sprawa musiała być poważna. Przebiegł ją dreszcz. Będzie musiała być czujna. On i 
ludzie, z którymi współpracował, najwyraźniej dobrze wiedzieli, co robią. 

Jeśli ona zareaguje źle, może zniweczyć ich plany. Musi więc bardzo uważać. Po chwili z 

radia ponownie dobiegły jakieś informacje, na które Tanner odpowiadał równie tajemniczym 
szyfrem. 

Laura słuchała w milczeniu, nie stawiając żadnego z rozlicznych pytań, które cisnęły się 

jej   na   usta.   Po   co   te   szyfry?   Czy   się   zmieniały?   I   jak   on   to   robił,   że   je   wszystkie 
zapamiętywał? Kto je wymyślał?

Szyfry pewnie były generowane komputerowo. Świat szpiegów stawał się coraz mniej 

romantyczny. Nie była to już walka człowieka z człowiekiem, ale komputera z komputerem. 
Oczywiście ktoś musiał komputerem sterować. Ktoś, kto ogarniał całokształt sytuacji. 

Komputery odzierały ludzkie poczynania z tajemniczości. Otwierały jednak tak niepojęte 

możliwości! To nie było tak jak z fizyką, która odkrywała tajemnice, tłumacząc wszystko 
czynnikami naturalnymi i zrozumiałymi dla ludzi. Pamięć komputerów była nieograniczona. 
Wystarczyło   popatrzeć   na   komputerowe   schematy   kolorystyczne.   Posługując   się 
komputerem, grafik mógł zaprogramować tysiąc sześćset kombinacji kolorów w ciągu kilku 
sekund. 

Ale mimo wszystko za pomocą komputerów nie można było zgłębić wszystkich tajemnic 

życia.   Laura   popadała   w   coraz   większą   zadumę,   snuła   metafizyczne   refleksje,   czasami 
drzemała. Przed świtem dojechali na miejsce. 

Nie   byli   już   na   wybrzeżu.   Pogoda   się   nieco   poprawiła.   Pędzone   wiatrem   chmury 

przesuwały się po niebie. Od czasu do czasu wyglądał zza nich blady księżyc. W jego świetle 
ujrzeli mały domek. Stał z boku gęsto otoczony drzewami. Nawet bystre oko nie dostrzegłoby 
go bez dokładnych wskazówek. Na pewno nie znaleźliby go. 

Chevrolet powoli posuwał się wąską dróżką między drzewami. Dom nie był otynkowany. 

Szare mury były  prawie niewidoczne.  Drzwi do garażu stały otworem.  Tanner wjechał i 
wyłączył silnik. 

Ciszę przerwała Laura. 
– Dojechaliśmy. 
– Cieszy mnie, że jesteś ze mną. Choć wolałbym, żeby w tych okolicznościach raczej cię 

tu nie było – dotknął jej ramienia. 

Wysiedli z samochodu, prostując się i przeciągając. Dog również wyskoczył, rozglądając 

się i obwąchując wszystko z ciekawością. 

Tanner wyjął koszyk z bagażnika. Gdy cicho zamykał garaż, otworzyły się tylne drzwi 

domu. Na progu stanął wysoki mężczyzna. 

– Ta? – zapytał. 
Padła zaszyfrowana odpowiedź. 
– Witajcie. 
Mężczyzna przypominał posturą Tannera. Ręce trzymał w kieszeniach. 

background image

– Więc w końcu wziąłeś ją ze sobą? – spojrzał na Laurę niezbyt przyjaźnie. 
Rzuciła Tannerowi szybkie spojrzenie. 
– Nie mogłem jej zostawić. Ona jest w porządku. 
– Nikt nie jest pewny. 
– Jeśli ja jestem, to i ona też. 
– Aha – nie wydawał się przekonany. – Nazywam się Bród wiek. 
Tanner wyciągnął do niego dłoń. 
– Słyszałem o tobie. To jest Laura Fullerton. Brodwick skinął jej głową. 
–   Ja   też   o   tobie   słyszałem.   W   salonie   jest   ustawiony   komputer.   Możesz   się   nim 

posługiwać.   Słyszałem,   że   jesteś   geniuszem.   Kazano   nam   się   bardzo   dobrze   tobą 
zaopiekować.   Podobno   jesteś   na   wagę   złota,   choć   rajdowcem   chyba   nie   zostaniesz   – 
uśmiechnął się krzywo. 

Tanner momentalnie zareagował na żart. 
– Nie miałem wyboru. Był tam taki rów, a za rowem drzewa. Duże, imponujące drzewa z 

solidnymi korzeniami. 

– Siła wyższa. Ale teraz już jesteś na chodzie. 
– Coraz bardziej. 
– Pozwolisz, że ci pomogę. 
Trzymając koszyk Tannera, skierował się do domu. 
– Przywiozłeś zagłuszacz i karty?
– Oczywiście. 
– Świetnie, chętnie je zobaczę. Słyszałem, że skonstruowałeś różne bajery. 
– Z przyjemnością ci je pokażę. Masz tu może jakieś inne karty?
– Ani jednej – Brodwick przecząco potrząsnął głową. – Musieliśmy ci szybko znaleźć 

miejsce. Tu było najbliżej. 

Przypomniał sobie o roli gospodarza. 
– No to co, dzieciaki, jesteście głodni? Nie był dużo starszy od nich. 
–   Masz   coś   dla   psa?   –   zapytał   Tanner.   –   Znaleźliśmy   go   i   od   kilku   dni   karmimy 

regularnie. Chyba przyzwyczaił się do normalnych posiłków. 

– Ładny pies. Jak go zobaczyłem,  to od razu zrozumiałem,  dlaczego nie chciałeś go 

zostawić. Czy to obroża przeciwko pchłom?

– Tak. 
– Jest wytresowany?
– Nie miałem nigdy do czynienia z tresowanym psem. Jest posłuszny, ale nie wiem, czy 

jest naprawdę wyćwiczony. Na pewno jest lojalny. To on chciał z nami zostać. 

–   Sprawdzę   go   potem.   Jeśli   na   rozkaz   weźmie   ode   mnie   żarcie,   już   będziemy   coś 

wiedzieć. Chodźcie. Pokażę wam naszą twierdzę. 

Przeszli przez kuchnię i zeszli na dół do piwnicy. Brodwick odsunął jakieś przepierzenie, 

zapalił światło i nacisnął ukryty pod kontaktem przycisk. Część murowanej ściany bezgłośnie 
odsunęła się na bok. 

Weszli do środka. Laura wciąż nie dowierzała własnym oczom. Brodwick pokazał im, jak 

background image

uruchomić   cały   mechanizm.   Na   półkach   leżały   latarki.   Przed   nimi   ciągnął   się   długi, 
oświetlony tunel. 

Brodwick tłumaczył zupełnie normalnym głosem, jakby w tym, co mówił nie było nic 

nadzwyczajnego. Mówił głośno, żeby i Laura usłyszała:

– Jeśli coś się stanie, jeśli ktoś niepowołany tu się zjawi lub wybuchnie pożar, musicie 

ukryć się w tunelu. Prowadzi on na zewnątrz. Ale trzeba być bardzo ostrożnym i przeczekać 
dwa dni, zanim wyjdzie się na powierzchnię. Jeśli przez dwa dni nikt z nas się w punkcie 
kontrolnym nie zgłosi, ktoś przyjedzie sprawdzić, co się dzieje. 

Do tej pory tunel nigdy nie był używany – ciągnął dalej, podczas gdy Tanner ćwiczył 

otwieranie zamaskowanych drzwi. – Ale nigdy nic nie wiadomo. Nie wiemy, czy jesteście w 
opałach.   Wszyscy   byliśmy   skautami   i   hasło   „bądź   w   pogotowiu”   traktujemy   poważnie. 
Odnosi się to również do was. 

– Teraz ty, Lauro, spróbuj zamknąć drzwi. – Zwrócił się do niej. 
Z oczami rozszerzonymi lękiem wykonała konieczne czynności, obserwując, jak kontakt 

w ścianie, jakby przesunięty niewidzialną ręką, wrócił na miejsce. 

Poszli z powrotem na górę. 
– Będziecie spali w drugiej sypialni – oznajmił Brodwick. – Łazienka działa sprawnie, 

jedzenia w lodówce jest pod dostatkiem. Czujcie się jak w domu. Będę często znikał. Poza 
mną przydzielono tu jeszcze dwie osoby. Zjawią się koło południa. Wkrótce powinniśmy się 
dowiedzieć, co się dzieje, o ile coś się dzieje, oczywiście. Sprawdzamy facetów, którymi 
zajmowałeś   się   ostatnio,   ale,   jak   wiesz,   to   wszystko   trwa.   Twój   dom   na   wybrzeżu   jest 
obstawiony. To tyle. Życzę przyjemnego pobytu. 

– W porządku? – Tanner spojrzał na Laurę z niepokojem. 
– To wszystko jest bardzo dziwne. 
– No tak. 
– Czy kiedyś przytrafiło ci się już coś podobnego?
– Nie. Dlatego właśnie musiało się to stać teraz. Ja potrafię sobie dać radę, ty natomiast 

nie. Nie chciałem ryzykować. W normalnych warunkach nie zareagowałbym w ten sposób. 
Ale bałem się o ciebie i wolałem uciec. 

– Mój kochany! – podeszła do niego, a on przytulił ją czule. 
Przez chwilę tak trwali, wreszcie objął ją gwałtownie. Zdała sobie sprawę, że jej własne 

zagrożenie było mniej ważne niż niebezpieczeństwo, które wisiało nad nim. Dłońmi gładziła 
jego głowę i ramiona, jak gdyby upewniając się, że jest przy niej, cały i zdrowy. 

Pocałował ją w czoło i odsunął się. 
– Jesteś pewnie głodna. Zjedzmy coś. 
–   Nie,   głodna   nie   jestem.   Ale   chętnie   bym   się   na   chwilkę   położyła   –   mimowolnie 

znacząco potarła policzek. 

– Chodź, najpierw zobaczymy,  co jest w kuchni. Dom urządzony był  bardzo prosto. 

