background image

MAY GRETHE LERUM 

OWOC ZIMY 

background image

ROZDZIAŁ I 

Lyster, listopad 1708 

Oddech  czteroletniej  dziewczynki  był  urywany  i  ledwo  dosłyszalny.  Siedzący  obok 

niej młody mężczyzna miał twarz pooraną głębokimi bruzdami, a pod oczyma sine worki. 

Czuwał już trzecią noc. 

Na  podłodze  u  stóp  mężczyzny  spało  drugie  dziecko.  Był  to  chłopczyk,  trochę 

mniejszy niż chora dziewczynka w łóżku. 

- Dobry Panie Boże, nie pozwól, żeby ona umarła! Nie daj jej odejść z mego życia... 

Powtarzał  te  swoje  modły  bliski  rozpaczy  i  czuł,  że  wraz  z  nimi  kieruje  ku  niebu 

jeszcze jedną myśl. 

Nie zabieraj mi ich. 

Ani małej Amelii, ani jej matki! 

Marja, jego ukochana, cieszy się przecież dobrym zdrowiem. W każdym razie jej ciału 

nic  nie  dolega.  Jest  młode,  silne  i  pełne  życia,  żadna  kobieta  nie  może  się  z  nią  równać, 

zawsze ją za to podziwiał. Marja nigdy się też nie wzbrania przed ciężką pracą. 

Co innego dręczy jego ukochaną żonę. To coś nieuchwytnego, niedobrego, czego nie 

potrafił  zrozumieć.  Czasami  wydawało  mu  się,  że  dojrzewa  w  niej  od  dawna  jakiś  bolesny 

wrzód. Rozrastało się to w niej przez wszystkie lata po ślubie. Zajmowało coraz więcej miej-

sca w jej sercu, usuwało wszystko inne, do czego kobiety zwykle przywiązują wagę. 

Dzisiejszego wieczoru też nie ma jej w domu. 

Karl nie umiał Marji tego wybaczyć. 

Jaka matka odejdzie od swego dziecka w taką noc, kiedy maleństwo złożone chorobą 

walczy o życie i być może nie doczeka rana? 

-  Polegam  na  tobie,  mój  kochany  -  powiedziała  Maryjka.  -  Kto  troskliwiej  niż  ty 

potrafiłby się nią zaopiekować, kto zrobi to lepiej niż własny ojciec? Wiesz przecież, że ona 

kocha cię bardziej niż mnie... 

Potem  pogłaskała  go  po  policzku  i  z  lekkim  uśmiechem  zamknęła  za  sobą  drzwi.  U 

dzwonnika  miało  się  odbyć  spotkanie  w  sprawie  szkoły.  Wybierało  się  tam  wiele 

najznakomitszych osób ze wsi. Żona lensmana i małżonka wikarego, córki pisarza i bratanica 

wójta... i, jakżeby inaczej, Marja Oppdal. 

Znał żonę zbyt dobrze, by sądzić, że idzie tam zbierać resztki z pańskiego stołu. To nie 

Marja,  poza  tym  powodziło  im  się  ostatnio  bardzo  dobrze.  W  każdym  razie  od  czasu,  gdy 

background image

Gjertrud osiągnęła taką wysoką pozycję. Matka Marji wyszła mianowicie w ubiegłym roku za 

mąż  za  pułkownika  z  Enkesetet.  Marja  radowała  się  w  imieniu  matki  do  tego  stopnia,  że 

niekiedy  pułkownik  częściej  posyłał  spojrzenia  jej  niż  swej  świeżo  poślubionej  żonie.  Przed 

laty  ożenił  się  z  bogatą  wdową  po  właścicielu  ziemskim  Haraldzie  Hanssonie,  który  był  też 

wojskowym  wysokiej  rangi.  Tworzyli  znakomitą  parę.  Ona  posiadała  pieniądze  i  ziemię,  on 

natomiast  budzący  szacunek  tytuł.  Teraz,  po  śmierci  pierwszej  małżonki,  gdy  pułkownik 

uznał, że życie jest zbyt samotne, gdy się go z nikim nie dzieli, wszystkie dobra przypadły w 

części również matce Maryjki. Maryjka dostała ponadto spadek po Kari i Olem - Miedziaku. 

Także  nie  do  pogardzenia,  zwłaszcza  że  w  domu  tego  ostatniego  znaleziono  nie  tylko 

miedziaki... Świat dowiedział się w końcu, co Ole posiadał. 

Karl  westchnął.  Dziecko  spało,  ale  nie  tym  zdrowym,  spokojnym  snem,  który  daje 

siły.  Mała  rzucała  się  na  łóżku,  jej  twarzyczka  była  rozpalona  i  wilgotna.  Gorączka  trawiła 

drobne ciałko. Dziecko miało wielkie czerwone plamy na skórze. 

-  Czerwona  gorączka  -  orzekła  Marja  i  sądziła  widocznie,  że  nazwanie  nieszczęścia 

uspokoi  Karla.  On  jednak  wiedział,  że  ta zaraza  uśmierca  wiele  dzieci.  Poza  tym  to  właśnie 

zaraza, zagraża więc również małemu synkowi. 

- Choroba nie zabija zdrowych, silnych i sytych dzieci. Tylko te najsłabsze - oznajmiła 

Marja.  Ona  wiedziała  takie  rzeczy,  ale  Karl  czuł  bolesny  skurcz  w  żołądku,  widząc  jej 

obojętny uśmiech. 

Dzieci są w niebezpieczeństwie! 

Ona  tymczasem  siedzi  sobie  u  żony  dzwonnika  i  rozprawia  o  upadku  obyczajów 

wśród biedoty. Marja, która sama jest przecież także dzieckiem biednych ludzi! 

Karl  zacisnął  zęby  i  oparł  głowę  o  krawędź  łóżka,  które  sam  z  takim  zapałem  zrobił 

przed ślubem. Łóżko Maryjki. Jego łóżko. 

Karl musiał przyznać, że małżeństwo nie było takie, jak się spodziewał. 

Łóżko także nie. 

Miało mieć okrągłe pozłacane kule we wszystkich rogach, ale nigdy nie udało mu się 

ich zrobić, martwił się tym. 

Karl  nie  odważył  się  zasnąć,  zmuszał  się,  by  siedzieć  w  tej  niewygodnej  pozycji  na 

podłodze  u  boku  córeczki.  Chłopczyk  spał  spokojnie  na  kocu  w  pobliżu  gasnącego  ognia. 

Odgłos jego miarowego oddechu sprawiał, że urywane, krótkie westchnienia małej wydawały 

się jeszcze bardziej przerażające. Karl zmarzł. Otulił synka narzutą i wełnianą kołdrą nakrył 

ramiona chorej. Ona jednak natychmiast ją odrzuciła. 

background image

Po  chwili  wstał,  włożył  gruby  korzeń  do  murowanego  kominka  w  rogu  izby,  bliżej 

drzwi. Posypały się iskry, gdy płomień ogarnął suche drewno. 

Karl  powiesił  kociołek  z  wodą  nad  ogniem.  Zagotuje  się,  nim  nadejdzie  noc.  Miał 

nadzieję, że Maryjka będzie już wtedy w domu, chociaż często po takich spotkaniach spała u 

którejś  ze  swoich  przyjaciółek.  Na  przykład  u  dziewczyny  z  Dosen  albo  nawet  u 

lensmanostwa. 

Od  jakiegoś  czasu  Maryjkę  serdecznie  witano  w  najlepszych  domach.  Karl  dobrze 

wiedział,  dlaczego.  Była  mądrą,  a  przy  tym  wyjątkowo  piękną  kobietą,  z  tymi  czarnymi 

włosami i intensywnie niebieskimi oczyma. Talię miała szczupłą, nikt nie chciał wierzyć, że 

urodziła  bliźnięta.  Jej  wargi  zdawały  się  żyć  własnym  życiem.  Niezwykle  ruchliwe, 

czerwone; słowa, które z nich płynęły, zawsze były stanowcze, celne, dowcipne... 

Karl rozumiał, dlaczego ludzie ją kochają. 

On przecież także ją kocha. 

Dręczyło  go  jednak  coraz  bardziej,  że  żona  swoim  niezwykłym  zachowaniem 

wystawia  go  na  pośmiewisko.  Musiał  znosić  coraz  więcej  złośliwości  ze  strony  kolegów  i 

krewnych. Nazywano go Karl - Saganek albo jeszcze gorzej, Marja - Karl. 

Tego rodzaju przezwiska nadawano zazwyczaj tylko słabym, safandułowatym mężom, 

którym żony musiały urządzać życie. 

Karl nie chciał być jednym z nich. 

Karl chciał być mężczyzną, dbać o swoją rodzinę. 

Mimo  to  siedział  tutaj,  na  podłodze  ich  malej  chaty,  trzymając  w  swojej  dużej  dłoni 

drobną rączkę chorego dziecka. To on szeptał pocieszające słowa, kiedy córeczka zrywała się 

w gorączce i krzyczała przerażona jakimiś sennymi koszmarami. To on zwilżał jej wargi, on 

podawał  chłodną  wodę  ze  źródła  lub  gorące  mleko  do  picia,  kiedy  choroba  na  zmianę 

wywoływała dreszcze lub rozpalała ciało gorączką. 

I  Maryjka  z  pewnością  uśmiechnie  się  do  niego,  gdy  wróci  do  domu.  Powie,  że 

sprawił się dzielnie. 

Jeśli w ogóle wróci... 

Złe  myśli  wysysały  siły  życiowe  z  Karla,  ponure  diabełki  podejrzliwości kąsały  jego 

serce. 

Bo gdyby tak nie poszła na spotkanie kobiet? 

Gdyby teraz nie dzieliła posłania z kuzynką karczmarza lub młodą żoną wikarego? 

Co by to było, gdyby jakiś inny mężczyzna...? 

background image

Karl roztrząsał te pełne goryczy myśli, czuł, jak zapadają w jego umysł i serce, by tam 

pozostać.  Niepocieszony  spoglądał  na  własne  chude  ciało.  Nie  potrzebował  lustra,  by 

wiedzieć,  że  nie  jest  mężczyzną,  za  którym  dziewczyny  biegałyby  gromadą.  Nie  był  ani 

księciem, ani wielkim uwodzicielem, miał włosy w nieokreślonym kolorze szaroblond, które 

tylko latem stawały się złociste i zdumiewająco jasne. Był tak chudy, że większość ludzi nie 

doceniała  siły  jego  mięśni,  które  wyćwiczył  sobie  podczas  ciężkiej  pracy.  Próbował  kiedyś 

zapuścić brodę, ale mimo iż miał dwadzieścia cztery lata, na brodzie wyrastało mu zaledwie 

kilka kępek włosów, które z trudem mogły przypominać męski zarost. 

Ubierał się skromnie. Używał prostych słów. Może i myśli miał proste? Nic dziwnego, 

ż

e Maryjkę pociągali mężczyźni podobni do niej. 

Karl  wyprostował  plecy,  mimo  rozgoryczenia  na  jego  wargach  pojawił  się  blady 

uśmiech. 

We wsi nikt nie dorównuje Maryjce. 

Nawet  gospodarz  z  Flahammar  z  całym  swoim  bogactwem.  Ani  sam  proboszcz 

parafii, ów dumny i władczy Revelin! 

Jeśli  o  tego  ostatniego  chodzi,  Karl  mógł  się  czuć  spokojny,  nie  musiał  obawiać  się 

konkurencji. Bo podczas gdy inni znakomici mieszkańcy wsi wprost spijali słowa z ust Marji 

niczym miód, to Revelin nigdy nie należał do dworu jego żony. Wprost przeciwnie, parę lat 

temu  upomniał  ją  z  ambony  za  zbyt  swobodne  zachowanie  wobec  mężczyzn.  Mówił  o 

obowiązkach  służącej,  o  zuchwałości  i  Bożym  gniewie  wobec  tych,  którzy  nie  znają  swego 

miejsca. Karl obawiał się jednak, że nie przypadkiem dary dziękczynne i ofiary na kościół tak 

dramatycznie  zmalały  tamtego  roku.  Revelin  już  nigdy  więcej  nie  odważył  się  zaczepić 

Maryjki.  Miała  zbyt  silnych  przyjaciół.  Karl  był  z  tego  dumny,  choć  zarazem  przenikał  go 

lęk. 

Co  właściwie  nosi  w  myślach  ta  jego  ciemnowłosa,  tajemnicza  żona?  Czy  nie 

wystarczy jej, że jest matką i gospodynią na Oppdal? Czy nie dość jej, że on trudzi się dzień i 

noc,  by  zapewnić  byt  swojej  rodzinie  i  zdobyć  jeszcze  coś  więcej?  Czyż  nie  powinno  jej  to 

radować? 

Nie. 

Karl musiał się z tym pogodzić. 

Dla Maryjki to wszystko za mało. 

Czego ona pragnie? Gwiazdki z nieba? 

Marja zabrała glos z taką swobodą, jakby przemawiała do swoich małych dzieci, a nie 

do najznakomitszych kobiet w okolicy. 

background image

-  Zatem  jesteśmy  zgodne,  że  należy  wysłać  pismo  do  wiejskiego  tingu.  Sporządzimy 

odpowiedni dokument, wyjaśnimy, o co nam chodzi. Mamy jasne plany, mamy odpowiednie 

pomieszczenie,  a  dzięki  trzem  z  was  również  pieniądze  na  działalność  przez  pierwszy  rok. 

Revelin nie może zgłosić żadnych zastrzeżeń! 

Kobiety kiwały głowami. Ich piękne, sztywne czepki poruszały się przy tym dostojnie. 

Dwie z zebranych nosiły nawet kapelusze, podobnie jak to czynią damy w Christianii. Sama 

Marja była ubrana dość skromnie, ale przecież koronki przy mankietach nie ozdabiają strojów 

zwykłych żon dzierżawców. Te koronki właśnie budziły zainteresowanie pozostałych kobiet, 

które  szeptały  do  siebie:  no  tak,  ona  jest  naprawdę  wyjątkowa,  ta  Marja  z  Oppdal.  Musi 

pochodzić z lepszego rodu, niż nam się wydaje... Nie przypadkiem jej matka wyszła za mąż 

za pułkownika, tego przystojnego starszego wdowca. 

Pochodzenie  Marji  było  stałym  tematem  tego  rodzaju  spotkań,  roztrząsanym  pod  jej 

nieobecność.  Kobiety  zbierały  informacje,  odnajdywały  jakieś  małe  fragmenty,  z  których 

starały  się  odtworzyć  pełny  obraz,  albo  same  wymyślały  brakujące  elementy  i  łączyły  je 

razem.  Powstawały  z  tego  pełne  tajemnic  historie,  które  ubarwiały  nudną  codzienność.  W 

końcu przeszłość Marji stała się dla nich niemal  całkiem oczywista, przestały jej więc zada-

wać  jakiekolwiek  pytania.  Zresztą  ona  zawsze  odpowiadała  jakby  trochę  skrępowana, 

spuszczając wzrok, kobiety mogły się jedynie domyślać żalu w jej pięknych oczach. 

Z  pewnością  właściwie  odtwarzały  jej  historię.  Marja  była  wyjątkową  osobą.  To 

prawdziwa dama. 

Może  pochodzi  z  Rosendal,  może  z  rodziny  jakichś  baronów?  Niekiedy  jest  trochę 

zbyt ożywiona, czasem wypowiada się zbyt swobodnie, a innym razem wydaje się trochę za 

sprytna.  A  może  we  wczesnej  młodości  przeżyła  jakieś  głośne  miłosne  przygody...  Teraz 

jednak  nikt  nie  mógł  nic  zarzucić  jej  cnocie.  Żartowała  ze  wszystkimi,  również  z  mężami 

zebranych  tu  pań,  ale  nigdy  nie  przekraczała  granic.  Kobiety  nie  obawiały  się  niczego  z  jej 

strony. Czasem tylko wypowiadała się może zbyt śmiało i uczenie. 

Tak jak teraz. 

-  Moje  panie,  nie  możemy  siedzieć  spokojnie  i  patrzeć,  jak  nasi  synowie  i  córki 

dorastają bez szansy zdobycia lepszej pozycji w świecie. Wasze dzieci są najlepiej sytuowane 

we  wsi,  ale  wiele  z  nich  nie  potrafi  napisać  nic  poza  własnym  imieniem  i  nazwiskiem!  Jak 

potoczy się ich dorosłe życie, skoro nie będą w stanie sporządzić umowy ani kontraktu? Tak 

jest, będą uzależnione od innych, umiejących pisać. A tego rodzaju zależność, moje panie, nie 

jest czymś, co człowiekowi służy. Zwłaszcza teraz, w tych czasach wojen i niepokojów... 

background image

Panie  kiwały  głowami  i  podnosiły  do  ust  najpiękniejsze  małe  filiżanki  Dosenów. 

Wiele  z  nich  śmiertelnie  się  bało  dotknąć  tej  pochodzącej  z  dalekiego  świata  kruchej 

porcelany. Która by się jednak przyznała, że to dla niej zupełnie obce przedmioty? I która by 

powiedziała, że kawa, którą im podano, jest kwaśna i smakuje dziwnie? 

Każda chciała wydać się elegancka. 

Również  Marja  znajdowała  się  wśród  tych,  które  nie  krzywiły  się  ani  trochę,  czując 

cierpki smak modnego napoju. 

Ona zresztą pijała kawę i przedtem... 

Kobiety  wysłały  list  najpierw  do  pisarza,  prosząc,  by  odczytał  go  na  tingu.  Pisarz 

uniósł  brwi,  ponieważ  jednak  jego  żona  i  córka  znajdowały  się  w  gronie  osób,  które  list 

podpisały, nie mógł po  prostu schować papieru  do szuflady i zapomnieć o nim. Z  rosnącym 

zdumieniem odczytywał ładne, równe pismo. 

Kobiety proszą o szkołę! 

Kobiety  chcą,  by  ich  dzieci  uczyły  się  pisać  i  czytać.  Chcą,  by  ich  dzieci  poznawały 

nowe  wynalazki  i  miały  pojęcie  o  świecie.  Chcą  też,  by  do  szkoły  chodziły  również 

dziewczęta. Przez całe trzydzieści tygodni w roku! 

Stary pisarz potrząsał z wolna głową. 

Ta  myśl  nie  mieściła  mu  się  w  głowie.  To  coś  zupełnie  nowego,  coś,  co  łamie, 

wywraca na nice stare zwyczaje. 

Nauka czytania jest z pewnością bardzo pożyteczna, ale przecież nie przeznaczona dla 

wszystkich.  A  katechizmu  nawet  nie  umiejące  czytać  dzieci  komorników  i  tak  się  nauczą  u 

dzwonnika. Trzeba jednak przyznać, że teraz, kiedy syn pastora wyjechał do Kopenhagi, na-

uki  odbywały  się  nieregularnie,  nawet  sam  dzwonnik  nie  traktował  już  tego  tak  poważnie. 

Cóż począć, wiek. A teraz ta prośba od kobiet, z którymi należy się liczyć. 

Jego własna małżonka, córka. 

I  wszystkie  pozostałe,  one  też  mają  wiele  do  powiedzenia.  Część  z  nich  zarządza 

własnymi gospodarstwami. 

Pisarz wiedział, że tego listu nie można odłożyć na bok. Musi go przedstawić na tingu. 

A któż inny, jak nie synowie i mężowie tych kobiet tam zasiadają? 

Pisarz westchnął, pociągnął spory łyk z aptecznej butelki stojącej na biurku. Poczuł, że 

ogarnia go rozkoszne ciepło. 

Raz  jeszcze  przeczytał  list,  rozpoznał  charakter  pisma  jako  należący  do  jednej  z 

podpisanych. 

Marja Oppdal. 

background image

To ona stoi za tym wszystkim. 

Ż

ona  dzierżawcy,  nowa,  która  nie  wiadomo  skąd  się  wzięła  w  tej  okolicy,  wróbel 

pośród łabędzi, które również postawiły swoje znaki na tym papierze. 

Nie, nie wróbel. Raczej drapieżny ptak. Ale piękny, tego nikt nie może jej odmówić. Z 

pewnością  przyzwyczajona  do  lepszych  warunków.  Stara  się  teraz  zapewnić  je  sobie  i 

rodzinie. 

Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego wyszła za mąż za kogoś tak przeciętnego jak ten 

Karl Oppdal, który niczym się nie wyróżnia i na którego nikt nie zwróciłby uwagi. Pieniędzy 

zresztą też nie miał. Ale dzieci przyszły na świat dziwnie szybko po ślubie... 

Widocznie Marja znajdowała się w kłopotach. 

Teraz  musi  tego  żałować,  skoro  przynajmniej  połowa  mężczyzn  ze  wsi  gotowa  jest 

paść na kolana na najmniejszy znak z jej strony. Teraz mogłaby mieć każdego, kogo tylko by 

zapragnęła. A po tym jak matka wyszła tak dobrze za mąż, nikt by nie zwracał uwagi na to, że 

panna nie ma posagu. 

Pisarz  odłożył  list  na  stół.  Oliwa  w  lampie  się  kończyła,  płomyk  był  coraz  słabszy. 

Zdmuchnął  go,  by  oszczędzić  mu  powolnego  konania.  Potem  wszedł  do izby,  gdzie  czekała 

na niego żona. 

- Jeszcze więcej nauki? Co tydzień? Przez całą zimę? Marja, przecież to niemożliwe! 

To  czyste  szaleństwo!  Również  dzieci  biedoty,  które  powinny  się  raczej  nauczyć,  jak 

prowadzić pług, niż wypisywać litery! Co im zresztą z tego przyjdzie? Czy najedzą się tymi 

literami? 

Marja uśmiechała się tylko na te grzmiące słowa. 

Wcale jej nie martwiło to, co mówi szwagier. 

- Tak, tak, Ingebrikt, nie strasz mnie już więcej. Czy naprawdę nie chciałbyś, by twoje 

rodzone  dzieci  były  szanowanymi  mieszkańcami  tej  pięknej  wsi?  Czy  nie  chcesz,  by 

mówiono, że synowie i  córki  Ingebrikta to mądrzy ludzie, których nie można oszukać? Sam 

przecież  prowadzisz  własne  przedsiębiorstwo...  Czy  nigdy  nie  chciałeś  móc  osobiście 

przeczytać królewskiego listu lub zajrzeć do ksiąg pisarza? 

Mężczyzna  grzmiał  nadal,  ona  jednak  widziała,  że  zdobyła  przewagę.  Ale  nagle 

tamten znalazł nowe argumenty. 

- Owszem, owszem, może to coś pożytecznego dla mężczyzny, nie przeczę. Ale baby i 

dzieciaki? Nie, to rozrzutność. A jakie nieposłuszne się staną, kiedy uwierzą, że mają coś w 

głowie! 

background image

-  Dzieci  kiedyś  dorosną,  a  baby  niejednego  mężczyznę  wyprowadziły  z  biedy  - 

odparła Marja cicho. 

Mężczyzna  mówił  dalej,  chodząc  wokół  stołu  w  najlepszej  izbie,  dokąd  Marja 

wkroczyła i usiadła na krześle. Minęło sporo czasu od tamtej chwili, kiedy jej mąż stał tutaj z 

czapką w ręce i prosił swego brata o mleko dla  maleńkich dzieci. Całe  morze czasu dzieliło 

ich od tamtych wydarzeń. Może Ingebrikt o tym zapomniał. Marja nie zapomniała. 

-  Revelinowi  się  to  z  pewnością  nie  spodoba  -  rzekł  w  końcu  szwagier,  jakby  to  był 

najważniejszy argument. 

Marja  starannie  ukryła  groźne  błyski,  które  pojawiały  się  w  jej  oczach  zawsze,  gdy 

ktoś wymówił w jej obecności nazwisko pastora. 

-  Może  i  tak  będzie.  Ale  nie  damy  mu  wyboru,  gdy  ty  i  inni  bogaci  ze  wsi  poprą 

projekt. 

Mówiła dalej, prawie szeptem: 

-  Wiesz  dobrze,  że  w  wielu  okolicznych  dworach  są  rzeczy,  które  Revelinowi  by  się 

nie podobały. Gdyby wszystkie tajemnice zostały ujawnione... wtedy... 

Ingebrikt  drgnął.  Wiedział,  co  Marja  ma  na  myśli.  Do  -  skoczył  do  drzwi, 

przestraszony, że ktoś może usłyszeć. 

- Ty znasz drogi, którymi skrada się lis, Marjo Oppdal. Biedny brat, któremu trafiła się 

taka żona... Ale wiem, co czyni cię taką pyskatą i żądną władzy... 

- No, no, ostrożnie, szwagrze. Nie jest takie pewne, czy ci się opłaci mnie obrażać. No 

więc, jak będzie? Albo, ściślej biorąc, ile? 

Mężczyzna pochylił się do niej, ogromną dłoń położył na blacie stołu. 

- Ani szylinga, moja droga. Ani  grosza! Powinnaś być zadowolona, że wymusiłaś na 

mnie poparcie. Nie będę występował przeciwko twojej szalonej idei, ale na tym koniec! 

Marja  zrozumiała,  że  nie  wyciśnie  z  niego  nic  więcej.  Zresztą,  szczerze 

powiedziawszy, niczego więcej nie oczekiwała. Najważniejsze teraz to rozpocząć nauczanie, 

potem reszta ułoży się sama. 

Marja zamierzała doprowadzić do otwarcia szkoły dla wiejskich dzieci. Prowadzone u 

pastora  czytanie  Biblii  i  nauka  katechizmu  będą  w  razie  konieczności  częścią  szkolnego 

programu.  Poza  tym  jednak  dzieci  powinny  uczyć  się  czytać,  powinny  się  też  dowiedzieć 

czegoś więcej o świecie znajdującym się za fiordami i górami. Marja bardzo dobrze pamiętała 

własną tęsknotę za wiedzą, pamiętała też, z jakim zainteresowaniem słuchała historii Olego, 

czekała  na  nie  tak  samo  jak  na  kawałki  cukru,  które  zwykle  przywoził  do  Meisterplassen. 

Zdawała  sobie  również  sprawę  z  tego,  jaką  władzę  posiadają  ci  wszyscy,  którzy  potrafią 

background image

wyrażać swoje myśli i poglądy na papierzeCi, którzy rozumieją trudne słowa, używane tylko 

w piśmie, nigdy w mowie. 

Do  kogoś,  kto  umie  czytać,  wolność  podchodzi  bliżej.  Do  takich  ludzie  pokroju 

Revelina nie mogą przychodzić w swoich czarnych pelerynach i stawiać im żądań ani ciskać 

przekleństw z wysokich ambon. Ludzie, którzy sami umieją czytać, znajdą właściwe słowa w 

czarnej  księdze.  Sami  odkryją  prawdę.  Będą  też  mogli  ujawnić  sztuczki  pastorów.  Marja 

marzyła o nowych czasach. O epoce, gdy żaden ubrany na czarno sługa Boży nie będzie mógł 

upokarzać ludzi i odbierać im wszystkiego, co posiadają. 

Tak jak Revelin postąpił wobec jej matki. Wobec jej nieznanej, lecz ukochanej mamy. 

Marja  zacisnęła  zęby,  myśląc  o  zdradzie.  Pożegnała  się  z  Ingebriktem,  który  sprawiał 

wrażenie  rozczarowanego,  że  bratowa  nie  chce  zjeść  kolacji  z  jego  rodziną.  W  drodze  do 

domu miała wiele czasu na myślenie, szła wolno po zamarzniętej, uśpionej ziemi. 

Mama, mama. 

Jestem już prawie u celu. 

Wkrótce Revelin będzie leżał u moich stóp, a to, co ci zabrał, stanie się znowu twoją 

własnością. 

Powinnaś  być  wtedy  u  mego  boku,  mamo,  i  widzieć,  jak  oskubuję  go  niczym 

gotowego do zabicia koguta. On mi ciebie odebrał, mamo. Tobie odebrał córkę. 

Dlatego  będzie  sprawiedliwe,  że  ja  ukradnę  mu  syna.  A  razem  z  synem  odbierzemy 

mu  twoją  własność!  Wszystko,  co  powinnaś  odzyskać,  wszystko,  co  powinnyśmy  mieć  ja  i 

biedna  Sunniva!  On  sypia  w  twojej  pościeli,  mamo,  na  twoim  srebrze  jada!  A  kiedy 

odpoczywa wśród pięknych poduszek, to wszystko, co go otacza, należy właściwie do ciebie i 

do mnie! Odbiorę mu to dla ciebie, mamo, nawet gdyby to była jedyna rzecz, jakiej dokonam 

na tym świecie! 

I może, może któregoś dnia ty również wrócisz. 

Ty i tata. 

Ze skał na dalekiej Północy. 

Marja  poczuła,  że  bolesna  tęsknota  miesza  się  z  buntem  przeciwko  pastorowi.  On 

wypędził  mamę  z  domu  i  pozbawił  ją  całego  majątku,  twierdził,  że  nigdy  nie  była  żoną 

poprzedniego  proboszcza.  Chociaż  mieli  przecież  córkę,  siostrę  Marji,  Sunnive!  I  mama 

musiała  uciekać  z  pustymi  rękami.  Jako  biedna  wyrobnica  została  przepędzona  ze  wsi! 

Dobrze,  że  tata  już  wtedy  był  i  mógł  ją  do  siebie  przyjąć!  Nie  miała  innego  miejsca  oprócz 

Meisterplassen. Naprawdę nie miała gdzie się podziać. Marja uważała, że historia jej poczęcia 

jest niewiarygodnie podniecająca. Była córką kata! Tata Randar, ten dobry i łagodny człowiek 

background image

zapamiętany  z  wczesnego  dzieciństwa,  był  niegdyś  ponurym,  strasznym  sługą  ciemności! 

Marja  bardzo  dobrze  rozumiała,  dlaczego  tak  pociągał  mamę.  Tę  kobietę,  z  pewnością 

niezwykle piękną. Mimo wszystko, czego doświadczyła w tej wsi... 

Revelin  nie  zadowolił  się  tym,  że  wypędził  ją  z  probostwa  i  pozbawił  domu. 

Szpiegował ją, zdobył fałszywych świadków, którzy występowali przeciwko niej, i prawie mu 

się udało zaprowadzić ją na stos czarownic. Ale jego żona niemal w ostatniej sekundzie wyja-

wiła  prawdę.  Dzięki  temu  mama  uniknęła  haniebnej  śmierci,  ale  została  zesłana  daleko  na 

Północ do obozu dla ukaranych kobiet. Obóz mieści się na bardzo niegościnnej wyspie. Nikt 

nie  wraca  stamtąd  żywy,  to  powszechnie  wiadomo.  Ale  mama  pisała  do  domu,  wiedzieli 

więc, że żyje. 

I  tata  postanowił  do  niej  pojechać.  Opuścił  swoją  zagrodę  i  ziemię,  opuścił  córkę, 

wszystko. 

Marja  rozumiała  go  bardzo  dobrze,  ale  dziecko,  które  wciąż  w  niej  żyje,  nigdy  tego 

nie zaakceptowało. Pastor musi ponieść karę również za to, postanowiła Marja. Bo gdyby nie 

zesłał mamy do obozu, wówczas tata też nie opuściłby swojej córeczki. 

Ale Revelin otrzyma karę, jaka mu się należy. 

Wciąż się do tego przygotowywała. 

Teraz ma w ręce znakomitą kartę. 

To syn pastora. 

Ów młody, źle przez ojca traktowany Justitian. 

Ten,  którego  ona  uwiodła  i  oczarowała  tak,  że  nigdy  się  już  nie  wyrwie  spod  jej 

władzy. Wiedziała o tym. Widziała to w jego oczach. Chociaż minęły przeszło cztery lata, od 

kiedy stąd wyjechał, Marja była pewna, że chłopak należy do niej bez reszty. 

Najbliższego lata oczekiwano jego powrotu. 

Wtedy musi być przygotowana. Może i szkołę uda się do tego czasu otworzyć? Marja 

miała  nadzieję,  że  i  ona  będzie  uczestniczyć  w  pracy,  na  przykład  jako  swego  rodzaju 

pomocnica nauczyciela? Kiedy  więc Justitian wróci do domu z dyplomem w kieszeni... nikt 

się specjalnie nie zdziwi, że to właśnie jemu zostanie powierzone prowadzenie nauki. Wtedy 

mogłaby spotykać się z nim często. Justitian nie będzie miał szans. 

No i gdy Justitian zapłonie już prawdziwym ogniem... 

Wtedy czas się dopełni. 

Wtedy dowie się, kto jest ojcem jej dzieci. 

background image

A  wobec  takiego  rozwoju  wypadków  stary  pastor  będzie  musiał  dać  za  wygraną. 

Justitian  przecież  nigdy  się  tego  nie  wyprze.  Stary  pastor  musi  oddać  wszystko,  co 

bezprawnie odebrał i ukrył. 

Marja odzyska swój spadek. 

Dalej  w  przyszłość  nie  wybiegała.  Nigdy  tego  nie  robiła.  Nigdy  nie  poświęciła  ani 

jednej myśli życiu „po Zemście . 

Karl  również  dzisiaj  na  nią  czekał,  w  jego  wielkich,  psich  oczach  wyczytała  nieme 

oskarżenie.  Zdjęła  z  siebie  piękną  wełnianą  chustę,  wyciągnęła  ręce  do  ognia  tlącego  się 

jeszcze w piecu. 

- Co z Amelią? 

- Interesuje cię to? - spytał Karl ponuro. 

- Oczywiście. Poprawiło jej się? 

- Sama zobacz. Mała śpi. 

Marja  podeszła  do  łóżka,  gdzie  lekkie  wzniesienie  pod  kołdrą  wskazywało,  że  ktoś 

tam leży. Chłopczyk siedział w kącie i plótł sznurek. Na stole stały nie pomyte od śniadania 

talerze. Karl pracował przez cały dzień u właściciela ziemi. Dzieci musiały radzić sobie same. 

- Nie jest już taka gorąca... 

-  Nie.  Ale  wystarczająco  gorąca,  by  matka  się  nią  zaopiekowała  -  odparł  Karl  z 

goryczą. 

Marja  westchnęła  zdenerwowana,  pogłaskała  mizerne  włosy  córeczki,  potem 

przytuliła  do  siebie  chłopca.  Mały  wyrywał  się,  nadal  splatał  wełniane  nici,  z  których 

najwyraźniej chciał zrobić ozdobę dla taty. 

Marja usiadła przy stole, dłonią uderzyła w ławę. 

- Chodź tutaj, mój mężu, opowiem ci, czego dowiedziałam się dzisiaj... 

- Dziękuję, myślę, że już wiem. Gadają o tym we wszystkich obejściach. O tobie. I o 

kobietach,  które  zrobiły  się  zbyt  zuchwałe.  Chcą  mieć  szkołę,  do  której  mogłyby  chodzić 

dziewczyny, i Bóg wie co jeszcze... 

-  Karl,  ty  mnie  chyba  popierasz?  Rozumiesz,  jakie  to  ważne,  by  wszyscy  mogli 

wiedzieć trochę więcej, rozumieć więcej, mieć szersze horyzonty? 

- Horyzonty na polu kapusty są zawsze jednakowe - odparł sucho. - Czy zna się litery, 

czy  nie,  głód  tak  samo  szarpie  wnętrzności.  Tak  myśli  większość  tych,  z  którymi  ja 

rozmawiałem.  Oni  uważają,  że  zajmujesz  się  głupstwami,  Marjo!  Niebezpiecznymi 

głupstwami! Czy ty rozumiesz, że wielu biednych ludzi nie przeżyje, jeśli stracą pomoc dzieci 

przy  pracach  polowych?  A  co  z  kobietami,  czy  mają  wszędzie  ze  sobą  nosić  najmłodsze 

background image

dzieci,  gdy  większe  wystrojone  będą  siedziały  w  szkole  i  uczyły  się  do  niczego  im 

niepotrzebnych liter? 

Marję  zaskoczyło  to,  że  we  własnej  izbie  musi  wysłuchiwać  takiej  tyrady.  Karl 

zazwyczaj nie używał wielkich słów. Widocznie zmienił taktykę. 

- Rozumiem, że jesteś rozżalony, mój drogi. W ostatnich czasach nie zajmowałam się 

dostatecznie własnym mężem. Było tyle różnych spraw... Musiałam rozmawiać z ludźmi, pić 

kawę  u  karczmarzowej,  przekonywać  żonę  lensmana  i  córkę  pisarza...  przygotowywać  im 

ziołowy wywar na reumatyzm albo inne dręczące je choroby. Potrzebuję przyjaciół... 

- Zawsze mówisz, że potrzebujesz przyjaciół. Po co ci aż tylu znakomitych przyjaciół? 

Nie znam żadnej kobiety, która by podobnie jak ty biegała nieustannie na plotki i czepiała się 

najbogatszych mieszkańców wsi... 

-  Jesteś  niesprawiedliwy,  Karl!  Wiesz  przecież,  że  to  nie  te  żałosne  małe  pólka  ani 

twój pot stworzyły nam takie dobre życie. Wiesz z pewnością, że jedzenie, które spożywasz, 

to dary od moich przyjaciół, których stać na taki gest wobec szanowanej kobiety. 

-  Nie  wszystko  -  mruknął.  -  Większość  pochodzi  od  twojej  matki!  Zawstydza  mnie 

tym, co nam przysyła, gdy tymczasem mnie nie stać na to, żeby... 

- Stać cię na wszystko, co tylko zechcesz, mój drogi Karlu. Akurat teraz, na przykład... 

akurat dzisiejszego wieczora... 

Przysunęła się do niego na ławie, wsunęła chłodną dłoń pod koszulę przy szyi. Bawiła 

się jego włosami na karku. Wargi Karla drgały. Marja stwierdziła nagle, że się postarzał. 

- Jestem zmęczony, Marjo. Nie przespałem porządnie ani jednej nocy od... 

-  Tak,  tak,  wiem.  Wiem,  że  dzieci  nie  pozwalają  ci  spać,  kiedy  mnie  tutaj  nie  ma. 

Rozpieszczasz je, Karl... 

-  A  co  mam  robić,  kiedy  Amelia  budzi  się  z  krzykiem,  rozgorączkowana,  i  uspokaja 

się tylko, kiedy chodzę po izbie, trzymając ją w objęciach? 

- Pozwól jej trochę popłakać. Niech zrozumie, że potrzebujesz snu. 

Spojrzał  na  żonę  z  niedowierzaniem,  jakby  nagle  z  jej  kochanych  ust  wyskoczyło 

jakieś paskudne zwierzę. 

- Zrobiłaś się zimna, Marjo. 

Słowa  Karla  zawisły  w  powietrzu.  Marja  odsunęła  się  od  niego,  cofnęła  palce.  Nie 

lubiła tych jego brązowoszarych oczu, kiedy patrzyły na nią z takim wyrzutem. 

Zdecydowała  się  na  zwykłe  rozwiązanie.  Narzuciła  ponownie  chustkę  na  ramiona  i 

zaczęła energicznie napełniać pustą skrzynię na drewno. 

Praca, praca, praca. 

background image

Zawsze pomagało jej, kiedy miała czym zająć ręce, gdy zbyt trudne słowa cisnęły się 

na  usta.  Marja  na  dworze,  przy  pieńku  do  rąbania  drzewa,  uderzała  siekierą  w  drwa  tak,  że 

rozpryskiwały  się  na  wszystkie  strony  i  z  głuchym  stukotem  uderzały  o  ścianę  chaty.  Ze 

ś

rodka dochodziło zawodzenie chorej dziewczynki. Ten dźwięk wywoływał bolesne skurcze 

w  jej  sercu.  Zebrała  drewno  i  wróciła  do  izby.  Blady  uśmiech  złagodził  surowe  rysy  jej 

pięknej twarzy. 

Marja wzięła na ręce córeczkę, drugim ramieniem otoczyła synka. 

Potem zaczęła opowiadać im bajkę o królewnie, która odeszła od swoich rodziców, ale 

przysięgła, że odbierze trollom ukradziony skarb. 

Amelia uśmiechała się zmęczona, ale szczęśliwa, że może przytulać policzek do piersi 

matki.  Wdychała  zapach  mamy,  cieszyła  się  rzadkim  uczuciem  spokoju,  jaki  ten  zapach  jej 

dawał.  Karl  Martin  wciąż  splatał  wełniane  nici,  małe  paluszki  miał  poocierane  niemal  do 

krwi. Marja zauważyła, że malec ssał kciuk tak, że prawie całkiem zjadł paznokieć. 

Chłopiec miał palce Justitiana, długie i szczupłe. Kolor włosów zaś, ku jej zdziwieniu, 

przypominał włosy Karla, ale pod niesforną, sterczącą na wszystkie strony czupryną kryły się 

jednak uszy, jakie Marja widziała tylko u jednego człowieka. U Justitiana. 

Karl nigdy o tym nie pomyślał. 

A teraz nadszedł właściwy czas, teraz wszystko zostanie ujawnione. Marja nie chciała 

się  tym  martwić.  Znajdzie  z  pewnością  siły  na  rozwiązanie  wszystkich  problemów,  kiedy 

odzyska już spadek. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Wiejskie  tingi  odbywały  się  dwa  razy  do  roku,  zwykle  wiosną  i  tuż  przed  Bożym 

Narodzeniem. Wszystko w okolicy, co mogło chodzić lub pełzać, gromadziło się na miejsce 

tingu,  bo  ting  to  czas  wielkiej  rozrywki.  Decydowały  się  tutaj  ludzkie  losy,  a  pisarz, 

reprezentujący  wobec  obywateli  władzę  królewską  i  państwową,  odczytywał  dekrety  i 

obwieszczenia.  Bywało,  że  ludzie  czuli  się  niczym  bezbronne  mrówki  wobec  niezrozu-

miałych prawniczych tekstów. Zdarzało się i tak, że prawo wspierało obywateli, stwarzało im 

warunki do życia i poczucie bezpieczeństwa co do własności. 

Na  ogół  jednak  nawet  za  drobne  przestępstwa  nakładano  surowe  kary,  zwykle 

pieniężne.  Rozwiązłe  młode  kobiety  stawiano  pod  pręgierzem,  co  zresztą  stanowiło 

największą  atrakcję  tingu.  Ludzie  cieszyli  się,  a  zarazem  przeżywali  momenty  grozy, 

współczując  tym  nieszczęśnicom,  które  zbłądziły  i  musiały  odpowiadać  przed  odzianymi  na 

czarno mężczyznami. 

Ośmiu  wybranych  spośród  najznakomitszych  mieszkańców  wsi  stanowiło  sąd. 

Zasiadał w nim pastor i  lensman, bogaci chłopi,  a także pułkownik i karczmarz. Ten ostatni 

nie cieszył się wprawdzie zbyt wielkim poważaniem, miał natomiast pod dostatkiem srebra. A 

to ważne. 

Tego  roku  na  liście,  którą  odczytano  pierwszego  dnia  tingu,  lecz  ogłaszano  już 

wcześniej,  przez  trzy  poprzedzające  ting  niedziele  po  nabożeństwie,  znajdowało  się  wiele 

interesujących  spraw.  Między  innymi,  najbardziej  zresztą  popularne,  spory  o  ziemię.  Tym 

razem  było  ich  cztery.  Sąsiedzi  oskarżali  się  nawzajem  o  podorywanie  granic  albo  o 

wycinanie  drzewa  w  nie  swoim  lesie.  Kłócili  się  o  prawo  połowu  ryb  oraz  o  możliwość 

korzystania ze wspólnego pastwiska. Pewien komornik został oskarżony o to, że po kryjomu 

doił krowy właściciela gospodarstwa. 

Przed  sądem  stanęła  też  młoda  Ingrid,  która  pozwoliła  się  uwieść  pewnemu 

ż

ołnierzowi.  Rodzice  chłopaka  przepędzili  ją  z  domu,  a  teraz  zabiegali  o  to,  by  rozpustnica 

została  surowo  ukarana.  Ich  syna  nie  widziano  na  tingu,  dawno  temu  bowiem  poszedł  na 

wojnę, by przelewać krew w walkach ze wschodnimi sąsiadami. 

Dziewczyna  została  ukarana,  ale  uśmiechała  się  uszczęśliwiona  do  pisarza,  kiedy 

dotarło do niej, że za swój występek będzie musiała opuścić wieś, nic więcej. Z podniesioną 

głową i pogardliwym uśmiechem wyszła z tłumu, prowadzona przez parobka lensmana. 

background image

Marja  obserwowała  wydarzenia  z  wielkim  zainteresowaniem.  Zawsze  była 

zafascynowana tą grą, tą siłą, która niemal wyczuwalnie ciążyła nad ludźmi zgromadzonymi 

w  pomieszczeniu  lub  na  placu.  Uwielbiała  te  uroczyste  sformułowania,  zgrzyt  pióra  po 

ż

ółtym papierze, zapach topionego laku do pieczęci. 

Jej zdaniem pisarz wyglądał śmiesznie w swojej białej peruce, ale przecież proboszcz 

przy różnych okazjach też tak wygląda. Nikt nie sprawiał  głupszego wrażenia niż ich chudy 

proboszcz z opadającą na oczy kosmatą peruką... 

Dla młodych dni tingu oznaczały czas wolny. 

W tym okresie nikt specjalnie ciężko nie pracował.  Ludzie zbierali się, sprzedawali i 

kupowali  wełnę  oraz  ciastka  na  miodzie  albo  drobne  wyroby  z  drewna.  Wypijali  po  kuflu 

piwa  w  Dosen  albo  siorbali  gorącą  zupę  na  mięsie  czerpaną  z  wielkich  kotłów 

przygotowanych  w  gospodzie.  Przybywali  też  ludzie  z  daleka,  którzy  nie  mieli  nic  do 

sprzedania, nie występowali jako świadkowie ani im nie towarzyszyli. 

Marja często odwiedzała gospodę, kłaniała się i uśmiechała do gości, nie zawahała się 

też nigdy z odpowiedzią, nawet kiedy zagadywał ją ktoś z najznaczniejszych obywateli. 

Tylko niewielu jej nie znało. W gospodzie siedzieli mężczyźni, których podejrzewała 

o to, iż świadomie przeciągają swój pobyt możliwie jak najdłużej, bo mają nadzieję na krótką 

rozmowę z nią sam na sam w ogrodzie karczmarza. Nie zajmowała się podawaniem do stołu, 

zresztą karczmarza nie było stać na wynajęcie kogoś takiego. Własne służące zatrudniał przy 

cięższej  pracy.  Marja  jednak  chodziła  między  stołami,  pytała,  czy  jedzenie  smakuje,  tu  i 

ówdzie  wytarła  jakąś  plamę  albo  zmieniła  nakrycie.  Ze  swobodą  odgrywała  rolę  gospodyni, 

zachowywała  się  przy  tym  z  taką  godnością,  że  jeden  jedyny  gość,  który  odważył  się 

uszczypnąć ją w udo, natychmiast zapragnął znaleźć się jak najdalej stąd. 

Karczmarz był bardzo zadowolony. 

Był  też  zadowolony  z  ozdoby,  którą  mu  sprzedała,  a  która  niegdyś  należała  do 

czarownicy  Anny.  Nowy  właściciel  pozwalał  Marji  nosić  naszyjnik,  kiedy  tak  spacerowała 

między jedzącymi. Był jej wdzięczny. Naszyjnik przyniósł mu oczekiwane szczęście zarówno 

jeśli chodzi o interesy, jak i w kartach. O miłości zapomniał już dawno. 

Sprawę szkoły rozpatrywano podczas tingu osobno, na specjalnym posiedzeniu, kiedy 

już rozstrzygnięto wszystkie kwestie prawne. W dyskusji uczestniczyli najbogatsi mieszkańcy 

wsi,  większość  posiadających  ziemię  gospodarzy  chciała  zasiadać  w  tym  zgromadzeniu, 

długo i pięknie przemawiać na temat przyszłości. 

Pastor  wygłosił  wprowadzenie,  podkreślając,  że  dokonuje  się  oto  generalny  upadek 

obyczajów.  Mówił  o  rozwiązłości  w  niektórych  dworach,  gdzie  służba  nie  jest  trzymana 

background image

troskliwą,  lecz  twardą  chrześcijańską  ręką.  Wspominał  o  potajemnych  odwiedzinach  w  spi-

chlerzach  i  o  brzuchach  młodych  kobiet,  o  rozpustnych  młodzieńcach  i  uwodzicielskich 

pannach.  Gospodynie  nie  zawsze  poczuwają  się  do  odpowiedzialności  za  powierzoną  im 

młodzież, grzmiał pastor. 

Większość  zebranych  ponuro  kiwała  głowami,  nikt  nie  odważył  się  zareagować 

inaczej. We wszystkich słowa pastora budziły dręczący niepokój, niewielu było takich, którzy 

nigdy  nie  chodzili  w  konkury,  nie  wspinali  się  w  młodości  po  drabinach  do  spichlerzy,  w 

których  sypiały  panny.  Co  więcej,  niektórzy  nie  musieli  cofać  się  w  przeszłość  dalej  niż  do 

ostatniego lata... 

Marja uparcie wpatrywała się w pastora. Od blisko pięciu lat znała tę szczupłą twarz, 

która  często  krzywiła  się  w  prowokujących  uśmiechach.  Włosy  miał  wciąż  tak  samo 

bezbarwne  jak  wówczas,  gdy  po  raz  pierwszy  jego  oblicze  pojawiło  się  w  snach  Maryjki. 

Odkąd  przybyła  tutaj,  Revelin  trwał  w  jej  myślach  niczym  czarny  cień,  symbol  wszelkiego 

zła.  Od  dzieciństwa  widziała  oczyma  duszy  tę  ponurą  twarz  i  rozkoszowała  się  myślą,  że 

kiedyś dane jej będzie patrzeć, jak życie wypływa z tego nikczemnika. 

Nadejdzie taki dzień. Nadejdzie wkrótce. 

Teraz  jednak  unurzany  we  krwi  miecz  i  wszystkie  anioły  zemsty  opuściły  jej 

marzenia. Marja stała się dorosła. Dowiedziała się też, że nie wszystko jest takie proste. Jaki 

sens  miałaby  zemsta,  gdyby  człowiek  sam  utracił  przy  tym  życie  lub  został  wysłany  do 

równie strasznego miejsca jak to, w którym musiała przebywać mama...? 

Marja  uśmiechała  się  blado,  stojąc  ukryta  w  tłumie  i  przyglądając  się 

przemawiającemu pastorowi. 

Teraz będzie działać inaczej. 

Revelin miał na świecie tylko trzy rzeczy. 

Powołanie. 

Honor. 

Syna. 

Marja zamierzała zniszczyć wszystko. 

To  dlatego  tak  cierpliwie  czekała  przez  te  lata  w  Lyster.  I  dobrze  wykorzystywała 

dany czas, zdobywała sobie wciąż nowych, znakomitych przyjaciół. Poznawała coraz więcej 

tajemnic,  coraz  więcej  pikantnych  historyjek,  które  mogłaby  wyjawić.  Lub  przedstawić  na 

tingu. 

background image

Wkrótce będzie mogła potajemnie kierować wszystkimi. Kiedy nadejdzie decydujący 

dzień,  Revelin  zostanie  przepędzony  od  wszystkich  drzwi,  nie  znajdując  nigdzie 

sprzymierzeńca. 

Dokładnie tak, jak postąpiono z jej matką. 

Zarazem jego syn zostanie pogrążony w hańbie. 

Uśmiech Marji zamarł na wspomnienie pierwszej konfrontacji z Revelinem. 

Ach, była taka młoda i głupia! Wierzyła, że wystarczy po prostu przyjść i przedstawić 

swoją sprawę, a już dumnemu pastorowi zaczną się trząść kolana. Zamierzała straszyć go, że 

uda się na ting, gdzie powie, że została uwiedziona przez jego syna. 

A tymczasem ów syn uczynił ją brzemienną. 

W ten sposób wszystko  uległo zmianie, a pastor  zyskał nad nią  władzę.  Mógł zabrać 

jej  dzieci,  nawet  nie  wiedząc,  że  to  jego  własne  wnuki.  Dlatego  Marja  musiała  czekać. 

Czekać, aż odzyska możliwość działania. 

Justitian, jedyne dziecko Revelina. 

Miała nad nim pełną kontrolę. 

Syn pastora to droga do odzyskania spadku. 

Do  spadku,  którego  podobno  już  nie  ma.  Ten  okrutny  diabeł  twierdzi,  że  wszystko 

zostało  spalone!  Książki  marny,  dokumenty,  lekarstwa  od  przyjaciół  Mogensa...  wszystko. 

Marja  mogła  płakać  na  myśl  o  tym.  Jeśli  to  prawda,  to  nigdy  nie  odnajdzie  papierów, 

ujawniających  intrygę  Revelina.  Nie  znajdzie  dokumentu,  który  by  świadczył,  że  mama  i 

poprzedni pastor naprawdę byli małżeństwem. Świadkowie pomarli. W kościelnej księdze nie 

ma  na  ten  temat  ani  słowa.  Jednak  ci,  z  którymi  Marja  rozmawiała,  potrząsali  z 

niedowierzaniem głową, kiedy pytała ich, czy sądzą, iż tamta Maria była kobietą upadłą. 

Znali  jej  matkę,  większość  mieszkańców  wsi  ją  znała.  Marja  chłonęła  nawet 

najdrobniejsze  informacje  na  jej  temat,  ale  oni  niczego  nie  zauważali.  Nikomu  nie  przyszło 

nawet do głowy, że mogłaby mieć jakieś osobiste powody do interesowania się historią Marii 

Skanke. Zresztą to lepiej, bo na razie nikt nie powinien o tym wiedzieć. 

Kiedy jednak czas nadejdzie, z pewnością udzielą jej poparcia, oni, starzy przyjaciele 

Marii. Ci, którzy nie odważyli się tego zrobić wówczas, gdy matka znalazła się w okropnym 

położeniu. Ci, którzy zlękli się władzy pastora i stchórzyli. 

Marja zapomniała niemal o bożym świecie, stojąc z zaciśniętymi ustami i pozwalając 

myślom płynąć po tak dobrze znanych torach. 

Teraz głos zabrał sam pisarz. Mówił o propozycji kobiet, zamierzających otworzyć we 

wsi szkołę. 

background image

-  Nie  znam  czegoś  takiego  z  innych  okolic  -  rzekł  niepewnie.  -  Miałem  jednak  dość 

czasu, by się nad tym zastanowić, i muszę powiedzieć, że pomysł wydaje mi się interesujący i 

właściwy.  Choćby  dlatego,  że  powinniśmy  wreszcie  jakoś  uporządkować  sprawy  nauczania 

katechizmu.  To  wstyd  dla  parafii,  że  tak  wielu  naszych  dorosłych  chrześcijan  nie  zna 

najważniejszych  zasad  wiary...  A  w  przyszłym  roku  będzie  dobra  okazja,  bo  przecież 

spodziewamy  się  wizyty  biskupa.  Myślę,  że  pochwali  troskę  wsi  o  religijne  wychowanie 

naszej młodzieży... 

Wiele  łysych  głów  potakiwało,  kilka  bardziej  owłosionych  również.  Pisarz  mówił 

dalej: 

-  No  więc  sprawa  szkoły.  Człowiek  musi  w  tym  momencie  zapytać,  czy  lud  tego 

potrzebuje?  Czy  nie  jest  dobrze  tak,  jak  dotychczas  było,  że  jedni  wiedzą,  jak  orać  ziemię 

karmicielkę,  podczas  gdy  inni  poświęcają  się  książkowej  wiedzy  i  czytaniu  tekstów?  Czy 

niedobrze jest tak, jak jest, chłop przecież może iść do swojej zwierzchności w razie potrzeby 

i  poprosić  o  przeczytanie  jakiegoś  dokumentu?  I  czyż  sam  Pan  nie  postawił  swoich  sług  w 

naszych kościołach po to, by czytali nam i tłumaczyli święte teksty? 

W tylnych rzędach, gdzie siedziały kobiety, rozległy się teraz szepty. 

Pisarz zrobił krótką pauzę, szeleścił papierami. 

W  końcu  spojrzał  na  zgromadzenie.  Jego  własna  żona  uniosła  wysoko  głowę.  Pisarz 

odwrócił wzrok. 

-  No  cóż,  panowie,  różnie  ja  o  tym  myślę.  Posłuchajmy  więc,  co  wy  sami  macie  do 

powiedzenia o tej... niezwykłej sprawie. 

Natychmiast znowu głos zabrał Revelin. 

-  Ja  uważam,  że  to  sam  diabeł  namieszał  w  głowach  waszym  kobietom.  Co  może  z 

tego  wszystkiego  wyniknąć  oprócz  kłopotów?  Żeby  kobiety  zaczynały  rządzić  wsią...  Moi 

parafianie, jestem przekonany, że także wy uznacie to za przeciwne naturze. I to nie tylko za 

niedopuszczalne zarozumialstwo, ale również za występowanie przeciwko słowom Pana! Bo 

czyż  On  nie  powiada  w  swoim  świętym  piśmie,  że  kobieta  powinna  siedzieć  na  szerokim 

tyłku i milczeć podczas zgromadzeń, a nie... 

- To nie Pan tak powiada, to Luter! 

Piskliwy głos wytrącił pastora z równowagi. Revelin ogarnął wzrokiem grupę kobiet, 

nie  zorientował  się  jednak,  która  się  odezwała.  Tu  i  ówdzie  rozległy  się  chichoty.  Revelina 

okropnie to zirytowało. 

-  Chciałbym  was  przestrzec  przed  bluźnierczym  traktowaniem  słów  Pana!  Chcę 

ostrzec każdego, kto uważa, że wolno mu krytykować i upominać tych, którzy wiedzą lepiej! 

background image

Ale wracajmy do rzeczy: nie potrzeba nam powszechnej znajomości sztuki czytania. I właśnie 

przed  chwilą  mogliśmy  się  wszyscy  przekonać,  dlaczego  tak  powinno  być:  słyszeliśmy  głos 

kobiety,  która  nie  zna  swego  miejsca.  Która  oponuje  przeciwko  postawionym  po  to,  by  jej 

strzegli i kierowali nią na zdradliwych ścieżkach życia! 

Pastor  mówił  dalej,  teraz  łagodniejszym  tonem.  To  nadzwyczajny  mówca, 

skonstatowała Marja cierpko. 

-  Każdemu  człowiekowi  zostało  przydzielone  odpowiednie  miejsce.  Nie  wszyscy 

mogą wiedzieć tyle samo. Gdyby tak było, to wszyscy przychodziliby na świat jako pastorzy, 

prawda? 

Patrzył  wyzywająco  w  oczy  zgromadzonym  mężczyznom.  Żaden  nie  odważył  się 

wypowiedzieć odmiennego zdania. 

-  Dlatego,  moi  panowie,  muszę  powiedzieć,  że  srebro,  które  przeznaczycie  na 

realizację tego pomysłu, zostałoby lepiej wykorzystane na zakup czegoś trwałego. 

Na  przykład  złotej  tacki  do  kościoła  albo  jeszcze  jednego  srebrnego  lichtarza. 

Potrzebujemy też różnych rzeczy do ołtarza... Na takie właśnie dary Bóg spogląda łaskawym 

okiem!  Jemu  z  pewnością  się  nie  spodoba,  że  wyrzucacie  swoje  szylingi,  by  walczyć  z 

ustanowionym  przez  niego  porządkiem,  dając  każdemu  własny  klucz  do  Biblii.  Nawet  tym, 

którzy nigdy nie odnajdą drzwi! To bluźnierstwo! 

Revelin  stał  jeszcze  przez  chwilę  niczym  posąg  i  rozkoszował  się  ciszą,  jaka  zaległa 

po jego słowach. Wierni wciąż jeszcze go słuchają. Co do tego nie może być wątpliwości... A 

Marja  Oppdal  jest  bardzo  blada.  Ha!  Nie  doceniała  go,  ta  podstępna  córka  czarownicy!  Za 

każdym  razem,  kiedy  Revelin  spotykał  tę  Marję,  odczuwał  przykry  skurcz  żołądka.  Od 

pierwszej  chwili,  od  tamtego  dnia,  gdy  nagle  pojawiła  się  na  nauce.  Wtedy  jej  jeszcze  nie 

znał, nie wiedział, jaka zła krew płynie w jej żyłach. Nie wiedział, że jest córką czarownicy... 

córką Marii. 

Maria, która nadal odbiera mu sen. 

Maria,  wąż  w  raju,  którego  zgodnie  z  rozkazem  Pana  przez  całe  życie  starał  się 

zmiażdżyć  swoim  obcasem.  Który  jednak  zawsze  wyślizgiwał  się  w  ostatniej  sekundzie  i 

który wciąż zatruwał złym jadem jego krew. 

Tamta  Maria  stała  się  zmorą  jego  życia,  jego  osobistym  demonem.  Wielką  próbą, 

podobną do tej, której musiał się poddać Jezus w ciągu czterdziestu dni i nocy spędzonych na 

pustymi.  Gdyby  nie  te  dręczące,  bezsenne  noce,  jakie  wspaniałe  życie  mógłby  prowadzić 

pastor  Revelin!  Miał  przecież  wszystko,  miał  ubrania  i  dobrobyt,  posiadał  ziemię  i  służbę. 

