background image

 

background image

Pedersen Bente 

 

Roza znad Fiordów 08 

 

Dzieci światła 

 
 
 
 
 
 
 

W domu Warrenów dzieje się coś dziwnego. Margaret, David i 
Roza zachowują się tak, jakby ukrywali jakąś tajemnicę. 

Ukradkowe spojrzenia, szepty zakłócające nocną ciszę, 

skrzypienie schodów prowadzących na poddasze, wszystko to 
utwierdza Maxwella w przekonaniu o słuszności jego 

podejrzeń. Tymczasem w osadzie pojawia się olśniewająco 

piękna, jasnowłosa Finka o imieniu Raissa. Mattias staje 
przed trudną decyzją... 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 1 
- Czy moja siostra wie, że sypiasz ze służącą? -przerwał 
nieoczekiwanie nocną ciszę głos Maxwella. 
David zatrzymał się raptownie przy schodach, czując, jakby w tej 
jednej chwili zawalił mu się na głowę cały świat. Od dawna 
obawiał się, że coś takiego może się zdarzyć, ale wciąż łudził się 
nadzieją, że tajemnica, którą wraz z Margaret tak skrzętnie 
skrywali, nie wyjdzie na jaw. 
W pierwszym odruchu chwycił poły koszuli, by osłonić nagi tors, 
bo jak zwykle, wracając od Rozy, nawet się dokładnie nie zapiął. 
Po przyjeździe szwagra wzmógł ostrożność i przesunął nocne 
wizyty na poddaszu na późniejszą godzinę. 
Nadaremno. 
Maxwell skrzyżował ręce na piersi i oparty o framugę drzwi do 
salonu, mrużąc oczy, przyglądał się uważnie Davidowi. Jego 
twarz zdawała się nieprzenikniona. Potrafił po mistrzowsku 
skrywać emocje i udawać obojętność. 
David westchnął i puścił poły koszuli, uznając, że we własnym 
domu żadne insynuacje szwagra nie mogą mu zaszkodzić. 
Wyjaśnienie całej tej dwuznacznej sytuacji nie było zresztą 
trudne, choć komuś, kto tak jak Maxwell przywykł kierować się 
w życiu zasadami, może się wydać szokujące. 
 

background image

David nie zamierzał jednak zachowywać się jak spłoszona panna. 
Bratu żony wydawało się, że wie wszystko, mimo że nie 
wysłuchał jeszcze ani słowa wytłumaczenia. 
... sypia ze służącą? 
- Tak, Margaret wie - odrzekł krótko, nie uciekając wzrokiem 
przed spojrzeniem szwagra. 
- Ach, tak! - rzucił z sarkazmem Maxwell, wyraźnie 
nieprzekonany. - Przemykasz się nocą po schodach tak, by nie 
zaskrzypiała ani jedna deska, i chcesz mi wmówić, że nie 
ukrywasz niczego przed Daisy? 
Pokręcił głową, wydął usta, a z jego oczu wyzierała pogarda. 
David zdawał sobie sprawę, że pozory mogły zmylić Maxwella. 
Gdyby wiedział, że to ze względu na niego starał się poruszać tak 
cicho! Margaret bardzo zależało na tym, by nie szedł do Rozy, 
zanim brat nie zaśnie. 
„... pewnie masz rację, że on by tego nie pojął. Lepiej będzie, jeśli 
ta sprawa zostanie między nami..." - zgodziła się w końcu, choć 
wcześniej utrzymywała, że Maxwell zrozumiałby i wybaczył jej 
wszystko, cokolwiek by uczyniła. 
Teraz owa deklarowana miłość obojga rodzeństwa została 
wystawiona na ciężką próbę. 
- Najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z Margaret - 
powiedział David z pewnością w głosie, uśmiechając się lekko do 
szwagra. 
Maxwell przybrał postawę, jakby pozował do obrazu. Pasowałby 
do kolekcji portretów przedstawicieli rodu Hartów! Wyprostował 
kark i wysunął lekko brodę, uwydatniając mocne szczęki, 
charakterystyczne od pokoleń dla członków rodziny. Szafiro- 
 

background image

we oczy zapłonęły niebieskim płomieniem, połyskując niczym 
fale i niebo, podświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego 
słońca. ... chłód wyparł ciepło... 
Maxwellowi zdawało się, że wie wszystko, że ma przewagę. Na 
jego szczupłej twarzy malowała się złość zmieszana z odrazą. 
- Bezczelnością z twojej strony, Davidzie, jest sugerowanie mi, 
bym powiadomił siostrę o niewierności jej męża - wyłożył 
Maxwell, akcentując każde słowo. - Każdy sam odpowiada za 
swoje czyny. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tylko, dlaczego 
robisz to pod własnym dachem? Chyba nie znasz Margaret, skoro 
nie potrafisz sobie wyobrazić, do czego jest zdolna. Gdy się 
rozgniewa, bywa nieobliczalna. Ona tylko wygląda jak delikatny 
kwiatek, kochany szwagrze, pod tą wrażliwą powierzchownością 
jednak kryje się temperament i żelazna wola. 
David mimowolnie się uśmiechnął. 
- Myślę, Maxwellu, że to ty nie znasz swojej siostry - odrzekł i 
odwrócił się do niego plecami. Kierując się w stronę sypialni, nie 
starał się wcale poruszać cicho, nacisnął klamkę, a potem 
zatrzasnął drzwi. 
- Wyszło szydło z worka - odezwał się do Margaret, opierając się 
ciężko o framugę. - Słyszałaś swojego kochanego braciszka? 
Okazuje się, że bardzo czujnie sypia. Czekał na mnie, co oznacza, 
że już od jakiegoś czasu coś podejrzewał, aż wreszcie postanowił 
złapać mnie na gorącym uczynku... 
David westchnął ciężko i rozebrawszy się, wszedł do 
małżeńskiego łoża. Włożył pod głowę kilka poduszek, tak że 
właściwie bardziej siedział, niż leżał. 
 

background image

- Niewierny mąż otrzymał od rozjuszonego szwagra, który jest 
wzorem cnót wszelakich, reprymendę i warunek. Mam skończyć 
z nocnymi eskapadami albo moja żona o wszystkim się dowie. 
Margaret musnęła szczupłą dłonią policzek męża, wywołując 
grymas na jego twarzy. Pogładziła opuszkami palców jego 
szorstką, pokrytą zarostem skórę. Podobało jej się, że mąż nie jest 
perfekcyjny w każdym calu. Uśmiechnęli się do siebie, połączeni 
głębokim zrozumieniem. On ciemnowłosy, ona jasna blondynka 
zbliżyli się do siebie, a ich wargi spotkały się w pocałunku. David 
ujął niewielki, ostry podbródek żony i pogłaskał palcami, które 
niczym tarka podrażniły delikatną skórę. Całowali się z pełnym 
oddaniem. 
- Porozmawiam z Maxem - powiedziała Margaret i uwolniwszy 
się z objęć Davida, sięgnęła po leżący na stołku w nogach łóżka 
peniuar. 
Turkusowa niczym barwa jej oczu, zwiewna tkanina przylgnęła 
do szczupłej postaci Daisy. Margaret przypominała Davidowi 
elfa. Odnosił wrażenie, że bawi ją zaistniała sytuacja. 
Spojrzeniem poprosiła, by na nią zaczekał. Czasami 
zachowywała się jak wiarołomna żona, ale David nikomu nie ufał 
tak jak Margaret. 
Czy Maxwell będzie w stanie zrozumieć, że ta pozorna zdrada 
Davida wynika z jego całkowitej wierności wobec żony? 
David uświadomił sobie gwałtownie, jak bardzo Margaret jest 
podobna do swojego brata. Oboje mają w sobie coś 
demonicznego, diabolicznego. 
Tak, trudno o właściwsze określenie. 
 
 
 

background image

Maxwell skrył się w półmroku niewielkiej oszklonej werandy, 
opierając czoło o zimną szybę. Margaret popatrzyła na brata z 
ogromną czułością. Po jego zgarbionej sylwetce i zwieszonych 
ramionach poznała, że jest zrozpaczony. To z jej powodu tak się 
zadręczał. Dlatego, że chciał wobec niej być lojalny. 
Boso weszła do chłodnego pomieszczenia. Maxwell poznał ją po 
krokach, nie musiał więc sprawdzać, czy to rzeczywiście 
Margaret. 
- Szybko załatwione - odezwał się po chwili i odwrócił się do 
niej. - Z jaką łatwością przeciągnął cię na swoją stronę! Wysłał 
cię, żebyś ze mną porozmawiała? - zapytał z pogardą. - Czym się 
tłumaczył, skoro wciąż nie utracił twego zaufania? Nie słyszałem 
dochodzących z waszej sypialni odgłosów kłótni... 
Margaret położyła wąską dłoń na ramieniu Maxwella, a potem 
oparła policzek na jego piersi, starając się przywołać bliskość, 
która zawsze między nimi istniała. Maxwell był jej bowiem nie 
tylko bratem, ale i przyjacielem. 
- To nie jest tak, jak by się mogło z pozoru wydawać - zaczęła 
cicho smutnym głosem. 
Maxwell, unikając spojrzenia siostry, strząsnął jej dłoń i odsunął 
ją od siebie. 
- Jestem wystarczająco dorosły, by wiedzieć, co słyszę - odezwał 
się hardo. - A w tym przypadku nie dość, że słyszałem, to jeszcze 
widziałem twojego kochanego małżonka, a mojego przyjaciela 
Davida, wymykającego się chyłkiem z poddasza w samych 
kalesonach. Nawet nie zapiął koszuli! Co się dzieje w tym domu, 
Margaret? - Odwrócił się gwałtownie do siostry, mrużąc oczy 
tak, że przypominały dwie niebieskie kreski. - Czyżbyś wiedziała 
o jego romansie? 
 

background image

Niedowierzanie w jego głosie mieszało się z odrazą. 
- Owszem, wiem - odparła Margaret, dumna, że ma odwagę 
spojrzeć bratu prosto w oczy. - Wiem i akceptuję - dodała, po 
czym umilkła na chwilę, by dać Maxwellowi czas na 
przetrawienie tych słów, bo nadal zdawał się nie pojmować ich 
sensu. - A czego się spodziewałeś? - zapytała, gdy wciąż się nie 
odzywał, wyraźnie zbity z tropu. 
Maxwell wykrzywił usta w nieznacznym uśmiechu. Nagle ujrzał 
Margaret w nowym świetle: już nie dziecko, ale 
Margaret-kobietę. 
Maxwell nigdy dotąd nie myślał o niej w taki sposób. Przed 
prawie czterema laty wyszła za mąż, a w ubiegłym roku 
wyjechała daleko od domu, do obcego kraju. 
Dla niego wciąż była małą siostrzyczką. Teraz w jednej chwili 
uświadomił sobie, że jest dorosła, i utracił złudzenia co do jej 
niewinności. To był dla niego szok. 
Maxwell nie potrafił wytłumaczyć, czego się właściwie 
spodziewał, ale cokolwiek to było, nie miało żadnego związku z 
rzeczywistością. 
- Jesteś zawiedziony? - zapytała, krzyżując na piersi ramiona. 
Drżała, jakby marzła. 
Maxwell nie podejrzewał, że jest to element gry. Chyba 
naprawdę było jej zimno. Wprawdzie zbliżało się lato, ale nocami 
wciąż panował przenikliwy chłód, zaś peniuar Margaret bardziej 
nadawał się do łagodniejszych klimatów. 
Nagle zawładnęła nim nowa, przerażająca myśl, że Margaret 
udaje, żeby wystrychnąć go na dudka. Ze przestała być wobec 
niego szczera. Zastanawiał się, czy zawsze była obłudna, czy 
odmienił ją ten czas spędzony w Norwegii. 
 

background image

- Dziwisz mi się? - zapytał, nie kryjąc zawodu. -Nigdy o tobie tak 
nie myślałem, siostro - dodał, opierając się o ścianę. - Zdawało mi 
się, że cenisz sobie pewne wartości i zasady. Tymczasem to, co 
wyznałaś, zdaje się temu przeczyć... 
Rozgniewały ją jego słowa i zapomniała o chłodzie. Maxwell 
przemawiał tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy. Żonglował 
pozbawionymi treści słowami, pustymi jak wydmuszki. 
Co on wiedział o jej życiu, o targającej nią rozpaczy, o bólu i 
cierpieniu, jakiego doświadczyła? O tęsknocie. Nic! Nie pytał o 
nic wprost, nie dociekał, co naprawdę czuje. 
Margaret nie pojmowała, dlaczego brat wciąż unika szczerej 
rozmowy, w zamian zadając jej tyle innych, błahych pytań, które 
nie wymagały niebezpiecznych odpowiedzi. 
- Czy kiedykolwiek pragnąłeś czegoś tak silnie, że gotów byłeś 
na wszystko, żeby to osiągnąć? - zapytała Margaret cicho. 
- Nie pojmuję, jaki to ma związek z tą sprawą -odparł Maxwell, 
czując przypływ znużenia. - Spodziewałem się, że będziesz go 
bronić za wszelką cenę, ale to kiepska mowa obrończa, moja 
Maggie. - Westchnął. - Rozumiem jednak, że tak bardzo go 
kochasz, iż gotowa jesteś patrzeć przez palce na jego romans. Ale 
oświadczam ci, że nie jest tego wart. Sądziłem, że to rozumiesz. 
Żaden mężczyzna nie jest wart takiego poświęcenia ze strony 
kobiety, zwłaszcza takiej jak ty, siostro. Pamiętaj o swoim 
wysokim urodzeniu! Nie wolno ci się godzić na takie poniżenie, 
nawet jeśli on ciągnie cię na dno. Żadna miłość nie jest tego 
warta, by poświęcać samego siebie... 
- Ilu znasz mężczyzn, którzy nigdy nie zdradzili 
 

background image

swojej żony? - zapytała Margaret lekko znudzonym głosem. - 
Nawet ja, mimo że byłam jeszcze małą, grzeczną dziewczynką, 
wiedziałam o tym, że nasz sąsiad utrzymywał kochanki w 
Londynie, w Liverpoolu i Manchesterze. Nigdy nie miałam 
całkowitej pewności co do ojca. W Anglii na pewno nie miał 
metresy, ale przecież rocznie odwiedzał więcej zagranicznych 
portów, niż byliśmy w stanie policzyć. Może dlatego nie 
potrzebował stałej utrzymanki... 
- Nie mieszaj do tego ojca! - powstrzymał ją ostrzegawczo 
Maxwell. Skrzywił się, twarz mu pociemniała, a i jego głos stał 
się głębszy. Zacisnął mocniej pięści. Margaret nie pamiętała, by 
widziała go kiedyś równie zagniewanego. 
- Porozmawiajmy lepiej o twoim mężu, który postępuje wobec 
ciebie tak haniebnie! 
Maxwell cofnął się do salonu, a Margaret za nim. Z 
przyzwyczajenia zamknęła za sobą drzwi, by zaoszczędzić 
ciepła, tak łatwo ulatującego z pomieszczeń. W rodzinnym domu 
nigdy na to nie zwracała uwagi. Zmieniła się w ciągu ostatnich 
kilku miesięcy. 
Wiele się nauczyła przez ten czas spędzony na północy. Nie tylko 
o kraju, w którym się znalazła, ale przede wszystkim o sobie. 
Wyszły na jaw pewne cechy jej charakteru, których istnienia 
nigdy by sobie nie uświadomiła, gdyby pozostała w rodzinnym 
domu w Cheshire. 
Ale przecież każdy, nawet Maxwell, posiada jakieś mroczne 
strony osobowości. Nawet on nosi w sobie myśli, pragnienia czy 
tęsknoty, które skrzętnie skrywa przed światem. 
Podeszła bliżej do brata i dotknęła delikatnie jego wychudzonego 
policzka, który w kiepskim świetle wydawał się jeszcze bardziej 
zapadnięty. Maxwell za- 
 

background image

wsze wyglądał na niedożywionego, ale Margaret dobrze 
wiedziała, że nawet gdyby jadał wyjątkowo suto, i tak nie 
nabierze ciała. 
- Przytul mnie, braciszku! - poprosiła cienkim głosem. - Przytul 
mnie i nie potępiaj. Nie trać do mnie przywiązania! 
- Dlaczego miałbym przestać cię kochać? - zapytał chrapliwym 
głosem i zrobił to, o co go prosiła. Objął ją i przytulił tak jak 
wówczas, gdy była jeszcze małą dziewczynką i potrzebowała 
pociechy. - Jesteś moją siostrą i zawsze nią pozostaniesz. Nic nie 
może tego zmienić. 
Promyk nadziei zamigotał w sercu Margaret. Czy jednak gorące 
zapewnienia Maxwella nie ulotnią się, gdy dowie się o 
wszystkim? Czy jego lojalność wytrzyma tak ciężką próbę? 
- Jesteś przekonany, bracie, że nawet najgorętsze uczucie nie 
usprawiedliwia takiego poświęcenia -odezwała się drżącym z 
emocji głosem. Bardzo zależało jej, by Maxwell ją zrozumiał. 
Nie chciała go stracić. - Uważasz, że masz rację. Być może twoje 
poglądy nigdy nie ulegną zmianie. Ale życie czasami nas 
zaskakuje. Ja też kiedyś myślałam podobnie, zanim... 
Maxwell przysłuchiwał się w milczeniu, Margaret jednak 
poczuła, że mocniej ściska jej ramię. Nie przerywał jej, jak się 
spodziewała. Pozwolił jej na wyjaśnienia, chcąc zrozumieć... 
- David robi to, co robi, na moją prośbę. 
Cisza może mieć różnorodne brzmienie. Zmienia się w 
zależności od chwili i intensywności uczuć, jakimi się wypełnia. 
Margaret zdawało się, że słyszy szum wodospadu, jakby znalazła 
się w pobliżu przewalających się z hukiem mas wody. 
 

background image

- Dokończ już to kłamstwo - odezwał się wreszcie Maxwell, 
oddychając ciężko. Opanował jednak zdenerwowanie, nauczony 
trzymać emocje na wodzy. Nie na darmo spędził tyle lat w 
szkołach z internatem. 
- Mówię prawdę - poprawiła go Margaret, opierając głowę na 
piersi brata. Wolała wyobrażać sobie reakcje malujące się na jego 
twarzy, niż patrzeć na nie. 
Maxwell był kimś ważnym w jej życiu, nigdy jej nie zawiódł. 
Zawsze trwał przy niej i wspierał ją na dobre i na złe. Zawsze. 
- Poprosiłam Davida, by zgodził się na to - zaczęła Margaret, 
starając się nie dopuszczać do siebie natłoku myśli. Odgradzała 
się od nich, by nie zwariować. - Nie - poprawiła się, nabierając 
głębokiego oddechu. - Nie prosiłam go o to, Max, ja go błagałam. 
Zmusiłam, by to zrobił dla mnie. 
- Aha - wyrwało się Maxowi i przytulił ją, jakby chciał ochronić 
przed szaleństwem, które wyczuwał. Było takie realne, jakby 
wypełzło z mroku. Obnażone, drwiło bezczelnie, zmuszając, by 
patrzył na nie jak na coś, co jest rzeczywiste. 
Odpychające. 
Nie do pomyślenia. 
Wstrętne. 
Wykluczone... 
- Dlaczego? - zapytał bezgłośnie. 
- Chcę mieć dziecko - odpowiedziała Margaret pełnym rozpaczy 
głosem, który zabrzmiał cienko jak u dziecka. 
- Możesz mieć jeszcze tuzin dzieci, moja Daisy! -przerwał jej 
chrapliwie. 
Nie pojmował, że jego siostra, którą zawsze uważał za trzeźwo 
myślącą osobę, nie rozumie tego. Strata 
 

background image

pierwszego dziecka bardzo ją przygnębiła, ale przecież prawie 
wszystkie kobiety przeżywają podobne dramaty. Gdyby mogło ją 
to pocieszyć, powiedziałby, że taki już los. Nie wszystkim pisane 
jest żyć. 
- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie, drżąc na całym ciele, choć w 
salonie nie czuło się chłodu. - Nie, Max! Nigdy nie zrozumiesz, 
jakie to okropne. Jesteś mężczyzną, nie wiem, czy którykolwiek 
mężczyzna jest w stanie pojąć bezmiar takiego bólu. 
Przygnębiony swą niedoskonałością, Maxwell tulił siostrę i 
głaskał ją po plecach. Tylko tyle mógł uczynić. 
Wdychając zapach jej włosów, przypomniał sobie Daisy, jaką 
znał. Znów wydało mu się, że siostra pachnie stokrotkami. 
Oczyma wyobraźni ujrzał te drobne, ale niezłomne kwiatki, które 
potrafiły wypełnić całą rabatkę i jakby na przekór wszystkiemu 
niemal zdusić inne rośliny. 
- Nikt nie jest w stanie pojąć mojego cierpienia -ciągnęła 
Margaret zduszonym głosem, wtulona w pierś brata. - Tylko 
Roza... 
Maxwell przezornie milczał. Nie potrafił pojąć ani wyjaśnić 
osobliwego związku trojga ludzi w tym domu. 
- Chcę mieć dziecko - powtórzyła z wewnętrznym żarem 
Margaret. - Pragnę tego dziecka tak silnie, że jestem gotowa 
usprawiedliwić każdy sposób, by je zdobyć. - Odetchnęła 
głęboko. - Chcę mieć dziecko Davida, Maxwell. Rodzonego 
syna. By nigdy nie było co do tego żadnych wątpliwości. 
Maxwell przełknął ciężko ślinę. Chciało mu się płakać, ale i tym 
razem ze względu na Margaret opanował się. Cieszył się jedynie, 
że rodzice o niczym nie wiedzą. Ze względu na nich postanowił 
milczeć 
 

background image

o wszystkim. Ale też ze względu na Margaret. Między nimi 
istniały silne więzy i zawsze byli wobec siebie lojalni. 
- Uważasz, że to okropne, prawda? Ja jednak jestem innego 
zdania. To ja wybrałam matkę dla mojego dziecka. 
Na chwilę umilkła, rozumiejąc, że musi dać mu trochę czasu na 
oswojenie się z takimi nowinami. 
- Żadna inna, prócz Rozy, w ogóle nie wchodzi w rachubę - 
podjęła na nowo. - Widziałeś ją przecież, braciszku. 
Zauważyłam, jak ją lustrujesz, jak oceniasz jej urodę... 
- To prawda - przyznał. 
Nie można było jej nie dostrzec. Roza Samuels-datter przyciągała 
spojrzenia. Wzbudzała odrazę, a zarazem kusiła. Była chyba 
najbardziej fascynującą kobietą, jaką Maxwell spotkał w swoim 
życiu. 
- Pomyślałeś, jaka musiała być piękna? - zapytała Margaret 
niemal bez tchu, jakby uroda Rozy, którą odkryła w częściowo 
oszpeconej twarzy, stanowiła jej zasługę. 
- Tak - odpowiedział brat, zrozumiawszy nagle, dlaczego 
Margaret wybrała służącą na matkę swojego dziecka. 
- Syn Davida będzie piękny - mówiła Margaret z przekonaniem i 
nadzieją. - Roza nie może urodzić brzydkiego dziecka. Jest silna, 
a przy tym niegłupia, mimo że nie chodziła do szkoły dłużej niż 
dziewczęta z tej warstwy społecznej. Ma zdolności językowe, z 
łatwością uczy się angielskiego. Można już z nią prowadzić 
rozmowę. Uroda i mądrość nie jest bez znaczenia, chyba 
przyznasz mi rację. 
Maxwell mimowolnie przypomniał sobie, jak w Cheshire 
rozmawiało się o klaczach rozpłodowych. 
 

background image

- Poza tym ona jest jedyną siostrą z gromady rodzeństwa. W jej 
rodzinie przychodzi na świat więcej chłopców, a my z Davidem 
chcemy mieć właśnie syna. 
- Ale przecież na tym świecie rodzą się także dziewczynki - 
usiłował ostrożnie zwrócić siostrze uwagę Maxwell. - Co zrobisz, 
jeśli tym oczekiwanym dzieckiem okaże się dziewczynka? 
- Wówczas będziemy musieli próbować dalej - odparła Margaret 
z powagą, jakby to rozumiało się samo przez się. - Córki są 
błogosławieństwem, ale to synowie stanowią o przedłużeniu 
rodu. Dla Davida liczy się, by urodził mu się syn. Dla mnie też to 
jest ważne. Oboje pragniemy syna... 
 
 
Rozdział 2 
... brat Margaret patrzy na mnie. Niepokoi mnie to, że nie 
rozumiem, co on sobie o mnie myśli. W jednej chwili wydaje mi 
się, że uśmiecha się przyjaźnie, a zaraz potem w jego niebieskich 
oczach pojawia się błysk, który napawa mnie przerażeniem. 
Wszyscy, których znam - oprócz Mattiasa - mają niebieskie 
oczy... 
Czasami odnoszę wrażenie, że mnie nienawidzi. Nie rozumiem... 
przecież nawet mnie nie zna. Nie sądzę, bym wzbudzała w nim 
lęk, z pewnością plotki o czarach uważa za przesądy. 
Obserwuje mnie. 
Pod wpływem jego wzroku czuję ukłucia na skó- 
 

background image

rze: nie przyjemne, jak muśnięcia słonecznych promieni, ale 
bardziej jak szczypanie mrozu w rozświetloną księżycowym 
blaskiem zimową noc. Spojrzenie jego niebieskich oczu i 
nieodgadnione myśli wywołują we mnie niejasny niepokój... 
- Na dziś właściwie nie mamy żadnych planów -oznajmiła 
Margaret przy śniadaniu. 
Kroiła na maleńkie kawałeczki jajko sadzone, danie, od którego 
podobno każdy Anglik zaczyna dzień, ale podsmażany, wędzony 
bekon odsuwała na bok. 
- Chciałabym, żebyś zobaczył tutejszą roślinność od momentu 
kiełkowania do pełnego rozkwitu -ciągnęła Margaret, wciąż 
kierując słowa do brata. -Zależy mi, Max, żebyś wywiózł stąd jak 
najwięcej wrażeń. 
Max i David wymienili spojrzenia. Ilekroć Maxwell patrzył na 
szwagra, natrętnie cisnął mu się pod powieki jego obraz 
obejmującego Rozę. Graniczyło to niemal z obsesją. 
Przywykł, że David każdego niemal wieczoru, nim położy się w 
małżeńskim łożu, wchodzi po schodach na poddasze, by kochać 
się ze służącą. Choć wciąż wzbudzało to w nim niechęć, burzyło 
wpojone zasady, powoli pogodził się z tą sytuacją, zwłaszcza że 
nie zauważył, by ktoś z trojga bohaterów owej farsy cierpiał z 
tego powodu. 
Stało się to częścią wspólnej codzienności, choć pod żadnym 
pozorem nikt nie podejmował drażliwego tematu. 
- Roza mogłaby oprowadzić cię po okolicy - rzekła Margaret, 
która myślami błądziła już gdzieś indziej. Utkwiła w służącej swe 
duże, zielone oczy i lekko uniosła brwi. Z pozoru przyjazna i 
łagodna, 
 
 

background image

była w rzeczywistości bardzo władcza. - Wiem, że zamierzałaś 
dziś czyścić podłogi, rozmawiałyśmy też 
0 tym, że trzeba umyć okna, ale to wszystko chyba nie zajmie ci 
całego dnia? Zresztą teraz dzień jest długi. Może wybrałabyś się 
więc z moim bratem w góry, by mógł sobie obejrzeć skalną 
roślinność? Znasz norweskie nazwy wszystkich roślin, co dla 
Maxwella będzie nie lada gratką! 
- Dziś zamierzałam zajrzeć do ojca - odpowiedziała Roza, 
sprzątając ze stołu. Plecy miała wyprostowane, jakby połknęła 
kij. Mówiła spokojnie, ale dobitnie, nie patrząc na swą 
chlebodawczynię. 
- Przecież on ma opiekę! Mieszka z twoim bratem 
1 bratową - odrzekła ostro Margaret. 
Maxwell ściągnął brwi. Dobrze wiedział, że jego siostra nie znosi 
sprzeciwu. Nigdy nie umiała dopasować się do innych, myślała 
przede wszystkim o sobie. Nie znał nikogo, kto forsowałby 
równie zaciekle swoje plany. Pod jedwabiem kryła się żelazna 
wola. 
Maxwell dostrzegł sprzeczne uczucia malujące się na twarzy 
Margaret. Chętnie przyjrzałby się minie Rozy, ale ona 
pośpiesznie oddaliła się do kuchni. Pomyślał, że siostra, choć 
jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, trafiła na godnego siebie 
przeciwnika. Jej służąca wydaje się być ulepiona z tej samej 
gliny. 
- Chyba wystarczy, że oni się nim zajmują -ciągnęła Margaret z 
lekką irytacją w głosie. - Zresztą dziś jest wtorek, a nie niedziela - 
dodała ostrzejszym tonem. - Sądziłam, że się umówiłyśmy, iż 
wolne masz w niedziele, o ile uporasz się z obowiązkami... 
- To mój ojciec - odparła Roza. - A także mój dom rodzinny. 
Kiedy zrobię, co do mnie należy, mogę chyba wyjść, dokąd chcę? 
- Nabrała powietrza 

background image

i wbijając płomienne spojrzenie w Davida, dodała: -chyba nie 
jestem tu niewolnikiem? 
David był wyraźnie zakłopotany. Krzywy uśmieszek, którym 
maskował znudzenie, zastygł na jego twarzy, ale oczy nie 
wyrażały wesołości. Margaret, widząc go takim, nie miała 
odwagi upierać się przy swoim. 
Maxwell mimowolnie przerwał tę kłopotliwą ciszę, zwracając się 
do siostry i zajmując jej uwagę wyjaśnieniem, że jeśli chodzi o 
niego, to akurat tego dnia nie ma ochoty na długie i wyczerpujące 
spacery. 
- Co z tobą? - zapytała siostra po angielsku i ściągnęła brwi w 
szczerym zdumieniu. - Nie możemy tolerować niesubordynacji - 
dodała. - Ona powinna znać swoje miejsce. 
David przełykał ciężko, ale ten jeden raz okazał, że to on jest 
głową domu. 
- Roza ma popołudnia i wieczory wolne. Może robić, co chce. 
Jestem pewien, że poradzimy sobie sami z kolacją. 
Nie czekając na sprzeciw Margaret, wstał od stołu, pocałował 
żonę pośpiesznie w czoło i zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, 
już go nie było. 
- A to dopiero - odezwała się po cichu Margaret, spoglądając na 
Rozę z ukosa, ale dziewczyna zdążyła zdusić uśmieszek w 
prawym kąciku ust. - W takim razie nie ma o czym mówić - 
dodała Margaret urażona i od razu odbiła to sobie na Rozie, 
surowym głosem wyliczając jej prace, które jeszcze tego dnia 
miały zostać wykonane. 
Maxwell przysłuchiwał się siostrze zdumiony. Nie pojmował, jak 
Roza Samuelsdatter zdoła się uporać z takim nawałem zajęć, by 
potem jeszcze przed zaśnięciem przyjąć u siebie Davida. 
 

background image

- Musi ci być przyjemnie u jaśniepaństwa, skoro od dwóch 
tygodni nie raczyłaś zajrzeć do domu? -zapytał Samuel córkę, nie 
owijając w bawełnę. -Dawniej odległość między Samuelsborg a 
Kopalnią była chyba mniejsza, zwłaszcza kiedy jeszcze miesz-
kałaś w domu, a potrzebowałaś coś stamtąd. 
- Teraz, gdy przyjechał brat pani, mam więcej pracy - wyjaśniła 
Roza krótko i uświadomiła sobie, że ojciec wciąż potrafi sprawić, 
że czuje się jak mała dziewczynka, która coś przeskrobała. 
- Chyba ta paniusia potrafi zatroszczyć się o siebie i najbliższych? 
Co z niej za kobieta? Co robi całymi dniami, skoro nie jest w 
stanie zająć się domem? 
- Wciąż jeszcze jest słaba - odparła Roza sztywno. - Strata 
dziecka bardzo ją przygnębiła. Miała ciężki poród. 
Wielki Samuel zaśmiał się na te słowa, aż musiał się przytrzymać 
boków łóżka. Jego duże, niegdyś krzepkie dłonie po tylu latach 
spędzonych przymusowo w łóżku pożółkły i pokryły się 
plamami. Wydawały się jakby zasuszone, pomarszczone od nad-
miaru skóry. 
- A co to ciebie obchodzi, Roza? Co ty jesteś: dama do 
towarzystwa? - Jego śmiech przemienił się w atak kaszlu, a z 
oczu pociekły mu łzy. 
Roza popatrzyła na ojca i zamknęła się w sobie, by nie pokazać, 
jak bardzo jest rozczarowana. Wiedziała, że w ten sposób mści 
się na niej za to, że wyprowadziła się z domu. Ukrywał głęboki 
zawód, bo w jego przekonaniu córka powinna opiekować się 
ojcem. Tak to sobie zaplanował. 
Za każdym więc razem, gdy Roza pojawiała się w domu, karał ją 
za to, że go zostawiła, że uciekła 
 

background image

od odpowiedzialności, która według niego była jej 
odpowiedzialnością. 
- Ona mnie potrzebuje - upierała się Roza, zaciskając wargi. 
Czuła niechęć do siebie samej, że tak ułożyły się jej stosunki z 
ojcem, ale przecież winę za to ponosiła nie tylko ona. Samuel 
swym zachowaniem prowokował ją albo do milczenia, albo do 
złości. 
- To musi być przyjemne - rzucił szyderczo z wymuszonym 
uśmiechem, choć Rozie się zdawało, że z jego twarzy wyziera 
współczucie. 
Zawsze wiedział, jak ją skrzywdzić, jak sprawić przykrość, ale 
nigdy nie rzekł, że rozumie jej wybór. Tylko raz zaakceptował jej 
decyzję, zgadzając się, by poślubiła Pedera. Dał też Mattiasowi 
swoje błogosławieństwo, ale ona do tego związku nie była prze-
konana. 
- Mało kto przyjaźni się ze swoimi chlebodawcami - dodał 
pogardliwie, z nieukrywaną niechęcią Samuel. 
Roza nigdy nie wyjaśniła mu, kim właściwie są dla niej 
chlebodawcy, wiedząc, że tego typu przyjaźni ojciec nigdy by nie 
zrozumiał. Zresztą ani ona, ani Warrenowie nie afiszowali się 
przed nikim, jakie łączą ich stosunki. 
- To dobrze - westchnął i powoli obrócił się plecami do Rozy. 
Właśnie w taki sposób kończył teraz zawsze rozmowy. Kiedyś, 
kiedy jeszcze miał zdrowe nogi, zostawiał problemy, 
nieprzyjemności i kłótnie i wychodził, trzaskając drzwiami. 
Teraz, kiedy nie mógł się poruszać o własnych siłach, odwracał 
się plecami. 
- Porzuciłaś własną rodzinę, Roza, dlatego potrzebni ci będą 
przyjaciele... 
 

background image

Roza nie odpowiedziała. Nauczyła się łykać łzy i czasem czyniła 
to wręcz odruchowo. 
- Dokuczał ci? - zapytała Liisa, skinąwszy głową w stronę drzwi 
do alkierza, które Roza starannie za sobą zamknęła. Liisa robiła 
na drutach coś dużego i szarego, zapewne sweter dla męża. 
Ole oparł dłonie o blat stołu. Jasna grzywka opadła mu na czoło, 
co jak zawsze wywołało w Rozie czułość. Był już dorosły, miał 
żonę i choć dzielił chatę z ojcem, nikt nie podawał w wątpliwość, 
że to on jest gospodarzem Samuelsborg. A mimo wszystko Roza 
wciąż uważała go za małego chłopca. Jak dobrze byłoby mu się 
zwierzyć, podzielić się z nim tymi trudnymi, wywołującymi w 
niej niepewność i zagubienie problemami. Ale on już do niej nie 
należał. 
Pozostała jego siostrą, ale najbliższą mu osobą była Liisa. Roza 
pogodziła się z tym. Usiadła obok brata przy stole. Odruchowo 
pogładziła jego złożone dłonie. Ole, mimo że nie widział 
malujących się na jej twarzy uczuć, domyślił się, że jest 
zrezygnowana. 
- To bez znaczenia - odparła Roza. 
- Na nas też bez przerwy warczy - pocieszył ją Ole. - 
Wykrzykuje, że ma nieznośne dzieci, i zastanawia się, jakie soki 
tchnęły w nas życie. I nie chodzi mu bynajmniej tylko o ciebie... 
Liisa zaśmiała się swoim śmiechem przypominającym plusk 
strumyka. 
- Ja jestem jego równie nieudaną synową - dodała, nie przejmując 
się zbytnio opinią teścia. - Niemal codziennie mi powtarza, jaką 
świetną partię mógł zrobić Ole, gdyby nie stracił wzroku. Bo 
przecież 
 

background image

gdyby widział, za nic w świecie nie ożeniłby się z grubą kweńską 
dziewką z Krety. Taki głupi nie jest! Ole uśmiechnął się z 
czułością i dodał: 
- Ojciec zapomina, że ja przecież znałem Liisę przed wypadkiem. 
O tylu sprawach zapomina... 
Roza wsłuchiwała się w ich słowa, doszukując się pretensji do 
niej, że ściągnęła ich z powrotem do Samuelsborg. Gdyby nie 
postanowiła przeprowadzić się do Warrenów, oni wciąż 
mieszkaliby u rodziców Liisy. Było tam o wiele ciaśniej, ale z 
pewnością radośniej. Nie musieliby znosić humorów Samuela. 
- Tylko Mattias znajduje u niego łaskę - dodała Liisa, ale zamilkła 
gwałtownie, napotkawszy spojrzenie szwagierki. 
Roza wbiła wzrok w swoje dłonie, które tej wiosny były bardziej 
niż zwykle czerwone i popękane. Margaret była przesadnie 
wyczulona na punkcie porządków. Mimo że Roza zawsze była 
pod tym względem bardzo skrupulatna, pani Warren to nie 
wystarczało. 
To normalne, że Mattias ich odwiedzał. Przecież jest najlepszym 
przyjacielem Olego, a także, jak wspomniała Liisa, cieszy się 
sympatią i przywiązaniem Samuela. Czemu więc nie miałby 
przychodzić? Zwłaszcza że nie musiał się obawiać, iż natknie się 
na nią. Bywając w domu w niedziele, nigdy go nie spotkała, co 
oznacza, że starannie jej unika. 
- Możesz o nim mówić - rzekła Roza. - Nie jesteśmy ze sobą 
skłóceni. 
- Ale wasze uczucia nie wygasły, prawda? - dociekała Liisa. 
- Uspokój się, Liiso! Przecież to nie nasza sprawa - westchnął Ole 
i zwracając się do siostry, dodał: -Tak samo przepytywała 
Mattiasa, ale on też milczał 
 
 

background image

jak grób. Dlatego próbuje teraz z tobą. Nic jej nie mów! 
Ole poszukał po omacku dłoni Rozy i uścisnął ją mocno. Jego 
dłoń wydała się Rozie taka silna i dorosła jak nigdy wcześniej. 
- Poza tym tłumaczyłem jej, że Mattias związał się z tą 
Rosjanką... 
Roza poczuła, jak do głowy uderza jej gorąco, a policzki 
oblewają się potem. Była pewna, że Liisa to dostrzegła. 
Ogromnym wysiłkiem zapanowała nad oddechem. Pomrugała 
kilkakrotnie, by powstrzymać napływające do oczu łzy, ale nie 
była w stanie ukryć ich blasku. 
Jej głos zabrzmiał obco. 
- Z Rosjanką? - zapytała z trudem, jakby słowa te ważyły tyle, co 
worek kamieni. 
- To nie jest żadna Rosjanka! - ucięła Liisa, szybciej poruszając 
drutami. A potem zaczęła mówić tak prędko, jakby chciała czym 
prędzej wyrzucić to z siebie. - To Finka o imieniu Raissa. Jest 
kucharką i pracuje w jadłodajni. 
Liisa zapatrzyła się przed siebie. Udawała obojętność, ale Roza 
nie dała się zwieść. Poznała, że szwa-gierkę coś gnębi. 
- Ludzie mówią, że jest piękna. Wszyscy kawalerowie z Kopalni 
zaczęli się nagle stołować w jadłodajni. Nikt już nie rezygnuje z 
posiłków, twierdząc, że w ten sposób trochę zaoszczędzi. 
Podobno nawet żonaci też ciągną do jadłodajni, zamiast wracać 
do domu. 
- Naprawdę jest taka piękna? - zapytała Roza, pilnując, by głos jej 
się nie załamał. 
Szwagierka obojętnie wzruszyła ramionami i odrzekła: 
 

background image

- Jeśli ktoś lubi taki typ. 
- A więc jest piękna. 
Roza wyobraziła sobie, jak zareagowaliby ludzie, gdyby i ona 
nieoczekiwanie pojawiła się w jadłodajni. Jedni by się jej jawnie 
przyglądali, a inni pewnie by udawali, że nie zwracają na nią 
uwagi. Nie miała jedynie pojęcia, jak by to przyjął Mattias. Jego 
nie chciałaby zranić. Nie chciała mu też niczego utrudniać. 
Rozstali się jak przyjaciele, przynajmniej na pozór. 
-Nie jest podobna do nikogo, kogo znamy - rzekła Liisa, 
odrzucając głowę. W ten sposób sugerowała, że nieznajoma nie 
jest podobna do Rozy. - Ma jasne włosy, cerę niemal chorobliwie 
bladą, a oczy jakieś takie rozmyte. Nieustannie się jednak 
uśmiecha - ciągnęła Liisa oschle. - Ja też się śmiałam, zanim 
nauczyłam się norweskiego. Stałam się mniej miła, kiedy już 
więcej rozumiałam i umiałam się odciąć. Teraz już nie jestem 
taka skora do śmiechu. 
- Dla kobiety, którą opisujesz, chłopy by nie zdzierali zelówek, 
żeby iść do jadłodajni - przerwał jej Ole i chrząknął. - Głowy nie 
dam, ale zdaje mi się, że nad fiordem Kafjord jestem jedynym 
mężczyzną, który jej nie widział. Z tego jednak, co słyszałem, 
wiem, że jest wysoka, szczupła w biodrach, a pierś ma wydatną. 
Jak mówią chłopaki, jest co popieścić. Ma twarz anioła, a skórę 
białą jak mleko, a kiedy się zawstydzi, jej policzki oblewają się 
słabym rumieńcem i przypominają niebo w mroźny, lutowy 
poranek tuż po świcie. Jej oczy mienią się błękitem, włosy zaś 
sięgają do bioder i mają kolor dojrzałych łanów zboża. Wszyscy 
mówią, że bije od niej blask jak od anioła. 
W izbie zapadła cisza. 
Roza próbowała sobie wyobrazić tę kobietę, któ- 
 

background image

rą opisał jej niewidomy brat. I choć w przeciwieństwie do Liisy 
nie widział Finki na oczy, jemu Roza wierzyła bardziej niż 
bratowej. Znała ją na tyle, by wiedzieć, że jeśli nowa przyjaciółka 
Mattiasa rzeczywiście jest piękna, Liisa jej o tym nie powie. 
Bez trudu wyobraziła sobie Mattiasa, ciemnowłosego, rosłego i 
przystojnego, u boku pszenicznowłosego anioła o lśniących, 
niebieskich oczach i promiennym obliczu. 
Takiej właśnie kobiety Roza pragnęła dla Mattiasa. 
Zasługiwał na taką... 
- Należy mu się - stwierdziła Roza, żałując, że tu przyszła. 
Straciła ochotę na słuchanie nowin. Najchętniej wróciłaby od 
razu do domu z oszkloną werandą, z której rozciągał się widok na 
fiord, Kopalnię i Kretę. Świeżo wymyte tego ranka okna lśniły 
czystością. 
- Sądząc po głosie, nie do końca się uporałaś z uczuciem do 
Mattiasa - stwierdziła Liisa. - Nie musisz przed nami udawać, 
Roza. Nie powiem mu o tym. Jakże bym chciała, żebyście oboje 
nie byli tacy uparci. Bo według mnie jesteście dla siebie stwo-
rzeni, ty i Mattias. 
... być może w słowach Liisy tkwiło więcej prawdy, niż mogła 
przypuszczać... 
- Nie chcę rozmawiać o Mattiasie - odrzekła szorstko Roza. - Nic 
nas już ze sobą nie łączy. Nie ma sensu rozdmuchiwać popieliska, 
Liiso. 
- A jeśli wciąż tli się w nim żar? Może warto sprawić, by znów 
zapłonął i grzał... 
- Nie! - ucięła krótko Roza, wytrzymując przez długą chwilę 
wzrok bratowej. - Nie! - powtórzyła z tą samą powagą. - Nie tym 
razem! Nawet o tym nie myśl, Liiso! 
 