Meble   były   bardzo   zwyczajne.   W   oknach   wisiały   zasłony.   Łóżka   wyglądały   jak   w 
przydrożnym motelu – czysta pościel i koc. 

Kuchnia   była   zaopatrzona   bardzo   dobrze.   Odnaleźli   w   szafkach   jedzenie,   papierowe 

background image

talerze i plastykowe sztućce. Wszędzie panowała czystość. Usiłowali się nawzajem namówić 
do przełknięcia czegoś. 

W końcu zjedli po starym,  trochę wyschniętym  pączku i wypili po szklance mleka z 

tekturowego kubka. 

Sprzątnęli szybko po sobie i poszli do sypialni, którą Brodwick im wskazał. Tanner ze 

skupioną miną pomagał Laurze się rozbierać, patrząc na nią przez cały czas. Potem podniósł 
prześcieradło, by mogła wsunąć się do łóżka i przykrył ją kocem. 

Patrzył na nią, powoli się rozbierając. Śledziła jego ruchy i natychmiast przytuliła się do 

niego, gdy położył się na wąskim łóżku. Nie mówił nic. Ona też milczała. Jakiś czas trwali 
tak w ciszy podyktowanej nową sytuacją, w której się znaleźli. Kochali się. Nie były to już 
radosne uniesienia sprzed kilku godzin. Odkrywali inny rodzaj miłości. 

Ogarniało   ją   coraz   większe   pożądanie.   Paznokcie   wbiła   w   jego   ramiona,   biodrami 

ponaglała go coraz gwałtowniej. 

Kochali się z rozpaczliwą namiętnością. Wziął ją bardziej z chęci udowodnienia sobie, że 

naprawdę   ją   posiada   niż   z   potrzeby.   Trzymał   ją   w   kurczowym   uścisku.   Gdy   w   końcu 
osiągnęli paroksyzm, Laura przytuliła go gwałtownie. 

Zapadł w głęboki sen. Ona też była zachłanna. Był jej. 
Mężczyźni z obstawy jedli lunch osobno. Zachowywali się jak dzikie zwierzęta, strzegące 

swego terytorium. Wyglądało na to, że poważnie traktują grożące niebezpieczeństwo. 

Oprócz   Brodwicka   byli   jeszcze   Daniels   i   Reed.   Podobnie   jak   Brodwick   –   wysocy, 

wysportowani i małomówni. Rzadko żartowali i nigdy nie okazywali zbytniego rozbawienia. 

– Zainstalowaliśmy w twoim domu dwóch agentów. Podjechali porsche’em, jak gdyby 

wracali do siebie, do domu. W samochodzie znaleźli mikrofon. Chwała Bogu, że zmieniliście 
po drodze samochody – relacjonował Reed. 

Tanner podniósł głowę raptownie. 
– A sądziłem, że jestem ostrożny. Nowy mikrofon?
– Trudno powiedzieć. Mogli go zamontować wszędzie i w każdej chwili – Reed wzruszył 

ramionami. 

– Nie udało nam się tak szybko znaleźć agentki z pani kolorem włosów. Męczy się więc 

w peruce. 

– Czy grozi im niebezpieczeństwo?
– Nie ma obawy. To prawdziwi profesjonaliści – Reed uśmiechnął się z zadowoleniem. 

Potem zwrócił się do Tannera:

– Ponieważ posługiwałeś się kulą, gdy pani przyjechała, agent chodzi teraz o lasce – 

wymówił tę kwestię z prawie niedostrzegalną ironią, przeciągając słowa. 

Dopiero wtedy Laura zdała sobie sprawę, że byli obserwowani przez cały czas. Skąd 

mogliby   wiedzieć   o   jej   przyjeździe   lub   o   fortelu   Tannera   z   kulą?   A   więc   śledzili   dom 
Mornów? Poczuła się nieswojo na myśl, że mogła być podglądana i nic o tym nie wiedzieć. 
Nagle wezbrała w niej złość. 

– Dog jest genialny – zmienił temat Reed. – Masz go od dawna?
– Zgubił się lub ktoś go porzucił – wyjaśnił Tanner. – Gdy znaleźliśmy go, musiał już od 

background image

kilku dni być na plaży. Ale wciąż pilnował dropi – Nie jest psem policyjnym, ale jest bardzo 
inteligentny. Potrafi już szczekać, gdy odchrząkujemy. Teraz uczymy go reagowania na gesty. 
Jest skory do nauki. Może się nudzi i jest zadowolony, że ma zajęcie? Często ogląda się na 
drogę, którą przyjechaliście. Szkoda, że nie może niczego powiedzieć. 

– Starałem się być bardzo ostrożny – stwierdził Tanner. – Szczególnie ze względu na 

Laurę. 

– Tak, wiemy. Miałeś ku temu powody. Nic się nie martw. Jesteśmy na posterunku. I 

podobnie jak Dog, nie lubimy się lenić. 

Wyglądało na to, że Daniels jest główną osobą w trójce. To on pozwolił im na wyjście z 

domu. 

– Nie wolno wam stracić z oczu budynku. Nie oddalajcie się. Tu trochę niżej jest uroczy 

strumyk, w którym można łowić ryby – uśmiechnął się. – Jeśli potraficie, możecie nawet 
puszczać kaczki. Chodźcie w dresach i czapkach. Lepiej nie rzucać się w oczy. 

Dresy przypominały wojskowe ubrania. Gdy Laura je zobaczyła, chyba po raz pierwszy 

tak naprawdę uzmysłowiła sobie, w jakiej są sytuacji. Musieli się ukrywać. 

Postanowiła, że kiedy już wróci do South Bend, zacznie ćwiczyć judo i karate. Może 

nawet nauczy się porządnie strzelać? Życie jednak nie było tak bezpieczne, jak jej się zawsze 
wydawało. 

Tanner położył swoją silną dłoń na jej ręce. 
– Nic ci się nie stanie – powiedział uspokajająco, jakby czytał w jej myślach, choć i on 

był spięty. 

Zdenerwowanie Tannera udzieliło  się wszystkim.  Brodwick Daniels i Reed robili, co 

mogli, by tej zgoła niecodziennej sytuacji nadać pozory normalności. Nawet gdy sprawdzali 
broń i szykowali się do warty, rozmawiali o zwykłych, błahych sprawach. 

–   Pogoda   jest   piękna,   jak   na   tę   porę   roku   –   rozpoczął   rozmowę   Reed.   –   W   moich 

rodzinnych stronach nie jest tak ładnie. 

– A skąd pan pochodzi? – raczej z grzeczności niż z zainteresowania zapytała Laura. 
– Z północy – uśmiechnął się, jakby przepraszając za wymijającą odpowiedź. 
Brodwick wpadł na dobry pomysł. 
– Zobaczymy, któremu z nas uda się złapać największą rybę w strumyku na dole. Robimy 

zakłady! Proponuję wysokie stawki! Czuję, że wygram!

– Umiesz gotować? – Daniels zapytał Tannera. 
– A co to, czyżby nie było tu żadnej kobiety? – zapytała urażona. 
– Nie ma mowy! Pani jest przecież gościem. 
– A mnie się zdaje, że to wybieg, abym zgłosiła się na ochotnika. 
Powiedziała to żartobliwie, ale Daniels był najwyraźniej urażony. Głośno się roześmiała. 
Rozmowy,   jakie   ci   mężczyźni   prowadzili   z   Tannerem,   były   dla   niej   całkiem 

niezrozumiałe. Mówili o komputerach, kartach, modemach. Laurze wydawało się często, że 
używają jakiegoś obcego jeżyka. 

Gdy zbliżał się kolejny wieczór, wkładali, jak zwykle swoje dresy i czapki, i wychodzili 

background image

na dwór. Dog zawsze im towarzyszył. 

Nigdy   nie   szli   daleko.   Pewnego   wieczoru,   gdy   byli   na   spacerze,   nagle   nadleciał 

helikopter. Daniels, jak anioł stróż, wyrósł spod ziemi i gwałtownym gestem kazał im skryć 
się pod kępą krzewów. 

– Co to... 
– Cicho – kucnął razem z nimi. 
Helikopter przeleciał prosto, nie zbaczając ani nie zataczając żadnych kręgów. 
Z niewinnie wyglądającej bransoletki na ręce Danielsa odezwał się głos:
– Nasz?
Daniels podniósł rękę i odpowiedział:
– Iks. 

– To wszystko jest całkiem nierealne – odezwała się Laura nocą, gdy już leżeli w łóżku. 
Tanner nie odpowiedział, przylgnął do niej tylko, jakby chciał się upewnić, że ma ją przy 

sobie. 

I w miłości był znów zaborczy i niezaspokojony. Nie pozwolił, by coś na siebie włożyła. 
– Ogrzeję cię – powiedział. I jego ręce, zachłanne i gorączkowe, zaczęły obejmować ją 

tysiącem uścisków. 

I   znów   była   rozpalona   namiętnością.   Usiłowała   stłumić   gardłowe   dźwięki,   które 

wydobywały się z jej ust, wstydziła się gwałtownego skrzypienia łóżka. Paliła się, drżąc w 
gorączce, którą ją zaraził. Nie mogła już tego dłużej znieść, lecz on zwlekał, jakby chciał 
doprowadzić ją do krzyku. 

Kochali się miłością Drawie dziką. Czy usiłowali udowodnić w ten sposób, że żyją? Że są 

cali, zdrowi i wciąż razem? Było to przeżycie tak samo niezwykłe, jak cała ich przygoda. I 
równie nieoczekiwane. 

Nie rozumiejąc, Laura poddawała mu się jednak, chcąc tego, czego i on, pragnąc spełnić 

wszystko,   czego   od   niej   zażądał.   A   on   ciągle   utrzymywał   ją   na   granicy   rozkoszy,   w 
oszałamiającym pragnieniu spełnienia. W końcu odkrył przed nią siódme niebo. 

Wyczerpani, zasnęli. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Na wybrzeżu nic się nie dzieje – poinformował ich Daniels na drugi dzień rano. – Pusto 

i cicho. Nie zauważyliśmy żadnych tajemniczych samochodów ani nikogo, kto wzbudzałby 
podejrzenie. 