Ale, niestety, nic nie było w stanie odegnać od niego nocnej mary. Nikt nie potrafił uwolnić 

background image

go  od  kuszącego  uśmiechu,  od  jej  krwistoczerwonych  warg,  które  szeptały  uwodzicielskie 

słowa podczas samotnych nocnych godzin. 

Nikt. 

I oto teraz córka demona postanowiła zająć również jego dni, robi wszystko, by zatruć 

resztę jego życia. Nie mógł na to pozwolić. Nie wiedział jednak, co z nią począć. Ta kobieta 

jest  niebezpieczna,  może  jeszcze  niebezpieczniejsza  niż  jej  matka.  Bardziej  nieobliczalna, 

można powiedzieć. Bardziej... zła. 

A  gdyby  wieś  poznała  prawdę  o  niej...  Cóż,  stare  sprawy  mogłyby  mu  nawet  teraz 

bardzo zaszkodzić. Maria miała w tej okolicy licznych przyjaciół. Wciąż żyją ludzie, wobec 

których musiał użyć całej swej władzy, by stanęli po właściwej stronie. Ludzie, którzy wtedy 

byli o włos od pokrzyżowania planów Pana, od ujawnienia gry, w wyniku której ostatecznie 

zostali uwolnieni od czarodziejskich sztuczek Marii. 

Revelin zaczynał się starzeć. 

Dlatego nie był już w stanie prowadzić wymagającej takich sił walki. Marja jest młoda 

i energia po prostu ją rozsadza. Jeśli jednak posunie się za daleko, on potrafi jeszcze pokazać, 

kto tu ma prawdziwą władzę! 

Usiadł, ale nie spuszczał zgromadzenia z oczu. 

Każdy,  kto  chciałby  otworzyć  usta,  napotykał  surowe  spojrzenie  oczu  pastora.  W 

końcu chrząknął pułkownik, ten ożeniony z kobietą, podającą się za matkę Marji. 

-  Ja  myślę,  że  nie  ma  się  za  bardzo  nad  czym  zastanawiać.  Jeśli  tylko  pieniędzy  jest 

pod  dostatkiem,  to  podobno  można  nauczyć  czytać  i  krowę!  Nie  ma  tylko  pewności,  czyjej 

mleko będzie nadal smakować jak mleko, he, he! 

Ponure  dotychczas  zgromadzenie  z  przyjemnością  powitało  przyciężkawe  poczucie 

humoru mówcy. Pułkownik wciąż zachowywał zdrowie i energię. Chyba ci, którzy gadają, że 

podupadł ostatnio na umyśle, nie wiedzą, o czym mówią! 

- No, ale traktując rzecz poważnie, moi panowie, to o ile ja wiem, wielu ludzi we wsi 

chciałoby tej szkoły, chętnie myślą o tym, że nasza wieś będzie pierwsza... Więc uważam, że 

możemy  zbudować  szkolną  izbę  w  moim  domu.  Widywałem  mianowicie  tego  rodzaju  izby 

dawniej,  podczas  moich  podróży.  Za  granicą...  tak,  w  każdym  razie  w  Danii.  Synowie 

chłopów i rzemieślników uczyli się w nich o różnych prądach w oceanach, o krajach czarnych 

ludzi  i  innych  sprawach.  To  pożyteczne,  chciałbym  powiedzieć.  I  ważne,  że  nasze  dzieci 

zrozumieją, na czym polega ich obowiązek wobec Boga i kraju! Zwłaszcza w takich czasach 

jak te, kiedy grożą nam wrogowie... 

background image

Marja  stłumiła  ziewanie,  nie  mogła  zrozumieć,  co  wojna,  przetaczająca  się  daleko 

stąd,  ma  wspólnego  z  ich  szkołą.  Pułkownik  jednak  mówił  dalej,  a  zebrani  z  szacunkiem 

słuchali historii o dawnych przygodach i lśniących medalach. Nareszcie skończył, wymieniła 

spojrzenie  z  Gjertrud.  Ta  ostatnia  wyglądała  na  dumną  i  trochę  onieśmieloną,  widać  jeszcze 

nie  zdążyła  przywyknąć  do  faktu,  że  jest  żoną  pułkownika.  Biedna  Gjertrud,  ale  radzi  sobie 

zupełnie  nieźle.  Tylko  nigdy  się  chyba  nie  przyzwyczai  do  tego,  że  przygotowywanie 

jedzenia,  rąbanie  drewna  i  obrządek  należy  pozostawić  innym...  Nie  lubiła  bezczynnego 

siedzenia.  Ostatnio  wyglądało  na  to,  że  rola  ozdoby  pokojów  pułkownika  ją  męczy. 

Zeszczuplała, z czym było jej do twarzy, wyglądała młodziej. 

Marja  postanowiła,  że  po  zebraniu  pójdzie  do  Gjertrud  na  kolację.  Może  powinna 

zabrać  również  Karla?  Jeśli  Amelia  lepiej  się  czuje...  Tak  czy  inaczej  musi  porozmawiać  z 

pułkownikiem o swoich zamiarach, o tym, że pragnie poświęcić życie nauczaniu dzieci. Mi-

mo  wszystko  była  jedną  z  niewielu  kobiet  w  tej  wsi  umiejących  czytać,  pragnęła  stanowić 

dobry przykład dla młodych dziewcząt. Poza tym przecież nie można chyba wymagać, żeby 

takiej  męczącej  bądź  co  bądź  pracy,  nauczania  również  dzieci  biedoty,  podjęła  się  żona 

pastora lub lensmana. 

Podstarzały  pułkownik  promieniał.  Marja  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu, 

widząc  jego  przesadnie  eleganckie  zachowanie  wobec  dam.  Nie  odstępował  Gjertrud  ani  na 

krok, ale też raz po raz posyłał Marji uwodzicielskie spojrzenia. Podał jej ramię, gdy schodzili 

z  placu,  na  którym  odbywał  się  ting,  i  dziarsko  podsadził  ją,  kiedy  wsiadała  do  powozu 

czekającego  nieopodal.  Gjertrud  pomagał  z  jakąś  dziwną  ostrożnością,  posadził  ją  na 

poduszkach obok Marji. Sam sięgnął po lejce. Lekki powozik, podobny trochę do powozu pa-

stora, był jednak dużo nowszy i miał nabijane metalowe ozdoby, podczas gdy pojazd pastora 

dekorowały  obłażące  już  malowidła.  Mimo  pory  roku  drogi  były  niemal  suche.  Ta  zima 

skąpiła  opadów,  nie  tak  jak  poprzednia,  gdy  to  sypał  śnieg  lub  padał  deszcz.  W  tym  roku 

tylko gdzieniegdzie na brunatnych polach widziało się śnieg. O żadnej sannie nie mogło być 

mowy! 

Enkesetet  leżało  tuż  za  wsią,  pułkownik  jednak  jechał  wolno,  powoził  ostrożnie, 

bardzo ostrożnie. 

-  Hej,  pułkowniku,  pokaż,  jakim  jesteś  woźnicą!  Przyśpiesz  trochę  -  dogadywała 

Marja. 

Ale  on  uśmiechał  się  tylko  z  tajemniczą  miną  i  rzucał  ukradkowe  spojrzenia  w 

kierunku  Gjertrud.  Ku  swemu  zdumieniu  Marja  stwierdziła,  że  Gjertrud  rumieni  się  niczym 

młoda  dziewczyna.  Wyglądała  niezwykle  pięknie  w  swoich  eleganckich  ubraniach.  Kto  by 

background image

pomyślał,  że  ta  biedna  dziewczyna,  sierota  włócząca  się  po  wiejskich  drogach,  oskarżona  o 

morderstwo służąca, zajdzie w życiu tak daleko? Teraz siedziała niczym królowa w jednym z 

największych  dworów  wsi.  Jadała  srebrną  łyżką  najbardziej  wyszukane  potrawy.  A  stroje! 

Marja  nigdy  przedtem  nie  widziała  takich  wspaniałości.  Niektóre  co  prawda  Gjertrud 

odziedziczyła po nieboszczce pułkownikowej, nikt by jednak tego nie zauważył, bowiem sa-

ma większość poprzerabiała. Wyglądała zdumiewająco młodo i zdrowo. Świeżo umyte włosy 

pięknie układały się pod czerwono - niebieskim czepkiem mężatki. 

-  On  zawsze  tak  mnie  traktuje  -  zachichotała  Gjertrud  i  nie  potrafiła  ukryć,  że 

naprawdę jest zakochana jak panna młoda. 

Kiedy później siedziały obie w Enkesetet na krzesłach z wysokimi oparciami, każda z 

kuflem gorącego piwa i talerzykiem ciastek przed sobą, Gjertrud zaczęła mówić. 

- Widzisz, Marjo... ja, to znaczy... rzeczywiście nieoczekiwanie, ale... 

- Wykrztuś to nareszcie z siebie! O co ci chodzi? 

- Bo ty... ty zostaniesz chyba starszą siostrą... 

- Co? - Marja wytrzeszczyła oczy. - Czy to znaczy, że ty... że jesteś... że ty, ale to... 

-  Chciałaś  powiedzieć,  że  jestem  za  stara,  prawda?  Tak,  rzeczywiście  tak  można 

myśleć. Ale ja się nie mylę, Maryjko. W kwietniu urodzę dziecko... 

-  Znaczy  za  pięć  miesięcy?  Och,  Gjertrud,  nie  chciałam  powiedzieć  nic  złego, 

oczywiście strasznie się cieszę... ale to naprawdę niespodzianka. 

- Anton też tak uważa... pewnie miałabym problemy z przekonaniem go, gdyby nie to, 

ż

e od ślubu zawsze byliśmy razem w dzień i w nocy. 

- Och, nie, jakże by mógł tak pomyśleć, przecież nigdy byś go nie zdradziła! 

- Nie, to pewne. Podobnie sympatycznego męża żadna stara panna chyba nie znajdzie! 

Marja musiała przyznać, że tak jest w istocie. 

- No i pomyśl... nareszcie mogę zostać matką... - Gjertrud w rozmarzeniu spoglądała 

przed  siebie.  Kiedy  tak  siedziała  z  podkulonymi  nogami,  wyglądała  jak  dziewczyna,  Marja 

uznała, że wszystko jest przecież naturalne. Ale Gjertrud skończy niebawem czterdzieści dwa 

lata i Maryjka wiedziała, że to niezwykle poważny wiek jak na pierwszy poród. Nawet gdyby 

przedtem rodziła, i tak jej wiek stanowiłby znaczne ryzyko. 

Marja skuliła się, nie chciała teraz o tym myśleć. Nie byłaby w stanie utracić również 

Gjertrud,  o  Boże,  nie.  Przecież  ta  nieszczęsna  kobieta  trudziła  się  przez  tyle  lat  dla  innych, 

Maryjka  cieszyła  się  więc,  że  owe  jedwabne  bluzki  i  cały  dobrobyt  przypadły  właśnie  jej. 

Uważała, że to sprawiedliwe. Poza tym nigdy nie zapomniała o swojej „córce”, Marja zawsze 

background image

chętnie to podkreślała. Nic dziwnego, że pułkownik popierał plany otwarcia szkoły zarówno 

swoim liczącym się głosem, jak i srebrem. 

-  Masz  wspaniałego  męża,  Gjertrud.  On  naprawdę  rozumie,  co  na  tym  świecie  się 

liczy... 

- Moja biedna Maryjko, jak tobie się nie wiedzie w tym życiu... 

-  Milcz,  Gjertrud!  Nie  mów  teraz  o  tym!  Sama  żyłaś  przez  wszystkie  lata  bez 

mężczyzny  i  miłości,  a  jakoś  dawałaś  sobie  radę!  Ja  mam  przecież  męża...  który  mnie 

obchodzi, do cholery! 

Gjertrud  wolno  kiwała  głową.  Pojmowała,  że  wkroczyła  na  bardzo  niebezpieczne 

rejony. Wobec ognia, który tyle razy widywała w oczach Marji, zawsze musiała kapitulować. 

Lepiej więc i teraz nie wywoływać wilka z lasu. Nie teraz, kiedy jest im tak dobrze... 

-  Sama  wiesz  chyba  najlepiej,  Maryjko.  Ty  troszczysz  się  o  swoje  sprawy,  ja 

powinnam myśleć o swoich. 

-  No  właśnie!  -  rzekła  Marja  zadowolona  i  przytuliła  się  do  Gjertrud  z  serdecznym 

uśmiechem. Ostrożnie położyła dłoń na szerokiej spódnicy. 

- Musisz teraz dbać o siebie, ty również. Żeby maleństwo przyszło na świat zdrowe i 

udane! 

- Daj Boże, żeby tak było - uśmiechnęła się Gjertrud i uścisnęła rękę Marji. 

- Czujesz coś? 

- Nnie... myślę, że nie. Ale też nie wiem, czego powinnam oczekiwać... 

- To jest tak, jakby ryba trzepotała się w wodzie - rzekła Maryjka z rozmarzeniem, te 

słowa przyszły do niej skądś z bardzo daleka. 

Obie kobiety siedziały tak przez chwilę, każda pogrążona we własnych myślach. 

- Więc on o niczym nie wie - rzekła w końcu Maryjka. 

-  Że  to  pierwszy  raz?  Nie,  nie  wie.  On  myśli,  że  ja...  że  ty  jesteś  moją  córką. 

Powiedziałam,  że  twój  ojciec  był  żołnierzem,  podobnie  jak  Anton,  i  zginął,  zanim  się 

urodziłaś. Powiedziałam mu też, że pochodzimy z okolic Ytre - Sogn. 

- I że powodziło się nam dobrze? - zachichotała Marja. 

-  Oczywiście,  bardzo  dobrze  nam  się  powodziło...  ale  utraciłyśmy  wszystko. 

Musiałam się przenieść do siostry Kari... 

-  Dobrze  wiedzieć  -  roześmiała  się  Maryjka.  -  Nigdy  jednak  nie  pomyślałaś,  że 

możesz spotkać ludzi, którzy znali nas w Sogndal? 

- Owszem. Ale może Bóg da, że do tego nie dojdzie - odparła Gjertrud. - Zresztą jeśli 

ktoś  zobaczy  moją  piękną  zieloną  pelerynę  lub  stroje  gospodyni  z  Oppdal...  któż  wtedy 

background image

pomyśli o biednych kobietach z Meisterplassen? Wszyscy są przekonani, że wyruszyłyśmy za 

Randarem... 

- To prawda. Tata... A jeśli przyszły od niego jakieś listy? 

- Mam nadzieję, że lensman się nimi zajął. Albo jego syn. Starego Eyliffa z pewnością 

już nie ma. 

Marja przytuliła się jeszcze mocniej do Gjertrud, leżała teraz przy niej niczym kociak. 

- Czasem bardzo pragnę się do kogoś przytulić - zamruczała. - Ale nie mam do kogo. 

- A ja mam - odparła Gjertrud z naciskiem. 

Anton  bardzo  lubił,  kiedy  jego  dorosła  pasierbica  przychodziła  z  wizytą.  Żartował  i 

ś

miał  się,  unosił  ją  w  górę  i  kręcił  się  z  nią  w  kółko,  wyśpiewując  wesołe  piosenki  jak 

niepoważny młody chłopak. Był tak dumny ze swojego osiągnięcia, z tego, że zostanie ojcem, 

ż

e wprost nie umiał chodzić normalnym krokiem. 

-  Pomyślcie,  dziedzic!  Mały  chłopaczek  drepczący  po  podłodze  tego  pokoju!  Ktoś, 

kogo można posadzić przed sobą na koniu i uczyć wszystkiego! Albo mała dziewczynka, co 

ty na to, mamo Gjertrud? Mała dziewczynka równie śliczna jak ta, którą masz od dawna! 

I  Marja  znowu  musiała  ruszać  w  szalone  tany,  aż  spódnice  fruwały  jej  ponad  głową, 

grożąc, że strącą piękną wazę pana Antona ze stolika przy oknie. 

-  Przestań  już,  dziadku!  Nie  jesteś  przecież  jedynym  mężczyzną,  który  spłodził 

dziecko! 

- Jedynym to nie, ale równie dumnym jak stary ojciec Abraham! - donosił Anton i tym 

razem  Gjertrud  musiała  z  nim  tańczyć.  Dużo  wolniej  i  ostrożniej,  rzecz  jasna,  i  nie  tak 

wysoko w górę była podrzucana. 

Otarł pot z czoła rękawem koszuli i opadł na krzesło przed kominkiem. Na dworze od 

dawna było ciemno. Marja wiedziała, że powinna już iść. Jutro też będzie dzień. Może dzieci 

jeszcze nie poszły spać, to zdąży je uściskać. 

- Kochani, muszę się żegnać. Dzieci czekają... 

-  Tak,  tak,  pędź  do  domu,  do  swojego  chłopa,  Maryjko!  Za  dużo  czasu  spędzasz  na 

wsi, moim zdaniem! 

Słowa Antona zabrzmiały ostro, Maryjka usłyszała ton powagi, choć ojczym śmiał się 

wesoło. 

- Idę już, Anton, tylko nie pozjadajcie się tu nawzajem! 

- A weź coś smakowitego z kuchni dla dzieci! Zdaje mi się, że Anna dzisiaj piekła... 

-  Dziękuję!  Dziękuję  za  jedzenie  i  piwo,  i  za  wszystko.  Marja  odwróciła  się  jeszcze 

lekko przy drzwiach i posłała Antonowi jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. 

background image

- I dziękuję za szkolę! 

Pułkownik zaczął machać rękami, ale śmiał się do niej. 

- Zapłacisz ty mi za dzisiaj zaciągnięty dług, Marjo Oppdal! 

Gdy tylko Marja wyszła, Anton oplótł ramionami swoją dojrzałą żonę i szeptał jej coś 

do  ucha.  Gjertrud,  uszczęśliwiona,  tuliła  się  do  niego  tak  bardzo,  jak  jej  na  to  pozwalał 

wrażliwy już brzuch. 

- Połóżmy się dzisiaj trochę wcześniej, moja ukochana - poprosił Anton. 

Chętnie  wsparła  się  na  ramieniu,  które  jej  podsunął,  i  wolno  weszła  po  schodach  do 

sypialni na piętrze. 

Niemal  z  czcią  pomagał  jej  rozpinać  ubranie  na  plecach  i  wyjmował  grzebienie  z  jej 

włosów z takim namaszczeniem, jakby dumnie ujmował ster. 

Gjertrud nie wyzbyła się jeszcze onieśmielenia po swoim samotnym życiu, gdy lękała 

się jedynie spojrzeń Randara. 

Zdarzało  się,  że  myślała  o  Randarze,  kiedy  Anton  brał  ją  czule  w  objęcia. 

Przypominała sobie grające pod skórą mięśnie tamtego i jego zdumiewająco szerokie plecy. 

Ale minęło całe życie od czasu, kiedy samotna płakała po nocach z tęsknoty za mężem 

swojej przyjaciółki. 

Randar nigdy całkiem by do niej nie należał. 

Teraz  zrozumiała,  że  to  ona  w  pewnym  sensie  zmusiła  go  do  wyjazdu.  Był 

człowiekiem  honoru.  Obiecał  jej  małżeństwo,  ale  mogło  do  niego  dojść  tylko  wówczas, 

gdyby Maria była stracona na zawsze. A przecież ją odnalazł, więc nie miał po co wracać do 

domu.  Randar  złożył  w  ofierze  zarówno  Gjertrud,  jak  i  swoją  córkę.  Okazuje  się,  że 

wszystkim wyszło to na dobre. 

No, może z wyjątkiem Maryjki. 

Gjertrud  lękała  się,  że  to  dziecko  nigdy  nie  będzie  całkiem  szczęśliwe.  Dziewczyna 

nosiła  w  sobie  coś  złego,  coś  mrocznego,  coś  wyniszczającego.  Jak  to  dobrze,  że  wyszła  za 

mąż  za  tego  spokojnego,  prostego  człowieka.  I  w  pewnym  sensie  dobrze  też,  że zapaliła  się 

do idei nauczania dzieci. Może to ją zaspokoi, może zechce przeznaczać  siły na coś innego, 

niż tylko sycić się dawną myślą o zemście. 

- Boże, daj, żeby któregoś dnia była taka szczęśliwa jak ja - szepnęła Gjertrud w mrok, 

podczas gdy małżonek pieścił ją czule. 

-  Niech  wszyscy  mężowie  doznają  takiej  radości  u  swoich  żon  -  jęknął  zachwycony 

Anton w odpowiedzi. 

background image

Gjertrud tuliła go do siebie, wiedziała, jak wiele zadowolenia on znajduje w tej części 

małżeńskich  obowiązków.  Jak  to  jednak  niesprawiedliwie  zostało  ustanowione,  myślała  z 

goryczą.  Mężczyzna  może  się  radować  życiowymi  sokami  i  płonąć  miłością  nawet  do 

późnych  lat.  Tymczasem  kobieta  gaśnie,  robi  się  stara  i  bezpłodna,  zanim  skończy 

pięćdziesiątkę... Gjertrud posyłała swemu Bogu dziękczynne modły. 

Dziecko,  które  w  niej  dojrzewa,  jest  przecież  darem  Boga.  To  prawdziwy  cud! 

Nagroda  za  to,  że  przez  te  wszystkie  lata  opiekowała  się  dzieckiem  Marii.  Gjertrud  była  w 

stanie  przywołać  w  pamięci  słodki  zapach  noworodka,  tak  nieoczekiwanie  złożonego  w  jej 

ramiona, gdy matkę wtrącono do więziennego lochu. 

Maryjka. 

Lodowaty strach ścisnął serce Gjertrud. 

Co poszło nie tak, jak powinno? Gdzie popełniła błąd? 

Co  sprawiło,  że  to  niewinne  śliczne  maleństwo  dorastało  ze  złym  bólem  w  sercu? 

Przypominała  sobie  baśnie  opowiadane  małej,  przypominała  własną  gorycz,  jaką  w  nie 

wkładała.  Ach,  tak,  dziecko  stało  się  odbiciem  jej  goryczy.  Tak  strasznie  pragnęła  teraz  to 

odwrócić! 

-  Boże,  pomóż  mi  tchnąć  spokój  w  serce  tego  dzieciątka,  które  noszę  pod  sercem. 

Pomóż  mi  zasiać  w  jego  duszy  ziarno  radości  -  szeptała  Gjertrud  i  głaskała  delikatnie 

ś

piącego już męża po przerzedzonych włosach. 

Postanowiła,  że  będzie  patrzeć  tylko  na  rzeczy  piękne,  będzie  się  pokornie  modlić, 

będzie myśleć tylko dobrze przez cały czas, kiedy dziecko w niej dojrzewa. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Marja  szła  ku  domowi  w  cienkich  butach  i  żałowała  bardzo  swojej  próżności,  która 

kazała jej włożyć lekkie skórzane pantofle na obcasach zamiast praktycznych drewniaków. 

Droga  była  nierówna,  kałuże  pozamarzały,  a  padający  tego  dnia  śnieg  sprawiał,  że 

szło  się  bardzo  ciężko.  Wkrótce  jednak  zobaczy  światło  latarki,  którą  Karl  zwykle  zapalał 

przed domem, kiedy na nią czekał. 

Serce Marji zabiło mocniej na myśl o tym świetle. 

Karl  jest  taki  dobry  i  troskliwy.  Dzieci  nie  mogłyby  mieć  lepszego  ojca.  Poczuła 

bolesne ukłucie w piersi, kiedy uświadomiła sobie, że Karl lepiej zajmuje się dziećmi niż ona 

sama.  W  niedziele  zwykle  kładł  się  na  podłodze  i  godzinami  się  z  nimi  bawił.  Przypominał 

sobie  piosenki  z  dzieciństwa,  robił  im  z  drewna  małe  laleczki  i  koniki.  Rozmawiał  z  nimi 

prawie tak, jak z dorosłymi. A na urodziny dawał bliźniętom prawdziwe prezenty! Ona sama 

nawet o tym nie pomyślała. Takie rzeczy ulatują człowiekowi z głowy. 

Ś

nieg  oblepiał  jej  teraz  stopy  i  niczym  lodowata  dłoń  kładł  się  na  nogach 

obciągniętych  wełnianymi  pończochami.  Brzeg  spódnicy  był  przemoczony,  ciężko  tłukł  po 

ś

niegu w rytm kroków Marji. O ileż praktyczniejsze są spodnie mężczyzn! Nigdy jednak dalej 

Marja  w  swoich  myślach  się  nie  posunęła.  Była  kobietą  na  tyle,  by  wiedzieć,  że  spódnice, 

piękne wstążki i ozdoby włosów, koronki i tasiemki dobrze służą kobiecej władzy. Niewielu 

potrafiło zachować obojętność wobec niej, kiedy postarała się podkreślić swoją urodę. 

Ś

lizgając  się  brnęła  po  ścieżce  w  stronę  domu.  Buty  rozjeżdżały  się  po  nierównej 

drodze. Ciemność gęstniała z minuty na minutę. 

Dzisiaj przed drzwiami nie paliła się żadna latarka. 

Trudno,  widocznie  zgasła.  A  może  Karl  poszedł  spać  razem  z  dziećmi? Zdarzało  się 

nie raz, że przychodziła do domu i zastawała całą trójkę śpiącą w szerokim łożu. Wtedy ona 

układała  się  na  sofie,  na  której  zwykle  sypiały  dzieci.  Nie  miała  nic  przeciwko  temu.  Czuła 

się  wolna  i  spokojna,  leżąc  na  osobnym  posłaniu,  podczas  gdy  miarowe  oddechy  tamtych 

kołysały ją do snu. 

Ale dziś było jeszcze wcześnie, mimo że mrok okrył całą okolicę. Niebo wisiało nad 

ziemią  ciężkie,  lada  moment  pewnie  znowu  zacznie  padać  śnieg.  Od  czasu  do  czasu  mignął 

jej  zza  chmur  blask  księżyca,  ale  były  to  jedynie  szare  pasma  nad  ciemnym  horyzontem. 

Fiord  również  tonął  w  mroku,  lód  pokrywał  powierzchnię,  ale  nie  był  w  tym  roku  na  tyle 

gruby, by można było po nim chodzić. Oglądała się raz po raz za siebie na zagrody położone 

background image

niżej nad wodą. Tu i ówdzie mignęło światełko, poza tym jednak okolica sprawiała wrażenie 

wymarłej. 

Karl  nie  spał.  Siedział  przy  piecu,  jak  to  często  zwykł  czynić,  i  rozkoszował  się 

widokiem  małych  kawałków  brzozowej  kory,  które  zwijały  się  w  czerwonożółtym  żarze, 

trzaskały, długo igrały z ciężkimi płomieniami, zanim pozwoliły się ostatecznie spopielić. 

Dzisiejszego wieczora Karl znowu miał ten psi wyraz w oczach. Marja postanowiła go 

uprzedzić. 

-  Dobry  wieczór,  mój  mężu!  Jak  tam  dzieci?  A  ty?  Udało  ci  się  pożyczyć  konia  na 

następny tydzień? 

- Owszem, wszystko dobrze. Zdołamy chyba zwieźć bale do tartaku. Ale niczego się 

nie dorobimy, jeśli ty wciąż będziesz tak latać! 

-  No  coś  ty,  wiesz  przecież,  że  dzisiaj  był  ting!  Nie  mogłam  pozwolić,  żeby 

rozstrzygnęli  sprawę  nauki  czytania  beze  mnie!  To  się  opłaciło,  zapewniam  cię,  bardzo  się 

opłaciło.  Powinieneś  był  widzieć  Revelina,  kiedy  zrozumiał,  że  większość  gospodarzy  nie 

poskąpi srebra... I postanowiono, że pułkownik Anton z Enkesetet zbuduje szkolną izbę! 

- O, to bardzo dobrze. 

Karl  rzucił  do  ognia  kolejną  garść  brzozowej  kory.  Kawałki  zwijały  się,  strzelały  w 

górę jasnym płomieniem, oświetlały twarz Karla. 

-  Chodź,  opowiem  ci  więcej.  Zrobię  ci  coś  do  jedzenia,  przyniosłam  różne  dobre 

rzeczy z Enkesetet. Pszenny placek, razowy chleb i najlepsze podpłomyki w Lyster. 

- Dziękuję, już jadłem. Zupę. Z dziećmi. 

Marja skuliła się. Ramiona jej opadły. Jedzenie, które trzymała w rękach, włożyła do 

skrzynki  koło  stołu,  w  której  trzymali  podpłomyki.  Zresztą  zapas  już  się  kończył.  Zostało 

ledwie  parę  kawałków  na  dnie.  Niezbyt  rzadki  to  widok  w  chatach  biedaków,  ale  u  Marji 

Oppdal beczki z mąką stały pełne. 

- Jutro będę piekła - powiedziała Marja do siebie. 

Karl  zachichotał,  ale  widziała,  że  zaraz  tego  pożałował.  Pochylał  twarz  nad 

trzaskającym  ogniem.  Jakaś  iskra  spadła  na  drewnianą  podłogę  i  zostawiła  po  sobie  czarny 

znak na desce. 

- Musimy porozmawiać, Marjo - zaczął cicho. 

Marja  westchnęła  ciężko.  Nic  nie  mówiąc  poprawiała  okrycia  na  łóżku,  oglądała 

jakieś swetry, dziury na łokciach i przy szyi. 

- Marjo, posłuchaj mnie! To wszystko jest bardzo trudne, wiesz, że niełatwo znajduję 

słowa... 

background image

Marja usiadła. Patrzyła na męża, który nadal tkwił na stołku z dłońmi spoczywającymi 

na kolanach. Blask ognia z pieca sprawiał, że włosy Karla wyglądały niczym aureola. 

- Marjo, moja kochana, ja się boję. Boję się, że to wszystko skończy się źle. Odsuwasz 

się ode mnie... z każdym dniem bardziej. 

- Przecież jestem tutaj! 

Karl wpatrywał się w podłogę. 

- Nie, Marjo - rzekł łagodnie. - Nie ma cię tutaj. Nawet teraz cię tu nie ma. 

Marja,  niczego  nie  pojmując,  potrząsnęła  głową.  Potrafiła  zrozumieć,  że  zdaniem 

Karla za mało bywa w domu. Ale twierdzić, że jej tutaj nie ma? To przecież bez sensu. Siedzi 

zresztą w domu nieustannie! A kiedy już tu jest, zajmuje się troskliwie i nim, i dziećmi. 

Powiedziała mu to. 

-  Czy  nie  jestem  dla  ciebie  dobrą  żoną  i  gospodynią,  Karlu  Oppdal?  Czy  głodujesz? 

Czy chodzisz w podartych ubraniach? Czy twój inwentarz jest brudny i nieobrządzony? Czy 

twoim dzieciom źle jest u matki? 

- Nie, nie. To nie tak. Chociaż wolałbym nie gotować sobie sam, zniosę i to. Ale zbyt 

często  wychodzisz  z  domu  i  biegasz  po  wsi,  Marjo.  Wciąż  odwiedzasz,  a  to  jednych,  a  to 

drugich...  Masz  coraz  więcej  znakomitych  przyjaciół,  bardzo  dobrze  rozumiem,  że  to 

interesujące móc rozmawiać z takimi ludźmi. Pamiętaj jednak, że jesteś moją żoną! 

- Nigdy o tym nie zapomniałam - rzekła cierpko. 

- Zapomniałaś, zapomniałaś o danej obietnicy... bo nie zdobywasz szacunku, biegając 

wciąż od jednej zagrody do drugiej, zamiast siedzieć w domu z rodziną, gdzie twoje miejsce. 

Marja wstała. Podeszła do niego. Mówiła teraz innym tonem. Łagodnie i ciepło, jakby 

chciała mu się przypodobać. 

-  Karlu  Oppdal,  chyba  nie  potrzebujesz  się  wstydzić  za  swoją  żonę?  Powiem  ci,  że 

więcej niż połowa mężczyzn ze wsi bardzo chętnie zamieniłaby się z tobą miejscami... 

Karl odsunął się, cofnął ręce, kiedy chciała ich dotknąć. 

-  Nie  byłbym  taki  pewien,  Marjo.  Nie  byłbym  pewien...  Oni  się  ze  mnie  śmieją. 

Mówią o mnie Marja - Karl. Nie podoba mi się to! Myślę, że nikomu by się nie podobało! 

-  Nikt  cię  tak  nie  nazywa!  Nigdy  o  czymś  takim  nie  słyszałam!  Mówisz  głupstwa, 

Karl.  Uroiłeś  sobie  coś.  Może  to  ty  się  zmieniłeś,  a  nie  ja!  Dawniej  byłeś  ze  mnie  dumny, 

cieszyłeś się, że wszyscy mnie lubią, że tak łatwo nawiązuję kontakt z różnego rodzaju ludź-

mi. Ja jestem sobą! Nigdy nie będę nikim innym! Czyż to właśnie nie Marję pragnąłeś mieć? 

Albo może nie jesteś do tego stopnia mężczyzną, by ścierpieć, że twoja żona chodzi własnymi 

drogami? 

background image

- Owszem, pragnę mieć Marję. Tę łagodną, miłą Marję, która zrywała się rano, zanim 

ptaki  zaczęły  śpiewać,  i  rozpalała  ogień  w  moim  domu.  Marję,  która  przytulała  się  do  mnie 

wieczorami niczym mały kociak.... 

- I masz ją, Karlu. Ale moje dni są długie... 

Teraz on podniósł się z miejsca. Ona wciąż siedziała na podłodze obok pustego stołka. 

-  Tak,  nasze  dni  są  długie,  Marjo.  Ważne  jest  jednak,  byśmy  potrafili  właściwie  je 

spożytkować. A ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, co jest dla ciebie najważniejsze. Czasami 

odczuwam  głęboki  niepokój.  Zdarza  się,  że  mam  ochotę  potrząsnąć  tobą  i  przywrócić  ci 

rozum, wydusić z ciebie tę tajemnicę. 

Jego oczy spoglądały teraz surowo. Pięści zaciskały się. 

Marja patrzyła przestraszona. 

- Tajemnicę? 

- Tak, tę, którą w sobie nosisz i która cię tak odmieniła, zrobiła z ciebie kobietę, której 

nie  pojmuję.  Dlaczego  to  dla  ciebie  takie  ważne,  żeby  znać  wszystkich,  żeby  wszyscy  cię 

lubili? Ktoś mógłby powiedzieć, że liżesz buty bogatym... 

- Jeśli ktoś odważy się tak powiedzieć, to będzie tego żałował! 

- Z pewnością. Ale czyż nie widzisz, jak łatwo wypowiedzieć takie słowa, skoro wiele 

razy  w  tygodniu  wychodzisz  z  domu  do  żony  dzwonnika  albo  do  Dosen  lub  do  córek 

lensmana,  albo  nie  wiem  gdzie  jeszcze...  Pamiętaj,  kim  jesteś,  Marjo  Oppdal!  Jesteś  żoną 

uczciwego dzierżawcy! 

- Tak, ale jestem również pasierbicą pułkownika. Nie zapominaj o tym! 

Karl  kiwał  wolno  głową,  musiał  oczywiście  przyznać,  że  zapominał  czasami  o  tym 

ostatnim. Ale dla niego ona była jego Marją, więc chyba nic dziwnego, że jako mąż uważa, iż 

ż

ona powinna siedzieć w domu i zajmować się rodziną. 

Na  widok  skulonej  postaci,  siedzącej  przy  ogniu  ledwie  parę  kroków  od  niego, 

złagodniał. Jednak miał wrażenie, że dzielą ich mile. Jakby się wokół niej znajdował mur. Nie 

było między nimi zła, chyba nawet nie brakowało miłości. A mimo to pragnął czegoś więcej... 

Sam  nie  wiedział,  czego.  Ostatnio  Karl  przyglądał  się  ukradkiem  innym  kobietom. 

Obserwował  ich  zachowanie  w  stosunku  do  mężów,  dostrzegał  te  szczególne  gesty,  które 

ś

wiadczyły o tym, co do nich czują. Zdarzało się, że widział to coś nieokreślonego, ulotnego, 

czego  postronni  nie  byli  w  stanie  zauważyć.  To  coś,  co  świadczy  o  wzajemnym  szacunku  i 

miłości, o wspólnocie... 

W Marji tego nie było. 

background image

Jego wyciągnięte dłonie napotykały chłodną skórę. Nawet kiedy był z nią, w chwilach 

najbardziej  intymnego  zjednoczenia,  zdarzało  się,  że  cofał  się  ogarnięty  nagłym  drżeniem. 

Ona się wtedy irytowała, bo chciała go mieć bez żadnych protestów. 

Ale sama w tym nie uczestniczyła. 

Jakby kochał kogoś martwego. Karl zadrżał. To uczucia, których nigdy nie odważyłby 

się  wyrazić  słowami.  Skoro  ona  nie  rozumiała  tego,  co  dręczy  męża,  z  pewnością 

pomyślałaby, że nie ma dobrze w głowie, gdyby próbował wyjaśniać jej akurat ten aspekt ich 

małżeństwa. Może odwróciłaby się od niego plecami. Może odebrałaby mu nawet te nędzne 

resztki, które jeszcze przypominały o miłości. 

Nie miał odwagi. Nie chciał ryzykować. 

Karl  postąpił  krok  naprzód.  Usiadł  przy  Marji  na  podłodze.  Objął  ramieniem  jej 

krągłe, kształtne barki. Włosy splotła w sztywny warkocz i pięknie upięła nad karkiem. Karl 

powyjmował teraz wszystkie czarne szpilki. Marja nie protestowała, mogło się wydawać, że 

dotyk  jego  palców  sprawia  jej  przyjemność.  Wkrótce  chmura  włosów  opadła  na  plecy, 

warkocz rozplótł się sam. Włosy Marji były lśniące i gęste, bardzo trudno było je ułożyć, nie 

zaplatając w ścisłe warkocze i nie spinając tuzinami szpilek. 

Karl poczuł, że żona jest przemarznięta. Spódnica zostawiła ciemny ślad na podłodze, 

jej skraj ociekał wodą. 

- Nie możesz tak siedzieć w mokrym ubraniu, moja kochana. Chodź, rozbiorę cię... 

Zdejmował  z  niej  ciężkie  spódnice,  rozwiązawszy  najpierw  pasek  w  talii.  Została 

tylko  w  koszuli i  długich  wełnianych  majtkach.  Pończochy  zostały  powieszone  nad  ogniem. 

Wisiały już tam ubranka dzieci, kiedy Marja dotknęła ich dłonią, poczuła przyjemne ciepło. 

-  Tobie  naprawdę  potrzebny  jest  mąż  -  szepnął  cicho.  -  Silna,  zdolna  Marja,  którą 

wszyscy chcą się opiekować i rozmawiać z nią... Potrzebuje z pewnością również męża? 

Musiała skinąć mu głową. Zamknęła oczy, co Karla zirytowało. Gładził ją po plecach 

niemal  z  czcią.  Czuł,  że  ona  przyjmuje  jego  pieszczoty.  Delikatna  skóra  uginała  się  pod 

dotknięciem jego palców. Miał ochotę zdjąć z niej również bieliznę, poczuł straszną tęsknotę, 

pragnął przytulić jej nagie ciało. 

- Moja Maryjka... nie kłóćmy się już więcej. Bądźmy nadal przyjaciółmi... 

- Tak, Karlu, niech tak będzie. Ale nie wolno ci... 

- Ciii! 

Położył  palec  na  jej  miękkich  wargach.  Potem  przesunął  go  dalej,  na  policzki,  a  ona 

posłuchała  go  i  umilkła.  Dotykał  jej  ciemnych  brwi,  gładził  palcem  grzbiet  nosa,  wyczuwał 

delikatną zmarszczkę wokół oczu. 

background image

Marja wyglądała na zmęczoną. 

Jakby  codziennie  dźwigała  jakiś  ciężar,  o  którym  nic  nie  wiedział  i  nie  mógł  jej  od 

niego uwolnić. 

Ogarnęła go ochota, by przyciskać ją mocno do siebie, zamknąć przed nią cały świat, 

odsunąć  wszelkie  zmartwienia,  sprawić,  by  zacięta  twarz  złagodniała.  Żeby  stała  się  znowu 

jego radosną, młodą żoną. By odnalazła spokój. 

Zamiast tego pochylił się delikatnie i pocałował ją ostrożnie w policzek. 

Marja siedziała bez ruchu. 

Pocałował ją w usta, poczuł lekki smak tego gorzkiego napoju, który nazywano kawą. 

Marja  nie  zareagowała,  pozwoliła  mu  robić,  co  zechce.  Wargi  nie  były  ani  chłodne,  ani 

napięte, ale też nie odpowiadały na jego pocałunki. 

- Chodź, położymy się. 

Posłusznie ruszyła za nim. 

Ubrania zostały rozwieszone na sznurku przy piecu obok sweterków dzieci. 

W  końcu  znaleźli  się  pod  miękkim  okryciem,  w  łóżku,  które  ogrzały  już  ciałka 

ś

piących  bliźniaków.  Karl  otulił  maleństwa  kołdrą  i  przeniósł  je  na  ławę  pod  ścianą.  Nadal 

spały  spokojnie.  Amelia  kaszlała  trochę,  nie  była  jeszcze  całkiem  zdrowa,  ale  gorączka 

ustąpiła. Karl ucałował oboje, pogłaskał potargane włosy i blade drobne policzki. Chłopczyk 

skrzywił się przez sen, jakby śniło mu się coś nieprzyjemnego. 

Karl wsunął się do łóżka, łagodna ciemność okryła jego niespokojne myśli. 

Teraz byli tylko oni. Tylko ich dwoje. Kiedy świat staje się tak mały, wtedy nietrudno 

jest odnaleźć się nawzajem. 

Ręce  Karla  dawały  ciepłe,  dobre  bezpieczeństwo.  Jego  pieszczoty  uwalniały  ciało  z 

niepokoju, lęk ulatniał się niczym woda z kałuży w ciepły lipcowy dzień. Marja czuła, że jej 

dłonie nie zaciskają się już w pięści. Serce, choć wciąż biło mocno, przestało się szamotać w 

piersi  niczym  uwięziony  motyl.  Dłonie  Karla  odnajdywały  dawne  drogi,  bardzo  dobrze 

wiedziała,  dokąd  zmierzają.  Karl  nigdy  by  nie  zniszczył  jej  nastroju,  zaskakując  ją  swym 

zachowaniem. Nigdy by nie dał do zrozumienia, że wie, czego ona pragnie, a potem wycofał 

się nagle. Karl był szczery, miły, znała go, czytała w jego oczach niczym w otwartej księdze. 

Zawsze wiedziała, co zamierza jej ofiarować. Był niczym opoka. Mimo tych powtarzających 

się narzekań wiedziała, że może na nim polegać. Nawet przez moment nie zapragnąłby życia 

bez tego, co ich łączyło. Karl przyjmie z radością każdy najmniejszy okruch, jaki ona zechce 

mu dać. 

Kiedy nadejdą złe czasy... 

background image

Kiedy sztorm zniszczy wiele, Karl będzie próbował poskładać rozbite kawałki. 

Karl  odnajdzie  każdą  najmniejszą  rzecz  z  roztrzaskanej  budowli,  mającą  jakąś 

wartość, i będzie mozolnie próbował znowu wszystko odtworzyć. 

To  jego  najwspanialsza  cecha.  I  właśnie  dlatego  ona  nadal  czuje  łączącą  ich  więź, 

nadal żywi to delikatne, drżące i piękne uczucie, które zwykle przesłaniają codzienne troski. 

To chyba oznacza kochanie, myślała Marja. 

Tak to zostało postanowione na początku świata. 

Jako  coś  dobrego,  z  czego  ludzie  mogą  czerpać  radość,  niczym  konie  doprowadzone 

do wodopoju po ciężkim dniu w spiekocie. 

Marja oplotła męża ramionami. Czuła, jaki jest silny i gorący, jak dobrze znajomy. 

Zapragnęła,  by  pobył  z  nią  dłużej,  drażniła  go,  dotykając  lekko  palcami  czułych 

miejsc,  słyszała,  jak  wzdycha  z  nieoczekiwanej  radości.  Widocznie  już  dawno  tak  go  nie 

pieściła. Już dawno nie okazywała żadnej inicjatywy. 

Zasłużył sobie na to, pomyślała z czułością. Zasłużył sobie na trochę rozkoszy, radości 

i  bliskości.  To  przecież  taki  dobry  chłopak!  I  nieustannie  za  wszystko  wdzięczny... 

Wzruszające  jest  patrzeć,  jak  drży,  kiedy  całuję  go  po  brzuchu,  kiedy  moje  wargi  dotykają 

jego  ud...  Jak  nie  jest  w stanie  uleżeć  spokojnie,  ten  mój  kochany  małżonek,  kiedy  pieszczę 

biustem delikatną skórę na jego gładkiej piersi. 

Marja  zauważyła  narastające  również  w  niej  pożądanie,  jakby  mały  strumyk, 

wypływający  z  tej  rzeki,  która  unosiła  Karla,  dotarł  także  do  jej  brzegu.  Bardzo  lubiła  to 

niezwykłe uczucie mrowienia w dole brzucha, to przytłumione gorąco. Nie chciała już dłużej 

czekać, uniosła się na łokciach, kolana oparła na wypełnionym słomą sienniku po obu bokach 

jego ciała. Pozwoliła, by jej włosy opadły mu na twarz, wiedziała, że lubi w nich utonąć. 

Nagle Karl przyciągnął ją mocno do siebie, jednym zręcznym ruchem obrócił i ułożył 

na plecach. 

Czuła jego oddech, przyśpieszony, gorący, czuła, że Karl na nią patrzy. 

- Marja, kocham cię! 

W tym gwałtownym wyznaniu miłości brzmiało coś niedobrego, niczym groźba. 

Marja  zesztywniała,  uczucie  rozkoszy  ulotniło  się.  Ale  on  nie  zamierzał  przerwać 

tego, do czego zmierzał. 

- Kocham cię, rozumiesz? Właśnie teraz jesteś moja! 

- Tak - szepnęła przestraszona. Nie lubiła, kiedy był taki rozpalony. 

Wszedł w nią gwałtownie, władczo. 

Całował ją gorąco, poruszał się miarowo, z przymkniętymi oczyma. 

background image

Zanim  Marja  zdążyła  pojąć,  co  się  dzieje,  Karl  zastygł  w  bezruchu.  Wciąż  jednak 

trzymał  garścią  jej  włosy,  a  ciało  spoczywające  na  niej  nie  było  ciężkie  i  bezwładne  jak 

zwykle, lecz wciąż jędrne i napięte, wciąż pełne sił. 

-  Marjo,  dlaczego  ty  nie  jesteś  znowu  brzemienna?  Była  tak  zaskoczona,  że  nie 

potrafiła odpowiedzieć. 

W jego głosie nie słyszała wyrzutu, chociaż słowa mogły brzmieć jak oskarżenie. Jeśli 

coś takiego się w nich zawierało, to chyba bez jego woli, bo Karl mówił dalej: 

-  Bardzo  bym  chciał  widzieć,  że  znowu  jesteś  okrągła,  ciężka  i  zadowolona...  Że 

nosisz  dzieciątko  w  brzuchu.  Dbałbym  o  ciebie  bardzo...  Nie  musiałabyś  nic  robić!  Tylko 

chodzić po izbie i obejściu, szyć malutkie ubranka, piec nam chleb i bawić się z bliźniakami... 

Pomyśl, jak one by się cieszyły, czekając na małego brata lub siostrę! 

- Ja cię nie rozumiem, Karl. Nieustannie przychodzą do mnie kobiety, a często nawet 

mężczyźni, i pytają, czy wśród swoich starych recept nie mam czegoś, co mogłoby zapobiec 

takim następstwom chwil małżeńskiej radości. Oni są zmęczeni, Karlu, i proszą Boga, by dał 

im trochę spokoju. Mają za dużo dzieci... 

- Ale przecież my mamy tylko dwoje... 

-  Tak,  mamy  dwoje  ślicznych  dzieci.  Przestańmy  się  więc  zastanawiać,  dlaczego  nie 

rodzi nam się więcej! 

- Marjo, musisz mi teraz odpowiedzieć szczerze: czy ty dajesz coś tym kobietom? 

Nie  odważyła  się  odpowiedzieć  twierdząco.  Wiedziała,  że  w  takim  razie  on  by  jej 

pilnował w każdej sekundzie. Wzbudziłaby tym najgorsze podejrzenia, myślałby, że daje mu 

jakieś zioła, by osłabić jego męskie siły i zdolność do płodzenia dzieci. 

- Nie. Nie ma takich środków. Mogę im tylko poradzić, co robić, kiedy  są ze swymi 

mężami... 

Karl wyglądał na uspokojonego. 

- Będziemy się modlić, Marjo, aby moje nasienie zapuściło w tobie korzenie! 

-  Ty  się  módl,  Karl.  Ja  myślę,  że  w  tych  sprawach  ty  masz  największą  władzę!  - 

mówiła na pozór beztrosko, ale wszystko się w niej gotowało. Ostatnie, czego by chciała, to 

zajść w ciążę! Nie wolno do tego dopuścić. Nie zawsze była dość ostrożna, ale nie może tego 

samego błędu popełnić dwa razy. Ciąża z Justitianem zrujnowała wiele jej planów. Choć nie 

do końca powstrzymała ją przed urzeczywistnieniem snów o zemście, to przecież zmusiła do 

szukania nowych sposobów. Przez tyle lat trzeba okazywać cierpliwość... 

O  następnych  dzieciach  nie  może  być  w  ogóle  mowy.  Już  ona  się  o  to  zatroszczy. 

Istnieją  przecież  zioła...  Marja  wiedziała,  że  nie  są  całkiem  bezpieczne,  że  ów  napój,  który 

background image

przyrządza sobie dwa razy w miesiącu, sprawia, iż dręczą ją mdłości i bóle brzucha. W ciążę 

jednak  nie  zachodziła.  A  jeśli  ich  sprawy  małżeńskie  toczyć  się  będą  tak  jak  dotychczas,  to 

istnieje niewiele szans na kolejne dziecko. 

-  Maleńki  chłopczyk...  albo  dziewczynka.  Och,  jak  ja  tęsknię  za  tym,  by  znowu 

widzieć cię z dzieckiem u piersi, Marjo! 

Zirytowana odsunęła się od męża. Usiadła na posłaniu. 

- Karl, nie wspominaj o tym więcej! Ja wiem, dlaczego tak mówisz, i bardzo mi się to 

nie podoba. Ty chcesz mnie związać z domem, prawda? Chcesz uczynić mnie wielką, grubą i 

niezdarną, żebym przez wiele miesięcy nie mogła wychodzić z obejścia! Zamkniesz mnie w 

chacie,  chcesz  wykorzystać  nieszczęsne  dziecko,  by  osiągnąć  to,  czego  nie  możesz  uzyskać 

biadoleniem i oskarżeniami! 

Dzieci  na  ławie  popłakiwały  przez  sen.  Karl  również  usiadł  na  łóżku.  Marja  nie 

widziała  go  teraz  wyraźnie,  było  zbyt  ciemno,  ale  żarzące  się  jeszcze  w  piecu  węgle 

pozwalały jej dostrzec, że Karl jest zły. 

- A jeśli nawet by tak było, Marjo, że chcę cię związać, to co? Czy gospodarz nie musi 

związać  krowy,  która  wciąż  przeskakuje  przez  ogrodzenie  i  nie  wie,  gdzie  jest  jej  miejsce? 

Kiedy  ciągle  biega  w  szkodę?  I  gdy  staje  na  drodze  tak,  że  każdy,  kto  zechce,  może  ją 

wydoić... 

Rozległ się suchy trzask, kiedy Marja uderzyła męża otwartą dłonią w policzek. 

Czuła, że ręka ją piecze. 

Przez  moment  bała  się,  że  Karl  odda.  Kiedy  jednak  tego  nie  zrobił,  rzuciła  się  na 

posłanie, owinęła kołdrą i odwróciła od niego plecami. 

-  Pewnego  dnia  pożałujesz  tego  -  powiedział  cicho.  Jego  słowa  drżały  tuż  przy  jej 

uszach,  ale  ona  nie  chciała  ich  przyjąć  do  wiadomości.  -  Któregoś  dnia  zrozumiesz,  jakie 

szalone jest twoje życie, Marjo. Jak mało dajesz z siebie... 

- Daję to, co chcesz mieć, ale ty odpowiadasz mi oskarżeniami i pogróżkami. Może to 

ty powinieneś się zastanowić nad różnymi sprawami - syknęła spod kołdry. Zorientowała się, 

ż

e Karl położył się obok niej. Poczuła, że zapanował między nimi chłód. 

Trudno,  w  takim  razie  przez  jakiś  czas  tego  rodzaju  historii  między  nimi  nie  będzie. 

Ona potrzebuje sił na inne sprawy. Pojmowała jednak, że co do jednej rzeczy Karl ma rację. 

Powinna więcej czasu poświęcać dzieciom. Są już teraz duże. Powinna częściej zabierać je do 

domu  babci,  żeby  mogły  przebywać  w  pięknych  pomieszczeniach.  Zwłaszcza  teraz,  gdy 

wkrótce będą miały... no właśnie, kogo? Małą ciocię albo wujka. 

background image

Marja  musiała  uśmiechnąć  się  sama  do  siebie.  Dziwnie  było  myśleć  o  bliźniakach, 

którym urodzi się wujek siusiający w pieluchy i ssący pierś! 

Cieszyła się, że opowie dzieciom o maleństwie Gjertrud. 

Jutro... 

Amelia  zrobiła  wielkie  oczy,  podczas  gdy  Karl  Martin  nawet  nie  przerwał  swojego 

nieustannego splatania włóczki. Marja była bliska irytacji na to dziecko, które jakby nie miało 

odwagi patrzeć ludziom w oczy. W takich momentach przypominał jej Justitiana, bała się, że 

wszyscy to widzą. Rozsądek jednak mówił jej, że to tylko nieważne drobiazgi, które jedynie 

ona  dostrzega.  A  poza  tym  Karl  kochał  syna  z  niewypowiedzianym  żarem.  Wprost  wielbił 

oboje,  sądził,  że  to  jego  potomstwo.  Marja  uważała,  że  Karl  rozpieszcza  dzieci.  Żadne  z 

bliźniąt nie potrafiło wykonywać nawet najprostszych prac. A przecież  miały po  cztery lata, 

wielu  ich  rówieśników  nauczyło  się  już  chodzić  po  polach  w  czasie  żniw  i  pomagać.  W 

każdym razie przynosiły drewno na opał do domu i sprzątały w oborze. Amelia i Martin nie 

robili nic... 

- Kiedy się to dziecko urodzi? - zapytała Amelia. 

- W kwietniu. Kiedy śnieg całkiem stopnieje i zakwitnie podbiał... 

-  Ale  będzie  ładnie.  Tylko...  to  przecież  twoja  siostra,  mama!  Bo  Gjertrud  jest  twoją 

mamą, a ty jesteś moją mamą... Mama, czy ja też będę mieć siostrę? 

Marja  ukradkiem  spojrzała  w  stronę  Karla.  Czyżby  był  taki  prymitywny  i  kazał 

dzieciom  wypowiadać  własne  życzenia?  On  jednak  patrzył  na  nią  zakłopotany,  widocznie 

wiedział, o czym myślała. Nie, nie posunąłby się tak daleko. 

Marja uśmiechnęła się do córeczki. 

- Nie, Amelio, tego nie mogę ci obiecać. Takie sprawy się po prostu... zdarzają. 

- Ale myślisz, że będzie mi wolno pożyczyć dziecko? Tak, żebym mogła  je wozić w 

wózku, który zrobił tata! 

Marja roześmiała się. 

-  Wymyślasz  tyle  dziwnych  rzeczy,  moja  mała.  Kto  to  widział  wozić  dziecko  w 

wózku!  Przestraszyłoby  się  i  płakało,  tak  sądzę.  Nie  można  takim  małym  dzieckiem 

potrząsać,  rozumiesz  chyba.  Ale  może,  kiedy  będzie  większe...  będziesz  mogła  się  z  nim 

bawić. 

- Dobrze. Chciałabym, żeby to była dziewczynka... Marja wolno kiwała głową. 

Karl  Martin  nie  powiedział  nic.  Pozwoliła  mu  siedzieć  w  milczeniu.  W  tym  dziecku 

było coś, co ją niemal krępowało. Poruszało w niej jakieś struny, o których sama najchętniej 

by  zapomniała.  Poza  tym  jednak  Martin  był  grzecznym  chłopcem.  Spokojnym  i  cichym, 

background image

łatwo  dawał  sobą  kierować.  Nie  bał  się  samotności,  przeciwnie,  chyba  lubił  być  sam. 

Budował  sobie  kryjówki  na  strychu  albo  pod  jesionem  na  podwórzu,  we  wszystkich 

zakątkach... 

Marja  nie  miała  nic  przeciwko  temu.  Chłopiec  nikomu  przecież  nie  wadził.  Bała  się 

tylko,  że  będzie  zbyt  nieśmiały.  Postanowiła,  że  zabierze  go  na  ostatni  dzień  tingu.  Jutro. 

Spotkają tam wiele ludzi, wtedy będzie mogła zobaczyć, jak chłopiec się zachowuje. Amelia 

zostanie  w  domu.  Ktoś  musi  pilnować  ognia,  a  poza  tym  mała  powinna  ćwiczyć  pisanie 

rysikiem na tabliczce, Marja zaczęła ją uczyć tej sztuki. 

Drzwi  trzasnęły.  Karl  wyszedł  na  podwórze.  Karl  Martin  w  tym  samym  momencie 

zerwał się na równe nogi i zanim Marja zdążyła zawołać, by włożył kurtkę, wybiegł z domu. 

Wzięła Amelię na kolana. 

-  Jutro  pójdziesz  ze  mną  do  domu  lensmana.  I  będziemy  u  babci  jeść  krem 

borówkowy. 

- Dobrze. 

- Dobrze? Tylko dobrze? 

Amelia wysunęła się z jej objęć, zebrała okruchy chleba spod stołu. 

- Trzeba tu posprzątać - oznajmiła dorosłym głosem. Mar ja westchnęła. 

Nie  potrafiła  nawiązać  kontaktu  z  dziećmi.  Taki  wiek,  prawdopodobnie.  Pamiętała 

przecież, jaka ona sama była trudna w wieku pięciu lat. To właśnie wtedy tata ją zostawił. 

Wkrótce jednak będzie lepiej. Kiedy wszystko się dopełni. 

Kiedy spadek zostanie zabezpieczony. 

Kiedy  Justitian  wróci  do  domu  i  pan  Revelin  utraci  znaczną  część  swojej  władzy. 

Wtedy  dzieci  będą  miały  w  domu  dużo  więcej  niż  cudzy  borówkowy  krem.  Marja  była 

pewna, że nie utracą ojca. Karl zniesie wszystko. Karl wszystko zrozumie. Wybaczy. A może 

Bóg  da,  że  nigdy  nie  dowie  się  prawdy?  Może  uda  się  wszystko  przeprowadzić  tak,  by  jej 

kłamstwo  w  sprawie  dzieci  nie  zostało  ujawnione  nikomu  więcej  oprócz  Justitiana  i  tego 

demona,  który  jest  jego  ojcem?  Żaden  z  nich  z  pewnością  nie  zechce,  by  prawda  o 

bliźniakach z Oppdal ujrzała światło dzienne. Przynajmniej dopóki stary pastor żyje. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Kopenhaga, luty 1709 

Mężczyźni,  którzy  wyszli  z  eleganckiego  domu  na  Wiingaard  Strasde,  wytrzeszczyli 

oczy. W dół ulicy, skręcając w lewo do Ulchegade wiodącej ku morzu, podążał wielki orszak. 

W  ludzkiej  gromadzie  znajdowały  się  również  krzykliwie  ubrane  kobiety  o 

potarganych  włosach.  Wymachiwały  ze  złością  rękami  i  wrzeszczały  niczym  chmara  mew 

nad pełną ryb łodzią. 

Młodzi  mężczyźni  na  schodach  byli  przyodziani  na  czarno,  nosili  czarne  długie 

peleryny i szerokie czarne spodnie. Tylko wąskie białe kołnierzyki świadczyły, że to studenci, 

prawdopodobnie  wydziału  teologii  przy  królewskim  uniwersytecie.  Obaj  pochodzili  ze  wsi. 

Obaj  przyjechali  z  odległych  prowincji  kraju  daleko  na  północy,  o  których  mieszkańcy 

Kopenhagi  wiedzieli  co  najwyżej  tyle,  że  są  tam  bardzo  wysokie  góry,  sięgające  niemal  do 

nieba. Kobiety w rozkrzyczanym tłumie wiedziałyby prawdopodobnie więcej, ale one rozma-

wiały tylko ze sobą. 

Justitian  Revelin  nerwowo  oblizywał  wargi.  Jego  towarzysz,  zaszokowany,  aż 

otworzył usta. Boże, co za widok! 

-  Spójrz!  Na  Boga,  co  to?  Kobieta...  to  przecież  musi  być  kobieta!  Ale  jak  okropnie 

wygląda! Jest prawie naga! 

Justitian nie był w stanie odpowiedzieć. 

Język przykleił mu się do podniebienia niczym martwa ryba do rozpalonych w słońcu 

brukowych kamieni. 