background image

- Jeśli moja żona choć trochę słucha męża, będzie się trzymać od 
tego z daleka - uśmiechnął się rozbrajająco Ole. - Liisa chciała 
dobrze, nie miej jej tego za złe. Ale więcej nie będzie się wtrącać. 
Dopilnuję tego. Jesteś dorosła, Rozo, i możesz sama decydować o 
swoim życiu. Mattias też ma już swoje lata i potrafi sam 
dokonywać wyboru. Skończmy więc już z tym! 
Wszyscy troje odetchnęli. Atmosfera w izbie nieco zelżała, a 
rozmowa potoczyła się innymi torami. 
- Jaki jest ten angielski arystokrata? - chciała wiedzieć Liisa. - Ale 
tak naprawdę? Bo wygląda moim zdaniem nieciekawie... 
Roza zastanowiła się. Opowiadała im o Maxwellu zaraz po jego 
przyjeździe. Wtedy łatwo znajdowała słowa. Widziała go 
zaledwie parę razy, ale zauważyła przywiązanie i miłość łączącą 
jego i Margaret. Nawet chyba go polubiła. 
Teraz już od kilku tygodni mieszkali pod jednym dachem. Nadal 
podobało jej się, że Margaret i Maxwell odnoszą się do siebie z 
takim oddaniem, że członków rodziny łączą tak silne więzy. 
- Trudno go opisać - przyznała w końcu. 
- Ale on przynajmniej mówi po norwesku! -rzekła triumfalnie 
Liisa. - Słyszałam w The House. Wszyscy się dziwili, takie im się 
to wydawało niebywałe. Podobno łatwo go zrozumieć, choć 
mówi trochę dziwnie. 
Roza roześmiała się. 
- Rzeczywiście mówi trochę nienaturalnie - odparła. - Długo 
myśli, nim wypowie jakieś słowo. Trochę tak, jakby 
przepytywany przez pastora, nie pamiętał wszystkich przykazań. 
Zastanawia się, duma, zanim w końcu ośmieli się sklecić jakieś 
zdanie. Czasami zapominam, co powiedział na początku, gdy 
 

background image

wreszcie dobrnie do końca zdania. Ale naprawdę się stara i 
wydaje mi się, że zna już znacznie więcej słów niż Margaret, to 
znaczy pani... 
Liisa zerknęła z ukosa na Rozę, a na jej twarzy odmalowało się 
zdumienie. Nie zapytała jednak o nic, a Ole także udawał, że nie 
zwrócił uwagi na to, iż Roza nazwała swoją wysoko urodzoną 
chlebodaw-czynię po imieniu. 
Ale to ukradkowe spojrzenie Liisy obudziło uwagę Rozy. Oblała 
się zimnym potem, uświadomiwszy sobie, że omal się nie 
zdradziła. Zawsze taka czujna, w towarzystwie Liisy i Olego 
rozluźniła się i dała nakłonić do zwierzeń. 
Szybko się jednak opanowała, uspokoiła łomot serca, a jej 
policzki z wolna odzyskały zwykłą barwę. Nawet przebywając 
wśród swoich, trzeba się pilnować, pomyślała. 
Nie wspomniała więc ani słowem o tym, że pani uczy ją 
angielskiego. Lepiej niech to pozostanie tajemnicą. Zresztą, czy 
ktoś z mieszkańców tej chaty by to pojął? Jeszcze by uznali, że 
ma zamiar wywyższać się nad nimi i udawać kogoś lepszego! 
- On wygląda jak Mefisto - stwierdziła Liisa, nie dając za 
wygraną. - W tym człowieku kryje się coś mrocznego, Rozo. Nie 
wiadomo, z jakiego oni się wywodzą rodu, mimo że są wysoko 
postawieni. Nie wiadomo, czy rzeczywiście są tymi, za kogo się 
podają. Mnie się zdaje, że ta rodzina skrywa jakąś tajemnicę. 
Lepiej bądź ostrożna, przynajmniej póki ten brat pani mieszka 
pod tym samym dachem! 
Roza roześmiała się rozbawiona, czym zdołała uśpić niepokój 
Liisy. 
- Śmiej się, śmiej! - rzekła, gdy Roza ocierała łzy. - Ale ja mówię 
to, co widzę. 
 

background image

- Maxwell Hart jest niegroźny - odparła Roza. -A kiedy się 
uśmiecha, wygląda całkiem sympatycznie. Nie ma w nim wtedy 
nic z demona. 
- O kim to się tak miło wyrażasz, Rozo? - rozległo się od strony 
wejścia pytanie. 
Do izby wszedł Mattias. Na tle jasnego światła, padającego z 
zewnątrz przez otwarte drzwi, widać było jego mroczną sylwetkę 
ze słabo zaznaczonymi konturami twarzy. Po głosie poznała 
jednak, że Mattias nie spodziewał się jej tu zastać. 
Najchętniej poderwałaby się z miejsca i uciekła. Nie ruszyła się 
jednak. 
- Rozmawiamy o nowych znajomych, Mattias -odparła z 
uśmiechem. - Zdaje się, że i ty kogoś poznałeś? 
 
 
Rozdział 3 
- Zostań, Mattias, ja wracam do domu sama! -oznajmiła Roza, nie 
usiłując nawet zniżyć głosu. Nie miała nic do ukrycia. 
Ubrana do wyjścia, cofnęła się na środek kuchni i poprawiła 
stopą dywanik, tak by leżał równo wzdłuż wyszorowanych do 
białości desek, a jego brzeg przylegał dokładnie do krawędzi 
ściany. 
Mattias podszedł do niej. Wysunął brodę do przodu, wyglądał 
tak, jakby od kilku dni się nie golił, a wystający zarost czynił 
zagłębienie w podbródku jeszcze ciemniejsze, uwypuklając pełne 
usta, które potrafiły całować tak czule. Teraz jednak zaciskał je, 
 
 
 
 

background image

tak że na spiętej twarzy bielała cienka kreska. Blizna na policzku 
drżała w identycznym rytmie jak nozdrza. Włosy, gładko 
zaczesane do tyłu, odsłaniały wysokie czoło, pokryte 
zmarszczkami, które układały się równolegle do łuków 
brwiowych i spotykały się tuż nad nosem z dwoma innymi 
zmarszczkami u zbiegu czarnych brwi za każdym razem, gdy 
marszczył wysokie czoło. 
Roza uświadomiła sobie, że nigdy wcześniej tego nie zauważyła. 
Zdaje się, że w ogóle patrzyła na niego, właściwie go nie 
dostrzegając, traktując jako oczywistą część swojego życia. 
Minęło sporo czasu od ich ostatniego spotkania. Dawno nie 
patrzył na nią, mrużąc brązowe oczy. 
- Chciałbym z tobą tylko porozmawiać - odrzekł, oparłszy dłonie 
na wąskich biodrach. Miał długie, mocne nogi. Gdyby Roza tylko 
dopuściła do siebie wspomnienia, bez trudu poczułaby siłę 
oplatających jej ciało kończyn... 
Mattias czuł, jak wzbiera w nim złość. Najchętniej przełożyłby 
Rozę przez kolano i dałby jej solidnego klapsa za to, że 
zachowuje się jak dziecko. 
Roza prychnęła i odrzuciła do tyłu głowę. Jej rude włosy 
zatańczyły i spłynęły na plecy kaskadą ognia. Ten gest zawsze 
poruszał w nim najczulsze struny ukryte głęboko w sercu. Nie 
miał odwagi dociekać, dlaczego budzi w nim taką melancholię. 
Zdawało mu się, że nosi w sobie ten obraz, to wspomnienie, przez 
całe życie, jakby istniało w zakamarkach jego świadomości, 
jeszcze zanim się narodził. 
- Oboje dobrze wiemy, jak się skończyła nasza ostatnia rozmowa 
- odparła Roza, bynajmniej nie starając się ściszyć głosu, jakby 
jej nie zależało na tym, aby to, co ma do powiedzenia, pozostało 
mię- 
 

background image

dzy nimi. Nie zwracała uwagi na znaczące pochrzą-kiwania 
Olego. 
- Nie jesteśmy sami - szepnął ostrzegawczo Mat-tias. Zdawał 
sobie sprawę, że za ścianą u Wielkiego Samuela słychać każde 
ich słowo. 
- I całe szczęście, u diabła! - odparowała Roza. -Ostatnio 
wylądowaliśmy na sianie, gdy przez chwilę zostaliśmy tylko we 
dwoje. Pamiętasz? Nie chcę, by to się powtórzyło, Mattias! Mam 
dość tych twoich uwodzicielskich sztuczek i gadania o tym, jak 
mnie rozumiesz. Zostaw mnie w spokoju! Pozwól mi stąd odejść 
bez awantur. Nie potrzebuję, żebyś mnie odprowadzał! Potrafię 
się obejść bez twojego towarzystwa. Odkąd ukończyłam 
dwanaście lat, chodzę własnymi ścieżkami. Za późno, żeby mnie 
prowadzać za rączkę! Za późno dla ciebie i dla wszystkich 
innych, którym przyszedłby do głowy ten pomysł! 
Westchnęła ciężko. 
- Rozumiem - odrzekł cicho, pochylając głowę. Sięgające prawie 
do ramion włosy opadły mu na twarz, częściowo ją zasłaniając. 
- Nic nie rozumiesz! - wyrzuciła z siebie Roza. -Nie pojmuję, 
czego chcesz ode mnie i co cię obchodzi moje życie, skoro 
związałeś się z jasnowłosym aniołem z Finlandii czy tam z Rosji. 
Pilnuj jej, to przynajmniej przestaniesz mnie nachodzić! 
- Nie będę cię więcej nachodził - obiecał. 
Roza wyszła, trzaskając drzwiami, aż zatrzęsły się ściany. 
Z alkierza doleciał chrapliwy śmiech Samuela. Pobrzmiewała w 
nim skrywana rozpacz. W zachowaniu Rozy wyczuł, podobnie 
jak Mattias, maskowany złością głęboki smutek. Obaj wiedzieli, 
jak łatwo ją zranić, choć nigdy nie dawała tego po so- 
 
 
 

background image

bie poznać. Pierwszy raz jej się zdarzyło tak wybuchnąć. 
- Skąd ona wie? - zapytał Mattias, przerywając ciszę, jaka zapadła 
po gwałtownym wystąpieniu Rozy. 
- Wymknęło mi się - przyznała skruszona Liisa. Ole jednak 
wyjaśnił pośpiesznie: 
- Nie wierz jej! Szukała okazji, by powiedzieć o tym Rozie. I w 
końcu znalazła. Trafiła w czuły punkt mojej siostry. Sam 
widziałeś. Roza rości sobie prawo do czegoś, co już nie jest jej 
własnością. To ją najbardziej boli. 
Mattias nie odpowiedział. 
- Chciałam wybadać, czy nadal coś do ciebie czuje - broniła się 
Liisa, przyglądając się uważnie Mattiaso-wi. Na jego twarzy 
można było wyczytać targające nim sprzeczne uczucia. Liisa 
zrozumiała, że wciąż nie może przestać myśleć o Rozie. - Kiedy 
ostatnio rozmawiałam z tobą, też niewiele dało się z ciebie wy-
ciągnąć - powiedziała cicho. - Roza była jeszcze bardziej skryta. 
Ale zdaje mi się, że nie spodobało jej się to, co usłyszała o tobie 
i-tej pięknej Raissie... 
Mattias wzruszył ramionami i przysiadł na stołku blisko pieca. 
Wprawdzie nadeszły już pogodne, majowe dni, jednak 
wieczorami wciąż od fiordu ciągnęły chłód i wilgoć. Na szczęście 
wystarczyło tylko trochę napalić, by w niewielkiej izbie 
natychmiast zrobiło się cieplej. 
- O kim rozmawialiście, kiedy wszedłem? - zapytał 
przygnębiony, rozgrzewając dłonie przy piecu. 
- O mężczyźnie obdarzonym demoniczną urodą -odparła Liisa z 
uśmiechem, od którego na jej twarzy w okolicach ust i oczu 
utworzyły się zmarszczki. 
- A co on ma wspólnego z Rozą? - zapytał Mattias spięty. 
 

background image

Ole roześmiał się zrezygnowany. Podniósł dłonie, jakby chciał 
się odciąć od tego, co się wokół niego działo. Nie miał ochoty 
dalej uczestniczyć w tej rozmowie. 
- Co ona z tobą robi, chłopie? - zapytał. - Ja jestem niewidomy, 
ale, do cholery, zdaje się, że widzę więcej niż ty! 
- Mówiliśmy o przystojnym bracie pani Warren -odparła Liisa, 
cmokając znacząco. 
- A czego on może chcieć od Rozy? - powtórzył Mattias nieco 
ostrzej, nie zwracając uwagi na słowa Olego. 
Spotykał szczupłego, jakby wychudzonego szwagra inżyniera 
Warrena. Bawiła go odziana w zagraniczne ubrania pająkowata 
postać. Widywał, jak wędrował skrajem lasu ze wzrokiem 
utkwionym w ziemię, kucał co rusz i grzebał wśród kępek traw i 
wrzośców. Odnosiło się wrażenie, choć to absurdalne, że ten 
dorosły mężczyzna zrywa kwiaty. 
Mattiasowi nigdy nie przyszłoby do głowy dopatrywać się 
związku pomiędzy bratem pani Warren a Rozą, jednak gdy tylko 
zasiano mu w głowie taką myśl, nie mógł się od niej uwolnić. 
Uwierała go niczym drobny kamyk w bucie. 
- Ona powinna mieszkać razem z wami - rzekł i nagle 
przypomniało mu się, co powiedziała Roza. Z jaką naturalnością 
oznajmiła, że musi wracać do domu, mimo że przecież nie miała 
na myśli Samuelsborg. 
... do domu... ... to okropne... 
- Żona inżyniera nie jest już obłożnie chora, więc Roza nie musi 
tam nocować. Nic już nie zagraża życiu pani Warren. Wydaje mi 
się wręcz niestosowne, 
 
 
 
 

background image

że Roza wciąż sypia pod tamtym dachem. Nie mam racji? 
Mattias uchwycił spojrzenie Liisy, szukając poparcia, i nie doznał 
zawodu. Liisa pokiwała głową powoli. W kącikach jej ust 
pojawiły się zmarszczki, jakby w uśmiechu. 
- Coś mi się zdaje, że cierpisz na to samo, co dolega Rozie - 
rzekła Liisa zadowolona z siebie. - Chyba nie jesteś aż tak bardzo 
zajęty piękną Raissą, jak się tobie samemu zdawało, Mattias, 
przyjacielu. Zdaje się, wszyscy się pomylili... 
-Nie! 
Pokręcił gwałtownie głową. Zerwał się i niespokojnie zaczął 
obchodzić izbę. Parę razy omal się nie potknął o dywanik, bo nie 
patrzył pod nogi, tylko gdzieś w głąb siebie. 
- Nie! - powtórzył i zatrzymał się na środku izby. Podniósł rękę i 
wąskimi, silnymi palcami przeczesał włosy do tyłu. - Nie, Liiso, 
nie uda ci się mnie nakłonić, bym po raz kolejny wmieszał się do 
życia Rozy! Słyszałaś, co powiedziała! Nie ma tam dla mnie 
miejsca. Beze mnie jest jej lepiej. Rzuciła mi to prosto w twarz. 
- Wierzysz jej? - zapytała Liisa i na chwilę przestała robić na 
drutach. Szara i miękka, niczym futro rozleniwionego kota, 
robótka opadła jej na okryte brązowym fartuchem kolana. 
- Mnie też jest bez niej lepiej - dodał Mattias zawzięcie. 
Liisa nie sprzeciwiła mu się. Ole także milczał. 
- Ale tam dzieje się coś niedobrego - podjęła Liisa po chwili. - 
Nie wiem dokładnie co, ale poznaję po Rozie, że coś przed nami 
ukrywa. 
- Roza zawsze była skryta - stwierdził Ole. - Gdy- 
 

background image

by mogła, zataiłaby przed nami swoje imię. Dobrze znam swoją 
siostrę! 
- Nie, coś jest nie tak - upierała się przy swoim Liisa. 
- Ja się więcej do niej nie zbliżę - poprzysiągł Mattias. - Nie 
próbuj mnie nawet namawiać, bym sprawdził twoje podejrzenia, 
bo się nie zgodzę. Nie zrobię tego nawet dla ciebie, Liiso! 
- A może zrobiłbyś to ze względu na nią? 
- Nie! - odparł. - Naprawdę nie, Liiso. Skończyłem z Rozą. 
Wiem, że bardzo ją lubisz, ale chyba i ty zdążyłaś zauważyć, że 
Roza ma szczególną zdolność, by ranić ludzi, którzy zanadto się 
do niej zbliżą. Wystarczy mi blizn, jakie pozostawiła mi bliska z 
nią znajomość. 
- A mnie się zdaje, Mattias, że i ty ją wciąż kochasz - rzekła Liisa, 
uśmiechając się lekko, głucha na jego protesty. 
... jak łatwo przeszło mi przez gardło, że muszę wracać do 
domu... Powiedziałam to z premedytacją. Wiem, że Mattias 
przypomni sobie te słowa i będzie je roztrząsał, aż w końcu 
pomyśli to, co chcę, żeby pomyślał. 
Zranił mnie, wiążąc się z tą obcą, piękną dziewczyną. Ma 
całkowite prawo spotykać się, z kim tylko najdzie go ochota, i 
dopuszczać do swojego życia, kogo zechce, ale czyniąc to, zadaje 
mi ból. Nie sądziłam, że tyle dla mnie znaczył. Byłoby mi łatwiej, 
gdybym się tym nie przejmowała. 
Kiedy nie czuję nic do człowieka zadającego mi ból, nie cierpię... 
Mam nadzieję, że jego uczucia do mnie nie całkiem wygasły. 
Chcę, by i on cierpiał. 
 
 
 

background image

Chcę, by rozmyślał o tym, co powiedziałam, i wyciągał wnioski, 
które nie mają żadnego związku z rzeczywistością. Tak naprawdę 
nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, jak wygląda prawda... 
Rozę zawsze przyciągała keja, mimo że wiązało się z nią tyle 
złych wspomnień. Zresztą niewiele miejsc kojarzyło się jej 
dobrze. Na kei było spokojnie. Żaden statek ani łódź nie 
przecinały lśniącej jak lustro tafli fiordu. Mimo dość wczesnej 
jeszcze pory nie spotkała nikogo. 
Wieczory rodziny spędzały we własnym gronie, a samotnym 
pozostawał barak albo jadłodajnia. 
Może więcej było takich, którzy mieli oparcie wyłącznie w sobie, 
ale zapewne skrywali to równie skutecznie jak ona. Usiadła na 
skraju kei, zwieszając nogi. 
Kiedy odchyliła kark do tyłu i poczuła wiatr na twarzy, we 
włosach, na rękach i na nogach, miała wrażenie, że wciąż jest 
dzieckiem i leży na brzuchu na kei znacznie mniejszej niż ta, 
patrzy na morze, zanurza w wodzie sznurek i macha nim, 
czekając, aż jakaś rybka skusi się i połknie haczyk. 
- Nie marzniesz? Nie jest ci zimno? - usłyszała nagle znajomy 
głos. 
Roza otworzyła oczy i na tle chłodnego, wyblakłego błękitu nieba 
mignął jej długi, mroczny cień Anglika. 
Zatopiona w myślach, nie usłyszała, jak nadchodził. Było to w jej 
przypadku niezwykłe, bo zazwyczaj, przygotowana na najgorsze, 
zachowywała wielką czujność. 
Mężczyzna pozostał w miejscu, w którym się zatrzymał. Był 
ubrany równie starannie jak rankiem. Kołnierzyk koszuli zapięty 
pod szyją, wełniana ka- 
 

background image

mizelka z brązowej wełny, brązowa, tweedowa marynarka i 
wełniane spodnie w głębokim odcieniu brązu. Nawet buty na 
grubych zelówkach były również brązowe. Tylko lśniące w 
słońcu włosy, potargane przez wiatr, burzyły ten nienaganny 
wizerunek. 
Roza podciągnęła nogi i oparłszy stopy o krawędź kei, objęła 
rękoma kolana i przylgnęła do nich zniekształconym policzkiem. 
Wpatrywała się w wody fiordu. Wolała nie patrzeć na Maxwella 
Harta, bo zdawało się jej, że należy do tego typu mężczyzn, 
którzy mogliby zrozumieć to opacznie. Nie podobał jej się, nie w 
ten sposób. 
Nie wiedziała, czy w ogóle czuje do niego choć odrobinę 
sympatii. 
Był jakiś taki tajemniczy, jego nieprzeniknione spojrzenie 
wywoływało na jej skórze pieczenie. 
- Lubię wiatr - wyjaśniła Roza, wypowiadając słowa wolniej niż 
zazwyczaj, żeby ułatwić Anglikowi zrozumienie. Dzięki temu 
nie musiała się powtarzać. 
Maxwell znajdował się wysoko na szczycie wzniesienia, u 
którego stóp stało The House, gdy zauważył nadchodzącą nad 
fiord Rozę. Wracała z Krety, osiedla szarych chat pokrytych 
zielonymi dachami z darni. 
Trudno ją było z kimś pomylić. Jej długie, rude włosy 
przypominały ogień. 
Po pracy Roza rozpuszczała włosy albo związywała jedynie w 
luźny węzeł. Na pewno zdawała sobie sprawę, że włosy 
przyciągają uwagę innych, poruszając wyobraźnię, sprawiała 
bowiem wrażenie kobiety czytającej w cudzych myślach. 
Maxwell obserwował ją przez chwilę. Stawiała zdecydowane, 
jakby gniewne kroki. Mimowolnie dał się jej zwabić. Intrygowała 
go zamknięta i tajemni- 

background image

cza natura Rozy. Wyczuwał jakieś osobliwe pokrewieństwo 
dusz, choć nie do końca pojmował, na czym to polega. 
Kiedy zobaczył, że Roza kieruje się ku kei, coś go popchnęło w 
jej stronę. W duchu usprawiedliwiał się, że przecież i tak miał 
zejść na dół. Nie wiadomo wcale, czy ona będzie jeszcze na 
nabrzeżu, kiedy on tam dotrze, tłumaczył się sam przed sobą. 
Zbiegał w dół i zsuwał się po stromym zboczu, obcasami żłobiąc 
długie, wąskie rynny. Kiedy dotarł nad fiord, Roza wciąż tam 
siedziała. 
Serce łomotało mu jak szalone, ale uspokoił oddech, by nie 
pomyślała, że przybiegł tu, by się z nią spotkać. 
Maxwell usiadł niedaleko Rozy i oparł stopy o nabrzeże. 
Odchylony lekko, zerkał na nią z ukosa. Wyobrażał sobie, jak by 
wyglądała, gdyby oba policzki miała równie jedwabiste i 
rozpromienione jak ten, którym była odwrócona do niego. 
Margaret mówiła prawdę: żadna z kobiet, które znał, nie 
dorównałaby urodą Rozie. Taka dawka piękna przyprawiałaby 
o utratę tchu. 
Przypominałaby Izoldę albo Maję, która kusiła podstarzałego 
Goyę przewrotnym spojrzeniem 
i subtelnym uśmiechem obiecującym cuda. Roza też 
wywoływałaby katastrofę samym tylko swoim istnieniem. 
- Miło było u rodziny? - zapytał, gdyż pochodził z wyższych sfer, 
gdzie w taki sposób, lekko, jakby od niechcenia, nawiązywało się 
rozmowę, odbijając później słowa jak piłeczki. 
- Nie - odparła krótko Roza. 
Nie był przygotowany na taką szczerość z jej strony. W świecie 
Maxwella na podobne pytanie odpo- 
 

background image

wiedziano by twierdząco, nawet jeśli byłoby to kłamstwo. 
Tymczasem swoją reakcją Roza ucięła już na wstępie rozmowę, 
uniemożliwiając poruszenie także innych, interesujących go 
spraw. 
Roza siedziała nieruchomo z półprzymkniętymi powiekami, 
opierając poparzony policzek o kolana. Zachwyciły go długie, 
ciemne rzęsy. Całą swoją postawą służąca Margaret sugerowała 
jednak dystans. Wyczuwał, że wolałaby, żeby zostawił ją samą. 
Maxwell jednak nie odszedł. 
Właściwie nigdy dotąd nie był z nią sam. Zawsze w pobliżu 
kręcili się albo David, albo Margaret. I nie dziwiło go to dopóty, 
dopóki nie przyłapał Davida wymykającego się z poddasza. Po 
tym zdarzeniu, a zwłaszcza po wyjaśnieniu Margaret, Maxwell w 
ogóle nie miał ochoty znaleźć się sam na sam z Rozą, bo ilekroć 
na nią patrzył, jego wyobraźnia zaczynała błądzić 
niebezpiecznymi ścieżkami. 
Nie przypuszczał nawet, że jest obdarzony taką fantazją. 
- Dlaczego? - zapytał. - Dlaczego to robisz? Czy miał prawo 
żądać od niej odpowiedzi? 
Był bratem Margaret, nie uważał siebie za osobę postronną. 
- Prawie rozumiem, dlaczego Margaret tego chce - wyjaśnił 
Maxwell, gdy Roza wciąż milczała. - Rozumiem też Davida. Jego 
zresztą bardziej nawet niż moją siostrę. 
Roza podniosła powieki, a ze wzroku Maxwella wyczytała, co 
miał na myśli. Widząc, jak z trudem przełyka ślinę, jak pulsuje 
mu skroń, pomyślała, że Liisa miała rację, mówiąc o jego 
diabolicznym wyglądzie. 
Nie doznała zdziwienia, zauważywszy mroczne 
 
 

background image

pożądanie wyzierające z dna niebieskich oczu, tak starannie do 
tej pory ukrywane. 
W gruncie rzeczy domyślała się, że wszyscy mężczyźni są tacy 
sami. I ten wysoko urodzony, zagraniczny arystokrata, 
wykształcony, przebierający się dwa razy na dzień, nie należał do 
wyjątków. 
- Nie rozumiem cię, Roza - rzekł, wymawiając jej imię 
prawidłowo, tak jak wymawiano je tu nad fiordem. Brat Margaret 
był bardzo skrupulatny i porządny we wszystkim, co robił. - 
Dlaczego się na to zgadzasz? Przecież nie musisz. Sama dziś 
powiedziałaś, że nie jesteś niewolnicą. 
Przez twarz Rozy przemknął uśmiech, którego Maxwell nie 
potrafił wytłumaczyć. Nie rozumiał, jak człowiek przy zdrowych 
zmysłach w ogóle może się w takiej sytuacji śmiać. 
- To podarunek - odpowiedziała Roza w końcu, dobierając 
starannie słowa, jak zawsze w rozmowie ze swoimi 
chlebodawcami. - Margaret straciła dziecko, swoją ptaszynę, 
baby bird. Nikomu nie życzę, by tak cierpiał jak ona wówczas... 
Maxwell, obserwując bijącą od niej powagę, przypomniał sobie, 
z jakim wewnętrznym żarem siostra opowiadała mu o swoim 
bólu wywołanym urodzeniem martwego dziecka. 
Może Daisy miała rację, mówiąc, że w pełni zrozumieć to może 
tylko druga kobieta? Roza w każdym razie tak bardzo utożsamiła 
się z cierpieniem Margaret, że postanowiła dźwigać je wraz z nią. 
To ona pomogła Margaret przejść długi, bolesny poród, a potem 
wspierała ją przez kolejne tygodnie i miesiące, które po nim 
nastąpiły. 
Maxwell zastanawiał się, czym Margaret zasłużyła sobie na takie 
zaufanie, taką miłość i lojalność. 
 

background image

- Ja też straciłam dziecko - powiedziała Roza, przymknąwszy 
oczy. - Odgrodziła się od niego jak od intruza, kogoś obcego, kto 
nie ma prawa poznać jej historii. Rzuciła mu parę jej skrawków, 
by skłonić go do milczenia. - Straciłam na zawsze ukochaną i 
oczekiwaną córeczkę... Nigdy więcej nie urodzę dziecka 
podobnego do niej, ponieważ mężczyzna, który był jej ojcem, też 
już nie żyje. 
Roza milczała przez chwilę, oddychając ciężko. Jej nozdrza 
drgały niczym u jelenia oczekującego na strzał. Maxwell nie raz 
patrzył wprost w oczy zwierzęcia, nim nacisnął spust. 
- Jestem silna i mogę jeszcze urodzić wiele dzieci - odezwała się 
znów z powagą. - Pańska siostra nie jest do tego stworzona. A tak 
bardzo pragnie dziecka, które byłoby podobne do ukochanego 
mężczyzny. 
Roza uśmiechnęła się przelotnie, a Maxwellowi zdawało się, że 
zza zasnuwających niebo ołowianych, jesiennych chmur przebiły 
się promienie słońca. 
- Mogę jej pomóc, dlatego to robię. 
Maxwell milczał, zasłuchany. Słowa Rozy jednak nie zdołały 
rozwiać dręczących go wątpliwości. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 4 
- Co cię łączy z Rozą? - zapytała Margaret ostro, schwyciwszy 
brata za ramię. 
- Co łączy mnie z Rozą? - Maxwell powtórzył zdziwiony jej 
pytanie. 
Margaret wzniosła oczy ku niebu. 
- Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Czuję, że coś się święci! 
A nie chcę, Maxwell, byś pokrzyżował mi szyki. Nie rób tego! 
Zamilkła demonstracyjnie, tak że w końcu sam musiał podjąć 
rozmowę. 
- A co w tym złego, że jestem miły dla Rozy? -spytał z 
uśmiechem. 
Obszedł siostrę dookoła, nie pojmując, czemu jest tak spięta i 
patrzy tak ponuro. - Lubię z nią rozmawiać. Uważam, że jest 
interesująca. Nigdy nie spotkałem takiej osoby. Dlaczego 
miałbym ci pokrzyżować szyki? 
Margaret westchnęła ciężko, odgradzając się myślami od brata. 
Oparła się o chłodną szybę oszklonej werandy. Wydawało jej się, 
że przez okno czuje zapach wiosny. Wiosny, życia - i cierpienia. 
Zamknęła oczy i wsłuchała się w bicie swojego serca. Wciąż to 
samo. Zamieszkał w niej niewyjaśniony lęk, czaił się na dnie 
serca, które uderzało w galopującym rytmie przypominającym 
dudnienie końskich kopyt o twardy grunt. Czuła się nadal martwa 
i ja- 
 

background image

łowa niczym zmarznięta ziemia, pokryta skąpą warstwą śniegu. 
Stała się bardzo drażliwa i łatwo było ją zranić. Nie mogła znieść 
ludzkich spojrzeń. Kiedy wchodziła do pomieszczenia, 
wydawało jej się, że wszyscy zniżają głosy i coś szepczą między 
sobą współczująco. Ich spojrzenia zatrzymywały się na 
wysokości jej brzucha. Litowali się, zauważając, że wciąż nie jest 
w ciąży. 
„Bezpłodna!" - mówiły ich spojrzenia. „Bezpłodna!" - czytała ich 
myśli. „Bezpłodna!" - powtarzały wargi. Choć nigdy tak 
naprawdę nie usłyszała tego słowa, to jednak odgadywała je z 
ruchu ust. 
Może teraz też sobie to wszystko tylko wyobrażała, może po 
prostu była przewrażliwiona na tym punkcie? Zauważyła jednak 
w zachowaniu brata pewną zmianę. Za każdym razem, gdy 
zwracał się do Rozy, jego głos nabierał ciepła. Nie była pewna, 
co o tym sądzić. Zwłaszcza że Roza odpowiadała Ma-xowi 
niemal kokieteryjnie. Tych dwoje bardzo się do siebie zbliżyło i 
to najbardziej przerażało Margaret. 
- Nie bądź dla niej zbyt miły, żeby nie było wątpliwości, kto jest 
ojcem dziecka, które wyda na świat. 
Maxwell żachnął się. 
- Jak możesz mówić coś takiego? - odezwał się w końcu, 
otrząsnąwszy się z szoku. - Jak w ogóle mogłaś coś takiego 
pomyśleć, Margaret? Za kogo ty mnie masz? 
- Nie wiem - odpowiedziała mu siostra, a mijając go, otarła się o 
niego ramieniem. Pachniała leciutko kwiatami: fiołkami i różami. 
Może to woń perfum, których używała, a może mydła, które jej 
przywiózł od matki. W każdym razie zapach ów nie pasował do 
tego miejsca. 
 

background image

- Nie wiem nawet, kim sama jestem, Maxwell -powiedziała 
Margaret zza ramienia, a jej spojrzenie kryło bezdenny smutek. - 
Skąd więc mam wiedzieć, co siedzi w tobie, skoro nie rozumiem 
siebie. 
Maxwellowi zrobiło się żal siostry, ale nie wiedział, jak ją 
pocieszyć. Sama przecież zaaranżowała sytuację, która ją teraz 
gnębi i przerasta. Czuł się urażony jej pomówieniami, jednak nie 
zamierzał rozjątrzać jej ran. 
- Lubię Rozę, ale nie w taki sposób - zapewnił siostrę, która wciąż 
oczekiwała od niego odpowiedzi, z całą powagą udzieliwszy mu 
ostrzeżenia. - Ale ona jest fascynująca - dodał, jakby chciał 
wyjaśnić Margaret coś, o czym sama musiała wiedzieć. 
- Ona jest służącą - rzekła Margaret, a jej słowa zabrzmiały tak, 
jakby chciała przywołać go do porządku. 
Maxwell poczuł chłód w piersi. Zastanowił się, czy w ogóle zna 
Daisy, i uświadomił sobie, że wcale nie chce wiedzieć, co jego 
siostra naprawdę sądzi o Rozie. 
- Chcę zabrać Rozę dziś wieczorem na tańce -oznajmił 
przekornie, wiedząc, że Margaret zmarszczy z niezadowoleniem 
brwi, przyjmując jego oświadczenie. Pragnął jej jednak pokazać, 
że myśli innymi kategoriami niż ona. 
- Co ci, na Boga, przyszło do głowy? - wyrwało się kompletnie 
zaskoczonej Margaret, a na jej twarzy znów pojawiła się 
podejrzliwość. - Tyle tu młodych dam, które tylko czekają, by cię 
bliżej poznać! Możesz wybierać do woli, a ty... 
Maxwell uśmiechnął się chytrze. 
- Jeszcze trochę, a zaoferujesz mi swoje towarzystwo, siostro! 
 

background image

Margaret przeszedł dreszcz. 
- Kiedy tu przyjechałam i byłam nowa, wszystko wydawało mi 
się takie ciekawe, barwne i inne - przyznała niechętnie, opierając 
się plecami i głową o framugę drzwi. - Ale już mi przeszło - 
dodała, ucinając myśl jakby w obawie, że znów przygoda porwie 
ją w wir wbrew jej woli. 
- Zrozum, nie mogę iść na tańce z żadną z twoich znajomych dam 
- wyjaśnił Maxwell. - Muszę pójść z kimś, kto należy do tego 
miejsca. Ja przecież zawsze pozostanę obcy, ale w towarzystwie 
kogoś stąd mam szansę poznać bliżej tutejsze zwyczaje i przeżyć 
coś autentycznego. 
Margaret pokręciła głową. 
- Nic nie rozumiesz, Max! Nawet nie wiesz, jak bardzo się 
mylisz! Zbliżyłbyś się do nich o wiele bardziej, gdybyś poszedł 
tam z którąś z moich znajomych. Roza znajduje się bowiem poza 
nawiasem tutejszej społeczności. Nie pojąłeś tego jeszcze, 
bracie? Ona nie należy tu, w Kopalni do żadnego miejsca. Jak 
sądzisz, dlaczego zgodziła się na to, co jej zaproponowaliśmy? 
Nawet jej najbliżsi się do niej nie przyznają. Ona ich przeraża. W 
ich oczach uchodzi za czarownicę... 
- Tym chętniej ją poznam - uśmiechnął się Maxwell i mrugnął 
porozumiewawczo do Margaret. -Nie przestraszysz mnie, Daisy! 
Przeciwnie, teraz wydaje mi się jeszcze bardziej intrygująca... 
- Nie miałam takiej intencji! - odparła chłodno Margaret i 
pozostawiła brata sam na sam z własnymi myślami. 
Zaproszenie na kweńską potańcówkę Roza przyjęła z taką samą 
jak Margaret podejrzliwością. 
 