– A więc fałszywy alarm – powiedział Tanner. 
– Ciągle sprawdzamy. 
– Dziękuję wam, że tak serio to traktujecie. 
– W samochodzie miałeś mikrofon. Nie wiemy, kiedy ci go zainstalowano. Zostawiliśmy 

go z czystej ciekawości. Wasi „zmiennicy” jeżdżą porsche’em po okolicy w nadziei, że coś 
odkryją. Dzięki temu mają przynajmniej jakieś zajęcie. 

Dni   mijały   w   miarę   spokojnie.   Laura   zadzwoniła   do   biura   i   zajęła   się   projektami. 

Trocheja to odprężyło. 

Pewnego   wieczoru   zaproponowała,   że   zrobi   kolację.   Upiekła   pieczeń   rzymską   z 

mielonego mięsa i specjalny placek nadziewany budyniem. Chwalili grzecznie, ale na drugi 
dzień wrócili do swoich hamburgerów i lodów na deser. 

Bez przerwy rysowała Tannera. Tanner przy komputerze, podczas rozmowy z innymi, 

zamyślony. Ich również szkicowała i kilka udanych portretów podarowała im, lecz oni po 
kryjomu i z przykrością spalili rysunki ze względu na swoje bezpieczeństwo. Agenci nie lubią 
być fotografowani i portretowani. Rysowała też Doga i przy tej okazji zaprzyjaźniła się z nim. 
Był, jak stwierdziła, bardzo mądry, uczył się wciąż czegoś nowego. Lubili go wszyscy. 

W towarzystwie Doga często szli na przechadzkę po okolicy. Dotarli do jodłowego lasu z 

niskimi, młodymi drzewkami i pachnącym igliwiem. W miejscach bardziej nasłonecznionych 
znajdowali malutkie kwiatki, z których Laura plotła misterne wianki. Mogło być pięknie, ale 
Tanner ani na chwilę nie zapominał o niebezpieczeństwie. 

Nieopodal, nad stawem, rosły drzewa, których konary strzelały wysoko w niebo, a młode 

liście   rzucały   cień   na   powierzchnię   zielonkawej   wody.   Tu   również   łowili   ryby,   ale   bez 
większego   powodzenia,   bo   one   wolały   posilić   się   jakąś   muszką   złapaną   w   locie   na 
powierzchni wody, niż połknąć ich haczyk. 

Nie   oddalali   się   nigdy   zbyt   daleko   od   drzew   lub   krzaków,   które   w   razie   potrzeby 

udzieliłyby im schronienia. 

Pewnego dnia spędzili kilka pełnych napięcia godzin w tunelu, ponieważ w lesie nagle 

pojawiła się grupa wycieczkowiczów. Nie podeszli jednak do domu, chyba nawet nie byli 
świadomi jego istnienia. Z pewnością nie zdawali sobie sprawy, że przez cały czas byli pod 
ścisłą obserwacją. 

Oczywiście   sprawdzono   numer   rejestracyjny   samochodu   turystów.   Okazało   się,   że 

samochód   należał   do   nauczyciela   fizyki.   Przyjechał   wraz   z   żoną,   która   pracowała   jako 
kasjerka w sklepie. Towarzyszyli im drugi nauczyciel i jego przyjaciółka. Nie mieli żadnego 
związku z kimkolwiek, kogo Tanner kiedyś znał lub śledził. Alarm okazał się fałszywy. 

Miały miejsce też i inne wydarzenia. Pewnego dnia pojawił się samolot, który przeleciał 

background image

bardzo nisko i zatoczył kilka kół nad ich domem. Okazało się, że poszukiwał zbiegłego konia. 
W samochodzie, który krążył długo po lesie, a potem nie mniej długo parkował, znajdowała 
się para kochanków, która chciała skryć się przed zazdrosnym mężem. 

Najbardziej   jednak   dokuczył   im   jednodniowy   biwak   harcerski,   który   rozłożył   się 

niedaleko. Młodzi chłopcy, jak wiadomo, bywają bardzo ciekawi i lubią wszędzie wejść. Poza 
tym chwalą się swoimi odkryciami, na przykład wyjściem z tunelu, znalezionym w krzakach 
nad rzeczką. Ale i to niebezpieczeństwo szczęśliwie ich ominęło. 

Tanner   zajęty   był   pracą   na   komputerze.   Usiłował   odtworzyć   sprawy,   które   kiedyś 

prowadził.   Miał   nadzieję,   że   pozwoli   mu   to   wyjaśnić   przyczyny   ich   perypetii.   Pracował 
bardzo ciężko. 

Laura wyraźnie zaniedbywała się. Powinna skończyć kilka projektów. Ponadto wiedziała, 

że musi szukać nowych zamówień i nadgonić zaległe spotkania. Trzeba było coś postanowić. 

Kwiecień   miał   się   już   ku   końcowi   i   decyzji   nie   można   było   dłużej   odwlekać.   Już 

niebawem cała rodzina Tannerów zjedzie na wakacje i ze względów zrozumiałych będzie 
chciała  dowiedzieć  się, co w ich domu  robią obcy ludzie. Musieli wyjechać.  Pozostawał 
jednak ciągle problem samochodu Tannera. 

– Możemy was przenieść do mieszkania w St. Louis – powiedział Daniels. – Jesteśmy też 

w stanie zmienić tożsamość Tannera, i wszystko, co się z tym wiąże. Istnieje możliwość 
pozostania na zawsze tutaj, ale to chyba byłoby trochę nudne. Jesteśmy czarującymi facetami, 
ale nie jest wykluczone, że od czasu do czasu chcielibyście popatrzeć na jakieś inne gęby, 
pójść do kina lub inaczej się zabawić. Pomyślcie o tym. 

Gdy wrócili do pokoju, Laura powiedziała do Tannera:
– Zrobię, co postanowisz. 
– Kocham cię – odpowiedzią!. – „Nigdy o tym nie zapomnij. Ale nie możemy być razem. 

Musisz się ode mnie uwolnić. Nie mamy pojęcia, kto się za tym kryje ani co się właściwie 
dzieje. Nie mogę znieść myśli, że coś ci zagraża. Zrozumiałem, że nie mogę być z tobą i 
postanowiłem, że musimy się rozstać. 

Usiadł na łóżku nie patrząc na nią. Wyciągnęła do niego rękę, ale on dziwnie szorstkim 

głosem powiedział:

– Na miłość boską, nie dotykaj mnie!
Była zdumiona. Nigdy przedtem nie odzywał się do niej w ten sposób. 
– Nic nie mów. Tak musi być. Gdyby ci się coś stało, nigdy bym sobie tego nie darował. 
– Przecież możemy gdzieś daleko wyjechać. Znajdziemy jakieś miejsce do życia. Nie 

potrzebuję nikogo oprócz ciebie. 

–   Jeżeli   ktoś   mnie   naprawdę   poszukuje,   to   prędzej   czy   później   mnie   znajdzie. 

Gdziekolwiek będziemy, nie będę miał ani chwili spokoju. Nie mogę w ten sposób żyć. 

– Wiele rzeczy w życiu jest niebezpieczne, Tanner. Każda decyzja jest ryzykowna. Ja 

potrafię i mogę tak żyć. 

– Nie – potrząsnął głową. – Nie zniosę świadomości, że coś ci zagraża. 
Objął ją mocno i w kilka chwil później kochał z tą rozpaczą, którą już nieraz w nim 

background image

dostrzegła. Jakby miał to być ich ostatni raz. 

Gdy leżeli potem wyczerpani, Laura powiedziała bardzo cicho i poważnie:
– Życie bez ciebie byłoby innym rodzajem śmierci. Nie mogę się z tym pogodzić. 
– Och, Lauro. 
Próbował się opanować, ale nie udało mu się stłumić urywanego szlochu. 

Laura   wiedziała,   co   dręczy   Tannera.   Ale   czy   mogła   temu   zaradzić?   Usiłowała 

zachowywać  się normalnie.  Wymyślała  różne zabawne rzeczy,  w czym  pomagała  jej  ich 
obstawa.   Rozmawiała   z   Tannerem   tak,   jak   gdyby   sytuacja   nie   była   aż   tak   niemożliwie 
pogmatwana. 

Nadaremnie.   Udawał   spokój,   ale   żył   w   stałym   napięciu.   W   każdej   chwili   był 

przygotowany   na   konfrontację   z   niebezpieczeństwem.   Spalał   się   i   wyglądał   jak   cień 
człowieka. 

Mimo   pięknej,   wiosennej   pogody,   kolorowych   kwiatów,   słońca,   romantycznego 

położenia domku niełatwo było żyć w uzależnieniu od nieznanego niebezpieczeństwa. 

Wreszcie  pewnego  wyjątkowo  uroczego  dnia   dosięgło  ich   przeznaczenie.  Wracali   do 

domu z kilkoma rybami, które złowili w strumyku, gdy zza drzewa wyłonił się człowiek z 
karabinem. Pojawił się bez najmniejszego hałasu. Stanęli jak wryci. Tylko Dog zawarczał. 

Laura zerknęła na Doga zdziwiona. Nigdy nie warczał. Dlaczego teraz?
– Bierz tylko mnie. 
Głos Tannera był bardzo cichy i stanowczy. Na jego twarzy pojawił się przerażający, 

prawie wilczy uśmiech. Szybko rozpoznał nieprzyjaciela. 

– Jej w to nie mieszaj. 
Zdawał   się   od   niej   oddalać,   choć   nie   było   widać,   by   wykonywał   jakieś   ruchy.   Dog 

przesunął się w stronę Laury. 

– Taak – powiedział mężczyzna. 
– Jesteś Rockwell. Czy twój wuj wie, że tu jesteś? Powiedz prawdę. 
– Jestem sam. I jak widzisz, mam zamiar cię załatwić. Przez ciebie musiałem siedzieć tyle 

lat w więzieniu. 

–   Nie   jesteś   zbyt   pojętny.   W   więzieniu   siedziałeś   za   to,   że   sprzeniewierzyłeś   te 

certyfikaty. Ja cię tylko złapałem. 

Tanner oddalał się coraz bardziej. 
– Gdyby nie ty, to by mi się udało – głos Rockwella też był cichy. – Nikt inny by na to 

nie wpadł. 