Toż to przecież Susanna! 

Królowa Sussa z domu panien na Ostergade! 

Ta  sama  Sussa,  która  zaledwie  kilka  godzin  temu  wzdychała  zadowolona  w  jego 

objęciach i z uśmiechem posyłała mu słodkie pocałunki, kiedy tuż przed świtem wymykał się 

z jej małego pokoiku uboższy o trzy talary. 

Umieścili  ją  w  czymś  w  rodzaju  klatki.  W  okrągłej,  dziwnej  klatce  ustawionej  na 

niewielkim wózku. Wózek ten ciągnęły dwie inne kobiety w podartych sukniach, ze śladami 

starej szminki i czegoś, co przypominało krew, na twarzach. Obie były bose, kamienny bruk 

otarł  ich  stopy  do  tego  stopnia,  że  każdy  krok  znaczyły  ciemnoczerwonymi  plamami  na 

zimnych kamieniach. 

Ale Sussa... 

background image

Klatka,  w  której  została  zamknięta,  obracała  się  w  kółko  jakby  w  jakimś 

niesamowitym tańcu, sprawiającym zapewne, że kobieta doznawała zawrotów głowy i miała 

mdłości. Na wpół leżała, wsparta na łokciu, ręce zesztywniały jej od rozpaczliwego ściskania 

giętkich  prętów,  z  których  klatka  została  upleciona.  A  wóz  trząsł  i  kiwał  niemiłosiernie, 

klatka trzeszczała, okropny taniec trwał, kobieta w środku przewracała się z boku na bok jak 

w śmiertelnych drgawkach. Jedną nogę miała  chyba złamaną, kostka była sina i opuchnięta, 

nie mogła dać jej wsparcia. Usta były otwarte jak do krzyku, ale żaden dźwięk nie przeciskał 

się przez spękane wargi. 

Justitian  odczuwał  jej  ból.  Jego  wściekłość  byłaby  w  stanie  powalić  na  ziemię 

mężczyznę  w  paradnym  uniformie.  Tego  ponurego  pyszałka,  który  szedł  na  przedzie 

pochodu,  strosząc  się  niczym  kogut  pod  pełnymi  szacunku  spojrzeniami  gapiów.  Objaśniał 

silnym głosem, o co tutaj chodzi. Mieszkańcy stolicy pokazywali orszak palcami i zasłaniali 

rękami usta, niektórzy zaciskali pięści i wykrzykiwali słowa uznania pod adresem mężczyzny 

w mundurze. 

- Tak właśnie powinno  być! Wyrzućcie te brudne dziwki z naszych ulic, chcemy, by 

nasze dzieci mogły chodzić po mieście bez obawy przed ich rozwiązłością! 

Policjant  kiwał  łaskawie  głową,  przyjmując  pochwały.  Donośnym  głosem  objaśniał, 

jak  jego  genialny  pomysł  przysłuży  się  walce  z  zepsutymi  kobietami,  które  stanowią  taki 

wstyd dla ich pięknej stolicy. 

Rozprawa z ulicznicami! 

To jego własny wynalazek, oznajmiał z dumą. 

Wypolerowaną  białą  laseczką  poszturchiwał  niby  przypadkiem  obie  nieszczęsne 

kobiety, spełniające tutaj upokarzającą funkcję zwierząt pociągowych. Jedna z nich miała na 

ramionach czerwone podłużne ślady - pamiątka po laseczce policmajstra. 

Przeklęty pyszałek, myślał Justitian gniewnie. 

Nowo mianowany policmajster Himmerich od pierwszego dnia urzędowania głównym 

celem  działalności  uczynił  walkę  z  ulicznicami.  Postanowił  oczyścić  królewskie  miasto  z 

rozwiązłych  kobiet,  uporządkować  domy  publiczne,  zrównać  z  ziemią  domy  schadzek,  po-

zamykać  wszystkie  lokale  taneczne,  zatrudniające  zbyt  wiele  zbyt  młodych  dziewcząt  w 

charakterze usługujących przy stole... 

Justitian widział w Kopenhadze dostatecznie dużo zakazanych dzielnic, świetnie więc 

rozumiał,  co  oznacza  misja  policmajstra.  Prawdę  powiedziawszy,  każdy  choć  odrobinę 

zorientowany w tej sprawie człowiek musiał się zgodzić, że rozpusta i rozwiązłość zaszły za 

background image

daleko.  Niemal  codziennie  dochodziło  do  morderstw,  pieniło  się  złodziejstwo,  napady  i 

obraza boska. 

Nie wszyscy są tacy jak ja, myślał Justitian. 

Nie  wszyscy  klienci  traktowali  cię  równie  dobrze,  Sussa.  Ale  na  to  sobie  nie 

zasłużyłaś, ten upokarzający pochód powinien był być ci oszczędzony. 

Moja biedna, nieszczęsna Sussa! 

Justitian  zauważył,  że  kolega  trącił  go  ostrożnie  w  ramię,  odwrócił  więc  oczy  od 

pochodu.  Wkrótce  orszak  zniknął  za  rogiem  ulicy,  oni  jednak  wciąż  słyszeli  pełne  dumy 

oświadczenia  policmajstra  i  histeryczne  krzyki  kobiet,  oddalające  się  od  Stroget  i  zbliżające 

do  kościoła  świętego  Mikołaja,  w  którym  dzisiaj  studenci  teologii  mieli  uczestniczyć  w 

nabożeństwie odprawianym przez biskupa. 

Niels  nie  przestawał  mówić,  rozgorączkowany  i  wzburzony,  gdy  szli  szybko  w  dół 

ulicy  Kościelnej,  mijając  lipy  zwieszające  smutnie  gałęzie  nad  murami  miejsca  wiecznego 

spoczynku.  Dumny  kościół  świętego  Mikołaja  wzywał  ich  do  siebie  ciężkimi  uderzeniami 

dzwonów. To największy kościół, jaki Justitian widział. Wciąż jeszcze nie mógł się nadziwić 

kolorowym  witrażom  i  dekoracjom.  Jakie  to  niezwykłe,  kościół  miał  wiele  ołtarzy  i  wiele 

naw! O czymś takim nigdy przedtem nie słyszał. Dumny kościółek w Lysterw porównaniu z 

tym  był  jedynie  nędzną  kapliczką!  Portal,  który  kiedyś  wydawał  się  Justitianowi  taki 

wspaniały, teraz jawił się niemal żałośnie... 

Justitian  słyszał,  że  kolega  mówi  i  mówi,  teraz  zmienił  temat  i  opowiadał  coś  o 

wykładzie,  którego  wysłuchali  poprzedniego  dnia,  na  temat  kar  kościelnych  i  dróg 

zbawienia...  Jego  słowa  unosił  lekki  wietrzyk,  który  rozwiewał  wzdłuż  rynsztoków 

zeszłoroczne liście. 

Sussa. 

Co oni zamierzają z nią zrobić? 

Cóż to za ponurą grę podjął policmajster? 

Dokąd ją zabrali? 

Justitian  wciąż  z  trudem  przełykał  ślinę,  kolana  uginały  się  pod  nim,  kiedy  wkraczał 

do domu Bożego z głową pełną różnych myśli, z których ani jedna nie była czysta. 

- Och, mój słodki Norweg, mój ukochany Justitian, już wróciłeś? 

Sussa  narzuciła  na  ramiona  lekki  czarny  szal  i  podawała  mu  świeżo  pomalowane 

wargi. 

Była niczym zjawisko. 

background image

W  jej  pokoju  znajdowało  się  niewiele  mebli,  najwięcej  miejsca  zajmowało  ogromne, 

ciężkie łoże. Zostało wykonane w Niemczech blisko sto lat temu i miało wielki baldachim z 

niebieskiego  aksamitu.  Kiedy  się  na  nim  leżało  na  plecach,  co  zdarzało  się  nader  często, 

można  było  w  każdym  narożniku  widzieć  bawiące  się  amorki.  Niegdyś  były  one  pozłacane, 

teraz tylko tu i ówdzie widziało się resztki starych złoceń. 

Łóżko Sussy okrywała jasnoczerwona narzuta, delikatna niczym obłok. Materac miał 

prawdziwe  sprężyny.  Dla  Justitiana  było  to  niezwykłe  doświadczenie  wówczas,  gdy  jako 

nowo przybyły do królewskiego miasta znalazł się w pokoju Sussy. 

Dziewczyna  wynajmowała  pokój  u  Księcia,  zwalistego  żołnierza,  który  na  wojnie 

stracił nogę, a teraz zarabiał na życie wynajmowaniem pokoi w pięknym domu swej zmarłej 

matki.  Mieszkały  tu  wyłącznie  dziewczyny.  Nie  był  to  zresztą  przypadek.  Książę  miał 

wszystkie papiery w porządku i posiadał królewskie zezwolenie na wyszynk alkoholu. Wśród 

gości  jego  domu  zdarzali  się  szlacheccy  synowie,  a  także  biedni  marynarze.  Dziewczęta  od 

Księcia dawały im niezapomniane przeżycia, wracali więc tutaj nieustannie.  Interes rozwijał 

się  znakomicie.  Książę  był  sprytnym  człowiekiem,  wiedział,  że  w  równych  odstępach  czasu 

należy  posłać  woreczek  pełen  srebra  ważnym  osobom.  Jak  dotychczas  władze  policyjne 

nękały  jedynie  jego  konkurentów.  A  miał  ich  aż  nadto.  Kwartał  pomiędzy  ulicą  Winniczą  a 

Małą Królewską przepełniały domy schadzek i knajpy. W lokalach za zamkniętymi drzwiami 

półnagie  dziewczęta  tańczyły  na  stołach.  Istniały  też  ponure  piwnice,  gdzie  za  parę  łyków 

alkoholu  mężczyzna  mógł  sobie  kupić  towarzystwo  jednej  z  bardziej  umęczonych  życiem 

dam. Obok zaś znajdowały się eleganckie, wysokie domy z pięknie urządzonymi pokojami, w 

których  ubrane  w  jedwabie  i  pióra  kobiety  ze  wschodu  i  zachodu  proponowały  swoje 

towarzystwo  panom  z  najlepszych  sfer.  Ale  takie  miejsca  jak  Ogród  Nadjany  oraz  Zamek 

Serc otwierały podwoje jedynie panom posiadającym najwyższą pozycję i dobrze wypełnione 

sakiewki. 

Zakład  Księcia  plasował  się  pośrodku.  Jego  goście  rzadko  bywali  bogaci,  nie 

wpuszczano tu jednak żadnej hołoty. 

Sussa  była  jego  najwierniejszą  lokatorką.  Mogła  przyjąć  w  ciągu  jednego  dnia  pracy 

ośmiu różnych panów... 

Przy pierwszym spotkaniu Justitian nie miał o niczym najmniejszego pojęcia. Wszedł 

do  tego  domu  w  pewien  łagodny  letni  wieczór,  ponieważ  chciał  posłuchać  pieśni,  której 

dźwięki dotarły do niego na ulicy. Śpiewała kobieta, słowa pieśni były niemieckie, z trudem 

zrozumiał,  o  czym  opowiadają.  Wkroczył  więc  do  środka,  rozejrzawszy  się  najpierw 

background image

dokładnie  na  wszystkie  strony.  Wiedział  bowiem,  że  to  przed  takimi  właśnie  miejscami 

ostrzegają swoich młodych studentów profesorowie na uniwersytecie. 

Kiedy wszedł, Sussa siedziała na stole, a jej szczupłe nogi kołysały się w takt melodii. 

Wyglądała na nie więcej niż piętnaście, szesnaście lat. 

Usiadł  obok  niej,  wkrótce  na  stole  pojawił  się  kufel  piwa.  Na  szczęście  miał  dość 

pieniędzy,  by  zapłacić  za  swój  napitek,  a  także  ofiarować  co  nieco  dziewczynie,  która 

uśmiechała się czule. 

Zafundował jej wino, a potem bawili się jeszcze długo. 

Jęknął,  gdy  usłyszał  cenę,  za  taką  sumę  bowiem  mógłby  kupić  sobie  u  Fru  Hannah 

trzy lub cztery obfite posiłki. Ale niebieskie oczy dziewczyny wpatrywały się w niego z taką 

czułością,  a  powieki  drgały  niczym  skrzydełka  motyla.  Włosy  miała  długie  aż  do  pasa, 

brunatne i połyskujące niezwykłym czerwonawym blaskiem. 

Justitian  uważał,  że  jest  trochę  podobna  do  Maryjki.  Wciąż  nosił  w  sercu  tę  straszną 

gorycz, jaką wywołał pierwszy list od ojca. 

Marja  nie  czekała  nawet,  aż  woda,  wzburzona  przez  statek,  którym  odpłynął,  się 

uspokoi,  i  poszła  do  ołtarza  z  innym.  Wyszła  za  Karla  Oppdala.  Ów  dzierżawca  był  dla 

Justitiana  kimś  tak  anonimowym,  że  młody  student  musiał  się  bardzo  wysilać,  by 

przypomnieć sobie rysy tego człowieka. 

Mar ja była więc stracona na zawsze. 

W ciele Justitiana wciąż pulsowała gorąca, nieznośna tęsknota. 

Może właśnie dlatego topił się niczym masło na słońcu pod rozpalonym wzrokiem tej 

obcej  kobiety?  Może  właśnie  dlatego  poszedł  za  nią  po  stromych  schodach  do  pokoiku  nad 

gospodą. 

I  może  dlatego  kochał  ją  z  takim  bolesnym  zapamiętaniem,  że  kiedy  było  już  po 

wszystkim,  dziewczyna  śmiała  się  do  niego  perliście  i  na  pożegnanie  zafundowała  mu 

kieliszek... 

Tamtego  pierwszego  wieczora  nosiła  jasnoczerwoną  sukienkę.  Teraz  miał  tyle 

doświadczenia,  by  wiedzieć,  że  sam  kolor  sukienki  powinien  był  mu  wskazać,  z  jakiego 

rodzaju kobietą ma do czynienia. 

Spożył wtedy swój pierwszy soczysty kęs z jabłka grzechu i przez wszystkie następne 

lata  regularnie  raczył  się  owocami,  które  dawały  kobiety  pokroju  Sussy.  Były  to  owoce 

zakazane! Słodkie, ale niebezpieczne, grzeszne owoce, które uwodzą i zatruwają mężczyzn! 

Raczył się nimi również wczoraj wieczorem. 

Właściwie dzisiejszej nocy. 

background image

Podczas  gdy  Niels  spał  snem  sprawiedliwego  i  nawet  nie  przypuszczał,  że  jego 

towarzysz przebywa poza domem. 

Lubił Nielsa między innymi za to. Chłopak był tak naiwny i prostolinijny, że wierzył 

w  najbardziej  oczywiste  kłamstwa.  Dawał  mu  zawsze  wspaniałe  alibi.  Ten  syn  biskupa  ze 

Stavanger stanowił wzór studenta oraz kandydata na pastora. Ciężko pracował, śmiertelnie bał 

się kobiet, święcie wierzył w swoje powołanie i chętnie oddałby ostatnią kroplę krwi za każdą 

błądzącą  duszę.  Poza  tym  kochał  swoich  rodziców  tak,  że  Justitian  na  myśl  o  tym  szalał  z 

zazdrości i gniewu. Czułe listy od rodziców, które Niels mu odczytywał, wywoływały w nim 

ż

al i bunt. 

Zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, iż dotychczas nie pojmował, co w życiu utracił. 

Pomyśleć,  że  istnieją  tacy  ojcowie!  Ile  szczęścia  miał  ten  Niels,  który  co  miesiąc 

otrzymywał arkusiki pełne ciepłych, czułych i troskliwych słów od stęsknionego ojca. 

Niels  urodził  się  po  słonecznej  stronie.  Po  skończeniu  studiów  wróci  do  domu, 

otrzyma  posadę  w  dobrej  parafii,  ożeni  się  z  jakąś  sympatyczną  proboszczowną  i  wkrótce 

zostanie ojcem gromadki równie sympatycznych dzieci. 

Justitian  nie  był  natomiast  w  stanie  wyobrazić  sobie  Nielsa  w  pościeli  Sussy. 

Wybuchał śmiechem na myśl o tym, jak kolega czerwieni się i traci głos na widok kobiety w 

łóżku. Zdarzało się, że razem z Sussą żartowali na ten temat, wyobrażali sobie, jak by mógł 

się  zachowywać  skrępowany  chłopiec,  wymyślali  najrozmaitsze  zasadzki,  jakie  można  by 

zastawiać na niedoświadczonego Nielsa... 

Zazwyczaj  śmiali  się  i  śmiali,  aż  w  końcu  znowu  koncentrowali  się  na  sobie 

nawzajem. 

Sussa miała najgorętsze usta, jakie Justitian zdołał poznać. 

Chociaż, szczerze powiedziawszy, oprócz ust Ma - ryjki i warg strasznej Elisabeth nie 

poznał znowu tak wielu. Sussa jednak przewyższała wszystkie kobiety. Może właśnie dlatego 

nazywano ją takim imieniem? 

Zawierało w sobie szum wiatru i smak pocałunków. 

-  Szum?  Nie,  tego  słowa  nie  będziemy  używać  -  ucięła  krótko,  kiedy  starał  się 

wytłumaczyć jej, co czuje. - Nie będziemy się zastanawiać nad moim imieniem. 

-  Jesteś  najsłodszą  ze  wszystkich  dziewcząt,  jesteś  najpiękniejszym  kwiatkiem  w 

królewskim ogrodzie... i najbardziej zuchwałym! 

Ona  drapała  go  leciutko  pod  brodą,  jej  długie  paznokcie  były  zawsze  czyste,  chętnie 

też  malowała  je  krwistoczerwonym  lakierem.  Niekiedy  dla  zabawy  ozdabiała  je  dodatkowo, 

background image

małym  pędzelkiem  rysowała  czarnym  atramentem  wzorki  na  paznokciach,  a  ktoś,  komu 

pozwoliłaby obejrzeć je uważnie, dziwiłby się bardzo temu, co rysunki przedstawiają. 

- Sussa, jesteś niezwykła! 

Justitian  wypowiadał  te  słowa  tak  często,  że  aż  dziw,  iż  jej  się  nie  znudziły.  Ona 

jednak zawsze uśmiechała się z wdzięcznością, słysząc jego komplementy, zawsze zajmowała 

się  nim  niczym  rozradowana  gejsza.  Wciąż  wymyślała  nowe  pieszczoty,  którymi  obdarzała 

go pod zakurzonym baldachimem. 

Wczoraj wieczorem... 

Dała mu jeszcze więcej rozkoszy niż zwykle. 

Odrzuciła  swój  nowy  czarny  szal  i  była  jego  boginią,  a  on  najbardziej  oddanym 

niewolnikiem  w  jej  świątyni.  Odgrywała  rolę  kochającej  Wenus,  niebezpiecznej  Medei  i 

Diany  z  łukiem  na  ramieniu.  Wabiła  go,  podniecała,  nie  przestawała  pieścić.  Sussa  potrafiła 

bardzo  długo  utrzymywać  go  w  bolesnej  ekstazie,  zdającej  się  trwać  wieki,  graniczącej  z 

udręką. Polowała na niego w przepastnym łożu, a on zawsze pozwalał się schwytać. 

- Na dworze wkrótce się ściemni, mój Justi, a ty jesteś daleko od domu! Jesteś moim 

więźniem, obcy, nie masz najmniejszej szansy wobec mojej władzy! 

Podchodziła  do  niego,  wyłaniała  się  spod  swojego  szala  ani  trochę  nie  skrępowana, 

choć jej białe ciało okrywała jedynie koszulka ozdobiona koronkami. 

Włosy  spływały  jej  na  plecy.  W  blasku  dwóch  woskowych  świec  wyglądały  niczym 

strumień krwi. 

Objęła  jego  biodra,  długie  paznokcie  były  jak  broń,  przesuwała  dłońmi  po  jego 

najbardziej czułych miejscach. 

Justitian oparł się o ścianę, wyczuwał pod skórą nierówności tapety. 

To jeszcze wzmacniało rozkosz. 

Pogłębiało mroczną tęsknotę za bólem i rozkoszą. 

Teraz  jej  włosy  dotykały  podłogi,  klęczała  bowiem  przed  nim,  nie  przestając  go 

pieścić. Wstyd i ekstaza walczyły o władzę nad jego świadomością. 

Justitian krzyknął, Sussa cofnęła się. 

Skulił się, wciąż oparty plecami o ścianę, z płonącymi policzkami. 

Dziewczyna  odsłoniła  zęby,  wargi  były  tak  wilgotne,  że  lśniły  niczym  szkło.  Sama 

poodpinała małe guziczki spinające koszulę. Miała bardzo piękne piersi. 

Justitian widział, że jedną ręką przytrzymuje delikatną koszulkę, a drugą szuka czegoś 

w szafie. 

Po chwili w białych rękach trzymała jakąś czarną tkaninę. 

background image

Jej uśmiech był bardziej niebezpieczny niż kiedykolwiek. 

Zaczęła wkładać to czarne ubranie przez głowę. 

Szata  sięgała  jej  do  połowy  uda,  był  to  rodzaj  pelerynki  z  przypominającego  jedwab 

ciężkiego materiału. Justitian patrzył z otwartymi ustami na wznoszące się pod tkaniną piersi. 

Nigdy nie byłby w stanie wyobrazić sobie kobiety w takim stroju. 

Najbardziej podniecający okazał się jednak kaptur. 

Przesłaniał całą twarz, w otworach widać było dwoje roziskrzonych oczu. 

Na tkaninie wymalowano rysy twarzy, Justitian krzyknął z niecierpliwości. 

- Mój Boże, wiem, co to będzie - szepnął gwałtownie. 

Dziewczyna  nie  odpowiadała,  zajęta  była  przygotowaniami.  Czarny  skórzany  pas, 

który  on  sam  przed  kilkoma  minutami  odrzucił,  teraz  uderzył  w  podłogę  ledwie  kilka 

centymetrów od uda Justitiana. 

- Do łóżka, niewolniku! 

Pełzał  po  podłodze,  czując  zapach  własnego  potu,  klęczał,  podpierając  się  rękami,  a 

ona  dosiadła  go,  obejmując  udami  jego  boki.  Justitian  o  mało  nie  zemdlał  z  wrażenia,  czuł 

jednak  ogarniające  go  podniecenie  tak  silne,  że  gotów  był  zapłacić  za  to  przeżycie  jeszcze 

większym upokorzeniem. 

Sussa, moja władczyni! 

Sussa, moja bezlitosna kochanka! 

-  Sussa,  rzuciłaś  na  mnie  Urok  swoimi  sztuczkami,  ale  za  nic  nie  chciałbym  się  od 

ciebie uwolnić! 

- Oczywiście, że nie, mój chłopcze. Oczywiście, że nie! 

Nigdy  nie  mówili  ze  sobą  o  miłości,  ich  zabawy  zwykle  pozbawione  były  czułości, 

nigdy  nie  doprowadzały  żadnego  z  nich  do  płaczu.  Zaspakajali  nawzajem  swoje  pożądanie, 

wiedząc, że muszą się rozstać. 

Ona nigdy nie domagała się, by mówił o uczuciach. 

On nigdy o nic nie pytał. 

Bardziej  wyzwolonej  kobiety  Justitian  nie  mógł  sobie  wyobrazić.  A  jeśli  czasami 

zdarzało  się,  że  cichła  po  miłosnych  uniesieniach  i  na  jej  twarzy  pojawiał  się  wyraz,  jaki 

można zobaczyć u skrzywdzonego dziecka... 

W takich momentach wypędzała go od siebie, nakazywała wynosić się natychmiast. 

Justitian wiedział, że po jego wyjściu będzie płakać. 

Sussa płakała zawsze w samotności. 

background image

Zwykle  odczuwał  wtedy  pełną  wdzięczności  ulgę.  I  zawsze,  kiedy  znowu  odwiedzał 

jej izdebkę, była uśmiechnięta i świeża, a w jej oczach nie dostrzegał śladu łez. 

Sussa  sprawiała  wrażenie  osoby  nieustannie  zadowolonej.  Witała  go  zawsze  bardzo 

serdecznie, tak że niemal zapominał o banknotach, które w niemal rytualny sposób zmieniały 

właściciela,  kiedy  podróż  pośród  fal  niebieskiego  aksamitu  dobiegała  końca.  Nigdy  mu  nie 

dziękowała,  on  jej  także  nie.  Całowała  go  na  pożegnanie  niczym  najdroższego  kochanka  i 

zawsze prosiła, by wkrótce do niej wrócił. 

Tak też uczyniła i dzisiejszego ranka. 

Na  wspomnienie  tamtej  chwili  Justitian  doznawał  bolesnego  ukłucia  w  sercu.  Obraz 

czułej,  sennej  Sussy  z  wargami  opuchłymi  od  gwałtownych  pocałunków  mieszał  się  z 

obrazami,  jakie  zobaczył  dzisiaj  na  ulicy,  widział  wargi  Sussy  popękane  i  sine,  pokryte 

brunatną zakrzepłą krwią. 

To niemożliwe. 

Nad jego głową unosił się dźwięk organów, pragnął, by muzyka zagłuszyła w nim ból, 

rozsadzający mu głowę. 

Niels śpiewał głośno czystym, silnym barytonem. 

Justitian wiedział, że gdyby on chciał zaśpiewać, wydobyłby ze swego gardła jedynie 

prymitywne wycie. 

Sussa. 

Sussa. 

Wszyscy zwrócili oczy na Justitiana, gdy nagle zerwał się z twardej ławki pod amboną 

i wybiegł z kościoła, zakrywając dłonią usta. 

Została ulokowana w małym pomieszczeniu w piwnicy pod miejskim ratuszem, gdzie 

kobiety  jej  pokroju  często  zamykano,  ponieważ  nie  zdołały  uciec,  kiedy  policja  wpadła  do 

lokalu. 

Te, które nocami spacerują po ulicach, dobrze znają to miejsce. 

Te, które sypiają na śmietnikach i w portowych magazynach, dobrze znają to miejsce i 

wystrzegają się go. 

Kobiety  z  baraków  opowiadały  sobie  zawsze  nawzajem  o  tym  okropnym  miejscu, 

ostrzegały swoje nieszczęsne córki, mówiły im, co robić, by tam nie trafić. 

Trafiały  tam  jednak  wszystkie  te,  które  żyją  określane  ironicznym  mianem  wesołych 

panienek.  Były  tam  wrzucane  przez  żołnierzy  i  innych  mężczyzn  w  mundurach,  którzy 

niejednokrotnie chętnie korzystali z ich usług. 

background image

Niektórzy  lekarze  specjalizowali  się  w  zarabianiu  sporych  pieniędzy  na  swoich 

potajemnych  wyprawach  do  lochów.  Pod  pozorem  higienicznych  inspekcji  mogli  robić  z 

kobietami, co chcieli. Mundurowi, którzy je przesłuchiwali, też korzystali z okazji. Strażnicy 

lochów również mieli po swojej stronie prawo silniejszego. 

Sussa  dygotała  z  zimna,  chociaż  gorączka  trawiła  jej  ciało.  Wciąż  jeszcze  miała  na 

sobie  podarte  gałgany  i  pióra,  które  przywiązał  jej  policmajster.  Włosy  były  pozlepiane  od 

krwi  i  brudu,  tkwiły  w  nich  kawałki  zgniłych  liści  kapusty,  którymi  rozbawieni  ludzie 

obrzucali  nieszczęsne  kobiety.  W  ustach  jej  zaschło,  opuchnięte  wargi  pękały  przy 

najmniejszym ruchu. 

Sussa nie była w stanie płakać. 

Czuła,  że  serce  bije  jej  w  takt  bolesnego  pulsowania  w  zwichniętej  nodze,  ale  nie 

zauważała,  że  kapiąca  z  sufitu  woda  spada  na  jej  głowę.  Stwierdziła,  że  brzeg  sukni  jest 

mokry, oderwała więc kilka kawałków tkaniny i zrobiła wilgotne okłady na usta i oczy. 

Potem skuliła się na podłodze, ciemność wokół niej zlała się w jedno z ciemnością w 

jej sercu. Nie miała sił, by jeszcze walczyć. 

Ocknęła  się  pod  wpływem  gwałtownego  bólu  w  boku,  miała  wrażenie,  że  ktoś 

wyrywa jej żebra. 

Tuż  przy  swojej  twarzy  zobaczyła  brązowy  but.  Błyskawicznie,  niczym  pantera, 

zerwała się na nogi, zapomniała jednak o zwichniętej kostce i ostry ból natychmiast powalił ją 

z powrotem na podłogę. 

Mężczyzna  w  brązowym  mundurze  nie  uśmiechał  się,  patrzył  tylko  na  nią 

zmrużonymi oczyma. 

- Sędzia czeka, mała! I policmajster. Nie są oni dzisiaj łaskawi, muszę ci powiedzieć! 

Posłali  już  Starą  i  Ruthildę  do  zakładu!  Osiem  miesięcy,  mała!  Myślę  jednak,  że  dla  ciebie 

szykują coś jeszcze gorszego... 

Sussa  nie  odpowiedziała,  powoli  usiłowała  się  podnieść.  Czuła  twardą  kolbę  na 

plecach. 

- Muszę mieć coś do ubrania... nie mogę stanąć tak... przed sędzią... 

- Ha, ha! To najlepsze, co słyszałem, mała! Nigdy bym nie pomyślał, że dziwka może 

się wstydzić nagości! 

Dziewczyna  wspierała  się  o  szorstką  kamienną  ścianę  i  posuwała  wolno  naprzód, 

mężczyzna popychał ją za każdym razem, gdy z wahaniem stawiała na podłodze chorą nogę. 

Na pogrążonych w półmroku schodach cuchnęło starą oliwą do lamp. 

background image

Hans Himmerich rządził miastem twardą ręką. Był burmistrzem i naczelnikiem policji, 

zaliczał się do ludzi, którzy mają dość srebra, by dobrze smarować koła swego pojazdu. Był 

przewodniczącym  tingu,  niekiedy  bywał  też  sędzią.  Krucjata  przeciwko  kobietom  lekkich 

obyczajów została rozpoczęta. 

Sussę skazano na publiczną chłostę na głównym rynku miasta, miała zostać ogolona, a 

ponadto spędzić dwa lata w więzieniu. 

Justitian nie mógł spać, nie mógł jeść. Sam był zaskoczony tym, jak głęboko dotknęła 

go tragedia Sussy. Raz po raz powtarzał sobie, że przecież mimo wszystko to tylko ulicznica. 

Do diabła, nie była jego żoną! 

Niels  nie  potrafił  zrozumieć,  dlaczego  jego  współ  -  mieszkaniec  krąży  wciąż  po 

pokoju. 

Nie mógł jednak nie widzieć, że ów dziwny syn pastora z Sogn prawie wcale ostatnio 

nie  wychodzi  z  domu.  Przestał  uczestniczyć  w  zajęciach  na  uniwersytecie.  Nie  odrabiał 

zadanych  prac,  a  tekst  kazania  i  analiza  liturgii,  którą  oddał,  była  w  takim  stanie,  że  gdyby 

Niels nie zdołał tego poprawić, mogłoby się to dla Justitiana skończyć bardzo źle. 

Najbardziej jednak martwiło Nielsa to, że Justitian zaczął pić. 

Każdego wieczora zastawał Justitiana nad butelką marnego samogonu. I chociaż Niels 

nie chciał nawet o tym myśleć, to nie mógł nie zauważyć faktu, iż przed trzema dniami z jego 

skrzynki na pieniądze zginęło kilka talarów. 

W pokoju studentów teologii cuchnęło niczym w najgorszej knajpie. 

W końcu Niels nie mógł już dłużej tego znosić. 

Pewnej niedzieli po południu wrócił do domu i zastał Justitiana w łóżku. Kilkudniowy 

zarost  pokrywał  ładną  twarz  kolegi,  a  smród  unoszący  się  nad  jego  rozdygotanym  ciałem 

mógł sprawić, że nawet świniopas by się skrzywił. 

- Justitian, tak dalej być nie może. 

Z łóżka rozległo się jakieś mamrotanie, spod kołdry wysunęła się goła stopa. 

-  Wstańże,  człowieku,  dość  już  tego!  Co  cię  dręczy,  Justitianie?  Od  wielu  tygodni 

jesteś jak odmieniony! 

Niels  podniósł  kolegę  i  posadził  na  łóżku.  Klepał  go  po  policzkach,  nalał  wody  do 

kubka i zmusił do wypicia. 

- Czy to dzień? - zapytał Justitian ochrypłym głosem. - O Boże, moja głowa... 

Niels usiadł na krawędzi łóżka. Złożył dłonie jak do modlitwy. 

-  Musimy  być  ze  sobą  szczerzy,  Justitian.  Od  dawna  jesteśmy  kolegami...  chociaż 

pewnie za bardzo się od siebie różnimy, by móc się nawzajem zrozumieć. 

background image

- Mm. 

-  Ja...  ja  dłużej  tak  nie  mogę.  Próbowałem  ci  pomóc...  Pomagałem  ci,  broniłem  cię, 

usprawiedliwiałem... gotów byłem kłamać z twojego powodu. 

-  O,  fe,  to  nieładnie  -  mruknął  tamten  ironicznie.  Ramiona  Niels  a  opadły  jeszcze 

bardziej. 

- Justitian... tobie potrzebna jest pomoc. Bo to już tylko kwestia dni, kiedy wyrzucą cię 

z  uniwersytetu.  Wiesz,  jacy  oni  są  surowi...  mamy  być  przecież  sługami  Bożymi,  stanowić 

przykład dla ludu, człowieku! 

- Przykład dla ludu, tak. Mamy być czystymi barankami Pana! 

Niels  potrząsnął  głową.  Serce  przyjaciela  trawiła  dużo  większa  udręka,  niż 

przypuszczał. 

-  Musisz  potraktować  tę  sytuację  poważnie!  Czas  mija!  Ludzie  już  gadają...  o  twoim 

pijaństwie. O tym, że opuszczasz zajęcia... że nie ma do tego żadnego powodu... 

- No to co? 

Justitian  przyłożył  karafkę  do  ust  i  wypił  resztę  zmętniałej  letniej  wody.  Potem 

postawił z rozmachem karafkę na stole, wiedział, że Niels bardzo się boi o swój kryształ. 

- Czy naprawdę chcesz, by odesłano cię do domu w niełasce, zaledwie miesiąc przed 

ostatnimi  egzaminami?  Przecież  ojciec  przez  lata  łożył  na  twoje  wykształcenie,  na  twoje 

utrzymanie tutaj. Niczego ci przecież nie brakowało, prawda? 

- Niczego, co można by kupić za pieniądze - warknął Justitian przez zaciśnięte zęby. - 

Na dodatek mogłem mieszkać u ciebie za darmo. 

- Tak, cieszyłem się z tego... przeważnie. Ale teraz... 

- Wiem, Niels. Nie siedź tak i nie gap się na mnie! Zaraz mi powiesz, że albo skończę 

z tym, albo mam się wynosić, prawda? 

-  Brzmi  to  okrutnie,  ale  tak.  Tak  to  jest.  Dłużej  tego  nie  zniosę,  akurat  teraz  mam 

mnóstwo  pracy.  To  ważny  okres...  Wkrótce  dowiemy  się  o  wolnych  parafiach  i  otrzymamy 

papiery... 

- Oczywiście. Wkrótce zostaniemy pokornymi sługami Pana. Na poważnie! 

-  Justitian,  co  się  z  tobą  dzieje?  Co  dręczy  twoje  serce?  Niels  miał  przeżyć  jeszcze 

większy szok. Justitian zerwał się z łóżka, stanął na chwiejnych nogach. W pośpiechu zaczął 

naciągać pogniecioną koszulę, zwiniętą razem z przepoconą pościelą. Spodnie nosił czarne i 

workowate, takie same jak wszyscy przyszli pastorzy. Oderwał biały kołnierzyk od koszuli, a 

na ramiona zarzucił starą czarną kurtkę. 

background image

Oniemiały Niels z wytrzeszczonymi oczyma stał przy ścianie, gdy Justitian biegał po 

pokoju,  zgarniając  swoje  rzeczy  do  węzełka.  Butelka,  która  leżała  pod  łóżkiem,  znalazła  się 

na samym wierzchu. Gdy spakował wszystko, z wykrzywioną twarzą zwrócił się do Nielsa: 

- Zegnaj, kolego. 

Nielsa przeraził ton, w jakim zostały wypowiedziane te słowa. 

-  Nie  odchodź  w  takim  gniewie,  bracie...  Porozmawiajmy...  tobie  potrzebna  jest 

pomoc... 

Justitian zachichotał. 

- Jeszcze porozmawiamy, bracie. Może. Pozdrów Hansa Pettera i Reina, powiedz im, 

ż

e zrobiłem sobie małą... przerwę na odpoczynek. 

Zanim  tamten  zdołał  powiedzieć,  że  to  niemożliwe,  Justitian  był  już  za  drzwiami, 

zbiegł po wąskich schodach do furtki i wyszedł na ulicę. 

Niels opadł na niepościelone łóżko. 

Pokój był pusty. 

Po Justitianie został tylko ciężki odór alkoholu. 

Niels  wsparł  głowę  na  rękach  i  pogrążył  się  w  żalu  nad  utraconą  przyszłością 

przyjaciela. 

W jakiś czas później złożył ręce i modlił się o jego nawrócenie. 

Przez  całą  noc  tak  siedział  z  czerwonymi,  zapłakanymi  oczyma  i  szukał  w  swojej 

czarnej  Biblii  słów,  które  powiedziałyby  mu,  co  powinien  czynić,  by  zawrócić  przyjaciela  z 

drogi upadku. 

Nie  znalazł  żadnej  odpowiedzi,  choć  świeca  na  stoliku  przy  oknie  dopaliła  się  do 

końca. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Justitian  szybkim  krokiem  szedł  w  dół  ulicy  Głębokiej,  która  w  słońcu  wyglądała 

ładnie  i  zachęcająco.  Wszędzie  kręciło  się  mnóstwo  ludzi,  dzieci  bawiły  się,  ich  matki, 

zrobiwszy  krótką  przerwę  w  domowych  zajęciach,  przysiadły  na  schodach,  by  ze  sobą 

porozmawiać.  Była  niedziela,  ale  na  tej  ulicy  nie  dostrzegało  się,  iż  to  dzień  odpoczynku. 

Tylko  dalekie  dzwony  od  świętego  Mikołaja  próbowały  skłonić  ludzi  do  zastanowienia  się 

nad sprawami nie dotyczącymi tego świata. 

Justitian  zatrzymał  się  przy  kramiku  i  kupił  kawałek  wędzonego  mięsa  oraz  wiązkę 

cienkich, twardych żytnich chlebków, które najbardziej ze wszystkiego przypominały kawałki 

drewna.  Były  jednak  tanie,  wiedział  ponadto,  że  znakomicie  wypełniają  głodny  żołądek. 

Znalazł  jakiś  cichy  kąt,  gdzie  mógł  uporządkować  myśli.  Wyjął  butelkę  z  żółtozielonym 

alkoholem, już wyciągnął zębami korek, ale rozmyślił się. 

To przecież resztka, być może będzie jej potrzebował później. 

Zaczął się zastanawiać nad swoim położeniem. Co powinien zrobić? 

Nawet  tamtego  dnia,  gdy  po  raz  pierwszy  przybył  do  Kopenhagi,  nie  czuł  się  taki 

samotny w tym wielkim mieście. Wtedy przecież znał już Nielsa, którego spotkał na statku, 

miał  listy  polecające  od  ojca  i  liczne  adresy  do  ludzi,  którzy  mogliby  mu  pomóc.  Wszystko 

zresztą  ułożyło  się  bardzo  dobrze  od  pierwszej  chwili,  zarówno  na  uniwersytecie,  jak  i  w 

mieszkaniu, które dzielił z Nielsem. 

Pieniądze od ojca przychodziły regularnie, sam nie wiedział, jak ojciec to urządził, ale 

każdej pierwszej niedzieli miesiąca zjawiał się u niego ten sam nieduży człowieczek i wręczał 

kopertę. Justitian pokwitował już blisko siedemdziesiąt talarów. Nie mógł więc oskarżać ojca 

o  skąpstwo.  Justitian  żył  w  bardzo  dobrych  warunkach,  nie  należał  do  studentów,  którzy 

muszą ciężko pracować lub wyprzedawać swoje rzeczy, by zdobyć parę nędznych szylingów 

na  jedzenie.  Jemu  starczało  na  Sussę,  na  tani  alkohol  oraz  na  niezbędne  wydatki  i  opłatę 

swojej części komornego. 

Teraz wszystko się skończyło. 

Aż  do  następnego  miesiąca  nie  dostanie  znikąd  pieniędzy.  A  gdyby  pogłoski  o  jego 

haniebnym  pożegnaniu  z  uniwersytetem  dotarły  do  ojca...  No,  w  takim  razie  byłby 

skończony. 

Justitian wątpił jednak, że ojciec dowie się o czymkolwiek. Odległość z tego miasta do 

jego małej wioski nad zielonym fiordem była niemal taka sama jak do księżyca... 

background image

Wciąż  jeszcze  miał  w  sakiewce  siedem  talarów.  To  na  jakiś  czas  wystarczy. 

Wystarczyłoby może nawet na podróż do domu. 

Do domu? 

Dlaczego miałby wracać do domu? 

Justitian  mrużył  oczy  przed  bezlitosnym  słońcem  i  czuł,  że  łzy  spływają  mu  po 

policzkach, kiedy promienie raziły jego czerwone, zmęczone oczy. 

Nigdy nie wróci do domu. Mar ja dla niego umarła. 

Zdradziła,  go,  bezlitośnie  i  nieodwołalnie.  Miał  nadzieję,  że  jest  teraz  biedną, 

utrudzoną i wyniszczoną gospodynią, a jej jedyną pociechą są uściski tego głupiego parobka 

Oppdalów. Dorobiła się już z pewnością gromady usmarkanych dzieciaków. 

Nie, nigdy nie wróci do domu. 

Niech  sobie  ojciec  myśli,  co  chce.  Stary  nigdy  nie  zasną  już  radości  upokarzania  go. 

Nigdy nie sprawdzą się jego wieczne proroctwa, że syn nie jest w stanie niczego osiągnąć. 

Wargi Justitiana drżały lekko. 

W jakimś sensie ojciec miał przecież rację. 

Nigdy nie zdobędzie sutanny pastora. Wszystko zaszło już za daleko. Od chwili, gdy 

zniknęła Sussa... Justitiansam nie wiedział, co się z nim dzieje. Cały świat stał mu się jakby... 

obojętny. 

Wyciągnął zębami korek. 

Płyn o cierpkim smaku zagulgotał w gardle Justitiana. 

Podniósł się na niepewnych nogach ze swego twardego miejsca na schodach i powlókł 

dalej ulicą. Znał ta - - i zakątek w parku nad wodą, gdzie nikt mu nie będzie przeszkadzał. Są 

w tym mieście tajemnicze miejsca, których za dnia nikt nie odwiedza. Tam mógłby się skulić 

wśród nagich jeszcze krzewów i starać się przemyśleć sytuację. Później, kiedy nadejdzie już 

wieczór, coś się przecież znajdzie. Musi istnieć jakaś możliwość przetrwania w takim mieście 

dla nieudanego studenta teologii. 

Strzepnął  z  ubrania  zeszłoroczne  liście  i  wilgotną  ziemię,  spodnie  jednak  wciąż  były 

brudne.  No  trudno,  zaczęło  się  zmierzchać,  kto  zauważy  plamy  na  ubraniu,  skoro  trudno 

odróżnić jednego człowieka od drugiego. 

Justitian skierował się ku wielkiemu, rzęsiście oświetlonemu budynkowi na rogu ulicy 

Głębokiej. 

To Ogród Nadjany. 

Dotychczas  oglądał  go  jedynie  z  zewnątrz.  Wszyscy  podziwiali  piękne  okna  tego 

domu.  Każde  z  nich  obramowane  rzeźbionymi  liśćmi  akantu.  Kwiaty,  kiście  winogron, 

background image

stylizowane  liście,  a  pośród  tego  małe  amorki  trzymające  nad  oświetlonymi  oknami  okrągłe 

wieńce.  Nie  można  było  przez  szyby  zajrzeć  do  środka,  widziało  się  tylko  cienie 

poruszających  się  postaci  za  niezwykle  pięknymi  kremowymi  firankami.  Przy  wejściu  na 

chodniku  stało  dwóch  mężczyzn  w  jaskrawoczerwonych  kurtkach.  Byli  wielcy  i  zwaliści, 

trwali nieruchomo ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Niczym posągi, pomyślał Justitian. 

Wiedział  jednak,  że  ci  dwaj  należą  do  najgroźniejszych  zapaśników  w  mieście.  Nikt 

dokładnie nie pojmował, w jaki sposób drobna właścicielka tego domu potrafiła utrzymać ich 

w  ryzach,  niezależnie  od  tego  jednak,  jakie  środki  stosowała,  były  one  skuteczne.  Te  dwa 

olbrzymy to strażnicy Nadjany, najwierniejsi obrońcy jej Ogrodu. 

Justitian  poprawił  swój zniszczony  jedwabny  szalik,  pieniądze  miał  teraz w  kieszeni. 

Był  przygotowany  na  to,  by  wsunąć  monetę  czy  dwie  do  ogromnej  dłoni  któregoś  ze 

strażników. Bo chyba tak czynili odwiedzający. 

Zamierzał dzisiejszy wieczór spędzić w tym raju. 

I niech kosztuje, ile chce. 

Może w tym osławionym Ogrodzie Nadjany zdoła zatrzeć jakoś obraz Sussy, który nie 

dawał mu spokoju? W jakimś sensie to ona była odpowiedzialna za jego stan, istniała między 

nimi dziwna, niewidzialna więź, która przysparzała mu takich cierpień. 

Anioły Nadjany znajdą z pewnością balsam na jego rany. Anioły Nadjany. Jak pięknie 

to  brzmi.  Justitian  zachichotał  sardonicznie,  zbliżając  się  zdecydowanym  krokiem  do 

wielkich, czarnych drzwi. 

Anioły Nadjany. 

Powinny  wycisnąć  z  niego  wszelkie  soki,  a  wraz  z  nimi  wypłukać  ból.  Powinny  dać 

mu  chwilę  takiej  radości,  z  którą  nie  mogłaby  się  równać  radość  obcowania  z  aniołami  w 

niebie. 

A potem niech się dzieje co chce. 

Właściwie cóż ma do stracenia? 

Justitian  przeszedł  obok  tych  dwóch  żywych  posągów,  chociaż  jeden  z  nich 

wymamrotał coś pod nosem, kiedy drzwi się otworzyły. 

Po  drugiej  stronie  wyszedł  mu  na  spotkanie  inny  ubrany  na  czerwono  mężczyzna, 

pozdrawiając uprzejmie. 

Justitian  wyprostował  się,  patrzył  gdzieś  ponad  ramionami  niedużego  człowieka.  W 

pomieszczeniu wszystko lśniło i mieniło się bajecznie! 

- Karta, proszę pana, jeśli pan tak uprzejmy... Justitian zaczął się jąkać. 

background image

-  Karta?  Eee...  tak...  oczywiście.  Chwileczkę!  Właśnie  zobaczyłem  kogoś,  z  kim 

muszę porozmawiać! 

Strażnik stał bez słowa, gdy tymczasem Justitian niczym błyskawica pomknął w głąb 

barokowego salonu i zniknął za ciężkimi portierami. 

Mały,  ubrany  na  czerwono  mężczyzna  na  moment  utracił  swoją  nieruchomą,  pełną 

ż

yczliwości  maskę.  Na  jego  czole  pojawiły  się  zmarszczki.  Rzucił  na  podłogę  starą  kurtkę, 

którą  zostawił  mu  Justitian,  z  takim  obrzydzeniem,  jakby  nagle  pojął,  że  dotknął  czegoś 

oślizgłego. 

Dyskretnie pociągnął za złoty sznur przy drzwiach. 

W głębi domu rozległ się dźwięk dzwonka. 

Justitian biegł z salonu do salonu. Trafił na jakieś schody i wpadł na nie, pokonując po 

dwa stopnie jednocześnie. 

Schody były wyłożone grubym chodnikiem! 

Szedł  cicho,  przy  każdym  kroku  słychać  było  tylko  chrzęst  źle  wyprawionej  skóry 

jego butów. Wzrok Justitiana wprost nie był zdolny ogarnąć wszystkiego, co widział. 

Ś

ciany  zostały  tutaj  pokryte  lśniącym,  pięknym  materiałem  w  czerwonej,  liliowej  i 

różowej tonacji.  Zdawało się, że farbę na materiał nakładano szerokim, jakby  roztańczonym 

pędzlem.  Na  ścianach  wisiały  obrazy  i  portrety  z  podpisami.  Niektóre  wyglądają  na  bardzo 

stare, stwierdził Justitian z podziwem. Wkroczył teraz do ogromnego hallu. 

Nigdzie jednak nie widział żywego ducha. 

Nikt nie siedział w ciężkich, obitych brokatem fotelach. Nikt nie pił z kryształowych 

kieliszków ustawionych na stole, tak pięknych, że Justitian musiał po prostu podejść i dotknąć 

ich. 

Jakie delikatne! 

I jednocześnie jakie ciężkie! 

Uniósł  jeden  z  nich  do  ust,  zapragnął  gwałtownie,  by  kielich  był  wypełniony  owym 

francuskim złocistym koniakiem, którego niezwykły zapach pamiętał. 

Przepełniony szacunkiem poszedł dalej. 

Gdzie są anioły? 

Muszą  przecież  gdzieś  tu  być?  Justitianowi  zdawało  się,  że  słyszy  muzykę  harfy. 

Skierował  się  w  tamtą  stronę,  szedł  wąskim  korytarzem  oświetlonym  woskowymi  świecami 

w srebrnych lichtarzach, ozdobionych kryształowymi wisiorkami. Światło było rozproszone, 

mieniło  się  w  kryształach,  tworząc  bajeczny,  niemal  magiczny  nastrój.  Grube  dywany 

pokrywające podłogę uginały się niczym mech pod stopami. 

background image

Po obu stronach korytarza znajdowały się drzwi. 

Znikąd jednak nie dochodził żaden dźwięk. 

Justitian  raz  jeszcze  otrzepał  ubranie,  w  jakimś  lustrze  oprawionym  w  srebrną  ramę 

mignęło mu  własne odbicie. Wklęsła, widocznie, powierzchnia lustra wydłużała groteskowo 

jego twarz. Nie zatrzymując się szedł dalej. Korytarz łączył się w jedno z wielkim pokojem. 

Tu już bardzo wyraźnie usłyszał dźwięki harfy! 

Posuwał  się  ostrożnie  wzdłuż  ścian,  starał  się  być  jak  najmniej  widoczny.  Chciał 

patrzeć,  rozkoszować  się,  radować  oczy  tymi  wszystkimi  światłami,  pięknymi  meblami  i 

barwami nierzeczywistego świata. 

Znajdowały  się  tutaj  różnego  rodzaju  rośliny.  Pokój  niemal  tonął  w  kwitnących 

krzewach,  wśród  których  przybysz  rozpoznawał  wspaniałe  rododendrony.  Obok  nich  rosły 

pachnące białe lilie. 

Pośrodku pokoju znajdowała się fontanna z szemrzącą wodą. 

Justitian wytrzeszczał oczy. 

Woda w środku domu! Do tego na piętrze! Strumyk wody tryskał w powietrze wprost 

z ust kobiety wykutej w brązie. 

Piękna  statuetka  przedstawiała  syrenę,  górna  część  posążku  była  niczym 

najpiękniejsza żywa dziewczyna. Nagie piersi wznosiły się ku pokrytemu kwiatami sufitowi, 

kobieta odchylała głowę w tył, jakby oczekiwała pocałunku. 

Rozpryskująca się woda spadała na ramiona i piersi, po czym spływała na powrót do 

basenu. 

Justitian z wolna ogarniał to wszystko wzrokiem. 

Wiedział, że powinny się tutaj znajdować również inne, pełne życia kobiece ciała. 

Anioły. 

I  rzeczywiście  było  ich  w  tym  pomieszczeniu  kilka,  niektóre  siedziały  nad  wodą  i 

zanurzały  w  niej  ręce.  W  basenie  pływały  złociste  karpie.  Kobiety  pozwalały  rybom  pieścić 

swoje szczupłe, białe dłonie. 

Wszystkie  ubrane  były  na  biało.  Suknie  opinały  im  ciała  niczym  przyklejone,  nie 

przypominały w żadnej mierze ubrań, jakie Justitian widywał na ulicach. Przywodziły raczej 

na myśl spływającą wodę, spod uniesionych piersi opadały prostymi fałdami wzdłuż ciał. Ma-

teria  opinała  nogi,  lecz  spojrzenia  mężczyzn  kierowały  się  raczej  ponad  haftowane  perłami 

paski podtrzymujące suknie pod biustem. 

Piersi  kobiet  nie  były  niczym  osłonięte.  Kołysały  się  tanecznie  przy  każdym  ruchu, 

Justitianowi wydawało się, że wszędzie pełno jest wspaniałych kobiecych kształtów. 

background image

Akurat w tym momencie ciężka dłoń chwyciła go za ramię. 

To jeden z posągów przy wejściu, który ocknął się do życia. 

- Proszę za mną, mój panie. 

Justitian  odepchnął  od  siebie  rękę.  W  oczach  wielkiego  mężczyzny  pojawił  się 

niebezpieczny  błysk.  Justitian  wyrósł  wprawdzie  od  tamtego  czasu,  gdy  opuścił  dom,  teraz 

jednak  czuł  się  bardzo  mały.  Mężczyzna  stał  dokładnie  na  wprost  niego,  pewnie  po  to,  by 

różnica była jeszcze bardziej uderzająca. Włosy Justitiana łaskotały tamtego pod brodą. 

-  Wyjdziesz  stąd  spokojnie,  obcy,  bo  jak  nie,  to  zostaniesz  wyrzucony.  A  wtedy  nie 

zadowolę  się  gołą  ręką  -  rzekł  mężczyzna  cicho.  Jego  akcent  przywiódł  mu  na  myśl  czarną 

Magrittę, którą przed kilkoma laty przelotnie znał. 

-  Dlaczego  miałbym  zostać  wyrzucony?  Czyż  ten  dom  nie  jest  przeznaczony  dla 

panów?  Dla  panów,  którzy  potrzebują  prawdziwego  damskiego  towarzystwa?  Ja  przecież 

mam pieniądze. Ja mam... 

-  Nie  masz  tutaj  wstępu.  Ciesz  się,  że  nie  stłukłem  cię  na  kwaśne  jabłko  za  twoją 

bezczelność! Nie wiesz, że niebezpiecznie jest tak wkraczać do tego ogrodu? Inni panowie... 

Justitian  zobaczył,  że  znajdujące  się  w  pomieszczeniu  kobiety  zgromadziły  się  pod 

jedną  ze  ścian.  Jakiś  łysy  mężczyzna  na  sofie  podnosił  się  mozolnie.  Muzyka  umilkła. 

Justitian chwycił się za kieszeń. 

- Patrz, mam pod dostatkiem talarów! 

Strażnik skrzywił się paskudnie. Patrzył na Justitiana z szyderstwem w oczach. 

- Jesteś naprawdę głupi, wieśniaku! Tego, co masz, nie wystarczy nawet, by zapłacić 

za to, co do tej pory otrzymałeś! 

Stanowczo popychał go przed sobą. 

Trzymał  Justitiana  za  prawą  rękę  i  potrząsał  nim  niczym  szmacianą  lalką.  Ledwie 

dotykając  stopami  czerwonego,  miękkiego  dywanu,  student  teologii  został  odprowadzony  tą 

samą  drogą,  którą  przybył.  Jedynie  kątem  oka  zdołał  dostrzec  jednego  anioła,  piękniejszego 

niż  inne  kobiety,  który  z  różą  w  ręku  nieśmiało  pomachał  mu  na  pożegnanie.  Policzki 

Justitiana  były  czerwone  ze  wstydu  jak  jej  róża.  Boże,  wystawić  się  na  takie  pośmiewisko! 

Olbrzym ciągnął go jednak za sobą i nie rozluźnił uścisku, dopóki Justitian nie upadł niczym 

kupa  szmat  na  chodniku.  Otulone  szalami  kobiety  spacerujące  po  ulicy  patrzyły  na  niego 

chichocząc.  Mężczyźni  rzucali  ordynarne  komentarze.  Były  powody,  dla  których  dziewice 

nocy trzymały się blisko tego ogrodu: mogły zbierać okruchy ze stołu Nadjany. Im dostawali 

się  klienci,  których  ona  nie  chciała,  prości  chłopi  i  marynarze  oraz  głupcy,  którzy  nie 

rozumieli, czym jest Ogród Nadjany. 

background image

To raj dla baronów. 

Dla hrabiów i dla szlachty wszelkiego rodzaju. 

Dla najznakomitszych obywateli miasta. 

Tak, dla samego króla! 

Justitian klął cicho, podnosząc się z ziemi. Upadł na coś śmierdzącego, teraz widział, 

ż

e to koński nawóz! 

Kobiety na ulicy śmiały się bez żenady. Justitian chwycił zimną cuchnącą kulę w rękę 

i  cisnął  nią  w  tłum.  Jakaś  kobieta  krzyknęła  głośno,  wołała  coś  histerycznie,  starając  się 

uniknąć  zetknięcia  z  końskimi  odchodami.  Jej  kawaler,  jeśli  tak  można  go  nazwać,  ruszył 

groźnie ku Justitianowi. 

Syn pastora uznał, że najlepiej jest zmykać, dokąd oczy poniosą. 

Czmychnął w jakieś boczne przejście, znalazł się na tyłach podwórza, słyszał za sobą 

szybkie  kroki.  W  końcu  jednak  nabrał  pewności,  że  zaniechano  pościgu.  Dostrzegł  mdłe 

ś

wiatełko przy ciężkich brązowych drzwiach na brudnym podwórzu, na którym się znalazł. 

Jakaś  postać  przemknęła  obok  niego,  zapukała  do  drzwi  i  została  wpuszczona  do 

ś

rodka. Justitian stał bez ruchu w mroku, czuł, że pragnienie wypicia kieliszka wódki staje się 

coraz bardziej nieznośne. Upokarzające wyrzucenie za drzwi, szyderczy śmiech kobiet, zdra-

da Nielsa, sprawa Sussy, przerwana nauka... 

Justitian potrzebował ukojenia. 

Został wpuszczony za próg. Tutaj jego talary mogły wystarczyć na bardzo wiele. 

Na stole przed nim pojawiła się pełna butelka. 

Duża, spocona kobieta, której piersi ledwo okrywała skąpa bluzka, uśmiechnęła się do 

niego i połaskotała go za uchem. 

Justitian odepchnął ją od siebie. Chwycił butelkę, łapczywie  wypełniał sobie żołądek 

jej zawartością. Po czwartym hauście świat jakby się uspokoił, przyjemna zasłona opadła na 

jego udręczone oczy. 

Tutaj nie słyszał dźwięku harf. Tę izbę wypełniał zgiełk tłoczących się ludzi. Justitian 

próbował  skupić  wzrok  na  siedzących  niedaleko  kobietach.  Widział,  że  noszą  podarte 

ubrania, że mają zmęczone, zniszczone twarze. Brakowało im zębów, a włosy świadczyły, że 

biedaczki  musiały  nocować  na  gołej  ziemi  pośród  zeschłych  liści,  śmieci  i  innego 

paskudztwa.  Jedna  z  nich  nie  miała  oka,  w  każdym  razie  nosiła  czarną  skórzaną  przepaskę 

zasłaniającą oczodół. Jej ciemne włosy były potargane, ręce pokrywały strupy. Wyjęła jedną 

pierś spod bluzki i oparła ją o łysą głowę siedzącego obok niej mężczyzny. Ten odwrócił się 

background image

gwałtownie i wpił się mocno w pierś. Kobieta zawyła z bólu, umilkła jednak, gdy mężczyzna 

przyciągnął ją do siebie i przyłożył jej do ust butelkę, z której dopiero co pił. 

W miarę jak ubywało alkoholu w butelce Justitiana, kobiety wyraźnie ładniały. 

Nagle  ogarnęło  go  gwałtowne  pożądanie.  Przeklinał  piękne  anioły,  przeklinał  ich 

potężnych klientów, wśród których z pewnością znajdują się też odpowiedzialni za los Sussy. 

Ż

yczył  wiecznego  potępienia  pracowitemu  Nielsowi  i  piekielnych  mąk  wszystkim, 

którzy go zdradzili. 

W  tej  izbie  jednak  znajdowali  się  ludzie  jeszcze  nędzniejsi  niż  on  sam.  Kobiety, 

gotowe  lizać  mu  buty  za  byle  jaki  grosz.  Kobiety,  którymi  mógł  się  posługiwać,  kobiety, 

które nie miały twarzy, nie miały uczuć, nie miały już nawet łez. 

Justitian chwiejnie podniósł się z miejsca, później nie mógł sobie przypomnieć, w jaki 

sposób zdołał wejść po wąskiej drabinie na pięterko. 

