background image

 
 
 
 

ROMAN BRATNY 

 
 
 
 

OPOWIADANIA 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 

background image

 
 

CZCIGODNE PROCHY 

 
 

 
„Architekt” skręcił w Aleję Zasłużonych. Nie było tu nikogo. Tam skąd wracał, pośród 

„prywatnych”  kwater  nagrobnych,  włóczyli  się  ludzie  i  ci,  nieliczni,  wracający  z  pogrzebu 
Kazia „Rikszy” i inni nawiedzający swoich bliskich, a może po prostu, nieczuli, spacerujący 
w jedynym w tej okolicy miejscu zacienionym i zielonym. Tam było na cmentarzu życie, a 
tutaj tylko muzeum. Jak każde muzeum zamknięte w kamienny kształt, obojętne, właściwie 
życiu niepotrzebne. Minął kwaterę państwowego dostojeństwa, gdzie każde nazwisko wyryte 
na pomniku czy nagrobnej płycie wryło się nie tylko w pamięć jeszcze żyjących, ale i przeo-
rało niekiedy ich życie i wkroczył w rejony zasług bardziej kameralnych. Idąc gładko wyzna-
czoną ścieżką nagle się zatrzymał. To śmieszne, przystanął, jakby na spacerze spotkał znajo-
mego. Ogromny głaz znaczyły litery: Ksawery Zamboyski. 

No tak, leży tu rozparty, w swoim grobie niczym za biurkiem Prezesa Stowarzyszenia z 

piersią  przyciśniętą  hutniczym  kapeluszem.  Odczuł  wobec  nieboszczyka  rodzaj  gniewnej 
pretensji, jakby to on zepchnął Kazia „Rikszę” pod płot na mizerniutką ostatnią kwaterę... Od 
dawna  już  Warszawa  uznała,  że  cmentarz  jest  „przepełniony”.  Ile  to  było  zachodów  w 
ZBoWiDzie i w Stołecznej Radzie, nim udało się spełnić ostatnią wolę Kazia. Tu leżeli jego 
dziadkowie  i  rodzice.  Nigdy  niczego  od  nikogo  nie  chciał,  więc  tym  razem  „Architekt”  się 
uparł... Wracał z tego obrzędu obrażony na świat, który stawał się coraz mniejszy i coraz bar-
dziej obcy. Tylu nas odeszło. A przecież, gdy żyli, jak mało było okazji, żeby się zobaczyć, 
porozmawiać...  Chyba,  że  znów  na  cmentarzu.  Pierwszego  sierpnia,  w  rocznicę  powstania, 
albo „prywatnie”, gdy któregoś ubywało. A życie spędzał wśród takich, jak Zamboyski, przy-
walonych  po  śmierci  głazem  publicznego  uznania.  „Riksza”  był  z  „Architektem”  związany 
przez  losowe  przypadki  bardziej  niż  z  innymi.  To  Kazio  przed  czterdziestu  laty  dźwigał 
ciężką tekę wypchaną ołowianym ręcznym składem konspiracyjnego podziemnego pisma, w 
którym  utrwalono  w  metalu  bodaj  czy  nie  pierwszy  artykuł  pióra  „Architekta”.  Pseudonim 
wyniósł  z  pierwszego  roku  rozpoczętych  przed  wybuchem  wojny  i  przerwanych  studiów  i 
tekst  był  także  w  jakimś  stopniu  z  tej  „parafii”.  Oto  pisał  artykuł  o  przyszłej  odbudowie 
Warszawy. Naiwny, dziecinny, jak „dziecinne” były te powrześniowe gruzy, które stanowiły 
impuls do jego rozważań. Nikt nie był świadomy, że Warszawa cała zamieni się w pustynię... 
„Architekt” pisał o tym, że należy w odbudowane miasto „wkomponować” świadectwo jego 
męczeństwa i  proponował  - aż dziwne, że „wyprorokował”, by Grób Nieznanego  Żołnierza 
zostawić w tym kształcie, jaki „wyrzeźbiły niemieckie bomby”. Kazio ze swą ołowianą teką 
zaskoczony został przez niemiecką obławę i  w ucieczce postrzelony... Ranny bok ślimaczył 
się długo i wówczas to „Architekt” bardziej się z nim zbliżył. Odwiedzał go parę razy jakby 
uważał się za jego dłużnika, organizował mu przetrwanie, zajmując się na ochotnika aprowi-
zacją rannego. Kazio był wówczas bardzo skrępowany tą opieką. Uważał, że nic mu się nie 
należy,  zrobił  swoje  i  to  w  dodatku  tak  niezdarnie,  że  pozwolił  się  postrzelić.  Wiadomo 
„Riksza”.  Jego  pseudonim  wywodził  się  z  kłótni  z  kierownikiem  drukarni.  Kiedyś  Kazio 
spóźnił się o godzinę z dostarczeniem składu. Tłumaczył się, jak długą trasę miał do pokona-
nia,  a  wówczas  szef  zapytał,  czy  nie  mógł  wziąć  rykszy,  Kazio  oznajmił,  że  jak  długo  ma 
zdrowe  nogi,  nie  będzie  na  głupstwa  wydawał  organizacyjnych  pieniędzy,  a  poza  tym  nie 
mówi się „ryksza” tylko riksza. Podsłuchana przez ludzi dyskusja zrodziła przezwisko, które 
z czasem stało się oficjalnym pseudonimem. 

Tak. Kazio nigdy nic dla siebie nie chciał, niczego nie potrzebował. Dopiero tego grobu 

background image

na tym, a nie innym cmentarzu. Po wojnie widywali się rzadko. „Architekt” wrócił na studia, 
Kazio pracował - miał na utrzymaniu siostrę, której w powstaniu zmiażdżyło obie dłonie. 

„Architekt” się ocknął. Stał przed grobem Zamboyskiego z pochyloną głową, jak czło-

wiek  oddający  hołd  pogrzebanemu.  No  nie,  bez  żartów.  Zbyt  dobrze  znał  Zamboyskiego. 
Mimo to kiedyś nie mógł uwierzyć, że Prezes miał powiedzieć w szpitalu, gdy wizytował go 
przywódca  wywodzący  się  ostentacyjnie  z  górniczego  trudu,  że  jest  szczęśliwy,  że  żył  w 
„epoce”, którą stworzył ten człowiek i pragnie, aby w grobie mógł spocząć jeśli nie w górni-
czym kołpaku, który przysługuje przywódcy, to w hutniczym kapeluszu... 

- To  niemożliwe  -  skwitował  taką  wiadomość  „Architekt”,  ale  towarzysz  Buciak, 

pierwszy sekretarz organizacji partyjnej Stowarzyszenia skontrował to natychmiast. 

- Dlaczego niemożliwe? Przecież on się nie spodziewał,  że umrze, a wysłał  projekt na 

konkurs Pałacu Hutniczego Trudu. Załatwiał sobie nagrodę... 

Buciak zawsze był zazdrosny o Zamboyskiego i nigdy nie mógł się pogodzić z pozycją, 

jaką  tamten  umiał  sobie  zapewnić.  „Architekt”  zetknął  się  z  Buciakiem  niemal  od  kolebki 
ludowej ojczyzny. Oto po powrocie z popowstańczej niewoli miał trudności z dostaniem się 
na studia. Ktoś nieco już wprowadzony w aktualne układy powiedział, że jedyny ratunek w 
Buciaku.  W  „towarzyszu”  Buciaku.  Wówczas  „oni”  -  ludzie z  AK-brali  to  słowo  w  cudzy- 
słów.  No  i  wybrał  się  do  Buciaka.  Czas  był  niespokojny.  Poprzedniego  dnia  zamordowano 
skrytobójczo  wybitnego  działacza  i  Warszawa  podminowana  była  przez  paniczne  pogłoski. 
„Architekt” stoi przed drzwiami z mosiężną tabliczką z nazwiskiem Buciaka. - Już mosiężna? 
-  dziwi  się  przewędrowawszy  przez  hałdy  ruin  i  usypiska  gruzów.  A  tam  wewnątrz  cisza. 
Dzwoni raz jeszcze i słyszy skradające się kroki. 

- Kto tam? - rozlega się głos. 
Co  miał  powiedzieć?  Wymienił  swoje  nazwisko.  Odpowiedziała  mu  cisza  i  raptem 

absurdalne, niewiarygodne słowa. 

- Pan jest w Londynie! 
„Architekt” stoi jak zdzielony w łeb. 
- Jestem tutaj - mówi niepewnie, jakby niezupełnie przekonany, kto z nich ma rację. 
Widzi oko w judaszu na środku drzwi. Jakby to drzwi uchyliły powiekę. Oko nierucho-

mieje  na  długo.  Wreszcie  szczęk  zamka.  Ale  to  jeszcze  nie  to.  Drzwi  trzyma  od  wewnątrz 
gruby łańcuch. Ale już jest cała głowa właściciela. 

- To pan? - pyta. 
- To ja - mówi z przekonaniem „Architekt”. 
- A ja właśnie czytałem pana artykuł w londyńskiej „Nowej Polsce” - słyszy. 
I  nagle  radosne  olśnienie:  wydrukowali!  Oto  po  wyzwoleniu  spotkał  w  Niemczech 

emigracyjnego publicystę, teraz oficera dywizji pancernej generała Maczka i na jego prośbę 
napisał  artykuł  o  podziemnej  prasie  kulturalnej  dla  pisma  wydawanego  w  Londynie  przez 
Antoniego Słonimskiego. 

- Wydrukowali? - upewnia się z tak jawną radością, że przekonuje ostrożnego gospoda-

rza.  Drzwi  zostają  otwarte.  Niewiarygodny  sukces.  Towarzysz  Buciak  komentuje  życzliwie 
ten tekst. Aprobuje wniosek - tak się wyraził - „wniosek” - aby Grób  Nieznanego  Żołnierza 
zostawić „na wieczną przestrogę przeciw faszyzmowi” w tym kształcie, w jakim go zostawił 
„bestialski okupant”. Co za szczęście, że „Architekt” w swoim tekście przywołał własny tekst 
z podziemnego pisma, jako ilustrację skali ambicji, niezłomnego przekonania, że przeżyjemy 
i żyć będziemy... 

Chyba to pierwsze spotkanie z „towarzyszem” Buciakiem zadecydowało o wszystkim. I 

o studiach, i o tym, że zniknął ów cudzysłów przy słowie towarzysz i wkrótce sam „Archi-
tekt” został członkiem Partii a potem asystentem na katedrze Buciaka. „Architekt” dość szy-
bko „rozgryzł" swego profesora i stracił do niego szacunek. Bywają jednak takie związki mię-
dzy  ludźmi,  w  których  stosunek  emocjonalny  czy  związek  umysłowy  zastępuje  wspólnota 

background image

losowa.  Oto  w  czasie,  gdy  Buciaka  zainteresował  „drugi  front”  -  działalność  związkowa, 
„Architekt” w ślad za nim pojawił się w Stowarzyszeniu. „Drugi front”, „Pierwsza linia” - to 
były  ulubione  wówczas  zawołania  towarzysza  Buciaka.  Wyniósł  to,  jak  twierdzi,  właśnie  z 
„frontu” i  z „linii”... Mimo  że nie było  dla nikogo tajemnicą, że „front” stanowiła redakcja 
gazety na dalekim zapleczu, a „linia”? Linia to zapewne liczone do listy zasług linijki tekstu. 
A brzmiało groźnie niczym huk armat, świst bomb... „Architekt” poznał niektóre jego wypo-
wiedzi  z  tego  okresu,  gdy  obchodzono  jubileusz  pracy  twórczej  architekta,  który  jako  pier-
wszy  sekretarz  związkowej  organizacji  partyjnej  zasługiwał  na  uroczyste  uczczenie.  Wów-
czas  to  na  łamach  redagowanej  przez  siebie  „Architektury”  („Architekt”  redaguje  „Archite-
kturę”) dokonał przedruku któregoś z artykułów Buciaka, mającego jego zdaniem świadczyć 
o „zaangażowaniu” w problemy odbudowy już wówczas „w ogniu dział, w huku walki”. Był 
więc ów artykuł przedrukowany z frontowej gazety, w którym autor wołał, że „nie ma litości 
dla faszystowskiej  architektury. Jeśli na wieży katedry będzie  gniazdo karabinów maszyno-
wych, będzie punkt obserwacji artyleryjskiej, ja, architekt, zniszczę ją bez wahania...” 

Od tego jubileuszu, który się zbiegł z „desygnowaniem” Buciaka do pracy w Stowarzy-

szeniu, datowała się niezłomna i nieustępliwa nienawiść Buciaka do Ksawerego Zamboyskie-
go  -  prezesa  Stowarzyszenia.  Potem,  z  dystansu  lat,  „Architekt”  określił  ten  konflikt  dwóch 
ludzi tak wiernie służących władzy, jako spór kamerdynera z parobkiem. Cóż z tego, że obaj 
służą, służba służbie nierówna. 

„Architekt” pamiętał z czasów swej asystentury zabawy na kolokwiach, gdy to studenci 

odczytywali na wyrywki fragmentaryczne teksty z dzieła „Realizm socjalistyczny w  archite-
kturze” - na ogół autora zgadywano bez pudła. Zdanie: „właściwe klasycyzmowi formy mają 
swe źródła w starożytności... doświadczenia wielu stuleci i narodów nieomylnie potwierdzają 
ich nieprzemijającą wartość. Rozumie to socjalistyczna architektura...” - oczywiście Zamboy-
ski. Studenci nie musieli znać teorii starego mistrza, że socjalizm jest zupełnie w sztuce nie-
twórczy,  niechże  więc  konserwuje  i  powiela,  aby  odgadnąć  nieuchronnie  autorstwo  takiego 
zdania.  A  teraz  fragment  innego  artykułu:  „Dla  manifestujących  rzesz  ludu  pracującego 
otwieramy przestrzenie otwartych placów i szerokich ulic, przy których stawiamy monumen-
talne gmachy...” - Buciak - ryczeli studenci, aż asystent dostawał dreszczy ze strachu. 

Zamboyskiego poznał w parę tygodni po wtargnięciu do Buciaka „prosto z wyimagino-

wanego  Londynu”.  Udał  się  do  niego,  aby  zweryfikować  przedwojenne  dwa  lata  studiów 
teraz, gdy po powstaniu i  spaleniu  ich mieszkania nie dysponował  ani  strzępkiem papierka. 
„Pan  Zamboyski  wiele  teraz  może  -  powiedziała  wdowa  po  jego  profesorze  -  znaliśmy  się 
dobrze i przypuszczam, że jeżeli napiszę, że wiem o pana studiach od męża, wszystko da się 
załatwić. Przecież to klęska, żeby pan miał stracić choćby rok niepotrzebnie...” 

No i siedzi na wprost starszego pana... Tak, w tym czasie niemal czterdzieści lat temu, 

mężczyzna po czterdziestce był dla niego starcem... Zamboyski zajrzał do listu pani profeso-
rowej  jakby  chciał  tylko  sprawdzić  czy  nie  zawiera  jakiejś  przesyłki  -  znaku,  powiedzmy 
płatka róży - wyraźnie nie przeczytał go do końca i grzecznie się uśmiechnąwszy pochylił do 
przodu  i  zaczął  się  przypatrywać  młodzieńczemu  gościowi.  „Architekt”  -  wówczas  dopiero 
marzący  o  kończeniu  studiów  -  a  już  z  woli  wojennego  pseudonimu  Architekt  -  nieco  się 
zmieszał pod tym spojrzeniem. Był wówczas chłopcem wysmukłym o bujnej blond czupry-
nie, niebieskie oczy w opalonej twarzy... Ubrany jak to się wówczas „chadzało”, z okupacyj-
nym szykiem. Nosił wysokie buty zwane oficerkami, zielone, wojskowego kroju bryczesy. 

Teraz starszy pan zdjął uważne spojrzenie z twarzy swego gościa. Młodzianek siedział 

nerwowo wymachując nogą założoną na nogę... 

- Jakie  pan  ma  śliczne  butki...  -  usłyszał  nagle  i  osłupiał.  Nie  miał  wówczas  pojęcia  o 

homoerotycznych  skłonnościach  Zamboyskiego,  na  dobrą  sprawę  trudno  by  mu  było  dziś 
powiedzieć, czy w ogóle cośkolwiek wiedział na ten temat. Być może osłupienie jego było aż 
nadto widoczne, bo Zamboyski wrócił do listu. Tym razem przeczytał go od deski do deski. 

background image

- Spróbujemy coś zrobić, chłopcze - obiecał serdecznie. 
Mijały  lata.  Asystentura  na  katedrze  Buciaka,  później  już  redakcja  „Architektury”  i 

zawsze ci dwaj gdzieś blisko, najbliżej siebie i blisko „Architekta”. Zamboyski zostaje preze-
sem Stowarzyszenia. Ale jest prezesem, którego należy bardzo pilnować. Buciak zostaje pier-
wszym  sekretarzem  organizacji  partyjnej.  Układy  się  zmieniają,  ale  klasyczna  ich  postawa 
pozostaje bez zmian. Któregoś roku na sekretarza wybierają „Architekta”, no, ale tegoż roku 
już wcześniej wiceprezesem zostaje Buciak. Zamboyski wie, jakie jest jego miejsce i konte-
stuje jedynie półgębkiem. Redaktorowi „Architektury” powie, że „socjalizm jest nietwórczy”, 
ale zaraz doda (przecież redaktor jest teraz pierwszym sekretarzem) „i dzięki temu właśnie tak 
wspaniale  mogliśmy  odbudować  stolicę,  koncentrując  energię  na  rekonstrukcji.  Zasługa  w 
tym socjalizmu olbrzymia...” 

Zamboyski,  wbrew  pozorom  programowej  apolityczności,  wspaniale  wyczuwa  swój 

czas.  Na  rok  przed  wielkim  przełomem  56-tego  przez  łamy  „Architektury”  przetoczyła  się 
sławna polemika. Zamboyski zakwestionował... Warszawę. Stwierdził, że miasto „nie ma po-
czątku ani końca”. „Jest to zagadnienie przejrzystości. Ze znanych przykładów najświetniej-
szymi są Paryż i  Leningrad (o, chytrus!  - pomyślał „Architekt” czytając  maszynopis  po raz 
pierwszy). Proszę sobie  wyobrazić, że na drugi  dzień po przyjeździe do  Paryża każdy  czuje 
się  w  tej  pięciomilionowej  metropolii  tak  zorientowany,  że  nie  ma  mowy  o  zabłądzeniu... 
Zresztą również Moskwa robi wrażenie potęgi, ale też przejrzystości... (o, chytrus - pomyślał 
„Architekt” po raz drugi)”... Dalej już po wstępnych zabezpieczeniach Zamboyski ruszył na 
całego.  „Z  każdego  punktu  Paryża  widać  wysokie  i  charakterystyczne  sylwety  pozwalające 
się orientować gdzie jesteśmy: wieża Eiffla, bazylika Sacre Coeur, Panteon... Czy mogą nam 
dać  tę  przyjemność  ulice  Warszawy.  Taki  Nowy  Świat,  którego  stare  domy  wszystkim  się 
podobają.  Jest  to  ulica  wąska,  wygięta  jak  wąwóz,  tak  że  idąc  nic  nie  widzimy,  dokąd  się 
udajemy, jesteśmy stale na zakręcie... Wiele arterii nie zaczyna się ani nie kończy...” Potem 
już Zamboyski  ruszył  na całego. „Domy nowej  Warszawy mają ubogi,  smutny, jednostajny 
zarys szachownicy. Człowieka zmuszonego, by stale żyć w takiej architekturze ogarnia przy-
gnębienie...”  Potem  wprawdzie  autor  próbował  jeszcze  złapać  równowagę  protekcjonalnie 
tolerując  MDM  zachwycając  się  nawet  kwestionowanymi  płaskorzeźbami  -  pomnikami. 
Chwalił  „tors  proletariusza  w  marmurze  lśniący  po  deszczu  jakby  to  pot  zastąpił  antyczną 
oliwę...”  (Co  za  pedalski  opis  pomnika  kulturysty  -  pomyślał  w  tym  miejscu  „Architekt” 
łamiąc sobie głowę, co ma począć jako redaktor pisma Stowarzyszenia - odwalić tekst preze-
sowi? To nie wchodziło w rachubę.) Znalazł  wyjście - polemika. Dwa artykuły dyskusyjne. 
Buciak  od  razu  złapał  przynętę,  by  publicznie  pryncypialnie  przywalić  obcemu  klasowo 
pięknoduchowi. Nie mógł wiedzieć, że elastyczny prezes, bardziej niż zasadniczy sekretarz, 
orientował się w meandrach polityki zbliżającej się pierwszej odnowy - ileż ich było potem? 

Buciak natarł jak rozjuszony byk. Błysnął zresztą znacznymi talentami publicystyczny-

mi,  dla  słuchaczy  jego  „pryncypialnych”  wystąpień  na  forum  partyjnym  było  to  niemałym 
zaskoczeniem. Zaczął znienacka niby dziwacznie: 

„Ktoś,  kogo  niedawno  policyjnie  wysiedlono  z  Paryża  i  Francji  opowiadał  mi  o  ko-

szmarnej architekturze wnętrza gmachu prefektury policji. Opisywał niezliczoną ilość koryta-
rzyków, wielopoziomowych przejść, alków, nisz, klatek schodowych, przedpokoi, przez jakie 
brnął jako więzień, by dotrzeć nareszcie do pokoiku, na którego ścianie figurowało ogromne 
zdjęcie  przestępcy  z  żartobliwym  podpisem  „czyż  może  być  milsza  pamiątka?”.  Tutaj 
fotografowano  domniemanych  „komunistycznych  agentów”,  aby  ich  podobizny  umieścić  w 
kartotekach policji. Ksawery Zamboyski nie miał oczywiście okazji zwiedzać Paryża od tak 
mało  atrakcyjnej  strony.  On  jako  kosmopolityczny  (historia  tego  słówka  w  tym  miejscu  to 
oddzielny temat - wrócimy do tego) wojażer podziwiał szerokie perspektywy, którymi się tak 
zachwyca. Udaje jednak, że nie wie, jaki mają one klasowy rodowód. Udaje, że zapomniał, że 
u źródeł wielkiej przebudowy Paryża, jaką realizował Haussman leżała konieczność takiego 

background image

ukształtowania miasta, jakiego wymagały potrzeby i bezpieczeństwo burżuazji. Otóż estetyka 
linii prostej i perspektywy harmonizowały z troską natury policyjnej. W wyniku lekcji 1830 i 
48 Haussman rozwalić miał nową strategię urbanistyczną, grożące robotniczymi barykadami 
wąskie ulice. Sam Haussman pisał, że „zabezpieczaliśmy otwarcie wielkiej arterii przez ko-
munikację prostą, monumentalną i bardzo strategiczną...” Rozprawiwszy się tak z czerwonym 
i  klasowo  podejrzanym  entuzjazmem  Zamboyskiego  co  do  urbanistyki  miasta,  zajął  się 
Buciak  polemiką  szczegółową.  Zamboyski  zachwyca  się  prostotą  Champs  Elysees  a  drwi  z 
pokrętnego Nowego Światu... „Jeśli kolega Zamboyski ośmiela się porównać naszą ulicę do 
krętego  strumyka  to  ja  mu  odpowiem  również  metaforą.  W  moich  oczach  Champs  Elysees 
jest to  ulica szeroka jak  rozrosła w biodrach kusząca sobą megiera, której  „prostolinijność” 
jest ordynarnym prostactwem. Od pierwszej chwili gdy się do niej zbliżasz  wiesz jaki musi 
być tego koniec, nie ma w spacerze z nią nic nowego, nic z poczucia niespodzianki, jaką nie-
sie ze sobą chociażby wężowy skręt Nowego Światu...” 

Potem  już  w  tonacji  rzeczowej  zabrał  się  Buciak  do  problematyki  „socjalizmu  jako 

największego urbanisty naszych czasów”. Wypomniał, że Zamboyski „największe istniejące 
dzieło urbanistyki mieszczańskiej przeciwstawia rosnącemu dopiero dziełu urbanistyki socja-
listycznej.  Przytaczając  listę  -  wcale  niegłupich  żalów  Zamboyskiego  -  ryknął,  że  wszak 
Francuzi  też  nazywali  bazylikę  Sacre  Coeur  „górą  szmalcu”,  a  wieżę  Eiffla  „świństwem  do 
wysadzenia w powietrze”. Drwił z jego tezy, że Warszawa nie ma centralnego punktu, wołał, 
że  choć  nie  zna  się  na  urbanistyce  żaden  z  pastuszków  pasących  krowy  w  promieniu  trzy-
dziestu kilometrów od miasta, to żaden z nich - choć niejeden może nie był jeszcze w stolicy - 
nie udaje, że nie zauważył Pałacu Kultury i Nauki, jak czyni to kolega Zamboyski”. 

Otrzymawszy  polemikę  Buciaka  „Architekt”  bardzo  się  zafrasował.  Uważał,  że  nie 

może  drukować  tego  tekstu  bez  zaprezentowania  go  uprzednio  Zamboyskiemu.  Ku  jego 
zaskoczeniu prezes był zachwycony. Nawet w pewnym miejscu uczynił drobną korektę. Otóż 
w zdaniu, gdzie Buciak napisał „on jako beztroski wojażer...” - wprowadził maleńką popra-
wkę. Skreślił słowo „beztroski” a na jego miejsce wpisał „kosmopolityczny”. Widząc zasko-
czenie redaktora powiedział po swojemu ciepło, że widzi po prostu jak kolega Buciak „przy-
deptuje  gardło  swojej  pieśni”  (ho  ho  -  w  potrzebie  umie  zacytować  i  Majakowskiego,  nie 
tylko  Baudelaire'a  -  pomyślał  „Architekt”),  więc  po  prostu  wprowadza  słówko,  które  „samo 
się tu prosi”. Bąknął coś na temat, aby Buciakowi nie mówić o tym drobiazgu. „On bywa taki 
obraźliwy”. 

„Architekt”  wrócił  do  redakcji  z  odrobiną  podziwu  dla  człowieka,  który  sam  zaostrza 

ataki  przeciw  sobie.  Dopiero  -  a  może  „już”  -  po  roku,  gdy  na  fali  „odwilży”  ruszyła  do 
natarcia  prasa  i  gdy  na  łamach  jego  „Architektury”  broniono  Zamboyskiego  jako  polskiego 
patriotę przed brutalnymi pomówieniami o kosmopolityzm, których dopuścił się Buciak, pojął 
dojrzałą strategię mądrego statysty. Bo Zamboyski był znów na wysokiej fali. Nadal prezeso-
wał  w  „odrodzonym”  Stowarzyszeniu  pocieszając  Buciaka,  który  stracił,  na  krótko  wpra-
wdzie, pozycję wiceprezesa, że i tak „historia się jeszcze o ciebie upomni”. 
 

Od czasów miękkiego lądowania Zamboyskiego „w pierwszej odnowie” „Architekt” jął 

uważniej go obserwować. Jego ciche i mało ostentacyjne poczynania zdawały mu się zawie-
rać więcej informacji o perspektywach kraju niż mozolne próby Buciaka ponownego wspięcia 
się  na  wyżyny  nowego  establishmentu.  A  te  dyskretne  poczynania  nieśmiertelnego  prezesa 
były  ciche  lecz  niezwykle  znaczące.  Oto  w  czasie  gwałtownego  otwarcia,  gdy  tylu  archite-
któw ruszyło na Zachód, „na saksy”, gdy tylu pozostających w kraju jęło obsyłać zagraniczne 
zachodnie konkursy, Zamboyski ucichł. Któż zwrócił uwagę na drukowaną petitem notatkę, 
że  „polski  architekt,  sam  prezes  Zamboyski”  realizuje  swój  projekt  adaptacji  pałacyku  w 
Leningradzie na potrzeby jakiegoś „instytutu im. Włodzimierza Lenina”. Dopiero w parę lat 
później,  gdy  Zamboyski  przez  pół  roku  przebywał  na  Zachodzie,  rzekomo  realizując  w 

background image

.Libanie swój projekt rezydencji dla naftowego szejka, sprawę wyniuchał Buciak. Był wstrzą-
śnięty.  Okazało  się,  że  Zamboyski,  sobie  tylko  wiadomymi  sposobami,  zarobione  w  Lenin-
gradzie  jak  najbardziej  „leninowskie”  ruble  zdołał  zamienić  na  dolary  USA.  Sprawił,  że 
wysoki  przekaz  wypłacił  mu  bank  w  Warszawie  w  dolarach.  Gdy  Buciak  po  raz  pierwszy 
wpadł  z  tą  rewelacją  do  redakcji  „Architektury”  nie  wiadomo  było  czy  zamierza  wystąpić 
jako anioł słusznej fiskalnej pomsty, czy pragnie tylko „poruszyć opinię publiczną...” Czekał 
na powrót prezesa jak dobrze ułożony wyżeł stojący nieruchomo na tropie osaczonego ptaka... 

A  rzecz  skończyła  się  żałośnie.  „Architekt”  był  świadkiem  pierwszego  spotkania  obu 

stowarzyszeniowych mężów stanu po powrocie Zamboyskiego z Libanu, który ponoć okazał 
się Sycylią. 

Buciak  nie  wytrzymał  i  od  razu  na  widok  Zamboyskiego  ruszył  jak  ów  wyżeł  na 

komendę myśliwego: Bierz! 

- A  oto  nasz  cudotwórca,  który  niczym  Chrystus  w  Kanie  Galilejskiej  wodę  w  wino, 

ruble przemienił na dolary. 

- Ciekawe  rzeczy  tu  słyszę.  Czyżbyście  już  byli  w  zupełnej  ideowej  rozsypce  -  odparł 

po mentorsku prezes.-To ruble są wodą a dolary mają być winem! 

Był spokojny tą pewnością siebie, która już nauczyła Buciaka, że trzeba dać spokój, że 

gdzieś na jakimś dokumencie jest podpis, o którym się prostemu sekretarzowi Stowarzyszenia 
nie śniło... 

A  Zamboyski.  wrócił  jakby  odmieniony.  „Architekt”  dostał  od  niego  artykuł  będący 

pochwałą wielkiej płyty, a więc budownictwa, na które się zdecydowało aktualne kierowni-
ctwo. Znaczyło to, że Zamboyski patrzy głęboko w przyszłość i widzi ją jako stabilną. Był to 
czas,  w  którym  stosunki  prezesa  z  Sekretarzem  znamionowało  pewne  napięcie.  Wprawdzie 
żaden z nich nie był zaangażowany w sprawy roku 1968, ale też jakże inaczej wyglądał ich 
obywatelski  los.  W  obliczu  zebrania  Stowarzyszenia  grożącego  gwałtownym  konfliktowym 
wyładowaniem Zamboyski po prostu wyjechał w pilnych sprawach nadzoru nad wznoszoną 
według  jego  planów  rezydencją  naftowego  szejka  w  Libanie,  a  osamotniony  Sekretarz  sam 
stawiał  w  Warszawie  czoła  roznamiętnionemu  politycznie  środowisku.  „Architekt”  dobrze 
zapamiętał  wieczór,  noc  właściwie  głęboką,  gdy  wracał  po  zebraniu  towarzysząc  w  długim 
spacerze Sekretarzowi. To wówczas usłyszał ten wybuch: „Ja wybieram całe życie szambo, 
żeby on kwiatki wąchał w Libanie, o nie, nigdy więcej!” 

Tak wyglądało zaoczne wypowiedzenie wojny prezesowi. Po roku zaowocowało otwa-

rtym konfliktem w obliczu wyborów władz Stowarzyszenia na Zjeździe. Buciak kandydował 
na  prezesa.  „Architekt”  był  poza  grą.  Nigdy  nie  interesowała  go  „działalność  związkowa”. 
Odsunięty z własnego wyboru na boczny tor czuł się najlepiej jako redaktor i na tym miejscu 
chciał pozostać. Z racji jednak tej pozycji musiał poniekąd „służbowo” uczestniczyć w smu-
tnych i śmieszących go obrzędach zjazdowych, oglądać kuluarową „walkę o władzę”, intere-
sować się tym, co go naprawdę najmniej interesowało. 

Ten zjazd dostarczył mu jednak obserwacji, które w pełni uzasadniały jego tu obecność. 

Bo muszę zdradzić w tym miejscu, że „Architekt” pisał w skrytości pamiętniki, które miały 
być dokumentem perypetii nie tylko środowiska, ale „polskiego pejzażu”, polskiej urbanisty-
ki, miały być dokumentem  powstawania „architektonicznego koszmaru”  jak określał  w tych 
zapiskach,  które  sam  uznał  za  unikalny  dokument  czasu,  czas  wytężonego  budownictwa, 
pogoni za powierzchnią mieszkaniową itp. Oto pierwszego zjazdowego wieczoru wybrali się 
małą grupką przyjaciół na kolację do wielkiego hotelu w obcym mieście. Przewodnikiem ich 
był człowiek cieszący się wielkim uznaniem zarówno „Architekta” jak Zamboyskiego. Młody 
człowiek  od  lat  wygrywający  rok  po  roku  konkursy  na  „budowlę  -  mister”  wojewódzkiego 
miasta, prawdziwy artysta, obarczony ciężkim kalectwem  głuchoty. Zamboyski twierdził, że 
właśnie kalectwo pozwala mu na ten stopień izolacji od hałaśliwej presji współczesności, że 
zapewnia  jego  budowlom  indywidualne  piętno  i  ten  stopień  oryginalności,  na  który  w  zasa-

background image

dzie nie zdobył się nikt spośród jego rówieśników. Byli we trzech. Poza gospodarzem przyję-
cia „Architekt” i miejscowy kolega „Głuchego” na tyle z nim zżyty, że mógł rozmawiać bez 
użycia notesu, w którym by zapisywał słowa; po prostu wymawiał wszystko w ten sposób, że 
jego rozmówca odczytywał sens z ruchu jego warg. Zasiedli w eleganckiej sali restauracyjnej 
miejscowego hotelu „Orbisu” i popijając często winem raczyli się zamówioną, jak się okaza-
ło, z góry kolacją z głęboko przemyślanym menu. Głuchy, sam szczupły, siwiejący i piękny, 
był  na  przekór  wszystkiemu  smakoszem  i  to  wszystkich,  jak  mawiano,  radości  życia.  Pech 
chciał, że napatoczył się któryś niesympatyczny kolega z Warszawy. Był na bańce. Na pyta-
nie czy może się przysiąść usłyszał brutalną, choć wyrażoną w gniewnej formie, odpowiedź 
gospodarza, że niestety mają tu pewne tajemnice do omówienia w swoim gronie. Chwilę stał 
kiwając się przy ich stoliku, wreszcie bąknął coś na temat.„wyborczych spisków tego pedała 
Zamboyskiego”  i  zajął  miejsce  nie  opodal.  Nabuzowany  alkoholem  i  gniewem  z  powodu 
doznanego afrontu nie umiał jednak odzyskać równowagi. Najpierw zwymyślał kelnerkę, że 
czeka za długo, lecz zaraz potem, gdy dostał do ręki kartę, drugą wolną ręką objął z serdeczną 
bezpośredniością  pośladek  dziewczyny  i  nagle  dostał  w  pysk.  „Architekt”  nie  wytrzymał, 
parsknął  śmiechem  opryskując  winem  siedzącego  naprzeciwko  gospodarza.  Rychło  przestał 
pisać w notesie słowo „przepraszam”, bo przy sąsiednim stoliku rozgrywała się scena godna 
obserwacji. Wezwany maitre d'hotel obiecywał, że „wyciągnie surowe konsekwencje”, „usu-
nie z pracy”, itp. Delegat wymachiwał swoim zjazdowym mandatem, żądał książki zażaleń... 
Coś tam wypisywał, w czasie gdy kolega głuchego, architekt, tłumaczył mu wolno, słowo po 
słowie, istotę konfliktu. I oto gdy przy sąsiednim stoliku „pokrzywdzony” skończył sążnisty 
zapis, Głuchy wyjął książkę zażaleń z rąk spieszącego przez salę maitre'a, wyjął długopis z 
dłoni „Architekta” i wyraźnym technicznym pismem złożył oświadczenie, że był świadkiem 
zajścia, którego całą winę ponosi jego warszawski kolega - architekt... 

- Dobre?  -  spytał  swoich  współbiesiadników.  -  A  teraz  patrzcie...  złożył  zamaszyście 

lecz czytelnie podpis „Teofil Buciak”. 

- Zwariowałeś! - jęknął jego kolega. 
- Chodzi mi o skuteczność interwencji. Bądź co bądź to od jutra nasz prezes - roześmiał 

się,  jak  może  się  śmiać  przy  takim  oświadczeniu  ktoś,  kto  ma  całe  życie  organizacyjne  w 
najgłębszej pogardzie. 

Na drugi dzień cały zjazd znał tę historię. Powtarzano ją szeptem i głośno. „Architekt”, 

człowiek z zasady dyskretny, wciąż był pytany o szczegóły jako naoczny świadek. Nikt nie 
pytał go czy to prawda. Rzecz się przyjęła. 

Buciak przepadł  w  wyborach.  Oczywiście zdaniem  ludzi  znających się  na rzeczy  nie-

wiele na wyniku wyborów zaważył dowcip Głuchego. Buciak na razie o całym incydencie nie 
miał zielonego pojęcia. 

Tak się złożyło, że w kwadrans po ogłoszeniu wyniku wyborczego zwycięstwa dotych-

czasowego  prezesa  Zamboyskiego,  które,  jak  niemal  całe  środowisko,  uznał  za  zbawienne, 
„Architekt” zamknął się w kabinie toalety. Przez krótką chwilę delektował się błogim poczu-
ciem ulgi i wypoczynku gdy naraz zaalarmował go jakiś dziwny dźwięk. Górne partie toaleto-
wych  kabinek  były  odkryte  i  słyszał  wyraźnie  czyjś  jęk.  Nie  żadne  zasadne  w  tym  miejscu 
stękanie - jęk, a potem po prostu szloch. Męski szloch. Słuchał przez chwilę mocno zdetono-
wany  i  uznawszy,  że  jego  czas  już  minął,  uporządkował  garderobę  i  cicho  odemknął  drzwi 
swej kabiny i oto tuż obok, w równie dyskretnie otwieranych drzwiach, pojawiła się masywna 
sylwetka  Buciaka.  Cała  twarz  tego  pięćdziesięcioletniego  mężczyzny  zalana  była  łzami. 
„Koniec  ze  mną”  -  przestraszył  się  „Architekt”,  że  Buciak  znienawidzi  go  jako  świadka 
klęski... Ale tamten zdawał się niczego nie dostrzegać, podszedł do umywalki, pochylił się i 
nabrawszy wody w dłonie przyłożył je do rozpalonej twarzy. „Architekt” wymknął się niedo-
strzeżony. 

W następnym tygodniu już po opublikowaniu w pozjazdowym numerze „Architektury” 

background image

sprawozdania,  w  którym  „Architekt”  taktownie  pominął  miażdżącą  przewagę  głosów  odda-
nych na Zamboyskiego - odwiedził redakcję Buciak. Przychodził wyjaśnić „całą zmontowaną 
przez Zamboyskiego przedwyborczą aferę w hotelowej restauracji”. 

Wiem  od  początku,  że  w  tej  prowokacji  nie  braliście  udziału,  ale  przecież  byliście 

świadkiem, dlaczego mnie nie uprzedziliście... Cała ta heca miała mnie ośmieszyć. Ten kale-
ka przecież powiedział, że w walce o sprawiedliwość musi użyć autorytetu samego „prezesa 
Buciaka”. 

„Architekt”  w  „absolutnej  zgodzie  ze  swym  sumieniem”  oznajmił,  że  nie  widział  w 

tym, ani do tej, pory nie widzi, niczyjej świadomej prowokacji. 

Buciak  się  upierał.  „Architekt”  uznał,  że  trzeba  się  uciec  do  ulubionej  „żołnierskiej” 

dosadności, w której jego rozmówca celował. 

- Do licha, jaka prowokacja, że nasz pijany kolega bierze za dupę kelnerkę!  - wykrzy-

knął  już  rozgniewany.  Buciak  nagle  złagodniał.  Oświadczył,  że  nigdy  nie  miał  i  nie  ma  do 
„drogiego  kolegi”  żadnych  zastrzeżeń,  pochwalił  jego  sprawozdanie  jako  „taktowne”,  na 
koniec  poprosił  tylko;  „nie  używajcie  w  rozmowie  ze  mną  sformułowań  godnych  kolegi 
Zamboyskiego...” 

- Dupa?  -  zdumiał  się „Architekt”  mając  w  pamięci  swoje  ostatnie  zdanie.  Zamboyski 

znany był z delikatności i piękna słownictwa. 

- Nie. To „sumienie”.. „W zgodzie z własnym sumieniem”. Słuchajcie, to nie Zamboy-

ski jest w zgodzie ze swoim sumieniem. To jego sumienie jest zawsze z nim w zgodzie. On 
ma takie funkcyjne sumienie... 

„Architekt”  się  roześmiał.  Buciak  miewał  wyskoki  perfekcji  w  aforyzmach,  których 

mądrość gwarantowała „wysługa lat” autora. 
 

Buciak niedługo czekał na okazję do zemsty nad Głuchym. Los, jak zwykle znakomicie 

reżyserujący  farsę  ludzkiego  żywota,  skrzyżował  ich  drogi  z  okazji  konkursu  na  kompleks 
nowych gmachów na potrzeby telewizji. Głuchy po raz pierwszy opuścił swoje wojewódzkie 
miasto i od razu odniósł znaczący sukces. Jego projekt zdobył pierwszą nagrodę... Oczywiście 
zostawała  otwarta  kwestia  realizacji.  Zdarza  się  przecież,  że  projekt  bezspornie  najlepszy 
architektonicznie  natrafia  na  takie  ograniczenia  wykonawcze,  że  staje  się  rodzajem  nieosią-
galnej utopii. I tym razem sytuacja wyglądała podobnie. Od pierwszej chwili sprawa realizacji 
pozostawała w zawieszeniu. Z tym jednak, że jury przyznawszy pierwszą nagrodę nie przy-
znało  drugiej  ani  trzeciej,  tylko  jeszcze  dwa  wyróżnienia.  Wyraźnie  chciano  w  ten  sposób 
zaznaczyć dystans między rangą nagrodzonego projektu a resztą prac konkursowych. Wśród 
wyróżnionych był Teofil Buciak. 

Nikt  nie  mógł  przewidzieć  dalszego  ciągu.  Oto  promotor  całej  imprezy  -  telewizja, 

zapragnęła zaprezentować konkursowe osiągnięcia. W schemacie tego rodzaju  imprezy lukę 
nie do przeskoczenia stanowiła głuchota głównego laureata. Buciak sprawił swoimi chodami, 
że to on właśnie reprezentował - jako wyróżniony - środowisko twórcze. Oczywiście pomija-
jąc Zamboyskiego, który był przewodniczącym jury. 

I tu Buciak przeszedł sam siebie. Oto publicznie zaatakował pierwszą nagrodę, przywa-

lając jej kamieniem strasznego zarzutu - plagiatu. Zaprezentował telewidzom planszę jakiegoś 
projektu Gaudiego i przy okazji oznajmił, że Głuchy nie po raz pierwszy ma podobną sprawę 
na  sumieniu  -  kiedyś  wręcz  sfałszował  jego  -  Buciaka  -  podpis  na  pewnym  dokumencie... 
Prezes świetnie wie o czym mówię... 

- Chyba nie o książce zażaleń w jakiejś knajpie w wojewódzkim mieście - zdołał wtrą-

cić  Zamboyski.  Ale  przegrał.  Był  człowiekiem  zbyt  dobrze  wychowanym,  aby  zabawiać 
publiczność  pokazem  walki  w  błocie.  Prezenter  programu  starał  się  ratować  sytuację.  W 
popłochu zakończono niefortunną audycję. 

Do realizacji skierowano drugą spośród wyróżnionych prac. 

background image

 

II 

 

„Architekt” nie lubił  Buciaka. Ale cóż innego oprócz  wdzięczności mógł odczuć, sły-

sząc tak niewiarygodną propozycję: przejechalibyście się ze mną do Egiptu? Na dziesięć dni, 
może dwa tygodnie. Wizyta oficjalna, że tak powiem, czyli na koszt państwa... 

Okazało  się,  że  dla  polskich  załóg  budowlanych  realizujących  jakieś  zamówienie 

Cekopu  na  wielką  inwestycję  ma  powstać  kompleks  budynków  mieszkalnych.  Gospodarze 
żądają  jednak  nie  barakowego  schematu,  a  architektury,  która  po  wykonaniu  inwestycji 
zostaje jako element urbanistyczny miasta. 

- Musimy  się  rozejrzeć  na  miejscu.  Taki  postawiłem  warunek.  Nie  mogę  projektować 

nie znając pejzażu ani otoczenia... Sami rozumiecie. 

- Ale ja? Skąd ja? Oczywiście bardzo jestem zobowiązany. 
- No cóż, myślę, że wasza „Architektura” powinna spopularyzować w opinii całą spra-

wę. Bądź co bądź świadczy to o naszej randze na światowym rynku projektanckim - bredził 
Buciak. 

No i stało się. Lotnisko. Ten upajający zawsze „Architekta” zapach lotniczej benzyny, 

obiecującej dalekie światy. Odprawa celna. Samolot. Miłe stewardesy. W tym sztafażu nawet 
Buciak staje się sympatycznym towarzyszem podróży. Zwłaszcza że zwaliwszy się na fotel, 
wsadził nos w gazetę i zamilkł na dłużej. „Architekt” najpierw bawił wzrok szachownicą pól - 
coraz  drobniejszą  w miarę wznoszenia się samolotu,  potem rozejrzał się po wnętrzu kabiny. 
Napotkał wzrok stewardesy, apetycznej blondynki w obcisłej spódniczce i bluzeczce opiętej 
na  nie  byle  jakich  piersiach.  Był  w  nastroju  zwycięsko-nonszalanckim,  zatrzymał  wzrok  na 
tych  wypukłościach,  następnie  śmiało  wparł  spojrzenie  w  niebieskie  oczy  przyciemnione 
długimi rzęsami. - Do licha, przecież nie przykleiła sobie sztucznych na czas rejsu... - pomy-
ślał  widząc,  że  dziewczyna  prowokacyjnie  wytrzymuje  jego  spojrzenie.  Spłoszył  się  nagle, 
gdy ruszyła wyraźnie w jego stronę. Rzeczywiście, szła do niego. Poprawił się na siedzeniu... 

- Nie czyta pan? - zagaiła z uśmiechem. - Bardzo się cieszę, że mogę panom towarzy-

szyć... Bo ja studiowałam architekturę... 

- Skąd mnie zna? - przebiegła radośnie spłoszona myśl. - Oczywiście, z listy startowej... 

- domyślił się bez trudu. 

- W Warszawie? - zdziwił się uprzejmie. 
- W Warszawie. Ale w „szkole żon” - uśmiechnęła się. Miała szerokie łakome usta. 
„Szkołą żon” nazywano w Warszawie uczelnię dającą  absolwentom niepełne prawa w 

dziedzinie architektury, uczęszczaną głównie przez kobiety - panienki z dobrych domów. 

„Architekt” kątem oka sprawdził, że w sąsiednim rzędzie są dwa wolne fotele i zapytał 

konspiracyjnym szeptem, czy mógłby się tam przesiąść... 

Buciak poruszył  się niespokojnie i  nadstawił ogromne ucho, z którego sterczał  kłębu-

szek cienkich włosków jak siatka elektrycznych przewodów wzmacniaczy. 

„Architekt” rozpiął pas i wstał. Ostentacyjnie ruszył w stronę kabiny toalety. Wracając 

przycupnął przy oknie z drugiej strony. Spotkał jej wzrok. Uśmiechnęła się. 

- O Boże. Jeszcze to w dodatku. Zbyt dużo szczęścia na raz. W Egipcie! Ale ona może 

zaraz wracać. Następnym rejsem - smutna refleksja przytłumiła nadzieję. 

Dziewczyna uśmiechnęła się i nieznacznie skinęła głową. Za chwilę siedziała w fotelu 

obok. 

-  W  zasadzie  to  nam  nie  wolno  -  szepnęła  konspiracyjnie,  umiejętnie  tworząc  klimat 

pewnej poufałości. 

- Czego nie wolno? 
- Zabawiać w ten sposób pasażerów... 
- Ach to jest ten „sposób” - użalił się żartobliwie.  

background image

Roześmiała  się.  Usiadł  bokiem  dotykając  kolanem  jej  uda.  Ona  mówiła,  że  do  dziś 

czytuje „Architekturę”, a on pytał czy się spotkają w Kairze... Ona, że owszem, ma dwa dni 
wolne. 

„Architekt”  był  rzadkim  okazem  babiarza  tak  konsekwentnego,  że  aż  został  starym 

kawalerem.  Po  prostu  nie  miał  czasu  zatrzymać  się  długo  przy  jednej  kobiecie.  Miał  jakiś 
swój wdzięk, stylizację na bezradnego a pewnego siebie, na nieśmiałego, którego ręce same 
prowadzą  gorszącą  działalność  jak  choćby  w  tej  chwili,  gdy  ona  daje  mu  klapsa  w  dłoń  i 
obciąga spódniczkę... „Architekt” pyta czy może zapalić fajkę. „Jeśli wolno palić?” Ona mu 
służbowo  pozwala.  Już  wie  gdzie  kwaterują  stewardesy,  jeśli  się  zatrzymają  w  Kairze.  On 
będzie mieszkał w hotelu Hilton... „Podobno nad samym Nilem”. 

- Wiem, znam ten hotel - mówi ona i „Architekt” czuje miłą emocję w podbrzuszu. Ale 

życie ma swoje twarde prawa. Pani Marylka wyrusza, aby obsłużyć pasażerów posiłkiem na 
trasie. Mija pół godziny zanim znów ma ją koło siebie. Zanim jej koleżanka zapowie lądowa-
nie,  pachnący  „po  męsku”  fajkowym  tytoniem  „Architekt”  uzyskuje  zapewnienie,  że  pani 
Marylka będzie jego cicerone pierwszego wieczoru w egzotycznym mieście. „Możemy lądo-
wać” myśli nasz bohater, błogo rozmarzony. 

Nie  mógł  narzekać  na  Marylkę,  nie  powinien,  a  jednak  miał  do  niej  żal.  Przez  cały 

wieczór, jak długo pamiętał jego skomplikowane dzieje. Bo potem film się urwał. A żal był o 
to, że wszystko piękne co oglądali, czynili w obecności Buciaka. Szef delegacji wprosił się, 
ale przecież wbrew swoim obyczajom, na tyle nieśmiało, że „Architekt” z niezwykłą u niego 
stanowczością stwierdził zarozumiale, że „program jest na dwoje”. Może podrażnił tą pewno-
ścią siebie jej kobiecą ambicję, ale to ona, Marylka, oznajmiła jak stewardesa z obowiązkową 
grzecznością, że „nie widzi przeszkód, żeby pan Teofil...” 

No  i  diabli  szczęście  wzięli.  Chwilowo.  Od  pierwszego  momentu,  jeszcze  zanim 

odnalazł go w hotelu telefon Marylki, „Architekt” podniecony świetnie zapowiadającym się 
flirtem,  przeżywał  euforycznie  arabską  stolicę.  Podobało  mu  się  wszystko.  Gdy  Buciak  z 
partyjną  troską  komentował  mijane  pokraczne  slumsy,  on  już  wskazywał  na  widoczną  stąd 
wyraźnie sylwetkę hotelu Hilton, gdzie mieli kwatery. Tak tu było od początku, gdy jechali z 
nowoczesnego  lotniska  szlakiem  księżycowej  urody  przedmieść,  mając  o  sto  metrów  dalej 
skarpę  gigantycznego  wysypiska  parującego  tumanem  gryzących  odchodów  5-milionowego 
miasta.  Potem zręby  domów  dzielnicy  robotniczej,  slumsy  i  już  wspaniały  hotel  na  przepię-
knym nabrzeżu Nilu... 

Buciak się krzywi. „Architekt” go poucza, że esencją udanej  podróży jest  zdziwienie, 

konsternacja, że świat, który jest dla nas normą, gdzie indziej budziłby zdziwienie. Te kontra-
sty to właśnie norma - tutaj... 

- Zdaje  się,  że  esencję  udanej  podróży  ważysz  w  swoich  spodniach  -  zauważył  cyni-

cznie Buciak, zdradzając, że dobrze podsłuchiwał na pokładzie samolotu... 

I pomyśleć, że to ona sama zmusiła go przez swą zgodę na tolerowanie tego cymbała z 

czasów ich pierwszej wspólnej wieczornej wycieczki. A czasu było mało. Marylka na drugi 
dzień leciała do Bejrutu, stamtąd do Warszawy. W Kairze miała być z powrotem za pięć dni i 
„Architekt” wyobrażał sobie naiwnie, że za pięć dni będzie już do niego „wracać” po tym co 
dziś  nieuchronnie stać się musi. A tutaj  ten  Buciak. Starał  się, takiego Buciaka „Architekt” 
nigdy nie oglądał. 

- Turystyka,  to  gigantyczne  uprzemysłowione  gapiostwo,  jest  majątkiem  krajów,  które 

potrafią wystawiać na pokaz swoją egzotykę... Gdy byłem w Buenos i Rio... Tam nasz LOT 
nie lata, a szkoda, bo mógłbym się pani zrewanżować jako cicerone... - on naprawdę tokuje - 
myślał gniewnie „Architekt” ściskając delikatnie nagi łokieć swej przewodniczki gdy przeci-
skali  się  do  swego  stolika  w  night  clubie  w  pobliżu  piramid.  Wszystko  było  na  miejscu. 
Księżyc, piramidy, dziewczyna, tylko ten cholerny Buciak. W taksówce władował się razem z 
nim na tylne siedzenie. Marylka nawet kolana nie dała. Ile alkoholu można bezkarnie przyjąć 

background image

w tej szerokości geograficznej - podniecał się „Architekt”. No tak, był rum, było przyspieszo-
ne tętno, ale przecież tam na estradzie wspaniała kobieta i orientalny taniec brzucha. Taniec 
orientalny, ale brzuch - wspaniały, elastyczny, tańczący, kopulujący. jawnie i bezwstydnie w 
rytmicznym  spazmie,  a  tuż  obok  na  wyciągnięcie  ręki  ten  brzuch  wklęsły,  niewidoczny,  ale 
przecież  gotów  do  takiego  tańca  z  nim,  przed  nim,  pod  nim...  Maryla  trzymała  go  za  rękę 
umiejętnie  drażniąc  wgłębienie  dłoni  spiczastym  wymanicurowanym  pazurkiem...  Zaczęło 
.się, gdy tylko obrzęknięty wódą... - o przepraszam, nie „wódą” - whisky - Buciak, wygramo-
lił się ze swego miejsca i gdzieś ruszył zapewne w poszukiwaniu toalety... 

Potem już znowu był Buciak, znalazła się też przy ich stoliku arabska tancerka, czuł jej 

brzuch  na  swym  ramieniu,  gdy  stojąc  za  jego  taboretem  pozowała  do  wspólnego  zdjęcia. 
Marylka śmiała się gdy przepraszał ją za zdradę wypełniając językiem wgłębienie jej dłoni. 

- Co  za  księżyc  -  opowiadał  swe  wrażenia  nieprzytomny  Buciak,  który  widocznie 

wywędrował po pijanemu na zewnątrz. 

Potem powrót. Udało mu się wpakować Buciaka na miejsce obok szofera, ł to wszystko 

co mogło się dziać na tylnym siedzeniu samochodu działo się przez całą drogę powrotną. Ale 
nie  zgodziła  się  wysiąść.  Jak  pensjonarka  oznajmiła  kłamliwie,  że  obowiązuje  ją  pewien 
reżim na służbowej kwaterze - musi tam nocować. 