– Jak mnie znalazłeś? – zapytał zwyczajnie, jak w towarzyskiej rozmowie. 
– Zaangażowałem prywatnych detektywów. Obrócił głowę i spojrzał na Laurę. Jego oczy 

zwęziły się. 

W ułamku sekundy Tanner zaatakował. Stało się to tak szybko,  że było widać tylko 

zamazany kształt dresu na tle drzew. W tej samej chwili, charcząc złowrogo, skoczył Dog. 

Skok psa spowodował, że pierwszy strzał Rockwella chybił celu. Gdy Tanner uderzył go 

background image

obalając   na   ziemię,   padł   drugi   strzał.   Kula   wryła   się   w   ziemię.   A   potem   zaczęła   się 
gwałtowna, na śmierć i życie, bójka ludzi i psa. Zza drzew nadbiegli Daniels i Reed. 

Daniels odwołał psa i rozdzielił dwóch mężczyzn. Oczy Tannera momentalnie poszukały 

Laury, która stała nieruchomo, obezwładniona przez strach. Podszedł do niej i chwytając ją w 
ramiona, potrząsnął lekko, jakby chciał sprawdzić, czy żyje. Gdy ją przytulił i ścisnął, z jego 
ust wydobyło się westchnienie ulgi. 

Przez   chwilę   nikt   nie   zwrócił   uwagi   na   Rockwella,   który   wciąż   leżał   na   ziemi.   Nie 

wstawał. Miał przetrącony kark. 

Daniels   pospiesznie   zaprowadził   Tannera   i   Laurę   do   domu.   Nakazał   im   skryć   się   w 

tunelu. Nie było pewności, czy Rockwell był sam. Potem wraz z Reedem wyruszyli do lasu, 
by odnaleźć Brodwicka. Towarzyszył im Dog. 

Brodwick leżał nieprzytomny. Zauważył, że ktoś zbliża się do domu. Chciał zaalarmować 

kolegów i wtedy znienacka otrzymał cios kamieniem w głowę. 

Gruntowna kontrola okolicy nie dała żadnych niepokojących wyników. Tanner z Laurą 

odwieźli Brodwicka do szpitala. Stwierdzono wstrząs mózgu. Musiał zostać w szpitalu. 

Daniels i Reed dokładnie przeszukali samochód Rockwella. Znaleźli w nim odbiornik. 

Tknięci nagłym przeczuciem, popatrzyli na siebie i na Doga. Nadajnik był w jego obroży. 

W   drodze   powrotnej   ze   szpitala   Laura   nareszcie   mogła   dowiedzieć   się   bliższych 

szczegółów. 

– Któż to był?
– George Rockwell – odpowiedział Tanner. – Jego wuj był oszustem, a on mu pomagał. 

Wuj musiał zapłacić słoną karę, ale do więzienia nie poszedł. Natomiast Rockwella wsadzili. 

Gdy znaleźli się w domku, Daniels pokazał im obrożę Doga i ukryty w niej nadajnik. 

Doszli   do   przekonania,   że   Dog   był   własnością   osoby,   która   naumyślnie   porzuciła   go   w 
okolicy domu Moranów. Nie był to z pewnością Rockwell, ponieważ Dog go nie rozpoznał. 
W sprawę musiał być więc wmieszany ktoś trzeci. 

– Skąd mogli wiedzieć, że przygarniemy Doga?
– zapytała Laura. 
– Dom Moranów jest jedyny w okolicy. Nawet gdybyście go wcześniej nie znaleźli, to 

Dog złagodniałby i z pewnością sam by do was przyszedł.  Ktokolwiek go tam zostawił, 
pracował dla Rockwella. Pies miał was znaleźć i pilnować, aż do chwili przyjazdu Rockwella. 

– A dlaczego zainstalowali mikrofon w samochodzie? Przecież nie mogli się spodziewać, 

że wyjedziemy?

– Woleli nie ryzykować. W normalnych  warunkach po prostu by was pilnowali. Ale 

zorientowali   się,   że   jesteś   profesjonalistą   i   chcieli   się   zabezpieczyć.   Zmiana   samochodu 
wyeliminowała pierwszy nadajnik, ale wciąż był w zapasie drugi, w obroży psa. 

Nadajnik ma ograniczony zasięg – ciągnął Daniels. 
– Gdy wyjechaliście, musieli się przybliżyć, by móc złapać sygnał. Rockwell jeździł w 

coraz bardziej powiększającym się kręgu od Myrtle Beach. I w końcu mu się udało. Odebrał 
sygnał   i   zlokalizował   was.   Szanse   miał   nikłe.   Dlatego   trwało   to   tak   długo.   Gdybyśmy 
wywieźli cię dalej, nie udałoby mu się... Tym razem. Ale kiedyś i tak by cię dopadł. 

background image

Tannerowi nie wytoczono sprawy. Działał w obronie własnej. Byli wolni. Mogli opuścić 

dotychczasową kryjówkę. 

Pożegnanie z obstawą wypadło dość dziwnie. Łączyły ich bowiem szczególne więzy po 

wspólnym   przeżyciu   tych   niebezpiecznych   dni.   Byli   pod   jednym   dachem   w   tak 
niecodziennych okolicznościach, poznali się bardzo dobrze. 

Odwiedzili Brodwicka w szpitalu. 
– Nie obiecujcie, że będziemy w kontakcie i nie przysyłajcie życzeń świątecznych. Fajne 

z was dzieciaki. Trzymajcie się. 

Gdy Laura i Tanner przygotowywali się do wyjazdu, Daniels powiedział im coś bardzo 

podobnego:

– Cieszy mnie, że dla was już to wszystko się skończyło. Zapomnijcie o tym, co tu było i 

zajmijcie się swoim życiem. Gdybyście nas znów potrzebowali, będziemy na miejscu. 

Była to niezwykła historia. 
I nieprawdą było, że już jest po wszystkim. 
Jak kobieta może przekonać mężczyznę, że kocha go nad wszystko? Teraz zamienili się 

rolami. Zastanawiała się, jak mu wytłumaczyć, że również zwykłe życie niesie ze sobą różne 
niespodzianki i bywa niebezpieczne?

Usiłowała to zrobić na różne sposoby. 
–   Zdarzają   się   wypadki   samochodowe   –   tłumaczyła.   –   Są   pioruny,   schody   i   nabite 

strzelby. Poza tym można przecież umrzeć w łóżku. 

Przekonywała Tannera przez całą drogę. Jechali pożyczonym samochodem do domu na 

spotkanie z ich „zmiennikami”, od których mieli odebrać porsche’a. 

Kobieta okazała się dość do niej podobna, natomiast „sobowtór” Tannera w ogóle go nie 

przypominał. Nic dziwnego, że Rockwell ich po prostu zlekceważył. 

Zwierzyła się z tej myśli Tannerowi. Nie miał nic do powiedzenia. 
Gdy dojechali do domu, miała wrażenie, że od chwili jej ostatniego pobytu minęły lata. 

Wszystko   wydawało   jej   się   stare   i   znajome,   witała   się   z   domem,   jakby   znała   go   od 
dzieciństwa. 

Tanner   był   małomówny.   Natychmiast   zajął   się   swoim   komputerem   i   podłączeniem 

systemu telefonicznego. 

Dog chodził i sprawdzał, czy nikt nie wtargnął na jego terytorium. Nie obserwował już 

drogi. 

– Tanner. 
– Hmm. 
– Ożenisz się ze mną?
– Nie. 
– Ale moja matka będzie bardzo niezadowolona, kiedy dowie się, że żyję z kimś bez 

ślubu. Poza tym muszę dawać dobry przykład młodszym siostrom i kuzynkom. Zawsze mnie 
podziwiały. Zdemoralizujesz całe młode pokolenie Fullertonow. A z drugiej strony rodziny... 

– Słuchaj, nic z tego. Rozejdziemy się i każde pójdzie swoją drogą. Po raz drugi czegoś 

takiego nie przeżyję. 

background image

– Ja już nie mam nic na ten temat do powiedzenia? – zapytała zadziornie. – Moje uczucia 

cię nie interesują? Co by było, gdybym zażądała, byś nie jeździł samochodem, bo jakiś idiota 
może na ciebie najechać?

– Wiesz dokładnie, że zupełnie co innego mam na myśli. 
– Wezmę kluczyki i każę odebrać ci prawo jazdy. Oczy Tannera błysnęły. 
– Ciekawe, jak to zrobisz. 
– Już ja znajdę jakiś sposób – patrzyła na niego uporczywie. 
– Lauro, musisz mnie zrozumieć. 
– Nie potrafię. Wiem tylko, że nie kochasz mnie na tyle, żeby choć trochę zaryzykować. 

Ja   jestem   przygotowana   na   wszystko.   Przecież   groziło   mi   w   tym   czasie   tyle   innych 
niebezpieczeństw.   Meteoryt   mógł   mi   spaść   na   głowę,   mogłam   umrzeć   od   ukąszenia 
szerszenia albo przewrócić się na prostej drodze i skręcić kark. Jeśli mnie nie kochasz na tyle, 
by wziąć na siebie ryzyko i się ze mną ożenić, to nie kochasz mnie wcale. Nieźle się ostatnio 
zabawiałeś. Trzeba przyznać, że chytrze to wszystko urządziłeś. Myślałam, że coś dla ciebie 
znaczę. Pomyliłam się. Ja naprawdę nie jestem pierwsza lepsza. Następny mężczyzna będzie 
się musiał napracować, by przełamać... 

– Jaki mężczyzna?
– Ten, który będzie na tyle odważny, by mnie pokochać i nie będzie się bał wspólnego 

życia. 

– A czy ja nie jestem dość odważny?
– Jesteś. Właśnie dlatego nie ma odwrotu. Kochasz mnie. Sam nie wiesz, jak bardzo. 

Potrzebuję ciebie. Chcę z tobą żyć. Bardzo cię kocham. 

– Lauro, nie namawiaj mnie, żebym cię narażał. Nie byłbym  nigdy pewien, że jesteś 

bezpieczna. 