 
 
 

background image

- Dlaczego? - zapytała Maxwella. 
- Nie umiesz tańczyć? - zdziwił się lekko. 
- Umiem, ale... 
Zerknęła ukradkiem na Margaret i Davida, jakby z ich strony 
oczekiwała pomocy, ale David umknął wzrokiem, a Margaret 
demonstracyjnie przyglądała się swojemu bratu. 
- Nie ma zwyczaju, by ludzie pańskiego pochodzenia pokazywali 
się w towarzystwie służby - odparła Roza niemal sztywno. - To 
nie wypada. Jest pewna różnica... 
- Przejmujesz się tym, co wypada, a co nie, Rozo Samuelsdatter? 
- zapytał Maxwell, nie spuszczając z niej wzroku. Wiedział, że 
zabrzmiało to dla niej niczym wyzwanie. 
Roza nie wspomniała, że miała zamiar pójść do domu. 
Wprawdzie od ostatniej wizyty minęło zaledwie parę dni, ale 
przez ten czas wiele myślała o ojcu. Miała wrażenie, że zawładnął 
jej myślami. Martwiło ją to, ponieważ nigdy wcześniej nic 
takiego nie odczuwała. 
Zauważyła, że Margaret okazuje bratu wyraźną dezaprobatę. Nie 
chciała, by spoufalał się ze służącą. Roza domyślała się, że ona 
według Margaret nie jest dla niego dość dobra. 
- W takim razie pójdę z panem na tańce - odparła obojętnie i 
zajęła się pracą. 
Na zboczach wyłaniających się z wód fiordu wciąż gdzieniegdzie 
leżał jeszcze śnieg. Dla Rozy widok ten był całkiem zwyczajny, 
póki Maxwell nie opowiedział jej o liliach i przebiśniegach. 
Kwiaty te opisał tak wyraziście, iż wydawało jej się, że zobaczyła 
je na własne oczy. Od tamtej pory żółtozielo- 
 

background image

ne połacie odsłoniętych spod śniegu zboczy, schodzących ku 
piaszczystej plaży nad zatoką, napawały ją smutkiem. Tym 
bardziej, że dopiero za tydzień lub dwa w zacisznych miejscach, 
gdzieś w pobliżu chat miały się pojawić drobne jaskry. 
Maxwell tymczasem snuł opowieści o gęstych lasach 
porośniętych dębami, bukami i olchami, gatunkami drzew, o 
jakich Roza nigdy nie słyszała. Mówił o krzewach znacznie 
piękniejszych niż te, które sadzono w ogrodzie wokół The House. 
Miejscowi ludzie nadal ukradkiem podśmiewali się z tego, za-
stanawiając się, jaki jest pożytek z rosnących rzędem krzaków, 
które na dodatek trzeba jeszcze przycinać. Czy nie można by 
równie dobrze postawić płotu? -dziwili się, a Roza razem z nimi. 
Ale teraz pod wpływem opowieści Maxwella o ogrodach i 
kwiatach, o łąkach i lasach w Anglii, Roza niemal zatęskniła do 
tego krajobrazu. 
- Zobaczysz to wszystko - rzekł po drodze do domu ludowego 
Maxwell Hart. 
Nie zrozumiała go w pierwszej chwili. 
- Nie pomyślałaś o tym? - zapytał Anglik natarczywie i podszedł 
do niej tak blisko, że gdyby ktoś teraz ich zobaczył, mógłby 
wysnuć pochopne wnioski. - Ta gra - rzekł rozkładając ręce - nie 
skończy się, póki nie zajdziesz w ciążę... 
Roza rozejrzała się wokół siebie nerwowo. Z daleka na drodze do 
Kopalni mignęli jej jacyś ludzie, ale na szczęście w pobliżu nie 
zauważyła nikogo. Nie przywykła, by o tym rozmawiać. Nagle 
wydało jej się to bardziej niemoralne niż wówczas, kiedy u 
schyłku dnia godziła się na odwiedziny Davida. 
Maxwell ściszył głos. 
- A później przyjdzie wam stąd wyjechać. Nie bę- 
 

background image

dziesz mogła zostać tu, na północy, ani ty, ani Margaret. W 
Norwegii plotki zbyt szybko się rozchodzą. Jak sądzisz, dokąd 
zabierze cię wówczas Margaret? 
Roza wiedziała. Margaret wyłożyła jej swój plan już dawno. W 
gruncie rzeczy właśnie perspektywa wyjazdu do obcego kraju 
najbardziej ją pociągała. Nie wyjaśniła tego jednak Maxwellowi, 
pewna, że by nie zrozumiał. 
- Wiem o tym - odpowiedziała tylko. - Nie jestem głupia. 
Ruszyła dalej drogą w stronę Domu Ludowego, nie mając 
wątpliwości, że on podąży za nią. Dobrze wychowany, 
wyróżniający się nienagannymi manierami, nigdy nie uczyniłby 
niczego, co wprawiłoby jakąś kobietę w zakłopotanie. 
I tym razem jej nie zawiódł. Kiedy zrównali się krokiem, nawet 
słowem nie wspomniał o tym, 
0 czym przed chwilą rozmawiali. Był okropnie angielski w tym 
swoim brązowym ubraniu i wyglansowanych butach. Nie 
pasował do błotnistej drogi 
1 zboczy pokrytych żółtozieloną trawą. 
A już zwłaszcza nie pasuje do mnie, pomyślała Roza. Gdy 
wyobraziła sobie szydercze spojrzenia mieszkańców osady, 
strach ścisnął jej gardło. Nie chciała się martwić na zapas, ale 
dawno nie toczyła z nikim wojny i stała się chyba mniej odporna 
na ciosy. 
- Czy zbudowanie Domu Ludowego jest także zasługą Thomasa? 
- zapytał Maxwell. 
- Margaret nie opowiadała ci o tym? - zdziwiła się Roza. 
Maxwell uśmiechnął się do siebie. Wyobraził sobie Rozę w 
towarzystwie młodych dam z kręgów, w których się obracał. One 
wykorzystywałyby każ- 
 

background image

dą okazję, by prowadzić konwersację, obojętnie, czy rozmowa 
miałaby sens, czy nie. Roza tymczasem najchętniej milczała, 
wszelkie za i przeciw rozważając w cichości ducha. Nie traciła 
czasu na coś, co uważała za błahostki. 
- Sala została otwarta w ubiegłym roku w listopadzie - odezwała 
się niechętnie, gdy już niemal zwątpił, że się czegoś od niej 
dowie. - Wcześniej tańce urządzano w The House. Państwo 
chyba bardzo się cieszą, że powstał osobny lokal na uroczystości. 
Maxwella uderzyło nagle, że Roza na swój sposób naśladuje 
Margaret, starając się prowadzić konwersację. 
- Dom ten otrzymał nazwę „Ultima Thule" - dodała, wymawiając 
powoli i wyraźnie obco brzmiącą nazwę. - Fleischer na uroczyste 
otwarcie napisał wiersz, siedem długich zwrotek o tym, że Dom 
Ludowy będzie służył wszystkim. Że będzie tu pięknie... 
- Chętnie bym posłuchał - odparł Maxwell uprzejmie. 
Roza zerknęła na niego podejrzliwie, ale wzięła na poważnie jego 
słowa. 
- Znam na pamięć ostatnie strofy - rzekła i nabrawszy powietrza, 
zaczęła recytować: 
- Znajdą tu strawę szlachetne potrzeby ducha. Dojdzie do głosu 
czysta niewinna sztuka. 
A to, co zostawią przyjaciele, przekażemy 
Jako święty dar dla domu chorych. 
My się będziemy tu radować, 
Ustąpią wszelkie troski. 
Niech nas połączą szlachetne cele, 
Braterstwo i przyjaźń niechaj się szerzy 
Na pożytek i szczęście dla ukochanej doliny! 
- „... święty dar dla domu chorych"? Co to zna- 
 

background image

czy? - zapytał Maxwell, starając się nie dać po sobie poznać, że 
rozbawił go ten napisany zapewne w dobrej wierze, pełen patosu 
wiersz. Roza wykrzywiła twarz. 
- Jest taki zamiar, że zebrane tu pieniądze mają być 
przekazywane na szpital. 
Maxwell zrozumiał, że temu przedsięwzięciu przyświeca 
naprawdę szczytny cel. 
- „Thule" to grecka nazwa - rzucił zamyślony, ale zauważył, że 
Roza nasłuchuje z uwagą. Była głodna wiedzy, ale zbyt dumna, 
by pytać. - Pyteasz z Massalii, czyli z Marsylii, miasta w 
południowej Francji, bardzo, bardzo dawno temu, pożeglował na 
północ i dotarł do wyspy, którą nazwał „Thule". Na wyspie tej 
ludzie żywili się owocami i zgromadzonym w spichrzach 
zbożem. 
Roza wpatrywała się w niego rozszerzonymi ze zdumienia 
oczyma. Słuchała w nabożnym skupieniu niczym kazania na 
niedzielnym nabożeństwie. 
- Prawdopodobnie była to któraś z wysp należących do Norwegii 
- dodał Maxwell i poczuł się niemal wzruszony. - Później 
najbardziej wysuniętą na północ od Wielkiej Brytanii wyspę, 
prawdopodobnie także część terytorium Norwegii, nazwano 
„Ultima Thule", co po łacinie znaczy „kraniec świata". - Maxwell 
uśmiechnął się w duchu, widząc, jak z twarzy Rozy emanuje 
ciekawość, a oczy błyszczą. Usta miała półotwarte, jakby 
spragnione usłyszeć więcej. 
- Teraz mianem „Ultima Thule" określa się skute lodem, 
pozbawione roślinności pustkowia. 
Zgasła, zamyśliła się. 
- Może to racja... - rzekła cicho. 
Doszli tymczasem do Domu Ludowego. Maxwell ze zdumieniem 
popatrzył na kolejkę ustawioną przy 

background image

schodach do obitego deskami budynku. Przecież od godziny już 
trwały tańce! Najwyraźniej nie tylko Roza nie miała ochoty 
pojawić się pierwsza. Skinął na jednego z młodszych Anglików, 
który siedział przy drzwiach i pobierał opłatę za wejście. 
Szesnaście szylingów zmieniło właściciela. Maxwell stwierdził, 
że to przystępna cena za wstęp dla dwojga osób, na co Anglik 
przytaknął. Spoglądał to na Maxwella, to na Rozę, a w jego 
oczach czaiło się nieme pytanie. Maxwell nie czuł się jednak 
zobowiązany, by cokolwiek wyjaśniać. 
Przytrzymując lekko łokieć Rozy, poprowadził ją do środka. 
Dziewczyna miała na sobie błękitny, ściągnięty w talii żakiet. 
Podkreślał znakomicie jej szczupłą kibić i bezwstydnie 
eksponował zaokrąglone biodra. Niezły krój, stwierdził w duchu 
Maxwell, zauważając, że kolor wdzianka znakomicie współgra z 
barwą oczu Rozy. Ale tkanina w dotyku była szorstka i przaśna, 
zapewne najtańszy gatunek farbowanej wełny. Maxwell domyślił 
się, że żakiet został uszyty własnoręcznie przez Rozę. Czarna 
spódnica zresztą podobnie. Nie znalazł pretekstu, by jej dotknąć, 
ale sądził, że materiał spódnicy jest nieco cieńszy niż ten, z 
którego był żakiet. 
Dźwięki dolatującej z sali tanecznej muzyki zabrzmiały obco w 
jego uszach, choć chwilami przypominały mu szkockie albo 
irlandzkie rytmy. A może walijskie... Sceneria zasadniczo różniła 
się od eleganckich pałacowych wnętrz, w których urządzano bale 
w rodzimej Anglii. Maxwell bywał na nich niechętnie, zwykle 
starając się pod jakimś pozorem wykręcić z tego towarzyskiego 
obowiązku. W urządzonej z prostotą sali kręcili się ubrani w 
samodziałowe i płócienne ubrania mieszkańcy osady. Ten i ów 
 
 

background image

miał na sobie lapońskie kumagi, skórzane spodnie i skromną, 
lapońską koftę, czyli kaftan. Wszyscy jednak byli czyści. 
Najwyraźniej poczynili starania, by jak najlepiej wypaść tego 
wieczoru. 
W pomieszczeniu unosił się gęsty dym. Palili niemal wszyscy 
mężczyźni. Odgłosy rozmów zagłuszały muzykę, ale tancerzom 
wirującym na środku wcale to nie przeszkadzało. Miejsca pod 
ścianami zajęli ci, którzy woleli porozmawiać, wypić kawę lub 
czekoladę albo kufel chłodnego piwa. 
- Wypijesz coś na orzeźwienie? - zapytał Maxwell, ale Roza 
pokręciła głową, a jej wzrok zdawał się nieprzenikniony. 
Maxwell szybko zorientował się, co jest tego powodem. 
Nie było człowieka w lokalu, który by nie patrzył w ich stronę. 
Nie wszyscy czynili to otwarcie, większość próbowała udawać, 
że nic się nie stało, ale nie bardzo im to wychodziło. Maxwell 
zrozumiał, że mimowolnie znalazł się w centrum 
zainteresowania, gdy tylko przekroczył próg sali w towarzystwie 
Rozy. Nie pozostawało im nic innego, jak robić dobrą minę do 
złej gry. 
Roza odsunęła się od niego dyskretnie. Gdyby Maxwell nie 
uchwycił mocniej jej łokcia, oddaliłaby się od niego, porwana 
falą odpływu. Maxwell potrząsnął lekko głową i odezwał się 
cicho lecz dobitnie: 
- Lets show them! 
Roza zrozumiała jego słowa. Zawsze miała ochotę przypomnieć 
całej osadzie o swoim istnieniu. Teraz jednak straciła odwagę. 
Wydało jej się głupie, że przyszła tu z bratem Margaret, bratem 
swojej chlebodawczyni, którą wszyscy znali. Nie stanie się 
 

background image

kimś innym przez to, że przyszła w towarzystwie Maxwella. 
Najchętniej odwróciłaby się na pięcie i uciekła. 
... ma taki miły uśmiech, kiedy sobie nań pozwoli. Jego twarz nie 
wydaje się wówczas taka surowa. Może o tym nie wie, ale 
czasami przypomina wilka. Szkoda, bo przecież jest w nim wiele 
piękna. 
Nie przywykł do tańczenia przy takiej muzyce. Grajek z Reros 
trzyma skrzypki pod brodą i wybija takt zelówkami. Wpadamy na 
inne tańczące pary, ale Maxwell nie należy do tych, którzy się 
łatwo poddają. Prowadzi mnie między tańczącymi, a ja widzę 
tylko ich oczy, które omal nie wyjdą im z orbit. 
Niech patrzą! 
Chcę o nich zapomnieć. Chcę wirować w tańcu z bratem 
Margaret, który jęst dobrym tancerzem, mimo że tutejsze melodie 
nie są mu znane. Chcę być radosna i wolna! 
- Nie zależy mi tak bardzo na tańcach - powiedziała Raissa, 
wzbraniając się przed pójściem do Domu Ludowego. 
Mattias zwichrzył jej włosy, tak że ciężki węzeł poluzował się i 
opadł jej na kark. Była prawie tego samego wzrostu co on. Bez 
wspinania się na palce sięgała mu do połowy uszu. Podobało mu 
się, że jest wysoka. Niewiele spotkał kobiet, które dorównywa-
łyby mu wzrostem. Stanowiła przeciwieństwo Rozy. Wiedział, że 
to głupie, ale taka myśl błąkała mu się po głowie. 
- Powinniśmy się tam pokazać - radził jej przyjaźnie. - Zrobi się 
więcej gadania, jeśli będziemy unikać zabaw. 
 
 
 
 

background image

Objął Raissę i uniósł lekko jej podbródek. Z daleka dolatywały 
dźwięki muzyki. Mattias roześmiał się rozbawiony tym, że 
mimowolnie wystukuje rytm. 
- O co chodzi? - zapytała. W jej oczach ujrzał wesołe iskierki, a 
obok zdumienia - zrozumienie. Zupełnie jakby nie potrzebowała 
o nic pytać, jakby znała odpowiedzi na wszystkie pytania. 
- Wystukuję rytm - odpowiedział. - A myślę o tym, żeby cię 
pocałować. 
Zarzuciła mu miękko ręce na szyję. Nie musiała się wspinać ani 
on się schylać. Byli jakby skrojeni na miarę, niemal stworzeni dla 
siebie. 
- Jedno nie przeszkadza drugiemu - wyszeptała Raissa i dotknęła 
ustami jego warg. 
Jej pocałunek smakował słodyczą. Poczuł w sercu miłe łechtanie. 
Odkrył, że można robić dwie rzeczy naraz. 
Muzykę było słychać tak wyraźnie, że bez trudu obracali się w jej 
rytm. Nie przestając się całować, tanecznym krokiem, na oślep, 
pokonali resztę drogi do Domu Ludowego. 
Oboje trzęśli się ze śmiechu, wbiegając po schodach. Mattias 
starał się zachować resztki powagi, wyłuskując jedną ręką z 
kieszeni szesnaście szylingów za wstęp. Drugą ręką nie 
przestawał obejmować Raissy, bo trochę się obawiał, że mogłaby 
mu umknąć. A nie miał ochoty jej stracić. 
 

background image

Rozdział 5 
- Co kupiłeś? Szampana? - spytała Margaret, gdy David 
pomachał jej przed nosem butelką, i zachichotała zupełnie jak 
młode dziewczę, które jeszcze nie debiutowało w wielkim 
świecie. 
Pokiwał głową i postawił butelkę na kuchennym stole, po czym 
chwycił Margaret w ramiona i zawirował w walcu. 
- Jak go zdobyłeś? Wygląda na oryginalny francuski, no, no! 
- Kupiłem w sklepie - wyjaśnił tonem zdobywcy. - Oczywiście, 
że jest oryginalny, przysłany prosto z Francji. Staramy się tu, w 
Kopalni, by zapewnić dostęp do niezbędnych do życia towarów. 
Czyżbyś, pani, nie była wcześniej tego świadoma? Pani życzenie 
jest dla nas rozkazem, pani zamawia, my sprowadzamy. 
- A z jakiej to okazji taki zbytek? - zapytała Margaret rozbawiona. 
David zatrzymał się, jakby nagle orkiestra przestała grać. 
Zdyszani, patrzyli na siebie, i obejmując się, zaśmiewali do łez. 
- A z takiej, że jesteśmy sami w domu, moja ukochana Daisy. 
Tylko we dwoje! 
Przytulił się szorstkim policzkiem do jej policzka. Mimo że golił 
się rano, jego twarz zdążyła znów pokryć się zarostem. Margaret 
w głębi serca uwielbiała 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

to. Popatrzyła w pełne obietnicy brązowe oczy męża, 
koniuszkiem języka musnęła prawy kącik jego ust. 
Takie frywolne zachowanie nie przystoi damie, pomyślała. 
Przypomniała sobie nieustanne upomnienia matki, by zawsze 
pamiętała, kim jest. „Nie wolno ci przynieść wstydu nazwisku 
Hart", powtarzała. 
- Czy madame nie jest zbyt szybka? - zapytał, mrugnąwszy 
łobuzersko. 
Margaret poczuła mocniejsze uderzenia serca. Zapomniała, kiedy 
ostatnio widziała go takim. Gdy się pobrali, David był raczej 
nieśmiały. Zresztą oboje rumienili się wówczas, gdy tylko ktoś 
zobaczył, że trzymają się za ręce. Byli tacy nieporadni, ale czuli, 
że czeka ich coś więcej. Obiecywali sobie, że to dopiero 
początek. 
Tuż przed wyjazdem z Anglii, nim się rozstali, David wyglądał 
podobnie. W jego oczach błyskały diabelskie iskierki. Ukryła 
głęboko w sercu pamięć o tym dniu. 
A potem, chociaż zyskała w Davidzie kochanka 
i przyjaciela, wciąż marzyła o dziecku. Cierpiała i tęskniła. 
Przecież miała do tego prawo. 
- Kocham cię - wyszeptała. - Kocham cię bardziej niż wiosna 
kocha ostatnie ślady zimy. Kocham cię miłością niebiańską, 
David... 
Mąż uwolnił ją na moment ze swych objęć i złamał lak na butelce 
szampana. Silnymi, ogorzałymi palcami rozwinął skręcony drut, 
po czym kciukiem wypchnął z szyjki korek. Serce waliło mu tak, 
że kiedy szampan wystrzelił i z zielonej butelki trysnął spieniony 
płyn, śmiech żony dochodził doń jakby z oddali. Margaret, 
rozbawiona, podsunęła cynowy kubek pod strugę, którą David 
starał się okiełznać. Dłonie miał całe mokre od szlachetnego 
trunku. 

background image

- Czy robi ci jakąś różnicę, z czego pijesz szampana? - zapytała 
po pierwszym łyku i przypomniała sobie ciężkie, kryształowe 
kieliszki ojca. 
- Jesteś cudowna - rzekł David nabożnie i rozciągnął usta w 
uśmiechu. 
Odetchnął i odgarnął włosy do tyłu. Był zakochany i kompletnie 
zaślepiony. Wolałby umrzeć, niż żyć bez ukochanej kobiety. 
Przystawiła chłodny kubek do jego gorących ust. Wciągnął 
duszkiem spieniony trunek, poczuł kwaśny smak i zakręciło mu 
się w nosie od bąbelków. Zaśmiał się chrapliwie, nie mogąc 
nacieszyć oczu widokiem żony, a potem powoli zaczął rozpinać 
drobne guziczki jej sukni. Miał mocne palce, ale czynił to bardzo 
zręcznie. 
- Czy nie powinieneś się oszczędzać? - zapytała Margaret z 
niepewnością w głosie. 
Zsunął jej z ramion suknię i przywarł wargami do białego, 
kuszącego ciała. Zadrżała pod wpływem tej gorącej pieszczoty. 
- Mam oszczędzać soki? - zapytał, łaskocząc wargami i 
koniuszkiem języka jej szyję. - Tęsknię za tobą, Daisy... 
Pochyliła się ku niemu, rozkoszując się tą chwilą bliskości, 
poddając się pieszczotom jego dłoni błądzących pod sukienką. 
Gładził jej piersi, budził pąki wilgocią, napełniał je sokami i 
tęsknotą graniczącą z bólem. 
- Chcę się z tobą kochać, Daisy - szepnął David, sącząc żonie 
wprost do ucha gorący oddech i leciutko gryząc małżowinę. - 
Chcę się z tobą kochać, a nie rozmnażać... 
Słowa Davida rozdarły na moment stare rany w jej sercu, jednak 
nie miała czasu roztrząsać tego, co nie- 
 
 

background image

gdyś przysporzyło jej tyle cierpienia. Mąż przystawił do jej 
gorących ust chłodny kubek z szampanem. Zdjął z niej sukienkę i 
poprowadził do sypialni, rozrzucając po drodze kolejne części 
bielizny. 
Rozbawieni i szaleni, dotarli do swej oazy. Musujący francuski 
szampan uderzył im do głowy, łaskotał w gardle, napełniał ich 
radością i pożądaniem. 
Otumanieni niczym dwa zmęczone lotem ptaki na wiosnę, 
urządzali toki, drażnili i pieścili nawzajem swe ciała. Śmiech 
rozbrzmiewał między nimi, wypełniając pomieszczenie, które już 
nazbyt długo służyło im jedynie jako miejsce do spania, a także 
ustronie, gdzie dzielili się najbardziej ponurymi myślami. 
Zdyszani, poddali się zmysłom i namiętności z intensywnością 
tak wielką, jakby na długi czas siłą oddzielono ich od siebie. 
Zanurzali się w sobie, dłonie błądziły i pieściły rozgrzaną skórę, 
wędrowały po znajomym krajobrazie, który równocześnie 
wydawał im się dziwnie obcy. Wargi muskały każdy zakamarek 
ciała, koniuszek języka zataczał kółka, delektując się znanym i 
nieznanym, upragnionym smakiem. 
Ich uczucia, tęsknoty i marzenia stopiły się w jedno, gdy oni, 
zespoleni, połączyli się w czułym uścisku, który nie miał końca. 
Zatracili się w miłości. 
Raissa miała smukłe, ale silne dłonie o długich, szczupłych 
palcach, które potrafiły stawiać opór. Przyjemnie było je 
trzymać. Świadomość, że ona nie chce go puścić, sprawiała 
Mattiasowi przyjemność. Lubił czuć, że dziewczynie na nim 
zależy. Raissa nigdy nie ukrywała, że go pragnie. 
 

background image

- Piwo - powiedziała, omiótłszy spojrzeniem zebranych w sali 
ludzi. - Jeszcze z tobą nie tańczyłam, Mattias, a już mi zaschło w 
gardle. 
Jej niebieskie niczym morska toń oczy wyrażały obietnice, które 
być może miały się spełnić jeszcze tego wieczoru. Mattias 
utorował sobie drogę w tłumie, kierując się do lady, gdzie 
sprzedawano napoje orzeźwiające. Za kilka szylingów kupił dwa 
kufle lodowatego piwa z pianką. 
Raissa dmuchnęła leciutko w pianę i umoczyła usta w złotym 
napoju. Kiedy odstawiła kufel, zostały jej zabawne białe wąsy, 
które Mattias otarł kciukiem. Ich spojrzenia spotkały się w 
głębokim zrozumieniu. Mattias uśmiechnął się leciutko i nie 
cofnął kciuka, który Raissa oblizała zmysłowo. W tym też kryła 
się obietnica. 
Mattias dwoma łykami opróżnił swój kufel. Za kolejne monety 
napełniono go ponownie. Objął mocniej Raissę i sycił się jej 
bliskością, zapachem i ciepłem, oszołomiony nadzieją, jaką w 
nim obudziła. 
- Oczywiście, że jesteś dzielny - zapewniła Roza, przepełniona 
niemal matczyną dumą. 
Maxwell Hart nigdy w życiu nie tańczył polki z Roros, ale 
pozwolił się posłusznie prowadzić i wyszedł z tej próby obronną 
ręką. Jedną dłoń trzymał na ramieniu Rozy, a drugą na jej 
biodrze. Nikt, kto ich widział, nie śmiałby teraz poprosić Rozy do 
tańca. 
- Nigdy bym nie sądziła, że pozwolisz kobiecie prowadzić się w 
tańcu - rzekła Roza, uśmiechając się kącikiem ust. Jej oczy 
błyszczały rozbawione. 
- Sam bym nie pomyślał - przyznał się szczerze. Maxwella 
uderzyło, że z Rozą Samuelsdatter roz- 
 

background image

mawiało mu się łatwiej niż z innymi młodymi dziewczętami, w 
których ramiona popychano go w ostatnich latach. Przy niej mógł 
się odprężyć. Ta myśl go przeraziła, ponieważ poczuł się jak 
mucha w pajęczynie. Wiedział jednak, że Roza raczej nie zdaje 
sobie sprawy z tego, że zastawia sieci. 
- Prowadź mnie w takim razie ku dalszym pokusom - 
zaproponował, mrugnąwszy figlarnie okiem, kiedy grajek 
przepłukał gardło i pociągnął smyczkiem po strunach. - Chyba 
już nic gorszego nad to, przez co właśnie przeszliśmy, nie może 
się nam przydarzyć - stwierdził, gotów znów puścić się w tany. 
-Właściwie tańce mnie nie bawią - wyznał w przypływie 
szczerości. - Przynajmniej tak do tej pory sądziłem - dodał i 
uśmiechnął się szeroko, rozpoznając dźwięki walca i w pełni 
przejmując inicjatywę. 
- Już nie prowadzę? - zapytała Roza, ale gdzieś odezwał się w niej 
ostrzegawczy dzwonek, że nie powinna tak żartować z 
Maxwellem Hartem. On pochodzi z innego świata, a ona winna 
mu posłuszeństwo. 
- Nie tym razem - odparł Maxwell i wyprostował rękę tak, że i 
ona musiała całkiem wyprostować swoją, po czym zakręcił nią 
między pozostałymi parami. 
Roza jeszcze nigdy tak nie tańczyła. Maxwell był elegancki i 
wirował z rozmachem, pewnie wskazując, gdzie zmierza. 
Muzykę słyszała jakby z oddali, ale nie przeszkadzało jej to, 
ponieważ nie obawiała się, że prowadzona przez takiego tancerza 
popełni jakiś błąd. 
Zdawało jej się, że oboje z Maxwellem stali się morskim prądem, 
wirem powietrza, porywem wichru, frunęli wśród innych par, a 
wszyscy wokół zmienili się w bezkształtną masę, plątaninę ciał 
 

background image

i imion, a ich wścibskie spojrzenia nie mogły zatruć jej jadem. 
Roza przestała przejmować się innymi. Czuła, że wstążka, którą 
związała włosy, poluzowała się, spadła, a włosy falowały niczym 
wodospad. Maxwell kręcił nią dookoła i wnet ich oboje skrył 
miedziano-czerwony obłok. 
Roza odchyliła głowę i się zaśmiała. 
Śmiech brzmiał jasno i dźwięcznie, przebijając się przez muzykę, 
rzewne tony skrzypiec i gwar rozbawionych ludzi. Mattias 
zamarł, a potem, mimo że kufel był jeszcze pełen, odstawił go z 
trzaskiem i uchwycił się lady. Między szerokimi, ciemnymi 
brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka. 
W pierwszym momencie rozpoznał Rozę nieświadomie, po 
prostu dźwięczny niby dzwon kobiecy śmiech poruszył w nim, 
nie wiedzieć czemu, jakieś struny. 
Raissa objęła Mattiasa w pasie i odwróciła go w stronę 
tańczących, w ufnej pieszczocie muskając wargami jego ucho. 
Szeptem kazała mu zwrócić uwagę na parę, której zrobiono 
miejsce na środku sali. Wokół nich zebrali się pozostali tancerze i 
tylko klaskali w takt muzyki, zupełnie jak podczas pierwszego 
tańca młodej pary. 
- Nieźle - rzekła Raissa z podziwem w głosie, klaszcząc razem z 
innymi. Podeszła bliżej do kręgu otaczającego tańczących, więc 
Mattias, nie mając innego wyjścia, podążył za nią, wciąż 
obejmując ją ramieniem. - Nigdy nie mówiłeś, że ona potrafi tak 
wspaniale tańczyć - rzekła Raissa, uśmiechając się. -Kim jest ten 
mężczyzna? 
Gdy w kręgu zrobiło się miejsce, Raissa przecisnę- 
 
 

background image

ła się do przodu i dalej z uśmiechem klaskała w dłonie. W 
przeciwieństwie do Mattiasa, który nie mógł się na to zdobyć. ... 
Roza... 
Roza wirowała niczym niebiesko-czarna chmura, okręcana przez 
tego piekielnego Anglika, brata żony inżyniera, odzianego w te 
swoje strojne ubrania. Prowadził Rozę w tańcu tak, jakby była 
królową. 
Przytulał ją stanowczo za mocno, obracał się z nią w kółko, 
wychwytując każdą zmianę rytmu grajka. Wpatrzony w 
partnerkę, tulił ją do swej piersi, a ona mu na to pozwalała. 
Uśmiechał się z miną posiadacza i trzymał ją niczym swoją 
własność. 
Śmiech Rozy przenikał i drążył umysł Mattiasa. Rozwiane włosy 
tworzyły wokół niej i Anglika ruchliwe, płomienne języki. 
- Jest piękna - odezwała się Raissa swoim głębokim głosem. 
- Roza? - spytał Mattias, przyglądając się swojej towarzyszce 
podejrzliwie. 
Raissa pokiwała głową, nie mogąc oderwać wprost wzroku od 
tańczącej pary. Wszyscy zresztą zachowywali się podobnie, 
jakby porwał ich wir, któremu nie byli w stanie się 
przeciwstawić. Jakby wessał ich do środka śmiech Rozy, uniósł 
rytm muzyki, która, zdawało się, nigdy się nie skończy, gdyż 
skrzypek przeciągał melodię dwa, trzy razy dłużej niż zwykle. 
Nieczęsto trafiali się tacy tancerze. 
Rozie kręciło się w głowie, była rozgrzana, ale równocześnie 
czuła przyjemne łaskotanie. Nie potrafiła nazwać uczucia, które 
nią zawładnęło. Dawno nie przeżywała tak wspaniałej chwili. 
... była szczęśliwa... 
 

background image

Uświadomienie sobie tego stanu było dla niej niczym schodząca 
wiosną w górach śnieżna lawina, której nie sposób zatrzymać. 
Sama wybiera tor, porywając za sobą wszystko, co napotka po 
drodze, i pozostawiając nagie, ogołocone zbocze. 
... szczęśliwa... 
Przytuliła policzek do okrytego brązową marynarką ramienia 
Maxwella i z przymkniętymi oczami syciła się tą szaloną, 
cudowną chwilą. 
... szczęśliwa... 
Nie z czyjegoś powodu, ale po prostu, szczęśliwa dlatego, że jest 
sobą. Rozą. 
Poczuła leciutki dotyk jego policzka na swoich włosach. Nie 
obawiała się, że zostanie źle zrozumiana przez Maxwella. Każdy 
inny mężczyzna odebrałby fałszywie jej zachowanie, ale nie on, 
na nim mogła ślepo polegać. Nigdy nie zrobi więcej, niż mu na to 
pozwoli. 
Roza otworzyła oczy i znalazła się nagle twarzą w twarz z 
Mattiasem. Zaraz jednak zniknął jej z oczu, gdyż Maxwell 
pociągnął ją dalej, jakby wirowali wokół gorącego słońca. Po 
chwili odszukała Mattiasa spojrzeniem. Wyprostowany, z surową 
miną, patrzył potępiająco pociemniałym wzrokiem. Obejmował 
piękną blondynkę, która z uśmiechem klaskała w dłonie, a jej 
oczy miały kolor morza i nieba albo blaknącego błękitu 
chłodnego, późnojesiennego poranka. Stanowili razem piękną 
parę. 
Mattias wiedział, że Roza go zauważyła. Zbliżyła się znów ku 
niemu, otoczona silnymi ramionami Maxwella. Mattias nie miał 
żadnego powodu, by ją potępiać. 
Kiedy Roza znów zawirowała koło nich, jej wzrok 
 

background image

wychwycił błyszczącą broszkę spinającą szal jasnowłosej 
towarzyszki Mattiasa. Żółte światło zabarwiło ozdobę na złoto, a 
czerwone refleksy przywodziły na myśl płonący ogień. Ale Roza 
wiedziała na pewno, że to broszka ze srebra, lśniąca niczym lód i 
mroźny ogień polarnej zorzy. 
Broszka błyskała, oślepiała ją. 
Światło było białe i zimne, i wciągało ją w chłodny wir. 
Roza straciła przytomność. 
Nagle w ramionach Maxwella stała się ciężka. Podparł ją, 
zatrzymawszy się w pół kroku na środku sali. Muzyka płynęła 
wciąż jakby z oddali. 
Rozlegające się głosy formułowały jakieś słowa, których sensu 
nie pojmował. Ludzie cisnęli się wokół nich, on zaś trzymał Rozę 
w ramionach i chronił przed naporem tłumu. Pragnął wydostać ją 
na zewnątrz, wynieść z tego dusznego pomieszczenia spod 
ostrzału ciekawskich oczu. 
Mattias ramieniem torował sobie przejście. Chyba odepchnął też 
Raissę, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Ślepy na wszystko, 
parł do przodu ku Anglikowi, który stał zakłopotany, trzymając 
przelewającą się mu w ramionach, jakby nieżywą Rozę. 
Serce mu łomotało. Był przerażony, w głowie tłukła mu się jedna 
myśl, modlitwa: „Boże, pozwól jej żyć". 
Mattias przedarł się wreszcie do Anglika i chwycił Rozę za 
ramiona, ale tamten ani myślał jej puścić. 
- Zabieram ją - rzucił Mattias oschle do Maxwella Harta. - Puść ją 
- dodał, by podkreślić znaczenie swoich słów. Nie był pewien, ile 
Anglik rozumie w ich języku. 
- Kim ty jesteś? - zapytał Maxwell chłodno i jeszcze mocniej 
przytrzymał Rozę. 
 

background image

- A jakie to, u diabła, ma znaczenie? - wyrwało się Mattiasowi. 
Gniew w nim narastał, chciał czym prędzej wydostać Rozę z sali. 
- Daj mi ją! 
Anglik pokręcił głową odmownie i przycisnął mocniej Rozę. 
Mattias nie mógł zrobić nic więcej, jak ją puścić. Zacisnął pięści, 
najchętniej spoliczkowałby tego mężczyznę, uderzyłby z całych 
sił w tę jego zadowoloną gębę. Zgasiłby mu ten ironiczny 
uśmiech błąkający się na ustach. 
Maxwell oderwał wzrok od rozjuszonego mężczyzny, który 
wyrósł przed nim znienacka, i powoli wyniósł Rozę z sali 
tanecznej. Ludzie usuwali się, robiąc mu przejście. Widział w ich 
twarzach ciekawość, rodzaj złośliwej satysfakcji i nie potrafił 
tego pojąć. Musiał zabrać stąd Rozę. 
- Pozwól mu ją wynieść - rzucił Tomas, dopchawszy się do 
Mattiasa, w koleżeńskim geście chwytając go za ramię. - Ona z 
nim przyszła. Tobie towarzyszy Raissa. Nie zepsuj tego, co 
między wami! 
Mattias dyszał ciężko. Stał niemy i gniewny, i nie widział nic 
poza Rozą w ramionach tego zagranicznego bubka. 
- Nie, u diabła! - ryknął i rzucił się śladem wychodzącego. 
Dogonił go u dołu schodów. Wściekłość w nim kipiała. 
Stanąwszy w szerokim rozkroku, bez słowa zagrodził drogę 
Maxwellowi. 
Roza wciąż była nieprzytomna. 
- Zabiorę ją - oznajmił Mattias stanowczo i po prostu wydarł 
Anglikowi bezwładne ciało Rozy. Kiedy poczuł w swoich 
ramionach jej ciężar, uspokoił się nieco. 
- Kim jesteś? - zapytał Maxwell ostro, ale nie próbował zbliżać 
się do tego rosłego, ciemnowłosego dzikusa, a tym bardziej 
szarpać Rozy. 
 

background image

- Zabieram ją do domu - rzucił Mattias krótko i skierował się w 
stronę Krety. 
- To chyba w drugą stronę! - zawołał za nim Maxwell. 
Mattias odwrócił się na moment, uchwycił spojrzenie Anglika i 
powtórzył: 
- Zabieram ją do domu! 
Maxwell wsunął ręce do kieszeni spodni i odprowadził go 
wzrokiem, zastanawiając się, co się za tym wszystkim kryje. 
- Zaprowadzę pana - usłyszał tuż obok chrapliwy głos. 
Maxwell odwrócił się na pięcie i ujrzał niewysokiego mężczyznę 
w lapońskiej kofcie, przepasanego sznurem. Twarz 
nieznajomego wyrażała powagę, choć w oczach pobłyskiwały 
iskierki rozbawienia. 
- Jestem Tomas - przedstawił się, podając Maxwellowi dłoń. - 
Roza i Mattias to długa historia. 
- Chętnie bym jej wysłuchała - odezwała się kobieta o anielskiej 
twarzy, która zeszła po schodach i na dole oparła się o poręcz. - 
Całej historii, Tomas - dodała. - A nie tylko wybranych 
fragmentów. 
Młody Lapończyk pokręcił głową. 
- Możecie iść razem ze mną na Kretę - oświadczył. 
- Chętnie - odrzekła Raissa i spojrzawszy na Maxwella, uniosła 
pięknie zarysowane brwi w niemym zapytaniu. Anglik zaś 
wzruszył tylko ramionami, mówiąc: 
- Czemu nie? 
Mikkal skierował kroki poza obozowisko, zanurzając się w 
ciemnościach, których nie rozświetlał blask płomieni z ognisk, a 
głosy tłumił tajemniczy 
 

background image

szept wiatru. Raija pośpieszyła za nim, ale chłopak zachowywał 
się tak, jakby jej w ogóle nie widział. 
Dopiero gdy się zatrzymał i przykucnął, rzekł, z trudem 
wymawiając słowa: 
- Chcę się już teraz z tobą pożegnać, Raija. Jutro, kiedy 
wyruszysz w drogę, mnie tutaj nie będzie. 
- Chyba nie mówisz tego poważnie! - Raija opadła na kolana, 
daremnie usiłując uchwycić w ciemności spojrzenie chłopaka. 
Mikkal pochylił głowę. Nie był w stanie opisać targających nim 
uczuć. Być może po raz ostatni rozmawia z Raiją, ostatni raz ją 
widzi... 
Opanował się ogromnym wysiłkiem woli. Sięgnął za kaftan, po 
czym chwycił Raiję za rękę i nic nie mówiąc, włożył coś do jej 
drobnej dłoni. 
Raija poczuła na skórze metal. Nie był jednak chłodny, bo Mikkal 
ogrzał go własną piersią. Nim jeszcze otworzyła dłoń i zobaczyła 
błyszczący w mroku przedmiot, domyśliła się, że to srebrna 
broszka. Tyle razy się nią zachwycała. Stanowiła część srebra 
odziedziczonego po babce Mikkala ze strony ojca. Srebra, 
którym Mikkal miał kiedyś obdarować narzeczoną. 
- Nie mogę jej przyjąć - wyszeptała Raija, wpatrując się jak 
zaczarowana w srebrną ozdobę. 
Mikkal próbował zmusić się do uśmiechu, ale jego twarz 
wykrzywiła się tylko w żałosnym grymasie. 
- Jest dla ciebie - odezwał się zmienionym głosem. - Jedynie tobie 
chcę ją ofiarować. 
- Ale przecież ta broszka stanowi nieodłączną część rodowego 
srebra - protestowała nadal Raija. 
- Mimo to chcę ci ją dać - odparł stanowczo Mikkal i żeby uciąć 
dalszą dyskusję, chwycił drobną dłoń 
 

background image

dziewczyny i zacisnął ją wokół broszki. - Chcę, by ta broszka 
stała się dla ciebie pamiątką. Obiecaj mi, że nigdy się jej nie 
pozbędziesz, a kiedy będziesz ją przypinała, bo mam nadzieję, że 
czasem się w nią ustroisz, pomyślisz o mnie. 
Na gęstych, ciemnych rzęsach Raiji zalśniły łzy. 
- Dziękuję! - wyszeptała uroczyście. - Dziękuję, Mikkalu! Nigdy 
cię nie zapomnę. Zawsze będę o tobie pamiętać, nie tylko wtedy, 
gdy przypnę broszkę... I nigdy się z nią nie rozstanę, nigdy... 
- Srebro - mamrotała Roza, przytulona do piersi Mattiasa. - 
Srebrna broszka od Mikkala. 
- Cii - uspokajał ją Mattias. Pod wpływem ulgi wstąpiły w niego 
nowe siły. - Zaraz będziemy w Samuelsborg, Roza. Odpocznij, 
ukochana... 
 