- Zresztą masz wspólny pokój z Buciakiem. Załatw sobie pojedynczy na jutro - wysze-

ptała gdy wyjmował rękę spod jej spódnicy dla odegrania sceny konwencjonalnego pożegna-
nia... 

Nie mógł zasnąć. Obudził go głos dziwny i przejmujący. To wołał muezzin z wieżyczki 

pobliskiego minaretu. Ten dziwny głos - dla Polaka, hejnał z ludzkiego gardła, miał mu towa-
rzyszyć co rano. Dopiero na drugi dzień dowiedział się, ten głos towarzyszący całej historii 
Arabów niósł się z ulicznych  głośników, kto  wie czy nie z nagranej  taśmy.  Dziś  o tym  nie 
wiedział.  Wstał  z  łóżka.  Wpadł  na  balkon.  Stąd  widać  było  łachy  suszące  się  w  dzielnicy 
nędzy - dziurawe niczym przestrzelone flagi armii nędzy oblegającej jego rezydencję... Spoj-
rzał w stronę Nilu. Uwagę jego przykuły dwie motorowe barki pomalowane w ochronne łaty. 
Z  ich  pokładu  skakali  do  wody  ludzie  w  czarnych  kombinezonach  i  nurkowali  w  nilowe 
głębiny znikając na długo... „Ludzie-żaby” - przypomniał sobie drukowane w „Forum” wspo-
mnienia egipskiego wojskowego, że potrafią wykształcić ekipy zdeterminowanych komando-
sów, którzy „jak podwodni kamikaze” w potrzebie zniszczą izraelską flotę. Tam dalej sunęła 
w rytm dosłyszalnej komendy sternika wioślarska ósemka. Miał się dziś dowiedzieć, że jest to 
załoga  Oxfordu  trenująca  w  Egipcie  w  ramach  przygotowań  do  wyścigu  na  Tamizie. 
Komendy sternika rytmizowały poruszenia białej załogi, gdy ciche rozkazy oficerów rzucały 
do wody czarnych komandosów. Upalne choć nie dokuczliwe jeszcze słońce poranka głaskało 
jego skórę pod rozpiętą na piersiach piżamą. Marylka miała się z nim - o Boże, z „nimi” - ten 
przeklęty  Buciak  -  spotkać  dopiero  na  obiedzie.  Teraz  odwiedzą  z  Buciakiem  piramidy. 
Oczywiście.  Trzeba  wykorzystać  każdą  wolną  chwilę.  Dziś  niedziela  a  od  jutra  zaczną  ich 
męczyć gospodarze. Zacznie się architektoniczna wycieczka, rozpoznawanie terenu i otocze-
nia przyszłej budowy... 

Obejrzał się na łóżko Buciaka. Nie spał. Z chrzęstem drapał się po zarośniętej piersi. 
- Wstajemy - „Architekt” spróbował objąć komendę. 
- Gdzie ci się tak spieszy. 
- Pojedziemy pod piramidy. 
- Ani mi się śni. 
- Co ty! Być w Egipcie i nie zobaczyć piramid. 
- Ja tam widziałem. Oszczałem wczoraj w nocy coś ogromnego, musiała to być pirami-

da. 

„Architekt” się obraził. W niczym nie był uzależniony od Buciaka. To on znał angielski, 

to on miał tu w Kairze znajomych. Zadzwonił z recepcji do człowieka, z którym się przyjaźnił 

background image

od lat, obecnego korespondenta pracującego w Egipcie. Irek przyjął jego telefon entuzjasty-
cznie. Z miejsca zaprosił go na przyjęcie, które wydaje następnego dnia, obiecał „masę cieka-
wych  kontaktów”,  ba,  przyjął  nawet  zaproszenie,  żeby  „już  zaraz”  spenetrować  piramidy. 
Wyśmiał  gorliwość  naiwnego  turysty,  ale  obiecał  przyjechać  za  pół  godziny.  Przywitali  się 
ciepło i zaraz tu w recepcji radosna niespodzianka. Gdy „Architekt” po napisaniu bileciku do 
Marylki - na wszelki wypadek, a nuż wpadnie wcześniej - adresował kopertę jej nazwiskiem, 
Irek czemuś się roześmiał. 

- Ależ to koleżanka mojej żony. Ona też była stewardesą... No dobra, dobra, czego się 

rumienisz, taki stary chłop... Jedziemy... 

Trochę spłoszył „Architekta” tłok. Trochę zdumiało spotkanie z pewnym Arabem, który 

wynajmował pod piramidami na fotograficzne 100-metrowe wycieczki stare wyleniałe wiel-
błądy i dwa nieco lepiej utrzymane arabskie siwki. Oto w momencie, gdy ów osobnik uparcie 
łapał go za rękaw usiłując namówić na kosztowną i absurdalną przejażdżkę, „Architekt” nie 
wytrzymał i rzucił gniewnie po polsku: 

- Zostaw do kurwy nędzy! - i nagle usłyszał radosny okrzyk Araba: 
- Bolanda! Kuń, kuń - Arab wlókł go w stronę wierzchowców. Udało mu się uciec, ale 

przypomniał  sobie,  że  bywają  tu  rodacy  i  to  zapewne  dla  nich  będzie  Buciak  projektował 
osiedle. „Jesteśmy obecni w świecie” - Irek wydrzeźniał przywódcę partii. 

„Architekt” wrócił do hotelu w porze poprzedzającej  umówione spotkanie z Marylką. 

Zdołał  się  jeszcze  przekwaterować  do  oddzielnego  pokoju.  Nie  będzie  miała  szczeniara 
wymówki. Był to przyjemny moment, ta rozmowa z recepcjonistką. Buciak towarzyszył mu 
nie rozumiejąc ani w ząb o co chodzi, chociaż szczycił się swą angielszczyzną „na poziomie 
Miltona” jak się kiedyś wyraził. Dopiero gdy „Architekt” ujął w dłonie swój klucz i oznajmił, 
że „nie będą się teraz wzajemnie krępowali” ujrzał wściekłe błyski w oczach szefa delegacji. 
(Choć było ich dwóch - musiał być „szef”). 

W tym momencie do holu wkroczyła Marylka. Co tu wspominać. Na nic zamiana poko-

ju, ledwo zdołał się tym pochwalić usłyszał, że „służba nie drużba”. Marylka za dwie godziny 
odlatuje do Bejrutu. „Ale to drobiazg, lot wahadłowy. Jutro wieczór będą z powrotem”. I cóż 
wspominać obiad, którego egzotyczny urok stał się opakowaniem bez treści - treścią miał być 
ciąg  dalszy,  czyli  Marylka.  Tyle,  że  obok  numeru  pokoju,  w  chwili  gdy  szczęśliwy  los  w 
postaci  ich  egipskich  gospodarzy  oderwał  Buciaka  od  stolika,  zdołał  jej  przekazać  numer 
telefonu Irka, „którego żonę zna pani przecież dobrze” wraz z informacją, że tam będzie jutro 
oczekiwał  na telefoniczną wiadomość od niej. „Może zechcesz wpaść na to  przyjęcie, będą 
ciekawi ludzie, a jeśli nie to umówimy się na mieście”... - dał jej do zrozumienia, że dłużej 
nie może tolerować Buciaka, który uczepił się ich jak absurdalna czarownica ze złej bajki... 
Buciak już wracał rozpromieniony. 

- Zanim pani jutro wyląduje, będziemy już wolni. Cała wizytacja terenu przyszłej budo-

wy skończy się do czwartej  - oznajmił triumfalnie jakby im obojgu szczególnie zależało na 
jego towarzystwie. 

Następnego  dnia  „Architekt”  miał  w  zabawnych  i  na  szczęście  nieco  ośmieszających 

Buciaka okolicznościach jak bardzo „angażował się” w Marylkę. Otóż w drodze powrotnej z 
wizytacji terenów przyszłej budowy Buciak nagle zdradził chęć aby „zajrzeć” na suki. 

- Arabski  targ  znany  jest  przecież  z  egzotycznej  urody  -  wywodził  coś  swoją  łamaną 

angielszczyzną, w końcu zwrócił się do kolegi by ten przetłumaczył ów bezcenny aforyzm. 
No  i  znaleźli  się  wśród  bazarowych  straganów,  zgiełku,  smrodu  i  zapachów  wschodniego 
jarmarku... 

Nim „Architekt” pomyślał, że mógłby skorzystać z okazji i kupić jakiś egzotyczny dro-

biazg na powitanie stewardesy spostrzegł, że Buciak zatrzymał się przy straganie z kobiecymi 
ozdobami  -  naszyjniki,  bransolety...  Spojrzał  na  niego  z  niedowierzaniem  -  to  i  on  tak  serio 
startuje do Marylki. A Buciak już wchodził w handlowe układy. 

background image

- Skolko? - zapytał korzystając z faktu, że wieloletni pobyt radzieckich doradców prze-

szkolił Arabów w europejskim języku. 

- Fifteen - sprzedawca wymienił cenę trzymanego przez Buciaka naszyjnika. 
Zalotnika gnębiła trema związana z faktem, że kolega chłodno z nieukrywaną niechęcią 

obserwował jego handlowe zabiegi. 

- To dla żony - skłamał półgębkiem i rozpoczął targ. Każdy wie, że na sukach trzeba się 

targować. Niestety, zgubiła go słaba znajomość angielskiego. 

- Forty two - strzelił. 
Najwyraźniej pomylił „Fifteen” z „fifty” - czyli piętnaście wziął za pięćdziesiąt i w tej 

sytuacji  proponując  „forty  two”  czyli  czterdzieści  dwa,  przeszło  o  dwakroć  podniósł  cenę, 
którą chciał obniżyć... 

Sprzedawca z kamienną twarzą skinął głową i wręczył Buciakowi kosztowny sprawu-

nek... 

- Z czego się śmiejesz? - ofuknął rozbawionego kolegę. 
Ale „Architekt” nie patrzył na niego, widział jak szczęśliwy sprzedawca ewakuuje się 

spiesznie ze swego straganu zostawiając tam jakiegoś nieletniego zastępcę. Obawiał się rekla-
macji. 

- Zabawnie się targowałeś - wyjaśnił „Architekt” ciesząc się w duchu jak swą opowie-

ścią  o  kompromitującej  nieudolności  rywala  pogrąży  go  w  oczach  niewątpliwie  sprytnej 
dziewczyny. Doceniał Marylkę... 
 

Spotkanie  towarzyskie  u  Irka  było  interesujące.  W  pierwszych  słowach  uprzedził 

gospodynię, że będzie czekał na telefon Marylki, jej dobrej znajomej, koleżanki z lat pracy w 
Locie, i - jeśli państwo pozwolą - chętnie by po nią pojechał, skoro u państwa tak miło... 

Żona Irka wydawała się bez entuzjazmu podchodzić do sprawy, ale jej mąż wylewnie 

oświadczył, że będą się cieszyć i ruszył do gości. Pani domu zgrabnie wprowadziła „Archite-
kta” do jakiegoś towarzystwa mówiąc o rodaku i jego architektonicznej misji.  

Wprawdzie przypisała mu funkcje projektanckie Buciaka, ale to nie było ważne. Wyso-

ki  szczupły  Egipcjanin,  wyraźnie  towarzysko  przewodzący  małej  grupce  chciał  sprawić  tak 
zarekomendowanemu rodakowi gospodarzy przyjemność i jął rozprawiać o swej sympatii dla 
Polaków... 

- „Ogromnie lubię tego waszego kompozytora... no, największego...” 
Nim  „Architekt”  zdążył  wyszeptać  „Chopin”  Egipcjanin  klasnął  w  ręce  i  wykrzyknął 

triumfalnie - „Czajkowski”. 

„Architekt”  po  paru  szklaneczkach  whisky  zaadoptował  się  nieźle  w  wieloosobowym 

międzynarodowym towarzystwie dziennikarzy. Wprawdzie czujnie lawirował w pobliżu tele-
fonu, ale konwersował żywo i bawił się dobrze. Podniecające oczekiwanie wręcz dobrze mu 
robiło. Z rozbawieniem słuchał jak pewien Amerykanin opowiadał o swoich próbach walki z 
„arabskimi  narowami”.  Ludzi  z  białego  świata  szczególnie  męczy  dyskryminacja  kobiety, 
lenistwo a zwłaszcza tradycyjny fatalizm. Przecież wiadomo - perorował - że dla ludów, które 
wierzą w przeznaczenie - Kismet - przeznaczenie bywa niełaskawe. Ich bierność w oczekiwa-
niu  na  los  szykuje  im  los  nie  do  pozazdroszczenia.  Amerykanina  czy  Europejczyka  zawsze 
drażni słowo „Inszallach” - „co Bóg da”, a w wersji potocznej „zobaczymy”... 

Rozmówcę „Architekta” do furii doprowadzało inne równie potoczne słowo: „malesz” - 

co da się przetłumaczyć: „nic to”, „nie szkodzi”, „trudno”. Amerykanin doszedł do tego, że 
po zwolnieniu kilku kierowców wprowadził do umowy o pracę punkt,  że „zabrania się pod 
groźbą natychmiastowego zwolnienia, używania tego słowa”. Zwolnił z tego paragrafu dwóch 
kolejnych kierowców, wreszcie ten trzeci, ostrzeżony przez los swoich poprzedników, spisy-
wał się nienagannie. Do dzisiaj. Bo oto gdy jechali na przyjęcie do Irka na cadillaca Amery-
kanina  wpadł  zamyślony  taksówkarz  i  wgniótł  mu  błotnik.  Szofer  zaklął  i  wyskoczył  gnie-

background image

wnie coś krzycząc po arabsku. Sprawca szkody coś mu odpowiedział i szofer Amerykanina 
uspokojony wrócił za kierownicę. 

- On jest niewinny - hamował, tylko ma zepsute hamulce... - oznajmił. 
- I wiecie państwo co ja powiedziałem? - Amerykanin szykował pointę. - Powiedziałem 

„malesz”. 

Zarżał radosnym śmiechem. 
- I pana szofer pracuje nadal? - spytał „Architekt”. 
- „Inszallach” - odparł Amerykanin i zarżał ponownie. 
- On  nie  ma  cadillaca,  a  tę  historię  opowiada  od  dwóch  lat,  zawsze  zdarzyła  mu  się 

dzisiaj - oznajmił po polsku gospodarz biorąc „Architekta” pod pachę. 

- Telefon do ciebie - oznajmił i znacząco ścisnął jego łokieć. 
A więc jednak, szczęście się dopełni. Biedny Buciak. - „Architekt” radośnie rozchicho-

tany wewnętrznie ruszył w stronę telefonu. Ujrzał, że rozmawia żona Irka. Spiesznie odłożyła 
słuchawkę... 

- Mówił mi Irek... - zaczął bezradnie „Architekt”. 
- Ach,  to  pan  jest!  Mój  Boże,  dzwoniła  Marylka  i  powiedziałam  jej,  że  pan  już  wy-

szedł... 

„Architekt” stanął jak wryty. Przysiągłby, że patrzyła na niego na sekundę przed odło-

żeniem słuchawki. 

- No, trudno. Jakoś ją pan odnajdzie... - oznajmiła z nutką złośliwości w głosie. 
Cóż  było  robić.  „Architekt”  po  prostu  się  urżnął.  Dopiero  po  wypiciu  kolejnej  porcji 

whisky doznał olśnienia, że Marylka będzie go zapewne szukać w hotelu. Irek był na miejscu. 
Jakby w poczuciu winy ofiarował się że go odwiezie. W recepcji czekała na niego kartka z 
notatką  recepcjonisty  „Marylka  -  she  called  you  22.15  and  23.00”.  Hotel  Hilton  był  w 
porządku.  Ale  czy  ona  zadzwoni  raz  jeszcze?  Mogła  się  przecież  obrazić.  Pożegnał  Irka  i 
pełen napięcia udał się do swego pokoju. 

Nie tracił nadziei. Otwarł drzwi od łazienki by słyszeć dzwonek telefonu i wszedł pod 

prysznic. Musiał być w porządku. 

- A może i lepiej, że jestem po alkoholu, zawsze panie twierdziły, że po alkoholu jestem 

niezwyciężony... - mamrotał do siebie smagany chłodną ulewą. 

Wytarł  się  ręcznikiem.  Telefon  milczał.  Ubrał  piżamę.  Telefon  milczał.  Pomyślał,  że 

może ona będzie jeszcze robić jakieś fochy, zresztą gdy go zastanie w piżamie może się po-
czuć dotknięta. Ubrał się w swój wieczorowy garnitur... Telefon milczał. Po namyśle zmienił 
ubranie. Niech widzi,  że się zdążyłem  przebrać,  że czekam  od dawna... Był  w letniej białej 
marynarce... Telefon milczał. Zdjął marynarkę i wyszedł na balkon. Telefon milczał. 

Tam  na  balkonie,  w  obliczu  wspaniałego  nowiu,  który  jakby  się  urwał  z  meczetu  i 

obrócił na niebie, patrząc na płynący w dole Nil, usłyszał kobiecy jęk. Znieruchomiał. Znowu. 
Głos dochodził z otwartych na balkon drzwi sąsiedniego pokoju. Pokoju Buciaka. 

- Już dosyć - wyjęczała Marylka. 
- Jeszcze  moja  maleńka,  jeszcze...  -  męskie  komendy  Buciaka,  przyzwalające  jęki 

Marylki.  

Boże,  coś  ze  mną  uczynił  -  pomyślał  „Architekt”.  „Inszallach”  -  wyszeptał  czując  w 

dłoni  swą  napiętą  męskość  jakby  miał  wrócić  w  lata  chłopięcych  praktyk.  „Malesz”  - 
„malesz” - „malesz”... 
 

Ostatnie  dwa  dni  pobytu  to  dni  klęski.  Rozpanoszony  zwycięski  Buciak  mówi  przy 

śniadaniu: 

- Marylka poleciała do Libanu, ale już do Kairu nie wraca. Z Bejrutu ma rejs prosto do 

Warszawy. Wiesz, że poprosiłem ją aby zajrzała do tej rezydencji co to ją miał ponoć budo-
wać Zamboyski. Zawsze podejrzewałem, że on tu jeździ po prostu z uwagi na arabskich chło-

background image

pców... Nie to co my, ludzie normalni... - roześmiał się zwycięsko, patrząc „Architektowi” w 
oczy. 

Od tej pory już wszystko w Egipcie było paskudne. Paskudne gdy się jechało mijając 

siedziby ludzkie - lepianki budowane na długość krowiego ogona - bydło jest współmieszkań-
cem człowieka - z narzuconą na płask zamiast dachu wiązką trzciny, gdy mijało się fellachów 
na osiołkach przewożących „śrubę Archimedesa”, przenośne urządzenie do pompowania wo-
dy z Nilu i kanałów, gdy widziało się nędzę tego ludu... Nawet wjeżdżając do Kairu patrząc 
na  enklawy  slumsów  myślał  bez  przerwy:  „malesz”,  „inszallach”,  „cholera  wie  co”.  Chciał 
wracać. 
 
 
 

III 

 

Wielkie  sprawy,  związki,  prace  społeczne,  wspólnota  ideowa,  a  w  gruncie  rzeczy  o 

wzajemnym stosunku ludzi decyduje byle co. Bo jednak w końcu „Architekt” nie mógł czuć 
żalu,  że ktoś zabrał  mu żonę czy ukochaną, po  prostu  Buciak  go uprzedził, przeleciał jakąś 
tam - omen nomen - panienkę z „Lotu”. A jednak uraz pozostał. „Architekt” świadom tego, że 
jeszcze długie lata przyjdzie mu  współpracować z Buciakiem,  daremnie sobie to  tłumaczył. 
Cóż  z  tego.  Na  widok  zajeżdżającej  przed  siedzibę  Stowarzyszenia  czarnej  wołgi  Buciaka 
doznawał  niemiłego  skurczu  serca,  a  gdy  kiedyś  wieczorem  spotkał  na  samochodowym 
parkingu  zajeżdżającą  pięknym  sportowym  fiatem  Marylkę  -  zwyczajnie  ucieszył  się  ze 
spotkania. Niestety i tym razem nic z tego nie wyszło, była z kimś umówiona, na drugi dzień 
znów  leciała  „swoim”  bliskowschodnim  kursem...  Powiedział  więc  sobie,  że  widocznie  ta 
sprawa go ominęła, ale jej ślad w postaci wykiełkowanej nienawiści do kolegi Buciaka pozo-
stał. Był uczulony. Gdy któregoś dnia przeczytał w tygodniku wywiad ze swoim kolegą po-
wiedział sobie nawet, że powinien iść do psychiatry. 

- W Stanach już z pewnością musiałbym się poradzić „mego psychoanalityka” - pomy-

ślał łapiąc się na myśli, że mógłby napisać do redakcji anonimowy list jako rzekomy frontowy 
kolega Buciaka z I Armii. Jako, że „droga bojowa” tego człowieka była wielokrotnie po cichu 
wyśmiewana gdyż każdy wiedział, że Buciak jechał za frontem i to nawet nie w „pierwszej 
linii frontowej gazety” a zawsze kwaterując w najbliższym frontu większym mieście... A tym-
czasem w owym wywiadzie bredził coś o zwiedzanym w czasie wizyty w Egipcie cmentarzu 
poległych pod Tobrukiem polskich żołnierzy, gdzie to doznał prawdziwej iluminacji pojmując 
w sposób nieodparty, że pragnie aby jego zwłoki, „gdy przyjdzie jego czas” złożyć w trumnie 
w żołnierskim hełmie, który towarzyszył mu w drodze znad Oki... 

„Oczywisty  plagiat  z  Zamboyskiego”  -  pomyślał  „Architekt”  pamiętając  o  hutniczym 

kapeluszu  w  trumnie  nestora  polskiej  architektury  i  odczuł  wściekłość,  nienawiść  do  tego 
oszusta. 

A najbardziej upokarzająca była świadomość, że nienawidzi tego zwalistego chama za 

to, że zabrał mu niby ostatniemu gamoniowatemu prawiczkowi tamtą dziewczynę. 

Tymczasem  już w parę dni  później zatrzymała jego uwagę notatka prasowa o zdema-

skowaniu  przez  nasze  służby  specjalne  siatki  przemytu  narkotyków  z  Libanu...  Wśród 
aresztowanych  znalazł  „stewardessę  Marię  W.”  No  tak.  Nie  tylko  imię,  inicjał  nazwiska 
pozwalał na niechybną identyfikację. „Fiat-sport” - olśniło go przypomnienie. Na pewno nie z 
poczciwych oszczędności... Złożyło się szczęśliwie, że jego kolega Irek, nasz korespondent z 
Egiptu,  przebywał  w  tym  okresie  na  urlopie  w  kraju.  W  pierwszym  odruchu  „Architekt” 
pomyślawszy, że jego żona, przecież  eks-koleżanka Marylki,  może coś wiedzieć o sprawie, 
zadzwonił do starego przyjaciela. 

Oboje  przyjęli  jego  telefon  jakby  „z  entuzjazmem”.  Oboje,  bo  rozmowę  zaczętą  z 

background image

Irkiem kończyła jego żona. Zaprosili go na drugi dzień. 

Mili  ludzie,  dobra  kolacja,  świetne  wino.  I  wspaniały  nastrój  gospodarzy.  Przy  kawie 

padły, bez żadnej prowokacji ze strony „Architekta” pierwsze słowa gospodyni, przywołujące 
na pamięć tamten „pechowy” jak do tej pory sądził „Architekt” wieczór przyjęcia w Kairze, 
gdy to tak „pechowo” rozminął się z szukającą go telefonicznie Marylką. 

- Wiesz o jej aresztowaniu? - spytał Irek prowokując całą lawinową opowieść. 
- „Szlak  pułkownika  Nasera?  a  cóż  to  takiego?”  -  spytał  „Architekt”,  gdy  się  dowie-

dział, że wysłucha opowieści pod takim właśnie tytułem. 

- Nie  Nasera  a  Masera  -  poprawiła  pani.  -  Bo  nie  o  Egipcie  historia  a  o  Libanie.  Tam 

właśnie  tak  się  zwał  eks-wojskowy  libański,  który  w  Bejrucie  współpracował  z  naszym 
„Lotem”  jako  rezydent  w  Bejrucie.  Działał  cuda.  Linia  zawsze  była  opłacalna.  Rzecz  nad-
zwyczaj prosta: prochy. No tak, narkotyki. Wcale nie do Warszawy. Co tam my moglibyśmy 
nawąchać i za co, to bardzo droga przyjemność. Ale przez Warszawę, to  leciało do Paryża. 
Nikt przecież nie kontrolował pod kątem przemytu narkotyków samolotu lecącego z Warsza-
wy. Tylko, że z zupełnie innych względów my - mówiła pani - eks-stewardesa, żona przyja-
ciela „Architekta” - bywałyśmy kontrolowane. Nasze bagaże itp... Chodziło o rutynową kon-
trolę  dotyczącą  różnych  tam  naszych  małych  interesików,  przemycików  itp.  Więc  Marylka 
nie lubiła wozić „prochów” osobiście. Często wykorzystywała okolicznościowe „przyjaźnie”. 
Oto czemu gdy pana poszukiwała skłamałam, że pan już wyszedł. 

- Dziękuję - mruknął bez przekonania „Architekt” i raptem się rozpromienił. Mój Boże! 

Buciak! Buciak wiozący „prochy” z Bejrutu na przemyt do Paryża. 

- Proponuję  abyśmy  wypili  za  naszą  przyjaźń  -  oznajmił  nagle  Irek.  -  Bo  wiesz,  że 

myśmy się omal nie rozwiedli po tym jak ona wycięła ci ten numer, ta moja mądra żona...  I 
wiesz, że do tej pory, do tej informacji prasowej nawet mi nie pisnęła o co chodzi... 

-Zdrowie pani... - zaśmiał się „Architekt”. - I za trwałość waszego małżeństwa... Wzno-

szę ten toast z całym przekonaniem. Ja, stary kawaler... 

- A pomyśleć, że gdyby nie ona mógłbyś może też mieć żonę... - stewardesę - zażarto-

wał gospodarz. 

- O Boże, byłbym szwagrem Buciaka! - jęknął „Architekt”. 
Stał przy oknie w swoim redakcyjnym gabinecie, gdy ujrzał zajeżdżającą czarną dygni-

tarską wołgę Buciaka. 

Miał gotowy tekst przywitania swego ważnego kolegi. Przyjmie go okrzykiem „witam 

czcigodne prochy”. Bo przecież informacja o aresztowaniach „podejrzanych o przemyt” pro-
chów była w tym samym numerze „Życia” co wywiad z Buciakiem, w którym wyraził życze-
nie aby jego prochy spoczęły wraz z hełmem-towarzyszem jego żołnierskiej drogi. Słuchając 
marszowych kroków Buciaka w sekretariacie pomyślał jeszcze „jednakowo czcigodne”. 
 

FIKCJE I FAKTY 1/1985 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

HONOR GERMAŃSKIEGO BOBRA 

 
   
- Tu  skręcamy  -  ostrzegł  profesor  Lech  Sławuta  młodego  doktoranta  siedzącego  za 

kierownicą jego fiata. 

Nikodem Szarek wyhamował tuż przed drogowskazem. 
- W prawo, w prawo... - ponaglił go profesor. 
- To przecież nie Podona - zdziwił się kierowca. 
- Nie..  Podony  nie  ma  na  żadnej  mapie.  Ja  używam  tej  nazwy  jak  cała  miejscowa 

ludność... Dokładniej mówiąc, jak cała nie miejscowa, a napływowa ludność. Po prostu tutaj 
był dwór i dobra grafa von Donau, i tak w pierwszej chwili to miejsce nazwano... Jedziemy. 

Auto  sunęło  śródleśną  drogą.  Szarek  zwolnił,  urzeczony  widokiem  ogromnych  łąk 

zamkniętych kępami krzaków po lewej stronie drogi. Środkiem płynęła struga otoczona przez 
szpaler równo posadzonych olch. 

- Podejrzewam,  że  to  jeszcze  ręka  grafa.  Taki  pruski  porządek.  Niby  już  zarosło,  ale 

proszę  zobaczyć,  że  wszystkie  stare  drzewa  rosną  w  równych  odstępach.  Pruski  ład...  - 
profesor przybrał wykładowy ton. 

Doktorant lubił „starego”. Wybrał zoologię w odruchu wstrętu i niechęci do wszystkich 

spraw ludzkich, ale ludzkie słabości swego mistrza traktował z pobłażaniem. Sympatia była 
niewątpliwie  wzajemna,  bo  jakże  inaczej  wytłumaczyć  sytuację,  gdy  prowadzi  wóz  swego 
profesora zaproszony przez niego na polowanie do jakiegoś sławnego uroczyska, którego nikt 
„z katedry” jeszcze nie oglądał. Nikodem łowiecką pasję wyniósł z dzieciństwa, spędzonego 
nad Niemnem w dorzeczu Czarnej Hańczy. Dziwacznym skojarzeniem te właśnie łąkowe per-
spektywy w jakiś sposób cofnęły go w czasie i przeniosły w przestrzeni o paręset kilometrów. 

- Cóżeś się tak zamyślił, dodaj gazu, droga jak stół - usłyszał głos profesora Sławuty. - 

Jeszcze się napatrzysz ładniejszych pejzaży... - w jego głosie pobrzmiewała duma, jakby był 
spadkobiercą  grafa  von  Donau.  -  Tyle,  że  jeśli  idzie  o  ptaki,  niewiele  tu  ciekawego,  ale  w 
końcu jesteśmy na urlopie. 

Bo  Nikodem  wybrał  sobie  specjalizację  i  temat  z  dziedziny  ornitologii.  Jak  zawsze  u 

Szarka temat szeroki, uogólnienia śmiałe, a dokumentacja naukowa wątlutka. 

- Skończysz  jako  popularyzator.  To  jest  publicystyka,  a  nie  naukowa  robota  -  zrzędził 

jego promotor po pierwszej  pobieżnej  lekturze pracy, w której  młody doktorant  zestawiał w 
śmiałych paralelach cechy gatunków osiadłych i wędrownych ptaków, udowadniając, że gatu-
nki migrujące są genetycznie słabsze, a rzekomo wyższy iloraz ich inteligencji wynika z tego, 
że nadrabiają w ten sposób brak „uporu i woli przetrwania” w warunkach, jakie wybrały ptaki 
osiadłe... 

- Pan  profesor  nie  widział  mnie  „pod  bronią”  -  zażartował  teraz  -  „kiedy  polujesz,  na 

świecie jest tylko strzelba i ty”, tak uczył mnie ojciec. 

- Leśniczy, jeśli się nie mylę - zagabnął profesor. 
Uszanował  ciszę,  jaka  nastąpiła  w  odpowiedzi.  Pamiętał  jak  przez  mgłę,  że  ojciec 

młodego uczonego zginął w czasie wojny w wyjątkowo tragicznych okolicznościach. 

Zakręt drogi otworzył przed nimi nową perspektywę. Wyniosły piętrowy biały gmach, 

kryty czerwoną dachówką, parę niskich domków w zieleni, z dachami w tym samym kolorze. 

- Podona - powiedział profesor. 

 

W  leśniczówce  Srebrny  Potok  rządził  stary  gajowy  Twikałło.  Przywitał  profesora  z 

wielką rewerencją i długo zdawał się nie zauważać młodego doktoranta. Dopiero przy kolacji, 
gdy  przy  butelce  samogonu  okazało  się,  że  Nikodem  pochodzi  z  okolic  Grodna,  Twikałło 
oszalał. Z ogromnym krzykiem wezwał do izby swoją żonę, kręcącą się wschodnim obycza-

background image

jem na rubieżach kuchni. 

- Toż rodaka nam zesłało! Z Błot Wilczych to człowiek, leśniczego syn! - wołał, jakby 

żona była z drugiej strony leśnego zrębu. 

I nagle profesor Sławuta zauważył, że jego stołeczny blask gaśnie przy łojowym świetle 

jakiegoś wspomnienia tamtych ludzi ze Wschodu. 

- Ileś ty lat miał, człowieku, jakeś od nas poszedł? W czterdziestym piątym, co? A jak 

ty przetrzymał? Oj, coż ja robię, toż pan jesteś, a ja po imieniu... 

- Mnie wtedy w czterdziestym trzecim wywieźli. Do Niemiec. 
- A rodzina? Jak... pan ich odnalazł? 
- Nie miałem czego szukać. Nikogo przy życiu nie było. Wypijmy, niech już będzie po 

imieniu.  Mnie  Nikodem  -  doktorant  wychylił  duszkiem  szklaneczkę  trunku  i  przez  chwilę 
pozostał z otwartymi ustami, bez oddechu. 

- Bazyli mi na chrzcie dali... - gajowy ujął uroczyście w obie ręce barki swego gościa i 

ucałował go z dubeltówki. 

- Widzisz, kto tak spirytus pije... Z uszanowaniem całym dla pana profesora, ale szkla-

neczkę duszkiem to tylko od nas człowiek... Miastowy zwyczajny nie poradzi... 

Potem boczek. I znowu szklaneczka. Nikodem nie zauważył, kiedy objęła go gorąca wi-

bracja, przyjaźń dla tego człowieka, dla wszystkich co w tej izbie, do izby, do ścian, i do tego, 
co na zewnątrz... Jakby tam miały być te łąki pachnące jego dzieciństwem, trawy kładzione w 
brzęku  kos,  księżyc  wschodzący  nad  brzegiem  Czarnej  Hańczy...  To,  co  opuścił,  i  o  czym 
nawet nie myślał... 

I nic nie wyszło z wieczornego podchodu. 
- Żadna tam turbacja, panie profesorze - usprawiedliwiał sytuację Twikałło. - Jutro pan 

profesor strzeli na Proboszczowym  Zrębie byka,  jaki raz na sto  lat się trafia, a i  pan młody, 
gość mój Nikodem, bez jelenia pięknego nie wróci. Jeszcze tylko ta szklaneczka. Ogórka nie 
mało - krzyk pana domu uzmysłowił kobiecie, że nadzwyczajne spotkanie nie zmieniło praw 
tego domu. 
 

Brzęk  budzika  długo  tarmosił  świadomość  Nikodema,  przytłumioną  przez  ciężki  od 

alkoholu sen. Wreszcie otworzył oczy. Wzrok jego odczytał świtową porę z konturów drzew 
za oknami. Przez krótką chwilę nie  wiedział, gdzie się znajduje, nim ciężkim chrapnięciem 
nie  zwrócił  na  siebie  jego  uwagi  profesor  Lech  Sławuta  śpiący  na  łóżku  pod  przeciwległą 
ścianą.  Przypomniał  sobie  kolację  i  „rodaka”...  Starym  obyczajem  wyniesionym  z  licznych 
polowań postawił bose nogi na zimnej podłodze - nic tak nie pomagało wyrwać się z sennego 
odrętwienia. Przeszedł pod przeciwległą ścianę i potrząsnął profesora za ramię. Budzony coś 
zabełkotał i odwrócił się na drugi bok. 

- Pójdę! - postanowił młody człowiek. - Niech Twikałło zobaczy, że mnie tak łatwo tru-

nek nie obali. Pójdę...- pamiętał z wieczora jakieś rady gajowego co do porannego podchodu. 
Zaraz  za  następnym  oddziałem  lasu  otwierały  się  ponoć  zakrzaczone  uroczyska  z  zatokami 
łąkowych otwartych polan nad strumieniem. Może usłyszy ryczącego byka, może trafi przy-
padkiem na rogacza. - Pójdę... - Pomyślał z satysfakcją, jaką będzie miał minę jego promotor, 
gdy się dowie, że młody myśliwy powrócił z „normalnego” podchodu. 
 

Już po dziesięciu minutach marszu zorientował się. że przeliczył się z siłami. Kilometr, 

który przebył od bramy leśniczówki, ołowiem ciążył w nogach. W głowie tętniło, jakby wciąż 
gdzieś  gnały  chmary  spanikowanych  jeleni.  Na  szczęście  prześwity  w  lesie  świadczyły,  że 
jest już blisko zapowiadanego uroczyska. Jeszcze dwieście metrów. Rzuci okiem na okolicę, 
żeby  mieć  się  czym  pochwalić  przy  śniadaniu,  i  wróci.  Pokonał  te  dwieście  czy  trzysta 
metrów,  i  wysunął  się  na  pierwsze  śródleśne  odkryte  oczko  mikroskopijnej  łączki.  Serce  w 
nim  uderzyło  mocniej.  Na  przeciwległej  ścianie  zarośli  widniała  czerwona  plama.  Rogacz? 

background image

Uniósł ciężką lornetkę  Regulował  szkła, gdy nagłe  czknięcie rzuciło mu  głowę i  gołym  już 
okiem obejrzeć mógł całą chmarę spłoszonych szpaków rwących w górę z zarośli, błysk sukni 
umykającego rogacza. Nikodem uklęknął i, jak człowiek trafiony dalekim strzałem, przechylił 
się na bok. Zasnął. 

Obudził się po paru minutach, zdjęty chłodem. Portki miał przemoczone od obfitej rosy. 

Wrześniowy pogodny poranek rozwiesił mu przed oczami siatkę pajęczyn i włosów babiego 
lata. Od razu wiedział, gazie jest, w której stronie ma szukać łóżka. Tu nie chodziło o leśni-
czówkę, chodziło o łóżko. Po jakimś czasie z głową rozrywaną bólem dotarł na próg domo-
stwa.  Z  ulgą  nacisnął  klamkę.  Ale  drzwi  nie  ustąpiły.  Raz  jeszcze  ponowił  wysiłek.  Bez 
efektu. Ktoś po jego wyjściu musiał zamknąć na klucz. Zdecydował, że nie będzie łomotał o 
świcie, i ciężko usiadł na progu. 

Obudził się popchnięty drzwiami. Stary Twikałło stał zdumiony. 
- Cóż to pan...? A raczej ty... czy nasze „po imieniu” na trzeźwo ważne...? 
- Czekałem, aż się pobudzicie - Nikodem dźwignął się z trudem. 
- Przecież otwarte... 
Doktorant  pojął,  że  pijackie  osłabienie  nie  pozwoliło  mu  pokonać  oporu  otwartych 

drzwi. 

- Chciałem się świtem nacieszyć... - bąknął. 
- Zaraz stara śniadanie przygotuje. A pan profesor nie wstał. Nie zniosła miejska głowa 

naszego spirytusiku... 

Wielka musiała być nagła miłość Twikałły do młodego „rodaka”, skoro zapowiedział, 

że  w  porze  wieczornego  podchodu  ulokuje  go  na  zmajstrowanej  przez  siebie  ambonce  nad 
bagiennym zakolem Pasłęki. Miał tam spotkać jelenia-byka, prawdziwego matuzalema... 

- Rogi już zmarnowane, to nie dla pana profesora byk, ale rozłoga wspaniała, i dla mło-

dego w sam raz trofeum... - uspokajał przy śniadaniu Sławutę, wyraźnie zaniepokojonego, czy 
sojusz ludzi zza Buga nie pozbawi go myśliwskiej szansy. Ale Twikałło obiecał, że po uloko-
waniu młodego na ambonie przejdą z profesorem w upatrzony rejon i niechybnie znajdą „tego 
byka, co to pan wie” - nawiązał do im tylko wiadomych przeżyć z zeszłego sezonu. 
 

Ciężkie sny nękały doktoranta, gdy profesor skłonił obolałą głowę na kocyku w chło-

dzie małego sadku za Twikałłowym obejściem. Wypili obaj do obiadu cały garniec zsiadłego 
mleka. W końcu doszli do siebie. Stary gajowy współczuł ostentacyjnie profesorowi, mruga-
jąc do Nikodema, że obaj by chętnie jeszcze sobie po jednej lampce strzelili, ale bez towarzy-
stwa to się wstrzymają... 
 

Nadeszła pora zachodu.  Jechali przez las w błogim podnieceniu, jakie zawsze ogarnia 

myśliwego  pierwszego  dnia  rykowiska,  gdy  tyle  ma  się  zdarzyć.  Wieczór  był  „dobry”. 
Rześkie powietrze głos  będzie nieść daleko,  rykowisko było  ponoć już dobrze „rozegrane”. 
Nikodem oglądał się za każdym zakrętem, aż musiał go Twikałło uspokoić, że do leśniczówki 
wracają przecież razem samochodem, i drogi się uczyć nie musi. Odpowiedział na to, że choć 
dziś na początek chętnie posiedzi na ambonie, na którą go gospodarz posadzi, to jednak zwykł 
polować z podchodu i drogi się uczy na zapas, na dni następne... Skręcili w wąski zarośnięty 
dukt,  wyznaczony  wielkimi  starymi  brzozami.  Nad  porośniętym  wysoką  trawą  rowem  tu  i 
owdzie leżały odłamki starych drzew. Ostatnie regularne zręby zostawili dawno za sobą, teren 
był już rodzajem pierwotnego uroczyska, gdy Twikałło polecił zatrzymać samochód. 

- Tam - wskazał kępę trzech sosen na środku zaklęśniętej bagiennej łąki. - Pójdzie pan z 

nami? - spytał profesora. 

Ten popatrzył  na bagienne kępy traw i  widząc, że marsz może go niepotrzebnie utru-

dzić, pokręcił przecząco głową. 

- Tylko się pospieszcie. Już pora... - przypomniał gajowemu, że opieka nad nim stanowi 

background image

jego  podstawowy,  obowiązek.  Trochę  go  już  zaczynała  złościć  dziwaczna  zażyłość  tych 
dwóch ludzi tak obcych sobie kondycją społeczną i wiekiem. 

Gajowy wrócił po paru minutach. 
- To nie jest byk na ścianę dla pana profesora - uprzedził ewentualne pretensje. - Poszu-

kamy  naszego.  Jakby  milczał,  to  się  zaryczy...  -  wyjął  z  chlebaka  szkło  od  naftowej  lampy. 
Profesor słyszał,  że stary  umie wabić,  ale nie lubi  i  z reguły odmawia  myśliwym  tej  formy 
pomocy.  Wszystko  się  zmieniło.  Pomyślał  z  rozdrażnieniem,  że  oto  zdaje  się  on,  profesor, 
zaczyna korzystać z protekcji swego doktoranta. 

I  był  to  wieczór  do  długiego  pamiętania.  Jeszcze  słońce  rzucało  czerwone  bryzgi  na 

sosnową korę, gdy król rykowiska odezwał się po raz pierwszy. Twikałło chwyciły profesora 
pod łokieć. 

- To on! W bagnie stoi. Podejdźmy  - pociągnął  go w ciemną już czeluść świerkowego 

oddziału. - Pójdzie albo przez jałowce, i wtedy stracony, po nocy wyjdzie na zrąb pod dęba-
mi, albo ruszy na wschód w stronę rzeki, wtenczas złapiemy go na wrzosowisku, i już nasz... 

Szli  spiesznie.  Sławuta  tę  część  lasu  znał  nie  najlepiej,  ale  przecież  nie  był  tu  po  raz 

pierwszy.  Dopiero  teraz  jednak,  w  towarzystwie  starego,  zobaczył,  ile  drogi  niepotrzebnie 
nadkładał, trzymając się duktów. Oto niewidoczna niemal, ale wyczuwalna pod stopą jelenia 
ścieżka wyprowadza ich po kwadransie na małą śródleśną kotlinę.. 

- Tu poczekamy...  - decyduje gajowy i zaraz, jakby w odpowiedzi, potężny ryk głuszy 

jego  słowa.  -  Dobrze.  Idzie  na  nas  -  cieszy  się  staruch.  Podprowadza  myśliwego  na  skraj 
polanki  i  bez  słowa  pokazuje  gruby  pień,  który  mu  będzie  służył  za  podpórkę  przy  strzale. 
Nagle milknie. Gdzieś daleko odzywa się jakiś inny, chłystem przez myśliwych zwany, mło-
dy  byczek.  A  nestor  milczy.  Mijają  sekundy.  Raz  czy  drugi  zelektryzował  powietrze  trzask 
łamanej gałązki, lecz nie poruszyło się nic. 

- Może by zawabić? - proponuje Sławuta. 
Gajowy powoli sięgnął do chlebaka. Brzęknęło cicho szkiełko o sprzączkę. Znierucho-

mieli. Wreszcie Twikałło przyłożył szkło do ust. Głuche stęknięcie starego byka poleciało w 
ciemniejący las. Potem drugie. Stali bez ruchu. Cisza. I dopiero gdzieś po minucie przeciągły 
odległy ryk. 

- Toż cholera, oszust stary, idzie w jałowce. 
- Może jeszcze spróbować? - Sławuta dotknął palcem szkła. 
- W dupie on ma nas i moje szkło. Z jedną łanią on idzie i bić się mu nie w głowie...  - 

stary śpiewną mową przeklął bycze obyczaje. - Jutro już go inaczej weźmiemy, byle wiatr się 
nie odmienił. 

- Nikodem  też  nie  strzelał...  -  ni  to  stwierdził,  ni  zapytał  gajowego  profesor.  Nie  był 

pewny, jak daleko są od doktoranta. 

- Idziemy - Twikałło nie taił gniewu. Uważał, że zwierz go oszukał. 
Po kwadransie byli na miejscu, gdzie przed godziną wysiadł z gajowym Nikodem. 
- Jeszcze go nie ma - stwierdził Sławuta i umilkł nagle. Byk ryknął grubo od strony wi-

docznych na tle nieba sosen, które skrywały udostępnioną Nikodemowi ambonkę Twikałły. 

- Ot, i ma swego byka. Zaraz go strzeli  - powiedział z satysfakcją Twikałło.  - Stamtąd 

widzi go jak na dłoni. 

Ryk raz jeszcze zatargał powietrzem. 
- Czego  nie  strzela?  Trzeba  ryzykować!  -  niecierpliwił  się  stary,  jakby  sam  widział 

zwierza. 

I  stali  tak  z  kwadrans,  aż  noc  wypełniła  czarnym  powietrzem  luki  między  drzewami, 

zajęła nawet ich drogę, która gdzieś się usunęła spod kół stojącego bez świateł samochodu 

- Powinien już tu być... - zaniepokoił się czemuś gajowy. 
- A cóż mu się mogło stać, panie Twikałło, młody, zdrowy, zasłuchał się... 
Rzeczywiście, gdzieś z głębi lasu niosło jeszcze jelenie porykiwania. 

background image

- Nie ma co. Idę po niego. 
- Niech  pan  zaczeka.  Wezmę  latarkę  i  też  się  przejdę.  -  Profesor  postanowił  spenetro-

wać „tajną” ambonkę staruszka. 
 

Szli  przez  sięgające  po  pas  burzany.  Światełko  latarki  czesało  trawiastą  grzywę  nie 

odkrywając zdradzieckich zapadlin gruntu i bułowatych narośli kęp traw chwiejących się na 
podmokłym  gruncie.  Sławuta,  dobrze  już  zasapany,  dotarł  za  Twikałłą  do  grupy  wysokich 
sosen. Tutaj gajowy przystanął i zadarłszy głowę ku górze zawołał półgłosem: 

- Nikodem! 
Odpowiedziała mu cisza. Tylko gdzieś nie opodal odezwał się byk. 
Gajowy sięgnął dłonią wstecz, ruch jego palców wskazał, że prosi o latarkę. Za chwilę 

ostrze światła spruło litą ciemność wokół pnia najwyższej sosny i w górze coś zamajaczyło.  

- Nikodem! - zawołał głośniej gajowy. 
- Jestem. Czekam. 
- Złaź. 
- Nie mogę... 
Teraz  dopiero  Sławuta  odzyskał  swoją  latarkę.  Dokładnie  oświetlił  gładki  sosnowy 

pień.  Do  pierwszych  gałęzi  było  ze  trzy  metry,  a  gdzieś  dalej,  grubo  wyżej,  majaczył  zad 
uwieszonego na gałęzi doktoranta. 

- Broń  trzeba  najpierw  spuścić  -  poinstruował  stary  ciemne  niebo,  na  którym  coraz 

wyraźniej wybijały się gwiazdy. - Toż linka została w górze u ciebie, Nikodem... 

- No  dobrze  -  zgodził  się  jakoś  jękliwie  doktorant,  i  po  chwili  zjechał  z  góry  jego 

sztucer. 

- A teraz powolutku... - instruował dalej Twikałło.  
Odpowiedziała mu cisza. Ni głosu, ni chrzęstu kory. Nikt nie poruszył się w górze. 
- No...? 
Tylko byk zamruczał szyderczo z oddali. 
- Ja nie zejdę... - doleciało na dół desperackie oświadczenie. 

 

- No, nic. Pan profesor poświeci... 
Bazyli zdjął buty i podszedł do sosny. Objął ją rękami i jak ogromny jaszczur jął sunąć 

w górę. 

A potem ten niewiarygodny monolog: 
- Toż nie bój się niczego, Nikodem.  Obróć ty się na deseczka. Nogę lewą zesuń, o, tu 

już  moja  głowa.  Śmiało  ty  na  nią...  Ale  buta  w  gębę  mi  nie  pakuj,  tfu...  A  drugą  nogę  na 
ramię. Teraz ja się obrócę, a ty ze mną... 

Ubawiony  profesor  ma  w  świetle  latarki  pięty  gajowego,  jego  szeroki  zad,  nad  nim 

wysoko  błysnęła  cholewa  gumiaka  doktoranta,  teraz  jego  zadek  i  wysoko  uczepione  gałęzi 
dłonie... 

Nagle  stamtąd,  z  góry,  leci  błysk,  jakby  niebo  rozdarła  cichcem  błyskawica.  Nim 

Sławuta zdołał uskoczyć, utkwił między jego stopami ogromny myśliwski kordelas Nikodema 
Szarka. Pomyślał ze zgrozą: Cóż by to było, gdyby ostrze trafiło mnie w wierzch stopy? - i 
poczucie ulgi  rozładowało  się w głośnym  wybuchu śmiechu. Ryknął  byk, odpowiedział mu 
drugi, Bazyli mruknął: „chwała Bogu”, a gwiazdy odpowiedziały wzmożonym blaskiem. 

- Cóż  to  pana  spotkała  za  przygoda?  -  zagadał  łaskawie  profesor  wręczając  swemu 

młodemu  pracownikowi  jego  ogromny  nóż.  Bez  słowa  pretensji.  Pasł  się  po  cichu  błogim 
poczuciem wyższości: to nie jego zdejmować musiał białoruski chłop z wysokiej gałęzi. 

- Udana zasiadka. Widziałem tego byka - oznajmił pogodnie Nikodem. - Tyle, że okazji 

do strzału nie było: to tyłem, to przodem, ale ani razu komory nie odsłonił. 

- Jutro go dostaniesz - pospieszył z pociechą Bazyli. 

background image

- Ale  już  nie  z  tej  sosny  -  usłyszał.  -  A  wie  pan,  profesorze,  co  ja  tu  zobaczyłem  na 

rzece? Żeremie bobrowe. I bobra widziałem... 

- No tak. I to nie zwykłego bobra. Kanadyjskiego bobra grafa Donau  - oznajmił z wy-

ższością Sławuta. Nie zaskoczą go rewelacje młodego zoologa o specjalności ornitologicznej. 

Ile mógł mieć lat, gdy ojciec po raz pierwszy pokazał mu bobrowe żeremie, tam, gdzie 

Czarna Hańcza dotyka szerokiej wody Niemna? „Siwy, a ciągle brunet” mawiała matka, prze-
czesując  dłonią  czuprynę  męża  przy  kolacji.  „Szalony  leśniczy”,  jak  nazywali  go  osadnicy. 
Ten jego ojciec, który uczył go, że trzeba zawierzyć koniowi, gdy nocą przyjdzie szukać drogi 
do  domu,  że  dzikie  gęsi  lepiej  wiedzą,  kiedy  będzie  wiosna,  niż  mądrale  z  warszawskiego 
radia, który mu pokazywał bobrowe tamy i przemyślnie budowane domostwa.  

Zapach  tamtych  łąk...  A  może  to  obłoki  tak  pachniały  o  zachodzie?  Brzęk  kosy.  Ileż 

razy potem, jako wypoczywający mieszczuch, przystawał zauroczony, słysząc ten głos pogo-
dnego lata młodości. „Bo dobra kosa musi dzwonić” - pouczał ojciec. Jak zawsze mądrzejszy 
od  radia  i  od  przywiezionego  z  miasta  żelastwa.  „Może  kto  głupi  kupi”  -  rzucał  z  twardym 
krzykiem  kosę  na  ladę  wiejskiego  sklepu.  Zachody  słońca,  chmury  piętrzące  się  wysoko, 
wysoko, aż tam, gdzie, jak twierdziła matka, był „Pambóg”, a gdzie „niebiesko było tylko od 
powietrza”,  jak  mówił  ojciec  -  i  nie  było  wątpliwości,  kto  mógł  mieć  rację.  I  te  bobry.  Dał 
leśniczy synowi lornetkę. Posadził go w rozgałęzieniu wykrotu starego dębu i kazał być cierp-
liwym. I widział to czarne futro, w które nagle ubierała się fala, i płaski ogon żeglujący pod 
bystrą  wodą...  „A  dziurki  w  nosie  mu  policzyłeś?  -  Po  ile  ich  ma?"  -  pytał  ojciec  surowo 
marszcząc brwi. 
 

Cisza.  Tamte  cisze  nad  Czarną  Hańczą,  których  już  pamięć  nie  ogarnie.  To  nie  jest 

martwa  cisza  milczenia,  to  cisza  żywa,  mówiąca  do  człowieka  jakimś  niewypowiedzianym 
szeptem. Ile treści było w tamtej ciszy, dowiedział się potem w huku dział, w świście pożera-
jących miasta płomieni, we wrzaskach esesmańskiej eskorty... 

Ale na razie światem rządzi jego ojciec. Posłuszne mu są zwierzęta. Gdy ojciec mówi, 

trzymając go za rękę: „Zaraz tu wyjdzie rogacz” - rogacz zabarwia zieleń traw swoją zuchwa-
łą czerwienią. Słuchają go ludzie: „Wasylko, koniowi podkowa lewa chlapie” - i wieczorem 
siwa ojca już prawidłowo podkuta. Ten koń, z którego grzbietu można co jakiś czas obejrzeć 
świat, gdy ojciec trzyma za łydkę, bo noga za krótka jeszcze, by koński grzbiet objąć. I potem 
śmierć siwej. Jak z osiemnastowiecznej powieści... Zimowy wieczór. Matka ciągle podchodzi 
do okna. Noc już, a ojca nie ma. Księżyc wypełnia cały kwadrat szyby. Słychać, jak skrzypią 
po śniegu powolne kroki. Ojciec wchodzi do sieni, coś długo tam przystaje, nóg ze śniegu na 
progu - jak zazwyczaj - nie otrzepał. Słychać chrzęst jakiś i łomot. Maleńki Nikodem staje w 
drzwiach  izby,  słyszy  okrzyk  mamy:  „Jezus  Maria!”  -  i  widzi  ciśnięte  pod  ścianą  siodło, 
popręg  zawinął  się  matce  wokół  kostki  pod  stopą,  stoi  jak  spętana,  usiłując  rękami  sięgnąć 
ojca, który oparł się ciężko o ścianę. Teraz wyciąga z kieszeni rewolwer i ciska go gniewnie 
na siodło. 

- Gdzie Wasyl? Niech zaprzęga. Siwą trzeba zwlec z lasu. Kobyłę zabiłem... 
I  to  właśnie  jest  prawda  tamtego  czasu  i  tamtej  ziemi,  tamtych  śnieżnych  cisz,  które 

przerwało wycie wilków. Stado osaczyło konia wracającego ojca i ten, strzelając z siodła do 
basiora, co zwisał u gardła kobyły, trafił ją w łeb śmiertelnie... Wystrzelał potem cały maga-
zynek i poszedł klnąc piechotą te pięć kilometrów, co mu zabrakło do domu. 