Wziął ją w ramiona i mocno przytulił. 
– Wiem, kochanie. Jesteśmy oboje wytrąceni z równowagi. 
Odsunęła się od niego i bardzo powoli zaczęła się rozbierać. W miłości wszelkie chwyty 

są dozwolone, pomyślała. Kontynuowała głosem spokojnym i wyrozumiałym:

– Potrzebujesz trochę normalnych  przeżyć,  które zrekompensowałyby  ci cały ubiegły 

tydzień. Nie mogę cię zapewnić, że twoje życie ze mną nie będzie nudne, ale zrobię, co w 
mojej mocy, by cię trochę rozerwać. 

Zdjęła majteczki i odwróciła do niego całkiem naga. Tuląc się, objęła go i powoli gładziła 

po głowie. 

– Naprawdę cię kocham. – Był poważny. Mówił bardzo łagodnie. 
– Wiem o tym – uśmiechnęła się. Oczy miała trochę wilgotne, jakby zbierało się jej na 

płacz. 

– Jednak musimy się rozejść. 
– A ja sądzę, że powinniśmy przyczynić się do powiększenia hordy dzieciaków, które 

będą miały szczęście przyjeżdżać do tej przeuroczej, starej rudery. Ich nóżki co roku będą 
jeszcze bardziej wycierać stopnie schodów, a ich rączki... 

– Stopnie są wytarte? W którym miejscu?

background image

– Nawet bardzo... i których śmiech... 
– Nie ułatwiasz mi... 
– I których paluszki... 
– Ile dzieci? – zapytał, nie tyle z ciekawości, co raczej z obawy. 
– O ile dobrze pamiętam, jesteś jedynakiem. Na ogół jedynacy chcą mieć dużo dzieci – 

zamilkła na chwilę, namyślając się, a potem ciągnęła dalej. – Myślę, że można planować od 
czworga do sześciorga. Będę na ten temat mogła coś więcej powiedzieć, gdy zobaczę, czy 
pierwsza dwójka będzie równie trudna jak ty. 

– Ja jestem trudny?
– Jesteś uparty, zarozumiały i nie chcesz zrozumieć, co się do ciebie mówi. Muszę to 

wziąć pod uwagę, zanim się na cokolwiek zgodzę. 

– Wytłumacz, co miałaś na myśli mówiąc o „następnym mężczyźnie”. Przed chwilą o 

nim wspominałaś – był wyraźnie zaniepokojony. – Czy chodzi o kogoś konkretnego?

– Pozwól, że ja ci też postawię pytanie. Dlaczego zwracasz na mnie uwagę, gdy jestem 

naga i stoję, o tak, blisko, a gdy stoję dalej i jestem ubrana, to nie chcesz się nawet ze mną 
ożenić?

Głęboki głos Tannera zabrzmiał bardzo zdecydowanie:
–   Gdybyś   była   nawet   w   pasie   cnoty,   a   moja   obecność   nie   groziłaby   ci 

niebezpieczeństwem, chciałbym być zawsze z tobą. 

– To dobry początek. 
–   Ale   ponieważ   jestem   dla   ciebie   ciągłym   zagrożeniem...   Nie,   nie   mogę   się   z   tym 

pogodzić!

Patrzyła na niego uważnie. „Nie mogę się z tym pogodzić” – zabrzmiało jak ostateczna 

decyzja, od której nie ma odwołania. 

– Tanner. Kocham cię nad życie. 
–   Ja   ciebie   też.   Dlatego   nie   będę   cię   narażał.   Oparła   głowę   o   jego   pierś.   Była 

zrozpaczona. Potem podniosła twarz i odpowiedziała:

– Jeśli tak, to trudno. Kochaj się ze mną jeszcze jeden, ostatni raz. 
Wciągnął ostro powietrze. 
– Wyjeżdżasz?
– Tak. Dalszy mój pobyt tutaj już nie ma sensu. 
– Nie... nie mogę cię tak od razu puścić... 
– Co to znaczy, że nie możesz mnie puścić? Zdecyduj się. Nie będę czekać bez końca, aż 

łaskawie coś postanowisz!

– Czy... czy jest jakiś inny mężczyzna?
– Nie! – ogarnęła  ją złość. – Nie zachowywałabym  się w stosunku do ciebie  w ten 

sposób, gdyby był! Jesteś śmieszny!

Gładził jej gładkie jak aksamit plecy, delikatne wgłębienie w talii. 
– Lauro! To byłby obłęd! Nie mogę. Nie wolno mi. Nie mogę cię narażać – w jego 

oczach nie odbijała się już rozpacz, tylko cierpienie. 

– Jesteś nudny!

background image

– Co?
– Stale powtarzasz to samo. Nie chcę tego więcej słuchać!
Odsunęła się od niego i zaczęła zbierać swoje ubranie. Poruszała się przy tym bardzo 

powoli, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. 

– Lauro!
– Uświadomiłam sobie, że jedyna rzecz, której tak naprawdę ode mnie chcesz, to seks. 

Nie   widzieliśmy   się   od   lat,   a   ty   usiłowałeś   od   razu   wciągnąć   mnie   do   łóżka!   I   muszę 
przyznać, że nie sprzeciwiałam się. Nieprzyjemnie się do tego przyznać... – mimo woli była 
trochę poirytowana. 

– Teraz... 
– Teraz zabawa się skończyła i rzeczywistość domaga się swoich praw. Nagle jestem 

„zagrożona”,   a   ty   nie   chcesz   mnie   „narażać”.   To   ty   jesteś   dla   mnie   największym 
niebezpieczeństwem! Przyjechałam tu... – coraz bardziej ją ponosiło. 

– Wszystko rozumiesz na opak!
– Ożenisz się ze mną czy nie?
– Lauro, proszę. 
– Tak czy nie?
– Nie! – podniósł głos. Siląc się na cierpliwość dodał:
– Musisz zrozumieć, że... 
– Rozumiem. I nie będę cię błagać, prześladować ani nachodzić. Cześć. Było fajnie. 
Odwrócona do niego nagimi plecami, zaczęła się ubierać. Teraz jego ogarnął lęk. 
– Jak masz zamiar stąd wyjechać? Nie masz samochodu, a ja cię nie odwiozę. 
– Zadzwonię po taksówkę – przez ramię rzuciła mu długie, wyzywające spojrzenie. 
– Telefon jeszcze nie działa. 
– No to pojadę stopem. Razem z Dogiem. 
– Szosa jest zupełnie pusta. 
– To pójdziemy na piechotę. 
Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co powiedziała. 
– Bierzesz Doga ze sobą?
– Tak. Nie możesz go zatrzymać. W końcu mógłbyś mu zagrażać. Mógłbyś sprowadzić 

na niego nieszczęście – patrzyła na niego złowrogo. 

– Lauro... 
– Do widzenia, Tanner. 
Naciągnęła bluzkę i wypadła z pokoju, akurat w chwili gdy rozległo się pukanie do drzwi. 

Z wściekłością szarpnęła drzwi jedną ręką, podczas gdy drugą poprawiła bluzkę. Na progu 
stał Henry, z miną cokolwiek zdziwioną. 

Twarz miała zaczerwienioną i złą. 
– Henry, czy możesz mnie podrzucić do Myrtle Beach na lotnisko? – wypaliła. – Muszę 

zdążyć na samolot, a Tanner nie chce mnie odwieźć. 

Henry ostrożnie zerknął na Tannera, który wyglądał jak chmura gradowa. 
Zareagował niezdecydowanie, nie wiedział, co powiedzieć. 

background image

– Zapłacę ci za drogę. 
Była   już   całkowicie   rozwścieczona   i   niegrzeczna   nawet   w   stosunku   do   biednego 

Henry’ego. 

– Wyłączył również telefon – skarżyła dalej. 
– Słuchajcie, muszę uciekać – Henry usiłował się wycofać. – Posłuchaj Tannera. On na 

pewno znajdzie rozwiązanie. 

– Henry! Jeśli nie zawieziesz mnie do Myrtle Beach, będę zmuszona pojechać stopem. 
Każdy weterynarz ma miękkie serce. Henry poddał się. 
– Słuchaj, Tanner – powiedział – zawiozę ją. Chyba że rozwiążecie ten problem inaczej. 
Tanner nie odpowiedział. Ani na chwilę nie odrywał oczu od Laury, ale nie protestował. 
Poszła na górę do swojego pokoju. Jej „zmienniczka” zostawiła wszystko w nienagannym 

porządku. Walcząc  ze łzami,  Laura ściągnęła  bluzkę i spodnie. Włożyła  jedną ze swoich 
podróżnych garsonek, pończochy i buty na obcasie. Zabrała resztę rzeczy z szafy, wrzuciła 
wszystko do walizki. Ubrania, które nosiła dotychczas, złożyła w kostkę. Zawahała się na 
widok czerwonej sukienki. Będzie jej przypominać Tannera. Zostawiła ją. 

Henry wyszedł po nią na schody i pomógł jej zanieść walizkę do samochodu. Wróciła do 

pokoju, ściągnęła brudną pościel i zaniosła ją do pralki. Gdy nastawiała program, zjawił się 
Tanner:

– Nie jadłaś lunchu. 
Popatrzyła na niego beznamiętnie. Bała się, że się rozpłacze. 
– Nie jestem głodna. 
– Nie odchodź w ten sposób. 
– A jak? Mam odlecieć balonem?
– Nie gniewaj się. 
– Wcale się nie gniewam. Po prostu nie znoszę ludzi, którzy zachowują się jak... 
– Lauro, ja tego nie przeżyję – głos mu się łamał. Czuła, że i jej serce pęka z bólu. 
– Brudna bielizna pościelowa jest już w pralce. Przykro mi, że nie zdążę jej wysuszyć i 

wyprasować. 

– Lauro... 
Wyszła do holu, gdzie czekał już Henry. Spojrzała w kierunku „swojej pracowni”, w 

której zostawiała tyle wspaniałości. Pomyślała, że mogłaby z niej korzystać do końca życia. 
Nie zdecydowała się jednak wejść. 

Miała   swoje   własne   przybory   do   rysowania.   Zabrała   też   ze   sobą   szkice,   na   których 

uwieczniła Tannera w domku, w którym się ukrywali. Nic jej już nie trzymało. Ciągle jednak 
nie mogła uwierzyć w to, co się stało. 