 
Rozdział 6 
- W imię Ojca i Syna! - przeżegnała się Liisa, kiedy Mattias 
wniósł Rozę do przytulnej izby w Samuelsborg. Skierowała go 
jednak pośpiesznie w stronę łóżka przy ścianie, by tam położył 
szwagierkę. - Co się stało? - chciała wiedzieć. Nie zważała na 
dopytywania zdezorientowanego męża, Mattias sam więc mu 
wyjaśnił, że Roza straciła przytomność. 
Po chwili rozległo się pukanie do drzwi i do środka wszedł 
Tomas. Przepraszającym tonem przedstawił gospodarzom Raissę 
i Maxwella, którzy przekroczyli za nim próg chaty. Mattias 
demonstracyjnie 
 

background image

zlekceważył przybyłych. Nawet do Raissy odwrócił się plecami. 
Stał w nogach łóżka wyrzeźbionego niegdyś z finezją przez 
Pedera, ozdobionego łukami i kolumienkami. 
- A cóż to za dostojni goście - zdziwił się Ole, ale nie uczynił 
najmniejszego gestu, by się przywitać i poprosić, aby usiedli. Jak 
zawsze, gdy było mu to na rękę, zasłonił się swoją ślepotą. 
- Czy ona spodziewa się dziecka? - zapytał twardo Mattias. 
W izbie zaległa martwa cisza. 
Tymczasem Mattias odwrócił się i podszedł wprost do Maxwella. 
Jego brązowe oczy płonęły złowrogo. 
- Mówię do ciebie! - powtórzył ostrzej. - Czy ona spodziewa się 
dziecka? 
Maxwell wzruszył ramionami i odparł: 
- Nawet jeśli, to o niczym mi nie wspominała. Zresztą to nie moja 
sprawa... 
- Ach, tak? - warknął Mattias. - Na potańcówce można było 
odnieść wrażenie, że bardzo mocno cię obchodzi wszystko, co 
dotyczy Rozy, panie Angliku! Jesteś już tu na tyle długo, że 
zdążyłbyś ją uczynić brzemienną! 
Tomas postąpił krok naprzód i chwycił Mattiasa za ramię, ale ten 
szarpnął się gwałtownie i popchnął Lapończyka tak mocno, że 
gdyby nie uskoczył, uderzyłby o piec. 
- Uspokój się, Mattias! - poprosiła Liisa i stanęła między nim a 
Maxwellem, co angielski arystokrata przyjął z wyraźną ulgą. - 
Dla własnego dobra i przez wzgląd na Samuela. O co tu, u diabła, 
chodzi? 
- Roza zasłabła na tańcach - wyjaśnił Tomas krótko i usiadł. 
Napięcie odrobinę zelżało, ale Mattias 
 
 

background image

wciąż spoglądał spode łba na Anglika. Raissa zaś chwyciła się 
stołu, obserwując z uwagą całe zdarzenie. 
- Byłeś z Rozą na kweńskiej potańcówce? - zapytała Mattiasa 
Liisa i zadarłszy głowę, spojrzała mu prosto w oczy. 
- Nie ja, tylko on - odparł krótko Mattias, skinąwszy na 
Maxwella. 
- Mattias przyszedł na tańce ze mną - wtrąciła się Raissa i na 
moment zwróciła na siebie uwagę wszystkich. - Dobrze się 
bawiliśmy, gdy nagle on, ogarnięty jakimś amokiem, rzucił się na 
kawalera Rozy i zaczął mu wyrywać ją z ramion. Oto cała 
historia. 
- Roza zemdlała - rzekł bezbarwnym głosem Mattias. - Dlatego 
pytam tego, który, jak się zdaje, jest najbliżej, by znać 
odpowiedź, czy ona jest w ciąży. 
Liisa z uśmiechem popchnęła go lekko, by usiadł na stołku. 
- Jeśli Roza spodziewa się dziecka, mój drogi -rzekła łagodnie - 
to ciebie pierwszego podejrzewać będziemy o ojcostwo. Co to w 
ogóle za oskarżenia? Równie dobrze można powiedzieć, że jeśli 
ktoś sypia z kimś, kto ma pchły, to on także musi je mieć. Dlatego 
bardzo cię proszę, opanuj nieco swój gniew! 
Mattias westchnął głęboko, pochylił głowę i ukrył twarz w 
dłoniach. Jego szerokie ramiona zadrżały. 
- W każdym razie Roza zdrowa nie jest - rzucił krótko. - Nie 
powinna wracać do Warrenów. 
- Nie ty będziesz o tym decydował - odparła Liisa stanowczo, ale 
spokojnie, i pogładziła tego silnego mężczyznę po włosach. 
Potem, chwyciwszy opadające mu na kark kosmyki, zmusiła, by 
na nią spojrzał. 
Płakał, wykrzywiając w grymasie kościstą twarz. 
 

background image

Liisa cofnęła dłoń, ale on wciąż patrzył na nią, nie przejmując się 
tym, że pozostali także widzą jego rozpacz. 
- Już nie decydujesz o Rozie - powtórzyła Liisa z naciskiem. 
- Nigdy nie decydowałeś - wtrącił Tomas. 
- Ona zostanie tu tak długo, jak zechce - ciągnęła Liisa. - To jej 
dom. Ani Ole, ani ja nie wyrzucimy jej przecież... - Nabrała 
powietrza i prześlizgnąwszy spojrzeniem po twarzach 
pozostałych gości, dodała: 
- Co dotyczy zaś innych, to sądzę, że zrozumieją państwo, czemu 
dzisiaj nie jestem zbyt gościnna. Nie bardzo uchodzi przyjmować 
gości, gdy moja szwagierka jest chora. Dlatego zmuszona jestem 
pożegnać wszystkich. 
Tomas poderwał się pierwszy. Uśmiechnął się ze zrozumieniem 
do Liisy i mrugnął, jakby chciał dodać jej otuchy. Potem chwycił 
Rąissę pod łokieć i poprowadził ją do wyjścia. 
Maxwell ociągał się przez chwilę, ale w końcu skłonił się lekko i, 
jak na dżentelmena przystało, pożegnał się grzecznie. 
- Gdyby się coś wyjaśniło, proszę nas zawiadomić 
- dobrał powoli norweskie słowa, zatrzymując się na moment w 
otwartych drzwiach. 
Liisa obiecała, że nie omieszka tego uczynić. 
- Ty także już idź - zwróciła się do Mattiasa, gdy w chacie 
opustoszało. 
Mattias, zaskoczony, podniósł na nią pełen niedowierzania 
wzrok. 
- Chyba nie mówisz tego poważnie? - zapytał. 
- Owszem, jak najbardziej poważnie - rzekła z naciskiem. - 
Wiem, że uważasz siebie niemal za członka rodziny, Mattias, ale 
niestety, nie jesteś 
 

background image

nim. Przychodziłeś tu i wychodziłeś, ogrzewałeś w cieple 
domowego ogniska, ale to już przeszłość. Już nie jesteś związany 
z Rozą. Teraz przychodzisz tu jako gość. A ja właśnie poprosiłam 
wszystkich gości, by sobie poszli. Moja szwagierka zachorowała 
i najlepiej dla niej będzie, jeśli zostaną przy niej wyłącznie 
najbliżsi. 
- Przecież to ja ją tutaj przyniosłem! Mogłem pozwolić temu 
cholernemu bubkowi zabrać ją do domu inżyniera i jego żony, 
dokąd chciał ją zanieść. Wtedy byście nawet nie wiedzieli, że coś 
jej się stało. Ale ja ją tu przyniosłem! 
- To bardzo ładnie z twojej strony, Mattias. Bardzo ci za to 
dziękuję. Ale teraz już musisz iść. 
- A jeśli ona nosi pod sercem moje dziecko? Wówczas także 
potraktujecie mnie jak obcego? - zapytał, nie dając za wygraną. 
- Jeśli nosi twoje dziecko, to pewnie ci o tym powie. Nie utrudniaj 
wszystkiego. Nie chcę, by coś nas poróżniło. Nie chcę rozstawać 
się z tobą w gniewie, Mattias... 
Rzucił Liisie na odchodnym pełne wyrzutu spojrzenie i rzekł: 
- Doprawdy, Liiso, dziwnie traktujesz przyjaciół! 
- Nam nie grozi monotonia - zauważył Ole cicho, gdy zatrzasnęły 
się drzwi. 
Oboje nasłuchiwali, czy nie rozlegnie się wołanie z alkierza, 
znak, że Samuel chce wiedzieć, co spowodowało takie 
poruszenie w chacie. Ale z alkierza nie dochodził żaden odgłos. 
- Pewnie wszystko dokładnie słyszał - uznał Ole. - Co właściwie 
jest z Rozą? Czy zapadła w ten swój zimny sen? 
 

background image

Późną jesienią, gdy mróz pozbawił drzewa resztek listowia i 
pokrył gałęzie cienką warstwą szronu, do Lyngen przybył pastor 
z Karlsoy, żeby odprawić nabożeństwo, jedno z czterech, które 
zwykł odprawiać w roku. 
Przy okazji tej duszpasterskiej wizyty Raija, córka Erkkiego 
Alatalo poślubiła Karla Kristiansena Elvejorda. 
Podczas uroczystej ceremonii stała dumnie wyprostowana, 
poważna i piękna. Dźwięcznym głosem wypowiedziała 
sakramentalne „tak". Patrząc na spokojną twarz dziewczyny, 
żaden z uczestników uroczystości nie domyśliłby się jej 
prawdziwych uczuć. Nikt nie odgadł, co się kryje na dnie 
brązowych oczu oblubienicy. 
Na jej piersi, przypięta do czarnej sukni, niczym gwiazda na 
nieboskłonie, błyszczała duża, srebrna broszka. 
- Co właściwie łączy Mattiasa i Rozę? - zapytała Raissa, kiedy z 
Tomasem dochodzili już do Kopalni. Całą drogę milczała, 
starając się uporządkować myśli. - Oprócz tego, o czym już wiem 
- dodała. -Tego, o czym wszyscy gadają. Że żyli ze sobą. 
-... i że ona go zaczarowała - ciągnął Tomas. - I że powinnaś mieć 
się na baczności, by i na ciebie nie rzuciła uroku... 
Raissa westchnęła zrezygnowana. Tomas miał oczywiście rację. 
Słyszała o tym wszystkim, zanim jeszcze postanowiła zdobyć 
serce Mattiasa. Ktoś, kto zauważył jej ukradkowe spojrzenia, 
przestrzegł ją, że jeśli interesuje się Mattiasem Mattiassenem, 
powinna uważać na Rozę córkę Samuela. Roza potrafi to i owo i 
nie wiadomo, jak zareaguje, gdy się 
 
 
 
 
 

background image

dowie, że jakaś kobieta usidliła Mattiasa, uprzedzano ją. 
Raissa nie dała się zastraszyć temu dziecinnemu, w jej pojęciu, 
gadaniu. Tym bardziej że Mattias nie ukrywał przed nią swojego 
związku z Rozą, tłumacząc, że uważa go za skończony. 
Wtedy mu uwierzyła, ale po tym, co zobaczyła na tańcach, 
nabrała wątpliwości. 
- Roza i Mattias - zaczął Tomas, uśmiechając się dobrodusznie - 
to stara historia, Raisso. Nie wiem, czy jesteś w stanie zrozumieć, 
jak bardzo stara. 
Rozbawiła ją jego powaga. 
- Mówisz to takim tonem, Tomas, jakby tych dwoje przeżyło ze 
sobą całe długie życie. A przecież ona jest bardzo młoda, z 
pewnością młodsza ode mnie, a ja mam dopiero dwadzieścia pięć 
lat. 
- Roza ma dziewiętnaście - odpowiedział Tomas. 
- Ale więzy, jakie łączą tych dwoje, sięgają o wiele dalej w 
czasie. 
- Teraz już cię zupełnie nie rozumiem - odparła Raissa i 
zatrzymała się na drodze. - Kpisz sobie ze mnie? 
- Jestem śmiertelnie poważny - zapewnił Tomas. 
- Czyżbyś nie słyszała o tym, że niektórzy są sobie przeznaczeni? 
Raissa zamilkła. Prawdę powiedziawszy, nie raz sama używała 
takiego sformułowania, ale nigdy w tak dosłownym znaczeniu. 
Tomas odszedł już spory kawałek, musiała więc podbiec, by go 
dogonić. Z oddali od strony Domu Ludowego wciąż dolatywały 
dźwięki muzyki. Obojgu wydało się dziwne, że inni po tym 
wszystkim, co się zdarzyło, nadal się bawią i śmieją. 
- Próbujesz sobie ze mnie żartować - stwierdziła Raissa. 
 

background image

- Czy ktoś ci mówił kiedyś, że jesteś spokrewniona z zorzą 
polarną, Raisso? - zapytał Tomas. 
- Czemu mnie o to pytasz? - zareagowała ostro. 
- Bo mam wrażenie, że jesteś - odparł i rzuciwszy pośpiesznie na 
pożegnanie: „dobranoc", pobiegł w swoją stronę. 
Niewysoki chłopak w skórzanych spodniach i w białej kofcie, 
ozdobionej niebieską i czerwoną tasiemką przy dekolcie i na 
szwach rękawów, wydał jej się dziwny. 
Jego słowa przywołały jednak jakieś odległe wspomnienie. Bajki 
opowiadane łagodnym, miękkim głosem. Bajki o wielkim 
promiennym rodzie, jej rodzie, którego członków łączą nie tylko 
więzy krwi, ale również przynależność do światła. Ród zorzy 
polarnej połączony świetlistą wstęgą roztaczającą się nad polami, 
lasami i równiną... 
- Dziwny wieczór - usłyszała nagle za sobą głos i drgnęła 
przestraszona, ale gdy się odwróciła, ujrzała Anglika, który 
właśnie się z nią zrównał. 
- Dziwny - skwitowała krótko. 
- Mogę panią odprowadzić? - zapytał i ukłonił się, podając jej z 
galanterią ramię. 
Raissa popatrzyła na niego zdumiona, ale zorientowała się, że nie 
miał nic złego na myśli i nie była to z jego strony wymuszona 
propozycja. Uznała, że jest na swój sposób przystojny. 
- Bardzo mi przykro - odparła po chwili. Odgarnęła włosy z czoła 
i dowodząc swojej przezorności, wyjaśniła: - Pan i ja wywodzimy 
się z różnych światów. Nie byłoby dobrze, gdyby zobaczono nas 
razem. Ale miło z pańskiej strony, że pan zapytał. 
Raissa oddaliła się pośpiesznie. Zerknąwszy przez ramię, 
zauważyła, że Anglik stoi nadal w tym samym 
 

background image

miejscu, w którym się rozstali, by nie krępować jej swoim 
towarzystwem. Śmiać jej się zachciało z siebie samej. 
Zastanawiała się, o czym on rozmawiał z Rozą. 
Elise i Maja długo nie mogły zasnąć tej nocy. Po raz ostatni 
dzieliły posłanie. Następnego dnia Maja miała wziąć ślub. 
- Wiesz, co dostałam od Reijo? Poza domem i owcami? - zapytała 
Maja, przerywając ciszę. 
-Nie. 
- Broszę mamy. Tę, którą ofiarował jej Mikkał -wyszeptała, 
wciąż nie umiejąc się przełamać, by nazwać Mikkala ojcem. - 
Wiesz, tę która miała być częścią ślubnego srebra dla jego żony. 
Ale on dał ją mamie, gdy była w wieku Idy. Już wtedy ją kochał. 
Dziwnie pomyśleć. 
- Myślałam, że Raija wzięła ją ze sobą. Pamiętam tę broszę. Była 
piękna. 
- Reijo powiedział, że chciała, by mi ją dał, w razie gdyby nie 
wróciła. Powiedziała, że to mój spadek po ojcu. Sądzisz, że to coś 
znaczy, Elise? 
- Że zamierzała tam zostać? Nie, nie sądzę. Chyba tylko się bała. 
Rosja jest bardzo daleko. 
- Reijo powiedział, że miała ją na sobie podczas ślubu. 
- Ty też ją przypniesz? 
- Może. Nie wiem, czy się odważę. To coś więcej niż ozdoba. 
Może to głupie, ale czuję, że uznam ją wtedy za umarłą. Przecież 
należy do niej. 
- Sądzę, że ucieszyłoby ją to, gdyby wiedziała. I ją, i Mikkala. To 
prezent od nich obojga dla ciebie, Maju. 
 

background image

- Co się dzieje z twoją siostrą? - Samuel zażądał wyjaśnień. 
- Zapadła w zimny sen - odparł Ole krótko i nagle przypomniał 
sobie radosny i pełen wesołości dom rodzinny Liisy. Gwar i 
całkiem zwyczajne rozmowy. Zatęsknił na powrót za takim 
życiem, ale przecież nie mógł uciec od własnych korzeni. 
- Co ten Mattias tak wykrzykiwał? 
- Nic mi nie wiadomo o żadnym dziecku - odpowiedział Ole, 
mimowolnie ujmując się za Rozą. - Póki jest nieprzytomna, nie 
można się niczego dowiedzieć - dodał. - Zresztą Roza żyje 
własnym życiem. 
- Kim byli pozostali goście? 
Nie było sensu kłamać. Nie wiadomo, co ojciec usłyszał, a Wielki 
Samuel nie znosił, gdy próbowano przed nim ukryć prawdę. 
- Przyszedł jeszcze Tomas, a także brat żony inżyniera, Anglik, z 
którym Roza była na tańcach. No i jeszcze kobieta, z którą 
związał się Mattias. Finka czy Rosjanka. Podobno prawdziwa 
piękność, ale dokładnie ci nie powiem. 
- Roza chodzi własnymi ścieżkami - powtórzył ojciec. - Anglik, 
powiadasz? Co ta dziewczyna w ogóle sobie myśli? 
- Nie wiem - odparł Ole. - Poproszę, by ci to wyjaśniła, gdy tylko 
ocknie się ze snu. 
- Los zatoczył koło - wymamrotał Samuel pod nosem, 
przypominając sobie młodego chłopaka, też Anglika, który 
posyłał powłóczyste spojrzenia jego dwunastoletniej córce. - 
Może to wszystko było niepotrzebne? - rzucił w przestrzeń, ale 
nie usłyszał odpowiedzi. Ole bowiem pośpiesznie opuścił izbę 
ojca. 
 
 
 
 

background image

Heino stąpał ostrożnie po popiołach. Śledził każdy ruch Mai. 
Gdyby tylko okazała słabość, zabrałby ją natychmiast z tego 
miejsca, które zamieniło się w pogorzelisko. 
Maja zebrała wszystkie siły, zanim spojrzała w tamtym kierunku. 
Czarna, pokryta sadzą ziemia. Kiedyś znów wyrośnie tu trawa i 
zazieleni się wokół. Nigdy więcej na małym kopczyku nie 
zostanie ustawiony krzyż, zdecydowała impulsywnie Maja. 
I wiedziała też, że nie wzniesie nowego domu na zgliszczach. 
- Wracamy? 
Potrząsnęła głową. Została jeszcze jedna niezała-twiona sprawa. 
Łudziła się słabą nadzieją, choć przecież wszystko pochłonął 
ogień. Dom wydawał się nagle znacznie rozleglejszy, kiedy 
pozostał po nim jedynie zarys fundamentów. 
Tam była kuchnia, w tym miejscu skrytka pod deską. 
Heino zdziwił się, kiedy padła na kolana i zaczęła rozgrzebywać 
popiół. 
- Znaleźliśmy złoto, Maju, wszystko dokładnie przejrzeliśmy. 
Nie mieliśmy pojęcia, w ilu workach je ukryłaś. 
- W czterech - odrzekła bez namysłu. Pokiwał głową. 
- Nic nie zginęło. Przykucnął obok dziewczyny. 
- Nie szukam złota - wyjaśniła, odgarniając kosmyk włosów za 
ucho. - Szukam prawdziwego skarbu. Tu go schowałam, ale 
mogliście go przeoczyć. 
 

background image

- Powiedz mi, co to jest - poprosił. - Pomogę ci. 
- Brosza - odpowiedziała. - Srebrna brosza. 
To Heino ją znalazł. Leżała tuż przy fundamencie. 
Maja uroniła łzę, kiedy ostrożnie czyściła ją z brudu. 
- Ta ozdoba wiele dla ciebie znaczy - stwierdził. Przytaknęła. 
- Należała do mojej matki. Ma specjalne znaczenie. Daje się ją 
dziewczynie, którą pragnie się poślubić. Jeśli ją przyjmie, to 
znak, że zgadza się na małżeństwo. 
Heino uśmiechnął się i wziął w dłoń błyszczącą broszę. 
- Przyjmiesz ją? - zapytał. Skinęła głową. 
Przypiął broszę do jej bluzki. Krzywo, ale z wielkim 
nabożeństwem. Potem położył dłonie na ramionach dziewczyny. 
- Więc weźmiesz mnie za męża? Jeszcze raz skinęła głową. 
Mattias zauważył z daleka, że Raissa rozmawia z Anglikiem, 
pożegnawszy się wcześniej z Tomasem. Pomyślał, że powinien 
do niej podejść. Winny jej był wyjaśnienie. Prawdziwy 
mężczyzna tak właśnie by się zachował. 
Ale jego wciąż pochłaniały myśli o Rozie, nie 
o Raissie. 
- A niech to wszyscy diabli! - cisnął z gniewem. Zdenerwowany i 
wytrącony z równowagi, nie 
miał ochoty wracać do baraku. Skręcił więc w bok 
i odnalazł ścieżkę prowadzącą w góry, do miejsc, które dzielił z 
Rozą. 
 
 
 
 
 
 

background image

- Nie mogę przywyknąć do myśli, że może już nigdy się nie 
spotkamy - powiedział Ailo. 
Maja pokiwała głową. 
- Zawsze jednak będziemy sobie bliscy. Wyrzekła te słowa z taką 
mocą, że Ailo zadrżał. 
Jej oczy promieniały jasnością, której dotąd nie spostrzegł. 
- Zawsze będę blisko ciebie, Ailo - powtórzyła. Ailo nie wątpił, 
że mówi prawdę. 
Dzieci Mikkala. Córka Raiji. Nieustannie łączyć ich będzie łuk 
zorzy polarnej. Coś więcej niż zwykłe więzy krwi. 
Maja położyła broszę na dłoni Idy. 
- Teraz należy do ciebie - powiedziała cicho. 
- Przecież jest twoja! Maja potrząsnęła głową. 
- Już nie! - oznajmiła, jakby zyskała coś znacznie cenniejszego. - 
Mikkal jest także ojcem Ailo, ty zaś jej córką. Czas, by połączyć 
wiano. Może przyniesie ci szczęście. 
Cichy, ledwie słyszalny oddech, zagłuszany przez trzask ognia w 
piecu, i stukanie drutów, na których Liisa dziergała sweter, 
tworzyły tajemniczą pieśń. Ole od długiego czasu nasłuchiwał 
uważnie, ale nie był w stanie zdecydować, czy Roza oddycha 
normalniej niż w chwili, gdy ją przyniósł Mattias. 
- Myślisz, że naprawdę spodziewa się dziecka? -zapytał żonę. 
Usłyszał, że Liisa odłożyła druty na kolana. 
- Roza, która potrafi znieść najgorsze, mdleje podczas tańca - 
odparła Liisa. - Czy i ty nie pomyślałbyś o tym samym? 
Ole westchnął. 
 

background image

- Mattias ciężko to przyjął. 
- Mattias wreszcie zaczął układać sobie życie - zasmuciła się 
Liisa. - Ta Raissa mogłaby stać się dla niego kimś bliskim. Jest 
taka piękna. Jakie mogliby mieć śliczne dzieci. 
- A co z tym dzieckiem? Czy twoim zdaniem moja siostra 
pochodzi z mniej urodziwego rodu? 
- Obawiam się, że i to dziecko będzie piękne - odparła Liisa i 
przerobiła kolejne oczka w swojej robótce. 
Maja skłamała Idzie o Ailo. Najgorsze w tym wszystkim było to, 
że siostra jej uwierzyła. Maja zapłakała jeszcze rozpaczliwiej, 
gdy to sobie uświadomiła. 
- Chcesz zostać sama? - zapytała, podnosząc się z miejsca. 
Chciała jak najszybciej umyć twarz, spojrzeć w lustro i nazwać 
siebie kłamcą. 
Ale Ida pokręciła głową. Osuszyła łzy i pociągając nosem, 
poprosiła siostrę, by została. 
- Mam coś - powiedziała, wkładając rękę pod poduszkę. Wyjęła 
skórzany woreczek. - Mam coś, co nie należy do mnie, mimo że 
to dostałam. Srebro rodowe Ailo. Dał mi je Anders. Uważam, że 
niesłusznie byłoby, gdybym je zatrzymała. 
Ida rozwiązała rzemyk i wysypała zawartość na białą pościel. 
Maja widziała w swoim życiu wiele pięknych ozdób, ale aż 
westchnęła na widok lapońskiego srebra po babce Mikkala. 
Srebra, które zostało podzielone... 
- Może brakuje tu paru drobiazgów - mówiła Ida. - I twojej 
broszki. 
- Nie musiałaś jej odsyłać. 
 
 
 
 

background image

Ida odgarnęła lok z czoła. 
- Nie musiałam, ale uważałam, że powinnam. To ty jesteś 
dzieckiem mamy i Mikkala. On jej podarował tę broszkę w 
dowód wielkiego uczucia. Poczęłaś się z ich wielkiej miłości... 
- Tak, w grzechu... - dodała Maja z goryczą. - To tylko inne 
określenie. 
Ida pokiwała smutno głową. 
- Nie mów tak! Uważam, że to coś pięknego. Nie wszyscy mogą 
powiedzieć, że są owocem gorącej miłości, a ty to wiesz na 
pewno. Tak więc broszka powinna być twoja. 
- Sam wróciłeś? 
Maxwell już od dłuższej chwili siedział w kuchni. Zauważył 
opróżnioną do połowy butelkę szampana i usłaną częściami 
garderoby drogę do sypialni. Ten widok napełnił go radością. 
Margaret, stanąwszy przed nim w swym turkusowym peniuarze, 
zapytała, gdzie jest Roza. 
- Zasłabła - odparł krótko Maxwell. - Zaniesiono ją do jej 
rodziny. Było bliżej. 
- Co za bzdury! - wybuchnęła siostra, mrużąc oczy, i powtórzyła: 
- zasłabła? 
- Jej były narzeczony uważa, że Roza spodziewa się dziecka - 
dodał Maxwell oschle. - Może ma rację? 
Ailo, z synkiem na ramieniu, pożegnał się ze wszystkimi. Tak 
trudno było mu się rozstać z małym Mikkalem. Każda wspólnie 
spędzona chwila była dla niego najcenniejszym skarbem. 
Z kieszeni wyjął wisiorek i kładąc na dłoni Raiji, powiedział 
łagodnie: 
 

background image

- To dla ciebie, Mały Kruku, od ojca i ode mnie. To był ptak. Ptak 
Mikkala, Ailo, jej ptak. 
- Czarny? Z czego go wyrzeźbiłeś? - zdziwiła się Raija, nie 
mogąc nacieszyć oczu. 
- To onyks - rzekł Ailo. - Tak nazywa się ten minerał. Przysłano 
mi go tuż przed wyjazdem z Hailu-oto. Ptak dla ciebie nie może 
być odlany ze złota czy srebra, Raiju. Twój ptak musi być czarny! 
Kiedy zawiesił Raiji na szyi umieszczony na cieniutkim, prawie 
niewidocznym łańcuszku ze złota wisiorek, zdawało się, że ptak 
frunie, wolny. 
- Dziękuję ci, Ailo! - Pocałowała go w oba policzki. - Ja też mam 
coś dla ciebie, coś, co przed wyjazdem wręczył mi William. 
Z niewielkiej szkatułki wyjęła skórzany woreczek, a z niego 
pokrytą śniedzią srebrną broszę. 
- Nie zatrzymam tej broszki, Ailo. Ida też powiedziała, że nie 
chce jej dla Mikkala. Broszkę tę mężczyźni z twojego rodu 
wręczali w dowód miłości swoim żonom. Uważam, że należy się 
ona Annie Kajsie! 
Ailo uśmiechnął się, zauważywszy, jak bardzo słowa Raiji 
uradowały Annę Kajsę. Jak się rozpromieniła, kiedy Raija 
wręczyła jej woreczek z broszą. Nie miał jednak odwagi spojrzeć 
na Idę. 
- Mam nadzieję, że nie zajdzie całkiem śniedzią -rzekła Raija. - 
Ma być noszona i błyszczeć. To podarunek dla żony Ailo od Ailo 
i jego ojca... 
Roza prześledziła historię srebrnej broszki i nagle wszystko stało 
się dla niej jasne. 
- Anna Kajsa zmarła w drodze na północ - przemówiła, siadając 
na łóżku. - Co ja tutaj robię? - zapytała, uświadomiwszy sobie, 
gdzie jest. 
 

background image

Liisa zerknęła znad swetra, który dziergała dla Olego. 
- Dochodzisz do siebie - odparła sucho. 
- Anna Kajsa umarła - powtórzyła Roza i wstała z łóżka. 
Zakręciło jej się w głowie od gwałtownej zmiany pozycji, ale nie 
zważając na to, podeszła do Olego. Stanęła za plecami i objąwszy 
go, przytuliła się zdrowym policzkiem do jego twarzy. 
- Zgłupiałaś? - zdziwił się. 
- Ailo także umarł - ciągnęła Roza. - Pamiętasz opowieści z 
dzieciństwa, braciszku? To Mikkal zabrał Ailo, gdyż cierpiał 
okropną samotność, a także dlatego, że potrzebował jego 
pomocy, by przywrócić Idzie życie. 
- Tak wynika z historii, które nam opowiadano -potwierdził Ole. 
- Anna Kajsa otrzymała broszkę od Raiji. Czy Ailo pogrzebałby 
ją razem z nią? 
- Nie - odpowiedział Ole po chwili namysłu. 
- Gdzie umarł Ailo? 
- Tego nie wiemy. Dlaczego o to pytasz? 
- Tego nie wiemy. - Roza puściła go, a kiedy się wyprostowała, 
już nie kręciło jej się w głowie. 
- Co zamierzasz? - spytała Liisa. 
- Muszę wracać - odparła Roza, zatrzymując się na środku izby. - 
Czy to możliwe, że ona jest jedną z nas? 
- Tego nie jesteśmy w stanie sprawdzić - stwierdził Ole, kiedy za 
siostrą zatrzasnęły się drzwi i w chacie znów zaległa cisza. - 
Czemu ona tyle gadała o tej cholernej broszce? Czy kobiety tak 
się zachowują, gdy są przy nadziei? 
- Trudno powiedzieć - odparła Liisa i zamilkła. Bo ona także 
zauważyła błyszczącą, srebrną ozdobę przypiętą do piersi Raissy. 
 

background image

Rozdział 7 
- Dlaczego nie wróciłaś tutaj, gdy zasłabłaś? -Głos Margaret 
zabrzmiał ostro. 
Tak długo czekała na Rozę, przeżywając prawdziwą huśtawkę 
nastrojów od niepewności do gniewu. Tyle różnych myśli kłębiło 
jej się w głowie. Na widok przybyłej wreszcie Rozy dała więc 
upust swojemu zdenerwowaniu. 
- Wróciłam teraz - odparła Roza, nie siląc się na wyjaśnienia. W 
nagłym przebłysku przypomniała sobie matkę, która jakże często 
wyczekiwała tak wieczorami na swe dzieci. Tyle że Nanna nigdy 
nie zapalała wszystkich lamp! Ona siedziała po ciemku, nie 
zdradzając się swym niepokojem przed ludźmi z osady, przed 
mężem ani dzieckiem, na które czekała. Najczęściej chodziło o 
Rozę i z reguły Samuel o tym wiedział, choć wolał udawać, że się 
niczego nie domyśla. 
Margaret siedziała skwaszona, oczekując wyjaśnień. Roza 
poczuła głęboką niechęć. Była zbyt zmęczona, by znosić takie 
nieprzyjemności. Jedyne, czego teraz pragnęła, to położyć się 
spać. Dlatego też uczepiona spojrzeniem schodów prowadzących 
na poddasze, próbowała wyminąć Margaret. 
Ale ta ani myślała jej na to pozwolić. Chwyciła Rozę za ramię i 
ściskając mocno, zasypała gradem pytań: 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Co się z tobą dzieje? Jesteś w ciąży? Dlaczego nic nie mówiłaś? 
- Nie wiem - odpowiedziała Roza i westchnęła. -Naprawdę nie 
wiem! 
- Ale to możliwe? 
- Tak, możliwe. 
- To znaczy, że nosisz dziecko Davida i nie zamierzałaś nas o tym 
powiadomić? 
- Nie, póki nie zyskam pewności - odparła Roza. - Na razie nie 
wiem. 
Margaret przez długą chwilę nie odzywała się, ale na jej twarzy 
malowały się targające nią uczucia. 
- Domyślam się, że nie jesteś głodna - odezwała się w końcu i 
przesunęła się obok Rozy. - David za chwilę przyjdzie do ciebie. 
Przygotuj się! 
Roza słaniała się ze zmęczenia, nie była więc nawet w stanie 
wyrazić swojej złości. Zresztą dała przecież słowo, a zwykła 
dotrzymywać przyrzeczeń, nawet jeśli inni zawodzili. 
... powinnam się rozgniewać, a tymczasem ją usprawiedliwiam. 
Stała się nie do zniesienia. Wymaga ode mnie tak wiele. Nie 
rozumiem, jak może żądać tego właśnie teraz. Chyba tylko po to, 
by się zemścić... 
Przygotowanie nie zajęło jej wiele czasu. Roza zdjęła szybko 
ubrania, poskładała je starannie i położyła na stołku. Izdebka była 
ciasna, ale Roza nie potrzebowała wokół siebie wiele miejsca. 
Gdzieś głęboko w sercu czuła radosne pulsowanie, przyjemne 
wspomnienie, przed którym uciekała. 
Lękała się. Zawsze tak świetnie radziła sobie bez wspomnień. 
Potrafiła odgrodzić się od nich grubym 
 

background image

murem. Wolała do nich nie wracać, ponieważ ufała tylko temu, 
co było teraz. 
... Za chwilę przyjdzie David... 
Roza sięgnęła po dzbanek i nalała wody do miednicy stojącej na 
stoliku w rogu izdebki. Woda była chłodna, ale nie lodowata. 
Ochlapała pośpiesznie policzki i czoło, próbując ostudzić trochę 
trawiący ją żar. Powinna się umyć dokładniej, ale nie miała na to 
siły. 
Ledwie uniosła dzbanek. Chociaż trzymała go oburącz, wydał jej 
się bardzo ciężki. Zadrżały jej ramiona, a zaraz potem drżenie 
ogarnęło całe jej ciało. Głęboko w piersiach Roza poczuła 
lodowaty chłód, twarz zaś nadal ją paliła. Przycisnęła zimny 
porcelanowy dzbanek do czoła i policzków. Na moment 
przyniosło jej to ulgę, ale równocześnie chłód całkowicie 
zawładnął jej ciałem. Przenikały ją dreszcze i zdawało jej się, że 
nigdy już nie zdoła się rozgrzać. 
W końcu jednak uciszyła dygot na tyle, by odstawić naczynie z 
wodą z powrotem na stół. Słabe światło lampy rozświetlało 
pękaty dzbanek ozdobiony bukiecikami stokrotek i 
niezapominajek, róż i jakichś polnych kwiatów, których 
angielskie nazwy wyleciały Rozie z pamięci, mimo że Margaret 
kilka razy je powtarzała. Przypomniało jej się, jak 
chlebo-dawczyni gładziła delikatnie margaretki, kwiaty, które 
uważała za swoje. Roza teraz uczyniła to samo. Musnęła 
gorącymi opuszkami palców martwe kwiaty namalowane ludzką 
ręką na chłodnej porcelanie. 
Nikomu nie przyszłoby do głowy zdobić porcelanę kwiatami 
wierzbówki kiprzycy. Wierzbówka, zwana na północy kolejarską 
różą, porastająca zręby i żwirowiska, nie jest kwiatem ozdobnym. 
Rośnie 
 

background image

w otwartych ranach ziemi, swoją intensywną czerwienią 
krzycząc w niebo tak rozdzierająco, że nie sposób tego kwiecia 
nie dojrzeć. 
Roza w samej tylko koszuli, która sięgała jej do pół łydek, 
szczotkowała włosy, by czymś zająć ręce. Już od dawna 
zauważyła, że cała ta sytuacja przekroczyła granice rozsądku, ale 
wciąż jakiś wewnętrzny głos nakazywał jej to wytrzymać. 
Gdy Maxwell zapytał, dlaczego Roza to robi, powiedziała coś, z 
czego wynikało, że kieruje się przyjaźnią. Potem żałowała, że nie 
miała dość rozumu, by milczeć. Zastanawiała się, jak w ogóle 
mogła sama w to wierzyć. 
... przyjaźń... 
Wydawało jej się, że z Margaret łączy ją osobliwa więź. Jej oczy 
nabierały blasku na samo wspomnienie tych wspólnie przeżytych 
chwil, kiedy to miała wrażenie, że jakimś cudem zyskała przyja-
ciółkę. 
... przyjaźń... 
Teraz z Margaret łączy ją ciało Davida i mrzonki 
o wspólnym dziecku. Roza dopiero teraz sobie w pełni 
uświadomiła, że to samo marzenie, oglądane z różnej 
perspektywy, dla każdej z nich nabierało innego znaczenia. 
Zaskrzypiały schody. Po krokach Davida Roza poznała, że mąż 
Margaret jest zdeprymowany. Dziwnie wiedzieć tak wiele o 
drugim człowieku, który tak naprawdę niewiele dla nas znaczy. 
Roza czekała, nie przestając szczotkować włosów. Cóż zresztą 
innego miała robić. 
Nie zapukał. Był przecież w swoim domu 
i wszystko w nim stanowiło jego własność. Drzwi mógł więc 
otwierać, kiedy miał na to ochotę. A po- 
 

background image

nieważ i Roza poniekąd też należała do domu Davida, i nad nią 
miał władzę. 
Mąż Margaret, jak już nie raz wcześniej, wyglądał na 
zakłopotanego. Po pierwszej ledwie udanej próbie, kolejne 
spotkania z nim miały w sobie coś intrygującego. Podsycały ów 
leciutki płomyk, który zapalił się w ich sercach. Byli dla siebie 
nowi, niezbadani. Zdawali sobie sprawę, że naruszają pewne za-
sady, burzą ustalone normy, ale fakt, że czynią to z 
błogosławieństwem Margaret, czyniło z tych spotkań coś więcej 
niż kopulację w celach rozrodczych. 
Kiedy zniknął ów blask nowości, pozostał jedynie wstyd. Uparcie 
jednak trwali przy swoim, uważając, że skoro tyle już czasu 
poświęcili, to nie wolno im rezygnować, nim nie osiągną celu. 
Nie mieli prawa ani odwagi, by się poddać. Do takiego doszli 
punktu. Poczuwali się do odpowiedzialności za siebie nawzajem i 
za Margaret, którą w tym przypadku trudno było uznać za osobę 
postronną. Tak jak oni stanowiła wątek tej samej tkaniny, ele-
ment tej samej gry. 
- Nie mam siły - pożalił się David, kryjąc twarz w dłoniach. - Nie 
mam siły, ale zostanę tutaj przez chwilę. Na tyle długo, by 
uwierzyła, że to zrobiliśmy. 
Roza zdjęła szybko ubrania ze stołka, a on usiadł na nim, nim 
zdążyła mu to zaproponować. Nie potrzebował pytać o 
pozwolenie, będąc panem tego domu! 
- Nie zdawaliśmy sobie sprawy, czego się podejmujemy, 
decydując się na taki układ - odezwał się David Warren ponuro i 
oparł się głową o ścianę. Przy ciemnym zaroście jego twarz 
wydawała się jeszcze szczuplejsza, a rysy bardziej wyostrzone. 
- Zasłabłam na tańcach - wyznała mu Roza bez 
 

background image

entuzjazmu, ale zwróciła uwagę, że on przynajmniej popatrzył na 
nią z troską. - Zemdlałam. Już od z górą tygodnia miewam 
nudności. Nie wiem, czy to coś znaczy, ale może... 
- Margaret wie o tym? Roza pokiwała głową. 
- A mimo to mnie tu przysłała? - David był wyraźnie zaskoczony. 
- Chce mieć pewność - broniła jej Roza. - Wiesz przecież, ile to 
dla niej znaczy. 
David zamilkł. Myślał intensywnie, daremnie usiłując znaleźć 
odpowiedź na pytanie dotykające głębszych przyczyn tego, co 
popychało jego żonę do takiego postępowania. 
- Mogliśmy odmówić - odezwał się wreszcie, jakby nagle coś 
zrozumiał. Wcześniej odsuwał tę myśl, ukazywała go bowiem w 
niezbyt miłym świetle. - To znaczy ja mogłem odmówić - 
poprawił się, biorąc odpowiedzialność na siebie. - Ale oszołomiła 
mnie ta możliwość - przyznał, usiłując uchwycić wzrok Rozy 
pełnym żaru spojrzeniem brązowych oczu. Tym razem niczego 
nie ukrywał. Szczerze wyznał: -Sądzę, że byłem opętany tobą, a 
może tą, za którą cię uważałem. Wszyscy ostrzegali, że jesteś 
niebezpieczna. Chciałem, byś była niebezpieczna... 
Roza nie zapytała, czy się rozczarował. Mile jednak połechtało to 
jej próżność. Ucieszyła się, że postrzegał ją taką, jaką chciała być. 
... niebezpieczna... 
Tymczasem David spojrzał na nią przeciągle i rzekł: - Okazało 
się, Rozo, że choć nie jesteś podobna 
do żadnej z kobiet, które do tej pory spotkałem, nie 
jesteś też wiedźmą, za jaką cię biorą. ... nie zrozumiał, że 
pragnęła taka być... 
 

background image

... pewnie jej współczuje... 
- Roza! - rozległo się nagle głośne wołanie z dołu. Rozpoznała 
ten głos. Znała go aż nadto dobrze. Odchyliła się i oparła o 
metalowe pręty u wezgłowia łóżka, przyciskając do piersi zdjęte 
ze stołka ubrania. David poderwał się. Jak u każdego mężczyzny 
obudziła się w nim natura obrońcy. 
... jego cień będzie widoczny... 
Stał na środku pokoiku i tylko jej rozszerzone ze strachu oczy i 
stanowczo wypowiedziane: „nie", powstrzymały go przed 
otwarciem okna. 
- Roza, do diabła! Wiem, że nie śpisz! Widzę światło w twoim 
pokoju. Roza, muszę z tobą porozmawiać! 
- On gotów tu wtargnąć, jeśli nie wyjdę - odezwała się Roza 
gorączkowo, pośpiesznie zakładając spódnicę. Nie miała czasu 
włożyć na nogi pończoch, ale na dworze przecież nie było aż tak 
zimno. Nadchodziło lato, a wraz z nim nadzieja i jasność polar-
nych dni i nocy. 
- Czego on chce? 
- A skąd ja mogę, u diabła, wiedzieć? - odburknęła Anglikowi, 
który stał zakłopotany na środku pokoiku, w niczym nie 
przypominając walecznego obrońcy. - Chcesz, żeby wtargnął do 
domu? - zapytała Roza. - To w takim razie sam będziesz płacił za 
drzwi. 
Zbiegła pośpiesznie po schodach, słysząc kroki podążającego za 
nią Davida. Gdy dotarła do holu, natknęła się na Maxwella, który 
wyszedł z półmroku własnego pokoju, zostawiając drzwi otwarte 
na oścież. Zdążył założyć spodnie, ale tors miał nagi. Był bardzo 
szczupły i blady. Jego ciało nie wydało jej się w żaden sposób 
pociągające. Pomyślawszy o tym, przestraszyła się siebie samej. 
 