Ale rany na twarzy kobiety prześladowały go jeszcze długo w nocnych koszmarach. 

-  To  jakiś  chłop,  tak  wygląda.  Może  to  głupi  wiejski  parobek,  który  pierwszy  raz 

wyjechał z domu? 

-  Nie.  Ma  białe  ręce,  ten  fagas  nie  splamił  się  pracą!  Może  to  jakiś  student?  Mól 

książkowy. 

- Nieważne. Ściągaj z niego łachy, Mette! I pośpiesz się! Nie może się obudzić, zanim 

nie skończymy! 

- A co, tchórz cię obleciał? Myślałam, że lubisz oczyszczać ulice z takich jak ten tutaj? 

- Lubię. Ale dzisiaj wieczorem przepytywali się o mnie. 

-  Uciekniemy.  Zresztą  nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  poszedł  do  piekła  bez  naszej 

pomocy! 

Kobieta, którą nazwano Mette, brutalnie ściągnęła Z Justitiana koszulę. Pełną garścią 

chwyciła jego włosy nad czołem i pociągnęła. 

-  Na  ogień  piekielny!  Zdawało  mi  się,  niech  mnie  diabli,  że  na  mnie  spojrzał!  A  to 

cholerny kozioł... Mógłby mnie zabić, jestem tego pewna! 

Mężczyzna roześmiał się cicho. 

-  Nie  gadaj,  stara.  Bywałaś  chyba  w  gorszym  towarzystwie!  Stara  Mette...  dziękuj 

Bogu, że... 

- Ech, zamknij pysk, ty psie! 

Rzucili się nawzajem na siebie, trzeci, towarzyszący im mężczyzna, z wysiłkiem starał 

się ich rozdzielić. Justitian poruszył się. To uciszyło wszelkie kłótnie. 

- Do diabła, wynośmy się stąd, słyszycie? 

background image

-  Może  tak  będzie  najlepiej  -  szepnęła  kobieta,  spoglądając  na  bezwładne  ciało  na 

ziemi między nimi. - Najlepiej jak się stąd wyniesiemy! 

Mężczyzna mamrotał coś pod nosem. Wepchnął sobie do kieszeni pas Justitiana i jego 

sakiewkę,  koszula  zniknęła  pod  przepastnym  fartuchem  kobiety.  Nawet  cienki  srebrny 

pierścionek  z  literami  JR  ściągnęli  mu  z  palca.  Spodnie  zostawili,  ale  buty  zmieniły 

właściciela. 

Mężczyzna,  który  kłócił  się  z  kobietą,  zakończył  sprawę  potężnym  ciosem  pięści 

wymierzonym w skroń Justitiana. Głowa młodego człowieka stuknęła o kamienie bruku. 

Ciało drżało przez chwilę, po czym bezwładnie opadło na ziemię. 

Tamtych  troje  pospiesznie  zniknęło  w  ciasnym  zaułku.  Jakieś  przestraszone  szczury 

umknęły im spod nóg. Zwierzęta wiedziały, że noc ma się ku końcowi, i uciekały do swoich 

kryjówek, zanim ludzie i światło ponownie zawładną światem. 

Justitian  został  znaleziony  przez  starego  żołnierza,  który  zarabiał  po  parę  szylingów, 

patrolując nocami ulice jako pomocnik policji. 

Potknął się o półnagiego człowieka. Ciało leżącego nie zareagowało. 

Rana  na  skroni  wyglądała  paskudnie,  a  kiedy  żołnierz  odwrócił  tamtego  na  bok  i 

odsunął  włosy,  zobaczył  przyklejoną  do  nich  zakrzepłą  krew.  Prawdopodobnie,  padając, 

Justitian uderzył głową o kamień, na bruku również znajdowały się plamy ciemnoczerwonej 

krwi. 

Morderstwo! 

Jeszcze jedno! 

Ż

ołnierz westchnął ciężko, wiedział jednak, że może zarobić parę groszy na tym trupie 

i oszczędzić policji kłopotu. Ujął nieszczęśnika pod pachy i zaczął go ciągnąć w stronę rogu 

ulicy, gdzie znajdowało się pomieszczenie zajmowane przez medyków. 

Istnieją ludzie, którzy za parę szylingów kupują ciała takich biedaków. 

Wykorzystują  je,  krojąc  według  wszelkich  zasad  sztuki,  i  poszczególne  części 

umieszczają w słojach pełnych spirytusu. Powstają w ten sposób trwałe pomoce naukowe. 

Ż

ołnierz przesunął się ledwie kawałek po cichej uliczce, gdy nagle tuż za nim ukazał 

się zamknięty pojazd. 

Na drzwiach znajdował się herb, którego żołnierz nie znał, lecz złocenia wskazywały, 

ż

e z pewnością kieruje się do Zamku. 

Ż

ołnierz uskoczył w bok, ciągnąc za sobą swój ciężar. 

Wtedy z piersi człowieka wydobył się cichy jęk. 

Przerażony żołnierz puścił go na ziemię. 

background image

W tym samym momencie pojazd się zatrzymał. 

Ż

ołnierz  uznał,  że  najlepiej  będzie  zniknąć.  Byłoby  mu  bardzo  trudno  wytłumaczyć, 

skąd wziął półnagie zwłoki. Może by pomyśleli, że to on sam powalił tego mężczyznę, a teraz 

próbuje ukryć zbrodnię? 

Głowa  Justitiana  jeszcze  raz  uderzyła  o  kamienny  bruk.  On  jednak  nie  odczuwał 

ż

adnego bólu. 

Nadjana  Angelika  Oest,  stukając  ciężkim  pierścieniem  w  ścianę  powozu,  nakazała 

woźnicy, by się zatrzymał. 

Powóz  przystanął  natychmiast  tak,  że  o  mało  nie  spadła  z  miękkiego  siedzenia  na 

podłogę. Nadjana przysięgła, że ten woźnica wiezie ją po raz ostatni. 

Wkrótce  jednak  skierowała  uwagę  z  powrotem  na  zewnątrz.  Przez  małe  okienko  z 

boku  powozu  widziała  oszronioną  poranną  ulicę.  Jakiś  żołnierz  ciągnął  za  sobą  kompletnie 

pijanego  człowieka.  Zwyczajny  widok,  szczerze  mówiąc.  W  jakimś  momencie  jednak 

Nadjana zobaczyła twarz bezwładnego mężczyzny. Była sina z zimna i pokaleczona, ale nie 

można się było pomylić. Nadjana myślała pospiesznie, działała jeszcze szybciej. 

To  ten  młody  człowiek,  którego  jej  strażnik  bezlitośnie  wyrzucił  na  ulicę 

poprzedniego wieczora. 

Nadjana  była  przyzwyczajona  do  takich  incydentów,  chociaż  w  miarę  upływu  czasu 

coraz  mniej  mężczyzn  miało  odwagę  wedrzeć  się  gwałtem  do  jej  domu.  Właściwie  była 

zaskoczona, że ten obcy chłopak się na to zdobył. Może jest po prostu głupi? Niezależnie od 

wszystkiego potraktowano go w sposób, na który nie mogła się zgodzić. 

Było  coś  w  jego  oczach,  gdy  ich  spojrzenia  spotkały  się  na  krótki  moment,  zanim 

intruz  został  zrzucony  ze  schodów  przez  Plitza.  Coś,  co  jej  przypominało  o...  Nadjana  nie 

wiedziała o czym. Może spojrzenie kogoś, kogo kiedyś znała? Może ją samą...? 

Ż

ołnierz zostawił swój ciężar i uciekł. Obcy wciąż leżał jak martwy. Może naprawdę 

nie żyje? Nadjana nigdy chyba nie widziała tak bladej twarzy. 

Ostro nakazała woźnicy wyjść. 

-  Podnieś  tego  człowieka.  Ułóż  go  na  podłodze  powozu.  Zawracamy,  jedziemy  do 

domu. 

Woźnica, rzecz jasna, nie protestował, ale białe rękawiczki na jego rękach zrobiły się 

po  prostu  czarne,  gdy  tylko  ujął  Justitiana  pod  pachy.  Z  wyrazem  obrzydzenia  na  twarzy 

woźnica ułożył bezwładnego mężczyznę w powozie. Co, do diabła, sobie ta baba myśli? Do-

brze, dobrze. Nie był bynajmniej pierwszym, który nie mógł zrozumieć zachowania Nadjany. 

Wielu  uważało,  że  jest  szalona.  Że  żyje  we  własnym  świecie.  Że  ma  tajemniczą,  mroczną 

background image

przeszłość...  Ale  właściwie  nikt  się  tym  specjalnie  nie  przejmował.  Jakie  to  mogło  mieć 

znaczenie  dla  panów  ze  szlacheckich  rodów,  którzy  odwiedzali  jej  oazę  w  tym  śmiertelnie 

nudnym świecie? 

Nadjana robiła, co chciała. 

Zawsze. 

Czy słyszałeś o młynarzu Sachsie, nieznajomy? 

Czy słyszałeś starą baśń o pijaku, który trafił do łoża barona? 

Delikatny kobiecy głos wdzierał się do świadomości Justitiana. 

Chory  nie  miał  odwagi  otworzyć  oczu,  wiedział,  że  w  tym  samym  momencie  głowa 

by mu pękła. 

Leżał zupełnie bez ruchu i próbował opanować szum w uszach oraz ból przenikający 

jego ciało niczym rozpalone do białości żelazo. Kobiecy głos mówił dalej. 

Justitian  zauważył,  że  ów  głos  wypływa,  a  potem  znika  za  zasłoną  ciemnoczerwonej 

mgły.  Nie  zauważył  natomiast,  że  łóżko,  na  którym  leży,  porusza  się,  że  przesuwa  się  po 

jakimś korytarzu, mija wysokie drzwi. Nie słyszał też przerażonych szeptów gromadki kobiet. 

Na trzeci dzień nareszcie otrzymała wiadomość, że obcy odzyskuje przytomność. 

Nadjana  nie  zapomniała  o  nim,  ale  nie  mogła  przecież  siedzieć  przez  cały  czas  przy 

łóżku  młodego  człowieka.  Zarządziła,  by  otoczono  go  jak  najlepszą  opieką,  sprowadzono 

nawet  lekarza  ze  szpitala  Świętego  Jana.  Potrząsał  on  długo  głową,  przepisał  jakieś  smaro-

widła i lekarstwo na wzmocnienie, powiedział jednak, że nie ma sensu tracić drogich lekarstw 

i  aptecznych  mieszanek  na  takiego  wraka.  Nadjana  odesłała  go  do  domu,  płacąc  w  zamian 

zdumiewająco niewielką sumę. 

Natomiast  dwie  młode  dziewczyny,  które  opiekowały  się  chorym,  prześcigały  się  w 

dogadzaniu mu. Wiedziały, że sprawią tym przyjemność swojej właścicielce, Nadjanie. 

Natychmiast też zawiadomiły ją, gdy tylko mężczyzna otworzył oczy. 

-  Gdzie  ja  jestem?  -  chciał  spytać  Justitian,  ale  nie  mógł  wykrztusić  ani  słowa. 

Pomieszczenie,  w  którym  się  znajdował,  nie  było  spokojne.  Czuł,  jakby  nadal  płynął  po 

wzburzonym  morzu  cierpienia.  Mdłości  i  jakiś  nieznośny  ból  rozrywały  mu  piersi.  Nie 

potrafił  nawet  ruszyć  głową.  Poza  tym  śmiertelnie  się  bał.  Czyżby  już  umarł?  A  może  jest 

sparaliżowany? Co to za miejsce? Takie pełne światła i piękne, że aż razi w oczy. 

Twarz jakiejś kobiety. 

To anioł! 

Jasne, niemal białe włosy. Niczym u staruszki. Ale ona nie jest przecież bardzo stara. 

Właściwie  Justitian  nie  mógł  się  zdecydować,  ile  ta  kobieta  mogłaby  mieć  lat.  Patrzyła  na 

background image

niego  wielkimi  oczyma.  Szarymi  jak  dym.  Ciężkie  powieki  wydały  mu  się  trochę  skośne. 

Upudrowane  na  biało  policzki.  Czarna  plamka  nad  wargą.  Usta...  czerwone,  czerwone, 

czerwieńsze niż krew. 

Mówiła  do  niego.  O  jakimś  baronie...?  Czy  ona  myśli,  że  Justitian  jest  baronem?  A 

może ona jest baronessą? 

Myśli krążyły w głowie Justitiana niczym liście w powiewach jesiennego wiatru. Nie 

był w stanie ich połapać. Chciał zapytać o tysiące spraw, chciał prosić o wyjaśnienia. 

Ktoś położył mu coś mokrego i zimnego na czole. Na wargach poczuł silnie pachnący 

napój.  Uświadomił  sobie,  że  to  zapach  dobrego  alkoholu  i  chętnie  otworzył  usta.  Potem 

znowu opadł na coś, co wydało mu się nieskończenie miękką wełną. 

- Jesteś w Ogrodzie, obcy. Byłeś tu już przedtem, pamiętasz? 

Chciał  potrząsnąć  głową,  ale  mu  się  nie  udało.  Pani  mówiła  dalej.  Zaczynał  ją 

rozumieć. 

-  Widziałam  cię  tu.  Zostałeś  wyrzucony.  Widziałam  twoją  twarz,  kiedy  strażnik 

przewiesił cię sobie przez ramię... 

Roześmiała się. Justitiana to zirytowało, poczuł ostry ból w głowie. 

- Nie wiem, co ci się stało, obcy, znalazłam cię po prostu w rynsztoku. Wydawało mi 

się, że muszę... 

Reszty  słów  Justitian  już  nie  słyszał.  Znowu  stracił  przytomność,  wszystko,  co  się 

działo, pojawiało się i znikało niczym fale tłukące o poszarpany brzeg. 

Ona ma na imię Nadjana. 

Jest właścicielką Ogrodu. 

Z jakiegoś powodu chciała się nim zająć. 

Justitian westchnął. Najwyższy czas, by życie okazało mu trochę więcej życzliwości. 

Nazywano  go  pokojowym  pieskiem  Nadjany.  Prowadzała  go  za  sobą  wszędzie, 

karmiła  wyszukanymi  daniami,  pokazywała  swoim  eleganckim  klientom  i  przyjaciołom  z 

taką miną, jakby Justitian był naprawdę jakimś niezwykłym zjawiskiem. 

Mieć kogoś takiego w domu, ubierać go w jedwabie i uczyć pięknych manier! Cóż za 

niezwykły pomysł, jakie nadzwyczajne odkrycie! 

Panie  klaskały  w  dłonie  trochę  przestraszone,  większość  nie  odważyłaby  się  dotknąć 

takiego człowieka nawet pogrzebaczem. Żyły w warunkach, w których pijacy z ulicy i brudne 

ladacznice  konające  z  głodu  stanowiły  tylko  nieprzyjemne  sygnały  docierające  z 

zewnętrznego  świata.  Panie  drżały  na  widok  dziobatych  żebraków  i  pośpiesznie 

background image

przytrzymywały  szerokie  spódnice,  gdy  na  spacerze  w  parku  natknęły  się  przypadkiem  na 

brudne dzieci o owrzodzonej skórze. 

Ich takie sprawy nie obchodziły. 

One  są  niczym  motyle,  latające  po  pięknym  ogrodzie,  wesołe  i  barwne,  wolne  od 

wszelkich zmartwień. Kobiety ze szlachetnych rodów uwielbiają sensacje. 

One kochają wszystko, co pochodzi z zagranicy, jak na przykład meble w stylu Króla 

Słońce  oraz  diamenty,  piękne  orchidee  i  kandyzowane  owoce  z  Wiednia. Kochają  muzykę  i 

cukierki, paradne mundury, bale i światło świec. 

Rzadko  kochają  swoich  mężów,  a  do  Nadjany  odnoszą  się  z  mieszaniną  niechęci  i 

wdzięczności. A ona pomaga im jak może, chętnie pośredniczy w przekazywaniu pachnących 

bilecików  młodym  oficerom,  wsuwa  do  ich  kieszeni  zaproszenia  oraz  inne  drobiazgi 

ś

wiadczące o niezaspokojonych potrzebach tych pań. 

Nadjana nigdy ich nie zdradzi. 

Chociaż więc szlachetne panie nigdy nie będą jej traktować jak równej sobie, to dają 

jej pośród siebie specjalne miejsce. Panie z towarzystwa uważały, że dom na rogu jest na tyle 

podniecający i niebezpieczny, na tyle interesujący, by walczyć o zaproszenie na comiesięczne 

legendarne wieczory dla pań. 

Wszystko bardzo dyskretnie, rzecz jasna. O tym się nie rozmawia. O niczym takim nie 

wspomina się własnemu mężowi. 

Ale to bardzo, bardzo ważna sprawa. 

Damski  wieczór,  kiedy  wspaniałe  pokoje  wypełniają  się  paniami,  które  mdlałyby  z 

pewnością  na  widok  owych  par,  co  jeszcze  parę  godzin  temu  leżały  na  pokrytych  złocistą 

tkaniną  kanapach.  Damami  wystrojonymi,  obwieszonymi  biżuterią,  z  malowanymi  paznok-

ciami i ustami. Damami, które znają Paryż i Wiedeń równie dobrze jak własne buduary i które 

bardzo lekko traktują życie. 

Nadjana była ich ratunkiem. 

Nadjana  dodawała  przypraw  ich  pozbawionym  smaku  dniom.  Nadjana  sprawiała,  że 

ś

miały  się  i  rumieniły,  żaden  mężczyzna  nigdy  by  ich  nie  wprawił  w  taki  nastrój.  Nadjana 

dawała im mieszaninę zuchwałości i egzotyki. Nadjana zawsze potrafiła przejść sama siebie! 

Justitian  był  drugim  mężczyzną,  który  dostąpił  zaszczytu  uczestniczenia  w  tym 

specjalnym damskim wieczorze. Sukces pierwszego z nich, młodego poety imieniem Ludvig, 

wciąż jeszcze pamiętano. A historie, które opowiadał, były naprawdę zabawne. 

background image

Gdy Nadjana wprowadziła Justitiana niczym ucznia, zgromadzenie jęknęło. Kilka pań 

opadło  na  krzesła,  zasłaniając  rękami  usta.  Jakaś  filiżanka  upadła  na  podłogę.  Pani,  która  ją 

trzymała, pulchna hrabina szwedzkiego pochodzenia, była jedyną osobą, która się odezwała. 

- No to już chyba przesada! Nadjana zlekceważyła ją. 

-  Oto  jest  Justitian  -  rzekła  czystym  głosem,  patrząc  wyzywająco  swoim  gościom  w 

oczy. - On jest... specjalnym przyjacielem tego domu. 

Szelmowski  błysk  w  oczach  Nadjany  sprawił,  że  panie  zaczęły  uśmiechać  się  do 

siebie  porozumiewawczo.  Żadna  już  nie  udawała,  że  potrzebuje  soli  trzeźwiących.  Damy 

tłoczyły się wokół gospodyni i jej towarzysza. 

Justitian  próbował  prosto  trzymać  głowę,  musiał  przyznać,  że  skierowana  na  niego 

uwaga całej tej gromady rozgdakanych kur to naprawdę zabawne przeżycie. 

Niewiarygodnie szybko człowiek przyzwyczaja się do jedzenia delikatnych pasztetów, 

wędzonych  cielęcych  serc,  słodkich  ciasteczek  i  trufli!  Niewiarygodnie  szybko,  bowiem  nie 

dalej niż dwa tygodnie temu Justitian leżał cuchnący w rynsztoku, ubrany jedynie w połatane 

spodnie. 

Teraz miał wypomadowane włosy, a na palcu lśniący pierścień, ubrany był w błękitny 

jedwabny surdut i wąskie skórzane spodnie. Lekkie niczym piórka buty ozdobiono srebrnymi 

sprzączkami, Justitian męczył się tylko ze zbyt wysokimi obcasami. 

Panie uznały, że wygląda wspaniale. 

Ż

adna  z  nich  nie  chciała  uwierzyć,  że  to  ten  sam  nędzarz,  którego  Nadjana 

sprowadziła do swego domu i pokazywała im w czasie poprzedniego spotkania jako budzące 

odrazę kuriozum. 

-  Nie  wierzycie,  panie,  że  zdołam  stworzyć  z  niego  księcia?  -  zapytała  wtedy  ze 

ś

miechem.  Dwie  z  pań  musiały  opuścić  pokój,  bowiem  nie  były  w  stanie  znieść  smrodu. 

Człowiek  na  noszach  był  najokropniejszym  stworzeniem,  jakie  kiedykolwiek  widziały.  I 

najbrzydszym! 

Nadjana  oddaliła  dwie  pielęgniarki,  które  zniknęły  z  noszami,  otoczone  zapachem 

lekarstw i kwaśnego alkoholu, końskiego nawozu i dawno nie mytego ludzkiego ciała. 

Panie gotowe były zakładać się o swoją biżuterię, że nie uda się Nadjanie spełnić tego, 

co obiecywała, a mianowicie, że niebawem przedstawi tego pijaka u dworu. 

-  Czy  panie  nie  czytały  historii  o  Pigmalionie?  -  zapytała,  unosząc  brwi.  -  Ten 

człowiek  będzie  moim  dziełem.  Stworzę  go  od  nowa  z  tej  kupki  odpadów,  którą  dopiero  co 

widziałyście. Ukształtuję go, dam mu duszę i twarz, i na koniec dam mu życie u mego boku! 

Będzie moim Galateanem! 

background image

Panie słuchały z otwartymi ustami. 

Ledwie  jedna  czy  dwie  znały  opowieść  Owidiusza  o  rzeźbiarzu,  który  z  pomocą 

bogini wyrzeźbił dla siebie żonę. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

- Dlaczego, Nadjano? Co, na Boga, skłoniło cię, żeby... 

-  Nie  marudź,  mój  drogi  Stianie!  Czy  nie  dość  ci,  że  sypiasz  w  mojej  jedwabnej 

pościeli, pijesz moje znakomite koniaki, że karmię cię osobiście kwiatkami z marcepanu? 

- Owszem, owszem, jestem zadowolony, ale... 

Położyła się na nim, przywarła  wciąż tak samo krwistoczerwonymi wargami do jego 

ust.  Justitian  czuł  ten  jej  wyjątkowy  zapach,  którego  nigdy  nie  potrafił  zidentyfikować. 

Ciężki, obezwładniający zapach. Zapach, który powodował, że krew zaczynała w nim krążyć 

szybciej.  Drażniący,  podniecający,  a  jednocześnie  oszałamiający.  Tak  ciężki,  że  Justitian 

bywał zaskoczony,  gdy  otwierał oczy i  widział, że to ta szczupła, jasna  kobieta rozsiewa  go 

wokół siebie. 

Nadjana, królowa przemian. 

- Bywa, że czuję się niczym te małpki, które eleganckie damy prowadzają za sobą na 

smyczy... 

- Ależ najdroższy, nie wolno ci tak myśleć! Kobiety prowadzają małpki ze względu na 

ich  brzydotę.  Chcą  wytworzyć  uderzający  kontrast,  w  porównaniu  z  brzydotą  zwierząt  one 

same  wydają  się  jeszcze  piękniejsze.  A  ty...  tak,  ty  jesteś  i  ładniejszy,  i  młodszy  ode  mnie, 

Stian! 

- Młodszy może, ale... 

- O połowę młodszy, mój kochany! I dwa razy taki urodziwy... w każdym razie teraz. 

Pocałowała  go  znowu,  przesuwała  językiem  po  jego  mocnych  zębach  oraz  pieściła 

miękką skórę po wewnętrznej stronie warg. 

Stian drżał z rozkoszy. Nadjana rzeczywiście jest niesamowita. Na co on się właściwie 

skarży?  Dlaczego  zastanawiają  go  motywy  jej  postępowania,  dlaczego  próbuje  rozsypywać 

układankę  Nadjany?  Justitian  opadł  na  piękne  poduszki  i  kulił  się  pod  jej  doświadczonymi 

dłońmi.  Wchłaniał  w  siebie  ów  ciężki  zapach,  oddalał  się  od  świata,  zostawiał  go  za 

zasłonami  jej  białych  włosów.  Z  bliska  widział,  że  mienią  się  w  nich  okruchy  srebra.  Małe, 

bardzo  maleńkie  ziarenka  lśniącego  metalu  w  jakiś  kobietom  tylko  znany  sposób  zostały 

przymocowane do włosów. Mieniły się niczym jej oczy, które zresztą przeważnie były szare 

jak  dym  lub  jak  mgła  nad  morzem  albo  jak  zimowe  niebo.  Wiało  chłodem  od  tej  jego 

ukochanej  Nadjany.  Ale  gorętszej  kobiety  Justitian  jeszcze  nie  spotkał.  Nawet  Sussa  nie 

mogła się z nią równać... 

background image

O tamtej nie myślał już teraz tak często. Była niczym dawny sen, sen, który wspomina 

się  niechętnie,  ponieważ  tuż  przed  obudzeniem  przemienił  się  w  koszmar.  Sussa  przestała 

istnieć.  Sussa  i  jej  wargi,  Sussa  z  tą  swoją  cudowną  zuchwałością.  Teraz  jest  Nadjana. 

Nadjana jest wężem, podczas gdy Sussa była kotem. Nadjana wkradła się podstępnie w jego 

ciało i zmysły, zostawiając po sobie lśniące, piekące ślady. 

Justitian  leżał  teraz  z  przymkniętymi  oczyma,  pozwalał  ciału  odczuwać  jej 

wyrafinowane  pieszczoty.  Nie  dręczyła  go  myśl  o  tych  wszystkich,  których  przed  nim 

pieściła, by dotrzeć do miejsca, w którym znajdowała się dzisiaj. Justitian wiedział, że życie 

stawia  surowe  wymagania,  bardzo  surowe.  Córy  i  synowie  życia  muszą  je  wypełniać. 

Człowiek robi wszystko, co trzeba, by przeżyć. I nie ma się na co skarżyć. 

Nadjana była bliska ekstazy, Justitian czuł, jak przywarła do niego, jak wczepia się w 

jego ciało, gdy nagle dwoje nagich ludzi owionął zimny wiatr. 

Grube dywany tłumiły odgłos kroków, drzwi wiodące na zewnątrz również ukrywała 

gruba  zasłona.  Dlatego  Nadjana  i  Justitian  niczego  nie  zauważyli  aż  do  momentu,  gdy  silne 

ręce rozerwały gwałtownie ich złączone ciała. Justitian również znajdował się na granicy tej 

największej  rozkoszy,  gdy  każdy  mięsień  pulsuje  własnym  życiem,  nie  potrafił  się  więc 

opanować  na  tyle,  by  zerwać  się  na  równe  nogi,  zanim  silna  dłoń  uniosła  również  jego  z 

posłania. Ramię oplatające mu szyję było grube niczym pień drzewa. Słyszał nad sobą ciche, 

ostrzegawcze słowa. 

W  pokoju  znajdowało  się  dwóch  mężczyzn.  Jeden  z  nich  był  nieprawdopodobnie 

czarny.  Justitian  zmrużył  oczy.  Co  to  za  człowiek?  A  może  to  nie  jest  człowiek...  Widział 

przecież  kiedyś  w  szynku  koło  portu  Turka,  o  znanym  niemieckim  zapaśniku,  który  łamał 

ludziom  kości,  też  było  głośno  w  okolicy.  Ale  on  był  biały  niczym  królewna  Śnieżka  w 

porównaniu  z  tym,  który  teraz  trzymał  mocno  nagie  ciało  Nadjany.  Kobieta  wyglądała  jak 

biały  kwiat  na  czarnym  tle.  Justitian  poczuł,  że  ciemnieje  mu  w  oczach.  Organizm  nie 

zapomniał,  że  ledwie  pięć  tygodni  temu  on  sam  leżał  na  wpół  umarły  w  rynsztoku  z  głową 

rozbitą o bruk. 

- Nadjana, radzę ci, byś zachowywała się spokojnie. Moi ludzie i moje srebro zrobiło 

swoje, nie przyjdzie tu żadna służba, żebyś nie wiem jak głośno krzyczała. 

Oszczędź sobie upokorzeń! Zapewniam cię, że przybywam w przyjaznych zamiarach. 

-  Hrabio  Noir  -  Eclant!  Wdarłeś  się  bezprawnie  do  mego  domu!  Będzie  cię  to  drogo 

kosztowało! 

background image

-  Nadjana  dumna  jak  zawsze.  Nie  przestraszy  się  nawet  mojego  Murzyna.  Nie  mów 

nic  więcej,  Nadjano,  nie  drażnij  mnie.  Bo  mogę  zmienić  zamiar,  mogę  nabrać  ochoty,  by 

zniszczyć to miejsce, zamiast kochać... 

Człowiek trzymający Justitiana musiał dać jakiś znak, bowiem Murzyn puścił Nadjanę 

równie gwałtownie, jak przedtem uniósł ją w górę. Ona stała na podłodze wyprostowana, nie 

uczyniła  najmniejszego  gestu,  by  okryć  swą  nagość  przed  obcymi  mężczyznami. 

Nieprzyjemne przeczucie sprawiło, że Justitian musiał zamknąć oczy. Wkrótce ucisk na jego 

gardle  również  zelżał,  Justitian  został  brutalnie  zepchnięty  z  posłania  niczym  nieposłuszny 

pokojowy pies. Zerwał się na nogi, szukając po omacku spodni, wiedział, że jego nagość jest 

ś

mieszna i dużo bardziej beznadziejna niż nagość Nadjany. Murzyn wyprowadził go z pokoju 

i  brutalnie  popychając,  skierował  w  stronę  prywatnych  pomieszczeń  pani  Ogrodu.  Justitian 

chciał  protestować,  chciał  zostać  z  nią,  bronić  jej  do  ostatniej  kropli  krwi,  gdyby  się  to 

okazało  konieczne.  Nadjana  jednak  nie  patrzyła  na  niego.  Jej  szare  oczy  stały  się  teraz 

ciemniejsze, wpatrywały się w hrabiego, jakby przyciągał je jakiś magnes. 

Justitian  domyślał  się,  że  między  tymi  dwojgiem  toczy  się  walka  o  władzę.  Pod 

wyniosłością  Nadjany dostrzegał lęk.  Ona jednak ani jednym  gestem nie pokazała, że życzy 

sobie obecności Justitiana. 

-  Nadjana...  najpiękniejsza...  przyjmij  mój  dar.  Gdy  tylko  Justitian  i  czarny  człowiek 

znaleźli  się  za  drzwiami,  hrabia  upadł  przy  łożu  na  kolana.  Wyjął  zawiniętą  w  jedwab 

szkatułkę,  którą  z  udawaną  pokorą  złożył  u  stóp  Nadjany.  Ona  patrzyła  na  niego  wciąż  tym 

samym zimnym wzrokiem i nie sprawiała wrażenia, że zechce przyjąć podarunek. 

- O co ci chodzi, Max? 

-  O  to  samo  co  zawsze,  moja  piękna,  mój  zimowy  kwiecie,  mój  zimny  płomieniu... 

Chcę ci ofiarować mą rękę i herb oraz moją miłość... 

Nagie  ciało  Nadjany  pokryło  się  gęsią  skórką.  Szybko  podeszła  do  szafy  w  ścianie, 

znalazła  miękką  pelerynę  z  króliczych  skórek  ufarbowanych  na  czerwono.  Futro  zwrócone 

było  do  środka,  po  zewnętrznej  stronie  pelerynkę  pokrywał  gruby  jedwab  haftowany 

perełkami.  Okrycie  naprawdę  godne  królowej,  lecz  akurat  w  tej  chwili  Nadjana  najbardziej 

ceniła ciepło, które jej dawało. 

- Przybywasz na próżno - odparła chłodno. - I przybywasz jako gwałciciel i złodziej, 

którym w istocie jesteś, a nie jak pokorny wielbiciel! Skończ z tym przedstawieniem, Max, i 

zabierz sobie swój dar. Nigdy nie będzie tak, jak chcesz! Nie będę przyjmować twoich darów, 

nie  stanę  się  ofiarą  twego  gwałtu.  Nie  potrzebuję  od  ciebie  niczego,  nie  boję  się  też  twoich 

ciosów! 

background image

Mężczyzna  wstał.  Pochylił  się  nad  nią.  Nadjana  skuliła  się  niedostrzegalnie  na 

wspomnienie ich pierwszego spotkania przed blisko dziesięcioma laty. 

On  był  hrabią,  ona  dziewicą  nocy.  Kupił  sobie  wtedy  jej  czas  i  jej  oddanie,  ale 

potraktował ją tak okrutnie, że przez wiele dni musiała leżeć w łóżku, czekając, aż okaleczone 

ciało odpocznie. On... 

Nie,  nie  chciała  o  tym  myśleć.  Hrabia  jest  zwyczajną  świnią.  Sadystyczną, 

perwersyjną  świnią.  Hrabia  czy  nie,  jest  najbardziej  odrażającym  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek spotkała. Zdawała sobie sprawę, że jego nienasycone żądze zostawiały po sobie 

ciała martwych kobiet i sponiewierane małe dziewczynki. 

Hrabia  Max  Noir  -  Eclant  był  ostatnim  człowiekiem,  którego  chciałaby  widzieć  w 

swoim domu. 

Powinien  się  cieszyć,  jeśli  Aurora  dobrowolnie  zgodzi  się  go  przyjąć  w  swojej 

specjalnej  izbie  urządzonej  w  piwnicy.  Aurora  z  biczami  i  żelaznymi  kajdanami,  z 

groteskowymi  obrazami  nad  swoim  czarnym  łożem...  Niektórzy  mężczyźni  szukają  jej 

szczególnych pieszczot, a Nadjana, kobieta interesu, akceptuje to. 

Teraz odrzuciła od siebie szkatułkę, która uderzyła o ścianę i otworzyła się. 

Nadjana jęknęła widząc, co z niej wypadło. Na podłodze mieniło się coś jakby nieduża 

lśniąca strużka. 

Diamenty! 

Setki, może tysiące! 

Przemyślnie  połączone  złotym  łańcuszkiem,  jakby  zrobionym  z  mnóstwa  maleńkich 

serduszek, ułożone w dwóch rzędach tworzyły piękny naszyjnik. 

Ozdoba, jakiej Nadjana nigdy przedtem nie widziała. 

Wspaniały  symbol  małżeństwa.  Mieniący  się  niczym  anielskie  łzy.  Ciężki  jak 

bogactwo  hrabiego.  Twardy  i  zimny,  niewzruszony  jak  on  sam.  Łańcuszek  został  tak 

zrobiony, że nigdy nie zdołałaby go rozerwać, uwolnić się od niego. 

-  Chcę  mieć  twój  Ogród,  Nadjano.  Chcę  mieć  ciebie...  ale  przede  wszystkim  Ogród. 

To  miejsce...  piękniejsze  niż  moje  zamki.  Ono  jest  żywe,  czego  o  zamkach  nikt  by  nie 

powiedział.  Miejsce,  w  którym  spotykają  się  mężczyźni,  które  przypomina  raj...  Kocham  to 

miejsce! 

- Ja także. I ono jest moje! Tylko moje! 

Hrabia  podszedł  do  niej,  pogłaskał  dłonią  w  rękawiczce  jej  nagie  ramię.  Hrabia  Max 

zawsze  baczył,  by  strój,  który  nosi,  pasował  do  jego  nazwiska.  Czarna  Gwiazda...  Noir  - 

Eclant. Ubierał się zawsze w czerń i jasny granat, niczym nocne niebo. A diamenty były jego 

background image

szaleństwem.  Zgromadził  ich  tysiące,  zbierał  wszystkie,  posiadające  wielką  wartość  i 

pozbawione  jej,  kupował,  gdy  tylko  dowiedział  się  o  istnieniu  nowych  nawet  w  najdalszych 

częściach  świata.  Oprawiał  je,  tworząc  fantastyczne  ozdoby,  albo  po  prostu  naszywał  je  na 

ubrania.  Nawet  herb  na  drzwiach  powozu  otaczał  wieniec  diamentów.  Czarny  niewolnik 

hrabiego nosił w uchu diament wielkości gołębiego jaja. 

Hrabia  usiadł.  W  tej  pozycji  wyglądał  równie  imponująco,  Nadjana  wciąż  przy  nim 

stała.  Mówiąc,  patrzył  jej  prosto  w  oczy.  Jego  głos  był  stanowczy  i  zimny.  Słowa  jasne, 

wypowiadane tonem, co do którego nie mogła się mylić. 

-  Nie  znasz  nowego  policmajstra,  Nadjano.  Nie  znasz  Himmericha...  To  potężny 

człowiek.  Razem  będziemy  teraz  rządzić  tym  miastem,  większość  szlachty  jest  nam 

podporządkowana.  A  on,  ten  nowy  policmajster,  siedzi  u  mnie  w  kieszeni  po  same  uszy. 

Wystarczy, że kiwnę małym palcem, a pobiegnie załatwiać moje interesy. Na przykład tutaj... 

Nadjana  otworzyła  usta,  w  jej  oczach  płonął  gniew.  Hrabia  uniósł  dłoń  w  pięknej 

skórzanej rękawicy, nakazał jej milczenie. 

-  Nie,  nie,  to  się  na  nic  nie  zda.  Wiem,  że  przeniosłaś  na  Himmericha  przywileje 

starego policmajstra, któremu płaciłaś za to, że się nie wtrącał... Szybko działasz, moja droga. 

Naprawdę szybko jak na kobietę. Ale widzisz, twoje srebro nie wystarczy. Teraz już nie. Ku-

powałaś  sobie  przyjaźń  i  milczenie  przez  blisko  piętnaście  lat,  moja  kochana.  Ale  teraz 

koniec. Teraz ja jestem właścicielem Himmericha! 

Nadjana  wierzyła  jego  słowom.  Można  wiele  zarzucić  Maxowi,  ale  nigdy  nie 

przesadzał,  mówiąc  o  swojej  władzy.  Nie  było  takiej  potrzeby.  Poczuła  dawny  strach,  o 

którym myślała, że zniknął piętnaście lat temu. Nagle jakby znowu znalazła się na dnie łodzi 

pozbawionej wioseł, wydanej na łaskę wzburzonych morskich fal. 

On mówił tym samym tonem: 

- A więc rozumiesz, moja kochana, że nie masz wyboru. Latem zostaniesz moją panną 

młodą.  Cudowną  panną  młodą!  Myślę,  że...  owszem,  powinnaś  mieć  białą  suknię!  Z 

diamentami!  Moja  narzeczona  powinna  być  biała  jak  śnieg,  od  stóp  do  głów.  Ludzie  będą 

mrużyć oczy... 

- Nigdy nie będę twoją narzeczoną - powiedziała cicho. Nie zwracał na to uwagi. 

- Będziesz mieszkać w moim zamku Lille Skov, będzie ci tam naprawdę dobrze... gdy 

tymczasem  ja  będę  tutaj  wypełniał  obowiązki  nowego  właściciela  Ogrodu.  Nie  martw  się 

jednak!  Zamierzam  cię  odwiedzać,  i  to  często...  Mimo  wszystko  nikt  tutaj  nie  ma  takiej 

aksamitnej i białej skóry jak ty... Żadna z tych kobiet nie odpowiada bardziej moim tajemnym 

marzeniom. Pamiętam... 

background image

-  A  ja  nie!  I  nie  chcę  pamiętać.  Nie  jesteś  człowiekiem  honoru,  Max,  nie  będziesz 

moim narzeczonym. W żadnym razie nie nadajesz się na męża! Jestem wolną kobietą, musisz 

to  zrozumieć.  Dość  mam  mężczyzn,  którzy  chcieli  mną  rządzić,  wykorzystywać  mnie.  Za-

wsze walczyłam tylko o wolność! I raczej złożę życie w ofierze, niż oddam się tobie! 

Miała  nadzieję,  że  hrabia  zrozumie  powagę  jej  słów.  Miała  nadzieję,  że  dotrze  do 

niego, iż jego plany są niewykonalne. Wiedziała jednak, że nosił się z nimi od bardzo dawna. 

Od  tamtej  chwili,  przed  trzema  laty,  kiedy  w  towarzystwie  króla  spędził  wieczór  w  Ogro-

dzie...  To  były  królewskie  urodziny.  Uroczysty  wieczór  dworu.  Zorganizowano  go  w  jej 

Ogrodzie. To od tego momentu Ogród stał się czymś więcej niż tylko ekskluzywnym domem 

publicznym. 

-  Szkoda,  Nadjano.  Bardzo  żałuję.  Musisz  jednak  wiedzieć,  że  na  samym  początku 

mojej  listy  znajduje  się  Ogród.  Nie  ty.  Ale  oczywiście  bardzo  bym  chciał,  byś  zachowała 

zarówno  życie,  jak  i  urodę.  Trochę  mnie  to  gniewa,  moja  droga,  kiedy  z  taką  złością 

odrzucasz  propozycję  małżeństwa.  Pamiętaj,  kim  jestem,  a  kim  jesteś  ty!  Damy  o 

nieporównywalnie wyższym pochodzeniu od ciebie przyjęłyby tę propozycję z zachwytem. 

- Ale ja ciebie znam - szepnęła i mimo ciepłego futerka przeniknął ją chłód. 

Hrabia  wstał.  Podszedł  do  niej  i  przycisnął  z  taką  siłą  do  siebie,  że  ledwie  dotykała 

palcami podłogi. Ucałował ją mocno, bardzo mocno. 

-  Pakt  został  przypieczętowany,  moja  droga.  Przygotuję  potrzebne  papiery.  Daję  ci 

trzy  miesiące  na  przygotowanie  sukni,  kwiatów,  zaproszenie  gości  i  wszystko  inne,  co 

uświetni ten ślub stulecia! I pamiętaj, suknia ma być biała! 

Nadjana  wciąż  stała  w  tym  samym  miejscu,  zmrożona,  nie  mogąc  się  poruszyć. 

Twarz, którą od dawna starannie pudrowała na biało, była teraz dużo bielsza niż najczystszy 

ryżowy puder. 

Justitian  został  ulokowany  w  głębokim  fotelu  w  Błękitnym  Pokoju,  Murzyn  stał 

niczym  żywa  kolumna  przy  drzwiach,  krzyżując  ręce  na  piersi.  Twarz  bez  wyrazu,  czarne 

oczy nie uśmiechały się, lecz też nie były specjalnie nieprzyjazne. Po prostu ten człowiek nie 

miał prawa do posiadania własnych uczuć. Był przedłużonym ramieniem swego hrabiego, nie 

powinien samodzielnie myśleć. 

Syn pastora wyprostował się na krześle, zaczął wkładać koszulę i kurtkę, które zdążył 

w ostatniej chwili schwycić. Nadal był bosy. 

- Cóż to za przedstawienie? - zapytał. 

background image

Murzyn  nawet  nie  drgnął.  Justitian  westchnął  głęboko.  Ten  człowiek  nie  mówi  po 

duńsku, a już w żadnym razie po norwesku. No cóż, trzeba czekać. Jeśli tamten ponury drab 

nie odebrał Nadjanie życia, wkrótce ona sama mu wszystko wytłumaczy. 

Justitian  postanowił  wykorzystać  czas  na  przyjrzenie  się  temu  niezwykłemu 

człowiekowi, znajdującemu się teraz nie dalej niż trzy łokcie od niego. Czarny człowiek! Od 

stóp  do  głów.  Czarno  -  czerwone  ubranie  przesłaniało  większą  część  muskularnego  ciała. 

Czarne,  kędzierzawe  włosy  okrywały  głowę.  Kiedy  jednak  ów  człowiek  poruszył  ręką, 

Justitianowi mignęła wewnętrzna część jego dłoni. Ze zdumieniem stwierdził, że jest biała! 

To  niezwykłe.  Co  by  to  było,  gdyby  tak  ludzie  w  jego  rodzinnej  wsi  spotkali  tego 

rodzaju człowieka? Ależ by powstało zamieszanie! Mimo lęku i niepewności Justitian musiał 

się uśmiechnąć na myśl o tym, jak by zareagowało stowarzyszenie kobiet katolickich, gdyby 

ta istota nagle stanęła w drzwiach ich kościoła. 

Mój  Boże,  pomarłyby  chyba  ze  strachu!  A  jego  ojciec...  Ojciec  być  może  widywał 

Murzynów  w  Kopenhadze  w  czasach,  kiedy  tu  studiował?  Owszem,  statki  ze  wschodnich 

Indii przybywały wówczas i do kopenhaskiego portu. 

Nagle drzwi za plecami czarnego otworzyły się i Justitian zobaczył błysk diamentów, 

gdy  Murzyn  odwrócił  się  i  obaj  mężczyźni  zniknęli.  Odetchnął  z  ulgą,  jeszcze  raz  głęboko 

wciągnął  powietrze.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  podczas  całego  zajścia  oddychał 

bardzo płytko, niczym przestraszona mysz. 

Teraz opanował się i wbiegł do Czerwonego Pokoju Nadjany. 

Leżała  na  łóżku  i  wyglądało  to  tak,  jakby  zamierzała  prosić  go,  by  kontynuował  akt, 

który został przerwany wtargnięciem intruzów. 

Justitian  widział  jednak,  że  oczy  jej  lśnią,  jakby  miała  zamiar  się  rozpłakać.  Takiego 

wyrazu jej białej twarzy nigdy jeszcze nie widział. 

Nadjana, królowa, wyglądała niczym młoda, porzucona dziewczyna. 

Sprawiała  wrażenie  przerażonej.  Nie  dodaje  jej  to  urody,  skonstatował  Justitian  z 

bijącym sercem. 

- Znaleźliśmy się w poważnych tarapatach, Justitianie - oznajmiła Nadjana cicho. 

Doznał dziwnej radości, słysząc, że użyła jego pełnego imienia. Gdy mówiła do niego 

Stian, to było tak, jakby zwracała się do... psa. Maryjka go tak nazywała kiedyś, dawno temu. 

-  Kim  oni  są?  -  zapytał,  podchodząc  do  niej.  Usiadł  na  krawędzi  łóżka  tuż  przy  jej 

biodrze, otulił kołdrą to nagle tak bezbronne ciało. 

- To hrabia Max Noir - Eclant. Słyszałeś chyba o Czarnej Gwieździe? 

background image

-  Tak,  słyszałem.  To  postrach  ulicznic...  Mówią,  że  zamordował  wiele  swoich 

kochanek.  I  że  on  ma...  że  potrzebuje  gwałtu.  Najbogatszy  człowiek  w  Kopenhadze! 

Pominąwszy króla. 

Justitian  przełknął  ślinę,  przypominając  sobie,  co  robili  z  Sussą.  Za  nic  by  nie 

przyznał, że odrobinę rozumie tego ponurego hrabiego. Ale historie, jakie opowiadano sobie 

szeptem  o  Czarnej  Gwieździe,  wywoływały  na  jego  policzkach  wstydliwe  rumieńce  i 

przyśpieszały oddech. 

- Być może to prawda. To w każdym razie niebezpieczny człowiek. Aż do tej pory nie 

odważył się mnie tknąć. Miałam wpływowych przyjaciół, wielkich dobroczyńców. Nawet w 

Zamku, na samym szczycie... 

Nie  wymieniła  królewskiego  imienia,  ale  też  nie  było  to  konieczne.  Teraz  jednak 

nadeszły  ciężkie  czasy,  wojna  i  niepokoje.  Wielu  jej  młodych  przyjaciół  znalazło  się  na 

polach bitew. Król miał inne sprawy na głowie niż rozrywki w Ogrodzie Nadjany. 

- Nowy szef policji... Himmerich... on tkwi w kieszeni hrabiego. Wiem, że to prawda. 

Ja sama tutaj, w ubiegłym tygodniu, zapłaciłam... Dwa woreczki srebra i wspaniały ogier krwi 

arabskiej... Hrabia chce dostać Ogród. 

Justitian  jęknął,  chyba  nie  do  końca  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  jak  majętna  jest 

Nadjana. Teraz jednak nic nie mogło jej pomóc. 

- No to może sprzedaj mu ten Ogród. 

- Żeby on go przerobił na szlachtuz i miejsce upokorzenia, żeby tutaj zaspokajał swoje 

ponure,  złe  zachcianki?  Nie.  Moje  dziewczyny  są  innego  rodzaju.  To  dumne  istoty.  I 

wrażliwe! 

W  słowach  Nadjany  brzmiała  gorzka  ironia,  gdy  mówiła  o  wrażliwości  swoich 

dziewczyn. Justitian skinął głową. To prawda. 

-  I  co  teraz  zrobisz,  Nadjano?  -  szepnął,  gładząc  ją  delikatnie  po  gęstych  białych 

włosach. Były niczym grzywa, sprężyste, pokryte pachnącą pomadą. 

- Nie wiem, Justitianie. Nie mogę na nikim polegać... z wyjątkiem ciebie. Ty jesteś jak 

dziecko, pojęcia nie masz o intrygach i wszystkich złych sprawach tego świata. Pozwolił, by 

w to wierzyła, lecz zacisnął zęby. 

- Musisz mi pomóc. Musisz być moim przyjacielem, Justitianie. 

W  jej  oczach  pojawił  się  jakiś  nowy  błysk,  patrzyła  teraz  na  niego  jak  na  dorosłego 

mężczyznę.  Nie  był  już  pokojowym  pieskiem.  To  skłoniło  go,  by  pochylić  się  nad  jej 

czerwonymi  wargami.  Tym  razem  kochał  ją  tak,  jak  doświadczony  mężczyzna  kocha  swoją 

background image

młodą narzeczoną. Nadjana była uległa i łagodna, poddawała się jego pieszczotom, ale oczy 

wciąż miała zamknięte. 

Kiedy  obudził  się  nazajutrz,  był  w  szerokim  łożu  sam.  Czerwony  Pokój  zalewało 

ś

wiatło  wczesnego  poranka.  Justitian  pociągnął  za  jedwabny  sznurek  przy  łóżku.  Wkrótce 

weszła  jedna  z  pokojówek  Nadjany,  niosąc  tacę.  Znajdował  się  na  niej  świeży  chleb, 

upieczony  z  puszystego  ciasta,  tak  chrupki,  że  rozpływał  się  w  ustach.  Obok  stała  filiżanka 

czarnej  kawy,  gorzkiego  napoju,  który  Justitian  zdążył  polubić.  Kawa  tak  wspaniale  czło-

wieka  ożywia,  zwłaszcza  po  długich  wieczorach  z  Nadjana,  kiedy  kochali  się  dużo  i  pili 

czerwone wino. 

Cukierniczkę wypełniały po brzegi brązowe szlachetne kryształy. Justitian włożył dwa 

z nich do dymiącego napoju. 

- Gdzie jest Nadjana? 

-  W  swoim  gabinecie.  Prosi,  by  pan  przyszedł  tam  natychmiast,  gdy  tylko  pan  zje  i 

ubierze się. 

Justitian w zamyśleniu skinął głową. Coś się najwyraźniej zmieniło, dziewczyny nigdy 

dotychczas nie zwracały się do niego per pan, mówiły po prostu Stian. 

Spieszył  się  bardzo,  nie  dopiwszy  kawy  pobiegł  przez  korytarze  i  salony,  które 

oddzielały  prywatne  pokoje  Nadjany  od  reszty  domu.  Tam  właśnie  przyjmowała  swoich 

klientów, planowała przyjęcia, załatwiała interesy. 

Teraz  siedziała  za  wielkim  biurkiem,  zasypanym  arkuszami  papieru.  Na  ostatnich 

atrament nie zdążył jeszcze wyschnąć. 

-  Usiądź,  mój  przyjacielu.  Musimy  porozmawiać.  O  wielu  rzeczach  dotychczas  ze 

sobą nie rozmawialiśmy. Czas zabawy minął, Justitianie. 

- Cieszę się z tego, Nadjano. 

Ona uśmiechnęła się cierpko. Tamta dziewczyna z wczorajszego wieczoru znowu była 

dorosłą osobą. Nadjana jest i pozostanie królową. 

-  Justitianie,  bardzo  mało  o  tobie  wiem.  Pochodzisz  z  Norwegii,  prawdopodobnie  z 

zachodu.  Twój  język  o  tym  świadczy.  O  ile  rozumiem,  jesteś  wykształconym  człowiekiem. 

Dobrze jednak skrywasz różne tajemnice, podobnie jak ja. Nie mam nic przeciwko temu, bę-

dziemy  się  lepiej  nawzajem  rozumieć.  Teraz  jednak  pora  uchylić  trochę  zasłon.  Muszę 

wiedzieć, kim jesteś. 

Nie miał powodu niczego ukrywać. 

background image

-  Nazywam  się  Justitian  Revelin.  Jestem  synem  proboszcza  z  Lyster.  Urodziłem  się 

dwadzieścia  jeden  lat  temu,  moja  matka  umarła  w  połogu.  Wychowywałem  się  jako  jedyny 

syn i życiowe rozczarowanie mego ojca. 

Ostatnie  słowa  wypowiedział  z  goryczą,  która  Nadjanie  powiedziała  więcej  niż 

oszczędne słowa. 

-  Prowadziłem  samotne  życie,  w  otoczeniu  książek.  Z  powodu  pewnej  kobiety 

zostałem  wysłany  do  Kopenhagi,  utrzymywał  mnie  tutaj  mój  zimny  ojciec.  Miałem  zostać 

pastorem, Nadjano. Już prawie ukończyłem... 

- Studiowałeś na uniwersytecie? 

- Tam także. Oraz w niezliczonych gospodach, domach publicznych i knajpach... 

- Dziękuję, to się zgadza. Kiedy cię znalazłam, byłeś wrakiem człowieka. Co z twoimi 

studiami? Przepiłeś wszystko? 

-  Tak  można  powiedzieć  -  rzekł  Justitian  z  wolna  -  Ale  akurat  teraz  nie  żałuję  nie 

zdanych egzaminów! Nigdy, nigdy nie wrócę do domu, do mego nieludzkiego ojca, i nie będę 

odgrywał roli jego wiecznie zapracowanego syna. Poza tym bez dyplomu pastora nie mam po 

co  do  domu  wracać.  Przynajmniej  dopóki  ojciec  nie  umrze...  Zresztą  nie  potrwa  to  chyba 

długo. On jest stary niczym Matuzalem! 

- Tak. Tak to wygląda... Nie możesz wrócić do domu, w każdym razie nie z tą hańbą, 

jaką na siebie ściągnąłeś... Dobrze, to jasna sprawa. Znowu okazuje się, że jesteśmy do siebie 

podobni. Ja też nie mam domu, nie mam nic oprócz Ogrodu. A teraz zostanę stąd wypędzona, 

Justitianie. 

Justitian wytrzeszczał na nią oczy. 

- Musisz stąd uciekać? 

- Tak. Albo będę żyć jako żona hrabiego, czego nie życzę najgorszemu wrogowi, albo 

muszę stąd uciekać, równie szybko i potajemnie, jak niegdyś przybyłam. Tylko że tym razem 

nie odejdę z pustymi rękami... 

- Ale, Nadjano... ty kochasz Ogród... to twoje życie... 

-  Ech,  moje  życie...  Zdarzyło  się  w  nim  tak  wiele.  Może  czas  znowu  coś  zmienić  - 

rzekła lekko. Słyszał jednak w jej głosie głęboki żal. 

Justitian  miał  ochotę  zapytać,  co  się  z  nim  stanie,  wiedział  jednak,  że  brzmiałoby  to 

bardzo głupio. I upokarzająco. Mimo wszystko jest przecież w stanie zadbać o siebie sam, nie 

musi się uzależniać od srebra tej kobiety! 

Ale  będzie  ciężko.  Będzie  rzeczywiście  trudno,  niewiarygodnie  szybko  człowiek 

przyzwyczaja się do życia pośród ścian obitych jedwabiem... 

background image

- Co zamierzasz robić? - zapytał. 

- Ściany mają uszy - odparła. - Ale wiem już, co powinnam wiedzieć. Wracaj teraz i 

dokończ śniadania. Zagraj może w karty z Winnie. 

Posłuchał. 

Ona znowu pochyliła głowę i zajęła się pieczętowaniem grubego listu. 

Stary  człowiek  nosił  brokatowy  surdut,  a  jego  spodnie  pochodziły  od  najlepszego 

krawca  w  mieście.  Po  lewej  stronie  przypiął  tyle  medali,  że  surdut  lekko  się  przekrzywiał. 

Wysoka peruka świadczyła, że jest to człowiek bogaty i posiadający wpływy. Nie dodawało 

mu to jednak urody, twarz miał okrągłą i obwisłą z licznymi bliznami po dawnej ospie.  Był 

pierwszym  członkiem  rady  królewskiej.  Nadjana  sama  poprowadziła  go  do  gabinetu, 

pozwalając  mu  przedtem  spędzić  dłuższą  chwilę  pośród  puchowych  poduszek  w 

towarzystwie lekko ubranych „dziewic” w pokoju haremowym. 

- Proponuję ci kupno Ogrodu - rzekła Nadjana bez niepotrzebnych wstępów. 

Stary o mało nie spadł z krzesła. 

- Co ty mówisz, Nadjano? Proponujesz mi kupno Ogrodu? Ale... ale... 

-  Lubisz  to  miejsce,  prawda?  A  ja  wiem,  że  jesteś  człowiekiem,  który  jest  w  stanie 

kupić sobie to, co lubi. Ogród jest teraz na sprzedaż... 

-  Masz  rację,  Nadjano.  Jak  dotychczas  tylko  jednego  nie  mogłem  kupić...  Liczę  się 

jednak z tym, że ta cenna rzecz teraz także nie będzie wystawiona na sprzedaż? 

Jego  pożądliwe  spojrzenie  błądziło  po  głębokim  wycięciu  białej  sukni  Nadjany. 

Kobieta  z  uśmiechem  potrząsnęła  głową.  Była  nieziemsko  piękna  w  tym  białym  stroju  z 

maleńkimi czerwonymi rubinami wpiętymi we włosy. Kamyki pogłębiały barwę jej warg. 

- Wyjeżdżam stąd - odparła łagodnie. 

Gość znowu miał większe powody do zastanowienia się, niż chciał to ujawnić. 

- Wyjeżdżasz? Dokąd? Kiedy? Dlaczego? - jąkał oszołomiony. 

- To naprawdę nie ma znaczenia - odrzekła, nagle zmęczona. - Jedyne, co powinieneś 

wiedzieć,  to  to,  że  proponuję  ci  kupno  Ogrodu.  Jeśli  odmówisz,  podłożę  ogień  pod  to 

wszystko. Nikomu innemu nie odważyłabym się powierzyć dzieła mego życia... 

Mężczyzna wyprostował się na krześle. 

-  Oczywiście,  że  jestem  zainteresowany.  Choć  ani  przez  sekundę  nie  wierzę  w  twoją 

groźbę,  to  myśl  o  tym,  że  ów  raj  mógłby  znaleźć  się  w  płomieniach,  jest  nieznośna.  Czasy 

jednak nastały ciężkie... wojenne podatki... 

-  Nie  byłbyś  sobą,  gdybyś  nie  próbował  mnie  oskubać  -  rzekła  Nadjana  sucho.  - 

Wiem,  ile  Ogród  jest  wart.  I  wiem,  ile  mniej  więcej  chciałbyś  za  niego  zapłacić.  Te  dwie 

background image

sumy  bardzo  się  od  siebie  różnią.  Ale  jesteś  człowiekiem  honoru...  Zawsze  odnosiłeś  się  do 

moich  dziewcząt  z  szacunkiem.  Znasz  poza  tym  dobrze  korytarze  na  Zamku...  Jesteś 

zaufanym króla. 

Mężczyzna skinął głową. Patrzył na nią dumnie. 

-  Dlatego  mówię  ci:  działaj  szybko!  Jeszcze  dziś  wieczorem  daj  mi  znać  i  nie  bądź 

zbyt skąpy. Jeśli tak postąpisz, już następnego wieczoru Ogród będzie twoją prywatną, małą 

kryjówką... i twoim zabezpieczeniem. Tutaj przepływają wielkie pieniądze... No cóż, nie mu-

szę cię uczyć, jak robić interesy. 

Oblizał  wargi.  Perspektywa  posiadania  tego  luksusowego  przybytku  wydała  się 

staremu  pociągająca.  Co  za  życie!  Jakie  szanse!  Podstarzały  radca  dworu  pragnął  poznać, 

jakie wspaniałości kryją się w licznych pokojach Ogrodu Nadjany. 

Wychodząc  obiecał,  że  jeszcze  tego  wieczora  przyśle  prawników  i  zaufanego 

wspólnika z dokumentami. 

Nadjana przyjęła hrabiego ubrana na czarno. Nikt jej jeszcze nie widział inaczej niż w 

jasnych, letnich kolorach. Zresztą i dzisiaj nikt inny prócz hrabiego nie miał jej widzieć. 

Białe  włosy  upięła  wysoko,  ozdobiła  je  wspaniałym  łańcuszkiem  zrobionym  z 

serduszek  i  diamentów,  który  znalazła  w  szkatułce  hrabiego.  Suknia  z  jedwabiu  z  przodu  i 

przy nadgarstkach miała mieniące się niebieskawo guziczki. Jedwab opinał piersi, co sprawi-

ło, że ręka hrabiego drżała, gdy witał się z Nadjaną. Rękawy sukni były bufiaste, dół szeroki. 