– Nie zabieraj Doga – ostrzegł ją Henry łagodnie. – Przyzwyczaił się już do miejsca. Tu 

ma przestrzeń. Byłoby okrucieństwem ładować go teraz do klatki i fundować mu drugą taką 
w miejskim mieszkaniu. 

– Chyba masz rację – powiedziała Laura, w chwili gdy Tanner na moment wszedł do 

kuchni. 

background image

Spojrzała na psa, który przyglądał im się czujnie, z ciekawością przechylając łeb. Pewnie 

wyczuwał napięcie, ale nie rozumiał dokładnie, o co chodzi. 

– Dziękuję ci za wszystko, Tanner – odezwała się Laura oficjalnym głosem. – Dziękuję 

za bardzo interesujący i... pouczający pobyt. 

Ignorując   Henry’ego,   który   nie   wiedząc,   jak   im   pomóc,   bezsilnie   przyglądał   się   ich 

udręce, Tanner zwrócił się do Laury:

– Pocałuj mnie na pożegnanie. Nie widziała go przez łzy. 
– Nie mogę. 
Nie   udało   się   jej   zapanować   nad   drżeniem   głosu.   Jeśli   go   pocałuje,   to   rozsypie   się 

doszczętnie. Pewnie na to liczył. 

– Chodźmy – powiedział Henry miękko. Przytrzymał jej drzwi, gdy wychodziła na ganek. 
– Wystarczy ci pieniędzy? – zapytał Tanner. 
– Tak. 
Nie odwróciła się. Schodząc, musiała trzymać  się poręczy,  bo ze zdenerwowania nie 

widziała schodów. 

Dog również zbiegł z ganku i kręcił się wokół samochodu. Nie podchodził blisko, ale 

obserwował ich przygotowania do odjazdu. Patrząc na Laurę pytająco, wydał dźwięk, który 
nie był ani szczekaniem, ani skomleniem. 

Zanim wsiadła do samochodu, pochyliła się i objęła go. Henry uruchomił silnik i powoli 

zawrócił samochód. Wyjechali na szosę. 

Płakała przez całą drogę na lotnisko. Henry nie powiedział ani słowa. Zawsze było mu 

łatwiej   porozumiewać   się   ze   zwierzętami.   Zwierzęta   można   pogłaskać   i   pocieszyć,   nie 
troszcząc się o dobór słów. Z ludźmi było inaczej. 

Samolot do South Bend przez Dayton miał odlecieć późnym popołudniem. Pożegnała się 

z Henrym. Nie chciała, by został. Tłumaczyła, że na pewno nie będzie towarzyszem skorym 
do rozmów. Zgodził się z nią. Stał jeszcze przez chwilę roztargniony, nie wiedząc, co robić. 
Wreszcie przełamał się i powiedział powoli:

– Nie sądziłem, że tak łatwo dajesz za wygraną. Zostawił ją w poczekalni oburzoną. 
Henry wrócił do Tannera. Siedzieli w milczeniu. Dog leżał u ich stóp. Przerywając ciszę, 

Henry zdobył się na śmiałość:

– Jeśli kogoś naprawdę kochasz, musisz o niego walczyć. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Do odlotu było jeszcze kilka godzin i Laura miała dużo czasu, by rozmyślać nad słowami 

Henry’ego.  Więc  łatwo dawała za wygraną?  Nikt i nigdy nie zarzucił  jej jeszcze  czegoś 
podobnego. A może była to prawda?

Przypomniała   sobie   zdanie,   które   gdzieś   kiedyś   wyczytała:   „Jeśli   chcesz   być   pewny 

swego związku z drugą osobą, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jest ci lepiej z nią, 
czy bez niej?”

Oczyma duszy widziała Tannera bardzo wyraźnie – w zamyśleniu, w radości, w chwilach 

gdy   cieszył   się   jej   obecnością.   Przypomniała   sobie   iskierki   szczęścia   w   jego   oczach. 
Wspominała namiętność, z jaką na nią patrzył. 

Siedząc w poczekalni myślała tylko o nim. Dlaczego prosił, by z nim została, skoro nie 

pragnął zatrzymać jej na zawsze? Przecież należała tylko do niego. Był jej jedyną miłością. 
Podbił ją przecież wtedy, gdy po raz pierwszy pocałował ją nad rzeką Jordan. Już wtedy 
poszłaby za nim do piekła. Ale on odszedł, jakby nie zauważył, co się z nią dzieje. 

Ale teraz Tanner przecież jej pragnął. Nie potrzebowała czerwonych  sukienek, by go 

uwieść.   Uśmiechnęła   się   na   wspomnienie   ich   przekomarzań.   Miał   niezwykłe   poczucie 
humoru. Wspominała też chwile, gdy jej pożądał i gdy nie mógł powstrzymać się, aby jej nie 
dotknąć, gdy obejmował ją wzrokiem rozpalonym namiętnością i gdy usta wykrzywiał mu 
grymas rozkoszy. Czy zachowywałby się tak, gdyby jej nie kochał?

Nie,   to   niemożliwe!   Nie   może   bez   niego   żyć!   Zawsze   za   nim   tęskniła.   To   nie   on 

sprowadził ją podstępnie do swojego domu. Przyszła do niego sama. Czy teraz ma więc po 
prostu odejść? Wszyscy jej przodkowie, pionierzy Dzikiego Zachodu, wstydziliby się widząc, 
jak łatwo daje za wygraną. Chciała z nim być. Zdała sobie sprawę, że bezgłośnie powtarza 
jego imię. Przez tyle lat go nie zapomniała. Nie może więc teraz wymazać go z pamięci. 

Wyciągnęła szkice, które w ostatnich tygodniach zrobiła. To wszystko, co jej po nim 

zostało. Porównywała wesołego, beztroskiego Tannera na rysunkach z napiętym, chmurnym 
człowiekiem, jakim stał się w ostatnich dniach. 

Gotowa była stawić czoło każdemu niebezpieczeństwu, byle tylko mieć go obok siebie. 

Ale czy miała prawo od niego żądać, by żył w ciągłej trosce o nią? Czy nie kierowała się 
czystym egoizmem? Zastanawiała się nad tym, siląc się na obiektywizm. 

W końcu postanowiła, że jeśli mają być razem, jak im los przeznaczył, to musi się to stać 

za jego wolą. Sam musi do tego dojść. Ale powinna być blisko niego, gdy będzie podejmował 
decyzję – w końcu chodzi tylko o to, by mu przypomnieć o jej istnieniu. 

Powołanie się na los i przeznaczenie spodobało się jej. To był dobry pomysł. Pewniej 

stanęła na nogach, narastało w niej poczucie doznanej krzywdy i zbawienna złość. Tanner nie 
doceniał jej. Była silną, dorosłą kobietą, która potrafi pokonać przeciwności... 

Ale   jak   teraz   wrócić?   Opuściła   go   przecież   w   tak   demonstracyjny   sposób!   Mogła 

oczywiście zapukać, mówiąc:

–   Przepraszam,   akurat   przejeżdżałam   obok   i...   Ale   mogła   też   zachować   się   zupełnie 

background image

szczerze i powiedzieć:

– Zostanę tak długo, jak pozwolisz. Tak długo, aż mnie poprosisz, bym sobie poszła. 
Postanowiła, że właśnie tak zrobi. 
Te wspomnienia, wahania i rozmyślania zabrały jej sporo czasu. Zbliżała się pora odlotu. 

Szybko oddała bilet, odebrała bagaże i złapała taksówkę. 

W   drodze   do   Myrtle   Beach   minęła   porsche’a.   Czyżby   Tanner?   Nie   zauważyła,   kto 

prowadził samochód, gdy przemknął obok z dużą prędkością. Przecież nie mogła go gonić 
taksówką. Może postanowił wyjechać? Co zrobi, gdy go nie zastanie w domu? Bez telefonu, 
bez samochodu?

Gdy wysiadła z taksówki, na ganku siedział Dog. Ucieszył się na jej widok. To dobry 

znak, ale istniała też możliwość, że Tanner nie wziął go ze sobą, zostawiając pod opieką 
Henry’ego. Przecież już raz miał taki pomysł. Niezdecydowana, zwróciła się do taksówkarza:

– Może pan chwilę poczekać? Wyłączył silnik. 
Drzwi wejściowe nie były  zamknięte.  W gabinecie  Tannera  stał komputer,  wszystkie 

części były na miejscu. Miał więc zamiar wrócić. Wyszła i po chwili wahania powiedziała 
taksówkarzowi,   że   już   go   nie   potrzebuje.   Zapłaciła   za   kurs.   Patrzyła   za   odjeżdżającą 
taksówką. Uświadomiła sobie, że mogła to być jej ostatnia szansa powrotu... ucieczki... 

\
Wyprostowała   się   i   nabrała   głęboko   powietrza.   Wchodząc   po   schodkach   na   ganek, 

stukała głośno obcasami. Przypomniała sobie jak wchodziła tu po raz pierwszy, niosąc bukiet 
od Petera. W środku wszystko było znajome i miłe. A jednak ogarnął ją strach. Czy aby nie 
popełniła błędu?

Postawiła w holu walizkę i przez chwilę stała z twarzą ukrytą w dłoniach, oddychając 

głęboko.   Z  nagłą  determinacją   złapała  bagaż,  wbiegła   po  schodach  do  swojego  pokoju  i 
zaczęła się rozpakowywać. 

Przypomniała sobie o praniu, które nastawiła. Postanowiła się nim zająć. Przechodząc 

przez kuchnię znalazła  wszystkie  swoje domowe ubrania, czyste  i wysuszone,  złożone w 
kostkę na stole. Co myślał, gdy je składał?

Idąc na  górę zastanawiała  się, w co się ubrać.  Na pewno nie  w czerwoną sukienkę. 

Powinna   wyglądać   jak   poważna,   stateczna   kobieta.   Szalona   dziewczyna   w   czerwonej 
sukience nie była dobrym materiałem na towarzyszkę życia. Poza tym, nigdzie nie mogła 
znaleźć   tej   sukienki.   Uśmiechnęła   się.   Na   wszystko   jest   miejsce   i   czas.   A   to   nie   był 
odpowiedni moment na figlarne fatałaszki. Strata sukienki trochę ją jednak zasmuciła. 