 

background image

... sądziła, że mimo wszystko go lubi... 
Nawet Margaret wybiegła z sypialni. Zagrodziła Rozie drogę, 
przekonując, że nie powinna wychodzić. 
- Max i David go odprawią - rzuciła tonem świadczącym o tym, 
że nie ma co do tego żadnych wątpliwości. 
- Co ty wiesz, Margaret? Co mogą wiedzieć takie jak ty, pani 
Warren? 
Nieoczekiwanie dla nich obu, Roza odsunęła Margaret na bok, 
torując sobie drogę do wyjścia. Kątem oka zauważyła, że David 
chwycił swą żonę za ramiona, nie delikatnie i przyjaźnie, lecz 
gwałtownie i mocno, pozostawiając zapewne sińce na skórze. Nie 
czuła jednak do niej żadnej sympatii. 
- Co on chce od ciebie? - zapytała Margaret ostro. 
- Nie wiem - odpowiedziała Roza. - Dlatego właśnie do niego 
wychodzę. 
- Nie zrób niczego, co mogłoby zaszkodzić twojej posadzie u nas 
- wyrwało się Margaret. 
Roza w duchu poczuła rozbawienie, ale była zbyt zatroskana, by 
dać mu wyraz. Dotarła do drzwi i usłyszała, że Mattias znów 
woła ją po imieniu. Jeszcze chwila, a wylegną wszyscy sąsiedzi i 
zapalą lampy, żeby sprawdzić, kto zakłóca nocną ciszę. Niektó-
rzy dość krewcy... 
- Przestań mi grozić - rzekła Roza. 
- Pamiętaj, że jeśli będzie trzeba, to już ja się postaram 
uprzykrzyć ci życie w Kopalni, Rozo - rzuciła gwałtownie 
Margaret, wyraźnie nie żartując. 
Roza z trudem rozpoznawała w niej ów delikatny kwiatuszek, 
który przybył do Kâfjorden zaledwie przed rokiem. Lichy 
tutejszy ugór pozwolił obcej roślinie rozrosnąć się obficie i 
wzmocnić. 
 

background image

- Cokolwiek zrobisz, i tak nie przysporzysz mi więcej upokorzeń 
i cierpień niż te, których tu zaznałam - odparła Roza. 
Mattiasa znalazła na dziedzińcu. Trzymając ręce głęboko ukryte 
w kieszeniach ciepłej kurtki zimowej, którą wciąż nosił, stał w 
szerokim rozkroku, a jego włosy targał wiatr. Roza poczuła chłód 
na nieokrytych pończochami nogach, za to na sercu zrobiło się jej 
ciepło na widok znajomej sylwetki. 
- Co tu, u diabła, się dzieje? - zapytał bez żadnego wstępu, bez 
słowa przywitania. Zadał to pytanie bez ogródek, i to takim 
tonem, jakby miał prawo tego dociekać. - Nie byłaś sama - 
dorzucił. Podążył za Rozą, która zdecydowanie skręciła w stronę 
Krety. Znajome okolice zawsze dodawały jej poczucia 
bezpieczeństwa. Zrównał się z nią krokiem i szedł obok, ale jej 
nie dotykał. Wciąż trzymał ręce w kieszeniach kurtki. 
- Z nami już skończone - odezwała się Roza po długim milczeniu. 
Nie zatrzymała się, by spojrzeć mu w oczy. Unikała też bliskości, 
dotyku. Zresztą w ruchu mniej marzły jej bose nogi. Pod 
wełnianą kurtką nie miała nic prócz koszuli. Na szczęście zdążyła 
w ostatniej chwili narzucić szal. Chłodny wiatr przenikał jednak 
wełniane oczka, bez względu na to, ile warstw ubrań miało się 
pod spodem. 
- Nic nas już nie łączy, Mattias. Zasługujesz na kogoś lepszego 
ode mnie. Nie udało nam się nawet pozostać przyjaciółmi... 
- Jeśli jednak spodziewasz się dziecka, to może mimo wszystko 
coś nas łączy - odparł głucho. 
- Nie sądzę - odrzekła hardo. 
Na te słowa zatrzymał się gwałtownie i szarpnął 
 
 
 

background image

ją tak, że znaleźli się twarzą w twarz. Roza zawsze wiedziała, że 
Mattias jest przystojny i urodziwy, ale przecież nie może 
pozwolić, by słabość, jaką do niego czuła, pokrzyżowała jej 
plany. 
- A kto inny mógłby być ojcem tego dziecka, jeśli nie ja? 
Celowo odrzuciła w tył głowę. Ten gest zawsze go irytował. 
Wywoływał wściekłość większą niż wypowiedziane w gniewie 
słowa. 
- Błędne pytanie - oceniła chłodno, odzyskując równowagę. W 
słowach nigdy nie ustępowali sobie na krok. Napełniona siłą, 
wyprostowała się jak struna. 
- A jak mam się, u licha, pytać? - odwarknął, zaciskając mocniej 
palce na jej ramieniu. 
- Powinieneś się wpierw spytać, czy w ogóle jestem przy nadziei, 
a dopiero potem dociekać, czy jest to twoje dziecko. 
- No więc jak, spodziewasz się dziecka? - zapytał, ogromnym 
wysiłkiem woli starając się opanować. 
- Może - odparła Roza. 
- A co to, u licha, za odpowiedź? 
- Jedyna, jakiej mogę ci udzielić. Mattias westchnął: 
- W życiu nie spotkałem równie upartej baby! Powiedz wreszcie, 
jeśli jesteś w ciąży, to czy możliwe jest, że ja jestem ojcem 
dziecka? 
- Nie - odparła Roza. 
- A skąd to wiesz, do diabła? - wyrwało mu się, ale opuścił ręce. 
- Po ostatnim razie, kiedy spaliśmy ze sobą, krwawiłam - 
wyjaśniła Roza ze spokojem. 
- Czyje więc dziecko możesz nosić, Rozo? - dociekał. 
 

background image

- O to nie masz prawa mnie wypytywać. 
- Nawet jako przyjaciel? - zapytał ze smutkiem w głosie. - 
Sądziłem, Rozo, że nadal możemy być przyjaciółmi, że 
potrafimy się nawzajem o siebie troszczyć. A przyjaciele dzielą 
się ze sobą zarówno radościami, jak i smutkami. 
Roza pokręciła głową. 
- Nie okłamuj się, Mattias - poprosiła cicho, uznawszy, że nie 
warto podsycać gniewu. - Oboje doskonale wiemy, że nie 
kierujesz się przyjaźnią, przychodząc nocą do mnie i 
wykrzykując na całe gardło moje imię, tak że budzisz wszystkich 
w okolicy... 
- Wprawiłem cię w zakłopotanie? 
- Zimno mi - zmieniła temat Roza. 
Miała ochotę zawrócić i schować się w ciepłym domu, mimo że i 
tam nie ominie jej kolejne przesłuchanie. Nie zdziwi się wcale, 
jeśli ujrzy po powrocie czekającą na nią Margaret. 
Ani jednego miejsca nie mogła nazwać własnym. Żadnego 
pomieszczenia, gdzie mogłaby się schować. Żadnych drzwi, 
które mogłaby zamknąć. 
- Zmieniłaś się, odkąd zaczęłaś u nich służbę -stwierdził Mattias. 
Tym razem Roza go nie poprawiła. Nie żachnęła się na określenie 
„służba". Nie upierała się, że łączy ją z chlebodawcami przyjaźń, 
którą innym trudno zrozumieć. 
- Zmieniłam się? - powtórzyła tylko. - A może właśnie stałam się 
wreszcie sobą? 
Mattias nie umiał się z tym pogodzić. Widział, że jest zmęczona i 
chciała odpocząć, on zaś wyciągnął ją w tę chłodną, wiosenną 
noc. Tak dawno się jednak nie widzieli, tak długo już nie mieli 
okazji po- 
 

background image

rozmawiać. Wydawało mu się, że narosło między nimi zbyt wiele 
nieporozumień, i bardzo chciał wyjaśnić choć jedno. 
Chwycił Rozę za rękę i zdecydowanym krokiem ruszył w głąb 
fiordu, ciągnąc ją za sobą. Po drodze ani razu się nie odezwał. 
Roza też o nic nie pytała, bo wiedziała, dokąd idą. Istniało tylko 
jedno miejsce, gdzie mogli pobyć sami. Stodoła w Samuelsborg 
była wprawdzie pusta, ale w jednym narożniku klepisko 
przykrywała warstwa brązowej słomy. Wystarczyło, by mogło 
się tam ułożyć dwoje ludzi. 
- Nie próbuj mnie uwodzić, Mattias. Za późno na twoje sztuczki - 
westchnęła Roza, ale ucieszyła się, że wreszcie znaleźli się pod 
dachem. 
Próbując nadążyć za Mattiasem, całkiem opadła z sił. Poza tym 
czuła mdłości, ale Mattias, prąc do przodu, nawet nie zauważył, 
jak bardzo jest wyczerpana. 
- Nie możesz mi pokazać niczego więcej niż to, co już znam, 
Mattias. Nie mamy też sobie już nic do powiedzenia. 
- W takim razie czemu przyszłaś tu ze mną? - zapytał ostro, 
obejmując ją ramieniem. 
- Bo inaczej byś mnie nie puścił - odpowiedziała, choć nie była to 
do końca prawda. 
Chciała z nim pójść. Życie u jego boku nie zawsze było łatwe, ale 
w porównaniu z tym, w co się obecnie wplątała, wydawało się o 
wiele prostsze. W głębi serca pragnęła mu o wszystkim 
opowiedzieć, ale nie wiedziała, jak zareaguje. Gdy się 
rozgniewał, bywał nieobliczalny. 
- Patrzę na ciebie - rzekł Mattias przygnębiony -i cię nie poznaję. 
Pytam sam siebie, czy to, co nas łączyło, było kłamstwem? 
 

background image

- Może. 
... może całe jej życie jest kłamstwem... 
- Oni nie są tacy jak my - powiedział z żarem. 
- Nie - wyszeptała Roza. 
- Może nie kłamią, składając obietnice, ale ich nie dotrzymują. Są 
inni niż my. 
- Wiem o tym. 
- Bardzo by mnie zabolało, gdybyś sparzyła się na ich 
obiecankach, Roza. Wciąż uważam cię za przyjaciela... 
Roza wiedziała, że Mattias rzadko mówi coś, czego wcześniej nie 
przemyślał, ale równocześnie zdawała sobie sprawę, że nie był do 
końca szczery, składając przyjacielskie deklaracje. 
- Wiem, co robię, Mattias - zapewniła. - Zawsze wiem, co robię. 
- Teraz też? - zapytał i przyciągnął ją do siebie. Jego usta parzyły 
jak żar z ogniska. 
A jej serce zabiło gwałtownie niczym kopyta uciekającego stada 
reniferów... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 8 
 
Kiedy Roza poczuła na swych wargach pocałunek Mattiasa, 
zrozumiała, że w objęciach Davida Warrena brakowało jej 
prawdziwej namiętności. Nie pchnęło ich ku sobie pragnienie 
bliskości, pożądanie i to coś niewytłumaczalnego, co powinno 
pojawić się samo, w sposób naturalny. Nawet na początku, gdy 
byli dla siebie kimś nowym, ich zbliżeniom nie towarzyszyła 
burza namiętności, a jedynie wzajemne oczekiwania. 
Z Mattiasem rzecz się miała zupełnie inaczej. Potrafił ją rozpalić 
kilkoma pocałunkami. Najlżejszy dotyk sprawiał, że zapominali, 
iż chcą być dla siebie jedynie przyjaciółmi. 
Palce Rozy same wplątały się w miękkie włosy Mattiasa, 
opadające mu na kark. Dłonie dotykały niecierpliwie gorącej, 
nieco szorstkiej skóry, a usta poddawały się zmysłowym 
pocałunkom, tak dzikim, że niemal czuła w nich smak krwi. 
Roza pragnęła wtulić się w ciało Mattiasa, chłonąć nozdrzami 
dobrze znajomy zapach, by przekonać się, że ona sama wciąż 
istnieje. 
... jego łagodność nie drażniła jej... 
Zza ściany, za którą znajdowała się obora, dolatywał 
charakterystyczny, swojski zapach. Zwierzęta, rozpoznawszy 
znajome głosy, nie zdradzały niepokoju. Położyli się na niezbyt 
grubej warstwie suche- 
 

background image

go siana. Zaszeleściło, a deski jęknęły pod ich ciężarem. 
Wystarczyłaby iskra, by rozniecić ogień, ale w Mattiasie i Rozie 
płonęła tylko krew. 
Roza, przyciśnięta jednym ramieniem do ściany, leżała 
niewygodnie, czując na sobie ciężar Mattiasa. Jego dłonie 
dotykały jej niecierpliwie. Odpowiadała na pieszczoty, nie do 
końca pewna, czy to pożądanie, czy odruch. Zresztą wolała się 
nad tym nie zastanawiać. 
Nie chciała myśleć. 
Pragnęła skupić się na doznaniach. 
Porzucić rozsądek i pozwolić ogarnąć się tej szalonej gorączce... 
Jego ciepły oddech na skórze rozlał się w niej żarem aż po 
koniuszki palców. W stodole panował gęsty mrok, jakby patrzyło 
się przez czarną jedwabną chustkę. Mimo to niczym gorące 
promienie słoneczne Rozę grzały pieszczoty spojrzeń Mattiasa. 
Powolne, leniwe ruchy, tak dobrze znane, budziły do życia jej 
ciało, podniecały ją, rodziły nadzieję. 
- Między nami nie jest wszystko skończone, Rozo - wyszeptał, 
muskając jej brodę gorącymi, suchymi wargami. - Nikogo nie 
dotykałem tak jak ciebie -ciągnął, a jego oddech pieścił cieniutką 
skórę za uchem. Koniuszkiem języka sunął wzdłuż pulsującej 
tętnicy, która zdradzała, co dzieje się w sercu Rozy. 
Powinna mu coś odpowiedzieć, coś, co pasowałoby do tej chwili, 
ale jakoś trudno jej było odnaleźć właściwe słowa. Łatwiej było 
ulec jego pieszczotom, pozwolić swoim dłoniom głaskać kark i 
barczyste ramiona Mattiasa, a potem wsunąć chłodną rękę pod 
jego kurtkę i koszulę, by dotknąć gładkiej, gorącej skóry i 
ostudzić nieco jego namiętność. 
... niczego więcej nie pragnęła... 
 

background image

- Ciii! - wyszeptał prosząco, jakby czytał w jej myślach. On także 
odsunął na bok rozsądek. 
Otaczające ciemności ukryły dyskretnie dwoje kochanków w 
rzeczywistości delikatnej niczym pajęczyna. Zdawała się 
niewyczuwalna, a mimo to odbierali wszystkimi zmysłami 
uczucia, gorączkę, namiętność. Jedno fałszywe słowo mogło 
jednak zniszczyć magię tej chwili. 
- Ciii, kochana - prosił Mattias. - Pozwól, że cię ogrzeję, Rozo! 
Obejmij mnie mocno i ogrzej mnie także. Bądź przy mnie przez 
chwilę. Pozwól, by to się stało. Zamknij oczy i nie opieraj się, 
Rozo... 
Sprzeciw i dzielące ich nieporozumienia pozostały gdzieś po 
drodze pomiędzy Kopalnią a Kretą. Zapragnęła omdleć w jego 
ramionach bezradna, oddać mu się bez reszty. Jak dobrze, że on 
chciał ofiarować jej całą tę radość, której potrzebowała. 
Jedyne, czego od niej żądał, to ślepe oddanie, nic więcej. Tak 
łatwo zamknąć oczy i poddać się rozkoszy... 
Roza rozchyliła usta, otwierając się na gorące pocałunki 
Mattiasa. Całował leniwie, sunął wargami po jej szyi, potem po 
gładkiej skórze prawego ramienia, a kiedy odpinał guziki 
wełnianej kurtki, muskał także cienką, pomarszczoną skórę po 
lewej stronie, pamiątkę po oparzeniu. 
Roza drżała w jego ramionach i przyciskała go mocniej do siebie, 
ale Mattias nie pozwalał sobą kierować. Ta chwila należała do 
niego. I zamierzał uczynić ją taką, by pozostała w pamięci Rozy 
na zawsze. Prosił ją tylko o jedno, o uległość. 
- Po prostu bądź tu ze mną, Rozo! Nie stawiaj oporu! - szeptał 
chrapliwie, dotykając ustami piersi, które odsłonił powoli swoimi 
szczupłymi palcami. 
 

background image

Gorący oddech zdawał się parzyć jej skórę. Koniuszek języka 
drażnił brodawki, póki nie stały się twarde niczym pączki na 
brzezinie w piękny, skąpany w słońcu wiosenny dzień. 
Jęknęła, on zaś uśmiechnął się, wpatrzony w pofałdowane sutki, i 
nie przestawał podniecać jej jeszcze bardziej powolnymi, 
wilgotnymi pocałunkami. Ujmował sutki w twarde wargi, gryzł 
leciutko, pieścił językiem, a westchnienia, jakie Roza 
wydobywała z siebie, przekonywały go, że i ona się tym rozko-
szuje, że i ona pożąda go równie silnie. 
Ze smutkiem uświadomił sobie, że zawsze pragnął pokazać 
Rozie, iż namiętność i czułość można ze sobą połączyć, a stan 
ekstazy osiągnąć inaczej niż poprzez ból. Oddać się komuś ufnie 
to coś całkiem innego, niż ulec wbrew własnej woli. 
Podciągnął jej spódnicę. Poczuł ukłucie w sercu, gdy zorientował 
się, że ma pod spodem tylko koszulę. Przypomniało mu się, że w 
swoim pokoiku na poddaszu nie była sama, kiedy wywołał ją z 
domu. Odsunął jednak od siebie pośpiesznie podobne myśli, nie 
chcąc, by cokolwiek zepsuło tę chwilę. 
Szorstką, gorącą dłonią gładził jej łydki, dotarł do zaokrąglenia 
kolan, po czym leniwie głaskał uda. Wsunął palce w miękkie, 
wilgotne zagłębienie. Zadrżała leciutko, jakby go chciała 
powstrzymać. 
Uśmiechnął się, dotykając wargami jej ust, i pocałował 
gwałtownie. Zaskoczył ją, spodziewała się raczej, że przez cały 
czas będzie ją pieścił w jeden sposób, przypominający łagodną 
bryzę i poranną rosę. 
Mattias puścił jej usta i wsunął palce w gorącą szparkę. Roza 
pociągnęła go mocniej za włosy, jakby chciała nad nim 
zapanować, ale jego chrapliwy śmiech uświadomił jej, że go to 
wcale nie zabolało. 
 

background image

Zdecydowanym ruchem uwolnił się z jej dłoni zaciśniętych na 
karku, uśmiechając się przy tym łagodnie. 
Jej usta przypominały czerwone płatki kwiatu, zwilżone poranną 
rosą. Wzruszyła go powaga, jaką dojrzał w jej spojrzeniu. Nie 
chciał jednak zastanawiać się, czy to miłość. 
... wystarczyła czułość... 
Wciąż go powstrzymywała, wciąż ukrywała prawdziwe emocje. 
Zawsze obawiała się utracić kontrolę, odmawiając sobie i jemu 
prawa do największej rozkoszy, którą osiągnąć można jedynie, 
gdy runą obronne mury. 
Odsunął od siebie wszelkie myśli, zastępując je wyłącznie 
doznaniami zmysłowymi. Chłonął jej smak, zapach, dotykał 
lśniącej skóry rozświetlonej jaśniejszymi smugami 
przenikającymi przez nieszczelne ściany i upajał się widokiem 
Rozy. 
Podwinął spódnicę wyżej, przesunął dłońmi po lekkim wzgórku 
brzucha kochanki, usiłując nie myśleć o tym, że może nosi jego 
dziecko. 
Stanowczo, ale nie zadając bólu, rozsunął kolanem jej uda. 
Opierała się lekko, ale nie zaprotestowała. Uśmiechała się do 
niego, wcale nie zdając sobie z tego sprawy. 
Otworzył ją palcami i opuszkami odsłonił czuły pączek. Jęknęła. 
Mattias pochylił się, by ugasić jej pragnienie. Kiedy poczuła, jak 
zanurza w niej swój język, zatacza jego koniuszkiem kółka, ssie 
ją powoli, ale łapczywie, zacisnęła wokół niego kolana. 
Wsunął dłonie pod jej pośladki i jeszcze mocniej przywarł do 
niej. Ona zaś chwytała się ściany i dysząc, powtarzała jego imię. 
Kołysała biodrami ku niemu, wychodziła mu na spotkanie, aż 
otworzyło się nad nią niebo. Nawet jednak w tej wyjątkowej 
chwili 
 

background image

nie wyleciał z jej ust niczym samotny ptak krzyk nagiej rozkoszy 
i nietłumionej niczym radości. Wciąż trzymała się pod kontrolą... 
Roza znalazła się jakby w innej rzeczywistości, jaką dla niej 
stworzył, doprowadzając ją samymi tylko pieszczotami ust, 
języka i swą płomienną zmysłowością do ekstazy. 
Mattias tymczasem zwolnił, przestał przypominać gorliwego 
kochanka. Roza jednak czuła go na swych biodrach, był twardy i 
ciężki. Po chwili, nic nie mówiąc, zaczął miarowo opadać na nią, 
a jego pocałunki stawały się coraz bardziej zmysłowe, coraz 
głębsze. Ich języki przypominały dwa walczące ze sobą węże, 
były niczym ogień, który pochłania wszystko. Były uderzającymi 
o siebie falami stapiającymi się w spienionej grzywie. 
Roza oddawała swoje ciało, ale wciąż walczyła z uczuciami. Nie 
chciała, by jej wola i świadomość uleciały pod wpływem 
pieszczot. Nie chciała sama przed sobą przyznać, że delikatne 
muśnięcia ją podniecają i wiodą ku zatraceniu. 
Kiedy jednak Mattias poluzował przyprawiający ją niemal o ból 
chwyt wokół nadgarstków, jej dłonie pragnęły jednego: wsunąć 
się mu za koszulę, poczuć jego umięśnione, gorące ciało, 
jedwabistą skórę na plecach i twardy, mocny brzuch. 
Jego ciało wywoływało w niej groźny niepokój. 
A zarazem radość... 
Całował ją, scałowywał drobne jęki, które wydobywała z siebie, 
gdy jego dłonie zabłądziły w okolice piersi, którym do tej pory 
nie poświęcił dość uwagi. Pieścił je muśnięciami lżejszymi niż 
skrzydełka maleńkiego ptaka, a kiedy pochylił usta nad stęsk-
nionym sutkiem, zaszlochała cicho. 
 
 
 

background image

Miał ochotę roześmiać się, dając upust radości, ale zdołał się 
powstrzymać, ponieważ na tyle znał Rozę, by wiedzieć, że 
poczułaby się zraniona. Wciąż jeszcze zachowywał na tyle 
przytomność umysłu, by myśleć o niej. Wiedział, że jeden 
fałszywy krok może na nowo rozjątrzyć stare rany. 
Przylgnęła do niego ciałem. Uporała się z rozpięciem koszuli, 
choć trochę się obawiała, czy przez swoją gorliwość nie 
pourywała guzików. Była jednak taka niecierpliwa. 
Spociła się, biło od niej gorąco. Mimo że dopiero co ją zaspokoił, 
wciąż płonęła z pożądania, stęskniona i rozgrzana, nie mogąc się 
nasycić jego bliskością. 
- Ostrożnie! - ostrzegł Mattias, uśmiechając się, gdy Roza zaczęła 
się szarpać z jego paskiem. - Nie ma mi kto teraz przyszywać 
guzików - wyszeptał i pomógł jej. 
Ujęła w dłonie jego męskość i skierowała między gorące, 
wilgotne uda. Otoczyła ramionami jego biodra i przycisnęła go 
mocno, napinając się niczym cięciwa łuku. 
Leżała z głową przechyloną na bok, tak żeby widział jedynie tę 
ładną połowę twarzy. Robiła to bezwiednie, tak się 
przyzwyczaiła. Kiedy nieprzenikniona ciemność przechodziła w 
półmrok, Roza pokazywała jedynie miękki, aksamitny policzek. 
Mattias otulił delikatnie dłonią jej lewy policzek i pieścił 
opuszkami palców. Pocałowała wierzch jego dłoni. Być może 
zrozumiała jego gest? Może dotarł wreszcie do niej, do tej 
prawdziwej Rozy ukrytej głęboko za murami? 
Przycisnął ją do suchego siana, które szeleściło przy 
najmniejszym nawet ruchu. Deski także pojękiwały cicho. Zakrył 
lekko dłonią jej usta, ponieważ 
 

background image

nagle nabrał obawy, że ich zmienione głosy mogą przestraszyć 
inwentarz, obudzić Liisę, Olego lub Samuela i wywołać 
niepotrzebne zamieszanie. 
Gorącym oddechem pieściła jego dłoń, ugryzła go, a on jęknął z 
bólu, uwalniając krzyk, który przeniknął jego ciało i uszedł 
poprzez pulsujące, gorące wargi. 
Krowa zaryczała i niespokojnie poruszyła się w oborze. Mattias 
uciszył Rozę, a ona zaśmiała się rozbawiona i niesforna niczym 
wiosenny potok. 
Odpowiadała na każde jego pchnięcie. Odgadywała jego ruchy i 
poddawała się im. Mattias czuł na swej piersi, jak bije jej serce. 
Widział, jak tętnica pod cienką skórą na jej skroni pulsuje w tym 
samym gwałtownym rytmie, w tym samym, w którym uderza je-
go serce. 
Nade wszystko pragnęli razem doznać zaspokojenia. Każdy jęk, 
mieszające się ze sobą przy zetknięciu ciał krople potu, każdy 
okrzyk radości był błaganiem, by spotkać się w chwili upojenia. 
Roza czuła się wolna. W głowie miała pustkę. Nękający ją przez 
ostatnie tygodnie ból w skroniach gwałtownie ustąpił. Czuła 
lekkość. Frunęła niczym unoszona wiatrem, choć Mattias 
przygniatał jej gorące i wilgotne ciało. Było jej dobrze. Tak 
właśnie jak być powinno. 
Wbijał się w nią napięty i ciężki, ona zaś, zaparta stopami o 
podłogę, wychodziła mu na spotkanie, by poczuć go jeszcze 
głębiej. Dłonią wciąż zasłaniał jej usta, ale i tak nie mógł stłumić 
wydobywającego się z jej gardła krzyku. 
Krowa znowu zaryczała, koń poruszył się niespokojnie. Rozie 
przyszło na myśl, że powinni się odezwać, powiedzieć coś, by 
uciszyć zwierzęta, ale nie 
 

background image

mogła z siebie wydobyć słowa. W głowie czuła kompletną 
pustkę. 
Śmiała się, póki nie zabrakło jej oddechu, a dyszenie nie 
przemieniło się w szloch. Kasłała, połykała łzy i powietrze, i 
dopiero po długiej chwili doszła do siebie. Zwierzęta chyba ją 
jednak mimo wszystko poznały. 
Mattias obrócił się na bok, uwalniając ciało Rozy ze swego 
ciężaru. Położył się obok niej i starannie okrył ją spódnicą. Potem 
równie dokładnie zapiął swoje spodnie. 
Roza była oszołomiona rozkoszą. Gdy zamykała oczy, nadal 
czuła go w sobie. Intensywne doznania wzmogły jej wrażliwość. 
Nigdy czegoś podobnego nie czuła. 
- Czyli że jednak nie uporaliśmy się ze sobą -stwierdził Mattias 
cicho i pogładził palcami włosy Rozy u nasady, gdzie wciąż perlił 
się pot. 
- To był ostatni raz - odparła Roza, pragnąc całym sercem, by 
zrezygnował w tej chwili z wyrażania swojej szczerości. W 
przyszłości jego słowa kojarzyć jej się będą niepotrzebnie z tą 
chwilą. 
... umniejszą ją... 
- Tylko ciała - rzekła oględnie, bo nie chciała wyrażać się 
dosadniej, mimo że na końcu języka miała już te słowa. Nie 
chciała bowiem szydzić. To, co przed chwilą przeżyli, było zbyt 
piękne. 
... cudowne... 
- Nie możemy bez przerwy sięgać po deser, Mattias - dodała 
cicho. 
- Ale tym razem deser smakował? 
- Wiesz, że tak - odparła zasmucona. Uciekła spojrzeniem, by nie 
dostrzegł w jej oczach uczuć, których ona sama do końca nie 
umiała nazwać. 

background image

... nie chciała, by ją przejrzał... 
Uśmiechnął się swoim tęsknym uśmiechem, od którego przeszedł 
ją dreszcz. Roza nigdy nie zyskała pewności, czy Mattias zdaje 
sobie sprawę z tego, jak działa na nią ten jego uśmiech. 
Przypadkowo czy może z premedytacją przywoływał go w 
ważnych chwilach. 
Leniwy uśmiech Mattiasa był rozbrajający i niebezpieczny. 
Niczym blask słońca, poryw wichru i burza równocześnie. 
- Nie zamierzałam zachwalać ciebie jako wyśmienitego 
kochanka - warknęła Roza i usiadła, on jednak przytrzymał ją na 
sianie. Uległa mu, bo w gruncie rzeczy nie zamierzała walczyć. 
Nie mogła jednak znieść samozadowolenia w jego głosie. Miała 
wrażenie, że bawi się jej kosztem. 
- Nie musisz zachwalać! - Uśmiechnął się i przycisnął policzek 
do jej czoła. - Bo o tym dobrze wiem, kochanie. 
Roza westchnęła. Zamknęła oczy i zapragnęła, by ten sen 
wkrótce się skończył, a poranek przyniósł jej wyzwolenie. By nic 
już nie było trudne, gdy się obudzi. Pod powiekami wciąż miała 
obraz wysokiej, zgrabnej Raissy. Przypomniała sobie, jak Mattias 
i tamta wspaniale pasowali do siebie. Ukłucie w sercu nie 
wynikało jednak z zazdrości. Przecież nie chciała go. 
... chciała jedynie ujrzeć go wolnym... 
... chciała, by był szczęśliwy... 
- Ona jest piękna - rzekła Roza, nie mając pojęcia, skąd zebrała w 
sobie siłę, by wypowiedzieć te słowa. Wiedziała jednak, że te 
słowa muszą paść, by usunąć gąszcz nieporozumień, który 
wyrósł między nimi. 
 
 
 

background image

- Tak - przyznał Mattias, wiedząc, o kim Roza mówi, ale i on nie 
wymienił imienia Raissy. 
Nie czuł wyrzutów sumienia wobec pięknej Finki. Nie związał 
się z nią słowem. Oboje byli dorośli i mniej więcej wiedzieli, co 
do siebie czują. 
- W moim życiu zawsze będzie Peder - powiedziała Roza. 
- Moglibyśmy ogłosić, że nie żyje - zaproponował Mattias. Wiele 
razy już rozważał taką możliwość, ale po raz pierwszy wspomniał 
o tym Rozie. - Mógłbym ci pomóc wszystko załatwić, Rozo. 
Byłbym przy tobie, gdybyś tylko chciała... 
- Jako kto? 
- Jako twój mąż. Kiedy usuniemy z twojego życia Pedera, 
moglibyśmy się pobrać. Chciałbym, żebyś mogła odzyskać 
cześć. 
Nie odpowiedziała. 
- Kochałbym cię, Rozo. Uczucie do ciebie nigdy we mnie nie 
umarło. Ale póki nie przyjmiesz tego, co chcę ci ofiarować, nie 
mogę być z tobą i niepotrzebnie siebie ranić. Potrafię bez ciebie 
żyć, Rozo. Nie zginę, jeśli mnie nie będziesz chciała. Ale kocham 
cię i gotów jestem dać ci siebie. Być z tobą przez wszystkie dni, 
które nadejdą. Przemierzać wraz z tobą ścieżki życia. 
- Któregoś dnia Peder wróci cały i zdrowy - rzekła Roza. - Wtedy 
wszystko strasznie by się skomplikowało. 
Mattias nie mógł jej zapewnić, że się myli, bo rzeczywiście 
istniała taka możliwość. Ale tak naprawdę nie wierzył, by do tego 
doszło. Roza zresztą także, ale tym argumentem chciała 
złagodzić mu swoją odmowę. 
- Zasługujesz na kogoś takiego jak Raissa - dodała. 
 

background image

Mattias nie pytał, czy widząc go z inną, poczuła się zraniona. Nie 
wspomniał też, co sam czuł, kiedy ujrzał Rozę w ramionach 
innego mężczyzny, w całkiem niewinnym tańcu, w wypełnionej 
ludźmi sali. Ani gdy mignął mu cień jakiejś sylwetki za firankami 
jej alkierza. 
Przemilczał swe prawdziwe uczucia. 
- A ty na co zasługujesz, Rozo? - zapytał jedynie. - Na jeszcze 
jedno dziecko, które nie będzie mogło nawet dostać nazwiska 
swego ojca? 
- Jeśli mi to pisane... - skwitowała. 
Mattias nie powstrzymywał jej, kiedy się podniosła. W mroku 
stodoły wstał także i pomógł jej otrzepać spódnicę, kurtkę i szal 
ze słomy. Wyjmował ostrożnie źdźbła z jej włosów i wiedział już, 
że nic więcej nie może zrobić, by ją przy sobie zatrzymać. 
- Mam nadzieję, Rozo, że nie dasz się nikomu skrzywdzić. 
- Nie - odparła. - Nigdy więcej na to nie pozwolę. ... Mattias nie 
wiedział, że kłamie ze względu na 
nich oboje... 
 
 
 
Rozdział 9 
Nie udało jej się przekonać Mattiasa, by jej nie odprowadzał, ale 
też nie usłyszała od niego, dlaczego się tak przy tym upiera. 
Najważniejsze jednak, że już nie odczuwała przenikającego ją 
lodowatego chłodu. Z ramion Mattiasa zawsze odchodziła roz-
grzana. 
 
 
 

background image

- To było piękne pożegnanie - powiedział, zatrzymując się w 
pewnej odległości od domu inżyniera. Nie zamierzał 
odprowadzać Rozy pod same drzwi, wolał oszczędzić jej 
kłopotów. - Bo teraz to już naprawdę pożegnanie, prawda? Z 
nami ostatecznie koniec? 
Roza skinęła głową. 
- Zwracam ci wolność - rzekła, co zabrzmiało nieco patetycznie, 
ale te słowa nie wydały mu się wcale dziwne. Pasowały do tego, 
co ich łączyło. 
- Jeśli taka jest twoja wola - odparł ze smutkiem. 
- Możesz otwierać inne drzwi, Mattias. 
Roza nie wymieniła imienia Raissy, nie wspomniała też o 
srebrnej broszce. Powiedziała jednak to, co w danej chwili 
wydawało jej się ważne. Zwracając Mattiasowi wolność, dawała 
wyraz temu, że nie ma już dłużej prawa mieszać go do swojego 
życia. Sama musi znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. 
- Wciąż jestem twoim przyjacielem. Roza odchyliła głowę w bok. 
- Nie możemy być przyjaciółmi - zaprotestowała. - Dla nas 
dwojga nie istnieje coś takiego jak przyjaźń. Wciąż tli się między 
nami gorący żar i to się nie zmieni. 
Tyle chciał jej powiedzieć, ale ociągał się. Uświadomił sobie, że 
lepiej nie wypowiadać słów, które do tej pory pozostały 
nienazwane. I tak już nic nie da się zmienić. 
Roza uczyniła jak zawsze to, do czego zmuszały ją okoliczności. 
Uczyniła krok, którego nie dało się uniknąć, i podążyła drogą, 
którą musiała pójść. To, że zdecydowała się go porzucić, zabolało 
Mattiasa bardziej, niż przypuszczał, ale nie nastąpiło to nie 
 

background image

oczekiwanie. Już wcześniej nie raz przeżywali podobne chwile, 
rozstawali się, odchodzili, ale zawsze pozostawiali uchylone 
drzwi. Teraz drzwi zostały ostatecznie zatrzaśnięte. Otoczyła ich 
ciemność, z której Roza, już sama, podążyła ku światłu. 
Zniszczyła go. Jakże to bolało! Po wielekroć przecież obnażał 
przed nią najskrytsze zakamarki duszy, podejmując próby 
zatrzymania jej przy sobie i obudzenia w niej miłości. Swoją 
odmową, ostatnią z wielu, upokorzyła go ostatecznie, mimo że 
nie miała takiego zamiaru. 
- Wracaj - odezwał się Mattias. - Nie wiem, co się tam dzieje, ale 
obawiam się, że dla ciebie, Rozo, nie wróży to niczego dobrego. 
Stojąc tu z kimś takim jak ja, przysparzasz sobie kolejnych 
kłopotów. 
... mogłabym go pocałować pośpiesznie w policzek i tak zniknąć 
z jego życia. Ale choć bardzo tego chcę, nie potrafię się przemóc. 
Dlatego nie dotykam go nawet. Wyczuwam, że Natalia nie jest ze 
mnie zadowolona, ale czego ona się w ogóle po mnie spodziewa? 
Nie mogę żyć tak, jak ona pragnęła, a nie potrafiła w swoim 
czasie, gdyż za bardzo pochłonęły ją marzenia. No cóż, ja 
zostałam pozbawiona nawet marzeń. 
Jego policzki wciąż są rozgrzane, noszą ślady naszych wspólnych 
rozkoszy. Jego ruchy wciąż są powolne, jakby nadal rozkoszował 
się smakiem tego, co przed chwilą się między nami wydarzyło. 
Podoba mi się. Uwielbiam na niego patrzeć. Lubię o nim myśleć. 
Czasami odnoszę wrażenie, że jego oczy są odbiciem moich, 
mimo że jego mają kolor brązowy, a moje niebieski. Tyle nas 
wiąże! Przeraża mnie, że muszę przerwać łączącą nas więź. Ale 
razem z Mat- 
 

background image

tiasem byłam jak ryba płynąca z prądem. Z czasem zrozumiałam, 
że z nurtem rzeki płyną tylko martwe ryby. Ja muszę stawić czoło 
nurtowi, popłynąć pod prąd, bo inaczej też będę martwa. 
Nie dotykam go, wymieniamy spojrzenia. To wszystko. Potem 
odwracam się do niego plecami i odchodzę... 
Kiedy Roza weszła do domu inżyniera, zastała identyczny niemal 
obrazek jak ten sprzed paru godzin. Margaret nie spała, siedziała 
naburmuszona. Ujrzawszy wkraczającą do holu służącą, 
wzdrygnęła się, a potem obeszła ją parę razy dookoła, bacznie jej 
się przyglądając, a nawet ją obwąchując. Kiedy we włosach Rozy 
znalazła parę źdźbeł słomy, w jej spojrzeniu pojawił się 
triumfalny błysk. Machając dziewczynie przed nosem słomą, 
stwierdziła: 
- Trudno utrzymać sukę. Wiele obiecujesz, ale nie dotrzymujesz 
słowa. Czyżbyśmy za mało dla ciebie zrobili? Nie możesz się 
powstrzymać, by nie zadzierać kiecy? 
- Opanuj się, Margaret! 
Maxwell słyszał swoją siostrę i nadszedł, by uciszyć sztorm. 
Roza zwróciła uwagę, że ma na sobie koszulę, co oznaczało, że 
ubrał się, zapewne spodziewając się tej burzy. 
- Ona rozchyla uda przed każdym, kto się nawinie w Kopalni. 
Nawet przed tobą! A ty mi każesz być cicho? 
Roza stwierdziła, że nie ma sensu odpowiadać na zarzuty 
Margaret, odwołując się do rozsądku chle-bodawczyni. Dlatego 
milczała. Wyzywano ją od ladacznic wystarczająco wiele razy, 
by umiała wznieść się ponad te słowa. Zresztą sama zaczynała z 
wolna 
 

background image

rozumieć, kim jest. Obelgi Margaret nie miały dla niej żadnego 
znaczenia. Odbijały się od niej, nie raniąc. 
- Pójdziesz prosto do Davida i zatroszczysz się, by to dziecko 
było także jego - nie przestawała wykrzykiwać Margaret. - Nie 
chcę, by były jakiekolwiek wątpliwości. Rozumiesz? Żadnych 
wątpliwości! David ma być ojcem tego dziecka! David, a nie 
jakiś tam brudny lump z podziemnej sztolni! 
- Uspokój się, Maggie! Nie możesz jej tego nakazywać! 
Zastanów się, Daisy, co ty w ogóle mówisz! Zachowujesz się jak 
jakiś potwór! 
Maxwell stanął przed siostrą i tłumaczył jej coś po angielsku. 
Chciał zyskać pewność, że jego słowa dotarły do Daisy, a 
równocześnie zależało mu, by Roza go nie zrozumiała. Dość już 
doznała upokorzeń. 
- Mnie uważasz za potwora? - zapytała Margaret przenikliwym 
głosem i wskazując na Rozę, zapytała: - A kim ona jest według 
ciebie? Świętą dziewicą? Oszczędź mi swoich szlachetnych 
uwag, braciszku! Nie nadajesz się na Sir Galahada! Z jakiej racji 
jej bronisz? Sam zresztą nie jesteś lepszy od tych mężczyzn, 
którzy uganiają się za dziewkami jak kocury! 
- Usiłuję bronić także ciebie, siostro - odpowiedział cicho. - 
Myślę, że poniosły cię nerwy i nie jesteś w stanie w tej chwili 
jasno myśleć. Powinnaś położyć się spać. Odpocznij i przemyśl 
sobie niektóre sprawy, a przede wszystkim zamilknij już, na 
Boga! 
Margaret odrzuciła głowę. Odgarnęła wąską dłonią złote loki. 
- Odpocznę, pójdę spać - odparła wciąż w nastroju bojowym. - 
Sama wiem, kiedy zamilknąć. Najpierw jednak ona pójdzie do 
naszej sypialni! Nie pozwolę, by ten wieczór, gdy turlała się w 
sianie z nie- 
 

background image

okrzesanym górnikiem, zepsuł wszystko. Dlatego właśnie 
zadbam o to, by nikt nie zakwestionował, że dziecko poczęte tej 
nocy może być Davida. Spłodzone w małżeńskim łożu. 
Dyszała ciężko i udając, że nie widzi brata, odwróciła się powoli 
do Rozy. 
- Oczekuję, że pójdziesz teraz do mojego męża. I spędzisz z nim 
noc. Ja położę się w twoim łóżku. I nie chcę słyszeć żadnego 
sprzeciwu. 
Roza w milczeniu patrzyła na Margaret. Gdy wchodziła po 
schodkach na poddasze, przypominała dumną królową, która 
właśnie życzyła swym poddanym i swemu dworowi spokojnej 
nocy. 
- Jego tam jeszcze nie ma - szepnął Maxwell. - Po twoim wyjściu 
doszło między nimi do kłótni. Ubrał się i poszedł do biura. 
Powiedział, że popracuje przynajmniej trochę, skoro pod 
własnym dachem nie dają mu spać. 
- Boję się - powiedziała Roza, odważywszy się sięgnąć po 
krzesło. Pilnowała, by mieć widok na schody. 
- Ona nie chciała cię skrzywdzić! - zapewnił ją Maxwell. 
- Nie jej, ale o nią się boję. Ona zachowuje się tak dlatego, że 
strasznie cierpi. Bardziej szkodzi sobie samej niż mnie, bo ja 
zaliczam się do takich ludzi, którzy przetrwają wszystko. 
- Naprawdę? - zapytał Maxwell, przysuwając się do niej bliżej, 
jak ćma zwabiona światłem. Siadł na kuchennym stole. 
- Dzisiejszego wieczoru byłam wolna - wyrwało się Rozie. 
Popatrzyła na niego przeciągle, usiłując pokazać, że wypowiada 
te słowa z najgłębszą powagą. Chciała, by wiedział, że potrafi 
być szczera, cho- 
 

background image

ciaż naraża się w ten sposób na zranienie. - Na tańcach - 
wyjaśniła. - Od dawna nie czułam się równie wspaniale. Nie 
tańczyłam tak z nikim od czasu... 
Maxwell wyczuł w tym niedopowiedzeniu głębokie cierpienie 
Rozy. 
-Od czasu Jensa - dodała. Okazało się, że potrafi wypowiedzieć 
jego imię, jeśli jest przy niej Maxwell i jej słucha. 
Nie uniósł brwi ze zdziwieniem, ponieważ nie wiedział nic o niej 
i o Jensie. Był tak cudownie obcy! 
- Jens był ojcem mojego dziecka - wyjaśniła. - Mojej córeczki, 
najśliczniejszej Synneve. 
- Tańczyłaś z nim? - zapytał Maxwell, lękając się dotykać ran, 
które przed nim odsłoniła. Nie miał odwagi zapytać o dziecko, 
które straciła. 
- Tak, tańczyłam z nim! 
Powiedziała to z takim żarem, że nagle ujrzał ją w zupełnie innym 
świetle. Wydała mu się młodsza, zakochana, ujmująca, niemal 
piękna w ów osobliwy sposób. I chyba rzeczywiście wolna. 
- Ale nigdy na niedzielnych potańcówkach - dodała Roza 
pośpiesznie. -1 nie w taki sposób. Nie tak, że on mnie pokazywał. 
Po co miałby to robić? Wszyscy wiedzieli, że należę do niego. 
Nie musiał nikogo o tym przekonywać. Zresztą, co tu oglądać? 
Nie chciałam, żeby inni się z niego śmiali, by szydzili z mojego 
powodu. Jens był taki piękny! Myślę, że w całej Norwegii nie 
spotka się piękniejszego mężczyzny. Nie tańczył ze mną tak, jak 
myśmy tańczyli dziś wieczorem... 
Rozie z trudem przychodziło wyjaśnienie Maxwellowi, co tak 
naprawdę ma na myśli, bo nie chciała przedstawić Jensa w złym 
świetle. Poza tym brakowało jej słów i zwrotów. Niełatwo 
posługiwać się obcą mową. 
 

background image

Maxwellowi wydawało się jednak, że zrozumiał. Zaczynał 
pojmować, dlaczego Roza zgodziła się spełnić prośbę Margaret. 
Mało która kobieta skłonna by była w ogóle rozważyć taką 
propozycję, Roza zaś należała do tych nielicznych, a może była 
jedyną, która mogła się zgodzić i jeszcze całym sercem 
zaangażować się, by wypełnić zobowiązanie. 
- On cię kocha... Ten, który zaniósł cię nieprzytomną na rękach 
do twojego rodzinnego domu. 
Tym razem uśmiechnęła się inaczej. 
Mattias był dla niej kimś innym niż Jens. Maxwellowi wydawało 
się, że poprzez reakcje Rozy poznaje mężczyzn, którzy odegrali 
w jej życiu jakąś rolę. Na dźwięk imienia Mattiasa złagodniała. 
On uczynił ją bezbronną w zupełnie inny sposób. Nie była 
gotowa być z nim na dobre i na złe, tak jak z Jensem, któremu 
całkowicie się podporządkowała, pokorna, pozbawiona woli 
wobec jego zachcianek i humorów. Jego, najpiękniejszego 
mężczyzny w całej Norwegii. 
- Mattias mnie kocha - powiedziała Roza zwyczajnie, bez cienia 
przechwałki. Po prostu przekazała mu pewną prawdę, której nie 
dało się ująć inaczej. - Ale dziś zwróciłam mu wolność. Nie 
jestem dla niego właściwą kobietą. - Zamilkła. Po chwili zaś do-
dała: - Pewnie się zastanawiasz, dlaczego właśnie mnie przytrafia 
się coś takiego. Przecież nie jestem ładna, prawda? A jednak nie 
mogłam się opędzić od zalotników. Nie znaczyli dla mnie wiele. 
Właściwie nic. Większość zresztą też nie miała wobec mnie po-
ważnych zamiarów. Dostali, czego chcieli, nie jesteś głupi, więc 
wiesz, co. Niektórzy się jednak we mnie zakochali, ba, pokochali 
mnie całym sercem, i nie byli to bynajmniej jacyś brzydale. Może 
ludzie mają rację, nazywając mnie czarownicą? 
 