Przy  każdym  kroku  strój  poruszał  się  niczym  gigantyczny  dzwon,  choć  to  akurat  nie  było 

zgodne  ze  współczesną  modą.  Hrabia  miał  przez  chwilę  ochotę  ukryć  się  pod  tym  czarnym 

jedwabiem. 

Nadjanie dobrze było w czarnym. 

Hrabia  przyjął  jej  strój  jako  znak  zgody  na  jego  propozycję.  Wybrała  bowiem  jego 

kolor.  Zrezygnowała  z  własnych  przyzwyczajeń,  a  więc  będzie  mógł  ją  kształtować  niczym 

ż

ywe srebro. 

Ucałował jej dłoń, popatrzył na nieruchomą twarz, która nie wyrażała niczego. Usiedli 

i  podjęli  rzeczową  rozmowę  na  temat  zbliżającego  się  ślubu  oraz  spraw  majątkowych.  Na 

koniec  Nadjana  dała  mu  to,  czego,  jak  sądził,  mógł  oczekiwać  od  przyszłej  małżonki.  On 

obiecał,  że  zabierze  ją  już  następnego  ranka,  by  mogła  zacząć  urządzać  nowy  dom.  Podróż 

potrwa  około  trzech  dni.  Dokumenty  hrabia  przygotuje  sam.  Jej  zgoda  to  wszystko,  czego 

potrzebował. 

background image

-  Dobranoc,  hrabino  -  powiedział  późnym  wieczorem  i  wymknął  się  z  jej  domu. 

Nadjana długo jeszcze leżała na kanapie, czuła na plecach ślady jego paznokci. Skóra piekła 

ją jak po uderzeniach biczem. 

Justitian  został  obudzony  przez  Nadjanę,  która  głośnym  szeptem  nakazała  mu  się 

ś

pieszyć. 

- Nie mamy czasu, Justitianie! Wstawaj! Od tej nocy zależy nasze życie, nie wolno się 

wahać. Nie wahaj się, jeśli jesteś moim przyjacielem! O nic nie pytaj! 

Zaspany  Justitian  po  omacku  szukał  ubrania.  Nadjana  szarpała  go  niecierpliwie,  bała 

się, że będzie za późno. 

-  Nie  zapinaj  guzików!  Zrobisz  to  później.  Spakowałam  twoje  rzeczy...  Wszystko, 

czego potrzebujesz. Musimy uciekać, dziś w nocy! 

Nie zdążył o nic zapytać, nie wiedział zresztą, o co miałby pytać. Domyślał się, że ta 

ucieczka ma coś wspólnego z hrabią, że uciekając, ratują życie. Biegł za Nadjaną przez cały 

dom,  zauważył,  że  pokonują  wąskie  i  ciemne  korytarze,  w  których  nigdy  jeszcze  nie  był. 

Wkrótce znaleźli się w obszernym pokoju, którego istnienia także nie podejrzewał. 

Czekało tam już trzech panów, wszyscy w czerni. Zdyszana Nadjana zatrzymała się w 

drzwiach, ukłoniła im się z szacunkiem. 

- Oto on! Możemy zaczynać! 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Jeden  z  panów  przedstawił  się  jako  sędzia  Laudidian  Silberkrohne,  drugi  jako  pisarz 

Fihn.  Trzeciego  Justitian  rozpoznawał,  to  ten  sam  mężczyzna  o  nalanej,  dziobatej  twarzy, 

którego  Nadjana  pokazała  mu  kiedyś  jako  zaufanego  radcę  dworu.  Potężny  polityk.  Ale 

wygląda dość żałośnie, uznał Justitian. 

Nadjana  dygnęła  przed  najstarszym  z  panów,  przed  sędzią.  Teraz  Justitian  zobaczył, 

ż

e  nosi  on  na  szyi  również  specjalny  znak  biskupa.  Sędzia  był  ubrany  w  szeroką,  czarną 

pelerynę,  z  trudem  ukrywającą  kosztowną  białą  koszulę  z  jedwabiu.  Pan  Silberkrohne 

wyglądał niezwykle elegancko, nosił spiczastą bródkę i białą wysoką perukę. 

Nadjana wzięła Justitiana za rękę. Napotkał jej lodowato szare oczy, patrzyła na niego 

wzrokiem, jakiego jeszcze u niej nie widział. Było w nim coś ostrzegawczego, a zarazem coś 

uwodzicielskiego.  Jak  u  kota,  któremu  ktoś  próbuje  odebrać  zdobycz.  W  jej  głosie  brzmiała 

prośba, gdy mówiła do Justitiana cicho, odwróciwszy się plecami do pozostałych panów. 

- Pomóż mi, Justitianie. Nie widzę innej możliwości... poza tym ja cię kocham. 

Poczuł  ukłucie  w  piersi.  Jej  słowa  sprawiły,  że  serce  zaczęło  bić  mu  mocno, 

nierytmicznie, zaskoczony oddychał z trudem. 

-  Tak,  to  prawda,  ja  cię  kocham.  Wiem,  że  jesteś  oszołomiony  tym  wszystkim,  że 

masz tysiące pytań. Ale ja mam tylko jedno: zechcesz się ze mną ożenić? 

Nie dała mu czasu na odpowiedź, ciągnęła dalej tym samym cichym głosem: 

- Jeśli zechcesz, to sędzia natychmiast udzieli nam ślubu, tu, teraz. Potem ja podpiszę 

papiery  i  pożegnam  się  z  Ogrodem,  Kopenhagą  i  z  tym  przeklętym  hrabią.  Zanim  się 

rozwidni, już nas tu nie będzie, mój ukochany. Będziemy w drodze do twoich fiordów... 

Nie odważył się zapytać, co by się stało, gdyby powiedział nie. Nadjana mówiła dalej: 

- Jeśli mnie odtrącisz, wyjadę dzisiejszej nocy sama. Nie wiem jeszcze dokąd... Ty też 

będziesz  musiał  pójść  własną  drogą.  Żadne  z  nas  nie  może tutaj zostać. Kiedy  hrabia  dowie 

się, co zrobiłam, nie będzie miał dla ciebie litości, Justitianie. 

Chciał  odpowiedzieć,  zdołał  jednak  tylko  chrząknąć,  rzucał  niepewne  spojrzenia  na 

panów  w  czerni,  niecierpliwie  czekających  w  rogu  pokoju.  Jeden  z  nich  zaczął  przeglądać 

jakieś papiery. 

- Nadjano... ja chcę, ale... 

-  Wiedziałam,  wiedziałam,  że  się  zgodzisz.  Obiecuję  ci,  Justitianie,  że  będziesz  miał 

dużo bogatsze życie niż większość mężczyzn! 

background image

Rozumiał, że nie miała przy tym na myśli ani srebra, ani drogich kamieni. Pocałowała 

go pośpiesznie, ujęła jego dłoń i poprowadziła ku sędziemu. 

-  Może  pan  zaczynać,  szanowny  sędzio  -  rzekła,  a  jej  policzki  zarumieniły  się  jak  u 

prawdziwej  panny  młodej,  kiedy  Justitian  przytulił  ją  mocno  do  siebie.  Wznosił  się  nad  nią 

niczym  skała.  I  tylko  oczy  Nadjany  mówiły,  kto  będzie  naprawdę  dominującą  stroną  w  tym 

związku. 

-  Nie  ma  już  Ogrodu,  równie  dobrze  mogłabym  podłożyć  ogień  pod  wszystkie 

zabudowania  -  rzekła  Nadjana.  Justitian  nigdy  nie  widział  bardziej  zasmuconej  kobiety, 

dziwił się tylko, jak to możliwe, że Nadjana nie uroniła dotychczas ani jednej łzy. 

Szacowni  panowie  poszli  już  sobie,  wszyscy  bardzo  zadowoleni  z  darów,  jakie 

otrzymali  za  dobrą  wolę  i  prawdopodobnie  również  za  milczenie.  Ten,  który  miał  zostać 

nowym właścicielem Ogrodu, nie zadowolił się uściśnięciem ręki Nadjany. Objął ją, przytulił 

i na oczach świeżo poślubionego męża ucałował mocno jej usta. 

Nadjana  pozwoliła  na  to.  Nadjana  wiedziała,  że  jest  to  cena  za  jego  opiekę.  Będzie 

miał  pełne  ręce  roboty  z  hrabią,  ale  też  jego  ręce  są  silne,  ten  człowiek  potrafi  oprzeć  się 

burzy.  Już  zaczynał  się  cieszyć  na  te  intrygi,  walkę  o  władzę  i  zło,  które  wniesie  trochę 

ożywienia  w  jego  dostatnie,  lecz  nudne  życie.  On  będzie  walczył  o  Ogród  tak,  jak  ja  sama 

bym walczyła, myślała Nadjana. Ten starzec będzie żył bardzo długo, ponieważ teraz ma po 

co żyć. 

Ja mogę odjechać. 

Ja i Justitian. 

-  Nie  ma  już  Ogrodu  -  powtórzyła,  a  Justitian  pogładził  jej  gładkie  włosy,  które  w 

zimnym blasku księżyca wydawały się jeszcze bielsze. 

Nagle uświadomił sobie, że nie odwzajemnił jeszcze jej wyznania miłości. 

- Kocham cię, Nadjano - szepnął i nagle zdał sobie sprawę, jaki głęboki sens mają te 

słowa. 

To była prawda. Kochał ją, ale wcześniej o tym nie myślał. 

- Jedziemy do domu, Justitianie. 

- Do domu? 

- Tak. Do Lyster! 

Odsunął się lekko na bok, lecz Nadjanie wydawało się, że dzielą ich mile. 

- Ja chyba nie mam domu, Nadjano. Nie sądziłem... 

background image

-  Wiem,  mój  kochany.  Domyślałam  się  wielu  rzeczy.  Nie  musisz  nic  mówić,  nie 

musisz  mi  opowiadać  o  swoim  okrutnym  ojcu  i  o  zapadłej  wsi  ani  o  utraconej  miłości.  Ja 

wiem, jak to boli, mój drogi. Ale teraz sytuacja się zmieniła. 

Skinął głową, wszystko stało się tak szybko. 

Jego żona jest uciekinierką. Bardzo bogatą uciekinierką. 

Justitian  bez  trudu  mógł  ją  sobie  wyobrazić  w  gabinecie  ojca,  widział,  jak  się 

uśmiecha, jak promienieje, choć nie ma na sobie ciężkiej biżuterii. 

Ojciec  nie  zdoła  jej  się  oprzeć.  Oczaruje  również  jego.  Ale  czy  do  tego  stopnia,  by 

zapomniał  o  przerwanych  studiach  syna?  Czy  na  tyle,  by  dostrzegł  w  swoim  synu 

mężczyznę? 

Justitian nie wiedział. 

Nadjana wstała z niskiej ławki. 

Podała  mu  jakiś  papier.  Na  cieniutkim  pergaminie  znajdowała  się  czerwona  pieczęć. 

Czarny atrament tworzył rozmaite wzory. Justitian widział krzyż i koronę oraz ozdobne litery. 

To jego dyplom. 

Ś

wiadectwo,  że  został  sługą  Pana.  Szeroki  uśmiech  rozjaśnił  twarz  młodego 

człowieka. 

- Wracamy do domu - powiedział. 

Jakiś ptak śpiewał w jego piersi. Nigdy przedtem nie odczuwał niczego podobnego. 

Łzy spływały mu z oczu, Nadjana ocierała je swymi włosami. 

-  Wszystko  w  porządku  -  szeptała.  -  Nie  będzie  nocy  poślubnej  w  Ogrodzie,  mój 

przyjacielu. Za to będziemy mieć podróż poślubną. 

-  Wracamy  do  domu  -  powtórzył,  ale  ona  w  jego  głębokim  męskim  głosie  słyszała 

dziecięcą, pełną lęku tęsknotę. 

Ledwie znaleźli dla siebie miejsce pośród wszystkich skrzyń i worków załadowanych 

do  powozu.  Mały,  obdarty  mężczyzna  siedział  na  koźle  i  coś  gryzł.  Szczęki  poruszały  się 

miarowo. 

Justitian wniósł bagaż do powozu z resorami, które uginały się pod ciężarem. Nadjana 

stała, przestępując z nogi na nogę, Justitian wiedział, że czegoś się boi. Nie powiedziała nic, 

on jednak domyślał się tego rodzaju lęku, jaki odczuwa lis, który stwierdził, że psy wpadły na 

jego trop. 

Nareszcie  usiedli,  opierając  nogi  na  jakichś  workach.  Koń  ruszył  z  miejsca,  koła  w 

stalowych obręczach zadudniły po bruku. 

background image

Nadjana  nie  powiedziała  nic  woźnicy,  ale  on  bez  wahania  skierował  się  w  stronę 

portu.  Ulice  pogrążone  były  w  ciszy.  Justitian  nie  miał  odwagi  wyglądać  przez  okienko. 

Smutno było tak odjeżdżać bez pożegnania. 

Daleko za sobą słyszeli echo końskich kopyt i łoskotu kół. 

Raz  czy  drugi  wydawało  się  Justitianowi,  że  echo  żyje  jakby  własnym  życiem.  A 

kiedy powóz zatrzymał się w porcie, słyszał, że echo brzmi nadal. 

Z ciemności wyłoniło się pięciu mężczyzn, bez słowa zaczęli wyładowywać skrzynie i 

wnosić je po drewnianym pomoście na stateczek, którego zarysy widzieli w mroku. 

Nadjana dała ludziom wypełnioną sakiewkę. 

Wtedy usłyszeli kroki. 

Mdła pochodnia nad drzwiami gospody przy bocznej ulicy oświetliła trzy niewyraźne 

postaci na rogu. Parsknął jakiś koń. 

- To hrabia - powiedziała Nadjana cicho. 

Teraz w jej głosie nie było lęku, jedynie chłodna konstatacja. 

Justitian poczuł, że robi mu się gorąco. Kolana drżały. 

Pięciu mężczyzn zamarło w bezruchu jak na rozkaz. 

Nadjana pochyliła się nad swoją podróżną torbą. Wyjęła z niej niewielką szkatułkę. 

- To jest Moulinaar - szepnęła do jednego z pięciu pomocników. - Jest wasz. Będzie 

wasz, jeśli wyjdziemy stąd żywi. 

Mężczyzna wahał się przez chwilę. 

- Kim są ci ludzie? 

Nadjana  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Uznała,  że  należy  mówić  prawdę.  Ten 

człowiek zasłużył sobie na to, by wiedzieć, z czyich rąk zginie. 

- To hrabia. 

- Ten czarny? 

- Tak. I dwaj jego najlepsi ludzie! 

W jej wzroku tliło się wyzwanie, które bardziej  niż diamenty skłoniły mężczyznę do 

podjęcia walki. 

Szorstka dłoń wyjęła szkatułkę z opiętych rękawiczkami rąk Nadjany. 

-  Proszę  wejść  na  pokład,  pani  -  powiedział.  Kącikiem  oka  Nadjana  dostrzegła,  że 

ludzie hrabiego podchodzą bliżej. 

Justitian pociągnął ją lekko za rękaw. 

Drewniany pomost wydawał się nieskończenie długi. 

A statek sprawiał wrażenie wymarłego. 

background image

Obcasy Nadjany stukały głośno o deski. Zanim ona i Justitian zdążyli dojść do burty 

statku, na nabrzeżu rozgorzała milcząca walka. 

Któryś  z  ludzi  hrabiego  rzucił  się  do  pomostu,  ale  właściciel  diamentu  okazał  się 

szybszy. Jeden z jego pomocników padł od miecza wysokiego cienia. Inny leżał zakrwawiony 

na skraju nabrzeża. Ciemna woda wabiła go w dół, w końcu upadł z pluskiem. 

Gdy  tylko  Nadjana  dotknęła  stopą  pokładu,  statek  ożył.  Justitian  ze  zdumieniem 

stwierdził,  że  przynajmniej  dziesięciu  mężczyzn  zaczęło  bez  słowa  naciągać  liny  i  nad 

pokładem rozpostarł się szeroki żagiel. 

Dopiero  teraz  Justitian  zauważył  wiatr.  Osuszył  mu  pot  z  czoła,  przenikał  do  szpiku 

kości. Justitian poczuł, że jest mu chłodno, ale myślał jasno. 

Na brzegu rozległ się strzał. 

Kula. 

Ktoś powalił Justitiana na ziemię. 

Ktoś pchnął go mocno, Nadjana czołgała się wzdłuż burty. Poszedł w jej ślady, znowu 

chodził na czworakach niczym pies. Teraz jednak ona także szła w ten sposób. 

Od  strony  lądu  nadal  padały  strzały,  słyszeli  je  jeszcze  długo,  gdy  statek  opuścił  już 

nabrzeże, a jego żagle łopotały na wietrze. 

Dopiero kiedy kule przestały uderzać w burtę statku, Justitian pojął, że tym razem im 

się udało. 

Nadjana powiedziała jednak: 

- Jego najszybszy statek jest teraz w Lubece. Drugi co do szybkości popłynął do Indii, 

ale w porcie stoi „Lilith”. 

- Czy to szybki statek? Myślisz, że naprawdę...? 

-  On  z  pewnością  chciałby  nas  ścigać.  Chociaż  może  nie,  nie  wiem.  Kiedy  się  jutro 

dowie,  że  zostałam  norweską  pastorową,  być  może  zostawi  nas  w  spokoju.  Mimo  wszystko 

Ogród i tak już utracił. Mnie również. 

- Czy ty myślisz, że... zechce nas zabić? 

- Chciałby na pewno. Hrabia jednak nie jest głupi. Potrafi ocenić sytuację i uznać, że 

przegrał.  Mimo  wszystko  jednak  musimy  być  przygotowani.  Tylko  że  trudniej  zamordować 

pastorową niż jakąś samotną, pozbawioną tytułów uciekinierkę. Nawet hrabia musi się z tym 

liczyć. 

Justitian uznał, że najlepiej będzie, jeśli uwierzy jej słowom. 

Na ciemnej wodzie za nimi pojawiły się srebrne smugi. 

Księżyc był widocznie po ich stronie. Dotychczas ukrywał się za gęstymi chmurami. 

background image

W  kajucie  stało  mnóstwo  skrzynek  z  winem,  kosze  pełne  suszonych  owoców, 

wędzonego  mięsa,  słodkich  podpłomyków  i  słonego  żytniego  chleba  oraz  twardego  sera. 

Nadjana poprosiła Justitiana, by usiadł. 

Dziwnie  było  czuć  znowu  kołysanie  statku.  Justitian  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że 

napełnia  go  to  jakimś  niepojętym  smutkiem.  W pierwszym  momencie  chciał  uwolnić  się  od 

tego uczucia. Miał wrażenie, jakby po wielu latach spotkał dawnego przyjaciela. 

Dziecko.  Młody  chłopak,  którego  te  same  fale  kołysały  do  snu  tak  dawno  temu. 

Wówczas  również  statek  orał  tę  samą  wodę,  szedł  jednak  w  przeciwnym  kierunku.  Wtedy 

chłopiec tak bardzo zaciskał szczęki, że słychać było zgrzytanie zębów. 

Przez  chwilę  Justitian  miał  nadzieję,  że  spotka  znowu  tamtego  młodego  chłopca.  Że 

gdzieś  tutaj  na  powierzchni  rozległej  wody  znajduje  się  magiczny  punkt,  w  którym  będzie 

mógł spotkać tamtego Justitiana, pozdrowić go i pożegnać na wieki. 

Nadjana rozebrała się. 

W kajucie było chłodno. 

Ona jednak tego nie zauważała. 

Suknia,  Justitian  dopiero  teraz  zorientował  się,  że  nie  jest  czarna,  lecz 

ciemnoczerwona, opadła na podłogę przy jej szczupłych kostkach. 

Bieliznę  miała  białą  i  śliską,  bez  sukni  wydała  mu  się  bardziej  znajoma  i  bliska.  Do 

takiej  Nadjany  był  przyzwyczajony.  Ubranej  w  jasne,  mieniące  się  kolory.  Doznawał 

wrażenia,  że  dzisiejszego  wieczoru  pożegna  coś  więcej,  nagle  zobaczył,  że  Nadjana 

pośpiesznie zdjęła białą bieliznę i zastąpiła ją czarną. 

Motyl został wypędzony z Ogrodu. 

Jeśli  chce  przeżyć,  musi  włożyć  inny  kostium.  Musi  włożyć  coś,  co  sprawi,  że 

drapieżne  tutejsze  ptaki  niezbyt  szybko  zauważą  zdobycz.  Coś  ciemniejszego,  mniej  rzu-

cającego się w oczy. Nadjana pomyślała również i o tym. 

Podróżuje teraz młoda pastorowa i tylko jej spojrzenie świadczy, że nie bardzo pasuje 

do tej roli. 

- Justitianie, dziękuję ci, że mnie zechciałeś. 

Te  słowa  zdawały  się  teraz  nie  mieć  sensu.  Nie  był  w  stanie  odpowiedzieć  jej  tym 

jedynym  banałem,  który  akurat  tym  razem  zawierał  najszczerszą  prawdę,  że  to  on  powinien 

dziękować. 

W ich wzajemnym stosunku zawsze tak było. 

Mimo to widział, że Nadjana naprawdę myśli to, co powiedziała. 

Dlatego skinął tylko głową. 

background image

Uśmiechnęła się do niego i nadstawiła twarz, by ją pocałował. 

To  też  było  nowe.  Zwykle  dbała,  by  leżał,  a  przynajmniej  siedział,  kiedy  zaczynała 

swoje pieszczoty. 

Justitian  objął  mocno  jej  szczupłą  talię.  Była  taka  leciuteńka.  Uniósł  ją  wysoko,  z 

przyjemnością  odczuwał  siłę  własnych  mięśni.  Jej  twarz  znalazła  się  przy  jego  twarzy, 

Nadjana  nie  dotykała  stopami  ziemi.  Justitian  zauważył,  że  podłoga  się  pod  nim  kołysze, 

starał się więc jak mógł zachować równowagę, wciąż trzymając Nadjanę w objęciach. 

Ona  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  ucałowała.  Potem  objęła  jego  biodra  udami, 

jakby  się  wspinała  po  słupie.  Justitian  nie  musiał  jej  już  przytrzymywać,  pieścił  dłońmi  jej 

delikatną  skórę.  Czuł  napinające  się  pod  nią  mięśnie,  nigdy  przedtem  ich  u  Nadjany  nie 

widział. 

Przeniósł  ją  do  niezwykle  szerokiej  koi.  Kiwała  się  pod  nimi  w  rytm  ruchów  statku 

pokonującego fale. 

Nadjana położyła się na nim, nadal mocno obejmując go nogami. 

A  kiedy  się  z  jej  objęć  uwolnił,  skuliła  się  u  jego  boku  i  leżała  tak,  głaszcząc  go 

delikatnie. 

Justitian czuł się w jakiś sposób nowy i odrodzony. 

Sygnały,  jakie  teraz  do  niego  wysyłała,  były  tak  odmienne,  że  wprost  nie  mógł 

uwierzyć, iż to jest Nadjana, właścicielka Ogrodu. 

- Teraz to twoja Nadjana - odpowiedziała mu na nie zadane pytanie. 

Rozpierała  go  siła.  Było  to  wyzwalające  doznanie.  Ujął  obiema  rękami  jej  piersi, 

jakby  to  były  dwie  pomarańcze,  które  on  waży  w  dłoniach  i  mierzy,  zanim  je  rozgryzie 

pozwoli, by ich sok spływał mu po brodzie. Nadjana była co najmniej tak samo egzotycznym 

owocem. I teraz naprawdę należała do niego. 

Była ciepła, znajoma. Wciąż obejmowała  go rękami za szyję,  ale nie drżała, nie bała 

się. 

Prawie go to zaskoczyło. 

Przez  chwilę  czuł  się  rozczarowany.  Zaraz  jednak  przytulił  ją  do  siebie  mocno.  Jej 

usta smakowały jak pomarańcze, były tak samo miękkie, ciepłe i soczyste. 

Cieszył się, że ona nie słyszy jego myśli. 

Usta Marji z pewnością nie miały takiego smaku. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Lyster, 28 kwietnia 

Twarz  Gjertrud  była  nabrzmiała  niczym  grzyb  po  deszczowej  nocy.  Marja  z  troską 

patrzyła  na  nogi  swojej  opiekunki,  nie  mieszczące  się  w  butach.  Spostrzegła,  że  srebrna 

obrączka znikła prawie całkiem pomiędzy fałdami podeszłej wodą skóry. Palce przypominały 

grube kiełbaski. 

- Dzisiaj wyglądasz dużo lepiej - zawołała wesoło. 

-  Dziękuję.  Wprawdzie nie  czuję  się  dobrze,  ale  myślę,  że  wkrótce  wszystko  minie  - 

westchnęła Gjertrud, przesuwając się mozolnie, by zrobić Marji miejsce na krawędzi łóżka. 

Leżała w przestronnym, jasnym salonie w Enkesetet. Były tam duże przeszklone okna, 

ramy jeszcze pachniały świeżym drewnem. Anton wniósł wielkie małżeńskie łoże właśnie do 

tego pokoju, bo wiedział, że Gjertrud bardzo go lubi. Poza tym nie można jej było już dłużej 

narażać na wysiłek pokonywania schodów wiodących do sypialni na piętrze. 

Gjertrud  leżała  w  blasku  wiosennego  słońca,  które  bezlitośnie  ujawniało  sine  worki 

pod  oczami  brzemiennej  kobiety.  Skórę  miała  napiętą,  a  jednocześnie  jakby  obwisłą.  Usta 

bezbarwne. Nawet włosy sprawiały wrażenie starszych, utraciły blask i sprężystość. 

Marja pogłaskała ją po dużym brzuchu. 

- Wychodź już, ty mały łobuziaku, bo robisz się za duży i za ciężki, mama nie ma już 

siły cię dźwigać! 

- To dobre dziecko - rzekła Gjertrud i położyła dłoń na ręce Marji. Wielki brzuch nie 

był twardy; jakby napełniony cieczą, przypominał skórzany worek z mlekiem. 

-  Naprawdę  dobre  dziecko  -  powtórzyła  Gjertrud,  uśmiechając  się  błogo  z  oczyma 

pełnymi macierzyńskiej miłości. - Nie kopie zbyt często, czuję jednak, że się porusza. Takie 

spokojne, łagodne ruchy. Jakby się zastanawiał, zanim zmieni pozycję - zachichotała. 

- Widzę, że już go znasz. 

- Tak - odparła Gjertrud trochę skrępowana. - Czy to dziwne? 

Marja potrząsnęła głową, uniosła brwi w górę, ale nie powiedziała ani słowa. 

Nie rozpoznawała tego blasku, który dostrzegała w zmęczonych oczach Gjertrud. Nie 

rozpoznawała  dziwnego  tonu  jej  głosu.  Ona,  kiedy  nosiła  bliźnięta,  nie  odczuwała  niczego 

takiego. Ale może to normalne. 

background image

-  Czy  w  ostatnim  czasie  zauważyłaś  coś  specjalnego?  Marja  uważała,  że  brzuch 

Gjertrud jest zbyt wielki i sterczący, w każdej chwili można się spodziewać porodu. Zgodnie 

z nowym kalendarzem dziecko powinno było przyjść na świat dwudziestego piątego kwietnia. 

- A co miałabym czuć? Przecież ja nie wiem, jak to jest... Młoda kobieta najlepiej jak 

potrafiła pouczała starszą. 

- Będziesz być może odczuwać jakiś niepokój w ciele. Może ból w plecach... 

- Plecy zawsze mnie bolały. 

- Tak, ale to będzie inny ból. Jakby ucisk, jakby coś pchało się w dół. 

Gjertrud słuchała z zainteresowaniem i kiwała głową, choć Maryjka opowiadała jej o 

możliwych objawach po raz co najmniej dwunasty. 

- A poza tym plamienie. 

- Nie, niczego jeszcze nie zauważyłam. Maryjka zmieniła temat. 

Zobaczyła  stos  ubranek  na  małym  stoliku  przy  łóżku.  Brała  po  kolei  koszulki  i 

kaftaniki, oglądała je w blasku słońca przy oknie, zwróciła uwagę, że zostały uszyte z bardzo 

dobrego materiału. 

- Śliczne. Takie śliczne... i malutkie. 

- Ja też tak uważam. Ale tak powinno być, tak mi mówiono. 

- Będziesz go krępować? 

- A czy wszyscy tak nie robią? A ty sama? Bliźniaki... 

- Oczywiście. Związywałam je mocno, tak jak mi pokazała mama Karla. Ale... wydaje 

mi się, że jest w tym coś nienaturalnego. Jakby jakieś przesądy, coś niegodnego... 

Gjertrud roześmiała się. To cała Marja! W mgnieniu pamięci z innego świata Gjertrud 

zobaczyła  maleńką  Maryjkę,  która  zawsze  gwałtownie  protestowała,  gdy  opiekunka  brała 

ś

wieżo  uprane  powijaki,  by  związać  mocno  niemowlę,  którym  Maryjka  wtedy  była.  Opo-

wiedziała o tym. Marja uśmiechała się blado. 

- Zawsze matki tak robiły. Żadna nigdy nie pytała dlaczego. Ale z drugiej strony jest 

też prawdą, że nóżki dziecka są silniejsze, jeśli zostawić im swobodę... 

Rozmowa  ucichła,  gdy  na  twarzy  Gjertrud  odmalowało  się  jeszcze  większe 

zmęczenie. 

Marja  wstała  z  łóżka,  odłożyła  na  miejsce  maleńkie  koszulki  i  czapeczki.  Okryła 

kołdrą swoją przybraną matkę. 

-  Spij  teraz,  Gjertrud.  Musisz  zbierać  siły.  Widzę,  że  to  już  niedługo.  Pomyśl,  jak  to 

będzie cudownie trzymać go nareszcie w ramionach! 

Gjertrud westchnęła zadowolona i przymknęła oczy. 

background image

Wierzyła we wszystkie piękne opisy Marji. Dodawały jej odwagi, chociaż na moment 

odpędzały lęk. 

Wszystko będzie dobrze. Marja jest o tym przekonana. A Gjertrud jej wierzy. 

Marja wyszła przed dom i zawołała bliźniaki, które bawiły się na zalanym wiosennym 

słońcem podwórzu. Z kawałków drewna robiły łódeczki, które miały żeglować po ogromnych 

kałużach, jakie powstały po nocnym deszczu. 

Amelia  była  brudna  i  kompletnie  przemoczona,  ale  cudownie  zarumieniona. 

Wymachiwała kawałkiem drewna, który właśnie miał żeglować przez siedem mórz. 

Martin siedział skupiony i wycinał literki na swoim kawałku drewna. Jego łódź miała 

mieć  nazwę.  Zamierzał  wyposażyć  ją  w  maszty  i  żagle,  a  nawet  w  maleńki  szałas  na 

pokładzie,  dlatego  nigdy  podczas  zabawy  nie  zdążył  zrobić  wszystkiego,  jego  łódki  rzadko 

kiedy pływały po wodzie. 

Amelia  ujęła  matkę  za  rękę,  spojrzała  na  jej  zatroskaną  twarz  i  domyśliła  się,  że  z 

babcią  nie  wszystko  jest  w  porządku.  Ścisnęła  mocniej  dłoń  Marji,  bo  wtedy  czuła  się 

bezpieczniejsza. 

- Mamo, czy dziecko urodzi się już niedługo? 

- Tak. Niedługo. 

-  Czy  to  jest...  niebezpiecznie  urodzić  dziecko?  Marja  spojrzała  na  małą  zatroskana, 

chciała się uśmiechnąć, ale zmieniła zdanie, uznała, że pytanie córeczki należy potraktować z 

największą powagą. 

Martin  wciąż  obrabiał  swój  kawałek  drewna.  Stał  w  pewnej  odległości  od  nich,  ale 

Marja wiedziała, że odpowiedź na pytanie Amelii interesuje również jego. 

- Nie jest to bardziej niebezpieczne niż samo życie, moje dziecko. Nikt z nas przecież 

nie wie, jak długo będzie zdrowy ani jak długo będzie żył, prawda? Urodzenie dziecka to dla 

kobiety jakby jeszcze jedno wzniesienie, które musi pokonać. Nie może tego uniknąć. 

- Mama Olego umarła - szepnęła Amelia. Marja pogładziła ją po włosach. 

- Tak. Umarła. 

- Dziecko też. 

- Mhm. 

Marja nie chciała zapewniać dzieci, że babcia przeżyje. Nagle przyszło jej na myśl, że 

córeczka wcale takich zapewnień nie oczekuje. 

- Będziemy się za nią modlić - powiedziała Amelia uspokojona i pociągnęła matkę za 

rękę, bo chciała już iść dalej. 

background image

Zdawało się, że wszystkie jej zmartwienia ustąpiły. Marja już nie raz dziwiła się, jak 

to się dzieje, że takie małe dziecko znajduje pociechę w modlitwie. 

Ani ona, ani Karl nie byli przecież zbyt dobrymi przykładami pod tym względem. 

Oboje częściej przeklinali, niż się modlili. 

Nagle drgnęła w niej jakaś ukryta struna. 

Może to krew pastora...? Czy to możliwe? 

Pojawiła się przed nią twarz Justitiana, natychmiast jednak rozwiała się,  zaraz potem 

Marja zobaczyła surowe spojrzenie Revelina. Zaczęła się w duchu modlić, nie zdając sobie z 

tego sprawy, by krew tego złego człowieka nie zatruła czystej duszyczki dziecka. 

Karl  nie  wrócił  jeszcze  z  pola,  kiedy  Marja  i  dzieci  otrząsali  błoto  z  butów  na 

kamiennej płycie przed wejściem do domu w Oppdal. 

Marja  posłała  Martina  po  wodę  do  strumienia,  Amelia  szybko  zawiesiła  saganek  z 

wodą nad paleniskiem i zaczęła dmuchać w żarzące się pod popiołem węgle. Marja wyjęła ze 

skrzyni suszone mięso, oczyściła korzenie pokrzyw z młodymi pędami, których nazbierali po 

drodze. Przynieśli też ziarna kminku i smakowite świeże pędy dzikiego czosnku. 

Marja  zmieszała  zioła  z  przetartym  ziarnem  jęczmienia  oraz  z  wywarem  z  krwawej 

kiszki,  którą  jedli  poprzedniego  dnia.  Dołożyła  jeszcze  ziół  ze  słoiczków,  stojących  nad 

drzwiami, wszystko razem posypała drobnymi kawałeczkami suszonej baraniny. 

Wyszła z tego pyszna pachnąca zupa. Marja bardzo lubiła zaskakiwać swoich bliskich 

potrawami,  jakich  przedtem  nie  próbowali.  Rzadko  się  zdarzało,  że  dawała  im  na  obiad 

solonego  śledzia  z  podpłomykami,  co  było  powszednim  jedzeniem  w  małych 

gospodarstwach. Ale kiedy nie było jej w domu, gdy szła do szkoły albo do Enkesetet czy w 

odwiedziny  do  Dosen,  wtedy  Karl  sam  musiał  przygotowywać  sobie  obiad.  Dzięki  temu 

solonych  śledzi  w  beczce  wciąż  ubywało.  Karl  twierdził,  że  lubi  te  twarde,  śliskie,  solone 

ryby z oczyma tak martwymi i zamglonymi, że Marja zawsze musiała odwracać głowę, kiedy 

wydłubywał je czubkiem noża. 

Karl  nadszedł,  tupiąc,  słyszeli,  jak  czyści  swoje  drewniaki  przed  domem.  Otworzył 

drzwi,  przywitał  się  z  dziećmi,  żartując  i  przytulając  je  do  siebie.  Marja  odwróciła  się  ku 

drzwiom,  posłała  mu  uśmiech.  Widziała,  jak  bardzo  się  ucieszył,  zdążyła  też  zauważyć,  że 

przez ułamek sekundy oczekiwał czegoś innego. Karl nigdy nie traktował jej uśmiechów ani 

pieszczot jako czegoś, co mu się należy. To ona sama zasiała w jego sercu niepokój i lęk, to 

ona  nauczyła  go,  że  jest  niestała  jak  wiatr.  Karl  był  niczym  dziecko,  wiedziała,  że  może  go 

kupić  za  odrobinę  słodyczy.  Tyle  że  za  słodycze  innego  rodzaju  niż  te,  które  od  czasu  do 

czasu przynosił dzieciom. Karl buntował się też czasami, jak tamtego wieczora, kiedy wyznał 

background image

jej,  że  chciałby  mieć  więcej  dzieci.  Przeważnie  jednak  zachowywał  spokój  i  pozwalał  jej 

zajmować się swoimi sprawami. Zawarli jak gdyby milczące porozumienie, Marja wypełniała 

je  bez  protestów.  Ograniczyła  swoje  wyjścia  z  domu  do  trzech,  czterech  dni  w  tygodniu. 

Wieczory  zrobiły  się  krótsze.  Była  zwykle  w  domu,  kiedy  dzieci  się  kładły  spać  i  mogła 

ucałować je na noc. Karl bardzo to lubił, lubił, kiedy Maryjka była matką. 

I żoną. 

Jak teraz. 

Jego oczy powiedziały jej, czego oczekuje od niej w ten czwartkowy wieczór. Ona nie 

przestała  się  uśmiechać,  poprosiła  tylko,  żeby  przyniósł  jeszcze  jedno  wiadro  wody,  bo 

zamierza umyć włosy. To był dla niego wystarczający sygnał. 

Posiłek  minął  im  w  spokojnej,  przyjemnej,  prawie  idyllicznej  atmosferze.  Amelia 

mówiła  o  fantastycznym  nowym  koniu  Antona,  młodym  źrebaku,  na  którym  pozwolono  jej 

posiedzieć. Martin opowiedział zwięźle o łódce, którą zbudował, a ojciec obiecał, że pomoże 

mu  zrobić  do  niej  maleńką  kotwiczkę.  Marja  przekazała  Karlowi  pozdrowienia  od  Gjertrud, 

chociaż, szczerze mówiąc, tamta nie wspomniała jego imienia. Po jedzeniu Karl wyciągnął się 

rozkosznie na łóżku, zadowolony z minionego dnia. Zaorał dzisiaj nowy kawałek pola. Małe, 

nieurodzajne  poletka  Oppdalów  stawały  się  coraz  lepsze  i  bardziej  żyzne,  niż  ktokolwiek 

mógł  się  spodziewać.  Karl  okazał  się  znakomitym  gospodarzem.  Nikt  nie  mógł  temu 

zaprzeczyć. Jak dotychczas jest najsilniejszym oraczem, najlepiej radzi sobie z niepokornymi 

korzeniami, najlepiej sieje... 

Dopóki tak jest, może się nie przejmować przezwiskami. To nic, że ludzie szepczą o 

nim po kątach. 

Marja - Karl. 

Cień swojej żony. 

Karl leżał i patrzył na żonę przymkniętymi oczyma. Kręciła się po izbie, sprzątając po 

jedzeniu. Amelia wycierała talerze, Marja zamiotła podłogę. Martin zabrał się do ćwiczeń w 

pisaniu. Używał tabliczki i znakomitego srebrnego rysika Marji. 

Marja  nadal  jest  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  Karl  zna.  Może  nawet  ładniejszą  niż  w 

młodości. Złagodniała, nabrała miękkich kształtów. 

Karl  westchnął,  całkiem  zamknął  oczy.  Dobrze  było  tak  leżeć,  odczuwać  sytość  i 

spokój  na  własnym  wygodnym  posłaniu.  Izbę  wypełniały  zwyczajne,  dające  poczucie 

bezpieczeństwa  dźwięki,  miał  wszystko,  o  czym  marzył.  Wiedział  jednak,  że  to  złudzenie. 

Sen.  Marja  się  po  prostu  bawi,  ona  odgrywa  rolę  gospodyni.  Czy  odgrywa  również  rolę 

matki? Czy ich małżeństwo również jest grą? 

background image

Karl  był  czujny.  Dawny  ból  nie  dał  się  oszukać  nowym  zachowaniem  Marji.  Karl 

odnosił wrażenie, że stąpa po bardzo cienkim lodzie. 

A mieli przecież kwiecień. 

Leżała  spokojnie  w  jego  objęciach  i  odpoczywała.  Czuła  się  znakomicie.  Ciało 

wydawało się jakby bardziej gibkie, myśli płynęły spokojniej. Nawet bolące plecy uspokoiły 

się  i  nie  dokuczały  tak  bardzo.  Karl  leżał  jak  martwy,  tylko  jednym  palcem  kreślił  leciutkie 

kręgi  na  jej  nagim  ramieniu.  Tylko  ta  pieszczota  wskazywała,  że  nie  śpi.  Marja  lubiła  to. 

Palec Karla zataczał coraz szersze kręgi. 

- Jesteś zadowolona, Marjo? 

Drgnęła,  choć  jego  głos  brzmiał  ledwie  dosłyszalnie.  Instynktownie  ogarnęła 

wzrokiem niemal ciemne pomieszczenie, upewniła się, że dzieci śpią spokojnie na łóżku pod 

drugą ścianą. 

- Zadowolona? Tak, oczywiście. Przecież wiesz, że dajesz mi zadowolenie. 

Karl westchnął, powinien być rad z odpowiedzi, ale ona odpowiadała nie na to,  o co 

pytał. 

-  Marjo...  tak  często  mi  ciebie  brak.  Gwałtownie  wciągnęła  powietrze,  w  tym 

westchnieniu wyczuwał irytację, jakby miała zamiar parsknąć ze złością. 

Wiedział, że jeśli natychmiast nie przerwie tej rozmowy, to skończy się tak samo jak 

wiele razy przedtem, powstanie między nimi dwa razy grubszy mur i lodowaty chłód. 

Nie odezwał się już więcej. 

Zamiast tego starał się ponownie odnaleźć jej ciało. 

Rzadko mu tego odmawiała, czasami jednak odnosił wrażenie, że żona wypełnia tylko 

swój obowiązek. 

Nie miał dostępu do jej myśli ani do jej duszy. Nie chciała jego wsparcia ani pomocy, 

kiedy  ta  jakaś  nieznana  udręka  nadchodziła  sprawiając,  że  oczy  Maryjki  mroczniały.  To 

raniło Karla bardziej, niż gdyby setki razy odrzucała jego pożądanie. 

Ale  jak  głodujący  nigdy  nie  odmawia  łyżki  najmarniejszej  nawet  strawy,  tak  Karl 

czepiał  się  wszystkiego,  co  mogłoby  wypełnić  tę  pustkę,  którą  Marja  wywoływała  w  jego 

duszy. 

Nagle, zanim zdążyli odzyskać spokój po zbliżeniu, rozległo się gwałtowne łomotanie 

do drzwi. 

Marja  zerwała  się  z  posłania,  Karl  został  brutalnie  oderwany  od  jej  ciepłego  ciała, 

wciąż leżał, drżąc w strumieniu zimnego powietrza, bo kołdra zsunęła się na podłogę. 

- Dobrze, dobrze, co się znowu dzieje? - mamrotała Marja zirytowana. 

background image

W  tej  samej  sekundzie  oboje  zrozumieli,  co  się  stało.  Poznali  bowiem  głos  chłopca 

stajennego z Enkesetet, to on tak gwałtownie dobijał się do drzwi. 

- Marja Oppdal, godzina twojej matki wybiła! Ogarnęła ją złość na te słowa, brzmiały 

jak wiadomość o śmierci. 

-  Idę,  już  idę,  dlaczego  się  tak  śpieszy?  Dzieci  przecież  nie  zjawiają  się  na  świecie 

niczym pożar! 

Otworzyła  drzwi  i  zobaczyła  przerażoną  i  spoconą  twarz.  Chłopak  trzymał  w  ręku 

pochodnię,  można  było  sądzić,  że  biegł  przez  całą  drogę,  ale  na  podwórzu  za  jego  plecami 

Marja dostrzegła kariolkę, najładniejszą w okolicy. Leżało tam ciepłe okrycie, więc nie będzie 

musiała marznąć w tę chłodną wiosenną noc. 

-  Dlaczego  wszystkie  porody  zaczynają  się  w  nocy?  -  syknęła  Marja.  Zmęczenie 

długim aktem miłosnym obezwładniało jej ciało, powoli jednak rzeczywistość zaczęła do niej 

docierać. Dziecko Gjertrud ma zamiar przyjść na świat. Długie miesiące  oczekiwania i cier-

pień jej przybranej matki nareszcie się skończą. Marja wiedziała, że będzie to próba ogniowa 

zarówno  dla  niej  samej,  jak  i  dla  Gjertrud.  Rodząca  jest  przecież  za  stara.  Ale,  jak  to  sama 

kiedyś  powiedziała:  kiedy  Pan  pozwoli  staremu  drzewu  wypuścić  nowe  pędy,  to  rodzą  one 

najsłodsze jagody. Dzikie jagody. 

To  dziecko  ma  być  błogosławieństwem.  Marja  nigdy  przedtem  nie  widziała  bardziej 

czułego  mężczyzny  u  boku  jakiejkolwiek  brzemiennej  kobiety.  Anton  był  najstarszym  ze 

znanych jej ojców, na dodatek to miało być jego pierwsze dziecko. Prawdopodobnie jedyne. 

Znakomicie więc rozumiała, czym dla Antona i Gjertrud będzie ten poród. 

Ż

eby  tylko  wszystko  poszło  dobrze.  Marja  czuła  ciężar  odpowiedzialności  niczym 

młyńskie  koło  u  szyi,  kiedy  pakowała  w  pośpiechu  swoją  zniszczoną  skórzaną  torbę 

zawierającą zioła, smarowidła i narzędzia, mogące się przydać przy łóżku rodzącej. 

Nawet się nie pożegnała z Karlem, który wciąż nagi leżał w łóżku, owiewany nocnym 

chłodem płynącym z otwartych drzwi. 

Gjertrud  wyglądała  ostatnio  jakby  zdrowiej.  Teraz  jej  ciałem  wstrząsały  skurcze. 

Marja  była  samym  spokojem,  zawsze,  kiedy  znalazła  się  obok  położnicy,  zmieniała  się 

gruntownie.  Jej  doświadczenia  były  ograniczone,  chociaż  przyjęła  już  czworo  dzieci  i  choć 

sama rodziła. Pomagały jej jednak informacje, jakie znalazła w książkach matki, Kari również 

przekazała jej wiele z tego, co wiedziała. Marja przypominała sobie każde słowo, kiedy było 

potrzebne. Wiele z nich zresztą zdążyła zapisać. 

Gjertrud także była spokojna. 

background image

Marja  poważnie  obawiała  się  o  Antona,  spotkał  ją  już  na  schodach  trupio  blady. 

Wzrok miał rozbiegany, oczy dzikie i wytrzeszczone, jakby lada moment chciały wyskoczyć 

z orbit. Był spocony, dyszał ciężko niczym zmęczony koń. Marja przepędziła go do kuchni i 

poleciła  kucharce,  by  miała  tam  na  niego  oko  oraz  napoiła  herbatą  z  przyniesionych  przez 

Maryjkę  ziół.  Na  pewno  go  to  uspokoi,  pozwoli,  by  serce  przeżyło  doświadczenie  i  nie 

przestało bić akurat w momencie, gdy utęskniony syn znajdzie się na tym świecie. 

Syn. 

Marja  była  tego  całkiem  pewna,  choć  nie  umiałaby  powiedzieć  dlaczego.  Może 

wmówiła jej to Gjertrud, która uparcie nazywała swoje dziecko „on”. Ale nie tylko to, Marja 

wiedziała, że kryje się za tym coś jeszcze. 

-  Czy  mały  między  bólami  kopie?  -  zapytała  Marja  cicho,  gdy  Gjertrud  opadła  na 

poduszki czekając na kolejny skurcz. 

- Nnno... chyba nie. Czuję tylko coś jakby bulgotanie... 

- No dobrze, to bez znaczenia. Jest z pewnością na tyle mądry, by wiedzieć, jak ciężka 

praca  go  czeka  -  uśmiechnęła  się  Marja  wesoło.  Przygotowała  kubek  napoju  również  dla 

Gjertrud,  picie  dobrze  jej  zrobi.  Była  to  ta  sama  uspokajająca  mieszanka  z  naparstnicy, 

sporyszu, lipy i rumianku. Marja wiedziała, że sporysz, którego nazbierała w ostatnim roku, 

to  bardzo  skuteczny  środek.  I  bardzo  niebezpieczny.  Przekonała  się  o  tym,  gdy  omal  nie 

pozbawiła życia pewnego nieszczęsnego starca. 

Gjertrud  otrzymała  bardzo  niewielką  dawkę.  Dzięki  niemu  jednak  będzie  mogła 

odpocząć pomiędzy skurczami, nawet jeśli staną się coraz częstsze. 

Ponownie  wezwała  dziewczynę,  którą  przed  chwilą  odesłała  do  kuchni.  Czas  już 

przynieść gotującą się wodę, nóż do przecięcia pępowiny i miękkie szmatki, w które zawinie 

się  dziecko.  Gjertrud  nie  była  w  stanie  ustać  na  nogach,  leżała  na  łóżku,  mimo  że  Marja 

zachęcała  ją  do  ruchu.  Uważała  bowiem,  że  leżenie  w  czasie  porodu  jest  czymś 

nienaturalnym. Dziecko posuwa się przecież w dół, prawda? 

Podparła  Gjertrud  poduszkami  i  kołdrą.  Położyła  zwinięte  prześcieradło  między 

nogami rodzącej, które nadal były opuchnięte i grube jak kłody. 

Gjertrud zaczynała marznąć. Marja dała jej kolejną porcję gorącego wywaru z ziół. 

- Jesteś zmęczona, bardzo zmęczona - westchnęła. 

Godziny  wlokły  się  nieskończenie.  Wkrótce  nastanie  dzień.  Na  wschodzie  niebo 

stawało się żółte i barwiło drewno okiennych ram na ciepły złocisty kolor. 

Nareszcie pierwszy promień słońca padł na podłogę. 

Gjertrud parła. 

background image

Marja  z  niepokojem  dostrzegła,  że  starsza  kobieta  bliska  jest  utraty  świadomości. 

Kolejne  skurcze  budziły  ją,  ale  nie  do  końca.  Marja  musiała  potrząsać  rodzącą,  poleciła 

dziewczynie, by klepała ją po policzkach, nie pozwoliła zemdleć. 

Dziecko musi się wydostać na świat. Teraz. 

Marja  zawsze  miała  trudności  z  usłyszeniem  bicia  serca  dziecka  znajdującego  się 

jeszcze w pełnym wód brzuchu. Bała się tego, choć samo w sobie to przecież nic strasznego. 

Teraz,  podczas  tego  porodu,  ani  razu  nie  usłyszała  tego  upragnionego  dźwięku.  Ucho,  które 

przykładała do brzucha Gjertrud, łowiło jedynie szum, wywołany ruchami wnętrzności. 

Nagle  obie  z  dziewczyną  zobaczyły  ciemną,  okrągłą  główkę.  Cienka  błona,  w  której 

płód się znajdował, pękła niczym zniszczona skóra. Była mocna i lepka. 

Marja szeptała jakieś słowa, które miały pobudzić Gjertrud do działania. Tamta jednak 

nie  reagowała,  nie  odpowiadała  ani  słowami,  ani  parciem.  Leżała  jak  martwa.  Marja 

widywała już przedtem coś takiego. Wszystko może skończyć się jak najgorzej, jeśli rodząca 

straci siły. Nikt inny prócz niej nie wypchnie dziecka na świat! 

Nakazała  dziewczynie,  by  położyła  się  na  brzuchu  Gjertrud  i  naciskała  całym  swym 

ciężarem. Tamta wyglądała na przerażoną, ale posłuchała. 

Główka  dziecka  obracała  się  wolno,  ale  nie  posuwała  do  przodu.  Trzeba  było  długo 

czekać  na  następny  słaby  skurcz,  który  świadczył,  że  ciało  Gjertrud  jeszcze  nie  całkiem 

zrezygnowało. 

Ś

wiatło słoneczne podeszło aż do stołu, mieniło się w stojących tam kryształach. 

Na dworze ptasi chór zaczął witać rozpoczynający się dzień. 

Nareszcie  błona  oblepiająca  główkę  zsunęła  się.  Tylko  mały  kawałek  został  na 

ciemnych włoskach chłopca. Dziecko wyskoczyło na zewnątrz. 

Marja powitała je radosnym okrzykiem, dziewczyna, która jej pomagała, natychmiast 

przyniosła wodę i ubranka. 

Gjertrud  leżała  bez  ruchu,  lecz  Marja  widziała  na  jej  twarzy  coś,  co  przypominało 

uśmiech ulgi. 

Maleństwo  w  jej  rękach  zapiszczało  żałośnie,  ale  bez  najmniejszych  kłopotów 

wciągnęło powietrze do płuc. 

Kiedy otworzyło oczka, obie ze służącą zobaczyły, że są ciemne, niemal brązowe. 

I skośne. 

Cała  duża  głowa,  która  sprawiła  Gjertrud  tak  wiele  kłopotów,  była  pokryta  długimi, 

czarnymi włosami. Resztki błony leżały niczym czapeczka na jej czubku. 

Czepek. W czepku urodzony! 

background image

Marja  przypomniała  sobie  nagle,  że  słyszała  coś  takiego  w  związku  z  własnymi 

narodzinami. 

Dziwne,  pomyślała,  że  dwoje  ludzi  mających  tak  pospolicie  jasne  włosy  jak  Anton  i 

Gjertrud  mogło  spłodzić  takiego  małego,  ciemnego  trolla...  Ale  dziecko  było  rozkoszne. 

Naprawdę  ładne,  nie  takie  czerwone  i  umęczone  jak  większość  noworodków,  nie  było  też 

pokryte żadnym lepkim śluzem ani białym woskiem. 

Chłopak  urodził  się  w  czepku,  powinien  być  dzieckiem  szczęścia,  ale  wyglądał  jak 

podmieniec. W końcu otworzył skośne oczka i spoglądał rozumnie na świat. Było w nim coś 

dziwnego. Choć ciałko miał pulchne, a nóżki i rączki mocne, choć miał po pięć paluszków u 

rączek i nóżek, brzuszek ładny i silny... Rączki zdążyły już odnaleźć drogę do buzi. 

Marja  przecięła  pępowinę  i  położyła  malca  na  wciąż  dużym  brzuchu  Gjertrud. 

Dziewczyna umyła go ostrożnie letnią wodą i owinęła w białe pieluszki. Marja koncentrowała 

się  teraz  na  Gjertrud,  która  uśmiechała  się  przez  łzy.  Marja  nie  była  pewna,  ile  Gjertrud 

rozumie, ale odpowiadała jej uśmiechem. 

- Twój synek jest rozkoszny - szepnęła. To przynajmniej była prawda. 

Znowu ten daleki uśmiech, jakby Gjertrud znajdowała się w innym świecie, w jakimś 

błogosławionym śnie. 

-  Możesz  teraz  sprowadzić  Antona  -  powiedziała  Marja  do  dziewczyny,  która  wcale 

się nie zmartwiła tym, że musi iść. Marja nie miała pojęcia, na ile ta dziewczyna orientuje się 

w sytuacji, ale ujęła ją za szeroki rękaw, gdy tamta stała już w drzwiach. 

- Nikomu ani słowa - ostrzegła surowo. Dziewczyna oblizała suche wargi, potrząsnęła 

głową tak mocno, że warkocze zatańczyły na jej plecach. Zniknęła. 

Marja  obmyła  twarz  Gjertrud,  włosy  położnicy  pozlepiały  się  od  potu.  Rozwiązała 

węzeł,  pomogła  Gjertrud  usiąść  na  posłaniu.  Maleństwo  leżało  zadowolone  w  powijakach 

obok i wpatrywało się uparcie w matkę. W tym momencie Marja dostrzegła, jak bardzo dziec-

ko jest podobne do Gjertrud. Malec wyglądał jednak dużo zdrowiej. 

Matka  wciąż  się  uśmiechała.  Marja  próbowała  spojrzeć  w  jej  zamglone  oczy, 

wyrażające niebywałe szczęście. 

-  Usiądź,  Gjertrud.  Musimy  porozmawiać.  Muszę  ci  coś  powiedzieć!  O  twoim 

dziecku, Gjertrud! 

Położnica uczyniła słaby znak ręką, jakby chciała powiedzieć, że jest przytomna. 

- Dziecko, Gjertrud, ono... on... 

background image

Marja nie wiedziała, jak to określić. Wiedziała, jak ludzie nazywają takich dziwnych 

malców, wiedziała, jakie nadają im przezwiska. Ale to nazwy złe i niedobre, w żadnym razie 

nie pasowały do tego pulchnego, ślicznego chłopczyka. 

- On jest nasz - powiedziała Gjertrud nieoczekiwanie. - Daj mi go! 

Marja  ucieszyła  się.  Mgła  przesłaniająca  wzrok  Gjertrud  zniknęła,  przynajmniej  na 

razie. Instynktownie wyczuwała, że Gjertrud nie chce, by mówić o tym, co dolega jej dziecku. 

Malec był dziwnym stworzeniem. Jednym z tych, które nie przynoszą na świat rysów 

swoich  przodków.  To  podmieńcy,  mówią  niektórzy.  Dzieci  nieszczęścia.  Te,  których  nawet 

podziemne istoty nie chcą zatrzymać. Ze swymi skośnymi oczyma i silnie zabarwioną skórą 

zawsze będą się wyróżniać pośród jasnowłosych, niebieskookich rówieśników. 

Nigdy nie dorosną. Ten chłopczyk umrze, zanim skończy dziesięć lat. Marja nigdy nie 

słyszała, aby takie dziecko stało się dorosłe. Chociaż cóż to znaczy być dorosłym? 

Takie dzieci w duszy nigdy nie mają więcej niż dwa, trzy lata. 

Jest w nich coś ponurego. 

Bywało, że ludzie wierzyli, iż takie dzieci zostały nawiedzone przez diabelską siłę. Że 

ś

mieją  się,  kiedy  inni  płaczą,  a  wiele  z  nich  porusza  się  i  mówi  w  sposób  całkowicie  obcy 

ludziom. Dlatego najczęściej porzucano je, aby umarły. 

Nie do końca są ludźmi. 

Gjertrud  wzięła  synka  w  ramiona,  był  jeszcze  spokojny,  jakby  cierpliwie  czekał,  by 

zamieszanie spowodowane jego pojawieniem się ucichło. 

Niepewnie odsłoniła pierś, wiedziała, że tak należy postąpić. 

Marja siedziała spokojnie, nie mówiła nic, nie proponowała pomocy. 

Gjertrud przesunęła palec po okrągłym policzku chłopca. Zareagował, zwrócił główkę 

w  stronę  jej  płaskiej  piersi.  Potem  otworzył  buzię  i  ze  wzrokiem  utkwionym  w  oczy  matki 

ujął wargami brodawkę i zaczął ssać. 

Gjertrud znowu zamknęła oczy. 

Słońce podeszło już do jej łóżka. 

Anton  wziął  chłopca  w  ramiona,  jakby  malec  zrobiony  był  z  najszlachetniejszego, 

najczystszego złota. Nikt mu jeszcze nie powiedział, że z chłopcem jest coś nie tak. Gjertrud 

też tylko się uśmiechała, kiedy siwowłosy mężczyzna po raz pierwszy unosił synka. 

- Mój syn - powiedział  Anton. - Nasz! - Jego roześmiana twarz pokryła  się tysiącem 

zmarszczek.  Przed  chwilą  był  tak  samo  zmęczony  i  utrudzony  jak  Gjertrud,  teraz  jednak 

promieniał siłą i dumą. 

background image

Mężczyzna  położył  dziecko  z  powrotem  przy  piersi  matki,  sam  usiadł  przy  niej  na 

łóżku. Wyjął z kieszeni starannie zwinięty kawałek materiału. Wolno rozwijał gałganek. Pod 

nim lśnił czerwony kamyk. 

Gjertrud wpatrywała się bez słowa. 

Nie wiedziała, jak się kamień nazywa, nie wiedziała, dlaczego mieni się tak wspaniale 

w blasku słońca. 

-  Dziękuję  -  powiedział  Anton  i  Gjertrud  już  wiedziała,  że  za  każdym  razem  gdy 

zobaczy mieniący się kamień w pierścionku, przypomni sobie jego dzisiejsze łzy. 

- Nienormalny? Co ty mówisz, Marjo Oppdal, stoisz tu i obrażasz mnie i moją żonę, 

która jest twoją matką... 

Marja  skuliła  się,  poczuła  jednak,  że  narasta  w  niej  coś  w  rodzaju  gniewu.  Na  Boga, 

przecież to nie jej wina, że chłopiec jest, jaki jest! 

- To się zdarzało i przedtem, Anton. Nie jesteś pierwszym ojcem, który przeżywa taki 

ból. Wielu przed tobą... takie rzeczy się zdarzały... słyszałam, że starsi rodzice... 

Anton eksplodował. 

-  Nie  musisz  mnie  więcej  obrażać!  Czy  nie  dość,  że  jakaś  diabelska  siła  odmieniła 

mego  synka,  uczyniła  go  dziwnym,  dała  mu  te  skośne,  okropne  oczy  trolla?  Byłoby  lepiej, 

gdyby on... 