W   końcu   włożyła   niebieskozieloną   sukienkę   i   sandały.   Rozpuściła   włosy,   uważnie 

przypatrując   się   swojemu   odbiciu   w   lustrze.   Umalowała   się   bardzo   starannie,   po   chwili 
wahania odłożyła kolczyki. 

Zeszła do kuchni. Długo przebierała w lodówce, zanim wybrała coś na kolację. 
Wychodząc na ganek zagadała do Doga. Postanowiła nie dać poznać po sobie, że czeka z 

wielką nadzieją i miłością. Będzie chłodna i opanowana. 

Zauważył po drodze taksówkę, jadąc jak szaleniec na lotnisko. Dostrzegł też kobietę na 

background image

tylnym siedzeniu. Nie rozpoznał jej, choć przez moment pomyślał o Laurze. 

Gdy przyjechał, dowiedział się, że w ostatniej chwili oddała bilet. Wracał do domu w 

gorączkowym   pośpiechu.   Nic   nie   wskazywało   na   to,   że   wróciła.   Zostawił   samochód   w 
garażu, wbiegł po tylnych schodach na ganek kuchenny i raptownie otworzył drzwi. Serce 
waliło mu jak młot. 

Była.   Stał   jak   przygwożdżony,   patrząc   na   nią.   Obdarowała   go   dość   chłodnym 

spojrzeniem i krzątała się dalej, przygotowując kolację. Chciał się na nią rzucić, ale ominęła 
go zwinnie. Milczała. 

Chciała być, jak postanowiła, opanowana i rzeczowa. Lecz widząc go na progu, nagle 

zdenerwowała się. Wezbrała w niej złość, choć jednocześnie walczyła ze sobą, żeby się nie 
rozpłakać. I to też ją jeszcze bardziej rozwścieczyło. 

Upojony   własną   radością,   nie   mógł   zrozumieć   jej   reakcji.   Patrzył   na   nią   czułym 

wzrokiem, podczas gdy ona, zaaferowana, obchodziła go dookoła, dając mu do zrozumienia, 
że jej przeszkadza. Cichym głosem stwierdził:

– Wróciłaś. 
Nie panowała już nad sobą. Ku własnemu zaskoczeniu wypaliła:
– Przepraszam, ale kim pan właściwie jest? Był zbity z tropu i poirytowany. 
– Lauro... – powiedział ostrzegawczo. 
–   Skoro   zna   pan   moje   imię,   to   i   ja   powinnam   pana   znać.   Ale   jakoś   sobie   nie 

przypominam. 

– Rzeczywiście? Przecież kilka godzin temu prosiłaś mnie, bym się z tobą ożenił. 
Odwróciła się nie odpowiadając, i szykowała dalej kolację. 
Był zagubiony. Nie miał pojęcia, dlaczego się na niego gniewa. Ale wróciła, to już coś. 

Stał na środku pokoju, usiłując nawiązać rozmowę. W pewnej chwili odezwała się ostrym 
tonem:

– Posuń się. 
Oparł się o drzwi i obserwował ją. Była naprawdę zła. Dlaczego? Wyglądała pięknie i 

podniecająco z tymi wypiekami na twarzy. Rozbierał ją wzrokiem. Nie wiedział, co zrobić, 
aby ją rozbroić. 

Usiedli   do stołu  w milczeniu.   Laura  zdawała   sobie   sprawę  z  tego,  że  zachowuje  się 

idiotycznie. Zarumieniła się. Wstydziła się, że nie potrafi stłumić gniewu. A przecież miała 
zachowywać się jak dorosła, poważna kobieta. Bardzo chciała zapanować nad sytuacją. 

Pierwszy przemówił Tanner:
– Lauro, jestem tu. Odezwij się. 
– Nie rozmawiam z tobą. 
– Ależ dlaczego? Rozsądne pytanie – pomyślała. 
– Jestem zła, że tak łatwo ci przyszło pożegnać się ze mną. I w ogóle nie dopuściłeś mnie 

do głosu... 

– Kochanie... 
– Czy myślałeś, że mam, ot tak, po prostu, zgodzić się na twoje dziwactwa?
Wyprostował się. 

background image

– Moje dziwactwa... ? Troskę o ciebie nie sposób chyba nazwać dziwactwem. Lauro, 

musisz zrozumieć, że... 

–  Jeszcze  nie   skończyłam.  Uważam,  że   powinniśmy  spędzić  jakiś  czas  ze   sobą  jako 

przyjaciele. 

A gdy zaczął się śmiać, powiedziała surowo:
–   Przestań!   Nie   ma   się   z   czego   śmiać!   Nie   chcę   z   tobą   rozmawiać,   ale   muszę 

wytłumaczyć, dlaczego wróciłam. 

– Ale dla mnie jest obojętne, dlaczego wróciłaś. Ważne, że jesteś. 
Ciągnęła dalej ignorując go:
– Przeżyliśmy tydzień namiętności i tydzień zagrożenia. Nie wiem, czy możemy ufać 

naszym uczuciom. Doszłam więc do wniosku, że powinniśmy przez pewien czas obcować ze 
sobą jak przyjaciele. Żadnego seksu. Rozmowy, spacery. Musimy się poznać. 

To przemówienie nie wyszło całkiem tak, jak chciała. Tanner deprymował ją. Wprawdzie 

w skupieniu słuchał tego, co miała do powiedzenia, ale też nie ukrywał swego szczerego 
ubawienia. Zauważyła błysk diabelskich ogników w jego oczach. Czuła, że nie akceptuje jej 
punktu widzenia. 

Ciągnęła dalej z coraz większym zacietrzewieniem:
– Jestem w tobie zakochana. Nie stój jak kołek! Chcę, żebyś mnie wysłuchał. Nie wiem, 

czy   kocham   cię   naprawdę,   czy   jestem   po   prostu   pod   twoim   urokiem.   Prawdę   mówiąc, 
przyjechałam tu po to, by cię raz na zawsze wygnać z mych myśli. I jeśli mnie teraz spokojnie 
nie wysłuchasz, to znów wyjadę i nigdy już nie wrócę. Moglibyśmy teraz pójść do łóżka, ale 
wtedy nigdy nie przekonam się, czy cię naprawdę kocham, czy po prostu tylko cię pragnę. 

Odchylił się na krześle. 
– To żaden problem. Ze mną jest podobnie – uśmiechnął się. 
– Pochodzę z rodziny pionierów. Kobiety w mojej rodzinie musiały stawiać czoło wielu 

niebezpieczeństwom   i   niewygodom   –   chorobom,   samotności,   ciężkiej   pracy.   Nie   jestem 
księżniczką. Dam sobie radę. I muszę wiedzieć, czy to, co do ciebie czuję, jest prawdziwe. 

– Kocham cię. 
– Nie powtarzaj się. Sprawa jest poważna. Niedługo pojawi się tu twoja rodzina. Co jej 

wtedy powiesz? Moja obecność tutaj nie może być dwuznaczna. Inaczej spalę się ze wstydu. 

– Nie masz do mnie zaufania?
– Rząd Stanów Zjednoczonych może ci ufa, ale ja nie powinnam. Kocham cię, choć 

akurat w tej chwili nie wiem, czy cię lubię. Nie rozumiem, dlaczego chciałeś mnie zmusić do 
wyjazdu. 

– Ale wróciłaś – uśmiechnął się swoim rozbrajającym uśmiechem. 
Laura szybko odwróciła oczy. Po chwili stwierdziła rzeczowo:
– Nigdy nie zabrałeś mnie na łódkę. 
– Na łódkę? – zapytał zdziwiony. 
–   Kiedy   przyjechałam,   pytałeś,   czy   już   pływałam   i   mówiłeś,   że   muszę   spróbować. 

Zajmijmy się przez chwilę czymś  innym.  Czy potrafisz być  choć przez tydzień  miły,  po 

background image

prostu jak przyjaciel?

– A co by było, gdybyśmy byli bardzo bliskimi przyjaciółmi?
– Nic z tego nie będzie, Tanner. Musimy mieć czas na poznanie się. 
– Ale ja już wiem o tobie wszystko. A ty niczego się o mnie nie dowiedziałaś?
– Wiem, że jesteś bardziej skomplikowany, niż myślałam. I że masz cechy, których się 

nawet nie domyślałam. Widziałam, jak zaatakowałeś tego mężczyznę. Nie zdawałam sobie 
sprawy, że jesteś do tego zdolny. 

– Musiałem cię obronić za wszelką cenę. 
– Niczego ode mnie nie chciał. Ścigał ciebie. 
– Wtedy zdziwiło mnie, że nie strzelał z ukrycia. Tego zawsze obawiałem się najbardziej. 

Myślałem ciągle, że coś ci się może stać. 

– Opowiem ci pewną historyjkę. W Fort Wayne jest ogród zoologiczny dla dzieci. W tym 

ogrodzie jest wyspa, na której żyją małpy.  Otoczona jest rowem z wodą, w której pływa 
krokodyl. Wsadzili go tam po to, by małpy miały się czym zająć. Życie bez stresów jest 
nudne. Zawsze trzeba mieć trochę problemów dla zdrowia. Ale cieszę się, że to ty dostałeś 
Rockwella, a nie on ciebie. 

–   Wiesz,   nie   wiem,   czy   jego   śmierć   była   przypadkowa.   Gdy   dostrzegłem   go 

wychodzącego zza drzewa z karabinem, chciałem go tylko unieszkodliwić. Być może to skok 
Doga spowodował, że zadałem mu śmiertelny cios. Ale jak o tym myślę, to wydaje mi się, że 
chciałem go zabić. A teraz muszę żyć z tą niepewnością. Wierz mi, nie jest to łatwe. Później 
dowiedzieliśmy   się,   że   Rockwell   miał   dużo   problemów.   Nie   był   człowiekiem   w   pełni 
zrównoważonym. Gdyby nim był, na pewno nie usiłowałby się zemścić. 

– A ja ci wtedy wcale nie pomogłam. 
–   Chwała   Bogu.   Dzięki   temu   nie   odwróciłaś   jego   uwagi,   a   to   bardzo   ważne.   Był 

całkowicie skupiony na mnie. 