background image

- Nie - rzekł Maxwell. - Nie jesteś czarownicą, Rozo. Jesteś 
kobietą wyjątkową, niepodobną do tych, które się spotyka. 
- Może - odparła i nieoczekiwanie uśmiechnęła się zmęczona, ale 
wdzięczna. Zrozumiała, że przemawiała przez niego szczerość, a 
nie tylko kurtuazja. 
Roza nie przywykła do komplementów. W jej świecie nie 
szafowano pochwałami, a nawet gdyby istniał taki zwyczaj, 
pewnie byłaby ostatnia, której prawiono by komplementy. Tak 
bardzo różniła się od młodych dziewcząt z wyższych sfer, w 
których obracał się Maxwell, że za każdym razem, gdy próbował 
ją z nimi porównywać, zapierało mu dech. Teraz też nawet nie 
usiłował sobie wyobrazić, jak zareagowałyby na jego słowa 
eleganckie damy, a mimo to zdawało mu się, że słyszy 
kokieteryjny śmiech poprzedzony potokiem słów pozbawionych 
znaczenia. 
- Nie jesteś podobna do nikogo ze znanych mi osób - wyznał 
szczerze i zapragnął, by przyszło mu na myśl coś bardziej 
wyszukanego. Ale równocześnie zdawał sobie sprawę, że musi 
się zwracać do Rozy nieskomplikowanymi słowami, a przede 
wszystkim szczerze. 
- Nie znasz prostych ludzi. 
- Znam doskonale i wiem, że jesteś niezwykła. 
- Nie próbuj się w ten sposób wkupić pod moją spódnicę, bo to 
niemożliwe. 
Maxwell pokręcił głową ze smutkiem. Nietrudno było się 
domyślić, dlaczego Roza tak reaguje. Gdziekolwiek się znalazła, 
zawsze tak ją postrzegano, nawet tu, w domu jego siostry i jej 
męża. Zawstydził się, kiedy sobie przypomniał, co Margaret 
mówiła o tej dziewczynie. Z cyniczną dokładnością wyłoży- 
 

background image

ła, jakie cechy ceni u Rozy i dlaczego ją właśnie wybrała do 
prokreacji. 
- Nie lubię, gdy tak mówisz. 
Odwróciła głowę na bok niczym ruchliwy ptaszek. Jej błękitne 
oczy lśniły zupełnie jak u sikorki. 
- Czyżbyś był inny niż wszyscy? - zapytała. -Słyszałam, o czym 
szepczecie między sobą na przyjęciach. Chyba nie należysz do 
mężczyzn, którzy gustują w innych mężczyznach? Nie jesteś taki, 
prawda? 
Maxwell poczuł, że się rumieni. Miał nadzieję, że może źle ją 
zrozumiał, ale ona milczała wyczekująco, co kazało mu 
przypuszczać, że jednak zrozumiał ją właściwie. 
- Lubię kobiety - odrzekł zakłopotany. - Nie zdawałem sobie 
sprawy, że słyszałaś o tych innych skłonnościach... 
Roza wzruszyła ramionami. 
- Nigdy takich mężczyzn nie spotkałam, przynajmniej o tym nie 
wiem. Ale myślę, że to bez różnicy. Zetknęłam się za to ze 
sprawami, które budzą we mnie większą odrazę, a czyni się je w 
majestacie prawa... 
- Nie chcę, żebyś opowiadała takie rzeczy! Roza zaśmiała się: 
- A co, zawstydziłeś się? 
Miała rację, był zawstydzony, ale głównie tym, że Roza z 
wyraźną przyjemnością wprawiała go w zakłopotanie. A także 
dlatego, że z taką naturalnością wymieniała różne perwersje. 
- Czy na przykład to, co robimy w tym domu, jest lepsze? - 
zapytała Roza. - Jeśli tak, to po co ta tajemnica? Nie, tak samo 
nienaturalne! Zapewniam cię. I jestem pewna, że ty pierwszy byś 
głośno pro- 
 

background image

testował, gdyby to nie służyło w pewnym sensie interesowi 
twojej siostry... 
- Dlaczego więc to robisz? - powtórzył po raz kolejny swoje 
pytanie. - Skoro nękają cię takie wątpliwości, skoro zastanawiasz 
się, co by na to powiedzieli zwykli ludzie... Dlaczego mimo 
wszystko godzisz się, Rozo, być niewolnicą? 
Wstała i odgarnęła włosy z czoła, dumnie prostując plecy. 
Maxwell zastanawiał się, czy ten gest będzie przechodził z 
pokolenia na pokolenie w rodzinie Davida. 
- To ja przyjmowałam na świat dziecko twojej siostry. Potrafię jej 
wiele wybaczyć, ponieważ wiem, ile wycierpiała. Widziałam, jak 
bardzo walczyła. I ponieważ trzymałam na rękach maleńkie, 
martwe ciałko. Rozumiem, co to znaczy stracić dziecko. Mogła-
bym ci długo to wszystko tłumaczyć, ale ciebie tam nie było. 
Razem z Davidem czuwaliśmy przy niej i dlatego jesteśmy w 
stanie to robić. Dlatego... 
- To wciąż nie jest cała prawda - rzekł Maxwell. 
- Uważam, że tak należy - skwitowała Roza i skierowała swe 
kroki w stronę sypialni Davida i Margaret. - Uważam, że to 
dziecko, którego matką będzie twoja siostra, stanie się srebrną 
nicią, utkaną dla Anglii. Czy teraz jest to dla ciebie bardziej 
zrozumiałe? 
Niestety, nie mógł potwierdzić. 
- Idziesz tam? - zapytał jedynie. 
- Tak - odpowiedziała Roza. - Przecież Margaret prosiła mnie o 
to. 
- Możesz się przespać w moim pokoju - zaproponował. - 
Przyrzekam, że nic ci tam nie grozi. Nie dojdzie między nami do 
niczego niestosownego... 
- Dziękuję - powiedziała z lekkim uśmiechem. - 
 

background image

Ale nie może być wątpliwości co do ojcostwa w przypadku 
dziecka twojej siostry... 
- Przepraszam cię za to - rzekł David, kiedy zobaczył Rozę w 
szerokim, małżeńskim łożu. Cofnął się i zatrzymał na środku 
sypialni. Był blady i wyglądał na zmęczonego. Północ już dawno 
minęła. Kiedy Maxwell położył się, w domu zrobiło się całkiem 
cicho, ale Roza wiedziała dobrze, że nikt nie śpi. -Ona nie była 
sobą. 
-Nie. 
- Zachowała się bardzo nieładnie wobec ciebie? 
- Nie gorzej niż przywykłam - skwitowała Roza. Rozebrała się, 
została w samej koszuli, ale między 
udami czuła mokrą lepkość. Nic jednak nie mogła począć, póki 
nie pójdzie wraz z nastaniem świtu na górę do swojego alkierza. 
- Chcę jej zaproponować, by pozwoliła ci się wycofać - rzekł 
David, siadając plecami do Rozy i rozpinając guziki koszuli. 
Lampy były pogaszone, a zasłony dokładnie zasunięte, ale Roza i 
tak widziała go dokładnie. Jej oczy zdążyły przywyknąć do 
panującego w pomieszczeniu półmroku. 
- Rozmyślałem dzisiaj sobie, że to wszystko nie jest warte, byśmy 
uciekali się do takiej ofiary. 
Roza nie odpowiedziała. Zasłuchana, podsunęła koc wyżej pod 
brodę. 
- Jestem tylko mężczyzną - ciągnął David Warren z ociąganiem. - 
Nie mam zamiaru udawać, że znam się na kobiecych sprawach. 
Wydaje mi się jednak, że szansa, by Margaret ponownie urodziła 
takie dziecko, jest raczej nikła... - Odetchnął z drżeniem i ciągnął: 
- Myślę, że mogłaby urodzić własne potomstwo. 
 

background image

Nasze dzieci. Jej i moje. Ta okropna gra, którą prowadzimy, nie 
jest potrzebna... 
- Zamierzasz jej o tym powiedzieć? 
David zamilkł. Zdjął spodnie i wsunął się pod koc na wolną 
stronę łóżka. Roza nie wiedziała o tym, że zajęła miejsce, na 
którym to on zwykle spał, ale nie widział powodów, by jej o tym 
mówić. 
- Margaret myśli, że tak będzie za każdym razem - powiedziała 
Roza. - Ona nie wie, jakie dziecko urodziła, ponieważ 
postanowiliśmy zataić to przed nią. Ty, ja i lekarz. 
- Nie mogę jej o tym powiedzieć! Znienawidziłaby mnie na 
zawsze. Ona nie należy do kobiet, które potrafią zaakceptować 
odmienność. Zresztą takie są wszystkie młode damy w wyższych 
sferach. 
David poczuł ogarniającą go bezsilność, ale pomyślał o Rozie. 
- Mattias był na ciebie bardzo zły? Obawiam się, że gdyby tu 
przyszedł bronić twojej czci, nie byłbym w stanie stawić mu 
czoła. Przeżyłbym prawdziwe upokorzenie. Dla niego zresztą też 
byłoby to trudne. Jest przecież moim podwładnym. 
- Mattias i ja wiemy dobrze, jak się mają sprawy między nami - 
wyjaśniła. - Czego nie można powiedzieć o tobie i Margaret. Jak 
to się w ogóle stało, że się pobraliście? 
David zatopił się we wspomnieniach. Ale nie potrafił zdobyć się 
na taką poufałość, by opowiedzieć Rozie tę historię ze 
wszystkimi szczegółami. 
- Tak się jakoś stało. Po prostu. Ale nie żałuję. 
Roza zrozumiała, że David przywołał ją do porządku i wskazał, 
gdzie jest jej miejsce. Leżała więc cicho, bez ruchu w tę późną 
noc. 
- Nie oczekujesz chyba już dzisiaj niczego ode 
 

background image

mnie? - zapytał gwałtownie. - Nie byłbym w stanie kochać się z 
tobą, nawet jeśliby od tego zależało moje życie. Margaret nie 
rozumie, jakie to trudne... - Przerwał sam sobie: - Zakładam, że 
nie ukrywasz dobrych wieści. Sądzę, że powiedziałabyś, gdybyś 
miała pewność. 
- Mam pewność - rzekła Roza i zdusiła w nim nadzieję, nim 
zdążyła rozbłysnąć. - Krwawię. 
 
 
Rozdział 10 
- Czy traktujesz mnie na tyle poważnie, by mi to wyjaśnić? - 
zapytała Raissa, stawiając przed Mattiasem talerz z kaszą. 
Złote włosy splotła w gruby niczym męskie ramię warkocz. 
Kiedy się poruszała, kołysał się jej na plecach i uderzał w biodra. 
Piękna Finka nie zważała na to, że siedzący w pobliżu Mattiasa 
kompani z rozbawieniem obserwują całe zajście i dowcipkując, 
dorzucają raz po raz niezbyt przyzwoite uwagi. 
Mattias zdawał sobie sprawę z tego, że rozgniewał Raissę. 
Wiedział, że będzie się jej musiał wytłumaczyć, i chciał to 
uczynić. Ale sądził, że porozmawiają w cztery oczy i że jeszcze 
ma przed sobą cały dzień, by dokładnie wszystko przemyśleć. 
- Sądziłam, że rozmówiłeś się ostatecznie z Rozą Samuelsdatter i 
wasz związek jest zakończony - ciągnęła Raissa. - W takim 
przynajmniej utrzymywałeś mnie przekonaniu, Mattiasie 
Mattiassen! 
 

background image

- Jeśli on woli Rozę, to chętnie go zastąpię u twego boku, kiedy 
tylko zechcesz! - zadeklarował się jeden z kompanów, lubiący 
głośne przechwałki. 
- Ja też dobrowolnie na to przystaję! 
- A może mnie wybierzesz? Mam coś lepszego do 
zaproponowania! 
Raissa, nie zważając na to, co mówią, nadal zwracała się do 
Mattiasa: 
- Nie zdążyłam dojść rankiem do pracy, a już po drodze się 
dowiedziałam, że wczoraj, niczym zgłodniały kocur, 
wrzeszczałeś pod oknami inżyniera jej imię. Jak się zapewne 
domyślasz, ludzie nieźle się bawili, opowiadając mi o tym. 
Mattias mógł to sobie wyobrazić. 
- Kpili ze mnie. Dowcipkowali, że ty, Mattias, wolisz kobiety 
energiczne. 
- To już skończone - powiedział głośno, tak że go było słychać w 
każdym kącie stołówki, a nawet za ścianą. 
- A dlaczego niby tym razem mam ci wierzyć? Wzruszył 
ramionami. 
- Ponieważ mówię prawdę. 
- Ponieważ zależy ci, ślicznotko, na tym, co on nosi w spodniach - 
dorzucił ktoś z boku, czym jeszcze bardziej zdenerwował Raissę. 
Spojrzała przez ramię rozgniewana, ale w gromadzie trudno było 
wyłowić śmiałka, który pozwalał sobie na takie żarty. 
Wszyscy mężczyźni stołujący się w jadłodajni byli równie 
dowcipni. Zwłaszcza że w ten poniedziałek zafundowano im 
gratis niezłe widowisko. 
- Co ze mną? - zapytała pośpiesznie i wygładziła fartuch na 
biodrach. 
- To zależy od ciebie - odparł Mattias. 
 

background image

- Porozmawiamy wieczorem - obiecała i odeszła od niego 
wyprostowana i wyniosła niczym bogini. 
Kompani stukali go w ramię, wyrażając podziw, że dobrze mu 
poszło. Tak naprawdę jednak nie do końca pojmowali, dlaczego 
Mattias wybiera sobie takie hetery, skoro w Kopalni nie brakuje 
łagodnych i uległych kobiet. 
- W każdym razie, chłopie, widać, że nie stawiasz tylko na urodę - 
mówili. 
- Widocznie odnalazł prawdziwe złoto - żartował któryś, co to 
raczej nie dorósł na tyle, by wiedzieć, o czym mowa. - Przywykł 
szukać w najbardziej niebezpiecznych i najciaśniejszych 
korytarzach, wiecie... 
Znów zagrzmiał śmiech, ale Mattias nie brał udziału w ogólnej 
wesołości. Odprowadził Raissę spojrzeniem. Było coś 
znajomego w wyprostowanej, dumnie sylwetce. Gdzieś to już 
widział, ale gdzie? 
- Nie możemy dłużej tolerować tego, że cała rodzina Rozy i 
wszyscy jej znajomi przychodzą pod nasze drzwi, kiedy im tylko 
pasuje - oznajmiła Margaret. 
- To mój dziadek - odparła krótko Roza. Zdjęła fartuch i sięgnęła 
po kurtkę. - W spiżarni jest przygotowane jedzenie, gdybym nie 
zdążyła wrócić na czas. 
Sądząc po wściekłym tonie, mieszaninie angielskich i 
norweskich słów, można się było domyślić, że Margaret nie jest 
zadowolona. 
Dziadek Edvard razem z Liisą czekali na schodach. Rozie zrobiło 
się przykro, że musieli tu tak stać, aż ona się przygotuje. 
- A więc jesteś służącą u Anglików, Rozo - rzekł 
 

background image

Edvard i zwichrzył Rozie włosy, jakby wciąż była jego ukochaną 
ośmioletnią wnusią. - To chyba dobrze, co? Twój ojciec pewnie 
jest dumny z ciebie, mimo że raczej nie wpadł na to, by ci o tym 
powiedzieć. Samuel nigdy nie był pod tym względem zbyt wy-
lewny... 
- Nie przebyłeś chyba takiej długiej drogi tylko po to, żeby 
porozmawiać ze mną o humorach ojca - przerwała mu Roza, bo 
kiedy zobaczyła dziadka, oblała się zimnym potem i nabrała 
przeczucia, że coś się stało. - Z kim jest źle? 
- Nie zwykłaś owijać w bawełnę, co? Chrząknął niespokojnie i 
zerkając to na Rozę, to 
na Liisę, spokojnym krokiem skierował się w stronę Krety. 
Wszyscy troje wiedzieli, że nie pasują tu pośród dyrektorskich 
domów, mimo że nie było to nigdzie napisane. 
- Masz to po swojej matce i jej rodzinie. Twoja matka też 
przystępowała od razu do rzeczy. Z Leą jest podobnie. Gdybyś 
mogła ją widzieć, kiedy miała tyle lat co ty! Ale ona woli, żebym 
zachował dla siebie te wspomnienia, dlatego jej nie wydam. 
- Ktoś jest chory? 
- Mamy pewne trudności - rzucił Edvard wymijająco, unikając 
spojrzenia Rozy. Nowiny, jakie przynosił, wyraźnie go 
przygnębiały. 
- Co się stało z Andersem? - zapytała Roza, chwytając za ramię 
dziadka, który daremnie usiłował ukryć malujące się na jego 
twarzy zmartwienie. -Chyba nic się nie stało małemu Andersowi? 
Babcia Lea nie może mu pomóc? Przecież wszystkim pomaga, 
cokolwiek się zdarzy! Nie uczyniła niczego dla swojego wnuka? 
Powiedz, dziadku, co jest z Andersem? 
 
 

background image

- Wydawało nam się z początku, że to zwyczajna pobożność - 
odpowiedział Edvard, patrząc wreszcie na swoją wnuczkę. 
Miał łagodne spojrzenie, był taki dobry z natury. Zresztą ktoś, kto 
przeżył kawał życia u boku Lei, nie mógł być inny. Potrzeba było 
wiele rozsądku i miłości, by zaakceptować żonę taką, jaka jest, i 
nie przestawać jej kochać całym sercem. 
- Anders bardzo się zamknął w sobie, ucichł - wyjaśnił. - 
Całkowicie pochłonęła go Biblia. Pozwoliliśmy więc mu czytać. 
Skąd mogliśmy wiedzieć, że mu to zaszkodzi? 
- On ma dopiero osiem lat! - rzekła Roza. 
- Jak na osiem lat czyta doskonale - stwierdził Edvard. - Miło go 
słuchać, gdy co niedziela pięknie recytuje psalmy. Lea nigdy nie 
była zbyt religijna, ale wielu parafian nie może wyjść z podziwu 
nad chłopcem. Wiesz, on recytuje z pamięci strona po stronie 
fragmenty Starego Nowego Testamentu. Niektórzy sprawdzali, 
czy nie podgląda, ale wierz mi, mały umie na pamięć całą Biblię. 
- Co takiego? Twierdzisz, że mój ośmioletni brat zna na pamięć 
całą Biblię} - powtórzyła Roza, zupełnie nie wiedząc, co o tym 
myśleć. 
- Pamiętasz, że Nanna zawsze szczególnie traktowała Andersa - 
powiedział dziadek. Mimo swych pięćdziesięciu lat wciąż był 
bardzo żwawy i łatwo było go sobie wyobrazić jako przystojnego 
młodzieńca. 
- Rozpieszczała go - stwierdziła Roza surowo. 
- Chłopiec bardzo ciężko przeżył śmierć matki, dlatego 
pozwalaliśmy, żeby zajmował się tym, czym chciał. 
Edvard zszedł w dół na brzeg morza i usiadł na 
 

background image

trawie. Roza poszła w jego ślady, choć nie było tu całkiem sucho. 
Zawsze bardzo lubiła siedzieć tak z dziadkiem, zarówno wtedy, 
gdy milczał, jak również wówczas, gdy obdarowywał ją swoimi 
mądrymi uwagami. 
- Pozostali chłopcy mieli tyle innych zajęć - ciągnął Edvard. - 
Hansa i Edvarda fascynuje morze, nie można ich wprost wygonić 
z łodzi. Są bardzo pomocni: młode ręce, mocne ciała... Nikolai 
znów jest strasznym psotnikiem, a Knut, nie wiem właściwie, do 
kogo on jest podobny, ale i on ma swoje zainteresowania. 
Troszczy się o ptaki i zwierzęta. Najchętniej wypuszczałby 
złowione ryby, bo mu ich żal. Chłopcy są tacy różni, ale radzą 
sobie. Idą naprzód. Tylko mały Anders jest inny, dziwny. - 
Edvard zaśmiał się do siebie: - Twój brat, Hans, mówi, że Anders 
jest za grzeczny. Uważa, że powinien trochę połobuzować... 
- Znalazł się wychowawca... - rzuciła oschle Roza. Pogłaskała 
dłonią ramię dziadka. Jeszcze bardziej 
się zmartwiła, widząc, jak Edvard odwleka, by powiedzieć, co się 
naprawdę stało. Lea przecież nie wysłałaby go w drogę do 
Kafjorden, gdyby nie było to coś poważnego, gdyby się nie bała. 
- Przyjechałeś po mnie, prawda? - zapytała i oparła policzek na 
ramieniu dziadka. Pachniał przyjemnie tabaką i słoną morską 
wodą. Ten zapach kojarzył jej się z poczuciem bezpieczeństwa, 
jakie zapewniał dziadek, opoka jej dzieciństwa. 
- Jemu się wydaje, że jest apostołem Janem - wyznał Edvard. 
Roza wprost zaniemówiła. 
- Przez ostatnie tygodnie wciąż mówi o córze Babilonu - 
westchnął Edvard i przeczesał palcami si- 
 
 
 

background image

wiejące włosy. - Głosi Objawienie, Rozo, mieszając to ze snami, 
koszmarami i nie wiem jeszcze z czym. Nawet Lea jest bezradna i 
nie ma pojęcia, co robić z tym dzieckiem, któremu wydaje się, że 
jest wielkim prorokiem. Głosi o bogactwach rodów i ludów, 
powtarza też, że córa Babilonu zatruwa nasz ród. Roza zbladła. 
Co powiedziała Natalia? Że najmłodsi otrzymują dar, a 
przynajmniej jego część... 
Czy to możliwe, że Anders widzi i wie więcej, niż jest w stanie 
pojąć? Przecież on ma dopiero osiem lat. 
- Może on się tak bawi - rzuciła. 
- Lea nie kazałaby mi tu przyjechać, gdyby chodziło o zabawę. 
Przysłała mnie, bo jest bezradna, a nie chce, by mieszali się do 
tego ci, którzy zajmują się czarną magią, duchami, kropią wodą 
święconą i klepią modlitwy, bo uważa, że to może zniszczyć 
chłopca. Prosi, żebyś przyjechała. Dla wszystkich byłoby 
najlepiej, gdybyśmy mogli ruszyć od razu dzisiaj. Jest na tyle 
jasno, że możemy żeglować dniem i nocą. Zwłaszcza że mam 
zmiennika... 
- Któryś z chłopców przypłynął z tobą? 
- Hans - odpowiedział Edvard z dumą. - Jest ze mną Hans. To już 
mężczyzna. 
... porozmawiam z Hansem. On nie będzie niczego ukrywał. Bo 
dziadek chyba nie mówi mi wszystkiego. Niektóre sprawy 
pomija milczeniem. Musi być bardzo niedobrze, skoro babcia 
Lea nie potrafi sobie z tym poradzić... Natalio... Chciałabym, 
żebyś znów do mnie przyszła, byś mnie poprowadziła, bo czuję 
się taka samotna, zdana jedynie na siebie. Mimo wszystko dobrze 
było wiedzieć, jakie drogi są 
 

background image

przede mną wytyczone. Wprawdzie czułam się zniewolona, ale 
byłam bezpieczna. 
... czy to, że jednak nie jestem przy nadziei, jest znakiem od was? 
- Oczywiście, że z tobą pojadę - powiedziała Roza, odsuwając od 
siebie wszelkie wątpliwości. 
Jeśli bowiem jest to jakiś znak dla niej, musi za nim pójść. Jeśli 
nie, to przynajmniej nie wolno jej zawieść najbliższej rodziny. 
Więzy krwi są ważniejsze niż cokolwiek innego, ważniejsze 
nawet od złożonych Warrenom przyrzeczeń. 
- Najlepiej będzie, jeśli zjesz coś u Liisy - zaproponowała. - Ja 
tymczasem porozmawiam z Hansem i przyniosę swoje rzeczy. 
- Nie będziesz miała kłopotów? Teraz, gdy dostałaś taką dobrą 
posadę? Chlebodawcy nie lubią, gdy służba odchodzi 
niespodziewanie. 
- Ja nie będę mieć z tym problemów - rzekła Roza nieswoim 
głosem i wstała z ziemi. - Przyślesz do mnie Hansa? - poprosiła 
Liisę. - Idę po moje rzeczy. 
- Nie możesz tak po prostu odejść! - wykrzykiwała Margaret, 
chodząc za Rozą krok w krok. Jej szeroka, niebieska spódnica 
furkotała, stukały obcasy. Włosy, związane w luźny kucyk, 
odsłoniły twarz, która nabrała ostrych rysów, gdy nie otulały ją 
loki. Roza nigdy przedtem nie zwróciła na to uwagi. - Nie 
możesz! - powtarzała Margaret, mieszając angielskie i norweskie 
słowa. 
Na policzkach wystąpiły jej czerwone plamy, a oczy ciskały 
błyskawice. Spokój służącej wprawiał ją w jeszcze większe 
zdenerwowanie. 
 
 
 

background image

- Póki co, nie jestem w ciąży - tłumaczyła Roza zmęczona. - Od 
wczoraj wiemy o tym obie. 
- A więc odchodzisz sobie tak po prostu? Twoje obietnice nic nie 
są warte? Zapominasz o wszystkim, co zrobiliśmy dla ciebie? 
- Mój najmłodszy brat zachorował - wyjaśniła Roza. - Potrzebuje 
mnie. Czy ty także nie uczyniłabyś wszystkiego, co w twojej 
mocy, gdyby zachorował Maxwell? Gdyby któreś z twego 
rodzeństwa cię potrzebowało? 
- Oczywiście - stwierdziła Margaret. - Ale to coś zupełnie innego. 
Roza zapakowała torbę. Nie było w niej nic ponad to, co 
przyniosła, wprowadzając się do Warrenów. 
- Na pewno bez trudu znajdziecie sobie nową służącą - dodała 
znużona. - Ale radziłabym wam nie pytać jej, czy zechce być 
matką waszego dziecka. 
- Zapomniałaś o swych przyrzeczeniach! 
- Nie wiem, jak długo będę musiała tam zostać -westchnęła Roza. 
- Nie wiem, jak bardzo mój brat jest chory. Wiem jedynie, że 
pozostanę tam dopóty, dopóki będę mu potrzebna. Wybacz, 
Margaret, ale w tym momencie ty i twoje mrzonki są dla mnie 
mniej ważne. 
- Ale kiedy wrócisz, dotrzymasz danego słowa? Margaret 
rozluźniła nieco ramiona, choć jej ciało 
wciąż było napięte jak cięciwa łuku. Duże oczy, w których kryła 
się niema prośba, wydawały się jeszcze większe w drobnej 
twarzy. 
Próbowała przywołać chwile ufności, jakie połączyły ją i Rozę, tę 
trudną do wyobrażenia bliskość, która, wydawać by się mogło, 
nie jest możliwa między dwoma tak różnymi osobami 
wywodzącymi się 
 

background image

z różnych warstw społecznych, z różnych krajów, z różnych 
światów. Roza była wtedy jej bliższa niż ktokolwiek na świecie. 
- Czy zechcesz w dalszym ciągu nam pomóc? Potem? - pytała 
Margaret, zrozumiawszy, że nie może zmusić Rozy do niczego. 
Nawet do milczenia. 
- Nie wiem - odparła Roza. 
Noc poprzedzająca wczorajszy dzień, kiedy wiedziała, a dzień 
dzisiejszy rozdzieliła głęboka otchłań. Tak jakby jej życie zostało 
przecięte na pół. 
- Chcę ci pomóc - rzekła po namyśle. - Chciałam - poprawiła się. 
- Ale tyle się wydarzyło... 
Margaret nic nie odpowiedziała. Nie dopuszczała do siebie myśli, 
że sama jest winna temu, iż Roza stała się nagle taka chwiejna. 
- Nie możesz mnie powstrzymać. Wyjeżdżam jeszcze dziś. 
Margaret desperacko myślała, co zrobić, by Roza nie zniknęła na 
zawsze. Co zrobić, by nie tracić nadziei nawet podczas jej 
nieobecności. Ostatecznie zdarzały się już i dziwniejsze rzeczy... 
W każdym razie nie wolno jej dopuścić, by ten przystojny górnik 
wyjechał razem z nią. By Roza narażona była na pokusy, którym 
mogłaby ulec. Margaret wierzyła, że po powrocie uda jej się 
znów przeciągnąć Rozę na swoją stronę. Innych myśli nawet nie 
dopuszczała do siebie, bo chyba by zwariowała. Chciała wierzyć, 
że obietnica Rozy pozostaje aktualna, a skoro Roza sama nie była 
pewna, powinna mieć obok siebie kogoś, kto ją przekona, że to 
dla niej rozsądne i dobre. 
- Czy mój brat mógłby pojechać z tobą? - zapytała chwilę po tym, 
gdy wpadła na ten pomysł. - Czy Maxwell może popłynąć z tobą? 
 
 
 
 

background image

- Po co? 
- No cóż, Maxwell w końcu przybył tu między innymi po to, by 
zwiedzić kraj. A tymczasem nie widział nic poza tutejszym 
fiordem i Bossekop. A to przecież niewiele. On się bardzo 
interesuje botaniką, roślinami, kwiatami. A na wyspach zapewne 
rosną inne gatunki niż w okolicach naszego fiordu? Myślę, że 
Maxwella bardzo ucieszy taka możliwość. O ile oczywiście nie 
sprawi to kłopotu tobie i twojej rodzinie. Pod warunkiem, że nie 
będzie krępowała was jego obecność. 
Roza odebrała słowa Margaret jako obelgę. Zdawało jej się, że 
słyszy w nich powątpiewanie, czy biedna rodzina będzie mogła 
przyjąć kogoś takiego jak Maxwell. Czy stać ich będzie na 
ugoszczenie ważnego gościa. Tak ją to dotknęło, że ujęła się 
ambicja. 
Babcia i dziadek może nie mieli na wyspie takiej 
pozycji jak gospodarze The House w tutejszej osadzie, ale nie 
byli biedni. Bardzo ich poważano i doceniano. Potrafili się 
zachować, a babcia Lea nie raz gościła na obiedzie kapitanów z 
wielkich miast w Rosji, i oni również wysoko sobie cenili jej urok 
i mądrość. 
- Oczywiście, że Maxwell może popłynąć ze mną - 
odpowiedziała, prostując dumnie kark. 
Roza nie wiedziała właściwie, która z nich zwyciężyła, ona czy 
Margaret, ale jakie to miało znaczenie? Maxwell będzie mógł 
przynajmniej opowiedzieć swoje wrażenia, kiedy wróci z 
Kâfjorden. Może z czasem inżynierostwo zaczną patrzeć na nią 
jak na równą sobie i zrozumieją, że powinni być wdzięczni za 
przysługę, jaką jest im chętna uczynić. 
- Jeśli zdecyduje się popłynąć, niech się jak naj- 
 

background image

prędzej zapakuje i weźmie ze sobą coś do jedzenia, bo nie 
będziemy mieli czasu zawijać do brzegu zbyt często. 
Roza skierowała się w stronę schodów i poczuła z ulgą, że nie jest 
już tu służącą. 
- A ty nie mogłabyś przygotować dla niego jedzenia na drogę? - 
zapytała Margaret i spojrzała zakłopotana na Rozę. 
- Nie - odparła Roza i zostawiła ją samą. 
Na dole w salonie minęła Maxwella, który grał sam ze sobą w 
szachy przy stoliku pod oknem. Roza nie pojmowała, jak można 
tak marnować czas. Nic przecież z tego zajęcia nie wynikało. W 
domu i w obejściu było tyle pracy, a tymczasem ów gość 
zabawiał się jak dziecko, zamiast zrobić coś pożytecznego. 
- Tylko ubierz się odpowiednio na wyprawę łodzią - zwróciła się 
do niego Roza. - Twoja siostra postanowiła wysłać cię w rejs. 
Oderwał się od gry i spojrzał na nią zdziwiony, unosząc czarne, 
proste brwi. Roza nie dodała nic więcej, pozostawiając tę 
przyjemność Margaret. Maxwell na pewno będzie zaskoczony, 
co do tego nie miała wątpliwości. 
Spotkanie z Hansem ogromnie ją ucieszyło. Bardzo urósł od 
czasu, gdy widziała go ostatnio. Rozie wciąż trudno było 
uwierzyć, że ten jej mały brat skończył już szesnaście lat. 
Dziadek Edvard miał rację, mówiąc, że z chłopca przemienił się 
w mężczyznę. Nabrał ciała i krzepy. Zapowiadał się na niezwykle 
przystojnego, młodego człowieka. Poczuła, jak w jej 
przepełnionym zmartwieniami i smutkiem sercu na moment 
zagościła radość. Ale nie zdążyła porozmawiać z Hansem tak 
szybko, jak chciała, ponieważ wezwał ją do siebie Samuel. 
 
 
 

background image

- Musisz zająć się małym Andersem - oświadczył z powagą, 
kiedy Roza usiadła na brzegu łóżka. Chwycił oburącz jej dłonie, 
co zdziwiło ją, ponieważ zwykle unikał takich gestów bliskości. - 
On był ulu-bieńcem Nanny, Rozo. Jeśli stworzyć mu możliwości, 
zajdzie w życiu wysoko. Musisz mi przyrzec, że się nim 
zaopiekujesz! 
- Przyrzekam! Westchnął i uśmiechnął się. 
- Jestem zmęczony - rzekł. - Jestem tym wszystkim bardzo 
zmęczony. Nie chcę już ani oglądać, ani słuchać, Rozo, tego, co 
rwie moje serce na strzępy. 
Popatrzył na nią, podniósł jedną dłoń i opuszkami palców dotknął 
nierównego, pokrytego bliznami policzka. W jego klarownych, 
niebieskich oczach, takiej samej barwy jak oczy Rozy, zalśniły 
łzy. 
- Czy wybaczyłaś mi to? - zapytał cicho. 
Roza otworzyła usta, by mu odpowiedzieć, ale ojciec już zamknął 
oczy i z powrotem położył głowę na poduszce. Wyglądał, jakby 
spał. Roza opuściła więc izbę. 
Hans uwiesił się jej ramienia i wyciągnął ją na zewnątrz. 
Zamknął dokładnie drzwi i usiadł na schodach. Poczekał, aż Roza 
usiądzie obok. 
- Co się naprawdę stało? - zapytała. 
- Dziadek pewnie opowiedział ci to, co uważał za stosowne - 
rzekł Hans. - Wydaje nam się, że mały traci rozum. Do krwi 
zdziera dłonie o ściany, a z jego ust strumieniem płyną słowa 
Biblii. 
Roza poczuła, jak przenika ją zimny dreszcz. 
- Czy dziadek wspominał o nierządnicy Babilonu? - zapytał 
Hans. 
Roza uśmiechnęła się. 
- Nie, mówił o córze Babilonu. 

background image

Hans nie uśmiechnął się jednak, dodając: - Anders mówi, że to ty 
jesteś nierządnicą Babilonu. 
 
 
Rozdział 11 
- Nie chcę z tobą rozmawiać w baraku. 
Raissa nawet nie spojrzała na Mattiasa, kiedy podszedł w kolejce 
po swój obiad. Wokół nich rozmowy ucichły i wszyscy nastawili 
uszu. Raissa wydawała się piękna jak obrazek, ale jej błękitne 
oczy, spoglądające we wszystkie strony, tylko nie na Mattiasa, 
były jakby zasnute mgłą. Jasne włosy odgarnęła z czoła. 
Rumieniec zabarwił policzki. Ale wyraz jej twarzy mimo to 
pozostawał nieprzenikniony. Była chłodna jak jesienny poranek. 
Szczupła, wysoka, górowała niczym wybujała brzoza wśród 
karłowatych zarośli. 
- Tutaj? - zapytał Mattias cicho, niemal z niedowierzaniem, 
przechylając się ku niej. Rozejrzał się wokół siebie pośpiesznie i 
czujnie. - Chyba nie mówisz poważnie? 
- Spotkajmy się tutaj, gdy skończę pracę - westchnęła 
zrezygnowana, przyznając Mattiasowi w duchu rację, że 
jadłodajnia nie najlepiej się nadaje na miejsce prywatnych 
rozmów. - Chyba gdzieś będziemy mogli porozmawiać w cztery 
oczy? No, nie wiem... gdzie zwykle ją zabierałeś? 
W stołówce znów zrobiło się cicho. Ludzie pośpiesznie 
odwracali głowy, udając, że nie patrzą na 
 
 
 
 
 

background image

Mattiasa i Raissę, ale trudno im było ukryć uśmieszki. Dawno nie 
mieli takiej zabawy. Zwykle tylko domyślali się z plotek, co 
zaszło między jakąś parą, tu zaś cały teatr rozgrywał się na ich 
oczach. To było lepsze nawet od potańcówek w świetlicy. 
Mattias nie odpowiedział Raissie, ale jego pociemniałe 
spojrzenie było wystarczająco wymowne. Zacisnął usta w wąską 
kreskę. Blizny na ogorzałej twarzy odznaczały się wyraźniej. 
Wyglądał jak posąg -ludzkie wyobrażenie mrocznego, upadłego 
anioła. Bez słów wziął talerz i łyżkę i skierował się na swoje stałe 
miejsce. Jego silne ręce nie zdradzały zdenerwowania, drżały mu 
jedynie szczęki. Nikt nie odważył się zagadnąć do niego. Swoją 
odpychającą postawą zniechęcał nawet największych śmiałków. 
- Nie rozumiem, dlaczego ten angielski piękniś ma z nami 
płynąć? - oburzył się Edvard. 
- Każ go udusić za parę talarów - odparł z udawaną beztroską Ole 
usytuowany na honorowym miejscu przy stole. Teraz on był 
gospodarzem w Samuelsborg. Samuel nie uzurpował już sobie do 
tego prawa. 
- Może się na chwilę położysz, Rozo? Całymi dniami jesteś na 
nogach... - odezwała się Liisa, wymieniając spojrzenie ze 
szwagierką. 
Wydawało się, że Liisa rozumie więcej, niż Roza jej wyjaśniła. 
Nigdy nie wywierała presji, by usłyszeć od niej coś ponad to, co 
szwagierką sama chciała wyjawić. 
- On wydaje się sympatyczny - dodała Liisa. - Zaskakująco miły 
jak na arystokratę z Anglii. Mówi nawet trochę po norwesku, a 
przynajmniej się stara. 
- To wy go znacie? - zdziwił się Edvard. Wbił wzrok w Rozę, a w 
jego oczach czaiło się wiele py- 
 

background image

tań. - Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć, zanim 
wyruszymy na morze? Nie chcę żadnych niespodzianek po 
drodze, a już zwłaszcza kiedy przybędziemy na wyspy. 
Roza zmusiła się, by podnieść wzrok znad talerza. Czuła, że Hans 
patrzy na nią, i domyślała się, co mu chodzi po głowie. Przykro 
jej się zrobiło, że dziadek Edvard, którego zdanie tak sobie ceniła, 
może myśleć podobnie. Pragnęła pozostać jego ukochaną 
wnuczką i nie chciała, by zobaczył ją w złym świetle. 
- Byłam na tańcach razem z Maxwellem Hartem - odezwała się z 
trudem, czując, jak ją ściska w gardle. Przykro jej było odpierać 
zarzuty najbliższych. Rodzina powinna wierzyć w każdego z jej 
członków niezależnie od wszystkiego... - I tak go poznali. Bardzo 
chciał zobaczyć prawdziwą kweńską potańcówkę. Jest 
obcokrajowcem. Życie nad fiordem Kafjorden różni się od tego, 
do którego przywykł w Anglii. Może chciał zobaczyć z bliska 
życie prostych ludzi? The House jest taką małą Anglią pod 
biegunem, tam więc nie pozna miejscowych zwyczajów. 
Dziadek milczał, nie spuszczając z niej wzroku, a w jego oczach 
wciąż czaiły się pytania, na które nie uzyskał odpowiedzi. Patrzył 
na nią badawczo zatroskanym, dziadkowym spojrzeniem. 
- Nie sypiam z nim - rzekła Roza ostro, przekraczając granicę, 
której, zdawało jej się, nie powinna przekraczać. - Nie jest w 
moim typie - dodała, czując, jak się rumieni, bo nie miała zamiaru 
tak się zachowywać. - Nie muszę mieć każdego mężczyzny, na 
którego spojrzę. 
- Nikt przecież tego nie mówi - wtrąciła pośpiesznie Liisa. Za 
wszelką cenę starała się łagodzić kon- 
 