Marja  zobaczyła  w  jego  wzroku  rozpacz,  potem  rozczarowanie  i  żal.  Na  koniec 

wyrzuty  sumienia.  Zrozumiała.  Większość  rodziców  nie  godziła  się  na  takie  dzieci  jak  te. 

Wciąż  w  późne  jesienne  noce  słychać  było  głosy  nie  ochrzczonych  maleństw,  wzywających 

swoje matki, wszyscy o tym wiedzą. 

- Mój jedyny syn - rzekł Anton martwym głosem. Marja pojęła nagle, że mówi to stary 

człowiek.  Nie  znajdowała  słów  pociechy.  Nie  było  takich  słów.  Gdyby  Anton  był  młodszy, 

łatwiej  by  go  było  uspokoić.  Będziecie  mieć  więcej  dzieci,  można  by  było  powiedzieć.  Ale 

Gjertrud  z  pewnością  nie  jest  w  stanie  donosić  więcej  żywych  istot.  Nikt  nie  oczekiwał  od 

niej  nawet  tej,  która  się  teraz  urodziła,  Anton  o  tym  przypominał.  Przesłonił  oczy 

pomarszczonymi  dłońmi,  prawdopodobnie  chciał  ukryć  łzy.  Marja  poczuła  się  tu  niepo-

trzebna.  Nie  lubiła  uczucia  bezradności.  Cicho  przeszła  przez  pokój  i  starannie  zamknęła  za 

sobą drzwi. 

Karl przyprowadził już dzieci, chciała się z nimi przywitać. 

Amelia  niecierpliwie  przestępowała  z  nogi  na  nogę.  Nawet  pszenny  placek,  którym 

wabiła  ją  kucharka,  nie  był  w  stanie  sprawić,  by  dziecko  zapomniało,  po  co  tu  przyszło.  W 

końcu mieli zobaczyć swego nowo narodzonego wujka! 

background image

Martin był spokojniejszy. Ale to on zadał pytanie, kiedy Marja weszła do kuchni. 

- Dlaczego wszyscy tak dziwnie wyglądają, mamo? Dlaczego Mała płacze? 

Służąca zacisnęła wargi, nie powiedziała nic. Marja usiadła na podłodze, oparła plecy 

o kamień wmurowany w ścianę obok paleniska. 

- Dziecko nie jest takie, jak inne dzieci - powiedziała cicho. Zobaczyła, że Karl drgnął. 

Oczy Amelii rozszerzyły się ze strachu. 

- Jak to, mamo? Czy on jest chory? Czy on jest jak... jak Ola Krestjana? 

Marja westchnęła, nie, nie jest taki. Ma obie rączki i obie nóżki. 

- No to co mu jest, mamo? 

- On jest taki jak... jak dziewczyna, którą widzieliśmy latem z kataryniarzem. 

-  Ach,  ta  gruba?  Ta,  która  podskakiwała  i  wykrzykiwała  coś,  ale  nie  umiała  mówić, 

chociaż była prawie taka duża jak ty, mamo? 

Martin milczał zaszokowany. 

Marja  lekko  skinęła  głową,  wiedziała  jednak,  że  nie  zdołała  wzbudzić  w  dzieciach 

dobrej  woli  wobec  tego  nowego  wujka.  Bliźniaki  cofnęły  się  z  niechęcią.  Amelia  poszukała 

dłoni ojca. 

- Chcę do domu, tato. 

Martin wstał, wzruszył ramionami. 

- W takim razie on pewnie niedługo umrze. I nie będziemy mieć żadnego wujka. 

Nie  było  w  tych  słowach  niczego  złego,  uznała  Marja.  Po  prostu  realizm.  Obrona 

Martina przed rozczarowaniem, jakie przyniósł ten dzień. 

Opuściła  ręce,  nie  chciała  zmuszać  dzieci  do  oglądania  niemowlęcia,  które 

rozczarowało  nawet  własnego  ojca.  Zresztą,  może  tak  będzie  lepiej.  Skoro  go  nie  zobaczą, 

jego obraz nie będzie ich dręczył w myślach ani w snach. 

Karl odezwał się dopiero teraz. Trochę za mocno chwycił Amelię za rączkę. 

-  Idziemy  do  niego.  Przynieśliśmy  przecież  prezenty.  Włożyliśmy  najlepsze  ubrania, 

by odwiedzić naszego małego krewniaka. 

Marja  była  zaskoczona  stanowczością  w  głosie  męża.  Po  co  ten  upór?  Czy  on  nie 

rozumie? Czy nie zdaje sobie sprawy, że być może to dziecko zniknie równie szybko, jak się 

pojawiło? Że tego rodzaju istoty nie żyją zbyt długo, nawet jeśli ich nikt nie wyniósł do lasu 

ani dyskretnie nie zapomniał pod ciężką poduszką? Nawet jeśli uda im się przeżyć pierwszą 

godzinę? 

- Karl, to nie jest konieczne. 

Spojrzał jej z uporem w oczy, jego wzrok dotarł do najgłębszych warstw jej duszy. 

background image

- Owszem, konieczne - rzekł po prostu. 

Amelia  poszła za  nim  niechętnie.  Martin  postępował  kilka  kroków  za  nimi, z  pozoru 

całkiem obojętny na to,  co się dzieje. Świat dorosłych nie zawsze był dla niego zrozumiały. 

Od  tylu  miesięcy  z  uśmiechem  opowiadano  o  tym  dziecku,  które  ma  się  narodzić,  a  teraz 

wszyscy mówią, że nie warto go nawet oglądać... Naprawdę trudno to zrozumieć. 

Ale dziecko było bardzo ładne. 

Nie  było  w  nim  nic  brzydkiego,  żadnych  deformacji  ani  niczego  takiego.  Chłopczyk 

spał w swojej kołysce obok łóżka Gjertrud. Pulchne piąstki były zaciśnięte jak przed walką. 

To wzruszyło Martina, poczuł coś w rodzaju wspólnoty z tym malcem. 

Amelia wpatrywała się w dziecko błyszczącymi oczyma. 

- Biedny mały... jaki on śliczny... och, mamo, jakie to smutne... 

Gjertrud obserwowała reakcję dzieci z łóżka, ale mgła wciąż przesłaniająca jej wzrok 

stanowiła miłosierny filtr. Marja nie była w stanie pogodzić się z tą sytuacją. 

- Najlepiej będzie, jak pójdziemy, Karl - szepnęła. 

-  Mimo  wszystko  dzieci  go  zobaczyły...  Bliźniaki  cofnęły  się  grzecznie,  cichutko 

opuściły pokój. 

- Jak będzie miał na imię? - zapytał Karl i z mieszaniną lęku oraz szacunku pogłaskał 

czarne, bujne włoski na główce dziecka. 

Marja  wpatrywała  się  w  niego,  jakby  pytanie  było  kompletnie  nie  na  miejscu  przy 

łóżeczku nowo narodzonego. 

- Powinien mieć na imię Benjamin - rozległ się cichy szept na łóżku. 

Marja  lekko  skinęła  głową,  tak,  to  odpowiednie  imię.  Nikt  w  rodzinie  przedtem 

takiego nie nosił. To podkreślało, kim chłopiec jest. Poza tym to imię ostatniego syna, tego, 

którego wszyscy się lękali, a który ostatecznie okazał się błogosławieństwem bożym. 

W tym imieniu była też  nadzieja, nadzieja na to,  że Pan zechce łaskawie  spojrzeć na 

ten  dziwny  kwiat  w  swoim  ogrodzie  i  może  zabierze  go  do  siebie,  zanim  świat  zdąży  go 

zerwać lub zdeptać ciężkimi buciorami. 

Karl  podszedł  spokojnie  do  łóżka  swojej  teściowej.  Pochylił  się  nad  nią  i  uściskał 

serdecznie. Poczuł, że jej policzki są gorące, niemal rozpalone. Ale ręce miała zimne jak lód. 

Gratuluję 

ci, 

moja 

kochana. 

Urodziłaś 

wspaniałego 

synka. 

Wielka 

odpowiedzialność... wielka radość. Czy mogę go potrzymać? 

Gjertrud  skinęła  głową,  wyglądało  jednak  na  to,  że  wciąż  drzemie.  Marja  zaczęła 

przygotowywać  napój,  jaki  podaje  się  położnicom,  by  wzmocnić  ich  zdrowie  po  trudnym 

background image

porodzie.  Niepewnymi  rękami  nalała  do  naczynia  alkoholu  zmieszanego  z  pieprzem.  Inne 

przyprawy wsypywała już opanowana, wiedziała, co robi. 

Gjertrud  otworzyła  usta,  kiedy  Marja  przysunęła  jej  kubek,  zakrztusiła  się  jednak 

napojem  i  zaniosła  kaszlem,  który  przeraził  Marję.  Kaszel  wzmógł  jeszcze  krwawienie  po 

porodzie. 

- Marja, co z nią? - zapytał Karl cicho, gdy Gjertrud w końcu umilkła i ciężko dysząc, 

nieprzytomna leżała na poduszce. 

-  Nie  wiem.  Jest  bardzo  słaba.  Zresztą  nic  dziwnego,  ciąża  była  taka  trudna.  Poród 

także. Poza tym, jak wiesz, ona jest stara. 

-  To  twoja  matka  -  rzekł  Karl  ze  zdziwieniem. Marja  uświadomiła  sobie,  że  mąż  nie 

pojmuje dlaczego nie jest bardziej zaniepokojona losem Gjertrud. 

Nie mogła mu przecież powiedzieć, że to nieprawda. 

-  Tak,  to  moja  matka  -  odparła  wolno.  -  Dlatego  muszę  ją  pielęgnować  wyjątkowo 

starannie  i  zachować  spokój.  Nie  mogę  przecież  zacząć  płakać,  zanim  jeszcze  nie  umarła, 

prawda? 

Karl  uznał,  że  brzmi  to  okrutnie,  dostrzegał  jednak  logikę  w  postawie  Marji.  Nie 

wątpił zresztą, że bardzo się przejmuje losem matki. 

-  Dziecko  jest  bardzo  ładne  -  powiedział  cicho.  Jego  ręce  nie  chciały  pozbyć  się 

zawiniątka. Przyciskał je mocno do siebie, jakby  to był jego własny synek. - Patrz! Obudził 

się! 

Twarz  Karla  promieniała  radością.  A  kiedy  dziecko  z  wolna  otworzyło  oczka  i  z 

małych ust wydobył się dźwięk jakby na powitanie, Karl patrzył niby urzeczony. 

- On do mnie mówi! Naprawdę wydaje mi się... tak! Uśmiecha się! Popatrz, Marjo, on 

się śmieje! Ma zaledwie parę godzin, a już... 

- To skurcze żołądka wywołują takie ruchy warg - rzekła Marja cicho i odwróciła się, 

by uporządkować słoiki z ziołami rozstawione na stole. 

Karl  nie  rezygnował,  podszedł  do  niej,  podniósł  maleństwo  i  trzymał  tuż  przy  jej 

twarzy niczym kwiat, który powinna powąchać. 

Marja musiała się uśmiechnąć. 

- Prawda, jaki on śliczny? Marja, czy ty jesteś pewna? Czy jesteś pewna, że on... 

- Widywaliśmy już przedtem takie dzieci - odparła z rezygnacją. 

- Ale on jest taki... mądry. 

-  Wszystkie  noworodki  tak  wyglądają.  Ten  natomiast  nigdy  nie  będzie  mądrzejszy, 

możesz mi wierzyć. 

background image

-  Mądrość  to  nie  wszystko  -  mruknął  Karl  i  nadal  gładził  czule  maleńki  policzek. 

Dziecko  zwracało  buzię  w  stronę  palca,  który  go  łaskotał  i  skłaniał  maleńki  żołądek,  by 

domagał się jedzenia. 

- Trzeba obudzić Gjertrud - powiedział Karl. - Mały jest głodny... 

- Sądzę, że ona nie ma pokarmu - odparła Marja. 

- No to ty musisz zrobić dla niego napój z mleka, dlaczego nie przygotowałaś jeszcze 

gałganków, nie zagotowałaś... 

Marja wbiła w męża wzrok. 

- To chyba nie będzie tutaj potrzebne - rzekła ze smutkiem, lecz niezwykle stanowczo. 

- Ale... ale... on jest głodny! 

- No to zapytaj Antona. 

- Co ty mówisz? Czy on zamierza zagłodzić dziecko na śmierć? Nie! Nie wolno mu! 

Nie możesz na to pozwolić, Marjo! 

Jego żona wyglądała na bardzo zmęczoną. 

- Nie - westchnęła ciężko. - Rzeczywiście nie mogę, ale on nie jest moim dzieckiem. 

- To twój brat! 

Ze  zdziwieniem  musiała  przyznać  Karlowi  rację.  Ta  mała  istota  rzeczywiście  była  w 

jakimś sensie jej bratem. Ale los tego dziecka nie leżał w jej rękach. 

- Karl - zaczęła znużonym głosem. - Nie mogę uratować wszystkich nieszczęśników, 

którzy  przychodzą  na  ten  bezlitosny  świat.  Robię  co  mogę,  posługuję  się  lekarstwami  i 

wszystkim,  czego  się  nauczyłam.  Nie  mogę  jednak  uratować  wszystkich...  Nie  mogę  urato-

wać tych, których nawet rodzice nie chcą. 

Karl odłożył dziecko do kołyski, malec rozczarowany zaczął krzyczeć. 

- Porozmawiam z Antonem - oświadczył Karl spokojnie. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Nikt nie wiedział, o czym pułkownik i Karl Oppdal rozmawiali tego popołudnia. Karl 

wyszedł z gabinetu pułkownika z twarzą szarą i nieprzeniknioną. Pułkownika przez cztery dni 

nie widział nikt z wyjątkiem kucharki, która donosiła mu kolejne butelki z alkoholem i tacę z 

podpłomykami. Podpłomyki nietknięte wracały do kuchni. 

Ale  dziecko  dostało  jeść.  Kucharka  miała  teraz  nowe  zadanie.  Mimo  wszystko 

polecono  jej  gotować  mleko  zmieszane  z  wodą  i  syropem,  napełniać  nim  małe  skórzane 

woreczki.  Marja  Oppdal  szła  od  dworu  do  dworu,  szukając  mamki  dla  dziecka.  Pogłoski 

jednak  wyprzedzały  ją  i  nie  było  w  okolicy  żadnej  kobiety,  która  chciałaby  użyczyć  swojej 

piersi  odmieńcowi  z  Enkesetet.  Ludzie  może  nawet  cieszyli  się  trochę  tą  myślą,  siedząc  w 

swoich  nędznych  chałupach  z  gromadą  dzieci  do  wykarmienia.  Tamci  z  Enkesetet  mogli 

sobie kupić wszystko, ale jeśli chodzi o zdrowe dzieci... nie, w takich sprawach biedak był tak 

samo mały albo tak samo wielki. 

W końcu znaleziono młodą dziewczynę, która urodziła dziecko bez niczyjej pomocy. 

Maleństwo  umarło,  ponieważ  jednak  kobieta  nie  ukrywała  ciąży,  a  ponadto  potrafiła 

udowodnić, że dziecko urodziło się słabe i chore, uniknęła odpowiedzialności. Poza tym był 

czas wiosennych prac w polu i gospodarz potrzebował jej pomocy. Zwłaszcza teraz, kiedy jest 

wolna i nie musi opiekować się dzieckiem. 

Młoda  Milla  przybyła  do  Enkesetet  jako  mamka  w  trzy  dni  po  narodzinach 

Benjamina. Nie robiła wokół siebie zamieszania, ale małym opiekowała się wzorowo. Zresztą 

chętnie chwytał obcą pierś, mimo wszystko jednak był najbardziej zadowolony, kiedy dawano 

mu do ssania gałganek z mlekiem. 

Marja odwiedzała Gjertrud każdego popołudnia, często nocowała u niej. 

Trzeciego dnia gorączka zaczęła rosnąć. 

Marja wiedziała, że to zazwyczaj oznacza koniec. Gorączka połogowa jest najbardziej 

bezlitosnym katem kobiet. Towarzyszką ich życia. Marja musiała się z tym pogodzić. Chociaż 

zdarzało  się  niekiedy,  że  chora  zdołała  przeżyć.  Poza  tym  nie  było  przecież  pewności... 

gorączka mogła być spowodowana ciężkim porodem, tym, że piersi położnicy są puste, może 

była wynikiem szoku... 

Marja  mieszała  mikstury  według  recept  Kari,  z  własnej  inicjatywy  dodawała  jeszcze 

sporyszu,  nasion  bobrka  trójlistnego  i  liści  kasztanowca.  Przemywała  wywarem  z  ziół  drogi 

rodne Gjertrud. Miało to złagodzić chorobę, w wyniku której temperatura ciała chorej wciąż 

background image

tak niebezpiecznie rosła. Robiła jej najpierw gorące okłady, potem zimne. Wyglądało jednak 

na to, że nic nie pomaga. 

Anton  pojawił  się  trzeciego  dnia,  na  chwiejnych  nogach,  brudny,  po  przeżyciu 

osobistego  piekła  za  zamkniętymi  drzwiami.  Sprawiał  wrażenie  trzeźwego,  lecz  wargi  miał 

popękane, a naczynia krwionośne na szyi pulsowały. 

- Czy ona żyje? - zapytał ochrypłym głosem. 

Marja skinęła głową. 

- Wyjdź, chciałbym z nią porozmawiać. 

Marja nie chciała niczego wyjaśniać, wyszła po prostu, jak sobie gospodarz życzył. 

Stanęła po drugiej stronie drzwi, nie po to, żeby  podsłuchiwać,  ale tak jakoś wyszło. 

Słyszała,  że  w  pokoju  Anton  mówi  cicho,  lecz  nie  rozróżniała  słów.  Głos  Gjertrud  nie 

docierał do niej. 

-  Nie  umieraj  -  usłyszała.  -  Nie  umieraj,  nie...  Marja  z  trudem  przełknęła  ślinę. 

Poczuła, że zazdrości Antonowi, który potrafił wyrazić to tak prosto. 

Karl przychodził do Enkesetet co najmniej raz na tydzień, mimo że trwały pilne prace 

w  polu.  Trzeba  też  było  czyścić  odwadniające  rowy  i  naprawiać  płoty.  Przychodził  zawsze 

sam, dzieci ze sobą nie przyprowadzał. Często gospodarz z Oppdal bywał późnym  gościem, 

najchętniej  zjawiał  się  tutaj,  kiedy  Marji  już  nie  było.  Ona  miała  swoje  zajęcia,  w  każdy 

czwartek pracowała w szkolnej izbie. Rok szkolny zbliżał się do końca, zarząd postanowił, że 

dzieci  będą  wolne  od  nauki  od  początku  maja  aż  do  października.  Wtedy  bowiem  są 

najbardziej  potrzebne  w  polu  i  w  lesie,  na  górskich  pastwiskach  i  jako  pomocnicy,  kiedy 

trzeba zwozić ziarno albo reperować budynki po zimie. 

Odwiedziny  Karla  przebiegały  według  utrwalonego  porządku.  Najpierw  zaglądał  do 

Gjertrud, która w dalszym ciągu była bardzo chora. Rozmawiał trochę z kucharką, witał się z 

Antonem. 

Potem szedł na górę, do pokoiku, w którym Milla mieszkała razem z maleństwem. Nie 

była to specjalnie rozmowna dziewczyna, często jednak dziwiła się, dlaczego ten prosty chłop 

tak  często  przychodzi  przyglądać  się  noworodkowi.  Jego  zainteresowanie  nie  tylko  ją 

zastanawiało, czasem się go nawet trochę bała. 

Karl  brał  zwykle  chłopczyka  na  ręce,  przemawiał  do  niego,  przynosił  też  drobne 

prezenty.  Jakieś  wyrzeźbione  w  drewnie  figurki  nanizane  na  sznurek.  Gwiazdka  zrobiona  z 

trzciny, ozdobiona kolorowymi sznureczkami. Wieszał to nad kołyską chłopca, zabawki poru-

szały się nad jego buzią. 

background image

Pokój był mroczny. Nie miał okien. Karlowi się to nie podobało, ale nie protestował. 

Dziecko  wciąż  było  bardzo  sympatyczne,  ciemne  oczka  patrzyły  tak  rozumnie,  jakby  malec 

wszystko pojmował. Machał bezładnie rączkami, ale od czasu do czasu dotykał zarośniętego 

policzka Karla. 

Zawstydzona  Milla  ukrywała  pełne  piersi,  kiedy  Karl  pozwalał  dziecku  ssać  swój 

mały  palec.  Po  kilku  tygodniach  jednak  zaczęła  tęsknić  za  otwartymi  przestrzeniami,  za 

latem,  choć  wiedziała,  że  nie  wolno  jej  opuszczać  tego  pokoju.  Anton  powiedział  wyraźnie, 

ż

e nie chce widzieć ani  dziecka, ani jej,  ani niczego, co by mu przypominało, iż urodził mu 

się  nieudany  syn.  Przeważnie  siedział  przy  łóżku  półprzytomnej  Gjertrud,  zjadał  zaledwie 

parę  kęsów  jedzenia,  które  mu  podawano.  Nawet  Mar  ja  nie  była  w  stanie  nawiązać  z  nim 

kontaktu. W końcu zaniechała wszelkich prób. 

- Powinnaś wynieść dziecko na powietrze - rzekł Karl, jakby nie zdając sobie sprawy z 

sytuacji. - Ktoś powinien wynieść go na powietrze - poprawił się. 

Chłopiec  został  z  powrotem  ułożony  w  kołysce.  Karl  postanowił,  że  jeszcze  raz 

porozmawia z Antonem. 

Pułkownik  siedział  teraz  przy  oknie,  rozjaśniona  słonecznym  blaskiem  część  izby 

wyraźnie kontrastowała z ciemnym kątem, w którym stało łóżko. 

Karl podszedł do nieszczęśliwego ojca, położył mu rękę na ramieniu. 

- Anton... jesteś moim teściem. 

Stary zwrócił ku niemu głowę, w jego oczach był smutek, a zarazem obojętność. 

- Ona mi umiera - powiedział cicho. Karl nie był w stanie zaprzeczyć. 

- Znowu będę sam. 

- Nie. Masz dziecko. Masz syna. 

Stary głęboko wciągnął powietrze, potem wolno je wypuścił. 

- To żadna pociecha - rzekł z goryczą. - Żadna pociecha! To podmieniec! Dziecko nie 

takie, jak powinno być! Czy to ma być dziedzic Enkesetet? Byłoby lepiej, gdyby... 

- Ale on jest twój. To twoja krew. 

-  Naprawdę?  Nic  na  to  nie  wskazuje.  Nie  ma  moich  oczu,  nie  odziedziczył  po  mnie 

rysów twarzy, nic w ogóle... Po niej zresztą też nie. 

-  Ale  on  jest  wasz  -  powtórzył  Karl  ostrożnie.  Widział,  że  nieszczęsny  ojciec 

złagodniał od ich pierwszej rozmowy w dniu narodzin dziecka. 

Anton nie odpowiadał. Karl mówił więc dalej. 

background image

-  Pomyśl  o  Gjertrud!  Czy  ty  myślisz,  że  ona  by  chciała,  byś  odwrócił  się  od  dziecka 

plecami?  Myślisz,  że  zechce  ci  wybaczyć,  kiedy  wyzdrowieje  i  stwierdzi,  że  pozwoliłeś,  by 

maleństwo umarło ci na rękach? 

- Ono nie umrze. Przecież sam mnie zmusiłeś, żebym je karmił! 

-  Ono  już  jest  martwe.  Dla  swego  ojca  jest  martwe.  A  to  dla  syna  jest  wszystkim, 

Anton. 

Stary  zerwał  się  gwałtownie,  podszedł  do  łóżka,  na  którym  leżała  bez  ruchu  jego 

małżonka. 

Spojrzał Karlowi w oczy. 

-  Nie  wiem,  co  by  ona  zrobiła,  gdyby  nie  leżała  tutaj  jak  martwa.  Nie  wiem...  ale 

przyjmuję twoje prośby. 

- Jutro... jutro idź do niego! 

Karl  mówił  z  wielkim  zapałem,  dostrzegł  w  oczach  starego  jakiś  nowy  błysk. 

Odpowiedź była nieoczekiwana, twarda. 

- Nie. Jeśli ona przeżyje, to oddam jej dziecko. Jeżeli jednak... Pan chce ją zabrać, to 

bardzo proszę, może sobie wziąć dziecko na dodatek! 

Karl płakał w duszy nad zatwardziałością pułkownika, ale nie uronił ani jednej łzy. 

- Przeciwstawiasz się samemu Wszechmogącemu - szepnął i wyszedł. 

- Jesteś taka zimna, Marjo! Ty nie jesteś już kobietą! Marja cofnęła się o krok, jakby 

jego słowa spadły na nią niczym bolesny cios. Gniew jednak dal jej ochronę, postanowiła się 

bronić. 

Dzieci już jakiś czas temu wymknęły się z domu, poszły szukać schronienia w oborze, 

by nie słuchać gniewnych i zimnych niczym lód krzyków swoich rodziców. 

-  Nie  jestem  kobietą?  Na  Boga,  Karlu  Oppdal,  jak  możesz  rzucać  na  mnie  takie 

oskarżenia, na mnie, która urodziłam ci dwoje dzieci i wyszłam ci na spotkanie w najbardziej 

kobiecy  sposób!  Nie  jestem  kobietą?  Niech  cię  diabli,  Karl,  że  masz  odwagę!  Ty,  z  którego 

nawet dzieci komorników się wyśmiewają! 

Jej  słowa  ugodziły  go  co  najmniej  tak  samo  dotkliwie,  jak  przedtem  jego  słowa 

rzucone  żonie,  wiedział  jednak,  że  zostały  wypowiedziane  w  gniewie  i  że  są  obroną  przed 

tym, co on sam przed chwilą powiedział. Już teraz, w tej sekundzie, musiał stwierdzić, że nie 

ma racji. Marja absolutnie jest kobietą. Jeśli mówił coś innego, to każdy może mu zarzucić, że 

jest  szalony.  Inni  mężczyźni  pożądali  jej  w  tajemnicy,  wszyscy  co  do  jednego,  tego  był  pe-

wien. Widział ich spojrzenia. Widział ten szczególny błysk w ich oczach. Żaden nie wierzył, 

ż

e Karl sobie z nią poradzi. Chętnie sami by spróbowali... 

background image

- Nie chciałem tak powiedzieć... Usiadł na łóżku, twarz ukrył w dłoniach. 

-  Ale  jesteś  zimna,  Marjo.  Czasem  mam  wrażenie,  jakbym  żył  z...  kobietą  wykutą  w 

kamieniu. Już nie jesteś mi bliska... Nie jesteś taką moją żoną, jak Bóg i ludzie by chcieli... 

-  Jestem  twoją  żoną!  Na  resztę  życia!  Zatrzasnęła  drzwi,  wychodząc,  spódnice 

zgarnęły pęczki kurzu, które zbyt długo leżały obok skrzyni na drzewo. 

Karl  pragnął  cofnąć  wypowiedziane  słowa.  Gorycz  w  nich  zawarta  była  trudna  do 

zniesienia. Potrząsał głową, jakby chciał pozbyć się z niej całego zła, niczym kropli wody po 

zimnej  kąpieli.  Potem  wstał,  zaczął  machinalnie  uprzątać  odzież  do  reperowania,  igły  i 

włóczkę,  którą  Marja  zostawiła  na  stole  przy  okiennym  otworze.  Na  jednej  kupce  leżały 

ubrania poreperowane starannie, z ładnie przyszytymi małymi łatkami. W rzeczach na drugiej 

kupce wciąż widział paskudne dziury. Zawsze bardzo lubił przyglądać się rękom żony, które 

pracowały  szybko  i  z  wprawą,  niemal  pieściły  jego  podarte  ubrania.  Było  coś  intymnego  w 

tym,  że  Marja  zaszywała  dziury,  które  jego  własne  ciało  wydarło.  Karl  ułożył  wszystko  na 

miejscu, potem wyszedł po dzieci. Zrobiło się późno. Ale wiosenny wieczór był tak jasny, że 

nawet dorosłych mógłby zwieść, iż to już lato. 

Marja wróciła, kiedy się ściemniło, a dzieci już posnęły. 

Karl zauważył ów niewidzialny dzielący ich mur i trzymał się z daleka. 

Rozpoznawał  to  wszystko.  Marja  sama  zdecyduje,  kiedy  lód  może  stopnieć.  Za 

każdym razem trwało to dłużej. Dni, potem tygodnie. Zawsze kiedy widział jej wąskie, blade 

wargi,  przepełniało  go  pragnienie,  by  znowu  się  do  niego  czule  uśmiechały,  rozpalały  jego 

serce. 

Dostrzegał  lodowaty  błysk  w  jej  niebieskich  oczach.  Kiedy  Marja  była  zła,  jedno  jej 

oko robiło się ciemniejsze niż drugie. Gdy jednak jej serce znowu łagodniało, błękit jej oczu 

był gorętszy niż ktokolwiek mógł przypuszczać, że to możliwe. 

Karl nie mówił nic, kiedy wyjęła kromkę chleba i kawałek solonego mięsa. Nie mieli 

teraz  mleka,  krowy  dopiero  będą  się  cielić.  Stały  w  oborze  wielkie  i  ciężkie,  ale  wymiona 

zwisały puste niczym skórzane worki. 

Musieli się zadowolić rozwodnionym piwem. Wielu piło jedynie wodę. 

- Idziesz jutro do wsi? - zapytał, choć te proste słowa musiały ją prowokować. 

Odparła zupełnie obojętnym głosem: 

- Tak. Jutro jest nauka. Ostatni raz przed letnią przerwą. Przyjdzie pastor. 

Wiedział,  że  ona  nie  lubi  Revelina,  i  świetnie  rozumiał,  że  pastor  budzi  jej  niechęć. 

Wolno kiwał głową. 

background image

-  Potrzebowałbym  twojej  pomocy  na  polu.  Na  tym  nowym  ugorze.  Trzeba  wykopać 

karpę... Sam nie dam rady. 

- Może ci chyba pomóc Anders Kar? - powiedziała. Powoli żuła solone suche mięso, 

aż stało się kleistą substancją wypełniającą usta i żołądek. 

- Może i tak. 

Zaległa  cisza.  Słychać  było  tylko  oddechy  dzieci.  Karl  nasłuchiwał  niespokojnie, 

zdawało mu się wieczorem, że Amelia jest jakaś rozpalona. 

- Mała źle się czuła - rzekł z westchnieniem. 

-  Tak?  Wydawało  mi  się,  że  jest  całkiem  zdrowa,  kiedy  grała  w  klasy  z  dziećmi  z 

Plass. 

- Tak. Ale teraz ciężko oddycha. Nie słyszysz? 

- Śpi mocno - stwierdziła Marja po prostu, biorąc jeszcze kawałek kwaśnego chleba. 

Nie  zapalili  lampy  na  stole,  oczy  przyzwyczajały  się  do  zapadającego  zmroku,  nie 

zauważyli, że jest już całkiem ciemno. 

- Możemy się chyba położyć - rzucił Karl. 

- Mam jeszcze trochę do reperowania, muszę skończyć - odparła Marja. 

Karl  westchnął  i  wstał.  Poszedł  najpierw  zajrzeć  do  zwierząt,  umył  się  pośpiesznie 

przy studni. Potem wrócił do domu, spodnie i kurtkę powiesił na zwykłym miejscu. Okrycie 

w łóżku wydawało mu się ciężkie, ale zimne. Leżał i patrzył na Marję, światło lampy, którą 

ustawiła  po  swojej  lewej  stronie,  rzucało  na  jej  twarz  chybotliwe  cienie.  Wyglądało  to 

okropnie. Czarne włosy wymknęły się z węzła i otaczały jej białą twarz. Palce miała długie i 

szczupłe, pracowały teraz szybko. Wyraz ust wskazywał jednak, że Marja nie lubi tej pracy. 

Karl nie zdążył się jeszcze całkiem pogrążyć we śnie, gdy zauważył, że żona zgasiła światło i 

wsunęła się do łóżka.  Było ono na tyle szerokie, że mogła się ułożyć, jak zwykle w pozycji 

płodu,  plecami  odwrócona  do  niego,  tak  daleko,  że  ciała  nie  musiały  się  dotykać.  Karl  leżał 

nie  śpiąc  aż  do  czasu,  gdy  światło  znowu  powróciło  i  drozd  na  dachu  rozpoczął  pieśnią 

kolejny dzień. 

Wtedy  wstał,  nie  budząc  Marji.  Ona  należała  do  ludzi,  którzy  mogliby  pracować  do 

północy, ale rano nie zrywają się razem z ptakami. 

Było  za  wcześnie,  by  iść  do  obory.  Krowy  też  mają  swój  rozkład  dnia,  nie  oczekują 

gospodarza o trzeciej czy czwartej rano. Ziemia jednak na wiosnę nie śpi. Więc Karl zanurzył 

stopy  i  ręce  w  zimnej,  mokrej  i  żywej  roli.  Pola  zmieniały  się  z  dnia  na  dzień,  niektóre 

pokryły się już delikatnymi zielonymi  roślinkami. Teraz, wcześnie  rano,  na zboczu wzgórza 

rosa mieniła się niczym szlachetne kamienie. Powietrze było czyste i świeże, wyczuwało się 

background image

zapach soli idący od morza. Tylko tu i ówdzie w bruzdach połyskiwały jeszcze pasma lodu, 

ale  i  one  stawały  się  z  dnia  na  dzień  węższe.  Śnieg  zalegał  tylko  wysoko  na  górskich 

szczytach,  ale  bywało  że  tam  pozostawał  nawet  przez  całe  lato.  Może  nie  tylko  moje  serce 

stało się zimniejsze w ostatnim czasie, zastanawiał się Karl, idąc za pługiem. Może cały świat 

zaczyna marznąć? 

Pług uderzył o wielki kamień, Karl przyniósł łopatę. Ciężkie narzędzie podwajało jego 

siłę i wkrótce wielki szary kamień leżał nagi u jego stóp. Podniecony otarł pot z czoła i ruszył 

do  miejsca,  gdzie  stary  pień  dębowy  zamykał  drogę  prostym  bruzdom,  które  żłobił  pług 

Karla.  Nadszedł  czas,  by  usunąć  karpę.  Miał  ochotę  zmierzyć  się  ze  starym  pniem,  pokazać 

mu,  że  Karl  Oppdal  nadal  ma  krzepkie  ramiona.  Wyobrażał  sobie,  że  podziemne 

rozgałęzienia korzenia to ludzkie gadanie i upokorzenia. Najgrubszy korzeń to jego ból, stary 

pień  to  jego  miłość.  Ziemia,  która  trzymała  mocno  martwy  pień,  była  mu  przyjazna,  ale  nie 

teraz. 

Chciał ją zmusić, by wypuściła z objęć karpę. Gotów był, jeśli to konieczne, wyciągać 

gołymi  rękami  korzenie.  Czuł  ogień  w  plecach  i  w  ramionach,  przed  oczyma  tańczyły  mu 

białe i czerwone płatki,  gdy podejmował ostatni, decydujący wysiłek. Łopata uderzyła o so-

lidny  kamień,  stawiająca  opór  szara,  wielka  gruda,  którą  wydobył,  stała  się  teraz  jego 

pomocnikiem. Łopata zsunęła się, korzeń odrobinę się poruszył. 

Karl  Oppdal  ujął  ramionami  korzeń  i  pociągnął  z  całych  sił,  jasne  gwiazdy 

eksplodowały w jego głowie, a pot mieszał się w ustach ze smakiem krwi, gdy chłop upadł na 

wilgotną ziemię. Korzeń wyrwał się nieoczekiwanie, jakby człowieka spotkała nagła śmierć. 

Poczucie  zwycięstwa  mieszało  się  w  sercu  Karla  z  żalem,  że  drzewo  musiało  się 

poddać. 

W  nowo  wybudowanej  szkolnej  izbie  ściany  wciąż  były  złociste.  Izba  miała  ledwie 

kilka miesięcy, a Anton z Enkesetet nie szczędził na niczym. Na jednej ścianie wisiała duża 

mapa, pokazująca obce kraje i części świata. Wielkie morza pomalowano na niebiesko, a sta-

ranne  rysunki  przedstawiały  najrozmaitsze  morskie  potwory,  które  napełniały  dzieci 

pomieszanym  z  ciekawością  lękiem.  Na  północy  znajdowały  się  wielkie  kontynenty, 

wyraźnie zaznaczona była Grenlandia. Znacznie większy kontynent na południu nazywał się 

Afryka.  Nazwisko  twórcy  tej  mapy  zostało  wypisane  trudnymi  do  odcyfrowania  pełnymi 

zakrętasów  literami,  ale  Marja  wiedziała,  że  nazywa  się  on  Gerhardus  Mercator.  Wielki 

uczony.  W  dłuższej  ścianie  znajdowały  się  trzy  okna  pozbawione  szyb,  które  zamykano 

okiennicami,  ale  przy  ładnej  pogodzie  zostawiano  otwarte.  W  jednym  z  narożników 

wymurowano  duży  piec,  pokryty  żelazną  płytą.  Gromadziła  ona  ciepło  i  kiedy  piec 

background image

napełniono  po  brzegi  brzozowymi  bierwionami,  robiła  się  czerwona.  Na  stole  nauczyciela 

leżały wysokie stosy książek. Większość z nich była stara, pochodziła z prywatnych zbiorów 

Antona.  Nowiuteńka  Biblia  stała  w  szafie  przy  ścianie,  za  szybkami  z  cienkiego  szkła. 

Wędrowny  malarz  wymalował  na  suficie  sceny  z  Biblii  i  z  baśni.  Jeden  z  obrazów,  który 

przedstawiał  boginię  Dianę,  natychmiast  został  zamalowany  przez  pastora.  Została  po  nim 

biała  plama,  ale  jeśli  się  dobrze  przyjrzeć,  można  było  zobaczyć  plecionkę  z  liści,  która 

osłaniała uda i piersi bogini. 

Z  początku  dzieci  siedziały  z  wytrzeszczonymi  oczyma  i  wpatrywały  się  w  cały  ten 

przepych.  Ale  Mar  ja  bez  trudu  umiała  zainteresować  je  nauką.  Zaczynała  bardzo  ostrożnie, 

od rysowania literek. Delikatnie prowadziła dziecinne rączki o stwardniałej od ciężkiej pracy 

skórze  po  tabliczkach,  potem  wymazywała  chwiejne  kreseczki  i  kazała  pisać  od  nowa,  nie 

przynaglała, starała się, by nabrały zaufania do tej niezwykłej umiejętności, jaką jest pisanie. 

Niektórzy  uczniowie  potrafili  napisać  swoje  imię  już  przed  pierwszą  lekcją.  Inne  nigdy  nie 

myślały,  że  słowa  można  wyrazić  inaczej  niż  tylko  dźwiękiem.  Nawet  niektórym  dorosłym 

łzy napływały do oczu, kiedy po raz pierwszy widzieli na piśmie swoje imię. Powoli, powoli 

pisane  słowa  otwierały  przed  nimi  nowy  świat.  Marja  z  uśmiechem  i  radością  w  sercu 

stwierdzała,  że  coraz  więcej  mieszkańców  wsi  odkrywa,  jak  książki  mogą  nasycić 

wygłodniałe dusze. A kiedy przychodzili do niej, by porozmawiać o słowach Pana, które sami 

przeczytali,  jej  serce  wypełniało  tajemne,  buntownicze  zadowolenie.  Czuła  się  niemal  jak 

wielki  nauczyciel,  jak  Galileusz,  który  pewnego  razu  objawił  ludziom,  że  ich  stare 

wyobrażenie o świecie należy odrzucić. Jego też księża nienawidzili. 

Marja bardzo lubiła czuć na sobie spojrzenia ludzi. 

Otwarte, pełne podziwu spojrzenia. Była pewna, że większość z nich nie przygląda się 

jej  pięknym  piersiom  ani  nie  obserwuje  różowego  koniuszka  języka,  którym  od  czasu  do 

czasu śliniła palec, by odwrócić kartę w książce. Patrzyli na nią dlatego, że była jedną z tych, 

którzy wiedzą. Dlatego, że była ich przewodniczką, kiedy wyruszali w podróż do nieznanych 

ś

wiatów.  Tym  samym  wzrokiem  patrzyli  na  wędrownych  bajarzy,  którzy  gromadzili  wokół 

siebie ludzi w zimowe noce, w czasie Godów, lub kiedy jesienne wichry wpędzały ludzi pod 

dach.  Czuła  się  niemal  oszołomiona  ich  uwagą,  świadomość  jakiejś  specjalnej  władzy  nad 

nimi  wprawiała  w  drżenie  jej  ciało,  widziała,  że  łowią  i  ukrywają  jej  słowa  niczym  skarby. 

Czuła się wtedy wolna, miała lekką, jasną głowę. Bardzo lubiła spacerować tam i z powrotem 

przed  słuchaczami,  kiedy  czytała  im  książkę  albo  opowiadała.  Lubiła  widzieć,  jak  głowy 

ś

ledzące jej ruchy odwracają się wolniutko od lewej strony na prawą i z powrotem. Kochała 

ich  nieśmiałe  pytania,  które  z  czasem  stawały  się  coraz  trudniejsze  i  coraz  odważniejsze. 

background image

Niektórzy  bardziej  wierzący  marszczyliby  z  pewnością  nos,  słysząc  jej  odpowiedzi,  ona 

jednak  dawała  takim  ludziom  do  zrozumienia,  że  mogą  nie  przychodzić  na  spotkania  z  nią. 

Mogą się zadowolić naukami pastora, a czytania nauczy ich dzwonnik. 

Właściwie nie powinna była robić nic innego, tylko podczas tych lekcji ćwiczyć naukę 

pisania  i  czytania.  Ale  jak  to  możliwe?  Jak  można  nauczyć  kogoś  czytać,  nie  zajmując  się 

myślami,  które  czytanie  rodzi?  Biblia  i  katechizm,  księgi  psalmów  i  opowieści  historyczne 

były  elementarzami  tych  dzieci.  Marja  nie  miała  książek,  które  zostałyby  stworzone 

wyłącznie  z  myślą  o  nauce  pisania.  Bardzo  tego  żałowała,  chociaż  przecież  nie  ma  sensu 

czytanie czegoś, co nie posiada treści. Mimo to zdarzało się, że sama układała krótkie zdanka 

złożone  z  prostych  słów  tak,  aby  nawet  najmniej  pojętni  uczniowie  byli  w  stanie  je 

zrozumieć.  Książki  bowiem  bywają  zbyt  trudne.  Język,  którym  się  posługują,  na  ogół  nie 

odpowiada codziennej mowie. Marja stwierdziła też, że większość z jej uczniów po prostu nie 

rozumie  duńskich  słów,  których  zazwyczaj  używają  księża  i  urzędy.  Zawsze  dzień  nauki 

kończyła  śpiewem.  Pewna  kobieta  z  Północy  napisała  kilka  pięknych  psalmów,  które  Marji 

bardzo  się  podobały.  Nie  było  w  nich  oskarżeń  ani  napomnień,  jakie  zawiera  większość 

kościelnych  tekstów.  Były  to  dobre,  pełne  wiary  w  życie  pieśni.  Nauczyła  się  na  pamięć 

kolejnych zwrotek i z zadowoleniem stwierdziła, że udało jej się spełnić przy tym również po-

lecenie Revelina, by godziny w izbie szkolnej wypełnione były budującą treścią. Odmawiała 

też  z  dziećmi  krótką  modlitwę.  Teraz,  na  zakończenie  pierwszego  okresu  pracy,  pożegnała 

wszystkie  dzieci  serdecznie  i  każdemu  wręczyła  ładnie  ozdobiony  arkusik  papieru.  Na 

każdym  wypisała  nazwisko  dziecka  oraz  informację,  że  z  powodzeniem  uczestniczyło  w 

nauce  czytania  i  pisania.  Dzieci  przyjmowały  te  świadectwa  ze  zdumieniem,  od  tej  chwili 

kochały  ją  jeszcze  bardziej.  Dyplomy  nawet  w  najbiedniejszych  domach  komorniczych 

zostały  oprawione  w  ramki  i  powieszone  na  ścianie.  Pewnie  jeszcze  w  wiele  dni  po  tym 

będzie  można  spojrzeć  na  ów  papier  ze  łzami  w  oczach,  gdy  życie  wyda  się  zbyt  trudne. 

Będzie wtedy można wyprostować plecy i poczuć się nieco bardziej wartościowym. 

Kiedy  w  ten  piątkowy  wieczór  Marja  przyszła  do  dworu,  gorączka  Gjertrud  spadła. 

Anton,  już  spokojniejszy,  zaprosił  pasierbicę  na  kolację.  Był  to  znak  zgody,  porozumienie 

umacniane z każdym kęsem kiełbasy i każdym łykiem słodkiego piwa. 

- Rozmawiałem z Karlem - zaczął Anton. Marja skinęła głową, żując w milczeniu. 

- On przychodzi teraz rzadziej. Ale nie rozumiem, dlaczego. 

Marja rozsmarowywała masło na chlebie gwałtownymi ruchami. 

background image

-  Ja  też  nie  rozumiem.  Może  dlatego,  że  sam  chciałby  mieć  jeszcze  jedno  dziecko  - 

powiedziała  szorstko  i  natychmiast  pożałowała,  że  ujawniła  najgłębsze  pragnienie  swego 

męża. To nie w porządku z jej strony. Karl byłby boleśnie zraniony. 

- Powinien się  cieszyć, że ma dwoje zdrowych.  I nie upominać mnie, że  martwię się 

takim, jakie mi los zesłał. 

Jego głos był suchy, pełen żalu, zmęczony po wielu nieprzespanych nocach. 

-  Twoje  dziecko  jest,  jak  mi  się  zdaje,  zdrowe?  Pytała  ostrożnie,  a  jej  spuszczony 

wzrok sygnalizował, że nie oczekuje odpowiedzi. 

-  Oczywiście.  Chłopak  żyje  i  rośnie,  jak  powiada  Karl.  Marja  jadła  dalej,  jedzenie 

smakowało jej, mimo że znajdowała się w domu smutku. Zawsze po dniu spędzonym w izbie 

szkolnej czuła się wyjątkowo głodna. 

- Moja matka... rozmawiałeś z nią ostatnio? Czy ona cię... poznała? Dzisiaj wydawało 

mi się, że wraca jej przytomność. 

Anton spojrzał na nią rozjaśnionym wzrokiem. 

-  Tak  myślisz?  Czy  to  może  być  prawda?  Ja  niczego  nie  zauważyłem,  nie 

odwiedzałem  jej  za  często  w  ciągu  ostatniej  doby.  Nie  mam  już  sił...  Musiałem  wyjść  na 

powietrze. Przeszedłem się trochę i zobaczyłem, że brzozy są już zielone... 

-  Bardzo  dobrze  -  rzekła  Marja.  -  Nie  pomożesz  Gjertrud,  zadręczając  się  na  śmierć 

przy jej posłaniu. 

Anton mrugał wolno powiekami. W oczach pojawiły się dawne łzy. 

- Dlaczego ty zawsze używasz jej imienia, Marjo? Wiesz, nigdy nie słyszałem, żebyś 

mówiła mama albo matka! 

-  To  prawda.  Tak  się  jakoś  złożyło.  Zawsze  tak  było,  odkąd  pamiętam.  Może 

mówiłam  mama,  kiedy  byłam  mała.  Ale  dorosłej  kobiecie  to  chyba  już  nie  bardzo  wypada, 

prawda? A poza tym ona ma na imię Gjertrud. 

Marja umilkła, zamyśliła się. 

Odczuła lęk, bo nie potrafiła sobie przypomnieć, czy jej własne dzieci mówią do niej 

mama, czy też zwracają się po imieniu. 

Anton  skończył  jedzenie,  zjadł  tylko  kawałek  zimnego  mięsa.  Bardzo  wychudł  od 

czasu narodzin syna. 

-  Chodźmy  do  niej  -  rzekł  i  ujął  Marję  pod  rękę,  nie  zastanawiając  się,  czy  nie 

chciałaby się jeszcze napić piwa po jedzeniu. 

Ciało  Gjertrud  tonęło  w  puchowych  pierzynach  i  poduszkach,  którymi  Anton  ją 

otoczył,  by  stworzyć  możliwie  najbardziej  komfortowe  warunki.  Marja  odrzuciła  pierzynę  z 

background image

wciąż  rozpalonego  ciała,  uchyliła  okno,  by  wywietrzyć  zapach  choroby  z  pokoju.  Gjertrud 

nadal  krwawiła,  ale  teraz  dużo  mniej.  Wydzielina  nie  była  już  taka  cuchnąca,  wszystkie 

straszne  objawy  gorączki  połogowej  ustąpiły.  Marja  nie  mogła  zrozumieć,  co  się  dzieje. 

Gjertrud nie była zdrowa, ale nie umierała. Nie mogła też odzyskać świadomości! 

Ani  wywary  z  ziół,  ani  smarowidła  nie  pomagały,  nie  odniosły  widocznego  skutku 

tajemnicze formułki, które Marja w desperacji szeptała nad głową chorej. Kiedyś, chociaż bez 

wielkiego  przekonania,  próbowała  położyć  dłonie  na  ciele  Gjertrud  i  skoncentrować  się,  ale 

ciepło, które przenikało ją strumieniami wtedy, kiedy masowała kręgosłup Kari, nie pojawiło 

się. Ręce Marji pozostały tak samo letnie jak skóra, na której spoczywały. Zresztą Marja nie 

spodziewała się niczego innego. Pamięć tamtego przeżycia z Kari prawie całkiem się ulotniła, 

pojawiała się czasem we wspomnieniach niczym dawny sen. 

-  Ona  wciąż  śpi  -  powiedział  Anton  tym  pełnym  niepokoju  szeptem,  jakim  chętnie 

posługujemy się przy łożu chorego. Jakby nam się zdawało, że normalny głos go zadławi. 

- Jest nieprzytomna. Nie reaguje na nic, ani kiedy ją myję, ani kiedy ją przebieram, ani 

kiedy karmię czy mówię do niej. 

- Wiem - odrzekł zrozpaczony. - Ale przecież nie wolno nam tracić nadziei prawda? 

- Nie wolno - odparła Marja. 

-  Posiedź  ze  mną  trochę  -  poprosił  Anton  i  Marja  uświadomiła  sobie  nagle,  że 

samotność przy łożu małżonki zabija tego człowieka. 

Usiedli. 

Anton zaczął coś mówić. Marja milczała, lecz gładziła dobrze znaną twarz tej kobiety, 

która była jedyną matką, jaką znała. Rysy wydawały się dziwnie młode. Głębokie zmarszczki 

na czole wygładziły się, zostały tylko cieniutkie kreski. Gjertrud miała białą skórę, na której 

pojawiały  się  czasami  nienaturalnie  płomienne  rumieńce.  Ciało  raz  po  raz  drgało  lekko, 

czasami zdawało się, jakby oczy miały się otworzyć. 

Po  chwili  jednak  znowu  zapadała  w  bezruch,  tylko  gałki  oczne  poruszały  się  za 

cieniutką zasłoną powiek. 

Anton  i  Marja  byli  zmęczeni  i  przygnębieni.  Nie  mogliby  zasnąć,  ale  siedzieli  przy 

łóżku bez słowa. Dlatego oboje podskoczyli i otworzyli oczy, gdy nagle chora wydała z siebie 

zrozumiały dźwięk. 

- Dziecko - rzekła Gjertrud i uniosła głowę, która zaraz ciężko opadła z powrotem. 

- Moja kochana, obudziłaś się! Panie Boże, obudziłaś się! 

background image

Anton ujął jej słabe ręce, potrząsał nimi, szukał wzroku żony. Gjertrud otwierała je z 

trudem.  Minęło  wiele  sekund,  zanim  zdołała  popatrzeć  w  oczy  męża.  Słaby  uśmiech  ukazał 

się na jej wargach. 

- Dziecko, Anton. Co... gdzie... żyje... 

- Tak! Tak! Ono żyje! 

- To chłopiec, prawda? Gjertrud mówiła szeptem. 

- Tak! To chłopiec. 

Anton  i  Marja  spoglądali  po  sobie.  W  oczach  Marji  czaiło  się  ostrzeżenie.  Anton 

zmienił temat. 

- Moja kochana... musisz wyzdrowieć! Musisz do mnie wrócić, musisz... 

- Opiekuj się nim dobrze, Maryjka - poprosiła Gjertrud, ale żadne z nich nie wiedziało, 

czy ma na myśli męża, czy syna. 

Po  chwili  znowu  straciła  przytomność.  Czekali  jednak  nie  dłużej  niż  godzinę,  gdy 

ponownie się odezwała. Tym razem chciała się podnieść na posłaniu, poprosiła o wodę. 

Marja  wspierała  ją,  dała  jej  wzmacniającej  zimnej  herbaty  z  miodem.  Gjertrud  piła  z 

wdzięcznością. Napój nareszcie dodawał jej sił. Głos miała czysty, kiedy do nich mówiła. 

- Anton, jak on ma na imię? Ile on ma... ile czasu minęło... 

- Parę tygodni - odparł Anton, chcąc uniknąć dokładnej odpowiedzi na to pytanie. 

- Kto go trzymał? - zapytała Gjertrud z uśmiechem, mając na myśli chrzest. 

Mar ja westchnęła. 

Anton nie znajdował odpowiednich słów. 

- On jeszcze nie został ochrzczony - odparła Marja niepewnie. - Chcieliśmy zaczekać, 

aż ty... 

-  Nie  czekajcie!  Nawet  jeśli  jest  zdrowy  i  silny,  trzeba  go  jak  najszybciej  wpisać  do 

Księgi Bożej. Nie przeżyłabym, gdyby... 

Anton ciężko przełknął ślinę. 

- On... dziecko... on nie jest... Marja przerwała mu pospiesznie. 

-  Zajmiemy  się  tym.  Anton  porozmawia  z  proboszczem,  ochrzcimy  go  w  następną 

niedzielę. 

- Ty go zaniesiesz, Marjo. Skoro ja sama nie mogę, to powinnaś ty... 

Marja  bez  słowa  skinęła  głową.  Obietnice  nie  miały  najmniejszego  znaczenia. 

Gjertrud wracała do życia. Z wdzięczności gotowi jej byli obiecać gwiazdkę z nieba. 

Marja wracała do domu lekkim krokiem, cieszyła się, że opowie Karlowi o tym, jaki 

cud się wydarzył. On z pewnością najbardziej się ucieszy obietnicami Antona. Pan dotrzymał 

background image

swojej  części  umowy.  Małżonka  wraca  na  drogę  życia.  W  takim  razie  Anton  z  Enkesetet 

powinien  dotrzymać  swojej  i  pozwolić  synowi  żyć!  Jeszcze  tego  samego  wieczora  Milla  i 

chłopczyk przeprowadzili się do innej izby i chłopiec po raz pierwszy od dnia narodzin mógł 

zobaczyć światło dnia. 

Tego  wieczora  uśmiech  Karla  był  czuły  i  szczery,  głowę  młodego  gospodarza 

przepełniały  dobre  myśli.  Dlatego  Marji  łatwiej  było  go  zrozumieć,  kiedy  poszukiwał 

zbliżenia i kiedy później wyrażał jej wdzięczność. 

Tej  nocy  także  Revelin  nie  zaznał  spokoju.  Tym  razem  jednak  to  nie  demon  z 

dawnych snów go dręczył, to nie ta roześmiana jasnowłosa kobieta nie pozwalała mu zasnąć. 

Tym razem nie spał z powodu jej córki. Marji Oppdal. 

To, czego dowiedział się od bogobojnych dobrych ludzi, sprawiło, że zaciskał pięści w 

gniewie. 

Od pierwszej chwili występował przeciwko szkolnej izbie, w której Marja miała uczyć 

dzieci  sztuki  czytania.  Wielokrotnie  przestrzegał  przed  złymi  nauczycielami  i  fałszywymi 

prorokami,  przed  ludzką  pychą.  Przestrzegał  przed  pułapkami,  w  które  wpaść  mogą  wierni, 

gdyby ważyli się na własną rękę czytać trudne słowa Pana. 

Teraz miał dowód. 

Jedna  nieszczęsna  owieczka  została  sprowadzona  nad  przepaść  przez  fałszywego 

pasterza. Z trudem udało się pastorowi doprowadzić ją z powrotem do stada. 

Ostatnia lekcja Marji dobiegła końca. 

Może jej heretycka działalność wystarczy, by wypędzić również ją z parafii? 

Revelin nie spał i rozmyślał. Rozmawiał ze swym Bogiem i otrzymał odpowiedź. 

Kiedy  więc  ta  sama  kobieta  następnego  dnia  nieoczekiwanie  wkroczyła  do  jego 

gabinetu, odpowiedział szaleńczym śmiechem na pytanie, które zadała. 

Anton  i  stary  lensman  wyglądali  na  przestraszonych.  Żona  lensmana,  Karl  Oppdal  i 

Marja spoglądali po sobie niepewnie. 

Pastor  rozkoszował  się  tą  chwilą,  gdy  spokojnie  pochylony  wspierał  ręce  na  blacie 

swego  szerokiego  biurka.  Każde  słowo  wypowiadał  tak  wyraźnie,  że  Anton  z  Enkesetet 

otworzył usta. 

-  Chcesz,  by  Marja  Oppdal  była  matką  chrzestną  twego  dziecka,  mój  dobry 

człowieku?  Powiadam  ci  jednak,  że  dopóki  ja  jestem  proboszczem  w  tej  parafii,  do  niczego 

takiego nie dopuszczę. Skoro ziemski ojciec nie troszczy się o dobro swego dziecka, to musi 

wkroczyć Wszechmocny Ojciec i Pan. Marja nigdy nie będzie podawać do chrztu niewinnego 

dziecka  przy  moim  ołtarzu.  Szczerze  powiedziawszy,  posiadam  wiadomości,  które  mogłyby 

background image

doprowadzić  do  wykluczenia  jej  ze  świętej  wspólnoty.  Ale  o  tym  będzie  się  rozmawiać 

później.  Sporządźmy  teraz  dokumenty  związane  z  chrztem  twego  syna.  Ja  sam  będę  go 

trzymał do chrztu. 

To wielki zaszczyt. 

Proboszcz jako ojciec chrzestny! 

Anton zrozumiał jednak, o co chodzi. 

- Odmawiasz Marji Oppdal, siostrze tego chłopca, prawa trzymania go do chrztu? 

- Tak, nie należy ona do osób, którym powierzyłbym los niewinnego dziecka. 

Marja  zrobiła  krok  do  przodu.  Górowała  nad  pastorem  wspartym  o  biurko.  Revelin 

miał ochotę wstać, bardzo źle się czuł, kiedy Marja mówiła nad jego głową. 

- Posunąłeś się za daleko, Revelin - powiedziała cicho. A jej oczy dodały: myślałam, 

ż

e zawarliśmy umowę. 

Bez  lęku  przyjął  jej  niebezpieczne  wyzwanie.  Marja  zrozumiała,  że  coś  się  stało,  że 

równowaga sił została zachwiana. Odzyskała jednak trochę nadziei, widząc, że na jego łysej 

głowie perli się pot. 

-  Opuść  ten  dom,  Marjo  Oppdal!  Jesteś  tu  niepożądana!  Spotkamy  się  w  kościele 

następnej  niedzieli,  spadnie  wtedy  na  ciebie  gniew  Pana.  Bądź  pokorna,  Marjo  Oppdal,  to 

może zostanie ci jeszcze trochę nadziei na wieczne zbawienie... 

-  Mam  gdzieś  twoje  zbawienie!  Niech  ci  się  nie  wydaje,  że  możesz  mnie  wycisnąć 

niczym gomółkę niedojrzałego sera. Ja jestem zrobiona z twardego materiału, Revelin! Ja też 

nie jestem bezsilna! 

Wpatrywał  się  w  nią  zmrużonymi  oczyma.  Musiał  jednak  jeszcze  raz  poprosić,  by 

opuściła pokój, zanim drzwi zamknęły się za małżonkami Oppdal. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Kiedy  Justitian  wróci.  Kiedy  twój  jedyny  syn  wróci,  w  księżej  sutannie  albo  bez. 

Wtedy zobaczysz, Revelinie... Wtedy zobaczysz, że Marja Oppdal posiada władzę, której nie 

chciałbyś  jej  udzielić.  Już  teraz  się  mnie  boisz,  klecho,  widziałam  niepewność  w  twoich 

oczach i drżenie twoich starych rąk. Ale będziesz miał powód bać się mnie jeszcze bardziej. 

Nie zejdziesz spokojnie do grobu, ty przeklęty złodzieju! 