– Byłam przerażona. 
– My też jesteśmy przerażeni, gdy zagraża nam prawdziwe niebezpieczeństwo. Nauczono 

nas jednak samoobrony. Tak samo zachowują się bokserzy przed walką lub aktorzy przed 
występem. Tylko głupcy się nie boją. Zamyślił się przez chwilę. 

–   W   tej   całej   historii   została   tylko   jedna   rzecz   nie   wyjaśniona.   Kto   pomagał 

Rockwellowi?   No   i   okazało   się,   że   byli   to   po   prostu   prywatni   detektywi.   Myśleli,   że 
znalezienie   mnie   jest   prostą   sprawą,   że   służą   prawu.   Na   przyszłość   będą   dokładniej 
sprawdzać, dla kogo mają pracować. 

Popatrzył na nią wnikliwie. 
– Lauro, muszę wyznać, że już nigdy nie pozwolę ci odejść. 
– Wcale nie chciałam się od ciebie uwolnić. To ty chciałeś się mnie pozbyć. Dlaczego 

zmieniłeś zdanie?

– O mały włos, a nie zdążyłbym na samolot, którym miałaś odlecieć. Czekałem na wyniki 

poszukiwań w centralnej bazie danych. Chciałem być pewien, czy nie zagraża mi jakiś inny 
Rockwell.   Ale   nie   ma   nikogo.   Odtąd   moje   życie   będzie   rutynowym   wypełnianiem 
obowiązków. Musisz mnie ocalić. Dlatego po ciebie pojechałem. 

background image

– Ocalić? Od czego?
– Od nudy. Od życia bez miłości. Od samotności. Kocham cię. Wyjdź za mnie, Lauro. 
Oczy jej powoli się rozszerzyły. 
– Przecież wiesz, że nie musisz się mnie bać. 
– Doprawdy? Ile razy odstawiłeś już ten sam numer? Uwodzisz biedne kobiety, a potem 

porzucasz je, mówiąc, że to dla ich dobra? Jesteś oszustem. 

Uśmiechnął się leniwie i trochę wyzywająco. 
– Ja? Oszustem? Ledwie się poruszałem, a ty przyjechałaś i podstępnie mnie uwiodłaś. 
– To nieprawda. Jeszcze jak chodziłeś!
– Jeśli dobrze pamiętam, to nawet uszyłaś czerwoną sukienkę. 
– To ty mnie uwiodłeś. Pastwiłeś się nad moim biednym ciałem. Jeszcze teraz czuję moje 

obolałe piersi. 

– Naprawdę? – wstał od stołu. – Niech sprawdzę. Wstała i cofnęła się do przedpokoju. 

Wyciągnęła ostrzegawczo rękę:

– Nie zbliżaj się do mnie. 
Tego   było   za   wiele.   W   dwu   krokach   Tanner   przemierzył   dzielącą   ich   przestrzeń. 

Przycisnął ją do siebie z całej siły, aż do bólu. I pocałował. 

Ogarnęło   ją   znajome   już   uczucie.   Musiała   się   czegoś   przytrzymać,   by   nie   stracić 

równowagi. 

Powinna mu się przeciwstawić. Myślała gorączkowo. Przecież planowała, że ten tydzień 

spędzą jak dwoje zaprzyjaźnionych ludzi. A on brutalnie narzuca jej swoje warunki. Znowu ją 
uwiedzie. Powinna się bronić. Tak łatwo się nie da. Całował ją również, z tym diabelskim, 
perfidnym talentem. Powinna... Jego usta były wspaniałe. Jak mógł być równocześnie tak 
łagodny, silny i namiętny?

Odprężyła   się,   rozkoszując   jego   bliskością.   Była   znów   w   jego   twardych   ramionach, 

słyszała nierówny oddech i czuła serce, które waliło jak młot. 

Jego   ręce   pieściły   jej   ciało,   docierając   do   najbardziej   wrażliwych   miejsc.   Miał   takie 

mocne, miłe ręce... Powinna... Co powinna... ?

I ponieważ nie wiedziała, co ma zrobić, nagle pocałowała go spontanicznie i namiętnie. 
Jej palce wpiły się w jego gęstą czuprynę, ciało drżało z pragnienia. Brakowało jej tchu. 

Nogi ugięły się w kolanach, biodra przylgnęły do jego ciała. 

Gdy   przerwał   pocałunek,   a   właściwie,   gdy   zaczął   całować   jej   szyję   i   ramiona, 

przypomniała sobie o czerwonej sukience. 

– Gdzie jest moja czerwona kreacja? – zapytała, zaskakując samą siebie. 
Roześmiał się, trochę cynicznie. 
– Sukienka jest moja. Przecież uszyłaś ją dla mnie. 
– Twoja? Co z nią będziesz robił? Chyba nie będziesz jej nosił?
– Ale tobie pozwolę się w nią ubrać. 
Nie o to przecież chodziło. W każdym razie nie w tej chwili. 
– Nie mogłam jej znaleźć – odezwała się. – Jeśli ktoś ją zobaczy, na przykład w szafie dla 

gości, to może być zgorszony. 

background image

Oparła się o niego, wciąż gładząc jego włosy. Serce w niej zamarło i przez chwilę nie 

bardzo pamiętała, o czym mówili. Tak bardzo go kochała, a o mały włos go nie straciła!

– Jest w wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. Ale należy do mnie. 
Sukienka! Prawda, mówił o sukience!
– Nie zmieściłaby się w kieszeni. Pokaż. 
– Pod warunkiem, że ją włożysz. 
– Nie – powiedziała bardzo powoli i spuściła powieki. 
– Chciałbym się z tobą kochać – poprosił cicho. Potrząsnęła głową przecząco, ale tak 

lekko, że prawie niedostrzegalnie. Puścił ją i zrobił krok do tyłu, a jej ręce zawisły bezradnie 
w powietrzu. Chciała zaprotestować, ale on stał i przyglądał się jej intensywnie. 

Nagle uśmiechnął się i wsuwając rękę do kieszeni, wyciągnął z niej – zupełnie jak magik 

z cyrku – czerwoną szmatkę, która zawirowała w powietrzu i dopiero opadając zmieniła się w 
sukienkę. Rzucił ją na krzesło, zdjął marynarkę i zaczął rozpinać guziki u koszulki, wciąż 
wpatrując się w Laurę. 

– Nie rób tego – ostrzegła. 
Błyskawicznie ściągnął koszulę, buty i skarpetki. Potem, świadomy, że patrzy na niego 

jak   zaczarowana,   rozpiął   spodnie   i   odrzucił   je   na   bok   jednym   kopnięciem.   Wreszcie 
zgrabnym ruchem zdjął slipki. 

Obejmowała go wzrokiem całego. Był piękny, godny pożądania i bardzo męski. 
Podszedł do niej, a ona nie odwróciła się ani nie uciekła. Otworzyła szeroko ramiona. 

Pomógł jej zdjąć niebieskozieloną sukienkę. Nie protestowała, gdy zsuwał majteczki. Patrzył 
na nią spod na wpół przymkniętych powiek i powoli zaczął ją pieścić. 

– Tanner... 
– No, coś takiego! Jednak pamiętasz moje imię? Wziął z krzesła czerwoną sukienkę i 

naciągnął jej przez głowę, potem rozczochrał jej włosy. 

– Czy to naprawdę ty? – zapytał. 
Dotknął ją przez delikatny jedwab i przyciągnął do siebie. 
– Tu! Połóż tu swoje ręce. 
– Tanner, co ty robisz?
– Będę cię kochał przez resztę naszego życia. Musisz wyjść za mnie, by nie zgorszyć 

kuzynów i bratanków. 

–  Wyjść   za   ciebie?   –   zachowywała   się   tak,   jakby  nigdy  przedtem   nie   wspominali   o 

małżeństwie. 

– Tak. 
Spojrzał na nią ze śmiertelną powagą. 
– No... 
– Ja też – powiedział, jak gdyby była to odpowiedź, na którą czekał. – Muszę wiedzieć, 

ile dzieci mi urodzisz, bym mógł zbudować wystarczająco duży dom. 

Ściskał ją bardzo mocno.  Czerwona suknia dodawała mu  siły,  a oczy pałały żądzą  i 

śmiały się z radości. Podniósł ją i zaniósł do łóżka. 

Łóżko było miękkie i gościnne. Powoli zdejmował z niej czerwony jedwab, który tak 

background image

ponętnie krył jej ciało. A potem zaczął ją kochać. 

Laura była mu uległa we wszystkim. 
Kąsał jej delikatną skórę, a ona jak w transie pozwalała, by doprowadził ją do granicy 

bólu. Ich wilgotne ciała to uciekały od siebie, to splatały się w jedno. Zachłanne i nienasycone 
usta wciąż pragnęły więcej, a bijące serca znajdowały się na pograniczu życia i śmierci. 

Krzyczała   w   oczekiwaniu   spełnienia.   W   końcu   wszedł   w   nią   ostrożnie.   A   potem 

wyruszyli w długą drogę oczekiwania na cud, aż wreszcie pochłonęła ich ekstaza. 

Drżał jeszcze, gdy ona leżała już nieruchoma. Całował ją wciąż, ale już łagodniejszymi 

pocałunkami, pieścił dłońmi już uspokojonymi. 

Westchnął i z czułością powiedział:
– Kocham cię. Jesteś moim marzeniem. Wszystkim. Całym moim życiem. 
Jak z oddali usłyszała swój głos:
– Jesteś tu ze mną? Czy to naprawdę ty? Mój kochany. Ja też cię kocham. Ożeń się ze 

mną. 

Spojrzał na nią pytająco. 
– Już jutro! Tak tego pragnę!
Leżał obok podparty na łokciach. Co chwilę całował ją, bawił się jej włosami, głaskał i 

tulił. 

Laura śmiała się i przeciągała jak kotka. Kusiła go, ciągle nienasycona. 
A gdy wreszcie kochali się po raz drugi i ich ciala połączyły się w jedno, poczuła, że to 

samo stało się z ich życiem, tak cudownie związanym tajemniczym przeznaczeniem. 


Document Outline