Taki  był. Strachu nie znał,  i  przez to  zginął od  kuli nie dla siebie właściwie przezna-

czonej.  Kto  w  tej  ciszy,  w  tych  ciszach,  które  mogło  tylko  wilcze  wycie  lub  latem  klangor 
żurawi zakłócić, mógł  wysłuchać wojny? Choćby i  woził mu  listonosz raz na tydzień sześć 
sztuk codziennej „Polski Zbrojnej”, którą stary, jako legionista, uznał za swoją gazetę, choć 
od dwudziestego roku o wojsku zapomniał. I było co czwartek wieczór to czytanie, wszystkie 
sprawy świata naraz w ciągu godziny poznane być mogły, a reszta czasu należała się temu, co 

background image

tutaj. Tym łąkom, rzece, żeremiom bobrowym. Ojciec stoi przy oknie. Czyści szkło naftowej 
lampy. Specjalna długa szczotka raz i drugi pucuje przydymione szkło. Ojciec odkręca zbior-
niczek na naftę i woła za siebie: „Daj no, Zochna, nafty, bańka pod schodami...” 

I wychodzi na to, że czytania nie będzie, bo żona zapomniała Wasylka po naftę do Żyda 

wysłać...  Ojciec  jak  stał  przy  oknie,  okno  otwiera  i  spokojnie  wyrzuca  w  pokrzywy  lampę, 
słychać z brzękiem rozsypujący się na kamieniach porcelanowy abażur. 

Bo  leśniczy  to  raptus  nieposkromiony.  Gdy  kiedyś  dopatrzył  się,  że  któryś  stajenny 

nowe  szory  na  stare  wymienił,  chłopaka  sprał  i  ze  wsi  wygnał.  Taką  stworzył  wokół  niego 
presję,  że  i  ksiądz  swoje  powiedział,  i  policjant  -  i  chłopak  w  świat  poszedł.  I  śmiercią  po 
latach po ojca powrócił. Jeszcze po drodze do tej śmierci raz jeden się spotkali. Miał ojciec 
wtenczas  - po śmierci  siwej kobyły  -  konika młodego, wielkiego był  to  temperamentu ogie-
rek, a stary się uparł, że go do swej dwukółki ułoży. I pech chciał, że poniosło go na składnicę 
drewna. Właśnie pociąg do wywózki urobku formowali, a maszynistą był ów człowiek przed 
paru laty z leśnictwa wygnany. Na koniach się znał.  Wyjrzał  ze swego okienka w lokomo-
tywie  i  zobaczył,  jak  ogierek  leśniczego  nogami  przebiera,  łbem  rzuca...  Miał  żal  do  ojca 
Nikodema  i  ręka  mu  sama  w  górę  poszła,  za  sygnał  chwyciła.  Gdy  parowozik  gwizdnął, 
młodego  konia  jakby  tym  świstem  po  zadzie  strzelił.  Wierzgnął,  łeb  pochylił  i  poszedł  w 
cwał,  tylko  się  dwukółka  raz  z  tej  strony,  raz  z  drugiej  strony  rowu  na  bokach  telepała. 
Niewiele z niej poza dyszlami zostało, gdy ojciec pobity i pokrwawiony konia zatrzymał. A 
ostatnią część drogi podobno na brzuchu, uczepiony lejców, przejechał. Potem konia do drze-
wa przywiązał i wrócił na piechotę. Musiał mieć w twarzy coś takiego, że tamten nawet mu 
uciec  nie  zdołał.  Ze  swej  lokomotywy  zeskoczył  tak,  że  nogi  mu  się  w  bale  drewna  zakle-
szczyły. Ojciec nie bił ręką. Polano było ciężkie i snadź zmęczył się, bo zanim go zabił, od-
rzucił narzędzie, leżącego zostawił i do konia wrócił. Tamten miesiąc cały spędził w szpitalu i 
zemstę poprzysiągł do grobu. I szybko się tego grobu swego wroga doczekał. 
 

Nikodem  Szarek  zasypiał  z  trudem.  Jakie  prawa  zawróciły  go  o  lata  w  czasie  i  setki 

kilometrów  w  przestrzeni?  Czemu  jego  zastrzelony  w  czterdziestym  roku  ojciec  wizytuje 
nocą leśną kwaterę w dawnych lasach grafa von Donau? Ten sielski zapach i cisza, w którą 
zawróciły  go  wspomnienia,  były  oszustwem.  Prawdą  był  okrutny  jazgot  świata,  który  go 
pochłonął. Nie miał ochoty pozwolić, aby płytki sen wpędził go w majaki na temat minione-
go.  Ale  może  lepiej  nie  myśleć  także  i  o  ośmieszającej  go  przygodzie  na  domniemanej 
„ambonie”  Twikałły,  która  okazała  się  deseczką  zamocowaną  między  konarami  wysokiej 
sosny...  Gdy  się  tam  znalazł  windowany  przez  gajowego,  gdy  siedząc  już  na  gałęzi  opuścił 
przygotowany sznur, aby wciągnąć swoją broń, ogarnął go paniczny lęk. Owszem, miewał lęk 
wysokości, ale tylko nad górskimi przepaściami lub gdy patrzył przez okno wieżowca. Teraz 
te fobie dopadły  go na  wysokości kilkunastu  metrów. Dopiero po paru  minutach, objąwszy 
ramieniem pień, odważył się jedną ręką przymierzyć do oczu szkła lornety. No tak, w chwili 
gdy  spenetrował  bobrowe  siedlisko,  gdy  spostrzegł  obły  czarny  kształt,  świat  przestał  się 
kręcić, sosna już się nie chwiała... Nigdy nie przyzna się swemu świeżemu przyjacielowi, że 
nie  miał  odwagi  podnieść  broni  do  oka,  aby  mierząc  nie  stracić  równowagi.  A  potem  ten 
współczujący uśmieszek profesora Sławuty, gdy wręczył mu jego ciężki nóż, mówiąc: „Cud, 
że nie obciął mi pan nogi...”. 

Nie, do diabła, to już lepiej wrócić w czas, do którego jego myśl popłynęła bobrowym 

śladem na wodzie, na nocy, na ciszy... 

Ojciec je szanował. Co to było, gdy się wydało, że nauczyciel w miasteczku ma bobro-

wy kołnierz! Stary tylko poczekał, aż syn kłusownika Sureczka, nieuk i jąkała, dostanie swoje 
promocyjne świadectwo... Afera, że nauczyciel przyjmuje w naturze łapówki od kłusownika, 
wstrząsnęła kuratorium w Grodnie. Zasypiając już, wracał ze stancji w miasteczku na wakacje 
do ojcowskiej leśniczówki, już się zapadał w pachnące zmierzchy... 

background image

Zasnął. 

 

Rano profesor Sławuta był w świetnym humorze. Zupełnie jakby doszedł swego byka. 

Wiatr  się  nie  zmienił  i  Twikałło,  jak  zawsze  optymista,  obiecywał  na  wieczór  spełnienie: 
„Drogę będzie miał tą samą...” -zapewniał. 

Więc Sławuta tokował. Miał cały wykład o bobrach, które obserwował wieczorem mło-

dy doktorant na Pasłęce. Wykład miał mu dać do zrozumienia, że nie ma tajemnic, których by 
nie znał wielki zoolog. Więc bobry na Pasłęce to zupełnie unikalne w tej części Europy bobry 
kanadyjskie.  Ich  poprzednicy,  środkowoeuropejskie  bobry  -  jako  słabe  wyginęły,  nim  graf 
von Donau w przystępie pańskiej fanaberii sprowadził bobry z Kanady. I cóż znaczy genety-
czna  wyższość!  W  nowym  dla  nich  środowisku  bobry  nie  tylko  się  asymilowały,  ale  nawet 
wymknęły z granic swoich macierzystych grobli i rozpleniły w okolicy, dając przykład nieby-
wałej gatunkowej prężności. 

Młody  doktorant  niezbyt  cierpliwie  słuchał  tych  zarozumiałych  wywodów.  Stwierdził 

cierpko, że ze swego punktu obserwacyjnego nie zauważył niczego, co by nakazywało mnie-
mać, że ten bóbr różni się od „normalnego bobra europejskiego”. 

- Dla ornitologa różnice te nie są dostrzegalne - przyciął profesor doktorantowi. 
W  środowisku  naukowym  Nikodem  Szarek  znany  był  z  dwóch  pozornie  wykluczają-

cych się cech: niebywałej niestabilności swych zainteresowań i równie niebywałego, zdradza-
nego w najmniej spodziewanych okolicznościach, uporu. 

I oto profesor Sławuta usłyszał oszołomiony, że on - ornitolog - z pewnością więcej ma 

praktycznych obserwacji, ergo i wiedzy na temat bobra, niż różni oczytani specjaliści. Profe-
sor myślał, że się przesłyszał, Ale dopiero to, co usłyszeć miał teraz, wprawiło go w bezgrani-
czne osłupienie. 

- ...zresztą nie mam zamiaru upierać się przy swojej ornitologicznej specjalizacji. Chyba 

przyznam panu profesorowi rację, że mój temat o wyższości gatunków osiadłych w stosunku 
do ptactwa wędrownego jest mocno ryzykowny. Kto wie, może zajmę się właśnie bobrem... 

- No to za naszego bobra - włączył się Twikałło ze swoją flachą spirytusu. 
- Za  naszego!  -  oznajmił  z  naciskiem  młody  autor  porzuconej  przed  chwilą  pracy  z 

zakresu ornitologii. 
 

Co  właściwie  odwróciło  Nikodema  w  stronę  młodości  nad  Niemnem,  opuszczonej 

przed czasem tak ogromnym, że niejedno całe życie by się w nim zmieściło? Może to „rodak” 
Bazyli Twikałło i jego piekielny spirytus? Może pytanie o ojca - leśniczego? 

A potem noc niemal bezsenna, mimo zmęczenia podchodem, który na ogół wali myśli-

wego z nóg. Wraca wszystko - jakby, niedbale do tej pory przeżyte, wymagało myśli, refle-
ksji, zrozumienia. 

Patrzył na tę ziemię trzymając rękę matki i nie rozumiejąc właściwie, czemu jej dłoń tak 

drży i tak kurczowo go ściska, skoro ci panowie Niemcy są spokojni, mówią nawet cicho... 
Ale gajowy, którego tu sprowadzili i kazali mu wyjąć z samochodu ojca sztucer, dubeltówkę, 
rewolwer, trzęsie się, i słowa przychodzą mu ciężko. Choć polsko-białoruska normalna jego 
mowa, bo Niemcy mają tłumacza, słowa przychodzą mu ciężko, jakby w obcym mówił języ-
ku. Ale ojciec jest spokojny. Mówi powoli,  że w chwili, gdy zdecydował  się uciekać przed 
zbliżającymi się wojskami, nakazał gajowemu oddać „sowietom” całą tę broń... 

Gajowy kiwa głową. 
- Więc  skoro  wróciłem  zaraz  gdy  wasze  wojska  -  tak  powiedział:  „wasze  wojska”  - 

przejęły  ten  teren  -  spytałem  go,  czy  zdał  moją  broń.  Powiedział,  że  wszystką  bolszewicy 
zabrali. Tak było? 

I znów gajowy kiwa głową a Nikodem nie wie, dlaczego łzy płyną mu cicho po poli-

czkach. Jakby to inny człowiek płakał. Czemu? 

background image

- Cały ten gewehr był zamurowany u niego w  kominie - mówi od siebie tłumacz i coś 

dalej po niemiecku. Tamci dwaj, jeden podoficer i dwóch żołnierzy, potakują głowami, i ten 
najstarszy rangą mówi coś jeszcze, co tłumacz przekłada, żeby się nie bać, że „Vati” jest w 
porządku, ale trzeba jeszcze wyjaśnić, więc pojadą do miasteczka obaj - leśniczy i gajowy. 

„Do miasteczka” oznaczało „na gestapo”, jak się dowiedzieli po kilku dniach, gdy przy-

szła wiadomość, że obu „sprawiedliwie rozstrzelali” na więziennym podwórku. W rok później 
wieś znała prawdę. To ten pobity przez ojca maszynista i złodziej został konfidentem gestapo. 
Podobno  to  on  wyniuchał  skrytkę  gajowego,  który  zapragnął  wzbogacić  się  o  świetną  broń 
leśniczego i zamurował ją „na lepsze czasy” w kominie własnej chałupy. Potem już tak spra-
wę zakręcił, żeby z leśniczym swój rachunek zamknąć w ten właśnie sposób. 

I został Nikodem z matką i starszym bratem w domu co był kiedyś leśniczówką, a stał 

się  przytułkiem  wdowy  i  sierot.  Wówczas  to  przytłoczyła  go  po  raz  pierwszy  świadomość 
obojętności  świata.  Bo  łąki,  obłoki,  bo  cisze  i  zachody,  i  bełkot  cietrzewi  o  świcie,  i  krzyk 
żurawi...  Jak  dawniej.  A  ojca  nie  było.  I  znów  przyszli  ludzie  w  mundurach.  Grzeczni  tak 
samo, jak wtedy tamci z tłumaczem. Teraz tłumacza nie było. Tyle że ordynansem kwateru-
jącego  w  leśniczówce  oficera  był  zniemczony  Ślązak  mówiący  tą  ledwo  tu  na  wschodzie 
zrozumiałą  nibypolszczyzną.  Więc  można  się  dowiedzieć,  że  „śniadać  będzie  jajko  miętki” 
albo że „jutro być kura na trzy chłopy”... 

Lokator pojawia się wiosną czterdziestego pierwszego roku. W tym czasie lasy aż się 

ruszają  od  wojska.  Nagłe  nowe  przecinki  otwierają  niebo  przed  wycelowanymi  w  obłoki 
lufami dział. Huk zmotoryzowanych kolumn zagłusza najdziksze wiatry, a gdy już wszystko 
ucichnie, z daleka niesie jeszcze pohukiwanie silników motocyklowych łączników. 

- Będzie ruski kaputt - mówi ordynans. - Jutro późny śniadanie - i śmieje się poklepując 

po brzuchu. Mały Nikodem nie wie, że w ten sposób wypowiedziana zostaje przy nim wojna, 
która przewróci wszystko w jego życiu, która każe mu potem szukać w świecie zwierząt rozu-
mu, którego u ludzi nie znalazł. 

O wczesnym świcie artyleryjska kanonada otwarła okna do lasu. Opadły z nich szyby. 

Ryk  dział  chwiał  różowiejącym  świtowym  niebem,  Nikodem  siedział  na  łóżku  matki,  cze-
kając na każde dotknięcie jej dłoni, którą gładziła go po głowie, jak na wybawienie od tego 
niosącego przerażenie huku. Potem ucichło. Już tylko z rzadka artyleryjska salwa przypomi-
nała o tym, co się stało. Wreszcie pojawił się gruby ordynans. 

- Essen, schnell, jedemy nach Russland - zadysponował śniadanie dla swego pana. 
Tego  samego  dnia  szeroką  śródleśną  drogą  płynąć  zaczęła  drelichowa  rzeka  umęczo-

nych ludzi - szli jeńcy, 

- Niemcy poszli w świat - powiedziała matka. 
Na trzeci dzień Nikodem ze starszym bratem wybrali się „za granicę”. Owa „granica”, 

dzieląca  do  dwudziestego  czerwca  czterdziestego  pierwszego  roku  świat  na  „niemiecki”  i 
„ruski”, leżała o dwa lub trzy kilometry od ich  domu. Gadano wśród chłopów, że „Sowiet” 
buduje okrutne bunkry i  umocnienia, więc chłopcy wybrali się na zwiedzanie. Są takie dni i 
sprawy  dzieciństwa,  które  otwierają  przed  małym  człowiekiem  drzwi  wielkiej  tajemnicy. 
Śmierć, to nie było to, co się stało z ojcem. Tata przecież wyszedł z domu z tymi ludźmi w 
mundurach feldgrau, a potem... potem były tylko słowa: zabity, rozstrzelany... 

Przechodzą przez „graniczny” dukt, zaraz potem jest pas łąk - szeroki na kilometr, a z 

drugiej  strony,  na  skraju  chłopskiego  lasu,  ten  pierwszy  bunkier...  Podchodzą  chyłkiem. 
Widzą już teraz dokładnie pagór terenowego umocnienia. W odsłoniętym uderzeniem czołgo-
wego czy artyleryjskiego pocisku lochu sterczy jakiś żelazny złom. Z daleka wygląda jak lufa 
zniszczonego  działa,  z  bliska  okaże  się  żelazną  szyną  z  umocnienia  stropu.  Robert  jest 
dowódcą. Wiedzą, że ojca zabrali „za broń”, więc oni właśnie po broń tutaj przyszli... Robert 
jest odważniejszy. O całe trzy lata starszy od brata. On pierwszy znajduje wejście. Ale są do-
piero w straszącej półmrokiem niższej kondygnacji bunkra. Stanowisko ogniowe było wyżej. 

background image

Jest cisza taka, że gdy w pewnej chwili Nikodem potyka się o jakąś puszkę, krzyk przestrachu 
wyrywa się im obu. Może dlatego Robert staje się taki surowy. Jest dowódcą. 

- Jesteś lżejszy. Ja cię podsadzę. 
To rozkaz. Nikodem kuli się ze strachu, jest chyba jeszcze mniejszy niż przed chwilą, 

gdy  w  ciszy  deptał  leśne  runo  dokoła  bunkra.  Chwyta  jakiś  zbrojeniowy  drut  zwisający  z 
betonowej ściany, staje na podsuniętym kolanie brata. Teraz, podsadzony, sięga już stopą jego 
ramienia. Łapie dłońmi za krawędź otworu łączącego dwie kondygnacje bunkra i dźwiga się 
do góry. Głowę ma już tam... Przez dłuższą chwilę niewiele widzi w ciemności. Światło sączy 
się tylko przez dziurę otwartą pociskiem w górnej ścianie litego muru. Wytęża wzrok i nagle 
z  krzykiem  spada  z  ramion  brata,  na  czworakach  wymyka  się  na  zewnątrz,  pada  na  leśny 
mech. Wciąż widzi przed sobą otwarte oczy człowieka w drelichowym spranym mundurze - 
takim  samym  jak  te,  które  widział  na  jeńcach  -  człowiek  siedzi  oparty  o  ścianę  i  patrzy  na 
niego nieruchomym wzrokiem... 

- Nie  bój  się,  to  trup  -  oznajmia  starszy  brat  wysłuchawszy  relacji.  -  Na  pewno  trup  - 

upewnia  sam  siebie,  bo  wie,  że  musi  jako  dowódca  dokonać  tego,  czego  nie  potrafił  jego 
podwładny. 

W ten sposób weszli w posiadanie pierwszej sztuki broni. Pepeszy. Bo później - gdy już 

mieli starszych współtowarzyszy - znalazły się i erkaemy, i zwykłe karabiny. 

Okolica nie była spokojna. Już nikt nie wiedział, „czyja” partyzantka ściąga pacyfika-

cyjne oddziały Wehrmachtu. Przyszedł czas, że lasy były tu bardziej zamieszkane niż palone 
w  pacyfikacjach  okoliczne  wioski...  Czternastoletni  Nikodem  jest  już  łącznikiem  w  siatce 
konspiracyjnej  łączności  z  leśnymi.  To  on  nosi  meldunki  o  gwałtownym  przygotowywaniu 
terenowego lotniska nie opodal  leśniczówki. Tymczasem w najbliższej wsi dzieją się rzeczy 
jeszcze dziwniejsze. Biorą chłopów, chłopców, nawet i dziewuchy, ale nie na wywózkę, nie 
pod  ścianę.  Kilku  cywilów  organizuje...  odłowy  bobrów  na  Czarnej  Hańczy.  I  oto  zamiast 
ludzi  za  drutami  siedzą  w  odrutowanych  skrzyniach  bobry.  Samolot  ląduje  któregoś  dnia  - 
pewnie płosząc swym przelotem leśne oddziały - i nic się nie dzieje... Tylko chłopi taszczą 
podwodami skrzynie z bobrami. 

Lotnisko z powrotem zarasta perzem i burzanem, a meldunki Nikodema dotyczą tylko 

tego, co dzieje się na ziemi. 

I znowu na zgubę własnego domu - i całej pobliskiej wioski... Bo gdy raz i drugi wy-

mknęli się partyzanci z sieci zamierzonej obławy, jakiś inteligentny dowódca SS postanowił 
„uprzątnąć teren”. Pacyfikacja trwała krótko - strzelali parę minut, palili parę godzin. Starsi i 
dzieci  zginęli,  mężczyzn,  których  dopadli,  powieźli  na  roboty.  Zrządzeniem  żandarmskiej 
łaski Nikodem, razem z bratem Robertem, znalazł się w Niemczech. 

Osieroceni przez matkę, rozprutą serią na podwórzu leśniczówki, zostali sami dla siebie. 

Okazało  się,  że  Nikodem  już  tylko  o  pół  głowy  niższy  od  starszego  Roberta,  uznany  więc 
został za mężczyznę. Nie minęło pół roku, a właśnie ta różnica zostawiła go przy życiu, jako 
dziecko... 

- Der Knabe ist unschuldig - zawyrokował żandarm zabierając Roberta. 
A potem, ściśnięty w tłumie polskich niewolników  spędzonych na  rynek  bawarskiego 

miasteczka, asystował przy egzekucji brata.  
 

Za  „Rassenschande”  Słowianina  czekała  germańska  sprawiedliwość  w  jednej  tylko 

postaci - stryczka. A sprawiedliwość to była nie ślepa, rzetelnie rozpatrywała winy. Bo oto już 
w tydzień po wyroku na Robercie młoda bauerka, wojenna wdowa, wróciła z sądu oczyszczo-
na  z  niesłusznego  posądzenia,  rzuconego  przez  sąsiadkę,  zazdrosną  o  muskuły  polskiego 
niewolnika. Od tego czasu wyrko Nikodema przeniesione zostało z ogromnej sieni bauerskiej 
sadyby  do  chlewa,  aby  nie  było  zniesławiających  pozorów.  Tam  właśnie,  w  smrodzie  i 
zaduchu,  zaczęła  się  doktoranta  Szarka  ucieczka  do  zwierząt.  Dziś,  zasypiając  w  wyniku 

background image

„dziejowej  sprawiedliwości”  w  posiadłościach  grafa  von  Donau,  zdał  sobie  z  tego  sprawę 
ostatecznie. Nie chciał spraw ludzkich, skażonych na zawsze ludzkim porządkiem, więc gdzie 
się miał obrócić? Gdy w trzy lata po wojnie zdawał cudem uporu, woli i szczęścia zdobywaną 
maturę, wiedział, że zostawia za sobą dzieciństwo spędzone w świecie ludzi, by móc zwrócić 
się w stronę zwierząt. 

Aczkolwiek doktorant znany był z wahań nastrojów, z „histerycznej kobiecej natury”, 

jak to kiedyś określił jego promotor, to jednak decyzja młodego ornitologa o zarzuceniu do-
tychczasowej pracy i „przesterowaniu zainteresowań” na bobra długo nie dawała profesorowi 
Sławucie spokoju. Uznał w końcu, że może będzie to potraktowane jako dowód sugestywne-
go  wpływu  jego  naukowej  osobowości,  że  uczeń  wkracza  na  tropy  mistrza.  Zaakceptował 
więc plan nowej pracy, mówiącej o „przetrwaniu bobra europejskiego”. Nie sądził, że młody 
autor potraktuje to przetrwanie jako walkę gatunku z człowiekiem pastwiącym się przez swo-
ją wojnę nad całą przyrodą. Bo miało się okazać, że nieposkromiony talent popularyzatorsko-
eseistyczny w tę właśnie stronę poprowadzi pióro młodego doktoranta. 

Początki pisania pracy zbiegły się w życiu Nikodema z jego wielką miłością. 
Małgorzatę  po  raz  pierwszy  zobaczył  na  scenie  w  roli  księżniczki  Gonzaga  w 

Sułkowskim Żeromskiego. Na dobrych parę tygodni wypadły mu z głowy bobry znad Pasłęki, 
pożegnana ornitologia, wszystko... 

Z niezwykłą jak na swoją naturę  energią zabrał  się do dzieła. Owa feralna czy szczę-

śliwa premiera odbyła się piątego października. Szóstego posłał za kulisy sześć róż, i potem 
posyłał kwiaty dzień po dniu, z przerwą na dzień wolny w teatrze. Trzynastego do trzynastej 
róży  dołączył  bilet  wizytowy.  Pisał  w  nim,  że  trzynastka  zawsze  przynosiła  mu  szczęście, 
więc ośmiela się ujawnić personalia wiernego, od dnia premiery - adoratora. Wynikało z tego, 
że dzień w dzień był na widowni teatru - no, ale był przecież aż trzy razy. Zapytywał, a raczej 
zapowiadał, że następnego dnia będzie cierpliwie czekał przed teatrem w nadziei, że go „nie 
odpędzi”. 

Była śliczna, i oczywiście, jak powiedziałaby jego matka, „na wskroś zepsuta”, ale tak 

naprawdę  zupełnie  przez  mężczyzn  nie  rozpieszczona.  Owszem,  miała  wzięcie,  była 
„modna”, lecz mało napotykała na swej drodze tak staroświeckich form adoracji - dla kobiety 
bardzo pięknych i podniecających. Nikodem potrafił być interesujący. W końcu jej pierwszej 
opowiadał swoje życie. I wyraźnie dawał do zrozumienia, że ona jest w nim - w tym życiu, w 
którym jeszcze nie zagościła - najważniejsza. A ona? Chciała po prostu mieć nareszcie kogoś 
dla siebie. Jej pierwszy mąż - aktor - na dobrą sprawę żył tylko dla sceny, mężczyzna, z któ-
rym związała się po rozwodzie, w gruncie rzeczy interesował się tylko swoją karierą. Wyglą-
dało na to, że oszalały doktorant nauk zoologicznych będzie nareszcie „cały dla niej”. Na to 
wskazywały początki ich znajomości, później miłości, która zmieniła się w zażyłość każącą 
otoczeniu traktować ich jak małżeństwo. No i w końcu to małżeństwo, które dla niej obróciło 
się w  absurdalną przygodę stołecznej  aktorki, wędrującej  po  prowincjonalnych  scenach.  Bo 
oto  zafascynowany  nowym  tropem  swoich  zainteresowań  Nikodem  Szarek  jął  wędrować 
śladem  bobrowej  populacji.  A  Małgorzata  była  Ofelią  w  Białymstoku,  jako  Rachela  w 
„Weselu” dała się oglądać w Olsztynie. Potem miała występy gościnne w Mońkach i Stoku 
Lackim. Z początku trudno jej było przywyknąć do myśli, że powinna lada bobrzycę trakto-
wać jako poważną rywalkę. Udając zainteresowanie, co tydzień wysłuchiwała wieczorem w 
dniu wolnym od pracy kolejnych stron rosnącej rozprawy doktorskiej o migracjach polskiego 
bobra...  Przyzwyczaiła  się  nawet  do  duchowej  wszechobecności  bobra  w  ich  małżeństwie. 
Ten  niewidoczny  bóbr  zastępował  dziecko,  na  które  wciąż  nie  mogła  się  zdecydować. 
Wydawało się jej, że dobrze męża rozumie. Nie mogła pojąć szaleńczej furii, z jaką przyjął 
przygotowaną przez nią na gwiazdkę niespodziankę - skórę bobra. 

- Z jakim kłusownikiem weszłaś w kontakty?! Jedziemy na milicję! - krzyczał Nikodem 

wymachując nieszczęsną skórą, którą zdobyła w czasie jakiegoś wyjazdu teatru w teren. 

background image

- Myślałam, że skoro tak kochasz bobry... - broniła się z płaczem.  
 
Zaczęły  się  niesnaski.  Małgorzata  zrozumiała  swoją  omyłkę.  Sądziła,  że  wreszcie  bę-

dzie miała mężczyznę dla siebie. A on był dla bobra. 

Któregoś dnia, gdy wieczorem, po powrocie z tournee po zapadłych dziurach, czekała 

na niego niecierpliwie w łóżku, a on coś tam mamrotał nad swoim rękopisem, zawołała gnie-
wnie: 

- Zmówiłeś już swój pacierz, swoje „wierzę w bobra”, to chodź nareszcie do łóżka! 
Rozstanie nastąpiło w dniu największego triumfu Nikodema Szarka. Największego i dla 

niego  samego  zupełnie  nieoczekiwanego  triumfu.  Oczywiście  trzynastego.  Trzynastego  sty-
cznia. O godzinie pierwszej w nocy, przy księżycu, po pięciu nocach oczekiwania w rozga-
łęzieniu starej sosny, nastąpił ten moment, który przesądził o dalszym życiu Nikodema. 

W czasie, gdy obserwował życie bobrzej pary osiadłej w świeżo przez nią zbudowanym 

żeremiu,  zdarzyła  się  tragedia.  Na  brzegu  strugi  odnalazł  resztki  rozszarpanej  przez  rysia 
bobrzycy. Wiemy już, że Nikodem Szarek łączył w sobie pewną wahliwość i niestałość uspo-
sobienia  z  niebywałym  uporem.  I  oto,  wspomniawszy  urządzoną  przez  Twikałłę  nad  daleką 
Pasłęką zasadzkę na jelenia, tę, z której stary gajowy „zdejmował  go” z takim trudem, sam 
bez niczyjej pomocy zbudował taki sam pomostek. Wbił w pień potężne haki, po których bez 
trudu wspinał się na górę... 

Przez cały tydzień Małgorzata po powrocie z teatru zastawała w mieszkaniu karteczkę z 

życzeniem „dobranoc” i informację, że mąż jej „czuwa dla dobra sprawy”... Nie pisał, że czu-
wał w odległości trzydziestu kilometrów od miasta w rozgałęzieniu starej sosny nad strugą. 
Przez całe noce. I oto trzynastego o godzinie wpół do drugiej stanął w progu trzymając prze-
łożone przez kark zwierzę... 

Spała głęboko, a on podszedł i złożył na jej łóżku zaśnieżonego rysia. 
- Jezus Maria! - krzyknęła przeraźliwie, obudzona zimnym dotykiem. - Co to? 
- Doszedłem go. Morderca mojej samicy... - oznajmił z dumą. 
- To wróć, to idź, to znajdź sobie inną swoją samicę - krzyczała. 
Skoro  trzynastego  zdarzają  się  zawsze  w  moim  życiu  rzeczy  dobre,  może  i  to  rozsta-

nie... - pomyślał Nikodem i wycofał się z pokoju zabierając swoje trofeum. 

Przypadek zrządził, że nowa praca doktorska Nikodema Szarka, zapowiadająca się jako 

jeszcze jeden banał, porządkujący wprawdzie historię europejskiego bobra, ale daleki od rangi 
naukowej  rewelacji,  urosła  nagle  do  wielkich  wymiarów.  Otóż  nasz  cierpliwy  doktorant, 
szukający w pracy zapomnienia o swej rodzinnej czy jak kto woli miłosnej tragedii, w trakcie 
porządkowania zaniedbanych archiwów niemieckich którejś uniwersyteckiej biblioteki natra-
fił na pracę sławnego norymberskiego profesora Karla Hoffmeistra poświęconą czystości rasy 
germańskiego bobra. Uwagę polskiego doktoranta, który niemal pięćdziesiąt lat po opubliko-
waniu trafił na tę pracę, zwróciło nazwisko grafa von Donau w tytule jednego z rozdziałów. 
Profesor  Hoffmeister  opisywał  zgubne  następstwa  „bezmyślnego  snobistycznego  importu” 
bobra kanadyjskiego przez przedstawiciela pruskiego junkierstwa. Można się było domyślać, 
że graf von Donau nie cieszył się sympatią miejscowego gauleitera. Zdaniem profesora histo-
ria przedstawiała się następująco: u początków naszego wieku graf wpadł na pomysł uporząd-
kowania  parku  wokół  strugi  opływającej  jego  pałacyk.  Przyszło  mu  na  myśl  stworzenie 
atrakcyjnej dla  gości  osady bobrowej. Przemyślnie  przegrodził rzeczkę z  obu stron  gęstymi 
kratami i wpuścił tam trzy pary przywiezionych zza oceanu stworzeń. Dalszą historię uczony 
streszczał  ze zgrozą, która świadczyła, że pisał swą historię  w czasach obowiązującej  teorii 
Rassenschande. Zhańbienie bobra pruskiego, którego niedobitki - jego zdaniem - żyły jeszcze 
w dorzeczu Pasłęki, nastąpiło w chwili, gdy „któryś z podstępnych autochtonów słowiańskie-
go pochodzenia” zniszczył  kraty przegrody i  w celach  kłusowniczych wyzwolił bobra kana-
dyjskiego z zamkniętego obszaru hrabiowskiego parku. Od tej pory stary pruski bóbr jął się 

background image

degenerować,  „równowaga  rasowa  w  świecie  zwierzęcym  została  naruszona”.  Profesor 
Hoffmeister  postulował  natychmiastową  interwencję  „świadomego  rasowo”  człowieka. 
Wszystkie  bobry  pasłęckie  należało  jak  najszybciej  wytępić,  sprowadzając  na  ich  miejsce 
rasowo czyste bobry z okolic Altman, czyli Olsztyna. 

Szarek  był  życzliwie  usposobiony  wobec  swego  promotora,  jednak  pojawiająca  się 

szansa  na  przywołanie  do  porządku  zarozumiałego  profesora  musiałaby  znęcić  każdego. 
Wszak Sławuta  utrzymywał,  że  w  dorzeczu  Pasłęki  zamieszkuje  gatunek  bobra  szczególnie 
odpornego, okazałego, zaś wspaniałość jego wywodził właśnie z owego kanadyjskiego szcze-
pu,  sprowadzonego  na  początku  wieku  przez  grafa  Donau.  A  praca  profesora  Hoffmeistra 
zawierała dedykację dla gauleitera okręgu, „którego męska decyzja ocaliła honor i  czystość 
rasową  germańskiego  bobra”.  Wyglądało  na  to,  że  znieprawione  bobry-mieszańce  oraz  ich 
kanadyjskich deprawatorów eksterminowano. W takim razie mamy tu klasycznego „nowego” 
bobra z okolic Olsztyna, i profesor Sławuta... 

Teza wymagała udokumentowania. Nikodem Szarek po krótkiej korespondencji wybrał 

się  na  urlop  do  gajowego  Bazylego  Twikałło.  Wylewne  powitanie  było  niemal  dosłownym 
powtórzeniem ich pierwszego spotkania. Tyle że bez wstępnych czułości związanych z rozpo-
znaniem „rodaka”. Ich miejsce zajęła męska rzeczowość, z jaką Twikałło, mrugnąwszy poro-
zumiewawczo, wyciągnął z głębi studni smakowicie zaroszoną litrową butelkę. 

- Już  myślałem,  że  nie  spotkam  żadnego  rodaka.  Czekała  na  taką  okazję  -  powiedział 

wbrew oczywistej prawdzie, wszak nie mógł blokować przez całe lata studziennego wiadra. 
Ale snadź Szarek trafił na dzień przeznaczony, jak mawiał Bazyli, „pod picie”... 

I była opowieść „od początku”. Od podróży  gajowego na Wschód, na kraj  świata, po 

wędrówkę  z  wojskiem.  Został  w  tej  opowieści  ślad  wojowania  z  rosyjskim  sojusznikiem. 
Twikałło  nie  mówił  „Niemiec”,  mówił  „germaniec”.  Gdy  w  opowiadaniu  pojawił  się 
„germański  graf  Donau”,  Nikodem,  wciąż  jeszcze  na  tyle  trzeźwy,  że  pamiętał,  po  co  tu 
przyjechał, wszedł na swój temat. Nawiązał do pamiętnego uwięzienia na sosnowej ambonie, 
z której drogę ku ziemi odnalazł dopiero po Bazylego ciemieniu, ramieniu... Podziękował za 
„doświadczenie”,  które  przyniosło  mu  przecież  trofeum  nie  byle  jakie,  bo  rysia  w  lasach 
olsztyńskich zastrzelonego. 

- W obronie bobra. Bo mi wziął samicę z żeremia i powiedziałem sobie: „nie daruję”. I 

twoja, Bazyli, „ambona” mi się przypomniała. Na piątą noc przy księżycu go strzeliłem. Jak 
do mnie przyjedziesz, skórę zobaczysz na pół ściany... 

- Aż dziw, że taki w lesie się zmieścił - zażartował dobrodusznie Twikałło. 
- No to pod tę skórę. 
Wypili. 
- A  wiesz  ty,  człowieku,  że  ja  teraz  o  bobrach  piszę?  Też  przez  ciebie.  Pamiętasz  te 

żeremie  nad  Pasłęką?  Jak  tam,  utrzymały  się?  Co  mówisz?  Jeszcze  ich  więcej?  Patrzcie  – 
sprowokował - jaka to  mocna rasa ten kanadyjski bóbr, nasz by tu sobie nie poradził, nasz, 
znad Czarnej Hańczy. 

Twikałło poczerwieniał. 
- Tu  nie  ma  ani  kropli  krwi  żadnego  germańskiego  ani  tam  kanadyjskiego  bobra.  Jak 

grafowi  to  pouciekało  z  parku,  zaraz  przyjechali  jacyś  i  kazali  wszystkie  bobry  wybić.  Po 
pięćdziesiąt marek za skórę płacili. Obojętnie, strzelony, w sidło wzięty czy w paść jaką, albo 
kołem zabity. Panie, tu jest jeszcze chłop autochton, co się z tych bobrów pobudował... 

- Żyje on? 
- Kto? Mówiłem, każden kanadyjski zabity, żaden nie przeżył... 
- Ale ten chłop, co się pobudował, żyje on?  
- Jeszcze i nas, Nikodemie, przeżyje. No to cyk, żeby się tak, broń Boże, nie stało. 
Znów wypili. 
Na drugi dzień stary chłop nie tylko wspominał o swoich wielkich łowach, ale i dodał 

background image

to, co naukowiec tak pragnął usłyszeć. 

- Dopiero w czwartym roku wojny tutaj te nowe bobry przyleciały. Germańskie bobry, 

jak mówił Treuhänder majątku, bo graf jakoś wszystko stracił czy mu zabrali... Samolotem je 
przywieźli  jak  wielkich  panów.  i  jak  przedtem  za  jedną  skórę  było  pięćdziesiąt  marek,  to 
potem po prostu śmierć bez żadnego wyroku zapowiedzieli. 

Profesor Lech Sławuta był w poważnym niebezpieczeństwie. Praca doktorska Nikode-

ma Szarka przekreślała jego publikowany na Zachodzie dorobek poświęcony dziejom „intro-
dukcji  bobra  kanadyjskiego  na  teren  Europy  Północno-Wschodniej”.  Cała  teza  o  wyższości 
tego szczepu bobra w stosunku do bobra rodzimego leżałaby w gruzach, gdyby zweryfikować 
naukowo stwierdzenia doktoranckiej pracy. Sprawa była tam bardziej paląca, że za dwa mie-
siące odbyć się miała wielka sesja w Ottawie - Światowy Kongres Bobra, na którym profesor 
Sławuta  miał  wygłosić  jeden  z  wprowadzających  referatów.  Zaczęła  się  gra  o  wszystko. 
Trzeba przyznać, że profesor pragnął znaleźć wyjście polubowne. Zaprosił swego niebezpie-
cznego gościa na „skromny koniaczek”. 

W zaciszu profesorskiego gabinetu odbyła się rozmowa, którą pamięć Nikodema Szarka 

zarejestrowała  obok  sceny  aresztowania  ojca,  śmierci  brata...  po  prostu  jako  jeszcze  jeden 
koniec świata. 

W pewnym momencie, lekko już zniecierpliwiony próbą podważenia podstawowej tezy 

jego pracy, że apel profesora Hoffmeistra z trzydziestego szóstego roku o czystość germań-
skiej  rasy  bobrów  przesądził  o  klęsce  populacji  kanadyjskiej  w  posiadłościach  grafa  von 
Donau, oznajmił, że ma nie tylko spisaną relację starego autochtona, który osobiście uczestni-
czył w eksterminacji tego szczepu, ale dodatkowo ma obiecane przez kolegę z uniwersytetu w 
Norymberdze oświadczenie emerytowanego oficera  Luftwaffe, który w  1943 roku uczestni-
czył w przewożeniu bobra znad Czarnej Hańczy do posiadłości grafa von Donau. A do tego 
dochodzi  drobiazg  -  autopsja,  bo  oto  on  sam  obserwował  prowadzone  w  czterdziestym 
trzecim roku odłowy, ba, sam w nich uczestniczył jako chłopak popędzony na przymusowe 
roboty  -  w  tym  momencie  profesor  Sławuta  zamilkł  na  długą  chwilę.  Potem  drżącą  ręką 
napełnił raz jeszcze kieliszki i zaproponował, jak się wyraził, „historyczny kompromis”. 

Otóż  Szarek  zostanie  doktoryzowany.  Pod  jednym  warunkiem.  Nastąpi  to  za  trzy 

miesiące, a więc w miesiąc po zakończeniu Światowego Kongresu Bobra w Ottawie. 

- To pan profesor... - Szarek umilkł, uważając, że nie ma prawa go obrażać. 
- Słucham? - żyły na czole Sławuty nabrzmiały jak marynarskie węzły. 
- Nie, nic, przepraszam. 
- Za co mnie pan, do cholery przeprasza? 
- Pomyślałem coś niewiarygodnie podłego... 
- Co mianowicie? 
- Chciałem  spytać,  czy  pan  profesor  zamierza  wygłosić  w  Ottawie  swój  referat  o 

wyższości bobra kanadyjskiego na naszych ziemiach wiedząc, że takiego bobra nie ma? 

- Młody człowieku - Sławuta hamował się z trudem. - Instytut nasz - podkreślał: „nasz”, 

nie  „mój”  -  ma  od  paru  lat  stypendium  na  studia  nad  bobrem  kanadyjskim.  Wyjazdy... 
Przyznaję, ja też z nich korzystałem. Mało tego, teraz mamy zapewnioną dolarową nagrodę 
Kongresu  -  i  to  wszystko  chce  pan  wyrzucić  na  śmietnik,  bo  jakiś  pijany  autochton...  A 
dlaczego  to  mielibyśmy  wierzyć  jakimś  oświadczeniom  oficera  Luftwaffe,  wychowanka 
goebbelsowskiej propagandy? To w ich interesie leży ostatecznie skłócenie nas z Zachodem. 
Niech pan myśli w kategoriach racji stanu. Czy nie lepiej mieć nad Pasłęką bobra będącego 
przedmurzem dolarowym niż prawosławnego bobra znad Czarnej Hańczy? Na dobrą sprawę 
w wyniku Poczdamu i Jałty to nie jest już żaden polski bóbr... 

Szarek milczał przez dłuższy czas. 
- Rozumiem, że przystaje pan na propozycję historycznego kompromisu. Trzy miesiące 

i doktoryzacja, potem habilitacja, katedra... Tylko te trzy miesiące. 

background image

- Panie profesorze. Jestem  zdecydowany na wszystko.  Jako naukowiec będę walczył  o 

prawdę do końca. Niech pan sobie zda sprawę z tego co się stanie, gdy ujawnię, że przez pana 
fałszerstwo w Światowym Kongresie Bobra - który ma się odbyć bez udziału przedstawicieli 
radzieckiej nauki - wzięły udział radzieckie bobry, zakonspirowane przez pana profesora jako 
kanadyjskie bobry grafa von Donau! Czy doceni pan miarę takiego skandalu? Żądam natych-
miastowego ustalenia terminu obrony mojej pracy doktorskiej... 

Nikodem  Szarek  nie  zdążył  rozegrać  swojej  partii  z  profesorem  przed  Ogólnoświato-

wym  Kongresem  Bobra.  Przechytrzył.  Postanowił  bowiem  zaatakować  z  flanki  zachodniej. 
Chciał dysponować oświadczeniem swego oficera Luftwaffe, które obiecał mu kolega zoolog 
z Niemiec Zachodnich. Korespondencja jednak zaczęła się jakoś ślimaczyć. Zanim Nikodem 
zdołał  pokonać  administracyjne  przeszkody  zagradzające  mu  drogę  do  paszportu,  było  już 
bardzo późno. Dosłownie ostatni dzwonek. Wyjazd bowiem musiał mieć charakter prywatny, 
jego  służbowy  paszport  był  blokowany  przez  akademika  profesora  Sławutę...  Nie  będę  tu 
opisywał  perypetii  upartego  doktoranta  w  RFN.  Okazało  się,  że  jego  kolega  przebywa  na 
urlopie w Alpach. Można by napisać powieść o przetrwaniu na paru rybnych konserwach i o 
kilkudziesięciu  markach...  ale  nie  to  stanowi  temat  tej  opowieści.  Ostatecznie  Nikodem 
dopadł swego interlokutora ze wspólnego kolokwium naukowego sprzed roku. Indagowany o 
owo  oświadczenie,  z  początku  usiłował  się  wykręcić  trudnościami  w  skomunikowaniu  się  z 
tamtym lotnikiem. W końcu jednak, widząc determinację Szarka, który zapowiedział, że sam 
do niego pojedzie - ujawnił, jak się sprawy mają, naprawdę. Otóż klimat  polityczny zmienił 
się na tyle, że „kapitan Horst” nie uważa obecnie za możliwe złożenie obiecanego oświadcze-
nia. 

- Cóż ma do tego polityka? Chodzi o bobra - jęknął Nikodem. 
Niemiecki rozmówca spojrzał na niego z politowaniem. 
- Herr  Szarek...  -  upomniał  go  cicho  -  dziś  wszystko  ma  związek  z  polityką...  -  I 

skończył na tym, że trudno się dziwić, iż oficer Luftwaffe nie chce zohydzać obrazu Luftwaf-
fe. 

- Bobrem? Zohydzać bobrem...? - Nikodem nie wytrzymał. Wrzeszcząc niemieckie wy-

razy (a że sam słuchał swego wrzasku, więc znów wrócił w czas, gdy wysłuchiwał ich stojąc 
w  szeregu  skazańców),  jął  pomstować.  Powiedział  temu  nadętemu  zadufkowi,  że  na  czter-
dzieści tysięcy ofiar ludobójstwa przypada w Niemczech jeden ukarany sprawca. Z tego wy-
nika, że za jedno życie przypada 10 sekund kary. Dziesięć sekund za ojca, dziesięć za brata, 
dziesięć za matkę - „Przez pół minuty odcierpieliście za wymordowanie całej mojej rodziny, a 
ukrywacie przed światem, że porwaliście parę bobrów znad Niemna...” 

Szarek wracał w szalonym pośpiechu. Postanowił za wszelką cenę nie dopuścić do wy-

jazdu profesora Sławuty z referatem o wyższości bobra kanadyjskiego na ziemiach północno-
wschodniej  Europy...  Ale  profesor,  jakby  ostrzeżony  przez  ciemne  potęgi,  już  wyjechał. 
Najpierw do Paryża, stamtąd prosto do Ottawy. 

Ludzi znających Nikodema Szarka nie zdziwi fakt, że z walki nie zrezygnował. Skoro 

kości zostały rzucone, gra musi się toczyć nadal. Na powrót profesora Sławuty czekać będzie 
praca  stanowiąca  brutalny  cios  wymierzony  w  jego  nienaukowy  mit  kanadyjskiego  bobra. 
Doktorant  postanowił  wzbogacić  pracę  o  nowy  aspekt:  przeprowadzi  porównawcze  badania 
anatomiczne  bobra  znad  Pasłęki  z  normalną  populacją  skoncentrowaną  głównie  w  Olsztyń-
skiem. Zaczął  od wizyty u Twikałły. Ale i  tu  życie okazało  się dla Nikodema niełaskawe, a 
śmierć  sojuszniczką  profesora  Sławuty.  Przed  dwoma  miesiącami  Twikałło  zmarł  na  serce. 
Coż, mógłby to być cios niejako prywatny, gdyby nie fakt, że wraz z jego odejściem i nauka 
w sferze bobra doznała niepowetowanej straty. Nie było bobrów nad Pasłęką. Z chwilą gdy 
ubyło  strażnika,  w  ciągu  miesiąca  opustoszały  wszystkie  żeremie.  Czy  to  dawni  najemnicy 
profesora  Hoffmeistra,  czy  ich  pijane  i  chciwe  dzieci  -  nie  wiadomo.  Nie  wiadomo,  kto 
dopuścił się zbrodni, ale zbrodnia została dokonana. Nie było bobrów nad Pasłęką. Teraz już 

background image

Szarkowi  nie  chodziło  o  prawdę  naukową.  Chodziło  o  prawo.  O  zemstę  za  bobrowe  życie. 
Jeśli poświęcił noce czuwania, aby pomścić na rysiu śmierć jednej samicy, to tym bardziej nie 
mógł pozostać bezczynny teraz. 

Wizyta w lokalnym posterunku MO na zawsze pozostanie w pamięci młodego uczone-

go. 

Literatura czasów socrealizmu utrwaliła pewien schemat oficera służb bezpieczeństwa. 

Nie  ogolony,  czerwone  z  niewyspania  oczy.  Młody  oficer  był  ogolony,  schludny,  oczy  jak 
oczy,  tyle  tylko,  że  biurko  również  miał  zawalone  papierami.  Słuchał  uważnie  tego,  co  mu 
donosił wzburzony naukowiec. Zapisał sobie słowo „żeremie” i podsunął kartkę przed oczy 
rozmówcy,  czy  nie  popełnił  błędu,  pierwszy  raz  bowiem  pisze  coś  takiego.  Spytał,  czy  zna 
sprawców przestępstwa, a zaraz potem, czy ma sens rejestrowanie sprawy, skoro znalezienie 
sprawców jest bardzo mało prawdopodobne? „Spadnie nam tylko wskaźnik wykrywalności” - 
perswadował osłupiałemu Szarkowi. Nie po raz pierwszy bobry otwierały mu oczy na rzeczy-
wistość. 

- Widzi pan - kontynuował sympatyczny młody człowiek - ja muszę znaleźć właścicieli 

dziewiętnastu  kilometrów  pluszu.  Tak,  tak,  dziewiętnaście  kilometrów,  tyle  co  stąd  do  tych 
pańskich żeremi, wyłożyć by tym można drogę przez las do samej Podony. Złapaliśmy cięża-
rówkę z takim transportem i oba końce w wodę, ani skąd jedzie, ani dokąd... Widzi pan, to 
jest robota, czasu na bobra łatwo nie znajdę, a przecież zwierzaki i tak już nie żyją... 

- Bobrów nie ma, ale nasz spór pozostał - powiedział z mocą Nikodem Szarek, patrząc 

na leżące na biurku profesora Sławuty trzy egzemplarze jego oprawionej pracy. 

- Panie Nikodemie... - powiedział ze współczuciem profesor. Był spokojny, zrównowa-

żony, wrócił opromieniony sławą wielkiego sukcesu. Jego wystąpienie drukował  wielojęzy-
czny  almanach  Światowego  Kongresu  Bobra,  jako  pierwszą  pozycję  otwierającą  numer.-
Panie Nikodemie - powtórzył raz jeszcze - niech mnie pan dobrze zrozumie, będzie lepiej dla 
wszystkich, dla nas i dla nowych bobrów, jeśli tę sprawę zostawił pan w spokoju... 

- Tych bobrów już nie ma - powiedział z męką Nikodem. 
- Ale  my  jesteśmy.  My,  Polacy.  I  trzeba  pomyśleć,  która  prawda  jest  dla  nas  korzy-

stniejsza, ta, która poszła już w świat - dumnie trzepnął o biurko egzemplarzem almanachu - 
czy ta, którą pan, na przekór światu - teraz dotknął  dłonią trzech spiętrzonych  egzemplarzy 
pracy  doktorskiej  Szarka,  delikatnie,  jakby  się  bał  ukłucia  -  na  przekór  światu,  powtarzam, 
usiłuje lansować. Ja mam na ten temat wyrobione zdanie. A teraz miła dla pana wiadomość. 
Rada senatu uznała za właściwe wyznaczyć termin obrony pana pracy... 

- Dziękuję - wyszeptał oszołomiony Szarek. 
- Uznałem,  że  pana  tekst  poświęcony  badaniom  nad  cechami  wyróżniającymi  ptactwo 

wędrowne  od  osiadłego  jest  znakomity  i  praca  w  zasadzie  całkowicie  gotowa  do  przyjęcia. 
Ma pan rację, że iloraz inteligencji ptactwa wędrownego jest mniejszy. Że kompensuje ono 
orientacją  przestrzenną  inne  braki,  powiedzmy  -  woli  i  charakteru.  Cechy,  które  nakazują 
ptakom osiadłym walczyć o byt w naturalnych warunkach ich ojczyzny. Gratuluję... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

KTOŚ MUSI KRAJAĆ 

 
 

 

Nie  ujechałem  więcej  niż  dwadzieścia  kilometrów  od  Szczurzyna...  Wyjeżdżał  z  bo-

cznej drogi. Zahamował i w chwili, gdy dodałem gazu, ruszył do przodu, blokując całą szero-
kość drogi. 

- „Dobrze,  że  balonik  mi  nie  pękł,  jak  dmuchnął”  -  relacjonował  potem  milicjant  z 

Komendy Ruchu, który pojawił się przy moim szpitalnym łóżku, by odebrać zeznania. 

- U nas rzecz zwykła, prawda panie ordynatorze? - zwrócił się z nagła do asystującego 

mu doktora. August Fajer, potężny, atletycznie zbudowany mężczyzna, czemuś się zmieszał. 

- Taki  to  już  couleur  locale  naszego  Szczurzyna...  -  odpowiedział,  lecz  nagle  surowo 

ponaglił milicjanta, żeby się już zabierał, bo chory jest zmęczony. 

Trzeba  przyznać,  że  pijany  właściciel  stawów  rybnych  urządził  mnie  nieźle.  Lekki 

wstrząs  mózgu  i  złamanie  obojczyka  -  to  by  było  to!  -  poinformował  mnie  ordynator,  gdy 
odzyskałem przytomność. 

Nie było mi w głowie pytać o mój samochód. Interesowała mnie chwila bieżąca. Leża-

łem  w  niedużym  dwułóżkowym  pokoju.  Usłyszałem  jeszcze  jak  przez  mgłę,  że  warunki  tu 
spartańskie,  jedyna  separatka  teraz,  dzięki  uprzejmości  ordynatora,  zmieniona  na  pokój 
podwójny. Nie kojarzyłem, że chodzi o drugiego „Ordynatora” - ex doktora Michała Chymzę, 
emerytowanego lekarza, leżącego tu po „niezbyt rozległym zawale”. 

Zaniosło mnie do tego pechowego Szczurzyna zupełnie bez sensu. Wina młodej biblio-

tekarki,  która  co  rok  odzywała  się  w  majowym  okresie  natarczywych  błagań  i  ponagleń  o 
spotkania autorskie. Nie jeździłem już od lat dziesięciu, ale gdy z okazji jej piątego doroczne-
go telefonu jęknęła, że „widocznie młodość się skończy, a pana tu nie  zobaczę” rozbawiony 
jej  dobrze  zagranym  tragicznym  tonem  spytałem,  ile  to  liczy  w  ogóle  wiosen,  nie  tych  od 
autorskich  wieczorów?  Gdy  usłyszałem,  że  „skończyła”  dwadzieścia  trzy,  roześmiałem  się, 
ale jakiś absurdalny samczy odruch nakazał mi kontynuować tę rozmowę. No i masz  swoje 
honorarium za wieczór autorski w Bibliotece Miejskiej w Szczurzynie. Cóż z tego, że moja 
młodociana entuzjastka, pani  Agnieszka, zafundowała mi do podpisu ze dwadzieścia moich 
książek, przechwalając się, że jak zrobią kiedyś „teleturniej z Bratnego”, wygra go w cuglach, 
co z tego, że miała zadzwonić, jeśli się pojawi w Warszawie, gdy oto leżę, stary i zrujnowany, 
i czekam, kiedy mnie stąd wypuszczą. 