Marja  leżała  sztywna  przy  swojej  krawędzi  łóżka,  Karl  zasnął  już  dawno  temu.  Czuł 

się  upokorzony  wstydem  z  powodu  zajścia  u  pastora.  Nigdy  przedtem  nie  słyszał,  by  jakiś 

pastor  zabronił  człowiekowi  trzymania  dziecka  do  chrztu,  takiego  zaszczytu  odmawiano 

jedynie  kobietom  lekkich  obyczajów,  ludziom  wyjętym  spod  prawa  i  heretykom.  Jak  on 

mógł?  Karl  mówił,  że  trzeba  złożyć  skargę  do  króla,  a  w  każdym  razie  do  biskupa.  Marja 

prychnęła tylko i powiedziała, że król ma teraz ręce pełne szwedzkiej krwi, nie znajdzie więc 

czasu  na  takie  bagatelki.  A  biskupi  nigdy  nie  występują  w  obronie  zwyczajnych  ludzi,  w 

każdym  razie  jeśli  chodzi  o  tego  rodzaju  sprawy.  Może  nawet  biskup  zechciałby  wzmocnić 

stanowisko  swego  sługi  i  zamknąć  im  obojgu  drzwi  do  kościoła?  Wtedy  ich  życie  we  wsi 

byłoby nie do zniesienia. Trzeba machnąć ręką, chodzi w końcu tylko o chrzest. 

Karl nie zgadzał się z nią, twierdził, że gdyby chodziło o normalne dziecko, to Marja 

walczyłaby pazurami z pastorem. Wiedziała, że w jakimś sensie Karl ma rację, ale nie chciała 

się do tego przyznać. 

- Maleństwo powinno zostać zaniesione do kościoła - powtarzał Karl. 

- A nie zostanie, jeśli my się nie wycofamy. Anton ma innych... Nawet sam proboszcz 

zaproponował, że zostanie ojcem chrzestnym. To dziecko też chyba zasłużyło sobie na więcej 

honorów niż rodzice chrzestni tacy jak my, ja pyskata i niepokorna, a ty nieśmiały! 

Te  ostatnie  słowa  po  prostu  wykrzyczała.  Karl  musiał  dostrzec  logikę  w  jej 

rozumowaniu. Westchnął więc głęboko, szepnął dobranoc i zasnął. 

Serce  Marji  było  zimne  niczym  stal.  Ta  upokarzająca  scena  w  gabinecie  pastora  to 

jedna  sprawa.  Wprawdzie  nie  oczekiwała,  że  po  tak  długim  czasie  Revelin  podejmie 

ofensywę.  I  dawał  coś  do  zrozumienia.  Co  to  może  być?  Starała  się  przypomnieć  sobie 

wszystko,  zastanawiała  się,  oceniała,  ale  nie  mogła  dojść  do  żadnych  wniosków.  Może  to 

tylko takie straszenie, może właśnie o to chodziło, by nie mogła w nocy spać? Rozmyślała o 

szkole,  ale  wiedziała  przecież,  że  pastor  już  raz  przegrał  w  tej  sprawie.  Najznakomitsi 

mieszkańcy parafii zaakceptowali szkołę, płacili na nią, posyłali do niej własne dzieci i dzieci 

background image

swojej  służby.  I  wszyscy  kłaniali  się  pięknie  Marji,  kiedy  spotykali  ją  w  drodze  do  szkoły 

albo ze szkoły. 

Nie, jego brudne ręce nie dotkną szkoły. 

I  chociaż  Marja  rozważała  wszelkie  możliwości,  nie  mogła  odgadnąć  myśli  pastora. 

Nie  znajdowała  żadnego  punktu  zaczepienia.  Dotychczas  jeszcze  nie.  Nic  się  nie  stanie, 

dopóki Justitian nie wróci. 

Wtedy  ożyje  w  nim  znowu  jego  pierwsza  młodzieńcza,  gorąca  miłość,  wybuchnie  z 

całą  siłą.  Syn  pastora,  probostwo,  ba,  cała  parafia  zostanie  dotknięta  skandalem.  Dla  Marji 

jednak nie będzie to już miało żadnego znaczenia. Bo zanim kurz opadnie, ona wypełni swoją 

wolę.  Justitian  będzie  w  jej  rękach  najskuteczniejszą  bronią.  I  dotknie  starego  pastora  w 

miejsca dla niego najboleśniejsze. Narazi go na utratę czci oraz pieniędzy. 

Justitan  musi  się  już  zbliżać  do  końca  swoich  studiów.  Prawdopodobnie  wróci  do 

domu, zanim lato zmieni się w jesień. Do Bożego Narodzenia Marja zdoła zrealizować swoje 

plany.  A  nim  nadejdzie  kolejne  lato,  Justitian  będzie  w  jej  rękach  niczym  nowo  narodzone 

jagniątko. 

Marja  uśmiechała  się  w  ciemnościach,  ręce  składały  się,  ale  nie  do  modlitwy.  Czuła 

drżenie w całym ciele, jakiś niepokój, coś, co przypominało głód, ale głodem nie było. Przez 

chwilę zastanawiała się nawet, czy nie wstać i nie zjeść kawałka sera. Zmieniła jednak zdanie, 

postanowiła obudzić Karla. Delikatnymi palcami pogłaskała uśpioną twarz. 

Poruszał  ustami,  mamrotał  coś,  miała  wrażenie,  że  coś  mu  się  śni.  Szturchnęła  go 

lekko i powiedziała cichutko: 

- Obejmij mnie, Karl. 

Na wpół rozbudzony oplótł ją posłusznie ramionami. 

Przytuliła  mocno  policzek  do  jego  twarzy,  wilgotnym  językiem  pieściła  kąciki  jego 

ust.  Karl  obudził  się  już  całkiem,  przytulił  ją  mocno  do  siebie.  Marja  przywarła  do  niego, 

chciała, żeby wiedział, iż go pragnie, ale on wciąż leżał z zamkniętymi oczyma. 

Błądziła  teraz  palcami  po  jego  ciele,  po  silnym,  ciepłym  brzuchu.  Zsuwała  dłoń  ku 

dołowi, leciutko jak w zabawie, a zarazem dawała do zrozumienia, czego oczekuje. On leżał 

spokojnie, niezwykle spokojnie, i Marja zastanawiała się, czy rzeczywiście nie śpi. Stała się 

bardziej natarczywa w pieszczotach, poczuła, że najgorętsza okolica jego ciała reaguje na jej 

dotyk, oddech męża wciąż jednak był spokojny, twarz nie wyrażała żadnych uczuć. 

- Karl... 

Szept zabrzmiał w ciszy niczym krzyk. 

- Mmm... 

background image

- Czy nie rozumiesz, że chcę... 

- Mmm... 

Marję  zirytował  brak  reakcji.  Podniosła  się  na  posłaniu,  a  potem  położyła  na  Karlu, 

siłą rozchylała jego wargi, całowała go namiętnie. Wtedy obudził się na dobre. Jakby udzielił 

mu  się  głód,  który  ona  odczuwała.  Przyjmował  jej  pocałunki  łapczywie,  niemal  desperacko. 

Marja odsunęła się odrobinę, ale nie zerwała kontaktu z jego wargami i lędźwiami. Tuliła się 

do niego mocno, nie miała czasu na nic innego. 

Ale nic się nie działo. 

Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  ciało  Karla  nadal  pozostaje  uśpione.  Jeszcze  przez 

chwilę próbowała je rozbudzić, jeszcze raz dotknęła pieszczotliwą, ale stanowczą dłonią jego 

najbardziej  wrażliwych  miejsc.  Ale  twarz  Karla  wciąż  była  ukryta  w  jej  czarnych  włosach, 

drgnął tylko lekko, kiedy doświadczoną ręką ujęła jego członek. 

Policzki  Marji  płonęły  teraz  już  nie  tylko  z  pożądania.  Co  jest  nie  tak?  Co  się  stało? 

Karl  nie  okazywał  ani  odrobiny  podniecenia,  w  ogóle  nie  odpowiadał  na  jej  starania.  Coś 

musiała zrobić nie tak jak trzeba. Przecież zawsze tak łatwo było go rozpalić, to on okazywał 

więcej zapału, to on nigdy nie miał dość, to on dopraszał się dostępu do jej ciała niczym małe 

dziecko do garnka z miodem. 

-  O  co  chodzi?  -  zapytała  odrobinę  zbyt  zirytowanym  szeptem,  by  mógł  jej 

odpowiedzieć. 

Opadła z powrotem na posłanie, zaniosła się szlochem. Przyciągnęła mocno okrycie i 

zawinęła się w nie. 

Do diabła. 

Co się dzieje z jej mężem? 

Marja  postanowiła,  że  będzie  mu  okazywać  rozczarowanie,  złość,  irytację.  Jeśli  tego 

nie uczyni, to jak obroni się przed głupimi myślami, że jest nie dość dobra? 

Pastor  czytał  list  we  wczesnym  świetle  majowego  poranka  i  gładził  siwy  zarost 

powykrzywianymi przez reumatyzm palcami. 

Wiele  myślał  o  synu  w  ostatnim  czasie.  Może  dlatego,  że  ciało  zaczynało  marzyć  o 

wiecznym spoczynku. Zmysły i myśli się przeciwko temu buntowały, Revelin nie był jeszcze 

gotów umierać. Jeszcze są sprawy niezałatwione, wciąż jest coś szczególnego, co, jak sądził, 

Pan musi mu powierzyć jako swemu wiernemu słudze. Życie nie może przecież sprowadzać 

się tylko do tego, co już pozostało za nim. 

background image

Zdrowie miał niezłomne, wiedział o tym. Ciało mogło się wydawać stare i połamane, 

ale  przecież  udźwignęło  wszystkie  trudy  tego  świata.  Wszelkie  próby,  od  pokus  z 

najwcześniejszych lat aż po przekleństwo, które zaciążyło na całym jego życiu. 

Demony Marii. Te, które odbierały mu sen i radość. Udało mu się parę razy je oszukać 

i  w  nagrodę  za  zwycięstwo  otrzymał  syna.  Żałosna  Cecilia,  jego  małżonka,  nawet  tego 

prostego zadania nie  wypełniła z honorem. Urodziła mu słabowite dziecko, mdłą karykaturę 

mężczyzny. 

No  cóż,  pozostaje  mieć  nadzieję,  że  studia  w  wielkim  mieście  zrobiły  z  niego 

człowieka. Może się czegoś nauczył. Może wróci do domu i stanie się dumą swego dobrego 

ojca? Niestety, Revelin w to nie wierzył. Ale gdzieś w jego sercu znajdowało się takie miej-

sce, taki wrażliwy punkt, który z latami stawał się coraz większy. Nadzieja. 

Syn jest wszystkim, co posiada. 

Tylko on może przekazać jego nazwisko dalej. 

A to jest najważniejsze. 

Wprawdzie potrzebna jest do tego również kobieta, Revelin nie zapominał o tym, ale 

nietrudno  będzie  ją  znaleźć,  trzeba  tylko  porozmawiać  z  tymi  właściwymi.  Proboszcz  w 

sąsiednim Gaupne, na przykład, ma córkę. Uczciwa i dobra młoda kobieta o krągłych ramio-

nach  i  rumianych  policzkach.  Nie  mówi  wiele,  ale  tak  powinno  być.  Poza  tym  punktem 

honoru jej matki jest wypełnienie po brzegi posażnych skrzyń panny wszelkim dobrem, jakim 

ich gospodarstwo rozporządza. 

Nieźle  też  będzie  związać  trochę  ze  sobą  dość  zarozumiałego  kolegę.  Może 

powściągnie nieco swoje zbyt liberalne poglądy. 

Tak, tak sprawy powinny się ułożyć. 

Revelin  postanowił  jak  najszybciej  pomówić  o  swych  planach  z  ojcem  panny.  Niech 

wszystko  będzie  jasne,  kiedy  Justitian  wróci  do  domu.  To  już  chyba  niedługo.  Wprawdzie 

Revelin nie dostał od syna ani jednego listu przez te wszystkie lata, ale też niczego takiego nie 

oczekiwał.  Stary  nauczyciel,  Magellan,  natomiast  słał  wierne  sprawozdania  z  poczynań 

młodego  człowieka  na  uniwersytecie.  Minionego  lata,  w  ostatnim  liście,  stary  człowiek 

drżącą  ręką  donosił,  że Revelin  junior  może  zakończyć  studia  z  najlepszymi  wynikami.  Tak 

więc  okrągła  sumka  wydana  na  kształcenie  syna  nie  poszła  na  marne.  Magellan  osobiście 

przekazywał ją rok po roku Justitianowi. 

Prawdopodobnie zostawiał sobie co najmniej połowę za fatygę, Revelin nie miał co do 

tego najmniejszych wątpliwości. Ale pamiętał Magellana dobrze, nie zapomniał jego zasług. 

Pamiętał,  że  ten  nieduży,  wierny  człowieczek  był  niczym  opoka,  kiedy  studenci  teologii 

background image

zaczynali  się  burzyć.  Justitian  znajdował  się  pod  właściwą  kontrolą.  Słowa  o  jego 

pracowitości i sukcesach budziły w starym ojcu zarówno wątpliwości, jak i oczekiwanie. 

Pieniądze  nie  zostały  roztrwonione,  te  przynajmniej  nadzieje  Justitian  spełnił. 

Pewnego dnia zajmie stanowisko ojca i pomnoży honor oraz srebro rodziny Revelinow. Jego 

pierwszy syn będzie nosił imię dziadka. Dzięki temu nazwisko Revelina pozostanie po wiecz-

ne czasy na ustach ludzi, budzić będzie ten lęk i szacunek, na który zasługuje. 

Stary  pastor  odłożył  list.  Czytywał  go  ostatnio  coraz  częściej,  a  od  czasu  do  czasu 

łapał się na tym, że spogląda na wody fiordu, myśląc o Justitianie. 

Syn niedługo wróci. 

Chłopiec przemienił się w mężczyznę. 

Revelin  musiał  przyznać,  że  cieszy  się,  niebawem  sam  zobaczy  różnicę.  Chociaż 

wciąż nie pozwalał sobie na zbyt wiele radości, liczył się bowiem z tym, że rozczarowanie też 

nie zostanie mu oszczędzone. 

Justitian jest z pewnością dorosły. Ale słabość ma we krwi, a nawet klimat Kopenhagi 

nie jest w stanie odmienić ludzkiej natury. 

Dziecko  z  Enkesetet  zostało  przyniesione  przed  ołtarz  Pana  w  drugą  niedzielę  maja. 

Towarzyszyło mu czworo najznakomitszych obywateli wsi, a syna przyniósł Anton osobiście. 

Równie dobrze sam może być ojcem chrzestnym dziecka. Choć mógłby być dziadkiem... 

Anton  nie  promieniał,  jak  to  się  zdarza,  kiedy  podeszły  wiekiem  ojciec  niesie  do 

chrztu pierwszego syna. Szedł pewnym krokiem, trzymał dziecko w objęciach, odsuwając je 

trochę  od  siebie.  Malec,  jak  na  swój  wiek,  był  duży,  wyglądał  na  parę  miesięcy.  Buzia 

spoczywająca  wśród  brokatów  i  koronek,  haftów,  pereł  i  falbanek,  wydawała  się  może 

niewielka, ale też sukienka, w którą dziecko było ubrane, ważyła chyba więcej niż ono samo. 

Wszyscy  musieli  wiedzieć,  że  dziecko  pochodzi  z  zamożnego  domu.  Towarzyszący  mu 

orszak kroczył w głębokiej powadze. W ławkach słychać było szepty, ludzie wyciągali szyje, 

gdy pastor odsunął czapeczkę, by pobłogosławić małego. 

Ludzie widzieli, że dziecko jest dziwne. 

Nie całkiem zdrowe. 

Kobiety  próbowały  dostrzec  jakieś  paskudne  znamiona  lub  zniekształcenia,  ale  buzia 

była  okrągła,  uśmiechnięta,  z  wielkimi,  ciemnymi,  nieco  skośnymi  oczkami.  Włosy  czarne! 

Sterczące, czarne, stanowczo zbyt długie! 

Anton wiedział, co ludzie myślą, wiedział, że to dla nich sensacja, dla niektórych też 

złośliwa radość. Ci nieszczęśni nędzarze odczuwali teraz wielki triumf. Mogli sobie siedzieć 

w otoczeniu zdrowych dzieci. Anton wiedział, co czują. 

background image

Zaraz po ceremonii oddał dziecko żonie lensmana, która przyjęła je więcej niż chętnie. 

Ojciec  małego  nie  zapraszał  na  wielkie  przyjęcie,  nie  wypadało  się  radować,  skoro  pod  tym 

samym dachem matka chłopca leżała ciężko chora. Parę osób jednak mu towarzyszyło, kiedy 

po raz pierwszy przenosił przez próg domu w Enkesetet swoje ochrzczone dziecko. Proboszcz 

oznajmił wprawdzie, że nie zamierza uświetniać przyjęcia swoją obecnością, skoro ma w nim 

uczestniczyć Marja Oppdal. 

Anton  odparł  na  to,  że  obejdą  się  blaskiem  pięknych  żyrandoli  z  Salzburga,  które 

zdobią salon w Enkesetet. 

Dlatego  Marji  przypadł  zaszczyt  podania  dziecku  rytualnego  kawałeczka  masła  po 

chrzcie.  Malec  lizał  z  zapałem  srebrną  łyżeczkę,  dopóki  była  na  niej  choć  odrobina 

smakowitej złocistej masy. Widocznie lubił masło. 

Goście rozchmurzyli się, gdy piwo i pyszne jadło pojawiły się na stole. Kobiety brały 

chłopczyka  na  ręce,  ale  patrzyły  na  niego  raczej  z  ciekawością  pomieszaną  z  lękiem  niż  z 

macierzyńską czułością. To naprawdę podmieniec. Ci jednak, którzy czuli jego żywe, ciężkie 

ciało w ramionach, musieli przyznać, że był czarującym chłopaczkiem. Mimo wszystko. 

Anton pozostał poważny i milczący, dobry nastrój gości mu się nie udzielił. W środku 

przyjęcia  zniknął  nieoczekiwanie,  a  później  Marja  odnalazła  go  w  łóżku  Gjertrud.  Chora 

spała, Anton zaś drzemał, leżąc u jej boku. W pomarszczonych dłoniach trzymał osłabłą rękę 

ż

ony. 

Marja  chciała  się  wycofać,  zostawić  ich  w  spokoju,  ale  nagle  Gjertrud  odezwała  się 

cicho: 

- Dziecko, Maryjko. Mały Benjamin... może byś go przyniosła do nas? 

- Oczywiście. Ale czy jesteś w stanie... 

- Pewnie, że jestem. Chcę mieć ich obu przy sobie. Moich chłopców. 

Uśmiechnęła się blado. Oczy jej lśniły. 

Marja przyniosła malca, wciąż ubranego we wspaniałą sukienkę. Usteczka błyszczały 

mu  od  masła,  uśmiechał  się  radośnie  jak  zawsze.  Głupi  uśmiech,  uważała  Marja.  Dowód  na 

to, że dziecko nie jest takie jak powinno. 

Gjertrud  nigdy  o  niczym  nie  wspomniała.  Odmienność  chłopca  musiała  być  dla  niej 

oczywista,  ale  zachowywała  się  jakby  nigdy  nic.  Marja  uważała,  że  to  dziwne.  Kalectwo 

dziecka  nie  zniknie  przecież,  jeśli  się  go  nie  będzie  dostrzegać.  Niezależnie  od  tego,  czego 

Gjertrud sobie życzyczego pragnie, nie odmieni rzeczywistości. 

- Patrz! On się do mnie śmieje - mówiła matka uszczęśliwiona. 

Oczywiście. Nieustannie śmieje się jak głupi. 

background image

Spójrz, Maryjko! On jest podobny do mojej mamy! Skąd niby mam to wiedzieć? 

-  Maryjko,  dlaczego  ty  nic  nie  mówisz?  Czy  to  nie  najpiękniejsze  niemowlę,  jakie 

widziałaś? No, dla ciebie to może trzecie najpiękniejsze... 

- Mm. Jaki zdrowy! A apetyt ma, ten mały łobuziak! 

Nagle  Gjertrud  spoważniała.  Wolną  ręką  pogłaskała  przerzedzone  włosy  męża. 

Ogarniało ją zmęczenie, ale Marja nie chciała zabierać jej synka. 

-  Spij,  Gjertrud.  Niech  dziecko  leży  między  wami.  Spij,  przyjdę  później  i  przyniosę 

wam coś do zjedzenia. Anton... On też jest pewnie bardzo zmęczony. Teraz muszę się zająć 

gośćmi. 

- Tak. Dziękuję ci, Maryjko. Dziękuję za wszystko. Marja uścisnęła chorą. Poczuła, że 

skóra na policzku tamtej jest sucha niczym pergamin. 

Kiedy nieliczni goście się pożegnali, Marja weszła cicho do trojga śpiących. Stanęła w 

drzwiach i patrzyła na nich przez chwilę. Wydawali się bardzo spokojni. 

Anton  ocknął  się,  słysząc  kroki.  Usiadł  na  posłaniu,  uświadomił  sobie,  że  to  dziecko 

ciąży  mu  na  ramieniu.  Niechętnie  odepchnął  od  siebie  zawiniątko  w  stronę  Gjertrud,  potem 

wstał.  Przepraszał  Marję,  że  usnął,  pytał  o  gości.  Marja  uspokajała  go,  że  wszystko  w 

porządku. 

Twarz Gjertrud nawet nie drgnęła. 

W jej uśpionym ciele był jakiś upiorny spokój. 

Kiedy  dziecko  poruszyło  się  i  zapłakało,  a  matka  nie  otworzyła  oczu,  Marja 

zrozumiała, co się stało. Z krzykiem dopadła do  Gjertrud, uklękła przy łóżku, szarpała ją za 

ramiona,  potrząsała  całym  ciałem.  Głowa  tamtej  kiwała  się  z  boku  na  bok  jak  u  szmacianej 

lalki. 

Marja zakryła rękami usta. Bezradnie patrzyła w przerażone oczy Antona. 

- Boże, Anton, ona nie żyje! 

Słowa brzmiały niczym jęk, w gardle dławiło ją tysiące niewypowiedzianych lęków. 

- Nie - rzekł Anton, kręcąc głową. Przez moment wydał jej się podobny do Benjamina. 

Niczego  nie  pojmujący,  uśmiechnięty,  jakby  Marja  powiedziała  wątpliwy  dowcip.  -  Ona 

ż

yje... rozmawiała ze mną... przed chwilką... rozmawialiśmy... spaliśmy razem... 

Marja skuliła się, przyłożyła ucho do piersi Gjertrud. Nie słyszała bicia serca, nic nie 

słyszała, tylko szum w uszach. 

-  Ona...  odeszła  -  wykrztusiła.  -  Mamo...  Dopiero  teraz  ponura  prawda  dotarła  do 

Antona. 

background image

Nigdy  przedtem  nie  słyszał, żeby  Marja  mówiła  do  Gjertrud  mama.  A  teraz  Gjertrud 

już tego nie słyszy. 

Dziecko  uspokoiło  się,  pewnie  znowu  usnęło,  przytulone  do  nieruchomego  ciała 

matki, jakby chciało wchłonąć w siebie resztki jej ciepła. Marja przygarnęła małego do siebie, 

na moment zanurzyła twarz w słodkawym zapachu niemowlęcia. Potem ułożyła zawiniątko w 

kołysce przy łóżku i wybiegła z pokoju, nie patrząc na odrętwiałego ojczyma. 

Chłopczyk  wrzasnął  jak  kot  boleśnie  ukłuty  ostrym  narzędziem.  Były  w  tym  krzyku 

ból  i  intensywność,  które  sprawiły,  że  w  głowie  Antona  eksplodowało  tysiąc  czerwonych 

słońc. 

Dziecko nie umarło. 

Znaleźli  je  w  kącie,  ciche  niczym  młody  zajączek,  który  pojął,  że  lis  zamierza  się  z 

nim pobawić, zanim wbije zęby w delikatne gardziołko. 

Anton nie uśmiercił malca, a później, pośrodku całego zamieszania leżał na podłodze 

przed  łóżkiem  zmarłej  jak  złożony  w  ofierze.  Tylko  Karl  miał  odwagę  się  do  niego  zbliżyć. 

Marja zasłaniała sobą dzieci i patrzyła na straszny spektakl, który się przed nią rozgrywał. Za 

nią niczym posągi stały kucharka i Milla, Marja zauważyła, że kobiety wstrzymują oddech. 

Karl podniósł starego  człowieka z podłogi, ale ten dosłownie leciał mu przez ręce.  Z 

gardła wydobywał się jakiś okropny bełkot. 'W pozbawionych łez oczach było tyle rozpaczy, 

ż

e patrzącym na niego serca krajały się z bólu. 

-  Marja!  Daj  mu  coś...  na  uspokojenie.  Ingrid,  trzeba  pochować  alkohol,  jaki  jest  w 

domu, zamknij w szafie i pod żadnym pozorem nie dawaj mu klucza. 

Kucharka bez słowa kiwała głową, patrzyła  gdzieś w bok, niepewna, czy  ma słuchać 

poleceń dzierżawcy z Oppdal. No ale jest przecież zięciem zmarłej gospodyni. 

Marja widziała, jak Karl wyniósł Antona z pokoju, i dopiero wtedy zobaczyła w kącie 

chrzcielną sukienkę. 

Dziecko! 

Pobiegła tam, Milla ze zdławionym okrzykiem za nią, potrząsały na pierwszy rzut oka 

martwe ciałko, rozwinęły z pieluszek. 

Ale Benjamin oczy miał otwarte. Popatrzył na Marję tak, że do końca życia miała tego 

nie zapomnieć. 

- Żyje - rzekła po prostu, nie była w stanie już nic więcej zrobić. 

Kucharka i Milla z pomocą służącej zajęły się przygotowaniami do pogrzebu. Umyły i 

ubrały zmarłą, zawiadomiły pastora, wyszukały Antonowi porządne ubranie, zanim zjawią się 

w domu ludzie z kondolencjami. Chłopi pracujący na polach nie mogli zrobić przerwy, robota 

background image

nie może czekać, kiedy ważą się przyszłe zbiory. Ale dwóch stolarzy trudziło się we dworze 

dzień  i  noc,  by  zrobić  dębową  trumnę,  w  której  gospodyni  zostanie  złożona  na  wieczny 

spoczynek. Anton sam poszedł do kowala, by zamówić najpiękniejsze okucia, jakie w tej wsi 

można było kupić za pieniądze. Na drodze wszyscy kłaniali mu się z szacunkiem, nikt jednak 

nie odważył się do niego zagadać. Nigdy nie widzieli tego pełnego życzliwości człowieka w 

takiej rozpaczy, nigdy żal wdowca po utracie żony nie zawierał takiej nienawiści. 

Tylko  trzy  kobiety  z  Enkesetet  i  Karl  domyślali  się  niepohamowanej  wściekłości 

Antona.  Gniewu,  od  którego  serce  mogło  mu  pęknąć  na  kawałki.  Gniewu  skierowanego 

przeciwko światu, przeciwko Bogu i złemu losowi. I przeciw synowi. Marja zastanawiała się, 

czy rzeczywiście zamierzał zabić dziecko. Karl nie chciał o tym mówić, wiedziała jednak, że i 

jemu nie daje to spokoju. 

-  Musisz  z  nim  porozmawiać,  Karl.  Ciebie  jednego  wysłucha.  Obawiam  się  o  jego 

władze umysłowe. 

Karl  obiecał,  że  porozmawia.  Nie  tylko  Marja  widziała  mgłę  w  udręczonych  oczach 

Antona. A kucharka opowiadała, że śpiewał w środku nocy, słyszała też śmiech w jego izbie 

na górze, głuchy, ponury, złowieszczy śmiech. Lensman dawał do zrozumienia, że może trze-

ba  by  ustanowić  prawnego  opiekuna.  Anton  z  Enkesetet,  jeden  z  pierwszych  w  parafii, 

zmierzał chyba za swoją żoną do grobu. Rozpacz pomieszała mu zmysły. 

-  Wynoś  się  z  mojego  domu,  Karlu  Oppdal!  Nie  chcę  cię  więcej  widzieć,  nie  chcę 

słyszeć twoich głupich słów! Ty niczego nie rozumiesz, nie pojmujesz... 

Oczy Antona lśniły matowo, kryło się w nich morze, ciemne morze buntu i rozpaczy. 

Karl czuł dławienie w gardle, serce mu się krajało. Niepokoił się, przerażało go szaleństwo i 

gniew  pułkownika.  Powtarzał  sobie  jednak,  że  to  przecież  Anton,  człowiek  honoru,  który 

nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy. 

Aż  do  tej  chwili.  Bo  teraz  usiłował  zamordować  własne  dziecko.  To  było  dla  Karla 

ostatecznym dowodem. 

- Anton, chciałbym ci pomóc. Wiem, że poniosłeś wielką stratę, ale... 

- Stratę? Czy ktoś, kto leży w grobie, może wzruszyć ramionami i powiedzieć „ale”? 

Jestem martwy, człowieku, nie rozumiesz tego? Tak samo zimny i sztywny jak... ona. 

Karl spuścił wzrok, przełknął ślinę. Rozpacz Antona była głębsza, bardziej nieukojona 

niż  można  było  sądzić.  Karl  niczego  podobnego  nigdy  nie  doświadczył.  Nawet  Ole  tak  nie 

rozpaczał po śmierci Kari. 

- Musisz myśleć o przyszłości. Musisz zebrać siły, żeby się z tego wydostać. 

background image

-  Wynoś  się,  powiedziałem!  Zabieraj  się!  Chcę  być  sam!  Anton  chwycił  mosiężny 

ś

wiecznik, zaczął nim wymachiwać. 

Karl  zasłonił  twarz,  w  jednej  chwili  złapał  świecznik  i  wykręcił  Antonowi  ręce,  obaj 

runęli na podłogę. Karl był młody i silny, błyskawicznie zdobył przewagę. 

- Anton, ty nie jesteś zdrowy! 

Trzymał  mocno  ręce  starego,  przyciskając  go  z  całej  siły,  mówił  i  mówił  nad  jego 

głową,  ale  słowa  zdawały  się  nie  mieć  sensu.  W  końcu  Karl  wymienił  imię  dziecka,  co 

sprowokowało  Antona,  dodało  mu  sił  do  walki.  Teraz  on  znalazł  się  na  wierzchu, 

przytrzymując się jedną ręką krzesła, wstał. Mroczne morze w jego oczach przesłaniała gęsta 

mgła. 

-  Dziecko  nie  żyje.  Umarło.  Ona  zabrała  je  ze  sobą.  Bądź  przeklęty,  Boże!  Nie 

dotrzymałeś umowy! 

Karl poczołgał się do drzwi, serce krwawiło mu z żalu nad rozpaczą Antona i bał się 

jego  szaleństwa.  Tego  człowieka  nic  już  nie  uratuje.  A  teraz  bluźni  Bogu.  Jeśli  ktoś  to 

usłyszy, na Antona czeka już tylko jedno miejsce na ziemi. 

Klatka dla szaleńców. 

Karl  zadrżał,  gdy  Anton  wybuchnął  przejmującym  śmiechem,  takim  samym  jak  ten, 

który w nocy słyszały służące. 

W głębi domu krzyczało dziecko. 

- Dłużej już nie wytrzymamy - mówiła kucharka, a służąca powtarzała słowa niczym 

echo.  -  On  zwariował,  ten  człowiek  zwariował,  Bóg  wie,  jakie  demony  w  sobie  nosi.  I 

dziecko... Nie, nie chcemy... 

Milla słuchała kucharki ze łzami w oczach, stała jednak obok służącej i powtarzała, że 

ona też się boi. Karl próbował przemówić im do rozsądku. 

-  O  co  wam  chodzi?  Czy  nie  był  dla  was  przez  wiele  lat  dobrym  gospodarzem  i 

chlebodawcą?  Czy  czegoś  wam  brakowało  w  jego  domu?  Czy  nie  dostawałyście  jedzenia  i 

zapłaty, ubrań i wszystkiego, co potrzebne? 

Potwierdzały,  że  owszem,  nigdy  nie  miały  na  co  narzekać,  ale  kucharka  trwała  przy 

swoim. 

-  Idziemy  sobie.  On  nic  nie  jest  nam  winien,  nie  mamy  o  nic  pretensji,  ani  o  to 

ubranie, które obiecał nam kupić jesienią, ani o nic, dłużej tu nie można wytrzymać, W tym 

domu rządzą złe moce i jako chrześcijanki powinnyśmy opuścić dwór - oznajmiła kucharka z 

zaciętością. 

Karl schylił głowę. 

background image

- Nie mam żadnej władzy, niczego nie mogę wam nakazać. 

-  Masz  władzę.  Kto  jak  nie  ty  zostanie  wyznaczony  opiekunem  Antona?  Lensman 

powiedział, że to ty powinieneś brać odpowiedzialność. 

- Z nim też rozmawiałaś? Komu jeszcze o tym nagadałaś, babo? 

Karl był zły. I przestraszony. Nie wolno dopuścić, żeby cała wieś się dowiedziała, że 

Anton usiłował... Wtedy postawiono by go przed tingiem, a sędziowie są bardziej surowi niż 

ludzie w domu dla szaleńców. 

-  Nikomu  nie  nagadałam!  Ale  mam  prawo  bronić  swego  dobra  i  tych  dwóch,  które 

oddano mi pod opiekę. 

Objęła obie dziewczyny. 

- A co z dzieckiem? - zapytał Karl ze złością. - Czyż nie ponosisz odpowiedzialności 

za jedynego syna swojej zmarłej pani? 

Kucharka jeszcze mocniej zacisnęła wargi. 

- Jeśli Bóg zechce, to uratuje mu życie. Ja nie wiem, co się powinno robić z takimi - 

rzekła, popychając dziewczęta przed sobą. W jakiś czas później Karl zobaczył, że opuszczają 

dom,  dźwigając  wielkie  toboły  i  ciężkie  worki.  Ludzie  na  polach  przerywali  pracę  i 

przyglądali im się. 

Karl usiadł na progu. 

Poczuł przeciąg, w kuchni było otwarte okno. Wstał, żeby je zamknąć. 

Dziecko znowu zaczęło krzyczeć. 

Karl poszedł do pokoju, w którym umarła Gjertrud. 

Dziecko  kopało  nóżkami,  protestując  przeciwko  samotności,  kołyska 

najciemniejszym kącie pokoju podskakiwała. 

Krzyk  ustał,  gdy  tylko  malec  zobaczył  nad  sobą  twarz  Karla.  Szeroki,  bezzębny 

uśmiech. Małe, wymachujące piąstki. Mokre od łez policzki wyschły momentalnie. 

-  Benjamin  -  szepnął  Karl  i  wziął  dziecko  na  ręce.  Zebrał  pieluszki,  ubranka,  wziął 

puchową pierzynkę i szmatki do ssania, które przygotowała kucharka, po czym wyszedł z tym 

wszystkim z pokoju. Z dzieckiem na rękach poszedł na górę do sypialni, gdzie znajdował się 

Anton, nie dając znaku życia. 

Z  bijącym  sercem,  przyciskając  dziecko  mocno  do  siebie,  otworzył  drzwi.  Anton 

siedział tam gdzie przedtem. 

Spojrzał na Karla. W oczach na moment pojawił się błysk rozsądku. 

- Zabieram go teraz. Ale nie pozwolę ci zapomnieć, że to twój syn! 

Anton odwrócił głowę. 

background image

- On jest twój, słyszysz? Spójrz mu w oczy i zaprzecz! 

- Zabierz... stąd dziecko! 

Głos był chrypliwy i ponury, brzmiała w nim rozpacz. Karl poczuł łzy w oczach. 

- Niedługo wrócę tu z lensmanem. Potrzebujesz pomocy. 

Anton  nie  odpowiedział.  Siedział  z  nieprzeniknioną  twarzą  i  rękami  bezczynnie 

spoczywającymi na kolanach. 

Zanim  pierwsza  trawa  padła  tego  lata  pod  ostrzem  kosy,  Marja  poznała  ciepło 

maleńkiego  ciałka,  które  często  nosiła  w  ramionach.  Początkowo  nie  mogła  się  wyzbyć 

goryczy, czuła się bardziej bezradna niż zamknięty w klatce ptak. Powoli jednak zdołała sobie 

przetłumaczyć,  że  przecież  to,  co  się  stało,  nie  jest  winą  malca.  Zresztą  ona  sama  wzięła  to 

sobie na głowę. W jakimś sensie to był jej wybór. 

Karl go na niej wymógł, ale jednak. 

To  Karl  przyniósł  dziecko  do  domu  i  wcisnął  jej  zawiniątko  w  ramiona  z  wyrazem 

twarzy, który nie pozostawiał miejsca na protesty. Wolała nie myśleć, co by się stało, gdyby 

wtedy odmówiła. 

Później  tamtego  wieczora  próbowała  mu  wytłumaczyć,  że  to  bez  sensu.  Dlaczego 

mieliby  się  opiekować  dzieckiem  Antona?  Przecież  nikt  ich  nawet  nie  wyznaczył  na 

opiekunów.  Lensman  postanowił  osobiście  zająć się  dużym  dworem  w  Sollia,  teraz  również 

Enkesetet znalazło się pod jego administracją. To w domu lensmana zawisły piękne żyrandole 

pułkownika, które tak imponowały Gjertrud, takie wspaniałe, największa ozdoba domu! Nikt 

nie  zajmował  się  zabudowaniami  gospodarskimi,  tylko  raz  dziennie  chodziła  tam  służąca. 

Sprzątała i gotowała jedzenie dla nieszczęsnego właściciela, najwięcej czasu spędzającego w 

pokoju, w którym umarła jego żona. Okazało się bardzo szybko, że nie jest zagrożeniem dla 

nikogo. Nie miewa napadów szaleństwa, nie jest agresywny. Służąca mówiła, że leży głównie 

na  łóżku  i  czeka  na  śmierć.  W  każdym  razie  postanowił  leżeć  spokojnie  na  posłaniu  żony, 

która umarła,  gdy on przy  niej spał. Jakby chciał wchłonąć ciepło jej ciała.  Leżał spokojnie, 

nie miał żadnych wymagań, chciał tylko, żeby okna były zamknięte i żeby każdego wieczora 

palono w kominku, chociaż na dworze panował upał. 

Pozałatwiał swoje sprawy. W obecności lensmana i trzech świadków spisał testament, 

większość  majątku  przeszła  we  władanie  lensmana.  Kiedy  przypominali  staremu,  że  ma 

dziedzica,  zaprzeczał.  Mimo  to  lensman  spełnił  swój  obowiązek  i  Benjamin  został 

zabezpieczony. Lensman uczynił to bez żalu, wiedział, że takie dziecko długo nie pożyje, on 

sam zaś cieszył się znakomitym zdrowiem. 

background image

Marja  miała  dostać  spadek  po  matce  dopiero,  kiedy  Antona  braknie.  Lensman  liczył 

na  to,  że  kiedy  już  dojdzie  do  odbierania  spadku,  nie  będzie  on  zbyt  wysoki,  bardziej 

odpowiedni  dla  żony  biednego  dzierżawcy.  Takim  ludziom  nie  należy  dawać  za  wiele,  to 

często  sprowadza  na  nich  nieszczęście.  Nie  przywykli  do  bogactwa.  Lensman  był  świadom 

swoich obowiązków, uchroni Marję przed czyhającym na nią niebezpieczeństwem. 

Marja  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  co  się  dzieje,  ale  nie  miała  siły  walczyć.  To 

zresztą  również  część  cichej  umowy,  jaką  zawarła.  Obiecała,  że  będzie  matką.  I  żoną.  Karl 

tego żądał. Niczego dotychczas od niej nie wymagał, w każdym razie nigdy aż tak poważnie. 

Nie należał do ludzi, którzy grożą i straszą, ale widziała w jego oczach ultimatum. 

To była ostatnia szansa. Więcej Karl nie ścierpi. 

Jej wieczny opór, walka o szkołę, odwiedziny u przyjaciół, te jego wszystkie samotne 

wieczory...  Miał  dość.  Mogła  krzyczeć  i  protestować,  nazywać  go  nadzorcą  niewolników,  a 

dom więzieniem. Nic nie pomoże. I Marja to pojmowała, jasno i wyraźnie. 

Trzymała się więc daleko od gospody, szkoła była na lato zamknięta. Spotykała inne 

kobiety nad wodą przy praniu albo gdy przyjechał kupiec. Nie piła już kawy u lensmanowej 

ani  u  żony  dzwonnika,  ale  jeśli  któraś  przyszła  w  odwiedziny  do  Oppdal,  przyjmowała  je 

piwem i chlebem. 

Obiecała  nawet  Karlowi,  że  tego  lata  pójdzie  z  bydłem  i  z  dziećmi  na  górskie 

pastwisko.  Wyruszy  zaraz  po  świętym  Janie.  Ale  dłużej  niż  osiem  tygodni  nie  wytrzyma! 

Marja  musiała  mieć  wokół  siebie  ludzi,  innych  dorosłych,  myślących  ludzi,  którzy  swoją 

obecnością, swoimi słowami utrzymywali ponure tajemnice jej serca z dala od niej. 

Jutro wieczór świętojański. 

Za  trzy  dni  wyruszą.  Amelia  i  Martin  nie  mogli  się  już  doczekać.  Wszystkie  dzieci 

uwielbiają  górskie  pastwiska,  lubią  smak  świeżej  śmietany  przyprawionej  delikatnym 

zapachem  wrzosów  i  traw.  Dzieci  przez  całe  dnie  pilnują  inwentarza,  wracają  do  domu  z 

pustymi  kobiałkami  na  jedzenie  i  domagają  się  kolacji.  Policzki  mają  rumiane,  są  zdrowe, 

wciąż się śmieją. 

Mały Benjamin też z pewnością będzie rad, że znajdzie się trochę bliżej nieba. Zresztą 

on na nic się specjalnie nigdy nie skarżył. Prawdziwy mały aniołek, to trzeba przyznać. Syn 

Gjertrud.  W  głębi  duszy  Marja  wiedziała,  że  nie  mogła  postąpić  inaczej,  to  naprawdę  ona 

powinna  była  zająć  się  tym  dzieckiem.  Mogła  protestować,  ale  poczucie  sprawiedliwości 

mówiło, że to jej obowiązek. 

Gjertrud  ofiarnie  zajmowała  się  córeczką  Marii  z  Meisterplassen  i  teraz  ta  córka 

miałaby zdradzić jej rodzonego synka? 

background image

Karl wierzył, że chłopczyk jest jej przyrodnim bratem. 

To  zresztą  nie  miało  znaczenia.  Obowiązek  był  ten  sam.  A  Karl  niech  jeszcze  przez 

jakiś czas żyje w tym przeświadczeniu. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Miasto Bergen pławiło się w promieniach piekącego słońca, gdy duński kuter kołysał 

się na spokojnej wodzie niedaleko od brzegu. 

Na pokładzie pachniało smołowanym drewnem, skrzypiały cicho maszty, kiedy lekki 

wiatr poruszał linami. 

Siedziało  tam  kręgiem  ośmiu  mężczyzn,  grających  w  karty.  Przeklinali  raz  po  raz  i 

mrużyli  oczy  do  prażącego  słońca,  tęsknie  spoglądali  ku  lądowi,  takiemu  bliskiemu  już  i 

przyzywającemu, a mimo to niedostępnemu. Kapitana nie było widać, najczęściej chronił się 

w swojej kajucie. Tam zresztą atmosfera wcale nie była lepsza niż na pokładzie. 

- Niech to szlag trafi! Żebym to nie wiedział, ale przecież wiedziałem, że baba zawsze 

oznacza  nieszczęście!  -  wykrzyknął  jeden  z  marynarzy  i  pociągnął  solidny  łyk  zmętniałej 

wody. 

- Ale to przecież przez chłopa. 

Nikt nie odpowiedział na tę logiczną uwagę. Wszystko jeden diabeł, siedzą tu i będą 

siedzieli  Bóg  wie  jak  długo.  Droga  z  Kopenhagi  była  wystarczająco  trudna,  sztorm  i 

niepogoda, zewsząd wrogie statki. Ale dla tych surowych mężczyzn to normalne życie. Byli 

silni,  nie  bali  się  burz  ani  wiatrów,  zawsze  gotowi  stawić  czoło  zarówno  ludziom,  jak  i 

morskim  potworom.  Przenikał  ich  prymitywny  optymizm,  to  dzięki  niemu  byli  nie-

zrównanymi marynarzami. 

Ale cierpliwość nie była ich największą cnotą. 

Teraz, po czterech tygodniach bezczynnego kiwania się na falach, nerwy mieli napięte 

do ostateczności, byle co mogło doprowadzić do wybuchu. 

Kiedy  ludzie  zarządcy  portu  weszli  na  pokład,  nikt  nie  przypuszczał,  że  wynikną 

jakiekolwiek  problemy.  Kwity  celne  mieli  w  najlepszym  porządku,  bo  Nadjana  wynajęła 

solidnego kapitana. Wymieniono zwyczajowe toasty, ale człowiek z zarządu portu w Bergen 

miał poważniejszą minę, niż można się było spodziewać w taki piękny dzień. 

- Gorączka utrwaliła się na dobre - powiedział, mrużąc oczy pod słońce. 

Kapitan uśmiechnął się. Tak, na pogodę nie można narzekać, przyznał jowialnie. 

- Niebezpieczny jest taki upał. 

- Co pan ma na myśli? 

background image

- Dżumę - odparł mundurowy ponuro. - Obywatele miasta się niepokoją. Sporo ludzi 

umarło  w  tym  tygodniu,  sprawy  kiepsko  stoją.  Wrzody  na  ciele  i  paraliż.  Żadne  cholerne 

smarowidła nie pomagają. Jak już ktoś raz złapał świństwo, to... 

Kapitan  kiwał  głową,  wiedział  jednak,  że  takie  pogłoski  nie  powstrzymają  go  przed 

zejściem  na  ląd.  Z  chorobami  człowiek  zawsze  musi  się  liczyć.  Nikt  nie  może  przewidzieć, 

kiedy kolejna epidemia wybuchnie i dla kogo okaże się ona wyrokiem losu. 

-  Postanowiono,  że  statki  mają  być  dokładnie  kontrolowane.  Nikt  stąd  nie  wyjdzie, 

dopóki  lekarz  -  wskazał  głową  na  drugiego  mężczyznę  -  nie  obejrzy  wszystkich  ludzi  po 

kolei. Kapitan rozłożył ręce. 

- Proszę bardzo! Moi chłopcy są zdrowi i silni. 

- Ma pan jakichś pasażerów? 

-  Tak,  dwoje.  Norweski  pastor  z  małżonką.  Oboje  młodzi,  także  silni.  I  zdrowi! 

Krzepcy  bardzo,  trzeba  przyznać,  zwłaszcza  wieczorami  łatwo  to  stwierdzić,  bo  ściana  mię-

dzy moją kajutą a ich jest cienka - zachichotał kapitan. 

- No, dobrze. Proszę sprowadzić załogę na pokład, niech zdejmą koszule. I zechce pan 

poinformować pasażerów, że lekarz odwiedzi ich kajutę. 

Nadjanie nie bardzo się podobało rozbieranie w obecności mężczyzny, lekarz czy nie, 

zawsze to krępujące. Sama zdumiewała się tą nieoczekiwaną nieśmiałością. Po tylu latach w 

Ogrodzie... po tylu mężczyznach. 

Lekarz również się zarumienił, zadowolił się pobieżnymi oględzinami piersi, pleców i 

ramion. Zapisał coś na kawałku papieru, przeprosił za kłopot i pozwolił jej się ubrać. Potem 

przyszła kolej na Justitiana. 

Doktor  poprosił  go,  by  otworzył  usta,  zapytał,  czy  dobrze  się  czuje.  Justitian  nie 

wspomniał  nic  o  gorączce  ani  o  bólach  głowy,  lekarz  przyglądał  mu  się  jednak  długo  i 

uważnie  oceniał  nagie  ciało  młodego  pastora.  Niełatwo  jest  podejrzewać  sługę  Bożego  o 

kłamstwo, jednak coś we wzroku Justitiana budziło jego niepokój. 

-  Zechce  pan  stanąć  przy  świetle?  -  poprosił  i  podprowadził  Justitiana  do  ściany 

kajuty, w której znajdował się otwór. Wpadał tamtędy wąski strumień słonecznego światła. 

Padło teraz na bladą skórę. 

Lekarz przesuwał dłoń po ręce Justitiana. 

Na wysokości łokcia zatrzymał się. 

Teraz,  w  blasku  słońca,  Justitian  zobaczył  czerwony  wrzód.  Niezbyt  wielki,  nie 

sprawiał najmniejszego bólu, ale był. 

Lekarz mamrotał coś pod nosem, poprosił o zdjęcie spodni. 

background image

- Czy to konieczne? - zapytał Justitian, czując, że język pęcznieje mu w ustach. - O co 

chodzi? 

Lekarz  znalazł  więcej  czerwonych  znaków  pod  kolanami  Justitiana,  nic  ponadto,  ale 

młody człowiek był skrępowany takimi intymnymi oględzinami. 

Na  koniec  doktor  zapisał  wszystko  w  swojej  czarnej  księdze  i  poinformował,  co 

wynika z jego badań: 

- Pełna izolacja! 

Statek  nie  może  przybić  do  brzegu  przez  co  najmniej  cztery  tygodnie.  Nie  można 

narażać miasta na kolejną epidemię. Wrzód na ciele Justitiana może nie mieć najmniejszego 

znaczenia,  w  połączeniu  jednak  z  innymi  symptomami  może  stanowić  zapowiedź  groźnej 

choroby. Najgroźniejszej. 

Justitian  nie  pytał  o  nic  więcej.  Zaszokowany  stał  po  prostu  bez  słowa.  Doktor 

natomiast  sprawiał  wrażenie  zadowolonego,  że  udało  mu  się  ubrać  w  słowa  swoje 

podejrzenia.  Choroba,  o  której  myślał,  należy  do  takich,  jakich  się  raczej  nie  spodziewał 

wykryć u pastora. 

Nadjana klęła niczym szewc i krążyła bez chwili przerwy po ciasnej kajucie. Justitian 

był  spokojny,  przeważnie  leżał  w  łóżku,  jakby  wizyta  lekarza  rzeczywiście  uczyniła  go 

chorym. Miał obrzęki w pachwinach i pod pachami, gorączka się podniosła. Musiał przyznać 

w końcu, że ostatnimi czasy czuł się nie najlepiej.  Zabrakło mu tylko czasu, by się nad tym 

zastanawiać, zresztą naprawdę istniały powody złego samopoczucia. 

Zaledwie  dwa  miesiące  temu  został  znaleziony  w  rynsztoku,  nagi,  nieprzytomny. 

Wprost  trudno  w  to  uwierzyć.  Nadjana  skierowała  jego  życie  na  drogę,  jakiej  sam  nigdy  by 

pewnie  nie  odkrył.  To  jej  zawdzięczał,  że  może  oto  wrócić  do  domu  z  podniesioną  głową  i 

pełnymi kieszeniami. 

Jeśli otrzymają pozwolenie zejścia na ląd! 

Co za okropna historia, myślał Justitian, przeklinając swoje słabe ciało. 

Nadjana  chciała  go  nacierać  wonnymi  olejkami,  lecz  on  z  irytacją  machał  rękami. 

Siadała  wtedy  spokojnie  przy  otworze  w  ścianie,  przez  który,  wpadało  światło,  z  jedwabną 

tkaniną,  złotą  igłą  i  kolorowymi  nićmi.  Nigdy  przedtem  nie  widział,  by  haftowała,  i  zdziwił 

się bardzo, że jego żona ma takie zainteresowania. 

Najwyraźniej wielu jeszcze rzeczy nie wiedział o swojej małżonce. 

Marja  stała  nad  skrzynią  z  jedzeniem  i  zastanawiała  się,  czy  wziąć  jeszcze  trochę 

podpłomyków, czy dać już spokój. Juki były wypełnione po brzegi, stary koń sąsiadów uginał 

się pod ciężarem, wyglądało na to, że w każdej chwili może się przewrócić. Droga na górskie 

background image

pastwiska  była  długa  i  stroma,  liczyli  się  z  tym,  że  zajmie  im  cały  dzień,  nawet  bez 

inwentarza.  Dzieci  gotowe  do  drogi  przestępowały  z  nogi  na  nogę.  Dźwigały  ciężkie  torby, 

które zdawały się wcale ich nie obciążać. Marja uśmiechała się do nich przez otwarte drzwi, 

powinny wiedzieć, że podróż będzie długa. 

Obchody  wieczoru  świętego  Jana  ograniczyły  się  do  odwiedzin  we  Flaken.  Młodzi  i 

starzy tańczyli tam w świetle ogniska, ale Karl i Marja poprzestali na paru zaledwie tańcach, 

pogadali  trochę  z  przyjaciółmi  i  znajomymi.  Mieli  ze  sobą  Benjamina  i  malec  marudził, 

przyzwyczaił  się  sypiać  w  łóżku,  które  uważał  za  swoje.  Marja  huśtała  go,  starała  się 

uspokoić, ale chłopiec nie dał za wygraną i w końcu Karl, wziąwszy dziecko na ręce, ruszył 

ku  domowi.  Marja  bez  protestów  poszła  za  nimi.  Kiedyś  pociągały  ją  zabawy  i  tańce,  teraz 

nie miało to już takiego znaczenia. Z przyzwyczajenia wodziła wzrokiem nad wodami fiordu 

w  tę  jasną  noc,  na  wodzie  kołysały  się  tysiące  łodzi,  na  niektórych  śpiewano,  ludzie 

przekrzykiwali  się  wesoło.  Trudno  stwierdzić,  czy  ktokolwiek  wypływał  tej  nocy  z  innego 

powodu jak tylko dla czystej rozrywki. Niełatwo też było dostrzec jakąś obcą łódź. 

Probostwo leżało pogrążone w ciszy. 

Nic nie wskazywało na to, by dzisiejszej nocy oczekiwano tu gości. 

Revelin  z  pewnością  śpi,  jeśli  śmiechy  i  śpiewy  rozbawionych  ludzi  pozwoliły  mu 

zmrużyć  oczy.  Uważał  pewnie  ich  zachowanie  za  grzech,  a  przynajmniej  wstyd.  Kto  to 

widział, tak się cieszyć! 

Marja  spoglądała  ukradkiem  na  ciemne  korony  drzew,  kiedy  wędrowali  na  skróty 

przez zagajnik. 

Amelia  i  Martin  poszli  spać,  marudzili  trochę,  że  chcą  na  zabawę,  dali  się  jednak 

uspokoić obietnicą oczekiwanej wyprawy w góry za kilka dni. 

I  teraz  właśnie  nadeszła  ta  chwila.  Marja  zostawiła  podpłomyki,  zamiast  nich 

zapakowała  słoik  maści  i  torbę  suszonych  ziół.  Na  wypadek,  gdyby  nie  .mogła  spać.  Na 

wypadek, gdyby było zbyt spokojnie. 

Potem  zawiązała  cienki  czepek  na  głowie,  stopy  wsunęła  w  ciężkie  buty,  których 

używała  w  zimie.  To  najodpowiedniejsze  obuwie,  kiedy  pójdą  przez  Wężowe  Zarośla,  a 

właśnie  tamtędy  wiedzie  droga.  Nie  było  roku,  żeby  akurat  w  tym  miejscu  niebezpieczne 

gady nie ukąsiły ludzi lub zwierząt. Inna droga w góry wymagała dodatkowego dnia marszu. 

Dlatego  chodzono  tą  krótszą,  chroniąc  się  jak  kto  mógł,  kijami,  amuletami,  drobnymi 

ofiarami składanymi na skraju zarośli. Buty chroniły najlepiej. 

- Mar ja! Chodź już! Czekamy! 

- Idę, nie marudźcie, dzieci! Ruszymy, jak wszystko będzie gotowe! 

background image

Pomachała bliźniętom przez drzwi. Widziała, że wożą się na furtce. Przyszły też dzieci 

sąsiadów,  tkwiły  przy  płocie  i  z  zazdrością  spoglądały  na  tych  dwoje  gotowych  do  drogi. 

Szczęśliwy  ten,  kto  może  latem  kąpać  się  w  górskich  potokach,  biegać  po  zielonych 

pastwiskach,  zajadać  masło,  śmietanę  i  pieczone  w  górach  podpłomyki!  A  tymczasem  inni 

biedacy  mają  przed  sobą  tylko  nieustanną  pracę  w  polu  i  pełną  kurzu,  pogrążoną  w  upale 

wieś.  Zazdrość  była  wyraźnie  wypisana  na  chudych,  opalonych  buziach,  a  Martin  i  Amelia 

promienieli radością. 

- Może wcale nie będzie tak wesoło. Może będzie padać? W deszcz pasienie owiec to 

ż

adna przyjemność! A jak ziemia jest mokra, to różne stwory wałęsają się po górach. 

Martin  słuchał  tego  ze  śmiechem,  nie  bał  się,  nie  przejmował  się  kolegami,  którzy 

starali się zakłócić choćby odrobinę radosne oczekiwanie bliźniaków. 

- W górach nie pada! Tam zawsze jest piękna, słoneczna pogoda! A dzisiaj na kolację 

mama obiecała nam pszenne placki! 

Obcy  chłopiec  zacisnął  wargi.  Kopnął  jakiś  kamyk.  Jeszcze  raz  przejechał  się  na 

furtce. 

- My też będziemy mieć! My też. I jeszcze masło i śmietanę, bo mama powiedziała, że 

przyniesie wszystko, jak pastor będzie świętował powrót swego syna! 

Martin prychnął po prostu pogardliwie na te przechwałki, ale Marja zesztywniała. 

- Co ty mówisz, chłopcze? 

- No że syn pastora wrócił do domu. Wczoraj. 

Mały  wyprostował  się,  oczka  lśniły  radością,  że  zdołał  zwrócić  na  siebie  uwagę 

dorosłych. Wspaniale jest powiedzieć coś, o czym inni nie wiedzą! 

- On, ten Justitian, wrócił do domu wczoraj, wszyscy gadają, jakie wspaniałe rzeczy ze 

sobą  przywiózł!  Nie  słyszała  pani?  Karafki  i  srebrne  świeczniki,  i  kolorowe  ubrania,  i 

słodycze, i... 

Marja nie chciała więcej słyszeć. 

Zdumione buzie dzieci przesłoniła czerwona mgła, zrobiły się niewyraźne. Po omacku 

wróciła  do  izby,  po  drodze  zdjęła  czepek  i  upuściła  na  podłogę.  Czarne  włosy  opadły  na 

ramiona i Marja nie słyszała przestraszonych pytań Amelii. 

-  Mama,  co  się  stało?  Czy  my  nie  jedziemy?  Juczny  koń  pocił  się  w  upale.  Parobek, 

który  go  przyprowadził,  narzekał,  że  zwierzę  nie  może  tak  stać,  obładowane,  w  pełnym 

słońcu. 

Maria odwróciła się wolno, nieobecna myślami, jakby nie słyszała, co dzieci mówią. 

background image

Amelia zadrżała mimo gorąca. Marzenie o lecie w górach rozwiało się. Dziewczynka 

wiedziała, zanim matka powiedziała cokolwiek. 

- Ruszajcie z nimi, Ola Nerplassen. Dostaniecie godziwą zapłatę. Lepszą niż by wam 

dał gospodarz z Kleiva za całe dnie harówki na polu. 

Chłopak  wiedział,  że  nikt  specjalnie  nie  będzie  się  martwił  jego  nieobecnością. 

Górskie powietrze wabiło, w dodatku jedzenie w górach bywa zawsze bardzo dobre. 

- Ja przyjdę później, może za kilka dni. Pilnujcie mi dzieci! 

Amelia  miała  łzy  w  oczach,  Martinowi  drżały  usta.  Żadne  nie  protestowało.  Dorośli 

tacy są. Nigdy nie wiadomo, czy nie zachowają się tak, że dziecięce serca omal nie popękają z 

ż

alu. W milczeniu powlokły się za obcym parobkiem i jego starym koniem. Nie oglądały się, 

wiedziały, że mama dawno im już nie macha na pożegnanie od furtki. 

Wrócił. 

Boże, on naprawdę wrócił! 

Głowa  Marji  była  niczym  gniazdo  os,  nie  mogła  opanować  myśli,  serce  tłukło  się  w 

piersi, przed oczyma latały jaskrawe płatki. 

Dzień był piękny, gorąco, koniec czerwca, pachniało świeżo ściętą, nagrzaną w słońcu 

trawą.  U  jej  stóp  kołysały  się  niebieskie  dzwonki,  w  trawie  kwitły  stokrotki,  ale  deptała  po 

nich, niczego nie widząc. 

Poszła  do  pralni,  szukając  chwili  spokoju.  Tam  zawsze  było  cicho,  panował  chłód. 

Woda,  ciemna  i  tajemnicza,  stała  w  wielkiej  drewnianej  balii.  Zanurzyła  w  niej  dłonie. 

Strumień światła od drzwi pozwalał jej zobaczyć w nieruchomej tafli odbicie swojej twarzy. 

Kobieta  w  balii  uśmiechała  się  do  niej.  Dłonie  tamtej  ujęły  pod  powierzchnią  wody  ręce 

Marji. 

Przymknęła  oczy,  starała  się  przywołać  w  pamięci  obraz  Revelina.  Świeże  jeszcze 

wspomnienie upokarzającej rozmowy w sprawie chrztu Benjamina wzbudziło w niej gniew. 

Bardzo dobrze. 

Teraz będzie potrzebny wielki gniew. 

Aż dziw, że to się tak wszystko wspaniale ułożyło, że dzieci poszły w góry i w ogóle. 