 

background image

flikty. Pragnęła, by w rodzinnym gronie panowała miłość. 
Gotowa była chuchać i dmuchać, by nic nie mąciło przyjaznej 
atmosfery. 
- To tylko osławiona gorąca krew Alatalo - stwierdził Ole, 
wymachując trzymanym za ostrze nożem. Na szczęście się nie 
skaleczył. - Czy nie jej przypisujemy winę za wszystko? Od 
stuleci wciąż to samo! Co prawda teraz już nie występuje w swej 
czystej postaci, ale wciąż sprawia kłopoty, wciąż zanadto się 
burzy, powodując dziwne zachowanie. Kobiet dotyczy to w 
szczególności. Zwal wszystko na krew Alatalo, Roza! 
- Nie ma co rozprawiać - skwitował stanowczo Edvard. - Roza 
powiedziała swoje, ja swoje i dalej ufamy sobie, tak jak zawsze 
było w naszej rodzinie. Anglik będzie się musiał przystosować! 
Nie może u nas liczyć na specjalne prawa. Nie będziemy go 
traktować inaczej niż rybaków, którym użyczamy noclegu. Na 
szczęście Lea przywykła do gości. 
- Krew Alatalo - stwierdził Ole wesoło. 
Roza pomyślała, że teraz bardziej burzy się krew Hartów, ale o 
tym zebrani przy stole nie mieli pojęcia. 
Maxwell od pierwszej chwili zachowywał się bez 
wielkopańskich nawyków. Uścisnął pooraną bruzdami dłoń 
Edvarda i przywitał się z nim jak równy z równym, przepraszając, 
że się wprosił na pokład. Nie miał takiego zamiaru, jednak kiedy 
Roza wspomniała o wyjeździe na wyspy położone na północnym, 
poszarpanym wybrzeżu Finnmark, doznał nieludzkiej pokusy, by 
zobaczyć te strony, popłynąć tam i przeżyć coś egzotycznego i 
osobliwego. Od dawna fascynuje go północna Norwegia i jest 
pe- 
 

background image

wien, że rodzinne wyspy Edvarda zrobią na nim duże wrażenie. 
- A więc jest pan włóczęgą? - odchrząknął Edvard i splunął, a 
Roza, chcąc nie chcąc, przetłumaczyła z ociąganiem pytanie 
dziadka. 
- Właściwie tak. Jestem włóczęgą. Podoba mi się to określenie - 
odparł Maxwell, a w jego oczach pojawił się figlarny błysk. 
Edvard pomyślał, że być może ten niespodziewany pasażer nie 
okaże się wcale taki zły, i przyszło mu na myśl, że powinien 
powiedzieć o tym Rozie. Na wszelki wypadek, gdyby się 
okazało, że wnuczka żywi do Anglika gorętsze uczucia, niż 
deklaruje. 
- A więc porozumiewasz się po angielsku, co? -zagadnął Rozę, 
przyglądając się jej baczniej. 
Ubrała się ciepło na drogę. Założyła kilka warstw spódnic i 
nasączone łojem sznurowane kumagi. Głowę i ramiona owinęła 
wełnianym szalem. Dziwne, że potrafiła się w tym wszystkim 
swobodnie poruszać! 
- Pani mówi słabo po norwesku - wyjaśniła Roza. - Uznała, że 
lepiej, bym ja się nauczyła trochę angielskiego, zwłaszcza że 
przychodzi mi to z łatwością. 
- Właśnie - rzekł Edvard, myśląc swoje. - Będziesz pierwsza w 
naszej rodzinie, która mówi po angielsku. - Do tej pory 
posługiwaliśmy się fińskim, rosyjskim, lapońskim. Możesz 
zostać na wyspach, Rozo. Pomogłabyś mi przy handlu. Myślę, że 
masz głowę do tego, dziewczyno. 
- Muszę wrócić - odpowiedziała Roza. 
Edvard zerknął na Anglika, który udawał, że patrzy na fiord. 
Mógłby się założyć, że przysłuchiwał się rozmowie, ale chyba 
nie opanował jeszcze tak dobrze ich języka, by nadążać, gdy 
mówiło się szybko. 
Edvard wiele by dał, żeby się dowiedzieć, kim dla 

background image

Rozy jest ten mężczyzna. Nie przypominał kawalerów, których 
do tej pory obdarzała uczuciem. 
Jens, który sprowadził nieszczęście zarówno na Rozę, jak i całą 
rodzinę, był zbyt urodziwy. Należał do tych, którzy przechodzą 
lekko przez życie, przyciągając spojrzenia innych. Tacy zawsze 
znajdowali sobie kobiety, które gotowe były wybaczyć im 
wszystko, co tylko uczynili. Gdy u którejś napotykali opór, 
kolejka innych gotowa była otworzyć przed nimi ramiona. 
Jako mężczyzna Edvard zawsze patrzył na Jensa podejrzliwie. 
Nigdy go nie polubił. A potem stracił zbyt wiele, właśnie przez 
niego, by triumfalnie oznajmić, że domyślał się, iż tak się stanie. 
Nie przewidział bowiem, że dojdzie do aż tak wielkiego nie-
szczęścia. 
Edvard wspomniał też Mattiasa, który miał w sobie coś 
nieziemskiego. Lea powtarzała, co powiedziała jej Roza, ale 
Edvard nie wierzył zbytnio w bajki o więzach ciągnących się od 
kilku pokoleń. Przywykł dawać wiarę temu, co go otaczało. On i 
Lea byli różni, ale gdyby nie to, nie mogliby razem żyć. Edvard 
zapamiętał jednak Mattiasa ze ślubu Olego. Nabrał wówczas 
szacunku i sympatii dla tego młodzieńca z wolą tak silną, że 
nawet uparty Samuel musiał się przed nią ugiąć. Edvard nigdy 
tego nawet nie próbował, mimo że nie raz miał chęć. 
Liczył na to, że Roza u boku Mattiasa znajdzie spokojną przystań. 
Między nimi utrzymywało się takie napięcie, że aż iskrzyło. 
Pamiętał spojrzenia, jakie sobie posyłali! Nikogo nie widzieli 
prócz siebie. Dotykali się tak, jak on i Lea, gdy byli młodzi i za-
kochani. Napełniało go to ufnością co do przyszłości ukochanej 
wnuczki, mimo że Lea nie rokowała 
 

background image

wielkich szans dla tego związku. Lea też wspominała o gorącej 
krwi Alatalo i wietrze, który zawsze będzie popychał Rozę gdzieś 
dalej. 
Może właśnie teraz poryw wiatru skierował ją w stronę tego 
angielskiego wymoczka, wystrojonego w ubrania, jakich w tych 
stronach jeszcze nikt nie oglądał. Edvard miał nadzieję, że 
spodnie i kurtka tego Harta są utkane z tłustej wełny, bo jeśli nie, 
to spotka go przykra niespodzianka, kiedy wypłyną z fiordu na 
pełne morze. Nawet w głębi fiordu Alta wiatry bywają kapryśne, 
a wtedy trudno uniknąć kąpieli w spienionych falach, 
wdzierających się na pokład. 
Edvard wciąż nie mógł pojąć, kim był dla Rozy ten mężczyzna. 
Przecież ona zawsze, niczym ćma do światła, lgnęła do 
urodziwych. Wyglądali albo jak aniołowie, albo jak diabły, ale 
każdy na swój sposób był wspaniały. Ten Anglik zaś, choć 
dżentelmen w każdym calu, wywodzący się z najznamienitszej w 
tych stronach rodziny, urodą nie grzeszył. 
Edvard, żując źdźbło, poczuł się nieco spokojniejszy. Sam w 
młodości był stanowczo nazbyt przystojny i spijał, jak to się 
mówi, śmietankę, ale właśnie dzięki temu Lea zwróciła na niego 
uwagę. Kobiety, w których żyłach płynie krew Alatalo, mają ze 
sobą wiele wspólnego. 
- Czy czeka nas długi rejs? - zapytał Maxwell uprzejmie w drodze 
na nabrzeże. Sam niósł swoją torbę podróżną i nie wyglądało, by 
cierpiał z tego powodu. 
- Roza nic panu nie powiedziała? 
Anglik zaprzeczył, co Edvardowi wyraźnie poprawiło nastrój, a 
kosze z jedzeniem na drogę, zapakowane przez Liisę, od razu 
wydały mu się lżejsze. 
 

background image

Hans niósł wodę pitną, a Roza miała swoją torbę i jeszcze jeden 
kosz z prowiantem. Co jak co, już Lii-sa zadbała o to, by w 
podróży nie umarli z głodu. 
- Kilka dni, o ile wiatr będzie nam sprzyjał - odparł Edvard. - 
Może wiać dość mocno, mam nadzieję jednak, że nie cierpi pan 
na chorobę morską. 
- Przecież z Anglii przypłynąłem statkiem - odparł Maxwell i 
uśmiechnął się chytrze. - Mój ojciec jest kapitanem żeglugi - 
dodał. - My, Hartowie, od wieków jesteśmy za pan brat z 
morzem. W naszych żyłach płynie słona krew. 
Edvardowi coraz bardziej podobał się ten obcy mężczyzna. Syn 
kapitana statku nie powinien być ciężarem podczas rejsu. Temu, 
w czyich żyłach płynie słona krew, chętnie udzieli gościny nawet 
na kilka tygodni. Ba, gotów jest przełknąć i to, że Roza lubi tego 
człowieka bardziej niż powinna! 
- Ale norlandzką łodzią na cztery pary wioseł pewnie pan jeszcze 
nie pływał - rzekł Edvard i podał kosze z prowiantem Hansowi, 
który zdążył już wskoczyć na pokład. 
- Interestning - stwierdził Maxwell, przyglądając się 
rozpromienionymi oczami smukłej łodzi z żaglem. 
Nawet Edvard rozumiejący jedynie trzy języki, którymi 
posługiwano się w Finnmark, wiedział o co mu chodzi. Poznał też 
niecierpliwe oczekiwanie, jakie rozbłysło w niebieskich oczach 
Anglika. Ten chłopak nie kłamał, że lubi morze. On je kocha ca-
łym sercem. 
- Tutaj jej nigdy nie przyprowadzałem - powiedział Mattias i 
zdjął kurtkę, mimo że wiał chłodny wiaterek. Rozłożył ją na 
ziemi, tak by Raissa mogła 
 

background image

usiąść. Nie odmówiła, jak to zapewne uczyniłaby Roza. 
... nie porównywać... 
- Nigdy? - upewniała się Raissa, a w jej słowach usłyszał drżącą 
nadzieję, której nie chciałby zniszczyć. Lubił sposób, w jaki 
mówiła. Lubił jej obcy akcent, taki inny, miękki. Swoją mową 
mogłaby go uczynić całkiem bezbronnym, ale on jej tego nie 
powie. Nie lubił, gdy ktoś, zwłaszcza ważne dla niego kobiety, 
znały jego słabe strony. 
- Nigdy - odpowiedział, spoglądając na przeciwny brzeg fiordu. 
Od jednego cypla do drugiego było tak blisko, że wydawało się, 
iż przy odrobinie wysiłku można przeskoczyć tę odległość. 
Mattias nigdy nie zabierał Rozy na cypel Strom-neset. Nigdy nie 
siedział tu z nią na trawie, nie wpatrywał się w zielonoszafirową 
wodę, gdzie wśród białożółtych smug lśniły srebrno grzbiety ryb. 
Prąd sam się bawił ze sobą i ze wszystkim, co żywe. 
Za to przyprowadzał tu Rozę Jens. Mattias jednak nie wspomniał 
teraz o tym. Był na tyle mądry, by przemilczeć to, o czym nie 
powinien mówić. 
- A więc powiedz, jak się mają sprawy między tobą a Rozą? - 
zapytała Raissa i obciągnęła dłońmi spódnicę na podkurczonych 
kolanach. Była taka zgrabna! Nie musiał zresztą tego sobie 
wyobrażać, pieścił już ją bowiem nie raz i wiedział, co straci, jeśli 
pozwoli jej odejść. 
- A co, ludzie gadają? - zapytał, unosząc szerokie, ciemne brwi, 
tak że przypominały strome zbocza, na które żaden śmiałek nie 
odważy się wspiąć. 
Mattias właściwie nie wiedział, co ludzie opowiadają między 
sobą. Poza tym, co słyszał w jadłodajni. 
 
 

background image

Na swych kompanów z brygady warczał, ilekroć chcieli coś 
napomknąć, więc przezornie trzymali język za zębami. W baraku 
natomiast kładł się i od razu zasypiał. Zmuszał się, by o niczym 
nie myśleć. Mimo że wokół aż huczało od plotek na temat jego 
związków, Mattias zdołał się od tego odgrodzić. Spał twardo, nic 
mu się nie śniło i budził się niemal rozczarowany. 
Może w głębi duszy pragnął spotkać rudowłosą o lśniącym 
spojrzeniu, tę, której głos brzmiał dźwięcznie i która mu mówiła, 
co powinien uczynić. Może pragnął, by ktoś nim pokierował, 
ponieważ znalazł się w głębokiej rozterce? Wciąż nim targały 
wątpliwości, a nie mógł znieść tego stanu. Lubił zostawiać 
przeszłość za sobą i iść naprzód, pozbywając się cieni. 
Ale sny przestały go nawiedzać... 
- Oczywiście, że ludzie gadają - odparła Raissa, pocierając brodę 
o podciągnięte kolana. - Podobno zachowywałeś się jak 
porzucony kochanek, kiedy tak stałeś przed domem Warrenów, 
wykrzykując z całych sił jej imię. Obudziłeś całą Kopalnię... 
Mimowolnie uśmiechnął się, bo opis idealnie pasował do tamtej 
sytuacji. Rzeczywiście, wrzeszczał wtedy jak opętany, a i czuł się 
równie podle. 
- Wołałem ją, to prawda - rzekł, podwijając rękaw koszuli. - 
Krzyczałem jak zdradzony kochanek, zdawało mi się, że mnie 
oszukała, i mam prawo ją zbić. 
Raissa milczała, ale cała zamieniła się w słuch. Mattias mówił, 
nie spuszczając z niej wzroku. Lubił na nią patrzeć, chciał 
wiedzieć, jak ona przyjmuje jego słowa. Tyle od tego zależało. 
Wciąż nie znał odpowiedzi na wiele pytań, nie wiedział, którą 
wybrać drogę. Postanowił być szczery wobec Raissy. 
 

background image

- Strasznie się rozzłościłem, kiedy zobaczyłem, jak tańczy z 
Anglikiem - wyznał i zauważył, że jego słowa zraniły 
dziewczynę, bo przecież to z nią był tamtej niedzieli na tańcach. 
Z tego, co jej wówczas wyznał, wynikało, że bardzo mu na niej 
zależy. Mattias zauważył, jak bardzo obawiała się, że czułe 
słówka, które jej wówczas prawił, nie były warte więcej niż 
zwykłe kłamstwa. 
- Sam tego nie pojmuję, Raisso - podjął Mattias z ogniem. - 
Zerwałem z nią, zerwałem ze wszystkim, co nas łączyło. 
Spotkałem ciebie... 
Jego spojrzenie płonęło tak, że brązowe oczy wydawały się 
czarne. Raissa aż wstrzymała oddech. 
- Proszę, nie okłamuj mnie - wyszeptała. 
Mattias uchwycił jej dłonie i przytrzymał w swoich, jakby chciał 
je ogrzać. Potem odwrócił je i muskał palcem wskazującym 
wzdłuż linii. Raissa wstrzymała oddech, ale milczała, nie cofając 
ręki. Nie protestowała, gdy pochylił się i zaczął zmysłowo 
całować wnętrze jej dłoni tak, jakby całował usta. Przymknął 
oczy, próbując wyrazić tym pocałunkiem wszystko, czego nie 
chciał ukryć przed nią, ale co tak trudno było mu ubrać w słowa. 
- Spotkałem cię, Raisso, i stałaś się dla mnie strasznie ważna. 
Zacząłem czegoś pragnąć od życia. 
- Czego? 
- Czegoś więcej - odparł. 
Raissa nie mogła wymusić na nim zwierzeń, ale jej serce 
łomotało pod wrażeniem tego, czego omal nie zdradził. 
- Ogarnęła mnie zazdrość, kiedy zobaczyłem Rozę z tym 
Anglikiem - ciągnął Mattias. Zależało mu na tym, by 
opowiedzieć dokładnie, jak było, nie opuścić żadnego szczegółu. 
Chciał jej wyznać 
 

background image

wszystko. - Może by mi minęło, gdyby nie to, że Roza zasłabła. 
Jakoś bym się opanował, gdyby oni nadal tańczyli. Ale kiedy 
zobaczyłem ją omdlałą, bezbronną w ramionach obcego 
mężczyzny, wtedy coś we mnie pękło. Straciłem rozum... 
- A potem? - zapytała Raissa. 
- Myślałem tylko o niej - przyznał Mattias. - Tak, jakby ta jedna 
kropla przepełniła czarę. Jakby pękła tama. Musiałem ją 
zobaczyć, porozmawiać z nią, usłyszeć od niej, że nie potrzebuję 
się o nią martwić, bo nic innego nie mogło mnie przekonać. 
- Ludzie mówili, że szliście przez Kopalnię w stronę Krety - 
rzekła bezbarwnym głosem Raissa. 
- Poszliśmy do Krety - odparł Mattias. - Do jej domu, do 
Samuelsborg. W stodole było sucho, choć niezbyt ciepło. 
Raissa umknęła wzrokiem. Była rozdarta, chciała i nie chciała 
tego słuchać. Musiała się dowiedzieć dokładnie, co się 
wydarzyło. Przekonać się, na ile Mattias odważy się być szczery. 
Zbyt ważny stał się w jej życiu. 
- Przespałem się z nią - rzucił chrapliwie. - Chciałem wyciągnąć z 
niej, czy jest w ciąży. To mógł być powód jej omdlenia na 
tańcach. Zależało mi na tym, by się dowiedzieć, czy to moje 
dziecko. Ale ona zaprzeczyła. Powiedziała, że nawet jeśli 
spodziewa się dziecka, to nie ze mną... 
- I wtedy wykorzystałeś jeszcze jedną możliwość, by zaszła w 
ciążę? - spytała Raissa. 
Mattias skinął w milczeniu głową. Może rzeczywiście tak 
właśnie było, nie myślał wtedy jasno, nie pamiętał wszystkiego... 
- Powiedziała mi, że nigdy za mnie nie wyjdzie, że nigdy nie 
będzie ze mną żyć. Że to koniec. Minęło. 
 

background image

- A ożeniłbyś się z nią, gdyby była wolna? 
- Zaproponowałem jej to. 
- Kochasz ją? 
- W każdym razie byłem nią opętany - odpowiedział Mattias. - 
Tak, chyba ją kochałem i nadal noszę ją w myślach, w sercu. Ale 
już nie ma jej w mych marzeniach, które snuję na jutro, na 
następny rok, na resztę moich dni... 
- A jakie to marzenia? - zapytała Raissa, spojrzawszy wreszcie na 
niego. Jeśli nie jest jej pisany, to przynajmniej zachowa 
wspomnienie tej chwili, zapamięta każdy rys jego twarzy, każdą 
zmianę w wąskich, ciemnych oczach, każdy grymas zmysłowych 
ust. 
- Dom - powiedział, a jego twarz rozpromieniła się. - Dzieci, 
Raisso. Podobni do mnie synowie, którzy wołać do mnie będą: 
„tato". Córki łagodne, jasnowłose i niebieskookie. Kobieta o 
mocnych, wąskich dłoniach, prowadząca dom i napełniająca go 
radością i miłością. Kobieta, w którą nigdy nie będę musiał 
wątpić. Pragnę czegoś własnego, Raisso. I kogoś, komu będę 
mógł ofiarować miłość i poczucie bezpieczeństwa. Kogoś, kto 
mnie będzie potrzebował. Pragnę kobiety, którą będę kochać i 
która będzie mnie kochać. Kobiety, która nie będzie oczekiwać 
więcej nad to, co będę mógł jej ofiarować. Takie mam marzenia, 
Raisso. Uważasz, że są głupie? 
Raissa pokręciła głową. 
- A czy twoje są podobne? 
- Może. 
- Czy wyjdziesz za mnie, Raisso? Czy zechcesz urzeczywistnić te 
marzenia? 
Raissa przez chwilę milczała zapatrzona w żagiel w oddali, biały 
punkcik między szarymi skałami i szafirowym morzem. 
 

background image

- Nie wiem, Mattias - odpowiedziała w końcu. -Bardzo mnie kusi, 
by się zgodzić, ale muszę być całkowicie pewna, że nie tęsknisz 
już za Rozą. Nie wystarczą mi twoje słowa, że ona cię nie chce. 
Muszę wiedzieć, że i ty jej już nie chcesz. Kiedy będziesz tego 
pewny, Mattias, wtedy będziesz mógł mnie zapytać jeszcze raz! 
Raissa wstała, smukła niczym łabędź. Mattias pragnął, by mógł 
jej złożyć zapewnienie już teraz, ale milczał. Przyjął uśmiech, 
jaki mu posłała, i patrzył, jak samotnie odchodzi w stronę 
Kopalni. 
 
 
Rozdział 12 
- Na pewno Roza popłynęła razem z Edvardem i Hansem? - 
zapytał Samuel, przytrzymując dłoń Liisy. 
Leżał po ciemku, nie życząc sobie, by mu zapalić lampę. Liisa 
zaproponowała mu to, niemal pewna, że zechce poczytać Biblię, 
a przynajmniej rozejrzeć się po izbie, w której leżał, ale on ją 
powstrzymał proszącym gestem. 
- Tak, Roza popłynęła razem z bratem i dziadkiem - 
odpowiedziała Liisa, nie widząc powodu, by wspominać 
trzeciego towarzysza podróży, Maxwella Harta, który w końcu 
nie był taki ważny. 
- Przyrzekła mi, że zaopiekuje się Andersem -rzekł Samuel, 
wciąż kurczowo uczepiony dłoni synowej. 
 

background image

Liisa popatrzyła na tę pooraną bruzdami rękę i pomyślała, że 
kiedyś, gdy oboje z Olem się zestarzeją, zobaczy u męża taką 
samą spracowaną dłoń. 
- Na pewno dotrzyma słowa - zapewniła łagodnie. - Anders jest 
przecież najmłodszy, wszyscy się o niego martwimy. To 
oczywiste, że Roza się nim zaopiekuje. Zrobi wszystko, co w jej 
mocy. Nie musisz się, teściu, zamartwiać z tego powodu. 
- Chcę tylko, żebyś o tym wiedziała - odparł stanowczo. - Roza 
ma się zaopiekować Andersem. Przyrzekła mi to. Ten chłopiec 
był oczkiem w głowie Nanny. 
Odetchnął z drżeniem i puścił dłoń Liisy. Zmęczony obrócił się 
na bok. 
- Nie zjesz choć trochę kolacji? - upomniała go Liisa, ujrzawszy 
nietknięty talerz z jedzeniem na nocnym stoliku. - Posil się, 
proszę! Od razu spojrzysz na to wszystko w jaśniejszych 
barwach. 
- Moje myśli są klarowne - oświadczył z naciskiem, odwrócony 
do niej plecami. - Nigdy nie myślałem bardziej jasno... 
Liisa wzruszyła ramionami. Nazbyt dobrze znała upór członków 
tej rodziny, by liczyć na to, że jej słowa mogą tu coś zdziałać. 
- Nie zjadł kolacji - powiedziała Olemu, który siedział przy 
ogniu. 
- To znaczy, że usłyszał więcej, niż powinien -uznał Ole. - Hans 
się zapomina i za głośno mówi. Odzwyczaił się. Na wyspach nikt 
nie zwraca mu uwagi, bo nie trzeba tam nikomu szczędzić zbyt 
poruszających wieści. 
Ole mówił o tym z uśmiechem, tak lekko, jakby to wszystko 
dotyczyło kogoś, kogo ledwie zna, a nie jego najbliższej rodziny, 
własnego ojca. 
 
 

background image

- Może jutro coś zje - wyraziła nadzieję Liisa. 
- Na pewno, i to z nawiązką - pocieszył ją mąż. 
- Co sądzisz o tej całej sprawie z Andersem? - zapytała Liisa, 
szepcząc te słowa Olemu niemal wprost do ucha. 
W swym głosie usłyszała odrobinę tej samej goryczy, którą 
ostatnio dostrzegła u Olego. Samuelsborg w niczym nie 
przypominało jej tętniącego życiem rodzinnego domu, w którym 
wesołe uwagi przerywały głośne salwy śmiechu. Tam nikt 
niczego nie ukrywał za zasłoną milczenia... 
- Mały też się za dużo nasłuchał - stwierdził Ole i wzruszył 
ramionami. - Zanim Lea zabrała dzieci na wyspy, przebywały 
jakiś czas w tym piekle. Nikt nie zważał na maluchów. Bez 
skrępowania opowiadano, jak umarła ich mama i za kogo 
wszyscy uważają ich siostrę. Myślisz, że Anders nie słyszał, że 
nazywają ją dziwką? Nawet jeśli nie wiedział wcześniej, co to 
znaczy, mogę się założyć, że inni mu wyjaśnili. 
- Ale on jest za mały, by to rozumieć! - sprzeciwiła się Liisa. 
- Anders zawsze dużo rozmyślał - odparł Ole łamiącym się 
głosem, przepełniony żalem. - Ten nasz najmłodszy braciszek 
jest nad wiek mądry. A mama chroniła go niczym wilczyca, póki 
tak nagle nie odeszła. Myślisz, że on się nie domyślił, że istnieje 
jakiś związek między Jensem a śmiercią mamy, mimo że nie 
rozumiał, jaki dokładnie? Chłopak nie jest głupi. - Ole westchnął, 
a po chwili ciągnął z goryczą: - A do tego ciągle ktoś wypominał 
Rozie, że to ona wciągnęła Jensa do rodziny. Nasz ojciec też nie 
szczędził jej oskarżeń, a nie zwykł ściszać głosu. Słychać go było 
stąd aż do Talvik, kiedy mówił Rozie, co jest 
 

background image

warta. Anders zrozumiał z tego, że to ona jest winna 
nieszczęścia... 
Liisa nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony 
wolałaby, żeby było tak, jak to widział Ole, bo wówczas mogliby 
jakoś pomóc Andersowi. Intuicja jej jednak podpowiadała, że jest 
gorzej. Obawiała się, że mały został opętany przez jakieś duchy 
czy demony. Podzieliła się tą myślą z mężem. 
- Myślisz, że moja siostra potrafi wypędzać demony? 
- Ty wierzyłeś, że może sprawić, iż odzyskasz wzrok - 
odpowiedziała urażona jego szyderczym tonem. 
- To co innego - odparł zrezygnowany. - Zresztą nie potrafiła. A 
anioły, diabły i duchy znajdują się poza zasięgiem tego, z czym 
igra Roza. Obie z Leą dobrze o tym wiedzą. 
Liisa poczuła na plecach zimny dreszcz. Przypomniała sobie, co 
powiedział Samuel o przyrzeczeniu złożonym przez Rozę. Nagle 
uświadomiła sobie, że nie dowodziło to jedynie silnych i 
nierozerwalnych więzów, łączących tę rodzinę. 
W tym kryło się coś mrocznego. 
Coś, co nakazywało zachować czujność. 
Liisa nie zdobyła się na to, by powiedzieć o tym mężowi. Nie 
chciała go dodatkowo martwić. I tak wystarczyło mu powodów 
do rozmyślań. 
Anders miał duże brązowe oczy, takie same jak jego mama. Tak 
jak oczy Nanny potrafiły lśnić przekonaniem, żarzyć wiarą i 
błyszczeć radością. Roza ujrzała w oczach brata wszystko to 
naraz. Ukucnęla przed nim i ujęła w dłonie wciąż mięciutkie, 
dziecinne rączki, a on, choć niechętnie, pozwolił jej na 
 
 
 

background image

to. Siedział nieruchomo niczym kamienny posąg, w którym tylko 
oczy zdawały się żyć. 
Jasnym, chłopięcym głosikiem, z wewnętrznym żarem, 
recytował, zapatrzony gdzieś w przestrzeń: 
- Upadł, upadł Babilon - stolica, bo winem zapalczy-wości 
swojego nierządu napoiła wszystkie narody. 
- To ja, Anders! - odezwała się do niego. - Słyszysz mnie? To ja! 
Twoja siostra, Roza. Nie przywitasz się ze mną? Przyjechałam aż 
z Kafjorden, by się z tobą spotkać. Twój starszy brat, Ole, kazał 
cię pozdrowić, Liisa też. No i tata... 
Anders patrzył, jakby jej nie widział. 
- Potem przyszedł jeden z siedmiu aniołów, mających siedem 
czasz i tak odezwał się do mnie: „Chodź, ukażę ci wyrok na 
Wielką Nierządnicę, która siedzi nad wielu wodami, z którą 
nierządu się dopuścili królowie ziemi, a mieszkańcy ziemi się 
upili winem jej nierządu". 
Roza zrezygnowana spojrzała na babcię, ale Lea milcząco 
pokręciła głową. Edvard wyszedł. Nie był w stanie się temu 
przyglądać. Wszystko to słyszał już po wielekroć, ale kiedy 
patrzył, jak mały Anders rzuca swojej siostrze oskarżenia prosto 
w twarz, zabolało go to podwójnie. 
Anders nie przestawał recytować z pamięci objawień świętego 
Jana. Patrzył na Rozę niemal przyjaźnie, w jego dziecięcych 
oczach nie było pogardy. Żarzyło się w nich jedynie głębokie 
przekonanie, wiara i moc. Dziecięca pewność. Widział Rozę i 
zarazem jej nie widział. A ona z tego, co usłyszała, wyłuskała 
słowa, które dotyczyły jej osoby. Te, przed którymi Anders 
nabierał oddechu, by zabrzmiały szczególnie wyraźnie. Które 
dotyczyły jej bardziej niż pozostałe: 
 

background image

- ... ci nienawidzić będą Nierządnicy i sprawią, że będzie 
spustoszona i naga, i będą jedli jej ciało i spalą ją ogniem. 
Roza odwróciła się plecami do brata. Chciało jej się płakać, ale 
nie dała tego poznać po sobie przed braćmi, Maxwellem i babcią 
Leą. Potrzebna jej była wiara we własne siły i w to, że podoła 
temu zadaniu. Anders tymczasem wciąż recytował słowa 
Objawienia. 
- Odpłaćcie jej tak jak ona odpłacała, i za jej czyny oddajcie 
podwójnie: w kielichu, w którym przyrządzała wino, podwójny 
dział dla niej przyrządźcie! Ile się wsławiła i osiągnęła 
przepychu, tyle jej zadajcie katuszy i smutku! Ponieważ mówi w 
swym sercu: „Zasiadam jak królowa i nie jestem wdową, i z 
pewnością nie zaznam żałoby", dlatego w jednym dniu nadejdą 
jej plagi: śmierć i smutek, i głód; i będzie spalona... 
Roza nie wytrzymała. Wybiegła z ciepłej izby zbudowanej z 
nierównych bali, uciekając od chłopięcego głosu i słów Biblii, 
które zdawały się napisane specjalnie dla niej. 
Wokół wyspy roztaczała się otwarta przestrzeń. Nie było się tu 
gdzie schronić przed ostrym wiatrem i przenikliwym chłodem. 
Stojąc na skraju gładkich, lśniących skał, Roza miała przed sobą 
tylko morze. Fale przypływu uderzały niczym 
niepowstrzymywa-ne, czyniąc szare kamienne brzegi gładkie jak 
policzek dziecka. Aż chciało się przytulić do nich, by znaleźć 
ukojenie. 
Poczuła na ramionach dłonie dziadka, a potem jego ogorzały od 
wiatru policzek na swoim, pokrytym bliznami. 
- Święty Jan zwracał się tymi słowami do ludu, 
 
 
 

background image

który obrał drogę grzechu - rzekł Edvard zmęczony 
wyczerpującym rejsem. - To wszystko zapisane jest w Biblii. 
- Nie obchodzi mnie, co tam jest napisane. Ale boli mnie, w co on 
wierzy - odparła Roza, czując, jak po policzkach spływają jej łzy. 
Nie próbowała ich ukryć. Nie przejmowała się tym, że dziadek 
Edvard zobaczy, iż płacze. Wiatr był jej sprzymierzeńcem, jej 
przyjacielem, chłodził i osuszał jej twarz. 
- Hans ci powiedział, prawda? - rzekł Edvard z ciężkim sercem. - 
Prosiłem, by milczał. Sądziłem, że mnie posłucha, ale on jest już 
dorosły, sam chce o sobie decydować, dzieciak... 
Edvard nawet nie zauważył, że zaprzecza sam sobie. W jego z 
pozoru ostrym tonie pobrzmiewała czułość. 
- Hans to mój brat, jesteśmy wobec siebie szczerzy, zawsze tak 
było, dziadku... 
- Pewnie tak. 
Długo stali razem zapatrzeni w morze, które zmieniało się na ich 
oczach tak samo jak targające nimi uczucia. 
- Co on właściwie o mnie mówi? - zapytała wreszcie Roza. 
- Sama usłyszysz - westchnął dziadek i uścisnął jej ramiona. - 
Czasami słowa chłopca brzmią jak proroctwo. 
Edvard wyznał to z wyraźnym przymusem. Wiele o tym 
rozmyślał, ale nie zwierzył się ze swych lęków nawet Lei. Roza 
pierwsza usłyszała to z jego ust, co go dodatkowo zasmuciło. Ale 
błagalnym tonem prosiła o szczerość, więc nie mógł postąpić 
inaczej. 
- To znaczy, że nie recytuje jedynie wersetów Biblii? 
 

background image

- Nie wiem, skąd mu się to bierze - rzekł Edvard, kręcąc głową. - 
Przeraża mnie, kiedy przestaje recytować słowa Pismu. 
Najbardziej się boję, Rozo, kiedy on mówi o przyszłości, o której 
przecież nic nie może wiedzieć. Mam nadzieję, że nigdy nie 
doczekam spełnienia tych wizji. 
- Przepowiada, co mnie czeka? - pytała Roza. 
- Głównie - odparł dziadek. - Ałe skupia się też na przyszłości 
Finnmark. Mówi, że północ Norwegii pogrąży się w 
ciemnościach, że zapadnie tu długa noc. Opowiada o takich 
rzeczach, o których mały chłopiec nie może nic wiedzieć, nawet 
taki, który zna na pamięć Biblię. 
Edvard przez całe życie obserwował morze. Wiedział więc, że u 
progu nocy, gdy wiatr całkowicie ucichnie, będzie mógł 
powiosłować daleko, aż znikną mu z oczu wyspy. Poruszy to 
nieskończone zwierciadło, w którym odbija się niebo, 
porozmawia ze sobą i posłucha, co mewy myślą o jego 
zmaganiach. 
- Poczekaj, aż trochę odpocznie - poprosił. - To dla niego 
strasznie wyczerpujące. Gdy wpadnie w zbyt wielkie uniesienie, 
całkiem go to załamuje. Najlepiej pozwolić mu się po tym 
wszystkim wyspać. Poczekaj z resztą do wieczora. 
- On już skończył mówić? - zapytała Roza. 
- Apokalipsa świętego Jana zajmuje w Biblii niewiele stron. 
Zapewne więc już skończył - wyjaśnił Edvard. - Lea nauczyła się 
odwracać jego uwagę. Na pewno dziś zrobiła to samo. Może jest 
tak zmęczony, że natychmiast zaśnie. Ale śpi zwykle niespokoj-
nie. Wówczas zabieram go na morze... 
Dopiero teraz Roza zrozumiała, skąd na twarzy dziadka tyle 
nowych zmarszczek, których nie widziała, gdy się widzieli 
ostatni raz. 
 

background image

- Ty też mało sypiasz, dziadku - powiedziała łagodnie. 
- Mało - odparł. - Ale przywykłem już do tego. Potem musisz 
porozmawiać z Leą. 
Dziadek odszedł, ale Roza nie cieszyła się długo samotnością. Za 
plecami usłyszała odgłos kroków Maxwella. Poznała szuranie 
jego najlepszej jakości butów ze skórzanymi zelówkami. 
Maxwell usiadł obok Rozy, wprost na skale. Nie patrzył na nią z 
góry i nie udawał nikogo lepszego. 
- Ocean prowadzi w każdą stronę - odezwał się. Nie raz 
rozmyślała o tym samym, choć nie do 
końca sobie to uświadamiała. Usłyszawszy te słowa z jego ust, 
zrozumiała nagle ich głęboki sens. 
- Mój brat zna na pamięć wszystko, co kiedyś spisał apostoł Jan - 
opowiedziała Roza. 
Maxwell uniósł brwi i popatrzył na nią zdumiony. Roza 
przypomniała sobie, że angielskie imiona różnią się od 
norweskich. Nie wiedziała, jak ma mu to więc wytłumaczyć. 
- ...uczeń Chrystusa - rzekła z ociąganiem. - Apostoł... Johannes... 
- Ach, St. John the Apostle? 
Roza pokiwała głową. Poznała znów kolejne słowa, jeszcze jeden 
fragment wiedzy. 
- On ma osiem lat i zna na pamięć całą Apokalipsę - dodała. - 
Słyszałeś go-Maxwell dopiero teraz zaczął pojmować. Zastana-
wiał się, o co chodziło w tym dziwnym przedstawieniu, które 
wydało mu się takie fascynujące. Wychudzone, poważne dziecko 
o oczach sarny, pięknej twarzyczce i ciemnej, zwichrzonej 
grzywce, wpatrzone w czas i wieczność. I ten cienki, chłopięcy 
głosik, który mówił coś, jakby zaklinał: szybko i bezna- 
 

background image

miętnie. Maxwell nie rozumiał, co mówi, nie mógł za nim 
nadążyć. Teraz wreszcie olśniło go. Dziecko wypowiadało tekst, 
który znało na'pamiçc. 
- Czy on jest chory? 
- Chyba posiada zdolność jasnowidzenia - wyjaśniła Roza. - Ale 
boję się o niego. Uważa siebie za świętego Jana. Mnie nazywa 
nierządnicą Babilonu -dodała, a kiedy Maxwell nie zrozumiał, 
zastąpiła to określenie bardziej dosadnym. 
- On ma osiem lat? 
Roza pokiwała głową, patrząc na zdumione, ale i współczujące 
oblicze Maxwella. Nie chciała jednak, by się nad nią litował. Nie 
potrzebowała tego. 
- Czemu po ciebie posłali? - chciał wiedzieć Maxwell. 
- Ponieważ liczą na to, że uda mi się mu pomóc. 
- Jak? - zapytał natychmiast. 
- Jeszcze nie wiem - odparła, bo nie miała najmniejszego pojęcia, 
w jaki sposób mogłaby to uczynić. Gdyby nie ufność, że Lea 
dokładnie wszystko przemyślała, uznałaby tę podróż za 
bezsensowną. 
- To musi być bardzo inteligentne dziecko -stwierdził Maxwell. - 
Zapamiętało tak długi tekst! 
Roza pomyślała o przyrzeczeniu złożonym ojcu. Nagle wydało 
jej się, że chodziło mu o coś więcej niż o doraźną opiekę nad 
Andersem, który był niewątpliwie mądrym chłopcem i zasłużył 
na to, by osiągnąć coś w życiu. Może mógłby nawet zostać 
inżynierem, jak David Warren... 
  - Chciałabym cię prosić, byś nie wspominał o niczym swojej 
siostrze - odezwała się powoli Roza. 
Może niestosowne z jej strony było zabiegać o to, by zachował 
się lojalnie wobec niej, zamiast wobec własnej rodziny. Przez 
całą drogę jednak ta myśl nie 

background image

dawała jej spokoju, dlatego zdecydowała się sprawdzić, jak 
Maxwell to przyjmie. 
- Ta sprawa jej nie dotyczy - dodała Roza pod pełnym powagi 
spojrzeniem Anglika. 
- Gdyby Margaret wiedziała, lepiej by cię zrozumiała. 
-Nie! 
- Uszanuję twoją wolę. 
- To dobrze! - Odetchnęła z ulgą. - Anders jest moim bratem. 
Margaret i David nie mają z tym nic wspólnego. On ich nie 
obchodzi. 
- Opowiedz, co ci się śniło - poprosiła Lea łagodnie, przytulając 
Andersa. 
Lea była drobną, filigranową kobietą, ale tkwiła w niej wielka siła 
i ciepło. Emanowała życzliwością. Tuliła swojego wnuczka w 
ramionach, starając się, by poczuł się bezpiecznie. 
Podtrzymywała go na duchu i pocieszała. Patrzyła czujnie na 
Rozę, ostrzegając, by się nie odzywała. 
Zadbała o to, by wnuczka pozostała w najciemniejszym 
zakamarku izby, tak by Anders jej nie widział i zapomniał, że tu 
była. 
- Śniła mi się Roza - odpowiedział Anders cicho. 
- Widzisz swoją siostrę? 
- Ubrana jest jak angielskie damy. Ma na sobie strojną suknię i 
klejnoty. Jakieś głosy szepczą, że ona jest.... przez cały czas to 
szepczą. Nie przestają szeptać, ona chyba to słyszy, ale mimo to 
się uśmiecha. Wydaje mi się, że się tym wcale nie przejmuje. 
- Co mówią głosy? - zapytała Lea łagodnie. 
- Że jest nierządnicą. Babilońską nierządnicą. Ze jest kobietą 
upadłą. Że spotka ją kara. Że zostanie znienawidzona. Wszyscy ją 
znienawidzą - mówił 
 

background image

Anders roztrzęsiony. Dolna warga mu drżała, wyglądało, jakby 
zaraz miał się rozpłakać. 
Lea pogłaskała go delikatnie po plecach i po włosach. Nie 
zachęcała go więcej do mówienia, ale Anders jakby nie mógł się 
teraz powstrzymać. 
- Mówią, iż ona myśli, że jest królową. A dostała bogactwo i 
klejnoty za to, że grzeszyła i źle się prowadziła. Mówią, że za to, 
co uczyniła, otrzyma podwójną karę. Podwójnie będzie cierpieć i 
smucić się. Ona mówi, że nie jest wdową, że jest królową i to 
prawda, bo Peder przecież nie umarł, więc ona nie jest wdową. 
Słyszę, jak się śmieje, mówiąc, że nigdy nie zazna smutku. 
Obraca się w pięknej sukni, śmieje się i trzyma dziecko. Widzę, 
że to maleńka dziewczynka, bo ona też ma piękną, jedwabną 
sukienkę... Roza tańczy, gdy wchodzę do środka. Ja także jestem 
pięknie ubrany. Mówię jej, że zesłane zostaną na nią męki, że 
będzie cierpiała i że wszystkie jej smutki nadejdą równocześnie. 
Zostanie spalona. - Nabrał powietrza w płuca. - Ona mi nie 
wierzy, myśli, że jej nic się nie może stać. Nic jej nie grozi, bo 
jest królową i czarownicą. Ale ja wiem, że mam rację. Widziałem 
ogień. 
Roza, ukryta w mroku, lękała się oddychać. Wciąż nie wiedziała, 
co ma o tym wszystkim myśleć. Anders od recytowania objawień 
przeszedł do spraw mu bliższych. Z jego wizji wyłaniał się obraz 
jej osoby, bardzo odrażający obraz. 
- Widzę, jak dzieci, które wyszły ze światła, połączone srebrną 
nicią, trzymają się za ręce - ciągnął Anders. - Ale nierządnica 
Babilonu nigdy nie dotknie srebra. Wywodzić się będą z jej rodu. 
Ona będzie to posiadać i nieść ze sobą jako znak światła. A z jej 
lędźwi wyjdzie ta, która połączy wszystkie 
 

background image

nici w jedną. Ona będzie dysponować siłami, światłem i darami - 
i ona, trzymając pochodnię przed swoimi, poprowadzi ich w 
mrok i z mroku wywiedzie. Widzę umierających, łodzie z 
żołnierzami giną za horyzontem, a niektórzy z nich nigdy nie 
powrócą. Widzę martwych na śniegu, widzę, jak żołnierze biją 
ludzi i strzelają do nich, ciskają ich do rowów i w odmęty fal. 
Widzę katowanych, zabijanych, widzę wypędzanych. I widzę 
wielką pożogę. I czuję obecność tej, która wychodzi ze światła... 
znamy się. Jest niewysoka i szczupła, dziecko jeszcze niemal, ale 
dzierży światło i przeprowadza wielu wśród ciemności nocy. Ale 
srebrna nić kończy się wraz z nią. Znika w mroku nocy i w 
górach. Wszystko zamienia się w ogień i skałę. Ona wraca od 
Rozy. Ma na myśli Rozę, gdy płacze, dygocze i kaleczy dłonie do 
krwi. 
Anders zwrócił oczy ku Lei i sprawiając wrażenie bardziej 
przytomnego, dodał: 
- Musimy ochronić Rozę, babciu, żeby nie spłonęła. Ona nie 
może robić tych wszystkich złych rzeczy! 
Lea pokiwała głową i mrugając powiekami, powstrzymywała 
łzy. Anders ciążył jej w ramionach. 
- Jesteś zmęczony? - zapytała. 
Pokiwał głową w półśnie. Poczekała, aż chłopiec zaśnie mocniej, 
i dopiero wówczas przeniosła go do alkierza, który dzielił z 
Knutem. 
- Czy coś z tego rozumiesz? - zapytał Hans chrapliwie. 
Wszyscy siedzieli pogrążeni w kompletnej ciszy, rozmyślając ze 
smutkiem nad słowami Andersa. 
Roza umknęła spojrzeniem w mrok, opierając się mocno o 
ścianę. 
- A jeśli to rzeczywiście moje życie? - zapytała. 
 

background image

- Czy możesz jakoś pomóc Andersowi? - chciał wiedzieć 
trzynastoletni Nikolai. 
- Nie wiem - odparła. 
... cokolwiek by uczyniła dla Andersa, nie zmieni to niczego dla 
niej samej. Jest nierządnicą Babilonu, a nierządnica zostanie 
ukarana... 
 