Niezbyt rygorystycznie przestrzegałem zaleceń Ordynatora. Mój współlokator, ów eme-

rytowany lekarz po zawale, upewnił mnie zresztą, że jestem tu w pokoju pod fachową opieką 
i lepiej mi zrobi, jak posiedzę przy oknie, niż gdy będę wgapiać się w sufit. Przez cały sobotni 
wieczór kontemplowałem nocne życie Szczurzyna, jako że na vis à vis szpitala mieściła się 
reprezentacyjna knajpa „Zacisze”. Dramaturgia była ostra. Pijana Polska na czworakach lub w 
wymiotnych pochyłach, słaniająca się wokół trzech słabo ulistnionych kasztanów i paru krza-
ków  na  skwerze,  prezentowała  choreografię  pijackich  bijatyk  czasem  urozmaiconych  pogo-
nią. Wszystko to w wybuchach mocnej muzyki walącej przez otwierane raz po raz drzwi. 

- Nieładnie, panie mistrzu - skomentował, wchodząc bez pukania do pokoju, pielęgniarz 

Henio z recydywy - „niewinnie za gwałt skazany” i pracujący teraz na warunkowym zwolnie-
niu. - Po co pan patrzysz na szumowinę uliczną, jak masz książki dla narodu pisać... - Pozna-
łem już nieco personel, a raczej byłem już nieźle rozpoznany, jako że każdy chciał obejrzeć 
gębę widywaną „w telewizorze”. 

- Tutaj  co  tydzień  mamy  ze  dwóch  z  nożem  w  brzuchu  albo  otwartą  klatką.  Dawniej, 

jak  Kurpie  broń  mieli,  to  się  podobno  strzelali.  Taki  honorowy  naród.  Ale  teraz  przeszło  -

background image

została kosa, nóż, bagnecik. Trzeba do łóżka, bo inaczej mój mus Ordynatorowi meldować... 

Na  piąty  dzień  miałem  wizytę  Agnieszki-bibliotekarki.  Biedaczka  przychodziła  co-

dziennie,  ale  dopiero  teraz  surowy  Ordynator  pozwolił  na  dziesięciominutową  wizytę.  Gdy 
pojawiła się z bukietem i zarumieniła, widząc cztery podobne w wazonach, zrozumiałem, że 
przychodziła dzień w dzień. Wzruszająca wierność. Do diabła, może to niegłupie ten wypa-
dek w Szczurzynie? 

Patrzyłem  na  jaskółcze  brwi,  na  krótką  chłopięcą  kasztanową  grzywkę,  piękne  wargi, 

niesłychanie  ruchliwe  w  bezgłośnym  zasłuchaniu,  jakby  szeptem  powtarzała  łowione  z  po-
wietrza moje słowa, oko niebieskie... Wciąż powtarzała swoje usprawiedliwienia, że mnie tu 
ściągnęła. 

- Miła  -  ośmieliłem  się  na  drobny  kroczek  w  konwersacji  -  robisz  wrażenie,  że  to  ty, 

pijana, spowodowałaś wypadek, a to przecież nieprawda. 

Spłonęła  rumieńcem,  nie  wiem  czy  owo  nagłe  „tykanie”,  czy  sam  tekst  sprawił  takie 

wrażenie, ale wstyd się przyznać, odczułem nagły przypływ męskiego zainteresowania. Byli-
śmy sami w pokoju, faktyczny jego gospodarz, zawałowy doktor Chymza wyniósł się z oste-
ntacyjną  dyskrecją,  gdy  tylko  wkroczyła  z  tymi  kwiatami.  Musiałem  mieć  głupią  minę,  gdy 
uświadomiłem sobie moją męską „rekonwalescencję”, gdyż ona nagle się zaniepokoiła. 

- Jak się pan czuje? A może ja pana męczę...? 
Roześmiałem się. Chciałem potwierdzić, że rzeczywiście w pewien sposób mnie męczy, 

ale  zdążyłem  się  zreflektować.  Była  niesamowicie  panieńska  i  w  tym  koszmarnym  miaste-
czku niewiarygodnie zabłąkana. 

- Ależ mowy nie ma, niech pani nie odchodzi. Nawet gdyby mnie pani osobiście rozje-

chała w stanie upojenia alkoholowego, musiałbym wybaczyć... - tokowałem jak stary wylinia-
ły kogut. 

- Nic by w tym nie było dziwnego, nawet gdyby pana rozjechał sam Ordynator Fajer. A 

w ogóle, skoro pana coś zatrzymało w Szczurzynie, radzę się rozejrzeć. To jest temat. Byłoby 
wspaniale,  gdyby  pan  napisał  o  takim  miasteczku.  Proszę  się  nie  śmiać.  Operował  pana, 
raczej, jak oni mówią, składał pan Ordynator, który sam przed pół rokiem w takim właśnie 
stanie zabił człowieka... 

Nie  jestem  plotkarzem.  Ale  przecież  jestem  z  natury  łowcą  ludzkich  dramatów,  kole-

kcjonerem sytuacji. 

- I co? - okazałem zainteresowanie. 
- Nie ma sprawy, jak to się mówi. 
- Jest trup i nie ma sprawy? 
- To  jest  Szczurzyn  -  powiedziała  raptem  z  taką  nienawiścią,  że  aż  przebiegł  mnie 

dreszcz. Mój anioł opiekuńczy miał diabelskie błyski w oku, gdy relacjonował spiesznie całą 
tragedię, oglądając się na drzwi, głosem tak ściszonym, że pochyliła się głęboko nad moim 
łóżkiem. Rzadko w tak miłych okolicznościach przychodziło mi „zbierać materiał”. Choć nie 
byłem zbyt skoncentrowany, sens relacji odebrałem bezbłędnie. 

Oto po pijanej libacji w leśniczówce doktor Fajer przejechał leżącego na drodze, pijane-

go do nieprzytomności człowieka. Rozjechał bardzo dokładnie, jako że wypadek miał miejsce 
w głębokiej nocy przed wiejskim tartakiem i sprawca uznawszy, że przeskoczył swym małym 
fiatem przez leżący kloc drzewa, dwa razy wrzucał bieg wsteczny nim wysiadł i w osłupieniu 
ujrzał pod swoim samochodem człowieka. Wyszarpał go jakoś i, wbrew wszelkim zaleceniom 
medycyny,  nie  zostawił  na  miejscu,  wbrew  tutejszym  obyczajom,  nie  uciekł,  lecz  -  wierny 
przysiędze Hipokratesa - (Boże, jaka inteligentna, urocza w tym gniewie!) - wtarabanił kona-
jącego i złożył we dwoje na ciasnym tylnym siedzeniu... Pijany w sztok przywiózł trupa do 
szpitala. 

- I nie było sprawy? - z trudem budził się we mnie łowca tematu. 
- Jaka ma być sprawa, kiedy prokurator, naczelnik i  jeszcze... choćby pana współloka-

background image

tor, to jeden brydżowy stolik... Żyjemy w tym mieście. Prokurator musiał ratować partnera, 
no nie! 

Drzwi uchyliły się bezszelestnie i Agnieszka poderwała się znad łóżka - pomyślałem, że 

wchodzący mógł odnieść wrażenie... 

Była to Margoś-Karate. Tak tu zwano pielęgniarkę, zarabiającą pracą na szansę powtó-

rnego  egzaminu  na  studia  medyczne.  Wkroczyła  do  środka,  wlokąc  za  sobą  swój  ogromny 
zad, by wyrazić kwaśno niezadowolenie z przeciągającej się wizyty. 

- Miało być pięć minut - skarciła odwiedzającą. - Gdyby się tak pan Ordynator dowie-

dział...  -  zabrzmiało  to  dwuznacznie  wobec  tego,  co  właśnie  przed  chwilą  usłyszałem.  Ale 
niemożliwe  -  ani  słowo  nie  mogło  przecież  do  niej  dotrzeć  przez  zamknięte  drzwi.  Doktor 
Chymza widocznie warował po dżentelmeńsku na korytarzu, bo powrócił życzliwie uśmiech-
nięty na swoje łoże. I tak doczekał się reprymendy. 

- Niechże pani wpadnie jutro... - poprosiłem bezwstydnie.  
Doktor  Chymza  uśmiechnął  się  wyrozumiale  i  już  w  zgodzie  z  ludzką  naturą  miałem 

„na niego” ową informację o „partyjnych od brydża” tuszujących przestępstwo partnera. Do 
licha, jak mnie uwiodła  szlachetna siwizna, pobrużdżona myśląca twarz.  „Myślał” zapewne 
jak zapewnić bezkarność koledze... A teraz będzie sobie żartował ze mnie i Agnieszki. Pomy-
ślałem o niej „po imieniu” i odczułem radość pierwszej poufałości. 

- Zaczyna pan światowe życie  - zażartował doktor wyciągnąwszy się na łóżku. - Rano 

milicja, potem kobieta. 

- Jeszcze tylko alkohol i mogę się uważać za „tutejszego”... 
- Mieścimy się w normie krajowej. Jeśli idzie o spożycie alkoholu wy w Warszawie nie 

musicie mieć przecież kompleksów... 

- Tak  czy  owak  jeszcze  mnie  w  stolicy  żaden  pijak  tak  gruntownie  nie  przejechał  - 

zareplikowałem bojowo. 

- Myślę, że ci z naszej drogówki nawet są zadowoleni... 
Usiadłem ze zdumienia na łóżku. 
- Myślę  tylko  o  ich  satysfakcji,  że  tym  razem  sprawcę  posadzą.  Jest  pan  osobą  zbyt 

znaną, żeby sprawę można uśpić... Bo na ogół dużo takich spraw się usypia. 

- Słyszałem... 
- O! - zdziwił się doktor Chymza. 
- Mówił  mi  ten  z  drogówki  -  postanowiłem  kryć  Agnieszkę  -  że  nawet  wasz  Ordyna-

tor... 

- Patrzcie, jacy zajadli...  -  roześmiał się z uznaniem. - Miło to nawet słyszeć obywate-

lowi... 

I usłyszałem teraz inną wersję. Przyjętą wersję Ordynatora i brydżowej partii... Z tym, 

że  doktor  Chymza  relacjonował  kpiąco  z  przymrużeniem  oka,  raz  po  raz  napomykając,  że 
wyobraźnia beletrysty pewnie się nie da oszukać... 

I oto ta wersja, która sprawiła, że Ordynator, zamiast wyplatać w więzieniu koszyki, tak 

sprawnie i pomyślnie - jak już wykazał rentgen - dokonał zestawienia moich skomplikowa-
nych złamań. 

- Niby trudno uwierzyć, ale władza uwierzyła. Doktor wracał na piechotę z leśniczówki, 

gdzie zostawił samochód, ponieważ wypił parę kieliszków. Rzecz szczególnie godna uznania, 
że  do  przebycia  miał  dwanaście  kilometrów  drogi  przez  las...  i  oto  trafia  na  przejechanego 
człowieka... Nie bacząc na zagrożenie własnego bezpieczeństwa zawraca, bierze swego malu-
cha i rusza z pomocą. Dlaczego nie wezwał pomocy telefonicznie? Telefon w leśniczówce był 
tego dnia zepsuty. Potwierdził to zeznanie dodatkowo syn denata, który widział wypadek, nie 
zdążył jedynie zapamiętać numerów samochodu. Był duży i jakby na cudzoziemskich nume-
rach. Kto by to mógł być, nie wiadomo. Więc ów syn też dobiegł do leśniczówki dzwonić po 
pomoc i dowiedział się na miejscu, że pan Ordynator ruszył z pomocą osobiście... No i niech 

background image

pan  sobie  wyobrazi,  doktor  Fajer  do  dziś  nie  ma  prawa  jazdy,  bo  chociaż  prokuratura  umo-
rzyła  sprawę  z  powodu  nie  wykrycia  sprawcy  wypadku,  to  drogówka  się  upiera,  że  „o  ile 
nawet Ordynator nie spowodował wypadku, to prowadził wóz po pijanemu”. Taka pedanteria. 
Komendant młodziutki, jeszcze się nie zżył z terenem... 

Doktor Chymza wyraźnie prowokował  mnie do  szukania prawdy, którą  przez przypa-

dek już poznałem. 

- Ale  pan  się  zżył,  doktorze?  -  byłem  bezczelny.  W  końcu  ten  człowiek  użyczył  mi 

swojej separatki. 

- A  tak.  Nawet  bardzo.  Ja  jestem  tu  urodzony  -  powiedział  i  zamilkł  nagle.  Zza  okna 

doleciał  przez  nagły  łomot  muzyki,  wyzwolonej  przez  otwarcie  drzwi  knajpy,  rozpaczliwy 
wrzask bitego człowieka. 

- No to cyk, strzelimy po jednym patologu - tak się zaczyna tu cykl toastów w domach 

inteligenckich... - powiedział doktor Chymza. Gramolił się z łóżka, by wyjrzeć przez okno. - 
Jak pan widzi, akcja władz przeciw objawom patologii społecznej dotarła do rdzenia miejsco-
wego języka... 

- Fatalnie macie położony ten szpital... 
Obejrzał się z wyrazem zdziwienia. Patrzyłem na tę szlachetną, zmęczoną twarz i my-

ślałem sobie, jak mylące są fizjognomiczne pozory. 

Odpowiedź zabrzmiała cynicznie. 
- Odwrotnie,  jest  świetnie  usytuowany,  jaka  oszczędność  na  środkach  transportu.  Pan 

przecież wie, jaka słaba jest kolumna transportowa służby zdrowia... 

Nie wiem, co mnie nosiło po wizycie Agnieszki-bibliotekarki, ale jąłem się gramolić z 

pościeli. 

- Oj, bo zaraz pana położy na łopatki nasza Margoś-Karateka... - zażartował dobrotliwie 

mój rozmówca i umilkł nagle wychyliwszy się głębiej za okno.  

Wyjrzałem mu przez ramię i spostrzegłem parę zmierzającą na skroś placyku ze szpita-

lnego  podjazdu  w  stronę  knajpy.  Wysokiego,  szczupłego  mężczyznę  prowadziła  pod  rękę 
zgrabna  kobieta  o  ładnych  nogach  i  zgrabnym  kuperku  opiętym  przez  spódniczkę  dobrze 
skrojonego kostiumu. 

- Kto to taki? - spytałem jak małomiasteczkowy plotkarz. 
- Nasz personel. Pani Anestezjolog... - powiedział i odwrócił się gwałtownie.  
Zwróciłem uwagę, że nie powiedział nic o towarzyszącym jej mężczyźnie. 

 

Sobotni poranek niczym się nie różnił od poprzednich dni tygodnia. Doktor Fajer doko-

nał majestatycznego obchodu w towarzystwie starszej salowej i zawsze, o ile czas jej pozwa-
lał, asystującej tym okazjom Margoś-Karate - przyszłej studentki. Jej niezwykła obowiązko-
wość sprawiała, że z naiwnym zaangażowaniem zawsze była dla każdego pod ręką. To nie ty-
lko wyspecjalizowana treningiem siła dawała jej jakiś absurdalny, wręcz komiczny autorytet. 
Była  na  przykład  jedyną  osobą  z  personelu  szpitala,  której  polecenia  honorował  Heniek 
Recydywa.  Podobno,  gdy  pierwszego  dnia  odmówił  wyniesienia  śmieci  po  gruntownym 
sprzątaniu,  przedefilował  potem  przez  wszystkie  korytarze  z  kubłem  w  jednej  ręce  z  drugą 
wykręconą na plecy, używaną niczym płetwa sterowa przez kierującą defiladą hańby Margoś-
Karate. 

Teraz  stała  za  plecami  Ordynatora  wspinając  się  na  palce,  jakby  chciała  oglądać  zda-

wkowe  pytania  lekarza.  Uspokoił  mnie,  że  za  dwa  trzy  dni  będę  już  „dojrzały”  i  pojadę  do 
stolicy, a ja uzmysłowiłem sobie jakiś odruch żalu, gdy zaraz potem jął żartować z licznych 
adoratorów, jakich mam w Szczurzynie, o czym przecież świadczą te wazony. Wiedział oczy-
wiście o wizytach Agnieszki. 

Po obiedzie raz po raz spoglądać jąłem na zegarek. Przyszła. Zamiast bukietu jedna róża 

i  było  to  jakoś  bardziej  znaczące,  niż  bukietowa  ostentacja.  Wyznanie  szeptem.  Widocznie 

background image

mózg mój uległ był poważniejszemu niż sądzono wstrząsowi, skoro interpretowałem to w ten 
sposób. 

A ona zdaje się traktowała, że ma taką misję wobec Szczurzyna - żeby zatrzymać moją 

wyobraźnię, wprowadzić w temat. Była z tych istot wierzących w magiczną moc słowa, jakby 
zło opisane miało być złem skazanym... 

Doktor Chymza i tym razem zachował przyjęte reguły gry i oznajmił, że Fajer zalecił 

mu nieco więcej ruchu, więc wychodzi do szpitalnego ogródka; cóż z tego, gdy moja Siłaczka 
nie  pozwalała,  by  rozmowa  potoczyła  się  bardziej  intymnie.  Był  w  tym  jej  monologu  mo-
ment, który zatrzymał rzeczywiście moją wyobraźnię. Otóż dowiedziałem się, że Biblioteka, 
w której miałem swój wieczór autorski, mieści się w dawnej siedzibie gestapo z czasów oku-
pacji... 

- ...Przez pierwszy miesiąc nie mogłam się przyzwyczaić. Budziłam się w środku nocy. 

Jak tylko te wrzaski pijaków z „Oazy”, to ja siedzę na łóżku mokra od potu... Czy ja wiem, 
gdzie oni przesłuchiwali, w którym pokoju co było... Sama w całym budynku... 

Te jej naiwne, przestraszone w tej chwili oczy.  Zawstydziła się mego spojrzenia, opu-

ściła powieki, zademonstrowała śliczne rzęsy. 

Tak,  ona  o  gestapo,  przeżywa  coś,  czego  nie  doświadczyła,  ja,  doświadczony  przez 

tamten czas, patrzę na nią i owo „gestapo” to jest element estetyczny, skoro wywołuje na tej 
twarzy tyle zdumionego, proszącego o czułość przestrachu. 

- Czemu pan nic nie mówi?... 
- To  nie  przesłuchanie?  Wystarczy  to,  co  sobie  myślę.  Zwabiła  mnie  pani  do  siedziby 

gestapo, połamała kości i każe mówić. Właśnie, że nie powiem. 

Wiedziałem,  że  nie  ma  nic  śmieszniejszego  niż  zalotny  staruch,  ale  cóż,  niosło  mnie 

samo. 

Agnieszka jakby w pewnej chwili zauważyła. Z początku była wdzięczną bibliotekarką, 

uraczoną przez autora, którego sobie wymyśliła, potem „społeczniczką” sugerującą temat na-
prawy Rzeczypospolitej w tym pokracznym Szczurzynie, gdzie zaniósł ją złośliwy los, teraz 
zdawała się spostrzegać mnie naprawdę. 

Tylko  raz,  w  czasie  pierwszej  wizyty,  oglądała  siwą  szczecinę  mego  nie  ogolonego 

zarostu. Teraz co rano  pracowałem  w łazience swoją niezbyt  wprawną lewicą i  wyglądałem 
jak człowiek. 

Do  diabła,  czy  ta  Margoś-Karate  jest  zazdrosna!  Na  pewno.  Jej  zazdrość  jest  platoni-

czna.  Ciężka,  pokraczna,  nie  lubi  kobiet  przyciągających  ludzki  wzrok.  Ile  to  złośliwości 
usłyszałem od niej o pani doktor Anestezjolog, zanim nie obejrzałem wczoraj przez okno jej 
zgrabnego kuperka. Wkroczyła teraz do pokoju z tymi samymi uwagami, że chorego nie mo-
żna męczyć zbyt długą rozmową. 

- Słyszała pani co mówił Ordynator? Że lada dzień mnie wypisze... 
Wydawało mi się, że pochwyciłem jakąś chmurkę na twarzy Agnieszki i zrobiło mi się 

nadzwyczaj  wesoło.  Zniosłem  w  pokorze  zadufane  oświadczenie  Margośki,  że  owszem 
słyszała, ale nawet to, że jeszcze się pan z Ordynatorem zobaczy, a co to znaczy? Znaczy, że 
doktor Fajer musi pana skontrolować, a póki co, ja będę to robiła. 

- Siostro Margoś, pięć minut - pertraktowałem jak lizus. 
No i wystarczyło czasu na tyle, że powiedziałem Agnieszce, że skoro tylko się wyrepe-

ruję ostatecznie i załatwię jakoś nowy samochód, bo ten ponoć po wypadku nadaje się, zda-
niem moich milicjantów, tylko do kasacji, na pewno przyjadę do Szczurzyna. „I nie będziemy 
mieli żadnych opiekunów...” 

Spłoszyła się. Czekałem nawet, że mi powie na przykład: ja mam narzeczonego, albo 

coś równie kretyńsko prowincjonalnego. Ale zapytała tylko, jak sądzę, czy zdoła się jutro do 
mnie wedrzeć? 

Tak powiedziała, a ja byłem już zdrów, w siódmym niebie głupich złudzeń. Powiedzia-

background image

łem, że w razie czego uruchomimy doktora Chymzę, on tu przecież wiele może... 
 

Ale do niedzielnego południa wiele się miało wydarzyć. Podobno sobota często bywała 

w  Szczurzynie  czasem  dramatycznych  wydarzeń.  Ja  asystowałem  im  tylko  raz  w  czasie 
weekendu Ordynatora Fajera, ale zasób obserwacji wyniosłem doprawdy spory. 

Zaczęło się dość niewinnie. Około godziny szóstej wpadła do naszego pokoju Margoś-

Karate.  Nie  zwracając  na  mnie  najmniejszej  uwagi  prosiła  doktora  Chymzę  o  interwencję. 
Oto  przed  chwilą  zagroziła  „panu  Jurkowi”,  że  go  „położy”,  jeśli  nie  odejdzie  od  biurka 
Ordynatora.  Bo  otwiera,  choć  nie  ma  klucza.  Szuka  dyżurnego  pół  litra...  Więc  zamknęła 
gabinet Ordynatora na klucz, a klucz chce właśnie oddać „panu doktorowi”. 

Gdy wyszła, spytałem, któż to zacz ów „pan Jurek”, a mój gospodarz odparł jakoś nie-

chętnie, że mowa jest o dyżurnym lekarzu. I tyle. Dopiero na moje dość nachalne nagabywa-
nie dowiedziałem się bardzo zabawnej historii owego „dyżurnego pół litra”. Otóż cały szpital 
zna  tajemnicę  Ordynatora  Fajera,  który  zawsze  trzyma  u  siebie  flaszkę  na  wypadek  nagłej 
wizyty  młodego  Sochy.  Socha  to  syn  przejechanego  tak  nieszczęśliwie  robotnika  leśnego. 
Zdarza się, iż napity odwiedza Ordynatora w poszukiwaniu alkoholu. Sumienie go gryzie, że 
złożył fałszywe zeznanie o tym, że widział rzekomo, jak cudzoziemski samochód przejechał 
nieszczęsnego ojca. Sumienie może zgłuszyć tylko pół litrem. No i stąd „dyżurna flaszka”. 

- ...Niby  śmieszne  -  zakończył  mój  rozmówca  i  zaniósł  się  niedobrym  sercowym 

kaszlem, aż się zaniepokoiłem. 

- No nic, Margosia sobie poradziła - uspokoiłem go naiwnie.  
- Nie wiem - powiedział - czuję, że zanosi się na dyżur z kolacyjką. 
Pan doktor znał dobrze miejscowe obyczaje. Nie minęła godzina, jak wpadła Margoś. 

Wściekła. 

- Wypili spirytus z katgutu! - krzyknęła. - Musi pan tam iść. 
Doktor Chymza leżał nieruchomo. 
- Nie pójdę, Margoś - powiedział niemal czule. - Nie mam siły - poskarżył się jej jakoś 

dziecinnie, jakby była jego matką. 

Słuchałem  zdumiony.  Nigdy  go  nie  widziałem  w  takim  stanie.  Jak  się  ten  człowiek 

przejmował. 

- Co za spirytus z katgutu? - spytałem ją, by odciążyć go na chwilę. I dowiedziałem się, 

że specjalne samorozpuszczające się w ciele nici chirurgiczne z baraniego jelita przechowy-
wane  są  w  spirytusie.  Przecięcie  pojemnika  oznacza  zmarnowanie  całego  chirurgicznego 
skarbu. 

- Nie mógł posłać do dziada po wódkę? - wystękał doktor Chymza. 
Naprawdę fatalnie wyglądał. 
- Nie  puściłam  Recydywy,  a  jak  się  odwróciłam,  to  posłali  tego  małego  sprzątacza.  - 

Ona najgorsza, ta Anastazja przeklęta. Ona go namówiła na dyżur z kolacyjką. 

- No więc poszedł ten mały i po co rozpili ten katgut - wystękał doktor. 
- Bo mały wrócił z niczym. Przestraszył się, że w bramie u dziada stał milicjant. Ale on 

pewnie tyle że ruch kontroluje, żeby się o swoją dolę upomnieć, ale jak ten wrócił z niczym, 
to ona się rozejrzała i było po katgucie. Niech pan idzie, doktorze, ja pana proszę. Albo nie, 
dobrze, niech pan się nie rusza, a może podać krople... - zaniepokoiła się widząc, jak pacjent 
ciężko oddycha. Postała chwilę nad jego łóżkiem, gdy nagle nadleciał z ulicy sygnał jadącej 
karetki pogotowia. Obróciła się na pięcie i  wybiegła. Trzasnęły w przeciągu drzwi, których 
zapomniała za sobą zamknąć. 

Kiedy  myślałem  o  tym  wieczorze  później,  wyobrażałem  sobie,  że  uparta  waleczność 

Margoś połączona z okrutną przecież presją na chorego lekarza była przede wszystkim świa-
dectwem jej bezradności. Była przecież postawiona sama w obliczu odpowiedzialności, której 
nie dzielił z nią nikt z uczestników dyżuru z kolacyjką. 

background image

Bo nie minął nawet kwadrans, gdy była znowu. 
- Czy  mam  dzwonić  na  Komendę?  -  krzyknęła  od  progu,  jakby  to  doktor  Chymza 

wyprawiał niestworzone brewerie, zagrażające ludzkiemu życiu. Bo oto z jej urywanej relacji 
dowiedzieliśmy się, że mają ciężki wypadek - gość zleciał z dachu czy balkonu. Noga złama-
na w paru miejscach i obrażenia wewnętrzne. Pan Jurek kazał go przygotować do operacji. A 
kto będzie operował? On przecież pijany. Recydywa wstał i zaczął rozbierać tego tam poła-
manego, choć ten wył jak potępieniec, a mydła chyba w ogóle w życiu nie widział. Pomaga-
łam, co miałam robić. Nawet ułożyłam na wózku, żeby nie robił tego Recydywa, bo pijany... 
A na operacyjnej nasza Anastazja go znieczula i znieczula. Sama znieczulona. Litr było tego, 
było,  nie  licząc  spirytusu  z  katgutu,  na  troje...  Skończyła  i  mówi:  no,  niech  pan  teraz  pod-
niesie nóżkę, żeby sprawdzić, czy pacjent jeszcze kontaktuje. To on podnosi, ale tę połamaną, 
bo nic nie czuje. A nóżka na moich oczach rozkłada się na trzy kawałki, aż kość wychodzi... 
Zwymiotowałam i lecę. Idzie pan tam, czy mam dzwonić na Komendę, że zarżną człowieka? 
Pan Jurek chce go otwierać  najpierw obrażenia wewnętrzne” - powiedział - ale ledwo na no-
gach stoi... 

Doktor Chymza odwrócił  się na łóżku tyłem do  nas.  Margoś wybiegła już bez słowa. 

Leżeliśmy nie wymieniając słowa, słyszałem, jak doktor ciężko oddycha. 

Tym razem wpadła jak burza. 
- Błagam  pana!  Zaczął  go  otwierać  i  przewrócił  się  przy  stole.  Recydywa  asystuje,  bo 

pani Anastazja zasypia... Pan doktor Jurek zbiera na czworakach narzędzia z podłogi... Niech 
pan idzie... - zawołała w ataku histerii i nagle coś się stało z Chymzą. Usiadł na łóżku, sięgnął 
szybko po pantofle i podniósł się gwałtownie, jak młody człowiek. 

- Idziemy - usłyszałem i zostałem sam. 
- Czterdzieści lat nie trzymałem skalpelu... - dobiegły mnie nagle słowa z ciemności. 

 
 
 

II 

 

Doktor Chymza wrócił, odprowadzony przez Margosię, w półtorej godziny po tym, jak 

wyszedł spiesznie na salę operacyjną i teraz leżał na swoim łóżku w ciemności nie poruszając 
się zupełnie. Przyszła chwila, że zacząłem się obawiać, czy coś mu się nie stało. 

- Wtedy  rozcinałem  w  głąb  pierś  bliskiego  człowieka,  a  zaraz  potem  trepanowałem 

czaszkę trupowi... Dziwne, nieprawda?... A najlepszą pointę opowiadania, które mógłby pan 
napisać, to  teraz zmarnowałem. Bo w  opowiadaniu dzisiejszy pacjent  powinien wyżyć, a ja 
umrzeć przy stole operacyjnym... - zaśmiał się dziwacznie. 

- Jeśli pan nie chce spać, opowiem. Bo ja spać nie będę... 

 

I  znalazłem  się  znów  w  domku  przy  rynku  Szczurzyna  mieszczącym  dziś  Bibliotekę. 

Tylko w opowiadaniu doktora, to jest siedziba gestapo. 

Szef, Oberscharführer Witteck, zesłany do Szczurzyna, chciał chyba szybko zarobić na 

awans i przeniesienie, bo skala okrucieństw i ostentacja, z jaką je stosował, nie miałaby inne-
go wytłumaczenia. Przynajmniej ja tak na to patrzyłem - słyszałem głos doktora z ciemności - 
bo z  wyroków losu  szybko się z  nim zetknąłem.  Widzi pan, jak tu  jest dzisiaj,  proszę sobie 
wyobrazić czterdzieści parę lat temu. Jeszcze gorzej. Chociaż Niemcy palili za bimbrownie i 
zabijali, nie pomagało. No i trafił mi się jakiś pacjent po rozprawie nożowej... Właśnie robili-
śmy transfuzję, gdy wpadł Witteck. Niski, karykaturalnie niski, w tym czarnym mundurze, w 
czapie z trupią czaszką. Nigdy jej nie zdejmował, może do snu. Więc wpada, że nie zgłosili-
śmy  rannego,  a  przecież  wiem,  że  każdy  ranny  ma  być  natychmiast  ewidencjonowany  w 
gestapo. 

background image

Ja  na  to...  -  nieźle  mówiłem  po  niemiecku,  to  chyba  zresztą  bardzo  mi  pomogło  -  że 

sądziłem, iż chodzi tylko o rany postrzałowe, bo po co zawracać głowę władzy, gdy tu nóż, 
kosa i topór to tradycyjne narzędzie wymierzania sąsiedzkiej sprawiedliwości. 

On słucha, patrzy na mnie tak, że pot występuje mi na czoło, potem bez słowa odłącza 

naczynie z przetaczaną krwią. Mówię, że transfuzja jest konieczna. 

- Komu konieczna? Temu bandycie? Krew jest zbyt cenna... 
I  każe  zabrać  to  naczynie  swemu  adiutantowi  czy  jak  go  zwać,  może  szoferowi.... 

Zabrać, rozumie pan? Bo ja nie rozumiałem. Choć rychło miałem się dowiedzieć. 

A odchodząc ten zbój mówi do mnie - Ja panu wierzę, doktorze. Może pan tych pacje-

ntów z bójek nożowych do nas nie zgłaszać. 

Mój  przyjaciel  Florian,  nauczyciel  języka  niemieckiego  w  gimnazjum  w  Szczurzynie, 

pracował tam jako tłumacz. Tak. W gestapo. Bo kripo i gestapo w jednym budynku, zna pan 
ten  budynek,  więc  zamiast  słodkiej  Agnieszki  tam  oni.  Nie  pytali  go,  czy  przyjmie  robotę. 
Kto tu zna niemiecki? Cóż miał burmistrz powiedzieć: najlepiej to pan nauczyciel. I pojechali 
po  niego.  Myślę,  że  odetchnął,  jak  się  dowiedział,  po  co.  Więc  Florian  był  tam  niemal  co 
dzień. I wie pan, co było z tą krwią z niedokończonej transfuzji...  bandzior zresztą umarł w 
godzinę po jej przerwaniu... 

Mieli  tam  izbę,  w  której  przesłuchiwali...  trudno  to  nazwać  „podejrzanych”,  w  której 

przesłuchiwali,  kogo  chcieli.  No  i  Witteck  okazał  się  „humanitarnym  artystą”.  Tak  właśnie 
wyraził się do Floriana. Bo rąbnął tym szklanym naczyniem o mur i stworzył ogromną (taszy-
stowską, jak to się potem nazywało) krwawą kompozycję na białej ścianie. Owszem, była już 
nieźle spryskana,  a ile to krwi z rozbitej  głowy, czy  ponacinanych pośladków trafi na  ścia-
nę...? 

- To  zrobi  na  każdym  dobre  wrażenie.  Oszczędzi  się  bicia...  Widzi  pan,  jaki  jestem 

humanitarny artysta. 

Trzeba przyznać, że nasz Witteck nie był banalnym  gestapowskim zbrodniarzem.  Był 

artystą i kochał artystyczne efekty. Oto zdobywa od śmiertelnie skatowanego chłopa informa-
cję,  gdzie  ten  trzyma  ukrytą  broń.  Przyjeżdża  do  wsi.  Nic  swoim  zbójom  nie  mówi.  Każe 
spędzić chłopów przed chałupę, w której będzie robiona rewizja. I gestapowcy zwijają się jak 
w ukropie. Florian mówi, że bali się go nawet oni jak wściekłego psa. Rwą strzechę, zwalają 
komin. A Witteck stoi oparty ramieniem o framugę wejściowych drzwi i nagle odskakuje. 

Hier! - wrzeszczy - tutaj rąbać - pokazuje framugę, jak różdżkarz, któremu ciemne siły 

zdradziły tajemnicę natury. 

I na  oczach  wsi  cudownym  sposobem  jawią  się  przechowywane  karabiny  w  schowku 

wyspowiadanym na mękach w Szczurzynie. A potem egzekucja na miejscu. Na drzwiach do-
mu, sznur przeciągnięto przez kalenicę... 

Witteck  miał  poczucie  efektów  teatralnych.  Tam  na  miejscu  Florian  musiał  chłopom 

oznajmić, żeby się nie łudzili, że coś się przed szefem gestapo ukryje. Byli przecież świadka-
mi, że on widzi przez mur, ścianę i drewno... Tak to mój przyjaciel z miasteczka, który przed 
39  rokiem  tłumaczył  wiersze  Rilkego,  teraz  miał  nowy  materiał...  Bo  zamęczał  mnie  przed 
wojną tym Rilkem. Rilke w Szczurzynie, a ja to w ogóle do poezji żadnej głowy nigdy nie 
miałem. 

Więc teraz czas już inny. Witteck morduje, ale przecież opór rośnie. Co ja mam panu 

opowiadać,  pan  zna  temat  lepiej.  Ale  fakt,  że  i  u  nas  w  takim  Szczurzynie  jest  już  niezła 
organizacja. Nawet strzelali raz do Wittecka, ale na darmo, miał szczęście i jakby sam diabeł 
się nim opiekował. Tak właśnie ludzie mówili. 

Bo właśnie jak zawsze, gdy coś się robi do sensu, jest ktoś kto na tym żeruje... Na wszy-

stkim. Na ludzkiej ofierze najbardziej. W lesie partyzantka, a Witteck po dawnemu panuje w 
Szczurzynie... W tym czasie spotkała mnie głupia przygoda. Opowiem, bo nieobojętna będzie 
dla sprawy, dla tej ostatniej mojej operacji. Ostatniej, którą  chciałem, bo potem zdarzało się 

background image

tylko z konieczności. Jak dzisiaj. Więc niech pan posłucha... Więc którejś nocy... Noc to nie 
ta przecież, co ją wyznacza natura, a noc Wittecka - godzina policyjna. Więc po policyjnej - 
dzwonek. 

Wie pan, co się wtedy myśli. Że oni. Ale z lekarzem może być inaczej. Zdarzyło mi się 

parę razy, że przybiegł, przekradł się, jakiś przerażony ojciec, że mu dziecko umiera. Tu bli-
sko, na sąsiedniej ulicy... A ja sam to przepustkę miałem. Florian za mnie ręczył. A był sam 
już głęboko w siatce Armii Krajowej pozostając ciągle w służbie Wittecka. 

Ale  wracajmy.  Więc  dzwonek.  Idę  do  drzwi,  niepewny,  czy  los  nie  zapukał  na  mój 

koniec.  I,  panie  drogi,  co  za  ulga.  Tam  dwóch  bandziorów.  Co  z  tego,  że  pistolet,  przecież 
wiem, że nie przyszli mnie zabić. Na łbie pończocha. Miejscowi. Więc jakby samo życie do 
mnie zapukało. A wiele się nie obłowią. Ręce do góry i tak dalej. Bardzo proszę - szukajcie. 
Pieniędzy  co  tam  było  niech  biorą,  na  zdrowie.  Jakieś  ubranie.  Ale  się  zajadli  na  „złoto”. 
Dawaj i dawaj. Jak znajdziecie, możecie nawet zastrzelić. Nie wierzycie, że nie ma, szukajcie. 
No to ten większy bohater co był z visem powiada, że powinienem oddać po dobroci. Bo oni 
na partyzantów przecież zbierają. Ja: zgoda, życie bym oddał, ale złota nie ma. Zaczęli szu-
kać. A obaj dobrze pijani. Ten z visem to szef, drugi miał tylko bagnet. Położyli mnie na po-
dłogę. Żebym się nie mógł ruszyć. Szukają. Ten ważniejszy taki zajadły, że dawaj odsuwać 
ciężki  kredens.  Nie  szło  mu.  Wezwał  drugiego.  Położyli  swoją  „broń”  (w  cudzysłowie  to 
słowo, a dlaczego zaraz się wyjaśni) i dalej pchać we dwóch. 

- Proszę bardzo - mówię z podłogi - mogę nawet pomóc, jak ciężki... 
- To pomagaj - zezwolił ten ważniejszy. 
Człowiek był młody, skłonny do złości i ryzyka, więc jak wstałem, że niby do pchania, 

to łap za tego zbójeckiego visa i „ręce do góry” - teraz ja rządzę. Tak mi zdawało się przez 
chwilę, bo jakżem to żelazo złapał, to widzę, że rdzą przeżarte, istna żelazna makieta, „place-
bo” powiedziałbym dzisiaj jako lekarz... 

No i bardzo od nich oberwałem. Bo przecież wiedzieli, że toto nie wystrzeli. 
Jak mnie bili, to temu ważniejszemu w szarpaninie spadła pończocha i na chwilę mordę 

zobaczyłem nieznaną... 

Dostałem nawet nie tak strasznie, pewnie się zreflektowali, że lepiej żebym do kripo nie 

leciał ze skargą... 

Poszli. Trochę forsy. Dwa ubrania. Buty z cholewami, cały ich zarobek... 
Nie byłoby o czym dziś opowiadać, ale to do dalszego ciągu potrzebne, zaraz się pan 

przekona... 

Więc w Szczurzynie źle. Witteck sroży się bez żadnego opamiętania. Po tym zamachu 

jeszcze  jest  gorszy.  No  i  znowu  ta  nasza  miejscowa  komenda,  nieudana  jak  tutaj  wszystko, 
próbuje jeszcze raz. Tym razem strzelec wyborowy. Z dymnika najwyższego dwupiętrowego 
budynku. Oczywiście, chybia. Co gorsza, przestrzeliwuje temu draniowi czapkę. I ta czapka 
leży  odtąd  na  jego  biurku.  Za  tę  obrazę  spalono  nasz  dwupiętrowy  drapacz  chmur  -  nisko 
chmury chodziły tej jesieni - i rozstrzelano wszystkich mieszkających w niej mężczyzn. 

Florian  meldował,  że  Witteck  często  na  przesłuchania  wkłada  tę  czapkę  i  że  w  ogóle 

zachowuje się nawet jak na gestapowskie maniery niezbyt normalnie. 

Wreszcie zaalarmowana centrala przysłała człowieka. Mówię dziś to, co wiem dzisiaj. 

Kapitan Szaruga. Naradzał się raz i drugi z Florianem... Tymczasem Witteck zaczął specjalnie 
uważać. Mieszkał w domu tuż przy koszarach; gdzie kwaterowała kompania żandarmerii, do 
pracy  przyjeżdżał  nieregularnie.  Szczurzyn  to  dziura,  nie  sposób  dyżurować  na  ulicy  nie 
zwracając uwagi. W dodatku obcy. 

Coś przecież wymyślili razem z Florianem i tutejszym dowództwem, które zobowiąza-

ne było dać obstawę do całej akcji. 

Więc, jak mówię, plan ułożyli, a tymczasem któregoś dnia zajeżdża do szpitala gestapo, 

w całym pięcioosobowym składzie, do tego cała sekcja żandarmów na motocyklach. Z cięża-

background image

rówki  wyciągają  rannego  i  trzeba  przyznać,  żadnego  kopania,  bicia.  Wnoszą  ostrożnie.  A 
mnie Witteck wzywa i tylko jedno: „der Mann muss leben! Er stierbt, du bist sterben!” 

Czyli  że  człowiek  ma  żyć,  jak  nie  przeżyje  i  ja  umrę.  Jak  pan  się  domyśla,  kapitan 

Szaruga.  Rana  postrzałowa  piersi  to  jeszcze  nic.  Złamanie  czaszki  -  bili  kolbami,  nim  ich 
Witteck nie odpędził. Ocalał i tym razem i widocznie się domyślał, od kogo uszedł z życiem. 
Zrzutowy colt dziewiątka był rutynowym uzbrojeniem. 

Tyle się domyśliłem, o samym zamachu nie wiem nic i nie jest mi to potrzebne, kiedy 

robię  mu  trepanację...  Tym  razem  do  transfuzji  dostałem  krew  z  wojskowego  szpitala.  No 
cóż, takie prawo Hipokratesa: ratować życie, nie myśleć po co. Ale jak nie myśleć, skoro na 
nieszczęście wszystko się udaje. Wygląda na to, że wyżyje. Ale po co? Na jakie męki go ska-
zuję? Naprawdę czułem się strasznie, gdy Witteck pochwalił moją robotę. Bo przywiózł po-
tem jeszcze jakiegoś wojskowego chirurga. Już po wszystkim. 

Wyglądało  na to,  że moja sztuka lekarska służy  do  przedłużania męki człowieka. Ale 

byłem tak nauczony... Bo w czasie operacji myślałem przez moment, może mu pomóc. Może 
odłączyć transfuzję... Wężyk do zlewu, niech płynie krew, po co ratować ciało na męki, na 
których można stracić i duszę w razie załamania. Ale robiłem swoje. To co musiałem. 

Wszystko to, co się rozegrało przez najbliższy tydzień, wygląda na wymysł scenarzysty 

awanturniczych  seriali.  Więc  na  dole  w  dyżurce  portiera  przez  całą  dobę  strażnik  gestapo. 
Szaruga w separatce. A na zewnątrz wszystko się gotuje. Śledztwo w sprawie wsypy - bo jak 
się okazuje, wzięto Szarugę z mieszkania, bronił się... centrala szaleje. Przyjechał  ktoś  i  po 
rozeznaniu sytuacji znalazło się proste wyjście: Florian dostarczył mi cyjanek. 

Proste. Mam otruć pacjenta, zanim go wezmą na  gestapo.  Bo rozeznanie  wskazało,  że 

na odbicie nie ma co liczyć. Przysięga Hipokratesa. Więc postanowiłem wbrew  rozkazowi - 
bo byłem już od dawna zaprzysiężony - że poczekam, aż pacjent sam zdecyduje. Jeśli mnie 
poprosi  -  trudno,  dam.  Przecież  Witteck  nie  zabierze  go,  zanim  nie  odzyska  przytomności  i 
nie będzie mógł zeznawać. 

No i miałem, można powiedzieć, szczęście. Zamordowałem, ale kogoś zupełnie innego. 

Wszystko to znowu ułożył już nie scenarzysta, a reżyser owego serialu. Niektórzy widzą w 
nim  Pana  Boga,  ale  to  wersja  nie  dla  mnie.  To  dzieje  się  jednego  dnia.  Szaruga  odzyskuje 
przytomność, a ja, który mam natychmiast zawiadomić o takiej sytuacji Wittecka, dowiaduję 
się, że szef wyjechał, pilnie wezwany do stolicy Generalnego Gubernatorstwa. Mam dwa dni 
czasu. Ale właściwie na co? Co tu można zrobić, skoro szef wyjechał, ale gestapo pozostało. 
Miejscowy komendant AK, dupowaty zupak w randze majora, nie podejmuje żadnej inicjaty-
wy. Polikwidował nieliczne punkty znane Szarudze, sam wyjechał w teren. A ja przecież sam 
nic zrobić nie mogę. Nie mam jeszcze siły powiedzieć pacjentowi, że przewidujący przyjacie-
le przysłali mu cyjanek... I oto ingeruje nasz reżyser. Powiedzmy, los. Do szpitala granatowa 
policja  przywozi  rannego  bandytę.  Żeby  było  śmieszniej,  to  mój znajomy  od  zardzewiałego 
visa. Szyję go bez kłopotów. Sierżant granatowy również należał do organizacji. Działałem w 
natchnieniu.  Poprosiłem  go,  żeby  zaczekał  z  meldunkiem  do  gestapo.  Witteck  upoważnił 
mnie, że można nie zgłaszać wypadków porachunków sąsiedzkich rozpraw nożowych... 

- Ale to postrzał... - spłoszył się sierżant. 
- Ludzie pana są pewni? - spytałem, jakbym był jego przełożonym. 
- Słuchają. Trzech zaprzysiężonych. 
- Więc niech pan zaczeka z meldunkiem... Wittecka i tak nie ma. 
Proszę pana, ja wiedziałem od pierwszej sekundy, co trzeba zrobić. 
Bandzior  w  zasadzie  „dochodził”,  wykrwawił  się,  germańskiej  krwi  na  transfuzję  dla 

„takiego” z wojskowego szpitala nikt mi nie przywoził. 

Działałem w natchnieniu. Personel był pewny. Już pan się domyśla. 
- Nic nie rozumiem - przyznałem zdezorientowany. 
- A to takie proste. Zrobić trupowi trepanację. Rozumie pan teraz? Głowa całkiem zawi-

background image

nięta w bandaże. No, zamelduję zgon Szarugi.  Muszę tylko mieć  zwłoki. Rana postrzałowa 
jest.  Brakuje tylko  trepanacji. Na wypadek,  gdyby  polecili  rozwinąć bandaże. Nie trzeba się 
było spodziewać, ale diabeł nie śpi, zwłaszcza gdy chodzi o Wittecka. 

Kazałem brać zwłoki bandziora na operacyjną. A on nie umiera. Puls jak niteczka, ale 

wciąż nie umiera. Każda godzina, ba, każdy kwadrans, może decydować. No i ja sam. W ka-
żdej chwili mogę się załamać. Bo plan trochę wariacki. Nikt się nie połapał, kiedy włożyłem 
bandziorowi w zęby cyjanek. Powiedziałem to swoim, że teraz gra idzie o nasze życie i zaczą-
łem operować trupa... Trwało krótko. Otworzyć w dwóch miejscach jak na sekcji, wyłamać 
kość, złożyć. I bandaże na całą głowę... 

Doktor  zaczął  mówić  głosem  przerywanym,  widziałem  w  świetle  nocnej  lampki,  jak 

drżą mu ręce. Był tam z powrotem, w tamtym czasie... Teraz krajał szerokim nożowym cię-
ciem pierś uśpionego kapitana Szarugi... 

Jeszcze  rejestracja  i  trupa  na  łóżko  Szarugi,  a  „bandyta”  z  raną  ciętą  z  głową  już 

odbandażowaną, poklejoną tylko plastrami, na salę ogólną... 

Florian się zląkł. Ale mówię, tyś dostał ode mnie meldunek, że Szaruga zmarł i nic cię 

nie obchodzi. Pytaj, czy chcą zrobić obdukcję albo chociaż obejrzeć zwłoki. Nalegaj. Trzeba 
go sprzątnąć i zakopać. - O Boże - jęknął - a Szaruga? To druga sprawa. Wypuszczę go jutro 
po opatrunku, na furkę położymy, tylko melina. Wytrzyma, wytrzyma... 

Tak, proszę pana pisarza, uratowałem kapitana Szarugę na gorszą śmierć w pohańbie-

niu. Bo wszystko się udało. Wojnę przeżył. Był w powstaniu... Ale to już inna historia. Miało 
być tylko o chirurgu. Widzi pan, od czasu, gdy krajałem trupa zabitego przez siebie człowie-
ka... No cóż, „dochodził”, ale cyjanek był mój. Ze strachu. Z braku odporności nerwowej. Za 
godzinę  byłby  i  tak  gotów,  ale  ja  bym  pękł.  No  i  ludzie,  których  miałem  wtajemniczyć.  A 
zaraz  potem  krajanie  na  nożowe  cięcie  bojowej  rany  tego  zrzutka.  Przysięga  Hipokratesa. 
Trochę to było dla mnie za dużo. W dniu po ewakuacji Szarugi uciekłem ze Szczurzyna. 

W  zasadzie  to  wtedy  przestałem  operować.  No,  zdarzały  się  sytuacje,  że  ktoś  musiał 

krajać. Jak choćby dzisiaj. Czy pan nie wie, po co to panu opowiadam? 

Wybąkałem coś o wdzięczności, że sprawa na wielką refleksję... 
On mnie nie słuchał. 
- Zmieniłem specjalizację. I nie wiem, kto mi wytłumaczy, po co wróciłem na to prze-

klęte miejsce? 

Doktor Chymza nagle zgasił nocną lampkę i zostaliśmy w ciemności ledwo rozjaśnionej 

przez  kwadrat  okna  i  poświaty  rzucanej  przez  zaciągniętą  zasłonę  przez  latarnię  na  placu 
przed knajpą. 

- ...Tak - doszło mnie westchnienie od strony łóżka - dobry temat, prawda? Z tym, że w 

opowiadaniu to ja powinienem umrzeć na zawał przy tej dzisiejszej operacji. Zresztą nawet z 
punktu widzenia medycyny byłoby to logiczne. Ale w życiu nie ma tak dobrze... Czy pan wie, 
że  tamta  moja  zbrodnia  -  podałem  cyjanek  człowiekowi  jeszcze  żyjącemu  -  to  jest  luksus 
moralny w porównaniu z tym, co zrobiłem teraz tutaj... kryjąc bandytyzm tego lekarza. Tak, 
bandytyzm... 

Dochodziło mnie ciche sapanie. Zaniepokoiłem się. 
- Jako pisarz - powiedziałem niepewnie - poznałem dzięki panu wielki temat... Gdybym 

był Conradem, może powstałby nowy „Lord Jim”. Ale jako człowiek zwyczajny mogę panu 
powiedzieć, że zrobię to, co powinienem: opiszę po prostu dyżur z kolacyjką. Jak reporter. I 
ten przypadek z pijaną ekipą nad stołem operacyjnym. „Ktoś musi krajać” - zacytowałem jego 
słowa. Obowiązkiem piszącego o takiej sytuacji jest właśnie to: krajać takie wrzody, bo ina-
czej zginiemy... 

Była cisza. Wreszcie usłyszałem chrząknięcie. Doktor Chymza poruszył się w ciemno-

ści. 

- Niech pan tego nie robi. Nie wolno panu. Zresztą proszę o to: niech pan tego nie robi. 

background image

Wielki  temat,  jak  pan  powiedział,  bardzo  proszę,  to  co  innego.  To  historia  Szarugi.  Jakże 
wzniosła - tak pan sobie myśli. A ja myślę, że kiedy krwawa przeszłość jawi się nam jako kraj 
czysty  i  wzniosły,  pora  umierać.  Bo,  widzi  pan,  przeszłość  to  po  prostu  utopia  zwykłych 
ludzi.  Nie  każdy  ma  wyobraźnię,  wspomnienia  ma  każdy.  Ale  żeby  panu  wzbogacić  mój 
temat, jak to kosztem zbrodni na bandycie lekarz ratuje życie bojowca, dodać winienem, jak 
zginął kapitan Szaruga. Miał proces. Ale w roku 1949. I gdy oskarżony o zdradę rozerwał na 
sali sądowej więzienną bluzę i obnażył pierś z krechą mojego nożowniczego cięcia wołając, 
że  na  krew  i  rany  Chrystusa  i  na  swoje  rany  w  służbie  ojczyzny  odniesione  przysięga,  że 
oskarżenie jest fałszywe, pan prokurator zadrwił z jego rany, pytając, jaki to bandycki nóż w 
jakiej to bandyckiej dintojrze tak go poharatał i co ma do tego ojczyzna, która go właśnie są-
dzi. Tak moja mistyfikacja dla Wittecka uczyniona „przekonała” jego następcę. I tak ojczyzna 
się  go  wyrzekła.  I  co  z  taką  ojczyzną?  Przecież  ona  cała  to  tacy  jak  on.  Bo  co  poza  tym. 
Drzewa? Krzaki? Ludzie jak ci tutaj... 

Już czekałem tylko na „wypiskę”. Ubrany „po cywilnemu” stałem u okna czekając, czy 

nie nadjeżdża po mnie zapowiadany przyjaciel, aby mnie ewakuować. Cały czas układałem w 
głowie mój reportaż „Dyżur z kolacyjką”. Bo wbrew zastrzeżeniom autentycznego bohatera 
wydarzenia, doktora Chymzy, już postanowiłem: napiszę. Powiedziałem to nawet Agnieszce, 
gdy ją wczoraj żegnałem. Że żadna forma literacka: brutalny reportaż. Fakty. Nazwiska. Trze-
ba krajać. Takie wrzody trzeba krajać. Ktoś musi to robić. Zrobię ja, rezygnując z pięknodu-
chowskiej formy noweli. 

Byłem  sam.  Mój  współlokator  gdzieś  wyszedł.  Śmiesznym  zbiegiem  okoliczności  w 

chwili, gdy zobaczyłem zakręcającego w rynku poloneza mego przyjaciela, w progu stanęła 
Margoś-Karate z moimi szpitalnymi papierami. 

- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała - ale doktor Chymza gdzieś mi się zapodział 

i nie miałam podpisu, dopiero teraz... 

- A cóż ma do podpisywania wasz były ordynator? - spytałem zdziwiony. 
- Ach, nie. Pan Jureczek. Doktor, który pana prowadził. To przecież syn starego pana... 
Wziąłem  te  papiery  i  nagle  zrozumiałem,  że  to  nie  ja  zoperuję  wrzód  Szczurzyna. 

Przecież stary doktor powiedział: niech pan tego nie robi. Nie wolno panu... No tak. Ratował 
swego syna operując tamtego nieszczęśnika w czasie dyżuru z kolacyjką, który nazwał bandy-
tyzmem, gdy jego pijany syn szukał na czworakach wysterylizowanych narzędzi pod stołem 
operacyjnym. Uratował syna, a teraz ja chcę mu zadać śmierć cywilną. To niemożliwe. Nie 
mogę tego zrobić. Byłaby to nieprzyzwoitość. Ale czyż  pozostawienie tego wszystkiego jak 
jest, nie jest gorszą nieprzyzwoitością? Niemal zdradą. Zdradą czego? 

- „Ktoś musi krajać” - mruknąłem do siebie. 
- Co pan powiedział - spytała Margoś-Karate. 
-  Ach  nic.  Tytuł  swojej  noweli.  Taka  wymyślona  historia  z  pewnego  małego  miasta... 