Benjamin  jest  w  domu,  oczywiście,  ale  do  niego  nie  dotrze  ludzkie  gadanie,  żeby  nie  wiem 

jaki skandal wybuchł lub rozpoczęła się otwarta wojna. 

Miała  na  załatwienie  tej  sprawy  kilka  tygodni  lata.  Pierwszy  krok,  to  na  nowo 

przywiązać  do  siebie  Justitiana.  To  chyba  nie  okaże  się  specjalnie  trudne.  Był  jak  opętany, 

kiedy stąd wyjeżdżał, wiedziała o tym. Nie mógł jej zapomnieć, żeby najbardziej chciał. Poza 

tym przywykł do uległości wobec silnej woli innych... 

background image

Wychowując go w ten sposób, Revelin sam ułatwiał jej sprawę. 

Marja wróciła do domu. Upał spadł na zimną skórę rąk, aż zapiekło. Opłukała chłodną 

wodą twarz, czuła się teraz odświeżona i silna. 

Wyjęła  pachnące  mydło,  duży  kawałek  materiału,  swoją  najładniejszą  suknię...  A 

zresztą,  chyba  nie  warto.  Wystarczy  ta  stara  bladoniebieska.  Zrobiła  się  wprawdzie 

przyciasnawa  w  biuście,  ale  akurat  dzisiaj  to  pewnie  dobrze.  Zabrała  ze  sobą  Benjamina, 

niosła  go  pod  pachą  niczym  zawiniątko.  Dziecko  będzie  spało  w  cieniu  pod  ścianą  pralni, 

kiedy ona pójdzie do kąpieli. 

Ciało zanurzyło się w chłodnej, pieszczotliwej wodzie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że 

kuli się i drży w pełnym podniecenia oczekiwaniu. 

Nadchodziła chwila spełnienia. Wiedziała o tym każda najmniejsza jej cząstka. 

Rozprowadzała pieniące się mydło po rękach i nogach, bardzo starannie myła szyję i 

pod pachami. Włosy zamoczyły się, więc i je umyła. Później wypłukała je w occie i wywarze 

z głogu. Wiedziała, że będą po tym błyszczały w słońcu. 

Jeszcze nie była gotowa, kiedy na podwórzu rozległ się głos Karla. Rozmawiał z kimś, 

z jakimś mężczyzną. Marja wyszła z balii, jej ciało ociekało wodą. Owinięta tkaniną, zbliżyła 

się do drzwi i ukradkiem wyjrzała na zewnątrz. 

Jeden z robotników, którzy kosili trawę, szedł kulejąc, oparty o Karla. Obaj zmierzali 

ku domowi. Dopiero kiedy kulawy przekraczał próg, Marja zobaczyła, że jest ranny w nogę. 

Zaklęła cicho. A to co znowu? 

Pospiesznie  narzuciła  na  siebie  starą  suknię,  nie  miała  teraz  czasu  myśleć  o  bieliźnie 

czy butach. Pobiegła do chaty. 

-  Jeszcze  tu  jesteś?  -  zapytał  Karl  z  dość  głupią  miną.  Zaraz  jednak  uśmiechnął  się 

szeroko.  -  Bogu  dzięki,  że  jeszcze  nie  poszłaś,  na  pewno  mu  pomożesz.  Kosa  była  bardzo 

ostra. Rana już nie krwawi, ale on nie może ruszać stopą... 

Marja  zaklęła  pod  nosem.  Rana  wyglądała  paskudnie.  Widywała  już  dawniej  takie 

głębokie, ostre rozcięcia, które prawie nie krwawiły, ale miesiącami nie chciały się goić. 

- Zaraz  go obejrzę. Ale  dlaczego przyprowadziłeś go tutaj? Czy już gdzie indziej nie 

ma ludzi, którzy by mu pomogli? 

-  Chciałem  wziąć  maści  i  szmatki  do  opatrunków  z  twojej  skrzynki.  Przecież  wiem, 

jak dobrze działają. 

-  Połóż  go  teraz.  Nie,  nie  ruszaj  buta!  Karl,  zagotuj  wody!  I  przynieś  te  moje  ostre 

nożyczki! 

Karl skinął głową, nagle pobladły. Mężczyzna na podłodze jęknął. 

background image

- Boli? 

- Nnnie... 

- Hm. No, dobrze, zaraz zobaczymy. Będę bardzo uważać... 

Ranny  zamknął  oczy,  był  wdzięczny  Marji  za  spokój  i  rzeczowość.  Nie  wszystkie 

kobiety są takie. Większość z nich nie przepuściłaby okazji, by nie pokazać światu, że ból to 

dla mężczyzny ciężka próba. 

Marja  ostrożnie  zdjęła  but.  Z  cholewą  do  pół  łydki,  jakich  używają  kosiarze  dla 

ochrony  właśnie  przed  przypadkowym  cięciem  kosą,  zrobiony  z  najtwardszej  skóry,  z 

podeszwą  z  drewna.  Skóra  chyba  świńska.  Ostrze  kosy  trafiło  nogę  tuż  nad  krawędzią  buta, 

Sevat  musiał  być  nowicjuszem  w  tym  rzemiośle,  chociaż  wyglądał  na  co  najmniej 

dwadzieścia pięć lat. 

Ranny  jęknął,  kiedy  pociągnęła  but,  i  drgnął  przerażony,  gdy  zebrana  w  bucie  krew 

chlusnęła na podłogę. Karl też nie mógł powstrzymać jęku. 

- Karl, wody! 

- Jeszcze się nie zagotowała! 

-  To  daj  mi  trochę  tej  zimnej,  która  została  od  wczoraj,  z  tego  wiadra  pod  ścianą!  I 

szmat, dużo! 

Marja  przyglądała  się  ranie,  oczyszczonej  teraz  z  kawałków  trawy,  nasion  i  brudu. 

Kosa wbiła się w nogę od tyłu, Bóg wie, jak mogło do tego dojść. Ostrze zostawiło po sobie 

długie,  skośne,  na  pozór  płytkie  cięcie  na  prawej  łydce  mężczyzny.  Marja  wiedziała  jednak, 

ż

e kiedy rozchyli brzegi rany, okaże się, że jest ona przerażająco głęboka, aż do kości! Ilość 

krwi  na  to  wskazywała.  Poza  tym  rana  otwierała  się,  gdy  mężczyzna  kuśtykał  w  stronę 

Oppdal. 

Przewiązała  mocno  nogę  pod  kolanem.  To  powstrzyma  krwawienie,  kiedy  trzeba 

będzie rozewrzeć ranę, by ją dokładnie oczyścić. Marja wiedziała, że to najważniejsza sprawa 

przy  takich  poważnych  wypadkach.  Wiele  znachorek  tego  nie  robiło,  uważały,  że  niebez-

piecznie  jest  rozdrażniać  głębokie  skaleczenie.  Ona  jednak  widziała  dość  ropiejących  ran  i 

paskudnych wrzodów, by postępować po swojemu. Kari też tak robiła. 

Przyniosła  słoik  z  ziołowym  wywarem  na  skaleczenia,  znajdowały  się  w  nim 

namoczone  zioła.  Na  szczęście  przygotowała  właśnie  świeżą  porcję  naparu  z  myślą  o 

wyprawie  na  górskie  pastwiska.  Nigdy  przecież  nie  wiadomo,  co  się  może  przytrafić  przez 

tyle letnich tygodni. Jak się okazało, nie będzie żadnej wyprawy w góry, lekarstwo jednak się 

przyda. W tym roku zioła były soczyste, emanujące leczniczą mocą. 

background image

Marja  wzięła  garść  nasiąkniętych  wodą  roślin  i  wyłożyła  je  na  talerz.  Napar 

przecedziła  przez  szmatkę.  W  izbie  rozszedł  się  dziwny  zapach.  Czuło  się  woń  kasztanów  i 

bobrka trójlistnego, rzepiku i dziurawca i jakiś mdły zapach ciemnej mieszanki, którą Marja 

odziedziczyła po Kari, ale której sama przyrządzać nie potrafiła. Wiedziała jednak, że pomaga 

w takich przypadkach. 

Brunatnozielony  wywar  spływał  na  nogę  rannego,  a  potem  do  naczynia,  które  Marja 

postawiła. Ostrożnie rozchyliła brzegi rany i wlewała płyn w upiorną głębię. Mięśnie zostały 

przecięte w poprzek. Marja widziała biały brzeg rany, drugi przylegał do kości. 

A gdyby go tak podnieść i oba razem zeszyć, pomyślała nieoczekiwanie. 

Ale przecież tak nie można. Zszyć rozciętą skórę to tak, ale nigdy nie słyszała, by ktoś 

haftował skaleczenia w głębi ciała. 

Zamknęła ranę, założyła na skórę kilka szwów z końskiego włosia. Nie wyglądało to 

za  ładnie,  ale  nie  miała  teraz  czasu  się  nad  tym  zastanawiać.  Ranny  promieniał 

uszczęśliwiony, dziękował jej serdecznie, chociaż poznawała po oczach, że dopiero teraz ból 

zaczął  się  na  dobre.  Dała  mu  kubek  wywaru  i  kazała  pić  wolno,  niedużymi  łykami. 

Podziękował  z  radością,  poczuł,  że  to  alkohol!  Karl  z  uznaniem  kiwał  głową.  Potem 

sprowadził  dwóch  pozostałych  robotników,  żeby  odnieśli  rannego  z  powrotem  do  izby 

parobków w Skar. 

- Poradziłaś sobie wspaniale - rzekł z dumą do Marji. Ona wzruszyła tylko ramionami. 

- Ale dlaczego nie pojechałaś jeszcze na pastwisko? Gdzie dzieci? Gdzie Benjamin? 

Zapomniała o malcu. Ale z pewnością śpi nadal. W przeciwnym razie słyszeliby jego 

płacz. 

-  Śpi  w  pralni  -  odparła.  -  Zaraz  go  przyniosę!  Wybiegła  z  domu.  Nie  spieszyła  się, 

miała  nadzieję,  że  Karl  wróci  na  łąkę.  Ale  on  poszedł  za  nią,  wkrótce  stanął  w  drzwiach. 

Niczym wielki cień na tle zielonkawego światła na zewnątrz. 

- Co się stało, Marjo? Dlaczego... 

W  głosie  brzmiała  groźba.  Granicząca  z  rozpaczą.  Widziała,  że  Karl  się  przede 

wszystkim boi. 

-  Mam  coś  załatwić.  Coś  ważnego.  Dzieci  poszły  z  parobkiem.  Będzie  się  nimi 

opiekował. Solveig zostanie tam z nimi jeszcze parę dni. 

- Załatwić? - Tak. 

Próbowała go wyminąć, ale on stał w przejściu i zagradzał jej drogę. 

- Marja, gdzie ty się wybierasz? 

background image

- Nie wezmę ze sobą Benjamina. Wrócę... wieczorem. Karl zaciśniętą pięścią uderzył 

w ścianę. 

- Do diabła! Do wściekłego diabła! 

Złapał  ją  mocno  za  ramiona,  potrząsnął  z  całych  sił,  aż  krople  wody  spadały  z 

mokrych włosów na ziemię. 

- Do  cholery, Marjo, wykąpałaś się, pachniesz jak bukiet kwiatów! Co to za interesy 

będziesz załatwiać? 

Z kim się masz spotkać? Kto jest ważniejszy niż dzieci, które wysiałaś w góry? Kto? 

-  Głupi  jesteś,  Karl  -  szepnęła.  Spojrzenie  jej  oczu  było  zimne  i  uparte,  a  zarazem 

płonęło jakąś chorobliwą gorączką. 

- Dziecko, Marja! Obiecałaś... Nie zamierzam tu znowu siedzieć jako niańka! 

- To ty chciałeś je wziąć! 

Karl stał z otwartymi ustami, nie wiedział, co powiedzieć, nie znajdował słów. Pewnie 

w ogóle nie istniały odpowiednie słowa. 

Przecisnęła się koło niego. 

- To syn pastora! 

Przystanęła gwałtownie, zaskoczona logiką jego dociekań. 

-  To  on!  Ten  cały  Justitian!  Teraz  sobie  przypominam!  Pamiętam,  jak  się  na  ciebie 

gapił w tamtych czasach, pamiętam... 

Marja  nie  zaprzeczała.  Ale  też  nie  potwierdziła  jego  domysłów.  Z  czasem  Karl 

wszystkiego się dowie. Próbowała jak najdłużej nie ujawniać strasznej tajemnicy. Ale gdyby 

nie  było  innej  rady...  No  cóż,  Karl  i  tak  jest  pionkiem  w  tej  grze.  Taki  los  przypadł  mu  na 

loterii życia. Marja wierzyła szczerze, że coś takiego istnieje. 

Usłyszała  popłakiwanie  Benjamina,  wiedziała,  że  Karl  się  nim  zajmie.  Kiedy 

wychodziła  z  domu  ubrana  w  swoją  piękną  niebieską  suknię,  ledwie  na  ułamek  sekundy 

napotkała wzrok męża. Zmienił się nie do poznania. Przypominał jej Antona. Zadrżała, ale nie 

zatrzymała się. Poszła dalej. 

Wszystko minie. 

Karl zniósł wiele. Ale kiedy już się dokona... ona poświęci wszystkie siły, by zaleczyć 

jego rany. Wszystko naprawi, załata tak jak jego podarte skarpety, które ceruje. 

Najpierw trzeba usunąć przetarte kawałki, oczyścić, a potem zacerować. 

Jak ranę. 

Karl przewijał Benjamina, karmił. Robił wszystko mechanicznie, nieobecny myślami. 

Dziecko  kuliło  się,  wyczuwając  chłód  dorosłego  mężczyzny,  drobne  ciałko  wstrząsały 

background image

dreszcze  i  raz  po  raz  szloch.  Ale  kiedy  malec  najadł  się  do  syta,  przestał  zwracać  uwagę  na 

ś

wiat zewnętrzny i zadowolony gaworzył w kołysce. 

Karl stał pośrodku izby i miał wrażenie, że ściany zamykają się wokół niego. Zaciskał 

pięści. Czuł wokół siebie pustkę. Tylko gaworzenie niemowlęcia w cichej izbie pozwalało mu 

zachować  resztki  zdrowego  rozsądku.  Nad  kołyską  krążyły  muchy.  Okrył  ją  kawałkiem 

niepotrzebnej firanki. Zerwał starą strzelbę zawieszoną na ścianie na rogach renifera. Wybiegł 

z domu. 

Dziewczyna  od  sąsiadów  obiecała  dojrzeć  dziecka.  Patrzyła  pytającym  wzrokiem, 

jakby Karl był kimś obcym, a nie sąsiadem, za którym tyle razy chodziła po polu z motyką. 

Potem  długo  jeszcze  opowiadała,  że  widziała  wtedy  w  jego  oczach  szaleństwo.  Nie 

widziała, dokąd poszedł. 

Marja  zbliżała  się  do  probostwa  od  strony  zagajnika,  rozglądając  się  uważnie.  Na 

dziedzińcu pomiędzy wysokimi dębami piętrzyły się wielkie skrzynie i pudła. Cóż za bagaż! 

Czy rzeczywiście on to wszystko ze sobą przywiózł? 

Statek,  którym  wrócił,  dawno  już  odpłynął  w  swoją  drogę,  pewnie  ktoś  podwiózł 

szukającego okazji pastorowego syna. 

Marja na chwilę zatrzymała wzrok na otwartych drzwiach wejściowych w nadziei, że 

może  stanie  się  cud  i  on  się  ukaże  w  progu.  Serce  jej  biło  głośno,  ale  nie  tak  szaleńczo, 

dławiąc w gardle, jak to bywa, kiedy czeka się na powrót ukochanego. 

Uderzało mocno, głośno, lecz miarowo i spokojnie. 

Przysiadła  w  zaroślach,  zdecydowana  rozejrzeć  się  w  sytuacji.  Słońce  chyliło  się  ku 

zachodowi, ale przecież teraz, w środku lata, nie zrobi się ciemno. 

Dwaj służący 'wyszli z czeladnej izby probostwa i podnieśli z ziemi wielką skrzynię. 

Stękając  i  dysząc  ciężko,  dźwigali  ją  z  wysiłkiem  do  chaty  dzwonnika,  nie  dalej  niż  sto 

metrów. 

Marja była kiedyś w tym domu. Justitian tam mieszkał, zanim... 

Parobcy  ocierali  pot,  jeden  z  nich  zdjął  koszulę  w  ten  ciepły  wieczór.  Minęło  wiele 

czasu, zanim wszystkie rzeczy zostały wniesione do środka. 

W dalszym ciągu jednak Justitiana nigdzie nie było widać. Nikogo innego też nie. 

Marja  zaczęła  się  niecierpliwić,  zdrętwiała  od  długiego  trwania  w  bezruchu.  Nogi 

najchętniej by pobiegły ku otwartym drzwiom, usta chciały zawołać jego imię, ręce pragnęły 

pochwycić jego serce i trzymać mocno, bardzo mocno. 

A gdyby tak... 

Nie, to niemożliwe! 

background image

Marja nie spotkała jeszcze mężczyzny, który by nie dawał sygnału, że wystarczy jeden 

ruch  jej  małego  palca,  a  on  zapłonie  niczym  pochodnia.  Akceptowała  tę  swoją  zdolność, 

traktowała  jednak  na  równi  z  umiejętnością  przygotowywania  wywarów  z  ziół,  opatrywania 

ran oraz smażenia najlepszych kotletów we wsi. 

Ciii! 

Na  ścieżce  od  zagrody  dzwonnika  pojawiła  się  jakaś  postać.  Mroczna,  wysoka,  w 

czarnej pelerynie. Revelin. 

Boże drogi, on się uśmiecha! 

Nigdy  jeszcze  nie  widziała,  żeby  ten  człowiek  się  uśmiechał,  a  teraz  wręcz  sprawiał 

wrażenie  zadowolonego!  To  naprawdę  życzliwy  uśmiech!  Nie  było  w  nim  niczego 

podstępnego,  w  oczach  pastora  nie  dostrzegła  tych  złych  błysków,  które  tylekroć  w  nich 

lśniły. 

Zamknęła  oczy,  zacisnęła  zęby.  Pozwoliła,  by  nienawiść  przeniknęła  ją  całą, 

oszołomiła. Przyszło jej to bez trudu. 

Minął ją w odległości ledwie kilku kroków, ale nawet nie spojrzał na zarośla na skraju 

lasu. 

Tak  więc  czas  nadszedł.  Justitian  jest  z  pewnością  w  domu  dzwonnika,  zawsze  tam 

szukał schronienia. Sprawy nie mogły ułożyć się lepiej. 

Na początek dostanie tylko maleńki kęs. Dla zachęty. A to przeciągłe spojrzenie, a to 

słowo,  które  wzbudzi  w  nim  dawne  uczucie,  ożywi  wspomnienia.  Będzie  musiał  pokonać 

wiele progów. Wie pewnie, że Marja jest mężatką. Ale czy to jest w stanie powstrzymać zde-

sperowanego kochanka? Justitiana to nie powstrzyma, była przekonana. 

Przemykała  się  wzdłuż  zaniedbanych  grządek  z  dziko  rosnącymi  obsiewkami.  Były 

niegdyś  wielką  dumą  żony  dzwonnika,  ale  teraz  pieniły  się  jak  chciały,  pokryły  już  prawie 

wysypywaną  dawniej  żwirem  alejkę.  Z  domu  nie  docierały  żadne  dźwięki.  Ściany  były  so-

lidne,  grube  bale  spalone  od  słońca.  Zatrzymała  się  na  chwilę  przed  wejściem,  czy  powinna 

zapukać? 

Tak będzie najlepiej. 

Drzwi otworzyły się. 

- Stian! 

Włożyła w to imię całe ciepło, jakie zdołała z siebie wydobyć. 

- Witaj w domu... 

Zdumienie  na  jego  twarzy  sprawiło  jej  przyjemność,  było  w  nim  bowiem  o  wiele 

więcej niż tylko zaskoczenie. Nabrała odwagi. Przyglądała mu się badawczo. Jak bardzo się 

background image

zmienił!  To  niemal  piękna  twarz!  Nieprzystępna,  surowa.  Dojrzała.  Żadnych  puszków  pod 

nosem  ani  na  brodzie,  żadnej  cienkiej  szyi  ani  bladych  chłopięcych  policzków,  które  tak 

dobrze zapamiętała. 

Był też chyba wyższy! 

Wciąż jednak szczupły i gibki. 

Coś  jeszcze  uległo  zmianie,  ale  nie  wiedziała,  co.  Zrozumiała  dopiero,  kiedy  zaczął 

mówić. 

- Marja, cóż za niespodzianka... 

- Mogę wejść? 

- Tak... naturalnie, ale... 

Dawna nieśmiałość na jedno mgnienie... ale tylko na mgnienie. I głos brzmiał pewnie, 

ż

adnego zacinania się, jąkania, które pięć lat temu w takiej chwili odebrałoby mu mowę. 

- Wyglądasz... wspaniale. 

- Ty też. Jesteś ładna... starsza. Nie, nie starsza, przepraszam, chciałem powiedzieć... 

-  Pewnie  bardziej  dojrzała  -  podpowiedziała  mu,  opierając  się  o  ścianę  z  dłońmi 

splecionymi na plecach. Musiał patrzeć na kształty, które dzięki temu stały się dużo bardziej 

widoczne. Uśmiechała się niepewnie. 

- No i jak ci tam było? 

- Dobrze. 

Zdziwiła  się  trochę,  że  odpowiada  jej  tak  krótko  i  w  ogóle  jest  nienaturalnie  spięty. 

Nie oczekiwała, że natychmiast rzuci się na nią, ale jednak... 

- Tyle się wydarzyło, Stian. Tylu spraw nie byliśmy w stanie kontrolować... 

Poczuła, że ma w oczach łzy. 

- Wyszłaś za mąż? 

- Taak... twój ojciec... groził mi. Zmusił mnie. 

- A nie kochasz tego... Karla? 

Nie odpowiedziała, bawiła się lokiem czarnych włosów. 

- Nigdy o tobie nie zapomniałam, Stian. I kiedy teraz tu jesteś... 

Skinął głową bez słowa. 

Chciał wyrzucić z siebie wszystko tu, przed nią, tę dawną gorycz, ból, który go trawił 

od  chwili,  gdy  list  ojca  przyszedł  do  Kopenhagi  i  starał  się  rozbić  na  kawałki  obraz 

demonicznej czarnej dziewczyny. Kobiety. 

To  wciąż  w  nim  trwało.  Resztki  dawnego  bólu.  Niezasłużone  cierpienie.  Gorycz 

pierwszej, naprawdę głębokiej zdrady. 

background image

Ale jej miękkie wargi były ważniejsze, nawet teraz. Te wielkie, niebieskie oczy, które 

patrzyły na niego z taką otwartością i czymś jeszcze, co mogło przypominać ciepło. 

Mimo woli jego wzrok skierował się na drzwi, za którymi Nadjana odsypiała podróż. 

Czy słyszy, że mają gościa? 

Marja  prawdopodobnie  nie  wiedziała  o  jej  istnieniu.  Nie  przyszłaby  tak,  gdyby 

wiedziała. Nie zjawiłaby się, nieproszona, żeby go powitać. Czego ona właściwie chce? 

Tak  wiele  się  wydarzyło.  Tak  wielu  rzeczy  nie  wiedziała.  On  także  o  tylu  sprawach 

nie miał pojęcia. Ale czy nie lepiej zostawić wszystko tak jak jest? 

Justitian poprosił, by usiadła, nie miał wyjścia. Z irytacją stwierdził, że krew zaczyna 

mu  pulsować  na  widok  ruchu  jej  biodra,  kiedy  podchodziła  do  krzesła  i  siadała.  Postawił 

przed nią szklaneczkę, przyniósł drugą dla siebie. Nalał drogiego francuskiego koniaku. 

- Skal, Marja! 

- Za twój powrót. 

- Za mój powrót - skinął głową i wypił. 

Alkohol  palił  wargi.  Po  chwili  rozwiązał  języki.  Marja  kurczowo  trzymała  kieliszek, 

szukała oczu Justitiana. Chciała w nich wyczytać... 

- Opowiedz mi o Kopenhadze. Czy naprawdę jest taka piękna, jak mówią? 

Parsknął  krótkim  śmiechem.  Nalał  jeszcze  raz.  Spojrzał  ukradkiem  na  drzwi.  W 

tamtym  pokoju  było  cicho.  Dziwnie  się  czuł,  siedząc  tak  i  popijając  z  Marją,  podczas  gdy 

Nadjana  spała  zaledwie  kilka  metrów  dalej.  Bawiło  go  to.  Dawało  jakieś  gorzkie 

zadowolenie. 

- Kopenhaga jest piękna. I okrutna. Poznałem i jedno, i drugie. 

Opowiadał  jej  o  wielkich  budowlach,  o  pięknych  kościołach  z  wieżami  sięgającymi 

nieba.  Mówił  o  wspaniałych  statkach  zawijających  do  portu,  o  pałacach  za  miastem,  o 

królewskim zamku. 

Ona siedziała z roześmianymi oczyma, chłonęła jego słowa. Justitian nie wspomniał o 

Ogrodzie  ani  o  studiach.  Ale  wplatał  jakieś  wyniesione  stamtąd  przeżycia,  by  ubarwić 

opowiadanie. 

W końcu umilkł. 

- Teraz twoja kolej, Marjo. 

Odwróciła od niego wzrok. Popatrzyła na stojące w pokoju skrzynie. 

- Tutaj nie działo się aż tak wiele. 

- Masz dzieci? 

background image

- Tak, dwoje. To znaczy troje. Moja mama, Gjertrud... może wiesz, że urodziła synka, 

a potem zmarła... 

Potrząsnął głową. 

-  Wyszła  za  mąż  za  właściciela  Enkesetet.  Anton...  oszalał.  Wzięliśmy  dziecko  do 

siebie. Mały nie jest... taki jak inne dzieci. 

- Jak to ładnie z waszej strony! Zarumieniła się. 

- Opowiedz mi o szkole! Słyszałem, że mój ojciec nie był łaskawy. 

- Szkoła... tak, to była walka. Ale dopięłam swego. Przez całą zimę dzieci się uczyły. 

Ale teraz... nie wiem. Lensman zarządza majątkiem Antona, szkoda, żeby się miało skończyć. 

Justitian, to ważne, szerzyć wiedzę! Jakie to ważne dla ludzi, żeby umieli czytać... 

Mówiła  rozgorączkowana,  policzki  jej  płonęły.  Teraz  ją  poznawał,  taką  pamiętał  ją 

przez te wszystkie lata. Ożywioną, pełną zapału, gestykulującą. 

Nagle  poczuł  się  stary.  Uświadomił  sobie,  jakie  doświadczenia  zgromadził.  I  jak  się 

zmęczył. Chyba poznał zbyt wiele ze świata. 

Marja umilkła, spostrzegła, że jego myśli błądzą gdzie indziej. 

Na dworze panował niebieski mrok. 

- Stian... pamiętasz? 

Wiedział, co ma na myśli. Musiał przytaknąć. 

Marja  wstała.  Podeszła do  niego.  Położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  Drgnął  gwałtownie, 

jakby ciało przeniknął jakiś prąd. 

Jej  twarz,  tak  blisko.  Pamiętał  zapach,  tamtego  dnia  także  pachniała  jak  łąka  latem. 

Chciał się jej wyrwać, pójść do Nadjany, jak najdalej od tej gorączki, która go ogarnęła pod 

wpływem jej dotyku. 

Marja podeszła jeszcze bliżej. Boże, czy ona naprawdę zamierza mnie pocałować? 

Nie. Dotknęła tylko policzkiem jego twarzy. 

- Wybacz - dotarło do niego i poczuł, że ma łzy w oczach. 

Skrzypnęła deska w podłodze. 

Justitian odskoczył. 

Odepchnął Marję i w tej samej sekundzie stwierdził, że drzwi do drugiego pokoju się 

otwierają. Twarz Nadjany była spokojna, opanowana, uśmiechnięta i piękna jak zawsze. Jasne 

włosy sięgały aż do bioder i wyglądały niczym welon panny młodej. Szła, jakby płynęła nad 

podłogą, lekko niczym elf. Wyciągnęła szczupłą, ładną dłoń. 

- Dobry wieczór. Jestem Nadjana Revelin. 

background image

Marja  przez  moment  nie  wiedziała,  czy  ująć  wyciągniętą  rękę.  Oczu  nie  mogła 

oderwać  od  tej  dojrzałej,  a  mimo  to  dziwnie  eterycznej  piękności,  słowa  wypowiedziane 

przez te jasne wargi dotarły do jej uszu niczym grzmot. 

Na  szczęście  drzwi  na  dwór  były  uchylone.  Marja  jak  ślepa  wybiegła  w  ciepły,  letni 

mrok. 

- Czy to twoja dawna flama, kochanie? 

Głos  Nadjany  brzmiał  łagodnie,  bez  cienia  zazdrości,  jeśli  już,  to  można  się  w  nim 

doszukać rozbawienia. 

Justitian wolno skinął głową. Przytulił Nadjanę do siebie. 

- Tak. Flama. Młodzieńcza przygoda. 

Nadjana  rozumiała,  oczywiście.  Ogarnęło  ją  przelotne  współczucie  dla  młodej 

kobiety, która stąd uciekła. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Ziemia  drżała  i  uginała  się  pod  nogami  Marji.  Biegła  nic  przed  sobą  nie widząc,  bez 

celu. Stopy skierowały się na ścieżkę w stronę domu, potykały się o korzenie i nierówności, 

zarośla głogu poszarpały jej spódnicę. 

Na szczęście nikogo po drodze nie spotkała. Biegła wciąż w mroku. 

Kiedy  na  koniec  zdawało  jej  się,  że  serce  pęknie  w  piersi,  zatrzymała  się,  oparła 

plecami  o  chropowaty  pień  sosny  i  długo,  ciężko  dyszała.  Powoli  spoza  zasłony  łez  świat 

wracał  do  niej.  Z  wolna  do  uszu  Marii  zaczęło  docierać  wieczorne  kwilenie  ptaków.  Czuła 

obezwładniające zmęczenie ogarniające całe ciało. Trzeba było wielkiego wysiłku, by unieść i 

postawić przed sobą stopę, wiedziała jednak, że nie może tak tu stać. 

Musi wracać do domu. 

Do domu. 

Chociaż  właściwie  nigdy  nie  miała  żadnego  domu,  nigdy  do  żadnego  domu  nie 

tęskniła. 

Nigdy, aż do dzisiaj. 

Marja  wolno  powlokła  się  naprzód,  ścieżka  wiodąca  w  górę  do  Oppdal  była  sucha, 

dobrze  wydeptana,  na  brzegach  rosły  pęki  czerwonej  koniczyny.  Kwiaty  pachniały  teraz 

oszałamiająco. Grube trzmiele krążyły nad łąką, a ich brzęczenie odbijało się echem w głowie 

Marji. 

Wciąż przed oczyma majaczył jej obraz jasnowłosej kobiety, zwiewnej postaci, która 

nieoczekiwanie wpłynęła do pokoju, a jej słowa sprawiły, że wszystkie plany Maryjki legły w 

gruzach.  Była  przygotowana  na  wszelkie  przeciwności.  Na  to,  że  zniszczy  małżeństwo  z 

Karlem, że na walkę z pastorem poświęci wszystkie siły i cały czas, jaki został jej dany. 

Z ponurym wstydem w sercu Marja musiała przyznać, że gotowa była nawet ujawnić 

pochodzenie dzieci, okaleczyć je na całe życie. Skutki szoku, jaki musiałyby przeżyć, gdyby 

się  okazało,  że  ukochany  tata  nie  jest  ich  ojcem,  byłyby  nie  do  odrobienia.  A  ona  zimno  i 

spokojnie wkalkulowała to w swoje rachuby, uznając, że korzyści warte są tego. 

Odzyskanie spadku po Marii. 

Symbol. 

Nie tylko kupka książek, nie tylko utracona cześć, trzy zagrody... 

To sam fundament jej życia. Bo bez pościgu za wszystkim, co zostało po matce, kim 

by  teraz  była?  Siedziałaby  w  Meisterplassen.  Spracowana  i  samotna.  Prawdopodobnie  dużo 

background image

uboższa niż teraz.  I wiecznie czekająca na ojca.  Przegrane życie, bo ojciec by przecież i tak 

do niej nie wrócił. 

Marja  dotarła  do  swojego  obejścia,  poczuła  w  sercu  życiodajne  ciepło,  kiedy 

spostrzegła cienką smużkę dymu nad kominem. 

Karl jest w domu! 

Czeka na nią! 

Miała ochotę złożyć dłonie w modlitewnej podzięce. 

Nie mogła opanować wzburzonych uczuć, spadło to wszystko na nią jak potężny cios. 

Pojawiały  się  teraz  zupełnie  nowe  myśli,  dziwne,  cudowne.  Widziała  Karla,  jak  stoi  przy 

palenisku, może robi teraz koszyki z wierzbowych gałązek, żeby było w czym znosić plony z 

pól  za  kilka  tygodni.  Widziała  go  oczyma  duszy  przy  oknie,  gdzie  zwykł  stać,  kiedy  na  nią 

czekał.  Duży,  silny,  o  twarzy  tak  dobrej  i  otwartej,  że  nigdy  nawet  by  jej  do  głowy  nie 

przyszło szukać dowodów jego wierności i oddania. 

Mój Boże, jak okrutnie obeszła się z tym człowiekiem. 

Marja czuła się jak obudzona z koszmarnego snu. 

Wszystko  stało  się  jakby  jaśniejsze.  Poczuła  piekący  ból,  gdy  uświadomiła  sobie,  że 

ż

yła  wciąż  z  wielkim,  złym  ciężarem  w  myślach.  Ciężarem,  który  rozrastał  się  i  przytłaczał 

wszystko, co dobre i piękne. Jak wrzód zwiastujący dżumę. 

Nadjana samą swoją obecnością przekłuła to wszystko. 

Nawet  teraz,  kiedy  Marja  stała  już  przed  własnymi  drzwiami,  z  ciałem  drżącym  od 

palącej  tęsknoty  za  bezpiecznym  schronieniem,  nie  mogła  powiedzieć,  że  jest  obojętna. 

Spotkanie z Justitianem roznieciło w niej jakiś tlący się żar. Jej własne młodzieńcze uczucie 

także  ożyło,  przyspieszało  bicie  serca.  Nadjana  jest  starsza,  o  wiele  starsza.  Jednak  w  tej 

chwili  kiedy  się  obie  spotkały,  Marja  musiała  przyznać,  że  tamta  obdarzona  jest  niezwykłą, 

wyjątkową urodą. 

Była niczym motyl, gdy tymczasem Marja przypominała raczej lśniąco czarnego kota. 

Marja nacisnęła na klamkę, uśmiechała się niepewnie. Nie miała wątpliwości, że Karl 

wybierze dzikiego kota, teraz i na zawsze. 

Młoda  dziewczyna  od  sąsiadów  machała  rękami,  nie,  nie  wie,  dokąd  poszedł 

gospodarz.  Nie  powiedział  ani  słowa.  Ale  wziął  strzelbę,  więc  może  ktoś  go  wezwał  do 

rannego konia, albo... 

Marja  wolno  wypuściła  powietrze  z  płuc,  zmusiła  się,  by  pokazać  obcej  spokojną 

twarz, zmusiła się, by z uśmiechem podejść do śpiącego w kołysce Benjamina i połaskotać go 

ostrożnie pod brodą. Poruszył usteczkami. Żyje. 

background image

- Och, bardzo ci dziękuję, że opiekowałaś się małym. Proszę, to kawałek sera, jeśli nie 

odmówisz... 

-  Ależ  dziękuję.  Niech  cię  Bóg  błogosławi,  Marjo,  i  nie  wahaj  się,  gdybym  ci  była 

znowu potrzebna. Dziecko jest rozkoszne! 

Młoda  twarz  promieniała,  dziewczyna  była  w  tym  okresie  rozwoju,  kiedy  naturalne 

instynkty  kobiece  rozkwitają  niczym  kwiat.  Marja  uśmiechała  się,  widząc  lśniące  oczy 

dziewczyny, patrzyła, jak odruchowo poprawia kołderkę dziecka. 

-  Niedługo  sama  będziesz  miała  dzieci  -  powiedziała.  Tamta  zapłoniła  się  aż  po 

korzonki włosów i przyznała, że jesienią wychodzi za mąż. 

Marja  starała  się  utrzymać  na  twarzy  sztywny  uśmiech,  dopóki  dziewczyna  nie 

zniknęła na dziedzińcu. 

Kiedy  już  kroki  tamtej  ucichły,  opadła  skulona  na  łóżko  i  poddała  się  fali  bólu. 

Chciała  go  powstrzymać,  ale  dłużej  już  nie  mogła,  czuła  się  jak  ktoś  rzucony  na  głęboką 

wodę, a nie umiejący pływać. Strumień dawnych uczuć, tłumionej tęsknoty, pragnień i bólu, 

dławił  ją  z  nie  znaną  dotychczas  siłą.  Dźwięki  pojawiające  się  na  jej  wargach  nie  były 

ludzkie.  Marja  starała  się  jeszcze  walczyć,  wiedziała  jednak,  że  nie  ma  sił  i  musi  dać  za 

wygraną. 

Ale przecież jest silna... zawsze była taka silna... musi... jeszcze ten jeden raz. Karl nie 

może  zastać  jej  w  takim  stanie...  kiedy  wróci  do  domu.  Jeśli  wróci.  Strach  szarpał  jej 

wnętrzności, zerwała się, wzięła Benjamina na ręce, przycisnęła go z całych sił, domagała się 

od niego pocieszenia. 

- To niemożliwe, to się nie może stać... Powiedz, że to niemożliwe... 

Ciemne oczy dziecka spoglądały na nią z powagą. Usta wydawały jakieś pozbawione 

sensu dźwięki. 

-  Boże  drogi,  ty  przecież  wszystko  rozumiesz!  Uśmiechała  się  do  maleństwa, 

znajdowała pociechę w cieple ciała dziecka, które z taką ufnością zasnęło przytulone do niej, 

z główką na jej ramieniu. 

Na dworze panował mrok, jasny i delikatny, przesycony tysiącami zapachów lata. 

Marja wiedziała, że już za późno, by mogła wyjść z domu z niemowlęciem na ręku. 

Karl poszedł w góry, na pastwisko. 

To  jedyne  wytłumaczenie.  Poszedł  do  dzieci,  wziął  ze  sobą  strzelbę  na  wypadek, 

gdyby  po  drodze  napotkał  dzikiego  zwierza.  Znowu  miał  do  niej  żal,  rozczarowała  go.  A 

zawsze  kiedy  tak  się  działo,  Karl  szukał  bliskości  dzieci.  Z  pewnością  i  teraz  tak  postąpił. 

background image

Pocieszała  się  tą  myślą,  próbowała  pokryć  choćby  cieniutką  warstewką  spokoju  potworne 

wzburzenie, które jej nie opuszczało. 

Jutro wyruszy za mężem. Jutro do niego pójdzie, powie mu, że była i pozostanie jego 

ż

oną. 

On jej na pewno uwierzy, przyjmie ją do siebie. A gdyby się wahał, gdyby rany, jakie 

mu  zadała,  okazały  się  zbyt  głębokie,  to  ona  uleczy  je  ziołami  z  własnego,  wewnętrznego 

ogrodu. Jeszcze Karl się przekona. Będzie musiał od nowa poznawać swoją żonę. 

Bo istnieją przecież wyjaśnienia, jest wytłumaczenie nawet dla jej strasznej zdrady. 

Powinna w to wierzyć. Musi. 

Jeśli  nie,  to  nie  pozostanie  jej  nic  innego,  jak  wziąć  strzelbę  z  jego  rąk  i  przyłożyć 

sobie czarną lufę do serca. 

Nie,  nie  wolno  tak  myśleć.  Nie  wolno  dopuszczać  zwątpienia,  pozwalać,  by  się 

rozrastało, strach nie może paraliżować wątłej nadziei. Marja uczepiła się myśli o pogodnym 

usposobieniu Karla, o poczuciu bezpieczeństwa, jakie wokół siebie stwarza, o tym, że to lato 

może  się  dla  nich  wszystkich  stać  początkiem  nowego  życia.  Ona  zabrnęła  w  ślepy  zaułek. 

Nie znalazła tam tego, czego szukała, cel jej dążeń znajdował się gdzie indziej, więc bez trudu 

zawróciła. Wróciła tam, gdzie Karl na nią czeka jak zawsze. Czeka na pewno! Musi czekać! 

Nie może odejść teraz, kiedy ona odrzuciła ostatecznie dręczącą ją marę! 

Strzelba! 

Marja  popatrzyła  na  rogi,  nie  ma  strzelby.  Oczy  zaszły  jej  mgłą.  Nie  miała  odwagi 

zamrugać  powiekami.  Starała  się  wywołać  obraz  strzelby,  zobaczyć,  że  wisi  jak  zawsze  na 

swoim miejscu i że nie ma się czego bać. 

Ale strzelby nie było. 

Dlaczego? 

Z  rozdzierającym  szlochem  powstrzymywany  z  takim  trudem  ból  wylał  się  z  serca 

Marji, ogarnął ją całą. 

Czy on naprawdę byłby w stanie? 

Ś

ciągnęła na niego aż takie cierpienie? 

Ś

wiadomość  tego  faktu  dławiła  ją  w  piersiach.  Krtań  zaciskała  się  boleśnie,  Marja  z 

trudem  wciągała  powietrze.  Wszystko  w  niej  burzyło  się  w  gwałtownym  proteście.  Przecież 

ś

wiat nie może być aż tak okrutny. Daleki Bóg nie może być taki mściwy, żeby otworzyć jej 

oczy i zaraz potem zgasić słońce! 

Marja nie mogła dłużej siedzieć bez ruchu, nie mogła dłużej czekać. 

background image

Przygotowała śpiące dziecko i ułożyła je  w skórzanym plecaku, który  przymocowała 

do  siebie  dwoma  pasami  tak,  że  mały  leżał  wygodnie  i  bezpiecznie.  Szukała  kija,  którym 

bliźnięta zwykle zaganiały krowy, ale nie znalazła. 

Co  tam,  jeśli  spotka  na  drodze  jakieś  dzikie  zwierzę,  to  kij  i  tak  niewiele  pomoże! 

Dostała  gęsiej skórki na  rękach na myśl o niedźwiedziu czy rysiu lub innych drapieżnikach, 

zbliżających  się,  bo  wyczuły  niezwykle  smakowity  kąsek,  kobietę  z  niemowlęciem  na  ręku! 

Wszystko, co miała dla ochrony, to modlitwa. 

Zatrzasnęła  za  sobą  drzwi  i  ruszyła  w  stronę  zagajnika  na  granicy  lasu.  Dość  dobrze 

znała drogę na górskie pastwiska, wiedziała, że nie zabłądzi. Potrzeba całego dnia, by dotrzeć 

na miejsce z inwentarzem. Sama, bez żadnych obciążeń z wyjątkiem niemowlęcia na plecach, 

powinna dojść, zanim słońce ukaże się na niebie. 

Potykała  się,  przechodząc  przez  małe  strumyki,  raz  upadła  i  boleśnie  uderzyła  się  w 

biodro, ponieważ instynktownie starała się ochronić zawiniątko przytroczone do pleców. Cale 

ciało jej zesztywniało od szybkiego marszu, zrobiło się nieczule, ale nie zdawała sobie z tego 

sprawy. Po prostu szła. Chyba nigdy ta droga nie była taka długa. 

Najpierw  miał  zamiar  pójść  w  góry,  pozwolić,  by  chłodne  nocne  powietrze  na 

rozległych halach ukoiło wzburzone zmysły, uciszyło ból. 

Ale sama myśl o pytających spojrzeniach dzieci sprawiła, że zmienił zdanie. Wiedział, 

ż

e  dzieci  dostrzegłyby  jego  ponury  niepokój,  że  przejęłyby  część  jego  bólu,  nie  wiedząc 

nawet, co się stało. Widziały już dość bólu. Już i przedtem były świadkami upokorzeń. 

Nie  był  już  chyba  dla  nich  takim  ojcem,  jak  powinien.  Nie  stanowił  wzoru  dobrego 

gospodarza. Karl często się tego wstydził. Dużo rozmyślał o tym, czy jego słabość przejdzie 

na syna. Nie cieszy się szacunkiem mężczyzna, który nie potrafi utrzymać własnej żony pod 

kontrolą. A już zwłaszcza, kiedy ta żona robi takie dziwne i nienormalne  rzeczy jak Mar ja. 

Kiedy nawiedzają ją myśli, o jakich nikt przedtem nie słyszał... 

Ludzie  przezywają  go  Marja  -  Karl.  Już  samo  to  jest  wystarczająco  obraźliwe,  na 

szczęście dzieci chyba jeszcze nie słyszały tych poniżających słów. 

Czy one sobie zasłużyły na takiego ojca? 

Czy nie byłoby lepiej, gdyby nie miały w ogóle żadnego? 

Wtedy nikt by się nie dziwił, że Marja jest silna i że załatwia różne sprawy także poza 

domem.  Wdowa  musi  sobie  radzić  najlepiej  jak  potrafi.  Wtedy  pewnie  słowa  ludzi  byłyby 

łagodniejsze, a dzieci mogłyby być dumne ze swojej matki. 

Marja by za nim nie tęskniła. 

background image

To właśnie ta prawda sprawiała, że świat stawał się dla Karla mroczny i nieprzyjazny. 

Marja  miała  inne  sprawy.  On  był  dla  niej  tylko  kulą  u  nogi.  Kimś,  kto  nieustannie  marudzi. 

Kto buduje klatkę dla wolnego ptaka. Był głupim prostakiem, który potrafi tylko orać ziemię i 

doić  krowy.  Na  pewno  nigdy  go  nie  kochała.  W  każdym  razie  nie  tak,  jak  kiedyś  w  swojej 

naiwności  sobie  marzył,  patrząc  na  radośnie  uśmiechniętą  Maryjkę  w  stroju  panny  młodej. 

Ale chyba i wtedy się tego domyślał.  Ze nie dla  niego taka kobieta, że w swej prostocie nie 

będzie wiedział, jak z nią postępować. Był jednak młody, oszołomiony miłością, pełen wiary 

w jej ciepło i dobro. Poczucie bezpieczeństwa bardzo wzrosło, kiedy tak szybko okazało się, 

ż

e  młoda  żona  jest  w  ciąży.  Wciąż  jeszcze  pamiętał  szczęście,  kiedy  głaskał  jej  wielki, 

okrągły  brzuch.  Nigdy  nie  czuł  się  tak  wspaniale  jak  w  tamte  noce,  kiedy  spala  przy  jego 

boku i mógł prowadzić swoje bezgłośne rozmowy z maleństwem rosnącym pod jej serem. Z 

maleństwami! Bo przecież było ich dwoje! Rany w sercu Karla zaczęły ponownie krwawić na 

myśl  o  bliźniakach.  Mają  wprawdzie  matkę,  ale  jakby  jej  nie  miały,  nie  znają  jej  prawie. 

Marja  nie  jest  do  tego  stopnia  złą  kobietą,  by  pozwalała  dzieciom  chodzić  bez  opieki.  Nie, 

ona  ma  tylko  zbyt  wiele  innych  spraw  na  głowie,  no  i  pociesza  się,  że  dziećmi  zajmie  się 

ojciec. 

Kiedy  jego  nie  stanie,  Marja  z  pewnością  podejmie  swoje  obowiązki.  Dzieci  będą 

miały matkę. I jeśli nawet jednocześnie utracą ojca, to i tak wyjdzie im to na dobre. 

Kochał  dzieci  ponad  życie.  Naprawdę  bardziej  niż  życie.  I  właśnie  teraz,  dzisiejszej 

nocy, tego dowiedzie. 

Zranione  uczucia  Karla  uczepiły  się  tej  myśli.  Ręka  trzymała  mocno  zimną  kolbę 

strzelby. Proch w rogu był suchy i czarny. 

Z każdym krokiem Karl znajdował się bliżej nieba. 

Pastwiska leżały w przeciwnym kierunku. 

Dzieci obudziły się nagle, słysząc głos matki, jakiś dziwnie wysoki, skrzekliwy, że aż 

Karl  Martin  ciężko  przełknął  ślinę.  Wciąż  jeszcze  czuł  smak  jedzonej  wieczorem  gęstej 

ś

mietany. 

-  Mama  przyszła  -  szepnęła  Amelia,  a  jej  przestraszony  wzrok  sprawił,  że  Martin 

wsunął rękę pod chude ramię siostry. 

- Jest zła! 

- Nie, coś ty! Nie jest zła. Chyba się boi. 

- Mama nigdy się nie boi! 

- Boi się. Tylko nie płacze! 

- Trzeba do niej zejść! 

background image

- Cicho! Nic nie mów! Będziemy leżeć bez ruchu, słuchaj, co ona mówi. 

Dzieci  spały  na  niskim  stryszku  nad  pasterskim  szałasem.  Tuż  nad  siennikami 

znajdował się dach z ciężkich starych belek. Nie mogli nawet usiąść, by się o nie nie uderzyć. 

Mama pytała o tatę. Benjamin popłakiwał po nocnej wycieczce. Solveig powiedziała, 

ż

e taty tutaj nie było, pytała, co się stało. Mama  mówiła jak młoda dziewczyna, jej  głos był 

wysoki  i  dziwnie  drżał,  prawie  jak  glos  Amelii,  kiedy  w  zimie  weszła  na  cienki  lód  koło 

młyna. 

Słychać było kroki, zamykanie drzwi. 

Potem Solveig zaczęła śpiewać jakąś bardzo ładną, ale smutną kołysankę. 

Dla Benjamina. 

Amelię  również  uśpiły  ciche  tony.  Martin  jednak  leżał  nie  śpiąc,  ale  nie  usunął  ręki 

spod głowy siostry. Wiedział, że do rana już niedaleko. 

Droga powrotna była tak samo długa, ale Marja przemknęła przez wrzosowiska, jakby 

wiatr  ją  unosił.  Nie  wiedziała,  dokąd  się  udać,  wiedziała  tylko,  że  musi  go  odnaleźć.  To 

krzyczała  pod  zaróżowionym  już  niebem,  to  zasłaniała  ręką  usta  i  szeptała  imię  męża  w 

górskiej ciszy. 

Nigdzie żywej duszy. 

Tylko  tu  i  ówdzie  jakaś  kopa  siana,  gdzieniegdzie  krowy  przeżuwające  wczorajszą 

soczystą trawę. 

Wracała  w  stronę  wsi.  Karl  musiał  pójść  gdzie  indziej.  Może  do  jakichś  przyjaciół? 

Próbowała odszukać w pamięci jakieś nazwiska, choćby ślad, próbowała sobie przypomnieć, 

czy Karl ma kogoś zaufanego, do kogo mógłby się zwrócić w takiej chwili jak ta. 

Doznała niemal szoku, kiedy sobie uświadomiła, że naprawdę nie wie, z kim jej mąż 

jest w bliższych kontaktach, czy w ogóle ma jakichś znajomych, przyjaciół... 

Może nie ma nikogo takiego? 

Stopy  niosły  ją  na  dół.  Nie  protestowała,  w  jej  głowie  nie  było  już  ani  jednej  jasnej 

myśli, tylko chaos. 

Pasterskie szałasy, które  zostawiła za sobą, wydawały się coraz mniejsze, las poniżej 

stawał się coraz gęstszy. Pośród drzew nadal panowała ciemność. 

Wschodzące  słońce  wyzłacało  grzbiety  wzgórz.  Wysoko  w  górach  było  już  całkiem 

jasno. I nagle, jak na dany sygnał, ptasi chór rozpoczął poranną pieśń dziękczynną. W chwili 

gdy pierwsze promienie słońca dotknęły skraju lasu, rozległ się strzał. 

Mar ja, jak trafiona, upadła na ziemię. 

Ale strzelano daleko i nie ona była celem. Mimo to krew stężała jej w żyłach. 

background image

To  strzelba  Karla.  Niewielu  ma  podobne.  Słyszała  kiedyś  jej  dźwięk,  gdy  dobijano 

rannego byka czy konia. 

Opadła na kolana, we wrzosy. 

- Nie... 

Tłukła  pięściami  o  ziemię,  o  tę  ziemię  między  górami  a  fiordem.  Zaciskała  mocno 

ręce, wbijała w policzki tak, że sprawiało jej to ból. 

- Nieee! Karl, Karl! 

Nagle  wydało  jej  się,  że  widzi  Nadjanę,  ubraną  na  biało,  z  anielskimi  skrzydłami  i 

czerwonymi  jak  krew  wargami.  Uśmiechała  się  do  Karla,  wzięła  go  w  objęcia  i  poniosła 

daleko  ponad  rozległymi  moczarami.  Marja  nie  mogła  jej  zatrzymać.  Pojawił  się  też  pastor, 

ubrany na czarno, z czarną księgą w ręce. 

Marja  upadła,  ukryła  twarz  we  wrzosie,  rwała  silne  krzewinki  pełnymi  garściami, 

natrafiła na kamień i z palców trysnęła krew. Krople krwi padały na pierś Karla, gdy Nadjana 

oddalała się i rozwiewała w blasku poranka. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

Ż

ółte  liście  brzozy,  ciężkie  od  deszczu,  uderzały  w  ścianę  domu.  Marja  słyszała  ten 

smutny dźwięk aż w izbie. Ale w piecu płonął ogień i napełniał falami ciepła pomieszczenie. 

Przytuliła się mocniej do męża. Poczuła, że od niego płynie to samo ciepło i to samo poczucie 

bezpieczeństwa co od trzaskających wesoło płomieni. 

Karl również płonął! 

Ale nie zawsze tak było. 

Teraz, bezpieczna i spokojna, odważyła się cofać myślami w przeszłość. Coraz dalej i 

dalej,  a  Karl  pomagał  jej  za  każdym  razem,  gdy  uchylały  się  drzwi  i  Marja  musiała  iść  na 

spotkanie upiorów z dawnego życia. 

Nie było dnia, żeby nie szukała jego opieki i bliskości, nie było godziny, żeby o nim 

nie myślała. 

Wdzięczność. 

Radość z tego, że mogą być razem. 

Czy to w końcu miłość do niej przyszła? 

Marja dotknęła pieszczotliwie dłonią jego twarzy. 

Mój Boże, przecież on jest bardzo urodziwy! 

Ż

e też dawniej tego nie zauważała! 

Aż do tego budzącego się dnia wysoko w górach, do tego złego poranka, do tamtego 

okrutnego snu. 

Ogłuszona bólem szukała Karla, w środku nocy biegła przez las na pastwiska, a potem 

znowu na dół, bo go tam nie znalazła. 

Wystrzał. 

Cały świat wokół niej runął. Dzisiaj nietrudno stwierdzić, że wtedy była bliska utraty 

zmysłów i zdrowego rozsądku. Załamała się niczym wielkie drzewo pod naporem burzy. 

Rozpaczliwie  szukała  Karla,  tak  rozpaczliwie,  że  zawiodło  ją  to  na  skraj  jakiegoś 

koszmaru, miała straszne przywidzenia. 

W końcu to on ją odnalazł. Podniósł ją z ziemi nieprzytomną i przyniósł do domu. 

Nie umarł. 

Minęło sporo czasu, zanim to nareszcie pojęła. A kiedy już do tego doszło, przywarła 

do  niego  całym  ciałem,  wybuchnęła  strasznym  płaczem  i  szlochała  w  jego  ramionach  tak 

długo, dopóki całkiem nie osłabła. 

background image

Gdy  sztorm  przycichł,  leżała,  pochlipując  od  czasu  do  czasu  jak  dziecko.  Karl  bez 

słowa głaskał ją po głowie, jak zwykł był to robić, kiedy dzieci płakały przez sen. 

Nie  zaraz  poszli  oboje  na  pastwisko,  chcieli  mieć  trochę  czasu  dla  siebie.  Krążyli  po 

okolicy, szukali nowych dróg i ścieżek, odkrywali mroczne, górskie krajobrazy, tutaj wysoko 

odczuwało  się  pełną  wolność.  Rzadkie  powietrze  sprawiało,  że  słowa  płynęły  jakby  łatwiej. 

Te, które dawniej odbijały się o grube ściany domu, tu docierały bez przeszkód do celu. Te, 

które dawniej kryły się za powszednimi troskami, teraz padały swobodnie. 

Marja opowiedziała Karlowi bardzo wiele. 

Odmalowywała  przed  nim  życie  samotnej  Maryjki.  Ukazywała  mu  się  naga,  nie 

ukrywała  niczego,  co  się  wydarzyło,  zanim  przybyła  do  Lyster.  Kiedy  prawda  dotarła  do 

niego, patrzył na nią przerażony. Ciężko wzdychał, słuchając o jej ojcu, kacie, i o matce, tej 

Marii, o której ludzie opowiadali sobie w długie zimowe wieczory. 

- Czarownica Maria... To ona była twoją matką? - Tak. 

- No, a Gjertrud? 

- To najlepsza przyjaciółka mamy. 

Przełknął ślinę, jakby starał się znaleźć w duszy miejsce dla tych trudnych do pojęcia 

wiadomości. Marja jednak nie miała zamiaru przerwać. Opowiadała mu o ponurych myślach, 

które  ją  dręczyły,  o  nocach  wypełnionych  tylko  jedną  myślą:  Revelin  musi  zostać  ukarany. 

Ona go ukarze, wciągając jego jedynego syna w zastawione przez siebie grzeszne sieci. 

- Moja kochana, nie miałem pojęcia... 

- Nie, oczywiście, skąd miałbyś mieć? Opowiedziała też o upokarzającym spotkaniu z 

Justitianem.  I  o  tym,  że  przywiózł  tu  ze  sobą  żonę.  O  swoim  strasznym  wstydzie.  I  o  tym, 

jakiego  szoku  doznała,  kiedy  sobie  uświadomiła,  jaka  potworna  była  ta  jej  mara,  jak  zatruła 

wszelką radość i wszystko, co dobre w życiu. 

-  Zobaczyłam  go,  urodziwego  młodego  mężczyznę,  człowieka.  Cóż  on  temu  winien, 

ż

e jest synem Revelina? Chciał mi pomagać w szkole... to dobry człowiek - szeptała. 

Karl  szukał  jakichś  dodatkowych  tonów  w  jej  głosie,  czegoś,  co  by  go  zaniepokoiło. 

Ale Marja mówiła szczerze. Na to wyglądało. Uznał, że powinien jej wierzyć. 

- Kochałaś go kiedyś... przede mną? 

-  Nie  -  uśmiechnęła  się  Marja  i  wiedziała,  że  mówi  prawdę.  -  Ja  chciałam  tylko... 

niszczyć, ranić. Powiedziałam Revelinowi, że zepchnę jego syna na dno piekła. To wtedy on 

zamknął Justitiana, a potem wyprawił do Kopenhagi. 

Bogu dzięki, pomyślał Karl, ale głośno tego nie powiedział. 

background image

Marja milczała. Teraz, kiedy myśl o zemście ulotniła się niczym czarodziejsko lśniąca 

rosa  w  promieniach  słońca,  dziękowała  Bogu,  że  jej  tajemnica  może  zostać  pogrzebana  na 

zawsze. Karl nigdy się o niczym nie dowie. Dzieci też nie. To będzie jej brzemię, tylko ona 

będzie je dźwigać. Kłamstwo, które będzie dawało o sobie znać zawsze, gdy spojrzy w oczy 

Karla  Martina  i  dostrzeże  w  nich  podobieństwo.  Dla  nich  nie  będzie  to  mieć  najmniejszego 

znaczenia.  Dla  Justitiana  także  nie.  Odpowiednia  kara  dla  Marji,  będzie  z  nią  żyć  do  końca 

swoich dni. 

Karl nie miał wiele do opowiadania. Strzał, który słyszała, mówił sam za siebie. 

-  Nie  miałem  odwagi.  Nawet  wtedy,  kiedy  już  palec  nacisnął  spust,  odskoczyłem  w 

bok, upadłem na ziemię. Stchórzyłem. 

-  To  nie  tchórzostwo,  mój  kochany.  Nie  jesteś  tchórzem!  Jesteś  najsilniejszym, 

najodważniejszym człowiekiem, jakiego znam. I masz w sobie tyle ciepła! Jesteś najlepszym 

człowiekiem na świecie. 

Wierzyła w to, co mówi. Każde słowo było prawdą. 

Karl dowiedział się tamtego dnia tak wiele nieprawdopodobnych rzeczy, że bez trudu 

przyjmował i te ostatnie zapewnienia. 

Wciąż  ręce  trochę  mu  drżały,  wciąż  podejrzliwość  dawała  o  sobie  znać.  Ale  oczy 

Maryjki znowu płonęły, po raz pierwszy płonęły tak tuż przy jego twarzy. Był w nich ten sam 

czarodziejski  blask,  który  kiedyś  tak  go  zauroczył.  Tylko  wtedy  ten  ogień  nie  oznaczał 

miłości, były w nim śmierć, nienawiść, pragnienie zemsty. 

Teraz oczy Maryjki płonęły dla niego. 

Nareszcie.