 
Rozdział 13 
Lea, już uspokojona, wróciła do jadalni, w której przyjmowała 
bogatych kupców i kapitanów statków z dalekich portów, a także 
wielu bezradnych biedaków, których jedynym dobytkiem były 
stare łachy na grzbiecie. Przychodzili tu ze Swoimi prośbami. 
Pochylali głowy, by ukryć strach malujący się na ich twarzach. 
Strach przed nią. Lea przywykła do różnych gości. 
Zerknęła na męża z wyrzutem, że tego nie dopilnował, i 
poczęstowała Anglika koniakiem. Sama nie przepadała za takim 
trunkiem. Jeśli już, to popijała słodkie, gęste likiery do ciasta i 
niedzielnej kawy. 
- Sądziłem, że mieszkańcy Północy chętniej raczą się rumem - 
rzekł Maxwell, obracając w dłoniach ciężki, kryształowy 
kieliszek, odpowiedni do koniaku. U dołu pękaty, zwężał się ku 
górze, dzięki czemu dla koneserów aromat trunku był lepiej 
wyczuwalny. Zastanawiał się, jak takie piękne kieliszki trafiły na 
to odludne wybrzeże. 
- A któż panu naopowiadał takich rzeczy? 
- Słyszałem, że do sklepu w Kopalni sprowadza się najwięcej 
rumu - odpowiedział Maxwell. 
 

background image

- Tu pod północnym biegunem nie wszyscy są jednakowi - 
odparła Roza. - Bez względu na to, co słyszałeś. Spotkać tu 
można także ludzi wykształconych i obytych w świecie. 
- Chyba nie mówisz o sobie, Rozo - stwierdziła cierpko babcia i 
karcącym wzrokiem nakazała jej się uciszyć. 
- Piękny kryształ - pochwalił Maxwell, zwracając się do Lei. 
Ta zaś uśmiechnęła się i wyjaśniła z dumą: 
- To nasza rodowa pamiątka, przechodzi z matki na córkę już od 
ponad stu lat. Moja prababka otrzymała te kieliszki od swojego 
męża, kiedy urodziła moją babkę. 
Maxwell uniósł brwi zdumiony. Wciąż coś go zaskakiwało w tym 
odległym zakątku świata. 
- Niezwykły prezent - orzekł. - Prawdziwa osobliwość: kryształ 
budziszyński na skalistych wybrzeżach Norwegii! 
Lea zaśmiała się kokieteryjnie, gawędząc z młodym 
dżentelmenem, tak bywałym w świecie, a mimo to 
sympatycznym. W jego towarzystwie czuła się swojsko. 
Wyjaśniła mu więc z uśmiechem: 
- Moja babka urodziła się w Rosji, w Archangiel-sku, znanym 
portowym, kupieckim mieście. Nie wiem, skąd trafiły te 
kryształowe kieliszki, ale tam właśnie mój pradziad je kupił i 
podarował prababce Idzie. Było to w roku pańskim tysiąc 
siedemset pięćdziesiątym. 
- Jest pani Rosjanką? - Maxwell uniósł brwi ze zdumieniem, 
przyglądając się uważniej Lei i Rozie. To by wyjaśniało, skąd ta 
nieco egzotyczna uroda Rozy. 
Ale Lea pokręciła głową przecząco, a Roza tylko westchnęła 
ciężko. 
 

background image

- Babcia uwielbia opowiadać rodzinne historie -skwitowała. - 
Moja praprababka podróżowała razem ze swym mężem po Rosji, 
kiedy przyszło na świat jej dziecko. Przyrodni brat Idy był 
Rosjaninem, armatorem w Archangielsku. - Uśmiechając się 
słodko, dodała zgryźliwie: - Jak widzisz, Maxwellu Hart, w 
naszej rodzinie też mieliśmy kapitana statku. 
Maxwell rozumiał, że zasłużył na ten ironiczny przytyk, i 
zapragnął w duchu, by Margaret mogła zobaczyć ten dom, 
porozmawiać z babką Rozy i wysłuchać historii rodu, z którego 
wywodziła się- jej służąca. Być może i ona zawstydziłaby się tak 
jak on teraz. 
-Jesteś nieuprzejma, Rozo! 
-Jestem nierządnicą Babilonu - odparła Roza. -Czego można się 
po mnie spodziewać? 
Lea spoważniała gwałtownie i zapomniała o Angliku i swych 
obowiązkach gospodyni. Przysunęła się bliżej Rozy i chwyciła ją 
za ręce, na co ta bezwolnie przyzwoliła. 
Lea zawsze pocieszała wnuczkę w taki sposób. Złączona z nią 
dłońmi, dzieliła się siłą, ciepłem, swoim światłem. 
- Myślę, Rozo, że powinnaś zabrać Andersa z powrotem do 
Kâfjorden. 
- Ale on jest chory! Nie poradzę sobie z nim sama. Mam pracę. 
Lea, nie spuszczając wzroku z wnuczki, nieznacznie uniosła 
brew. Roza oblała się rumieńcem. Uświadomiła sobie, że Lea 
wie, wiedziała zawsze o wszystkim. Roza jednak mimo to nie 
zamierzała z nią o tym rozmawiać. 
- Myślę, że taka jest wola - stwierdziła Lea prze- 
 
 
 

background image

konana, choć z ciężkim sercem. - Anders powinien wrócić. Teraz 
ty przejmiesz nad nim opiekę, Rozo. 
Skuliła się na te słowa. Edvard nie wiedział, o czym rozmawiała z 
ojcem przed wyjazdem, teraz zaś Lea powtórzyła niemal słowo w 
słowo to samo co Samuel. 
- Co powiedzą o nim ludzie w Kopalni? - spytał Hans. 
- Nie wtrącaj się, chłopcze! - przerwała mu niespotykanie ostro 
Lea. 
- Co powiedzą ludzie w Kopalni o Andersie? - powtórzyła Roza, 
wymieniając spojrzenie z bratem. -Co powiedzą, babciu, kiedy 
zacznie recytować Biblię* kiedy w jadłodajni wygłosi to, co inni 
powtarzają już od lat, że jego siostra jest dziwką? 
- On widzi - odparła Lea. - Najmłodsi zawsze mieli dar 
jasnowidzenia. 
- Ja nie! - zapewnił Nikolai z Edwardem niemal chórem. Hans 
tylko patrzył i milczał. 
- Pomyślałaś o czymś, gdy on zaczął mówić o srebrze - odezwała 
się Lea i spojrzała Rozie prosto w oczy. 
- Co się stało ze srebrną broszką Raiji? - zapytała Roza. - Co stało 
się z tą srebrną broszką, którą dostała od Mikkala na pożegnanie, 
kiedy jego ojciec odesłał ją z ich lapońskiej wspólnoty? 
- Nie wiesz? - zdziwiła się Lea. - Przecież prześledziłaś jej losy, 
dziecko. 
Roza nic nie powiedziała. Czuła, jak ciepło bijące od Lei przenika 
ją i grzeje. Czuła w sobie siłę babci i już wiedziała, że znowu 
zdoła wyprostować kark. 
Lea wiedziała o wszystkim i to było przerażające, ale zarazem 
dawało Rozie poczucie bezpieczeństwa. 
 

background image

- Broszę wziął Ailo - rzekła Roza z przekonaniem. Lea miała 
rację. 
We śnie i w świetle prześledziła drogę, którą przebyła broszka 
przekazywana z rąk do rąk na przestrzeni lat. Widziała tych, 
którzy byli w posiadaniu srebrnej ozdoby, była świadkiem 
najważniejszych momentów w życiu członków rodu związanych 
z tą broszką. 
Podążała śladem tego miłosnego daru aż do chwili, gdy trafił do 
Ailo, syna Mikkala. Raija kazała oddać broszkę jemu, synowi 
ukochanego, tak by ten mógł ją ofiarować swojej żonie Annie 
Kajsie. 
- Anna Kajsa umarła podczas długiej drogi na płaskowyż - 
mówiła dalej Roza. - I Ailo także umarł. Ailo umarł, ponieważ 
potrzebowali go, by ochronić Idę. 
- Stali wokół Idy w świetlistym kręgu, trzymając się za ręce - 
powiedziała Lea z naciskiem. 
Roza wpatrywała się w nią rozszerzonym wzrokiem, powoli 
zaczynając rozumieć to, co sugerowała jej babcia. 
- ...dzieci, które wyszły ze światła, trzymają się za ręce - Lea 
powtórzyła słowa Andersa. Dla Rozy nagle zyskały one zupełnie 
inne znaczenie. 
- Dzieci Raiji i Mikkala - rzekła Roza. 
- Tak jednego, jak i drugiego, ich obojga. 
- To my - zauważył oschle Hans. - O czym tu gadać? Jest nas cała 
gromada. Czy wszyscy mamy popłynąć do Kafjorden i wziąć się 
za ręce? Po co? 
- Nie, nie wszyscy - odparła Roza. 
Nie pojmowała, skąd bierze się w niej ta pewność. Może dlatego, 
że babcia trzymała jej dłonie, pozwalając jej widzieć wszystko 
jaśniej i dalej. Roza uśmiechnęła się nagle do Lei tym uśmiechem 
Raiji, 

background image

dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. Takim, który pochodził 
wprost z serca i czynił ją piękną. 
- Poradziłabyś sobie sama z małym Andersem -stwierdziła Roza. 
- Ale chciałaś mi to pokazać. 
Lea nie czuła się w obowiązku tłumaczyć. 
- Jest w Kopalni ktoś... - zaczęła Roza z ociąganiem. - Kobieta. 
Starsza ode mnie o jakieś pięć, sześć lat, nie więcej. Ma szczupłą 
twarz i wystające kości policzkowe. W jej jasnobłękitnych 
oczach jest coś, co wywołało mój niepokój, gdy ją ujrzałam po 
raz pierwszy. Ma takie osobliwe spojrzenie. Porusza się podobnie 
jak ja. Kiedy to odkryłam, przebiegł mnie zimny dreszcz. Bo 
wydawało mi się to niewiarygodne. 
- Co z nią? - pytała Lea. 
- Ludzie mówią, że pochodzi z Finlandii albo z Rosji, ale moim 
zdaniem z Finlandii, bo mówi z fińskim akcentem. Ma na imię 
Raissa. 
- Może to nic takiego dziwnego, skoro pochodzi z 
przygranicznych terenów - uznał Edvard. - Ludzie czerpią od 
siebie nawzajem od stuleci. Przejmują to, co wydaje im się 
piękne. Imię Raissa jest piękne. 
- Ludzie mieszkający na fińskim pograniczu nigdy by nie dali 
swojemu dziecku rosyjskiego imienia -stwierdziła babcia Lea z 
namysłem. - Zwłaszcza po tym, jak narażeni byli na ataki 
rosyjskich oddziałów plądrujących ich domostwa. 
- O ile to imię wcześniej nie było popularne w ich rodzinie - 
ciągnęła Roza myśl babki. 
Edvard zaśmiał się, a chłopcy także unieśli kąciki ust. Jedynie 
Maxwell nic z tego nie rozumiał, ale popijał koniak i nie zadawał 
więcej pytań. 
- Ona ma srebrną broszkę, taką samą, jaką widziałam w swoich 
snach - rzekła Roza. 

background image

- Od tysiąc siedemset pięćdziesiątego drugiego roku nikt nie 
widział tej broszki - rzekł zrezygnowany Hans, który też dobrze 
znał historie swojego rodu. 
- Zniknęła wraz z tym, który zamarzł na śmierć na płaskowyżu i 
który nigdy nie został odnaleziony. 
- Wiemy o tym na pewno? - zapytała Roza. 
- Nie - odparła Lea. 
- A Mikkal przyszedł do mnie i mówił coś o synu - ciągnęła Roza. 
- O synu, który urodził się w tym samym roku co Ida, córka Raiji 
i Reijo. 
- W tysiąc siedemset dwudziestym dziewiątym -wtrącił Hans. 
- A ta kobieta, o której mówisz, ma około dwudziestu pięciu lat - 
liczyła w pamięci Lea. - Minęło sto dwanaście lat. Ten syn mógł 
mieć dziecko w wieku około dwudziestu lat, tak... czyli 
zaczynając od niego, naliczyć można cztery pokolenia. 
- Jeśli ta kobieta pochodzi od tego dziecka, to nie może być 
podobna do Rozy - wytknął jej Hans. -Nie są spokrewnione. 
Mówicie o synu, którego Mikkal miał z jakąś kobietą, której nikt 
nie zna i o której nikt nie wiedział, póki Roza nie usłyszała o niej 
i dziecku we... śnie. - Patrzył na Rozę i na Leę znacząco. - Do 
diabła, przecież my pochodzimy w prostej linii od Raiji i Reijo. 
Nie od Mikkala i Raiji. Ale jeśli taka gałąź wciąż istnieje, to 
szukać jej należy gdzieś w Finlandii... 
Hans zamilkł, uświadomiwszy sobie, co właśnie powiedział. 
- To właśnie ta inna możliwość - odparła Lea zadowolona. - 
Fińska gałąź. 
- Skąd ona w takim razie ma broszkę? - przerwała Roza, nie 
nadążając za rozumowaniem Hansa. 
 
 

background image

- To był bogaty ród - stwierdziła Lea. - Cenili sobie piękno. Ailo 
sam przecież był artystą, wyrabiał różne ozdoby. Myślę, że z 
czasem wzory tych ozdób zaczęto sobie przekazywać z pokolenia 
na pokolenie w tej gałęzi rodu. Może udało im się wykonać 
broszkę podobną do tej, którą odstąpiła Maja? Jakieś powiązania 
na pewno wciąż mieli z rodziną w Norwegii. 
- A co z dziećmi Knuta? - zapytała Roza, przypominając sobie 
syna Raiji, który osiadł w szwedzkiej osadzie górniczej Kengis. 
- Syn Karla Elvejorda nigdy nie posiadał nadprzyrodzonych 
zdolności - oznajmiła Lea z przekonaniem. - To kobiety 
przekazują sobie dar z pokolenia na pokolenie. Tylko Ailo był 
wyjątkowy, bo on był synem Mikkala. 
- Ale Maja miała tylko jednego syna - rzekł 
Edvard. 
- Maja była córką nie tylko Raiji, ale i Mikkala. Ona 
odziedziczyła zdolności z obu stron - stwierdziła Roza. 
- Do diabła, jaka szkoda, że nie wywodzimy się od niej! Myślę, że 
wówczas wszystko byłoby dla nas bardziej zrozumiałe. 
- Ale wtedy nie miałybyście tych pięknych, rudych włosów - 
uśmiechnął się Edvard i wyskubał lok z koka żony. Nawinął go 
wokół palca i przystawił do światła, tak że zalśnił miedzią, mimo 
że tu i ówdzie połyskiwały srebrne nitki siwizny. - Byłoby bardzo 
szkoda. 
- Sądzisz, że ta kobieta należy do naszego rodu? - zapytała Lea, 
która choć udawała, że się złości na Edvarda, wcale nie miała mu 
za złe tych drobnych głupstw. 
 

background image

- Myślę, że ona jest jedną z nas. 
- To potrzymajcie się za ręce - zażartował sobie Hans i wychylił 
kieliszeczek koniaku. Skrzywił się, przełykając trunek, i 
pomrugał parę razy, by powstrzymać łzy. Pozostali udawali, że 
tego nie widzą. 
- Wątki łączą się i splatają, niczym srebrne nici, w czasie - 
powiedziała Lea. - Roza, ta dziewczyna z Finlandii o imieniu 
Raissa, Ole, Anders... 
- To oni niby mają być tymi dziećmi, które wyszły ze światła? - 
Hans uważał, że za dużo w tym wszystkim baśni, mimo że nastrój 
pogrążonego w półmroku pokoju i późna pora sprzyjały takim 
opowieściom. 
- Wszystko się zgadza - podkreśliła Lea z naciskiem. - Myślę, że 
ta Raissa przybyła do Kafjorden po to, by spotkać Rozę i 
pozostałych. 
- Albo Mattiasa - zażartował Hans, który zdążył dowiedzieć się 
więcej nowin niż te, które Roza uważała za stosowne mu 
przekazać. 
Lea zmarszczyła brwi, ale po chwili namysłu uśmiechnęła się. 
- A więc ta Raissa lubi Mattiasa? 
- Zapytaj Rozę - drażnił się Hans. 
- Licho wie - odparła Roza i obojętnie wzruszyła ramionami. Ale 
nie udało jej się oszukać pozostałych. Wszyscy zauważyli, jak 
gwałtownie wyprostowała kark. - Mattias w każdym razie darzy 
ją uczuciem, a ona mu sprzyja - dodała Roza z równie obojętną 
miną. 
- Ponieważ Roza odrzuciła Mattiasa - obwieścił Hans. 
- Powiedz, Rozo, czego próbowałaś i nie powiodło ci się, bo 
zabrakło ci sił? - zapytała Lea. 
- Nie budź w niej nadziei na coś, czego nie można dokonać - 
ostrzegł Edvard, nie mając ochoty dłużej tego wysłuchiwać. 

background image

Wstał i otworzył okno, wpuszczając do środka wieczór. Słychać 
było tylko plusk fal o skały i nawet mewy ucichły. 
- Może brakowało ci właśnie jej i Andersa? 
- Nie - rzekła Roza. - Nie. Nie chcę w to wierzyć. 
- Nie chciałabyś tego zrobić? - pytała Lea. - Jeśli 
potrzebowałabyś jej pomocy? 
- Poszłabym po pomoc do samego diabła, gdyby było trzeba - 
warknęła Roza. 
  Zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że się przewróciło, i 
wybiegła z izby nad morze, na skały. 
- O co w tym wszystkim chodzi? - zapytał Maxwell, kiedy 
gorączkowa rozmowa przy stole wreszcie ucichła. 
- Więzy krwi - odparł Hans. - Zawikłane relacje rodzinne. 
Szaleństwo. Znajdziesz tu u nas wszystkiego po trochu. 
Maxwell pokiwał głową, choć niewiele więcej z tego zrozumiał. 
- Jeśli państwo pozwolą - rzekł, kłaniając się uprzejmie - to 
przyłączę się do Rozy. 
- Ona chyba nie sypia z tym bubkiem? - zapytał Edvard, 
przewracając oczami. 
- Proszę się nie wypowiadać w taki sposób. Nie życzę sobie, żeby 
tak mówiono w tym domu - zareagowała ostro Lea. 
- Nie, nie sypia - odpowiedział Hans znużony. 
Nie zwracając uwagi na pełne potępienia spojrzenie Lei, kiwnął 
ręką i z miną niewiniątka popatrzył na nią swoimi dużymi, 
brązowymi oczami. Temu spojrzeniu nikt nie mógł się oprzeć. 
 

background image

- Dokąd się wybierasz? 
Maxwell znalazł Rozę na brzegu w chwili, gdy spychała łódź 
wiosłową na wodę. Zwykle na noc łodzie wciągano na skały, 
gdyż morzu nie można było tu ufać. Bywało spokojne i ciche, by 
gwałtownie zmienić się w kipiel i uderzać spienionymi falami o 
brzeg, porywać łodzie albo rozbijać je w drzazgi. 
- Wypływam - odpowiedziała, pozwalając mu pomóc zepchnąć 
łódź. - Muszę uporządkować myśli. 
- Słyszałem, że i w twojej rodzinie są żeglarze -rzekł Maxwell. - 
Ale skoro to ja jestem mężczyzną, pozwól, że usiądę do wioseł i 
popłyniemy tam, gdzie będziesz sobie życzyła. 
Rozę rozśmieszyła jego dworska powaga. Maxwell Hart nawet 
kiedy żartował, nie umiał pozbyć się patosu. 
- Ależ oczywiście, będzie ci wolno powiosłować, tobie, synowi 
kapitana! - odpowiedziała i pozwoliła, by przytrzymał łódź, gdy 
wchodziła na pokład. 
Wokół nich panowała kompletna cisza. Mgła nie ograniczała 
widoczności. Morze ciągnęło się aż po horyzont, gładkie niczym 
szafirowozielone szkło. Słoneczna kula wychylała się lekko i 
wysyłała leniwie, złocistożółte i karminowe promienie, 
zabarwiając niemal całą niezmąconą taflę, jakby chciała się w 
niej ochłodzić. 
Maxwell wiosłował z wprawą równymi pociągnięciami. Roza 
siedziała naprzeciwko niego i rozkoszowała się ciszą, 
zadowolona, że nikt nie wymuszał na niej rozmowy. 
Wsłuchiwała się w plusk wody i stukanie wioseł i miała 
wrażenie, że nie istnieje nic poza nią, Maxwellem, morzem, 
łodzią, niebem i słońcem. 
Było jej tak dobrze. 
 
 

background image

... dręczące myśli uleciały... ... wolność... 
Słońce schowało się za wzniesieniami w Kafjorden, ale wciąż 
barwiło niebo najdzikszymi odcieniami czerwieni. Mattias 
siedział wśród skał, przez wiele godzin wpatrując się w tę feerię 
barw. 
Słyszał oczywiście o tym, że brat żony inżyniera popłynął razem 
z Rozą do jej rodziny na wyspy. Potrzebował paru dni, by przejść 
nad tym do porządku dziennego. 
W jego sylwetce znać było stanowczość, kiedy ruszył w stronę 
jadłodajni. Gdy Raissa, wciąż jeszcze ubrana w biały fartuch, 
wyszła po pracy z budynku, chwycił ją i pociągnął za węgieł. 
Uwięził ją między ścianą budynku a własnym ciałem. Był 
rozemocjonowany, przepełniony uczuciami. Złość i rozczaro-
wanie pozostawił za sobą na skałach. 
- Kocham cię, Raisso - wyznał gorąco. - Kocham cię inaczej, niż 
kochałem Rozę, ale ani trochę mniej. Uwolniłem już swoje myśli 
od niej. Teraz myślę tylko o tobie. Czy zechcesz wyjść za mnie? 
- Tak - odpowiedziała Raissa i nie zdążyła dodać nic więcej, gdyż 
Mattias zamknął jej usta pocałunkiem, zabarwiając cały jej 
horyzont płomienną zmysłową czerwienią. 
 

background image

Rozdział 14 
 
- Nic nie mogłaś zrobić - powiedział Ole. - Żadne z nas nie mogło 
go powstrzymać. On postanowił umrzeć. 
Liisa umyła i ubrała ciało swojego teścia. Samuel potrzebował 
dwóch tygodni, by umrzeć. Po wyjeździe Rozy nie przyjmował 
żadnych pokarmów, jedynie wodę. Leżał jak kawałek drewna za 
zasłonką ze spłowiałego, niebieskiego płótna i powtarzał, że nie 
jest głodny. 
- Może powinnam zmusić go do jedzenia - obwiniała się Liisa. 
- Mojego ojca nie można było do niczego przymusić - zapewniał 
ją Ole. 
Liisa oparła czoło na jego piersi, a on głaskał ją po plecach i po 
włosach. Tak bardzo chciała, żeby ją pocieszył. Ole nie widział, 
jak Samuelowi zapadły się policzki, jak popękały mu usta, a 
oczodoły pociemniały, tworząc czarną obwódkę wokół 
iskrzących się niegdyś błękitnych oczu. 
Wielki Samuel mógłby dożyć stu lat, gdyby tylko chciał. 
- Poczekał, aż wyjedzie Roza - rzekła Liisa, przekonana, że ma 
rację. - Nie musisz zaprzeczać, Ole, bo wiesz, że to wszystko ma 
związek. Ona mogłaby go powstrzymać i on o tym wiedział. 
Tylko ten jeden raz opuściła Kafjorden. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Jeśli nawet, to taka była jego wola, nie obarczaj więc się winą! - 
mówił łagodnie Ole, całując na przemian jej skronie. 
- Jak możesz być taki spokojny? - pytała, uwalniając się z jego 
objęć. Odsunęła go na odległość ramion i przyglądała mu się 
uważnie. Nie dostrzegła w nim żadnego poruszenia, żadnej 
zmiany i to ją przeraziło. Właśnie umarł mu ojciec, a* Ole wciąż 
był w stanie się uśmiechać. 
- Jestem jego synem - odparł Ole. - Nauczył nas, że nie możemy 
być słabi. Nie tolerował mazgaj stwa. Kiedy byliśmy dziećmi, nie 
pozwalał nam zapłakać. Nikomu z nas, nawet Rozie. Bił nas, a 
nam nie wolno było uronić nawet łzy. Gdy zobaczył je w naszych 
oczach, uderzał jeszcze mocniej. Dlatego wyrośliśmy na takich, 
jakimi jesteśmy. Nie oczekuj, że będę opłakiwał ojca, Liiso! 
Nigdy nie zapłaczę nad jego śmiercią! Nigdy! 
Powiedział to z takim żarem, że serce się jej ścisnęło. 
- Możesz zapytać moich braci, którego chcesz, i każdy ci 
odpowie to samo. Nie będziemy płakać nad grobem Wielkiego 
Samuela. On nie życzyłby sobie łez. Odszedł, kiedy chciał i jak 
chciał. Był dumnym mężczyzną. Nie życzył sobie, by go 
ratowano. Nic nie mogłaś dla niego zrobić. 
- A Roza mogłaby? 
- Może jedynie Roza. Długo milczeli. 
- Ale pod warunkiem, że sam by tego chciał - dodał Ole. 
Było ich aż nadto jak na łódź ośmiowiosłową. Z początku Hans 
zamierzał wziąć do pomocy tylko 
 

background image

Edvarda, jednak tuż przed wyjazdem Lea nieoczekiwanie 
zadecydowała, że Knut i Nikolai też pojadą do Kâfjorden. 
Postanowiła, że w tej sytuacji Anders wróci na dobre do 
rodzinnego domu. Najmłodszy wnuczek wciąż mruczał pod 
nosem wersety z Biblii, ale nie wpadał w ekstazę i nie opowiadał 
swoich wizji ani snów. Nie pozwalał jednak Rozie się dotknąć. 
Cała gromadka rodzeństwa ruszyła więc w drogę do domu. Roza 
nie zdążyła się jeszcze oswoić z tym, że miała ich wszystkich 
koło siebie. Brakowało jedynie Olego, ale w Samuelsborg będą 
już wszyscy w komplecie, cała siódemka. Od ślubu Olego nie 
byli razem, co z jakiegoś nieokreślonego powodu napawało Rozę 
niepokojem. 
Myślała o Mattiasie... 
- Nie zobaczyłeś zbyt wiele - zagadnęła Maxwella, jakby chciała 
go przeprosić. - Tyle ciekawych rzeczy na wyspach powinieneś 
obejrzeć. Tyle roślin, które mógłbyś zebrać do twojego zbioru. 
- Do zielnika - poprawił ją Maxwell. - Uważasz, w gruncie 
rzeczy, że to niepoważne - uśmiechnął się. 
Roza zdążyła już przywyknąć do jego uśmiechu i nawet go 
polubić. Nie topniała jak masło na jego widok, ale wywoływał w 
niej ciepłe uczucia. 
- Uważam, że to dziecinne - przyznała. - Żeby dorosły mężczyzna 
zbierał kwiatki, suszył je i przyklejał! Ale z pewnością służy to 
jakiemuś celowi. Tobie z kolei wyda się dziwne to, że potrafię 
upiec dwadzieścia gatunków chleba. 
- Dwadzieścia? - zdziwił się. 
- Owszem! Nie przechwalam się tym jednak. Przepisy mam w 
głowie, a nie w wielkich teczkach, które muszę ze sobą nosić. To 
nie przystoi mężczyźnie i jest jakieś... 
 
 

background image

- ... głupie - podpowiedział Maxwell. 
- Tak - potwierdziła Roza, ale zaraz musiała przechylić się przez 
reling, bo zrobiło jej się niedobrze. 
Nikolai rzucił się siostrze na pomoc i przytrzymał ją. Prawie 
wciągnął ją za włosy, kiedy już zwymiotowała, i bladą posadził 
między kolanami Maxwella. 
- Co z tobą, u licha! - napadł na nią Edvard, który dopiero co 
skończył piętnaście lat. - Nigdy nie cierpiałaś na chorobę morską! 
A dziś przecież nawet nie ma dużej fali! 
Niezupełnie było to zgodne z prawdą, bo wiało im przez całą 
drogę, dzięki czemu poruszali się szybciej, niż to było 
zaplanowane. Ale brat miał rację, Roza nigdy nie skarżyła się na 
chorobę morską. 
Oparła policzek na kolanie Maxwella i poczuła na swoich 
rozpuszczonych włosach jego okrytą rękawiczką dłoń. Kręciło jej 
się w głowie. Nie miała siły otworzyć oczu. A gdy je otwierała, 
widziała naraz i niebo, i żagiel, i twarze rodzeństwa. Mdłości 
nasilały się jeszcze bardziej. Rozie wydawało się, że żołądek 
wywrócił jej się na drugą stronę, nie miała już nawet czym 
wymiotować. 
- Pomóż mi - wyszeptała Roza, poruszając z trudem posiniałymi 
ustami. Maxwell nie przestawał jej gładzić po głowie, ale to nie 
przynosiło ulgi. 
Wtedy najmłodszy brat, który do tej pory nie chciał nawet na nią 
patrzeć, podczołgał się na kolanach nieco bliżej. Chwycił Rozę, 
jakby to on był dorosły, a ona dzieckiem. Przytulił ją mocno i 
oparł twarz na jej włosach. Zamknął oczy, a na jego bladej twarzy 
z rumieńcami na policzkach błąkał się lekki uśmiech. 
Mdłości Rozy z wolna ustąpiły. 
 

background image

... ale smutek wciąż ściskał jej serce... 
Kiedy wpłynęli do fiordu Alta, Anders spał w ramionach Rozy, 
ona zaś siedziała oparta poparzonym policzkiem o kolano 
Maxwella, który przez cały dzień i noc nie zakładał już 
rękawiczek, by móc gładzić ją po głowie. 
- Nie wiem, jak mam wam dziękować - powiedział Ole, 
przeklinając własną ślepotę. - Gdyby nie wy, musiałbym prosić 
obcych o tę przysługę. 
Mattias nie chciał nawet tego słuchać, bo wprawiało go to tylko w 
zakłopotanie. Ułamał kawałek chleba, który Liisa położyła na 
stole, i wymienił spojrzenia z Tomasem. Tomas też nie oczekiwał 
podziękowań. 
- Zajęło nam to raptem jeden wieczór - rzekł Mattias. - W końcu 
Samuel był moim przyjacielem. Kto jak kto, ale on zasłużył na 
drewnianą trumnę. 
- Ja sam powinienem był mu ją zbić - odezwał się Ole z goryczą. 
- Traktowałem go jak kogoś bliskiego - upierał się Mattias. - 
Zresztą myślę, że z Tomasem jest podobnie. 
Tomas pokiwał głową w milczeniu. 
- Osobliwa rodzina, nie ma co - stwierdził Ole. -Jak zareagowała 
Raissa, kiedy się dowiedziała, że ma użyczyć innym swego 
świeżo poślubionego małżonka? 
Raissa i Mattias pobrali się dwa dni wcześniej, wywołując ogólne 
zaskoczenie. Mieszkańcy Kopalni powiadali między sobą, że 
Mattias wykorzystał nieobecność Rozy w osadzie. Gdyby była na 
miejscu, nie ośmieliłby się poślubić innej kobiety, ponieważ to 
ona wciąż panowała niepodzielnie tu nad fiordem. 
 
 
 

background image

Mattias słyszał, co ludzie gadali, ale podobnie jak Raissa nie 
zwracał na to uwagi. Zamieszkali w jednym z domów dla 
górniczych rodzin. Dwie izby i drzwi do korytarza należały teraz 
do nich. Ich własne drzwi, które mogli zamknąć na klucz. 
Dwie noce spędzili, tuląc się nawzajem w ramionach, i ciesząc się 
na kolejne, które miały nadejść. Raissa nie miała Mattiasowi za 
złe, że poszedł do Samuelsborg, by zbić trumnę dla Wielkiego 
Samuela. 
- Wysłałeś wiadomość na wyspy? - zapytał Tomas, nie 
wymieniając imienia Rozy. 
- Przybędą - rzekł Ole spokojnie, nie mając co do tego cienia 
wątpliwości. - Nie posłałem po nich, ale wiem, że przybędą. 
Nie zdążyli zjeść do końca, gdy jego przewidywania się spełniły. 
Usłyszeli tupot nóg wbiegających pośpiesznie po schodach. Od 
czasu, gdy dzieci wyjechały, nikt tu nie robił tyle hałasu. 
Anders i Knut biegli na wyścigi. Trudno było osądzić, który 
wygrał. Wtargnęli do środka i nie patrząc nawet na siedzących 
przy stole dorosłych, wbiegli do alkierza. 
Nagle ucichło. 
Drzwi były otwarte na oścież, gdy do chaty weszła Roza, a za nią 
trzech średnich braci. Gdy tylko stanęła w progu, poznała po 
twarzach obecnych, co się stało. Wypuściła z rąk torbę i wbiegła 
po zabłoconych śladach, które na wyszorowanych do białości 
deskach podłogi pozostawili najmłodsi. 
Zastała ich przy otwartej trumnie na środku alkierza. Bez słowa 
pogłaskała ciemne główki maluchów. Anders chwycił ją za lewą 
rękę, a dziesięcioletni Knut za prawą. Uścisnęła ich dłonie i 
popatrzyła na pozbawioną życia twarz ojca. 
 

background image

- On umarł? - wyszeptał Anders. 
- A co, głupi jesteś? - warknął dwa lata starszy brat. - Chyba 
widzisz. Myślałeś, że tylko udaje, że zasnął na wieki? 
Roza poczuła na ramieniu dłoń Hansa i słyszała, że do izby 
weszli też Nikolai, Edvard, a za nimi Ole. Nie musiała się 
odwracać, poznała go po krokach. 
- Chciał tego - usłyszeli głos Olego. - To była jego decyzja. 
Postanowił umrzeć. 
Roza przytuliła dwóch najmłodszych braci i zapragnęła, by mogli 
zapłakać, ale żaden z nich nie uronił nawet jednej łzy. Ojciec, sam 
Wielki Samuel z Krety, leżał martwy, ale dzieci wciąż czuły 
przed nim taki respekt, że nie odważyły się opłakiwać jego 
śmierci. 
Zdziwiła się, ujrzawszy przy stole Mattiasa, ale miała czas, by się 
przygotować. Nie zauważyła go wprawdzie, gdy weszła do chaty, 
ale wyczula jego obecność. Domyśliła się też, że coś się zmieniło. 
Liisa nie omieszkała jej przekazać najświeższych nowin, jakby 
lękała się, że Roza czegoś zażąda od tego, z którym kiedyś 
łączyły ją bardzo bliskie stosunki. Nim Roza zdążyła otworzyć 
usta, szwagierka oznajmiła: 
- Mattias i Tomas zbili trumnę. Mattias przerwał nawet swój 
miodowy tydzień. 
Zapadła cisza, ale gdy Roza uchwyciła spojrzenie Mattiasa, 
zauważyła w nim nieme pytanie i troskę. Uświadomiła sobie też, 
że dla niej drzwi w jego sercu zatrzasnęły się na zawsze. 
- A więc ożeniłeś się z Raissą? - zapytała i zdziwiona stwierdziła, 
że głos jej się nie załamał. 
- Tak, ożeniłem się z Raissą - odparł. - Posłuchałem rad 
życzliwych mi ludzi. 
 

background image

- Cieszę się w twoim imieniu - powiedziała Roza, a jej słowa 
zabrzmiały szczerze. Bo rzeczywiście radowało ją, że Mattias 
będzie miał do kogo wracać. -Ona na pewno będzie dla ciebie 
dobra. Należy do dzieci, które wyszły ze światła... 
Tomas drgnął, kiedy Roza z uśmiechem wypowiedziała 
łagodnym głosem te słowa. 
- Skąd wiesz? - zapytał, pobladłszy gwałtownie. Rozę olśniło 
nagle, że to nie tylko ona, Anders, 
Ole i Raissa są dziećmi światła. Przypomniała sobie, że kiedy 
spotkała Tomasa po raz pierwszy, opowiadał jej, że jego ród 
wywodzi się z zorzy polarnej... 
Nigdy o tym nie myślała. Tomas to był Tomas. Ale przecież 
nieprzypadkowo jego właśnie pierwszego wybrała Natalia. 
Może prababki mogły wybierać jedynie wśród tych, którzy w 
jakiś sposób byli z nimi spokrewnieni? 
Mattias przecież także miał jakieś tajemnicze powiązania z tym 
łańcuchem kobiet. Nawet sobie nie zdawał sprawy, że i z własną 
żoną łączyła go z pewnością ponad stuletnia więź. 
Roza poczuła promyk nadziei. Pomyślała o Lei, która ją pytała, 
czego próbowała i nie poradziła sobie. Tym razem musi jej się 
udać. 
Nie przestając się uśmiechać, ucałowała Mattiasa w oba policzki. 
I nie było w tym ani cienia zmysłowości, a jedynie siostrzana 
sympatia. Wyczuł to i niemal doznał rozczarowania. 
- Dziś wieczorem - zwróciła się do niego - chciałabym, żebyś 
przyszedł tu z Raissą. Zrobisz to dla mnie? Jak mógłby jej 
odmówić? 
-1 proszę też ciebie, Tomas, żebyś został. Przecież nikt na ciebie 
nie czeka w baraku. 
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się tym swoim 
 

background image

płynącym z głębi serca uśmiechem. Wciąż wyglądał jak 
piętnastolatek, mimo że ukończył już dwadzieścia dwa lata i 
powinien zacząć myśleć o założeniu rodziny. 
- Skoro mnie o to prosisz, Rozo. 
- Nie proszę, ale nakazuję, byś został - odparła stanowczo. 
Nikt nie zapytał, dlaczego. 
- Musi mieć jakieś powody - tłumaczył Mattias Raissie, która 
zapytała, po co ma iść do Samuelsborg, a żadna z jego 
odpowiedzi jej nie przekonywała. 
- I dlaczego koniecznie mam założyć srebrną broszkę? 
-Nie wiem - odparł Mattias zrezygnowany. - Ale widać było, że 
strasznie jej na tym zależy. Nie pytałem, dlaczego, Rozy 
właściwie się nie pyta... 
Raissa posłała mu wymowne spojrzenie, a Mattias ucieszył się, 
że zdążył ją poślubić, zanim córka Samuela wróciła do osady. 
Wprawdzie nie sądził, by Roza chciała im rzucać kłody pod nogi, 
gdyby była na miejscu, ale wątpił, czy zdołałby przekonać 
Raissę, że ostatecznie wyrzucił Rozę ze swego życia. Zaledwie 
kilka godzin minęło od jej powrotu i, jak to widziała Raissa, 
Mattias znów postępował pod jej dyktando. 
- Daj jej szansę - poprosił, ale napotkał mur milczenia. 
Kiedy Roza gratulowała Raissie i życzyła szczęścia na nowej 
drodze życia, wydawała się szczera. Ucałowała Raissę w oba 
policzki, nie zważając na to, że żona Mattiasa wyraźnie się 
wzbrania. 
Mattias poczuł ukłucie w sercu z powodu Rozy. 
 
 
 

background image

Nawet nie mrugnęła, widząc, że Raissa ją wyraźnie odtrąca. 
Przywykła do tego. Jej poparzony policzek działał tak na ludzi. W 
przypadku Raissy jednak nie policzek był powodem dystansu. 
- Zaprosiłam wszystkich należących być może do grona 
wybrańców, którzy wyszli ze światła - rzekła Roza i popatrzyła 
po twarzach zebranych w niewielkiej izbie w Samuelsborg. Było 
ich tak wielu, że zrobiło się tłoczno. 
- Chciałabym, żeby wokół stołu usiedli - nabrała powietrza i 
drżącym głosem wyliczyła: - Ole, Hans, Anders, Tomas i Raissa. 
Raissa, pełna powątpiewania, stała obok Mattiasa i to on 
popchnął ją do przodu, do grona osób przy stole, na którym lampa 
utworzyła krąg światła. 
- Usiądźcie, proszę - poprosiła. - A pozostali niech wyjdą. 
Zawołam, kiedy będziecie mogli wejść. 
Liisa wyprosiła wszystkich na zewnątrz. Raissa jako jedyna 
zapytała, po co to wszystko. 
- Wydaje mi się, że wszyscy pochodzimy z jednego pnia - 
oznajmiła Roza z przekonaniem. 
- Potrzeba było czasu, byś to zrozumiała -uśmiechnął się Tomas. 
- Nie rozumiem, o czym mówisz - wtrąciła Raissa 
zdenerwowana, ale uznała, że nie ma powodu, by nie wyciągnąć 
dłoni, gdy Roza ją o to poprosiła. 
Raissa siedziała po lewej stronie brata Rozy, Ole-go. Roza 
usiadła po jego prawicy, dalej siedzieli jej dwaj bracia i Tomas. 
- Chciałabym, żebyście wrócili z powrotem do światła - rzekła 
Roza i wszyscy zrozumieli, o co jej chodzi. Nikt nie zapytał, 
dlaczego. 
Razem wstąpili do chłodnego, złotego światła, by coś stamtąd 
przywieść. 
 

background image

Ludzie w Kopalni mieli jeszcze jeden powód do gadania. 
Wielkiemu Samuelowi wyprawiono królewski pogrzeb. Kościół 
na cyplu Gabrielsnes wypełniony był po brzegi, a ci, dla których 
zabrakło miejsca w środku, stali cierpliwie na zewnątrz i czekali, 
aż czterej najstarsi synowie zmarłego zaniosą trumnę na 
cmentarz. Zwykle trumnę nosiło sześciu mężczyzn, ale ponieważ 
Samuel nigdy nie zważał na ustalone zwyczaje, nikt nie widział 
nic złego w tym, że trumnę niosło tylko czterech. 
Za prawdziwy cud natomiast uznali to, że najstarszy syn w ogóle 
mógł oddać ojcu ostatnią przysługę. Nikt nie potrafił 
wytłumaczyć, jak to się stało, ale chłopak z dnia na dzień 
odzyskał wzrok. Wynurzył się z krainy ciemności ku światłu. 
Żadna plotka nie wyjaśniała, jak było to możliwe. 
Roza wyjechała znad fiordu zaledwie na dwa tygodnie, szeptali 
między sobą ci, którzy uważali się za najlepiej 
poinformowanych, a przez ten czas Mat-tias zdążył się ożenić, 
Wielki Samuel umarł, a Ole odzyskał wzrok... 
Czy trzeba było dodawać coś więcej? 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Epilog 
 
- Krwawienie okazało się fałszywe - powiedziała Roza Margaret, 
gdy ta kazała jej wyjaśnić wszystko raz jeszcze. - Spodziewam 
się dziecka. 
- Dziecka Davida? - zapytała Margaret i poczuła, jak serce zabiło 
jej mocniej. 
- A kogóż innego? Margaret nie odpowiedziała. 
- Dotrzymasz przyrzeczenia? 
- Pod jednym warunkiem - odparła Roza. 
Duże oczy Margaret zamieniły się w wąskie szparki. 
Spodziewała się, że Roza nie zadowoli się tym, co ustaliły na 
początku. Jak tylko dziecko będzie rosło w jej brzuchu, postawi 
kolejne żądania. To dziecko będzie drogo kosztować, myślała, 
ale to w końcu dziecko Davida... 
- Chcę zabrać ze sobą mojego najmłodszego brata, Andersa. On 
ma osiem lat. 
- Tylko tyle żądasz? - zapytała Margaret. 
- Tylko tyle - potwierdziła Roza. - Przyrzekłam ojcu, że się nim 
zaopiekuję. 
Margaret milczała przez chwilę, a potem uśmiechnęła się z lekką 
pogardą. 
- Dobrze, Rozo, zgadzam się - rzekła. - Należy dotrzymywać 
słowa...