Napiszę taką nowelę... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

SZWADRON MARIOLI 

 
 
Dopiero w rok po przejściu  na przyspieszoną  emeryturę, przysługującą kombatantom, 

hrabina Matylda odczuła przykry brak więzi rodzinnych. Sławna historyczna familia, podupa-
dła, zdziesiątkowana w latach okupacji, uległa rozsypce. Pani Matylda była właściwie sama. 
Z  własnych  wyborów.  Wiele  plotkowano  swego  czasu  w  rodzinie  na  temat  jej  rzekomej 
„kazirodczej” a platonicznej  miłości do młodszego brata jej ojca, sławnego z rozrzutności  i 
hulaszczego trybu życia hrabiego Albina, ale kto wie, jak było, nawet ona sama nie umiałaby 
zapewne odnaleźć wszystkich motywów, które sprawiły, że oto kończy życie jako stara pan-
na. Dni puste, wieczory przy telewizorze. Na dobrą sprawę nikogo bliskiego. Z siostrą, rezy-
dującą  w  ostatnich  „włościach”  rodziny,  jak  sobie  z  niej  kpiła  Matylda,  w  rozpadającej  się 
wilii w Jastarni, nie widziała się od dawna. Siostrzeniec na studiach medycznych, kiedyż to 
on właściwie skończy?... tuła się po domach akademickich. Ile czasu w ogóle go nie widzia-
ła?... 

Dosłownie. Tak. Dosłownie wszedł w jej myśli. Przez chwilę sądziła, że uległa złudze-

niu. Minął jej ławkę z grzechotką w dłoni, pochylając się nad dziecinnym wózkiem. Mój Bo-
że, Mirek. Chciała zawołać jego imię, potem ogarnął ją popłoch, że chyba musiała się pomy-
lić, wziąć za niego kogoś innego o podobnej sylwetce... Ale twarz! Ile czasu go nie widziała? 
Prawie  rok.  Tak,  to  on.  Nim  zerwała  się  z  ławki,  minęła  dłuższa  chwila.  Podbiegła  parę 
kroków,  ale  znów  się  zatrzymała.  Przysiadła  na  kolejnej  ławce.  Mirek?  Ale  skąd  dziecko? 
Przecież przed tygodniem otrzymała list od siostry. A w nim relacja o wszystkim, co się dzie-
je.  Nic  się  nie  działo.  Chłopiec  kończył  studia.  Gorączkowo  pracowały  myśli.  Ożenił  się? 
Mezalians? Ależ to dziś niemodne! Śmieszne hrabiowskie pałki. Pamięta, jak kiedyś ze stry-
jem Albinem znalazła się w jakimś ulicznym zamieszaniu i dopadł ich rozogniony milicjant z 
pałą w ręku... 

- Ostrożnie - powiedział Albin obejmując ją ramieniem. - Ostrożnie, ja mam siedem! 
- Czego siedem? - funkcjonariusz zbaraniał. Opuścił rękę. 
- Mniejsza z tym. A ci od rzucania kamieniami pobiegli w tę stronę  - skierował przed-

stawiciela władzy akurat w przeciwnym kierunku. 

- Coś ty mu powiedział? - spytała Matylda. 
- Że mam siedem pałek. W koronie. Widzisz, nasze tytuły jeszcze mogą się przydać. 
Stryj Albin. Tak, on by przecież wiedział, on wie wszystko o wszystkim i wszystkich. 
Musi zadzwonić do Albina. Nagle przypomniała sobie, że wyjechał polować na te swoje 

doroczne wiosenne cietrzewie i słonki. Trzeba będzie poczekać. Szkoda, że jednak nie pode-
szła. 

Na  pociechę  pomyślała  sobie,  że  przecież  on  będzie  tu  bywał  z  dzieckiem  częściej, 

skoro wyprowadza je na powietrze... 
 

Mirek wprowadził wózek na podest eleganckiej klatki schodowej. Zadzwonił do drzwi 

na  parterze  z  napisem  „Gospodarz  domu”  i,  nie  czekając,  wyjął  dziecko  razem  z  becikiem. 
Wchodząc  na  górę  gestem  wskazał  dozorcy,  że  wózek  zostaje  pod  jego  opieką  i  szybko 
wbiegł na piętro. Trzymając dziecko z wprawą zawodowego pielęgniarza, otworzył drzwi z 
klucza  i  wszedł  do  środka.  Minął  wielki  środkowy  pokój  z  ogromną  kanapą  i  klubowymi 
fotelami,  z  którymi  niezbyt  harmonizował  wielki,  rzeźbiony,  bogato  szklony  kredens  z 
poustawianymi  na  nim  kryształami,  i  otworzywszy  kopniakiem  drzwi  znalazł  się  w  pokoju 
dziecinnym.  Położył  maleństwo  w  łóżeczku  zabezpieczonym  siatką  z  plecionego  sznurka, 
oswobodził  z  becika,  wprawnie  wyjął  przemoczoną  pieluchę...  Był  już  w  kuchni.  Ze  zmar-
szczoną brwią przygotowywał mleko zaczerpnięte z ogromnego kryształowego - nie szklane-

background image

go, a właśnie kryształowego naczynia... Usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe. 

- To pani, Mariolo? - zapytał nie odchodząc od kuchni. 
- Nastaw herbaty! - usłyszał niski, lekko schrypnięty głos swej chlebodawczyni. 
Na  chwilę  znieruchomiał  nadsłuchując  odgłosów  z  korytarza.  Niechętny  grymas  wy-

krzywił jego ładną twarz. 

- Dla mnie mocną, Ordynatorze - usłyszał męski baryton i ze złością splunął do zlewu. 

Pedantycznie spłukał plwocinę strumieniem wody z kranu i z ostentacyjnym trzaskiem posta-
wił  czajnik  na  palniku.  Nienawidził  tego  kryminalisty.  To  on  nadał  mu  taki  „pseudonim”  i 
mimo że Mariola nadal nazywała go Mirkiem, nie ustępował. Rzeczywiście na drugi czy trze-
ci dzień po poznaniu Walerka na jego nieco podchwytliwe pytania, czemuż to para się zaję-
ciem  tak  osobliwym  dla  studenta  3  roku  medycyny,  on  „hrabia”  oznajmił,  że  gdyby  studio-
wał, nie miałby wciąż nic, gdyby skończył studia, miałby mikropensyjkę „w sam raz, żeby nie 
umrzeć z głodu”, a teraz u Marioli, jako opiekun jej dziecka, ma więcej niż ordynator, bo 30 
tysięcy miesięcznie. „I świadczenia socjalne” - dodała łagodnie przysłuchująca się ich dialo-
gowi Mariola. 

- No właśnie. Muszka wczoraj wcale się nie pofatygowała... 
- Jutro  odciupciasz,  co  ci  się  należy...  -  pocieszyła  go.  Wiedział,  że  to  była  decyzja. 

Mariola  swoje  trzy  koleżanki  trzymała  krótko.  -  Wczoraj  rzeczywiście  miały  ciężki  dzień. 
Walerek czekał do czwartej rano, żeby mnie odwieźć... 

- Za to spał do pierwszej - zareplikował Mirek.  
Walerek był  autentyczną miłością Marioli. Wcale się nie napraszał. Podobno sama go 

poderwała i to dobrze musiała się postarać. Był to mężczyzna wysoki, o sylwetce, która przy-
prawiała wrażliwe panie o szybsze bicie serca. Bujne czarne włosy. Błękitny odcień na dobrze 
wygolonych policzkach. Kropka w kąciku oka nie rzucała się w oczy. Nie był kryminalistą. 
Zawsze to podkreślał, nie ukrywając, że siedział dwa razy. 

- Za dużo mam siły - napiął mięśnie i potem ogarnął łagodnie Mariolę obu ramionami i 

lekko  przesadził  z  sąsiedniego  fotela  sobie  na  kolana.  -  Przyczepiły  się  do  mnie  gliny  pod 
kinem, że biletami handluję, ja!... - no i jak go ścisnąłem... Podobno dwa żebra miał pęknięte, 
tak  przedstawili  na  sprawie.  No  i  obraza  władzy,  bo  sierżant.  Tyle  tego  mojego  kryminału, 
panie hrabio... 

Od początku miał wobec niego ten głupio zadziorny ton. Nim nie nazwał go Ordynato-

rem, chodził jako Hrabia. W końcu nim był i mógł sobie ten prostak kpić, ale zmienić tego 
faktu nie mógł. Mirek nie myślał pozwalać byle komu na poufałość. 

- Proszę nie zapominać, jak się nazywa takiego, jak pan... 
- O nie, nie jestem alfonsem, prawda, Mariolko? Ja i alfons. Gdyby ona była nie kurwą, 

tylko wielkim politykiem, to ja bym się nazywał ochroniarz... - pouczył rozmówcę. 

Tak, od początku nie przypadli sobie do gustu. 
Mirek był chłopcem zbyt mądrym, aby obejmując pracę u Marioli mieć złudzenia, co do 

swego statusu. Cóż, zgodził się na pozycję lokaja i niańki i uznał, że nie ma czego żałować. 
Dziewięciomiesięczna dziewczynka jego traktowała jak matkę. Mariola mogła być dalekim i 
nieco tajemniczym ojcem. Dziecko na niego wołało „papu”, co od biedy mogło uchodzić za 
niemowlęce zawołanie „papa”; na spacerach dostarczało mu nawet niejakich satysfakcji, jako 
że dziewczynka była śliczna. Tak, mamy to we krwi, że zawsze damy sobie radę - przywoły-
wał  w  pamięci  goliznę  swoich  przodków-karmazynów.  No  cóż,  bywali  jurgieltnikami  ró-
żnych obcych rządów, zdarzały się i większe wpadki, jak powieszenie przez zbuntowany lud 
antenata  biskupa,  ale  przecież  dawali  sobie  radę.  Jeśli  Walerek-Ruchacz  mówi,  że  przy 
kurwie byłby alfonsem, ale przy Marioli jest „tiełochranitielem”, to ma rację. Taki jest współ-
czesny świat. I mógłbym moim karmazynom popatrzeć w twarz z odkrytym czołem, ilekroć 
liczę co pierwszego te 30 tysięcy mej lokajskiej pensji. Lepsze to niż ich ruble i dukaty. 

Tak naprawdę to schronił się w domu Marioli znajdując tu oazę prawdziwego spokoju. 

background image

Na uczelni spotkało go pasmo niepowodzeń. Pragnąc złapać równowagę wstąpił do związku 
studentów, nie wiedząc jak mocno naraża się tym samym akurat temu profesorowi, u którego 
miał  zaległy  egzamin.  Oblał.  I  chyba  nie  przypadkiem  tego  wieczora  w  akademiku  przeżył 
straszliwą kocówę... - reakcja lała „czerwonego hrabiego” z ZSP. Następnego dnia życzliwy 
los zetknął go z Mariolą. Naprawdę wśród tych panienek była damą. Z początku nawet się nie 
zorientował. Bo jednak  nie tylko wypuszczała swój „szwadron” (szybko nazwał  tak wesołą 
trójkę - gromadkę jej dziewcząt - do diabła, miało się stryja kawalerzystę, co z szablą na czo-
łgi), ale i sama fatygowała się niemal codziennie. Tyle, że była to praca poważna, nie żadne 
rwanie  po  kilku  facetów  noc  w  noc.  Zawsze  na  godzinę  dwunastą  w  południe  szykował 
gorącą kąpiel. Mariola nigdy w domu... Takiego wypadku od czasu, gdy u niej pracuje, nie 
było  ani  razu.  Wszystko  układało  się  znakomicie,  do  momentu  gdy  pojawił  się  Walerek. 
Mariola zawsze dostawała to, na co miała ochotę. Gdy go zobaczyła, jak oparty o mur przy-
pala papierosa od portiera, coś w niej zagrało. Nie mogła tak od razu przy tym cieciu, więc 
wysłała z lokalu Muszkę, jedną ze sterowanych przez siebie „przyjaciółek”. Nie musiała dużo 
tłumaczyć. Jak wyjdziesz i popatrzysz, będziesz wiedziała który. 

- Sprowadź go jakoś delikatnie - wydała polecenie. 
Muszka wywiązała się ze sprawy znakomicie. 
- Szefowa chce się z tobą przejebać - oznajmiła mu półgłosem. 
I patrzcie. Jeszcze się stawiał. Nie ma czasu. 
- O, co ty takiego robisz, chłoptasiu - zadrwiła Muszka. 
- Palę papierosa... 
Zaimponował. Bo palił dalej. Wróciła do Marioli. Właśnie gadała z jakimś po ichniemu. 

Bo znała język. Na tym polegała jej przewaga. Ona umawiała co, jak i za ile. 

Jak  usłyszała,  wzruszyła  ramionami,  przeprosiła  „na  chwileczkę”  grubego  Duńczyka. 

Wyszła. 

No i odnalazła się dopiero na drugi dzień. 
O, ta kąpiel  trwała dwa  razy dłużej  niż normalnie.  I po dwóch dniach pojawił się ten 

piekielny Walerek. Nie mieszkał z nimi. Dom Marioli to dom. Kupiła mu kawalerkę. Ale już 
nic  nie  było  tak  całkiem  normalnie.  Nawet  swoje  kłopoty  z  Muszką  Mirek  kojarzył,  może 
niesłusznie, z pojawieniem się tego prostaka. Bo Mariola znała życie. Gdy omawiała warunki 
pracy, było i to, że nie ma co liczyć na wychodne, bo dla niej niedziela to jeszcze lepszy dzień 
pracy, więc trudno, żeby on miał wolne. Ale, że zna życie, to zapewnia mu „opiekę socjalną” 

- Rozumiem, jesteś  chłop  i  masz swoje potrzeby.  Ale nic na mieście. Jeszcze byś  jaką 

chorobę zawlókł do domu... Chyba, że wolisz Jagusię... 

Zgodził się na Muszkę. I nie narzekał. Nie zaniedbywała się. W każdym razie do czasu, 

gdy  „nastał”,  jak  mawiały  dziewczęta  ze  szwadronu  Marioli,  Walerek.  Wtedy  się  zaczęło. 
Dwa razy nie przyszła i poskarżył się Marioli. Nawet zagroził, że było w warunkach umowy o 
pracę. Dupa dwa razy w tygodniu. 

- A jak nie będzie, to nie będzie papu! - zagroził strajkiem. Strasznie się wtedy Mariola 

uniosła, o mało nie stracił roboty. Ale w końcu skończyło się jak trzeba. Muszka przychodziła 
dwa albo trzy razy w tygodniu. 

Mimo to coś się zmieniło. Mariola nieco się rozleniwiła. Zdarzyło się, że Walerek raz i 

drugi został na noc. 
 

Właśnie wyciskał świeżą marchewkę, aby przygotować soczek dla małej, gdy usłyszał 

dzwonek do drzwi. 

Nie odpasał fartuszka (marchewka zostawia plamy trudne do sprania), wyłączył  soko-

wyżymałkę i ruszył do drzwi. 

- Ciocia Matylda... - jęknął w popłochu nie usuwając się z progu. 
- Mam cię nareszcie... - ciocia wemknęła się do środka. 

background image

- Ciociu... - jęknął idąc za nią. Dziecko zaczęło się drzeć w swoim łóżeczku. 
- Popatrz, jak wita babcię. Cioteczna nie cioteczna, ale przecież jestem babcią... Jak ja 

na to czekałam... 

Stara pani wspięła się na palce i pocałowała Mirka w czoło. 
Byli sami w pokoju. Matylda obrzuciła wnętrze szybkim spojrzeniem. 
- No, tak. Ale przecież nie ma się czego wstydzić, głuptasie, teraźniejszość nie zna poję-

cia  -  mezalians.  Pokaż  mi  maleństwo.  To  dziewczynka?  A  widzisz,  choć  nie  wiem,  to  się 
domyśliłam. Rozkoszne maleństwo... 

Córeczka Mariolki rzeczywiście była piękna cherubinową urodą. 
- Papu! - zakwiliło małe i babcia znów dała się nabrać jak wszyscy. 
- Woła tatusia! - Jaka rozwinięta. Osiem miesięcy? 
- Już  dziesiąty...  -  sprostował.  Nic,  absolutnie  nic  nie  przychodziło  mu  do  głowy.  Na 

szczęście dziś Mariola pracuje cały dzień i Muszka ma go wizytować dopiero jutro. 

- Imponujesz  mi  -  stara  pani  była  wniebowzięta,  ujęła  figlarnie  w  dwa  paluszki  fartu-

szek siostrzeńca. - Takich mężczyzn w naszej rodzinie brakowało. Instynkt rodzinny. Popatrz, 
stryj Albin... - jak zawsze, gdy wymawiała to imię zarumieniła się po koniuszki włosów. 

- Mów, kiedy. Kiedy się ożeniłeś...? 
- No właściwie... bardzo niedawno - wyznał. 
- Dziecko  w  drodze  i  dopiero  do  ołtarza  -  roześmiała  się  pani  biorąc  małą  na  ręce. 

Drobinka wrzasnęła przeraźliwie na widok obcej twarzy i Mirek spiesznie przejął ją w ramio-
na, kołysząc opiekuńczo... 

- Ołtarza wcale nie było... - nawiązał do ostatniego zdania. 
- Emancypacja. Tylko cywilny. A może ksiądz miał żal o to dzieciątko poczęte za wcze-

śnie, zdarzają się i tacy, ale nasz kuzyn biskup załatwi, załatwi... Pozwolisz, że wesele wezmę 
na siebie. Zrób to dla mnie. Nie mów, że jesteś niewierzący, błagam cię nie na twoje zbawie-
nie, a na moją zwyczajną ziemską radość. 

- Zaczęło  się  -  pomyślał  chłopak  nawet  nie  przypuszczając,  jak  wielka  zaczyna  się  w 

istocie historia. 
 

- A co, miałem powiedzieć, że jestem  lokajem  u kurwy...  - wrzasnął w pewnej  chwili, 

gdy Mariola oznajmiła, że  absolutnie nie będzie tolerować żadnych rodzin,  żadnych odwie-
dzin. 

- Żadna  praca  nie  hańbi  -  oznajmiła  teraz  poprawiając  swoje  wspaniałe  włosy.  Ona, 

mleczna, ciężka blondyna, z koroną warkocza uplecioną wokół kształtnej szlachetnej głowy, 
stanowiła absolutne zaprzeczenie profesjonalnej piękności. Była „ziemiańska”, jak to określił 
w myślach. Dzieliła ich  autentyczna przepaść, jak panią i  sługę, więc nic z tych rzeczy nie 
przychodziło mu  do  głowy, nawet  jeszcze w  czasie nim pojawił się Walerek  -  nieoficjalnie 
przez Muszkę i Jagusię zwany „Ruchaczem”. Mariola była po prostu wyniośle niedostępna. 

Szukał u niej pomocy mocno speszony sytuacją wytworzoną przez ciocię Matyldę. 
- Ona chce cię poznać. 
- Co znowu? 
- Jako moją żonę. Uważa, że Małgosia jest  moją  córeczką... W końcu  albo,  albo.  Jeśli 

się nie zgodzisz, muszę zrezygnować z pracy. Chodzi o jeden raz, jeden jedyny, a potem będę 
się najwyżej umawiać z nią w parku. 

- Dzieci miała? - zadała nagle rzeczowe pytanie Mariola. Zdejmowała ciężką biżuterię 

Jablonexu  wkładaną  niby  zbroja  na  wieczorne  wyprawy.  Za  pół  godziny  wszystkie  cztery 
panie  wyruszały  na  jakieś  z  góry  zaplanowane  sex-party  z  delegatami  szwedzkiej  firmy  na 
rządowe rozmowy w Warszawie. 

- Jakie znowu dzieci? - spłoszył się Mirek. 
- Zwyczajnie.  Własne.  Bo  wtedy  by  mogła  nawet  coś  pomóc...  Ostatnio  odparzyłeś 

background image

dupcię Gosi, tak zgrabnie zmieniłeś pieluchy na spacerze... 

- Ona wszystko potrafi. I tak już wie, że jesteśmy małżeństwem, tyle że bez kościelnego 

ślubu. 

- Nie pozwalaj sobie! - skarciła lokaja wydymając wargi i kładąc na nie grubą warstwę 

pomadki. 

- Kochana! 
- No, no, nie pozwalaj sobie. 
- Pani Mariolu, proszę. A potem... Przecież myślała pani, jakby tu Gosię wysłać na lato? 

Pojadę do mamy. Ma willę w Juracie nad samym morzem. Ucieszy się z wnuczki na pewno... 

- Idź, otwórz - rozkazała słysząc dzwonek do drzwi. Nadchodziły dziewczęta. 
Muszka i ta czwarta, od najgorszych gości, do której mówiło się „ty” bez imienia. 
- A Jagusia? - nastroszył się lokaj. 
- Jagusia  przyjdzie  za  kwadrans,  fryzjer  ją  zatrzymał  -  powtórzył  od  progu  Marioli 

meldunek dziewcząt. 

- Słuchaj  no.  Dobrze.  Da  się  zrobić.  Ale  tylko  raz.  Jedna  wizyta.  I  dziewczynom  ani 

słowa.  Muszce  też  nie...  -  ostrzegła  go,  wiedząc  jak  łatwo  łóżko  staje  się  dla  mężczyzny 
konfesjonałem. 

Ostatnio  wywalczył  grożąc  akcją  strajkową  aż  trzy  godzinne  seanse  tygodniowo. 

Muszka trochę się broniła mówiąc, że nie ma siły po pracy, a ten ma w dodatku różne wyma-
gania, za które „normalnie” płaci się extra. 

W ten sposób „małżeństwo” Mirka z Mariolą zostało zafiksowane. Bo słowo Marioli się 

liczy. „Powiedziane - załatwione”, to jej ulubione odezwanie. 

- Pokażcie no się, dziewczyny - wezwała swoje wojsko do wymaszerowania z łazienki, 

gdzie poprawiały urodę. 

- Muszka, cyc wyżej, coś ty zrobiła z tą bluzką. No, teraz może być... 
Dzwonek  do  drzwi  przerwał  niedbałą  lustrację  tej  czwartej.  Mirek  poderwał  się,  by 

otworzyć. 

- Nie trzeba - szczęknął zamek puderniczki. 
- Dziwusy, hajże na Szweda! - zawołała pani Mariola, ruszając do drzwi. Już przedtem 

sprawdziła przez okno, że pan Kowalski czeka na dole swoim fordem. Bo miała swego taksó-
wkarza, jak swego milicjanta i cały oddział recepcjonistów i szatniarzy. 

Został z dzieckiem, wsłuchany w tętent pantofelków na wysokich obcasach, bębniących 

po schodach. Był żonaty. 
 

Choć Mariola zgodziła się niechętnie i z oporami, to jednak postarała się, by przyjęcie 

dla cioci wypadło naprawdę efektownie. Dzień został wybrany tak, by nie było kolizji z roz-
kładem zajęć szwadronu Marioli, dziewczęta wiedziały, że mają się nie pokazywać. Walerek 
został ostrzeżony. Wprawdzie w momencie, gdy Mariola dowiedziała się, że nie wypada, że-
by to Mirek podawał cioci herbatę, omal nie doszło do kłótni. Bo zaproponowała, że „w takim 
razie” Muszka zostanie pokojówką, czy gosposią. Mirek jęknął: nawet ślepy pozna, co z niej 
za gosposia! A zresztą skoro mamy gosposię, to dlaczego ja chodzę na spacery z dzieckiem. 
Bo było już uzgodnione: Mariola pracuje w Domu Mody i zajęcia miewa nieregularnie, a wte-
dy właśnie on, który umie opiekę nad dzieckiem pogodzić ze studiami... Więc jaka, do chole-
ry, gosposia! W końcu się pogodzili. Już się zorientował, że istotną wartość przetargową tego 
małżeństwa stanowi teściowa w Juracie, a raczej jej willa i perspektywa, by dziecko spędziło 
tam lato pod opieką „ojca”. 

Na stole kruche ciasteczka. Filiżanki na srebrnej tacy. Z lubością myślał o chwili, gdy 

Mariola będzie mu nalewać herbatę. Nie miał do niej pretensji. Praca mu odpowiadała, ale ten 
dystans. Szczególnie bolesny, gdy pojawił się Walerek. Wmówił sobie nawet, że opiekuje się 
tylko małą i Mariolą, nikim więcej... 

background image

- O Boże! - krzyknął stojąc przy oknie. 
- Co się stało? - Mariola zerwała się z kanapki. 
A on stał jak skamieniały z ręką wyciągniętą w stronę ulicy. Usiłował dziecinnie skryć 

się  za  firanką.  Podbiegła.  Ulicę  przekraczała  z  przeciwległego  chodnika  para.  Drobna  stara 
pani i wielki mężczyzna w czarnym kapeluszu, niczym bohater filmu płaszcza i szpady. 

- Stryj Albin - wyszeptał Mirek. - A miała być tylko ciocia. 
- Co się przejmujesz. Rodzina, to rodzina - Mariola starała się opanować panikę służą-

cego. 

Jakże mógł jej przez te pół minuty wytłumaczyć, kto to taki stryj Albin. Legenda arysto-

kratycznego rodu. Człowiek, który sam przepuścił resztki fortuny, oficer kawalerii, o którym 
pisano z czcią w licznych pamiętnikach wrześniowej kampanii, „mały Wieniawa”, jak zwano 
go w prowincjonalnej południowej Polsce, największy autorytet w sprawach konia i  honoru, 
jak go kiedyś ktoś określił. Do dziś, mimo zaawansowanego wieku, przewodniczący sędzio-
wskich  komisji  na  wszystkich  wielkich  zawodach  konnych.  To  ten  sławny  czarny  kapelusz 
straszący wszystkich nieudaczników na parcourrze z sędziowskiej trybuny. Już fakt, że stryj 
tak się ubrał na ową zapoznawczą niezapowiedzianą wizytę nie wróżył nic dobrego. 

Mariola zagrała wielką rolę. Dama. Dama w każdym calu. Skromna, nieco speszona. To 

chyba magnetyczny wpływ Albina, a ta trema właśnie jej pomogła w uzyskaniu efektu spło-
szonej  skromności.  To  ciocia  Matylda  była  niepewna,  speszona  popełnionym  nietaktem. 
Usprawiedliwiała się po wielokroć, że się ośmieliła zaprosić stryja bez porozumienia, ale tak 
chciał zobaczyć małą, no i w końcu skoro już zrywacie z tą śmieszną konspiracją... 

A w tym czasie Mariola zaprzyjaźniła się ze stryjem. 
- Wstążkę trzeba zmienić - szepnęła pstrykając wymanicurowanym paluszkiem w ogro-

mny kapelusz, który własnoręcznie powiesiła na wieszaku. 

- Patrzcie, nikt jeszcze się nie ośmielił... - mego sędziowskiego - zagrzmiał i pocałował 

ją w policzek... 

Mirek  zamarł  w  osłupieniu  i  nie  usłyszał  wrzasku  małej  dochodzącego  z  dziecinnego 

pokoiku. 

- Zajrzyj do niej, tatusiu - usłyszał słowa Marioli. No pewnie, ona by nawet nie potrafiła 

dziecka ukołysać... Uciekł z przedpokoju. 

Dobrze czy źle, ale tak się złożyło, że dziecko zajęło mu parę minut, nim uspokoiło się 

wpatrzone w wirujący wiatraczek zakupiony w Pewexie przez mamę... Gdy wrócił do pokoju, 
państwo siedzieli już przy herbacie. 

- Nalej sobie, Mirku - usłyszał. 
Mój Boże, nawet w tej sytuacji nie zgodziła się zagrać innej roli niż jego „pani”. 
Mariola  wybrawszy  rolę  osoby  skromnej,  nieco  speszonej,  nie  musiała  wiele  mówić, 

zwłaszcza że ciocia Matylda nie ustawała. Właściwie nie musieli niczego wyjaśniać. Wysta-
rczyło tylko potwierdzać jej domysły, zapytania, niemal  przepowiednie... Bo już zajmowała 
się przyszłością Małgosi. „Przecież to właściwie moja wnusia”... 

Stryj,  choć  znany  causeur,  nie  mówił  wiele.  Jego  zimne  oko  lustrowało  wszystko 

uważnie i spokojnie. Mirek zauważył, że parę razy przy jakimś nienaturalnie okrągłym zdaniu 
Marioli cieniutki uśmieszek przewinął się pod szpakowatym wąsem starca. 
 

Jakże niewiele minęło czasu, nim wszystko ułożyło się na nowym poziomie. 
Owszem, na pierwszą rozmowę wyjaśniającą ze stryjem Mirek szedł z duszą na ramie-

niu, ale rychło usłyszał, że pora odrzucić klasowe przesądy i niechże każdy idzie z duchem 
czasu,  jak  potrafi.  Gdy  zorientował  Mariolę  o  zmianie  sytuacji,  że  stryj  „wie”,  nie  spytała 
skąd. Aż się zdziwił. „To nie jest facet, który pozwoli się nabierać” - oznajmiła z pełnym re-
spektem. I dodała, że „w ogóle” to jest bardzo miły ten wasz Albin. Prawdziwy pan. Patrzcie 
ją. Ma hrabiego za lokaja, ale jego stryj to „pan”. Mirek był nawet nieco upokorzony. Stryj 

background image

sam upomniał się o dalszy kontakt. Z okazji zamierzonego wyjazdu na wakacyjny pobyt nad 
morze do Juraty, do domu starej hrabiny, właśnie on zaproponował, że napisze do siostry list 
rekomendujący nieznaną „żonę” jej syna i wyjaśni  okoliczności, dla których bieżące zajęcia 
nie pozwalają młodej parze wizytować mamy w pełnym składzie. 

Pojawił się z owym listem któregoś wieczora w porze z pozoru mało sposobnej, bo cały 

szwadron sposobił się do wieczornej wyprawy, a obecny był i Walerek. 

Ale ani stary pan, ani Mariola nie speszyli się w najmniejszym stopniu. 
- Ależ to całe zagłębie seksualne - zawołał stryj z kawaleryjskim zachwytem na widok 

trzech panienek. Uszczypnął Muszkę w policzek, Walerka, omijając jego wyciągniętą prawi-
cę, poklepał serdecznie po ramieniu. Przerażone usprawiedliwienia siostrzeńca zbył lekcewa-
żącym ruchem ręki i zobaczywszy butelkę whisky na kredensie oznajmił pogodnie: 

- Niech  no  Walerek  naleje  mężczyznom  po  kielichu,  o  ile  paniom  na  służbie  nie  wo-

lno... 

Mariolka  ruchem  głowy  zgasiła  chęć  biernego  oporu  i  chłopak  podniósł  się  i,  choć 

niechętnie, nalał dwa kieliszki. Wyraźnie dla pana Albina jeden, dla siebie drugi. Ale wyszło 
inaczej. Nim Walerek odstawiwszy butelkę wyciągnął łapę po swój kieliszek, ten, przesunięty 
przez Albina, stał już przed Mirkiem. 

- No, wypijmy, siostrzeńcze, zdrowie twojej córeczki, mamusi i całej rodziny... 
- Niech Walerek na przyszłość pamięta: przy whisky pyta się z lodem czy bez? Taki jest 

zwyczaj, a zwyczaje trzeba szanować... 

O  dziwo,  Mariolka,  która  przed  chwilą  ponaglała  swój  szwadron,  przysiadła  skromnie 

na kanapce i poleciwszy Walerkowi przyniesienie lodu, sama nalała sobie kieliszek. 

- Powolutku - szepnął pouczająco stryj Albin. Przyjęła pouczenie pokornym skinieniem 

pięknej głowy ukoronowanej zaplecionym w wysoki kok złotopszennym warkoczem. - No to 
kiedy  Mirek  wyrusza?  Jutro?  -  spytał  Albin  i  było  to  złożenie  w  jej  ręce  losu  siostrzeńca. 
Taktowna zgoda na jej panowanie. 

I tak oto wszyscy odnaleźli swoje miejsce. 
- Niestety, wyjazd będzie dopiero w piątek. Jutro kończy się sesja sejmowa. 
Stryj Albin uniesieniem ogromnych krzaczastych brwi wyraził swą dezorientację.  
- My  jeździmy  zawsze  slipingiem,  przedziałem  poselskim,  mógłby  być  kłopot  z  miej-

scem... - wyjaśnił Walery. 

- Rozumiem  -  stryj  gestem  głowy  wyraził  aprobatę  i  podsunął  pustą  szklankę  zagrze-

chotawszy lodem włożonym przed chwilą przez Mariolę. 

Walery sięgnął po butelkę, ale stryj cofnął swoją szklankę. 
- Najpierw pani - pouczył - uzupełnić. Tak. A teraz dopiero mnie, dziękuję... 
Wyjście szwadronu opóźniło się o całą godzinę. Było to w tradycji tego zespołu czymś 

zupełnie  wyjątkowym.  Panienki  nie  piły,  ale  Mariola  była  w  siódmym  niebie.  W  pewnej 
chwili spojrzała na zegarek i przeprosiwszy stryja zawołała tradycyjne hasło: 

Hajże na Szweda! 
- Jakbym  czytał  „Potop”  -  rozrzewnił  się  stary  pan  i  nagle  wstał  i  salutując  paniom 

pełną szklanką zaśpiewał pięknym basem: 

„szable do boju, lance w dłoń”... 
Mirek poczuł nareszcie, że jest w domu. 

 

Gdy wyjeżdżał do Juraty, odprowadzała go oczywiście Mariola z Walerkiem. Całkiem 

niespodziewanie na pięć minut przed odjazdem pociągu pojawił się stryj Albin. Usłyszeli jego 
basowy  głos,  gdy  dopominał  się  u  osłupiałego  konduktora,  by  go  skierowano  do  „salonki 
poselskiej”. Pierwsza poznała jego głos Mariola. Z niezwykłą lekkością zeskoczyła ze stopnia 
wagonu, aż pięknie uformowane piersi zakołysały się, w oczach konduktora jakby zachwiał 
się cały świat, i spadła wprost w ramiona starucha, kładąc mu policzek na wargach. 

background image

- Cicho, staruszku mój, cichutko... - nie ma żadnej salonki, nie te czasy... 
Sama, radośnie podniecona, prowadziła go do poselskiego przedziału, w którym Mirek 

niańczył dziecko. 

Ona  go  traktuje  jak  dobrze  wychowana  młoda  żona  swojego  teścia  -  pomyślał  nieco 

rozgniewany.  Poczuł  się  nagle  zazdrosny,  opuszczony,  odesłany  z  dzieckiem  do  mamy  jak 
niepotrzebna żona. 

Pan w czerwonej czapce uniósł do góry krągłą packę. Mirek uczuł na policzku ukłucie 

ostrej szczecinki wąsów stryja i już ich nie było. Z okna widział czarny kapelusz, błysk koro-
ny spiętrzonych włosów, bary kroczącego z tyłu Walerka... Odchodzili. 

W  niedzielę  wypadała  Wielka  Warszawska.  Stryj,  choć  nie  był  namiętnym  graczem, 

nigdy  nie  opuszczał  Derby  ani  Wielkiej  Warszawskiej.  Nie  wiedzieć  czemu  żegnając  się  z 
Mariolą, zapytał, czy nie wybrałaby się z nim na wyścigi. 

Ku  zdumieniu  Walerka  jego  pani  podjęła  z  entuzjazmem  propozycję  starego.  Nigdy 

inaczej nie nazywał go w myślach. Naprawdę nie znosił tego drania. 
 

Ludzi a ludzi. Ale nic z tego co czasem na zachodnich filmach. Że kapelusze jak młyń-

skie koła, lornetki i tak dalej. Ot, Warszawa. Tyle, że nikogo znajomego. A stary bez przerwy 
rusza tym kapeluchem. Czasem przystanie, zawsze wtedy przeprosi Mariolę z wielkim szacu-
nkiem,  i  po  paru  słowach  już  jest znowu.  Raz tylko  zatrzymała  go  na  dłuższą  chwilę  jakaś 
taka całkiem zwiędła z jamnikiem na rękach. 

- Księżna! - usprawiedliwiał się przed Mariolą z dłuższej pogwarki. 
- Ze psem - wyraziła swój dystans Mariola. 
- Mówi się kochanie „z psem”. No cóż, dawniej były konie, teraz arystokracja zeszła na 

psy. Konie są państwowe. A nasza Matylda ma tylko kota... - roześmiał się stary pan. 

Ruszyła z nim na paddock, gdzie oprowadzano konie przed startem do najważniejszej 

gonitwy. 

- Widzisz,  moja  droga,  tę  klaczkę  z  numerem  siedem.  Spójrz  co  za  pęcina.  Pęcina!  - 

powtórzył i pochyliwszy się, uważnie dotknął końcem parasola kostki Marioli. - To faworytka 
biegu. Popatrz co za kłąb. (Wiesz chyba co to kłąb? - potoczył wzrokiem po jej biodrach). - 
To wszystko decyduje o klasie konia. Szyja. Popatrz. Nie na tę zganaszowaną przez stajenne-
go chłopca, a na naszą siódemkę, szyję widać, gdy jest swobodna. No co, obstawiamy? 

- Chętnie,  panie  Albinie,  bardzo  proszę.  Niech  pan  pozwoli,  że  obstawię  za  niego. 

Walerek... - zawołała oglądając się za siebie. 

- Postaw  parę  tysięcy  na  siódemkę  -  zadysponowała  nie  wdając  się  w  szczegóły.  -  To 

dla pana... - skłoniła się przed Albinem.  

Stary pan zdjął kapelusz i ukłonił się głęboko. 
- Nie wiem, czy to wypada - mruknął po raz pierwszy niepewny siebie. 
- Jak to? No proszę. Niech pan pomyśli, że to dla Mirka... - ułatwiała mu wyjście. 
- Ale  i  pani  musi  obstawić.  Może  porządek.  To  kiedy  się  typuje  konie  na  pierwsze-

drugie miejsce. Ale bardzo rzadko się trafia. 

- Świetnie!  -  ucieszyła  się  Mariola  i  otwarła  program.  -  Walerek,  dla  mnie  Wenera, 

Gejsza... Taki porządek - roześmiała się pokazując wspaniałe białe zęby. 

W tej chwili jakiś starszy pan przystanął przy nich. 
- Może mnie przedstawisz, kuzynie? 
- Ach  tak.  Pozwól  Mariolo,  książę  C.  -  zaprezentował  jej  starego  dżentelmena.  -  Pani 

jest pracodawczynią mego siostrzeńca... 

- Ach tak. Jakże mi miło. To Mirek już pracuje? 
- Przedsiębiorstwo polonijne - uciął Albin. - Ale pora na trybuny. Zaraz bomba pójdzie 

w górę. A gdzie to pan Walery? 

- Poszedł do totalizatora - wyjaśniła Mariola. 

background image

- A cóż to kuzyn nie we Włoszech, mówił mi ktoś... 
Pan Albin wzruszył ramionami. 
- Był ktoś z rodziny w zeszłym roku. Młody człowiek. Wrócił nieco zdegustowany. W 

Watykanie  Polak  -  powiada  -  w  „Romie”  Polak  (on  się  interesuje  futbolem)  no  i  -  przepra-
szam panią - zwrócił się do Marioli i półgłosem prosto w ucho księcia C.  - a w bajzlu same 
Polki... - Raz jeszcze przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać, a rzecz nie na damskie 
ucho... 

Mariola się zaczerwieniła. Była doskonała. Stryj Albin lubił ją coraz bardziej. W przej-

ściu na trybunę honorową nie potrzebował wyjmować swej karty. - Pani  ze mną - oznajmił 
puszczając Mariolkę przodem. 

Miała  to  być  formalność.  Faworytka  -  numer  siedem  -  nie  przegrała  w  tym  sezonie 

biegu i wstyd było ją obstawiać. Zrobił to dla Marioli, by nie sprawić jej przykrości odmową. 
Ale na torze zdarzył się cud niepowtarzalny. Albo „granda” jak podniosły się głosy ze wzbu-
rzonych  trybun.  Bo  oto  do  celownika  przybyły  niemal  łeb  w  łeb  Wenera-Gejsza,  a  dopiero 
potem - o szyję - faworytka „Siódemka”. 

Na trybunach powstał rejwach. Krzyki: „Granda”. Huknęła wieść, że wypłata „za porzą-

dek” jest trzydziestokrotna. 

W tumulcie pan Albin zachował się jak wielki dowódca: do kasy! - zakomenderował i 

ruszył pierwszy olbrzymimi krokami. 

- Pani  Mariolo, niechże mi pani  powie, jak pani  na to  wpadła  -  spytał  Albin  w drodze 

powrotnej,  gdy  już  po  raz  piąty  odmówił  przyjęcia  wygranej.  On  obstawił  przecież  prostą 
siódemkę. Tylko z uprzejmości dla pani, wygrana byłaby minimalna - podkreślał, że nie przy-
jąłby prawdziwych pieniędzy. 

- Dlaczego minimalna? 
- Bo to koń, o którym wszyscy wiedzieli, że musi wygrać. I tak będzie skandal, dżokej 

przytrzymywał ją wyraźnie na finiszu... 

To było cudowne, że traktował ją już jak fachowego rozmówcę. 
- Więc, pani Mariolo, jakże pani wpadła na taki porządek... 
- No cóż, panie hrabio (nie wolno było tak mówić do  Albina, ale teraz zaryzykowała). 

Uczył  mnie  pan  kłąb,  szyja,  pęcina,  a  ja  sobie  pomyślałam,  że  zawsze  najważniejsze  jest 
powołanie, no i wzięłam dla siebie Wenerę i Gejszę... 
 

Gdy pewnego popołudnia hrabia Albin odebrał telefon od Marioli, która przekazywała 

mu  pozdrowienia  z  Juraty  od  Mirka  i  „teściowej”  (tak  się  wyraziła),  tak  się  rozrzewnił,  że 
zaprosił ją na zawody hippiczne w najbliższą niedzielę. Walerek pojawił się po odbiór zapro-
szenia  i  w  piękne  czerwcowe  popołudnie  Mariola  w  letnim  białym  kostiumie,  w  koronie 
swych  wspaniałych  włosów  zasiadła  na  miejscach  pod  sędziowską  trybuną.  Mogła  stąd 
obserwować  nie  tylko  przejazdy  mężczyzn  dzielnie  okraczających  wierzchowce,  ale  przede 
wszystkim  widok,  który  znacznie  bardziej  pobudzał  jej  wyobraźnię:  lożę  sędziowską  z 
królującym pod czarnym ogromnym kapeluszem stryjem Albinem. 

Ilekroć  słyszała  dyskretne  puknięcie  i  cichy  szmerek  włączanego  mikrofonu,  czuła 

mistyczny dreszcz jak na lotnisku, gdy słyszała matowy głos spikerki wzywający do dalekich 
rejsów, tajemniczych krain. 

A  słowo  Albina  przenosiło  zawodników  do  piekła  wykluczeń,  nominowało  ich  do 

pierwszego  miejsca.  Jego  ogromna  postać  wędrowała  przez  zielenie  placu  ku  spienionym 
koniom,  by  uściskiem  wielkiej  dłoni  wznosić  ich  ku  niebu  zwycięstwa.  Mariola  nie  była 
osobą egzaltowaną. W trzeźwy, nieźle skalkulowany sposób realizowała swój życiowy plan. 
Stryj  Albin  był  czymś  z  innego  świata,  czymś,  co  pozwalało  jej  samej  poczuć  się  osobą 
wyższą, spokrewnioną z niezrozumiałą tajemnicą, która choć miała coś wspólnego z jej loka-
jem, ale była objawieniem innego, lepszego świata. 

background image

Los chciał, aby czar został utrwalony. Stryj Albin po zawodach zaprosił swoich gości na 

kolację. To jej powierzył wybór lokalu i od razu zorientowała się, co ma na myśli. Chodziło o 
miejsce, gdzie jej nie znają. 

No  i  siedzą  w  eleganckiej  sali  i  dzieje  się  to  misterium  zamawiania  wina.  Pierwsza 

otwarta  przez  kelnera  butelka  po  skosztowaniu  wraca  na  zaplecze:  nie  ten  gatunek.  Druga, 
podana przez oszołomiony „personel”, ma niewłaściwą temperaturę. Przybywa zaalarmowany 
kierownik sali. Kłania się panu hrabiemu. I jest całkiem jak na filmie. 

Starszy pan, gdy już spożyli drugą flaszkę, rozochocił się i odmłodniał. Nawiązując do 

jej  zachwytów  nad  oglądanymi  zawodami  jął  snuć  opowieść  o  swoim  ostatnim  hippicznym 
starcie w 39 roku, tuż przed „wrześniem”. W Czarnobylu u Sapiehów. Był oficerem rezerwy 
stacjonującego niedaleko pułku ułanów i niejedne zawody zaliczył zwycięsko. Ale wówczas 
stało  się.  Jego  młoda,  niezbyt  jeszcze  ułożona  klaczka  wyłamała  trzykrotnie.  Gdy  opisywał 
owo  trzecie  wyłamanie,  Mariola  mając  w  pamięci  obserwowane  na  zawodach  haniebne 
„wytrąbienie” (tak było dawniej, dziś w dobie, gdy wszystko się zdegradowało, był dzwonek 
wykluczający jeźdźca z zawodów) omal się nie rozpłakała. 

- Mariolko, nie denerwuj  się! - pan Albin pogłaskał ją ojcowsko po ramieniu. - Sprze-

dałem tę kurwę... o, przepraszam (zmieszał się ogromnie), sprzedałem tę młodą folblutkę do 
rzeźnika. Głośna to była sprawa... Ale co tam. Miałem ci ja wałacha... 

I w tym momencie nastąpiło to paskudne zamieszanie. Od początków uroczystej kolacji 

uparcie obserwował ich zażywny pan zajmujący w nielicznym doborowym męskim towarzy-
stwie sąsiedni stolik. Gdy tylko odezwała się orkiestra, wstał, by poprosić ją do tańca. 

- „Zaprawiony” powiedziała z niechętnym grymasem Mariolka widząc, że zmierza w jej 

stronę,  toteż  wuj  Albin  zdecydowanie  odmówił  mu  prawa  zaproszenia  jego  towarzyszki. 
Uparty  adorator,  którego  co  gorsza  zaczynała  sobie  przypominać  z  jakiejś  „zawodowej” 
okazji,  powrócił  raz  jeszcze  i  raz  jeszcze  odmaszerował  stanowczo  odprawiony.  I  oto,  tęgo 
zakropiony dźwignął się z trudem już po raz trzeci. 

- Proszę pana... - zaczął tyradę stryj Albin tonem nie wróżącym nic dobrego i wówczas 

ten obrzydliwiec jął wykrzykiwać, jak się tutaj traktuje Polaków. 

- Jak Polak z Polką to won... - zaczął patriotyczną tyradę wymachując rękami aż złapał 

ich obrus, ściągnął do siebie, zwalając na podłogę zastawę (na kolana hrabiego spłynęło cze-
rwone jak krew wino z przewróconej butelki)... - A jeżeli ja jestem arabski szejk... - przerzucił 
przez ramię biały obrus owijając się nim niczym burnusem, to ty Arabesko... 

Więcej nie zdołał powiedzieć: Walery niósł go w ciasnym objęciu w stronę szatni. 
- Walerek!  -  krzyknęła  ostrzegawczo  Mariola  widząc,  że  jej  adorator  nagle  znierucho-

miał  i  daje  się  nieść  bez  oporu.  Ale  było  już  za  późno.  Coś  chrupnęło  i  w  momencie,  gdy 
Ruchacz złożył to dźwigane ciało na ladzie u szatniarza, już się nie ruszało. W krzyku i zgie-
łku pojawił się milicjant. Kierownik sali przepraszał pana hrabiego, sam prowadził go wespół 
z  Mariolką  do  bocznego  wyjścia...  -  Rachunek  jutro,  prędzej  -  ponaglał  nerwowo  pragnąc 
uchronić gościa przed grożącym skandalem. 

Na nic własny Marioli milicjant. Zawiadomiony o nagłej potrzebie pana Walerka wrócił 

ze służbowego zwiadu mocno spłoszony i jakoś nadęty. Własną ważnością. Choć nic przecież 
nie załatwił. Był ważny, bo reprezentował działające prawo. Tym razem „żaden pieniądz nie 
da rady”. Walerek poturbował jakąś oficjalną osobistość. Sierżant twierdził, że nie wolno mu 
nawet mówić o kogo chodzi, a zapewne to sam niczego nie wiedział. Smutek spadł na rodzinę 
Marioli. 

Ruchacz  był  wprawdzie  tylko  jej  seksualnym  partnerem,  ale  przecież  jakże  istotnym 

elementem  życia  zbiorowego.  Mariola  rozpaczała.  Opuściła  nawet  dzień  pracy  i  snuła  się 
rozczochrana po mieszkaniu tęskniąc już ostatecznie choćby do Mirka, gdy nagle rozległ się 
dzwonek do drzwi. 

Walery. Nawet wcale nie zmarnowany. Tyle, że nie ogolony. 

background image

- Kochany! Wróciłeś! - usłyszał nigdy nie słyszane słowa. 
- Zrozumieć  się  nie  da!  -  westchnął  Ruchacz  opuszczając  zdrożone  ciało  na  kanapę. 

Dwa  dni  twardego  łoża  zrobiły  swoje.  -  Z  początku  rejwach.  Za  zbrodniarza  byłem  cały 
pierwszy  dzień.  Powiedział  mi  taki  jeden  kapral  znajomy,  że  spłaszczyłem  strasznie  grubą 
rybę. Żebro złamane i w ogóle bez roku kryminału się nie obejdzie i to najmniej. A na drugi 
dzień do domu. Nic nie było. Masz tylko pamiętać, że nic nie było. A już tego tam, com go na 
ladzie u szatniarza nieruchomego położył, to w ogóle na oczy nie widziałem. Rozumiesz ty 
coś takiego? 

Mariola gładziła go po włosach z macierzyńską czułością. 
- Nic, najważniejsze że jesteś. 
- A ja, widzisz, rozumiem. Dokapowałem się: nowe czasy. Taki dostojny pić publicznie 

nie może. Pamiętasz, jak generał w stanie wojennym dawał ino liter na głowę? Na cały mie-
siąc. I  tak zostało... No, nie z kartkami, ale z tym, że pić temu, co rządzi, za Boga nie wolno. 
Ale ten mój upił się publicznie, jeszcze Araba odstawiał i się przestraszył, że jak będzie moja 
sprawa,  to  i  on  będzie leżał.  Rozumiesz,  przylałem  tak  wysoko,  że  to  w  ogóle  niemożliwe, 
żeby się stało. No i tak, jak rękę sierżantowi na służbie wykręciłem, bo mnie się czepiał, po-
szedłem na rok do pudła. A rządowi żebro złamałem, wychodzi, że całkiem za darmo... - uża-
lał się jej na niesprawiedliwość...  

Ale wiedziała, jak go pocieszyć. Za chwilę jęczały tylko sprężyny kanapy. 
Szwadron Marioli był znowu w komplecie. 

 

Powrót  Mirka  i  Małgosi  z  wakacji  obchodzony  był  uroczyście.  Pan  Albin  przyjął  za-

proszenie bez żadnych oporów. Trochę tylko kłopotów było z ciocią Matyldą. Bo stary hrabia 
wytłumaczył, że byłaby obraza. Skoro zaczęli się bawić w to małżeństwo... Jeszcze tylko raz, 
potem się jakoś wymówią. Mariola pracuje bez wytchnienia, Mirek ma zaległe egzaminy. 

Nagle wyskoczyły komplikacje z menu uroczystej kolacji. Żadnych pomidorów, ogóre-

czków świeżych, nic z tych rzeczy. Wydarzyło  się z tą elektrownią w  Czarnobylu. Ale jest 
Pewex.  Kraby,  oliwki,  szyneczka.  Wszystko  na  zimno.  Alkohole  specjalnie,  pod  rozeznany 
już  gust  pana  Albina.  Dzieciątko  wróciło  zdrowe,  opalone.  Mirek  dostał  specjalną  premię  - 
trzynastą pensję - jak objaśniła szczodrobliwa Mariola. Była nie tylko dobrą matką, ale i panią 
co się zowie. 

Panienek  oczywiście  nie  było.  Ścisłe  grono  rodzinne.  Stryj  Albin  wprowadzał  ciocię 

Matyldę pod rękę. Okazało się, że stara pani nie czuła się najlepiej, przez ostatni tydzień nie 
wychodziła z domu. Nie czytała nawet gazet. Cóż, samotność... 

- ... ale się skończyła, skoro już jesteście  - oznajmiła wylewnie płosząc nieco Mariolę. 

Ale  wystarczyło  jedno  spojrzenie  na  Albina,  który  uspokoił  ją  drobnym  gestem,  że  sprawę 
ożywienia przesadnych rodzinnych nadziei bierze na siebie, by Mariola znowu się rozpromie-
niła. 

Starsza  pani  w  radosnym  oszołomieniu  bezbłędnie  spełniała  toasty!  A  stryj  pociągał 

ostro. Polecił Marioli, by przekazała jego wyrazy uznania panu Waleremu, który zachował się 
jak  prawdziwy  dżentelmen.  Pił  jego  zdrowie  i  żałował,  że  go  nie  zaproszono...  Mariola 
promieniała, Mirek był opiekuńczy po ojcowsku. To on zerwał się o właściwej godzinie, by z 
lokajską godnością utrzeć marchewkę dla maleństwa i Mariola zatrzymała go surowym przy-
pomnieniem - żadnych świeżych jarzynek. Czyż już zapomniał o alarmie po Czarnobylu! 

Wystarczyło tych dwóch, trzech toastów, by osłabiony organizm cioci zareagował mo-

cno na wypity alkohol. Już nieco przysypiała. Teraz się ożywiła. 

- Czarnobyl? A cóż ma warszawska marchewka do Czarnobyla? 
- Matyldo,  zapomniałaś?  Była  okropna  awaria  w  elektrowni  atomowej.  Właśnie  w 

Czarnobylu... 

- Ach tak? No cóż, u tych Sapiehów zawsze był bałagan. 

background image

Stryj Albin wybuchnął głośnym śmiechem. 
- Matyniu  -  zawołał  czule,  aż  rumieniec  opłynął  jej  zwiędłe  policzki  -  tamte  czasy  się 

skończyły. Pijemy za nowe. Za naszą nową rodzinę! - stuknął kieliszkiem o kieliszek Marioli, 
aż szkło zabrzęczało. - Za cały twój szwadron - szepnął jej do ucha, aż owionęło ją niezrozu-
miałe gorąco. 
 
 
 
 

PRABYK 

 
  

Była noc. Zawsze wyprowadzał cudzoziemskich klientów zbyt wcześnie, aby nacieszyć 

się  swoją  nad  nimi  władzą.  Zagubieni  w  ciemności,  która  nie  pozwalała  nawet  obejrzeć 
konturu własnej dłoni zbliżonej do oczu, byli zdani na niego, obłaskawiał ich swoją opieką. 
Każdy  z  nich  szedł  za  nim  pokornie,  jakby  im  przyświecał  szkłem  od  naftowej  lampy,  na 
które zwykł był przywabiać na strzał oszalałe byki jelenie w czas rykowiska. 

Ale ta noc była inna. Jakby zgubiła wszystkie znaki, które od lat odczytywał nieomy-

lnie. Ciemność była taka, że nie tylko nie było widać zarysu piaszczystej drogi, ale nawet nie-
bo nie oznaczało jaśniejszej smugi nad wierzchołkami sosen. Nie było wierzchołków, a może 
nie  było  drzew,  tylko  sama  niewyobrażalna  lita  ciemność.  Nadleśniczy  Poczart,  największy 
myśliwy mazurskiego regionu, po raz pierwszy w życiu odczuł jakiś lęk. Było tak, jakby to 
jego wyprowadzał w ciemność ktoś, od którego łaski zależy on i wszystko na świecie. Stanął 
nagle, aż postępujący za nim Niemiec wpakował mu  się na plecy. Szczęknęła zderzając się 
broń obu myśliwych. Nadleśniczy przestraszył się, czy niezgrabny klient nie naruszył obsady 
jego delikatnej wspaniałej lunety z noktowizorem, którą dostał w zeszłym sezonie za podpro-
wadzenie do królewskiego byka. Teraz szkop będzie mu winien więcej. Poczart przemyślną 
intrygą wyrzucił z łowiska Ministra  - Wielki Numer PRL  - swego zwierzchnika, okłamując 
go, że nie tylko jelenie nie ryczą, ale na domiar złego on sam uległ wypadkowi. Zademonstro-
wał  nogę  ujętą  w  łupki,  zanurzoną  w  ogromnym  gumiaku.  Nieszczęście  zdarzyć  się  miało 
przy  wyrębie  drewna.  Kłamał  wiarygodnie.  Noga  bolała  go  rzeczywiście.  Łupki,  którymi 
ścisnął zdrową goleń, podrapały mu naskórek. Wielki Numer odjechał i oto Poczart wiedzie w 
las klienta, podchodzi swoje Reichsmarki ryczące w płucach i ogromnej byczej krtani mazur-
skiego jelenia. 

Ale teraz panowała cisza. Stał słysząc za sobą chrapliwy oddech. Odwrócił się i łamaną 

niemczyzną powiedział, że muszą czekać. Zapomniał, jak jest „świt” i obracał językiem nie-
wypowiedziane słowo, aż poczuł, że zbiera mu się na wymioty. Pochylił się nagle, z jego ust, 
choć nie przyłożył do warg swego czarodziejskiego szkła, popłynął ryk. Za wcześnie! Chciał 
przestać, ale nie mógł, coś ryczało za niego, aż nagle w górze otwarła się szpara światła, uka-
zały się czuby sosen i zrozumiał, że się spóźnili. Dzień nadszedł jednym skokiem. Już widział 
mgły na zrębie, na którego obrzeżu zatrzymali się w ciemności i nagle stamtąd, z tej mgły, 
dobiegło  go  stęknięcie  ogromnego  jelenia.  Przestraszył  się.  Nie  znał  tego  byka.  On,  który, 
niczym  dyrygent  chóru,  odróżniał  głos  każdego  jelenia,  tego  słyszał  po  raz  pierwszy.  Nie 
wiedzieć czemu poczuł dreszcz zbiegający po plecach. Instynktownie sięgnął ręką do tyłu, by 
odnaleźć  ramię  Niemca,  trafił  na  szorstki  loden  sukna  myśliwskiej  kurty,  obejrzał  się,  ale 
myśliwy, wyczuwalny dotykiem, był nadal niewidzialny dla jego oczu. 

Nadleśniczy mechanicznie ujął szkło i wydał z siebie niskie stęknięcie. Tak przemawia 

byk pragnący spłoszyć rywala. Nie musiał nawet markować natężenia głosu, tamten we mgle 
i  tak  musiał  czuć,  że  jest  silniejszy.  I  stało  się.  Odpowiedział  już  bliżej,  niespodziewanie 
blisko - tuż! W tej sekundzie mgła zgęstniała w ogromny masyw byczego cielska. Straszliwa 

background image

potęga rogatego wieńca wsparła zachmurzone niebo. 

- Strzelaj!  Schiesen!  Schiesen!  -  szeptał,  szarpiąc  lodenowy  rękaw  dewizowego  pła-

szcza.  

Raptem uczuł, że ręka którą trzymał, unosi się ku górze, puścił ją. Ale strzał nie padał. 

Obejrzał się przez ramię i ujrzał zdumiony swojego myśliwego wyprężonego z ręką uniesioną 
w hitlerowskim salucie. Odwrócił wzrok i skamieniał. Między rogami byka unosiła się wyra-
zista w mgielnej poświacie znajoma jakby twarz... 

- Feldmarschall Goering! - usłyszał za sobą szept. 
- Tak, spudłował mnie Goering lat temu blisko pięćdziesiąt  - powiedział wyraźnie byk 

czystą polszczyzną. 

Nadleśniczy cofnął się o krok, chcąc się oprzeć o swego gościa. Nie było go. Jeszcze 

dwa kroki w tył, potknął się o korzeń i przewrócił. Broń leżała na drodze i bał się po nią się-
gnąć, widząc masyw sunącego w jego stronę cielska. 

- Pan mówi po polsku? - wystękał z niewymownym trudem. Coraz wyższa mgła obej-

mowała gigantyczne zwierzę. Nie było już świecącego portretu Wielkiego Łowczego Rzeszy 
tylko kontur ogromnego poroża. 

Usłyszał w osłupieniu coś, co umiałby tylko streścić. Że przecież zwierzęta mówią. Wie 

o  tym  każde  chrześcijańskie  dziecko,  że  mówią  w  noc  wigilijną.  A  dlaczegóż  to  mówimy 
tylko w noc wigilijną? Bo wiemy, że przesąd pozwoli Wam w Waszej bigoteryjnej głupocie 
wytłumaczyć to  jako cud... Ale miara nieprawości  człowieka na tej  ziemi  już się przebrała. 
Przemówimy w dzień powszedni... 

Poczart zrozumiał: oto początek Wielkiej Wrześniowej Rewolucji. Był sam na pustym 

zrębie, nad którym  unosiła się mgła.  Gdzieś z daleka odezwał  się byk... Co to  za słowik w 
porównaniu z potęgą Pra-byka. Gdzie się podział Niemiec? Poczart leżąc na ziemi oglądał się 
w  panice...  Teraz  przypomniał  sobie  ze  zgrozą  scenę  sprzed  lat...  Wtenczas,  już  sławny  w 
kraju z umiejętności wabienia jeleni w czasie rykowiska, już wielki pan, spoufalony z władzą, 
której na tacy podawał wspaniałe okazy, dopiero debiutował w „drugim obiegu” swej sztuki. 
Dopiero zaczynał podprowadzać dewizowych myśliwych, czyniąc z tego intratny interes. Już 
umiał  wymienić nędzne  trofeum  takiego  bogatego niezguły na jeden ze swych wspaniałych 
wieńców,  wieńcząc  transakcję  cichym  przelewem  w  zielonej  walucie...  Ba,  nauczył  się 
prowadzenia  całego  handlowego  przedsiębiorstwa  łącznie  z  „drobiazgami  pamiątkarskimi”. 
Wpadł był na pomysł wyrabiania kapciuchów na fajkowy tytoń z moszny byczych jąder. Miał 
tego  sporo,  a  każdy  Niemiec  wyjeżdżając  z  taką  pamiątką  był  pewien,  że  zabiera  cząstkę 
swojego  byka.  Oto  uosobienie  dzisiejszego  „macho”.  Mężczyzna  uwożący  ze  słowiańskich 
puszcz pamiątkę po obciętych jądrach swego zwierzęcego przeciwnika. 

Poczart przypomniał sobie to wszystko i zadrżał, jakby popełnił świętokradztwo. Teraz 

już  wiedział.  Parę  lat  temu  spotkał  Pra-byka.  Jechał  ogromnym  mercedesem  swego  gościa, 
gdy  w  reflektorach  samochodu  pojawiła  się  płowa  góra,  ogromny  niespotykanej  wielkości 
masyw jeleniego cielska. 

- On chyba jeszcze pamięta Goeringa! - szepnął Niemiec w ojczystej mowie, nadepnął 

na hamulec, ostrożnie i cicho otworzył drzwi samochodu. Mgła, jak dzisiaj zarysowała kontu-
ry zwierza, ale widać było zarys ogromnej wiekowej brody, łeb pochylony w ciężkim zamy-
śleniu. 

I strzelił szkop, pudlarz nieszczęsny. Nic nie było widać. Tylko mgła. Chodzili z psami 

przez  pół  nocy  i  dnia  następnego.  Żaden  najlepszy  tropowiec  nie  podjął  śladu.  Tak,  już  do 
Niego mój klient próbował strzelać - pomyślał teraz Nadleśniczy ze zgrozą. 

- Do domu! Jak najprędzej do domu. 
Panika nie pozwoliła mu myśleć. Bo jak ma wrócić, gdy zniknął jego Niemiec i ogro-

mny terenowy mercedes? Ruszył przed siebie i wrychle zorientował się, że nie wie, gdzie się 
znajduje. 

background image

Domyślił  się,  że  to  piekielny  Pra-byk  poplątał  drogi,  zawiązał  w  nieczytelne  supły 

skrzyżowania linii działowych i ścieżek... Panika zmusiła go do biegu. 

- Do domu. 

 

Dom Nadleśniczego Poczarta to chluba i legenda Miasteczka. Stoi na Osiedlu Za Wodą, 

błyszcząc  przeszklonymi  powierzchniami,  czerwieniąc  się  specjalnie  wypalaną  dachówką, 
wsłuchując w szumiący  szpaler daglezji,  wiodący  do szerokiego podjazdu działki, na której 
zmieściłoby się dziesięć normalnych budowli. Najpiękniejszy, stanowi architektoniczną perłę 
dzielnicy najbogatszych, której nazwa nie od jakiejś lokalnej rzeczułki, a z samego Atlantyku 
poczęta. Tutaj  budowali  się ci,  których wzbogaciła zarobkowa emigracja  do Stanów. Tylko 
on,  Poczart,  wznosił  to  wszystko  z  własnego  potu  i  krwi  jeleniej  tu,  na  Mazurach,  przez 
Niemców przelanej. W ciężkim trudzie powstawała ta forteca potęgi i znaczenia najlepszego 
wabiarza Ludowej Rzeczpospolitej. Źli ludzie nazywali przed laty cały teren budowy kolonią 
karną, jako że pracowali tutaj za darmo ludzie schwytani na  kłusownictwie, którym Poczart 
sam umorzył sprawę w zamian za odrobek, złodzieje drewna rekrutowani na tej samej zasa-
dzie,  i  całe  opłacane  z  kasy  Nadleśnictwa  ekipy  robotników  leśnych,  kierowane  w  dokume-
ntach na ścinkę, trzebież czy obsadzanie zrębów... 

Ile męki, ile bezmiernego trudu, ile ryczenia! Nie tylko tego szeleszczącego markowym 

banknotem, ale i tego za nic, za spokój. Źli ludzie denuncjują, szkalują. Jakiego to byka mu-
siał wyryczeć w ofierze, aby znikły wstrętne papierzyska w Najwyższej Izbie Kontroli. Jakież 
rogi wywiózł ten warszawiak zostawiając z potężnego byka jeno skromną „portmonetę”. 

Ile ludzkiej zawiści i złości. Nawet w najpiękniejszej chwili niczego mu nie oszczędzili. 

Osadzenie  „wiechy”.  Cóż  może  być  piękniejszego  dla  kogoś  twórczego,  kogoś  kto  buduje? 
Nic dziwnego, że spili się wszyscy. I ci, grzeszni, którym wielkodusznie darował karę za po-
kutę na swojej budowie i ci, którzy z kasy Nadleśnictwa brali pieniądze za niewykonane pra-
ce... No i on sam, pan i właściciel. I oto gdy leżał nieprzytomny zatknęli mu wiechę w dupę. 
Tak.  Obudził  się  już  w  szpitalu...  Tydzień  hospitalizacji.  Dobrze,  że  Ordynator  polujący  i 
mimo wszystko znowu dało się w jesieni zaryczeć. Nawet została odznaka Zasłużonego dla 
Leśnictwa,  jako  że  stosowne  protokoły  stwierdziły  obrażenia  odniesione  w  czasie  ścinania 
partii  starodrzewu,  gdy  to  Nadleśniczy  własnym  ciałem  zasłonił  głowę  drwala,  na  którego 
leciał pień przeogromny... 

Dom. Gdzie jest dom? Gdzie aleja wysadzana daglezją? Gdzie gabinet pełen oczekują-

cych na klienta poroży, gdzie biurko pełne pamiątkowych portmonet...? 

Las.  Głuchy.  Obcy.  To  już  nie  jego  las.  Nie  las  Nadleśniczego  Poczarta.  To  las  Pra-

byka-jelenia i tej zbuntowanej rogatej bandy. Nie wiedział, skąd wie, ale wiedział na pewno, 
że już się zbierają. Już radzą w matecznikach. Już dzielą jego nadleśnictwo nie na oddziały, a 
na ostoje. Jest ich 49, jak województw w kraju. Bo to obejmie cały kraj. Tak. Pra-byk roznieci 
bunt na skalę kraju. On autochton. Mazur, który nie dał się kuli Goeringa... 

Poczart przystanął. Przycupnął. Padł plackiem zagrzebując się w dębowe liście, którymi 

jesień późnego rykowiska zasłała wrzosy w tym miejscu. Boże, trafił na ich sejm. Doprawdy, 
to głos Pra-byka otwiera obrady. Z młodnika niesie szum pochwalnego pomruku. Jakiś młody 
byczek  deklaruje  cześć  dla  przywódcy,  który  przesądził  losy  Drugiej  Wojny  Światowej. 
Pochlebca  twierdzi,  że  Goering  przegrał  bitwę  o  Anglię,  sfrustrowany  tym,  że  Pra-byk  nie 
przyjął  jego  kuli.  Śmieszne?  Ale  i  groźne,  bo  Poczart  słyszy,  jak  ktoś  zgłasza  wniosek  o 
oczyszczenie  Puszczy  z  ludzi.  Na  szczęście  z  „ludzi”.  Nie  pada  jego  nazwisko.  Ale  padają 
słowa,  których  tak  często  używał  w  odniesieniu  do  jeleni.  „Redukcja  pogłowia”.  Mówią  o 
ludziach. Plany eksportu. O ludziach. Jakiś byk proponuje, aby utrzymać istniejące struktury, 
tylko  zrewolucjonizować  ich  funkcję.  Spółdzielnia  „Las”  nie  będzie  eksportować  grzybów 
tylko schwytanych w lesie grzybiarzy... Poczart drży w swoim ukryciu, chce się stąd wyczo-
łgać,  ale  jest  sparaliżowany.  Aż  doczeka  się  chwili  najgorszej.  Usłyszy  jak  rozlegnie  się 

background image

narzekanie, że na terenie całego Nadleśnictwa nie ma co spałować, nie można zdzierać poży-
wnej kory z młodych sosenek, bo przestali sadzić młodniki, wszyscy zajęci na budowie Domu 
Poczarta  (znają  moje  nazwisko)!  I  teraz  moment  straszliwy.  Jelenie  powołują  komisję  w 
sprawie  ustalenia  sprawcy  mordu  na  prawnuku  Pra-byka  powieszonym  w  zeszłym  roku  w 
Oddziale  128!  Ba,  rozszerzają  jej  kompetencje.  Powstaje  Najwyższy  Matecznik  Kontroli.  - 
Będą mnie przesłuchiwać - pojmuje Nadleśniczy i ostatnim wysiłkiem woli podrywa się na 
czworaki i pozostawiając broń z cudowną japońską lunetą z noktowizorem, ucieka na czwora-
kach. Chce się podnieść, ale nie może i nagle pojmuje, że tak jest lepiej, że zajmuje naturalną 
pozycję obecnych panów lasu. Jest mu lżej. Do takiej pozycji przyzwyczai się łatwo. Posuwa 
się  „na  czterech”  najpierw  kłusem,  a  potem  już  galopem.  Nadleśniczy  wraca  pamięcią  w 
oddział 128... Dzień już był w pełni, słońce wysoko, gdy tropiący domniemanego postrzałka 
pies  Poczarta  jął  ujadać  w  młodniku.  Nadleśniczy  się  zdziwił.  Tropił  przecież  widmo.  Jego 
Niemiec, zgodnie z intencjami podprowadzającego Poczarta, chybił jelenia na czysto. Mize-
rny byczek nie obiecywał stosownego datku. Plan był inny. Na Niemca czekał już wyprepa-
rowany  łeb  byka  godny  złotego  medalu.  Teraz  po  fikcyjnych  poszukiwaniach  wystarczy 
triumfalny  komunikat  o  dojściu  wspaniałego  postrzałka  i  zaprezentowanie  dewizowcowi 
odłożonego już od roku trofeum. 

Ale pies szczekał w miejscu, jakby trzymał rannego jelenia. Co u diabła? Poczart zdjął 

broń  z  ramienia  i  ruszył  w  gąszcz.  Jeszcze  ta  kępa  jałowca,  jeszcze  ta  porośnięta  trzciną 
zapadlina  gruntu  i  nagle  ujrzał  widok  niezwykły.  W  lesie  między  dwoma  brzozami  wisiał 
byk. Wsparty tylnymi nogami o ziemię, z łbem zadartym, jakby chciał w niebie zaczerpnąć 
ostatni  haust  powietrza...  Już  nie  żył.  Jeszcze  ciepły  -  stwierdził  Poczart  dotknąwszy  ręką 
tuszy.  Nim  się  wziął  do  pracy,  wiedział,  czyja  to  robota.  Cesarek.  Chłop  mieszkający  na 
skraju  lasu.  Od  niego  niedaleko.  Wystarczy  poczekać  do  wieczora,  a  przyjdzie  sprawdzić, 
wnykarz przeklęty. Tak. Trzeba poczekać, ale wypatroszyć należy sztukę już teraz... Ocenił 
poroże i wiedział, że będzie to właśnie ów w fantazji pudlarza myśliwego poczęty „postrza-
łek”. Po namyśle gdzie ulokować kulę, która usprawiedliwi daleką drogę zwierza, kropnął do 
nieboszczyka ze swego drylinga. 

I wszystko było w porządku. Niemiec szczęśliwy. Na tysiąc marek ocenił to szczęście. 

Cesarek, przychwycony wieczorem, zobowiązany został do półrocznej bezpłatnej pracy jako 
wozak na budowie... 

Wnuczek  Pra-byka!  Poczart  znużony  biegiem  na  czworakach  zwalił  się  na  wrzosowi-

sko. Ciężko dyszał. Wnuczek Pra-byka! Skąd wiedzą, że był powieszony? Kto im doniósł, że 
Poczart  profanował  zwłoki  strzelając  do  trupa.  Upominali  się  o  wieniec,  jako  pamiątkę  po 
zabitym, a wieniec już od paru lat w Monachium. Co robić? 

Ucieczka  w  chorobę!  Ileż  razy  w  obliczu  kontroli,  inspekcji,  nalotów,  prowokowanej 

masowymi  donosami  władzy,  chronił  się  pod  opiekuńcze  skrzydła  Ordynatora.  Skrzydła 
Ordynatora...  Skrzydła!  Nagle  wrócił  myślami  do  ostatniego  pobytu  w  szpitalu,  gdy  to  we-
tknięta w intymny otwór wiecha zaprowadziła go na cierpiętnicze łóżko i uczuł, że coś unosi 
go  w powietrze. Obejrzał  się za siebie i  ujrzał,  że stercząca z jego spodni  ku  górze ozdoba 
kończonej budowli kręci się w zawrotnym tempie i unosi go w górę niczym helikopter. Już 
jest  nad  czubkami  sosen,  już  widzi  leśne  drogi,  już  ma  w  głowie  cały  plan  Nadleśnictwa, 
jakby pod sobą miał jego mapę plastyczną. Do domu - wyjąkał życzenie, jakby ktoś inny niż 
on  sam  był  pilotem  tego  śmigłowca.  Rozłożył  ręce.  Błogie  poczucie  uwolnienia  od  ciężaru 
własnego  ciała.  Od  wszelkiego  ciężaru.  Tylko  miarowe  wybuchy  silnika  umieszczonego  w 
tylnej części jego ciała dawały niezbyt miłe wibracje, obejrzał się i zobaczył, że wiecha kręci 
się prawidłowo równomiernie, wytwarzając unoszącą go w górę próżnię... 

Płynął nad swoim lasem. Mając swobodny wgląd z góry, z paniką obserwował, co się 

dzieje  w  dole.  Rewolucja  Wrześniowa  szerzyła  się  jak  płomień.  Widział  na  duktach  grzy-
biarzy,  pędzonych  przez  eskortujące  je  jelenie,  na  głównej  drodze  leśnej  poważny  byk, 

background image

osiemnastak, w towarzystwie dwóch szpicerów prowadził w stronę stacji kolejowej kierowni-
czkę składu pociągu, stojącego już 8 godzin pod parą przy peronie śródleśnej stacji. Kolejarka 
szła płacząc, popychana rogami młodzików, rozsypując z koszyka pozbierane grzyby. Zawie-
szony  pod  niebem  Poczart  jak  Pan  Stworzenia  widział  wszystko,  rozumiał  związki  spraw 
niewidzialnych dla oka, ukryte ich przyczyny i grożące skutki. Był czymś w rodzaju Stwórcy, 
który przestał panować nad swym dziełem. Wiedział, że pracownica kolei odmówiła wczoraj 
dalszego prowadzenia pociągu, gdyż skończył się jej limit zagwarantowanych przez związki 
zawodowe  godzin  pracy,  a  tak  naprawdę  to  chciała  sobie  dorobić  zbierając  prawdziwki. 
Wiedział,  że  pociąg  załadowany  grzybiarzami,  ruszy  zaraz  w  kierunku  granicy,  że  jelenie 
realizują umowy Spółdzielni „Las”, tylko że zamiast grzybów i runa leśnego eksportują grzy-
biarzy i leśników... 

W  pewnej  chwili  przelatując  nad  strugą  przystanął  w  miejscu,  poruszając  ramionami, 

jak w czasach dziecinnych, gdy biegając po podwórzu udawał samolot, dokonał efektownego 
skrętu i obniżywszy pułap upewnił się, że bobry podpiłowują jego ukochaną wzniesioną dla 
dewizowców  myśliwską  ambonę.  Była  jego  dumą.  Potężna,  na  grubych  palach,  zamknięta 
kryta  kabina  z  drzwiami  zamykanymi  na  kłódkę  otwieraną  tylko  dla  najlepszych,  wypłaca-
lnych  prywatnie,  dewizowych  gości,  teraz  chwiała  się  atakowana  ze  wszystkich  czterech 
stron. Jeszcze obniżył lot i odczytał namazany smołą na drzwiach napis: „Nur für Deutsche”. 
To ten bydlak, leśniczy Widłaczyk. Ten, co donosił o: „obozie koncentracyjnym, jakim jest 
budowa willi Nadleśniczego”, ten... 

Ale nie pora o tym myśleć. Załatwią go jelenie. Nie będą się orientować, że to Widła-

czyk  protestował  przeciw  zawyżonym  planom  odstrzału.  Widłaczyk  kiedyś  odkrywszy,  że 
Sekretarz  z  Miasteczka  zabił  łanię  w  czasie  ochronnym  postawił  jego,  Poczarta,  w  głupiej 
sytuacji wdrażając dygnitarzowi sprawę o kłusownictwo, jakby nie wiedział, że czas ochron-
ny nie obowiązuje Sekretarza, albo że raczej czas ochronny zawsze Sekretarza obejmuje... 

Ale nie czas myśleć o głupstwach. Ambona zatrzeszczała, zachwiała się i z łagodnym 

pluskiem  zanurzyła  w  strudze.  Zdążył  jeszcze  dostrzec,  że  haniebny  prowokacyjny  napis 
znalazł się pod wodą. I dopiero wtedy zdał sobie sprawę z całej grozy sytuacji: rewolta objęła 
inne  gatunki  zwierza!  Wzbił  się  wyżej,  ale  wnet  nad  polami  środkowej  osady  znów  musiał 
obniżyć swój lot. Ujrzał w biały dzień ogromną watahę dzików na kartoflisku... Pilnując się 
by żaden warkot wirującej mu w tyłku wiechy nie zakłócił martwej ciszy raz jeszcze obniżył 
lot. I był niemym świadkiem groźnej narady.  

Stary odyniec usiłował przeforsować uchwałę o wysiedleniu wsi Konopaty... Na szczę-

ście obowiązywała w tym zgromadzeniu demokracja i lochy zgłaszały protest. 

- Podejmuję się zebrać cały plon co do kartofla, ale kto będzie ziemniaki sadził? Trzeba 

zostawić  ludzi  potrzebnych  do  sadzenia...  -  przemówiła  szacowna  matrona  ubrana  w  nieco 
wyłachane jesienne futro. 

Głupawe  przelatki  pochrząkiwały  potakująco  jak  za  panią  matką,  odyniec  parsknął 

gniewnie i buchtując podrzucił łeb do góry. Ciśnięty w powietrze kartofel ze świstem  prze-
leciał tuż koło głowy Poczarta, który przerażony wzbił się wysoko... 

Po  chwili  zobaczył  kłęby  dymu  unoszącego  się  z  zagajników  w  pobliżu  rekreacyjnej 

części  zabudowań Konopat  tuż koło  jeziora. Sumienie Nadleśniczego, a raczej  jego nawyk, 
aby zawsze wiedzieć, z czego się będzie usprawiedliwiał, skierował go w stronę niechybnego 
pożaru lasu. Tu ludzie jeszcze nie wiedzieli, że już nie są panami puszczy. Z rykiem sygnałów 
zajeżdżały straże pożarne, strażacy rozwijali węże i stawali bezradni wobec płotów, którymi 
działkowicze zagrodzili dostęp do jeziora. Teraz z siekierami w dłoniach bronili swych cen-
nych ogrodzeń. 

Nadleśniczy  zawieszony  w  bezruchu  myślał,  jak  się  usprawiedliwi  z  tego,  że  bezpra-

wnie,  za  łapówy,  rozprzedawał  należące  do  Nadleśnictwa  nabrzeże,  zapomniał  na  chwilę  o 
rewolucji, o niepokojach leśnych, zajęty atawistycznym lękiem o siebie i swoje stanowisko. 

background image

Ale pożar zdawał się ustępować. Za moment Poczart ze łzami wdzięczności w oczach obse-
rwował  akcję  ratunkową  młodzieży.  Oto  harcerki  z  pobliskiego  obozowiska  przystąpiły  do 
gaszenia ognia. Nie mając sprzętu  przeciwpożarowego jęły nosić we własnych dziewiczych 
stanikach  piach  i  ziemię,  który  sypały  na  płomienie.  Płomień  ogarnął  Poczarta.  Tyle  piersi, 
tyle sutek, tyle kształtów! Te „jabłkowe”, jak mawiał, i te jak gruszka, które tak lubił u leśni-
czyny  Widłaczykowej.  Odczuł  rosnące  pożądanie,  ale  ujął  rosnący  członek  niczym  drążek 
sterowy i poszybował dalej. On się wznosił, a dym opadał... 

Postanowił zorientować się, co się dzieje w Miasteczku, czy żagiew buntu nie ogarnęła 

psów, koni i wszelkiego oswojonego bydlęcia. Ale nie było mu dane zaznać ukojenia wido-
kiem ludzkiego porządku... Przelatywał nad brzegiem lasu, gdy nie opodal bindugi, na której 
gniło od lat nie wywiezione drewno dla miejscowej fabryki sklejki... (Nie miał żadnych wy-
rzutów sumienia, że nie miał czasu ani głowy zrobić z tym porządku. Dobrze wiedział, że w 
miejscowej fabryce z 2 metrów sześciennych wspaniałego drewna robią jeden metr spartaczo-
nej sklejki... Jeśli ma się to może „opłacać”, to może się opłacać Nadleśnictwu, żeby drewno 
gniło nie wywiezione. Są ważniejsze sprawy na głowie Nadleśniczego, zwłaszcza w okresie 
rykowiska)....  Ta  uspokajająca  refleksja  przywróciła  mu  spokój,  świadomość  tego,  że  ma 
swoje  poważne  miejsce  w  miejscowej  ludzkiej  społeczności.  Cóż  z  tego,  gdy  brutalny  los 
znów skonfrontował go z nową rewolucyjną rzeczywistością. 

Oto  ujrzał  wysoko  w  konarach  dębu  Kompozytora.  Artysta  stał  w  rozwidleniu  króle-

wskich konarów i ruchami pałeczki wystruganej świeżo z dębu zdawał się kierować ruchem 
chmur na niebie... Poczarta miękko objął obłok, wydmuchał mu spodnie niczym balon, tak że 
Nadleśniczy poczuł, że unosi się coraz wyżej, tracąc kontrolę nad dotychczas słuchającym go 
niechybnie wirnikiem wiechy i poruszeniami usztywnionego przez erekcję drążka sterowego. 
To on, Kompozytor, raz jeszcze wchodził mu w drogę. Nienawidził tego człowieka... Parę lat 
temu  kosztował  go  kawał  zdrowia.  Wspinał  się  był  Poczart  na  leśną  ambonę,  jedną  z  tych, 
które  rezerwował  tylko  dla  siebie  i  swych  dewizowych  gości...  A  było  to  w  czasie,  gdy  je-
szcze nie stosował zamków i kłód w swoich czatowniach i oto, gdy stąpał ciężko po cienkich 
szczeblach drabiny, w chwili gdy twarz jego znalazła się na wysokości podłogi, ujrzał nagle 
wyciągniętą w jego stronę pałeczkę, rozjarzone  natchnione oczy, zmierzwioną po diabelsku 
grzywę...  Krzyknął  i  puściwszy  poręcz  zwalił  się  na  plecy.  Dwa  żebra  poszły.  I  obojczyk. 
Przez miesiąc nie mógł wystrzelić, a budowa tyle pochłaniała pieniędzy... 

Czując, że znoszą go z trasy wydęte jak balon spodnie, poszukał ręką guzika, zwolnił 

pasek. Zaczął opadać... Długi pomruk, który dla Kompozytora był słyszalnym w natchnieniu 
uderzeniem bębna, niósł Poczarta w stronę burzy. Coraz ciemniej. Nagle w blasku pioruna - 
to blachy, blachy nowej kompozycji! - poczuł, że spada korkociągiem w dół. Z najwyższym 
trudem  ciągnąc  ku  sobie  swój  napięty  drążek  zdołał  wyrównać  lot.  Przypomniał  sobie 
kompromitującą sprawę sprzed lat, gdy to  Kompozytor, ukryty na ambonie, był świadkiem, 
jak Nadleśniczy, zupełnie pijany, zastrzelił kasztankę w dyszlu chłopskiego wozu, biorąc ją za 
łanię,  gdy  chłop  z  kradzionym  drzewem  wyjechał  galopem  z  ostępu.  Co  z  tego,  że  zmusił 
złodzieja nie tylko do milczenia, ale i do wysługi na budowie, gdy Kompozytor znał prawdę - 
był świadkiem. On, niewątpliwie ukryty wróg niszczącego Puszczę Poczarta. 

Ile to razy Nadleśniczy czytał w gazecie o prawykonaniu „Requiem za ginące młodniki” 

czy „Mszy żałobnej na śmierć puszczy”. Żeby ułagodzić tego bydlaka, był w Warszawie na 
koncercie Warszawskiej Jesieni, który dyrygował ten obłąkaniec, odwiedzał go za kulisami... 
Same kwiaty kosztowały... A straty z powodu opuszczenia dnia rykowiska... 

Wszystko  to  raz  jeszcze  stanęło  mu  w  pamięci,  gdy  poczuł  zbawienne  szarpnięcie. 

Wiecha  zaskoczyła  z  powrotem.  Poszybował  w  stronę  Miasteczka.  Ale  ledwo  wychynął  z 
obłoków  nad  szosę  zobaczył,  jak  daleko  zaszły  już  sprawy.  Pasmo  drogi  zajęte  .było  przez 
stada  stłoczonych  samochodów,  pomiędzy  którymi  zwolna  przechadzały  się  krowy.  Gdy 
obniżył lot, by z bliska rozeznać się w sytuacji, zorientował się wrychle, że zwierzęta zajęły 

background image

się kontrolą ruchu drogowego. Stare krówsko z ogromnymi  wymionami żuło  powoli  czyjeś 
prawo jazdy, obok jałówka beknęła zwracając na drogę kartę wozu... Ogromnym wysiłkiem 
woli Poczart wzmógł obroty wiechy, by nie opaść na asfalt, niczym helikopter na pas starto-
wy. Tuż za zakrętem drogi ujrzał masy kur wybiegających z pomieszczeń brojlerni, niczym 
więźniowie K-zetów ze swych katowni... Za moment przysadziste baraki niczym oświęcim-
skie  widma  stały  opuszczone  strasząc  oczodołami  zakratowanych  okienek,  kolczaste  druty 
ogrodzenia zamykały opustoszałe miejsce, na którym miast gdakania i kurzego gwaru unosiła 
się posępna cisza. 

Sytuacja ludzkości stawała się nie do pozazdroszczenia. Tym bardziej trzeba było uczy-

nić  ostatnią  próbę  ocalenia  władzy  przed  zwierzęcym  motłochem,  który  zdawał  się  chcieć 
zadeptać  odwieczne  prawa  człowieka.  Najbliższa  władza  to  Naczelnik.  Lecąc  nad  miastem 
„na  skróty”  trafił  bezbłędnie  nad  Gmach  Rady  Narodowej.  Naczelnik  mieszkał  na  piętrze. 
Lotem  ślizgowym  Nadleśniczy  zszedł  nad  dach,  a  potem  uruchomiwszy  wirującą  wiechę 
wylądował na balkonie. W tej chwili wstrząsnął jego napiętymi nerwami przerażający krzyk. 
Poznał głos Naczelnika. Przez uchylone drzwi na balkon Poczart przez sekundę obserwował 
scenę groźną i groteskową zarazem - z opuszczonymi spodniami, niczym kajdany wiążącymi 
stopy, Naczelnik oszalały ze strachu kręcił się wokół swej osi. W tyłek wgryzł mu się ogro-
mny  szczur  -  teraz  wirował  niczym  na  wesołej  karuzeli  z  odstawionym  sztywno  ogonem, 
wreszcie puścił i znikł w uchylonych drzwiach łazienki. Poczart znał rozkład tego mieszkania, 
niejedną opili tu sprawę, niejeden łapówkarski koniak wyrzygali za tymi drzwiami. 

- Przecież zarządziłem. Już zaraz zebranie... Uchwała. Nigdy nasze odchody nie zanie-

czyszczą wód jeziora... - Naczelnik trzymając się za pokiereszowany tyłek składał zobowią-
zania. Wobec szczura? No tak, Poczart przypomniał sobie słowa „Pra-byka”: zwierzęta znają 
ludzki język. W nagłym olśnieniu pojął całą sprawę. Od lat kilku maniaków z ochrony środo-
wiska walczyło z miastem o czystość wód jeziora, które zatruwała fabryka sklejek i odchody 
miejskie... Jasne. Zbuntowane zwierzęta wydelegowały do akcji szczury urzędujące w kana-
łach. Poczart pomyślał, że może mu się uda przedstawić marnotrawienie drewna na bindudze 
jako  świadomą  akcję  blokującą  dostawy  surowca  do  zatruwającej  jezioro  ściekami  fabryki 
sklejek...  Trzeba  się  ratować  za  wszelką  cenę.  Musiał  być  obecnie  po  stronie  zwycięskich 
zwierząt. Wahał się przez moment, czy wejść i udzielić pomocy Naczelnikowi, ale nieomylny 
instynkt  kazał  mu  się  trzymać  z  daleka  od  przegrywających.  Był  świadkiem,  jak  Naczelnik 
uporządkowawszy garderobę wymknął się na schody wołając do żony, że spieszy otworzyć 
naradę... 

Poczart  nie  wiedział,  jak  znalazł  się  piętro  niżej,  na  tarasie,  skąd  miał  widok  na  salę 

konferencyjną. Nie mylił się. Liczne transparenty zawierały wiernopoddańcze hasła i wezwa-
nia. „Kał nie skala czystych wód naszego jeziora”. „Niech żyją szczury i ryby”... 

Zebrani  urzędnicy  i  notable  stali  rzędami  przy  stołach  oczekując  wejścia  Naczelnika. 

Cienkie brawka. Stali nadal. Naczelnik wezwał do zajęcia miejsc. Stali nadal. Stał i Nacze-
lnik. To stanie najpierw cichutkie, nieważne jak szept, stawało się powoli pomrukiem, aż wy-
buchło w ciszy niczym krzyk grozy. Wszyscy byli napiętnowani. Wszystkich dosięgły szczu-
rze zęby w chwili najtrudniejszej, gdy człowiek winien się cieszyć błogą chwilą oczyszczenia. 
To  stanie  w  niemym  krzyku  było  uchwaleniem  przez  aklamację...  Ale  czego?  Nikt  nic  nie 
mówił, nie padło ani jedno słowo. Nadleśniczy zesztywniał w przerażeniu, że może zwierzęta 
zabrały ludziom mowę, może teraz tylko one potrafią porozumieć się słowem. 

- O Boże! - wyszeptał i własny głos przywrócił mu nadzieję. 
- Do czynu! - musiał przecież zadeklarować, że nie uważa się za człowieka. Goering go 

chybił, i przegrał bitwę o Anglię, ja go nie strzeliłem, ale wygram swoją bitwę o przeżycie - 
postanowił i już w półobrocie do tyłu zakręcał jedną dłonią swoją wiechę, uczuł jak zaskoczy-
ła i uniósł się w powietrze. 

Leciał z powrotem nad puszczę. 

background image

Dziwne  jak  błogim  nastrojem  napawał  go  zawsze  widok  cudzej  klęski.  Naczelnik 

pogryziony, a ja lecę zdrów. 

Znał obyczaje jeleni i mógł teraz mniej więcej określić matecznik Pra-jelenia. Tam też 

się skierował... W pewnej chwili, gdy nabrał zawrotnej prędkości, zanurzył się w jedwabistej 
chmurze  jakichś  zdążających  gdzieś  zwartym  szykiem  owadów.  Było  ich  tak  dużo,  że  nie 
umiał  się  połapać,  co  to  za  dokuczliwe  stworzonka  łaskocą  jego  nozdrza,  zatykają  oddech, 
odbierają widoczność... Ale za moment wynurzył się z owadowego obłoku, mając już przed 
oczami pojedyncze rozproszone egzemplarze, rozpoznał bez trudu owadzi gatunek - to mole. 
Dwie ogromne chmury zasłaniające pół nieba wędrowały jedna na Wschód, druga na Zachód. 

Teraz miał tuż przed sobą pojedynczy egzemplarz tego szkodnika, który, zdarzało się to 

wielekroć, nie szanował niczego, nawet munduru Nadleśniczego. Poczart instynktownie kla-
snął w dłonie, jak to czynił w swoim mieszkaniu pragnąc zetrzeć skrzydlatą drobinę... Ale nie 
był w mieszkaniu, tylko zawieszony pod niebem na skrzydłach swych rozłożonych ramion. W 
chwili gdy klasnął w dłonie, jakaś nieczysta siła złączyła je ze sobą, jakby mól był żelaznym 
skrętem  i  koziołkując  przez  głowę  Poczart  poleciał  w  dół.  Siłą  nabranej  przez  pęd  inercji 
mknął ku ziemi, skosem minął ogromny dąb, w locie ujrzał, że nie ma liści, ani gałęzi tylko 
tysiące  dyrygenckich  pałeczek...  Przeklęty  Kompozytor  zmieniony  w  pień,  tysiącami  dro-
bnych gestów wprawiał cały las w nieznośną wibrację... 

Nadleśniczy chciał krzyknąć: pomocy! ale nagle pojął że ludzkie słowo opuściło świat 

człowieka na zawsze. Została ta piekielna muzyka, która jest wiatrem... 

Uderzył  się  boleśnie  w  czub  świerka  i  to  go  uratowało,  pęd  został  wyhamowany. 

Poczart zaczepił się o sosnową gałąź, spadł niżej, jeszcze niżej i znieruchomiał nad rzędami 
jelenich  wieńców.  Wszystkie  zgromadzone  w  jednym  mateczniku  byki  jego  Nadleśnictwa 
patrzyły ku górze, na niego, pana lasu, wiszącego niczym szmata cztery metry nad ziemią. 

Prezydiujący zgromadzeniu  Pra-byk chrząknął  znacząco i  wszystkie jelenie odwróciły 

głowy z powrotem. 

- ... był kiedyś członkiem i jądrem ludzkiej społeczności, mówię o naszym kraju, a stał 

się pośmiewiskiem Europy i świata. W tej sytuacji przejmujemy rządy pragnąc ocalić resztki 
pozostawione przez człowieka... 

Najwyraźniej Poczart był świadkiem ważnego exposé nowej władzy. Z podziwem słu-

chał mówcy, który logicznie i zwięźle referował sytuację w skali światowej... 

- Nasze  Mazury  stają  się  wzorem  dla  świata.  Mamy  wiadomości  przyniesione  przez 

gołębia pocztowego, że ruszyła Bawaria... 

Gromki ryk jeleni strząsnął Poczarta z drzewa niczym nędzną ulęgałkę. Leżał, bojąc się 

głośniej  odetchnąć,  z  zamkniętymi  oczami,  jakby  chciał  w  ten  sposób  umknąć  spotkania 
zwierzęcych płonących oczu. 

... Niestety - kontynuował mówca - człowiek nie przestał być groźny. Pakt Atlantycki, 

jak donoszą delfiny, ma ogłosić mobilizację swych sił zbrojnych. Nazywają nas Czerwonymi 
Mazurami, piszą o bolszewickim spisku jeleni... Nie pozwolimy, aby sytuacja wymknęła się 
nam spod kontroli... Wszak dwunogi mogą zniszczyć bezpowrotnie życie na ziemi... 

Groźny  ryk  aplauzu  zgromadzonych  jelenich  chmar  zatrząsł  puszczą.  Poczarta  gryzły 

jelenie gzy... Cóż miał począć, nie mógł rozgniatać paznokciem, jak to czynił dawniej, istoty 
tak bliskiej obecnej władzy. Cichcem drapał się po karku, słysząc coraz głośniejsze uderzenia 
swego serca. 

Nagle doszły go słowa, które niosły otuchę. Pra-byk narzekał na system łączności nie-

słychanie ważny w obliczu światowej skali konfliktu z człowiekiem. Oto otwierała się przed 
Poczartem szansa: przejdzie na stronę jeleni. Wyposażony w wiechę-śmigło poleci jak heliko-
pterem  ponad  granicami.  Przekaże  bawarskim  jeleniom...  Już  się  widział  jako  wódz  całych 
eskadr pocztowych gołębi... Marszałek byczego lotnictwa! 

Dźwignął  się  na  czworaki,  ręką  chciał  sprawdzić  osadzenie  wiechy  i  zmartwiał:  jego 

background image

śmigła nie było. Porządne sukienne spodnie... Nawet bez dziury! 

Jęknął  w  przerażeniu.  Był  tylko  bezradnym  dwunogiem  w  niewoli  u  okrutnych  zwie-

rząt. 

Jelenie z trzaskiem wymaszerowały na leśny dukt i jęły formować marszową kolumnę. 

Cicha nadzieja, że zostawią go w spokoju i nagle te straszne słowa: „a morderców naszego 
prawnuka w jasyr; pójdą z naszą kolumną”. 

Nadleśniczy na klęczkach uniósł głowę, nad sobą miał falującą ogromną grzywę brody 

Pra-byka niczym czarna burzowa chmura. 

Nie wiedział, jak to się stało i kiedy, a już stał na wnyku przytroczony do rogów młode-

go  jelenia,  z  drugiej  strony  na  tym  samym  drucie  zaciśniętym  drugim  końcem  na  szyi  stał 
kłusownik Cesarek. Łzy ciekły mu po pobrużdżonej twarzy, czerwony nos opadł groteskowo 
zmieniając wyraz jego butnej zazwyczaj gęby, ale tak, to był bez wątpienia Cesarek. 

Za  moment  ruszyli  w  ogromnej  postępującej  czwórkami  kolumnie.  Prowadzący  ich 

eskortant, młody byczek, przejęty ważnością swej funkcji, wiodąc jeńców poboczem przesu-
wał  się  nieustannie  do  przodu  kolumny.  Wkrótce  już  postępowali  za  sztabem  złożonym  z 
samych koronnych byków otaczających niczym grono adiutantów majestatycznego Pra-byka. 
Z rozmów sztabowców Poczart wywnioskował, że ciągną na pole Bitwy Narodów. 

Słyszał,  o  czym  rozprawiano  w  dostojnym  gronie.  Pra-byk  tłumaczył  współtowarzy-

szom, czemu to za najważniejsze zadanie uznał zapobieżenie wojnie, chociaż wojna „sama w 
sobie”,  jako  czynnik  regulujący  ludzkie  pogłowie,  nie  jest  rzeczą  szkodliwą.  Niebezpieczne 
jest to, że po wyczerpaniu środków konwencjonalnych w grę wszedłby atom, a to byłoby koń-
cem wszystkiego. Jeśli konfrontacja środkami konwencjonalnymi zawiedzie, arsenały atomo-
we zostaną nietknięte, jak to się dzieje już od półwiecza. Co do redukcji ludzkiego pogłowia - 
snuł swe plany wiekowy przywódca - jest wiele różnych możliwości. Oczywiście odkładamy 
do lamusa walkę klas. Walka, w której większość pożera mniejszość, niewiele przynosi poży-
tku.  Raczej  już  myśleć  należy  o  walce  ras.  My,  wegetarianie,  jesteśmy  bezpieczni,  ale  oni, 
mięsożerni, o ile stworzymy sytuację niedoboru białka, bo przecież nie pozwolimy się mordo-
wać, zostaną skazani na agresję wewnątrzgatunkową... Będą się pożerać sami między sobą. 

Któryś z asystujących wodzowi byków - stary koronny szesnastak - westchnął głęboko, 

rozczulony  obrazem  ludożerczej  sielanki,  ale  po  chwili  zauważył  sceptycznie,  że  ogromna 
rozrodczość,  zwłaszcza  Polaków,  będzie  stanowić  zawsze  zagrożenie,  żeby  nie  wiem  ile 
konsumowali „dziecięciny” (tak się wyraził), zawsze jeszcze będzie nadprodukcja. Doktryna 
nieograniczonej  niczym  reprodukcji, lansowana w pobożnym  narodzie przez Kościół,  pozo-
stanie poważnym problemem... 

- Będzie o tym myśleć Rada Międzygatunkowa, o której powołaniu już myślę - mruknął 

Pra-byk. 

- Cóż nam pomoże krowi czy ośli pomyślunek - ktoś spośród młodzieży ośmielił się na 

sceptyczną uwagę. 

- O przepraszam. Nie doceniacie osła. W tym katolickim narodzie to zwierzę o dużym 

autorytecie, otoczone szacunkiem. Przecież był u żłobu już w stajence przy narodzinach... On 
zajmie się propagandą ograniczenia urodzin. Przypomni, że Jezus był jedynakiem, że model 
Świętej Rodziny to 2+1. 

Prowadzony  na  wnyku  w  jasyr  Poczart  chłonął  uważnie  każde  słowo.  Wiedział,  że 

będzie walczył o swoje życie. Łatwo go nie sprzeda, choćby miał zjadać własne dzieci... 

Raptem nastąpiło zakłócenie w marszu. Z obłoków nadleciał gołąb pocztowy i wprost w 

ucho Pra-byka zagruchał dobrą nowinę: myszy zjadły mapy w sztabach obu wrogich obozów. 
Panika. Sztabowcy daremnie usiłują z mysich bobków ułożyć mapy plastyczne. Są faktycznie 
rozbrojeni operacyjnie... 

„Rozbrojeni operacyjnie” - powtórzył Poczart w myślach z podziwem nad inteligencją 

gołębia. A my, głupi ludzie, mówiliśmy „ptasi móżdżek”! 

background image

Radosny gwar niósł się od czołowej sztabowej grupy do tyłu w głąb marszowej kolu-

mny. Jelenie ryknęły dziarską piosenkę i ruszyły znów naprzód. 

To  może  dziwne,  ale  Poczart,  prowadzony  jak  zwierzę  na  uwięzi,  był  już  duchowo  z 

nimi, ze swymi prześladowcami. Odkąd uwierzył w ich władzę, myślał tylko o tym, jak być 
najbliżej. Choćby upokorzony, choćby na haniebnej uwięzi cesarkowego wnyka. Zaryczy w 
nocy do snu Wielkiemu Pra-bykowi, ukołysze go i rozpogodzi, jakoś to będzie... 

Ale przedtem miało być to najważniejsze: Bitwa Narodów. Szybko osiągnęli wzgórze, 

skąd miano obserwować przebieg wydarzeń. Jelenie ustawiły się w amfiteatralnym szyku na 
zboczu, Pra-byk wysunięty przed swych  sztabowców  o kilkadziesiąt  kroków. Poczart tuż za 
nim, chyba nie przypadkiem, chyba Pra-byk zaplanował, aby zniewolony człowiek obserwo-
wał upadek gatunku. Bo oto w pewnej chwili w rękach Nadleśniczego znalazła się jego wspa-
niała luneta z noktowizorem, którą zgubił w ciemnościach na progu dnia. Tylko, jak mruknął 
eskortant, była już ulepszona. Nie 9-krotne, a 900-krotne powiększenie... 

I  rzeczywiście  gdy  przyłożył  ją  do  oka,  dojrzał  wszystko  wyraźnie,  jakby  rozgrywało 

się  na  wyciągnięcie  ręki.  A  widok  był  niezapomniany.  Setki,  tysiące,  setki  tysięcy  gołych 
ludzi, ciężkie buciory, na głowie hełmy i nic poza tym. Ludzka różowa bezwłosa skóra. Kolu-
mny  nie  mogły  się  sformować.  Pozbawieni  odznak  oficerowie  biegali  tam  i  na  powrót,  aż 
sflaczałe członki obijały im się o podbrzusza. Sztab goły, Naczelny Wódz goły... 

- Brawo Mole - usłyszał pomruk Pra-byka i zrozumiał. 
To rzesza owadów, na którą natknął się w powietrzu, pozbawiła armię NATO odzieży, 

opróżniła  magazyny  mundurowe...  Diabelski  pomysł  Pra-byka  raz  jeszcze  uprzytomnił 
Poczartowi, jak ważna jest rola jednostki w historii. 

W uniesieniu chciał zawołać coś, co zapamiętał z  chłopięcych lektur, jakieś napoleoń-

skie  „Vive  l'Empereur”,  ale  głos  zamarł  mu  w  gardle,  bo  w  tej  chwili  w  jego  oczach  cała 
armia  poszła  w  rozsypkę.  Był  taki  moment,  gdy  jakiś  adiutant  -  można  go  było  poznać  po 
naznaczonym szamerunkami srebrem plecionym kutasie - którego znać mole strawić nie mo-
gły... Trzymał owo insygnium w zębach. Podbiegł do Naczelnego z meldunkiem. Wyjął prze-
szkadzającemu mu adiutanckiego kutasa jedną ręką, ale gdy drugą, którą dotychczas osłaniał 
przyrodzenie, podniósł by zasalutować najwyższemu przełożonemu, ujawnił uniesiony przez 
erekcję członek. Generał drgnął, zasłonił oczy i rzucił się do ucieczki łyskając nagimi pośla-
dkami. 

- A zakazałem brać do wojska pedałów - wrzasnął uciekając w panice. 
A niewinny biseksualny adiutant stał w obliczu kompletnie nagiej asystentki generała, 

której  widok  tak  go  podniecił...  Załamały  się  szeregi  golasów.  Żołnierze  ciskając  o  ziemię 
broń rzucili się do panicznej ucieczki... 

- A  co  tam  u  przeciwnika?  -  zagabnął  Pra-byk  tłumiąc  gruby  śmiech.  Szeregi  jeleni 

przeformowały się spiesznie. Teraz wszyscy mieli przed sobą cieniutką linię granicznej rzeki i 
tłumy karnych golasów po jej drugiej stronie. 

- Ci są bardziej zahartowani - powiedział z troską Pra-byk, ale po chwili roześmiał się z 

ulgą. 

Poczart uniósł swą czarodziejską lunetę i ujrzał, że naprzeciwko gołej armii stoi grupa 

ludzi opancerzonych do pasa orderami. Jak one się trzymają - pomyślał w panice, ale przypo-
mniał sobie, że kiedyś gościł generała,  który miał w kufrach strój  galowy. Otóż na ozdoby, 
których  ciężar  złamałby  i  obciągnął  każdy  krawiecki  materiał  był  specjalny  gorset  ze  sztu-
cznego tworzywa, który krawiec wszywał pod mundurowe frencze. Widocznie tworzywa mo-
le nie trawiły i to była ostatnia szansa. Ale złudna, jak się okazać miało za chwilę. Powtórzyła 
się cała historia. Tylko jak przystało na przeciwstawne siły, powtórzyła się w zupełnie odwro-
tnym porządku. Oto, gdy adiutant zameldował co było do zameldowania, Wódz zasalutował, 
ale  zwolniony  uchwyt  medalowego  gorsetu  sprawił,  że  ten  obsunął  się  poniżej  kolan.  Tym 
razem armia, widząc nędzę marszałkowskiej buławy, poszła w rozsypkę... 

background image

Pra-byk zaryczał triumfalnie. 
Poczart nie namyślał  się ani  chwili. Przyłożywszy  do ust  złożone dłonie, ryknął  potę-

żnie raz i drugi. Pra-byk uśmiechnął się łaskawie! Uniósł zadnią nogę i podrapał się za łopa-
tką. Oczy Nadleśniczego przywykłe do śledzenia każdego ruchu władzy dostrzegły z konfu-
zją, że na ziemię spadł strząśnięty ze skóry Pra-byka giez. Jeleni giez. Cóż z tego, że tylko 
giez skoro aż jeleni. W służalczym odruchu, aby podnieść coś, co należało do władzy, Poczart 
pochylił się nisko, aż napięty drut wnyka wpił mu się w gardło odbierając oddech. 

Pra-byk przyglądał mu się z uśmiechem satysfakcji. 
- Zwolnić go - zwrócił się do eskortantów.  
Młody szóstek machnął rogami odrzucając drut krępujący Poczarta. 
- Idź  do  domu!-  zezwolił  łaskawie  Pra-byk.  -  Odprowadź  mego  gza!  -  wydał  jeszcze 

polecenie.  

Boże, taki giez, giez Szefa, to przecież więcej niż list żelazny w dawnych czasach. 
Poczart szedł, wędrował, sunął... Męcząca powolność. Musiał dostosować swój krok do 

poruszeń gza. To było straszne. Marsz w miejscu, potrzeba biegu, by powrócić, być u siebie i 
ten marsz w miejscu. W dodatku jął padać dokuczliwy deszcz. Poczart rozpostarł nad gzem 
parasol i szedł przygarbiony krok po kroku... Nagle jął przyspieszać... Tak, coś się stało: giez 
niczym kleszcz, który opił się krwi, jął pęcznieć i ogromnieć. Już sięgał Poczartowi do kolan. 
Toczył się na niewidzialnych nogach niczym ogromny żółw... Ale byli już niedaleko. Nieda-
leko Domu, Willi, Pałacu Za Wodą... Już skręcają w jego ulicę... Nagle Poczart stanął, jakby 
mu nogi wrosły w ziemię. Naprzeciwko szedł Wielki Numer Rzeczypospolitej. Wyrzucony z 
rykowiska  podstępem,  żeby  umożliwić  polowanie  za  dewizy.  Boże,  gdzie  te  czasy,  gdzie 
dewizy. Czy jelenie?... Ale tak. Powinny lubić zielone... Przecież na zielonym się pasą... Jak 
ja  -  pomyślał  z  dumą  przemieszaną  z  popłochem.  Bo  jednak  choć  chyba  Wielki  Numer 
należał już do przeszłości, to przecież kiedyś niedawno był władzą i jeszcze wtedy ośmielił 
się był Poczart... 

Stali już naprzeciwko siebie. 
- Prowadzę go do domu. To giez jeleni - przedstawił z dumą swego towarzysza. 
- Jaki giez? - Minister zdawał się nic nie widzieć, choć giez sięgał mu już pod pachę. 
- Ślepota  władzy  -  pomyślał  Poczart,  ale  coś  go  powstrzymało  od  wypowiedzenia  tej 

uwagi.  Zresztą  Wielki  Numer  PRL  zniknął  równie  niewytłumaczalnie,  jak  się  pojawił.  Po-
czart otwarł furtkę swej willi przepuszczając gza przodem. Ale na środku ścieżki stał stolarz 
Nadleśnictwa pan Kapka oraz Ordynator. Poczart poczuł, jak strasznie boli go złamana noga. 
Pojął, że spotkanie z Ministrem  odnowiło  symulowane kalectwo. Chciał  zdjąć niepotrzebne 
drewniane łupki i poczuł, że zrosły mu się z nogą. 

- Ordynatorze!  -  poskarżył  się  prosząc  o  pomoc  chirurgiczną.  A  Ordynator  skinął  na 

stolarza. I oto Poczart leży na trawniku swojej willi, słyszy muzykę z otwartych drzwi tarasu, 
widzi snujące się pary, a stolarz Kapka bestialsko piłuje mu nogę. Nagle włos mu się zjeżył. 
Przecież Kapka nie żyje. Rok temu w trakcie wykańczania willi, pijany, usiadł okrakiem na 
wystającej z muru belce stropowej i upiłował ją przed sobą zwalając się w dół z wysokości 
drugiego piętra. 

- Ratunku! - wrzasnął szarpiąc nogę ku sobie. 
W drzwiach tarasu stanęła jego córka Magda. 
- Dziecko! - krzyknął rozpaczliwie i poczuł jak ona unosi go lekko, błogo, jak w mome-

ncie  niedawnych  lotów  przy  pomocy  wiechy,  niesiony  w  jej  ramionach  spłynął  do  salonu 
willi.  Był  u  siebie!  Tutaj  nikt  chyba  nie  zdawał  sobie  jeszcze  sprawy  z  grozy  sytuacji. 
Dyskretne  światło,  zagraniczne  alkohole,  muzyka  sącząca  się  z  licznych  kolumn  głośników 
ukrytych po kątach salonu, wszystko było jak było i zdawało się, że być będzie po wieki. Nikt 
nie zwrócił uwagi na pojawienie się gospodarza, co dziwniejsze, że on sam uznał, że jest to 
normalne, że był tu przez cały czas, że reszta zbuntowanego świata, niewidoczna z perspekty-

background image

wy dwuznacznego zbytku, po prostu nie istnieje. Spostrzegł wszakże jedną zmianę: na miej-
scu wspaniałych jelenich poroży na ścianie wisiały jeno bycze portmonety. Co dziwniejsze, 
niektórymi  z  nich  bawiły  się  zgromadzone  panie.  Któraś  wąchała  zapamiętale  pachnącą  pi-
żmem pustkę... Na ścianie ujrzał też ze zdumieniem nowy obraz. Był to „Szał” Podkowińskie-
go, ale w zupełnie innej wersji. Naga piękność siedząc wierzchem okraczała wspinającego się 
byka. Boże, to był Pra-byk! 

Taka  obraza  majestatu  wpędziła  Poczarta  w  dawne  lęki.  Nagle  wszystko  zaczęło  się 

chwiać... Schody wiodące do urządzonego na górze buduaru jego córki wirowały niczym hu-
śtawka. To ta głupia Magda, nie wiedzieć czemu, trzymając się poręczy opierała się grubemu 
Niemcowi. 

Poczart się przeraził. Podszedł do smarkatej i wydał ciche lecz stanowcze polecenie. 
- Na górę. I dogadaj się z nim zaraz jak Polak z Polakiem... 
Zwrócił się w stronę gości, ale naraz ujrzał, że wysadzana daglezją aleja pełna jest jele-

ni. Zawzięcie spałowały korę młodych drzewek. 

- Przyszły. Już za późno na wszystko! - szepnął i usłyszał bijące w Miasteczku dzwony. 
Zdążył pomyśleć ze współczuciem, że on jeden zna smutną prawdę, że w Radzie osioł 

zastąpi przedstawiciela Kościoła, i obudził się nagle. 

Dzwonek  budzika  alarmował  hałaśliwie.  Poczarta  zniosło  z  pościeli.  Zerwał  się  z 

madejowego łoża swego okropnego snu w bezgranicznym poczuciu ulgi. Był Nadleśniczym 
Poczartem,  który  zaraz  wyruszy  do  swej  puszczy,  z  której  przegnać  zdołał  nawet  Wielki 
Numer  Rzeczypospolitej  Ludowej,  byle  dać  Niemcowi  szanse  do  strzału...  Jeszcze  wróciło 
upiorne wspomnienie Pra-byka, ale otrząsnąwszy senne mary wciągał na zdrową nogę grube 
skarpety,  wskakiwał  w  gumiaki,  brał  ze  stojaka  swój  niezawodny  dryling.  Niemiec  był 
punktualny,  za  moment  zajedzie  jego  mercedes.  Był  w  progu,  gdy  światła  zakręcającego 
samochodu  omiotły  dziedziniec  jego  willi.  Poczart  skamieniał:  rząd  daglezji  świecił  trupią 
bielą ospałowanych pni... 

Cichutko  raz  stęknął  za  płotem  klakson  samochodu.  Poczart  ruszył  w  tamtą  stronę. 

Jeszcze krok, jeszcze jeden i  mógł  dotknąć dłonią bielących się pni.  To pierwszy szron po-
srebrzył drzewa. Ranek będzie wspaniały... 

Z  ulgą  opadł  na  siedzenie  samochodu.  Przyjął  ciepły  uścisk  dłoni  starego  Niemca. 

Samochód łagodnie ruszył do przodu. Skończył się senny koszmar. Teraz życie, samo życie... 

- Czy pan wie, Herr Poczart, że jeden z kolegów mówił mi, że w pańskiej puszczy żyje 

jeszcze byk, który pamięta Feldmarszałka Goeringa? 

- Stop!  -  wrzasnął  Nadleśniczy.  -  Stop!  -  krzyknął  raz  jeszcze,  ale  wóz  nieubłaganie 

toczył się naprzód... Była noc... 
 
 
 
 

LUKA TYSIACLEGIA 

 
 

Kustosz Muzeum i szef Instytutu Renowacji Historii w jednej osobie obudziła się wcze-

śnie. Wrzask papug kłócących się w zieleni wilanowskiego parku wyrwał ją ze snu. Pomyśla-
ła  z  rozrzewnieniem,  o  ileż  lepiej  mieli  jej  historyczni  protoplaści  zamieszkujący  Polskę. 
Praczłowiek z końca XX wieku znał ponoć jedynie ćwierkanie wróbli i monotonne krakanie 
gawronów. Świadczą o tym zachowane z tych czasów nagrania. Przypadkowy wybuch maga-
zynów przeznaczonych do neutralizacji bomb „N” w środkowej Europie spustoszył wszystko, 
co oddychało.  Zgodnie z założeniem diabolicznego wynalazcy bomba ta  eksplodując niosła 
śmierć nie uszkadzając niczego poza życiem. Setki lat żmudnego wysiłku złożyły się na zre-

background image

konstruowaną faunę, która tego letniego poranka szalała za oknami pałacu. 

Najpierw powrócili do ogołoconej, lecz jakże dzięki temu chłonnej Ojczyzny, Polacy, 

licznie rozrzuceni po placówkach dyplomatycznych. Sprowadzone dość przypadkowo okazy 
egzotycznej fauny przyjęły się lub wyginęły nie mogąc dostosować się do warunków klimaty-
cznych. Powstał nowy, piękny kraj. Jak każdy młody - spragniony własnej historii. 

Kustosz wiedziała najlepiej, że nie żałowano środków. Jej instytut otrzymał gruntownie 

przebudowany pałac królewski w Wilanowie, którego piękna nie naruszyły mijające tysiącle-
cia, ona sama apartamenty, w których kiedyś, jak udało się zrekonstruować historykom, rezy-
dowała królowa Marysieńka, żona legendarnego króla Jana Sobieskiego. W tych luksusowych 
warunkach, mając zgromadzone w parku wszystkie monumenty i pomniki z XX wieku miała 
przeprowadzić ich identyfikację. Która z granitowych lub odlanych w brązie postaci prezentu-
je którego z wielkich synów narodu. 

Stojąc w oknie, niemal naga, okryta rozpuszczonymi włosami, nie wiedząc o tym pasła 

oczy  swoich  granitowych  podopiecznych.  Przez  starcze  kamienne  ciała  przebiegał  dreszcz. 
Wielki pomnikowy kapłan daremnie usiłował obrócić się na swym marmurowym siedzisku, 
by uniknąć zgorszenia. 

-  Wciórności  -  szepnął  chłopski  polityk,  zidentyfikowany  już  jako  Wincenty  Witos  i 

omal się nie obalił z cokołu, usiłując ukradkiem oczyścić granitową cholewę o połę długiego 
surduta. Siedzący pod dziwacznym drzewem, w którym dendrolodzy rozpoznali niskopienną, 
nieznaną już w trzecim tysiącleciu jabłoń, melancholijny pan, rozpoznany przez uczonych bo-
taników jako profesor Pieniążek (pierwotnie pomnik ów uchodził za monument wyobrażający 
kompozytora  Fryderyka  Chopina)  zerkał  ukradkiem  za  siebie:  nie  mógł  obrócić  się  wraz  z 
tym zakorzenionym w kamieniu drzewem... 

A ona patrzyła na nich obu ze szczególną tkliwością, serdecznie, jak człowiek patrzy na 

wszystko,  co  utwierdza  wartość  jego  pracy.  Inne  pomniki  wciąż  jeszcze  dalekie  były  od 
identyfikacji. Stały milczącymi szeregami niczym więźniowie na gigantycznym apelu historii. 
Gdzieś  zza  zwartej  zieleni  żywopłotu  przezierały  końskie  łby.  Kawaleria,  zawsze  bogato 
prezentowana w tej dziedzinie życia pozagrobowego, miała swój szwadron na zielonej łączce 
nad stawem w dalej położonej części pałacowego parku. Na jego czele siedział oklep na brą-
zowym koniu piękny mężczyzna w rzymskiej tunice. W tej chwili pięknej Kustosz wydało się 
nagle, iż ów mąż, co do którego miała podejrzenie, że prezentuje bardzo ongiś sławnego w 
podręcznikowej historii księcia Józefa Poniatowskiego, na jej widok poprawił się na końskim 
grzbiecie i leciutko uniósł krótki miecz trzymany w wyciągniętej ręce. 

Niebywała pustota ogarnęła panią Kustosz, piękną pięknością młodości, mądrą mądro-

ścią  młodości,  radosną  radością  młodości...  Powoli  ściągnęła  z  ramion  powiewny  peniuar  i 
leniwie przeciągnęła opuszkami palców po piersi pięknej jak młodość... Nagle ze śmiechem 
odwróciła się, za moment błysnęła w oszklonych drzwiach białymi półkolami godnymi alaba-
stru prezentującego kąpiącą się Wenus i znikła w drzwiach łazienki. 

Wśród pomników zapanował spokój. Przywieziony z dalekich Gliwic pomnik generała 

de Gaulle'a dominował w pięknej alei. Do tej pory nie zidentyfikowany francuski mąż stanu, 
świadom był swej fatalnej sytuacji w obcym barbarzyńskim kraju, który w przystępie niezro-
zumiałego paroksyzmu wdzięczności postanowił wystawić mu pomnik w śląskiej mieścinie. 
W  dodatku  stał  obok  cywila  z  krwi  i  kości,  w  którym  Kustosz  rozpoznała  XIX-wiecznego 
pisarza polskiego Bolesława Prusa, i czuł się w tym towarzystwie fatalnie. 

Na domiar złego w klombie u swoich stóp znalazł dość małą porcelanową figurkę, która 

domagała  się  od  niego  honorów  wojskowych,  twierdząc  iż  jest  Marszałkiem  Piłsudskim. 
Generał nie mógł dopuścić myśli, by jakiś Naród nie uświetnił swego Marszałka i Odnowicie-
la prawdziwym pomnikiem, więc traktował tego „porcelanowego oficera” z najwyższą poga-
rdą. Nie mieli zresztą czasu, by sobie pogadać.  Dopiero wczoraj  ta nowa drobniutka postać 
pojawiła  się  w  alei  monumentów  postawiona  tu  przez  Kustosz,  która  ów  dar  potraktowała 

background image

może nie z całą powagą, ale z uwagą godną prawdziwego pracownika nauki. Pragnęła szcze-
rze wyjaśnić, co to za postać zasłużyła na tak zminiaturyzowany pomnik, pochodzący niechy-
bnie z czyjegoś domowego patriotycznego ołtarza. 
 

Słońce było jeszcze nisko i kładło na trawnik długie cienie majestatycznych pomniko-

wych postaci, gdy Kustosz pojawiła się w głównej Alei Niezidentyfikowanych Zasłużonych. 
Nikt  żywy jej nie oglądał,  szła więc swobodnie podskakując raz po raz na jednej  nodze ni-
czym mała dziewczynka bawiąca się w klasy. Ubóstwiała relaksować się w ten sposób przed 
pracą.  Jakby  pogrążanie  się  w  meandrach  dziejów,  od  których  dzieliła  ją  luka  tysiąclecia 
wymagało takiego właśnie antidotum w postaci umłodzieńczenia, udziecinnienia w poszuki-
waniu  absolutnej świeżości  umysłowej.  Była blisko sporego pomnika mężczyzny z wyciąg-
niętą szablą lekko pochylonego w wykroku do przodu. Część konserwatywnych historyków 
utrzymywała  od  dawien  dawna,  że  był  to  Kiliński,  generał  kościuszkowskiego  powstania... 
Zostali jednak ośmieszeni przez badacza, który odnalazł annały cechu z końca XVIII wieku, z 
których wynikało dowodnie, że nazwisko takie nosił zwyczajny szewc, jak wówczas zwano 
ludzi trudniących się wyrobem skórzanej odzieży na stopy. Tak więc jeszcze jedna zagadka. 
Stała z zadartą głową, jakby chciała po prostu zapytać: a pan to kto? - gdy nagle doleciało ją 
ciche chrapanie. Rozejrzała się zdumiona. Strużka dźwięku, delikatnego jakby to biegł po ka-
mieniach lekki strumień, dochodziła od strony krzaku jaśminu na zapleczu granitowego księ-
cia z wyciągniętą „białą bronią”. (Tak zwano w praczasach szable, rapiery, szpady, to wszy-
stko, czym cięło się wroga.) Kustosz jęła się na palcach skradać w tamtą stronę. Rozchyliła 
gałęzie i  zastygła w niemym  zdumieniu. Spał tam z głową na podłożonym ramieniu... Ależ 
tak! Wyrazista piękna twarz nie pozwalała na omyłkę. Pierwszy Obywatel! Człowiek wyzna-
czony  przez  Centralny  Komputer  do  sprawowania  władzy,  człowiek  od  dwóch  dni  poszuki-
wany na terenie całego kraju, człowiek, którego zaginięcie w przeddzień uroczystego przeję-
cia  władzy  kazało  dziennikarzom  i  masmediom  grzebać  w  archiwalnych  przypomnieniach: 
zamach, porwanie, skrytobójstwo? On tutaj? 

Oniemiała  ze  zdumienia  młoda  pracownica  nauki  pochyliła  się  nad  swoim  znalezi-

skiem, niczym archeolog zaskoczony własnym, wiekopomnym odkryciem. Wpatrywała się w 
oblicze  człowieka,  którego  portret  winien  już  od  dwóch  dni  wisieć  w  każdym  urzędowym 
miejscu... Miała okazję porównać go z oryginałem. Przecież i tu do biura Zakładu Renowacji 
Historii  dotarł  ów  obraz  uosobionej  w  tym  człowieku  władzy.  Nie  na  darmo  na  rok  przed 
terminem typowano kandydata w licznych komputerowych sondażach, sprawdzano i porów-
nywano  dane  i  wyniki,  aby  mieć  absolutną  pewność,  że  władzę  obejmuje  najlepszy  z  najle-
pszych.  Wszystko  to  w  niczym  nie  zmieniało  powtarzającej  się  historii;  żaden  ze  sprawują-
cych najwyższy urząd w Polsce nie doczekał dotychczas spokojnie końca swej kadencji. 

Gdy o tym myślała, nagle pojęła wszystko. Spał przed nią Dezerter Władzy, pierwszy, 

który zdecydował  się sprzeciwić wyborczemu  terrorowi nauki.  Chłonęła  wzrokiem  tę twarz 
męską, ale owianą melancholijnym wdziękiem jakiejś nieuchwytnej słabości, rysy stanowcze, 
z wyrazem niemal surowości, ale przełamanej cieniem łagodnego uśmieszku w kąciku warg. 

Wyprostowała się i rozejrzała uważnie w koło. Pomyślała od razu, że zaczyna działać 

jak normalny spiskowiec. Ale wokół były tylko milczące pomnikowe monumenty i pobłysku-
jąca porcelaną mała, ukryta w klombie figurka... Pomyślała, że ta skamieniała w pomnikach 
władza dalekiej przeszłości, przed którą kiedyś drżeć musieli mieszkańcy tej ziemi, ma mniej 
do powiedzenia niż zielona papuga, dekorująca w tej chwili swym guano epolety któregoś z 
kamiennych generałów... Tak, w tej chwili Dezerter był nie zagrożony. Któżby szukał wśród 
pomników dawnej potęgi i władzy kogoś, kto przed nią dzisiaj ucieka? 

Mężczyzna  poruszył  się  i  otworzył  oczy.  Przez  chwilę  patrzył  niezbyt  przytomnie, 

jakby  nie  zdawał  sobie  sprawy,  gdzie  się  znajduje,  potem  oderwał  wzrok  od  sylwetki  pani 
Kustosz, objął nim szereg postumentów, który zdawał się czekać na rozkaz „do defilady” i ze-

background image

rwał się na nogi. Stał przed nią ktoś, kto od dwóch dni powinien decydować o ich wspólnym 
losie, i  teraz wyraźnie szukał  w myślach  pierwszego  słowa. Nie, nie pozwoli  mu na jałowe 
wykręty,  żadnej  blagi!  Pojęła,  że  nagle  jęła  szanować  urojony  przez  siebie  obraz  Dezertera 
Władzy... 

- Wiem wszystko. To znaczy wszystkiego się domyślam - szepnęła. 
Ten szept zamknął ich w delikatnej siatce ochronnej konspiracyjnej wspólnoty. 
Dezerter wstał i pochylił głowę całując jej delikatną dłoń. Dostrzegła parę siwych wło-

sów i rozczuliło ją przeświadczenie, że na portrecie nie było ani jednego. Osiwiał tu, pragnąc 
u niej schronić się przed wyrokiem, jaki w tym kraju oznacza sprawowanie władzy. 

- Przejdźmy tamtędy. Ukryję pana na razie w moim mieszkaniu. 
Ujęła go za rękę i pociągnęła za sobą w boczną alejkę. Przebiegli szybko obok szwadro-

nu konnych pomników, prowadzonych przez zidentyfikowanego już księcia Józefa - choć rze-
źbiarz przebrał go w rzymskie szaty, zamiast butów z cholewami dał mu sandały, upokarzając 
w nim kawaleryjskiego ducha, nie zadbał o siodło i popręg... 

Urocza Kustosz nie wiedziała, ile niezdrowych emocji wzbudziła swym przejściem tuż 

obok niepoprawnego kobieciarza, więcej  chyba niż odczuł Dezerter, żywy przecież mężczy-
zna, bynajmniej nie z kamienia, jak miało się wrychle okazać. Ukrywając swego gościa prze-
biegła obok gęstego szpaleru żywopłotu i klucząc między kępami kwitnących bzów dopadła 
nieoficjalnego prywatnego wejścia do Pałacu od strony swych apartamentów. I oto za chwilę 
mężczyzna, w którego ręce skomputeryzowana nauka oddać chciała władzę w naszym kraju, 
siedział zamiast na przydziałowym superfotelu na brzegu delikatnego szezlonga, zrekonstruo-
wanego przez konserwatorów, zgodnie z domniemanym gustem królowej Marysieńki. 

Czyż  muszę  pisać  o  tym,  co  ta  sytuacja  stanowiła  dla  wrażliwej  młodej  kobiety,  z 

wykształcenia  historyka.  Oto  siedział  przed  nią,  przyzwyczajoną  do  śledzenia  losów  ludzi 
bezwzględnie  walczących  o  władzę,  ktoś,  kto,  ratując  swą  godność,  przed  władzą  uciekał. 
Zamiast zaklętych w kamień i brąz ambicji, zamknięta w cichym kształcie pięknego mężczy-
zny delikatność i siła, która pozwoliła mu się wyzwolić z odwiecznych męskich ambicji. 

I  nagle  w  ciągu  paru  minut,  ona,  oschły  naukowiec,  przemieniona  w  kobietę,  szykuje 

śniadanie dla człowieka, który poruszył jej serce i wyobraźnię. Krzątając się po kuchni uprzy-
tomniła sobie, że jej gość po nocy spędzonej na trawniku pragnie zapewne jakoś się orzeźwić 
i przerwawszy swe kulinarne zajęcia, pobiegła przygotować kąpiel. 

Ledwo zamknęły się za  nim drzwi łazienki porwała ze  swego biurka nadesłany  przed 

trzema  dniami  portret  dostojnego  władcy  i  dopiero  ustawiwszy  go  w  zasięgu  wzroku  nad 
kuchennym stołem, wróciła do przerwanych czynności. 

Po chwili stół jadalny, za którym biesiadował ongiś Jan III Sobieski, był już nakryty. Z 

bijącym sercem podeszła na palcach do drzwi łazienki. Była cisza. Nic się nie ruszało. Zanie-
pokojona,  uchyliła  drzwi.  Ujrzała  opartą  na  brzegu  wanny  głowę.  Chrząknęła  cichutko:  On 
nie drgnął.  Zrobiła krok i  ujrzała, że oczy ma zamknięte, oddycha  głęboko:  spał. Jej  wzrok 
powędrował niżej. - Myśli o mnie - olśniła ją kobieca pewność na widok wspaniałej męskiej 
kreacji. On otworzył  oczy.  Wstał  nagi,  niczym  pomnik  spryskany  wiosenną burzą. Jesteśmy 
w  trzecim  tysiącleciu.  Słowo  „pruderia”  obejmuje  pół  kolumny  druku  w  encyklopedii,  by 
przybliżyć współczesnym to pojęcie zamierzchłej przeszłości. 

- Tak - powiedziała tylko ona. Wstępując do wanny zrzuciła przez głowę swą szatę. 
Złączeni  kochankowie  drgnęli  równocześnie.  Wszystko  w  nich  było  już  jednością... 

Więc  drgnęli  równocześnie  słysząc  czyjeś  głębokie  kichnięcie...  W  tym  momencie  poczuli 
jakiś zapach. 

- Jajecznica! - krzyknęła Kustosz i niemal  w chwili  spełnienia  oderwała się od kocha-

nka. Od strony kuchni niosło kłęby dymu... 

Dopiero przy stole... Pomyśleli o tym równocześnie... 
-  Kto  kichnął?  -  to  Dezerter  Władzy  wyartykułował  dotychczas  nieuświadomione 

background image

poczucie zagrożenia. 

Kustosz wybiegła przed pałac. Była cisza. Rzędy nieruchomych pomników. Pogadywa-

nie papug przelatujących z jednej dostojnej głowy na drugą. 

- Musiało nam się coś zdawać - chciała uspokoić kochanka. 
- Przecież wiesz, co mi grozi, jeśli mnie wykryją. Zostanę skazany na sprawowanie wła-

dzy i wszystko co potem... 

Nie, nie mogła dopuścić do tego, by najbliższy jej człowiek stracił godność, a może i 

życie. Raz jeszcze pełna niepokoju obiegła cały rejon Osiedla Pomników. Nie znalazła niko-
go.  Teren  był  niedostępny  dla  zwiedzających,  personel  naukowy  dziś  nie  miał  wstępu.  Był 
dzień wolny od pracy. Nie było nikogo. 

Nie  było  już  nikogo,  ale  przecież  jeszcze  przed  paroma  minutami  ktoś  był.  Najwybi-

tniejszy Agent Służb Obywatelskich, któremu zlecono śledztwo w sprawie zniknięcia Deze-
rtera  Władzy,  trafił  na  ślad  uciekiniera.  Przekonany,  że  matecznik  skamieniałej  przeszłości, 
jakim było Osiedle Pomników, stanowi jego kryjówkę, wtargnął podstępnie na teren będący 
Rezerwatem Naukowców i tu, w chwili, gdy tylko dzięki przypadkowi nie zastał poszukiwa-
nego  na  terenie  parku,  postanowił  uciec  się  do  środków  udoskonalonej  techniki  podsłuchu. 
Przekonany,  że  w  chłodne  noce,  jeśli  uciekinier  nawet  nie  zaklnie,  to  chociaż  zakaszle  lub 
kichnie, upewniając organy ścigania, gdzie znajduje się jego kryjówka, zainstalował zminiatu-
ryzowaną pluskwę podsłuchu w kroku jednej z kamiennych postaci, szpulę do nagrań w jego 
postumencie  i  był  się  właśnie  szykował  do  odejścia,  gdy  dym  dobywający  się  z  otwartego 
okna kuchni apartamentów Kustosz zmusił go do kichnięcia. Bojąc się grożącej mu dekonspi-
racji umknął natychmiast za parkowe ogrodzenie świadom, że zrealizował swe szpiegowskie 
zamierzenie, zastawił akustyczną pułapkę... 
 

Była głęboka noc. Majowa, pachnąca, oddychająca niewidzialnym życiem. Tymczasem 

w Alei Zasłużonych rozgorzała dyskusja. Zaczęła się od tyrady ukrytego w kwiatach porcela-
nowego posążka Marszałka Piłsudskiego. 

-  To  hańba  -  oznajmił  nagle  w  przetykanej  przez  cykady  ciszy.  -  To  hańba.  Ja,  który 

Polaków  do  największych  prowadziłem  zwycięstw,  oglądam  nad  sobą  olbrzymi  monument 
jakiegoś byle generała... 

Potężne chrząknięcie de Gaulle'a poruszyło chyba osadzony na kolczastej łodydze pąk 

róży, bo porcelanowy pomniczek zaklął brutalnie. 

-  De Gaulle! Kto słyszał o takim  generale. Nie było  takiego  ani  w armii  austryjackiej, 

ani rosyjskiej... 

- Znałem pana. W zwanzig roku byłem tu z generałem Weygandem. 
- Proszę nie wspominać o tym pyszałku - syknął porcelanowy posążek. 
- To był srogi wódz - powtórzył z godnością kamienny de Gaulle. 
- Niech się pan nie dziwi, generale, nasz Marszałek, gdy się zapędził pod Kijów i myślał 

cichcem o Moskwie, to kiedy mu światli mężowie mówili, by pamiętał, co się stało z Żółkie-
wskim i Napoleonem, którzy byli wielkimi wodzami, powiedział: „To byli durnie. Nie mieli 
tego geniuszu wojennego co ja”. 

-  I  kto  to  mówi?  Pan  Witos,  znany  w  historii  naszego  państwa  z  bezceremonialnego 

stosunku do wszystkich funkcji państwowych. Pański pomnik powinien stać na apelu w Be-
rezie na więziennym podwórzu. 

- To pański tam stać powinien. 
- Panowie - mruknął de Gaulle - Jest to unmöglich, by suwerenność narodu mogły dzie-

lić reprezentujące rozmaite interesy partie polityczne... 

-  Prawdę  mówiąc,  polityka  interesowała  mnie  tylko  o  tyle,  o  ile  uzupełniała  sprawy, 

które rozstrzygało i rozstrzygać powinno wojsko. Kto mnie, do diabła, opakował w te pachną-
ce krzewy? Czuję się tu jak w ukraińskim dworku w 1920. 

background image

- Znów te wschodnie anachroniczne ciągoty - sarkastycznie odezwał się Witos. 
- Nie anachroniczne. Ja niedawno gadołech, co by była Ojropa po Urol... - wtrącił się de 

Gaulle. 

- Przepraszam, i w tej dziedzinie byłem pierwszy - oburzył się porcelanowy Marszałek. 

- Pierwszy byłem ja, który zwycięstwa odnosiłem tak, że na jebał pies rzucałem inne sprawy, 
rzucałem się w jedną stronę, obejmowałem dowództwo i zwyciężałem. Zwycięstwa odnoszo-
ne były pod moim batem... 

- Dzisiok ten styl dowodzenia jest mało aktualny - skontrował de Gaulle. 
-  Zawsze  najważniejszy  jest  owies  i  morale  —  mruknął  niechętnie  porcelanowy  Mar-

szałek. 

-  A  jeśli  chodzi  o  dowodzenie  to  generał  Weygand  —  zaczął  wypowiedź  Generał  de 

Gaulle. 

- Niech pan zamilczy, obcy generale, któremu pomniki stawiają moi rodacy. Nie wiem, 

dlaczego  Bóg  kazał  mi  żyć  w  Polsce.  A  propos,  czemu  to  pan  tak  kaleczy  piękny  polski 
język? 

- Rzykom śląskim dialektem. Polacy postawili mnie przecież w Zabrzu... 
-  A  może  we  własnym  kraju  też  nie  ma  pan  pomnika?  -  spytała  figurka  z  nadzieją  w 

głosie. 

-  Meinung  jak  mój  naród  i  ja  sam  mamy  o  swoich  obowiązkach...  -  jął  pompatycznie 

mówić generał i nagle szepnął przejmująco: psst! 

Noc wypełniała na powrót cisza. Słychać było skrzyp żwiru pod stopami pary zbliżają-

cej się w ciemności. 
 

Nie wiedzieli, ile czasu minęło, nie liczyli godzin ani momentów ekstazy tak częstej, że 

mogliby  być uznani  w  najgłębszej przeszłości  za istnych  gladiatorów miłości. W  maleńkim 
zakolu  trawnika,  zasłonięci  od  najlżejszych  nawet  podmuchów  nocnego  wiatru  szerokimi 
plecami de Gaulle'a, monumentalną pnącą jabłonią profesora Pieniążka, zanurzeni w zapachu 
bzów,  zapomnieli  o  reszcie  świata,  o  władzy,  od  której  sprawowania  umknął  Dezerter,  o 
wszystkich niebezpieczeństwach świata. 

Wczesnym  świtaniem,  gdy  usnęli  oboje  znużeni  miłością,  Dezertera  ocknął  jakiś 

dźwięk.  Ktoś  pukał  w  szybę  apartamentu  pani  Kustosz.  Widać  stąd  było  barczystą,  jakby 
znajomą sylwetkę... Obudził ostrożnie swą kochankę. 

- Kto to może być? - spłoszyła się pełna złych przeczuć. 
- Och, to Gienek - odetchnął z ulgą Dezerter. - Mój szwagier... Na pewno ma dla mnie 

jakieś wiadomości... 

-  Powiedziałeś  komuś,  gdzie  się  ukryjesz?...  -  szepnęła  z  wyrzutem.  Kropelki  rosy 

zaplątane we włosy tworzyły złudzenie, że ma na czole cudowny diadem. 

- Poczekaj... - szepnął i pobiegł w stronę pałacowego podestu. 
- Już się pojawia rodzina, a było nam tak dobrze — milczące pomniki przyjęły dyskre-

tnie dziewczęce zwierzenie...  

Kustosz  poprawiwszy  szaty  ruszyła  w  stronę  swych  apartamentów.  Po  chwili  już 

wewnątrz  rezydencji  wysłuchała  trwożnie  relacji  krewniaka  swego  kochanka.  Sytuacja  była 
groźna. Służby obywatelskie nie ustawały  w poszukiwaniach.  Utrwaliło  się przekonanie, że 
aktem  dezercji  kandydat  wyznaczony  do  sprawowania  władzy  raz  jeszcze  dał  dowód  swej 
wysokiej inteligencji i wielkich kwalifikacji na stanowisko Pierwszego. 

Przybysz, zreferowawszy sytuację, nalegał, aby jego krewniak jednak podporządkował 

się woli narodu i przyjął straszną funkcję przewodzenia Polakom. 

- Wiem, że chodzi ci tylko o tę twoją wypoczynkową działkę na Księżycu - żachnął się 

w pewnej chwili Dezerter Władzy. - Nie myśl, że nie znam twoich wyrachowań. 

-  Nie  mam  się  czego  wstydzić.  Reprezentuję  umiarkowaną  prywatę  i  powinieneś  to 

background image

docenić. Nie upieram się co do lokalizacji działki, wezmę, co dasz, ale władzę objąć musisz. 

-  Grozisz  mi  denuncjacją?  -  zapytał  wprost  Dezerter.  -  Uniósł  się  nieco,  oddychał 

szybko,  podkrążone  z  miłosnego  wysiłku  oczy  miotały  płomienie.  Był  piękny!  „Nigdy  nie 
dopuszczę do jego zguby”  - pomyślała Kustosz  - „uratuję jego  godność. Nie dopuszczę, by 
sprawował  władzę  w  tym  kraju.”  Była  w  tej  chwili  niczym  lady  Macbet  gotowa  na  pope-
łnienie każdej zbrodni, w imię nie dążenia do władzy, a ucieczki przed nią. 

Na szczęście szwagier miał słabą głowę. Zmęczony nocnym błądzeniem zasnął po kilku 

serwowanych  mu  podstępnie  kieliszkach  czegoś  bardzo  mocnego.  Nie  wiedzieli,  co  poczną 
dalej, pewne było jedno: jak długo ten, co zna kryjówkę Dezertera Władzy, jest w ich rękach, 
są jeszcze bezpieczni. 
 

A tymczasem na Osiedlu Pomników zagrała wyobraźnia kamiennych panów, roznamię-

tniona bądź obserwowanymi w świetle księżyca miłosnymi scenami, bądź tylko podniecona 
ich dolatującą wyraźnie w każdy zakątek parku wersją  akustyczną: westchnieniami, jękami, 
okrzykami entuzjazmu i zachęty... 

Pierwszy stęknął Witos. 
- Wciórności - powiedział z wolna - przypomniało się człowiekowi niejedno z tego, co 

się działo na stogach przed pierwszą wojną światową... 

- Ach, wojna - szepnęła porcelanowa postać. Ona jedna zdawała się nie znać dreszczu, 

który przebiegł kamienne postacie w obliczu miłosnego seansu... 

-  Za każdym razem  gdym  dzieło wojny sam  własnymi  rękami czynił, odnosiłem zwy-

cięstwa, które w dziejach tej wojny były epokami... 

- Mówiliśmy o kobietach... - szepnął nieśmiało kamień spod pochyłej wierzby. 
-  Tu  so  baby  —  mruknął  francuski  generał.  -  Jak  jo  tu  jechoł,  widziałech  za  bramą 

posąg Wenus. Ale ona ni ma ręców... 

- To już wolę Nike - oznajmiła porcelana. 
-  Bez  głowy  —  zareplikował  Francuz,  który  tyle  razy  oglądał  ten  posąg  na  schodach 

Luwru. 

- Ale to bogini zwycięstwa. Ze skrzydłami zwycięstwa - szepnęła marzycielsko porcela-

nowa figurka. 

Ale  przerwał  kolejną  tyradę.  Od  strony  wierzby  Chopina,  uchodzącej  do  tej  pory  za 

niskopienną  jabłonkę  profesora  Pieniążka  doszły  go  wyszeptane  wyraźnie  miłosne  słowa, 
skierowane do George Sand... 

- Boże, przypomniało mi się upalne lato w Nohant... 

 

Kamienny  kochanek  zanuciwszy  dwa  takty  walca  umilkł.  Siedział  nieruchomy,  zamy-

ślony, nieobecny. 

-  Wciórności  -  stęknął  znowu  chłop,  chcąc  wrócić  do  wątku,  ale  porcelanowa  figurka 

uciszyła go sceptycznie. 

- Za krótko uczyli was w Brześciu kultury... 
Tego pomnikowa godność pierwszego premiera odrodzonej Rzeczpospolitej nie wytrzy-

mała. 

- Mogę milczeć. Proszę, pańska kolej, może słów parę o pani doktor Lewickiej... 
Porcelanowy Marszałek chciałoby się rzec „skamieniał”. 
Zapadła złowroga cisza. 
- To cały naród słał wodzowi kartki imieninowe na Maderę tak, że zatkano na tydzień 

wszystkie  skrzynki  pocztowe,  gdy  tymczasem  Wódz  Narodu  ze  swą  medycznie  kształconą 
kochanką... 

Ciężko odchrząknął posąg de Gaulle'a. 
- Niech pan się opamięta. Nas, oficerów, obowiązuje kodeks honorowy. 

background image

Głos był gniewny. Nikt nie mógł wiedzieć, że pomnikowi dokucza „pluskwa” podsłu-

chu wpięta w kamienny krok, że drażni go szum nawijającej się taśmy nagrania. 

Ale  niełatwo  było  uspokoić  roznamiętnione  monumenty.  Milczący  pod  swą  jabłonką 

pomnik, uchodzący dotychczas za profesora Pieniążka, powiedział melancholijnie... 

- Przypomniała mi się pani George Sand. 
Kamienni  mężowie  umilkli.  Wiadomo,  jak  często  politycy  żywią  słabość  do  wielkich 

świata  kultury.  Oni  wiedzieli,  że  słyszą  nieśmiałego  i  delikatnego  Chopina.  Nawet  generał 
ucichł i przysłuchiwał się uważnie. Trwało to długą chwilę, nim znów uczuł niedogodność w 
kroku i sięgnąwszy w ciemności kamienną dłonią tam, gdzie pomnikowi sięgać nie wypada, 
ku  swemu  zaskoczeniu  i  uldze  zamiast  guza  pomnikowej  prostaty  wykrył  haniebny  dowód 
szpiegostwa.  Wyszarpnął  to  z  kamiennego  kroku  i  ze  wstrętem  cisnął  w  stronę  pałacowego 
podestu. 
 

Kustosz poderwała się z okrzykiem. 
  Ktoś cisnął kamieniem!   zawołała tuląc się do Dezertera.  
Ten wstał i otworzył szeroko oszklone drzwi. Przed nimi leżało urządzenie podsłucho-

we. Jako Kandydat Władzy poznał wszystkie technologie jej sprawowania. Nie był mu obcy i 
ten  dział  elektroniki.  Ongiś,  w  latach,  w  których  rządziły  zgromadzone  w  parku  pomniki, 
urządzenia podsłuchowe emitowały fale na bezpieczną odległość, gdzie automat nagrywał je 
na  wijące  się  cierpliwie  taśmy.  Dziś  zminiaturyzowane  urządzenie  obejmowało  wszystko: 
podsłuch  i  bezpośrednią  rejestrację  mowy.  Wystarczyło  włączyć  służącą  podsłuchowi  „plu-
skwę” do kontaktu i ustawić mikronadajnik na odpowiednią częstotliwość... Dezerter urucho-
mił aparaturę. Zarejestrowane głosy wypełniły pokój. 

Kustosz zapomniała o bożym świecie. Gdzieś oddaliło się poczucie zagrożenia Dezerte-

ra Władzy. Oto słyszała na własne uszy głos swoich pomników, oto one same określiły swoją 
historyczną osobowość. Błogie poczucie wielkiego naukowego odkrycia, pewność spełnione-
go  obywatelskiego  obowiązku,  odzyskanie  dla  Narodu  jego  przeszłości,  no  i  wreszcie  coś, 
czego  przed  nią  nie  dostąpił  żaden  z  historyków      materialne  niemal  zetknięcie  się  z  prze-
szłością... 

Słuchali oboje z zapartym tchem. Aż do tej chwili, gdy mówiący śląską gwarą generał, 

o którym już teraz wiedziała, że jest XX-wiecznym  wojewodą śląskim, generałem Ziętkiem 
szepnął „Psst”... 

Bo potem usłyszała siebie. Swoje miłosne gruchanie, rytmiczne przywoływanie imienia 

kochanka,  jego  zdyszane  pojękiwanie,  jej  własne  zawstydzające  prośby  i  ponaglenia  całe 
zarejestrowane  na  taśmie  akustycznej  porno,  bardziej  dla  osób  wrażliwych  podniecające  od 
ordynarnych ruchomych filmowych obrazów. 

  Przestań!      szepnęła  płoniąc  się.  Ale  zagłuszyło  ją  jej  własne  kwilące  ponaglenie: 

jeszcze, o jeszcze, jeszcze, o jeszcze i jeszcze, jeszcze... 

Nie zauważyli, kiedy resztę posłuchania kończyli w miłosnym zwarciu pod jej szeptane 

prośby, jego coraz śmielsze męskie ponaglenia... 

Przestali dopiero na męski głęboki głos. 
  Wciórności   powtórzył z taśmy pomnikowy Witos. 
  Za mało uczyli was w Brześciu kultury    przywołał do porządku głos porcelanowego 

Marszałka. 

Zawstydzona Kustosz spiesznie wkładała majtki, jej kochanek leżał na boku, poprawia-

jąc spodnie... W tych warunkach słuchali rozmowy o George Sand. A było czego posłuchać. 
Wprawdzie wieszcz fortepianu umilkł po tym krzywym westchnieniu, ale odezwał się półgło-
sem generał w te słowa: 

  Wiadomo, że współcześni Fryderykowi mówili, że ten romans doda pieprzu epoce. 
Teraz odezwał się maleńki i skromny, niczym przechodzień, pomnik Bolesława Prusa. 

background image

  Z całym  szacunkiem do uczucia muszę w tym  miejscu przypomnieć zdanie kogoś  ze 

współczesnych Fryderykowi, który twierdził dosłownie: oni oboje są ludźmi na miarę pomni-
ków. Na wspólnym cokole zanudzą się na śmierć. A w łóżku pomniki mogą być jedynie śmie-
szne. Z drugiej jednak strony Heine twierdził, że koleżanka Sand jest piękna niczym Wenus, a 
nawet  piękniejsza  od  niej,  bo  młodsza...  No  niechże  pan  coś  powie,  Fryderyku.  Po  cóż  ta 
dyskrecja, pani Sand miałaby dzisiaj grubo ponad tysiąc dwieście lat... 

  Jest pan niedelikatny   oznajmił niespodziewanie porcelanowy Marszałek.   To, że pro-

wadziłem  naród  do  legendarnych  zwycięstw,  nie  oznacza,  bym  nie  cenił  męskiego  honoru, 
jakim jest dyskrecja. 

- Muszę jednak dodać - upierał się pisarz — że skoro mowa o Heinem i o pani Sand to 

chyba jako kolega po piórze mam prawo do swego zdania. Cenię takt pana Chopina, ale znam 
wypowiedzi współczesnych, bardzo go obrażające: „biedny Chopinek, łatwo zliczyć książki 
pani Dudevant, która nazwała się George Sand, ale nie sposób doliczyć się jej kochanków...” 

W tym momencie nastąpił jakiś zgrzyt i oto taśma nagrania skończyła się gwałtownie. 

To była chwila, gdy generał natrafił kamienną dłonią na „pluskwę” założonego mu podstępnie 
podsłuchu. 
 

-  Kochany!  -  krzyknęła  Kustosz  rzucając  się  w  ramiona  Dezertera  Władzy.  -  Co  za 

odkrycie. Ten pan pod drzewem to nie profesor Pieniążek pod swą niskopienną jabłonką, to 
wieszcz  muzyczny  Polaków,  Fryderyk  Chopin!  Nie  mogę  też  już  mieć  wątpliwości,  że 
kamienny generał z Gliwic to generał Ziętek. Przecież słyszałeś jego śląską gwarę. Przepada 
kretyńska  wersja,  że  Polacy  stawiali  pomniki  francuskim  przywódcom.  Jestem  szczęśliwa  - 
wykrzyknęła z emfazą w głosie i nagle znieruchomiała: od strony parkowej pałacowej bramy 
niosło gwar i okrzyki. Nie było wątpliwości: zbliżał się groźny i głośny tłum. 

Oto Agent Służb Obywatelskich nie znalazłszy na miejscu swych urządzeń podsłucho-

wych  jął  się  starego  sposobu  -  prowokacji.  Zebrawszy  grono  zorganizowanych  krzykaczy, 
przebiegając ulice i  place stolicy rozgrzał  niemały  tłum  młodych przeważnie awanturników 
kolportowaną uparcie informacją, iż Dezerter Władzy ukrywa się na terenie Osiedla Pomni-
ków w Instytucie Renowacji Historii. Kustosz wybiegła na taras i z miejsca oceniła skalę za-
grożenia. W panice chwyciła za rękę Dezertera Władzy i pociągnęła go w głąb parku. Miotała 
się  przez  chwilę  usiłując  znaleźć  krzaki  dość  gęste,  by  ukryły  zbiega,  aż  dopadła  do  alejki, 
którą  cwałował  Książę  Józef  w  stroju  niedbałym.  O  parę  metrów  od  jego  brązowego  konia 
przed  tysiącleciem  tu  ulokowane,  jako  zwieńczenie  marmurowych  pałacowych  schodów  - 
zejście do ogrodów - dwa posągi cwałujących rumaków. 

- Na koń! - krzyknęła Kustosz... 
Dezerter nie darmo miał najwyższy wśród Polaków  wskaźnik inteligencji, który spra-

wiał, że otrzymał wyrok sprawowania władzy, w lot się domyślił, że ma udawać marmurowy 
posąg. Rozpędził się, by wskoczyć na grzbiet kamiennego rumaka... 

-  Spodnie!  -  krzyknęła  rozpaczliwie  jego  wybawicielka.  Rzut  oka  na  dezabil  Księcia 

Józefa wystarczył, by Dezerter zorientował się, o co chodzi. Nie mógł w spodniach udawać 
klasycznego posągu. Za chwilę obciążone kamieniem spodnie naszego bohatera sięgały dna 
zbiornika  pałacowej  fontanny,  a  Kustosz  biegła  w  stronę  swych  apartamentów.  Ale  za  mo-
ment zastygła w bezruchu. Ukryta za krzakiem bzu widziała, jak rozjuszony tłum wyciąga z 
jej mieszkania broniącego się rozpaczliwie Szwagra. 

Popychany przez rozjuszoną gawiedź, która nie dopuszczała go do słowa, posądzony o 

to, że jest Dezerterem Władzy, kroczył ze związanymi serwetką rękami w stronę  czekającej 
go golgoty rządzenia. 

-  Na  Belweder!  -  huczał  tłum,  a  Kustosz  wdzięczna  za  ocalenie  swego  kochanka  z 

rozpaczą myślała o tradycji rodzinnej polityki kadrowej tak często promującej zupełnie przy-
padkowe postacie... 

background image

 

Nadszedł wieczór. Uspokojeni co do swego bezpieczeństwa kochankowie przechadzali 

się  po  parku.  Właśnie  skończyli  oglądać  transmisję  inauguracji  władzy  Szwagra.  Kustosz  z 
głową wspartą o ramię kochanka wdychała upajającą woń bzu. Nagle Dezerter Władzy potę-
żnie kichnął. Ubrany był tylko w płaszcz kąpielowy swej kochanki. 

- Mój Boże! Przeziębiłeś się. 
- Chyba tak. Siedziałem goły na tym zimnym koniu... 
- Dlaczego Książę Józef jest bez spodni? - użaliła się Kustosz. 
- Podobno był kobieciarzem! - szepnął Dezerter i objął ją, a potem delikatnie złożył na 

pachnącej  trawie.  Nagle  oboje  drgnęli  przestraszeni.  Z  klombu  róż,  gdzie  Kustosz  ustawiła 
porcelanową figurkę, wyrwała spłoszona antylopa dik-dik. Jak wspomniałem, w tragicznym 
wybuchu sprzed tysiąca lat, który zniszczył w Polsce życie nie niszcząc pomników kultury i 
cywilizacji, wyginęła cała ówczesna fauna. Odbudowana przez przypadkowy import, dokony-
wany  przez  Polan  wracających  z  dyplomatycznych  placówek,  odradzała  się  w  dość  przypa-
dkowy  sposób.  I  tak  oto  afrykańska  antylopka  dik-dik,  mniejsza  od  zająca,  ubrana  w  tym 
klimacie w futro gęste, niczym mongolski yak, zastąpiła popularną ongiś sarnę. 

Dezerter roześmiał się z ulgą i chciał obrać swą pannę z delikatnej bluzeczki, ale ona 

była zdekoncentrowana i niespokojna. 

-  Poczekaj  chwileczkę.  Boję  się,  że  dik-dik  uszkodził  porcelanowego  Marszałka...  - 

podniosła się spiesznie. 

I  rzeczywiście  figurka  leżała  na  ziemi  niczym  torreador  obalony  przez  furiacki  atak 

byka. 

Kustosz dmuchnięciem spędziła z epoletów laleczki źdźbło trawy i ustawiła w dawnej 

pozycji. 

-  Ile  się  przez  tę  noc  wyjaśniło  -  szepnęła  znacząco.  -  Jutro  pomożesz  mi  umieścić 

plakietki rozpoznawcze. 

-  Mamy  Chopina  -  wskazała  ruchem  głowy  pomnik,  który  do  wczoraj  uchodził  za 

monument  postawiony  profesorowi  Pieniążkowi.  -  Generała  Ziętka,  Wojewodę  Śląskiego  - 
wskazała na de Gaulle'a... — Wyobraź sobie, co za brak inteligencji. Mój asystent twierdził, 
że  to  pomnik  francuskiego  męża  stanu.  W  Gliwicach.  Czy  można  sobie  wyobrazić  naród, 
który nie ma pomnika swego pierwszego Marszałka, tak czy owak twórcy niepodległości, a 
honoruje Francuza. Swoją drogą, coraz częściej myślę, że ta porcelanowa figurka to zwykłe 
nieporozumienie.  Może  to  jednak  jest  właśnie  ów  nierozpoznany  Marszałek  Piłsudski?...  - 
wskazała na Kilińskiego z wyciągniętą szablą. - Przed nami jeszcze wiele pracy. 

Ale przecież nie praca była teraz na myśli ocalonego  Dezertera Władzy. Pociągnął na 

trawę  swą  kochankę.  Złączeni  nie  słyszeli,  bo  słyszeć  nie  mogli,  jak  porcelanowa  figurka 
wyszeptała pod sumiastym porcelanowym wąsem: „Będę prosił Boga, aby nie posyłał Polsce 
wielkich ludzi...” 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

SŁOWO OFICERSKIE 

 
  

Jest  taka  złudna  optyka,  że  pamięć  historyczna  mego  pokolenia  poczęła  się  w  roku 

1939. Mamy na myśli polski wrzesień i początek II wojny światowej. Gdy cofam się myślami 
w  tamten  czas,  proszę  o  prywatną  „prolongatę  wstecz”  o  jeden  miesiąc.  Bo  dla  mnie  świat 
skończył  się  w  sierpniu.  Ja,  maturzysta,  wtedy  właśnie  zamknąłem  swą  prywatną  epokę  — 
nad rozlewiskami Prypeci na Polesiu. 

Czy  to  możliwe,  żebym  zapamiętał  pierwszy  złoty  liść,  który  z  nadbrzeżnej  brzozy 

opadł na ciemny, leniwy nurt i wirując, i kręcąc się płynął wzdłuż szuwarów równolegle do 
naszej łódki „duszehubki”, którą wiosłował „na pych” Hrynio Perepczuk, w parcianych port-
kach, wyglądających na  długie kalesony, w łykowych łapciach na stopach, zapartych o dno 
łodzi narzucone strzelonymi przeze mnie kaczkami? Ale ja ten liść pamiętam. On tam wten-
czas był, kazał się zauważyć. I pomyśleć, że tak, jak to źdźbło, spłynęły stamtąd setki tysięcy 
ludzi, że... 

Na razie płyniemy. Hrynio pochyla się rytmicznie, napierając na grzęznący w mulistym 

dnie drąg. Piękny, z gęstą grzywą niestrzyżonych od dawna włosów, niczym uczłowieczony 
niedbale faun, wywabiony z tych głębin bagiennych. 

Dobiliśmy do brzegu. Stąd musimy iść na piechotę. Wyrzucam  na brzeg opasłe krzy-

żówki i drobne cyranki, do których strzał daje tyle satysfakcji. Odsłania się muliste, czarne, 
zapłynięte  nabraną  wodą  dno  łodzi  i  widzę  siebie  -  płowe  ogromne  włosy,  oko,  którego 
jeszcze ani razu nie zmrużyłem, celując do człowieka... To ja? Niemożliwe. Ja też spłynąłem, 
jak tamten pierwszy złoty liść, co przeczuł nadchodzącą jesień. Ten, co został, stary człowiek, 
który się biedzi nad wywołaniem własnej młodości, jest szczery, jak czarownik prymitywne-
go  plemienia,  wywołujący  duchy  przodków.  Tak,  bo  tamten,  odbity  w  lusterku  wody,  jest 
przecież moim  przodkiem. W linii  prostej. Nawet  chyba ma tę samą linię losu,  zapisaną na 
dłoni (ponoć się nie zmieniają, jak linie papilarne)... 

Więc tamten odgarnia z czoła włosy i patrzy, jak Perepczuk, pochylony, kudłaty, piękny 

jak diabeł,  co  wylazł  z moczarów, sprawnie nawija moje trofea na długi  sznur. Zaraz prze-
rzuci ciężar przez ramię i zażartuje, że lepiej byłoby częściej chybiać i mniej dźwigać. Hrynio 
szanuje moje strzeleckie talenty. Skąd mam wiedzieć, że mnie nienawidzi jak wszystkiego, co 
żyje  w  dworze  Białynie,  jak  nienawidzą  tego  wszyscy,  co  żyją  w  nieodległej  wsi  Huszle, 
której nędzne grunty przylegają do dworskiej ziemi. 

Jak mógłbym tę nienawiść zrozumieć, skoro w duszy wyśmiewam się z jego wyraźnej 

fascynacji  piękną  Wandą  (jak  się  mówi  w  takim  wypadku  o  kobiecie?  -  mężczyzna  to 
„panicz”. Aha, chyba „panienka”). Zawsze w minutę osiodła jej konia, abym go nie uprzedził, 
gdy podaje jej strzemię, lub na jej rozkaz podstawia ramię, by oparła o nie nogę wsiadając... 

Lubię Hrynia, szanuję jego wiedzę o każdym ptaku, znajomość zakoli leniwej, zarośnię-

tej jak dziki chłop, rzeki... Zresztą widuję go rzadko, odkąd stajennemu złamał nogę wierzga-
jący, prowadzony do krycia, ogier. Hrynio pracuje w stajni. Nawet tam śpi na wyrku... Myślę, 
że bytuje tu z ochotą, bo często go widzę, jak zachodzi pod nieobecność państwa do kuchni... 
Wiem, że węszy ślady Wandy niczym pies... 

I oto idzie teraz przede mną, kołysząc się z nogi na nogę. Przez szyję i ramiona przerzu-

cił  ten  obciążony  dzikim  ptactwem  sznur  niczym  koromysła  z  wiadrami  wody.  Upał  jest 
trudny do zniesienia. Hrynio niesie swoje brzemię, stąpając lekko w łykowych łapciach, ja idę 
z tyłu, czując, jak stal opartej o ramię lufy parzy mnie przez cienką koszulę. I to pragnienie! 
Wyniesione  z  bezmiaru wody,  której  nie  można  dotknąć  wargami,  porośniętej  rzęsą  niczym 
łan urodzajnej oziminy... Nie mam siły wyprzedzić mojego przewodnika na dobrze poznanej 
już  drodze  powrotnej  do  domu.  Najpierw  to  był  wydeptany  w  sitowiu  ślad  szeroki  na  zad 

background image

łosia,  który,  być  może,  pierwszy  wyznaczył  to  przejście.  Później,  już  na  twardym  gruncie, 
wyrazista ścieżyna, wydeptana przez rzadko tu  stąpającego człowieka,  wreszcie piaszczysta 
droga. Jeszcze tylko mostek na zaklęśnięciu gruntu, w którym ponoć co wiosna i jesień koła 
grzęzną po osie, i już dworski podjazd. 

Wpadam do kuchni i zaczerpnąwszy z wiadra wody wkładam do szerokiego blaszanego 

kubka  całą  twarz.  Woda  ścieka  mi  po  brodzie,  oblewa  rozpiętą  na  piersiach  koszulę,  broń 
postawiłem  w  kącie  i  patrzę,  jak  kucharka  przebiera  w  ptakach.  Choć  wiem,  że  połowę 
Perepczuk wyniesie do wsi „dla ludzi”, bo za dużo tego na pański stół, gmeram w kieszeni, by 
chyłkiem wyjąć pięćdziesięciogroszówkę, w którą mnie rano wyposażył stryj. 

-  To  jest  dla  niego  majątek  -  oznajmił  przed  tygodniem  w  dniu  pierwszej  z  Hryniem 

wyprawy. - Tutaj zarabiają pięćdziesiąt groszy za cały dzień harówki przy żniwach... 

Wciskam mu tę monetę w mokrą szeroką dłoń i czuję jakiś wstyd i popłoch. Po co stryj 

powiedział mu  wczoraj,  gdy  Hrynio,  niosąc moją  strzelbę, stuknął  lekko jej kolbą o poręcz 
bryczki: - uważaj, ta broń jest więcej warta niż całe twoje gospodarstwo, niechbyś i obie kro-
wy sąsiada dołożył. 

- Przecież to prawda! - oznajmił mi wieczorem, gdy spytałem, po co mówi takie rzeczy. 

- Twój stary drogo kupił u ciebie maturę... 

Hrynio  monetę  schował,  ale  jeszcze  się  ociąga.  Wiem,  na  co  czeka.  Chce  zobaczyć 

Wandę. Już nie raz widziałem, jak na nią patrzy... 

- To możesz zabrać. I nie stój tu nadaremnie... - ponagliła go kucharka. 
- Kiedy? - pyta mnie o następną wyprawę, patrząc z nadzieją na drzwi. 
Ale drzwi pozostają zamknięte, a ja nie wiem, jakie stryj ma plany. 
- Niech pan się dowie rano  - mówię i  pod karcącym  spojrzeniem  kucharki  poprawiam 

się szybko. - Dowiedz się jutro rano. 

Tu  nie  wolno  Poleszukom  „panować”.  Ten  jest  Hrynio,  ów  Aleksy,  „pan  Roman”  to 

ja... 

Gdzie może być Wanda? Od początku zrozumiałem, co tutaj stryja sprowadza. 

 

Ten  liść,  ten  liść  był  tam  wtedy  naprawdę  na  ciemnej  wodzie,  tak  jak  cały  dwór  w 

Białyni  z  ogromną  drewnianą  werandą,  gdzie  siadywała  w  cieniu  babcia  Wandy  na  swoim 
inwalidzkim  wózku.  Do  dziś  pamiętam  stukotanie  kół  na  szparach  poprzecznie  kładzionej 
podłogi, niczym wagonu sleepingu na złączach szyn. Siadywała często w noc. Przy księżycu, 
niczym lunatyczka. A ja słuchałem uderzeń swego serca, gdy cicho wchodziła po schodach 
Wanda... Na nieszczęście mieliśmy sąsiadujące pokoje. Stryj został internowany na dole sam, 
w  ogromnym  gościnnym.  Domyśliłem  się  po  paru  dniach,  że  to  ja  mam  być  dodatkowym 
stróżem Wandzinej samotności. Bo stryj był jak kot w marcu. Już na drugi dzień zrozumia-
łem,  dlaczego  tak  ochoczo  zadeklarował  wobec  mego  ojca  urlopowy  wyjazd  z  małoletnim. 
Rodzice  się  rozwodzili;  nie  powinienem  na  to  patrzeć.  Cóż,  jeśli  osiemnastolatek  ma  do 
wyboru „najpiękniejsze kaczki w Europie” lub  matczyne łzy, wiadomo, co wybierze... No i 
jestem gościem u przyjaciół matki w Białyniach... 

Więc gdzie może być Wanda? Ale najpierw musiałem siebie doprowadzić do porządku. 

Umyć nogi  z przyschniętego błota, przebrać zaplamione ptasią  krwią portki, włożyć świeżą 
koszulę...  Stryj  nie  jeździł  konno.  To  była  moja  szansa.  Cóż,  kiedy  stojące  wysoko  słońce 
wypaliło  we  mnie  resztki  złudzeń.  Przed  zachodem  jazdy  nie  będzie.  Nie  będzie  oglądania 
wypuszczonej  naprzód  w  galopie  cudownej  Wandzinej  dupci,  obciśniętej  bryczesami,  nie 
będzie złudzenia, że ten galop, ten pęd, to pościg, który musi być zwieńczony pochwyceniem 
tego, co oddalało się, ale było tak bliskie w błogosławionym półsiadzie wyciągniętego galopu. 
Niestety, szalony upał, drgające powietrze aż gęste od gorąca - nie wiadomo, czy patrzysz na 
falujące zmarszczki szkła na szybie, czy przez otwarte okno... Gdzie może być Wanda? Babci 
pytać nie mogę. W końcu i tak czułem, że obaj jesteśmy w jej oczach podejrzani, nie tylko 

background image

stryj  -  kawaler,  poważny  urzędnik  ministerstwa  -  ale  i  ja,  gołowąs.  Musiała  mieć  niezłe 
wyobrażenie o wnusi. Kiedyś stryj powiedział do Wandzi ze śmiechem: jeżeli odziedziczyłaś 
temperament  po  babci...  A  teraz  inwalidzki  wózek...  -  O  Boże!  Przecież  Perepczuk  mówił 
wczoraj,  że  skoro  idzie  ze  mną  na  kaczki,  musi  uprzedzić  rządcę.  Zaczęły  się  żniwa  owsa. 
Wandzia lubiła bawić się w dziedziczkę. Trzeba zajrzeć do stajni. Może wzięła siwą i dwu-
kółkę, i jest na polach pod lasem... A może, nie daj Boże, właśnie teraz kazała zastępującemu 
stajennego  Hryniowi  osiodłać  siwą.  Widziałem  kiedyś,  jak  on  „zadaje”  ją  na  siodło.  I  ten 
moment, gdy ona, wspierając nogę na jego zgiętym ramieniu, przez moment lekko unosi ku 
górze tę swoją wspaniałą wypukłość... Widziałem, jak chłopcu grają nozdrza, niczym ogiero-
wi prowadzonemu do krycia. I ona na pewno to  widziała. Czuła to swoją wypiętością, która 
unosiła się nad nim ku górze, by opaść miękko na siodło... 

Jaka była perfidna! Przecież już dwa razy po jeździe poprosiła mnie, bym  pomógł  jej 

ściągnąć  buty.  Stał  pod  jej  łóżkiem  drewniany  „piesek  do  butów”,  ale  ona  wolała,  bym  ja, 
odwrócony  do  niej  tyłem,  pochylony,  okraczywszy  jej  nogę,  obciągniętą  w  skórę  cholewy, 
która  parzyła  mnie  przez  spodnie,  ciągnął  za  czubek  buta,  drugą  ręką  podtrzymując  obcas, 
pchany przez nią delikatnie w mój wypięty tyłek. A potem to najpiękniejsze: druga noga, gdy 
popycha mnie już bosą, oswobodzoną stopą. Robi to wolno a ja czuję się, jakby mnie nabijała 
na rożen rozkoszy, na który to ja ją nabić powinienem... 

Spociłem się. Wycierałem się ręcznikiem, potem raz jeszcze, czując, że pot znów wy-

stępuje mi na skórę, pociągnąłem wilgotnym płótnem po plecach i wówczas usłyszałem zaje-
żdżającą pod ganek bryczkę. Skoczyłem do okna. Stojąc na ziemi, ubrany jak z igły rotmistrz 
podawał dłoń wysiadającej Wandzi. 

Do diabła! Któż to taki? 
Z góry widziałem tylko szamerunek na rogatywce, szerokie ramiona z epoletami uszla-

chetnionymi  trzema  gwiazdkami.  Potem  brzęk  ostróg  i  trzask  sprężyście  zderzonych  obca-
sów... Prezentował się babci na werandzie. Wanda wyjechała po niego na stację. Fala upoko-
rzenia  i  upodlającej  zazdrości  cisnęła  mnie  na  łóżko.  Po  minucie  zwlokłem  się  znowu  do 
okna.  Pod  sobą  miałem  dach  werandy,  ale  dochodziły  mnie  głosy.  Śmiech  Wandy!  Jakiś 
nowy niski ton, jak wabiące gruchanie. To obrzydliwe. Gdzie go zakwaterują? Mogłem liczyć 
na babcię... Obok pokoju zajmowanego przez stryja był drugi gościnny. A ja, jak brytan, na 
pięterku przy schodach, vis-à-vis drzwi jej pokoju. 
 

No więc siedli wszyscy wokół wielkiego stołu w jadalnym pokoju. Choć przybył tylko 

jeden dodatkowy gość, zauważyłem, że stół został „rozłożony”, rozstawny blat poszerzono... 
No tak, rotmistrz Jakołcewicz był widocznie gościem najwyższej rangi. 

Babcia,  Wandzia,  obok  niej  Rotmistrz,  jej  brat  Janek  koło  mnie,  a  mój  kochany  stryj 

oddzielony  babcinym  truchełkiem  od  Wandzinych  smaków.  Ale  co  tam  stryj.  On  się  skoń-
czył,  tylko  że bez żadnych dla mnie pożytków. Helenka wniosła półmisek. Moje dzikie ka-
czki.  Nie  te  z  dzisiejszego  ranka,  a  przedwczorajsze  -  skruszałe.  Była  nawet  mowa  o  moim 
strzelaniu, ale wszystko było dla Rotmistrza, nawet ta informacja. 

Helenka, jak zwano tu w kuchni Ołesię („one wszystkie nazywają się Ołesia, ale u nas 

to są Helenki” — objaśniła babcia pierwszego wieczora naszej ze stryjem bytności) tak stra-
ciła głowę, że podała półmisek najpierw Rotmistrzowi. Śmiech Wandzi złagodził piorunujące 
spojrzenie babci. 

- Dam ci pierś - powiedziała po chwili moja adorowana zamiast nałożyć sobie, położyła 

przed Rotmistrzem połówkę mojej krzyżówki. 

A Helenkę Janek przywołał na ziemię, przypominając, do kogo należy. Wsadził jej pod 

spódnicę lewą rękę, prawą operując nad półmiskiem. Nigdy się mnie nie krępował... 

Śmieszna,  paradoksalna  i  oszukańcza  władza  pisarza,  który  może  odebrać  sobie  prze-

kleństwo  pamięci  i  relacjonować  spokojnie,  bez  dręczącego,  erotycznego,  zazdrosnego 

background image

podniecenia, obiad na dworze w Białyni. Zataić, że Rotmistrz pochyla nad talerzem pięknie 
ostrzyżoną czaszkę, którą za parę lat wygrzebią z katyńskiego piachu. Jest sierpień 39 roku. 
Rotmistrz nie ma urlopu. Mówi, że dostał od dowódcy przepustkę na czterdzieści osiem go-
dzin „z ważnych powodów rodzinnych” (tu patrzy - oszust - na Wandzię), ale wojny i tak nie 
będzie, bo angielskie gwarancje zatrzymały tego malarzynę pokojowego, Hitlera. Aha, skoro 
się już rzekło słowo o przyszłym losie jednego z biesiadników: nigdy się nie dowiedziałem 
niczego o Wandzi, poza tym, że była wśród wywiezionych... 

Ale  przecież  nie  mam  prawa  do  rozpuszczania  własnej  pamięci  poza  granice  tego 

sierpnia. Ostatniego miesiąca dwudziestoletniej wolności Polaków. 

Więc siedzę za stołem i myślę tylko o jednym, w jakich to „pilnych sprawach rodzin-

nych” zawitał Rotmistrz do Białyni? Oczywiście, Wanda. Narzeczona? Nigdy nie było o tym 
mowy.  Ale  dla  babci  przyjazd  młodego  oficera  nie  wydawał  się  zaskoczeniem.  Janek!  On 
będzie wiedział. Szesnastoletni „panicz”, znający już seks przez Ołesię, na pewno nie będzie 
robił przede mną tajemnicy z tak prestiżowych związków swej siostry. Rotmistrza zdawał się 
znać dobrze. Jego „panie Rysiu” brzmiało bardzo poufale. Tak nie  zwraca się gimnazjalista 
do kogoś takiego! Skąd się ta zażyłość wzięła? Wandzia opalona, dziś jeszcze pociemniała od 
nie schodzącego rumieńca. 

Po obiedzie poszli na spacer. Oni oboje. Stryj zamknął się w swoim pokoju, co gorsza, 

Janek mi się gdzieś zawieruszył, nim znalazłem okazję, żeby go podpytać. Poszli na spacer! 
Pan  Rotmistrz  przebrany  w  drelichowy  mundur.  Wyglądał  jeszcze  bardziej  „po  męsku”. 
Oczywiście, wieczorem to oni oboje wybiorą się na przejażdżkę; on dosiadał będzie „mojego” 
Wezyra,  spokojnego  wałacha,  który  zawsze  odstawał  w  galopie  za  siwą  klaczą  Wandy  w 
zgodzie z pragnieniami mego pożądania... 

Przecież nie miałem żadnych złudzeń. Ona miała na pewno więcej niż dwadzieścia lat, 

moja osiemnastoletnia matura to nie był start do takiej kobiety... Cóż z tego, że to rozumia-
łem. Fakt, że wyraźnie ona posługiwała się mną, by drażnić stryja, nie pozwalał się łudzić, ale 
pozwalał na marzenia... 

Więc właśnie marzyłem, leżąc na łóżku z rękami pod głową. Już to było wyrzeczeniem. 

Zazdrosna  wyobraźnia  naprężała  moją  naiwną  męskość  tak,  że  chwilami  aż  pojękiwałem. 
Zbliżała  się  pora,  gdy  mógłbym  oczekiwać  na  wołanie  z  werandy,  że  czas  siodłać  konie. 
Nagle niewyraźnie usłyszałem głos Wandy. Pytała, czy bym nie pojechał z nimi bryczką „na 
żniwa”. Popilnuję koni, gdy ona zawiezie żniwiarzom wypłatę... 

Co to był za pomysł? Dlaczego? Ach, racja. Gruby pan Oleksiak, rządca, wysłany został 

w jakichś sprawach do pobliskiego Czernobyla, książęcego majątku, a widocznie karbowy nie 
zasługiwał na zaufanie. W ciągu minuty byłem na dole. 

—  Dobrze,  że  się  schody  nie  zawaliły...  -  usłyszałem  komentarz  babci,  rzucony  z  jej 

inwalidzkiego wehikułu. Biegłem w stronę  murowanego budynku, gdzie stary stangret koń-
czył zaprzęgać kasztana do małego zwrotnego kosza. Rotmistrz stał obok, uderzając się trzci-
nką  po  cholewach.  Opowiadał  coś  Wandzie,  która  śmiała  się  tak,  że  aż  oparła  dłoń  o  bok 
konia, który ruszył spłoszony. Rotmistrz ogarnął ją opiekuńczo ramieniem... 

Wandzia żartobliwie pogroziła mu trzymanym w ręce skórzanym mieszkiem... Ach tak, 

jedziemy  do  żniwiarzy  z  wypłatą.  Asystowałem  już  pewnego  wieczora  na  polach  owsiska, 
podpływających  mgłą.  Upatrzyłem  wtenczas,  oczywiście,  miejsca  na  siady  kaczek,  które 
niechybnie  zlatywać  zaczną  na  rżysko...  Stali  w  dwóch  szeregach  -  w  jednym  mężczyźni  z 
kosami na ramieniu, w drugim kobiety z sierpami przewieszonymi przez rękę, jakby trzymały 
szal albo narzutę. 

Rządca jedną ręką kładł na przywieziony stolik pięćdziesięciogroszówkę, drugą odkre-

ślał  na  liście  nazwisko...  Dziś  pod  nieobecność  rządcy  będzie  to  robić  Wandzia.  Z  Rotmi-
strzem jako adiutantem i ze mną, furmaniącym chłopcem. 

Mogłem się wewnątrz buntować, ale pospieszyłem co tchu. I siedziałem na koźle, a za 

background image

mną oni. Gdy Rotmistrz żartował, gdy szeptała coś Wandzia, było niedobrze, ale gdy za moi-
mi  plecami  zapadała  cisza,  było  okropnie.  Nie  mogłem  się  obejrzeć.  Mięśnie  karku  miałem 
tak napięte, że aż mnie coś rozbolało wysoko w kręgosłupie. Pogoniłem mocniej konia i bry-
czka jęła podskakiwać po wybojach, nagły chichot Wandzi... No tak, ten drań ją „podtrzymy-
wał”.  Przeszedłem  na  stępa.  Na  szczęście  minęliśmy  rachityczny  lasek  na  odosobnionym 
piaszczystym wydmuchu i już otwarły się przede mną owsiska, ciągnące się po horyzont... 

Ludzie skończyli pracę. Porozsiadali się na snopach zżętego zboża, a teraz podnosili z 

wolna,  zbierając  swoje  sierpy  i  kosy.  Było  ze  czterdzieści  osób.  Czy  można  mówić  o 
„osobach”? Było czterdzieścioro ludzi. „Osoby” grają w brydża, albo tańczą na werandzie w 
Białyni,  w  Huszlach  są  „Poleszucy”.  „Osoba”  też  zresztą  „osobie”  nierówna.  Byłem  nieraz 
świadkiem, jak w dworku w Białyni objawiał się kompleks na temat dystansu ziemiańskich 
szaraczków do wielmożów z Czernobyla. 

Teraz  miałem  czekać  przy  koniu,  ale  okazało  się,  że  Wanda  zapomniała  rządcowego 

przenośnego stolika i Rotmistrz wyjął moje furmańskie siedzenie, to na nim odbyć się miała 
wypłata... Ruszyłem za nim jak dziecko za defilującym pułkiem. Był bez frencza, w zielonej 
koszuli,  wysoki,  wysmukły,  nie  dorosnę  go  chyba  nigdy.  Wandzia  zapomniała  także  wziąć 
listy  pracujących.  Ale  Rotmistrz  był  sprawny  niczym  karbowy,  rządca  i  dziedzic  w  jednej 
osobie. Ustawił chłopów w jeden rząd, kobiety w drugi i tak podchodzili na przemian. Pilno-
wał uważnie, by wziąwszy wypłatę ruszali od razu na drogę wiodącą do wsi. Jakby nie wie-
dział, że naród „tutejszych” był poczciwy i trudno było podejrzewać aby ktoś, już opłacony, z 
powrotem podstępnie zajął miejsce w kolejce. Choć zdarzało się, że dwóch czy trzech chło-
pów kwestionowało owe pięćdziesiąt groszy, mówiąc, że przed żniwami rządca obiecywał za 
dwa dni półtora złotego. 

- Nic  o  tym  nie  wiemy  -  odparł  Rotmistrz  za  Wandzię,  niczym  prawowity  dziedzic 

majątku... - Zresztą, mój kochany, złoty polski to mocny pieniądz, pięćdziesiąt groszy to jest 
coś... 

Ze zdziwieniem na końcu szeregu mężczyzn zobaczyłem Hrynia Perepczuka. A mówił, 

że przez moje kaczki  traci  całą dniówkę.  Pracował najwyżej  od południa. Ale „tutejsi” byli 
solidarni i mój przewodnik z kosą na ramieniu jako ostatni zbliżył się po wypłatę. Cały mie-
szek pięćdziesięciogroszówek został już wyczerpany i na furmańskim siedzeniu leżała złotó-
wka. Rządca umiał posłużyć się i „grubszą monetą”, płacąc nią parom małżeńskim, ale Wan-
dzi brak było wprawy. 

- Masz resztę? - spytała Hrynia. 
Na pewno miał moje poranne pięćdziesiąt groszy, przecież  nigdzie nie zdążył ich wy-

dać, ale pokręcił przecząco głową. 

- Oddam... Albo odpracuję... - powiedział cicho. 
Wandzia zawahała się przez ułamek sekundy. 
- Dajesz słowo? 
- No nie mam. 
- Ale słowo, że oddasz... 
- Powiedziałem - Hrynio sam ujął zarobionego złocisza w grube paluchy... - Daję słowo 

oficerskie - popatrzył na Rotmistrza szczerząc zęby. 

Nagle  pochylił  się  i  cmoknął  Wandę  w  rękę.  Była  to  poufałość  nie  do  wyobrażenia. 

Wandę  zalał  pąs,  Rotmistrz  zrobił  gest,  jakby  chciał  walnąć  go  w  pysk,  ale  Hrynio  już  się 
odwrócił i biegł w stronę chłopskiej gromady... 

Byliśmy sami. 
- Słowo!  -  wydrzeźniał  ją  Rotmistrz.  -  Słowo  oficerskie,  że  tak  cudownej  naiwności 

nigdy nie widziałem. 

Wziął pod pachę siedzenie, pod drugą ramię Wandzi, jakby była należącą do niego rze-

czą. Szedłem z tyłu z głęboką obrazą w sercu. Niechże mi chociaż poniesie do bryczki moje 

background image

siedzenie... 

Było strasznie. Byłoby może pięknie, te mgły, złociste rżysko, księżyc, dźwigający się 

nad  horyzont,  cichy  śpiew  ludzi,  oddalających  się  w  stronę  wsi...  ale  było  strasznie.  Byłem 
sam. Może po raz pierwszy byłem sam. Nagle zatęskniłem do matki. Zostawił ją ojciec. Ta 
głupia nie wie, że Rotmistrz zrobi z nią to samo... A ona tego nie wie i ja jej tego powiedzieć 
nie mogę. 

Stukały resory na miedzach, coraz ciszej, coraz słabiej gonił nas śpiew zmęczonych lu-

dzi, coraz wyżej szły mgły, gdy wiozłem swą miłość, niczym katowskim wózkiem na giloty-
nę. Jeszcze nie wiedziałem, co się stanie, ale już czułem, że stało się najgorsze. 

Jechaliśmy wszyscy  w  milczeniu.  Zazdrośnie zjeżony nie lubiłem tej ciszy za swoimi 

plecami i z ulgą usłyszałem głos Rotmistrza. 

- Za czasów Marszałka to nie byłoby możliwe! - skomentował własną myśl przez zęby. 

- „Słowo oficerskie”. I całuje swoją panią, panienkę - poprawił się - w rękę... 

- Co  ma  do  tego  Marszałek?  O  czym  mówisz?  -  spytała  leniwie  Wanda.  Ten  głos  był 

fatalny, jakiś obcy, ze środka, nie na temat. Nic jej nie obchodziła odpowiedź. 

- O  tych  chłopach.  „Tutejszych”.  Słyszałaś,  co  powiedział:  „słowo  oficerskie”...  W 

trzydziestym  roku  miałem  z  tym  towarzystwem  do  czynienia.  Mój  szwadron  kwaterował 
przez dwa tygodnie na wsi, tam podpalono dworskie obejścia. 

- Gdzie to było? - Wanda zareagowała. Przestraszył ją ten... 
- Na południe stąd. Pod Tarnopolem. Mój Boże, pomyśleć. Ja byłem już porucznikiem. 

Zastępcą dowódcy szwadronu, a ty byłaś dziewczynką. Pewnie nawet wówczas nie słyszałaś, 
co się działo. Podpalili. Nie podobało im się. Bo nie ma ukraińskich szkół. Bo nie uznajemy 
nazwy „ukraiński”. A to są Rusini. Tacy sami jak ci „tutejsi”, co jeszcze nie pokazali, kim są 
naprawdę... 

- Poleszucy to nie Ukraińcy. 
- Jednakowa swołocz. Obyś nie miała okazji tego  zobaczyć. A wtedy przez dwa tygo-

dnie kwaterowaliśmy w tej wsi. Jadło się to, co się chciało. Kucharz szwadronowy wybierał a 
to jałówkę, a to świnię... Kury dla panów podoficerów, gęsi, jak w zdobytym kraju. I wywie-
źliśmy paręset podpisów, że mieszkańcy potępiają... Tych podpalaczy. Bo było wtedy kilkaset 
podpaleń, nim Marszałek się zdecydował na taką pacyfikację... 

- I co, złapaliście choć jednego podpalacza? - zaryzykowałem. Byłem na tym koźle jak 

„tutejszy”. Nienawidziłem Jakołcewicza. 

- No, sądy jak to sądy. Nic nie potrafiły. Nikogo „nie mogli” skazać. 
Znów zapadła cisza. Coraz dłuższa. Nieznośna. Męcząca. 
Górą ze świstem nadciągnęło stado cyranek. Teraz mogłem odwrócić uniesioną głowę, 

niby że szukam  ptaków  na niebie i  zobaczyłem tę parę zwartą  w pocałunku.  Niechby mnie 
stąd uniósł ten świst skrzydlaty, niechbym przepadł. Odwróciłem głowę. Przed oczami zama-
jaczył zad kłusującego w zaprzęgu bydlaka, ciąłem go batem, aż zerwał się do galopu... Co 
najstraszniejsze, stamtąd, zza pleców, ani słowa. Ściągnąłem wodze i jechałem,  pohańbiony 
ujawnionym  podglądactwem,  własną  niedorosłą  chłopięcością...  Przed  nami  widać  już  było 
oświetlone przez naftowe lampy okna dworskiej jadalni. 

Sposób,  w  jaki  on  podsunął  jej  krzesło,  był  nieprzyzwoity:  on  mościł  miejsce  dla  jej 

pośladków.  Sposób,  w  jaki  nakładał  jej  na  talerz,  był  okropieństwem  ekshibicjonizmu.  A 
nalewanie  herbaty  z  długiego  dziubka  czajnika...  Pobudzony  aż  do  wściekłości  siedziałem 
naprzeciwko  i  nawet  ręka  Janka,  wędrująca  pod  cierpliwą  spódnicę  serwującej  ciasto  Ołesi-
Helenki,  nie  budziła  we  mnie  żadnych  erotycznych  skojarzeń.  Byłem  umęczony  Wandą, 
skazany na Wandę i przez nią wypędzony w onanistyczną samotność tu, przy tych grzecznych 
ludziach, zgromadzonych wokół dworskiego stołu. Z trudem dotarły do mnie słowa stryja, że 
od  jutra  zostaję  sam.  (Byłem  sam,  zupełnie  sam,  od  wielu  już  godzin,  od  przyjazdu  Rotmi-
strza.)  Dostał  list,  świadczący  o  tym,  że  sytuacja  jest  „poważna”  i  musi  przerwać  urlop. 

background image

Patrzył przy tym znacząco na Rotmistrza... Jakby chciał powiedzieć, że oto on, cywil, wraca, 
by zasiąść do biurka w obronie ojczyzny, podczas gdy kawalerzysta... Okazało się, że moi ro-
dzice będą bardzo wdzięczni, jeśli zostanę jeszcze w Białyni. Trudno wyobrazić sobie lepsze 
miejsce „w razie czego”. 

- Czy  „raz  czego”  oznacza  wojnę?  -  spytałem  bohatersko,  usiłując  spojrzeć  w  oczy 

Rotmistrza,  ale  on  oddechem  poruszał  lok  nad  uchem  Wandzi...  Nie  bacząc  na  towarzyski 
nietakt, naszeptywał jej coś do ucha, uszka, tego maleńkiego nieprzyzwoitego otworu wśród 
rozrzuconych włosów... 

- Bo  w  takim  razie  ja  idę  na  ochotnika  -  basowałem  bohatersko  mutującym  głosem, 

niesłuchany przez nikogo. Na stole pojawił się koniak. Dostałem z rąk stryja miłosiernie nala-
ne pół kieliszka. Piłem to świństwo, miotany obrzydzeniem do całego świata. Wreszcie przy-
szło  to  najgorsze:  oni  poszli  „przejść  się”  przy  księżycu.  Nieprzyzwoicie,  bezczelnie.  Mój 
stryj wycofał się do swego pokoju. Zdołał mi jeszcze powiedzieć, żebym zawiadomił w stajni, 
że jadą na pociąg o szóstej rano... Chciałem stąd wyjść. Zresztą drogę do czworaków mogłem 
wybrać taką, by spróbować trafić na tę wiarołomną parę... Ale alejki były puste. Dowlokłem 
się  do  czworaków,  trafiłem  do  drzwi  stangreta.  Franciszek  siedział  przy  stole  z  Hryniem 
Perepczukiem. Przed nimi stała flaszka samogonu, leżały na stole kiszone ogórki... Nim prze-
kazałem  zlecenie  stryja,  stanęła  przede  mną  napełniona  musztardówka.  Bytem  tu,  z  nimi,  z 
tymi Poleszukami, taki sam jak oni, skrzywdzony i nędzny. 

Gołe  ściany.  Rozbebeszone  wyrko  z  siennikiem  bez  prześcieradła.  Taboret,  na  nim 

miska z wodą. Na pewno brudna nie wylana woda; wylewał ją przez próg, a może przez okno, 
wiadra na brudną wodę nie było. Ale to byli prawdziwi ludzie, bez zdrady i kłamstwa. 

- Dała mi złocisza, ale kazała dać słowo, że oddam. Słowo dać łatwiej niż pięćdziesiąt 

groszy  -  mądrzył  się  Hrynio,  kończąc  widocznie  zaczętą  pod  mą  nieobecność  opowieść  o 
wypłacie z rąk samej panienki. 

- Nie zapamięta. Co to dla niej pięćdziesiąt groszy. Można  powiedzieć, że za to słowo 

dostałeś tyle, co za dzień roboty. Nawet popu w kazaniu za słowo z Pisma Świętego tyle nie 
płacą... - perorował stary. 

Po  chwili  stangret  spojrzał  z  szacunkiem  na  moją  opróżnioną  szklankę.  Kiedy  tylko 

wypiłem  ponownie  to  straszne  świństwo,  gorsze  niż  palący  się  olej  rycynowy,  wiedziałem, 
już pijany, że teraz  odnajdę ich natychmiast.  Nie wiedziałem  dokładnie, co zrobię, ale  wie-
działem, że będzie to okrutne i tak wspaniałe, że wyrwie Wandę z obłąkanego zamroczenia. 

Nie  było  ich  nigdzie.  Księżycowa  pełnia  zalała  świat  srebrną  poświatą.  Grube  cienie 

grabowej  alei  mogły  ich  przecież  okryć  niczym  kołdrą.  I  chodziłem  jak  głupi,  odkrywając 
wzrokiem  nagą  trawę  pod  czarnym  cieniem  i  ciszę,  która  wypełniała  świat  poczuciem 
bezbrzeżnej pustki. Może już wrócili? Może są w saloniku? Tam czuwała babcia. Boże, żeby 
byli już w saloniku, żeby się skończyło to przeczucie, które było pewnością, że są gdzieś tutaj 
złączeni... 

Babcia  haftowała  pod  lampą.  Nikogo.  Trzymając  się  poręczy,  ruszyłem  schodami  w 

górę. 

- Dobranoc!  -  usłyszałem  za  sobą  karcące  upomnienie  staruszki.  Na  szczęście  nie 

zauważyła, w jakim jestem stanie. 

- Dobranoc...  -  wdrapałem  się  jakoś  na  pięterko.  Dotarłem  do  swego  pokoju.  Będę 

czekał, aż Wanda wróci. Nasze pokoje były drzwi w drzwi, a moje zostawiłem niedomknięte. 

Nie będę spać. Nie mogę spać. Nawet się nie rozebrałem. Wiedziałem, że ta noc musi 

mieć ciąg dalszy. Nagle, nie wiem, po jakim czasie, coś mnie obudziło... Więc zasnąłem? Na 
jak długo? I co to było? Gdzieś szczekały psy. Ale to nie to. Tak już człowiek jest ukształto-
wany,  że  dźwięk,  choćby  głośny,  ale  codzienny,  nie  przerywa  nam  snu,  a  niespodziewany 
szmer  czy  skrzypnięcie  stopnia  schodów...  O  Boże!  To  był  cichutki  brzęk  ostróg.  Tak,  na 
pewno. Usiadłem na łóżku. Nagle otrzeźwiony nie tylko ze snu, ale jakby wyparował nawet 

background image

ze mnie wypity alkohol, do którego byłem zupełnie nieprzyzwyczajony. Czy śniłem? Czy śnił 
mi się ten delikatny odgłos, sygnalizujący czyjeś ostrożne stąpanie? Czyjeś! Tylko Rotmistrz 
Jakołcewicz przez cały czas, bez sensu, nigdy nie zdjął ostróg ze  swych oficerskich „szkla-
nek”, jak nazywano buty, zwane później w czasie okupacji po prostu „oficerkami”. 

Moje  drzwi  były  uchylone.  Przez  szparę  widziałem  wyraźnie  księżycowe  światło. 

Wstałem i wówczas zatoczyłem się jak notoryczny pijak... Ale w głowie miałem przerażającą 
jasność, pewność tego, co się stało. Trzymając się ściany, uczyniłem dwa kroki ku drzwiom. 
W progu zsunąłem z nóg tenisówki i trzęsąc się jak w febrze, stanąłem na podeście schodów. 
Była cisza. Drzwi do pokoju Wandy  pozostawały zamknięte. Nie, ten dźwięk to było senne 
majaczenie zmęczonej przez zazdrość wyobraźni. Ale czy ona już jest? Czy już wróciła?... 

Pchany przez siłę, której nie mogłem się oprzeć, podszedłem w skarpetkach na palcach 

bliżej. Cisza. Przytknąłem ucho, jakbym mógł usłyszeć spokojny oddech pogrążonej we śnie 
dziewczyny i nagle niedomknięte drzwi uchyliły się bezszelestnie. Zamarłem i wtedy doleciał 
mnie z pokoju ponowny cichutki brzęk ostróg... Wytężyłem wzrok. W smudze księżycowego 
światła ujrzałem wysoko uniesione nogi Wandy... Rotmistrz w opuszczonych spodniach, ły-
skający nagimi pośladkami, w butach z ostrogami, które przy gwałtownych uderzeniach jego 
ciała... Jej gołe nogi, odsłonięte uda, oparte o ramiona rytmicznie poruszającego się kochanka. 

Ten brzęk kółka w ostrodze napełniał mi czaszkę potwornym  hałasem. Jakbym  głowę 

włożył w dzwon Zygmunta, niczym w hełm i odbierał potężne uderzenia serca dzwonu. Nie, 
to było moje serce, które chciało pęknąć... 

Myślałem, że stracę przytomność. Porażenie. Strach. Wściekłe pożądanie... Nie mogłem 

się poruszyć... Kilkoma szarpnięciami przez spodnie zrobiłem z sobą porządek... Jeszcze ten 
straszny widok... Nie, nie będę w stanie stąd odejść... Ale zmęczenie gwałtownym spazmem 
jakoś  mi  pomogło.  Cofnąłem  się  o  krok.  Jeszcze  słyszałem  ich  oddechy,  jakaś  straszna 
komenda Rotmistrza... Tłumiąc jęk pięścią, którą wpakowałem do ust, cofnąłem się do swego 
pokoju. Ale nie, nie mogłem być tutaj, tuż obok, powinienem stąd pójść, zniknąć, wyjechać. 

Wziąłem w rękę tenisówki i cicho schodziłem ze schodów. Raz i drugi zatrzymał mnie 

diabeł mego powracającego pożądania... Przystawałem, zatrzymując oddech. Chwiałem się na 
nogach,  zupełnie  zapomniałem  o  tej  szklance  samogonu,  która  potęgowała  we  mnie  spusto-
szenie.  Doszedłem  do  drzwi  wyjściowych  na  werandę.  Były  zamknięte  od  wewnątrz,  ale 
klucz pozostawał w zamku. Otwarłem. Usiadłem na schodkach, włożyłem na nogi tenisówki. 
Dokąd miałem pójść? Cały świat był pusty. Pozostawały ptaki. Ciemna woda, trzcina, las, to, 
co było czyste, co brukałem krwią upolowanych ptaków, a pozostawało czyste. Tak, tylko to 
kochałem. Ta potworna dziewczyna jest już jak zakatrupiona, poszarpana przez niesfornego 
psa  dzika  kaczka.  To  nikt.  To  trup.  Przeszedłem  przez  park  i  ruszyłem  w  stronę  rzeki. 
Wczesny sierpniowy świt już zacierał jaskrawość księżyca. Niedaleko pierwsze zakole rzeki. 
Usłyszałem nagle własny jęk i z trzepotem wyrwało z trzcin przerażone stado. Nie, nie będę 
małym skrzywdzonym dzieckiem, które słucha oficerskich ostróg. Wyjadę. Będzie wojna i ja 
pójdę na tę wojnę. Po prostu. To nie będzie brząkanie ostrogą nad własną obnażoną dupą... 

Gdy wyszedłem z lasu, ujrzałem na horyzoncie  wyłaniające się czerwone, „na wiatr”, 

słońce. W ten sposób zaczął się mój ostatni dzień II Rzeczpospolitej. Każdy ma przecież swój 
historyczny kalendarz. Zresztą nawet historycy nie znają i kłócą się potem o każdy taki ostatni 
dzień i godzinę. Czy Zaleszczyki? Czy rezygnacja Mościckiego? 

To wszystko była moja przyszłość, ale teraźniejszość, ten wschód słońca dwudziestego 

któregoś sierpnia, to był właśnie mój prywatny koniec II Rzeczpospolitej. 

Poczułem okropne zmęczenie. Znów zamroczył mnie wypity samogon. Gdy czknąłem, 

z  trzcin  uniosła  się  trąba  powietrzna  szpaków.  Tysiące!  Już  tak  wcześnie?  Zbierają  się  do 
odlotu. Wracałem na chwiejnych nogach, podpierając się podniesioną suchą gałęzią. Łamała 
się, była coraz krótsza, szedłem coraz bardziej zgarbiony, jak starzec. Dowlokłem się do we-
randy.  Wziąłem  za  klamkę  drzwi.  Były  zamknięte!  Zamknięte?  Kto  usłyszał,  że  wychodzi-

background image

łem? Usiadłem ciężko, opierając się plecami o drzwi. Już spałem. 
 

Nagle  odzyskałem  świat.  Świat  stojący  na  głowie.  Leżałem  na  plecach.  Obok  mnie 

lśniące  cholewy  i  te  przerażające,  przypominające  jeszcze  nie  wiem  co,  ostrogi,  pochylona 
twarz stryja. 

Dwaj panowie nie mogli wyjść ze zdumienia. 
- Co ty tutaj robisz? 
Zacząłem  coś  bąkać,  że  wyszedłem,  aby  się  przejść,  a  gdy  wróciłem,  drzwi  były 

zamknięte. 

- Wcale nie były zamknięte - z odcieniem podejrzliwości stwierdził Rotmistrz. 
Usiadłem.  Świat  stał  się  zwyczajny.  Pojąłem,  że  widocznie  tak  byłem  zamroczony  i 

osłabiony  wypitym  alkoholem  i  tym,  co  przeżyłem,  że  nie  miałem  dość  siły,  by  nacisnąć 
klamkę. Wstałem. 

Było już zupełnie jasno, ale słońce jeszcze nie pokazało się nad lasem. Tak. By złapać 

połączenie z Warszawą, trzeba było być o szóstej na stacji... 

Rotmistrz już szedł w stronę stajni, gdzie Hrynio kończył zaprzęgać konie do wolantu. 

Więc wyjeżdża razem ze stryjem? Ten mówił do mnie coś, czego zupełnie nie słyszałem. 

- Tak, oczywiście! - przytaknąłem widząc, że patrzy na mnie, oczekując odpowiedzi na 

jakieś pytanie. Nigdy się nie dowiedziałem, co takiego mu mogłem obiecać lub potwierdzić. 
Już się nie spotkaliśmy. 

Nie wiedzieć czemu,  ruszyłem  za nimi  w stronę stajni. Jakbym  ich odprowadzał,  jak-

bym chciał się upewnić, że ten przeklęty odjedzie na zawsze. 

Stangret, nazwany „Franciszkiem”, jak jego córka „Helenką”, poprawiał uprząż. Hrynio 

wyniósł ze stajni owies w worku, jaki zakłada się w drodze koniowi, aby mógł się posilić. O 
konie tu dbają. Panowie usiedli. Stryj skinął ręką Hryniowi - i on z nim polował - a wówczas 
Rotmistrz zauważył go łaskawie. 

- No i co, Hryniu, dotrzymałeś słowa? Oddałeś pięćdziesiąt groszy? 
- Przecież jej dałem słowo, to jej dam - mruknął. 
Teraz widziałem plecy dwóch panów - cywila i wojskowego - chybotane na wyboistej 

drodze. Furman od razu popędził wyciągniętym kłusem, widocznie niewiele czasu dzieliło ich 
od pory odjazdu pociągu, a do stacji było, bądź co bądź, ponad dziesięć kilometrów. 
 

Tak zaczął się ten dzień. Ostatni dzień II Rzeczpospolitej, według mojego prywatnego 

kalendarium. Spałem długo pijackim snem. Bo byłem pijany, ogłuszony, otępiały. Nie aż tak, 
abym  potrafił  zmienić  kierunek  i  nacisnąć  klamkę  od  drzwi  pokoju  Wandy,  ale  na  tyle,  by 
chwiejąc się, wsparty o framugę, dotykać dłonią klamki, pchać palec w dziurkę od klucza, aż 
złapał mnie skurcz w podbrzuszu. Zawlokłem się do swego pokoju i padłem na łóżko w ubra-
niu. 

Gdy  pojawiłem  się  na  dole,  słońce  było  w  zenicie.  Babcia  zgromiła  mnie  wzrokiem, 

choć nie podniosła głosu. Pytała, co się ze mną stało. Helenka nie mogła się mnie dobudzić na 
śniadanie... 

Co się ze mną stało? Wanda stała tyłem do ganku i sekatorem ścinała róże do wazonu. 

Krótka sukienka uniosła się przy głębszym pochyleniu i nagle aż chciałem krzyknąć. Krzy-
knąć, wyśmiać, zhańbić. 

Oto  z  tyłu  na  łydce,  pod  kolanem,  dojrzałem  potrójny  miłosny  stygmat  -  zadrapanie, 

zdarty naskórek, stygmat  w kształcie trzech rotmistrzowskich gwiazdek z epoletów. Wanda 
wyprostowała się i zwróciła ku nam. 

- Co  ci  jest?  -  spytała  przechodząc  obok.  Oczy  jej...  no  tak,  to  ślad  łez...  Rozstanie. 

Rozstanie z bohaterem, który wyruszył bronić ojczyzny. Ten nagi zad nad opuszczonymi bry-
czesami, melodyjne pobrzękiwanie ostróg przy każdym pchnięciu, o Boże, dostanę pomiesza-

background image

nia zmysłów! 

Nie  przeczuwałem  jeszcze,  że  mój  ostatni  dzień  II  Rzeczpospolitej  nabierał  dopiero 

rozpędu. Obiad upłynął w grobowej ciszy. Nawet Janek nie podmacywał Helenki-Ołesi, jakby 
chciał uszanować siostrzaną żałobę. Po obiedzie babcia zażądała kawy (musieliśmy wszyscy 
czekać, aż dopełni obrzędu jej picia). Była w fazie  wybierania cukru z dna filiżanki, gdy w 
jadalni pojawił się zdrożony rządca, powracający z Czernobyla. Jednym zdaniem zbył sprawę 
młockarni, po którą był wyjechał i jął relacjonować rzeczy ważniejsze. 

- Książęce państwo wyjechali dziś do Warszawy... A pana rotmistrza już nie ma? Mia-

łem przekazać pozdrowienia. Bo pan rotmistrz bawił tam cały tydzień, zanim się u nas poja-
wił... 

Coś się stało. Babcia przestała zgrzytać łyżeczką o porcelanowe dno, Wanda znierucho-

miała: szeroko otwartymi oczami patrzyła na rządcę, jakby objawił jej pysk wampira... Powo-
li krwawy rumieniec jął ogarniać jej twarz... 

- Ojczyzna  go  wezwała  -  usłyszałem  zgrzytliwe  słowa  staruchy,  rumor  odsuwanego 

krzesła. Wandy nie było. Janek uszczypnął mnie w rękę... 

- Dziękuję - skłoniłem głowę przed babcią. Ruszyłem za nim na werandę... 
Cały ten dzień, ostatni mój dzień II Rzeczpospolitej, jest nie do odbudowania w pamięci 

starego człowieka. Czy wyobraźnia może nas wcielić z powrotem w pożądliwe ciało osiemna-
stolatka, oszalałego z samczej zazdrości, bliskiego łez współczucia a zionącego nienawiścią? 

Wanda zamknęła się w swoim pokoju. Ja skryłem się u siebie, wpatrzony w drzwi. W 

wyobraźni byłem tam, w tamtym pokoju, u niej. Gryzłem te znamiona oficerskich gwiazdek, 
którymi były napiętnowane wgłębienia pod jej kolanami. Trzymałem w rękach zimne - a mo-
że gorące - półkule, gdy ją boleśnie pieściłem. Ale w rzeczywistości przez szparę w uchylo-
nych  drzwiach  mego  pokoju  ujrzałem  nagle...  babcię.  Tak,  babcię,  która  zostawiła  przy 
pierwszym stopniu schodów swój inwalidzki wózek. Prowadziła ją na górę „Helenka”. 

Chwilę to trwało, zanim Wanda otworzyła jej drzwi. Podsłuchałem nawet babciną po-

gróżkę, że „przyjdą ludzie i wyważą. Tobie na wieczny wstyd”. I otworzyła. Helenka zeszła 
na dół. Ja, boso, z sercem tłukącym tak, że nie słyszałem nic, nawet gdyby one tam krzyczały, 
pozostałem  przy  drzwiach  dłuższą  chwilę,  z  uchem  przyłożonym  do  deski.  Coś  się  stało 
dziwnego:  gdy  usłyszałem  głos  Wandy,  jakieś  niezrozumiałe,  ale  przez  nią  wypowiedziane 
słowa,  raptem  przestałem  się  bać.  Tak,  zrozumiałem,  że  cały  czas  obok  pożądania  dręczył 
mnie strach. Bałem się o nią. Nie było tak, abym sobie wyobrażał, że mogła się powiesić czy 
zażyć trucizny, było tak, że bałem się, że ona nie żyje. Ogromna ulga i podła złość, że jej się 
„zdrada” upiecze, że zapomni, przeżyje, wyjdzie za mąż, a ja nie zapomnę nigdy, jak mnie 
skrzywdziła i sponiewierała... 

Wróciłem do swego pokoju. Wiedziałem, że zrobię coś „ostatecznego”. Może ją „zgwa-

łcę”. A może spoliczkuję i wyjdę milcząc, pójdę aż na stację i zniknę z jej oczu na zawsze i 
zawsze potem będzie wiedziała, że tylko ja kochałem ją naprawdę. 

Babcia wyszła po godzinie. Usłyszałem ostatnie rzucone z progu słowa: 
- Nawet ci się nie oświadczył... 
Wanda na obiedzie się nie pokazała. Helenka coś tam dźwigała na tacy po schodach. Na 

kolacji jej nie było. Jak najwcześniej wróciłem na górę. Przez okno widziałem Hrynia, stoją-
cego pod otwierającym aleję starym dębem. Tkwił nieruchomo, niczym parkowa rzeźba fau-
na. Wiedziałem, kogo chce zobaczyć. 

Kto  wie,  co  to  lata  szczenięce,  ten  uwierzy,  że  zasnąłem  niespodziewanie,  gdy  tylko 

wieczór wypełnił mój pokój ciemnością. Obudziłem się w środku nocy. Było jasno. Księżyc 
dzień po pełni. Wrócił cały świat, wypiął się w moją stronę nieprzyzwoitym, ośmieszającym 
mnie  cierpieniem.  Była  cisza.  Leżałem  tak  długą  chwilę  przerażony  własnym  postanowie-
niem, którego jeszcze nie chciałem dopuścić do świadomości. 

Nie  wiem,  ile  czasu  trwałem  sparaliżowany  strachem  przed  własną  objawioną  już  w 

background image

podświadomości  wolą...  Znalazłem  się  na  korytarzu...  Pod  jej  drzwiami.  Z  dłonią  ziębioną 
przez klamkę, której jeszcze nie ważyłem się nacisnąć... Zrobiłem to dopiero wówczas, gdy 
uświadomiłem sobie z tchórzliwą ulgą, że drzwi muszą być od wewnątrz zamknięte... Prze-
cież poprzednio babcia musiała grozić, że je każe wyważyć... Ale nie były zamknięte. Stałem 
przy szparze uchylonych drzwi i jedyne, co było we mnie niewzruszone, to napięta męskość... 
Drzwi ustąpiły bezszelestnie. Byłem w środku... W miejscu, gdzie widziałem ją wczoraj pod 
Rotmistrzem, nie było nikogo. Puste pościele... 

Przez chwilę dziwne poczucie ulgi, a potem straszny niepokój. Ja ją kocham. Nieważne 

to głupie szczenięce pożądanie. Oto w chwili, gdy opuszcza mnie fizyczne podniecenie, czuję 
i wiem, że ją kocham naprawdę. Gdzie ona jest! 

I już wiem. Poszła się utopić. Tak. Skąd miała wziąć truciznę? (niemal jej współczułem 

z powodu tego braku). Nie mogła się przecież wieszać. Żadna kobieta się nie wiesza. Przecież 
wie, jak okropnie wygląda wisielec. Poszła się utopić. 

Biegłem  przez  park,  ale  w  pewnej  chwili  zawróciłem.  Nie,  nie  będzie  wchodziła  w 

leniwy nurt płytkiej Prypeci, nie będzie szła przez trzciny, budząc drwiące kwakanie dzikich 
kaczek, ona poszła dalej, na zakole, gdzie rzeka od wieków, czy tylko od lat, stworzyła przy 
tamie  z  obalonych  przez  huragan  drzew  głębinę,  tam  chodziliśmy  z  Hryniem  nurkować... 
Nagle nie chciałem już Wandy, tylko chciałem ją ratować. Sam nie dam rady. Tylko Hrynio, 
nurek niezrównany, mój przewodnik z polowań, tylko on... Był mi teraz bliższy niż  własny 
ojciec, niż brat, którego nigdy nie miałem. Biegłem w stronę stajni. 

Odkąd stajenny złamał nogę i leżał w czworakach, on nocował przy koniach... Biegłem 

w poczuciu beznadziei, jak małe dziecko szukając pomocy u kogoś dorosłego. Wrota ustąpiły 
ze zgrzytem. Smuga księżycowego światła otwarła jasną ścieżkę w stronę wyrka pod ścianą. 
Usłyszałem  chrapanie  zaniepokojonych  koni,  któryś  musiał  leżeć,  bo  dźwigał  się  teraz  z 
rumorem  w  swoim  boksie.  Szedłem  tą  ścieżką,  wymoszczoną  przez  księżycowe  światło,  w 
stronę, w której powinienem odnaleźć wzrokiem wyrko stajennego i naraz się potknąłem. Na 
rozrzuconym  sianie  leżała  Wanda.  Pochyliłem  się  oszołomiony,  ciężko  dysząc,  i  uczułem 
okropny zapach samogonu. Obok jej głowy leżała opróżniona butelka. Mokre włosy oblepiały 
czoło, smużyły po policzkach... 

A więc miałem rację. Poszła, runęła w wodę, ale Hrynio już tam był. Przecież ją śledził. 

Poszedł za nią. Przypomniałem  sobie, jak stał pod dębem  na początku  parkowej  alei, jakby 
czekał na to, co się stać musiało... Na pewno wyciągnął ją z wody, miałem rację. Ostrożnie 
pochyliłem  się,  by  się  upewnić,  dotknąć  mokrych  włosów...  Ale  głowa  była  daleko,  a  tuż 
przede mną rozrzucone gołe nogi, wyżej ciemna kępa, której nie przebiło księżycowe światło, 
jeszcze  wyżej  coś  błyszczało...  Osłupiały,  niczego  jeszcze  nie  rozumiejąc,  pochyliłem  się, 
usłyszałem  ciężki  oddech,  chrapanie,  które  przecież  nie  mogło  pochodzić  od  tej  delikatnej 
istoty  i  wówczas  mój  wzrok  przykuło  migocące  światło.  Jakby  fosforyzował  jej  odsłonięty 
pępek... 

Nie wiem,  co myślałem, czy  w ogóle myślałem,  co czułem,  czy  w ogóle coś czułem, 

poza przerażeniem i ulgą, że ona przecież jest... Ostrożnie dotknąłem palcem tego metaliczne-
go  blasku  i  nagle  bardziej  przeczułem  niż  zobaczyłem  drobną  monetę.  Zdjąłem  ją  święto-
kradczo z pępka, jakbym dopiero teraz ja ją obnażał. Zbliżyłem do oczu: pięćdziesiąt groszy... 

Oczywiście,  chciałem  Hrynia  zabić.  Przecież  po  to  biegłem  z  powrotem  w  stronę 

dworu. Biegłem po broń. W moim pokoju, gdy dotknąłem dubeltówki ze srebrną plakietką - 
„synowi w dzień dojrzałości” - rozpłakałem się głośno... 
 

Do stacji było dziesięć kilometrów. Nie wiedziałem, że wczoraj ogłoszono mobilizację. 

Nic  nie  rozumiałem,  nic  mnie  nie  dziwiło.  Ta  wojskowa  orkiestra  o  wczesnym  świcie,  ten 
tłum Poleszuków, chłopów, zegnanych tu przez karty powołania. Zrozumiałem: jadę na wo-
jnę. Nie było kasy. Nikt nie sprzedawał biletów. Gdy rozległ się gwizd nadjeżdżającej loko-

background image

motywy, spojrzałem w stronę, skąd zbliżał się w pióropuszu dymu parowóz, ciągnący sznur 
wagonów.  Dym  przesłonił  na  chwilę  krwawo  wschodzące  słońce  i  wtenczas  doleciał  mnie 
dziki,  znajomy,  tęskny  białoruski  śpiew,  którym  wypełniony  był  pociąg.  Tabuny  pijanych 
rezerwistów na peronie stacyjki dołączyły swoje głosy. Wówczas w zgrzycie kół hamującego 
pociągu  przebił  się  przez  chłopskie  dzikie  zawodzenie  głos  metalowych  trąb.  Wojskowa 
orkiestra. Obejrzałem się. Gdzieś chwiał się sztandar Związku Podoficerów Rezerwy, zniena-
widzonych tu osadników... 

W pewnej chwili wydało mi się, że widzę w tłumie chłopskich twarzy Hrynia. Chciałem 

zawołać, ale jakiś spazm wtłoczył mi głos do gardła.... Odwróciłem wzrok. Sztandar. 

Ujrzałem srebrnego haftowanego orła. Ręce trzymałem w kieszeni. Czułem coś w spo-

conych palcach. Idąc, niesiony przez chłopski tłum w stronę drzwi wagonu, wyjąłem rękę z 
kieszeni. Miałem w niej zaciśnięte pięćdziesiąt groszy. Spojrzałem, reszka - a z drugiej strony 
przecież orzeł. 

Byłem już w środku, w zatłoczonym wagonie. Ogarnął mnie straszny odór samogonu. 

Jechali do wojska. Pijani. Gdzieś przebił się przez śpiew i ryk trąb wysoki zawodzący babski 
jęk. Powoli rósł w moich uszach, jak potępieńczy chór pogrzebowych płaczek. Pociąg szarp-
nął i ruszył. 

Tak zaczęło się nowe. Minął ostatni dzień II Rzeczpospolitej, według mojego kalenda-

rza. 

 

 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Czcigodne prochy 

 

 

 

 

 

 

 

02 

 

Honor germańskiego bobra   

 

 

 

 

 

18 

 

Ktoś musi krajać 

 

 

 

 

 

 

 

34 

 

Szwadron Marioli 

 

 

 

 

 

 

 

46 

 

Prabyk  

 

 

 

 

 

 

 

 

57 

 

Luka tysiąclecia 

 

 

 

 

 

 

 

68 

 

Słowo oficerskie 

 

 

 

 

 

 

 

78